Catherine Aird
Lekka Ŝałoba
tłumaczyła Janina Zawadzka
Dla Margaret Shorthouse (bo gdyby nie ona itd.)
z serdecznościami
Rozdział I
Panna Cynthia Paterson uwaŜała się, w pewnym sensie, za znawczynię właściwych
pogrzebów.
Wynikało to z wieloletniego doświadczenia. Była jedynym dzieckiem wiejskiego
proboszcza i -jak daleko sięgała pamięcią - uczestniczenie w pogrzebach, wielkich i skromnych,
stanowiło cząstkę jej losu.
Teraz takŜe była na pogrzebie; siedziała w swojej ławce w wielkim, pustyni kościele Św.
Leonarda, w parafii Constance Parva, w hrabstwie Calleshire. Wysoko nad nią, na wieŜy
kościelnej, Ŝałobny dzwon uderzał w równych odstępach. Był to jej ulubiony dzwon tenorowy
(odlany w 1662 r.).
Wyryto na nim słowa: “Alfred kazał mnie odlać”, i kiedy była mała, zastanawiała się, kim
mógł być ów Alfred. Odkąd miała dość sił, Ŝeby poradzić sobie ze sznurem, sama biła w dzwony.
Jeszcze coś było wyryte na tym dzwonie: coś, czego nigdy nie zapomniała, choć upłynęło juŜ wiele
lat, odkąd była na samym szczycie dzwonnicy.
Wzywam śywych do Kościoła Do grobu los mój teŜ woła.
W owych czasach, naturalnie, do bicia w dzwony przywiązywano wielką wagę. Gdy
ktokolwiek w parafii umarł, uderzano w podzwonne, a równocześnie “zapowiadacze” podawali
wiek i płeć zmarłego. Dobre to były czasy. Teraz dzwonienie to nie to samo, co za jej młodości -
która przecieŜ teŜ juŜ dawno minęła; Cynthia pierwsza przyznałaby to. Teraz bywa, Ŝe wcale nie
dzwoni się w czasie pogrzebu.
Ten pogrzeb to naturalnie co innego.
Gregory Fitch przerwał pewnie przed pół godziną swoją pracę w składzie drzewa, poszedł
do kościoła i zdjął kurtkę ze skupieniem, jakie go we wszystkim cechowało. WyobraŜała go sobie
tak wyraźnie, jakby stała obok, w dzwonnicy: widziała tego silnego wieśniaka, którego mięśnie tak
się wyrobiły przy pile i siekierze, Ŝe bicie w dzwony przychodziło mu bez Ŝadnego wysiłku.
Jednym okiem spoglądał pewnie na zegar. Kiedy Fitch dzwonił, dzwonienie rozlegało Się
naprawdę co minutę. I jeszcze jedna rzecz była pewna, a mianowicie, Ŝe dzwon Ŝałobny będzie
dzwonił zawsze, gdy chowany będzie ktoś z rodziny Fentów.
Panna Paterson wróciła myślami do kościoła. Nie siedziała tu sama, choć przyszła
wcześnie. Wczesne przychodzenie do kościoła wynikało równieŜ z wieloletniego przyzwyczajenia.
Była to jedna z niewielu rzeczy, jakich wymagał jej ojciec, a trudno jest wyzbyć się starych
nawyków. Był on duszpasterzem w parafii Constance Parva przez czterdzieści lat, wciąŜ czytał
Biblię i swoje modlitwy - i przychodził wcześnie do kościoła.
Zręcznym ruchem prawej stopy wyprostowała klęcznik. Gdyby jej matka Ŝyła, przyjąłby
moŜe awans, kiedy nadarzyła mu się taka sposobność - ale matka nie Ŝyła i ojciec pozostał na
probostwie w Constance Parva; Cynthia tymczasem wyrosła i prawie niepostrzeŜenie osiągnęła
wiek średni. W tym samym czasie jej ojciec, równie niepostrzeŜenie, przeszedł z wieku średniego
w wiek starczy i chrześcijańska śmierć zakończyła jego chrześcijańskie Ŝycie.
Nie moŜna było tego powiedzieć o człowieku, którego dzisiaj chowano. Chrześcijańskie
Ŝ
ycie, moŜe, ale jego śmierć trudno nazwać chrześcijańską. Nie znaczy, Ŝe liturgia nie przewidziała
czegoś takiego, bo przecieŜ nasza liturgia przewiduje prawie wszystko, co moŜna wymyślić -
przewaŜnie w litanii. Gdyby zamknęła teraz oczy, mogłaby wywołać obraz swego starego ojca,
intonującego: “Od pioruna i burzy; od plagi, zarazy i głodu; od wojny i mordu, i od nagłej
ś
mierci...”
Nie Ŝałowała, Ŝe przyszła wcześnie. W kościele panował przyjemny chłód, choć na
zewnątrz letnie słońce grzało mocno. WitraŜe z południowej strony jarzyły się ciepłym blaskiem i
rzucały kolorowe plamy na całe prezbiterium. Był sierpień. StaroŜytni nazywali sierpień miesiącem
ś
mierci, nie wiadomo dlaczego. Będzie musiała to sprawdzić. WciąŜ jeszcze miała wszystkie
ksiąŜki swego ojca.
Jej własna ksiąŜka - często uŜywany i mocno sfatygowany podręcznik ogrodnictwa -
orzekała, Ŝe w sierpniu ogrodnik moŜe spokojnie wyjechać na wakacje pod warunkiem, Ŝe
“trawnik został zestrzyŜony, wszystkie rośliny starannie podlane, a ktoś z przyjaciół przyjdzie
zebrać owoce i jarzyny”. Panna Paterson nie mogła sobie pozwolić na wakacje, ale o tej porze
ograniczała nieco swoje zawodowe zajęcia ogrodnicze, które wykonywała przez okrągły rok.
Pracodawczynie Cynthii chyba się tym nie przejmowały. JuŜ wcześniej zauwaŜyła, Ŝe ich
zainteresowanie własnymi ogrodami słabnie w połowie sierpnia - z wyjątkiem tych, którym leŜały
na sercu kwiaty do kościoła. Te były zawsze niespokojne, ale inne nie. Kwiecień był jedynym
miesiącem w roku, kiedy wszystkie właścicielki ogrodów były jednakowo nieznośne - wszystkie,
co do jednej, spodziewały się cudów ogrodniczych w czerwcu.
Rozejrzała się, Ŝeby sobie przypomnieć, kto ułoŜył kwiaty w kościele w tym tygodniu.
Marjorie Marchmont, orzekła bez trudności. Poznałaby to nawet, gdyby nie doglądała ogrodu
Marjorie przez okrągły rok, odpierając jej zbyt energiczne ataki na kwiatowe klomby lub teŜ
nadrabiając jej równie denerwujące okresy całkowitego zaniedbania, kiedy coś lub ktoś odwrócił
jej uwagę od roślin.
Nigdy dwie osoby nie układały kwiatów w taki sam sposób - według Cynthii układanie
kwiatów było tak indywidualne, jak odciski palców - połączenie silnej czerwieni z jasnym
błękitem, a takŜe sztywne ustawienie kwiatów w kościelnych wazonach wskazywały na zręczną
rękę Marjorie.
Skrzypnęły drzwi kościoła i wszedł jeszcze jeden Ŝałobnik. Herbert Kelway, właściciel
miejscowego sklepu spoŜywczego, i w dodatku skąpiec. Kelway-Pół-Rodzynka nazywano go za
plecami - waga u niego nie opadała nigdy zbyt nisko po stronie klienta - i mówiono o nim, Ŝe
dzielił rodzynek na dwoje. Przychodził zawsze na pogrzeby swoich klientów - chciał uchodzić
raczej za kupca branŜy spoŜywczej niŜ za sklepikarza. Cynthia, która go nie lubiła, sądziła, Ŝe za
kilka lat nie będzie ani jednym, ani drugim, tracił bowiem stale klientelę w konkurencji z duŜym
sklepem samoobsługowym w Berebury i Calleford.
TuŜ za sklepikarzem wszedł Peter Miller. Był farmerem i nie tracił w konkurencji z nikim.
Posiadłość Millera, “Ugór”, sąsiadująca z majątkiem Fentów, rozwijała się doskonale pod
kierownictwem przedsiębiorczego farmera. Wcale by się nie zdziwiła, gdyby zamierzał on kupić
jeden lub dwa akry ze Strontfield Park, o ile tylko nadarzyłaby się okazja. Miałby szczęście -
pomyślała. Nikt, od wielu pokoleń, nie miał szczęścia wykupić cokolwiek z posiadłości Fentów - i
nic nie wskazywało, aby miało się to udać właśnie Millerowi.
Znów uderzył dzwon i jednocześnie weszła stara Nellie Roberts. śaden pogrzeb w
Constance Parva nie mógł się bez niej obejść. Zajmowała w kościele miejsce strategiczne, a
funkcją jej było sygnalizowanie. Grecy - Cynthia była tego pewna - mieli na to odpowiednie
określenie. Z jej ławki doskonale widoczna była brama cmentarna, a takŜe zbliŜający się kondukt,
ona sama zaś znajdowała się w zasięgu wzroku duchownego i organisty. Obydwaj posłuszni byli
jej wskazówkom przekazywanym przez pochylenie zniszczonego, słomkowego kapelusza.
Prawie w tym samym czasie, kiedy Nellie Roberts zajmowała swoje - rzec moŜna -
stanowisko obserwacyjne, Cynthia ujrzała Richarda Renville'a wchodzącego z Ŝoną. Przysiedli się
do Cynthii: Richard obok niej, jego Ŝona -Ursula z drugiej strony męŜa.
- Przykra sprawa - syknął Cynthii do ucha. Skinęła głową i odszepnęła: - Biedna Helen...
- I biedny Bili... - dodał Richard ze smutnym wyrazem twarzy.
- I biedny Bili - przyznała Cynthia sotto voce. Bili Fent ze Strontfield Park, który odszedł
do swoich przodków.
Prawie nieświadomie Cynthia podniosła głowę, tak Ŝe wzrok jej padł na płyty rodziny
Fentów, na pomocnej ścianie. Tam, na murze kościoła, uwiecznieni zostali przodkowie Billa - jak
daleko sięgała pamięć ludzka, Fentowie rezydowali w Strontfield Park - a teraz jego imię zostanie
dopisane do imion ojca, dziadka i wszystkich Williamów Fentów, jacy Ŝyli w przeszłości w
Strontfield. Wzrok Cynthii padł na imię dziadka Billa. Zmarł on na zapalenie płuc w czasach, kiedy
umierało się na zapalenie płuc. Cynthia pamiętała, jak jej ojciec modlił się w kościele, aby stary
William Fent przetrzymał kryzys choroby -ale nie przetrzymał. Podobnie ojciec Billa nie doŜył
powrotu z Dunkierki, choć i za niego odprawiano modły. Nie znaczy to, aby nowoczesna
medycyna - lub pokój -mogły były uratować Billa Fenta. Zmarł, zanim nadjechało pogotowie.
Drugi kierowca Ŝył jednak. Pogotowie popędziło z nim na łeb, na szyję do szpitala w
Berebury. To wyraŜenie pozostało zapewne z epoki koni - zdecydowała Cynthia i myśl jej
powędrowała od zmarłego Billa Fenta do człowieka, który leŜał nieprzytomny na szpitalnym łóŜku.
I który prawdopodobnie równieŜ umrze, jak mówiono, choć nie wiedziała, na jakiej
podstawie.
Mogła sobie doskonale wyobrazić Oddział Intensywnej Opieki Medycznej w szpitalu, była
tam bowiem w dniu otwarcia. Została zaproszona, gdyŜ zbierała na szpital w dawnych czasach, w
okresie kiedy dwa pensy tygodniowo i doroczny festyn pokrywały wszystkie bieŜące koszty -a
teraz zbierała z ramienia Przyjaciół Szpitala - dla zapewnienia wygód pacjentom, nieobjętych
ś
wiadczeniami SłuŜby Zdrowia.
To, co najbardziej ją uderzyło przy zwiedzaniu Oddziału Intensywnej Opieki, nie miało nic
wspólnego ze wspaniałym chromowym elektronicznym wyposaŜeniem, z którego wszyscy byli
tacy dumni. Zwróciły jej uwagę słowa. Słowa te nie znajdowały się nawet na drzwiach, tylko na
planie i to bardzo drobnym drukiem.
Sala nieuleczalnie chorych.
Od tego czasu myślała wciąŜ o tych słowach. Ogrodnictwo ma jedną dobrą stronę: ogrodnik
ma duŜo czasu na rozmyślanie.
W sali dla nieuleczalnych wycinano organy do transplantacji pacjentom, którzy nie
powracali do zdrowia. Medycyna lubuje się w niedomówieniach. Kościół nie. Kościół nie uznaje
eufemizmów. Przeciwnie. UŜywa prostych słów. Nie ma nic dwuznacznego w tekście naboŜeństwa
pogrzebowego, który leŜał teraz przed nią.
Z drugiej strony - pomyślała Cynthia sprawiedliwie - to medycyna a nie Kościół waŜy się
na takie śmiałe innowacje jak transplantacja - a Kościół do niedawna był przeciwny postępowi w
medycynie. Cynthia - jak prawdziwy ogrodnik - była zwolenniczką transplantacji chirurgicznej.
Bez zaszczepiony na ligustrze był pierwszym jej osiągnięciem...
Znów skrzypnęły kościelne drzwi.
Wszystko jest trochę podobne do kompostu. Bieg myśli Cynthii nieco się pogmatwał, ale
ona sama wiedziała, o co jej chodzi. Jedną z jej głównych zasad ogrodniczych było, Ŝe wszystko,
co kiedyś Ŝyło - jak papier, bawełna, skóra, wełna - moŜe znów Ŝyć jako kompost.
Skrzypienie drzwi znaczyło, Ŝe jeszcze ktoś wszedł do kościoła. Była to kobieta, która
usiadła w ławce w tylnej części kościoła; lecz tym razem - o dziwo - panna Paterson, która znała
wszystkich w miasteczku, nie wiedziała, kto to wszedł.
Inspektor C.D. Sloan poznał tę kobietę. Nazywała się Mary Exley, a Sloan wiedział, kto to
jest, bo widział ją wcześniej - ściśle mówiąc przedwczoraj. Podobnie jak inspektor Sloan obecna
była na przesłuchaniu w sprawie Williama Fenta. Tam takŜe siedziała skromnie w tyle.
Uczestniczyła w sprawie, ale nie miała szczególnie waŜnej roli.
Jej obecność na przesłuchaniu i na pogrzebie wynikała z jakiejś dziwnej uprzejmości. Tylko
tak moŜna było to tłumaczyć. Jej mąŜ, Tom Exley, leŜał bowiem u progu śmierci na Oddziale
Intensywnej Opieki Szpitala Rejonowego w Berebury.
Inspektor nie musiał się jej przyglądać, Ŝeby stwierdzić, Ŝe biedna kobieta prawie wcale nie
jadła i nie spała od soboty w nocy, kiedy to wszystko się wydarzyło. Był świadkiem zbyt wielu
ś
mierci i nieszczęśliwych wypadków, aby nie rozpoznać oznak i symptomów - nawet gdyby nie
wiedział, Ŝe przesłuchanie i pogrzeb były jedynymi okolicznościami, dla których odeszła od łóŜka
obandaŜowanego i obłoŜonego aparatami człowieka - prawie Ŝe manekina - który był jej męŜem.
Inspektor C.D. Sloan (Christopher Dennis dla Ŝony i rodziców - “Szary” dla swoich
przyjaciół) był szefem niewielkiego Wydziału Śledczego w Berebury i w tym charakterze nieczęsto
uczestniczył w pogrzebach.
- Lepiej, Ŝeby pan jednak poszedł na ten pogrzeb, Sloan
- poradził jego zwierzchnik, nadinspektor Leeyes. - Nigdy nic nie wiadomo...
- Tak, proszę pana.
- Trzeba im dać sygnał strzałem przed dziób i tyle. -Kiedyś, dawno temu, nadinspektor dość
krótko pływał na okręcie desantowym. Od tej pory posługiwał się gwarą marynarki wojennej,
jakby urodził się na morzu.
- Tak, proszę pana.
- I proszę zabrać z sobą konstabla Crosby'ego. Nie wygląda wcale jak policjant i nikt się nie
domyśli, Ŝe nim jest... - Leeyes, zazwyczaj tak niebywale apodyktyczny, tym razem podniósł
wzrok, oczekując potwierdzenia. -Domyśli się ktoś?
- Nie, proszę pana. - Sloan był tego całkiem pewny. -Nigdy. Wcale nie wygląda jak
policjant.
Kłopot z konstablem Crosbym polegał na tym, Ŝe często takŜe nie zachowywał się jak
policjant, co martwiło jego kolegów.
- MoŜe obecność na pogrzebie pozwoli panu trochę lepiej poznać środowisko, Sloan. -
Nadinspektor zacierał ręce jak przedsiębiorca pogrzebowy. - Nie ma to jak pogrzeb, Ŝeby się
zorientować, kto z kim ma jakie powiązania.
- Tak; panie nadinspektorze.
- Oczywiście, z testamentu moŜna się więcej dowiedzieć. Nie widzieliśmy go jeszcze?
- Jeszcze nie.
- Nie ma w aktach Ŝadnej wzmianki o zmarłym?
- Tyle tylko, Ŝe ma pozwolenie na broń. Wszystko w porządku. Sprawdziłem. Miejscowy
konstabl twierdzi, Ŝe był tam u nich wielce szanowaną osobistością. Poza tym to stara rodzina z
Calleshire...
Leeyes Ŝachnął się na to z lekka. - To dzisiaj nic nie znaczy. Jeśli tacy są źli, Sloan, to są
naprawdę bardzo źli.
Gregor Mendel, mnich z Briinn, moŜe zgodziłby się z nadinspektorem, Sloan był innego
zdania.
Potrząsnął głową. - Nasz człowiek w miasteczku, konstabl Bargrave, całkiem dobrze się o
nim wyraŜał. Był równieŜ ławnikiem, wie pan...
Tym razem Leeyes jeszcze bardziej się Ŝachnął. - Dobrze, Sloan, dobrze, niech będzie tak,
jak pan chce. Albo zmarły prowadził nieskazitelne Ŝycie, albo śmierć wszystko zmazała. Ale dokąd
to nas prowadzi?
Na razie zaprowadziło to tylko inspektora Sloana i konstabla Crosby'ego do tylnej ławki
kościoła Św. Leonarda w Constance Parva nieco przed dwunastą, w piątek 27 sierpnia, na pogrzeb
niejakiego Williama Fenta ze Stront-field Park, w hrabstwie Calleshire.
Drzwi kościoła skrzypiały raz po raz. Ludzie wchodzili teraz szybciej. Tu i ówdzie mignęła
Sloanowi znajoma twarz miejscowego urzędnika sądowego, choć nie stawał nigdy przed tym
sądem, w którym William Fent był ławnikiem - to znaczy przed sądem w Lampard.
Jak przystało w takich okolicznościach, wszyscy ubrani byli na ciemno i zachowywali
powagę. - Są tu przedstawiciele wszystkich stanów społecznych - nawet policji -pomyślał z ironią
Sloan.
Oficjalnie policję na pogrzebie reprezentował nadinspektor Bream z Calleford. Jeśli nawet
rozpoznał on dwóch pracowników Wydziału Śledczego w cywilu, siedzących w tyle kościoła, nie
zdradził tego nawet mrugnięciem oka. Okazały, w policyjnym odpowiedniku szat liturgicznych - w
galowym mundurze z rękawiczkami i laską -on takŜe przyszedł złoŜyć ostatni hołd sędziemu
pokoju Jej Królewskiej Mości, zmarłemu w sobotę o północy.
Doktor Dabbe, konsultant patolog Zarządu Szpitala w Berebury, odnosił się z duŜą
podejrzliwością do wypadków drogowych zdarzających się po północy, a zwłaszcza, w nocy z
soboty na niedzielę.
- Po jednym lub dwu kieliszkach wszyscy są do niczego, jak stara siwa szkapa Tam o'
Shantera -gderał, przekręcając cytat. - Patrzą wszędzie, tylko nie na drogę. Co się stało tym razem?
Była to - w kaŜdym razie w pierwszej kolejności -dziedzina inspektora Harpe'a. Kierował
on Wydziałem Ruchu komisariatu w Berebury.
- Trudno dokładnie określić, doktorze - powiedział inspektor Harpe, jak zwykle z
melancholią. Znany był w policji jako Szczęśliwy Harry, bo nigdy się nie uśmiechał. On ze swej
strony utrzymywał, Ŝe w Wydziale Ruchu nie było dotychczas nic takiego, do czego moŜna by się
uśmiechać. - Przypuszczamy, Ŝe wziął za szeroko zakręt Tappefs Corner.
Patolog skinął głową.
Harpe przejrzał jakiś protokół. - Uderzył w inny samochód, nadjeŜdŜający z przeciwka,
przewrócił się i wylądował w rowie. Ten drugi gość jest w bardzo złym stanie, ale Ŝyje jeszcze.
- Był sam? - patolog miał zazwyczaj do czynienia z wypadkami o większej ilości
poszkodowanych. Zdziałały to autostrady.
- Co? A, tak. Wracał do domu, do Constance Parva. Mieli wieczorem jakieś przyjęcie w
Strontfield Park i Fent odwiózł właśnie jednego z gości do Cleete. Niejakiego profesora Berry.
Starszy człowiek. Emeryt. Strasznie przejęty, Ŝe to z jego powodu Bili Fent znalazł się na szosie
tak późno w nocy.
Konsultant patolog skinął głową, zgarnął potrzebne papiery i poszedł do kostnicy.
Zrobił próbę na zawartość alkoholu we krwi zmarłego i znalazł go trochę, lecz niewiele.
Zrobił równieŜ normalną sekcję zwłok, aby ustalić właściwą przyczynę śmierci, i znalazł
takŜe truciznę.
Rozdział II
- “Nie chce tego jednak nawet nazwać trucizną” -nadinspektor Leeyes poinformował
Sloana, kiedy otrzymał sprawozdanie doktora Dabbe.
Było to w poniedziałek.
- O, nie - ciągnął dalej. - Trucizna to zbyt mocne słowo dla naszego szanownego patologa,
toteŜ go nie uŜywa.
- CóŜ więc powiedział? - zapytał ostroŜnie Sloan.
- “Potencjalnie szkodliwa substancja”! - ryknął pogardliwie Leeyes. On sam wyraŜał się
zawsze bez ogródek i nie mógł zrozumieć nikogo, kto mówi inaczej.
- Aha.
- Powiada - kontynuował Laeyos nieubłaganie - Ŝe w trakcie badania stwierdził, Ŝe “zmarły
przyjął... przyjął...”, do diabła, jeszcze jedno głupie słowo...
- Zjadł lub wypił - dopowiedział Sloan - sam nie wie, w jakiej postaci to połknął.
Leeyes rzucił mu piorunujące spojrzenie. - Wiem. -Wyprostował leŜący przed nim papier. -
Zaraz, gdzie byłem?... a, tak... “przyjął środek, który, jak sądzę, mógł mieć silne właściwości
uśmierzające”.
- Narkotyk - powiedział Sloan po prostu. Machnął znacząco ręką. - To, co daje się koniom
lub cierpiącym na neurastenię kobietom. Jeśli się im nie daje środków podniecających - dodał.
- W kaŜdym razie tak czy owak - odpowiedział Leeyes cierpko - zrobi swoje w
samochodzie.
- Tak, nadinspektorze.
- Doktor Dabbe mówi - ciągnął dalej Leeyes, wciąŜ zaglądając do sprawozdania - “Ŝe
mogło to zostać zaŜyte w celu tera... tera.... terapeutycznym”...?
- Jako lekarstwo.
- Lub w nadmiernej ilości.
- Przedawkowanie - wytłumaczył Sloan, jak wszyscy policjanci i lekarze lepiej niŜ inni
obznajmiony z przedawkowaniem.
- “Lub teŜ w leczniczej dawce, lecz działanie zostało spotęgowane - do diabła, dlaczego ten
człowiek nie umie pisać po ludzku - przez alkohol”.
- Bardzo prawdopodobne. - Według doświadczeń Sloana alkohol potęgował wszystko,
zwłaszcza u kierowców.
- Ale nie da się tego zakwalifikować jako jazdy w stanie nietrzeźwym - Leeyes wymachiwał
sprawozdaniem przed nosem Sloana - i nigdzie nas to nie zaprowadzi, bo tak nie było.
- Nie?
- On twierdzi, Ŝe poziom alkoholu we krwi, badany metodą gazowo-chromatograficzną, jest
o wiele niŜszy od dopuszczalnej normy. Nawet duŜo niŜszy. I to bez Ŝadnych manipulacji.
Sloan skinął głową. Rozumiał doskonale, o co chodzi. Bez Ŝadnego dmuchania w baloniki,
bez probówek zmieniających kolor, bez machinacji na zwłokę, bez wykrętów o potrzebie pobrania
próbek krwi - i przede wszystkim bez dowodu.
Zakaszlał. - A moŜe... pod wpływem narkotyków?
Nadinspektor cisnął sprawozdanie doktora Dabbe na biurko. - Tego takŜe nie chce na
pewno stwierdzić.
- Pewnie dopóki nie wykona jeszcze innych analiz...
- Niech pan słucha, Sloan. Cytuję... “Nie mogę określić precyzyjnie i bez dalszego zbadania
- Leeyes z pasją naśladował fachowy język policyjnego patologa - ilościowych skutków obcej
ciału substancji, której chemiczne i farmakologiczne właściwości nie zostały jeszcze ustalone”.
- A zatem, panie nadinspektorze...
- Zaraz, Sloan, zaraz. - Leeyes wyglądał, jakby kij połknął. - To jeszcze nie wszystko.
Niech pan posłucha tego kawałka... - Znów zaczął czytać: - “Ani skutków czynnika
współdziałającego lub katalizującego, o ile jeden z nich lub obydwa znajdowały się w ciele w
momencie śmierci lub bezpośrednio przed nią”.
Zapanowało milczenie.
- Albo wie - przerwał je Sloan bezbarwnym głosem -ale nie chce powiedzieć...
- Albo nic nie wie - Leeyes przeszył go wzrokiem - i nie chce się przyznać.
- Trzeba będzie jeszcze zrobić róŜne analizy, prawda?
- Zamarynował róŜne kawałki i części - przytaknął Leeyes obrazowo - i włoŜył je do
słoików. Tu jest wszystko napisane. śołądek, wątroba, nerki, śledziona. Zresztą konstabl King
powiedział nam to samo.
Konstabl King występował jako przedstawiciel koronera i z urzędu reprezentował Wydział
Ś
ledczy przy sekcjach dokonywanych na jego zlecenie.
- Koroner... - zaczął Sloan.
- - Przesłuchanie - powiedział w tej samej chwili Leeyes. Obaj policjanci patrzyli na siebie
przez dłuŜszą chwilę. Potem...
- To juŜ pan porozmawia z koronerem - powiedział złośliwie Leeyes. - Ten na pół surowy
materiał to Ŝaden dowód...
Panna Cynthia Paterson poznała na pierwszy rzut oka, jak bardzo zmartwiony jest stary
profesor Berry. lnic dziwnego.
Wszedł do kościoła na naboŜeństwo Ŝałobne chwiejąc się na nogach: na jego drŜących
starczych rękach wystąpiły Ŝyły jak postronki.
Było go jej Ŝal. Nie stało się to z jego winy. Bili Fent zazwyczaj odwoził go do domu po
przyjęciu w Strontfield Park, o ile nikt inny nie jechał w kierunku Cleete -podobnie jak oboje z
Helen zapraszali ją na kolację zawsze wtedy, kiedy i profesor był zaproszony.
Profesor był teologiem i raczej starym przyjacielem jej zmarłego ojca aniŜeli jej samej - ale
znała go dobrze; w kaŜdym razie sama dawno osiągnęła wiek, który w towarzystwie nie ma juŜ
znaczenia. Podobnie - jak równie dawno temu - osiągnęła status towarzysko neutralny. Była po
prostu podstarzałą córką proboszcza - moŜna rzec wszystkim i niczym. Bywała na kolacjach w
Strontfield Park - dla uzupełnienia liczby gości - i chodziła na herbatkę do rejonowej pielęgniarki;
zapraszała na śniadanie bibliotekarkę z Objazdowej Biblioteki, od czasu do czasu udzielała gościny
podróŜującemu nauczycielowi głuchoniemych - i zarabiała na Ŝycie pracując w ogrodach bez mała
u wszystkich.
Państwo Washby weszli za profesorem.
To oni prawdopodobnie - pomyślała Cynthia - przywieźli go dzisiaj z Cleete. Oni właśnie
mieli go odwieźć do domu w sobotę wieczór, lecz w ostatniej chwili doktor Washby został gdzieś
wezwany. Był jedynym lekarzem w miasteczku - od czasu, kiedy przyszedł na miejsce starego
doktora Whittakera - a Veronica była jego nowo poślubioną Ŝoną.
Byli o wiele bliŜsi wiekiem Billowi i Helen niŜ ona sama i profesor. Pani Washby była
jedną z najpiękniejszych dziewcząt, jakie Cynthia kiedykolwiek widziała. Taka piękna jak fritilaria
- zdecydowała Cynthia. Kolacja w Strontfield Park wydana została na jej cześć. Witano w
miasteczku młodą Ŝonę Paula Washby i wprowadzano ją do Constance Parva.
Pani Ursula Reiwille, siedząca nieco dalej w ławce Cynthii, pochyliła się, aby wziąć
modlitewnik. Była to kobieta w średnim wieku - wysoka, pełna wdzięku i nieuchwytnej elegancji.
MoŜna by ją porównać do wierzby. Nie, wierzba to coś zbyt solidnego. Cynthia pomyślała o innej
roślinie ogrodowej. Ursula przypominała raczej... raczej... tak... raczej dierema pulcherrimum.
Zwisające lilioworóŜowe dzwonki na wiotkiej, półkolistej szypułce. Mało odporna, oczywiście -
ale i to teŜ moŜe odnosić się do pani Renville. I gdy wyrośnie, nie znosi przesadzania. To dałoby
się powiedzieć o prawie kaŜdym dobrze zakorzenionym mieszkańcu Constance Parva - pomyślała
Cynthia.
Państwo Washby usadowili się w ławce obok Petera Millera. Trudno by było powiedzieć,
Ŝ
e to ich zwykłe miejsce, bo nie chodzili tak często do kościoła, Ŝeby mieć własne miejsce.
Dziwnym trafem Cynthia, choć była córką proboszcza, nie martwiła się tym zbytnio. Paul Washby,
znakomity internista, jak miała podstawy sądzić, przypominał w niemałym stopniu Lekarza z
Chaucera, a przecieŜ jasne było dla wszystkich czytelników, Ŝe praktyki religijne tej postaci są
czczym pozorem.
Panna Paterson znała Chaucera lepiej niŜ większość ludzi. Czytywała czasami na głos
“Opowieści z Canterbu-ry” swemu ojcu, gdy był w podeszłym wieku i oczy zaczęły go zawodzić -
i to nie we współczesnej angielszczyźnie, lecz w staroangielskim, wymawiając wszystkie głoski.
Im więcej o tym myślała, tym bardziej Washby wydawał się jej podobny do postaci
Medyka, nakreślonej przez Chaucera. Bardziej Ŝądny złota, niŜ chciał to okazać, ten dobry
pielgrzym gotów był wejść w niecne przymierze z Aptekarzem. A jeśli Plaga miałaby przynieść
więcej pracy, i tym samym więcej pieniędzy, nie przejmowałby się na pewno tą straszną Zarazą tak
bardzo, jak powinien. WyobraŜając sobie rzesze pielgrzymów w dawnej Anglii, znów odbiegła
myślą od kościoła...
Sloan takŜe błądził myślami gdzie indziej.
Przypomniał sobie spotkanie z koronerem z West Cal-leshire. Było to w biurze koronera w
Berebury, w poniedziałek po południu.
Ten szacowny prawnik był nadzwyczajnie uprzejmy.
A przecieŜ miał juŜ kawał Ŝycia za sobą.
- Zarządzą przesłuchanie, inspektorze, w środę o jedenastej przed południem w Ratuszu -
oznajmił, skoro tylko wysłuchał Sloana - i jedynym dowodem, jaki zamierzam przeprowadzić w
tym dniu, będzie identyfikacja.
- Dziękuję panu.
- Kto to potwierdzi? Nie wdowa, mam nadzieję... -Koroner był człowiekiem
współczującym.
- Nie, proszę pana, konstabl Bargrave widział ją naturalnie, ale nie miała wielkiej ochoty.
Powiedział, Ŝe wciąŜ jeszcze znajduje się w stanie szoku. Zdaje mi się, Ŝe jakiś kuzyn przebywał
tam w tym czasie. Niejaki Quentin Fent.
Koroner skinął głową i zanotował to. - I w pierwszym rzędzie, inspektorze, odroczę
przesłuchanie na miesiąc.
- Dziękuję. To nam bardzo pomoŜe...
- W nadziei - ciągnął koroner uprzejmie - Ŝe druga poszkodowana strona - jest tu jego
nazwisko, prawda?... Ach, tak. Pan Tom Exley... w nadziei, Ŝe ten pan wróci wówczas na tyle do
zdrowia, Ŝe będzie mógł złoŜyć zeznanie.
- Dziękuję panu - powiedział znów Sloan, uśmiechając się do siebie. Koroner był
niewątpliwie przebiegły, jak oni wszyscy - jak przystało człowiekowi z dyplomem prawnika, który
musiał poświęcać wiele czasu na rozwiązywanie zawiłych problemów wspólnie z lekarzami.
- Nie miałoby sensu przyspieszanie sprawy, inspektorze.
- Absolutnie nie.
- I nie chcemy wywoływać wilka z lasu, prawda? - Koroner, przewaŜnie przywiązany do
biurka, uwaŜał się zawsze za wiejskiego prawnika.
- Nie, proszę pana - zgodził się biernie Sloan.
- Z drugiej strony sprawa wymaga zbadania - ot, tak. Nie mamy jeszcze pełnego
sprawozdania? Prawdopodobnie tylko działanie środka nasennego, jaki zwykle zaŜywał,
wzmocnione duŜym kieliszkiem alkoholu przed spaniem. -Skrzywił się ze zrozumieniem. -Takim,
jaki jest potrzebny po wielkim przyjęciu.
- MoŜliwe - potwierdził Sloan. On i jego Ŝona, Margaret, nie wydawali przyjęć na tak
wielką skalę. Rodzice jego przychodzili sprawdzać, czy Ŝona dość się o niego troszczy. Teściowie
odwiedzali ich, aby się przekonać, czyjego Ŝona - a ich córka - jest otoczona naleŜytą czułością.
Poza tym, domy-bliźniaki w podmiejskim Berebury nie nadawały się na szykowne przyjęcia, a
Sloan przed spaniem pił zwykle tylko białą kawę. - Wiadomo nam, Ŝe nie miał juŜ zamiaru
wychodzić tego wieczoru, ale doktor Washby został wezwany do chorego i nie mógł zabrać z sobą
nikogo. Wobec tego Fent musiał odwieźć do domu jednego z gości.
- Tak - powiedział koroner i znów coś zanotował. -Miesiąc zatem wystarczy, jak sądzę!
Jeśli sekcja wykaŜe coś nowego, o czym powinienem wiedzieć, doktor Dabbe i jego koledzy
powiadomią nas o tym. A dla was miesiąc wystarczy?
- Mam nadzieję.
- Zresztą, inspektorze - zadumał się - dawniej właściwym przedmiotem dochodzeń była
identyfikacja. Wprowadzono ją po zdobyciu Anglii przez Normanów.
- Naprawdę?
- Odbywała się ona tylko w celu upewnienia się, czy zmarły nie był Normanem - wyjaśniał
wesoło koroner. -Jeśli był Anglikiem, to nie miało znaczenia.
- Fent z pewnością był Anglikiem.
Koroner zignorował to. - Jeśli zmarły był Normanem, Anglik, który spowodował jego
ś
mierć, musiał płacić karę. Starano się więc udowodnić, Ŝe zwłoki nie były normańskie. Nazywało
się to stwierdzeniem angielskości...
Tak zatem, kiedy następna grupa Ŝałobników weszła do kościoła, myśli inspektora Sloana
odbiegły jeszcze dalej w przeszłość niŜ myśli Cynthii Paterson.
Daniel Marchmont i jego Ŝona znajdowali się wśród tej grupy; mimo zaprzątniętej czym
innym uwagi ani Sloan, ani Cynthia nie przeoczyli tego. Rzadko się zdarzało, aby ktoś nie
zauwaŜył Marjorie Marchmont. Jej męŜa moŜna było nie zauwaŜyć. Z łatwością. Ale nie pani
Marchmont. Była z natury impulsywna, co podkreślała jeszcze jej pokaźna postać - nawet
okoliczności pogrzebu nie przygasiły jej. Jak dziecko pochłonięta była zawsze chwilą obecną.
Zarówno Sloan, jak i panna Paterson zauwaŜyli, Ŝe zaledwie weszła, spojrzała uwaŜnie na
kwiaty w kościele, a potem wyszła z ławki i wepchnęła z powrotem na miejsce jakąś niesforną
gałązkę zieleni. Cynthia sama nieźle umiała układać kwiaty i uwaŜała poprzednie ułoŜenie za duŜo
lepsze; Marjorie jednak uznała widocznie, Ŝe jej dekoracja jeszcze nie jest dość dobra, wepchnęła
więc kwiaty głębiej do wazonu i wróciła na swoje miejsce.
Sloan zauwaŜył równieŜ, Ŝe - nie licząc rodziny - wszyscy goście z nieszczęsnego
sobotniego przyjęcia zebrali się teraz w kościele. Policzył ich w myśli: powinno być osiem osób.
Profesor - widział go, gdy wchodził z doktorem i jego Ŝoną, to troje; państwo Marchmont, którzy
właśnie weszli - nie moŜna by jej przeoczyć - waŜy pewnie co najmniej 95 kilogramów - to pięć;
państwo Renville'owie - to naprawdę bardzo ładna kobieta - jeszcze nie wiedział, co o nich sądzić -
siedem; siedzieli obok tej ogrodniczki - panny Paterson - typowa małomiasteczkowa stara panna -
razem osiem.
Wszyscy spotkali się w Strontf ield Park w sobotę wieczór tuŜ przed ósmą. Bili Fent zmarł
prawie o północy. To były jedyne ustalenia czasu, jakimi dysponował inspektor. Zrobił, co w jego
mocy, Ŝeby wycisnąć jeszcze jakieś informacje od patologa. Miało to miejsce we wtorek. I nie było
wcale łatwe.
- Sloan, nie moŜna Ŝądać ode mnie, Ŝebym stwierdził na pewno - powiedział doktor Dabbe
ostroŜnie - kiedy zmarły zaŜył to, co zaŜył, dopóki nie wiemy dokładnie, co to było.
- Nic więcej, doktorze?
- Jeszcze nie. Kiedy będziemy wiedzieli dokładnie, co zaŜył...
- Lub co mu podano - rzeczowo podkreślił Sloan.
- Tak. To juŜ naturalnie panów sprawa - odrzekł patolog. - Z mojej strony...
- Tak, doktorze?
- Mogę co najwyŜej powiedzieć, Ŝe moim zdaniem zaŜył jakiś narkotyk i to
najprawdopodobniej późno wieczór, bo gdyby zaŜył to wcześniej, skutki objawiłyby się, zanim
wyruszył odwieźć staruszka do domu.
Sloan skinął głową.
- Jest jeszcze jeden wniosek, który moŜemy wyciągnąć, skoro juŜ jesteśmy przy tym,
inspektorze.
- No...
- śe gdyby substancja “X” miała właściwości emetyczne...
- Emetyczne?
- Wywołujące wymioty. - Doktor Dabbe uśmiechnął się. - Gdyby miała...
- Wówczas - skończył Sloan za niego - zmarły mógł ją zaŜyć dopiero po kolacji. Zgadzam
się z tym w pełni. Słyszeliśmy, Ŝe kolację zjadł normalnie.
- Słyszeliście? - zarechotał głośno doktor. - Ja wiem na pewno, Sloan. Widziałem.
Ten nieco przyziemny aspekt sprawy wprawił w zakłopotanie jeszcze jedną osobę.
Konstabl Crosby, siedzący obok Sloana, poruszył się. Butny, niewyrobiony, doprowadzał
stale do rozpaczy swoich kolegów: słusznie powiedział o Crosbym nadinspektor: nikt nie wziąłby
go za policjanta. Jego wyobraŜeniem “cywila” był staranny garnitur, a krawat, jaki wybrał na
pogrzeb, Sloan mógł określić jako zdecydowanie nieodpowiedni.
- Proszę pana - szeptał teraz - co zrobią później z tą resztą?
- Z czym...? - zapytał ponuro Sloan.
- Z tym, co wzięto do badania...
- Jeśli jest tam coś, co nie powinno być, będzie to potrzebne jako dowód i zakonserwowane.
- Na zawsze? Sloan westchnął.
- Myślę, Ŝe moŜemy to podarować Muzeum Okropności.
- A jeśli nie, to czy...
Sloan nigdy nie usłyszał, co Crosby proponował, a nagłe poruszenie słomianego kapelusza
Nellie Roberts zaoszczędziło mu konieczności zajęcia oficjalnego stanowiska w tej sprawie.
Muzyka organowa urwała się nagle i - idąc w ślad za Nellie - zebrani poderwali się na nogi.
Przez otwarte drzwi od strony cmentarza dochodziło skrzypienie nóg na Ŝwirze, a potem juŜ w
kruchcie kościoła silny głos obecnego proboszcza Św. Leonarda w Constance Parva, który
zaczynał egzekwie.
Rozdział III
Pierwsza wstała panna Paterson. Uprzedziła niebieski słomiany kapelusz Nellie Roberts, bo
podświadomie wsłuchiwała się w dzwonienie Fitcha. Przerwał je, kiedy orszak wchodził do
kościoła - jego zadanie było chwilowo wykonane.
Bili Fent odpowiadał teraz na wezwanie, wypisane na dzwonie: “Do grobu głos mój teŜ
woła”.
I ona, podobnie jak inspektor Sloan, zauwaŜyła, Ŝe wszyscy goście z przyjęcia w Strontfield
Park byli teraz w kościele. Później jednak myśli jej powędrowały w innym kierunku.
Stanęła jej przed oczyma postać KoleŜeństwa.
Ś
ciśle mówiąc postacie KoleŜeństwa i Radości.
KoleŜeństwo było postacią z innego utworu wczesnej literatury, w które jej ojciec zagłębiał
się, kiedy był stary -”Śmierć wzywa KaŜdego”. Utwór trafniejszy niŜ większość kazań, lecz zbyt
surowy dla współczesnych parafian, jak często twierdził idąc do kościoła, by wygłosić starannie
przygotowany popis erudycji na temat Hitytów.
Do kościoła przyszli dziś wszyscy - wszyscy goście z sobotniego wieczoru. Nie dziwiło jej
to. Spodziewała się, Ŝe zobaczy tu Renville'ów, Marchmontów, Washbych i profesora. W sztuce
KoleŜeństwo towarzyszyło KaŜdemu, gdy miał się zameldować Śmierci. Oni - ci goście - byli
sobotnim KoleŜeństwem i Radością na piątkowym pogrzebie - i takŜe pójdą z nim, ale nie do
końca.
Przypomniała sobie teraz, Ŝe KoleŜeństwo było pierwszym z towarzyszy KaŜdego, którzy
go opuścili w drodze.
Nawet Wiedza pozostała u jego boku nieco dłuŜej. Później Wiedza takŜe go opuściła...
Usłyszała, Ŝe grupa Ŝałobników zbliŜa się do kruchty kościoła.
Rodzina, Rozwaga, Piękno, Siła i Pięć Zmysłów, wszyscy pozostali przy alegorycznym
KaŜdym przez jakiś czas, a potem poszli - zostawiając go tylko z Dobrymi Uczynkami, aby
wspierały go w chwili oddania się Śmierci.
Rodzina - myślała nieskładnie - była jeszcze wciąŜ z Billem Fentem, zostanie z nim jeszcze
chwilę. Pójdą za trumną. W ten sposób znajdą się tu wszyscy z sobotniego przyjęcia.
Dwanaścioro. KoleŜeństwo. Rodzina i KaŜdy...
Zwróciła wzrok na drzwi i odnotowała krewnych Billa Fenta w kolejności, w jakiej
wchodzili do kościoła.
Helen Fent, wdowa po Billu, kobieta ciemnowłosa, zgnębiona, blada, lecz na zewnątrz
opanowana.
MoŜe zaŜyła przed pogrzebem jakiś środek uspokajający. Teraz nigdy nie wiadomo -
pomyślała Cynthia; ona sama uznawała co najwyŜej aspirynę - nic silniejszego.
Helen podtrzymywał Quentin Fent, kuzyn Billa.
Za nimi szła Annabel Pollock, takŜe kuzynka; wyglądała, jakby była myślami gdzie indziej.
Opierała się cięŜko na ramieniu jakiegoś starszego męŜczyzny. Wujek ze strony matki - pomyślała
Cynthia.
Za nimi, jak to zwykle bywa, postępowała grupka dalekich krewnych, którzy ściągnęli na
pogrzeb i przez chwilę czuli się waŜni z tego powodu, Ogromne doświadczenie Cynthii
podpowiedziało jej, Ŝe przyjechali oni do Constance Parva tylko na pogrzeb i Ŝe o, jadą zaraz po
odczytaniu testamentu.
Inspektora Sloana niepokoiło przypuszczenie, Ŝe tego dnia zostanie odczytany testament
Billa Fenta.
- Nie pojmuję, dlaczego miałby to być powód do niepokoju - powiedział z rozdraŜnieniem
nadinspektor Leeyes.
- Jeśli ktoś zdecydował się go zabić - zaprotestował Sloan - moŜe skorzystać z jego śmierci,
zanim go zdołamy powstrzymać.
