background image

10 

Zaginęła Miranda 

 

 

Piątek, 1 marca 

 

D

ziś wieczorem czuwanie przy świecach 

Celem tego błoga jest poinformowanie ludzi, że powinni szukać mojej przyjaciółki Mirandy 
Shen McAllister. Zaginęła 13 lutego. 
Ostatnio była widziana na Cmentarzu Chryzantemowych Wzgórz, w pobliżu Liceum Midland 
Heights w Dallas. 
Miranda może być z wysokim blondynem, około dwudziestoletnim. Chłopak może mieć 
agrafkę w nosie. Może jeździć czerwonym lexusem i posługiwać się imieniem Kurt. Pracował 
w Movie Magic w dzielnicy Midland Heights, ale nie pokazał się tam od 13 lutego. 
 
Może doszły was plotki, że Miranda uciekła z domu. To nieprawda. Miała zły dzień, ale ja 
byłam z nią tamtego wieczoru. Nie chciała uciekać. Jestem pewna, że została porwana. A 
nawet gdyby faktycznie uciekła, może jej grozić prawdziwe niebezpieczeństwo. 
Dziś o siódmej na boisku piłkarskim MHHS odbędzie się czuwanie przy świecach. Jeżeli 
mieszkasz w pobliżu, proszę, przyjdź. Jeżeli nie, proszę, rozglądaj się za Mirandą. Może być 
teraz wszędzie. 
 
Kliknij tutaj, żeby zobaczyć galerię zdjęć Mirandy.  
Kliknij tutaj, żeby załączyć link do swojej strony. 
 Kliknij tutaj, żeby pobrać plik PDF „Zaginione nastolatki" ze zdjęciem Mirandy. 
 
Załączono przez: ocalićmirandę o 7.43.  
 
Liczba postów 1 z 1. 
  
Komentarze                                Linki 

 

 
 
 
 

 
 

background image

11 

Miranda 

 

Ś

nią mi się czarno-niebieskie motyle, rozcinający ból, pulsująca rozkosz. Śnią mi się 

spadająca gwiazda, miękka skóra, tonięcie, ciężkie dziąsła, bezwładne mięśnie i bolące 
gardło. Jestem zagubiona wśród nagrobków, połyka mnie księżyc. 
- Nie mogę oddychać, nie mogę oddychać - szepczę, a moje nagie ciało porusza się na śliskiej 
pościeli. W pokoju pachnie lawendą i talkiem, różami i cygarami. Gdzieś w tle leci piosenka 
Johnny'ego Casha... 
- Nie musisz, kochanie - odpowiada nieznajomy męski głos. - Pora otworzyć oczy. Wszyscy 
się cieszymy, że cię poznamy. 
Próbuję, naprawdę. Ale trudno wydobyć z siebie choćby słowo. Boli. 
- Nie mogę... 
- Spokojnie, wypij to - mówi. 
Biorę słomkę do ust i zanurzam się w słonawym jagodowym cieple. Nie wiem, kim on jest. 
Powiedziałabym, że lekarzem, ale lekarze raczej nie mówią do pacjentek „kochanie"? Zresztą 
dla nikogo nie jestem „kochaniem", nie jestem niczyją dziewczyną. Właściwie nie mam na-
wet przyjaciół oprócz... 
- Lucy! - wreszcie otwieram oczy i próbuję usiąść. -Gdzie jest Lucy? 
Jedna zimna dłoń pojawia się na mojej dłoni. Druga odstawia mój kubek. Elegancko ubrany 
mężczyzna, do którego należą, jest przystojny jak gwiazdor filmowy, z dołeczkami w 
policzkach podkreślonymi drgającym blaskiem świec ze świecznika z odległego rogu pokoju. 
Siedzi na krześle w azjatyckim stylu, ustawionym przy moim żelaznym łóżku z baldachimem. 
- Nie bój się, twojej przyjaciółce nic nie jest. Masz moje słowo. 
Pokój jest większy niż cała kawalerka Lucy. Ciężkie zasłony w różowo-czarną kratę 
zasłaniają okna w kształcie łuków. Pasują do pościeli. 
Kryształowe wazony z różowymi i białymi różami, liliami i orchideami stoją dosłownie 
wszędzie. Nawet na drewnianej podłodze. 
Nadgarstki mam posiniaczone, jakbym oddała krew, miała transfuzję albo była związana. 
Albo wszystko naraz. 
Oszalałam. To jedyne wyjaśnienie. To nie byle jaki psychiatryk. Rodzice wysłali mnie do 
ekskluzywnego ośrodka dla psychicznie chorych. 
- Ja... Kim jesteś? 
- Nazywam się Archibald Mosby Radford i pochodzę z Radfordów z Wirginii ze 
wschodniego Missisipi, zachodniej Oklahomy i Toronto. Zgodnie z tradycją możesz się do 
mnie zwracać „Mistrzu", „Wasza Wysokość" lub „Ojcze". Prawdę mówiąc, wolałbym 
„Tatusiu", ale, ku mojemu ubolewaniu, ten tytuł wypadł z łask. Na pewno mnie pamiętasz, 
kochanie. To ja uratowałem cię tamtego wieczoru na cmentarzu. Pamiętam cmentarz. 
Pamiętam światło. 
- Przechodzisz coś, co nazywa się szokiem pourazowym - dodaje Archibald. - To taki kac po 
tym, czym byłaś wcześniej. 
Zanim udaje mi się to przyswoić, w otwartych drzwiach staje puszysta dojrzała kobieta. 
- Przepraszam, sir. 
- Szybko, Noro - mówi mężczyzna. - Lek przestaje działać. Co się dzieje? 
- Pod oknami zebrała się arystokracja - wyjaśnia Nora. - Czekają, żeby ją zobaczyć. Harrison 
rozdaje krew wiadrami. 

