background image

 

ROGER ŻELAZNY 

OKO KOTA 

EYE OF CAT 

Przełożył: Piotr W. Cholewa 

Data wydania polskiego 1992 

Data wydania oryginalnego 1982 

background image

 

Joe Leaphornowi, 

Jimmy’emu Chee 

i Tony’emu Hillermanowi 

background image

 

CZĘŚĆ I 

background image

 

MODLITWA ODPĘDZAJĄCA ZŁO 

 

U drzwi Domu Ciemności 
leży para czerwonych kojotów z odwróconymi głowami.
 
Nayenezgani rozsuwa je swą czarną laską 
i przybywa, by mnie odszukać. 
Z błyskawicą za sobą, 
z błyskawicą przed sobą,
 
przybywa, by mnie odszukać, 
ze skalnym kryształem i gadającym ketahn. 
 
Dalej, w kątach za drzwiami Domu Ciemności, 
leżą dwie czerwone sójki z odwróconymi głowami. 
Z błyskawicą za sobą, 
z błyskawicą przed sobą, 
rozdziela je swą czarną laską 
i przybywa, by mnie odszukać. 
 
Jeszcze dalej, u paleniska Domu Ciemności 
leżą dwa czerwone puchacze z odwróconymi głowami. 
Rozdziela je swoją laską 
i przybywa, by mnie odszukać 
ze skalnym kryształem i gadającym ketahn. 
 
W samym środku Domu Ciemności, 
gdzie dwa czerwone puszczyki leżą z odwróconymi głowami, 
Nayenezgani odrzuca je na bok 
przybywając, by mnie szukać, 
z błyskawicą za sobą, 
błyskawicą przed sobą. 
Niosąc skalny kryształ i gadający ketahn 
przybywa po mnie. 
Przybywa ze środka ziemi. 
 
Dalej... 

background image

N

ocą,  w  pobliżu  wschodniego  krańca  pochyłego  terenu  rezydencji  otoczonej  murem, 

może  ćwierć  mili  od  samego  domu,  przy  niewielkiej  kępie  drzew,  pod  bezksiężycowym 
niebem, stoi w absolutnym milczeniu nasłuchując. 

Ziemia  pod  jego  butami  jest  wilgotna.  Zimny  wiatr  mówi,  że  choć  niechętnie,  jednak  w 

Nowym  Jorku  zima  ustępuje  wiośnie.  Człowiek  wyciąga  rękę  i  lekko  dotyka  czarnej  linii 
gałązki po prawej stronie. Czuje pączki świeżej, tegorocznej zieleni, pod jego szeroką, ciemną 
dłonią śniące o lecie. 

Ma  na  sobie  niebieską,  flanelową  koszulę  wypuszczoną  na  dżinsy.  Szeroki  pas  muszli 

przytrzymuje ją w talii. Ciężki naszyjnik z kwiatów dyni — bardzo stary — wisi mu na piersi. 
Na szyi ma wąskie pasemko turkusowego heiche, na lewym nadgarstku srebrną bransoletę, 
nabijaną  nieoszlifowanymi  odłamkami  turkusu  i  koralu.  Guziki  koszuli  są  zrobione  z 
wytartych  dziesięciocentówek  z  początków  dwudziestego  wieku.  Czerwona  opaska 
podtrzymuje długie włosy. 

Wysoki,  z  innych  miejsc  i  innych  czasów,  nasłuchuje  tego,  co  może,  ale  nie  musi  być 

słyszalne:  odgłosów  niezwykłego  starcia  w  ciemnym  domu.  Jakkolwiek  potoczy  się  to 
spotkanie, on — William Czarny Koń Pieśniarz — poniesie porażkę. Ale będzie to jego własna 
klęska,  zadana  przez  siły,  które  uwolnił  bardzo  dawno  temu,  przez  chindi,  od  wielu  lat 
depczące mu po piętach. 

Od  strony  domu  słyszy  hałas,  a  zaraz  po  nim  głośny  trzask.  To  jednak  nie  koniec.  Hałas 

trwa. Gdzieś za murami zaczyna wyć kojot. 

Niemal  wybucha  śmiechem.  Pies,  z  całą  pewnością.  Choć  głosem  bardziej  przypomina 

tego pierwszego, którego ostatnio poznał na nowo. Naturalnie, tutaj ich nie ma. 

William Czarny Koń Pieśniarz. Ma też inne imiona, ale pamiętające maszyny znają go pod 

tym właśnie. Tym imieniem go przywołały. 

Hałas  cichnie  nagle,  by  po  krótkiej  chwili  zabrzmieć  na  nowo.  Według  jego  oceny,  w  tej 

części  świata  zbliża  się  północ.  Spogląda  w  niebo,  ale  krew  Chrystusa  nie  sączy  się  na 
firmament.  Tylko  Ini,  ptak  gromu  wśród  południowo-zachodnich  gwiazd,  z  przygotowaną 
błyskawicą,  chmurami  i  deszczem,  wyciąga  swój  pióropusz,  by  połaskotać  nos  Sasa, 
niedźwiedzia; mówi mu, że pora nieść nowe życie na ziemię, tam, obok Mlecznej Drogi. 

Cisza.  Nagła,  rozciągająca  się  na  kolejne  uderzenia  pulsu.  Czy  to  koniec?  Naprawdę  już 

koniec? 

Znowu  krótkie  szczeknięcie,  a  po  nim  wycie.  Kiedyś  znał  wiele  rzeczy,  które  powinien 

robić;  wciąż  jeszcze  pamiętał  niektóre.  Teraz  wszystkie  są  dla  niego  zamknięte;  prócz 
czekania. 

Nie. Jest jeszcze coś, czym może je wypełnić. 
Z początku cicho, lecz coraz mocniejszym głosem rozpoczyna pieśń. 
 

T

rudno  powiedzieć,  by  Pierwszy  Człowiek  skakał  z  radości  po  całym  mrocznym, 

podziemnym  świecie,  gdzie  został  stworzony.  Dzielił  go  z  ósemką  innych  ludzi,  mrówkami, 
żukami,  później  także  szarańczą,  którą  odkryli  podczas  wędrówek,  i  Kojotem  —  Pierwszym 
Gniewnym,  Tym-który-został-uformowany-w-wodzie,  Wychudzonym  Wędrowcem.  Wszyscy 
się  rozmnażali;  ważki,  komary  i  lud  nietoperzy  dołączyli  do  nich  później,  podobnie  jak 
Mężczyzna i Kobieta-Pająk. Okolica stała się tłoczna i pełna robactwa. Wybuchła walka. 

— Wynieśmy się stąd — zaproponowało kilku z nich. 
Pierwszy  Człowiek,  który  był  mądry  i  potężny,  zabrał  swe  skarby:  Białą  Muszlę,  Turkus, 

Abalon, Agat i Czerwono-Biały Kamień. 

background image

Położył Białą Muszlę na wschodzie i tchnął w nią. Uniosła się biała wieża chmur. Umieścił 

Turkus  na  południu  i  tchnął;  uniosła  się  wieża  błękitnych  chmur.  Na  zachodzie  umieścił 
Abalon, a kiedy tchnął na niego, żółta wieża chmur strzeliła w górę. Na północy położył Agat, 
który dotknięty jego tchnieniem wysłał czarną, chmurną wieżę. Biel i żółć rosły, spotkały się 
w górze i zmieszały, tak samo jak błękit i czerń. I tak stały się Dniem i Nocą. 

Potem umieścił w środku Czerwono-Biały Kamień i tchnął w niego. Wyrosła wielobarwna 

wieża. 

Wieżę  na  wschodzie  nazwał  Złożem  Świtu,  tę  na  południu  Złożem  Błękitnego  Nieba;  na 

zachodzie  Złożem  Zmierzchu,  a  na  północy  Złożem  Ciemności.  Kojot  odwiedzał  je  kolejno, 
zmieniając  barwę,  by  pasowała  do  ich  kolorów.  Z  tego  powodu,  obok  innych  imion,  znany 
jest jako Dziecię Świtu, Dziecię Błękitnego Nieba, Dziecię Zmierzchu i Dziecię Ciemności. A w 
każdym z miejsc rosła jego moc. 

Podczas gdy wieże czterech punktów kardynalnych były święte i zrodziły rytuały modlitw, 

w  środkowej  mieściły  się  wszelkie  cierpienia,  zło  i  choroby.  I  do  tej  właśnie  wieży  Pierwszy 
Człowiek  i  Kojot  powiedli  Lud,  prowadząc  go  do  drugiego  świata.  A  wraz  z  nim,  naturalnie, 
zło.  Badali  ten  świat,  spotykali  innych,  a  Pierwszy  Człowiek  walczył  z  wieloma,  pokonując 
wszystkich i zabierając ich pieśni mocy. Był to jednak również świat cierpień i nieszczęść, co 
odkrył Kojot, podróżując tam i z powrotem, w górę i w dół. I do Pierwszego Człowieka zwrócił 
się z prośbą, by stąd odeszli. 

Pierwszy  Człowiek  wypuścił  biały  dym,  dmuchnął  nim  na  wschód  i  wciągnął  z powrotem 

— i uczynił to samo we wszystkie strony. W ten sposób usunął ze świata całe zło i sprowadził 
je znowu do Ludu, skąd przybyło. Potem wysłał Błyskawicę, prostą i zygzakowatą, na wschód, 
a  wraz  z  nią  Tęczę  i  Promień  Słońca,  ale  nic  się  nie  wydarzyło.  Przeniósł  je  na  południe, 
zachód  i  północ.  Świat  zadygotał,  ale  nie  wydał  mocy,  która  uniosłaby  ich  wyżej.  Wtedy 
uczynił laskę  z Agatu,  Turkusu,  Abalonu  i  Białej Muszli. Na  jej  czubku umocował  Czerwono-
Biały  Kamień.  Ten  wzleciał  i  uniósł  ich  do  następnego  świata.  Tutaj  spotkali  wiele  węży,  i 
Mężczyznę  i  Kobietę  Soli,  i  Boga  Ognia.  Nie  wolno  też  zapomnieć  o  Pajęczej  Mrówce.  A 
światło  i  ciemność  wznosiły  się  z  wież  o  czterech  kolorach,  tak  jak  w  innych  światach.  Lecz 
wtedy Pierwszy Człowiek umieścił na wschodzie po dwa pasma żółte oraz czerwone i żółte. 
One powstrzymały ruch białego światła. Lud był przerażony. Człowiek Soli radził im, by szli na 
wschód,  lecz  gdy  podchodzili  pasma  cofały  się.  Wtedy  usłyszeli  głos  wzywający  ich  na 
południe.  Spotkali  tam  starca  Dontso,  zwanego  Muchą-Posłańcem,  a  ten  im  wyjaśnił,  co 
uczynił Pierwszy Człowiek. Żółte pasmo, powiedział, przedstawia zagrożenie Ludu; to drugie 
roślinność  i  pyłki,  z  czerwoną  częścią  symbolizującą  wszelkie  choroby.  Wówczas  przybyli 
Sowa  i  Lis,  i  Wilk,  i  Puma,  a  wraz  z  nimi  Rogaty  Grzechotnik,  który  ofiarował  Pierwszemu 
Człowiekowi  muszlę,  jaką  niósł  na  głowie.  A  prócz  niej  obietnicę  przyszłych  ofiar  Białej 
Muszli, Turkusu, Abalonu i Agatu. Pierwszy Człowiek przyjął muszlę wraz z jej magią i usunął z 
nieba pasma. Lud zrozumiał wtedy, że Pierwszy Człowiek jest zły. Kojot podsłuchiwał na ich 
naradach  i  doniósł  Pierwszemu  Człowiekowi,  że  wiedzą,  iż  zatrzymał  światło  na  wschodzie, 
by zdobyć skarb. 

Kiedy zarzucili mu to, Pierwszy Człowiek odpowiedział: 
—  Tak.  To  prawda,  wnuki  moje.  Szczera  prawda.  Jestem  zły.  Lecz  użyłem  zła  dla  waszej 

korzyści.  Ponieważ  te  ofiary  nam  wszystkim  przyniosą  pożytek.  I  wiem,  jak  utrzymać  zło  z 
dala od tych, którzy mnie otaczają. 

I  wykazał  im  prawdę  swych  słów  budując  pierwszy  szamański  hogan,  gdzie  dzielił  się  z 

nimi wiedzą o rzeczach dobrych i złych. 

 

background image

P

amiętał  przyjęcie  tamtej  nocy,  zanim  znalazł  kojota.  Przeskoczył  do  willi  w  Arlington, 

strojny w wypożyczony splendor lśniących, syntetycznych włókien genstiumu Pleat & Ruffle 
w  kwadraty  i  biało-czarne  pasy.  Dawni  i  obecni  notable  tłoczyli  się  w  błyszczących,  wysoko 
sklepionych  pokojach.  On  sam  był  już  Przeszłością,  ale  zjawił  się,  by  spotkać  kilku  starych 
przyjaciół i raz jeszcze dotknąć innego życia. 

Profesjonalnie  uprzejma  kobieta  w  średnim  wieku  powitała  go,  wyszła  na  spotkanie, 

objęła  i  rozmawiała  przez  pół  minuty  entuzjastycznym  głosem  spikera.  Kolejny  gość,  który 
pojawił  się  za  jego  plecami,  kładąc  dłoń  na  jego  ramieniu  spowodował,  że  odsunął  się 
odruchowo.  Zrobił  to  z  ulgą,  wziął  z  tacy  drinka,  spoglądał  na  twarze  obecnych,  niektórych 
witał skinieniem głowy, przy innych zatrzymywał się, by zamienić kilka słów. Przesuwał się w 
kierunku niewielkiego pokoiku, zapamiętanego z poprzednich wizyt. 

Westchnął  przestępując  próg.  Lubił  drewno  i  żelazo,  kamień  i  szorstki  tynk,  książki  i 

spokojne obrazy, pojedyncze okno z widokiem na rzekę, ogień płonący cicho w kominku. 

— Wiedziałam, że mnie tu znajdziesz — odezwała się z fotela przy kominku. 
Uśmiechnął się. 
— Ja także... w jedynym pokoju, wybudowanym w okresie zaniku bezguścia. 
Przysunął  sobie  krzesło  i  usiadł  przy  niej,  przodem  do  ognia.  Jej  surowa,  poorana 

zmarszczkami twarz, jasne, błękitne oczy pod grzywą siwych włosów i niska, krępa sylwetka 
nie zmieniły się ostatnio. W pewien sposób była starsza od niego, w inny nie. Z obojga czas 
ironizował.  Pomyślał  o  wiekowej  Fontenelle  i  Mme  Grimaud,  prawie  tak  starej  jak  on.  Tu 
jednak przepaść miała całkiem inny charakter. 

— Wyruszasz na nową wyprawę? — zapytała. 
— Na razie mają wszystkie zwierzaki, jakich potrzebują. Jestem na emeryturze. 
— Podoba ci się to? 
— Jak wszystko.  
Zmarszczyła brwi. 
— Nigdy nie wiem, czy to twój wrodzony fatalizm, zmęczenie światem czy tylko poza. 
— Ja też już nie wiem — odpowiedział. 
— Może cierpisz na nadmiar wolnego czasu. 
— To niezbyt wyróżniająca cecha. Jak deszcz. Istnieję w kulturze zamkniętej. 
— Naprawdę? Nie może być aż tak źle — stwierdziła. 
— Źle? Dobro i zło zawsze się mieszają. To gwarantuje porządek. 
— Nic więcej? 
— Łatwo jest kochać to, co obecne i pożądać tego, czego nie ma. 
Wyciągnęła rękę i ścisnęła mu dłoń. 
— Ty zwariowany Indianinie. Czy istniejesz, kiedy mnie tu nie ma? 
— Nie jestem pewien — odparł. — Byłem uprzywilejowanym pasażerem. Może umarłem i 

nikt nie ma serca, żeby mi o tym powiedzieć? Jak ci się wiodło, Margaret? 

— Chyba wciąż żyję w wieku nieśmiałości — stwierdziła po chwili milczenia. — I idei. 
Uniósł szklankę i wypił spory łyk wina. 
— ...Zwietrzałych, zastałych i nie przynoszących zysku — dokończyła. 
Podniósł szklankę wyżej, do światła. 
— Nie tak źle — zauważył. — Tym razem wermut mają jak należy. 
Parsknęła. 
— Filozofia nie zmienia ludzi, prawda? — zapytała. 
— Nie sądzę. 

background image

— Co masz zamiar robić? 
— Pochodzę, pogadam trochę z innymi. Pewnie jeszcze trochę wypiję. Może potańczę. 
— Nie pytałam o dzisiaj. 
— Wiem. Chyba nic szczególnego. Nie muszę. 
— Taki człowiek jak ty powinien coś robić.  
— Co? 
— Sam musisz to określić. Ktoś musi wybierać, gdy milczą bogowie. 
—  Bogowie  milczą  —  stwierdził,  spoglądając  wreszcie  w  jej  jasne,  prastare  oczy.  —  A  ja 

wykorzystałem już wszystkie wybory. 

— To nieprawda. 
Znowu odwrócił wzrok. 
— Zostaw — poprosił. — Tak, jak przedtem. 
— Przestań. 
— Przepraszam. 
Cofnęła dłoń. On dopił wino. 
—  Twój  charakter  jest  twoim  losem  —  oświadczyła  w  końcu.  —  Jesteś  stworzeniem 

przemian. 

— Żyję według zasad strategii. 
— Może za bardzo. 
—  Zostawmy  to,  pani.  Ten  problem  nie  trafił  na  listę  moich  zmartwień.  Dość  już  się 

zmieniałem. Jestem zmęczony. 

— Czy przynajmniej to potrwa dłużej? 
—  To  podchwytliwe  pytanie.  Miałaś  swoją  szansę.  Jeśli  umówiłem  się  z  szaleństwem, 

dotrzymam terminu. Nie próbuj leczyć moich ran, póki nie jesteś pewna, że istnieją. 

— Jestem pewna. Musisz coś znaleźć. 
— Nie spełniam życzeń. 
— ...I mam nadzieję, że nastąpi to szybko. 
— Muszę się trochę przejść — powiedział. — Wrócę. 
Skinęła głową, a on wyszedł szybko. Ona też wyjdzie. Wkrótce. 
Później,  tego  samego  wieczoru,  natrafił  wzrokiem  na  czerwone  pasemko  w  dywanie. 

Podążył za nim i dotarł do platformy skokowej. 

— Co do diabła... — mruknął. 
Odszukał  gospodynię,  podziękował  i  wrócił  do  zestawu  transportowego.  Wystukał 

współrzędne. Potknął się wchodząc.  

Stopklatka padającego człowieka. 
 

Niegdyś światło dnia było światłem nocy. 
Czarny Bóg siedział mi na ramieniu. 
Czas wirował moebiusem wokół mnie, gdy żeglowałem 
na szczyt Góry Ciemności na niebie. 
I bestie, wszystkie bestie, które łowiłem.  
Gdy je zawołam, przyjdą do mnie  
z Góry Ciemności. 

 

P

oprzedniej  nocy  padał  śnieg,  suchy  i  sypki.  Dzień  jednak  nastał  wyjątkowo  ciepły  i 

większa część stopniała. Niebo wciąż było czyste, gdy słońce kryło się za ciemnym, skalnym 

background image

grzbietem i chłód powracał na ziemię na plecach wiatru szepczącego wśród sosen. Srebrzyste 
pasemka światła znaczyły nierówności na zboczu płaskowzgórza z prawej strony; u jego stóp 
wirowała  już  szarość  pierwszych  fal  wieczoru.  Przynajmniej  w  nocy  nie  będzie  śniegu, 
pomyślał. Zanim zamknie oczy, będzie mógł patrzeć w gwiazdy. 

Gdy rozbijał obóz, przykuśtykał kojot. Wciąż miał owiniętą bandażem lewą przednią łapę. 

Dzisiejszy wieczór był porą, by załatwić także tę sprawę. 

Rozpalił  ogień  i  przygotował  posiłek;  sosnowy  dym  drażnił  nozdrza  przyjemnym 

aromatem. Zanim skończył, odszedł dzień; płaskowzgórze i grzbiet stały się zaledwie bryłami 
głębszej ciemności na tle nocy. 

— Ostatnia darmowa kolacja — oznajmił rzucając zwierzęciu jedzenie. 
Jedząc  wspominał  inne  ogniska  i  inne  obozy,  cały  długi  szlak  sięgający  ponad  sto  lat  w 

przeszłość. Ale tym razem na nic nie polował i w pewnym sensie był z tego zadowolony. 

Pijąc kawę myślał o stu siedemdziesięciu latach swego istnienia: jak rozpoczęło się w tym 

miejscu,  przez  jakie  baśniowe  kraje  i  jakie  piekła  je  poprowadził  i  jak  powrócił  do...  tutaj. 
Określenie  „do  domu”  byłoby,  w  danych  okolicznościach,  czymś  więcej  niż  ironią.  Sączył  z 
metalowego kubka gorący płyn i zaludniał noc demonami, z których większość zamieszkiwała 
obecnie w San Diego. Później myśliwskim nożem usunął opatrunek z łapy zwierzęcia. Podczas 
operacji  pozostało  absolutnie  nieruchome.  Patrzyło  tylko.  Rozcinając  sztywny  materiał 
wspominał dzień, kilka tygodni temu, gdy znalazł je w sidłach ze złamaną nogą. Był czas, gdy 
zachowałby  się  inaczej.  Teraz  uwolnił  zwierzę,  zabrał  do  domu,  wyleczył.  I  nawet  podjął  tę 
daleką podróż w Carrizos, by wypuścić je na wolność w odpowiedniej odległości od domu, z 
całą nocą, kuszącą powrotem do własnego świata, porzuceniem nienaturalnej przyjaźni. 

Klepnął zwierzę. 
— Idź. Uciekaj. 
Kojot  wstał.  Wciąż  poruszał  się  sztywno  trzymając  łapę  pod  nienaturalnym  kątem. 

Opuszczał ją stopniowo spacerując wokół obozowiska. Co chwilę pojawiał się i znikał w kręgu 
blasku ognia. Coraz dłużej pozostawał niewidoczny. 

Gdy rozkładał śpiwór, usłyszał brzęczenie. Równocześnie na małym, plastikowym pudełku 

u  pasa  zamigotało  czerwone  światełko.  Wyłączył  brzęczyk,  ale  lampka  wciąż  mrugała. 
Wzruszył ramionami i położył aparat na ziemi. Sygnalizował wezwanie, jakie nadeszło do jego 
odległego  domu.  Zwykle  nosił  urządzenie,  gdy  był  w  pobliżu;  zapomniał  je  zdjąć.  Nigdy  nie 
używał  bardziej  skomplikowanej  wersji,  więc  nie  mógł  rozmawiać  z  tego  miejsca.  Minęło 
kilka lat odkąd odebrał coś, co mógłby uznać za ważne wezwanie. 

Mimo  to,  leżąc  i  patrząc  w  gwiazdy  odczuwał  niepokój.  Już  bardzo  dawno  nikt  go  nie 

wzywał. Żałował teraz, że albo nie zabrał drugiego elementu urządzenia, albo że nie zostawił 
całego w domu. Ale był na emeryturze; nikogo już nie interesował. To nie może być ważna 
sprawa... 

...Podążał przez pomarańczową równinę, pod żółtym niebem, na którym płonęło wielkie, 

białe  słońce.  Zbliżał  się  do  pomarańczowej,  piramidalnej  struktury,  pokrytej  pajęczyną 
drobniutkich  pęknięć.  Podjechał  i  zatrzymał  się;  w  pośpiechu  ustawił  projektor.  Potem 
rozpoczął  czuwanie.  Od  czasu  do  czasu  sprawdzał  wskazania  innej  maszyny,  bezustannie 
informującej  o  poszerzaniu  pęknięć.  Czas  niewiele  dla  niego  znaczył.  Słońce  dryfowało 
powoli.  Nagle  rozrosła  się  jedna  z  zygzakowatych  linii  i  nastąpiło  otwarcie  struktury.  Jakaś 
sylwetka o szerokich barach, pokryta różową szczeciną, kołysząc się powstała z jej wnętrza. 
Cielisty,  obramowany  włoskami  otwór  przed  gruszkowatą  naroślą  na  szczycie  skierował  się 
ku niemu, spod oślepiająco czerwonego pasa lśniących wypukłości. Uruchomił projektor i na 
stwora wystrzeliła błyszcząca sieć. Walczył, ale nie zdołał się uwolnić. Ofiara poruszała się w 

background image

rytmie delikatnego tętnienia, które mogło być uderzeniami jego własnego serca. Cały świat 
runął i zniknął, a on biegł, uciekał na wschód, młodsza wersja samego siebie, pod błękitnym 
niebem,  obok  komosy  i bylicy,  kępek  trawy  i  przytuliny; owce  prawie  go  nie dostrzegały — 
wszystkie,  prócz  jednej, która  nagle  uniosła  się  i kołysząc  przybrała barwę  świtu...  A  potem 
wszystko odpłynęło z ciemnym prądem w miejsca, gdzie trwają sny, gdy nikt ich nie używa... 

Ptasie  nuty  i  przedświt:  leżał  wyrzucony  na  mieliznę  snu,  na  świat,  gdzie  czas  zawisał 

wygięty na krawędzi światła. Nieruchomy. Wynurzająca się świadomość płynęła z wolna nad 
przedwerbalnymi pejzażami myśli, które porzucił dawno temu. A może wczoraj? 

Przebudził się wiedząc, że wezwanie było ważne. Zadbał o poranne zajęcia i zanim słońce 

wstało  na dobre,  usunął  wszelkie  ślady  obozowiska.  Kojot  gdzieś  zniknął,  a  on  szykował  się 
do  drogi.  Zbyt  wiele  upłynęło  czasu,  zbyt  wiele  minęło  dla  niego,  by  rozmyślał  nad 
znaczeniem wróżby. Uczucia jednak to całkiem inna sprawa. Przyglądał się im czasami, choć 
rzadko badał dokładniej. 

Maszerując  przez  ranek,  myślał  o  swoim  świecie.  Znowu  był  mniejszy,  taki  jak  na 

początku,  choć  wielkość  jest  rzeczą  względną,  relatywną  do  wszystkich  światów,  które 
poznał. Wrócił do stóp pasma Gór Carrizo w Dinetah, ziemi Navajo: ponad dwadzieścia pięć 
tysięcy mil kwadratowych, z których większość wciąż pozostała pastwiskami; ponad półtora 
miliona akrów dziczy, ograniczonej czterema świętymi górami: Debentsą na północy, Mount 
Taylor  na  południu,  San  Francisco  Peaks  na  zachodzie  i  Blanco  Peak  na  wschodzie.  Każda  z 
nich  miała  własne  opowieści  i  własne,  uświęcone  znaczenia.  W  przeciwieństwie  do  wielu 
rzeczy, jakie poznał, Dinetah zmieniała się wolno. W obecnym, dwudziestym drugim stuleciu, 
wciąż  rozpoznawał  w  niej  to  miejsce,  którym  była  w  czasach  dzieciństwa.  Powrót  tutaj,  po 
tylu latach, był jak podróż w przeszłość. 

Istniały jednak różnice pomiędzy tym i tamtym dniem. Przede wszystkim, jego klan nigdy 

nie był zbyt liczny. Dzisiaj tylko on pozostał przy życiu. Człowiek rodzi się w klanie matki, a w 
pewnym sensie rodzi się także dla klanu ojca; lecz jego ojciec był Taoseño i nie utrzymywali 
zbyt  bliskich  kontaktów  z  pueblem.  Ojciec:  wysoki,  żylasty  mężczyzna,  niezwykle 
utalentowany  tropiciel,  ze  sporą  domieszką  krwi  Równin;  zgodnie  z  obyczajem  przybył  do 
Dinetah,  by  pilnować  stad  żony  i  zbierać  jej  kukurydzę.  Aż  do  dnia,  gdy  opanował  go  jakiś 
niepokój. 

Mimo wszystko to nie zanik przynależności klanowej odmienił jego życie. Navajo ma wiele 

możliwości  nawiązywania  osobistych  kontaktów  poprzez  sieć  relacji  międzyplemiennych. 
Chociaż wszyscy, których znał kiedyś, już nie żyli, chętnie przyjętoby go gdzie indziej. Jednak 
powrócił z żoną Anglo i nie zrobił nic. Wspomnienie wywołało chwilowy ból, choć już ponad 
trzy lata minęły od śmierci Dory. 

Chodziło o coś więcej. Podobno samotny Navajo, z dala od Ludu, nie jest już Navajo. I czuł, 

że  w  pewien  sposób  jest  to  prawdą, mimo  że  kości  jego  matki  i  babki  leżały  pogrzebane w 
pobliżu miejsca, gdzie teraz mieszkał. Wiedział, że się zmienił; przez te lata zmienił się bardzo 
poważnie, ale Lud także. Ziemia była prawie taka sama, jednak współplemieńcy utracili wiele 
cech,  które  zapamiętał:  drobiazgów  łączących  się  w  coś  większego.  Paradoksalnie  zatem,  z 
jednej strony pochodził z ery wcześniejszej od swoich współczesnych, a z drugiej... Wędrował 
pod obcymi słońcami. Tropił niezwykłe bestie, godne samego Zabójcy Potworów. Poznał styl 
życia  bellicanos  i  nie  czuł  się  wśród  nich  obco.  Przed  imieniem  mógł  wpisać  liczne  stopnie 
naukowe;  niektóre  z  nich  zdobył.  W  głowie  miał  bibliotekę,  pewnie  przechowywaną  w 
wyćwiczonej  pamięci  kogoś,  kto  studiował  pieśni  yataalii.  Stał  się  bardziej  tradycyjny,  a 
jednocześnie bardziej obcy. Kimkolwiek był, chciał zostać sam. 

Ruszył lekkim truchtem tłumacząc sobie, że to w celu odpędzenia chłodu. Mijał urwiska, 

background image

występy  z  granitu  i  piaskowca,  zbocza  porośnięte  sosną  i  jałowcem.  Martwe  juki  o  liściach 
muśniętych lodem leżały jak wypalone gwiazdy przybite wzdłuż jego ścieżki. Śnieg połyskiwał 
na dalekich szczytach pod absolutnie czystym niebem. Nawet kiedy się rozgrzał, utrzymywał 
tempo, czerpiąc z wysiłku ukojenie. 

Dzień trwał, on jednak nie zwalniał kroku. Zatrzymał się dopiero przed południem, by na 

wzgórzu zjeść lekki posiłek. Ze zbocza widział wąski kanion, gdzie owce skubały suchą trawę. 
W  dali,  ze  stożkowego,  uszczelnianego  gliną  hoganu,  unosił  się  dym.  Zakryty  Pendletonem 
otwór wejściowy spoglądał na wschód, ku niemu. 

Stary  człowiek  z  laską  wynurzył  się  zza  stosu  głazów,  gdzie  pewnie  odpoczywał,  pilnując 

owiec. Utykając ruszył krętą ścieżką, która w końcu doprowadziła go w pobliże. 

— Yá’át’ééh — powiedział starzec patrząc ponad jego głową. 
— Yá’át’ééh. 
Poprosił, by przybysz zechciał dzielić jego strawę. Przez pewien czas jedli w milczeniu. 
Po chwili zapytał starca o jego klan — pytanie o imię byłoby niegrzeczne — i dowiedział 

się,  że  pochodzi  z  Ludu  Królika  Czerwonej  Wody.  Zawsze  łatwiej  mu  się  rozmawiało  ze 
starymi,  niż  z  młodzieżą;  z  tymi,  co  żyli  na  pustkowiach  niż  z  tymi,  co  mieszkali  w  pobliżu 
miast. 

Wreszcie starzec spytał o jego klan. Powiedział, a tamten umilkł. Nie warto rozmawiać z 

umarłymi. 

—  Jestem  ostatnim  —  wyjaśnił  w  końcu.  Chciał,  by  starzec  zrozumiał.  —  Nie  było  mnie 

bardzo długo. 

—  Wiem.  Znam  opowieść  o  Gwiezdnym  Tropicielu  —  nagły  poryw  wiatru  sprawił,  że 

mocniej  wcisnął  na  głowę  czarny  kapelusz  z  szerokim  rondem.  Obejrzał  się,  spoglądając  na 
północny szlak. 

— Coś cię ściga. 
Wciąż rozbawiony sposobem, w jaki starzec nazwał go nie wymieniając imienia, odwrócił 

głowę  i  popatrzył  w  tym  samym  kierunku.  Wielka  kula  zeschłego  zielska  podskakując 
przetoczyła się u stóp wzgórza. 

— Rosyjski oset — stwierdził. 
— Nie — odparł tamten. — Coś groźniejszego. 
Mimo przeżytych lat, ze wspomnień młodości powrócił lęk przed chindi. Zadrżał lekko od 

dotknięcia wiatru. 

— Nie widzę niczego innego. 
— Nie było cię przez wiele lat. Czy wykorzystałeś Drogę Nieprzyjaciół? 
— Nie. 
— Może powinieneś. 
— Może to zrobię. Znasz dobrego pieśniarza Drogi Nieprzyjaciół? 
— Ja jestem pieśniarzem. 
— Więc może wkrótce zgłoszę się do ciebie w tej sprawie. 
— Słyszałem, że Gwiezdny Tropiciel sam był pieśniarzem. Bardzo dawno temu. 
— Tak. 
— Kiedy wrócisz, porozmawiamy o tych sprawach. 
— Tak. 
Starzec raz jeszcze spojrzał na szlak. 
— Tymczasem podążaj krętą ścieżką. 
— Tak uczynię. 
Później,  gdy  szedł  po  znaczonych  niebieskimi  pasmami  łupkach  i  skamieniałej  czerwonej 

background image

glinie wyschniętego koryta, a suche topole stały po bokach jak pęknięcia w zimnym błękicie 
nieba,  myślał  o  słowach  starca  i  o  wszystkim,  co  mu  przypomniały:  o  stworzeniach  nieba  i 
wody,  o  istotach  z  chmur,  mgły,  deszczu,  kwiatowego  pyłku  i  kukurydzy,  które  tak  wielką 
odgrywały  rolę  w  dziecięcej  wyobraźni.  Wspominał  je  tutaj,  w  porze,  gdy  węże  i  pioruny 
jeszcze spały. 

Już dawno nie rozważał swych problemów w tradycyjnych terminach. Chindi... Prawdziwy, 

czy  będący  tworem  umysłu  —  co  za  różnica?  Jakaś  groźba  za  plecami.  Tak,  inny  sposób 
patrzenia na rzeczy... 

Dzień przesunął się do południa i dalej, nim w polu widzenia wyrósł szczyt w pobliżu jego 

domu:  wysoka  rzeźba  wiatru,  przypomnienie  czegoś,  co  widział  kiedyś  w  pokrytej 
wodorostami  dolinie  pod  wodami  obcego  oceanu.  Zatrzymał  się  znowu  i  zjadł  resztę 
prowiantu.  Nastroje  natury  na  Południowym  Wschodzie  trwają  długo,  pomyślał,  patrząc  w 
tym kierunku. Wprawdzie ziemia pozostała prawie taka sama, lecz dostrzegał pewne różnice 
pomiędzy  dawnym  a  obecnym.  Widział  kępy  srebrzystych  świerków  niedaleko  podstawy 
monolitu. Półtora stulecia temu nie spotykał w okolicy tych drzew. Ale klimat też zmienił się 
nieco przez te lata: zimy były teraz łagodniejsze, nadchodziły później, kończyły się odrobinę 
wcześniej niż kiedyś. 

Nabił i zapalił fajkę. Cienie jak mnogość palców wyciągały się wolno od zachodu. Biec całą 

drogę,  a  potem  siąść  i  odpoczywać,  gdy  cel  był  już  blisko  —  wydawało  się  to  właściwym 
postępowaniem. Czy się boi? Zastanowił się. Boi się tego przeklętego wezwania? Możliwe. A 
może  chce  po  raz  ostatni  spojrzeć  na  tę  część  swego  życia,  zanim  wydarzy  się  coś,  co  je 
odmieni? Była taka pieśń... Nie mógł sobie przypomnieć. 

Gdy  poczuł,  że  nadszedł  odpowiedni  moment,  wstał  i  ruszył  poprzez  chłód  i  cienie  w 

stronę wielkiego, dalekiego, sześciobocznego domu z drzwiami wychodzącymi na wschód. To 
jego hogan, który nie był dokładnie hoganem. 

 

 

 

Niebo pociemniało nim dotarł w pobliże swej siedziby, a drzewa dodatkowo przesłaniały 

światło,  rozciągając  bezgwiezdny  jeszcze  wieczór  ponad  budowlą  z  drewnianych  bali.  Przez 
kilka  minut  chodził  wokół  niej,  zanim  podszedł  od  wschodu  i  stanął  na  surowych  deskach, 
którymi  otoczył  swój  dom.  Potem  wszedł  i  zapalił  światło.  Miał  własne  źródło  energii,  na 
dachu i pod ziemią. 

W  centralnym  fogon  ułożył  drwa  i  rozpalił  ogień.  Rozebrał  się,  rzucając  na  stos  odzieży 

lewisy  i  czerwono-białą,  flanelową  koszulę.  Wszedł  do  wąskiej,  wysokiej  kabiny  i  nastawił 
zegar  na  trzyminutowy  prysznic  UHF.  W  tym  regionie  człowiek  nie  marnował  nierozważnie 
wody.  Gdy  się  wynurzył,  wciągnął  zamszową  koszulę,  spodnie  khaki  i  parę  miękkich 
mokasynów. 

Uruchomił  przekaźnik  informacyjny  i  ekran  wyświetlacza  nastawiając  je  na  kilka 

interesujących  go  tematów.  Potem  przygotował  kolację  w  niewielkiej,  otwartej  wnęce 
kuchennej, między zwisającymi ristras cebuli i papryki. 

Jadł siedząc na niskim, okrytym skórami stołku. Na ścianach wisiały kilimy Dwóch Szarych 

Wzgórz,  rozdzielane  fotografiami  obcych  pejzaży.  Wśród  nich  tkwił  stojak  na  broń;  obok 
metalowa  platforma  metr  na  metr,  okolona  błyszczącymi,  pionowymi  prętami  różnej 
wysokości; po prawej stronie duża konsola z ekranem. Światełko wciąż mrugało. 

Skończył  jeść  i  przez  chwilę  bawił  się  aparatem u  paska.  Potem odłożył go,  przeszedł  do 

kuchni i nalał sobie piwa. 

background image

 

DYSK I 

 

CHILIJSKIE TRZĘSIENIA ZIEMI WSTRZYMANE 

 

TAKSTONICI ARESZTOWANI 

 
a  trzech  demonstrantów  zatrzymano  po  otrzymaniu  meldunku,  że  podłożyli  ogień  pod 

samochód należący do urzędnika, odpowiedzialnego za decyzję 

 

PETROCEL ODPIERA ZARZUTY NARUSZENIA 

PRAW PATENTOWYCH 

„WYHODOWALIŚMY WŁASNE” 

TWIERDZI DYREKTOR DZIAŁU BADAŃ 

 

SZYMPANS OSKARŻA O KRADZIEŻ DZIEŁA SZTUKI 

 
Informacja  o  zatrutym  narkotykiem  bananie  była  kluczową  w  niezwykłym  zeznaniu 

złożonym dzisiaj w obecności detektywów z Los Angeles 

 

ZABIŁA ICH „BO TAM BYLI” 

WYJAŚNIA MATKA TROJGA DZIECI 

 

Tak dawno mnie porzuciłaś 
I nie wiem, co teraz zrobię. 
Patrzę w górę na niebo i myślę... 
W świetle Ziemi zawsze myślę o tobie. 

 
 

SKOK ORBITALNY STUDENTA COLUMBII 

PRÓBĄ USTANOWIENIA NOWEGO REKORDU 

 

„Naturalnie, uniwersytet jest dumny” stwierdził dziekan Schlobin, ale 
 
 
SPOTKANIE AMBASADORA STRAGE Z SEKRETARZEM GENERALNYM 
 
Strageański  ambasador,  Daltmar  Stango  i  konsul,  Orar  Bogarthy,  rozpoczęli  drugi  dzień 

rozmów z sekretarzem generalnym Walfordem. Mówi się o sporych szansach na przełamanie 
impasu w negocjowaniu umowy handlowej. Jak dotąd prasa 

 
 

DELFINY ZACHODNIEGO WYBRZEŻA 

ŻĄDAJĄ ODSZKODOWAŃ 

OSIEDLE A-l GOTOWE DO MONTAŻU 

 
 

background image

BAKIN M’BAWA ZNOWU PRZEPOWIADA KONIEC ŚWIATA 

 

Patrzę, jak statki nadlatują, 
Sączę piwo i na muzykę mam chęć. 
Spakowałaś walizki i zniknęłaś, 
A ja czuję się jak P-I-E-K-Ł-O 5. 

