background image

 

1

Tadeusz Dołęga-Mostowicz 

Złota Maska 

Białystok: Krajowa Agencja Wydawnicza, 1988 

 

background image

 

2

Słowo wstępne  

 

Dylogia "Złota Maska" i "Wysokie Progi" ukazała się w 1935 roku. Wznawiana jeszcze 

przed  wojną  nie  doczekała  się  druku  po  1945  roku.  Ponad  50  lat  krążyła  w  nielicznych 
zaczytanych  do  szczętu  egzemplarzach  z  rąk  do  rąk  wiernych  pisarzowi  czytelników.  W 
czasie  wojny  i  w  pierwszych  latach  powojennych  można  ją  było  jeszcze  znaleźć  w 
bibliotekach. Potem książki te podzieliły  los większości tekstów Dołęgi-Mostowicza: poszły 
na  przemiał!  Była  to  jedna  z  najbardziej  bezsensownych  i  bezmyślnych  decyzji  ludzi 
odpowiedzialnych na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych za sprawy kultury.  

Zaiste, bogaty  musi być kraj  i obfitujące w dzieła kultury  społeczeństwo, które pozwala 

na świadome zubożanie własnych tradycji, odcina czytelnikom drogę do książek poczytnych i 
lubianych, nawet jeśli odnosi się to do tekstów obiegu popularnego...  

Po  ponad  50  latach  nadrabiamy  krzywdy  wyrządzone  czytelnikom  i  pamięci  Autora. 

Powstaje jednak oczywiście pytanie: czy półwiecze nieobecności "Złotej Maski" i "Wysokich 
Progów" na rynku czytelniczym nie odebrało powieściom ich walorów i uroków?  

W  roku  1957  pisał  Stanisław  Brucz,  który  zresztą  wyraźnie  "nie  kochał"  Mostowicza: 

"(Mostowicz) pojął rolę kobiety w dziele kształtowania masowych upodobań literackich i nie 
krył  się  z  tym,  że  pisał  przede  wszystkim  dla  kobiet  (...)  Przy  czym  czytywały  go  również 
bardzo chętnie pani mecenasowa, pani doktorowa, pani inżynierowa i pani majorowa"*1. To 
bardzo charakterystyczny cytat.  

Mostowicz był pisarzem dnia dzisiejszego, aktualizującym problemy swoich czasów. I te 

wielkie:  kryzys  gospodarczy,  bezrobocie,  tragiczną  przepaść  między  życiem  "wyższych 
dziesięciu  tysięcy"  i  życiem  bezrobotnego.  I  te  małe:  codzienny  obraz  życia  stolicy, 
warszawskie ulice, sklepy, place targowe. I wielkie namiętności i pasje ludzkie, i codzienne, 
maleńkie  marzenia  widzów  z  peryferyjnych  kin.  Jego  uwadze,  bystrego  obserwatora  i 
współuczestnika życia nie mogły ujść także procesy przemian obyczajowych i zmieniająca się 
po pierwszej wojnie  światowej rola  i  funkcja kobiet w życiu społecznym.  Lata dwudzieste  i 
początek lat trzydziestych to okres, gdy kobiety walczyły także o to, aby być panią mecenas, 
panią  doktor,  panią  inżynier.  Liczba  kobiet  studiujących  na  wyższych  uczelniach, 
podejmujących pracę urzędniczą, słowem 1 St. Brucz, Kariera Dołęgi-Mostowicza, "Kronika" 
1957 nr 21 usamodzielniających się, była wówczas już niemała. Każdy krok przynosił nowe 
zjawiska  w  walce  kobiet  o  równouprawnienia  społeczne  i  obyczajowe.  Każdy  krok 
potwierdzał,  że  tendencje  emancypacyjne  są  nieodwracalne.  Problemy  równouprawnienia 
kobiet  wielokrotnie  stawały  się  tematem  powieści.  Wystarczy  tu  powołać  się  na 
"Emancypantki"  Prusa,  na  powieści  Reymonta  ("Komediantka";  "Fermenty"),  Żeromskiego 
("Dzieje grzechu"), Zapolskiej ("Janka", "Fin-de-siecle-istka").  

Dążenia  emancypacyjne  obejmowały  także  sferę  obyczajów  erotycznych.  Początek  lat 

trzydziestych stawia te właśnie  sprawy  bardzo wyraziście... Był to okres, gdy kobiety dążąc 
do  usamodzielnienia  się,  dążą  także  do  równych  z  mężczyznami  praw  dla  przeżyć 
erotycznych,  do  tego,  aby  być  traktowane  jak  partnerki  w  grze  miłosnej,  aby  mieć  prawo 
wybierać  sobie  partnera  według  własnej  woli  i  chęci.  To  właśnie  tu:  na  styku  innowacji  i 
tradycji, nowych społecznych kobiet, układów dwu płci, musiały wynikać konflikty i sytuacje 
absorbujące uwagę pisarza i odbiorców (szczególnie zaś, przyznajmy: odbiorczyń) tekstów.  

Aktywność społeczna i przemiany w świadomości emancypujących się kobiet znajdowały 

w  kulturze  odbicie  w  dwu  wielkich  obszarach:  aktywnej  twórczości)  i  lektur  (odbioru).  Nie 
jest  przecież  sprawą  przypadku,  że  lata  1932-1939  to  prawdziwa  "inwazja"  kobiet  w 

background image

 

3

literaturze: Z. Nałkowska, M. Dąbrowska, H. Kuncewiczowa, J. Krzywicka, H. Naglerowa, P. 
Gojawiczyńska,  W.  Melcer,  H.  Górska,  J.  Brzostowska,  M.  Jasnorzewska-Pawlikowska, 
Ginczanka,  M.  Ukniewska  –  oto  pierwsze  tylko  nasuwające  się  nazwiska  z  bardzo  długiej 
listy kobiet-pisarek. Jakże  by  bez  ich twórczości wyglądała  nasza  literatura tamtych  lat? Jak 
bardzo byłaby zubożona i niepełna. Tak realizowały się kobiece prawa do równouprawnienia, 
do emancypacji.  

W dziedzinie zaś odbioru kultury; w naszym przypadku czytelnictwa, kobiece audytorium 

to cała skomplikowana sprawa sięgająca swymi korzeniami wieku XVIII i ówczesnej Anglii. 
To  właśnie  wówczas  w  związku  z  "rewolucją  przemysłową";  powstawały  klasy  średnie, 
których  przedstawicielki  dysponowały  wolnym  czasem.  Wytworzyła  się  wówczas  wśród 
kobiet moda czytywania "romansów": Było to zjawisko tak powszechne, że angielski historyk 
literatury określa lekturę powieści jako zajęcie typowo kobiece właśnie.  

Wiek XIX z kolei to okres żywiołowej niemal emancypacji i edukacji kobiet. Przyczyny 

tego  zjawiska  są  złożone  i  wielorakie.  Jedną  z  nich  był  fakt,  że  wielkie  wydarzenia 
historyczne przynosiły  jako  jeden ze  skutków  i to że wiele kobiet  musiało przyjąć  na  siebie 
obowiązki  nieobecnych,  bo  walczących  lub  uwięzionych,  zabitych  i  zaginionych  mężczyzn. 
Ale i to, przy całym obciążeniu czasowym, kłopotach, troskach przyczyniało się do rozwoju 
czytelnictwa  wśród  kobiet.  Lektury  powieści  bowiem  były  jedną  z  niewielu  dostępnych 
wówczas form rozrywek i ucieczki od trudów życia. Lektury co ważniejsze, zaspokajały sferę 
uczuć  i  fantazji.  W  związku  z  tymi  potrzebami  postał  szczególny  typ  bohaterki  zwanej 
postacią z epoki wiktoriańskiej. Badacze literatury popularnej tej epoki skodyfikowali cechy 
heroin tamtych powieści. Bohaterka reprezentowała niezmienny typ urody (słodka, delikatna, 
pastelowa),  była  młoda,  słaba  fizycznie.  Jej  postawę  moralną  kształtowały  nakazy  religijne, 
bez  zbytecznej  dewocji  jednak.  Była  uczciwa,  posłuszna  wobec  autorytetów,  uległa  wobec 
prawa.  Jej  wiedza  o  świecie  była  połowiczna.  Zaś  jedynym  celem  –  małżeństwo  – 
uwieńczone  macierzyństwem.  Nie  orientowała  się  w  złożonych  problemach  politycznych  i 
społecznych  oraz  w transakcjach  finansowych  dokonywanych  przez  ojca  lub  męża.  Ten  typ 
bohaterki  tzw.  wiktoriański  dominował  szczególnie  w  drugiej  połowie  XIX  wieku,  a  także 
jeszcze  w  okresie  przed  pierwszą  wojną  światową.  Przemiany  społeczne  i  obyczajowe  po 
pierwszej wojnie, musiały wpłynąć oczywiście także i na zmianę portretu kobiety w powieści, 
zwłaszcza w obiegu popularnym.  

Warto  wiedzieć,  że  zarówno  "Złota  Maska"  jak  i  "Wysokie  Progi"  są  swoistą  częścią 

cyklu  "emancypacyjnego"  powieści  Mostowicza.  Dylogię  o  Magdzie  Nieczajównie 
poprzedziły dwa teksty: "Trzecia płeć" i "Świat pani Malinowskiej". Być może będzie jeszcze 
okazja  napisać  o  tych  tekstach  z  okazji  ich  wznowienia.  Wszystkie  cztery  powieści, 
podejmujące kwestię równouprawnienia kobiet powstały w latach 1934-35, a więc w okresie, 
gdy problematyka ta znajdowała się u swego szczytu.  

Mostowicz  bezustannie  poszukiwał  nowych  atrakcyjnych  sposobów  kontaktu  z 

czytelnikiem.  Szukał  tematów  atrakcyjnych  fabularnie  i  to  zarówno  dla  czytelników 
tradycyjnych,  jak  dla  całej  owej  rzeszy  czytelniczek,  o  jakiej  pisał  Brucz:  owych  pań 
mecenasowych i majorowych. Dodajmy do nich także i skromne sprzedawczynie ze sklepów i 
krawcowe,  a  nawet  kucharki.  Pamiętajmy  także,  iż  jest  Mostowicz  pisarzem  obiegu 
popularnego. Nie mógł do swych tekstów wprowadzać elementów wielkiej filozofii, refleksji 
i rozważań, aczkolwiek czynił to niekiedy także. Najtrafniej chyba, choć dość brutalnie, ujął 
sprawę  Gombrowicz:  "W  powieści  dla  kucharek  nie  można  intelektualizować  ani 
przerafinowywać.  Tam  musi  być  miłość.  Miłość  wielka,  święta  i  jedyna"*2.  Dodajmy  tu 
nawiasem,  że  sam  przeramowany  i  przeintelektualizowany  Gombrowicz  także  "popełnił" 
powieść dla kucharek, drukowaną zresztą w czasopiśmie i pod pseudonimem...  

background image

 

4

Mostowicz  szukał  więc  odpowiedniego  tematu,  odpowiedniej  fabuły  dla  ukazania 

złożonych  problemów  emancypacji  kobiet.  Znalazł  je  i  wykorzystał  w  "Złotej  Masce"  i 
"Wysokich  Progach".  Tu  jednak  musimy  już  mówić  o  każdej  z  tych  powieści  oddzielnie, 
mimo że stanowią one,  jak wspomniałem, dylogię połączoną postacią głównej  bohaterki. Są 
to  jednak  powieści  realizujące  różne  założenia  estetyczne  i  ideowe  i  sięgające  do  różnych 
źródeł tradycji  literackiej  i obyczaju społecznego. Zatem: w powieści  "Złota Maska" sięgnął 
pisarz  do  tematyki  w  okresie  międzywoiennym  przed  nim  właściwie  jeszcze  nie 
wykorzystanej.  Był  nią  motyw  2  T.  Kępiński,  Witold  Gombrowicz  i  świat  jego  młodości, 
Kraków 1976, s. 225 kariery artystycznej  i kulis  teatrzyku rewiowego. Pamiętajmy,  jest rok 
19  Najgłośniejsza  wówczas  powieść  z  życia  girls  występujących  w  kabaretach  "Strachy" 
Marii  Ukniewskiej,  ukaże  się  dopiero  w  roku  1938.  Pierwszeństwo  więc  w  odsłonięciu 
niedostępnych  przeciętnemu  czytelnikowi  kulis  teatru  rewiowego  należy  zdecydowanie  do 
Mostowicza. Ale przecież nie był Dołęga pierwszym w ogóle pisarzem, który podjął motyw 
kariery  młodej dziewczyny  marzącej o pracy  na  deskach  scenicznych, o sławie  i sukcesach. 
Nie  był  także  pierwszym,  który  pokazał  jakże  trudną  drogę  do  tych  desek  i  rozczarowania 
wiążące  się  z  (dosłownie)  zakulisowym  życiem  i  stosunkami.  Miał  w  tym  poprzednika  nie 
byle  jakiego,  bo  samego  Władysława  Reymonta  i  jego  "Komediantkę";  a  także  szkic 
powieściowy  poprzedzający  ten  tekst:  "Adeptkę".  Zestawienie  losów  bohaterki  "Adeptki";  a 
także  częściowo  "Komediantki"  z  losami  Magdy  Nieczajówny  ze  "Złotej  Maski";  pozwoli 
nam  nie  tylko  uchwycić  podobieństwa  lecz  i  istotne  różnice  w  ujęciu  tematu  przez  obydwu 
autorów. Nie chodzi tu jednak, rzecz prosta, ani o udowodnienie plagiatu ani o wykazanie, o 
ile  niżej  stoi  popularna  powieść  Mostowicza  od  dzieła  jego  wielkiego  poprzednika. 
Przeciwnie:  wydaje  się,  że  w  tych  zestawieniach  i  porównaniach  Mostowicz  nie  traci  nic, 
okazuje się godnym współzawodnikiem. Rzecz w tym, że zarówno młody wówczas Reymont 
(lata dziewięćdziesiąte ubiegłego wieku) jak i dojrzały już i sławny pisarz obiegu popularnego 
lat trzydziestych wieku XX, sięgali do podobnego, jeśli nie tego samego źródła, do podobnej 
rzeczywistości  teatralnej.  Tu  jednak  mamy  do  czynienia  z  pierwszą  istotną  różnicą:  oto  dla 
Reymonta, ta rzeczywistość kulis małego teatru była integralną częścią jego własnej biografii, 
jego  osobistych  doświadczeń  jako  aktora  "nieudacznika".  (Kiedyś  np.  z  powodu 
krótkowidztwa,  zamiast  przejść  za  kulisy  wszedł  do  szafy  na  scenie).  Dla  Mostowicza  zaś 
rzeczywistość  teatru  rewiowego  była  jedynie  częścią  dostępnej  mu  z  zewnątrz  sfery 
obserwacji. Znał aktorów, znał ploteczki zza kulis, znał mechanizmy działania "kariery". Był 
jednak  w  tym  wszystkim  jedynie  obserwatorem  z  zewnątrz,  człowiekiem  z  ulicy,  nie  z 
teatralnych desek.  

I  kolejna  sprawa.  Chodzi  tu  o  motywację  marzeń  o  teatrze  i  chęci  gry.  Zobaczymy 

najpierw,  jak  wygląda  to  (i  to  w  dwu  wariantach)  u  Reymonta.  Bohaterka  "Adeptki"  i 
"Komediantki" Janka Orłowska ucieka z ojcowskiego domu gnana przemożną pasją aktorską. 
Reymont wprowadza tu jednak głęboko idące modyfikacje w szkicu "Adeptka" i w powieści 
"Komediantka".  W  "Adeptce"  Janka  mimo  rozczarowań  i  gorzkich  przeżyć  pozostaje  w 
teatrze,  bez  którego  już  nie  umie  żyć.  W  "Komediantce"  zaś  zrywa  z  teatrem,  powraca  do 
chorego  ojca,  opiekuje  się  nim,  wychodzi  za  mąż  i  znajduje  ukojenie  w  macierzyństwie. 
Zauważmy  tu  dwie  sprawy:  po  pierwsze  więc,  jest  zaprzeczeniem  heroiny  wiktoriańskiej. 
Głównym  motywem  jest  tu  konflikt  pokoleń,  dodatkowo  wzmocniony  aktorską  pasją 
bohaterki. W "Komediantce" jeszcze zwycięża model wiktoriański: największym szczęściem 
dla  kobiety  jest  małżeństwo  i  macierzyństwo.  Warto  tu  może  dodać,  że  skandalizująca 
Zapolska w swej powieści "Fin-de-siecle-istka" także prowadzi swą zbuntowaną bohaterkę do 
szczęśliwego portu macierzyństwa. Tradycje wiktoriańskie zwyciężają.  

W "Złotej Masce" Magda Nieczajówna, córka warszawskiego rzeźnika, człowieka z całą 

pewnością  uczciwego,  lecz  konserwatywnego  w  swych  poglądach  i  sposobie  egzystencji, 
buntuje się przeciw szarości swego życia, przeciw ciasnocie egzystencji ograniczonej do ulicy 

background image

 

5

Tamka  i  ślęczenia  przy  kasie  ojcowskiej  jatki.  Tu  także  mamy  do  czynienia  z  motywem 
"skłóconych  pokoleń"  (w  dodatku  bohaterka  Reymonta  i  bohaterka  Mostowicza  są 
półsierotami,  wychowywanymi  przez  ojców).  Istnieje  wszakże  ważna  różnica  w  sposobach 
widzenia świata przez obydwie bohaterki: oto Magda Nieczajówna jest już "tworem" kultury 
masowej, należy do pokolenia wychowanego w kulturze filmowej i kulcie "gwiazd"; których 
lansowane, odpowiednio preparowane i reklamowane biografie stawały się swoistym wzorem 
kariery życiowej. Posłuchajmy rozmyślań bohaterki "Złotej Maski": "Szare było to wszystko i 
jakieś mizerne i beznadziejne. I jeżeli Magda dziwiła się czemu, to właśnie temu, że ludziom 
wystarcza ta szarość, te jednakowe dni i to powszednie życie(...) Kiedyś, gdy chodziła jeszcze 
na pensję i była bardzo dziecinna, oczekiwała, że pewnego pięknego dnia spotka wracając do 
domu  jakiegoś  gwiazdora  filmowego,  księcia,  milionera  lub  przynajmniej  rotmistrza  od 
ułanów(...)  Doszła  do  przekonania,  że  najpierw  trzeba  być  kimś,  trzeba  umieć  czymś 
zaimponować,  żeby  zdobyć  dostęp  do  ich  świata.  Ponieważ  zaś  w  tym  czasie  przeczytała 
życiorys Poli Negri  i  historie kilku  innych gwiazd filmowych – postanowiła zostać artystką. 
Tamte  również  pochodziły  z  bardzo  skromnego  środowiska,  a  jednak  doszły  do 
wszechświatowej  sławy".  Zauważmy  więc:  to  nie  przemożna  siła  "urodzonej  aktorki"  pcha 
Magdę  w  kierunku  teatru.  To  chęć  wydobycia  się  z  szarzyzny  życia,  ciasnych  więzów 
ojcowskiej  jatki.  Nie  jest  także  chyba  sprawą  przypadku,  że  bohaterka  mieszka  na  ulicy 
Tamka. Jest to bowiem ulica łącząca dzielnicę proletariacką i drobnomieszczańską – Powiśle 
ze  Śródmieściem.  Droga  do  Śródmieścia,  gdzie  żyje  się  inaczej,  "prawdziwie";  to  droga 
dosłownie  (i  w  przenośni)  pod  górę,  wymagająca  wysiłku  i  trudu.  Taka  motywacja  chęci 
wstąpienia do teatru i takie usytuowanie miejsca startu, sygnalizują, że teatr będzie dla Magdy 
jedynie  etapem  w  robieniu  kariery.  Już  więc  u  początku  "Złotej  Maski"  mamy  swoiste 
otwarcie  na  drugą  część  dylogii:  "Wysokie  Progi".  Drogą  wiodącą  do  celu  było  podjęcie 
nauki  w  prywatnej  szkole  tańców.  I  oto  najistotniejsza  różnica  w  motywacji  i  sposobach 
przeprowadzania  fabuły  między  Reymontem  i  Mostowiczem:  bohaterka  Reymonta 
prowadzona  jest  konsekwentnie  przez  różnego  rodzaju  perypetie  sytuacyjne,  motywowane 
chęcią zdobycia ukochanego zawodu ("Adeptka")  i sławy. Mostowicz zaś operuje chwytem, 
jakże  często  występującym  w  biografiach  słynnych  "gwiazd"  przypadkiem.  Przypadek 
sprawia,  że  Magda  zastępuje  chorą  koleżankę  w  solowym  występie  w  teatrzyku  "Złota 
Maska"  (stąd  zresztą  symboliczny  tytuł  powieści).  Ten  przypadek  w  oczach  czytelników  (a 
zwłaszcza czytelniczek) uprawdopodabnia  historię Magdy. One także przecież podobnie  jak 
Magda, czytały owe preparowane biografie "gwiazd". I oto zarówno bohaterka Reymonta jak 
i  Mostowicza  znalazły  się  w  teatrze.  W  tym  momencie  obserwujemy  szereg  analogii  w  ich 
przeżyciach.  W  obydwu  przypadkach  mamy  do  czynienia  z  rozczarowaniami,  tragicznymi 
przeżyciami,  z  niedostępnymi  przeciętnemu  śmiertelnikowi  kulisami  teatru.  Ba,  nawet 
przyczyny  owych  rozczarowań  są  podobne:  antagonizmy  w  środowisku  aktorskim, 
nienawiści,  intrygi,  złośliwości.  Obydwie  bohaterki  przeżywają  także  niechcianą  "miłość" 
przelotny  romans  z  wybitnym  aktorem.  Warto  może  zestawić  pierwszy  pobyt  obydwu 
bohaterek za kulisami. Oto jak je widzi Janka Orłowska, bohaterka Reymonta:  

"Ściany murów poza olbrzymimi płachtami dekoracji były brudne, poobijane z tynków i 

pokryte  jakąś  lepką  wilgocią  przejmującą  wstrętem(...)  Oglądała  zamki  wspaniałe,  komnaty 
królów  operetkowych,  krajobrazy  olśniewające  i  zobaczyła  z  bliska  marną  mazaninę(...) 
aksamitne płaszcze były tylko marnym welwetem(...) gronostaje perkalem malowanym, złoto-
papierem ". I Magdy Nieczajówny:  

"Krzywa,  nie  malowana  podłoga,  sznury,  krzyżujące  się  nagle  belki  i  deski,  blaszane 

pudła,  osadzone  na  prętach,  jakieś  płachty  i  paki,  a  pośród  całej  tej  rupieciarni  kilkunastu 
ludzi w roboczych ubraniach uwijało się dźwigając ramy obite płótnem, spuszczając skądś z 
góry i windując z dołu różne rupiecie. Za każdym ich krokiem wznosiły się tumany kurzu. W 

background image

 

6

powietrzu  czuć  było  farbami,  piżmem  i  stęchlizną.  Z  czarnych  czeluści  stropu  na  długich 
drutach tu i ówdzie zwieszały się jaskrawe niczym nie osłonięte żarówki ".  

I  rzecz  charakterystyczna.  Ten  widok  budzi  w  Magdzie  jedynie  przestrach.  Bohaterka 

Reymonta  dodaje  do  swych  refleksji  komentarz:  "Kłamstwo!  Kłamstwo!  Kłamstwo!" 
Rozumie,  że  świat  kulis  to  świat  imitacji  i  nieprawdy.  Świat  podobny  jedynie  do 
wyobrażonego.  Magda  Nieczajówna  po  wielu  doświadczeniach  zrozumie  także,  że  "Złota 
Maska" to rzeczywiście tylko pozór, złocona  maska, za którą kryje  się  inne  niż wyobrażane 
życie  i egzystencja. Ona także zetknie się z  imitacją życia, która stanie się punktem wyjścia 
do drugiej części dylogii.  

Istotne różnice w ujęciu motywu teatru wystąpią w sprawach związanych z przebiegiem i 

zakończeniem  kariery  aktorskiej  obu  bohaterek.  Zanim  jednak  przejdziemy  do  tej  sprawy, 
zatrzymajmy  się  na  chwilę,  by  zestawić  z  kolei  tekst  Mostowicza  z  późniejszym  o  kilka  lat 
tekstem  Ukniewskiej.  Zestawienie  to  wskazuje,  jak  wyraziście  i  znakomicie  potrafił  ukazać 
Mostowicz  niepowtarzalną  atmosferę  kulis  teatru  rewiowego,  garderoby  aktorskiej,  zawiści, 
intryg  w  zamkniętym  klanie  zawodowym.  Nie  tylko  przeżycia  młodej  adeptki  sztuki 
kabaretowej, lecz i sytuacje są tu niemal takie same. I znowu, nie chodzi z kolei o posądzenie 
Ukniewskiej  o  plagiat  z  Mostowicza.  Po  prostu,  rzeczywistość  zakulisowa  ma  cechy 
specyficzne.  Każda  próba  opisu  tej  rzeczywistości  musi  ową  specyfikę  wyeksponować  w 
sposób  podobny.  Istotne  jednak  różnice  między  Reymontem,  Mostowiczem  i  Ukniewską 
tkwią  w  celach  owych  opisów.  Dla  Reymonta  ukazanie  kulis  –  to  przede  wszystkim 
demitologizacja pojęć o artyście jako człowieku uduchowionym, wyższym ponad przeciętny 
tłum.  A takie właśnie przekonanie cechowało przeciętnego czytelnika okresu Młodej Polski. 
Dla  Mostowicza  jest  ukazaniem  pewnego  szczebla  kariery  jego  bohaterki,  jest  środkiem  do 
rozbicia  owych  dziewczęcych  marzeń,  jakże  charakterystycznych  dla  młodego  pokolenia 
mieszczańskiego  lat  trzydziestych.  Ukniewska  zaś  przekazuje  autentyczną  pasję  zawodowej 
młodej tancerki, której nie odstraszają od teatru najbardziej nawet okropne i ponure warunki, 
w jakich wykonuje swoją wymarzoną pracę.  

Ukniewska  nie  była  pisarką  profesjonalną.  Jej  "Strachy"  należą  do  tak  zwanej  powieści 

środowiskowej,  a  więc  powieści  ukazującej  niedostępne  na  ogół  przeciętnemu  odbiorcy 
zawody  i  sytuacje  (kelner,  przemytnik,  tancerka  kabaretowa  itd.)  Opis  sytuacyjny  w 
powieściach  środowiskowych,  stanowiący  integralną  część  zamierzenia  autorskiego,  był  nie 
mniej  ważny  niż  akcja  samej  powieści.  Dla  Mostowicza  są  to  jedynie  epizody,  atrakcyjne 
fabularnie,  ale  mniej  istotne.  Być  może  dlatego  właśnie  więcej  miejsca  poświęca  pisarz 
opisowi świata bohaterki: jatki na Tamce, mieszkania Nieczajów, wyglądu ojca itd. Dodać tu 
trzeba,  że  na  przykład  otwierający  powieść  opis  jatki  jest  swego  rodzaju  majstersztykiem, 
malującym  nie  tylko  wygląd  i  zaopatrzenie  sklepu  lecz  i  odtwarzającym  atmosferę 
drobnomieszczańskiego życia, sposobu widzenia świata i myślenia.  

Autor obdarzył  swoją  bohaterkę  siłą  woli.  Podobne  cechy  ma  także  Teresa  Sikorzanka, 

bohaterka  "Strachów"  Ukniewskiej.  Mostowicz  jednak  ukazał  jeszcze  jedną  (poza 
wspomnianym  przypadkiem)  przyczynę  błyskawicznej  kariery  (a  i  klęski  także)  Magdy 
Nieczajówny. Powracam tu więc do wspomnianego wcześniej wątku. Oto specyfiką sytuacji 
teatralnej  lat  trzydziestych,  szczególnie  zaś  teatrów  rewiowych  i  kabaretów,  była... 
konieczność  konkurencji  między  teatrzykami.  Aby  utrzymać  się  na  powierzchni  (bo  nie 
zawsze  na  poziomie),  aby  "przebić"  pomysły  innych  dyrekcji  teatrzyków,  należało  co  jakiś 
czas  zaskoczyć  widza  czymś  nieoczekiwanym.  Jedną  z  form  takiego  zaskoczenia  było 
"lansowanie"  nowych  gwiazd.  Towarzyszyła  temu  niesłychana  reklama  w  prasie. 
Zaciekawiona  długotrwałą  kampanią  reklamową,  poprzedzającą  ukazanie  się  nowej 
"gwiazdy"  publiczność  "waliła"  drzwiami  i  oknami  na  premierę.  W  "Złotej  Masce"  wybór 
owej  "lansowanej  gwiazdy"  padł  właśnie  na  Magdę.  Pomogły  jej  w  tym  autentyczne 

background image

 

7

zdolności. Mostowicz jednak ukazuje także owe zakulisowe przyczyny i "układy" decydujące 
o karierze. Magda staje u szczytu sławy. Co zaś ważniejsze, cała droga do tej sławy ukazana 
jest  w  powieści  zgodnie  z  ówczesną  wiedzą  czytelnika  "powieści  w  odcinkach"  o  życiu  i 
karierach  ówczesnych  "gwiazd".  Właśnie  w  środowisku  aktorskim  lat  trzydziestych 
nieoczekiwane kariery niemal z dnia na dzień zmieniające życie aktora, były zjawiskami dość 
częstymi.  Na  drugiej  więc,  czy  trzeciej  stronie  swego  "kuriera"  czytał  odbiorca  o  nowej 
"gwieździe" w kinie czy teatrze, na ostatniej zaś, w kolejnym odcinku powieści Mostowicza 
obserwował,  jak  się  taka  kariera  realizuje  i  co  z  niej  w  końcu  wynika.  Życie,  literatura  i 
marzenia czytelników (a zwłaszcza czytelniczek) podawały sobie tu ręce.  

Wspominałem już o tym, że Mostowicz był pisarzem dnia codziennego, że chciał i umiał 

obserwować rzeczywistość. Widział więc takie skutki długotrwałego kryzysu gospodarczego, 
który  zmuszał  do  ostrej  konkurencji,  ale  też  stawał  się  przyczyną  klęski  teatrzyku  "Złota 
Maska".  Teatrzyku,  ale  nie  samej  bohaterki.  Tu  bowiem  otwierają  się  perspektywy  drugiej 
części dylogii: "Wysokich Progów".  

I  jeszcze  raz  powróćmy  do  porównań  tekstów  Reymonta,  Mostowicza  i  Ukniewskiej. 

Reymont  konfrontował  swoich  aktorów  z  publicznością.  Ukazywał  lęk  artystów  przed 
bezimiennym,  ciemnym  nierozpoznawalnym  w  sali  tłumem.  Ukniewska  pokazuje  reakcję 
aktorów na odbiór ich pracy przez publiczność: tremę, lęk, oszołomienie, radość. Mostowicz, 
zaś tylko fragmentarycznie notuje reakcje Magdy na ocenę jej gry. Dla autora "Złotej Maski" 
bowiem najistotniejsza była konfrontacja ówczesnego życia i wcześniejszego świata Magdy z 
jej sytuacją uznanej aktorki. I oto bardzo ważne sformułowania:  

– "Rozczarowała się pani, panno Magdaleno.  

– Wcale nie – zaprzeczała.  

– No jakże? – Tak pani marzyła o tym teatrze... a teraz co?  

On nie mógł jej zrozumieć. Nie rozczarowała się.  

Nie marzyła wcale o teatrze. Marzyła o innym, piękniejszym życiu, a jest przecież jeszcze 

bardzo  młoda.  Życie,  do  którego  doszła,  zapewne  jest  trudniejsze,  lecz  i  piękniejsze  jest  na 
pewno, a przede wszystkim otwiera wciąż nowe możliwości".  

Tak  więc  doszliśmy  do  sedna  sprawy:  Magda  nie  jest  dziewczyną  opętaną  teatrem, 

marzeniem o grze i sławie, jak bohaterki "Adeptki" czy "Strachów", praca w teatrze jest próbą 
do wyrwania się z zaklętego kręgu ulic Dobrej, Solca i Tamki. Jest jedynie etapem na drodze 
do  piękniejszego  życia.  Takie  ujęcie  sprawy  tłumaczy,  dlaczego  Magda  właściwie  bez  żalu 
rozstaje  się  z  teatrem,  z  aktorskim  epizodem  jej  życia.  Z  kolei  ostatnie  cytowane  powyżej 
zdanie  było  dla  czytelników  sygnałem,  że  istotnie,  otworzą  się  "nowe  możliwości",  że  nie 
żegna  się  z  bohaterką  powieści,  w  bardzo  zresztą  interesującej  sytuacji  "zawieszenia  akcji", 
opóźnienia  i  zaciekawienia.  Oto  bowiem  Magda  pozbawiona  jest  jak  gdyby  swej  godności. 
Nie  jest  już  i  nigdy  nie  będzie  po  prostu  Magdą,  córką  rzeźnika  z  Tamki.  Zmienił  się  jej 
sposób  myślenia  i  widzenia  świata.  Nie  zmieniły  się  jedynie  marzenia  o  nowych 
możliwościach  w  życiu.  Ale  sytuacja  końcowa  "Złotej  Maski"  była  dla  czytelników  nie  do 
przyjęcia. Musiał więc nastąpić ciąg dalszy.  

Józef Rurawski  

 

 

background image

 

8

Rozdział I  

 

 

W  jatce  pana  Antoniego  Nieczaja  ruch  zawsze  wcześniej  się  zaczynał  niż  w  innych. 

Jeszcze  w  całej  dzielnicy,  na  Ordynackiej,  na  Solcu  i  Kopernika,  sklepy  na  głucho  bywały 
zamknięte  i  nawet  gruby  szron,  osiadły  nocą  na  żelaznych  żaluzjach  nie  był  nigdzie 
naruszony,  a  u  pana  Antoniego  na  Tamce  już  wrzała  robota.  Trzy  jaskrawe  lampy  gazowe, 
zwieszające  się  od  sufitu,  buzowały  pełnym  płomieniem  i  w  świetle  stojący  przed  jatką 
furgon z rzeźni, zaprzężony w parę ogromnych koni, zdawał się dymić na mrozie.  

Woźnica  z  czeladnikami,  sapiąc  i  prychając,  wnosili  wielkie  ćwierci  mięsa,  całe  tusze 

wołowe,  porosłe  łojem,  jeszcze  nie  całkiem  zesztywniałe,  a  już  tu  i  ówdzie  iskrzące  się  za 
mrozem, bladoróżowe zadki cielęce i ciemnoczerwone, zgrabne, baranie. Wszystko to szło na 
wielką wagę, przy której czuwał z notesem w ręku sam pan Antoni. W rozpiętej na piersiach 
bekieszy i w wysokiej karakułowej czapie na głowie, wydawał się jeszcze większy i jeszcze 
bardziej tęgi niż był w rzeczywistości. Na jego sinoczerwonej kwadratowej twarzy sterczały 
krótkie  gęste  wąsy,  wilgotne  od  topniejącej  śniedzi.  Spod  krzaczastych  brwi  małe,  czarne 
oczy  spoglądały  uważnie  i  spokojnie,  to  na  wagę,  to  na  notes,  to  w  bok  na  córkę  Adelę, 
szybko zmywającą kaflowe ściany i marmurową ladę. Raz po raz śmigała ku górze, osadzona 
na  długim  kiju  szczotka  owinięta  płótnem,  później  wprawnym  ruchem  zanurzała  się  w 
parującym  kuble  i  znowu  wślizgiwała  aż  pod  sufit,  zręcznie  wymijając  niklowane  sztaby  i 
przymocowane do nich potężne haki, na których właśnie zaczęto rozwieszać sztuki. Zanim z 
tym  się  uporano  już  zaturkotał  drugi  furgon,  a  później  trzeci  od  pana  Biesiadowskiego  z 
wieprzowiną,  a  ledwie  wszystko  zostało  rozwieszone  i  uporządkowane,  zjawiła  się  Wikta  z 
nowym  kubłem  gorącej  wody  i  z  drugim  pełnym  świeżych,  pachnących  żywicą  trocin. 
Posadzka też musiała być czysta niczym lustro i równo, a gęsto trocinami wysypana.  

Tymczasem  pan  Antoni  naciągał  biały  kitel  który,  opinając  go  aż  pod  brodę  ponad 

puszystym,  oposowym  kołnierzem  bekieszy,  zdawał  się  jeszcze  rozszerzać  jego  imponujące 
bary,  opasywał  się  szeroką  płachtą  fartucha  i  na  tasiemce  zapinał  mosiężny  łańcuch,  na 
którym  zwisała  przypominająca  sztylet  osełka  do  ostrzenia  noży.  Podczas  gdy  czeladnik 
Kamionka wydobywał spod lady gwichty, noże, toporki i ogromne siekiery, a Adela zabierała 
się do ćwiartowania schabu i słoniny, pan Antoni stanął w progu i wyjrzał na ulicę.  

Codziennie od czterdziestu lat tak patrzył na stromy skręt Tamki, na przymglone płomyki 

latarni,  zbiegające  ku  Wiśle  długim  szeregiem,  na  szarzejący  świt  i  dwa  wielkie  prostokąty 
światła, kładące się w poprzek jezdni z okien jego sklepu. Później odwracał się i w milczeniu 
lustrował wnętrze swojej pięknej, obszernej jatki. Gdy odziedziczył ją po ojcu była o połowę 
mniejsza, nie miała kaflowanych ścian, a lada była kryta cynkową blachą. Wprawdzie i wtedy 
była to jatka pierwszorzędna, z doskonałą renomą i z dużą klientelą, ale pan Antoni mógł być 
dumny,  że  nie  tylko  ojcowizny  nie  zaprzepaścił,  że  nie  tylko  dawną  markę  utrzymał,  ale  ją 
jeszcze  ugruntował,  a  jeżeli  teraz  do  tej  samej  jatki  schodziła  się  klientela  nie  tylko  z 
najbliższej ulicy, ale i Oboźnej, i z Nowego Światu, z Wareckiej, czy Chmielnej, to on w tym 
miał swoją zasługę. Niby mięso nie było tu ani droższe ani tańsze, ani lepsze ani gorsze, niby 
klientów po rogach ulic nie łapał, ani Takie już mieli upodobanie, choć przed kupującymi nie 
skakał; a nawet przeciwnie, czasem i zburczał. Toteż mógł być dumny i był dumny.  

Patrzył na córkę, układającą móżdżki, polędwicę i nóżki cielęce na wystawie, patrzył na 

jej  okrągłą  zdrową  twarz,  na  czerwone  silne  ręce  i  wciąż  mu  powracała  myśl,  że  właśnie 
Adeli  po  najdłuższym  swoim  żywocie  jatkę  zostawi.  Kiedyś  inaczej  sobie  układał,  inaczej 

background image

 

9

planował.  Warsztat  powinien  przechodzić  z  ojca  na  syna,  a  miał przecież  syna.  Zawsze  tak 
wspominał go, jakby go już w życiu nie było. A przecież Józef żył i to pięknie, uczciwie żył i 
nie tylko wstydu ojcu  nie przynosił, przeciwnie,  wszyscy  znajomi  i krewni zazdrościli panu 
Antoniemu  losu  Józefa.  Księdzem  został,  uniwersytet  skończył  i  seminarium  duchowne, 
stanowiska  różne  poważne  zajmuje,  wikariuszem  przy  farze  łomżyńskiej  jest  i  prefektem 
szkół, a niedługo proboszczem zostanie. I owszem, ojca ni rodziny nie zapominał, listy pisze, 
w odwiedziny przyjeżdża  i  serdeczny,  jak dawniej  bywało  i życzliwy, ale... ale pan  Antoni, 
bez obrazy boskiej, nie mógł jednak synowi darować tego odstępstwa. Jużci kapłaństwo, stan 
święty, ale i rzemiosło wstydu nikomu nie przynosi, a uczciwością i sumiennością, modlitwą i 
pracą też się wobec Boga zasłużyć dostatecznie można.  

Pan  Antoni  nigdy  tego  głośno  nie  powiedział,  bo  w  ogóle  mówić  za  dużo  nie  lubił,  a 

swoją  goryczą  tym  bardziej  przed  ludźmi  się  popisywać,  zwłaszcza,  że  i  zrozumienie  nie  u 
każdego  łatwo  znaleźć.  Nie  mówił  tedy,  ale  w  sobie  sumował,  a  im  bardziej  sumował,  tym 
częściej o Adeli rozmyślał i o wybraniu dla niej odpowiedniego męża, któremu by bez obawy 
mógł jatkę zostawić.  

Bo o trzecim dziecku, o Magdzie, nie warto tu było nawet wspominać. Buntownicza była 

i  niechętna,  w  głowie  wszystko  miała  tylko  nie  robotę  i  nie  ojcowski  sklep.  Ot,  teraz  już 
siódma  dochodzi,  już  pierwsza  klientela  zagląda,  a  Magda  znowu  się  spóźnia.  Aż  pięści 
zaciskały  się  panu  Antoniemu,  gdy  zerkał  na  puste  krzesełko  przy  kasie.  Tak  u  niego 
wszystko musiało być jak w zegarku, a tu taka smarkata cały porządek psuje.  

Już wczoraj  nie chciała  białego kitla  nałożyć  i siedzieć. Musiał aż krzyknąć  na  nią. Tak 

się rozpuściła.  

– Tatko – powiedziała – powinien sobie inną kasjerkę znaleźć. Ja w zimie nie mogę, ręce 

marzną i później są takie czerwone, jak u praczki.  

Nic  jej  na to nie odpowiedział,  bo go aż zatknęło,  lecz ułożył  sobie, że po powrocie do 

domu rozprawi się z nią jak należy. Nie doszło jednak do tego, gdyż Magdy nie było.  

– Gdzie mała? – zapytał Adeli siadając do kolacji.  

– Niby tatko nie wie. Na kursach.  

Te  właśnie  kursy  przewracały  Magdzie  w  głowie.  Pan  Antoni  był  tego  pewien. 

Oczywiście niejakie przygotowanie buchalteryjne może się dziewczynie przydać. Zgodził się 
na kursy, gdy mu wyliczyła, że niepotrzebnie wydaje się pieniądze na buchaltera, który dwa 
razy  w  tygodniu  przychodzi  do  jatki  prowadzić  księgi.  Ale  z  drugiej  strony  z  tych  kursów 
wszystkie fanaberie.  

Pan  Antoni  winił  tylko  siebie.  Nie  na  to  przecie  po  śmierci  nieboszczki  żony  zabrał 

Magdę z gimnazjum i posadził w sklepie, żeby mu się z powrotem do nauki wymykała. Samej 
nauce  nie  był  bynajmniej  przeciwny.  Ale  mając  już  doświadczenie  z  synem,  wiedział,  że 
szkoły  i  wykształcenie  odciągają  od  rodziny.  Już  lepiej  się  skalkuluje  płacić  buchalterowi 
pensję,  niż  ryzykować,  że  Magdzie  do  reszty  w  głowie  się  przewróci.  Dlatego  postanowił 
jeszcze dziś, nie zwlekając, pójść do właściciela kursów, pana Bratka i córkę wypisać.  

Właśnie  doszedł  do  tej  konkluzji,  gdy  przyszła  Magda.  Zarumieniona  od  chłodu, 

zdyszana,  z  niespokojnie  latającymi  oczyma.  W  długim  czarnym  palcie  ze  skunksowym 
kołnierzem wydawała się smukła, gibka i wysoka, nieomal wyższa od starszej siostry, chociaż 
w rzeczywistości była drobniejsza.  

Czeladnik Kamionka błysnął ku niej białymi zębami:  

–  Uszanowanie  pannie  Magdalenie.  Przez  godzinę  darmo  sprzedawaliśmy.  Z  powodu 

braku kasjerki. Wielkie święto dla klienteli.  

background image

 

10

Parsknął śmiechem, z fantazją podrzucił toporek i jednym uderzeniem oddzielił ćwiartkę 

w samym stawie, aż kloc jęknął.  

Magda spojrzała z pogardą na jego roześmianą oliwkową twarz, na pływające w niej duże 

jak śliwki oczy, nieznośnie nachalne. Nic nie odpowiedziała. Nie przez zarozumiałość, ale nie 
lubiła  go.  Wiedziała,  że  się  do  niej  mizdrzy,  wiedziała,  że  na  całym  Powiślu  słynie  jako 
uwodziciel  i  że  wystarczyłoby  jej,  Magdzie,  palcem  kiwnąć,  a  Kamionka  wyrzeknie  się  dla 
niej  całego  swego  powodzenia,  przestanie  wystrajać  głupie  miny  do  klientek,  a  już  przede 
wszystkim nieszczerze wzdychać do Adeli. Przyznawała w duchu, że jest ładny, że nie brak 
mu zgrabności, że nawet było w jego spojrzeniu coś niepokojącego i drażniącego, ale nigdy, 
ani przez chwilę  nie podobał się  jej przez tę swoją pospolitość, przez te trywialne dowcipy, 
przez  akcent  z  Powiśla  i  przez  zapach  mięsa,  który  szedł  odeń  nawet  w  niedzielę,  gdy  był 
wymyty i w świątecznym garniturze.  

Magda nie cierpiała mięsa. Jeszcze jako malutka dziewczynka była raz z ojcem w rzeźni. 

Widok  mordowanych  zwierząt,  czarna  dymiąca  krew,  która  z  bulgotem  wylewała  się  z 
szerokich  ran  na  podgardlu  i  rozpłatane  cielska,  prześwidrujące  bielą  kości  spośród 
ociekającej  czerwieni  –  napełniły  ją  wstrętem  i  przerażeniem.  Wprawdzie  z  biegiem  lat 
wspomnienie  to  zatarło  się  nieomal  doszczętnie,  pozostał  jednak  wstręt.  Przed  bytnością  w 
rzeźni  nieraz  przesiadywała  w  jatce,  lecz  wówczas  jej  wyobraźnia  nie  łączyła  mięsa,  które 
było towarem, z żywymi zwierzętami, które widywała latem na letnisku, a jeszcze częściej z 
okien  mieszkania  rodziców  przy  ulicy  Dobrej,  kędy  przepędzano  całe  stada  krów,  cieląt, 
owiec i trzody właśnie do rzeźni.  

Brzydziła  się  mięsa.  Czasami,  gdy  przy  większym  natłoku  w  jatce  musiała  pomóc  przy 

obsłudze  klientów,  umiała  zmusić  się  do  krajania  polędwicy  czy  szpondru,  ale  wątróbki, 
flaków, czy lekkich nie wzięłaby do ręki za żadne skarby. Z podziwem przyglądała się Adeli, 
a  dawniej  matce,  gdy  te  ze  spokojem  i  obojętnością  zanurzały  palce  w  tym  obrzydlistwie. 
Mężczyźni to inna rzecz. Ojciec, kiedy brał coś, zdawało się, że znikało to w jego ogromnych 
rękach.  Pan  Edmund  umiał  to  robić  z  jakąś  lubością.  I  Magda  była  przekonana,  że  z  takim 
uśmiechem  potrafiłby  wypatroszyć  człowieka.  Nawet,  gdy  nóż  brał  do  ręki,  a  spode  łba 
spojrzał na nią, odczuwała na grzbiecie lekki dreszcz.  

Zwykle siadywała w jatce tylko w rannych godzinach, w godzinach największego ruchu. 

Do  jedenastej,  najdalej  do  południa.  Odkąd  matka  umarła  i  ojciec  odebrał  ją  z  gimnazjum, 
było  tak  dzień  w  dzień,  rok  po  roku.  Musiała  siedzieć  w  kasie  i  odbierać  pieniądze  od 
kucharek  i gospodyń. Ojciec, Adela, czy pan Edmund wykrzykiwali  należną sumę, a rzeczą 
Magdy  było  rozróżnić  w  tłoku,  która  z  kupujących  ma  tyle  właśnie  zapłacić.  Należało  przy 
tym uważać, bo nieraz zdarzały się i takie, co chciały oszukać albo wyjść z jatki nie płacąc. 
Poniektórym zapisywało się wybrany towar w książce i tych Magda najwięcej lubiła. Liczenie 
pieniędzy,  zwłaszcza  w  zimie,  gdy  monety  namarzają  niczym  lód,  nie  należało  do 
przyjemności.  Ręce  grabiały,  chociaż  naciągała  grube  wełniane  rękawiczki  z  obciętymi 
końcami palców. Gdy chuchała  na  nie,  lub rozcierała  je w przerwach, pan  Kamionka rzucał 
zjadliwie:  

– Widzi panna Adela, a nie mówiłem, że ta manicura nie grzeje.  

Adela zaś  jak głupia wybuchała śmiechem. Nie dlatego, by  Magdzie sprawić przykrość, 

lecz  by  przypodobać  się  Edmundowi.  Magda  rozumiała  to  doskonale,  a  jednak  mściła  się 
później  na  siostrze.  Nie  było  to  nawet  trudne.  Wystarczyło  zakaszlać  głośniej  podczas 
układania się do snu i powiedzieć, że to pewnie suchoty, że to i dobrze, bo wszystkiego jej na 
świecie żałują, że od śmierci matki nikogo bliskiego nie ma. Wystarczyło znowu zakaszlać  i 
zrobić  bolesną  minę,  a  już  Adela  zrywała  się  z  łóżka  i  stawała  w  swojej  sztywnej  białej 
koszuli nad Magdą i bezradnie rozkładając grube ręce powtarzała:  

background image

 

11

– Magduś, serce moje, co też ty opowiadasz! Boga bój się!  

A  potem  zaparzała  maliny,  przynosiła  konfitury,  błagała  siostrę,  by  zmierzyła 

temperaturę.  Magda  postękiwała,  ukrywając  uśmiech  w  poduszce  i  zasypiała  otulona 
pieczołowicie  ze  wszystkich  stron.  Nazajutrz  zaś  niechybnie  otrzymywała  od  Adeli  jakiś 
podarek: koronkową chusteczkę, paciorki na szyję, albo i materiał na sukienkę.  

Między siostrami było czternaście lat różnicy i Adela wciąż po trosze traktowała Magdę 

jak dziecko. Że zaś własnych  marzeń  nie  miała, że wszystko co o sobie  myślała  i dla siebie 
układała,  dałoby  się  zamknąć  w  jej  zwykłym  powiedzeniu:  –  "Będzie,  jak  Bóg  da"  – 
wszystkie  swoje  nadzieje  i  ambicje  snuła  dokoła  przyszłości  siostry.  I  jeżeli  niechętnym 
okiem patrzyła na umizgi pana Edmunda do Magdy, to raczej z obawy o nią, niż o utratę jego 
względów.  Cóżby  to  był  za  los  dla  tej  pięknej  dziewczyny  wychuchanej  jak  kwiatek  z 
inspektów,  delikatnej  i  obytej,  czytającej  książki  i  wykształconej  wyjść  za  mąż  za  takiego 
Kamionkę?!...  Dla  siebie  Adela  też  w  tym  nie  widziała  wielkiego  losu,  ale  chłopak  był 
pracowity,  porządny,  nie  pił  zbyt  często,  a  przy  tym  aż  rwało  się  do  niego  serce,  taki  był 
ładny. Jeden w tym wszystkim tkwił feler, że liczył sobie dopiero lat dwadzieścia pięć, czyli o 
równych siedem lat od Adeli był młodszy.  

Zresztą nie należało dzielić skóry na żywym niedźwiedziu, gdyż pan Edmund, wprawdzie 

owszem, przychodził, to i owo podgadywał, ale o oświadczynach nie myślał, może i bojąc się, 
że  mu  ojciec  da  do  zrozumienia,  że  za  wysokie  progi  na  jego  nogi.  Miała  Adela  już  nieraz 
starających się, ale wszystko jakoś niczym się kończyło, bo pan Nieczaj w ludziach przebierał 
i mówił:  

– Masz za byle kogo wyjść, to lepiej siedź w domu.  

Zwłaszcza zaś zwracał uwagę, żeby konkurent z tego samego był fachu.  

–  Rzemiosło  to  nie  zwykły  handelek  –  powiadał,  że  to  każdy  może  się  doń  wziąć.  Tu 

trzeba znajomości z dziada na syna, z syna na wnuka. Dlatego czasy ciężkie się stały i tenże 
sam kryzys, że do wszystkiego ludzie bez pojęcia się biorą. Jak ma ostać się rzemiosło, kiedy 
wciąż nowi przychodzą?  

Ojciec mądry był i Adeli ani by w myśli nie postało wątpić o słuszności jego poglądów. 

Tym bardziej, że już dość długo żyła, aby zdążyć sprawdzić trafność opinii ojca. Niejeden z 
tych, o których pan Nieczaj  nie  miał dobrego zdania, z torbami poszedł, albo  i  na złą drogę 
trafił.  

W jednym tylko nie zgadzała się z ojcem: co do Magdy. Za surowy dla niej był, za wiele 

od niej  wymagał. Jakby gwałtem  chciał  ją przytrzymać w tej  jatce  i w tym domu, kiedy dla 
każdego,  kto  na  Magdę  bodaj  spojrzał,  jasnym  się  stawało,  że  taka  dziewczyna  do  innego 
życia stworzona. I Adela odczuwała to na każdym kroku. Czy to w sklepie, czy w domu przy 
gościach,  czy  zwłaszcza  na  wieczorkach,  w  Resursie  Rzemieślniczej,  gdzie  w  karnawale 
bywali, a  już szczególniej po prostu na ulicy. Niczym  panienka z  najlepszej rodziny. I  szyk 
taki  miała,  i  wzięcie.  Doprawdy  też  nie  żałowała  Adela  tych  zaoszczędzonych  na 
gospodarstwie  i  na  własnych  pończochach  pieniędzy,  które  wydawała  na  stroje  siostry.  Na 
stroje,  na  perfumy,  na  fryzjera  i  manicurzystkę.  Nawet  taki  wybryk  Magdusi,  jak 
wymalowanie sobie paznokci na nogach, nie wydawał się Adeli zbyt karygodnym. Skoro się 
ma takie piękne, takie równe i gładziutkie stopy, to pasują dla nich podobne wymysły. Adela 
długo  przyglądała  się  nogom  siostry  o  jasnoróżowych  piętach,  smukłych  palcach  i 
ciemnoróżowych błyszczących paznokciach. Przesunęła ręką po stopach i nie mogła wyjść ze 
zdumienia. Nigdy nie przypuszczała, że nogi mogą być takie ładne i nie wiedziała po co mają 
być takie.  

Wtedy  to  właśnie  Magda  zwierzyła  się  siostrze  ze  swojej  wielkiej  tajemnicy.  Adela 

musiała  przysięgnąć  na  obrazek  po  nieboszczce  matce,  że  nikomu  słóweczka  nie  piśnie  i  z 

background image

 

12

przerażeniem  wysłuchała  wyznania:  Magda  bynajmniej  nie  chodzi  na  kursy  buchalteryjne 
pana  Bratka,  lecz  do  takiej  szkoły,  gdzie  uczą  tańca  i  rytmiki.  I  nie  tańca  salonowego,  nie 
walca, tanga czy foxtrotta, ale takiego tańca, jak w balecie, co to na scenach są popisy.  

Magda długo  i obszernie opowiadała o tej  szkole, o dyrektorce, pani Iwonie  Karnickiej, 

która  kiedyś  była  primabaleriną  carskiej  opery  w  Rosji,  o  koleżankach,  między  którymi  są 
córki  adwokatów,  inżynierów,  pułkowników,  a  nawet  jest  jedna  prawdziwa  hrabianka. 
Opowiadała, jak odbywają się lekcje gimnastyki i tańca, tłumaczyła, że po skończeniu takiej 
szkoły  nie  każda  musi  zostać  tancerką  czy  tam  "girlsą",  chociaż  zdolniejsze  mogą  zrobić 
wielką  karierę,  a  dwanaście  najzdolniejszych  już  występuje  w  teatrze  rewiowym,  w  samej 
"Złotej Masce", ale i tak każdej kobiecie nauka taka przyda się o tyle, że robi się zgrabniejsza, 
zwinniejsza,  ma  więcej  gracji  i  wdzięku.  Nawet  w  szkole  jest  specjalny  kurs  dla  starszych 
pań, mężatek, i same bogate damy należą do tego kursu.  

– No, a tobie po co? – nie mogła przyjść do siebie Adela.  

–  Mnie?  –  zamyśliła  się  Magda  i  tak,  jak  siedziała  na  łóżku  w  różowej  kombinezce, 

podciągnęła  kolana  aż  pod  brodę,  zaplotła  ręce  dookoła  nóg  i  westchnęła:  –  Może  zostanę 
artystką, ale nie takim byle czym, tylko wielką artystką...  

– Ty?... szeroko otworzyła swe małe oczki Adela.  

–  A  dlaczegóż  by  nie?...  Pani  Iwona  mówi,  że  mam  talent.  Warunki  zewnętrzne  też  nie 

najgorsze.  

–  Niby  jakie  warunki?  –  zaniepokoiła  się  Adela,  gdyż  przyszło  jej  na  myśl,  że  rzecz 

dotyczy  pieniędzy,  że  zatem  ona  mogłaby  w  czymś  pomóc,  o  ile  owe  warunki  nie  są  zbyt 
wysokie.  

– Warunki zewnętrzne – wyjaśniła Magda – to w teatrze tak się nazywa uroda, budowa, 

rozumiesz?  

Tej nocy Adela oka zmrużyć nie mogła, a gdy posłyszała o czwartej nad ranem, że Wikta 

krząta  się  w  kuchni,  przygotowując  śniadanie  dla  ojca  i  dla  niej,  jeszcze  zanim  się  zaczęła 
ubierać,  podeszła  cichutko  do  łóżka  siostry  i  długo  wpatrywała  się  w  jej  długie  czarne  jak 
smoła  rzęsy,  w  rozrzucone  na  poduszki  brązowe,  prawie  rude  włosy,  w  delikatny  owal 
twarzyczki i wypukłe, jakby nożem wykrojone usta.  

–  Dlaczegóż  by  nie?  –  szeptała  do  siebie  –  dlaczego?...  Alboż  to  dla  niej  takie  życie?... 

Magdusia moja kochana, siostrunia moja jedyna...  

W  niepokoju,  w  zdumieniu  i  w  czułości  Adela  otarła  łzy  rękawem  nakrochmalonej 

koszuli.  Niełatwo  jej  było  pogodzić  się  z  tą  myślą,  niełatwo  uznać  rzecz  za  przesądzoną. 
Przypuszczała nawet, że to grzech z jej strony, grzech, że starsza siostra nie próbuje odwieść 
młodszej  ze  złej  drogi.  Adeli  nieraz  obijało  się  o  uszy,  jakie  to  zepsucie  jest  w  teatrze  i  że 
takie artystki to przeważnie lafiryndy, albo nawet na utrzymaniu u różnych bogaczy. Jednakże 
wiedziała z góry, że żadne namowy nie pomogą, a gdyby przysięgi nie dotrzymała i wygadała 
się  przed  ojcem  ze  wszystkim,  doszłoby  do  jakiegoś  nieszczęścia.  Zresztą  gdzieś  w  głębi 
pragnęła,  gorąco  pragnęła,  by  Magda  dostała  się  do  innego,  piękniejszego  życia,  by  została 
wielką  damą  z  tych,  co  jeżdżą  swymi  samochodami  i  rozmawiają  w  cudzoziemskich 
językach. Modliła się też, by Bóg ochraniał siostrę przed wszystkim złem, a zwłaszcza przed 
teatrem. Jednakże pragnęła dla niej bodaj wszystkiego, co byłoby w życiu ich rodziny jakimś 
zdarzeniem, czymś daleko odbiegającym od codzienności. Pragnęła tak, jakby mogła pragnąć 
dla  siebie  samej,  gdyby  nie  najgłębsze  przeświadczenie,  że  do  niczego  poza  ową  szarą 
codziennością nadać się nie potrafi.  

Tak  było  w  pierwszych  dniach,  w  pierwszych  tygodniach  po  zwierzeniach  siostry.  Z 

biegiem czasu przyzwyczaiła się jednak do tej myśli – zżyła się z nią. Codziennie po obiedzie 

background image

 

13

Magda  wychodziła  niby  na  kursy  buchalteryjne,  a  wracała  o  ósmej,  kiedy  już  ojciec  spał. 
Czasami  zjawiała  się  nawet  znacznie  później,  a  siostrze,  z  którą  sypiały  w  jednym  pokoju, 
tłumaczyła,  że  był  jakiś  popis,  czy  egzamin.  W  każdym  razie  tajemnica  Magdy 
spowszedniała, nie groziła już awanturą, skandalem, burzą.  

Tak przynajmniej zdawało się Adeli do tego właśnie popołudnia.  

Około dwunastej, jak zwykle, prawie cały towar był już rozprzedany i jatka opustoszała. 

O tej porze pan Nieczaj zwykle zabierał się do rachunków, a Magda obliczała kasę i szła do 
domu. Dziś jednak, skoro tylko Magda wyszła, ojciec zaczął zdejmować kitel i swoim niskim 
chrapliwym głosem zapytał:  

– Adelko! Kursy tego Bratka to na Żurawiej?  

W ręku Adeli znieruchomiał nóż. Zdołała tylko wyjąkać:  

– A... a... a... co?  

– Pytam: na Żurawiej? – powtórzył już gniewnie.  

Adela  bezradnym  spojrzeniem  obrzuciła  ściany,  spotkała  przymrużone  oko  pana 

Edmunda,  zauważyła,  że  mostek  cielęcy,  przygotowany  do  domu,  nie  został  zabrany  przez 
Magdę i że ktoś wywrócił kubeł od trocin, stojący w kącie.  

– Na Żurawiej – odpowiedziała cicho.  

Ojciec pochrząkując zdjął  fartuch, kitel, starannie obtarł papierem ręce  i  już zabierał  się 

do wyjścia, gdy Adela zrozumiała, że trzeba za wszelką cenę nie dopuścić, by ojciec wyszedł.  

– Niech tatko nie idzie – wydobyła z siebie.  

– Co mówisz? – zdziwił się pan Nieczaj.  

– Niech tatko najpierw pogada z Magdą.  

Stary zmarszczył brwi:  

–  Nie  wtrącaj  się  w  nie  swoje  sprawy.  Oporządź  wszystko.  Za  godzinę  wpadnie  tu 

Biesiadowski. O, tu masz dla niego pieniądze. I tego... hm... A dlaczegóż to mam nie iść? – 
zastanowił się.  

Adela  już  była  zdecydowana  przyznać  się  do  wszystkiego,  lecz  obecność  czeladnika 

uniemożliwiła wyznanie. Któż zabroni takiemu panu Edmundowi roznosić później po całym 
mieście, że panna Nieczajówna na jakieś tańce po kryjomu chodzi?...  

– Niech tatko nie idzie – powtórzyła tylko, a jej głos zabrzmiał jakoś dziwnie, bo ojciec 

obejrzał się i zatrzymał w drzwiach.  

Spojrzał na Adelę i zrozumiał, że musiało w tym być coś ważnego. Odkaszlnął i w jego 

oczach  wyraziło  się  zdumienie:  nie  był  przyzwyczajony,  by  ktoś,  a  zwłaszcza  rodzone 
dziecko stawało mu na drodze w jego postanowieniach.  

–  Edmund  –  odezwał  się  po  chwili  –  skocz  no  do  Pichcińskiego  po  te  weksle,  co  miał 

wczoraj przynieść.  

Pan Kamionka bez słowa odłożył toporek i wyszedł.  

– Co to jest? – groźnie zapytał pan Nieczaj.  

– O, Jezu, czego się tatko tak patrzy – próbowała ratować się odwleczeniem Adela.  

– Gadaj zaraz.  

– Co mam gadać, nic nie mam do gadania. Tylko to, że do pana Bratka nie ma po co iść... 

Nie ma po co, bo Magda i tak na te jego kursy już nie chodzi.  

background image

 

14

Wyrzuciła to z siebie jednym tchem i przeraziła się. Po pierwsze złamała przysięgę, a po 

drugie niepotrzebnie Wmieszała siebie w tę straszną awanturę, która teraz wybuchnie. Ojciec 
rzadko się gniewał, ale teraz, jak amen w pacierzu wybuchnie. Adela raz tylko widziała ojca 
w  gniewie,  a  chociaż  było  to  coś  przed  piętnastu  laty,  dotychczas  drżała  na  samo 
wspomnienie.  Wówczas  schowała  się  pod  łóżko  i  aż  jakichś  konwulsji  dostała  ze  strachu. 
Było to wtedy, gdy brat nieboszczki matki świeżo wyszedł z więzienia i przychodził do nich 
na  Dobrą  ulicę  z  pretensjami.  Wówczas  ojciec  dowiedział  się,  że  wujek  za  niego  coś  tam 
podpisał. Wtedy niepotrzebnie wygadała się matka, a teraz ona.  

Ojciec  wyjął  ręce  z  kieszeni,  zrobił  się  jeszcze  bardziej  czerwony  i  zapytał 

nadspodziewanie spokojnie:  

– Jak to nie chodzi?  

– Nie chodzi, no, nie chodzi i już. Ja więcej nic nie wiem. Jak Boga kocham, nic nie wiem 

– broniła się piskliwym głosem.  

– Mów, pókim dobry!  

Twarz  ojca  wykrzywiła  się  w  jakimś  skurczu,  Adela  zaś,  chociaż  drżała  ze  strachu, 

obiecywała sobie na wszystkie świętości, że więcej pary z gęby nie puści.  

– Ja nic nie wiem, nic nie wiem, nic nie wiem.  

– Przecież chodzi, co dzień chodzi – nacierał ojciec.  

Adela spuściła oczy i milczała.  

– Jeżeli nie na kursy do Bratka, to gdzie?... Mów, psiajucho! – wybuchnął nagle – bo cię 

na drobny mak rozsypię.  

– O, Jezu, Jezu! – zajęczała Adela.  

Widziała  pochylającą  się  nad  sobą  zsiniałą  twarz  ojca,  na  ramionach  uczuła  bolesny 

zacisk jego rąk.  

– Dokąd, do kogo chodzi! Mów, bo cię rozerwę! Jak się on nazywa?  

Pomimo  dojmującego  bólu  i  przerażenia  Adela  zrozumiała  nagle,  o  co  ojciec  Magdę 

podejrzewa.  

–  Boże  broń,  niech  tatko  puści  –  niemal  krzyknęła.  –  Co  też  tatko  sobie  wyobraża, 

Magda, uchowaj Boże, nie taka.  

Pan Nieczaj potrząsnął córkę z całej siły:  

– Nie łżesz?!  

– Co mam łżeć! Niech tatko puści.  

– Więc gdzie chodzi?  

– Do szkoły.  

– Do jakiej szkoły?  

– Tańców się uczy.  

Pan Nieczaj puścił ramiona Adeli, wyprostował się, sapał przez chwilę.  

– Jak tatko mógł o rodzonej córce tak nawet pomyśleć! – ośmielała się Adela.  

– Więc gadaj. Tylko wszystko, jak jest! – spokojnie już odezwał się ojciec.  

I  Adela  opowiedziała  wszystko,  o  tej  pani,  co  za  carskich  czasów  była  baletnicą,  o 

córkach  doktorów  i  inżynierów,  o  "Złotej  Masce",  gdzie  zdolniejsze  uczennice  tańczą,  o 
gimnastyce,  którą  uprawiają  nawet  wielkie  damy.  Pan  Nieczaj  słuchał  w  milczeniu,  bębnił 
palcami po ladzie i patrzył przez okno.  

background image

 

15

Adela skończyła i zaryzykowała dodać:  

– W tym nic takiego złego nie ma.  

–  Milcz;  gadzino!  To  po to  ja  ciebie  wychowałem,  żebyś  ty  za  moimi  plecami  rodzoną 

siostrę na dziwkę kierowała?  

– Co ja? Dlaczego niby ja – przeraziła się odpowiedzialności Adela.  

– Ty, boś już nie wymawiając dość stara i powinna byłaś pilnować młodszej! Tfu! Głupie 

baby! Tfu!...  

Splunął z rozmachem, wierzchem dłoni otarł włosy i wyszedł. Zawrócił w stronę domu i 

szedł  swoim  ciężkim,  równym  krokiem,  nikomu  nie  ustępując  drogi,  jak  zwykle  kiedy  był 
zamyślony, niczym tramwaj sunący po szynach. Długo jeszcze nie mógł zebrać myśli i wciąż 
powtarzał:  

– Głupie baby, psiejuchy, głupie baby!...  

Nigdy  zbyt  wysoko  nie  trzymał  o  kobiecym  rozumie,  lecz  ilekroć  zdarzyło  się  coś,  co 

potwierdzało  jego  krytyczną  opinię,  dziwił  się,  jakby  jakiejś  niespodziance.  Bo  co  go  tu 
najbardziej uderzyło, to głupota córek, zwłaszcza Adeli. Przy Magdzinych osiemnastu latach, 
nie należało wymagać zbyt wiele rozsądku. Ale żeby ta stara krowa!...  

W pierwszej chwili pan Nieczaj wyobraził sobie rzecz najgorszą, toteż gdy okazało się, że 

Magda  chodzi  tylko  do  szkoły  tańca,  nieco  odsapnął.  Rzecz  jest  brudna,  paskudna,  ale  do 
odrobienia.  Najbardziej  go  zabolała  ta  zmowa  córek.  Tak  się  mu  wywdzięczały,  że 
oszukiwały  go  najbezczelniej  w  świecie.  Te  pieniądze,  które  dawał  na  kształcenie  dziecka, 
szły  za  jego  plecami  na  to;  by  z  tego  dziecka  zrobić  lafiryndę.  By  jego  czyste,  uczciwe 
nazwisko  utytłać  w  rynsztoku,  by  go  przed  ludźmi  upokorzyć.  Jakżeby  śmiał  wówczas 
spojrzeć  w  oczy  choćby  takiego  Chróścińskiego,  z  którym  przestał  się  witać,  odkąd  jego 
córka zamieszkała "na wiarę" z człowiekiem rozwiedzionym, niejakim Lempkiem.  

–  Pan,  panie  Chróściński  –  powiedział  mu  wtedy  przy  świadkach  –  Pan  nie  jesteś  dla 

mnie kompania.  

Nie  nadawał  się  pan  Nieczaj  do  kompromisu.  Nie  umiał  na  złe  sprawy  patrzeć  przez 

palce, ani  nawet zmilczeć, gdy widział, że ktokolwiek postępuje  nie tak, jak należy,  nie tak, 
jak  sumienie,  prawo  i  obowiązek  nakazują.  Przeciwnie:  głośno  i  przy  każdej  sposobności 
walił  prosto  z  mostu  co  o  czym  myśli  krótko,  zwięźle  i  bezapelacyjnie.  Nigdy  o  nikim  nie 
wypowiadał ujemnego sądu, zanim w rzeczy się nie upewnił: gdy już jednak wiedział, jak się 
należy; nie znał ani współczucia, ani litości. Pierwszym i głównym podziałem, jaki do ludzi 
stosował,  był  podział  na  uczciwych  i  nieuczciwych,  a  rodziców,  którzy  nie  umieli  dzieci 
wychowywać w moralności i obyczaju, potępiał, jako głównych winowajców, o ile naturalnie 
jabłko  nie  padło  zbyt  daleko  od  jabłoni,  a  rodzice  wyrodka  się  nie  wyparli.  Znano  też  w 
mieście i w branży pana Nieczaja z tej strony i jeżeli mógł się szczycić szacunkiem ludzkim, 
to właśnie dlatego.  

Kalkulował  to  wszystko  sobie  pan  Nieczaj  i  rozważał,  a  jeżeli  czegoś  w  tej  chwili 

żałował, to jedynie tego, że Magdy zaraz wypędzić z domu nie mógł. Nie mógł zaś dlatego, 
że  sama  myśl  o  tym,  teraz  gdy  już  ochłonął,  krajała  mu  serce  aż  do  fizycznego  bólu.  I  nie 
tylko z tej przyczyny, że chodziło tu o jego dziecko lecz i z tej, że była nim właśnie Magda. 
Bodaj  po  raz  pierwszy  w  życiu  poczuł  stary  Nieczaj,  że  ją,  właśnie  ją  najbardziej  ze 
wszystkich kocha, że choć nigdy jej tego nie okazał, ale nosił ją zawsze w swej myśli, jak coś 
może  najmniej użytecznego, może najbardziej obcego, nieswojskiego, ale właśnie pięknego, 
upiększającego, cennego.  

Sam myślał, że po powrocie do domu zbije smarkatą jak Bóg przykazał na kwaśne jabłko, 

a  przecież,  gdy  tylko  wielkim  kluczem  drzwi  otworzył,  a  ona  z  drugiego  pokoju  wychyliła 

background image

 

16

głowę,  poczuł,  że  nie  potrafi.  I  to  jeszcze  bardziej  rozsierdziło  pana  Antoniego,  jeszcze 
większą goryczą zalało mu wnętrze. Widział, że oto chwieje się w nim coś, że o mały włos, a 
po sprawiedliwości by nie postąpił.  

Pomału  zdejmował  bekieszę,  szalik,  czapkę,  ciężko  wycierał  buty  o  słomiankę.  Nic  nie 

odpowiedział na zdziwione zapytanie córki, co się stało, że tatko tak wcześnie wrócił. Usiadł 
przy  stole,  szeroką  dłonią  zgarnął  kilka  okruszyn  z  zielonej  ceraty  i  dobra  chwila  upłynęła, 
zanim zawołał:  

– Magda!  

Dziewczyna weszła i stanęła naprzeciw. W ręku trzymała rurki do karbowania włosów.  

– Co tatko każe? – zapytała nie podnosząc oczu.  

Zresztą pan Antoni tego nie zauważył, gdyż sam też wbił oczy w podłogę.  

–  Słuchaj,  Magda  –  zaczął  tak  spokojnie,  aż  się  sam  sobie  dziwił.  –  Jak  się  nazywa  ta 

szkoła, do której chodzisz?  

Dziewczyna przestąpiła z nogi na nogę.  

– Przecie tatko wie – wybąkała cicho.  

–  Wiem  –  wrzasnął  nagle  ojciec  i  uderzył  pięścią  w  stół  aż  meble  zadrżały,  lecz  zaraz 

opanował  się.  –  Ty  mogłaś  tak  mnie  okłamywać?...  Mów!...  Rogówką  chciałaś  zostać?... 
Rynsztoki wycierać?... Jak się nazywa ta szkoła?  

Magda przełknęła ślinę.  

– Pani Iwony Karnickiej, szkoła choreograficzna.  

– Jak?  

– Szkoła choreograficzna, pani Karnickiej.  

–  Pani?  Jakiej  pani?  –  wybuchnął.  –  Rajfurki,  dziwki!  Co  te  porządne  dziewczęta  w 

rozpustę  wciąga.  Już  ja  jej  pokażę!  Już  ja  z  nią  pogadam,  po  swojemu!  Do  milicji  rajfurkę 
zaskarżę!  

–  Ależ  tatko,  co  tatko  mówi!  –  przeraziła  się  Magda  –  ona  nikogo  nie  wciąga.  Tam 

najporządniejsze panienki...  

– Milcz, głupia!  

– Tatko mi tylko wstydu narobi.  

Pan Nieczaj oniemiał.  

– Jak to? Ja ci wstydu narobię?... Ja?... Czyś całkiem oszalała?... To ja ciebie od wstydu 

ratuję,  ja  dzięki  Bogu  w  porę  swoje  uczciwe  nazwisko  osłaniam  od  wstydu,  któryś  ty  mi 
przyniosła, a ona mi tu o wstydzie?!...  

Magda, cała drżąca, z rozszerzonymi oczyma stała przed nim, a on mówił:  

– I nie hańba to? I nie wstyd tak teraz ślipiami przede mną świecić? Tfu! Tfu!  

Odszedł dwa kroki, zatrzymał się i zapytał:  

– Czy jesteś co winna tej rajfurce?  

– To nie żadna rajfurka, to artystka – roztrzęsionym głosem zakrzyknęła Magda.  

– To już moja rzecz. Gadaj, ile jesteś tam dłużna?  

– Nic nie jestem dłużna.  

– Na pewno?  

– Po co miałabym kłamać.  

background image

 

17

–  No,  więc  dobrze.  Od  jutra  będziesz  wstawała  razem  ze  mną,  o  piątej.  Razem  ze  mną 

będziesz  chodziła  do  sklepu,  a  po  robocie  marsz  natychmiast  do  domu  i  ani  kroku  za  próg. 
Słyszałaś?  

Magda milczała.  

– Słyszałaś? – powtórzył groźnie.  

– Przecież słyszę, bo tatko tak krzyczy, że cała kamienica słyszy. Mam być w więzieniu, 

to będę.  

– Jeżeli  nie podoba ci się rodzicielski dom, to uważaj, żebyś do prawdziwego więzienia 

nie trafiła. I pamiętaj, żeby twoja noga u tej rajfurki nie postała! Pamiętaj!  

Podniósł wielką jak bochen pięść i chwiał nią przed twarzą córki. Stała ze spuszczonymi 

rękami i cała jej postawa wyrażała rezygnację i posłuszeństwo. Tylko w spojrzeniu Magdy tlił 
się bunt.  

Nie ruszyła się z  miejsca, gdy ojciec wychodził.  Wiedziała, że  wobec  jego postanowień 

jest  bezsilna,  lecz  nie  odczuwała  strachu.  Wcześniej,  czy  później  musiało  się  tak  skończyć, 
musiało do tego dojść. Ostatecznie widywali  ją przecież  ludzie, gdy chodziła  na Piękną, a u 
Bratka na kursach uczył się młody Kowalszczak. Zresztą nie obchodziło Magdy, jaką drogą i 
przez kogo ojciec dowiedział się prawdy. Może i Adela wygadała się?... Nie o to już chodziło. 
Teraz było  najważniejsze,  by ojciec  nie  narobił awantury pani  Karnickiej. Ośmieszyłby tym 
Magdę  nie  tylko  przed  dobrą  panią,  lecz  i  przed  wszystkimi  koleżankami.  A  to  skuteczniej 
zamknęłoby przed Magdą drogę do powrotu, niż wszystkie zakazy domowe.  

Ani przez chwilę, zarówno wtedy, gdy ojciec na nią krzyczał, jak i teraz, kiedy spokojnie 

rozważała  swoje  położenie,  Magda  nie  myślała  o  wyrzeczeniu  się  dawnych  zamiarów.  Nie 
wiedziała jeszcze, jak to zrobi, w jaki sposób uwolni się spod kontroli, skąd weźmie pieniądze 
na opłacenie szkoły, nic nie wiedziała poza tym jednym, że przecież nie da sobie odebrać tego 
wielkiego  pięknego  świata,  który  ją  tak  pociągał.  Przez  głowę  szybko  przelatywały  cienie 
projektów: wezwania pomocy którejś z koleżanek, potajemnego wymykania się wieczorami, 
gdy  ojciec  zaśnie,  pożyczenia  od  kogoś  pieniędzy  albo  po  prostu  zabrania  ich  z  kasy.  Lecz 
wszystko to było  nierealne. Magda zaś  miała duże poczucie rzeczywistości, zmysł opierania 
się  na  prostych  i  pewnych  podstawach.  Lecz  jeżeli  w  jej  rozmyślaniach  coraz  częściej 
powracało  nazwisko  pana  Biesiadowskiego,  było  w  tym  niemało  racji.  Po  pierwsze  pan 
Biesiadowski  miał u ojca  swoje znaczenie, a po  wtóre Magda wiedziała, że się  mu podoba. 
Była  nawet  pewna,  że  dlatego  właśnie,  że  właśnie  dla  niej  pan  Biesiadowski  tak  często 
przychodził  do  jatki  po  inkaso,  chociaż  gdzie  indziej  posyłał  swoich  pomocników,  a  sam 
zaledwie  raz  na  miesiąc,  czy  dwa  zaglądał  dla  ogólnych  rozrachunków.  Magdzie  się  nie 
podobał. Był brzydki i mały, prawie że niższy od niej. Jednak dość go lubiła. W każdym razie 
był bardziej okrzesany od tych mężczyzn, którzy przychodzili trzy, czy cztery razy do roku na 
imieniny  ojca,  Adeli,  czy  jej  własne,  a  których  poza  tym  widywała  na  tańcach  w  Resursie 
Rzemieślniczej.  

Tak  czy  owak,  wszystkie  plany  trzeba  było  na  razie  odłożyć,  a  tylko  postarać  się,  by 

ojciec zaniechał owej zapowiadanej awantury na Pięknej. Najprostszym zaś na to sposobem, 
co wyczuwała instynktownie, będzie najściślejsze podporządkowanie się życzeniom ojca.  

Tegoż  wieczora  Magda  dowiedziała  się  od  siostry,  co  i  jak  odbyło  się  w  sklepie.  Ku 

zdumieniu  i  radości  Adeli  wcale  nie  robiła  jej  wyrzutów.  –  Cóż  by  pomogły?  Magda,  nie 
umiała  robić  rzeczy  bezcelowych,  umiała  godzić  się  z  faktami  dokonanymi  przynajmniej  o 
tyle;  by  nie  walić  głową  o  mur,  skoro  się  wie,  że  mur  jest  twardszy.  Dlatego  też,  ku 
ponownemu  zdumieniu  siostry,  pierwsza  ułożyła  się  do  snu,  a  nazajutrz  wstała  jeszcze 
wcześniej  niż  ojciec,  pomagała  w  kuchni  i  sama  podała  śniadanie.  Pan  Nieczaj  nic  nie 
powiedział,  gdy  na  dzień  dobry  pocałowała  go  w  rękę,  zupę  również  jadł  w  milczeniu, 

background image

 

18

dopiero gdy postawiła przed nim patelnię z  jajecznicą  na słonince, odezwał się zwyczajnym 
tonem:  

– A przypomnij mi, Magda, żebym w południe do Urzędu Skarbowego poszedł.  