background image

Stoję. Nie wiem, jak to się stało. I nie obchodzi mnie to. Moje bose stopy dobrze się czują na 
gołych deskach. Jestem naga. Tym też się nie przejmuję. Słyszę, jak krew przetacza się przez 
ciało Nory, odżywiając jej serce. Bije teraz szybciej. 
Ruszam się bardzo szybko. Nie jestem przyzwyczajona do takiej prędkości. Ślizgam się na 
okrągłym wełnianym dywanie i chybiam celu. Moje dłonie uderzają o kamienną ścianę, 
paznokcie przypominające szpony łamią się. Głowa leci mi do przodu i mam wrażenie, że od 
uderzenia pęka mi czaszka. 
Spomiędzy włosów cieknie jakiś płyn i spływa po policzkach. Próbuję językiem i 
uświadamiam sobie, że piję własną krew. 
Ta kobieta, Nora, też ma krew. Tylko że jej krew jest ciepła. 
Dlaczego nie ucieka? Dlaczego chcę, żeby uciekała? 
Uświadamiam sobie, że znam odpowiedź. Znałam ją, odkąd się obudziłam. Te wszystkie 
potworne filmy, które serwowała mi Lucy. Moje złamane paznokcie. Ten u małego prawego 
palca jest zagięty i długi na trzy centymetry. Dotykam kłów końcem języka. Tryska krew, 
słona i pociągająca. 
Przypominam sobie promieniejącego mężczyznę... wczoraj wieczorem... czy to było wczoraj 
wieczorem?... na cmentarzu. Dlaczego motyle mnie nie ocaliły? 
Nie, to on mnie ocalił. Ten drugi. Ten, co jest ze mną teraz. Tak powiedział. 
Złudzenie - to najbardziej sensowne wyjaśnienie. Jestem chora. Dlatego umieszczono mnie w 
szpitalu psychiatrycznym. 
Nagle zostaję schwytana, związana i uwięziona w czarnym prześcieradle. 
- To wszystko - rozlega się władczy głos. Nora odwraca się do wyjścia. 
- Czarujące dziecko - mówi. - Nie mogę się doczekać, żeby ją bliżej poznać. 
U obojga słychać ślad południowego akcentu. Nie teksańskiego, ale... 
- Gdzie ja jestem? Co ze mną zrobiliście? - wyrzucam z siebie pytania, bo muszę usłyszeć 
odpowiedzi. 
- Zaopiekowałem się tobą, kochanie, i dopilnowałem, żeby twoja przemiana była możliwie 
najbardziej bezpieczna. Dzięki temu uniknęłaś zmiennych nastrojów, paranoi i poniżenia, 
skurczów i rozdzierającego bólu. Dzisiaj kończy się twoja miesięczna transformacja. -
Prowadzi mnie do okna i odsłania kotary. Jest otwarte, ale lodowaty wiatr mi nie przeszkadza. 
- Teraz świat należy do nas. 
Poniżej, w blasku księżyca, widzę tłum. Setki, może nawet tysiące młodych ciał. Jest środek 
zimy, a oni tańczą w padającym śniegu. Wiatr targa ich długimi włosami, zrywa kaptury z 
głów i trzepocze długimi szatami, których szerokie rękawy powiewają jak skrzydła. Wirują na 
tle bieli w czerni i czerwieni, szarości i fiolecie. 
Przyglądam się tej scenie i niemal jestem w stanie policzyć im rzęsy, jak igiełki świerku. 
Wykrzykują moje imię: 
- Miranda! 
- Zrobiłem z ciebie księżniczkę - wyjaśnia mężczyzna. - Ci ludzie, nasza arystokracja, zebrali 
się, żeby to uczcić. 
Księżniczka. W umyśle przesuwają mi się obrazy z filmów i książek: bale kostiumowe, 
zatrute jabłka, piękności obudzone pocałunkiem, czarna magia, źli czarownicy i rycerze na 
białych koniach jadący na ratunek. Rozglądam się po tłumie w dole, szukając kogoś, kogo-
kolwiek, kto mógłby mnie uratować. Gdybym tylko mogła bardziej się skupić... 
- Chce mi się pić - mówię. 
- Poradzimy coś na to. - Mężczyzna macha ręką i tłum szaleje z radości, widząc nas razem. 
Nazwał się Mistrzem. Jego Wysokością. Ojcem. Nadal owinięta czarnym prześcieradłem 
naśladuję jego królewski ruch dłoni. Znam tylko jedno słowo. 
- Tak. 