- Niech pan nie przesadza, Sloan, niech pan będzie rozsądny - powiedział Leeyes. - Nawet
gdybyśmy przekazali całą sprawę Crosby'emu, od czego niech nas Bóg broni - dodał pośpiesznie i
wzniósł błagalnie oczy ku niebu -twierdzę, Ŝe nawet on rozwiązałby ją, zanim jakikolwiek znany
nam prawnik rozwikłałby sprawę majątku Fenta -lub zresztą kogokolwiek innego.
- MoŜe, ale...
- PrzecieŜ my teŜ chcemy wiedzieć, co jest w tym testamencie, prawda? Własność moŜe
być obciąŜona duŜą hipoteką, zastawami i tym podobnie. śe juŜ nie wspomnę -dodał Leeyes
zapalając się do tematu - o róŜnych bękartach i innych ewentualnościach.
- Zmarł i nikt nigdy nie nazywał go ojcem? - poddał Sloan z ironią.
- Ludzie mówią w testamentach to, co naprawdę mają na myśli - oświadczył nadinspektor. -
Chyba tylko ten jeden jedyny raz.
- Nawet, jeśli tak by było...
- Dyskretne zasięgnięcie informacji, tylko to moŜemy zrobić, Sloan, o ile wszystko jest w
porządku lub jeśli wystraszyliśmy podejrzanych. Nie moŜemy dopuścić, aby wszyscy się
zorientowali, jakie mamy wątpliwości.
- Nie moŜemy.
- A jeślibyśmy wstrzymali odczytanie testamentu, doradcy prawni Fenta wszczęliby piekło,
powołując się na przepisy, na prawo, na lewo i w środku.
- Tak, proszę pana. - W chwilach zadumy inspektor Sloan lubił uwaŜać się za podporę
prawa, ale teraz nie był odpowiedni moment, Ŝeby to powiedzieć.
- Jest jeszcze jedna rzecz, Sloan.
- Tak?
- Gdyby prasa dowiedziała się o tym zbyt wcześnie...
Sloan skinął głową. Nie musiał nic mówić. Jeśli była jakaś dziedzina na świecie, w której
zgadzał się całkowicie z nadinspektorem Leeyesem, była to właśnie prasa.
- ... to cała sprawa - ciągnął dalej jego zwierzchnik -zostałaby szeroko rozgłoszona.
- Jeśli jest jakaś sprawa - przypomniał mu Sloan.
- Jeśli jest jakaś sprawa. A jeśli jej nie ma, to co mamy robić?
- Wpakowaliśmy się w kłopoty - zgodził się zgryźliwie Sloan. - Po samą szyję.
Nadinspektor wskazał palcem sprawozdanie na biurku.
- “Zmarł wskutek pęknięcia aorty...”, nie ma co do tego Ŝadnej wątpliwości. W tym cały
kłopot.
- Znaleziono szkodliwą substancję - powiedział Sloan. - Tak przynajmniej stwierdził doktor
Dabbe... - Tu przerwał. - Tak sądzę.
Leeyes Ŝachnął się. - DuŜo nam pomoŜe nasz przyjaciel, patolog. Aha, jeszcze raz
pociągnąłem go za język.
- O?
- Nie uwierzy pan, Sloan.
- Naprawdę?
- Okazuje się, Ŝe trucizna jest jak uroda - powiedział nadinspektor ze złością. Sloan czekał.
- ZaleŜy od patrzącego - warknął Leeyes.
- NiemoŜliwe.
- Tak powiedział. Sposób działania trucizny nie ma nic wspólnego z prawem. Ani wynik
zatrucia. Wszystko polega na intencji osoby, która ją podaje.
- A więc nawet gdyby to, co tam było, nie zaszkodziło mu, lecz gdyby podający miał taki
zamiar, wówczas byłoby to podstawą oskarŜenia.
- Tak właśnie jest.
Sloan zastanawiał się nad tym przez chwilę w milczeniu.
Nadinspektor wskazał na telefon na swoim biurku. -Próbowałem przed kilkoma minutami
raz jeszcze do niego zadzwonić, ale nie ma go w szpitalu. Przypuszczam, Ŝe wyszedł poszukać
włosa, który mógłby podzielić na czworo.
Sloan wciąŜ jednak myślał o Billu Fencie. - Wyjaśnijmy to sobie, szefie. Umarł na skutek
@obraŜeń poniesionych w wypadku samochodowym.
- Słusznie.
- Obecnie sprawdzamy, czy przedtem ktoś nie próbował go zabić.
- Świetnie to pan zrozumiał.
- Co byłoby usiłowaniem morderstwa.
- Słusznie - zgodził się nadinspektor. - Lub morderstwem i kropka.
- Jak to?
- Jeśli wypadek był następstwem trucizny.
- Prawnikom będzie to odpowiadało, prawda?
- Mniejsza o prawników - mruknął Leeyes. - Doskonale umieją sobie radzić. Ale co z nami?
- Jak najbardziej się z tym zgadzam -powiedział Sloan Ŝarliwie. - Chciałbym mieć
wyłącznie zwykłe przypadki uduszenia. Wtedy wiadomo przynajmniej, na czym się stoi.
W toku prowadzonych osobiście dochodzeń Sloan przeprowadził juŜ rozmowę z
profesorem Berry, który nie powiedział mu nic nowego; odwiedził takŜe doktora Washby w domu i
w gabinecie przyjęć.
- On wciąŜ jeszcze mieszka nad gabinetem - zauwaŜył Crosby, kiedy ich wóz wjechał do
miasteczka. -Jak wielu prowincjonalnych lekarzy.
- Dobrze. - Sloan spojrzał z aprobatą na przyjemny, gregoriański dom w środku High Street
w Constance Parva. - A zatem prawdopodobne, Ŝe go zastaniemy.
- Pani Washby? - zwrócił się Crosby do miłej młodej kobiety, która otwarła drzwi. -
Chcieliśmy...
- Jestem sekretarką - rzuciła dziewczyna lakonicznie. -MoŜe zechcą panowie tu zaczekać.
Kiedy wyszła, Sloan spojrzał w sufit i powiedział w przestrzeń: - Kiedy zacząłem pracę w
policji, ostrzeŜono mnie, abym nigdy nie podawał ręki lokajowi.
Przystojna osóbka znów się pojawiła.
- Doktor właśnie kończy swoje popołudniowe przyjęcia. Zaraz panów przyjmie. Proszę
tędy.
- Tylko kilka słów, panie doktorze, jeśli pan pozwoli -zaczął Sloan swobodnie. ZauwaŜył,
Ŝ
e sekretarka wychodziła z pokoju bez pośpiechu. - Rozmawiałem juŜ z profesorem Berry,
poniewaŜ nasz Wydział Ruchu prosił o sprawdzenie kilku szczegółów w związku z sobotnim
nieszczęśliwym wypadkiem.
- Rozumiem. - Doktor Washby poruszył energicznie głową. Był wprawdzie lekarzem
prowincjonalnym, lecz nie było w nim nic z wiejskiego lekarza. Jego garnitur pochodził z
Londynu, a w jego sposobie bycia nie widać było cech małomiasteczkowych.
- Czy zmarły był zupełnie zdrowy...? - spytał Sloan.
- O ile mi wiadomo, nic mu nie brakowało - wyjaśnił Washby. Przysunął do siebie
terminarz. - Czy będę potrzebny na przesłuchaniu?
- Nie sądzę, doktorze, nie w tym stadium. Ale był pan jego domowym lekarzem?
- Tak. - Doktor przeciągnął ręką po włosach. - To znaczy, odkąd tu jestem. A przed tym był
nim doktor Whittaker, mój poprzednik.
- Wzrok?
- Nie przypominam sobie, Ŝebym mu kiedykolwiek badał. - Washby zmarszczył brwi. - Ale
nigdy się na oczy nie skarŜył i był znakomitym strzelcem.
- A moŜe jakieś nagłe zawroty głowy - albo coś w tym rodzaju?
Doktor wzruszył ramionami. - O tym takŜe nic mi nie wiadomo. Tego rodzaju objawy
mogłyby jednak wytłumaczyć wypadek. Dostaje się naturalnie zawrotu głowy takŜe ze zwykłej
niestrawności. Nie musi to być nic powaŜnego. -Skrzywił się, ściągając wargi. - O BoŜe,
inspektorze, tak bardzo Ŝałuję, Ŝe sam nie odwiozłem starego Berry do domu w sobotę wieczorem -
wówczas to wszystko moŜe by się nie zdarzyło.
- Niemniej - zauwaŜył Sloan - mogłoby się mimo wszystko zdarzyć.
- Co? Jak? - Washby znów spojrzał spod oka. - Zawsze biorę zakręt Tappefs Corner w
ś
limaczym tempie. Byłem juŜ przy zbyt wielu wypadkach w tym miejscu. Paskudny odcinek drogi.
NaleŜałoby koniecznie coś z tym zrobić.
- Myślałem o tym drugim kierowcy - wyjaśnił Sloan.
- Zapomniałem o nim - przyznał natychmiast doktor. -Tak. On mógłby mnie takŜe
porządnie stuknąć. Właściwie nas. Była ze mną Ŝona. Mogła to być równie dobrze całkowicie jego
wina. Prawdopodobnie była. Fent był dobrym kierowcą.
- Zawsze trudno jest ustalić winnego - zauwaŜył sentencjonalnie Sloan.
- Zwłaszcza gdy jeden kierowca nie Ŝyje...
- Zwłaszcza gdy nie wchodzą w grę Ŝadne skrzyŜowania - powiedział spokojnie Sloan.
Zaskakujące było, jak wiele kłopotów inspektora Harpe'a miało reperkusje w innych działach
policji.
Washby skinął głową. - Właśnie. A wyjaśnienie tego nie przywróci Ŝycia Fentowi.
- Nie. - Sloan urwał. - Zastanawialiśmy się, doktorze, czy nie miał jakiegoś zmartwienia -
czegoś, co mogłoby
3 - Lekka Ŝałoba zakłócić jego koncentrację. Na ogół stwierdzamy, Ŝe większość
kierowców, którzy mają wypadki drogowe, ma jakieś kłopoty. - To było takŜe credo drogowe
Szczęśliwego Harry'ego.
Lekarz wydął wargi. - Nie wydaje mi się. W kaŜdym razie nie wiem o niczym takim. Był
naturalnie ten projekt rozbudowy, ale...
- Jaki projekt rozbudowy?
- To jeszcze nie zostało zrealizowane. Sądzę jednak, Ŝe będzie. Zeszłego roku załoŜono w
mieście główną sieć kanalizacyjną wbrew opinii panny Paterson i innych starych mieszkańców,
którzy nie mogli się z tym pogodzić. Zaraz po tym towarzystwa nieruchomości zaczęły penetrować
w okolicy. - Uśmiech przemknął mu po twarzy. -Szczury kanałowe, jak nazwała ich Cynthia
Paterson i jej przyjaciele.
- I co?
- Chcieli wykupić część gruntów Billa Fenta. Są to prawie jedyne grunta w okolicy, na jakie
ci z planowania daliby zezwolenie, bo połoŜone są blisko centrum miasta. W obrębie
zainteresowania miasta, jak to ktoś określił -cokolwiek to znaczy. - Washby skrzywił się. - Fent nie
mógł ich sprzedać z powodu jakiegoś majoratu na majątku czy czegoś podobnego, a przedsiębiorcy
nieruchomości nie chcieli wziąć w dzierŜawę. Nie opłaca się to teraz, jak przypuszczam, a oni nie
są głupi.
- Nie bardzo rozumiem, co...?
- Bili próbował zdobyć pieniądze, aby samemu zrealizować ten plan. Wspominał mi o tym.
Zdaje mi się, Ŝe martwiło go to trochę. Był przecieŜ obarczony tą duŜą posiadłością, musiał ją
utrzymywać, a niewiele mógł z tym zrobić.
- Czy przepisał mu pan coś na uspokojenie?
- Nie pamiętam. - Doktor spojrzał na Sloana pytająco, podnosząc brwi. - Mogę jednak
sprawdzić.
- Gdyby pan zechciał.
Washby przycisnął przełącznik i pochylił się mówiąc do swojego rodzaju skrzynki
komunikacyjnej: - Jean, proszę mi przynieść kartę pana Fenta. Oto jest. Nie, nic tam nie ma,
inspektorze. Nic mu nie zapisałem na uspokojenie.
- A co z jego Ŝoną?
Washby zawahał się. - Nie umiem nic powiedzieć. Pani Fent nie jest moją pacjentką. Zdaje
mi się, Ŝe chodzi do jakiejś lekarki w Berebury, ale musiałby ją pan sam o to zapytać.
Sloan kiwnął głową z zadowoleniem. - To będzie, jak przypuszczam, nasza pani doktor
Harriet Baird. DuŜo pań do niej chodzi.
Cynthia Paterson zajęła się znów najwaŜniejszymi Ŝałobnikami - tymi, którzy zostaną,
kiedy dalsi krewni juŜ odejdą.
Helen Fent, wdowa, Annabel Pollock, kuzynka, i Quentin Fent, kuzyn. Razem ze zmarłym
Billem Fentem było w sobotę wieczór dwanaście osób.
O mały włos nie było o jedną osobę więcej. Cynthia była bardzo punktualna tego wieczoru -
przyszła nawet jako pierwsza.
- Wiem, Ŝe zjawiłam się za wcześnie - tłumaczyła się przed Billem, gdy otworzył drzwi. -
Tak to bywa z rowerami.
- Są wciąŜ szybsze od motoru spalinowego - zgodził się Fent z powagą. - Proszę wejść.
Mamy jeszcze jednego gościa. Pan Peter Miller. Rozmawiałem z nim właśnie o granicy między
naszymi posiadłościami.
- Dobry wieczór, panno Paterson - przywitał ją farmer.
- O, przeszkadzam panom - powiedziała zmieszana.
- Właśnie wychodziłem - zapewnił ją Miller wychylająć resztkę ze swej szklanki. -
NieprawdaŜ? - zwrócił się do gospodarza.
- A zatem - reasumował Bili Fent z powagą - uzgodniliśmy, Ŝe zaraz w poniedziałek rano
wezmę kilka pali od Grega Fitcha i zrobi się coś z tym ogrodzeniem.
- Dobrze. Moje rasowe krowy na pewno tak samo szkodzą pana krzewom jak pana krzewy
moim krowom.
- To prawda - zgodził się Bili.
- Dobre parkany - to dobrzy sąsiedzi - dodał Miller sentencjonalnie.
- Dopóki nie chce się wytyczać granic na nowo - wtrąciła z oŜywieniem panna Paterson,
gdyŜ wyczuła jakieś podskórne napięcie. Dwaj męŜczyźni stojący twarzą w twarz byli do siebie
dziwnie podobni w swym hamowanym gniewie. Jak dwa koguty juŜ w pozycji bojowej, lecz
wstrzymujące się jeszcze od walki. - Słyszałam, Ŝe mały Tom Pennyfeather ma jeszcze mnóstwo
siniaków.
MęŜczyźni roześmieli się i napięcie minęło.
- Naprawdę nie chce pan zostać na kolacji? - zapytał Bili Fent, gdy dzwonek przy drzwiach
znów zadzwonił.
- Naprawdę nie, dziękuję bardzo - Miller odstawił swoją szklankę, w której lód jeszcze nie
stopniał. - Muszę juŜ iść. Nie miałem zamiaru zawracać panu głowy w sobotni wieczór - dodał
burkliwie.
- Myślę, Ŝe nawet takie rasowe krowy jak pana nie rozróŜniają dni tygodnia - zaŜartował juŜ
całkowicie opanowany Fent.
Miller uśmiechnął się szeroko. - Jeszcze nie. Choć są naprawdę przemiłe.
- Dobrze, Ŝe nie został - powiedział Bili, gdy młody farmer odszedł. - Byłoby nas
trzynaścioro przy stole. Helen byłaby niezadowolona.
- Zapewne.
- To przynosi pecha.
- Z powodu Judasza - powiedziała Cynthia.
- Ja sam nie jestem przesądny. x
- Oczywiście Ŝe nie - przytaknęła panna Paterson. - Po prostu nie chciałby pan, aby było
trzynaście osób przy stole. -•
- Pani sobie ze mnie Ŝartuje. - Zatrzymał się idąc do drzwi. - Ach, proszę, niech pani nie
zapomni powiedzieć Annabel, Ŝe podoba się pani jej dekoracja kwiatowa. Bardzo jej zaleŜy na pani
zdaniu... spędziła przy tych kwiatach cały dzień, podczas kiedy Helen przygotowywała jedzenie.
Milly Pennyfeather przyjdzie zmyć naczynia.
Ale Cynthia wcale nie lubiła dekoracji kwiatowych Annabel Połlock. Jej niechęć nie miała
jednak nic wspólnego z samym ułoŜeniem kwiatów. Annabel miała artystyczną duszę, znała się na
kolorach i rysunku, a jej dekoracje kwiatowe oglądało się zawsze z przyjemnością.
Cynthii nie odpowiadały kolory. Czerwień i biel. śadna pielęgniarka nie wstawiłaby ich
razem do wazonu pacjenta na swojej sali, gdyby to od niej zaleŜało. Razem z innymi kolorami tak,
ale nie tylko te dwa. Czerwień oznacza krew, biel jest symbolem śmierci.
Pechowe. Annabel była pielęgniarką, powinna to wiedzieć.
Trumna Billa Fenta dotarła teraz do stopni prezbiterium.
- , ,Nie przynieśliśmy z sobą nic na ten świat - zaintonował według anglikańskiego
obrządku proboszcz Constance Parva - i na pewno nic nie zabierzemy”.
Peter Miller mógł równie dobrze zostać w Strontfield Park w sobotę wieczór, choć byłby
trzynasty - pomyślała panna Paterson. Billa Fenta nie mogło spotkać większe nieszczęście, niŜ go
spotkało.
Rozdział IV
Sloan wiedział, dlaczego Crosby w czasie pogrzebu myślał wciąŜ o anatomii zmarłego.
Zaczęło się to podczas odwiedzin u patologa. W środę po południu.
- Niech pan wejdzie, Sloan, niech pan wejdzie! - zawołał wesoło doktor Dabbe, kiedy
policjanci zapukali do drzwi szpitalnego laboratorium. - Witam w naszym miejscu pracy. To
konstabl Crosby towarzyszy panu? Twarz wydawała mi się znajoma. Wejdź, chłopcze. Będzie to
dla ciebie bardzo interesujące a zarazem pouczające doświadczenie. - Machnął ręką. - A to,
panowie, doktor Writtle z Wydziału Spraw Wewnętrznych. Jest analitykiem.
Czwarty męŜczyzna w laboratorium skłonił się sztywno policjantom.
- Powinienem, zdaje się, pamiętać, aby nazywać pana chemikiem-analitykiem, co, Writtle?
- zapytał Dabbe.
- Nie jestem przecieŜ specjalistą od analizy rynku papierów wartościowych.
Patolog uśmiechnął się chytrze. - Ani teŜ psychoanalitykiem.
- Broń BoŜe - z przekonaniem zaprzeczył Writtle. -Lubię wiedzieć, co robię.
- Wszyscy tak mówimy - zawtórował Dabbe. - To, co teraz robimy, jest bardzo
interesujące... ale, Sloan, dlaczego taka ponura mina?
- Nie lubię interesujących przypadków, doktorze - wyjaśnił lakonicznie Sloan. - W
przypadkach, które wy nazywacie interesującymi, zawsze jest bardzo duŜo pracy.
- Słyszysz, Writtle? - wykrzyknął patolog. - Dobrze, Ŝe nie potrafię się zbytnio przejmować.
- Powinieneś spróbować, jak to jest w urzędach, Dabbe - powiedział analityk jowialnie. -
Nie moŜna się tam przejmować. Wytyka się tam nam wszystko. A Wydział Spraw Wewnętrznych
zawsze zbiera to, czego nie moŜna przypisać komuś innemu.
- W kaŜdym razie, Sloan - odezwał się tym razem powaŜniej doktor Dabbe - mamy tutaj
nielichy problem, prawda, Writtle?
- Przyjemniutki - potwierdził rozsądnie Writtle. - Zaznaczam, inspektorze, Ŝe nie
mielibyśmy wcale problemu, gdyby ten oto doktor Dabbe nie miał oczu szeroko otwartych.
Zapewniam pana, Ŝe nie kaŜdy patolog okręgowy wykryłby to, co on w-sekcji po zwykłym
wypadku drogowym.
- No, no, Writtle - zaprotestował doktor Dabbe z naleŜytą skromnością - kaŜdy zauwaŜyłby
te krwinkotoki podosierdziowe.
- A co wobec tego z ustaniem dopływu powietrza do płuc? - odparł Writtle. - Podobnie jak
wyniki dotyczące migotania komór.
- To prawda.
- Jestem przekonany, Ŝe dziewięciu patologów na dziesięciu przypisałoby to pierwotnemu
niedokrwieniu mięśnia sercowego.
- AleŜ nie.
- Zwłaszcza jeśli istniało zwęŜenie naczyń wieńcowych...
Sloan zakaszlał. - Panowie...
- I to - dorzucił z uznaniem Writtle - zanim pan dotarł w pobliŜe Ŝołądka.
- Musi się pan zgodzić - zaznaczył patolog - Ŝe był trochę za młody na taką niedomogę
serca.
- Właśnie! - przyznał Writtle. - To mam na myśli. Nie kaŜdy pamiętałby, Ŝe u młodych
aorta moŜe być zwęŜona z minimalnymi zmianami miaŜdŜycowymi.
Sloan wygładził kartki swojego notesu.
- Panowie - odezwał się ponownie, tym razem głośniej - czy moglibyśmy zacząć od
początku...
Obydwaj męŜczyźni odwrócili się ku niemu.
- śołądek - powiedział szybko patolog.
- Źródło wszystkich zaburzeń - wtrącił Writtle.
- Oto Ŝołądek. - Doktor Dabbe wyciągnął duŜy, szczelnie zamknięty słój i pchnął go po
stole laboratoryjnym w kierunku Sloana i Crosby'ego. - Zwany inaczej dowodem rzeczowym A.
Sloan rzucił szybkie spojrzenie na słój, po czym odwrócił wzrok.
Crosby otworzył szeroko oczy i ślubował sobie, Ŝe juŜ nigdy nie będzie jadł flaczków.
Nigdy.
- Napięcie ścian Ŝołądka wydaje mi się wyraźnie zmniejszone - powiedział Dabbe. - Co pan
o tym sądzi, Writtle?
- Wyraźnie. - Analityk wskazał kościstym palcem zawartość słoja. - Nie ma jednak Ŝadnego
podraŜnienia błony śluzowej dwunastnicy. Wszystko na to wskazuje...
- Właśnie - przerwał patolog.
- śołądek... - zaczął Sloan zabierając się do pisania.
- Och, Sloan, naprawdę to interesująca jest wątroba -powiedział doktor Dabbe.
Jakby wywołany czarodziejską sztuczką pojawił się drugi słoik i przemknął po stole.
Widniała na nim etykietka B. Zatrzymał się tuŜ przed Crosbym. Crosby przełknął dość głośno,
bąkając coś o wegetarianizmie.
- Dobrze, a zatem wątroba - westchnął Sloan, notując to z kolei.
- Interesujące w wątrobie jest to - zaczął doktor Dabbe tonem zachęty - Ŝe... co to,
inspektorze, pana pomocnik jakoś dziwnie zzieleniał... czy dobrze się czujesz, chłopcze? Hola,
Writtle, proszę go podtrzymać, Ŝeby nie upadł. Posadźcie go na krześle. MoŜe lepiej włoŜyć mu
głowę między kolana? - zapytał z niepokojem. - Wiecie, od
trzydziestu lat nie miałem Ŝadnego Ŝywego pacjenta... nigdy ich nie lubiłem, bo czasem
niegrzecznie odpowiadali. Ciekawe, co go przyprawiło o mdłości. - Patolog rozejrzał się po
laboratorium szpitalnym, które od podłogi do sufitu wypełnione było makabrycznymi okazami, nie
zauwaŜył nic szczególnego i spojrzał raz jeszcze na Crosby'e-go. - Co, juŜ lepiej? Dobrze A zatem,
Sloan, na czym to ja skończyłem?
- Doszliśmy do tego, Ŝe wątroba była interesująca -podpowiedział mu spokojnie Sloan.
Starał się nie patrzeć na Crosby'ego. Tamten kręcił się niespokojnie na krześle z głową między
kolanami, nie była to pozycja odpowiednia dla policjanta odkomenderowanego do pomocy w
ś
ledztwie dotyczącym sprawy powaŜniejszej niŜ zagubiona pompka do roweru. Sloan - policjant z
krwi i kości - odwrócił się od tego niezbyt budującego widoku.
- Tak, wątroba była rzeczywiście interesująca - kontynuował doktor Dabbe. - Bardzo
interesująca.
- W jakim sensie, doktorze?
- Wątroba zawierała więcej... e... obcej substancji, niŜ było jej w krwi obwodowej -
wyjaśnił patolog - przy czym równocześnie... niech pan pamięta, Sloan... trochę tej substancji,
cokolwiek to było, znajdowało się jeszcze w Ŝołądku.
- Rozumiem, doktorze - powiedział Sloan - a to znaczy...
Tym razem analityk z Wydziału Spraw Wewnętrznych odpowiedział na jego pytanie. -
Sytuacja taka oznacza, inspektorze, Ŝe śmierć nastąpiła przed całkowitym wchłonięciem substancji
i niezbyt długo po jej zaŜyciu.
- A gdyby śmierć nie nastąpiła wówczas - spytał Sloan - to kiedy powinna była nastąpić -
jeśliby w ogóle do tego doszło?
- Przypuszczaliśmy, Ŝe będzie pan chciał wiedzieć, kiedy - powiedzieli dwaj naukowcy
unisono.
- Pracowaliśmy trochę nad tym - dodał doktor Dabbe.
- Ale jeszcze nie wiemy wszystkiego - wyjaśnił doktor Writtle.
- Tyle, Ŝeby móc powiedzieć... - zaczął Dabbe.
- Jedynie w przybliŜeniu, zaznaczam - wtrącił ostroŜnie doktor Writtle.
- Doprawdy? - szepnął cicho inspektor. Zrobił wszystko, aby zabrzmiało to zachęcająco.
Jeśli pójdzie dalej w tym tempie, to spędzą całą noc w laboratorium, na co miał równie mało
ochoty, co Crosby.
Patolog obracał ołówek w palcach. - Przyjmując, Ŝe nie wezwano by pomocy lekarskiej lub,
Ŝ
e nie byłaby dostępna...
- Sądzę, Ŝe moŜemy to przyjąć, doktorze - rzekł Sloan.
- I Ŝe Ŝadne zabiegi lecznicze nie zostałyby podjęte...
- Tak?
- Sądzę, Ŝe nasz obiekt zmarłby...
Inspektor podniósł wzrok. Zapomniał, Ŝe doktorzy, będąc patologami sądowymi, nie mieli
pacjentów, tylko obiekty.
- Sobotniej nocy - ciągnął Dabbe. - Co pan myśli, Writtle?
Writtle pogładził swą brodę. - Naturalnie, jestem tylko analitykiem, ale powiedzmy, gdzieś
między trzecią a piątą nad ranem...
- A więc ma pan, Sloan - powiedział wspaniałomyślnie doktor Dabbe. - W środku nocy.
Czego pan jeszcze chce?
Proboszcz, obserwując najwaŜniejszych Ŝałobników, rozpoczął teraz - jak przystało -
krótkie wyliczenie zasług zmarłego. Panna Paterson nie słuchała zbyt uwaŜnie poŜegnalnych
hołdów duchownego. Słyszała juŜ to wszystko przedtem. Poza tym, myślała o czymś innym. Nie
była jednak na tyle zaabsorbowana, aby nie zauwaŜyć, Ŝe
Ursula Renville płacze od kilku minut, a młoda Ŝona doktora Washby bliska jest juŜ łez.
Cynthii - o dziwo -sprawiło to przyjemność - niedobrze jest, jeśli lekarz w małym miasteczku ma
nieczułą Ŝonę.
Jak moŜna było przewidzieć, oczy pani Marchmońt zostały suche. Cynthia wiedziała, Ŝe
Marjorie nie zapłacze, choć znała Billa Fenta chyba lepiej niŜ ktokolwiek inny. I nigdy nie będzie
płakała. Nie była osobą manifestującą swoje wzruszenia. Cynthia równieŜ nie miała skłonności do
łez. NiezamęŜne kobiety nie płaczą. Odkryła to juŜ dawno. Kiedy stwierdziła, Ŝe nie ma nikogo,
kto by pocieszał ją w płaczu... Ponadto jako córka proboszcza, była bardziej oswojona ze śmiercią -
a moŜe jako ogrodniczka zdawała sobie sprawę, Ŝe wszystko, co Ŝyje, rośnie i kwitnie, kończy
ś
miercią.
Proboszcz doszedł teraz do ostatniej modlitwy i karawaniarze wysunęli się do przodu... ta
zmiana takŜe nastąpiła z czasem - pomyślała Cynthia. - Był okres, kiedy trumnę nieśli ludzie bliscy
zmarłemu - towarzysze pracy, pracownicy, przyjaciele, krewni - tak zwana ostatnia posługa.
Zwyczaj ten zaginął podobnie jak podzwonne. Ludzie, którzy teraz wystąpili, byli obcy dla niej i na
pewno takŜe dla rodziny Fenta. PodłoŜyli ramiona pod dębową trumnę, obrócili się niepewnie i
zaczęli kroczyć z powrotem wzdłuŜ prezbiterium.
Rodzina postępowała za nimi.
Kiedy odwróciła oczy od tej smutnej procesji, zastanowiła się, dlaczego to robi. Co za
prymitywne uczucie nie pozwala człowiekowi patrzeć na smutek i strach, choć bez zmieszania
obserwuje radość i gniew. Myśl ta błąkała się jej po głowie, podczas gdy starała się zatrzymać
wzrok na pulpicie - na rzeźbach ołtarza - na kaplicy Matki Boskiej, byle tylko nie uchwycić wzroku
Helen Fent. Przeciwieństwa - rozmyślała uparcie - zawsze są intrygujące. Ojciec jej miał raz
kazanie o alegorycznych postaciach wyobraŜających cnoty i grzechy na fresku Giotta w kaplicy w
Padwie. Wyliczała je sobie, kiedy najpierw trumna, potem Ŝałobnicy przeszli obok jej ławki.
Sprawiedliwość i Niesprawiedliwość; Nadzieja i Rozpacz; Wstrzemięźliwość i Gniew;
Roztropność i Głupota; Wiara i BezboŜność; Miłość i Nienawiść. Te dwa ostatnie były tematem
doskonałego kazania wielebnego Wilfryda Patersona.
Ostatni z rodziny zniknęli z oczu i w kościele zrobiło się nieco swobodniej.
Pani Washby udało się teraz zapanować nad płaczem. Ursula Renville załkała po raz
ostatni, a Marjorie March-mont znów zmieniła zdanie o kwiatach. Wyszła z ławki i jeszcze raz je
poprawiła.
Z męŜczyzn, profesor Berry robił wraŜenie starego i smutnego, a Washby wyglądał jakby
lekko zniecierpliwiony. Cynthia pomyślała z pobłaŜliwością, Ŝe łączy się to z zawodem lekarza.
Daniel Marchmont - zawsze trudno było zauwaŜyć usuwającego się w cień Marchmonta -czekał,
aby jego Ŝona skończyła poprawianie kwiatów. Richard Renville, najbardziej taktowny z
męŜczyzn, obrócił się do Cynthii i rozmawiał z nią półgłosem, aby przez ten czas jego Ŝona mogła
wrócić do równowagi.
- Musiał to być właśnie zakręt Tappefs Corner - westchnął. - Bili znał to miejsce równie
dobrze, jak wszyscy tutaj. MoŜe nawet lepiej.
- To nieprzyjemny odcinek drogi, nawet na rowerze -powiedziała Cynthia. - Ja sama
niekiedy schodzę tam i idę pieszo.
- To był zawsze niedobry odcinek drogi - zadumał się Renville. - Mój dziadek wywrócił się
tam raz ze swoją bryczką, choć muszę przyznać, Ŝe wracał wtedy do domu z targu.
- Bili nie wracał do domu z targu - zauwaŜyła Cynthia.
- Wiem - Renville pojął natychmiast, o co jej chodzi. -I wcale się nie spieszył.
Rozumiałbym, gdyby to był jeden z młodych Pennyfeatherów w posklecanym starym gruchocie.
Ale nie Bili. Jeden z najlepszych kierowców po tej stronie Calleford.
- I jeden z najlepszych wozów - dodała wstrzemięźliwie
Cynthia.
- Co... ach, tak, naturalnie. Na pewno wszystko było w porządku.
- Więc moŜe ten drugi kierowca... - rzuciła.
Renville potrząsnął głową. - Nie wygląda mi na to. Chłop po trzydziestce. śonaty, dwoje
dzieci. ZrównowaŜony człowiek, jak słyszałem. - Renville był człowiekiem, który zawsze potrafił
zebrać wszelkie dostępne informacje. Pewnym ludziom zawsze się to udaje.
- To było combi - Cynthia sama gdzieś to usłyszała. -śaden wóz sportowy ani nic w tym
rodzaju.
Renville omal nie zachichotał. - UwaŜa pani, Ŝe samochód często świadczy p człowieku?
- CzyŜ nie?
- MoŜe - zgodził się szeptem (jak przystało z tej okazji). - Pora juŜ, Ŝebyśmy wymienili nasz
wóz, a Ŝadne z nas nie chce. Para zacofańców, ci Renville'owie z Constance Par-va. - Wsunął rękę
pod ramię Ŝony, kiedy skierowała się w stronę przejścia. - Prawda, najdroŜsza?
Ursula Renville skinęła głową.
Panna Paterson zaczekała chwilę, a potem i ona wyszła z ławki. Stwierdziła, Ŝe stoi miedzy
młodym farmerem, Peterem Millerem, i Herbertem Kelwayem.
- To smutny dzień dla Constance Parva - rzekł sklepikarz. - Nie ma zbyt wielu takich jak
nasz pan Fent.
- Na pewno nie mógłbym mieć lepszego sąsiada - dodał Miller z emfazą, która, jak sądziła
Cynthia, była dla niej przeznaczona.
W odpowiedzi przypomniała sobie zdanie, którym posłuŜyła się juŜ na niejednym
pogrzebie. Było przydatne w tych niedogodnych momentach, kiedy wypadało mówić jedynie o
zmarłych - a powiedziano juŜ o nich wszystko, co się dało powiedzieć.
- Słońce zaszło dla niego, kiedy był jeszcze dzień -powiedziała półgłosem.
Wszyscy w kościele stali teraz i Crosby skorzystał ze swej pozycji na samym końcu
kościoła i ze swego wzrostu (znacznie przekraczającego minimalne wymagania policyjne), aby
przyjrzeć się reszcie Ŝałobników. Obserwował z tyłu ich głowy, kaŜdą z osobna, tak uwaŜnie, Ŝe
zirytowany Sloan szepnął mu: - CzyŜby miał pan na drugie imię Lombroso, Crosby?
- Nie - odpowiedział szeptem. - Edward. - Nastąpiła pauza. - Kto to jest Lombroso?
- Taki Włoch, który uwaŜał, Ŝe złych ludzi moŜna rozpoznać po kształcie ich uszu.
- Aha. - Znowu pauza. Potem: - A moŜna?
- Nie wiem - westchnął Sloan. - Nie jest to takie proste.
ś
ałował, Ŝe nie towarzyszy mu dziś sierŜant Gelven zamiast Crosby'ego. Gelven był
policjantem do szpiku kości - moŜna by powiedzieć po odciski palców - i w dodatku energiczny,
odpowiedzialny i zaradny. I oczywiście, było to widoczne.
- Po raz pierwszy szukam przestępców na pogrzebie -Crosby znów zaczął szeptem
pogawędkę.
- MoŜe ich tu wcale nie ma - odparł Sloan, choć sam w to nie wierzył. Wszyscy, którzy
mieli coś wspólnego z przyjęciem u Fentów, byli obecni na pogrzebie, nawet właściciel sklepu
spoŜywczego, dostawca do Strontfield Park, i sąsiad-farmer, który przyszedł tam przed przyjęciem.
- Na pewno są, inspektorze - syknął z przekonaniem Crosby. - Zawsze rodzina lub
przyjaciele wykańczają człowieka...
Sloan chrząknął. Tak było rzeczywiście dziewięćdziesiąt razy na sto.
- ... i na pewno tu są - ciągnął dalej Crosby. - Na samym przodzie.
- Dobrze, dobrze. Przyrzekam, Ŝe zaczniemy od rodziny, jak zwykle. - Spojrzenie
inspektora powędrowało w kierunku ławek najbliŜszych trumny, a myśli jego nie odbiegały zbytnio
od myśli panny Paterson.
- OkaŜe się, Ŝe to ktoś najbliŜszy i najdroŜszy, mogę się załoŜyć, inspektorze - orzekł
Crosby z beztroską pewnością siebie, właściwą młodym ludziom.
- Zapamiętam to sobie - powiedział Sloan uroczyście. -Sto do jednego?
- Chyba Ŝe był to czysty przypadek - zastrzegł się szybko policjant.
- Nie ma czegoś takiego, jak czysty przypadek, Crosby -szepnął Sloan cicho, lecz
zdecydowanie - i im wcześniej pan to pojmie, tym lepiej.
Sloana nauczył tego inspektor Harpe z Wydziału Ruchu. Są tylko dwa rodzaje wypadków,
twierdził melancholijny Harpe, spędziwszy połowę Ŝycia na badaniach kaŜdego nieszczęśliwego
przypadku i wypadku w hrabstwie Cal-leshire. Szczęśliwy Harry zawsze twierdził, Ŝe zdarzają się
wypadki wskutek nieumiejętności albo takie, które musiały się zdarzyć - ale nigdy, nigdy nie ma
czystych przypadków.
- A zresztą, Crosby - dodał jeszcze Sloan na poparcie swego stwierdzenia - jakakolwiek
była ta szkodliwa substancja, którą zmarły połknął, nie zaszkodziła nikomu innemu, prawda?
- Nie, inspektorze. W kaŜdym razie nie słyszeliśmy o tym. - Od poniedziałku Crosby miał
zająć się Milly Pennyfeather, która w sobotę pomagała w kuchni w Strontfield Park, i sprawdzić
dyskretnie, czy u innych gości i rodziny pojawiły się jakieś niepokojące objawy.
Nie było takich objawów.
Po otrzymaniu sprawozdania patologa, równieŜ Sloan przeprowadził wiele dyskretnych
wywiadów. To, co dotychczas ustalił, absolutnie na nic się nie zdało.
Mowa pogrzebowa proboszcza takŜe niczego nie wniosła. Inspektor Sloan, podobnie jak
Cynthia Paterson, przebywał w tej okolicy zbyt długo, aby takie oracje robiły na nim jakieś
wraŜenie. Natomiast w przeciwieństwie do Cynthii pamiętał zawsze, Ŝe ten, kto je wygłasza, nie
mówi pod przysięgą. A duchowni to teŜ tylko ludzie. To jeszcze jedna prawda, do jakiej się
dochodziło po przeŜyciu roku lub więcej na szerokim świecie.
Sloan nie wiedział, jakie wraŜenie wywarły starannie dobrane słowa proboszcza na
siedzących w przedzie. Z pewnością wywołały one niepokój u jednego przynajmniej człowieka
siedzącego z tyłu: tego, który stał tuŜ obok. Dobrze się stało, Ŝe obaj policjanci znajdowali się na
samym końcu kościoła, bo chrapliwy szept Crosby'ego nie był dostatecznie cichy.
.- Jesteśmy jak para moskitów w kolonii nudystów, prawda, inspektorze? - syknął wesoło. -
Martwimy się, bo nie wiemy, od kogo zacząć.
Rozdział V
Tu właśnie nie masz racji, chłopcze - pomyślał Sloan, lecz nie wypowiedział tego na głos.
Jeśli chodzi o Sloana, to sprawa juŜ się zaczęła. Zaczęła się w laboratorium doktora Dabbe
w środę po południu. W tym dniu, kiedy był tam doktor Writtle i kiedy Crosby'e-mu zrobiło się
słabo: nic dziwnego, Ŝe wolał o tym zapomnieć.
- W środku nocy - powiedział patolog. - Czego pan jeszcze chce, Sloan?
W danym przypadku inspektor Sloan chciał więcej od bezstronnej nauki - duŜo więcej niŜ
stwierdzenie, kiedy nastąpiłaby śmierć Billa Fenta, gdyby nie było wypadku samochodowego.
- Przede wszystkim chciałbym wiedzieć dokładnie, co Fent zaŜył - nalegał - i w jakiej
postaci. - W tym momencie stwierdził z zadowoleniem, Ŝe Crosby powoli prostuje się na krześle i
odzyskuje świadomość.
- Tu mamy coś, inspektorze. - Doktor Writtle chwycił dwie mniejsze butelki i pchnął je po
stole laboratoryjnym w kierunku Ŝołądka i wątroby, które przyprawiły o mdłości Crosby'ego. - To
powinno nam powiedzieć, co spowodowało śmierć.
Obie butelki były z ciemnego szkła. Sloan zauwaŜył z ulgą, Ŝe zawierały tylko jakiś
proszek. Nawet Crosby będzie mógł chyba spojrzeć na nie spokojnie. - Jak je nazwiemy? Doktor
Dabbe uśmiechnął się. - Jak się panu podoba:
Gog i Magog? - zaproponował.
- Antymon i Kleopatra? - rzucił doktor Writtle z przebiegłym uśmiechem.
- To nie tak - sprostował Sloan - to znaczy nie nazywał się antymon.
- Niestety nie - powiedział z Ŝalem analityk. - Ale byłby dobry kalambur, gdyby tak było.
Nie, to, co znaleźliśmy, to jakiś barbituran...
- Ferdynand i Izabella - wtrącił doktor Dabbe, nie pozwalając sobie przerwać. - Jestem
pewien, Ŝe byli do siebie podobni.
- Paweł i Gaweł - zaproponował Crosby. Wróciły mu normalne kolory.
- Jeden z kwasowych barbituranów - powiedział doktor Writtle. - To znaczy Ŝadna sól
sodowa.
Sloan czekał na wyjaśnienia.
Analityk wskazał na obie butelki. - Te kryształki zostały wyekstrahowane mieszaniną eteru
i chloroformu. Jeśli sporządzimy roztwór wodny osadu jednej z nich...
- Gog - powiedział Dabbe.
- I następnie - ciągnął dalej Writtle - dodamy jedną kroplę odczynnika Miliona, otrzymamy
biały galaretowaty osad, co jest dowodem obecności barbituranu.
- Pozytywnym dowodem? - zapytał Sloan. Słowa “dowód” uŜywano zawsze bardzo
dowolnie.
- Będzie uznany przez sąd - zapewnił doktor Writtle -jeśli to miał pan na myśli. Zwłaszcza
razem z drugim...
- Magog - dopomógł doktor Dabbe.
- Kiedy osad z tej drugiej rozpuścimy w chloroformie - kontynuował analityk - i dodamy
jednoprocentowe-go roztworu octanu kobaltu, otrzymamy ciemnofiołkową barwę.
- “Rosa, co na fiołku gości - szepnął doktor Dabbe poetycznie - blasku oczom twym
zazdrości”. Sir Walter Scott, zapomniany poeta.
Crosby natychmiast się oŜywił. - “RóŜe są czerwone, niebieskie są bzy, cukier jest słodki
i...”
Pochwycił spojrzenie Sloana i głos mu zamarł.
- W jaki sposób barbituran został podany? - odwaŜył się zapytać Sloan.
Z Crosbym moŜe załatwić sprawę później i załatwi to, ale cóŜ moŜe zrobić zwykły
inspektor z patologiem sądowym o dziwnym poczuciu humoru?
- W jakiej postaci chemicznej, myśli pan? Prawdopodobnie w roztworze. - Sloan stwierdził
z zadowoleniem, Ŝe przynajmniej analityk z Wydziału Spraw Wewnętrznych nadal myślał o
sprawie. - Mogła to być bardzo łatwo rozpuszczalna pastylka bez osłony, ale nie sądzimy.
NajwaŜniejsze, Ŝe nie była to kapsułka.
- Szukaliśmy jej - dopowiedział Dabbe.
- Nie było Ŝadnego śladu kapsułki - wyjaśnił doktor Writtle. - Nigdzie w przewodzie
pokarmowym nie było Ŝelatyny.
- I nie mogła się zbyt daleko oddalić - dodał wesoło doktor Dabbe. - W tak krótkim czasie.
- A więc, panowie - powiedział Sloan. - Czas. Kiedy...
Doktor Writtle przerzucał jakieś papiery. - Nie jest wcale łatwo powiedzieć, zwłaszcza jeśli
substancja została podana w roztworze...
- I moŜe w czymś, co popijał bardzo powoli - wtrącił doktor Dabbe - od czasu do czasu -
powiedzmy w likierze -w ciągu pół godziny lub dłuŜej.
- Lecz gotowi jesteśmy posunąć się do tego, inspektorze , Ŝeby powiedzieć - dodał Writtle -
Ŝ
e nie zostało to... e... zaŜyte sporo przed ósmą lub o wiele później niŜ jedenasta.
Sloan zapisał to i zanotował numery laboratoryjne butelek, a następnie odwrócił kartkę
notesu.
- Ten barbituran, czy było go duŜo?
- Właściwe pytanie - stwierdził Dabbe.
- Dosyć, aby mieć pewność, Ŝe nie doczeka rana -odpowiedział doktor Writlle. - Dam panu
pełną analizę ilościową na piśmie.
- Dziękuję panu, doktorze - Sloan spoglądał to na jednego, to na drugiego. - Sądzę, Ŝe
powiedzieli mi, panowie, wszystko, co muszę wiedzieć na początek, z wyjątkiem jednej rzeczy...
- Co takiego?
- Czy zaŜył to sam, czy teŜ mu podano?
- Drugie właściwe pytanie - zauwaŜył doktor Dabbe. Writtle pogładził się po brodzie. - To
juŜ trudniej powiedzieć, inspektorze.
- W kaŜdym razie, to pana dziedzina, Sloan - rzucił doktor Dabbe złośliwie. - Nie nasza. My
jesteśmy tylko skromnymi wyrobnikami prawa, nieprawda, Writtle, od wykonywania cięŜszych
prac w śledztwie i procesie.
