LAURIEN BERENSON
Przypadkowy pasaŜer
The Sweetheart Deal
Tłumaczyła: Małgorzata Kołodzińska
ROZDZIAŁ 1
Benjamin West nacisnął przycisk oznaczony literą „L” i czekał
cierpliwie, aŜ drzwi zamkną się i winda zacznie zjeŜdŜać na dół. W
lustrze widział odbicie swojej twarzy, której wyraziste rysy wyglądały
nieco wojowniczo. Schylił się i postawił walizkę na podłodze, po czym
poprawił wiśniowy szalik i starannie wygładził poły granatowego
płaszcza.
Problemy i sposoby ich rozwiązania, pomyślał zirytowany, gdy
drzwi windy otworzyły się na parterze. Czasami zbyt wiele było tych
pierwszych i zdecydowanie za mało tych drugich.
W dni takie jak ten zastanawiał się, dlaczego w ogóle zajął się
handlem nieruchomościami i budownictwem. Ostatnie przedsięwzięcie
Bena, budowa Westcon Tower, była juŜ opóźniona o kilka tygodni, a w
dodatku robotnicy grozili strajkiem. Umowa dotycząca pewnej
posiadłości na Lower West Side, która jeszcze tego ranka wydawała się
całkiem pewna, wieczorem stanęła pod znakiem zapytania. Na dodatek
szofer Bena zadzwonił z lotniska Kennedy’ego z informacją, Ŝe z
powodu korków na autostradzie będzie do dyspozycji za parę godzin.
Wszystko po staremu w Nowym Jorku.
Gdyby tego wieczora pojawiły się jeszcze jakieś kłopoty, powinien
zająć się nimi Donald, asystent Bena. Benjamin West zostawił
wprawdzie wiadomość, gdzie moŜna go znaleźć, ale Uczył na to, Ŝe nie
będzie juŜ potrzebny do jutrzejszego ranka. Po takim dniu jak dzisiaj
bardziej niŜ zwykle potrzebował ciszy i spokoju, które zapewniał wiejski
dom w Wilton.
– Dobry wieczór, panie West.
Ben skinął głową odźwiernemu i wyszedł na ulicę. Lodowaty wiatr
szalał między drapaczami chmur. Portier rozglądał się w poszukiwaniu
czarnej limuzyny marki Lincoln, która zazwyczaj oczekiwała przy
krawęŜniku. Tym razem jednak jej nie było. Zastanawiał się, czy
powinien wezwać taksówkę, ale z tego, co słyszał, szef równie chętnie
korzystał z metra, jak z samochodu. Trudno zgadnąć, czego taki
człowiek sobie Ŝyczy. Z jego twarzy nie dało się niczego wyczytać.
Biurowa plotka głosiła, Ŝe West zawierał transakcje na miliony dolarów
z taką samą nonszalancją, z jaką inni podejmowali decyzje dotyczące
wyboru posiłku. Zimnokrwisty gad – oto czym był. Teraz pewnie nawet
nie marzł.
Odźwierny obserwował, jak West skręca za róg i znika, po czym
wycofał się do budynku. Gdyby West potrzebował jego pomocy,
poprosiłby o nią. W tej sytuacji lepiej było pozostawić rzeczy własnemu
biegowi. Taki człowiek z pewnością nie będzie miał kłopotów ze
złapaniem taksówki.
* * *
Zobaczyła go w świetle latami, gdy stał machając ręką. Wydawało
się jej, Ŝe oczy męŜczyzny utkwione są w niej, chociaŜ nie było moŜliwe,
aby mógł dostrzec cokolwiek w ciemnym wnętrzu taksówki.
Dzisiejszej nocy było mało pracy. Od kilku minut Kate
zastanawiała się, czy nie zostawić taksówki w garaŜu i nie pójść do
domu, Ŝeby chociaŜ trochę się przespać. Praca na dwie zmiany – i to juŜ
od stycznia – zaczynała się na niej mścić. Osiem godzin w butiku na
Upper East Side, potem następne osiem w taksówce... Było to mordercze
tempo, ale gdyby udało jej się wytrzymać do września, mogłaby zapłacić
za trzeci rok studiów prawniczych na uniwersytecie w Nowym Jorku.
Jakoś sobie poradzi. Zawsze tak było. Warto dąŜyć do obranego celu.
Nie miała wątpliwości, o co chodzi temu męŜczyźnie. Był zdecydowany
złapać taksówkę. Trudno. Ostatni kurs i wreszcie znajdzie się w domu.
– Dokąd pan chce jechać? – zapytała. Wzdrygnęła się, gdy do
ś
rodka wdarł się podmuch zimnego powietrza. Automatycznie zerknęła
w lusterko, aby przyjrzeć się pasaŜerowi. Kobieta prowadząca taksówkę
nocą w Nowym Jorku musi być ostroŜna. MęŜczyzna nie wyglądał
niebezpiecznie. Zmierzwione przez wiatr ciemne włosy były starannie
przystrzyŜone i świeŜo umyte. Elegancki płaszcz uszyto z czystej wełny.
Oprawiona w skórę aktówka, którą połoŜył obok siebie, wyglądała na
kosztowną. Widniały na niej inicjały BDW. PasaŜer wydawał się
zamoŜnym męŜczyzną, który kwotę równą jej zarobkom przeznaczał
zapewne na napiwki.
Znowu zerknęła na jego twarz. Rysy jakby znajome: mocna
szczęka, nos o szlachetnym kształcie, brązowe oczy okolone długimi
rzęsami i gęste brwi. Nagle uświadomiła sobie, skąd go zna. Jej
spojrzenie powróciło do inicjałów na walizce. To był on. Na ułamek
sekundy oczy Kate rozszerzyły się, by za moment przybrać swój zwykły
wyraz. Obserwującemu ją Benowi spodobało się to. Zazwyczaj kobiety
reagowały bardziej emocjonalnie. Niektóre uśmiechały się prowokująco i
przysuwały bliŜej. Inne natychmiast chciały rozmawiać o interesach.
Odkąd „Cosmopolitan” przyznał mu tytuł MęŜczyzny Miesiąca, a
„Business Week” zamieścił jego zdjęcie na okładce, praktycznie nie miał
chwili spokoju. Tego rodzaju sława była wątpliwym zaszczytem, bez
którego mógłby się znakomicie obejść. Zachowanie kobiety prowadzącej
taksówkę było przyjemną odmianą. Nazywała się Kate Hallaby, jak
odczytał z licencji przyczepionej do tablicy rozdzielczej.
– Dokąd pan chce jechać? – zapytała ponownie. Nie odwróciła się,
lecz ich spojrzenia zetknęły się w lusterku. Zwrócił uwagę na
intensywnie niebieski kolor jej, oczu. Były duŜe i błyszczące. Patrzyła na
niego wyjątkowo chłodno.
Uznał, Ŝe dziewczyna ma ładną twarz, ale jej uroda nie rzucała się
w oczy. Na ulicy pewnie by jej nie zauwaŜył. Piegi na nosie i pełne usta
sprawiały, Ŝe wyglądała bardzo młodo.
Oderwał wzrok od lusterka i zaczął się jej przyglądać.
ZauwaŜył, Ŝe prawie wszystkie włosy ukryła pod wytartą
baseballową czapeczką. Kosmyki, które wymykały się spod nakrycia
głowy, miały piękny kasztanowy odcień. JeŜeli dziewczyna umie
prowadzić samochód równie dobrze jak wygląda, wkrótce powinien
znaleźć się w domu.
– Czy kurs poza miasto równieŜ wchodzi w grę? – zapytał.
Nadzieja na miękkie łóŜko i kubek gorącego kakao rozwiała się.
Kate nie mogła odmówić. Przed siedzeniem dla pasaŜera widniała
tabliczka informująca go o zakresie usług.
– Tak, oczywiście – odpowiedziała niechętnie. – Licznik będzie
włączony przez cały czas, a pod koniec kursu wezmę podwójną opłatę.
Płaci pan takŜe za wjazd na autostrady.
– Doskonale – skinął głową Ben. – Proszę mnie zawieźć do Wilton
w Connecticut. Wie pani, gdzie to jest?
Kate miała zamiar się odwrócić, by spojrzeć na męŜczyznę, ale się
rozmyśliła. Wilton w Connecticut? Nawet o tej porze, późnym
wieczorem, jazda zajmie co najmniej trzy godziny. Ale on oczywiście
nawet nie zapytał, czy jej to odpowiada. Najwyraźniej w jego mniemaniu
nie miała więcej praw niŜ wszyscy ci, których opłacał, Ŝeby prześcigali
się w dogadzaniu mu.
– Oczywiście, proszę pana – warknęła i ujrzała, jak męŜczyzna z
irytacją unosi brwi. Uruchomiła silnik i zerknęła do tyłu, aby sprawdzić,
czy droga jest wolna, po czym zjechała na ulicę.
Dlaczego trafił mi się właśnie on? – złościła się w duchu, jadąc na
północ w kierunku Madison Avenue. I dlaczego musi jechać aŜ do
Connecticut? Nigdy by się nie domyślił, jak bardzo kusiło ją, Ŝeby
zostawić go na środku ulicy i zaproponować, aby poszedł na piechotę.
Jednak gdyby odwaŜyła się na coś podobnego, jej szef Arnie – właściciel
niewielkiego przedsiębiorstwa taksówkowego – udusiłby ją własnymi
rękami. JuŜ jakiś czas temu ostrzegł ją przed nieodpowiednim
zachowaniem.
Kate przyśpieszyła, aby przejechać skrzyŜowanie na Ŝółtym
ś
wietle i skręciła raptownie, unikając zderzenia z nieprawidłowo
skręcającą taksówką. Zaklęła dosadnie. Słowa, które dobiegły z tylnego
siedzenia, podczas gdy samochód zarzucił gwałtownie, były równie
niecenzuralne. Uśmiechnęła się nieznacznie, a kiedy zerknęła w lusterko,
ujrzała, Ŝe West pochyla się nad otwartą teczką i usiłuje pracować.
„Pracoholik” – tak pisano o nim w gazetach. Brukowa prasa
napomykała równieŜ o bardziej interesujących faktach z jego Ŝycia.
Jedno było pewne – czego by się Benjamin West nie tknął, zawsze mu
się udawało. Zawarł kilka największych transakcji w historii Nowego
Jorku i jego podobizna błyskawicznie znalazła się na wszystkich niemal
okładkach pism ukazujących się w mieście. Ten człowiek miał olbrzymią
władzę, zbyt duŜą jak na jedną osobę.
Kate przyśpieszyła i samochód podskoczył na zakręcie. Z
Dziewięćdziesiątej Szóstej Ulicy wyjechali na autostradę.
Samochód zwolnił i Ben ujrzał, Ŝe zbliŜają się do wjazdu na most
Triborough. Kate bez słowa wyciągnęła rękę po pieniądze.
– No cóŜ – Ben nie mógł odmówić sobie zgryźliwej uwagi. –
Gdyby dojechała pani aŜ do mostu Willis Avenue, moglibyśmy
zaoszczędzić te pieniądze.
– Ma pan rację – zgodziła się Kate. Wzięła od niego monety, po
czym nacisnęła pedał gazu. – Jestem jednak pewna, Ŝe moŜe pan
pozwolić sobie na tę stratę.
Coś podobnego, pomyślał Ben. Nie był przyzwyczajony do tego,
Ŝ
eby ktokolwiek zwracał się do niego w tak mało uprzejmy sposób, a juŜ
na pewno nie kobieta prowadząca taksówkę, która mogła wiedzieć o nim
tylko to, o czym pisała prasa.
– Proszę posłuchać. – Ben odsunął do końca dzielącą ich szybę i
nachylił się ku dziewczynie. – Za kogo pani się uwaŜa? Ma pani czelność
mówić mi, jak mam wydawać swoje pieniądze?
– To pan postanowił jechać z Nowego Jorku do Connecticut
taksówką – zauwaŜyła Kate. – To pana zachcianka, a nie moja. A poza
tym... – zerknęła na niego kątem oka – jeŜeli moŜe pan pozwolić sobie na
mieszkanie w Westcon, rozrzutność musi być pana dominującą cechą.
Ben sapnął ze złości. Celowo go prowokowała. NajwaŜniejsi
ludzie w mieście począwszy od polityków, a skończywszy na
przewodniczących zarządów największych firm, obawiali się jego
gniewu, ale ją to zupełnie nie obchodziło. Kate Hallaby miała zimną
krew. Ponadto fakt, Ŝe aby z nią rozmawiać, musiał siedzieć na brzegu
fotela, jak uczeń w gabinecie dyrektora, nie wpływał korzystnie na jego
samopoczucie.
– Jest ogromna róŜnica między wydawaniem duŜej ilości
pieniędzy, aby mieć pewność, Ŝe coś zostało dobrze zrobione, a
rozrzutnością – burknął.
– Z pewnością – łagodnie zgodziła się Kate.
Zaczął padać gęsty, mokry śnieg. Kate włączyła wycieraczki i
skoncentrowała się na prowadzeniu auta. Ujmując mocniej kierownicę,
zastanawiała się, czy czasem nie była zbyt nieuprzejma dla Westa. W
końcu on osobiście nic jej nie zawinił i w gruncie rzeczy nic ją nie
obchodził. Chodziło o to, co sobą uosabiał. Szczerze nie znosiła ludzi ze
szczytów drabiny społecznej, którzy posiadali władzę, pozwalającą im
podporządkowywać sobie innych. Nie zastanawiali się nawet, jak ich
decyzje wpłyną na Ŝycie jednostek. Spotykała juŜ tego rodzaju
osobistości – oczywiście mniej wpływowe – kiedy pięć lat temu, świeŜo
po maturze, zaczęła pracować w biurze porad prawnych w dzielnicy
Bronx.
Kate przekonała się, jak dalece ludzie z niŜszych klas zaleŜą od
bogatych. Ludzie ci byli zbyt biedni lub niewykształceni, Ŝeby się
przeciwstawić. Potrzebowali kogoś, kto będzie wierzył w ich racje:
kogoś, kto będzie za nich walczył.
To pierwsze zadanie było łatwe, drugie wymagało przygotowania.
Kate zaczęła studiować prawo, Ŝeby dowiedzieć się, jak bronić
pokrzywdzonych. Zdobywanie wiedzy nie było łatwe. Cztery długie lata
godzenia zajęć na uczelni z jedną i drugą pracą, oszczędzania na
posiłkach i dzielenia mieszkania z przyjaciółką, Ŝeby mniej wydawać na
komorne. A i to okazało się za mało. Gdyby wystarczyło jej pieniędzy,
zrobiłaby dyplom w czerwcu. W tej sytuacji postanowiła spróbować w
styczniu. Jednak w takie dni jak dzisiaj zaczynała wątpić, czy dopnie
celu.
– Nie lubi mnie pani, prawda?
Niespodziewane pytanie przerwało jej rozmyślania. Kate
odwróciła się i ujrzała, Ŝe West wciąŜ pochyla się w jej kierunku.
Przyglądał się jej bardzo uwaŜnie.
– Nie znam pana, panie West. Nie potrafię powiedzieć, czy pana
lubię, czy nie.
– Zna pani moje nazwisko, chociaŜ się nie przedstawiłem.
Domyślam się, Ŝe musi pani wiedzieć o mnie takŜe inne rzeczy.
Kate wzruszyła ramionami. Doskonale rozumiała, co miał na
myśli.
– Przypuszczam, Ŝe czytała pani o sprawie rozwodowej, w którą
byłem zamieszany. „National Investigator” rozpisywał się o tym z
ogromną przyjemnością.
Kate nie odwróciła się, ale słuchała uwaŜnie.
– Niestety – ciągnął Ben – ten brukowiec zapomniał dodać, Ŝe
utrzymywałem kontakty nie z Ŝoną, lecz z męŜem, i w dodatku czysto
zawodowe. Ta kobieta uznała, Ŝe praca męŜa odciąga go od niej i podała
moje nazwisko, Ŝeby wzbudzić sensację. Udało się jej i została gwiazdą
jednego wieczoru. Brukowa prasa tak całą historię opisała, jak byśmy
mieli romans.
Kto w Nowym Jorku nie słyszał o tej sprawie? Plotkarze uwielbiali
takie sensacyjne opowieści, błyskawicznie puszczali je w obieg, dodając
od siebie kilka pikantnych szczegółów.
– Ciekawe, dlaczego pan uwaŜa, Ŝe powinnam znać tę historię? –
odezwała się Kate lekcewaŜąco. – Czy dlatego, Ŝe prowadzę taksówkę?
Panie West, sądzi pan, Ŝe moje lektury ograniczają się do wątpliwej
jakości pisemek?
– Oczywiście, Ŝe nie – szybko odpowiedział Ben. Po raz kolejny
przyparła go do muru i wcale mu się to nie podobało. – Myślałem tylko,
Ŝ
e...
– Wiem – przerwała mu Kate. – Sądzi pan, Ŝe taka mała, głupia
kobietka jak ja nie byłaby w stanie zrozumieć nawet jednego słowa z
„Wall Street Journal”.
– Wcale nie to miałem na myśli. Do diabła, pani wmawia mi coś,
czego nie powiedziałem!
– Doprawdy, Panie West?
Nagłe szarpnięcie przykuło uwagę Kate. Samochód wjechał na lód
i wpadł w poślizg. Oderwała nogę od pedału gazu i skręciła. W ciągu
kilku sekund znaleźli się z powrotem na autostradzie, ale serce Kate biło
jak oszalałe.
Ben westchnął, wpatrzony w słup, na którym omal nie wylądowali.
– Byliśmy blisko – stwierdził.
– Zbyt blisko – mruknęła Kate. Nie pokonali nawet połowy drogi,
a warunki pogarszały się z minuty na minutę. Zwolniła i wlekli się teraz
– według nowojorskich norm – jak zmęczony Ŝółw. Będzie dobrze, jeŜeli
dojadą do Wilton około północy.
– Utkniemy w tym śniegu – powiedział Ben, obserwując jej
rozpaczliwe wysiłki. – Nie ma pani jakiegoś urządzenia do usuwania
ś
niegu?
– Niestety, nie. – Kate nie odrywała spojrzenia od drogi.
– Arnie nie ma zbyt duŜo pieniędzy, a poza tym uwaŜa, Ŝe w
Nowym Jorku śnieg nie pada. Nie ma prawa.
– JeŜeli pani tego nie zauwaŜyła, to przypomnę, Ŝe nie jesteśmy
juŜ w Nowym Jorku.
Kate rzuciła mu uraŜone spojrzenie. Jej oczy mówiły wyraźnie: A
czyja to wina?
– W porządku, ma pani rację. Jazda taksówką do Connecticut
akurat teraz nie była moim najlepszym pomysłem.
Jeśli miały to być przeprosiny, to były mało przekonujące i
zdecydowanie spóźnione. Gdyby West wpadł na ten pomysł godzinę
temu, leŜałaby teraz w ciepłym łóŜku, zamiast walczyć ze śnieŜycą.
– Nie zainteresował się pan prognozą pogody? – zapytała ostro. –
Wiedziałby pan, Ŝe bezpieczniej byłoby jechać pociągiem.
– A kto ma na to czas? – westchnął Ben, po czym spojrzał na nią
uwaŜnie. – A pani? Siedząc cały dzień w tej taksówce, musiała pani coś
słyszeć o zbliŜającej się śnieŜycy.
– Pewnie bym słyszała – zgodziła się Kate – gdybym spędziła w
taksówce cały dzień. Zaczynam pracę dopiero o szóstej.
– O szóstej? – Ben zesztywniał. – Niech pani mi nie mówi, Ŝe jest
pani jedną z tych ambitnych aktoreczek, które spędzają całe dnie chodząc
na niezliczone zdjęcia próbne, po których zawsze odpadają?
– Niezupełnie – odparła sucho Kate. – Ale domyślam się, dlaczego
pan tak uwaŜa. Pan chyba sądzi, Ŝe kobieta stanowi tylko element
dekoracyjny?
– Nigdy nie wygłaszałem podobnych opinii!
– Nie musiał pan. Pana postępowanie mówi samo za siebie. Nie
czytałam „National Investigator”, panie West, ale zwykle przeglądam
„Daily News”, w którym ukazał się artykuł Liz Smith o panu.
– Dobry BoŜe! – Ben cięŜko opadł na siedzenie. Niespodziewanie
zdał sobie sprawę, Ŝe ich słowny pojedynek wydaje mu się interesujący.
Dawno juŜ nie rozmawiał z równie wygadaną kobietą. Oczywiście, było
jeszcze kilka rzeczy, których powinna się nauczyć.
– Nikt pani do tej pory nie informował, Ŝe kiedy rozpoczyna się z
kimś walkę, obowiązuje zasada nazywania przeciwnika po imieniu?
Kate nie mogła powstrzymać uśmiechu.
– A więc my walczymy, Ben?
Spodobała mu się łatwość, z jaką zaczęła mówić mu po imieniu, i
sposób, w jaki to imię wymówiła – zwięźle i pewnie. Jeszcze bardziej
spodobał mu się jej uśmiech.
– Tak mi się wydaje – odparł. Ku własnemu zdumieniu, wcale nie
był tego pewien. Kiedy przyglądał się Kate, która przygryzając dolną
wargę skupiła się na prowadzeniu, przyczyna niepewności wydała mu się
nagle jasna.
– Albo walczymy, albo flirtujemy.
– Flirtujemy? – roześmiała się szczerze Kate. – Nie ma mowy!
– No, no, no. – Ben usadowił się wygodnie i wziął głęboki oddech,
zamierzając zadać celny cios. – Dobry gracz nie powinien oszukiwać.
Kate zesztywniała. JuŜ po raz drugi ją zaskoczył. Nie miała ochoty
na zawieranie bliŜszej znajomości z Benjaminem Western, ale teŜ nie
chciała być niegrzeczna.
– Przepraszam, jeŜeli cię uraziłam. Jestem pewna, Ŝe miliony
kobiet chciałyby z tobą flirtować. Kłopot w tym, Ŝe ja nie jestem jedną z
nich.
– To niedobrze.
Kate westchnęła cicho. W cokolwiek by nie grał, nie zamierzała
podejmować tej gry. Doskonale potrafił manipulować ludźmi. Na tym
przecieŜ między innymi polegał jego zawód. Nie oznaczało to jednak, Ŝe
ona zatańczy jak on jej zagra.
– Muszę zatankować – zmieniła temat. – Będziemy musieli
zjechać. Postaram się znaleźć czynną stację.
– Jasne – zgodził się Ben. – Wszystko, co zechcesz. Dotarli do
samoobsługowej stacji. Kate wyskoczyła z samochodu i napełniła bak,
po czym wysunęła rękę po pieniądze.
– Kiedy ostatnio coś jadłaś? – zapytał Ben, gdy wróciła do auta.
– Jakiś czas temu – odpowiedziała sucho Kate. Nie widziała
potrzeby wyjaśniania mu, na ilu posiłkach dzisiaj zaoszczędziła. – Chyba
nie chcesz, Ŝebyśmy się teraz zatrzymali?
– Jasne, Ŝe nie. Ale pomyślałem, Ŝe zanim ruszymy, moglibyśmy
kupić kilka pączków. Ja stawiam.
– Ostatni z wielkich rozrzutników – skomentowała Kate i była
przyjemnie zaskoczona, widząc uśmiech na twarzy Bena Westa.
– EjŜe. – RozłoŜył ręce w geście bezradności. – JeŜeli nie masz
ochoty na ciepły, pyszny pączek, to juŜ nie moja sprawa.
– W porządku – roześmiała się Kate. – Skoro tak uprzejmie
zapraszasz. Proszę o jeden ciepły, pyszny pączek.
Czekała w samochodzie, podczas gdy Ben poszedł po zakupy. Gdy
wrócił, wydawało się jej zupełnie naturalne, Ŝe usiadł na miejscu obok
kierowcy zamiast z tyłu. Tak samo, jak naturalny był śmiech z faktu, Ŝe
ich ręce zderzyły się, kiedy równocześnie sięgnęli po pączki.
– Panie mają pierwszeństwo – nalegał Ben.
– Nie, ty pierwszy. Wyjadę na autostradę i dopiero potem zjem.
Gdy znaleźli się juŜ na drodze, szybko uporała się z dwoma
pączkami, popijając je wodą mineralną.
– Podobają mi się damy, które wiedzą, jak naleŜy jeść – zauwaŜył
Ben, gdy Kate oblizywała palce z okruszków.
– A mnie podobają się męŜczyźni, którzy nazywają mnie damą. –
Kate chciała, aby zabrzmiało to Ŝartobliwie, ale wyszło wręcz odwrotnie.
Czuła, Ŝe patrzy na nią, i odwróciła głowę, by odwzajemnić jego
spojrzenie. Wyraz twarzy Bena złagodniał, ostre linie zmiękły. Zniknął
magnat – pozostał zwykły męŜczyzna. Zaczęła się zastanawiać, co
jeszcze moŜe się zdarzyć. Przez krótką chwilę nie mogła oderwać od
niego wzroku.
Gdyby to zrobiła, być moŜe zauwaŜyłaby lód. Nie mieli Ŝadnych
szans, gdy opony zaczęły się ślizgać i samochód stoczył się z drogi.
ROZDZIAŁ 2
– Zobacz, co zrobiłeś!
– Ja? – ryknął Ben. Wyjrzał przez okno i stwierdził, Ŝe tkwią w
zaspie. – To ty wpakowałaś nas w ten rów.
– Nigdzie nas nie wpakowałam. – Kate szybko wyłączyła silnik. –
Wierz mi, zawinił samochód.
– Zwalanie na samochód nic nie da. – Ben klął głośno, próbując
otworzyć drzwi.
– To wszystko przez nagłą utratę rozumu – mruknęła do siebie
Kate, przypominając sobie przeciągłe spojrzenie sprzed kilku minut.
Patrząc teraz na zaczerwienioną, rozzłoszczoną twarz Bena, nie
dostrzegła na niej Ŝadnych śladów poprzedniej łagodności. Zresztą moŜe
jej się wtedy tylko wydawało?
– Zamierzam się wydostać i sprawdzić, czy wszystko jest tak źle,
jak wygląda – burknął Ben.
– Nie bądź śmieszny. – Kate zerknęła na jego buty z drogiej,
miękkiej skóry. Z pewnością nadawały się wyłącznie do chodzenia po
dywanach. – Zniszczysz sobie buty, a poza tym to ja jestem kierowcą i ja
nas stąd wyciągnę.
Wiedząc, Ŝe będzie próbował protestować, Kate otworzyła drzwi i
pośpiesznie wygramoliła się z samochodu. Było gorzej, niŜ się
spodziewała. Obydwa prawe koła zagrzebane były w śniegu. Nawet
gdyby posiadali odpowiednie narzędzia – a przecieŜ ich nie mieli – nie
było Ŝadnej gwarancji, Ŝe zdarte opony będą nadawać się do dalszej
jazdy.
Przedzierając się przez zaspę, Kate dotarła do tylnej części
samochodu i oparła się o karoserię. Wóz nawet nie drgnął. Bez wątpienia
znaleźli się w pułapce.
Rozejrzała się po okolicy. Po obu stronach szosy rozciągał się las.
Wcześniej mijali jakieś domy, tutaj jednak było pustkowie.
– No i jak? – spytał Ben.
– Kiepsko. Nawet nie próbuj wychodzić. Dzisiaj juŜ nigdzie nie
pojedziemy.
– Jesteś pewna?
– Jak najbardziej. – Kate podeszła i wyjęła kluczyki ze stacyjki. –
Opony są zniszczone, a samochód zarył się głęboko w śniegu. Jedyne
narzędzia, jakie posiadamy, to nasze własne ręce, więc odkopanie
samochodu moŜe nam zająć kilkanaście godzin. Najlepiej będzie, jeŜeli
poczekamy na pług śnieŜny, który przyjedzie jutro rano.
– Rozumiem – skrzywił się Ben. Przekreślało to całkowicie szanse
na spokojną noc, którą zamierzał spędzić w swoim wiejskim domu.
Zobaczył, Ŝe Kate odchodzi. – Gdzie idziesz?
– Chcę sprawdzić, czy gaźnik nie jest zapchany – wyjaśniła Kate
przyklęknąwszy za samochodem. – Będziemy musieli włączyć silnik,
Ŝ
eby nie zamarznąć.
– A co z bagaŜnikiem? MoŜe znajdziesz tam coś, co mogłoby się
nam przydać?
– Właśnie zamierzałam sprawdzić.
Ben zatęsknił do swojej smukłej czarnej limuzyny, luksusowo
wyposaŜonej, począwszy od maleńkiej, dobrze zaopatrzonej lodówki, a
skończywszy na odbiorniku telewizyjnym. Rozejrzał się po wnętrzu
taksówki i potrząsnął głową z niesmakiem.
– Hej! – krzyknęła Kate. Z jej głosu biło zadowolenie. Zatrzasnęła
klapę od bagaŜnika i wśliznęła się do samochodu. – Znalazłam koc.
Ben przyjrzał się zniszczonej, poplamionej tkaninie, którą
trzymała w rękach. Wyglądało na to, Ŝe mole odwaliły kawał solidnej
roboty.
– I to wszystko? – zapytał.
Uśmiech zniknął z twarzy Kate. Radość ustąpiła miejsca irytacji.
Wizja nocy spędzonej w środku szalejącej śnieŜycy była dla niej równie
nieprzyjemna jak dla niego, ale przynajmniej starała się robić dobrą minę
do złej gry.
– Szczerze mówiąc – burknęła – była tam jeszcze opona i jakieś
przewody, ale pomyślałam, Ŝe to cię raczej nie zainteresuje.
Ben przestał się złościć. PrzecieŜ w końcu to nie jej wina, Ŝe byli
uwięzieni w zaspie. CóŜ, przynajmniej nie tylko jej wina.
– Masz rację – przyznał, starając się, aby jego głos brzmiał
uprzejmie. – Koc rzeczywiście bardzo się przyda.
Kate spojrzała na niego z niesmakiem.
– I to jeszcze jak, mądralo! JeŜeli jeszcze nie przyszło ci to do
głowy, to wiedz, Ŝe nad ranem będzie cholernie zimno. Gdyby jednak się
okazało, Ŝe jesteś zbyt wybredny, aby skorzystać ze starego, wojskowego
koca, to juŜ twoja sprawa. Na pewno nie moja.
Zdecydowanym ruchem owinęła się szczelnie kocem.
– JuŜ mi lepiej – oznajmiła. – Cieplutko i przyjemnie. Ben
obserwował, jak Kate stara się sprawiać wraŜenie beztroskiej i
zadowolonej, ale zachował uśmiech dla siebie. Ta dama nie pozwalała z
siebie kpić – nawet jemu. Z jakiegoś powodu bardzo mu się to podobało.
– CóŜ – spytał – podzielimy ostatniego pączka, czy będziemy
rzucać monetą?
Głód dawał się Kate we znaki. Pączki, które zjadła wcześniej,
tylko zaostrzyły jej apetyt, a teraz Ŝołądek gwałtownie domagał się
jedzenia.
– DŜentelmen zaofiarowałby mi całego pączka – spróbowała.
Ben parsknął krótkim, urywanym śmiechem.
– Dobrze się dla mnie składa, Ŝe nie zaliczam się do tej kategorii.
Oboje tu utkwiliśmy, kochanie, i kaŜde z nas dba o własny interes.
– Doprawdy? – Kate uniosła brwi. – A myślałam, Ŝe zasada
„najpierw kobiety i dzieci” bardziej pasuje do sytuacji.
Ben pogrzebał w kieszeni i wyciągnął dziesięć centów.
– Orzeł czy reszka? – zapytał podrzucając monetę w górę. – Ty
pierwsza.
Kate śledziła, jak Ben łapie monetę i kładzie ją na grzbiecie
drugiej dłoni.
– Reszka – powiedziała w końcu i uśmiechnęła się z
zadowoleniem, kiedy Ben odsłonił monetę i okazało się, Ŝe wygrała.
Wzięła torebkę, wyciągnęła ostatniego pączka i trzymała go przed
sobą, wpatrując się w niego z zachwytem niczym kolekcjoner studiujący
rzadki okaz ze swoich zbiorów.
– Pewnie nie zgodzisz się na jeszcze dwa rzuty? Wygrywa ten, kto
trafi dwa razy na trzy.
– Nie ma mowy.
– A co powiesz o jeszcze jednym rzucie? Wszystko albo nic.
– Wybacz, wielki rozrzutniku. – Kate zerknęła na jego puste
dłonie. – Ale z tego miejsca nie widzę, Ŝebyś miał coś do zaoferowania.
– CóŜ, na twoim miejscu nie byłbym taki pewien. – Ben ponownie
sięgnął do kieszeni płaszcza. – Mogę nie mieć pączków, ale mam za to
coś innego.
Kate zastanawiała się, czy nie powinna czuć się uraŜona, ale tak
naprawdę była rozbawiona.
Przygwoździła go uwaŜnym, cięŜkim spojrzeniem.
– Próbuje mnie pan przekupić, sir?
– MoŜe. – Ben niedbale otworzył portfel.
ChociaŜ Kate postanowiła nie dać znać po sobie, jakie wraŜenie
zrobiła na niej zawartość portfela, jej oczy rozszerzyły się. Od początku
zamierzała podzielić się z nim pączkiem. Była pewna, Ŝe gdyby on
wygrał, zachowałby się tak samo. Ale teraz, widząc jak Ben niedbale
przerzuca banknoty, poczuła dziwny ucisk w Ŝołądku. Ten człowiek miał
przy sobie wystarczająco duŜo pieniędzy, Ŝeby opłacić cały semestr na
uniwersytecie – pieniędzy, na które ona musiała zarabiać pracując dzień i
noc i oszczędzając, ile się da. Chyba nie mówił serio?
Do diabła z jej skrupułami! I tak nigdy się nie dowie.
– OdłóŜ portfel – rzuciła przez zęby.
– Go? – Ben ujrzał gniew w jej oczach.
– Powiedziałam, odłóŜ go. Tu ci nie będą potrzebne pieniądze.
Rozerwała pączek na dwie części. – Masz, weź.
– Nie. Ty wygrałaś. NaleŜy do ciebie, chyba Ŝe wypracujemy jakiś
rozsądny kompromis.
– Na litość boską! – Kate wepchnęła mu połówkę pączka w rękę. –
Weź to, dobrze?
Ben przyjął pączka i jadł go powoli, wciąŜ patrząc na Kate.
– Wiem, Ŝe spędzanie nocy w taki sposób nie naleŜy do
przyjemności – powiedział, gdy oboje skończyli jeść. – Ale moŜe
mogłabyś mi wyjaśnić, dlaczego jesteś taka wściekła?
– Nie wiem, o czym mówisz.
– Jasne. Minutę wcześniej, omal mnie nie uderzyłaś. Gdybym nie
przyjął tego pączka, pewnie wepchnęłabyś mi go do gardła.
– Nie bądź śmieszny. Nigdy bym tego nie zrobiła. Ben był
zaniepokojony łatwością, z jaką mu umykała.
Przywykł do obcowania z ludźmi, którzy liczyli się z jego pozycją
i moŜliwościami, reagując na nie szacunkiem lub strachem. Dlaczego z tą
– jego spojrzenie zlustrowało postać w dŜinsach – z tą kobietą nie dawał
sobie rady?
– Słuchaj – ciągnął z irytacją. – Jestem równie zdenerwowany tą
sytuacją jak ty. Ale wygląda na to, Ŝe będziemy musieli spędzić razem
jeszcze jakiś czas. Moglibyśmy przynajmniej zachowywać się wobec
siebie w uprzejmy sposób.
– Ja zachowuję się bardzo uprzejmie – warknęła Kate. Wiedziała,
Ŝ
e ulega emocjom, a to jeszcze bardziej ją rozwścieczało. – I będę się tak
zachowywać, dopóki będziesz trzymał portfel w ukryciu.
– A więc to o to chodzi. – Ben odpręŜył się. – Powiedz, czy chodzi
konkretnie o moją skromną osobę, czy to ogólne uprzedzenie do
kaŜdego, komu przydarzy się mieć trochę pieniędzy?
– Nie umiałabym nawet powiedzieć, ile to jest „trochę pieniędzy”.
– Pierwszy milion przychodzi cięŜko – wzruszył ramionami Ben. –
Potem juŜ wszystko jest łatwiejsze.
Kate przyglądała mu się z niedowierzaniem.
– Widzisz? Na tym właśnie polega cały problem. Masz tak duŜo
pieniędzy, Ŝe straciłeś kontakt z Ŝyciem, ze zwykłymi ludźmi. Pierwszy
milion przychodzi cięŜko – powtórzyła i potrząsnęła głową. – Dosyć
tego!
– Przepraszam. Nie chciałem cię obrazić.
Ku zdumieniu Kate, przeprosiny brzmiały szczerze. PrzecieŜ w
końcu powiedziała mu tylko prawdę. Czemu więc nagle poczuła się tak
głupio? Miała rację czy nie?
– Nie mówmy juŜ o tym. – Kate otuliła się szczelniej kocem. Nie
była pewna, czy po to, aby się ogrzać, czy teŜ osłonić przed nim. – Chyba
jestem trochę zbyt draŜliwa na tym punkcie.
– Dlaczego?
– Jak na człowieka, który płaci innym, Ŝeby myśleli za niego,
zadajesz mnóstwo pytań.
– Czemu nie? – odparł Ben. – Mamy mnóstwo czasu i nic do
roboty. Chyba Ŝe – dodał, przyglądając się parze wydobywającej się z
jego ust przy kaŜdym słowie – chyba Ŝe chcesz zająć się liczeniem
baranów, zanim całkiem zamarzniemy.
– Jest coraz zimniej, prawda? – Sięgnęła do kieszeni dŜinsów,
wyjęła kluczyki i włoŜyła je do stacyjki. – Na szczęście mamy pokaźny
zapas benzyny. MoŜemy włączać silnik, kiedy nam się tylko spodoba.
– To jedna moŜliwość?
– A jest jakaś inna? – Kate odwróciła się w jego stronę.
– Myślałem, Ŝe mogłabyś uŜyczyć mi kawałka koca. Ben
uśmiechnął się rozbrajająco. Kate zabiło Ŝywiej serce. Potraktowała to
jako ostrzeŜenie.
– PrzecieŜ ci proponowałam – przypomniała. – Ale, o ile
pamiętam, odrzuciłeś moją propozycję.
– Zapytaj jeszcze raz.
Głos Bena był niski i zmysłowy. Ostatnim razem, kiedy uŜył
swojego czaru, wpakowała ich do rowu. A to pewnie było drobnostką w
porównaniu z tym, co mogłoby wydarzyć się teraz.
– Dlaczego wydaje mi się, Ŝe składasz mi propozycję nie do
odrzucenia?
– MoŜe dlatego, Ŝe tak istotnie jest? Ben pociągnął za koc i
rozłoŜył go.
– Przesuń się – mruknął moszcząc się koło niej. – Jest mnóstwo
miejsca dla nas obojga, pod warunkiem Ŝe nie masz nic przeciwko temu,
Ŝ
e będziemy trochę przytuleni.
Przytuleni? To nie było właściwe słowo. Bardziej pasowało tu
określenie: ściśnięci, stłoczeni.
– Widzisz? – Ben objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. –
Miałem rację, Ŝe to dobry pomysł.
– Rzeczywiście.
– Jedna rzecz, która przemawia na korzyść tych starych taksówek,
to ich miękkie i wygodne siedzenia.
– Ale z pewnością nie tak wygodne jak te w twojej limuzynie –
przypomniała Kate. NiezaleŜnie od tego, jak czuła się w tej chwili,
bariery między nimi były nie do sforsowania. śyli w dwóch róŜnych
ś
wiatach. – Pewnie ten twój lincoln nigdy nie wylądowałby w takim
miejscu.
– Pewnie nie – zgodził się Ben i przysunął się bliŜej. – Ma
specjalne opony, dostosowane do jazdy po śniegu i lodzie.
Kate spojrzała na niego i zobaczyła, Ŝe się uśmiecha. Powoli jej
niechęć ustępowała. Nie dopuszczała nawet myśli o tym, dlaczego tak się
działo.
– A poza tym – ciągnął Ben. – JeŜeli jeszcze tego nie zauwaŜyłaś,
to wiedz, Ŝe jestem człowiekiem, który uwielbia trudności. Lubię
sytuacje, z których pozornie nie ma wyjścia, a które w efekcie mogę
próbować obracać na własną korzyść.
– O, doprawdy? – zachichotała Kate. – CóŜ, proszę bardzo. JeŜeli
moŜesz odnieść jakąś korzyść z siedzenia w taksówce na poboczu
podczas nocnej śnieŜycy, to moje gratulacje.
– Jeszcze sam nie wiem, co z tego wyniknie, ale nie wygląda to
wcale tak źle. – Ben przysunął się jeszcze bliŜej. – Daj spokój
zmartwieniom i spróbuj się odpręŜyć.