– Dobrze, tatku.  

– Ciągają człowieka i ciągają – dodał jakby do siebie.  

W sklepie od rana było jak co dzień z tą różnicą, że Magda raz po raz zrywała się od kasy 

i pomagała przy ekspediowaniu.  

Mróz tego dnia zelżał, szyby odtajały. Na posadzce w środku i koło olbrzymiego kloca, 

na którym rąbano mięso, zrobiły się dwie małe kałuże czarniawej wody. Pan Edward musiał 
kilka razy dosypywać tam trocin. Klientki, jak zwykle, wykłócały się o mniejszą ilość kości, o 
lepsze  kawałki  mięsa.  Ale  to  tylko  z  Edmundem  lub  z  Adelą.  Gdy  którą  obsługiwał  sam 
ojciec,  żadna  nie  ośmieliła  się  robić  uwag.  Nawet  największa  odbiorczyni,  pani  Kolasińska, 
która  prowadziła  wielki  pensjonat  na  Ordynackiej  i  brała  co  dzień  po  piętnaście,  a  nawet 
dwadzieścia  kilo  towaru,  przyjmowała  bez  szemrania  wszystkie  kawałki,  jakie  dawał  pan 
Nieczaj.  

Magda  zawsze  z  jednakowym  podziwem  przyglądała  się  robocie  ojca.  Gdy  pociągnął 

nożem, albo  szybkim,  nieznacznym  zamachem rąbnął  na klocu –  nieomylnie wypadała taka 
waga, jakiej było trzeba.  

–  Mięso  swego  wyczucia  wymaga  –  mawiał,  pouczając  czeladnika  –  na  ten  przykład 

starsze, co od starszego bydlęcia pochodzi, można liczyć na ten sam powiedzmy szponder o 
ćwierć kilo więcej, bo starsza sztuka kości cięższe ma, a i soki jej nie takie już lekkie.  

Pan Kamionka z uwagą słuchał pouczeń, bo wiedział, że takiego drugiego fachowca, jak 

jego majster, nie znajdzie. Sam zresztą, według określenia pana Nieczaja, był "zdolny", co w 
takich ustach miało wagę największego komplementu, gdyż pan Nieczaj nad nikim rozpływać 
się nie lubił, a chwalił bardzo rzadko.  

Magda  przyglądała  się  pracy  w  jatce,  przechodniom,  szybko  migającym  po  wąskim 

chodniku,  samochodom,  ciężko  wjeżdżającym  pod  górę,  a  że  kasa  była  tuż  przy  oknie,  a 
większość  mieszkańców  dzielnicy  była  znana  Magdzie  przynajmniej  ze  słyszenia  i  z 
widzenia, zamyślała się nad ich zajęciami, losem, sprawami.  

Szare było to wszystko i jakieś mizerne i beznadziejne. I jeżeli Magda dziwiła się czemu, 

to  właściwie  temu,  że  ludziom  wystarcza  ta  ich  szarość,  te  jednakowe  dni  i  to  powszednie 
życie. Nie umiała pojąć nawet swego ojca, który przecież ma w banku sporo pieniędzy i place 
na  Czerniakowie,  i  willę  w  Falenicy,  a  żyją  wciąż  tak,  jakby  nic  nie  mieli,  sami  pracują  w 
chłodzie  i  w  tym  ohydnym  mięsie,  od  którego  czasem  aż  mdło  się  robi.  A  przecież  nawet 
znacznie  biedniejsi  miewają  i  mieszkania  ładne,  i  inaczej  się  ubierają,  i  o  innych  rzeczach 
mówią  i  w  ogóle  żyją.  Więc  jakże  można  zadowolić  się  tą  szarzyzną,  skoro  się  obok  widzi 
świat barwny, wesoły, piękny, skoro ulicami, tam w śródmieściu, pędzą  lśniące samochody, 
złocą się wystawy wspaniałych sklepów, huczą kawiarnie i restauracje, skoro za złotówkę w 
kinie  można  zobaczyć  dalekie  kraje,  palmy,  dziwy,  bale  i  okręty,  wytwornych  mężczyzn  i 
kobiety  tak  delikatne,  jak  kwiaty.  Jak  można  wiedzieć  o  tym  wszystkim  i  zadowolić  się 
zabłoconą  Tamką,  dwoma  pokoikami  z  kuchnią  na  trzeciaku,  brudnymi  schodami  i  odorem 
surowego mięsa?...  

Im dłużej żyła, tym większe ogarniało ją zdumienie: większa pewność, że cały ten smutny 

światek to jedynie krótkotrwała przystań, z której ona, Magda, wyleci na dalekie przestrzenie, 
gdzie  szeleszczą  palmy,  tryskają  fontanny,  gdzie  dzwonią  kryształy,  lśnią  brylanty,  gdzie 
warto żyć.  

background image

 

19

I  właśnie  ta  pewność,  że  do  takiego  życia  jest  stworzona  dodawała  Magdzie  spokoju 

teraz,  gdy  posłusznie  spełniała  swoje  obowiązki  w  jatce  i  przesiadywała  w  domu.  Jedno 
wygrała: ojciec  nie poszedł do Iwony z  awanturą, która by raz  na zawsze skompromitowała 
Magdę w oczach koleżanek, która by zamknęła jej jedyną drogę do pięknego życia.  

Po dłuższym i trzeźwym namyśle Magda uznała tę właśnie drogę za jedyną. Kiedyś, gdy 

chodziła  jeszcze  na  pensje  i  była  bardzo  dziecinna,  oczekiwała,  że  pewnego  dnia  spotka, 
wracając  do  domu,  jakiegoś  gwiazdora  filmowego,  księcia,  milionera,  lub  przynajmniej 
rotmistrza od ułanów, że zakochają się w sobie od pierwszego wejrzenia i uciekną razem za 
granicę,  może  nawet  do  Ameryki.  Była  wtedy  w  piątej  klasie  gdy  właśnie  spotkała  takiego 
pana. Miał na imię Jerzy, powiedział, że jest przemysłowcem, że jest bardzo nieszczęśliwy i 
że Magda  ma cudne włosy. Nazajutrz spotkał  ją  znowu, a na trzeci dzień zaproponował,  by 
przyszła  do  niego  obejrzeć  pokojowe  kino.  Mieszkał  bardzo  ładnie  na  placu  Napoleona,  w 
mieszkaniu pachniało perfumami i było moc nieprzyzwoitych obrazów, i puszyste dywany, i 
wspaniały  gramofon.  Nie  było  tylko  pokojowego  kina  i  to  wydało  się  Magdzie  od  razu 
podejrzane. Za to zaczął z nią tańczyć, częstował słodkim winem i całował. Był to pierwszy 
mężczyzna,  z  którym  się  całowała.  Gdy  powiedział,  że  ją  kocha,  zapytała,  czy  się  prędko 
pobiorą.  Wówczas  on  oświadczył,  że  niestety,  jest  żonaty.  Była  tak  tym  zgnębiona,  że 
rozpłakała się i chciała iść do domu, a on nie puścił jej, póki nie obiecała, że jutro przyjdzie. 
Nie przyszła jednak więcej, a to dlatego, że zwierzyła się nazajutrz koleżance z siódmej klasy, 
pannie Jóźwińskiej, ta zaś wytłumaczyła Magdzie wiele rzeczy, o których dotychczas Magda 
pojęcia nie miała. Drugą miłością był właśnie brat Toli Jóźwińskiej. Zaprzyjaźniły się po tych 
zwierzeniach i Tola zapraszała ją do siebie na potańcówki: Pan Jóźwiński był bardzo bogatym 
adwokatem, a Karol studiował na Politechnice, miał motocykl z wózkiem i kilka razy zabierał 
Magdę aż za Wilanów.  

Karol  był  zupełnie  inny.  Czytał  jej  wiersze  i  pięknym  niskim  głosem  śpiewał  piosenki, 

gdy się zaś całowali, robił się całkiem nieprzytomny i chciał ją rozbierać: Też przysięgał, że 
ją  kocha,  a  później  okazało  się,  że  jest  zaręczony  z  panną  Peszlówną  z  ósmej  klasy,  której 
ojciec miał fabrykę czekolady.  

Te  nieliczne  doświadczenia  wystarczyły  Magdzie  do  rozwiania  dziecinnych  złudzeń.  Ci 

mężczyźni z pięknego świata chcieliby tylko całować i pieścić, ale żaden nie przyznałby się 
do  niej  przy  kobietach  ze  swego  środowiska.  Pamiętała  fotografię  żony  Jerzego,  szykownej 
damy, a i Karol, gdy było więcej gości, nie zwracał na nią uwagi. Wstydził się jej, bo była źle 
ubrana, nie umiała zachować się wytwornie i mówić o ich znajomych.  

Dlatego  doszła  do  przekonania,  że  najpierw  trzeba  być  kimś,  najpierw  trzeba  umieć 

czymś  zaimponować,  żeby  zdobyć  sobie  wstęp  do  ich  świata.  Ponieważ  zaś  w  tym  właśnie 
okresie przeczytała życiorys Poli Negri i historie kilku innych wielkich gwiazd filmowych – 
postanowiła  zostać  artystką.  Tamte  również  pochodziły  z  bardzo  skromnego  środowiska,  a 
jednak  doszły  do  wszechświatowej  sławy.  Zapewne,  sprzyjało  im  szczęście,  ale  przede 
wszystkim miały wolę dojścia do czegoś własnymi siłami, miały talent, no, i urodę. Woli zaś 
Magdzie nie brakowało, co do talentu, to pani Iwona zapewniała ją o tym, jeżeli zaś chodziło 
o  urodę,  Magda  mogła  być  pewna  siebie.  Zwłaszcza  odkąd  sprawiła  sobie  palto  ze 
skunksowym  kołnierzem  i  ten  płaski  czarny  kapelusik,  który  odsłaniał  całą  połowę  głowy, 
prawie,  że  nie  było  mężczyzny,  który  by  się  za  nią  na  ulicy  nie  obejrzał.  W  sklepie  mało 
pokazywała  się  mężczyznom  i  siedziała  tu  w  ohydnym  białym  kitlu,  a  przecież  też  miała 
powodzenie.  

Taki pan Biesiadowski to oczu z niej nie spuszczał. Teraz przychodził codziennie, nawet 

kiedy ojca nie było. Lubiła go za to i także za jego jakby nieśmiałość, gdy się do niej zbliżał. 
Natomiast  raziła  Magdę  jego  obojętność  na  własny  zewnętrzny  wygląd.  Był  jeszcze  młody, 
jak na mężczyznę: miał około czterdziestki, a chodził w starym kożuchu i w długich butach, 

background image

 

20

chociaż  sam  ojciec  mówił,  że  "Biesiadowski  tyle  ma,  że  mógłby  mnie  trzy  razy  kupić  i 
sprzedać". Rzeczywiście, prawie połowa handlu wieprzowiną w Warszawie znajdowała się w 
ręku Biesiadowskiego. Kiedyś służył w wojsku w Legionach i dosłużył się rangi porucznika, 
a  później  był  dostawcą  do  wojska.  Wreszcie  całkiem  przerzucił  się  na  handel  trzodą. 
Porządny był człowiek i ogólnie lubiany.  

Nawet pan Edmund, który nie pominął nigdy okazji, by każdemu przypiąć łatkę, o panu 

Biesiadowskim  wyrażał  się  z  szacunkiem.  Najwyżej,  ku  ubawieniu  obu  Nieczajówien,  od 
czasu do czasu naśladował lwowski akcent Biesiadowskiego i jego szybki sposób mówienia. 
Pan  Biesiadowski  pochodzi  z  Krosna,  gdzie  jego  ojciec  był  krawcem.  Magdzie,  gdy 
dowiedziała się o tym, mimo woli nasunęła się złośliwa myśl, że musiał być złym krawcem, 
skoro  syn  tak  brzydko  się  ubiera.  Zdarzyło  się  kiedyś,  że  pan  Biesiadowski  zaproponował 
Magdzie pójście do kina. Podziękowała mu pięknie, lecz właśnie z powodu jego wyglądu nie 
chciała  pójść,  pomimo  tego,  iż  obecny  przy  tej  propozycji  ojciec  zdawał  się  nic  nie  mieć 
przeciw.  

Odwrotnie.  Pan  Antoni  –  tak  się  przynajmniej  Magdzie  wówczas  zdawało  –  miał  jej  za 

złe,  że  odmówiła.  Nieraz  też  wyrażał  się  o  panu  Biesiadowskim  przychylnie,  jakby  w  celu 
zwrócenia uwagi córki.  

Teraz Magda wszystko to przypomniała sobie, układała i rozważała. Wynikiem zaś tych 

rozważań  było  to,  że  pierwsze  zjawienie  się  pana  Biesiadowskiego  w  sklepie  na  Tamce, 
zaznaczyło się dostrzegalnym dla wszystkich ożywieniem Magdy. Ponieważ sklep o tej porze 
był prawie pusty i kasjerka niewiele miała do roboty, mogła sobie pozwolić na miłą rozmowę 
z miłym interesantem. Wypytywała go o ceny, o źródła zakupu, słuchała uważnie wywodów 
o przewadze trzody wielkopolskiej nad innymi, o wpływie przegonu na spadek jakości mięsa, 
a zwłaszcza słoniny, o zatargach na giełdzie mięsnej, o stosunkach w rzeźni. Uśmiechała się 
często  i  spoglądała  na  pana  Biesiadowskiego  tak,  że  ten,  coraz  wygodniej  przypierał  się  do 
kontuaru kasy  i ani  myślał wychodzić, chociaż przed  jatką czekał  nań  jeden z pomocników, 
który raz po raz zaglądał przez drzwi i pokaszliwał niecierpliwie.  

Nazajutrz  powtórzyło  się  to  samo  z  taką  różnicą,  że  pan  Biesiadowski  przyszedł 

wcześniej, a wyszedł jeszcze później.  

–  Magduś,  powiedz  no  –  zapytała  wieczorem  Adela  –  o  czym  wy  rozmawiacie  z 

Biesiadowskim?  

– O różnych rzeczach.  

Adela podrapała się po głowie i oświadczyła tonem głębokiego przeświadczenia:  

– On tak patrzy na ciebie, żeby cię zjadł.  

Magda wybuchnęła śmiechem, później wydęła dumnie usta i wzruszyła ramionami:  

– Niejeden taki się znajdzie, co by mnie chciał zjeść, ale nie dla psa kiełbasa.  

– Jak to? – zdziwiła się Adela.  

– Tak to.  

– Więc po cóż ty do niego tak?  

– Niby jak? – ironicznie zapytała Magda.  

–  Ojej  –  skrzywiła  się  Adela  –  już  mnie  oczu  nie  zamydlisz!  Przecież  robisz  do  niego 

słodkie miny.  

– No więc co?  

– To musi ci się podobać – zakonkludowała tryumfalnie Adela.  

– Głupia jesteś. Dobranoc. Odwróciła się plecami Magda i udała, że śpi.  

background image

 

21

Na trzeci dzień pan Biesiadowski przyszedł aż dwa razy. Raz, jak zwykle, a za drugim po 

to,  by  powiedzieć,  że  niestety  musi  na  dwa  dni  wyjechać  na  kontrakty  do  Torunia  i 
Bydgoszczy.  

– To pana tu aż przez dwa dni nie będzie? – zawołała z takim zmartwieniem w głosie, że 

Biesiadowski aż poczerwieniał i przestąpił z nogi na nogę.  

–  Interesy,  panno  Magdaleno  –  powiedział.  –  Człowiek  dla  siebie  czasu  i  godzinki  nie 

urwie. Zwłaszcza, że właściwie mówiąc, nie zawsze się ma powód, czyli przyczynę.  

– Bo pan pewno takiej przyczyny nie szuka – lekko rzuciła Magda.  

– Niczego bym bardziej nie pragnął, jak znalezienia. Niech mi panna Magdalena wierzy, 

przysięgam Bogu.  

Niepotrzebnie tak gorąco Magdę zapewniał. Nie  miała co do tego żadnych wątpliwości. 

Wystarczał  mały  jej  uśmiech  lub  wymowniejsze  spojrzenie,  by  Biesiadowski  ożywiał  się  i 
rozpromieniał.  Gdy  zrobiła  smutną  minkę,  nie  ukrywał  zaniepokojenia  i  obawy.  Słowem 
zdawała sobie dokładnie sprawę, że można na nim grać, niczym na skrzypcach. Nie cieszyła 
się jednak tym sukcesem aż tak bardzo, jak ją o to podejrzewała siostra. Cieszyła się inaczej: 
oto zaczynał się przed nią zarysowywać plan działania.  

Jedynym  sposobem  wyzwolenia  się  spod  kontroli  ojca,  jedynym  sposobem  uzyskania 

względnej  swobody było wytrzaśnięcie sobie takiego konkurenta, który  by przypadł ojcu do 
gustu i do którego miałby on zaufanie.  

Jeżeli Magda zdecydowała się właśnie na pana Biesiadowskiego, to głównie z tej racji, a 

poza  tym  dlatego,  że  zdawało  się  jej,  iż  Biesiadowski,  bardziej  niż  każdy  inny,  da  się  tak 
nakręcić, jak ona zechce, że po prostu uda się jej powodować tym człowiekiem według swej 
woli.  

Z  Torunia  pan  Biesiadowski  przysłał  kolorową  widokówkę,  przedstawiającą  pomnik 

Kopernika. Na odwrocie napisał:  

"Szanownej  Pannie  Magdalenie  przesyłam  serdeczne  ukłony  z  grodu  Kopernika.  –  Z 

serdecznym poważaniem Feliks Biesiadowski."  

Kartka została pięć razy przeczytana przez Adelę, dwa razy przez Magdę, a pan Nieczaj 

obejrzał  ją  starannie,  po  czym  zrobił  luźną  uwagę,  że  dobrze  wychowanych  i  porządnych 
ludzi,  którzy  i  grzeczność  umieją  okazać  i  latawcami  nie  są,  coraz  mniej  spotyka  się  na 
świecie i tylko głupi nie ceni sobie szczęścia, że udało mu się zetknąć w życiu z takim.  

–  I  pewno  –  przytaknęła  Magda,  chcąc  sprowokować  ojca  do  dalszych  wynurzeń,  lecz 

pan Antoni tylko chrząknął i nic nie powiedział.  

Była  to  sobota.  Nazajutrz  pan  Biesiadowski  przyjechał.  Przewidywania  Magdy 

sprawdziły  się,  gdyż  około  dziesiątej  rano  przyszedł  z  wizytą.  Był  wprawdzie  u  nich  w 
mieszkaniu już ze trzy razy, ale to tylko w interesach, w dni powszednie. Tej niedzieli zjawił 
się  całkiem  prywatnie,  co  zostało  zaznaczone  odświętnym  strojem,  w  jakim  go  dotychczas 
Magda  nigdy  nie  widziała.  Miał  na  sobie  jesionkę  marengo,  melonik,  brązowe  skórzane 
rękawiczki,  lakierki  i  dwurzędowy  granatowy  garnitur.  Wszystko  to  było  nowe,  świeże, 
czyste  i  nawet  nieźle  zrobione,  ale  na  nim  nie  wyglądało  elegancko.  Taką  już  miał  postać 
niepozorną.  Może  i  zażenowany  był  nieco,  chociaż  nadrabiał  miną,  a  może  wskutek  tego 
nadrabiania wydawał się jakiś niezdarny i trochę śmieszny.  

Pan  Nieczaj  właśnie  czytał  gazetę,  siedząc,  jak  każdej  niedzieli,  przy  oknie  w  pokoju 

córek, gdyż tam  było widniej. Jego własny pokój, spełniający  jednocześnie rolę  jadalni oraz 
bawialni,  w  niedzielę  bywał  specjalnie  porządkowany.  W  oknach  zawieszało  się  czyste 
firanki,  na  podłodze  rozścielało  się  piękny  zielony  dywan,  który  przez  cały  tydzień  stał  w 

background image

 

22

przedpokoju,  zwinięty  w  wielką  rurę,  stół  nakrywało  się  wzorzystą  serwetą,  haftowaną 
jeszcze przez  nieboszczkę panią Nieczajową. Nad wyglądem tego reprezentacyjnego pokoju 
czuwała Adela. Sama czuła się jakoś wytworniej i szczęśliwiej, gdy wypucowała tu podłogę, 
drzwi  i  szyby  aż  do  idealnej  czystości,  gdy  przybrała  wiszącą  nad  stołem,  wielką  lampę 
bujnymi frędzelkami z niebieskiej i różowej bibułki, gdy szerokie łóżko ojca zasłała pod kant 
i w imponującej symetrii spiętrzyła na wezgłowiu cztery białe jak śnieg poduszki.  

– Że też ci się chce tak tyrać! – nieraz wzruszała ramionami Magda.  

–  Zawsze  tak  jest  co  innego  –  z  upodobaniem  przyglądała  się  swojej  robocie  Adela  – 

elegancko.  

– Elegancko? – z bezlitosną ironią drwiła Magda – ty też masz pojęcie o elegancji!  

– Jednak porządniej – broniła się speszona Adela.  

– Kiedy tak się mieszka – lekceważąco machała ręką Magda – to już wszystko jedno.  

Pomimo  to  Adela  nie  odstąpiła  od  zwyczaju.  Bądź  co  bądź  w  niedzielę  często 

przychodzili  goście,  krewni,  znajomi,  niejedna  zawołana  gospodyni,  która  później 
rozpowiadałaby, że Nieczajowie mieszkają jak w chlewie (taka to jedną pajęczynkę zobaczy, 
a już jej chlew będzie), poza tym młodzi ludzie, kawalerowie. Oni też na to uważają, bo jeżeli 
który  (niekoniecznie,  ale  a  nuż)  poważne  ma  zamiary,  to  patrzy,  czy  panna  czystość  i 
porządek lubi, czy potrafi mieszkanie ładnie urządzić, żeby wstydu nie zrobić.  

Przed tą zaś niedzielą Adela jeszcze zawzięciej szykowała pokój, gdyż i ona spodziewała 

się  wizyty  pana  Biesiadowskiego.  Ponieważ  zaś  drżała  na  myśl,  że  może  mu  się  u  nich  nie 
spodobać,  że  może  się  cofnąć  –  wszystko  lśniło  niczym  lustro.  Małżeństwo  z  panem 
Biesiadowskim  Adela  uważała  dla  Magdy  za  wielki  los,  jaki  się  tylko  raz  w  życiu  i  to  nie 
każdej  może  trafić.  Młody,  bogaty,  pracowity,  z  szacunkiem  u  ludzi,  ani  na  wyścigach  nie 
gra, ani hula, do kościoła regularnie chodzi, za kobietami nie lata, prawie nie pije. A przy tym 
delikatny, z ogładą, nawet porucznikiem był.  

Adela nie zwierzała się z tych swoich myśli nikomu, ale wiedziała, że i ojciec na pewno 

tak samo na tę sprawę patrzy i chyba również Magda, chociaż ta, to zawsze dla pozoru nosem 
kręci, ale tym razem to tylko udaje,  bo przecie rozsądku  jej  nie  brak, a gdyby on  jej  się  nie 
podobał, to by z nim nie gadała w sklepie i nie robiłaby do niego słodkich oczu.  

Pan Biesiadowski przywitał się i wszyscy usiedli przy stole. Ojciec wypytywał o podróż, 

on wesoło  i szybko opowiadał, zachwycał się kulturą na Pomorzu, gdzie w  chlewach  nawet 
bieżąca woda jest i elektryczność, gdzie ludzie są robotni i uczciwi, chociaż twardzi. Adela i 
Magda  przysłuchiwały  się  w  milczeniu,  a  pan  Nieczaj  potakiwał  i  kiwał  głową,  zaś  po 
kwadransie zadyrygował:  

– No, panny, dajcie nam teraz co przekąsić, bo śniadanie dawno się jadło, a tu niedługo 

trzeba będzie na sumę iść. Nie odmówisz pan, panie Biesiadowski?  

– Z przyjemnością – skłonił się gość.  

Adela zerwała się i pobiegła do kuchni. Magda zaś rozesłała na stole biały obrus, wyjęła z 

kredensu  talerze,  noże,  widelce,  ustawiła  w  środku  nie  napoczętą  butelkę  czystej  i  wielką 
karafkę z wiśniówką domowej roboty.  

Widząc tylko dwa nakrycia i dwa kieliszki, pan Biesiadowski zapytał uprzejmie:  

– A to widzę, panie z nami niełaskawe?  

– One już tam sobie podjedzą, jeżeli są głodne – uśmiechnął się pan Nieczaj.  

– My musimy dbać o linię – wesoło dopowiedziała Magda, nalewając potężne kieliszki.  

background image

 

23

Tymczasem  Wikta  przyniosła  talerz  ze  śledziami  marynowanymi  i  drugi  z  grzybkami. 

Adela zaś ustawiła półmisek z wędliną i miseczkę z kiszonymi ogórkami.  

– No, w imię Boże! – podniósł swój kieliszek pan Nieczaj.  

Gość brzęknął swoim:  

– Żeby nam się dobrze działo!  

Wychylili, prychnęli i zabrali się do śledzia.  

–  Nieraz  tak  myślę  –  odezwał  się  pan  Biesiadowski  –  czemu  to  tyle  smakołyków,  a  to 

homarów, a to łososiów jest na świecie, a lepszej przekąski od śledzia nie znajdziesz?  

–  Bo  wszystkie  nowe  wymysły  –  z  przekonaniem  odpowiedział  pan  Nieczaj  –  to  tylko 

moda.  Fiut...  przejdzie  i  nie  ma.  Grunt  to  trzymać  się  tego,  co  dawniej  bywało.  No,  nasze 
kawalerskie!  

Adela raz po raz, gdy na talerzu gościa zaczynało się przerzedzać, zrywała się i dokładała, 

a to baleronu, a to pasztetowej, a to szynki. Magda czuwała nad  napełnianiem kieliszków, a 
gość to na prawo, to na lewo dziękował.  

–  No,  ale  teraz  –  oświadczył  coś  przy  piątej  kolejce  –  to  już  musimy,  panie  Nieczaj, 

wypić zdrowie dam.  

– Owszem, należy się – zgodził się gospodarz.  

– Ale to już i panie powinny z nami wypić. Szanowny ojczulek chyba nie zabroni?  

– Dlaczego – wzruszył ramionami pan Antoni – mają ochotę, to niech wypiją.  

Adela zachichotała i wydobyła jeszcze dwa kieliszki.  

–  Ale  mnie  to  odrobinkę  –  żachnęła  się  –  zupełnie  nie  trunkowa  jestem.  I  Pan 

Biesiadowski porwał karafkę i uspokajająco zapewnił:  

– Wiśnióweczki śmiało można. No, zdrowie pięknych pań!  

Ukłonił się obu siostrom, ale pijąc, cały zwrócił się do Magdy i wypróżniwszy kieliszek, 

postawił przed  nią do góry dnem, podsunąwszy uprzednio kromeczkę chleba, by obrusu  nie 
zaplamić.  

– Po takim zdrowiu – zawołał – już nawet pić nie wypada.  

Jednak  wypadło,  a  wypadło  dlatego,  że  właśnie  zjawił  się  nowy  gość,  szwagier  pana 

Nieczaja,  pan  Zaklesiński,  właściciel  zakładu  rymarskiego  na  Lesznie,  człowiek  niestary 
jeszcze  i  słynący z  humoru, a zwłaszcza  z tego, że  miał wielki talent  mówienia wierszem. I 
dwie godziny mógł tak gadać, a wszystko akuratnie pasowało do rymu. I nie tylko ze swojej 
głowy, ale na każde pytanie wierszem odpowiadał. Sam pan Nieczaj nieraz aż zdumiewał się i 
mówił:  

–  Żebyś  szwagier  większe  wykształcenie  miał,  to  i  literatem,  jak  sam  Mickiewicz, 

mógłbyś zostać.  

Oczywiście Adela zaraz przyniosła dla wuja nakrycie, a on zaczął sypać rymami, niczym 

z worka.  

–  Widzę,  że  jest  poczęstunek,  mięso,  ogórki  i  trunek,  a  w  towarzystwie  takim,  chyba 

byłbym  lada  jaki,  żebym  ze  szwagrem  kochanym  i  z  wielce  szanownym  panem  nie  chciał 
pospołu zasiąść do stołu, więc żebyście mnie za kpa nie mieli – wypiję z wami przy niedzieli. 
Szczególniej,  że  mróz  na  dworzu,  w  twoje  ręce,  gospodarzu.  A  cóż  to  piękne  panienki,  co 
mają odświętne sukienki, im też wypić się należy, przy tej świątecznej odzieży.  

Mówił  to  z  bardzo  poważną  miną,  tylko  wąsy  sobie  pociągał  ku  dołowi,  jakby  z  nich 

słowa nizał i okiem to na jednego, to na drugiego łypał, a oni śmieli się z podziwem.  

background image

 

24

– Niczym z drukowanego czyta – stwierdził pan Nieczaj, zaś gość od razu wypalił:  

– Skoro wódka znakomita, człowiek dowcip ma i kwita.  

– A niechże pana! To pan chyba ma pełne kieszenie tych rymów!  

A pan Zaklesiński, jakby tylko na to czekał:  

–  Gdy  są  panowie  i  damy,  wolę  mówić  wierszami,  bo  grzeczniejsze  to  ujęcie  przy 

zakąsce i przy święcie.  

I tak wciąż. Magdzie się zdawało, że wuj Zaklesiński wprost oczekuje na to, by się ktoś 

odezwał, żeby mu zaraz wierszem dogadać. Jeżeli o nią chodziło, nie lubiła wuja właśnie za 
to.  Wuj  czasem,  jak  wpadł  w  ferwor,  to  nawet  kłócił  się  wierszami.  W  jego  zakładzie  na 
Lesznie,  gdzie  bywała  czasami  z  interesami  ojca,  nawet  niektórzy  czeladnicy  usiłowali 
naśladować  majstra,  jednak  wyłącznie  za  jego  plecami.  Gdy  bowiem  pan  Zaklesiński 
dosłyszał tylko wypadkiem, że ten czy ów usiłuje mu dorównać, bez pardonu go wyśmiewał, 
robiąc  rymy  nawet  z takich  słów,  że  wstyd  ich  było  słuchać.  Wówczas  robił  się  złośliwy,  a 
jego  wąski,  garbaty  nos,  sterczący  nad  wąsami  niczym  siekiera,  stawał  się  czerwony  i 
błyszczący. Na ogół jednak był człowiekiem wesołym i ogólnie go lubiano.  

Wkrótce  po  nim  przyszli  dwaj  bracia  Olszewscy  i  żona  starszego  z  nich,  Pawła. 

Olszewscy  mieli  jatkę  w  Mokotowie  i  młodszy  z  nich,  Zygmunt,  który  świeżo  wyszedł  z 
wojska, rozglądał się podobno za żoną.  

W  pokoju  zrobił  się  teraz  gwar,  gdyż  to  należało  do  specjalności  pani  Pawłowej.  Taka 

była  piskliwa,  chichotliwa  i  gadatliwa.  Co  drugie  słowo  wykrzykiwała  "ojej",  wszystkich 
zarzucała  pytaniami,  a  chociaż  znajdowała  się  już  chyba  w  siódmym  miesiącu,  wciąż  tak 
samo  wymachiwała  rękami,  podskakiwała,  przesiadała  się,  chwili  nie  mogła  usiedzieć  na 
miejscu. Na oko była młodsza od Adeli, lecz w rzeczywistości miała już blisko czterdziestkę, 
bo wiadomo było, że z mężem są w jednym wieku.  

Półmisek  znowu  powędrował  do  kuchni  i  wrócił  wyładowany  aż  po  brzegi,  na  stole 

zjawiła  się  znowu  butelka  czystej  wyborowej  i  dwie  angielki,  bo  po  pierwsze  kieliszków 
zabrakło,  a  po  drugie  nowi  goście  musieli  dopędzić  kolejkę.  Adela  z  wypiekami  na  twarzy 
krzątała  się  dokoła  stołu,  młodszy  Olszewski  zdawał  panu  Biesiadowskiemu  relację  z  tego, 
jak  teraz  w  wojsku  karmią,  starszy  wraz  z  żoną  radził  się  pana  Nieczaja  w  jakiejś 
skomplikowanej  sprawie  zatargu  z  restauracją  Hubisza,  a  wuj  Zaklesiński  to  tu,  to  tam 
dogadywał swoimi wierszami.  

Magda niecierpliwie spoglądała na zegarek. Obliczała sobie, że dziś spotka u Zbawiciela 

Zosię Jasionowską, koleżankę ze szkoły choreograficznej. Jeżeli uda się wykręcić i pójść do 
Zbawiciela, to będzie  mogła przed  Zosią wytłumaczyć się pani Iwonie  chorobą, albo czymś 
takim.  

Wreszcie  i  pan  Nieczaj  wyciągnął  z  kieszeni  swój  wielki,  złoty  zegarek;  przy  którym 

pobrzękiwały  dwa  małe  kluczyki,  był  to  bowiem  zegarek  jeszcze  nieboszczyka  dziadka  z 
czasów, kiedy nakręcało się je kluczykami. Pan Nieczaj zakaszlał, wstał i powiedział:  

–  Bardzo  miłym  gościom  za  pamięć  i  towarzystwo  dziękuję,  za  skromną  przekąskę 

przepraszam, ale już czas na mszę świętą. Co złego to nie ja... Dziękuję i czas się wybierać.  

–  Kiedy  czas,  to  i  czas,  w  kościele  nie  zabraknie  nas  –  natychmiast  zawołał  pan 

Zaklesiński.  

Goście  wychwalali  wędliny  i  gościnność  gospodarza,  krzesła  zastukały,  zabrzęczały 

nakrycia, szybko zbierane przez Wiktę. Pani Pawłowa z Adelą ubierały się w drugim pokoju, 
mężczyźni naciągali zwierzchnie ubrania tutaj.  

Magda podeszła do pana Biesiadowskiego i zapytała półgłosem:  

background image

 

25

– A pan idzie na sumę do Wszystkich Świętych?  

– Mogę, panno Magdaleno, z panią wszędzie.  

–  Kiedy  ja  właśnie  chciałabym  do  Zbawiciela  i  jeżeli  pan  powie  tatce,  że  pan  idzie,  to 

tatko mnie pozwoli z panem.  

Rzeczywiście, nie omyliła się. Ojciec wprawdzie nie przyjął tego zamiaru z uznaniem. Od 

wielu lat rodzina Nieczajów chodziła na sumę tylko do Wszystkich Świętych, chociaż to dalej 
i  obca  parafia.  Jednakże  zgodził  się.  Magda  prędko  nałożyła  palto,  kapelusz,  rękawiczki  i  z 
lekka  przynaglając  pana  Biesiadowskiego,  potrafiła  tak  wymanewrować,  by  wyjść  z  nim 
przed resztą towarzystwa. Nie to, żeby się wstydziła ich na ulicy, lecz nie lubiła chodzić całą 
kupą.  

Był jasny mroźny dzień, niebo czyste i niebieskie, ulice białe od przymarzniętego śniegu. 

Skręcili  w  lewo,  w  kierunku  przystanku  tramwajowego,  lecz  tu  czekało  co  najmniej 
pięćdziesiąt osób, jak zwykle w niedzielę. Wobec tego postanowili iść pieszo.  

– Dla pana, panie Feliksie – zaczęła Magda – to pewne poświęcenie, że musi pan iść ze 

mną, ale niech już pan przecierpi.  

Zaśmiał się szeroko:  

– Daj mi Boże takie cierpienie na całe życie.  

Zatrzymała się i poważnie spojrzała mu w oczy:  

– Panie Feliksie, niech pan tak nie mówi, niech pan tak nie myśli nawet.  

– Dlaczego? – zdziwił się.  

– Bo ja jestem... bardzo zła. Bardzo. I nie taka, jak się panu zdaje.  

W jej głosie zabrzmiało jakby oskarżenie, lecz on potrząsnął głową:  

– Po co mi  się  ma zdawać! Dzień  jasny, każdy włosek widać. A co do tego, co pani  na 

siebie mówi, głupi byłbym gdybym za co innego liczył, jak za skromność.  

Nic nie odpowiedziała i szli dłuższy czas w milczeniu i Magda zastanawiała się, czy zaraz 

mu powiedzieć o swoich wielkich planach, o szkole pani Iwony, o "Złotej Masce", o tym, że 
chce  go  prosić  o  pomoc.  A  nuż  się  z  miejsca  prze  straszy?  A  nuż  odmówi  i  jeszcze  ojcu 
powtórzy?...  Ostatecznie  wiedziała  tylko  to,  że  się  mu  podoba,  czy  jednak  gdy  dowie  się 
wszystkiego,  nie  zrazi  się  do  niej?  Ludzie  są  tak  głupi.  Przyjrzała  mu  się  ciekawie.  Twarz 
miał poczciwą i pomimo różowości, jakby bezbarwną, wąskie usta, cofnięty podbródek. Brwi 
i  krótko  przystrzyżone  wąsiki  nie  miały  żadnego  koloru.  Wyglądał  tak  niepozornie  i 
niezdarnie,  że  patrząc  nań,  wprost  wierzyć  się  nie  chciało,  że  ten  człowiek  własną  pracą, 
własną pomysłowością i wytrwałością dorobił się dużego majątku:  

– I po co mu to? Po co takim, jak on, pieniądze – myślała Magda.  

Wiedziała,  że  mieszka  gdzieś  na  Pradze,  że  żyje  bardzo  skromnie,  że  nawet  uchodzi  z 

tego  powodu  za  sknerę.  Może  to  i  prawda,  bo  na  przykład  teraz  i  co  by  mu  szkodziło 
zafundować taksówkę?...  

Nie, zdecydowała się – jeszcze mu nic nie powiem.  

– O czym pani tak rozmyśla? – zagadnął.  

– O panu.  

– O mnie? – prawie przestraszył się.  

– Tak. Myślę; po co właściwie pan pracuje, po co zarabia, po co?  

– Jak to po co?... Trzeba pracować. Interesy tego wymagają.  

– No tak, ale na co panu te interesy?  

background image

 

26

Zaśmiał się zaskoczony:  

–  Dziwne  pani  zadaje  pytania.  Po  co?...  No,  wszyscy  ludzie  pracują,  każdy  ma  swoje 

interesy. Trzeba żyć.  

Chrząknął i dodał:  

–  Bez  roboty  żaden  człowiek  nie  wytrzyma.  Cóż  w  tym  nadzwyczajnego?  A  pani  nie 

pracuje?... Też pani ojcu pomaga.  

Magda wykrzywiła usta:  

–  Może  właśnie  dlatego  nie  rozumiem,  po  co  pan  tak  bardzo  pracuje.  Ja  co  innego... 

Muszę...  Ojciec  wymaga.  Ale  pan?...  Kto  panu  każe?...  Jeszcze  rozumiałabym,  gdyby  pan 
hulał,  puszczał  pieniądze,  bawił  się.  A  tak, to  po  co,  w  jakim  celu?  Żeby  żyć,  to  wystarczy 
przecie panu to, co już pan ma.  

Biesiadowski  był  zdumiony.  Magda  wydała  się  mu  nagle  znacznie  rozumniejsza,  niż 

wszystkie inne kobiety. Skąd jej do głowy takie myśli przychodzą?... Sam rzeczywiście nigdy 
nie  zastanawiał  się  nad  tym.  Czuł,  że  argumenty,  które  przed  chwilą  przytoczył,  nie  miały 
żadnej wagi. Mówiąc szczerze, pracował, bo się tak ułożyło, bo tak szło, bo nic nie popchnęło 
go do szukania zmiany dotychczasowego trybu życia.  Ze  szkoły technicznej, gdzie kształcił 
się na mechanika, poszedł do Legionów, bo każdy prawy Polak powinien był pójść, że zaś był 
wytrwały, sumienny, obowiązkowy i na odwadze mu nie zbywało, a szczęścia trochę miał – 
awans  szedł  za  awansem.  Gdy  zaś  po  pokoju  ryskim  zaczęły  się  weryfikacje  oficerów,  bez 
żalu  przyjął  do  wiadomości,  że  brak  wykształcenia  zamyka  mu  karierę  wojskową.  Będąc 
żywym i przedsiębiorczym, za radą dawnych kolegów zaczął dostawy wojskowe. Najpierw na 
mniejszą  skalę,  później  na  większą,  wreszcie  nawinęła  się  taka  okazja,  że  skupił  w  swoim 
ręku dostawę wieprzowiny dla kilku garnizonów i to już postawiło go na pewne nogi. Po paru 
latach, poznawszy gruntownie rynek, przerzucił się na szerszy handel trzodą.  

Zmienił się teren jego działania, zmieniały się jego zajęcia i kwoty dochodów – tylko on 

sam nie zmieniał się, ani jego tryb życia.  

Panu Biesiadowskiemu dobrze było na świecie. Dobrze u ojca w Krośnie przy warsztacie, 

dobrze w szkole technicznej we  Lwowie, dobrze w wojsku, w okopach  i intendenturze, i  na 
dostawach,  i  na  giełdzie  mięsnej,  i  w  rzeźni,  i  na  targowisku,  i  w  małych  knajpkach,  gdzie 
zapijało się transakcje,  i w wielkich  bankach, gdzie załatwiało się  sprawy  finansowe. A gdy 
człowiekowi jest dobrze na świecie – czym się ma kłopotać?... Gdy człowiek zajęty jest pracą 
od wczesnego świtu aż po późny wieczór, kiedyż znajdzie czas do zastanowienia się nad tym, 
po co żyje, po co haruje?  

Idąc  obok  Magdy,  spoglądał  na  nią  z  niepokojem.  Była  jeszcze  ładniejsza,  niż  zwykle, 

lecz jakaś niebezpieczna.  

–  Po  co  pracuję?...  –  myślał  z  natężeniem.  –  Głupie  pytanie.  Czy  człowiek  koniecznie 

musi wiedzieć, co dlaczego robi?...  

Takie  jego przeznaczenie,  i  już. I  co  może zmienić przez to, że się  będzie trapić takimi 

myślami.  Co  pomoże  drzewu,  że  będzie  głowić  się,  dlaczego  ma  ciągnąć  soki  z  ziemi, 
kwitnąć i wydawać owoce. Gdyby zaczęło się zastanawiać, przestałoby robić swoje i nikt by 
zeń  pożytku  nie  miał,  ani  ono  samo.  Ciągnie  soki,  kwitnie,  owocuje,  bo  takie  jego 
przeznaczenie, taka jego natura. Właśnie, natura...  

Nie  był  zbyt  pewien  swego  rozumowania  i  dlatego  nie  powtórzył  go  głośno.  Magda 

mogłaby  go  jeszcze  wyśmiać.  Zresztą,  nie  lubił  powtarzać  swoich  myśli  innym.  Tej  swego 
rodzaju  skrytości  nauczył  się  jeszcze  w  wojsku,  gdzie  bardziej  wykształceni  koledzy  nieraz 
nabijali się z jego wywodów politycznych czy strategicznych. Bynajmniej nie miał siebie za 
durnia, lecz widocznie, czy to myśli mu jakoś się kiełbasiły, czy nie umiał ich dobrze wyrazić, 

background image

 

27

dość,  że  wolał  zatrzymywać  je  dla  siebie.  Natomiast,  zdania  swego  nigdy  nie  wstydził  się: 
białe – to białe, a czarne – to czarne.  

Tak i teraz powiedział Magdzie:  

– Człowiek swoją naturę ma, a moja natura to jest praca.  

Zdawało  mu  się,  że  tym  już  zamknął  kwestię  bezpowrotnie.  Magda  jednak 

zaprotestowała:  

– Ale pracuje się dla jakiegoś celu: dla pieniędzy, dla sławy, dla... czy ja wiem, czego? A 

to tak, jakby pan powiedział: idę, bo moja natura wymaga, bym szedł. A przecież idzie się w 
jakimś celu, nie tylko dla samego przebierania nogami.  

–  Owszem,  panno  Magdaleno  –  zaśmiał  się  uradowany  z  szybkiego  znalezienia 

odpowiedzi – owszem, są ludzie, co spacerują, żeby spacerować, żeby przebierać nogami.  

– Robią to dla zdrowia – upierała się.  

– Albo dla przyjemności chodzenia.  

– Więc jednak mają cel.  

– I ja też mam cel: pracuję, bo praca sprawia mi przyjemność.  

Wybuchnął  śmiechem.  Był  niezwykle  kontent  z  siebie,  czuł,  że  przekonał  Magdę,  że 

jemu  samemu  spadł  z  głowy  przykry  i  niespodziewany  problem.  A  jednocześnie  Magda 
przestała mu się wydawać istotą dziwną i niebezpieczną. Przeciwnie, stała się jeszcze bardziej 
pożądana, jeszcze piękniejsza, bliższa, łatwiejsza do osiągnięcia. Od mrozu zaróżowiły się jej 
policzki  tym  cudownym  rumieńcem,  jakiego  nie  widział  u  żadnej  innej;  był  ciemny,  jakby 
przypalony, a  jednocześnie  niezwykle delikatny  w barwie. Bo  i  cerę  miała  niezwykłą  jakąś, 
złotą, co przy jej prawie miedzianych włosach stwarzało pyszną całość.  

Pan  Biesiadowski  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  kocha  Magdę,  a  przynajmniej,  że  ją 

właśnie i tylko ją chciałby mieć za żonę. Od dawna zdobyłby się na powiedzenie tego i jej, i 
panu Nieczajowi, gdyby nie obawa, że panna Magdalena nie zechce o tym słyszeć.  

Dotychczasowe  życie  nie  nauczyło  Biesiadowskiego  zbyt  wielkiej  pewności  siebie  w 

stosunku  do  kobiet.  Nie  miał  u  nich  powodzenia.  Dotąd  wszakże  nigdy  się  tym  zbytnio  nie 
przejmował. Po prostu nie zależało mu na powodzeniu. Od czasu do czasu trafiała się ta lub 
inna, u której odnosił jakiś sukces, lecz i tych sukcesów nie przypisywał sobie lecz kaprysom 
partnerek, lub ich nadziejom na zawartość jego portfela. Nie gorszył się tym. O kobietach był 
zdania,  że  są  to  istoty  z  gruntu  inne,  ani  złe,  ani  dobre,  lecz  inne,  a  na  zgłębienie  się  w  ich 
psychologię nie miał ani czasu, ani ochoty.  

Magda  była  pierwsza,  co  do  której  powziął  skonkretyzowane  zamiary  małżeńskie. 

Podobała się mu od pierwszego ujrzenia, lubił z nią rozmawiać, a choćby tylko patrzeć na nią. 
Do  niedawna  jednak  traktowała  go  z  tak  wyraźną  obojętnością,  że  nie  miał  odwagi  szukać 
sposobu zbliżenia.  

O ile w interesach i w stosunkach z ludźmi nigdy nie był tchórzem, tu najzwyczajniej w 

świecie bał się i umiał to sobie wyraźnie powiedzieć. Wprawdzie brał pod uwagę fakt, że nie 
jest  byle  kandydatem,  że  bądź  co  bądź  nie  może  być  uważany  za  starego,  że  posiada  dość 
duży majątek że cieszy się niezłą opinią. U wielu innych panien wystarczyłoby to z nawiązką. 
Ale panna Magdalena – czuł to – musiałaby dopiero go pokochać, a wtedy można by  liczyć 
na jej zgodę.  

Na  Nowym  Świecie  był  taki  tłok,  że  przeciskali  się  z  trudnością.  Jak  co  niedzieli,  o  tej 

porze  tłumy  ludzi  zapełniały  chodniki.  Wszystko  to  szło  do  Świętego  Krzyża,  do  Wizytek 
Karmelitów i dalej na Miodową do Kapucynów, lub też odwrotnie na plac Trzech Krzyży do 
Św. Aleksandra. Nie brakło i zwyczajnych spacerowiczów, co podążali albo na Trzeci Most, 

background image

 

28

albo w Aleje Ujazdowskie. Magda i Biesiadowski skręcili w Mokotowską, gdzie był znacznie 
mniejszy ruch.  

– Mówią – odezwała się Magda – że za granicą kobiety znacznie są elegantsze. Ale chyba 

i  warszawianki  nie  takie  już  najgorsze.  Naliczyłam  samych  karakułów  z  pięćdziesiąt,  a  ile 
futer  fokowych,  kretów  i  innych...  Cóż,  każda  umiałaby  ładnie  się  ubierać,  gdyby  miała 
pieniądze.  

–  Każda  nie  każda  –  z  rozwagą  odpowiedział  Biesiadowski  –  ale  panna  Magdalena  z 

pewnością. Już to pani ma taki prawdziwy szyk.  

– Co też pan mówi...  

–  Przysięgam  Bogu  –  zapewnił,  a  po  chwili  wahania  dodał.  –  Ot,  pytała  pani,  po  co 

mężczyzna  ma  pracować?  A  na  przykład  choćby  po to,  by  ożenić  się,  a  żonie  dać  możność 
ubierania się... Karakuły, futra, suknie. Żeby niczego nie brakowało, żeby w dobrobycie żyła 
bez żadnych trosk.  

Magda milczała, więc westchnął:  

– Po to warto i ręce sobie urobić... Samo się rozumie dla kobiety, którą się pokocha.  

– I pan myśli, że kobiety warte są tego?  

– Kobiety?... Nie wiem, skądże wiedzieć mogę – zaśmiał się.  

–  W  cedułkach  giełdowych  kobiet  nie  notują.  Ale  taka  jedna,  którą  się  kocha,  to  warta 

wszystkiego...  Bo  co  to  znaczy  kochać?  Juści  tyle,  co  oceniać  ponad  wszystko,  ponad  cały 
świat.  

Czuł  się  bardzo  zażenowany  i  nie  patrzył  na  Magdę,  bo  trochę  wstydził  się  takiego  ot 

gadania  o  podobnych  rzeczach,  o  których  poważnemu  człowiekowi  mówić  jakby  nie 
pasowało. Jednakże rad  był, że wreszcie dobrnął  do pożądanego tematu  i,  nie chcąc wyrzec 
się okazji, zapytał:  

– Pani, panno Magdaleno, też inaczej nie myśli, jeżeli wie pani, co to jest miłość...  

– Skądże mogę wiedzieć?  

– Nie kochała pani nigdy?  

– Nie.  

– Prawda – przyznał. – Pani jeszcze taka młodziutka. A to można i do czterdziestki dojść, 

zanim się taką rzecz pozna.  

– A pan poznał? – zapytała prowokacyjnie.  

Wchodzili właśnie do kościoła i pan Biesiadowski odpowiedział szeptem:  

– Poznałem.  

Spóźnili  się:  przy  wielkim  rozjarzonym  światłami  ołtarzu  ksiądz  w  białym  ornacie 

śpiewał  prefacje.  W  kościele  było  pełno  i  upłynęło  sporo  czasu,  zanim  Magda  odnalazła 
wzrokiem Zosię Jasionowską. Dała znak panu Biesiadowskiemu, by nie ruszał się z miejsca, a 
sama zaczęła się przeciskać z wolna w stronę Zosi.  W końcu dotarła do niej  i pociągnęła  ją 
lekko  za  rękaw.  Porozumiały  się  oczami  i  przesunęły  się  do  bocznej  nawy.  Obie  szeptem 
zasypywały się wzajemnie pytaniami. Magda w szkole  najbardziej przyjaźniła  się z Zosią, a 
nawet bywała w domu jej matki, która na Złotej miała gabinet dentystyczny. Nie widziały się 
tak długo, że miały sobie za dużo do powiedzenia i w ferworze mówiły zbyt głośno z takim 
ożywieniem,  że  klęczące  w  pobliżu  dewotki  poczęły  sykać  i  obrzucać  je  zgorszonymi 
spojrzeniami.  

background image

 

29

Z chaosu opowiadań Zosi dowiedziała się Magda czegoś, co było dla niej najważniejsze, 

najradośniejsze:  oto  gdy  nie  pokazywała  się  w  szkole,  pani  Iwona  wspominała  o  niej  kilka 
razy z wielkim rozgoryczeniem:  

–  Czy  to  warto  dla  was  się  męczyć  –  mówiła  –  nad  wami  pracować.  Kiedy  taka 

Nieczajówna doszła już do tego, że za parę tygodni mogłaby śmiało na scenie wystąpić i nie 
przynieść wstydu zespołowi, to nagle rzuca naukę i nawet wiadomości żadnej dać nie raczy.  

Magda słuchała z wypiekami na twarzy i z całej  siły ściskając ręce koleżanki, domagała 

się:  

– Przysięgnij – że tak mówiła, przysięgnij!  

– Jak Boga kocham – zapewniała Zosia.  

Nabożeństwo dobiegało końca i Magda gorączkowo wbijała przyjaciółce w głowę, co ma 

powtórzyć pani Karnickiej – że zaszły przeszkody familijne, że Magda sama jest w rozpaczy, 
że do śmierci nie zapomni dobroci pani Iwony i że już niedługo, za kilka dni wróci do szkoły.  

Zosia  obiecała  wszystko  dokładnie  powtórzyć  i  zaproponowała,  że  wyjdą  razem  z 

kościoła:  

– Nie, nie – nie zgodziła się Magda. – Nie jestem sama.  

– A z kim?  

– Z takim... jednym...  

–  No,  więc  co?  –  zdziwiła  się  Zosia.  –  Daję  ci  słowo,  że  nie  będę  do  niego  robiła  oka. 

Przecie jestem twoją przyjaciółką.  

Jednakże  Magda  była  stanowcza.  Oczywiście,  nie  obawiała  się  konkurencji  Zosi. 

Chodziło  jej  tylko  o  to,  że  musiałaby  panu  Biesiadowskiemu  wyjaśnić  przy  przedstawieniu 
koleżanki  więcej,  niż  to  leżało  w  jej  obecnych  planach.  Nie  chciała,  by  Zosia  lub 
którakolwiek ze szkoły przyszła do niej na Dobrą. Po pierwsze, ojciec zaraz by wypytywał  i 
jeszcze  jakich  nieprzyjemności  nagadał,  a  po  drugie,  należało  zachować  tajemnicę.  Przecie 
była  tak  pilnowana,  że  nawet  nie  udało  się  jej  ani  razu  wyrwać,  by  zatelefonować  do  pani 
Iwony. Gdyby zaś telefonowała z jatki, czy z którego z okolicznych sklepów – rzecz szybko 
doszłaby do ojca.  

Serdecznie  pożegnała  się  z  Zosią  i  wróciła  do  pana  Biesiadowskiego.  Klęczał  jednym 

kolanem  i  modlił  się  z  pochyloną  głową.  Na  samym  środku,  spośród  jasnych  i  lekko 
sfalowanych włosów, przezierała zaczynająca się łysinka, również różowawa. I cały był jakiś 
niepozorny,  niezręczny.  Magda  westchnęła,  spojrzała  na  ołtarz,  przypomniała  sobie  radosną 
nowinę i uklękła: należało podziękować Bogu. Ponieważ zaś nie wzięła ze sobą książeczki do 
nabożeństwa, odmówiła Ojcze Nasz, Zdrowaś Maryja i wszystkie pacierze, jakie tylko umiała 
na pamięć.  

Po  wyjściu  z  kościoła  wracali  Nowowiejską  i  Alejami.  Magda  wciąż  była  podniecona 

wiadomością  i  w  świetnym  humorze.  Wesoło  przekomarzała  się  z  Biesiadowskim, 
zachwycała  się  mrozem,  tłumem  dzieci,  poubieranych  w  białe  trykoty  i  futerka,  pędzącymi 
środkiem wspaniałymi samochodami, a najwięcej sankami.  

–  Może  byśmy  się  przejechali,  jeżeli  pani  pozwoli?  –  zaproponował  Biesiadowski,  też 

rozbawiony humorem towarzyszki.  

– A dobrze! Tylko nie do domu, bo jeszcze do obiadu czas, a taka cudna pogoda.  

– To pojedziemy do rogatki belwederskiej. Dobrze?  

Magda  grzecznie  wyraziła  obawę,  czy  to  nie  za  daleko,  czy  dorożkarz  nie  zażąda  zbyt 

wiele, lecz była kontenta. Przy Belwederze, gdzie jezdnię wyczyszczono dokładnie ze śniegu, 

background image

 

30

płozy  zazgrzytały  po  nagich  kostkach  kamiennych,  dalej  jednak  droga  była  zaciągnięta 
sprężystą  warstwą  zbitego  śniegu,  niczym  grubym  wojłokiem,  po  którym  kopyta  uderzały 
głucho i miękko. Po obu stronach wielkie stare drzewa stały uroczyste w białej okiści, jasne, 
przeraźliwie  jasne  słońce  napełniało  świat  taką  białością,  że  aż  oczy  bolały  i  trzeba  było 
przymykać je prawie całkiem. Magdzie przypomniała się Oleńka z "Potopu" i Kmicic i ta ich 
wspaniała  sanna  do  mitrunów...  Sama  miałaby  teraz  ochotę  krzyknąć  z  całej  piersi:  "Hop, 
Hop!"  Nie  zrobiła  jednak  tego,  gdyż  taki  pan  Biesiadowski  zdziwiłby  się  tylko,  a  może 
miałby słuszność.  

Wiatr  dął  im  prosto  w  twarz,  uderzając  lodowatymi  porywami,  natomiast  gdy  przy 

rogatce zawrócili, zrobiło się cicho i prawie ciepło.  

– Ostry mróz – stwierdził z zadowoleniem Biesiadowski – mamy piękną zimę. Dawno nie 

jeździłem sankami. Ostatni raz to chyba na wojnie pod Baranowiczami. Tyle lat...  

– Zmarzł pan? – zapytała Magda, widząc, że zdjął rękawiczki i rozciera dłonie.  

– Ja nie, ale może pani?  

– Troszeczkę – przyznała się.  

– Jeszcze się pani zaziębi – powiedział strapiony – będzie mnie pani ładnie wspominać.  

– Ależ przeciwnie. Mnie jest bardzo, bardzo przyjemnie.  

– Serio przyjemnie?  

– Bardzo.  

Zaśmiał się niewyraźnie:  

– To chwała Bogu, że pani ze mną nie jest przykro.  

– A cóż panu na tym może zależeć? – zapytała udając zdziwienie.  

–  Mnie?  Mnie,  panno  Magdaleno?...  Mnie  więcej  na  tym  zależy,  niż...  Wie  pani, 

wspomniałem  tam  w  mieszkaniu,  że  teraz  mam  wojnę  z  prowincjonalnymi  hurtownikami. 
Jeżeli przegram, to wieprzowina pójdzie w górę najmniej dziesięć groszy na kilo żywca. A za 
mięso ceny podnieść nie wolno. Rozumie pani?  

– To pan na tym straci?  

–  Dużo  stracę,  jeżeli  oczywiście  tamtym  uda  się.  Więcej,  niż  się  zdaje.  Ale  niech  tam. 

Teraz co innego mam w głowie, na czym  mi więcej zależy, a mianowicie... mianowicie... to 
jest... faktycznie...  

Zaciął się i nie mógł z siebie wydobyć nic więcej. Magda skuliła się i siedziała cichutko z 

miną niewiniątka, które wcale nie rozumie, o co chodzi.  

Dojeżdżali  do  Solca  i  pan  Biesiadowski,  chcąc  wybrnąć  z  niedopowiedzianego  zdania, 

zaproponował:  

– A może jeszcze przejedziemy się.  

– Nie, nie, już dosyć. Czas na obiad.  

– A tatko nie będzie się gniewał, żeśmy się przejechali?  

–  Skądże!  Tatko  w  pana  wierzy,  jak...  Czy  ja  wiem...  Pan  dla  niego  to  najsolidniejszy 

człowiek.  

– Naprawdę?... Zawsze dla niego miałem szacunek.  

Dorożkarz stanął przed bramą. Magda musiała poczekać chwilkę, póki pan Biesiadowski 

targował  się  z  nim  o  zapłatę.  Dorożkarz  chciał  sześć  złotych,  pan  Feliks  dawał  cztery. 
Wreszcie zgodzili się na pięć.  

background image

 

31

–  Taki  zdzieracz!  –  z  oburzeniem  zwrócił  się  do  Magdy  Biesiadowski,  chowając 

portmonetkę – skórę zdarłby z człowieka.  

– Widzi pan – powiedziała Magda, której zrobiło się przykro – widzi pan, tylko miał pan 

niepotrzebny wydatek.  

–  Broń  Boże.  Ja  nie  jestem  skąpy.  Niech  pani  tak  o  mnie  nie  myśli  –  zaprotestował 

gorąco.  –  A  już  co  do  niepotrzebnego  wydatku,  to  chyba  żarty.  Tylko  nie  lubię,  jak  mnie 
nabijają w butelkę.  

– No pewno – przyznała Magda.  

– Zatem pięknie dziękuję, panno Magdaleno.  

– I ja panu też.  

– Mogę jutro wstąpić na Tamkę?  

– Bardzo proszę.  

– A nie dokuczę pani?  

– Skądże.  

– No to rączki całuję i do widzenia.  

– Do widzenia, panie Feliksie.  

Wbiegła jednym tchem na górę. Akurat podawano do obiadu. Magda, spotkawszy wzrok 

ojca, nie czekając na jego pytania, powiedziała:  

– Byłam  na sumie u  Zbawiciela, a później pan Biesiadowski woził  mnie  sankami aż do 

rogatki.  

– Po cóż to? – burknął ojciec, ale bez szczególnej nagany.  

– Tak sobie. Myślałam, że tatko nie będzie się gniewał.  

Pan Nieczaj zamyślił się, chrząknął i wzruszył ramionami:  

–  Toteż  nie  gniewam  się.  Jak  wiem,  z  kim  jesteś,  a  jesteś  z  osobą  solidną  i 

odpowiedzialną – to czego mam się gniewać. No, dawajcie pić.  

W przejściu do kuchni złapała Magdę Adela:  

– Powiedz, i co?  

– Jak to co?  

– No pan Biesiadowski?... Mówił co?  

Magda z tajemniczą miną rozejrzała się i skinęła głową:  

– Mówił.  

– A co? A co?  

– Że dzisiaj zimno – wyszeptała jej do ucha Magda.  

Oczki  Adeli otworzyły  się szeroko, lecz  już po sekundzie zorientowała się, że Magda z 

niej kpi:  

– Ot, jaka z ciebie siostra – powiedziała z żalem i chciała coś jeszcze dodać, lecz właśnie 

rozległ się gromki głos ojca:  

– Będzie ten obiad, czy nie?  

– Taką mi szczerością odpłacasz – dorzuciła Adela i pobiegła do kuchni.  

Magda  nie  lubiła  zwierzać  się  nikomu.  Toteż  i  wieczorem  nic  Adeli  nie  powiedziała. 

Zaraz  po  obiedzie  ojciec  wyszedł  do  pana  Chochronia  na  Książęcą,  bo  to  wypadały  jego 
imieniny.  Jeszcze  przed  jego  wyjściem  zjawiła  się,  jak  prawie  każdej  niedzieli,  panna 

background image

 

32

Maraszkówna,  szwaczka  mieszkająca  na  tych  samych  schodach,  zażyła  przyjaciółka  Adeli. 
Później  nadeszła  ciotka  Kminkowa  ze  swoją  zezowatą  Władką  i  pan  Edmund  Kamionka  ze 
swym stryjecznym bratem, starszym sierżantem, Michałem.  

Było  to  wszystko  towarzystwo  Adeli  i  Magda  by  zaznaczyć  to  wyraźniej,  trzymała  się 

trochę na uboczu. Wzięła książkę  i  udawała, że czyta, a przynajmniej starała się czytać. Na 
zwrócone  do  siebie  pytania  odpowiadała  "tak"  albo  "nie",  usiłując  skupić  uwagę  na  losach 
Roberta Camtruth, oscylującego między uczuciami wdowy, Lady McCormick i uroczej Ethel 
Pambrooke. Niestety, w tym właśnie miejscu pasjonującej powieści był długi opis rodowodu 
Camtruthów,  tyle  nazw  i  miast,  tyle  nazwisk  nowych,  które  zapamiętać  było  niezwykle 
trudno,  że  nie  mogła  się  wciągnąć.  Trochę  rozmyślała  nad  niedorzecznym  zwyczajem 
cudzoziemców komponowania takich wymyślnych nazwisk, trochę o przechwalonej kapuście 
kiszonej  ciotki  Kminkowej,  trochę  o  grubym  karku  sierżanta,  lecz  najwięcej  o 
Biesiadowskim, zgodzi się czy nie?  

Pan  Edmund  przyniósł  torebkę  cukierków  i  od  czasu  do  czasu  wyciągał  ją  z  kieszeni, 

częstując  wszystkich  obecnych.  Magda  nawet  lubiła  ten  gatunek  karmelków,  łuszczyły  się 
takimi plasterkami, jednakże nie wzięła już drugiego, żeby sobie pan Kamionka za wiele nie 
wyobrażał. Dopiero, gdy chcieli zagrać na gramofonie, musiała całkowicie przyłączyć się do 
towarzystwa. Bez niej nikomu nie wolno tknąć tego instrumentu. Właściwie gramofon należał 
do Adeli. Dostała go w prezencie od księdza  Józefa. Nie umiała  jednak obchodzić  się ani  z 
igłami,  ani  z  moderatorem,  dość,  że  tak  się  ustaliło,  że  tylko  Magda  dysponowała 
gramofonem. Ona też od czasu do czasu tłumaczyła Adeli, że koniecznie trzeba kupić taką a 
taką  płytę,  otrzymywała  od  niej  kilka  złotych  i  w  ten  sposób  posiadała  prawie  komplet 
"przebojów" "Złotej Maski". Sama zresztą umiała je na pamięć i czasami, gdy ojca nie było w 
domu wyśpiewywała niektóre przed lustrem.  

Koło siódmej wrócił pan Nieczaj i przyprowadził ze sobą dalekiego kuzyna, przodownika 

policji,  pana  Kurpińskiego:  Kurpiński,  chociaż  od  lat  żonaty  i  dzietny,  trzymał  się  niczym 
kawaler:  elegancki,  rozmowny,  wesoły,  do  tańca  i  do  różańca.  Anegdotami  to  sypał,  jak  z 
rękawa, a przy tym był wykształcony, bo kiedyś seminarium nauczycielskie skończył i byłby 
został profesorem, tylko  mu się coś tam  nie poszczęściło. Magda  lubiła wuja  Kurpińskiego. 
Nie było rzeczy, na której nie znałby się, o której nie potrafiłby ciekawie opowiadać. Ogładę 
taką miał.  

Ojciec,  który  nie  lubił  gramofonu,  a  już  szczególnie  tańców  w  mieszkaniu,  tym  razem, 

gdy przodownik Kurpiński zatańczył z Magdą walczyka – ani się zmarszczył. Natomiast gdy 
pan Edmund chciał pójść z Adelą w ich ślady – zabronił.  

– Dość tego dobrego. Adela, dawaj kolację!  

Słysząc  to,  ciotka  Kminkowa  zaczęła  na  niby  zbierać  się  do  odejścia,  a  chociaż  jej  nikt 

specjalnie nie zatrzymywał, w końcu została. Stryjeczny pana Edmunda wyciągnął z kieszeni 
swego  wojskowego  płaszcza  butelkę  czystej,  a  pan  Nieczaj,  chociaż  bąknął  coś,  że  nie 
potrzebna fatyga, bo wódki i na Powiślu nie brak, jednak umiał ocenić maniery sierżanta, że 
to  na  darmowy  poczęstunek  nie  leci,  a  chociaż  jego  stryjeczny  tylko  czeladnikiem  u 
gospodarza zostaje, chce fason pokazać.  

Po  kolacji  goście  szybko  się  rozeszli.  Adela  z  Wiktą  zabrały  się  do  sprzątania,  pan 

Nieczaj zdjął ubranie i, jak co dzień, ukląkł przy łóżku, by odmówić pacierze. Jego ogromna 
postać w białej świątecznej koszuli, ze sztywnym gorsem, i z błyszczącą na karku spinką od 
kołnierzyka, jego długie białe kalesony z już rozwiązanymi u dołu tasiemkami i głos, falujący 
od cichego głębokiego szeptu, aż do głośnego "Bądź miłościw mnie grzesznemu" – wszystko 
to nasuwało Magdzie poczucie pewności, bezpieczeństwa, ciepłej, niezmiennej codzienności, 

background image

 

33

na którą patrzyła od lat najmłodszych. Dobrze jej było z tym i nawet na myśl, że mogłoby się 
coś zmienić, ogarniała ją obawa.  

A  przecież  tak  tych  zmian  pragnęła.  Zmian  najdalej  idących:  muzyki,  przytłumionej 

oddaleniem,  szerokiego  łoża,  topieli  koronek,  nad  ciężkim,  wspaniałym  baldachimem 
kryształowej ampli, napełniającej sypialnię różowym półmrokiem, futer białych niedźwiedzi, 
rozesłanych  na  dywanie  i  pochylonego  nad  łóżkiem  wytwornego  pana  we  fraku, 
uśmiechniętego  tajemniczo  i  obezwładniająco,  z  siwiejącymi  skroniami  i  rysami  twarzy 
trochę  przypominającego  wuja  Kurpińskiego,  trochę  księdza  prefekta  z  pensji  i  trochę 
Rudolfa Valentino.  

Wystarczyło  przymknąć  oczy,  by  mały  pokoik  z  krzywą  podłogą,  by  wąskie,  twarde 

łóżko, by wszystko dokoła zaczęło się przeistaczać w tamten piękny obraz.  

–  Jesteś  młoda  i  ładna  –  powiedziała  jej  kiedyś  pani  Iwona  –  a  to  dla  kobiety  tyle,  co 

największy przywilej, co otwarta droga do szczęścia.  

I  Magda  wiedziała,  że  musi  znaleźć  tę  drogę,  że  ją  znajdzie,  że  wcześniej  czy  później 

dostanie  się  do  innego  pięknego  świata,  tylko  nie  wolno  ominąć  żadnej  okazji.  Jeżeli 
wyobrażała  sobie  przyszłość  własną  w  najczarniejszych  barwach –  widziała  siebie  taką,  jak 
Adela:  z  tłustą  twarzą,  z  zaznaczającymi  się  zmarszczkami,  z  wydętym  brzuchem  i  z 
obwisłymi piersiami. To nie raziło u Adeli, która już przekroczyła trzydziestkę, ale napełniało 
odrazą,  gdy  pomyślała,  że  sama,  zostając  w  takim  życiu,  jak  dotychczas,  za  lat  czternaście 
będzie  tak  wyglądała.  Może  niezupełnie  tak,  jest  przecież  innej  budowy  i  znacznie,  bez 
porównania ładniejsza od siostry.  

Pomimo to, należy śpieszyć! Za wszelką cenę śpieszyć!  

Z  tym  mocnym  i  nieco  trwożnym  postanowieniem  zasnęła,  z  nim  się  obudziła.  Od 

wczesnego  świtu  siedziała  w  jatce,  nie  mogąc  się  doczekać  południa,  kiedy  zwykle  wpadał 
pan  Biesiadowski.  Układała  sobie,  że  dziś,  koniecznie  dziś  musi  usłyszeć  od  niego 
oświadczyny i wymusić na nim zgodę na dalszą naukę u pani Iwony. Oczywiście, nie powie 
mu  o  następnych  swoich  zamiarach.  On  też,  jak  ojciec,  nie  pogodziłby  się  z  myślą,  że  ona 
pójdzie na scenę. Powie mu tylko:  

–  Żyć  bez  tańca  nie  mogę.  Szkoła  choreograficzna  da  mi  to,  że  nie  będę  chodziła  i 

poruszała  się  jak  krowa.  Jeżeli  pan,  panie  Feliksie,  kocha  mnie  i  chce,  bym  została  jego 
narzeczoną, to właśnie musi pan spełnić ten warunek, żeby wydobyć od ojca pozwolenie.  

Obmyśliła każdy szczegół rozmowy i była tak podniecona oczekiwaniem, aż Adela, gdy 

nieco przerzedziło się w jatce, zapytała ją półgłosem, czy aby nie jest chora.  

Pan  Biesiadowski  przyszedł  nawet  wcześniej  niż  zwykle.  Najpierw  załatwił  z  ojcem 

rachunki, a później zaczął rozmawiać z Magdą. Przyjęła go jeszcze cieplej, niż wczoraj i po 
kilku zdaniach, skierowała rozmowę na monotonię swoich wieczorów.  

– Nawet w kinie nie byłam już ze trzy tygodnie – zakończyła z westchnieniem.  

Biesiadowski uchwycił w lot to napomknienie.  

– A nie wybrałaby się pani ze mną?  

– Pan przecie nie ma czasu, musi pan być w rzeźni.  

– Pal licho rzeźnię, poślę tam pomocnika. Człowiek przecie nie jest niewolnikiem.  

– Słyszałam, że w "Stylowym" jest bardzo piękny film. Lubi pan Gretę Garbo?  

– Kogo?  

– Gretę Garbo, artystkę filmową?  

background image

 

34

–  Aha,  coś  słyszałem  –  skupił  się  –  tak,  tak!  Podobno  fajna  aktorka.  Zresztą  mnie 

wszystko jedno. Byle z panną Magdaleną.  

– Tak pan przez grzeczność mówi – spuściła oczy.  

– Przysięgam Bogu! – zapewnił żarliwie.  

–  Mężczyźni  wszyscy  umieją  układać  takie  piękne  słówka.  Widzę,  że  i  z  pana,  panie 

Feliksie, też pod tym względem mistrz.  

– Ze mnie? – szczerze zdziwił się Biesiadowski.  

Nigdy  mu  na  myśl  nie  przyszło,  by  był  mistrzem  w  zdobywaniu  kobiet.  Gdy  teraz 

powiedziała  mu  to  ta  piękna  dziewczyna,  która  oczywiście  musi  mieć  powodzenie  u 
wszystkich,  a  zatem  zna  się  na  tych  rzeczach,  w  panu  Biesiadowskim  zachwiało  się 
niekorzystne  pojęcie  o  samym  sobie.  Postanowił  w  wolnej  chwili  rozważyć  tę  kwestię 
gruntowniej, na razie wszakże jego praktyczny umysł zwrócił się do omówienia projektu.  

Ponieważ do kasy zbliżył się właśnie pan Nieczaj, Magda powiedziała:  

– Tatko pozwoli mi wyjść wieczorem? Pan Feliks zaproponował, czy nie poszlibyśmy do 

kina?  

– Z tych kin, to nic dobrego – wzruszył ramionami pan Nieczaj.  

– Dlaczego, proszę pana? – zaoponował Biesiadowski – kino, to też sztuka, upiększenie 

życia. Dlaczego?  

– Więcej z tego niemoralności wszelkiej, jak owej, tej samej sztuki – machnął ręką – ale 

cóż, idźcie, ja tam nie pójdę.  

– To wielka szkoda – smutnym tonem ucieszył się Biesiadowski –  myślałem, że  może  i 

szanowny pan ojciec zechce z nami?  

Mówiąc  to,  Biesiadowski  zerknął  porozumiewawczo  na  Magdę.  Uważał  się  teraz  za 

dyplomatę, kutego na cztery nogi, i był kontent z siebie.  

O szóstej po południu wstąpił po Magdę na Dobrą. Czekała już ubrana i uzbrojona w cały 

arsenał broni zaczepno-odpornej, oraz w dokładny plan strategiczny.  

Początek  tego  planu  polegał  na  smutnej,  bardzo  smutnej  mince.  Pan  Biesiadowski 

rozejrzawszy się w tej sytuacji, postanowił, jak było przewidziane:  

– Coś pani jest, panno Magdaleno – zaniepokoił się.  

– Eh... nic – westchnęła boleśnie.  

– Jednakże pani jest zmartwiona.  

– Może...  

Z kolei martwił się i on:  

– A może to z mojego, broń Boże, powodu?  

Na to nic nie odpowiedziała.  

– Niechże pani powie szczerze – nalegał z obawą w głosie.  

– Nie z pańskiego, panie Feliksie, ale po trochu z pańskiego.  

– Niech mnie! Cóż ja złego zrobiłem.  

– Pan? Nic złego. Przeciwnie jest pan dla mnie za dobry, za życzliwy...  

Szybko wziął ją pod rękę i powtórzył:  

– Panno Magdaleno!  

background image

 

35

– Tak – ciągnęła smutnym głosikiem – za życzliwy. Gotowam do pana... przywiązać się, 

polubić pana... jeszcze więcej a wtedy co?...  

Biesiadowski z całej siły przycisnął jej łokieć:  

– Potrafi pani, panno Magdaleno, droga panno Magdaleno?  

–  I  po  co?  –  westchnęła  –  gdy  pan  mnie  lepiej  pozna,  przekona  się  pan,  że  jestem  zła, 

niemądra, nie zechce mnie pan już widywać...  

– Za przeproszeniem głupstwa pani opowiada! – oburzył się.  

– Tak, tak – ciągnęła – nie będzie już pan przychodzić do sklepu, tylko, jak dziś o rzeźni, 

powie pan: pal licho Nieczajów!... Poślę tam pomocnika.  

– Ja?! Ja tak powiem?...  

–  Pan.  Na  pewno.  A  mnie  będzie  tęskno.  Cóż,  każde  zwierzę  przyzwyczaja  się,  cóż 

dopiero człowiek.  

Stanął  i  prawie  przemocą  ją  zatrzymał.  Oczy  mu  się  świeciły,  a  usta  drżały,  co  Magda 

widziała z całą dokładnością, chociaż patrzyła w ziemię.  

– No, to ja pani powiem, panno Magdaleno, że pani to chyba oczu nie ma! Czyż pani nie 

widzi, że ja panią kocham!?  

W  jego  głosie  zabrzmiało  takie  rozrzewnienie,  tyle  uczucia,  aż  Magdzie  zrobiło  się 

przykro i wstyd samej siebie i swojego komedianctwa.  

Z tym większym przekonaniem wypowiedziała przygotowane na ten moment słowa:  

–  Niech  pan  tego  nie  mówi,  panie  Feliksie,  niech  pan  tego  nie  mówi!  Nie  jestem  tego 

warta, jestem zła, pusta, głupia. Niech pan cofnie te słowa!  

– Kocham panią, nawet pani wiedzieć nie może jak strasznie panią kocham!  

– Nie,  nie – potrząsnęła głową  i  jednocześnie wyczekiwała, że on powie,  jak ten  lord o 

trudnym do przeczytania nazwisku: – Żyć bez ciebie nie mogę, Ewelino, ty uosobienie mych 
promiennych marzeń.  

Pan Biesiadowski tego jednak nie powiedział, za to ściskał coraz mocniej łokieć Magdy.  

– Nie jestem pana warta, panie Feliksie – powtórzyła.  

– To jest moja rzecz. Chodzi o to, czy ja jestem wart pani? Czy ja pani chociaż odrobinę 

się podobam?  

– Owszem, ale to tym gorzej dla mnie.  

– Dlaczego? Dlaczego? – natarczywie i zbyt głośno dopytywał się Biesiadowski, chociaż 

znalazł się już w tłoku przed kasą kina i naokoło oglądali się na nich ludzie.  

– Później panu powiem – cicho odpowiedziała Magda – nie tutaj.  

Zrozumiał  i  poszedł  po  bilety.  Magda  czekała  pod  ścianą.  Czuła  się  złą  i  nieuczciwą. 

Wiedziała,  że  postępuje  nieszlachetnie.  Szczególniej  teraz,  gdy  usłyszała,  że  ten  dobry, 
poczciwy pan Feliks kocha ją. Wyznanie Biesiadowskiego, jak podobne z ust każdego innego 
mężczyzny,  oczywiście,  sprawiło  jej  radość.  Jednakże  może  nawet  wolałaby,  żeby  jej  tak 
bardzo nie kochał. W każdym razie nie powinna mu robić zbyt wielkich nadziei, tylko w sam 
raz, by wystarczyło  na  narzeczeństwo. Z daleka  widziała go stojącego w ogonku. Każdy  na 
pierwszy  rzut  oka  powiedziałby,  że  to  prosty  człowiek,  pospolity.  Choćby  nie  wiadomo  jak 
się  ubrał,  nic  to  nie  pomoże.  Cóż  z  tego  że  zacny...  Uczuła  na  sobie  czyjś  wzrok.  O  kilka 
metrów  od  niej  stali  jacyś  państwo.  Kobieta  w  popielicach  i  mężczyzna  w  prawie  białym 
pilśniowym  kapeluszu.  Oboje  wpatrywali  się  w  Magdę  i  robili  o  niej  uwagi.  W  oczach 
kobiety  dostrzegła  lekceważenie:  lustrowała  jej  skromne  palto  i  niemodny  kapelusz. 

background image

 

36

Mężczyzna  był  bardzo  wysoki,  barczysty,  o  dużej  brzydkiej  twarzy.  Chociaż  miał  nieco 
wytarty kołnierz futra i źle zawiązany krawat, aż biła od niego pewność siebie pana całą gębą. 
Nie  odrywał  od  Magdy  spojrzenia,  które  wprost  dotykalnie  czuła  na  sobie.  Było  zimne, 
ciekawe i jakieś bezwstydne. Przestąpiła z nogi na nogę, odwróciła się, lecz to spojrzenie nie 
przestawało jej dokuczać.  