- I - kontynuował lakonicznie Sloan, nie dając się odwieść od tematu - czy jeśli zaŜył to
sani, zrobił to celowo czy przez pomyłkę.
- Ach - westchnął doktor Writtle w zamyśleniu.
- Albo raczej, gdy juŜ jesteśmy przy tym, panowie, czy ktoś podał mu to przez pomyłkę.
- Tego równieŜ nie wiemy, prawda, doktorze - powiedział doktor Writtle.
Patolog spojrzał na inspektora wzrokiem pełnym słodkiej niewinności. - My w ogóle bardzo
mało wiemy.
- Słyszałem o przypadkach - powiedział stanowczo Sloan - kiedy osoba, która wzięła
proszek nasenny, jest po nim nieco zamroczona i nie pamięta, czy wzięła ten proszek, czy nie,
wobec czego bierze następny.
- Automatyzm - orzekł Writtle. - Tak się to nazywa.
- I po tym zaŜywa jeszcze jeden proszek - zgodził się doktor Dabbe - aby być zupełnie
pewna, Ŝe wzięła swoją dawkę. To się zdarza.
- Nie jest to typowe, ale zdarza się, gdy pacjent leŜy juŜ w łóŜku lub ma się zaraz połoŜyć -
zaznaczył doktor Writtle. - W kaŜdym razie nie tuŜ przed jazdą samochodem.
- Nie wiedział, Ŝe będzie musiał wyjechać - poinformował go Sloan zamyślony. - Czy mam
teraz zabrać z sobą te butelki, doktorze?
- Te tutaj? O, nie, inspektorze. To tylko połowa tego, co zrobiliśmy. Resztę na razie
zatrzymujemy.
- Dla obrońcy - dorzucił Writtle.
Doktor Dabbe skinął ręką w stronę kolekcji słoi z próbkami na laboratoryjnym stole.
Powiedział teraz z całą powagą: - Ale ten barbituran, Sloan...
- Tak?
- Powiedziałbym, Ŝe mógłby stanowić “zabójczą rzecz”, jak to określa ustawa. - Doktor
spojrzał na niego.
Dla zupełnej pewności potrzeba panu teraz tej części o “premedytacji”.
W pół godziny po wyjściu z kościoła najwaŜniejsi Ŝałobnicy powrócili do Strontfield Park.
W ciągu tego czasu trumna została spuszczona do grobu, proboszcz odmówił egzekwie i
samochody z pogrzebu przejechały z powrotem przez miasto. Kiedy przejeŜdŜały, Herbert Kelway
podniósł Ŝaluzje w swoim sklepie i wrócił do pracy.
Obowiązki wdowy nie skończyły się po powrocie do domu.
Pani Fent zapewne najbardziej pragnęła zamknąć się w swoim pokoju, ale nie powiedziała
tego nikomu. KrąŜyła powoli wśród obecnych odpowiadając grzecznie na Ŝyczliwe kondolencje.
Twarz jej, zawsze blada, teraz była prawie bezbarwna. Miała na sobie luźną płócienną suknię
koloru ciemnoszarego, harmonizującą z jej kruczymi włosami, lecz bardzo podkreślającą bladość
twarzy. Mimo niezbyt wysokiego wzrostu jej postać wysuwała się na pierwszy plan, bo wszyscy
cofali się nieco, kiedy przechodziła.
Jak królowa na scenie - pomyślała mimo woli Annabel Pollock, wycofując się do jadalni.
Milly Pennyfeather przygotowała tam zimną przekąskę dla tych, którzy by mieli na to ochotę.
Annabel, chcąc znaleźć sobie jakieś zajęcie, to poprawiła ułoŜenie jakiejś serwetki, to przesunęła
widelec i gorączkowo liczyła talerze, choć właściwie nie było tu juŜ nic do zrobienia.
Po chwili jednak wróciła do salonu kierowana poczuciem obowiązku. Trzeba tam było
zająć się krewnymi i pocieszyć Nanny Vickers. Nie lubiła ona, kiedy wychowankowie wymykali
jej się z rąk nawet jako dorośli ludzie.
- JuŜ raz myślałam, Ŝe go stracę, kiedy miał krup -pochlipywała - ale wyciągnęłam go jakoś.
Potem przechodził świnkę i koklusz. Pani teŜ była, zawsze chorowita.
Chyba dlatego, Ŝe pani się urodziła i wychowała w Indiach.
- Wiem - usprawiedliwiała się Annabel. - Tyle lat w takim upale.
- Kiedy odchodziłam, był wspaniałym chłopcem. -W pojęciu Nanny Vickers
niebezpieczeństwa Ŝyciowe mijały na ogół z ukończeniem dwunastu lat. - Nigdy nie
przypuszczałam, Ŝe go zobaczę w takim stanie.
- Nikt z nas nie przypuszczał - potwierdziła Annabel.
- Samochody! - sarknęła Nanny Vickers. -- Lepiej by było, gdyby ich nigdy nie
wynaleziono.
- Amen - powiedziała Annabel i poszła porozmawiać z ciotecznym dziadkiem George'em.
Ten Ŝwawy osiemdziesięciolatek opuścił pensjonat, gdzie mieszkał sobie spokojnie i wygodnie,
aby być na pogrzebie w Constance Parva. Matki Annabel i Billa były jego siostrzenicami.
- Moja droga, dlaczego musiał to być właśnie Bili? Taki młody jeszcze i Ŝycie stało przed
nim otworem. Annabel pokiwała smutno głową.
- A ja - ciągnął dalej dziadek George - bezczynny, niepotrzebny nikomu, Ŝadnemu
człowiekowi ani zwierzęciu, przy moich osiemdziesięciu latach - czy wyglądam na to? - zdrów jak
ryba. Mój lekarz mówi - dodał z wyraźną satysfakcją - Ŝe będą musieli w końcu dobić mnie
siekierą. Panna Pollock uśmiechnęła się blado i poklepała go po ramieniu. ZauwaŜyła juŜ dawniej,
Ŝ
e bardzo starzy ludzie przyjmują śmierć lepiej, niŜ moŜna by przypuszczać -w kaŜdym razie lepiej
niŜ młodzi - cudzą śmierć naturalnie, nie perspektywę swojej własnej.
Podeszła z uprzejmości do kuzynki Hettie, dalszej krewnej, która przyjechała na pogrzeb
autobusem i taksówką z jakiegoś śmiesznie odległego kąta - Almstone lub czegoś podobnego - i
która teraz będzie musiała pojechać tam z powrotem. Annabel wiedziała, Ŝe na długo przed jej i
Billa urodzeniem została ona uwiedziona, po czym wycofała się w głąb lasów i poświęciła opiece
nad zwierzętami.
Nie odtrącały one nigdy ręki człowieka - zwłaszcza jeśli ta ręka je karmiła. Niestety, miała
skłonności do sentymentalizmu.
- Taki mity chłopiec - ubolewała. - Myślałam, Ŝe przeŜyje z Helen wiele szczęśliwych lat, a
ty? Annabel przytaknęła smutno.
- Pamiętam dobrze ich ślub. Wydawali się doskonale dobraną parą - a teraz to. I w dodatku
bezdzietni. Jaka szkoda!
- Tak - powiedziała Annabel ze stoicyzmem. MoŜe jeśli ona będzie wysłuchiwała kuzynki
Hettie, zaoszczędzi tej przykrości Helen.
- Ty byłaś druhną, kochanie, prawda? Pięknie wyglądałaś w niebieskiej sukni. Nigdy tego
nie zapomnę. Helen, jak widzę, jest dziś ubrana na szaro. Wiem, Ŝe jestem staromodna, ale
chciałabym widzieć wdowę przynajmniej w czerni. Nie jest juŜ tak, jak było, wiesz, kochanie. Za
moich młodych lat wdowa musiała...
Annabel w zdecydowany sposób skierowała rozmowę na zwierzyniec kuzynki Hettie.
Widziała kącikiem oka, Ŝe Helen rozmawia z panem Puckle'em, doradcą prawnym rodziny, a na
Quentina przyszła kolej rozmowy z dziadkiem George'em.
- Wakacje - Quentin mówił tak donośnie do dziadka, Ŝe słychać było jego głos w całym
pokoju. Dziadek był moŜe zdrowy jak ryba, ale niewątpliwie równie głuchy.
- Co takiego?
- Przyjechałem na wakacje - powtórzył Quentin, dodając półgłosem: - a tu taki straszny
wypadek.
Annabel Pollock usłyszała, co mówi, choć dziadek George zapewne nie. Quentin, jak
zwykle, mądrzył się cudzym kosztem.
- -Co takiego, mój chłopcze? - zapytał znów osiemdziesięciolatek.
- Zawsze przyjeŜdŜam w sierpniu, dziadku. W sierpniu nikt nie kupuje obrazów. - Quentin
Fent pracował w firmie handlującej dziełami sztuki, w dzielnicy West End. Był o kilka lat młodszy
od Billa i nieco afektowany.
- Myślałem, Ŝe w twoim wieku wolisz mieszkać na kontynencie - powiedział dziadek
George.
- Nie mogę sobie na to pozwolić - odrzekł Quentin z ujmującym uśmiechem, który nieraz
juŜ pomógł mu sprzedać obraz wahającemu się klientowi.
- Jesteś jeszcze nieŜonaty? - zapytał staruszek z bezpośredniością właściwą jego wiekowi.
- Jeszcze nie. Ojciec damy... ech - nie chce mnie.
- Myślałem, Ŝe teraz nikt go juŜ o to nie pyta - mruknął starszy pan.
- On - to Spółka Battersby's Bearings - mruknął Quentin, jakby to wyjaśniało wszystko. -
Jacąueline jest jego jedyną córką.
Dziadek George słyszał o tym. - Ach, on pewnie myśli, Ŝe Botticelli to rodzaj sera i Ŝe ty
nie znasz się na niczym.
- Aha, właśnie - przytaknął Quentin ponuro. - Jest jeszcze coś. On sam zaczynał bez grosza.
Teraz wydaje mu się, Ŝe kaŜdy, komu trzeba więcej niŜ pens, Ŝeby zacząć karierę, jest do niczego.
Staruszek mruknął bez współczucia: - Za moich młodych lat miałbyś...
- Miałbym więcej moŜliwości - ciągnął dalej Quentin -gdybym nie próbował zmienić koła,
kiedy złapałem gumę jadąc z Jacąueline w zeszłym miesiącu...
- Zepsułeś wszystko, prawda? - wtrącił bez zdziwienia.
- Lewarek się wyśliznął - Quentin opuścił kąciki ust w płaczliwym grymasie. - Musiałem
wzywać pomoc drogową. To mnie teŜ trochę kosztowało. Ale najgorsze, Ŝe poŜyczyliśmy wóz
starego bez jego wiedzy.
Dziadek George burknął: - A więc skończyło się na Strontfield Park? Zamiast Florencji...
- Chcę zachować kontakt z rodziną - powiedział Quentin, jakby się trochę
usprawiedliwiając - i, proszę mi wierzyć, wolałem to zrobić w lecie. - Rozejrzał się po duŜym,
chłodnym salonie. - Nie dla mnie BoŜe Narodzenie na wsi. Nie uwierzyłbyś, jaki chłodny robi się
ten pokój w zimie.
- O, tak, wiem - warknął cierpko starszy pan. - Nie zapominaj, Ŝe znałem ten pokój duŜo
wcześniej niŜ ty. Przyjechałem tu po raz pierwszy, kiedy moja siostrzenica, Mary, wyszła za ojca
Billa. Przed wojną. A w dodatku wtedy paliło się tylko węglem.
Quentin usiłował to załagodzić. - Przepraszam. Z pewnością tak. Wtedy musiało być
jeszcze gorzej. - Szybko skierował rozmowę na inny temat. - To okropne, Ŝe coś takiego zdarzyło
się podczas wakacji - to znaczy, Ŝe Bili zginął. Strasznie miły był chłop.
- Solidny jak skała - powiedział dziadek George drŜącym starczym głosem.
- Szczery jak złoto - uzupełnił Quentin, dodając sotto voce - i umarł. - Odszedł od staruszka
i zbliŜył się do pani Fent.
- Helen, chwileczkę! Chciałbym cię o coś zapytać. O coś waŜnego.
- Co takiego? - Helen skończyła swoją wędrówkę wokół salonu. Stała teraz przed zegarem
kafelkowym, dumą i radością zmarłego męŜa, i wciąŜ rozmawiała z panem Puckle'em. Mimo
upalnego dnia sprawiała wraŜenie chłodnej i myślami nieobecnej. ZwilŜyła językiem suche wargi i
odezwała się bez zainteresowania, jak do dziecka; -Chciałeś czegoś, Quentin?
- Tak. Chciałbym się dowiedzieć, dlaczego policja była na pogrzebie?
- Policja na pogrzebie? - powtórzyła Helen siadając nagle na kanapie. - Naprawdę?
W salonie w Strontfield Park wszyscy przerwali rozmowy.
- Dwaj policjanci - powiedział Quentin.
- Pamiętaj, Ŝe Bili był ławnikiem - wtrąciła szybko panna Pollock. - Pewnie dobrze go znali.
Twarz pani Fent się rozjaśniła. - Ach, to był z pewnością inspektor Bream z Calleford.
- To nie on. - Quentin potrząsnął głową. - Miałem na myśli policjantów w cywilu z
Berebury. Siedzieli w tyle kościoła. , Milczenie w pokoju stało się teraz bardziej zauwaŜalne.
- Skąd wiesz? - zapytała Helen spieczonymi ustami.
- Byli na przesłuchaniu. Ci sami. Tam takŜe siedzieli z tyłu. Spytałem wtedy pana Puckle'a,
kto to jest.
- Więc kto to był? - spytała Annabel z zapartym tchem, wśród ogólnej ciszy.
Pan Puckie odchrząknął. - Inspektor Sloan i jakiś młody konstabl, panno Pollock. Nie znam
jego nazwiska. Zajęcia w sądzie zostawiam teraz przewaŜnie moim młodszym wspornikom.
Wskutek tego nie mam teraz... hm... kontaktów z policją.
- A więc wcale nie z Calleford?
- O, nie - powiedział radca. - Inspektor Sloan jest szefem Wydziału Śledczego w Berebury.
Nie jest to, co prawda, duŜy wydział. Wszystko o większej... ech... wadze kryminalnej kierowane
jest do Okręgowej Komendy Policji w Calleford. - Odwrócił się, kiedy usłyszał jakiś cichy odgłos,
który wydała Helen Fent. - Ale nie sądzę, aby...
Helen nie słyszała juŜ, co mówi.
Zemdlała.
Rozdział VI
Po pogrzebie Renville'owie namówili Cynthię Paterson, aby poszła do nich na śniadanie.
- Będzie bardzo lekkie - Ursula Renville wykonała swymi długimi delikatnymi palcami
nieokreślony gest w powietrzu. - Tylko zupa i zimne mięso. Przygotowałam wszystko przed
wyjściem. Sądziłam, Ŝe nie będziemy głodni po tym wszystkim...
- Wiec...
- Ale jest duŜo wszystkiego, Cynthio. Chodź, proszę, -ZadrŜała lekko mimo upału. -
Richard musi potem wrócić do biura. Chodź i zostań ze mną trochę.
- A co z profesorem Berty? Czy nie powinnam zobaczyć, czy...
- Zajmują się nim Washby'owie. - Pani Renville rozejrzała się nieuwaŜnie w koło. -
Veronica mi powiedziała. I zabierają go potem z powrotem do Cleete.
- Dobrze - zdecydowała się Cynthia. - Bardzo się cieszę. Wyprowadzę tylko psa na chwilę i
przyjdę. Aha, Ursula, czy to wezwanie Paula Washby w sobotę wieczór to było coś powaŜnego?
Nie słyszałam, aby ktoś był naprawdę chory.
Ursula uśmiechnęła się pobłaŜliwie do swojej przyjaciółki. - Cynthio, kiedy przestaniesz
być córką proboszcza. Cokolwiek to było, nie ma juŜ potrzeby, abyś pędziła tam i zanosiła
galaretkę z nóŜek cielęcych.
- Sądziłam tylko, Ŝe ty wiesz - powiedziała łagodnie Cynthia. - To wszystko.
- Prawdę powiedziawszy, wiem. - Pani Remrille, podobnie jak kaŜda inna kobieta, nie
mogła się oprzeć wyzwaniu, Ŝe mogłaby o czymś nie .wiedzieć. - Wspomniała o tym Veronica
Washby, bo to wszystko było takie dziwne.
Zastanawiam się - dodała bez związku - dlaczego galaretka z nóŜek cielęcych ma być taka
dobra dla chorych?
- Co było dziwnego w tym wezwaniu? i
- Wszystko. - Ursula nie dawała się odwieść od tematu - MoŜe mają duŜo witamin.
- Co ma duŜo witamin?
- NóŜki cielęce.
Cynthia chciała się dowiedzieć szczegółów o rozmowie telefonicznej Paula Washby.
- A więc, przede wszystkim, wiesz, nie było to właściwie wezwanie.
Cynthia powiedziała, Ŝe nie wie.
Nie było to Ŝadne wezwanie ani ustne, ani pisemne -wyjaśniała Ursula. - Teorie dotyczące
nowych sposobów porozumiewania się innych niŜ słowne - nie dotarły jeszcze do Constance Parva,
co wcale nie przeszkadzało, Ŝe wiadomości rozchodziły się po miasteczku z szybkością światła.
- A więc co? - nalegała cierpliwie Cynthia.
- Tylko coś w tej zabawnej automatycznej sekretarce, jaką teraz zainstalował u siebie doktor
Washby. Wiesz, od kiedy Marjorie odeszła, to juŜ zupełnie nie to samo. - Przed pojawieniem się
Marchmonta, cztery lata temu, Marjorie była sekretarką i aptekarką u starego drą Whittakera.
- Ach - Cynthia sama nie próbowała wyrobić sobie zdania na temat automatu w gabinecie
lekarskim, ale słyszała o tym od wielu osób. - Nie moŜna juŜ teraz zastać przy telefonie w sobotę
po południu tej dziewczyny, Jean Jak -jej -tam, która tam urzęduje.
- A więc - powiedziała Ursula - zanim wyjechali ze Strontfield, Veronica zadzwoniła do
domu, aby zapytać automat, czy były jakieś zlecenia.-..
- I automat powiedział “tak”. - Cynthia skończyła za nią zdanie. - Byłam tam takŜe, moja
droga.
- Oczywiście - powiedziała Ursula z niewzruszonym spokojem. - Zapomniałam. Na czym
stanęłam?
- Mówiłaś mi o wezwaniu dla Paula.
- Ach, tak. Automat powiedział, Ŝe zasłabł ktoś przy Copway Street w Cullingoak - tylko
było to trochę niewyraźne - i Ŝeby doktor poszedł tam, gdy wróci.
- Nie mogło to być zatem bardzo pilne.
- O, nie. Paul podaje do automatu numer telefonu, pod jakim będzie, aby pacjent mógł
zadzwonić bezpośrednio, gdy jest coś pilnego. Wiem o tym, bo Veronica tego nie lubi. Oznacza to,
Ŝ
e kaŜdy mieszkaniec miasta moŜe zadzwonić i dowiedzieć się, gdzie spędzają wieczór.
- Biedna dziewczyna - powiedziała oschle panna Pa-terson. - WyobraŜa sobie wciąŜ, Ŝe bez
tego by nie wiedzieli?
- Pochodzi z Londynu. Zdaje mi się, Ŝe jeszcze niezbyt wiele wie o Ŝyciu na prowincji. To
były błyskawiczne konkury, nie zapominaj. W kaŜdym razie, kiedy doktorostwo dojechali do
Cullingoak - nie jest to zresztą dalej od Cleete...
- Akurat przeciwny kierunek.
- Paul - jak mówiła Veronica - nie mógł znaleźć tego miejsca. Zastukał do pani MacArthur
na poczcie, ale ona nie słyszała, aby ktokolwiek był chory.
- Ona zwykle wie - przytaknęła Cynthia z uznaniem dla wiarygodnego zazwyczaj źródła
informacji.
- Ale tym razem nie wiedziała. Paul szukał przez chwilę, ale wszędzie było cicho i
spokojnie. śadnych specjalnie oświetlonych domów ani nic podobnego. Nie jest to właściwie teren
jego praktyki, ale ma dwu pacjentów przy Copway Street. Obydwojgu nic nie było, więc wrócił z
Ŝ
oną do domu.
- Czy Paul nie przesłuchał jeszcze raz tego automatu, kiedy wrócili do domu? - dopytywała
się inteligentnie Cynthia.
- Próbował - powiedziała Ursula - ale zdaje się biedna Veronica nie nastawiła odpowiednio
przełączników.
- Musi się jeszcze wiele nauczyć, prawda? -wycedziła z ironią Cynthia.
- Kiedy chciał posłuchać drugi raz, informacja zniknęła. Musiała ją skasować po pierwszym
wysłuchaniu] w Strontfield. Podobno moŜna.
Wszystko to nie daje pewności. Gdyby doktor był mi potrzebny, chciałabym móc mu to
powiedzieć sama.
Pani Renville popatrzyła niemal czule na chudą postać przyjaciółki. - Kiedy ty zechcesz
wezwać doktora, kochanie, będziemy musieli się przygotować na następny pogrzeb. NaleŜysz do
tych wytrzymałych.
- Nie - poprawiła ją Cynthia. - Jestem po prostu staroświecka. Ale zapewniam cię, nie
przekaŜę nigdy zleceń Ŝadnemu automatowi.
- Są tam zawsze rejestrowane róŜne dziwne rzeczy -powiedziała tajemniczo Ursula. -
Niekiedy bardzo; dziwne.
- ZałoŜę się, Ŝe tak.
- Mówią, Ŝe to chłopcy tak się bawią.
- Na pewno - zgodziła się rzeczowo Cynthia. - Nie mają co robić wieczorami.
- Chłopcy i głupi Matthew. Podobno bardzo mu się to podoba. Myśli, Ŝe doktor przez cały
czas go słucha. Właściwie, skoro chłopcy się tym bawią, a Matthew jest zadowolony. .. Ach, to jest
coś, czego nie naleŜy robić, nieprawdaŜ?
- Mianowicie?
- WyposaŜać martwy przedmiot w ludzkie cechy.
- Muszę stwierdzić, Ŝe ten automat Paula nie wydaje mi się wcale martwy.
- Nie, ale...
Cynthia uśmiechnęła się. - Masz rację. Naprawdę, nie powinno się tak robić.
- Pamiętam to ze szkoły. Dziwne, Ŝe jedno się pamięta, drugie nie. Ty chyba nic nie
zapomniałaś, Cynthio?
- Nonsens.
- Grecy mieli na to jakieś określenie, prawda? - upierała się Ursula.
- Antropomorficzny - uzupełniła Cynthia ze znajomością rzeczy - ale nie powinnaś sobie
zaprzątać tym głowy.
W Strontfield Park, kiedy Helen Fent zemdlała, wezwano do niej pospiesznie z Berebury
doktor Harriet Baird. Annabel, pielęgniarka i kuzynka Hettie, miłośniczka zwierząt, zajęły się nią
do chwili przyjazdu pani doktor i w końcu udało się im nakłonić Helen, aby połoŜyła się do łóŜka.
- Testament - zaprotestowała Helen słabym szeptem. -Pan Puckie miał go właśnie odczytać.
- MęŜczyźni! - oznajmiła energicznie doktor Baird. -To podobne do nich, aby chcieli
odczytywać testament na pogrzebie. Moim zdaniem to barbarzyński zwyczaj. Będą musieli po
prostu zrobić to sami. Pani zostanie w łóŜku.
W salonie pan Puckie wygładził leŜący przed nim gruby dokument, nie Ŝałując wcale, Ŝe
wdowa była nieobecna.
- Panie i panowie, postanowienia testamentu są zupełnie jasne - zaczął. - Sporządziłem go
na zlecenie pana Fenta w związku z jego ślubem... to jest... zaraz, zaraz...
- Osiem lat temu-powiedziała Annabel. -Ich małŜeństwo trwało osiem lat. Byłam jeszcze w
szkole.
- E... właśnie. - Uwaga pana Puckle'a skoncentrowała się znów na testamencie. - Osiem lat.
Działając wówczas za moją radą... - zatrzymał się na chwilę i spoglądał na zebranych sponad
okularów: z pewnością osobna otchłań była zarezerwowana w piekle bezprawia dla tych, którzy nie
słuchali rad pana Puckle'a... - Pan Fent zgodził się na wstawienie zwyczajowej “klauzuli
commorientes”.
- Com... co? - wtrącił Quentin.
- Commorientes - odpowiedział z naganą pan Puckie - to forma obecnie powszechnie
stosowana ze względu na wysoki podatek spadkowy. Jest to zastrzeŜenie, Ŝe aby móc dziedziczyć,
spadkobiercy muszą przeŜyć testatora o trzydzieści dni.
- Rodzina, która razem podróŜuje, razem umiera -szepnął Ŝartobliwie Quentin.
Cała postać starego prawnika wyraŜała surową dezaprobatę dla tej uwagi. Zaczął czytać
szeleszcząc papierem. - “Jest to moja ostatnia wola i testament mój, Williama Anstruthera Fenta ze
Strontfield Park, Constance Parva, w hrabstwie Calleshire, Sędziego Pokoju...”
Ktoś w salonie westchnął przeciągle. Wydawało się, Ŝe prawnik zbliŜa się teraz do sedna
sprawy.
- Jak juŜ powiedziałem - ciągnął dalej pan Puckie -postanowienia testamentu są zupełnie
jasne. Pewna część nieobciąŜonego majątku ma być oddana w powiernictwo dla zapewnienia
doŜywotniego dochodu... e... wdowie.
- Biedna Helen - westchnęła kuzynka Hettie.
Pan Puckie, który nie lubił ani bezceremonialności, ani sentymentów, chrząknął rozmyślnie
i ciągnął dalej: - Panna Annabel Pollock otrzyma połowę majątku zmarłego, jaki odziedziczył po
ś
więtej pamięci matce.
- Moja siostrzenica, Mary - powiedział dziadek George grubym głosem. - Miła dziewczyna.
Annabel spuściła głowę. - To bardzo ładnie z jego strony.
- Majątek stanowiący majorat - kontynuował nieco ceremonialnie pan Puckie - to znaczy
posiadana nieruchomość, dom z przyległościami zwany Strontfield Park i reszta dziedzictwa
wymieniona w wykazie wzmiankowanym w testamencie świętej pamięci kapitana Fenta, który
miał prawo do tej posiadłości za swego Ŝycia...
- Co takiego? - dziadek George podniósł zwiniętą dłoń do ucha. Słyszał i rozumiał tylko
pojedyncze słowa. - Co takiego? Mów wyraźniej, człowieku.
- Wydzielony majątek - powiedział prawnik trochę głośniej - przechodzi - zgodnie z
pierwotnym aktem ustanowienia majoratu na tej nieruchomości -na najstarszego, Ŝyjącego syna
Williama Fenta...
- Ale oni nie mieli dzieci! - wykrzyknęła Annabel.
- W braku Ŝyjącego męskiego potomstwa - kontynuował surowo pan Puckie - przechodzi na
najbliŜszego męskiego dziedzica prawnego testatora.
Dziadek George wskazał kościstym palcem na Quenti-na. - Sądzę, Ŝe będzie to ten
młodzieniec.
- Ja teŜ tak sądzę - potwierdził prawnik sucho - lecz musi to zostać formalnie ustalone,
zanim otrzyma posiadłość.
- Mój ojciec - powiedział Quentin nie zwracając się do nikogo bezpośrednio - był
młodszym bratem ojca Billa.
- Tak jest - powiedział pan Puckie wracając do testamentu. - Muszę wyraźnie podkreślić, Ŝe
własność przechodzi na podstawie pierwotnego aktu - to znaczy, Ŝe nie moŜe być sprzedana ani
przekazana w inny sposób bez obopólnej zgody właściciela i jego prawnego spadkobiercy, który
musi być pełnoletni, chyba Ŝe - zdawało się, Ŝe jego prawniczy umysł machinalnie wysuwa
zastrzeŜenie - chyba Ŝe mają zastosowanie postanowienia Ustawy Powierniczej z 1921 roku -
odetchnął i podawał dalsze zastrzeŜenia - lub, powiedzmy, jeśli moŜna przyjąć, Ŝe dadzą się one
zastosować.
- A co by się stało - chciał się dowiedzieć Quentin -gdybym... no, wie pan... gdybym
wykitował w przeciągu trzydziestu dni?
- Ach - prawnik odchrząknął - gdyby pan został uznany spadkobiercą, a potem... hm... miał
nieszczęść: e umrzeć w przeciągu trzydziestu dni od ostatniej soboty, byłby pan... hm - pan Puckie
szukał odpowiedniego wyraŜenia i widocznie je znalazł - uznano by, Ŝe pan nie odziedziczył.
- Co by się wtedy stało? - zapytał z ciekawością Quen-tin. - Nie znaczy to, Ŝe w tej chwili
coś mi dolega, jestem w doskonałej formie.
- Majorat przeszedłby wtedy bezpośrednio na najbliŜszego prawnego męskiego
spadkobiercę, ktokolwiek by to był.
- Hector Fent - podsunęła szybko Annabel Pollock. -Najmłodszy brat ojca Billa.
- Jeśli jeszcze Ŝyje - powiedział Quentin.
- DlaczegóŜ miałby nie Ŝyć? - zapytał radca. - Jeśli był najmłodszy z trzech braci tamtej
generacji, nie byłby taki stary, nawet teraz.
- Bo juŜ przed wielu laty zeszedł na złą drogę - zaskrzypiał dziadek George. - Nie nasza
gałąź rodziny - dodał z pewną dozą satysfakcji.
- Nigdy go nie widziałem - powiedział Quentin. - Po wojnie wyjechał do Australii.
Hodowla owiec lub coś podobnego - mówił mój ojciec. Queensland, zdaje mi się. W kaŜdym razie
drugi koniec świata.
- Mimo tego - mówił dalej radca - jeśli jeszcze Ŝyje, dziedziczyłby, gdyby... hm... coś
zdarzyło się obecnemu spadkobiercy.
- A jeśli nie Ŝyje? - zapytał z napięciem Quentin.
- Dziedziczyliby jego synowie, o ile ich ma. - Pan Puckie odchrząknął. - Nie byłby to...
hm... pierwszy przypadek, Ŝe jakiś młody człowiek na farmie owczej w Australii staje się
właścicielem nieruchomości w Anglii.
- A co by się stało, gdyby Hector umarł i nie pozostawił Ŝadnych synów? - dociekał dalej
Quentin. - Kiedy wyjeŜdŜał z Anglii, nie był Ŝonaty. W kaŜdym razie rodzinie nic o tym nie było
wiadomo.
- Wówczas - powiedział pan Puckie bynajmniej nie zbity z tropu - musielibyśmy szukać
synów i wnuków braci dziadka pana Fenta. - Spojrzał na Quentina sponad swoich okularów. -
Zdaje pan sobie sprawę, panie Fent, Ŝe w kaŜdym razie musimy zacząć ich poszukiwać.
- O...? - Quentin zmarszczył brwi. - Dlaczego?
- Jak to juŜ wyjaśniałem, aby mógł pan sprzedać cokolwiek z tego majątku, konieczna jest
zgoda następnego spadkobiercy.
- BoŜe święty! - Quentinowi zabawnie zrzedła mina. -Nie pomyślałem o tym.
W Komisariacie Policji w Berebury inspektor Sloan zdawał sprawozdanie z pogrzebu
nadinspektorowi Leeye-sowi.
- Nie zauwaŜyłem nic nadzwyczajnego. Byli tam wszyscy goście z przyjęcia i chyba prawie
całe miasto. Wszyscy zgromadzeni zachowywali się poprawnie.
- Co do tego, nie mamy złudzeń - warknął zirytowany Leeyes. - Ale niech pan tylko
pomyśli, co by się stało, gdyby zmarły nie miał tego wypadku samochodowego lub gdyby doktor
Dabbe nie wykrył narkotyku.
- Umarłby później - mruknął Sloan pod nosem.
- Moglibyśmy nigdy się o tym nie dowiedzieć - oto, co by się stało - nadinspektor ciągnął
dalej, nie zwracając uwagi. Były dni, kiedy nie czekał na odpowiedź i nie słuchał, gdy mu jej
udzielano. - Co byłoby z nami wtedy? Powiedz mi, Sloan, powiedz, co by było?
Sloan otworzył usta, Ŝeby coś powiedzieć.
- Narobilibyśmy sobie ładnego bigosu - powiedział Leeyes za niego.
- A propos bigosu - Sloan skorzystał, jak mógł najszybciej, z maleńkiej przerwy.
- Bigosu? - powtórzył Leeyes z rozdraŜnieniem. - Kto mówił coś o bigosie? »
- Pan mówił.
- Co? Ach, tak, mówiłem. Więc co z tym bigosem?
- Bigosu wprawdzie na przyjęciu nie było, ale dowiedzieliśmy się czegoś interesującego o
zupie.
- Ach!
- Z naszego punktu widzenia - pozwolił sobie wyjątkowo na ton Ŝartobliwy - zupa tego
wieczoru... hm.... była wspaniała.
- Czy pan kpi ze mnie, Sloan? - Nadinspektor Leeyes podniósł wzrok pełen podejrzliwości.
- Co było wspaniałego w tej zupie?
- Wszyscy goście na przyjęciu w Strontfield Park w sobotę wieczór - dwanaście osób - ją
jedli. Nie mogło być nic złego w tej zupie.
Rozdział VII
- Było jednak coś dziwnego z tą zupą - ciągnął dalej Sloan.
- No, niech pan mówi wreszcie! Co takiego?
- Była zimna.
Leeyes skrzywił się. - To się zdarza takŜe w naszej stołówce, Sloan. Wszyscy mają swoje
złe dni.
- Nie, nie to miałem na myśli.
- Goście pewnie zbyt długo pili swoje sherry - powiedział z wyrozumiałością Leeyes - lub
chcieli wypić jeszcze jedną szklaneczkę i gospodyni nie mogła ich na czas ściągnąć do jadalni.
- Nie, proszę pana. Ta zupa nigdy nie była gorąca.
- Nigdy nie była gorąca? Dlaczego?
- To miała być zimna zupa - powiedział Sloan.
- Zabawny pomysł.
- Tak, proszę pana. Ja teŜ nie mogę powiedzieć, Ŝeby mi się to podobało.
Leeyes zrobił srogą minę. - Co to była za zupa?
- E, ogórkowa - wyjaśnił Sloan, dodając szybko -potem była pieczona korona z jagnięcia i
coś, co się nazywa cremet.
- A jak to jest po naszemu, Sloan? Ryba, mięso, drób czy smaczny wędzony śledź?
- Budyń, proszę pana.
- Wie pan coś o tym?
- Nic, poza tym, Ŝe podano do tego maliny.
- Dobrze, ale szkoda czasu na pytanie o to kucharki w naszej stołówce - poradził Leeyes. -
Jeśli nie da się tego wygotować jak podeszwę, nie będzie wiedziała. Zupa, jagnię pieczone i
cremets, to wszystko?
- Były jeszcze sery dla tych, którzy mieli na nie ochotę.
- Myślę, Ŝe wszyscy mieli ochotę po takim posiłku -zauwaŜył nadinspektor, który bardzo
dbał o swój przewód pokarmowy. - A pili?
- Tak.
Leeyes powiedział z przesadną cierpliwością: - Nie pytam, czy pili, ale co pili?
Sloan otworzył swój notes i przeczytał uwaŜnie: - Wino zwane Dienheimer Falkenberg
Spatlese 1964 Rhein-Hes-sen, jak przypuszczamy.
- Jak pan się tego dowiedział?
- Nie ja. - Sloan się zawahał. - Crosby.
- Crosby? Jakim sposobem?
- Zdaje mi się - wyjaśnił skwapliwie Sloan - Ŝe było to we wtorek wieczór.
- Co to ma wspólnego z...
Zanim opróŜniono pojemniki na śmieci. Leeyes wydał przeciągły pomruk. - Nie zabrał ich
chyba. Nie Ŝeby...
- Pięć zielonych butelek - powiedział Sloan. - Wszystkie puste.
- Bez nakazu sądowego? Sloan przytaknął.
- KradzieŜ podczas ciemności - wycedził ponuro Leeyes. - Czy jego matka wie, Ŝe
wychodził?
- Myślał, Ŝe to się moŜe przydać.
- Tylko tego mi brakuje - jęknął nadinspektor. - Mój policjant przed sędzią za kradzieŜ
podczas ciemności.
- Nikt go nie widział - podsunął Sloan słabą pociechę.
Leeyes nie przestał lamentować. - Gdyby się o tym dowiedział mój dawny sierŜant,
przewróciłby się w swojej urnie. _
- Powiedział, Ŝe przypadkiem wracał późno i pomyślał, Ŝe zobaczy, co się da zobaczyć.
- Spodziewam się, Ŝe nie dał mu pan pozwolenia.
- Nie, panie nadinspektorze.
- Ten chłopiec ma wciąŜ jeszcze mleko pod wąsem.
Sloan spojrzał w sufit i zauwaŜył w zamyśleniu: - To jednak łatwiejsze, niŜ przeszukiwanie
na kolanach całego miejskiego śmietnika przez połowę policji.
Leeyes mruknął coś.
- śeby w końcu nic nie znaleźć - dodał Sloan. Nadinspektor milczał chwilę, po czym
powiedział: -Sloan, co do tych pięciu zielonych butelek...
- Tak?
- Było w nich coś?
- Tylko osad.
- A w tym osadzie nic, co by mogło nam pomóc?
- Nic.
- MoŜe coś na butelkach?
- Myśli pan odciski palców?
- Tak.
- Zmarłego i inne, jeszcze nie zidentyfikowane.
- Będzie pan więc musiał wyznaczyć Crosby'ego dój zbierania dowodów w tej sprawie,
Sloan. Zdaje pan sobie sprawę z tego, prawda? Tylko on moŜe zeznawać, skąd pochodzą te
butelki... MoŜe nam się uda tym sposobem... w przeciwnym razie będą musiały zaginąć. Rozumie
pan, Sloan?
- Doskonale rozumiem.
- A co z resztą posiłku - mruknął - jakim sposobem dowiedział się pan o tym?
- Pewna młoda osoba była zatrudniona tego wieczoru w Strontfield Park do pomocy przy
zmywaniu. Nazywa się Millicent Pennyfeather. Crosby... e... zagadywał ją w tym tygodniu.
- Dobrze, Ŝe chociaŜ się nie włamał i nie wszedł, Ŝeby zajrzeć do spiŜarni - powiedział
Leeyes. - To juŜ coś.
- Jeśli będzie się z nią częściej spotykał - rzekł Sloan -to jej matka zechce jeszcze się
dowiedzieć, czy ma uczciwe zamiary.
- Hej, hej, Ursula, gdzie jesteś? To ja, Marjorie.
Pies dalmatyńczyk u stóp Ursuli poruszył się, podniósł pytająco swój rasowy łeb, po czym z
powrotem zapadł w odrętwienie.
- Siedzimy w ogrodzie - odpowiedziała Ursula. -Chodź tędy. - Ursula i Cynthia Paterson
piły jeszcze kawę w starej loggii w cieniu wistarii. - Takie jesteśmy rozleniwione. Nie ruszyłyśmy
się krokiem od śniadania.
- Idę, idę. Ach, tu jesteście. - Marjorie Marchmont, tęga i bardzo zgrzana, obeszła dom
wokół. - Przypuszczałam Ŝe przy tym upale zastanę cię tutaj.
- Chodź tu i usiądź. Pogrzeby są bardzo wyczerpujące -oświadczyła Ursula. - Kawy?
- Dziękuję. Cześć, Cynthio. Nie wiedziałam, Ŝe cię tu zastanę. - Marjorie rzuciła się na
jedno z trzcinowych krzesełek ogrodowych. Ta bez mała geodezyjna konstrukcja wykazywała
większą wytrzymałość niŜ niejedno salonowe krzesło. Mimo tego skrzypiąc ugięła się pod
dodatkowym cięŜarem, nim się do niego przystosowała. - Muszę powiedzieć, Ŝe przyjemnie jest
znowu usiąść. Moje biedne kolana bolą mnie cały dzień.
- Wcale się nie dziwię. Popatrz, ile one muszą dźwigać -powiedziała Cynthia ze szczerością
przyjaciela.
- Daniel nie chciałby, Ŝebym zeszczuplała - odrzekła schylając się i pocierając bolące
miejsce, - Teraz lepiej. Zdaje mi się, Ŝe będę musiała wziąć więcej tego twojego sławnego balsamu.
- Proszę bardzo. - Uśmiechnęła się Cynthia. - Choć to ty przecieŜ miałaś być farmaceutką.
- JuŜ nie jestem. Zapomniałam wszystko, co wiedziałam. Zresztą i tak nie wiem, z czego to
robisz...
- To sekret zawodowy.
- W kaŜdym razie - przyznała bez zapału Marjorie - ten balsam pomógł mi ostatnim razem.
- Och, te twoje wywary, Cynthio - strofowała Ursula Renville. - Kilkaset lat temu
zostałabyś spalona jako czarownica.
- Kilkaset lat temu - dodała Marjorie - moŜna by się było zastanawiać, czy nie rzuciłaś
klątwy na rodzinę Fentów.
Cynthia podniosła wzrok. - W jaki sposób?
- Oni mają wciąŜ ten sam kłopot w Strontfield Park. Kłopot, jaki mieli zawsze.
- A co to takiego? - zapytała ostroŜnie Ursula. Skojarzenia myślowe Marjorie były pozornie
proste, ale trzeba było uwaŜnie je śledzić.
- Jak znieść majorat. Wrócili znowu do punktu wyjścia. Teraz, kiedy Bili umarł.
- Zdaje mi się, Ŝe tak. - Cynthia Paterson w zamyśleniu popijała kawę. - Mogliby w kaŜdym
razie odnaleźć synów Hectora Fenta, o ile ich miał.
- Z pewnością miał jakichś synów - oświadczyła Marjorie z przekonaniem - ale czy
kiedykolwiek poślubił ich matki, to juŜ inna sprawa.
- Miał jakiś interesujący błysk w oczach - stwierdziła nieoczekiwanie Ursula. - UwaŜałam
go zawsze za najprzystojniejszego męŜczyznę wśród moich znajomych.
- MoŜe Ŝyje jeszcze - powiedziała Cynthja. - Nic nie wiadomo, Ŝeby umarł. Wiesz, nie
byłby jeszcze taki stary, nawet teraz. Mniej więcej w twoim wieku. A starszy od ciebie, Marjorie.
- Ach - westchnęła pani Renville - ale Ŝył prawdziwym Ŝyciem.
- Doprawdy...? - Cynthia patrzyła ze zdumieniem na swoją przyjaciółkę.
- PrzecieŜ Constance Parva to nie jest Ŝycie. - Postawiła filiŜankę z kawą na prostym,
drewnianym stole. - Nie znaczy to, Ŝe jestem niezadowolona, nic podobnego, i bardzo jestem
przywiązana do Richarda, ale to nie jest Ŝycie przez duŜe “ś”, prawda?
Marjorie wybuchnęła śmiechem. -Okazuje się, Ŝe cię nie znamy. Oto, jak się zdradziłaś,
marzysz o wysokim, smagłym, przystojnym męŜczyźnie, hen, daleko w Australii, a myśmy
myśleli, Ŝe Ŝadna siła nie wywlokłaby cię z tego miasta i od Richarda.
- Cicha woda brzegi rwie - odpowiedziała z powagą Ursula. - Czy ktoś chce jeszcze kawy?
- Naturalnie - powiedziała Cynthia, której myśli zaprzątała wciąŜ sprawa majoratu Fentów -
gdyby Quentin i Hector - lub synowie Hectora, jeśli ich miał, a sam nie Ŝyje
- gdyby oni się porozumieli, rezultat byłby taki sam jak w przypadku Billa i Quentina.
- Ale, jak słyszałam - powiedziała z naciskiem Marjorie
- nic z tego nie wyszło.
Po rozmowie telefonicznej z panem Puckle'em - inspektor Sloan starał się wyjaśnić całą
sytuację nadinspektorowi Leeyesowi. Trwało to nieco dłuŜej.
- Chciałbym wiedzieć, Sloan - zapytywał ten szacowny pan - kto teraz dostanie posiadłość
Strontfield Park? Ta nieruchomość musi mieć jakąś wartość.
- Quentin Fent, kuzyn zmarłego.
- A następnie?
- Synowie Quentina, jeśli ich będzie miał. Później Hec-tor Fent, stryj zmarłego. Według
ostatnich o nim wiadomości znajduje się gdzieś w lasach Queensland. Wyjechał tam po wojnie.
Prowadził podobno awanturnicze Ŝycie do tysiąc dziewięćset czterdziestego piątego roku, potem
nie mógł się ustatkować. Wygląda na to, Ŝe jest czarną owcą.
- Ha - wtrącił Ŝywo Leeyes. - Pewnie został tam wysłany i był na utrzymaniu rodziny.
- Nie jestem pewien. Istnieją wątpliwości, czy jeszcze Ŝyje.
- Na pewno Ŝyje, Sloan. Tylko szlachetni umierają młodo. A niech mi pan wierzy, taki
człowiek na cudzym utrzymaniu Ŝyje dłuŜej niŜ inni.
- Naprawdę?
- śadnych trosk - zauwaŜył z cynizmem Leeyes.
- Fen to wie mieli troski - powiedział Sloan. - Tyle zdołałem się dotychczas dowiedzieć. Jak
mówi radca prawny rodziny, na tym majątku od bardzo dawna istnieje jakiś majorat. Od lat
próbowali to znieść.
- Próbowali, doprawdy? - Leeyes wyprostował się na krześle, zainteresowany. - Niech pan
mówi dalej.
- Jak się zdaje - Sloan zajrzał do swego notesu -potrzeba dwóch osób, aby znieść majorat.
- Do kłótni takŜe trzeba dwóch - powiedział Leeyes podraŜniony. - Wiem o tym. Proszę
mówić dalej.