OdpręŜyć! Była zbyt odpręŜona. Nie chciała opierać się o Bena,
wdychać zapachu znakomitej wody toaletowej, czuć się bezpiecznie w
jego ramionach. Ale jakoś nic nie mogła na to poradzić.
Wstała dziś o szóstej rano, pracowała osiem godzin w butiku, a
potem zmagała się z ruchem ulicznym na Manhattanie. Jej ciało
domagało się odpoczynku. Przymknęła oczy, słysząc, jak szepcze jej coś
do ucha.
– O wiele lepiej...
MęŜczyźni, pomyślała sennie Kate. Tak łatwo ich przejrzeć.
– A teraz – ciągnął Ben tym samym łagodnym tonem – powiedz
mi, skąd się bierze u ciebie ta niechęć do bogatych.
Kate otworzyła oczy. Powinna była się domyślić, Ŝe ten człowiek
nie zwykł zostawiać spraw własnemu biegowi. Była jednak zbyt
zmęczona i zbyt śpiąca, Ŝeby się opierać i wykłócać.
– Budynek O’Dwyera – powiedziała. Poczuła, Ŝe Ben zesztywniał.
– Połowa lat siedemdziesiątych. Pamiętasz?
– Tak – odrzekł krótko i czekał, co Kate powie dalej.
– To była stara kamienica na Brooklynie. Moja babcia mieszkała
tam przez pięćdziesiąt lat, aŜ do momentu, kiedy dom został zburzony,
aby mógł tam powstać biurowiec. Babcię eksmitowano – westchnęła z
goryczą Kate. – Podpisała papiery, których nie rozumiała, a które
wcisnął jej człowiek pracujący dla jakiegoś potentata.
– Projekt „West” – przypomniał cicho Ben.
– Babcia zamieszkała z nami. Nie miała dokąd pójść. Wszystko, co
się dla niej liczyło – sąsiedzi, sposób Ŝycia, niezaleŜność – zniknęło w
jednej chwili.
– Przykro mi.
– Mam nadzieję. Sytuacja pozwalała na wykorzystywanie
biednych, a ty skorzystałeś z okazji. Ale to chyba nie jest powód do
dumy.
– Nie tylko lokatorzy zostali oszukani – zauwaŜył Ben. Nie myślał
o tym od lat, ale wspomnienie było na tyle Ŝywe, Ŝe znów poczuł
wściekłość. – Gdybym mógł cofnąć czas! Wtedy nic nie mogłem zrobić.
– Na budynku widniało twoje nazwisko. NiezaleŜnie od intencji, to
ty jesteś odpowiedzialny.
Ben wycofał się z podejmowania prób wyjaśnień i nagle Kate
poczuła się odtrącona. Nie przywykła do takich odczuć, tym bardziej Ŝe
była to reakcja, jakiej najmniej spodziewała się w tych okolicznościach.
Odezwała się zirytowana:
– Jesteś na szczycie, Ben, i widzisz tylko to, co chcesz zobaczyć.
Wierz mi, Ŝe z dołu wygląda to o wiele mniej przyjemnie.
Jak ona śmie oceniać jego Ŝycie? Tak naprawdę niewiele wie o
tym, co się naprawdę wtedy wydarzyło. Nawet nie raczyła go wysłuchać.
Z góry postanowiła ocenić go jak najgorzej.
– Myśl sobie, co chcesz – odpowiedział zimno. – Nie muszę
usprawiedliwiać się przed nikim.
– Nie, nie musisz.
Co ją to obchodziło? Ben Ŝył w swoim świecie, a ona w swoim.
Ponadto z pewnością niewiele znaczyła dla niego jej opinia, jeŜeli w
ogóle znaczyła cokolwiek. A teraz była juŜ zbyt zmęczona, aby ciągnąć
to dłuŜej.
Oparła się o siedzenie i zamknęła oczy.
– Posłuchaj, czy moglibyśmy odłoŜyć naszą sprzeczkę na
stosowniejszą porę? – zapytała. – Jestem piekielnie zmęczona. Jedynym
moim pragnieniem w tej chwili jest zapaść w sen.
Złość Bena wyparowała natychmiast. Kate wyglądała tak krucho i
delikatnie. Blada skóra błyszczała w słabym świetle księŜyca. Pod
zamkniętymi oczami rysowały się głębokie cienie.
W chwilę później Kate zaczęła oddychać głęboko i równo. Spała z
głową opartą na siedzeniu. Baseballowa czapka zsunęła się, uwalniając
gęste, kasztanowe włosy, które spłynęły swobodnie na ramiona. Ben miał
ochotę zanurzyć palce w ich połyskującej gęstwinie.
Nagle, zanim zdał sobie sprawę z tego, co robi, zaczął delikatnie
gładzić jej policzek. Westchnęła cicho, ale nie obudziła się. Teraz juŜ
ś
mielej Ben obrysowywał końcem palca kształt jej wydatnych ust.
Ś
piąca Królewna, pomyślał i Ŝachnął się lekko, kiedy uświadomił
sobie, Ŝe przy takim załoŜeniu jemu przypada rola księcia. Niech Bóg
broni! Tym bardziej Ŝe w tej bajkowej księŜniczce była łagodność, której
próŜno byłoby szukać u Kate Hallaby. Nauczyła się walczyć i nauczyła
się tego nadzwyczaj dobrze. Przynajmniej jeśli chodzi o niego, nie
przepuściła Ŝadnej okazji.
Wyraźnie go nie akceptowała. Wychodziła z siebie, Ŝeby mu to
okazać w sposób, nie pozostawiający Ŝadnych złudzeń. On takŜe juŜ
wiedział, co o niej myśleć – wyszczekana osóbka. RóŜnili się od siebie
pod kaŜdym niemal względem. Gdyby nie zbieg okoliczności, nigdy by
się nawet nie spotkali i po dzisiejszej nocy prawdopodobnie więcej się
nie zobaczą.
Nic dla siebie nawzajem nie znaczą, pomyślał stanowczo Ben. Byli
tylko dwojgiem obcych ludzi, którzy przypadkiem znaleźli się w tym
samym miejscu i czasie. Dlaczego więc tak bardzo pragnął pochylić się
nad nią i skraść pocałunek?
I wtedy Kate poruszyła się we śnie i przybliŜyła twarz do jego
ramienia. Ben objął ją mocno. Delikatnie ujął róg koca i otulił
dziewczynę szczelnie aŜ pod brodę.
– Mmm. – Kate uśmiechnęła się sennie, przysuwając się jeszcze
bliŜej. – Dobranoc, Barry.
Barry! Ben sztywniejąc cofnął rękę. śadna z jego kobiet nie
pomyliła go z nikim innym. Ta myśl zaniepokoiła go. śadna z jego
kobiet?
– Kocham cię – wymruczała Kate tym samym sennym tonem i ku
własnemu zdumieniu Ben poczuł, jak ogarnia go ogromna fala czułości.
Ta deklaracja poruszyła w nim jakąś ukrytą strunę, wzbudzając emocje,
które powinny pozostać uśpione.
Ujmując twarz Kate w dłonie, Ben pochylił się nad nią. Przez
chwilę jego usta znajdowały się tuŜ nad jej wargami. Znów uśmiechnęła
się sennie i wiedział juŜ, Ŝe jest zgubiony.
Usta dziewczyny były gorące i chętne. Kiedy mocniej przycisnął
wargi, Kate natychmiast zareagowała. Przez moment poczuł się winny,
ale uczucie to szybko zniknęło, gdy zaczęła oddawać mu pocałunki. Był
oszołomiony.
Nagle Kate odsunęła się od niego. Otworzyła oczy i w chwilę
potem próbowała zorientować się w sytuacji.
– Ben? – spytała niemalŜe szeptem.
– Jestem tutaj, Kate. Potrząsnęła nieznacznie głową.
– Widzę – powiedziała. Rzeczywiście, trudno było nie zauwaŜyć
tego, skoro leŜeli przytuleni do siebie. Nie zwaŜając na uśmiech Bena,
powoli wyplątywała się z jego objęć. – Co... Kiedy... Czy my...?
– Czy my... O co ci chodzi?
– Nie wiem – przyznała Kate. – Chyba musiało mi się coś
przyśnić.
– Nie – odpowiedział cicho Ben, równie zaskoczony sytuacją jak
ona. – To chyba mnie się coś przyśniło.
– Co?
– NiewaŜne – odrzekł. W półmroku Kate dostrzegła jego uśmiech.
– Śpij.
– Nie mogę – zaprotestowała Kate, ale powieki juŜ jej opadały. –
Muszę czuwać, Ŝeby włączać ogrzewanie. W przeciwnym wypadku
zamarzniemy.
– Nie przejmuj się. – Ben pogłaskał ją delikatnie po włosach.
Zasypiając, Kate usłyszała z oddali jego głos. – Zaopiekuję się tobą.
ROZDZIAŁ 3
– Hej, proszę pani! Proszę się obudzić!
Kate z trudem otworzyła oczy. Oślepił ją blask porannego słońca.
Usłyszała stukanie. Co się tu działo?
Benjamin West leŜał w poprzek siedzenia. Głowa i ramiona
męŜczyzny spoczywały na jej udach. Koc, którym oboje byli przykryci,
zsunął się na podłogę. Wyglądało na to, Ŝe Benowi jest wyjątkowo
wygodnie. Jedną rękę przewiesił przez jej nogi, a drugą podpierał
policzek. Ciemne włosy męŜczyzny były zmierzwione, krawat
rozluźniony. Na szczęce pojawił się cień zarostu.
Wyglądał wspaniale.
I co ona miała z tym robić?
– EjŜe, czy pani mnie słyszy?
Kate podskoczyła, kiedy pukanie rozległo się tuŜ koło jej ucha.
Odwróciła głowę i gwałtownie zamrugała oczami, Ŝeby odgonić zjawę.
Nic to jednak nie pomogło. Nie zniknęła przyciśnięta do szyby rumiana
twarz w futrzanej czapce. Gdyby nie szyba, dotykaliby się nosami. Nie
opodal Kate ujrzała pług śnieŜny. Nagle wszystko zaczęło nabierać
sensu.
– Potrzebuje pani pomocy czy nie?
– Tak – krzyknęła Kate. – Oczywiście! Wyciągnęła rękę i uchyliła
okno, wpuszczając mroźne powietrze do środka. Usłyszała cichy
pomruk. Nawet nie spojrzała w stronę Bena. Później z nim porozmawia.
– Mógłby mnie pan stąd wyciągnąć? – zapytała z niepokojem. –
Spędziliśmy całą noc w tej śnieŜycy.
– Drogę zamknięto o drugiej, dlatego nikt tędy wcześniej nie
przejeŜdŜał. Ma pani linkę?
– MoŜe. – Kate odsunęła koc i wydostała się z samochodu. Nie
obejrzała się i nie zamieniła z Benem ani słowa. Co zresztą miała mu
powiedzieć?
Nawet jej babcia – ekspert od etykiety – pewnie nie wiedziałaby,
jak powinna zachować się w takiej sytuacji. Było coś Ŝenującego w tym,
Ŝ
e spędziła noc w ramionach przypadkowo poznanego męŜczyzny. A
ponadto zaskoczyło ją odczucie, jakiego doznała budząc się obok Bena,
zwłaszcza Ŝe noc wypełniona była takimi marzeniami...
– Zajrzę do bagaŜnika – poinformowała. – Wydaje mi się, Ŝe
widziałam tam wczoraj linkę.
Delikatny i puszysty śnieg sięgał jej aŜ po kostki. Nawet za
pomocą linki wyciągnięcie samochodu nie będzie łatwe.
Uniosła klapę i spostrzegła siedem metrów grubej linki.
– Proszę – powiedziała. – Czy to będzie się nadawało?
– Chyba nie ma innego wyjścia, prawda? – spytał jakiś głos tuŜ za
nią.
Kate wyprostowała się powoli. Nie musiała sprawdzać, kto to
mówi. Kierowca nadal stał przy drzwiach, ale auto było puste. Zresztą
kogo próbowała oszukać? Po wspólnie spędzonej nocy rozpoznałaby ten
głos wszędzie.
– Wstałeś – zauwaŜyła błyskotliwie.
– Bystra jesteś – odparł Ben. – Trzeba ci to przyznać. Nie musiała
nawet patrzeć na niego, Ŝeby wiedzieć, Ŝe się uśmiecha.
– Pomóc ci?
– To nie jest konieczne.
– Nie o to pytałem.
– Zniszczysz buty...
– Za późno, Ŝeby się o to martwić. – Ben zerknął na oblepione
ś
niegiem mokasyny.
– Ale złapiesz zapalenie płuc...
Wyciągnął rękę i wyjął z jej rąk splątaną linkę. Sprawnie owinął ją
sobie dookoła ramienia.
– Zawsze jesteś rano taka kłótliwa? Czy dzisiaj zaistniały
szczególne okoliczności?
Kate spojrzała na niego ponuro.
– Dzisiaj zaistniały szczególne okoliczności – rzuciła ostro. To
powinno mu zamknąć usta. I rzeczywiście. Odrzucił głowę do tyłu i
wybuchnął gromkim śmiechem.
– Masz tupet, wiesz? – stwierdziła, po czym zatrzasnęła bagaŜnik.
– Poza tym jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe, jak moŜesz być w
tak dobrym humorze po takiej nocy.
– To dar BoŜy.
– Bez wątpienia.
– A poza tym zazwyczaj jestem w wesołym nastroju.
– Jasne – odparowała słodko Kate. – ZałoŜę się, Ŝe zaraz
spróbujesz sprzedać mi most brooklyński.
– JeŜeli o to chodzi...
Z niezrozumiałych powodów Kate była tak zirytowana, Ŝe chętnie
by go uderzyła. Być moŜe zrobiłaby to nawet, gdyby nie podszedł do
nich kierowca.
– Mam wam pomóc czy rezygnujecie? – zapytał zniecierpliwiony.
– Nie będę tu tracił całego dnia.
Kiedy Ben zajął się mocowaniem linki, Kate naprowadzała
kierowcę pługa w pobliŜe taksówki. Gdy oba pojazdy znalazły się w
dostatecznej odległości od siebie, dała znak do zatrzymania i przyłączyła
się do Bena.
– Usiądź za kierownicą i prowadź – rozkazał, gdy skończyli. – Ja
popchnę z tyłu. ChociaŜ ten pług ma mocny silnik, to jednak
podejrzewam, Ŝe będą kłopoty z wyciągnięciem nas stąd.
– Zgadzam się z tobą i dlatego uwaŜam, Ŝe ty właśnie powinieneś
prowadzić, a ja pchać.
– Nie bądź śmieszna. Jestem o wiele silniejszy.
– Owszem – łagodnie zgodziła się Kate. – Ale twoje mokasyny są
ś
liskie, a poza tym bez rękawiczek odmrozisz sobie ręce.
Ben zacisnął usta i spojrzał na nią gniewnie. Nigdy jeszcze nie
spotkał kobiety, która by tak bardzo lubiła się sprzeciwiać.
– Spróbuję – stwierdził.
– Ale Ben...
Otworzył drzwi i zdecydowanym ruchem wepchnął ją do
taksówki.
– To mi dopiero osiłek! – warknęła, ale męŜczyzny juŜ przy niej
nie było.
Ben mamrocząc wściekle pod nosem odszedł na tył samochodu.
Poprzedniej nocy musiał chyba oszaleć! Jak mogła oczarować go ta
uparta, zawzięta kobieta? Dzięki Bogu, Ŝe juŜ nigdy więcej się nie
zobaczą. Prawdopodobnie zwariowałby, gdyby ciągle miał z nią do
czynienia.
– Gotowi? – wrzasnął kierowca pługu.
– Ruszamy! – odkrzyknął Ben.
Kate wystawiła przez okno rękę z kciukiem skierowanym do góry.
Przy akompaniamencie wycia silnika pług powoli ruszył z miejsca. Lina
pomiędzy pojazdami napięła się, ale taksówka ani drgnęła. Koła obracały
się w miejscu, chociaŜ Ben napierał na samochód całym cięŜarem.
W końcu koła przestały buksować i samochód ruszył do przodu.
Przejechał kilka metrów i stanął kołysząc się. Wewnątrz Kate walczyła z
kierownicą, podczas gdy pług powoli ciągnął taksówkę, aŜ wreszcie
ustawił ją na świeŜo oczyszczonej drodze.
Kate westchnęła z ulgą i wyłączyła silnik, po czym zerknęła w
lusterko. Przez chwilę w ogóle nie mogła dostrzec Bena. Potem
uświadomiła sobie, Ŝe dwa ciemne przedmioty wystające z zaspy były
jego stopami.
Tłumiąc chichot otworzyła drzwi i pobiegła na pomoc. Szybko
zorientowała się, Ŝe jej pasaŜer jest cały i zdrowy, chociaŜ uwięziony w
głębokim śniegu.
– JeŜeli powiesz „A nie mówiłam”, kopnę cię – rzucił gniewnie
Ben.
– Ani mi to w głowie. – Kate podeszła bliŜej. Kiedy opony złapały
podłoŜe, Bena odrzuciło do tyłu i wylądował w zaspie śniegu. Wyglądało
na to, Ŝe im energiczniej próbował się z niej wydostać, tym głębiej
zagrzebywał się w miękkim puchu.
– PomoŜesz mi wreszcie?
– Zastanawiam się – uśmiechnęła się Kate.
– Zastanawiaj się szybciej. Tu jest cholernie zimno.
– Szkoda, Ŝe nie jesteś ubrany stosownie do sytuacji. Ben machnął
nogą w jej kierunku.
– Nie zapominaj, Ŝe cię ostrzegałem.
Kate zachichotała, ale przezornie cofnęła się. Nie wyglądał na
kogoś, kto zamierza spełnić swoją groźbę, ale mógł zmienić zamiary. Kto
wie? Myśl o tym sprawiła, Ŝe roześmiała się na całe gardło.
– BoŜe, jak ty wyglądasz! Szkoda, Ŝe nie mam aparatu
fotograficznego.
– Szkoda, Ŝe nie trzymam rąk na twojej szyi – mruknął Ben.
– Co?
– Nic, nic takiego – odpowiedział uprzejmie. Jeśli ona zaraz nie
wydostanie go stąd, to on... co moŜe zrobić? Wyobraźnia nie zawiodła go
– sięgnął po jedyną broń, jaką miał pod ręką.
Kate nie od razu zorientowała się w zamiarach Bena. Jeszcze
ś
miała się głośno, kiedy kula ze śniegu trafiła ją w czubek głowy.
– Celny rzut. – Spojrzenie w kierunku Bena upewniło ją, Ŝe
przygotowuje się do następnego.
– Potrafię jeszcze lepiej, więc moŜe mogłabyś ponownie rozwaŜyć
kwestię wydostania mnie stąd.
– Groźby? – Kate starła śnieg z policzka. – Mój BoŜe, jak nisko
upadliśmy.
– I upadamy coraz niŜej – poinformował ją Ben, zagłębiając się w
ś
niegu. – A teraz pośpiesz się i pomóŜ mi.
– Twoje Ŝyczenie jest dla mnie rozkazem.
– Bez wątpienia.
Powinienem być wściekły, pomyślał Ben, kiedy Kate wyciągnęła
wreszcie rękę i pomogła mu stanąć pewnie na nogach.
Zawsze uwaŜał gniew za uczucie niepoŜądane, dlatego teŜ jego
motto brzmiało: Nie złość się, bądź zrównowaŜony.
– No, no – mruknęła Kate, z trudem powstrzymując się od śmiechu
na widok Bena. Zniknął bez śladu elegancki światowiec, a jego miejsce
zajął ktoś zbliŜony wyglądem do człowieka śniegu. Trzymała jego rękę
w swojej dłoni, dopóki nie upewniła się, Ŝe złapał równowagę i nie grozi
mu powtórny upadek. – Teraz juŜ wszystko w porządku.
– Niezupełnie.
Nadal nie puszczał jej ręki. Próbowała uciec, ale było za późno.
Nagle poczuła za kołnierzem śnieg. Zaczęła krzyczeć.
– Ty... ty podstępny szczurze!
Odskoczyła gwałtownie i zgarnęła z ziemi biały puch, ugniatając
go szybko. Czy to miał być jego sposób wyraŜania wdzięczności? O,
tego na pewno mu nie przepuści.
Pierwsza kula uderzyła go w środek klatki piersiowej, zostawiając
duŜą, białą plamę, ale następna tylko musnęła ramię. Zataczając się ze
ś
miechu, Ben rzucał w nią śnieŜnymi kulami tak długo, aŜ Kate była
niemal cała w śniegu.
To ja powinnam mieć nad nim przewagę, pomyślała Kate. PrzecieŜ
miała zimowe buty i rękawiczki. Jednak ze zdeterminowanego wyrazu
twarzy Bena wyczytała, Ŝe nie zamierza tak łatwo się poddać i to
stawiało ich na równych pozycjach.
Kate gwałtownie wciągnęła powietrze, gdy niespodziewanie trafiła
ją kula, i poczuła, Ŝe traci równowagę. Chwilę później siedziała juŜ na
ś
niegu, a Ben pochylał się nad nią z dłońmi pełnymi śnieŜnych
pocisków.
– Nie zrobisz tego – zachichotała.
– Czemu nie? – zdziwił się niewinnie.
– Diabeł!
– Najpierw osiłek, potem szczur – zauwaŜył Ben. – A teraz diabeł.
Na szczęście nie jestem łasy na komplementy Kate westchnęła głośno,
przygotowując się na najgorsze.
– No dalej! JeŜeli zamierzasz je rzucić, to zrób to i skończmy juŜ z
tym.
Za chwilę jej ramiona i plecy obsypał śnieg.
– Chodź, Kate. – Ben wyciągnął rękę. – Wstawaj. Ujęła podaną
dłoń i pozwoliła, aby pociągnął ją w górę.
Kilka minut wcześniej ona pomagała mu wstać, ale od tej chwili
coś się między nimi zmieniło. MoŜe sprawiła to obopólna radość
towarzysząca niewinnej rywalizacji w bitwie na śnieŜne pociski.
Kiedy Kate stała juŜ na nogach, Ben wciąŜ przyciągał ją ku sobie.
Nagle znalazła się w jego ramionach. Oparła dłonie o jego klatkę
piersiową. Dziewczyna podniosła głowę i ujrzała, Ŝe Ben przygląda się
jej uwaŜnie i czeka. Przytulał ją do siebie tak, jak gdyby nie było nic
niezwykłego w tym, ze stoją po kolana w śniegu na poboczu jakiejś
drogi, bez słowa wpatrując się w siebie.
TuŜ obok rozległ się ryk silnika pługa. Kate gwałtownie
odskoczyła do tyłu. Rozejrzała się dookoła i zobaczyła, Ŝe w czasie kiedy
oni się przekomarzali, kierowca odwiązał linkę i połoŜył ją na masce
taksówki.
– W ogóle o nim zapomniałam – mruknęła.
– Ja teŜ. – Ben pomachał ręką w stronę odjeŜdŜającego pługa. W
odpowiedzi kierowca zamrugał światłami.
– Nawet mu nie podziękowaliśmy. – Kate potrząsnęła głową. –
Pewnie uwaŜa, Ŝe jesteśmy stuknięci.
– Pewnie jesteśmy.
Wahanie w jego głosie sprawiło, Ŝe uśmiechnęła się lekko. Była
zadowolona, Ŝe on równieŜ czuje się trochę zakłopotany całą sytuacją i tą
niespodziewaną bliskością między nimi.
– Daj spokój – powiedziała, wbijając mu palec między Ŝebra. –
Przyznaj, Ŝe mieliśmy dobrą zabawę.
– Dziecinną – poprawił ostro Ben, po czym szybko uniósł rękę, jak
gdyby chciał powstrzymać ewentualny protest. – Jeśli znów chcesz mnie
wyzywać, pójdę sobie.
– Ani mi to w głowie. JeŜeli nie potrafisz docenić dobrej zabawy,
to juŜ nie mój problem.
– Sugerujesz, Ŝe mój? – Ben uniósł brwi.
– Chyba nie ja pierwsza nazwałam ciebie „pracoholik”
– I zapewne nie ostatnia.
– A więc mógłbyś wziąć to sobie do serca. – Kate otrzepała
spodnie ze śniegu. – Badania wykazują, Ŝe ludzie, którzy potrafią
beztrosko się bawić, Ŝyją dłuŜej.
– Podobnie jak bułgarscy wieśniacy, którzy Ŝywią się jogurtem.
– MoŜe – zastanawiała się przez chwilę. – Ale to nie nimi
przejmuję się w tej chwili.
– A kim? Mną? – Ben z wysiłkiem ukrywał rozbawienie.
– Ty mi płacisz – odpowiedziała Kate, jak gdyby to wszystko
wyjaśniało.
Ben bezradnie rozłoŜył ręce. Ona mogłaby tak przez cały dzień. Ta
kobieta uwielbiała utarczki. Niezbędne jej były do Ŝycia tak, jak innym
jedzenie. Przerwał te rozwaŜania, kiedy zimna woda – pozostałość po
roztopionym śniegu – spłynęła mu wzdłuŜ kręgosłupa – W porządku –
powiedział w końcu. – Jeśli cię to uszczęśliwi, to się przyznam. To była
dobra zabawa. Jesteś zadowolona?
Kate przechyliła głowę.
1 Jeszcze nie – odparła z uśmiechem. – Ale wkrótce będę.
* * *
W kilka minut udało im się wyprowadzić taksówkę na główną
drogę. Kate rozgrzała silnik i włączyła ogrzewanie.
Ubrania zaczęły schnąć błyskawicznie i zapach mokrej wełny
wypełnił wnętrze samochodu.
ChociaŜ dochodziła juŜ siódma, autostrada była zadziwiająco
pusta. Kiedy Ben włączył radio, dowiedzieli się, Ŝe wszystkie szkoły i
większość biur zamknięto. Automobilistom odradzano jazdę
samochodem ze względu na wyjątkowo złe warunki drogowe.
– To oczywiste – powiedziała Kate, walcząc ze ślizgającym się
autem. Zerknęła na Bena i widząc wyraz jego twarzy, dodała szybko: –
Nie patrz na mnie w ten sposób. Zazwyczaj jestem dobrym kierowcą.
– Z pewnością – odparł ciepło. – Nikt by sobie z tym nie poradził.
Na szczęście to juŜ niedaleko.
Kilka minut później skierował ją na boczną drogę prowadzącą do
Wilton.
– śyjesz tu jak na odludziu, prawda? – zauwaŜyła Kate, gdy Ben
wskazał jej wąską dróŜkę pomiędzy drzewami.
– PrzyjeŜdŜam tu, kiedy chcę uciec od wszystkiego. Nauczyłem się
juŜ, Ŝe jeśli ludzie mogą cię łatwo znaleźć, to na pewno to uczynią.
– PrzecieŜ są telefony.
– Wyłączyłem je.
– I faxy.
– Nie ma dla nich miejsca w moim domu. – Posłał jej ostre
spojrzenie.
Uśmiechnęła się, słysząc, jak gwałtownie wypowiedział te słowa, i
skupiła się na prowadzeniu samochodu. Za oszronionymi drzewami
droga rozszerzała się, ukazując całe piękno okolicy. Przed nimi
rozciągała się rozległa łąka. Pokryta świeŜo spadłym śniegiem, lśniła w
bladym słońcu. Migotliwe błyski przebiegały po niewielkiej pokrytej
lodem skałce. Oblepione szronem bezlistne konary drzew połyskiwały w
porannym świetle. Po lewej stronie stał duŜy dom, zbudowany z
czerwonej cegły, z werandą otoczoną białymi kolumienkami. ChociaŜ
był piękny, nie dominował nad otoczeniem, wtopiony harmonijnie w
zachwycającą przyrodę w zimowej szacie.
Auto zatrzymało się przed domem i Ben wysiadł. Kiedy otworzył
tylne drzwi, aby wyjąć walizkę, Kate odruchowo zerknęła na licznik.
Wskazywał opłatę z poprzedniej nocy. Z nadmiaru wydarzeń zapomniała
go rano włączyć.
– Coś nie w porządku? – spytał męŜczyzna, stając koło niej.
– Nie. – Kate przełknęła ślinę, godząc się w myślach ze stratą.
Ben spojrzał na licznik.
– To niemoŜliwe – powiedział.
– Jest to bliskie właściwej sumy.
– Nieprawda. – Wyprostował się i wyjął portfel, wręczając jej
kilka banknotów.
– Chyba Ŝartujesz! – parsknęła Kate, starając się nie patrzeć na
pieniądze.
– Dlaczego?
– To za duŜo.
– Nie wydaje mi się. – Ben zacisnął dłoń Kate na banknotach. –
Nie zapominaj, Ŝe powinnaś mierzyć nie tylko odległość, ale takŜe upływ
czasu. Gdyby licznik był włączony przez wszystkie godziny, pomyśl
tylko o kwocie, jaką bym zapłacił.
– Właśnie taką zapłaciłeś. – Kate spojrzała na pieniądze.
– W porządku. Schowaj je. – Ben poczekał, aŜ to uczyni, po czym
otworzył drzwi. – A teraz zapraszam do środka. Chcę ci zaproponować
ś
niadanie, zanim odjedziesz.
– Nie mogę – zaprotestowała Kate, chociaŜ juŜ wyciągnął ją z
samochodu.
– Dlaczego?
– Muszę wracać.
– JuŜ, w tej chwili?
Pewnie powinien pozwolić jej odjechać. Czy nie czekał na to przez
cały ranek? Ale z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu uznał, Ŝe ma
obowiązek ją zatrzymać. Dobre maniery, doszedł do wniosku. Dobre
maniery i zdrowy rozsądek. Tylko ktoś pozbawiony wyobraźni mógłby
wracać w takich warunkach.
– Tak – odpowiedziała Kate. – W tej chwili.
– Nie chcę się z tobą sprzeczać.
– Świetnie. Więc nie rób tego.
Naprawdę musiała wracać. Nie mogła się spóźnić do butiku. Poza
tym ona i Ben byli tylko przypadkowymi znajomymi i nie miała zamiaru
się łudzić, Ŝe jest inaczej. Skoro i tak mieli się rozstać, niech się to stanie
jak najszybciej.
– Ale z pewnością jesteś głodna. – Kiedy dotarli do szczytu
schodów, drzwi otworzyły się. Spojrzenie Bena przesunęło się z Kate na
stojącego w progu starszego, łysiejącego męŜczyznę. – Dzień dobry,
Parker.
– Sir. – MęŜczyzna skinął głową, patrząc na Kate, a potem na
taksówkę. – Proszę wejść, a ja odwołam helikopter.
– Jaki helikopter? – Korzystając z faktu, Ŝe Ben pogrąŜył się w
rozmowie z Parkerem, Kate wysunęła dłoń z jego ręki.
– Zorganizowałem małą ekipę poszukiwawczą. Zastanawiałem się,
gdzie pan jest.
– Jestem dorosły, Parker.
MęŜczyzna rzucił mu spojrzenie pełne uraŜonej godności.
– To nie zmienia faktu, Ŝe pan zaginął. Wszystko mogło się
wydarzyć. Pomyślałem, Ŝe lepiej będzie sprawdzić.
– Zupełnie słusznie – niechętnie zgodził się Ben. – Więc idź i
odwołaj wszystko. Chwilowo sami o siebie zadbamy. Kiedy skończysz,
podaj śniadanie w jadalni.
Gdy odwrócił się do Kate, zobaczył uśmiech na twarzy
dziewczyny.
– Ekipa poszukiwawcza? – zapytała unosząc brwi.
– Parker lubi przesadzać – wzruszył ramionami Ben. – Ma
skłonność do dramatyzowania.
Kate rozejrzała się po zdobionym sztukaterią holu.
– Wygląda na to, Ŝe trafił we właściwe miejsce – stwierdziła.
– MoŜesz sobie Ŝartować do woli, ale tu jest przynajmniej sucho i
ciepło. Nie mówiąc juŜ o tym, Ŝe wszystko jest pod ręką. – Jego
spojrzenie pobiegło niŜej. – Pusty Ŝołądek daje się we znaki, prawda?
Rzeczywiście, pomyślała Kate, ale to nie jego sprawa. Ekipa
poszukiwawcza, teŜ coś! JeŜeli potrzebowałaby argumentu, który
uświadomiłby jej dzielące ich róŜnice, to miała go na wyciągnięcie ręki.
– Posłuchaj. – Zrobiła krok do tyłu. – Doceniam twoją troskliwość,
ale naprawdę muszę juŜ jechać.
– JeŜeli tego chcesz... – Ben zawiesił głos.
– Tak.
– Przynajmniej pozwól mi zapakować ci ciasto albo owoce na
drogę.
Kate była przyjemnie zaskoczona tą propozycją. Nie po raz
pierwszy okazało się, Ŝe Ŝywy Benjamin West róŜni się od jej wyobraŜeń
o nim. Nagle poczuła, Ŝe uginają się pod nią kolana. Głód i brak snu
dawał się porządnie we znaki. Stanęła w drzwiach, oddychając głęboko.
Liczyła, Ŝe zimne powietrze ją orzeźwi. Ale było juŜ za późno. Świat
powoli ciemniał jej przed oczami.
– Ben? – wyszeptała.
Odwrócił się do niej i zobaczyła jego szeroko otwarte oczy.
– Czy mógłbyś mnie złapać?
Wyciągnął ręce. Był to ostatni obraz, jaki utrwalił się w pamięci
Kate, zanim zemdlała w jego ramionach.
ROZDZIAŁ 4
JuŜ po raz drugi w ciągu ostatnich dwunastu godzin Kate obudziła
się z uczuciem, Ŝe nie ma pojęcia, gdzie się znajduje. Tym razem powrót
do rzeczywistości zajął jej tylko moment. Usiadła na łóŜku i rozejrzała
się po gustownie umeblowanym pokoju.
Zemdlałam, przypomniała sobie z westchnieniem, i Ben mnie
złapał. A teraz była prawdopodobnie w jednym z gościnnych pokoi.
Budzik na szafce nocnej wskazywał siedemnastą trzydzieści.
Zdumiewające, jak bardzo pomogła jej dodatkowa godzina snu w
miękkim łóŜku. Czuła się o wiele lepiej i była wściekle głodna. Problem
łatwy do rozwiązania. Wystarczyło zejść na dół i skorzystać z
wcześniejszej oferty Bena przed powrotem do miasta.
Z cichym okrzykiem Kate wyskoczyła z łóŜka. Ben chyba nie
pozwolił jej tu spać cały dzień? Podeszła do okna. Za kępą drzew ujrzała
zachodzące słońce.
Kate schwyciła pulower i szybko wciągnęła go na siebie.
– Dobrze by było rozwalić ten budzik – wycedziła przez zęby. –
Pewnie jemu nigdy coś takiego się nie przytrafiło.
Pomyślała o właścicielu butiku. Warunki umowy były jasno
sprecyzowane. Jeśli któraś z dziewcząt nie mogła przyjść do pracy,
musiała przekonująco wyjaśnić przyczynę nieobecności i wskazać kogoś
na zastępstwo. Dzisiaj Kate nie dopełniła Ŝadnego z tych wymogów.
Być moŜe Ben sądził, Ŝe wyświadcza jej przysługę, pozwalając na
tak długi odpoczynek, ale to go wcale nie usprawiedliwia. Podjął decyzję
nie pytając jej o zdanie, a ona zapłaci utratą pracy.
Kate otworzyła drzwi z czapką i płaszczem w dłoni. Na końcu
korytarza dostrzegła schody i gniewnie mrucząc ruszyła w ich kierunku.
* * *
Ben odłoŜył słuchawkę telefonu i wyciągnął się w fotelu.
Zastanawiał się, czy nie powinien pójść na górę i sprawdzić, co dzieje się
z Kate. Fakt, Ŝe spała tak długo i tak głęboko, potwierdził jego
przekonanie, Ŝe słusznie postąpił kładąc ją do łóŜka. Była kompletnie
wyczerpana, chociaŜ nie zdawała sobie z tego sprawy.
Kiedy wczoraj postanowił pojechać na wieś, nawet przez myśl mu
nie przeszło, Ŝe spędzi tu cały dzień. Nie wpłynęło to niekorzystnie na
jego interesy, poniewaŜ większość spraw udało mu się załatwić
telefonicznie, a pozostałe odłoŜył na następny dzień. JuŜ kilkakrotnie
sprawdzał, czy nic nie zakłóca jej odpoczynku. Nie potrafił sobie
odpowiedzieć, co go tam ciągnęło – z pewnością głównie troska o jej
zdrowie, lecz takŜe jakaś dziwna potrzeba, aby być w jej pobliŜu.
Kiedy poszedł na górę po raz pierwszy, długo stał w drzwiach,
niezdolny do podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Przed wtargnięciem
powstrzymywało go wspomnienie ostatniej nocy w samochodzie, kiedy
trzymał dziewczynę w ramionach. MoŜe obawiał się swoich pragnień?
Nie odchodził, poniewaŜ widok spokojnie śpiącej Kate sprawiał mu
niewytłumaczalną radość.
Kate wyzwalała w nim opiekuńczość. Czy powodowała to jej
kruchość, tak odczuwalna, gdy niósł ją po schodach na górę? Czy teŜ
bezkompromisowość, z jaką podchodziła do Ŝycia, jak gdyby zdrowy
rozsądek i troska o własne bezpieczeństwo były ostatnimi sprawami,
jakie brała pod uwagę? Ben nie wiedział, skąd biorą się jego odczucia i
niepokoje. Przyzwyczajony do natychmiastowego rozwiązywania
problemów, był zaskoczony, Ŝe z tym nie moŜe sobie poradzić, i
postanowił na razie o tym nie myśleć.
Odsunął krzesło i szybkim krokiem podszedł do otwartych drzwi.
Wychodząc z pokoju ujrzał Kate schodzącą na dół.
Cienie pod oczami dziewczyny zniknęły. Długi sen usunął ślady
zmęczenia. Złagodniały zaostrzone przedtem rysy twarzy. Gęste
kasztanowe włosy, wczoraj schowane pod czapką, spadały teraz puklami
na ramiona. Ubranie miała pogniecione i na jednym z policzków
odciśnięty ślad.
Wszystko to nadawało jej wyraz niezwykłej dla Kate miękkości i
bezradności. JuŜ po chwili wraŜenie prysło. Dziewczyna utkwiła w nim
zimne spojrzenie, w którym z pewnością trudno byłoby doszukać się
wdzięczności. Oparł się o poręcz w oczekiwaniu ataku z jej strony.
Do diabła, pomyślała Kate, patrząc na niego ze smutkiem. Oto
człowiek, którego lekkomyślne postępowanie skomplikowało jej Ŝycie.
Powinna być wściekła... Nie, ona była wściekła, a jednak na widok
Benjamina Westa, czekającego u podnóŜa schodów, przebiegł ją lekki
dreszcz.
Wcale nie jestem zadowolona, Ŝe go widzę, przekonywała siebie.
CóŜ, moŜe jednak jestem..., ale naprawdę tylko trochę. Na przekór tym
odczuciom, odezwała się podniesionym głosem:
– Jak mogłeś pozwolić mi spać przez cały dzień? Zobacz, która
jest godzina!
– Siedemnasta czterdzieści pięć – obwieścił Ben, jak gdyby
wszystko było w porządku. – A przy okazji, dobry wieczór.
– Dobry? Nie ma w nim nic dobrego!
Kate odsunęła się, lecz mimo tego stali oddaleni od siebie
zaledwie o kilka centymetrów i dziewczyna przez cały czas miała
ś
wiadomość jego bliskości. Bliskości, która robiła na niej zbyt silne
wraŜenie. ZadrŜała, kiedy Ben sprawdzając godzinę musnął ją
ramieniem.
Patrzyła na niego i myślała, jak bardzo róŜni się od większości
męŜczyzn, którzy tracili otaczającą ich aurę męskości i siły wraz z
rozluźnieniem krawata i zdjęciem marynarki. Ben nawet w dŜinsach i
luźnym swetrze sprawiał wraŜenie mocnego człowieka.
– Coś nie w porządku?
– Coś? – Kate spojrzała na niego ze złością. – Wszystko, a nie coś.
– Jak to?
– Przede wszystkim straciłam pracę. A poza tym, Arnie pewnie
szaleje z niepokoju na myśl o tym, Ŝe zniknęłam bez śladu z taksówką...
Ben podniósł rękę, Ŝeby jej przerwać, i chyba był zaskoczony, Ŝe
mu się to udało.
– JeŜeli tylko tym się przejmujesz, to moŜesz się uspokoić.
Dzwoniłem rano do Arniego i wyjaśniłem, co się stało. Przestał się
denerwować, kiedy przedstawiłem mu całą sytuację.
Kate aŜ zmruŜyła oczy, usiłując wyobrazić sobie Arniego, który
się nie martwił, poniewaŜ zamartwianie się leŜało w jego naturze. I co
właściwie miał na myśli Ben mówiąc o „przedstawieniu sytuacji”?
– Kazał ci przekazać, Ŝe czeka na ciebie – ciągnął Ben – ale
dopiero wtedy, kiedy będziesz wypoczęta i najedzona.