Biesiadowski  załatwił  bilety  i  przechodzili  teraz  obok  tamtych  państwa.  Magda  –  sama 

nie  wiedziała  dlaczego  –  dużo  dałaby  za  to,  by  oni  nie  zauważyli,  że  drepczący  obok  niej 
Biesiadowski jest jej towarzyszem.  

– Nie, nie – utwierdziła się w postanowieniu – byle nie on.  

Wyświetlano film rzeczywiście zajmujący. Greta Garbo grała rolę nieszczęśliwej księżny, 

którą  zdradzał  kochany  przez  nią  mąż.  Bohaterka  bardzo  z  tego  powodu  cierpiała  i  Magda 
solidaryzowała  się  z  nią  w  duchu  aż  do  czasu,  gdy  księżna  porzuciła  pałace  i  służbę,  auta  i 
bogactwa,  by  zostać  szarytką.  To  już  było  głupie.  Nikt  jej  nie  zmuszał  do  nędzy.  Mąż 
wprawdzie nie kochał jej, ale był dżentelmenem. Trudno kogoś zmusić do kochania. A gdzież 
słuszny  powód,  by  jeszcze  dodawać  sobie  nieszczęścia  przez  wyrzeczenie  się  pięknego 
luksusowego życia! Nie, to już było głupie.  

Po  wyjściu  z  seansu  podzieliła  się  tymi  wrażeniami  z  Biesiadowskim,  który  jednak  był 

odmiennego  zdania.  Przede  wszystkim  utrzymywał,  że  ten  książę  wcale  nie  był 
dżentelmenem,  bo  zdradzał  żonę.  Magda  nic  na  to  nie  odpowiedziała,  gdyż  przyszło  jej  na 
myśl, że pan Feliks nie rozumie słowa dżentelmen, a nie chciała go zdetonować.  

Wstąpili  na  kawę  i  ciastka  do  małej  cukierenki.  Na  szczęście  było  tu  pusto  i  mogli 

swobodnie  rozmawiać.  Magda  sama  wróciła  do  tematu.  Z  całą  ostrożnością  wyłożyła  panu 
Biesiadowskiemu, że  nie kocha go, że za mało go zna; że  jednak szalenie go  lubi, poważa  i 
nad  wszystko  ceni  jego  dobroć  i  wyrozumiałość.  Z  czasem  może  go  nawet  pokocha,  ale  to 
wymaga bliższego poznania, przywiązania, słowem, czasu.  

– Potrzebne to nie tylko mnie – mówiła – ale i panu. Pan też musi przekonać się, czy ja w 

gruncie rzeczy nie jestem zła, fałszywa, próżna... A ja właśnie taka jestem.  

Zaprzeczył ze śmiechem, lecz ona ciągnęła dalej oskarżenie przeciw sobie. Opowiedziała 

na  zakończenie  historię  swego  potajemnego  uczęszczania  do  szkoły  choreograficznej, 
rozwodziła się o tym jak najobszerniej i najszczerzej. Nie przyznała się tylko do zamiarów na 
przyszłość;  ot,  po  prostu  z  miłości  do  tańca  i  żeby  umieć  wytwornie  się  ruszać,  chciała  tę 
szkołę  skończyć,  tym  bardziej,  że  zostało  już  jej  do  ukończenia  kursu  tylko  jakieś  półtora 
miesiąca.  

Biesiadowski  dziwił  się,  lecz  w  jego  zachowaniu  się  nie  dostrzegła  zgorszenia.  Wyraził 

się o wszystkim z zupełną pobłażliwością:  

– Ja tam w takich drobnych kaprysach nic złego nie widzę – wzruszał ramionami.  

Wtedy powiedziała mu o ojcowskim zakazie i dała do zrozumienia, że oczekuje odeń w 

tym  względzie  pomocy.  Może to  i  głupstwo,  może  to  i  kaprys,  ale  takiego  właśnie  dowodu 
uczuć żąda. Jemu, panu Feliksowi, pójdzie to nawet dość łatwo, przecie może chce mieć żonę, 
umiejącą ładnie tańczyć.  

Biesiadowski był tak uszczęśliwiony, że zdumiewał się jedynie, dlaczego Magda w takiej 

chwili  zaprząta  sobie  głowę  podobnymi  drobiazgami.  Oczywiście  zrobi  wszystko  dla  niej, 
wszystko czego by  chciała. Jakby  dla zilustrowania tego zaczął  ją wypytywać, czy zjadłaby 
jeszcze kawałek tortu, może babki, a może kremu z konfiturami?...  

Przesiedzieli  w  cukierni  prawie  godzinę,  po  czym  odprowadził  Magdę  do  domu.  Po 

drodze zasypywał ją zachwytami nad jej urodą i zapewnieniami, że nigdy nie wyobrażał sobie 

background image

 

37

by  zasłużył  na  takie  szczęście.  Na  pożegnanie  wycałował  jej  ręce  i,  wesoło  pogwizdując, 
zawrócił do domu.  

Wprost rozpierała go radość. Sam sobie wydawał się  śmiesznym  i dziecinnym,  lecz  i to 

go  cieszyło.  Nie  przypuszczał,  że  z  oświadczynami  pójdzie  tak  gładko,  tym  bardziej  nie 
spodziewał się od Magdy natychmiastowej zgody. Widocznie nie doceniał siebie. Widocznie 
nie jest ot, takim zwykłym facetem, kręcącym się po świecie, diabli wiedzą po co i dlaczego. 
Tak! Po co?! Po co żył dotychczas? Przecież była to szarość i szarość bez granic, bez nadziei, 
że  się  kiedyś  skończy.  Harówka  bez  celu.  A  jednak,  nigdy  nie  trzeba  zastanawiać  się  nad 
podobnymi  rzeczami.  Opatrzność  sama  myśli  o  najmniejszej  muszce,  a  cóż  dopiero  o 
człowieku i nigdy nie wiadomo jak pokieruje jego losem. Trzeba żyć i robić swoje, a zawsze 
w  końcu  przyjdzie  nagroda.  I  to  jaka  nagroda:  małe,  ciepłe,  czyste  mieszkanko,  do  którego 
warto śpieszyć się, o którym warto przez cały dzień, czy to na giełdzie mięsnej, czy w rzeźni, 
czy  na  targowisku,  warto  pamiętać  i  tęsknić,  bo  czeka  tam  własna  żona,  piękna,  delikatna, 
niczym  kwiat,  uśmiechnięta,  wesoła  i  przede  wszystkim  własna.  Dotychczas,  spoglądając 
mimochodem  na  małżeńskie  szczęście  innych,  jakoś  nigdy  nie  zastanawiał  się  nad 
znaczeniem  samych  tych  słów.  Szczęście,  no  to  szczęście.  Daj  im,  Boże!  Ale  teraz  poznał 
smak  tego  szczęścia.  A  dzieci?...  Białe,  maleńkie,  z  jasnymi  główkami,  takie  głupiutkie  i 
kochane! Ba!  

Nabrał pełne płuca powietrza i zdawało mu się, że to jeszcze za mało.  

Oczywiście, jego szczęście nie będzie takie jak innych większe, stokroć większe, ciche  i 

własne. Rozumiał, że przesadza, że Magda nie  jest aż takim unikatem,  jak  mu się zdaje, ale 
sam  w  upomnienia  swojego  rozumu  nie  wierzył  i  nie  chciał  wierzyć.  Młodziutka, 
osiemnastoletnia,  toż  to  prawie  podlotek,  inteligentna,  z  manierami,  urody  takiej,  że  co  się 
zowie (co na przykład taka Greta Garbo!), no i z wychowaniem! z niewysokiego wprawdzie, 
ale  z  dobrego  domu,  gdzie  dziewczynę  umieli  uczciwie  wychować,  z  moralnością,  z 
zasadami. A poza tym panna z rozsądkiem, nie latająca, nie lekkomyślna i nosa nie zadziera, 
przeciwnie  jest  aż  za  skromna,  powiada,  że  jest  zła  i  próżna,  a  najlepszy  dowód  jej 
skromności,  to  że  za  grzech  sobie  poczytuje  takie  chodzenie  do  szkoły  tańca!...  A  niechże 
uczy  się  i  tańca,  i  muzyki,  i  czego  chce.  Dzięki  Bogu  jeszcze  Biesiadowskiego  stać  na  to, 
żeby  spełniać  takie  zachcianki  swojej  żony.  A  jak  się  pobiorą  –  tak  już  sobie  ułożył  –  nie 
będzie  dnia,  żeby  z  pustymi  rękami  przyszedł  do  domu:  raz  ciastka,  raz  czekoladki,  raz 
pantofelki, czy jakie błyskotki, żeby tylko była szczęśliwa, żeby go tylko kochała.  

– Pokocha, na pewno pokocha – przekonywał siebie.  

Jeżeli chodziło o rozmówienie się z ojcem, nie żywił żadnych obaw. Nie przypuszczał, by 

pan  Nieczaj  odmówił  mu  córki  za  żonę.  Po  pierwsze,  dla  takiego  Nieczaja  to  bądź  co  bądź 
partia.  Mieć  zięcia  byłego  oficera  legionistę,  odznaczonego  Virtuti  Militari  i  Krzyżem 
Walecznych z trzema okuciami, to nie każdemu nawet największemu rzeźnikowi się zdarzy. 
Po drugie, stary Nieczaj nieraz sam dawał do zrozumienia, jakiego męża chciałby dla córki, a 
Biesiadowskiego  wyróżniał  i  poważał.  A  po  trzecie,  "Biesiadowski"  –  to  w  całej  branży, 
jeżeli  nawet nie więcej, to znaczyło  ładne paręset tysięcy  złotych, czut – czut, a do  miliona 
dosięgnie. To też piechotą nie chodzi.  

Pod  tym  względem  był  tedy  spokojny.  Pewien  był  również,  że  skoro  stary  na  związek 

przystanie,  to  już  nie  będzie  sprzeciwiał  się  kaprysowi  córki  co  do  tej  szkoły.  Pokrzywi 
nosem, to pewne, człowiek starej daty, nie rozumiejący, że są nowe mody, nowe prądy. Ale 
zgodzi się, bo będzie musiał.  

Przyszło  też  panu  Biesiadowskiemu  na  myśl,  że  Magda  też  goła  nie  zostanie.  Stary 

Nieczaj gotóweczkę ma i córce nie pożałuje. Dużo, zbyt dużo za swego życia nie da, a gdyby 
nawet nic nie dał – to trudno, ale skoro da, to zawsze w interesach się przyda.  

background image

 

38

Szedł  pieszo  do  domu  na  Pragę.  Na  moście  rwał  silny  wiatr,  gwiżdżąc  w  żelaznych 

ramach;  dołem  po  zamarzniętej  Wiśle  uganiały  się  małe  zamiecie  sypkiego  śniegu,  aż  wyło 
między filarami.  

Za  mostem  skręcił  na  prawo,  po  schodkach  szedł  na  nabrzeże,  gdzie  jeszcze  silniej 

huczało  od  wiatru  i  nastawiwszy  kołnierz  ruszył  z  pochyloną  naprzód  głową  wzdłuż  rzeki. 
Zawsze tędy wracał do domu:  nasypem, a później ulicą Szeroką. Tak było  bliżej, a chociaż 
wieczorami niezbyt bezpiecznie szczególniej dla człowieka, któremu nieraz grożono kulką w 
łeb,  wystarczało  ciężkiego  ośmiostrzałowego  "hiszpana"  przełożyć  z  tylnej  do  bocznej 
kieszeni, by iść śmiało.  

Przy ulicy Szerokiej, w drewnianym parterowym domku, mieściła się niewielka knajpka 

Moszka  Halperna.  Nie  zaglądał  tu  nikt  z  branży,  a  Biesiadowski  tylko  wtedy,  gdy  był 
szczególnie kontent, nie chciał z nikim gadać o interesach, a tak sobie, do lampy wypił parę 
większych na sen. Moszek, sam pijak nałogowy, o tej porze miał już oczy jak w oliwie, śmiał 
się  z  byle  czego  i  zataczał  się  za  szynkwasem.  Oprócz  niego  i  brudnej  dziewczyny, 
dokładającej  węgiel  do  żelaznego  piecyka,  nie  było  w  knajpie  ani  żywej  duszy.  Mimo  to  z 
grającej szafy wydobywały się skoczne i chrapliwe dźwięki krakowiaka. Gdy tylko kawałek 
się  kończył,  Moszek  w  lansadach  i  podśpiewując  zbliżał  się  do  aparatu  i  niezbyt  pewnym 
ruchem wpychał w otwór nową dziesięciogroszówkę.  

–  Z  muzyką  zawsze  człowiekowi  weselej  –  objaśnił  Biesiadowskiemu  –  prawda 

Halinka?!  

Tu pełną garścią ucapił dziewuchę za szerokie biodro.  

– Won z łapami – krzyknęła, lecz nie ruszyła się z miejsca.  

Żyd  zaśmiał  się  cieniutko  i  nie  Pytany  Postawił  na  szynkwasie  przed  gościem 

szklaneczkę czystej z pipermentem. Biesiadowski wypił. Przy pomocy wykałaczki wyłowił z 
półmiska dzwonko śledzia, przekąsił i skinął głową:  

– Nalewaj Moszek jeszcze. Mam dziś dobry dzień.  

– Daj Boże zawsze. To i ja z panem porucznikiem wypiję Pańskie zdrowie.  

Wychylił, a Biesiadowski powiedział:  

– Bardzo dobry dzień.  

– No to jeszcze jedną – z fantazją machnął butelką Moszek.  

– Nie. Dosyć będzie – kategorycznie zaprotestował Biesiadowski.  

– Jeszcze jedną, na mój rachunek – uparł się Żyd i nalał znowu dwie szklaneczki. Z takim 

człowiekiem jak pan porucznik muszę!  

Biesiadowski  nie  wziął  się  na  ten  komplement.  Wiedział,  że  Halpern  pił  z  każdym  i 

stawiał każdemu, byle mieć towarzystwo. Nawet te dziesięciogroszówki marnował bez sensu, 
bo przecie szafa była wstawiona przez firmę Kozłowicza; który obsługiwał wszystkie knajpy.  

– Ej, Moszek, z torbami niedługo pójdziesz – upomniał go Biesiadowski.  

–  Dlaczego  niedługo  –  zaśmiał  się  Żyd  –  może  jutro,  może  pojutrze.  Ale  jak  człowiek 

pije, to wie, że żyje... Albo... Albo nie wie, że żyje. Czasem to lepiej nie wiedzieć, że się żyje.  

– Dziwny z ciebie Żyd – skrzywił się Biesiadowski – no, do widzenia.  

Zapłacił  i  wyszedł.  Teraz  zły  był  na  siebie,  że  tutaj  wstąpił.  Taki  Halpern  może 

człowiekowi  najlepszy  humor  popsuć.  Są  ludzie  skazani  na  zagładę.  Sami  w  sobie  noszą  tę 
zagładę. I żadna pomoc im nie pomoże. A zresztą, gdyby człowiek wszystkim pomagał, sam 
poszedłby pod kościół.  

background image

 

39

Aż do rogu ulicy przerywane podmuchami wiatru dolatywały go chrapliwe tony grającej 

szafy.  

 

 

background image

 

40

Rozdział II  

 

 

Fronton wielkiego gmachu jarzył się od świateł. Wzdłuż gzymsów wrzynały się jaskrawe 

linie  rozpalonego  neonu,  wycinając  kontury  ostre  i  strzeliste.  Nad  wejściem,  niczym 
rozżarzone do białości perły, zwieszały  się sznury  matowych  lamp,  nad portykiem piętrzyły 
się w ażurowy baldachim, spadając po obu stronach sutymi girlandami. Stąd, z samego dołu 
podrywały się błyskawicznym biegiem aż pod sam szczyt, gdzie na czarnym aksamicie nieba 
gorzał czerwony napis: "Złota Maska".  

Przez  na  oścież  otwarte  drzwi  wpływała  do  środka  rzesza  ludzi.  Nieustającym 

korowodem  przesuwały  się  jedno  za  drugim  auta,  zatrzymywały  się  na  chwilę  i  odjeżdżały, 
połyskując  nieskazitelnym  lakierem  i  niklami...  Wyślizgany  tysiącami  pneumatyków  asfalt 
połyskiwał odbiciem świateł.  

Magda  stała  na  przeciwległym  chodniku  i  szeroko  otwartymi  oczyma  wchłaniała  tę 

wspaniałość.  Raz  po  raz  mijały  ją  zawracające  puste  limuzyny,  przesuwały  się  obok  niej 
śpieszące do teatru pary. Już trzeci raz niespokojnie spoglądała na zegarek: drżała na myśl, że 
Biesiadowski spóźni się, że może nie zdążył rano kupić biletów. A tak chciała, musiała być na 
premierze. Po kilku dniach dostałaby od pani Iwony bezpłatne kartki, ale przecie premiera to 
zupełnie coś innego. Z myślą o tym dniu, o tym wieczorze, przez kilka tygodni starała się o 
ten kostium, o kapelusik i pantofle, które teraz miała na sobie. Kosztowało to masę pieniędzy 
i wiele trudu. Krawcowa, chociaż niby taka już lepsza, nie umiała dobrze skroić, spódniczka 
ciągnęła się poniżej bioder, a żakiecik skrzywiony był na plecach, przy czym pod kołnierzem 
robiła się  fałda. Trzeba  było coś dziesięciu przymiarek  i poprawek, wzywania koleżanek  na 
ekspertki,  użerania  się  z  krawcową.  A  dobranie  pantofelków,  pończoch,  kapelusza!  Z  Adeli 
wyciągnęła  co  się  dało,  co  się  dało  wzięła  na  raty,  ale  i  tak  na  pasującą  torebkę  już  nie 
starczyło.  Musiała  pożyczyć  od  Zosi  Jasionowskiej.  W  każdym  razie  miała  teraz  na  sobie 
najmodniejszy  kostium  i  kapelusz  z  ostatniego  wiosennego  żurnalu  i  wyglądała,  jak  jeszcze 
nigdy dotąd, szykownie. Przydałby się wprawdzie niebieski lis, który cudownie pasowałby do 
brązowej całości, a poza tym  w taki chłodnawy  wieczór majowy grzałby  nieco, ale o takim 
luksusie nie mogła nawet marzyć. I tak, gdy wychodziła z domu, musiała ukryć kapelusz, by 
ojciec  nie  zobaczył.  Dopiero  na  dole  w  stróżówce  zdjęła  beret,  nałożyła  kapelusz  i 
podmalowała  sobie  usta.  Powiedziała,  że  idzie  z  narzeczonym  do  kina.  W  myśli  nigdy 
Biesiadowskiego  nie  nazywała  narzeczonym,  ale  dla  ojca  lepiej  było  tak.  Pan  Nieczaj  od 
pamiętnej  awantury,  kiedy  przystał  wreszcie  na  uczęszczanie  Magdy  do  szkoły 
choreograficznej, zadawał sobie widomy gwałt; milcząco tolerując wieczorne wyjścia Magdy 
i należało go w tej tolerancji utrzymywać ustawicznym wypominaniem owego narzeczeństwa.  

Biesiadowski zdążył na czas.  

–  Czemu  pan  nie  wziął  taksówki!  –  skrzywiła  się  Magda,  widząc  jego  spocone  czoło  i 

szeroko  rozpięte  gabardinowe  palto  –  mniej  panu  szkoda  zdrowia  niż  tych  paru  groszy.  Ma 
pan bilety?  

– Mam, a jakże – odpowiedział zadyszany – nawet bardzo dobre, w dziesiątym rzędzie na 

parterze.  

W  jego tonie  była  jakby  chęć  zaznaczenia, że chociaż sobie  na taksówkę żałuje, ale dla 

niej gotów aż na taki wydatek, jak dziesiąty rząd.  

– Chodźmy – powiedziała sucho.  

background image

 

41

– Długo pani czekała, panno Magdaleno?  

– Pewno. Mężczyzna nie powinien się spóźnić nawet o sekundę – dorzuciła cierpko.  

Zdawała sobie sprawę, że niesłusznie traktuje go tak szorstko. Nigdy przecie nie spóźniał 

się  i  widocznie  dzisiaj  miał  jakieś  ważne  powody.  Jednakże  irytowało  ją  to  gabardinowe 
palto, zużyty kapelusz i cała jego mina.  

Weszli do hallu i z trudem przeciskali się do wnętrza pośród tłumu.  

– Niech pan zostawi palto w szatni – szepnęła.  

– Po co? – zdziwił się i wskazał widniejący nad szatnią napis "Szatnia nie obowiązuje" – 

szkoda wydatku. Dużo ludzi wchodzi w paltach.  

Nie chciała mu już robić przykrości i odpowiedzieć uwagą, która cisnęła się jej na usta: – 

W paltach, ale nie w takich.  

Wielka  sala  zdawała  się  już  być  pełna  po  brzegi,  a  wciąż  napływała  publiczność. 

Bileterzy,  młodzi, rośli  chłopcy w  białych  liberiach upakowywali  ją szybko  i sprawnie. Pod 
wysokie  sklepienia  bił  potężny,  tysiącgłosowy  gwar  zmieszanych  okrzyków,  rozmów, 
nawoływań  się  i  śmiechu.  Magda  i  Biesiadowski  ulokowali  się  na  swoich  fotelach  w  sam 
czas:  właśnie  zgasły  światła,  w  orkiestrze  zabrzmiał  długi  mocny  akord,  sala  przycichła  i 
rozpoczęła  się  uwertura.  Na  tle  purpurowej  kurtyny,  u  dołu  krwistej  od  świateł,  a  prawie 
czarnej u góry, zarysowała się wysoka smukła sylwetka kapelmistrza we fraku.  

Premiera wielkiej wiosennej rewii "Złotej Maski" była rozpoczęta.  

Magda  z  biciem  serca  czekała  na  podniesienie  kurtyny.  Pierwszym  numerem  miał  być 

występ  zespołu  "girls",  ten  sam  taniec  dionizyjski,  który  przygotowywano  w  szkole  pani 
Iwony  od  dwóch  miesięcy,  a  który  poza  dwunastu  koleżankami,  występującymi  na  scenie, 
umiały  doskonale  wszystkie  pozostałe  z  Magdą  na  czele.  Ileż  pracy,  ile  pomysłowości 
włożyła  w to pani Iwona,  ile wysiłku każda z  nich.  Każdy ruch, każdy gest, każdy uśmiech 
był tu obmyślany, tysiąc razy przerabiany i próbowany. Magda wiedziała, że musi to wypaść 
cudownie,  lecz  gdy  wreszcie  rozsunęła  się  kurtyna,  a  na  scenę,  tonącą  w  zieleni  i  kwiatach 
wbiegły  one,  prawie  nagie,  tylko  w  przezroczystych  żorżetowych  tunikach,  z  wiankami  na 
głowach i w złotych paskach – aż zdziwiła się. Z opowiadań dobrze orientowała się, jak to ma 
wyglądać.  Rzeczywistość  jednak  przeszła  wyobraźnię.  Z  początku  nie  mogła  ich  rozróżnić, 
takie  w  tym  świetle  i  przepychu  wydały  się  jednakowe.  Dopiero  po  dłuższej  chwili 
rozpoznała  Białkównę,  Zosię  Jasionowską,  Jolę  Brandtmayerkę,  Belę  Kantarek,  Staśkę 
Żukowską, Rybowiczównę, Paulę  Zysmanównę – wszystkie. Były tak umalowane, że raczej 
poznawała  je  po  charakterystycznych  ruchach:  Staśka  zanadto  przechylała  się  w  trzeciej 
figurze,  Jola  wciąż  sztywno  zginała  się  w  pasie,  jakby  nadstawiała  się  do  klapsa,  Bela 
Kantarek pięknie, najpiękniej ze wszystkich wyprostowywała stopę. Jej nogi to w ogóle cudo.  

Magda zwróciła na to szeptem uwagę Biesiadowskiego, lecz ten siedział zagapiony i nie 

mógł się połapać, o którą chodzi. To zniechęciło Magdę i nie odrywała już oczu od sceny.  

Taniec  się  skończył.  Przed  zaciągniętą  kurtyną  zjawił  się  konferansjer  i  jednocześnie 

reżyser "Złotej Maski", Kamil Bończa. Magda nasłuchała się tyle o jego surowości, o tym, że 
to  "pies  przy  pracy,  a  świnia  w  życiu",  że  doznała  miłego  rozczarowania.  Przed  rampą  stał 
szczupły,  wytworny  mężczyzna,  czarująco  i  tajemniczo  uśmiechnięty.  Mówił  powoli, 
ciepłym, niskim głosem. Prawie po każdym jego zdaniu na widowni wybuchał głośny śmiech. 
Siedzący  obok  Biesiadowski  cały  przechylił  się  naprzód:  chichotał  niczym  zarzynana  kura. 
Bończa  był ulubieńcem publiczności, duszą teatru, i  nic dziwnego –  myślała  Magda. To, co 
gadały  nań  koleżanki,  było  wręcz  nieprawdopodobne.  Patrząc  na  Bończę,  Magda  czuła,  że 
topnieje  w  niej  bez  reszty  obawa  przed  kulisami  teatru.  Oczywiście,  te  spryciarki  umyślnie 
opowiadały najgorsze wymysły, żeby odstraszyć inne.  

background image

 

42

Tymczasem  kurtyna  znowu  się  rozsunęła.  Hawajska  noc,  palmy,  księżyc  i  banjo,  Nina 

Hańska napełnia salę cudownym altem. Burza oklasków, i znowu zmiana, i znowu.  

Ze  sceny wprost promieniowała radość, piękno, humor, zabawa –  inne,  barwne,  bogate, 

wesołe życie. Powiadają, że to sztuczne, robione, że wymaga ciężkiej pracy. Ależ doskonale. 
Lepiej jest mieć sztuczną radość, niż żadnej, lepiej pracować w różnobarwnej tęczy świateł, w 
jedwabnych strojach, przy dźwiękach orkiestry, niż w jatce, gdzie śmierdzi surowym mięsem, 
z głupią  Adelą, z wyglancowanym Edmundem  i  z ojcem, który  niczym  biskup przy ołtarzu, 
tak odprawia przy ladzie swoje nabożeństwo. Praca!... Magda nie bała się pracy. Gdy trzeba 
było,  potrafiła  noc  całą  nie  spać,  a  uszyć  sobie  bluzkę,  czy  zrobić  dżemperek,  a  później 
siedzieć w sklepie i wieczorem iść do szkoły. Nie bała się pracy. I tylko głupi bałby się, skoro 
widzi, do czego można dojść. Taki Kamil Bończa, to znakomity reżyser, ale pracy się nie bał i 
teraz  ma  podobno  dużo  pieniędzy,  jeździ  wspaniałym  samochodem,  mieszka  w  cudownej 
garsonierze. Słowem ma, czego tylko zapragnie. Taka Hańska była kiedyś zwykłą "girlsą", a 
dziś  jej  fotografie  są we wszystkich  ilustracjach,  żyje z  jakimś  hrabią  i każdy  w  Warszawie 
wie, że to ona. Już nie mówiąc o takiej Renie Turskiej, za którą cała Warszawa szaleje. A jej 
ojciec nazywał się Kwiek i był listonoszem.  

Zresztą czyż nie są szczęściem, żeby nawet więcej nic nie mieć, te brawa, te oklaski, ten 

entuzjazm publiczności.  

Rena  Turska  w  różowej  spódniczce  małej  dziewczynki  i  siatką  na  motyle  w  ręku,  musi 

oto już coś dziesiąty raz wychodzić przed kurtynę, a sala wyje, a ludzie powstawali z miejsc i 
biją brawa, a bileterzy w białych liberiach ustawiają u jej nóg wspaniałe kosze kwiatów...  

– Boże! Przeżyć jedną taką chwilę!  

Wszystkie kobiety jej zazdroszczą; wszyscy mężczyźni pragnęliby ją zdobyć.  

–  Brawo!  Rena!  Brawo,  bis!  –  ryczy  widownia,  a  Magda  czuje,  że  serce  się  ściska,  że 

oczy zachodzą mgłą.  

– Przeżyć jedną taką chwilę... Być tak podziwianą, tak kochaną...  

– Co pani jest, panno Magdaleno – słyszy obok głos Biesiadowskiego – co pani jest?  

– Nic – odwraca się odeń z niechęcią.  

– Ale pani płacze! Co pani jest?  

– O Boże, głowa mnie boli.  

– To może lepiej chodźmy do domu – proponuje nieśmiało Biesiadowski.  

– Zwariował pan?!  

Czym  prędzej  otarła  łzy.  Jakże  chętnie  zaraz  powiedziałaby  mu,  że  ma  go  dosyć,  że  to 

ponad  jej  siły  znosić  jego  towarzystwo.  Jak  można  być  tak  gruboskórnym!  Wyjść,  wyjść  z 
takiej rewii!  

Magda  była  już  na  dwóch,  ale  takiej  jeszcze  nigdy  nie  widziała.  Wystawa  wprost 

olśniewała  wspaniałością,  a  gdy  przyszedł  finał  pierwszej  połowy  i  przed  oczyma 
publiczności  otworzyła  się  kapiąca  od  złota  perspektywa  sceny  –  było  to  coś 
niewiarygodnego,  schody,  schody,  schody,  opadające  złotymi  kaskadami,  pełne  galeryjek  i 
ażurowych  balkoników,  iskrzących  się  od  kolorowych  żarówek,  istne  bukiety  półnagich 
tancerek,  pęki  strusich  piór,  niesłychanej  długości  atłasowe  treny,  koronki  i  muśliny,  żywe 
kwiaty  i  wreszcie  tryumfalny  pochód  gwiazd.  Wystawienie  tej  rewii  kosztowało  podobno 
sumy, ale czegoś podobnego jeszcze świat nie widział.  

Artyści,  tancerki,  figurantki  –  pełna  scena.  Najsławniejsze  nazwiska,  najwybitniejsi 

aktorzy,  najpiękniejsze  kobiety.  Refren  piosenki  wybuchał  na  salę  radością,  zwycięstwem, 
szalonym temperamentem:  

background image

 

43

"Wiosna upoiła nas pocałunkiem zakochanych ust! Jeszcze raz,  jeszcze raz, to nakaz, to 

nakaz, to mus!"  

Wreszcie kurtyna zapadła. Magda rozpromieniona, zachwycona, zerwała się z miejsca.  

– To już koniec? – zapytał Biesiadowski.  

– Nie, przerwa, chodźmy.  

Śpieszyła  bardzo.  Już  na  początku  zauważyła  siedzącą  w  loży  panią  Iwonę  Karnicką  i 

chciała ją spotkać w hallu, by dostać się za kulisy. Pani Iwona obiecała, że ją tam wprowadzi.  

– Niech pan tu zaczeka – rzuciła Biesiadowskiemu, gdy wydostali się z widowni.  

– A pani gdzie idzie? – zdziwił się, lecz w tejże chwili roześmiał się – ach, przepraszam 

za niedyskrecję.  

Nie  zamierzała  robić  przed  nim  z  tego  tajemnicy,  a  teraz  wobec  jego  głupiego 

podejrzenia, zdecydowała się zaimponować mu:  

– Nie ma tu żadnej niedyskrecji, bo ja idę za kulisy.  

– Jak to?  

– Tak to – skinęła mu dumnie głową i zawróciła na pięcie.  

Przy wyjściu do garderób dowiedziała się, że pani Iwona już tam weszła. Woźny zaś nie 

chciał Magdy wpuścić, ani zameldować pani Iwonie.  

– Nie wolno, proszę pani – mówił – za kulisy wejście wzbronione. A ja nie mam prawa 

drzwi zostawić.  

– Kiedy ja mam interes do pani Karnickiej.  

– Nic nie poradzę – rozłożył ręce woźny.  

Nagle usłyszała przy sobie głos:  

– Czego pani sobie życzy?  

Był to niski, dość gruby Żydek, z binoklami na nosie.  

– Chciałam... zaczęła.  

Ta pani do pani Karnickiej, panie dyrektorze – wyjaśnił woźny.  

– Pani jest uczennicą pani Karnickiej. Tak – Proszę.  

– Niech Józef otworzy. Pani przejdzie na lewo aż do końca.  

–  Bardzo  dziękuję,  panie  dyrektorze  –  z  półdygiem  odpowiedziała  Magda,  a  on 

uśmiechnął się jakoś dziwnie.  

Nie  miała  jednak  czasu  nad  tym  się  zastanawiać...  Znalazła  się  nagle  w  wielkim 

pomieszczeniu  tak  niespodziewanie  i  tak  bardzo  różniącym  się  od  wspaniałej  sali  i 
wyzłoconego hallu, że początkowo aż się przestraszyła. Wyglądało tu jak na strychu.  

Krzywa, nie malowana podłoga, sznury, krzyżujące się nagie belki i deski, pokrzywione 

blaszane  pudła,  osadzone  na  prętach,  jakieś  płachty  i  paki,  a  pośród  całej  tej  rupieciarni 
kilkunastu  ludzi  w  robotniczych  ubraniach  uwijało  się,  dźwigając  ramy  obite  płótnem, 
spuszczając skądś z góry i windując z dołu różne rupiecie. Za każdym ich krokiem wznosiły 
się  tumany  kurzu.  W  powietrzu  czuć  było  farbami,  piżmem  i  stęchlizną.  Z  czarnej  czeluści 
stropu na długich drutach tu i ówdzie zwieszały się  jaskrawe, niczym  nie osłonięte żarówki. 
Jakiś  pan  w  zielonym  chałacie,  z  zeszytem  w  ręku,  krzyczał  w  środku,  rzucając  się  we 
wszystkie strony.  

–  Do  cholery  z  tym  horyzontem!  Powtarzam  do  cholery.  Walendziak,  pieska  twoja 

niebieska! Dawaj czwarty!  

background image

 

44

Tuż  przed  Magdą  z  łopotem  rozwinęła  się  rura  płótna.  Kurz  przesłonił  wszystko. 

Ostrożnie  wymijając  sterty  pozbijanych  desek,  potrąciwszy  wielki  kartonowy  bęben, 
przemknęła  na  lewo.  Tu  był  korytarz.  Po  obu  stronach  drzwi  przeważnie  otwarte.  Mijała 
właśnie  pierwsze,  gdy  wyprzedził  ją  gruby  pan  w  koszuli,  opadającej  na  spodnie.  Spod 
koszuli zwisały z tyłu szelki. Gruby pan zapinał po drodze kołnierzyk i powtarzał:  

– Niechętnie, panie Kanarienfogel, niechętnie!  

Z  radością  rozpoznała  w  nim  sławnego  aktora  Berczyńskiego.  Odwrócił  się  nagle  do 

Magdy i takim tonem, jakby z nią mówił od godziny, zawołał żałośnie:  

– Oj, niechętnie, panie Kanarienfogel, cośkolwiek niechętnie.  

Zażenowana w najwyższym stopniu, uśmiechała się bezradnie.  

– Walendziak, do jasnej cholery, gdzie sztachety? – ryczał z oddali wściekły głos.  

–  Dobrze  to  "cośkolwiek",  szanowna  cicipulko,  cooo?.  Zrobił  do  niej  oko  aktor  i  znikł 

jednym piruetem za drzwiami.  

Po  korytarzu  cwałem  przebiegła  jakaś  stara  kobiecina  różową  suknią  w  ręku.  Tuż  przy 

telefonie stał mały brunecik i zatykając sobie palcem drugie ucho wołał w tubę:  

– ...daj jemu klapsa, mówię ci, i musi spać. Ty nigdy nie nauczysz się z dziećmi...  

– Nie wyjdę, jak Boga kocham, w tym nie wyjdę, powiedzcie temu bandycie... – krzyknął 

z którejś garderoby piskliwy sopran.  

Na  progu  innej  stała  tylko  w  kombinezonie  i  w  wielkiej  hiszpańskiej  peruce  z 

grzebieniem śpiewaczka Morelówna i trzymając za klapy fraka jakiegoś aktora, prosiła:  

– No, zrób mi tę grzeczność, co ci szkodzi...  

Przeraźliwy dzwonek zaterkotał Magdzie nad uchem, aż drgnęła. Znowu ktoś przebiegł i 

jeszcze ktoś i jeszcze. Z garderób bił zapach perfum i przegrzanych rurek do fryzowania.  

– Kobielski do dyrekcji! – wrzeszczał jakiś bas za plecami Magdy.  

Korytarz  miał  nie  więcej  niż  pięćdziesiąt  kroków,  a  jej  zdawało  się,  że  idzie  już  z  pół 

godziny. Przy końcu drzwi też były szeroko otwarte. Jakże ucieszyła się, ujrzawszy znajome 
twarze:  Zosia,  Kantarkówna,  Mela,  Rybowiczówna  –  wszystkie.  Jedne  siedziały  przed 
ścianami, na których umieszczone były lustra, inne ubierały się w środku.  

– Hej, jak się masz! Przyszłaś! No jakże? – posypały się głosy.  

– Ach, świetnie, doskonale! Świetnie! – powtarzała Magda uradowana.  

Dziewczęta  były  już  przeważnie  gotowe  do  występu.  Miały  na  sobie  czarne  aksamitne 

kostiumy,  zupełnie  jak  kąpielowe,  z  tą  tylko  różnicą,  że  całkowicie  odsłaniały  plecy,  a 
zakrywały  szyję.  Najlepiej  w  tym  było  Joli  Brandtmayerce  ze  względu  na  jej  fenomenalny 
biust. U siebie, w szkole, uczyły się tego numeru w trykotach gimnastycznych.  

– Gdzie pani? – zapytała Magda.  

– Poszła do Bończy wykłócić się o czerwone światło.  

– A czegoś od niej chciała? – zapytała Paula.  

– Nic, niczego, tak sobie.  

Przymocowany  nad  drzwiami  garderoby  dzwonek  rozległ  się  przytłumionym  trzaskiem. 

Magda  przypomniała,  że  dziewczęta  owinęły  dzwonek  bibułką  i  teraz,  gdy  stwierdziła  to 
własnymi  oczyma,  poczuła,  że  to  wszystko  dokoła  nie  jest  jej  znowu  aż  tak  bardzo  obce. 
Może dziwniejsze, może nieco inne niż w opowiadaniach, ale przecie znane.  

– Magda – odezwała się z kąta Białkówna – a ty jesteś z tym swoim świniopasem?  

background image

 

45

– Świniopasem! Cha... cha.. – zapiszczała Mela.  

– Głupia jesteś – nieśmiało mruknęła Magda.  

W szkole odpowiedziałaby jej tak, że no! Ale tu czuła się trochę onieśmielona.  

Gdy  wracała  korytarzem  tam,  w  pobliżu  sceny,  bieganina  teraz  była  jeszcze  większa. 

Magdę  wciąż  po  drodze  potrącano,  a  ona  za  każdym  razem  mówiła  "przepraszam",  gdyż 
odczuwała  tu  swoją  zbędność.  W  hallu  było  już  pusto.  Kilka  osób  pośpiesznie  dopalało 
papierosy.  Pod  filarem,  ściśle  w  tym  miejscu,  gdzie  go  zostawiła,  stał  Biesiadowski  i 
niespokojnie rozglądał się.  

– Serio była pani za kulisami? – zapytał z niedowierzaniem.  

– Oczywiście. Przecież ten zespół baletowy, co tu występuje, to moje koleżanki od pani 

Iwony.  

– Te girlasy?   

Udała, że nie słyszy i dopiero gdy zajęli swoje miejsca, powiedziała dość głośno, tak, by 

ją siedzący obok mogli słyszeć:  

– To najlepszy zespół w stolicy: Zobaczy pan teraz taniec pod nazwą "Ofiara Molocha". 

Szczyt artyzmu... – i dodała ciszej: – tę tancerkę, którą będą podnosić do paszczy  Molocha, 
wszyscy uważają za wielki talent. Ale ja potrafię to samo.  

Nie przechwalała się. Rzeczywiście podczas prób w szkole dublowała Kantarkównę i to z 

zupełnym powodzeniem. Pani Iwona orzekła przy wszystkich:  

– Niewiele brakuje do tego, bym mogła być z ciebie dumna.  

A  nad  Kantarkówną  Magda  miała  tę  jeszcze  przewagę,  że  była  od  niej  silniejsza  i 

wytrzymalsza.  A  także  w  ostatniej  figurze,  gdy  ofiarę  podnoszą  do  tarczy,  dłużej  umiała 
utrzymać równowagę,  może dlatego, że Bela  bała się, Magda  zaś  ani trochę.  W razie czego 
potrafiłaby  zeskoczyć  na  równe  nogi  i  nie  rozkwasić  sobie  nosa.  W  skokach  przecie  była 
najlepsza z całego kursu.  

Pomimo  to  na  razie  marzyć  nie  mogła  już  nie  tylko  o  zastąpieniu  Kantarkówny,  czy 

którejś  z  czołowych,  lecz  w  ogóle  o  wkręceniu  się  do  zespołu.  Dziewczęta  występujące  w 
"Złotej  Masce"  zarabiały  po  dwadzieścia  złotych  za  wieczór,  a  każda  z  nich  miała  przed 
Magdą  pierwszeństwo  i  żadna  nie  ustąpiłaby  jej  miejsca.  Sześćset  złotych  miesięcznie 
piechotą nie chodzi, a tym bardziej możność zdobycia sławy, wybicia się w życiu.  

Jeżeli  Magda  myślała  o  dostaniu  się  do teatru, to  jakby  o  czymś  odległym,  nierealnym. 

Dążyła  do  tego,  pragnęła  tego  z  całej  duszy,  często  kładła  kabałę  na  ten  temat,  a  nawet 
postanowiła pójść do wróżki, ale wydawało  się  jej, że przecież to nastąpi w  jakiejś dalekiej 
przyszłości.  

Bytność  za  kulisami  jeszcze  dalej  tę  przyszłość  odsuwała.  Zapewne  kurz,  krzyki, 

dzwonki, bieganina, to rzecz widocznie normalna, a do wszystkiego można się przyzwyczaić. 
Jednakże nastraszyło to trochę Magdę. I jeżeli teraz z mniejszym zachwytem przyglądała się 
dalszemu ciągowi programu, to właśnie dlatego.  

Dopiero "Ofiara Molocha" podnieciła ją znowu. Nawet Biesiadowski musiał przyznać, że 

to było wspaniałe.  

– A kto wymyśla takie kombinacje – wypytywał, odprowadzając Magdę do domu.  

Opowiadała  z  przejęciem,  a  przed  bramą  podała  mu  na  pożegnanie  obie  ręce.  Bądź  co 

bądź  była  mu  wdzięczna  za  umożliwienie  jej  bytności  na  premierze,  a  poza  tym  w  ogóle 
lubiła go mimo wszystko.  

background image

 

46

–  Panno  Magdaleno  –  przytrzymał  jej  ręce  –  nie  pozwoli  mnie  pani  pocałować  się?... 

Przecie to nie grzech między narzeczonymi – dodał pośpiesznie.  

Magda od razu ostygła:  

– Też pan ma pomysły!  

– Według mnie bardzo dobre nawet pomysły – dodawał sobie tupetu.  

– W nocy? Na ulicy? W bramie?... Nie, dobranoc, panie Felu. Dobranoc.  

Sama myśl całowania się z Biesiadowskim wydawała się śmieszna. Nie przejmowała jej 

ani odrazą, ani niechęcią, tylko po prostu śmieszyła.  

Nie  nadawał  się  do tego  i  odmawiała  mu  nie  przez  żadną  wstydliwość.  Nieraz  przecież 

spotykała na ulicy, czy w kinie mężczyzn, do których coś ją aż niosło. Z niejednym pocałunki 
sprawiłyby jej wielką przyjemność. Na samo wyobrażenie przebiegały po krzyżu mrówki.  

Ale Biesiadowski?...  

Ilekroć  przychodził  do  mieszkania,  najszczęśliwszą  się  czuła,  gdy  zastawał  ojca. 

Wówczas  gadali  ze  sobą,  a  ona  miała  spokój.  Szyjąc  coś  dla  siebie,  czy  szydełkując,  lubiła 
nawet  przysłuchiwać  się  ich  rozmowom.  Nie  sprzeczali  się  prawie  nigdy  i  jeżeli  zachodziła 
między  nimi  jakaś  różnica  zdań,  to  tylko  dlatego,  że  ojciec  był  człowiekiem  starej  daty,  a 
Biesiadowski  lepiej  rozumiał  życie,  wiedział,  że  wszystko  musi  iść  po  myśli  człowieka,  ale 
czasem  i  człowiek  musi  zastosować  się  do  tego,  co  jest.  Podobni  byli  do  siebie  w 
zapatrywaniach, tylko ojciec wciąż wychwalał dawne czasy i z niczym, co nowe, pogodzić się 
nie umiał. Biesiadowski zaś twierdził, że skoro muru głową nie przebije, nie ma co narzekać.  

Z  Magdą  o  takich  rzeczach  nie  rozmawiał.  Albo  słuchał  jej  opowiadań  o  gimnazjum,  o 

szkole choreograficznej, o filmach, albo sam opowiadał swoje historie z wojska. Porządny był 
człowiek, zacny, uczciwy – wszystko to przyznawała mu w duchu, ale cóż z tego, kiedy nie 
tego  chciała:  Zdawała  sobie  sprawę  z  faktu,  że  ma  go  pod  pantoflem,  że  gdy  tylko  zechce, 
potrafi  zrobić  z  nim  wszystko.  Doprowadziła  nawet  do  tego,  że  zaczął  przemyśliwać  o 
kupieniu samochodu, o przeprowadzeniu się do przyzwoitego mieszkania w śródmieściu, że 
przestał kupować gotowe ubrania i zafundował sobie srebrną papierośnicę.  

Wszystko to jednak było beznadziejne: choćby ubrał się jak hrabia, choćby zamieszkał w 

pałacu,  nic  to  nie  zmieni  jego  wyglądu  ani  charakteru.  Zawsze  pozostanie  niepozornym, 
pospolitym i trochę śmiesznym.  

Przez  dłuższy  czas  podejrzewała  siebie  o  specjalne  grymasy  w  tym  kierunku  i  dlatego 

postanowiła  sprawdzić  to:  zaryzykowała  pokazać  go  koleżankom.  Rzecz  ułożyła  się  w  ten 
sposób,  że  umówiła  się  z  Biesiadowskim,  by  przyszedł  po  nią  do  szkoły.  Przewidywała,  że 
nie wywoła on zachwytów, lecz nie przewidywała, że tak jednogłośnie zostanie wyśmiany.  

Najpowściągliwsza  i  najlepiej  wychowana  Staśka  Żukowska,  powiedziała:  – 

Reprezentacyjny to on nie jest.  

Inne znacznie złośliwiej określały swe wrażenia:  

– Taki prowincjonalny pipek – orzekła Zosia.  

–  Ma  szyję  cienką  jak  oskubana  kura  –  zawyrokowała  Mela  –  i  wygląda  jakby  był  w 

strachu.  

– Frajer – krótko wyraziła swą opinię zawsze ordynarna Kantarkówna.  

Brandtmayerka zaś, która umiała pysznie naśladować ruchy, ośmieszyła Biesiadowskiego 

do reszty, szurając nogą i poruszając wargą.  

Pomimo  wszystko  Magdzie  zrobiło  się  bardzo  przykro.  Dlatego  powiedziała  im, 

wzruszając ramionami:  

background image

 

47

– A cóż wy myślicie, że ja jestem nim oczarowana? Tylko, że ja wiem, ile on ma.  

– To on taki ma być bogaty?  

– Idźże tam, nie bujaj!  

Magda wydęła wargi i wycedziła z obojętną miną:  

– Bogaty nie bogaty, a około dwóch milionów ma.  

Skłamała świadomie, bo chciała tym gęsiom zaimponować i nie omyliła się: rzeczywiście 

szeroko pootwierały usta.  

Zaraz przestał im się wydawać już takim najgorszym.  

– I co, kropniesz się za niego? – zainteresowała się Paula Zysmanówna.  

– Ani mi się śni – brawurowała Magda.  

– Masz rację – przytaknęła Zosia Jasionowska – forsa forsą, a facet facetem.  

– Wiesz co – zaczepiła Magdę nazajutrz Białkówna – odstąp mi tego twego świnopasa.  

– Jak to odstąpić? – nie zorientowała się Magda.  

– No tak! Skoro ty do niego nic nie czujesz, co ci szkodzi?...  

Magda  wiedziała,  że  Białkówna  ma  jakiegoś  właściciela  sklepu  galanteryjnego  z 

Bielańskiej, Żyda niemłodego już i bardzo skąpego.  

– Masz przecie swego – odpowiedziała wymijająco.  

– A widzisz! – złośliwie zawołała Białkówna – jednak trzymasz go rękami i nogami.  

– Ja? – oburzyła się Magda – ależ proszę cię! Zabieraj go sobie. Tylko osobiście wątpię, 

czy ci się to uda, bo on nie cierpi piegów.  

W  rzeczywistości  jednak  nie  miała  najmniejszego  zamiaru  znajomić  Biesiadowskiego  z 

Białkówną, czy którąkolwiek inną. Pewna była jego wierności, zresztą poważnie nie zależało 
jej  na  nim.  Ale to jeszcze  nie  był powód, by wyrzekać się takiego czy  innego adoratora dla 
byle zielonej małpy, która jeszcze później obszczeka.  

Magda  nie  przyjaźniła  się  zbyt  serdecznie  z  żadną  z  koleżanek.  Jeszcze  najbliżej  żyła  z 

Zośką  Jasionowską.  W  stosunku  do  reszty  trzymała  się  nieco  z  daleka.  Przede  wszystkim 
raziła  ją  ich  swoboda  w  mówieniu  o  rzeczach  nieprzyzwoitych.  Prawie  wszystkie  miały 
swoich  narzeczonych  czy  kochanków  i  nie  krępowały  się  w  opowiadaniu  rzeczy 
najwstydliwszych.  Magda  słuchała  tego  z  wielkim  przejęciem,  lecz  po  trochu  brzydziła  się 
tym, co oczywiście ukrywała jak najstaranniej. Za nic w świecie nie dopuściłaby, by uważały 
ją  za  naiwną  czy  zacofaną.  Po  cichu  sama  jednak  przyznawała  się  przed  sobą,  że  musi  być 
jeszcze  bardzo głupią gęsią. Nieraz obserwowała  dziewczęta  mieszkające w tejże kamienicy 
na  Dobrej  i  w  ogóle  na  Powiślu.  O  niejednej  mówiono  bardzo  źle,  niektóre  puszczały  się 
zupełnie jawnie, inne posądzano, że robią to po kryjomu. Magda wszakże niechętnie wierzyła 
tym  plotkom,  a  jeżeli  już  trudno  było  mieć  co  do tej  czy  tamtej  wątpliwości,  tłumaczyła  to 
sobie ich zepsutą naturą, czy złym wychowaniem.  

Zasadniczo  nie  widziała  w  tym  nic  złego.  W  książkach,  w  licznych  przeczytanych 

powieściach,  w  wielu  widzianych  filmach  miłość  była  przedstawiona  tak  pięknie,  że 
ostatecznie  tylko  tacy  surowi  ludzie  jak  ojciec  i  takie  dewotki  jak  ciotka  Zaklesińska  czy 
Kminkowa, mogły dopatrywać się w tym jakiejś zbrodni, grzechu, okropności. Jednakże było 
w tym coś nieładnego, coś, czego należało, czego trzeba było się wstydzić.  

Dlaczego?  Tego  Magda  nie  umiała  sobie  wykalkulować,  ale  czuła,  że  tak  jest,  że 

przynajmniej tak jest w ich rodzinie, wśród krewnych i znajomych.  

background image

 

48

Tutaj, w szkole choreograficznej nikt z podobnymi przesądami nie liczył się. Nawet pani 

Iwona, osoba bez wątpienia  szlachetna  i uczciwa, w ogóle  nie zwracała  na to żadnej uwagi. 
Czy ta  lub  inna  miała swego klienta, czy nie, czy nawet głośno chwaliła  się powodzeniem  i 
pokazywała  kosztowne  prezenty,  pani  odnosiła  się  do  tego  z  całkowitą  obojętnością.  A 
przecież nikt nie mógłby nie powiedzieć o niej, że jest damą, co się zowie.  

Stąd,  przez  porównanie  swego  życia  i  swojej  rodziny  ze  światem,  ze  szkołą,  z 

koleżankami, z tym, co znała z filmów i powieści, doszła Magda do przeświadczenia, że sama 
jest  zanadto  staroświecka  i  śmiesznie  zacofana.  Robienie  wielkich  rzeczy  z  głupstw, 
nabożnictwo i świętoszkostwo zostało tylko wśród ludzi z ciemnego światka, niekulturalnych, 
zacofanych,  nie  mających  żadnej  styczności  z  wielkim  życiem,  z  szerokim  światem,  z 
postępem.  

Oczywiście nie dopatrywała się wielkiego życia nowoczesnego w tym, że taka Białkówna 

jest na utrzymaniu u swego kupca z Bielańskiej,  ale  na przykład Jola, która miała romans  z 
pięknym  jak  Apollo  tenorem  z  operetki,  to  już  zupełnie  coś  innego.  Wprost  zazdrość  brała, 
gdy się patrzyło na ich miłość.  

Jola  prawie,  że  nie  umiała  o  niczym  innym  mówić,  tylko  o  nim,  a  on  codziennie 

odprowadzał  ją  do  szkoły  i  nie  było  dnia,  by  jej  kwiatków  nie  przysłał.  Gdy  rozmawiali  ze 
sobą, zdawało się, że świata bożego nie widzą.  

Jedna w tym tylko była rzecz ujemna: tenor zarabiał niezbyt wiele i wszyscy wiedzieli, że 

kariery  nie  zrobi.  Przeciwnie:  z  trudem  utrzymywał  się  przy  zespole,  a  gdy  starał  się  o 
przeniesienie do "Złotej Maski", wyraźnie mu powiedziano, że jest niepotrzebny.  

Jaki los będzie miała Jola z takim człowiekiem?  

Magda  próbowała  nawet  z  nią  na  ten  temat  rozmawiać,  lecz  Jola  widocznie  od  miłości 

straciła resztę rozsądku, gdyż jeszcze oburzyła się na Magdę. Za dobre serce!  

Lekcje  zaczynały  się  o  piątej.  Najpierw  była  gimnastyka,  potem  normalne  ćwiczenia 

baletowe, a wreszcie opracowywanie poszczególnych tańców. W przerwach, dla odpoczynku 
odbywały się wykłady z historii literatury, tańca, muzyki i teatru. Pani Karnicka nie chciała, 
by  jej uczennice  były zwykłymi "girlsami",  lecz  miała taką zasadę, by każda po ukończeniu 
kursu mogła zostać artystką samodzielną.  

Dlatego  musiały  przygotowywać  się  do  egzaminów,  gdyż  na  członków  Związku 

Artystów przyjmowano tylko po przeegzaminowaniu.  

Wykłady  te  prowadziła  częściowo  sama  pani  Iwona,  jeżeli  chodziło  o  taniec,  literaturę 

wykładał taki dość śmieszny, ale bardzo miły redaktor Żydek, o teatrze zaś mówił znany aktor 
dramatyczny, Karol Turczynowski.  

Poza  wykładami,  zadawane  były  różne  rzeczy  do  przygotowania  w  domu.  Przeważnie 

czytanie. Trzeba było poznać Szekspira, komedie Fredry, przeczytać różne życiorysy, sztuki, 
powieści. Magda, która lubiła książki, a pamięć miała doskonałą, robiła to z przyjemnością  i 
niejednej  koleżance dawała później  streszczenia:  nie każdej  chciało  się czytać, a zresztą nie 
każda  miała  na  to  czas.  Niektóre  pracowały  w  biurach  lub  sklepach,  czy  też  zajęte  były  w 
domu. Magda też nie próżnowała, ale siedząc w kasie miała dość wolnych chwil na książki.  

Od  dnia  zaręczyn  z  Biesiadowskim,  które  jako,  że  wypadły  w  pierwszym  tygodniu 

Wielkiego  Postu,  odbyły  się  bardzo  skromnie,  otrzymała  od  ojca  pozwolenie  na  powrót  do 
dawnego  zwyczaju.  To  znaczy,  przychodziła  do  jatki  na  siódmą,  a  o  dwunastej  była  już 
wolna.  Z  nadejściem  wiosny  i  to  krótkie  wysiadywanie  w  sklepie  było  jednak  nie  do 
wytrzymania.  Zdawało  się  Magdzie,  że  z  każdym  dniem  bardziej  nienawidzi  nieznośnego 
odoru mięsa, wrzasku kucht, wygłupiań się pana Kamionki i chichotów Adeli.  

background image

 

49

Było  to  nawet  śmieszne,  że  ona  młoda,  piękna,  ona,  przed  którą  otwiera  się  wspaniałe 

wykwintne  życie,  ona,  która  będzie  jeździć  luksusowymi  samochodami  i  zadawać  się  z 
najwytworniejszym towarzystwem, że właśnie ona musi sterczeć tu w jatce na brudnej Tamce 
i być oglądana w tej roli przez różne paniusie, tłumoki i garnkotłuki.  

Z dnia na dzień stawała się bardziej nerwowa. Dla Biesiadowskiego i Adeli bywała coraz 

opryskliwsza, czeladnika w ogóle nie raczyła dostrzegać, a nawet coraz częściej ośmielała się 
odpowiadać bardzo hardo samemu ojcu.  

W takim to była stanie, gdy najniespodziewaniej w świecie pękła wielka bomba.  

Było  to  w  niedzielę.  Wszyscy  siedzieli  jeszcze  przy  stole  po  kolacji,  a  wuj  Zaklesiński 

wierszem opowiadał, jak dostał onegdaj zamówienie na uprząż do Cytadeli, gdy zastukano do 
drzwi.  

–  Oho,  po  mnie  przychodzi  magnifika,  żebym  już  wstawał  od  stolika –  powiedział  wuj 

Zaklesiński, a pan Biesiadowski wybuchnął śmiechem...  

Wikta uchyliła drzwi i wsadzając do pokoju przestraszoną twarz, wyszeptała:  

– Tu jakiś z tyjatru...  

– Co? Kto? – zapytał niechętnie pan Nieczaj.  

–  Z  tyjatru,  no,  przecież  mówię.  Do  Magdalenki,  żeby  przychodziła,  bo  tam  nogi 

połamali.  

Magda  zerwała  się  z  miejsca  i  zanim  ktoś  zdołał  się  zorientować,  wybiegła  do 

przedpokoju:  

– Co się stało?  

Młody  chłopak  w  liberii,  z  czapką,  na  której  wyhaftowany  był  napis:  "Złota  Maska", 

szybko wyjaśnił:  

– Pan dyrektor kazał, żeby pani zaraz jechała do teatru. Pani Karnicka czeka, bo stało się 

nieszczęście i jedna z panienek złamała nogę w tym numerze, co to z latarkami. I pani ma być 
na zastępstwo.  

Magda stała przez chwilę z otwartymi ustami, lecz szybko się zorientowała.  

– Dobrze, zaraz. Nałożę kapelusz.  

– Niech się pani śpieszy. Taksówka czeka.  

Magda biegiem skoczyła do swego pokoju, nie odpowiadając na niczyje pytania. Była już 

w kapeluszu, chwyciła torebkę, rękawiczki, gdy zastąpił jej drogę ojciec:  

– Ty dokąd? – odezwał się groźnie.  

– No, nie słyszy tatko? Nieszczęście się stało!... Niechże mnie tatko puści!  

– Jeżeli ktoś nogę złamał, to doktora trzeba nie ciebie.  

– Ja muszę iść!  

– Nie pójdziesz – krzyknął, aż zadzwoniły szyby.  

– Kiedy ... ja...  

– Milcz! Zaraz mi zdejmuj kapelusz. Ani mi się waż!  

Pogroził jej pięścią przed nosem, potem wolnym krokiem skierował się do przedpokoju:  

– A pan wynoś się stąd. Tylko już!  

– Proszę szanownego pana – próbował perswadować woźny.  

– Won! – ryknął pan Nieczaj.  

background image

 

50

Woźny wzruszył ramionami i po chwili drzwi za nim trzasnęły.  

Magda z kapeluszem w ręku  stała,  jak  skamieniała  na progu swego pokoju. Rozumiała, 

wiedziała,  czuła,  że  oto  szczęście  jest  od  niej  o  krok,  że  drugi  raz  w  życiu  może  się  nie 
zdarzyć, że na pewno się nie zdarzy!... W jakimś osłupieniu patrzyła na szerokie plecy ojca, 
który spokojnie, jakby nic nie zaszło, siadał z powrotem przy stole, na puste twarze innych, na 
zieloną ceratę, przysypaną okruszynami.  

A tam na dole taksówka, a na schodach tak wyraźny tupot odchodzącego przeznaczenia... 

Trzeba było myśleć, rozważyć, zastanowić się, ale nie mogła, nie chciała, nie miała prawa.  

Nagłym  ruchem  skoczyła  do  drzwi.  Nawet  nie  zatrzasnęła  ich  za  sobą.  Szybko,  bardzo 

szybko  zbiegła  po  schodach.  Była  półprzytomna.  Nogi  same,  jakby  odrętwiałe  w 
automatycznym rytmie dudniły po drewnianych stopniach.  

Daleko w górze rozległ się chrypliwy i świszczący głos:  

– Magda! Wracaj w tej chwili!  

Przystanęła  na  jedno  mgnienie.  Serce  waliło  aż  gdzieś  pod  gardłem.  Omal  nie 

wybuchnęła  płaczem:  tam  wysoko,  przechylony  przez  poręcz  stoi  groźny,  surowy,  a  teraz 
bezsilny  ojciec,  kochany,  jedyny,  bliski,  pokrzywdzony...  I  małe  mieszkanko,  znajome, 
serdeczne, i dobra twarz Adeli, i zielona cerata z okruszynami...  

Przecież  to  szaleństwo  oderwać  się  od  tego  wszystkiego,  to  tak,  jak  oderwać  się  od 

życia!...  

– Magda! – strasznie i rozpaczliwie odezwał się w górze głos ojca.  

Wpakowała palce między zęby i zacisnęła szczęki, nie czując bólu.  

– Albo wracaj zaraz, albo won na zawsze! – zagrzmiał głos.  

– Na zawsze, na zawsze, tak, na zawsze... – zaszeptała Magda i pędem zbiegła do bramy.  

Taksówka już ruszała z miejsca:  

– Panie, stój pan! – krzyknęła jakimś nieswoim głosem.  

Szofer stanął, woźny pomógł jej wsiąść.  

–  To  chwała  Bogu,  że  pani  przyjedzie  –  zaczął  mówić  –  inaczej  trzeba  byłoby  numer 

skreślić,  a  pan  dyrektor  aż  się  wściekał.  I  tak  pan  Boksza  zachorował,  to  już  brakowałoby 
trzech numerów.  

Magda  słyszała,  lecz  nie  rozumiała,  co  słyszy.  Teraz  nawet  nie  zdawała  sobie  sprawy, 

dokąd i po co jedzie. Zresztą to nie było ważne. Jedynie ważne było to, że skończyło się jej 
dawne  życie.  Na  zawsze...  Tak,  wiedziała,  że  ojciec  słowa  nie  cofnie.  Koniec  z  tamtym. 
Dlaczego, po co?... Sama nie umiała w tej chwili odpowiedzieć sobie na to. Koniec z rodziną, 
z Adelą, z ojcem, koniec z jatką na Tamce...  

– Prędzej, proszę pani – otrzeźwił ją głos woźnego – bo nie zdąży pani przebrać się.  

Samochód  stał  przed  teatrem.  Nie  od  tej  wspaniałej  oświetlonej  strony,  lecz  z  drugiej, 

gdzie było wejście do garderoby i w ogóle za kulisy.  

– Zimno pani? – dziwił się woźny.  

Rzeczywiście, trzęsła się, jak w gorączce. Weszła do bramy i w drugim podwórzu przez 

obite  blachą  drzwi,  na  ciemne  schody.  Jeszcze  jedne  drzwi  i  oto  znalazła  się  w  znanym  już 
sobie korytarzu. Woźny pobiegł naprzód, a Magda oparła się o ścianę, gdyż uginały się pod 
nią nogi.  

background image

 

51

Z  daleka  poznała  sylwetkę  pani  Iwony  i  przemogła  się,  by  zrobić  kilka  kroków.  Wokół 

panował  nieopisany  hałas.  Krzyki,  tupot  kroków,  stuk  dekoracji.  W  powietrzu  nieznośnie 
czuć było farbami i eterem. Czuła, że jeszcze chwila, a zemdleje.  

–  Magdalenko,  jakie  to  szczęście,  że  przyjechałaś,  prędzej,  drogie  dziecko,  prędzej  – 

ściskała ją pani Iwona, popychając naprzód – co ci jest, moje złoto?  

– Nic, nic, proszę pani – zdołała wybąknąć.  

– Blado wyglądasz.  

– Ten eter tak tu czuć – usprawiedliwiła się Magda.  

– Ach, co ja miałam, co ja miałam – zatrzepotała rękami pani Iwona. – Bela, biedactwo 

złamała  nogę.  Pogotowie,  skandal.  Oczywiście  publiczności  powiedziało  się,  że  to  drobny 
wypadek, ale ja jestem w rozpaczy.  

– Złamała?  

– Nie wiem. Pojęcia  nie  mam. Może tylko zwichnięcie,  może ścięgno. Ci  idioci  lekarze 

przecie na niczym się nie znają. Bóg da, że się to dobrze skończy. Musiała źle postawić stopę. 
Zdaje  się  piła  przed  przedstawieniem.  I  to  wszystko  na  moją  głowę.  Za  dziesięć  minut 
wchodzisz na scenę.  

Magda kurczowo ścisnęła jej rękę:  

– Ja się boję, proszę pani, ja się boję.  

– Czego, moja ptaszynko! Niemądra jesteś.  

– Ja nie potrafię! – zawołała Magda w rozpaczy.  

–  Doskonale  potrafisz.  Musisz.  Przekonasz  się,  że  to  nic  nadzwyczajnego.  No  chodź, 

chodź.  

Wepchnęła ją do garderoby.  

– Magda! – rozległy się głosy. – Niech żyje! Wiesz co z Belą?... Pijana była!...  

– Ubierzcie ją prędzej – nagliła pani Iwona – i niech która zrobi jej twarz.  

Dziewczęta,  już gotowe do występu, otoczyły Magdę ze wszystkich stron. Przyniesiono 

kostium noszony przedtem przez Kantarkównę.  

– Będzie trochę za ciasny na ciebie – mówiła jedna.  

– Należałoby przystrzyc ci włosy.  

– Dobre będą.  

Magda  półprzytomna  pozwoliła  się  rozbierać.  Wreszcie  naciągnięto  na  nią  aksamitny 

kostium, w którym wyglądała rzeczywiście ładnie.  

– No, tylko nie złam i ty nogi, a wszystko będzie doskonale – żartowała Jola.  

Od  kilku  palników  gazowych,  na  których  rozgrzewano  rurki  do  włosów,  od  gęsto 

rozmieszczonych  silnych  żarówek  i  wreszcie  od  kilkunastu  osób,  stłoczonych  w  ciasnej 
garderobie,  było  gorąco  nie  do  wytrzymania.  Świeżo  naszminkowane  twarze  prawie 
natychmiast zaczynały błyszczeć, toteż puder znajdował się w nieustannym użyciu i pełno go 
było w powietrzu. Magdzie też upudrowały koleżanki ramiona, plecy, uda i łydki. Jej skóra o 
złotawym odcieniu straciła swój ciepły kolor, którego zazdrościła Magdzie niejedna, stała się 
trupio  biała  i  martwa.  Gdy  jednak  zobaczyła  w  lustrze  swoją  uszminkowaną  twarz, 
zaprotestowała:  

– Zrobiłyście ze mnie jakąś maszkarę. Nie chcę! To obrzydliwe.  

– Ależ głupia jesteś – śmiały się – popatrz na każdą z nas!  

background image

 

52

– Bo nie umiecie – broniła się.  

– Ty nas będziesz uczyć!  

– To stanowczo zanadto – upierała się Magda – takie sińce pod oczami i te powieki!  

– Jak chcesz, możesz zetrzeć – rozgniewała się Zośka Jasionowska.  

– Będziesz wyglądała na scenie jak trup wymoczony w occie!  

– Jak galareta!  

Magda zresztą wiedziała, że one mają rację. Jednak niedawna awantura w domu i strach 

przed występem tak roztrzęsły  jej  nerwy, że wciąż  była  bliska płaczu  i  nie umiała panować 
nad sobą, chociaż wiedziała, że naraża się na drwiny koleżanek.  

Znowu przybiegła do garderoby pani Iwona, zatroskana i podniecona:  

– Chodźcie prędzej – zawołała –  musimy koniecznie przerobić "Molocha" przynajmniej 

dwa razy, by Magdalenka się wprawiła.  

– Po co! Ona przecież umie – ociągały się.  

– Już i tak nogi nas bolą.  

– Ja – kategorycznie usiadła w kącie Białkówna – ani myślę. Jeżeli zrobią teraz próbę, to 

nie będę miała sił...  

Nagle na progu stanął reżyser Bończa:  

– Jest ta nowa? – zapytał ostro.  

– Oto ta – wskazała Magdę pani Iwona.  

Bończa niedbale obejrzał ją, poklepał po ramieniu i mruknął:  

– Uważaj, żebyś się nie wsypała. Masz pietra? Co?  

Nie czekając odpowiedzi zawrócił i wyszedł.  

– Jak on śmie mówić do mnie na ty! – oburzyła się Magda.  

– Cóż ci to szkodzi – wzruszyła ramionami Brandtmayerka.  

– W teatrze nikt na te rzeczy  nie zwraca uwagi – dodała pojednawczo pani Iwona – no, 

dziewczynki, chodźcie.  

– Ja nie pójdę – powtórzyła Białkówna.  

– Nie odstawiaj ważnej! – krzyknęła na nią któraś – bo powiem Bończy i doigrasz się.  

– Całuj go wiesz gdzie!? – odcięła się Białkówna, wstała jednak i poszła za wszystkimi.  

Próba odbyła się na pierwszym piętrze w kancelarii.  

Nie było tu pianina i nawet po zsunięciu stołów zrobiło się niezbyt wiele miejsca. Jednak 

próba przeszła nieźle. Magda uspokoiła się znacznie, a pośpiech, w jakim musiała przebierać 
się i próbować, odwrócił nieco jej myśli.  

Toteż,  gdy  znalazła  się  wreszcie  wraz  z  koleżankami  na  tle  dekoracji  na  scenie,  przed 

zapuszczoną  jeszcze  kurtyną,  serce  waliło  jej  w  piersi  wprawdzie  równie  mocno,  lecz  już 
tylko z tremy. Nie zapomniała o domu i ojcu, lecz tamto wszystko wydało się jakieś odległe i 
nieważne. Gdzieś na dnie w żołądku odczuwała jakby skurcz, jakby nie dokończony spazm, 
ale cała jej świadomość ogniskowała się tu, na scenie.  

Za chwilę rozsunie się kurtyna i ujrzy przed sobą tysiące oczu, tysiące twarzy.  

Lekko, z rękami wyciągniętymi przed siebie jak do pływackiego salto mortale, skoczyła 

w  szeroką  czerwoną  paszczę  Molocha  na  miękkie  wojłokowe  materace.  Opadła  w 
przysiadzie. Numer był skończony.  

background image

 

53

Widownia  grzmiała  od  oklasków.  Magda  stała  nieruchomo  pośród  spiętrzonych  tyłów 

dekoracji, gdy chwyciła ją za rękę pani Iwona:  

– Wyjdźże, tędy, prędzej:  

Wypchnęła  ją  na  scenę.  Kurtyna  raz  po  raz  rozsuwała  się  i  zsuwała,  teatr  grzmiał  od 

oklasków, a one kłaniały się i uśmiechały, ciężko dysząc ze zmęczenia. Sala jeszcze huczała 
od oklasków,  lecz  jakiś  jegomość  w  zielonym  kitlu  i  z  plikiem  kartek  w  ręku  dał  zza  kulis 
znak i kurtyna znieruchomiała. W tejże chwili wpadł na scenę i zaczął krzyczeć:  

– Zjazd! Zjeżdżajcie! Psiakrew i tak nam spóźniacie!  

– Co się pan tak rzuca – zawołała któraś, a inna dodała:  

– Panie inspicjencie, nie machaj pan tak rączkami, bo jeszcze się urwą!  

– Takie bydlę – zdyszanym głosem mówiła Zysmanówna, gdy przepychały się w wąskim 

przejściu do korytarza – takie  bydlę! Żałuje  nam  tych oklasków, bo na  jego Marczyńską, to 
nikt ręką nie ruszy.  

– Świnia jest – zawyrokowała Białkówna.  

Na  rozmowy  jednak  nie  było  czasu.  Natomiast  trzeba  było  przebierać  się  do  trzeciego 

numeru  w  hawajskie  kostiumy.  Na  korytarzu  w  garderobie  pełno  było  słomy  i  rafii,  a 
spódniczki  wyglądały  z  bliska  fatalnie  zniszczone  i  wyskubane.  Z  daleka  ze  sceny  dobiegał 
głos Niny Hańskiej, śpiewającej tęskne tango "Serce zapomnieć nie umie".  

– Prędzej, prędzej – poganiała Staśka – ta wydra nigdy bisów nie miewa.  

– Zdążymy.  

– Nie pchaj się!  

– Toś ty wlazła mi na nogę!  

Krótkie, urywane zdania, hałas bieganiny na korytarzu, pośpiech – wszystko to otaczało 

Magdę  jakąś  gorączkową  atmosferą.  Nawet  nikt  jej  słowa  nie  powiedział,  jak  wypadł  jej 
występ. Na zalęknione jej pytania koleżanki odpowiadały obojętnie:  

– Dobrze, owszem...  

Albo też:  

– Mogło być gorzej.  

I teraz sama nie wiedziała, jak i co.  

W  każdym  razie  następne  numery  poszły  łatwiej.  Trochę  oswoiła  się  ze  sceną,  z 

reflektorami  i  z  publicznością.  Minął  jej  też  strach  przed  niespodziewanym  zjawieniem  się 
ojca  i  przed  awanturą.  Natomiast  zaczęła  ją  nękać  wcale  poważna  troska:  co  teraz  zrobi  ze 
sobą?...  

O powrocie do domu nie mogło być mowy. Wiedziała, że ojciec nie wpuści jej na próg. 

Postąpiła  jak  szalona.  Nie  żałowała  tego  i  nawet  w  tym  przyznawaniu  sobie  szaleństwa 
odczuwała  swego  rodzaju  przyjemność  i  dumę.  Jednak  należało  pomyśleć  o  noclegu.  Przed 
pierwszą przedstawienie się skończy i co wtedy?  

W  drugiej  części,  gdy  była  wolna  chwila,  zwróciła  się  z  tym  do  pani  Karnickiej.  Nie 

opowiadała oczywiście wszystkiego. Po co miała się zwierzać?... Wystarczyło, że przyznała 
się do zatargu z ojcem i do prostego faktu, że nie ma gdzie nocować.  

–  Moje  złote  dziecko  –  zastanowiła  się  pani  Iwona  –  najchętniej  wzięłabym  cię  do 

siebie...  Hm...  Na  kilka  dni...  Cóż,  nie  będziesz  miała  specjalnych  wygód,  ale  jakoś  się 
urządzimy...  

background image

 

54

Magda  podziękowała  najserdeczniej,  jak  umiała.  W  duszy  roztkliwiała  się  nawet  nad 

dobrocią pani Iwony  i pełna  była  najlepszej otuchy. Przez kilka dni skorzysta z gościnności 
pani Iwony, a później wynajmie sobie pokoik, skromny pokoik przy rodzinie. Przecież będzie 
zarabiała teraz sześćset złotych miesięcznie. Ogromne pieniądze i wszystko dobrze się ułoży.  

Gdy  jednak  po  przedstawieniu  koleżanki  zaczęły  się  ubierać  –  na  próżno  szukała  pani 

Iwony. Okazało się, że  już pojechała do domu.  Widocznie, albo zapomniała obietnicy danej 
Magdzie, albo w ten sposób chciała jej dać do zrozumienia, że woli nie brać jej sobie na kark. 
Można by wprawdzie samej pójść do niej, ale Magda tak się czuła dotknięta, rozbudziło się w 
niej  takie  rozżalenie  do  pani  Karnickiej,  że  stokroć  wolałaby  całą  noc  przespacerować  w 
Alejach,  niż  napraszać  się  tam,  gdzie  jej  nie  chcą.  Początkowo  pomyślała  nawet  o  hotelu. 
Owszem,  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  że  hotel  to  coś  okropnego.  W  domu  rodziców,  gdy 
chciano coś najgorszego powiedzieć o czyimś mieszkaniu, o mieszkaniu, gdzie odbywają się 
pijatyki i niemoralne rzeczy, mówiono, że to istny hotel. O dziewczętach złego prowadzenia 
się również opowiadano, że "wyciera się po hotelach". Pomimo to zdecydowałaby się, gdyby 
nie to, że w torebce miała całego majątku sześć złotych i dwadzieścia pięć groszy.  

Pozostało zwrócić się do Zosi Jasionowskiej, lecz na Zosię już czekał jej najdroższy.  

Na lekko rzucone zapytanie Magdy, czy wraca do domu, Zosia oświadczyła:  

– Mój galopant stawia mi dancing i wiesz co?... Spróbuję go naciągnąć, by zabrał i ciebie. 

Może się zgodzi.  

– Dziękuję ci. Nie chcę – odpowiedziała Magda.  

Dotknęła ją propozycja Zośki. Ma napraszać się i jeszcze kogoś naciągać! Zbierało się jej 

na  płacz.  Dziewczęta  jedna  po  drugiej  rzucały  zdawkowe  "do  widzenia"  i  wylatywały  jak 
najśpieszniej. Jakże ich nienawidziła w tej chwili. Jak bardzo czuła się smutna i opuszczona. 
Do  głowy  przychodziły  najdziwaczniejsze  pomysły.  Zostać  i  zanocować  tu  w  garderobie, 
pójść do którejkolwiek z ciotek, albo nad Wisłę i skoczyć do wody. Niech mają oni wszyscy 
za swoje. Wyszła z teatru prawie ostatnia. Noc była ciepła i jasna, nad miastem wisiały nisko 
chmury,  przeświecające  brudnoczerwoną  łuną.  Nieliczne  grupki  przechodniów  tu  i  ówdzie 
wałęsały  się  po  chodnikach.  Środkiem  jezdni  z  rzadka  przemykały  samochody.  Magda 
skręciła  na  lewo,  jeszcze  raz,  przeszła  na  drugą  stronę  ulicy  i  stanęła  przed  frontem  teatru: 
ciemny, szary, ponury gmach przypominał teraz kościół.  

Nagle drgnęła: pod wejściem dostrzegła sylwetkę opartego o filar człowieka. W następnej 

chwili poznała Biesiadowskiego i, sama nie wiedząc czemu, zawróciła i najszybciej jak mogła 
pobiegła w boczną ulicę.  

Nie gonił  jej, widocznie  jej  nie  spostrzegł, albo nie poznał. Nie chciałaby go spotkać za 

żadną  cenę.  Nawet  przykro  się  jej  zrobiło  na  myśl,  że  on  tam  czeka  na  nią,  że  widocznie 
pomimo  wszystkiego  nie  potępia  jej  tak,  jak  ojciec,  rodzony  ojciec...  Gdyby  tak  nazajutrz 
wyłowili jej trupa z Wisły!... Miałby, to czego chciał...  

Doszła do Jerozolimskich. Tu ruch  był większy.  Na chodnikach dość gęsto stały grupki 

mężczyzn widocznie podchmielonych. Pokrzykiwali,  śmieli  się, a gdy  mijała  ich, spoglądali 
zaczepnie. Jeszcze więcej było kobiet. Chodziły po dwie, po trzy, lub samotnie. Po ich kroku, 
po  jaskrawych  sukniach,  po  tym,  że  paliły  papierosy,  nietrudno  było  domyśleć  się,  że  są  to 
ulicznice.  Zresztą  do  uszu  Magdy  dolatywały  urywki  takich  rozmów  i  tak  nieprzyzwoite 
słowa, że nie było już żadnej wątpliwości.  

Nagle  stało  się  coś  dziwnego:  gdzieś  daleko  w  okolicy  Dworca  Głównego  rozległo  się 

przejmujące  dwukrotne  gwizdnięcie,  wolnym  krokiem,  zaczęły  biec  przed  siebie  co  sił 
starczy. Za nimi z ciemnych wnęk bram wyłaniały się coraz nowe i pędziły mijając Magdę.  

– Wiej frajerko, bo cię buda weźmie! – krzyknęła Magdzie jedna gruba.  

background image

 

55

Magda  nie  zrozumiała,  o  co  chodzi.  Lecz  i  ją  ogarnęła  potrzeba  ucieczki.  Zaczęła  biec, 

coraz szybciej. Niespodziewanie zagrodził jej drogę jakiś wysoki mężczyzna:  

– Stop! – chwycił ją za ramiona – nie bój się.  

– Proszę mnie puścić! – krzyknęła zdławionym ze strachu głosem.  