- Dziadek nieboszczyka zmarł, kiedy jego syn był jeszcze małoletni - to był ojciec kapitana
Fenta - a sam kapitan Fent zginął na wojnie, kiedy jego syn - to jest William Fent - nosił jeszcze
krótkie spodenki...
- A nieboszczyk, nasz William Fent, nie miał syna w ogóle, tym bardziej pełnoletniego -
dokończył za niego nadinspektor.
- Właśnie. A ten majorat moŜe być zniesiony tylko za zgodą dwóch pełnoletnich.
- Niech mi pan nie mówi o zgodzie pełnoletnich, Sloan -warknął Leeyes. - To mnie
denerwuje. Pan wie o tym.
- Nie wiem, przepraszam pana. - Odetchnął głęboko i ciągnął dalej: - Od dłuŜszego czasu
Fentom potrzebny był dziedzic pełnoletni.
Leeyes podskoczył. - A ten kuzyn... Quentin Fent... to on jest dziedzicem, prawda?
- Myślę, Ŝe dziedzicem z mocy prawa. - Sloan zmarszczył czoło. - Był domniemanym
dziedzicem, jak długo Bili Fent nie miał dzieci. Albo dziedzicem prawowitym. Nie jestem pewien,
jakim.
- Domniemany czy prawowity - powiedział stanowczo Leeyes - czyŜ nie jest pełnoletni?
- Właśnie.
- A więc...
- OtóŜ to nie jest interesujące... e... nie chciał się zgodzić na zniesienie majoratu.
Nadinspektor spojrzał groźnie z drugiej strony stołu.
- Wyjaśnijmy to dokładnie, Sloan. Coś uśmierca dziadka...
- Zapalenie płuc.
- I ojca.
- Niemcy.
- I naszego Williama Fenta.
- Samochód.
Leeyes nie zwrócił na to uwagi. Powiedział: - Zdarza się to wkrótce po tym, kiedy dziedzic
domniemany lub tamto drugie...
- Prawowity.
- Prawowity... wkrótce potem, kiedy osiągnął pełnoletność.
- Tak, panie nadinspektorze.
- Jak długo potem?
- W kilka miesięcy. Nie pełnoletność, ściśle rzecz biorąc. Akt ustanowienia majoratu
wyraźnie to określa, dwadzieścia jeden lat.
- Zupełnie słusznie. - Nadinspektorowi nigdy nie podobała się nowa Ustawa, Ŝe
pełnoletność uzyskuje się juŜ po skończeniu osiemnastu lat. - Co było dość dobre dla Normanów,
jest dobre i dla mnie.
- Dla Normanów?
- Nie wiedział pan o tym, Sloan? To oni podwyŜszyli wiek osiągnięcia pełnoletności na
dwadzieścia jeden lat. Z piętnastu. Rok tysiąc sześćdziesiąty szósty i tak dalej. -Nadinspektor
uczęszczał na kursy wieczorowe i naszpikowany był wiadomościami z róŜnych dziedzin. -
Normańskie zbroje i normańskie konie były zbyt duŜe, aby mogli się nimi posługiwać
piętnastoletni młodzieńcy saksońscy, i dlatego podniesiono granicę pełnoletności do dwudziestu
jeden lat.
- Naprawdę? - Sloan wrócił znów do swego notesu. Nadinspektor i koroner mogą sobie
rozmawiać o podboju Normanów, ale wiele zdarzyło się od tego czasu, a on miał sporo pracy.
- Zatem - zastanawiał się Leeyes - młody Quentin nie chciał zrzec się swoich praw.
- Prosił o czas do namysłu, jak twierdzi pan Puckie.
- I namyślił się przed tym nieszczęśliwym wypadkiem? - dopytywał się z sarkazmem
nadinspektor.
- Nie wiem, nie jestem pewien.
- A więc niech się pan dowie, Sloan, niech się pan dowie.
- Czy czujesz się teraz lepiej? - pytała serdecznie Anna-bel Pollock. - Przyniosłam ci trochę
ś
wieŜo zaparzonej herbaty. UwaŜałam, Ŝe będzie lepsza niŜ kawa.
- Dziękuję ci. - Helen Fent wsparta na poduszkach odzyskiwała stopniowo kolory. - CzyŜ to
nie idiotyczne z mojej strony?
- Pewnie Ŝe nie - zapewniła Ŝyczliwie Annabel.
- Nie mam pojęcia, co mi się stało.
- To się mogło kaŜdemu zdarzyć. Jest bardzo gorąco. Poza tym miałaś okropny tydzień.
Helen wypiła łyk herbaty. - Nie mogę uwierzyć, Ŝe to dopiero tydzień. Wydaje mi się, Ŝe
wieki minęły od ostatniej soboty.
- Naprawdę? - Spojrzenie Annabel padło na puste miejsce w małŜeńskim łóŜku. Zmieniła
lemat. - Miła ta twoja pani doktor, Helen. Aha, powiedziała, Ŝe powinnaś zostać w łóŜku do jej
następnej wizyty.
- Ale co z...
- Zalecenia doktora - powiedziała Annabel. - Pielęgniarki nie mogą się im przeciwstawiać.
- Ale pacjenci mogą - odparła krótko Helen.
- Jeszcze jedną filiŜankę? - zapytała pielęgniarka, nie zwracając na to uwagi. - A potem
pomogę ci włoŜyć nocną koszulę i będziesz mogła naprawdę iść do łóŜka.
- Nie - Helen broniła się podciągając pierzynę pod brodę. - Dziękuję ci, Annabel.
Doskonale sobie sama poradzę. I nie chcę widzieć nikogo... rozumiesz... w ogóle nikogo. Czy są
jeszcze tutaj? Ten tłum na dole...
- Wszyscy wyjechali z wyjątkiem Quentina. Pan Puckie chce się z nim zobaczyć w
poniedziałek u siebie w biurze, dlatego ma cię zapytać, czy moŜe jeszcze zostać, zamiast wracać do
Londynu.
- Naturalnie. - Twarz Helen nabrała dziwnego wyrazu. - Musimy porozmawiać o bardzo
wielu rzeczach. - Quen-tin i ja.
- Powiem mu.
- Ale nie chcę widzieć nikogo innego, rozumiesz? -dodała stanowczo. Chwyciła Annabel za
ramię. - Naprawdę nikogo. Ktokolwiek by to był... Nie wpuszczaj nikogo do mnie na górę, bez
względu na to, co powie.
Rozdział VIII
Herbata, którą pili po południu inspektor Sloan i konstabl Crosby, nie miała wiele
wspólnego z tą, jaką podano pani Fent w Strontfield Park. Ciemny, silny napar indyjski z policyjnej
stołówki wcale nie przypominał jasnobrązowej herbaty Lapsang Souchong o lekko smolistym
zapachu, jaką przyniosła do sypialni Annabel Pollock. I bułeczki, podane policjantom wraz z
herbatą, odznaczały się wielkością raczej niŜ smakiem.
Sloan, Ŝując, zastanawiał się nad jakimś sprawozdaniem.
Crosby kończył rozmowę telefoniczną. - To był zakład pogrzebowy.
- Co, Crosby?
- Przepraszam, szpital. Oddział Intensywnej Opieki Medycznej, ściśle mówiąc. Tym razem
połączyłem się z siostrą oddziałową. śadnej zmiany. Exley jest nadal nieprzytomny. śona jest juŜ
znów u niego. Jej siostra opiekuje się dziećmi. - Wziął bułeczkę, spojrzał na nią krytycznie, a
potem ugryzł. - Zdaje mi się - powiedział, kiedy przełknął jeden kęs - Ŝe kupują te bułeczki
okazyjnie, od kolei.
Na biurku Sloana leŜało sprawozdanie konstabla Bar-grave'a, który był stacjonowany-w
Constance Magna, lecz podlegał mu duŜy rejon wiejski obejmujący równieŜ miasteczko Constance
Parva. Konstabl Bargrave przeniósł starannie na papier wszystko, co wiedział o dwunastu gościach
na przyjęciu. Nie była to pokrzepiająca lektura dla inspektora.
- Czy zdaje pan sobie sprawę, Crosby, Ŝe połowa uczestników tego przyjęcia bez trudu
mogła mieć dostęp do barbituranów.
- Począwszy od doktora Washby i jego Ŝony - zgodził się Crosby.
- I Annabel Pollock, która jest pielęgniarką w szpitalu Świętego Niniana. - Sloan machał
trzymanym w ręku sprawozdaniem. - I pani Marjorie Marchmont, która była swego czasu
farmaceutką, a więc takŜe przypuszczalnie jej mąŜ, Ŝeby juŜ nie wspomnieć o tej ogrodniczce,
pannie Paterson?
- Panna Paterson? Jakim sposobem, szefie?
- Zainteresuje pana pewnie wiadomość - powiedział powaŜnie Sloan - Ŝe panna Paterson ma
w mieście wyrobioną opinię, jako osoba dobrze się znająca na lekach zielarskich. Sporządza je
sama, jak twierdzi Bargrave.
Crosby zaczął liczyć na palcach. - Pozostaje profesor...
- Który z pewnością mógł posiadać środki nasenne, przepisane przez swojego lekarza...
- I Renville'owie - wyliczał Crosby. - Następnie młody Quentin Fent...
- I wdowa - przypomniał mu Sloan. - Nie wolno o niej zapominać.
- Ona jednak nic nie zyskuje, prawda? Wygląda raczej, Ŝe nawet straci teraz dom.
- StrzeŜcie się wdów - powiedział odruchowo inspektor. - Ponadto, jak mówi pańska Milly
Pennyfeather, zemdlała podobno, kiedy usłyszała, Ŝe policja była na pogrzebie.
- Upał? - poddał Crosby, który dowiedział się o omdleniu, kiedy krąŜył wokół Constance
Parva tamtej nocy, aby wypytać Milly.
- Upał był przez cały tydzień.
- Pogrzeb?
- Pogrzeb juŜ się skończył.
- Testament?
- Testament był sporządzony juŜ osiem lat temu. A wdowa musiała wiedzieć wszystko o
majoracie, skoro prawie kaŜdy mieszkaniec Constance Parva równieŜ o tym wiedział. W kaŜdym
razie pan Puckie przypomniał jej wcześniej o klauzulach aktu ustanowienia majoratu. Powiedział
nam o tym. Okazało się, Ŝe juŜ wcześniej je znała.
- Ja bym teŜ zemdlał - powiedział Crosby - gdybym sobie uświadomił, Ŝe ten długowłosy
facet w wymyślnym krawacie handlujący obrazami...
- Fular - powiedział Sloan z niesmakiem - lub Ŝabot, w kaŜdym razie coś w tym rodzaju. -
Sam inspektor wychodził bez kołnierzyka i krawata jedynie w niedzielę rano do ogrodu, aby zająć
się róŜami... i od kiedy się oŜenił, wkładał do zajęć ogrodniczych przyzwoitą sportową koszulę.
- Gdybym sobie uświadomił, Ŝe to on zbierze całą śmietankę - powiedział Crosby - wcale
by mi się to nie podobało.
Sloan mruknął w zamyśleniu: - Musi być, mimo wszystko, bardzo zadowolony, Ŝe odrzucił
propozycje zmarłego w sprawie zniesienia majoratu. W przeciwnym razie mógł był wszystko
stracić.
- W obecnej sytuacji - potwierdził Crosby, snując tę myśl dalej - dostał całą forsę, a nie
tylko to, co zmarły zechciałby mu dać.
- Z wyjątkiem tego - przypomniał Crosby'emu inspektor, podobnie jak przedtem pan Puckie
przypomniał Quentinowi - Ŝe jest teraz związany dokładnie tymi samymi warunkami, jakie w
swoim czasie krępowały Williama Fenta.
- Nie pomyślałem o tym.
- Podejrzewam, Ŝe nasz Quentin takŜe nie pomyślał -powiedział oschle Sloan.
- A co z tym australijskim wujkiem?
- Dowie się pan wszystkiego o nim, Crosby - rzucił szorstko Sloan. - Proszę wysłać prośbę
o informacje do komisarza policji w Queensland. Gdzieś tam na końcu świata jest moŜe następny
męski spadkobierca po Quenti-nie Fencie.
- Tak, proszę pana.
- I niech pan znajdzie kogoś, kto mógłby ze mną porozmawiać o tym planie rozbudowy, na
który Fent nie mógł sobie pozwolić. Kogoś rozsądnego, kto będzie wiedział, o czym mówi.
- Jeszcze coś?
- Tak, jeszcze mnóstwo. Niech pan stara się złapać tego faceta z Wydziału Spraw
Wewnętrznych i dowie się, czy ten barbituran, który połknął Fent, mógł być sporządzony
domowym sposobem - wie pan... “Ŝabie oko, łapki jeŜa, psi pysk i puch nietoperza”.*
- Co proszę?
- Nic waŜnego. Niech pan się tylko spyta.
- Tak jest.
- I Crosby...
- Proszę?
- Co jeszcze w tej sprawie wymaga zbadania? Twarz Crosby'ego wykrzywiła się w
grymasie.
- No dalej! Jeszcze coś, co pan wyciągnął od swojej przyjaciółki Milly Pennyfeather. Nie
pamięta pan? Coś o sobocie wieczór.
Z twarzy Crosby'ego zniknął grymas, zastąpił go wyraz triumfu. - Rozmowa telefoniczna!
- Właśnie. Musimy się dowiedzieć, czy ta rozmowa telefoniczna była zaaranŜowana, aby
wyciągnąć Fenta
W. Szekspir, “Makbet”, akt IV, scena 1, przekład Józefa Paszkowskiego. w nocy w drogę,
czy teŜ była to rozmowa prawdziwa, a Bili Fent miał umrzeć o świcie w domu, w swoim łóŜku.
- Ktoś musiałby zadzwonić pod numer doktora po jego wyjeździe do Strontfield Park -
powiedział Crosby.
- To dałoby się pewnie z łatwością zaaranŜować.
- Tak. Dałoby się, ale - Crosby podrapał się w głowę -moŜe nie był to jedyny telefon do
doktora na taśmie. Ktokolwiek by dzwonił, ryzykowałby, Ŝe będą tam i inne rozmowy, które
pomogą nam dokładnie ustalić czas.
- To prawda. Mimo wszystko mógłby pan dziś wieczór spytać Milly, czy widziała, Ŝe ktoś z
gości lub rodziny wymykał się, aby skorzystać z telefonu w Strontfield Park.
Crosby potrząsnął głową. - Pytałem o to. Widziała tylko jedną osobę, która wyszła z salonu,
prócz Fentów, a mianowicie doktora Washby. Wszedł do kuchni i dał jej pastylki dla dziadka. Na
serce.
- Przed czy po kolacji?
- Przed kolacją. Ona wtedy właśnie starała się ułoŜyć tę koronę z pieczonego jagnięcia na
półmisku. Miała obydwie ręce zajęte. Doktor połoŜył więc pastylki na kredensie i wrócił do
towarzystwa.
- Rozumiem. - Sloan zapisał coś w swoim notesie. - Nie posunęliśmy się wiele naprzód,
prawda? Nie wiemy, czy to Bili Fent miał być ofiarą.
- Nie, nie wiemy.
- Nie wiemy, czy telefon do doktora został zaaranŜowany, Ŝeby wyciągnąć Fenta z domu.
- Nie wiemy.
- Nie wiemy nawet, skąd pochodzą te barbiturany.
- I nie wiemy - Crosby uzupełnił tę listę kłopotów -w jaki sposób ten, kto to zrobił, podał
mu truciznę.
Sloan skrócił to w swoim notesie do jednego słowa “sposobność”.
- Ani dlaczego. Tego teŜ nie wiemy.
- Był ławnikiem. Trzeba by sprawdzić, czy ktoś, na kogo wydał wyrok, nie zawziął się na
niego.
- Tak, szefie.
- I dowiedzieć się, czy ktoś z obecnych na tym przyjęciu nie zaŜywa stale proszków
nasennych. - Sloan próbował zanotować coś w swoim zeszycie, ale długopis nie pisał. Rzucił go na
biurko. - Nie wiem, co z bułkami, ale pióra dla nas kupują pewnie okazyjnie od urzędu
pocztowego.
Herbata, jaką podała Ursula Renville w willi King's Tree, była chińska i z pewnością lepsza
niŜ ta, jaką nalewano z czajnika w policyjnej stołówce. Była to herbata Earl Grey.
- Naprawdę bardzo dobra - powiedziała Mar jorie Mar-chmont, która zawsze doceniała
dobre jedzenie i picie.
- Powinnyśmy juŜ były dawno pójść - zauwaŜyła Cynthia.
- Nie, nie chodźcie jeszcze - prosiła Ursula. - Zostańcie obydwie. Czas nie będzie mi się tak
dłuŜył do powrotu Richarda.
- Muszę przyznać, Ŝe bardzo przyjemnie tutaj w cieniu. - Marjorie oparła się o krzesło i
sączyła powoli herbatę. -Daniel juŜ wyszedł. Z powrotem do pracy, a potem na zebranie.
- Ciekawam, co będzie teraz z tym planem rozbudowy -zagadnęła pani Renville. Nie
groziło jej teraz, Ŝe opuszczą ją goście. Obydwie kobiety usadowiły się na dobre w loggii.
Dalmatyńczyk poszedł spać.
- Zdaje się, Cynthio, Ŝe w końcu wygrałaś swoją batalię przeciw rozbudowie naszego
miasteczka - powiedziała Marjorie.
Cynthia Paterson potrząsnęła przecząco głową. - Teraz chyba zupełnie przegrałam. Młody
Quentin nie wygląda mi na przywiązanego do tradycji.
- MoŜe uda mu się znaleźć Hectora Fenta - wyraziła przypuszczenie Ursula - i skłonić go do
zrzeczenia się majoratu.
- To pięknie, naprawdę - Ŝachnęła się Marjorie. - Skoro sam nie chciał tego zrobić dla Billa,
dlaczego miałby się spodziewać, Ŝe ktoś inny zrobi to dla niego?
- PoniewaŜ Hector Fent - wyjaśniła rozsądnie Cynthia
- o ile Ŝyje - nie moŜe się spodziewać, Ŝe sam zostanie spadkobiercą.
- A Quentin zawsze miał jakaś szansę, czy tak?
- Tak, przy normalnym biegu wypadków. - Cynthia zbyt długo znała Marjorie, aby jej
gadanie zbiło ją z tropu.
- Wiesz przecieŜ, Ŝe jest znacznie młodszy od Billa.
- Hola, hola! - zawołała energicznie Marjorie. - Bili był dokładnie w moim wieku.
Bawiliśmy się razem.
- Pamiętam - uśmiechnęła się Cynthia. - Doskonale przypominam sobie ciebie z tych
czasów. Miałaś wtedy długie włosy. Warkocze sięgały ci do pasa.
- Teraz mam jeszcze dłuŜsze, tylko tego nie widać -powiedziała z satysfakcją Marjorie. -
Nigdy ich nie ścinałam. Upinam je.
- Rozumiem teraz, Ŝe Quentin miał powód, aby sprzeciwiać się zniesieniu majoratu. -
Ursula myślała wciąŜ o Fentach. - Ale nie Hector. Gdyby jednak Hector miał synów?
- Ach - powiedziała Cynthia - to byłaby zupełnie inna historia, chyba Ŝe... dopóki...
- Dopóki Quentin nie będzie miał dwóch synów w swym kołczanie - odparła za nią
Marjorie chichocząc z lekka. - To miałaś na myśli, Cynthio, prawda?
- To by znów zupełnie zmieniło sytuację - potwierdziła z godnością Cynthia.
- Dowiedziałam się tego na niedzielnej nauce religii -oznajmiła nieoczekiwanie Marjorie. -
Tego, Ŝe pełen kołczan znaczy duŜo dzieci.
- Biblia o wszystkim mówi bez ogródek - skonstatowała Cynthia.
- Zastanawiam się, co Helen teraz zrobi - przerwała Ursula. Kiedy Cynthia i Marjorie
zaczynały dyskusję, mogło to trwać godzinami.
- Jeśli ma trochę rozumu - oświadczyła Marjorie -wyniesie się. Nie byłoby jej przyjemnie
patrzeć, jak Quentin panoszy się w Strontfield.
- Szkoda, Ŝe nie ma osobnego domu dla wdowy na doŜywocie - zauwaŜyła Ursula.
- Jest jeszcze domek dozorcy - powiedziała Cynthia. -Stoi pusty, odkąd zabrali starego
Fitcha.
Marjorie prychnęła pogardliwie: - Jest nieduŜy.
- Jest dość duŜy dla jednej osoby - odezwała się Cynthia. - Jedna osoba nie potrzebuje duŜo
miejsca... Marjorie wybuchnęła śmiechem. - Nie w naszym domu, o nie.
- Powinnaś jak najprędzej zrobić coś z twoją tuszą -powiedziała Cynthia, patrząc na nią
chłodno. - Krańcowości w przyrodzie są zawsze niekorzystne. Powinnaś o tym wiedzieć.
- Ten plan rozbudowy - przerwała znów Ursula. - Jak myślicie, co się teraz stanie. Richard
będzie oczywiście zainteresowany.
- Nic - powiedziała szybko Marjorie. - Quentin nie będzie mógł sprzedać, a spółka nie chce
dzierŜawy. Sytuacja bez wyjścia.
- Zapomniałaś o trzeciej moŜliwości - powiedziała
Cynthia.
Marjorie spojrzała wyzywająco. - Mianowicie?
- Sam Quentin jako właściciel moŜe coś zrobić.
- Za co? - zapytała Marjorie. - Bez środków?
- W tym cały kłopot, Cynthio - wyjaśniła Ursula. -Wiesz, Fentowie nie mają duŜo
pieniędzy. Nigdy nie mieli. W kaŜdym razie nie takie pieniądze. Utrzymanie takiego domu jak
Strontfield Park musiało pochłaniać kaŜdy pens, jakim Bili dysponował.
- Wiem - przyznała spokojnie Cynthia. - Nie myślałam o pieniądzach Fentów.
- Chyba nie hipoteka - powiedziała Marjorie. - Wiem, Ŝe Bili próbował tego, sam mi mówił,
ale ci wierzyciele hipoteczni, czy jak tam się nazywają...
- Ja ich nazywam lichwiarzami - rzekła Cynthia - ale ja jestem przecieŜ staroświecka.
- Więc oni - powiedziała Marjorie nie dając się zbić z tropu - nie chcieli tknąć tego,
poniewaŜ nieruchomość jest praktycznie niezbywalna.
- Nie myślałam o hipotece - powiedziała Cynthia.
- A o czym? - dopytywała się Marjorie. - Nie denerwuj nas.
Cynthia oglądała koniuszki swoich palców. - Myślałam o Jacąueline.
- A kto to jest Jacąueline?
- Jacąueline, moja droga, jest dziewczyną Quentina Fenta, czy jak to się dziś nazywa.
- I co z nią?
- Jest jedyną córką ,,Battersby's Bearings”.
- To co z tego?
- Jej ojciec mógłby sfinansować kaŜdy plan rozbudowy, o jakim by się wspomniało -
wyjaśniła Cynthia Paterson -a z tego, co słyszałam o nim, nie sądzę, aby i on był bardzo
konserwatywny.
- Suszone śliwki? - powtórzył konstabl Crosby niedowierzająco. Zabrał Milly Pennyfeather
do kina w Berebu-ry, a teraz fundował jej coś do wypicia w barze pod Koroną i Kotwicą przy
Tollgate Street. - Karawaniarze - właśnie tak określa ich moja gospodyni.
- Śliwki suszone - przerwała mu Milly. - O to mi chodziło. Ale pan się interesuje sobotą
wieczór!
- Chcę wiedzieć, jak Ŝyją ludzie z wyŜszych sfer - to wszystko - powiedział Crosby
obejmując dłonią swoją szklankę. Chciałby, Ŝeby Milly piła choć w połowie tak długo. - Śliwki
suszone z mięsem, to mi jakoś dziwnie brzmi.
Milly skrzywiła się. - Rozumiem. U nas w domu je się je tylko na śniadanie i to nie zawsze,
ale ludzie z tamtych sfer są dziwni. Były dodane do mielonego mięsa.
- O, Jezu - westchnął konstabl. - NiemoŜliwe.
- Jako nadzienie - powiedziała z przekonaniem Milly. -Nawet wcale dobre.
- Kosztowała pani?
- Tylko, Ŝeby spróbować, jaki to ma smak. Chyba nic w tym złego?
- A jak inni? Czy im to smakowało?, - Nie wiem - odparła obojętnie. - Nie podawałam do
stołu, więc nie widziałam, czy zjedli wszystko jak grzeczne dzieci. - Westchnęła. - Czy Sampson
Ghent nie był naprawdę wspaniały na tym duŜym zdjęciu? Ten muskularny tors...
- A czy spróbowała pani tej zimnej zupy? - dopytywał się Crosby.
Milly ściągnęła usta z niesmakiem. - Nie mogłam się na to zdobyć.
- No myślę - zgodził się Crosby z przekonaniem. - Dlaczego nie była gorąca?
- Nie mam pojęcia - powiedziała Milly. - Kiedy mowa o gorącym, co pan sądzi o
Sampsonie Ghencie w tych scenach w basenie kąpielowym?
- Ach - wyjaśnił Crosby z mądrą miną. - To nie on był w basenie. To jego sobowtór.
- NiemoŜliwe!
- Naprawdę - przekonywał konstabl, który od pierwszego wejrzenia poczuł gwałtowną
niechęć do wielkiego Sampsona Ghenta i do wszystkich jego wydatnych mięśni.
- On sam nawet nie zbliŜa się do wody. To by mu popsuło makijaŜ.
- Jest pan po prostu zazdrosny. - Oszacowała go wzrokiem. - Choć, muszę przyznać, Ŝe ma
pan teŜ niezłe mięśnie pod tą koszulą. Jak pan powiedział, czym się pan zajmuje?
- Jestem dozorcą - wyjaśnił konstabl zapinając marynarkę.
Potrząsnęła głową. -Tak myślałam. Mówiłam mamie, Ŝe pan nie pracuje w budownictwie.
- Potrafię unieść tyle cegieł, co...
- Nie o to chodzi. O pieniądze. Oni ich mają zawsze pełno pod koniec tygodnia.
Crosby zrezygnował i dopił swoją szklankę. - Jeszcze raz to samo?
- Nie mam nic przeciwko.
- Mieli wtedy jeszcze jakiś wymyślny budyń, prawda? -podsunął Crosby, gdy wrócił ze
szklankami. - Zdrowie!
- Rzeczywiście. Zdrowie.
- Dlaczego?
- Nie wiem - powiedziała Milly. - Pani Fent sama układała menu. Nie pytała mnie o radę.
- Nie mogę zrozumieć, dlaczego - skłamał Crosby. -Dostała pani ten budyń?
Milly z Ŝalem potrząsnęła głową. - Było ich tylko dwanaście. Po jednym dla kaŜdego.
Specjalnie przygotowane dzień przedtem.
- Aha.
- Pani Fent ma sześć takich miseczek z dziurkami, które przywiozła z Francji ubiegłego
lata. Nazywają się cremets czy jakoś podobnie. Napełnia się je śmietaną i pianą i wkłada w gazę.
- W gazę - zdumiał się szczerze Crosby. - Jest pani pewna?
- Naturalnie, Ŝe jestem. - Spojrzała na niego podejrzliwie. - A co? Po co to panu?
- E, tak tylko się pytam. - Pochylił się ku niej. - Chcę, Ŝeby pani nie myślała o Sampsonie.
- Niech pan da spokój - zachichotała Milly. - Ale numer z pana.
- No więc dalej, skoncentrujmy się na budyniu. Napełnia się te miseczki kremem i gazą...
- Wykłada się taką miseczkę gazą, wylewa to i zostawia w chłodnym miejscu, aby ściekło.
Potem wyrzuca się na talerz, posypuje cukrem, polewa śmietaną i podaje z malinami.
- No proszę - powiedział triumfalnie. - Teraz zapomniała pani zupełnie o Sampsonie
Ghencie.
- Nie, nie zapomniałam.
- Pani Fent zrobiła je dwa razy?
- Tak. Miała sześć miseczek. Razem było dwanaście. Po jednej porcji dla kaŜdego. Ale dała
mi trochę malin, Ŝebym zabrała do domu dla mamy, poniewaŜ zabrakło dla mnie tego budyniu.
Potem były sery i porto.
- Jakiego koloru są jego oczy?
- Brązowe - powiedziała prędko Milly. - Powiem panu, czego spróbowałam. Wina. Pani
Fent nie tknęła swojego. Zostawiła w kieliszku. Wypiłam więc to wino, kiedy zbierałam ze stołu.
Było teŜ bardzo dobre.
- Ghent miał niebieskie oczy - powiedział konstabl.
Milly poklepała go czule po piersi. - Brązowe. Czegoś takiego nigdy bym nie zapomniała.
Widziałam wszystkie jego filmy. - Postawiła szklankę i spojrzała mu w oczy. -Czy pamięta pan tę
scenę przy końcu, kiedy pogodził się ze swą ukochaną z dzieciństwa. To nie był Ŝaden sobowtór.
- JuŜ najwyŜszy czas, Ŝeby pani poszła do domu, malutka Milly - zdecydował Crosby.
Rozdział IX
RównieŜ inspektor Sloan spędził wieczór zajmując się tą sprawą.
U siebie w domu.
- Margaret - zapytał Ŝony - jak zaplanowałabyś przyjęcie na dwanaście osób?
- Nie zrobiłabym tego - powiedziała Margaret Sloan. -A co? Nie zaprosiłeś chyba całej
druŜyny?
- Nie, ale to jest myśl. -Uśmiechnął się.-śeby dowieść, jak nie miałaś racji.
- Co do czego?
- Kawalerstwa.
- Nie próbuj. Zresztą nie mamy dwunastu nakryć.
- Nie. Ale gdybyś miała urządzić takie przyjęcie - jej mąŜ nie dawał za wygraną - to co byś
dała do jedzenia?
- A więc - oparła się o fotel zastanawiając się - kiedy wszystko juŜ jest zrobione i
uporządkowane, nie ma jak pieczeń dla wielu gości.
- Jak się zapatrujesz na koronę z jagnięcia?
- Dobry pomysł. To byłoby smaczne i tanie.
- Tanie? - To było coś, co Sloanowi w ogóle nie przyszło na myśl.
- Potrzebne są tylko dwa udźce z najlepszej części jagnięcia, a to nie kosztuje drogo.
Byłoby z tego wystarczające danie dla dwunastu osób i chyba najtańsze z wyjątkiem gulaszu.
- Rzeczywiście. Wiedziałem, Ŝe oŜeniłem się z dobrą gospodynią.
- Nie wiem, czy twoja matka byłaby tego samego zdania!
- Ach... to co innego.
- Tak - spojrzała na niego, jakby chciała jeszcze coś dodać. - W kaŜdym razie korona z
jagnięcia to danie, które bardzo ładnie wygląda - powiedziała. - Robi okazalsze wraŜenie, niŜ jest
naprawdę. Prosi się rzeźnika, Ŝeby usunął kości, a potem zszywa się obydwa końce grzbietami.
Sloan kiwał głową na znak zrozumienia. - Potem się to gotuje.
- Potem - wyjaśniała cierpliwie - wypełnia się koło w środku duŜą ilością nadzienia. I
naturalnie, jeśli się chce, Ŝeby szczególnie ładnie wyglądało...
- Tak? - W tym stadium wszystko mogło naprowadzić na trop. Wszystko.
- Potem nakłada się tak zwane papiloty na końce kości.
- Papi... O, wiem juŜ. To takie coś z papieru, co wygląda, jak czepiec kucharski dla lalek. -
Miał błogą nadzieję, Ŝe nie będzie musiał tłumaczyć tego nadinspektorowi Leeye-sowi.
Margaret Sloan uśmiechnęła się, a jego ogarnęło uczucie ciepła i zadowolenia. - Nie
najgorzej jest być Ŝoną policjanta, prawda? - powiedział.
- Wcale nieźle - zapewniła tonem nieco oschłym, jakim mówiła w chwilach, kiedy kto inny
stawałby się sentymentalny.
- Poczekaj, dopóki będę spędzał noce poza domem, przez miesiąc pod rząd.
- Pójdę do domu, do mamy...
- Albo kiedy będę musiał uganiać za jakimś szalonym rewolwerowcem. - Przysunął się. -
Lepiej pocałuj mnie teraz, bo a nuŜbym wtedy nie wrócił.
- Idiota. A teraz co do papilotów...
- NiewaŜne papiloty. Wystarczy zwyczajny pocałunek.
- Z papilotami na koniuszkach kości - powiedziała zdecydowanie - to koło wygląda
naprawdę jak korona.
- Nieraz się zastanawiałem, po co się je daje?
- Dla ozdoby. - Zmarszczyła brwi. - Chyba Ŝe ma się to brać w rękę, Ŝeby lepiej ogryźć.
- Najlepszy kawałek mięsa moŜe przepaść, gdy uŜywa się tylko noŜa i widelca - orzekł
sentencjonalnie Sloan. -Nie ma jak palce.
- W kaŜdym razie dzięki papilotom wygląda to szczególnie wykwintnie. - Podeszła do szafy
z ksiąŜkami. -MoŜe znajdę dla ciebie jakąś ilustrację. W ksiąŜkach kucharskich jest zazwyczaj
fotografia tej potrawy. - Przeciągnęła palcem po półce. - Dostaliśmy ich duŜo w prezencie
ś
lubnym. - Nie wiem, czyŜby wszyscy myśleli, Ŝe cię zagłodzę, czy co? Zawsze moŜna jeszcze coś
dodać, jeŜeli kucharka ma zmysł artystyczny - a czy ta ma?
- Nie wiem - powiedział Sloan. - Nie znam jej na tyle, aby wiedzieć. Na razie. Wszystko, co
wiemy o niej dotąd, to to, Ŝe jest drobną brunetką i bardzo urodziwą.
- Ale nie zwróciłeś na nią szczególnej uwagi?
- Nie - zapewnił, patrząc jej w oczy - tylko z policyjnego punktu widzenia.
- Wiem. - Pokiwała głową. - Ściśle w granicach obowiązku. Nie jest tak źle być
policjantem, prawda?
- Uczy się człowiek zauwaŜać pewne rzeczy - powiedział mąŜ Margaret. - Wzrost ponad
pięć stóp. Czarne włosy...
- Więc rozpoznałbyś ją w tłumie?
- W pracy trzeba mieć oczy otwarte.
- Naturalnie.
- Dobre nogi, jeszcze lepsze kostki.
- O jakim daniu teraz mówimy? Sloan uśmiechnął się. - O koronie z jagnięcia. Dlaczego
chciałaś wiedzieć, czy pani Fent ma zmysł artystyczny?
- Gdyby miała, ułoŜyłaby pewnie puree z ziemniaków naokoło, po zewnętrznej stronie
jagnięcia.
- I Wtedy wygląda to jak gronostaje.
- Idiota - powiedziała po raz drugi.
- Zwłaszcza z kulkami groszku, ułoŜonymi strategicznie na ziemniakach.
- Lepiej nastawię kawę.
Później powrócił do tematu przyjęcia w Strontfield Park.
- MoŜe mogłabyś powiedzieć mi coś jeszcze, Margaret?
- Tak, inspektorze.
- Dlaczego pani Fent podała zimną zupę?
- Mniej kłopotu niŜ z grapefruitem - wyjaśniła bez wahania pani Sloan. -1 tańsze niŜ melon.
A pate - to, co twoja i moja matka robiły same i nazywały konserwowanym mięsem - odpada, bo
nie moŜna zrobić gorących grzanek dla dwunastu osób, kiedy się ma pieczeń na głowie.
- Ale dlaczego zupa była podana na zimno?
- Bo to znaczy, Ŝe moŜna rozlać ją wcześniej. Nalanie dwunastu talerzy gorącej zupy z
wazy to wyczyn, a nawet jeśli naleje się ją gorącą, będzie zimna, nim dwanaście osób usadowi się
przy stole. Zresztą zimna zupa jest całkiem dobra.
- O, nie. - Wziął swoją kawę z tacki. - A ty nie pijesz? Potrząsnęła przecząco głową. -
Zaszkodziła mi na Ŝołądek wczoraj wieczór.
- Czy zdajesz sobie sprawę, Margaret, Ŝe my nie wiemy nawet, jak ci ludzie siedzieli przy
stole, a głowę daję, Ŝe to jeden z nich otruł Billa Fenta.
- Wiesz - wyjaśniła szybko - moŜesz być pewien, Ŝe w tym środowisku najwaŜniejsza
wśród gości kobieta siedziała po prawej stronie gospodarza, a najwaŜniejszy męŜczyzna ditto po
prawej stronie gospodyni, następna co do waŜności para odpowiednio po lewej stronie gospodarza i
gospodyni. To masz juŜ sześcioro.
- A zatem Fent miałby po prawej stronie panią Washby - całe to przedstawienie było na jej
cześć, a... -wymieniał w myśli nazwiska gości - a chyba pannę Paterson po lewej? Była najstarsza...
- Ale niezamęŜna - uzupełniła pani Sloan. - Według mnie siedziałaby tam najstarsza po niej
zamęŜna kobieta.
- Pani Renville. Muszę przyznać, Ŝe raczej mi się podobała.
- A więc - powiedziała- ironicznie Margaret - moŜesz być pewny, Ŝe siedziała obok
gospodarza.
- Wobec tego doktor Washby siedziałby z jednej strony pani Fent, a Richard Renville z
drugiej.
- Twoja panna Paterson obok doktora Washby, a drugi waŜny męŜczyzna...
- Na pewno profesor.
- Obok pani Washby.
Sloan otworzył notes. - Pozostają więc tylko March-montowie.
- Następni z kaŜdej strony.
- I kuzynowie, Annabel Pollock i Quentin Fent.
- Rodzina - orzekła Margaret. - MoŜna ich posadzić gdziekolwiek.
- Tak więc - kontynuował Sloan - zimna zupa stała juŜ na stole i przy odrobinie szczęścia
ktoś znający się na tym, kto wszedł wcześniej do pokoju, mógł się prawie na pewno domyślić, jakie
kto zajmie miejsce.
Pani Sloan zadrŜała nagle. - Nie myślałam o tym od tej strony.
- Zwłaszcza gospodarz i gospodyni, jeśli wiadomo było, gdzie jest szczyt i dół stołu. -
Zajrzał znów do swego notesu. - Po zupie korona z jagnięcia z nadzieniem, wymyślnymi
ziemniakami i czym jeszcze?
Zamyśliła się nad tym. - O tej porze roku myślę, Ŝe fasolka i groszek, młode ziemniaki... no
i galaretka z czerwonych porzeczek.
- To przecieŜ ledwo było widać pieczyste spod tego garnituru - zaoponował Sloan.
- Właśnie o to chodzi - powiedziała rozsądna gospodyni. - Dzięki temu jest okazalsze i
podzielniejsze.
Sloan spojrzał na zegar i zamknął notes. - Rano muszę dowiedzieć się więcej o tym
budyniu.
- Ona wiedziała, co robi, ta wasza pani Fent - zauwaŜyła jego Ŝona. - Sprytnie wymyślony
był ten posiłek dla dwunastu osób.
- Sprytnie? - To było jeszcze coś, o czym nie pomyślał dotychczas. Zanotował sobie
sumiennie, Ŝe pani Helen Fent jest kobietą sprytną.
- A więc niezbyt kosztownie - poprawiła się Margaret. - Nie wyobraŜam sobie, Ŝeby moŜna
było wiele zrobić mniejszym kosztem. - Zabrała pustą filiŜankę męŜa. -Kolacja w większości
przygotowana poprzedniego dnia, wygodna do podawania, wygląda ładnie, a niezbyt wystawnie.
- Wykwintna, ale niezbytkowna - zgodził się Sloan, oglądając się na kota, aby go wypuścić.
- Helen, Helen! Co tu robisz na dole, na miłość Boską! I to tak późno w nocy...
Helen Fent drgnęła. - Ach, to ty, Annabel. Przestraszyłaś mnie.
- Ty teŜ mnie przestraszyłaś - zareagowała z miejsca młoda pielęgniarka. - Myślałam, Ŝe
leŜysz spokojnie w łóŜku.
- LeŜałam.
- A tu naraz znajduję cię na dole w nocnej koszuli. I to na dodatek w białej.
Helen zaśmiała się niepewnie. -Wyglądam chyba trochę jak duch.
- W tych ciemnościach - dodała Annabel z wyrzutem. -Mogłaś choć zapalić światło.
- Przepraszam - powiedziała skruszona. - Nie pomyślałam.
- Szłam właśnie na górę, Ŝeby się połoŜyć - mówiła
Annabel. - Byłabym zajrzała do ciebie, spytać, czy nie potrzebujesz czegoś na noc. Chcesz
moŜe napić się jeszcze czegoś gorącego?
- Tak... nie. Nie - Helen odetchnęła głęboko - dziękuję ci.
- A moŜe proszek nasenny? Mam jakieś przy sobie.
- Nie, dziękuję. - Helen potrząsnęła głową. - Nie o to chodzi. Chciałam się tylko upewnić,
czy drzwi wejściowe są zamknięte.
- Tej nocy tak - powiedziała Annabel. - Muszę przyznać, Ŝe ubiegłej nocy nie były
zamknięte. W kaŜdym razie furtka od ogrodu była otwarta, kiedy przechodziłam tamtędy ostatni
raz. Zamknęłam ją sama. Miałam ci o tym powiedzieć dziś rano, ale nie było czasu.
- Tak - potwierdziła Helen z powagą. - Co to był za dzień!
- Pewnie Quentin zapomniał zamknąć.
Pani Fent przesunęła ręką po oczach. - To była jedna z rzeczy, których Bili zawsze
pilnował. Quentin nie jest winien... ma dosyć zaprzątniętą głowę... to moja wina. Muszę się
przyzwyczaić robić takie rzeczy, kiedy nie ma Billa.
- Tej nocy - powiedziała Ŝyczliwie Annabel - jedyną rzeczą, do jakiej się musisz
przyzwyczaić, jest pozostanie w łóŜku.
- Przepraszam, siostro. - Helen uśmiechnęła się słabo w ciemnościach. - Ale nie jest to takie
łatwe, jak myślisz, - Nie - przyznała Annabel ze współczuciem - ale lepiej idź teraz z powrotem do
łóŜka, mimo wszystko. Zawołaj mnie, jeśli będziesz czegoś chciała, i staraj się zasnąć.
- Gdzie jest Quentin?
- W gabinecie. Rozmawia z Jacąueline. Zatelefonowała juŜ bardzo dawno i wciąŜ jeszcze
mówią.
Wierna miłość Quentina do Jacąueline wciąŜ napotykała na jakieś przeszkody, toteŜ kiedy
usiłował wytłumaczyć jej teraz, Ŝe został właścicielem Strontfield Park, trudności były takie same
jak zwykle.
- Chyba Ŝe coś mi się przytrafi w ciągu najbliŜszych trzech tygodni - dodał na koniec.
- Czy to znaczy, Ŝe tatuś pozwoli nam teraz wziąć ślub? - zapytywała z kobiecą
bezpośredniością. Nie bez powodu ojciec jej zrobił pieniądze nazywając rzeczy po imieniu.
- Mam nadzieję, ale... - Quentin był ostroŜny - to taka stodoła.
- Strontfield Park. - Zastanawiała się chwilę nad tą nazwą. - To naleŜało do Fentów od
wielu pokoleń, prawda?
- Tak - powiedział Quentin lakonicznie - a oni wydali w tym czasie wszystkie pieniądze,
jakie mieli.
- Tatuś mówi, Ŝe majątek ziemski jest lepszy niŜ pieniądze.
- Na pewno jest - zapewnił jej narzeczony z zapałem -jeśli ma się jedno i drugie. Ale
majątek bez pieniędzy jest w pewnym sensie kulą u nogi.
- Niemniej tatuś będzie zadowolony, kiedy się dowie -orzekła rozsądna córka pana
Battersby.
- Z pewnością zmieni zdanie, kiedy go zobaczy - wyraził swój pesymizm Quentin.
- Dlaczego? Co tam jest złego?
- Nic. W tym cały kłopot. Nie wyobraŜaj sobie, Ŝe nie jest to ładne miejsce. Jest ładne. Zbyt
ładne. Obwarowane Bóg wie jakimi nakazami, zastrzeŜeniami i majoratami i -Quentin zapomniał
na chwilę o swej przynaleŜności do świata sztuki - nie moŜna zmienić nawet głupiego okna bez
pytania całego świata o pozwolenie.
- Czy nie wspominałeś nam kiedyś o jakimś planie rozbudowy czy czymś takim? - Panna
Battersby była kropka w kropkę córką swego ojca - a nawet go przewyŜszała.
- Wspominałem - odpowiedział niechętnie Quentin.
V - Lekka Ŝałoba
UwaŜał, Ŝe juŜ najwyŜszy czas, aby rozmowa przybrała bardziej romantyczny ton. - Będę
musiał zbadać to wszystko teraz za pomocą mistrzów prawa, ale tymczasem, najdroŜsza...
- Tatuś będzie chciał wiedzieć - upierała się praktyczna Jacąueline.
- Słuchaj - wybuchnął gwałtownie Quentin - czy mam się Ŝenić z tobą, czy prosić o
zezwolenie na budowę?
- Myślę, Ŝe jedno i drugie - powiedziała słodko jego przyszła. - Równocześnie. Kiedy?
- Wyznacz dzień - warknął Quentin. Panna Battersby wciągnęła powietrze. - Powiedzmy od
jutra za miesiąc?
- Chcesz się upewnić? - zapytał z goryczą.
- Jeśli masz zrobić ze mnie uczciwą kobietę w kościele -powiedziała Jacąueline - istnieje
coś takiego, co się nazywa zapowiedzi, i trwa trzy tygodnie.
- Dobrze, dobrze - zgodził się Quentin. - Miesiąc - jeśli doŜyję do tego czasu.
- MoŜe doŜyjesz, jeśli się będziesz trzymał z dala od tatusia. WciąŜ jeszcze nie odebrał
swego wozu z naprawy.