 

RADYKALNA SEKTA KOŚCIOŁA 

NATURALNEGO ŻYCIA 

PODEJRZANA O PODŁOŻENIE BOMBY 

W BANKU SPERMOVA 

 

PROCES O PRZYWRÓCENIE UPRZEDNIEJ OSOBOWOŚCI 

 
W oparciu o wyrok sądu okręgowego, przedstawiciele Menningera dokonali 
 
 

KOMPUTER BANKU NOWEJ SZKOCJI OSKARŻONY 

O DEFRAUDACJĘ W AFERZE OBLIGACYJNEJ 

 

Więc siedzę tutaj i cierpię. 
A wkrótce wirując runę. 
Jeżeli chcesz porozmawiać 
To P-I-E-K-Ł-O 5 wykręć numer. 

 
nienawidzę on wciąż gdzieś istnieje i nie ma takiej siły która uchroni go przede mną długo 

trwało  zanim  poznałem  sposób  ale  wkrótce  będę  gotów  jestem  gotów  osiem  dni  i  gdybym 
wtedy  wiedział  to  co  teraz  już  by  go  nie  było  mnie  by  nie  było  spalony?  spalony  mówią? 
nigdy więcej wśród żużlostosów, by ścigać pełzające rury i miażdżyć je dla ich soczystości? ale 
i tym powietrzem oddycham i tylko zębate i proste błyskawice trzymają mnie tutaj znam już 
drogę poza nie i drzewa za murem wizje miast wznoszonych przez niższe istoty znam drogi i 
znam  postacie  czekać  splątane  myśli  niższych  istot  mówią  mi  to  czego  potrzebuję  ktoś 
przyjdzie któregoś dnia kto będzie wiedział o kimś który nie jest jak inni którzy wciąż istnieją 
odejdę  w  to  miejsce  gdzie  istnieje  osiem  dni  umarłem  trochę  on  umrze  całkiem  nic  nie 
uchroni  go  przede  mną  na  zawsze  najpierw  będę  mówił  teraz  kiedy  wiem  o  tym  słowa  jak 
pełzające stwory zgnieść je i smakować soczystość uderzyć teraz i patrzeć jak cofają się niższe 
istoty teraz kiedy je znam użyję ich słów żeby mu powiedzieć dlaczego będę kulą i potoczę 
się  ha!  niższe  istoty!  nienawiść  będę  o  niej  mówił  kiedy  powiem  o  niej  wtedy  osiem  dni 
płonąc nienawiścią 

 

D

awno temu, gdy Nayenezgani i jego brat wciąż zabijali potwory, na jakie Lud natrafił w 

nowym  świecie,  istniały  takie  —  jak  na  przykład  Nieskończony  Wąż  —  które,  z  różnych 
powodów,  oszczędzili.  Jednak  nawet  one  były  do  pewnego  stopnia  ujarzmione  i  uznane  za 
nieuniknione zło. Świat stawał się z wolna bezpieczniejszym miejscem, choć wiele ich jeszcze 
pozostało. 

Była,  na  przykład,  Tse’Naga’Hai,  Wędrowna  Skała,  która  toczyła  się  za  swymi  ofiarami, 

background image

miażdżyła  je  i  pożerała.  Nayenezgani  szukał  jej  na  tęczy  i  zakrzywionej  błyskawicy.  Brat 
poradził mu, by wziął magiczne noże, więc miał ze sobą wszystkie osiem. 

Gdy przybył do miejsca zwanego Betchil gai, wyjął dwa czarne noże, skrzyżował je i wbił w 

ziemię. Dalej wbił dwa błękitne noże, na krzyż. Jeszcze dalej skrzyżował dwa żółte noże i wbił 
w ziemię. W końcu wbił dwa noże z zębatymi ostrzami, także na krzyż. 

Potem stanął w polu widzenia ogromnej skały. 
— Na co czekasz, Tse’Naga’Hai? — zapytał ją. — Czy nie ścigasz mojego rodzaju? 
Nie porośnięty mchem głaz, do którego się zwracał, zadrżał trzeszcząc i zgrzytając. Ruszył 

wolno  w  jego  stronę.  Po  krótkiej  chwili  nabrał  rozpędu.  Niemal  zaskoczył  go  szybkością,  z 
jaką się zbliżał. Nayenezgani odskoczył jednak i ruszył biegiem. Skała pędziła tuż za nim, była 
coraz bliżej. 

Gdy  dotarł  do  miejsca,  gdzie  wbił  zębate  noże,  Nayenezgani  przeskoczył  nad  nimi.  Skała 

przetoczyła się po nich i spory jej kawał odpadł. 

Nayenezgani uciekał dalej, przeskakując nad żółtymi nożami. Tse’Naga’Hai przetoczyła się 

i po nich; pojawiło się kolejne pęknięcie; odprysnęło więcej kawałków. Skała zataczała się z 
boku  na  bok  i  podążała  nieregularnym  torem.  A  kiedy  Nayenezgani  przeskoczył  nad 
niebieskimi nożami, a skała uderzyła w nie i przeturlała się nad nimi, odpadły nowe kawałki. 
Była już wyraźnie mniejsza, choć jej szybkość wzrosła. Nayenezgani skoczył ponad czarnymi 
nożami. Kiedy usłyszał, jak skała zgrzyta o nie i trzaska, odwrócił się. To, co pozostało, było 
stosunkowo  niedużym  kamieniem.  Zatrzymał  się  więc  i  ruszył  ku  niemu.  Kamień  skręcił 
natychmiast,  zmieniając  kierunek,  by  uniknąć  spotkania.  Nayenezgani  ścigał  go  ku 
zachodowi,  za  rzekę  San  Juan.  Tam  wreszcie  pochwycił;  zdawało  się,  że  z  kamienia  uszła 
wielka część życia i sprytu. 

— A teraz, Tse’Naga’Hai — powiedział — utraciłaś moc szkodzenia mi. Lecz masz pewne 

zalety, które zauważyłem już wcześniej. W przyszłości posłużysz do rozpalania ogni Dineh. 

Uniósł  to,  co  pozostało  ze  skały  i  zabrał  ze  sobą,  by  pokazać  Pierwszej  Kobiecie,  która 

inaczej nigdy by nie uwierzyła w jego wyczyn. 

 

W

  końcu  wstał  z  westchnieniem.  Podszedł  do  konsoli  umocowanej  obok  platformy 

otoczonej lśniącymi prętami. Wcisnął klawisz „Wiadomości”. Ekran monitora ożył. 

TELEFONOWAŁ EDWIN TEDDERS przeczytał, a dalej wczorajszą datę i godzinę — czas, gdy 

jego  aparat  przekazał  sygnał  do  obozowiska  w  dziczy.  Poniżej  system  wypisał  kolejne  sześć 
prób Edwina Teddersa, ostatnią zaledwie kilka godzin temu. Dalej wschodni kod i numer, a 
potem prośba o jak najszybszy kontakt, poprzedzona słowem PILNE. 

Próbował sobie przypomnieć, czy zna jakiegoś Edwina Teddersa. Uznał jednak, że nie. 
Wybrał numer i czekał. 
Sygnał brzęczyka ucichł, ale ekran pozostał ciemny. 
— Słucham? — odezwał się dźwięczny, męski głos. 
— Tu William Czarny Koń Pieśniarz — przedstawił się. — Edwin Tedders prosił o kontakt. 
— Jedną chwileczkę — głos zabrzmiał wyżej i głośniej. — Zawołam go. 
Dotknął turkusowego kolczyka i spokojnie patrzył na pusty ekran. Minuta zmieniła numer 

na zegarze. Potem następna... 

Ekran  zajaśniał  nagle,  ukazując  pooraną  zmarszczkami  twarz  mężczyzny  o  ciemnych 

włosach i jasnych oczach. Uśmiech sugerował raczej ulgę, niż radość. 

—  Jestem  Edwin  Tedders  —  powiedział.  —  Cieszę  się,  że  wreszcie  udało  nam  się  pana 

złapać. Może pan przeskoczyć tutaj? Natychmiast? 

background image

— Może — spojrzał na błyszczącą klatkę po lewej stronie. — Ale o co chodzi? 
— Mogę wyjaśnić tylko osobiście. Niech pan przerzuci sterowanie. To ważne. 
— Dobrze. Już idę. 
Przeszedł do platformy skokowej i uruchomił proces aktywacji. Urządzenie zaszumiało. Po 

prętach przesuwały się w górę strefy barw. 

— Gotów — oznajmił stając na płycie. 
Spojrzawszy w dół widział, jak rozpływają się jego stopy. 
Na  moment  świat  pogrążył  się  w  chaosie,  potem  myśli  wróciły  na  miejsce.  Stał  w 

urządzeniu  podobnym  do  swojego.  Gdy  podniósł  głowę,  zobaczył  duży  pokój  urządzony  w 
dawnym  stylu:  ciemna  boazeria,  ciężkie  fotele  obite  skórą,  chiński  dywan,  półki  pełne 
oprawnych  w  skórę  ksiąg,  draperie,  kominek,  na  którym  płonęło  prawdziwe  drewno.  Przy 
platformie stali dwaj ludzie: Tedders i niewysoki, jasnowłosy mężczyzna. Po głosie poznał, że 
to ten sam, z którym rozmawiał na początku. 

—  Mój  sekretarz,  Mark  Brandes  —  przedstawił  go  Tedders,  gdy  tylko  zszedł  do  nich  z 

platformy. 

Odruchowo  przycisnął  raczej  niż  uścisnął  mu  dłoń,  według  dawnego  obyczaju  Ludu. 

Brandes chyba się zdziwił, ale Tedders już wskazywał fotele. 

— Niech pan siądzie, panie Pieśniarz. 
— Proszę mi mówić: Billy. 
— Jak chcesz, Billy. Napijesz się czegoś? 
— Chętnie. 
— Mam tu doskonałą brandy. 
— Świetnie. 
Tedders spojrzał na Brandesa, który podszedł do barku i nalał dwa kieliszki. 
— Wczesna wiosna — zauważył Tedders. 
Billy skinął głową i odebrał swój kieliszek. 
— Miałeś fascynującą karierę. Efekty hibernacji i dylatacji czasowej utrzymywały cię przy 

życiu, aż mogłeś skorzystać z postępów medycyny. Prawdziwy relikt historii, chociaż na to nie 
wyglądasz. 

Billy łyknął brandy. 
— Świetny trunek — stwierdził. 
— Tak. Z dobrego rocznika. Ilu tropicieli można jeszcze spotkać w naszych czasach? 
Billy zachichotał. 
— Kogo pan szuka? — spytał. 
Tedders także parsknął śmiechem. 
— Najlepszego — odparł. 
— Co trzeba wytropić? 
— Niezupełnie o to chodzi. 
— Więc co? 
— Nie bardzo wiem, od czego zacząć... 
Billy spojrzał przez okno na zalany księżycowym blaskiem trawnik. Wysoki mur przesłaniał 

horyzont. 

— Jestem asystentem sekretarza generalnego, Walforda — oznajmił wreszcie Tedders. — 

Jest  tutaj,  na  górze.  Są  też  ambasador  i  konsul  Strage,  Stango  i  Bogarthy.  Co  wiesz  o 
Strageanach? 

— Spotkałem kilku tu i ówdzie. 
— Co o nich sądzisz? 

background image

Wzruszył ramionami. 
— Wysocy, silni, inteligentni... O co chodzi? 
— Czy chciałbyś, by jeden z nich został twoim przeciwnikiem?  
— Nie. 
— Dlaczego nie? 
— Mogą być bardzo groźni. 
— W jaki sposób? 
— Trudno ich powstrzymać. Są zmiennokształtni. Dysponują czymś w rodzaju świadomej 

kontroli nad własnym ciałem. Potrafią przemieszczać organy. Potrafią... 

— Przenikać ściany? 
Billy pokręcił głową. 
— Nic o tym nie wiem. Owszem, słyszałem, ale nigdy... 
—  To  prawda.  Mają  system  szkolenia,  który  wyzwala  u  niektórych  tę  umiejętność. 

Półreligijny, bardzo ciężki, trwa lata, nie zawsze skutkuje. Ale czasem udaje im się wyszkolić 
niezwykłych adeptów. 

— Wie pan więcej ode mnie. 
— Tak. 
— Więc po co pan mnie pyta? 
— Ktoś z nich tutaj leci. Jest płci żeńskiej. 
Billy wzruszył ramionami. 
— Żyje ich tu parę tysięcy. Siedzą na Ziemi od lat. 
Tedders łyknął alkoholu. 
— Wszyscy są normalni. Mówię o kimś ze specjalnym przeszkoleniem. 
— I co? 
— Przybywa, by zabić sekretarza generalnego. 
Billy powąchał swoją brandy. 
— Dobrze, że jesteście uprzedzeni — stwierdził po chwili. — I możecie przygotować ludzi z 

ochrony. 

— To nie wystarczy. 
Przez  całą  konwersację  Tedders  usiłował  spojrzeć  rozmówcy  w  oczy.  A  teraz  Billy 

popatrzył wprost na niego. Ucieszony drobnym zwycięstwem nie pojmował, że gość wątpi w 
prawdę jego słów. 

— Dlaczego nie? 
—  Nie  są przeszkoleni  do  walki  ze  strageańskimi  adeptami —  wyjaśnił. —  Zadanie  może 

przekroczyć ich możliwości. 

Billy potrząsnął głową. 
— Nie rozumiem, czemu mi pan o tym opowiada. 
— Komputer podał twoje nazwisko. 
— W odpowiedzi na co? 
— Szukaliśmy kogoś, kto mógłby ją zatrzymać. 
Billy dopił brandy i odstawił kieliszek. 
— W takim razie potrzebny wam jest nowy programista albo ktoś taki. Z pewnością jest 

masa ludzi, którzy więcej ode mnie wiedzą o strageańskich adeptach. 

—  Jesteś  ekspertem  w  tropieniu i  chwytaniu  egzotycznych form  życia.  Robiłeś to  prawie 

od urodzenia. Praktycznie biorąc, w pojedynkę zaopatrzyłeś cały Instytut Życia Kosmicznego. 
Ponadto... 

Billy machnął ręką. 

background image

—  Wystarczy  —  oznajmił.  —  Obca,  o  której  pan  mówił,  jest  istotą  inteligentną.  Sporą 

część  życia  poświęciłem  na  tropienie  zwierząt;  z  całą  pewnością  egzotycznych,  czasem 
bardzo  sprytnych  i  z  niezwykłymi  formami  zachowań,  ale  jednak  zwierząt,  a  nie  stworzeń 
zdolnych do świadomego planowania. 

Kot... 
—  ...Dlatego  nie  sądzę,  by  moje  doświadczenia  były  przydatne  w  danej  sytuacji  — 

zakończył. 

Tedders pokiwał głową. 
—  Może  tak,  a  może  i  nie  —  stwierdził  w  końcu.  —  Ale  w  takich  sprawach  powinniśmy 

mieć  pewność.  Czy  zechcesz  porozmawiać  z  przedstawicielami  Strage,  którzy  przebywają 
tutaj? Lepiej ode mnie potrafią wszystko wytłumaczyć. 

— Pewnie. Porozmawiać mogę z każdym. 
Tedders wychylił swój kieliszek i wstał. 
— Wypijesz jeszcze jedną brandy? 
— Chętnie. 
Nalał. 
— Wrócę za kilka minut — powiedział, przeszedł na prawo i opuścił pokój. 
Billy  odstawił  naczynie  i  wstał.  Przespacerował  się  po  pokoju,  przejrzał  tytuły  książek 

stojących  na  półkach,  dotknął  ich  grzbietów,  wciągnął  nosem  powietrze.  Zmieszany  z 
zapachem  starej  skóry  lekki,  odrobinę  cierpki  aromat,  którego  wcześniej  nie  umiał 
zidentyfikować,  ponownie  uderzył  go  w  nozdrza.  Czuł  taki  zapach,  gdy  spotykał  Stragean, 
dawniej, w innych miejscach. Muszą przebywać w budynku już przez dłuższy czas, uznał, albo 
całkiem  niedawno  odwiedzili  ten  pokój,  znacząc  go  swą  obecnością.  Pamiętał  ich  jako 
humanoidów  ponad  dwumetrowego  wzrostu,  ciemnoskórych,  z  wyjątkiem  srebrzystych 
twarzy,  szyi  i  piersi;  płaskogłowe  istoty  o  wąskich  klatkach  piersiowych  i  szerokich 
ramionach,  z  przypominającymi  kołnierze  naroślami,  służącymi  za  czujniki  dźwięku  o 
niewielkich,  płonących  dziko  oczach  —  wąskich,  na  ogół  żółtych,  choć  czasem  barwy 
cynamonu  lub  bursztynu.  Bezwłosi,  pełni  owadziej  gracji,  poruszali  się  cicho  i  mówili 
językiem, kojarzącym mu się odlegle z greckim, którego także nie rozumiał. 

To język, uznał, odróżnia istoty myślące od zwierząt. Przede wszystkim język. 
Kot...? 
Podszedł  do  okna  i  spojrzał  na  trawnik.  Trudno  tu  dotrzeć  unikając  wykrycia,  pomyślał. 

Wystarczą  najprostsze  zabezpieczenia.  A  w  takim  miejscu  jest  ich  mnóstwo.  Ale  ona  może 
przybrać niemal dowolną postać, może tu wejść w jakiejś nie budzącej podejrzeń formie... 

A właściwie po co ma się przekradać? Przecież tego właśnie będą oczekiwać. Gdy obrońcy 

skoncentrują  się  na  czymś  wymyślnym,  można  porwać  jakiś  wóz  pancerny,  przetoczyć  się 
przez trawnik, rozbić ścianę, wyskoczyć i strzelać do wszystkiego, co się rusza. 

Otrząsnął  się  i  odwrócił.  To  nie  jego  problem.  Musi  być  mnóstwo  ludzi,  którzy  lepiej  od 

niego potrafią rozszyfrować plany obcej. Niezależnie od opinii komputera. 

Wrócił na fotel i podniósł kieliszek. Czyjeś kroki zbliżały się z kierunku, w którym odszedł 

Tedders.  Kroki  i  ciche  głosy,  którym  towarzyszyło  lekkie  dzwonienie  w  uszach.  Mowa 
Stragean  sięgała  ultradźwięków  ludzkiej  skali  i  choć  przy  kontaktach  z  Ziemianami  zwężali 
zakres,  zawsze  jednak  zostawały  jakieś  pogłosy.  Zbyt  długa  konwersacja  ze  Strageanami 
powodowała  zwykle  ból  głowy.  Wypił  łyk  brandy  i  odstawił  kieliszek,  gdy  wyłonili  się  zza 
rogu. 

Dwaj  Strageanie  nosili  ciemnoniebieskie  kilty  i  pasy  skrzyżowane  na  piersiach  jak 

bandoliery.  Do  pasów  mieli  umocowane  ozdobne  szpilki,  może  oznaki  pełnionego  urzędu. 

background image

Między Teddersem a obcymi szedł drugi człowiek, niski i krępy, z pasmem ciemnych włosów 
wokół  łysiny;  oczy  pod  gęstymi  brwiami  lśniły  jak  nefryt;  miał  na  sobie  zielony  szlafrok  i 
pantofle. Billy rozpoznał sekretarza generalnego ONZ, Miltona Walforda. 

Tedder  przedstawił  go  Daltmarowi  Stango  i  Orarowi  Bogarthy’emu,  potem  Walfordowi. 

Wszyscy usiedli. 

— Powiedzą ci więcej o tej sprawie — oznajmił Tedders. 
Billy skinął głową. 
Strageanin znany jako Daltmar Stango wyrecytował, wpatrując się w pustkę przed sobą: 
—  Sprawa  ma  związek  z  przylotem  waszych  ludzi  do  naszego  świata,  by  na  nim 

zamieszkać. Istnieje już spora enklawa Ziemian, podobnie jak nasza na waszej planecie. Ani 
tu,  ani  tam  nie  spowodowało  to  większych  problemów.  Teraz  jednak,  gdy  moją  misją  jest 
negocjowanie  warunków  umów  politycznych  i  handlowych,  owe  osiedla  zmienią  się 
prawdopodobnie w stałe placówki dyplomatyczne. 

Przerwał na chwilę, jakby chciał ponownie zebrać myśli. 
— Na Strage działa niewielka sekta religijna — kontynuował — której członkowie wierzą, 

że  jeśli  Ziemianin  tam  umrze,  jego  esencja  życiowa  zanieczyści  miejsce  życia  po  życiu. 
Istnienie  stałych  placówek  spowoduje,  że  będzie  się  to  zdarzać  coraz  częściej.  Zatem,  są 
przeciwko  jakimkolwiek  układom  z  waszym  światem  i  chcą,  by  ludzie  wynieśli  się  z  naszej 
planety. 

— Jak są liczni? — przerwał Billy. 
—  To  niewielka  grupa.  Najwyżej  pięćdziesiąt  do  stu  tysięcy  członków.  Ale  nie  ich 

liczebność  jest  ważna.  Sekta  przestrzega  bardzo  ostrych  reguł  i  wielu  z  nich  podejmuje 
surowy kurs szkolenia, który u poszczególnych osobników daje czasami niezwykłe efekty. 

— Tak słyszałem. 
— Jeden z takich osobników zdecydował się wkroczyć do akcji. Ma kosmolot i trzyma kurs 

na  Ziemię.  Uważa,  że  morderstwo  dokonane  na  tak  wysokim  szczeblu  utrudni  rozmowy  w 
dostatecznym  stopniu,  by  nie  doszło  do  zawarcia  umowy...  a  to  z  kolei  doprowadzi  do 
usunięcia Ziemian z naszej planety. 

— Jak bliska jest prawdy? 
— W takich sprawach trudno przewidywać, ale zajście z pewnością opóźniłoby negocjacje. 
— I ma przybyć za parę dni? 
—  Tak.  Informację  przekazali  nam  inni  członkowie  sekty,  ale  nie  potrafili  dokładniej 

określić  terminu.  Dowiedzieli  się  o  wszystkich  szczegółach  dopiero  po  jej  odlocie. 
Zawiadomili  władze.  Koniecznie  chcieli  udowodnić,  że  działa  z  własnej  inicjatywy,  a  nie  na 
rozkaz. 

— Kto to wie... — uśmiechnął się Billy. 
—  Tak.  W  każdym  razie,  ponieważ  informacja  podróżuje  szybciej  niż  statek,  przesłano 

ostrzeżenie. 

— Musicie najlepiej wiedzieć, jak powstrzymać kogoś z waszego ludu. 
— Rzadko wynika taki problem — odparł Daltmar. — Ale typową metodą jest wysłanie za 

złoczyńcą zespołu podobnie uzdolnionych adeptów. Niestety... 

— Rozumiem. 
— Musimy radzić sobie z tym, co mamy do dyspozycji — mówił dalej obcy. — Wasi ludzie 

spróbują  przechwycić  ją  w  przestrzeni.  Jednak  symulacje  dają  im  zaledwie  dwadzieścia 
siedem procent szansy na sukces. Czy masz jakieś pomysły? 

Kot? 
—  Nie  —  stwierdził  Billy.  —  Gdyby  chodziło  o  niebezpieczne  zwierzę,  próbowałbym 

background image

przestudiować je w jego własnym środowisku. 

— Nie ma na to sposobu ani czasu. 
— W takim razie nie wiem, co odpowiedzieć. 
Walford wyjął z kieszeni szlafroka niewielki pakunek. 
—  To  jest  chip.  Zabierz go  ze  sobą  i  odtwórz  w swojej  maszynie —  wyjaśnił.  —  Powie  ci 

wszystko,  co  wiemy  o  tym  osobniku  i  o  innych,  podobnych.  To  rzecz  najbliższa  studium 
warunków życiowych, jaką możemy ci dać. 

Billy wstał i wziął paczkę. 
— Dobrze. Zabiorę to do domu i przejrzę. Może coś przyjdzie mi do głowy. 
Walford  i  pozostali  wstali  z  foteli.  Billy  podszedł  do  transportera,  gdy  odezwał  się 

Strageanin zwany Orarem Bogarthym. 

— Pochodzisz z jednego z rdzennych ludów tego kontynentu? — zapytał. 
— Tak — Billy stanął, lecz nie obejrzał się. 
—  Czy  klejnoty  w  twoich  małżowinach  usznych  mają  szczególne  znaczenie?  Może 

religijne? 

Billy roześmiał się. 
— Lubię je. To wszystko. 
— A ten w twoich włosach? 
Billy dotknął kamienia, odwracając się powoli. 
— Ten? No cóż... wierzono, że chroni noszącego przed uderzeniem błyskawicy. 
— Działa? 
— Ten działa. Jak dotąd. 
—  To  ciekawe.  Trafienie  przez  błyskawicę  nie  zdarza  się  chyba  zbyt  często.  Dlaczego  go 

nosisz? 

—  Dla  nas,  Navajo,  błyskawice  mają  specjalne  znaczenie.  Niszczą  tabu.  Deformują 

rzeczywistość. Nie są rzeczą, którą można lekceważyć. 

Odwrócił  się,  postąpił  o  krok,  wystukał  ciąg  liczb  i  wszedł  do  urządzenia.  Gdy  przeminął 

czynnik  opóźnienia  i  jego  ciało  zaczęło  się  rozpływać,  podniósł  głowę,  by  spojrzeć  na 
pozbawione wyrazu twarze ludzi i obcych. 

 

Idąc od wzgórza do wzgórza, 
przechodząc z miejsca na miejsce jak przechodzi wiatr, 
bez tropów. Powinna istnieć pieśń o tym, 
ale nigdy nie poznałem słów. 
Więc śpiewam tę, którą sam stworzyłem: 
Jestem jak tęcza, która zaczyna się tam 
i kończy tutaj. Nie pozostawiam śladu 
na ziemi, gdy łukiem podążam 
stamtąd tutaj. Obym odszedł w pięknie. 
Niech trwa przede mną, z tyłu, z góry i w dole, 
na prawo i na lewo ode mnie. 
Bez drgnienia przekraczam bramy nieba. 

 

N

azywamy  to  Drogą  Nieprzyjaciół,  powiedział  starzec,  ale  kiedy  przyszli  biali  ludzie, 

nazwali to tańcem squaw... pewnie dlatego, że widzieli, jak tańczą go kobiety. Jeśli to o tobie 
mają  śpiewać,  otrzymujesz  specjalne  imię:  imię  wojownika.  To  święte  imię,  którego 

background image

powinieneś używać tylko w czasie ceremonii; nie takie, które możesz wszystkim wyjawiać czy 
pozwolić, by cię nim wołano. 

Wszystko  zaczęło  się,  mówił,  jeszcze  wtedy,  gdy  Nayenezgani  ochraniał  Lud.  Zabił  całe 

stado  potworów,  które  sprawiały  nam  kłopoty.  Były  tam  Rogaty  Potwór,  Wielki  Bóg, 
Potworny Skalny Orzeł, Wędrowna Skała i wiele innych. Właśnie dlatego zaczęto go nazywać 
Zabójcą  Potworów.  Jego  czwartym  potworem  był  Tropiący  Niedźwiedź.  Wyglądał  raczej  na 
lwa rozmiarów poduszkowca, niż na niedźwiedzia. Kiedy raz trafił na twój ślad, podążał nim i 
nie ustawał, dopóki cię nie znalazł i od razu nie zjadł na obiad. 

Nayenezgani wyruszył za nim, wytropił tropiciela i pozwolił, by tamten wytropił jego. Ale 

kiedy  niedźwiedź  go  znalazł,  był  gotów.  Nie  na  darmo  nazywali  go  Zabójcą  Potworów.  Gdy 
walka się skończyła, świat był o wiele bezpieczniejszy. 

Ale  mniej  więcej  w  tym  czasie  wszystko  to  zaczęło  go  dręczyć.  Cierpiał  z  powodu 

wszystkich  zgładzonych  nieprzyjaciół,  a  niedźwiedź  był  tylko  kolejnym.  Ich  duchy  ścigały  go 
wszędzie  i  czyniły  bardzo  nieszczęśliwym.  Stąd  właśnie  pochodzi  słowo  Anaa’ji,  czyli  Droga 
Nieprzyjaciół.  Naayéé  oznacza  nieprzyjaciela  albo  coś  naprawdę  paskudnego,  co  cię 
prześladuje.  Natomiast  neezghani  znaczy  „pozbył  się  tego”.  Zatem  Anaa’ji  jest  chyba 
najlepszym określeniem. To ceremonia pozbycia się naprawdę poważnych kłopotów. 

 

K

rążył  po  pokoju.  Ekran  wciąż  świecił  —  nie  wyłączył  zestawu,  kiedy  skończył 

przeglądanie chipu. Miał wrażenie, że ściany pochylają się ku niemu, że próbują go zgnieść. 
Wiatr śpiewał zmienną pieśń, którą niemal pojmował. Zatrzymywał się co chwilę, by obejrzeć 
pradawny, wyłupany z kamienia grot włóczni, stary kosz, fotografię dzikiej krainy pod niebem 
barwy  indygo.  Pogładził  lufę  wysokoenergetycznej  strzelby,  wziął  broń  w  ręce,  sprawdził  i 
odwiesił na haki. W końcu odwrócił się na pięcie i wyszedł na zewnątrz, w noc. 

Stał na pomoście otaczającym hogan. Patrzył w mrok. Spojrzał na niebo. 
—  Nie  mam  słów...  —  zaczął,  a  część  jego  umysłu  drwiła  z  drugiej  części.  Zawsze, 

uświadamiał sobie ten podział. Nie pamiętał już, kiedy nastąpiło to po raz pierwszy. 

— ...A ty wymagasz odpowiedzi. 
Nie był nawet pewien, do kogo się zwraca. W języku Navajo nie istniało słowo oznaczające 

„religię”. Nie był też pewien, że jego uczucia mieszczą się w tej właśnie kategorii. Kategorii? 
To słowo nie istniało, ponieważ za dawnych dni takie sprawy były nierozdzielnie związane z 
życiem  człowieka.  Nie  wyróżniano  szczególnej  kategorii  takich  odczuć.  Większość  tych, 
których  jeszcze  znał,  nawet  dzisiaj  uznawała  to  za  normalne.  Mimo  to  zmienili  się.  On 
również, choć wiedział, że jego przemiany były całkiem innego rzędu. „Zachowuje się, jakby 
nie miał krewnych” — to najgorsze, co jeden Navajo mógł powiedzieć o drugim. Wiedział, że 
do  niego  pasuje  to  określenie.  Przepaść  była  głębsza,  niż  tylko  długa  nieobecność, 
małżeństwo,  wszystko,  co  w  życiu  zrobił.  Inni  także  wyjeżdżali,  żenili  się  poza  klanem,  a 
jednak zawsze powracali. Dla niego jednak ten element życiowych doświadczeń był prawdą 
zarówno  w  sensie  dosłownym,  jak  i  duchowym.  Nie  miał  krewnych.  Część  umysłu  pragnęła 
takiej sytuacji. Inna część... 

— Popełniłem może wielkie zło — mówił dalej. — Jeśli zabrałem go z jego krainy, jak Lud 

został zabrany do Fort Sumner. Jeśli wyrwałem spośród jemu podobnych, których już nie ma. 
Jeśli pozostawiłem samego w obcym miejscu, niby jeńca wśród Utów. Wtedy popełniłem zło. 
Ale tylko przy założeniu jest on prawdziwą osobą. 

Zbadał wzrokiem niebiosa. 
—  Oby  nią  nie  był  —  powiedział.  —  Oby  wszystko  to  było  tylko  snem  możliwości, 

background image

nicością... która dręczyła mnie przez lata. 

Okrążył hogan, spoglądając między drzewa. 
—  Myślałem,  że  najlepiej  nie  wiedzieć...  co  może  uczynić  mnie  tchórzem.  A  jednak 

podążałbym tą drogą do końca swych dni. Teraz... 

Obok przeleciała sowa, pohukując cicho. 
Zły omen, uznała część jego umysłu, gdyż sowa jest ptakiem śmierci i wrogich nam rzeczy. 
Sowa, przyznała inna część. Sowy polują w nocy. Nic więcej z tego nie wynika. 
—  Usłyszeliśmy  się  nawzajem  —  krzyknął  za  ptakiem.  —  Dowiem  się,  co  uczyniłem  i 

przekonam, co muszę zrobić. 

Wrócił  do  środka  i  sięgnął  między  pajęczyny,  gdzie  trzymał  klucz.  Wziął  go  do  ręki  i 

przetarł.  Przesunął  końcem  palca  po  piórze,  jakby  był  to  obiekt  równie  niezwykły,  co  grot 
włóczni. Potem, nagle, wrzucił do kieszeni. Przeszedł przez pokój i wyłączył monitor. 

Odwrócił  się,  stanął  między  błyszczącymi  prętami  platformy  skokowej,  uruchomił  układ 

sterujący i wystukał kod. Patrzył, jak różowieje i znika czerwony dywan Ganado. 

 
Ciemność pomiędzy maleńkimi, ulicznymi latarniami i głosy świerszczy wokół platformy... 
Wyszedł  spod  osłony  i  wciągnął  w  płuca  wilgotne  powietrze.  Ogromne,  pocięte  cieniem 

drzewa;  niezwykle  obfita  trawa  porastająca  wzgórza;  ciężkie,  niskie,  monolityczne  budynki, 
ciemne  teraz,  jeśli  nie  liczyć  świateł  przy  wejściach,  tworzących  niewielkie  groty, 
podkreślające  tylko  mrok  nocy;  ani  jednego  człowieka  w  polu  widzenia.  Przeszedł  kawałek 
chodnikiem, przekroczył ulicę, wspiął się na zbocze. Byli tu strażnicy, ale unikał ich bez trudu. 
W  Parku  Balboa  panowała  cisza;  jego  atrakcje  zamknięto  dla  publiczności  aż  do  rana.  Z 
wyższych  punktów  dostrzegał  światła  San  Diego  i  reflektory  pojazdów  na  trasach,  lecz 
wydawały się odległe, jakby były elementem innego świata. Bezgłośnie przemykał od cienia 
do cienia. Wybrał publiczną platformę, której kiedyś chętnie używał przybywając w zwykłych, 
dziennych sprawach, gdy wolał spacer niż przeskok wprost do miejsca, z którym wiązały go 
interesy.  Teraz  to  miejsce  było,  naturalnie,  zamknięte,  a  platforma  skokowa  wyłączona  na 
noc. 

Szedł  przez  piętnaście  minut,  wspinał  się  na  wzgórza  i  schodził  w  dół,  coraz  bliżej 

ogromnego,  rozległego  kompleksu  budynków,  będącego  Instytutem  Życia  Kosmicznego.  W 
miarę  możliwości  unikał  ścieżek,  parkingów  i  dróg.  Zabłąkane  podmuchy  wiatru  niosły 
mieszaninę zwierzęcych zapachów z zoo w San Diego. Czuł też duszny i ciężki aromat jakichś 
egzotycznych roślin. Wszystko to budziło wspomnienia innych niezwykłych stworzeń, innych 
miejsc. Pamiętał, jak w stożku ultradźwięków schwytał wullabree o drucianym futrze, twilpa 
w lodowej przepaści, cztery outany w wirze odorów... 

Dostrzegł kompleks budynków IŻK i zatrzymał się. Przez długą chwilę stał nieruchomo, po 

prostu obserwując. Potem wolno okrążył teren instytutu, przystając co chwilę, by popatrzeć 
znowu. 

Wreszcie dotarł do budynku obok niewielkiego parkingu, gdzie stał tylko jeden samochód. 

Przeszedł  przez  pusty  plac  i  otworzył  swym  kluczem  wejście  dla  pracowników.  Wewnątrz 
poruszał  się  pewnie,  bez  światła.  Kroczył  korytarzami,  potem  wszedł  na kilka  stopni. Dotarł 
do  kontrolki  dyżurnego, którą  pamiętał.  Otworzył  szyfrowy  zamek  i  ukrył  się  w  schowku  ze 
sprzętem naprawczym.  Czekał  dwadzieścia  minut,  aż  umundurowany  staruszek  przyczłapał, 
wsunął swój klucz w urządzenie alarmowe i poszedł dalej. 

Wkrótce  potem  wyszedł  z  kryjówki  i  wkroczył  do  pierwszej  hali.  Niesamowity  blask 

niektórych systemów życiowych klatek symulował naturalne cykle dzienne w ojczyznach ich 
mieszkańców;  barwiły  go  dziwne  składniki  atmosfery  lub  odbicie  meteorologicznych 

background image

osobliwości,  koniecznych  dla  życia  niezwykłych  stworzeń.  Mijał  dryfujące  balony  gazu, 
pełzające  gałęzie  koralu,  oślizłe  krzyże  maltańskie,  pulsujące  kłody  koloru  wątroby, 
grzebieniaste  falowęże,  simoplex  Belgarda  burczący  w  swojej  wikło-dziurze,  pasiastego 
mertza,  parę  divectów,  zwiniętego  tendrona  w  kałuży  amoniaku.  Szypułkowe  oczy  wormsy 
marakye  podążały  za  nim,  jak  owego  dnia  na  wietrznym  pustkowiu,  kiedy  niemal  go 
pochwyciła.  Nie  zatrzymał  się,  by  odpowiedzieć  jej  spojrzeniem,  ani  by  popatrzeć  na 
którekolwiek z innych, tak dobrze znanych stworzeń. 

Przeszedł całą halę, opuścił ją, wkroczył do następnej. Bez przerwy towarzyszył mu cichy 

szum generatorów. Mimo całkowitej hermetyczności systemów życiowych, wyczuwał gdzieś 
niezwykłe zapachy. Nie zwracał uwagi na tabliczki; wiedział, co mówią. Okazy w drugiej hali 
były  większe,  groźniej  wyglądające  od  tych,  które  minął  w  pierwszej.  Tutaj  patrzył  na 
niektóre z uczuciem bliskim sentymentu. Mruczał coś w mowie Ludu. Wchodząc do trzeciej 
hali zaczął cicho nucić. 

Zwolnił po kilku zaledwie krokach. 
Głazy  na  powierzchni  stopionych  silikatów...  Żadnej  widzialnej  bariery  między  tym 

sektorem a pozostałą częścią hali, jak w kilku innych, które mijał. Atmosfera równoważna... 

Szedł coraz wolniej. Stanął. 
Słaby, rozproszony blask oświetlał platformę. Zdawało mu się, że słyszy westchnienie. 
Nucenie ucichło. Poczuł, jak zasycha mu w gardle. 
—  Przybyłem  —  szepnął,  po  czym  zbliżył  się  do  okazu,  podpisanego  METAMORF 

TORGLINDU. 

Piasek i skały. Żółć, szklisty połysk i pomarańcz. Żadnego ruchu. 
— Kocie...? — powiedział. 
Podszedł bliżej i patrzył. Bez skutku. Nawet jego wzrok nie potrafił niczego zauważyć. Nie 

tylko z powodu oświetlenia. 

— Kocie? 
Próbował  sobie  przypomnieć,  w  jaki  sposób  oryginalnie  urządzono  ten  sektor.  Tak.  Ten 

głaz po lewej stronie... 

Głaz drgnął w chwili, gdy Billy przypomniał sobie układ elementów środowiska. Przetoczył 

się na środek. Zmienił kształt, zaokrąglił się pokonując jakieś zagłębienie. 

— Jest coś, co muszę powiedzieć, czego muszę spróbować... 
Wydłużył się, rozwinął parę kończyn, wsparł się na nich. 
—  Zastanawiałem  się...  myślałem,  czy  naprawdę  mógłbyś  mnie  zrozumieć,  gdybym  się 

starał... dostatecznie mocno. 

Wypuścił  jeszcze  dwie  kończyny  w  tylnej  części,  uformował  masywną  głowę  i  gruby, 

trójkątny ogon. 

—  Jeśli  poznajesz  kogokolwiek,  poznajesz  mnie.  To  ja  cię  tu  sprowadziłem.  Usunięto  z 

mego ciała blizny naszego starcia, ale z nikim nie stoczyłem takiej walki, jak z tobą. 

Kontury głazu zafalowały. Stał się lśniący i gładki: węzeł naprężonych mięśni pod szklistą 

skórą. Pośrodku głowy otworzyło się pojedyncze, fasetowe oko. 

—  Przyszedłem  do  ciebie.  Muszę  wiedzieć,  czy  masz  świadomość.  Przez  pewien  czas 

sądziłem,  że  to  możliwe.  Ale  nigdy  tego  nie  okazałeś.  Teraz  muszę  wiedzieć.  Czy  w  tej 
zwierzęcej głowie tkwi rozum? 

Stwór przeciągnął się i odwrócił do niego tyłem. 
—  Jeżeli  potrafisz  komunikować  się  z  kimkolwiek,  w  dowolny  sposób,  niech  to  będę  ja, 

teraz. To bardzo ważne. 

Zwierzę przeszło na jego prawą stronę. 

background image

— To nie zwykła ciekawość mnie sprowadziła. Daj znak swej inteligencji, jeśli ją posiadasz. 
Kot spojrzał na niego przez zimny, nie mrugający klejnot pośrodku głowy. Potem odwrócił 

się  znowu.  Jego  kolor  ciemniał,  aż  osiągnął  kres.  Atramentowa,  węglowa,  absolutna  czerń 
wypełniła kontury. 