background image

Ubrana w czarną suknię bez ramion odwracam się na przednim siedzeniu pasażera w caddym, 
ż

eby spojrzeć na mój olbrzymi nowy dom. Kilkupiętrowy, biały kamienny budynek wznosi 

się w głębi posesji, z dala od drogi. Wieżyczki na czerwonym dachu wyglądają jak szpiczaste 
kapelusze. Na wietrze powiewa flaga z czerwonym smokiem na czarnym tle. 
- Luksusowy, prawda? - pyta Ojciec zza kierownicy. - Mamy dziewięć takich i jeszcze jeden 
w budowie. Ten to nasza regionalna posiadłość na Środkowym Zachodzie. lak jak pozostałe 
jest wzorowany na zamku Bran w Transylwanii. Niezła twierdza, tylny mur ma trzy metry 
grubości. 
Czekamy, aż brama z kutego żelaza się otworzy. Przypomina mi bramę cmentarza, tyle że ta 
jest naoliwiona i świeżo pomalowana na czarno. 
- A to co? 
Do samochodu podchodzi ogromny pies. Wilczur czy raczej wilk wielkości doga i ze ślepiami 
nabiegły-mi krwią. Ujmują i mamią, ale to nie ma znaczenia. Jestem poza ich mocą. Psowilk 
pochyla łeb, podkula ogon i wyje. 
- Mfortownik- wyjaśnia Ojciec. -Mamy ich sześć, pilnują terenu. 
Wyciągam ręce i czuję, jak przepływa przeze mnie moc. Gdybym chciała, mogłabym 
rozedrzeć ten samochód. 
- Są tacy jak my? 
- Nikt nie jest taki jak my, skarbie, ale należą do wiecznych. 
„Wieczni". Zabrzmiało to tak, jakby byli bogami. 
Usiłuję sobie wyobrazić, że zamieniam się w wilka. Idiotyczna myśl. Pociągam kolejny łyk 
przez słomkę, żeby powstrzymać się od śmiechu. 
Po drodze z sypialni do parkingu w garażu Ojciec zaproponował mi drinka. Gdy 
powiedziałam mu, że jeszcze nie skończyłam dwudziestu jeden lat, odparł, że to już nie ma 
znaczenia, wyjaśnił, że w pewnym sensie już nie będę posuwać się w latach. To też głupia 
myśl. 
Jak przez mgłę uświadamiam sobie, że to nie od alkoholu robię się pijana. 
- Zamek - ciągnie Ojciec - znajduje się w najwyższym punkcie Whitby Estates. To 
najbogatsza dzielnica na północnym krańcu Chicago. Większość tutejszej arystokracji ma 
domy w tej okolicy. 
Zamroczona potrzebuję chwili, żeby przyswoić tę informację. 
- Więc nie jesteśmy w Dallas? - pytam. Ojciec uśmiecha się, odsłaniając zęby. 
- Pij swoje krwawe wino - odpowiada. 
Piję. I uważnie słucham Ojca, który nastawia w radiu stację z muzyką country, a potem 
tłumaczy mi, jaką gafę popełniłam wobec Nory, zamkowej kucharki. Mówi, że istnieją ludzie 
potrzebni do pracy (jak ona) oraz zwierzaki do towarzystwa i rozrywki. Reszta to zwykłe po-
ż

ywienie. 