Quentin się skrzywił. Zazwyczaj bezpośredniość Jacąueline stanowiła dla niego przyjemny
kontrast po pełnych niedomówień rozmowach w londyńskich sferach artystycznych, w których się
obracał. Dzisiaj uderzała go jak obosieczny miecz. Powiedział: - Dobrze. A więc od jutra za
miesiąc.
- Umowa stoi. - Głos jej brzmiał nieco drwiąco.
- I nie zapominaj, Ŝe powiedziałaś, ,tak'' - dodał gniewnie - nawet jeśli twój szanowny
ojciec nie zmieni zdania.
- Zmieni, nie martw się o to - zapewniła. - A teraz słuchaj, kochanie...
Potem, gdy sprawy materialne zostały omówione, rozmowa między narzeczonymi przeszła
na tematy zasadnicze i minęło dobre dwadzieścia minut, nim Quentin odłoŜył słuchawkę i poszedł
do łóŜka. Strontfield Park pogrąŜyło się w ciemności: słychać było jedynie monotonne tykanie
kafelkowego zegara w salonie.
Ten pokój nigdy nie był zupełnie ciemny ani zupełnie cichy. Kiedy wygaszono na noc
wszystkie światła, jedno zawsze się świeciło. Było to światło obok rzędu małych, migających
ekranów, wyglądających jak wystawa sklepu z telewizorami, gdzie ten sam program widzi się na
pięciu róŜnych aparatach. Tylko ekspert wiedział, Ŝe kaŜdy z tych pięciu ruchomych zielonych i
czarnych wykresów przedstawiał inny program.
A ekspert ten siedział przed ekranami i patrzył uwaŜnie.
Była nim pielęgniarka Joan Brown, a miejscem tym był Oddział Intensywnej Opieki
Medycznej w Szpitalu w Be-rebury.
KaŜda z tych pięciu zielonych linii przedstawiała bicie innego serca, kaŜda z zielonych
plamek ruszających się na dole ekranów była obrazem znacznych nieregularności tętna.
Szmer, który nigdy zupełnie nie cichł, pochodził z wentylatora. Był to jeden z
mechanicznych środków, którymi lekarze starali się utrzymać Toma Exleya przy Ŝyciu. Jego Ŝona,
która wciąŜ siedziała przy łóŜku pacjenta, nie wiedziała, czy kocha, czy nienawidzi ten monotonny
dźwięk ,,suf-suf”, który stał się częścią jej Ŝycia od ostatniej sobotniej nocy. Przekonała się teraz o
jednym, a mianowicie, Ŝe lekki rumieniec na policzkach jej męŜa był wyłącznie dziełem maszyny i
nie miał nic wspólnego ze zdrowym procesem naturalnego Ŝycia.
Było tuŜ po drugiej nad ranem, kiedy nowy dźwięk wywołał niepokój w małej sali.
Pielęgniarka podniosła wzrok.
Monitor przedstawiający tętno Exleya wydał ostrzegawczy pisk. Pielęgniarka sięgnęła po
telefon. Właśnie wtedy zielona plamka na ekranie monitora opadła rozpaczliwie w dół i zniknęła.
Skończyło się czuwanie pani Exley.
Pielęgniarka wyprowadziła ją z pokoju.
Rozdział X
Sloan rozpoczął dzień - sobotę - wyjazdem w kierunku Calleford, ściśle mówiąc do
Lampard.
Urzędnik sądu w Lampard nazywał się Phillipps. Był zachwycony, Ŝe moŜe być w czymś
pomocny inspektorowi.
- Jedno ramię sprawiedliwości dla drugiego - jak to trafnie wyraził.
- Ech, rzeczywiście - powiedział szybko Sloan, zanim tamten zaczął mówić, Ŝe są jak
bracia. Nie uwaŜał się za brata tego urzędnika w prąŜkowanych spodniach i w czarnym Ŝakiecie. -
Chodzi tylko o kilka informacji o waszych ławnikach...
- Są bardzo dobrzy - zapewnił pan Phillipps niczym skromny aranŜer w cyrku. - Naturalnie
- zwierzał się jak zawodowiec swemu koledze - jako laicy są czasem trochę nieobliczalni. Jeden
zwłaszcza zbyt łatwo się unosi...
- Pewnie jakaś pani... - powiedział Sloan, który miał róŜnorakie doświadczenia z kobietami
sędziami, jeszcze zanim został sierŜantem, a co dopiero inspektorem.
- MoŜna sobie naturalnie z nią poradzić - aranŜer zmienił się teraz w pogromcę lwów.
- I w dodatku naleŜy pewnie do tych dobroczynnych? -WciąŜ nie był pewien, czy właśnie
takie nie wyrządzają największej szkody.
Urzędnik potwierdził. - Patrzy na drzewa, a nie widzi lasu i nigdy nie zobaczy. Ale na ogół
sprawiedliwość zwycięŜa.
- To mnie cieszy - oświadczył Sloan i cieszył się rzeczywiście.
- Naturalnie - urzędnik mówił teraz tonem ojcowskim - Ŝaden z nich nie moŜe spać w nocy,
kiedy po raz pierwszy skazuje człowieka na więzienie.
- Rozumiem.
To pewnie tak - myślał Sloan - jak aresztuje się kogoś po raz pierwszy. A na głos
powiedział: - Pan William Fent...
- Niepowetowana strata - wyrecytował natychmiast Phillipps. - Rzec moŜna, gwiazda
zespołu. Dobry człowiek i zarazem dobry sędzia. Był przewodniczącym juŜ od kilku lat. Jak jego
dziadek.
- Czy wydawał surowe wyroki? - dopytywał się Sloan.
- Nie, przeciwnie - odrzekł urzędnik. - Dzięki panu Wilkins, jak sądzę.
- Panu Wilkins?
- Jest opiekunem sądowym.
- Ach - Sloan zrozumiał natychmiast i odruchowo wyraził pogląd policji na tę sprawę. - My
ich łapiemy a on wyciąga.
Pan Phillipps poprawił krawat. - Jest... e ... bardzo przekonywający, inspektorze. Zagina ich,
Ŝ
eby pomóc.
Pogromca lwów, ale dobry pogromca.
Sloan naleŜał do tej szkoły myślenia, dla której waŜniejsze było prostowanie, spytał więc
tylko: - DuŜo tu u was przestępstw?
- Właściwie to nie są przestępstwa - powiedział z wylewnością urzędnik - ale jesteśmy tutaj
jak tylne wejście do przodującej stajni, skąd właśnie najlepiej widać wszystkie błędy hodowcy.
- Nieprzystosowani - potwierdził Sloan, zastanawiając się, jak bardzo trzeba być
nieprzystosowanym, Ŝeby podać komuś truciznę i czekać, aŜ umrze. Przede wszystkim musi to być
ktoś samolubny, Ŝeby chciał to zrobić; zarozumiały, Ŝeby sądzić, Ŝe to zrobi i nie zostanie złapany;
sprytny, Ŝeby zrobić i dojść tak daleko jak on; okrutny, Ŝeby nie troszczyć się o to, jak i kiedy ktoś
umrze; wyrachowany, Ŝeby spokojnie rozwaŜyć wszystkie za i przeciw, bo jeśli coś w tej sprawie
rzucało się w oczy, to to, Ŝe decyzji zabójstwa nie powzięto w ostatniej chwili. Mimo Ŝe ta
starannie dobrana dawka rozpuszczalnego barbituranu podana została w duŜym towarzystwie,
nigdzie nie było widać Ŝadnych oznak paniki lub nagłego strachu...
- Przepraszam - Sloan drgnął i oprzytomniał. - Niezupełnie to zrozumiałem.
- PrzewaŜnie sprawy samochodowe i matrymonialne -powtórzył urzędnik z Ŝalem. -
Czasem jakiś pijak. Nic interesującego.
- Wino, kobiety i samochody -powiedział Sloan, zastanawiając się, jak pełen swady pan
Wilkins określiłby człowieka, który usiłował zamordować Williama Fenta, sędziego pokoju.
Trudno było naturalnie coś powiedzieć -moŜe matka zostawiła go gdzieś w torbie podróŜnej, moŜe
widział kiedyś jakieś okropności w drewutni - moŜe urodził się kaleką - psychicznym kaleką lub
moŜe tylko ojciec nie wpoił mu chłostą róŜnicy między dobrem i złem, kiedy po raz pierwszy
przekroczył tę niewidzialną granicę...
- Trochę kłusownictwa, oczywiście - ciągnął dalej urzędnik. - Zawsze zdarza się trochę tego
na wsi.
- Od czasów Szekspira i jeszcze wcześniej - potwierdził Sloan. - Czy pan Fent traktował to
surowo?
- Niespecjalnie. - Urzędnik potrząsnął głową. - Wie pan, trudno sobie poradzić z Cyganami.
- Nawet pan Wilkins?
Pan Phillipps potwierdził z uśmiechem. - Nawet pan Wilkins. Płacą kary i odchodzą, a
potem robią znów to samo. MoŜna by rzec, zamiast płacić raty i podatki.
- Maluczcy wychowują się bez prawa i tak dalej mruknął Sloan z roztargnieniem. Myślami
był gdzie indziej. Jeśli się nad tym zastanowić, prawo jest przywilejem, bez względu na to, co
mówi skazany. - Nie jest to przecieŜ wokanda na Newgate,. prawda? - Zmarszczył czoło. - Czy
było coś, czego by się czepiał ten wasz pan Fent?
- Rewolwery - odparł bez wahania pan Phillipps. -Zezwolenia na posiadanie broni i tym
podobne. Wszyscy dziś są pełni niepokoju, jeśli chodzi o broń.
Sloan ucieszył się z tego. On sam był zawsze pełen niepokoju, jeśli chodziło o broń.
Zwłaszcza na słuŜbie. MoŜna by rzec na linii ognia.
- Czy był ktoś - kontynuował cierpliwie swe pytania Sloan - z kim miałby na pieńku z tego
powodu?
- Pan Fent? O, nie, inspektorze. On nie był taki. Nie wykorzystywał nigdy swojej pozycji w
ten sposób... i nie pozwoliłby nikomu innemu z ławników... i ja takŜe nie.
- MęŜczyźnie ani kobiecie? - poddał chytrze Sloan.
- MęŜczyźnie ani kobiecie - powtórzył pan Phillipps z emfazą.
- A moŜe - upierał się Sloan - był ktoś, kto na niego nastawał?
Pan Phillipps robił wraŜenie zakłopotanego. - Myśli pan o kimś, kogo Fent zasądził?
- Ludzie Ŝywią urazy - powiedział Sloan - a zwłaszcza ludzie skazani, wobec tych, którzy
wydali na nich wyrok.
Twarz pana Phillippsa rozjaśniła się. - Nie przypominam sobie nikogo takiego, inspektorze.
- A jak tam z chłopcami o nazwisku Pennyfeather?
- Oni na pewno nie - powiedział z przekonaniem urzędnik. - Zawsze bardzo uprzejmi,
nawet zabawni.
- Śmiech na sali sądowej? - spytał Sloan.
- Często. Zawsze mają duŜo do powiedzenia na swoją obronę. Prasa to kocha. Kiedy bracia
Pennyfeather stają przed sądem, to dla prasy najlepszy dzień. Oni nie wchodzą w rachubę. Weseli
chłopcy. śadnej wrogości z ich strony.
- Zastanawiam się - mówił w zamyśleniu Sloan - od której części zaczynali jeść swoje
czekoladowe figurki.
Pan Phillipps zdziwił się niepomiernie. - Przepraszam, inspektorze?
- Mieliśmy swego czasu w Berebury psychiatrę, który zawsze chciał to wiedzieć.
Pan Phillipps uspokoił się. - W kaŜdym razie bracia Pennyfeather są zupełnie normalni. Jest
ich czterech - jak szereg malowanych garnuszków. Poprawią się, kiedy dorosną. Oczywiście, jeden
pociąga drugiego i mają wielu naśladowców wśród młodszych dzieci. Przez to są jeszcze gorsi, wie
pan, Sloan wiedział. Pierwszą rzeczą, jakiej uczono młodych policjantów, było to, Ŝe najwięcej
przestępstw popełniają chłopcy działający w grupach. Niepotrzebnie o tym mówili, bo kaŜdy
policjant sam to stwierdzał pierwszego dnia słuŜby.
- Nigdy teŜ nie proszą o odroczenie grzywny - dokończył pan Phillipps.
Sloan przestał myśleć o braciach Pennyfeather i o tej sprawie. Przyjmowanie surowej
sprawiedliwości na wesoło nie kojarzyło się jakoś z morderstwem. Spróbował zaatakować
urzędnika sądowego z innej strony. - A jak było w przeszłości?
- Trochę dawniej, myśli pan? - Phillipps spojrzał z ciekawością na Sloana.
- Myślę - powiedział - o kimś, kogo zamknięto jakiś czas temu i kto niedawno wyszedł, ale
z duŜą zadrą.
- Rozumiem teraz, o co panu chodzi, inspektorze. -Urzędnik naraz spowaŜniał. - Nie
przypominam sobie nikogo takiego, ale sprawdzę zaraz w moich protokołach.
Konstabl William Edward Crosby, Anglik w kaŜdym calu, aŜ po swój anglosaski sposób
bycia, wkroczył do urzędu pocztowego miasteczka Cullingoak w Calleshire, podszedł do lady,
wyciągnął legitymację i powiedział kącikiem ust w najdoskonalszym urzędowym stylu tylko jedno
słowo: “Policja”.
Zawsze przedstawiał się w ten sposób, kiedy był sam na słuŜbie. Jak to juŜ odkryli
mądrzejsi ludzie, w kaŜdym z nas tkwi jakiś mityczny bohater. Jeśli jednak zabije się fantazję, ginie
w człowieku coś więcej. Crosby nie odkrył jeszcze jednej z drobnych ironii losu polegającej na
tym, Ŝe kiedy fantazja się urzeczywistnia, to przypomina do tego stopnia coś, co zdarzyło się
komuś innemu, Ŝe staje się mało prawdopodobna.
W tym przypadku reakcja kierowniczki poczty, pani MacArthur, gwałtownie sprowadziła
Crosby'ego na ziemię.
- NajwyŜszy czas - warknęła, uderzając w jakąś paczkę datownikiem. - Masz tu, Jim -
odwróciła się i rzuciła paczkę przez drzwi komuś z tyłu. Kiedy w ten sposób dała do zrozumienia,
Ŝ
e - według jej kryteriów - policjanci są małymi płotkami w porównaniu z pocztowcami, odwróciła
się z powrotem do Crosby'ego i zapytała: - Kiedy wreszcie zrobią coś z moim kioskiem,
chciałabym to wiedzieć. Powtarzam im to, aŜ sobie płuca wygadałam.
Crosby złapał oddech.
Pani MacArthur nie przerywała: - A oni mówią, Ŝe ledwie zdąŜą zainstalować telefony,
wandale je wyrywają, a czy wy złapaliście ich kiedykolwiek? Nigdy! Zapamiętaj sobie, młody
człowieku...
Nic nie draŜniło Crosby'ego bardziej niŜ nazwanie go młodym człowiekiem, bo był nim
faktycznie i widać to było na pierwszy rzut oka.
- ...pewnego dnia ktoś będzie was nagle potrzebował -nawet w przypływie elokwencji udało
się pani MacArthur sprawić wraŜenie, Ŝe uwaŜała to za mało prawdopodobne i co się-wtedy stanie.
Nie zjawicie się, a my wszyscy zostaniemy zamordowani we własnym łóŜku, tak będzie.
Crosby prywatnie był zdania, Ŝe ten, kto zamorduje panią MacArthur, odda przysługę
ludzkości - jeśli nie poczcie Jej Królewskiej Mości - ale powiedział tylko: - Ja jedynie zbieram
informacje, proszę pani, to wszystko.
Pani MacArthur szybko i gniewnie uderzyła stemplem w inną paczkę. - Jeśli chodzi o
zaświadczenie rejestracji na tego psa, który ugryzł pastora, to oni je mają. W dodatku są to
Adwentyści Siódmego Dnia, ale dosyć szybko załatwili sobie sprawę u weterynarza.
- Chodzi o ostatnią sobotnią noc - powiedział z godnością konstabl Crosby, omijając
ostroŜnie sprawę dogmatów religijnych.
- W sobotę w nocy zawsze są kłopoty. - Pani MacArthur wyjrzała przez okno urzędu
pocztowego. Miasteczko Cullingoak przedstawiało idylliczny widok, z kościołem w głębi,
obowiązkowym zielonym skwerkiem, sadzawką dla kaczek i kaczkami, ale pani MacArthur nie
dawała się zwieść tym widokiem. - Jeśli nie gospoda, to remiza. Moim zdaniem ludzie grają w
krykieta tylko dla piwa... _
- Nie chodzi nam o tego rodzaju sprawy.
- Były tańce w Klubie MłodzieŜowym - zarechotała wesoło. - Z tym takŜe macie kłopot.
- Ktoś zachorował - powiedział Crosby.
- Ach.
- Doktor pukał do pani?
- No i co z tego?
- Dlaczego?
- Powiedział, Ŝe szuka jakiegoś chorego przy Copway Street i nie moŜe znaleźć. -
Przekrzywiła głowę na bok i powiedziała przebiegle: - A więc doktor jest w kłopocie?
Crosby potrząsnął głową. - Po prostu zwykłe zasięganie informacji.
- Znam wasze zasięganie informacji - syknęła. - Jak hiszpańska Inkwizycja. W końcu
zawsze ktoś znajdzie się w kłopocie.
- Która to była godzina?
- Około wpół do dwunastej. Zachorował ktoś o nazwisku Waters, jak mówił doktor, ale nie
wiedział, gdzie to jest. I nie mógł ich znaleźć. W kaŜdym razie na Copway Street.
- A pani?
- Nie mogłam sobie przypomnieć.- przyznała. - Wtedy nie mogłam. Obecnie nie sortujemy
listów. Inaczej wiedziałabym. Centrala telefoniczna takŜe została zautomatyzowana.
Crosby zadrŜał na myśl, Ŝe pani MacArthur mogłaby kontrolować jedno czy drugie, a co
dopiero jedno i drugie. - A więc w ogóle nie zorientowała się pani...
- W tym momencie nie - powtórzyła. - Później przypomniałam sobie ludzi w Rosę Cottage.
Nazywają się Waters.
- Waters, Rosę Cottage, Copway Street. - Zanotował.
- Artyści - powiedziała dosadnie. - Spędzają tu tylko weekendy. Dlatego doktor nie znał
nazwiska. Zdaje się, Ŝe mąŜ miał atak astmy wczesnym popołudniem, potem mu się nagle
pogorszyło, więc gdy doktor nie przychodził, Ŝona wpakowała go do samochodu i zawiozła prosto
do szpitala w Berebury.
- A więc, gdy doktor przyszedł, dom był zamknięty i pusty - skończył za nią Crosby.
- Zgadza się. Mówił, Ŝe szukał w Rosę Cottage, ale nikogo tam nie zastał. - Pani
MacArthur spojrzała na niego z ukosa. -Jakaś kobieta siedziała z doktorem w jego wozie.
- Jego Ŝona - wyjaśnił konstabl.
Pani MacArthur pociągnęła nosem i dodała juŜ innym tonem: - To dobrze, to mnie cieszy.
Doktor powinien być Ŝonaty, prawda?
- Wszystkim nam potrzebne są kobiety - powiedział
Crosby, zastanawiając się, czy dotyczy to równieŜ pani MacArthur.
Spojrzała na niego przebiegle. - Nie to miałam na myśli, wiesz o tym dobrze, młody
człowieku.
Konstabl na pewno nie miał nic wspólnego z hiszpańską Inkwizycją. Torąuemada nigdy by
się nie zaczerwienił.
Kiedy Sloan przybył do Berebury, inspektor Harpe poinformował go o śmierci Toma
Esfleya. Sloanowi wydawało się, Ŝe jego pogląd na sprawę jest bardzo jednostronny. Nawet w
policji moŜna było dojść do nadmiernej specjalizacji.
- Musisz przyznać, Sloan, Ŝe to delikatny problem.
- Co takiego? - zdziwił się Sloan, który nie widział w tym nic delikatnego.
- Czy ty go zaliczysz, czy ja.
Sloan był zakłopotany. - Przestań, Harry.
- Chodzi mi o to - nalegał drogowiec - czy on jest mój, czy twój?
- Nie Ŝyje - odpowiedział energicznie Sloan. - To wszystko, co mi o nim dotychczas
powiedziano.
- Chodzi mi o to, czy statystycznie naleŜy do mnie, czy do ciebie - wyjaśnił Harpe. -
Chciałbym to wiedzieć?
- Ach, rozumiem... - Sloan otworzył usta i znów je zamknął. MoŜe zaoszczędzić sobie
mówienia. Nie miało sensu wyjaśnianie Szczęśliwemu Harry'emu, Ŝe statystyka nie miała Ŝadnego
wpływu na to, z czym się dotychczas stykał. Dobra statystyka zawsze mówiła tylko to, co i tak
powinno się wiedzieć: stwierdzała rzeczy oczywiste, udowadniając je cyframi. Jeśli chodzi o złą
statystykę...
- Czy ten Exley zginął w wypadku drogowym - tłumaczył dalej Szczęśliwy Harry - czy...
- Ach, tak, rozumiem. - Sloan powinien był pamiętać Ŝe Harry od urodzenia miał
skłonności do dzielenia włosa na dwoje.
- Czy teŜ jest ofiarą morderstwa - kończył Szczęśliwy Harry.
- Zmarł na skutek obraŜeń poniesionych w wyniku uŜytkowania pojazdu mechanicznego na
drodze publicznej - powiedział uroczyście Sloan. Tę grę moŜna było uprawiać we dwóch. - Z
drugiej strony...
- Tak?
- Tak samo było i z tym drugim.
- Nie, nie - powiedział natychmiast Harpe. - MoŜesz sobie wziąć Fenta. On jest twój.
Wyłącznie twój.
- Dziękuję.
- Nie ma za co - powiedział Harpe; ironia skierowana do niego w jakiejkolwiek formie była
czystym marnotrawstwem. - Ktoś starał się zamordować Fenta, no i udało mu się. Ale Exley to co
innego.
- A to dlaczego?
- Ubezpieczenie - wyjaśnił Harpe. - O ile nam wiadomo, nikt mu nie podał Ŝadnej trucizny,
ale towarzystwa ubezpieczeń na pewno będą się o to spierać.
- UwaŜaj, Ŝeby nie wywinęli się z obydwu - powiedział brutalnie Sloan - i nie rób nic, Ŝeby
im to ułatwić.
- Klauzule pisane drobnym drukiem - zaczął ponuro Harpe. - Spodziewałem się tego.
Sloan westchnął. I on nie znał się na tych klauzulach. I, gdy przyszło co do czego, nie
interesował się rzeczami, które były legalne, ale nieuczciwe. Jego matka - a takich rzeczy uczy się
człowiek na kolanach matki - wychowała go w zasadach znacznie surowszych niŜ jedynie
zgodność z prawem.
- Exley - oświadczył kategorycznie - jest najbardziej bezspornym przypadkiem, jaki
kiedykolwiek widziałem, bez względu na to, co kto powie.
- Nie jest to juŜ teraz werdykt. - Harpe zajmował zawsze ostroŜne stanowisko. - Jeśli
państwo moŜe temu zapobiec.
- A więc powinien być - powiedział Sloan. -1 Harry...
- Tak?
- Pamiętaj koniecznie, Ŝe według statystyki mordercy rodzaju męskiego to najczęściej
wdowcy.
- Ba! -powiedział drogowiec.
Crosby spotkał Sloana w korytarzu przy drzwiach pokoju Wydziału Ruchu; miał w ręce
jakieś pismo.
- Wiadomości, Crosby?
- Z Australii. Obrót sprawy, jak w powieści, tak mi się zdaje - powiedział konstabl podając
pismo. -1 jak szybko.
- Oni to załatwiają bumerangiem. - Sloan wziął pismo i zaczął czytać. Policyjny system
teleksowy opasał ziemię .wkoło szybciej niŜ Ariel i wrócił z najcenniejszym policyjnym .towarem -
z informacją. Gdzieś tam, w kraju na antypodach - ściśle mówiąc w Cunningham Gap, Queeng-
land - kolega policjant potrudził się zbierając informacje dla drugiego policjanta, którego nigdy nie
widział i nawet nie dowie się nigdy jego nazwiska.
Stojąc w korytarzu komisariatu w Berebury, Calleshire, Anglia - ach, najrdzenniejsza
Anglia - Sloan próbował wyobrazić sobie tego człowieka wędrującego przez suche i zakurzone
miasto: choć z tego, co wiedział, Cunningham Gąb mogło równie dobrze znajdować się w
tropikalnym wilgotnym lesie, a jego kolegą, gliną, mogła być kobieta.
Hector Fent, Anglik, wymieniony w prośbie o informację, zmarł przed pięciu laty śmiercią
naturalną w miejscu zamieszkania, w Cunningham Gap.
Było to coś nowego dla Sloana, co jednak nie miało znaczenia. Miało natomiast znaczenie,
czy była to nowość dla mordercy. Czy teŜ on moŜe wiedział?
“Podobno był wdowcem” - podawał ostroŜnie teleks.
Mogło to znaczyć wiele lub nic. “Miał jednego syna” - czytał dalej Sloan. Co mogło
znaczyć wiele.
“O nazwisku Peter Miller Fent” - wydrukowano to duŜymi literami. To znaczyło wiele.
Bardzo wiele.
Rozdział XI
Wszystkie dochodzenia puszczone w ruch - zwłaszcza przez urzędy - dają zwykle wyniki. Z
czasem.
Niestety Sloan nie był obecny w komisariacie, kiedy zadzwonił dr Writtle; analityk
uwaŜając, Ŝe stopień słuŜbowy równa się wiadomościom, zamiast z nim, porozmawiał z
nadinspektorem Leeyesem.
- Chodzi o to pana pytanie, Sloan, skierowane do Wydziału Spraw Wewnętrznych -
powiedział Leeyes, kiedy Sloan zjawił się w swoim biurze - dotyczące sporządzania
rozpuszczalnych barbituranów.
- Słucham pana?
- Barbiturany - informował go Leeyes, uzyskuje się z kwasu barbiturowego, czyli z
malonylomocznika.
Sloan wyciągnął swój notes.
- A malonylomocznik - nadinspektor mówił tak, jakby chemia organiczna nie miała dla
niego Ŝadnych tajemnic -sporządza się z di... di... “dietylu”. - Pewność siebie znik-nęła po trzeciej
próbie. - Jest to... malonian dwuetylu.
- Naprawdę? Dziękuję panu.
- Barbiturany syntetyzuje się przez podstawienie związku wyjściowego róŜnymi
rodnikami - mruczał Leeyes. - Próbują nas olśnić wiedzą, Sloan.
- Tak, panie nadinspektorze.
- Ta cała technika - mówił dalej Leeyes, ściągając przy tym z piedestału jednego z
najlepszych w kraju chemików analityków - to bardzo dobre na swój sposób, ale nie pomaga w
rozwiązywaniu sprawy, prawda?
- Jeszcze za wcześnie, Ŝeby to stwierdzić. Czy wspominał coś o smaku?
Leeyes przesunął jakieś papiery. - Mam to gdzieś tutaj. Smak... ach, tak. Nieprzyjemny.
- W jakim stopniu zauwaŜalny?
- Trzeba by go trochę zamaskować. Tak jakoś się wyraził. - Nadinspektor z zasady nie
uznawał opinii ekspertów.
- A... e... naturalne źródła tego barbituranu?
- Malonylomocznika? - rzucił niedbale Leeyes. - Doktor Writtle rozwodził się nad tym
trochę. - Kwas jabłkowy - od tego się zaczyna - występuje w trzech enacjomorfi-cznych formach.
- Doprawdy? - zdziwił się kwaśno Sloan. - Czy któraś z nich jest uprawiana u nas?
- Tak.
Sloan spojrzał z uwagą.
- Jabłka - wyliczał Leeyes - winogrona, buraki - och i rabarbar.
- Rabarbar?
- Tak powiedział. Sądzę, Ŝe wie.
- A jak z moŜliwością sporządzenia tego domowym sposobem?
- Nie chciał powiedzieć: “tak” i nie chciał powiedzieć: “nie”.
Sloan zaklął siarczyście.
- Powiedział, Ŝe trzeba by było znać sposób i mieć urządzenia - rzekł Leeyes - a takŜe coś,
co się nazywa chlorek etylenu. On napisze to wszystko dla pana.
Tym razem Sloan uwaŜał, Ŝe to nic nie da. - Sądzę, Ŝe będziemy musieli wrócić do wzoru
numer jeden, nadinspektorze - westchnął - i sprawdzić, kto zyskuje.
- Lub przynajmniej kto nie traci - powiedział pesymistycznie Leeyes.
- Przede wszystkim stracił Exley - zaczął Sloan i poinformował go o drugim kierowcy. -
Biedny chłop.
Leeyes bębnił palcami po biurku. - A my nie posunęliśmy się o krok dalej, Sloan.
- Wiemy, Ŝe ktoś podał Fentowi truciznę.
- To wiedzieliśmy juŜ w poniedziałek - uciął Leeyes.
- I jaką truciznę - dorzucił Sloan stukając w swój notes.
- Akademicka informacja - ciągnął nieubłagany Leeyes.
- I kto miał sposobność.
- Za wiele osób. - Nadinspektor odpowiedział szybko i posępnie. - Grubo za wiele. Co
najmniej jedenaście.
Sloan odchrząknął. - Właściwie trzynaście...
- Nieszczęśliwa liczba dla niektórych. - Reakcja nadinspektora na liczbę trzynaście
wywodziła się z gry w Bingo.
- ... jeśli włączymy Petera Millera z farmy sąsiadującej ze Strontfield Park - Sloan
powiedział mu dlaczego - i tę dziewczynę, Milly Pennyfeather, która męczyła się w kuchni nad
rozgrzanym piecem.
- Dobrze - przytaknął Leeyes chłodno. - Im więcej, tym lepiej.
- Tak jak ja to widzę - Sloan nie zwracał uwagi i mówił dalej - kaŜdy z nich mógł wpaść do
jadalni i wykonać swój zamiar.
- Nie ma potrzeby robić z tego melodramatu - irytował się nadinspektor.
- No, nie ma - Sloan wciągnął powietrze, pomyślał
0 emeryturze, i znów je wypuścił. - Chodziło mi o to, Ŝe Milly pokazała im tylko pokój,
gdzie mogli złoŜyć płaszcze, 1 wróciła z powrotem do kuchni. Zostawiła ich, Ŝeby sami poszli do
salonu.
8 - Lekka Ŝałoba
- I myśli pan, Ŝe jeden z nich poszedł via jadalnia?
- Mogło tak być. Wszyscy znali dobrze ten dom. Z wyjątkiem pani Washby.
Leeyes znów zaczął bębnić palcami po biurku. - Co nam jeszcze wiadomo? Oprócz tego, Ŝe
ten gość obok teŜ macza w tym palce.
Sloan zakaszlał. - Słyszałem, Ŝe wdowa trochę dziwnie się zachowuje.
- Jak zazwyczaj wdowy - stwierdził Leeyes z głębokim przekonaniem.
- Nie sprawiło jej przyjemności, Ŝe byliśmy na pogrzebie. A teraz zamknęła się w swoim
pokoju i nie chce widzieć nikogo - tym bardziej nas.
Leeyes westchnął. - Sloan, jest juŜ pan w policji dość długo, Ŝeby wiedzieć, Ŝe nikt nas
nigdzie nie chce. Chyba tylko wtedy, kiedy się kogoś obawia. Wtedy to co innego.
- Tak, nadinspektorze. - Najlepiej było mu przytakiwać. Zawsze.
- Jeszcze coś?
- Wiemy, kto coś zyskuje - ostroŜnie zaczął Sloan. -W kaŜdym razie, o niektórych.
- Kto?
- Po pierwsze, Quentin Fent. DuŜo. A pośrednio jego narzeczona Jacąueline Battersby.
- Nie...
- Tak. Ta właśnie. Córka starego Battersby. Z Luston.
- Nie ma lepszych łoŜysk niŜ z firmy Battersby - powiedział Leeyes, udowadniając tym
samym, Ŝe przynajmniej jeden specjalista od reklamy zarobił na swój chleb codzienny. - Jej nie
zabraknie grosza. Jeszcze ktoś?
- Annabel Pollock. To druga kuzynka. Zyskuje niewiele. Prawdopodobnie nie tyle, aby się
to liczyło... wyjąwszy Elizę Doolittle.
- Wyjąwszy kogo, Sloan?
- “My Fair Lady”, nadinspektorze. - To się naprawdę podobało jego Ŝonie. - “Ci, z którymi
mieszka - zacytował - zarŜnęliby ją za szpilkę do kapelusza, a co dopiero za kapelusz”.
- A kto jeszcze zyskuje? - burknął Leeyes, wyraźnie to ignorując.
- Wdowa dostaje doŜywotni procent od niezbyt wielkiej sumy - odpowiedział Sloan.
Leeyes prychnął.
- I Peter Miller Fent - informował dalej Sloan - to znaczy rodzina ze strony Hectora Fenta,
przybliŜył się teraz nieco do spadku. Jest on następny w kolejności po naszym Quentinie.
- W lewo, krok, szybko marrrrrsz - wycedził ironicznie Leeyes. - Czy to juŜ wszyscy?
- Nie wiemy nic o tych, którzy mieli coś do stracenia -Sloan podchodził do rzeczy
metodycznie - ale wydaje mi się, Ŝe jest gdzieś ktoś, kto chciałby zrobić wielki interes na podstawie
zezwolenia na rozbudowę.
Nadinspektor raz jeszcze znacząco westchnął. - Nie moŜna nawet powiedzieć, Ŝe nie mamy
nic innego do roboty. - Skinął ręką w kierunku wiszącej za nim na ścianie mapy. - Tylko pointylista
mógłby się podjąć graficznego przedstawienia przestępczości w Calleshire. - Był znowu napad na
kamieniołom w Hollandbury.
- Znowu? To juŜ trzeci tego roku.
- Tak - potwierdził Leeyes. - Trzymiesięczne zaopatrzenie dla wszystkich włamywaczy od
sejfów w okręgu, a potem z czymś wyskoczą. Według moich obliczeń ich ostatnia zdobycz jest juŜ
na ukończeniu.
- Chyba takŜe Bertie znowu się ruszył - Sloan podjął nowy temat. - To oznaczałoby jeszcze
jedną szpilkę na mapie. MoŜe dwie.
Leeyes mruknął: - Myślałem, Ŝe on przyrzekał poprawę.
- Ten człowiek - rzekł Sloan - gotów jest mówić wszystko z wyjątkiem modlitwy. Będą
musieli przytwierdzić go do grobu, gdy nadejdzie czas.
- Nigdy nie będzie to dla mnie za wcześnie, ale teraz są gorsze kłopoty niŜ Bertie. -
Nadinspektor wskazał zagęszczenie szpilek na przedmieściach Berebury. - Na nowym osiedlu ktoś
zaczepia dzieci.
Sloan się skrzywił.
- Wiem, wiem - powiedział Leeyes. - To chodzi o ich ubrania, wie pan.
- Pardon. Proszę?
- Dzieci. Tak ładnie ubrane w obecnych czasach, Ŝe to jest po prostu wodzenie na
pokuszenie. Dawniej nie mieliśmy nigdy tych kłopotów. Kto by chciał zwabić parszywego urwisa,
któremu kapie z nosa, w brudnym ubraniu i z pchłami...
Tylko nadinspektor Leeyes potrafił wywołać obraz di-ckensowskiej nędzy i przedstawić
jako coś pozytywnego.
- Nikt - zakończył Leeyes, przekreślając w ten sposób, jakby to było coś złego, wysiłki
wielu generacji reformatorów społecznych.
- Niech pan to powie socjologom - syknął Sloan, ale pod nosem.
Dr Harriet Baird weszła po schodach na górę, do sypialni Helen Fent w Strontfield Park.
- Dzień dobry, moja droga - powiedziała. - Jaką miała pani noc?
- Niezłą - skłamała Helen.
Lekarka zbadała jej tętno. - No, juŜ trochę lepiej.
- Chcę wstać - oświadczyła Helen.
- Wierzę - przyznała spokojnie dr Baird, widząc oczy pacjentki podkrąŜone wskutek
bezsenności - ale pani nie wstanie. Nie dziś. MoŜe jutro, jeśli pani będzie rozsądna. Zobaczymy.
Wczoraj na dole wszystko samo się ułoŜyło?
- Tak sądzę.
- To wymaga czasu - powiedziała doświadczona lekarka. - Trzeba, Ŝeby pani na jakiś czas
zostawiła wszystko swojemu biegowi. Nie ma potrzeby spieszyć się z niczym, prawda?
- Chyba nie, nie sądzę - przyznała Helen bezbarwnym głosem. - Nie teraz. JuŜ nie teraz.
Lekarka nie wdała się w dyskusję na ten temat. Powiedziała natomiast: - Annabel na pewno
się panią opiekuje. - Quentin i Annabel - odpowiedziała Helen z niespodziewaną gwałtownością -
sami wszystko doskonale załatwiają, dziękuję.
Drobny, ciemnowłosy męŜczyzna czekał na Sloana w jego biurze. Konstabl Crosby dokonał
prezentacji.
- To jest pan Hickory, ekspert w dziedzinie planowania miejskiego i wiejskiego, którego
chciał pan widzieć.
- Z Okręgowego Wydziału Architektury w Callef ord -dodał ostroŜnie pan Hickory. - Co
moŜemy dla pana zrobić, inspektorze?
- MoŜe zechciałby mi pan wyjaśnić sprawy zezwolenia projektowego i rozbudowy -
powiedział Sloan.
Pan Hickory wciągnął powietrze.
Sloan zastrzegł się szybko. - Tak, Ŝebym mógł to zrozunet.
- Oczywiście. A więc, zezwolenie projektowe to dziwna rzecz...
Sloan podniósł brwi.
- Nie, nie, inspektorze. Niech mnie pan źle nie zrozumie. Nie w policyjnym znaczeniu
dziwne, choć czasem i tak bywa. - Hickory uśmiechnął się blado. - Obecnie chyba wszystkim się
zdarza, Ŝe są o coś zapytywani.
Sloan zachował w tej sprawie powściągliwe milczenie.
Nie były to sprawy, o jakich policjanci rozmawiają z obcymi.
- Nie, nie dziwne - wyjaśniał planista. - Nierealne to byłoby lepsze słowo. Nie w teorii,
oczywiście. O, nie. W teorii geometrzy zalecają, a komitet decyduje.
- Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi-mruknął Crosby pod, nosem.
- I w teorii - mówił Hickory - komitet podejmuje wszelkie decyzje w interesie miasta jako
całości.
- CzyŜ wszyscy tak nie postępujemy - wtrącił grzecznie Sloan. Crosby tylko przewrócił
oczami.
- Tak, prawda... - ciągnął dalej Hickory. - Komitety to teŜ coś dziwnego.
Sloan, który zrobił to odkrycie jeszcze jako zwykły policjant, skierował pana Hickory z
ogólnych problemów na konkretne.
- Co do tego planu rozbudowy w Strontfield Park...
- Ach, tak. - Przedstawiciel władz miejscowych rozwinął mapę East Calleshire i wskazał
miejsce. - Tu jest Constance Parva. Widzi pan tę część oznaczoną Ŝółtym kolorem...
Crosby wyciągnął szyję ponad ramieniem pana Hickory, podczas gdy Sloan szukał na
mapie Ŝółtych znaków.
- To jest tak zwany rejon zainteresowania miasta. Od czasu ustawy o Planowaniu Miejskim
i Wiejskim z 1947 roku zezwala się na rozbudowę w obrębie tego rejonu -z wyjątkami, które
nazywamy budownictwem mieszkaniowym na uboczu. Poza tym...
- Ta biała część?
- Tak, inspektorze. Zezwolenie na rozbudowę w tej białej części to trochę inna sprawa. Nie
tak...
- Automatyczne?
- Powiedzmy, bardziej dyskusyjne-powiedział półgłosem Hickory. - Właściwie
dyskrecjonalne.
- A ta kanalizacja, o której wszyscy mówią?
- Kanalizacja - zaczął ostroŜnie Hickory -... e... otwiera drogę dla dalszej rozbudowy.
Crosby otworzył usta, Ŝeby coś powiedzieć.
- Tak, rozumiem - wtrącił szybko Sloan.
- Lubią takŜe kościoły - nadmienił Hickory.
- Naprawdę lubią! - wykrzyknął Sloan, powstrzymując się od róŜnych wypowiedzi, między
innymi od przypomnienia Świątyni Midasa
- .
- Stwarzają punkt ośrodkowy - Hickory kontynuował, niezmieszany.
- ... I kłaniają się Mamonie. (Matka Sloana z zapałem czytała Biblię).
Hickory machnął ręką. - Myślę z punktu widzenia Planowania Miejskiego i Wiejskiego.
- ... Nie mówiąc o modlitwach przed ołtarzem Molocha.
- A zatem - wtrącił Sloan z ironią - kiedy jest kanalizacja i kościół...
- W tym porządku - bąknął Crosby sotto voce.
- ... w obrębie oznaczonego Ŝółtym kolorem otoku miasteczka następuje rozbudowa?
- Wolelibyśmy - wtrącił zastrzeŜenie Hickory - aby nie były to grunty rolnicze pierwszej
klasy.
- Nie są. Nie w Strontfield - powiedział Sloan. Crosby spojrzał ze zdziwieniem.
- Gdyby nadawały się pod uprawę - wyjaśniał cierpliwie Sloan - Fent dobrze by je uprawiał
i sąsiednia farma nie nazywałaby się “Ugór”.
- Słusznie. - Pan Hickory zmruŜył oczy i zajrzał jeszcze do jakichś papierów. - Tak
twierdzą petenci. Nie jest to ziemia urodzajna. UwaŜają, Ŝe zastrzyk świeŜej krwi oŜywiłby
ś
rodowisko wiejskie.
- To bardzo społeczne nastawienie z ich strony -mruknął Sloan.
- Dzięki nowym domom rozwinęłyby się sklepy i usługi
- tłumaczył Hickory - zostałaby powstrzymana ucieczka ze wsi i tak dalej.
- Rozumiem, Ŝe starali się o to dla ich dobra - powiedział Sloan.
Pan Hickory pozwolił sobie na słaby uśmiech. - Niezupełnie.
- Raczej dla napchania kieszeni - podsunął Crosby.
- Nie złoŜono nawet apelacji - powiedział Hickory. - Po pierwszym podaniu dostali
aprobatę załoŜeń, musieli więc być w dobrej sytuacji.
- Aprobatę załoŜeń?
Hickory poruszył się na krześle. - Mierzenie temperatury wody, tak by to moŜna określić.
W zasadzie akceptowane, lecz trzeba jeszcze uzyskać zatwierdzenie szczegółów. A jeśli się nie ma
zatwierdzonych załoŜeń...
- Tak? - zapytał z ciekawością Sloan.
- Wtedy nie ma potrzeby ponoszenia wydatku na zaprojektowanie rozbudowy, jaką się
miało na myśli, aŜ po najdrobniejszy szczegół.
- Ale dla Strontfield otrzymali aprobatę? Hickory przytaknął. - Bez trudu.
- Kiedy?
- W lipcu ubiegłego roku.
- I co potem?
- Potem nic. śadne szczegółowe plany nie zostały nigdy przedłoŜone przez petentów.
- A kto to był?
- Spółka “Calleford Enterprises Limited”. - Hickory spojrzał na odwrotną stronę jakiegoś
dokumentu. - Kilku przedsiębiorców budowlanych, kilku miejscowych handlowców, kuzyn
księcia...
- I lord w zarządzie.
- Właśnie on. - Pan Hickory przerwał na chwilę. -Mówią o nim, Ŝe moŜna się z nim
dogadać, kiedy jest trzeźwy.
- Znamy go - nadmienił chłodno Sloan. - Nasi ludzie z Wydziału Ruchu...
- Właśnie - powiedział pan Hickory.
- Zawsze usiłują pobrać mu krew - Crosby gotów był wdać się w pogawędkę. - Kłopot w
tym, Ŝe jego organizm jest przyzwyczajony do alkoholu.
Sloan usiłował skierować rozmowę z powrotem na temat gruntów. - Ta aprobata załoŜeń...
- Złapią go kiedyś - powiedział Crosby. - Inspektor Harpe mówi, Ŝe jeśli to będzie ostatni...
Sloan nie dał Crosby'emu skończyć: - To podanie o aprobatę załoŜeń złoŜone było zatem
bez udziału Fenta?
Hickory potrząsnął przecząco głową. - Bez Ŝadnego udziału. Zgoda właściciela nie jest
konieczna, lecz jest on informowany zarówno o złoŜeniu podania, jak równieŜ o wyniku.
- To chyba słuszne - zauwaŜył inspektor.
- Dawniej było inaczej - wyjaśnił planista. - W okresie kiedy jeszcze nie zawiadamiano
właściciela, sprzedawał swoją ziemię przedsiębiorcom, zanim się spostrzegł, ile byłaby warta po
uzyskaniu zezwolenia. Zdziwiłby się pan.
Sloan juŜ dawno przestał się dziwić bezgranicznej ludzkiej głupocie i chciwości.
Powiedział: - A zatem to, co tutaj mamy, to niezbyt dobra ziemia uprawna z aprobatą załoŜeń
rozbudowy mieszkaniowej.
- Z małym centrum handlowym.
- Której nie podjęli się przedsiębiorcy ani nikt inny -ciągnął Sloan zastanawiając się, jaka
jest w tej sprawie rola Petera Fenta i jego farmy.
- Jak do tej pory - uzupełnił Hickory.
- Wszystko to - powiedział Sloan do Crosby'ego po wyjściu przedstawiciela władz
miejscowych - moŜe mieć albo bardzo duŜo wspólnego ze śmiercią Williama Fenta, albo zupełnie
nic.
- A jednak moŜe mieć, szefie. - Crosby wziął w rękę papiery, jakie im zostawił Hickory. -
Proszę popatrzeć na to.
Podał Sloanowi kartkę firmowego papieru z nagłówkiem “Calleford Enterprises Limited”.