Cień przemknął w głąb sektora i zniknął. 
—  W  pewnym  sensie  jestem  zadowolony  —  stwierdził  wtedy.  —  Żegnaj,  wspaniały 

przeciwniku. 

Odwrócił się i ruszył z powrotem. 
Billy  Czarny  Koń  Pieśniarz.  Człowiek  z  Ludu.  Ostatni  wojownik  swojej  rasy.  Nie  spieszyłeś 

się z wizytą. 

Zatrzymał się. Stał w absolutnym bezruchu. 
Tak.  Słowa  płyną  wprost  do  twojej  głowy.  Potrafię  wytwarzać  dźwięki  na  podobieństwo 

ludzkiej  mowy  i  wydawać  je,  jeśli  zechcę.  Jednak  możemy  porozumiewać  się  w  sposób 
bardziej  osobisty.  Jesteśmy  przecież  bliżsi  sobie  niż  przyjaciele,  związani  uczuciem  głębszym 
niż sympatia.
 

Kot? 
Zgadza  się.  Po  prostu  myśl.  Usłyszę.  Kot  jest  odpowiednim  dla  mnie  imieniem:  zwinna, 

niezależna  istota,  obca  w  swych  uczuciach.  Odczytuję  tylko  myśli,  które  zechcesz 
wyartykułować;  nie  cały  umysł.  Musisz  mi  powiedzieć,  co  chcesz,  bym  wiedział.  Po  co 
przyszedłeś?
 

By sprawdzić, czy jesteś tym, czym, jak teraz widzę, jesteś. 
I to wszystko? 
Martwiłem się, że może tak być. Dlaczego wcześniej nie nawiązałeś kontaktu? 
Z  początku  nie  potrafiłem.  Moja  rasa  przekazuje  jedynie  obrazy  —  wizje  polowania  — 

innym,  podobnym  do  nas.  Lecz  moc  narastała  we  mnie  powoli,  gdy  obserwowałem  myśli 
tych, którzy przychodzili mnie oglądać w minionym półwieczu. Teraz wiem już więcej o twoim 
świecie i twojej rasie. Ale ty... ty jesteś inny niż pozostali.
 

Pod jakim względem? 
Jesteś jak ja: drapieżnikiem. 
Kocie!  Dlaczego  nie  powiedziałeś  komuś,  gdy  już  wiedziałeś  jak,  że  jesteś  świadomą, 

inteligentną istotą? 

Nauczyłem się wielu rzeczy. I czekałem. 
Na co? 
Poznałem nienawiść. I czekałem na szansę ucieczki, by tropić cię tak, jak ty mnie tropiłeś. 

Żeby cię zniszczyć. 

Nie musiało do tego dojść. Przepraszam za ból, jaki ci sprawiłem. Teraz, kiedy już wiemy, 

kim jesteś, możemy ci go wynagrodzić. 

Przez ten czas słonce mojego świata zmieniło się w Novą. Nie ma już planety ani nikogo z 

mojej rasy. Dostrzegłem to w umysłach ludzi obsługi. Jak zdołasz mi to zwrócić? 

Nie zdołam. 
Nauczyłem  się  nienawidzić.  Nie  znałem  nienawiści,  póki  nie  trafiłem  w  to  miejsce. 

Drapieżnik  nie  czuje  nienawiści  do  swej  ofiary.  Wilk  na  swój  sposób  kocha  owcę.  Ale  ja 
nienawidzę ciebie, Billy Czarny Koniu Pieśniarzu za to, co mi zrobiłeś. Za to, że zmieniłeś mnie 
w rzecz. Takiego wyrafinowania nauczyłem się od twojej rasy. Od tego czasu żyłem tylko dla 
chwili, gdy będę mógł ci to powiedzieć. I działać.
 

Przykro mi. Porozmawiam z ludźmi, którzy zarządzają tym miejscem. 
Nie odpowiem im. Uznają twoje twierdzenia za objaw szaleństwa. 

background image

Dlaczego? 
Nie jest to moim życzeniem. Powiedziałem ci, czego chcę. 
Zawrócił  do  miejsca,  gdzie  pola  siłowe  więziły  czarne,  większe  od  człowieka  stworzenie, 

siedzące teraz i obserwujące go spokojnie. 

Nie  wierzę,  by  twoje  życzenie  zostało  spełnione,  ale  chętnie  ci  pomogę  w  każdy  inny 

sposób. 

Widzę coś. 
Nie rozumiem, o co ci chodzi. 
Widzę, że chcesz czegoś ode mnie. 
Teraz pojmuję, że nie jest to coś, co chciałbyś dla mnie zrobić. 
Spróbuj. 
Przybyłem, by się dowiedzieć, czy wyrządziłem ci krzywdę. 
Wyrządziłeś. 
Przekonać się, czy naprawdę jesteś inteligentny. 
Jestem. 
A w takim razie prosić o pomoc w powstrzymaniu politycznego zabójcy. 
Nastąpiło coś w rodzaju śmiechu — głuchego, bez radości. 
Opowiedz mi o tym. 
Opisał całą sytuacje. Gdy skończył, nastąpiła długa chwila milczenia. Wreszcie: 
Powiedzmy, że zlokalizuję tę istotę i uniemożliwię realizację planu. Co wtedy? 
Oczywiście, odzyskasz wolność. Otrzymasz odszkodowanie, zapewne nagrodę, nowy dom. 

Może uda się znaleźć jakiś równoważny świat... 

Ciemny  kształt  uniósł  się,  zmienił  raz  jeszcze,  stał  podobny  do  niedźwiedzia,  dwunogi. 

Wysunął przednią łapę i dotknął nią pola siłowego. Snop iskier zasypał klatkę. 

To, oznajmił Kot, jest wszystkim, co stoi między mną a tobą. 
Tyle tylko masz mi do powiedzenia? Że kiedy możemy się komunikować, nie mamy o czym 

rozmawiać? 

Czy pamiętasz ten długi tydzień, gdy mnie tropiłeś? 
Tak. 
Tylko przypadkiem zdołałeś mnie schwytać. 
Możliwe. 
Możliwe? Wiesz, że to prawda. Na końcu prawie cię dostałem. 
Byłeś bliski. 
Cale pięćdziesiąt lat przeżywałem te łowy. Powinienem wtedy zwyciężyć. 
Uderzył  o  barierę  pola,  a  iskry  oświetliły  kontur  jego  sylwetki.  Billy  nie  drgnął.  Po  chwili 

Kot  cofnął  się  i  otrząsnął.  Wydawał  się  teraz  mniejszy,  a  jego  ciało  zwijało  się  opadając  na 
ziemię. 

Ofiarowałeś mi już wolność bez żadnych warunków, powiedział wreszcie. 
Tak. 
Nagroda i odszkodowanie, o których wspomniałeś, nic dla mnie nie znaczą. 
Rozumiem. 
Nie, nie rozumiesz. 
Rozumiem, że nie pomożesz nam w tej sprawie. Trudno. Dobranoc. 
Odwrócił się znowu. 
Nie twierdziłem, że nie pomogę. 
Gdy  spojrzał,  Kot  był  kołyszącym  się,  zakapturzonym,  rogatym  stworem,  który  go 

obserwował. 

background image

A co takiego twierdzisz, Kocie? 
Pomogę wam... za pewną cenę. 
Jaka jest ta cena? 
Twoje życie. 
Absurd. 
Tak długo na to czekałem. To jedyna rzecz, jakiej pragnę. 
Szaleńcza propozycja. 
Moja jedyna propozycja. Możesz ją przyjąć lub odrzucić, jak chcesz. 
Naprawdę sądzisz, że zdołasz powstrzymać strageańską adeptkę? 
Jeśli przegram i ona mnie zniszczy, ty będziesz wolny i w sytuacji nie gorszej, niż przedtem. 

Ale ja nie przegram. 

To nie do przyjęcia. 
Znowu ten śmiech. 
Billy Pieśniarz wyszedł z hali. Ścigał go śmiech. Miał zasięg w przybliżeniu ćwierć mili. 
 

DYSK II 

 

CIAŁO PRZYWÓDCY ZWIĄZKOWEGO 

ODNALEZIONE NA ORBICIE 

 

Spłonęłoby za kilka dni podczas wejścia w atmosferę 
 

OSIEMNASTU OSKARŻONYCH W PROCESACH KSIĘŻYCOWYCH 

 

HURAGAN W ZATOCE WSTRZYMANY 

 

OFIARA EUTANAZJI WYZNAJE WSZYSTKO 

 

WEZWANIE DLA OSÓB O ZDOLNOŚCIACH 

PARANORMALNYCH 

 
Dziś wczesnym rankiem biuro sekretarza generalnego ONZ poinformowało 
 
 

...czuję się jak P-I-E-K-Ł-O 5! 

 
 

KOŚCIÓŁ WZGLĘDNOŚCI CHRZEŚCIJAŃSKIEJ BRONI SIĘ 

 
Czujniki wytrzymały, gdy statek wchodził w łuk. Instrumenty poinformowały, że przebicie 

systemu obrony nie będzie zbyt trudne. Przez pół minuty medytowała o ogniu i wodzie — ich 
widocznie  niestałe  kształty  symbolizowały  płomień  zmienności.  Wizualizowała  strumień  ku 
pradawnym formom 

 
 

POWÓDŹ W TUNELU LOS ANGELES — PHOENIX 

WODA NIOSŁA MĘŻCZYZNĘ PRZEZ DWIE MILE 

background image

 

— Twoje konie znowu należą do ciebie, wnuku mój — mówi, siadając obok mnie. 

— 

Twoje owce znowu należą do ciebie, wnuku mój — mówi, siadając obok mnie. 

—  Wszystkie  twoje  przedmioty  znowu  należą  do  ciebie,  wnuku  mój  —  mówi,  siadając 

obok mnie. 

— Twój kraj znowu należy do ciebie, wnuku mój — mówi, siadając obok mnie. 
— Twoje źródła i strumienie znowu należą do ciebie, wnuku mój — mówi, siadając obok 

mnie. 

— Twoje górskie pasma znowu należą do ciebie, wnuku mój — mówi, siadając obok mnie. 
 

 

 

Błogosławionym znowu się stało, błogosławionym znowu się stało,  
Błogosławionym znowu się stało, błogosławionym znowu się stało! 

 

P

rzekroczył strugę zastygłej lawy. Za jego dni każdy wiedział, że to zakrzepła krew Yeitso, 

potwora  zabitego  przez  Nayenezgani.  Potem  szedł  dalej  w  górę,  po  stokach  Mount  Taylor. 
Dzisiaj kryła szczyt w szerokim, falującym morzu mgły. Gryzący wiatr setkami dłoni szarpał za 
ubranie — czarny wiatr północy. Potrzebował świętego miejsca dla swoich myśli, jakie chciał 
przeanalizować  tego  szarego  dnia.  Minął  już  prawie  wiek  od  ostatniej  wizyty  na  Mount 
Taylor, lecz natura pozwoliła górze przetrwać te lata bez zmian. 

Wyżej... 
Kocie mój, chindi... Zawsze cię mam za plecami... 
W górę; jego włosy lśniące od niedawnego mycia szamponem z korzeni juki... 
...Wszystko, co przeminęło, teraz koncentruje się w tobie. 
Wyżej, w mgłę. Wiatr kona nagle, kamienie ciemne i śliskie... 
...Jak stanę przeciwko tobie? 
...Góro utrzymywana przy ziemi wielkim, kamiennym nożem, przebijającym cię od szczytu 

do  samych  stóp,  kobieca  góro,  widziałaś  już  wszystko  wśród  Ludu.  Ale  czy  znasz  te 
dziwniejsze gwiazdy, które ja oglądałem? Opowiem ci o nich...
 

Wspinaczka  była  powolna;  mgła  napierała  na  niego  i  zwilżała  ubranie,  aż  lepiło  się  do 

skóry.  Śpiewał  idąc;  zatrzymywał  się  w  kilku  miejscach,  gdyż  był  to  dom  Turkusowego 
Chłopca  i  Żółtej  Dziewczyny  Kukurydzy,  a  w  niektórych  wersjach  opowieści  tu  właśnie 
narodziła się Zmienna Kobieta. 

...Zagubiłem się wśród błyszczących gwiazd. 
Wyminął  grupę  kamiennych  postaci,  które  za  welonem mgły  zdawały  się pochylać  przed 

nim głowy. Ulotna biel przywodziła pamięć owiec matki, które pasał jako mały chłopak. We 
wspomnieniach, po wyczerpaniu zapasów podążał za nimi ze starego, zimowego hoganu do 
wysoko położonego, letniego obozu, gdzie posiłki szykowano i zjadano pod gołym niebem, a 
kobiety  rozstawiały  krosna  między  drzewami.  Jego  wuj,  pieśniarz,  zbierał  zioła  i  suszył  je  w 
słońcu. Starzec przechowywał amulety na Kobiecą Drogę Strzału, drogę pieśni trwającą pięć 
nocy. Śpiewał też podczas pięciu nocy Drogi Błogosławieństwa i znał pomniejsze ceremonie 
Drogi  Strzału,  podobnie  jak  pięć  nocy  Drogi  Zła.  I  znał  Drogę  Odrodzenia  każdego  żywego 
stworzenia. 

Kiedy nadeszła wieść, że rządowi inspektorzy czekają przy zagrodach, duch radości zaczął 

krążyć  między  obozami,  niby  garbaty  flecista.  Złożono  obóz;  brzęczały  dzwonki,  gdy 

background image

zwierzęta pędzono w dół, z gór do zagród. Same zagrody cuchnęły siarką, a wszędzie, także z 
butów, unosił się odór owczego łajna. To była brudna, powolna robota: owce wpędzano do 
zagród, gdzie je liczono, ustawiano i sprawdzano, są wolne od pasożytów i chorób. Powietrze 
pełne  było  kurzu  wzbijanego  przez  nogi  biegnących  zwierząt.  Wkrótce  ich  stada  okrywały 
zbocza wzgórz niby opadłe chmury, wśród których krążą szczekające psy. 

W  miarę,  jak  mijał  dzień,  świąteczna  atmosfera  wchłaniała  odór  i  hałas.  W  powietrzu 

unosił  się  zapach  pieczonej  baraniny,  placków  i  kawy,  zmieszany  z  aromatem  sosnowego 
dymu.  Coraz  częściej  rozlegały  się  śmiechy.  Zbierano  zakłady.  Słychać  było  piosenki.  Tu  czy 
tam trwały wyścigi jeźdźców, walki kogutów... 

Postępowała praca i coraz lepiej prezentowały się stroje. Kobieta, która doglądając owiec 

nosiła  wełnianą  opończę  i  słoneczną  parasolkę,  teraz  miała  na  sobie  potrójną  spódnicę, 
satynową  koszulę,  welwetową  kurtkę  ze  srebrnymi  rogami  kołnierza  i  srebrnymi  guzikami, 
biegnącymi  wzdłuż  szwu  od  ramienia  po  nadgarstek,  srebrne  klamerki,  ciężki,  zdobiony 
turkusami  naszyjnik  z  kwiatów  dyni.  Mężczyźni  występowali  w  aksamitnych  koszulach  ze 
srebrnymi  guzikami,  ze  srebrno-turkusowymi  wstęgami  na  czarnych  kapeluszach,  w 
zielonych i niebieskich bransoletach, pierścieniach, naszyjnikach — wszyscy mężczyźni, z Pilot 
Mountain, Morinci, Kingman, Royston. Trwały tańce, powtarzano żarty, choć nie opowieści o 
rzeczach  nadprzyrodzonych,  gdyż  węże  i błyskawica  ciągle  czuwały.  Pamiętał  swój  pierwszy 
taniec  squaw,  który  odbył  się  przy  takiej  właśnie  okazji.  Nie  miał  niczego,  czym  mógłby 
zapłacić, więc tańczył i tańczył przez większą część nocy, nasłuchując dziewczęcego śmiechu; 
w końcu poruszał się jak śpiący, aż — może nieprzypadkowo — nadarzyła się okazja. Wtedy 
uciekł. 

A teraz... 
Tego  lata  odwiedził  nowoczesne  zagrody.  Spreparowane  genetycznie  zwierzęta  były 

niewrażliwe  na  większość  dawnych  schorzeń.  Mimo  to  jakieś  pasożyty  mogły  sprawiać 
kłopoty.  Owce  przebiegały  przez  pospiesznie  ustawiony,  lekki  tunel;  komputer  je  liczył, 
potem  wbiegały  za  ogrodzenia  fal  ultrakrótkich,  emitowanych  przez  maleńkie  aparaty, 
rzucone od niechcenia na ziemię. Posiłki przygotowywano na ogół w szybkich i efektywnych, 
choć  może  nieco  staromodnych,  przenośnych  kuchenkach  mikrofalowych.  Muzyka  była 
odtwarzana  z  chipów  albo  nadawana  przez  satelity.  Nie  rozpoznawał  większości  tańców. 
Rzadko  dostrzegał  tradycyjne  stroje  czy  ludzi,  którzy  robiliby  coś  we  właściwy  sposób. 
Niewiele koni. A jakiś młodzik naprawdę podszedł do niego i zapytał o imię... 

Góro przybita do ziemi ogromnym kamiennym nożem, przekłuta od szczytu do podstawy 

ostrzem  zdobionym  turkusami  barwy  południa,  kobieca  góro,  na  twoim  szczycie  turkusowa 
misa, a w niej dwa jaja drozda okryte świętą koźlą skórą; orle pióra na twej głowie. Widziałaś 
już wszystko wśród Ludu. Jeśli jednak człowiek zobaczy zbyt wiele zmian, może to skrzywdzić 
jego ducha. Ja widziałem wiele...
 

Wspinał się coraz jaśniejszą ścieżką, poprzez budowle ciemnych chmur, tęczy i kryształu. 

Gdy  wkroczył  na  wysokie  zbocza,  w  jasność  pod  nieprzesłoniętym  słońcem,  było  tak,  jakby 
stanął  na  wyspie  pośród  spienionego  morza.  We  wszystkich  kierunkach  pierzasta  biel 
przesłaniała ziemię. Spojrzał kolejno ku każdemu z rogów świata i zaśpiewał, składając ofiary 
z kukurydzianej mąki i pyłku. Potem usiadł, otworzył sakwę z nieuszkodzonej skóry jelenia i 
wyjął  pewne  przedmioty.  Przez  długą  chwilę  myślał  o  sprawach,  które  na  powrót  odżyły  w 
pamięci... 

Ta  linia  chmur...  tak  podobna  do  zagiętego,  ziemnego  ołtarza.  Na  jego  szczycie  kępa 

grzybów. Noc. Zjadł gorzkie ziele i słuchał pieśni i bębnów. Przekazywano sobie grzechotkę i 
wachlarz z piór. Przed oddaniem regaliów każdy z uczestników rytuału śpiewał cztery pieśni. 

background image

Zanim przyszła jego kolej, odczuwał już straszliwe znużenie. John Rave powiedział kiedyś, że 
to efekt peyotlu. Czuł suchość i ucisk w gardle. Nie wiedział, które z tych reakcji są duchowe, 
a które fizjologiczne. 

W jego życiu trwał właśnie wyjątkowo niezwykły okres. Wyjechał na studia. Dawne życie 

nie  wydawało  się  już  właściwe,  ale  nowe  także  nie.  Pojmował,  czemu  Kościół  Rdzennej 
Ameryki trafia do wielu, którzy żyją w poczuciu zawieszenia pomiędzy dwoma światami. Ale 
uczęszczał  także  na  wykłady  z  antropologii  i  czuł,  jak  wąskie  ostrze  obcości  —  niby  klinga 
noża — już teraz, po kilku zaledwie tygodniach Drogi Peyotlu, wsuwa się pomiędzy niego a 
doświadczane  zjawiska.  Jaskrawe,  kolorowe  halucynacje  bywały  fascynujące,  lecz  on  i  jego 
pragnienie stali z boku. 

Ta noc jednak różniła się od innych. 
Poczuł  to,  przekazując  grzechotkę  i  wachlarz,  a  gdy  podniósł  głowę  zobaczył,  jak  tworzy 

się  tęcza.  Wydawała  się  tu  całkiem  właściwa.  Obserwował  ją  z  zaciekawieniem.  Sprawiała 
wrażenie równocześnie dalekiej i bardzo bliskiej. Dostrzegł, że coś się na niej poruszyło. Dwie 
postaci  —  znał  je  —  szły  po  łuku,  niby  przęsłem  ogromnego  mostu.  Zatrzymały  się  i 
popatrzyły  na  niego.  To  były  Wojownicze  Bliźnięta:  Tobadzischini,  Zrodzony-z-Wody,  i 
Nayenezgani,  Zabójca  Potworów.  Przez  długi  czas  tylko  patrzyli,  aż  wreszcie  pomyślał,  że 
może to jemu tak się przyglądają. Nagłe poruszenie uświadomiło mu, że na lewym ramieniu 
siedzi  wielki,  czarny  ptak:  kruk.  Pod  tęczą  przebiegł  kojot.  Nayenezgani  założył  na  cięciwę 
błyskawicę i uniósł łuk, lecz brat położył mu dłoń na ramieniu i zmusił do opuszczenia broni. 

Kiedy znów spojrzał w lewo, kruk zniknął. Spojrzał przed siebie... tęcza malała, bladła... 
Następnego  dnia  był  słaby  i  dużo  pił.  Procesy  myślowe  wlokły  się  straszliwie  wolno.  Ale 

wizja zachowała ważność. Im bardziej się nad nią zastanawiał, tym bardziej go zdumiewała. 
Czy to w kruka mierzył Nayenezgani, czy w niego? Czy ptak osłaniał go przed Wojowniczymi 
Bliźniętami? A może to bracia próbowali chronić go przed krukiem? 

W świetle niedawnych wykładów z antropologii, cała sprawa była jeszcze bardziej złożona. 

Kruk,  jako  postać  demoniczna,  pojawiał  się  w  pewnych  legendach  Ludu,  szczególnie  w 
okolicach Navajo Mountain, Mostu Tęczy i Kanioniu Piute. Ale przecież nie zawsze tak było, 
choć nikt z żyjących nie sięgał pamięcią do dni, gdy wszystko wyglądało inaczej. 

Kruk  był  ważnym  bóstwem  dla  ludu  Tlingit-Haida,  na  północno-zachodnim  wybrzeżu 

Pacyfiku, a plemię to używało języka z grupy athabaskańskiej. Navajo i ich krewniacy, Apacze, 
także  mówili  językiem  athabaskańskim,  jako  jedyni  poza  obszarem  północno-zachodnim. 
Bardzo dawno temu nastąpiła migracja, która doprowadziła Lud w kaniony i kotliny Arizony, 
Utah,  Colorado,  Nowego  Meksyku.  Oddawali  wtedy  cześć  myśliwskim  bóstwom,  takim  jak 
Kruk,  Górski  Lew  i  Wilk,  towarzyszącym  im  w  długiej  wędrówce  na  południe.  Lud  jednak 
osiedlił się i zmienił obyczaje. Navajo żyli w ścisłym związku z konkretnym terytorium. Uczyli 
się  rolnictwa  od  Zuni  i  Pueblo,  tkactwa  od  Hopi,  a  później  hodowli  owiec  od  Hiszpanów.  A 
gdy obyczaje uległy przemianie, bogowie dawnych dni odeszli w mrok. Kruk — Czarny Bóg, 
jak go nazywano — stoczył nawet nierozstrzygnięty pojedynek z Nayenezgani, pomiędzy San 
Francisco Peaks a Navajo Mountain. Dlatego Kruk był postacią z odległej przeszłości, czczony 
wtedy, gdy Navajo byli bardziej narodem łowców, niż pasterzy, farmerów, tkaczy i kowali. 

Droga  Peyotlu,  jak  wiedział,  była  jeszcze  młodsza,  poznana  u  Utów.  A  w  pewien  sposób 

była  nowa  także  dla  tych,  co  zaginęli,  choć  mogła  poruszać  jakieś  historyczne  struny. 
Wierzono,  że  krzyżujące  się  linie  na  ziemi  za  ołtarzem  to  odciski  stóp  Chrystusa.  On  sam 
sądził raczej, że to ogromne ślady ptaka. Wiedział, że nigdy już nie wróci do hoganu Peyotlu, 
gdyż ta droga nie była jego drogą, choć posłużyła, by przekazać ważną wiadomość. Na dobre 
czy złe, został naznaczony łowcą. 

background image

Ukończy szkołę i nauczy się pieśni, które zechce mu przekazać wuj. Nie wiadomo skąd, ale 

czuł  pewność,  że  jedno  i  drugie  okaże  się  ważne  w  łowach,  które  kiedyś  przeprowadzi. 
Szanując  stare  obyczaje  pozna  nowe  —  najstarsze  i  najnowsze  —  i  nie  ma  w  tym 
sprzeczności,  ponieważ  Navajo  jest  jednym  z  najlepiej  adaptujących  się  stworzeń  na  Ziemi. 
Hopi,  żyjący  niedaleko,  tańczyli  i  modlili  się  o  deszcz.  Jego  rodacy  nie.  Woleli  trwać  w 
harmonii ze środowiskiem, niż je kontrolować. Pueblo, Zuni i Hopi mieszkali stłoczeni razem, 
jak bellicanos w swoich blokach. Jego rodacy nie. Żyli z dala od siebie, a rodziny same dbały o 
swoje  potrzeby.  Inne  szczepy  do  własnych  języków  włączały  słowa  bellicano,  będące 
nazwami  nowych  rzeczy.  Mowa  Navajo  nawet  w  dwudziestym  wieku  ewoluowała,  by 
opisywać  zmieniające  się  czasy.  Ponad  dwieście  nowych  słów  określało  części  silnika 
spalinowego. Uczyli się od Anglików, Hiszpanów, Pueblo, Hopi i Zuni. Płynęli, adaptowali się, 
a jednak pozostawali sobą. Nie bez powodu uważali się za potomków Zmiennej Kobiety. 

Tak,  pozna  to,  co  stare  i  to,  co  nowe,  powiedział  sobie.  A  Czarny  Bóg  będzie  mu 

towarzyszył w łowach. 

Tak  się  stało.  Jednak  nie  liczył  na  tak  wiele  zmian  wśród  Ludu,  w  tym  zdeformowanym 

czasie  swej  nieobecności.  Pozostali  Ludem,  różnym  od  wszystkich  innych.  Lecz  dla  nich 
tempo przemian było inne, niż dla niego. 

Rozumiał teraz, patrząc na świat ze szczytu Mount Taylor, że Czarny Bóg, który go wybrał, 

dotrzymał obietnicy. Uczynił go największym łowcą tej ery. Lecz teraz wycofał się, a jego czas 
minął.  To  zbyt  wiele  wysiłku  dla  pojedynczego  człowieka,  by  dostosowywać  się  wciąż  na 
nowo.  Lud  jako  całość  był  tworem  organicznym  i  miał  dość  czasu  na  powolną  adaptację. 
Niech tak będzie. Jego schemat został już wykreślony. Może dobrze byłoby opuścić go teraz, 
wśród piękna, i umrzeć jak legenda, którą się stał. 

Rozpoczął górską pieśń tego miejsca. Staccato słów spłynęło na jego świat. 
Dzień  trwał,  a  chmury  w  dole  stały  się  kolorowym  dymem.  Coś  przeleciało  nad  głową, 

wydając pojedynczy, chrapliwy dźwięk. Później znalazł w pobliżu czarne pióro. Dodając je do 
swojego  jish  w  sakwie  z  nieuszkodzonej  skóry  jelenia,  rozmyślał  nad  wieloznacznością  tego 
znaku.  Czerń,  kolor  północy.  W  tamtą  stronę  podążają  dusze  tych,  którzy  odeszli.  Czarna 
północ, skąd powraca chindi wraz ze wszelkim złem. Czerń to północ, to śmierć. Ale Kruk też 
mógł rzucić czarne pióro, przesłać mu je. A co by to oznaczało? 

Nieważne...  Choć  nie  potrafił  odczytać  całej  głębi  znaczeń,  dobrze  widział  to,  co  na 

powierzchni.  Palcem  wskazującym  nakreślił  kręgi  na  ziemi,  potem  otrzepał  ręce.  Tak. 
Wiedział. 

Mimo to wciąż siedział na tej wyspie na niebie, a dzień płynął wolno w stronę południa. 

Wreszcie  nadeszło  wezwanie,  którego  oczekiwał.  Wiedział,  że  to  Edwin  Tedders,  zanim 
jeszcze usłyszał głos. 

— Billy, robimy się tu trochę nerwowi. Przejrzałeś dane? 
— Tak. 
— Masz jakiś pomysł? 
— Tak. 
— Możesz tu zaraz przeskoczyć? 
— Nie. Nigdzie w okolicy nie ma platformy. 
— To przejedź do jakiejś! Musimy wiedzieć, a nie chcę o tym mówić przez telefon. 
— Nie mogę — odparł. 
— Dlaczego? 
— Ta dama, o którą chodzi, wśród swych cnót może też posiadać zdolność czytania tego, 

co ludzie mają w głowie. Nie chcę, żeby się czegoś od was dowiedziała. 

background image

— Zaczekaj trochę. Zadzwonię jeszcze. 
Po chwili nadeszło kolejne wezwanie. 
— W porządku. To trudna sytuacja. Posłuchaj, cel będzie obok platformy, o jeden skok od 

miejsca, którego nikt tutaj nie zna. Zostanie wysadzona natychmiast po przeskoku. 

— Jeśli zdoła trafić w jego wnętrze... 
— Może tak, a może nie. Ściągamy też ludzi psi. 
— Nie ma ich tak wielu i nie są do końca przewidywalni. Zgadza się? 
— Jest paru bardzo dobrych. I niektórzy są już tutaj. 
— Trafili na coś? 
—  Jeszcze  nie.  A  teraz  do  rzeczy.  Co  planujesz?  Czy  możesz  to  przekazać  w  sposób  tak 

ogólny, żebyśmy mieli jakieś pojęcie, ale nie znali szczegółów, które mogłaby wykorzystać? 

— Nie. 
Chwila ciszy. 
— Chryste! Musimy coś wiedzieć, Billy! Bo będziemy potykać się o siebie. 
— Nie będziecie nawet wiedzieć, czy jestem w pobliżu. 
— Ale będziesz? 
—  Żadnych  szczegółów,  pamiętasz?  Nawet  wasi  psi  mogą  wyciągnąć  je  od  ciebie...  a 

potem ona od nich, jeśli ciebie przeoczy. 

— Jeśli będziesz na terenie, psi bez trudu dowiedzą się wszystkiego od ciebie. 
—  Nie  sądzę.  Ludy  prymitywne  potrafią  czasem  blokować  telepatów.  Widziałem  to  na 

innych światach. Znowu jestem prymitywny. 

— No dobrze. Kiedy weźmiesz się do roboty? 
Billy spojrzał na chylące się ku zachodowi słońce. 
— Wkrótce — zapewnił. 
— Nie możesz ogólnie powiedzieć, co zrobisz? 
— Powstrzymamy ją. 
— Wszedłeś do rodziny królewskiej czy zostałeś wydawcą? A może złapałeś tasiemca? Co 

to za „my”? Musimy wiedzieć, czy wciągasz do sprawy innych ludzi. 

— Nie wciągam do sprawy innych ludzi. 
— Billy, nie podoba mi się to... 
—  Mnie  też  nie,  ale  będzie  zrobione.  Od  tej  chwili  nie  będziesz  mógł  się  ze  mną 

skontaktować. 

— Więc do widzenia... To wszystko. Powodzenia. 
— Do zobaczenia. 
Spojrzał  na  biały  wschód,  błękitne  południe,  żółty  zachód  i  czarną  północ;  pożegnał  je 

także, podobnie jak Święty Lud góry. A potem ruszył zboczem, z jednego świata do innego. 

 

Irokez cię wezwał 
Istoto bez Twarzy. 
Wyruszam sprawdzić, czy to prawda, 
wielki Niszczycielu, 
który krąży wokół i grozi 
włócznią i wzniesionym toporem. 
Stawiam stopy wraz z pyłkiem, 
Gdy idę. 
I dłonie kładę 
wraz z pyłkiem. 

background image

Z pyłkiem poruszam głową. 
Moje stopy, dłonie, moje ciało 
stały się pyłkiem, 
i mój umysł, i nawet głos. 
Trop jest piękny. 
Moja ziemia i mój dom są piękne. 
Aqalani, Dinetah, 
Mój duch wędruje wśród was. 
Idę na spotkanie z Pozbawionym Twarzy. 
Obym szedł nie odczuwając bólu. 
Obym szedł otoczony pięknem. 
Wszystko kończy się pięknem. 
Nie powrócę. 
Bądź spokojny. 

 

A

nn  Axtell  Morris  i  jej  mąż,  archeolog  imieniem  Earl,  przekazali  opowieść  o  dwóch 

franciszkanach,  ojcach  Fintanie  i  Anzelmie,  którzy  w  roku  1909  dotarli  do  Lu-ka-chu-kai, 
miejsca,  gdzie  rośnie  biała  trzcina.  Tam,  na  południe  od  Czterech  Rogów,  w  dzikich 
bezdrożach  gór,  wypoczywali  pewnego  wieczoru,  a  ich  przewodnik  Navajo  wybrał  się  na 
spacer.  Powrócił  z  dużym,  ozdobnym,  ceramicznym  dzbanem.  Ojciec  Fintan,  który  znał  się 
trochę  na  indiańskim  garncarstwie,  rozpoznał  unikalny  charakter  przedmiotu  i  spytał,  skąd 
pochodzi.  Przewodnik  nie  odpowiedział.  Zdradził  tylko,  że  przyniósł  dzban  z  opuszczonego 
miasta  Anasazi,  Pradawnych,  gdzie  stoi  wiele  domów  i  wysoka  wieża.  I  gdzie  wiele  takich 
dzbanów,  niektóre  wciąż  napełnione  kukurydzą,  leży  obok  koców,  sandałów  i  narzędzi. 
Pożyczył  tylko  naczynie,  by  im  pokazać,  ale  musi  je  oddać,  ponieważ  pewnego  dnia 
właściciele  mogą  powrócić.  Ale  gdzie  leży  to  miasto?  Navajo  pokręcił  głową.  Odszedł, 
zabierając  dzban.  Pół  godziny  później  był  z  powrotem.  Zakonnicy  opisali  dzban  Morrisom, 
którzy  odnieśli  wrażenie,  że  pochodzi  z  okresu  Pueblo  III,  szczytowego  okresu  rozwoju 
kultury  południowo-zachodniej.  Sądzili,  że  łatwo  odnajdą  miasto  wiedząc,  że  leży  w 
odległości nie większej niż pół godziny marszu od obozowiska mnichów. Kilkakrotnie ruszali 
na poszukiwania, jednak bez skutku. W 1927 roku Emil W. Haury spędził tam połowę lata, nie 
zdołał  jednak  odnaleźć  zaginionego  Lukachukai.  Obecnie  w  Arizonie  istnieje  miasto,  które 
przyjęło  tę  nazwę.  Wytwarza  się  tam  dywany.  Opowieść  o  opuszczonym,  prehistorycznym 
mieście,  leżącym  w  górach  na  północny  wschód  od  kanionu  de  Chelly  została  uznana  za 
apokryficzną. 

 
 
To  wiatr  dawał  im  życie.  To  wiatr,  wybiegający  z  naszych  ust,  daje  życie  nam.  Kiedy 

przestaje  wiać,  umieramy.  Na  skórze  czubków  naszych  palców  widzimy  ślady  wiatru;  skóra 
pokazuje nam, gdzie wiał wiatr, gdy byli stwarzani nasi przodkowie. 

 

Przełożył z mowy Navajo 

Washington Matthews, 1897 

 

P

latforma  zabrzęczała  i  pojawił  się  kontur  postaci;  gdy  patrzeli,  szybko  wypełnił  się  i 

okrzepł. 

background image

Wysoki,  elegancko  ubrany  mężczyzna  w  średnim  wieku  uśmiechnął  się  i  zstąpił  z 

platformy. 

— Cieszę się, że pana widzę — Edwin Tedders uścisnął mu dłoń i dodał, zwracając się do 

pozostałych: — To Charles Fisher, iluzjonista, mentalista. 

Wskazał  bladą  kobietę,  której  błękitne  oczy  otaczała  siatka  niezwykle  delikatnych 

zmarszczek. Jasne włosy nosiła związane z tyłu. 

— Elizabeth Brooke, malarka i pisarka — przedstawił. — Może czytał pan... 
— Znamy się — przerwał mu Fisher. — Co u ciebie, Elizabeth? 
— Dla odmiany wszystko w porządku — odparła z uśmiechem. — A u ciebie? 
Miała brytyjski akcent i drogi pierścionek na palcu. Wstała, podeszła do Fishera i uścisnęła 

go lekko. 

— Miło cię znowu zobaczyć — powiedziała. 
— Kilka lat temu pracowaliśmy razem — wyjaśniła Teddersowi. — To dobrze, że mogliście 

go sprowadzić. 

— Ja też się cieszę — zapewnił Tedders. — To Mercy Spender... 
Fisher  podszedł  do  krępej  kobiety  o  nalanej  twarzy  i  wodnistych  oczach,  z  siecią 

czerwonych żyłek pod skórą nosa. Wytarła dłoń, nim mu ją podała. Unikała jego wzroku. 

— Mercy... 
— Witam. 
— ...A to Alex Mancin. Pracuje dla Światowej Giełdy. 
Alex  był  niski  i  tęgi,  o  chłopięcej  twarzy  pod  szpakowatymi  włosami.  Oczy  miał  jednak 

spokojne, sprawiające wrażenie głębi. 

— Bardzo mi miło, panie Fisher. 
— Mów mi Charles. 
— Bardzo mi miło, Charles. 
— ...I James MacKenzie Żelazny Niedźwiedź, inżynier satelitarny — mówił dalej Tedders. 
— Jim. 
— Charles. 
James  Żelazny  Niedźwiedź  był  średniego  wzrostu,  potężnie  zbudowany,  miał  długie, 

czarne włosy, ciemne oczy, ciemną cerę i duże, silne dłonie. 

— My także pracowaliśmy razem — oświadczył. — Co u ciebie, Charles? 
— Masa roboty. Później ci opowiem. 
—  I  wreszcie  —  Tedders  wskazał  wysokiego  mężczyznę o  wąskich,  jasnych  oczach,  który 

stał przy barku ze szklanką w dłoni — Walter Sands. Gra w karty i temu podobne. 

Fisher uniósł brwi, po czym skinął głową. 
— Miło mi, panie Sands. 
— I mnie, panie Fisher. 
— To wszyscy — podjął Tedders. — Pozostali oglądali już chipy. 
— Ja także — wtrącił Fisher. 
—  No  tak...  wszyscy  pozostali  wyrazili  już  opinie.  Jak  sądzisz:  potrafisz  wykryć  nadejście 

strageańskiej adeptki? 

—  Nie  jestem  pewien.  Trudno  powiedzieć,  gdy  chodzi  o  obcego  po  pewnym 

przeszkoleniu. 

— Inni stwierdzili to samo. Napijesz się czegoś? 
—  Szczerze  mówiąc,  wolałbym  coś  zjeść.  Przybyłem  z  innej  strefy  czasowej.  Nie  jadłem 

jeszcze kolacji. 

— Naturalnie. 

background image

Tedders podszedł do interkomu, wcisnął klawisz, zamówił posiłek. 
— Podadzą na piętrze — oświadczył. — Proponuję, żebyśmy przeszli na górę i tam podjęli 

odpowiednie  działania.  Będziemy  tam  nieco  bardziej...  odizolowani...  od  wydarzeń,  jakie 
mogą nastąpić. Jeśli więc ktoś ma ochotę na drinka, lepiej niech przygotuje sobie od razu. 

— Napiję się ginu z tonikiem — Mercy wstała. 
— Może lepiej filiżankę herbaty? — spytała Elizabeth. — Jest doskonała. 
— Nie. Wolę gin z tonikiem. 
Podeszła  do  barku  i  nalała  sobie  dużą  szklankę.  Elizabeth  i  Tedders  spojrzeli  na  siebie. 

Tedders wzruszył ramionami. 

— Wiem, co myślicie — oznajmiła Mercy, nadal odwrócona do nich szerokimi plecami. — 

Ale mylicie się. 

Stojący obok niej Walter Sands uśmiechnął się i odwrócił. 
Tedders wyprowadził ich z pokoju. Szli za nim po szerokich schodach. Dotarli do pokoju od 

frontu.  Na  środku  stał  duży  stół,  a  na  nim  jakiś  niewielki  aparat.  Otaczało  go  pół  tuzina 
wygodnych  z  wyglądu  foteli.  Po  lewej  stronie  stała  sofa,  a  pod  bocznymi  ścianami  cztery 
mniejsze  stoliki.  Trzy  platformy  skokowe,  z  których  każda  mogła  zmieścić  dwie  osoby, 
umieszczono naprzeciw drzwi. Tedders zatrzymał się w progu i skinął w głąb korytarza. 