- Pijemy ich krew - dodaje - i czasami bawimy się ich ciałami. Ale nigdy ich nie jemy. To 
paskudna cecha zmiennokształtnych. 
Moja pierwsza wyprawa do miasta! Jest duże i pełne hałasu. Jest plamą krwi. 
Ojciec popisuje się, pijąc  więcej, niż potrzebuje. W diabelskim młynie (wyjaśnia, że nazywa 
się to po prostu Młyn) mówi mi, że doradca inwestycyjny smakuje wódką. Później, w klubie 
bluesowym po drugiej stronie miasta, naśladuje zanikający rytm serca perkusisty. 
Po następnej godzinie zaciąga wycieńczoną nastolatkę-uciekinierkę (na jej bilecie 
autobusowym widnieje napis Iowa City) do pobliskiej uliczki. 
- Chce ci się pić, kochanie? - pyta. 
Ledwie mogę się powstrzymać, żeby nie dopaść dziewczyny i nie zacząć pić z jej szyi. 
- Tak, Ojcze - mówię. - Tak, tak, tak. 
Naszym kolejnym przystankiem jest Greek Town. Przyciskając kelnera do ceglanej ściany, 
przelotnie zerkam na jego twarz. Potem pławię się w bezkresnym morzu, po raz pierwszy 

background image

tego wieczoru ciepłym. Czuję błogość... gęsty, słodki smak, zapach krwi, jagnięcia i 
nieznanych przypraw. 
Wspinam się na palce i uświadamiam sobie, że jest prostszy sposób. Chwytam szyję pod 
lepszym kątem i, nie przestając pić, popycham kelnera na kolana. Jest lepiej, znacznie lepiej. 
Ledwo dociera do mnie, że Ojciec rozmawia przez komórkę. Szeptem informuje o ofiarach, 
które za sobą zostawiliśmy. 
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

12 

Zaginęła Miranda 

Czwartek, 15 lutego 

 

Z

aginiona od roku. 

 
Dziś wieczorem mija rok, odkąd ostatni raz widziałam Mirandę. 
Przyjechałam z uczelni do domu na urodziny młodszego brata i zobaczyłam mamę Mirandy 
przy stoisku rybnym w Whole Foods. Kupowała krewetki i małże. Ja brałam sos krabowy, bo 
lubią go moi dziadkowie. 
 
Trochę się bałam przywitać z panią Shen. Nie odezwała się do mnie zeszłej wiosny na 
czuwaniu przy świecach. Chyba obwinia mnie o to, co się stało. Ma prawo. Ja też się 
obwiniam. 
 
Ale kiedy tylko mnie zobaczyła, przytuliła mnie mocno i zaczęła płakać. Tusz do rzęs ściekał 
jej po twarzy cienkimi strużkami. Nie przejmowała się tym, jak wygląda ani co ludzie 
pomyślą. Ja też nie. I też zaczęłam płakać. 
Opiekun mojego akademika cały czas mi powtarza: „Nie tylko na twoich barkach spoczywa 
ciężar". 
 
Wiem. Wiem, że nie tylko ja się przejmuję. Pewnie nie jestem nawet najlepsza w pomaganiu. 
Jeżeli facet, którego spotkałam tamtej nocy, ten dobry facet, to przeczyta - proszę, niech 
napisze. Wtedy przynajmniej nie będę się martwiła o was oboje. 
 
Załączono przez Lucy o 3.42 

 Liczba postów 46 z 46.  
 
Komentarze                     Linki 

 

 

 

 

 

 

 

background image

13 

Miranda 

 

M

ija dwanaście i pół miesiąca, odkąd obudziłam się w tym zamku. 