– Tak powiedział?
– Dokładnie.
– Akurat!
– Szczerze mówiąc, był bardzo wyrozumiały. – Ben nie zwracał
uwagi na jej niedowierzanie.
– Tak, kiedy mu powiedziałeś, jak się nazywasz – rzuciła
oskarŜycielskim tonem.
– Oczywiście, Ŝe mu się przedstawiłem. Dlaczego nie?
– Dlaczego nie? – powtórzyła Kate, Ŝałując, Ŝe nie słyszała tej
rozmowy. Arnie wyznawał zasadę zastraszania innych, demonstrując
maniery sierŜanta w koszarach. Prawdopodobnie po raz pierwszy od
długiego czasu znalazł się w odwrotnej niŜ zwykle sytuacji. Dla
Benjamina Westa było to wyjątkowo proste. Wystarczyła magia jego
nazwiska, aby Arnie zrezygnował ze swoich metod.
– W kaŜdym razie nie straciłaś pracy, więc moŜesz przestać się
przejmować.
Rozbawienie Kate zniknęło równie szybko, jak się pojawiło.
– Nie rozumiesz. Taksówkę prowadzę tylko w nocy. W dzień
pracuję w butiku na Madison... albo raczej powinnam powiedzieć, Ŝe
pracowałam w butiku na Madison. Chyba Ŝe... – Nagle uderzyła ją pewna
myśl. – Czy w Nowym Jorku teŜ padał śnieg? MoŜe zamknęli ruch w
mieście?
Jej twarz była tak pełna nadziei, Ŝe Ben odczuł wyraźną przykrość
na myśl, Ŝe musi ją rozczarować.
– Obawiam się, Ŝe nie. Największa śnieŜyca dotknęła Connecticut.
W Nowym Jorku prawie nie padało.
– No cóŜ. – Kate z rezygnacją wzruszyła ramionami. – Zdaje się,
Ŝ
e w ten sposób zakończyła się moja praca u pana Raphaela.
– U kogo?
– To właściciel butiku – wyjaśniła Kate, unikając spojrzenia Bena.
– Nie patrz tak na mnie. To nie ja wybierałam mu imię.
– Jego matka chyba teŜ nie.
– Masz rację. Kiedyś widziałam jego dokumenty. Naprawdę
nazywa się Melvin Schwartz.
– To imię bardziej mi się podoba.
– Łatwo ci mówić. Ty nie musisz się starać, aby sprzedać elicie na
Manhattanie kosztowne sukienki. Wierz mi, wygląd jest bardzo waŜny.
– Wytłumacz to nieszczęsnej mamie Schwartz.
– Jakiej nieszczęsnej mamie Schwartz? Dzięki hojności synka ma
futro z norek i mieszkanie nad oceanem w Miami. Mając tak dobrze
prosperującą firmę mógłby się nazywać Fido i teŜ nie miałaby nic
przeciwko temu.
– JeŜeli interes kwitnie, dlaczego jesteś taka pewna, Ŝe zostaniesz
wyrzucona?
– Bo takie są zasady – wyjaśniła Kate. – Warunki są doskonałe, a
to oznacza takŜe, Ŝe zawsze jest mnóstwo chętnych pod ręką. Pan
Raphael polega na nas i płaci bardzo dobrze, ale dlatego nie toleruje nie
usprawiedliwionych nieobecności. Jedno potknięcie i wylatujesz.
Jako pracodawca Ben akceptował racje właściciela butiku, ale w
tej konkretnej sytuacji doskonale wiedział, Ŝe Kate nie zawiniła.
– Mógłbym do niego zadzwonić – zaczął.
– Nawet się nie waŜ.
– PrzecieŜ to moja wina. Nie mogę pozwolić, Ŝebyś ty ponosiła
konsekwencje moich decyzji.
– NiewaŜne. Nie chcę, Ŝebyś się mieszał w moje Ŝycie.
– Jeśli to, co mówisz, ma w ogóle jakiś sens, to ja go nie
dostrzegam – powiedział spokojnie Ben.
– Wiesz dobrze, co mam na myśli. – Spojrzała na niego. – Zostaw
to mnie. Coś wymyślę.
Wiedziała, Ŝe sobie poradzi. Zawsze tak było. Wszystko, do czego
doszła, zawdzięczała sobie, co wcale nie oznaczało, Ŝe rodzice nie chcieli
jej pomóc. Po prostu mieli ograniczone moŜliwości. Przyzwyczaiła się do
wysiłku i pokonywania trudności. Czasem jednak nie miałaby nic
przeciwko temu, gdyby los był dla niej łaskawszy.
Związała włosy i schowała je pod czapeczkę. Ben patrzył, jak
wkłada płaszcz.
– Wybierasz się gdzieś? – zapytał.
– Oczywiście, Ŝe się wybieram – mruknęła. – A co sobie myślałeś?
– śe moŜesz być głodna.
– Chcesz mnie zaprosić do stołu?
– Parker czeka z pieczenią.
Na myśl o pieczeni pociekła jej ślinka. A juŜ myślała, Ŝe Ben
najchętniej objada się homarami i kawiorem.
– Z ziemniakami i marchewką? – zapytała łakomie.
– Z ziemniakami, marchewką... – zawiesił głos – i mnóstwem
sucharów do maczania w sosie.
– Brzmi to cudownie. – Kate błyskawicznie ściągnęła płaszcz i
powiesiła go na poręczy. – Prowadź.
– Nie tak szybko. Czy mama nigdy ci nie mówiła, Ŝe siadanie do
posiłku w nakryciu głowy jest w złym tonie?
– Ta reguła dotyczy męŜczyzn, a nie kobiet – poinformowała go
Kate.
– To jest mój dom i obowiązują tu moje zasady. – Ben powoli
zsunął czapkę z głowy Kate. CięŜkie włosy rozsypały się na ramiona.
Były lśniące, jedwabiste i nieprawdopodobnie gęste. Patrzył na nie, z
trudem powstrzymując pragnienie, aby zanurzyć w nich palce.
Czapka wylądowała na płaszczu.
– Masz piękne włosy – powiedział Ben. – Dlaczego je ukrywasz?
– Kiedy prowadzę taksówkę, wolę, Ŝeby nie było to takie
oczywiste, Ŝe jestem kobietą.
Ben skinął głową ze zrozumieniem i Kate zobaczyła, Ŝe marszczy
brwi, jak gdyby przejął się tym, co powiedziała. Czekała teraz, co dalej
nastąpi. Zmobilizowała wszystkie rezerwy cierpliwości, a nie miała jej za
wiele.
– Idziesz? – Ben poruszył się. – Jadalnia jest tam.
– Jasne – zapewniła go. Rozluźniła się i na jej twarzy pojawił się
uśmiech.
ChociaŜ na środku pokoju stał olbrzymi stół, nakryty został mały
stolik w kąciku tuŜ obok okna. Piękny widok przestał znaczyć cokolwiek
dla Kate z chwilą, gdy spróbowała pieczeni Parkera. Po krótkim czasie
nałoŜyła sobie drugą porcję. Ben, który grzebał widelcem w talerzu,
patrzył na nią z nie ukrywaną przyjemnością.
– Cieszę się, Ŝe nie jesteś skrępowana – stwierdził, kiedy Parker
przyniósł kawę, a oczy Kate zalśniły na wzmiankę o eklerach.
– Kto, ja? – Kate sowicie dolała śmietanki do kawy i osłodziła
dwiema czubatymi łyŜeczkami cukru. – Chyba Ŝartujesz.
– Ach tak. – Ben uśmiechnął się. – Zupełnie zapomniałem.
PrzecieŜ to ty omal nie przewróciłaś mnie na ziemię, Ŝeby wejść w
posiadanie pączka.
Parker ze zdziwieniem uniósł brwi i postanowił nie opuszczać
jadalni, zanim nie usłyszy odpowiedzi.
– Ale dałam ci połowę, mimo Ŝe na to nie zasługiwałeś. Nawet z
pełnymi ustami, Ben nie mógł pozostawić tego stwierdzenia bez
odpowiedzi.
– To juŜ kwestia indywidualnej oceny – wykrztusił.
– Oczywiście – odparła słodko Kate. – Tak jak wszystko.
Ben przesłał Parkerowi znaczące spojrzenie. SłuŜący wycofał się,
mamrocząc coś pod nosem.
Kate uniosła eklera i z lubością wciągnęła zapach czekolady. Na
razie pragnęła tylko wdychać ten aromat. Dopiero za chwilę rzuci się na
ciastko i jeszcze obliŜe po nim palce.
– Jedz – zachęcał ją Ben. – Jest jeszcze więcej w kuchni.
– Nie chcę więcej. – Kate ugryzła ciastko i Ŝuła je z błogą miną. –
Jedno wystarczy. Po tym posiłku i tak na pewno utyję.
– Chyba moŜesz sobie na to spokojnie pozwolić.
– MoŜliwe. – Kate wzruszyła ramionami, nie wykazując zbytniego
zainteresowania tematem. – Poza tym dla mnie najwaŜniejszy jest
zapach. Czytałam gdzieś, Ŝe doznania węchowe pozostają najdłuŜej w
pamięci.
Ben odsunął talerz. Obserwowanie Kate było o wiele bardziej
interesujące niŜ jedzenie.
– A z jakim wspomnieniem wiąŜe się dla ciebie ten zapach? –
zapytał.
– Dzieciństwa. – Ponownie odgryzła kęs. – Chłodne wieczory,
ciepła kuchnia i świeŜe ciasto.
– Pewnie twoja matka jest dobrą kucharką?
– Najlepszą – odrzekła, po czym uśmiechnęła się. – KaŜdy tak
mówi, prawda?
– Ja nie. Moja mama potrafiła spaprać nawet zupę z proszku.
– Biedaku. Wolne dni kucharki musiały być dla ciebie piekłem.
Ben otarł usta chusteczką.
– Nie mieliśmy kucharki.
– Gospodynię?
– Pudło.
– A więc słuŜącą? – Kate spojrzała łakomie na ciastko leŜące
przed Benem. Tłumiąc uśmiech, popchnął talerz w jej stronę.
– Sprzątaczkę o imieniu Rosa. Przychodziła raz w tygodniu i jeśli
nawet potrafiła gotować, nie dane mi było się o tym przekonać.
– A ja myślałam... – Kate poczuła się nagle bardzo niezręcznie i
zawiesiła głos.
– śe jestem w czepku urodzony?
– Coś w tym rodzaju.
– Tak to jest, kiedy się wierzy we wszystko, co opublikują gazety
– pokiwał głową Ben. Dzięki Bogu miał uśmiech na twarzy, chociaŜ
mógł się przecieŜ rozzłościć.
– W porządku, przepraszam za wyciąganie pochopnych wniosków.
– Kate wycelowała w niego wskazujący palec.
– Niezbyt często to robię, więc masz wyjątkowe szczęście.
– Uwierz mi, Ŝe zawsze mam. – Ben spojrzał na jej pusty talerz. –
Jesteś pewna, Ŝe nie masz ochoty na jeszcze jednego eklera?
– Na pewno nie, chociaŜ są świetne. Dziękuję.
– Odnoszę wraŜenie – zaczął – Ŝe sporo czasu dzieli cię od dni,
które spędzałaś w ciepłej kuchni i zajadałaś świeŜe ciasto.
– To wspomnienia z dzieciństwa. – Spojrzała na niego.
– A teraz jestem dorosła.
– Widzę. – Ben powoli skinął głową. Nie zamierzał jej mówić, Ŝe
w zbyt obszernym swetrze i spranych dŜinsach wygląda jak opuszczone
dziecko. Szybko odsunął od siebie tę myśl. – A więc pewnie nie
mieszkasz juŜ w domu.
– JuŜ od lat tam nie mieszkam – potrząsnęła głową.
Z reguły nie odpowiadała na tak osobiste pytania, ale teraz nie
widziała w tym nic niestosownego. Wyczuwała szczere i serdeczne
zainteresowanie Bena.
– Wynajmuję mieszkanie w mieście wspólnie z pewną
dziewczyną. – Kate przerwała na chwilę i uśmiechnęła się.
– Ma na imię Maggie i jest zupełnie zwariowana.
– WyobraŜam sobie.
– Jest katoliczką. Po ukończeniu szkoły prowadzonej przez siostry
zbuntowała się przeciwko zasadom tego wychowania.
– Jestem pewien, Ŝe świetnie się dogadujecie.
– Rzeczywiście.
– A co z twoimi rodzicami? – spytał Ben. – Mieszkają tu jeszcze?
– Mama miała juŜ dosyć Nowego Jorku, a tata uznał, Ŝe to
doskonały pretekst, Ŝeby się przenieść do Las Vegas.
Mógłby się załoŜyć, Ŝe wychowanie Kate nie było tak staranne jak
jej przyjaciółki.
– Wygląda na to, Ŝe z niego niezły hazardzista.
– To prawda. – Uśmiechnęła się. – I jest w tym dobry. Często się
przechwala, Ŝe z kasyna przynosi więcej niŜ z pracy.
– Szczęściarz – zauwaŜył Ben. Parker wyrósł jakby spod ziemi i
zaczął sprzątać talerze. – Powiedz mi, kiedy zawita tutaj, Ŝebym mógł
ostrzec moich łudzi w Atlantic City.
– Twoich ludzi? A tak, zapomniałam. Hotel i Kasyno Westcon –
największy kompleks wypoczynkowy na wybrzeŜu.
Ostatnie zdanie było cytatem zaczerpniętym z reklamy. Ben
zastanawiał się, dlaczego wyglądała na zdenerwowaną po tym, gdy je
wygłosiła.
Kate odłoŜyła serwetkę i wstała. Podczas posiłku czuła się tak
odpręŜona, Ŝe niemal zapomniała o pozycji społecznej Bena. Traktował
ją jak interesującą kobietę i miała wraŜenie, Ŝe znajduje się na jednej z
tych rzadkich pierwszych randek, kiedy ma się ochotę bliŜej poznać
męŜczyznę, z którym właśnie spędza się czas.
Ale to nie była randka i nie mogła się spodziewać, Ŝe jeszcze
kiedykolwiek zobaczy Bena. Wystarczyło pomyśleć o dzielących ich
róŜnicach.
– Nie przejmowałabym się na twoim miejscu – stwierdziła sucho.
– Wielka wygrana dla niego jest zupełnie małą kwotą dla ciebie.
Ben zastanawiał się, czy Kate zachowuje się tak z rozmysłem. Jej
nastroje były zmienne jak wiatr.
– Rozumiem, Ŝe wychodzisz? – zapytał.
– Tak. JuŜ czas, nie sądzisz?
– Nie.
Będzie mu jej brakowało. Po jej wyjściu pójdzie do biblioteki i
dokończy wcześniej rozpoczętą pracę. Tylko Ŝe bez Kate śpiącej na
górze dom w jakiś sposób opustoszeje.
Będzie miał ciszę, spokój, to wszystko, po co zazwyczaj
przyjeŜdŜał do Wilton. Tylko Ŝe dzisiaj nie wydało mu się to aŜ tak
pociągające.
– Jeszcze raz chciałabym podziękować ci za obiad – powiedziała
Kate. Przeszła do holu, włoŜyła płaszcz i czapkę, po czym odwróciła się
do niego. – Przepraszam, Ŝe krzyczałam na ciebie.
– NiewaŜne. Byłoby mi bardzo przyjemnie, gdybyś zechciała
zostać na noc i pojechać jutro rano.
– Nie, chyba nie mogę. – Nie było sensu przystawać na tę
propozycję, tak samo, jak zastanawiać się, dlaczego to zrobił. Wyjdzie
stąd i na tym skończy się ich krótka znajomość. Następnym razem
zobaczy Benjamina Westa w dzienniku telewizyjnym, opowiadającego o
swojej najnowszej transakcji, a za kilka lat te wspólne godziny będą
tylko pogodnym wspomnieniem i niczym więcej.
– Poza tym Arnie na mnie czeka – dodała.
– PrzecieŜ nie będziesz jechała po nocy tym rozwalającym się
samochodem.
Palce Kate zacisnęły się na klamce. Przez witraŜe w drzwiach
widziała auto, tak bardzo nie pasujące do tego otoczenia.
– Jasne, Ŝe będę. Na tym polega moja praca – odparła stanowczo.
Przez lata Ben nauczył się ufać swojej intuicji. Zrozumiał, Ŝe kiedy
Kate Hallaby wyjdzie z tego domu, nigdy więcej jej nie zobaczy.
Powinno być mu to obojętne, ale tak nie było. Nie miał czasu, Ŝeby
zastanawiać się nad przyczyną swego stanu ducha. Zaryzykował.
– Zadzwoń do Nowego Jorku i rzuć tę robotę. Chcę, Ŝebyś teraz
pracowała dla mnie.
ROZDZIAŁ 5
Kate otworzyła drzwi, zanim dotarł do niej sens słów Bena.
Podmuch zimnego powietrza wpadł do holu. Powoli i z rozwagą
dziewczyna zamknęła drzwi i spojrzała na niego– Co powiedziałeś?
– Zaproponowałem ci pracę.
– Dlaczego?
Z wielu moŜliwych i skomplikowanych odpowiedzi Ben wybrał
najprostszą.
– PoniewaŜ jej potrzebujesz.
– Nie, to nieprawda. – Kate umilkła, Ŝeby pozbierać myśli. – Arnie
będzie wściekły, ale mnie nie zwolni.
– Wie, co robi. – Ben poczuł się nieco lepiej. – Ale ja teŜ wiem, Ŝe
kobieta, która pracuje po nocach za kiepskie pieniądze, potrzebuje
dobrze płatnej pracy w zwykłych godzinach, tym bardziej Ŝe nie wiemy
jeszcze, jak zachowa się pan Raphael.
– W porządku, moŜe rzeczywiście moja sytuacja w tej chwili nie
jest najlepsza, ale co to ciebie obchodzi?
– A kto mówi, Ŝe obchodzi? – odparował Ben i ujrzał, jak twarz
Kate pokrywa się rumieńcem. – Po prostu szukam szofera. Ten, którego
teraz zatrudniam, Ŝeni się, a poniewaŜ jego narzeczona musi przenieść
się do innego miasta, on jedzie razem z nią.
– Opuszczając cię w potrzebie.
– OtóŜ to.
Akurat, pomyślała Kate. Wystarczyłoby przecieŜ, Ŝeby Ben
zadzwonił do odpowiedniej agencji i w ciągu kilku godzin miałby nie
jednego, a co najmniej kilku licencjonowanych kierowców. Nawet nie
musiałby sam się fatygować, wystarczyło wydać polecenie. Działo się
coś dziwnego, coś bardzo dziwnego.
– Skąd wiesz, Ŝe mam odpowiednie kwalifikacje? – zapytała.
– JeŜeli potrafisz prowadzić tę nędzną imitację samochodu, to
jestem pewien, Ŝe poradzisz sobie z lincolnem. Z pewnością lubisz
zajęcie kierowcy. Gdyby tak nie było, nie robiłabyś tego dotychczas. No
i przecieŜ znasz Nowy Jork jak własną kieszeń.
Miał rację, ale Kate wcale nie zamierzała tego potwierdzać.
Podobnie jak nie chciała rezygnować z własnej niezaleŜności dla
wątpliwego zaszczytu, jakim była posada kierowcy Benjamina Westa.
Jego propozycja była niemal uwłaczająca. W ciągu ostatnich godzin Kate
cieszyła się jego towarzystwem, traktowała go jak niezwykle
atrakcyjnego męŜczyznę. Okazało się, Ŝe on nie dostrzegł w niej kobiety,
tylko kandydatkę na szofera.
– Twoja propozycja jest niezwykle atrakcyjna – stwierdziła
ironicznie. – Jestem pewna, Ŝe inni będą się zabijali o tę pracę, nie
chciałabym więc odbierać im takiej szansy.
Otworzyła szeroko drzwi i tym razem z przyjemnością powitała
zimne powietrze.
– Chętnie jeszcze raz podziękowałabym ci za obiad – dodała. –
Ale skoro okazało się, Ŝe była to rozmowa kwalifikacyjna, jestem nieco
mniej wdzięczna.
Ben wyszedł za nią na werandę.
– Czy to znaczy, Ŝe odrzucasz moją ofertę?
– Na to wygląda.
– Nie zapytałaś nawet o wynagrodzenie. – Ben ze zdumieniem
zdał sobie sprawę, Ŝe idzie za nią w stronę samochodu. – Ani o warunki
pracy.
– To niewaŜne. – Klamka była przeraźliwie zimna. Kate sięgnęła
do kieszeni po rękawiczki. – Nie interesuje mnie to.
– A powinno.
– Kwestionujesz moją decyzję? – Wśliznęła się za kierownicę.
– Tak. – Ben z wysiłkiem powstrzymał się, Ŝeby nie dodać „do
cięŜkiej cholery”. Był rozdraŜniony. Prawdopodobnie Kate Hallaby
przyszła na świat po to, aby stale wyprowadzać go z równowagi. Ta
kobieta nie miała za grosz zdrowego rozsądku.
– No widzisz – powiedziała łagodnie Kate. – Na pewno nie
chciałbyś zatrudniać kogoś, kto nie potrafi dokonać właściwego wyboru.
To miłe, Ŝe przedstawiłeś mi tę propozycję, ale jestem pewna, Ŝe nic
dobrego by z tego nie wyniknęło.
Zatrzasnęła drzwi i włączyła stacyjkę. Silnik zaskoczył juŜ za
drugim razem. Zwalczyła w sobie pokusę, by jeszcze raz spojrzeć na
Bena, i ruszyła.
MoŜe to najlepsze rozwiązanie, pomyślał Ben. Jutro, a najpóźniej
za kilka dni zapomni o niej. Trzeba polecić Donaldowi, Ŝeby znalazł
nowego kierowcę. Nagle błysnęła mu myśl, Ŝe po raz pierwszy od
dłuŜszego czasu spotkał kogoś, kto zupełnie nic od niego nie chciał.
Wszedł do domu i zatrzasnął za sobą drzwi.
* * *
– Jak myślisz, czy trzydzieści pięć metrów kwadratowych znaczy
cokolwiek dla Benjamina Westa?
Kate siedziała na podłodze, studiując gazety w poszukiwaniu
ogłoszeń o pracy w weekendy. Podniosła głowę i spojrzała na swoją
współlokatorkę, Maggie Jones, stojącą w drzwiach z olbrzymim koszem
imponujących lilii.
Przywitała ten widok z głębokim westchnieniem.
– Przysięgam, Ŝe jeŜeli on przyśle jeszcze choćby jeden kwiatek,
któraś z nas będzie musiała się wyprowadzić – narzekała Maggie.
Kwiaty przysyłano codziennie od powrotu Kate z Wilton.
Pierwszy bukiet wsadziły do jedynego wazonu, jaki posiadały, a
następne umieszczane były w kaŜdym nadającym się do tego celu
naczyniu. Teraz zaczynało juŜ brakować miejsca w ich małym,
dwupokojowym mieszkanku. W dodatku silny zapach kwiatów
przyprawiał dziewczęta o ból głowy.
– Pozwoliłam sobie otworzyć kopertę. – Maggie wstawiła lilie do
glinianego pojemnika i ustawiła je na podłodze. – Napisał to, co zwykle:
„Zadzwoń do mnie, Ben”.
– Wrzuć kartkę tam, gdzie poprzednie – machnęła ręką Kate.
– Co ja dostanę za bieganie w tę i z powrotem?
– Masz kwiaty. – Kate uśmiechnęła się. – Sama mówiłaś, Ŝe lubisz
je dostawać. Twierdziłaś, Ŝe to takie romantyczne.
– Nie wiem, czy zauwaŜyłaś, Ŝe Ŝaden z tych bukietów nie jest
przeznaczony dla mnie – odparła Maggie. – Było to romantyczne na
początku, teraz robi się cokolwiek dziwne.
– Zgadzam się. – Kate rzuciła gazetę na kanapę.
– To powiedz mu, Ŝeby przestał.
– Nie zadzwonię do Benjamina Westa.
– Dlaczego?
– Wyjaśniałam ci juŜ – powiedziała podniesionym głosem Kate.
Maggie posiadała niezwykle przydatną dla niej umiejętność zapominania
o tym, z czym się nie zgadzała. – Bo nie interesuje mnie ani on, ani to, co
ma do powiedzenia.
– Gdyby Benjamin West uganiał się za mną, juŜ wkrótce byłabym
współwłaścicielką Westcon Plaza.
– Maggie, ten facet chce, Ŝebym mu prowadziła samochód!
– Kto by się przejmował szczegółami? Traktuj to jako dobry
początek.
– Początek czego?
– To juŜ zaleŜy od ciebie, prawda? Jak sądzisz, czy Ben West
często przesyła kwiaty ewentualnym pracownikom?
Kate połoŜyła się na podłodze.
– Mogłabyś przynajmniej dać mu szansę.
– Dałam mu szansę. – Kate przypomniała sobie wspólną kolację i
swoje późniejsze rozczarowanie. – I zobacz, do czego to doprowadziło.
– Rzeczywiście, zapomniałam. – Maggie rozejrzała się po
ukwieconym pokoju. – To mnie doprowadza do szaleństwa... Ale nie
zapominaj, Ŝe on ci złoŜył ofertę, z której mogłabyś skorzystać. Wysoka
pensja, dobre warunki pracy...
– Nie rozmawialiśmy o tym.
– Jestem przekonana, Ŝe te pieniądze pozwoliłyby ci nieźle Ŝyć i
przy okazji odłoŜyć na studia. – Maggie zmruŜyła oczy. – Powiedziałaś
mu, Ŝe został ci tylko jeden semestr?
– Szczerze mówiąc, nie.
– Na litość boską, dlaczego?
– Jakoś nie było okazji – uśmiechnęła się Kate.
– A czy w ogóle poinformowałaś go, Ŝe studiujesz prawo?
– Niezupełnie...
– Nic nie mów, niech zgadnę. Pewnie nie miałaś czasu. Świetnie to
rozumiem. W końcu spędziłaś z nim tylko dwadzieścia cztery godziny.
Gdybyś miała do dyspozycji dwa dni albo jeszcze lepiej trzy...
– Przestaniesz wreszcie? – Kate próbowała przybrać groźny ton,
ale nie wytrzymała i zaczęła chichotać.
– No to powiedz mi.
– Nie chciałam o tym mówić.
– AleŜ dlaczego?
– Sama nie wiem. Gdybym powiedziała mu o tych studiach, to
byłoby tak, jakbym chciała się dowartościować w jego oczach. Jak
gdybym próbowała zrobić na nim wraŜenie, o co z pewnością mi nie
chodziło.
– Oczywiście, Ŝe nie – mruknęła Maggie. – Właściwie dlaczego
ktokolwiek chciałby zrobić wraŜenie na Benjaminie Weście?
– Dosyć tego! – Kate wstała gwałtownie i ruszyła w stronę szafy. –
Jeszcze jedno słowo i znajdę sobie nową współlokatorkę.
– Nie moŜesz tego zrobić – zaoponowała Maggie. – Na umowie
znajduje się równieŜ moje nazwisko.
– Wobec tego sama się wyprowadzę.
– Gdzie? Na ulicę? Ledwie wystarcza ci na opłatę tego
mieszkania. – Maggie przyglądała się, jak Kate wkłada kurtkę. – Gdzie
idziesz?
– Do pralni. Zapomniałaś, Ŝe w tym tygodniu moja kolej?
– Masz ochotę na towarzystwo? – Nie czekając na odpowiedź,
Maggie chwyciła jedną z dwóch duŜych toreb stojących przy drzwiach.
– Chcesz mnie doprowadzić do szaleństwa? – Kate podniosła
drugą torbę.
– Chyba tak – uśmiechnęła się Maggie. – Ale nie martw się.
Przyjdzie dzień, kiedy zmądrzejesz i zaczniesz myśleć tak jak ja.
Kate wciągnęła głęboko powietrze i wypuściła je powoli.
1 Tego się właśnie obawiam – powiedziała w końcu.
* * *
Ben wprowadził do pamięci komputera dane, nad którymi przed
chwilą pracował, i zamknął oczy. Przycisnął palce do skroni. Ból
rozsadzał mu głowę.
Włączył przycisk interkomu.
– Jody, czy mogłabyś mi przynieść ze dwie aspiryny? – zapytał.
– Oczywiście, panie West. Zaraz przyjdę.
Ben odsunął krzesło i wstał, próbując rozluźnić mięśnie karku.
Zapadał zmierzch. WzdłuŜ Manhattanu zapalały się światła. Stanął przy
jednym z dwóch ogromnych okien.
Błyszczący Nowy Jork, miasto wiecznej obietnicy. PoniŜej
znajdowała się słynna Piąta Ulica. Uświadomił sobie, jak długą drogę
przebył w ciągu trzydziestu sześciu lat. Spróbował wszystkiego, co to
miasto miało do zaoferowania, i nie Ŝałował niczego.
Ben popatrzył z góry na zatłoczoną ulicę. Ludzie śpieszyli się,
samochody pędziły. Widział zmieniające się światła. Był zbyt wysoko,
aby słyszeć ryk klaksonów, ale z łatwością mógł to sobie wyobrazić.
Nowy Jork był hałaśliwy jak zwykle.
Taksówka minęła autobus. Ben uśmiechnął się na ten widok. Kate
lada moment zacznie pracę. Zapali napis „wolne” i zapewne z zapałem
przyłączy się do walki o pasaŜerów.
Zastanawiał się, czy była najedzona i wypoczęta. Czy szukała
zajęcia i czy ją ktoś w końcu zatrudnił. Przez ostatnie sześć dni
obiecywał sobie nie myśleć o niej więcej, ale jakoś nie mógł dotrzymać
tego postanowienia. Wysyłał więc kwiaty, tuziny kwiatów, ale ona
milczała. Do diabła, powinien przysyłać jej steki. Miałby przynajmniej
pewność, Ŝe kładzie się spać najedzona. Ale wtedy wiedziałaby, Ŝe się o
nią niepokoi i zastanawiałaby się, dlaczego tak się dzieje. Jak mógłby
odpowiedzieć na to pytanie, skoro sam nie był pewien, skąd się bierze
jego troska?
Nagle rozległo się dyskretne pukanie do drzwi.
– Proszę. – Ben odwrócił się od okna. Spodziewał się sekretarki,
lecz zamiast niej ujrzał swojego asystenta.
– Kiedy szedłem tutaj, Jody poprosiła mnie, Ŝebym ci to przyniósł.
Donald Rubin był drobnym, szczupłym męŜczyzną po
czterdziestce. Nosił rogowe okulary i zaczesywał włosy do przodu, aby
ukryć postępującą łysinę. W ręce trzymał fiolkę aspiryny.
– Dziękuję. – Ben podszedł do małego barku w rogu gabinetu.
Kiedy nalewał wodę do szklanki, zdał sobie sprawę, Ŝe ból głowy minął
bez śladu.
– Właściwie dlaczego chciałeś się ze mną widzieć? Donald
przysiadł na skraju biurka.
– Ci z programu „Słynni ludzie” czekają na dole – poinformował.
– Chcieliby przyjść tutaj.
– Nie ma mowy.
– Obiecałeś im, Ŝe będą mogli kręcić w Westcon Plaza – zauwaŜył
Donald. Wiedział juŜ, Ŝe Ben się nie zgodzi, ale przyrzekł Morganowi
Peach, Ŝe zrobi wszystko, co w jego mocy.
– Znali zasady. Mogą kręcić wszędzie, ale nie w miejscu pracy i w
wynajmowanych częściach budynku. – Ben odłoŜył fiolkę.
– Kilku twoich sławnych lokatorów pozwoliło im wejść do swoich
apartamentów.
Ben potrząsnął głową. Nigdy nie przestawało go zdumiewać, jak
daleko potrafią posunąć się ludzie w pogoni za popularnością. W jego
sytuacji brak prywatności był ceną, jaką płacił za swoją pozycję, ale z
trudem to akceptował.
– To juŜ ich sprawa.
– Pan Peach zastanawiał się, czy nie chciałbyś postąpić podobnie.
Ben rzucił mu spojrzenie pełne nienawiści.
– Hej, nie patrz tak na mnie. Jestem tylko posłańcem –
zaprotestował Donald.
– Powinieneś wiedzieć, jak zareaguję.
– On chciałby sfilmować tylko twoje biuro.
– Zatrudniłem cię chyba wyłącznie ze względu na twoją
wytrwałość. – Ben cięŜko usiadł na krześle.
– Zapomniałeś o moim doktoracie na Harvardzie – uśmiechnął się
Donald.
– A tak. No więc idź i uŜyj siły swojego intelektu w kontakcie z
panem Peachem. Niech sobie sfilmuje fontannę i pozwól mu teŜ
pomachać kamerą z windy. Stawiam jeden warunek, mają z tym dzisiaj
skończyć.
– W porządku. – Donald wstał i ruszył w stronę drzwi. – Aha,
jeszcze jedno.
Ben czekał, popijając powoli wodę.
– Kwiaty dla... – Donald pogrzebał w kieszeni i wyciągnął stamtąd
pognieciony świstek papieru – ...panny Kate Hallaby. Wysyłano je
codziennie w tym tygodniu, z wyjątkiem dzisiejszego dnia. Chciałem się
tylko upewnić, czy nie zapomniałeś. Wiem, Ŝe jest juŜ późno, ale
kwiaciarnia przyjmie jeszcze zamówienie...
– Nie – przerwał Ben. – Nie zapomniałem.
Donald zgniótł papier i wsadził go z powrotem do kieszeni. Znał
nie tylko sprawy zawodowe Bena, ale takŜe jego Ŝycie osobiste. Byli
przyjaciółmi i Donald wiedział, Ŝe moŜe sobie pozwolić teraz na kpiący
uśmiech.
– Nie powiesz chyba, Ŝe rezygnujesz? – zapytał.
– A czy kiedykolwiek to zrobiłem?
– Nigdy dotąd nie spotkałeś tak nieprzychylnie nastawionej damy.
– To prawda. – Ben spowaŜniał. – Szkoda.
– Ja bym tego tak nie ujął. – Uśmiech Donalda stał się jeszcze
szerszy. – Kto to jest tym razem? Kobieta interesu, socjalistka? Hm...
Hallaby... to chyba australijskie nazwisko?
Ben tylko czekał na ten moment.
– Prowadzi taksówkę – wyjaśnił.
– Co takiego? – Donald podszedł bliŜej. – Przez chwilę wydawało
mi się, Ŝe powiedziałeś, iŜ ona prowadzi taksówkę.
– Tak. Ona prowadzi taksówkę. Chciałem, Ŝeby przejęła
obowiązki Milesa, kiedy on odejdzie. Niestety, widocznie ma inne plany.
– Rozumiem. CóŜ... – Donald zakaszlał. Teraz przynajmniej było
dla niego jasne, dlaczego Ben odrzucił innych kandydatów. – Sądzę, Ŝe
kwiaty stanowią miły upominek.
– TeŜ mi się tak wydawało.
* * *
Gdy Kate rozpoczęła pracę, dzień miał się juŜ ku końcowi i było
nieco chłodniej, lecz mimo to otworzyła szeroko okno. Nadarzała się
okazja, aby wreszcie poczuć wiatr we włosach, i Kate nie zamierzała jej
zmarnować.
Pierwszy kurs skierował ją na West Side, gdzie czekała ponad
godzinę na następnego pasaŜera. Potem trafiła się seria krótkich kursów
ze śródmieścia na przedmieście i z powrotem. Prowadziła w milczeniu,
będąc mimowolnym świadkiem rozmów i wydarzeń rozgrywających się
za jej plecami. Słyszała zaŜartą kłótnię ojca i syna, przyglądała się
rozszczebiotanej zakochanej parze, poleciła restaurację jakimś turystom.
Wszystko to stanowiło część jej Ŝycia zawodowego.
Około północy wylądowała w Village. Bez specjalnej nadziei na
kurs powrotny przyglądała się cichej ulicy. JuŜ miała zrezygnować, gdy
nagle z cienia wyszedł męŜczyzna, unosząc w górę jedną rękę.
Kate przyjrzała mu się uwaŜnie. Nawet w porządnej dzielnicy
naleŜało być ostroŜnym. MęŜczyzna był niski i krępy, ubrany w luźne
spodnie i powyciągany golf. Przez ramię miał przewieszoną zniszczoną
skórzaną torbę. W słabym świetle latarni Kate zauwaŜyła diamentowy
kolczyk w lewym uchu.
Podjechała bliŜej i przystanęła pomiędzy dwoma zaparkowanymi
samochodami, czekając, aŜ męŜczyzna otworzy tylne drzwi i wsiądzie.
– To tylko parę bloków stąd – powiedział. – Mam nadzieję, Ŝe nie
ma pani nic przeciwko temu.
– Nie. – Kate włączyła licznik. – Dokąd?
– Jak myślisz? – PasaŜer zachichotał i pochylił się w jej kierunku.
– Niezła jesteś.
Kate zesztywniała, czując, Ŝe dotknął jej włosów na karku.
Skończyła kurs samoobrony i wiedziała, Ŝe najwaŜniejsza jest pierwsza
zasada. Ufaj swojej intuicji – jeŜeli wydaje ci się, Ŝe coś jest nie w
porządku, to prawdopodobnie masz rację.
Powoli i ostroŜnie wyciągnęła rękę w kierunku radia, jedynego
łącznika ze światem zewnętrznym.
– Tylko to włączę i jedziemy. – Starała się, Ŝeby jej głos brzmiał
spokojnie.
– Nie. – To jedno słowo zmroziło jej krew w Ŝyłach.
– Ale...
Ujrzała rękę trzymającą mały błyszczący pistolet. Nie jest zbyt
duŜy, pomyślała. Ale wystarczy całkiem niewielka kula, Ŝeby zabić
człowieka.
– Nie dyskutuj. Nic nie mów i daj mi pieniądze.
Kate bez słowa wyjęła metalową skrzynkę i podała ją męŜczyźnie.
– A teraz opróŜnij kieszenie.
Oddała kluczyki, prawo jazdy i czterdzieści dolarów z napiwków.
MęŜczyzna zgarnął pieniądze i machnął pistoletem w kierunku drzwi.
– Wyjdź z samochodu!
– Dostałeś, czego chciałeś – powiedziała głośno. Serce biło jej jak
oszalałe, ale wiedziała, Ŝe za Ŝadną cenę nie moŜe okazać strachu. – Weź
pieniądze i idź.
– MoŜe dostałem, a moŜe nie – zachichotał. Widać było, Ŝe
napastnik rozkoszował się przewagą, jaką dawała mu broń. – Nie
denerwuj mnie. Wyłaź z tego cholernego samochodu.
– Muszę włączyć ręczny hamulec – zaoponowała Kate. Nie chciała
myśleć o tym, co się stanie, kiedy wysiądzie z samochodu. W ogóle nie
chciała myśleć.
– To włącz. – Zaczynał się niecierpliwić. JeŜeli będzie miała
szczęście, zrobi się nieostroŜny. – Potem daj mi kluczyki.
Kate chwyciła hamulec dwoma palcami, a pozostałe zacisnęła na
wiszącej obok Ŝyłce, do której przymocowany był policyjny gwizdek o
bardzo donośnym dźwięku.
– Teraz hamuję – powiedziała. – I wysiadam.
Kiedy męŜczyzna wyciągnął rękę w kierunku drzwi, Kate zastygła
w oczekiwaniu. Gdyby przynajmniej wystawił jedną nogę na zewnątrz,
ruszyłaby błyskawicznie... ale nie zrobił tego.
– Szybciej.
– Robię to tak szybko, jak mogę. – Pociągnęła za dźwignię i
zacisnęła dłoń na gwizdku w tym samym momencie. Następnie
wyłączyła silnik i wyjęła kluczyki ze stacyjki. – Gdybyś odłoŜył pistolet,
poszłoby sprawniej.
Parsknął pogardliwie i uderzył w dzielącą ich przegrodę.
– Wyłaź!
Kiedy dotknęła nogą chodnika, natychmiast znalazł się obok niej.
Jedną ręką złapał ją za ramię tuŜ ponad łokciem, drugą wyrwał kluczyki i
wsunął do kieszeni.
– A teraz cicho bądź! Przejdziemy się trochę.
– Dokąd? – Kate czuła, Ŝe szczękają jej zęby. Zrób coś, Ŝeby
mówił, zaklinała samą siebie. Zrób coś, Ŝeby myślał o czymś innym, i
czekaj na okazję.
– Tędy.
Aleja biegła pomiędzy dwoma budynkami. Była ciemna i
wyludniona. Kate wiedziała, Ŝe jeśli opuszczą ulicę, nie będzie miała
Ŝ
adnych szans. Napastnik nie potrzebował nawet broni. Prawdopodobnie
tak samo ocenił sytuację, poniewaŜ schował pistolet za pasek od spodni.
Kate oddychała cięŜko. Postanowiła zaryzykować. Teraz albo
nigdy. Nagle udała, Ŝe się potyka i upadła na kolana.
– Co się dzieje, u diabła? – warknął męŜczyzna.