— Charles — powiedział. — Drugie drzwi na lewo to twoja sypialnia. 
Odwrócił się. 
—  Rozgościć  się.  Tutaj  będziecie  pracować.  Dwie  osoby  mają  tu  przebywać  i  uważać  na 

obcego.  Reszta  może  odpoczywać.  Podzielcie  się  jak  chcecie  i  opracujcie  własny  plan 
dyżurów. To urządzenie na stole to alarm. Przycisk uruchamia brzęczyki w całym domu. Jeśli 
usłyszycie  je  w  swoich  pokojach,  budźcie  się  szybko  i  biegnijcie  tutaj.  Jeśli  wszystko  inne 
zawiedzie, możecie skorzystać z platform skokowych... 

— Chwileczkę — przerwał mu Alex Mancin. — Wszystko to jest, naturalnie, bardzo ważne. 

Ale właśnie podniosłeś kwestię, nad którą zastanawiam się od pewnego czasu. Inni zapewne 
także.  Dokładnie:  jak  daleko  sięga  nasza  odpowiedzialność?  Powiedzmy,  że  wykryjemy 
obcego i ogłosimy alarm. Co potem? Jestem telepatą, ale potrafię też przesyłać myśli innym, 
niekoniecznie  telepatom.  Zdołałbym  może  przesłać  tej  istocie  rozpraszające  obrazy  czy 
nieprzyjemne emocje. Inni potrafią chyba coś innego. Nie wiem. Czy mamy próbować? 

— Słuszne pytanie — zgodził się Walter Sands. — Potrafię wpłynąć na wynik rzutu kostką. 

Może mógłbym działać na czyjeś nerwy wzrokowe. Szczerze mówiąc, wiem, że mogę. Umiem 
wywołać  chwilową  ślepotę.  Czy  powinienem  próbować?  Czy  raczej,  kiedy  już  wykryjemy 
przeciwnika, mamy zostawić obronę tym twardym facetom? 

—  Nie  możemy  prosić,  byście  narażali  życie  —  odparł  Tedders.  —  Z  drugiej  strony,  jeśli 

zdołacie  dokonać  czegoś  w  tym  rodzaju,  bardzo  nam  pomożecie.  Tę  część  pozostawiam 
waszej decyzji. Ale im więcej zrobicie, tym lepiej, choćby miał to być tylko pożegnalny strzał. 

— Przy pewnej okazji Charles i ja złączyliśmy moc naszych myśli, by przesłać wiadomość w 

wyjątkowo trudnych okolicznościach — powiedziała Elizabeth. — Co by się stało, gdybyśmy 
spróbowali tego wszyscy i skierowali emisję w obcą? 

— Sami musicie to sprawdzić. Jeśli jednak chcecie spróbować, to nie walcie we wszystko 

bez różnicy. Spodziewam się pomocy z zewnątrz. 

—  Szybko  się  nauczymy  rozpoznawać  strażników.  Jeśli  już  tego  nie  wiemy  —  zapewnił 

Sands. 

— Od czasu do czasu możecie przechwycić myśli kogoś, kto nie jest strażnikiem. Nie chcę, 

żebyście próbowali mu wysmażyć płaty czołowe tylko dlatego, że wydaje się trochę inny. 

— O co ci chodzi? Kto to jest? — dopytywała się Mercy. — Lepiej, żebyśmy wiedzieli. 

background image

—  Nazywa  się  William  Czarny  Koń  Pieśniarz  i  jest  indiańskim  tropicielem  z  plemienia 

Navajo. Jest po naszej stronie. 

— Czy to ten sam, który w pojedynkę zaopatrzył to kosmiczne zoo w Kalifornii? — spytał 

James Żelazny Niedźwiedź. 

— Tak. 
— Co konkretnie zamierza zrobić? 
— Nie jestem pewien. Ale mówił, że nam pomoże. 
Wszyscy patrzyli na Teddersa. 
— Dlaczego nie wiesz? 
—  On  sądzi,  że  obca  też  może  być  telepatą.  Nie  chce  ryzykować,  że  odczyta  plany  z 

naszych myśli. I uważa, że sam potrafi zablokować telepatę, przynajmniej czasami. 

— Jak? — zdziwił się Sands. 
— To ma coś wspólnego z myśleniem na sposób prymitywny. Nic z tego nie zrozumiałem. 
— Gwiezdny Tropiciel — mruknął Żelazny Niedźwiedź. — Czytałem o nim jako dzieciak. 
— To twój krewny albo co? — Fisher usiadł w jednym z foteli. 
Żelazny Niedźwiedź pokręcił głową. 
—  Mój  ojciec  był  Siouxem  z  Montany.  On  to  Navajo  z  Arizony  albo  Nowego  Meksyku. 

Niemożliwe. Ciekawe, jak się myśli prymitywnie. 

W  drzwiach  stanął  człowiek  z  tacą.  Tedders  skinął  głową  w  stronę  Fishera.  Mężczyzna 

podał  mu  tacę  i  zdjął  serwetkę.  Fisher  zaczął  jeść.  Żelazny  Niedźwiedź  usiadł  naprzeciwko. 
Elizabeth wybrała fotel po prawej ręce Fishera, Sands po lewej. Mancin i Mercy usiedli obok 
Żelaznego Niedźwiedzia. 

— To chyba wszystko — oświadczył Mancin. — Teraz musimy sobie to omówić. 
—  Nie  macie  nic  przeciw  temu,  że  nagramy  waszą  dyskusję?  —  spytał  Tedders.  —  Do 

późniejszego wykorzystania. 

Sands uśmiechnął się. Z sałatki Fishera uniosła się oliwka i popłynęła w stronę jego dłoni. 
—  Jeśli  dysponujecie  urządzeniem  zdolnym  do  nagrania  tej  narady,  będę  bardzo 

zdziwiony — stwierdził Mancin. 

—  Och...  W  takim  razie  nie  ma  powodu,  bym  wam  nadal  towarzyszył.  Ile  potrzebujecie 

czasu? 

— Mniej więcej godzinę — odparł Mancin. 
—  Czy  mógłbyś  przysłać  tu  duży  dzbanek  kawy  i  parę  kubków?  —  zapytał  Żelazny 

Niedźwiedź. 

— I trochę herbaty — dodała Elizabeth. 
— Oczywiście.  
— Dzięki. 
Tedders ruszył do drzwi. 
Mercy Spender spojrzała na pustą szklankę, zaczęła coś mówić i zrezygnowała. Elizabeth 

westchnęła. Sands gryzł oliwkę. Żelazny Niedźwiedź splótł palce. Nikt się nie odzywał. 

 

— 

P

odobno  wy,  Papagosi,  znacie  pieśni  mocy,  które  dają  wam  władzę  nad  wszystkimi 

rzeczami. 

— Podobno. 
— Więc to nieprawda? 
— Nie mamy władzy nad minerałami pod naszym terytorium. 
— Dlaczego nie? 

background image

— Nie jesteśmy Navajo. 
— Nie rozumiem. 
— Navajo mają pakt z rządem, a pakt daje prawa do minerałów. 
— A wy nie macie? 
— By zawrzeć pakt z rządem, najpierw trzeba stoczyć z nim wojnę. Nigdy nie patrzeliśmy 

w przyszłość, nie dostrzegaliśmy dobrodziejstw wojny i żyliśmy w pokoju. Pakt jest silniejszy 
od pieśni mocy. 

— Mówisz o tym, jakby chodziło o grę w karty. 
— Navajo w kartach też oszukują. 
 

 

 
—  Kojocie,  poznałeś  tajemnicę  miejsca  płynącej  wody.  Porwałeś  dziecko  Wodnego 

Potwora,  którego  tam  znalazłeś.  W  rezultacie  igrania  z  tymi  mocami,  uwolniłeś  powodzie, 
katastrofy,  wstrząsy  natury.  Te  prowadziły  do  śmierci,  chaosu  i  szaleństwa  wśród  Ludu. 
Dlaczego to uczyniłeś? 

— Tak, dla żartu. 
 

 

 
—  Jak  rozumiem,  kobieta  Begochidi,  Begochidi,  Mówiący  Bóg  i  Czarny  Bóg  stworzyli 

zwierzęta łowne i dlatego sprawują władzę nad polowaniem? 

— Tak. Jeśli zechcą, mogą pomóc łowcy. 
— Ale nie polujecie już tak często, jak kiedyś. 
— To prawda. 
— Więc mają teraz mniej roboty. 
— Przypuszczam, że potrafią znaleźć sobie jakieś zajęcie. 
—  Chodzi  mi  o  to,  czy  są  to  pełne  parametry  ich  funkcji  jako  istot  totemicznych  w 

kontekście waszej współczesnej struktury plemiennej? 

— Nie bardzo rozumiem. 
— Czy nic więcej nie robią? 
— Robią. Mszczą się na antropologach, którzy powtarzają kłamstwa o naszym narodzie. 
 

 

 
W  samym  środku  mojego  domu  z  żółtej  kukurydzy  staję  i  powiadam:  jestem  Czarnym 

Bogiem, który przemawia do ciebie. 

Przybywam i staję u stóp północy. I powiadam: 
W dół, ze szczytu Góry Ciemności, która  wyrasta  przede mną,  powstaje i  zbiega do mnie 

kryształowa łania. 

Od  racicy  do  nogi,  od  ciała  do  głowy  wchodzi  w  mą  dłoń,  a  za  nią  zwierzyna  wszelkiego 

rodzaju.  Kiedy  ją  przyzywam,  kiedy  modlę  się  o nią,  przychodzi  do  mnie,  a  za  nią  zwierzyna 
wszelkiego rodzaju.
 

Jestem Czarnym Bogiem, który do ciebie przemawia. Stoję u stóp północy. 
Przychodzą do mnie z Góry Ciemności. 
 
 

background image

Merc y  Spend er  
 

urodzona w nielegalnej gorzelni w Tennessee, 
osierocona w wieku 5 lat, 
wychowana przez ekscentrycznie religijną ciotkę ze strony matki 

& jej męża policjanta, 
który był milkliwy & nosił wąsy, 
lubił kręgle & wędkarstwo 
& śpiewał w amatorskim kwartecie, 

wraz z dwoma starszymi dziewczynkami 

& chłopcem, Jimem, który zgwałcił ją w wieku 11 lat, 
obecnie agentem handlu nieruchomościami, 

w wieku 12 lat straciła chęć dalszej edukacji, 
śpiewała w chórze kościelnym 
& później w barze zwanym Trixie, 
przeżyła kilka nużąco podobnych romansów, 
zaczęła pić w wieku 19 lat, 
w wieku 20 lat odkryła radości Kościoła Ducha, 

gdzie rozkwitły jej niezwykłe zdolności 
krótko przed trafieniem 
do odwykowego sanatorium w Południowej Karolinie, 
gdzie odnalazła spokój 
pod osłoną grupy terapeutycznej, 

kolejne 12 lat spędziła śpiewając, grając na organach, 
głosząc kazania & udzielając pociechy w Kościele 
& pijąc & wracając do grupy terapeutycznej 
w poszukiwaniu spokoju & osłony & odwyku, 
& śpiewając & pocieszając & pomagając & głosząc 
& odwykając & 
rozumiemy, siostro, spocznij z nami, 
tacy sami pod skórą, wszyscy 

 
 
Alex M ancin  
 

urodzony w New Bedford, 
uczęszczał do kilku szkół prywatnych, 
radził sobie dobrze, choć nie starał się zbytnio, 
w  wieku  11  lat  opanował  skomplikowaną  grę  komputerową  modelującą  ekonomię  świata, 
J.D., Yale, M.B.A., Harvard Business School, 
przeszedł przez trzy małżeństwa, 
radził sobie gorzej, choć nie starał się ani trochę bardziej, 

w wieku 36 lat 

ojciec dwóch synów (bliźnięta) & trzech córek 

dla których żywi tyle uczucia 
co dla kogokolwiek innego, 

świadom opinii innych o sobie 

background image

z powodu niezwykłego wyczulenia na myśli 
& właściwie wcale się nie przejmuje, 

namiętnie dogląda stada włoskich chartów, 

jak Fryderyk Wielki, którego także podziwia, 
& bardziej go interesują procesy myślowe psów 
niż ludzi, 

absolutny mistrz rynku monetarnego, 
bogaty jak Krezus, 
rzadko wpada w gniew & bardzo rzadko wybacza, 
dba o swój wygląd & ubranie 
od czasu do czasu zastanawia się, czy czegoś 

nie traci, poszukuje — co dwa, może trzy lata 
(bezskutecznie) 
utraconych spełnień 
wśród orgii obcowania ze sztuką 
& przelotnych romansów 
z bardzo młodymi kobietami 

wysoce inteligentny i częściowo odrętwiały 
część każdego, 
nikt nie jest pełny, bracie 
chyba że razem, 
jak teraz 

 
 
Charle s Dick ens Fi sh er  
 

urodzony w Toronto, ojciec lekarz, matka socjolog, 
we wczesnym dzieciństwie zafascynowany iluzją 
urządzał pokazy magii dla sióstr, Peg & Beth, 
był dobrym, choć nie wybitnym uczniem, 
przeczytał biografie wielkich iluzjonistów 

Houdina, Thurstona, Blackstone’a, 
Dunningera, Houdiniego, Henniga, 

odkrył, że sam potrafi tworzyć iluzje 

nie korzystając z innego sprzętu 
niż własny, potężny umysł, 

porzucił szkołę & zaczął występować 

wbrew życzeniom rodziców, 

zyskał sławę jako showman w występach na żywo 

(jego iluzje nie dały się filmować), 

w późniejszym okresie zaangażowany przez agencję rządową 

w związku z niezwykłym wyczynem mentalnym, 
którego w efekcie próbował, 

wykonywał następnie rozmaite zadania związane z bezpieczeństwem 
dla rządu i poza nim, 

nigdy nie był żonaty, zawsze twierdził, 
że życie, jakie prowadzi, nazbyt pochłania 

background image

jego czas & energię, 
że nie zmieni się 
& nie chce być nieuczciwy 
wobec drugiej osoby 
zamykając ją w wolnej kratce 
swego rozkładu zajęć, 

w istocie obawia się zbyt silnego uzależnienia 

od innego człowieka 
lub rezygnacji z emocji 
jakie wywołuje uwaga publiczności, 

dysponuje współczuciem pełnego empaty, 
ma kilku dobrych przyjaciół & wielu znajomych, 
jest świadom własnych braków 

& często drwi z siebie, 

w okolicach świąt staje się sentymentalny, 
nadal pomaga finansowo siostrom & ich dzieciom, 
nigdy do końca nie pogodził się z rodzicami, 
czasami nienawidzi siebie za rozczarowanie 

ale oto jesteśmy 
kim jesteśmy 
& świadomi tego, 
znajdujemy schronienie 
& odpływa ból 
 
 
Walter  Sand s  
 

porzucił dom w wieku 14 lat, 

po oślepieniu ojczyma, który go bił, 

wiedział, że posiada moc & potrafi sobie radzić, 
duży jak na swój wiek, 
wygrywał w większości bójek 

(z niewielką pomocą swych uzdolnień) 

& większości gier losowych 

(jak wyżej), 

rzadko miał stałą prace 

chyba że dla stworzenia pozorów, 

w wieku 18 lat zaciągnął się do Patrolu Perymetru, 
międzynarodowej służby kosmicznej w rodzaju Straży Przybrzeżnej 

na 4 lata 
ponieważ chciał zobaczyć 
jak Tam jest, 

był ogólnie lubiany, 
mógł zostać oficerem, gdyby zechciał pozostać w służbie, 
ale nie zechciał, 

gdyż zobaczył to, co chciał zobaczyć 
& to mu wystarczyło, 

background image

wyrósł na przystojnego, smagłego mężczyznę, 
unikał bliskich związków emocjonalnych 

choć lubił ludzi 
pojedynczo & w grupach, 

tylko raz 
ożenił się w wieku 28 lat, rozwiódł w wieku 30, 

jedna córka, obecnie 16-letnia, Susannah, 
której fotografię nosi przy sobie, 
& to mu wystarczyło, 

lubi sport, podróże & powieści historyczne, 
rzadko poświęca się czemuś bez reszty, 
jest całkowicie areligijny, 

ale przestrzega 
osobistego kodeksu, między innymi honorowego, 
który naruszył najwyżej 6 czy 7 razy 
& zawsze miał wyrzuty sumienia 
potem, 

na ogół godny zaufania, choć rzadko komuś ufa 

gdyż widział wnętrza 
zbyt wielu umysłów, 

jeżeli już cierpi 

to z powodu wrażenia, że życie jest 
& zawsze będzie 
zbyt bezpieczne & nudne, 
dlatego podejmuje ryzykowne zadania, 
które zwykle okazują się całkiem bezpieczne, 
co budzi lekkie rozczarowanie 
ten może się okazać 
bardziej interesujący, 
szczęśliwy bracie, 
jeśli nie pokój 
to adrenalina 
z tobą 
 
 
Elizabeth  Brook e  
 

córka Thomasa C. Brooke’a, malarza, rzeźbiarza 

& Mary Manning, pianistki, pisarki, 

młodsza z dwóch córek, 
we wczesnym dzieciństwie wykazywała zdolności plastyczne & literackie, 
każdego lata wyjeżdżała z rodziną na wakacje 

do Francji, Irlandii 
lub do Luna City, 

studiowała w Szwajcarii & w Pekinie, 
poślubiła Arthura Brooke’a (swego kuzyna) 

w wieku 24 lat, 

background image

owdowiała w wieku 25 lat, 
bezdzietna, 
poświęciła się pracy społecznej 

na Ziemi & poza 
przez kolejne 6 lat 
a jej rozwijający się talent 
wywoływał radość & smutek, 

powróciła do pisarstwa & malarstwa 

demonstrując zdumiewającą zdolność percepcji, 
zrozumienie ludzkiej natury 
& opanowanie warsztatu, 

przez ostatnie 6 lat pozostawała w związku 

ze znanym parlamentarzystą, 

zawsze czuła się pośrednio odpowiedzialna za śmierć Arthura 

ze względu na liczne 
nieprzyjemne spory 
jakie nastąpiły, gdy odkryła jego skłonności 
homoseksualne 
ciepłem 
i całkowitym zrozumieniem 
osłonimy cię, siostro 
przed 
niezmienną przeszłością 
 
 
Ja m es M acK enzi e Że lazny  Niedźwi edź  
 

pół Szkot, pół Ogala Sioux, 
urodzony na terenie rezerwatu, 
rodzice rozstali się szybko, 
wychowany przez matkę w Bloomington, stan Indiana, 

& Edynburgu w Szkocji, 
gdzie pracowała na uniwersytetach 
jako pracownik obsługi, 

wykazywał zdolności techniczne 

& telepatyczne 
zanim skończył 5 lat, 

rzadko odwiedzał krewnych ze strony ojca, 
doskonały gracz w baseball & piłkę nożną, 
mógł przejść na zawodowstwo 

ale wolał mechanikę, 
którą studiował 
korzystając ze stypendium sportowego, 

najlepszym przyjacielem jest eskimoski chłopiec z Point Barrow, 

podczas nauki w college’ach 
wspólnie spędzali letnie wakacje na Alasce 
jako strażnicy w Parku Narodowym 

background image

Brama Arktyki, 

ojciec jedynego syna, obecnie nastoletniego 

& mieszkającego w Anchorage, 

później służył w Patrolu Perymetru 

gdzie jego zdolności telepatyczne 
zwróciły uwagę agentów rządowych, 

zwerbowali go do okazjonalnych zadań 

podobnych do tych, 
które wykonywał dla nich Charles Fisher, 
tam właśnie poznał Fishera 
& zaprzyjaźnił się z nim, 

do chwili obecnej odpracował 5 osobnych 

rocznych kontraktów jako inżynier kosmiczny, 
spędził pół roku na orbicie, 

przebywa na urlopie w trakcie szóstego, 

oczekując na rozwód z siostrą Fishera, Peg, 
która pracuje w tej samej firmie 
& mieszka w wielkiej dziurze 
Port O’Neill 
z ich córką, Pamelą, 

zeszłego lata był na pogrzebie ojca 

& ze zdziwieniem stwierdził, że odczuwa głęboki żal, 
ponieważ nie miał okazji go poznać, 

nagle postanowił rzucić wszystko 

& studiować muzykę, 
rozpoczął przedsięwzięcie, 
kiedy wytrzeźwiał miesiąc później 
& realizował je pilnie 
do nadejścia tego wezwania, 

coraz częściej myślał 

o swym skurczonym ojcu 
leżącym w wyszywanej paciorkami skórzanej kurtce, 
& o synu, 
którego nie widział od lat 
podejdź bliżej, bracie 
gdzie my, którzy 
jesteśmy więksi niż jednostka 
potrafimy zrozumieć więcej 
i wchłonąć więcej bólu 
 

D

obrze,  że  chcesz  iść  wśród  piękna,  z  pięknem  wokół  siebie,  mój  synu.  Ale  łowca  nie 

powinien  podczas  łowów  odmawiać  modlitw  Drogi  Błogosławieństwa,  gdyż  wszystkie  mają 
na  końcu  błogosławieństwo  życia,  a  ty  potrzebujesz  modlitwy  śmierci.  To  do  Mówiącego 
Boga musisz się zwrócić, i do Czarnego Boga: Aya-na-ya-ya! Eh-eh-eh! Oto czas podrzynania 
gardeł!  Na-eh-ya-ya!  Wydarza  się  w  świętym miejscu,  podrzynanie  gardeł!  Ay-ah, na-ya-ya! 
Podrzynanie  gardeł  wydarza  się  teraz  w  świętym  miejscu!  Na-ya-ya!  Oto  czas  podrzynania 

background image

gardeł! Ya-eh-ni-ya! 

— Nie zawsze życie jest tym, co trzeba błogosławić. 
 

N

oc. Stoi przed ścianą pola siłowego. Obserwuje, jak rozwija się skała. 

Są chmury w twoim umyśle, łowco. 
Wiele jest rzeczy w moim umyśle, Kocie. 
Przyszedłeś. Czy zawarliśmy umowę? 
Zrób, o co cię prosiłem, a ja zrobię to, o co ty prosiłeś. 
A więc zawarliśmy umowę. Wypuść mnie. 
To zajmie najwyżej minutę. 

Postać wyrosła, zmieniona w białą kolumnę; pojedyncze, fasetowe oko popłynęło w górę. 

Billy  Pieśniarz  stanął  przed  skrzynką  mieszczącą  układy  sterowania.  Otworzył  pokrywę  i 
obniżył potencjał pola. 

Podstawa kolumny rozszczepiła się, a przednie kończyny wyodrębniły z głównej masy. Na 

szczycie  wyrosła  obła  bryła,  a  oko  stanęło  w  jej  centrum.  Rozwidlone  segmenty  nabrały 
kształtu nóg. Zwężenie w połowie wysokości zmieniło się w talię. Głowa uległa wydłużeniu i 
trochę przypominała wilczą. Poszerzyły się ramiona, pogrubiały ręce i nogi. Nadwyżka masy 
przesunęła się w tył, przybierając formę szerokiego ogona. Człekopodobny twór był wysoki, 
ponad  dwa  metry,  i  stawał  się  coraz  ciemniejszy.  Szedł  przed  siebie  z  gracją,  sugerującą 
wcześniejsze próby tej postaci. 

Bezgłośnie, mimo swej masy, opuścił klatkę i stanął przed człowiekiem. 
Sugeruję,  żebyś  włączył  ekran.  Dzięki  temu  może  minąć  kilka  dni,  zanim  odkryją  moją 

nieobecność. Przyzwyczajałem ich do takich sytuacji przyjmując formy elementów otoczenia, 
czasami na parę dni bez przerwy.
 

Pomyślałem o tym, odparł Billy. Ale chciałem popatrzyć, jak się zmieniasz. 
Wywarłem wrażenie? 
Owszem.  Robisz  to  szybko,  stwierdził  w  myślach,  uruchamiając  pole.  Chodź.  Zaprowadzę 

cię  do  platformy  skokowej.  Będziesz  musiał  obciążyć  mój  numer  bez  mojej  karty,  a  to 
wymaga potwierdzenia z punktu docelowego. Ja muszę przeskoczyć pierwszy i...
 

Wiem,  jak  to  działa.  Przez  długi  czas  moim  jedynym  zajęciem  były  myśli  twoich 

współplemieńców. 

Chodźmy więc. 
Billy odwrócił się i ruszył wzdłuż hali. 
Pokazujesz  mi  plecy.  Nie  obawiasz  się,  że  skoczę  na  ciebie  i  rozerwę?  Czy  może  twoje 

działania są zaplanowane? 

Czuję, że pragniesz zmierzyć się ze Strageanką. Zabij mnie teraz, a ta możliwość będzie dla 

ciebie stracona. 

Cień,  tak  cichy  jak  on  sam  —  nieco  bardziej  człekokształtny  niż  przed  chwilą,  a  więc  i 

bardziej obcy — szedł obok, po lewej stronie. Wyrównał krok, ruchy ramion, wszelkie rytmy. 
Wyczuwał  jego  siłę,  gdy  płynęli  przez  halę.  Mieszkańcy  mijanych  klatek  poruszali  się 
niespokojnie,  czy  to  przez  sen,  czy  na  jawie.  Billy  wyczuwał  lekkie  rozbawienie  w  obcym 
umyśle  u  swego  boku...  a  potem  sygnał  „Żegnajcie!”,  który  pobudził  zwierzęta  do 
gorączkowej aktywności. 

Wyszli na zewnątrz. Wciągnął do płuc nocne powietrze. Stwór obok niego opadł na cztery 

łapy, potem odbiegł, kryjąc się w cieniu i wynurzając w nieoczekiwanych miejscach. 

Gdzieś  przed  nimi  zaszczekał  pies  —  dźwięk  urwał  się  nagle  wśród  krótkich  odgłosów 

background image

szarpaniny. Billy nie zwolnił kroku, wiedząc — dzięki innym niż wzrok zmysłom — że Kot jest 
przy nim przez całą drogę do platformy. 

To  tutaj,  powiedział.  Uruchomię  aparaturę.  Przeskoczę  do  małej  platformy  publicznej, 

kilka  mil  od  miejsca,  którego  mamy  pilnować.  Jeśli  po  tej  stronie  cokolwiek  uniemożliwi  ci 
przeskok, użyję komunikatora. Jeśli nie, bądź gotów by ruszać za mną.
 

Skrawek  cienia  wysunął  się  z  mroku  i  popłynął  ku  niemu.  Miał  teraz  bardziej  ludzkie 

proporcje,  a  z  własnej  masy  ukształtował  coś,  co  mogło  uchodzić  za  długi,  czarny  płaszcz. 
Wielkie,  fasetowe  oko  tkwiło  zagłębione  w  głowie  i  zamaskowane  mostkiem  tkanki  tak,  by 
sprawiało wrażenie pary błyszczących, normalnie umieszczonych oczu. 

Kiedy  się  tak  zastanawiam,  Billy  spojrzał  na  niego  uważnie,  dochodzę  do  wniosku,  że 

potrafisz przejść, nawet jeśli ktoś by się tu zjawił. 

Dostrzegam  kierunek  twych  myśli,  choć  niezbyt  wyraźnie.  Uformuję  coś,  co  będzie 

przypominać  parę  ciemnych  okularów  i  spróbuję  wywołać  ubarwienie  bardziej  podobne  do 
ludzkiej skóry. Dlaczego twoje myśli są tak niewyraźne?
 

Ćwiczę,  by  wyprowadzić  w  pole  naszego  wroga,  wyjaśnił  Billy  i  wszedł  na  platformę. 

Zobaczymy się wkrótce. 

Na pewno. Nie dam się zgubić tak łatwo, tropicielu. 
Obserwował,  jak  Billy  manipuluje  przyciskami  i  znika  we  wnętrzu  urządzenia.  Potem 

wszedł sam. Wyciągnął to, co stało się jego prawą ręką i przykrył szczelinę, w którą niedawno 
Billy  wsunął  swoją  kartę.  Część  kończyny  wpłynęła  do  otworu  i  badała  jego  wnętrze.  Gdy 
nadeszło wezwanie, cofnął ją i pozwolił się przetransportować. 

Dziwne, ta pieśń w jego myślach. Czy jest coś w miejscu pomiędzy miejscami, co może tak 

śpiewać o mrozie i żelazie, ogniu i ciemności? Minęła chwila, i zniknął on i jego wspomnienia. 

 
Pomiędzy światami, idąc. 
Pomiędzy światami, idąc. 
Pomiędzy światami, idąc. 
Pomiędzy światami, idąc. 
Istnieje coś 
przede mną, za mną, 
po prawej i po lewej, 
powyżej i w dole. 
Ze wszystkich stron. Co 
to jest? 
 

A

lex  Mancin  uderzył  w  przycisk,  gdy  tylko  wykrył  obecność.  Ułamek  sekundy  później 

Walter Sands wyciągnął dłoń w tym samym kierunku. We wszystkich korytarzach rozległo się 
buczenie alarmu, a światła zalały trawniki wokół domu. 

Tak 

Mary Spencer dołączyła do nich po chwili, siadając na łóżku 

Wyczuwam ich 

Ich? 

wtrącił Fisher, odkładając książkę 

Jest tylko jeden 

Człowiek 

włączył się śpiący Żelazny Niedźwiedź 

background image

porusza się dziwnie 
w pobliżu 
Pieśniarz 
bez wątpienia 
Nie człowiek 
stwierdziła Elizabeth, ścigając sny o delfinach 
Coś innego 
istota pełna nienawiści 
płynie 
Razem więc 
wtrącił Sands 
zbadajmy to 
Tak 
ruszamy razem 
Tam jest człowiek 
Teraz zanika 
i jeszcze coś 
obca istota 
wie o nas 
także zanika 
wraz z człowiekiem 
istota nie jest tą 
której szukamy 
ściga 
z człowiekiem 
naszego wspólnego wroga 
cofa się teraz 
wyczuła nas 
znamy jej podpis 
Podążymy za nią? 
wyłączyć alarm 
przyjdą strażnicy 
musimy złożyć raport 
Ja pójdę 
stwierdziła Mercy oddalając się 
za zwierzęciem 
jeśli zdołam 
a ja za człowiekiem 
odpłynął Żelazny Niedźwiedź 
choć trop 
obawiam się 
jest już zakryty 
rozstajemy się zatem 
złożymy raport 
Martin i Sands, rozdzielając się 
 
Następnego  dnia,  wśród  kępy  drzew,  mniej  więcej  czterdzieści  metrów  od  drogi,  Billy 

background image

Pieśniarz  siedział  nad  lodowatym  strumieniem  oparty  o  wielki,  ciepły  głaz.  Jadł  kanapkę  z 
mięsem,  przyglądał  się  ptakom,  nasłuchiwał  głosu  wiatru  i  obserwował  zachowanie  małej 
wiewiórki w dolnych gałęziach drzewa rosnącego trochę wyżej, po prawej stronie. 

Coś poluje w pobliżu, poinformował go tamten. 
Tak, wiem, odparł w myślach. 
Coś dużego. 
To wiem także. 
Idzie w naszą stronę. 
Tak. Co to jest? 
Nie wiem. Wejdź do środka. Popatrzymy. 

Billy wstał bezgłośnie. Głaz rozpadł się pośrodku, pionowo, i otworzył jak postawiona na 

sztorc  muszla.  Gdy  patrzył,  jama  wewnątrz  rosła,  a  zewnętrzne  ściany  wyginały  się 
proporcjonalnie. Wszedł, a głaz zamknął go we wnętrzu. 

Ciemność, przebita kilkoma niewielkimi otworami, z przodu... 
Przysunął  oko  do  jednego  z  nich.  Widział  strumień.  Przez  chwilę  nic  się  nie  działo. 

Powstało kilka innych szczelin, ale część bezpośrednio przed twarzą nie zmieniła się. 

Po  chwili  usłyszał  chlupot.  Coś  zbliżało  się  zza  porośniętego  krzakami  zakrętu.  Strumień 

świadomości  znieruchomiał.  Spoglądał  teraz  pasywnym  okiem  łowcy,  bez  żadnej  refleksji 
rejestrującym  wszystkie  zdarzenia.  Oddech  zwolnił  jeszcze  bardziej.  Czas  przestał  istnieć. 
Teraz... 

Najpierw  cień.  Potem,  zza  zakrętu  wynurzyła  się  wolno  głowa  z  rogami.  Jeleń,  idący 

wzdłuż strumyka... 

Jednak... 
Przeszedł  do  przodu,  w  polu  widzenia  pojawiła  się  reszta  ciała.  Było  coś  dziwnego  w 

ruchach  i  sposobie  trzymania  głowy.  Nogi  nie  zginały  się  jak  należy.  I  kształt  głowy  był 
niezwykły. Oczy osadzone zbyt nisko w czaszce... 

Jeleniopodobny...  Tak.  Może  i  niezła  imitacja  dla  kogoś,  kto  studiował  tylko 

trójwymiarowe  fotografie  zwierzęcia.  Z  pewnością  dostatecznie  dobra,  by  oszukać 
przypadkowego obserwatora. Ale dla Billy’ego, stworzenie było co najwyżej jeleniopodobne. 
Zastanawiał się, czy Kot także to zauważył. 

...Tak, przepłynęło przez jego umysł. 
Stworzenie  zamarło  natychmiast,  z  uniesioną  jedną  z  przednich,  niezwykle  delikatnych 

nóg. Badało okolicę, skręcając głowę pod nienaturalnymi kątami. 

Po  sekundzie  eksplodowało  ruchem;  całe  ciało  skręcało  się,  wydłużało,  nogi  były  coraz 

krótsze, grubsze, umięśnione. A potem odskoczyło w tył, w kierunku, z którego nadeszło. 

Proces trwał jeszcze, gdy jego kryjówka otworzyła się i wypchnęła go dość mocno. Zanim 

Billy odzyskał równowagę, trwała już transformacja Kota w postać drapieżnej bestii. 

Nie  czekając  na  zakończenie  metamorfozy,  Billy  pognał  za  zwierzęciem,  wbiegł  do 

strumienia i pryskając wodą podążył do zakrętu. 

Czujnie  obserwował  oba  brzegi,  ale  nie  dostrzegł  żadnego  śladu  świadczącego,  że  obca 

wyszła z wody. Szedł dalej, po żwirze, piasku i śliskich kamieniach. Rozglądał się uważnie. 

Długo podążał krętą, wodną drogą. Nie słyszał żadnego dźwięku z przodu i nie dostrzegał 

śladów  wyjścia  z  koryta.  Przystanął,  by  szczególnie  dokładnie  zbadać  jakąś  skalną  bryłę. 
Usłyszał hałas: coś zbliżało się od tyłu. 

Dalej!  Dalej  z  przodu!  Zawołał  Kot.  Dotknąłem  jej  umysłu.  Ucieka  mi.  Ale  czasem  się 

zdradza. 

Odwrócił się i popędził naprzód. Kot biegł za nim długimi susami. 

background image

Coś się dzieje. Ona znów się zmienia. Jest teraz gdzieś tam. Ona... Zgubiłem ją... 
Billy  nadal  szedł  przez  wodę.  Kot  pobiegł  do  przodu  i  po  chwili  zniknął  za  gęstymi 

krzakami. Po mniej więcej pięciu minutach Billy natrafił na to, czego szukał. Był to trop kogoś, 
kto  wyszedł  z  wody.  Podążył  za  nim  w  górę  i  lekko  w  prawo.  Pierwszy  wyraźny  ślad,  jaki 
znalazł,  był  dość  dziwaczny,  trójkątny.  Był  jednak  dostatecznie  duży,  a  jego  głębokość  w 
glebie  o  takiej  konsystencji  wskazywała  właściwą  masę.  Trop  prowadził  na  wyżej  położony 
teren,  a  następny  wyraźny  odcisk  wykazywał  dalsze  zmiany  kształtu.  Odnalazł  świeży  trop 
Kota wciąż ścigającego zdobycz. Ślady łap były rozrzucone daleko od siebie i bardzo głębokie. 

Szlak  był  czysty  i  Billy  mógł  przyspieszyć  kroku.  Idąc  bardzo  szybkim  marszem  w  górę, 

potem w dół, potem znowu w górę, poczuł znajome mrowienie, gdy trop zwierzyny zniknął, 
by  pojawić  się  znowu  czterdzieści  stóp  dalej,  drobniejszy,  lekko  odkształcony.  Po  chwili 
zniknął  ponownie.  W  jego  umyśle  pojawiły  się  obrazy;  doświadczenia  z  obcych  światów 
wzmocniły naturalną zdolność ich tworzenia. Prawidłowo odczytał znak i podniósł głowę, by 
spojrzeć  na  potężny,  ciemny  kształt,  szybujący  w  powietrzu  na  południowy  zachód.  I  kiedy 
biegł, aby wspiąć się na drzewo, wiedział, że zwierzyna chwilowo zwyciężyła. 

Dotarł na odpowiednią wysokość i zobaczył tylko, jak ciemny kształt znika za daleką linią 

drzew. 

...Bardzo sprytne! Napłynęła myśl Kota. Ciekawe, czy też bym tak potrafił. 
Przynajmniej  nie  kierowała  się  w  stronę  rezydencji,  stwierdził  Billy.  Lepiej  wracajmy  na 

posterunek. 

Idź sam, odparł Kot. Spróbuję ją dogonić. Spotkamy się później. 
Jak chcesz. 
Zanim zszedł na dół, przez szczelinę w listowiu zauważył, że pień ponad nim był pęknięty i 

poczerniały. Zdarzyło się to dość dawno, ale zadrżał, gdy dawne przesądy dosięgły go w tej 
właśnie  chwili.  Ze  wszystkich  drzew  wybrał  to,  które  trafiła  błyskawica.  Zła  wróżba... 
Odśpiewał  fragment  Drogi  Błogosławieństwa.  Ta  jego  część,  która  nie  lękała  się  błyskawic, 
pozostała daleko i nosiła inny kostium. Ile Strageanka zdążyła się dowiedzieć o istocie, która 
ścigała ją w tej chwili? Kocie, zachowaj spokój umysłu. Nie zdradź się wśród pasji polowania. 
A może twoje instynkty chronią cię nawet przed kimś takim, jak ta, którą ścigasz? 

Zeskoczył na ziemię i zawrócił. Co by zrobił Nayenezgani? 
Nie wiedział. 
 

S

łońce  spływa  z  nieba  promienie  z  prostych  znów  stają  się  ukośne  dryfują  ku  wodzie 

ciągnąc za sobą wzrok umysłu Billy’ego czas rozwiązuje węzły dotknięcie chmury zaciemnia 
niebo  gdy  znająca  siebie  dłoń  czerpie  piasek  na  brzegu  błękitny  szary  biały  żółty  nie  ma 
czerwonego  nie  ma  prawdziwej  czerni  nieważne  nad  przykucniętym  człowiekiem  ptak  na 
gałęzi śpiewa liście kołyszą się na wietrze biorozkładalna butelka po wodzie sodowej rozkłada 
się na drugim brzegu. 

Nie  myśląc  zanurzył  dłonie.  Szczypta  piasku  w  prawej,  pod  palcami.  Obrót  ręki.  Strużka 

spod  wskazującego,  kciuk  reguluje  wypływ.  Ruch.  Ręka  nie  zapomniała.  Linie.  Kąty.  Błękit, 
biel i żółć. Nea-tse-elit, yei Tęczy kształtuje się, strzegąc południa, zachodu i północy, otwarte 
ku wschodowi. Wewnątrz, ciało Gromu, Ikne’etso, czuwający nietoperz nad głową, posłaniec 
Nocy,  wschód,  strzała,  ash-tin,  zachód.  Wielka  moc.  Jeden  z  nieprzewidywalnych,  groźnych 
bogów. Władca błyskawicy. Nucący cicho fragmenty Pieśni Góry, milknący, zapatrzony, Billy. 
Przez długi czas, zapatrzony. 

Powoli  świadomość.  Niezwykła  rzecz  do  zrobienia.  Świadomie  lub  odruchowo.  Ze 

background image

wszystkiego,  co  mógł  wezwać,  dlaczego  akurat  Grom?  Zresztą,  po  co  w  ogóle  wzywać? 
Jakkolwiek  potoczą  się  sprawy,  on  przegra.  A  jednak  sięgnął,  by  dotknąć  ikne’eka’a, 
błyskawicy, by przenieść czar i moc, ponieważ były tam przy nim. 

A  teraz...  Nim  zajdzie  słońce,  trzeba  usunąć  piaskowe  rysunki  dnia.  Świętą  laską  piór. 

Wspomniał czarne pióro w tchah, wyjął je i wykorzystał w tym celu, ciskając piasek do wody. 

 
Słońce opuszcza niebo tocząc się na zachód 
Czas rozwiązuje węzły 
Nie ma prawdziwej barwy 
Ikne’etso i Naa-tse-elit w prąd rzeki 
recyrkulacja 
 

Ś

piewał  teraz.  Billy  Czarny  Koń  Pieśniarz.  W  samym  rogu  rezydencji.  Noc.  Wiosenne 

gwiazdozbiory stłoczone na niebie. Ucichło wycie kojota. 