Zmniejszam stronę internetową Kanału Wiadomości Wiecznych (KWW) na mojej 
wyszukiwarce, rozbawiona wyskakującą reklamą dzisiejszego zdarzenia. Właściwie nie 
jestem zdenerwowana. 
Już na pierwszym polowaniu z Ojcem zrobiłam pozytywne wrażenie. Nadal śpiewają pieśni 
na cześć nocy i recytują ody. 
Wprawdzie byłam zdezorientowana, udręczona chorobą duszy - męczącym poczuciem winy i 
rozpaczy -bezpośrednio po przemianie i przez kilka kolejnych miesięcy. Ale na szczęście to z 
czasem ustąpiło. 
Podchodzę do zwieńczonego łukiem okna w różowo-czarnym apartamencie, nieoficjalnie 
nazywanym ochronką, i macham poddanym, którzy stoją na czerwonym dywanie. Widzę 
błyski aparatów i klejnotów i wreszcie wiem, co to życie. Wystarczyło umrzeć. 
Lucy powiedziałaby teatralnie: „Dość". 
Niemal żałuję, że jej tu nie ma. Komu mam się zwierzać, jeśli nie fance wampirów, najlepszej 
przyjaciółce? Gdybym potrzebowała sprzymierzeńca, byłaby najcenniejszym. 
Czy to ma sens? Nie jestem pewna, ale staram się, jak mogę. Ojciec nie uznaje słowa na „w" i 
nalega, żebym go nie używała, zwłaszcza w towarzystwie. Chodzi o zachowanie pozorów. 
Cały czas ćwiczę, nawet w myślach, żeby mi się nie wymknęło. 
Oj, jak też Ojciec uwielbia się bawić! Na mój demoniczny debiut zawezwał olśniewającą, 
plotkarską arystokrację do największego ogrodu na zamkowych dziedzińcach. 
Noc jest rozświetlona pochodniami, a z rozstawionych wokół okrągłych stolików zwieszają 
się pokryte rosą białe lilie i róże. Za połyskującą srebrną kotarą został ukryty lśniący basen. 
Dziś pierwszy kwietnia, prima aprilis. Żadna z ważnych osób nie przejmuje się chłodem. 
Specjał kuchni noworumuńskiej - pikantne kurczaki, przeznaczone są głównie dla 
odstrzelonych osobistych asystentów (na imprezach takich jak ta są w równym stopniu 
pomocnikami i modnymi gadżetami). 
Większość naszych honorowych gości woli dietę płynną. Z tego powodu do otaczającego 
ogród białego muru przywiązano ludzi z zamkowych zapasów - zakneblowanych, z 
zawiązanymi oczami. Chłopcy i dziewczęta, młodzi i smakowici, głównie uciekinierzy. Jeżeli 
zabraknie w nich płynu, mamy w lochach innych. 
Mamy też kandydatów do przyjemności odmiennych niż picie. Są czyściutcy. Ich 
jasnoniebieskie szpitalne koszule zastąpiono lawendowymi szlafrokami, które pasują do 
lnianych serwer i obrusów. 
Za kilka minut zostaną ofiarowani jako atrakcja imprezy, a dla tych, którzy wolą grzeszyć na 
osobności, będą udostępnione pokoje gościnne. 
Impreza rozkręciła się godzinę po zachodzie słońca; jak zwykle - godzinę zajmuje dojazd i 
przygotowanie. Tolerujemy dzienne światło, ale nas osłabia, a Ojciec gardzi słabością. 
Macha pustym kryształowym kielichem i osobisty asystent (OA) nalewa mu krwawego wina. 
Wymieniają porozumiewawcze spojrzenie, a później OA, Harrison, zerka na swojego 

background image

zdobionego diamentami rolexa, upominek z okazji zimowego przesilenia w nagrodę za wy-
jątkowe usługi. 
Ja też zaczęłam polegać na Harrisonie. Jest elegancki, szczupły, seksowny i zawsze 
nienagannie ubrany. Chociaż przekroczył już czterdziestkę, ma wspaniałą sylwetkę i 
nieskazitelną cerę, wygląda więc raczej jak młody Alfred niż jak lokaj Ojca. 
Nasze początki nie były najlepsze. Harrison był szorstki, ja nieokrzesana i chyba nie podobało 
mu się, że musi rywalizować o względy Ojca. 
Nora mówi, że jest po prostu podejrzliwy wobec nowo przybyłych. Chodzi o coś z jego 
dzieciństwa i o problemy z zaufaniem. To wiele wyjaśnia. 
Harrison pochodzi z rodziny służących, którzy zyskali znakomitą renomę. Jest ostatnim z 
pięciopokoleniowej linii. Ale on i jego brat mogli nie przeżyć, gdyby 
ich pierwsza pani, Penelope - mieszka w posiadłości po drugiej stronie ulicy - nie uznała ich 
podobieństwa za zabawne. 
Nie mogę sobie wyobrazić, co musiał przeżywać Harrison jako ludzkie dziecko, dorastając w 
tym świecie. Jednak lubię go i na razie on też mnie lubi. Tyle że zachowujemy się tak, 
jakbyśmy oboje postanowili nie mówić tego na głos. 
Dzisiejszy wieczór jest chłodny. Goście oddają się głównie pogawędkom, zachwytom nad 
triem smyczkowym i podziwianiu strojów - od olśniewających, przez kontrowersyjne, po 
banalne. Chociaż to mój oficjalny debiut, pierwsze publiczne pojawienie się na ważnym 
wydarzeniu, Ojciec kontroluje mnie bardziej, niż się spodziewałam. 
Ilekroć się odwracam, komplementuje mnie kolejny gość. 
- Rozkoszna gala, księżniczko! 
- Cóż za okazja! 
- Doprawdy piękna suknia! 
Czasami zatrzymuję się, żeby zamienić z kimś parę stów. Na ogól jednak posyłam tylko 
lekkie skinienie głowy jako podziękowanie. Ojciec uprzedził mnie, żebym zachowywała się 
powściągliwie. 
Ś