– Cholerna dziura – mruknęła.
Nie puścił jej ramienia, kiedy upadała, i stracił równowagę. Kate
modliła się, Ŝeby to wystarczyło. Szarpnął ją mocno do góry i zanim
zdąŜył się zorientować, kopnęła go z całej siły w kostkę, a jej ręce
zaciśnięte w pięści wylądowały na jego nosie.
Usłyszała chrzęst i ujrzała, jak krew zaczyna spływać po jego
twarzy i swetrze. Rzuciła się w stronę oświetlonej części ulicy. Wsadziła
gwizdek do ust i dmuchała do utraty tchu.
– Dziwka!
Gdyby wyciągnął pistolet, sytuacja stałaby się bardzo groźna.
Jednak on pobiegł w przeciwnym kierunku, jedną rękę trzymając przy
twarzy, a w drugiej zaciskając zagrabione pieniądze. Oparła się o
taksówkę. DrŜała na całym ciele.
Zza rogu wyjechał samochód policyjny i zatrzymał się tuŜ obok
niej.
– Nic się pani nie stało?
Kate z wysiłkiem potrząsnęła przecząco głową. Policjant przyjrzał
się jej uwaŜniej.
– Ale to pani gwizdała?
– Tak. – Kate popatrzyła na niego nieprzytomnie. – To ja– Czy
mogłaby pani powiedzieć, co się wydarzyło? Zacinając się opisała
przebieg wydarzeń.
W taksówce Kate zorientowała się, Ŝe nie ma kluczyków.
Policjanci zepchnęli taksówkę na chodnik i zabrali Kate na komisariat,
aby złoŜyła formalne zeznanie. Kiedy wreszcie skończyła, na zewnątrz
zaczynało juŜ świtać. Jeszcze dwukrotnie musiała podać dokładny opis
wypadków. Zawiadomiono Arniego, który wysłał do Village jednego z
kierowców z zapasową parą kluczyków. SierŜant poczęstował Kate
gorącą kawą i nie omieszkał dodać, Ŝe miała piekielne szczęście.
Kate zdawała sobie z tego sprawę, jednak nie czuła się dzięki temu
ani trochę lepiej. Rozglądała się niespokojnie jadąc do domu autobusem,
a odległość między przystankiem a swoim blokiem pokonała w
rekordowym tempie. Równie szybko wbiegła po schodach.
Mieszkanie było puste. Kate starannie zamknęła drzwi, załoŜyła
łańcuch i rozejrzała się dokoła. Na stole stał dzbanek z kawą i pączki.
Ugryzła parę kęsów, po czym usiadła w fotelu i zastygła bez ruchu.
Stopniowo wracała do równowagi. Nie miała pojęcia, jak długo tak
siedziała.
Minął strach, a jego miejsce zajął gniew i uraŜona duma. Została
napadnięta i udało jej się wyjść z tego bez szwanku. Czy wszystko było
w porządku?
Kogo próbowała oszukać? Tym razem poradziła sobie z
napastnikiem. A jak będzie kiedy indziej? Przy tej pracy istniało duŜe
prawdopodobieństwo, Ŝe sytuacja powtórzy się któregoś dnia. Nawet nie
chciała o tym myśleć.
Nadszedł czas, Ŝeby dokonać wyboru. Pamiętała o ofercie Bena.
MoŜe między nimi nic nie było, tylko ona sobie coś wymyśliła? Jednak
jeśli kobieta patrzy na męŜczyznę i czuje, Ŝe ziemia usuwa się jej spod
nóg, propozycja pracy jest ostatnią rzeczą, której oczekuje. Jednak dla
Bena wyglądało to prawdopodobnie nieco inaczej.
Miał szczęście, Ŝe nie zareagowałam gwałtowniej, pomyślała Kate.
Ale i ona miała szczęście, gdyŜ dzięki temu propozycja ta była nadal
otwarta. ChociaŜ moŜe juŜ nie, gdyŜ kwiaty przestały przychodzić. Był
tylko jeden sposób, Ŝeby się przekonać. TuŜ obok solniczki leŜała na
stole mała, nieporządna kupka kartek. Kate wzięła pierwszą z brzegu i
połoŜyła przed sobą. Obok ułoŜyła następną. Gdy skończyła, kartki
utworzyły linię biegnącą przez całą długość stołu.
„Zadzwoń do mnie – Ben. Zadzwoń do mnie – Ben. Zadzwoń do
mnie – Ben” – widniało na kaŜdej z nich.
Patrzyła na nie w milczeniu. Zgodzi się na propozycję Bena.
Będzie najlepszym kierowcą, jakiego kiedykolwiek miał. Nawet jeśli nie
minie jej fascynacja tym męŜczyzną, nikt nie musi się o tym dowiedzieć.
Zwłaszcza pracowity pan Benjamin West Westchnęła i rozsypała leŜące
przed nią kartki. Znała przecieŜ ich treść na pamięć. Sięgnęła po
słuchawkę.
ROZDZIAŁ 6
Rozmowa telefoniczna była krótka i rzeczowa. Umówili się na
szóstą w biurze. Ben zamierzał powiedzieć duŜo więcej i gdy odłoŜył
słuchawkę, poczuł się rozczarowany. Nie znał zbyt dobrze Kate Hallaby,
ale w jej przypadku jedno było pewne – naleŜało przygotować się na
nieoczekiwany rozwój wydarzeń. Powiedziała, Ŝe moŜe przedyskutować
jego propozycję, ale nie wspomniała, czy zechce ją przyjąć. Cały tydzień
spędził na męczących zabiegach o zapewnienie jak najkorzystniejszych
warunków umowy budowy nocnego klubu na Lower East Side. Sądził,
Ŝ
e godzina spędzona z Kate Hallaby jest dokładnie tym, czego mu teraz
potrzeba. Co jednak będzie, jeŜeli ona tu wejdzie i nic się nie stanie?
JeŜeli jego puls nie zacznie bić szybciej, a uścisk ręki pozostanie
zdecydowany i obojętny? MoŜe wtedy tylko mu się wydawało?
Ben zaznaczył datę w kalendarzu. Nawet jeśli spotkanie nie spełni
jego oczekiwań, to rzeczywiście potrzebuje szofera.
* * *
Garderoba Kate była, łagodnie mówiąc, dość skromna. Jako
studentka nie potrzebowała wielu ubrań, a jako kierowca taksówki
jeszcze mniej. Miała dwie czy trzy sukienki, które wkładała, gdy
wybierała się do butiku. Zdecydowała, Ŝe wyglądałaby w nich zbyt
oficjalnie. Poza tym musiałaby do nich załoŜyć pończochy i szpilki, a na
to juŜ zupełnie nie miała ochoty. W końcu wybrała sztruksowe spodnie i
męską koszulę, którą kupiła na ciuchach.
O piątej trzydzieści minęła recepcję w budynku, w którym
znajdowało się biuro Bena. StraŜnik sprawdził jej nazwisko na liście, po
czym skierował do prywatnej windy. PodróŜ na górę trwała krótko. Kate
nie miała nawet czasu, aby przyjrzeć się pięknym dywanom i ścianom
pokrytym dębowym drewnem. Zerknęła jednak w lustro, bezskutecznie
próbując przygładzić niesforne włosy. CóŜ, albo Ben zgodzi się ją
przyjąć taką, jaka jest, albo sprawa zakończy się, zanim się zaczęła.
Gdy drzwi od windy otworzyły się, Kate ujrzała sekretarkę Bena.
Była nią szczupła blondynka o wysportowanej sylwetce i twarzy
modelki. Sukienka, którą miała na sobie, musiała kosztować mnóstwo
pieniędzy.
Dziewczyna uśmiechnęła się ciepło.
– Cześć, jestem Jody – przywitała się. – Wezmę pani płaszcz, a
pani niech juŜ wchodzi. Pan West czeka.
Kate spodziewała się zobaczyć nowoczesne, zimne wnętrze.
Zaskoczona rozejrzała się wokół. Drewno w połączeniu z dywanami w
pastelowych kolorach stwarzało wraŜenie dyskretnej elegancji. Biurko
Jody doskonale pasowałoby do starego angielskiego dworu. Na ścianie
wisiał obraz Stubbsa. Kate obiecała sobie, Ŝe wychodząc stąd zatrzyma
się i dokładniej go obejrzy. Teraz tylko rzuciła nań okiem i poszła prosto
do gabinetu Bena.
Kiedy weszła, rozmawiał przez telefon. Poinformowany przez
Jody, Ŝe Kate jedzie na górę, juŜ od pięciu minut bezskutecznie próbował
zakończyć rozmowę z Mortem Silverburgiem. PoniewaŜ sprawa nocnego
klubu została omówiona, Mort szczebiotał wesoło o przyjęciu, które
zamierzał wydać pod koniec tygodnia.
Ben nie musiał się specjalnie koncentrować, aby wtrącać „tak” lub
„aha” w odpowiednim momencie. Wstał i zapraszającym gestem zachęcił
Kate do pozostania, szepcząc bezgłośnie „zaraz kończę”.
Skinęła głową i rozejrzała się po gabinecie. Podeszła do
ogromnych okien i wyjrzała na zewnątrz. Przyglądał się jej, gdy zaczęła
spacerować, starając się wyglądać zdecydowanie i pewnie.
Z jakiegoś powodu – prawdopodobnie dlatego, Ŝe tylko w tym ją
widział – Ben oczekiwał, Ŝe Kate zjawi się w dŜinsach. Zamiast nich
włoŜyła spodnie z tak delikatnego sztruksu, Ŝe wyglądał jak aksamit.
Były bardzo obcisłe w talii i przy kostkach, a w pozostałych miejscach na
tyle luźne, Ŝeby rozbudzić jego wyobraźnię.
Miała na sobie olbrzymią męską koszulę. Gdyby włoŜyła ją inna
kobieta, uznałby, Ŝe wygląda raczej dziwnie. Kate prezentowała się
znakomicie.
Ben pośpiesznie zakończył rozmowę.
Kiedy odłoŜył słuchawkę, Kate odwróciła się w jego stronę.
Potrzebowała tych kilku chwil, Ŝeby ochłonąć. Nie spodziewała się, Ŝe
widok tego męŜczyzny tak bardzo na nią podziała. Przedtem wydawał się
jej pociągający, teraz dosłownie zaparło jej dech.
– Panie West. – Przeszła przez pokój i wyciągnęła rękę. – Miło mi,
Ŝ
e znów pana widzę.
– Zdaje mi się, Ŝe się cofamy – przytrzymał jej dłoń dłuŜej, niŜ
tego wymagało powitanie. – Kiedy widzieliśmy się ostatnim razem,
mówiłaś do mnie „Ben”.
– Wtedy odrzuciłam pana propozycję. – Kate zrezygnowała z
wyjaśniania tego, co wydawało się oczywiste. Podczas tych niezwykłych
godzin spędzonych w zaspie, potem w jego domu, znajdowali się na
równych sobie pozycjach. Dzisiejszego popołudnia układ sił się zmienił.
– Ale jeŜeli jest ciągle aktualna, to chętnie ją przyjmę.
– Porozmawiajmy. – Ben wskazał jej krzesło. – MoŜe napijesz się
czegoś? Wody mineralnej?
– Nie. Dziękuję.
– Istotnie – zaczął – propozycja jest nadal aktualna. Pozwól, Ŝe
opowiem ci trochę o tej pracy i zobaczymy, czy nadal będziesz nią
zainteresowana.
Po wczorajszych dramatycznych wydarzeniach Kate nie bardzo
mogła wyobrazić sobie, co mogłoby ją zniechęcić. Postanowiła jednak
wysłuchać go.
– Zatrudniam dwóch szoferów, pracujących na zmianę. Mam juŜ
pracownika na nocną zmianę. Szukam kogoś, kto będzie pracował w
dzień, od siódmej rano do siódmej wieczorem. Nie znaczy to oczywiście,
Ŝ
e masz jeździć całymi dniami. Czasami w ogóle nie potrzebuję
kierowcy. Ale kiedy jestem w mieście czy w okolicy, musisz być w tym
czasie dyspozycyjna.
– W porządku – skinęła głową Kate.
– JeŜeli chodzi o pensję, myślę, Ŝe uznasz ją za całkiem wysoką –
wymienił sumę, a Kate nerwowo przełknęła ślinę. – Oczywiście
dochodzą do tego jeszcze rozmaite premie.
– Oczywiście – mruknęła Kate, starając się nie myśleć o
pieniądzach i o zmianach, jakie wprowadzą w jej Ŝyciu. Powtarzała
sobie, Ŝe nawet teraz nie musi przyjmować tej pracy. WciąŜ ma
moŜliwość wyboru. Ale czy moŜe zrezygnować z wynagrodzenia
gwarantującego regularne odŜywianie i moŜliwość odłoŜenia pieniędzy
na studia? A jak poradzi sobie z fascynacją Benem Western i
ś
wiadomością, Ŝe będzie miał nad nią władzę?
Postanowiła, Ŝe później będzie się o to martwić.
– To właśnie wygląda na coś, czego szukam – zaczęła. – Nie
przyniosłam referencji, ale, jak pan wie, mam trochę doświadczenia.
Jestem pewna, Ŝe chciałby zadać mi pan kilka pytań...
– Tylko jedno. – Ben usiadł wygodniej i skrzyŜował ręce. –
Dlaczego zmieniłaś zdanie?
Zaskoczył ją. Myślała, Ŝe zapyta ją o staŜ pracy albo o
uprawnienia. Nie spodziewała się pytania, które przed chwilą padło.
– Nic takiego się nie wydarzyło – machnęła niedbale ręką.
– Daj spokój – parsknął. – Nie zgrywaj się.
– Co masz na myśli?
– W zeszłym tygodniu twój cięty język powinien zostać
zarejestrowany jako śmiertelna broń. Gdybym nie znał cię wcześniej,
pomyślałbym, Ŝe trafiłaś tu dzisiaj prosto z klasztoru. Co się dzieje?
Decyzja o przyjściu tutaj była dostatecznie trudna, a teraz Ben
dodatkowo komplikował sytuację.
– MoŜe po prostu próbuję zrobić dobre wraŜenie – powiedziała.
– Do diabła! – Ben wstał i przeczesał włosy palcami. – Zrobiłaś
ś
wietne wraŜenie w zeszłym tygodniu, a potem mnie spławiłaś. Co się
stało od tamtego czasu?
– Nic.
– Czy Arnie cię zwolnił?
– Nie. – Kate wyczuła, Ŝe Ben stoi tuŜ obok niej. Podniosła wzrok
i zobaczyła, Ŝe pochyla się nad nią, z rękami wspartymi na oparciach
fotela.
– Powiedz, proszę, co się stało? – Jego głos był ciepły i łagodny.
Gdyby był agresywny lub nalegał, wykręciłaby się od odpowiedzi.
Umiała sobie radzić z siłą, lecz jego czułość rozbroiła ją.
– Napadnięto mnie – wyjaśniła.
– Co?
– Napadnięto. – Kate zerknęła na niego. – Rozumiesz, co to
znaczy? Trzymano na muszce i obrabowano.
– Dobry BoŜe! Kiedy?
– Wczoraj w nocy. Właściwie dzisiaj nad ranem. – Kate
potrząsnęła głową. Kosmyk włosów opadł jej na twarz, ale poprawiła go.
Nie chciała mówić o wypadku. Wszystkie uczucia – strach, złość,
upokorzenie – były nadal zbyt silne.
– Jesteś ranna? – Ben chciał ją przytulić i pocieszyć. Zrezygnował
z tego pomysłu. Wyglądała na spiętą i zdenerwowaną.
– Nie – odpowiedziała cicho Kate. – Tylko kilka siniaków. Czy
moglibyśmy przestać o tym mówić?
– Nie, nie moglibyśmy.
Ben wyprostował się. Jego równieŜ dwukrotnie napadnięto. Nie
naleŜało to do rzadkości na ulicach Nowego Jorku. Wiedział dobrze, Ŝe
po takich przeŜyciach pozostawał trudny do przezwycięŜenia strach i
uraz, więc dlatego bał się o Kate. Czy ten człowiek zrobił jej coś jeszcze?
Poczuł nieprzyjemny ucisk w Ŝołądku.
– Powiedz, co się stało – starał się mówić bardzo spokojnie.
Kate znowu potrząsnęła głową, odrzucając włosy do tyłu.
– Nic takiego.
– Dla mnie to waŜne.
– Ale to nie pana sprawa.
Wiedział, Ŝe poradzi sobie z dawną, gniewną, upartą Kate. Znów
pochylił się nad nią.
– Właśnie, Ŝe moja – powiedział.
– Dlaczego? Dlatego, Ŝe chce mnie pan zatrudnić?
– Nie. Dlatego, Ŝe martwię się o ciebie.
– TeŜ coś! – Kate odsunęła się od niego i wstała gwałtownie. –
Pan mnie nawet nie zna.
– Ale chciałbym.
Spojrzała na niego z nagłym błyskiem w oczach.
– Chce mnie pan zatrudnić – upewniła się.
– Masz rację – przyznał Ben. – To takŜe.
– DuŜo pan chce, panie West.
– Ben – powiedział ostro. – Uzgodniliśmy, Ŝe będziesz mówiła do
mnie Ben.
– Nie, to pan tak zdecydował. Ale to ty tu rządzisz... Ben.
Zignorował ironię w jej głosie.
– Czy nie zdajesz sobie sprawy z tego, Ŝe jeŜeli nie opowiesz, co
się zdarzyło tej nocy, będzie cię to przez cały czas gnębiło?
– Mówiłam juŜ o tym. Policji, Arniemu...
– Ale nie mówiłaś nikomu, kto naprawdę troszczy się o ciebie. –
Ben obserwował, jak Kate niespokojnie krąŜy po pokoju. KaŜdy krok
oddalał ją od niego. – A co z twoją współlokatorką, ma na imię Maggie,
prawda?
– Pamiętasz wszystko, co usłyszysz? – Odwróciła się w jego
kierunku.
– Istotne rzeczy tak.
Nawet nie dopuszczała do siebie myśli, Ŝe mogłaby być dla niego
waŜna. Stanęła przy oknie. Nie widzącym wzrokiem patrzyła na świat w
dole. MoŜe jeśli opowie mu całą historię, wtedy Ben zostawi ją w
spokoju. A przecieŜ tego właśnie chciała, prawda?
– To był pasaŜer – powiedziała cicho. – Wsiadł w Village. Nie
wyglądał zbyt groźnie. – Ben zacisnął ręce w pięści. Zawsze uwaŜał się
za człowieka praktycznego, który akceptuje to, czego nie da się zmienić.
Jednak wizja Kate, jeŜdŜącej w nocy w poszukiwaniu pasaŜerów, którzy
„nie wyglądają zbyt groźnie”, napełniła go gniewem. – W kaŜdym razie
się pomyliłam. Wyciągnął pistolet i wycelował we mnie. ZaŜądał
pieniędzy.
– Które mu dałaś.
Kate podniosła wzrok i zobaczyła, Ŝe Ben znów stoi obok niej.
– Nie jestem głupia.
– PrzecieŜ nie powiedziałem, Ŝe jesteś. – Tak bardzo chciał ją
przytulić. Wiedział jednak, Ŝe byłby to niewybaczalny błąd. – I poszedł
sobie?
Zapadła długa cisza.
– Powiedziałaś, Ŝe nic ci się nie stało – odezwał się w końcu Ben,
powoli wymawiając słowa.
Kate wzruszyła ramionami i odparła:
– Kazał mi wysiąść z taksówki. Przed nami ciągnęła się aleja...
ciemna, pusta aleja. Wiedziałam, Ŝe kiedy się tam znajdziemy, nie będę
miała szans.
Ben skinął głową.
– Udałam, Ŝe się potknęłam. Na szczęście, on nie okazał się
specjalnie bystry. – Śmiech Kate zabrzmiał niewesoło. – Kiedy stracił
równowagę, uderzyłam go, a moŜe nawet złamałam mu nos. Potem
uciekłam. Policja usłyszała mój gwizdek i przyjechała. To wszystko.
Opis był raczej oszczędny, ale Ben z łatwością wyobraził sobie
dramatyzm sytuacji.
– A więc udało ci się – powiedział.
– Niezupełnie – mruknęła. – Uciekł z pieniędzmi.
– Pieniądze moŜna zastąpić innymi, ciebie nie.
– Powiedz to Arniemu.
– Za mało troszczysz się o siebie, Kate.
Ben stał tak blisko, Ŝe ich ramiona niemal się stykały.
– Posłuchaj, nie rób z tego aŜ takiego dramatu. W gruncie rzeczy
nic mi się nie stało, więc zostawmy to, dobrze?
Ben wyciągnął rękę. Ujął Kate pod brodę i zbliŜył jej twarz do
swojej.
– Jeśli nic się nie stało, to dlaczego nie prowadzisz dzisiaj
taksówki? – zapytał. – Co tutaj robisz?
– Wiedziałam, Ŝe to był głupi pomysł. – Kate szarpnęła się. – Nie
powinnam tu przychodzić.
Odwróciła się i ruszyła w kierunku drzwi.
– W ogóle nie powinnam uwierzyć w to, Ŝe mógłbyś mnie
zatrudnić.
– Ta posada jest twoja, jeŜeli nadal jesteś zdecydowana.
– PrzecieŜ nie zatrudniłbyś kogoś, kto bez przerwy kłóciłby się z
tobą.
– Zatrudniłbym.
– Dlaczego?
Sam nieraz zadawał sobie to pytanie i chociaŜ święcie wierzył w
swój zdrowy rozsądek, nie mógł znaleźć Ŝadnej sensownej odpowiedzi.
Zawahał się.
– PoniewaŜ jesteś cholernie dobrym kierowcą, Kate.
– Co drugi kierowca jest cholernie dobry. – Popatrzyła na niego
sceptycznie.
– Ale ja na innych kierowców nie chcę patrzeć przez cały dzień.
– Zatrudniasz mnie z powodu mojego wyglądu? – uniosła w górę
brwi.
– Między innymi – przyznał.
– A jakie są te inne przyczyny?
Krok po kroku podchodziła coraz bliŜej. Oczywiście mógł się
wycofać, ale nie brał tego pod uwagę.
– Dajmy juŜ temu spokój, dobrze?
– A jeŜeli się nie zgodzę?
– Nie mam zwyczaju dyskutować z pracownikami, Kate.
– Świetnie. – SkrzyŜowała ręce. – Tylko Ŝe ja nie jestem jeszcze
jednym z twoich pracowników.
– Nie bądź bezczelna – warknął Ben.
Przyjrzał się uwaŜnie jej twarzy, błękitnym oczom i małemu
zadartemu noskowi, tak bardzo kontrastującemu z zawadiacko wysuniętą
brodą. Jej pełne, nie umalowane usta były tak kuszące... Wiedział, Ŝe
lada moment straci panowanie nad sobą...
– Bo co? – zapytała zaczepnie.
– Bo to.
Jednym krokiem pokonał dzielącą ich odległość i wziął Kate w
ramiona. Oddychała cięŜko. Instynktownie uniosła twarz. Ben
potrzebował tej zachęty. Dotknął jej warg swoimi. Jedną ręką objął ją w
talii, a drugą pieszczotliwie gładził włosy dziewczyny. Kate wiedziała, Ŝe
powinna się cofnąć, lecz zamiast tego rozchyliła usta.
Ben oczekiwał, Ŝe Kate zaprotestuje. MoŜe nawet trochę na to
liczył. Jednak ona przyciągnęła go do siebie z taką pasją, Ŝe wszystko
stało się niewaŜne. Pozostała tylko rozkosz trzymania jej w ramionach.
Czuł jej piersi przez materiał koszuli. Pragnął ich dotknąć. Pragnął
jej tak bardzo, Ŝe gotów był ją wziąć natychmiast nie zwaŜając na
miejsce, w którym się znajdują.
Jednak kiedy usiłował rozpiąć jej koszulę, Kate zaprotestowała:
– Nie!
Przez dłuŜszy czas Ben nie poruszył się. Potem powoli opuścił
ręce i cofnął się potrząsając głową.
– Masz rację – powiedział cicho.
Rację? Kate była wściekła. Czy w ogóle chciała mieć rację?
Przynajmniej mógł się z nią spierać, tak jak robił to zawsze. Zapięła
guzik, z którym wcześniej mocował się Ben. śeby podkreślić ten gest,
zapięła takŜe guzik pod szyją.
– No cóŜ, czy właśnie dlatego chciałeś mnie zatrudnić?
– Poniekąd.
– Poniekąd – mruknęła Kate. Miała ochotę nawrzeszczeć na niego,
ale jak mogła to zrobić, skoro ona takŜe ponosiła odpowiedzialność za
to, co się przed chwilą wydarzyło. – Nie musiałeś proponować mi pracy
w formie zapłaty za „usługi” – dodała złośliwie.
Ben odwrócił się w jej kierunku.
– Będę ci płacił za prowadzenie samochodu, Kate. Za nic więcej.
Akurat, pomyślała Kate. Nadal nie była przekonana.
– Zaproszenie mnie gdziekolwiek byłoby mniej kosztowne. –
Zerknęła na niego uwaŜnie.
– Ale ty potrzebujesz pracy – warknął. To brzmiało rozsądnie.
– Niepotrzebny mi teŜ męŜczyzna korzystający z kaŜdej okazji.
– Świetnie. – RozłoŜył ręce. – Nikt cię do niczego nie zmusza.
– Sugerujesz mi, Ŝebym zrezygnowała?
– Wyjaśniam ci tylko, Ŝe moŜesz zrobić, co zechcesz. Wybór
naleŜy do ciebie. – Ben opanował do perfekcji sztukę negocjacji i
wiedział, kiedy opłaca się blefować. Dopóki się nie zorientuje, on będzie
górą.
Kate zastanawiała się przez kilka minut. Sytuacja się
komplikowała. Znalazła się między młotem a kowadłem. JeŜeli odejdzie,
to odejdzie z niczym. Lecz jeŜeli pozostanie... cóŜ, to, co się stało, mogło
się przecieŜ powtórzyć.
– Przyjmę tę pracę – zdecydowała. – Ale pod jednym warunkiem.
– To znaczy?
– Nie zamierzam... Nie będziemy... – Kate usiłowała znaleźć
właściwe słowo. – Nie będziesz piekł dwóch pieczeni przy jednym
ogniu.
– W porządku.
– W porządku? To wszystko, co masz mi do powiedzenia?
– Postawiłaś warunek, a ja się zgodziłem.
– A zatem załatwione.
– Na to wygląda. – Ben podszedł do biurka i napisał coś na kartce
papieru. – Zadzwoń jutro pod ten numer. Donald jest moim asystentem.
Omówisz z nim szczegóły.
– Świetnie. Chyba juŜ pójdę.
– Pozwól, Ŝe cię odprowadzę.
– To nie jest konieczne.
– Będę spokojniejszy – stwierdził stanowczo. Wziął ją za ramię i
skierował w stronę drzwi. – Budynek jest juŜ pewnie pusty, a na ulicach
ciemno...
– Jak zwykle w nocy. – Kate bezskutecznie próbowała wprawić się
w bojowy nastrój. Samodzielność ułatwiała jej Ŝycie, ale odrobina
troskliwości ze strony Bena z pewnością jej nie zaszkodzi.
Ben nie próbował nawet odpowiadać. Pomógł włoŜyć jej płaszcz i
przeszli do windy. Postanowił, Ŝe odprowadzi Kate do taksówki i wróci
jeszcze na górę. Jednak im bardziej zbliŜali się do wyjścia, tym
niechętniej myślał o rozstaniu. Nie pomagała świadomość, Ŝe juŜ od
przyszłego tygodnia Kate będzie jego kierowcą i sporo czasu będą
spędzać razem. Pragnął jej obecności teraz, dzisiejszego wieczoru.
– Głodna? – zapytał, gdy drzwi windy otworzyły się na parterze.
– Jak zwykle – spojrzała na niego zmieszana. – Chciałam
powiedzieć...
– Dobrze się składa – wtrącił gładko. – Ja teŜ umieram z głodu.
Obok znajduje się miła kafejka, w której serwują doskonałe pastrami.
– Niestety, nie mam pieniędzy – przyznała szczerze. Ben skinął
głową w stronę portiera i zwrócił się do niej:
– Nie przejmuj się, ja zapraszam.
– Chyba nie mogę... – Głos Kate ucichł, kiedy Ben otworzył drzwi
kafejki. Owionął ich kuszący zapach potraw.
– Zgadza się. – Uśmiechnął się szeroko widząc zdumiony wyraz
jej twarzy. – Chyba nie moŜesz odmówić.
Stanęli na końcu krótkiej kolejki i natychmiast wdali się w
oŜywioną dyskusję. Ben upierał się przy pastrami, Kate optowała za
wołowiną z puszki. On chciał sałatkę makaronową, ona jarzynową, on
piwo Heineken, ona Beck.
Nawet kiedy juŜ usiedli przy stoliku i zajęli się jedzeniem, nadal
się sprzeczali. Od czasu do czasu wybuchali śmiechem. Nie zgadzali się
niemal we wszystkim, począwszy od poglądów na politykę, aŜ do
upodobań w dziedzinie sportu czy filmu.
Stracili poczucie czasu. Stoliki opustoszały, nowi goście nie
przybywali, ale oni nawet tego nie zauwaŜyli.
O godzinie dziewiątej pojawiła się tabliczka z napisem
„zamknięte”. Dopiero gdy pół godziny później przyszła sprzątaczka i
zaczęła ustawiać krzesła na stołach, uświadomili sobie, Ŝe jest juŜ późno.
Zostawili solidny napiwek i śmiejąc się wyszli na ulicę. Nowy
Jork mienił się niezliczoną ilością świateł. Ben wyciągnął rękę, Ŝeby
przywołać taksówkę.
– Nie stać mnie na to – powiedziała Kate, gdy samochód zatrzymał
się tuŜ przy nich.
– Mnie stać. – Ben otworzył tylne drzwiczki.
Kate zawahała się. O tej porze o wiele bezpieczniej było jechać
taksówką niŜ metrem, ale nie chciała przyzwyczajać się do tego, Ŝe Ben
wciąŜ za nią płaci.
– MoŜe dałbyś mi jakąś zaliczkę? – zaproponowała. – Niewielką.
– Oczywiście. – Ben wręczył jej dziesięciodolarowy banknot.
Zapłaciłby za nią z przyjemnością, ale potrafił uszanować jej dumę.
– Dziękuję. – Ich spojrzenia się spotkały. Kate z trudem odwróciła
wzrok. – Dziękuję za wszystko.
– To ja dziękuję.
Ben pomógł jej wsiąść. Kiedy zamknęła drzwi, samochód
natychmiast ruszył. Kate energicznie machała do niego przez okno.
Podniósł rękę, Ŝeby odwzajemnić gest, ale taksówka zniknęła.
Nagle Ben uświadomił sobie, Ŝe jest zimno, i szybkim krokiem
ruszył w kierunku Westcon Plaza. Po krótkim wahaniu skierował się w
stronę części mieszkalnej. ChociaŜ czekało na niego sporo zajęć, nie miał
ochoty wracać do biura.
Nie był w odpowiednim nastroju. Myśl ta wywołała uśmiech na
jego twarzy. Kiedy po raz ostatni zastanawiał się, w jakim jest nastroju?
Z pewnością dawno temu. Inne kobiety starały się dostosować do niego,
a Kate była po prostu sobą. Samym sposobem bycia jednocześnie
denerwującym i interesującym – zdołała wyciągnąć go z jego szklanej
wieŜy. Przy niej wszystkie sprawy nabierały nowego wymiaru. Ale czy
Kate była odpowiednią kobietą dla niego? Nie miał pojęcia. Wiedział
tylko jedno, Ŝe zatrudnienie jej było z jego strony albo przebłyskiem
jasnowidzenia, albo najbardziej idiotycznym posunięciem, jakiego
zdarzyło mu się kiedykolwiek dokonać.
ROZDZIAŁ 7
– Nie moŜesz mnie tak zostawić, skarbie. – Głos Arniego z
charakterystycznym, brooklyńskim akcentem rozbrzmiewał przez
telefon. – Jeszcze parę wolnych dni i będziesz jak nowo narodzona.
Wierz mi!
– JuŜ się tak czuję – odparła spokojnie Kate. JuŜ od trzech dni
wałkowali ten temat. – Po prostu nie chcę jeździć nocami i wozić jakichś
podejrzanych facetów.
– Oczywiście, Ŝe nie chcesz – zgodził się Arnie. – Doskonale to
rozumiem.
No pewnie, pomyślała Kate. Nic, co dotychczas mówiła, nie robiło
na nim najmniejszego wraŜenia. Dlaczego więc teraz miałoby być
inaczej? Musiała przyznać, Ŝe Arnie zawsze był w porządku, mimo Ŝe
nie naleŜał do najsympatyczniejszych szefów. Kate uwaŜała, Ŝe musi
spokojnie znieść wszystkie próby zatrzymania jej w zakładzie Arniego.
Była mu to winna.
– Nie będziesz jeździła nocami – orzekł stanowczo. – MoŜe uda mi
się wciągnąć cię na listę dzienną.
– Dziękuję, ale nie. – Kate spojrzała na Maggie i zrobiła
wymowny gest. – JuŜ mam dzienną pracę. Daj ogłoszenie do gazety, na
pewno znajdziesz chętnych.
– Na pewno, ale ja wolę ciebie. Jesteś bystra, dobrze mówisz po
angielsku i nie pyskujesz. Jednym słowem, taksówkarz doskonały.
– No, no, no, Arnie. Gdybym wcześniej wiedziała, Ŝe tak mnie
doceniasz, poprosiłabym o podwyŜkę.
– Nie bądź taka mądra – odburknął Arnie. – Słuchaj, muszę juŜ
kończyć. Pamiętaj, Ŝe chodzi o dzienną pracę. Pomyśl o tym.
Kate skrzywiła się, kiedy odłoŜył słuchawkę.
– Rozumiem, Ŝe twój pan i władca nie chce z ciebie zrezygnować
– krzyknęła Maggie z drugiego końca pokoju.
Kate skinęła głową.
– Po prostu nie moŜe pojąć, jak mogłabym opuścić tak doskonałe
przedsiębiorstwo.
– Miło być niezastąpioną.
– Prawda? – Kate podeszła do lodówki i nalała sobie. szklankę
soku pomarańczowego. – A propos, gdzie się podziewa Josh? Nie
przypominam sobie weekendu, którego nie spędzilibyście razem.
– W drodze do Puerto Rico – westchnęła Maggie. – Sprawy
słuŜbowe. Wraca dopiero w środę.
– Biedactwo. Samotna w niedzielny wieczór. Do czego zmierza
ś
wiat?
Maggie chwyciła poduszkę i rzuciła we współlokatorkę.
– I kto to mówi? – syknęła. – Od miesięcy nie miałaś Ŝadnej
randki.
– Od miesięcy nie miałam ani chwili wolnego czasu.
– Miałaś mnóstwo czasu, kiedy kręcił się tutaj Barry.
– Miałam wtedy zajęcia na uniwersytecie.
– Rzeczywiście. – Maggie z ogromnym zainteresowaniem
oglądała swoje paznokcie. – Jednego dnia przyszedł, drugiego zniknął.
Nigdy nie powiedziałaś mi, dlaczego.
Kate oczami duszy ujrzała Barry’ego. Wysoki, przystojny
męŜczyzna z opaloną twarzą i chłopięcym uśmiechem. Razem
studiowali, ale Barry zdał końcowe egzaminy w styczniu. Zeszłej zimy
wierzyła, Ŝe jest w nim zakochana, i moŜe nawet tak było. Mimo to
porzucił ją.
– Powiedzmy, Ŝe podobałam się Barry’emu jako przyszły prawnik,
a nie jako kierowca taksówki.
Maggie spojrzała na nią ze zdumieniem.
– Czy to nie on zawsze wygłaszał wzniosłe przemowy o
bezklasowym społeczeństwie?
– To pasowało do reszty jego Ŝyciowych celów – skinęła głową
Kate. – Skończyć studia, otrzymać posadę sędziego, a potem trafić do
polityki. Nie miał nic przeciwko temu, Ŝebym została radcą prawnym. To
mieściło się w jego planach. Tylko Ŝe on zdał egzaminy, a ja nie. Nagle
okazało się, Ŝe juŜ nie jesteśmy stworzoną dla siebie parą.
Głośny dzwonek domofonu przerwał rozmowę. Kate z ulgą
pośpieszyła do drzwi.
– Przesyłka dla pani Kate Hallaby – usłyszała.
– JuŜ schodzę.
– Nie ma potrzeby. Przyniosę na górę. Cztery c, prawda?
Maggie weszła do przedpokoju, kiedy Kate nacisnęła przycisk
otwierający drzwi wejściowe.
– Chyba to nie są kwiaty, prawda? – zapytała.
– Gorzej. Kiedy w zeszłym tygodniu rozmawiałam z asystentem
Bena, kazał mi podać moje wymiary i powiedział, Ŝe przyślą mi uniform.
– Naprawdę? – zachichotała Maggie. Wyszła na korytarz i
przechyliła się przez poręcz. Posłaniec był juŜ na trzecim piętrze. –
Proszę się pośpieszyć! – krzyknęła.
Kate zajęła się napiwkiem, a Maggie wzięła paczkę i zaniosła do
mieszkania.
– Pewnie to taki zestaw jak w mojej szkole – parsknęła.
– Mam nadzieję, Ŝe nie. – Kate otworzyła pudło i znalazła trzy
pary czarnych wełnianych spodni, dwie marynarki w tym samym
kolorze, sześć białych koszul i dwanaście par białych skarpetek.
– Co takiego? – zachichotała Maggie. – Nie ma bielizny?
Znalazły mniejsze pudełko, owinięte w miękki papier. W środku
była płaska, czarna czapka. Szczerząc zęby Kate przymierzyła ją i
pobiegła przejrzeć się w lustrze.
– Nieźle – zadecydowała Maggie, która poszła za nią do łazienki.
– Ale nie rewelacyjnie. – Kate przechylała głowę na obie strony. –
Przydałoby się coś do tego...
– Na przykład olbrzymi emblemat z przodu?
– Na przykład.
Maggie obserwowała, jak Kate zdejmuje czapkę i rzuca ją przez
długość pokoju.
– JuŜ masz mundurek – powiedziała. – Kiedy zaczynasz?
– Jutro o siódmej rano.
– O siódmej? – jęknęła Maggie. Sama zaczynała pracę w
Bibliotece Publicznej Nowego Jorku o dziewiątej, mogła więc spokojnie
spać nawet do ósmej.
– O tej porze kończy się nocna zmiana. Mam udać się do garaŜu,
sprawdzić, czy wszystko w porządku z samochodem, i czekać na dalsze
instrukcje.
– A jeŜeli Ŝadnych nie będzie?
– Wtedy będę się nudzić. – Kate uśmiechnęła się ironicznie. – Jak
wszyscy dobrzy lokaje.
* * *
Ben był niezmiernie przywiązany do swoich zwyczajów. KaŜdego
ranka budził się dokładnie o szóstej, zgodnie ze swoim wewnętrznym
zegarem. Pół godziny poświęcał na ćwiczenia. Na wsi uprawiał biegi, w
mieście musiały mu wystarczyć hantle i rower w pokoju treningowym. O
szóstej czterdzieści pięć był juŜ umyty, ogolony i ubrany. Parker
serwował mu pierwszą filiŜankę kawy razem z „Wall Street Journal”,
drugą zaś z „New Jork Times”.
O siódmej piętnaście był juŜ piętro niŜej, w swoim biurze. Donald
zazwyczaj przychodził o ósmej, a Jody o dziewiątej. Ben lubił samotnie
spędzane poranki. Telefony milczały, korytarze były puste. Słychać było
tylko ciche brzęczenie komputera.
Poniedziałkowy ranek niczym nie róŜnił się od pozostałych.
Panowała kojąca cisza, sprzyjająca skupieniu. Wszystkie dzisiejsze
spotkania były starannie wynotowane. Pierwsze było zaplanowane na
dziewiątą. Następne co godzinę.
Po południu miał jechać z Donaldem do Queens, aby obejrzeć
pewien budynek blisko lotniska. O piątej zjawi się Mort Silverburg, a o
szóstej czeka go spotkanie z burmistrzem i innymi osobistościami na
wernisaŜu w Museum of Modern Art. Zwykły dzień, niczym nie róŜniący
się od innych, tyle tylko, Ŝe dziś Kate rozpoczyna pracę.
Nie powinien o niej myśleć. Ale nie potrafił sobie tego zakazać.
Domyślał się, Ŝe o tej porze Kate jest juŜ pewnie w garaŜu, rozmawia ze
swoim zmiennikiem i pije niesmaczną kawę z automatu. Ma na sobie
uniform, który dostarczył Donald – czarny, skromny; tylko Ŝe Kate
Hallaby nawet w worku na kartofle wyglądałaby efektownie.