Wieczorem odnaleźli ją znowu. Krążyła z daleka, sondując, zbliżając się ostrożnie. Czekali. 
Przybywała  powoli,  w  wielu  formach.  Ślizgając  się,  ryjąc,  płynąc.  Czekali.  A  gdy  nastała 

noc, ruszyła. 

W  jednej  chwili  Kot  stał  za  jego  plecami:  ciemna,  kamienna  podpora  muru.  Potem  coś 

wielkiego  przepłynęło  nad  głową,  zasłaniając  gwiazdy.  Podpora  przesunęła  się  w  górę, 
krzepnąc w upiorny kontur na szczycie muru. A potem drugi kształt szybował w powietrznych 
prądach, zyskiwał wysokość, zataczał kręgi, płynął przez noc w stronę budynku. 

Nie  wiedział,  kiedy  nastąpiło  spotkanie  i zaczęła  się  walka:  w  powietrzu czy  na  ziemi, na 

dworze,  czy  już  w  domu.  Usłyszał  kilka  niesamowitych  krzyków  mniej  więcej  w  tej  samej 
chwili,  gdy  na  całym  terenie  zapłonęły  światła.  Pozostał  nieruchomy  w  mrocznym  zakątku, 
nasłuchując dobiegających tu odgłosów: uderzeń, brzęczenia, trzasku tłuczonego szkła, kilku 
niezbyt silnych wybuchów. Trwały około minuty, po czym zgasły wszystkie światła. 

Czekał. Nie przychodziło mu do głowy nic, na co mógłby liczyć. Wspominał różne rzeczy i 

śpiewał  cicho.  Potem  znów  zapadła  cisza.  Obserwował  niebo,  a  chwila  wciąż  trwała.  Jego 
słowa nie przyspieszyły ani nie zwolniły swej wędrówki przez noc. 

Rozległ  się  pojedynczy,  głośny  trzask,  a  po  nim  jakieś  cichsze  odgłosy.  I  znowu  cisza. 

Przyćmiony blask zajaśniał w dwóch oknach na piętrze. 

Kot? 
Coś  dużego  stanęło  przed  domem,  opadło  na  cztery  łapy,  ruszyło  wolno.  Nic  nie 

próbowało stanąć mu na drodze. Noc trwała bez dźwięku. Billy śledził wzrokiem ruch postaci. 
Wiedział,  że  nadszedł;  czas,  by  zakończyć  pieśń.  Miał  przy  sobie  nóż  i  laserowy  pistolet  z 
komputerowym  układem  celowniczym.  Jeśli  to  Strageanka,  powinien  spróbować  ją  zabić. 
Wyjął broń i dotknął kciukiem spustu. 

Czy tak dotrzymujesz słowa, łowco? 
Kot! 
Tak. Walczyła dzielnie, ale teraz jest martwa. Pokonałem ją. Chcesz sprawdzić, czy zdążysz 

użyć broni, zanim cię dosięgnę? Dzieli nas dziesięć metrów, a ja jestem gotów do skoku. Broń 
jest  szybsza  ode  mnie,  ale  czy  również  twój  palec?  Będę  wiedział,  kiedy  postanowisz  nim 
ruszyć. No, dalej. Kiedy tylko zechcesz...
 

Nie. 
Billy cisnął laser w krzaki po prawej stronie. 
Nie wiedziałem, które z was nadchodzi. 

background image

Wyczuł zaskoczenie, a w tle ukłucie bólu. 
Jesteś ranny? 
To drobiazg. 
Obaj stali nieruchomo. 
Jak sam powiedziałeś: kiedy tylko zechcesz, oświadczył w końcu Billy. 
Nie chcesz ze mną walczyć. 
Nie. 
Dlaczego? Jesteś drapieżnikiem, jak ja. 
Zawarliśmy umowę. 
Czy to ważne, gdy chodzi o twoje życie? Oczekiwałem oporu. 
Kot wyczuł coś w rodzaju zdziwienia. 
Dałem ci słowo. 
Rozumiałem je tak, że będziesz tu oczekiwał mojego ataku i bronił się, gdy nadejdzie czas. 
Przykro  mi.  Ja  rozumiałem  tę  umowę  inaczej.  A  teraz  nie  mam  zamiaru  staczać  z  tobą 

symbolicznej walki. Chciałeś mojego życia. Weź je. 

Kot podchodził wolno, a jego postać opadała coraz bliżej gruntu. Gdy znów uniósł głowę, 

była  ogromna,  z  rogami,  kłami  i  na  wpół  ludzką  twarzą,  bestialską  karykaturą  twarzy 
Billy’ego.  Kot  stanął  na  tylnych  łapach  i  podniósł  tę  głowę  na  pełne  osiem  stóp  od  ziemi. 
Spojrzał w dół. 

Billy zadrżał, ale nie cofnął się. 
Odbierasz mi dużą część przyjemności, łowco. 
Billy wzruszył ramionami. 
Nic na to nie poradzę. 
Kot rozłożył za sobą wielkie, błoniaste skrzydła. Po chwili zwinął je wokół siebie i stał się 

nieruchomą, ciemną kolumną. 

Jeśli zdążysz pokonać mur, zanim cię dosięgnę, pozwolę ci odejść, powiedział. 
Billy nie ruszył się z miejsca. 
Nie,  odparł.  Wiem,  że  nie  zdołam  tego  dokonać.  Nie  mam  zamiaru  próbować  tylko  dla 

twojej rozrywki. 

Kolumna  rozkwitła;  egzotyczny  kwiat  otworzył  się  na  szczycie,  ukazując  tygrysią  głowę. 

Pochyliła się. 

Ścigałeś  mnie  ponad  tydzień,  stwierdził  wreszcie  Kot.  Kiedy  marzyłem  o  twojej  śmierci, 

marzyłem  także  o  polowaniu  na  ciebie.  Sama  śmierć  powinna  wystarczyć,  ale  nie  chcę,  by 
rzecz dokonała się w jednej chwili. Nie wiem też, czy to pragnienie rodzi się z tego, co znam 
najlepiej  —  z  łowów  —  czy  też  myślowy  kontakt  z  twoim  gatunkiem  nauczył  mnie  radości, 
jaką daje przeciąganie cierpień nieprzyjaciela.
 

Jedno  i  drugie  jest  dostatecznie  prymitywne,  orzekł  Billy.  Nie  przejmowałbym  się  tym  za 

bardzo. 

Nie przejmuję się. Ale pragnę polowania i widzę, że tylko jedna rzecz może cię skłonić, abyś 

mi je zapewnił. 

Co takiego? 
Twoje życie. Szansa, by je zachować. 
Billy roześmiał się. 
Pogodziłem  się  już  ze  śmiercią.  Czyżbyś,  Kocie,  uważał  się  za  jedynego  obcego,  który  nie 

pasuje  do  świata?  Mój  lud,  mój  prawdziwy  lud,  też  już  odszedł.  Wszyscy.  Świat,  w  którym 
teraz  żyję,  to  dziwaczne  miejsce.  Dineh  nie  są  tacy,  jakimi  ich  znałem.  Twoja  propozycja 
uświadomiła mi w pełni moje położenie. Przygotowałem się na to.
 

background image

Kot odstąpił. 
Wiele  lat  temu,  oświadczył,  dostrzegłem  w  twoich  myślach  dumę  ze  zdolności 

przystosowawczych  twego  ludu.  Teraz  twierdzisz,  że  je  utraciłeś.  Uważam,  że  oznacza  to, iż 
stałeś się tchórzem. Śmierć uważasz za najłatwiejsze wyjście.
 

Billy zesztywniał. 
To nieprawda! 
Zajrzyj we własne wnętrze. Dałem ci tylko pretekst do rezygnacji. 
Nieprawda! 
Więc walcz, Billy. Raz jeszcze postaw swe umiejętności przeciw moim. 
Ja... 
Boisz się teraz, choć wtedy nie czułeś lęku. Boisz się życia. 
To nieprawda. 
Czy powiesz to czterokrotnie, człowieku z Ludu? 
Niech  cię  diabli,  Kocie!  Byłem  gotów,  gotów  na  twoją  zemstę!  Ale  ciebie  nie 

satysfakcjonuje  po  prostu  moja  śmierć.  Zanim  mnie  zabijesz,  chcesz  zaszczepić  w  moich 
myślach niepewność.
 

Jeśli  to  właśnie  jest  konieczne,  to  tak.  Teraz  widzę,  że  niewielką  przyjemność  sprawi  mi 

zabicie  ciebie  jak  bezmózgowego  kawałka  mięsa,  które  czeka  na  rzeź.  Zemsta  wymaga 
radości łowów. Dlatego przedstawię ci pewną propozycję zapewniając, że moje słowo nie jest 
gorsze  od  twojego,  gdyż  nawet  w  tym  nie  mogę  dać  się  pokonać.  Odejdź.  Uciekaj.  Zacieraj 
ślady,  tropicielu.  Dam  ci  czas,  który  uznam  za  jedną  godzinę  —  a  jestem  dość  dokładny  w 
ocenie czasu. Potem ruszę w pościg. Tropiłeś mnie prawie osiem dni. Powiedzmy, że tydzień. 
Przetrwaj  ten  okres,  a  zrezygnuję  z  zemsty.  Pójdziemy  swoimi  drogami,  wolni  od  siebie  na 
zawsze.
 

Jakie będą zasady? zapytał Billy. 
Zasady? Jeśli zdołasz mnie zabić, zanim ja ciebie zabiję, uczyń to bez wahania. W dowolny 

sposób. Idź gdziekolwiek zechcesz, każdym środkiem lokomocji, jaki wybierzesz. Wszystko jest 
uczciwe. Polowanie nie zna reguł. Przeżyj ten tydzień, a pozbędziesz się mnie. Ale to ci się nie 
uda.
 

Kto to wie? 
Jak brzmi twoja odpowiedź? 
Billy  odwrócił  się,  zrobił  kilka  szybkich  kroków,  podskoczył  i  chwycił  krawędź  muru. 

Jednym, płynnym ruchem podciągnął się na szczyt... 

Zacznij odliczanie, powiedział zeskakując po drugiej stronie. 
Ruszył biegiem. 
Śmiech Kota ścigał go przez ponad minutę. 

background image

 

CZĘŚĆ II 

 
Istoty, które uciekają i istoty, które ścigają 
mają swoje pory. 
Każdy z nas poluje 
i na każdego polują. 
Wszyscy jesteśmy drapieżcami; 
wszyscy jesteśmy ofiarami. 
Wiedząc o tym, ostrożny łowca 
strzeże się. Ofiara także poznaje śmiałość 

poza swym zwykłym zasięgiem. 
Istnieje też szczęście 
i istnieją bogowie. 
Łów nigdy nie jest pewny. 
 
Zdarliśmy skórę z wilka 
a rankiem 
ludzka skóra wisiała na jej miejscu. 
Nocą znów stała się 
wilczym futrem. 
 
Nie ma pewności, 
nie ma reguł 
podczas łowów. 
 
Mówiący Boże, bądź przy mnie. 
Czarny Boże, bądź przy mnie. 
Szczęście i śmiałości 
bądźcie ze mną także. 

background image

 

Dzień Pierwszy 

N

ie  zwalniając  oświetlił  tarcze  zegarka  i  sprawdził  czas.  Cała  godzina...  Uśmiechnął  się, 

gdyż  Kot  przeoczył  chyba  rzecz  oczywistą.  W  tym  czasie  może  uciec  daleko,  a  przecież 
wszystko jest dozwolone... 

Biegł równym tempem, które mógł utrzymywać prawie cały dzień. Poddać się teraz lękowi 

i  pędzić  jak  najszybciej  oznaczało  ryzyko  zmęczenia  wobec  wysiłków,  czekających  może  w 
późniejszym czasie. 

Wiatr  dmuchał  mu  w  twarz,  a  plamy  głębszego  cienia  nabierały  złowieszczego  wyglądu, 

kryjąc oczy, kły, poruszenia... 

Nie  żyje.  Strageanka  nie  żyje.  Istota,  która  potrafiła  wzbudzić  strach  w  najwyższych 

kręgach.  Martwa.  I  to  Kot  ją  zabił.  Wkrótce  Kot  pobiegnie  tą  samą  drogą.  Wierzył,  że 
ogromne, fasetowe oko Kota widzi w podczerwieni i dostrzega spolaryzowane światło. Wciąż 
nie miał pewności co do wszystkich zmysłów, jakimi dysponował Kot. Widział go teraz, niby 
gigantycznego chindi, który nie zwalniając biegu podąża jego śladem. 

Krople  potu  wystąpiły  mu  na  czoło.  Część  umysłu  postrzegała  moc  bestii  z  całkowicie 

racjonalnego punktu widzenia. Walczył już z Kotem, gdy był on o wiele bardziej naiwny. Ale 
miał pięćdziesiąt lat, by zyskać wyrafinowanie, poznać warunki tego świata. Kot stał się nagle 
rodzajem  widma:  już  nie  zwierzęciem,  którym  był  kiedyś,  a  czymś  powracającym,  jak  z 
północy... 

Stłumił  ogarniającą  go  na  nowo  chęć  przyspieszenia  kroku.  Miał  dość  czasu,  powiedział 

sobie.  Wystarczy  na  ucieczkę.  Zresztą,  skąd  ten  strach?  Kilka  minut  temu  był  gotów  na 
śmierć.  Teraz  przynajmniej  miał  szansę. Próbował  myśleć  tylko  o bieżącej  chwili.  Przeszłość 
odeszła. Zyskał pewien wpływ na przyszłość, zależał on jednak wyłącznie od jego zachowania. 
Wszystko  będzie  dobrze.  Długo  przed  końcem  darowanej  godziny  będzie  absolutnie 
bezpieczny. Teraz to już tylko kwestia minut... 

Biegł  lekko,  myśląc  tylko  o  swoim  celu.  Wreszcie  pojawił  się  w  polu  widzenia:  stacja 

platform  skokowych,  która  w  mgnieniu  oka  przeniesie  go  poza  zasięg  Kota.  Widział  już 
światła  niedużego  budynku  obok  skrzyżowania,  za  polem,  na  które  właśnie  wkroczył.  Coś 
jednak było nie w porządku... 

Kiedy się zbliżył, spostrzegł wybitą szybę w oknie. Zwolnił. Nie zauważył nikogo. 
Zatrzymał się i zajrzał do środka. Trzy zestawy pod przeciwległą ścianą były zdemolowane. 

Zupełnie  jakby  zbuntowany  ciężki  pojazd  przejechał  po  sali,  łamiąc  i  wyginając  lśniące 
skrzynki, niszcząc układy kontrolne. Systemy zasilania pozostały nietknięte. 

Kot... 
Ostatni  raz  Kot  odszedł  daleko,  by  przeprowadzić  rozpoznanie  terenu...  Przewidział 

możliwość jego ucieczki w tym kierunki; i postanowił pozbawić go środków transportu. 

Rozejrzał  się.  Automaty  miejscowego  ośrodka  kontroli  powinny  zarejestrować 

uszkodzenie. Ale było późno. Trudno powiedzieć, kiedy dotrze tu ekipa remontowa. 

Mapa... wewnątrz powinna być mapa połączeń regionu. Otworzył drzwi i wszedł. 
Tak. Na ścianie po prawej stronie. Przestudiował układ czerwonych kropek, oznaczających 

platformy skokowe. Ustalił położenie stacji, poszukał innych. 

Cztery mile do najbliższej. 
Czy  Kot  wie  o  niej?  Czy  przyjrzał  się  schematowi  na  ścianie  i  zrozumiał,  że  to  mapa?  A 

nawet  jeśli,  to  czy  zadał  sobie  trud  zniszczenia  jeszcze  jednej  platformy?  Może  chciał  się 
zabezpieczyć od wszelkich przypadków... 

background image

Ale nie. Był szczerze zaskoczony, gdy Billy nie chciał uciekać. Spodziewał się tego. Zdołałby 

może wymknąć się Kotu i dotrzeć aż tutaj, ale w danych okolicznościach nie dobiegłby raczej 
do  następnej  platformy.  Zatem,  nawet  jeśli  Kot  wie  o  niej,  są  szansę,  że  nie  została 
zniszczona. 

Mimo  wszystko,  mapa  i  teren  to  dwie  zupełnie  różne  sprawy.  Nie  wiedział  dokładnie, 

gdzie  znajduje  się  najbliższa  czerwona  kropka.  Szukając,  może  zbliżyć  się  do  granicy  okresu 
łaski. 

Opuścił  zdemolowaną  stację,  wyznaczył  kierunek  i  ruszył,  przebiegając  przez  opuszczony 

sad.  Szkieletowe  gałęzie  drzew  grzechotały  wokół  niego.  Królik  wyskoczył  zza  kępki  trawy, 
przebiegł  mu  drogę  i  zniknął  w  mroku  po  lewej  stronie.  Trawa  była  wilgotna  i  wkrótce 
nogawki poniżej kolan nasiąkły wodą. Gdzieś zaszczekał pies. Nagle ogarnęło go uczucie, że 
ktoś go obserwuje; ulotne cienie tworzyły obrazy. 

Przez chwilę zastanawiał się, ile ma jeszcze czasu, lecz chęć sprawdzenia odpłynęła niemal 

natychmiast.  Nagle  poczuł,  że  jest  szczęśliwy.  Część  umysłu  niemal  dopingowała  Kota  w 
nadziei, że podąża już jego tropem. Niech będzie blisko. Niech będzie ryzykownie i otwarcie. 
Inaczej, skąd ta radość w takiej sytuacji? Od lat nie czuł się bardziej pełen życia. Dojrzewała w 
nim nowa pieśń, do muzyki werbli jego kroków. 

Nie  próbował  szukać  przyczyn  nagłej  zmiany  nastroju.  Okoliczności  zmieniały  się  zbyt 

szybko, by je analizować, nawet gdyby miał ochotę. Na razie wystarczało mu szybowanie w 
rytmie ucieczki. 

Były  chwile,  kiedy  czuł,  że  Kot  jest  tuż  za  jego  plecami.  Nie  miało  to  znaczenia.  Kiedy 

indziej sądził, że już zwyciężył, że wyprzedził swego prześladowcę, że nie ma już szans, by go 
doścignął.  Wszystkie  zmysły  zyskały  niezwykłą  ostrość:  najmniejszy  ruch  w  ciemności  był 
natychmiast  identyfikowany  na  podstawie  najlżejszego  drapnięcia,  stąpnięcia  czy  trzasku; 
mroczne  cienie  stały  się  wyraźniejsze  i  nawet  zapachy  nabrały  nowych  znaczeń.  Kiedyś  już 
tak było, wiele lat temu... 

Był taki, jak teraz, zanim jeszcze świat stał się taki, jak teraz. Biegł. Na wschód. Wizje nie 

zamglone  jeszcze  zasłonami,  które  rzucało  życie.  Miał  już  osiem  czy  dziewięć  lat,  zanim 
nauczył się mówić po angielsku... 

Ale  po  tym  wszystkim,  myślał,  jakie  ślady  pozostały  po  jego  przejściu  z  prawie 

neolitycznego  do  zaawansowanego  technicznie  społeczeństwa?  Więcej  lat  przeżył  w  tym 
drugim,  niż  w  pierwszym,  gdyby  takie  sprawy  dało  się  mierzyć  tylko  latami.  Przejście  było 
sukcesem  i  teraz  dysponował  oboma  końcami  widma  własnej  osobowości.  Ale  to  człowiek 
pierwotny  kierował  ucieczką.  Tak.  I  ta  jego  część  wolała  dzień  od  nocy.  Mimo  to  radość 
pozostała. Co nie znaczy, że nie czuł lęku. Przeciwnie; lęk był ważnym elementem niezwykłej, 
narastającej w nim euforii. 

Biegnąc  myślał,  co  teraz  dzieje  się  w  rezydencji.  Jak  Walford,  Tedders,  ochrona  i 

Strageanie zrozumieli niespodziewany atak, i zakończony śmiercią adeptki? Zwłaszcza, że nie 
otrzymali  żadnych  wyjaśnień.  Naturalnie,  podejrzewają  jego  udział  w  wypadkach,  są  też 
zdziwieni  jego  nieobecnością.  Pewnie  nawet  w  tej  chwili  próbują  się  skontaktować...  choć 
tym razem nie miał przy sobie przekaźnika. 

Czy to ich czegoś nauczy? Po raz pierwszy Billy zastanowił się, co potem zrobi Kot — kiedy 

wszystko już się rozstrzygnie i on, Billy Pieśniarz, odejdzie ku północy. Czy Kot ukryje się na 
jakimś pustkowiu i przeżyje resztę dni jako drapieżnik polujący na miejscowe zwierzęta? To 
możliwe, choć trudno być pewnym. Nie wiedział, czy nienawiść Kota dotyczy wyłącznie jego, 
czy  też  całą  ludzkość  obciąża  odpowiedzialnością  za  swoje  więzienie.  Obrazy  przepłynęły 
przez  umysł  Billy’ego...  skulony  w  klatce,  dzień  po  dniu,  rok  po  roku,  obserwowany  przez 

background image

gromady zwiedzających. Gdyby sam znalazł się w takiej sytuacji, pewnie znienawidziłby całą 
ludzkość. 

Poczuł rosnącą irytację. Dlaczego Kot nie mógł potraktować go jak baranka ofiarnego i na 

tym poprzestać? 

Pokręcił  głową.  Nie  miał  powodu  przypuszczać,  że  Kot  wpadnie  w  szał.  Nic  na  to  nie 

wskazywało.  Zresztą,  po  co  w  ogóle  się  nad  tym  zastanawiał?  Szukał  kłopotów?  Kot  chciał 
jego, a nie jego plus wszystkich pozostałych. I kiedy go dostanie, wszystko się skończy... 

Baranek ofiarny... Pomyślał o owcach, które pasał jako mały chłopiec. Długie, powolne dni 

pod  niebem  gorącym  i  zimnym,  wielkim  niebem...  Wylegiwanie  się  na  zboczach.  Struganie 
kijków.  Śpiewy.  Wyścigi  z  innymi  dziećmi.  Pierwszy  stosunek  z  tą  dziewczyną  zza  przełęczy. 
Jak miała na imię? A potem z jej siostrą. Twarde piersi pod palcami. Wokół obojętne owce. 
Na horyzoncie chmury jak owce. Owce. Baranki Boże. Dora in the sky with turquoise. Bieg... 

Kot.  Biegnie.  Jak  będziesz  mnie  tropił,  Kocie?  Czy  podążysz  za  tymi  samymi  znakami, 

których ja bym szukał? Czy może twoje obce oko odnajduje inne ślady przejścia? Nieważne, i 
tak nie ma czasu, by zacierać trop. Najpierw uciekać. Potem się ukrywać. Najważniejsza jest 
szybkość.  Szybkość  i  okazja.  Możliwości.  Jak  blisko  jesteś?  Czy  wciąż  jeszcze  czekasz,  by 
ruszyć w pościg? 

Turquoise  in  the  sky  with  Dora,  w  rytmie  kroków.  Jakieś  światła  na  wzgórzu,  daleko  z 

przodu.  Nocne  powietrze  wpływa  do  płuc,  wypływa  z  powrotem.  Równy  krok.  Zboczyć  w 
lewo, za ten głaz w kształcie śmierci. Teraz w górę. Kot nadchodzi. W czarną otchłań. Pełna 
entropia jest wszystkim. Ale najpierw. 

Zlewające  się  minuty.  W  dali  szum  akumulatorowego  pojazdu  ponad  szlakiem,  który 

kiedyś  był  drogą;  reflektory  przeczesujące  pnie  drzew.  Może  jedzie  do  stacji.  Świetnie! 
Żyjemy! Chyba że Kot już w tej chwili... 

Zwolnił podchodząc bliżej. To miejsce nadaje się na zasadzkę. Czemu nie sprawdzić czasu? 

Ponieważ  Kot  mógł  skłamać,  by  oszczędzić  sobie  pogoni.  Kiedy  przejdzie  przez  platformę, 
bestia straci orientację. Straci? 

Idąc  ostrożnie,  analizował  nową  hipotezę.  Kot  mówił,  że  wie,  jak  działają  platformy.  Co, 

dokładnie, wiedział? 

Nie. Nawet jeśli potrafi przeskoczyć bez opłaty, nie będzie wiedział, dokąd... 
Kot jest telepatą. 
Ale jakiego rodzaju? Oceniał ten zmysł jako rodzaj lokatora, z pewnością udoskonalonego 

przez  długie  lata  więzienia,  ale  w  zasadzie  działającego  jako  czujnik  zdobyczy.  Miał  zasięg 
rzędu  mniej  więcej  ćwierci  mili.  Chociaż,  istnieli  ludzie-telepaci,  którzy  potrafili  nadawać  i 
odbierać  wiadomości  z  całego  świata,  a nawet  z przestrzeni. Tych  mógł w  pewnym  stopniu 
blokować,  powracając  do  dziecięcego  sposobu  myślenia.  Ale  Kot  również  był  istotą 
prymitywną. Być może ta metoda nie ukryje go przed zwierzęciem. W danej sytuacji. 

Do diabła z tobą, Kocie! Czołgał się teraz, starannie oczyszczając drogę ze wszystkiego, co 

mogło  wzbudzić  najlżejszy  nawet  szelest.  Owinięte  chustką  ozdoby  wcisnął  do  kieszeni. 
Dłonie  poruszały  się  z  wprawą,  kolana  i  stopy  przesuwały  przez  oczyszczony  teren  w 
absolutnej ciszy. Znajdź mnie, jeśli potrafisz. Walcz, jeśli zdołasz. 

Nie było odpowiedzi. I nic między jego kryjówką a stacją nie przypominało transformacji 

przeciwnika. Pojazd zatrzymał się przed budynkiem i zawisł nad ziemią. Nikt nie wysiadał. 

Poderwał  się  i  pędem  pokonał  ostatnie  metry  pola,  linię  drzew,  łożysko  dawnej  drogi. 

Spojrzał przez okno: zestawy były całe. 

Śmiejąc się niemal pchnął drzwi i przekroczył próg. Pusto. Bezpiecznie. Odetchnął z ulgą. 

Wyprostował się i puścił rękojeść noża. Zamknął drzwi. Dobrze. Pięć kroków do wolności. 

background image

Platforma po lewej stronie zabuczała w przygotowaniu do transferu. Patrzył zaciekawiony. 

Godzina  była  dość  późna,  a  stacja  ulokowana  na  odludziu.  Nie  miał  pojęcia,  kto  mógłby  tu 
przybyć. Wkrótce pojawiła się sylwetka kobiety, dość krępej, z gładko zaczesanymi włosami. 
W  lewej  ręce  trzymała  zestaw  rejestrujący  ze  znaczkiem  jednej  w  głównych  sieci 
informacyjnych. Spojrzała na niego, gdy tylko zmaterializowała się do końca. 

— Dobry wieczór — studiowała jego ubranie. 
Zeszła z platformy. 
— Dobry wieczór. 
— Przyjechał pan czy odjeżdża? 
— Odjeżdżam. Czekałem tylko, żeby sprawdzić, czy nie jest pani kimś znajomym. 
— Pan jest prawdziwym Indianinem? Czy tylko tak się pan ubrał? 
— Jestem. Jeśli wzywała pani samochód, to właśnie widziałem, jak hamuje przed stacją. 
— Wzywałam. To na pewno mój — ruszyła do drzwi, ale zawahała się. — Mieszka pan w 

tej okolicy? — spytała. 

— Nie. Wpadłem na krótko. 
Podszedł do najbliższej platformy. 
— Jedną chwileczkę — zawołała. — Szukam tematu albo czegoś, co może być tematem. 

Może wie pan coś? 

Z wymuszonym uśmiechem zrobił kolejny krok. 
— Nie sądzę. Nie widziałem niczego interesującego. 
—  Wie  pan  —  nie  ustępowała  —  od  pewnego  czasu  docierały  do  nas  raporty  o 

niezwykłych  środkach  bezpieczeństwa  w  rezydencji  Walforda.  Dziś  wieczorem  coś  się 
zdarzyło. Wygląda na awarię zasilania. Nie można nawiązać z nimi kontaktu. Wie pan coś na 
ten temat? 

Pokręcił głową i wszedł na platformę. 
Podbiegła i chwyciła go za rękę, gdy miał właśnie wsunąć w szczelinę swoją kartę blokując 

w ten sposób transfer. 

—  Proszę  zaczekać.  Jest  jeszcze  coś  —  powiedziała.  —  Dowiedzieliśmy  się,  że  platformy 

skokowe położone najbliżej domu Walforda zostały uszkodzone. Wie pan, że najbliższa stacja 
na wschód jest nieczynna? 

— Może w efekcie tej awarii zasilania? 
—  Niemożliwe.  Mają  własne  akumulatory,  nawiasem  mówiąc  takie  same,  jak  dom 

Walforda. 

Wzruszył ramionami w nadziei, że dłoń ześliźnie się z jego ręki. 
— Obawiam się, że nie mogę pani pomóc. Przykro mi, ale się spieszę... 
— Nie widział pan ani nie słyszał niczego niezwykłego? 
Zauważył, że włączyła rejestrator. 
— Nie — oznajmił. — Muszę już iść... 
— To tylko przeczucie — stwierdziła. — Ale sądzę, że pan coś wie. 
—  Droga  pani  —  powiedział.  —  Pani  samochód  już  czeka.  Niech  pani  jedzie  i  sprawdzi 

sama, jak porządny reporter. Ale na pani miejscu nie zostawałbym tu zbyt długo. 

— Dlaczego nie? 
— Tej stacji również może się coś przytrafić. 
— Niby czemu? 
— Skąd mam wiedzieć? Ale jeśli dzieje się coś niebezpiecznego, czy chce pani stanąć temu 

na drodze? 

Uśmiechnęła się po raz pierwszy. 

background image

— Jeśli to będzie sensacja, to tak. 
Wybrał współrzędne. 
— Powodzenia. 
— Jeszcze sekundę — nadal trzymała go za ramię. — Może był pan w tamtej okolicy? 
— Niech się pani stąd wynosi — poradził. — Samochodem, albo przez którąś platformę. 

Szybko! To miejsce nie jest bezpieczne. Proszę się tutaj nie kręcić. 

—  Niech  mnie  diabli!  Nie  pozwolę  panu  teraz  zniknąć!  —  zawołała,  sięgając  do 

wyglądającego jak pióro aparatu, przypiętego pod klapą żakietu. 

—  Przykro  mi  —  mruknął,  wyrwał  ramię  i  odepchnął  ją.  —  Rób,  co  powiedziałem!  — 

krzyknął. — Wynoś się stąd! 

Zaczął się rozpływać. 
Kiedy  zszedł  z  platformy  na  londyńskim  dworcu  Victoria  i  schował  kartę  do  kieszeni,  z 

trudem opanował chęć biegu. Dłoń, którą otarł czoło, była zupełnie mokra. 

Skierował  się  do  najbliższego  wyjścia,  przez  które  wpadał  szary  blask  świtu.  Na  chwilę 

zatrzymał  go  zapach  jedzenia  z  całodobowego  baru.  Za  blisko,  zdecydował  i  wyszedł  na 
zewnątrz. 

Minął rząd turystycznych poduszkowców, potem następny, taksówek. Nigdzie nie widział 

kierowców. Przez pewien czas szedł drogą bez zastanowienia, skręcił mniej więcej na północ 
i opuścił chodnik. Ruszył ścieżką między drzewami wzdłuż tego, co kiedyś było szeroką trasą. 
Niewiele  przetrwało  ulic,  mniej  niż  sto  czy  nawet  pięćdziesiąt  lat  temu,  kiedy  odwiedzał  to 
miasto.  Główne  arterie  utrzymywano  dla  wozów  towarowych  i  nielicznych  prywatnych 
poduszkowców, niektóre zmieniono w promenady, jeszcze inne po prostu zarosły; większość 
zmieniła się w wewnętrzne tereny dzikiej roślinności, czyli parki, jak je nazywał. 

Przez  jakieś  pół  godziny  podążał  krętymi  ścieżkami,  oddalając  się  coraz  bardziej  od 

dworca. Było coraz widniej. Dobiegały do niego stłumione przez drzewa odgłosy budzącego 
się miasta. Zboczył w prawo, w stronę obrzeży parku. 

Obserwował okna otwartych i właśnie otwieranych lokali. Dalej, za bramą, przy dziedzińcu 

zauważył szyld kawiarni. Wszedł po schodach na chodnik i ruszył w tamtą stronę. Uznał, że 
znajduje się gdzieś w pobliżu Picadilly Circus. 

Zaraz  za  bramą  znieruchomiał;  znów  miał  przemożne  wrażenie,  że  ktoś  go  obserwuje. 

Rozejrzał się. Na chodniku i dziedzińcu było sporo ludzi. Niektórzy, tak jak on, wyróżniali się 
strojami,  charakterystycznymi  dla  różnych  części  świata.  Nikt  jednak  nie  zwracał  na  niego 
szczególnej uwagi, nikt też nie był dostatecznie duży, by pomieścić całkowitą masę Kota. 

Naturalnie, to może być coś z tyłu, wśród drzew... 
Nie  miał  ochoty  lekceważyć  żadnego  ostrzeżenia,  czy  nawet  przeczucia.  Ruszył  znowu, 

minął bramę. W niszy na rogu dostrzegł platformę skokową. Poddanie się nerwom może być 
oznaką  słabości  albo  ostrożności.  Podczas  ucieczki  wiele  też  zależy  od  zachowania 
spokojnego umysłu. Przyspieszył kroku. 

Zbliżając się zauważył, że oprócz platformy w niszy jest automat policyjny. Szarpnięcie za 

dźwignię  w  ciągu  kilku  sekund  sprowadzi  tu  bobby’ego;  w  dzisiejszych  czasach  prawie 
wszędzie spotykało się takie urządzenia. Tyle, że nie bardzo wiedział, w jaki sposób może mu 
to  pomóc,  jeśli  nagle  odkryje  za  plecami  Kota.  Co  najwyżej  jako  akcja  opóźniająca.  I 
prawdopodobnie skaże na śmierć biednego glinę, którego wezwie. Ruszył odrobinę szybciej. 

Zobaczył głowę kojota... nie, to jakiś mały piesek... wysuwającą się zza rogu. Patrzył w jego 

stronę. Czuł, że musi się spieszyć. Mimo wysiłku, nie mógł się powstrzymać od spojrzenia za 
siebie. 

Poczuł  nagły  zawrót  głowy.  Spomiędzy  drzew  wychodził  właśnie  wysoki  mężczyzna  w 

background image

czarnym płaszczu i okularach. Billy rzucił się biegiem. 

Pędząc  przed  siebie  odszukał  kartę  kredytową  i  odwrócił  ją  tak,  by  od  razu  wsunąć  w 

szczelinę maszyny. Ogarnął go strach, szybko zmieniony w rozpacz. Nagle był pewien, że już 
nie  zdąży.  Potężny  impuls  nakazywał  mu  stanąć  i  zaczekać  na  prześladowcę.  Zamiast  tego 
wskoczył  na  platformę,  wcisnął  kartę  w  szczelinę  i  wystukał  współrzędne.  Odwrócił  się. 
Człowiek opadł na czworaki i pędził ku niemu, w biegu zmieniając kształt. Ktoś krzyknął. Nad 
głową  płynął  sterowiec.  Cała  scena  stała  się  dwuwymiarowa  i  zaczęła  znikać.  Żegnaj, 
Picadilly... 

Uciekaj, łowco, usłyszał niewyraźnie wśród własnych myśli. Następnym razem... 
Stał  na  platformie  na  dworcu  Victoria.  Drżał.  Teraz  jednak  była  to  bardziej  reakcja  na 

wydarzenia, niż strach. Lęk, rozpacz i pewność zguby zniknęły w momencie przeskoku. Nagle 
zdał  sobie  sprawę,  że  Kot  przekazywał  mu  te  uczucia,  że  była  to  trochę  bardziej 
skomplikowana  wersja  jego  starej  sztuczki  z  paraliżem  ofiary  —  spotkał  się  z  tym  wiele  lat 
temu, choć w prostszej formie. Zaskoczyło go, jak bardzo Kot ją udoskonalił. 

Wyświetlił  na  ekranie  schemat  połączeń  i  wybrał  nowe  współrzędne.  Przeciwnik  mógł 

odczytać dworzec Victoria z jego myśli i... 

Zanikając,  zobaczył  coś,  co  nabierało  kształtu  dwie  platformy  dalej:  coś  podobnego  do 

wysokiej,  okrytej  płaszczem,  nie  całkiem  ludzkiej  postaci,  nadal  jeszcze  poszerzającej 
ramiona i wydłużającej przednie kończyny. 

— A niech mnie! 
Tak! 
Przeskok do Madrytu... Jasne niebo za brudną szybą. Tłumy pasażerów. Nie ma czasu... 
Wywołał spis współrzędnych, wybrał nowe. Rozejrzał się, gdy Madryt już znikał. Ani śladu 

przybywającego  metamorfa  torglindu.  Zaczął  westchnienie.  Dokończył  je  na  platformie  na 
Gare du Nord w Paryżu. Wywołał lokalny spis i przeskoczył znowu. 

Spacer.  Jeszcze  widniej.  Od  dworca  Tuileries.  Wreszcie  bezpieczny.  Tym  razem  Kot  nie 

mógł za nim podążać. 

Droga wzdłuż Pól Elizejskich. Przechodząc od obrzeży parku, przez drogę dla rowerzystów, 

na ścieżkę dla pieszych, poczuł zapach jedzenia z najbliższej przydrożnej kafeterii. Minął kilka, 
zanim wybrał jedną z wolnym stolikiem, niedaleko platformy skokowej, dobrym widokiem na 
obie  strony.  Usiadł  i  zamówił  solidne  śniadanie.  Kiedy  skończył,  odpoczywał  wypijając 
niezliczone filiżanki kawy. Nie zjawiło się nic groźnego i czuł, jak rodzi się w nim słabe jeszcze 
poczucie bezpieczeństwa. Po pewnym czasie ogarnęła go apatia. 

Noc.  Tutaj  zbliżało  się  południe,  ale  w  miejscu,  skąd  przybył,  trwała  noc.  Zbyt  długo  już 

funkcjonował bez snu. 

Wstał  i  poszedł  dalej.  Czy  powinien przeskoczyć do  innego  miasta,  by  dokładniej zatrzeć 

swoje ślady? Czy zmylił już pogoń w dostatecznym stopniu? 

Wybrał kompromisowe wyjście i przeskoczył na lewy brzeg. Znów szedł. Wiedział, że nie 

myśli precyzyjnie. Z początku zajęty tylko ucieczką, odprężony, zmęczony umysł pracował w 
zwolnionym  tempie.  Łatwo  mógł  zdobyć  jakiś  środek  pobudzający  i  odzyskać  pełną 
sprawność.  Wystarczył  kontakt  z  jego  komputerem  medycznym  i  przesłanie  recepty  do 
miejscowej apteki. Czuł się jednak względnie bezpieczny; wolał raczej odpocząć i w naturalny 
sposób  zregenerować  siły,  niż  już  na  tym  etapie  korzystać  ze  sztucznych  środków.  W 
ostatecznym  starciu  ciało  może  okazać  się  ważniejsze  niż  umysł,  uczucia  i  odruchy 
pewniejszymi  przewodnikami,  niż  jakiś  skomplikowany  plan.  Przecież  już  odkrył,  że 
prymitywny umysł jest najlepszy w starciu z niebezpiecznym telepatą. Najpierw sen, potem 
proszki, jeśli zajdzie potrzeba. 

background image

Znalazł hotel o nazwie St. Jacques, niedaleko Uniwersytetu. W okolicy było kilka platform 

skokowych, a jedna stała w halli Wynajął pokój na drugim piętrze i w ubraniu wyciągnął się 
na łóżku. 

Przez  długi  czas  nie  mógł  zasnąć.  Leżał  wpatrzony  w  sufit.  Przed  oczami  przesuwały  się 

sceny  z  niedawnej  ucieczki.  Stopniowo  jedną  wdarły  się  inne  obrazy,  a  żaden  nie 
przedstawiał  ostatnich  zdarzeń.  Odpływał  wraz  z  nimi.  Oddychał  coraz  wolniej,  aż  wreszcie 
uniosło go w ciemność. 