Wśród wymienionych nazwisk dyrektorów było nazwisko R. Renville'a.
Rozdział XII
- A więc - zapytał Crosby - czy mamy rzucać monetę, czy moŜemy juŜ zaczynać?
- Zaczynamy - powiedział Sloan wstając.
- Od Petera Millera Fenta?
- Nie. Jeszcze zaczeka trochę.
- Renville'owie?
- Nie - powiedział Sloan z namysłem. - Zaczniemy chyba od tej ogrodniczki. ZałoŜę się, Ŝe
z nich wszystkich ona jest najlepszym rozmówcą.
Domek panny Cynthii Paterson w Constance Parva znajdował się przy końcu High Street, w
pobliŜu kościoła. Był bardzo mały z długim, spadzistym dachem z tyłu i niewielkim ogródkiem od
frontu. Znaleźli boczne wejście. Zaprowadził ich tam napis umieszczony na frontowej ścianie, nad
strzałką.
Czy ktoś biedny, czy bogaty, Przez jedne drzwi wchodzi do chaty.
Sloan zapukał. Zaszczekał pies, ale nie słychać było Ŝadnej odpowiedzi.
- Widzę jakąś staruchę w szklarni - zauwaŜył Crosby rozglądając się wkoło.
Policjanci przeszli przez ogród do szklarni, gdzie jakaś siwa głowa migała wśród zieleni.
- To potrwa tylko chwilkę! - zawołała przez drzwi. -Proszę wejść. Próbuję złapać pszczołę.
O, jest!
Konstabl Crosby schylił szybko głowę, kiedy coś zabrzęczało mu koło lewego ucha.
- Nie wiem, jak się tu dostała - powiedziała Cynthia. Paterson. - Staram się nie dopuszczać
ich do kwiatów.
Pszczoła przeleciała z powrotem obok Crosby'ego. Bzyczała rozzłoszczona.
- Do licha z nią! - wykrzyknęła panna Paterson. - O, tu jest! Niech pan ją złapie,
młodzieńcze! One są szkodliwe dla kwiatów. Szybko poruszające się owady są niebezpieczne dla
ogrodu. Niektóre z wolno się poruszających teŜ nie są poŜyteczne.
Crosby chwycił pustą doniczkę i ruszył w kierunku pszczoły. Pszczoła siadła tam, gdzie nie
mógł jej dosięgnąć.
- Kwiaty szybko więdną, kiedy są zapylone - wyjaśniała ogrodniczka. - O, jest tutaj... teraz
ją pan złapie.
Ni stąd, ni zowąd Sloanowi przypomniało się coś ze szkolnych czasów: chłopięcy Ariel
pomaga grubszemu Prospero włoŜyć płaszcz i śpiewa: “Pójdę z pszczołą kwiaty ssać” *. Pamiętał,
Ŝ
e wtedy bał się, jak sobie poradzi jako Ariel z załamującym się głosem.
- Zastanawiałam się często, jak radzą sobie buddyjscy ogrodnicy - zauwaŜyła panna
Paterson tonem towarzyskiej rozmowy.
- Buddyjscy? - zdziwił się Sloan.
- Nie wolno im niczego zabijać, nawet muchy. Pszczoła takŜe wyglądała, jakby nie chciała
dać się zabić, i podfrunęła w górę, gdzie Crosby nie mógł jej dosięgnąć.
- Tu jest krzesło - zaproponowała panna Paterson. Crosby spojrzał na rozklekotany sprzęt z
giętkich listewek, zniszczony przez długą słuŜbę w kuchni, i powiedział: - Myślę, Ŝe ją złapię,
kiedy następnym razem sfrunie niŜej.
- Tak, jest pan dostatecznie wysoki. - Obróciła się i spojrzała bystro na Sloana. - Pan jest
takŜe wysoki. Policjanci?
- Tak, proszę pani - powiedział Sloan i przedstawił siebie i Crosby'ego.
Panna Paterson skinęła w kierunku Crosby'ego i powiedziała: - Powinien więc umieć złapać
pszczołę, no nie?
- Powinien - potwierdził ostroŜnie Sloan, choć chwilami miał wątpliwości, czy Crosby
potrafi cokolwiek złapać.
W szklarni było gorąco i młody konstabl spocił się teraz z lekka. Pszczoła poleciała szybko
w górę.
- JuŜ was obydwu kiedyś widziałam, prawda? - panna Paterson poprawiła okulary i
spojrzała uwaŜnie na przedstawicieli policji. - Wczoraj. Byliście na pogrzebie Billa Fenta. W tyle
kościoła.
- Tak. - Sloan wahał się przez chwilę, a potem powiedział, Ŝe Tom Exley takŜe zmarł. -
Chcieliśmy z panią porozmawiać o przyjęciu w Strontfield Park. Czy była tam mowa o czymś, co
mogło pana Fenta wytrącić z równowagi?
Panna Paterson spojrzała na niego przenikliwie. - Nie było Ŝadnych sporów, jeśli pan to ma
na myśli, a takŜe nie wypił zbyt duŜo.
- A rozmowa?
- Raczej ogólna. W kaŜdym razie przy moim końcu stołu.
- A pani siedziała między...?
- Doktorem Washby i młodym Quentinem. Skrzywiła się z lekka. - Myślałby kto, Ŝe
przyjęcie na wsi to święto urodzaju - ile trudu zadała sobie Helen, Ŝeby stół dobrze wyglądał, jak to
sama określiła. - Odgarnęła niesforny kosmyk siwych włosów i powiedziała: - Wszyscy byli bardzo
mili dla tej nowej dziewczyny Veronici, Ŝony doktora Washby. Nie znała właściwie nikogo z nas,
nie mówiło się więc wiele o sprawach miejscowych - w kaŜdym razie nie na początku. Później
naturalnie nie da się uniknąć pogawędek na tematy miejscowe - jeśli się tutaj Ŝyje. Wie pan, jak to
jest.
- Jakiś szczególnie interesujący temat? - zapytał Sloan od niechcenia.
Wiedział dobrze, jak to jest. Tak właśnie wyglądało w pracy. Skoro było się czymś zajętym,
trudno było mówić o czymś innym. W kaŜdym razie nie wtedy, kiedy było się w komisariacie, a
takŜe często po wyjściu.
- Ach, po prostu, taki jak zazwyczaj. Konstabl wciąŜ jeszcze nie złapał pszczoły.
Panna Paterson machnęła ręką. - Uwagi o miejscowej uroczystości - o tym moŜna zawsze
trochę podyskutować. Rząd - na ten temat teŜ zawsze jest coś do powiedzenia.
- Właśnie - przytaknął Sloan z całkowitą bezstronnością, jakiej się wymaga od Najlepszej
Policji Świata.
- I bracia Pennyfeather - przypomniała sobie panna Paterson. - Ci chłopcy to nasze wieczne
zmartwienie. Zwykle ktoś ma jakąś historyjkę o nich do powiedzenia. Zawsze szukają kłopotów i
znajdują je. Ledwo na kogoś spojrzą, a ten juŜ leŜy.
- Słyszy pan, Crosby? - zapytał Sloan. - Będzie pan musiał się pilnować.
- Tak, szefie - ponuro zabrzmiał głos Crosby'ego. Pszczoła - wciąŜ jeszcze na wolności -
brzęczała z oburzeniem.
Panna Paterson mówiła dalej: - Jeszcze jedno dziecko przybyło w domku na farmie “Ugór”
- będą musieli wkrótce spać na waleta - ach,, i ojciec Gregory Fitcha.
- Co on takiego zrobił?
- Nic. Tylko udało się im wreszcie umieścić go w domu starców i Bili nam o tym
opowiadał. Fitch był przez całe Ŝycie ogrodnikiem Fentów - mieszkał w domku dozorcy za starym
pawilonem, ale ostatnio trochę zdziecinniał. Sloan, którego hobby była hodowla róŜ, pokiwał
głową.
- Zupełnie stracił rozum - powiedziała energicznie Cynthia Paterson. - Zaczął opowiadać
jakieś głupstwa o tym, co się dzieje w pawilonie i tym podobne. Natura znów zwycięŜyła, tak to
jest. Cywilizacja w istocie nie sięga głęboko, prawda?
- Jest cienka jak farba - zauwaŜył inspektor z przekonaniem. - MoŜe pani spytać kaŜdego w
policji.
- W kaŜdym razie, Paul Washby musiał postarać się, Ŝeby go zabrali. Zrobili mu tak
staranną toaletę w tym szpitalu, Ŝe kiedy Greg poszedł w niedzielę go odwiedzić, nie poznał go,
choć przeszedł tuŜ obok łóŜka. Nigdy przedtem nie widział go ze sztuczną szczęką.
- Ach - westchnął Sloan; był juŜ w wieku, kiedy zęby zaczynają wzbudzać współczucie.
Podczas gdy mówiła, wypatrywał przez szyby szklarni śladów uprawy rabarbaru.
- Nawiasem mówiąc - panna Paterson z przykładną wytrwałością trzymała się
początkowego tematu - poniewaŜ jestem tylko kobietą, nie wiem, o czym mówili panowie,
kiedyśmy ich zostawiły.
- Zostawiłyście ich?
- Zupełnie samych - powiedziała równie uroczystym tonem.
- Wszystkich? - To nadawało nowy wymiar jego śledztwu w sprawie otrucia. - Dlaczego?
- Nie dziwiłoby mnie, gdyby to było z powodu świętego Pawła - wyjaśniła nieoczekiwanie
córka starego proboszcza. - Musiało to wyjść od kogoś, kto nie lubił kobiet, prawda? A on nie lubił
kobiet, to znaczy święty Paweł.
- Co musiało wyjść? - zapytał ostro Sloan.
- Ten zwyczaj. Jak o to chodzi, jesteśmy bardzo zacofani i wciąŜ zostawiamy ich przy tym.
- Kogo przy czym zostawiacie, panno Paterson? - Herbatka u Obłąkanego Kapelusznika
była chyba bardziej normalna niŜ to, co słyszał.
- Panów przy piciu porto - powiedziała kropiąc wodą jakiś cętkowany kwiat. - To ładny
kolor, prawda?
- Ach, porto. - Sloan usiłował sobie prędko przypomnieć, co wiedział o porto. Nie było
tego wiele. Miało to coś wspólnego z lewą stroną - tak rzeczywiście. Port - to lewa burta statku.
Przeciwieństwo do prawej, sterburty. Jeszcze coś słyszał o porcie.
- Koloru brązowego? - zapytał niepewnie.
- Dobre wino - wyraziła swoją opinię panna Paterson. -I tyle.
- Właśnie - potwierdził Sloan. Przyszła mu na myśl Kitty. Kitty Ŝyjąca w zupełnie innym
ś
wiecie niŜ Stront-field Park. Była to stara pijaczka w Berebury o złej reputacji, o której wiadomo
było, Ŝe nie tyka niczego, tylko porto z cytryną. Przychodziła zawsze, kiedy się ją wzywało, Kitty,
Kitty... Oto ktoś, kto na pewno wie o tym winie wszystko, co moŜna wiedzieć.
- Ale jeśli chodzi o temat rozmowy w czasie picia, to nie mogłabym nic powiedzieć.
- Widzę z tego - orzekł z powagą Sloan - Ŝe Ruch Wyzwolenia Kobiet nie ma zbyt wielkich
osiągnięć w Con-stance Parva.
Panna Paterson uśmiechnęła się blado. - To prawda. Mam jednak nadzieję, Ŝe dla pani
Washby nie będzie to zbyt przykra zmiana po Londynie. Nie kaŜdy lubuje się w Ŝyciu na wsi.
- Miasteczko rozrośnie się moŜe... - zaryzykował Sloan.
ZauwaŜył, Ŝe wpatrują się w niego niebezpiecznie inteligentne oczy. - Ach, słyszał pan o
tym projekcie rozbudowy? OtóŜ, inspektorze, to jedyny temat, o którym nie mówiliśmy - bo,
moŜna powiedzieć, obydwie strony były reprezentowane.
- Bardzo rozsądnie, proszę pani.
- A teraz ten problem nie obchodzi juŜ Billa.
- Nie. - Sloan odchrząknął. - Czy była pani w Stront-field Park od e... od...
- Nie - mruknęła. - Nie mam tam nic do powiedzenia. Ani do zrobienia. Doktor pewnie dał
jej coś - ja sama nie mam czasu dla doktorów. Nie mam zaufania do tego wszystkiego, co obecnie
dają. Poza tym, tylko rówieśnicy potrafią człowieka pocieszyć. Czy pan tego jeszcze nie odkrył,
inspektorze? Młodzi nie mogą pojąć, jak się człowiek czuje. Starzy - jak ja - przeszli przez to juŜ
dawno. Grupy równolatków, jak to teraz nazywają. - Panna Paterson pochyliła się nagle nad
sadzonką ogórka i wyskubała coś ze środka. - Trzeba zawsze usuwać męskie kwiaty -powiedziała -
jeśli chce się mieć dobra ogórki.
- Ale przez to wcale nie stają się mniej gorzkie -w inspektorze odezwała się dusza
ogrodnika-filozofa. Wzrok jego przesunął się z ogórków na pszczołę. - Musi pan teraz pogawędzić
z jakimś ptakiem, Crosby - powiedział Ŝartobliwie - i wtedy pan się dowie.
- Tak, szefie, ja...-konstabl nie skończył zdania. Nagle dał się słyszeć jakiś ruch w pobliŜu
drzwi szklarni i Crosby wybiegł na zewnątrz, ścigany zawzięcie przez rozgniewaną pszczołę.
- To, zdaje się, zrobiło swoje - zauwaŜyła oschle panna Paterson. - Dziękuję panu,
inspektorze.
- Umarł? Pan Exley?! - wykrzyknęła Ursula Remdlle. -Och, jak mi przykro. śal mi jego
Ŝ
ony. Miał w dodatku dwoje dzieci, prawda, Richard?
- Tak słyszałem - powiedział Richard Remdlle, szukając ręką swojej fajki. - To pech.
- Sprawdzamy po prostu, czy nie zdarzyło się nic w czasie przyjęcia, co mogło
zdenerwować pana Fenta - Sloan wypowiedział płynnie swoją kwestią. Pojechali z Crosbym przez
High Street w Constance Parva od domku panny Paterson do willi King's Tree, gdzie mieszkali
państwo Renyille. Nie zdziwiłby się, gdyby pszczoła przyleciała za nimi.
- O, nie, to był przyjemny wieczór. - Pani Renville poprosiła obydwu policjantów, aby
usiedli. - Stół wyglądał uroczo i jedzenie było takie dobre. Nie wiem dlaczego, posiłek, którego się
nie gotowało samemu, smakuje o wiele lepiej, ale tak jest.
- Co podano? - zapytał zachęcająco Sloan. Powiedziała mu i pokrywało się to z jego
informacją.
- Jakiś niezwykły budyń - zauwaŜył Sloan.
- Prawda? - potwierdziła z zadowoleniem. - Francuski. Specjalność z okolic Grenoble. Tam
właśnie Bili z Helen byli na urlopie. Podano im tam te cremets i Helen chciała sama spróbować.
Była tak przejęta, Ŝe Bili kupił jej komplet miseczek. Raz mi je pokazała.
- Specjalne z dziurkami - powiedział Crosby.
- Tak. - Uśmiechnęła się do niego i skinęła głową. -W kształcie serca. - Nie wiadomo kiedy
zrobiła świetną kawę i postawiła ją bez pytania przed policjantami. -Zdaje się, Ŝe robi się coś w
rodzaju twaroŜku...
- I odsącza przez gazę - uzupełnił konstabl.
- AleŜ pan mądry. - Spojrzała rozpromieniona na konstabla.
- Czy udał się... - mruknął Sloan. Słuchając Crosby'ego moŜna by pomyśleć, Ŝe był
kucharzem wyróŜnionym Cor-don Bleu, a tymczasem Sloan wiedział doskonale, Ŝe nie umie on
nawet zagotować wody, a co dopiero jajka.
- Z wyjątkiem jednego - powiedziała pani Renville. -Stały na kredensie, kiedy weszliśmy
do jadalni i zauwaŜyłam, Ŝe jeden jest trochę przygnieciony.
- Kto go zjadł? - spytał półgłosem Sloan. On sam uwaŜał, Ŝe szarlotka jego Ŝony lepsza jest
od wszystkich budyniów - nie potrzebowała ona wcale tych ksiąŜek kucharskich, które otrzymała w
prezencie ślubnym - ale są róŜne gusta: a wszystko - dosłownie wszystko - co zostało spoŜyte tego
wieczora w Strontfield Park mogło mieć znaczenie.
Richard Renville stuknął fajką w popielniczkę i powiedział ponurym głosem: - Jeśli jest
jeszcze gdzieś dom podobny do naszego, inspektorze, to mogę panu od razu powiedzieć, przed kim
postawiono to, co się nie udało. Przed gospodarzem.
- Głupstwa mówisz, kochanie - powiedziała dosadnie jego Ŝona. - To gospodyni zawsze
zjada to«co się nie udało. - Uśmiechnęła się do policjantów. - MęŜczyźni robią tyle szumu, kiedy
im się daje coś, co nie jest najlepsze, prawda? Mogę się załoŜyć, Ŝe biedna Helen to zjadła.
Renville potrząsnął przecząco głową. - Nie tym razem. Mogę pana zapewnić, inspektorze,
Ŝ
e to Bili zjadł ten przygnieciony creinet. Pamiętam, bo widziałem go na jego tacce, nie na Helen.
- Czy były dwie tacki? - zachęcał do mówienia Sloan.
- Tak. - Renville skinął głową. - Z sześcioma porcjami cremet na kaŜdej. Bili podawał po
swojej stronie stołu, a Helen po swojej. Z kaŜdego końca stała salaterka z malinami i śmietaną, jeśli
ktoś miał ochotę. Wszystko było doskonale przygotowane. śadnego rozgardiaszu.
Teraz z kolei Sloan skinął potwierdzająco głową.
Nie było Ŝadnego rozgardiaszu.
I wszystko było doskonale przygotowane.
.Ktoś dopilnował, aby Bili połknął potencjalnie śmiertelną dawkę rozpuszczalnego
barbituranu, w obecności jedenastu innych osób, z których jedna była prawdopodobnie mordercą,
choć i tego nie mogli być jeszcze pewni: Peter Miller Fent znajdował się teŜ w pobliŜu. Bardzo
blisko, zwłaszcza w ostatni sobotni wieczór.
- Napoje - podsunął Sloan wykorzystując odpowiedni moment.
Renville zmarszczył czoło. - Bili nie wypił za duŜo, nic podobnego.
- Panowie pili porto, o ile się nie mylę.
- Piliśmy rzeczywiście. - Zmarszczka zniknęła i twarz mu się rozjaśniła. - Wie pan,
inspektorze, kiedy usłyszałem o biednym Billu, ucieszyło mnie, Ŝe ostatnią rzeczą, jaką pił, było to
porto.
- Było takie dobre?
- Znakomite - zapewnił Renville z uznaniem. - Ojciec Billa odłoŜył beczułkę tego wina,
kiedy Bili się urodził. Ładny stary angielski zwyczaj.
- Jak moczenie głowy niemowlęcia - wtrącił inteligentnie konstabl.
Renville mrugnął do niego. - W pewnym sensie, tak myślę. Nie pomaga, oczywiście, gdy
dziecko się rodzi w złym roku.
- Naturalnie - z powagą przytaknął Sloan. - MoŜemy więc przyjąć, Ŝe pan Fent urodził się
w dobrym roku?
- Profesor twierdzi, Ŝe był to ostatni dobry rok - Renvil-le uśmiechnął się - ale profesor jest
juŜ taki. Posunął się, wie pan, i ostatnio jest pesymistycznie usposobiony.
Sloan wiedział z doświadczenia, Ŝe te dwie rzeczy często idą w parze. - Który to był rok?
- Trzydziesty piąty - wyjaśnił Renville. - W rzeczywistości czterdziesty piąty był takŜe
dobrym rokiem, ale profesor nie chciał o tym słyszeć. Twierdził, Ŝe trzydziesty pierwszy był
jeszcze lepszy. Stare dobre czasy i tak dalej.
- Tak pan uwaŜa? - Jedynym rokiem - jedynym dniem, jakim się przejmowała Kitty, Kitty
w gospodzie Pod Psem i Kuropatwą, był rok i dzień bieŜący.
Bill powiedział, Ŝe to wino juŜ wkrótce nie będzie się nadawało do picia
- Renville trzymał fajkę w zębach - ale muszę powiedzieć, Ŝe było bardzo dobre.
Tak samo dobre było, Sloan nie miał wątpliwości Pod Psem i Kuropatwą przy Railway
Road. Co wieczór.
Tęgi przedsiębiorca westchnął. - Naprawdę wyjątkowa okazja.
- O czym panowie mówili?
Roześmiał się. - MoŜe mi pan wierzyć lub nie, ale mówiliśmy o dawcach krwi. Doktor
Washby chciał nas wszystkich wpisać na listę - z wyjątkiem Marchmonta. On juŜ przedtem
oddawał krew. Jakaś ekipa przyjeŜdŜa w tym celu do naszego okręgu w przyszłym miesiącu...
- TeŜ coś! - wykrzyknęła jego Ŝona. - Myślałyśmy, Ŝe mówicie o nas.
- No, a wy - rzucił wyzwanie Renville - o czym mówiłyście?
- O dŜemie.
- A więc...
Sloan wtrącił: - To porto... przypuszczam, Ŝe wszyscy panowie je pili?
- No myślę! - Ŝachnął się Renville. - Na miłość boską, inspektorze, gdyby ktoś nie pił wina
w Strontfield, byłby chyba szalony.
- Przepraszam - powiedział pokornie Sloan. Kitty, Kit-ty nigdy by o to nie zapytała.
Chciał im zadać jeszcze jedno pytanie. Czy ktoś z nich dwojga był w Strontfield u Helen
Fent po śmierci Billa. . Obydwoje zaprzeczyli ruchem głowy.
- Ale, ale, chwileczkę. - Ursula wyciągnęła rękę. -Wiem, kto miał tam pójść. Marjorie
Marchmont. Wczoraj wieczorem. Wspomniała, Ŝe chce iść do Strontfield odwiedzić Helen.
Pamiętam, .bo powiedziała, Ŝe, jej zdaniem, ludzie czują się po pogrzebie tacy otępiali jak po
weselu... -Przerwała na chwilę. - Nie wiem, czy to dobrze zrozumiałam?
- Tak, proszę pani. - Wszyscy w komisariacie pamiętali wieczorowe wykłady socjologii
nadinspektora Wintera. I pogrzeb, i wesele to obrządki związane z przechodzeniem z jednego stanu
w drugi.
- Naprawdę? - Ursula znów błądziła wzrokiem gdzieś daleko.
W kilka minut później Crosby wyprowadził wóz policyjny z podjazdu willi King's Tree na
High Street. W tym momencie mały zielony samochód zwolnił bieg pokazując strzałką, Ŝe ma
zamiar skręcić z High Street do domu
Renville'ów.
- No i czegośmy się dowiedzieli? - wycedził flegmatycznie konstabl. - Młody pan Quentin
Fent, właściciel ziemski, udaje się z wizytą do pana Renwile'a, dyrektora spółki do handlu
nieruchomościami.
- I hodują buraki na grządce kapusty - skomentował
Sloan.
Rozdział XIII
Wizyta inspektora Sloana w domu doktora miała bardziej oficjalny charakter. Nie było tu
pszczół ani kawy. Cała akcja - jak by to określił Crosby - odbywała się przy domu: przed garaŜem.
Była to sobota rano i doktor, w swym najstarszym ubraniu, czyścił samochód. Wyprostował się,
kiedy zobaczył obu policjantów, i wrzucił irchową myjkę do kubła z wodą.
Sloan powiedział mu o śmierci Exleya. - MoŜe będzie pan nam potrzebny, doktorze, przy
ponownym przesłuchaniu w sprawie pana Fenta.
Doktor Washby szybko skinął głową. - Dobrze. - Potrzebne będzie pana oświadczenie, w
jakim był stanie, zanim wyjechał z domu i tak dalej - kontynuował swobodnie Sloan. - Wie pan, o
co chodzi.
- Wiem. - Doktor wykręcił myjkę i wycierał nią maskę wozu. - Przepraszam, ale nie mogę
tego przerwać. Musiałbym wszystko jeszcze raz zlać wodą, gdyby wyschło.
- Niech pan sobie nie przeszkadza - powiedział wielkodusznie Sloan.
- Zawiadomicie mnie więc o przesłuchaniu?
- Zawiadomimy, doktorze. Naturalnie jest jeszcze profesor, który ostatni widział pana
Fenta przed śmiercią, ale on nie jest juŜ młody i wydaje mi się, Ŝe pana spostrzeŜenia będą
cenniejsze.
- Naturalnie zrobię wszystko, co będę mógł... - Paul Washby przeciągnął irchą starannie
wzdłuŜ maski ku chłodnicy. - Chciałbym móc zrobić coś bardziej poŜytecznego, niŜ tylko wstać
podczas przesłuchania, aby powiedzieć, Ŝe Bili wydawał mi się zupełnie normalny.
- Czy siedział pan obok niego? - zapytał jakby od niechcenia Sloan.
- Ja? Nie, siedziałem na drugim końcu stołu. Między Helen Fent i panną Paterson.
Veronica siedziała obok Billa. Niech pan zaczeka, zawołani ją.
- Chodzi o Billa? - spytała Veronica Washby wynurzając się z drzwi kuchennych w
ś
licznym fartuszku. Przywitała się z nimi. - Tak, siedziałam po jego lewej stronie. Według mnie
wyglądał całkiem normalnie - nie znałam go dobrze. Taki miły człowiek. Jakie to wszystko
smutne, prawda?
- Tak, proszę pani - zgodził się inspektor. Smutne, szalone, złe... moŜe nie miało znaczenia,
jakiego słowa się uŜyło.
- Droczył się z profesorem, ale w bardzo miły sposób. Widać było, Ŝe mu to sprawia
przyjemność.
- Profesor takŜe siedział blisko pani?
- Tak, z drugiej strony. To taki miły człowiek!
- A naprzeciwko pani...?
- Pani Renville.
- Ach, tak. - Sloan wyraził w myślach pełne uznanie swojej Ŝonie. - A z drugiej strony
siedział moŜe pan Marchmont? - zaryzykował pytanie.
- Tak. - Zawahała się. - On jednak nie mówił wiele. Jej mąŜ zaśmiał się rubasznie. - Nie
martw się. Po naszej stronie stołu Marjorie mówiła za dwoje. Warto było słyszeć jej śmiech, kiedy
zaczęliśmy mówić o rozbudowie, a ja opowiedziałem ten kawał z brodą o zapachach w miasteczku.
Słyszał go pan, inspektorze?
- Nie - zaprzeczył stanowczo Sloan.
- No to panu powiem. Starsza pani do wieśniaka: Czy to moŜe kanalizacja? Wieśniak do
starszej pani: To nie moŜe być kanalizacja, bo tu nie ma Ŝadnej kanalizacji.
Crosby nie mógł pohamować śmiechu.
- Cieszę się, Ŝe się panu podoba. - Washby uśmiechnął się. - Nie podobał się naszej pannie
Paterson. Zachowała się jak królowa Wiktoria. Wcale jej to nie rozbawiło. Pan wie - ona się
stanowczo sprzeciwiała kanalizacji ze względu na rozbudowę.
- Postęp niesie z sobą problemy. - Sloan dał wyraz całkowitej bezstronności. - A jak się
pani podobał pan Marchmont?
- Zdaje mi się, Ŝe jest trochę nieśmiały - odparła pani Washby - chociaŜ powiedział
Annabel Pollock, siedziała naprzeciw niego, Ŝe pięknie ułoŜyła kwiaty.
Doktor Washby powiedział z ironią do Sloana: - Układanie kwiatów to przedmiot
współzawodnictwa w Cons-tance Parva, inspektorze. A znów w Constance Magna lubują się raczej
w polowaniu.
- I w krykiecie - przypomniała mu Ŝona.
- I w krykiecie - potwierdził doktor. - Dziś odbywa się waŜny mecz, inspektorze. Doroczna
rozgrywka między jedną i drugą Constance. Constance Parva versus Constance Magna. - Przetarł
irchą błotnik samochodu po swojej stronie i wskazał na bezchmurne niebo. - Jeśli pogoda się
zmieni, powiedzą, Ŝe to ja sprowadziłem deszcz, bo czyszczę samochód. A jeśli będę jeździł
brudnym wozem, powiedzą, Ŝe nędzny ze mnie doktor. Tak czy inaczej, nigdy nie jest dobrze.
- Nieczęsto, doktorze - przyznał Sloan i poŜegnał się.
Peter Miller stał na progu frontowego wejścia w Stront-field Park trzymając niepewnie
kapelusz w ręce. Drzwi otwarła mu Annabel Pollock.
- Chciałbym się usprawiedliwić - wymamrotał, przedstawiając się. - Przeprosić i tak dalej.
- Za co? - Annabel szybko się zreflektowała i powiedziała: - Proszę, niech pan wejdzie i
powie mi, za co pan przeprasza.
- Moje krowy rasy Jersey... chyba znów wszystkie weszły do parku. Dzisiejszej nocy.
Musieliśmy je wyprowadzać na poranny udój.
- Och - wyraz ulgi pojawił się na jej twarzy. - To wszystko?
- Ale to juŜ nie pierwszy raz - tłumaczył farmer. - Bili mówił, Ŝe weźmie kilka Ŝerdzi od
Grega Fitcha i zrobi coś z tym płotem, ale naturalnie...
- Naturalnie - powtórzyła Annabel.
- Powinienem był właściwie sam coś zrobić - dodał szybko - bo przecieŜ... w tych
okolicznościach.
- Nie sądzę, Ŝeby wyrządziły jakąś szkodę. - Brał w niej górę instynkt pielęgniarki gotowej
pocieszać.
- Właśnie o to chodzi... - powiedział krzywiąc usta z zaŜenowaniem. - Zrobiły szkodę.
- W parku? Nie wyobraŜam sobie, co by mogły... Zawahał się. - Podeszły do pawilonu.
- Nie zburzyły go chyba?
- Nie. Nie zburzyły. - Odchrząknął i znów zaczął. - Na końcu alejki jest taki posąg, wie
pani?
- Wiem. - Wargi Annabel zadrgały lekko. - Kiedy byliśmy mali, mówiliśmy na niego
Nieznośny Nigel.
- Przypuszczam, Ŝe to jakiś faun. - Miller takŜe się uśmiechnął. - Lub moŜe Eros.
BoŜek Miłości? - Kiwnęła głową. - MoŜliwe. Nie podobał się staremu Fitchowi.
Ilekroć pracował z tamtej strony, zarzucał na niego swoją kurtkę. - Annabel zachichotała. -
Wyglądał wtedy o wiele gorzej. Co mu zrobiły?
- Zdaje się, Ŝe jedna zrzuciła go z piedestału.
- Krowie kopyta nie zrobiły mu pewnie nic złego.
- A jednak - obstawał przy swoim Miller.
- Fitch będzie zadowolony.
- Ale pani Fent moŜe nie być.
- Niech pan się nie martwi - pocieszała go Annabel. -Nie sądzę, Ŝe się tym teraz bardzo
przejmie.
- Oczywiście - mruknął Miller, naraz pełen skruchy. -Ma inne kłopoty.
Pielęgniarka skinęła głową.
- Czy moŜe powinienem zobaczyć się z nią i wytłumaczyć?
- Nie - Annabel zaprzeczyła zdecydowanym ruchem głowy. - Nie chce widzieć nikogo. Jest
wciąŜ bardzo zdenerwowana.
- Rozumiem doskonale - powiedział natychmiast Miller. - Nic dziwnego... - przerwał na
chwilę. - Czy zostanie tutaj?
- Nie przypuszczam, Ŝeby juŜ zrobiła jakieś plany - powiedziała dziewczyna.
- Pewnie, to jeszcze za wcześnie - zgodził się farmer. -Trudno i w ogóle...
Przerwał im zgrzyt opon na podjeździe; usłyszeli, Ŝe ktoś podchodzi do frontowych drzwi.
Miller drgnął. - Lepiej pójdę sobie. Ma pani gości. Tak się składa, Ŝe zjawiam się zawsze wtedy,
kiedy ktoś inny przychodzi.
Annabel zaprzeczyła grzecznościowo odprowadzając go do drzwi. Wyglądała jednak na
zamyśloną. - Tak właśnie pan robi, panie Miller - powiedziała do siebie, gdy wyszedł
- tak pan robi.
' Nowo przybyłym okazał się profesor Berry, a jego środkiem lokomocji staroświecka
taksówka z Larking. Poklepał się po piersi i wysapał: - Czas nam juŜ obydwojgu zęby zjadł, ale
jakoś dotarliśmy tutaj. - Stanął w drzwiach i zawołał do kierowcy: - Nie będę tu długo, Wilson.
Niech pan sobie odpocznie. - Po czym zwrócił się do Annabel: -Chciałem tylko złoŜyć moje
uszanowanie Helen. Jak się czuje?
- Lepiej niŜ wczoraj.
- To dobrze.
- Niech pan wejdzie i usiądzie. - Podprowadziła go do krzesła.
- A jak pani sobie radzi? - zapytał, kiedy odzyskał oddech.
- Na razie dobrze, ale muszę wracać w poniedziałek do szpitala. Skończył mi się urlop.
- Niestety nie był to dla pani prawdziwy wypoczynek, Annabel.
Wzruszyła ramionami. - CóŜ moŜna poradzić. Gorsze to jest dla Helen. Wie pan, w
pewnym sensie jestem zadowolona, Ŝe byłam tu z Billem w ostatnim tygodniu jego Ŝycia. Zawsze
sprawiały mi przyjemność wakacje w Strontfield i jako mała dziewczynka - kiedy mieszkaliśmy w
Indiach -przyjeŜdŜając tutaj czułam, Ŝe jestem w Anglii. Teraz -westchnęła - pewnie nikt mnie juŜ
tu nie zaprosi - a poza tym wszystko będzie zupełnie inne.
- Ale na pewno...
- Quentin nie jest moim krewnym - wyjaśniła chłodno.
- To Bili był moim kuzynem i to nie ze strony Fentów. Ja nie jestem z tej rodziny.
- Oczywiście. - Wycofał się. - Zapomniałem.
- Nie jestem nawet dalszą krewną - powiedziała zdecydowanie.
- Przypuszczam - wysapał staruszek - Ŝe pozostanie pani jednak w kontakcie z Helen.
- Tak sądzę - rzuciła niedbale. - Na razie jednak Helen nie chce mnie widzieć i rozmawiać
ze mną ani teŜ z nikim innym. Zamknęła drzwi. Nie chce nawet odpowiadać na telefony. “Nie
przełączajcie nikogo do sypialni - prosiła wczoraj. - Bez względu na to, kto dzwoni”. - Co mam
robić?
- To, o co prosi - poradził łagodnie profesor. - To zawsze najłatwiejsze. - Spojrzał na nią
ponad swoimi okularami. - Zwłaszcza gdy chodzi o kobiety. - On sam był kawalerem.
- Ale jaki moŜe mieć powód?
- Prawdopodobnie Ŝaden - powiedział starszy pan. -Nie musi mieć Ŝadnego powodu. -
Uśmiechnął się do niej dobrodusznie. - Rasa ludzka nie kieruje się rozsądkiem i w swoich
postępkach nie opiera się na tym, co zwykliśmy nazywać przyczyną. MoŜe motywem, ale i to nie
zawsze.
- Cokolwiek to jest - odpowiedziała z odrobiną goryczy
- czuję, Ŝe nie mogę odjechać do szpitala Świętego Niniana jutro, zostawiając Helen
zamkniętą w jej pokoju.
- A co z Quentinem?
- On ma jeszcze tydzień urlopu i Helen prosiła, Ŝeby nie wyjeŜdŜał. - Ruchem ręki
wskazała na dom i park. - Są tu jeszcze róŜne rzeczy do załatwienia i pan Puckie, radca prawny,
chce, Ŝeby przyszedł do j ego biura w poniedziałek przed południem.
- A więc zostaje?
- Tak, zostaje - ale nie jest ani kucharzem, ani pielęgniarką. Myślę jednak - dodała z
przenikliwością Annabel
- Ŝe będzie chciał, aby jego najdroŜsza Jacąueline zobaczyła Strontfield Park. jaja
- Spodziewam się, Ŝe nie bez zaproszenia - wyraził obawę profesor. - Tego byłoby juŜ zbyt
wiele.
- O, nie. Nawet Quentin nie zrobiłby tego. Poza tym -mówiła dalej bezstronnie Annabel -
trzeba jej oddać sprawiedliwość, nie sądzę, Ŝeby Jacąueline przyjechała nie zaproszona przez
Helen. Delikatność uczuć nie jest moŜe silną stroną rodziny Battersby, ale nie jest aŜ tak mało
wraŜliwa.
- To dobrze - ucieszył się Berry. - Zwłaszcza Ŝe, jak się dowiaduję od Quentina, mają się
pobrać dzięki odziedziczeniu Strontfield Park.
- W kaŜdym razie data ślubu została juŜ wyznaczona -oświadczyła Annabel z taką sztuczną
obojętnością, Ŝe profesor spojrzał na nią ze zdziwieniem.
Inspektor Sloan trzymał notes na kolanach, gdy Crosby zawrócił policyjnym wozem z
powrotem do Berebury.
- Posuwamy się naprzód, Crosby - zauwaŜył. - Wiemy teraz, co wszyscy jedli i...
- Powiedział pan: “jedli”, szefie. Świetna myśl. Moja gospodyni nie wie, jakie powinno być
ś
niadanie.
- I - ciągnął dalej Sloan, niewzruszony - wiemy teŜ, gdzie kaŜdy siedział przy stole.
- Nie wiemy natomiast - stwierdził Crosby, nie przyczyniając się do rozwiązania problemu -
które danie zawierało truciznę.
- Zastanawiam się - powiedział Sloan.
- Nad czym?
- Niech pan myśli, Crosby. - Koledzy mówili mu, ucz go, a nauczy się. Sloan nie był tego
taki pewny.
Konstabl wyprowadził samochód z miasteczka w kierunku szosy. - Przede wszystkim nie
było to nic do picia. Te butelki...”
- Nie wolno o tym zapominać. Nie było to nic do picia.
Chyba tylko kawa. Wino i porto nalewane było wszystkim z tych samych butelek.
- Moglibyśmy sprawdzić porto.
- Nie moglibyśmy - sprzeciwił się stanowczo Sloan. -Nie moglibyśmy bez nakazu. No,
dalej.
Crosby słusznie zrozumiał, Ŝe to ostatnie odnosi się raczej do jego detektywistycznych
rozwaŜań niŜ do jazdy. Samochód w kaŜdym razie jechał wystarczająco szybko. Powiedział: - Nie
mogło to by ć mięso i jarzyny. Ani teŜ ser.
- Zgoda - potaknął szybko Sloan. - Nie wydaje mi się moŜliwe, aby udało się zatruć tylko
jedną porcję pieczeni l jarzyn lub sera.
- Pozostaje więc zupa i budyń. - Spojrzał w lusterko wozu. - Czy juŜ cieplej?
- Tak. - Sloan westchnął. Nigdy się nie nauczy. Nie on. Nie nauczy się, jeśli teraz nie wie,
Ŝ
e to nie zabawa w “ciepło-zimno”, tylko morderstwo.
- A więc zupa i budyń.
- A dlaczego właśnie te potrawy są najbardziej prawdopodobne?
Na czole Crosby'ego pojawiła się głęboka zmarszczka. -Nie wiem, szefie.
- Były to jedyne dania podane w oddzielnych naczyniach - wyjaśniał cierpliwie Sloan - i
wystawione w jadalni, zanim przyjęcie się zaczęło.
- Ach, rozumiem. - Zmarszczka zniknęła. - Porcji było dwanaście, OK. Jedna zaprawiona
tym czymś.
- Rozpuszczalnym barbituranem. - Niekiedy zastanawiał się, dlaczego się tym przejmuje.
- Zupa albo deser... - Crosby przejechał ostatni odcinek High Street w Constance Parva i
zaczął naprawdę nabierać szybkości.
- Istnieje moŜliwość - kontynuował ostroŜnie Sloan -Ŝe moglibyśmy pójść jeszcze dalej.
Crosby zmienił bieg jadąc pod górę. - Tak?
- Ogórki nie odznaczają się silnym aromatem.
- Moim zdaniem, nie nadają się do jedzenia - powiedział naiwnie konstabl. - śadnego
smaku. W ogóle nic.
- Właśnie - powiedział Sloan. - A więc?
- A więc - powtórzył Crosby po dłuŜszym namyśle -biorąc pod uwagę, Ŝe jak powiedział
analityk, to coś...
- Rozpuszczalny barbituran - wycedził Sloan przez zaciśnięte zęby.
- ...miało niedobry smak, dochodzimy do budyniu.
- Dochodzimy do budyniu - potwierdził Sloan. Koniec zabawy. Budyń. Poszukiwana rzecz
została znaleziona.
- Musiał mieć bardzo nieprzyjemny smak, nawet bez Ŝadnego rozpuszczalnego barbituranu.
- Skrzywił się. -TwaroŜek z kwaśnej śmietany! Fu!
- Powiedzmy - mruknął inspektor - Ŝe zapach był, jak się to mówi, wyraźny.
- Wystarczyłaby mi jedna łyŜeczka, zapewniam pana, szefie.
- Zapomina pan, Crosby, Ŝe tym ludziom tego wieczoru to prawdopodobnie smakowało, a
gdyby im nawet nie smakowało, i tak by zjedli.
- O BoŜe!
- I Ŝe była jedna osoba, która by to zjadła, nawet jeśli miałoby ją to zabić - wyjaśniał Sloan -
bez względu na smak.
- Kto taki?
- MąŜ kobiety, która to przyrządziła - powiedział Sloan, męŜczyzna światowy i Ŝonaty.
- Naprawdę?
- Jest pan kawalerem, Crosby, prawda?
- Tak. Ale gdyby pani Pennyfeather...
- Zatrucie - przerwał szybko Sloan. - W jaki więc sposób to zrobiono?
Crosby prawie Ŝe stanął na baczność przy kierownicy. -Dodano coś do tego cremet?
- Prawdopodobnie. Do którego?
- Do tego przygniecionego - domyślił się natychmiast konstabl.
- Dlaczego do tego?
- Bo nie moŜna było dodać trucizny bez naruszenia go?
- Nie - powiedział Sloan. - Trucizna pewnie spłynęła po wierzchu. Niech pan pamięta, Ŝe
była rozpuszczalna. Przypuszczam, Ŝe został przygnieciony z innego powodu.
Crosby zwolnił, wjechał na główną drogę i natychmiast dodał gazu.
- No, dalej, Crosby. Niech pan się sam domyśli.
- Czy moŜe - zaczął z wahaniem - został przygnieciony, aby się upewnić, Ŝe właściwa
osoba dostanie ten przyprawiony?
- Tak sądzę. ChociaŜ - Sloan był skrupulatny - wiąŜe się z tym dla nas jedna duŜa trudność.
- Kto był tą właściwą osobą? - spróbował Crosby.
- Właśnie. W danej sytuacji ten, kto naruszył jeden budyń, mógł, moim zdaniem, być
pewien, Ŝe weźmie go albo gospodarz, albo gospodyni. Przyjmując, Ŝe jeden z nich miał... jest to,
delikatnie mówiąc, trochę niebezpieczne.
- Chyba Ŝe było wszystko jedno, które z nich to zje Crosby brał wszystko dosłownie.
- To prawda - przytaknął łagodnie Sloan. - Dla prokuratora będziemy musieli mieć więcej
danych. No, i jest jeszcze coś, co będziemy musieli ustalić...
- Czy ta dwunasta porcja cremet została naruszona przed czy po postawieniu jej na
kredensie? - skończył za niego Crosby.
- Bardzo dobrze - pochwalił Sloan, kiedy pochwała była zasłuŜona. - Wyjrzał przez szybę
samochodu. - A moim zdaniem, jest tylko jedna droga, Ŝeby się tego dowiedzieć.
Crosby jęknął. - Chyba nie znowu Milly? Wszystko, tylko nie to.
- Obowiązek wzywa, Crosby. - Uśmiechnął się. - Zresztą, jest pan młodszy. Ma pan przed
sobą dłuŜsze Ŝycie.
- Wcale nie jestem tego taki pewny - zaprotestował konstabl. - Jeśli jej bracia wstąpią na
wojenną ścieŜkę. A poza tym jest jeszcze jej mama.
- Odwagi - usiłował go pocieszyć Sloan. - Niech pan pamięta, Ŝe istnieje Fundusz dla
Wdów i Sierot po Policjantach na wypadek, gdyby się panu coś stało...
- Ale nie jestem Ŝonaty - jęknął Crosby. - Mówiłem juŜ.
Było juŜ późno, kiedy Sloan i Crosby wrócili do komisariatu w Berebury. Nadinspektor
Leeyes siedział w swoim pokoju i bębnił palcami po biurku.
- Coś nowego się wydarzyło - warknął. Sloan czekał.
- Jedna osoba z pańskiego przyjęcia... - zaczął Leeyes.
- Co się z nią stało? - przerwał Sloan.
- Zaginęła.
Rozdział XIV
- Kto, nadinspektorze?
Nadinspektor Leeyes zerknął na notatkę. - Osoba o nazwisku Marchmont. Marjorie
Marchmont.
- To ta gruba - wyjaśnił Sloan. - Jest na naszej liście, ale przed południem nie doszliśmy
jeszcze do jej domu.
- Szkoda - powiedział nadinspektor. - Nie widziano jej od wczorajszego wieczoru.
- A jej mąŜ?
- Jej mąŜ nie wrócił wczoraj na noc.
Sloan nastawił uszu. - Przynajmniej tak mówi - dodał znacząco Leeyes. - Mówi, Ŝe wrócił
dziś rano do pustego domu, nie zastał Ŝony i Ŝadnego śladu, Ŝe spędziła w domu noc.
- Po czym poznał?
- Butelki na mleko nie wystawione - recytował Leeyes -łóŜko nieruszone, kot
nienakarmiony.