– Nie bój się mała. Podprowadzę cię.  

– Niech się pan odczepi!  

Czuć  było  od  niego  wódką  i  nie  trzymał  się  zbyt  mocno  na  nogach,  a  jednak  nie  miała 

dość sił, by mu się wyrwać.  

– Głupia jesteś – mówił pochylając się ku niej  i dysząc niemiłym odorem alkoholu – ze 

mną jesteś bezpieczna, a tak gliny cię zabiorą.  

– Za co? – zdziwiła się.  

–  Nowa  jesteś,  czy  co?  Do  budy  cię  wsadzą  i  do  komisariatu,  a  potem  na 

Daniłowiczowską. A tak żaden cię nie tknie.  

– Nie rozumiesz?  

Teraz przypomniała sobie słyszane opowiadania o obławach na "takie" i o budzie, czyli o 

samochodzie  ciężarowym,  do  którego  je  wyłapują.  I  rzeczywiście  z  daleka  zobaczyła 
kilkunastu  policjantów,  posuwających  się  po  obu  stronach  ulicy,  jakby  tyralierą.  O 
kilkadziesiąt  kroków  za  nimi  jechała  "buda".  Właściwie  mówiąc,  nie  miała  czego  bać  się. 
Przecież nie była "taką", lecz w jaki sposób mogłaby im to udowodnić!...  

– No, chodź mała – wziął ją pod rękę wstawiony jegomość – podobasz mi się. Od dawna 

chodzisz?  

Posłusznie szła obok niego. Minęli policjantów, którzy bacznie przyglądali się Magdzie i 

skręcili w Kruczą.  

– Pan myli się – już śmielej odezwała się Magda – ja wcale nie jestem "taka"...  

– No, no – zaśmiał się pobłażliwie – ile chcesz za noc?... Ale uważasz: musisz zrobić mi 

rabat! No?  

Siłą wyrwała mu się i przeszła na drugą stronę ulicy.  

– Czekaj, ty małpo zielona! – krzyknął. – To taka twoja wdzięczność!  

Stał na brzegu chodnika  i długo jeszcze słyszała za sobą  jego wyzwiska. Gdy doszła do 

placu  Zbawiciela  zaczynały  już  gasnąć  latarnie,  a  niebo  na  wschodzie  przejaśniało  świtem. 
Nigdy  dotąd  nie  wyobrażała  sobie,  że  można  się  czuć  tak  nieszczęśliwą  i  bezradną.  Wokół 
wznosiły  się  wielkie  kamienice  o  ciemnych  oknach.  W  każdej  dziesiątki  mieszkań,  setki 
pokojów. Tyle pokojów, tyle łóżek, a ona musi chodzić po pustym mieście, bo dla niej nie ma 
ani jednego.  

Wtem  zobaczyła  tramwaj  nocny,  tramwaj  zupełnie  pusty  i  przyszła  jej  myśl:  wsiądzie  i 

przejeździ tam i z powrotem aż do rana. Zaczekała na przystanku, wsiadła. Tramwaj doszedł 
do  placu  Unii,  tu  znów  kupiła  bilet  i  nim  dojechała  do  Królewskiej  już  spała.  Na  Woli 
konduktor obudził ją, wykupiła bilet.  

– Nie ma pani gdzie nocować? – zapytał.  

– Tak – bąknęła.  

– Bezdomnych coraz więcej – ziewnął – niech pani śpi.  

Zrobiło  się  już  całkiem  jasno,  gdy,  przejeździwszy  dwa  złote;  wysiadła  przy  Saskim 

Ogrodzie. Brama była otwarta. Weszła i usiadła na ławce, by natychmiast zasnąć. Obudził ją 
gwar.  Słońce  mocno  przygrzewało,  alejką  szły  podskakując  wesoło  dzieci  z  tornistrami. 

background image

 

56

Przeciągnęła  się,  wyjęła  z  torby  lusterko,  zapudrowała  nos,  poprawiła  pomadką  wargi, 
przeliczyła pieniądze: cztery złote dwadzieścia pięć groszy. Wszystkie kości dziwnie bolały, 
oczy piekły. Ręce były brudne. Odczuwała silny głód i tak by chciała umyć się. Przypomniała 
sobie mleczarenkę na Solcu, gdzie bardzo niedrogie dostałaby śniadanie. Wstała i poszła, lecz 
w  pół  drogi  zawróciła:  na  Powiślu  mogłaby  spotkać  znajomych,  a  i  w  samej  mleczarni 
wiedziano, kim jest. Właścicielka pani Kuśmierowska, zawsze u nich brała mięso.  

Po  krótkim  wahaniu  Magda  wstąpiła  do  pierwszej  cukierni.  Wypiła  kawę  i  zjadła  trzy 

ciastka. W toalecie umyła się i tak zostało jej całego majątku dwa dwadzieścia. A najgorsze 
było to, że nie miała co robić z sobą. Od chodzenia i od snu na twardej ławce bolały ją nogi. 
Mogła  jeszcze  wrócić  do  Saskiego  Ogrodu  i  przesiedzieć  do  wieczora,  a  przynajmniej  do 
piątej, kiedy można już będzie pójść do szkoły, ale nie umiała spędzać czasu tak bezczynnie.  

Wreszcie zdecydowała się pójść jednak do Zosi na Złotą. Zosię zastała jeszcze w łóżku. 

Rozczochrana,  nie  umalowana  wyglądała  przynajmniej  o  pięć  lat  starzej,  a  poza  tym  miała 
jeszcze czerwone oczy po awanturze z matką. Pani Jasionowska, kobieta zgryźliwa i wiecznie 
narzekająca  na  wszystko,  miała  do  córki  nieustającą  pretensję  o  pieniądze.  Rachowały  się  z 
sobą  o  każdy  grosz.  Gabinet  dentystyczny  matki  prosperował  źle.  Zdarzały  się  nieraz  całe 
tygodnie, że pies z kulawą nogą nie przyszedł. Zosia zaś co poniedziałek otrzymywała swoją 
gażę  i  płaciła  matce  za  utrzymanie,  ale  ani  grosza  więcej.  Przy  swoich  dwudziestu  latach 
musiała przecie ubrać się, mieć na fryzjera i inne takie rzeczy. Zajmowały na drugim piętrze 
czteropokojowe  mieszkanie, w którym właściwie  tylko Zosia  miała swój kąt, bo gabinet był 
nie  do  użytku,  matka  sypiała  na  tapczanie  w  poczekalni,  czwarty  zaś  pokój  wynajęty  był 
sublokatorowi,  panu  Machotce,  niemłodemu  już  urzędnikowi  magistratu.  Pomimo  tego,  że 
pokój  Zośki  też  był  tylko  pokoikiem,  śmiało  można  było  pomieścić  tu  jeszcze  jedną  osobę. 
Pod piecem stała wąska wprawdzie i dosyć krótka kozetka, od biedy jednak można było tam 
spać.  

Po dłuższej rozmowie Magda zdobyła się na przyznanie się do swego zerwania z rodziną. 

Oczywiście,  ani  słówkiem  nie  napomknęła  o  nocy,  spędzonej  na  mieście.  Zresztą,  już  samo 
zerwanie wystarczyło Zosi jako sensacja. Aż usiadła na łóżku:  

– Wszyscy rodzice to idioci! Wszyscy! – powtarzała z przejęciem – wprost dziwię się, jak 

można tak długo żyć na świecie i być tak głupim.  

Odruchowo sama zaproponowała Magdzie, że ją "przytuli". Była nawet tym zachwycona. 

We dwie zawsze weselej i przynajmniej matka nie będzie dokuczać.  

Sama  pani  Jasionowska  nie  miała  nic  przeciw  projektowi  z  małym  zastrzeżeniem,  że  w 

tych  ciężkich  czasach,  jakkolwiek  bardzo  pragnęłaby  tego,  nie  może  sobie  pozwolić  na 
bezinteresowność. Ułożono tedy, że Magda ma płacić za mieszkanie i za utrzymanie tyleż, co 
Zosia,  ale  z  dołu,  bo  obecnie  jest  bez  grosza.  Wynosiło  to  zaledwie  czwartą  część 
spodziewanej  gaży,  toteż  Magda  była  prawie  szczęśliwa.  Całowały  się  z  Zosią  i  obie 
serdecznie się popłakały z rozczulenia.  

Powracając do spraw praktycznych, ponieważ Magda nawet koszuli na zmianę nie miała, 

uradziły, że Zosia po południu, kiedy pana Nieczaja nie będzie już w jatce, pójdzie do Adeli i 
rozmówi  się  z  nią  w  tych  sprawach.  Magda  była  pewna  dobroci  siostry  i  nie  zawiodła  się. 
Adela  podobno  bardzo  się  popłakała,  a  najważniejsze  było  to,  że  wszystko,  co  mogła  bez 
zwrócenia  uwagi  ojca  znieść  do  bramy  dała  Zosi.  W  ten  sposób  Magda  otrzymała  swoją 
bieliznę,  kilka  sukienek,  paczkę  listów,  różne  drobiazgi  i  jeszcze  dwadzieścia  pięć  złotych 
wraz z zaklęciami, by jeszcze namyśliła się – że powinna starać się przebłagać ojca i wrócić. 
Dowiedziała się przy tym, że pan Nieczaj ani palcem nie ruszył, by ją z powrotem sprowadzić 
do  domu.  Wszystkie  obawy  były  niepotrzebne.  Natomiast  zaraz  z  rana  kazał  sprowadzić 

background image

 

57

handlarza i sprzedać mu Magdzine łóżko "za tyle, ile da". Zapowiedział też Wikcie, że Magdy 
ma na próg nie wpuścić, jeżeli nie chce sama wylecieć na zbity łeb.  

To  i  dużo  podobnych  szczegółów  opowiedziała  Adela  Zosi  pod  solennymi  zaklęciami 

zachowania  tego  w  tajemnicy  przed  Magdą,  a  to  w  nadziei;  że  z  czasem  rzecz  jakoś  się 
wyklaruje, ułoży i dojdzie do przebaczenia ojcowskiego.  

Magda jednak zbyt dobrze znała swego ojca, by miała się łudzić. Zresztą; nie myślała już 

o tym. Rozumiała, że dawne jej życie skończyło się bezpowrotnie i nie żałowała tego. Nowe 
wprawdzie nie zaczynało się pięknie, ani tym bardziej lekko, jednakże mogło, musiało pójść 
naprzód,  podczas  gdy  tamto  nigdy  nie  wysunęłoby  się  poza  granicę  codzienności,  poza 
mieszkanie  na  Dobrej,  poza  jatkę  na  Tamce;  poza  w  najlepszym  wypadku  takąż  szarość  i 
powszedniość w małżeństwie z Biesiadowskim.  

Jeżeli o niego chodziło, postanowiła zerwać również wszelkie dawne stosunki. Wiedziała 

z góry, po co czekał na nią przed teatrem. Może z nich wszystkich on jeden nie poczytał jej 
ucieczki  za  jakiś  kryminał,  ale  oczywiście  namawiałby  do  powrotu,  byłby  gotów,  pomimo 
potępienia  jej  odważne  go  i  samodzielnego  kroku  ożenić  się  z  nią  i  w  wielkiej 
wspaniałomyślności  zamknąć  w  swoim  ciasnym  życiu.  Magda  nie  wątpiła,  że  Biesiadowski 
ponowi próbę zobaczenia się z nią: Czułaby się dotknięta, gdyby miało stać się inaczej, i nie 
omyliła się: czekał na nią już o siódmej. Musiał dowiedzieć się, że za kulisy wchodzi się od 
przeciwnej strony, gdyż o siódmej był już przy wejściu.  

Ponieważ patrzał jakimś przerażonym wzrokiem, i nie mógł słowa wymówić i stał, tak z 

głupią miną i z kapeluszem w ręku; zirytowana przywitała go ostro:  

– Czego pan sobie życzy?  

– Panno Magdaleno – bełkotał – panno Magdaleno...  

– Ja nie mam czasu. Czego pan chce?  

– Panno Magdaleno – pomówić; chwileczkę... – jąkał się.  

– Muszę się przebrać, już po siódmej – wzruszyła ramionami – i o czym mamy w ogóle 

mówić.  

Obok nich co kilka chwil wpadał ktoś do sieni: koleżanki, aktorzy, muzycy z orkiestry. A 

każdy musiał badawczo przyjrzeć się Biesiadowskiemu.  

–  Niechże  pan  nałoży  ten  kapelusz  –  powiedziała  opryskliwie  –  i  czego  pan  chce?... 

Będzie może pan namawiać, bym wróciła do domu?... Ani mi się śni. Rozumie pan?... Dość 
mam tego.  

– Ja nie to, ale chwileczkę, może wstąpimy do cukierni na ciastka!...  

– Zwariował pan?! – oburzyła się – panu się zdaje, że przedstawienie w teatrze to może 

czekać na pańskie ciastka!.  

Nagle zrobiło się jej żal tego poczciwego człowieka i dodała znacznie łagodniej:  

–  Jeżeli  pan  chce,  niech  pan  wstąpi  do  mnie  jutro... o trzeciej,  na  Złotą  pod trzydziesty 

piąty. U pani Jasionowskiej. Będzie pan pamiętał?  

– Będę – kiwnął głową.  

–  No  to  do  widzenia.  Ale  mówię  z  góry,  że  jeżeli  chce  mnie  pan  namawiać,  to  szkoda 

zachodu. Do widzenia.  

Wyciągnęła  doń  rękę,  którą  Biesiadowski  chwycił  jakoś  niezgrabnie  w  przegubie  i 

pocałował w bransoletkę.  

background image

 

58

Czasu  rzeczywiście  zostało  niewiele.  Przebierała  się  gorączkowo.  Dziewczęta,  które 

widziały  ją  rozmawiającą  przed  wejściem  z  Biesiadowskim,  rzucały  różne  złośliwe 
dowcipuszki na jego temat.  

–  Nawet  ręki  nie  umie  dobrze  podać  –  myślała  Magda  i  milczała  uporczywie,  nie 

odpowiadając na docinki.  

Tego  dnia,  jak  zwykle  w  poniedziałki,  publiczności  było  niewiele.  To  wywierało  swój 

wpływ i na nastrój za kulisami. Wszyscy ruszali się ospale. Dziewczęta charakteryzowały się 
mniej starannie, a nawet inspicjent mniej krzyczał, niż poprzednio. Przedstawienie zaczęło się 
z  dziesięciominutowym  opóźnieniem  i  Magda  miała  trochę  czasu,  by  nieco  się  rozejrzeć. 
Czuła  się  znacznie  spokojniejsza  i  tremowała  się  mniej.  Zresztą  w  ciągu  dnia  z  Zosią  i  po 
południu w szkole jeszcze raz przerobiła wszystkie numery. Pani Iwona skrzyczała ją za to, że 
Magda nie domyśliła się sama przyjść na noc, gdy jednak dowiedziała się, że Magda znalazła 
locum u Zosi Jasionowskiej, więcej już do tej sprawy nie powróciła.  

–  Człowiek  powinien  sam  sobie  radzić  –  pomyślała  Magda  –  jeżeli  będzie  liczyć  na 

kogokolwiek, ani się opatrzy, jak szlag go trafi.  

Stwierdziła to nie bez goryczy w kierunku pani Iwony, ale żalu do niej w gruncie rzeczy 

nie miała. Skoro świat jest taki, trzeba się z tym pogodzić. Zresztą, na rozważania po prostu 
nie  było  czasu.  Wchodziła  w  nowe  życie,  gdzie  wszystko  było  inne,  wszystko  ciekawe, 
wszystko  dziwne.  To,  co  dawniej  wiedziała  o  teatrze  z  opowiadań  koleżanek,  tak  bardzo 
różniło się od tego co teraz oglądała własnymi oczyma, że wszystko trzeba było poznawać na 
nowo. Albo one nie umiały opowiadać, albo sama Magda miała nietrafne wyobrażenia.  

Poza tym od jutra miały się zacząć próby nowej rewii i wszystkie tym były przejęte.  

Przedstawienie  poszło  gładko.  Magda  czuła  się  znacznie  swobodniej.  Po  pierwsze 

dlatego, że się już nieco oswoiła, a po drugie z tej racji, że cały zespół mniej był podniecony, 
niż wczoraj przy wypełnionej widowni. Uważniej i szczegółowiej rozejrzała się za kulisami. 
Nie było tu ani tak brudno, ani tak nieporządnie, jak się jej wydawało za pierwszej bytności. 
Dwie tylko rzeczy  nie przestawały  męczyć:  jaskrawość świateł, od których aż oczy  bolały  i 
kurz, wibrujący się tumanami z podłogi i ze stosów dekoracji.  

Do  końca  drugiego  przedstawienia  zdążyła  już  poznajomić  się  z  kilkoma  artystami  i  z 

samą  Reną  Turską.  Właściwie  nie  były  to  znajomości,  po  prostu  ten  czy  ów  zwracał  się  z 
jakąś uwagą lub dowcipem i później zapytywał:  

– To pani na miejsce tej biednej Beli.  

– Tak – odpowiadała i uśmiechała się w miarę przymilnie.  

– Nie wie pani, jak jej zdrowie?  

–  Niestety,  noga  złamana  –  robiła  poważną  minkę  –  podobno  przynajmniej  przez  trzy 

miesiące będzie musiała się leczyć.  

Wówczas aktor chrząknął i jakoś poufalej mówił bezosobowo:  

– Proszę uważać, bo to łatwo takie coś – a potem tego!  

Tylko  Bończa  i  stary  Berczyński  bez  ceremonii  zwracali  się  od  razu  "na  ty".  Bończa, 

obojętnie  i  ostro,  nawet  powiedział,  gdy  stała  koło  rampy:  –  "Nie  szwendaj  się  tu". 
Berczyński  zaś  żartobliwie,  nazywając  Magdę  "cicipulką",  jak  zresztą  zwracał  się  do 
wszystkich girls.  

Natomiast  Turska  wprost  oczarowała  Magdę.  Zaczepiła  ją  na  korytarzu  z  prośbą  o 

przypięcie tuberoz.  

– Moja panna Klocia gdzieś mi się zawieruszyła, bardzo panią przepraszam, że ją trudzę 

– tłumaczyła się z uśmiechem.  

background image

 

59

–  Ależ  proszę  pani,  mnie  to  sprawia  prawdziwą  przyjemność  –  szczerze  powiedziała 

Magda.  

– Pani, zdaje się, jest naszą nową koleżanką?... Tak?... Nie znamy się – wyciągnęła rękę – 

jestem Turska.  

– Och, proszę pani – zaczerwieniła się Magda – kto by pani nie znał! Moje nazwisko jest 

Nieczajówna.  

Turska przez chwilę przyglądała się Magdzie, po czym powiedziała:  

– Ma pani cudowny kolor włosów... Może pani nie jest piękna, ale ma pani coś więcej niż 

piękność: wdzięk. Duży wdzięk.  

Wracając w nocy z Zosią do domu, Magda zachwycała się:  

– Ach, jakaż ona miła, jaka sympatyczna, ta Turska. Taka sławna artystka, taka piękna i 

uwielbiana, a nic nie zarozumiała.  

– No! Powiedzmy – sceptycznie zauważyła Zosia.  

– Jest czarująca – upierała się Magda – Taka naturalna i nic nosa nie zadziera.  

–  Pewno,  wobec  ciebie.  Ale  zobaczyłabyś  ją,  jak  traktuje  inne  aktorki,  których 

konkurencji mogłaby się bać. Ty dla niej czy ja, to prawie tak, jak publiczność.  

Magda  jednak  nie  dała  się  przekonać.  Zresztą,  nigdy  w  życiu  nie  umiała  całkowicie 

polegać na czyimś zdaniu. Zbyt często miała możność przekonania się, że ludzie mylą się, że 
są niesprawiedliwi, lub po prostu inaczej patrzą na świat niż ona.  

Każdy  człowiek  w  inny  sposób  ocenia  te  same  rzeczy.  Choćby  taka  Zosia  i  jej  matka. 

Gdy Magda nazajutrz porozmawiała z panią Jasionowską, zupełnie inaczej zaczęła ją sądzić, 
niż  dotychczas.  Dotychczas  myślała  o  niej  tak,  jak  ją  przedstawiała  Zosia:  skąpa,  gderliwa, 
narzekająca  i  głupia.  Wyzyskująca  rodzoną  córkę  i  zacofana.  Z  ust  zaś  pani  Jasionowskiej 
dowiedziała się bardzo nieładnych rzeczy o Zosi:  

–  Całe  życie  poświęciłam  tej  dziewczynie  –  mówiła  pani  Jasionowska,  wycierając 

irchową  ściereczką  niklowane  przybory  dentystyczne –  za  mąż  drugi  raz  nie  wyszłam  tylko 
dlatego,  że  ten  człowiek,  porządny  zresztą,  bogaty  i  bardzo  mnie  kochający  nie  lubił  Zosi. 
Czyż mogłam rodzone dziecko narażać na takiego ojczyma?... Od ust sobie odejmuję. Niech 
pani zajrzy do mojej szafy. Mam tam dwie jedyne sukienczyny, sprawione przed trzema laty. 
Od dwóch lat bucików sobie nie kupiłam. Wszystko wydaję na Zosię. I żebym chociaż raz na 
tydzień, ale, raz na miesiąc od niej dobre słowo usłyszała! Gdy ją całuję, odwraca głowę. Tak, 
panno Magdaleno, tak. Taki jest los matki.  

Podniosła  do  góry  swe  smutne,  zaczerwienione  oczy,  a  wąskie  zwiędłe  usta  drgnęły  jej 

pod zakrzywionym nosem o szerokich nozdrzach.  

I Magda pełna  była dla  niej współczucia,  ale  już  w pół godziny później, gdy  prasowała 

sobie w kuchni kombinezkę, dowiedziała się od służącej, że:  

– ...pani to dawniej była inna, nie taka nerwowa. Wszystko bez ten proszek. Całe zło bez 

ten  proszek.  Bo  jak  pani  na  proszek  nie  ma,  to  ręce  jej  tak  latają,  że  pacjenta  to  nieraz  i 
pokaleczy. A taki to drugi raz nie przyjdzie.  

– O jakim proszku pani mówi? – zdziwiła się Magda.  

Kucharka  zaś  rozejrzała  się  i  zaczęła  szeptem  opowiadać,  że  pani  Jasionowska,  to  w 

aptece taki proszek biały kupuje, co się nazywa "kukaina", że aż pan aptekarz się dziwi, co to 
pani  ma aż taką praktykę, że żaden  inny dentysta tyle tego nie  bierze.  A od tego proszku to 
pani robi się wesoła i dobra, że choć do rany przykładać, a za to, gdy "kukainy" nie ma, to jak 
błędna chodzi.  

background image

 

60

– A panna Zosia wie o tym? – zaciekawiła się Magda.  

–  Jużci  wie,  ale  niech  panienka  nie  zdradzi  się  przed  nią  ani  przed  starą,  że  ja  coś 

mówiłam.  

Magda obiecała solennie zachowanie tajemnicy, lecz już teraz całkiem nie wiedziała, co 

sądzić o Zosi i jej matce.  

Tegoż dnia poznała i sublokatora pana Machotkę. Był to już starszy jegomość dość tłusty, 

z brzuszkiem, poważny i uprzejmy. Oświadczył Magdzie, że sam kiedyś miał zostać aktorem, 
gdyż występując na scenach amatorskich, cieszył się powodzeniem, ale życie poszło inaczej. 
Ofiarował się też uczyć ją deklamacji, co jest bardzo ważne na scenie, zwłaszcza rewiowej.  

– Tylko nie chodź do tego piernika – ostrzegła Zosia Magdę po jego wyjściu – on pojęcia 

o deklamacji nie ma, a tylko chce pomacać. Mnie też na to nabierał.  

– Nie może być – dziwiła się Magda – taki solidny.  

– Solidna świnia. Czy ty wiesz, że ile razy kąpię się w łazience, to ten drań przez dziurkę 

od klucza podgląda?  

– No więc możesz zakryć, zawiesić czymś.  

– Phi, – wzruszyła Zosia ramionami – cóż to mi szkodzi. Jestem dość ładnie zbudowana. 

Niech się piernik pali:  

– To jest obrzydliwe – wzdrygnęła się Magda.  

–  Przesadzasz.  A  zresztą,  im  lepiej  się  napatrzy,  tym  później  bardziej  się  przymigdala. 

Oczywiście,  na  dystans.  A  gdy  przymigdala  się,  to  przynosi  bezpłatne  kartki  do  kin,  bo  on 
może tam dostawać w magistracie.  

Magda już na to nic nie odpowiedziała, bo przecie nie mogła zrażać sobie Zośki, a gdyby 

tak bez ogródek palnęła jej, co myśli, na pewno pokłóciłyby się na całego.  

Na  przyjęcie  Biesiadowskiego  ubrała  się  w  czarną  sukienkę,  zapiętą  pod  szyję  i 

podczerniła  sobie  oczy,  żeby  wyglądać  smutniej:  Bądź  co  bądź  była  pokrzywdzona  przez 
ojca,  znalazła  się  "na  łasce  losu  w  wirze  przeznaczeń":  Tymi  właśnie  słowami, 
zapożyczonymi  z  niedawno  przeczytanej  biografii  jakiejś  gwiazdy  filmowej,  przywitała 
Biesiadowskiego.  Nie  bardzo  zrozumiał  i  niezbyt  głęboko  ocenił  w  ogóle  jej  tragiczne 
przeżycia, gdyż przyniósł półkilową bombonierkę z czekoladkami. Magda umyślnie udawała, 
że  nie  dostrzegła  prezentu;  żeby  wiedział,  jak  mało  znaczą  czekoladki  wobec  chwil,  jakie 
przechodzi jej dusza.  

Zgodnie  z  przewidywaniami  Magdy  zaczął  od  namowy,  by  porzuciła  teatr.  Wprawdzie 

panu  Nieczajowi  nie  wystarczyłoby  to  do  przebaczenia,  ale  z  biegiem  czasu  niewątpliwie 
dałby się ułagodzić, czyli rzecz zostałaby załatwiona po ludzku i po bożemu.  

Magda zaśmiała się ironicznie:  

– Tak?... Po ludzku?... No, patrzcie państwo, ojciec wypędza córkę z domu  i  jeszcze on 

ma coś do przebaczenia, a czy nie przyszło panu do głowy, panie Feliksie, że tutaj, jeżeli kto 
ma  do  wybaczenia,  to  chyba  ta  skrzywdzona,  najniewinniej  w  świecie  skrzywdzona  córka! 
Czy  wie  pan,  jak  spędziłam  pierwszą  noc,  kiedy  mnie  jak  psa  wypędzono  z  domu?...  Wie 
pan?...  

– Skądże...  

Chociaż  początkowo  Magda  nie  miała  zamiaru  zwierzyć  się  z  tego  komukolwiek,  lecz 

teraz wszystko opowiedziała Biesiadowskiemu.  

– I zgniłabym w rynsztoku czy w więzieniu – zakończyła – gdyby mnie dobrzy ludzie nie 

przytulili. I za cóż to, za jakie takie straszne grzechy? Cóż to tak złego zrobiłam?...  

background image

 

61

Biesiadowski, wstrząśnięty jej opowiadaniem, przerażony wytrzeszczał oczy.  

– Proszę – nacierała nań – proszę, niechże pan powie, na czym polega moja wina, moja 

zbrodnia!? Zamordowałam kogoś! Ograbiłam? Okradłam?...  

– Ależ, panno Magdaleno...  

–  Cóż  to  za  zbrodnia,  że  chciałam  występować  w  teatrze?  Że  chciałam  trochę 

piękniejszego,  inteligentniejszego  życia,  niż  w  śmierdzącej  jatce?  Czy  nie  wolno  każdemu 
człowiekowi  myśleć  o  wybraniu  sobie  takiego  życia,  jakiego  chce?  Czy  za  to  trzeba 
wypędzać na ulicę?...  

Tak podnieciła się własnymi słowami, aż w oczach poczuła łzy.  

Biesiadowski, wzruszony i przestraszony, nie mógł dojść do słowa.  

–  Odepchnęliście  mnie  wszyscy  –  mówiła  –  ale  to  i  dobrze.  I  ja  was  nie  chcę,  nie 

potrzebuję.  Słyszy  pan?  Nie  potrzebuję!  Uważajcie  mnie  za  zbrodniarkę,  za  rozpustnicę,  za 
kogo chcecie. I... i... dajcie mi już święty spokój.  

Widziała jak silne na nim wywarła wrażenie. Chwycił ją za ręce i zaczął zapewniać, że on 

zupełnie co innego, że on wcale jej nie potępia, że nawet nie będzie jej namawiał do powrotu. 
Jakże mogła wątpić w jego serce, w jego miłość? Cóż on byłby wart, gdyby kamieniem w nią 
rzucił. Dla niej gotów na wszystko byle zachowała dlań odrobinę dobroci. Szukał jej, długie 
godziny wystawał przed teatrem, nocy nie dosypiał, jedzenia do ust wziąć nie mógł. Tylko o 
niej  wciąż  myślał,  o  niej,  którą  kocha  ponad  cały  świat,  o  niej,  która  jest  najpiękniejszą, 
najlepszą, najdroższą, która zostanie jego żoną...  

Magda  powstrzymała  go  ruchem  ręki.  Nie,  sądzi  ją  zbyt  dobrze,  nigdy  nie  trzeba 

przesadzać, a co dotyczy małżeństwa, to o tym mowy być nie może po pierwsze dlatego, że 
byłaby  nieodpowiednią  dlań  żoną,  że  nie  potrafiłaby  dać  mu  szczęścia,  a  po  drugie, 
poświęcając  się  sztuce,  wybierając  karierę  artystyczną,  ona  sama  nie  chce  teraz,  nie  chce  w 
ogóle wychodzić za mąż.  

Biesiadowski  był  wręcz  przybity  tym,  co  usłyszał.  Przez  dłuższą  chwilę  siedział 

nieruchomo  w  milczeniu,  później  przetarł  czoło,  chrząknął  kilka  razy  i  nieswoim  głosem 
zapytał:  

– Czy... to już ostatnie słowo... panno Magdaleno?  

– Ostatnie, panie Feliksie.  

– Ja... ja przecież nie  mam  nic przeciw temu, żeby pani występowała,  jeżeli... póki pani 

zechce. Cóż to mnie może przeszkadzać?... Hm... A jeżeliby i przeszkadzało...  

– Nie, nie – przerwała – my nie jesteśmy dla siebie. Bardzo pana lubię, wdzięczna jestem 

panu za dobroć, szanuję pana... Ale nie ma o czym mówić.  

Magda  sama  sobie  wydawała  się  w  tej  chwili  bardzo  doświadczoną  i  wytworną  damą, 

kobietą  z  wyższych  sfer,  która  w  sposób  elegancki,  niczym  w  książce,  rozmówiła  się  z 
nieodpowiednim konkurentem.  

Biesiadowski jednak nie ustępował. Zaczął obszernie wywodzić, że wobec stanowczości 

Magdy nie widzi możności nalegania, ale prosi przynajmniej o pozwolenie na widywanie jej 
od  czasu  do  czasu.  Skoro  lubi  go  trochę,  niechże  mu  wolno  będzie  odwiedzić  ją  czasami, 
porozmawiać.  Ze  swej  strony  obiecuje  solennie,  nie  dokuczać  jej  więcej  prośbami,  by 
zechciała  zostać  jego  żoną;  ale  gdzież  tu  powód,  żeby  miał  się  zarazem  wyrzekać 
znajomości?...  

I  Magda  nie  widziała  przeszkód  w  tym  względzie.  Ostatecznie  była  przekonana,  że 

wcześniej czy później  i tak się to urwie, a nie  miała  serca odmawiać  mu takiego drobiazgu. 

background image

 

62

Zastrzegła się tylko, że nie będzie mógł jej widywać zbyt często, gdyż jest niezwykle zajęta, 
ma próby w teatrze i w szkole, a wieczorem codziennie dwa przedstawienia.  

Wychodząc Biesiadowski zapytał jeszcze szeptem w przedpokoju:  

– Panno Magdaleno, a czy... czy niepotrzebne są pani pieniądze?  

– Jakie pieniądze? – zdziwiła się.  

– Czy nie mógłbym pani służyć; doprawdy byłbym szczęśliwy, a przecież pani musi mieć 

wydatki.  

Spojrzała nań wyniośle:  

– Panie Feliksie! Co pan sobie w ogóle wyobraża...  

– Wiem, wiem – przerwał ależ czy przyjaciel, szczery przyjaciel, nie może zaproponować 

pożyczki? Przecież pani, pracując, zarabia, odda mi pani, a doprawdy...  

–  Dziękuję  panu  –  odpowiedziała  sucho  nie  potrzebuję  –  do  widzenia  panu,  bo  spieszę 

się.  

Już  jednak  w  pięć  minut  po  jego  wyjściu  przyszła  refleksja:  czy  należało  odmówić?  W 

torebce zostało zaledwie kilka groszy, a pani Iwona, do której najłatwiej byłoby zwrócić się o 
pożyczkę,  nie dalej,  jak wczoraj,  narzekała, że sama  nie  ma pieniędzy. Mogła to być  nawet 
aluzja, do tego, że Magda nie opłaciła jeszcze szkoły. O zwróceniu się do którejś z koleżanek 
nie  było  co  myśleć.  Wszystkie  sprawiały  sobie  teraz  letnie  suknie  i  kostiumy  kąpielowe. 
Magda  obliczyła  sobie,  że  jej  samej  wprost  niezbędne  byłoby  teraz  wydanie  na  podobne 
rzeczy  przynajmniej  dwustu  złotych,  ale  jednakże  była  z  siebie  zadowolona,  że  nie  przyjęła 
pożyczki od Biesiadowskiego.  

W ciągu najbliższych dni istotnie nie miała czasu, by się z nim zobaczyć. Próby w teatrze 

zaczynały się o dwunastej w południe, a ciągnęły się nieraz do piątej. W szkole odbywały się 
wykłady, których Magda nie chciała opuszczać po pierwsze z racji postanowienia stanięcia na 
jesieni  do  egzaminu  w  Związku  Artystów,  a  po wtóre  dlatego,  że  ją  interesowały.  Wykłady 
kończyły  się  o  siódmej,  a  przedstawienie  zaczynało  się  o  wpół  do  ósmej.  Ledwie  starczało 
czasu na przekąskę, na wypicie w garderobie szklanki herbaty i zjedzenie zabranych z domu 
bułek z wędliną.  

Z  każdym  dniem  dzięki  własnym  obserwacjom  i  rozmowom  za  kulisami  Magda  lepiej 

poznawała stosunki panujące w teatrze.  

"Złota  Maska"  była  wielką  machiną.  Pracowało  w  niej  blisko  sto  osób,  wyliczając  już 

maszynistów  i  służbę,  a  nie  licząc  wielu  kręcących  się  za  kulisami  i  w  kancelarii 
kompozytorów,  autorów,  malarzy,  dostawców,  agentów  i  kandydatów.  Główną  osobą, 
człowiekiem,  który  rządził  wszystkim  i  wszystkimi,  był  dyrektor  artystyczny  Cykowski. 
Niewysoki, dość zażywny, ruchliwy, z krótkimi, serdelkowatymi palcami, znajdującymi się w 
nieustannym ruchu przed twarzą tego, z kim rozmawiał w ogromnych rogowych okularach i z 
idealnie zaciągniętą "pożyczką" na łysinie, wyglądał zawsze, jakby przed chwilą wyszedł od 
fryzjera.  Jego  wysoki  ostry  głos  dobiegał  nieustannie  z  różnych  stron,  a  krótkie  nogi  o 
malutkich, prawie dziecinnych stopach zdawały się wciąż tańczyć. Nie umiał chwili ustać na 
miejscu: podczas rozmowy w podskokach okrążał interlokutora, zasypując go gradem pytań i 
nie  dając  dokończyć  odpowiedzi.  Nigdy  też  nie  zdarzało  się,  by  przyjął  kogoś  w  swoim 
gabinecie, gdzie królowała panna Rzymska, opryskliwa, i wyfioczona sekretarka. Interesanci 
dopadali Cykowskiego na schodach, w garderobie, na scenie, w umywalni, w  magazynie, w 
orkiestrze  i  obskubani  ze  wszystkich  stron,  zakrzyczeni,  przegadani,  nie  mogąc  dojść  do 
słowa, po dwóch minutach zostawali sami, nie wiedząc dobrze, jak załatwili swoją sprawę, a 
głos dyrektora Cykowskiego rozbrzmiewał już gdzieś w drugim końcu gmachu.  

background image

 

63

 

Wszystko według niego poruszało się zbyt wolno, maszyniści byli leniwi, aktorzy ospali, 

girlsy miały "zardzewiałe zawiasy", stenotypistki sztywne palce.  

– On nawet tanga słuchać nie może – mówił kapelmistrz Czopski – on by kazał je grać w 

rytmie polki.  

– Cholery można dostać – irytowali się inni.  

Każdy  w  teatrze  umiał  naśladować  ruchy  i  głos  dyrektora.  Najlepiej  to  jednak  robił 

Berczyński.  Często  podczas  prób,  gdy  na  scenie  ruch  był  wprost  wariacki,  a  orkiestrze  pot 
ściekał  z  czoła,  nieoceniony  Berczyński  wpadał  w  środek  i  podrygując  piszczał  nieludzkim 
dyszkantem:  

–  Co  to,  szpital  paralityków?!  Cmentarz?...  Skład  trumien?...  Tempo!  Tempo!  Coraz 

tępiej! Tak się rewię robi, czy kondukt pogrzebowy?...  

Wszyscy  ryczeli  ze  śmiechu.  Zwłaszcza  z  owego  "kondunktu",  gdyż  dyrektor  często 

przekręcał  wyrazy  obce,  czy  to  z  pośpiechu,  czy  też  przez  nieumiejętność.  Śmiał  się  nawet 
sam Cykowski, chociaż niezbyt szczerze: Berczyńskiego wprost kochał i na każdą złośliwość 
mu pozwalał. Inni przedrzeźniali dyrektora po cichu. I to wszyscy, z wyjątkiem Bończy. Ten, 
jako  reżyser,  poczuwając  się  niejako  do  solidarności  z  "władzą",  będąc  zresztą  faktycznym 
kierownikiem  artystycznym  "Złotej  Maski",  trzymał  się  nieco  sztywno,  chociaż  nieraz 
podczas kpin z dyrektora musiał powstrzymywać uśmiech.  

– Słuchaj, Bończa – drażnił go Berczyński – przecież tobie serce się kraje, gdy widzisz, 

że Michał źle robi Cykowskiego? Czy nie nauczysz go ruszać tymi rękami?... Co twoja pasja 
reżyserska?!  

Michał,  dokładniej:  Michał  Geisler,  popularnie  nazywany  Gejzerem,  Hej-zerem,  lub 

Zweizerem,  był  największym  przyjacielem  i  największym  wrogiem  całego  zespołu,  a  to  z 
racji  pełnionych  przezeń  funkcji  administratora,  czyli  szafarza  gotówki.  Gejzer  płacił,  lub 
Gejzer  nie  płacił.  I  to  decydowało  o  temperaturze,  jaka  go  otaczała  w  teatrze.  W  dobrych 
miesiącach  barometr  szedł  w  górę,  wydawało  się  nawet  zaliczki,  a  wówczas  dyrektor 
administracyjny  chodził  wśród  aktorów  niczym  uśmiechnięty  pasterz  między  owieczkami. 
Wówczas  też  nazywał  się  kochanym  Michałkiem.  Gdy  z  kasą  było  gorzej,  Michałek  znikał 
zza  kulis,  przemykał  się  chyłkiem,  wystraszony,  zatroskany,  bardzo,  ale  to  bardzo 
nieszczęśliwy.  Wprost  żyć  nie  umiał  bez  tej  ciepłej  życzliwości,  bez  żarcików,  bez  tego 
koleżeństwa z artystami.  Wiedział, że  nic  nie pomogą  jego dowcipy, z których zaśmiewano 
się  podczas  dni  tłustych,  że  nie  kupi  sobie  łaskawego  słowa  nawet  najlepszym  papierosem. 
Toteż na głowie stawał, by forsę wydobyć, sam swojej pensji nie brał, oszczędności wyciągał, 
zapożyczał się na mieście. Byle nie znosić tej okropnej atmosfery!  

Kiedyś  był  właścicielem  fabryczki  wód  mineralnych  i  mógł  się  uważać  za  zamożnego. 

Obecnie ledwie wiązał koniec z końcem.  

Wprawdzie  rósł  jego  udział  w  "Złotej  Masce",  ale  to  nigdy  nie  było  zbyt  pewne. 

Gwarantowało  poczciwemu  Gejzerowi  tylko  jedno:  jego  stanowisko  w  teatrze,  ale  to  było 
dlań  najważniejsze.  Możność  kręcenia  się  za  pan  brat  między  aktorami,  między  ludźmi 
ubóstwianymi  przez  Warszawę,  nazywania  po  imieniu  takiej  Hańskiej,  Tureckiej, 
Lewontewskiej,  klepania  po  ramieniu  Kamila  Bończy,  Berczyńskiego,  czy  nawet  samego 
Kornata, w chwilach jego dobrego humoru – to było więcej warte niż pieniądze. Oczywiście 
Gejzer starał  się ukrywać w teatrze tę swoją pasję: –  na głowę  mi  by  wleźli! –  zwierzał  się 
poufnie każdemu po kolei, ale nurzał się w tej atmosferze kulis z tak widoczną rozkoszą, że 
nawet bez wyznań robionych przy kieliszku nikt o tym nie wątpił.  

background image

 

64

W  przeciwieństwie  do  dyrektora  Cykowskiego  Gejzer  lubił  "załatwianie  spraw".  Z 

każdym rozmawiał gruntownie i rzeczowo, obiecywał dokładnie, z datą i godziną, zapewniał 
solennie,  przyrzekał,  odprowadzał  do  drzwi,  okrągłymi  ruchami  i  okrągłymi  zdaniami 
kończył rozmowę. – Niestety, nic z tego nie było, gdyż Gejzer nie miał żadnego wpływu na 
sprawy teatralne. I tak decydował  sam  Cykowski, a w  swoich decyzjach  absolutnie  nie  brał 
pod  uwagę  poprzednich  obietnic  dyrektora  administracyjnego.  Z  rzadka  dochodziło  nawet 
między nimi z tego powodu do scysji i Michałek wówczas zdobywał się aż na krzyk:  

– Słuchajcie, Cykowski! Wy całkiem podrywacie mój autorytet! Ja nie będę malowanym 

lalem! Zrozumiano? Ja natychmiast się wynoszę i ja z wami przez adwokata będę rozmawiał, 
panie Cykowski.  

Cykowski  jednak  znał  go  tak  dobrze,  że  nie  zadawał  sobie  trudu,  by  chociaż  poskakać 

koło niego i obojętnie patrzył na rozsierdzonego Michała, gdy ten ze łzami w oczach chwytał 
kapelusz i wylatywał, z furią trzaskając drzwiami. I tak było wiadomo, że za godzinę wróci, 
jakby nigdy nic, pogodny, uśmiechnięty, aksamitny.  

Pomimo  tej  powszechnie  wiadomej  bezradności  Michała  wobec  despotyzmu 

Cykowskiego, wciągano go ustawicznie do wszystkich doraźnych koteryjek i intryg, których 
zawsze  w  teatrze  było  pełno.  Obracały  się  one  nieodmiennie  wokół  najbardziej  ważnych, 
jedynie  istotnych  dla  całego  zespołu  kwestii:  wybicia  się  ponad  innych  i  zdobycia  wyższej 
gaży.  Raz  po  raz  zawiązywały  się  kliki  i  kliczki  celem  skreślenia  jakiegoś  numeru  lub 
wstawienia do programu innego. Czasami chodziło, zdawałoby się, o drobiazg, przedłużenie 
lub  skrócenie  danego  tańca,  danej  piosenki,  o  kolejność  numerów,  o  rodzaj  dekoracji, 
kostiumów,  czy  oświetlenia,  a  głównie  o  role.  Ma  się  rozumieć,  o  najlepszych,  o 
szlagierowych  kawałkach  nie  było  co  i  marzyć.  Przede  wszystkim  z  góry  były  pisane  czy 
skomponowane dla gwiazd, dla Kornata i Turskiej dla Bończy, Berczyńskiego, Hańskiej, czy 
dla kogoś zaangażowanego na gościnne występy. Pozostawało jednak jeszcze dużo materiału, 
z którego dawało się czasem wyłowić prawdziwy skarb Nie było przecie tajemnicą, że każdy 
z dzisiejszych, wielkich zaczął się od szczęśliwego wypadku: trafił na "swoją rolę, na "swoją" 
piosenkę,  na  swój  rodzaj.  Otóż  przy  podziale  materiału,  wzgardzonego  przez  wielkich, 
odbywały się zawzięte wojny. Nieraz szczęśliwy zdobywca takiej perełki musiał do końca, do 
samej  premiery  walczyć  o  swój  łup.  I  to  walczyć  nie  tylko  z  współzawodnikami,  lecz  i  z 
gwiazdami.  Ci  bowiem  zazdrośnie  strzegli  swego  powodzenia.  Wystarczało,  by  ktoś  z 
drobniejszych  wynalazł  coś,  czym  mógłby  zdobyć  odrobinę  sukcesu,  przyćmić  znanych  i 
uznanych, a następnie rozpoczynały się intrygi, zazwyczaj kończące się skreśleniem numeru, 
wyrwaniem ze słabszych rąk szansy na popularność, sławę i wysoką gażę.  

Nie udawało się to jedynie w tych wypadkach, gdy w którymś z konkurencyjnych teatrów 

rewiowych  zjawiała  się  nowa,  niebezpiecznie  atrakcyjna  gwiazda,  a  na  giełdzie  aktorskiej 
akurat  zabrakło  czegoś  extra,  czym  by  dało  się  konkurencję  zaszachować.  Wówczas 
Cykowski wpadał w istną gorączkę i za kulisy padało elektryzujące słowo:  

– Lansować!  

Najpierw postanowiono lansować, a później wybierano obiekt szczęśliwca, zaczynało się 

od istnego szału z adeptami.  

W  godzinach  przedpołudniowych  teatr  zapełniał  się  różną  zbieraniną:  uczniowie  szkół 

dramatycznych,  słuchacze  kursów  filmowych,  baletnice  z  opery,  typki  z  prowincjonalnych 
teatrzyków, a nawet fordanserki i panie z towarzystwa, pragnące występować bodaj darmo.  

W takich dniach  atmosfera w teatrze bywała drażniąca, podniecona. Bończa, Cykowski, 

taper,  kapelmistrz  dostawali  po  prostu  gorączki.  Za  kulisami  śmiano  się,  produkowano 
niezliczone dowcipy na temat tego "narybku", "surowca", tych "krowient" i "dziubasów", ale 
niepokojono się poważnie.  

background image

 

65

Zwykle  kończyło  się  jednak  na  niczym  i  zniechęcona  dyrekcja  ryczałtowo  odprawiała 

kandydatów,  zwracając  się  do  poszukiwania  talentów  we  własnym  zespole.  W  taki  właśnie 
sposób,  na  krótko,  wybiła  się  Morelówna,  Porzycka  i  Malski,  natomiast  trwałą  i  to 
pierwszorzędną  markę  zdobyły  Kira  Woszczyńska  i  Nina  Płoskówna,  występując  już  od 
dwóch lat z ogromnym powodzeniem, jako siostry Stelli. Obie Stelki wywodziły się ze szkoły 
pani Iwony Karnickiej i kochały się od wielu lat, jak prawdziwe siostry, chociaż jedna, Kira, 
była  córką  dyrektora  banku,  a  druga  podrzutkiem  z  przytułku.  Obie  mieszkały  razem  i  w 
ogóle  były  nierozdzielne,  a  w  teatrze,  gdzie  każdego  aktora  czy  z  tym  czy  z  innym  coś 
łączyło,  one  jedne  nie  starały  się  w  taki  sposób  zdobyć  sobie  poparcia,  co  zresztą  przy  ich 
kolosalnym powodzeniu, wobec faktu, że były wprost nie do zastąpienia w swoim rodzaju – 
nikogo nie dziwiło.  Wiedziano powszechnie, że  Turska żyje z  Bończą, Hańska z  Kornatem, 
że  Porzycka  kombinuje  z  Michałkiem,  Lewoniewska  z  kapelmistrzem  Czopskim,  że 
Marczyńska  trzyma  się  z  inspicjentem  Torbiakiem  i  tak  dalej.  Nie  przywiązywano  do  tego 
większej wagi, gdyż konfiguracje te zmieniały się dość często. Podobnie było też z wszelkimi 
przyjaźniami,  "sztamami"  i  towarzystwami  wzajemnej  adoracji.  Doraźny  interes,  wspólny 
wróg, albo zwykły kaprys łączył ludzi na pewien okres czasu po to, by wkrótce już patrzyli na 
siebie wilkiem i obgadywali się wzajemnie.  

Byli  jednak  i  tacy,  których  otaczała  powszechna  i  niezmierna  nienawiść.  Nie  cierpiano 

reżysera  Bończy,  za  plecami  nazywając  go  psem  i  świnią,  lecz  jeszcze  mniejszą  sympatią 
mógł  się  poszczycić  Leon  Kornat.  Publiczność  szalała  za  nim  recenzje  miał  zawsze 
entuzjastyczne, wciąż w tym czy w innym piśmie ukazywały się jego fotografie. Był młody, 
przy  stojny,  doskonale  zbudowany,  chociaż  może  nieco  za  tłusty  rozporządzał  doskonałym 
tenorem,  tańczył  świetnie,  w  grotesce  też  był  niezrównany.  Wszystkie  wytwórnie  filmowe 
licyto wały się wzajemnie o pozyskanie go dla siebie, otrzymywał stosy listów miłosnych, a 
tylko za kulisami nienawidzono go z całej duszy. I właściwie, nie wiadomo za co. Tutaj, gdzie 
wszyscy byli zarozumiali, gdzie megalomania nikogo nie dziwiła, gdzie każdy uważał się za 
coś wyjątkowego, pycha  Kornata, jeżeli  nawet przekraczała  normalne granice, była przecież 
usprawiedliwiona.  Lekceważenie  jakie  okazywał  kolegom,  musiało  drażnić,  ale  nie  do  tego 
stopnia. Mówili o nim:  

– Cham! Zimny cham.  

Ale  zarzut  chamstwa  też  nie  był  usprawiedliwiony.  Kornat  umiał  być  uprzedzająco 

grzeczny, a używał słów wulgarnych tylko wtedy, gdy był zdenerwowany. Zimny, też nie był. 
Bodaj  on  jedyny  w  teatrze,  gdy  zawiązał  stosunek  z  którąkolwiek  koleżanką,  wprost 
afiszował się tym, zasypywał ją prezentami, wydębiał dla niej najlepsze numery; był zawsze 
gotów  zerwać  kontrakt  dla  wyciśnięcia  z  dyrekcji  dobrej  roli  dla  swojej  wybranej.  I  nie 
zgrywał się z tym. Również wiedziano, że za swoje pieniądze utrzymuje starego ojca, od lat 
nerwowo  chorego,  że  umieścił  go  w  najdroższym  sanatorium,  że  codziennie  staruszka 
odwiedza  i  kocha  go  ponad  wszystko.  Zresztą  już  same  sceny  zazdrości  jakich  nie  żałował 
swoim  przyjaciółkom  za  kulisami,  w  kawiarni,  czy  wręcz  na  ulicy,  świadczyły  o  jego 
gorących uczuciach.  

A  jednak  nazywano  go  zimnym  chamem,  a  on  wiedział  o  tym  i  często  mścił  się  bez 

pardonu. Sam uważał siebie za szczyt wytworności, nosił na małym palcu sygnet z herbem  i 
zadawał  się  poza  teatrem,  wyłącznie  z  osobami  z  najwyższych  sfer.  Poza  tym  twierdził,  że 
ukończył  uniwersytet  w  Paryżu,  ale  wszyscy  z  tego  pokpiwali  po  cichu,  chociaż  nie  można 
mu  było odmówić wykształcenia.  Władał kilkoma  językami,  był oczytany  i w każdym razie 
bardzo  inteligentny,  co  przyznawano  nie  tylko  w  zespole  lecz  i  wśród  autorów, 
dostarczających "Złotej Masce" skeczów i piosenek.  

background image

 

66

Kornat  miał  najwyższą  gażę  w  teatrze.  Brał  znacznie  więcej  niż  nawet  Turska,  niż 

wszystkie dwanaście "Iwonek" razem wziętych. Ale sprawiedliwości tej kolosalnej gaży nikt 
w teatrze nie kwestionował: opłacał się z nawiązką.  

Po  kilku  tygodniach  występów  w  "Złotej  Masce"  Magda  orientowała  się  już  w  tych 

stosunkach  wyśmienicie.  Za  kulisami  nie  ukrywano  niczego  i  jeden  o  drugim  wiedział 
wszystko, nawet więcej, niż było w rzeczywistości. Niejakie onieśmielenie i wrodzony spryt 
Magdy  sprzyjały  jej  w  swego  rodzaju  wyizolowaniu  się  z  bezpośredniego  udziału  w 
powszechnych plotkach. Słuchała uważnie, lecz unikała wypowiadania swego poglądu. Była 
dość rozsądna, by wiedzieć, że ładny uśmiech może w zupełności zastąpić najwymowniejsze 
słowa, nie angażując  jej w żadnej  intrydze. Nie myślała  jeszcze o postępie swojej kariery  w 
teatrze, toteż nie starała się pozyskać niczyich specjalnych względów. Z początku imponowali 
jej wszyscy bez wyjątku, nie wyłączając dyrektora Geizlera, wszystkich po trosze się bała. Z 
biegiem  czasu  stwierdziła,  że  taki  lęk  i  zażenowanie  to  wcale  niezła  polityka.  I  chociaż 
zaczęła już z całą dokładnością rozróżniać stopień ważności w teatrze tej czy innej osoby, nie 
przestała  robić  zachwyconych  minek,  ilekroć  ktoś  raczył  do  niej  się  odezwać.  Zachwyt 
dostosowywała  wprawdzie  do  pozycji  łaskawcy,  ale  i  tak  mogła  śmiało  skonstatować,  że 
lubią ją wszyscy.  

Na wyrobienie w niej samej wyraźnych sympatii i niechęci nie było jeszcze czasu. Jedno 

tylko wiedziała ponad wszelką wątpliwość: Kamil Bończa był skończonym ideałem zarówno 
jako  zwierzchnik,  jak  i  jako  człowiek.  Magda  miała  dość  wyrobienia,  dość  siły  woli,  by 
hamować ten magnetyczny pociąg swoich oczu do ustawicznego wpatrywania się w Bończę. 
Nie  omijała  jednak  żadnej  sposobności,  by  przejść  obok  niego,  by  uśmiechnąć  się  doń  jak 
najskromniej,  by  spełnić  jakieś  jego  polecenie.  Wszystko  to  jednak  nie  dawało  żadnych 
rezultatów. Bończa nie spostrzegł Magdy tak, jak nie zwracał najmniejszej uwagi na żadną z 
Iwonek.  

Pomimo to Magda nie traciła nadziei. Mgliście, podświadomie wyobrażała sobie własną 

przyszłość  w  teatrze  zawsze  w  jakimś  związku,  w  jakiejś  łączności  z  osobą  Bończy. 
Podejrzewała się nawet o rosnące w niej uczucie do reżysera.  

– Czy nie tak zaczyna się miłość?...  

Jednak  już  wkrótce  doszła  do  przekonania,  że  chyba  o  miłości  nie  może  być  mowy,  bo 

przecież miłość szłaby w parze z zazdrością, a właśnie w stosunku do Turskiej Magda czuła 
bodaj  najwięcej  życzliwości.  I  nie  przeszkadzało  to  Magdzie  wcale,  że  Bończa  najczęściej 
przebywał  w  garderobie  u  Turskiej.  Znajdowała,  że  są  wspaniałą  parą,  i  że  nawet  dziwne 
byłoby, gdyby się nie trzymali razem.  

Jednakże,  gdy  za  kulisami  rozeszła  się  wiadomość  o  zamierzonym  ich  ślubie  –  Magda 

odczuła to dość boleśnie. Od tego dnia z pewnym zniechęceniem myślała o teatrze i do tego 
stopnia straciła na humorze, że aż Zosia Jasionowska wyraziła przypuszczenie, iż pozostaje to 
w związku z kilkudniowym niezjawieniem się Biesiadowskiego.  

W  takim  właśnie  Magda  była  nastroju,  gdy  po  raz  pierwszy  zetknęła  się  z  Kornatem. 

Wychodziła  po  próbie  z  teatru,  gdy  Kornat  podjechał  swoim  samochodem.  Nie  wysiadając 
pstryknął na nią palcami:  

– Hallo! Hop!  

– Dzień dobry panu – zatrzymała się.  

–  Nie  ma  tu  Józefa,  czy  któregoś?  –  zapytał,  niedbale  dotykając  końcami  palców 

kapelusza.  

– Nie widziałam.  

– Psiakrew! – zaklął.  

background image

 

67

Już chciała odejść, gdy znowu pstryknął:  

–  Moja  droga,  przepraszam,  ale  nie  chce  mi  się  wysiadać.  W  mojej  garderobie  na 

wieszaku jest paczka w niebieskim papierze. Niech mi ją pani przyniesie.  

Magda zawahała się. Spojrzała nań ze złością. Cóż za cham! Czy ona tu jest na posyłki!... 

Już chciała mu to dobitnie wytłumaczyć, gdy Kornat dodał:  

– Proszę się nie omylić: paczka w niebieskim papierze.  

–  W  niebieskim  –  przytaknęła  bezmyślnie  i  wbrew  woli,  jak  głupia,  sama  nie  wiedząc 

dlaczego,  poszła  po  paczkę.  Gdy  mu  ją  odniosła  do  wozu,  nie  powiedział  ani  słowa,  tylko 
skinął głową i ruszył z miejsca.  

–  Bydlę  –  powiedziała  głośno  z  podziwem  i  niechęcią,  wieczorem  zaś  opowiedziała 

wszystko Zosi.  

– Dobrześ zrobiła – orzekła Zosia – gdybyś odmówiła,  mściłby się przy  lada okazji. To 

wredny samiec.  

Nazajutrz Kornat zaczepił Magdę za kulisami. Miał właśnie wyjść  na  scenę  i oczekiwał 

zejścia Malskiego, który wydzierał się przed kurtyną w tangu "Karminowe usta, co kłamią..."  

Bez ceremonii wziął Magdę pod brodę i powiedział:  

– Jeżeli chcesz, bym miał powodzenie, to podczas mego występu trzymaj się za guzik. To 

mi dobrze robi.  

– Pan jest taki przesądny? – zapytała udając zainteresowanie.  

W tej chwili zbliżył  się Berczyński  i  Kornat, nie  odpowiadając Magdzie, zwrócił  się do 

niego.  

– Widzisz, jaki cham? – szepnęła Żukowska.  

Magda nic nie powiedziała, lecz czuła, iż nie cierpi go z całej duszy. Nie tylko nie będzie 

trzymała się za guziki, lecz chętnie powyrywałaby je z jego fraka nad tym wypiętym tyłkiem. 
–  Wredny  samiec  –  myślała  –  rzeczywiście  wredny  samiec.  Ta  nazwa  najlepiej  do  niego 
pasuje. Ten kark tłusty, aż przelewający się przez kołnierzyk... brrr...  

Kornat  rozpoczął  swój  występ.  Przez  kulisy  widać  było,  jak  na  dłoni,  jego  wygibasy  i 

słodkie  minki.  Przed  publicznością  to  może  taki  drań  mizdrzyć  się.  Postanowiła  przy 
pierwszej okazji pokazać mu, że ma go w nosie. I co ta publiczność, te gęsi, co mu przysyłają 
listy miłosne, co oni wszyscy w nim widzą? Może i ma talent, a niech sobie ma na zdrowie, 
ale  dlaczego  uważa  siebie  za  Apolla...  Z  tymi  małymi  oczkami,  tłustym  pyskiem  i 
zaciśniętymi wargami.  

– Uwaga! – zaskrzeczał głos inspicjenta – jazda!  

I  oto  w  takt  fokstrota  Iwonki  wsunęły  się  na  scenę  z  obu  stron.  Miały  stanowić  tło  dla 

Kornata w ostatniej strofce refrenu. W cylinderkach i kusych fraczkach otoczyły go wieńcem, 
a on tanecznym krokiem zbliżał się do każdej po kolei, zaglądając w oczy i śpiewał:  

– "I dla pani też, me serce pika, i dla pani też, jeśli tylko chcesz..."  

Magdzie  przypomniał  się  wój  Zaklesiński,  mówiący  wierszami.  Kornat  robił  zalotne 

miny, ale wcale nie patrzył na tę, do której śpiewał. Kabotyn!  

Jednak  numer  miał  wyjątkowo  dobrą  salę.  Musieli  bisować,  a  później  wywoływano 

Kornata  jeszcze  z  dziesięć  razy.  Girls  już  nie  było  na  scenie.  Gdy  na  premierze  zostały  do 
końca, Kornat zrobił piekielną awanturę:  

–  Po  cholerę  te  sikory  sterczą  –  krzyczał  wtedy  w  garderobie  Bończy  na  cały  teatr  – 

zabierajcie je natychmiast, bo to czort wie co!  

background image

 

68

Taki był zazdrosny o te swoje zakichane bisy! A przecież i tak, gdy mu rzucano kwiaty, 

żadna nie wzięła ani listka.  

Właśnie przebierały się w swojej garderobie, zwanej kurnikiem, gdy Kornat wracając ze 

sceny, uchylił drzwi.  

– Hallo, hop! Ruda! – krzyknął wesoło – masz za to, żeś się trzymała za guzik!  

I cisnął wprost w Magdę pęk róż i pęk mimozy, po czym wyszedł, nie zamykając drzwi. 

Ciężkie róże zsunęły się na półkę przed lustrem, zrzucając na ziemię pudło z pudrem i kilka 
szminek.  

– Ho, ho! – odezwała się Jasia Lubaszkówna.  

– Fiu, fiu – zagwizdała znacząco któraś inna.  

– Cały puder wysypał, bydlę – zirytowała się Białkówna.  

– Książę Walii!  

– Boski Leonek, cholera!  

– Uważaj Magda, on leci na ciebie!  

– Dostąpiłaś wielkiego zaszczytu!  

Magda wzruszyła ramionami:  

– Wcale się nie trzymałam za guzik i w ogóle mam jego zaszczyt w nosie.  

– No, no, nie bujaj! – perswazyjnie odezwała się Zysmanówna.  

– Tak? – zaperzyła się Magda. – Tak?... Więc masz, zabierz to sobie! I jego możesz też...  

Rzuciła jej na kolana kwiaty.  

– I jego możesz też... jeśli chcesz, jeśli tylko chcesz – zanuciła Jola Brandtmayerówna.  

Nad  drzwiami  garderoby  zaterkotał  przeciągle  dzwonek.  To  inspicjent,  jak  zwykle, 

przynajmniej  o  trzy  minuty  za  wcześnie  wzywał  na  scenę.  Tym  razem  Magda  była  z  tego 
kontenta.  Dzwonek  przerwał  przykrą  rozmowę.  Czuła  się  speszona  i  zła.  Bynajmniej  nie 
ucieszyła  się  tym  gestem  Kornata.  Może  sprawiłby  jej  przyjemność,  chociaż  go  nie  lubiła, 
gdyby nie to, że naraził ją na złośliwostki ze strony koleżanek.  

Pomimo to, gdy wychodziła do domu, kwiaty zabrała ze sobą. Przypuszczała, że Kornat 

będzie na nią czekał przed teatrem i układała sobie, jak mu da do zrozumienia, że nie może u 
niej  liczyć  na  żadne  powodzenie.  Zawiodła  się  jednak,  Kornat  właśnie  odjeżdżał  z 
Cykowskim i z Polerem, autorem od piosenek. Do późnej nocy rozmyślała o całym zdarzeniu 
i  doszła  do  przekonania,  że  wprawdzie  po tych  kwiatach  nie  powinna  mu  robić  afrontu,  ale 
nie zwracać nań żadnej uwagi.  

Jednakże  już  nazajutrz  podczas  prób  musiała  złamać  swe  postanowienie.  Zbliżył  się  do 

niej i zapytał cicho:  

– Chcesz mała przejechać się do "Hrabiny" na przekąskę?  

Pokusa  była  zbyt  duża:  przejażdżka  szykownym  autem  w  towarzystwie  Kornata  po 

mieście  i  obiad  w  "Hrabinie"  w  podmiejskiej  knajpie,  o  której  tyle  słyszała.  Chciała  się 
wszakże  podrożyć.  Kornat  jednak,  swoim  zwyczajem,  nie  czekał  na  odpowiedź  tylko 
dorzucił:  

– Czekaj po próbie na rogu przed Szwajcarską.  

I  już  do  końca  nie  mogła  go  złapać,  a  wyszedł  wcześniej  po  wyjściu  z  teatru  z  trudem 

odczepiła  się od Tykowinówny  i  Malskiego, którzy chcieli  iść na  lody  i szła  jak  najwolniej, 
by  przynajmniej  trochę  na  nią  poczekał.  I  rzeczywiście,  już  z  daleka  zobaczyła  jego  auto. 

background image

 

69

Jeszcze na chwilę zatrzymała się w bramie. Umyślnie. Dlaczego nie zabrał jej sprzed teatru: 
wstydził się?... To choć teraz poczeka.  

Spodziewała się, że będzie zły i doznała miłego rozczarowania. Kornat przywitał ją z taką 

uprzejmością, jakiej u niego w ogóle sobie nie wyobrażała.  

– Trochę się spóźniłam – uważała za stosowne jakby przeprosić.  

– Ach drobiazg – pomógł jej wsiąść i zatrzasną drzwiczki. – Wie pani że się cieszę, tak, 

cieszę się panią.  

Nacisnął starter i wóz ruszył.  

– Ja właśnie potrzebuję czegoś tak świeżego, jak pani. To mnie odnawia... Pobudza...  

Mówił,  patrząc  przed  siebie.  Magda  nie  wiedziała  co  na  to  odpowiedzieć.  Zresztą  była 

zbytnio  zaabsorbowana  obserwacją  ulicy.  Przy  skrzyżowaniu  Brackiej  z  Jerozolimskimi, 
musieli stanąć. Przechodząca publiczność oglądała się na nich.  

– Patrz, Kornat! – dolatywały głosy.  

– Ładna dziewczyna...  

– Z kim on jest?  

– Kornat ze "Złotej Maski"...  

Kornat udawał, że nie słyszy. Gdy auto potoczyło się znowu miękko i elastycznie, Magda 

odetchnęła z rozkoszą:  

– Jak to przyjemnie. I tak wygodnie się siedzi.  

– To jest niezły wóz – obojętnie rzucił Kornat.  

– Czy wie pan, że ja nigdy w życiu nie jechałam samochodem.  

Obejrzał się na nią zdziwiony.  

– Owszem – poprawiła się – jeździłam nieraz taksówką, ale to zupełnie inna rzecz. Ach, 

jak cudownie.  

Może nie powinna  była tak się zachwycać, żeby  sobie nie wyobrażał, że robi  jej wielką 

łaskę. Kornat jednak zmarszczył brwi i powiedział jakoś ostro:  

– Będzie pani jeździć tym wozem, ile tylko pani zechce.  

– Cóż znowu – speszyła się.  

– Cicho, mała.  

Zaśmiała się:  

– Pan jest taki dziwny. Raz mówi pan na ty, a raz na pani.  

– To zrozumiałe.  Raz czuję  się  bliższy  i pewniejszy pani, wówczas  mówię do ciebie  na 

ty, innym razem dalej... Forma, w jakiej się zwracamy do ludzi, jest poniekąd wykładnikiem 
naszego  stanu  wewnętrznego,  nie  zaś  stanu  faktycznego  ustosunkowania  się  do  danego 
osobnika.  

Magda powtórzyła w  myśli  jego słowa,  lecz  i tak nie zrozumiała. Było to widocznie za 

mądre dla niej. Ten Kornat naprawdę miał jednak większe wykształcenie, niż inni w teatrze.  

–  Niech  już  pan  mówi  na  ty.  Ale  pewno  pan  nawet  nie  wie,  jak  mi  na  imię?... 

Magdalena... Magda...  

–  Dziecko  drogie  –  uśmiechnął  się  –  wiem  dokładnie.  Nazywasz  się  Magdalena 

Nieczajówna,  masz  osiemnaście  lat,  masz  także  fatyganta,  jakiegoś  chama  handlującego 
wieprzami, z którym chcesz się pobrać. Widzisz!...  

background image

 

70

Potrząsnęła głową.  

– To nieprawda.  

– Jak to?  

–  Po  pierwsze,  wcale  nie  chcę  zostać  jego  żoną,  a  po  drugie,  to  nie  żaden  cham. 

Przeciwnie, oficer rezerwy i...  

Zacięła się, gdyż czuła się mocno dotknięta lekceważącym tonem Kornata.  

– I co? – zapytał.  

– I życzyłabym niejednemu, by był takim dżentelmenem, jak on – wypaliła.  

– To niby ja? – wybuchnął śmiechem.  

– A choćby i pan – spojrzała nań z nienawiścią.  

– Jesteś głupia – odpowiedział spokojnie.  

Mijali właśnie rogatkę. Dodał gazu i auto zaczęło nabierać rozpędu. Powietrze gorącą falą 

uderzało w twarz, tamując oddech. Było to cudowne. Pomimo to zdecydowała się szybko:  

– Proszę pana, niech pan stanie.  

– Bo co?  

– Ja chcę wysiąść.  

– Zaraz dojedziemy do "Hrabiny".  

Stanowczo położyła mu rękę na łokciu:  

– Ja proszę zatrzymać.  

– Psiakrew! – zaklął – o co chodzi?  

– Chcę wysiąść. Może pan obrażać, kogo się panu podoba, ale  ja  nie zamierzam znosić 

obelg.  

Podniósł brwi, a jego zacięte usta zacięły się jeszcze bardziej.  

– Jak sobie jaśnie pani życzy – powiedział zimno.  

Nacisnął hamulec i wóz zwolniwszy biegu stanął.  

– Jest pani histeryczką i radzę brać zimne kąpiele – powiedział ze złością.  

– Dziękuję – mocowała się z klamką.  

– I ostrzegam, że stąd do miasta jest coś osiem kilometrów.  

– Nie szkodzi – wyskoczyła – dziękuję za miłą przejażdżkę.  

– Nie bądźże wariatką! – wybuchnął – ja do niej jak do jakiejś królowej, a ona...  

– Pierwsze słyszę, że do królowej mówi się "głupia".  

–  Po  pierwsze  nie  można  być  taką  drażliwą,  a  po  drugie,  jeżeli  rzeczywiście  uważasz 

swego  handlarza  świń  za  taki  ideał  to  pomyliłem  się  i  życzę  szczęścia,  a  na  razie  miłego 
spaceru.  

Z  przesadną  grzecznością  uchylił  kapelusza  i  odjechał.  Magda  z  miejsca  zwróciła  ku 

miastu  i  szła  półprzytomna  ze  złości  i  zdenerwowania.  Przez  głowę  przebłysnął  jej  plan 
zemsty: spoliczkuje go za kulisami, opowie wszystkim, jak po świńsku z nią postąpił.  

– To cham – powtarzała bliska płaczu – to cham... Wielki artysta!... – Bydlę nie artysta...  

Przecie  nie  powinien  był  w  żadnym  razie  zostawić  jej  samej  na  szosie.  Osiem 

kilometrów. Ale dojdzie. Woli choćby do wieczora iść pieszo, niż jechać z nim. Bydlę.  

background image

 

71

Obejrzała się: o kilkaset metrów za nią Kornat zawracał. Domyśliła się, że wróci po nią i 

przysięgała sobie, że za żadne skarby  nie wsiądzie do samochodu. Gdy  jednak wóz Kornata 
zatrzymał  się  o  parę  kroków  przed  nią,  doznała  pewnej  ulgi.  Zaczął  przepraszać.  Prosił  o 
wyrozumiałość: człowiek nie panuje nad nerwami. W takiej gorączkowej pracy, jak w teatrze 
i w filmie, człowiek okropnie się zdziera... Przecie jest szczęśliwy, że chciała z nim pojechać, 
marzył o spędzeniu kilku godzin właśnie z nią i tylko z nią...  

Całował  ją  przy  tym  po  rękach,  chociaż  była  w  rękawiczkach  i  to  porządnie 

podniszczonych. Był przy tym taki miły i delikatny, tak pokornie wpatrywał się w jej oczy, że 
wreszcie uśmiechnęła się. Wówczas krzyknął radośnie:  

– Cudo ty moje!  

I zanim mogła się obronić niczym piórko chwycił ją na ręce. W następnej chwili siedziała 

już w aucie. Kornat zmienił się nie do poznania. Nazywał ją teraz "swoją miedzianą królową" 
i tak często odwracał do niej głowę, aż bała się, że najedzie na jakąś furmankę.  

Magdzie również powrócił humor. W restauracji powitano ich z niezwykłymi honorami. 

Widocznie i tutaj Kornata znano doskonale. Przybiegli czterej kelnerzy, zarządzający i nawet 
kucharz.  Magda  nigdy  nie  przypuszczała,  by  nad  tym,  co  się  je  czy  pije,  można  było  tak 
zastanawiać  się.  Obiad  podano  wspaniały.  Podobnych  smakołyków  jeszcze  nigdy  nie  jadła. 
Była już w kilku restauracjach, ale w takich mniejszych i bardzo skromnie, za kilka złotych. 
Tu  siedziała  w  altanie  pod  drzewami,  podawano  różne  wymyślne  rzeczy  i  szampana  w 
srebrnym  kuble.  Obok,  specjalnie  dla  nich,  grała  orkiestra,  a  kapelmistrz  za  każdym  razem 
zwracał się do Magdy z zapytaniem, co ma zagrać. Kornata nazywano tu "mistrzu" i skakano 
przed  nim,  jak  przed  jakimś  dygnitarzem.  Widziała,  że  mu  to  sprawia  wielką  przyjemność, 
widziała, że zerka na nią, by sprawdzić, czy taka gęś umie docenić zaszczyt, jaki ją spotkał, 
lecz  jednocześnie  bawiła  się  doskonale,  gdyż  podnieciło  ją  wino,  a  po  drugie  Kornat  był 
wręcz  przezabawny.  Zaczął  dokazywać,  jak  mały  chłopak,  śpiewał  trochę  nieprzyzwoite 
piosenki,  pokazywał  jak  jedzą  bezzębni,  jak  stare  panny  piją  niczym  kury,  jak  żuje  krowa. 
Później tańczyli we dwójkę na trawniku. A przez cały czas nie pozwolił sobie już ani na jedno 
lekceważące czy niegrzeczne słowo, nie próbował ani objąć, ani pocałować: zachowywał się 
wobec niej rzeczywiście, jak wobec "królewny".  

Wrócili w doskonałym usposobieniu, rozbawieni, weseli i nie bardzo trzeźwi.  

Przed wjazdem do miasta Magda zapytała:  

– Może pan mnie tu wysadzi?  

– Jak to, przecie już czas do teatru!  

– Dojadę tramwajem.  

Myślała,  że  Kornat  znowu  nie  zechce  pokazać  się  z  nią  razem  przed  teatrem,  ale  on 

zaprotestował:  

– Nie,  moja  miedziana królewno. Nie róbmy żadnych szopek. Chyba... chyba, że pani... 

wstydzi się mojego towarzystwa.  

Zaprzeczyła całkiem szczerze i nawet roześmiała się lecz on nagle spoważniał.  

Podczas przedstawienia nie zamienili ze sobą ani słowa. Spoglądał jednak na nią zupełnie 

inaczej  niż  dotychczas,  a  wychodząc  po teatrze  wstąpił  do  garderoby  i  pożegnał  się  tylko  z 
nią.  

Oczywiście  koleżankom  wystarczyło  to,  by  prześcigać  się  w  dowcipuszkach  i 

szpileczkach. Na wszystkie wypytywania Magda jednak odpowiadała niezmiennie:  

– Zwariowałyście?... Odczepcie się! Mówię wam, że on mnie nic nie obchodzi.  

background image

 

72

Była to zresztą najściślejsza prawda. Po dawnemu, czuła do Kornata raczej antypatię. Nie 

zmieniła też zbyt radykalnie zdania o nim, jako o człowieku gburowatym, a jako mężczyzna 
nie podobał się jej wcale. Obszernie i szczerze wytłumaczyła to Zosi, opowiedziawszy swoją 
dzisiejszą przygodę.  

Zosia zamyśliła się i zawyrokowała:  

– Masz szczęście.  

– Zbzikowałaś? Cóż ty sobie wyobrażasz?  

–  No,  moja  droga,  Kornat  jak  zechce,  to  w  teatrze  przeprowadzi  wszystko.  I  nie  bądź 

głupia. Możesz się przez niego dochrapać. Czy ja wiem... Solowego występu...  

– Ani mi się śni! Rozumiesz! – oburzyła się Magda.  

– Nie zawracaj głowy. Udajesz takie  niewiniątko... Ale  ja ci  Magduś  mówię, że weź go 

tylko galopem, a zobaczysz. Przecie to jest pewne, że leci na ciebie.  

Magda nic już na to nie powiedziała, lecz postanowiła unikać Kornata.  

Jednakże  zaraz  nazajutrz  miała  możność  przekonania  się,  jak  trudno  jest  postępować 

według ułożonego planu. Przede wszystkim ten dzień, który miał się zaznaczyć tak ważnym 
momentem w jej życiu, zaczął się od straszliwej awantury w domu. Pani Jasionowska została 
aresztowana.  

Już od dłuższego czasu w domu  była bieda.  Komornik zajął cały gabinet dentystyczny  i 

wszystkie meble. Na utrzymanie szły pieniądze pożyczane od służącej, która jednak pani do 
ręki  ani  grosza  dawać  nie  chciała,  gdyż  obawiała  się,  że  wszystko  pójdzie  na  "kukainę". 
Wreszcie  na  dobitek  złego  wczesnym  rankiem  zjawiła  się  policja:  okazało  się,  że  panu 
Machotce, sublokatorowi zginęło z kufra dwanaście obligacji dolarowych, stanowiących cały 
jego  majątek.  Mieszkanie  wywrócono  do  góry  nogami.  Rewizja  trwała  przeszło  dwie 
godziny.  Pani  Jasionowska  w  starym  czerwonym  szlafroku  z  rozwichrzonymi  włosami 
miotała się z pokoju do pokoju, krzycząc, że to bandytyzm, że takiego wstydu nie przeżyje, że 
pochodzi  z  obywatelskiej  rodziny  i  nie  pozwoli  siebie  posądzać  o  kradzież.  Po  jej  ziemistej 
twarzy  spływały  łzy  i  była  z tym wszystkim  straszna.  Magda  byłaby gotowa przysiąc, że ta 
biedna kobieta nie zawiniła. Gdy  jednak powiedziała to Zosi, ta, ponura  i  zimna,  wzruszyła 
tylko  ramionami.  Służąca  natomiast  wygadała  się  przed  policją,  że  widziała,  jak  pani 
Jasionowska  dobierała  klucz  do  nieszczęsnego  kufra.  Poza  tym  ów  klucz,  który  do  kufra 
pasował,  znaleziono  w  ustępie  za  koszem  z  brudną  bielizną.  Wtedy  pani  Jasionowska 
zemdlała.  Podczas  przesłuchania  Magdy  wyszło  na  jaw,  że  nie  jest  ona  tu  zameldowana. 
Miałaby  też  duże  przykrości.  Na  szczęście  Zosia  oświadczyła,  że  to  jej  koleżanka  z  teatru, 
która tu wcale nie mieszka, a tylko nocowała kilka razy.  

Po  aresztowaniu  pani  Jasionowskiej  Magda  w  każdym  razie  musiała  wyprowadzić  się. 

Ponieważ  już  dawniej  zbliżyła  się  z  Jolą  Brandtmayerką,  zaraz  podczas  próby  w  teatrze 
zwierzyła się jej ze swych kłopotów, a po próbie obie razem przewiozły walizkę i drobiazgi 
Magdy do mieszkania Joli. Było to znacz nie dalej od śródmieścia, bo aż na Chocimskiej, ale 
o  wiele  sympatyczniej.  Państwo  Brandtmayerowie  zajmowali  sześcio  pokojowe  mieszkanie. 
Właściwie dla siebie mieli tylko dwa pokoje. Resztę odnajmowali. Często jednak zdarzało się, 
że  któryś  z  sublokatorskich  był  wolny.  I  właśnie  dzięki  uprzejmości  rodziców  Joli  Magda 
zainstalowała  się  w  jednym  z  nich.  Sublokatorami  byli  tu  przeważnie  oficerowie  z 
pobliskiego lotniska. Ponieważ jednak często otrzymywali nowe przydziały, a na ich miejsce 
wprowadzali się inni, było tu prawie jak w hotelu.  