Niestety, dzisiejszego popołudnia nie miał dla niej Ŝadnego
zajęcia. Zastanawiał się, czy nie będzie zniecierpliwiona oczekując
daremnie. Na jej miejscu pewnie tak by się czuł. Ale nie był na jej
miejscu. On tu przecieŜ zarządzał, ustalał rozkład dnia, podejmował
decyzje, jednak dzisiaj... czuł się zniecierpliwiony i niespokojny jak
diabli.
Zaklął cicho i wstał zza biurka. MoŜe po prostu zbyt cięŜko
pracował. Coś było nie w porządku. Kiedy patrzył w kalendarz
wypełniony nazwiskami znanych osób, nie odczuwał nic poza
znuŜeniem.
Zerknął na zegarek, była siódma trzydzieści Miał jeszcze mnóstwo
czasu przed pierwszym spotkaniem, a juŜ nie pamiętał, kiedy ostatnio
pozwolił sobie na poranny spacer. Gdy znalazł się koło wyjścia, pogodził
się juŜ z faktem, Ŝe właściwie idzie zobaczyć Kate. Zastanawiał się, czy
nie kupić czegoś na śniadanie. To, Ŝe juŜ jadł, nie miało znaczenia. Kate
mogła bez trudu zjeść za dwoje.
Wiedział, Ŝe garaŜ znajduje się trzy domy dalej, chociaŜ nigdy tam
nie był. JeŜeli był mu potrzebny samochód, szofer przyjeŜdŜał po niego.
Przebył tę odległość w pięć minut. Kiedy stanął w otwartych drzwiach,
straŜnik popatrzył na niego, wyraźnie go nie rozpoznając.
– Potrzebny mi lincoln – oznajmił Ben.
Teraz straŜnik zorientował się, z kim ma do czynienia.
– Przykro mi, proszę pana, ale nie zawiadomiono nas –
powiedział. – Zawsze wcześniej dostajemy informację.
– Ale nie tym razem. – Ben rozejrzał się dokoła. – Gdzie jest mój
szofer?
– Poszedł... hm, poszła do pokoju wypoczynkowego. Kiedy
otworzył drzwi, Kate oderwała wzrok od lektury.
Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia. Szybko schowała ksiąŜkę i
zerwała się na równe nogi.
– Ben! Chciałam powiedzieć, panie West... co pan tu robi?
Kate próbowała nie zwracać uwagi na przyśpieszone bicie serca.
Liczyła na to, Ŝe przed kolejnym spotkaniem z Benem zdoła przybrać
maskę spokoju. Jednak on juŜ tu był i wyglądał świetnie w eleganckim
garniturze, z lekko rozwichrzonymi włosami. Dziewczyna była
kompletnie zaskoczona.
Zapięła Ŝakiet i przeciągnęła ręką po włosach.
– Mówiono mi, Ŝe jeśli będzie pan potrzebował samochodu, to pan
zadzwoni. Chyba nie zdąŜyłam jeszcze niczego przegapić.
– Jadłaś juŜ?
– Dlaczego zawsze zadaje mi pan to pytanie? – Spojrzała na torbę
w jego rękach.
– Bo zawsze jesteś głodna. – Ben uśmiechnął się. – No chodź.
Wybierzemy się na przejaŜdŜkę.
Odwrócił się na pięcie i wyszedł. Kate pobiegła za nim.
– Dokąd jedziemy? – zapytała.
– Zobaczysz.
– To znaczy dokąd?
– Czy nikt ci jeszcze nie powiedział, Ŝe zadajesz zbyt duŜo pytań?
Lincoln czekał tuŜ przy wyjściu z budynku. Kate udało się
wyprzedzić Bena na tyle, Ŝe otworzyła mu tylne drzwi. Ku jej irytacji,
przemaszerował koło niej i zajął miejsce obok kierowcy.
Spojrzała na niego ze złością i usadowiła się na swoim fotelu.
– Jak mam prowadzić, skoro nie wiem, gdzie jedziemy? –
zapytała.
– Udawaj, Ŝe wiesz – uśmiechnął się Ben.
Kate pracowała zaledwie od pięciu minut, ale juŜ dostrzegła
największą niedogodność nowego zajęcia – nie wolno jej było przyłoŜyć
temu facetowi, nawet wtedy, kiedy na to zasługiwał.
Rozejrzała się i zjechała na jezdnię prowadzącą na zachód. Koło
Piątej Ulicy skręciła na północ, minęła Plaza i pojechała wzdłuŜ Central
Parku. Ben wciąŜ milczał. Kiedy zatrzymała się na czerwonym świetle, z
uwagą przyjrzała się swojemu pasaŜerowi. Nie lubiła uczucia
niepewności. Zanim spotkała Bena, potrafiła dokładnie ocenić sytuację i
wiedziała, dokąd zmierza. Kontrolowała się. Teraz nie wiedziała, co za
chwilę nastąpi. Za kaŜdym razem, kiedy na nią patrzył, rumieniła się i
serce jej zaczynało bić przyśpieszonym rytmem. Oczywiście z jego winy.
– Proszę posłuchać – odezwała się nieprzyjaźnie. – Powinien pan
siedzieć z tyłu.
– Wiem.
– Przyjąłeś mnie do pracy, Ben, i zamierzam wykonywać ją
najlepiej jak potrafię. Ale jak mogę zachowywać się oficjalnie w tych
warunkach?
A więc znowu mówiła mu po imieniu. Dobre i to na początek.
Chyba Ŝe aŜ tak bardzo nie podobało jej się jego zachowanie, Ŝe nawet
tego nie zauwaŜyła.
– Jesteśmy na środkowym pasie, na zatłoczonej ulicy – zauwaŜył,
nie mogąc ukryć rozbawienia w głosie. – Oczekujesz, Ŝe będę się teraz
gramolił do tyłu?
– Spróbuj.
Ben zmierzył wzrokiem niewielką odległość między fotelem a
sufitem.
– Chciałabyś?
– Chyba tak. – Nie miała zamiaru się roześmiać, ale nie mogła się
powstrzymać.
– Przykro mi, Ŝe muszę cię rozczarować, ale mam lepszy pomysł. –
Machnął ręką w kierunku wjazdu na parking przy następnej ulicy. –
Skręć na lewo.
Kate zakręciła kierownicą i wjechała wprost przed pędzące
samochody. Zewsząd rozległ się dźwięk klaksonów. Ben poruszył się na
fotelu.
– Większość ludzi – powiedział – prowadzi limuzynę ostroŜniej i z
większą finezją niŜ taksówkę.
– Większość ludzi – odparowała Kate – ma na wykonanie takiego
manewru trochę więcej czasu niŜ dwie sekundy. Co teraz?
– Zaparkuj gdzieś. Gdziekolwiek.
– Tak, sir.
Po minucie Kate zatrzymała się i wyłączyła silnik. Miejsce, które
wybrała, było spokojne. Po obu stronach ulicy ciągnęły się trawniki. O
tak wczesnej porze znajdowali się tu tylko uprawiający jogging i
właściciele psów. ChociaŜ nad wierzchołkami drzew wyraźnie było
widać wieŜowce Manhattanu, to odnosiło się wraŜenie, Ŝe miasto
znajduje się daleko stąd.
– No cóŜ – powiedziała Kate, odwracając się w stronę Bena. –
Zdałam egzamin na szofera?
Diabli wiedzą, dlaczego tak go pociągała. Nigdy dotąd nie spotkał
kobiety, która równie umiejętnie potrafiłaby zaleźć mu za skórę i której
sprawiałoby to aŜ taką przyjemność.
– Ledwo, ledwo – mruknął.
– Świetnie – uśmiechnęła się. – MoŜemy teraz coś zjeść?
– Chyba tak – odpowiedział, otwierając torbę. – Jeśli nadal
będziesz prowadziła w ten sposób, koniecznie muszę wzmocnić swoje
siły.
Kate juŜ miała ciętą odpowiedź na końcu języka, ale zamknęła
usta, kiedy zobaczyła, co kryło się w torbie Bena. Cebularze, ser topiony
i kilka rodzajów świeŜych owoców. Dla takiego śniadania gotowa była
ogłosić zawieszenie broni.
– Jest teŜ masło. – Ben sięgnął w głąb torby i wyciągnął jeszcze
kilka innych produktów.
– Smarowanie cebularza masłem jest świętokradztwem –
stwierdziła Kate.
– To samo mówił Nico.
– Kto to jest?
– Właściciel kafejki. Powiedział, Ŝe jeśli nie potrafisz właściwie
docenić nowojorskiego cebularza, to mam cię przyprowadzić i on sam ci
to wszystko wyjaśni. Dodał, Ŝe jesteś niezła.
– Naprawdę? – ucieszyła się Kate.
Ben wziął brzoskwinię i zatopił w niej zęby.
– Kiedy go poinformowałem, Ŝe pracujemy razem, poprosił o
numer twojego telefonu.
Kate uniosła brwi.
– Dla Nico juniora – wyjaśnił.
– Dla Nico juniora? – Z trudem przełknęła kawałek bułki.
– Swojego syna. – Wprawdzie nie mógł jej dotykać, ale to nie
znaczyło, Ŝe nie mógł jej draŜnić. Skończył jeść brzoskwinię i zabrał się
za bułeczkę. – To miły młody Grek. Pomaga ojcu w interesie.
– I co? – zapytała z niepokojem Kate. – Dałeś mu ten numer
telefonu?
– Oczywiście, Ŝe nie. Wyjaśniłem mu, Ŝe nie wiem, czy nie jesteś
przypadkiem z kimś związana.
– Dzięki Bogu.
– A więc – Ben zawahał się – jesteś czy nie?
Kate przechyliła głowę i zaczęła zastanawiać się nad odpowiedzią
na to pytanie. Jeszcze bardziej interesował ją powód, dla którego Ben je
zadał.
– Co to ma wspólnego z moją pracą?
– Nic.
Obawiała się takiej odpowiedzi, ale w gruncie rzeczy właśnie to
chciała usłyszeć. A poniewaŜ nie mogła sobie poradzić z tak
sprzecznymi odczuciami, postanowiła je na razie zignorować.
– A więc nie masz prawa pytać. – Wysunęła do przodu brodę.
Ben układał powoli kawałek łososia na ostatnim kęsie bułki.
– Ale i tak pytam.
– A jeŜeli ci nie odpowiem?
– Sam się dowiem.
– Zawsze osiągasz to, czego chcesz? – spytała ze złością.
– Zazwyczaj.
– A ty? Masz jakąś przyjaciółkę, dziewczynę?
– Odpowiem na twoje pytania, jeŜeli ty odpowiesz na moje –
uśmiechnął się Ben.
– W porządku.
– No więc mam przyjaciółki, które od czasu do czasu widuję, ale
nie jestem z nikim związany na stałe. Chyba nawet chciałbym, Ŝeby tak
było, ale nie jestem.
– Dlaczego byś chciał? – Kate odłoŜyła na bok jedzenie.
– Mam trzydzieści sześć lat, Kate. Wbrew temu, co myślisz, jestem
normalnym facetem i chciałbym mieć Ŝonę i dzieci, zanim nie będę na to
za stary.
Kate postanowiła nie myśleć o jego przyszłych dzieciach ani o
jakiejś wspaniałej blondynce, która mu je urodzi.
– Co stoi na przeszkodzie? – zapytała.
– To samo, co powstrzymuje wszystkich innych. – W jego głosie
pobrzmiewało zniecierpliwienie. Nie był przyzwyczajony do osobistych
zwierzeń i nie potrafił tego ukryć. – Nie miałem okazji, Ŝeby się
zakochać.
– Czy to aŜ takie waŜne?
Ben zebrał opakowanie pozostałe po śniadaniu i wsadził je do
torby. Odezwał się dopiero po dłuŜszej chwili.
– Naprawdę jesteś taka cyniczna, Kate? Czy to przedstawienie
wyreŜyserowane jest specjalnie dla mnie?
– Niczego nie robię specjalnie dla ciebie – odgryzła się, uraŜona.
– To mnie jakoś nie dziwi – odparł sucho.
Kate zagryzła wargę i spojrzała w inną stronę. Zraniła Bena,
chociaŜ wcale nie miała takiego zamiaru. Pragnęła tylko, Ŝeby ich
konwersacja była luźna, beztroska i jak widać, pomyślała zgryźliwie,
udało jej się to aŜ nazbyt dobrze.
– MoŜe to istotnie przedstawienie – powiedziała cicho. Ben
spojrzał na nią z uwagą.
– Co takiego?
– Mówiłam, Ŝe moŜe rzeczywiście się zgrywałam. A moŜe
musiałam być twarda i naprawdę taka teraz jestem.
Ben wyciągnął rękę i połoŜył na dłoni Kate. Wyczuwał jej siłę, ale
takŜe i bezbronność. Wspomniał, jak tamtej nocy spała w jego
ramionach. Czy to się jeszcze kiedyś zdarzy?
– Nowy Jork to okrutne miasto. Rządzi się wilczymi prawami.
KaŜdy, kto chce dojść tu do czegoś, musi walczyć o swoje. Przetrwałaś,
Kate, i moŜesz być z tego dumna. Niewielu jest ludzi, o których moŜna to
powiedzieć.
Kate westchnęła. Chciała wierzyć w to, co powiedział.
– Co sprawiło, Ŝe Benjamin West stał się uparty, stanowczy,
zdecydowany? – zapytała.
– Taki się urodziłem.
Dziewczyna przejechała palcem po przegubie jego ręki. Sprawiło
jej przyjemność, Ŝe wydał się tym poruszony.
– Nie, to nieprawda.
– Skorumpowany juŜ w dzieciństwie?
– MoŜe.
Na chwilę zapadła cisza.
– Ben?
– Hm?
– Opowiedz mi o budynku O’Dwyera.
– Co masz na myśli? – Poruszył się niespokojnie.
– W zeszłym tygodniu byłam w czytelni. Rozumiesz, ambitny
pracownik, który chce wiedzieć jak najwięcej o firmie i swoim szefie. Z
tego, co przeczytałam, wynika, Ŝe nie był to twój zwykły sposób
postępowania w interesach.
– Chcesz mi dać szansę? – zapytał.
– MoŜe po prostu chcę cię przeprosić.
– MoŜe?
– Jeszcze się nie dowiedziałam, jak wygląda ta sprawa z twojego
punktu widzenia.
– Rozumiem. – Ben cofnął rękę. Opinia Kate była dla niego
waŜna.
– Na budynku było twoje nazwisko – przypomniała Kate.
– Nie. – Ben spojrzał na nią. – Nazwisko mojego ojca.
– Więc twój ojciec równieŜ był zamieszany w tę sprawę? –
zapytała po chwili cicho.
– Tak. West Development to jego firma, nie moja.
– A więc nie jesteś odpowiedzialny za to, co się tam stało...
– Tego nie powiedziałem – przerwał. Do diabła, wiedziała, gdzie
uderzyć. – Jestem odpowiedzialny.
Tym razem Kate wyciągnęła rękę i lekko dotknęła jego ramienia.
– Powiedz – szepnęła. – Proszę.
Ben westchnął. Wiedział, Ŝe juŜ teraz nie uda mu się wykręcić.
– To długa historia.
– Mam czas.
O tym akurat wiedział.
– Piętnaście lat temu wszedłem do spółki ojca – zaczął. –
Kupiliśmy budynek O’Dwyera, Ŝeby go wyremontować. Przynajmniej
tak mnie poinformowano. To było nasze pierwsze wspólne
przedsięwzięcie. Okazało się, Ŝe mój ojciec miał inne plany. Wiedział, Ŝe
się sprzeciwię, więc mi ich nie przedstawił. Pewnego dnia wysłał mnie
do New Jersey. Zdumiewające, ile moŜe dokonać w ciągu jednego dnia
dobra ekipa zajmująca się wyburzeniami. W kaŜdym razie, kiedy
wróciłem, budynku juŜ nie było.
– Co wtedy zrobiłeś?
– Zobaczyłem się z nim. – Ben zesztywniał na wspomnienie tego
spotkania. – Cały czas wrzeszczałem. Było oczywiście za późno.
Stwierdził, Ŝe plany musiały zostać zmienione. Budynek był zbyt stary i
nie nadawał się do remontu. Zamiast tego mieliśmy wybudować
nowoczesny kompleks z częścią mieszkalną dla tych lokatorów, którzy
chcieliby pozostać.
– Ale tak się nie stało – zauwaŜyła Kate.
– Nie – przytaknął Ben. – Ale dopiero po pół roku zorientowałem
się, Ŝe mnie okłamał. Zbył mnie. Powiedział, Ŝe juŜ nic nie mogą
zmienić. Kiedy przejrzałem wszystkie dokumenty, okazało się, Ŝe miał
rację. Trzeba przyznać, Ŝe był wyjątkowo sprytny. ChociaŜ moje
nazwisko widniało na budynku O’Dwyera, wszystko tak naprawdę
naleŜało do ojca. Poświęciłem temu przedsięwzięciu rok pracy i zostałem
z niczym.
– To okropne! – Kate pomyślała o swojej rodzinie. Nie mieli zbyt
wiele, ale zawsze wszystkim się dzielili. Tymczasem Ben został
wykorzystany przez własnego ojca.
– Z pewnością twój ojciec wiedział, Ŝe coś ci się naleŜy? –
zapytała.
– Nie zrujnował mnie, jeŜeli o to ci chodzi – uśmiechnął się Ben. –
Z jego punktu widzenia była to dla mnie pouczająca lekcja, którą
powinienem dobrze zapamiętać. Zapłacił mi i dzięki temu mogłem
załoŜyć własną firmę.
– I tak uwaŜam, Ŝe to było wstrętne z jego strony. Ben uśmiechnął
się jeszcze szerzej. Sprawiło mu przyjemność, Ŝe Kate z taką pasją
stanęła w jego obronie.
– Jednak w końcu mi się powiodło – powiedział.
Kate milczała. Mogła, przeprosić Bena za to, Ŝe zbyt pochopnie go
osądziła, ale on chyba tego nie oczekiwał. Chyba Ben w ogóle niczego
od niej nie chciał, przynajmniej nie tego, co mogła mu ofiarować.
– Będzie lepiej, jeŜeli juŜ wrócimy – odezwała się.
– CzyŜby? – zapytał Ben wyraźnie rozbawiony. – Śpieszysz się
gdzieś?
Otworzyła usta, po czym je powoli zamknęła. Na chwilę
zapomniała, Ŝe to ona pracowała dla niego, i Ŝe to on wydawał polecenia.
Pomyślała, Ŝe wiele czasu upłynie, zanim się do tego przyzwyczai.
– Przepraszam – powiedziała, bezskutecznie próbując przybrać
pokorny ton. – Nie chciałam naduŜywać...
– JeŜeli uwaŜasz, Ŝe czas juŜ wracać, to pewnie masz rację.
Wyrzuć mnie przed wejściem do Westcon Plaza, dobrze?
Jechali w milczeniu, a Kate wymyślała sobie w duchu od
najgorszych idiotek. Będzie miała doprawdy nieprawdopodobne
szczęście, jeŜeli uda się jej utrzymać tę pracę chociaŜ przez tydzień.
Oczyma duszy widziała, jak Arnie pęka ze śmiechu, gdy ona pokornie
prosi go, aby przyjął ją z powrotem.
– Zahamuj tutaj. – Ben przerwał jej rozmyślania. – Wyskoczę i
przebiegnę przez ulicę.
Kate rozejrzała się z powątpiewaniem.
– Jesteś pewien? – zapytała. – Mogłabym podjechać z drugiej
strony i...
– Tutaj. – Ben uchylił lekko drzwi i spojrzał na nią uwaŜnie. –
Chcę ci przypomnieć, Ŝe umowa zobowiązuje. Odpowiedziałem na
wszystkie twoje pytania, a ty na Ŝadne z moich. Jesteś wolna? Mam dać
Nico numer twojego telefonu?
Serce Kate zabiło mocniej, gdy usłyszała pierwsze pytanie i
zamarło przy drugim.
– Tak – powiedziała. – I nie. – Uniosła drwiąco brwi. – Stanowczo
nie.
Wysiadł i mocno trzasnął drzwiami. Przez chwilę Kate myślała, Ŝe
nie odpowie, ale przeszedł na drugą stronę samochodu, zupełnie
lekcewaŜąc ruch uliczny.
Nagle pochylił się ku niej.
Jego usta znajdowały się zaledwie o kilka centymetrów od jej
warg. Wystarczyło unieść lekko głowę... Zastanawiała się nad tym przez
moment, gdy nagle ujrzała olbrzymią cięŜarówkę, pędzącą w ich stronę.
– Wydaje mi się, Ŝe za chwilę będziesz martwy – zauwaŜyła.
– Bzdura – odpowiedział Ben, ale zerknął w tamtym kierunku. –
To Nowy Jork.
Rozległo się głośne trąbienie klaksonu. Ben zaklął i uskoczył w
stronę chodnika. CięŜarówka minęła go o kilka centymetrów.
– Oferma! – wrzasnęła za nim Kate. Nawet się nie odwrócił.
Ben pośpiesznie wszedł do budynku. Krótka jazda windą
pozwoliła mu przyczesać włosy i poprawić krawat, ale nie zdołał ukryć
uśmiechu. Kiedy drzwi otworzyły się, wyszedł wprost na Jody i
stojącego za nią Donalda.
– Spóźnił się pan! – krzyknęła Jody.
– Nieprawda. – Ben spojrzał na zegarek. – Jeszcze nie ma
dziewiątej, a pierwsze spotkanie będzie dopiero o dziesiątej.
– Ale... – zająknęła się Jody. – To znaczy... – umilkła i spojrzała
błagalnie na Donalda.
– Ona chce powiedzieć, Ŝe kiedy tu przyszliśmy, nie było cię w
biurze.
– A co, wybuchł poŜar? – Ben rozejrzał się z zainteresowaniem.
– Nie, oczywiście, Ŝe nie, tylko...
– No to w czym problem? – WciąŜ się uśmiechając Ben minął ich i
wszedł do gabinetu.
Jody wzruszyła ramionami i usiadła za biurkiem. Donald
pośpieszył za Benem.
– Telefonowano z kasyna. Cher odwołała występ – powiedział.
Ben rozsiadł się wygodnie w fotelu.
– Wciśnij na jej miejsce kogoś innego – rzucił.
– Szkoda byłoby ją stracić. Ona moŜe przyciągnąć mnóstwo ludzi.
– O co poszło? O pieniądze? – zapytał Ben.
– Nie – potrząsnął głową Donald. – Myślę, Ŝe powodem była jakaś
sprzeczka z szefem estrady. On chce ją przeprosić, ale lepiej byłoby,
gdybyś ty zadzwonił i...
– W porządku. – Ben zanotował coś w kalendarzu. – Zajmę się
tym.
– To chyba wszystko. – Nagle Donald zerknął uwaŜnie na
przyjaciela. – Dobrze się czujesz?
– Świetnie. Jak nigdy dotąd. Dlaczego pytasz?
– Sam nie wiem. Najpierw się spóźniasz, a potem nawet nie
mrugniesz na wiadomość, Ŝe słynna gwiazda wystawia nas do wiatru.
Czy jest coś, o czym powinienem wiedzieć?
– Nic a nic – odparł Ben tonem ucinającym jakąkolwiek dyskusję.
Kiedy Donald wyszedł, Ben ponownie zerknął w kalendarz,
notując w pamięci nazwiska i mruknął z zadowoleniem. MoŜe to wcale
nie będzie taki zły dzień, pomyślał.
ROZDZIAŁ 8
Kate sądziła, Ŝe Ben korzystał z samochodu tak często wyłącznie z
powodu brzydkiej pogody. PrzecieŜ Donald ostrzegał ją, Ŝe większość
czasu będzie spędzała bezczynnie, poniewaŜ ich wspólny szef lubi
przechadzki. Minęły juŜ dwa tygodnie, a jeszcze nie miała okazji się
nudzić. Wręcz przeciwnie. Dni były wypełnione interesującymi
zleceniami, począwszy od przywoŜenia z lotniska waŜnych gości i
klientów aŜ po poszukiwanie najlepszych czekoladek w Nowym Jorku.
Wraz ze swoim chlebodawcą przemierzała lincolnem niezliczone
kilometry. Ben miał wypełniony kalendarz i odbywał masę spotkań w
interesach.
WciąŜ nie była pewna, czy postąpiła słusznie przyjmując
propozycję Bena. Sytuację komplikował fakt, Ŝe coraz wyraźniej zdawała
sobie sprawę ze swoich uczuć do tego męŜczyzny. Od początku
wiedziała, Ŝe nie ma Ŝadnych szans. Zaakceptowała ten fakt tak samo jak
wszystkie inne rozczarowania i poraŜki w przeszłości.
Kate nie naleŜała do osób rozdzielających włos na czworo. Nie
zwykła rozczulać się nad sobą. Cieszyła się tym, co miała. Praca była
interesująca, dobrze płatna i co najwaŜniejsze, bezpieczna. Poza tym
Kate mogła mnóstwo czasu spędzać w towarzystwie Bena.
Jak większość szefów, miał swoje nawyki i kaprysy. Zachowywał
się jednak bezpośrednio i sympatycznie. Jedną z jego
charakterystycznych cech była niechęć do pozerstwa. Gdy miał gości,
zajmował w samochodzie tylne siedzenie i prowadził często waŜne
pertraktacje. Kiedy jednak byli sami, zawsze siadał obok niej, rozmawiał,
gestykulował, czym zresztą rozpraszał Kate.
Miał zwyczaj głośno myśleć. Wyciągał plany nowych inwestycji i
opowiadał o nich Kate, która usiłowała skupić się na prowadzeniu auta.
Jednak słuchała zafascynowana, gdy wprowadzał ją w tajniki swoich
rozległych interesów, choć w gruncie rzeczy niewiele z tego rozumiała.
Mimo to potęŜny Benjamin West słuchał jej uwaŜnie i zachęcał, Ŝeby
mówiła wszystko, co przyjdzie jej do głowy na temat omawianego
właśnie zagadnienia. Odkryła z przyjemnością, Ŝe czasem brał pod
uwagę jej punkt widzenia. Czym innym było studiowanie prawa, a czym
innym praktyczne zastosowanie zdobytych wiadomości, Ben przekazał
Kate bezcenną wiedzę o handlu nieruchomościami i rozmaitych
kruczkach prawnych.
Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu dziewczyna budziła się
codziennie z uśmiechem na twarzy. Na razie to wystarczało.
* * *
Co za piekło, pomyślał Ben. Dwa nieznośne tygodnie. Musiał być
szalony, gdy postanowił zatrudnić Kate. Jednak nie było innego sposobu,
aby mieć ją tak często w pobliŜu. Od początku wzbudziła jego
ciekawość. Mało tego, wyraźnie go pociągała. Była Ŝywa, inteligentna i
błyskotliwa. Nie onieśmielał jej tak jak innych kobiet. Bawiła go i kusiła.
Był nią oczarowany.
Zamiast proponować jej zajęcie u siebie, powinien umówić się na
randkę. Sama mu to powiedziała. Nie wiadomo jednak, czy przyjęłaby
zaproszenie. Dlatego teŜ zdecydował się zaangaŜować dziewczynę jako
swojego kierowcę.
Nigdy nie uwaŜał się za męŜczyznę przesadnie opiekuńczego, ale
Kate wyzwalała w nim takie instynkty. Pragnął się nią zająć i zrobił to.
Oczywiście, zupełnie do siebie nie pasowali. Nawet dziecko
mogłoby to dostrzec. Sądził, Ŝe codzienne widywanie się sprawi, Ŝe
przestanie o niej myśleć. Stało się wręcz odwrotnie.
Kto by od niej oczekiwał rozumienia kruczków prawnych czy teŜ
zasad obrotu nieruchomościami? Wiedział, Ŝe Kate jest inteligentna, ale
zaskoczony był jej głodem informacji, ciekawością świata. Dzień po dniu
zdumiewała go i wprawiała w zachwyt. I to był właśnie problem.
Tamtego wieczoru w biurze postawiła warunek, na który się
zgodził. Niestety, pochopnie! Wiedział, Ŝe podoba się Kate, ale umowa
zobowiązywała. Tyle, Ŝe wyraźnie miał juŜ tego dosyć. Łapał się na tym,
Ŝ
e nie moŜe doczekać się spotkania z Kate. Przez cały czas pilnował się,
Ŝ
eby jej nie dotknąć. Sytuacja powoli stawała się nie do wytrzymania.
Nigdy nie był sentymentalny. Zawsze do tej pory, gdy coś się nie
udawało, szybko z tym kończył. Uznał, Ŝe teraz jest to równieŜ jedyne
wyjście.
* * *
Kate stała w sekretariacie na czterdziestym pierwszym piętrze i w
milczeniu wpatrywała się w dębowe drzwi do gabinetu Bena. Było kilka
minut po siódmej. Jody juŜ dawno poszła do domu, a Donald minął Kate
po drodze.
– Jest u siebie – rzucił w przelocie. – Wejdź od razu.
– Jesteś pewien, Ŝe chciał się osobiście widzieć ze mną, Ŝe nie
chodzi o kolejne polecenie? – zapytała niepewnie.
– Tak – zapewnił Donald i wyszedł. Kate została sama. Dlaczego
szef ją wezwał? Kiedy podniosła rękę, Ŝeby zapukać, drzwi otworzyły
się.
– O, juŜ jesteś – powitał ją Ben. – Wydawało mi się, Ŝe słyszę
windę.
Oszołomiona Kate przyglądała mu się przez chwilę. Ciemne włosy
były potargane, a krawat niedbale rozluźniony. Nie miał na sobie
marynarki. Podwinięte rękawy koszuli odsłaniały silnie umięśnione
przedramiona, pokryte ciemnymi włosami. Luźne spodnie na szelkach
podkreślały jego szczupłe biodra.
Wyglądał niesłychanie pociągająco. Kate poczuła, Ŝe ma kolana
jak z waty.
– Wejdź. – Ben spojrzał na nią i zapytał z niepokojem: – Czy coś
się stało?
– Nie. Oczywiście, Ŝe nie. – Kate potrząsnęła przecząco głową.
Ale kiedy weszła do gabinetu, przypomniała sobie pamiętny wieczór i
chwilę, gdy wziął ją w ramiona.
– Jesteś blada – stwierdził Ben z troską w głosie. – Czy podać ci
coś?
– Czuję się świetnie. – Kilkakrotnie szybko zamrugała powiekami.
– Naprawdę.
– Skoro tak twierdzisz. – Ben wskazał jej krzesło, po czym usiadł
na brzegu biurka. – Poprosiłem cię, Ŝebyś przyszła, bo uwaŜam, Ŝe
powinniśmy porozmawiać.
– O czym?
Benjamin West brał udział w spotkaniach z męŜami stanu i
najbardziej znanymi osobami ze świata biznesu, ale nigdy – nawet przez
moment – nie miał takiej pustki w głowie jak teraz. Nie miał pojęcia, jak
ma rozmawiać z Kate.
– Chodzi o naszą umowę – zaczaj wreszcie. – Nie sprawdza się.
Kate otworzyła szeroko oczy, po czym szybko spojrzała w inną
stronę. Do diabła, zamierzał ją zwolnić. Układało się zbyt dobrze, aby
mogło trwać wiecznie.
– Popełniłem błąd – ciągnął Ben. – I gotów jestem przyjąć na
siebie całą winę.
– To nie był twój błąd. – Kate wstała. Skoro juŜ po wszystkim, nie
było powodu, Ŝeby zostawać tu dłuŜej. – Nie powinnam była
przyjmować twojej propozycji. Nie nadaję się do tej pracy, ale myślałam
tylko o sobie, o tym, czego potrzebuję, czego chcę...
– Kate?
– Nie przerywaj mi. – Spojrzała na niego ze złością.
– Ale po co właściwie to mówisz?
– Bo odchodzę – warknęła Kate. Ten facet mógłby się trochę
postarać i pohamować radość. – A co sobie myślałeś?
Rozbawienie Bena zniknęło w jednej chwili.
– Rezygnujesz z pracy? – zapytał poruszony.
– A co za róŜnica? PrzecieŜ chcesz mnie zwolnić.
– Nic podobnego.
– Ale powiedziałeś...
– Powiedziałem, Ŝe popełniłem błąd – przerwał jej Ben. – Ale nie
dlatego, Ŝe zatrudniłem cię.
Pod Kate ugięły się nogi. Ponownie usiadła na krześle.
– A więc dlaczego? – zapytała.
– Postawiłaś warunek i ja się zgodziłem. Pamiętasz? Kate powoli
skinęła głową.
– Zmieniłem zdanie.
– Co... – Chrząknęła i spróbowała jeszcze raz. – Co to znaczy?
Ben poczuł się nieco pewniej.
– Pragnę cię, Kate. Do diabła, to Ŝadna tajemnica, ale nie wiem,
jak sobie z tym poradzić. Myślałem... myślałem, Ŝe jeśli będziemy się
często widywali, to mi spowszedniejesz.
Kate oparła się o poręcz i zdołała uśmiechnąć się z wysiłkiem.
– Ben?
– Uhm?
– Jesteś beznadziejnym romantykiem.
– Czy ty drwisz ze mnie?
– Pozwolisz, Ŝe się nad tym zastanowię?
Sądził, Ŝe panuje nad sobą, ale wyraźnie się łudził. Wyszedł zza
biurka i zaczął chodzić po pokoju.
– To nie jest dla mnie łatwe, Kate.
– Widzę.
– Byłoby lepiej, gdybyś przestała się śmiać.
– Nie śmieję się z ciebie – wyznała uczciwie. – Śmieję się z nas
obojga i z całej tej sytuacji. Musisz przyznać, Ŝe to idiotyczne.
– Pewnie, Ŝe idiotyczne – przyznał. – A wszystko to twoja wina.
Kate usiłowała przybrać powaŜny wyraz twarzy.
– To znaczy, Ŝe ci nie przeszło? – zapytała.
– Nie.
– To dobrze.
Ben przystanął i spojrzał na nią uwaŜnie.
– Co powiedziałaś?
– Powiedziałam „dobrze”. Mnie teŜ nie.
– To juŜ coś – mruknął pod nosem. Do tej pory nie spotkał nikogo,
kto wyprowadzałby go z równowagi równie szybko jak Kate Hallaby.
Fakt, Ŝe przychodziło jej to bez Ŝadnego wysiłku, tylko dodatkowo
pogarszał sytuację.
– Skoro tak, to co teraz zrobimy? – zapytała Kate. Ben podszedł
bliŜej i popatrzył na nią.
– Wydaję przyjęcie w Wilton. Chciałbym, Ŝebyś tam była.
– Jako twój szofer?
– Jako mój gość.
– Nie – potrząsnęła stanowczo głową. – Wykluczone.
– Kiedyś zapytałaś mnie, dlaczego po prostu nie zaprosiłem cię na
randkę – przypomniał jej Ben. – Właśnie to robię.
– Na przyjęcie?
– Wiesz dobrze, jak wygląda mój program dnia. Nie mam wiele
wolnego czasu, nawet w weekendy. Jednak na moim stanowisku
oczekuje się ode mnie, Ŝe będę się od czasu do czasu pokazywał. To
przyjęcie zaplanowałem kilka tygodni temu. Nie będzie duŜe, tylko
dwanaście osób...
– To ma być nieduŜe przyjęcie?
– Chciałbym cię tam zobaczyć, Kate. – Ben zignorował jej uwagę.
– I to nie za kółkiem lincolna. W niedzielę wieczorem wyjeŜdŜam do
Londynu. To chyba dobry pomysł.
– Wcale nie jest dobry – Kate westchnęła z przygnębieniem. –
PrzecieŜ to okropnie kłopotliwe. Jestem twoim kierowcą, Ben. Nie mogę
pokazywać się uczepiona twojego ramienia.
– Dlaczego nie? – Ben skrzyŜował ręce z pewnością siebie
człowieka, który przywykł do ustanawiania swoich własnych reguł.
Kusił ją, ale nie była na tyle szalona, Ŝeby się zgodzić.
– Kiedy wrócisz... – zaczęła.
– Spotykamy się w ten weekend – przerwał stanowczo. Miała
szczęście, Ŝe nie nalegał na dzisiejszy wieczór. Bardzo chciał, ale
postanowił dać jej trochę czasu, Ŝeby oswoiła się z nową sytuacją. –
PrzecieŜ kochasz wieś. Sama mówiłaś.
– Nie uznajesz Ŝadnych kompromisów, prawda? – zapytała.
– Kiedy czegoś chcę, muszę to mieć – odpowiedział spokojnie.
Kate poczuła, jak dreszcz przebiega jej po plecach. Pragnęła Bena,
lecz jednocześnie obawiała się go. W pewien sposób sprawował władzę
nad jej Ŝyciem. Chciała wiedzieć, jak daleko jest zdolny się posunąć.
– A jeŜeli odmówię, to co?
– Będę musiał cię przekonać, Ŝebyś zmieniła zdanie. – Ben
wyprostował się i sięgnął do kieszeni spodni. – Jak ci się ostatnio
wiedzie, Kate?
– Świetnie, dziękuję. – Spojrzała na niego ponuro.
– Wiesz co? – uśmiechnął się. – Zagrajmy.
Kate patrzyła, jak czyści rękawem dziesięciocentówkę.
– Co dostanę, jeŜeli wygram? – zapytała.
– Co powiesz na weekend na wsi?
– Spróbuj czegoś innego, spryciarzu – roześmiała się głośno.
– MoŜe podwyŜkę? – Ben obracał monetę w dłoniach.
– I tak za dobrze mi płacisz.
– Naprawdę? – Zerknął na nią. – Muszę o tym pamiętać.
– Zapomnij, Ŝe w ogóle coś takiego powiedziałam. Rzucaj.
Ben podrzucił dziesiątkę w górę.
– Ostatnim razem ty wybierałaś pierwsza, więc teraz moja kolej. –
Złapał monetę i połoŜył ją na przegubie ręki.
– Stawiam na reszkę.
Kate patrzyła z napięciem, jak odsłaniał przegub.
– Wyjedziemy w piątek o drugiej – zdecydował Ben. – Wpadnę po
ciebie.
Kate skinęła głową i sięgnęła po czapkę.
– Prowadzę, czy będę miała wolny weekend? Ben spojrzał na nią
zdumiony.
– Nie musiałaś pytać o to, Kate.
– Owszem, musiałam.
Czy świadomie starała się wyprowadzić go z równowagi, czy teŜ
wyszło tak przypadkowo?
– Pojedziemy jensenem – powiedział. – Ja prowadzę.
– W porządku. Będę gotowa o drugiej. – Zatrzymała się na chwilę.
– Rozumiem, Ŝe tę rundę ty wygrałeś.
Spojrzenie Bena było czułe niczym spojrzenie kochanka. Kate
poczuła, Ŝe mięknie, a całe jej ciało wypełnia przyjemne ciepło. To
będzie szaleńcza walka.
– Nie – mruknął Ben. – Oboje wygraliśmy.
* * *
– Dobrze, Ŝe nosimy ten sam rozmiar – orzekła Maggie.
– Inaczej wyszłabyś na idiotkę.
– Pewnie i tak wyjdę. – Kate uwaŜnie przyglądała się stercie ubrań
leŜących na łóŜku. – I nie ma to nic wspólnego z tym, co będę miała na
sobie. Co sądzisz o niebieskim swetrze?
Maggie zlustrowała go krytycznym spojrzeniem.
– Zbyt niewinny – stwierdziła. – Weź ten czerwony. Tylko nie
mów, Ŝe juŜ zaczynasz Ŝałować.
– Nie chodzi o Bena – powiedziała Kate. – Tylko o przyjęcie. A co
będzie, jeŜeli znajdą się tam ludzie, którzy wiedzą, Ŝe jestem jego
kierowcą?
– No właśnie, co? – Maggie złoŜyła czerwony sweter i wsadziła do
walizki.
– Nie uwaŜasz, Ŝe to trochę dziwne?
– Nie do mnie naleŜy ocena – odparła Maggie. – ChociaŜ, według
mnie, wszystko, co ci się przydarzyło w ciągu ostatniego miesiąca, jest
dziwne. TakŜe i to, Ŝe wszechmocny Benjamin West ma na ciebie
ochotę.
– Nie przejmuj się. – Kate przybrała śmiertelnie powaŜny wyraz
twarzy. – On ma nadzieję, Ŝe mu przejdzie.
– Jak przelotna grypa? – zachichotała Maggie.
– Jak niezbyt długa grypa – poprawiła Kate. Maggie wyciągnęła
swoje koronkowe rajstopy i wcisnęła je do walizki przyjaciółki.
– Mam tylko nadzieję, Ŝe wiesz, co robisz – powiedziała. – Jesteś
fantastyczna, ale facet taki jak Benjamin West... sama rozumiesz.
Postaraj się nie przywiązywać do tej sprawy zbyt duŜej wagi.
– Nie będę. – Kate zamknęła walizkę. – Ben to wspaniały
człowiek. Jest chyba najbardziej niezwykłą osobą, jaką kiedykolwiek
spotkałam, ale musiałabym mieć źle w głowie, gdybym uwaŜała, Ŝe
interesuje się mną powaŜnie.