Sloan wybiegł myślą poza ściany biura nadinspektora. Jak to William Szekspir określił
obowiązki Ŝony? “Jestem-Ŝe ja połową twoją pod pewnym tylko, marnym względem; na to jedynie,
aby z tobą dzielić twój stół i twoje łoŜe rozweselać, i lada kiedy przemówić do ciebie?”* Ktoś -
zdaje się teść, to podobne do niego - zacytował to na weselu Sloana i panie, jak sobie przypominał,
były zgorszone.
- A gazety i ranna poczta nie zabrane do mieszkania -kontynuował prozaicznie Leeyes. -
Wszystko to razem oznacza nieobecność Ŝony, Sloan... Sloan, czy pan mnie słucha?
- Tak, panie nadinspektorze. Naturalnie. Myślałem tylko o męŜu. Chudy, cherlawy
chłopina.
- Crippen teŜ był taki - zauwaŜył ponuro Leeyes.
- Gdzie był ostatniej nocy?
- E... - wyjaśniał dalej Leeyes. - Był na pułkowym zebraniu i kolacji w Calleford. East
Calleshire. Zawsze chodzi na te zebrania.
- I został na noc?
- Tak twierdzi. Mam wraŜenie - dodał z zadowoleniem - Ŝe to raczej sprawa Szczęśliwego
Harry'ego.
- Ma bzika z tym dmuchaniem w balonik. - Był to nieszkodliwy bziczek. Wprost
przeciwnie.
- Nie chciałem ryzykować sprawdzania - powiedział Leeyes. - Zebrania i kolacje pułkowe
to nie to samo, co Liga Bezalkoholowa, wie pan, Sloan.
* W. Szekspir, ..Juliusz Cezar”, akt II, scena l, przekład Józefa Paszkowskiego. 10 - Lekka
Ŝ
ałoba
Sloan wiedział. Cały Komisariat Policji w Berebury musiał uwaŜać przez kilka dni kaŜdego
roku, kiedy nadinspektor od nowa opowiadał mocno gestykulując, jak się doczłapał do brzegu pod
Walcheren.
Otworzył swój notes. - Czy Marchmont powiedział, gdzie nocował?
- W Tabard przy Bear Street.
- Konstabl Bargrave nie był jeszcze u nich w doiriu -wyjaśnił Sloan Crosby'emu, kiedy
wracali z powrotem do Constance Parva, najszybciej jak się dało. - Pamiętał, Ŝe pani Marchmont
była jedną z dwunastu osób na przyjęciu, więc posłał po nas.
- ,, Jeden poszedł do nieba i zostało jedenastu'' - zanucił zjadliwie Crosby.
Sloan coś mruknął. Wiedział, Ŝe dziecinne wierszyki i dziecinne gry to był mniej więcej
poziom Crosby'ego.
- A teraz jest juŜ tylko dziesięcioro. - Constabl włączył trzeci bieg i nacisnął pedał.
- MoŜe to fałszywy alarm - podsunął Sloan. Nie sądził jednak, Ŝeby tak było.
Po rozmowie z Danielem Marchmontem jeszcze bardziej się zaniepokoił.
- To naprawdę niepodobne do mojej Ŝony, inspektorze - powtarzał Marchmont raz po raz. -
Gdyby się coś zdarzyło, zostawiłaby na pewno kartkę. Zawsze zostawia mi kartki. PrzewaŜnie
zabawne, z rysunkami. - Wyglądał na zakłopotanego. - Zachowałem większość z nich, choć ona o
tym nie wie.
- A więc - oświadczył Sloan urzędowym tonem - zdaniem pana moŜemy przyjąć, Ŝe
gdziekolwiek poszła, spodziewała się, Ŝe wróci do domu przed panem.
- O, tak - potwierdził Marchmont. - Z całą pewnością.
- Nie było jej przykro, gdy zostawała w domu sama?
- Nie, skądŜe. - WypręŜył pierś w imieniu swojej Ŝony. -Marjorie nie była taka, inspektorze.
Nie bała się niczego. Niczego ani nikogo.
Sloan słuchał tego niechętnie. Odpowiednia doza strachu pozwalała wielu ludziom uniknąć
kłopotów. - Kiedy widział ją pan po raz ostatni?
- Wczoraj w czasie śniadania. - Uśmiechnął się niepewnie. - Byliśmy naturalnie na
pogrzebie, a potem poszliśmy coś zjeść do Washbych. Poprosili takŜe profesora Berry. Jest trochę
słaby, wie pan.
- A potem?
- Poszedłem z powrotem do biura w Berebury - jestem księgowym. Do domu wróciłem
dopiero dziś rano - rozejrzał się bezradnie wkoło - i nie było jej tutaj.
- Rozumiem. A dom wyglądał... e... jak zwykle? - Artystyczny nieład panował we
wszystkich pokojach, które Sloan juŜ widział.
- O, tak. - Księgowy skinął głową. - To nie jest taki dom, w którym by nie wolno było
nawet połoŜyć gazety.
- Oczywiście. - Z tego miejsca, gdzie stał Sloan, widać było taki nieporządek, Ŝe gdyby
odłoŜyło się gazetę, trudno byłoby ją znaleźć w ogólnym rozgardiaszu. - A po wyjściu z biura?
- Pojechałem prosto do Calleford na naszą pułkową kolację. Nie miało wielkiego sensu
wracać do Constance Parva i potem jechać boczną drogą do Calleford, kiedy mogłem to zrobić dwa
razy szybciej i wygodniej autostradą.
- Oczywiście. - Odcinek londyńskiej autostrady w Calleshire był dumą i radością inspektora
Harpe'a. - Przy okazji, czy - w normalnym toku wypadków świętej pamięci nieboszczyk poszedłby
takŜe na tę kolację?
- Bili? O, nie, inspektorze. Bili był za młody na wojnę, a później, kiedy powstała SłuŜba
Krajowa, był zbyt zajęty organizowaniem farmy w Strontfield. Sądzę, Ŝe był zwolniony.
- Rozumiem. Dziękuję panu. - Sloan zamknął swój notes. -1 nie ma pan pojęcia, gdzie moŜe
być pani March-mont?
- Najmniejszego - powiedział z przygnębieniem niepozorny męŜczyzna. - A o trzeciej miała
układać kwiaty w kościele.
Crosby po raz pierwszy nie zapytał o rozkazy, kiedy usiadł za kierownicą policyjnego
wozu. Bez słowa wyjechał z uliczki, przy której mieszkali Marchmontowie, przejechał przez High
Street, obok domu doktora, obok willi King's Tree, gdzie mieszkali Renville'owie, obok domku
panny Paterson, wokół kościoła i w końcu spokojnie wprowadził wóz przez bramę do Strontfield
Park.
Sloan nie próbował go zatrzymać.
Tak więc, kiedy wreszcie inspektor Sloan i konstabl Crosby zjawili się w Strontfield Park,
celem ich wizyty było dowiedzenie się czegoś o zaginionej kobiecie. ZauwaŜyli i - jako policjanci -
zapamiętali, Ŝe mały zielony wóz, w którym Quentin Fent przyjechał z wizytą do Renvil-le'ów, juŜ
wrócił i był zaparkowany przed domem.
Przyjął ich sam Quentin i jak przystało gospodarzowi domu, wskazał fotele w salonie. Od
wczoraj nastąpiła w nim wyraźna zmiana. Nie był juŜ uległym Ŝałobnikiem ani enf ant terrible. Nie
było teŜ juŜ widać wyrafinowanego znawcy sztuki z West Endu. Zniknął beŜ śladu ubogi młody
człowiek spędzający wakacje u rodziny.
- Powiedzcie mi, panowie, co mogę dla was zrobić -zagaił rozmowę. Sloan odniósł
wraŜenie, Ŝe juŜ to kiedyś widział. Nie odpowiedział Quentinowi, lecz zamyślił się, szukając w
pamięci, starając się sobie coś przypomnieć. Gdzieś kiedyś widział juŜ młodego człowieka, który
tak się zmienił w ciągu jednej doby. Przypomniał sobie. Konstabl Middleton, kiedy został
sierŜantem w Easterbrook.
RóŜdŜka dobrej wróŜki nie wywołałaby z dnia na dzień aŜ takiej zmiany. Przybył mu co
najmniej jeden cal wzrostu za kaŜdą belkę, nie mówiąc juŜ o duŜo większym obwodzie piersi. Od
tego czasu kaŜda wypowiedź była o wiele waŜniejsza.
- Zrobić dla nas? Ach, tak - Sloan opanował się i opowiedział o Marjorie Marchmont. -
Dowiedzieliśmy się od pana Renville, Ŝe pani Marchmont miała zamiar przyjść tu wczoraj wieczór
i odwiedzić panią Fent.
- Ale nie dotarła tutaj - odpowiedział bez namysłu Quentin. - Lub jeśli tu była, to ja jej nie
widziałem. -Uśmiechnął się. - Trudno jej nie zauwaŜyć, jeśli jest w pobliŜu. Przy jej tuszy.
- Oczywiście.
- A gdyby przyszła - kontynuował z przekonaniem Quentin - na pewno nie widziałaby się z
Helen.
- Doprawdy?
- Siedzi zamknięta w swojej sypialni cały czas od pogrzebu Billa. - Wzruszył ramionami. -
Annabel nie ma na nią sposobu. Nie chce nikogo widzieć. Nie chce nawet rozmawiać z nikim przez
telefon, a więc moŜna by się załoŜyć o ostatniego pensa, Ŝe tym bardziej nie chciałaby się widzieć z
Marjorie Marchmont.
- Tym bardziej? - Sloan czekał na dalszy ciąg.
- Tak - poruszył się nerwowo. - Przede wszystkim nie jest ona kojącym towarzystwem.
Choćby przez ten jej śmiech. A jeśli chodzi o delikatność, to przewyŜsza ją nawet słoń w składzie
porcelany.
- Mówi, co myśli, prawda? , - Dobrze czy źle - dopowiedział Quentin. - Zna pan takich
ludzi.
Sloan skinął głową. - Kłopoty z ludźmi, którzy mówią, co myślą, polegają na tym, Ŝe
przewaŜnie niewiele myślą. Czy...?
Ale Quentin zaczął znów gderać na wdowę po swym kuzynie.
- Annabel nie moŜe skłonić Helen do zjedzenia niczego oprócz brzoskwiń z puszki - ach, i
herbaty. Zdaje mi się -ciągnął płaczliwie dalej - Ŝe co kilka minut zanosi się jej na górę świeŜy
czajnik.
Sloan, który obserwował w swoim Ŝyciu wiele domowych tragedii, zauwaŜył: - Herbata
bardzo pomaga. -Chrząknął dyskretnie i dodał: - Lepiej niŜ alkohol.
- Co? Ach, tak, naturalnie. O to nie ma obawy. Właściwie skoro pan juŜ wspomniał, to
zdaje mi się, Ŝe Helen w ogóle nic nie piła, odkąd tu jestem. Nie, chodzi o to, Ŝe nie chce nikogo
widzieć.
- Nikogo.
- Absolutnie nikogo. Nawet mnie - powiedział nieco infantylnie Quentin - a co dopiero
Marjorie Marchmont.
Sloan pominął ten przejaw egotyzmu, pytając: - Tylko pannę Pollock?
- Ona to co innego. Jest pielęgniarką. - Quentin traktował Annabel Pollock, jakby miała
uniwersalną przepustkę z tytułu swojego zawodu. - Ale wie pan, od czasu pogrzebu - to jest, od
kiedy się tak zdenerwowała - jedynie raz widziałem Helen.
- Doprawdy?
- I wtedy powiedziała tylko, Ŝebym się porozumiewał we wszystkich sprawach z panem
Puckle'em.
- On jest...
- Nie chcę się okazać nieczułym - ciągnął dalej Quentin.
- Ale do licha, za niecałe trzy tygodnie wszystko to będzie moje.
- MoŜe dla pani Fent to właśnie jest trudne do zniesienia - szepnął Sloan.
- MoŜe - mówił teraz z godnością - ale jest wiele rzeczy do zrobienia w tak duŜej
posiadłości, a niektóre z nich powinny być zrobione zaraz.
- Jak na przykład rozbudowa?
Quentin się zaczerwienił. - Nie mogę sobie pozwolić na czekanie, aŜ mi trawa wyrośnie pod
nogami, inspektorze -powiedział dosadnie. - Nie mogę pozwolić, aby tu wyrosła trawa. Na tej
ziemi muszą rosnąć cegły, jeśli Strontfield ma być wypłacalne. Nie moŜna było nic zarzucić
projektowi, który opracował Renville. Nawet Bili mówił to samo.
- Chce go pan więc realizować, czy tak?
- Jeszcze jest za wcześnie, Ŝeby coś powiedzieć - młody Fent zakończył ten temat rozmowy.
- A co się mogło stać z Marjorie Marchmont, Ŝe nie moŜna jej znaleźć?
Kiedy zwrócili się do Annabel Pollock, okazała się bardziej pomocna. - Naprawdę nie
widziałam pani Marchmont wczoraj wieczór, inspektorze, i jestem pewna, Ŝe Helen jej nie
widziała, bo siedziała przez cały czas w swoim pokoju... Nie, pomyliłam się. Nie przez cały czas.
Okazało się, Ŝe było to coś nowego, nie tylko dla Sloana, ale i dla Quentina.
- Zeszła na dół tuŜ przed pójściem spać - mówiła Annabel - w kaŜdym razie wtedy wpadłam
na nią.
- Gdzie? - zapytał Sloan.
- Przy drzwiach od ogrodu. Niepokoiła się, czy są zamknięte na noc.
- I były?
-- Tak powiedziała. Nie sprawdzałam. Potem poszła z powrotem do łóŜka.
Sloan zapytał: - Kiedy to było?
- Zdaje się, tuŜ przed dziesiątą. To było wtedy, kiedy Quentin rozmawiał przez telefon.
- Z moją narzeczoną - wyjaśnił Quentin tonem posiadacza.
- Oczywiście - ciągnęła dalej Annabel - pani March-mont mogła przyjść wcześniej pod dom
i nikt jej nie otworzył... - Zawahała się. - Ja się wyniknęłam na kilka minut około ósmej. Helen w
swojej sypialni na pewno nie słyszałaby dzwonka.
- I nie zareagowałaby, gdyby usłyszała - dodał z rozdraŜnieniem Quentin.
- Ale pan Fent byłby jednak słyszał - zaznaczył Sloan.
Annabel potrząsnęła głową. - Mogła przyjść wtedy, kiedy wyszedł.
- A więc pan takŜe wychodził? - spytał Sloan jak najsłodziej.
Quentin był wyraźnie nadąsany. - Jeśli pan nazywa wyjściem spacer po włas... po parku.
- Czy widział pan kogoś podczas tego spaceru?
- Co to ma...
- Ta sama osoba - mówił grzecznie dalej Sloan - mogła widzieć panią Marchmont.
- Rzeczywiście, widziałem Petera Millera - powiedział z irytacją. - Spotkaliśmy się
przypadkiem przy bramie. To nasz sąsiad, farmer.
- Ach, i on teŜ był w parku - Sloan zauwaŜył kątem oka, Ŝe Crosby to notuje.
- Wpadł tylko na pogawędkę, inspektorze. - Quentin Fent był juŜ znów spokojny. - Zdaje
się, Ŝe to sensowny chłop. Chciał się naturalnie dowiedzieć, jakie mam zamiary. On ma teŜ ziemię
nadającą się na rozbudowę. UwaŜa, Ŝe jeślibym ja coś postawił w pobliŜu miasteczka, to on się teŜ
postara o zezwolenie na część swoich gruntów, które znajdują się obok. Nie są lepsze pod uprawę
niŜ Strontfield.
- I Ŝaden z was nie widział nikogo innego w parku?
Quentin zaprzeczył ruchem głowy, ale Annabel powiedziała: - Ja widziałam. Tylko z
daleka, ale myślę, Ŝe poznałam jego psa.
- Kogo?
- Richarda Renville. Wyprowadzał Spota na spacer. To ten dalmatyńczyk.
- Czy to jest dozwolone? To uganianie psów po parku?
- Nie mogę tego zabronić - wtrącił szybko Quentin.
- Istnieje takie stare prawo przejścia - wyjaśniła Annabel.
- Istnieje od niepamiętnych czasów - przyznał Quentin. - Nie moŜemy zamknąć przejścia.
Sloan zauwaŜył ten pluralis maiestatis i zapytał niewinnie: - A co będzie, jeśli się zrealizuje
ta rozbudowa?
- MoŜemy wystąpić o zniesienie tego prawa. Zdaje mi się jednak, Ŝe plan Renville'a
przewiduje drogę między domami.
- Rozumiem. - Jedno było pewne. Quentin nie tracił chwili czasu od śmierci swego kuzyna,
Billa. Sloan wstał. -Gdybyśmy mogli teraz zamienić kilka słów z panią Fent...
- Przykro mi, inspektorze. - Annabel potrząsnęła smutno głową. - Nie będzie chciała o tym
słyszeć.
Nie był nigdy zwolennikiem bezpośrednich starć, nawet jako młody policjant. Teraz, kiedy
został inspektorem, szukał zawsze okręŜnej drogi. Była szybsza. - A zatem dziękuję państwu za
rozmowę. Teraz musimy dalej szukać pani Marchmont.
W drodze rozmawiał z Crosbym w dalszym ciągu na ten temat. - Przydałaby się nam jakaś
pomoc. Przeszukiwanie tego miejsca i terenu zajęłoby nam cały dzień, a musimy jeszcze zobaczyć
się z Peterem Millerem Fentem.
Konstabl wyjrzał przez okno samochodu. -1 nie wiemy, czy rzeczywiście doszła tutaj,
prawda, szefie?
- Tylko tyle, Ŝe jak twierdzi pan Renville, mówiła, Ŝe pójdzie - powiedział zwięźle Sloan. -
To wszystko, co wiemy. I Ŝe musimy ją znaleźć. I to szybko.
Okazało się, Ŝe wyprzedził ich w tym mały terier zwany Rags.
Było to późnym popołudniem i Sloan po powrocie na komisariat planował poszukiwania na
duŜą skalę.
Sobota po południu, z natury rzeczy,, nie była najodpowiedniejszą do tego porą. Prawda, Ŝe
moŜna było znaleźć ochotników do pracy - z wyjątkiem tych, którzy grali w piłkę na boisku
krykietowym - ale zawodowcy byli zajęci regulowaniem ruchu w centrum handlowym Bere-bury,
pilnowaniem boiska krykietowego w Calleford i umoŜliwianiem chętnym pójścia na wystawę
rolniczą hrabstwa. Była to duŜa, doroczna impreza, odbywająca się na terenach Ornum House.
Poszedł tam Peter Miller. Tak przynajmniej poinformowano Sloana na farmie “Ugór”. Polecono
więc policjantom, którzy dyŜurowali na wystawie, aby mieli na niego oko. Nie naleŜało to do
łatwych zadań. Sobota była trzecim i ostatnim dniem, kiedy wystawę otwarto dla publiczności,
która przyszła en masse.
NajwaŜniejsza sprawa, ocena, odbyła się w czwartek, a kłótnie z powodu decyzji sędziów
zakończyły się po większej części w piątek. W sobotę namiętności i gniewy nieco przygasły - aŜ do
następnej wystawy - nawet w pawilonie świń.
Landrance Sąuire Larking Trzeci, knur, zwycięzca w swojej klasie, obserwował świat
oczyma w róŜowych obwódkach, syt chwały, i nigdy się nie dowiedział, jak niewiele brakowało,
aby został drugim po Landrance Martmie II z Rooden, w sąsiedniej przegrodzie. Ktoś z pewnością
nie właściciel Landrance Martina II z Rooden - nabazgrał na dyplomie pierwszej nagrody dla
Landrance Sąuire Larking Trzeciego:
Psy patrzą na ludzi w górę, Koty patrzą na nich z góry, Świnie są im równe.
Ragsowi trudno było spojrzeć w górę na swoją panią.
Zaszczekał.
Cynthia Paterson zawołała go.
Nie przychodził.
Zawołała jeszcze raz.
Znów zaszczekał.
To nie króliki - zdecydowała, idąc w kierunku jego szczekania. Słychać je było gdzieś w
pobliŜu pawilonu. Wyszła spoza otaczających go drzew i najpierw ujrzała przewrócony posąŜek.
Lepiej poinformowana niŜ Annabel Pollock i Peter Miller, dobrze obznajmiona z mitologią
klasyczną, o wiele starszą od chrześcijańskiej, wiedziała, Ŝe to Eros we własnej osobie.
Przystanąwszy, aby zastanowić się nad łacińskim zwrotem o upadku Boga Miłości - takŜe
w ogrodzie - ruszyła w kierunku szczekania.
Rags jest na pewno w pawilonie - pomyślała.
Znów zawołała. PoniewaŜ nie przychodził, podeszła do pawilonu i zajrzała do środka.
I bardzo tego poŜałowała.
Rozdział XV
- Koniaku - poleciła Annabel Pollock, kiedy zobaczyła wzburzoną twarz Cynthii Paterson.
Wyglądała o dziesięć lat starzej.
- Policja - powiedział Quentin, który wyglądał młodziej i na bardziej przestraszonego. -
Zaraz ich sprowadzę. I doktora. Hej, mały, chodź tu...
Terier posłusznie poszedł za swoją panią przez Stront -field Park. Nie było przecieŜ Ŝadnej
reakcji ze strony tej duŜej postaci na podłodze pawilonu. Pozostała bez ruchu mimo jego
szczekania. Rags szybko stracił zainteresowanie i ruszył zadowolony za Cynthią Paterson, która
potykając się szła ku domowi.
- To Marjorie - wyszeptała Cynthią bladymi wyschłymi ustami. - Jestem pewna, Ŝe to
Marjorie. To jej włosy.
- Naturalnie - przytaknęła uspokajająco Annabel. -MoŜna by ją wszędzie poznać.
- Nie o to chodzi - Cynthią zadrŜała. - Chodzi o to, co zrobiono z jej włosami. Jak Porfiria.
- Niech pani wejdzie i usiądzie - poprosiła Annabel. -Quentin poszedł zadzwonić na policję.
- Zupełnie jak Porfiria - powtórzyła panna Paterson mocniejszym głosem.
- Tak właśnie - wyszeptała z roztargnieniem Annabel.
- Piękne włosy Marjorie naokoło jej szyi.
- Proszę wypić trochę - rozkazała Annabel. Starsza kobieta posłusznie łykała koniak. -
Browning -odezwała się obojętnym tonem chwilę później.
- Browning?
- Robert, naturalnie - wyjaśniła Cynthią - nie Eliza-beth.
- Niech się pani napije jeszcze trochę koniaku - powiedziała spokojnie pielęgniarka.
- Czy nie zna pani “Kochanka Porfirii”? - zapytała panna Paterson. - Jeden z najlepszych
jego poematów. Dziewczyna zaprzeczyła ruchem głowy.
- Udusił ją - powiedziała Cynthią Paterson drŜącym głosem - jej własnymi włosami.
Tak się złoŜyło, Ŝe miejscowy doktor przyszedł na miejsce nieco wcześniej niŜ policja.
Podjechał swoim wozem po wysokiej trawie trochę dalej, niŜ chciał Crosby.
- Nie Ŝyje - powiedział ochrypłym głosem, kiedy podszedł do niego Sloan. - Niewątpliwie. I
to juŜ od jakiegoś czasu, jak mi się zdaje, choć nie jestem ekspertem. -Obrócił się i podniósł głos: -
Nie radziłbym podchodzić bliŜej, Quentin. To nie jest przyjemny widok.
Quentin Fent kiwnął głową z podziękowaniem i pozostał przy wozie. Wyglądał, jakby się
skurczył pod wpływem takiego obrotu sprawy.
- Uduszona - powiedział doktor - swoimi własnymi Włosami. Chce pan, Ŝebym...?
- Nie, dziękuję - odparł Sloan. - Gdyby pan zechciał tylko... e... potwierdzić śmierć, my
zrobimy resztę.
- Oczywiście mogę to zrobić - powiedział Washby nie okazując Ŝadnego wzruszenia. -
Mogę takŜe zidentyfikować ciało, jeśli to się na coś przyda. Pani Marjorie March-mont.
- Tak mi powiedziano - potwierdził Sloan. - Panna Paterson takŜe ją rozpoznała.
Washby wytarł ręce i poszedł z powrotem do samochodu. Quentin wciąŜ tam stał trzymając
jedną rękę na klamce drzwi, jakby to była tratwa na wzburzonym morzu.
- Jej mąŜ - dodał doktor. - Czy chce pan, Ŝebym mu powiedział?
- Nie - odrzekł Sloan. Mordercy rodzaju męskiego to przewaŜnie wdowcy: nie znaczyło to,
Ŝ
e męŜowie zamordowanych kobiet są zawsze mordercami, ale znaczyło, Ŝe trzeba ich sprawdzić.
Najpierw. Szybko. - Sami to zrobimy.
Washby odparł z wymuszonym uśmiechem: - Przepraszam. Wobec tego wrócę do domu i
zbadam pannę Pater-son. Jej serce nie jest w tak dobrym stanie, jak ona to sobie wyobraŜa. - Skinął
ręką w kierunku pawilonu. - Odnalezienie pani Marchmont nie pomogło jej.
- Ona takŜe chce się z panem widzieć - wtrącił Quentin. - Sama mi o tym wspominała. Czy
jestem tu jeszcze potrzebny?
- Nie w tej chwili, dziękuję - powiedział Sloan. -Przyjdziemy później porozmawiać z
panem.
- No, no, no - wycedził dr Dabbe, kiedy on z kolei, po jakichś dziesięciu minutach, stanął
przed pawilonem.
- Te trzy dziury w ziemi... - mruknął do siebie Crosby.
Patolog go nie słyszał. Patrzył na leŜący na ziemi posąŜek. - Coś z miłością nie w
porządku? - nadmienił Ŝartobliwie.
- Krowy - wyjaśnił rzeczowo Sloan. - Tak mi przynajmniej powiedziano. Weszły tu z
sąsiedniej farmy. To jeszcze jedna rzecz, którą trzeba będzie sprawdzić moŜliwie jak najszybciej.
Ich najście mogło oznaczać, Ŝe Peter Miller był takŜe w parku tej nocy. Jeśliby się znalazło w
pobliŜu pawilonu jakieś ślady jego obecności, krowy doskonale by to tłumaczyły.
Doktor Dabbe nie miał ochoty przejść obok rzeźby leŜącej w trawie. - “Diabeł to upadły
anioł”, Sloan.
- Tak myślę, doktorze. - Sloan takŜe nie spieszył się z ponownym wejściem do pawilonu.
Od odjazdu doktora Washby nie podszedł dalej niŜ do drzwi i pilnował, Ŝeby nikt inny nie
wchodził. Crosby szukał teraz śladów stóp na podłodze. - Jest tak sucho, Ŝe moŜe być tylko kurz -
dodał
Sloan - choć nigdy nie wiadomo. - Rzeczywiście, nigdy nie wiadomo. Zwłaszcza w takiej
sprawie, jak ta. MoŜe się okazać dosłownie wszystko.
Patolog wskazał gestem na skurczoną postać na podłodze. - Czy wiemy... e... kto to?
- Niestety wiemy - powiedział powaŜnie Sloan. - Pani Marjorie Marchmont. Jedna z
dwunastu osób na przyjęciu.
- Ach.
- I biorąc pod uwagę to, co się zdarzyło - Sloan powoli rozwijał swoją myśl. - Byłaby na
pewno waŜnym świadkiem oskarŜenia... Jeśli oczywiście będzie oskarŜenie. -Poczuł się nagle stary
i znuŜony. - Nie powinniśmy byli do tego dopuścić.
PoniewaŜ patolodzy, z natury rzeczy, nie interesują się tym, co mogło było się zdarzyć,
doktor Dabbe przypatrywał się tylko ciału. - Czy coś z miłością nie w porządku?
Sloan potrząsnął przecząco głową słysząc ten eufemizm. W komisariacie mieli na to inne
określenie, ale w końcu wszystko wychodziło na to samo. - Bardzo bym się temu dziwił.
Crosby posuwał się od środka podłogi ku krańcowi ja-V fala na powierzchni wody.
Udawało mu się jakoś robić to bez patrzenia na centralny obiekt dramatu. Sloan zaobserwował
podobne zachowanie u swego kota, kiedy ptak był zbyt duŜy, aby mógł sobie z nim poradzić.
Małe ptaki, owszem. Wtedy spuszczał ogon, nieruchomiał i skakał. Ale nie przy takich
duŜych ptakach jak mewy. Nawet jak była tuŜ obok niego, kot udawał, Ŝe jej nie widzi. Nie
zachowywał się jak przy polowaniu. - Ja jestem taki sam - pomyślał ze złością. - Myślę o kotach
zamiast o mordercy.
Patolog zmienił pozycję, Ŝeby lepiej widzieć. - Nigdy nie widziałem dotychczas, Ŝeby ktoś
zrobił to w ten sposób.
- Ani ja - stwierdził stanowczo Sloan. -1 nie chciałbym widzieć tego jeszcze raz - dodał
tłumiąc reakcję uczuciową i starając się zauwaŜyć wszystko, co policjant zauwaŜyć powinien.
- A jednak interesujące - powiedział patolog tonem prawdziwego entuzjasty, dodającego
jakiś rzadki okaz do swojej kolekcji.
Sloan nie uwaŜał tego za interesujące. Zmarła była świadectwem jego klęski, bez względu
na to, jaką miarę by się stosowało.
- Wszystko zrobione! - zawołał Crosby. Zakończył czołganie się po podłodze i stał teraz
odwrócony plecami do wewnętrznej ściany pawilonu. WciąŜ unikał wzrokiem ciała leŜącego na
podłodze. Sloan nie brał mu tego za złe. Nie był to piękny widok. Uduszenie ładnie nie wygląda.
- Dziękuję - powiedział Sloan. Przynajmniej Crosby nie był nawróconym wampirem. To juŜ
coś, za co naleŜało być wdzięcznym. Inspektor Hawkins w Kinnisport miał u siebie takiego. Ten
facet wyłowił tak wiele trupów z tamtejszej przystani, Ŝe w końcu polubił to zajęcie - stał się
swojego rodzaju specjalistą. Mechanizm obronny, jak przypuszczał Sloan, ale koledzy nie lubili go
z tego powodu.
- Dlaczego - sarkał dr Dabbe - tego rodzaju rzeczy zdarzają się zawsze w sobotę po
południu?
- Trudno mi powiedzieć - odrzekł Sloan. I rzeczywiście trudno mu było powiedzieć.
- Nie mogłem nigdzie złapać Burnsa. - Burns był to ponury pomocnik doktora Dabbe.
Dyson, fotograf policyjny, i jego pomocnik, Williams, zostali jednak wezwani i teraz, na
dany przez Sloana znak, przystąpili do robienia zdjęć. Za nimi nadjechała przez park karetka.
Patolog wciąŜ zerkał na ciało.
- Zdaje mi się, Ŝe nie Ŝyje juŜ od dłuŜszego czasu, Sloan.
- Po raz ostatni widziano ją Ŝywą wczoraj późnym popołudniem, doktorze. To jeszcze coś,
co trzeba będzie sprawdzić: i to szybko.
- Mogło to być dziś w nocy. - Dr Dabbe skinął ręką w kierunku brzydko zsiniałej twarzy. - I
tym razem nie otrucie.
- Nie otrucie - potwierdził rzeczowo Sloan.
- Zastanawiam się, dlaczego nife otrucie - dumał patolog.
- Zdaje mi się, Ŝe wiem, dlaczego nie otrucie - powiedział Sloan. Nie był pewien, co
naprawdę wie, ale tego był pewien. Nie było na tyle czasu, Ŝeby czekać, aŜ trucizna podziała.
- Ach. - Doktor Dabbe podniósł brwi. - Istotna była sprawa czasu, tak?
- Szła w kierunku domu wczoraj wieczór - powiedział Sloan - odwiedzić panią Fent. Tak mi
przynajmniej powiedziano.
- A ktoś nie chciał, Ŝeby poszła?
- Zdaje mi się, Ŝe tak mniej więcej było - potwierdził Sloan. - ChociaŜ, zaznaczam, pani
Fent mogła nie chcieć jej przyjąć. Nie dopuszcza do siebie nikogo.
- Ale - doktor Dabbe wskazał palcem na ciało - ktokolwiek to zrobił, mógł o tym nie
wiedzieć.
- MoŜe nie mógł na to liczyć - skorygował Sloan. -Zmarła była, ech, silną osobowością. Nie
przewraŜliwiona, jak wszyscy mówią.
- Ach, rozumiem. “Głupcy wdzierają się tam, gdzie aniołowie boją się wchodzić”.*
Reflektor rzucił nagle jaskrawe światło na pogrąŜony w cieniu pawilon. - Teraz z tej strony!
- zawołał Dyson do Williamsa. - Potem ja zrobię jedno z poziomu podłogi. Przykucnął i skierował
kamerę na głowę i kark Marjorie. -Chyba nigdy dotychczas nie widziałem nikogo uduszonego
własnymi włosami.
- Ani ja - przyznał Sloan zgrzytając zębami. - Gdyby mi to ktoś powiedział, nie...
- Zrobiłem teŜ kilka zdjęć z zewnątrz, kiedy czekaliśmy - powiedział uprzejmie Dyson. -
Czy mam sfotografować coś jeszcze, póki tu jestem? - Wskazał na powalony posąŜek. Mógłbym
zrobić ładne zdjęcie z nogą na tym starym błaźnie. Nazwałbym go “Biada zdrajcom” i dostałbym w
komendzie kilka groszy.
- Nie dzisiaj, dziękuję - powiedział Sloan. Patolog, który wreszcie mógł rozpocząć swoją
pracę, przybliŜył się do ciała. Stał przez dłuŜszą chwilę, zastanawiając się: specjalista od śmierci i
całego tysiąca nieszczęść, jakich doświadcza ciało ludzkie.
- Odeszła spokojnie - oświadczył w końcu. Sloan był zdumiony i wcale tego nie krył.
Wydawało się to nieprawdopodobne w odniesieniu do pani Marchmont.
- Nie wiem, kto ją uderzył - mruczał dr Dabbe. - Myślę, Ŝe została zaskoczona z tyłu, nie
zdając sobie sprawy. Warkocze skrzyŜowane z przodu i mocno ściągnięte. To wszystko.
Najbardziej wraŜliwe miejsce w całym ciele. Nie potrzeba silnego ucisku. - Doktor pochylił się i
spojrzał na ręce zmarłej. - śadnych śladów walki. Nawet złamanego paznokcia. MoŜna sądzić, Ŝe
to ktoś, kogo znała. - Znów się wyprostował. - Dobrze, Sloan. MoŜe pan ją zabrać. Ja na razie
skończyłem.
Doktor Dabbe mógł na razie skończyć. Inspektor Sloan dopiero co zaczął.
Po raz czwarty wykręcił w Strontfield Park numer Golfowego Klubu w Berebury. Tym
razem miał szczęście. Lub pecha. Nadinspektor Leeyes skończył teraz swoją rundę i był w lokalu
klubowym. Kierownik poprosił go do telefonu.
Czy człowiek nie moŜe zagrać w spokoju chociaŜ jednej rundy golfa?
Sloan powiedział mu o Marjorie Marchmont, podczas
gdy Leeyes wciąŜ jeszcze zrzędził, Ŝe mu się przeszkadza.
- Co! - zawołał podniecony.
Sloan powtórzył wszystko jeszcze raz.
- Nie Ŝyje? - ryczał. - Ta grubaska. Jest pan pewny, Sloan?
Sloan potwierdził, Ŝe jest pewny. Nie Ŝyje. Właśnie ta grubaska.
- I była jednym z gości na tym pana przyjęciu, tak?
- Tak, była - przyznał Sloan. - Najpierw Bili Fent, teraz
Marjorie.
- Jeden, dwa, cała gra - rzekł złowróŜbnie Leeyes.
- Tak - przyznał Sloan. Nadinspektor był doprawdy taki sam jak Crosby ze swoimi
dziecinnymi wierszykami.
- Ktoś rzeczywiście traktuje sprawę powaŜnie - powiedział Leeyes. - To wszystko plus
trucizna.
- Sprawdzamy, co kaŜdy robił wczoraj wieczór.
- Co robili według własnego oświadczenia - wtrącił cierpko Leeyes. - śaden z nich nie
powie panu, co robił z panią Marchmont.
- MąŜ - kontynuował uparcie Sloan - jest zdaje się czysty.
Leeyes przyjął to chrząknięciem.
- W Tabard przy Bear Street w Calleford twierdzą, Ŝe Daniel Marchmont był tam od szóstej
trzydzieści wczoraj wieczorem, kiedy wpisał się do ksiąŜki gości, aŜ do dziś rana, po śniadaniu.
- Skąd wiedzą, Ŝe był tam całą noc - odparował Leeyes.
Sloan zakaszlał. - Zdaje się, Ŝe jeśli chodzi o hotel... e... była to bardzo krótka noc.
Leeyes chrząknął. - To nie wystarczy dla sądu. Jeśli w ogóle postawimy to przed sądem i
muszę powiedzieć...
- Mieszkańcy East Calleshire walczyli na wzgórzu Mal-lamby.
- Co z tego?
- Było to sławne zwycięstwo.
- Wiem o tym - warknął gniewnie Leeyes. - W czterdziestym czwartym, prawda?
Zdobywali wzgórze w obliczu nieprzyjaciela.
Pod Walcheren była równina.
- Nie wiem, kiedy dokonali tego po raz pierwszy. Podobno... e... odgrywali to dzisiejszej
nocy jeszcze raz.
- W hotelu?
- W końcowej fazie uroczystości - Sloan cytował słowa kierownika hotelu o głęboko
osadzonych oczach - wywiązała się dyskusja między ich dawnym dowódcą kompanii a majorem z
brygady co do tego, gdzie na wzgórzu nastąpiło spotkanie z nieprzyjacielem. Major postanowił
udowodnić swoją rację wspinając się na klatkę schodową.
- Powinien był zadowolić się rysunkiem na obrusie.
- Nie tylko major, ale cała kompania - mówił spokojnie Sloan - postanowiła udawać, Ŝe trzy
kondygnacje są wzgórzem.
- BoŜe święty!
- To jeszcze nie wszystko. Kiedy juŜ weszli na górę, jakiś wariat przypomniał sobie, Ŝe
walka toczyła się w ciemności, i zgasił światło.
- Gdzie był kierownik? - zapytał wojowniczo Leeyes. Sloan odchrząknął. - Niestety,
nadinspektorze, o ile się nie mylę, w tej zabawie potrzebny był - nieprzyjaciel.
- Nie...
- Cały personel hotelu.
- Kelner, portier, pokojówka, co, Sloan?
- Portier poszedł po posiłki, kelner schował się w spiŜami...
- A pokojówka?
- Powiedziano mi, Ŝe dowódca kompanii próbował wziąć ją jako zakładnika, ale nie chciała
się zgodzić na takie głupstwa. Zrzuciła go z jednej kondygnacji schodów.
- I co?
- Mimo tego dotarł pierwszy na wierzchołek. Dostał medal w bitwie pod Mallamby -
powiedział Sloan - ale był wtedy młodszy.
- A nasz bohater?
- Marchmont? Wahał się podobno chwilę, zanim zaczął, ale potem włączył się takŜe. I on
równieŜ doszedł do szczytu. Oczywiście nie przytył tak bardzo, jak niektórzy z nich. Major w ogóle
się nie ruszył. Był urzędasem przez całe trzydzieści lat.
- A kiedy skończyła się ta zabawa w wojnę?
- Nocny portier i kierownik połoŜyli ich wszystkich do łóŜek.
- Co wcale nie oznacza, Ŝe...
- Gotowi -są stwierdzić, Ŝe byłoby fizyczną niemoŜliwością, Ŝeby Marchmont pojechał sam
gdziekolwiek.
- Naprawdę tak twierdzą? - zdziwił się Leeyes. - Czy nie słyszeli o ludziach udających
pijanych?
- Ci, którzy rzeczywiście doszli na najwyŜszą kondygnację - ciągnął Sloan, zmieniając
taktownie dosadniejsze epitety kierownika - oblewali zwycięstwo szampanem. Wtedy personel
zabrał im wszystkim buty. Wszystkie. TakŜe zapasowe.
- Ale...
- Postarano się takŜe, Ŝeby Ŝadne wozy nie wydostały się z dziedzińca hotelu. To stary
zajazd, więc łatwo było zamknąć dziedziniec, a dla pewności kierownik postawił swój wóz w
poprzek bramy wjazdowej.
- Miewał juŜ zatem pewnie podobne problemy.
- Tak. - Faktycznie cały hotel robił wraŜenie pogrąŜonego w gigantycznym kacu, a
kierownik miał tego dosyć.
- A zatem moŜe to być kaŜdy, z wyjątkiem Marchmon-ta, prawda, Sloan? Sloan
potwierdził.
- To duŜo - powiedział z wyczuciem Leeyes - ale nie ma z tego wielkiej pociechy.
Sloan czekał przy pawilonie, dopóki karetka nie zabrała ciała Marjorie Marchmont do
kostnicy doktora Dabbe. Karetka z migającym niebieskim światłem, pędząca przy dźwięku syreny,
robi przykre wraŜenie, lecz czymś znacznie bardziej ponurym jest cicha karetka bez migającego
niebieskiego światła, jadąca niewiele szybciej niŜ karawan.
Patrzył, jak pojazd wydostawał się po wybojach z powrotem ku szosie, i starał się otrząsnąć
z przygnębienia. Było jeszcze wiele pracy.
Teraz odstawił telefon i zwrócił się do swego pomocnika.
- Crosby, myślę, Ŝe teraz poprosimy panią Fent o rozmowę.
Tym razem Annabel Pollock zgodziła się bez sprzeciwu.
- Zaprowadzę panów na górę. Tędy, inspektorze. Powiedziałam jej o pani Marchmont.
Jestem pewna, Ŝe przyjmie panów. - Dziewczyna zatrzymała się przed jakimiś drzwiami na górze.
Zapukała. - Helen, przyprowadziłam pana inspektora.
Z pokoju nie dochodziła Ŝadna odpowiedź.
Annabel znów zapukała.
- Obawiam się, Ŝe będzie musiała nas przyjąć, czy chce, czy nie chce - oświadczył Sloan.
Annabel połoŜyła dłoń na klamce śmiejąc się z zakłopotaniem. - To juŜ coś. Drzwi są tylko
przymknięte. Do tej pory zamykała je na klucz. Helen, moŜemy wejść?
- Ja wejdę pierwszy - powiedział Sloan. Cofnęła się, Ŝeby puścić inspektora do pokoju i
twarz jej zszarzała.
Nie było tam nikogo.
Rozdział XVI
Sloan wrócił do biura. Sam nie wiedział dlaczego. Powinien się teraz znajdować w
Strontfield Park, gdzie w jadalni rozłoŜył się główną kwaterą.
Była to subtelna ironia.
W jadalni w Strontfield Park, gdzie zostało popełnione pierwsze morderstwo. Było to dobre
słowo. Takie dobre. jak “przyjął”, takie dobre, jak “szkodliwa substancja”. Słowa, które znaczyły
tak duŜo i tak niewiele.
Chciał w kaŜdym razie dokładnie obejrzeć tę jadalnię, choć Ŝałował, Ŝe Marjorie
Marchmont musiała umrzeć, zanim to zrobił. To Quentin zaproponował, aby wykorzystali ten
pokój na swoją główną kwaterę. Sloan nie wiedział, czy miało to jakiekolwiek znaczenie, ale
potrzebne im było jakieś miejsce, a młody człowiek zaproponował właśnie jadalnię.
W kaŜdym razie Sloan poszedł tam zaraz i polecił konstablowi Bargraye, Ŝeby się tam
zainstalował. Sam obejrzał przede wszystkim stół i krzesła. Stół był owalny - • długi i dosyć wąski
- z miejscem na jedno tylko krzesło na kaŜdym końcu.
- Ach, w tym sęk - mruknął, kiedy obejrzał krzesła. Nie moŜna było po nich wcale zgadnąć,
gdzie był początek a gdzie koniec stołu.
Bargrave, męŜczyzna starszy i cichy, podniósł wzrok, ale nic nie powiedział. Jeśli wyŜsi
rangą oficerowie policji mieli ochotę mówić do siebie, to ich sprawa. Doszedł tu, gdzie teraz
pracował - do jednego z najspokojniejszych rejonów okręgu - dzięki temu, Ŝe nie zwracał uwagi na
dziwactwa ludzi stojących na wyŜszym szczeblu drabiny.
Sloan stanął przy końcu długiego stołu i oparł dłoń na krześle. - Zastanawiam się, kto -
gospodarz czy gospodyni?
“tym razem konstabl Bargraye nie podniósł głowy.
Sloan podszedł do kredensu i próbował wyobrazić sobie stojące tam dwie tacki, kaŜda z
sześcioma porcjami cre-met. Musiało na pewno być coś, co wskazywało, czy Bili Fent, czy Helen
Fent - gospodarz lub gospodyni - weźmie tackę i tym samym - w przestrzegającym hierarchii i
dobrze wychowanym towarzystwie, w którym przywiązywano duŜą wagę do takich rzeczy -
postawi przed sobą śmiercionośną porcję?
NoŜe do krajania mięsa. Właśnie.
Ale obecnie nie wszyscy męŜczyźni krają mięso. Czy morderca był tak pewny, Ŝe mógł na
to liczyć? Czy teŜ moŜe nie robiło róŜnicy, które z nich umrze? I czy trucizna była naprawdę w
jednej z porcji cremet? Wszystko wydawało się teraz bardzo skomplikowane.
Bargrave nadal metodycznie badał pokój przestrzegając normalnej procedury, która jest
nieuniknionym następstwem zarówno morderstwa, jak i pospolitego przekraczania prawa.
Spokojne psy ciągną zazwyczaj do spokojnego stada - odnosi się to do policjantów, a takŜe do
innych ludzi- ale tym razem w stadzie była czarna owca, trochę za duŜa, aby potrafił sobie z nią
poradzić taki spokojny pies.