wiatowa arystokracja liczy tysiące osób, więc, rzecz jasna, ogród by wszystkich nie 

pomieścił. Dlatego listę gości ograniczono do setki wybrańców, na ogół w towarzystwie 
asystentów. 
O ile wiem, z przedstawicieli Starej Krwi zaproszono jedynie niechlubną Sabinę z Paryża. 
Jeszcze nie ogłoszono jej przybycia. Nie mogę się doczekać, żeby ją poznać i się dowiedzieć, 
o co tyle zamieszania. 
W odróżnieniu od swoich przodków Ojciec nie darzy zbytnim szacunkiem przedstawicieli 
Starej Krwi, pewnie dlatego, że czuje się przy nich nieswojo i że stanowią dla niego 
zagrożenie. 
Nie jestem pewna, czy to dobra strategia, ale przecież pokonał poprzednika Starej Krwi, 
ubiegając się o Pelerynę. 
- Musimy rozwijać nasze nadnaturalne talenty - powiedział mi kiedyś. - Ale odwaga, spryt i 
oportunizm mogą wygrać z naturalnymi zdolnościami. 
Na pewno wie, co mówi. Jest samym Drakulą (chociaż nikt w domu tak go nie nazywa). 
Współczesnym, rzecz jasna, nie tym pierwotnym. Obecnie panującym najwyższym mistrzem 
wiecznych. 
Jak na swój wiek, ma nie tylko potężną władzę, ale także nietypowe zdolności. Poszperałam 
trochę i znalazłam w „Eternal-Herald Gazette" wypowiedź pewnego anonimowego 
informatora, który twierdzi, że są one wynikiem angażowania się w niepewną magię i że od 
tych czarów uzależnione jest nawet jego zdrowie psychiczne. Nie wiem, czy to prawda, ale 
jeśli tak, to by wyjaśniało, dlaczego Ojciec jest tak nieprzewidywalny. 
Podchodzę do niego, żeby słyszeć, o czym rozmawia z gośćmi przybyłymi z Bliskiego 
Wschodu. 

background image

- Są tam nasze oddziały - mówi z dumą, unosząc kielich. - Może powinniśmy ponownie 
rozdmuchać konflikt. 
Wielu wiecznych zostało przemienionych na froncie, jak sam Ojciec. Chociaż czasami 
słychać u niego rumuński akcent, urodził się w Stanach i został pobłogosławiony nieświętą 
krwią we Fredericksburgu 
w Wirginii, podczas wojny domowej. Teraz też mówi tym swoim pseudoeuropejskim 
„towarzyskim" tonem, którego używa, gdy chce zrobić wrażenie. 
Jako rodowita leksanka uważam, że nie powinien wstydzić się lekkiego południowego 
akcentu. Ale arystokracja łatwo ulega wpływom, ma słabość do stereotypów i snobizmu. 
- To ty, złotko - wita mnie. - Jak miło, że do nas dołączyłaś! Wydałem to przyjęcie na twoją 
cześć, a przez całą noc prawie cię nie widziałem. 
- Wybacz mi - mówię, czując przypływ paniki. Myślałam, że mam krążyć wśród gości. 
Czyżbym źle zrozumiała intencje Ojca? Jednak on nie sprawia wrażenia rozgniewanego. 
Może po prostu się przekomarza. - Ale towarzystwo jest takie wytworne... Ja jestem jedyną 
nastolatką. - Choć wielu z obecnych mogłoby za nastolatków uchodzić.  
–I… Mam pustkę w głowie. Sądziłam, że uda mi się jakoś wybrnąć, ale nigdy nie miałam do 
czynienia z tego rodzaju tłumem. Mimo wysiłków Ojca, żeby mnie wyszkolić, nadal mi 
czegoś brakuje. 
- My, staruchy, ci nie wystarczamy? - pyta Elina, która w czerwonej sukni i dobranych do niej 
szpilkach z czubami wygląda oszałamiająco. Jest bardziej ponętna niż ja, bardziej kobieca, 
mimo namalowanych brwi i języka rozciętego na końcu. 
Zastanawiam się, ile ma lat i jaką moc. Kilka dni temu Ojciec przekazał mi informacje na 
temat wszystkich gości, ale nie było tam jej wieku. 
Mąż Eliny, Victor, pochyla się, żeby pocałować mnie w rękę. 
- To prawdziwy zaszczyt panią poznać, Wasza Wysokość. - Jest szczupły, ale umięśniony i 
nosi naszyjnik z dziecięcych zębów. 
Na razie Elina i jej mąż są najnormalniejszą parą, jaką poznałam. 
- Czyżbyś krytykowała moje ukochane dziecko? - pyta Ojciec. 
Elina kuli się, słysząc tę sugestię. 
- Nie, panie. - Odzyskuje pewność siebie, kiedy Victor kładzie dłoń na jej nagich plecach. - 
Po prostu chciałam, żeby poczuła się swobodniej. 
Zęby Ojca wydłużają się. 
- Może to pomoże - mówi, unosząc dłoń. 
Na pstryknięcie palców Ojca Harrison stawia butelkę z krwawym winem na tacy 
przechodzącego kelnera, biegnie na środek ogrodu i rozsuwa długie srebrne kotary, 
odsłaniając postać młodego mężczyzny przywiązanego do platformy. 
Potem przeciska się przez tłum, pobrzękując małym dzwonkiem, żeby ogłosić początek 
przedstawienia. 
- Teraz? - pyta Elina. 
- Teraz - odpowiada Ojciec. 
Wśród kłębów dymu Elina zamienia się w nietoperza. 
Jest starsza i groźniejsza, niż myślałam. Stara Krew. 
Podfruwa do ofiary i szponami zdziera jej kaptur. 
Flint, jeden z byłych ochroniarzy Ojca, pręży się na łańcuchach. On... nie, nie on - to. 
Potępieńcy są niegodni zaimka osobowego. 
Elina pod postacią nietoperza okrąża go i zrywa mu knebel. 
Ojciec czasami lubi ciszę. 
Ale czasami woli słyszeć ich krzyk. 
- Nie, mistrzu, proszę - skamle to coś. - Poprawię się, obiecuję. 
Zastanawiałam się, dlaczego kotary zostały udrapowane w ten sposób i kto zostanie skazany. 