Rozległ się dźwięk domofonu. Kate wpadła do łazienki, Ŝeby
rzucić okiem po raz ostatni w lustro, po czym złapała walizkę i zbiegła
na dół. Cztery piętra niŜej otworzyła z rozmachem drzwi wejściowe i
wpadła prosto w ramiona Bena. Ręce męŜczyzny zatrzymały ją. Zrobił
krok do przodu i zamknął ją w mocnym uścisku. Poczuła się nieco
oszołomiona i z trudem usiłowała złapać oddech. To dlatego, Ŝe biegłam
tak szybko, pomyślała. To równieŜ wyjaśniało, dlaczego zachwiała się,
kiedy ją puścił.
– Jak zmieniasz reguły – powiedziała – postaraj się nie robić z
ludzi idiotów.
Ben uśmiechnął się, wyraźnie rozbawiony.
– Masz coś przeciwko temu? – zapytał, biorąc od niej walizkę.
– AleŜ skąd. – Kate zatrzymała się na schodkach. Kiedy Ben
wskazał ręką ciemnozielony sportowy samochód, zaparkowany na
ś
rodku wąskiej uliczki, ruszyła w tamtym kierunku.
– Chyba mi się to nawet podoba – dodała. Ben poczuł się mile
połechtany.
– Nigdy nie kłamiesz, prawda Kate? – zapytał otwierając bagaŜnik
i wsuwając tam jej walizkę.
– JeŜeli nie muszę, to nie. – Oparła się o dach samochodu i
przejechała palcem po czarnym płótnie. – Czy moŜna to opuścić?
– Oczywiście. – Ben otworzył drzwi, po czym dodał znacząco: –
Ale tylko wtedy, kiedy jest ciepło na zewnątrz.
Wyciągnął błyskawicznie, rękę i chwycił Kate za przegub.
– Jesteś zdecydowana, prawda? – zapytał.
– Bez wątpienia. – Czuła ciepło jego dłoni.
– I uparta.
– To teŜ – westchnęła Kate. – Czy oddasz mi moją rękę?
– Zastanawiam się. – Zastanawiał się równieŜ nad tym, czy nie
wziąć jej natychmiast w ramiona.
– Będziesz potrzebował obu rąk, Ŝeby opuścić dach. Ben pokiwał
głową i puścił jej rękę.
– Będziemy o tym dyskutowali przez całą drogę do Wilton? –
zapytał.
– To zaleŜy.
– W takim razie ja się poddaję.
– Świetnie. – Kate zatrzasnęła drzwiczki.
– Jeśli zrobi ci się niedobrze – ostrzegł ją Ben – obetnę ci pensję.
– W porządku. – Uśmiechnęła się, kiedy dach został wreszcie
opuszczony.
Ben włoŜył marynarkę i pomyślał, Ŝe jednak warto było opuścić
ten dach. Nigdy przedtem nie zetknął się z taką kobietą jak Kate. Z kimś,
kto wykłócałby się w jednej chwili, po czym w następnej wzdychał z
dziecięcym zachwytem. Było coś wyjątkowo pociągającego w
zaangaŜowaniu, z jakim rzucała się w wir Ŝycia i jak radośnie potrafiła
cieszyć się najprostszymi rzeczami. Kiedy przebywał z nią, równieŜ
zdawało się zmieniać jego podejście do Ŝycia. Przypominała mu o tej
części jego natury, którą nieomal utracił. Tak wiele spraw traktował
obojętnie, tak wieloma nie miał czasu się cieszyć. W walce o osiągnięcie
swoich celów zapomniał jak proste i radosne moŜe być Ŝycie. I jak
cudowne.
Wnętrze samochodu okazało się przytulne. W schowku
znajdowało się kilka taśm magnetofonowych, a w przenośnej lodówce za
siedzeniem krakersy i parę rodzajów past kanapkowych. W zamierzeniu
Bena powolna i spokojna jazda do Wilton miała umoŜliwić im
wprowadzenie się w nastrój nadchodzącego weekendu.
A więc stało się, pomyślał Ben, naciskając pedał gazu i
odśpiewując wraz z Kate „Jumping Jack Flash”. Czuł się niesłychanie
zadowolony ze swoich popisów wokalnych.
Kiedy wjechali do Connecticut, Kate poczuła się całkowicie
odpręŜona. Gdzieś po drodze rozwiały się jej wątpliwości. No i cóŜ się
takiego stanie, jeŜeli następne dwa dni spędzi z tuzinem ludzi, z którymi
nie ma absolutnie nic wspólnego? Będzie tam Ben, a poza tym znajdzie
jakiś sposób, Ŝeby dać sobie radę.
Kiedy zaczęto nadawać reklamy, przyciszyła radio i zwróciła
twarz w kierunku Bena. Jedną rękę trzymał na kierownicy, druga oparta
była na dźwigni biegów. Miał długie i szczupłe palce ze starannie
przyciętymi paznokciami. Silne, prawdziwie męskie dłonie, pomyślała
Kate. Benjamin West wiedział, czego chce i zdobywał to, co zamierzał.
Prowadził samochód z pewnością siebie człowieka, który zawsze wie, co
robi.
– Kate – głos Bena przerwał te rozwaŜania – jak się czujesz?
– Cudownie. Nie masz pojęcia, jak taka jazda róŜni się od
podróŜowania autobusami czy metrem.
– Chyba mam. – Ben zerknął w jej stronę. – A propos, czy ci
mówiłem, Ŝe na przyjęciu będzie szef zakładów komunikacyjnych w
Nowym Jorku?
– Car metra?
– Z Ŝoną.
– Cudownie. – Kate roześmiała się na całe gardło, ale szybko
odzyskała powagę. – Z kim jeszcze ze śmietanki towarzyskiej będę miała
przyjemność rozmawiać i jeść?
– Z Bibi i Calvinem Latroux. To projektanci mody...
– Wiem o tym – przerwała Kate. – Będę zbyt skromnie ubrana.
– Tym bym się nie martwił. Oni jak zwykle będą zbyt wystrojeni.
Przyjdzie jeszcze sędzia Aldous Warren z małŜonką.
– Chodzą plotki, Ŝe zamierza zrzucić togę, Ŝeby móc startować w
wyborach na gubernatora w przyszłym roku.
– To prawda. – Ben mrugnął do niej okiem. – Ale nie słyszałaś
tego ode mnie. Przypuszczam, Ŝe Al przyprowadzi jednego ze swoich
ludzi. Prawdopodobnie zajmie się nim Tabitha Bright.
– Najsłynniejsza modelka Bibi i Calvina – skomentowała Kate. –
Widziałam jej zdjęcia. Chyba nie ma na świecie męŜczyzny, na którym
nie zrobiłaby wraŜenia.
Zgarbiła się. Musiała być szalona, gdy sądziła, Ŝe da sobie jakoś
radę. Wypłynęła na zbyt głęboką wodę. Będzie miała szczęście, jeŜeli nie
utonie.
Ben kątem oka obserwował Kate i zauwaŜył nagłą zmianę jej
nastroju. Gdyby nie znał jej lepiej, pomyślałby, Ŝe jest przeraŜona. Jego
Kate, która potrafiła sobie poradzić z uzbrojonym napastnikiem,
wyglądała teraz tak, jak gdyby odebrało jej mowę.
Poprzednio często miał dosyć jej przesadnej pewności siebie i
ostrego języka. Teraz zdał sobie sprawę, Ŝe Kate wydawała się taka
twarda nie dlatego, Ŝe nic ją nie obchodziło, lecz dlatego, Ŝe wszystko
obchodziło ją za bardzo. Pod szorstką skorupą kryła się delikatna i
wraŜliwa kobieta. Kobieta, która nie miała pojęcia, jak bardzo była
zachwycająca.
Kiedy pojawiła się zielona tablica, Ben nagle podjął decyzję.
Włączył migacz i skręcił na prawo.
– Co robisz? – zapytała Kate. – Na tablicy był napis Greenwich.
– No to chyba jadę do Greenwich.
– Widzę. – Kate rozglądała się niespokojnie, gdy Ben skierował
samochód w stronę Round Hill Road. Po obu stronach otoczonej
drzewami alei znajdowały się olbrzymie, eleganckie domy.
– Masz coś przeciwko małej wycieczce?
– Nie. – Kate pokręciła głową, całkiem oszołomiona. – To
cudowne.
Ben uśmiechnął się do siebie i jechał dalej. Gdy dotarli na
przedmieście, zauwaŜył puste miejsce pośrodku Greenwich Avenue i
zaparkował tam jensena.
– Co teraz? – zapytała Kate.
– Przejdziemy się.
– Słucham?
– No wiesz... rozejrzymy się, popatrzymy na wystawy. – Ben nagle
spowaŜniał i wziął Kate za rękę. – Kiedy dojedziemy do Wilton, wszyscy
juŜ tam będą. Tłum gości, no, moŜe nie tłum, ale coś w tym rodzaju.
Chyba jestem samolubny, ale chciałem jeszcze trochę mieć cię wyłącznie
dla siebie.
Kate uścisnęła delikatnie rękę Bena. Domyśliła się, dlaczego to
zrobił. Widział, jakie wraŜenie wywarła na niej rozmowa o gościach
zaproszonych na przyjęcie i chciał jej dać trochę czasu, Ŝeby się oswoiła
z sytuacją.
Później, kiedy Kate zastanawiała się nad chwilą, w której po raz
pierwszy zrozumiała, Ŝe kocha Benjamina Westa, pamiętała, Ŝe ogarnęło
ją uczucie spokoju. Nigdy nie czuła się szczęśliwsza.
– Wszystko w porządku? – zapytał Ben.
– Oczywiście. – Kate spojrzała na niego błyszczącymi oczami. –
Naprawdę.
ROZDZIAŁ 9
Ben wziął Kate za rękę. Przechadzali się wzdłuŜ pasaŜu
rozmawiając, śmiejąc się i przyglądając witrynom sklepów. Kate
wzdychała z zachwytu na widok kosztownych drobiazgów.
– MoŜe weszlibyśmy do środka? – zaproponował Ben, gdy
zatrzymali się juŜ po raz trzeci.
– To nie jest konieczne – uśmiechnęła się Kate. – Tu jest mi
doskonale.
– Ale na pewno widziałaś coś, co chciałabyś posiadać.
– Jasne, Ŝe tak. – Kate zerknęła na pięknie ułoŜone na wystawie
wyroby ze skóry. – Ale to jeszcze nie znaczy, Ŝe zamierzam to kupić.
– Dlaczego nie?
– A dlaczego tak? Te wszystkie przedmioty są bardzo ładne, ale
wcale ich nie potrzebuję.
– Nie rozmawiamy o tym, czego potrzebujesz, lecz o tym, czego
pragniesz.
– Nic pilnego. – Kate wzruszyła ramionami.
Nie wyglądała na przygnębioną. Wydawało się raczej, Ŝe
akceptowała Ŝycie takim, jakie jest.
Ben przypomniał sobie, jak jedna z jego przyjaciółek niby
przypadkowo odwiedzała w jego towarzystwie sklepy Cartiera czy
Bulgari. Nie widział nic złego w kupowaniu kobietom prezentów. Czuły
się wtedy doceniane, a moŜe nawet kochane. Nikomu to nie
przeszkadzało.
– Nie spotkałem kobiety, która nie lubiłaby wydawać pieniędzy –
odezwał się po chwili.
– I mówiłeś, Ŝe to ja jestem cyniczna.
– Nie jestem cyniczny. Jestem realistą – zaprotestował Ben. Ujął ją
za rękę i podprowadził do okna wystawowego sklepu jubilerskiego. –
Czy to znaczy, Ŝe jeŜeli obiecam ci kupić wszystko, o cokolwiek
poprosisz, ty niczego nie będziesz chciała?
– CóŜ... – Na twarzy Kate pojawił się przelotny uśmiech. –
Owszem, jest taka jedna rzecz.
– Naprawdę? – Ben przypuszczał, Ŝe będzie zadowolony, ale nie
wiedział, Ŝe sprawi mu to aŜ taką radość. Nie zdawał sobie dotychczas
sprawy, jak bardzo chciał ofiarować Kate coś, na co sama nie mogłaby
sobie pozwolić. Coś, co juŜ zawsze przypominałoby jej ten dzień i okres,
który spędzili razem.
– Zdradź tajemnicę.
– Tam. – Kate wskazała palcem. Ben popatrzył w tamtym kierunku
i ujrzał cukiernię. – Chcę lody.
– I to wszystko?
Kate zastanawiała się przez chwilę.
– Mogłyby być w czekoladzie – powiedziała w końcu. Nie
Ŝ
artowała. TuŜ pod jej nosem leŜał zegarek marki Rolex, a obok niego
szafir wielkości dojrzałego winogrona. Jednak ona poprosiła o lody. To
nieprawdopodobne. Nikt nie jest aŜ taki niewinny, a juŜ z pewnością nie
jego szorstka, wygadana Kate.
– Czy wiesz, co wypuszczasz z rąk? – zapytał.
– Oczywiście. – Kate nie zaszczyciła wystawy dodatkowym
spojrzeniem. – No i co z tego?
– Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego tak postępujesz.
Kate rozejrzała się ostroŜnie. Na trawniku za sklepami stała
ławeczka. Złapała Bena za rękę i pociągnęła go w tamtą stronę.
– Siadaj! – rozkazała. – Cokolwiek by się między nami nie
wydarzyło – w ten weekend czy kiedy indziej – moŜe się wydarzyć tylko
z jednego powodu. Bo ja tego będę chciała.
Gdyby nie była tak śmiertelnie powaŜna, Ben próbowałby się
uśmiechnąć.
– Czy ja nie mam nic do powiedzenia? – zapytał.
– Ty masz – sapnęła, czując zbliŜającą się zasadzkę. – Twój portfel
nie. Nie moŜna mnie kupić, Ben.
Przez dłuŜszą chwilę Ben się nie odzywał. Nagle podniósł rękę i
otoczył biodra Kate. Straciła równowagę i raptownie usiadła mu na
kolanach. Podtrzymał ją drugą ręką, po czym objął mocno i przytulił.
– Nigdy nie uwaŜałem, Ŝe moŜna – szepnął.
– Ale... – zaczęła Kate i umilkła. Nie była w stanie się gniewać,
gdy Ben znajdował się tak blisko.
Czuła twarde mięśnie jego ud. Popatrzyła na jego usta, zwilŜyła
wargi i z wysiłkiem próbowała przypomnieć sobie, jak się oddycha.
– Przykro mi, jeŜeli cię uraziłem – szepnął Ben. – Nie miałem
zamiaru.
Kate otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich Ŝaden dźwięk.
Czuła rękę Bena na swoim biodrze. ZadrŜała w oczekiwaniu na
pieszczotę.
Ben zbliŜył twarz do jej twarzy.
– Nie tutaj – wykrztusiła.
– Muszę.
Dotknął ustami jej warg. Pocałunek trwał bardzo długo. Długo
powstrzymywana namiętność ogarnęła ją z całą mocą. Wiedziała, Ŝe
nigdy nie pragnęła nikogo tak bardzo jak Bena. Czuła jego ciepło i
zapach. Kiedy język Bena znalazł się w jej ustach, jęknęła cicho z
rozkoszy.
Ben poczuł, Ŝe przeszywa go dreszcz poŜądania. Powstrzymał się
jednak od zamknięcia jej w ramionach i tylko przejechał kciukami
wzdłuŜ jej policzków.
– Miłe. – Kate powoli uniosła powieki.
– Miłe!? – Ben posadził ją obok na ławce. – PoraŜające.
– MoŜe nie powinieneś czekać tak długo.
– Czekałem na ciebie – odparł. Kate uniosła ze zdziwieniem brwi.
– Nie chciałem się śpieszyć – mruknął. – Wszystko się zmieniało
między nami. Pomyślałem, Ŝe będziesz potrzebowała czasu, Ŝeby oswoić
się z nową sytuacją.
– Rozumiem. – Oczy Kate błysnęły. – Wstawaj, idziemy.
– Dokąd?
– Przede wszystkim, obiecałeś mi lody. Potem zabierzesz mnie do
swojego domu i przekonam cię, jak bardzo juŜ się oswoiłam.
* * *
Było dopiero parę minut po piątej, kiedy Kate i Ben pojawili się w
Wilton. Na podjeździe stał okazały mercedes. Parker wyciągał walizki z
bagaŜnika. Ben chciał przejechać i zaparkować z tyłu domu, lecz Parker
powstrzymał go ruchem dłoni.
– Cieszę się, Ŝe pan juŜ przybył, sir – powiedział, kiedy Ben
zahamował. – Donald Rubin przez całe popołudnie próbował
skontaktować się z panem. Wygląda na to, Ŝe to jakaś pilna sprawa. Czy
mam teraz pójść i zamówić rozmowę?
– Nie, dziękuję. – Ben westchnął cięŜko. – Sam się tym zajmę.
Parker skinął głową i wraz z bagaŜem skierował się do drzwi. Kate
obserwowała go dotąd, dopóki nie była całkiem pewna, Ŝe juŜ panuje nad
nerwami. Przez całe popołudnie znajdowała się w stanie euforii. Teraz
gwałtownie powróciła do rzeczywistości. Ben robił wszystko, by poczuła
się waŜna i to mu się udało. Na krótką chwilę zapomniała o jego pozycji,
lecz znowu powróciła świadomość, jak wiele ich dzieli. Miał mnóstwo
obowiązków i waŜnych spraw, a w tej chwili dodatkowo jeszcze dom
pełen gości. Przez kilka godzin byli tylko we dwoje, ale musiałaby być
szalona sądząc, Ŝe potrwa to dłuŜej.
– Przykro mi. – Ben włączył silnik i ruszył wzdłuŜ domu. –
Donald nie popuści. Skoro uwaŜa, Ŝe coś jest waŜne, to naprawdę muszę
zadzwonić.
– W porządku. Rozumiem.
– Naprawdę? – Ben zaparkował i odwrócił się w jej stronę. Jego
ręka, spoczywająca dotychczas na przekładni biegów, dotknęła jej uda. –
To postaraj się zrozumieć jeszcze coś. Kiedy skończę rozmawiać z
Donaldem, pójdę przywitać się z gośćmi. I przez ten cały czas będę
Ŝ
ałował, Ŝe nie jestem z tobą na górze. Będę sobie wyobraŜał, jak
wyglądasz bez ubrania. Będę myślał, jak mruczysz, kiedy się całujemy, i
o tym, jak cudownie jest czuć puls na twojej szyi. Będę ściskał dłonie,
przygotowywał drinki, prowadził banalne rozmowy i przez cały ten czas
się zastanawiał, jaka jesteś, nieśmiała czy wyzywająca? Czy obejmiesz
mnie tymi długimi nogami? Jak smakujesz? Chcę cię wziąć w ramiona. –
Ben pochylił się w stronę Kate i pocałował ją w rękę.
– Lepiej juŜ chodźmy – powiedziała.
Kate z trudem przełknęła ślinę, patrząc jak Ben wysiada i otwiera
bagaŜnik. Nie była w stanie się ruszyć. Miała szczęście, Ŝe po tym
pocałunku mogła jeszcze myśleć.
– Wyskakuj. – Ben stanął przy drzwiczkach. – Parker zaprowadzi
cię do twojego pokoju. JeŜeli masz ochotę, moŜesz się odświeŜyć. Jak
będziesz gotowa, zejdź do biblioteki. Zaczniemy od drinków.
Kiedy weszli do domu, Ben przeprosił Kate i poszedł do gabinetu.
Poczuła ulgę, gdy ujrzała Parkera.
– O, panna Hallaby. Cieszę się, Ŝe udało się pani przyjechać.
– Dziękuję. – Kate uśmiechnęła się. Parker stał niewzruszony.
Prawdopodobnie widział juŜ tuziny kobiet, które przychodziły i
odchodziły, choć moŜe nie w tak dziwnych okolicznościach jak ona. Ale
skoro on zdawał się o tym nie pamiętać, nie zamierzała mu przypominać.
– Pójdziemy na górę? – zapytał, biorąc od niej walizkę.
– Oczywiście.
Poprzednim razem Kate korzystała z sypialni połoŜonej u szczytu
schodów. Teraz Parker minął dwie pary drzwi i zatrzymał się przy
trzecich. Pokój był utrzymany w pogodnej kremowo-Ŝółtej tonacji. W
olbrzymich oknach furkotały koronkowe firanki. Ogromne, ozdobne łoŜe
wydało się Kate stworzone do miłości. Uśmiechnęła się z zachwytem.
Czuła się jednocześnie jak Kopciuszek i Alicja w Krainie Czarów.
– Czy przysłać kogoś, Ŝeby pomógł pani się rozpakować? –
zapytał Parker.
– Proszę się mną nie zajmować – roześmiała się Kate. – Poradzę
sobie.
– W takim razie zostawiam panią. Tutaj jest łazienka. Będzie ją
pani dzieliła z panną Bright, która ma pokój po drugiej stronie. Kiedy
będzie pani gotowa, proszę zejść na dół. Ostatnie drzwi po lewej stronie
prowadzą do biblioteki.
– Dziękuję – powiedziała Kate, ale Parker juŜ zniknął. Wyjęła
ubrania z walizki i powiesiła je w szafie. Zrobiła toaletę i włoŜyła
błękitną sukienkę z jedwabiu. Uszy ozdobiła parą duŜych srebrnych
kolczyków, dobrze widocznych wśród gęstych, kasztanowych loków.
Kate poprawiła makijaŜ, przeczesała palcami włosy i uznała, Ŝe
jest gotowa. ChociaŜ nie spotkała nikogo poza Parkerem, sądząc po
ilości samochodów większość gości przybyła juŜ na miejsce. Na myśl o
tym, Ŝe znajdzie się w gronie nowojorskiej elity, zrobiło jej się słabo.
Szybko jednak opanowała się, uniosła brodę i pomaszerowała w
kierunku holu. Kiedy dotarła do podnóŜa schodów, usłyszała gwar
rozmów dobiegających z biblioteki. Stanęła w otwartych drzwiach i
rozejrzała się dookoła.
Pierwszą osobą, którą zauwaŜyła, była Tabitha, wysoka blondynka
o posągowej figurze, ubrana w obcisłą czerwoną sukienkę. TuŜ za nią
stała słynna para wydawców, Peter i Anette Rand. W pobliŜu rozmawiali
sędzia Warren oraz Bibi i Calvin Latroux. Zdesperowana utkwiła
spojrzenie w Benie. Gawędził z Bibi, ale popatrzył w jej stronę, jakby
wyczuwając jej obecność. Uśmiechnął się zachęcająco. Kate drgnęła, gdy
usłyszała głos Bibi Latroux.
– CóŜ, mój drogi, widzę, Ŝe utraciłam twoje zainteresowanie. I nic
dziwnego. – Podeszła do Kate z pewnością siebie kogoś, kto przywykł
do tego, Ŝe jego polecenia są natychmiast wykonywane. – Nie stój w
drzwiach, kochanie. Wejdź. Ben, przedstaw nas sobie.
Bibi uwaŜnie zlustrowała Kate. Jej spojrzenie, chociaŜ pełne
ciekawości, nie było nieprzyjazne i Kate poczuła się raźniej. Ben
dokonał prezentacji i przygotował Kate drinka. Chwilę później Bibi
odeszła i wreszcie zostali sami.
– Wyglądasz cudownie – szepnął Ben. – Czy wiesz, Ŝe nigdy
dotąd nie widziałem cię w sukience? – Jego spojrzenie powędrowało w
dół, po czym powoli powróciło do twarzy. – Gdybym wiedział, co tracę,
prawdopodobnie kazałbym zmienić krój uniformu.
– Przestań. – Policzki Kate płonęły. – Nie waŜ się.
– O co chodzi? – Ben wyglądał jak uraŜona niewinność.
– Wiesz dobrze, o co chodzi. Nie musisz mnie nawet dotykać, a i
tak brakuje mi tchu i czuję, Ŝe słabnę. Przestań być taki czarujący. PomóŜ
mi. JeŜeli będziesz się tak dalej zachowywał, to ja...
– Tak?
– ...nie odpowiadam za to, co się wydarzy – dokończyła.
– Intrygujesz mnie, Kate – uśmiechnął się Ben i dodał: – Jak
zawsze.
– Wcale nie próbuję cię intrygować, do diabła. Próbuję cię
nastraszyć.
– Nigdy bym nie zgadł. – Ben mówił powaŜnym tonem, ale w
oczach błysnęły wesołe ogniki. – No cóŜ, skoro jesteś gościem, muszę
chyba uszanować twoje Ŝyczenie. JeŜeli chcesz, moŜemy zmienić temat.
– Świetnie – przytaknęła Kate.
– O czym chcesz rozmawiać?
– O czymkolwiek – powiedziała z rozpaczą w głosie. W tej chwili
nie patrzył na nią, ale i tak czuła się zagroŜona. – Donald!? – krzyknęła z
ulgą w głosie. – Dzwoniłeś do niego?
Ben skinął głową, powoli sącząc drinka.
– Pamiętasz, jak kilka tygodni temu wspominałem ci o projekcie
nocnego klubu? Teraz, kiedy przebrnęliśmy przez wszystkie formalności,
Mort Silverburg chce natychmiast rozpocząć budowę. Powiedział
Donaldowi, Ŝe jeŜeli nie zorganizuję ekipy do przyszłego tygodnia, to on
się tym zajmie.
– Co w tym złego?
– Sam nie wiem, ale ten pośpiech wydaje mi się podejrzany. W
kaŜdym razie udało mi się skontaktować z Mortem i zgodził się poczekać
jeszcze tydzień...
– Nie masz chyba prawa wyłączności do tej ślicznej damy, Ben.
Daj szansę innym.
Ben spojrzał na okrągłą, jowialną twarz sędziego Warrena.
– Nic z tego, Al – powiedział. – Wiem, co robię.
– Tak jak mój Al – odezwała się Maribeth Warren, pulchna
uśmiechnięta brunetka. – Nigdy nie przepuści okazji, Ŝeby pogadać z
ewentualnym wyborcą.
– Al Warren – przedstawił się sędzia, wyciągając rękę do Kate. –
A to jest Maribeth.
– Miło państwa poznać – wymamrotała Kate. Jej dłoń zniknęła w
pulchnej ręce sędziego.
– Chyba nie miałeś jeszcze okazji poznać mojego pomocnika, Ben
– powiedział sędzia. – Kręci się gdzieś tutaj. – Rozejrzał się dookoła. –
A, tu jesteś, Barry. Chodź do nas, synu.
Kate kątem oka dostrzegła grzywę blond włosów i szczupłą
sylwetkę we włoskim garniturze. Zesztywniała zaskoczona. Barry
Kingen odwrócił się i Kate stanęła z nim twarzą w twarz.
ZauwaŜyła, Ŝe wciąŜ porusza się z tym samym wdziękiem.
Typowy młody człowiek wspinający się po szczeblach kariery. Nie
widziała go od stycznia, od tamtej nocy, kiedy oświadczył, Ŝe nie jest dla
niego odpowiednią dziewczyną, i odszedł.
Starała się wymazać to wydarzenie z pamięci. Nie wiedziała
przecieŜ, Ŝe spotka ponownie Barry’ego. Mój BoŜe, pomyślała, dlaczego
tutaj? Dlaczego teraz?
– Panie West – Barry wyciągnął rękę – jestem zaszczycony.
Jeszcze jej nie zauwaŜył. No jasne, jego oczy utkwione były w
Benie. Zawsze potrafił wyczuć, komu naleŜy okazać względy.
Ben objął Kate, zamierzając przedstawić jej nowo przybyłego.
– A to jest...
– Barry – przerwała Kate, zanim Ben zdąŜył dokończyć zdanie.
Czuła, Ŝe usta rozciągają się jej w nienaturalnym uśmiechu. – Miło cię
znowu widzieć.
Zawsze zapamięta wyraz, jaki przez moment malował się na
twarzy dawnego przyjaciela. Był oszołomiony i jakby lekko
przestraszony. Jednak błyskawicznie odzyskał panowanie nad sobą.
– Kate! – wykrzyknął. – Co za przemiła niespodzianka!
Pochylił się i pocałował ją w policzek. Kate nie cofnęła się tylko
dlatego, Ŝe podtrzymywał ją Ben.
– Coś takiego – zaśmiał się sędzia Warren. – MoŜe jednak wcale
nie masz monopolu, Ben.
Barry uniósł w górę brwi, zaś Kate przygryzła wargi. Jak mógł
kiedyś wydawać się jej atrakcyjny? To, co być moŜe czuła do Barry’ego,
teraz nieodwołalnie naleŜało do przeszłości.
– Chodziliśmy razem do szkoły – wyjaśniła zwracając się głównie
do Bena. – Ale nie widzieliśmy się juŜ od dłuŜszego czasu.
– Rozumiem. – Ben przyjrzał się im uwaŜnie. Rozpoznał to imię. –
Czy zostawić was samych, Ŝebyście mogli porozmawiać o dawnych
czasach?
Kate otworzyła usta, Ŝeby zaprotestować, ale Barry był szybszy.
– AleŜ skąd – powiedział pośpiesznie. – Powspominamy sobie
później. Teraz chciałbym bardzo usłyszeć pańską opinię na temat
propozycji burmistrza dotyczącej pozbywania się toksycznych
odpadów...
Kate słuchała tylko przez moment. Łatwo było przewidzieć, co
zrobi Barry. Barry był bardzo ambitny. Nie zamierzał tak szybko
rezygnować z nadarzającej się okazji. Kate skończyła drinka i odeszła,
pozostawiając męŜczyzn pogrąŜonych w oŜywionej dyskusji.
– Okropne, prawda? – rzuciła Maribeth idąc za nią w kierunku
baru. – Mówią, Ŝe ma to być zabawne przyjęcie, a zanim jeszcze
człowiek zdąŜy się rozpakować, juŜ zaczynają gadać o tych
nudziarstwach.
Kate mruknęła coś niewyraźnie i nalała sobie kieliszek martini. W
innych okolicznościach z przyjemnością przyłączyłaby się do rozmowy
męŜczyzn. Ale nie dzisiejszego wieczoru, z Benem po jednej stronie
barykady, sędzią Warrenem po przeciwnej i Barrym, uwijającym się
pomiędzy jednym a drugim rozmówcą w daremnym wysiłku
zadowolenia obu stron. Nie, taką dyskusję mogła sobie spokojnie
darować.
Wzięła w rękę kieliszek, uzbroiła się w uśmiech i ruszyła w
kierunku innych gości. Ku jej zdumieniu zaopiekowała się nią Bibi
Latroux i przedstawiła pozostałym osobom. Pół godziny później, kiedy
rozpoczęła się kolacja, Kate usiadła przy stole z Calvinem po lewej i
architektem Lawrence’em Smithem-Millerem po prawej stronie. Obaj
byli niezwykle zajmujący i dosłownie wychodzili z siebie, Ŝeby niczego
jej nie brakowało.
Ben, siedzący dość daleko, z zapałem zabawiał gości, lecz było
oczywiste, Ŝe wciąŜ myśli o Kate. Kilka razy napotkała jego przeciągłe
spojrzenie. W pewnym momencie pozwolił sobie nawet puścić do niej
oko. Kate zakrztusiła się winem i natychmiast skierowała wzrok w inną
stronę. Barry nie został zaszczycony uwagą ani jej, ani Bena. ChociaŜ
posadzono go obok Tabithy, nikt nie zwracał na niego uwagi.
Po posiłku goście przeszli na koniak do salonu, gdzie rozpalono
ogień na kominku. Ben zaproponował, Ŝeby zagrać w „Monopol”, ale
został hałaśliwie i nadzwyczaj zgodnie wygwizdany. Zamiast tego
wszyscy obecni opowiedzieli się za grą towarzyską, polegającą na
odgadywaniu słów. Mistrzynią okazała się Tabitha. Jej interpretacja
„Kotki na gorącym, blaszanym dachu” zebrała burzliwe oklaski.
Około północy goście zaczęli rozchodzić się do swoich pokojów.
Kate rozejrzała się i znalazła Bena przy kominku, pogrąŜonego w
rozmowie z Peterem Randem. Wszystko w Benjaminie West wydawało
się jej fascynujące. Bardzo chciała, Ŝeby był z nią w tej chwili, ale mogła
poczekać. Świadomość, Ŝe razem spędzą tę noc, na razie jej wystarczała.
Ben spojrzał na nią w chwili, gdy właśnie o tym myślała. Napotkał jej
wzrok i uśmiechnął się. Moment później przeprosił Petera i podszedł do
niej.
– Muszę jeszcze trochę porozmawiać z Peterem. Czy mogłabyś iść
na górę sama?
Kate skinęła głową, nagle zawstydzona.
– To nie potrwa długo – pocałował ją leciutko. – Obiecuję.
– Czy wiesz... hm, w którym jestem pokoju?
– Droga Kate, wyraźnie mnie nie doceniasz. – Oczy Bena
błysnęły.
– Po prostu nie chciałam, Ŝebyś się zgubił – powiedziała.
– Nie ma mowy – wyszeptał. Jego usta znajdowały się zaledwie o
parę centymetrów od jej ucha. – Mój pokój jest po drugiej stronie
korytarza.
– Widzę, Ŝe opłaca się mieć znajomości – zachichotała Kate.
– Jak zwykle.
Za nimi rozległo się ciche kaszlnięcie. Kate odwróciła się. W
pokoju pozostali tylko oni i Peter. Nie mogła zabierać więcej czasu
Benowi, skoro miał jeszcze pewne sprawy do omówienia.
– Idź juŜ – powiedziała. – Skończ rozmowę, a ja będę czekała.
Czuła na sobie jego spojrzenie, kiedy przechodziła przez pokój.
Wyszła na korytarz i wbiegła na schody z radosnym uśmiechem na
twarzy.
ROZDZIAŁ 10
W swoim pokoju na górze Kate zajęła się przygotowaniami do
nadchodzącej nocy. WłoŜyła koszulę nocną, która stanowiła chyba
najbardziej uwodzicielski element jej garderoby: błyszcząca satyna z
mnóstwem delikatnych koronek. Na ten zwiewny strój narzuciła
delikatny peniuar. Nagle usłyszała dyskretne pukanie.
– Proszę – powiedziała drŜącym głosem i ruszyła w stronę drzwi.
Gdy się otworzyły, stanęła jak wryta na środku pokoju, a uśmiech zamarł
jej na ustach.
– Coś podobnego. – Barry rozejrzał się dookoła i wyszczerzył
zęby. – To się dopiero nazywa powitanie.
Kate w milczeniu przyglądała się, jak męŜczyzna wchodzi do
ś
rodka i zamyka za sobą drzwi.
– Czekałaś na mnie, prawda, Kate?
Sama nie wiedziała, co jest gorsze – pytanie czy teŜ poŜądliwe
spojrzenie, jakim ją obrzucił.
– Oczywiście, Ŝe nie. – Owinęła się szczelnie peniuarem. – Co ty
tu robisz?
– Myślę, Ŝe wiesz. – Barry postąpił kilka kroków i dotknął jej
ramion.
Odsunęła się szybko i zapaliła lampkę na nocnym stoliku.
– Mylisz się, Barry. To, co było między nami, juŜ od dawna naleŜy
do przeszłości.
– Tęskniłem za tobą, Kate.
– Jasne. To te twoje bezustanne telefony i listy tak mnie
wypłoszyły. – Kate włączyła górne światło.
– Byłem zajęty.
– Jestem o tym przekonana. – Dziewczyna podeszła do drzwi i
otworzyła je na ościeŜ. – A teraz idź sobie i nadal bądź zajęty.
– Ślicznie wyglądasz, Kate.
W odpowiedzi wskazała ręką drzwi. Barry zignorował ten gest.
– ZauwaŜyłem, Ŝe dziś wieczorem na dole nawiązało się między
nami dawne porozumienie. Nie powiesz mi, Ŝe niczego nie zauwaŜyłaś.
Jasne, Ŝe tak, pomyślała Kate. Jej odczucia na widok Barry’ego
oscylowały między szokiem a odrazą.
– Musiałaś wiedzieć, Ŝe przyjdę – nalegał. – Czekałaś przecieŜ na
mnie, prawda?
Barry nigdy nie był specjalnie natrętny, ale tym razem wyraźnie
nie chciał niczego pojąć. Czy będzie zmuszona siłą wyrzucić go z
pokoju?
– Mówię ci po raz ostatni. Nie jestem tobą zainteresowana.
– Więc kto...? – Przez jego twarz przemknął błysk zrozumienia. –
Coś takiego! Stanęłaś wreszcie na nogi, prawda?
– Do diabła, Barry! – krzyknęła niecierpliwie. – Idź juŜ. Teraz,
kiedy poskładał elementy układanki w całość, nie śpieszył się z
wyjściem.
– Muszę przyznać, Ŝe kiedy zobaczyłem cię na dole,
zastanawiałem się, co ty tutaj robisz. Ale przecieŜ zawsze starałaś się
wykorzystać kaŜdą okazję. Uznałem, Ŝe udało ci się pozyskać pana
Westa do sponsorowania tych twoich idiotycznych projektów pomocy
prawnej...
– Prowadzę jego samochód – przerwała Kate. Gotowa była zrobić
cokolwiek, byleby wyniósł się stąd jak najprędzej. – To właśnie nas
łączy. Jestem szoferem Benjamina Westa.
– Jasne – Barry roześmiał się głośno. – Pewnie.
– Wierz albo nie, to twoja sprawa. Nie mam czasu na kłótnie i,
szczerze mówiąc, nie interesuje mnie, co myślisz, pod warunkiem, Ŝe
robisz to w swoim pokoju.
– W porządku. – Barry wyprostował się.
Kiedy zniknął za progiem, natychmiast zatrzasnęła za nim drzwi.
Miał tupet! Inna sprawa, Ŝe Barry zawsze uwaŜał się za kogoś zupełnie
wyjątkowego. Miał szczęście, Ŝe była w dobrym nastroju, kiedy się
pojawił. Inaczej mogłoby jej przyjść do głowy, Ŝeby...
Znowu rozległo się pukanie do drzwi. Równie dyskretne jak
poprzednio. Najwyraźniej Barry nie potrafił tak łatwo pogodzić się z
poraŜką. Kate wyskoczyła z łóŜka, przeszła energicznie przez pokój i
otworzyła szeroko drzwi.
– Czego znowu? – huknęła.
– Nic tak dobrze nie robi jak miłe powitanie – odezwał się Ben.
Zrobił krok i zawahał się. – MoŜe raczej wolałabyś, Ŝebym poszedł?
– Nie, oczywiście, Ŝe nie. – Kate wzięła go za ramię i wciągnęła
do środka. – Przepraszam, nie chciałam się wydzierać. Myślałam, Ŝe to
ktoś inny.
– Naprawdę? – Ben nie wydawał się zachwycony. – Kto?
– Na litość boską – mruknęła Kate. Romantyczne plany legły w
gruzach. Była zarazem zła i zakłopotana. – Barry Kingen wstąpił tu na
moment, to wszystko – wyjaśniła niechętnie.
– Twój dawny przyjaciel.
Było to raczej stwierdzenie niŜ pytanie. Kate skinęła głową.
– Chciał odświeŜyć dawną znajomość?
– On tak. Ja nie.
– Domyśliłem się ze sposobu, w jaki mnie przywitałaś –
powiedział sucho Ben. Zdawał sobie sprawę, Ŝe Kate doskonale potrafi
się obronić, ale nie mógł powstrzymać się od pytania: – Chcesz, Ŝebym
go odesłał do domu?
Kate wyobraziła sobie, jaką wywołałoby to sensację.
– Nie... oczywiście, Ŝe nie – odparła.
– JeŜeli cię napastował...
– Nie – powtórzyła stanowczo. – Wierz mi, Barry nic, ale to nic
mnie nie obchodzi.
– Rozumiem. – Ben rozejrzał się dookoła. – Pełna iluminacja,
prawda?
– Nie waŜ się kpić. – Kate rzuciła mu mordercze spojrzenie.
– Powinnaś być zadowolona, Ŝe się śmieję. – Ben starał się mówić
spokojnie. – Mógłbym przecieŜ mieć ochotę poszukać Kingena i udusić
go gołymi rękami. – Zdjął marynarkę i rzucił ją na oparcie krzesła. – Jest
jednak pewien powód, dla którego tego nie zrobię.
– Jaki?
Ben podszedł do Kate i wziął ją w ramiona. Jego ciało było ciepłe i
twarde. Przytuliła się i, oddychając głęboko, wchłaniała jego zapach.
Głaskał ją delikatnie po włosach.
– Naprawdę nie wiesz? – zapytał.
– Powiedz – uniosła głowę.
– Czekałem na tę chwilę od dni, tygodni, od zawsze, słodka Kate.
Teraz nie mógłbym od ciebie odejść.
– A więc zostań. I kochaj mnie, Ben.
Pochylił się nad nią i pocałował najdelikatniej jak potrafił. Czuł, Ŝe
płonie, ale starał się stłumić ten ogień. Nie chciał się śpieszyć. Pragnął
ofiarować jej dziś wszystko i przedłuŜać ich miłość w nieskończoność.