Pan  Brandtmayer,  niegdyś  podobno  kasjer  w  banku,  obecnie  zupełnie  ślepy,  siwy 

staruszek nie ruszał się ze swego fotelu pod oknem, jego żona zapracowana od rana do nocy 
udzielała na mieście lekcji gry na fortepianie. Domem rządziła właściwie służąca Weronika, 

background image

 

73

młoda jeszcze, zdrowa kobieta, o szerokich biodrach i wielkich piersiach. Weronika przyjęła 
Magdę z  nieukrywanym  niezadowoleniem. Jej  małe przenikliwe oczy  spoglądały z wyraźną 
niechęcią. I to od razu zastraszyło Magdę, tym bardziej, że wszyscy w domu jakoś jakby się 
po  trochę  lękali  tej  wielkiej  silnej  dziewuchy.  Sama  pani  Brandtmayerowa,  która  umiała 
wydawać  Joli  polecenia  stanowczym  głosem,  a  mężowi  odpowiadać  jak  dokuczliwemu 
dziecku, w stosunku do służącej zdobywała się tylko na prośby:  

– Może by Wercia zeszła po mleko?  

Albo też:  

– Dobrze byłoby, moja droga Werciu, żeby przeprać te firanki.  

A Weronika na to mruczała:  

– Sama wiem.  

Jeszcze częściej w ogóle nie raczyła odpowiadać. Najłaskawiej jeszcze rozmawiała z Jolą, 

nazywając  ją,  jak wszyscy w domu po prostu Jolcią, za to stawała się wesoła  i chichotliwa, 
ilekroć obsługiwała sublokatorów.  

Magda,  roztrzęsiona  nerwowo  po rannych  przejściach  na  Złotej,  obiecywała  sobie,  że  z 

czasem  potrafi  jakoś  zjednać  Wercię.  Tymczasem  wystarczała  jej  troskliwość  Joli, 
uprzejmość pani Brandtmayerowej i niezwykła dobroć staruszka, który co kilka minut wołał 
ze swego fotela:  

– Jolciu! A może byś twojej przyjaciółce zmieniła materac?  

– Jolciu! Czy tam szyba w narożnym wstawiona. Żeby jej nie wiało.  

Magda rozczulona pocałowała go w rękę, a Jola musiała dokładnie opowiedzieć ojcu, jak 

Magda  wygląda.  Staruszek  nie  darował  żadnego  szczegółu,  a  że  Jola  aż  przesadzała  w 
pochwałach, w końcu orzekł:  

–  Tak,  tak  wiem,  jest  piękna.  Starsza  siostra  twojej  matki,  Jolciu,  była  kropla  w  kroplę 

taka póki nie umarła. Pamiętam, gdy przychodziła do mnie do banku, jeszcze na Królewską, 
to wszyscy koledzy tak szeroko otwierali gęby.  

I staruszek otwierał usta aż  mu w szczękach coś trzeszczało. Potem zaczął opowiadać o 

żonie  prokurenta,  co  urodziła  trojaczki,  o  kolegach,  o  jakimś  dyrektorze  naczelnym  panu 
Hormiszu,  który  trzymał  –  pierwszy  w  Warszawie  –  własny  samochód  o  teściu  Hormisza, 
innym znowu bankierze, i tak bez końca.  

Magda  w  rezultacie  poszła  do  teatru  tak  późno,  że  nie  miała  już  czasu  wstąpić  do 

mleczarni, by coś przegryźć, a w ciągu całego dnia zjadła tylko dwie czekoladki, którymi ją 
podczas próby poczęstowały siostry Stelli. Nie sypnęła się.  

Z  głosu,  ze  zmęczenia  i  ze  zdenerwowania  "sypnęła  się"  kilka  razy,  a  pech  chciał,  że 

akurat wszędobylski dyrektor Cykowski był na widowni. W przerwie po "Zbójnikach", gdzie 
z winy  Magdy trzeba  było opuścić  bardzo efektowny  moment, Cykowski wpadł  za kulisy  i, 
potrząsając swymi grubymi rękami nad jej głową, zaczął krzyczeć:  

–  Tobie  gęsi  paść!  Za  co  ja  wam  płacę!  Nie  wymagam,  żebyś  miała  co  w  głowie,  ale 

niech do cholery te nogi, psiakrew! Gdzie Karnicka?  

Skakał  dookoła  rozindyczony  i  wrzeszczał  bez  przerwy.  Na  szczęście  Magdy  awantura 

odbywała  się  tuż  pod  drzwiami  garderoby  Kornata  i  właśnie  podczas  największego  krzyku 
Kornat na wpół ubrany i na wpół ucharakteryzowany wypadł na korytarz.  

– Czego się tu drzesz!? – wpadł od razu na Cykowskiego. – Co za żydowska maniera! Bić 

ją będziesz czy co?  

background image

 

74

–  Ona  mi  najlepsze  numery  psuje...  –  zaczął  Cykowski.  –  Ja  tego  śmiecia  mogę  mieć 

tyle...  

– Sam jesteś śmieć, g... niarzu! – ryknął Kornat.  

– Uspokój się, Leonku, na miły Bóg, uspokój się chwycił go za rękaw koszuli Michałek, 

który wyrósł jak spod ziemi.  

Nieco  opodal  przystanął  jeszcze  mały  Kubicki.  Inni  przechodzili  mimo,  przyzwyczajeni 

do podobnych awantur.  

– Za wiele sobie pozwalasz! – butnie zwrócił się Cykowski do Kornata i tupnął nogą dla 

dodania sobie fantazji.  

– Pozwalam? Ja ci pozwalam, wiesz co? Żebyś mnie pocałował w...  

Huknął  na  cały  korytarz  ostatnie  słowo,  zakręcił  się  na  pięcie,  spiorunował  wzrokiem 

poczciwego Michałka i wszedł do swojej garderoby.  

– Oj, trzymajcie mnie, bo ja mu mordę rozbiję – podskoczył Cykowski.  

Magda korzystając z zamieszania wycofała się do "kurnika", lecz tak tym wszystkim była 

ogłuszona, że w następnym tańcu znowu sypnęła się aż dwa razy. Po przedstawieniu podeszła 
do Kornata i podziękowała mu za obronę. Wprawdzie on sam nieraz robił podobne awantury 
innym koleżankom, a za nią ujął się tylko dlatego, że na nią leci, ale w każdym razie postąpił 
ładnie.  

Powiedział,  że  to  drobiazg,  i  zaproponował,  by  wyszli  razem.  Zaczęła  się  przed  nim 

usprawiedliwiać  ze  swoich  pomyłek.  Miała  taką  straszną  historię  z  rana,  później 
przeprowadziła  się  i  w ciągu całego dnia  nic  nie  miała w ustach. Kornat oburzył  się  na to i 
zaczął  jej  robić  niby  dziecku  wymówki,  że  nie  dba  o  siebie,  że  to  skandal,  że  natychmiast 
musi coś zjeść. Od razu przybrał ton opiekuna i zadecydował:  

–  Pójdziemy  do  mnie.  Kolacja  jest,  a  knajpy  już  tak  nnie  zmęczyły,  że  mój  system 

nerwowy nie znosi wieczorem żadnego publicznego lokalu.  

Magda potrząsnęła głową:  

– To ja sama gdziekolwiek wstąpię.  

– Niby dlaczego, dlaczego nie do mnie? – zatrzymał się w miejscu.  

– Bo... bo... czy ja wiem... To nie ma sensu.  

– Aha! Fumy!  

– Nie fumy, tylko... sprawię panu kłopot. Nie, stanowczo nie.  

– Panno Magdaleno! – powiedział z wyrzutem. – Niechże pani nie będzie zwykłą gąską. 

Przecież proszę jak kolega, jak przyjaciel!  

– Kiedy... ja doprawdy...  

Zaczęła  się  wahać.  Istotnie  o  tej  godzinie  mogłaby  wstąpić  jedynie  do  jakiejś  nocnej 

knajpy, gdzie wszystko kosztuje strasznie drogo. A poza tym samej też jakoś niewyraźnie.  

– Chodźmy – nalegał – nie trzeba być taką mieszczką.  

Wsiedli  w  taksówkę.  Kornat  opowiadał  o  zaletach  swego  mieszkania:  jest  ciche, 

słoneczne, aksamitne.  

Magda słuchała półuchem, rozmyślając nad tym, że właściwie mówiąc, nic złego nie robi. 

Ostatecznie, cóż to wielkiego, że zje u niego kolację. Jest taka głodna. Nigdy w życiu nie była 
taka  głodna.  A  poza  tym  on  na  pewno  nikomu  nie  powie,  że  była  u  niego.  A  jeżeliby  i 
powiedział? – Przecież to żaden wstyd.  

background image

 

75

Nie obawiała się, że Kornat zachowa się wobec niej nieprzyzwoicie. Od czasu "Hrabiny" 

był dla niej niezwykle dżentelmeński. Zresztą za dzisiejszą obronę powinna mu wywdzięczyć 
się zaufaniem. Ot, i teraz siedzi w taksówce z daleka, nawet nie próbuje żadnego dotykania.  

Mieszkał  w  willi  na  Wierzbnie.  Zajmował  górne  piętro,  trzy  śliczne  pokoiki  i  łazienkę. 

Pokazał  jej  zaraz  na  wstępie  wszystko.  Istotnie  było  tu  czarująco.  Na  okrągłym  stole 
przygotowana była zimna kolacja i jedno nakrycie. Drugie Kornat wydostał z szafy.  

– No, czy bardzo u mnie groźnie? – zapytał z uśmiechem.  

– Wcale nie.  

– A moja miedziana królewna pomoże mi w gospodarstwie?  

– Z przyjemnością.  

Gospodarstwo  polegało  na  przygrzaniu  parówek  i  zaparzeniu  kawy.  Wszystko  zresztą 

było już przygotowane.  

Jadła  z  wilczym  apetytem.  Pili  przy  tym  jakąś  słodką  i  bardzo  przyjemną  wódkę,  a 

później  wino  i  do  kawy  coś  słodkiego  i  znowu  wino.  Kornat  dowcipny,  wesoły  i  tak  jakoś 
czuła się z nim dobrze, mniej obco, prawie po przyjacielsku, tym bardziej, że wypili "na ty". 
Obawiała  się,  że  przy  tym  obrzędzie  zechce  pocałować  ją  w  usta.  Myślała  o  tym  nawet  z 
pewnym  obrzydzeniem,  za  które  zresztą  robiła  sobie  wymówki,  ale  była  zdecydowana. 
Kornat jednak postąpił bardzo pięknie: przyklęknął i pocałował ją w nogę. W ogóle był inny, 
niż wszyscy, których dotychczas znała. Może wynikało to z jego talentu, a może z lepszego 
pochodzenia.  

Magdzie troszeczkę kręciło się w głowie i aż musiała hamować humor, by nie wydać się 

Kornatowi  źle  wychowaną.  Kilka  razy  zabierała  się  do  odejścia,  ale  dość  łatwo  ustępowała 
jego  perswazjom.  A  poza  tym  wciąż  pokazywał  jej  różne  niezwykłe  rzeczy:  wspaniały 
gramofon,  co  sam  zamieniał  płyty,  maszynkę  do  robienia  papierosów,  radio,  przybory 
gimnastyczne, kilkadziesiąt figurek Buddy i takich z wielu rękami. Czego on nie miał! Potem 
wydobył  stosy  fotografii  z  różnych  swoich  filmów  i  z  występów  gościnnych  na  wielkich 
scenach  dramatycznych,  czytał  urywki  recenzji.  Cały  tapczan,  na  którym  siedzieli  i  cały 
dywan zasypany był wycinkami z gazet, fotografiami, albumami, gdzie tak porządnie i ładnie 
powklejano  niektóre  recenzje.  Ogromna  ich  większość  z  entuzjazmem  mówiła  o  Kornacie. 
Osobno  jednak  były  zebrane  i  złe,  uszczypliwe,  niechętne.  Te  czytał  z  jakimś  szczególnym 
upodobaniem. Nagle stał się zły, przygnębiony, smutny.  

– Kto wie – powtarzał – może oni mają rację. Może wcale nie mam talentu.  

– Ale cóż znowu! – protestowała.  

– Może jestem zwykłym kabotynem, kuglarzem, pajacem.  

Zrywał  się  i  chodził  zdenerwowany  po  pokoju,  przeczesując  rozstawionymi  palcami 

swoją bujną czuprynę.  

Pocieszała  go  jak  umiała.  Sama  dolewała  wina  i  piła  z  nim  w  nadziei,  że  to  mu  humor 

poprawi.  Nigdy  nie  przypuszczała,  by  taki  znakomity  artysta  mógł  przeżywać  podobne 
zwątpienia. Tym bardziej mu współczuła. On tymczasem zaczął opowiadać o swoim życiu i 
był coraz smutniejszy.  

Magda  nie  rozumiała  wszystkiego,  co  mówił.  Kręciło  się  jej  w  głowie  i  sama  stała  się 

smutna. Opowiadał o swoim biednym ojcu i Magdzie przypomniał się jej własny. Widziała go 
teraz jak żywego, gdy w długich białych kalesonach klęczy przed łóżkiem i odmawia pacierze 
głosem to wzmagającym się w pomruku, to cichnącym zupełnie, to znów rozbrzmiewającym 
głośno słowami: – "Bądź miłościw mnie grzesznemu, bądź miłościw mnie grzesznemu"... A 
poczciwa  Adela  ściele  łóżko, chrzęści  nakrochmalone prześcieradło  i podłoga trzeszczy pod 

background image

 

76

jej  bosymi  stopami, a w  mieszkaniu pachnie  naftaliną... Ojciec  Kornata był  doktorem  i  sam 
dostał  pomieszania  zmysłów,  a  Kornat  został  na  świecie  sam,  beznadziejnie  sam...  I 
rzeczywiście cóż mu po hołdach publiczności, skoro naprawdę to go nikt nie kocha, nikt nie 
potrzebuje... Przecież to tak, jak i jej, Magdy, którą wypędzono z domu...  

– ...i ta  mała  siostrzyczka, którą tak kochałem, która mi  była  światem całym... umarła... 

Na imię jej było Toli... I umarła...  

W  oczach  Kornata  zaświeciły  się  łzy.  Nie  ocierał  ich,  nie  odwracał  głowy;  tylko  tak 

patrzał przed siebie, a łzy ściekały mu po twarzy.  

I Magda poczuła się sama ową ładną śliczną siostrzyczką, która umarła i też zapłakała, a 

on przytulił ją do siebie rozszlochaną i tak oboje płakali.  

–  Ja  też  jestem  taka  nieszczęśliwa...  bardzo  nieszczęśliwa,  wśród  łkania  powtarzała 

Magda, ale pan..., ale pan jeszcze więcej... jeszcze więcej.  

Nie  opierała  się  gdy  ją  zaczął  całować  po  oczach,  po  policzkach,  po  ustach,  tak,  jak  ją 

całowała Adela. Jak przez mgłę słyszała jego pocieszenia. Mówił, że teraz ona jedna, ona mu 
tylko  została,  jego  miedziana  królewna,  jego  złote  szczęście,  jego  bratnia  dusza,  która 
zrozumie  go,  utuli,  da  zapomnieć  o  jego  niepotrzebnym  życiu,  o  wszystkich  rozpaczach  i 
zmartwieniach. On  już nigdy  szczęśliwy  nie  będzie, chociaż  jak  błazen,  jak cyrkowa  małpa, 
musi  schlebiać  tłumowi  i  miny  robić  ku  rozweseleniu  tego  bydła,  ale  przed  nią  otworzył 
swoje  serce,  serce  niczym  zmięta,  znoszona  rękawiczka,  niczym  pusta  szklanka,  z  której 
wypito jasne pachnące wino... Czyż ona, ta jedyna, ta najlepsza, pożałuje mu, poskąpi swego 
współczucia?... Swojej litości?...  

Magda  trochę  broniła  się  jego  rękom,  które  zsuwały  z  niej  sukienkę  i  gładkie,  gorące 

głaskały jej ramiona.  

Sama  sobie  wydawała  się  teraz  niczym,  jakimś  drobnym  niepotrzebnym  przedmiotem, 

którego jedyną wartością  jest to, że  może, że powinien odpłacić się  sobą  samym za otwarte 
serce, za wielki  ból  i za wielkie uczucia tego sławnego  i  wielkiego artysty, którego nikt nie 
rozumie oprócz niej...  

Kiedy zaczął rozpinać jej pasek od podwiązek wezbrała w niej znowu krótka fala oporu, 

lecz już wziął ją na ręce i, tuląc delikatnie, uniósł dokądś... A później wtulała się w miękką, 
chłodną  pościel.  Chciała  zerwać  się  i  uciekać.  W  tym  pokoju  było  całkiem  ciemno.  Z 
ciemności  szło  jakieś  niebezpieczeństwo.  Usiadła  na  łóżku  i  wyciągnęła  przed  siebie  ręce: 
dłonie oparły się o miękkie i ciepłe ciało.  

Krzyknęła przeraźliwie i zerwała się jak szalona.  

– Nie, nie... nie!... – wołała stłumionym głosem, przyciskając się do jakichś zamkniętych 

drzwi.  

Nawet nie zrozumiała, co się z nią dzieje. Wiedziała tylko, że trzeba się bronić i że jest jej 

strasznie źle na świecie i że traci przytomność i jest bezsilna wobec tych rąk, co ją otaczają, 
wobec  wstrętnego  dotyku  spoconego  ciała  i  miękkich  ust,  obsypujących  pocałunkami  jej 
twarz, szyję, piersi...  

– Nie odpychaj mnie, nie odpychaj – powtarzał zdyszany głos.  

Zaczęła płakać i już sił nie miała całkiem.  

– Dlaczego nie chcesz... Dlaczego?... – oblewał jej kark gorący oddech.  

Znowu  leżała  na  łóżku,  ostatnim  wysiłkiem  zaciskając  kolana,  z  trudem  chwytając 

płucami powietrze, przygnieciona, niemal bezwładna.  

background image

 

77

Nieznośne,  drażniące,  ohydne  uczucie  przemocy  targnęło  jej  całym  ciałem, 

przeszywający  ból  zatrzepotał  w  spaźmie  przerażenia  wszystkimi  mięśniami  i  nagle 
uświadomiła sobie, że już się stało, bezpowrotnie...  

Zmięta,  zdrętwiała,  do  ostateczności  wyczerpana  nie  czuła  już  pocałunków.  Gdzieś  w 

głębi  zerwał  się  szloch.  Przywarła  do  poduszki  i  płakała  coraz  ciszej  aż  zmęczenie  wzięło 
górę i usnęła.  

Obudził  ją  jakiś  hałas.  Dłuższa  chwila  upłynęła  zanim  zorientowała  się,  że  to  huk 

przelatującego  samolotu.  W  pokoju  panował  półmrok.  Tylko  przez  rozchylone  w  kilku 
miejscach  grube  zasłony  na  oknach  wdzierał  się  jasny,  jaskrawy  dzień.  Z  początku  nie 
zdawała sobie sprawy, gdzie jest. Bolały ją wszystkie członki, w ustach miała przykry kwaśny 
smak, pod czaszką ćmiło, a w żołądku była jakaś czczość. Przesunęła palcami po poduszce i 
nagle  usiadła:  uświadomiła  sobie  wszystko  w  jednej  sekundzie,  lecz  było  to  tak 
nieprawdopodobne...  

– Przyśniło mi się – szepnęła głośno, by utwierdzić się w tym przekonaniu i rozejrzała:  

Na podłodze leżały części bielizny, a obok na łóżku, wciśnięte w miękką pościel wznosiło 

się i opadało w oddechu duże tłuste ciało odwrócone do niej plecami. Nagie i białe z wielką 
brązową brodawką pod karkiem.  

Przycisnęła dłoń do ust, by nie krzyknąć. Drżąc jak w febrze, ostrożnie wyszła z łóżka  i 

zaczęła  ubierać  się.  Minęło  dobrych  kilka  minut,  zanim  poznajdywała  wszystkie  swoje 
rzeczy.  Trzęsły  się  jej  ręce,  gdy  zapinała  zatrzaski.  Nie  wiedziała  po  co  i  dlaczego,  ale 
musiała stąd jak najprędzej odejść. Gdy już była gotowa, zatrzymała się na chwilę, zawróciła, 
obeszła łóżko i pochylona przyjrzała się jego twarzy.  

Prawy policzek spłaszczył się, obok nosa utworzyła się tłusta fałda, z wpółotwartych ust 

ściekała na poduszkę ślina.  

Magda wzdrygnęła się i przygryzając wargi wyszła do przedpokoju. Po pięciu minutach 

jechała już tramwajem.  

W wagonie było zaledwie pięć czy sześć osób. Wszyscy na nią patrzyli, jakby dokładnie 

widzieli, co robiła tej nocy.  

Zegar wskazywał  dziesiątą. Nie  mogła  znieść tych  spojrzeń  i  dlatego wysiadła  na placu 

Unii  Lubelskiej.  Zachciało  się  jej  napić  gorącego  mleka.  Wstąpiła  do  małej  mleczarenki  i 
usiadłszy w kącie usiłowała zebrać myśli, ale w głowie był ich taki natłok, że nie umiała dać 
sobie z nimi rady. Jedno powracało w kółko:  

– Przecież nikt nie wie, nikt nie może wiedzieć.  

I  to  ją  trochę  uspokajało.  Ostatecznie  utopić  się  ma  zawsze  czas.  A  jeżeli  on  komuś 

powie,  to  Biesiadowski  musi  jej  pożyczyć  rewolwer.  Chyba  ma  rewolwer.  Gdyby  zabiła 
Kornata,  toż  byłby  skandal!  Proces,  i  o  niej  cała  prasa  pisałaby,  i  fotografie,  a  on  leżałby 
martwy, z taką tłustą fałdą koło nosa i ściekałaby mu ślina... Zakręciło jej w dołku i szybko 
przełknęła kilka łyków gorącego mleka.  

– A jeżeli będę miała dziecko?...  

Nieznacznie,  tak,  by  zza  lady  nie  zauważono  jej  ruchu,  nacisnęła  palcami  brzuch,  teraz 

była  nie  wiadomo  dlaczego,  ale  była  całkiem  pewna,  że  będzie  miała  dziecko.  A  nieraz 
słyszała,  że  kobieta  zawsze  wie,  kiedy  ma  zostać  matką.  Wyjęła  z  torebki  kalendarzyk,  w 
którym  podkreślała  co  cztery  tygodnie  daty.  Mały  czerwony  kalendarzyk,  co  go  dostała  na 
Nowy Rok od Adeli...  

background image

 

78

W  oczach  Magdzie  zakręciły  się  łzy.  Wyłowią  topielicę  z  Wisły  i  Adela  będzie  bardzo 

płakać, i Biesiadowski, a ojciec... Ten nie przebaczy... Nawet na pogrzeb nie przyjdzie. Taki 
ojciec!  

Przez jedno mgnienie pomyślała, że przecie może Kornat zechce się z nią ożenić, ale na 

samą myśl chwyciło ją obrzydzenie, a zresztą on jest zawodowym uwodzicielem. I u różnych 
hrabiów bywa. Co dla niego taka girlaska, jedna więcej, jedna mniej...  

Usiłowała zbudzić w sobie nienawiść do Kornata i pragnienie zemsty, czuła jednak tylko 

wstręt. I wstręt do siebie. Z obrzydzeniem patrzyła na swoje ręce, na twarz w lustrze. Przede 
wszystkim  wykąpać  się.  Wyszorować  się.  Gdyby  mogła,  zdrapałaby  z  siebie  skórę. 
Przeliczyła  pieniądze:  na  kąpiel  starczy.  Przypomniała  sobie  zakład  kąpielowy  na 
Mokotowskiej.  

Zakład był już otwarty. Wymyła się, to przywróciło jej równowagę. W każdym razie nikt 

nie wie, a za tydzień przekona się, czy ma zostać matką.  

Było już prawie południe, gdy przyszła na Chocimską. Joli nie było w domu. Weronika, 

która otworzyła Magdzie drzwi, spojrzała na nią z pogardą.  

– A nie mówiłam, że się znajdzie – krzyknęła na całe gardło, aż echo poszło po schodach 

– takie nie zginą.  

– Dlaczego miałabym zginąć! – nieszczerze zaśmiała się Magda, czując, że się czerwieni.  

– Toż mówię: taka nie zginie. Zawsze znajdzie się jeden czy drugi, co na noc weźmie.  

– Nocowałam u ciotki – cicho i pojednawczo odpowiedziała Magda.  

Lecz Weronika nie dała się ułagodzić:  

–  Widzielim  już  takie,  co  po  różnych  ciotkach  nocują.  A  Jolcia  od  rana  lata  z 

wywieszonym językiem po mieście. Szuka biedaczki. Takie czasy.  

Uchyliła drzwi do jadalni i dodała:  

– Nie mówiłam panu?... Co?... Znalazła się... Tfu!  

Służąca  zawróciła  i,  rozmyślnie  potrącając  Magdę  swoim  wielkim  biodrem,  poszła  do 

kuchni.  

Magda zdjęła kapelusz i zbliżyła się do fotela pana Brandtmayera.  

–  Dzień  dobry  panu  –  zaczęła  –  ja  bardzo  przepraszam.  Ja  nocowałam  u  cioci...  Na 

Lesznie. Przepraszam, że nie zawiadomiłam.  

Jednak twarz Brandtmayera nie miała ani śladu wczorajszego uśmiechu.  

– Szkoda, że pani  nie zawiadomiła. Niepokoiliśmy  się. Panienka w tym wieku powinna 

pamiętać, że podobne niezjawianie się jej na noc... Ech!...  

Machnął ręką i dodał:  

– Dziwny stał się świat...  

I umilkł. Magda stała, nie wiedząc, co z sobą zrobić.  

Chciałaby pójść do swego pokoju, lecz bała się spotkać Weronikę.  

–  Co  ja  zrobiłam...  Co  ja  zrobiłam  –  myślała  z  rozpaczą.  Staruszek  opuścił  głowę  i 

milczał, nie mając widocznie ochoty na rozmowę.  

– Może panu co przeczytać – zaofiarowała się nieśmiało.  

– Nie, dziękuję pani – westchnął.  

Już  zdecydowała  się  wyjść,  gdy  przyszła  pani  Brandtmayerowa.  Spojrzała  na  Magdę 

uważnie i chłodno, przywitała się zwyczajnie.  

background image

 

79

–  Bardzo  panią  przepraszam  –  zaczęła  Magda  –  podobno  sprawiłam  niepokój... 

Zanocowałam u mojej ciotki Zaklesińskiej na Lesznie, pod sto ósmym...  

–  Tak?...  Właśnie  chciałam  z  panią  o  tym  pomówić  spokojnie  odpowiedziała  pani 

Brandtmayerowa – może pani pozwoli.  

Wprowadziła  Magdę  do  sąsiedniej  sypialni,  zamknęła  drzwi  i  wskazawszy  krzesło, 

zaczęła:  

–  Widzi  pani...  ja  nie  mam  prawa  wtrącać  się  do  pani  trybu  życia.  Ani  prawa  ani 

obowiązku. Skoro jednak przyjęłam panią pod swój dach, rzecz się nieco zmienia. Wiem, że 
w teatrze sposób życia jest dość... luźny. Wiem jednak również, że moja córka, jak zresztą i 
niektóre  jej  koleżanki,  traktują  pracę  w  teatrze  poważnie,  a  przy  tym  są...  uczciwymi 
dziewczynami,  za  jedną  z  nich  miałam  i  panią.  Nie  mam  podstaw  do  twierdzenia,  że  się 
myliłam.  Jednak,  proszę  mnie  zrozumieć,  nie  życzę  sobie,  by  Jola  nabierała  podobnych 
zwyczajów.  

– Cóż ja złego zrobiłam? – ze łzami w oczach zapytała Magda.  

–  Chcę  pani  wierzyć,  że  nie.  Ale  nie  dość  jest  postępować  porządnie.  Należy  jeszcze 

postępować tak, by  nie wyglądało to źle.  Wobec  siebie wystarczy  mieć czyste sumienie, ale 
skoro się żyje wśród ludzi, trzeba też u nich  mieć czystą opinię. Panienka w tym wieku  i to 
pracująca  w  teatrze,  tym  bardziej  musi  dbać  o  to,  a  spędzanie  nocy  poza  domem... 
Powtarzam: nie znam pani stosunków rodzinnych i już nie zamierzam w nie wnikać. Fakt, że 
pierwszą  noc  po  zamieszkaniu  u  nas  spędziła  pani  poza  domem,  zmusza  mnie  do 
oświadczenia, że niestety...  

Rozłożyła ręce, a Magda wstała:  

– Dobrze, proszę pani. Kiedy mam się wyprowadzić?  

Głos jej drżał i pani Brandtmayerowa odpowiedziała bardziej miękim tonem:  

– No, nie w tej chwili. Kiedy pani będzie mogła. Tylko jeszcze o jedno chcę panią prosić: 

niech ta rozmowa zostanie między nami. Czy dobrze? – Bardzo zależy mi na tym, by Jola nie 
dowiedziała  się,  że  pani  wyprowadza  się  od  nas  nie  z  własnej  woli.  Czy  może  mi  pani  to 
obiecać?  

Magda wzruszyła ramionami:  

– Jeżeli pani sobie życzy...  

– Bardzo jestem pani wdzięczna za tę obietnicę. Może jej pani powiedzieć cokolwiek, że 

tu pani niewygodnie, że znalazła pani coś lepszego, coś w tym rodzaju...  

Magda skinęła głową i szybko wyszła. Nie bardzo wiedziała, co z sobą robić. Tego dnia 

próby w teatrze nie było. W szkole pani Karnickiej o tej porze odbywały się lekcje rytmiki dla 
starszych  kobiet.  O  pomówieniu  z  nią  samą  zatem  nie  mogło  być  mowy.  Również  o 
wynajęciu jakiegoś pokoiku na mieście nie było co marzyć. Sprawiła sobie dwie kombinezki i 
trzy pary pończoch, a najbliższe pieniądze przyjdą dopiero za pięć dni. Przy wynajmowaniu 
pokoju trzeba mieć przynajnniej na zadatek.  

Jednak musiała się wyprowadzić z Chocimskiej koniecznie dziś. Za wszelką cenę. Wprost 

drżała  na  myśl ponownego zetknięcia  się z panią Brandtmayerową, a zwłaszcza ze wstrętną 
służącą.  

Kupiła  jakiś  dziennik  i  znalazłszy  wolne  miejsce  na  ławce  w  Alejach  Ujazdowskich, 

starannie wynotowała z ogłoszeń szereg adresów. Wolnych pokoi ogłaszało się mnóstwo, ale 
wybrała takie, które mogły być tańsze i zaczęła wędrówkę.  

Jednak już po obejrzeniu piątego pokoju zniechęciła się do reszty. Przede wszystkim były 

strasznie drogie, po wtóre – jak przewidywała – żądano zapłacenia zadatku, albo opłacenia z 

background image

 

80

góry,  wreszcie  patrzono  na  nią  nieufnie:  żądano  referencji  –  pytano  gdzie  ma  rodzinę,  czy 
pracuje i gdzie.  

Była i jeszcze jedna rzecz ważna: nie miała przecież żadnych dokumentów. Zatem mogła 

mieszkać tylko tam, gdzie nie będą od niej żądali zameldowania się. Nie ma pojęcia, jak takie 
dokumenty  można  uzyskać,  a  ponieważ  aż  do  siódmej  rozporządzała  kilku  godzinami 
wolnego czasu, postanowiła odnaleźć Biesiadowskiego. On na pewno wie, jak i gdzie wyrabia 
się podobne papiery.  

Miała  zapisany  jego  adres,  lecz  na  próżno  dzwoniła  do  drzwi.  W  mieszkaniu  nie  było 

nikogo. Iść zaś na Pragę do rzeźni, gdzie według informacji dozorcy mógł teraz być, nie miała 
już  sił.  Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  nie  zaczekać  nań  tutaj.  Ostatecznie,  mając 
trzypokojowe  mieszkanie,  mógłby  jej  odstąpić  jeden.  Na  pewno  zrobi  to  z  radością.  Ba, 
całowałby ją po rękach za to. Oto człowiek, na którego zawsze może liczyć!...  

Nagle  zastanowiła  się:  czy  teraz,  po  dzisiejszej  nocy  też?  Co  zrobiłby  Biesiadowski, 

gdyby dowiedział się o tym?... Czy ona, Magda, w ogóle ma prawo po tym, co zaszło w jej 
życiu, zwracać się do Biesiadowskiego?... Lub tym bardziej wykorzystywać jego miłość?  

– Nie, taka podła nie jestem... Nie, nie...  

Czym  prędzej  odchodziła  od  jego  kamienicy,  by  go  nawet  nie  spotkać,  by  nie  mieć 

pokusy.  

Jednakże perspektywa spędzenia znowu nocy na włóczeniu się po mieście, w tramwajach 

i  w  Ogrodzie  Saskim  byłaby  zbyt  straszna.  Przez  jedno  mgnienie  pomyślała,  że  ma  inne, 
bardzo  łatwe  wyjście:  Kornata,  lecz  już  w  następnej  chwili  doszła  do  przekonania,  że 
wolałaby  bodaj  najgorsze,  bodaj  wrócić  do  państwa  Brandtmayerów.  Wspomnienie  nocy  i 
dzisiejszego ranka przejmowało ją zgrozą.  

– Co ja zrobiłam, co ja zrobiłam – powtarzała wciąż w kółko.  

Musiała mówić to dość głośno, gdyż jakiś pan obejrzał się za nią. Później stanął na rogu, 

przeczekał  aż  przeszła  i  znowu  ją  dopędził.  Młody  jeszcze  brunet,  w  szarym  eleganckim 
garniturze i w rogowych okularach.  

Zrównał się z nią i lekko uchylając kapelusz, zapytał:  

– Czy nie przeszkodzę?  

– Owszem – odpowiedziała bez namysłu.  

– A  może zastąpię tego ducha, z którym pani rozmawia?  Zapewniam panią, że  będę  się 

starał być równie miłym towarzyszem.  

Magda przyśpieszyła kroku. Chciała mu odpowiedzieć niegrzecznie "odczep się pan", ale 

wydał się jej jakoś bardzo szykowny i nie chciałaby w jego oczach uchodzić za ordynarną.  

– I tak zresztą odczepi się – pomyślała.  

On jednak był wytrwały.  

– Zaręczam – powiedział – że wraca pani z biura, gdzie szef zrobił pani jakąś przykrość. 

Nawet  domyślam  się  jaką.  Tak  piękną  kobietę,  a  raczej  pannę,  jak  pani,  muszą  spotykać 
wciąż  przykrości  jednego  tylko  rodzaju:  natarczywość,  męskie  natręctwo.  Czyż  nie  mam 
racji?  

Nic nie odpowiedziała, lecz on się nie zraził:  

– Pomyślała pani, że ja też jestem takim natrętem?  

– No, chyba.  

– Nie, myli się pani ja nie jestem taki, jestem gorszy.  

background image

 

81

Zaśmiał się swobodnie i wesoło.  

– No, co pani szkodzi, że będziemy rozmawiali? Proszę zastanowić się: idziemy w jedną 

stronę, więc lepiej jest uprzyjemnić sobie drogę taką rozmową, która przecie pani do niczego 
nie zobowiązuje.  

–  Ale  mnie  nudzi  –  spojrzała  nań  wyniośle,  jednocześnie  stwierdzając,  że  ma  bardzo 

ładne usta i zęby.  

– O, zmartwiła  mnie pani.  A  ja wyznaję  zasadę: płacić dobrem za złe  i dlatego powiem 

pani,  że  jest  pani  zachwycająca.  Nie  wyobrażam  sobie,  aby  w  jednej  kobiecie  mogło  się 
połączyć  tyle  urody,  świeżości,  wdzięku  i  jednocześnie  jakiegoś  głębokiego  dojmującego 
smutku.  Wprost  nie  rozumiem,  co  mogło  pani  śliczną  buzię  wymodelowaną  do  wiecznego 
uśmiechu, aż tak zasępić?  

Magda pomyślała, że istotnie musi wyglądać bardzo smutnie i nic nie odpowiedziała.  

– Dlaczego pani nie chce ze mną mówić? – zapytał, a nie otrzymawszy odpowiedzi dodał 

– czy nie wzbudzam pani zaufania?  

– Nie, tylko w ogóle ja z nieznajomymi nie rozmawiam.  

–  Och,  przepraszam  panią.  To  rzeczywiście  karygodny  błąd  z  mojej  strony.  Zaraz  pani 

wszystko zamelduję: więc imię: Jan, nazwisko – Piotrowski, zawód – inżynier, lat trzydzieści 
dwa, adres – Milanówek, Leśna dwanaście, stosunek do wojskowości: podporucznik rezerwy, 
wzrost średni, oczy czarne, włosy też, znaków szczególnych brak.  

Magda nie mogła powstrzymać uśmiechu, a on zapytał:  

– Czy to wystarczy?  

– Aż nadto.  

– No, widzi pani. A mogę też zgadnąć, jak pani na imię. Mm... Na pewno Maria? Co?... 

zgadłem.  

– Nie – uśmiała się – ja wiem, pan zobaczył "M" na moim kapeluszu, a udaje pan takiego 

detektywa. Mego imienia pan nie zgadnie.  

Zaczął  zgadywać  i  przez  Martę,  Małgorzatę,  Monikę  Marcelinę  trafił  na  Magdalenę. 

Później  zaczął  opowiadać,  że  pracuje  w  przedstawicielstwie  maszyn  szwajcarskich,  że 
mieszka  z  rodzicami  w  Milanówku,  a obiady  jada  w  Warszawie,  bo  nie  opłaca  mu  się  dwa 
razy jeździć. Doszli tak aż do placu Teatralnego, gdzie okazało się, że Magda nie ma nic do 
roboty i też jeszcze nie jadła obiadu. Po długich molestacjach bruneta dała się uprosić i weszli 
do dużej restauracji.  

Magda była nawet zadowolona z tej znajomości. Ten Piotrowski musiał rzeczywiście być 

inżynierem, jak mówił i pochodzić z lepszego domu. Rozmowny, uprzejmy, elegancki, a przy 
tym taki naturalny.  

Pod  koniec  obiadu  przyznała  mu  się,  iż  tańczy  w  zespole  Iwonek  w  "Złotej  Masce". 

Spostrzegła, że to go trochę rozczarowało, lecz starał się dalej robić dobrą minę, dodała więc, 
że  występuje  od  niedawna,  że  sama  kiedyś  bardzo  źle  słyszała  o  teatrze,  ale  później 
przekonała się, że tam wcale jest inaczej.  

Brunet rozruszał się znowu, za żadne skarby nie chciał jej pozwolić, by zapłaciła za swój 

obiad. Sięgnęła zresztą do torebki niepotrzebnie, gdyż i tak nie miałaby na połowę rachunku.  

Po  obiedzie  poszli  do  kina,  a  potem  odprowadził  ją  pod  teatr.  Koniecznie  prosił,  by 

pozwoliła mu złożyć sobie wizytę w domu. Oczywiście nic by przeciw temu nie miała, ale nie 
mogła mu się zwierzać, że szuka mieszkania. Wreszcie umówili się na jutro po próbie przed 
teatrem.  

background image

 

82

Za kulisami było jeszcze pusto i ciemno. Magda już w kinie układała sobie plan rozmowy 

z  Kornatem.  Oczywiście,  nie  będzie  mu  robić  żadnych  wyrzutów.  I  płakać  broń  Boże.  Wy 
starczy postawić kwestię jasno i po prostu: była pijana, popełniła straszliwy błąd, po którym 
ma tylko obrzydzenie. Powinien to zrozumieć.  

Tymczasem zaczęły schodzić się koleżanki. Przyszła też Jola i jak idiotka zaczęła głośno 

przy  wszystkich  wypytywać  Magdę,  co  się  z  nią  stało,  dlaczego  nie  nocowała.  Magda 
wystąpiła  z  ciotką  na  Lesznie,  lecz  wszystkie  wybuchnęły  śmiechem.  Okazało  się,  że 
Rybowiczówna widziała  ją wczoraj  na ulicy z  Kornatem. Jak  na złość w tej właśnie chwili, 
gdy kpinkowano na ten temat, do "kurnika" zajrzał Kornat.  

– Dobry wieczór – burknął od niechcenia i zwracając się do Magdy, szepnął: – wstąp do 

mojej garderoby.  

Na szczęście stała tuż przy drzwiach i nikt tego nie dosłyszał, ale przecież zauważyły, że 

przyszedł, by jej coś powiedzieć. Zysmanówna wybuchnęła swoim ostrym śmiechem... Misia 
Pichelówna syknęła:  

– To świnia! Nawet kapelusza zdjąć nie raczył.  

Po chwili zaś półgłosem zapytała Magdę:  

– On się tobie podoba?  

– Brr – z niepodrabianym wstrętem wstrząsnęła się Magda.  

– Wiedziałam, że nie jesteś głupia. I nie daj się zbujać. Uważaj. Odstaw go i już. Po co tu 

wścibia swoją mordę? Czego on chciał?  

– Czepia się – wymijająco odpowiedziała Magda.  

– A ty go won.  

– Pewno, tylko trudno.  

– Bo co?  

– Ile razy wychodzę, to się przywala.  

– Czekaj, to wyjdziemy razem – z radością w oczach warknęła Pichelówna –  już  ja  mu 

potrafię... odprowadzę cię do domu. Powiadam ci, że szkoda cię dla takiego ćwoka.  

Magdę raziła ta ordynarność Misi, ale teraz wdzięczna jej była za życzliwość. Misia była 

córką  dozorcy  z  ulicy  Zielnej.  I  Magdzie  przyszło  nagle  na  myśl,  że  może  jej  ojciec  będzie 
mógł znaleźć w swojej kamienicy jakiś pokoik do wynajęcia.  

– Dziękuję ci – zaczęła – ale nie masz mnie co odprowadzać, bo nie ma dokąd...  

– Jak to?  

– Ano... Nie mieszkam nigdzie...  

Pokrótce  opowiedziała  Pichelównie,  że  nie  posiada  dokumentów,  że  musiała 

wyprowadzić się od Zosi, a teraz od Joli.  

– Dlaczego?  

– Tak – odpowiedziała wymijająco.  

– No więc? Gdzie zamieszkasz.  

Wzruszyła ramionami.  

– Czy ja wiem. Pod mostem.  

– Głupia jesteś... – zamyśliła się Pilechówna – Cóż do siebie nie poproszę. Mieszkamy w 

stróżówce. Sama byś nie chciała. Smród, ciasnota.  

– Mnie tam wszystko jedno. Ale pewno twoi rodzice nie zechcą.  

background image

 

83

– Niby dlaczego?... Dasz parę złotych. Starzy na forsę łasi.  

– Bardzo, bardzo jestem ci wdzięczna – ucieszyła się Magda.  

Po chwili były na scenie.  

Z  wielkim  trudem  udało  się  Magdzie  uniknąć  rozmowy  z  Kornatem  aż  do  końca 

pierwszego przedstawienia. W przerwie jednak dopadł ją, gdy mijała drzwi jego garderoby  i 
wciągnął ją do środka.  

– Dziewczyno, co to znaczy – załamał ręce – ty mnie unikasz!  

– Nie mam przecie czasu – bąknęła.  

– Dlaczegoś z rana uciekła?... Widzisz, jakaś niedobra. A ja tymczasem myślałem tylko o 

tobie. Patrz.  

Z szufladki wydobył ozdobne pudełeczko i otworzył przed Magdą: wewnątrz była wąska 

złota bransoletka z żółtymi kamyczkami.  

– To na pamiątkę – powiedział i chciał nałożyć bransoletkę Magdzie na rękę.  

– Nie, nie – cofnęła się – nie chcę.  

– Dlaczego? – obraził się.  

– Bo... nie chcę.  

–  Nie  bądźże  niemądra.  Taki  drobiazg,  a  patrz  tu  na  odwrocie  wyryta  jest  data. 

Chciałbym, byś ją pamiętała.  

– Ale ja nie chcę. Przeciwnie, dałabym dużo, by o niej zapomnieć. Tak... zapomnieć jak 

najprędzej...  

Obiecywała  sobie  zachować  spokój,  ale  teraz,  gdy  patrzyła  wprost  na  jego  twarz,  która 

wydawała się stokroć wstrętniejsza niż dawniej, nie umiała opanować wzburzenia.  

–  Byłam  pijana  i  pan  to  wykorzystał  –  mówiła  przerywając  głos  –  to  stało  się  wbrew 

mojej woli... Obrzydliwe... Rozumie pan, obrzydliwe...  

Zaśmiał się pobłażliwie.  

– Jaki z ciebie dzieciak, moja miedziana królewno! Każda tak mówi. Tak się wydaje po 

pierwszym razie. Ale przysięgam ci...  

– Nie, nie. Proszę wiedzieć, że nigdy  już więcej  u pana  nie będę  i... i  jeżeli w panu  jest 

choć  odrobina  dobroci,  proszę  mnie  nie  zaczepiać.  Bardzo o to  proszę.  Miała  łzy  w  oczach 
lecz on zaczął się złościć.  

Michałek,  który  przypadkowo  zajrzał  do  garderoby  został  zwymyślany  od  "choler  nie 

dających  spokoju",  inspicjent  Torbiak,  który  przyszedł  przypomnieć,  że  z  powodu  choroby 
Pórzyckiej  został  zmieniony  porządek  programu,  dowiedział  się,  że  jest  już  trzecim  idiotą, 
powtarzającym to samo. Kornat rzucał się po malutkiej garderobie, raz po raz chwytał Magdę 
za ręce, ciskał różnymi przedmiotami, wyrywał sobie włosy. Bransoletka została rzucona na 
podłogę i pognieciona obcasem, a Magda wciąż powtarzała swoje – nie.  

Przestraszona  i  zakrzyczana  uciekłaby  stąd  czym  prędzej,  gdyby  nie  obawa,  że  Kornat 

wybiegnie za nią z awanturą na korytarz.  

Wreszcie  po  dzwonku  musiał  iść  na  scenę  i  to  uwolniło  Magdę.  Po  przedstawieniu 

wymknęły się razem z Misią bocznym wyjściem i szybkim krokiem skręciły ku Zielnej.  

Magda dawniej nie utrzymywała z Pichelówną bliższych stosunków. Uważała ją za dobrą 

dziewczynę,  uczynną  koleżankę  i  zdolną  tancerkę,  lecz  nie  lubiła  jej  ordynarnego  sposobu 
wyrażania się. Wszystkie w szkole przypisywały to stróżowskiemu pochodzeniu Misi i nawet 
dziwiono  się,  że  w  gimnazjum  nie  oduczono  tej  dziewczyny  od  podobnego  chamstwa. 

background image

 

84

Pichelówna  bowiem,  jedyna  w  całym  zespole  Iwonek,  miała  ukończone  gimnazjum,  a  poza 
tym chodziła na jakieś kursy handlowe, póki nie zaczęła występować w "Złotej Masce".  

Opowiadano  o  niej,  że  ma  narzeczonego,  jakiegoś  kolejarza,  lecz  Pichelówna  zawsze 

zaprzeczała.  Ubierała  się  bardzo  skromnie.  Prawie  wszystko  miała  wyłatane  i  wycerowane, 
nigdy też, jak inne, nie przynosiła do teatru słodyczy, ani nie posyłała woźnego po kawę do 
cukierni. Ogólnie przypuszczano, że cały swój zarobek oddaje rodzicom i nie miano jej z tego 
względu za złe ani wytartego palta, ani przydeptanych pantofli.  

Bramę  otworzył  ojciec  Misi,  krępy  mężczyzna  z  siwiejącymi  wąsami.  W  milczeniu 

wysłuchał  objaśnienia  córki,  że  przyprowadziła  koleżankę,  która  nie  ma  gdzie  nocować,  a 
która  będzie  płacić  złotówkę  dziennie.  Kiwnął  głową  i  pobrzękując  kluczami  zawrócił  do 
bramy, gdyż znowu ktoś dzwonił.  

Stróżówka składała się z dwóch pokoi. W pierwszym, do którego schodziło się po trzech 

schodkach,  było  czyściutko  i  obszernie.  Stół  nakryty  szydełkową  serwetą,  blacha  kuchenna 
zasłonięta gazetami, nad nią półka z rondlami i w kącie wąska kanapa z czerwoną poduszką 
bez powłoczki i z kożuchem. Tu widocznie sypiał w nocy pan Pichel, by nie budzić nikogo, 
gdy  szedł  otwierać  bramę.  Podłoga  ze  zwykłych  niemalowanych  desek  aż  świeciła  się  od 
czystości.  Na  ścianach  poprzypinane  pluskiewkami  wisiały  w  kolorowych  papierowych 
ramkach powycinane z pism ilustracje.  

Do  drugiej  izby  wchodziło  się  znowu  po  trzech  schodkach.  Tu  było  ciaśniej.  Stały  trzy 

łóżka,  komoda,  wielka  szafa  i  kołyska  z  małym  dzieckiem.  Na  jednym  łóżku  spała  pani 
Pichelowa ze swoją matką, na drugim dwaj bracia Misi, jeden już dorosły mężczyzna i drugi 
chłopak lat około dziesięciu. Trzecie obecnie wolne, stanowiło własność Misi.  

– Zmieścimy się, co Magda? – wskazała Misia na łóżko.  

– Ależ, naturalnie.  

Pościel  była  czysta,  z  grubego  chłopskiego  płótna,  łóżko  niezbyt  szerokie,  ale  też 

niewąskie.  Ich  przyjście  nikogo  nie  obudziło.  Sapanie  i  chrapanie  napełniało  izbę  jakimś 
bezpieczeństwem  i  spokojem.  Było  tu  wprawdzie  duszno  i  w  powietrzu  wisiał  kwaskowy 
zaduch  pieluszek,  lecz  Magda  czuła  się  tak  zmęczona,  że  nawet  na  to  nie  zwróciła  uwagi. 
Rozebrały  się  przy  smudze  światła  wpadającego  z  pierwszego  pokoju  przez  otwarte  drzwi. 
Później zeszły tam  i umyły się przy zlewie. Stary Pichel  leżał odwrócony plecami  i chrapał 
głośno, poświstując miarowo.  

– Ciasno tu u nas – powiedziała Misia – ale przyzwyczaisz się prędko.  

– I pewno – niezdecydowanie odpowiedziała Magda.  

– Rzeczy masz dużo?  

– Gdzież tam, walizka i maleńki koszyczek.  

– To się tu postawi – wskazała kąt za stołem – a teraz chodźmy spać.  

Szorstka była i taka burkliwa, ale Magda miała dla niej teraz ogromną wdzięczność. Już 

leżąc przytuliła się do niej i pocałowała w policzek.  

– Dziękuję ci, Misiu, jesteś bardzo dobra – zaczęła szeptem, lecz w odpowiedzi usłyszała 

tylko:  

– Śpij i nie zawracaj głowy...  

Na łóżku było twardo. Widocznie siennik od dawna nie był zmieniany. Pomimo to Magda 

zasnęła natychmiast.  

Nie słyszała dzwonków spóźnionych lokatorów, ani chrapania śpiących obok, ani płaczu 

dziecka, ani krzątaniny, która rozpoczęła się tu wczesnym rankiem.  

background image

 

85

Obudziła się, gdy  już było całkiem  jasno. Misia  widocznie wstała wcześnie, w  izbie  nie 

było nikogo oprócz starej kobiety, matki dozorczyni, która siedziała na stołku przy kołysce  i 
karmiła dziecko z butelki. Łóżka były już zasłane i piętrzyły się na nich stosy poduszek.  

Z dołu dochodził gwar rozmowy, zaś z podwórka hałas trzepanych dywanów. Widocznie 

musiało już być po dziewiątej, gdyż przed dziewiątą trzepać nie wolno.  

Leżąc z zamkniętymi oczyma Magda zaczęła rozmyślać nad tym, co ma dalej robić. Tuła 

się  po  różnych  obcych  kątach,  a  przecież  tu  na  dłużej  nie  zostanie.  Nie  po  to  zerwała  z 
domem, by zejść do stróżówki.  

Przypomnienie ojca napełniło ją rozgoryczeniem. Cała wina była przecie, po jego stronie. 

Co będzie,  jeżeli  się okaże, że zostanie  matką? Cóż w tym zawiniła?... Dlaczego teraz musi 
jak zapędzone zwierzę wycierać kąty po obcych, szukać noclegu w stróżówkach...  

I  z  wolna  ogarniało  Magdę  pragnienie  zemsty,  z  wolna  lecz  coraz  silniej.  Jakże chętnie 

rzuciłaby  teraz  przed  oczy  ojca  swój  upadek,  swoją  nędzę.  Mało  tego!  Poszłaby  na  ulicę 
sprzedawać  się  byle  przechodniowi,  by  całe  Powiśle  wiedziało,  czym  jest  córka  pana 
Nieczaja!  

Pod  zamkniętymi  powiekami  zarysował  się  wyraźnie  obraz  ojca:  twarz  sina,  ponura,  z 

sinymi  workami  pod  oczyma  i  wielka  pięść  głucho  bijąca  w  szerokie  piersi  i  chrapliwy 
jęczący głos:  

– Boże! bądź miłościw mnie grzesznemu!...  

I  zrobiło  się  Magdzie  żal,  strasznie  żal  tego  surowego  silnego  człowieka,  który  tam, 

samotny  i  milczący  cierpi  przez  nią.  Jeszcze  wszystko  byłoby  do  naprawienia.  Pobiegłaby, 
upadła  przed  nim  na  kolana,  zaklęłaby  najświętszymi  słowami,  łzami  polałaby  jego  ręce... 
Jeszcze wszystko byłoby do naprawienia, gdyby... gdyby nie tamta noc, gdyby nie zaczajona 
w niej samej bezlitosna groźba macierzyństwa. Teraz już nie ma prawa wrócić, nie ma prawa 
przysięgać. Nie zostało jej nic. Nic nie ma do stracenia i nic do odzyskania.  

Jeszcze kilka dni, a później śmierć.  

I  śmierć  Magdzie  nie  wydała  się  niczym  strasznym.  Zwykłe  zakończenie.  Umrze  i 

wszyscy o niej zapomną. Wraz z życiem urwie się ta smuga żalu, co ją teraz za krtań ściska...  

– Czego płaczesz? – usłyszała nad sobą zdziwiony głos Piechelówny i mocniej przywarła 

do poduszki.  

– Nie płaczę – odpowiedziała cicho.  

– No, nie bądźże wariatką. Gadaj!  

– Tak sobie. Smutno mi się zrobiło.  

Spróbowała uśmiechnąć się, lecz Misia powiedziała surowo:  

– Wstawaj. Muszę łóżko posłać. I tylko zjedz śniadanie.  

Odwróciła się i odeszła, a Magda zerwała się z pościeli.  

– Boże mój, Bożyczku – stęknęła staruszka do siebie i mocniej zachybotała kołyską.  

Magda ubierała się prędko. Pomimo to z dołu przynaglał ją jeszcze głos Misi:  

– Kawa ci stygnie!  

– Już idę.  

Na stole, z którego w rogu odsunięto serwetę, stał kubek kawy i leżały dwie pajdy chleba 

cienko nasmarowane masłem.  

– Jedz – rzuciła Misia i poszła słać łóżko.  

background image

 

86

Przy płycie krzątała się tęga kobieta o gniewnej twarzy, pani Pichelowa. Magda nieśmiało 

podeszła i niezdarnie wybąkała, że przeprasza za kłopot.  

– Kłopotu żadnego – obojętnie odpowiedziała kobieta – niech pani je.  

Zaległo  milczenie.  Tylko  wilgotny  węgiel  trzaskał  pod  płytą,  a  z  góry  dolatywało 

energiczne wyklepywanie poduszek. Kawa  była mdła  i za słodka, a  masło trochę nieświeże. 
Magda jadła, chociaż wcale nie była głodna. Bała się, by nie podejrzewano jej o grymasy.  

– A rodzice pani gdzie mieszkają? – odezwała się niespodziewanie dozorcowa.  

– Na Dobrej – po chwili wahania odpowiedziała Magda – tylko ojciec. Matka nie żyje.  

– W Warszawie – twierdząco zauważyła dozorcowa.  

– Tak, proszę pani.  

– Miśku! Idziesz? – krzyknęła dozorcowa.  

– Już.  

Po  chwili  stróżówka  opustoszała.  Misia  wyszła  z  matką,  rzuciwszy  na  odchodnem 

Magdzie,  że  za  godzinę  –  dwie  wróci.  Magda,  zebrawszy  okruszyny,  umywszy  kubek  i 
łyżeczkę,  sama  zabrała  się  do  mycia,  bojąc  się  tylko,  by  kto  nie  nadszedł.  Później,  nie 
wiedząc, co ma z sobą robić, weszła na górę.  

– A niegłodna panienka? – zapytała ją staruszka znad kołyski.  

– Broń Boże, proszę pani. O, jakie śliczne maleństwo – dodała nieszczerze, nachylając się 

nad kołyską.  

Dziecko mogło mieć trzy lub cztery miesiące. Było blade i jakby obrzękłe. Rzadkie jasne 

włosy tłusto zwijały się w kosmyki na wydętej czaszce.  

To wnuczka, czy wnuczek pani? – zagadnęła uprzejmie.  

–  Ho,  ho!...  wesoło  zakrzyknęła  staruszka  –  żeby  wnuczek!  Prawnuczek.  Feliksa  syna. 

Prawnuczek najdroższy. Sierotka moja maleńka.  

– Jak to, sierotka?  

–  Ano,  bez  matki.  Matka  przy  porodzie  umarła.  Biedactwo,  nigdy  piersi  matczynej  nie 

skosztuje. A Felek w tak młodym wieku za wdowca już jest.  

–  Tak,  młody  –  przyznała  Magda,  przypominając  widzianą  wczoraj  w  półmroku  twarz 

szczupłego bruneta.  

Staruszka łatwo rozgadała się. Znać rada z okazji, która zdarzała się jej rzadko. Bo i nie 

dziw. Sama  już od siedmiu albo ośmiu  lat nie wychodzi – tyle  co na dwór, na drugi koniec 
podwórza – nogi nie trzymają i słabość w całej osobie. Idzie – bywa, a tu przed oczami płatki 
i  czarne,  i  czerwone,  to  i  widzieć  nie  można,  czy  te  parę  kroków  dojdzie.  Nie  to,  żeby 
przystanąć  i  do  kogo  gęby  otworzyć.  Ludzie  też  głupi.  Myślą:  stara,  stara,  tylko  bajdurzyć 
będzie.  Nieochota  im  ze  starymi  w  rozmowę  wchodzić,  a  głupi,  bo  stary  niedarmo  życie 
przeżył  i  więcej  mądrości  uzbierał  niż  po  różnych  książkach  czy  innych  gazetach.  W  domu 
także  samo.  Latają  wszyscy,  śpieszą  się,  nikt  miejsca  nie  zagrzeje.  Dzieci,  niby  Pieter  i 
Walercia, wiadomo, robotę mają. Trzy podwórza i siedem klatek schodowych. A nie bez tego, 
żeby tu rura nie pękła, a tam winda nie popsuła się, a znowuż, jak zeszłej niedzieli, złodziej na 
strychu. Caluteńką  bieliznę od doktorstwa z  frontu, z trzeciego –  fiut. Wprawdzie  i  bielizna 
tam  nie  ażeby,  ale  zawsze.  Po  łowa  łatanej.  Co  druga  sztuka  to takie  łaty!...  A  meldunki,  a 
oporządek  na  dobudówce  u  kawalerów.  Roboty  jest.  A  wnuczki  już  na  wielkie  państwo 
wyrośli. Szkoły pokończyli. Dwie  najstarsze,  Marysia  i  Antosia za  mąż poszły.  Marysia  nie 
byle  za  kogo,  za  oficera,  w  Modlinie  teraz  mieszka,  Antosia,  lepiej  nie  mówić:  mąż 
malwersację zrobił, to znaczy się kazionne pieniądze ukradł. Takie czasy. Biedaczka wałówki 

background image

 

87

mu nosi, a sama te mebelki po jednym sprzedaje. Trzy jeszcze lata siedzieć będzie. A mówili 
urzędnik,  urzędnik!  Ważny  urzędnik!...  A  chodził  do  Antosi  i  taki  jeden  kostropaty.  Za 
montera  w  kanalizacji  był.  Porządny  człowiek,  ale  starej  to  nikt  nie  słucha.  Że  niby 
kostropaty. Co jest lepiej: kostropaty czy złodziej?...  

– Pewno – przyznała Magda.  

A staruszka znowu zaczęła narzekać, że jej rad nie słuchają. Zięć, znaczy się Pieter, swój, 

powiada,  rozum  ma  i  dzieci  przymuszać  nie  będzie.  Niech,  powiada,  każde  se  pościele,  jak 
chce.  Też  Felek  tak  zrobił.  Podobała  się  mu  ta  Pawłoszczanka,  że  chuda,  że  taka  w  sobie 
szczuplutka.  Ot  i  ma  szczuplutką:  porodu  nie  strzymała.  Kobieta,  żeby  rodzić  musi  być 
obsadna w sobie i biedra, żeby byli, no! Widziane rzeczy, wdowcem w takim wieku. Chłopak 
i uczciwy,  i porządny,  nie to, żeby po rystoracjach  albo co. Dzień w dzień pracuje. U  braci 
Pałkowskich na Nowym Świecie całą elektryczną konserwację ma. Zarabia dobrze. A mówię 
mu: poszukaj sobie, Feluś, drugiej żony, to tylko plecami ruszy i powiada:  

– Nie w głowie mnie takie rzeczy.  

To jakie rzeczy ma w głowie, jak o swego dzieciaka nie dba? Opiekę mu trzeba dać. Albo 

i Miśka. Z tą największe zmartwienie. W teatrze przedstawia za tę to gilsę, niech już! Ale aby 
z tem jejnem Frankiem nie zadawała się.  

Tu  staruszka  osłoniła  usta  ręką,  jakby  się  bała,  by  ktoś  nie  podsłuchał  i  zaszeptała 

namiętnie:  

–  To  drań,  łobuz,  z  samemi  bandziorami  chodzi.  Na  całą  Wolę  bandzior!  Swoje 

dziewczyny  na zarobek puszcza. Tak! Alfons  jest, za suteryna przy dziwkach. Co i raz to w 
kreminale  siedzi.  A przyjdzie czasem, to pysk rozorany, że  Boże  mój! Nożownik. Raz to w 
nocy dzwoni:  

– Dajcie skonać – powiada – bo mnie zaślachtowali na amen.  

– A jucha z niego to waliła niczym z wieprza. Ale takiemu to nic. Wylizał się. Drzwi to 

przez tydzień trzymalim zamknięte, bo te jego przyjaciele śturmowali. Dobić chcieli. A Miśka 
to dniami  i  nocami przy  nim. Jak do rodzonego. Co zarobi, wszystko jemu na wódkę. Toż i 
żadnej  rady  słuchać  nie  chce.  Nieraz  jej  mówię  –  ja  tam,  wnuczko,  w  waszą  setuację 
zagłębiać się prawa nijakiego pełnego nie mam, ale tobie po swojemu, po starykowsku, radzę: 
pluń  jemu  w  mordę  i  z  takim  bandziorem  nie  zadawaj  się.  Bo  teraz  z  tobą  jak  z  jajkiem,  a 
później też na ulicę popędzi! To ona:  

– Nie babci interes – powiada – sama wiem, co robię.  

– A mówię pani, jeszcze się moje słowa, nie daj Boże, w prawdę obrócą.  

Dziecko  zaczęło  płakać  i  staruszka  zabrała  się  do  kołysania,  ale  już  po  chwili  zaczęła 

narzekać na świat dzisiejszy, na dzieci i wnuki. Nawet taki Pawełek, co mu jeszcze mleko pod 
nosem nie obeschło, że do klas chodzi, to już myśli, że mądrzejszy od babki.  

–  Nikt  nie  chce  ze  starą  gadać,  nikt  –  wzdycha  ciężko  –  at,  póki  co  to  maleństwo  w 

kołysce leży, to słucha, ale rozumu swego jeszcze nie ma. A podrośnie, a wyhoduje go babka, 
to też pewnikiem ani gęby do niej otworzyć nie zechce.  

Magda podniecona opowiadaniem staruszki, wprost własnym uszom wierzyć nie chciała. 

Jednak na każde zapytanie otrzymywała w odpowiedzi tyle szczegółów o owym narzeczonym 
Misi, że trudno było wątpić.  

I nagle w oczach Magdy jej własne nieszczęście wydało się czymś nieskończenie małym. 

Teraz,  gdy  mogła  już  sobie  wytłumaczyć  wieczną  ponurość  Misi,  wieczną  jej  szorstkość, 
zdawało  się  Magdzie,  że  ta  dziewczyna  jest  wielką  bohaterką.  Oczywiście  to  było  straszne: 

background image

 

88

zakochać  się  w  podobnym  człowieku,  ale  żyć  z  tym,  cierpieć  i  milczeć,  to  była  sztuka  nie 
lada.  

Toteż,  gdy  Misia  wróciła,  Magda  patrzyła  na  nią  zupełnie  innymi  oczyma,  co  musiało 

zwrócić i jej uwagę, bo odciągnąwszy Magdę w kąt powiedziała:  

–  Pewno  ci  babka  na  mnie  różnych  rzeczy  nagadała.  Ale  ty  patrz!  Nie  bądź  świnią. 

Prawda, czy nieprawda, nie rozpowiadaj w teatrze. Rozumiesz?  

Magda,  ma  się  rozumieć,  najsolenniej  przyrzekła  o  niczym  nie  mówić,  jednocześnie 

zarzekając się, by o czymkolwiek wiedziała. Jednakże, gdy szły razem na próbę i gdy Misia 
znowu zaczęła ją podbechtywać przeciw Kornatowi, Magda nie wytrzymała:  

– Ty w ogóle musisz mieć bardzo złe zdanie o mężczyznach – powiedziała z naciskiem.  

– Niby dlaczego?  

– Tak... Niby przez tego twego.  

Misia aż przystanęła.  

– Słuchaj, Magda, ja wiem co robię – zmarszczyła brwi – a ty gębę trzymaj na kłódkę.  

– Czy ja coś mówię?... – oburzyła się Magda.  

–  Nie  mówisz,  ale  myślisz.  Myślisz,  że  taki  Kornat  jest  sto  razy  lepszy  od  mojego 

chłopca.  Tak  myślisz,  bo  jesteś  głupia.  Gdybyś  kochała,  to  byłby  lepszy  od  tysiąca,  od  stu 
tysięcy  innych...  Choćby  cię  bił  i  poniewierał.  Rozumiesz?  Na  miłość  nie  ma  sposobu.  Ale 
ty?... Z ciebie  jeszcze taka smarkula.  A  może  i w ogóle  nigdy  nie dowiesz  się co to miłość. 
Dajmy spokój.  

Magdę  głęboko  zastanowiły  te  słowa.  Rzeczywiście  Misia  była  starsza,  ale  nie  w  tym 

tkwiła różnica. Po prostu była inna. Jakaś poważna i taka zaciekła. Nikt by jej nie zaczepił w 
teatrze,  bo  rzuciłaby  mu  się  do  oczu.  I  nikomu  nie  starała  się  przypochlebić  ani  nawet 
podobać. Na każdego patrzyła wilkiem. Widocznie nie zależało jej ani na występach, ani na 
karierze. Zupełnie inaczej niż Magdzie, która w żadnym razie nie umiałaby żyć bez ludzkiej 
sympatii,  bez  tego,  żeby  jej  nie  lubiano,  bez  podobania  się  nie  tylko  mężczyznom,  lecz  i 
kobietom.  A  po  wtóre  musiała  myśleć  o  karierze.  Przecie  to  był  jej  cel  życia.  Dla  kariery 
gotowa  była  na  wszystko.  No,  niezupełnie.  Byle  nie  Kornat  i  w  ogóle  nie  mężczyzna.  Na 
samą  myśl,  że  mogłaby  znowu  naga  znaleźć  się  z  kimś  w  łóżku,  ogarniało  ją 
niewypowiedziane obrzydzenie. Z takim na przykład Bończą to byłoby mniej wstrętne, ale też 
nie do wytrzymania.  

–  Widocznie  trzeba  się  kochać  tak,  jak  Misia,  albo  jak  Paula  w  swoim  gigolaku  – 

sformułowała sobie – żeby można było to znosić.  

Wytłumaczalne jeszcze było, że żony sypiają z mężami, lub że taka Białkówna, czy inne 

robią  to  dla  pieniędzy.  Ale  dlaczego  kłamią,  dlaczego  opowiadają,  że  to  jakaś  rozkosz!... 
Chyba dlatego, że im wstyd, więc udają, że robią to dla przyjemności.  

Pocałunek  to  inna  rzecz.  Jeżeli  mężczyzna  jest  przystojny  i  ma  ładne  usta,  a  głównie 

zęby,  to  całowanie  się  może  być  przyjemne.  No,  i  jeżeli  lubi  się  tego  kogoś.  A  najlepszy 
dowód, że o sypianiu  z  mężczyzną kobiety opowiadają  bajki, to siostry Stelli.  Żadna z  nich 
nigdy nie zadaje się z mężczyznami.  

Tu Magda wpadła na doskonały pomysł: postara się zbliżyć do starszej z sióstr Stelli, do 

Kiry Woszczyńskiej i wypyta ją o wszystko.  

Na  progu  "kurnika"  Magda  stanęła  jak  skamieniała:  na  półce  przed  jej  lustrem  stał 

ogromny kosz kwiatów. Koleżanki przyjęły ją śmiechem:  

– Patrz, Kornat szaleje!  

background image

 

89

– Ze sto złotych musiał wybulić!  

– I jaki "anonimowy wielbiciel", nawet się nie podpisał.  

Magda wzruszyła ramionami:  

– Ależ to na pewno pomyłka. To nie dla mnie.  

Na to Staśka Żukowska odczepiła z kosza kartkę i przeczytała głośno:  

– "Miedzianowłosej królewnie – pannie Magdalenie Nieczajównie":  

– Miedzianowłosa! O ty miedzianowłosa jutrzenko!... zadeklamowała Zysmanówna.  

– Uwiodłaś naszego Apolla na glanc!  

– Czego się czepiacie! – krzyknęła nagle Misia Pichelówna – czego od niej chcecie? Czy 

ona winna, że ten bęcwał Kornat przylepił się do niej?  

– Odeślij mu kwiaty – powiedziała Zosia Jasionowska.  

– Tak, tak! Powinien dostać po nosie.  

Od razu wokół Magdy zrobiła się masowa narada. W rezultacie uchwalono, że Magda dla 

dania prztyczka w nos Kornatowi rozda wszystkim róże w teatrze. Kornat się wścieknie, gdy 
przyjdzie na próbę.  

Magda  pod  presją  uchwały,  chociaż  nie  bez  pewnej  obawy,  że  może  to  jej  w  teatrze 

zaszkodzić, róże rozdała, ale  Kornat "niewściekł  się", gdyż  na próbę w ogóle  nie przyszedł. 
Na  pewno  uwiadomiłby  go  ktoś  usłużny  o  całej  historii  wieczorem,  ale  przyjechał  bardzo 
późno, tak, że ledwie na swój występ zdążył.  

I tu zrobiła się awantura, lecz zupełnie o coś innego.  

Mianowicie, podczas występu z Iwonkami Kornat ni z tego ni z owego zamiast śpiewać 

po  kolei  do  każdej  z  nich,  od  razu  podszedł  do  Magdy  i  śpiewał  tylko  do  niej.  Na  scenie 
wskutek zmiany figury powstało lekkie zamieszanie. Publiczność jednakże mogła się w tym 
nie spostrzec, gdyby nie to, że Kornat najbezczelniej w świecie zmienił tekst piosenki. Chcąc 
nie  śpiewać  do  dwunastu,  lecz  do  jednej,  musiał  to  zrobić,  lecz  jakoś  wyszło  niezgrabnie  i 
śmiesznie. Publiczność zaczęła kaszlać, szurać nogami, a nawet śmiać się.  

Po  kurtynie  nie  było  wcale  braw,  zaś  za  kulisy  wpadł  czerwony  ze  złości  Cykowski  i 

autor piosenki, redaktor Czubarek, który przypadkiem,  jak  na  nieszczęście, był tego dnia  na 
sali.  

Zrobiło się istne piekło. Korzystając z zamieszania Magda prędzej uciekła do "kurnika". 

Już  na  scenie  była  w  strachu.  Gdy  Kornat  wszystko  przekręcił  i  oczy  całej  widowni 
skierowały  się  na  nią,  dostała  takiej  tremy,  iż  wyleciały  jej  z  głowy  doskonale  przecie 
wyuczone ewolucje. Stała nieruchoma, coraz bardziej czerwona.  

W  "kurniku"  też  podniósł  się  harmider.  Jedne  oburzały  się,  inne  wybuchały  śmiechem. 

Pani  Iwona  wyleciała  na  korytarz,  gdzie  redaktor  Czubarek  krzyczał  przejmującym 
dyszkantem:  

– Ja  sobie wypraszam! To skandal! Zrobiłeś ze  mnie kretyna!  W tym za grosz nie  było 

ani rymów, ani sensu!  

– Ty sobie za wiele pozwalasz – wtórował zachłystujący się głos Cykowskiego.  

W  ogólnym  hałasie  nikły  wykrzyki  Kornata.  Na  korytarzu  zrobił  się  tłok,  w  którym  na 

próżno  miotał  się  inspicjent  Torbiak,  głosem  rozpaczliwym  wywołując  tych,  którzy 
występowali w kolejnym skeczu:  

– Ja przez was karę za opóźnienie zapłacę! Do choroby z takim bałaganem!  

Do garderoby Iwonek wpadł Bończa. Wargi mu drżały ze złości:  

background image

 

90

– Gdzie ona jest? – huknął.  

A gdy Magda nieśmiało wysunęła się naprzód, oburzył się i na nią spojrzał pogardliwie:  

–  Po  przedstawieniu  masz  się  zgłosić  do  kancelarii.  Nam  nie  potrzeba  załatwiania 

waszych fizjologicznych potrzeb na scenie. Psiakrew!  

Huknął  drzwiami,  a  Magda  rozpłakała  się.  Nikt  jej  nie  pocieszał,  bo  z  góry  było 

wiadomo: dyma. Podniosła się natychmiast zbiorowa dyskusja. Wszystkie zgadzały się, że to 
wielka niesprawiedliwość, żeby Magdę wylewano za bezczelność Kornata. Ale nie było na to 
rady.  

Prawie  wszyscy  aktorzy  zagadywali  Magdę,  dopytując  się,  co  i  dlaczego  się  stało. 

Wszyscy  byli  zadowoleni  z  jednego,  że  Kornat  zblamował  się  i  że  przytarto  mu  nosa. 
Natomiast  nikt  nie  wątpił,  że  i  Magda  zasłużyła  na  potępienie.  Uważano  ją  za  kochankę 
znienawidzonego kolegi, którego bufonada i opryskliwość niejednemu dały się we znaki.  

Do  kancelarii  Magda  szła,  jak  na  ścięcie.  Zastała  tu  dalszy  ciąg  awantury.  W  okropnie 

zadymionym pokoju Cykowski, Bończa, Michałek, kapelmistrz Czopski, redaktor Czubarek i 
jeszcze jeden autor od skeczów, Nieklasiński sprzeczali się i skakali sobie do oczu. Na Magdę 
nikt z początku nie zwrócił uwagi. Dłuższą chwilę stała pod drzwiami, aż Cykowski dostrzegł 
ją i wrzasnął:  

– Czego?!  

– Pan Bończa kazał mi... – zaczęła.  

– Tak, tak – potwierdził Bończa – chodź no.  

Przeszli  do  drugiego  pokoiku,  wypraszając  stamtąd  woźnego  zajętego  obliczaniem 

bilonu.  

– Pytam ciebie, co ty wyprawiasz? – zaczął Bończa – od paru miesięcy jesteś w teatrze, a 

pozwalasz sobie na diabli wiedzą co!  

– Kiedy ja, panie dyrektorze... – próbowała bronić się.  

–  Co  ty?  Co  ty?...  Nie  wystarcza  wam  łóżko?...  Więc  używajcie  sobie  pod  łóżkiem,  na 

dachu, w tramwaju, psiakrew, ale nie na scenie! Rozumiesz!? Ja na to nie pozwolę!  

Magdzie zakręciły się w oczach łzy, a gardło tak ścisnęło, że słowa wydobyć nie mogła. 

Za  co,  za  jaką  winę  miała  znosić  to  wszystko  i  to  od  niego,  od  Bończy,  od  jedynego 
człowieka w całym teatrze, od jedynego w Warszawie, dla którego czuła najwięcej sympatii.  

Bończa tymczasem w dalszym ciągu wymyślał jej nie przebierając w słowach, zjadliwie, 

bezlitośnie. Wreszcie powiedział:  

–  Na  ten  raz  ci  daruję.  Twój  najdroższy  uparł  się,  że  zerwie  kontrakt,  jeżeli  się  ciebie 

wyleje. Ale na przyszłość uważaj!  

Magdzie krew uderzyła do głowy:  

– Ja nie chcę! – wybuchnęła.  

– Czego nie chcesz? – spojrzał na nią ze zdumieniem i lekceważeniem.  

– Nie chcę zostać! Wolę pójść na ulicę!  

– No, na to masz zawsze czas – zrobił dowcipną minę, ale Magda  już tego nie słyszała. 

Ogarnęła ją wielka złość i żal. Sama nie zdawała sobie zbyt dobrze sprawy z tego, co mówi. 
Słowa wyrywały się z  niej same. Nie chce, nie  ma zamiaru zostać w teatrze, gdzie  jest taka 
niesprawiedliwość, gdzie taki bałwan, taki kabotyn, jak Kornat czepia się, urządza różne hece, 
a później z jego łaski ona, nic nie winna, ma przykrości. Ona pluje na jego łaskę i na niego, 
ma do niego wstręt i żeby Bończa nie myślał, to niech zapyta, co zrobiła z kwiatami, które od 

background image

 

91

Kornata  dostała  i  te  róże,  co  w  garderobie  Bończy  postawiła,  to  też  z  tego  kosza,  a  on, 
oczywiście, nawet zauważyć ich nie raczył: traktuje ją jak psa. I za co? Za co?...  

Trzęsła  się  cała,  a  po  twarzy  spływały  jej  łzy.  Szeroko  otwartymi  oczami  już  niemal  z 

nienawiścią patrzyła wprost w oczy zaskoczonego i nagle znieruchomiałego Bończy. Musiała 
krzyczeć bardzo głośno, gdyż nawet w sąsiednim pokoju na chwilę zapanowała cisza.  

–  Wiesz  mała  –  odezwał  się  niespodziewanie  spokojnym  głosem  Bończa  –  że  ty  masz 

pierwszorzędne warunki głosowe?... I ekspresję!  

Nie  zrozumiała,  co  do  niej  mówił.  Ponieważ  zaś  nie  czuła  się  pewnie  na  rozedrganych 

nogach, oparła się o drzwi. Aż wstrząsnęła się, gdy uczuła na głowie dotyk jego ręki:  

–  Więc  to  od  ciebie  te  róże?  –  zapytał  tonem  tak  ciepłym,  jak  ten,  którego  używał  w 

konferansjerce.  

– Ode mnie – zaszlochała.  

–  Bardzo  piękne...  Jakie  ty  masz  miękkie  włosy.  To  rzadko  się  zdarza.  Rude  włosy 

zwykle bywają szorstkie. To naturalny kolor?  

– Tak – uspokajała się, lecz wciąż nie odrywała rąk od twarzy.  

– Więc ty nie żyjesz z nim?  

– Nienawidzę go – odpowiedziała szczerze.  

– No, to już dobrze. Nie płacz. Czego się mazgaisz? już do domu. Do widzenia.  

Bez  ceremonii  wziął  ją  dwoma  palcami  pod  brodę  i  lekko,  bez  nacisku,  pocałował  w 

same usta.  

– Do widzenia – powtórzył – a ty masz naprawdę dobry głos i silną ekspresję. Uczyłaś się 

śpiewu?  

– Nie – potrząsnęła głową – ale śpiewam trochę.  

–  No,  dobrze...  Hm...  Od  premiery  będę  miał  trochę  wolnego  czasu.  Przypomnij  mi  się 

wówczas. Zobaczymy. A teraz zapudruj nos, dobranoc.  

Przed teatrem spotkała Biesiadowskiego. Nie widziała go już od kilku dni. Ostatnio był u 

niej, gdy mieszkała jeszcze na Złotej. Zaczął opowiadać o ojcu, o swoich interesach, o swojej 
tęsknocie za nią.  

– Nawet pan mnie nie zapytał – zirytowała się, gdy już stali przed bramą na Zielnej – czy 

nie jestem głodna.  

– Jezusie! – klasnął rękami. – Toż trzeba było powiedzieć! Chodźmy!  

–  Nie!...  –  uparła  się.  –  Nie  zapytał  pan  też,  co  się  ze  mną  dzieje?  A  szkoda. 

Dowiedziałby się pan może czegoś ciekawego. Ale pan tylko o sobie myśli.  

– Panno Magdalenko! – zawołał z wyrzutem.  

–  Tak,  tak  –  nie  dała  mu  dojść  do  słowa  –  nawet  nie  zainteresował  się  pan,  dlaczego 

idziemy tu, nie na Złotą!  

– Tak jakoś zagadałem się...  

– Nie, mój drogi panie. Otóż dowiedz się pan, że idę tu na noc do swego kochanka. Do 

widzenia.  