...Patrzył, jak Dora wyświetla roje równań na konsoli wideo, palce biegają nad klawiaturą 

jak palce jego matki nad krosnem, wprowadzające nowe zmienne, wplatające nowe wzory. 
Nie  rozumiał.  Ale  to  nieważne.  Miała  długie,  jasne  włosy  i  bardzo  jasne oczy.  Spotkał  ją  po 
powrocie  z  bardzo długiej  wyprawy,  kiedy  instytut posłał  go znów  do  szkoły,  żeby doszkolił 
się  z  astrofizyki  i  udoskonalonych  metod  nawigacji.  Uczyła  tam  matematyki...  Równania 
zmieniają się w rysunki na piasku, a te z kolei w czaszki, zwierzęce i ludzkie. Dora uśmiecha 
się.  Niejasno  pamięta,  że  jest  martwa.  Czy  żyłaby  jeszcze  gdyby  go  nie  poznała?  Zapewne. 
Ale...  Ekran  zmienia  się  w  automat  do  gry,  a  czaszki  wirują  i  zatrzymują  się,  płoną  różnymi 
kolorami.  Kolory  skrywają  ściany  kanionu,  przez  który  kroczy.  Po  obu  stronach  długie  pasy 
warstw  geologicznych  w  nagiej  skale.  Pod  stopami  rozrzucone  czaszki  i  inne  kości,  niektóre 
szare i nadgryzione, spękane i pokruszone; inne świeże i jasne, czasem ozdobione turkusem, 
koralem  i opalem.  Jakiś dźwięk  dobiega  z  tyłu,  ale  odwraca się i niczego  nie widzi. Dobiega 
znowu  i  znowu  niczego  nie  ma.  Dobiega  po  raz  trzeci;  ma  wrażenie,  że  odwracając  głowę 
dostrzega jakiś ulotny cień. Za czwartym razem jest tam i czeka, kojot. Stoi i śmieje się obok 
stosu kości. 

— 

Chodź — mówi zawracając. 

Idzie, a kojot prowadzi go wśród cieni. 
— Szybciej — mówi i zaczyna skakać, a on przyspiesza kroku. Przez długi czas idą wśród 

ukrytych  miejsc.  Ciemnych  miejsc.  Miejsc  zapomnienia.  Dora  za  nimi.  Blask  płomieni  i 
tancerze.  Odgłosy  grzechotek  i  bębnów.  Nocny  klub  za  mgiełką  whisky.  Piaszczysta 
powierzchnia  Woden  IV;  zamieszkujące  ją  bestie,  podobne  do  czołgów.  Kości  pod  stopami, 
kości  dookoła.  Spadają...  Jakiś  dźwięk za plecami.  Cień  biegnie  przodem, gdy  ściga  kosmaty 
ogon Oszusta. 

— Dokąd idziemy? — woła. 
— Na zewnątrz i w górę, na zewnątrz i w górę — słyszy odpowiedź. 
Jego cień nagle zakrywa inny, większy, rzucany przez kogoś, kto stoi tuż za plecami. 
— Spiesz się! Wyjdź! W górę! Szybko! 
Przebudził się zaalarmowany. Dzień przygasał za oknem. I co to za hałas na schodach? 
Na  zewnątrz  i  w  górę?  Zbyt  wyraźny  znak,  by  go  ignorować.  Zdawało  mu  się,  że  wciąż 

słyszy za oknem głos kojota. 

Wstał,  przeszedł  przez  pokój,  wyjrzał.  Były  schody  przeciwpożarowe.  Czy  zauważył  je, 

kiedy się wprowadzał? Nie pamiętał. 

Otworzył okno i wyszedł na zewnątrz. Nie kwestionował wagi ostrzeżenia. Wciąż poruszał 

się jak we śnie. Jedyną rozsądną decyzją wydawało się podążanie szlakiem, wskazanym przez 
kojota.  Wieczorne  powietrze  było  chłodne,  światła  kursowe  ukazywały  trasę  w  dole.  Ten 
wilgotny, ostry zapach, niesiony bryzą... Sekwana? 

W górę! 
Wspinał  się.  Z  pewnym wysiłkiem  zdołał  się  podciągnąć  na  pochyły  dach.  Ludzie  chodzili 

wzdłuż trasy Rue des Ecoles, ale nikt nie patrzył w górę. Ruszył w prawo, stawiając stopy na 
rynnie i przesuwając dłonie po dachówkach. Wizja snu nie ustępowała. Minął kominy i dysk 

background image

anteny. Przed sobą zobaczył narożnik. Usłyszał daleki, głuchy łomot, jakby ktoś dobijał się do 
drzwi,  gdzieś  niżej,  po  lewej  stronie.  Przyspieszył.  Głośny  trzask  pękającego  drewna  lekko 
tylko pobudził wyobraźnię. W pobliżu była platforma; gdyby tylko stanął na ziemi... 

Szedł,  jakby  podążał  szlakiem  magii,  prowadzącym  do  następnych  schodów 

przeciwpożarowych,  które  właśnie  dostrzegł.  Nawet  głosy  pościgu:  wielkie  ciało 
przeciskające  się  przez  okno  hotelowego  pokoju,  dudniące  po  metalowych  schodach, 
sięgające do krawędzi dachu, wydawały się częścią jakiegoś przedstawienia. Nie był tu nawet 
widzem,  a  już  na  pewno  nie  aktorem.  Poruszał  się  mechanicznie,  ledwie  świadom,  że 
ścigający  przyzywa  go  —  nie  słowami,  ale  uczuciami,  które  w  normalnych  warunkach 
budziłyby niepokój. 

Obejrzał  się  mijając  narożnik.  Dostrzegł  wielką,  dziwnie  ukształtowaną  postać  w  czerni, 

wciągającą  się  na  dach.  Nawet  gdy  pękła  rynna  i  postać  bezskutecznie  szukała  jakiegoś 
punktu  zaczepienia,  nie  poczuł  przypływu  adrenaliny.  A  kiedy  runęła  w  dół,  usłyszał  jej 
wołanie:  Dzisiaj  tobie  sprzyja  szczęście.  Wykorzystaj  to!  Jutro...  Jej  krzyk  i  ruchy  ustały,  gdy 
wylądowała  w  gąszczu  krzewów.  Dopiero  wtedy  odniósł  wrażenie,  że  budzi  się  nagle 
pojmując, że świat istnieje naprawdę, a jego sytuacja jest dość niepewna. Odetchnął głęboko 
chłodnym powietrzem nocy, zsunął się na schody przeciwpożarowe i rozpoczął zejście. 

Gdy  dotarł  do  ziemi,  postać  była  wciąż  tylko  czarną  plamą  wśród  rosnących  przy  ulicy 

krzewów.  Poruszała  się  lekko  i  wydawała  jakieś  ciche  dźwięki,  ale  nie  była  w  stanie 
kontynuować pościgu. 

Dopiero  gdy  stanął  na  platformie,  gdy  wywołał  i  zakodował  nowe  współrzędne,  Billy 

zaczął się zastanawiać. 

 

 

DYSK III 

 

KOMPUTER OSKARŻA O NARUSZENIE 

PRAW PATENTOWYCH 

 
BRG-118,  laureat  Nagrody  Nobla  z  medycyny  w  roku  2128,  dziś  rano  wniósł  pozew  do 

sądu okręgowego w Los Angeles. Oskarża J & J Pharmaceuticals 

 

SATELITARNY ZŁODZIEJ UDERZA ZNOWU 

 
Cenne  układy  doświadczalne  zniknęły  z  Berga-12,  skradzione  przez  osobę  lub  osoby  o 

nieustalonej  tożsamości  podczas  przerwy  w  dopływie  energii,  wywołanej  prawdopodobnie 
przez 

 

JUTRO STARTUJĄ SŁONECZNE REGATY 

 

BRUTALNE MORDERSTWO REPORTERKI 

 
Okaleczone  zwłoki  reporterki  Virginii  Kalkoff  w  mało  uczęszczanej  stacji  platform 

skokowych w stanie New York 

 
I nie wiem, co teraz zrobię... 
 

background image

 

WIOSENNE HURAGANY ATAKUJĄ 

POŁUDNIOWY ZACHÓD 

 

SZTUCZNE SERCA SERII 12 DO WYMIANY 

 
Przepraszając za możliwe niewygody 
 

Z

anim  jeszcze  przyszedł  Nayenezgani,  Staruch  Kojot  spotkał  pewnego  dnia  Wędrowną 

Skałę.  Przemówiła  do  niego,  a  on  odpowiedział.  Zdumiony,  że  taki  kawał  głazu  może 
posiadać inteligencję, szybko zaczął z niej drwić. 

Najpierw wymalował na niej groteskowe oblicze. 
— Marszczysz brwi, Stara Skało — stwierdził. 
— Nie podoba mi się twarz, jaką mi dałeś — odparła. 
— I jesteś łysa — zauważył Kojot. — Naprawię to. 
Wspiął się na wierzchołek i załatwił potrzebę. 
— Pasują ci takie brązowe, kędzierzawe loki. 
— Irytujesz mnie, Kojocie. 
—  Wrócę  niedługo,  rozpalę  ogień  u  twoich  stóp  i  ugotuję  sobie  obiad  —  rzekł  Kojot.  — 

Gdy tylko coś upoluję. 

— Może ja również powinnam zapolować — odparła. 
Kojot ruszył przez las. Nie oddalił się zbytnio, gdy usłyszał za sobą dudnienie. Obejrzał się i 

zobaczył, że kamień powoli toczy się za nim. 

— Niech to szlag! — krzyknął Kojot i pobiegł. 
Uciekając, zauważył Górskiego Lwa, który odpoczywał w cieniu. 
— Górski Lwie! — zawołał. — Ktoś mnie ściga! Możesz mi pomóc, bracie? 
Górski Lew powstał, przeciągnął się i rozejrzał. 
—  Chyba  żartujesz  —  powiedział,  gdy  dostrzegł  Wędrowną  Skałę.  —  Nie  mam  ochoty 

zostać płaskim kotem. Biegnij dalej. 

Kojot biegł i po pewnym czasie spotkał Niedźwiedzia, wychodzącego właśnie z jaskini. 
—  Hej!  Niedźwiedziu,  stary  kumplu!  —  krzyknął.  —  Ktoś  chce  mnie  załatwić!  Możesz 

pomóc? 

— Pewno — odparł Niedźwiedź. — Niewiele jest rzeczy, których się lękam... 
Usłyszał odgłosy pogoni, spojrzał i zobaczył Wędrowną Skałę. 
— ...ale to właśnie jedna z nich — dokończył. — Przykro mi. 
— Co mam robić? — wrzasnął Kojot. 
—  Uprawiaj  filozofię  i  biegnij  jak  wszyscy  diabli  —  poradził  Niedźwiedź,  wracając  do 

jaskini. 

Kojot biegł ku równinom, a Wędrowna Skała toczyła się za nim coraz szybciej. 
Wreszcie Kojot zauważył Starego Bizona, pasącego się wśród traw. 
— Bizonie! Ratuj! Gonią mnie! — wrzasnął. 
Stary Bizon wolno odwrócił głowę i przyjrzał się coraz bliższej Skale. 
—  Masz  moje  wsparcie  moralne  —  oświadczył.  —  Ale  przypomniałem  sobie  właśnie,  że 

pora ruszyć stąd stado. Wyskubaliśmy już całą trawę w okolicy. To na razie, mały. Hej, ruszać 
się! Zbieramy ogony za rzekę! 

Kojot biegł ciągle, dysząc ciężko, aż dotarł do miejsca, gdzie odpoczywały jastrzębie. 

background image

—  Pomóżcie  mi,  przepiękne  ptaki,  wspaniali  łowcy!  —  zawołał.  —  Mój  przeciwnik  jest 

coraz bliżej. 

— Skryj się w tej dziupli drzewa, a Skałę zostaw nam — odpowiedział wódz jastrzębi. 
Po  czym  dał  znak  i  całe  jego  plemię  wzbiło  się  w  powietrze,  zatoczyło  krąg  i  runęło  na 

Wędrowną Skałę. Ptaki dziobami usunęły wszystkie luźne fragmenty, po czym zabrały się do 
pracy  przy  szczelinach  pęknięć.  Pogłębiały,  poszerzały,  odrywały  coraz  więcej  materiału.  Po 
krótkiej chwili Wędrowna Skała była tylko pasem żwiru. 

— Już — powiedział Jastrzębi Wódz do Kojota. — Skończone. Możesz wyjść. 
Kojot  wypełzł  z  dziupli  i  obejrzał  resztki  swego  prześladowcy.  Potem  wybuchnął 

śmiechem. 

— To była tylko zabawa — oświadczył. — Nic więcej. Nic mi nie groziło. A wy, głupie ptaki, 

myślałyście,  że  jestem  w  niebezpieczeństwie.  To  śmieszne.  To  naprawdę  śmieszne.  Nic 
dziwnego, że wszyscy się z was nabijają. Naprawdę myślałyście, że boję się jakiegoś starego 
kamienia? 

Kojot odszedł ze śmiechem, a Jastrzębi Wódz dał inny znak. 
Jastrzębie  spadły  na  kamienne  okruchy,  zebrały  je  i  zaczęły  składać  razem,  jak  kawałki 

gigantycznej układanki. 

Kiedy  Wędrowna  Skała  poczuła,  że  znów  jest  cała,  stęknęła  i  ruszyła,  z  początku  bardzo 

powoli, w kierunku, w jakim oddalił się Kojot. Nabierała szybkości i wkrótce zobaczyła Kojota. 

— Och, nie! — jęknął Kojot widząc, jak się zbliża. 
Znowu  zaczął  uciekać.  Dotarł do  zbocza  i  ruszył biegiem  w  dół.  Wędrowna  Skała  pędziła 

coraz  prędzej,  zmniejszała  dzielącą  ich  odległość,  wreszcie  przetoczyła  się  po  nim  i 
zmiażdżyła na śmierć. 

Krążący w górze jastrząb zobaczył to i wrócił, by opowiedzieć innym. 
— Staruch Kojot znowu to zrobił — oświadczył. — Nigdy się nie nauczy. 
 

Dzień Drugi 

 

N

oc,  kłęby  mgły  spływają  po  kamienistych  zboczach,  gwiazdy  bliżej  środka  nieba, 

księżycowa  fosforescencja  na  krawędzi  świata.  Poduszkowiec  pędził  nad  górskim,  skalistym 
szlakiem,  między  kamienną  ścianą  a  urwiskiem,  skręcał,  wznosił  się  i  opadał.  Owce 
przechodziły przez drogę, zatrzymując się, by skubać wiosenną trawę. W okolicy nie płonęły 
żadne  światła;  nikt  inny  nie  jechał  tą  trasą.  Od  czasu  do  czasu  szyba  zachodziła  mgłą, 
usuwaną  jednym,  automatycznym  ruchem  wycieraczki.  Jedynym  dźwiękiem,  prócz  cichego 
szumu silnika, był z rzadka świst wiatru, wdzierającego się w jakieś zakamarki pojazdu. 

Billy wjechał w prawy hak, potem stromy podjazd w lewo. Z każdym kilometrem czuł się 

bardziej bezpieczny. Kot okazał się zdolniejszy, niż sądził. Szybko opanował technikę platform 
skokowych i zasady działania w terenach miejskich. Billy wciąż nie był pewien, w jaki sposób 
potrafi z taką dokładnością określić jego położenie. Sztuczki z platformami mógł zrozumieć, 
ale  skąd  wiedział,  gdzie  go  znajdzie...  To  pachniało  magią,  mimo  że  Kot  miał  dość  czasu  na 
układanie planów. 

Jednak  zmiana  taktyki  powinna  dać  mu  przewagę,  konieczną  dla  ostatecznego  sukcesu. 

Kiedy zostawił ogłuszonego Kota na lewym brzegu, przeskoczył na Gare du Nord, a stamtąd 
transportował się do Dublina. Kilka razy był już w tym mieście, podczas wycieczek do Irlandii. 
W  Dublinie  sprawdził  wykaz  numerów  i  przeskoczył  do  Bantry,  gdzie  kiedyś  spędził  kilka 
tygodni  łowiąc  ryby  i  pływając  żaglówką.  Tam,  w  przyjemnym,  cichym  zakątku  West  Cork, 

background image

zjadł kolację i rozpoznał pierwsze objawy słabego poczucia bezpieczeństwa. Przespacerował 
się po mieście koło ujścia zatoki wdychając słone powietrze i wspominając tamten czas. Mógł 
być  wtedy  szczęśliwszy,  choć  teraz  pamiętał  to  jako  jeszcze  jeden  okres  przystosowania  do 
kolejnej zmiany epoki. Pamiętał łódź, dziewczynę imieniem Lynn i morskie dania. I jeszcze, że 
było  to  niewielkie,  senne  miasteczko,  gdzie  mógł  stopniowo  wejść  w  nowe  dziesięciolecie. 
Czy  właśnie  czegoś  takiego  potrzebował  teraz  najbardziej?  Zastanawiał  się.  Pokręcił  głową. 
Mocniej chwycił kierownicę, pokonując stromy i kręty zjazd. 

Czas na zastanowienie. Musiał znaleźć jakieś bezpieczne miejsce, żeby wszystko dokładnie 

przemyśleć.  Coś  tu  się  nie  zgadzało.  Czegoś  istotnego  nie  dostrzegał.  Kot  był  zbyt  bliski 
zwycięstwa.  Powinien  przecież  go  zgubić.  Mimo  wszystkich  zmian,  to  wciąż  był  jego  świat. 
Obca  bestia  nie  powinna  go  tutaj  przechytrzyć.  Czas.  Potrzebował  czasu,  by  nad  tym 
pomyśleć. 

Postanowił zmienić system postępowania. Jeśli pozostawiał w platformach jakiś ślad, coś, 

co  pozwalało  odgadnąć  wybrany  cel  przeskoku,  aktualne  posunięcie  powinno  zlikwidować 
ten efekt. W Bantry wypożyczył wóz i ruszył na północ wzdłuż trasy, którą zapamiętał. Minął 
Glengariff  i  jechał  dalej  w  stronę  Kenmare,  przez  odludne  tereny,  gdzie  nie  było  platform. 
Przez  chwilę  czuł  się  wolny.  Istniała  tylko  noc,  i  wiatr,  i  skalisty  krajobraz.  Poprzedniego 
wieczoru  Kot  zaskoczył  go,  proponując  ucieczkę.  Od  tamtej  chwili  wyłącznie  improwizował. 
Teraz  musiał  stworzyć  jakiś  plan,  generalne  założenia  taktyki  obrony,  które  pozwoliłyby 
przetrwać tę próbę. Plan... 

Jakieś światło w dali. Teraz dwa. Trzy... Podniósł  termos i wypił łyk kawy. Podstawowym 

błędem,  uznał,  było  to,  że  nie  przeskakiwał  dostatecznie  często.  Powinien  wciąż  się 
przemieszczać, by porządnie zagmatwać swój trop. Kot był najwyraźniej tak blisko, że potrafił 
odczytać  cel  w  jego  myślach.  Nawet  gdy  dokonywał  przeskoku  więcej  niż  raz,  Kot  mógł  się 
zjawiać w chwili, kiedy on znikał, w ten sposób znał następny przystanek. 

Cztery...  Kenmare  leżało  jeszcze  dość  daleko,  za  nielicznymi  farmami  i  wiejskimi 

rezydencjami. Noc była rześka. Wyrównał po długim zjeździe. Drzewa po obu stronach trasy 
nagle stały się większe. 

Następnym razem naprawdę namiesza. Będzie przeskakiwał tam i z powrotem pomiędzy 

tyloma  miejscami,  że  zupełnie  poplącze  tropy.  Tak,  od  samego  początku  powinien  tak 
postępować... 

Następnym razem? 
Krzyknął.  Myślowa  obecność  Kota  nagle  wypełniła  powietrze,  niby  zapach  palonego 

mięsa. 

— Nie... — powiedział, starając się odzyskać panowanie nad pojazdem. W chwili wybuchu 

stracił kontrolę i zjechał na lewą stronę szlaku. 

Podskakiwał teraz nad polem, na wysokości mniej więcej dwóch stóp, pędząc w kierunku 

coraz  bardziej  stromego  zbocza.  Zbyt  nagła  zmiana  kursu  mogła  przewrócić  pojazd.  Kręcąc 
kierownicą zatoczył lekki łuk i po chwili wracał już na trasę. Rozglądał się na wszystkie strony, 
gdzie padało światło reflektorów, ale nie dostrzegł nawet śladu prześladowcy. 

Wjechał na trasę i przyspieszył. Cienie przemykały w tył. Wiatr poruszał konarami drzew. 

Światła  poduszkowca  oświetlały  dryfujące  nad  szlakiem  strzępy  mgły.  Nic  więcej  nie 
zauważył. 

— Kocie...? — zawołał w końcu. 
Nie  otrzymał  odpowiedzi.  Czyżby  był  tak  napięty,  że  wyobraził  sobie  to  zdanie? 

Zmęczenie... 

— Kocie? 

background image

Wydawało  się  takie  realne.  Usiłował  zrekonstruować  stan  psychiki  w  chwili,  gdy  je 

usłyszał.  Przypuszczał,  że  sam  wywołał  ten  efekt,  choć  nie  podobały  mu  się  wnioski,  jakie 
musiał wyciągnąć z tego faktu, a dotyczące stanu jego umysłu. 

Minął  serię  łuków,  na  przemian  w  prawo  i  w  lewo.  Nadal  przeszukiwał  wzrokiem  oba 

pobocza szlaku. 

Tak szybko... Pewność siebie rozpadła się w jednej chwili. Czy teraz będzie widział Kota za 

każdą skałą i każdym krzakiem? 

Dlaczego nie? 
— Kot! 
Tak. 
Gdzie jesteś? Co robisz? 
Bawię się. Uznałem, że jednym z głównych celów tej gry musi być maksimum zabawy. To 

miło, że zechciałeś współpracować w jego realizacji. 

Jak mnie znalazłeś? 
Łatwiej, niż mógłbyś przypuszczać. Jak powiedziałem, wdzięczny ci jestem za współpracę. 
Nie rozumiem. 
Oczywiście, że nie. Masz skłonności do oszukiwania siebie. 
O co ci chodzi? 
Wiem  teraz,  że  każdej  chwili  mogę  cię  zniszczyć,  ale  wolę  przedłużyć  tę  rozkosz.  Uciekaj. 

Zaatakuję w najbardziej odpowiedniej chwili. 

To, co mówisz, nie ma sensu. 
Nie. Bo nie chcesz do tego dopuścić. Jesteś mój, łowco, gdy tylko zechcę. 
Dlaczego? 
Dotarł do długiego, potrójnego haku. Z przodu widział chyba więcej świateł. 
Powiem ci, a to cię nie uratuje. Jesteś teraz inny, niż kiedyś. Dostrzegam w tobie to, czego 

za dawnych dni nie było. Czy wiesz, czego naprawdę pragniesz? 

Zwyciężyć cię, odparł Billy. I zwyciężę. 
Nie. Twoim największym pragnieniem jest umrzeć. 
To nieprawda! 
Zrezygnowałeś  z  dotrzymywania  kroku  twojemu  światu.  Od  dawna  już  czekasz,  szukając 

odpowiedniej  drogi  wyjścia.  Ja  stworzyłem  ci  taką  możliwość.  Myślisz,  że  uciekasz  przede 
mną, ale naprawdę pędzisz ku mnie. Ułatwiasz mi zadanie, łowco.
 

Nieprawda! 
...A cała ironia tkwi w fakcie, że nie chcesz tego przyznać. 
Zaglądałeś w umysły zbyt wielu Kalifornijczyków. One są pełne psychologii pop... 
...A twoje zaprzeczenia czynią polowanie o wiele łatwiejszym. 
Próbujesz zmęczyć mnie psychicznie. To wszystko. 
Nie ma potrzeby. 
Bluffujesz. Jeśli możesz uderzyć teraz, udowodnij to i uderz. 
Wkrótce. Wkrótce. Uciekaj. 
Musiał  zwolnić,  pokonując  serię  ostrych  zakrętów.  Wciąż  obserwował  trasę  po  obu 

stronach. Kot musi być blisko, skoro potrafi dosięgnąć go myślą. Naturalnie, miał przewagę, 
gdyż mógł się przemieszczać w linii prostej, podczas gdy trasa... 

Dokładnie. 
Skrawek nocy oderwał się nad głową, runął ze szczytu wysokiego głazu, pochylonego nad 

szlakiem z prawej strony. Billy próbował jednocześnie zahamować i wykręcić w lewo. 

Masywna,  podobna  do  jaguara  sylwetka  z  pojedynczym,  lśniącym  okiem  wylądowała  na 

background image

masce  pojazdu,  przodem  w  kierunku  jazdy.  Była  widoczna  tylko  przez  moment,  nim 
odskoczyła. 

Wóz  przechylił  się;  poduszka  powietrzna  przestała  go  podtrzymywać;  padał  na  burtę, 

zanim jeszcze zjechał ze szlaku. Billy walczył z kierownicą i dźwignią wychylenia, lecz wiedział, 
że jest już za późno. Nastąpił silny wstrząs, zgrzyt i poczuł, że jakaś siła rzuca go do przodu. 

 

Ś

miertelny,  śmiertelny,  śmiertelny...  Wirujący  kalejdoskop...  Zmienne  układy  wewnątrz 

nienaruszalnej struktury... Czy to błąd? Z potęgą przychodzi ból... Tarcia czasu na obrzeżach... 
Obluzowane  centrum  formuje  się  w  innym  miejscu...  Nienaruszalna?  Ale...  Zwrot  na 
zewnątrz. Tutaj, gdzie trwa erozja woli atakowanej pieśniami jaźni, a czyny leżą poronione na 
kołdrze nocy... Ale... Znów poruszenie... Czy przetrwa poza poryw chwili? Fragmentacja... Nie 
kalejdoskop.  Nie  ma  centrum.  A  przecież...  Uformować  wolę.  Struktura...  Ból...  Śmiertelny, 
śmiertelny...  I  cudowny.  Jak  smukły,  niewysoki  pies...  Plastyczna  statua...  Dźwięki  organów, 
pierwsze  uderzenie  ginu  w  pusty  żołądek...  Łączymy  się  znowu,  dalej  niż  kiedykolwiek... 
Centrum.  Światło!...  Trudno  być  bogiem.  Ból.  Piękno.  Groza  bezosobowego...  Działać!  Tak. 
Centrum, centrum, centrum... Tutaj? Śmiertelny... 

nieczność  znowu  z  mostu  mózgotęczy  kojotchórzliwy  wzrok  oszupada  na  lądaleki 

konieczność  czasotrwania  agnienia  ły  i  pływów  zmiana  jednak  bestioprzyjście  ani 
mózgoburze  w  odwołaniach  orcalone  kreślą  linię  co  wiąże  nieczność  byostrzec  i  znajdrogę 
tworzy  puszkopandorę  pragnienieśmierciziemia  amen  amenuacja  otworzył  ludzkił  umys 
złącza ból durthwursht vernichtung pożądanie byjaśniej i iertelny śm ieczność sezamu 

My jesteśmy kluczem. 
 

P

rzebudził się wśród znieruchomienia i wilgoci. Czuł pulsowanie bólu po prawej stronie 

czoła. Ramiona zdrętwiały; dostrzegł, że leży w nienaturalnej pozycji. Prawa ręka była mokra. 
Otworzył  oczy;  noc  wciąż  okrywała  ziemię.  Wyciągnął  lewą  rękę  i  włączył  wewnętrzne 
oświetlenie. Odpryski szkła posypały się z rękawa. 

Zobaczył, że przednia szyba nie pękła, a wilgoć na dłoni to wylane resztki kawy. Przyłożył 

palce do czoła; nie znalazł żadnych ran, choć wyczuł opuchliznę bolącego miejsca. 

Pojazd  leżał  na  boku,  poza  szlakiem,  z  maską  częściowo  zgniecioną  po  zderzeniu  z 

drzewem. W pobliżu rosły też inne drzewa i krzaki maskując go częściowo. Spojrzał w górę i 
w lewo, ale nie znalazł przyczyny rozbicia bocznej szyby. 

Wtedy  jego  wzrok  padł  na  podgłówek.  Na  poszyciu,  tuż  obok  głowy,  znalazł  cztery 

równoległe  rozdarcia,  jakby  od  ostrych  jak  brzytwy  pazurów.  Znowu  popatrzył  na  rozbitą, 
boczną szybę. Tak... 

Kocie? 
Cisza. 
Na co czekasz? 
Przesunął  stopy,  ustawił  je  starannie  na  przeciwległych  drzwiach  i  wyprostował  nogi, 

przyjmując  pozycję  zbliżoną  do  stojącej.  Natychmiast  poczuł  zawrót  głowy  i  kurczowo 
chwycił kierownicę. Gdy atak minął, spróbował otworzyć drzwi. Po czwartej próbie ustąpiły z 
zgrzytem  i  drapaniem.  Chwycił  słupki  karoserii  i  podciągnął  się  w  górę.  Nagle  przypomniał 
sobie,  że  coś  podobnego  zrobił  w  starej,  niebieskiej  furgonetce,  gdy  wracał  do  domu  po 
sobotniej nocy w mieście. 

Widział  trop.  Rozróżniał  go  nawet  w  ciemności.  Kot  był  tam  i  zniknął.  Wymacywał 

połamane  gałązki,  czubkami  palców  odnajdywał  zagłębienia  w  ziemi.  Podążał  za  nim  mniej 

background image

więcej dwadzieścia metrów, w stronę pól, dalej od szlaku. Potem wstał i zawrócił. 

Co planujesz, Kocie? Czego teraz chcesz? zapytał. 
Słyszał tylko wiatr. Zawrócił wolno i ruszył poboczem. Był pewien, że do miasta pozostało 

najwyżej kilka mil. 

Minęło może dziesięć minut. Żaden pojazd nie nadjeżdżał, ale wiedział, że nie jest tu sam. 

Wielkie cielsko zdawało się poruszać między drzewami po lewej stronie. Tropiło go. 

W porządku, Kocie, stwierdził. W tej sytuacji moja dalsza ucieczka nie ma sensu. Jeśli masz 

atakować, atakuj. Jeśli nie, to przyjemnego spaceru. 

Odpowiedzi nie było. Ruszył lekkim truchtem. 
Nie  dotarł  daleko,  gdy  ogarnęła  go  fala  mdłości.  Zignorował  ją  i  biegł  dalej.  Uznał,  że  to 

pewnie reakcja na uraz głowy. 

Po chwili jednak wśród uczuć pojawił się strach, że Kot zaraz na niego skoczy. Próbował go 

stłumić, ale ten narastał, aż Billy rozpoznał jego irracjonalne źródła. 

Czuję to, Kocie. Ale wiem, co to jest, oświadczył. Po co to robisz? Dotrę do Kenmare, chyba 

że mnie zabijesz. Może po prostu się bawisz? 

Intensywność  uczucia  wzrosła.  Oddychał  nierówno.  Nagle  poczuł,  że  musi  oddać  mocz. 

Przeczucie zguby unosiło się nad szlakiem do granic zasięgu wzroku. 

Przez drogę przebiegło coś podobnego do małego psa. W tej samej chwili zniknął lęk. Czy 

tylko  cień  dostrzegłem między drzewami?  zastanowił  się.  Może  Kot  dawno  odszedł?  Czy  to 
mój prawdziwy, nie indukowany lęk? 

Czy może wszystko jest twoim dziełem, Kocie? Czy taki masz plan, by wzbudzić we mnie 

zwątpienie, złamać mnie zanim zabijesz? 

Przebiegł prawie milę, zanim poduszkowiec nadjechał z tyłu i zatrzymał się tuż przed nim. 

Kierowca zaproponował, że podwiezie go do miasta. 

Kiedy ruszali, Billy słyszał w myślach odległy śmiech swego prześladowcy. 
 

 

 
Zniknąć,  zaszyć  się  gdzieś,  pomyśleć.  To  właśnie  robił,  gdy  wreszcie  dotarł  do  miasta. 

Potrzebował choćby chwili wytchnienia w jakimś miejscu, gdzie Kot nie zdoła zajrzeć do jego 
umysłu.  Musiał  kontynuować  ucieczkę,  raz  jeszcze  spróbować  zatrzeć  ślad  tak,  by  zyskać 
chwilę spokoju, czas na analizę sytuacji, na ułożenie planu. 

Kierowca  wysadził  go  przy  stacji.  Zakładał,  że  gdzieś  tam  Kot  czyta  w  jego  myślach,  by 

poznać cel przeskoku. Zaczął nucić cicho w języku Navajo: fragment Drogi Błogosławieństwa. 
Wszedł do stacji, zbliżył się do platformy. W hali był tylko jeden człowiek, starszy mężczyzna 
siedzący na drewnianej ławce przy ścianie po prawej stronie. Podniósł głowę znad wydruku 
dziennika i skinął na powitanie. 

— ...wieczór — powiedział. 
Wszedł na platformę, wybrał współrzędne dworca Victoria. 
...w pięknie. 
Teraz do Monachium... 
...wokół mnie. 
Umył się w toalecie i przeskoczył do Rzymu. 
...na prawo ode mnie. 
Zjadł kanapkę i wypił szklankę wina. 
...na lewo ode mnie. 
Przeskoczył  do  Ankary.  Przez  długą  chwilę  stał  przed  terminalem  i  patrzył,  jak  wschodzi 

background image

słońce, rozpoczynając upalny, zakurzony dzień. 

...przede mną. 
Do Al Hillah w Arabii Saudyjskiej, a stamtąd do szeregu platform w Narodowym Naftowym 

Lesie Rab al Khali. 

Tak.  Tutaj,  postanowił,  wchodząc  miedzy  gigantyczne  drzewa  o  wielkich  liściach  i 

złuszczonej,  brunatnej  korze,  dźwięczącej  na  wietrze.  Podążył  oznakowaną  ścieżką  w  ich 
cieniu. 

Tu,  wśród  dawnego  marzenia  Freemana  Dysona,  powinien  odnaleźć  drogę  do  czegoś, 

czego  musiał  się  dowiedzieć.  W  tym  miejscu,  zwanym  kiedyś  Pustą  Stroną,  rósł  teraz 
genetycznie programowany las drzew większych niż sekwoje; wypuszczały pędy; ich sztuczny 
metabolizm  syntetyzował  ropę,  spływającą  specjalnymi  kanałami  w  dół,  do  korzeni 
tworzących  żywą  sieć  rurociągów,  w  licznych  punktach  połączonych  ze  sztucznym 
rurociągiem,  którym  paliwo  płynęło  na  rozległe  obszary  magazynowe.  Tworzyły  jeden  z 
wielkich rezerwuarów planety, dostarczających ropę dla tych gałęzi przemysłu, które jeszcze 
ją  wykorzystywały.  Drzewa  porastały  dawną  pustynię,  wykorzystując  nadmiar  słonecznej 
energii. Nie wymagające napraw, ponadczasowe na tle błękitu nieba, były w równym stopniu 
produktem  natury  i  techniki.  Były  świadectwem  kultury  planety  tak  samo,  jak  drzewa  w 
miejskich parkach, dostarczające własnych, specyficznych substancji, i jak sieć komputerowa, 
która  —  gdyby  się  od  niej  nie  odłączył  —  mogła  w  jednej  chwili  podać  mu  każdą  niemal 
informację, jakiej potrzebował. 

Niemal.  Pewne  sprawy  musiał  przemyśleć  w  samotności.  Lecz  tutaj,  w  tej  kombinacji 

starego  z  nowym,  pierwotnego  i  nowoczesnego,  czuł  się  swobodniej  niż  kiedykolwiek  od 
dnia, gdy zaczęła się ta historia. Nawet ptaki śpiewały tu w gałęziach... 

Długo szedł przez las. Zatrzymał się, gdy dotarł do niewielkiej polany, na której stały dwa 

drewniane  stoły,  zbiornik  na  odpadki  i  szopa.  Zajrzał  do  niej;  zwykły  sprzęt  leśniczych: 
wysokowydajne  koparki,  kilofy,  piły;  łańcuchy  i  kable;  rękawice  i  buty  do  wspinania. 
Wszystko było zakurzone, a pajęczyny niby ażurowe mosty łączyły narzędzia ze sobą. 

Zamknął drzwi, odszedł kawałek, wciągnął nosem powietrze i rozejrzał się. Usiadł plecami 

do  pnia  średniej  wielkości  drzewa;  kilka  szorstkich  łodyżek  szafranu  i  trawy  przebijało  się 
między wzgórkami korzeni. Nabił fajkę. Zapalił. 

Kot  chciał  jego  śmierci  i  próbował  go  przekonać,  że  sam  także  jej  pragnie.  Pomysł 

wydawał się absurdalny, ale przeanalizował go dokładniej. Wszechświat jest w przeważającej 
części  jego  przeciwnikiem.  Tego  nauczył  się  jeszcze  w  dzieciństwie.  Trzeba  zachowywać 
środki  ostrożności  i  mieć  nadzieję.  Czas  to  płynąca  woda,  ani  dobra,  ani  zła,  nie  dająca  się 
pochwycić.  Można  najwyżej  złożyć  dłonie  i  na  chwilę  zatrzymać  odrobinę;  to  wszystko. 
Jednak  w  ciągu  ostatniej  dekady  jego  życia,  czyli  mniej  więcej  trzydziestu  lat  rzeczywistego 
czasu, zmienił się w rwący potok; nie potrafił zatrzymać ani kropli. W tym okresie wielki świat 
zmieniał się szybko. Tancerze zamienili maski; nie potrafił już rozpoznać wrogów. 

Oprócz Kota. 
Ale  to  nieuczciwe,  stwierdził.  Nawet  dla  Kota.  Kota  potrafił  zrozumieć.  Kot  był  prosty, 

monomaniakalny  w  swych  pragnieniach.  Reszta  świata  stała  się  niebezpieczna  na  różne, 
skomplikowane  sposoby,  choć  generalnie  nie  przejawiała  złych  zamiarów  ani  premedytacji. 
Była przeciwnikiem, nie wrogiem. Kot był wrogiem. Wszechświat przetaczał się i miażdżył. A 
teraz... 

Tempo wzrastało. Czuł to przez całe życie, od pierwszych szkolnych dni, coraz szybsze, jak 

rytm  bębnów.  Owszem,  zdarzały  się  przerwy,  okresy,  gdy  dostosowywał  się  do  nowych 
rytmów.  Ale  teraz...  Odczuwał  zmęczenie.  Ostatnie  reakcje  nie  były  już  właściwe,  nawet 

background image

wśród  jego  rodaków.  Patrząc  w  przeszłość  pojmował,  że  najlepiej  czuł  się  wtedy,  gdy 
wyruszał  na  łowy,  ku  pozaczasowym  krainom  wśród  gwiazd.  To  powrót  zawsze  był 
wstrząsem.  Teraz...  teraz  chciał  tylko  odpocząć.  Albo  odlecieć  znowu,  choćby  następny 
powrót... 

Dora.  Obok  Dory  także  odczuwał  spokój.  Ale  teraz  mu  to  nie  pomoże.  Myśli  o  Dorze 

sprawiały tylko, że odwracał się od rzeczywistych problemów. Czy naprawdę chciał umrzeć? 
Czy Kot miał rację? 

Niemal  słyszał  pieśń  we  wnętrzu  tego  nienaturalnego  drzewa  rosnącego  równolegle  do 

kręgosłupa. Czuł wibracje nerwów. 

Chęć, by uciec najdalej, by spocząć i nie zmieniać się więcej... Może... 
Przygryzł  cybuch  fajki.  Nie  lubił  tego  myślenia  jak  bellicano,  tego  poszukiwania  ukrytych 

motywów. Tym niemniej... 

Może jednak coś w tym było. Rozluźnił mięśnie szczęk. 
Jeżeli  ukryte  źródła  jego  uczuć  były  takie,  o  jakich  mówił  Kot,  to  pędził  ku  śmierci  przez 

cały czas, od dnia śmierci Dory i... 

Dora?  Jaką  rolę  odgrywała  w  tym  wszystkim?  Nie,  lepiej  niech  martwi  spoczywają  w 

pokoju  i  nie  nachodzą  żywych.  Wystarczy  przyznanie,  że  zmiany  w  społeczeństwie  — 
społeczeństwie,  w  którym  się  nie  urodził,  ale  którego  częścią  próbował  się  stać  —  były 
dostatecznie  głębokie,  by  doprowadzić  go  aż  tutaj.  Jakie  stąd  wnioski?  Co  dalej?  Czego 
naprawdę chciał? I jak powinien to osiągnąć? 

Nagle  odkryły  się  wspomnienia,  zaskakując  go  wiedzą,  którą  posiadał  od  samego 

początku. Po pierwszym szoku poczuł rozpacz, gdyż wiedział już, że słowa Kota były prawdą. 

Za  każdym  razem,  gdy  uciekał  korzystając  z  platformy  skokowej,  gdzieś  w  głębi  umysłu 

tkwił  ostateczny  cel  podróży.  Nie  miały  znaczenia  transfery,  których  dokonywał  po  drodze. 
Kot  musiał  wyczytać  tylko  kierunek  drogi,  przeskoczyć  tam  i  zacząć  patrolować  miasto  w 
poszukiwaniu  najpierw  jego  myśli,  potem  ciała.  Ze  strony  Billy’ego  była  to  więcej  niż 
nieostrożność.  To  tak,  jakby  poddał  się  Kotu  i  ukrywał  tę  informację  przed  własną 
świadomością. Jak może teraz sobie zaufać, gdy zdecyduje się na jakiekolwiek działanie? 

Z  drugiej  strony  jednak,  bezczynność  mogła  się  okazać  równiej  fatalna.  Zaskoczyła  go 

łatwość, z jaką zaakceptował swe ukryte pragnienie śmierci. Mimo wszystko, postanowił mu 
się nie poddawać: nie podczas tego pojedynku z Kotem. Ssał fajkę i słuchał ptasich głosów. 

