background image

1

Thomas Stern Eliot, Hamlet

(1917)

Przełożyła Helena Pręczkowska

Źródło: T.S. Eliot, Kto to jest klasyk i inne eseje, Kraków 1998.

Niewielu krytyków przyznaje, że sprawą główną w Hamlecie jest sama sztuka, że mniejsze znaczenie
ma  sam  Hamlet.  Jednak  Hamlet jako  postać  wystawia  na  szczególną  pokusę  najbardziej
niebezpiecznych krytyków – takich, którzy mając z natury umysłowość twórczą, z powodu pewnego
niedostatku zdolności twórczych uprawiają krytykę literacką. Umysły takie znajdują w krytyce Hamleta
pole do własnej artystycznej twórczości. Tego typu umysłowość miał Goethe, który z Hamleta zrobił
Wertera,  i  podobnie  Coleridge,  który  z  Hamleta  zrobił  Coleridge'a;  a  prawdopodobnie  żaden  z  tych
ludzi,  pisząc  o  Hamlecie,  nie  uprzytomnił  sobie,  iż  pierwszą  rzeczą jest  przestudiowanie  samego
dzieła  jako  kompozycji  artystycznej.  Rodzaj  krytyki,  jaką  Goethe  i  Coleridge  uprawiali,  pisząc  o
Hamlecie,  prowadzi  do  najgorszych  nieporozumień.  Obaj  bowiem  niewątpliwie  posiadali  intuicję
krytyczną  i  obaj  aberracje  krytyczne  uprawdopodobnili  przez  zastąpienie  szekspirowskiego  Hamleta
własnym, którego powołał do życia ich twórczy talent. Możemy być wdzięczni Walterowi Paterowi, że
nie zainteresował się bliżej tym dramatem.
Dwóch  pisarzy  współczesnych,  John  Mackinnon  Robertson  oraz  profesor  Stoll  z  Uniwersytetu
Minnessota,  wydało  niewielkie  prace,  za  które  godni  są  uznania  z  tego  powodu,  że  reprezentują
kierunek odwrotny. Zasługą Stolla jest, że kazał nam zwrócić uwagę na wysiłki krytyków XVII i XVIII
wieku, wyjaśniając, że:

Wiedzieli oni o psychologii mniej niż większość nowoczesnych krytyków Hamleta, ale za to bliżej
byli rozumienia Szekspirowskiej sztuki; że zaś uwydatniali ważność ostatecznego efektu całości
bardziej  niż  ważność  pierwszoplanowej  postaci,  byli  na  swój  staroświecki  sposób  bliżsi  sekretu
sztuki dramatycznej w ogólności.

Nie można zinterpretować dzieła sztuki jako dzieła sztuki, bo nie ma tu nic do zinterpretowania; można
je  tylko  krytykować  wedle  pewnych  kryteriów  i  w  porównaniu  z  innymi  dziełami  artyzmu.  Dla
"interpretacji" zaś właściwym zadaniem jest przedstawienie właściwych historycznych faktów, których
czytelnik przypuszczalnie nie zna. Toteż Robertson wykazuje słusznie, jak to krytykom nie udała się
ich  interpretacja Hamleta  skutkiem  tego,  iż  przeoczali  to,  co  powinno  być  bardzo  oczywiste:  że
mianowicie Hamlet  składa  się  z  warstw,  że  reprezentuje  wysiłki  szeregu  autorów,  z  których  każdy
wyzyskał,  jak  tylko  mógł,  prace  swoich  poprzedników. Hamlet  Szekspira  przedstawi  się  naszym
oczom zupełnie inaczej, jeśli zamiast traktować całą akcję dramatu jako kompozycję Szekspirowską,
dostrzeżemy,  że  jego Hamlet  został  nałożony  na  materiał  bardziej  surowy,  który  przetrwał  nawet  w
jego ostatecznym kształcie.
Wiemy,  że  istniała  wcześniejsza  sztuka  pióra  Thomasa  Kyda,  autora  o  niezwykłym  dramatycznym
(choć może nie poetyckim) talencie, który najprawdopodobniej był twórcą dwóch sztuk, tak różnych jak
Tragedia hiszpańska (Spanish Tragedy) i Arden z Feversham (Arden of Feversham); a jaka była ta
starsza  sztuka,  domyślić  się  można z  trzech  poszlak:  samej Tragedii  hiszpańskiej,  opowieści
Belleforesta, która musiała służyć za podstawę do Hamleta Kyda oraz z wersji granej w Niemczech za
czasów Szekspira, w której niejedno dowodzi, że została ona przerobiona z wcześniejszej sztuki. Ze
świadectwa  tych  trzech  źródeł  wynika  jasno,  że  w  starej  sztuce  motywem  działania  bohatera  była
wyłącznie  zemsta;  że  akcja,  tudzież  zwłoka,  jak  to  ma  miejsce  w Tragedii  hiszpańskiej,  są  jedynie
spowodowane trudnością zamordowania króla otoczonego strażą i że "szaleńca" Hamlet udawał, żeby
nie wzbudzić podejrzeń, i że to mu się powiodło. W ostatecznym tworze Szekspira natomiast gra rolę
ważniejszy od zemsty motyw, który wyraźnie ją "stępia". Odwlekanie zbrodni nie daje się tu wyjaśnić
koniecznością  ani  warunkami,  "szaleństwo"  zaś  nie  usypia  podejrzliwości  króla,  lecz  ją  wzmaga.
Zmiana  ta  nie  jest  jednak  tak  kompletnie  opracowana,  żeby  mogła  być  w  pełni  przekonywająca.