Właśnie dozorca otworzył bramę i Magda nawet nie obejrzawszy się na Biesiadowskiego, 

weszła.  

background image

 

92

Nie wiedziała dlaczego, ale  sprawiało  jej  jakąś dziką przyjemność znęcanie  się  nad tym 

człowiekiem. Może gdzieś podświadomie  miała do niego żal za to, że był takim  fajtłapą, że 
nie był inny.  

W  stróżówce  już wszyscy  spali, oprócz Miśki, której  nie  było  jeszcze w domu. Musiała 

pójść do tego swego. Przy  łóżku  stała walizka Magdy, sprowadzona przed południem przez 
młodszego brata Miśki z ulicy Chocimskiej od Joli.  

Magda  rozebrała  się,  umyła  i  położyła  od  ściany.  Teraz  dopiero  mogła  zebrać  myśli. 

Awantura  w  teatrze  w  rzeczywistości  mogła  dla  niej  obrócić  się  tylko  na  dobre.  Bończa 
obiecał po premierze, kiedy będzie miał więcej czasu, zająć się nią. Przypomniała sobie, że w 
nowej  rewii  nie  bierze  udziału  Rena  Turska,  która  z  dniem  premiery  wyjeżdża  na  południe 
Francji. Wyglądało to tak, jakby Bończa czekał jej wyjazdu, by zainteresować się Magdą.  

W  każdym  razie  postanowiła  nikomu  nie  wspominać  o  swoich  nadziejach.  Jeżeliby  w 

końcu nie dano jej numeru solowego, ośmieszyłaby się tylko raz na zawsze.  

Nazajutrz umyślnie przyszła na próbę wcześniej, za ostatnie dwa złote kupiła trzy piękne 

pąsowe róże  i zaniosła do garderoby Bończy. Jeżeli domyśli się, że to od niej,  będzie  miała 
dobrą wróżbę na przyszłość.  

Bończa jednak nie domyślił się, a przynajmniej nie powiedział o tym Magdzie. Jednak w 

jego zachowaniu  nastąpiła zmiana. Przede wszystkim przywitał się z  nią, czego dawniej  nie 
robił, pocałował  ją w rękę, trochę od niechcenia  i patrząc w inną stronę, ale zawsze  i to już 
było coś.  

Kornat na próbie miał zajście z Malskim, który nie umiał w porę czegoś tam powiedzieć i 

wskutek  tego  skecz  próbowano  aż  dziesięć  razy.  Zirytowany,  nawymyślał  mu  od  idiotów  i 
pchnął tak, aż Malski potknął się o drabinę i upadł.  

– Jak pan może! – krzyknęła Magda, wprost pragnąc wszcząć z Kornatem awanturę, lecz 

on od razu uspokoił się, zaczął tłumaczyć się przed Magdą i nawet przeprosił Malskiego.  

– Widzisz, moja miedziana królewno – pociągnął ją za rampę – dla ciebie jestem gotów 

znosić nawet upokorzenia.  

– Niech pan mnie puści – szarpnęła się śmiało – ładnie mnie pan wczoraj urządził.  

– Kocham cię.  

– Pan? – wzruszyła ramionami.  

– Przed całą  salą, przed całym  światem  mogę to powiedzieć. Chcesz?... Dziś  na drugim 

przedstawieniu  zrobię  taki  kawał,  że  Cykowskiego  szlag  trafi,  a  tego  drugiego  gudłaja, 
Czubraka, na noszach wytransportują.  

–  A  niech  pan  robi,  co  się  panu  podoba  –  odpowiedziała  opryskliwie  –  cóż  to  mnie 

obchodzi?  

On jednak zbyt zajęty był swoim planem:  

– Ułożyłem sobie nowy tekst. Zobaczysz.  

– Nic nie zobaczę, bo mnie przez pana omal nie wyleli.  

– Nie bój się – zaśmiał się – niechby się ośmielili!  

– Ale ja nie chcę, rozumie pan, nie chcę. Niech pan mi da spokój – wybuchnęła.  

Spojrzał na nią, jak na wariatkę, a ponieważ właśnie Bończa dał znak orkiestrze i Iwonki 

uformowały się na scenie w gotowości do próby, dorzucił tylko:  

– Czekam po próbie. Pojedziemy do Wilanowa.  

background image

 

93

Tu  już  Magda  postanowiła  dać  mu  dobrą  nauczkę.  Ponieważ  ostatnie  słowa  Kornata 

słyszały wszystkie koleżanki, przebierając się w garderobie oświadczyła:  

– Wyjdźmy razem, a zobaczycie, jak z nim pojadę.  

Pamiętała dobrze, że umówiła się z inżynierem Piotrowskim i była przekonana, że czeka 

na nią przed teatrem. Nie zawiodła się. Obrazek zrobił się pierwszej klasy. Kornat siedząc w 
swoim wozie, gdy tylko zobaczył Magdę, wychodzącą z bramy, gościnnym ruchem otworzył 
drzwiczki samochodu.  

Magda jednak ani spojrzała w jego stronę, natomiast z uśmiechem zawołała na stojącego 

przy brzegu chodnika inżyniera Piotrowskiego.  

– Panie Janku! Jestem!  

Widzieli to wszyscy! Przynajmniej połowa zespołu. Kornat z furią zatrzasnął drzwiczki. 

Takiego afrontu nie doznał jeszcze w teatrze nigdy. A należało mu się od dawna.  

Magda, trochę podniecona zajściem i ubawiona wściekłością Kornata, niemniej była rada, 

że  inżynier  Piotrowski  widział  na  własne  oczy,  jak  taka  zwykła  girlaska  Magdalena 
Nieczajówna, może mieć w nosie znakomitego gwiazdora.  

Na  inżynierze  scena  ta,  w  której  początkowo  nie  zorientował  się,  zrobiła  jednak 

rzeczywiście wielkie wrażenie.  

–  Doprawdy,  bardzo  mi  przykro  –  powiedział  takim  tonem,  jakby  mówił,  że  mu  jest 

bardzo przyjemnie.  

– Dlaczego? – śmiała się Magda.  

– Zdaje się, że pani obraziła Kornata. To był Kornat, prawda?  

– Tak, i cóż z tego?  

– I to przeze mnie! Nie żałuje pani tego?  

– Ani trochę.  

– Bardzo, bardzo jestem pani wdzięczny – powiedział cicho.  

Znać było, że czuł się trochę zmieszany, a nawet zaniepokojony.  

–  Niech  się  pan  nie  boi  –  z  odrobiną  złośliwości  odezwała  się  Magda.  –  To  pana  do 

niczego nie zobowiązuje.  

Zaczerwienił się:  

– Ale, panno Magdaleno, co też pani mówi.  

– Mówię, co myślę, a myślę, że pan obawia się, że ja za to wylecę z teatru i pan będzie 

niejako odpowiedzialny. Otóż niech pan wie, że i tak zrobiłabym to samo, gdyby nawet pan tu 
na mnie nie czekał.  

Powiedziała  to  dość  ostro  i  dla  zahamowania  złego  wrażenia  uśmiechnęła  się  doń 

najczulej, jak umiała. I tak zresztą wiedziała, że jej nie uwierzył.  

– Mężczyźni są straszliwie zarozumiali – pomyślała.  

Poszli  znowu  razem  na  obiad.  Piotrowski  był  niezwykle  uprzejmy  i  miły.  Po  obiedzie 

wybrali  się  na  spacer  do Łazienek,  by  zobaczyć  czerwień  liści  jesiennych,  którymi  inżynier 
tak się zachwycał.  

Niestety  zaczął  padać  deszcz,  wstąpili  więc  do  dużej  eleganckiej  kawiarni.  O  tej  porze 

pusto  tu  jeszcze  było  i  po  zasłanej  dywanami  sali  uwijali  się  tylko  kelnerzy  w  białych 
kurtkach.  

background image

 

94

Piotrowski ni z tego ni z owego zaczął mówić o sobie i o swojej narzeczonej. Kochał ją 

bardzo,  ale  po  dwóch  latach  narzeczeństwa  doszedł  do  przekonania,  że  nie  będą  ze  sobą 
szczęśliwi. Ona, zapalona tenisistka, wciąż myśli tylko o swoim sporcie. Gdy tylko ma jakiś 
mecz w  Krakowie, w Poznaniu czy  za granicą, to wyjeżdża, czasem  nawet  bez pożegnania. 
To jej  świat, jej żywioł.  A on chce  inaczej.  Chce, żeby po powrocie do domu zastawać tam 
zawsze  żonę,  żeby  ona  nie  miała  osobistego  życia,  tylko  żyła  życiem  jego,  jego 
zainteresowaniami,  upodobaniami,  pracą.  Dlatego  nie  pasują  do  siebie  i  zerwą.  To 
konieczność.  

Później pokazywał Magdzie jej fotografię i scyzoryk, jaki od niej dostał i zegarek, który 

miał  po  swoim  dziadku,  i  list  z  jakiejś  wielkiej  firmy,  proponujący  mu  stanowisko 
wicedyrektora w Sosnowcu. I mówił, że propozycji nie przyjmie. Przy tej sposobności Magda 
dowiedziała się szczegółowo, ile zarabia, ile miałby pensji i tantiemy w Sosnowcu, jakie tam 
są stosunki, i moc innych rzeczy.  

Wynikało z tego, że przeniesienie się do Sosnowca byłoby dla Piotrowskiego doskonałym 

interesem. Zaczęła więc namawiać go do przyjęcia tego stanowiska.  

–  Przecież  to  doskonały  dla  pana  interes.  Niechże  pan  nie  będzie  dzieckiem –  oburzyła 

się, gdy jej argumenty nie przemawiały mu do przekonania. – Jakże można odrzucać coś tak 
korzystnego i pieniądze, i stanowisko, i taką wspaniałą perspektywę kariery!  

I  rzeczywiście  nie  mogła  zrozumieć  wahań  Piotrowskiego.  Dla  jakichś  sentymentów 

rodzinnych, dlatego, że lubi Warszawę! Cóż za lekkomyślność.  

Zapaliła się tak tą dyskusją, że nawet nie zauważyła starszego pana, który stojąc tuż obok 

kłaniał się im z uśmiechem. Okazało się, że był to wuj Piotrowskiego, pan Godziński, prezes 
towarzystwa  asekuracyjnego  "Remo".  Magda  codziennie  idąc  do  teatru,  mijała  olbrzymi 
gmach towarzystwa "Remo"  i teraz była trochę onieśmielona poznaniem  samego prezesa tej 
olbrzymiej  instytucji.  Okazało  się  jednak,  że  prezes  był  niezwykle  miłym  towarzyszem. 
Szczupły,  przystojny,  wysoki,  z  siwymi  włosami,  przypominał  Magdzie  jej  wyobrażenia  o 
angielskich lordach.  

Wój Piotrowskiego zaczął Magdę obsypywać komplementami  i  żartobliwie gorszyć się, 

że  taka  urocza  niewiasta  może  znosić  towarzystwo  podobnego  gołowąsa,  jak  jego 
siostrzeniec. Zupełnie co innego mężczyzna starszy, solidny, doświadczony, umiejący ocenić 
te skarby urody i wdzięku.  

Wkrótce  panów  starszych  i  solidnych  znalazło  się  więcej.  Mianowicie  przyszedł 

przyjaciel prezesa Godzińskiego, dyrektor Balzer, pulchny okrąglutki  jegomość, zażywający 
wciąż  jakieś  pachnące  eukaliptusem  pastylki,  które  miały  odzwyczaić  go  od  palenia,  znany 
jubiler  Reszke,  też  siwy  i  zażywny  starszy  grubasek,  jego  brat,  którego  raz  nazywano 
ministrem, a raz Basiulkiem i jeszcze jeden pan, też dyrektor banku, o śmiesznym nazwisku 
Stęposz, ale jeszcze bardzo przystojny i niezwykle dowcipny.  

Okazało się, że jest to ich godzina i że codziennie o tej porze schodzą się w kawiarni, jako 

starzy  przyjaciele  lub  koledzy.  Inżynier  Piotrowski  był  widocznie  niezadowolony  z  ich 
towarzystwa.  Często  spoglądał  na  zegarek  i  pochrząkiwał.  Magda  natomiast  oswoiwszy  się 
szybko  z  nowymi  znajomymi  była  uszczęśliwiona  ich  obecnością.  Tak  właśnie  wyobrażała 
sobie wyższe sfery, ludzi żyjących dostatnio, pięknie i wygodnie, umiejących ładnie mówić, 
jeżdżących własnymi limuzy nami, mieszkających w olbrzymich pałacowych mieszkaniach i 
jeżdżących za granicę dla własnej przyjemności.  

I  ona  podobała  się  tym  panom.  Odczuwała  to  całkiem  wy  raźnie  z  ich  spojrzeń,  z 

uśmiechów,  ze  sposobu  zwracania  się  do  niej.  Nie  było  w  tym  natarczywości,  tak  znanej  u 
różnych  mężczyzn  kręcących  się  za  kulisami,  ani  lekceważenia.  Trak  towali  ją  jak  wielką 

background image

 

95

damę, chociaż zaraz na wstępie i bez ogródek, powiedziała, gdy dyrektor Stęposz mówił coś o 
szczęściu oglądania jej piękności:  

– To nie  jest żadne  szczęście, panie dyrektorze, niestety, nie  jestem piękna, to raz, a po 

wtóre tańczę w "Złotej Masce" i każdy może mnie oglądać za te kilka złotych, które płaci się 
za bilet.  

– Więc pani jest artystką? – zapytał prezes.  

– Tak – szybko odpowiedział Piotrowski.  

W  jego pośpiechu  Magda  jednak dopatrzyła się obawy,  by panowie  nie dowiedzieli się, 

że jego towarzyszka jest zwykłą "girlsą".  

– Wstydzisz się mnie? – pomyślała – poczekajże! I wypaliła wprost:  

–  O,  daleko  mi  do  tytułu  artystki.  Jestem  zaledwie  jedną  z  dwunastu  bezimiennych 

tancerek z zespołu pani Iwony Karnickiej.  

–  Ach!  Zatem  przyszłą  gwiazdą  –  z  kurtuazją  skłonił  się  dyrektor  Stęposz,  a  prezes 

Godziński dodał:  

– W każdym razie najpiękniejszą z tego zespołu.  

Inżynier  był  zły  i  milczał  już  do  końca.  Natomiast  reszta  towarzystwa  po  chwilowej 

konsternacji zaczęła bawić się coraz lepiej.  

Gdy wybiła siódma i Magda wstała, oświadczając ze szczerym smutkiem, że już musi iść 

do teatru, wszyscy panowie jeden przez drugiego zaczęli ją prosić, by nie zapomniała o nich. 
Codziennie są tu od szóstej i będą zachwyceni jeżeli ona zechce uświetnić ich nudne zebrania.  

–  A  owszem  –  odpowiedziała  wesoło  –  z  przyjemnością,  bo  i  mnie  jest  bardzo  miło  z 

panami.  

– A Janek nie będzie zazdrosny? – przymrużył oko prezes w stronę swego siostrzeńca.  

– No, nie miałby powodu – zaśmiał się jubiler Reszka.  

– Ani prawa! – z naciskiem, chociaż wesoło dodała Magda.  

– Więc czekamy!  

– Trzymamy za słowo!  

– Dotrzymam, do widzenia!  

Przepychali się wraz z Piotrowskim między gęsto obsadzonymi już stolikami.  

Gdy znaleźli się na ulicy, Piotrowski odezwał się oficjalnym tonem:  

– Czy pozwoli pani odwieźć się taksówką?  

– Czego się pan złości?  

– Wydaje się pani. Więc?  

–  Jest  pan  zabawny  –  wzruszyła  ramionami  –  najpierw  wstydzi  się  pan  mnie  wobec 

swego wója i jego przyjaciół, a później jeszcze obraża się. I o co?  

– Myli się pani – zaczął lodowato, lecz przerwała mu:  

– Albo będzie pan mówił po ludzku, albo pójdę sama.  

– Mówię chyba grzecznie?  

– Za zimno jak na dzisiejszy i tak zimny wieczór. Brrr – wstrząsnęła się – jesień.  

– Więc pojedziemy taksówką?  

– Nie. Pan jest tak chłodny, że w taksówce jeszcze bardziej zmarznę. Idziemy pieszo.  

Milczeli przez chwilę. Wreszcie Piotrowski zaczął wzruszonym głosem:  

background image

 

96

– Trudno ode mnie żądać, żebym był słodki jak cukierek. Jest pani ze mną i wystarcza, by 

do stolika przysiadło się paru starych kawalerów, a już pani rozpływa się i na mnie nie raczy 
w ogóle zwrócić uwagi.  

– Co też pan opowiada? – oburzyła się.  

Stał się czupurny i przemawiał tak, jakby była co najmniej jego żoną:  

– Nie powinna pani była – oświadczył wreszcie z naganą w głosie – nie wolno pani było 

obiecywać im, że pani przyjdzie.  

– Niby dlaczego?  

– Bo, to, bo... to wygląda na... polowanie na kieszeń tych obrzydliwych pierników.  

– Ach, tak?... – zatrzymała się. – No, to żegnam pana!  

– Ależ panno Magdalenko!  

–  Żegnam.  Nie  chcę  pana  narażać  na  towarzystwo  ulicznej  dziewczyny,  polującej  na 

cudze kieszenie.  

Szybko skręciła i przeszła na drugą stronę ulicy. W gruncie rzeczy wcale nie gniewała się 

na Piotrowskiego i tylko udawała obrażoną. Chciała tylko "podciągnąć" go, by na przyszłość 
nie rozpuścił się niczym bicz dziadowski! Wiedziała zresztą, że Piotrowski tak jej nie zostawi.  

I  rzeczywiście,  zanim  uszła  pięćdziesiąt  kroków  dopędził  ją  cokolwiek  zdyszany,  a 

zrównawszy się zaczął tłumaczyć się żałośnie i prosić o przebaczenie.  

– Pani mnie źle zrozumiała, zapewniam panią, że nawet przez myśl mi nie przeszła chęć 

obrażenia pani – powtarzał wciąż.  

Nie odzywała się zupełnie kontenta, a on coraz żarliwiej dowodził, że właśnie uważa  ją 

za najuczciwszą dziewczynę, jaką kiedykolwiek spotkał, że żywi dla niej olbrzymi szacunek, 
że  tylko  zdawało  mu  się,  iż  jako  niedoświadczona,  tak  młodziutka  przecie  kobieta,  nie 
zorientowała się w istotnym sensie zaproszeń owych wstrętnych pryków.  

Ponieważ Magda wciąż milczała, stawał się coraz pokorniejszy. Na koniec przed samym 

teatrem wspaniałomyślnie mu przebaczyła:  

– No, już dobrze – powiedziała – niech tam.  

– I nie gniewa się już pani?  

– Dotknął mnie pan bardzo boleśnie.  

– Panno Magdaleno! – złożył ręce.  

– Jeżeli się jest "girlsą", trzeba być na podobne traktowanie przygotowaną – westchnęła.  

To zmusiło Piotrowskiego do nowych przeprosin, wprost bliski był płaczu.  

–  No,  już  dobrze,  dobrze  –  zakończyła  z  uśmiechem,  gdy  spojrzawszy  na  zegarek 

stwierdziła, że ledwie zdąży się ubrać.  

– Można jutro po próbie przyjść? – zapytał już z daleka w bramie.  

– Dobrze! – skinęła głową.  

– Przepraszam! – krzyknął jeszcze za nią.  

W garderobie zastała list od Kornata. Brzmiał krótko:  

"Muszę się z Tobą koniecznie rozmówić. – Twój Leon".  

Magda  podarła  list  i  wrzuciła  do  kosza.  Postanowiła  w  każdym  razie  nie  spotkać  się  z 

Kornatem nigdzie na osobności.  

Po przedstawieniu ułatwił jej to Biesiadowski, czekający w bramie.  

background image

 

97

 

Biedak  był  odświętnie  ubrany  i  tak  widocznie  przejęty  ostatnią  nauczką,  że  zanim 

przywitał się, zaczął od propozycji pójścia na kolację.  

Ponieważ  była  głodna,  a  poza  tym  rozbrojona  jego  poczciwością,  zgodziła  się 

natychmiast.  

Weszli do eleganckiego lokalu, gdzie Biesiadowski czuł się odrobinę nieswój. Dopiero po 

kwadransie oswoił się i zaczął od pytania:  

–  Panno  Magdaleno,  przecie  to,  co  mi  pani  powiedziała  wczoraj,  to  oczywiście 

nieprawda?  

– Co? Co powiedziałam? – udała naiwną.  

– No o tym... No, że pani ma... tego...  

Słowo kochanek nie chciało mu przejść przez usta. Męczył się i czerwienił, wbijając oczy 

w talerz z rumsztykiem.  

–  Że  mam  kochanka?...  Proszę  pana  –  wzruszyła  ramionami  –  a  cóż  to  byłoby  w  tym 

dziwnego?...  Nie  pamięta  pan,  co  pan  sam  i  mój  ojciec  mówiliście  o  dziewczętach 
pracujących w teatrze?...  

– Ja nie mówiłem – zastrzegł się.  

–  Mówił  pan,  mówił,  że  to  same  publiczne.  No  i  cóż?...  Cóż  znaczy  jeden  kochanek? 

Publiczne powinny mieć co dzień dwudziestu.  

– Jak pani ze mną mówi. Panno Magdaleno – zajęczał.  

–  Mówię,  jak  pan  tego  chce.  Powiedziałam,  że  mam  kochanka!  Więc  go  mam.  I  wolno 

mi.  Wypędzili  mnie  z  domu,  jestem  wolna  i  robię,  co  mi  się  podoba.  A  poza  tym  cóż  to 
nadzwyczajnego? Czy pan nigdy nie miał kochanki?... Wiem, co mi pan powie, że mężczyzna 
to coś innego. Ale skąd dla tych mężczyzn wciąż kochanek, skoro kobietom nie wolno?...  

Biesiadowski, przybity i ponury nie odzywał się już wcale. Ma się rozumieć nie wierzył 

Magdzie. Był pewien, że chodziło jej tylko o nastraszenie go tymi dowodzeniami. Ponieważ 
jednak życie nauczyło go, że nie ma dymu bez ognia, rozmyślał nad własną bezradnością w 
poczuciu konieczności zapobieżenia złu, które może Magdę spotkać. I wówczas to przyszedł 
mu do głowy doskonały pomysł. Oczywiście na miłość nie znalazłby sposobu. Gdyby Magda 
zakochała  się  w  kimś,  nic  by  jej  powstrzymać  nie  zdołało.  Ponieważ  jednak  już  kilka  razy 
wspominała  o  niepunktualności  wypłat  w  teatrze,  mogła  kiedyś  znaleźć  się  w  sytuacji 
ciężkiej,  a  wtedy  i  dostęp  do  wszelkich  złych  pokus  byłby  łatwiejszy.  Nie  znaczy  to,  broń 
Boże, by miała im ulec, lecz po co narażać ją na próbę?...  

– Panno Magdaleno – odezwał się już przy końcu kolacji – byłbym na śmierć zapomniał! 

Mam tu przesyłkę od pani siostry.  

– Jaką przesyłkę.  

–  Najlepszą  –  odpowiedział  z  uśmiechem  i  swobodnie  –  najlepszą  dla  posłańca,  bo 

najmniej miejsca zajmuje, i dla adresata, bo otrzymuje to, czego najbardziej chce.  

– Cóż to może być? – zaciekawiła się.  

– Forsa!  

– O! – zdziwiła się – czy dużo?  

– Czy dużo?  

Właśnie namyślał się ile jej dać i dla zyskania na czasie, powiedział:  

– A proszę zgadnąć!  

background image

 

98

– Pojęcia nie mam.  

– Trzysta złotych.  

– Aż tyle? Eee. I nic pan nie mówi od razu. Boże drogi, jaka ta Adela poczciwa! Skąd ona 

tyle pieniędzy wzięła?  

Biesiadowski pod obrusem odliczył papierki i zaśmiał się:  

– Twierdziła, że z oszczędności.  

– Kochana Adela.  

Magda  rzeczywiście  była  rozczulona.  Nigdy  nie  wątpiła  o  pamięci  siostry,  ale  żeby  aż 

tyle!  

Biesiadowski  był  rad  z  siebie.  Wiedział,  że  nie  przyjęłaby  od  niego  i  swój  pomysł 

podstawienia  Adeli  musiał  uznać  za  genialny.  Zepsuła  mu  się  jednak  mina,  gdy  Magda 
oświadczyła:  

– No, wobec tego, że jestem taka bogata, zapraszam pana teraz do "Adrii". Ja funduję.  

– Żartuje pani. Ja nie chodzę po nocnych lokalach.  

– To pan pójdzie.  

– Ale późno już. Po drugiej.  

– Więc raz jeden pan nie wyśpi się – upierała się.  

Nie  było  rady  i  musiał  pójść.  W  "Adrii",  wielkim  nocnym  dancingu,  Biesiadowski  był 

pierwszy raz w życiu. W środku olbrzymiej sali tańczyło kilkadziesiąt par. Kolorowy półmrok 
i hałas orkiestry, tłum elegancko ubranych ludzi i gąszcz stolików oszołomił go trochę.  

I Magda, która była tu zaledwie dwa razy, nie czuła się dość pewnie, ale nadrabiała miną. 

Musiała przecież wobec Biesiadowskiego udawać światową kobietę. Dlatego przybrała lekko 
znudzony i obojętny wyraz twarzy, co widząc Biesiadowski zaproponował:  

– Chodźmy lepiej do domu, co tu...  

– Stoliczek dla pana dyrektora? – wyrósł tuż przy nich kelner.  

– Tak, tak – potwierdziła Magda.  

– Służę, państwo pozwolą.  

Gdy już usiedli, Biesiadowski zapytał Magdę.  

– Dlaczego on mnie nazywa dyrektorem?  

– Tak sobie, co mu szkodzi.  

Kelner rozłożył na stoliku kartę win, a oceniając swym wprawnym okiem powody wahań 

niedoświadczonych gości, sam zaproponował jakieś koktajle.  

– Tak, dobrze, niech pan to da – czym prędzej zgodził się Biesiadowski.  

– Słucham pana dyrektora.  

– On musi mnie brać za kogoś innego – wciąż niepokoił się Biesiadowski.  

Magda już go jednak nie słuchała. Zbyt silnie absorbowało jej uwagę całe otoczenie. Przy 

niektórych  stolikach  siedziały  pięknie  wystrojone  kobiety,  połyskujące  brylantami, 
roześmiane,  wydekoltowane.  Mężczyźni  podochoceni  i  rozbawieni  raz  po  raz  spoglądali  ku 
Magdzie łakomie i dość bezczelnie.  

Nagle  dostrzegła  w  drugim  końcu  sali  większy  stół,  przy  którym  siedziało  kilkanaście 

osób.  Wysoki  siwy  pan  już  trzeci  raz  kłaniał  się  w  jej  stronę  zanim  zorientowała  się,  że 

background image

 

99

ukłony  skierowane  są  do  niej.  Dopiero  wtedy  go poznała.  Był  to  jeden  z  owych  znajomych 
inżyniera Piotrowskiego, dyrektor Stęposz, po południu poznany w kawiarni.  

Odkłoniła się z miłym uśmiechem i od niechcenia poinformowała Biesiadowskiego:  

– To mój znajomy. Szalenie bogaty. Dyrektor banku.  

Tymczasem  orkiestra  zagrała  znowu  i  dyrektor  Stęposz  najniespodziewaniej  zjawił  się 

prosić Magdę do tanga. Był nieco podhumorzony, ale zachowywał się zawsze jak wielki pan. 
Przedstawił się Biesiadowskiemu, zapewnił, że mu "bardzo miło poznać" i zaczęli tańczyć.  

W  ogólnym  tłoku  i  gwarze  można  było  rozmawiać  swobodnie.  Pan  Stęposz  wciąż 

zasypywał  Magdę  komplementami,  opowiadał  także,  że  na  wszystkich  jego  przyjaciołach 
wywarła niezapomniane wrażenie, że już jutro i zawsze będą z niecierpliwością wyczekiwać 
w  kawiarni  jej  przyjścia.  Na  zakończenie  oświadczył,  że  tu  jest  w  bardzo  sympatycznym 
towarzystwie  i  jeżeli  tylko  Magda  zechce,  wraz  oczywiście  z  panem  Biesiadowskim, 
przesiąść się do nich, będą zachwyceni.  

Magda  miała  wielką  na  to  ochotę,  lecz  obawiała  się,  że  Biesiadowski  nie  potrafi 

zachować się wśród tych szykownych ludzi i dlatego stanowczo odmówiła.  

– Muszę już iść spać, proszę pana – dziękowała mu za taniec.  

Widocznie  i  Biesiadowski  bardzo  tego  pragnął,  gdyż  przy  stoliku  zastała  kelnera, 

usiłującego  z  godnością  i  szacunkiem  przekonać  "szan...  pana",  że  rachunek  nie  jest 
specjalnie  wygórowany,  lecz  podany  ściśle  podług  cennika,  który  "szan...  pan"  może 
sprawdzić.  

Na szczęście tych targów nie widział dyrektor Stęposz. Pomimo to Magda po wyjściu z 

dancingu  zrobiła  Biesiadowskiemu  awanturę,  że  po  pierwsze  niepotrzebnie  wyrywa  się  z 
płaceniem, skoro to ona miała fundować, po wtóre, że wstyd targować się jak na Kercelaku.  

– Widzi pan sam, że z panem nie można nigdzie chodzić.  

– Toż nie dam się obdzierać – bronił się.  

– To nie trzeba bywać w takich lokalach. Naraża mnie pan na kompromitację.  

– Przecież oni nie znają pani, panno Magdaleno.  

– Ale będą znali. Zapomina pan, że jestem artystką.  

Z  powodu tej  sprzeczki  rozstali  się  dość  kwaśno,  jedynym  ustępstwem,  na  jakie  Magda 

się zdobyła, było uspokojenie go, że mieszka u przyjaciółki, nie zaś u kochanka.  

Tej  nocy  Magda  wcale  nie  spała.  Najpierw  dziecko  darło  się  nieludzko,  nad  ranem  zaś 

wynikła  okropna  awantura.  Przyszedł  przyjaciel  Miśki  pijany  w  sztok  i  domagał  się  od  niej 
pieniędzy.  

Miśka przysięgała, że  nie  ma ani grosza  i wtykała  mu cztery złote, jedyne drobne,  jakie 

mogła jej dać Magda. Wreszcie zerwał się z łóżka Felek i wraz ze starym Pichelem rzucili się 
na  awanturnika,  lecz  wówczas  Misia  stanęła  w  jego  obronie  i  matka  musiała  przemocą 
przytrzymywać ją w izbie, gdy w bramie aż kotłowało się. Po wyrzuceniu przyjaciela na ulicę 
znowuż  Misia  krzyczała  i  zawodziła  przez  dobrą  godzinę.  A  później  zaczął  się  normalny 
dzienny ruch i już o spaniu nie mogło być mowy.  

Na  domiar  wszystkiego  Magdę  tak  rozbolała  głowa,  że  na  próbie  chodziła  jak 

nieprzytomna.  Do  premiery  zostały  tylko  dwa  dni  i  ponieważ  na  każdy  drobiazg  zwracano 
uwagę, Cykowski skrzyczał Magdę, a Bończa odwoławszy ją na stronę, zapytał:  

– Co ci jest mała?  

– Głowa mnie szalenie boli, panie dyrektorze.  

background image

 

100

–  Weź  proszek.  A  na  drugi  raz  nie  włócz  się  po  nocach,  to  cię  nie  będzie  bolała.  Na 

próbie trzeba być w porządku.  

Mówił niby surowo, ale uśmiechnął się do niej.  

– Ja wcale nie włóczyłam się – powiedziała – tylko nie spałam.  

Wówczas  jakby od  niechcenia zaczął  ją wypytywać, a ona,  sama  nie wiedząc dlaczego, 

szczerze  opowiedziała  mu,  że  nie  ma  mieszkania,  gdyż  nie  posiada  dokumentów,  że  nocuje 
kątem u Pichelówny, której ojciec jest dozorcą i że bardzo jej z tym ciężko.  

Bończa  wysłuchał  wszystkiego  uważnie,  wciąż  wzruszał  ramionami,  a  w  końcu 

oświadczył:  

–  Wiesz,  że  tak  głupiej  dziewczyny  jeszcze  nie  widziałem.  Zaraz  dzisiaj  pójdziesz  do 

rządcy  domu,  gdzie  mieszkałaś  u  rodziców  i  weźmiesz  wyciąg  z  ksiąg  meldunkowych. 
Będziesz pamiętała? Wyciąg z ksiąg meldunkowych!  

– Będę.  

– A teraz idź do mojej garderoby i w stoliku w lewej szufladzie znajdziesz proszki. No, 

marsz.  

–  Bardzo,  bardzo  panu  dziękuję  –  wyciągnęła  do  niego  rękę,  a  on  chyba  nie  zauważył 

tego, bo tylko uśmiechnął się i przesunąwszy końcami palców po jej podbródku, odszedł.  

Taki właśnie był ostry i dobry, taki męski, taki właśnie Magdzie się spodobał.  

Zdobycie  dokumentu  poszło  łatwiej  niż  przypuszczała.  Nie  chcąc  ryzykować  spotkania 

ojca,  wyprawiła  po  ów  wyciąg  jedną  z  koleżanek,  a  sama  tylko  zatelefonowała  do  rządcy 
oświadczając, że jest chora i osobiście przyjść nie może.  

Na  szóstą  poszła  do  kawiarni  i  pierwszą  osobą  znajomą,  którą  dostrzegła,  był  Kornat. 

Siedział z jakimś jeszcze facetem i na widok Magdy zerwał się, usiłując przecisnąć się do niej 
między stolikami...  

Udała, że tego nie spostrzega. Czym prędzej przeszła aż do końca. Starsi panowie byli już 

wszyscy w komplecie.  

Powitano  Magdę  owacyjnie  i  to  z  takim  rumorem,  iż  nadbiegli  aż  trzej  kelnerzy,  by 

przyjąć zamówienia na – jedną filiżankę kawy. Usadowiła się w sam czas na jednym z pięciu 
zaofiarowanych  jej  foteli,  by  zobaczyć  sromotny  odwrót  Kornata.  Był  to  już  drugi  afront 
publiczny,  jaki  mu  zrobiła.  Usiadł  z  miną  wściekłą  i  zaciętą,  której  nie  mógł  zamaskować 
robionym półuśmiechem...  

– Będzie  się  mścił – pomyślała Magda,  lecz  nie  miała czasu na żadne rozważanie, gdyż 

wszyscy jej towarzysze zasypywali ją pytaniami.  

I nie pytali o nic przykrego, ani o żadne sprawy zbyt osobiste. Często jeden odpowiadał 

drugiemu  na  pytanie  zadane  Magdzie,  często  mówili  dowcipy,  opowiadali  przy  tym  jakoś 
lekko  i  krótko  i  na  wpół  żartobliwie  przeróżne  historie,  czy  to  ze  swego  życia,  czy  też 
anegdotki.  I  robili  to  wszystko  tak  jakoś  inaczej,  tak  elegancko,  z  taką  niefrasobliwością,  a 
każda rzecz była ciekawa, każdej słuchało się z nieudawanym zainteresowaniem. Magda przy 
tym dobrze odczuwała, że podoba się im, że podoba się dlatego, że jest ładna i młoda, a może 
także  z  tej  racji,  że  takim  starszym  bogatym  wygom,  takim  lwom  Salonowym,  z  których 
każdy  musiał  w  życiu  mieć  setki  kobiet,  zdawać  się  mogło,  że  skoro  mają  do  czynienia  z 
"girlsą", to mogą liczyć na łatwą zdobycz.  

I to jednak nie obrażało Magdy, a nie obrażało z tego powodu, że podobnego podejrzenia, 

chociaż niewątpliwie uzasadnionego, nie potwierdzali  niczym. Traktowali  ją z niezmiennym 
szacunkiem, bawili, jak bawiliby pannę ze swego środowiska, żartowali nawet dość zjadliwie, 
ale jeden za drugiego chciałby "na niby" zniechęcić Magdę do rzekomego rywala.  

background image

 

101

Świetnie,  wprost  świetnie  czuła  się  z  nimi.  Właśnie  ile  razy  myślała  dawniej  o  swojej 

przyszłości,  o  swojej  karierze,  jako  cel,  dla  którego  warto  było  walczyć,  znosić  różne 
przykrości,  poświęcać  się,  widziała  –  wówczas  jeszcze  w  mglistych  zarysach  –  takie  życie, 
takie otoczenie, takich ludzi, jak ci.  

– To jest kultura – sformułowała sobie wszystkie rzeczy.  

A pod słowem "kultura" rozumiała elegancję i umiejętność ładnie prowadzonej rozmowy, 

i wykształcenie, i bogactwo, i stosunki, a nade wszystko takie wychowanie i sztukę obracania 
najpoważniejszej rzeczy w żart, lub z żartu w poważną kwestię, gdy tego potrzeba.  

Na przykład pewna była, że żaden z tych starszych panów nie zerwałby się od stolika, a 

później nie siedział z twarzą rozjuszonego buldoga, jak Kornat.  

W  teatrze  mieli  słuszność,  nazywając  go  chamem.  W  teatrze  w  ogóle  znają  się  na 

ludziach.  Wiedzą,  za  co  lubią  Berczyńskiego,  dlaczego  życzliwie  mówią  o  siostrach  Stelli, 
czy  Michałku,  a  dlaczego  nie  omijają  żadnej  sposobności,  by  po  cichu  zrobić  na  złość 
kapelmistrzowi Czapskiemu. Tylko co do Bończy nie mają racji.  

W gruncie rzeczy nie zrobił on jeszcze nikomu świństwa, a że trzyma się nieco na uboczu 

i  jest  wymagający,  to  chyba  i  nie  może  być  inaczej.  Doszłoby  do  bałaganu,  taka  baba  to 
wlazłaby mu na głowę.  

Przez  mgnienie  zastanowiła  się,  czy  Bończa  nie  jest  z  tegoż  gatunku,  co  ci  panowie? 

Może i oni w swoich  bankach,  fabrykach, czy przedsiębiorstwach są tacy,  jak on w teatrze? 
W  takim  razie  poza  teatrem  byłby  podobny  do  nich?...  I  zrozumiała,  że  to  zupełnie  coś 
innego.  

Starsi  panowie  tymczasem  prześcigali  się  w  zapewnianiu  Magdy,  że  jest  unikatem. 

Kiedyś,  nawet  niedawno,  cieszyli  się,  że  siadują  tu  sami,  bez  towarzystwa  kobiet,  a  teraz 
przekonali  się, że o wiele, że  nieporównywalnie  milej spędza  się czas, gdy  się wśród siebie 
ma takie arcydzieło, cyzelowe w czerwonym złocie, "taki klejnot w srebrnej oprawie naszych 
przedwcześnie osiwiałych głów".  

–  No,  nie  zapominajcie  i  o  drugim  klejnocie  –  wtrącił  poważnie  dyrektor  Balzer  –  nie 

zapominajcie o tej różowej perle.  

Tu wskazał łysinę ministra i znów śmieli się wszyscy.  

O  siódmej  Magda  zaczęła  się  żegnać,  lecz  wytargowali  u  niej  jeszcze  dziesięć  minut,  z 

tym, że samochód prezesa Godzińskiego odwiezie ją do teatru.  

W teatrze jak zwykle w ostatnich dniach przed premierą, podczas przedstawień, idących 

ćwierćkompletami,  a  czasem,  samą  "watą",  nastrój  był  ospały.  Przerwy  robiono  długie, 
aktorzy od niechcenia odwalali swoje numery. Za kulisami ziewano.  

Kornat udał, że ma czkawkę i w drugiej części nie pokazał się na scenie wcale. W istocie 

zrobił  to  dlatego,  by  rozmówić  się  z  Magdą.  Wepchnął  ją  do  swojej  garderoby  i  z  miejsca 
zaczął się zgrywać:  

– Co ty ze mną wyprawiasz! Ja od zmysłów odchodzę!  

Spojrzała mu prosto w oczy.  

– Niepotrzebnie pan odchodzi – wzruszyła ramionami – to nic panu nie pomoże.  

– Kłamiesz! Ty mnie kochasz!  

Z całej siły ścisnął jej ręce. Magdę zabolały mięśnie, lecz pomimo to przybrała spokojny i 

wzgardliwy wyraz twarzy.  

–  O,  a  mnie  zdawało  się,  że  pana  nie  cierpię,  tak,  że  brzydzę  się  panem.  Brzydzę  się – 

powtórzyła z naciskiem.  

background image

 

102

– Ach, jaka ty jeszcze jesteś głupia!  

– Możliwe.  

– Więc dlaczego oddałaś mi się wtedy? Dlaczego? – spytał.  

Cóż  miała  mu  na  to  odpowiedzieć?  Jak  się  tłumaczyć?  Jakimi  argumentami 

przekonywać?... I po co?  

Wydęła wargi.  

– Taką miałam fantazję.  

– Kłamiesz.  

– Proszę mnie wypuścić! – szarpnęła się.  

– Przyjdziesz dzisiaj do mnie? Musisz! Czy rozumiesz, że musisz?!  

Wtedy wybuchnęła śmiechem. Jakże dobrze znała te słowa z płyty gramofonowej, którą 

tak zachwycała się jeszcze w domu, na Dobrej.  

– Czego się śmiejesz, ty... ty... – odskoczył jak oparzony.  

Roztarła zgniecione ręce i zanuciła:  

–  "Czy  rozumiesz,  że  to  nakaz,  to  litość,  to  mus"...  Znam  to...  pięknie  to  pan  śpiewał 

przed  dwoma  laty.  A  teraz  panu  powiem,  że  rzeczywiście  byłam  głupia.  Więcej  niż  głupia. 
Ale już nie będę. Może pan być pewien, że nie. A mówiąc po prostu, niech pan będzie łaskaw 
dać mi nareszcie święty spokój.  

– Pożałujesz tego! – zastąpił jej drogę.  

– Grozi pan i za co?... Pytam, za co?...  

Stali  tak  chwilę  naprzeciw  siebie.  Nie  odpowiedział  ani  słowem.  Magda  wyminęła  go  i 

wyszła  na  korytarz.  Aż  sama  sobie  dziwiła  się,  że  była  tak  spokojna,  tak  opanowana.  Nie 
czuła już do Kornata ani żalu, ani nienawiści. Po prostu wykreśliła go.  

Na zakręcie korytarza spotkała Bończę.  

–  No,  mała  –  powiedział  –  nie  zapominaj  o  tym,  że  w  piątek  masz  przyjść  do  mnie.  O 

czwartej.  

Ponieważ przedtem nie wspominał o tym, uśmiechnęła się.  

– Nie zapomnę, ale pan dyrektor nie mówił.  

– Więc teraz mówię.  

– Na pewno przyjdę.  

– Zobaczymy, co się da z ciebie zrobić, tylko... tego... uważasz, nie chwal się tutaj!  

– Ja się nigdy nie chwalę.  

– No!  

Poklepał  ją  po  ramieniu  i  uśmiechnął  się  jakby  ironicznie.  Nie,  on  nie  był  dobrym 

człowiekiem, ale dlatego właśnie miał w sobie tę męskość pociągającą i obezwładniającą.  

 

 

background image

 

103

Rozdział III  

 

 

Pensjonat  doktorowej  Łopińskiej  mieścił  się  na  czwartym  piętrze  wielkiej  brunatnej 

kamienicy przy ulicy Wilczej. Zasadniczo nie wynajmowano tu pokojów bez utrzymania. Dla 
Magdy zrobiono wyjątek. Drugim wyjątkiem był sam fakt przyjęcia do pensjonatu osoby, nie 
należącej do najlepszego towarzystwa, trzecim zgoda właścicielki  na przyjmowanie gości w 
pokoju.  Całe  to  swoje  wyjątkowe  położenie  w  pensjonacie  zawdzięczała  Magda  dwóm 
faktom:  po  pierwsze  połowa  pokojów  stała  od  dawna  bez  lokatorów,  po  drugie,  w  klitce, 
odnajmowanej  przez  nią,  było  za  dużo  pluskiew;  jak  i  wytrzymałość  innych  kandydatów. 
Niezłomne  zasady  pani  doktorowej  były  bezsilne  wobec  tej  siły  wyższej.  Magda  zaś  dzięki 
wytrwałości,  dobrej  woli  i  sporym  dozom  "Flitu"  umiała  wytrwać.  "Flit"  umożliwiał 
współżycie z insektami, wytrzymałość zaś i dobra wola – współżycie z panią doktorową.  

Zresztą  w  domu  Magda  bywała  niemal  gościem,  praca  w  teatrze  wieczorami,  próby  w 

południe  i popołudnia spędzane z  Kamilem Bończą na uczeniu  się roli w skeczu  i piosenki, 
wypełniały  cały  dzień.  Sama  nie  wiedziała,  kiedy  i  w  jaki  sposób  znajdowała  czas  na 
przygotowywanie się do egzaminów Związku Artystów i na bywanie co kilka dni w kawiarni 
wśród swoich podtatusiałych przyjaciół.  

Do  kawiarni  wyrywała  się  wszakże  tylko  wtedy,  gdy  Kamil  by  zajęty.  Wprawdzie 

bynajmniej  nie  cieszyła  się  tymi  rozstaniami,  ale  i  tamtych  panów  lubiła.  Kamil  był  zimny. 
Ani  razu,  nawet  w  najczulszych  momentach,  nie  powiedział,  że  ją  kocha.  Pomimo  to  nie 
wątpiła, że to z jego strony tylko taka maniera. W istocie obsypywał ją prezentami, a jeszcze 
bardziej  przekonywał  o  swoim  ukrywaniu  uczucia  pieszczotami.  Umiał  też,  siedząc 
naprzeciw  łóżka,  przez  godzinę  przyglądać  się  jej  z  tym  milczącym  zachwytem,  który 
podniecał jeszcze silniej, niż pieszczoty.  

Natomiast w chwilę potem, gdy siadał do fortepianu i akompaniował do piosenki, stawał 

się  chłodnym  i  surowym  reżyserem.  Nieraz  na  początku,  aż  nie  mogło  jej  w  takich 
momentach przejść przez usta imię "Kam" i mówiła "panie dyrektorze".  

Nauka ta była wielką męczarnią. Kamil Bończa nie tylko w teatrze, lecz i tu, u siebie, nie 

lubił chwalić, a wymagał bodaj więcej.  

– To jest  mydło – wyrokował oschle po wysłuchaniu  zwrotki, w którą Magda wkładała 

całą siebie – to jest amatorskie mydło.  

I  przerabiał  z  nią  słowo  po  słowie,  gest  po  geście,  przerabiał  po  dziesięć,  dwadzieścia 

razy z rzędu, aż  Magdzie  szumiało w głowie, aż  przestawała  już rozumieć sens śpiewanych 
słów.  

Nigdy  nie wyobrażała  sobie,  by zawód artystki  miał  być aż tak trudny.  Kiedyś zapytała 

Kamila:  

– Czy ty i z Reną Turską musiałeś tak się męczyć?  

– Ona ma talent! – odpowiedział.  

– A... a ja?  

– Ty?... Ty masz osiemnaście lat.  

– I nic... nic więcej?... – wstrzymała oddech.  

– Hm... to się jeszcze pokaże.  

background image

 

104

– Kam, mój jedyny, mój kochany – tuliła się do niego – ale ty zrobisz ze mnie artystkę, 

zrobisz, prawda?  

Wówczas przyglądał się jej swymi stalowymi oczyma i mówił:  

– Zrobiłbym z ciebie rzeźbę... Tylko żaden marmur nie ma takiej karnacji.  

Kochała  go  ponad  wszystko.  I  jeżeli  drżała  na  myśl  o  swoim  występie  solowym,  to 

głównie dlatego, że była niemal pewna, że w razie klęski Bończa porzuci ją dla Turskiej, czy 
dla którejś innej.  

W teatrze wiedziano już od dawna o jednym i o drugim, to jest zarówno o zamierzonym 

występie solowym Magdy, jak i o jej stosunku z Bończą. Wpłynęło to na zasadniczą zmianę 
jej  sytuacji  za  kulisami.  Tańcząc  nadal  w  zespole  Iwonek,  spotykała  się  wciąż  z  objawami 
niechęci. Tylko niektóre z koleżanek,  jak Białkówna  i Paula Zysmanówna, stały się dla  niej 
serdeczniejsze.  Natomiast  wśród  aktorów  i  aktorek  odczuła  wyraźnie  zwyżkę  swoich  akcji. 
Przymilano  się  do  niej,  zabiegano  o  jej  przyjaźń,  obgadywano  się  przed  nią.  Zaczęła  coś 
znaczyć w teatrze, znaczyć oczywiście o tyle, że przez pozyskanie jej względów, każdy miał 
nadzieję  zyskać  na  życzliwości  Bończy.  Gdybyż  wiedzieli,  że  on  na  to  w ogóle  nie  zwraca 
uwagi, a z Magdą o teatrze prawie nie rozmawia!  

Magda  o  to  nie  żywiła  doń  żalu.  Nigdy  nie  miała  ambicji  rządzenia  się  za  kulisami,  a 

intryg nie lubiła. Jeżeli wysłuchiwała łapczywie wszelkich plotek, to jedynie przez ciekawość, 
przez potrzebę orientowania się w stosunkach i to głównie po to, by z zakulisowej gadaniny 
wywnioskować, co ma sądzić o samej sobie i o swojej przyszłości.  

Najbardziej bała się powrotu Reny Turskiej. Szybko doszło do Magdy, że Turskiej różni 

usłużni donieśli  natychmiast o zdradzie Bończy.  Kamil otrzymywał  zresztą prawie  co dzień 
od  niej  listy,  które  często  leżały  po  kilka  dni  nie  otwarte  na  nocnej  szafce.  I  o  tym  nie 
rozmawiali. Tylko raz Magda zapytała:  

– Czy ty do niej wrócisz, Kam?  

Spojrzał na ścianę, gdzie pełno było fotografii kobiecych i odpowiedział pytaniem:  

– Do której?  

Zrozumiała  i  nie  pytała  więcej.  Odpowiedź  ta  ucieszyła  ją,  jednocześnie  dotykając 

boleśnie.  Ma  się  rozumieć,  nie  miała  żadnej  nadziei,  że  Kamila  zdobędzie  na  męża.  Tacy 
ludzie,  jak  on,  nie  żenią  się.  Zresztą  i  sama  tego  nie  pragnęła.  Dziwiła  się  sobie  z  tego 
powodu,  nawet  oskarżała  się  przed  sobą  o  jakieś  bliżej  nieokreślone  wyrachowanie,  ale  o 
małżeństwie z Kamilem nie marzyła. Jednakże poczucie swojej tymczasowości w jego życiu, 
uświadomienie prawdy, że jest się jedną z wielu, jedną z bardzo wielu – musiało boleć.  

A przecież wiedziała o tym od początku. I godziła się z tym. Nawet złudzeń żadnych nie 

miała.  

Owego dnia, gdy po spektaklu po raz pierwszy wziął ją na kolację, a później przywiózł do 

siebie, nawet jej nie pocałował.  

– Kładź się spać... – powiedział i sam zaczął sobie przygotowywać posłanie na sofie.  

Była  trochę  podchmielona  i  od  rana  zresztą  tego  dnia  prawie  szczęśliwa:  wszystkie 

obawy co do następstw owej potwornej nocy, spędzonej u Kornata, okazały się niepotrzebne. 
Bończa  był  niesłychanie  miły,  przy  kolacji  pokazał  jej  tekst  piosenki,  którą  przeznaczył  dla 
niej i po prostu ze zwykłej wdzięczności poszła do niego. Poza tym bała się, że odmową zrazi 
go sobie.  

–  Niech  już  będzie  –  myślała,  pijąc  coraz  więcej,  by  przynajmniej  nie  przeżyć  tej 

obrzydliwości na trzeźwo.  

Tymczasem nie dotknął jej wcale.  

background image

 

105

Zasnęła  prawie  natychmiast.  Gdy  zaś  obudziła  się  z  rana,  Bończa  siedział  w  pidżamie 

przed lustrem i golił się.  

– No, jak ci się spało? – odezwał się takim tonem, jakby to wszystko było naturalne.  

A później powiedział:  

– Wstawaj, zabierzemy się do roboty.  

Taka była pierwsza noc.  

Po owej robocie, rzeczywiście ciężkiej i męczącej, posadził ją sobie na kolana, przesunął 

kilka razy dłonią po jej nogach od pantofelków do podwiązek i oświadczył:  

– Może z ciebie jeszcze coś będzie.  

Wówczas  sama,  uradowana  i  wdzięczna,  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i  pocałowała  w 

policzek.  

Lekko  odwrócił  jej  głowę  i  przywarł  do  ust.  I  w  tym  właśnie  momencie  Magda 

zrozumiała,  że  mężczyźni  nie  są  jednakowi,  że  Bończa  to  zupełnie  coś  innego,  niż  Kornat. 
Wtedy  też  zachwiało  się  w  niej  przeświadczenie,  że  dotyk  mężczyzny  sprawia  tylko 
obrzydzenie.  

Nazajutrz,  kiedy  przyszła  na  lekcję,  pocałował  ją  tylko  w  rękę,  a  wieczorem  po 

przedstawieniu poszedł na kolację z Cykowskim i Berczyńskim.  

Już wówczas mieszkała w pensjonacie doktorowej Łopińskiej i sama wracając na Wilczą, 

po  trosze  czuła  się  na  Bończę  obrażona.  Najwidoczniej  nie  zależało  mu  na  niej. 
Najwidoczniej  lekceważył  sobie  taką  zwykłą  girlsę  z  zespołu.  Traktowałby  ją  zupełnie 
inaczej,  gdyby  stała  się  sławną  artystką,  gdyby  w  ogóle  mogła  dojść  do  sławy.  Po  prostu 
przekonał się, że Magda nie ma za grosz talentu i teraz pewnie żałuje, że w ogóle zajął się nią 
niepotrzebnie. Tego rodzaju obawy bynajmniej nie zniechęciły Magdy. Miała w naturze zbyt 
wiele  uporu  i  zbyt  wiele  woli  dojścia  do  celu,  by  poddać  się  rezygnacji.  Przeciwnie.  Z  tym 
większym  wysiłkiem  zabrała  się  do  uczenia  się  piosenki.  Najpierw  w  swoim  pokoiku 
pensjonatowym  przepracowała  tekst  przeróżnymi  intonacjami,  później  starała  się  w 
interpretacji  naśladować  różne  artystki  z  Turską  włącznie.  I  tu  wydało  się  jej,  że  robi  to 
bardzo  dobrze.  Zaraz  następnego  dnia  zademonstrowała  swoje  imitacje  Bończy.  Sukces  był 
nadspodziewany: sam Bończa śmiał się!  

–  Więcej  karykatury,  więcej  karykatury!  –  zachęcał  i  dawał  różne  wskazówki,  tu  taki 

gest, tu dłuższa pauza, tu więcej nosowego brzmienia. Na zakończenie powiedział:  

–  Widzisz,  każda  z  nich  ma  swój  rodzaj,  swój  sposób,  swoją  indywidualność. 

Imitatorstwo  jest  rzeczą  łatwą.  Wziętą,  ale  powtarzam,  łatwą.  Zdobądź  i  ty  jakieś  własne 
ujęcie, własny wyraz.  

Magda starała się. Wszystko jednak wypadało sztucznie i źle.  

– Nie – krzyczał Bończa – to jest guzik.  

W każdym razie imitacje zdobyły jakie takie jego uznanie. I to już było dobrze. Poza tym 

Magda  zaatakowała  go  i  z  innej  strony,  zaczęła  go  kokietować.  Nieznacznie,  bardzo 
ostrożnie,  gdyż  bała  się,  że  taki  stary  wyga  łatwo  się  na  tym  pozna  i  jeszcze  ją  wyśmieje. 
Wzięła się też na inny jeszcze sposób: zachwycała się jego talentem, jego konferansjerkami, 
lecz to go nie brało.  

Wzruszył tylko ramionami i mówił:  

– Daj spokój.  

Był  zanadto  przeświadczony  o  swojej  wielkości  i  dlatego  udawał  skromnego.  Uważał 

widocznie Magdę  za  nieuprawnioną  nawet do robienia  mu komplementów. I nagle, całkiem 

background image

 

106

dla Magdy niespodziewanie, stało się to jednego ranka. Gdy przyszła, leżał jeszcze w łóżku. 
Witając się, przytrzymał jej rękę.  

– Usiądź – powiedział.  

W jego zaspanych jeszcze oczach dostrzegła dziwny błysk.  

– Zgniotę panu tę piękną kołdrę – powiedziała bez sensu.  

– Więc wejdź pod kołdrę – nie puszczał jej ręki.  

– Pan żartuje – bąknęła.  

– No co!? – prawie krzyknął. – Księżniczkę z bajki udajesz?  

– Nie... tylko...  

– Więc rozbieraj się.  

Owinął się w kołdrę i odwrócił do ściany.  

Magda przez chwilę stała nieruchomo, nie wiedząc, co z sobą zrobić. Chciało się jej uciec 

i zapłakać, i oburzyć się, ale przecie sama do tego dążyła...  

– Niech tam – zdecydowała się w myśli.  

Zaczęła szybko rozbierać się. Na szczęście miała na sobie świeżo upraną kombinezkę. Od 

szeregu  dni  sama  prała  swoje  dwie  najładniejsze  kombinezki  i  narażała  się  na  złośliwe 
docinki służących w pensjonacie, prasując je w kuchni.  

– No już? – zapytał, aż drgnęła.  

Szybko ściągnęła sukienkę.  

W  dwie  godziny  później,  gdy  zmęczona  i  z  podkrążonymi  oczyma  śpiewała  swoją 

piosenkę, wówczas to po raz pierwszy Kamil powiedział, że dobrze.  

Tuliła go i całowała z wdzięczności za te słowa, i za wszystko.  

– Taki zabieg kosmetyczny dobrze ci robi – uśmiechnął się.  

Nie  przyznała  mu  się,  że  właściwie  to  on  był  jej  pierwszym  mężczyzną.  Wstydziła  się 

tego. A poza tym, mógł jej nie uwierzyć. Zresztą, wcale nie interesował się tą sprawą. Zapytał 
tylko od niechcenia:  

– A cóż tam z Kornatem?  

– Nienawidziłam go zawsze i zawsze nim się brzydziłam.  

– A jednak byłaś jego kochanką. Żyłaś z nim – ziewnął Bończa.  

– To nieprawda! – zerwała się. – To kłamstwo.  

– No, zgoda, zgoda – machnął ręką – co to mnie obchodzi.  

Chciała  mu powiedzieć, że to źle, że powinno go obchodzić, że tylko  jego kocha, że on 

jest jej pierwszą i jedyną miłością, ale w myśli przychodziły tylko takie słowa, które znała z 
piosenek  "Złotej  Maski".  Aż  dziwne  było,  że  wszystko,  co  myślała  o  miłości,  było  już 
wyświechtane tymi i innymi piosenkami, banalne i rymowane.  

A  jednak kochała  Kamila. Nie ulegało to wątpliwości. Zawsze wyobrażała sobie  miłość 

nieco  inaczej,  lecz  inaczej  tylko  o  tyle,  że  i  ten,  w  którym  ona  się  zakochała,  nie  będzie 
ukrywał swego uczucia.  

Tymczasem Kamil był wprawdzie dobry, miły, cierpliwy jako pedagog, chodził z nią do 

teatru  i  często  po  drodze  kupował  różne  prezenty,  przeważnie  do  ubrania,  kapelusz, 
pantofelki,  sukienkę,  czy  kombinezkę,  ale  miał  przy  tym  jakąś  oschłość.  Nie  lubił  czułych 
słów  i  nawet  jego  komplementy,  chociaż  ich  nie  żałował,  były  jakieś  sztywne.  Nawet  jego 
pieszczoty, które przyprawiały Magdę o zawrót głowy i półprzytomne szaleństwo, odznaczały 

background image

 

107

się chłodem. Obserwował ją swoimi szarymi oczyma, przyglądał się spokojnie jakoś, niemal 
obrażająco.  

Mówiła sobie, że widocznie tak musi być, przy całym swoim uporze umiała godzić się z 

rzeczywistością.  

Bończa  był  pod  jeszcze  jednym  względem  człowiekiem  w  teatrze  wyjątkowym  –  wiele 

czytał. Jego mieszkanie, wszystkie cztery pokoje, pełne były książek i wciąż kupował nowe. 
Wystarczały  mu  trzy  minuty  przerwy  w  jakimś  zajęciu,  by  zaraz  sięgał  po  książkę.  Były  to 
przeważnie  poezje  i  dzieła  naukowe.  Z  powieści  czytywał  tylko  autorów  dawnych.  Teraz 
często i Magdzie dawał do rąk tę czy inną książkę i kazał jej czytać głośno. Jeżeli przerywał 
czytanie, to jedynie po to, by wytłumaczyć jej sens danej rzeczy, lub podkreślić oryginalność 
stylu czy piękno słowa. Równie żywo interesował się muzyką i malarstwem.  

Za  kulisami  wprawdzie  pokpiwano  z  tych  zainteresowań  Bończy.  Podejrzewano  go  o 

snobizm  i  zapewniano,  że  w  gruncie  nie  zna  się  na  niczym  poza  konferansjerką.  Jednak 
Magda  wyrobiła  sobie  wręcz  odmienne  zdanie.  Nie  dlatego,  że  go  kochała,  lecz  swoim 
zdrowym rozumem umiała przecie ocenić, co jest komedią, a co prawdą.  

W  każdym  razie,  odkąd  żyła  z  Bończą,  jej  własne  upodobania  i  myśli  poszły  w  tym 

kierunku.  Umiała  zrozumieć  i  zapamiętać  uwagi  Kamila  o  sztuce, o  utworach  literackich,  o 
sprawach ludzkich. Wierzyła w ich mądrość, a miała i sprawdzian, że bądź co bądź nie było 
to głupie.  

Sprawdzianem tym było towarzystwo starszych panów w kawiarni. Ilekroć nadarzała się 

trafna sposobność w rozmowie, Magda wypowiadała swoje zdanie, a raczej zdanie Kamila  i 
widziała bezpośredni skutek, który wyrażał się w zdziwieniu, w przyznawaniu racji, w długiej 
dyskusji, a czasem w podziwie.  

Bończa  nie  lubił chodzić po kawiarniach  i  Magdzie  nigdy  nie towarzyszył.  Miał zresztą 

mnóstwo roboty. Nigdy też nie wyraził niezadowolenia z powodu jej dość częstych posiedzeń 
ze  staruszkami.  Co  do  nich,  pozycja  Magdy  w  ich  kółku  w  stosunkowo  niedługim  czasie 
ustaliła się wyraźnie. Wprawdzie początkowo ten, lub ów próbował zaankietować Magdę dla 
siebie, proponował przejażdżki samochodem, zapraszał na kolację, czasem do knajpy, czasem 
do domu, nawet przebąkiwał o porzuceniu teatru, Magda jednak zawsze potrafiła śmiechem i 
żarcikiem wykręcić się od czegoś, co byłoby przecie wstrętne i o czym nigdy nie myślała. Nie 
przestała po dawnemu kokietować tych zażywnych panów. Od czasu do czasu wpadała nawet 
do  tego  czy  innego  do  ich  biur,  wypijała  filiżankę  kawy,  siedząc  w  przepastnym  fotelu  we 
wspaniałym gabinecie prezesa czy dyrektora, ale na tym kończyło się wszystko.  

–  Nie  odmawiaj  im  tego  –  uśmiechał  się  Bończa,  wysłuchując  sprawozdania  Magdy  – 

taki  piernik  musi  chociażby  udawać  przed  swoim  personelem,  że  ma  piękną  i  młodą 
przyjaciółkę.  

– A ty nie jesteś zazdrosny? – pytała.  

– Ja? O co?  

– No, o mnie.  

– Ach, przecież sama mówisz, że mnie nie zdradzasz.  

– A jeżeli ja kłamię – upierała się.  

– Nie kłamiesz.  

–  Sam  mówiłeś,  Kam,  że  najuczciwsza  kobieta  kłamie,  nawet  bez  potrzeby,  po  prostu, 

żeby na wszelki wypadek mieć wprawę.  

– Ale ty nie jesteś jeszcze kobietą – odpowiadał spokojnie.  

– Tylko czym?  

background image

 

108

– Jesteś gęsią.  

I  tak  zbywał  ją  żartami.  Oczywiście  nie  był  zazdrosny.  Nie  był  też  zazdrosny  o 

Biesiadowskiego, który co kilka dni przychodził po dawnemu pod teatr. Wiedział, że o takich 
nie  ma  co  być  zazdrosnym.  Magda  zaś  nie  znała  nikogo,  kto  by  mógł  wzbudzić  zazdrość  u 
Bończy. Dlatego po trochu żałowała wyjazdu inżyniera Piotrowskiego.  

Piotrowski siedział w Sosnowcu  i zasypywał  Magdę  listami, które stawały  się z dnia  na 

dzień coraz płomienniejsze.  

Gdy  jednak  pokazała  je  Bończy,  po  pierwsze  nie  chciał  ich  czytać,  mówiąc,  że  szkoda 

czasu, gdy zaś przejrzał kilka, rzekł:  

– Nudzi się sztrabanclowi na prowincji. Nie zawracaj sobie głowy.  

– Ale on jest piękny, jak... jak... Apollo.  

– Tak?... Hm... Więc zawracaj sobie głowę – odpowiedział z uśmiechem.  

Magda była bezsilna.  

– Takiś pewny siebie – robiła nadąsaną minę.  

– Przeciwnie – Kamil robił się wersalski – ciebie jestem pewien, moja droga ty przebiegła 

kwoczko.  

I  tak  było  zawsze.  Zbywał  ją  dowcipami,  gdy  zaś  ona  mówiła  o  swej  miłości, 

wysłuchiwał tego z taką miną, jakby mu się akurat to należało. W ogóle Bończa nie umiał się 
czymkolwiek  ucieszyć.  Najpochlebniejsze  recenzje,  najhuczniejsze  brawa,  entuzjastyczne 
oceny, przyjmował bez zachwytu. Nie tak, jak Kornat, który entuzjazmował się pochwałami, 
pysznił się powodzeniem, a w chwilę potem stawał się chmurny, gdyż wszystkiego mu było 
za  mało,  a  każde  słowo  krytyki  doprowadzało  go  do  wściekłości.  Bończa  traktował  i  to 
inaczej. Mówił:  

– Muszę to zmienić.  

– Ależ oni nie mają racji – denerwowała się Magda – ty w tym jesteś wprost świetny!  

– Ach, moja droga, naucz się jednego: zadaniem aktora bynajmniej nie jest być świetnym, 

lecz uchodzić za świetnego, czyli podobać się.  

– To zależy komu – nie ustępowała.  

– Komu?... Większości.  

– A cały ranek czytałeś mi dowodzenie, że większość nigdy nie ma racji.  

–  I  cóż  z  tego?  –  wzruszał  ramionami.  –  Mniejszość  ma  rację,  ale  za  to  nie  posiada 

pieniędzy, wpływów  i znaczenia. Tak to sprawiedliwie rzeczy  na  świecie podzielono. A kto 
uważa  taki  stan  za  niesprawiedliwy,  ten  ma  rację,  czyli  wyższą  satysfakcję,  rezygnując  tym 
samym z takich poziomych korzyści, jak powodzenie, wygodne życie i forsa.  

– Hm – zamyśliła się Magda – ale można chyba rację zachować dla siebie, a postępować 

jak inni.  

– Po co chować rzeczy bezużyteczne?... Bo albo bierze się wciąż ową rację pod uwagę i 

człowiek nieustannie się gryzie w sobie, albo nosi się ją w żołądku, jak niestrawiony zakalec i 
miewa się tylko czkawkę.  

I  Bończa  zaczynał  rozwijać  swoje  poglądy.  Mówił  o  znaczeniu  indywidualnym,  o 

instynkcie społecznym, o humanizmie, o przeznaczeniu, opowiadał różne kawałki z  historii, 
wstawał, wyszukiwał jakąś książkę, a w niej jakiś ustęp, czytał i znowu mówił. Mówił bardzo 
zrozumiale  i  zajmująco.  Gdyby  nie  używał  masy  słów  obcych,  naukowych,  których  Magda 
nie  znała,  mogłaby  godzinami  bez  zmęczenia  słuchać.  Stopniowo  jednak  odrywała  się  jej 

background image

 

109

uwaga od treści wywodów Bończy. Śledziła dalej poruszenia jego warg i błysk w oczach, ale 
myślała  już  o  czym  innym,  o  tym,  że  on  zdawał  się  zapominać  o  jej  obecności,  że  mówił 
jakby  do  siebie,  o  tym,  że  on  jest  cynikiem,  że  jednak  ten  cynizm  nie  jest  wstrętny,  jak  na 
przykład  u  Turczyńskiego,  aktora,  który  przygotowywał  Iwonki  do  egzaminu  w  Związku 
Artystów, że Bończa jest inny niż wszyscy, jakich dotychczas znała.  

I nagle ogarniało Magdę gorzkie uczucie niższości. Nie niższości, lecz smutku, że on jest 

taki  mądry,  że  tyle  rzeczy  wie,  że  tyloma  interesuje  się,  że  jego  myśli  zajęte  są  jakimiś 
ważnymi,  a  prawie  nic  wspólnego  nie  mającymi  z  życiem  sprawami.  Ani  z  życiem,  ani  z 
teatrem, ani z nią, z Magdą. I wybuchało w niej przerażenie, że nigdy go nie dosięgnie, nigdy 
nie potrafi pojąć go całkowicie, nigdy nie dotrze do jego wnętrza. A to wnętrze, to właśnie on. 
Reszta  jest  nieważna.  Reszta,  to  jego  aktorstwo,  to  jego  wysmukłe  sprężyste  ciało  i 
pieszczoty,  których  nie  skąpi,  jak  nie  skąpi  uśmiechów  na  scenie.  Może  je  rozdawać 
garściami,  bo  to  go  nic  nie  kosztuje,  to,  nie  pochodzi  z  niego.  Nie  przywiązuje  do  nich 
znaczenia. Prawdziwym,  istotnym sobą  jest teraz. Czemu ona, która czuje to i rozumie,  jest 
bezsilna, gdy chce przez ten gąszcz słów, przez tę gmatwaninę myśli przedrzeć się do środka 
jego mózgu, gdzie ukryta jest tajemnica, po co, dlaczego, co go zmusza do ciągłej ucieczki w 
głąb jakichś odległych, przecie życiowo nieważnych spraw?... Może w ogóle nieważnych?... 
W  każdym  razie  wrogich,  przedzielających,  nienawistnych  dla  Magdy,  odbierających  jej 
człowieka, którego kocha.  

Wówczas chciała, musiała bronić się. Musiała walczyć o niego. Wystarczyłoby po prostu 

przerwać  mu,  ściągnąć  jego  uwagę  do  rzeczy  codziennych.  Ale  czuła  instynktem,  że  tym 
zraziłaby go sobie, że oddaliłaby go tym  bardziej, że takie wtargnięcie spraw pospolitych w 
moment  głośnego  jego  myślenia,  do  wnętrza,  które  łaskawie  i  może  tylko  przypadkowo 
właśnie przed nią otworzył, uzna za świętokradztwo, a ją, Magdę, za głupie zwierzątko, które 
nie umiało docenić takiej chwili. A ona przecie rozumie go i ceni, ale jakże mu powie, że się 
boi, że wdzięczna mu jest za takie chwile, lecz jednocześnie nienawidzi ich! Że on, on sam, 
jest dla niej najważniejszy i cokolwiek będzie ich rozdzielać, bodaj te jego myśli, stanie się jej 
nieprzyjacielem. Ale on tego nie rozumie.  

I dlatego cicho, ostrożnie, nie zmieniając wyrazu skupionej uwagi, Magda przysuwała się 

do Bończy, miękko, łagodnie sadowiła się na jego kolanach i z wolna zaczynała tulić się doń. 
Przez  ten  bliski  cielesny  kontakt  zmniejszała  się  dzieląca  ich  odległość.  Ciepło  jej  ciała, 
zapach  skóry,  oddech  przytulonej  piersi  –  zaczynały  działać.  Pieszczotliwe  ujęcie  jego  ręki, 
muśnięcie  warg  po  skroniach  –  i  słowa  padały  coraz  rzadsze  i  myśli  mu  przędły  się  coraz 
wolniej...  Z  każdym  mgnieniem,  z  każdym  uderzeniem  pulsu,  z  każdym  ruchem  płuc 
odzyskiwała go znowu, coraz prędzej, coraz pewniej, aż uczuwała wreszcie, że obejmująca ją 
automatycznie ręka zaciska się nad biodrami prawdziwym, żywym uściskiem.  

– Jakiś ty mądry – szeptała wówczas cichutko.  

Przecierał sobie czoło i rzucał, jakby na pożegnanie uciekającym myślom:  

– A można, można by i z innej strony na to spojrzeć...  

Ale już nie spoglądał, tylko przymykał oczy i poddawał się pocałunkom. A w kilka minut 

potem, gdy już całkiem byli przy sobie, widocznie orientował się w jej podstępie, gdyż mówił 
żartobliwie pouczającym tonem:  

– Mniej abstrakcji, więcej akcji!  

Po chwili zaś dodawał:  

– Muszę to podsunąć Hojnerowi. Doskonały refren do piosenki "Mniej abstrakcji, więcej 

akcji"... Kombinujesz?...  

Piosenka Lewoniewskiej... Coś o mężu czy o kochanku filozofie.  

background image

 

110

– Że niby?... – chciała się połapać.  

– Mniej tego, co robiłem przedtem, a więcej tego co robię teraz – wyjaśniał już z dawnym 

półironicznym, a pełnym niewypowiedzianego wdzięku uśmiechem.  

I w teatrze nie ukrywał swego zajęcia się Magdą, chociaż nie afiszował się z tym również. 

Powoli przyzwyczajano się w teatrze do łączenia ich nazwisk. Do Magdy niemal codziennie 
zwracał się ten lub ów z prośbą o pomówienie z Bończą, o wyperswadowanie mu czegoś lub 
nakłonienie go do jakiejś zmiany. Ma się rozumieć, odżegnywała się od wszystkiego.  

–  Dajcie  mi  święty  spokój,  a  cóż  ja  mogę!?  –  broniła  się  szczerze.  Szczerze,  gdyż  nie 

wyobrażała sobie, by Bończa, pomimo wszystkiego, zechciał liczyć się z jej zdaniem.  

Raz  jeden  tylko,  gdy  Berczyński  chciał  w  skeczu  opuścić  jedyny  kawałek,  wyborny 

zresztą, gdzie ten  biedak Malski  mógł  liczyć  na szmerek  na widowni,  lub nawet na brawko, 
ujęła się za nim:  

–  Stary  Bercz  to  obrzydliwy  zazdrośnik  –  powiedziała  Kamilowi  wieczorem  –  nie 

powinieneś zgodzić się na tę kupiurę.  

I  Bończa  przyznał  jej  słuszność,  skecz  szedł  w  całości,  natomiast  Malski,  dopadłszy 

Magdę  w  kącie,  aż  miał  łzy  w  oczach  gdy  jej  dziękował.  Jednak  całe  wzruszenie  z  tego 
powodu niedługo radowało Magdę. Nazajutrz dowiedziała się od Staśki Żukowskiej, że ta na 
własne uszy słyszała,  jak  Malski wobec Zosi  Jasionowskiej  i suflera Fronta twierdził, że "ta 
rzeźniczka rządzi się tu, jak szara gęś i nosa zadziera".  

– Tak?... – powiedziała Magda – to dobrze.  

I  przysięgła  sobie,  już  nigdy  nikogo  nie  bronić,  a  że  przebaczać  nie  umiała,  Malskiego 

dobrze sobie zapisała w pamięci. Byli w tej pamięci  i  inni. Sufler  i kapelmistrz, inspicjent  i 
Morelówna,  a  trochę  i  Cykowski,  lecz  przede  wszystkim  Malski,  bo  postąpił,  jak  świnia. 
Teraz  jeszcze  nic  im  zrobić  nie  mogła,  miała  jednak  czas.  Obecnie  zaś  bardziej,  niż 
kiedykolwiek, zależało Magdzie na utrzymaniu jak najlepszych stosunków ze wszystkimi, nie 
wyłączając bileterów, maszynistów i woźnych.  

Zaczęła właśnie próby na scenie.  

Było to nad wyraz przykre, żenujące  i  męczące.  Po pierwsze, każdy przyłaził,  by się  na 

nią  gapić.  Wszyscy,  nawet  stenotypistki  i  kasjerki  wybałuszali  na  nią  oczy,  jak  na 
niepożądanego  intruza,  na  byle  debiutantkę.  Obawiała  się,  że  zrobi  od  razu  klapę  i  że  do 
występu nie dojdzie. Na szczęście w tymże czasie do "Złotej Maski" dotarły pierwsze wieści 
zza  kulis  konkurencyjnego  teatru  rewiowego:  zaangażowano  tam  prawdziwego  Murzyna, 
szofera  z  którejś  ambasady.  Nauczono  go  śpiewać,  tańczyć,  grać  na  banjo  i  wiele  sobie 
obiecywano po nim.  

Wobec  tego  Cykowski  zapalił  się  do  Magdy.  Po  pięć  razy  przylatywał  podczas  próby, 

krzywił  się,  piszczał,  podskakiwał,  zwoływał  cały  personel,  by  zebrać  zdania  "szarego 
człowieka"  o  Magdzie,  szalał  po  scenie,  naradzał  się  z  Bończą,  z  kapelmistrzem,  z 
dekoratorem,  kazał  w  kostiumerni  robić  Bóg  wie  ile  projektów  dla  debiutantki  i  wreszcie 
zawyrokował, że z tego debiutu trzeba zrobić atrakcję.  

Atrakcja!...  

Słowo to przebiegło  błyskawicznie za kulisami, przez garderoby, przez korytarze, przez 

kancelarię  i  pokój  orkiestry,  w  pół  godziny  dotarło  do  kawiarń  i  restauracji,  do  innych 
teatrów,  do  redakcji  dzienników,  wszędzie,  gdzie  był  ktokolwiek  interesujący  się  sceną  i 
aktorami.  

– W nowej rewii "Złotej Maski" ma być niezwykła atrakcja, debiut jakiejś Nieczajówny.  

background image

 

111

W dwie godziny później wiedziano już doskonale, kto zacz i co: młodziutka, ładna, ruda 

(nie  farbowana),  z  Iwonek,  żyje  z  Bończą,  córka  piekarza,  czy  stolarza,  podobno  wcale 
obiecująca.  

W  związku  z  wyrokiem  Cykowskiego  zmieniono  cały  układ  rewii.  Siostry  Stelli,  które 

miały  poprowadzić  półfinał,  przeniesiono  na  środkowy  numer,  piosenkę  Magdy  natomiast 
zrobiono  szlagierem.  Mało  tego!  Cała  rewia  miała  się  nazywać  od  jej  numeru:  "Królową 
Pereł".  

Ponieważ  tekst  piosenki  nie  bardzo  się  nadawał  do  nowego  pomysłu  Bończy,  na  gwałt 

sprowadzono  z  Otwocka  wypoczywającego  tam  Hojnera.  Piosenkę  przerobiono  wspólnymi 
siłami, a cały numer miał być jedną wielką wspaniałością.  

Dekoracje  miały  wyobrażać  brzeg  morza  o  zachodzie  słońca.  Dwanaście  Iwonek  na 

dwóch czółnach wyciąga srebrną sieć i najpierw wyławiają dwie siostry Stelli, jako rusałki, a 
później ogromną różową muszlę z samą Królową Pereł, czyli z Magdą. Muszla jest otwierana 
przy  swego  rodzaju  rytualnym  tańcu  polinezyjskim.  Otwiera  się  iluminowane  na  różowo 
wnętrze  i  wychodzi  Magda,  prawie  naga,  jedynie  w  wąziutkich  naszytych  perłami 
majteczkach  i  w  takich  samych  napierśnikach,  w  diademie  z  ogromną  perłą  nad  czołem. 
Królowa Pereł śpiewa prześlicznego slowfoxa z półsentymentalnym i półżartobliwym tekstem 
o młodym  poławiaczu pereł, który dotarłszy kiedyś  na dno  morza  i  ujrzawszy  Królową,  już 
wrócić na brzeg nie chciał. Na zakończenie Magda miała zatańczyć specjalny taniec, ułożony 
dla niej przez samego Robowskiego, baletmistrza opery.  

Inscenizacja tego jednego numeru miała kosztować masę.  

Ponieważ  zaś  należało  pokazać  nową  gwiazdę  jeszcze  raz,  w  drugiej  połowie,  Magda 

musiała  śpiewać  jeszcze  jedną  piosenkę  w  zupełnie  odmiennym  stylu.  Wydobyto  stosy 
dawniej  odrzuconych  utworów.  Cała  dyrekcja  wisiała  godzinami  nad  taperem,  aż 
zadecydowano  dać  coś  nowego.  Hojner,  niewyczerpana  studnia  i  tu  nie  zawiódł!  Pomysł 
Bończy  "Mniej  abstrakcji,  więcej  akcji"  został  ułożony  w  wyśmienity,  dowcipny  wiersz  i 
podłożony  pod  szampańskiego  fokstrota.  Połowa  miała  być  zaśpiewana,  połowa  zaś 
wygłoszona parlando. Na bis (daj Boże!) poszłyby imitacje.  