Kate stanęła na palcach i oddała mu pocałunek. Ręce Bena
spoczywały na jej biodrach. Ich cięŜar podniecał ją. Odchyliła głowę i
otworzyła lekko usta.
– Chciałem, Ŝeby było delikatnie i łagodnie – powiedział
urywanym głosem, przymykając oczy.
– Mm – wymruczała Kate, całując go. – A ja, Ŝeby szybko i
gwałtownie.
Ben nigdy jeszcze nie spotkał kobiety, która podniecałaby go tak
jak Kate, ani teŜ takiej, którą bardziej pragnąłby zadowolić.
– Zasługujesz na najlepsze, słodka Kate – szepnął. – Romans z
bajki, czułość...
Podniosła ręce i rozwiązała Benowi krawat. Rzuciła go za siebie.
– Mam najlepsze – powiedziała, patrząc mu prosto w oczy. – Mam
ciebie.
Ben pocałował ją mocno, niemal brutalnie. Kate zdjęła mu
koszulę. Dotykała jego barków i pleców. Ciało pod jej palcami było
gładkie i gorące. Dotarła do torsu, do gęstwiny ciemnych włosów. W
chwilę później ręce Kate powędrowały do peniuaru, ale Ben przykrył je
swoimi dłońmi.
– Nie – wymruczał. – Pozwól, Ŝe ja to zrobię. Powoli zdjął z jej
ramion peniuar i zsunął cienkie ramiączka koszuli. Kate wstrzymała
oddech, gdy Ben pochylił się ku jej piersiom. Jego usta zaczęły
wędrówkę po gładkiej skórze. W pewnym momencie Ben wyprostował
się. Koszula Kate osunęła się na ziemię.
– Słodka Kate – wyszeptał. Wziął dziewczynę na ręce i ułoŜył
delikatnie na chłodnym prześcieradle. – Piękna, słodka Kate.
Przyglądała mu się, gdy zdejmował z siebie ubranie. Wcześniej
Ŝ
ałowała, Ŝe pokój nie jest pogrąŜony w ciemności, ale teraz cieszyła się,
Ŝ
e moŜe podziwiać kaŜdy centymetr wspaniałego męskiego ciała. Ben
połoŜył się obok niej. Pocałowali się, a ich ręce błądziły, szukały i
dotykały. Kasztanowe włosy Kate leŜały rozrzucone na poduszce. Wargi
zwilgotniały, a oczy przesłoniła namiętność. ZadrŜała, gdy Ben zaczął
pieścić jej piersi. Serce biło jak oszalałe.
– Ben – wyszeptała, gdy uniósł nieco głowę. – Zapomniałam...
– W porządku – usiadł i z kieszeni spodni wyciągnął foliowe
opakowanie. – Ja pamiętałem.
Kiedy wszedł w nią, Kate odczuła nie znaną jej do tej pory
intensywność poŜądania. Zatraciła się całkowicie w namiętnym
zbliŜeniu. Chciała, by trwało wiecznie. Wspięła się na szczyty rozkoszy i
w momencie ekstazy krzyknęła. W chwilę potem ciałem męŜczyzny
wstrząsnął potęŜny dreszcz.
Przez dłuŜszy czas leŜeli bez ruchu. Nie dobiegały do ich uszu
Ŝ
adne dźwięki, widocznie wszyscy juŜ spali. Kiedy odpoczęli, Ben
sięgnął po kołdrę i przykrył ich oboje. Nie miał zamiaru wychodzić. Kate
miała mu tyle do powiedzenia! Nie mogła jednak wydobyć z siebie
głosu. Przytulała się do Bena przepełniona miłością. Zdawała sobie
sprawę, Ŝe przeŜyli coś wyjątkowego, coś niezwykłego. Zastanawiała się,
czy Ben takŜe zdaje sobie z tego sprawę.
MęŜczyzna spojrzał na nią. – Za chwilę będę musiał wrócić na
ziemię – powiedział i uśmiechnął się. – Kto wie, moŜe zresztą jeszcze
nie.
– To dobrze. – Kate pogładziła go pieszczotliwie po plecach. –
Cieszę się, Ŝe nie tylko ja czuję się tak, jakbym była w niebie.
– Nie jestem za cięŜki? – Ben uniósł się nieco na łokciach.
– Nie – zacisnęła dłonie na jego ramionach. – Jesteś w sam raz.
– Coś podobnego – uśmiechnął się.
Kate pomyślała, Ŝe ofiarował jej tak wiele. I to bez Ŝadnych
zastrzeŜeń. Podarował jej poczucie bezpieczeństwa, czułość i opiekę. A
co ona dała mu w zamian?
Miłość, to na pewno. Ale nie szczerość. Ukrywała coś przed nim, i
to celowo. Teraz dopiero zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo się
myliła. Dziś oddali sobie ciała. Któregoś dnia oddadzą dusze. Nawet,
jeśli nie była jeszcze przygotowana na oświadczyny, postanowiła
ofiarować mu to, co mogła – swoje zaufanie.
– Ben? – wyszeptała.
– Uhm?
– Jest coś, o czym ci nie powiedziałam.
– Jest mnóstwo rzeczy, o których mi nie mówiłaś. – Ben oparł się
na łokciu i popatrzył jej w oczy. – Na przykład, jaki jest twój ulubiony
kolor, ulubiona potrawa? Pracujesz nocą z wyboru czy z konieczności? –
Pocałował ją delikatnie w szyję. – Nie wiedziałem, Ŝe masz łaskotki.
Cieszyło ją, Ŝe Ben jest w dobrym nastroju.
– Niebieski, chipsy i z konieczności – odparła. – Zgadza się, mam
łaskotki.
– Nie wierzę ci. Chipsy nie są niczyją ulubioną potrawą.
– Moją są.
– Zaraz mi powiesz, Ŝe lubisz praŜoną kukurydzę.
– Uwielbiam.
– Mój BoŜe. W co ja się wpakowałem?
– Za późno, Ŝeby Ŝałować.
Ręka Bena powędrowała do jej piersi.
– Ale nie za późno, Ŝeby... – zamruczał.
– Jesteś okropny.
– Zobaczymy, co powiesz za pięć minut.
– Za pięć minut nie będę w stanie otworzyć ust.
– Nie przejmuj się. Ja teŜ nie.
– Jesteś najbardziej rozpraszającym uwagę męŜczyzną, jakiego
kiedykolwiek spotkałam. – Złapała go za ręce i czekała, aŜ podniesie
głowę i spojrzy jej w oczy. – Próbuję ci coś przekazać.
– Ja równieŜ. Roześmiała się mimo woli.
– Jest coś, o czym powinieneś wiedzieć. – Kate spowaŜniała. – Nie
zawsze byłam taksówkarzem czy ekspedientką w butiku. Zanim w
styczniu oblałam egzamin, byłam studentką trzeciego roku prawa na
uniwersytecie.
– Wiem – odparł spokojnie.
– Co takiego?
– Ze względu na bezpieczeństwo zawsze zbieram informacje o
swoich bliskich współpracownikach. – Niemal przepraszająco wzruszył
ramionami. – Otrzymałem raport na twój temat.
Zamierzała wprawić go w zdumienie. Jednak teraz to ona była
zaskoczona.
– Dlaczego mi nic nie powiedziałeś? – zapytała.
– Czekałem, aŜ ty mi się zwierzysz. Uznałem, Ŝe masz
wystarczająco waŜne powody, dla których tego nie robisz.
Kate przygryzła wargę.
– Słucham? – nalegał.
– Chciałam, Ŝebyś mnie lubił tylko dla mnie samej – odezwała się
po chwili. – NiezaleŜnie od tego, kim jestem i co robię. Nie chciałam,
Ŝ
eby to miało jakiekolwiek znaczenie.
– Nie miało. – Pogłaskał ją po policzku i pocałował. – Byłem po
prostu jeszcze bardziej zaintrygowany.
– UwaŜasz, Ŝe jestem interesująca?
– Nawet bardzo. – Tym razem nie drgnęła, gdy jego usta
powędrowały do jej szyi. – A takŜe denerwująca.
– Naprawdę? – Ponownie poczuła rozkoszne podniecenie.
– Uhm. – Dotknął językiem jej piersi. Jego oddech był ciepły i
wilgotny. – Czy mówiłem ci kiedyś, Ŝe nienawidzę zimna?
– Nie, nigdy. Czy powinnam przeprosić za to, Ŝe cię ziębię?
– Napraw to – powiedział niskim głosem.
– Jak?
– Rozgrzej mnie.
* * *
Kate obudziła się w pustym łóŜku z uczuciem rozkosznego
rozleniwienia. Niejasno pamiętała, Ŝe Ben wyśliznął się z pokoju przed
ś
witem, pocałowawszy ją wcześniej na poŜegnanie.
– Zobaczymy się na śniadaniu, słodka Kate – wyszeptał.
Uśmiechnęła się i natychmiast ponownie zasnęła. Gdy obudziła się
ponownie, była ósma.
Obiecała sobie, Ŝe nie będzie niczego Ŝałowała. Nie było sensu
zastanawiać się, jak czułaby się budząc w tym domu, w tym łóŜku ze
ś
wiadomością, Ŝe tu jest jej miejsce. Nie tej jednej nocy, lecz juŜ zawsze.
Po co marnować czas i zastanawiać się nad czymś, co nie mogło się
zdarzyć?
Nie wierzyła w bajki ani w rycerzy na białych rumakach. Marzenia
były przyjemne, ale tak naprawdę liczył się tylko upór i cięŜka praca. Ten
weekend nie miał Ŝadnego związku z jej normalnym Ŝyciem. Pomyśli o
tym później, a teraz będzie cieszyła się tym, co jest.
Wzięła gorący prysznic, po czym nałoŜyła szare sztruksowe
spodnie i sweter. Zeszła na dół, do pokoju śniadaniowego. Mimo Ŝe stół
zastawiony był dla sześciu osób, Kate zastała tylko jedną.
Anette Rand, szczupła, elegancka blondynka o wydatnych
kościach policzkowych i przenikliwych zielonych oczach piła herbatę i
przeglądała poranną prasę. Spojrzała na wchodzącą Kate i odłoŜyła na
bok „Timesa”.
– Dzięki Bogu, nareszcie jakaś przyjazna dusza. Powiedz
Parkerowi, Ŝeby usmaŜył ci jakieś jajka. A potem napij się kawy i
porozmawiaj ze mną.
Kate nalała sobie gorącej kawy i wzięła dwie bułeczki.
– Gdzie pozostali? – zapytała.
– Czy moŜesz uwierzyć, Ŝe męŜczyźni wstali o świcie i poszli grać
w golfa? – Anette przewróciła oczami. – Bibi i Maribeth są na spacerze.
Tabitha jeszcze śpi.
Kate zajęła miejsce przy stole.
– Dobry BoŜe. – Anette zerknęła na zawartość talerza sąsiadki. –
Muszę powiedzieć, Ŝe ci zazdroszczę. To chyba dlatego, Ŝe jesteś taka
młoda. Zanim skończyłam trzydziestkę, mogłam jeść absolutnie
wszystko. – Zaśmiała się ponuro. – Teraz pozostały mi tylko otręby i
herbatka ziołowa.
– Mam po prostu szczęście. – Kate posmarowała masłem kawałek
bułeczki. – Nigdy nie miałam problemów z wagą.
– To widać – westchnęła Anette i spojrzała na Kate. – Nie
miałyśmy zbyt wielu okazji, Ŝeby porozmawiać wczoraj wieczorem.
Peter twierdzi, Ŝe Ben jest tobą zupełnie oczarowany. Opowiedz mi
wszystko.
Kate zakrztusiła się nagle bułeczką.
– Przepraszam, jestem chyba zbyt wścibska. – Anette wyglądała na
speszoną. – Nie daj się zamęczyć, ja zawsze tak się zachowuję.
– Wcale mnie nie zamęczasz.
– Tworzymy tak niewielkie kółko towarzyskie. Kiedy pojawia się
nowa twarz, jesteśmy wręcz zachwyceni, Ŝe mamy o kim plotkować.
Kate zaczerwieniła się.
– Och, kochanie. – Anette zauwaŜyła jej zakłopotanie. –
Myślałam, Ŝe wiesz, Ŝe rozmawiałyśmy głównie o tobie. Prawdę mówiąc,
Bibi i ja uwaŜamy, Ŝe Ben był wczoraj niesłychanie czarujący. Nigdy
dotąd nie widziałam, Ŝeby tak się zachowywał. Nie spuszczał z ciebie
oczu przez cały wieczór. Tak więc... – Anette wytarła usta serwetką. –
Zacznijmy od początku. Opowiedz mi, jak się poznaliście.
Nadszedł moment, którego Kate obawiała się najbardziej, odkąd
Ben zaprosił ją tutaj. Wiedziała, Ŝe prędzej czy później padnie to pytanie.
Nie musiała mówić prawdy. Potrafiła wymyślać róŜne
przekonujące historyjki, a teraz niewielkie kłamstewko byłoby
niewątpliwie przydatne. Jednak nieomal natychmiast Kate odrzuciła tę
moŜliwość. Nie wstydziła się tego, kim była, Ben równieŜ nie. CóŜ
mogła znaczyć opinia Anette?
– Poznaliśmy się w Nowym Jorku – zaczęła.
– To jasne. – Anette nalała sobie następną filiŜankę kawy. – I co
dalej?
– Ben łapał taksówkę.
– Jakie to romantyczne! I ty właśnie nią jechałaś?
– Nie – odparła powoli Kate. – Ja ją prowadziłam.
– Prowadzisz taksówkę?
– Teraz juŜ nie. Pracuję dla Bena. Jestem jego szoferem. Przez
dłuŜszą chwilę Kate w skupieniu zajmowała się swoją kawą. Nagle
usłyszała szczery, dźwięczny śmiech Anette.
– Kochanie, uwaŜam, Ŝe to cudowne.
– Naprawdę? – spojrzała na nią Kate.
– O ile się nie mylę, nieposkromiony Benjamin West napotkał
wreszcie swoją drugą połowę.
– Dlaczego tak uwaŜasz? – Kate sięgnęła po następną bułeczkę.
– Nie zrozum mnie źle. – Anette przysunęła się bliŜej. – Znam
Bena od lat. Oczywiście spotykał się z kobietami, nawet bardzo często.
Wszystkie były piękne i utalentowane. Widzieliśmy jednak, Ŝe był nimi
ś
miertelnie znudzony.
– Czyli uwaŜasz, Ŝe dla odmiany potrzeba mu kogoś, kto nie jest
ani piękny, ani utalentowany? – zapytała.
– Wcale nie to miałam na myśli! Jesteś równie czarująca jak tamte
kobiety, a jednak czymś się od nich róŜnisz.
Szczerość Anette skłoniła Kate do tego, by otwarcie wyłoŜyć
swoje karty.
– Jestem biedna. To jest właśnie ta róŜnica.
– Wątpię, czy ma to jakiekolwiek znaczenie dla Bena.
– Czy to nie ty powiedziałaś przed chwilą, Ŝe trzymacie się w
niewielkim kółku? Ja nie naleŜę do tego towarzystwa – oświadczyła
dobitnie. – I nigdy nie będę naleŜała.
– Nie bądź taka pewna. Dziecko drogie, czy ty uwaŜasz, Ŝe my
wszyscy wywodzimy się z arystokratycznych rodów? Zanim poznałam
Petera, byłam fryzjerką.
– Naprawdę?
– Jasne, Ŝe tak. I to bardzo dobrą.
– Ale wyglądasz tak... tak...
– Wytwornie? – podsunęła Anette.
– Właśnie.
– Moja droga, wydaję duŜo pieniędzy na podtrzymanie urody.
Systematycznie ćwiczę, stosuję masaŜe, lifting, czeszę się u świetnych
fryzjerów, ubieram u najlepszych krawców. Jak mogłabym inaczej
wyglądać?
Kate uśmiechnęła się, czując, Ŝe z minuty na minutę coraz bardziej
lubi Anette.
– Maribeth zaczynała jako nauczycielka. A Bibi? – Anette
przerwała i puściła oczko do Kate. – Umówmy się, Ŝe nie będziemy
mówiły o tym, co robiła Bibi, zanim spotkała Cala, chyba Ŝe będziemy w
wyjątkowo plotkarskim nastroju.
W tym momencie zjawiła się Tabitha. Była jeszcze zaspana, ale
wyglądała bardzo pięknie. Rozmowa zeszła na inne tematy. Wkrótce
nadeszła Rachel Smith-Miller, a tuŜ po niej Bibi i Maribeth. Pokój
wypełnił się, wobec czego Kate wymknęła się nie zauwaŜona.
Nie dlatego, Ŝe nie lubiła tych kobiet czy nudziło ją ich
towarzystwo. Wręcz przeciwnie. Po prostu chciała być przez moment
sama. WłoŜyła kurtkę i wyszła na zewnątrz.
Chciała być sama ze swoimi myślami i marzeniami. Z nadzieją na
szczęśliwe zakończenie.
ROZDZIAŁ 11
Reszta weekendu minęła zbyt szybko.
Mimo Ŝe dom przepełniony był gośćmi, Ben i Kate niemal cały
czas spędzali razem. Oczywiście Ben musiał wypełniać obowiązki
gospodarza, ale starał się, by Kate zawsze była przy nim. Jej natomiast
udało się pozyskać poparcie i aprobatę pozostałych kobiet. Dbały one o
to, by ich męŜowie nie zajmowali Benowi zbyt wiele czasu. Ku
niepomiernej uldze Kate, Barry zainteresował się Tabithą.
W sobotni wieczór urządzono kolację połączoną z tańcami. Kate
pogratulowała sobie w duchu, Ŝe poŜyczyła od Maggie część garderoby.
Wybrała granatową sukienkę z dŜerseju. Jedyną ozdobę stanowiły
maleńkie kolczyki w kształcie perełek.
Na dzisiejszy wieczór Ben zaprosił dodatkowo dwanaście osób i
miał w związku z tym większe obowiązki. Przez cały czas jednak nie
spuszczał z oczu Kate. Przynosił jej drinki i przystawki, włączał do
niemal wszystkich rozmów. Po kolacji wiele razy tańczyli. Kiedy ostatni
z gości wreszcie wyszedł, udali się do pokoju Kate.
Ben wziął Kate w ramiona. Zaczął ją pieścić delikatnie. Jego palce
i język były zachłanne.
Kate zakręciło się w głowie. Ogarnęła ją taka namiętność, Ŝe miała
wraŜenie, Ŝe cała płonie. Reagowała na pieszczoty tak, jakby przez całe
Ŝ
ycie czekała tylko na tę chwilę i tego męŜczyznę.
Uniosła ręce i rozwiązała mu krawat. Guziki, na które zapięta była
koszula, stanowiły wyzwanie.
– Pozwól, Ŝe ci pomogę – szepnął, ale Kate odsunęła jego ręce.
– Teraz moja kolej. – Popchnięty lekko, Ben usiadł na krześle.
Kate rozsunęła jego uda i uklękła między nimi. Uśmiechnęła się. –
Jestem pewna, Ŝe jakoś dam sobie radę.
Ben westchnął, gdy odpięła pierwszy guzik, rozsunęła koszulę i
przycisnęła policzek do jego ciała. Przeszył go dreszcz poŜądania.
– Szczerze mówiąc – wykrztusił – zanim dotrzesz do końca, moŜe
juŜ być za późno.
Kate odpięła drugi i trzeci guzik. Przysunęła się bliŜej i
pocałowała jego umięśniony tors, ocierając się twarzą o gęste, ciemne
włosy.
– Doprowadzasz... mnie... do... szaleństwa...
– Świetnie – wymruczała i odpięła kolejny guzik. Wsunęła rękę
pod koszulę Bena i głaskała delikatnie jego sutki. Słyszała urywany
oddech męŜczyzny.
– Dosyć.
– Jeszcze nie skończyłam.
– Owszem.
Pośpiesznie zdarł z siebie koszulę. Wstał i pociągnął dziewczynę
w górę. Kiedy złapała równowagę, puścił ją i dotknął supełka na jej
ramieniu.
– Co się stanie, jeŜeli to rozwiąŜę? – zapytał.
– Spróbuj, a zobaczysz. – ZwilŜyła wargi.
Chwilę później sukienka opadła na podłogę. Pomyślał, Ŝe nigdy
dotąd nie widział takiej doskonałości. Zdejmując w pośpiechu resztę
ubrania, nie spuszczał z niej wzroku. Po chwili wziął ją w ramiona i
zaniósł do łóŜka. Zsunął stanik, całując nabrzmiałe piersi dziewczyny.
– Weź mnie – wyszeptała.
– Dobrze, słodka Kate. – Kiedy zaczął poruszać się rytmicznie,
Kate objęła go mocno nogami, dostosowując się do jego tempa. Coraz
szybciej zdąŜali ku spełnieniu, a kiedy nadeszło, krzyknęli jednocześnie
w ekstazie.
* * *
Późnym niedzielnym popołudniem Ben i Kate stali w progu,
machając Bibi i Calvinowi, którzy odjeŜdŜali ostami.
– Nareszcie sami, najdroŜsza. – Ben znacząco spojrzał na Kate.
Stojący za nimi Parker dyskretnie kaszlnął.
– Spakowałem pana walizki, sir. Pozwolę sobie przypomnieć, Ŝe
samolot odlatuje o szóstej.
– Nie musisz mi przypominać. – Ben westchnął.
– O szóstej? Skoro to międzynarodowy lot, nie masz zbyt wiele
czasu. Pójdę tylko po walizkę i moŜemy jechać.
– My? – Wyciągnął rękę, aby zatrzymać Kate, ale była juŜ w
połowie holu. – Jacy my?
– Ty i ja. A jak masz zamiar dostać się na lotnisko?
– Parker mnie zawiezie.
– CzyŜbyś zapomniał, Ŝe to ja jestem twoim kierowcą?
Przez chwilę Ben wyglądał na kompletnie zaskoczonego. Kate
uznała, Ŝe ostatnie czterdzieści osiem godzin było niczym sen – teraz
nadszedł czas, Ŝeby się obudzić.
PołoŜyli bagaŜe z tyłu, a Ben usiadł za kierownicą.
– JeŜeli chcesz, Ŝebym prowadziła... – zaczęła Kate.
– Nie chcę – odparł sucho.
CóŜ, to rzucone ostrym tonem zdanie przypomniało Kate, gdzie
jest jej miejsce. A nawet jeśli nie całkiem, to zadania dopełniła długa
jazda na lotnisko. Ben milczał, koncentrując się całkowicie na
prowadzeniu i zwracając minimalną uwagę na jej próby nawiązania
rozmowy. Z kaŜdą chwilą Kate wpadała w coraz gorszy nastrój.
Kiedy dotarli do lotniska, Kate wysiadając z samochodu trzasnęła
mocno drzwiami.
– Wiem, jak się czujesz. – Ben wyjął bagaŜe.
– Wątpię.
– Jesteś wściekła.
– Pewnie, Ŝe jestem.
Popełnił błąd. Powinien był porozmawiać z nią w domu – w
chwili, w której przypomniała mu, Ŝe jest jego szoferem. Sądził, Ŝe uda
się im jakoś o tym zapomnieć. Ofiarowała mu tak duŜo w ciągu tych
dwóch dni. Nie chciał teraz tego stracić.
– Przykro mi. – Postawił walizkę na chodniku. – Naprawdę nie
chcę jechać. Zwłaszcza teraz. Przez ostatnią godzinę zastanawiałem się,
jak odwołać spotkanie, ale niczego nie wymyśliłem. Zastanawiałem się
teŜ, czy nie zabrać cię ze sobą, ale przez cały czas będę bardzo zajęty. To
tylko parę dni. To będzie pięć najdłuŜszych dni w moim Ŝyciu, wierz mi.
Ben wziął Kate za rękę i przyciągnął ją do siebie. Mijały ich
samochody, trąbiły klaksony, lecz oni nie zwracali na otoczenie Ŝadnej
uwagi.
– Powiedz, Ŝe będziesz za mną tęskniła. – Pogłaskał ją po twarzy.
– Będę za tobą tęskniła. Pocałował ją mocno.
– Pięć dni – powtórzył, kiedy bagaŜowy wziął jego walizkę.
– Będę czekała.
Ben zmieszał się z tłumem pasaŜerów. Po chwili straciła go z oczu.
* * *
Kate miała wolny tydzień. Było milion rzeczy, które naleŜało
zobaczyć w Nowym Jorku – począwszy od przedstawień teatralnych,
poprzez wystawy w galeriach, na najnowszych filmach skończywszy.
Miała teraz mnóstwo czasu i trochę pieniędzy, więc bardzo starannie
zaplanowała sobie nadchodzące dni. Były one wypełnione od rana do
późnego wieczora. Powinna bawić się szampańsko – nigdy jednak nie
czuła się bardziej nieszczęśliwa.
Gdyby dwa miesiące wcześniej zaproponowano jej płatny urlop,
uwaŜałaby, Ŝe złapała pana Boga za nogi. Teraz dni ciągnęły się
niemiłosiernie.
Nie chciała o tym myśleć, ale wiedziała, Ŝe musi. Ben okazał juŜ,
Ŝ
e nie jest mu obojętna, ale Kate zdawała sobie sprawę z tego, Ŝe to jej
nie wystarczy. Pragnęła więcej. Pragnęła wszystkiego, o czym Ben nigdy
nie wspominał, i o co ona nigdy nie pytała – miłości, szacunku i
wzajemnych zobowiązań. Chciała, by uwaŜał ich związek za coś więcej
niŜ za grę, o wyniku której moŜe zadecydować rzut monetą.
Pragnęła zbyt wiele. Jak zwykle zresztą. Tym razem istniała
jednak pewna róŜnica, gdyŜ narzędzia, którymi posługiwała się w
przeszłości – spryt, upór i wytrwałość – były w tej chwili całkowicie
bezuŜyteczne.
Mogła mieć tylko nadzieję – teraz wszystko zaleŜało od Bena.
Ben zadzwonił w czwartek wieczorem.
* * *
Kate, leŜąc w szlafroku na łóŜku, przygotowywała się właśnie do
spędzenia wieczoru w towarzystwie klusek, wieprzowiny po chińsku i
„Casablanki” w telewizji, gdy nagle usłyszała dzwonek telefonu.
– Jak tam Londyn? – zapytała.
– Mokry. A Nowy Jork?
Nie chciało się jej ciągnąć tej zabawy.
– Samotny – odpowiedziała.
– Naprawdę? – Ben wyraźnie się ucieszył. – To jeszcze tylko
dwadzieścia parę godzin. Właśnie o tym chciałem porozmawiać.
– Wyjechać po ciebie na lotnisko?
– Nie ma mowy.
Kate zamilkła rozczarowana.
– Mam lepszy pomysł. WłóŜ najładniejszą sukienkę, a ja powiem
Fosterowi, Ŝeby mnie zawiózł prosto do ciebie.
– Wychodzimy gdzieś?
– W zasadzie tak – odpowiedział powoli. – Odbywa się przyjęcie,
na którym nie moŜe mnie nie być. Pewne stowarzyszenie wybrało mnie
MęŜczyzną Roku. Szczerze mówiąc, zupełnie o tym zapomniałem.
Dobrze, Ŝe Donald mi przypomniał. Ceremonia odbędzie się jutro
wieczorem w Rainbow Room.
Taki rozkład zajęć mógłby zwalić z nóg nawet najsilniejszego.
– Nie będziesz przemęczony po podróŜy? – spytała Kate.
– Pewnie tak. Postaram się przespać w samolocie. – Ben urwał na
chwilę i zachichotał. – Mogłabyś włoŜyć tę granatową sukienkę, którą
miałaś na sobie w zeszłym tygodniu. Gwarantuję, Ŝe to mnie skutecznie
otrzeźwi.
– Masz to u mnie – powiedziała. Nie było potrzeby wspominać
mu, Ŝe to jedyna wyjściowa sukienka.
– Świetnie. A więc do zobaczenia jutro wieczorem.
– Dobranoc, Ben – szepnęła. – Słodkich snów.
Po zakończeniu rozmowy Ben długo jeszcze wpatrywał się w
słuchawkę. Słodkich snów, teŜ coś! JeŜeli Kate będzie nadal obecna w
jego myślach, to nie wiadomo, czy w ogóle uda mu się zasnąć.
JuŜ dawno temu zorientował się, Ŝe Kate była zupełnie wyjątkowa.
Nie przewidywał jednak, Ŝe tak szybko stanie mu się ona nieodzowna.
Była nieustającym źródłem sprzeczności – niespokojna kobieta, która w
pewien nieokreślony sposób stabilizowała jego Ŝycie. Nie pamiętał juŜ,
jak było, zanim się pojawiła.
Czy to miłość? Nie był pewien. Dotychczas zdarzały mu się tylko
przelotne romanse. Przed Kate nie pojawiła się ani jedna kobieta, której
pragnąłby podarować coś więcej. A teraz wydawało mu się, Ŝe nie moŜe
dać wystarczająco wiele – ani teŜ otrzymać tyle, ile by chciał.
Pragnął, by Kate była zawsze z nim – dziś, jutro i kaŜdego dnia.
Chciał jej wyłącznie dla siebie. Nawet jeŜeli nie była to miłość, to coś
bardzo do niej zbliŜonego.
Nigdy nie pozwoliła mu sobie niczego kupić. Mimo Ŝe wtedy czuł
się nieco uraŜony, teraz się cieszył. Znaczyło to, Ŝe pierwszym
prezentem, jaki Kate od niego otrzyma, będzie pierścionek z diamentem,
który zamierzał kupić rano w Knightsbridge.
* * *
– Mam nadzieję, Ŝe kolacja nie będzie taka okropna – Ben objął
ramieniem Kate. Znajdowali się na tylnym siedzeniu lincolna. Wdychał
zapach świeŜo umytych włosów dziewczyny. Przyjechał po nią dziesięć
minut wcześniej i nie potrafił powstrzymać się od tego, by jej ciągle nie
dotykać. Kate zdawała się nie mieć nic przeciwko temu.
– PrzecieŜ to ty jesteś gościem honorowym – przypomniała
przytulając się do niego. – Na pewno będzie wspaniale.
– Przyjęcie moŜe się przeciągnąć – mruknął. Czuł cięŜar
pierścionka w kieszeni. Jak na razie, była to jego tajemnica. Kiedy znajdą
się wreszcie sami, zamierzał wyjąć go i oświadczyć się Kate. – Czy
myślisz, Ŝe zauwaŜą, jeśli wymkniemy się trochę wcześniej?
– Jasne, Ŝe nie. Nie ma gościa honorowego – dlaczego ktokolwiek
miałby to zauwaŜyć?
– Chyba masz rację – westchnął Ben z rezygnacją, kiedy Foster
zaparkował przed wejściem do Rockefeller Center. Wysiadł i podał rękę
Kate. Słyszał uwagi gapiów, którzy przystanęli, Ŝeby popatrzeć na
limuzynę.
– Maudie, patrz! Słynna osobistość!
– Kto to?
– Nie mam pojęcia...
– To ten West! – rozległ się przejęty kobiecy głos. – Czy nie jest
słodki? Hej, Ben! Tutaj!
– Jest niŜszy niŜ w telewizji...
Ben ujął Kate za ramię i poprowadził do wejścia. Skierowali się w
stronę windy. Dziewczyna drŜała, więc przytulił ją do siebie.
– JuŜ wszystko w porządku – powiedział łagodnie. – JuŜ ich nie
ma.
– Dzięki Bogu. – Ku jego zdumieniu Kate zaczęła chichotać. –
DłuŜej juŜ chyba nie udałoby mi się zachować powagi. – Spojrzała na
niego i otworzyła szeroko oczy. – Hej, Ben! Tutaj!
– Ta kobieta miała koło pięćdziesiątki.
– I świetny gust. – Znowu zachichotała. – Czy to ci się często
przytrafia?
– Zbyt często. – Zirytowany, przejechał dłonią po włosach. –
Jestem osobą publiczną, a to pociąga za sobą tego rodzaju sytuacje.
– Czy to ci przeszkadza?
– Czasami. – Wzruszył ramionami. – Najczęściej staram się nie
zwracać uwagi. Chyba się juŜ przyzwyczaiłem.
– Nie jestem pewna, czy podoba mi się, Ŝe jakieś obce kobiety
mówią o tobie, Ŝe jesteś słodki – draŜniła się.
– Na twoim miejscu nie przejmowałbym się tym – odparł sucho. –
Ta uwaŜała, Ŝe jestem za niski.
Kate wbiła mu palec w Ŝebro, a on wsadził rękę pod jej płaszcz i
zaczął ją łaskotać. Śmiali się jeszcze, gdy drzwi windy nagle się
otworzyły. Niemal natychmiast zmieszali się z tłumem ludzi, z których
większość pragnęła poznać Bena. Uratował ich prezes stowarzyszenia.
Zajęli przeznaczone dla nich miejsca. Ceremonia się rozpoczęła.
O jedenastej wieczorem Kate znała juŜ prawdziwe znaczenie słów
„nudny” i „nie kończący się”. Po kolacji, która składała się z
przypalonego kurczaka i nie dopieczonych ziemniaków, nastąpiła seria
przydługich wystąpień. Ben takŜe zabrał głos. Otrzymał nagrodę,
pozował do zdjęć i potrząsnął tak wielką liczbą rąk, Ŝe przestała je nawet
liczyć. Bez wątpienia ten człowiek miał niewiarygodną kondycję.
Kiedy o tym myślała, zobaczyła nagle, Ŝe Ben mruga do niej –
powoli i wyraźnie. Zastanawiała się, czy cierpliwość Bena nie jest
właśnie na wyczerpaniu.
Kate nie miała pojęcia, jak mu się to udało, ale niedługo potem
poŜegnał się ze wszystkimi, odnalazł ich płaszcze i w pośpiechu
wyprowadził ją z budynku. Lincoln czekał zaparkowany przy
krawęŜniku. Foster popijał kawę i czytał jakąś ksiąŜkę, którą na ich
widok szybko odłoŜył.
Droga powrotna przebiegła w milczeniu. Gdy dotarli w okolice
Westcon Plaza, Kate wysiadła i odetchnęła głęboko świeŜym
powietrzem. Ben stanął koło niej, miał juŜ pewność, Ŝe ona jest
naprawdę wszystkim, czego potrzebował.
– Piękna noc, prawda?
– Cudowna.
– Nie wchodźmy jeszcze. – Wziął ją za ramię.
– Dokąd pójdziemy?
– Zobaczysz.
Przed nimi rozpościerał się Central Park. Na jego południowym
krańcu znajdował się postój doroŜek. O tej porze była tam tylko jedna.
DoroŜkarz zamierzał jechać juŜ do domu. Na widok studolarowego
banknotu zmienił zdanie.
Ben pomógł Kate wsiąść, po czym okrył ich oboje pledem.
Oczy Kate błyszczały, gdy doroŜkarz cmoknął, a koń ruszył z
miejsca.
– Skąd wiedziałeś, Ŝe zawsze marzyłam o tym, Ŝeby przejechać się
jedną z tych doroŜek?
– Intuicja? – Ben objął ją mocno i przytulił do siebie.
– O rany. Czasem wydaje mi się, Ŝe jesteś zbyt domyślny.
– CzyŜby? – Ben uniósł brwi. – A co ci się jeszcze wydaje?
– śe i tak cię kocham.
Milczeli przez chwilę. Ben ujął podbródek Kate i zbliŜył jej twarz
do swojej.
– Mówisz powaŜnie, Kate?
Odpowiedź wyczytał w jej oczach. Serce biło mu jak oszalałe.
– Tak.
– Najsłodsza Kate. – Ben pocałował dziewczynę delikatnie, wręcz
nieśmiało. Kate rozchyliła wargi i przyciągnęła go bliŜej. Kilka chwil
później, gdy Ben się odsunął, z trudnością łapała oddech.
– Nie przestawaj – szepnęła.
Ben znacząco spojrzał na plecy woźnicy. Wsunął rękę pod pled i
dotknął jej uda.
– MoŜe to wcale nie był taki dobry pomysł.
– MoŜe nie. – Kate westchnęła głęboko, czując poruszającą się
dłoń Bena. – Co on by pomyślał, gdybyśmy go poprosili, Ŝeby nas
odwiózł z powrotem?
– śe się nam bardzo spieszy. – Ben uśmiechnął się i powiedział
doroŜkarzowi, Ŝeby zawrócił. Ponownie pocałował Kate. Gdy się od
siebie oderwali, byli juŜ blisko Westcon Plaza. – Czy ten przeklęty koń
nie mógłby ruszać się trochę szybciej? – mruknął.
– Wiedziałam, Ŝe uznasz ten środek transportu za zbyt
prymitywny. – Kate uśmiechnęła się.
– Och, sam nie wiem. – Ben pomógł jej wysiąść. – Czuję, Ŝe
niedługo przekonasz się, jaki ja potrafię być prymitywny.
* * *
Następnego ranka Kate obudziły promienie słońca. Ben nadal spał
z jaśkiem wsuniętym pod głowę. Kate juŜ wyciągnęła rękę, aby go
pogłaskać, ale zmieniła zamiar. Po ostatniej nocy Ben z całą pewnością
potrzebował duŜo wypoczynku.
Gdy po przejaŜdŜce wpadli do apartamentu, skierowali się wprost
do sypialni. Ściągnęli błyskawicznie ubrania i niemal natychmiast
znaleźli się w łóŜku.
Rozłąka tylko spotęgowała ich poŜądanie. Intensywność doznań
zupełnie oszołomiła Kate. Ben był i gwałtowny, i czuły. Doprowadzał ją
niemal do kresu wytrzymałości. PrzedłuŜał ich namiętność do granic
moŜliwości.
Gdy odpoczywali, Ben przytulił się do Kate.
– Która jest teraz godzina w Londynie? – zapytała, głaszcząc go
po podbródku.
– Piąta rano. – Ben przypomniał sobie o pierścionku nadal
spoczywającym w jego kieszeni i uśmiechnął się sennie.
– Powinieneś spać.
– Jeszcze nie. Mam coś dla ciebie. – Próbował wstać, ale Kate
delikatnie zmusiła go, aby leŜał spokojnie.
– Cokolwiek by to nie było – powiedziała. – MoŜe poczekać do
rana.
– Ale...
– śadnych ale. – PołoŜyła mu palec na ustach nakazując milczenie.
– Kocham cię, Ben.
Przyciągnął ją bliŜej.
– Ja teŜ cię kocham – wymruczał. Uścisnął ją mocno, a chwilę
później oboje juŜ spali.
Teraz, kilka godzin później, Kate zastanawiała się, czy Ben po
przebudzeniu będzie pamiętał o swojej deklaracji. Lepiej, Ŝeby tak było,
pomyślała wyskakując z łóŜka.
NałoŜyła szlafrok Bena i wyszła z sypialni. Postanowiła zaparzyć
kawę i przynieść ją Benowi.
Poprzedniej nocy nie miała właściwie okazji obejrzeć mieszkania
Bena, postanowiła więc nadrobić zaległości. Przestronny pokój gościnny
zastawiony był antykami, biblioteka natomiast wyłoŜona drewnem. Po
trzech nieudanych próbach Kate udało się odnaleźć jadalnię. Teraz
wystarczyło tylko popchnąć drzwi, Ŝeby znaleźć się w kuchni. Zrobiła to
i poczuła aromat świeŜo zaparzonej kawy. Na blacie leŜał „Sunday
Times”, a na małym stoliczku obok okna nakryto dla jednej osoby.
Nagle otworzyły się drzwi od spiŜarki i ukazał się w nich Parker z
pięciokilową torbą cukru. Kate wzdrygnęła się zaskoczona.
– Omal nie dostałam przez pana ataku serca, Parker! –
wykrzyknęła.
– A ja przez panią. – Wyglądał na równie przestraszonego. – Nie
miałem pojęcia, Ŝe jest tu jeszcze ktoś oprócz pana Westa.
– Tak... Rozumiem. – Kate mocniej zawiązała pasek szlafroka.
– Czy połoŜyć jeszcze jedno nakrycie? – zapytał Parker.
– Nie... – Kate rozejrzała się i zauwaŜyła ekspres do kawy. –
Właściwie przyszłam tylko po kawę. Czy mogłabym dostać dwie
filiŜanki i tacę?
Szybko wróciła do sypialni. Przez uchylone drzwi dostrzegła, Ŝe
Ben juŜ się obudził i siedzi na łóŜku.
– Zastanawiałem się, gdzie jesteś. – Uśmiechnął się.
– Udało mi się znaleźć kuchnię – Odwzajemniła uśmiech. – To
prawie trzy kilometry stąd.
Postawiła tacę i usiadła obok Bena.
– Czy mój apartament wydaje ci się za duŜy?
– Czy ja coś mówię? – Zrobiła minę niewiniątka. Ben wpatrywał
się w nią. Kate lekko zdenerwowana odstawiła kawę.