Czy  w  jego  umyśle  tkwiło  to  miejsce,  gdy  opuszczał  Kenmare  w  pierwszym  z  serii 

przeskoków? Chyba tak... 

Dobrze.  Wstał.  Założył,  że  Kot  wiedział  i  mógł  się  zjawić  lada  chwila.  Im  dłużej  tu 

pozostanie,  tym  większe  szansę  ma  bestia,  że  zastanie  go  nieprzygotowanego.  Otrzepał 
spodnie. 

— Niech to diabli — mruknął. 
Wciąż potrzebował czasu, by coś zaplanować. 
Klepnął pień drzewa i ruszył przez polanę do ścieżki. Nagle przeleciał nad nim wielki kruk. 

Billy stanął. W głowie kłębiły się myśli o Czarnym Bogu i sztuce łowów. 

Jedyną stacją w okolicy była ta, której użył. Kot mógł się tam zjawić w każdej chwili, może 

wtedy,  gdy  on  właśnie  podejdzie.  Nie,  to  niemożliwe.  Był  bezbronny,  więc  ostrożność 
nakazywała ucieczkę. Lecz ryzyko z nią związane wydawało się zbyt wysokie. 

 

P

rzychodził  z  Utah  i  Colorado;  był  wielki,  czarny  i  zły.  Gdy  atakował,  ludzie  szukali 

schronienia  i  czekali.  Uderzał,  zalewał  i  wypełniał  kanały.  Wrzał  i  ryczał,  od  Lake  Powell  po 

background image

Carrizos.  Językiem  płomieni  liznął  Shiprock.  Plamy  bieli  na  wyżynach  znikały  od  jego  śliny. 
Potoczył  się  po  kraju  i  przewalił  przez  szczyty  gór.  Dech  miał  szybki  i  ostry,  wyłamujący 
konary  sosen  i  strącający  szyszki.  Arroyo  zmieniły  się  w  błotniste  węże.  Były  mgły,  a 
gdzieniegdzie tęcze. Grom zbudził się ze snu. Nie można było dłużej opowiadać legend. 

 

Strażnik Chmur wypuścił swe podopieczne. 
Strażnik Wiatrów otworzył bramy. 
Strażnik Wód rozwarł niebo. 
Strażnik Błyskawic skinął swymi lancami. 
Strażnik Satelitów stwierdził: 
„Stuprocentowe prawdopodobieństwo opadów”. 

 

Z

szedł  z  platformy  skokowej  i  rozejrzał  się.  Przez  chwilę  stał  nieruchomo,  jakby 

nasłuchując.  Potem  opadł  na  cztery  łapy  i  wbiegł  między  drzewa,  po  drodze  zmieniając 
kształt. Wykrył umysł, którego szukał. Znów pełen pieśni i niejasnych wizerunków, które były 
z  nim  powiązane.  Jednak,  choć  maskowały  myśli,  nie  mogły  ukryć  kierunku  i  położenia 
myślącego człowieka. Odnalezienie ciała nie powinno sprawiać trudności. 

Poruszał  się  coraz  zwinniej,  gdy  linie  jego  ciała  płynęły  przyjmując  kocią  postać,  którą 

wolał od innych. Oko błyszczało, jak kałuża cieczy. Kły sięgały kilka cali poniżej dolnej wargi. 
One także połyskiwały. Niemal bezgłośnie przebiegał między wielkimi, naftowymi drzewami. 
Kiedy  nieruchomiał  nasłuchując  wrażeń,  stawał  się  prawie  niewidzialny  wśród  plamistych 
deseni światła i cienia. 

Raz w takiej chwili upadł liść. Kot zaatakował jak żywa błyskawica. Potem wyprostował się 

i potrząsnął głową. Popatrzył na liść. I znowu ruszył przed siebie. 

Może już teraz przyjdzie pora. Gra nie była tak trudna, jak się spodziewał. Jeśli nie nastąpi 

jakaś ciekawa walka albo ucieczka, jeśli i tym razem nie zdarzy się nic emocjonującego, może 
lepiej  zakończyć  tutaj  całą  zabawę.  Łowca  stracił  chyba  wolę  walki;  był  zbyt  znużony  i 
zatroskany, by stawiać pożądany opór. 

Przez chwilę patrzył gniewnie na czarnego ptaka, który krzyknął mu nad głową i odleciał. 
Wracaj, kochasiu. Tylko na chwilę. Chodź, popatrz. 
Ale ptak zniknął. 
Kot  machnął  szerokim  ogonem  i  ruszył  po  miękkim  poszyciu  lasu.  Już  niedaleko... 

Przyspieszył kroku i nie zwalniał, póki nie zbliżył się do polany. Obserwował. Zatoczył krąg i 
obserwował znowu. 

Człowiek  po  prostu  siedział,  oparty  plecami  o  drewnianą  ławkę.  Palił  fajkę,  a  jego  umysł 

wypełniała ta bezsensowna pieśń. Wszystko układało się niemal zbyt łatwo, ale tak właśnie 
ocenił go na początku: świadomie nieostrożny, gotów na śmierć. Mimo to... 

To żadna zabawa. Kilka drwin, a może się poderwie. 
Sam widzisz. Jest, jak mówiłem. Kiedy przede mną uciekasz, podążasz ku mnie. Dlaczego 

nie zostałem uwolniony wcześniej, gdy jeszcze miałeś ochotę żyć? 

Łowca nie odpowiedział. Trwała pieśń. 
A  więc  przyznajesz,  że  to  prawda.  Godzisz  się  z  tym,  co  ci  powiedziałem.  Czy  to,  co 

śpiewasz, to twoja pieśń śmierci? 

Znowu żadnej reakcji. 
Bardzo dobrze. Nie widzę powodów, by przedłużać tę rozgrywkę, łowco. 
Kot przeszedł między drzewami i wkroczył na otwarty teren. 

background image

Ostatnia szansa. Czy nie wyciągniesz nawet noża? 
Billy wstał i wolno odwrócił się ku niemu. 
Nareszcie. Obudziłeś się. Będziesz uciekał? 
Billy nie drgnął. Kot skoczył. Rozległ się trzask. 
Kiedy  ziemia  zapadła  się  pod  zwierzęciem,  w  umyśle  Billy’ego  czas  stanął  w  bezruchu. 

Uruchamiając  automatyczny  szpadel  nie  był  pewien,  czy  dobrał  właściwą  szerokość  rowu, 
który  go  otaczał.  Teraz,  gdy  załamało  się  przykrycie  i  Kot  zniknął  w  dole,  z  satysfakcją 
stwierdził, że ocenił prawidłowo. Natychmiast ruszył, by przerzucić kładkę z blatu stołu. 

Nie zatrzymasz mnie tu na długo, łowco, odezwał się Kot z pułapki. 
Mam nadzieję, że wystarczająco długo. 
Billy przeszedł nad rowem i wypróżnił pojemnik na śmieci obok pnia najbliższego drzewa. 

Podpalił stos papieru. 

Co robisz? 
Jeśli  zapali  się  jedno  z  tych  drzew,  spłonie  cała  okolica,  wyjaśnił.  Wszystkie  łączą  się  ze 

sobą  pod  ziemią  i  są  pełne  materiałów  palnych.  Jeśli  pozwolisz,  by  to  się  paliło,  nie  zdołasz 
dotrzeć do platformy.
 

Odwrócił się i pognał przed siebie. 
Gratulacje, zawołał za nim Kot. Znowu uczyniłeś tę grę interesującą. 
Żegnaj, powiedział Billy. 
Niezupełnie. Mamy umówione spotkanie. 
Biegł,  póki  nie  zobaczył  platformy.  Wskoczył  na  nią,  wsunął  kartę,  uruchomił  układ 

sterowania i nie patrząc, losowo wybrał współrzędne. 

Zyskałeś odroczenie, oznajmił Kot. Ale na innym poziomie zdradziłeś się znowu. 
Doprawdy? odpowiedział Billy, gdy las zaczął znikać. 
 

K

roczy  przez  krainę  zmierzchu,  wśród  porośniętych  dżunglą  miast.  Przez  migotliwe 

powietrze  dobiegają  krzyki  niewidocznych  ptaków.  Jest  przyjemnie  ciepło;  unosi  się  zapach 
wilgoci i rozkładu. Jego ścieżka to lśniąca wstążka wśród ruin, które w miarę trwania marszu 
wydają  się  coraz  mniej  zniszczone.  Czuje  palony  copal,  a  przewodnik  podaje  mu  dziwny 
napój.  Barwy  migają  pod  stopami  i  droga  staje  się  jaskrawo  czerwona.  Po  pewnym  czasie 
docierają  do  piramidy,  na  szczycie  której  leży  rozciągnięty  na  kamieniu  niebieski  człowiek, 
przytrzymywany przez czterech innych. Billy patrzy, jak mężczyzna w wysokim nakryciu głowy 
rozcina pierś niebieskiego i wyjmuje serce. Pijąc swój napój przygląda się, jak serce trafia do 
innego mężczyzny, który namaszcza nim twarze posągów. Ciało zostaje zrzucone ze schodów 
w  dół,  gdzie  czeka  tłum.  Tam  inny  mężczyzna  bardzo  starannie  zdejmuje  skórę,  niebieską 
teraz  z  czerwonymi  plamami,  okrywa  się  nią  jak  togą  i  zaczyna  tańczyć.  Inni  rzucają  się  na 
resztki i pożerają je, z wyjątkiem stóp i dłoni, oddzielonych i odłożonych na bok. Przewodnik 
odchodzi na chwilę, by wmieszać się w tłum. Powraca wkrótce, przynosi mu coś i pokazuje, że 
powinien  to  zjeść.  Billy  żuje  mechanicznie,  popijając  balche.  Podnosi  głowę  uświadamiając 
sobie nagle, że przewodnikiem jest Dora. „Piątego dnia 
Uayeb moja prawdziwa miłość dała 
mi...” Nie uśmiecha się. Jej twarz pozostaje bez wyrazu, gdy odwraca się i daje znak, by szedł 
za  nią.  Czerwona  jak  krew  droga  doprowadza  po  pewnym  czasie  do  szerokiego  wejścia 
jaskini.  Zatrzymują  się  przed  nim  i  widzi,  że  wewnątrz,  po  obu  stronach,  stoją  posągi  —  z 
długimi  kłami,  łukami  brwiowymi,  ciemnymi  kręgami  wokół  oczu.  Gdy  patrzy,  dostrzega,  że 
krążą  tam  ludzie;  ustawiają  na  niskim  ołtarzu  misy  copam,  tytoniu  i  kukurydzy.  Śpiewają 
cicho,  ale  nie  rozumie  słów  pieśni.  Dora  prowadzi  go  za  próg;  teraz  widzi,  że  wnętrze  groty 

background image

rozjaśnione  jest  blaskiem  świec.  Czuje  zapach  kadzidła  i  staje,  słuchając  modlitw.  W  każdej 
przerwie między rytuałami dostaje napój z kukurydzianej mąki i miodu. Siedzi oparty plecami 
o  skałę  i  słucha,  czubkiem  palca  kreśląc  koła  na  ziemi.  Ktoś  podaje  mu  następną  tykwę 
balche. Unosząc ją do  warg spogląda i  nieruchomieje. To nie Dora przyniosła mu napój,  ale 
potężny młodzieniec, odziany na dawny sposób Dineh. Za jego plecami stoi drugi mężczyzna 
—  większy  i  jeszcze  potężniejszy.  Jest
  podobnie  ubrany  i  zdumiewająco  podobny  do 
pierwszego.  „Wyglądacie  znajomo”  mówi  im  Billy.  Pierwszy  z  mężczyzn  uśmiecha  się. 
„Jesteśmy  zabójcami  olbrzymów  Siedem-Papug,  Zipacny  i  Cabracana”  odpowiada.  „To  my”, 
mówi  drugi,  „wyprawiliśmy  się  stepami  do  Xibalba,  przekraczając  Rzekę  Zgnilizny  i  Rzekę 
Krwi.  Podążyliśmy  Czarną  Ścieżką  do  Domu  Panów  Śmierci”.  Drugi  kiwa  głową.  „Graliśmy  z 
nimi  w  niezwykłe  gry,  wygrywając  i  przegrywając”  dodaje.  Po  czym  mówią  chórem: 
„Zabiliśmy  Panów  Hun-Came  i  Vucub-Came  i  wznieśliśmy  się  ku  światłu”.  Billy  pociąga  łyk 
balche.  „Przypominasz  mi”,  zwraca  się  do  młodszego,  „Tobadzichini,  a  ty”,  do  drugiego, 
„Nayenezgani,  Wojownicze  Bliźnięta  mojego  ludu;  tak  sobie  ich  zawsze  wyobrażałem”. 
Uśmiechają  się  obaj.  „To  prawda”,  przyznają,  „gdyż  wiele  wędrujemy.  Tutaj  jesteśmy  znani 
jako  
Hunahpu  i  Xbalanque.  Powstań  teraz  i  spójrz  tam,  w  mroczne  regiony”.  Podnosi  się  i 
patrzy w głąb jaskini. Widzi szlak prowadzący w dół. Dora stoi na ścieżce i przygląda mu się. 
„Idź za nią”, mówi Hunahpu. „Idź za nią”, mówi Xbalanque. Dora odchodzi. Kiedy odwraca się 
by podążyć za nią, słyszy krzyk ptaka...
 

 

B

illy  zszedł  z  platformy  skokowej  i  rozejrzał  się.  Było  ciemno,  a  gwiazdy  płonęły  z 

jaskrawością  tropików.  Zimne,  wilgotne  powietrze  niosło  zapachy,  które  zawsze  kojarzył  z 
roślinnością dżungli. Chłód wskazywał, że noc zbliża się już do końca. 

Na ścianie stacji odszukał znak identyfikacyjny. Tak. Wyczucie go nie zawiodło. Przybył do 

wielkiego parku archeologicznego Chichen Itza. 

Stał  na  niskim  wzgórku.  Wąskie  dróżki  prowadziły  stąd  w  różne  strony.  Były  dyskretnie 

oświetlone;  tu  i  tam  widział  spacerujących  ludzi.  Mógł  rozróżnić  masywne  kształty 
starożytnych  budowli,  ciemniejsze  i  bardziej  nieprzeniknione  niż  mrok  nocy.  Od  czasu  do 
czasu  jaskrawe  światło  na  kilka  minut  zalewało  jakiś  fragment  ruin,  dla  wygody  nocnych 
gości.  Chyba  gdzieś  czytał,  że  reflektory  działają  w  regularnym  cyklu,  którego  rozkład 
dostępny  był  w  licznych  punktach  trasy  zwiedzania,  wraz  z  komputerowym  komentarzem  i 
odpowiedziami na podstawowe pytania, dotyczące tego miejsca. 

Ruszył.  Ruiny  były  wielkie,  ciemne,  ciche  i  indiańskie.  Idąc  wśród  nich  odczuwał  spokój. 

Kot  nie  zdoła  go  tu  odnaleźć.  Tego  był  pewien.  Zrozumiał  także  jego  pożegnalne  słowa. 
Zdradził  się,  w  pewnym  sensie,  ponieważ  ostateczny  cel  był  obecny  w  jego  myślach,  gdy 
losowo  wybierał  współrzędne,  by  trafić  właśnie  tutaj.  Kiedy  wreszcie  wyruszy  do  tego 
ostatniego punktu, uczyni to, by zmierzyć się z wrogiem. 

Roześmiał się cicho. Nic nie mogło mu przeszkodzić w pozostaniu tutaj, dopóki nie upłynie 

wyznaczony przez Kota limit czasu. 

Pola siłowe chroniły niektóre z bardziej zniszczonych budowli. Inne pozwalały na wejście, 

wspinaczkę,  badanie.  Przypomniał  sobie  o  tym,  gdy  przypadkiem  otarł  się  o  ekran:  miękki, 
twardy,  twardszy,  nie  do  przebicia.  Pomyślał  o  klatce  Kota  w  Instytucie.  Tam  pole  było 
dodatkowo  zelektryfikowane;  raziło  wstrząsami  o  mocy  rosnącej  proporcjonalnie  do  siły 
nacisku  od  wewnątrz.  Kot  jednak  rzadko  go  dotykał,  a  to  z  powodu  swego  niezwykłego 
wyczulenia  na  prądy  elektryczne.  Zresztą,  w  ten  właśnie  sposób  Billy  zdołał  go  schwytać: 
przypadkiem,  gdy  Kot,  próbując  wytropić  i  zastawić  pułapkę  na  Billy’ego,  zderzył  się  z 

background image

ekranem  ochronnym  otaczającym  jeden  z  obozów.  Wspomnienie  uwolniło  nowy  ciąg 
skojarzeń. 

Po prawej stronie rozbłysło światło. Zatrzymał się i spojrzał. Nigdy przedtem tu nie był, ale 

widział fotografie i czytał o tym miejscu. Patrzył na Świątynię Wojowników, z lasem kolumn z 
przodu — ich cienie jak czarne cięcia na frontowej ścianie. 

Światło zgasło, zanim tam dotarł, lecz utrwalił w pamięci nie tylko obraz, ale i położenie. 

Szedł w tamtą stronę, aż znalazł się bardzo blisko. Gdy sprawdził, że pole siłowe nie blokuje 
wejścia, ruszył między kolumnami. Potem zaczął się wspinać na strome stopnie. 

Gdy  dotarł  do  poziomej  platformy  na  szczycie,  zwrócił  się  przodem  w  kierunku,  który 

uznał  za  wschód  i  usiadł,  oparty  o  ścianę  mniejszej  budowli,  stojącej  pośrodku.  Myślał  o 
Kocie  i  o  pragnieniu  śmierci,  które  go  pokonywało,  ponieważ  nie  umiał  się  dostosować, 
ponieważ  nie  był  już  Navajo.  Czy  to  prawda?  Wspomniał  ostatnie  lata,  już  po  wycofaniu. 
Wydawały  się  zasypane  popiołem.  Ale  jego  naród  wiele  razy  smakował  popiołów  lęku  i 
cierpienia,  żalu  i  kapitulacji,  a  mimo  to  nigdy  nie  utracił  swej  godności  i  dumy.  Czasami 
cyniczny,  często  buntowniczy,  jednak  przetrwał.  Coś  z  tego  wciąż  w  nim  pozostało,  jako 
przeciwwaga  dla  osobistej  modlitwy  o  śmierć.  Wtedy  zasnął  i  miał  niezwykły  sen,  którego 
potem nie mógł sobie przypomnieć w całości. 

Przebudził  się,  gdy  wstawało  słońce.  Obserwował  fale  barw,  zwiastujące  jego  nadejście. 

To  prawda,  nic  nie  mogło  mu  przeszkodzić  w  pozostaniu  tutaj,  dopóki  nie  upłynie 
wyznaczony przez Kota limit czasu. Wiedział, że tego nie uczyni. Wyruszy na spotkanie swego 
chindi. 

...Po śniadaniu, postanowił. Po śniadaniu. 
 

— 

N

ie obchodzi mnie to! — oświadczyła Mercy Spender, podnosząc jedną ręką butelkę, 

a drugą szklankę. — Muszę się znowu napić. 

Elizabeth Brooke położyła jej dłoń na ramieniu. 
—  Naprawdę  uważam,  że  nie  powinnaś,  kochanie.  W  każdym  razie  nie  teraz.  Jesteś 

podniecona i... 

— Wiem! Właśnie dlatego chcę się napić. 
Dno butelki odpadło z głośnym brzękiem. Gin spłynął na podłogę wśród odłamków szkła. 

Uniósł się zapach jałowca. 

— Co...? 
—  Wredny  numer  —  przyznał  z  uśmiechem  Walter  Sands.  —  Ale  wciąż  jesteś  nam 

potrzebna.  Wiem,  że  chciałabyś  odjechać  i  wypocząć  w  tamtym  domu.  Jeśli  teraz  się 
wyłączysz, będzie nam trudniej. Zaczekaj jeszcze trochę. 

Mercy spuściła głowę. Wyraz gniewu zniknął i tylko oczy błyszczały od łez. 
— To głupie — stwierdziła po chwili. — Jeśli on chce umrzeć, pozwólmy mu. 
— To nie takie proste. On nie jest taki prosty — odparł Żelazny Niedźwiedź. — I jesteśmy 

mu to winni. 

— Ja nic mu nie jestem winna. I nawet nie bardzo wiemy, co robić. Ja... 
Urwała na chwilę. 
— Każdy z nas ma coś, co go boli — podjęła. — Może... No, dobrze. Wypiję herbatę. 
— Ciekawe, co boli to stworzenie, które go ściga — zastanowił się Fisher. 
—  Nie  ma  kompletnych  danych  na  temat  ekologii  planety,  z  której  pochodzi  —  odparł 

Mancin. 

—  Istnieje  tylko  jeden  sposób,  żeby  to  sprawdzić  —  mruknął  Żelazny  Niedźwiedź.  — 

background image

Podążyć do źródła. 

—  To  bez  sensu  —  ocenił  Fisher.  —  Dostatecznie  trudno  dotknąć  człowieka,  który 

przeszedł  na  myślenie  prymitywne.  Ten  stwór  potrafi  tego  dokonać  na  bliskie  odległości, 
gdyż jest coś, co ich łączy. Ale pójść za samym stworzeniem, a potem... nie mógłbym. 

— Ja też nie — stwierdziła Elizabeth. — Nikt z nas by nie mógł. Ale nam wszystkim może 

się udać. 

— Nam? My? Razem? Znowu? To może być niebezpieczne. Po ostatnim razie... 
— Znowu. 
— Nawet nie wiemy, gdzie jest ten kotostwór. 
— Człowiek Walforda mógłby nakazać jeszcze jedną kontrolę sieci komputerowej SkokCo. 

Zlokalizuje Pieśniarza, a ta bestia wkrótce przybędzie za nim. 

— I co nam z tego przyjdzie? 
— Nie dowiemy się, póki nie uzyskamy tej informacji i nie spróbujemy. 
—  To  mi  się  nie  podoba  —  oświadczył  Fisher.  —  Możemy  ucierpieć.  Mówisz  o  miejscu, 

które jest paskudnie obce. Wczoraj dotknąłem jednego ze Stragean i przez pół godziny bolała 
mnie głowa. Nie mogłem nawet skupić wzroku. A oni są przecież dość podobni. 

— Zawsze możemy się wycofać, jeśli sprawa będzie zbyt trudna. 
—  Mam  złe  przeczucie  —  oznajmiła  Mercy.  —  Ale  wydaje  mi  się,  że  będzie  to 

chrześcijański uczynek. 

— Do diabła z tym. Czy przyniesie jakieś rezultaty? 
—  Chyba  masz  rację  —  wtrącił  Mancin.  —  Kiedy  przeanalizujemy  sytuację,  nie  wygląda 

szczególnie  obiecująco.  Powiedzmy  Walfordowi,  jak  Pieśniarz  tego  dokonał,  o  bestii  i 
umowie,  jaką  zawarli.  Potem  sprawdzimy  w  komputerach,  żeby  zawęzić  pole  poszukiwań. 
Mogą posłać wojsko za tym zwierzakiem. 

— Posłać wojsko za istotą, która zabiła istotę, której wojsko nie potrafiło zatrzymać? 
—  Znajdźmy  ich  —  zaproponował  Żelazny  Niedźwiedź.  —  Dowiemy  się,  ile  można,  a 

potem zdecydujemy. 

— To rozsądne — uznał Sands. — Jestem za. 
— Ja również — dodała Elizabeth.  
Mancin spojrzał na Fishera. 
— Wygląda na to, że jesteśmy przegłosowani — westchnął. — Zgoda.  
Fisher skinął głową. 
— Zawołajcie Teddersa. Sprawdźcie w SkokCo. Do roboty. 
 

B

illy  zszedł  z  platformy  do  wnętrza  własnego  hoganu,  pozostawiając  w  szczelinie  kartę 

transferową. Uruchomił blokadę i wyłączył brzęczyk. Nie przyjmował żadnych wezwań. 

Automatyczna  sekretarka  zarejestrowała  kilka  telefonów  Edwina  Teddersa.  Czy  mógłby 

się  skontaktować?  Inny  rozmówca  nie  podał  nazwiska,  zostawił  tylko  wiadomość: 
„Sprawdziłem, że hodują je z izolacją. Wiedziałeś o tym, prawda?” 

Włączył  ekspres  do  kawy,  rozebrał  się  i  wszedł  pod  prysznic.  Pod  odświeżającym 

strumieniem wibracji usłyszał głośniejszy od brzęczenia promienników huk gromu. 

Wyszedł,  ubrał  się  w  cieplejsze  rzeczy  i  zabrał  kawę  na  werandę.  Od  północy  niebo 

okrywała szarość, zwisały z niego zasłony deszczu. Na południu i wschodzie było czysto. Na 
zachodzie  płynęły  niewielkie  chmury.  Przez  chwilę  przyglądał  się  falującym  trawom  i 
nasłuchiwał wiatru. Dopił kawę i wrócił do środka. 

Wybrał  i  sprawdził  broń.  Staromodna.  Tazer,  tak  ją  nazywano.  Wystrzeliwała  kolczasty 

background image

kabel  i  wywoływała  w  celu  silny  wstrząs  elektryczny.  Teraz  mieli  sprytniejsze  zabawki; 
jonizowały ścieżkę przez powietrze i wysyłały wzdłuż niej ładunek. Ale tazer wystarczy. Gdy 
poznał słabe punkty Kota, wykorzystał przeciw niemu podobne urządzenie. 

Wyostrzył  myśliwski  nóż  z  ostrzem  długim  na  stopę  i  przeciągnął  pasek  przez  rozcięcia 

pochwy.  Sprawdził  swoją  30.06,  starą,  ale  utrzymywaną  w  idealnym  stanie.  Gdyby  zdołał 
ogłuszyć Kota, mógłby wpakować przez tę twardą skórę dość pocisków, by uszkodzić ważne 
organy  życiowe.  Z  drugiej  strony,  strzelba  była  dość  ciężka.  Wreszcie  wybrał  półmetrowy 
pistolet  laserowy,  mniej  precyzyjny,  ale  równie  groźny.  I  tak  zamierzał  używać  go  na  bliską 
odległość.  Kiedy  podjął  decyzję,  zaczął  pakować  lekki  plecak,  z  minimum  sprzętu 
niezbędnego na krótką wyprawę, jaką zaplanował. Skończył, nastawił budzik, wyciągnął się w 
śpiworze i przespał dwie godziny. 

Kiedy  obudził  go  brzęczyk,  krople  deszczu  stukały  już  o  dach.  Włożył  przeciwdeszczową 

kurtkę  z  wełnianą  podszewką,  zarzucił  na  ramię  plecak,  przypasał  broń  i  znalazł  kapelusz. 
Uruchomił komunikator, sprawdził numer i wybrał współrzędne. 

Ekran ożył prawie natychmiast. Pojawiła się szeroka twarz Susan Żółtej Chmury. 
— Azaethlin! — powiedziała. Odgarnęła z czoła kosmyk włosów i uśmiechnęła się. — Ile to 

już lat. 

—  Sporo  — przyznał.  Przywitał  się,  chwilę  rozmawiali.  —  Pada tam  u  was?  —  zapytał  w 

końcu. 

— Wygląda na to, że zaraz zacznie. 
—  Muszę  się  dostać  na  północną  krawędź  —  wyjaśnił.  —  Nie  znam  nikogo,  kto  mieszka 

bliżej miejsca, o które mi chodzi. Mogę wpaść? 

— Jasne. Idź do platformy, a ja uruchomię naszą. 
Wszedł, schował kartę do kieszeni i wcisnął TRANS. 
Pojawił się w kącie zagraconego saloniku. Jimmy Żółta Chmura wstał z ustawionego przed 

ekranem wizyjnym fotela i dotknął jego dłoni. Był niski, dość tęgi, o szerokich ramionach. 

— Hosteen Pieśniarz — powiedział. — Wypij z nami kubek kawy. 
— Chętnie. 
Usiedli. 
— Mówiłeś, że wybierasz się do kanionu — zauważył Jimmy. 
— Tak. 
— Ale nie na dół, mam nadzieję. 
— Chcę zejść na dół. 
— Zaczęły się wiosenne wylewy. 
— Tak przypuszczałem. 
— Paskudnie wygląda ten pistolet. Mogę obejrzeć? 
— Proszę. 
—  Ojej,  laser!  Mógłbyś  nim  wybić  jeszcze  jedną  dziurę  w  Okiennej  Skale.  Stary  jest, 

prawda? 

— Jakieś osiemdziesiąt lat. Chyba już takich nie robią. 
Oddał broń. 
— Polujesz na coś? 
— Mniej więcej. 
Milczeli przez chwilę. 
— Podwiozę cię gdzie tylko zechcesz na krawędzi. 
— Dzięki. 
Jimmy wypił łyk kawy. 

background image

— Długo tam będziesz? — zapytał. 
— Trudno powiedzieć. 
— Rzadko cię ostatnio widujemy. 
— Wolałem być sam. 
Jimmy zaśmiał się. 
— Powinieneś się ożenić z siostrą mojej żony i zamieszkać tutaj. 
— Ładna? — zapytał Billy. 
— Pewno. I dobrze gotuje. 
— Znam ją? 
— Chyba nie. Trzeba by urządzić taniec squaw. 
Nagłe bębnienie deszczu dobiegło z północnego krańca domu. 
— No i pada — stwierdził Jimmy. — Może chcesz zaczekać, aż przejdzie? 
— To może potrwać parę dni — parsknął Billy. — Zbankrutowalibyście żywiąc mnie przez 

ten czas. 

— Pogralibyśmy w karty. O tej porze roku łowca nie ma dużo roboty. 
Billy skończył kawę. 
— Mógłbyś się nauczyć robić ozdoby: pasy, bransolety, pierścionki. 
— Moje ręce nie nadają się do tego. 
Jimmy odstawił kubek. 
—  Nie  mam  co  robić.  Może  przebiorę  się  i  pójdę  z  tobą.  Mam  wysokoenergetyczną 

strzelbę z radarowym celownikiem. Powala słonia. 

Billy śledził wzór na powierzchni blatu. 
— Nie tym razem — powiedział. 
— Jak chcesz. W takim razie pora się zbierać. 
— Pora. 
 

 

 
Jimmy  wysadził  go  na  północnym  wzniesieniu  krawędzi,  ponad  Ruiną  Domu  Antylopy. 

Postanowił wysiąść dalej w kierunku wschodnim. Gdyby szedł piechotą, próbowałby zejścia 
kilka mil stąd na zachód. Jimmy zawiózłby go nawet  dalej, gdyby go poprosił, ale to byłoby 
mniej  wygodne.  Musiałby  zacząć  za  punktem,  gdzie  kanion  Czarnej  Skały  oddzielał  się  od 
właściwego kanionu del Muerto. Zamierzał przejść przez rozwidlenie i tam zagmatwać swoje 
ślady. Gdyby wszystko było za łatwe, Kot mógłby nabrać podejrzeń. 

Patrząc  w  szeroką  rozpadlinę  krętego  kanionu  widział  szeroką  wstęgę  lśniącej  wody, 

płynącej  przez  środek.  Tak  przypuszczał.  Nie  była  jeszcze  tak  głęboka,  jak  pamiętał  z  kilku 
dawniejszych  wizyt,  gdy  pędziła  między  pomarańczowymi,  łososiowymi  i  szarymi  ścianami 
niosąc  wiosenne  roztopy,  podmywając  podobne  do  obelisków  skalne  ostańce,  spadając 
kaskadami z nierówności terenu, wirując za głazami, porywając błoto i odpadki aż do Topieli 
Chinle  i  tworząc  obszary  ruchomych  piasków  na  całym  dnie  kanionu.  W  cieplejszych 
miesiącach  mieszkało  tu  kilkuset  z  Ludu,  wszyscy  jednak  wyprowadzili  się  na  zimę.  Okolica 
powinna być zupełnie bezludna. 

Skały  były  śliskie  w  lekkim  deszczu.  Rozejrzał  się  za  bezpieczną  drogą  w  dół.  Tam,  po 

lewej. 

Przeszedł  do  wybranego  punktu  i przyjrzał  się  uważnie.  Tak.  To  możliwe.  Sprawdził pasy 

plecaka  i  rozpoczął  zejście.  Ścieżka  wiodła  do  wysokiego,  twardego  zbocza  osypiska, 
biegnącego równoległe do krawędzi ściany. 

background image

Po drodze zatrzymał się, poprawił plecak, otarł czoło i spojrzał w bok, na skalny rysunek 

naturalnych rozmiarów antylopy. W pobliżu było ich więcej, razem z innymi czworonogami, 
sępami,  postaciami  ludzi  i  koncentrycznymi  kręgami.  Niektóre  sięgały  aż  do  poziomu 
trzeciego  piętra  wielkich  ruin  budynku,  opartego  o  podstawę  urwiska.  To  nie  jego  lud  był 
twórcą  tego  wszystkiego.  Rysunki  pochodziły  z  okresu  kultury  Pueblo,  od  dwunastego  do 
czternastego  wieku.  Były  dziełem  dawnych  Anasazi.  Znów  ruszył  w  dół.  Zejście  było  teraz 
łatwiejsze. Lekkie nachylenie i przewieszka chroniły przed deszczem. 

Gdy  dotarł  do  dna,  skręcił  na  wschód.  Spieniona  woda  płynęła  z  prawej  strony,  zbocze 

porastały  zeschłe  trawy  i  karłowate  drzewa.  Nie  próbował  zacierać  śladów;  szedł  długim, 
równym  krokiem.  Za  wodą,  u  podstawy  przeciwległej  ściany  stała  Ruina  Bitewnego 
Schronienia,  niewielka,  murowana  struktura  pokryta  białymi,  czerwonymi,  żółtymi  i 
zielonymi rysunkami. Ona także była dziełem kultury Pueblo. Jako chłopiec bałby się pewnie 
takich  miejsc;  czuł  lęk,  że  rozbudzi  mściwe  duchy  Starożytnych.  Z  drugiej,  strony, pomyślał, 
przyszedłby tu pewnie, żeby się popisać. 

Na  wschodzie  zatańczył  jasny  zygzak  błyskawicy  —  ikne’eka’a.  Przetoczył  się  głuchy 

grzmot. Kot był już chyba w Arizonie. Dostrzegł w jego myślach Rezerwat Kanionu de Chelly, 
a  w  szczególności  odnogę  del  Muerto.  Umieszczenie  platformy  skokowej  przy  Chacie 
Ognistego  Ptaka  byłoby  jednak  dość  dziwacznym  pomysłem.  Kot  z  pewnością  zjawi  się  w 
Chinle.  A  to  znaczy,  że  ma  jeszcze  przed  sobą  długą  drogę,  nawet  jeśli  przybył  kilkanaście 
godzin temu. 

To dobrze. Kanion Czarnej Skały był już niedaleko. 
 

 

 

Ślad wiatru na czubkach moich palców, 
znak, że jestem śmiertelny. 
Ślad deszczu na mojej dłoni, 
znak oczekującego świata. 
Pieśń, co rodzi się we mnie nie wzywana, 
znak mego ducha. 
Światło tej pół-krainy, 
gdzie wierzchowiec tańczył dla Szalonego Konia, 
znak innego świata, 
gdzie wciąż spacerują moce, rozmawiają kamienie 
i nic nie jest tym, czym się wydaje. 
Spotkamy się w pradawnym miejscu. 
Zadrży ziemia. Głazy będą pić. 
Rzeczy zapomniane to tylko cienie. 
Cienie będą tak rzeczywiste 
jak wiatr, i deszcz, i pieśń, i światło, 
w tym pradawnym miejscu. 
Kobieto-Pająku na szczycie swej skały, 
pozdrowię cię, 
lecz podążam inną drogą. 
Tylko głupiec może ścigać Navajo 
do Kanionu Śmierci. 
Tylko głupiec spróbuje tam wejść, 

background image

gdy spływają wody. 
Podążam w pradawne miejsce. 
Ten, który ściga, także musi tam dojść. 
Znak wiatru, dotknięcie deszczu, narodziny pieśni, światło 
ze mną, nade mną, we mnie, wokół mnie. 
Dobrze jest być głupcem w odpowiednim czasie. 
Jestem synem Słońca 
i Zmiennej Kobiety. 
Podążam w pradawne miejsce. 
Na-ya! 

 

 

 
Gdy  Kot  wynurzył  się  na  platformie  skokowej  w  Chinle,  miał  na  sobie  ciemny  płaszcz, 

okulary  i  obwisły  kapelusz.  Budynek  stacji  był  pusty,  jednak  dzięki  zdolności  widzenia  w 
podczerwieni  potrafił  spojrzeć  kilka  minut  w przeszłość  i  poznał po termicznych  śladach, że 
para  ludzi  stała  niedawno  przy  drzwiach.  Wyjrzał  na  zewnątrz.  Tak.  Mężczyzna  i  kobieta 
oddalali  się  właśnie.  Zapewne  jedno  z  nich  czekało  tu  na  drugie  i  rozmawiali  chwilę,  zanim 
odeszli. Gdy się im przyglądał, przecięli ulicę i zniknęli w drzwiach baru po lewej stronie. Ich 
myśli  przypomniały  mu,  że  od  wielu  godzin  jest  coraz  bardziej  głodny.  Równocześnie  oko 
rejestrowało  tysiące  obrazów  ściennej  mapy.  Teraz  już  wiedział,  jak  z  niej  korzystać. 
Zapamięta  wszystkie  znaki.  Kiedy  w  terenie  zauważy  coś,  co  im  odpowiada,  pozna  swoje 
położenie.  Chociaż  nawet  bez  tego  wiedział  już  chyba,  dokąd  iść.  A  na  razie  posłucha 
wskazań swych uczuć i głodu, równocześnie gromadząc wrażenia. 

Wyszedł  z  budynku.  Połowę  nieba  zakrywały  chmury  i  przesuwały  się,  by  przesłonić 

więcej. Wyczuwał wilgoć i ujemną jonizację powietrza. 

Ruszył  wzdłuż  ulicy.  Trzej  mężczyźni  wyszli  zza  rogu  i  obserwowali  go  dłużej,  niż  to 

normalne.  Obcy.  Dziwny.  Bardzo  dziwny,  odczytał.  Coś  podejrzanego  w  tym  facecie,  w  jego 
ruchach...  
Potem  obrazy.  Dziecięce  lęki.  Dawne  opowieści.  W  pewien  sposób  zbliżone  do 
strumienia świadomości Billy’ego. 

Więcej ludzi nadchodzi od tyłu. Żadnych planów w ich poruszeniach. Ale to samo uczucie 

ciekawości. 

Wybrał. 

Wyemitował 

strach 

zakorzenione 

przesądy: 

Uciekać! 

Wilkołak, 

zmiennokształtny!  Pożeracz  zwłok!  Wstrzyknę  zgniliznę  w  wasze  ciała,  dmuchnę  w  płuca 
trupim pyłem! Wilk, nosiciel skóry. Wytropię was i rozedrę!
 

Ludzie z tyłu pospiesznie skryli się w otwartym sklepie. Ci przed nim zatrzymali się, potem 

szybko  przeszli  na  drugą  stronę  ulicy.  Niemal  rozbawiony,  jeszcze przez  pewien  czas  po  ich 
zniknięciu  wysyłał  uczucie  lęku.  Otwierało  mu  drogę.  Ludzie  stawali  w  drzwiach, 
zatrzymywali  się,  potem  zawracali  nagle,  jakby  przypomnieli  sobie  o  czymś,  co  jeszcze 
powinni zrobić. Doświadczali ataku strachów dzieciństwa. Lepiej się cofnąć, a potem szukać 
wyjaśnień, niż bez żadnego powodu rzucać im wyzwanie. 

Przecież są realne, pomyślał. Jestem zmiennokształtnym, który może powalić bez wysiłku. 

Mogłem się wynurzyć z koszmarów i legend... 

Z oddalającego się umysłu wyczytał drogę do Topieli Chinle, skręcił na najbliższym rogu i 

jeszcze raz na następnym. 

To śmieszne. Nikogo w polu widzenia. Nie będzie żadnych problemów, uznał. 
Wydłużając  się  i  kurcząc,  pochylał  się  coraz  bardziej.  Po  chwili  biegł  już  na  czworakach. 

background image

Niedaleko, na pewno niezbyt daleko. Miasteczko oddalało się, wreszcie znikło. Zszedł z drogi, 
pobiegł obok niej, skręcił w otwarty teren. Lepiej, lepiej. Już niedługo. Tak. W dół. Drzewa i 
wyschnięta trawa. Słaby błysk światła. O wiele później stłumiony huk ze wschodu. 

W dół, w dół, na nagi piasek i wilgotną ziemię, połamane konary i wpół zalane wodą głazy. 

Dostatecznie pewne, by po nich biec i... 

Zatrzymał się. Jakaś prymitywna, chaotyczna świadomość z przodu. Odruchowo przeszedł 

w  tryb  skradania.  Głód  zapamiętany  z  tego  miejsca  niemal  rozkosznego,  gdyby  nie  wilgoć. 
Teraz powoli, za zakrętem... 