W  teatrze  wrzało.  Magda  chodziła  za  kulisami  pod  nieustającym  pręgierzem  spojrzeń  i 

szeptów,  które  milkły  za  jej  zbliżeniem  się,  zmieniając  się  w  na  pozór  życzliwe  pytania  i 
zachwyty. Pomimo swego oszołomienia, Magda umiała wyłowić z nich jadowite szpilki ironii 
i  to  doprowadzało  ją  do  płaczu.  Otoczyła  ją  nagła  i  powszechna  wrogość.  Odkąd  zapadło 
postanowienie  lansowania  jej  na  gwiazdę,  nie  mogła  już  wierzyć  nikomu.  Nawet  siostry 
Stelli,  które  zawsze  okazywały  jej  prawdziwą  sympatię,  teraz,  widocznie  zrażone 
zepchnięciem ich w półfinale do roli adiutantek Magdy, uśmiechały się do niej z przymusem i 
nieszczerze.  

Nikt  jednak  z  obawy  przed  Bończą  nie  ośmielał  się  głośno  wyrażać  swego 

niezadowolenia, a ze strachu przed zawsze przesądnym Cykowskim, wróżyć publicznie klapy 
lansowanej gwieździe. Nikt z wyjątkiem Kornata.  

Ponieważ od premiery Kornat jechał na urlop, nie brał więc udziału w próbach rewii i na 

próby  nie  przychodził.  Jednak  podczas  przedstawień  nie  omijał  za  kulisami  nikogo,  by  mu 
powiedzieć, że dyrekcja zwariowała i że następna rewia będzie leżała na obie łopatki.  

– To jasne – darł się na cały korytarz. – Turskiej nie będzie, mnie nie będzie i chcieć nas 

zastąpić byle krowientą! "Złota Maska" schodzi do rangi szmiry w grajdołku.  

Podniósł głos i śmiał się:  

– Zobaczycie, cała buda na tym się przewali!  

background image

 

112

Magda wpijała sobie paznokcie w dłonie, by nie wybuchnąć płaczem, by opanować się i 

nie wydrapać mu oczu, nie zrobić jakiejś awantury.  

Obserwowała  Bończę, który  musiał  przecie słyszeć te ryki  Kornata,  lecz udawał,  że  nie 

zwraca  na  nie  uwagi.  Witał  się  z  nim  po  dawnemu,  a  tylko  nie  wdawał  się  w  rozmowy  na 
temat przyszłej rewii.  

Jeżeli  doszło  do  skandalu,  to  tylko  z  winy  samego  Kornata.  Całkiem  niepotrzebnie 

przyszedł na próbę. Po to tylko, by wywołać awanturę. Za kulisami wiedziano już o tym, że 
wszedł na widownię i usadowił się gdzieś w końcu. Magda jednak wcale go nie spostrzegła z 
rzęsiście oświetlonej  sceny.  Widziała tylko siedzących w pierwszych rzędach Cykowskiego, 
Michałka,  kilku  autorów  z  Czubarkiem  i  z  Hojnerem,  kilku  aktorów,  Bończę,  Karnicką, 
baletmistrza i jeszcze paru wspólników "Złotej Maski".  

Była  to  jedna  z  końcowych  prób,  już  przy  zupełnej  orkiestrze  i  w  prawie  kompletnych 

dekoracjach. Magda czuła się znakomicie. Po kilkunastu lekcjach u profesora Wiśniewskiego, 
po  niezliczonych  powtarzaniach  piosenki  z  Bończą,  czuła,  wiedziała,  że  całość  wypada 
przynajmniej dobrze, jeżeli nie doskonale.  

I  oto  nagle,  gdy  w  połowie  piosenki  zrobiła  potrzebną  tu  i  bardzo  efektowną  pauzę,  w 

końcu sali rozległ się niepohamowany, wybuchowy śmiech Kornata.  

Orkiestra  zatrzymała  się,  a  tymczasem  Kornat,  dusząc  się  od  śmiechu,  zaczął 

wykrzykiwać:  

– Nie! Dajcie spokój! Tego jeszcze nie było! To wam skradną do Casino de Paris!...  

– Przestań Leon! – jeszcze spokojnie zawołał Bończa.  

Lecz Cykowski już był na nogach, już skakał i czerwony jak burak wymachiwał rękami.  

– Co jest do cholery! Niby to ci się nie podoba?!  

Wówczas Kornat zbliżył się do nich i nie przestając śmiać się, wystawił palce w kierunku 

Magdy oniemiałej na scenie:  

– Toż to prawdziwy grajdołek, jak Boga kocham!  

–  Dlaczego  do  cholery?  –  już  zaniepokojony  i  niepewny  swego  zdania  wrzasnął 

Cykowski.  

– Bo do cholery kryminał! – wyszczerzył się nań Kornat.  

– Ona rusza się, jak krowa! Rozumiesz! A wyje, jak pies do księżyca!  

–  Uspokójcie  się!  –  zadreptał  między  nimi  Michałek,  łapiąc  to  Bończę,  to  Kornata,  to 

Cykowskiego za klapy marynarek.  

– Całą rewię zarżniecie! – opędzał się od Michałka Kornat.  

– Co jest? Dlaczego? – podbiegł jeden ze wspólników.  

– A ja ci mówię, odejdź! – syknął Bończa.  

Kornat zmierzył go pogardliwym wzrokiem:  

– Licz się ze słowami!  

– Panowie – płaczliwie wołał Michałek.  

Na  scenie  wszyscy,  kto  żyw  był  za  kulisami,  skupili  się  przy  rampie.  Na  dole  powstał 

nieopisany gwar i nagle zakotłowało się.  

Nad głowami mignął jasnoszary rękaw Bończy i jego pięść wymierzyła silny cios w sam 

środek szerokiej twarzy Kornata.  

Ten krzyknął przeraźliwie i ciężko zwalił się między fotele pierwszego i drugiego rzędu.  

background image

 

113

Bończa, blady, z ponurym blaskiem w oczach, odwrócił się do rampy i ryknął, aż stojący 

obok Cykowski zatoczył się:  

– Na miejsca, psiakrew!!! Próba!!!  

Zatupotały nogi po deskach i wszyscy ustawili się do próby.  

– Czapski, jazda! – już spokojnie kiwnął Bończa kapelmistrzowi. – Uwaga!  

Pałeczka  dyrygenta  zawisła  na  sekundę  w  powietrzu  i  zakreśliła  łuk.  Orkiestra  zaczęła 

grać.  Dwanaście  Iwonek  w  rytmicznym  falistym  ruchu  otoczyło  muszlę  i  rozbrzmiewał 
znowu drżący głos Królowej Pereł:  

"W moim pałacu z korali Wśród opalowych mgieł..."  

Z wysokości konchy widziała Magda Kornata, wydobywanego spośród foteli. Twarz miał 

całą we krwi i rozwichrzone włosy.  

Wieczorem  przed  kurtyną,  Bończa  uśmiechnięty,  mówił  swoim  ciepłym,  aksamitnym 

głosem:  

"...ten  drobny  wypadeczek  samochodowy,  który  spotkał  naszego  kochanego  kolegę  i 

uniemożliwił  mu  dziś  występ,  nie  powinien  nas  jednak  pogrążać  w  smutku.  Świetny  nasz 
gwiazdor  miał  tylko  z  lekka  rozciętą  wargę.  Co  za  rozpacz  na  kilka  dni  dla  wielu  pięknych 
ust, które by chciały pocieszyć Leona Kornata..."  

Po kilku dniach Kornat wznowił swe występy i nawet pogodził się z Bończą. Teatr musiał 

żyć  swoim  trybem.  Inna  rzecz,  że  obaj  nie  przebaczyli  sobie  bynajmniej,  obaj  zapisali  w 
pamięci  wzajemną  nienawiść,  czekającą  tylko  pierwszej  sposobności,  by  wyrazić  się  w 
zemście. Tak było w teatrze.  

Tylko  Magda  po  owym  skandalu  nie  mogła  przyjść  do  siebie.  Pomimo  zapewnień 

Bończy,  że  rozprawił  się  z  Kornatem,  gdyż  ten  już  za  bardzo  działał  mu  na  nerwy, 
dopatrywała  się w  jego postępku jakiejś rycerskości, aktu obrony  jej,  napastowanej kobiety. 
Do podobnej obrony zaś zdolny być może tylko ten, który naprawdę kocha.  

To  przeświadczenie  wynagrodziło  Magdzie  wiele.  I  docinki  koleżanek  i  intrygi  za 

kulisami  i  nawet  brak  pieniędzy.  Od  dwóch  tygodni  kasa  wypłacała  zaledwie  kilkuzłotowe 
zaliczki. Przygotowanie rewii pochłonęło ogromne sumy. Cykowski musiał wciągnąć nowego 
wspólnika,  właściciela  restauracji  na  Muranowie.  Wspólnik  ten  był  tym  uciążliwszy,  że 
należąc do pobożnych chasydów sam do teatru nie przychodził, wolałby zobaczyć diabła niż 
przedstawienie,  czy  próbę.  Za  to  za  swoje  kilka  tysięcy  wtrącał  się  we  wszystko  przez 
pośredników,  przez  jakiegoś  szajgeca  i  drugiego,  pokątnego  doradcę  z  Franciszkańskiej.  Ci 
wsadzali  nos  wszędzie,  doprowadzając  Cykowskiego,  Michałka  a  szczególniej  Bończę  do 
rozpaczy.  

Było postanowione z wielkich zysków, których spodziewano się po nowej rewii, spłacić 

owego restauranta i jeszcze jednego lichwiarza.  

– A co będzie, jeśli rewia nie weźmie? – z przerażeniem pytała Magda.  

Bończa obojętnie wzruszał ramionami:  

– Klapa.  

– Jak to klapa? Całkiem?...  

– No, tak. Teatr diabli wezmą.  

I  Magda,  chociaż  jej  tego  nikt  nie  mówił,  rozumiała,  że  tu  od  niej  najwięcej  zależy. 

Właściwie nie od niej, lecz od tego, czy ona, taka, jaką jest, spodoba się publiczności.  

Oba swoje numery opracowała jak umiała najlepiej...  

background image

 

114

– Powiedz – pytała Kamila – powiedz, czy to jest możliwe?  

– Owszem – potakiwał – nawet dobre, ale...  

– Co za ale? – denerwowała się.  

– Boże, Boże, co to będzie – ściskała sobie skronie rękami.  

W takim stanie rzeczy nadszedł wreszcie dzień premiery.  

Poprzedniego  dnia  przedstawienie  zawieszono  i  próba  generalna  trwała  z  dwugodzinną 

przerwą na obiad od jedenastej rano do trzeciej po północy.  

Było to istne piekło.  Aktorzy, orkiestra, maszyniści, personel  z  malarni  i  z kostiumerni, 

wszyscy wyglądali jak trupy i ledwie powłóczyli nogami. Za kulisami, na widowni, na scenie 
uwijali się krawcy, panienki z magazynów mód, kuśnierze. Wciąż coś zmieniano, podpinano, 
przykrywano, przymierzano. W krzesłach porozsiadali się krewni, znajomi krewnych i krewni 
znajomych  i  podczas  króciutkich  przerw  zrywali  się  chmarą  do  rampy,  by  wyszeptać  swoje 
uwagi, rady, wskazówki.  

Inspicjent  spocony,  z  wypiekami  na  żółtej  twarzy  warczał  zachrypłym  głosem, 

kapelmistrz  Czopski  bez  kołnierzyka,  w  rozchełstanej  mokrej  koszuli  walił  pięściami  w 
pulpit,  Cykowski  z  wyszczerzonymi  zębami  zwisał  bezsilnie  w  fotelu  pierwszego  rzędu, 
kilkanaście nikomu bliżej nieznanych osób wtrącało się we wszystko i wymachiwało laskami, 
na znak przejęcia się nasuwając na czoło i zsuwając na ciemię czarne meloniki, lub pilśniowe 
kapelusze. Po garderobach, na zatłuszczonych papierach piętrzyły się prowianty, podgryzione 
kanapki, kiszone ogórki, zgniecione ciastka, niedopite szklanki z czarną kawą i piwem, puder 
i zwykły kurz.  

Od jupiterów, reflektorów, od setek rozżarzonych lamp ślepły oczy, a rozgrzana szminka 

spływała wraz z potem.  

Ale powinno być świetne.  

Łatwo mu było mówić! Zresztą już nauczyła się w teatrze jednego: nikt nigdy do końca 

premiery nie wiedział, czy i co podoba się publiczności. Najlepsi fachowcy, najstarsi praktycy 
teatralni  nie  podejmowali  się  stawiania  horoskopów.  Prawie  zawsze  wypadało  odwrotnie. 
Najlepsze numery przechodziły bez wrażenia, a chwytały głupstwa.  

Magda  w  domu  już  całkiem  nie  jadła.  Ograniczała  się  do  kilku  bułek  na  śniadanie  i  do 

obiadu u Bończy. Nie  miała pieniędzy  nawet na  nowe pantofle.  A że  listopad tego roku był 
wyjątkowo błotnisty  i deszcz  lał  całymi dniami,  przychodziła  nieraz do teatru przemoknięta 
do nitki.  

Modliła się tylko o jedno, żeby nie rozchorować się. I chodziła do wróżek. Była już coś u 

piętnastu.  Każda  przepowiedziała  jej  co  innego,  lecz  na  ogół  wróżby  brzmiały  pomyślnie. 
Powodzenie, bogate wyjście za mąż, zamożny opiekun, sława, spadek po dalekiej krewnej.  

I do kościołów zaczęła wpadać. Na chwilę, bo zupełnie nie miała czasu, ale co dzień.  

Przemęczona,  głodna,  zziębnięta  układała  się  późnym  wieczorem  na  swoim  twardym 

łóżku,  by  aż  do  zupełnego  wyczerpania  przeglądać  i  po  tysiąc  razy  odczytywać  wzmianki 
reklamowe w dziennikach.  

Wszędzie  jej  nazwisko  podawano  wielkimi  literami,  zamieszczano  fotografie  z 

pochwalnymi  podpisami:  "nowa  gwiazda",  "świeży  talent",  "rewelacyjny  nabytek"  "Złotej 
Maski"... Magdalena Nieczajówna... Magdalena Nieczajówna... Magdalena Nieczajówna...  

W  środku,  na  balustradzie  orkiestry  stał  jeden  jedyny  w  tym  chaosie  spokojny  i 

przytomny człowiek, reżyser Bończa, i raz po raz wołał swoim niewzruszonym, bezlitosnym 
głosem:  

background image

 

115

– Źle! Jeszcze raz! Kurtyna!  

I chociaż każdy już resztkami sił gonił, a raczej poruszał się niczym nakręcony manekin, 

nikt  nie  ośmielił  się  oponować,  nikt  narzekać.  Teraz  zapomniano  już  o  intrygach  i 
nieotrzymanych  rolach,  o  tym,  że  rywalowi  przypadł  szlagier,  a  komuś  "ogon".  Wobec 
zbliżającej  się  premiery,  wobec  nowej  wielkiej  bitwy,  każdy  chciał  wydobyć  z  siebie 
maksimum  zdolności,  pełny  wysiłek,  całkowitą  umiejętność.  A  że  nikt  już  nie  wiedział,  nie 
rozumiał,  nie  był  pewien  swego  przez  tyle  tygodni  drobiazgowo  opracowanego  i 
przemyślanego kawałka, teraz od razu i bez zastrzeżeń zdawał się na zdanie reżysera, na jego 
koncepcję,  jego  smak,  jego  decyzję,  jedyny  niewzruszony,  wyrazisty  drogowskaz  w  tym 
skołowaceniu.  

– Źle! – Jeszcze raz! Kurtyna! – rozbrzmiewał głos Bończy.  

Zegar  nad klitką  inspicjenta wskazywał trzecią, gdy próba generalna  została skończona. 

Nieludzko  przemęczeni,  a  przecież  kontenci,  pełni  nadziei,  że  tak  potworna  praca  nie  może 
pójść  na  marne,  że  premiera  uda  się,  jak  amen  w  pacierzu,  jednak,  by  nie  zapeszyć 
powodzenia, zapewniali się wzajemnie:  

– Oczywiście, klapa na całej linii.  

– Pies na to nie zechce patrzeć.  

– Bałagan i tyle.  

– Po prostu g...o!  

– Mnie wygwiżdżą, jak Boga kocham – przysięgał Berczyński.  

– Człowiek haruje, jak to bydlę, a później przyjdzie taki cymbał, taki osioł, takie zwierzę i 

napisze ci w recenzji: "P. Roliński ruszał się osowiale".  

– Cholera!  

Niedbale i w pośpiechu zbierano nawazelinowaną watą szminki z twarzy. Aby prędzej do 

łóżka: spać, spać, spać!  

Na  spanie  był  przeznaczony  cały  dzień  aż  do  godziny  szóstej  po  południu.  I  Magda, 

chociaż obudziła się znacznie wcześniej, nie myślała o wstawaniu. Należało wypoczywać, jak 
można najdłużej, by wieczorem być świeżą, z humorem i z temperamentem.  

– Nie  myśl o premierze – powiedział  jej po skończonej próbie  Bończa –  i  nie denerwuj 

się. Wszystko będzie dobrze.  

On  jeden  nie  bał  się  zapeszenia  i  nie  był  przesądny.  Magda  wiedziała,  że  wieczorem 

wszyscy  przyjdą  do  teatru  ze  swymi  talizmanami,  maskotkami,  z  różnymi  starannie 
przechowywanymi  drobiażdżkami,  w  których  tajemniczą  moc  odwracania  nieszczęścia 
wierzył  każdy.  Berczyński  przyprowadzi  swego  synka,  Morelówna  foksteriera,  Czopski 
przyniesie  rękę  Fatmy,  Kobielski  cynową  trumienkę.  Kira  Woszczyńska  zasuszoną  ćmę,  a 
Lewoniewska  wystrzępioną  złotą  peruczkę,  w  której  występowała  kiedyś  sama  Sorelka. 
Magda nie miała żadnej maskoty i to ją zaczęło trapić.  

Umyśliła,  by  kupić  sobie  w  sklepie  z  zabawkami  małą  świnkę  z  celuloidu.  Ostatecznie 

każda  rzecz  dopiero  z  czasem  stawała  się  maskotą.  Bończa,  obejrzawszy  świnkę  orzekł,  że 
skuteczność jej będzie niezawodna, jednak na wszelki przypadek zaaplikował Magdzie przed 
rozpoczęciem spektaklu dwa spore kieliszki wina. Ponieważ trzęsła się z tremy, świetnie jej to 
zrobiło.  

Za  kulisami  jednak  nastrój  był  straszny.  Starzy  doświadczeni  aktorzy  wprawdzie 

nadrabiali  miną,  ale  i  oni  wciąż  chwytali  się  za  guzik,  pocierali  drzewo,  stukali  w  nie 
heblowaną  deskę,  lub  mruczeli  pod  nosem  jakieś  zaklęcia  czy  modlitwy.  Jedni  na  drugich 
patrzyli, jak na współskazańców. Tymczasem z poczekalni i z widowni przychodziły wieści: 

background image

 

116

nastrój publiczności niezły, kasa wyprzedana, sala już pełna. Zjawili się wszyscy recenzenci. 
Przez  okienko  w  kurtynie  widać  było,  jak  zajmują  miejsca  w  pierwszych  rzędach.  Do 
garderób  leciały  meldunki  –  Jest  ten  drań  taki  a  taki,  jest  ta  złośliwa  małpa  ta  i  ta.  Jakże 
bardzo ich teraz nienawidzono tu za kulisami. Dla nich to głupstwo i te długie tygodnie pracy, 
i  cały  wysiłek,  i  kariera,  i  przyszłość,  i  olbrzymi  nakład  pieniędzy.  Będą  siedzieli  z 
naburmuszonymi lub skwaszonymi minami, od niechcenia klapną parę razy łapami, a później 
każdy napisze i oczywiście nie napisze szczerze. Choćby mu się najbardziej podobało, będzie 
się  kierował  osobistymi  względami,  jakimiś  nieuzasadnionymi  pretensjami  czy  antypatiami, 
albo zemstą na dyrekcji teatru, że nie uwzględniono jego głupich uwag z poprzedniej recenzji, 
albo  intryganctwem  na  rzecz  swoich  protegowanych.  W  bezstronność  recenzentów  nikt  za 
kulisami  nie  wierzył.  Im  bliżej  było  premiery,  tym  niżej  kłaniano  się  im  na  ulicy  lub  w 
kawiarni, tym więcej ich się bano i tym serdeczniej nienawidzono.  

Jeden  Bończa  bywał  odmiennego  zdania  i  czasem  godził  się  z  zarzutami  krytyki,  ale  z 

nikim w teatrze o tym nie rozmawiał.  

Tego  dnia  nastrój  na  sali  był  rzeczywiście  dobry.  Wstępny  numer  został  przyjęty 

życzliwie,  a  Bończę  przywitały  grzmiące  oklaski,  które  kilkakrotnie  przerywały  mu 
konferansjerkę.  

To już było dobrą wróżbą.  

– Rozgrzali się! – zacierał ręce Michałek, latając z tą nowiną od garderoby do garderoby i 

wywołując tym gwałtowniejsze "odczynianie pecha".  

Przedstawienie szło gładko. Ani jednej wsypy, ani chwili niepotrzebnej pauzy. Numer za 

numerem.  

Wreszcie  przyszła  kolej  Magdy.  Śmiejąc  się  nerwowo,  skuliła  się  w  olbrzymiej 

wysrebrzonej muszli, nieznośnie cuchnącej jakąś metaliczną farbą. Przed kurtyną odbywał się 
szmoncesowy  dialog  Berczyńskiego  z  Kobielskim.  Sala  trzęsła  się ze  śmiechu.  Po  scenie,  z 
szybkim  tupotem  przebiegali  maszyniści,  dopinając  na  klamrach  dekoracje  i  ustawiając 
rekwizyty. Raz po raz zapalały się lampki.  

Z fałd kurtyny wynurzyli się Berczyński w swoim meloniku i Kobielski w kwadratowych 

rogowych  okularach.  Wynurzyli  się  na  chwilę,  gdyż  nie  milknące  brawa  wracały  ich  z 
powrotem na proscenium.  

– Gotowe! – krzyknął majster.  

– Gotowe! – powtórzył inspicjent – zająć miejsca!  

I nagle orkiestra uderzyła wielkim akordem. Sala ucichła. Muzyka spadła do pianissima i 

kurtyna zaczęła z wolna uroczyście rozsuwać się, otwierając czarną czeluść sali.  

Z dwóch łodzi kołysanych z dołu popłynął cichy śpiew chóralny.  

Cichutko zaskrzypiała  srebrna sieć  i oto już  na  scenie  zatupotały  bose  nogi sióstr Stelli. 

Pieśń  Iwonek  wzmagała  się,  wiosła  uderzały  o  rozciągnięte  płótna.  Przez  szparkę  w  muszli 
widać było czarną paszczę sali i żarzące się w niej jaskrawe ślepia umieszczonych gdzieś w 
górze na parapecie balkonu reflektorów.  

W  orkiestrze  rozperliła  się  melodia  staccato,  rozperliła  się  pasażami  na  klawiaturach 

dwóch fortepianów.  

Pokrywa  konchy  zaczęła  się  wznosić  coraz  wyżej  i  wyżej,  a  Magda  z  wolna 

rozprostowała kolana i stanęła wreszcie naga w kąpieli różowego światła.  

Nic nie widziała, nic nie rozumiała i już niczego się nie bała. W pewnej chwili, w dobrze 

znanej  chwili,  gdy  trzeci  akord  rozpłynął  się  w  ciszy,  a  pałeczka  kapelmistrza  Czopskiego 
zawisła na mgnienie nad jego głową – Magda zaczęła swój śpiew.  

background image

 

117

Zdawało się to wszystko trwać niezwykle długo, śpiew, taniec  i znowu śpiew, końcowa 

zwrotka,  zagłuszona  w  ostatnich  dźwiękach  istną  burzą  oklasków.  Kurtyna  raz  po  raz 
rozsuwała się i zabiegała, zamiatając scenę długimi ciężkimi frędzlami.  

– Bisuj ostatnią zwrotkę – dobiegł uszu Magdy głos Bończy.  

Kurtyna  znieruchomiała,  a  w  orkiestrze  rozperliły  się  fortepiany.  Błysnęła  pałeczka 

kapelmistrza...  

"W moim królestwie z korali  

Wśród opalowych mgieł..."  

Czuła,  że  głos  jej  teraz  brzmi  pełniej,  śmielej,  dźwięczniej.  Była  taka  szczęśliwa!  Tak 

szczęśliwym nie był chyba nigdy żaden człowiek.  

Gdy sala znów zatrzęsła się od oklasków, Magda zapomniała że ma kłaniać się, że należy 

powtórzyć  kilkakrotnie  ten  pracowicie  wystudiowany  ukłon  i  uśmiech.  Stała  nieruchoma, 
nieprzytomna  przed  tym  tłumem,  nie  wiadomo  dlaczego  wyciągnęła  obie  ręce  przed  siebie, 
jakby chciała ich wszystkich objąć, zatrzymać, jakby zanurzyć dłonie w tym entuzjastycznym 
hałasie  i  nie  dać  mu  opaść  i  ścichnąć.  Pod  powiekami  zakręciły  się  łzy,  rozchylone  usta 
drżały,  serce  wyrywało  się  z  piersi.  A  sala  grzmiała.  Z  obu  stron  wygalowani  bileterzy 
wybiegali, ustawiając przed nią kosze kwiatów: cały las!  

W  garderobie,  nieprzytomna  jeszcze,  wśród  nerwowego  śmiechu,  którego  nie  mogła 

opanować, zarzuciła Bończy ręce na szyję i trzęsła się cała, powtarzając:  

– Kam! Kam! Jestem taka szczęśliwa!  

Przychodzili  inni.  Wszyscy.  Winszowali.  I  teraz  nawet  nie  zastanawiała  się  nad 

nieszczerością tych gratulacji. Ściskała każdego, aż opadła  bez  sił  na krzesło przed  lustrem. 
Twarz  miała  zamazaną  szminkami,  wyglądała,  jak  pisanka  wielkanocna,  ale  i  to  ją  tylko 
rozbawiło.  

Wśród  kwiatów  były  piękne  żółte  róże,  nieduży  koszyk,  ale  najdroższy.  Chociaż  nie 

znalazła  w  nim  kartki,  wiedziała,  że  to  od  Kamila,  jego  ulubiony  kwiat;  nie  zapomniał  o 
Magdzie  i  żaden  z  towarzystwa  staruszków,  dyrektor  Balcer,  prezes  Godziński,  minister, 
dyrektor Stęposz, wysadzili się na olbrzymie i piękne kosze, również Biesiadowski popisał się 
istną balią kwiatów. Poczciwy, kochany Biesiadowski! Musiał bulnąć sporo forsy.  

Były  też  cztery  kosze  od  dyrekcji  "Złotej  Maski",  ale  te  tylko  tak,  dla  dekoracji,  po 

drugim przedstawieniu wrócić muszą do kwiaciarni, skąd zostały wypożyczone.  

Po  odpoczynku,  po  nowych  powinszowaniach  Cykowskiego  i  Michałka,  zaczęła  się 

ubierać do drugiego numeru.  

– No, jak tam? – zagadnął Bończa.  

– Ho! – odpowiedziała – teraz już nie mam żadnej tremy!  

–  Tylko  nie  bądź,  mała,  zanadto  pewna  siebie.  To też  nie  robi  na  publiczności  dobrego 

wrażenia.  

– Oj, znowu mnie straszysz! – przeraziła się.  

– Nie straszę. Jestem pewien, że nie zrobisz mi wstydu.  

I nie zrobiła. Piosenka "Mniej abstrakcji, więcej akcji" wzięła publiczność.  

Na bisy poszły imitacje. Widownia szalała.  

– Brawo, brawo! – krzyczał z drugiego rzędu sam gruby redaktor Perkowski.  

Inni wtórowali mu na całe gardło.  

background image

 

118

– A teraz kładź  się  i odpoczywaj –  bezapelacyjnie zadecydował Bończa, gdy  zbiegła ze 

sceny.  

– Kiedy wcale nie jestem zmęczona!  

– To nic. Tak ci się zdaje.  

– Ależ...  

– Leżeć, smarkata. Na drugie przedstawienie musisz być taka sama. Rozumiesz?  

I była taka sama. Wprawdzie na drugim przyniesiono znowu na salę tylko kwiaty, które 

już raz otrzymała, ale za to publiczność była jeszcze lepsza, nic dziwnego, bez recenzentów i 
bez innej "waty".  

– Ludzie, którzy płacą za bilet – objaśniał Magdę Berczyński – chcą mieć tę satysfakcję, 

że nie zmarnowali forsy i sami siebie podbechtują do "frenetycznego entuzjazmu".  

Po przedstawieniu, które skończyło się około pierwszej, Bończa zapytał:  

– No? Chcesz oblać sukces?  

– Kam – krzyknęła uszczęśliwiona.  

– A nie jesteś zbyt zmachana?  

– Skądże!  

– No, to pójdziemy do "Bristolu".  

W  "Bristolu"  był  tłok.  Sala  pełniutka,  ale  dla  Bończy,  jako  stałego  bywalca  stolik  się 

znalazł.  

Na  tle  elegancko  ubranych  ludzi  skromniutka  sukienka  Magdy  robiła  raczej  dobre 

wrażenie.  Zresztą  nie  wstydziła  się  swego  stroju.  Na  sali  pełno  było  osób,  które  przedtem 
siedziały na premierze w "Złotej Masce".  

– Patrzcie to ta Nieczajówna! – dobiegały do uszu Magdy padające z różnych stron słowa.  

– Wcale ładna.  

– Jaka młoda!  

– Która to jest Nieczajówna? – dopytywał się jakiś starszy pan przy sąsiednim stoliku.  

– Tu na prawo, w czarnej sukni, ruda.  

– Gdzie? Gdzie?... Ruda?...  

Zagrała orkiestra głusząc dalsze głosy.  

– Widzisz – uśmiechnął się Bończa – już jesteś popularna.  

Zarumieniona  i  podniecona  Magda  dopiero  teraz  dostrzegła  wciąż  kłaniającego  się  jej 

dyrektora  Stęposza.  Siedział  z  dwiema  paniami  niezwykle  pięknymi.  Spoglądając  w  ich 
stronę zauważyła przy dalszym większym stole dość hałaśliwe  i podpite  już towarzystwo. Z 
brzegu siedział uderzająco przystojny młody brunet i dosłownie nie spuszczał Magdy z oka. 
Szykowne ubranie, sygnet i wielki brylant na ręku, szpilka z oprawną perłą w krawacie i złota 
papierośnica,  z  której  co  chwila  wyjmował  nowego  papierosa,  wskazywały,  że  musi  to  być 
jakiś arystokrata.  

Bończa opowiadał o relacjach,  jakie zdążył usłyszeć w teatrze od osób z publiczności o 

Magdzie.  Słuchała  go  uszczęśliwiona  i  starała  się  skupić  uwagę  na  tym,  co  mówił,  jednak 
wciąż  ją  niepokoił  natarczywy  wzrok  owego  pana.  Widziała,  jak  przywołał  zginającego  się 
przed  nim  w  ukłonach  dyrektora  sali,  lecz  mówiąc  do  niego  i  wydając  jakieś  polecenie,  nie 
przestał  patrzeć  na  Magdę.  Aż  miała  ochotę  pokazać  mu  język,  chociaż  bardzo  jej  się 

background image

 

119

podobał.  Naprawdę  był  śliczny  z  tymi  wypukłymi  zmysłowymi  wargami,  z  przystrzyżoną 
linią czarnych wąsików i z oczyma, z których biła duma i jakby smutek.  

Od  niechcenia,  tak  by  Bończa  tego  nie  zauważył,  uśmiechnęła  się  do  niego,  ale  on  ani 

drgnął.  

– Nie chcesz – obraziła się – to nie trzeba.  

I  odwróciła  się  prawie  zupełnie  do  Bończy.  Tymczasem  ku  niezadowoleniu  obojga 

przyszedł  Cykowski  z  Hańską  i  Hojner  ze  swoją  przyjaciółką  Sonią,  platynową  blondynką 
(oczywiście farbowaną). Bez ceremonii przysiedli się do stolika i Sonia zaczęła po swojemu 
piszczeć,  krygować  się,  mizdrzyć  i  wygłupiać.  Rozmawiano  naturalnie  o  premierze. 
Mężczyźni podjęli dyskusję na temat skeczu "Brigide", który zdaniem Cykowskiego należało 
skreślić. Hańska obsypywała Magdę komplementami.  

W  sali  zaczynało  być  już  zbyt  gwarno,  Magda  właśnie  chciała  szepnąć  Bończy,  że  już 

czas do domu, gdy przy stoliku zjawił się dyrektor restauracji  i położył  na  stoliku wiązankę 
pięknych purpurowych róż.  

– To dla mnie? – zaczerwieniła się Magda.  

– Tak, proszę pani.  

U dołu była biała kartka z lakonicznym napisem:  

– "Hołd i podziw dla królowej Pereł. – Ksawery Runicki".  

Kartka była przypięta do łodyg złotą szpilką z ogromną perłą, szpilką od krawata.  

Magda  szybko  obejrzała  się,  towarzystwo  od  dużego  stołu  właśnie  zabierało  się  do 

odejścia.  Panie  nakładały  futra.  Ostatni  wychodził  ów  przystojny  mężczyzna,  nie  miał  już 
szpilki w krawacie.  

Nawet  nie  obejrzał  się  na  nią.  Wysoki,  zgrabny,  barczysty,  doskonale  zbudowany, 

przesuwał się między stolikami aż znikł w przejściu do hallu.  

– No! Sukces! Winszuję ci! – piszczała Sonia – Co za róże!  

Bończa trzymał w ręku kartkę.  

–  Runicki,  Ksawery  Runicki...  Zaraz,  zaraz  –  przypominał  sobie  –  to  zdaje  się  jakiś 

ziemianin.  

Dyrektor sali nachylił się troskliwie nad stolikiem:  

O  tak.  To  wielki  pan.  Nasz  stały  gość.  Ma  olbrzymi  majątek  w  powiecie  Grójeckim... 

Stale zatrzymuje się w Bristolu.  

Cykowski przez szkło powiększające, które wydobył z kamizelki, uważnie przyglądał się 

perle.  

– Na moje oko – odezwał się wreszcie, bębniąc palcami po stole – na moje oko, wart ten 

kawałek jest... co najmniej tysiąc złotych.  

– Co ty mówisz! – prawie z gniewem powiedziała Hańska.  

– Murowane.  

– To trzeba mu odesłać – zaniepokoiła się Magda.  

Bończa zrobił obojętną minę, Hojner wzruszył ramionami, a Sonia pisnęła:  

– Zwariowałaś?  

–  No,  przecież  nie  mogę  przyjmować  od  człowieka,  którego  nawet  nie  znam  –  zaczęła 

Magda, ale przerwał jej Hojner:  

– Dlaczego? Facet rzucił się, bo ma na to.  

background image

 

120

– Pokazał klasę! – wołała Sonia.  

Nareszcie i Bończa zabrał głos. Wbrew oczekiwaniu Magdy orzekł, że nie widzi żadnego 

powodu do odsyłania szpilki. Człowiek publiczny, a takim jest każdy aktor i w ogóle artysta, 
w  niczym  sobie  nie  uchybia,  przyjmując  hołd  publiczności  czy  to  w  formie  kwiatów,  czy 
jakichkolwiek  innych  rzeczy.  Zaś  w  danym  wypadku  bezinteresowność  ofiarodawcy  była 
zupełnie oczywista.  

– Fantazja trochę kabotyńska – zakończył – ale taki burżuj może sobie na to pozwolić.  

Magda nic nie odpowiedziała, pomyślała jednak, że Kamil jest trochę naiwny. Sama była 

przekonana,  że  bezinteresowność  ofiarodawcy  tylko  patrzeć,  a  rozwieje  się  bez  śladu.  Nie 
wątpiła, że w najbliższym czasie ów pan odezwie się jak amen w pacierzu.  

Jednakowoż przewidywania te zawiodły. Minęły trzy dni i pan Ksawery Runicki nie dał 

znaku  życia.  Nie  martwiła  się  tym,  ale  było  jej  przykro.  Broń  Boże,  nie  myślała  o  czymś 
złym,  kochała  Bończę  jeszcze  bardziej  niż  przedtem,  ale  przecie  nie  byłoby  nic  złego  w 
poznajomieniu  się  i  we  flirciku  z  takim  prawdziwym  wielkim  panem,  z  takim  szykowcem, 
przystojnym, nawet niezwykle przystojnym.  

Na  wszelki  wypadek,  ot  tak,  bez  żadnego  zamiaru,  zatelefonowała  do  Bristolu,  lecz 

portier oświadczył, że pan Runicki wyjechał za granicę.  

Wkrótce  zapomniała  o  całym  zajściu.  Nawet  kartkę  od  niego  gdzieś  zgubiła.  Tylko 

szpilkę z perłą nosiła teraz stale i zamiast celuloidowej świnki uznała ją za maskotkę.  

W  tych  dniach  dzienniki  przynosiły  recenzje  z  premiery  w  "Złotej  Masce".  Prawie 

wszystkie  brzmiały  dla  Magdy  przychylnie,  niektóre  zaś  entuzjastycznie.  Ukazały  się  w 
pismach również fotografie Magdy.  

Cieszyła  się  tym  wszystkim,  lecz  aż  podskakiwała  z  radości  na  każdą  myśl,  jakie 

wrażenie zrobi jej sława, sława skromnej córki rzeźnika z Tamki, na całym Powiślu.  

Sława zaś ta istotnie głośnym echem na Powiśle dotarła, i oto pewnego południa do drzwi 

pokoju Magdy w pensjonacie zapukała Adela.  

Jeżeli coś sprawiło Magdzie przykrość w wizycie siostry to tylko ten pokoik, ciemnawy i 

niezbyt czysty, w którym musiała Adelę przyjąć, nie mogąc jej zaimponować swoim nowym 
wielkim życiem.  

Adela  jednak  płakała  i  śmiała  się  na  przemian,  zdając  się  niczego  poza  Magdą  nie 

dostrzec.  

– Moja ty, siostrzyczko kochana – chlipała Adela – moje ty szczęście.  

– A cóż mówi wuj? – dopytywała Magda.  

– A pogwizduje i głową kręci.  

– A ciotka?  

– Jak to ciotka... Ot, głupia baba.  

– A pan Kamionka?  

–  Edek?...  O  ten  to  co  innego.  Powiedział  mi,  gdym  się  mu  przyznała,  że  do  ciebie 

wybieram  się:  –  Ubierz  się  tylko  jakoś,  bo  taka  wielka  artystka,  to  cię  nawet  do  niej  nie 
wpuszczą.  

Toście już na ty? – pytała Magda.  

Adela zarumieniła się:  

– Ano, zaręczyliśmy się. Zeszłej niedzieli.  

background image

 

121

I dalejże opowiadać o sobie, jacy to z Edkiem będą szczęśliwi, jak się kochają, jak sobie 

życie ułożą.  

Magda słuchała tego z jakimś zdumieniem, niezrozumiałym dla siebie samej.  

–  Więc  są  ludzie  –  myślała  –  dla  których  szczęście  to  praca  w  jatce  i  mieszkanie  na 

czwartaku?...  

Dostrzegła też w sposobie bycia Adeli coś jakby współczucie. Podziw, ale i współczucie. 

Czyżby ta głupia nie widziała różnicy w losach własnym i siostry?... – Czyżby uważała swój 
za lepszy?  

– A ojciec?... – zapytała Magda po dłuższym milczeniu.  

– Ojciec, a dziękuję, zdrów.  

– Chwała Bogu.  

Pomilczała i spytała znowu:  

– A czytał w gazetach.  

– Pewnie czytał.  

– I cóż mówił?  

Adela poprawiła się na krześle:  

– To nie znasz ojca?... – wzruszyła ramionami.  

– Klął?  

– Gdzież tam. Słowa nie powiedział.  

– Tak... – zamyśliła się Magda.  

Nagle Adela rzuciła się jej na szyję:  

– Nie bądź zawzięta, pogódź się z ojcem! Siostruniu moja. Pogódź się.  

Zaskoczona i przestraszona Magda zaczęła się bronić.  

– Jakże ja się pogodzę?  

– Pójdź, przeproś go, zobaczysz, że przebaczy.  

Magda uczuła w sercu mocne ukłucie.  

– Przebaczy?... Skąd wiesz, że przebaczy?! – ścisnęła ręke Adeli.  

– Tak myślę. Czy tobie zdaje się, że go serce nie boli?... Spróbuj. Powinnaś spróbować.  

Magda, która początkowo zbladła, teraz z wypiekami na twarzy słuchała namów siostry. 

Boże,  jakże  sama  pragnęła  pojednania  się  z  ojcem.  Przecie  niczego  odeń  nie  chciała,  byle 
dobrym słowem uznał ją za córkę. Teraz nie była już przecie wykolejoną dziewczyną, co się 
jej  w  głowie  przewróciło,  lecz  sławną  artystką.  Nie,  pieniędzy  jej  nie  trzeba,  ni  opieki,  ni 
dachu  nad  głową.  Tylko  dobrego  słowa.  Ojciec  sam  musi  zrozumieć,  że  się  mylił,  że 
niezasłużenie nią poniewierał.  

Zaczęły sobie radzić z Adelą i uradziły, że najlepiej będzie, gdy Magda zaraz nazajutrz w 

poobiedniej  porze  na  Dobrą  przyjedzie.  I  z  tym  się  rozstały,  umówiwszy  się,  że  ojciec  o 
niczym, Boże broń, nie ma zawczasu wiedzieć.  

Długo  i  ciężko  rozmyślała  Magda.  W  nocy  spać  nie  mogła,  układając  sobie  rozmowę  z 

ojcem, układając ją słowami serdecznymi i miłymi, a także argumentami. I tak to wyglądało, 
że stary musi zmięknąć. W południe czuła się zupełnie pewna siebie.  

background image

 

122

Pomimo  to,  gdy  weszła  na  stare  drewniane  schody,  na  tak  dobrze  znane,  brudne  i 

zniszczone,  ale  kochane  schody,  kolana  się  pod  nią  uginały  i  gdyby  nie  obawa  zabrudzenia 
nowiutkich reniferowych rękawiczek, opierałaby się o żółtą wyślizganą poręcz.  

Zgodnie  z  umową,  Adela  zostawiła  drzwi  otwarte.  Magda  nacisnęła  żelazną  klamkę  i 

owionął ją zapach mieszkania. Dawniej nie rozróżniała go, ale teraz ta mieszanina zapachów, 
gdzie  była  i  naftalina,  i  liście  bobkowe,  i  kwaśnawy  sos  pomidorowy,  i  świeżość  wypranej 
bielizny, zdała się nową, chociaż tą samą, niezmienną i rozczulającą.  

Przeżegnała  się  i  uchyliła  drzwi  do  pokoju.  Przy  stole  zasłanym  zieloną  ceratą,  siedział 

ojciec. Na ceracie piętrzyły się stosy wytłuszczonych kartek i rachunków. Ojciec, wielki jak 
góra,  pochylony  nad  spęczniałym  od  wieloletniego  użycia  notesem  pisał,  a  mały  ogryzek 
ołówka nikł w jego ogromnych palcach.  

Drzwi  szerzej  otworzone  skrzypnęły,  a  on  podniósł  swoją  wielką  twarz  (nic  się  nie 

zmienił) i, mrużąc od lampy oczy, zapytał:  

– A co tam?...  

Magda  stała,  jakby  jej  nogi  wrosły  w  ziemię.  Zatrzymała  oddech  i  tylko  bezgłośnie 

poruszyła wargami.  

Nagle pan Nieczaj zerwał się z krzesła i od razu wrósł aż pod sufit. Poznał ją.  

– Tatku! – wydobyła z siebie.  

Twarz ojca  stawała  się  coraz  czerwieńsza,  niemal  sina.  Ręce  z  wolna  i  ciężko  wznosiły 

się do szyi i znów opadały, a chrapliwy głos odezwał się głucho i groźnie:  

– Czego?  

Magda  ze  szlochem  rzuciła  mu  się  do  nóg.  Upadła  na  kolana,  tuliła  się  doń,  chwytała 

zwisające  bezwładnie  ciężkie,  gorące  ręce  i  aż  do  bólu  rozgniatała  na  nich  usta  w 
pocałunkach.  

–  Tatku...  tatku...  –  powtarzała  wśród  łkania.  –  Co  ja  ci  złego  zrobiłam?  Przebacz... 

Przebacz...  

Stał nieruchomo, a gdy zaczęła się uspokajać i spojrzała w górę, zobaczyła, że po grubych 

fałdach  czerwonej  twarzy  toczą  się  łzy,  gęsto,  szybkie  łzy  i  spadają  na  starą  kochaną 
marynarkę, tę samą marynarkę marengo, którą tak często cerowała kiedyś ojcu na łokciach  i 
pod pachami.  

Gdy jednak pan Nieczaj dostrzegł wzrok córki, szarpnął się i odszedł pod okno.  

Minęło dobrych parę chwil, zanim odwrócił się do Magdy. Był znowu spokojny i ponury.  

–  Nie  miałaś  prawa  przyjść  –  zaczął  ochrypłym  głosem.  –  Nie  masz  tu  nic  do  roboty. 

Porzuciłaś  dom,  porzuciłaś  ojca,  wybrałaś  sobie  letki  chleb  i  letkie  życie...  Idź.  Nic  tu  nie 
masz do roboty.  

Chciała mu wytłumaczyć, że to bynajmniej nielekki chleb, że pracować trzeba więcej niż 

w  jatce,  dużo  więcej  i  życie  nielekkie,  trudniejsze,  pełne  krzywd  i  zawodów,  nie  takie 
bezpieczne,  jak  w  domu.  Mówiła  przerywanym  głosem,  z  przekonaniem,  z  najlepszą  wiarą, 
mówiła  przecie  najszczerszą  prawdę  i  mówiła  szczerze,  a  przecie  sama  wsłuchiwała  się  w 
swój  głos,  widziała  siebie  w  tej  pozie,  przyglądała  się  sobie  jak  komuś  innemu,  jak 
przedstawieniu. Zaczęła przekonywać ojca, że nie z lekkomyślności, nie z chęci użycia poszła 
do teatru. Tylko teatr – to jej powołanie, jej przeznaczenie...  

– Nie – przerwał pan Nieczaj – nieprawda! Przeznaczenie człowieka to jego obowiązek, a 

obowiązek  jest  taki,  żeby  stać  na  jednym  miejscu,  gdzie  go  Bóg  postawił.  Oto  i  całe 
powołanie. Twój brat, Józek, także miał powołanie do stanu innego. Dzięki Bogu, że chociaż 

background image

 

123

do duchownego. Ale i tym zgrzeszył. Bo prawo jest, że trzeba trzymać się domu. Kto z domu 
wychodzi,  ten  jakby  kamienie  z  fundamentu  wyrywał.  A  jak  dom  się  zwali,  jak  tysiące 
domów tak walić się zaczną, to nic, jeno rumowiska zostaną i taką sprawą całą społeczność, 
niby psy bezdomne, po tych gruzach tylko roić się będą, każdy sobie. A my ludzie, nie psy, 
żeby po cudzych śmieciach latać.  

Mówił  powoli  i  ponuro,  ale  znać  było,  że  sam  sobie  nieraz  te  słowa  musiał  obmyśleć  i 

kalkulować.  

– Świat teraz taki – ciągnął – że każdy chce  luzem chodzić, każdy dla  siebie. A tak nie 

można  i  przeciwne  naturze.  Rodzinami  muszą  ludzie  żyć,  inaczej  nie  potrafią  albo  zginą, 
wymrą,  śladu  po  nich  nie  zostanie.  I  co  wymyślili  dobrego?...  Różne  związki  zawodowe, 
różne  stowarzyszenia  i  partie,  bo  sami  tego  nie  rozumieją,  iż  nijak  jednemu  żyć,  a  czemuż 
zastanowienia  nie  mają,  że  najprostszy  i  od  samej  natury  dany  jest  sposób,  to  znaczy  się 
rodzina? Związkami rodziny nie zastąpią. W pojedynkę psy jedzą i nie chcę ja takiego świata, 
i  nie  dla  mnie  on,  ani  ja  dla  niego.  Ale  ręki  do  takiego  wariactwa  nie  przyłożę.  Z  gęby  nie 
będę  robił  cholewy.  Po  com  całe  życie  język  przed  innymi  strzępił,  skoro  własnym 
przykładem  tego  poświadczyć  nie  mogę?...  Po  com  żył,  po  com  się  żenił  i  dom  zakładał, 
rodzinę  chrześcijańską,  po  com  dzieci  spłodził?...  Żeby  mi  teraz  ludzie  w  oczy  się  śmieli, 
żeby każdy  bałwan  i  łachudra  miał pełne prawo zapytać  mnie:  A cóż to pan, panie Nieczaj, 
innych  pouczasz  jakim  obyczajem  mają  żyć,  a  rodzonych  dzieci  upilnować  nie  potrafisz!!! 
Narzekasz  na zło  na  świecie, a  zaś  lepszego spłodzić  sam  nie potrafisz?!... Widać taki  musi 
być  porządek,  skoroś  został  sam,  porzucony,  panie  Nieczaj,  skoro też  sczeźniesz  i  śladu  po 
sobie, ni po twoich ojcach, ni po twoich dziadkach nie zostanie...  

Zdyszał się i ze świstem w gardle łapał oddech w ogromne płuca.  

– Tak! Prawda! – krzyknął  nagle. – Niech sczeznę, niech przepadnę! Oby tylko prędzej 

oczy zamknąć!  

Nie patrzał na córkę i zdawał się mówić do siebie.  

– Tatku, niech tatko tak nie mówi – odezwała się nieśmiało.  

Odwrócił się do niej, otarł rękoma wąsy i pokiwał głową:  

–  A  tobie  Magda,  powiem  tak:  nic  tu  po  tobie.  Przy  konfesjonale  nakaz  dostałem 

przebaczyć ci mojej krzywdy, to i przebaczam. Ale z serca nie mogę. Zaplugawiłaś całe moje 
życie,  zapaskudziłaś  po  teatrach  i  gazetach  moje  uczciwe  nazwisko  i  choćby  mi  nie 
spowiednik,  lecz  sam  Pan  Bóg  z  nieba  rozkazał,  to  nie  potrafię  wziąć  do  domu  córki,  co  w 
największym bezwstydzie gołym ciałem całemu miastu jest znana. Nic tu po tobie. Ani serca, 
ani rozumu, ani sumienia nie miałaś. A żem cię kochał, jako przystało rodzonemu ojcu, tym 
czarniejsza  jest  twoja  niewdzięczność.  Grzeszny  jestem,  ale  Bóg  mi  świadkiem,  żem 
niesprawiedliwie pokarany. Idź! Idź, Magda.  

– Tatku! Tatku! – płakała Magda.  

Z drugiego pokoju wybiegła Adela i nie mając odwagi podejść do ojca skurczyła się tylko 

pod drzwiami i zanosiła się od płaczu.  

Pan Nieczaj powtórzył głośniej:  

–  Idź,  Magda!  Idź  i  nie  przychodź  więcej!  Tyle  mi  przynajmniej  oszczędzisz  wstydu 

przed sąsiadami.  

Siostry  rzuciły  się  sobie,  szlochając,  w  ramiona,  później  Magda  chciała  uchwycić  rękę 

ojca, by chociaż na pożegnanie ją ucałować, lecz pan Nieczaj cofnął się pod ścianę i oparłszy 
się o poręcz łóżka, dyszał ciężko.  

background image

 

124

Długo  jeszcze  płakała  Magda  w  objęciach  Adeli,  w  ciemnym  przedpokoju,  później  na 

podeście  schodów  twarz  otarła,  przypudrowała  i  zaczęła  schodzić  na  dół.  W  kamienicy 
widocznie  rozeszła  się  już  wiadomość,  że  Nieczajówna  do  ojca  przyszła,  bo  w  bramie  i  na 
chodniku  przed  domem  zebrało  się  sporo  ludzi.  Nie  patrzyła  na  nich  i  wtulając  twarz  w 
kołnierz szybko poszła przed siebie.  

Szczęściem  jej,  zapuchniętych  oczu  przechodnie  widzieć  nie  mogli,  bo  już  zmrok 

nadszedł, a z góry zaczął sypać drobny, gęsty śnieg, pierwszy śnieg nadchodzącej zimy.  

 

 

background image

 

125

Rozdział IV  

 

 

Po  wspaniałym  rekordowym  powodzeniu  rewii  "Królowa  Pereł"  liczącej  przeszło  setkę 

przedstawień  przy  wypełnionej  widowni,  następna  "Szalona  Warszawa"  miała  być  czymś 
wręcz  olśniewającym,  dobić  konkurencję,  grubo  napełnić  kasy  i  podnieść  markę  "Złotej 
Maski"  na  długie  miesiące.  Kosztowność  wystawy  przeszła  wszystko,  co  dotychczas  w 
Warszawie znano. Zaangażowano osiem nowych pierwszorzędnych aktorek z dramatu, filmu 
i  z  innych  teatrów  rewiowych,  dano  dwie  orkiestry,  sprowadzono  samego  Jean'a  Parnis, 
gwiazdora z Casino de Paris.  

Oczywiście, w tych okolicznościach Magda nie mogła zająć aż tak czołowej pozycji, jak 

w  rewii  poprzedniej.  Jednak  dzięki  nieustępliwości  Bończy  i  dzięki  faktowi,  że  jednak 
spośród  wszystkich  dawnych  i  nowych  gwiazd  była  najmłodsza,  otrzymała  dwa 
pierwszorzędne  kawałki  i  jeden  taki  sobie,  ale  też  doskonały  "samograj"  w  skeczu. 
Jednocześnie Cykowski podpisał z nią kontrakt na bardzo dobrych warunkach. Nie był ma się 
rozumieć  aż  taki,  jak  kontrakty  Turskiej,  czy  chociażby  Hańskiej,  jednak  pozwolił  Magdzie 
na  wynajęcie  ładnego  dwupokojowego  mieszkania  przy  Kapucyńskiej,  na  wzięcie  na  raty 
niebrzydkich  mebelków,  a  także  zafundowanie  sobie  garderobianej,  czyli  po  prostu 
pokojówki, która wieczorami przychodziła za kulisy pomagać Magdzie przy ubieraniu się na 
scenę.  

Przygotowania  do  "Szalonej  Warszawy"  połączone  były  z  jeszcze  większymi  niż 

zazwyczaj awanturami, intrygami, z plotkami i nieustającą kłótnią.  

Premiera  przeszła  wszelkie  nadzieje.  Recenzje  roiły  się  od  superlatywów,  publiczność 

szalała.  

Po  dwóch  tygodniach  starzy  znawcy  teatru  orzekli,  że  sto  pięćdziesiąt  przedstawień 

będzie całkowicie pewnych, a nie jest wykluczone, że dociągnie do dwustu.  

Tymczasem  w  połowie  stycznia  jak  grom  z  jasnego  nieba  spadła  wiadomość:  obniżka 

pensji  urzędników  państwowych  o  dwadzieścia  procent.  Nie  byłoby  w  tym  nic  strasznego, 
gdyby  nie  to,  że  za  urzędami  państwowymi  poszedł  Magistrat,  za  Magistratem 
przedsiębiorstwa prywatne, banki, biura, fabryki.  

I nagle jak ręką odjął, widownia "Złotej Maski" opustoszała. Z każdym dniem było mniej 

publiczności. Nie pomagały najszumniejsze, najkosztowniejsze reklamy.  

Za  kulisami  jeszcze  nie  zdawano  sobie  sprawy  z  powagi  sytuacji,  ale  tam,  na  górze,  w 

kancelarii,  zapanowała  panika.  Z  olbrzymiego  nakładu  włożonego  w  "Szaloną  Warszawę" 
wycofano  w  okresie  powodzenia  zaledwie  połowę.  Deficyt  i  to  gruby  deficyt  stawał  się 
nieunikniony i z każdym dniem poważniejszy.  

Przede  wszystkim  zerwano  umowę  z  Parnisem,  następnie  zaprzestano  codziennego 

rozdawania na przedstawieniu kwiatów, ale było to kroplą w morzu.  

Na gwałt przygotowywano nową rewię. Bończa z Cykowskim wyjeżdżali do Paryża, by 

stamtąd  przywieźć  nowe  pomysły.  Po  powrocie  zaczęto  gwałtownie  poszukiwać  nowych 
wspólników, którzy by wnieśli kapitały niezbędne dla ratowania teatru. Do kancelarii w dzień 
i  wieczorem  złaziły  się  różne  typy.  Sprawdzały  wykazy,  księgi,  kasę,  kontrakty,  lecz  do 
porozumienia nie dochodziło.  

background image

 

126

Chwytając  się  ostatecznego  środka  dopuszczono  do  udziału  w  przedsiębiorstwie 

główniejszych  dostawców.  To  dało  możność  wystawienia  "Szampańskich  wieczorów". 
Jednocześnie obniżono ceny biletów prawie do połowy.  

Na  burzliwym  zebraniu  całego  zespołu  wobec  oczywistości  deficytu  zgodzono  się  na 

nowe  kontrakty,  co  w  praktyce  oznaczało  bardzo  poważną  redukcję  gaż.  Kornat,  który  nie 
chciał  ustąpić,  musiał  wyjść  z  teatru. Turska  sprzedała  swój  samochód.  Bończa  dopuścił  do 
licytacji  swojej  niedokończonej  willi  w  Leśnej  Podkowie.  Do  następnej  rewii  dyrekcja  nie 
odnowiła kontraktów z Hańską i z Berczyńskim. To samo spotkało Magdę.  

–  Widzisz – uspokajał  ją Bończa – czasy dobrej  koniunktury skończyły  się, ale  nie trać 

nadziei. Oczywiście takich warunków, jak poprzednie, nie dostaniesz, jednak, gdy Cykowski 
otrząśnie  się  z  paniki,  gdy  publiczność  pomału  przyzwyczai  się  do  kryzysu,  a  teatr 
zreorganizujemy, moja w tym głowa, byś została znowu zaangażowana.  

I  Magda  czekała.  Na  szczęście  miała  dość  zaoszczędzonych  pieniędzy,  by  zły  czas 

przetrzymać.  Poza  tym  kasa  "Złotej  Maski"  wciąż  jeszcze  wypłacała  zaległości.  Nie 
wszystkim  wprawdzie,  ale  Magda  dzięki  Bończy  i  Michałkowi  prawie  co  tygodnia  po 
kilkadziesiąt  złotych  otrzymywała.  W  każdym  razie  wystarczało  na  życie,  a  nawet  na 
urządzenie u siebie co pewien czas małych przyjęć dla znajomych. Z teatru na takie przyjęcia 
zapraszała tylko Bończę i siostry Stelli, a z miasta swoich sympatycznych starszych panów z 
kawiarni.  Byli  to  goście  o  tyle  wygodni,  że  często  przysyłali  wina,  ciasta,  torty,  przynosili 
kawior i czekoladki.  

W  tym  to  okresie  dyrektor  Stęposz  wystąpił  wobec  Magdy  z  widocznie  od  dawna 

obmyślaną propozycją. Zamówił się na popołudnie, przyniósł pęk przepięknych orchidei i był 
w ogóle uroczysty.  

Zaczął  od  narzekania  na  swoje  puste  i  bezbarwne  życie,  ma  dorosłe  już  dzieci,  którym 

właściwie nie jest potrzebny, ma żonę, starą, nie kochającą i brzydką, z którą go nic nie łączy 
poza konwenansem. Poza tym dał  do zrozumienia, że Magdę uważa za  istotę niezwykłą, że 
tylko  przy  niej  czuje  sens  swej  obecności  na  świecie,  że  gdyby  rozwód  w  jego  wieku  i 
sytuacji  był  możliwy,  to  jest  nie  zakrawał  na  groteskę,  no  i  gdyby  Magda  zechciała  swą 
sympatię dla niego posunąć aż tak daleko, na pewno rozwiódłby się i ożenił z nią. Ponieważ 
jednak  byłoby  to  niewykonalne,  a  jemu  serce  się  kraje,  gdy  widzi  trudności,  jakie  mogą 
czekać  Magdę  w  związku  z  brakiem  dochodów,  byłby  szczęśliwy,  więcej  niż  szczęśliwy, 
gdyby dysponując jego kieszenią, zechciała urządzić sobie życie bez trosk i zmartwień.  

Mimochodem  wymienił  bardzo  wysoką  cyfrę,  którą  przewidywał  jako  budżet  "swojej 

nieślubnej, ale za to naprawdę uwielbianej żony" i w zamian żądał tylko tego, co Magda sama 
mu zechce ofiarować.  

Wysłuchawszy wszystkiego Magda roześmiała się:  

– Nie przypuszczałam, drogi panie dyrektorze – powiedziała bez cienia obrazy – by w tak 

elegancki sposób można było zaproponować kobiecie, by... poszła na utrzymanie.  

Zaczął protestować przeciw takiemu ujęciu jego prośby, lecz Magda potrząsnęła głową:  

– Kiedy ja do pana o to nie mam żalu. Wiem, że dużo kobiet zgodziłoby się z radością na 

podobną  propozycję.  Ale  widzi  pan,  ja  jestem  trochę  inna.  Czy...  czy  nie  dlatego  właśnie 
podobam  się  panu,  że  jestem  taka?...  Otóż  gdybym  przyjęła  pańską  propozycję,  drogi 
dyrektorze, zapewniam pana, że nie byłabym już jej warta.  

Jeszcze 

próbował 

dyskutować, 

przekonywać, 

wynajdować 

argumenty 

usprawiedliwienia,  lecz  widząc,  że  wszystko  to  nic  nie  pomoże  roześmiał  się  i  prosił,  by  o 
całym jego projekcie zapomniała, by mu przebaczyła i nie uważała go za nic innego, jak tylko 

background image

 

127

za dawnego i  jeszcze większego przyjaciela. Jego zachowanie się potwierdzało to z każdym 
tygodniem.  

Magda,  która  już  nieraz  spotykała  się  z  podobnymi  (chociaż  znacznie  gorszymi) 

propozycjami, rzeczywiście nie zachowała doń żalu.  

– Tak właśnie powinien był postąpić człowiek prawdziwie kulturalny – myślała Magda.  

Jej przebywanie z Bończą i z jego znajomymi, przestawanie z towarzystwem grupującym 

się  wokół  Stęposza,  Godzińskiego  i  Balzera  nie  pozostawało  bez  wpływu  na  sposób  bycia, 
zapatrywania i zainteresowania Magdy.  

– Swoją drogą tyś się bardzo wyrobiła, mówił od czasu do czasu sam Kamil.  

Jakże  była  z  tego  powodu  szczęśliwa.  W  początkach  swojej  kariery  teatralnej  nieraz 

odczuwała  ten  właśnie  brak  wyrobienia.  Nie  wystarczało  być  ładną,  należało  mieć  jeszcze 
ładne maniery, umieć ładnie prowadzić rozmowę, zachować się jak dama w każdej sytuacji.  

A  tego  właśnie  przybywało  jej  coraz  więcej.  Już  potrafiła  teraz  zachować  się  wszędzie. 

Swobodnie  obracała  się  nie  tylko  wśród  koleżanek  ze  "Złotej  Maski",  u  których  nawet 
dostrzegała  pewne  braki  form,  nie  tylko  wśród  aktorów  z  innych  scen,  lecz  i  w 
najwytworniejszym towarzystwie. Intuicja Magdy szybko wykryła tajemnice ładnego sposobu 
bycia,  spostrzegawczość  zrobiła  swoje,  zaś  zdolności  przystosowania  się  do  otoczenia  nie 
brakowało jej nigdy.  

Jednocześnie czuła i wiedziała, że również wielkie postępy zrobiła w swojej umiejętności 

aktorskiej.  Poznała  własnym  doświadczeniem  lub  też  obserwowaniem  różnych  "numerów" 
rozmaite  sposoby  ujęcia  i  interpretowania  takich  lub  innych  ról.  Sposobów  tych  nie  było 
wiele  i  w  gruncie  rzeczy  żaden  z  nich  nie  przedstawiał  większych  trudności.  Po  prostu 
należało  mieć  nosa  i  od  razu  "z  nogami  wskoczyć  w  rolę".  Stopień  sukcesu  zależał  od 
wdzięku  i  talentu.  Oczywiście  szczytem  wszystkiego  byłoby  zdobycie,  wymyślenie, 
stworzenie  własnego  genre'u,  własnego  rodzaju,  ale  to  osiągali  artyści  najczęściej  już  po 
długich  latach  praktyki.  Częściej  wpadali  w  manierę,  czyli  w  coś,  co  było  jakby  karykaturą 
"genre'u". I Bończa, który najwięcej tego właśnie bał się u Magdy, może nawet utrudniał jej 
określenie osobistego sposobiku.  

Tak  minęło  kilka  miesięcy  i  nadeszło  lato.  W  "Złotej  Masce"  działo  się  coraz  gorzej. 

Przestano wypłacać gaże, a zarobki aktorów ograniczyły się do codziennego podziału chudej 
kasy według tabelki, w której girls z zespołu najczęściej dostawała trzy do czterech złotych, 
zaś najlepsi dochodzili do dwunastu złotych co wieczór. Oczywiście w takim położeniu teatru 
o  wznowieniu  "engagement"  Magdy  nie  mogło  być  mowy.  W  kasie  na  stałe  ulokował  się 
komornik,  wierzyciele  od  rana  do  nocy  zapychali  kancelarię.  Cykowski  schudł  i  ochrypł. 
Michałek machnął ręką na swój udział i przyjął posadę dyrektora kina na Lesznie. Z dawnego 
zespołu została zaledwie trzecia część.  

W połowie czerwca Magda  musiała zlikwidować  mieszkanie  i przenieść się do Bończy, 

ale  już  w  trzy  tygodnie  później  i  Bończa  otrzymał  eksmisję.  Przeprowadzili  się  do  małego 
hoteliku na ulicy Jasnej, zajmując dwa nieduże pokoje. Początkowo Magda gryzła się tym, że 
nie może niczym powiększyć wspólnych szczuplutkich dochodów, gdy jednak pewnego dnia 
Bończa zastał  ją przy  haftowaniu wziętej z ogłoszenia roboty, doszło do awantury. Zabronił 
jej kategorycznie takiego obniżenia swojej klasy. Utrzymywał, że to szczęście, że nikt z teatru 
nie dowiedział się o tym hafcie, bo raz na zawsze Magda straciłaby opinię.  

Nie  zgadzała  się  z  nim,  lecz  wobec  stanowczości,  z  jaką  utrzymywał,  że  jeszcze  wrócą 

dobre  czasy,  całą  swoją  zapobiegliwość  ograniczyła  do  wspólnego  gospodarstwa.  Nie 
chodzili  już  na  obiad  ani  na  kolację  do  lokali  publicznych,  lecz  jedli  u  siebie.  Magda  na 
maszynce  spirytusowej  przygotowywała,  co  się  dało,  byle  taniej.  Nie  odsyłało  się  też  ubrań 

background image

 

128

Kamila  do  krawca.  Magda  po  kilku  nieudanych  próbach  nauczyła  się  prasować.  Własne 
wydatki  sprowadziła  do  zera.  W  tym  czasie  Kamil,  wróciwszy  pewnego  dnia  z  teatru, 
oświadczył, że wszystko jest na najlepszej drodze. Rewia się przeżyła, ale przecie nie przeżył 
się teatr. Zatem postanowili przejść na inny rodzaj.  

– Wystawimy komedię muzyczną.  

Wespół  z  Hojnerem  i  Czubarkiem  zasiedli  we  trójkę  do  roboty.  Wybrano  stary 

wyśmienity  wodewil  amerykański  i  przerabiali  go  na  wszystkie  sposoby.  Rzecz  miała  się 
nazywać "Panna  Knox", a  była  historią dziewczyny ze stepów Texasu, która wpadła  w ręce 
szajki łotrów, usiłujących odebrać jej spadek po dziadku w Chicago. W "Pannie Knox" były 
dwie role kobiece, tytułowa, pierwszej klasy, i druga, znacznie mniej sza.  

Otóż, pewnego dnia Magda, po wyjściu Hojnera, zapytała Bończę:  

– Kto będzie grał pannę Knox?  

– Oczywiście, Rena Turska.  

– A ja?  

–  Ty...  hm...  –  zawahał  się  –  ty  mogłabyś  ewentualnie  wziąć  drugą,  ale  nie  wiem,  czy 

Cykowski się zgodzi, bo już pertraktuje z Michaleńską z opery.  

Magda spochmurniała:  

– Czy naprawdę nie potrafiłabym zagrać panny Knox?  

– Ba – wzruszył ramionami – tu chodzi o nazwisko. Turska ma markę.  

Gdy zaś jeszcze próbowała go przekonywać, powiedział dość ostro:  

– Poza tym rola wymaga dużego i dobrze wyszkolonego głosu.  

Na tym dyskusja urwała się. Nie dalej jednak, jak w trzy dni później, kiedy już wszyscy w 

teatrze  mówili  o  "przeżyciu  się  rewii"  i  o  świetnych  perspektywach  dla  komedii  muzycznej 
okazało  się,  że  ci  ludzie,  którzy  jeszcze  wchodzili  w  rachubę  jako  ewentualni  ochotnicy  do 
sfinansowania  nowego  przedsięwzięcia,  pieniędzy  nie  dadzą.  Można  by  ostatecznie  zebrać 
parę tysięcy  w drobnych kwotach, ale kandydaci  stawiali  lichwiarskie warunki. Tymczasem 
właściciel  gmachu,  gdzie  mieściła  się  "Złota  Maska",  stracił  cierpliwość  i  wniósł  do  sądu  o 
eksmisję.  

Krach zdawał się być nieunikniony. I wtedy to, podczas jednej z beznadziejnych rozmów 

w kancelarii teatru, Cykowski nagle napadł na Magdę:  

– To ty też! Ja was wszystkich sławami porobiłem, ja was na ludzi wyprowadziłem, a nikt 

palcem nie kiwnie.  

–  A  cóż  ja?  –  zdziwiła  się  i  oburzyła  Magda.  –  Cóż  by  ci  pomogło,  gdybym  nawet 

wszystkimi palcami zaczęła kiwać?!  

–  No  masz  przecie  różnych  bogatych  bubków.  Na  przykład  dla  takiego  Stęposza  te 

dwadzieścia tysięcy byłoby muchą!  

Magda wzruszyła ramionami:  

– Żeby chciał.  

– A dlaczego by nie? – nacierał Cykowski.  

– Bo niegłupi.  

– Niby dlaczego miałby być głupi?  

– Bo po co ma ryzykować. Kto go zmusi?  

Cykowski podskoczył i zamachał rękami nad głową.  

background image

 

129

– Jak kobieta zechce, to takiego zmusi. Rozumiesz?!  

– To zależy, jaka kobieta.  

– Przecież mówię do ciebie!  

– I zależy – dodała Magda – czy ona zechce.  

– Właśnie! Wy wszystkie takie cholery! Czarna niewdzięczność.  

Zaczął  piszczeć  i  rzucać  się  po  kancelarii.  Bończa  milcząc  siedział  na  biurku  z  oczyma 

wyrażającymi absolutną obojętność.  

– Uspokój się – odezwała się do Cykowskiego – i wytłumacz mi, jaki miałabym interes w 

staraniu się o pieniądze?...  

– Jak to jaki?  

– No, tak, żeby pani Turska zdobyła nową rolę?  

Cykowski stanął, jak wryty:  

– Co mówisz?  

– No, pewno. Dla Turskiej miałabym na głowie stawać?  

– Dla Turskiej, dla Turskiej – przedrzeźniał Cykowski – wcale tego nie powiedziałem, że 

musi grać Turska. Możemy zaangażować, kogo nam się podoba, choćby i ciebie.  

Magda wzruszyła ramionami:  

– Kamil twierdzi, że nie mam głosu, że się nie nadaję.  

Zerknęła  ku  Bończy,  lecz  on  wciąż  milczał.  Natomiast  Cykowski  zaczął  gwałtownie 

przekonywać  Magdę,  że  zdanie  Kamila  nie  jest  tu  miarodajne,  że  jeszcze  się  zobaczy,  że 
osobiście on, Cykowski, uważałby Magdę za zupełnie odpowiednią na pannę Knox i zaklinał 
ją, by pomówiła z dyrektorem Stęposzem.  

– Chodzi o początek, a później spikniesz nas, to już ja go przekonam.  

Po  powrocie  do  hotelu  nie  zamieniła  na  ten  temat  z  Bończą  ani  słowa.  Jednak  nie 

przestawała  o  tym  myśleć.  Wystąpienie  w  tytułowej  roli  w  pierwszej  wielkiej  komedii 
muzycznej w stolicy już dawało markę. Już byłaby to pozycja więcej niż świetna, zwłaszcza 
po kilku miesiącach niepokazywania się publiczności i zapomnienia w prasie.  

Nazajutrz,  nie  mówiąc  nic  Kamilowi,  poszła  do  swego  dawnego  profesora  śpiewu  z 

partycją  "Panny  Knox".  Jak  przewidywała,  profesor  Wiśniewski  zgodził  się  na  warunki 
kredytowe. Sam biedak mało teraz zarabiał i miał więcej wolnego czasu, niż chciałby. Orzekł, 
że partia nie jest zbyt trudna i Magda opanuje ją łatwo.  

Dyrektor  Stęposz  był  wręcz  zachwycony,  gdy  witał  Magdę  w  swym  banku.  Polecił 

sekretarzowi  nie wpuszczać  nikogo, kazał podać kawę, z biurka wydobył pudło czekoladek. 
Gdy  jednak  po  kilku  minutach  rozmowy  Magda  zdołała  się  przymusić  do  wyjawienia  celu 
wizyty, od razu spoważniał. Namyślał się chwilę, po czem powiedział:  

–  Dobrze,  zbadam  tę  rzecz  i  jeżeli  sfinansowanie  całego  interesu  okaże  się  choćby  o 

odrobinę  czymś  korzystniejszym,  niż  wyrzucenie  pieniędzy  przez  okno,  na  pewno  się  tym 
zajmę.  

Odpowiedź ze względu na przynaglenia Magdy obiecał dać pojutrze. Jednak już nazajutrz 

zatelefonował do hotelu i zaprosił Magdę na kolację. Ponieważ Bończa o takie wypady wcale 
nie był zazdrosny, a chodziło o rzecz ważną, poszła.  

I  tu  dowiedziała  się,  że  wpakowanie  w  "Złotą  Maskę"  choćby  jednego  złotego  byłoby 

szaleństwem. Wywiadownia handlowa, do której bank zwrócił się o informację, podała opinię 
katastrofalną.  

background image

 

130

–  Zresztą  pani  osobiście,  kochana  panno  Magdo  –  zakończył  swoje  wywody  –  nie  jest 

przecie w tym zainteresowana.  

A jej nie chciało przejść przez usta, że właśnie jest bardzo, ale to bardzo zainteresowana 

w wystawieniu "Panny Knox".  

Przyznanie się do tego przed Stęposzem równałoby się żądaniu pieniędzy jakby dla siebie 

samej. Na to zdobyć się nie mogła.  

Telefony  od  Cykowskiego  nie  ustawały.  Magda  nie  sypiała  nocami.  Za  kilka  dni  w 

"Złotej Masce" miano przystąpić do ustalenia obsady. Zbyt dobrze rozumiała, że musi zdobyć 
główną rolę, że to jej ostatnia stawka. Bo czymże zostanie jeżeli i to jej się nie powiedzie?... 
Uczucia  uczuciami,  ale  w  gruncie  rzeczy  teraz,  po  wyczerpaniu  resztek  własnych 
oszczędności,  znajduje  się  właściwie  na  utrzymaniu  Bończy.  Nie  jest  to  wprawdzie  tym 
samym,  czym  by  było  przyjęcie  propozycji  Stęposza,  ale  przynajmniej  dla  ludzi  różnica 
będzie niewielka.  

I  co  dalej?...  Przy  wciąż  pogarszającej  się  sytuacji  w  teatrach  nigdzie  na  engagement 

liczyć nie można. Chyba w charakterze tancerki w zespole za dwa do trzech złotych dziennie. 
Ani  z  tego  wyżyć,  ani  ubrać  się.  O  możliwości  powrotu  do  domu  od  dawna  nie  myślała. 
Zresztą obecnie prosta ambicja  nie pozwoliłaby  jej  na to. Choćby ojciec przebaczył, choćby 
sam ją do powrotu namawiał.  

A  poza  tym,  czyż  po  to  wyzwoliła  się  z  tego  małomieszczańskiego  życia,  by  z  tym 

większym wstrętem doń wracać!  

Nie sypiała nocami i podczas jednej z takich nocy przypomniała sobie Biesiadowskiego, a 

właściwie jego pieniądze.  

Ostatnio nie widywali się zbyt często. Pan Feliks, jednak nie pominął nigdy żadnej okazji, 

by  móc  się  z  nią  spotkać.  Nie  zmienił  się  wcale  i  po  dawnemu  żywił  nadzieje,  że  Magda 
zrezygnuje z wszystkiego i zgodzi się wreszcie zostać jego żoną.  

Oczywiście wiedział o jej stosunkach z Bończą. Ilekroć w rozmowie padło imię Kamila, 

bladł i spuszczał oczy. Nie mówił tego nigdy, lecz Magda wiedziała, że nienawidzi Bończy z 
całej duszy.  

Czy pomimo to zgodzi się dać pieniądze na wystawienie komedii muzycznej?  

Wolałaby zwrócić  się o to do każdego innego, ale "każdego  innego"  nie  było  i  nie  było 

innego wyjścia.  

Wiedziała  już  z  doświadczenia  tak  znającego  się  na  interesach  człowieka,  jak  dyrektor 

Stęposz, że wpakowanie pieniędzy w  "Złotą Maskę"  jest tyle, co z góry pewna strata. Więc 
gdyby  zdołała  namówić  Biesiadowskiego,  nie  byłoby  to  uczciwe.  Ale  cóż  dla  niego  znaczy 
taka drobna suma?...  

Spotkali się w cukierni i Magda po raz pierwszy szczerze powiedziała Biesiadowskiemu, 

że  sytuacja  w  "Złotej  Masce"  nie  jest  szczególna,  otwarcie  przyznała  się,  że  jej  własny  los 
zależy  od  wystawienia  "Panny  Knox"  i  że  jeżeli  tego  nie  dopnie,  straci  ostatnie  wyjście  ze 
swego bardzo tragicznego położenia.  

Biesiadowski  wysłuchał  wszystkiego  z  wielkim  przejęciem.  Po  raz  nie  wiadomo  który 

zaczął zaklinać Magdę, by rzuciła ten obrzydliwy teatr, by zdecydowała się "z dwojga złego 
na mniejsze" i została jego żoną.  

Jakże mu mogła powiedzieć w oczy, że to uważałaby za zło największe!  

– Nie, nie – potrząsnęła głową – to nawet nieładnie, nawet brzydko z pańskiej strony, że 

podaje  się  pan  za  mego  przyjaciela,  a  jednocześnie  chce  pan  wyzyskać  moją  tragiczną 
sytuację.  

background image

 

131

Wówczas  zaczął  przysięgać,  że  tego  nawet  na  myśli  nie  miał.  Gdy  zaś  wykrztusiła 

wreszcie, że w nim jest cała nadzieja, powiedział:  

– Żebym ja chociaż trochę znał się na interesach teatralnych, to bym może zaryzykował.  

–  Według  mnie  ryzyko  nie  jest  wielkie.  Powodzenie  "Panny  Knox"  jest  murowane  – 

zapewniała, ukrywając oczy, by nie mógł z nich wyczytać prawdy.  

Po  dłuższej  rozmowie,  po  złagodzeniu  jego  przerażenia  na  sam  dźwięk  wymienionej 

sumy, nareszcie westchnął:  

– No trudno, spróbuję.  

– Więc zgadza się pan?...  

– Cóż pocznę, muszę się zgodzić.  

Magda  uściskałaby  go  teraz  z  radości.  Patrzyła  nań  szeroko  otwartymi  oczyma  i  tylko 

największym wysiłkiem woli powstrzymywała łzy wzruszenia i wstydu.  

Nazajutrz  odbyło  się  "spiknięcie"  Biesiadowskiego  z  Cykowskim.  Cykowski  dziesięć 

razy  dziękował  Magdzie.  Wieść  o  znalezieniu  finansisty  natychmiast  rozbiegła  się  za 
kulisami.  Wieczorem  Bończa  wrócił  dziwnie  nienaturalny.  Wyraźnie  unikał  rozmowy  z 
Magdą,  gdy  wypytywała  go  o  szczegóły  rozmowy  z  Biesiadowskim,  wzruszył  ramionami  i 
wydobył  z  siebie  tylko  parę  ogólników,  że  on  nie  wie  o  niczym,  że  umawia  się  sam 
Cykowski,  że  podobno  jutro  spisują  umowę.  Co  do  obsady  nic  nie  wspominał.  Gdy 
próbowała jednak wydębić z niego coś więcej, skrzywił się niechętnie:  

– Dajże mi odpocząć i tak łeb mi pęka.  