background image

Zwykle lustrzana tafla wygląda niegroźnie. Ale teraz ruchomą platformę, ruchomy cel i 
ciężkie żelazne łańcuchy przymocowano do zaokrąglonej stalowej ściany, która otacza 
skazańca. 
- Zawsze pamiętaj, że jesteś księżniczką. Z nikim poza mną nie musisz się liczyć. - Ojciec 
podaje mi piłkę bejsbolową. - Masz. 
Patrzę na skazańca. Nie wiem, dlaczego wypadł z łask. Ci, którzy odmawiają ubiegania się o 
pozwolenie na polowanie, płacenia podatków od ofiar, polowania z zachowaniem dyskrecji, 
traktowania arystokracji i - co najważniejsze - króla z szacunkiem, muszą zostać zgładzeni. 
Zadanie to zwykle należy do ochroniarzy. Dzisiaj jest moim przywilejem. 
- Możesz zaczynać - mówi Ojciec, a ja tłumię nagłe wspomnienie pani Esposito 
wypowiadającej do mnie te same słowa w szkolnej auli. 
Ojciec uwielbia ruchomą platformę. Jest jego pomysłem, jego zabawką. Strumień święconej 
wody pali jak kwas, ale przyglądanie się zanurzeniu to prawdziwa uczta dla oczu - ciało 
wyparowuje z imponującym sykiem. 
Podziwiam Ojca za jego zmysł sceniczny. 
Moja grafitowa suknia z tafty jest ciasna w ramionach. Gdybym znała zamiary Ojca, 
wybrałabym coś luźniejszego. 
- Miranda? - Ojciec chrząka. - Kochanie? 
Wkładam piłkę pod pachę i zdejmuję platynową bransoletkę z czarnych pereł, którą 
podarował mi (razem z samochodem) dziś wieczorem. Okryta rękawiczką dłoń Harrisona 
wyciąga się, żeby wziąć ją ode mnie. 
Ważę piłkę w ręce. Była używana w 1908 roku, gdy ligę wygrali Cubs. Ojciec jest 
zagorzałym fanem Cubs. 
- Coś nie tak? - pyta. 
Kręcę głową, świadoma licznej widowni. Nasi goście czekają w skupieniu. 
Ostatni raz zerkam na Flinta. Ma umięśniony tors, blond czuprynę i pełne usta, które z głodu 
stały się białe. 
Ostatnie tygodnie, które spędził w lochu oddzielony murami i kratami od zapasów krwi, 
musiały być dla niego trudne. 
Skazaniec znów protestuje. 
- Księżniczko, nie! - woła, prężąc się na łańcuchach. Jest niewiele starszy ode mnie, zbyt 
nowy, żeby uciec, zmieniając kształt. - Nie! 
Rzucam piłkę. Łapię. W ziemskim życiu nie uprawiałam sportu, ale zawsze miałam dobrą 
koordynację wzrokowo-ruchową. 
- Miranda! - błaga skazaniec. - Miranda! Wyczuwam niecierpliwość Ojca. 
Padający śnieg odbija światło księżyca. Powietrze jest świeże i rześkie. 
- Dziesięć, dziewięć... - mruczy tłum. - Osiem, siedem... 
Odliczanie trwa, coraz głośniejsze. 
Na „jeden" robię zamach i rzucam piłkę. 
Dziesiątka. Hura! 
Nigdy wcześniej nie zabiłam nikogo z mojego gatunku. Z satysfakcją oblizuję usta. 
- Dobra robota - mruczy mi do ucha Ojciec. 
Stoję zwycięsko u jego boku. Wokół nas wirują poddani, podskakując, tańcząc i wyjąc. 
Ś