– Czy coś się stało?
– AleŜ skąd. Wydaje mi się, Ŝe wprost przeciwnie. A jeŜeli nie
podoba ci się moje mieszkanie, moŜesz tu wszystko pozmieniać.
Przynajmniej jest duŜo przestrzeni.
– Ben – przerwała łagodnie. – O czym ty mówisz? Ujął jej dłoń.
– Chcę, Ŝebyś była szczęśliwa, Kate. Chcę teŜ, Ŝebyś została moją
Ŝ
oną.
Oszołomiona, patrzyła na niego w milczeniu. Nagle ogarnęła ją
fala szczęścia.
– Ty... ja... co?
– Wyjdź za mnie, Kate – Ben sięgnął pod poduszkę i wyciągnął
stamtąd niewielkie pudełeczko. Otworzył je, a oczom Kate ukazał się
duŜy, błyszczący brylant.
– O mój BoŜe – westchnęła. – Czyli jednak nie mówiłeś przez sen.
– Kiedy?
– Tej nocy. – Kate wciąŜ wpatrywała się w diament. –
Powiedziałeś, Ŝe mnie kochasz. Ale prawie zasypiałeś, więc nie byłam
pewna, czy zdajesz sobie sprawę z tego, co mówisz.
– MoŜesz być pewna. Nigdy nie byłem niczego bardziej pewny.
Kocham cię, Kate. I chcę, Ŝebyś juŜ zawsze była ze mną. – Uśmiechnął
się, wręczając jej pierścionek. – MoŜesz go dotknąć. Nie ugryzie cię.
– To chyba największy diament, jaki kiedykolwiek widziałam.
– Kiedyś przedstawię cię Elizabeth Taylor. – Ben wzruszył
ramionami.
MoŜe jego niedbały ton, a moŜe wartość pierścionka sprawiły, Ŝe
Kate ogarnęły wątpliwości. Tego ranka obudziła się w świecie z bajki:
wspaniały apartament, słuŜący, no a teraz pierścionek. Wszystko działo
się zbyt szybko.
– Nie mogłabym nosić czegoś tak wielkiego. – Oddała mu
pierścionek. – Czułabym się głupio.
– Kiedy będziesz juŜ moją Ŝoną – powiedział łagodnie – będzie w
sam raz. – Ujął jej lewą rękę i wsunął pierścionek na środkowy palec. –
Kochasz mnie, Kate?
Spojrzała mu w oczy. Wzruszyło ją bijące z nich ciepło i troska.
– Wiesz, Ŝe tak – szepnęła.
– Więc nic innego nie ma znaczenia. Nie odpowiedziałaś mi
jeszcze. Wyjdziesz za mnie, Kate?
Ben nie zdawał sobie sprawy z tego, Ŝe wstrzymywał oddech,
dopóki nie ujrzał uśmiechu na jej twarzy. Wiedział juŜ, jaka będzie
odpowiedź. Kate uniosła się i pocałowała go lekko.
– Tak, Ben – powiedziała cicho. – Wyjdę za ciebie.
ROZDZIAŁ 12
Kate wyciągnęła ramiona i natychmiast znalazła się w objęciach
Bena.
– Odpowiada ci czerwiec? – mruknął całując ją w szyję – Kate
roześmiała się.
– A czy tobie odpowiada zaraz?
– Niecierpliwa? – Wsunął rękę pod szlafrok i musnął jej piersi. –
Podoba mi się ta twoja niecierpliwość.
– Spróbowałaby ci się nie podobać. – Westchnęła. – Czerwiec.
Odpowiada mi. Wszystko mi odpowiada.
– Im wcześniej, tym lepiej. – Ben uśmiechnął się. – Powiem
adwokatowi, Ŝeby przygotował dokumenty.
Minęło kilka chwil, zanim znaczenie tych słów w pełni dotarło do
Kate. Nie była pewna, czy dobrze usłyszała.
– Jakie dokumenty?
Ben uświadomił sobie, Ŝe popełnił nietakt. Kate patrzyła na niego
szeroko rozwartymi oczami.
– To zwykła umowa – powiedział w końcu. – Nic
nadzwyczajnego.
– Umowa przedmałŜeńska? – Kate odsunęła się od niego.
– CóŜ... tak.
– I to nie jest dla ciebie nic nadzwyczajnego? – Kate była wyraźnie
zdenerwowana.
– To tylko kawałek papieru, który zabezpieczy nasze interesy w
przyszłości.
– Nasze interesy? – Kate usiadła i owinęła się ciasno szlafrokiem.
– Oczywiście. Taki dokument stanowi, co kaŜde z nas wniosło do
małŜeństwa i co z niego moŜe wynieść. Będziesz świetnie
zabezpieczona, Kate.
Zdenerwowana uderzyła go mocno w ramię.
– Będę świetnie zabezpieczona w przypadku rozwodu – krzyknęła.
– Masz rację.
– Więc w gruncie rzeczy uwaŜasz, Ŝe nasze małŜeństwo nie
przetrwa.
– Tego nie powiedziałem...
– Do diabła, Ben. Wcale nie musiałeś tego mówić. – Kate
ś
ciągnęła z palca pierścionek.
– Nic nie rozumiesz. To tak jak ubezpieczenie. Nie chcę, Ŝeby
moje nieruchomości spłonęły, a mimo to wykupuję polisę.
– Nie potrzebuję ubezpieczenia. Pragnę miłości i małŜeństwa na
zawsze, do grobowej deski. No i męŜczyzny, który wierzy w taką miłość.
– Naprawdę cię kocham, Kate – odrzekł Ben. – I wierzę w nas, ale
nie lubię mieszać interesów ze sprawami prywatnymi. Próbowałem i nic
dobrego z tego nie wyszło. Zrobiłbym wszystko, Ŝeby cię uszczęśliwić i
właśnie dlatego chcę – nie, pragnę, Ŝebyś się zgodziła spisać kontrakt.
Kate wiedziała, Ŝe Ben wciąŜ pamięta tę nieszczęsną historię z
ojcem, ale wcale nie czuła się przez to mniej zraniona. Nie interesował ją
Ŝ
aden kontrakt ani teŜ pieniądze. Nie wyobraŜała sobie małŜeństwa bez
wzajemnego zaufania.
– Nie chcę twoich pieniędzy, Ben. Nigdy ich nie chciałam.
– Wiem o tym.
Kate wstała i pozbierała rozrzucone po podłodze ubranie.
– Więc nie proś mnie, Ŝebym podpisywała swoje marzenia.
– Czy to znaczy, Ŝe odmawiasz?
– Tak... chyba tak.
– Do diabła, Kate – zaklął zdenerwowany. – Próbujesz mną
manipulować.
– Nie, wcale nie – zaprzeczyła idąc do łazienki. – Próbuję cię
kochać, chociaŜ w tej chwili niesłychanie mi to utrudniasz.
– Jesteś okropna!
– Chyba oboje jesteśmy – stwierdziła ponuro. Zamknęła za sobą
drzwi. Ben zacisnął dłoń w pięść i uderzył nią w poduszkę. Zapomniany
pierścionek upadł na podłogę.
* * *
Maggie nie zamykały się usta, odkąd Kate wróciła do domu.
Dopiero przed chwilą Kate zdołała uciszyć ją morderczym spojrzeniem.
Zdjęła z siebie sukienkę i cisnęła ją w kąt.
– Słuchaj no – zaprotestowała Maggie. – To moja najlepsza
sukienka.
– Przepraszam – warknęła Kate nakładając stary podkoszulek.
– CięŜka noc, co? – Maggie podniosła sukienkę i strzepnęła ją
starannie. – Od razu widać.
Prędzej czy później Maggie i tak wyciągnie od niej całą tę historię.
Kate pomyślała, Ŝe chce mieć to juŜ za sobą.
– Ben zaproponował mi małŜeństwo.
– BoŜe święty! Będę druhną na weselu stulecia.
– Nie będzie Ŝadnego wesela.
– Zamierzacie uciec po ślubie? Jakie to romantyczne! Dokąd cię
zabiera? Na Riwierę? Na Bora Bora?
– Nigdzie mnie nie zabiera. Nie wyjdę za niego.
– Nie wyjdziesz za niego? – Maggie złapała się palcami za ucho i
potrząsnęła nim dla większego efektu. – Czy mogłabyś powtórzyć?
Chyba słuch mi się pogorszył.
– Twój słuch jest w porządku. Ben poprosił mnie o rękę, a ja
odrzuciłam jego oświadczyny.
– Teraz rozumiem – stwierdziła Maggie. – Ze mną jest wszystko w
porządku, to ty jesteś stuknięta.
– Wcale nie stuknięta, tylko szalona – zaprotestowała Kate.
– Wybacz, ale nie widzę róŜnicy.
– Nie brak mi piątej klepki, tylko oszalałam ze złości.
Ben twierdzi, Ŝe chce mnie poślubić, ale najpierw muszę podpisać
umowę przedmałŜeńską.
– Więc?
– Nie zamierzam tego robić.
– Moja wspaniała dziewczynka. Rozsądna jak zwykle.
Kate odwróciła się na pięcie.
– Nie chodzi mi właściwie o sam dokument, tylko o fakt, Ŝe on
uwaŜa go za potrzebny. Jak mogłabym wyjść za mąŜ za męŜczyznę, który
juŜ planuje rozwód?
– Ben jest przecieŜ biznesmenem – zauwaŜyła rozsądnie Maggie. –
Przygotowywanie się na rozmaite ewentualności jest jego zawodowym
nawykiem. Ale to wcale nie znaczy, Ŝe zakłada, iŜ coś takiego się zdarzy.
Mniej więcej to samo mówił wcześniej Ben. Kate jednak nie była
przekonana. Usiadła i nałoŜyła trampki.
– Biznesmen, zawodowy nawyk – powtórzyła. – A co się za tym
kryje? To, Ŝe mi nie wierzy. Gdyby tak nie było, nie uwaŜałby tego
kontraktu za potrzebny.
– Czy on cię kocha?
– Twierdzi, Ŝe tak – odpowiedziała.
– To chyba niezły początek – zauwaŜyła Maggie. – Mnóstwo
kobiet wyszłoby za niego bez miłości.
– Ja nie jestem jedną z nich.
– Dzięki Bogu. – Maggie patrzyła, jak Kate wstaje i idzie w stronę
drzwi. – Dokąd się wybierasz?
– Pobiegać. To najlepszy sposób na kłopoty.
– Zamierzasz biegać w tę i z powrotem po schodach? – Maggie
patrzyła na Kate ze zdumieniem.
– Jasne, Ŝe nie. Idę do parku. Zrobię dziesięć okrąŜeń wokół
jeziorka.
– PrzecieŜ to ponad piętnaście kilometrów!
– Powinno wystarczyć. – Kate otworzyła drzwi.
– Kate Hallaby, w Ŝyciu nie przebiegłaś nawet metra!
– NajwyŜszy czas zacząć.
Maggie westchnęła dramatycznie i zaczęła rozglądać się w
poszukiwaniu swoich trampek.
– JeŜeli zamierzasz się zabić, mogę przynajmniej pozbierać
szczątki. Ale ostrzegam cię – pogroziła Kate palcem. – Zmieniłam
zdanie, nie będę twoją druhną.
– Świetnie.
– Zamierzam zostać damą dworu – mruknęła zawiązując
sznurowadła. – Sama wybiorę sobie sukienkę.
– Jak to? Nie wierzysz w mój dobry gust?
– JeŜeli chodzi o wybór męŜczyzny, to tak. – Maggie uśmiechnęła
się słodko. – Mniej natomiast, jeŜeli chodzi o postępowanie z nimi.
Wszyscy wiemy, jak świetnie sobie radzisz ze swoim obecnym
męŜczyzną...
Kate mocno trzasnęła drzwiami.
– Prowadź – krzyknęła za nią Maggie. – Lepiej, Ŝebyśmy miały to
juŜ za sobą.
* * *
O siódmej rano w poniedziałek Kate była juŜ w garaŜu. Nie
rozmawiali na temat jej pracy, więc uznała, Ŝe nic się nie zmieniło. Kate
poszła do swojego pokoiku, otworzyła ksiąŜkę i przygotowała się na
czekanie.
Nie trwało długo.
– Proszę podjechać pod wejście do Westcon Plaza – polecił jej
Julio. – Czeka na panią trzech męŜczyzn. Jednym z nich jest pan West.
Celem podróŜy jest budowa na przedmieściu.
– Rozumiem. – Po pięciu minutach Kate była juŜ na miejscu.
Ben zatrzymał się, gdy jego dwaj towarzysze sadowili się na
tylnym siedzeniu.
– Musimy porozmawiać – zwrócił się do dziewczyny. – Po
powrocie zaparkuj samochód i przyjdź do mojego biura.
– Tak, sir! – warknęła Kate, zmroŜona jego oficjalnym tonem. Z
całą pewnością przygotował juŜ ten dokument do podpisania. śyczę
szczęścia, pomyślała wślizgując się za kierownicę, będziesz go
potrzebował.
W końcu dotarli do miejsca przeznaczenia, którym okazał się plac
na rogu ruchliwej ulicy. WzdłuŜ chodnika biegł druciany płot
oznakowany biało-czerwonymi napisami informacyjnymi. Na środku
placu widać było pracującą betoniarkę. MęŜczyźni wysiedli z samochodu
i udali się w tamtym kierunku.
Kate zaparkowała obok hydrantu i czekała. Green i Silverburg
rozmawiali z kierownikiem robót, a Ben z planami pod pachą zniknął w
baraku, który słuŜył za biuro. Wyłonił się stamtąd dopiero po godzinie.
Podszedł do swoich partnerów i wszyscy trzej skierowali się ku
bramie, kiedy nagle z baraku wychyliła się jakaś kobieta i przywołała
Bena z powrotem. Tym razem spędził tam tylko chwilę i przyłączył do
oczekujących przy samochodzie męŜczyzn.
– Nie mogę z wami wracać – powiedział. – Mam spotkanie na
Dwudziestej Dziewiątej Ulicy. Kate, czy mogłabyś mnie tam podrzucić?
Potem zawieź tych dŜentelmenów tam, gdzie będą sobie Ŝyczyli.
– Oczywiście. – Kate otworzyła drzwi, czekając, aŜ męŜczyźni
wsiądą do samochodu. Najwyraźniej jej spotkanie z Benem się przesunie.
Nie miało to większego znaczenia, gdyŜ i tak nie planowała zmieniać
zdania. Pewnie znów będą się kłócić, a do tego jej się tak bardzo nie
ś
pieszyło.
Zatrzymała się przy rogu, który wskazał jej Ben, i oczekiwała na
dalsze instrukcje od pozostałych pasaŜerów. W końcu Green pochylił się
w jej stronę:
– Central Park West, numer trzydzieści pięć. Kate posłusznie
ruszyła.
Przedzierała się przez zatłoczone ulice, jednym okiem obserwując
jezdnię, drugim zerkając w lusterko. ChociaŜ męŜczyźni rozmawiali
przyciszonym tonem, było dla niej jasne, Ŝe na tylnym siedzeniu toczy
się zaŜarta dyskusja. Kiedy skręciła powoli w Columbus Avenue, głosy
przybrały na sile i udało się jej uchwycić niektóre zdania.
– Jesteś stuknięty – warknął Silverburg. Kate nie zrozumiała
odpowiedzi Greena, ale usłyszała jego głos chwilę później.
– Spróbuj to powiedzieć inspektorowi. Pewnie, Ŝe to kupa forsy,
ale i tak mamy to, czego chcieliśmy... – Przerwał, kiedy napotkał
spojrzenie Kate.
– Tutaj, proszę – powiedział Silverburg wyglądając przez okno.
Kate przystanęła przy chodniku. Zanim zdąŜyła wysiąść, Ŝeby
otworzyć im drzwi, obaj męŜczyźni zebrali swoje rzeczy i wydostali się z
samochodu. Green zatrzymał się obok niej i zmruŜywszy oczy przyglądał
się jej uwaŜnie. Z całą pewnością chciał się dowiedzieć, jak wiele
usłyszała i ile z tego była w stanie zrozumieć. Kate nie miała
wątpliwości, Ŝe rozmowa była naprawdę waŜna. Napotkawszy spojrzenie
Greena, przybrała tępą minę wydmuchując z przejęciem gumę do Ŝucia.
Z satysfakcją ujrzała, jak Green odwraca się z niesmakiem, lecz
jednocześnie z ulgą na twarzy.
Kate zaczekała, aŜ obaj zniknęli w tłumie i dopiero wtedy ruszyła.
PoniewaŜ wykonała wszystkie polecenia, wróciła do garaŜu. Telefon, na
który oczekiwała, odezwał się godzinę później.
W pięć minut dotarła do Westcon Plaza, następne dwie spędziła w
windzie. Spodziewała się, Ŝe ujrzy Jody, lecz przy wejściu stał Ben.
– Chodź – powiedział, łapiąc ją za ramię i ciągnąc wzdłuŜ
korytarza.
– Skąd ten pośpiech? – zapytała z trudem dotrzymując mu kroku.
– Stąd. – Ben zatrzasnął drzwi od gabinetu i pocałował Kate
gwałtownie, aŜ czapka zsunęła się jej z głowy. Włosy rozsypały się i Ben
zagłębił palce w gęstych lokach.
– Do diabła – wymruczał. – Wariuję przez ciebie.
Kate, wciśnięta pomiędzy drzwi i Bena, poczuła się nagle
odpręŜona. Zniknęło napięcie, które nie opuszczało jej przez ostatnie
dwadzieścia cztery godziny. Dopóki będzie mu na niej zaleŜało, dopóki
będzie ją kochał, wszystko da się ułoŜyć.
– Szaleństwo? – zapytała niewinnie, wysuwając prowokująco
biodra. – Tak to nazywasz?
Ben zachichotał, delikatnie odsuwając jej juŜ aktywne ręce.
– Kate, zaprosiłem cię tu na rozmowę.
– Porozmawiamy... Jasne, Ŝe porozmawiamy. – Uśmiechnęła się. –
Później.
– Kate!
Nie słuchając protestów wsunęła palce za pasek. Przyciągnął ją do
siebie i całował zachłannie usta, szyję i ramiona dziewczyny. Czuł, jak
Kate drŜy z poŜądania.
Kiedy Ben zamknął drzwi na klucz, Kate rozpięła i zsunęła mu
spodnie. Jego ciało było twarde i gorące. Pochyliła się i pocałowała
kępkę czarnych włosów nad pępkiem.
Ben czuł jej gorący oddech na napiętych mięśniach brzucha.
Schwycił Kate za ramiona i pociągnął do góry. Pośpiesznie ściągnęli
ubrania i przywarli do siebie gwałtownie. Ben podniósł Kate wysoko i
oparł o siebie. Oplotła nogami jego biodra. Kiedy Ben zaczął się
poruszać, napięła wszystkie mięśnie wyginając się w odpowiedzi. Czuła
w sobie wszechogarniające poŜądanie, wszystko inne przestało być
waŜne.
Ben pocałunkiem stłumił okrzyk rozkoszy Kate. Chwilę później
sam zatracił się w uniesieniu.
Po pewnym czasie zorientował się, Ŝe wciąŜ stoją przy drzwiach.
– ZałoŜę się, Ŝe teraz uwaŜasz, Ŝe juŜ podpiszę te papiery –
wymruczała.
Ben roześmiał się i przytulił ją do siebie.
– Mylisz się, moja słodka Kate. Nauczyłem się juŜ, Ŝe o cokolwiek
bym cię nie poprosił, z pewnością zrobisz coś wręcz przeciwnego.
– Czy to znaczy, Ŝe zmieniłeś zdanie?
– Nie, ale zdecydowałem, Ŝe dam ci więcej czasu. Nie moŜesz
zaprzeczyć, Ŝe jesteśmy świetną parą i będziemy wspaniałym
małŜeństwem.
Kate wyśliznęła się z objęć Bena i zebrała swoje rzeczy. Ubrała się
i natychmiast zmieniła temat. Rozmowa, którą przypadkiem podsłuchała,
mogła być dla Bena waŜna. Na pewno powinien się o niej dowiedzieć.
Słuchał jej relacji w milczeniu z coraz bardziej ponurą miną.
– Czy to na pewno wszystko? – zapytał, kiedy skończyła.
Kate nałoŜyła buty i podniosła czapkę.
– Wszystko. Mówili cicho i słyszałam tylko fragmenty. Wydaje mi
się jednak, Ŝe rozmawiali o pieniądzach i o tym, Ŝe nie zamierzają
informować cię o tej sprawie.
Ben zaklął cicho.
– Wiedziałem, Ŝe coś się święci. To nie trzymało się kupy.
Pozwolenie nadeszło błyskawicznie, a przecieŜ papiery przetrzymywane
były w zarządzie miesiącami.
– Co teraz zrobisz? – Kate wepchnęła włosy pod czapkę.
Ben zmierzał w kierunku biurka.
– Wiem juŜ, od czego zacząć. Dzięki tobie znam trop, którym
podąŜę. PrzecieŜ nie tylko ci dwaj mają znajomości w rządzie.
– Ben?
Zatrzymał się i odwrócił w jej stronę.
– JeŜeli twoi partnerzy kogoś przekupili, ty teŜ jesteś w to
zamieszany.
– Wiem. Ale muszę zaryzykować.
– Potrzebujesz pomocy? Potrząsnął przecząco głową.
– To mój problem. Gdybyśmy byli małŜeństwem – zawiesił głos –
wszystko wyglądałoby inaczej.
– To manipulacja.
– Jestem tylko człowiekiem. – Wzruszył ramionami.
– Nigdy nie uwaŜałam inaczej. – Uśmiechnęła się promiennie.
Ben sięgał juŜ po słuchawkę telefoniczną.
– Przypuszczam, Ŝe będę zajęty przez następnych parę dni. Pomyśl
o nas, Kate. Pamiętaj, Ŝe wierzę w ciebie i pragnę, Ŝebyś i ty uwierzyła
we mnie.
– Jesteś pewny, Ŝe wszystko będzie w porządku? – Kate otworzyła
drzwi.
– Będzie. – Ben zaczął wykręcać numer. – Zaufaj mi, Kate.
– Ufam ci – szepnęła cicho i zamknęła za sobą drzwi.
ROZDZIAŁ 13
Ben był rzeczywiście zajęty. Przez kolejne cztery dni Kate woziła
go z jednego końca miasta na drugi. Niepokoiła się o niego, lecz on sam
nie wydawał się zmartwiony. Był męŜczyzną, który nie obawia się
kłopotów i podejmowania ryzyka.
Ben dał jej czas na zastanowienie się. Widywali się codziennie, ale
były to oficjalne spotkania pracodawcy i pracownika. śadnych pikników,
romantycznych kolacji, mrugnięć czy ukradkowych pieszczot. Krótko
mówiąc, Kate nie czerpała z tych spotkań Ŝadnej radości.
W tym szaleństwie Bena była jednak metoda. Czekał, aŜ Kate
podpisze ten idiotyczny kawałek papieru. Ona sama nie miała zamiaru
tego robić, pragnęła przekonać go do swojego punktu widzenia. I
zamierzała uczynić to juŜ wkrótce, kiedy tylko Ben upora się z kłopotami
zawodowymi. W końcu planowali przecieŜ całe swoje przyszłe Ŝycie,
więc parę dni opóźnienia nie miało większego znaczenia.
W piątek rano do garaŜu zadzwonił Donald.
– Wiesz, kto to jest Crash Armstrong? – zapytał.
– Jasne – odpowiedziała Kate. Młody gwiazdor rockowy, wydał
ostatnio trzy płyty, które zdobyły nagrody i ogromną popularność.
– W tym tygodniu będzie występował w kasynie. Miał polecieć
prosto do Atlantic City, ale spóźnił się na samolot i zjawi się na lotnisku
Kennedy’ego. Chciałbym, Ŝebyś pojechała po niego w południe i
zawiozła go na wybrzeŜe.
– Nie ma sprawy.
W południe Kate pojechała na lotnisko. Zaparkowała samochód i
wbiegła do środka. Z łatwością rozpoznała Crasha. Był wysokim,
szczupłym męŜczyzną o długich lśniących włosach i ostrych, nieco
ptasich rysach.
Niektórzy z przechodzących zatrzymywali się, rozpoznając
znanego piosenkarza. Kate podbiegła, licząc na to, Ŝe uda się jej
wyprowadzić Crasha, zanim dopadną go fani.
– Cześć – powiedziała, biorąc jego walizkę. – Jestem twoim
kierowcą. Samochód czeka na zewnątrz.
– To właśnie ty zawieziesz mnie do Atlantic City? – Na jego
twarzy pojawił się uśmiech. – Kochanie, chyba mamy szczęście. Jak
myślisz?
– MoŜe. – Kate odwzajemniła uśmiech. – A moŜe nie – dodała,
widząc trzy nastolatki zmierzające w ich kierunku.
– To chyba zaleŜy od tego, jak szybko uda się nam stąd wydostać.
– Zdaję się na ciebie. – Crash ujął ją za ramię.
Kiedy dotarli do samochodu, Crash zajął miejsce obok kierowcy.
– Z tyłu byłoby ci wygodniej – zauwaŜyła Kate. – Znajdziesz tam
telewizor, lodówkę. Poza tym mógłbyś się przespać.
– Nie przejmuj się mną, nie muszę duŜo spać. Bardziej zaleŜy mi
na towarzystwie. – Usadowił się wygodniej. – Będziesz w Atlantic City
przez cały weekend?
– Tylko dzisiaj. – Potrząsnęła głową. – Wracam jutro rano.
– Mogłabyś przyjść na mój występ.
– MoŜe. – Uśmiechnęła się. – Będzie dobry?
– Dobry?! Genialny!
– W takim razie przyjdę.
– Przyjdź. Przypilnuję, Ŝebyś dostała wejściówkę. – Zdjął czapkę z
głowy dziewczyny i gęste włosy rozsypały się na ramionach.
– Zabierz rękę z mojej szyi. – Kate nie odrywała wzroku od jezdni.
– Dlaczego?
– Bo tego sobie Ŝyczę.
– Masz piękne włosy. Rzuciła mu ostre spojrzenie.
– MęŜczyzna, z którym się spotykam, teŜ tak uwaŜa – powiedziała.
– Aha. – Crash cofnął rękę.
Przez kilka minut jechali w milczeniu. Kate postanowiła podjąć
rozmowę. Czekała ich długa wspólna podróŜ.
– Zawsze to robisz? – zapytała.
– Co masz na myśli?
– Zgrywasz się.
– Nie zawsze – uśmiechnął się, – To część twojego wizerunku
publicznego, prawda?
– Pewnie – uśmiechnął się jeszcze szerzej. – To właśnie ta część,
którą lubię najbardziej.
– Chyba nie masz zbyt wielu przyjaciół wśród kobiet?
– Chyba nie – zgodził się Crash pogodnie. – A kto ma na to czas?
– Ty. Mamy przed sobą jeszcze cztery godziny drogi.
– Naprawdę nie chcesz, Ŝebym cię uwiódł?
W jego głosie słychać było rozczarowanie. Niewątpliwie
przyzwyczaił się juŜ do tego, Ŝe kobiety nie są w stanie mu się oprzeć.
Kate potrząsnęła przecząco głową.
– Ten twój facet... czy to powaŜne? – zapytał.
– Bardzo.
– Kochasz go?
Kate zerknęła na niego ze złością.
– A czy to twoja sprawa?
– Jasne. – Uśmiechnął się przekornie. – Obliczam swoje szanse.
– Uwierz mi na słowo, nie masz Ŝadnych.
– No cóŜ, wierzę. – Crash wyciągnął się wygodnie. – Czy on cię
kocha?
– Tak mi się wydaje.
– Prawdziwa miłość. Jakie to słodkie. Pisałem o tym piosenki.
– Pisałeś teŜ piosenki o kłamstwach i zdradzie.
– A więc podobają ci się moje utwory? – Sprawiał wraŜenie
zadowolonego.
– Niektóre. Te o miłości. – Kate włączyła migacz i skręciła w
lewo.
– Jesteś romantyczna.
– Lubię szczęśliwe zakończenie.
– Ja wolę smutne. Mają więcej wspólnego z prawdziwym Ŝyciem.
Pomyśl, ile osób się rozstaje i dlaczego tak się dzieje. Prawdopodobnie
większość z nich nawet nie próbuje włoŜyć trochę trudu w utrzymanie
swojego związku. Ludzie chcą, Ŝeby wszystko przyszło samo. Nie uznają
odmiennych racji, nie starają się zrozumieć siebie nawzajem.
ChociaŜ rozmowa zeszła wkrótce na inne tematy, słowa Crasha
dźwięczały w głowie Kate przez resztę drogi. Dotarli wreszcie do
miejsca przeznaczenia i dziewczyna była wolna. Zmieniła ubranie i
postanowiła przespacerować się po promenadzie. Zjadła kolację w
małym barku nad brzegiem oceanu, po czym wróciła do hotelu na występ
Crasha. JuŜ przy pierwszej piosence przypomniało jej się wszystko, co
mówił w samochodzie o wzajemnych stosunkach pomiędzy dwojgiem
ludzi. Czy odnosiło się to równieŜ do niej i do Bena? Czy byli aŜ tak
przekonani o swoich racjach, Ŝe mogli poświęcić swój związek? Z całą
pewnością oboje byli uparci i oczekiwali, Ŝe druga strona się
podporządkuje.
Nagle przypomniała sobie ich spotkanie na początku tygodnia, gdy
powiedziała Benowi o rozmowie podsłuchanej w samochodzie.
Wypytywał ją bardzo dokładnie, ale nie zakwestionował nawet jednego
słowa. Zresztą nigdy nie okazał jej braku zaufania. Wierzył w nią.
Powiedział to wyraźnie, kiedy rozstawali się tamtego wieczoru. To ona
powinna teraz nauczyć się wierzyć w niego.
Ku swemu zdumieniu ujrzała teraz jasno, Ŝe to nie w Bena wątpiła,
lecz w siebie. Była przeraŜona głębią własnych uczuć i nie chciała
uwierzyć, Ŝe Ben mógł odczuwać podobnie. Nie była przecieŜ nikim
nadzwyczajnym. śadnym Kopciuszkiem zamienionym przez dobrą
wróŜkę w piękną królewnę, lecz po prostu zwykłą Kate Hallaby z
Brooklynu. OskarŜyła Bena, Ŝe bierze pod uwagę rozwód, a czy to nie
ona właśnie nie wierzyła w trwałość tego związku? Gdyby jej wiara w to
małŜeństwo była dostatecznie silna, jakie znaczenie miałoby podpisanie
tego kawałka papieru?
Zawsze była dumna ze swojego rozsądku i odwagi. Gdzie podziały
się teraz, kiedy potrzebowała ich najbardziej? Co gorsze, przez swój upór
naraziła na niebezpieczeństwo to, co się naprawdę liczyło w jej Ŝyciu –
miłość Bena.
Podpisze ten przeklęty dokument i niech Ben zamknie go w swoim
sejfie. Przy odrobinie wysiłku, szczypcie szczęścia i mnóstwie
kompromisów, wyjmą go stamtąd i spalą w pięćdziesiątą rocznicę.
Crash śpiewał ostatnią piosenkę, kiedy Kate opuściła salę.
Pobiegła na górę i zebrała swój skromny bagaŜ do walizki. JeŜeli będzie
szybko jechała, to juŜ o pierwszej w nocy powinna dotrzeć do Nowego
Jorku. Ben pewnie będzie juŜ w łóŜku.
MoŜe go obudzi, a moŜe nie... po prostu połoŜy się obok niego i
zaczeka. W kaŜdym razie będzie to pamiętna noc.
* * *
Ben odłoŜył słuchawkę telefonu i usiadł wygodnie, uśmiechając
się z zadowoleniem. W końcu udało się wszystko załatwić pomyślnie.
Miał pewność, Ŝe nie będą nachodzić go przedstawiciele prawa ani teŜ
nie przeczyta sensacyjnych nagłówków na swój temat w prasie.
Okazało się, Ŝe jego partnerzy w interesach rzeczywiście dawali
łapówki. Wczoraj ostatecznie i nieodwołalnie zakończyła się współpraca
Bena z Greenem i Silverburgiem. Wykupił ich udziały i na razie
wstrzymał roboty budowlane. Miał teraz wreszcie czas dla Kate.
Sądził, Ŝe tydzień wystarczy, aby nabrała rozsądku i zmieniła
zdanie. Nie przypuszczał, Ŝe sam moŜe dojść do innych wniosków.
Ostatnich pięć dni uświadomiło mu, jak bardzo jej potrzebował. Na
swoich warunkach? Na jej warunkach? Na jakichkolwiek warunkach!
Przed poznaniem Kate Ŝycie wypełniała mu praca. Uwielbiał
ryzyko towarzyszące podejmowaniu decyzji, ciągłe podróŜe w
interesach. Praca stanowiła nieomal jego hobby. Teraz wszystko się
zmieniło.
Do diabła z całą tą umową! Kate stanowiła przecieŜ jego drugą
odnalezioną połowę. Nie potrafił i nie chciał od niej odejść. JeŜeli nie
będzie miał Kate, równie dobrze moŜe nie mieć niczego. JeŜeli będzie ją
miał, będzie miał wszystko.
WciąŜ miał zaręczynowy pierścionek. Donald wspominał, Ŝe Kate
jest teraz w Atlantic City. JeŜeli się pośpieszy, dotrze tam za jakieś trzy
godziny. Odnajdzie Kate i załoŜy jej ten pierścionek na palec... tam,
gdzie było jego miejsce. Nie dopuści do Ŝadnych dyskusji, Ŝadnych
kłótni.
Pół godziny później Ben znajdował się na Garden State Parkway,
skąd zamierzał pojechać na południe. Jednak gdy zadzwonił do hotelu,
poinformowano go, Ŝe Kate Hallaby juŜ się wymeldowała.
– Dokąd pojechała? – zapytał.
– Słyszałem, jak mówiła coś o powrocie do domu – wymamrotał
niewyraźnie recepcjonista. – Potem juŜ jej nie widziałem.
Ben zastanawiał się przez chwilę, po czym zadzwonił do Donalda.
– Mam nadzieję, Ŝe w niczym nie przeszkodziłem – zaczął, w pełni
ś
wiadomy późnej pory.
– Przeszkodziłeś – odpowiedział Donald. – O co chodzi?
Ben uśmiechnął się.
– W poniedziałek rano moŜesz sobie przyznać podwyŜkę – rzucił.
– Ale teraz chcę, Ŝebyś coś dla mnie zrobił.
* * *
Kate dojeŜdŜała właśnie do Long Branch, kiedy w samochodzie
odezwał się telefon. Była w podróŜy juŜ od dwóch godzin. Pochłonięta
była tylko jednym pragnieniem, aby jak najszybciej dostać się do
Nowego Jorku. Telefon o tej porze był ostatnią rzeczą, jakiej się
spodziewała.
Podniosła słuchawkę.
– Kate? Mówi Donald. Mam dla ciebie wezwanie.
– Nie, nie masz – sprzeciwiła się stanowczo. – To nie jest moja
zmiana.
– Daj spokój, przecieŜ i tak jesteś w samochodzie.
– Jestem o godzinę drogi od miasta, Donald. Będziesz musiał
zaczekać.
– Wcale nie. Chciałbym, Ŝebyś po drodze zabrała pasaŜera. Z
restauracji na Garden State. On juŜ czeka.
– Czy komuś zepsuł się samochód?
– Coś w tym rodzaju – wymruczał niepewnie Donald. – Zaparkuj
tam, a on juŜ cię znajdzie.
– Kto? – zapytała Kate, ale połączenie zostało przerwane.
Odwiesiła powoli słuchawkę. Gdyby tylko wiedziała, gdzie jest
teraz Donald, oddzwoniłaby i powiedziała mu, co o tym myśli. Takie
opóźnienie!
Po dziesięciu minutach ujrzała znak drogowy. Niechętnie włączyła
migacz. Przejechała obok restauracji i przystanęła na jasno oświetlonym
parkingu. Ledwo zdąŜyła wyłączyć silnik, kiedy ktoś otworzył drzwi od
strony pasaŜera.
– Witaj, Kate – powiedział cicho Ben.
Zdumienie, miłość i nadzieja przepełniły ją całą. Nie była w stanie
wykrztusić ani jednego słowa, ale jej uśmiech mówił wszystko.
Ben usiadł obok Kate i zamknął drzwi. Zgasło światełko nad ich
głowami i siedzieli teraz niemal po ciemku.
– Czy kurs poza miasto równieŜ wchodzi w grę? – zapytał.
Kate uśmiechnęła się i pocałowała go leciutko.
– Zabiorę pana wszędzie, gdzie tylko pan zechce. Ben wziął ją w
ramiona, a ona przytuliła się do niego z całej siły, jak gdyby chciała w
nich pozostać na zawsze. Nie wiedziała o tym, Ŝe wcale nie zamierzał jej
wypuścić.
– Trudno byłoby mi odrzucić taką propozycję – powiedział.
– Mam nadzieję – Kate uniosła głowę. – Myślałam...
– Nawet nie próbuj mi o tym mówić – przerwał Ben. – Im więcej
myślisz, tym gwałtowniej się kłócimy. Nie będę się juŜ z tobą spierał,
Kate. I nie będę cię ścigał po całym mieście. Wychodzisz za mnie i
koniec.
Kate nie mogła powstrzymać uśmiechu.
– Czy to rozkaz?
– Tak! Nie... to chyba prośba.
– Akurat.
– Znowu się ze mnie śmiejesz.
– Nie – zaprzeczyła. – Cieszę się...
Ujrzała, jak Ben sięga do kieszeni i wyjmuje pierścionek. JuŜ po
raz drugi nie mogła powstrzymać zachwytu na widok brylantu.
Ben ujął Kate za rękę i wsunął pierścionek na jej palec.
– Właśnie tu powinien się znajdować i tu pozostanie. Teraz jesteś
moja, Kate. Na zawsze.
– A ty jesteś mój. – Popatrzyła na ich połączone dłonie.
– NajwyŜszy czas, Ŝebyś to zrozumiała. – Podobał mu się jej
władczy ton. – A co do tej umowy...
– Podpiszę, jak tylko wrócimy – pośpiesznie zapewniła Kate.
– ...podarłem ją.
Oboje zamilkli i patrzyli na siebie.
– Znaczysz dla mnie więcej niŜ cokolwiek na świecie – zaczął
cicho Ben. – Z całą pewnością nie moŜna tego mierzyć dolarami i
centami. Miałaś rację. Nigdy nie powinienem był pozwolić, aby coś
takiego stanęło nam na drodze.
– Nie. To ty miałeś rację – poprawiła go Kate. – Zajęło to trochę
czasu, zanim uświadomiłam sobie, Ŝe kiedy oskarŜałam cię o brak
zaufania, tak naprawdę starałam się ukryć fakt, Ŝe sama w siebie nie
wierzę. – Uśmiechnęła się szeroko. – Kto wie? MoŜe to był chwilowy
obłęd? Ale to minęło i moŜesz napisać nowy dokument, bo i tak nie
pozwolę ci odejść.
– To jakieś błędne koło – zauwaŜył.
– Do diabła! – Udawała, Ŝe patrzy na niego ze złością. – Próbuję
iść na kompromis, więc, na litość boską, nie utrudniaj mi tego.
– Nawet bym się nie ośmielił. Czy będziesz się ze mną kłóciła
przez całą drogę do ołtarza?
– Pewnie tak. – Oczy Kate błysnęły w ciemności. – ChociaŜ w tym
twoim kontrakcie będzie z pewnością jakaś klauzula na ten temat.
– Nie moŜesz sobie darować, co?
– Nie ma mowy. – Uśmiechnęła się i wyciągnęła rękę. – Posłuchaj,
dam ci taką samą szansę, jaką ty mi kiedyś dałeś. Zagramy. Wyjdzie
reszka i będzie tak, jak ty chcesz. Orzeł – tak jak ja.
– Ale...
– śadnych ale. – Wyciągnęła rękę. – Daj monetę.
– JeŜeli nalegasz... – Wyciągnął dziesięciocentówkę.
Kate wzięła monetę i rzuciła do góry. Złapała ją i spojrzała na
Bena. Zastanowił ją niezwykle niewinny wyraz jego twarzy. Odniosła
wraŜenie, Ŝe coś knuje. Oderwała dłoń i ujrzała reszkę.
– Wygląda na to, Ŝe wygrałeś – powiedziała.
– Niezupełnie. – Ben kciukiem przewrócił monetę na drugą stronę.
Oczom Kate ukazała się... druga reszka.
– Jesteś mi winien podwyŜkę – zauwaŜyła.
– Nie ma sprawy – uśmiechnął się. – A ty mi pączka.
– Wspaniały układ.
– Doskonały.
Oboje spojrzeli na rozciągającą się przed nimi pustą drogę.
– Chyba zatoczyliśmy pełne koło – powiedziała.
– Pierwsze z wielu. – Pochylił się nad nią. – Trzymaj się mocno,
słodka Kate. Ruszamy.