background image

2

Ponadto  dostrzec  się  dają  frazeologiczne  analogie  z Tragedią  hiszpańską  tak  ścisłe,  że  każą
domniemywać, iż Szekspir częściowo tylko przeredagował Kyda. I wreszcie są tam sceny dotychczas
nie  wytłumaczone:  Poloniusz –  Laertes  i  Poloniusz –  Reynaldo,  dla  których  trudno  znaleźć
usprawiedliwienie. W scenach tych  wiersz  nie przypomina stylu  Kyda i może też nie na pewno jest
szekspirowski.  Co  do  tych  scen,  Robertson  przypuszcza,  że  są  to  sceny  z  oryginalnej  sztuki  Kyda,
opracowane przez kogoś trzeciego, być może Chapmana, zanim jeszcze Szekspir wziął na warsztat
ten  dramat.  I  Robertson  konkluduje  bodaj  bezbłędnie,  że  ta  oryginalna  sztuka  Kyda,  podobnie  jak
wiele  innych  tragedii  zemsty,  składała  się  z  dwóch  pięcioaktowych  części.  Wynik  pracy  badawczej
Robertsona  jest,  przypuszczam,  nie  do  podważenia;  twierdzi  on,  że  Szekspirowski Hamlet  w  tej
mierze, w jakiej wyszedł spod jego pióra, to dramat syna cierpiącego z powodu przewiny matki i że
Szekspir nie potrafił wtłoczyć tego motywu z powodzeniem w "oporny" schemat starej sztuki.
Że "oporność" swą okazał, co do tego nie może być wątpliwości. Nie tylko nie jest Szekspirowskim
arcydziełem,  ale  z  całą  pewnością  jest  artystycznym  fiaskiem.  Pod  niejednym  względem  stanowi
zagadkę  i  budzi  wątpliwości  największe.  Ze  wszystkich  sztuk  Szekspira  jest  najdłuższy  i  być  może
poeta włożył w tę sztukę najwięcej wysiłku, a jednak pozostawił w nim sceny zbyteczne i kłócące się
wzajem, co mógłby zauważyć nawet przy pobieżnych przejrzeniach. I wersyfikacja jest różna. Wiersze
takie jak:

karmazynowej 

delii 

tam 

na 

wschodzie

Poranek 

stąpa 

już 

po 

rosie 

wzgórza.

(Przełożył Witold Chwalewik).

to styl Szekspira z okresu Romea i Julii. Wiersze z aktu V, sceny II:

Wiesz, 

panie, 

jakaś 

wewnętrzna 

rozterka

Zasnąć 

mi 

nie 

dawała...

Wyszedłszy 

kajuty

płaszcz 

marynarski 

spowity, 

po 

ciemku

Polazłem 

ich 

szukać. 

Udało 

mi 

się,

Zabrałem 

im 

pakiet.