Sloan zostawił go przy tym zajęciu i wrócił do Berebury.
W swoim biurze usłyszał przez radio komunikat, który na jego Ŝyczenie przekazany został
do wszystkich wozów policyjnych i posterunków w Calleshire.
- Uwaga wszystkie wozy - mówiła obojętnie radioope-ratorka. W radiu głos jej nabierał
nosowego brzmienia, jakiego nie miał w stołówce.
- Uwaga, wszystkie wozy. Poszukiwany zielony wóz Austin Mini, numer rejestracyjny
Ygrek Julia Gustaw dwa jeden. Przypuszczalnie wyjechał ze Strontfield Park, Con-stance Parva w
ciągu ostatniej pół godziny. Kierunek nieznany.
- Rzeczywiście - powiedział Crosby. - Czy widział pan, jak wyglądał Quentin, kiedy
stwierdził, Ŝe nie ma wozu?
- To jest wóz pani Fent - wyjaśnił Sloan. - Wóz Billa Fenta nie nadawał się juŜ do jazdy.
- Ona takŜe nie traciła czasu. Odjechała, gdy tylko usłyszała o pani Marchmont.
- Ucieka - stwierdził Sloan. - Jest bardzo przestraszona. Bała się juŜ przedtem, kiedy się
dowiedziała, Ŝe byliśmy na pogrzebie. Teraz, po śmierci pani Marchmont, jest jeszcze bardziej
przestraszona.
- Boi się nas?
Sloan spojrzał nie bez sympatii na Crosby'ego. - Prawdopodobnie nie.
- Więc kogo...?
- Gdybyśmy to wiedzieli, wiedzielibyśmy, kto wykończył jej męŜa i Marjorie Marchmont.
Przerwało im radio. - Dalszy ciąg komunikatu. Kierowcą jest przypuszczalnie pani Helen
Fent, wzrost pięć stóp i pięć cali, szczupła, włosy ciemne. Jeśli zostanie zauwaŜona, proszę
zatrzymać i wypytać...
- Proszę to zmienić! - zawołał nagle Sloan. - Proszę to zmienić, na, “jeśli zostanie
zauwaŜona, proszę jechać za nią i śledzić”.
Crosby pochylił się i nacisnął przełącznik na biurku. Przekazał komunikat do centrali
radiowej w Komendzie Głównej.
- Uwaga, wszystkie wozy. - W minutę później dał się słyszeć dziwnie nosowy głos: - Jest
zmiana ostatniego komunikatu “do wszystkich wozów”...
- Jeśli nie boi się nas - nalegał Crosby - to dlaczego do nas nie przyjdzie?
- Słuszne pytanie. - MoŜe się jednak czegoś nauczy. -Prawdopodobnie dlatego, Ŝe nie chce
nam wszystkiego powiedzieć. Dlatego właśnie omijają nas niektórzy ludzie, kiedy mają kłopoty.
Było jeszcze coś, co Sloan musiał teraz zrobić i wcale nie miał na to ochoty.
Wskazał na telefon i westchnął. - Proszę mnie połączyć z Klubem Golfowym, Crosby.
Tym razem nadinspektor uznał, Ŝe musi kogoś zganić.
Ale nie byle kogo.
Właśnie Sloana.
- Pozwolił jej pan się wymknąć? - ryknął.
Sloanowi przyszła na myśl niejedna soczysta replika. Powstrzymał się od nich. Cierpliwość
moŜe jest cnotą. Rozwaga jest nią na pewno.
Powiedział tylko: - Szukamy jej teraz.
- Gdzie?
- Wszędzie, gdzie mogła dotrzeć w tym czasie. Na pewno niedawno wyjechała.
- Czy dość dawno, by się juŜ znaleźć poza Calleshire? -chciał się dowiedzieć nadinspektor.
Sloan spojrzał na zegarek i zastanowił się. - Jeśli wydostała się na autostradę i dała gazu,
mogłaby, jak sądzę, znajdować się teraz poza naszym dystryktem.
- Mam nadzieję, Ŝe tak nie jest - powiedział złowróŜbnie Leeyes. -To wszystko. Zastępca
Komisarza Okręgowego zwracał się do mnie w tej sprawie.
- W jakiej sprawie?
- Przekraczania rejonu - wyjaśnił pompatycznie Leeyes. - Lub jeśli pan woli, wychodzenia
poza granice.
- Proszę?
- Wychodzenia z własnego podwórka - gderał Leeyes -i wchodzenia na cudze.
- Jestem przekonany - powiedział oschle Sloan - Ŝe sąsiednie jednostki nie odmówiłyby
nam wszelkiej moŜliwej pomocy.
- Nie jestem taki pewny - sprostował nadinspektor. - Trzeba pamiętać, jak było ostatnim
razem. Sprawa Ender-by. Przypomina pan sobie?
- O, tak, rzeczywiście... ale to było co innego. - Teraz Sloan zrozumiał. W sprawie Enderby
nadinspektor Leeyes nakazał wyprawę poza granicę dystryktu przypominającą najazd zbójników
szkockich. Słychać było nieomal wołania: “Percy”.
PoniewaŜ oczywiście “Tego nie wolno robić”, Zastępcy Komisarza Okręgowego zlecono
udzielenie nagany nadinspektorowi. Ten pełen wdzięku dŜentelmen wywodził się -jak lady
Bracknell - z szeregów arystokracji i uŜywał wyraŜeń z dziedziny myślistwa.
- Mam nadzieję, Ŝe teraz zdaje pan sobie sprawę, Sloan - mówił dalej nadinspektor - jak
daleko moŜe pan ścigać panią Fent, jeśli wyjedzie z Calleshire.
- Tak, wiem.
- Jeśli lis wejdzie na sąsiedni teren polowania - powiedział Leeyes ponuro - wolno go
ś
cigać.
- Tak, proszę pana.
- Ale nie wolno przerwać tam pościgu.
- Nie wolno.
- Ani ryć ziemi.
- Nie wolno.
- Wolno jednak zabić - dodał chłodno. - Czy to jasne?
- Całkowicie.
- A więc zna się pan na tym lepiej niŜ ja, Gunga Din -przyznał szczerze Leeyes. - A ja
myślałem; Ŝe jest stuknięty.
- Pani Fent... - przypomniał z rozpaczą Sloan.
- Jeśli nie zabiła swego męŜa...
- Tego jeszcze nie wiemy. - Świadomość, Ŝe tak mało wiedzą, zaczynała ciąŜyć Sloanowi. -
Jednak ucieka. Ona wiedziałaby przynajmniej dokładnie, gdzie siedział Bili Fent i która porcja
cremet była jego.
- A jeśli nie zabiła tej grubaski - ciągnął dalej Leeyes.
- Doktor Dabbe sądzi, Ŝe zrobił to męŜczyzna.
Leeyes nie dał sobie przerwać. - To nie ucieka przed nami.
- Nie, nadinspektorze.
- To znaczy, Ŝe ucieka przed kimś innym.
- Tak.
- I znaczy to, Ŝe wie coś, czego my nie wiemy - rozumował Leeyes.
- Tak.
- Pewnie wie, kto zabił jej męŜa, jeśli ona tego nie zrobiła.
- Pewnie wie, Ŝe jej mąŜ został zabity przez kogoś innego - powiedział Sloan i coś zaczęło
mu świtać w głowie. - Widzi pan, była w zupełnie dobrej formie, dopóki jej nie poinformowano, Ŝe
byliśmy na pogrzebie.
- Mówiłem, Ŝe to był dobry pomysł, Ŝeby tam pójść -oświadczył z zadowoleniem Leeyes.
- Dopiero od tamtej pory zaczęła się dziwnie zachowywać i zamknęła się w pokoju.
- To znaczy - powiedział nadinspektor - Ŝe wie, kto. Powinien ją pan znaleźć, Sloan. I to
szybko.
Przez chwilę Sloan nie mógł sobie nawet przypomnieć, kto to jest pan Phillipps.
- Powiedział, Ŝe pan czeka na telefon od niego - poinformował go policjant z centrali
telefonicznej.
- Proszę go przełączyć - polecił Sloan.
Uświadomił sobie, skąd zna tego człowieka, gdy tylko usłyszał jego cienki, piskliwy głos.
To był jego kolega, prawnik, w prąŜkowanych spodniach: urzędnik sądowy w Lampard- Pytał pan
dziś rano, inspektorze, czy pan Fent wydał kiedykolwiek wyrok na kogoś, kto mógłby wciąŜ Ŝywić
do niego urazę.
- Tak, pytałem. - Sloan zmruŜył oczy. NiemoŜliwe, Ŝeby było to dopiero dziś rano.
- Przejrzeliśmy wszystkie akta...
- Tak?
- Nic nie znaleźliśmy.
- Nikogo, kto by przysięgał, Ŝe go dopadnie za wszelką cenę? - Teraz Sloan, od kiedy
zobaczył Marjorie March-mont martwą na podłodze pawilonu, sam w to nie wierzył: musiał jednak
zapytać.
- Nie.
- Wszyscy zadowoleni?
- PrzewaŜnie dziękują nam - mówił urzędnik.
- Tak powinno być - powiedział energicznie Sloan. Jak większość policjantów, wierzył w
karzącą rękę sprawiedliwości. Po występku powinna następować kara. Ludzie tego oczekują. I kara
następowała po występku we wszystkich znanych mu społeczeństwach, w których panował ład. W
kaŜdym razie w społeczeństwach silnych. Prawdopodobnie wszystkie inne ginęły bez śladu. -
Zresztą -dodał, zwracając się do Phillippsa - tego właśnie chcą.
- Tak sądzę - zgodził się Phillipps. - Cały problem polega na tym, Ŝeby kara odpowiadała
przestępstwu.
- Ach - Ŝachnął się Sloan - trzecie ramię prawa. My jesteśmy tylko drugim.
- Drugim?
- Parlament w swej mądrości ustanawia prawa - powiedział Sloan. - Zgadza się?
- Zgadza się. Niektóre są bardzo głupie.
- ^My - policja - za nasze grzechy -łapiemy tych, którzy się do nich nie stosują.
- Niekiedy - wtrącił jowialnie pan Phillipps. - PrzewaŜnie, jak mi się zdaje, to takie zapasy
w stylu wolnym.
- Wy wszyscy - kontynuował Sloan, nie zwracając na to uwagi - decydujecie, czy myśmy
zrobili dobrze, a oni źle i w jakim stopniu.
- Ale...
- A pracownicy więzienia - niech ich Bóg ma w swojej opiece - trzymają ich w ukryciu i w
zapomnieniu tak długo, jak długo im kaŜecie.
- Zdaje mi się - powiedział pan Phillipps - Ŝe kaŜdy z nas stara się zapomnieć o pozostałych
trzech.
- Nie zawsze. - W policji w Berebury był w kaŜdym razie jeden funkcjonariusz, który
przypiął na ścianie następującą sentencję: ,,Z dala od sądu, z dala od opieki”. Podobno znalazł to w
jakimś podręczniku historii, ale uznał, Ŝe ma zastosowanie i obecnie. A zatem dziękuję panu
bardzo, panie Phillipps. W ten sposób jedna luka została wypełniona.
Phillippsowi nie spieszno było kończyć rozmowę.
- Wspominał pan dziś rano o figurkach z czekolady -zaczął z zakłopotaniem.
- O figurkach z czekolady? Ach tak.
- Zaczynałem zawsze od nóg. Czy to ma jakieś znaczenie?
- Myślę, Ŝe tak - powiedział wesoło Sloan - ale nie wiem, jakie.
OdłoŜył słuchawkę. Ta rozmowa była jakimś oderwaniem od sprawy. Przyjemnym, ale
jednak oderwaniem.
Poza tym przyszło mu na myśl, Ŝe była jakaś niezgodność w czymś, co ktoś - musiały to
być dwie osoby -powiedział. Mała rzecz - ale istotna.
Jedna osoba powiedziała jedno. Druga powiedziała coś zupełnie innego.
Crosby teŜ coś powiedział...
Konstabl wetknął głowę przez drzwi pokoju Sloana i oznajmił: - Znaleźli Petera Millera
Fenta na Wystawie w Ornum. Przywiozą go tutaj do Berebury moŜliwie jak najszybciej.
- Dobrze - odparł z roztargnieniem. Ten człowiek był jakąś cząstką tej zagadki-układanki,
ale trzeba było czegoś więcej do tego obrazka poza nim - chyba Ŝe zamierzał zabić takŜe Quentina
Fenta i sam zostać spadkobiercą. Trudność przy tego rodzaju układance polegała na tym, Ŝe nie
było wiadomo, co jest jej częścią, a co nie. Nie wszystkie części miały dopasowane do siebie
brzegi; nie wszystkie miały jeden bok prosty, mogący stanowić ramę obrazka, w obrębie której
cierpliwy zgadywacz - bo przecieŜ zgaduje się układankę jak krzyŜówkę - mógłby się trudzić.
Prawdziwe układanki odznaczały się jeszcze jedną właściwością. Wszystkie części miały swoje
określone miejsca.
'- Schodzę do stołówki - oznajmił stanowczo Crosby. -śołądek aŜ mi się skręca. Przynieść
herbatę i bułeczkę? - Proszę.
Nie wiedział nawet, czy ma wszystkie części, a tym bardziej, co było częścią tego
konkretnego obrazka, a co było bez znaczenia. Omdlenie pani Fent - to była część całości, a takŜe
jej zamknięcie się i obecna ucieczka. Ale dlaczego nie piła wina i dlaczego smakowały jej tylko
brzoskwinie z puszki?
I rozbudowa. Ten problem zawsze się pojawiał. Sloan zawahał się. Ta sprawa wciąŜ
występowała. Teraz, kiedy się nad tym zastanowił, wydawało mu się, Ŝe temat ten poruszała w
rozmowie zawsze jedna osoba. Sięgnął po swój notes, Ŝeby sprawdzić. To mogłaby być część jego
układanki - ale mogła teŜ nie być.
Były jeszcze inne rzeczy, które mogły pasować do Wielkiego Planu. To Napoleon miał
Wielki Plan, nieprawdaŜ? Morderca Billa Fenta takŜe miał taki plan, ale inspektor gotów był się
załoŜyć, Ŝe morderstwo Marjorie Marchmont nie było w nim przewidziane. Nie był równieŜ
przewidziany wyjazd Fenta późnym wieczorem do Cleete z profesorem Berry Nie, Bili Fent miał
iść do łóŜka i umrzeć podczas snu.
Sloan snuł dalej leniwie ten tok myśli. Co by się wówczas stało? Znaleziono by go
nieŜywego w łóŜku, ale mimo tego odbyłaby się sekcja, chyba Ŝe... chyba Ŝe...
Otwarły się drzwi. Crosby przyniósł dwa kubki herbaty.
Było teŜ jeszcze coś, co ogrodniczka, Cynthia Paterson, powiedziała o przyjęciu - o
przyjęciu na cześć nowo poślubionej pani Washby. Coś o obrządku płodności. I było jeszcze coś,
co mu powiedział Richard Renville. śe po przyjęciu, kiedy popijali porto, była mowa o dawcach
krwi. W umyśle jego zaczął się rysować pewien obraz. Obraz inny od tego, jaki wszyscy widzieli.
To było to. Posługując się prawdziwymi częściami próbowali rozwiązać nieprawdziwą
zagadkę. Ach, części te były w ich rękach - wszystkie - mieli je przez cały czas, ale inaczej złoŜone
dawały zupełnie odmienny obraz.
- Herbata, szefie - powiedział Crosby stawiając głośno kubek.
Sloan nawet tego nie zauwaŜył. W myślach widział znów rozbity posąŜek BoŜka Miłości i
słyszał doktora Dabbe, wypowiadającego ironicznym i obojętnym głosem: “Diabeł to upadły anioł,
Sloan”.
Po tym rozjaśniło mu się w głowie.
Istniała tylko jedna sytuacja, w której nie miało dla mordercy znaczenia, czy umrze Bili,
czy teŜ Helen Fent.
I wtedy zgadł, dlaczego Marjorie Marchmont musiała takŜe umrzeć.
Sięgnął po telefon i wykręcił numer pani Renville. Musiał jej postawić koniecznie jedno
pytanie.
- Kto krajał mięso w ostatnią sobotę, inspektorze? AleŜ Bili, oczywiście. Robił to zawsze.
Chwalił się swoją zręcznością. Helen nie umiała krajać mięsa. Wiedzieliśmy o tym wszyscy.
Morderca zdąŜał cichymi ulicami Constance Parva. Szedł w kierunku kościoła, ale nie tam
chciał naprawdę
V dotrzeć. Spoza kościoła, gdzie znajdowały się miejskie błonia, dochodził go
charakterystyczny dźwięk tak drogi sercu sprawozdawców krykieta - dźwięk kijka do krykieta, a od
czasu do czasu wybuch braw, gdy jeden z asów miejscowej druŜyny trafił w słupek.
Słyszał te odgłosy, ale nie wzbudzało to jego zainteresowania. Jego ulubioną grą było
rugby. Nie krykiet. Stanowczo nie krykiet.
Mógł słyszeć to wszystko, gdyŜ szedł piechotą. Wóz nie był mu teraz potrzebny: zresztą
ludzie mogliby rozpoznać wóz. W okolicy nie było teraz nikogo, kto by mógł go rozpoznać. Późne
popołudnie przechodziło we wczesny wieczór i z wyjątkiem grających w krykieta wszyscy w
miasteczku byli pewnie w domu, przy herbacie. Nie miałoby zresztą wielkiego znaczenia, gdyby
nawet ktoś go zobaczył. Nie niósł ze sobą niczego, co mogłoby postronnemu obserwatorowi
nasunąć myśl, Ŝe ma złe zamiary. Właściwie miał wszystko, co mu było potrzebne, w kieszeni
marynarki, ale nikt nie mógł o tym wiedzieć. I miał uzasadniony powód swojej wizyty, gdyby,
powiedzmy, ofiara jego nie była sama. Była jednak sama.
Doszedł dość szybko do swego celu - małego domku panny Cynthii Paterson z długim,
spadzistym dachem, opadającym z tyłu, nad kuchnią. Pchnął furtkę. Jej pies, Rags, zaszczekał
gdzieś. Zamknął za sobą starannie furtkę i poszedł ścieŜką naokoło domu.
Panna Paterson siedziała na ogrodowym krześle, z kubkiem herbaty przed sobą. Spojrzała w
górę, gdy jego cień padł jej na twarz.
- Halo, doktorze - przywitała go.
Sloan nadszedł od strony ogrodu w chwili, gdy igła przygotowanej strzykawki miała
dotknąć ciała panny Paterson.
Nie zatrzymał się na ten widok, nie przyspieszył nawet kroku, tylko rzucił się całym swym
cięŜarem na doktora Washby. Nie był to z pewnością chwyt podręcznikowy, ale zrobił swoje.
Igła nie ukłuła panny Paterson. Natomiast strzykawka upadła na trawę, kiedy doktor
zatoczył się pod cięŜarem inspektora. W pierwszej chwili pozbawiło to Washby'ego równowagi, ale
zaraz wyprostował się i skoczył za krzesło Cynthii. Crosby szybko znalazł się z tyłu i zablokował
jedną stronę, a Sloan zmienił kierunek i nacierał ponownie z drugiej strony.
Tak to przynajmniej wyglądało
Po tym dwa inne czynniki wpłynęły na zmianę sytuacji. Pierwszy, to mały terier, który
wyczuł, Ŝe nie jest to uroczysta herbatka, ale raczej jakaś większa gra, włączył się w bijatykę z
podniecającym szczekaniem i szarpał kaŜdą męską kostkę, która - moŜna powiedzieć - była pod
ręką. Drugim czynnikiem była niezrozumiała niezręczność Sloana w momencie, kiedy Crosby miał
juŜ chwycić doktora. Odwróciło to wzrok i uwagę konstabla na tyle, Ŝe Washby mógł się wymknąć
i popędzić w stronę furtki.
Nie dorównujący szybkością szczupłemu męŜczyźnie, spocony konstabl podąŜył za nim.
Sloan nie próbował ich gonić mimo tego. ze wątpił niekiedy, czy Crosby potrafi złapać
cokolwiek, z wyjątkiem kataru.
Rozdział XVII
Sloan usiadł na krześle obok panny Paterson.
- Dziękuję - rzekła. - Nadszedł pan w samą porę.
- Powinniśmy byli przyjść tu wcześniej. Powiedział mi nawet, Ŝe panią odwiedzi. Z powodu
pani słabego serca.
- AleŜ - oburzyła się - nigdy mego serca nie osłuchiwał.
- Wiem. Wtedy właśnie wszystko mi się rozjaśniło.
- STTI tkał mnie pewnie przez całe popołudnie. - ZadrŜała z lekka i wskazała ręką
normańską wieŜę kościoła Św. Leonarda. - Wracając do domu wstąpiłam do kościoła. Chciałam
zebrać myśli po odnalezieniu Marjorie.
- Sądzę - powiedział rzeczowo - Ŝe moŜe właśnie to uratowało pani Ŝycie.
- Tajemnicze są drogi Pana...
- Doktor Washby musiał sobie zdawać sprawę, Ŝe pani coś wie.
- Odgadłam w kaŜdym razie rolę Billa. - Pochyliła głowę. - Powiedzmy, Ŝe potem
zastanowiłam się nad resztą i doszłam do pewnych wniosków.
- Szybciej niŜ ja - zauwaŜył Sloan.
- Wiedziałam coś, czego pan nie wiedział.
- O...?
- Jestem staroświecka - wyjaśniła. - WciąŜ korzystam z lekcjonarza. Zawsze to robiłam.
Sloan czekał. Nie przeszkadzało mu, kiedy ludzie mówili o rzeczach, których nie rozumiał,
dopóki nie musiał ich tłumaczyć nadinspektorowi Leeyesowi.
- To znaczy - mówiła dalej - Ŝe zawsze przed porannym naboŜeństwem sama czytam Lekcje
wyznaczone na dany dzień. Wie pan, co roku ogłasza się ich listę.
- Doprawdy? - wtrącił zachęcająco. MoŜe nie umieści tego wcale w swoim sprawozdaniu.
To byłoby łatwiejsze, niŜ starać się, aby zrozumiał to Leeyes.
- Bili często czytał w kościele Lekcję w niedzielę przed południem - mówiła dalej panna
Paterson. - Zazwyczaj pierwszą.
- Zadanie dziedzica - wtrącił Sloan z krzywym uśmiechem.
- Chyba jedyne, jakie mu pozostało - potwierdziła. -A więc w niedzielę - musiało to być
mniej więcej przed rokiem - była to piętnasta niedziela po Świętej Trójcy -pamiętam, Ŝe...
Nic z tego wszystkiego nie nadawało się dla nadinspektora Leeyesa. śycie było za krótkie. -
Tak, proszę pani?
- Powinien był przeczytać Przypowieść 17, wiersz 6.
- I nie przeczytał? - Dziwnymi drogami dochodzi się do odkrycia zbrodni. Trudno określić,
co moŜe okazać się kluczem.
- Przeczytał coś całkiem innego. Byłam ciekawa, więc kiedy wróciłam do domu,
odszukałam to, co powinien był przeczytać.
- Zdaje mi się, Ŝe domyślam się, o czym to było.
- Myślę, Ŝe nie mógł się zdobyć na odczytanie tego na głos, zwłaszcza Ŝe Helen siedziała
naprzeciw niego.
- Nie mógł.
- Jeśli dobrze pamiętam - powiedziała córka proboszcza - był to ustęp mówiący o tym, Ŝe
dzieci naszych dzieci są ukoronowaniem starości - zmodyfikowana wersja, oczywiście...
- Oczywiście - mruknął Sloan.
- ...i o dobrym człowieku, który zostawia dziedzictwo dzieciom swoich dzieci... - Przerwała
z poczucia delikatności. - Kiedy zdałam sobie sprawę, Ŝe nie mógł się zdobyć na przeczytanie tego,
zdawało mi się, Ŝe zrozumiałam, dlaczego nie ma dzieci w Strontfield Park.
- Miała pani rację - powiedział Sloan. Musiała mieć rację. To było jedyne rozsądne
wytłumaczenie. Zakaszlała. - Szekspir znalazł na to określenie.
- Pewnie.
- W “Antoniuszu i Kleopatrze”. Sloan się nie zdziwił.
- Nazwał to “być beznasiennym” - wyjaśniła Cynthia Paterson.
- Dobrze, Sloan, dobrze! - ryczał Leeyes. - Przyjmuję do wiadomości. Nie trzeba mi tego
kłaść do głowy. -Nadinspektorowi nigdy nie udawało się trafić w dziewiętnasty dołek, ale w
kaŜdym razie nie spieszył się i próbował jeszcze, kiedy Sloan zatelefonował. - Uciekł panu
Washby, a Bili Fent miał świnkę jako chłopiec w nieodpowiednim czasie i dlatego nie mógł mieć
dzieci.
- Tak przypuszczamy - ostroŜnie podsumował Sloan. Było jeszcze bardzo wiele do
sprawdzenia.
- Nie znaczy to, Ŝe ktoś musiał go zaraz zabijać -zrzędził Leeyes. - Mogłoby się kaŜdemu
zdarzyć - dodał po namyśle.
- To by nie miało Ŝadnego znaczenia - powiedział Sloan - gdyby jego Ŝona nie zaszła w
ciąŜę.
- Co?
- Tak przypuszczamy - powtórzył Sloan. - Przypuszczamy jedynie, zaznaczam. Pogawędka
z doktor Harriet Baird nie dała nic, poza jej oświadczeniem, Ŝe moŜe omawiać stan swojej
pacjentki tylko za jej zgodą lub na specjalne polecenie sędziego w procesie sądowym i pod jego
ochroną na wypadek ewentualnych dochodzeń. W przeciwnym razie nic z tego. Do widzenia.
Wobec tego zadzwonił do doktora Dabbe i zadał mu inne pytanie. Otrzymał odpowiedź.
Leeyes pomrukiwał.
- Wszystko razem wskazuje na ciąŜę - skonstatował
Sloan.
- Zawsze mi się zdawało - grzmiał Leeyes - Ŝe w takich przypadkach jak u Billa Fenta
istniały... hm... środki i sposoby, aby Ŝona miała dziecko legalnie, nawet jeśli nie było ono jej
męŜa.
- Nauka zrobiła wielkie postępy - przyznał szybko Sloan. Bogu jednemu wiadomo, ile osób
mogło to słyszeć w Klubie Golfowym. - Ale nie sądzę, aby w tym przypadku...
- Wszystko zgodnie z tradycją, co, Sloan?
- Jak najbardziej - powiedział zwięźle Sloan. Doktor Dabbe był bliŜszy prawdy, pytając, czy
z miłością coś nie w porządku. Tak było w istocie.
- I ktoś wiedział, Ŝe Bili Fent będzie się prawdopodobnie temu przeciwstawiał.
- Wiedział. A poza tym gdyby to wyszło na jaw, ten ktoś straciłby więcej niŜ ktokolwiek
inny, bo był lekarzem. Powinienem był podejrzewać coś juŜ wcześniej - ciągnął Sloan - kiedy
doktor Washby wyjaśnił mi, Ŝe Helen Fent nie jest jego pacjentką. Prawdopodobnie na samym
początku ich romansu namówił ją - z ostroŜności - na zmianę, doktora, aby nie mógł zostać
oskarŜony o cudzołóstwo z pacjentką.
Leeyes burknął: - Będzie nam potrzeba więcej dowodów.
- Spotykali się zazwyczaj w pawilonie - mówił Sloan. -Powinniśmy byli i na to zwrócić
uwagę. Stary Fitch, który mieszkał w domku dozorcy, zaczął napomykać na temat tego, co dzieje
się w pawilonie. Nikt go naturalnie nie słuchał. Wszyscy uwaŜali, Ŝe to starcze przywidzenia, a
Washby umieścił go w przytułku. Nie jest to trudne, kiedy się zna sposoby.
- WciąŜ nie rozumiem, dlaczego zabicie Billa Fenta miałoby takie znaczenie.
- Jeśliby nie Ŝył - powiedział Sloan - nikt nie wiedziałby, Ŝe nie on jest ojcem.
- Pani Fent...
- Helen Fent na pewno nie powie, prawda? A jeśli powie, jak moŜe dowieść, Ŝe to jest
dziecko Washby'ego, a nie jej męŜa lub kogokolwiek innego?
- Grupa krwi - podsunął Leeyes. - Zapomniał pan o tym.
- Nie, nie zapomniałem - sprostował Sloan.
- Jest dowodem ojcostwa.
- MoŜe być dowodem, Ŝe ktoś nie jest ojcem - wyjaśnił Sloan. - To wszystko. W kaŜdym
razie grupa krwi Billa Fenta nie była nigdzie zarejestrowana. Nie był nigdy w wojsku i nie oddawał
krwi jako dawca - pogawędka przy piciu porto miała na celu upewnienie się co do tego.
- MoŜna byłoby to sprawdzić przy sekcji.
- Nie byłoby Ŝadnej sekcji - kontynuował Sloan. -Sprawa oskarŜenia doktora Washby
rysowała się coraz wyraźniej. - Miał umrzeć w swoim łóŜku. Świadectwo zgonu wystawiłby Paul
Washby i nikt oprócz niego nie wiedziałby, Ŝe śmierć nie nastąpiła z przyczyn naturalnych.
- Nawet pani Fent? - spytał ostro Leeyes.
- Jestem gotów załoŜyć się, Ŝe zaczęła się nad tym zastanawiać dopiero wtedy, kiedy
usłyszała, Ŝe policja była na pogrzebie. Dopiero potem była taka przestraszona.
- Bała się jego - domyślił się Leeyes. -Nie nas. CóŜ więc zawiodło w jego mistrzowskim
planie?
- Późne wezwanie doktora do Cullingoak popsuło intrygę Washby'ego. Jego Ŝona nakręciła
numer i przekazała mu przy wszystkich informację z magnetofonu, Ŝe ma jechać do Cullingoak, nie
mógł się więc od tego wykręcić. Musiał jechać, nawet jeśli to miało spowodować, Ŝe Fent odwiezie
profesora Berry do domu. śona to był zresztą jeszcze jeden trop.
- Veronica Washby?
- MałŜeństwo. Trzeba pamiętać, Ŝe konkury trwały niezwykle krótko. Wszyscy to
potwierdzają. Sądzę, Ŝe skoro tylko Helen powiedziała mu. Ŝe jest w ciąŜy, Washby starał się
ratować swoją pozycję. Miał duŜo do stracenia, gdyby to wyszło na jaw. Zwłaszcza jako lekarz.
Zorganizował wszystko rzeczywiście bardzo dobrze - powiedział Sloan z namysłem - tylko
zapomniał, Ŝe Marjorie March-mont była sekretarką świętej pamięci doktora Whittakera. Pewnie
mu to ktoś przypomniał.
- Co z tego?
- Wiedziała pewnie o bezpłodności Billa z jego kartoteki lekarskiej.
- Musiała więc zginąć?
- Tego popołudnia, kiedy została znaleziona, Washby podjechał swoim wozem pod sam
pawilon. O wiele bliŜej, niŜ to było potrzebne. Dopiero później przyszło mi to na myśl. W ten
sposób ślady wozu z poprzedniej nocy moŜna by przypisać tej bytności. A ślady, jakie zostawił
wewnątrz wozu, zmywał rano na moich oczach. I starał się mi wmówić - dodał Sloan krzywiąc usta
- Ŝe czyści wóz, poniewaŜ był brudny. I ciągle naprowadzał mnie na sprawę rozbudowy. A nie
miała z tym nic wspólnego.
Nadinspektor w charakterystyczny dla siebie sposób zmienił temat. - Afrykanie uznają
społeczeństwo matrylinearne, Sloan... to znaczy dziedziczenie przez kobietę -dodał - na tej
zasadzie, Ŝe wiadomo zawsze, kto jest matką.
- Jest w tym jakiś sens - przyznał Sloan.
- Została tym polana porcja cremet - tą trucizną -powiedział Crosby, wracając po raz
dwudziesty do zeznania doktora Washby'ego - i zabił zarówno Marjorie March-mont, jak i Billa
Fenta, ale nie mówi dlaczego.
- Nie spodziewałem się, Ŝe powie - stwierdził Sloan.
- A teraz nie moŜemy go zapytać?
- Nie. - Dawka, którą zaŜył doktor Washby, kiedy wymknął się Crosby'emu, była
olbrzymia. Wdowa po nim, zszokowana, pojechała do domu, do swojej matki.
- A pani Fent, jak się zdaje, nie moŜe nam pomóc -powiedział konstabl.
- Nie. - Helen Fent odnaleziono u kuzynki Hettie w Almstone, gdzie się schroniła. W raju u
kuzynki Hettie nie było męŜczyzn.
- Mówi, Ŝe musiał być szalony.
Sloan skinął głową. To była wersja Helen Fent, i wyglądało na to, Ŝe jej nie zmieni. -
Oczywiście, Ŝe mogła zjeść tę porcję cremet zamiast swego męŜa. Powiedzmy, gdyby ona
zdecydowała się dzielić mięso lub gdyby Washby nie zgadł, gdzie Bili Fent będzie siedział.
Crosby zapytał: -.Co by było wtedy?
- Byłaby sekcja i przesłuchanie - powiedział Sloan pamiętając o sumiennej pani doktor
Baird - ale, moim zdaniem, zakończyłoby się stwierdzeniem, Ŝe sprawca jest nieznany.
- Ten młody Miller teŜ nam nie moŜe pomóc - mówił dalej Crosby. Stawał się juŜ tak
ponury jak nadinspektor. -Ojciec mu powiedział, Ŝe moŜe kiedyś będzie coś dla niego w
Strontfield, nic więcej nie wie.
- Nie wie, dlaczego?
Crosby potrząsnął głową. - Powiedział mu, Ŝeby tu przyjechał, siedział spokojnie i miał na
wszystko oczy otwarte. Ach, a rozmowa z tym starym Fitchem teŜ nic nie dała.
- Ze starym Fitchem?
- Często z samego rana zabierał drabinę sprzed okna sypialni dla panicza Hectora, zanim
zjawił się jego ojciec.
- A więc Hector Fent wiedział o Billu - domyślił się Sloan - ale i on nie Ŝyje. - Odsunął na
bok akta sprawy i rzekł przewidująco: - Do niczego tu nie dojdziemy, Crosby.
- A więc - konstabl był uparty - co to właściwie jest?
- Zdaje pan sobie sprawę, inspektorze - oświadczył surowo pan Puckie - Ŝe to, co mi pan
właśnie powiedział, to jedynie przypuszczenie.
Sloan, usadowiony wygodnie w jednym z najlepszych skórzanych foteli firmy Puckie,
Puckie i Nunnery, skinął głową.
- Naturalnie - wyjaśnił prawnik - dziecko... hm... w chwili śmierci ojca moŜe dziedziczyć.
- Zastanawialiśmy się.
- Faktycznie, gdyby, hm, okoliczności, które według pana załoŜeń miały być sposobem, w
jaki doktor usiłował rozwiązać swój dylemat, były naprawdę takie... z czym oczywiście ani przez
chwilę się nie zgadzam...
- Naturalnie. Ale gdyby...
- I gdyby, oczywiście, dziecko było chłopcem...
- Tak?
- To zapobiec dziedziczeniu przez niego majątku Strontfield mogłaby tylko...
- Tak?
- Skarga, Ŝe pochodzi z nieślubnego związku, wniesiona przez Quentina Fenta. Naturalnie
pozytywnie rozstrzygnięta.
- Naturalnie - mruknął Sloan.
- A Ŝeby ta skarga została pozytywnie rozstrzygnięta -ciągnął pan Puckie rzucając Sloanowi
przenikliwe spojrzenie - sąd będzie wymagał niezbitych dowodów.
- Właśnie - szepnął Sloan.
- Wydaje się - kontynuował Puckie - Ŝe mogłoby to przedstawiać trudności.
- Mogłoby. - Było to z pewnością nie dość mocne określenie.
- Gdzie na przykład moŜna by było szukać dowodów... hm... bezpłodności Billa Fenta?
- Nigdzie - stwierdził Sloan bez ogródek. - Teraz nigdzie. Wszystkie kartoteki lekarskie u
doktora Washby zostały na pewno juŜ dawno zmienione. - Wyjaśnił prawnikowi teŜ sprawę grup
krwi.
- A właśnie. A skoro pani Marchmont nie Ŝyje...
- A pani Fent? - spróbował Sloan. - Jeśliby w ogóle zeznawała - powiedział sucho prawnik -
to na pewno nie na rzecz powoda.
Sloan skinął głową. Doktor Washby był jeszcze jedną osobą, która liczyła na to, Ŝe Helen
Fent będzie miała prawo milczeć.
- A poniewaŜ kobieta zamęŜna z natury rzeczy nie moŜe mieć nieślubnego dziecka... To
było jeszcze coś> na co liczył dr Washby.
- ....hm, cięŜar przeprowadzenia dowodu spadłby całkowicie na Quentina Fenta. - Pan
Puckie pogładził się po brodzie. - I to zupełnie niezaleŜnie od faktu, Ŝe według angielskiego prawa,
nie moŜna Ŝądać od nikogo, aby świadczył przeciw sobie.
Sloan nie zdziwiłby się wcale, gdyby się dowiedział, Ŝe Paul Washby liczył na to, takŜe w
odniesieniu do siebie...
- I tak na pierwszy rzut oka - powiedział prawnik - ta pana teoria wydaje się czysto
hipotetyczna...
- Jest to przypuszczenie, które zgadza się z faktami.
- ... lecz brak mu... hm... tego, co moŜna nazwać poszlakami.
- Dwa morderstwa - powiedział zwięźle Sloan.
- Nie mniej - kontynuował pan Puckie ostroŜnie -gdyby Quentin Fent został powiadomiony
o tych... hm... pana przypuszczeniach i gdyby mnie zapytał o opinię, czy skarga o nieślubne
pochodzenie ma szansę, odradziłbym mu wnoszenie skargi opartej na dowodach o tak -
teoretycznym charakterze, z zastrzeŜeniem zasięgnięcia opinii adwokata.
- Rozumiem - powiedział Sloan dostosowując się do obiektywnego tonu prawnika.
- Teoria to jedno. Dowód... hm... to koń zupełnie innej maści.
- I my wszyscy tak mówimy - mamrotał Sloan pod nosem. -1 my wszyscy tak mówimy.
- Ale jeśliby Quentin Fent miał zająć stanowisko w tej sprawie - pan Puckie przestał gładzić
brodę i zabrał się do przecierania okularów - to moŜe on - biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności
- zdecydować, Ŝe lepiej nie wywoływać wilka z lasu.
Było wciąŜ bardzo gorąco.
- Mam nadzieję, Ŝe jeszcze jutro będą mieli ładną pogodę - powiedziała leniwie Ursula
Remdlle. - Zdaje mi się, Ŝe nie padało juŜ od miesiąca.
- Wiem, Ŝe nie padało - odparła Cynthia Paterson. Urlop, który sama sobie wzięła, dawno
się skończył. Były to ostatnie dni września i w ogrodach Constance Parva pozostało jeszcze wiele
do zrobienia. - Wszystko jest bardzo suche.
- Jak nie jedno, to drugie - zauwaŜyła Ursula sięgając po czajnik z herbatą. - Jedno oznacza,
Ŝ
e moŜemy jeszcze siedzieć na powietrzu.
- JuŜ niezbyt długo - powiedziała Cynthia, której doświadczone oko odkrywało oznaki
jesieni.
- No, ale bywają rzeczy gorsze od tego. Cynthia Paterson skinęła głową w milczeniu. - W
Strontfield Park wciąŜ mają kłopoty.
- MoŜe to będzie dziewczynka.
- Nie będzie - wyraziła przekonanie Cynthia.
- No, wiesz, nie jesteś czarownicą - przypomniała jej Ursula - choć Marjorie zawsze tak
mówiła.
- Biedna Marjorie. - Cynthia wciąŜ jeszcze nie mogła myśleć o Marjorie spokojnie.
- Zdaje się, Ŝe nikt nie wie, dlaczego Paul Washby zabił Marjorie i Billa.
- Nikt nie wie.
- Właściwie nie znał ich nawet dobrze - powiedziała Ursula wyraŜając na głos to, co myśleli
wszyscy w Constance Parva.
- I dlaczego właśnie Bili i Marjorie. - Ursula nie zmieniała tematu. - Dlaczego nie Bili i
Helen Fent albo Daniel i Marjorie Marchmont?
- Nie mów tak! - poprosiła Cynthia. - To nie była zabawa w szczęśliwe rodziny.
- To było morderstwo - podsumowała Ursula - tylko zdaje się, Ŝe nikt nie wie, dlaczego.
Albo jeśli wiedzą -dodała znacząco - nie chcą powiedzieć.
- Tak.
- A wobec tego, Ŝe Paul popełnił samobójstwo, nie będzie nawet sprawy sądowej i nigdy się
nie dowiemy.
- Nie.
Ursula spojrzała z ciekawością na Cynthię i zmieniła nieco temat. - Czy zdajesz sobie
sprawę, Ŝe jeśli to dziecko Helen okaŜe się chłopcem, będzie musiała wychowywać go w
Strontfield Park bez pieniędzy?
- To będzie prawdziwa pokuta.
Ursula podniosła oczy. - Wiesz, Cynthio, powiedziałaś to tak, jakbyś naprawdę tak myślała.
- Tak myślę.
- Zabrzmiało to podobnie, jak wydawanie wyroku przez twojego ojca.
- Naprawdę?
Ursula zaśmiała się z zaŜenowaniem. - Zasądzona na dwadzieścia jeden lat cięŜkiej pracy
nad wychowaniem następnego dziedzica, prawie zupełnie bez środków.
- Nie będzie to bardzo wesołe - potwierdziła Cynthia.
- A jeśli urodzi się dziewczynka?
- Zdaje mi się - powiedziała ostroŜnie Cynthia - Ŝe zdaniem pana Puckie, Helen mogłaby
opuścić Strontfield Park, zabrać swój wdowi grosz i starać się za te pieniądze wychować dziecko.
MoŜna powiedzieć, Ŝe ma się to tak, jak sześć do dwa razy trzy...
- Sześć do dwa r... och, Cynthio - Ursula sprawiała wraŜenie rozdraŜnionej - dlaczego nie
moŜesz powiedzieć na jedno sześć, na drugie pół tuzina, jak wszyscy.
- Będzie tam zresztą trochę więcej niŜ prawie nic -ciągnęła dalej Cynthia.
- O...?
- Słyszałam, Ŝe Peter Miller - chyba moŜemy go nazywać Peter Fent - ma zająć się
gospodarowaniem w Stront-field podobnie jak na “Ugorze”.
- śeby zachować to w rodzinie? - spytała oschle Ursula.
- Pan Puckie twierdzi, Ŝe moŜe da się to załatwić, a czynsz się przyda.
- Wydaje mi się - powiedziała Ursula ze znajomością rzeczy - Ŝe wkrótce usłyszymy takŜe
tam ślubne dzwony. Annabel Pollock spędza tutaj cały swój urlop, a on jedzie do szpitala Świętego
Niniana na bal pielęgniarek.
- śeby zachować to w rodzinie? - powtórzyła potulnie Cynthia.
- Kiedy juŜ mówimy o ślubnych dzwonach...
- To co?
- Przypuszczam, Ŝe jutrzejszy ślub jest wciąŜ aktualny?
Cynthia zachichotała. - O, tak. Ani Quentin, ani Jacąue-line nie chcieli się wycofać, kiedy
usłyszeli, Ŝe nie dostaną Strontfield Park, jeśli dziecko będzie chłopcem. Widzisz, zapowiedzi
zostały juŜ ogłoszone.
- A więc, co się stanie z...?
Cynthia roześmiała się szczerze po raz pierwszy od miesiąca. - Od przyszłego poniedziałku
Quentin zaczyna pracę w Battersby's Bearings o ósmej rano. W kombinezonie.
- Nasza Jacąueline wykazuje więcej energii, niŜ myśleliśmy - zauwaŜyła Ursula. - MoŜe
jeszcze coś zrobi z tego młodzieńca.
- W kaŜdym razie nie będzie Ŝadnej rozbudowy - powiedziała Cynthia - chyba Ŝe urodzi się
dziewczynka i Quentin zostanie spadkobiercą. A moŜe i wtedy nie. -Okazało się, Ŝe syn Hectora
Fenta zdecydowany jest zachować wszystko bez zmian. - Czy Richard będzie niezadowolony?
- Nie sądzę - powiedziała z pogodą jego Ŝona. - I tak pracuje za duŜo. Poza tym stara się
zainteresować Daniela golfem. Jeszcze herbaty?
Cynthia potrząsnęła głową. - Muszę juŜ iść.
- A ja - powiedziała Ursula - muszę pójść do kościoła i ułoŜyć kwiaty. MoŜe ostróŜki i kilka
jesiennych róŜ...
WciąŜ jeszcze było gorąco wczesnym popołudniem, kiedy Sloan wrócił do domu. Był na
odroczonym przesłuchaniu w sprawie Williama Fenta i Marjorie Marchmont i nie przestał o nich
myśleć po powrocie do domu. śona jego siedziała przy otwartych, oszklonych drzwiach i robiła na
drutach coś małego i białego.
- Jak mogłem się domyślić, Ŝe Helen Fent jest w ciąŜy, na tyle wcześnie, aby uratować
Marjorie Marchmont? - zapytał retorycznie.
- Nie mogłeś - powiedziała łagodnie jego Ŝona.
- Do diabła, nie siedziała i nie robiła na drutach małych ubranek... nie byłbym nigdy zgadł,
gdyby nie zabił Marjorie Marchmont.
- Nie, nie zgadłbyś - zgodziła się jego Ŝona. - A więc lepiej powiem ci zaraz.
Odsunęła trochę swoją robótkę. - Doktor mówi, Ŝe będziemy mieli małego konstabla.
- Co? Co? - Zerwał się z krzesła. - Jesteś pewna?
- Ja nie - powiedziała spokojnie - ale doktor jest pewny.
- Co tam konstabl! - ryknął z twarzą zaczerwienioną z radości. - Zostanie komisarzem
pewnego dnia albo będą mieli ze mną do czynienia.
Koniec