ciskają w szponach żywe atrakcje imprezy, z ich łapczywych warg cieknie krew. My 

pozostajemy spokojni pośród tego szaleństwa. 
Składam ręce na brzuchu w afektowany sposób i czuję się całkiem dobrze w swojej skórze, 
mimo zimna. 
Nasi goście odrzucają głowy w tył i wołają unisono: 
- Niech żyje Miranda! 
 

background image

 

14 

Miranda 

 

T

rzy noce po przyjęciu Harrison przyprowadza do  mojej sypialni szczupłą dziewczynę o 

podkrążonych oczach. Jej błękitna koszula ledwo zasiania wynędzniałe ciało i ślady na 
rękach. Dziewczyna ma nie więcej niż piętnaście lat. 
- Pani - odzywa się Harrison - telekonferencja Mistrza z Brazylii czy kam i trwa dłużej, niż 
planowano. Mistrz wciąż jest na dole, w sali spotkań w zachodnim skrzydle. 
Popycha dziewczynę i ta upada na podłogę. Kiedy unosi głowę, widzę, że płacze. 
- Dziękuję - mówię. - Możesz odejść. 
- lak jest. 
Harrison zatrzaskuje za sobą zwieńczone łukiem drzwi, a ja dzięki wyostrzonym zmysłom 
słyszę, że oddala się energicznym krokiem. 
Wcześniej, kiedy cierpiałam na chorobę duszy, szokowało mnie, że nasz personel tak po 
prostu serwuje ludzi. Teraz już mnie to nie nurtuje, ale nadal nie rozumiem, jak oni sobie z 
tym radzą. 
Dziewczyna na podłodze szlocha coraz głośniej. Jest wysoka, smukła i ma długie jasne włosy. 
Chociaż szczuplejsza i mniej zjawiskowa, przypomina mi Lucy. Czy raczej to, jaka Lucy 
mogłaby się stać, gdyby miała pecha i została wykorzystana. 
Chcę, żeby zamilkła. Mam ochotę wydłubać jej oczy - orzechowe, takie jak Lucy - i wyssać je 
do sucha. Ale nie mogę. Nie tym razem. Nie tej dziewczynie. 
Podchodzę do antycznego biurka z czereśniowego drewna i wciskam guzik telefonu. 
- Noro? 
- Co mogę dla ciebie zrobić, kochanie? - pyta kucharka. 
- Rezygnuję z dzisiejszej kolacji. Czy ktoś może ją zabrać z mojego pokoju? 
Wahanie Nory trwa dłużej, niż powinno. 
- Czyżby cię uraziła? - odzywa się wreszcie. Podejrzewam, że podobieństwo mojej kolacji do 
Lucy 
jest celowe, że to swego rodzaju test. Z nieba albo z piekła. Chyba jednak z piekła. Ojciec 
uwielbia swoje gierki i nie ma w nich nic świętego. Ryzykuję i odpowiadam szczerze: 
- Nie. Po prostu straciłam apetyt. 
 

 

 

 

 

 

background image

15

 

Biuro Archanioła Michała 

 

Miecz Niebios  
Dawca dusz 
Adresat: Jozue  
Nadawca: Michał 
 Data: Sobota, 5 kwietnia 
 
Wyrazy współczucia z powodu utraty ostatniego podopiecznego i jego wielbłąda. Mamy 
zapewnienie, że z radością spotkali się w Perłowej Bramie Przedsionków Poczekalni. 
Do czasu następnego kontaktu zostajesz skierowany do prowadzenia wnikliwej obserwacji 
następujących dwóch osobników: anioła Zachariasza i wampira Mirandy. 
 
Wypełnij formularze A-127B na temat obojga do północy 12 kwietnia. W załączniku mapy 
Yahoo!