(Przełożył Witold Chwalewik).

reprezentują już okres dojrzałości. Zarazem robota literacka jak i myśl są chwiejne. I słusznie chyba
można tę sztukę wraz z Miarką za miarkę (Measure for Measure), wybitnie interesującym utworem,
wyrobionym na  "opornym"  schemacie i  zadziwiającym wersyfikacją, związać  z okresem kryzysu, po
którym następuje szereg znakomitych tragedii z Koriolanem jako najwyższym osiągnięciem. Koriolan,
może  nie  tak  interesujący  jak Hamlet,  stanowi  jednak  obok Antoniusza  i  Kleopatry  najpewniejszy
sukces  artystyczny  Szekspira.  I  pewnie  więcej  jest  takich  osób,  które  uważają Hamleta  za  dzieło
artyzmu, ponieważ jest interesujący, niż takich, które uważają, że jest interesujący z tej racji, iż jest
dziełem artyzmu. Jest on literacką Moną Lizą.
Powód, dla którego Hamlet jest fiaskiem, nie rzuca się w oczy od razu. Niewątpliwie Robertson trafnie
konkluduje, że uczuciem naczelnym w sztuce jest to, które żywi syn względem grzesznej matki:

Hamlet mówi jak ktoś, kto przeszedł piekło z powodu poniżenia swej matki (...). Grzech matki to
zawsze  motyw  w  dramacie  prawie  nie  do  zniesienia.  Tu  zaś  musiał  on  być  zachowany  i
wzmocniony, żeby rozwiązanie miało charakter psychologiczny przynajmniej z pozoru.

Ale to bynajmniej nie wszystko. Nie w tym rzecz tylko, że "grzechu matki" nie można tak opracować,
jak Szekspir opracował podejrzliwość Otella, zadurzenie Antoniusza lub pychę Koriolana. Temat ten
mógł  bardziej  wiarygodnie  zostać  rozwinięty  w  tragedię  podobną  do  tamtych:  zrozumiałą,
samowystarczalną, jasną jak słońce. Hamlet, podobnie jak sonety, pełen jest czegoś, czego autor nie
wydobył  na  światło,  nie  zobaczył  i  nie  obrobił  artystycznie.  I  gdy  wytropić  chcemy  to  uczucie,
stwierdzamy, że podobnie jak w sonetach, trudno je zlokalizować. Nie można konkretnie uchwycić go
w  tyradach;  gdy  na  przykład  weźmiemy  pod  uwagę  dwa  najsławniejsze  monologi,  dostrzeżemy
wersyfikację Szekspira, lecz treść, do której mógłby się przyznać jakiś inny autor, może autor sceny I,