A  nazajutrz  w  saloniku  u  swego  profesora  śpiewu  Magda  zobaczyła  w  jednym  z 

dzienników  duży  komunikat  reklamowy:  "Złota  Maska"  zrywa  z  rewią  i  wystawia 
szampańską  komedię  muzyczną  "Pannę  Knox",  przy  czym  w  tytułowej  roli  wystąpi 
"ulubienica Warszawy, nasza znakomita gwiazda, Rena Turska".  

Oczy Magdy błądziły po szarych wierszach i w głowie zaczynało się kręcić.  

Nagle zerwała się  i  zapominając torebki  i rękawiczek, wybiegła  na schody,  na ulicę.  W 

porę opamiętała się, że nie ma pieniędzy na taksówkę. Było to nawet lepiej. Po drodze miała 
czas zebrać myśli.  

Jak  szalona  przebiegła  przez  poczekalnię  i  wpadła  do  kancelarii.  Bończy  nie  było. 

Cykowski  dyktował  maszynistce.  Magda  z  trudem  łapiąc  oddech  i  siląc  się  na  spokój, 
wyciągnęła pod same oczy dyrektora zmiętą gazetę:  

– Co to ma znaczyć? – odezwała się nieswoim, drżącym głosem.  

– Niby co? Niby co? – zrobił bezczelną minę Cykowski.  

– Tak dotrzymujesz obietnicy.  

– Jakiej obietnicy?  

– Nie udawaj głupiego! – krzyknęła.  

– A ty licz się ze słowami!  

– Ani mi się śni! Rozumiesz! O, mój kochany, już ja nie taka, bym sobie pozwoliła byle 

komu wystrychnąć się na dudka.  

–  Magda,  uspokój  się  –  pojednawczo  przemówił  Cykowski  –  ja  nie  rozumiem,  o  co  ci 

właściwie chodzi?  

– Rozumiesz doskonale.  

– Niby o Turską?... No widzisz, sama musisz przyznać, że Turska...  

background image

 

132

– A ja ci mówię, że albo ja będę, albo...  

– Ależ ty, oczywiście ty – przerwał – to się samo przez się rozumie, że ty obejmiesz jedną 

z głównych ról.  

–  Nie  ma  głównych,  jest  jedna  główna  i  albo  ja  ją  wezmę,  albo  całą  waszą  budę  szlag 

trafi.  

– No, moja droga, nie przesadzajmy – roześmiał się z udawaną pewnością siebie.  

– Już ja wam przesadzę! Ręczę ci, że pan Biesiadowski tylko dla mnie to zrobił.  

– Bardzo wierzę.  

– No, i teraz wycofa się prędzej, niż się wam zdaje.  

–  Nie  tak  łatwo,  panienko,  nie  tak  łatwo.  Umowa  zrobiona.  Zresztą  nie  masz  się  czego 

denerwować. Sama przyznasz, że równać się z Turską nie możesz.  

– I nie zamierzam – wybuchnęła.  

–  Bardzo  rozsądnie.  Otóż,  jeżeli  spokojnie  rzecz  rozważymy...  Zresztą,  dlaczegoś  sama 

mówiła twojemu Kamilowi, że ci na głównej roli tak bardzo nie zależy?  

Magda skamieniała:  

– Ja?... Kamilowi?...  

– No, tak. Wczoraj on sam tutaj to oświadczył.  

– Kłamiesz!  

– Ja kłamię? – podskoczył Cykowski. – Ja kłamię? Panno Zofio! Niech pani  jej powie! 

Szczerą prawdę! Proszę!  

Maszynistka, w którą Cykowski wycelował wskazujący palec, wzruszyła ramionami:  

– Pan dyrektor mówi prawdę. Rzeczywiście pan Bończa powtórzył to nawet kilka razy.  

– Niemożliwe – krzyknęła Magda – nigdy w to nie uwierzę!  

– Byli i inni świadkowie – dodała maszynistka – na przykład pan Czopski, pan Torbiak, 

pan...  

– I Kamil powiedział, że mnie nie zależy?  

– Tak.  

– Więc skłamał! – wybuchnęła płaczem – najbezczelniej kłamał!  

Zapanowało milczenie i dopiero po dłuższej chwili Cykowski odezwał się łagodząco:  

– Skłamał, nie skłamał. Możeście się źle porozumieli... No, ale ja mam robotę. Piszemy, 

piszemy, panno Zofio.  

I zaczął dyktować. Magda z wolna przychodziła do siebie. Otarła łzy – zapudrowała nos i 

wyszła, nie powiedziawszy słowa. Na korytarzu dowiedziała się, że Bończy nie ma w teatrze. 
Wróciła do hotelu lecz i tu go nie zastała.  

Skuliwszy  się  na  łóżku,  zaczęła  rozmyślać:  Jeżeli  ci  mówili  prawdę,  Kamil  postąpił  po 

łajdacku. Pomimo wszystko, nie mogła im uwierzyć. Nie uwierzy, póki on sam jej nie powie. 
W każdym razie, cokolwiek by było, ona nie może zrezygnować z głównej roli. Cokolwiek by 
miało nastąpić! To najważniejsze. Ogłosili komunikat o Turskiej – tym gorzej dla nich. Będą 
musieli odszczekać. W każdym razie należało postawić rzecz jasno.  

Zatelefonowała  do  Cykowskiego  i  już  spokojnie  lecz  z  niewzruszoną  stanowczością 

oświadczyła  im,  że  albo  dadzą  jej  rolę  panny  Knox,  albo  użyje  całego  wpływu,  by  pan 
Biesiadowski wycofał się z interesu. Cykowski zaczął perswadować, lecz ucięła krótko:  

background image

 

133

– Nic więcej nie mam do powiedzenia.  

I położyła słuchawkę.  

Bończa  przyszedł  przed  samym  przedstawieniem.  Śpieszył  się  bardzo  i  na  rozmowę  – 

sama  to  rozumiała  –  nie  było  czasu.  Pomimo  to,  z  jego  zachowania  się,  z  tego,  że 
najwyraźniej unikał jej spojrzenia, że ni z tego, ni z owego gadał o jakichś plotkach, które nie 
obchodziły ani jego ani nikogo, wywnioskowała, że on nie ma czystego sumienia.  

Zapytała tylko:  

– Czy to już postanowione, że Turska weźmie główną rolę?... Czy to już zadecydowane 

ostatecznie?  

Wzruszył ramionami:  

– Ostatecznie?... Nie ma, moja droga, rzeczy ostatecznych. Chyba Sąd Ostateczny. No, do 

widzenia. Nie czekaj na mnie, wrócę później i zjem coś na mieście.  

Nie wrócił wcale. Na próżno czekała przez całą  noc. Wiedziała, gdzie  był. Sprawdzenie 

tego nie przedstawiało większych trudności. Wystarczyło zatelefonować do kilku restauracji. 
Portier jednej z nich poinformował:  

– Owszem, był pan Bończa, lecz przed chwilą wyszedł.  

– Czy i pani Turska wyszła? – ze ściśniętym sercem zapytała Magda.  

– Tak jest, proszę pani, właśnie wyszli przed chwileczką.  

Teraz już wiedziała wszystko i ku własnemu zdumieniu uspokoiła się od razu. Więc nie 

dla  dobra  teatru,  nie  przez  wzgląd  na  powodzenie  "Panny  Knox"  Bończa  faworyzował 
Turską. Wrócił do niej.  

Nie,  Magda  nie  czuła  się  tym  pokrzywdzona.  Gdyby  dawniej,  gdyby  przed  miesiącem, 

czy  przed  tygodniem  –  to  co  innego.  Ale  teraz,  gdy  przekonała  się  o  jego  obcości,  gdy 
znalazła się znowu sama wobec świata i ludzi... Jest zdana na własne siły.  

Kamil  postąpił  podle.  Tak  nie  po  męsku,  tak  podstępnie,  za  plecami,  jak  wszyscy  ci 

ludzie w teatrze. Nie  jest od nich ani odrobinę  lepszy. Nigdy  nie powiedział, że kocha  i  nie 
miał  zatem  żadnych  obowiązków,  nie  obiecywał  niczego,  ilekroć  zaczynała  mówić  o 
wspólnej  przyszłości,  dawał  wyraźnie  do  zrozumienia,  że  na  nim  niczego  budować  nie 
można.  A  jednak...  Dlaczego  nie  przyszedł  i  nie  powiedział  wprost  w  oczy:  –  mam  dość 
ciebie, idę do innej.  

Wówczas  cierpiałaby  bardziej,  wówczas  zalewałaby  się  łzami,  ale  zachowałaby  dlań 

szacunek. A nawet może wdzięczność za ten czas razem spędzony, za własne swoje uczucia, 
za dobroć, za pomoc, za wszystko.  

Po cóż zmusił ją do pogardy? Zbyt przyzwyczaiła się czuć nad sobą jego wyższość, zbyt 

dobrze  było  jej  w  cieniu  tej  wyższości,  zbyt  bezpiecznie  i  ufnie.  Tak,  jak  dawniej,  gdy 
chodziła jeszcze w krótkich sukienkach, ojciec był dla niej czymś jedynym i pewnym, istotą, 
tworzącą  życie,  odpowiedzialną  za  nie  kimś  niemal  wszechmocnym,  tak  wierzyła,  że  w 
Kamilu  znalazła  takie  oparcie,  taką  nową,  większą  i  bezwarunkową  gwarancję  swojej 
egzystencji.  

I  nagle  załamała  się.  Nie,  nie  czuła  doń  nienawiści,  tylko  pogardę  i  obcość.  I  żal 

dojmujący, żal za to, że zniszczył same go siebie. I oto znowu znalazła się wobec życia sama. 
Jak na Wiśle podczas powodzi, gdy prąd spieniony bystrą pianą niósł tysiące bezużytecznych 
już, połamanych i bezsilnych przed miotów, desek, skrzyń i sprzętów, czasem fala odrzuciła 
do brzegu jakiś odpadek. Zanurzając się i wychylając nad mętną powierzchnią, wirował z dala 
od rozpędzonego nurtu i chlupał, kręcąc się, bez celu, bez potrzeby.  

background image

 

134

Kiedy była dzieckiem, zawsze podczas wielkich przyborów wody chodziła nad rzekę, jak 

i wszystkie dzieci z Powiśla. Środkiem pędziły z zawrotną szybkością skotłowane gęste fale, 
a przy nasypie wolno, zapomniane i niepotrzebne kręciły się jakieś graty...  

Magda z wolna ubrała się  i wyszła na ulicę. Ludzie  biegli, roztrącali się  na chodnikach, 

rogach ulic, przebiegali między taksówkami przez jezdnię.  

Nie,  nie  miała  najmniejszej  ochoty  żyć.  Ogarniał  ją  wstręt  na  myśl  o  teatrze,  o 

Cykowskim,  o  kolegach,  o  rozmaitych  uśmieszkach  tych  głupich  dziewcząt  z  zespołu  pani 
Iwony.  

A jednak trzeba. Trzeba koniecznie dopiąć swego. Nie dać się zepchnąć! Za wszelką, za 

każdą cenę! Niech potem będzie, co chce, niech się świat zawali, niech ona sama zdechnie z 
głodu,  niech  narazi  sobie  wszystkich,  niech  potem  drzwi  jej  przed  nosem  zamkną,  ale  teraz 
nie, nie, nie!  

Biesiadowskiego  znalazła  w  rzeźni.  W  długich  butach  i  granatowej  maciejówce  stał  w 

środku wielkiego podwórza, kłócąc się z kilkoma Żydami. Mdły zapach krwi w rozgrzanym 
powietrzu  napełniał  nozdrza  słodkawym,  drażniącym  zaduchem.  Z  niskich,  parterowych 
budynków,  otaczających  podwórze  kwadratem,  przez  szeroko  otwarte  wrota  buchał  kwik 
zarzynanych świń i jazgot łańcuchów, dźwigających tusze na żelaznych blokach.  

Biesiadowski podbiegł, ocierając ręce chusteczką:  

–  Panno  Magdaleno  –  wziął  jej  rękę  dwoma  palcami  i  całował  uszczęśliwiony –  panno 

Magdaleno, to doprawdy niespodziewana wizyta...  

– Muszę z panem pomówić.  

– Ależ z panią coś jest! Co się stało!? – zaniepokoił się nagle.  

– Chodźmy, tu jest okropnie... Brrr...  

– Chodźmy,  naturalnie, że chodźmy  – zgodził się od razu, chociaż wciąż oglądał się  na 

owych Żydów.  

– Może pan ma jakie interesy? – zapytała, zdobywając się na grzeczność.  

– Ach, głupstwo. Interesy nie zając, nie uciekną.  

Zaśmiał się nieszczerze.  

Wyszli  na  ulicę  i  Magda  zaczęła  tłumaczyć  Biesiadowskiemu  podstęp  Cykowskiego. 

Przecież  tylko  dlatego  prosiła  Biesiadowskiego,  by  włożył  pieniądze  w  "Złotą  Maskę",  że 
chciała,  że  musi  mieć  główną  rolę  w  tej  komedii  muzycznej.  A  oni,  łotry  spod  ciemnej 
gwiazdy, oszukali ją i rolę mają oddać Turskiej.  

– Więc cóż ja mam zrobić? – pytał Biesiadowski.  

– Niech pan  ich zmusi. Pan, panie  Feliksie,  może  ich zmusić,  by  mnie dali tę rolę. Bez 

pańskich pieniędzy oni będą bankrutami.  

– Jak to? – przestraszył się.  

– No, nie bankrutami, ale nie będą mogli "Panny Knox" wystawić.  

– A jeżeli oni nie przyjmą tego warunku?  

– To pan wycofa się i już.  

– Ba – potrząsnął głową –  już dałem  na zapłacenie komornego grubą zaliczkę. Przeszło 

cztery tysiące. – Przepadłoby mi to. A poza tym umowa podpisana.  

Magda spuściła głowę:  

– W takim razie... W takim razie nie ma o czym mówić.  

background image

 

135

– Zaraz, panno Magdaleno, jest o czym. Trzeba się zastanowić.  

I  zaczął  głośno  myśleć,  rozważając  wszystkie  okoliczności.  Wreszcie  doszedł  do 

wniosku, iż w każdym razie może postarać się ułożyć z Cykowskim.  

– Zaraz do niego pójdę – zakończył.  

Rozstali  się  na Nowym  Świecie  i  Magda wróciła do hotelu. Wiedziała, że teraz Bończę 

zastanie i rzeczywiście leżał na kanapie, czytając jakąś książkę.  

–  Dzień  dobry,  mała  –  powiedział  znowu  ciepłym  tonem,  tym  samym  fałszywym, 

kłamliwym, w który dotychczas wierzyła.  

– Dzień dobry – odpowiedziała zupełnie spokojnie.  

– Wcześnie wstałaś – zauważył.  

– Tak.  

– Cóż jesteś taka lakoniczna? – odłożył książkę i przeciągnął się.  

– Nie mam nic do powiedzenia... – spojrzała nań z zupełną obojętnością.  

Usiadł i poprawiwszy włosy uśmiechnął się:  

– Zła jesteś, że nie nocowałem?...  

Wzruszyła ramionami.  

– Nie  mogłem wrócić. Tak się złożyło. Zasiedziałem się w knajpie, a później poszliśmy 

do Cykowskiego, bo...  

– Daj spokój, Kamilu, czy ja cię indaguję? Po co mi to mówisz?  

– Myślałem, że interesujesz się...  

– Nie – przerwała mu znowu.  

– Zatem zbędna uprzejmość z mojej strony.  

– Najzupełniej zbędna.  

Położył  się  i  zaczął  czytać.  Magda  rozpaliła  maszynkę  spirytusową  i  zabrała  się  do 

uczesania. Po kilku minutach Bończa odezwał się szorstko i serdecznie:  

– No, chodź tu, mała.  

Magda  odwróciła  doń  głowę  i  widocznie  w  jej  wzroku  wyczytał,  że  zmieniła  się  dlań 

całkowicie, gdyż powiedział prawie opryskliwie:  

– Czego ty właściwie chcesz ode mnie?  

– Niczego. Zupełnie niczego.  

– Że nie będziesz grała panny Knox!... O to ci chodzi? Ależ zrozum, że ta rola musi albo 

postawić  albo  położyć  "Złotą  Maskę".  Nam  nie  wolno  ryzykować.  Turska  to  pewniak.  W 
innych warunkach sam byłbym za tobą. Teraz jednak...  

– Musiałeś to zrobić za moimi plecami?... Tak?... I skłamać im, że ja się na to zgadzam?  

– Bo wiedziałem, że się zgodzisz, że jesteś dość rozsądna.  

– Myliłeś się, mój drogi przyjacielu.  

Powiedziała to tak zimnym tonem, że aż się poderwał.  

– Cóż to za tonik z angielskiej farsy!  

–  Że  z  farsy,  to  pewne.  Tylko  nie  wyobrażałeś  chyba  sobie,  że  w  niej  zagram  rolę 

pierwszej naiwnej.  

Przygryzł wargi i widocznie zmuszał się do spokoju.  

background image

 

136

– Posłuchaj, Magda – zaczął perswazyjnie – otrzymasz drugą rolę, a w następnej sztuce... 

w następnej obiecuję ci...  

–  O,  mój  dobry,  łaskawy  panie  –  wybuchnęła  śmiechem  –  ani  mi  się  śni  czekać  na 

następną  sztukę.  W  tej  zagram,  proszę  pana,  główną  rolę,  a  swoją  panią  Turską  możesz 
pocieszać następną sztuką. Z całą wielkodusznością odstępuję jej ten zaszczyt.  

– Czego histeryzujesz? – zapytał ze złością.  

Uspokoiła się od razu.  

– Masz rację, Kam, nie ma czym się przejmować.  

–  Właśnie  –  przytaknął  –  właśnie.  Jesteś  jeszcze  bardzo  młoda.  Bardzo  ładna.  Masz, 

owszem, talent! Z pewnością kariera twoja pójdzie daleko. Nie ma po co tak się śpieszyć.  

Magda  nie  słuchała.  Wyciągnęła  z  drugiego  pokoju  walizki,  otworzyła  szuflady  i  szafy. 

Zaczęła się pakować.  

Tymczasem Bończa wciąż mówił. Modulował głos, siadał, chodził między walizkami po 

pokoju.  Od  czasu  do  czasu  wpadło  Magdzie  do  uszu  któreś  głośniej  wypowiedziane  słowo, 
lecz nie przerywało to jej skupienia na kwestii teraz najważniejszej, jak najlepiej zapakować 
rzeczy.  

Nagle Bończa zatrzymał się przed nią:  

– Cóż to znaczy? – zapytał, wskazując walizki.  

– Tak... Pakuję się.  

– Po co?  

– Wyprowadzam się stąd.  

Opuścił przed sobą złożone ręce i z wyrzutem powiedział:  

– Magduś!  

Wówczas parsknęła mu śmiechem:  

– Cóż to za komedia! Cha... cha... cha.  

– Magduś! – powtórzył głośniej.  

– Mam się tym wzruszyć?... O nie, mój drogi!  

– I ty twierdziłaś, że mnie kochasz?!  

– Twierdziłam, że kochałam – podkreśliła – ale bardzo łatwo wyleczyłam się z tego.  

– Istotnie. Bardzo łatwo – zawołał ironicznie.  

– Poczekaj, Kam – wzięła go za rękę – zależy ci na tym, bym została?  

Powiedziała to takim tonem, że się zmieszał:  

– Cóż za niemądre pytanie!  

– Nie, nie, odpowiedz. Jeśli ci zależy...  

Wzruszył ramionami.  

– Nikogo zmuszać nie mogę.  

–  Aha,  –  zaśmiała  się.  –  No,  Kam,  pierwszorzędny  z  ciebie  człowiek.  Pierwszorzędny. 

Tylko nie myśl, że mam ci to za złe. Widzisz... Mój ojciec jest rzeźnikiem. I u nas w jatce to 
były różne gatunki mięsa: wołowina, baranina, wieprzowina, cielęcina. Byłoby głupio mieć za 
złe baranowi, że nie daje wołowiny, Prawda?  

– Cóż to ma znaczyć?  

background image

 

137

–  Nic.  Tak  sobie.  Tylko  na  mięsie  to  ja  troszkę  się  znałam.  A  na  ludziach  mniej.  Moja 

wina. Przecież nie wina baraniny.  

Walizki były zapakowane. Rozejrzała się, włożyła kapelusz, rękawiczki i nacisnęła guzik 

dzwonka.  

– Proszę to znosić do portierni – powiedziała służącemu.  

– Szanowna pani wyjeżdża?  

– Tak wyjeżdżam.  

Bończa  siedział  na  parapecie  okna  i  obojętnie  patrzał,  jak  wynoszono  jej  walizki,  gdy 

zabierano ostatnią, zapytał:  

– Do kogoż to przeprowadzasz się?  

– Do nikogo. Po prostu do hotelu. Byle do innego.  

– Jesteś wariatka.  

– Do widzenia, Kam – wyciągnęła doń rękę – spotkamy się na próbach w teatrze.  

– Dziewczyno, zastanów się!  

–  Aha  –  dodała  –  w  tamtej  szafie  znajdziesz  wszystko to,  co otrzymałam  od  ciebie.  Do 

widzenia!  

Skinęła mu głową z uśmiechem i wyszła dumna z siebie dumna właśnie dlatego, że mogła 

się  zdobyć  na  ten  szczery,  obojętny  uśmiech.  Zostawiła  go  zwyciężonego,  poniżonego  i 
zawstydzonego. Zapewne przygotowywał się do zerwania z nią, do odegrania lirycznej sceny, 
do  jej  łez,  próśb,  spazmów.  Wszystkiego  mógł  się  spodziewać,  lecz  zaskoczyła  go  swym 
opanowaniem, spokojem i obojętnością.  

O,  nie  żywiła  chęci  zemsty.  Bynajmniej.  Lecz  z  jaką  rozkoszą  patrzyłaby  teraz  na 

krzywdę  Kamila.  Żeby  go  ktoś  bił,  mocno,  po  twarzy!...  Biesiadowski  do  tego  nie  byłby 
zdolny, a zresztą byłoby to przez nią i dla niej. Magdzie zaś najmniej na tym zależało.  

Już  dostateczną  zemstą  z  jej  strony  będzie  to,  że  wbrew  jego  woli,  wbrew  jego  lisim 

zabiegom  i  obietnicom,  jakie  musiał  porobić  wobec  Turskiej,  ona,  Magda,  zagra  "Pannę 
Knox".  

Po  ulokowaniu  się  w  skromnym  hoteliku  przy  ul.  Chmielnej,  skomunikowała  się  z 

Biesiadowskim. Ku swojej radości, o ile w ogóle w tym stanie rzeczy czymkolwiek mogła się 
radować,  dowiedziała  się,  że  Cykowski  bynajmniej  nie  stawia  na  ostrzu  noża  kwestii 
powierzenia głównej roli Turskiej. Usiłował wprawdzie przekonywać Biesiadowskiego, że ze 
względu  na zyski  należałoby  zaangażować aktorkę o wyrobionym  nazwisku, ale ostatecznie 
uległ i oświadczył gotowość podpisania umowy z Magdą.  

Istotnie, nazajutrz umowa została podpisana, a w dwa dni później rozpoczęły  się próby. 

Magda spodziewała się ze strony Bończy, który sztukę reżyserował, najrozmaitszych szykan i 
była  zdecydowana  znieść  wszystko.  Oczekiwała  specjalnej  złośliwości  i  uwag,  przykrych 
docinków i lekceważenia, czepiania się byle czego i nadmiernych wymagań. Wiedziała, że w 
stosunku  do  tych,  których  nie  lubił  był  bezlitosny.  Omyliła  się  jednak.  Traktował  ją  z 
lodowatą  uprzejmością,  lecz  ani  razu  nie  pozwolił  sobie  na  najmniejszą  brutalność.  Męczył 
próbami, jak zawsze i jak wszystkich, ale odnosił się do niej zupełnie normalnie. Nie starał się 
też nawiązać rozmowy o przeszłości.  Wiedziała,  że wyprowadził się  z Jasnej  i zamieszkał z 
Turską.  

Tymczasem  w  zamierzonej  początkowo  obsadzie  zaszła  dość  poważna  zmiana.  Tenor 

operetkowy Łabowski, który  miał grać główną rolę  męską, okazał się do niczego. Na gwałt 
sprowadzono  z  Krakowa  przebywającego  tam  na  gościnnych  występach  Kornata.  W  ten 

background image

 

138

sposób próby stały się dla Magdy istną męczarnią: Bończa i jego przyjaciel Czopski, Kornat i 
Cykowski, ci czterej ludzie, którzy decydowali tu o wszystkim, byli jej wrogami.  

Zmęczona, wyczerpana do reszty, wracała do hotelu i leżała bez ruchu całymi godzinami. 

Wieczorem  zwykle  wpadał  Biesiadowski.  Przynosił  ciastka,  bułki,  wędlinę,  owoce  i  musiał 
namawiać  ją do  jedzenia. Poza tym z  nikim  się nie widywała. Ogarnęła  ją  nieznośna apatia. 
Nawet  na  kawiarnię  i  staruszków  nie  miała  ochoty.  Nawet  znoszenie  obecności 
Biesiadowskiego  rozstrajało  nerwy,  chociaż  przeważnie  nie  rozmawiali  ze  sobą.  W  kilku 
pytaniach  i  odpowiedziach  wyczerpywało  się  wszystko  to,  co  mogli  mieć  sobie  do 
powiedzenia. O interesach Biesiadowskiego w "Złotej Masce" wolała nie mówić. Nieraz już 
miała  z  tego  powodu  wyrzuty  sumienia.  W  teatrze  nikt  nie  wierzył  w  powodzenie  "Panny 
Knox", Magda nie wierzyła również.  

Nieraz  namyślała  się  poważnie,  czy  by  nie  przyznać  się  Biesiadowskiemu  do  tego,  że 

postąpiła z nim nieuczciwie, narażając go na tak duże i niewątpliwe straty, czy nie otworzyć 
mu  oczu  na  istotny  stan  rzeczy  i  nie  powstrzymać  od  dalszych  wkładów.  Zdawała  sobie 
sprawę z faktu, że z chwilą usunięcia się Biesiadowskiego "Panna Knox" w ogóle nie będzie 
wystawiona, albo w każdym razie tytułową rolę oddadzą Turskiej.  

Były chwile, kiedy naprawdę stawało się to jej obojętne. Jeżeli nie robiła tego, to jedynie 

z  tej  przyczyny,  że  musiała  przecież  dopiąć  celu:  dowieść  Bończy,  że  i  bez  niego  da  sobie 
radę.  

W  takim  była  nastroju,  gdy  nadszedł  dzień  premiery.  Oczywiście  ogólne  podniecenie 

udzieliło się i jej, tym niemniej wychodząc na scenę z trudem powstrzymywała się od płaczu. 
Dopiero  w  drugim  akcie,  wobec  niewątpliwego  już  "rozgrzania  się"  publiczności,  nabrała 
humoru i temperamentu. Komedia muzyczna rzeczywiście była dowcipna i ładna. Wiele osób 
z  widowni,  zaglądając  w  przerwie  do  znajomych  za  kulisami,  wypowiadało  pochwały  i 
pomyślne wróżby.  

Akt  trzeci  wprost  kipiący  od  humoru  i  ruchu  na  scenie  podobał  się  najbardziej.  Magda 

była wywoływana wielokrotnie i wracając do hotelu czuła się prawie szczęśliwa.  

Recenzje  nazajutrz  i  dni  następnych  nie  skąpiły  Magdzie  wyrazów  uznania,  a  sztuce 

zapewnień  powodzenia.  Istotnie  kasa  bywała  codziennie  wyprzedana.  Ma  się  rozumieć,  że 
przyczyniła  się  do  tego  i  nowa  poważna  zniżka  cen  biletów,  ale  i  sukces  Magdy  był 
niewątpliwy.  

Pomimo wszystko z wypłatami gaż nie poprawiło się wcale. Przeciwnie, w teatrze coraz 

więcej zdarzało się awantur. Zdenerwowani dostawcy, różni agenci i wierzyciele urządzali w 
kancelarii  istne  wiece.  Cykowski  przestał  pokazywać  się  w  teatrze;  wpadając  tylko 
wieczorami na kilka minut. Aktorzy z trudem wydobywali swe "dniówki".  

Magda zaczęła unikać  Biesiadowskiego. Teraz już  i on  nie  mógł przecie  nie widzieć, w 

jaki to interes włożył pieniądze.  

Wstydziła  się  spojrzeć  mu  w  oczy.  I,  jeżeli  dziwiła  się  czemu,  to  chyba  spokojowi 

Biesiadowskiego.  Zdawał  się  obojętny  na  ogólny  stan  spraw  teatru.  Z  Magdą  ani  razu  nie 
zaczął o tym rozmowy. Nie wiedziała co o tym sądzić, czy była to z jego strony aż tak daleko 
posunięta  delikatność,  czy  po  prostu  nie  rozumiał  poniesionej  straty.  Znając  prawie 
chorobliwą  oszczędność  Biesiadowskiego,  pojąć  nie  mogła  jego  spokoju.  Zrozumiała  to 
wówczas, gdy bomba pękła.  

Pewnego  pięknego  dnia  rozeszła  się  za  kulisami  wiadomość,  że  Cykowski  postanowił 

teatr zamknąć. Początkowo nikt w to nie chciał uwierzyć, lecz przyciśnięty do muru buchalter 
Getman,  spełniający  jednocześnie  funkcję  administratora  od  czasu  ustąpienia  Michałka, 
przyznał się, że nie ma innego wyjścia z sytuacji. Bankructwo było nieuniknione.  

background image

 

139

Zrobił  się  wielki  gwałt.  Cykowskiego  niemal  przemocą  wyciągnięto  z  łóżka  i 

sprowadzono do teatru. Wówczas dowiedziano się całej prawdy: długi nie mogą być spłacone 
bo nie ma z czego, wpływy zaś nie wystarczają nawet na uregulowanie bieżących procentów. 
Doszło  do  tego,  że  prawie  wszyscy  wspólnicy  machnęli  ręką  na  swoje  udziały,  że  część 
wierzycieli  wniosła  skargi  o  nadzór  sądowy,  a  część  złożyła  doniesienia  w  prokuraturze. 
Gwałtowne wyrzuty i wymyślania, jakich nie żałowano Cykowskiemu, nic nie pomogły. On 
sam  był zupełnie  zrujnowany  i dowiódł cyframi,  że  już właściwie od roku tylko nominalnie 
był  właścicielem  teatru.  Nad  ranem  Kornat  wystąpił  z  wnioskiem,  by  personel  ar  tystyczny 
przejął teatr na siebie, jako spółdzielnię. Niedawno jeden z teatrów dramatycznych znalazł się 
w podobnej sytuacji i w ten właśnie sposób zdołano tam utrzymać swoją placówkę pracy.  

Ze  względu  na  bardzo  późną  godzinę  i  konieczność  zasięgania  porady  prawnej  u 

adwokata dalszą dyskusję odłożono do jutra.  

Nazajutrz przed południem przyszedł do Magdy Biesiadowski. Wiedział już o wszystkim, 

gdyż zaczął od słów:  

– A to heca...  

Magda z najbardziej skruszoną miną, na jaką umiała się zdobyć, zaczęła przepraszać, że 

wciągnęła  go  do  interesu,  o  którym  nie  wiedziała  przecie,  że  znajduje  się  w  przeddzień 
bankructwa.  

Biesiadowski zaśmiał się.  

–  A  bo  to  kobieca  sprawa  znać  się  na  tym?...  To  moja  była  rzecz.  Jak  człowiek  gdzieś 

pieniądze kładzie, to jego psi obowiązek wiedzieć, gdzie.  

– No tak, ale jednak pan traci z mojej winy...  

– Niby co tracę?  

– Swoje pieniądze.  

– Ja?... Broń że mnie Panie Boże, po co mam tracić?  

Magda szeroko otworzyła oczy:  

– Nie rozumiem. Przecie Cykowski zbankrutował.  

–  No  tak,  ale  nie  byłem  taki  głupi,  żeby  mu  bez  zabezpieczenia  dać  pieniądze.  Po 

pierwsze sala i cały lokal jest na moje imię, a po drugie wszystkie rekwizyty, umeblowanie i 
takie rzeczy to też moje.  

Ponieważ  wciąż  nie  mogła  w  tym  się  zorientować,  Biesiadowski  wyjaśnił  sprawę 

szczegółowo.  Dając  pieniądze  na  opłacenie  komornego  i  na  wystawienie  "Panny  Knox", 
zażądał  przepisania  lokalu  na  swoje  nazwisko.  Toteż  tytułem  komornego  co  dzień  z  kasy 
odbierał swoją część, a zawsze był pewien, że taka sala nie będzie stać pusta. Amator na nią 
musi się znaleźć. Nie "Złota Maska", to inny teatr, albo kino. Poza tym rekwizyty mogą być 
wynajmowane nowemu teatrowi.  

– Zarobić na tym interesie to nie zarobię – zakończył z uśmiechem. – Na teatrach się nie 

znam, to nie moja branża. Mięso, to co innego. Alem przecie nie taki głupi, bym miał stracić.  

Magda  nie  posiadała  się  z  radości.  Kamień  spadł  jej  z  serca.  Miała  teraz  wobec 

Biesiadowskiego czyste sumienie.  

Jednakże w głębi duszy zrodziła się w niej jakaś dziwna, niczym nieuzasadniona niechęć 

do tego człowieka. No, bo pomimo tej swojej wielkiej miłości, o której tyle ciągle mówił, nie 
potrafił nawet stracić dla niej kilkunastu tysięcy. Oczywiście, nie dałby pieniędzy na "Pannę 
Knox", gdyby nie widział możności ich zabezpieczenia. Zrobił dla Magdy tylko to, co go i tak 
nic nie kosztowało.  

background image

 

140

Tak, cieszyła się, że nie potrzebowała mieć dlań uczucia wdzięczności.  

Idąc razem do teatru, słuchała z niesmakiem opowiadania Biesiadowskiego o tym, w jaki 

sposób  przeprowadził  wtedy  z  Cykowskim  cały  interes.  Chwalił  się,  że  umiał  uniknąć 
różnych kruczków i tych, co go chcieli "nabić w butelkę", wystrychnął na dudków.  

Musiała  mu  w  duchu  przyznać  rację,  musiała  przyznać,  że  postąpił  rozsądnie,  ale  teraz 

pewniejsza była niż kiedykolwiek, że z takim człowiekiem, jak on, związać się nie potrafi.  

W teatrze wrzało, jak w ulu. W zasadzie wszyscy zgadzali się na utworzenie spółdzielni 

aktorskiej,  która  by  przejęła  teatr,  oczywiście  pod  zmienioną  nazwą,  by  nie  brać  na  siebie 
długów i zobowiązań dawnych właścicieli.  

W poczekalni ustawiono krzesła i zaimprowizowano zebranie organizacyjne. Przemawiali 

Kornat,  Morelówna,  Kobielski  i  wreszcie  adwokat,  mecenas  Ludomski,  który  zdążył  już 
pobieżnie zorientować się w układzie spraw i wystąpić z konkretnym planem.  

W rezultacie wybrano zarząd. Wobec odmowy Bończy, na prezesa powołano Malskiego, 

kiepskiego aktora, lecz zdolnego organizatora. Poza tym do zarządu wszedł Kornat i, niemal 
zmuszona do tego, Magda. Wybrano  ją z tej racji, że  liczono się z koniecznością uzyskania 
różnych ustępstw ze strony Biesiadowskiego. Ujawnienie faktu, że właścicielem rekwizytorni 
i  dzierżawcą  sali  jest  właśnie  on,  ucieszyło  wszystkich.  W  związku  z  bankructwem  dawnej 
spółki  i  Cykowskiego,  najbardziej  obawiano  się  licytacji  rekwizytów  oraz  eksmisji.  Z 
Biesiadowskim  zaś,  wyglądającym  tak  poczciwie  i  pobłażliwie,  nazywanym  za  kulisami 
"świniopasem", miano nadzieję dojść do ładu.  

W  ciągu  dwóch  dni  załatwiono  wszelkie  formalności  z  rejestracją  i  ukonstytuowaniem 

nowej instytucji. Teatr otrzymał nazwę "Nowej Złotej Maski", a przedstawień nie przerwano 
wcale  i  dla  publiczności,  która  co  dzień  wieczorami  zapełniała  salę,  ta  wielka  zmiana 
pozostała niedostrzegalna.  

Tak samo lśnił neonami fronton gmachu, tak samo kasa sprzedawała bilety, z tym samym 

humorem i w tych samych kostiumach występowali ci sami artyści.  

Ale wewnątrz było zupełnie inaczej. Odczuli to zwłaszcza na sobie ci, których powołano 

do  kierowania  spółdzielnią.  Po  pierwsze  należało  zabrać  się  w  szalonym  tempie  do 
zaniedbanej przez Cykowskiego sprawy przygotowania zmiany programu. Po drugie kwestie 
administracyjne wyrastały w istny las trudności.  

Kiedy  już  zdecydowano  się,  po  tysiącznych  kłótniach  i  awanturach,  grożących 

rozpadnięciem  się  spółdzielni,  na  wybór  nowej  komedii  muzycznej  i  przystąpiono  do  prób, 
jak  piorun  z  jasnego  nieba  spadło  ustąpienie  Bończy.  Siedział  dotychczas  cicho,  lecz  od 
dawna  musiał  przygotowywać  ten  cios,  skoro  nie  chciał  zostać  prezesem.  Obecnie  okazało 
się,  że  wraz  z  Turską,  Hańską  i  Berczyńskim  zakładają  własny  teatr  rewiowy,  stwarzając 
wysoce niebezpieczną konkurencję "Nowej Złotej Masce". Razem z Bończą przechodzili też 
autorzy piosenek Hojner  i  Czubarek:  W ostatniej  dopiero chwili udało się  zatrzymać siostry 
Stelli.  Zamiast  Bończy  na  reżysera  zaproszono  aktora  dramatycznego  Turczyńskiego.  I 
chociaż nikt z tej zmiany nie był zadowolony, próby przecież ruszyły z miejsca.  

Pomału  optymistyczne  nadzieje  i  obiecywane  sobie  kokosy  zaczęły  się  roztapiać  w 

trudnościach  codziennych.  Magda,  która  starała  się  jak  najdalej  odsunąć  od  intryg  przy 
obsadzie,  z  konieczności  podziału  pracy  w  zarządzie,  została  zawalona  sprawami 
administracyjnymi.  Zamówienia,  dostawcy,  gaże,  pobory  personelu  technicznego,  podatki, 
rachunki  –  wszystko to  spadło  na  nią.  Malski,  po  którym,  jak  się  okazało,  spodziewano  się 
zbyt wiele, dostał z racji  swej  nowej godności  zawrotu głowy. Wyżywał się w rządzeniu za 
kulisami,  w  rozdawaniu  ról,  a  przede  wszystkim  w  reprezentacji.  Interesantów,  a  nawet 
kolegów, przyjmował w gabinecie z miną ministra. Każdy musiał uprzednio zameldować się 

background image

 

141

u  sekretarki,  a  po  zredukowaniu  sekretarki,  u  woźnego.  W  teatrze  podśmiewano  się  z 
dygnitarstwa Malskiego, irytowano się, nawet trzaskano drzwiami, lecz ponieważ nikomu nie 
zależało  na  zajęciu  jego  miejsca,  machano  na  wszystko  ręką.  Kornat  do  administracji  nie 
mieszał  się  wiele,  w  ogóle  mało  czasu  poświęcając  spółdzielni.  Nakręcał  jeden  film  po 
drugim  i  nie  miał  ochoty  psuć  sobie  humoru  zakulisowymi  drobiazgami.  Jego  stosunek  do 
Magdy znowu zmienił się radykalnie. Był wobec niej uprzedzająco grzeczny i chłodny, lecz 
Magda podejrzewała w tym nowe jego zamiary.  

Wieczorne  występy  i  praca  administracyjna  tak  ją  wyczerpywały,  że  nie  miała  czasu 

dopilnować  swoich  własnych  interesów.  W  nowej  komedii  muzycznej  nie  obsadzono  jej 
wcale. Zresztą  i  nie chciała tego. Początkowo z trudem orientowała się w zwalonych  na  nią 
obowiązkach  i  nieraz  popłakiwała  nad  swoją  bezradnością.  Każda  wymówka  ze  strony 
kolegów,  każda  pretensja  interesanta  napełniała  ją  przerażeniem.  Jednak  stopniowo  zaczęła 
się  przyzwyczajać,  poznawać  swoje  zadania,  swoje  prawa  i  możliwości.  Doświadczenie 
przychodziło z wolna, ale było coraz gruntowniejsze.  

Umiała już wystawiać weksle, targować się z dostawcami, zawierać umowy z aktorami i 

kompozytorami,  targować  się  z  dobrym  skutkiem  w  wydziale  finansowym  Magistratu, 
otrzymując  prolongaty  podatków,  rozporządzać  kasą.  Malski  i  Kornat,  których  na  próżno 
usiłowała wciągnąć do współpracy w decydowaniu, podpisywali wszystko bez namysłu.  

Z koniecznej oszczędności zredukowała cały personel kancelarii i połowę niższego. Toteż 

często  nie  było  chłopca  na  posyłki  i  musiała  biegać  sama,  a  listy  własnoręcznie  pisać  i 
przepisywać na maszynie.  

Tymczasem  na  afisz  weszła  operetka  "Śpiewacy  nocy"  i  przyniosła  prawie  klapę. 

Przyczynił  się  do  niej  niewątpliwie  teatr  Bończy,  który  właśnie  wystąpił  z  inauguracyjną 
rewią. Zresztą "Śpiewacy  nocy" źle  byli obsadzeni  i  mocno szmirowaci. Na  łeb  na szyję po 
trzech  tygodniach  prób  "Nowa  Złota  Maska"  wystawiła  starą  "Cnotliwą  Zuzannę"  i  tym 
zdobyła niezłe powodzenie.  

W "Cnotliwej Zuzannie" Magda również nie otrzymała roli. Do tytułowej zaangażowano 

specjalnie  wcale  nie  aktorkę,  lecz  panią  z  towarzystwa,  żonę  dyrektora  fabryki  wagonów. 
Dodatnią  stroną  takiej  obsady  było  to,  że  dyrektor  udzielił  teatrowi  bezterminowej  i 
bezprocentowej,  a  sporej  pożyczki,  no  i  oczywiście  pani  dyrektorowa  nie  pobierała  żadnej 
gaży. Nadto do teatru musieli przyjść wszyscy znajomi i znajomi znajomych debiutantki.  

Aktorzy  drwili  z  tego  występu,  irytowali  się  i  protestowali,  lecz  Magda  zamknęła 

wszystkim  usta  oświadczeniem,  że  dzięki  tej  amatorce  dniówki  podniosą  się  o  przeszło 
dwadzieścia procent. Ponieważ zaś owe dniówki, wypłacane według tabeli i tak były bardzo 
mizerne, musieli się zgodzić.  

Ten  system  zasilania  kasy  teatru  pomału  zaczął  wchodzić  w  zwyczaj.  Kornat  spośród 

swoich znajomych wyławiał różne bogate panie, pragnące za wszelką cenę popisać się przed 
publicznością.  Zresztą  nie  trzeba  było  ich  szukać.  Po  występach  dyrektorowej  od  wagonów 
zgłaszały się same. Wszystkie te, które wyobrażały sobie, że urodziły się na wielkie artystki, a 
w  małżeństwie  zmarnowały  swoje  talenty,  dobijały  się  o  występ.  Było  zaś  ich  tak  dużo,  że 
spośród nich dało się zawsze wybrać coś możliwego. Mężowie zaś, najczęściej dla świętego 
spokoju, by dogodzić ambicjom swych pań, zgadzali się nawet na dość wysokie wymagania 
teatru. Konferencje z nimi i targi odbywała Magda.  

W  ten  sposób  prosperowała,  a  raczej  wegetowała  "Nowa  Złota  Maska".  W  ten  sposób 

wystawiono  jedną  po  drugiej  operetki,  komedie  muzyczne  i  rewie.  W  ten  sposób  Magda 
pogrążyła  się  całkowicie  w  życiu  gospodarczym  teatru.  Jedyną  jej  satysfakcją  było 
zwiększenie dochodów i w tym kierunku ześrodkowała wszystkie swoje wysiłki. Nie z innego 

background image

 

142

też powodu zaczęła się mieszać do spraw repertuarowych i do obsady. Dla siebie, dla siebie 
samej nie miała czasu i nie szukała go zresztą wcale.  

Dzięki znajomościom z domami różnych debiutujących amatorek zaczęła bywać w kilku 

bogatych  domach,  dokąd  zapraszano  ją  na  większe  przyjęcia.  Lecz  i  to  traktowała,  jako 
podtrzymywanie stosunków, które teatrowi mogą się przydać. Zresztą i naprawdę przydawały 
się  nieraz.  Gdy  chodziło  o  uzyskanie  kredytu,  o prolongatę  weksli,  o odroczenie  podatków; 
interwencja różnych grubych ryb często robiła swoje. O tego rodzaju pomoc zwracała się też 
od  czasu  do  czasu  do  starych  przyjaciół  z  kawiarni,  wśród  których  po  dawnemu  czuła  się 
najlepiej.  

Natomiast  z  Biesiadowskim  stosunki  Magdy  znacznie  się  oziębiły.  Przekonała  się,  że 

zacny pan Feliks w interesach jest bardzo twardy i rzeczywiście sprytniejszy, niż to jej, jako 
administratorce  teatru,  mogłoby  dogadzać.  Umiał  wyraźnie  rozgraniczyć  swoją  rzekomą 
miłość  do  Magdy  od  wygodnej  pozycji  jaką  miał,  będąc  dzierżawcą  sali.  Wystarczało 
najmniejsze  niedotrzymanie  terminu,  by  zaczynał  robić  trudności,  przysyłać  komornika  i 
grozić  eksmisją.  Gdy  zaś  przyszła  chwilowo  dobra  koniunktura  i  Magda  zaproponowała 
spłacenie wierzytelności ratami – Biesiadowski odmówił. W gruncie rzeczy on jeden zarabiał 
na "Złotej Masce". Ilekroć zaś Magda odwoływała się do jego osobistej życzliwości – wracał 
do swego: namawiał ją, by rzuciła to wszystko i została jego żoną.  

Powtarzał  z  jakimś  bezrozumnym  uporem,  jakby  nie  rozumiał,  jakby  nie  wiedział,  że 

coraz mniej ma dla niego sympatii, że coraz dalej jest od tej myśli.  

W tym czasie zaszedł wypadek, który dla samej Magdy był najlepszą próbą oziębienia się 

jej przyjaźni dla Biesiadowskiego.  

O wypadku dowiedziała  się rano z gazet. W rzeźni  na tle walki  konkurencyjnej  między 

kupcami  mięsnymi  doszło  do  skrytobójczego  zamachu.  Dwaj  nieznani  sprawcy  dali  przez 
okno  do  kantoru  rzeźni  kilka  strzałów  rewolwerowych,  przy  czym  został  zabity  na  miejscu 
weterynarz  Jaskólski,  kupiec  Boruch  zmarł  w  drodze  do  szpitala  i  ciężko  ranny  w  szyję  i 
piersi został Feliks Biesiadowski.  

Oczywiście pojechała do szpitala. Kupiła nawet po drodze kilka kwiatów, a przeraziła się 

ujrzawszy  Biesiadowskiego  bez  kropli  krwi  w  twarzy,  podobniejszego  do  trupa  niż  do 
żywego  człowieka.  Ale  to  współczucie  i  ta  litość  nie  miały  jednak  w  sobie  nic  z  głębszych 
uczuć. Tak samo żałowałaby każdego, kogo znała, gdyby go spotkało podobne nieszczęście.  

Podczas długiej choroby Biesiadowskiego bywała w szpitalu co kilka dni. Odwiedzali go 

również  jego  pomocnicy,  lecz  Biesiadowski  tylko  Magdzie  powierzał  załatwienie 
ważniejszych spraw. Chodziło o wypłaty, o stawanie do przetargu, o rozmowy z adwokatami.  

Robiła to dla niego, jak zrobiłaby dla każdego innego człowieka, lecz gdy zaczął wracać 

do  zdrowia  i  mógł  już  podnosić  się  z  łóżka,  przestała  go  odwiedzać.  Po  pewnym  czasie 
wyzdrowiał  zupełnie.  Wyglądał  wprawdzie  strasznie,  gdy  przyszedł  po  raz  pierwszy  do 
kancelarii teatru i twierdził, że  lekarze nie są zadowoleni z  jego stanu,  jednak  już wracał do 
interesów. Po postrzałach został mu świst w gardle i częsty suchy kaszel. Pomimo osłabienia 
jak  również  pomimo  nowych  gróźb  napadu  ze  strony  nieujętych  dotychczas  sprawców,  ani 
myślał o wycofaniu się ze swoich niebezpiecznych interesów.  

Po  wypadku  zmienił  się  tylko o tyle,  że teraz  już  nie  proponował  ani  razu  Magdzie,  by 

została jego żoną, a raz powiedział:  

– Widać sądzone mi już było starokawalerstwo.  

Uwagę tę rzucił, gdy rozmawiali o ślubie Adeli. Biesiadowski był na ślubie, a zaproszono 

go  i  na  wesele,  lecz  nie  poszedł  ze  względu  na  zły  stan  zdrowia.  O  obu  jednak 
uroczystościach  miał szczegółowe wiadomości, gdyż wszyscy  z  branży o niczym  innym  nie 

background image

 

143

mówili.  Pan  Nieczaj,  chociaż  wydawał  córkę  tylko  za  własnego  czeladnika,  wyprawił 
wyjątkowo huczne wesele. Zaproszono około stu osób, nie  licząc krewnych, którzy zjechali 
się  z  Karczewa,  Mszczonowa,  a  nawet  z  Kielc.  Był  też  ksiądz  Józef.  Tylko  Magdy  nie 
chciano  tam  widzieć.  Wprawdzie  po  drugiej  zapowiedzi  Adela  przyszła  do  siostry  i  wśród 
śmiechu i łez opowiadała o swoim szczęściu, ale i ona nie napomknęła ani jednym słówkiem 
o tym, że chciałaby Magdę widzieć na swoim weselu.  

Zresztą  i  Magda  nie  chciała.  Na  ślub  do  Wszystkich  Świętych  może  by  i  poszła,  lecz 

obawiała się, że dostrzeże ją ojciec lub ktoś z krewnych, co mogłoby doprowadzić do zajścia. 
A w ogóle w ciągu tych dwóch prawie lat, jakie dzieliły ją od domu, tyle zmieniło się w jej 
życiu,  w  jej  sposobie  patrzenia  na  świat  i  ludzi,  że  nic  już  Magdy  do  rodziny  nie  ciągnęło. 
Przeciwnie,  gdy  przyglądała  się  Adeli,  jej  grubym  rękom,  niezgrabnym  ruchom,  tłustym, 
zlepionym  włosom,  gdy  patrzyła  na  ordynarne  niciane  pończochy,  brzydkie,  lakierowane 
pantofle, źle skrojoną sukienkę, gdy słuchała wykrzykników siostry, tych "ojej" i śmieszków, 
i  pisków,  wydało  się  Magdzie  czymś  niezrozumiałym,  że  dawniej  mogła  tych  wszystkich 
ordynarności nie spostrzegać, żyć wśród nich i godzić się z nimi.  

Nie,  nie  wstydziła  się  Adeli,  nie  wstydziła  się  wspomnień  o  domu,  ale  to  przecież  było 

nie  do  wytrzymania.  Przyznawała  im  dobroć,  zacność,  poczciwość,  pewna  była,  że  lepsi  są 
serdeczniejsi bez porównania od tego świata, w którym żyła obecnie. Ale wrócić do dawnego 
nie  mogłaby,  nie  zgodziłaby  się  za  żadną  cenę.  Obecny  świat  Magdy  był  gorszy, 
niebezpieczniejszy, zimny i obcy, ale był piękniejszy i szerszy. Gdyby go nie znała, gdyby nie 
wżyła  się w  jego życie, gdyby wreszcie tak gorąco tego od najmłodszych  lat nie pragnęła  – 
może  i  musiałaby  szukać szczęścia w tamtym dawnym świecie, zamkniętym ulicami Dobrą, 
Solcem i Tamką.  

Stamtąd wydostać się na powierzchnię wielkiego życia było najtrudniejsze, tak trudno, że 

nie opłacałoby się, gdyby nie szerokość i rozległość dróg, które stąd prowadzą.  

Kiedy  zmęczona  i  zdenerwowana  narzekała  wobec  Biesiadowskiego  na  teatr,  na 

przewrotność  i  podstępność  kolegów,  na  intrygi  i  kłamstwa,  na  brak  pieniędzy  w  kasach, 
pokiwał głową:  

– Rozczarowała się pani, panno Magdaleno.  

– Wcale nie – zaprzeczyła.  

– No, jakże?... Tak pani marzyła o tym teatrze... A teraz co?  

On  jej  nigdy  nie  mógł  zrozumieć.  Nie  rozczarowała  się.  Nie  marzyła  wcale  o  teatrze! 

Marzyła o innym, piękniejszym życiu, a jest jeszcze przecie bardzo młoda. Życie, do którego 
doszła, zapewne jest trudniejsze, lecz i piękniejsze jest na pewno, a przede wszystkim otwiera 
wciąż nowe możliwości.  

Tak  jak  loteria.  Możliwości  najróżniejsze.  Nie  precyzowała  sobie,  jak  je  widzi,  ani  tym 

bardziej  jakich  pragnie.  Ale  byłaby  całkiem  głupia,  gdyby  nie  widziała,  że  albo  zła 
koniunktura  minie  i  teatr  stanie  mocno  na  nogach,  a  wówczas  ona,  przecież  nie  najgorsza 
aktorka,  otrzyma  engagement,  albo  wezmą  ją  do  filmu,  gdy  trafi  się  odpowiednia  rola,  a 
wówczas  rozwijają  się  wspaniałe  perspektywy  dotarcia  do  Ameryki,  albo  spodoba  się 
któremu  z  dyrektorów  scen  dramatycznych,  lub  wreszcie  wyjdzie  za  mąż  za  prawdziwego 
wielkiego pana.  

Z  jatki  na  Tamce  widać  było  tylko  fury  z  węglem,  wspinające  się  ku  górze  i  tylko 

zabłocone buty ubogich przechodniów.  

Tymczasem dalej mijały miesiące i nic się nie zmieniało.  

Przeszła  szybko  moda  na  występy  różnych  pań  dyrektorowych  i  Magda  znowu  zaczęła 

występować! Wystawiano na zmianę operetki, rewie i komedie muzyczne. Praca przy tym po 

background image

 

144

dawnemu  była  ciężka,  chociaż  robiono  teraz  mniej  prób  i  mniej  starannie  przygotowywano 
przedstawienia. Z racji  swoich zajęć administracyjnych  Magda przepracowana  była  bardziej 
niż inni. Toteż schudła, zmizerniała i zbrzydła.  

Bez  osłonek  powiedział  to  jej  Bończa,  gdy  przypadkowo  spotkali  się  w  wydziale 

finansowym Magistratu.  

– Dziękuję za szczerość – odpowiedziała zimno.  

– Nie bądźże głupia, Magda, nie mówię tego, by zrobić ci przykrość.  

– Ach, nie krępuj się – wzruszyła ramionami.  

Wyszli razem i wtedy Bończa znowu zaczął:  

– Po co ci to?  

– Niby co?  

– No, to administrowanie. Tyrasz na tych bęcwałów i po kiego diabła?  

– Płacą mi za to.  

– Płacą, płacą! Grosze płacą. Rzuć to, do licha.  

Nieraz  już  sama o tym  myślała.  Lecz przed tym  krokiem powstrzymywała  ją obawa, że 

wówczas w zespole całkiem przestaną się z nią liczyć. I tak nie doceniali jej wysiłków, a cóż 
dopiero...  

– Jednak i to, co płacą, przydaje się.  

– No, przyznaj się, ile wyciągasz miesięcznie – zapytał.  

– Co cię to obchodzi?  

– No, powiedz!  

Spojrzała nań z niechęcią:  

– Zaproponujesz mi u siebie więcej?  

Bończa wydął wargi:  

– Kto wie, może...  

– Serio?... – Zatrzymała się; a Bończa rzucił lekko:  

– Można by o tym pogadać.  

– A cóż na to Turska?  

Bończa wzruszył ramionami:  

– Ślubu z nią nie brałem... Zresztą... Zdaje się, że ona wyjedzie od nas.  

– Aha!  

– Więc?... Ile tam masz?  

Magda położyła mu rękę na ramieniu:  

– Teraz ci coś powiem, Kam...  

– Oho! Z taką poważną miną?...  

–  Nie  z  poważną.  Bez  żadnej  miny.  Powiem  ci  po  prostu,  że  gdybym  miała  schody  w 

"Złotej  Masce"  zamiatać,  gdybym  z  głodu  przymierała,  gdybym  zbrzydła,  aż  tak,  jak  to  w 
twoich łaskawych oczach wygląda, to i tak za żadną cenę do ciebie nie przyszłabym.  

Skrzywił się i potrząsnął głową:  

– Tak mnie nienawidzisz?  

– Nie. Tylko taki do ciebie czuję wstręt.  

background image

 

145

Nie dodała ani słowa i odeszła.  

– Magda! – krzyknął za nią.  

Jakże  rada  była  z  siebie,  że  oto  zdarzyła  jej  się  wreszcie  sposobność  do  spokojnego 

rzucenia mu w twarz tego, co o nim myślała i to wtedy, gdy dawał jej do zrozumienia, że w 
swojej wspaniałomyślności robi jej wielką łaskę, otwierając ramiona.  

Ten  człowiek  zmarnował  jej  pierwsze  wielkie  uczucie,  zmarnował  wiarę  w  miłość, 

odepchnął to, co miała najdroższego, najcenniejszego, zrobił to tak podle, po tchórzowsku.  

Nie zapomniała tego Bończy i wiedziała, że do śmierci tego nie zapomni.  

W "Złotej Masce" sytuacja tymczasem stopniowo, ale stale pogarszała się.  

Nie  własna  wola,  ale  okoliczności  zmusiły  Magdę  do  zrzeczenia  się  administracji  w 

"Złotej  Masce".  Mianowicie,  zwróciła  się  do  niej  pewna  wytwórnia  filmowa  z  propozycją 
zagrania  niewielkiej,  epizodycznej  roli.  Początkowo  Magda  wręcz  odmówiła,  wychodząc  z 
założenia,  że  należy  się  cenić.  Bądź  co  bądź  w  teatrze  miała  już  swoją  pozycję,  grywała 
główne role i wzięcie jakiegoś "ogona" oznaczyłoby prawie tyle, co brak nadziei na zostanie 
prawdziwą gwiazdą. Jeżeli też zgodziła się wreszcie, to nie przez ciekawość ujrzenia siebie na 
ekranie,  a  nawet  nie  przez  chęć  wypłynięcia  na  szersze  wody.  Po  pierwsze,  producenci 
przekonali  ją,  że  nigdy  nie  otrzyma  czołowej  roli  w  żadnym  filmie,  póki  w  jakiejś 
drobniejszej  nie  dowiedzie  swej  fotogeniczności  i  fotogeniczności.  Po  drugie  nachodziło 
znowu  lato,  a  z  mizernej  dniówki  z  teatru  ledwie  można  było  wyżyć,  zaś  o  kostiumie  i 
nowych sukienkach, kapeluszach, czy pantofelkach nie mogło być mowy.  

Nakręcanie  filmu  odbywało  się  od  dziewiątej  rano  do  siódmej  wieczór  w  ciasnym, 

dusznym  atelier.  Miało  to  trwać  kilka  tygodni  i  Magda  musiała  zrezygnować  z  udziału  w 
zarządzie spółdzielni aktorskiej. Wybrano na jej miejsce Turczyńskiego.  

Praca  w  filmie  była  jeszcze  cięższa,  niż  w  teatrze.  Chaos,  sprzeczne  wskazówki, 

bieganina,  kłótnie  między  reżyserem  i  innymi,  którzy  dawali  na  film  pieniądze,  wręcz 
uniemożliwiały  robotę.  Żar  lamp  łukowych  i  jupiterów,  nerwowa  atmosfera,  spływające  po 
twarzy  szminki  i  potrzeba  sterczenia  nieraz  kilka  godzin  przy  zdjęciach,  wszystko  to  nie 
zachęciło Magdy do rozmiłowania się w filmie.  

Jednakże tutaj gażę wypłacano i to nie kapaniną, lecz większymi sumkami, a to na razie 

było  najważniejsze.  Film  miał  się  nazywać  "Romans  panny  Fifi",  a  Magda  grała  młodszą 
siostrę  owej  Fifi.  Pod  względem  dźwiękowym  wychodziła  doskonale,  natomiast  co  do  jej 
fotogeniczności zdania były podzielone.  

– Ginie na taśmie to, co jest największym twoim plusem –  mówił reżyser Paczuski – to 

znaczy twój koloryt, te miedziane włosy i ta cera.  

– Te plusy lepiej wychodzą na scenie – potakiwał operator.  

– Ale najlepiej w życiu – przewracał oczy dekorator Kramer.  

– Co pan chce? – wydymał usta reżyser. – Bądź pan pewien, że Nieczajówna największą 

swoją rolę odegra w życiu i to najlepiej odegra!  

Gdybyż  oni  wszyscy  razem  wiedzieli,  że  ta  złośliwość  reżysera  bynajmniej  nie  bolała 

Magdy.  Coraz  bardziej  przekonywała  się  sama,  że  nie  żywi  szczególnych  ambicji  ani 
teatralnych, ani filmowych.  

W każdym razie o jednym wiedziała na pewno, że dla zdobycia tu czy tam jakiejś lepszej, 

a  bodaj  najlepszej  pozycji  nie  zdecyduje  się  na  korzystanie  z  niczyjego  poparcia,  jeżeli  to 
poparcie  musiałaby  zdobywać  kosztem  związania  się  z  którymkolwiek  mężczyzną  z  tych 
środowisk. Znała już tych panów zbyt dobrze i zdawała sobie sprawę, że między nimi Bończa 
był jeszcze najlepszy.  

background image

 

146

W  ogóle  zwracała  na  mężczyzn  tyle  tylko  uwagi,  ile  wymagała  konieczność 

utrzymywania z nimi ze względów zawodowych jako tako przyjaznych stosunków. Na liczne 
i  częste  zaloty  odpowiadała  żartami,  a  w  ostateczności  posługiwała  się  wygodnym 
kłamstwem, mówiła, że jest zakochana.  

W tym świecie, gdzie do wierności i wyłączności nie przywiązywano prawie żadnej wagi, 

taki  argument  przemawiał  przecież  najsilniej,  gdyż  kochali  się  wszyscy.  Jeżeli  uczucia  te 
zmieniały  swój  obiekt  i  mijały  dość  szybko,  nie  znaczyło  to  bynajmniej,  by  traktowano  je 
lekko.  Przeciwnie.  Miłość  była  tu  wybuchowa,  namiętna,  pełna  awantur  i  wzajemnie 
urządzanych scen zazdrości.  

Im dłużej Magda przyglądała się temu, tym bardziej zniechęcała się do takich uczuć i do 

takich związków.  

Pomału zaczął wyrabiać się w Magdzie niechętny, gorzki stosunek do mężczyzn w ogóle. 

Zbliżali się do niej zawsze z jednym i tym samym, wszyscy tak bardzo byli podobni do siebie 
i tak obrzydliwi w pośpiechu, z jakim powtarzali niemal słowo w słowo te same komplementy 
i głupstwa, by tylko prędzej dobrnąć do końcowej propozycji.  

Magda  w  takich  wypadkach  zdobywała  się  na  tyle  cierpliwości  i  ironii,  że  na  szczęście 

dość łatwo pozbywała się natrętów. A jednak przekonała się, że prawie za każdym razem, gdy 
chodziło  o  zdobycie  czegoś  dla  siebie,  należało  tak  na  zimno,  kokietować  i  robić  pewne 
nadzieje  ludziom,  którzy  mogli  jej  coś  ułatwić.  Przeważnie  bywali  tak  pewni  siebie  i  tak 
łatwowierni, że  bez trudu brali  się na ten haczyk  i później trzeba  było  najostrzejszych  słów, 
by rozwiać ich przeświadczenie o własnych szansach. Nauczyła się też patrzeć na mężczyzn 
trochę  z  góry  i  chociaż  wolała  ich  niż  kobiety,  z  którymi  się  stykała,  te  były  zawistne  i 
fałszywe, jednak starała się unikać najmniejszego zbliżenia z nimi. Nie przyczyniło się to też 
do zwiększenia popularności Magdy wśród kolegów. Traktowano ją zimno i niechętnie. Przy 
byle  sposobności  nie  żałowano  jej  przykrych  niespodzianek.  Od  czasu  zrzeczenia  się 
administracji nieraz lekceważono ją przy obsadzie, lub zmuszano do brania "ogonowych" ról. 
Na  jesieni  bez  porozumienia  z  Magdą  zarząd  obniżył  jej  zasadniczą  gażę.  Obniżono 
wprawdzie  tylko  kwotę  teoretyczną,  według  której  dzielono  kasę,  lecz  w  praktyce 
zmniejszyło  to  zarobki  do  już  niewystarczającego  minimum.  Bywały  tygodnie,  kiedy 
dostawała w "Złotej Masce" zaledwie kilkadziesiąt złotych.  

A przecież przynajmniej należało się jako tako ubrać. Można było nie dojadać, żywić się 

nawet  suchymi  bułkami  i  niedosłodzoną  herbatą,  ale  chodzenie  w  pocerowanych 
pończochach, czy w niemodnych kapeluszach równałoby się już klęsce.  

Po  długich  zabiegach  udało  się  Magdzie  zaangażować  na  występy  w  jednym  z  kin  w 

śródmieściu, gdzie obok filmów dawano publiczności namiastkę rewii pod postacią występów 
kilku aktorów. Wśród nich byli niektórzy dawni koledzy przeważnie mniejszego kalibru, ale 
występowali  też  i  lepsi,  jak  Hańska,  Barczyński,  czy  Trylski.  Wszyscy  klęli  ten  sposób 
ratowania się od nędzy w żywy kamień, ale cóż mieli robić?  

Dla teatrów w ogóle nastały ciężkie czasy. Pod naciskiem głodujących członków Związek 

Aktorski  zgodził  się  wreszcie  na  występy  aktorów  w  lokalach  gastronomicznych. 
Restauratorzy początkowo zaczęli płacić dobrze, a poza tym występ w lokalach gwarantował 
przynajmniej zjedzenie gorącej kolacji.  

Magda chociaż ku swemu zadowoleniu miała również kilka propozycji, świadczących, że 

bądź co bądź nie jest już taka ostatnia, jednak odrzuciła je po długim i poważnym namyśle.  

Dość  jeszcze  była  młoda,  by  myśleć  o  przyszłości,  niż  o  załatwianiu  dnia  dzisiejszego. 

Zresztą  na  pół  z  biedą  opędzała  jakoś  najpilniejsze  wydatki  występami  w  kinach, 
epizodzikami w filmach i kapaniną w teatrze.  

background image

 

147

Natomiast  im  ciężej  było  z  gotówką,  tym  silniej  wracała  do  dawnego  rozkosznego 

nałogu, do marzeń. Po całodziennej bieganinie, po przegryzieniu byle czego, wyciągała się w 
hotelowym  łóżku  i  przymknąwszy  oczy  oddawała  się  wyobraźni.  Jak  za  dziecinnych  lat, 
zmuszając siebie do naiwnych nadziei przepowiadała sobie przyszłość.  

Przecież  musiało  coś  się  zmienić,  musiało  coś  się  zdarzyć!  Fantazja  podsuwała  wciąż 

nowe perspektywy. I nie zadowalała się byle czym. Im bardziej szarzało jej rzeczywiste życie, 
tym bujniejsze, tym chciwsze, tym mniej opanowane były marzenia.  

Jakże  dobrze  zdawała  sobie  Magda  sprawę  z  ich  nierealności!  Ale  potrzebowała  tego 

narkotyku,  bardziej  potrzebowała  niż  całych  pończoch,  niż  wędliny  do  bułki,  niż  cukru  do 
herbaty. Były jej nagrodą i pociechą. Oddzielały w jej dniu kilka godzin na wspaniałe, pełne 
beztroski, miłości i przepychu inne życie.  

Z rana, gdy trzeba było wracać do prawdziwego, a oczy otwierały się zaspane, by przez 

wąskie szparki powiek dostrzec mglistą jeszcze rzeczywistość obdrapanego pokoiku i szarego 
światła,  sączącego  się  przez  brudne  okno,  następowało  jedno  po  drugim  zrzekanie  się 
wymarzonych skarbów.  

Już  niech  nie  będzie  księciem,  ani  lordem  angielskim,  niech  nie  będzie  milionerem,  ani 

właścicielem  wielkiej  wytwórni  filmowej.  Wystarczy  jeżeli  będzie  bogaty...  Nawet 
niekoniecznie zbyt młody, a mężczyźnie wprost nie wypada olśniewać urodą... Tak, musi być 
niestary, zamożny i przystojny. I koniecznie zakochany...  

Przymykała  znowu  oczy  zastanawiając  się,  czy  na  rzecz  prawdopodobieństwa  nie 

mogłaby  i  z  tego  nieco  ustąpić,  lecz...  cóż  byłoby  nieprawdopodobnego  w  zakochaniu  się 
jakiegoś przystojnego i zamożnego pana w niej? W dziewczynie niezaprzeczalnie młodej i na 
pewno ładnej!  

A ona sama, czy kochałaby go również?... Nie, nie wierzyła w to. "Serce mi wystygło, jak 

żar,  co  zbyt  długo  się  tlił"  –  śpiewała  przed  dwoma  laty  w  rewii  "Święto  Wiosny"...  Nie 
tęskniła do  miłości. Musiałaby tylko... lubić go, no i chciałaby,  by  jej  imponował. Powinien 
mieć obejście wielkiego pana, maniery wytworne i posiadać niepospolity umysł.  

Zastanawiała  się  dłużej  nad  tym  ostatnim  warunkiem,  szukając  w  myśli  przykładu.  Nie 

bardzo  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  na  czym  właściwie  owa  niesposobność  umysłu  miała 
polegać.  Hojner  nazywał  Bończę  niepospolitym  umysłem,  ale  to  było  nieprawdą.  Jakaż  to 
niepospolitość,  kiedy  w  najordynarniejszy  sposób  rzucił  ją,  wierną,  kochającą,  oddaną,  dla 
takiej wydry, jak Turska!  

Dyrektor  Balcer  był  bardzo  wykształcony.  Podobno  miał  aż  trzy  doktoraty,  ale  nie  o to 

Magdzie chodziło.  

Trzeba było wstawać i ubierać się, wpaść do mleczarenki na śniadanie i pędzić na próbę. 

Zaczynał  się  dzień  i  marzenia  topniały  niczym  śnieg  na  ulicach  pod  rozpędzonymi 
pneumatykami samochodów.  

A  jednak  nawet  z  tej  szarej  rzeczywistości  wyrywała  coś  realnego  dla  nasycenia 

wyobraźni:  zaczęła  grać  na  loterii.  Z  trudem  przychodziło  zaoszczędzenie  miesięcznie 
dziesięciu złotych na ćwiartkę losu. Jednak ćwiartka ta była przecież najważniejsza. Podczas 
ciągnienia  po  kilka  razy  przeglądała  tabele  wygranych.  Uważnie,  z  ołówkiem  w  ręku, 
wykreślała  każdą  następną  liczbę  obcą,  nieznaną,  cudzą  i  z  bolesnym  zawodem  odkładała 
dziennik. Kilka razy wypadła jej stawka. Wolałaby nic nie wygrać takie to było przykre, lecz 
z drugiej strony łatała niezmienny już wydatek w budżecie. Miała i znacznie tańszą zabawę z 
losem.  

W  mleczarni,  gdzie  przeważnie  się  stołowała,  znajdowała  zawsze  różne  dzienniki  i 

tygodniki. Niektóre z nich zamieszczały rebusy, krzyżówki i podobne rozrywki umysłowe, za 

background image

 

148

których  rozwiązanie  redakcje  przyznawały  rozmaite  nagrody.  Magda  pilnie  zajmowała  się 
rozwiązywaniem tych nietrudnych zresztą zadań. Nieraz zdarzały się i większe konkursy. Tu 
już  zwycięzców  nie  nagradzano  byle  drobiazgami,  jak  książki,  prenumerata,  czy  bilety  do 
teatru,  lecz  przyznawano  szczęśliwcom  po  kilkaset  złotych,  kilkutygodniowy  pobyt  w 
Zakopanem z opłaceniem wszystkich kosztów, lub darmowy przelot samolotem w dowolnym 
kierunku.  

Niestety  owocem  pilności  Magdy  były  dotychczas  tylko  książki,  których  wygrała  coś  z 

dziesięć. I to jednak wystarczało; by nie zniechęcić jej do konkursów. Aż wreszcie nadszedł i 
jej dzień.  

Myślała, że oszaleje z emocji, gdy jednego ranka niemal we wszystkich pismach znalazła 

ogromne  ogłoszenie:  firma  Helidont  rozpisywała  konkurs  na  wymyślenie  sloganu 
reklamującego pastę do zębów. Oczy Magdy przede wszystkim przebiegły listę nagród. Było 
to coś wspaniałego! Główna nagroda podana czarnym grubym drukiem opiewała:  

Bezpłatny przejazd luksusową kabiną okrętu "Sarmatia" do Londynu, Sewilli i Marsylii z 

tygodniowym pobytem w Paryżu wraz z całkowitym utrzymaniem na morzu i na lądzie.  

Serce  Magdzie  zaczęło  bić  gwałtownie.  W  dalszych  nagrodach  też  było  wiele  rzeczy 

godnych  pożądania,  ale  na  nie  już  nie  zwracała  uwagi.  Z  zapartym  oddechem  przeczytała 
kilkanaście razy  warunki  konkursu. Chodziło o wymyślenie zdania (im krótsze tym  lepsze), 
które  by  mogło  zdobyć  popularność  dla  pasty  do  zębów  "Heliodont",  które,  będąc  łatwe  do 
zapamiętania, utrwalić by się mogło w pamięci konsumentów.  

–  Boże!  Czemuż  ja  jestem  taka  głupia,  że  nawet  tego  wymyśleć  nie  potrafię  – 

denerwowała się Magda.  

Nie  poszła  nawet  na  próbę,  narażając  się  na  zapłacenie  pięciu  złotych  kary  za 

nieobecność.  Wróciła do hotelu  i  zabrała się do obmyślania sloganu. Po kilkunastu próbach 
odłożyła  ołówek.  Niepodobna  było  myśleć  w  takim  podnieceniu.  Zdania  wychodziły 
niezgrabne, zbyt długie i nie przemawiające do przekonania. Zresztą było dość czasu, prawie 
trzy  tygodnie,  a  rozstrzygnięcie  konkursu  miało  nastąpić  za  miesiąc.  Pierwsza  i  główna 
nagroda,  podróż  morska,  wspaniała  morska  podróż  za  granicę  z  tygodniowym  pobytem  w 
samym Paryżu wyznaczona była na trzeciego kwietnia. Mój Boże!... Doskonale przypomniała 
sobie teraz mapę Europy. W górze na lewo Anglia, a w niej u dołu z prawej strony Londyn. Z 
Gdyni,  gdzie  zobaczy  po  raz  pierwszy  w  życiu  morze,  to  wspaniałe  tajemnicze  i  groźne 
morze,  o  którym  czyta  się  w  książkach...  A  później  już  okrętem,  wielkim  okrętem,  który 
widziała  nieraz  w  wystawowych  oknach  linii  Gdynia  –  Ameryka,  na  Marszałkowskiej.  Z 
Londynu w dół przez Ocean Atlantycki, przez wąziutką Cieśninę Gibraltarską (tamtędy okręt 
chyba ledwie może przejść) i Morzem Śródziemnym do Marsylii, a potem koleją do Paryża. – 
W powrotnej drodze Hiszpania! Tu jeszcze będzie całkiem zimno i gołe drzewa, a tam pełne 
lato, upał, palmy...  

W ciągu następnych dni Magda chodziła półprzytomna. Kupiła sobie mapę, w biurze linii 

okrętowej  otrzymała  gratis  prospekty  owej  wycieczki.  Zmartwiło  ją  trochę,  że  w  wycieczce 
weźmie  udział  aż  pięćset  osób,  ale  na  to  już  nie  było  rady.  Podniecenie  Magdy  było  tak 
widoczne, że aż ją pytano o powody. Zarówno kolegom, jak i panom z kawiarni odpowiadała:  

– Wybieram się za granicę i moc mam z tym kłopotów.  

– Czy na długo?  

– Nie wiem jeszcze – robiła tajemniczą minę – może na zawsze.  

I dodawała z westchnieniem:  

– Naprawdę tutejsze życie jest zbyt szare.  

background image

 

149

I  rzeczywiście  zaczynała  rozmyślać  o  takiej  możliwości.  Wyjechać  za  zwykłym 

paszportem,  za  który  należałoby  zapłacić  kilkaset  złotych,  a  w  dodatku  mieć  przynajmniej 
tysiąc złotych  na drogę –  nie  mogłaby przecie.  A tak, któż  ją  na przykład odszuka w takim 
Paryżu?!  Może  tam  po  prostu  zostać  i  już  nie  wracać.  Chyba  po  latach.  W  takim  Paryżu 
łatwiej poznać kogoś bogatego i miłego. W gazetach tyle się pisze o Paryżu! O milionerach! 
O arystokratach...  

Po  długich,  nieraz  całonocnych  trudach  wysłała  wreszcie  na  konkurs  aż  kilkanaście 

sloganów  do  wyboru  i  –  od  razu  straciła  wszystkie  nadzieje.  Codziennie  odczytywała  sobie 
wykomponowane zdania i wydawały się jej coraz głupsze.  

Tymczasem "Złota Maska" wystawiła nową rewię; w której Magda robiła konferansjerkę 

i  występowała w  finale  jako gwiazda. Rewia wyjątkowo powiodła się. Dzięki temu dniówki 
podniosły się o tyle, że Magda, chociaż już bez wiary w otrzymanie nagrody, jako tako mogła 
skompletować sobie trochę rzeczy na wypadek podróży. I wreszcie nadszedł ten dzień. Nieraz 
już, więcej niż setki razy czytała w dziennikach w recenzjach i w reklamach swoje nazwisko. 
Oswoiła się z tym, o tyle, że aż wydawało się jej obce. Lecz nigdy nie przeżyła takiej emocji, 
jak teraz, gdy przeczytała je w ogłoszeniu wyników konkursu.  

"... po otworzeniu kopert okazało się, że autorką odznaczonego pierwszą nagrodą sloganu 

jest świetna artystka stołeczna, p. Magdalena Nieczajówna".  

 

 

* * *  

 

 

W pociągu panował tłok. Magda nie znała tu nikogo, a że była nieludzko zmęczona, czym 

prędzej  usadowiła  się  w  kąciku  i  zasnęła.  Nad  ranem  obudziły  ją  rozmowy.  Dojeżdżali  do 
Gdyni.  Współtowarzysze  zwierzali  się  sobie  z  przewidywań  co  do  potrzebnych  podczas 
morskiej wycieczki wydatków. Z przerażeniem wysłuchała Magda opinii jednego z panów, że 
koniecznie  trzeba  będzie  wydać  po  opłaceniu  podróży  i  utrzymania  przynajmniej  pięćset 
złotych.  

Magda miała w torebce bilety w zupełnym już porządku i całej parady siedemdziesiąt trzy 

złote.  

Współpasażerowie, którzy  nieraz  już podróżowali  i  mieli  na pewno duże doświadczenie 

przerazili  Magdę  wyliczaniem  owych  dodatkowych  a  niezbędnych  drobnych  sumek,  bez 
których "nie opłaci się – nawet schodzić z pokładu".  

Była  bliska  płaczu.  Nie  znała  tu  nikogo.  Do  odejścia  okrętu  zostawało  zaledwie  kilka 

godzin. Pomyślała o sprzedaniu zegarka i pierścionka, ale były to rzeczy tanie, bardzo tanie.  

Nagle przypomniała sobie swoją "maskotkę", ową szpilkę z perłą, którą otrzymała wraz z 

kwiatami przed trzema prawie laty od owego przystojnego ziemianina w Bristolu.  

Wzięła taksówkę i kazała się zawieźć do największego jubilera.  

W niedużym eleganckim sklepie starszy siwy pan uważnie obejrzał perłę przez lupę.  

– Ile mogłabym za to otrzymać? – zapytała Magda.  

– Za to?... Cóż... niewiele...  

Rzucił szpilę na wagę i oświadczył:  

– Piętnaście złotych.  

background image

 

150

– Pan chyba żartuje! Przecie to prawdziwa perła.  

–  Nie,  proszę  pani  –  zaśmiał  się  –  wprowadzono  panią  w  błąd.  Jest  to  tylko  niezła 

imitacja.  

Nie uwierzyła. Poszła do drugiego jubilera, lecz i tu usłyszała to samo.  

Zostawiwszy  w  sklepie  szpilkę,  zegarek  i  pierścionek,  wzbogacona  o  całe  czterdzieści 

pięć złotych znalazła się wreszcie na pokładzie "Sarmatii".  

Orkiestra  ustawiona  na  dole  w  porcie  grała  pożegnalnego  marsza.  Okręt  podniósł 

kotwicę.