background image

3

aktu V Zemsty Bussy d'Ambois (Revenge of Bussy d'Ambois). Znajdujemy Szekspirowskiego Hamleta
nie w akcji, nie w dowolnie wybranych cytatach, ale w określonej tonacji, której z całą pewnością nie
było w dawniejszej sztuce.
Wyrazić  uczucie  w  formie  artystycznej  można,  tylko  znajdując  korelat  obiektywny,  a  więc  zestaw
przedmiotów,  jakąś  sytuację,  jakiś  ciąg  wydarzeń,  które  powinny  stać  się  formułą  tego  właśnie
konkretnego  uczuciowego  stanu,  skutkiem  czego  przywołanie  faktów  o  charakterze  zewnętrznym,
które  wyczerpać  się  muszą  w  doznaniu  zmysłowym,  przywoła  również  odpowiedni  stan  uczuciowy.
Badając którąkolwiek z bardziej udatnych tragedii Szekspira, dostrzeżemy tak ścisłe odpowiedniości;
zauważymy,  iż  stan  umysłu  Lady  Makbet  spacerującej  we  śnie  jest  nam przekazywany  przez
umiejętne nagromadzenie imaginowanych zmysłowych doznań; słowa wypowiedziane przez Makbeta
na wieść o śmierci żony wydają się nam na tle poprzednich automatycznie wprost przywołane przez
ostatnie z tej serii wydarzenie. Artystyczna "nieuchronność" tkwi właśnie w tej idealnej odpowiedniości
zewnętrznej  względem  uczucia.  I  właśnie  tego  w Hamlecie  nie  dostrzegamy.  W Hamlecie  bohater
powodowany jest uczuciem, które jest niewyrażalne, ponieważ przerasta widoczne z zewnątrz fakty.
Rzekoma tożsamość Hamleta z jego autorem o tyle jest prawdziwa, że zmagania Hamleta z brakiem
przedmiotowego ekwiwalentu dla jego uczuć są dalszym ciągiem bezskutecznych zmagań jego twórcy
parającego się z artystycznym problemem. Hamlet staje wobec tej trudności, że powód do niesmaku
daje matka, ale matka nie jest dostatecznym jego ekwiwalentem; niesmak ją okrywa i wzrasta nad nią.
A zatem uczucie, którego on zrozumieć nie może; Hamlet zobiektywizować go nie może i chowa je w
sobie  po  to,  żeby  zatruć  sobie  życie  i  skrępować  działanie.  Żaden  możliwy  czyn  uczucia  tego  nie
zadowoli  i  Szekspir  nie  może  tak  pokierować  akcją,  żeby  w  niej  wyraził  się  dla  niego  Hamlet.  I  to
zauważyć  trzeba,  że  sama  natura  danych  w  tym  problemie  wyłączała  wszelką  przedmiotową
równoważność.  Uczynić  Gertrudę  bardziej  zbrodniczą  znaczyłoby  stworzyć  formułę  dla  jakichś
zupełnie innych uczuć w Hamlecie; i właśnie dlatego, że jej charakter jest tak negatywny i niczym się
nie wyróżniający, wywołuje w Hamlecie stan uczuciowy, jakiego sama nie może być obrazem.
"Obłęd" Hamleta był czymś danym Szekspirowi z góry; w sztuce wcześniejszej był to prosty fortel aż
do końca – wolno nam to przypuszczać – rozumiany przez publiczność jako fortel. U Szekspira jest to
coś  mniej  niż  obłęd,  a  więcej  niż  udawanie.  Nieodpowiedzialność  Hamleta,  to  jego  powtarzanie
pewnych zwrotów, koncepty słowne nie są jakąś cząstką przemyślanego planu symulacji, lecz pewną
formą  emocjonalnej  ulgi.  W osobie  Hamleta  wyładowuje  się  błazenada  uczucia,  która  nie może  dla
siebie  znaleźć  ujścia  w  czynie;  u  dramaturga  to  błazenada  jakiegoś  uczucia,  które  nie  może  się
wyrazić w sztuce. Uczucie intensywne, ekstatyczne lub trwożne, bez obiektu lub przerastające swoje
obiekty jest czymś, co znane jest każdemu osobnikowi wrażliwemu; jest to bez wątpienia odpowiedni
przedmiot badań dla psychologów. Takie uczucie występuje często w wieku młodzieńczym; osobnik
dorosły takie uczucie ucisza albo przykrawa je tak, żeby dopasować je do swoich spraw życiowych;
artysta je żywi swoją zdolnością do uintensywnienia świata na miarę swoich uczuć. Hamlet Laforgue'a
jest  młodzieńcem;  Hamlet  Szekspira  nie  ma  usprawiedliwienia  i  wymówki.  Musimy  po  prostu
powiedzieć, że Szekspir tu jął się problemu ponad siły. Czemu jął się takiej rzeczy, to nierozwiązalna
zagadka; pod naciskiem jakiego przeżycia pokusił się wyrazić coś tak niewyrażalnie wstrętnego, nigdy
się nie dowiemy. Potrzebowalibyśmy wielu faktów z jego biografii. Dobrze byłoby wiedzieć, czy i kiedy,
czy  po  tym,  czy  też  w  czasie  tego  osobistego  przeżycia  czytał  Montaigne'a  część  II  rozdział  XII
Obrony Rajmunda Sébond (Apologie de Raymond Sébond). Musielibyśmy w rezultacie poznać coś,
co  już  z  założenia  jest  niepoznawalne,  gdyż  przypuszczamy,  że  przeżycie  tu  było,  co,  jak  wyżej
powiedziałem, przewyższało fakty. Musielibyśmy zrozumieć pewne rzeczy, których Szekspir sam nie
rozumiał.
(1917)

Przełożyła Helena Pręczkowska

Źródło: T.S. Eliot, Kto to jest klasyk i inne eseje, Kraków 1998.

background image

4