Znieruchomiał,  gdy  tylko  dostrzegł  zdobycz:  chudy,  czarny  pies,  wywąchujący  coś  pod 

stosem kamieni. Niektóre części mogą się nadać, jeśli je rozcieńczy... 

Skoczył. Pies nawet nie podniósł głowy, dopiero przy trzecim odbiciu, a wtedy było już za 

późno.  Wydał  jeden  krótki  skowyt,  nim  trafiła  go  projekcja  uczuć,  a  zaraz  potem  lewa  łapa 
Kota strzaskała kręgosłup. 

Kot  przerwał  rozrywanie  ofiary  i  uniósł  pysk.  Odwrócił  głowę  tak,  by  wielofasetowe  oko 

patrzyło we wszystkich kierunkach, także do góry. Nic. Żadnego ruchu, oprócz wiatru i jego 
efektów.  A  jednak...  Miał  wrażenie,  jakby  coś  go  obserwowało.  Ale  nie.  Powrócił  do 
wyrywania kości, łamania ich, rozdrabniania, połykania wraz z piaskiem. Nie tak smaczne, jak 
ruropełzacze w domu, ale lepsze niż syntetyczna żywność, którą dawali w Instytucie. O wiele 
lepsze. W myślach ponownie przemierzał wyschnięte równiny, nie bojąc się niczego prócz... 

Co  to?  Znowu...  Otrząsnął  się  i  zbadał  wzrokiem  horyzont.  Nic,  choć  zdawało  mu  się,  że 

coś go śledzi. 

Przylgnął do ziemi, wypluł kawałki psa, odsłonił kły, nasłuchiwał, obserwował. Czego mógł 

się obawiać? Na tej planecie nie było niczego, czemu nie mógłby stawić czoła. A jednak czuł 
się  zagrożony  przez  coś,  czego  nie  rozumiał.  Nawet  kiedy  dawno  temu  spotkał  krela, 
wiedział, o co chodzi. Teraz... 

Wysłał falę paraliżujących wrażeń i czekał. Nic. Żadnego znaku, że coś je odczuło. Może to 

rodzaj snu? 

Czas zaplatał sieci wokół niego. Niebo rozbłysło nagle za prawym ramieniem. 
Stopniowo  opadało  napięcie.  Odeszło.  To  dziwne.  Bardzo  dziwne.  Może  to  coś 

związanego z tym miejscem? 

Dokończył posiłek, znów wracając pamięcią do dni łowów na równinach własnego świata, 

gdzie tylko jedno mogło wywołać taki niepokój... 

Uderzyło. 
Cokolwiek  to  było,  runęło  jak  głaz  z  jasnego  nieba.  Ugiął  nogi  i  wyskoczył  w  powietrze z 

głową  odrzuconą  do  tyłu.  Z  gardła  wydobył  się  ostry,  syczący  dźwięk.  Przez  chwilę  świat 
zafalował  i  utracił  wyrazistość.  Ale  w  mózgu  wirowały  już  myśli.  Potrafił  to  zrozumieć, 
przynajmniej częściowo. 

W jego gatunku walki godowe zawsze poprzedzał myślowy atak wyzywającego. To było w 

pewien sposób zbliżone. A on był przygotowany na takie okazje. 

Nie  mógł  dokładnie  stwierdzić,  skąd  to  się  wzięło  w  jego  głowie,  ale  uderzył  całą  swą 

nienawiścią i chęcią mordu. Potem to coś zniknęło. 

Upadł na ścierwo psa, wciąż odsłaniając zęby. Przeszedł do poprzedniego trybu istnienia. 

Gdzie był ten drugi? Kiedy zaatakuje? Czekał, wszystkimi zmysłami badając okolicę. Niczego 
nie znalazł. 

Po chwili napięcie odpłynęło. Nic się tu nie zbliżało. To coś nie było z jego gatunku i to nie 

wyzwanie do walki odczuwał. Niepokoił się, że niedaleko jest coś, czego nie rozumie. Skręcił 
ku północy i ruszył przed siebie. 

background image

 

 

 
Mercy  Spender  i  Charles  Fisher,  którzy  siedzieli po  obu  stronach,  próbowali  przytrzymać 

padającego Waltera Sandsa. 

— Połóżcie go na stole. Szybko — poleciła Elizabeth. 
— Po prostu zemdlał. Trzeba chyba obniżyć mu głowę — stwierdził Fisher. 
— Posłuchaj pulsu. Byłam z nim. Czułam, jak zatrzymuje się serce. 
— O rany! Niech nam ktoś pomoże! 
Ułożyli  go  na  stole  i  bezskutecznie  szukali  tętna.  Mercy  zaczęła  uderzać  w  klatkę 

piersiową. 

— Wiesz, co robisz? — zapytał Żelazny Niedźwiedź. 
— Tak. Kiedyś zaczęłam kurs pielęgniarek — wysapała. — Trochę jeszcze pamiętam. 
Niech ktoś wezwie pomoc. 
Elizabeth podeszła do interkomu. 
— Nie wiedziałem, że ma słabe serce — mruknął Fisher. 
—  A  ja  nie  przypuszczam,  żeby  miał  —  odparł  Mancin.  —  Dowiedzielibyśmy  się  chyba, 

kiedy pozwoliliśmy sobie na spojrzenie. Musiał doznać szoku, kiedy ten stwór go dosięgnął. 
Nie powinniśmy ustępować, kiedy Żelazny Niedźwiedź nas namawiał. 

— To nie jego wina — Mercy nie przerywała pracy. 
—  I  zgodziliśmy  się  wszyscy  —  dodał  Fisher.  —  Wspominał,  więc  moment  wydawał  się 

idealny. I czegoś się dowiedzieliśmy... 

Elizabeth rozmawiała z Teddersem. Ucichli słuchając, jak relacjonuje zdarzenia. 
— Jeszcze przed chwilą — westchnął Fisher. — Jeszcze przed chwilą był z nami. 
— Mam wrażenie, że nadal jest — stwierdził Mancin. 
—  Musimy  spróbować  dotrzeć  do  Pieśniarza  —  oznajmiła  Elizabeth,  wracając  na  swoje 

miejsce. 

— Trudno będzie... I co właściwie mamy mu powiedzieć? — spytał Fisher. 
— Wszystko, co wiemy — mruknął Żelazny Niedźwiedź. 
— I kto wie, jaką formę przyjmie ten jego dziwny stan umysłu? — dodała Mercy. — Może 

lepiej wezwać ten oddział wojska, jak sugerował Mancin. 

—  Może  powinniśmy  zrobić  jedno  i  drugie  —  odparła  Elizabeth.  —  Ale  jeśli  sami  nie 

spróbujemy mu pomóc, to atak Waltera pójdzie na marne. 

— Będę z wami — obiecała Mercy. — Ale za chwilę ktoś powinien mnie zastąpić. Póki nie 

przeskoczą lekarze. Jestem zmęczona. 

— Ja spróbuję — zaproponował Fisher. — Popatrzę tylko, jak to robisz. 
—  Lepiej  ja  też  się  nauczę  —  Mancin  podszedł  bliżej.  —  Wciąż  mi  się  zdaje,  że  chociaż 

słabo, jednak wyczuwam jego obecność. Może to dobry znak. 

Z dołu dobiegały uderzenia młotów. Wymieniano zdemolowaną ścianę. 
 

 

 
Przekroczył  strumień  powyżej  niewielkiego  wodospadu  wiedząc,  że  dno  jest  tam 

stosunkowo  twarde.  Potem  ruszył  wzdłuż  południowego  osypiska.  Zostawiał  wyraźny  ślad. 
Wszedł  do  kanionu  Czarnej  Skały  i  zagłębił  się  na  mniej  więcej  pół  mili.  Deszcz  padał 
nieprzerwanie, a odgłosy wiatru przypominały pieśń. Dostrzegł kilka kamieni, oderwanych od 
północnej ściany. Zsunęły się, odbiły od dna kanionu i z pluskiem wpadły do wody. 

background image

Przeszukał  kilka  stosów  wyrzuconego  prądem  drewna.  Znalazł  odpowiedni  kij.  Przez 

pewien czas maszerował tuż obok potoku, potem skręcił na skalną półkę, gdzie odciski stóp 
zniknęły  szybko.  Natychmiast  zawrócił  po  własnych  śladach,  aż  znów  stanął  nad  wodą. 
Wszedł  w  koryto.  Dotarł  do  wejścia  kanionu  sondując  drogę  kijem,  w  poszukiwaniu 
ruchomych piasków. 

Wyszedł z wody na północnym brzegu i ruszył wzdłuż kanionu del Muerto w stronę Ruiny 

Stojącej  Krowy.  Przez  pół  mili  zacierał  ślady.  Uznał,  że  podoba  mu  się  samotna  wędrówka 
gigantycznym wąwozem. Potok był tu szerszy i głębszy. Sięgnął pamięcią do opowieści, którą 
słyszał  jako  chłopiec,  i  do  czasów  lęku  przed  zalaniem  świata.  Kim  był  ten  stary  pieśniarz? 
Niedaleko Kayenta, około 1920 roku... Trafiony przez błyskawicę starzec został pozostawiony 
jako  martwy.  Ale  po  kilku  dniach  wydobrzał  i  wrócił,  przynosząc  pochodzącą  rzekomo  od 
bogów przestrogę, że wkrótce wody zaleją świat. Wysłuchano go, ponieważ zwykłe prawa i 
tabu  nie  dotyczyły  osoby,  która  przeżyła  uderzenie  błyskawicy.  Ludzie  uwierzyli  i  uciekli  ze 
stadami  na  Czarną  Górę.  Ale  wody  nie  napłynęły,  a  kukurydza  na  polach  uciekinierów 
wyschła i umarła w letnim słońcu. Szaman z wizją, która się nie sprawdziła. 

Billy parsknął śmiechem. Jak nazwała go Susan Żółta Chmura? „Azaethlin” — „czarownik”. 

Nie  zawsze  jesteśmy  godni  zaufania,  poddani  przecież  tym  samym  co  inni  namiętnościom i 
błędom. Szamanie, lecz się sam. 

Minął  „stos  życzeń”  kamieni  i  gałęzi  jałowca,  zatrzymał  się,  wrócił  i  dołożył  kamień. 

Dlaczego nie? Skoro tu jest... 

W  końcu  dotarł  do  Ruiny  Stojącej  Krowy,  największej  chyba  w  kanionie.  Budowla  stała 

przy  północnym  urwisku,  pod  ogromną  przewieszką.  Wzniesione  wokół  olbrzymich  głazów 
mury zajmowały obszar długości ponad czterystu stóp. Również pochodziły z okresu Pueblo; 
wewnątrz były trzy kivas i wiele pokoi. Lecz były tam także zbiorniki zbudowane przez Navajo 
z  gliny  i  belek  oraz  malowidła  Navajo  obok  tworów  Anasazi.  Podszedł  bliżej,  by  raz  jeszcze 
spojrzeć  na  białe,  żółte  i  czarne  wizerunki:  ludzie  ze  wzniesionymi  ramionami,  garbaty 
łucznik,  koła,  koła  i  jeszcze  więcej  kół.  I  zwierzęta...  A  tam,  wysoko  nad  półką  po  lewej 
stronie,  było  dzieło  wyłącznie  Navajo,  najbardziej  dla  niego  interesujące.  Kawalkada 
Hiszpanów,  konnych,  w  pelerynach  i  kapeluszach  o  płaskich  rondach,  z  karabinami;  dwaj  z 
nich strzelali do Indianina. Uważano, że malowidło przedstawia żołnierzy porucznika Antonio 
Narbony,  który  walczył  z  Navajo  pod  Grotą  Masakry  w  roku  1805.  Poniżej,  u  podstawy 
urwiska,  byli  inni  jeźdźcy  i  amerykański  kawalerzysta  z  1860.  Zdawali  się  poruszać,  gdy 
patrzył. 

Przetarł  oczy.  Naprawdę  się  ruszali.  I  miał  wrażenie,  że  słyszy  strzały.  Postacie  były 

trójwymiarowe, pełne, jadące przez piaszczyste pustkowie... 

— Zawsze na nas, co? — zwrócił się do nich i świata jako całości. 
Usłyszał  hiszpańskie  przekleństwa.  Kiedy  spuścił  wzrok,  by  spojrzeć  na  drugą  postać, 

dobiegł  go  głos  trąbki  grającej  do  szarży.  Wysokie  skalne  ściany  rozpłynęły  się  i  ucichł 
wzburzony potok. Widział teraz zupełnie inny krajobraz — posępny, nagi i straszliwie jasny. 
Podniósł  głowę;  słońce płonęło niemal  czystą  bielą.  Część  jego  świadomości  stanęła z  boku 
zastanawiając się, jak to możliwe. Ale reszta była całkowicie zaangażowana w wizję. 

Patrzył  jak  jadą  przez  pustynię  i  zdawało  mu  się,  że  słyszy  głos  bębna.  Tempo  uderzeń 

wciąż  wzrastało.  Wreszcie,  gdy  osiągnęło  prawie  szaleńczy  rytm,  piasek  przed  czołowym 
jeźdźcem  wytrysnął  jak  fontanna.  Wielki,  przejrzysty,  trójkątny  kształt  wzniósł  się  w  górę  i 
pochylił, by gładkimi, błoniastymi skrzydłami nakryć konia i człowieka. Więcej ich wystrzeliło 
wzdłuż  kolumny;  strząsały  piasek  płynący  żółtymi  chmurami,  opadały  na  jeźdźców  i  ich 
wierzchowce,  ściągały  ich  w  dół  i  sadowiły  się  jako  drżące,  lśniące,  podobne  do  głazów 

background image

wypukłości na nagiej równinie. Nawet kawalerzystę wznoszącego szablę przy muzyce trąbki i 
bębna spotkał podobny los. 

Naturalnie. 
Jakiego  losu  można  oczekiwać  po  spotkaniu  z  krelem,  nie  mówiąc  już  o  całym  stadzie? 

Szybko  zrezygnował  z  pomysłu,  by  schwytać  jednego  dla  Instytutu.  Dwa  bliskie  spotkania  i 
zdecydował,  że  są  zbyt,  diabli  nadali,  niebezpieczne.  Planeta  Kota  wyhodowała  parę 
naprawdę groźnych stworzeń... 

Kot. O wilku mowa... Oto Kot, biegnący przez równinę, wcielenie zwinności i siły... 
I  znów,  w  fontannie  piasku,  podniósł  się  krel.  Kot  odskoczył,  stanął  na  tylnych  łapach, 

przednie wydłużyły się, cięły pazurami. Zwarcie; Kot walczył, by się wycofać... 

Z pojedynczym uderzeniem bębna cała scena zniknęła. Znów patrzył na antropomorficzne 

figury, konie i wielką Stojącą Krowę. Za plecami słyszał szum wody. 

Dziwne,  ale  przez  lata  widział  dziwniejsze  rzeczy.  I  zawsze  wierzył,  że  jakaś  moc  żyje  w 

dawnych  ruinach.  Ta  jej  manifestacja  dodała  mu  otuchy,  więc  uznał  ją  za  dobry  znak.  W 
podziękowaniu  za  wizję  odśpiewał  krótką  pieśń  i  ruszył  w  dalszą  drogę.  Cienie  poczerniały 
wyraźnie,  a  ściany  były  jeszcze  wyższe;  przez  długi  czas  miał  wrażenie,  że  widzi  je  przez 
tęczową mgiełkę. 

Powrót.  Część  jaźni  wciąż  stała  z  boku,  lecz  była  mniejsza  i  bardziej  oddalona.  Życie 

pomiędzy  dzieciństwem  i  chwilą  obecną  nabrało  pozorów  snu,  migotliwego  złudzenia;  nie 
dostrzegł,  kiedy  to  się  stało.  Zaczął  sobie  przypominać  rzadko  używane  nazwy,  o  których 
sądził, że dawno już je zapomniał. Po prawej stronie deszcz padał coraz mocniej, on jednak 
wciąż był osłonięty ścianą kanionu. Jakiś promień światła zdawał się przez chwilę ukazywać 
biegnącą przed nim czerwonawą ścieżkę. 

—  Krel,  krel  —  śpiewał  idąc.  Nie  wiedział,  dlaczego.  Uwolnić  Kota,  by  zabił  Strageankę, 

znaleźć  krela,  by  zabił  Kota...  Co  potem?  Parsknął  śmiechem.  Dziwaczna  wizja  nie  pokazała 
odpowiedzi. Umysł robił sztuczki z kształtami otaczających go skał. Indianie z równin bardziej 
czcili  Skalny  Lud,  niż  jego  rodacy.  Teraz  jednak  dostrzegał  niemal  czyjąś  obecność  w 
kamiennych  formach.  Jak  się  nazywał  ten  filozof  bellicano,  którego  tak  lubił?  Spinoza.  Tak. 
Wszystko żyje i wszystko się łączy, cała natura. Bardzo indiański. 

— Hah la tse kis! — zawołał, a echo powtórzyło krzyk. 
Zygzak  błyskawicy  zatańczył  nad  krawędzią  urwiska,  a  kiedy  zgasł,  Billy  spostrzegł,  że 

nadchodzi noc. Przyspieszył kroku. Dobrze byłoby minąć kanion Wielu Czereśni nim zapadnie 
ciemność. 

Teren  opadał  gwałtownie.  Badając  drogę  kijem  Billy  przeszedł  przez  rozlewisko.  Zanim 

ruszył  dalej,  oczyścił  buty.  Przesunął  dłonią  po  powierzchni  skały,  wyczuwając  jej  wilgotną 
gładź i nierówności. Potem oblizał kciuk i raz jeszcze spojrzał pomiędzy cienie. 

Chwile  napływały  i  znikały  jak  ciemne  fale  wśród  głazów;  szedł  dalej;  na  wpół 

rozpoznawane obrazy budziły ciągi skojarzeń, rasowych i osobistych. 

Zdawało  się  żeglować  ku  niemu  z  otaczającej  ciemności,  dziób  wycinał  klin  w  linii  jego 

spojrzenia.  To  wypiętrzenie  przed  nim  było  jak  Shiprock  w  miniaturze.  Kiedy  się  zbliżył, 
urosło, wypełniając myśli... 

Powracał  w  przeszłość.  Niebo  nad  głową  znów  było  jak  niebieskie  szkło.  Wiatr  zimny  i 

porywisty,  skały  szorstkie,  podejście  coraz  bardziej  strome.  Wkrótce  trzeba  będzie  się 
związać. Zbliżali się do prawie pionowej ściany... 

Spojrzał  przez  ramię.  Wspinała  się  pewnie.  Miała  zarumienioną  twarz.  Była  dobrą 

alpinistką, weszła na wiele szczytów. Ten jednak był czymś wyjątkowym, zakazaną próbą... 

— Dureń! — mruknął zaciskając zęby. 

background image

Wchodzili na tse ba dahi, skałę ze skrzydłami. Biali ludzie nazywali ją Shiprock. Miała 7178 

stóp wysokości i została zdobyta tylko raz, prawie dwieście lat temu. Wielu zginęło podczas 
wspinaczki. To miejsce było święte, a wejście na szczyt zakazane. 

A Dora lubiła wspinaczkę. Fakt, nie proponowała tego wejścia, ale poszła wraz z nim. Tak, 

to  jego  pomysł,  nie  jej.  Oczyma  wyobraźni  widział  ich  maleńkie  postacie  na  ścianie, 
wchodzące  wyżej,  podciągające  się,  wchodzące.  Jego  pomysł.  Powiedz  mu,  dlaczego. 
Powiedz Hastehoganowi, bogu nocy, dlaczego... żeby mógł się zaśmiać i wysłać czarny wiatr 
północy, by wiał na ciebie. 

Dlaczego? 
Chciał jej pokazać, że nie lęka się zakazów wiary Ludu, że jest lepszy, mądrzejszy, bardziej 

cywilizowany.  Pokazać,  że  duchem  do nich  nie należy,  że  jest  wolny  jak  ona,  wyższy  ponad 
takie  głupstwa,  że  się  z  nich  śmieje.  Dopiero  dużo  później  zrozumiał,  że  to  się  dla  niej  nie 
liczyło, że tylko dla siebie tańczy taniec lęków, że nigdy nie uważała go za gorszego od siebie, 
że cała ta wyprawa była niepotrzebna, nieuzasadniona, żałosna. Ale potrzebował Dory. Była 
nowym życiem w nowych, przerażających czasach i... 

Gdy usłyszał jej krzyk, odwrócił się jak mógł najszybciej i wyciągnął rękę. Może osiem cali 

rozdzielało czubki ich palców. A potem ona zniknęła, odpadła. Widział, jak kilka razy uderza o 
skałę.  Półślepy  od  łez  przeklinał  górę,  przeklinał  bogów  i  przeklinał  siebie.  Skończyło  się. 
Teraz nie miał już nic. Był niczym... 

Zaklął  znowu,  wbijając  spojrzenie  w  miejsce,  gdzie  —  mógłby  przysiąc  —  jeszcze  przed 

chwilą stał kojot i śmiał się, nim machnąwszy ogonem zniknął w mroku za wzniesieniem. W 
myślach nadpłynęły fragmenty pieśni z rytuału ognia starej Drogi Kojota: 

Będę szedł przez miejsca, gdzie runą na mnie czarne chmury. 
Będę szedł przez miejsca, gdzie spadnie na mnie deszcz. 
Będę szedł przez miejsca, gdzie zajaśnieje mi błyskawica. 
Będę szedł przez miejsca, gdzie ciemne mgły mnie ogarną. 
Będę szedł tam, gdzie płyną tęcze i huczy grom. 
Wśród rosy i pyłku będę szedł. 
One są na moich stopach. Są na moich nogach... 

Kiedy  dotarł  do  miejsca  gdzie,  jak  mu  się  zdawało,  widział  zwierzę,  w  gasnącym  świetle 

dnia  szybko  zbadał  grunt  i  wydawało  mu  się,  że  znalazł  odcisk  łapy.  Zresztą,  nieważne.  To 
miało jakieś znaczenie. Nie wiedział, jakie. 

Idzie przez wodę... 
Szlakiem za górami. 
Magia jest gotowa. 
...To jego woda, 
woda białego kojota. 
Magia jest gotowa. 

Gdy  mijał  kanion  Wielu  Czereśni  był  pewien,  że  Kot  wyruszył  już  w  drogę.  Niech  tak 

będzie.  Rzecz  była  mu  przeznaczona,  jeśli  nie  z  Kotem  za  plecami,  to  w  jakiś  inny  sposób. 
Wszystko teraz wyglądało inaczej. Świat przesunął się lekko, rozogniskował. 

Ciemność,  ciemność.  Oczy  przystosowały  się  i  widział  niezwykle  wyraźnie.  Ominie  grotę 

Błękitnego  Byka.  Pójdzie  dalej.  Posili  się  w  marszu.  Nie  będzie  odpoczywał.  Położy  kolejny 
fałszywy  trop  w  kanionie  Podwójnego  Szlaku.  Później  jeszcze  bardziej  zamaskuje  swoją 
ścieżkę. Pójdzie dalej. Będzie szedł przez wodę. 

Chodź za mną, Kocie. Łatwa część dobiega już końca. 
Słaby błysk. Woda i wiatr pochłaniają huk grzmotu. Śmieje się, a twarz ma mokrą. 

background image

Czarna magia unosi mnie w swej dłoni... 

 

Dzień Trzeci 

 

K

iedy nadeszła wiadomość, że Walter Sands nie żyje, a akcja reanimacyjna nie odniosła 

skutku, Mercy Spender odmówiła modlitwę, Fisher był przygnębiony, a Mancin wyjrzał przez 
okno. Żelazny Niedźwiedź nalał sobie kawy i przez dłuższy czas nikt się nie odzywał. 

— Chcę wracać do domu — oświadczył w końcu Fisher. 
— Ale dotarliśmy do Pieśniarza — zauważyła Elizabeth. 
— Jeśli tak chcesz to nazywać — mruknął. — Przeszedł granicę. Jest teraz... gdzie indziej. 

Jego  umysł  przepuszcza  wszystko  przez  filtr  prymitywnego  symbolizmu.  Nie  potrafię  go 
zrozumieć i jestem pewien, że on także mnie nie rozumie. Uważa, że jest głęboko pod ziemią 
i podąża jakąś prastarą ścieżką. 

— Bo tak jest — wtrącił Żelazny Niedźwiedź. — On kroczy drogą szamana. 
— Co możesz o tym wiedzieć? — parsknął Fisher. 
—  Dość,  żeby  trochę  rozumieć.  Kiedy  umarł  mój  ojciec,  zainteresowałem  się  historią 

Indian.  Przypomniałem  sobie  nawet  to,  o  czym  od  dawna  nie  pamiętałem.  Mimo  całego 
wykształcenia  i  podróży.  Pieśniarz  nie  rozumuje do  końca  w  terminach współczesności.  Nie 
rozumuje  nawet  tak,  jak  współczesny  Indianin.  Dorastał  w  ostatnim  chyba  okresie,  gdy 
można  było  żyć  w  czymś  zbliżonym  do  środowiska  neolitycznego.  Owszem,  poleciał  do 
gwiazd.  Ale  zawsze  jakąś  częścią  umysłu  powracał  do  tych  zwariowanych  kanionów.  I  był 
kiedyś szamanem. Prawdziwym. Parę dni temu postanowił wrócić do tej części, świadomie, 
bo sądził, że mu to pomoże. A ona zdominowała go po tych latach tłumienia. Chce zemsty. 
Tak uważam. Od chwili, gdy się dowiedziałem kim jest, przeglądałem taśmy o Navajo. Różnili 
się  od  innych  plemion,  nawet  od  swoich  sąsiadów.  Ale  mają  pewne  cechy  wspólne  z  nami 
wszystkimi...  gdy  sprawy  robią  się  naprawdę  trudne,  droga  często  prowadzi  szamana  pod 
ziemię. 

— Z nami? — uśmiechnął się Mancin. 
— Przejęzyczenie. 
—  Tłumaczysz  nam,  że  dzika,  obca  bestia  ściga  szalonego  Indiańca  —  podsumowała 

Mercy. — I właśnie się dowiedzieliśmy, że władze nie puszczą wojska w te kaniony, bo przy 
takiej  pogodzie  to  zbyt  ryzykowne.  Wygląda  na  to,  że  nic  nie  możemy  zrobić.  Nawet  kiedy 
łączymy się w umysł grupowy, ta bestia potrafi odpowiedzieć cholernie mocno... a Pieśniarz 
nas  nie  rozumie.  Może  jednak  powinniśmy  wracać  do  domu  i  pozwolić  im  rozstrzygnąć  to 
między sobą. 

— Co innego, gdybyśmy mogli jakoś pomóc — Fisher stanął obok Żelaznego Niedźwiedzia. 

— Zaczynam rozumieć twoje uczucia wobec tego gościa, ale do diabła, jak jesteś trupem, to 
leż spokojnie. 

— Moglibyśmy zaatakować tę bestię — powiedział cicho Żelazny Niedźwiedź. 
—  Za  bardzo  jest  obca  —  zaprotestował  Mancin.  —  Nie  mamy  klucza  do  jej  umysłu.  Po 

prostu trzaśnie nas, jak ostatnim razem. Zresztą, cała ta impreza z grupowym umysłem jest 
bardzo ryzykowna. Do tej pory niewielu tak pracowało; kto wie, w co możemy się wpakować. 
Każda  analiza  kosztów  i  zysków  wykazuje,  że  niewiele  możemy  osiągnąć,  a  narazimy  się  na 
nieznane niebezpieczeństwo. 

Żelazny Niedźwiedź wstał i podszedł do drzwi. 
— Wsadź sobie tę swoją analizę zysków i kosztów — oznajmił i wyszedł. 

background image

Fisher chciał pobiec za nim, ale pochwycił spojrzenie Elizabeth. 
— Zostaw go — powiedziała. — Jest wściekły. Nie chcesz chyba walki z przyjacielem. Nic, 

co powiesz, nie zdoła go w tej chwili uspokoić. 

Fisher zatrzymał się obok drzwi. 
— Nie potrafiłem dosięgnąć go wtedy i teraz też nie potrafię — wyznał. — Wiem, że jest 

wściekły, ale... Sam nie wiem. Boję się, że może popełnić jakieś głupstwo. 

— Na przykład? — zapytał Mancin. 
— Nie wiem. W tym cały problem. Może lepiej... 
—  Będzie  się  gniewał  przez  jakiś  czas  —  stwierdził  Mancin.  —  Potem  wróci  i  spróbuje 

namówić  nas  do  czegoś.  Może  powinniśmy  się  zgodzić.  Gdybyśmy  dotarli  do  Pieśniarza  i 
skłonili go, żeby poszedł w jakieś bezpieczne miejsce, skąd można by go zabrać... Mogłoby się 
udać. 

—  Mam  przeczucie,  że  nie,  ale  jak  dotąd  to  najlepszy  pomysł.  Skąd  będziemy  wiedzieć, 

gdzie jest bezpieczne miejsce? 

Mancin zastanowił się. 
— Ten przyjaciel Pieśniarza, ten zwiadowca — zastanowił się. — Żółta Chmura. On będzie 

wiedział. Gdzie ten wydruk z jego numerem? 

— Żelazny Niedźwiedź go miał — przypomniała sobie Elizabeth. 
— Nie ma na jego krześle. Ani na stole. 
— Myślisz...? 
Żelazny Niedźwiedziu, czekaj! Nadała Elizabeth. Chcemy pomóc! 
Odpowiedzi nie było. 
Pobiegli na schody. 
Nie było go na terenie rezydencji. Domyślili się, że skorzystał z którejś z platform na dole. 

Dostali  numer  z  Informacji,  ale  w  domu  Żółtej  Chmury  nikt  nie  odpowiadał.  Dopiero  po 
godzinie, gdy jedli posiłek, ktoś zauważył, że z pokoju strażników zniknął blaster. 

 
 
 
 

Naskalne Graffiti 

 

KOJOT KRADNIE GŁOSY WSZYSTKICH 

ŻYWYCH STWORZEŃ 

 
Nic  nie  mogło  się  poruszyć  po  tym,  jak  Kojot  dokonał  kradzieży  dźwięku  ze  świata. 

Dopiero  gdy  go  przekonano,  by  powołał  do  życia  Słońce  i  Księżyc,  wydając  wielki  krzyk  i 
przywracając ziemi głosy 

 
 

NAYENEZGANI KONTYNUUJE AKCJĘ 

POPRAWY WARUNKÓW ŻYCIOWYCH 

 
W  pobliżu  Tse’a  haildehe,  gdzie  odłamek  skały  przyniesiony  z  podziemnego  świata  miał 

przykry zwyczaj rozdzielania się, by utworzyć dwa urwiska, i zamykania na powrót, gdy jakiś 
podróżny  przechodził  między  nimi,  Nayenezgani  rozwiązał  dzisiaj  ten  problem,  w  genialny 
sposób wykorzystując kawałek rogu łosia 

background image

 
 

KRÓLIK — WIATR 2:7 

ZWYCIĘSTWO ZESPOŁU GOSPODARZY 

 
Quetzalcoatl, który przybył dziś rano do Tula, wygłosił uwagę: „Każdy człowiek ma swego 

królika”.  Miejscowa  ludność  uznała  to  za  dobry  znak  i  odpowiedziała  ofiarami  z  tortilli, 
kwiatów, kadzidła, motyli i węży Podróżujący w interesach mijając to miejsce 

 

 

KIT CARSON DO DOMU 

 

PO DRODZE ZABIŁEM JELENIA 

 

NA PEWNO BYŁ KULAWY 

 

PIEŚNIARZE ROBIĄ TO W KOLOROWYCH PIASKACH 

 

NIEDALEKO STĄD CZTERECH APACZÓW ZABIŁONAVAJO 

 

TYLU ICH POTRZEBA 

 

KOBIETA-PAJĄK DEMONSTRUJE NOWĄ SZTUKĘ 

 
— Chyba nazwę to tekstyliami — wyjaśniła, zapytana o 
 

VON DANIKEN POWIE KIEDYŚ 

ŻE TO ASTRONAUTA 

 

FORT SUMNER ŚMIERDZI 

 

ZMIENNA KOBIETA ZASKOCZONA ZACHOWANIEM SYNÓW 

 
—  Przypuszczam,  że  mają  to  po  ojcu  —  powiedziała  podobno,  gdy  poinformowano  ją  o 

ostatnim 

 

BILLY CZARNY KOŃ PIEŚNIARZ I JEGO CHINDI 

PRZECHODZILI TĘDY 

PO PIERWSZEJ POŁOWIE WYNIK 0:0 

 

CZARNY BÓG PATRZY 

 

ŻÓŁTA MAGIA UNOSI MNIE W SWEJ DŁONI 

 

K

iedy  Żelazny  Niedźwiedź  zmaterializował  się  na  platformie  skokowej  w  domu  Żółtej 

Chmury,  pierwszą  rzeczą,  jaka  zwróciła  jego  uwagę,  była  strzelba  w  ręku  gospodarza, 
wymierzona w jego brzuch z odległości mniej więcej sześciu stóp. 

background image

— Rzuć tę spluwę — rozkazał Żółta Chmura. 
—  Jasne.  Nie  denerwuj  się  —  Żelazny  Niedźwiedź  upuścił  blaster.  —  Dlaczego  do  mnie 

celujesz? 

— Jesteś Indianinem?  
— Tak. 
— Ha’at’iish biniinaa yiniya?  
Żelazny Niedźwiedź pokręcił głową. 
— Nie rozumiem. 
— Nie jesteś Navajo. 
— Nie mówiłem, że jestem. Szczerze mówiąc jestem Siouxem. Ale ich języka też nie znam. 

Może parę słów. 

— Więc powiem po angielsku: po co przyszedłeś? 
—  Tłumaczyłem  przez  telefon.  Muszę  odnaleźć  Pieśniarza,  albo  tego  stwora,  który  go 

ściga. 

— Myślę, że może to ty go ścigasz. W tej okolicy łatwo pozbyć się zwłok, zwłaszcza o tej 

porze roku. 

Żelazny Niedźwiedź poczuł krople potu na czole, gdy odczytał myśli tamtego. 
— Czekaj — poprosił. — Chcę mu pomóc. Ale to długa historia i nie wiem, ile mamy czasu. 
Żółta Chmura wskazał lufą krzesło. 
—  Siadaj.  Ale  najpierw  zwiń  dywan  i  kopnij  na  bok.  Nie  chciałbym  zapaprać  Dwóch 

Szarych Wzgórz. 

Żelazny Niedźwiedź wykonał polecenie, równocześnie sondując głęboko, by przedostać się 

poza  strumień  świadomości.  Gdy  znalazł  to,  czego  szukał,  nie  był  pewien,  czy  język  zdoła 
uformować obce sylaby. Spróbował. 

— Co powiedziałeś? — spytał Żółta Chmura. Lufa broni poruszyła się lekko. 
Powtórzył tajemne imię Żółtej Chmury. 
— Jak je poznałeś? 
—  Przeczytałem  w  twoich  myślach.  Jestem  paranormalny.  Dlatego  dałem  się  w  to 

wszystko wplątać. 

— Jak szaman? 
—  Za  dawnych  dni  byłbym  pewnie  szamanem.  W  każdym  razie  jest  nas  cała  grupa. 

Tropimy  tego  stwora,  który  tropi  Pieśniarza.  A  teraz  pozostali  chcą  się  wycofać.  Ja  nie. 
Dlatego potrzebuję twojej pomocy. 

 
Deszcz wciąż padał. Kiedy zabrzęczał komunikator, Żółta Chmura wyłączył sygnał. Potem 

zaparzył kawę. 

 

 

 
Biegł.  Miał  wrażenie,  że  w  same  trzewia  ziemi.  Coraz  ciemniej.  Niedługo  będzie  musiał 

zwolnić. Świat wokół niego zupełnie zanikł — oprócz dźwięków: wiatru, wody, uderzeń stóp. 
Wolniej. Tak. Teraz. 

Z przodu. Coś w tej kępie drzew. Nie porusza się. Światło. 
Podchodził ostrożnie. 
Wyglądała  na...  Ale  nie.  To  niemożliwe.  A  jednak.  Platforma  skokowa.  Był  pewien,  że 

przepisy zakazywały ustawiania ich w kanionie. 

Zbliżył się. Z pewnością przypominała platformę. Tam, między drzewami. Podszedł i zajrzał 

background image

do środka. 

Dziwna  platforma.  Bez  szczeliny  na  kartę  kredytową.  Brak  klawiszy  do  wybierania 

współrzędnych.  Wszedł  i  przyjrzał  się  dokładniej.  Tylko  dziwny  przycisk  w  białe  i  czerwone 
kropki. Bez zastanowienia wyciągnął rękę i nacisnął. 

Przed oczami przesunął się płaszcz z tęczy. I zniknął. Wyjrzał. Nic się nie zmieniło. Nigdzie 

nie został przerzucony. Chociaż... 

Kanion  zalewało  blade  lśnienie,  jakby  na  niebie  zawisł  księżyc  w  pełni.  Ale  nie  było 

księżyca. 

Znów  zbadał  platformę  i  dopiero  teraz  dostrzegł  napis  na  bocznej  ściance.  ŚWIAT 

DUCHÓW, głosił. Wzruszył ramionami i odszedł. Oprócz światła, nic się nie zmieniło. 

Obejrzał  się  po  dwudziestu  krokach.  Platforma  zniknęła.  Srebrzyste  drzewa  za  plecami 

stały nieruchomo, bez śladów jakiejkolwiek nienaturalnej obecności. Po prawej stronie lśniła 
falująca,  niesiona  prądem  woda.  Padające  krople  deszczu  zdawały  się  sunąć  w  zwolnionym 
tempie,  bardziej  podobne  do  wielkich  drobinek  mgły  niż  do  ulewy.  Kolejna  błyskawica 
wydawała się raczej stylizowaną inskrypcją na czaszy nieba. 

Przed nimi ciągnął się wyraźnie zaznaczony szlak, którym musiał podążyć. Postawił na nim 

stopę,  a  wiatr  staccato  zaśpiewał  pieśń  przewodnictwa.  Szedł  szybko,  zbliżając  się  do  łuku 
kanionu;  potem  wolniej,  gdy  zbocze  było  coraz  węższe  i  bardziej  strome.  Ścieżka  skręciła; 
wkroczył na szeroką półkę i przyspieszył. 

Minął  zakręt.  Przed  sobą  zobaczył  kontur  ludzkiej  postaci,  stojącej  na  drugim  brzegu 

potoku,  na  samym  czubku  wbitej  w  wodę  ostrogi  lądu.  To  był  człowiek  i  wydawał  się 
znajomy; otaczał go blask, który Billy uznał za niepokojący. 

Zwolnił  trochę,  gdyż  człowiek  patrzył  wprost  na  niego.  Przez  chwilę  nie  bardzo  wiedział, 

jak się do niego zwracać. Nie pamiętał, w jakich okolicznościach go poznał, a spotkanie w tym 
miejscu było z pewnością niezwykłe. Potem nagle przypomniał sobie, ale wtedy tamten już 
go pozdrowił. 

Zatrzymał się. 
—  Jesteś daleko  od  domu  —  powiedział.  —  Od  miejsca,  w  którym  spotkałem  cię  ledwie 

kilka dni temu, w górach, gdzie pasłeś owce. 

— To prawda, jestem — odparł tamten. — Gdyż umarłem tego samego wieczoru. 
Chłodny dreszcz przebiegł Billy’emu po grzbiecie. 
— Nic ci nie zrobiłem. Dlaczego powróciłeś, by mnie nękać? 
— Nie powróciłem, by cię nękać. Prawdę mówiąc, wcale nie powróciłem. To ty odnalazłeś 

drogę do tego miejsca. To wielka różnica. Nie uczynię ci krzywdy. 

— Nie rozumiem. 
— Poradziłem ci, żebyś podążał krętą ścieżką — rzekł stary pieśniarz. 
— I widzę, że posłuchałeś. Bardzo krętą. To dobrze. 
— Niezupełnie — powiedział mu Billy. — Mój chindi wciąż mnie ściga. 
—  Twój  chindi  skręcił  w  prawo  zamiast  w  lewo,  ruszył  fałszywym  tropem  do  kanionu 

Czarnej Skały. Jeszcze przez pewien czas będziesz bezpieczny. 

— To już coś. Może znów mi się uda. 
— Może. Ale co dokładnie robisz? 
— Podążam szlakiem. 
— A ten doprowadził cię tutaj. Czy sądzisz, że nasze spotkanie to przypadek? 
— Chyba nie. Wiesz, po co się spotkaliśmy? 
— Wiem tylko, że chciałbym cię nauczyć dawnej pieśni mocy. 
— To świetnie. Przyjmę każdą pomoc — Billy spojrzał na szlak. — Chociaż mam nadzieję, 

background image

że nie jest zbyt długa. 

—  Nie  —  uspokoił  go  starzec.  —  Słuchaj  teraz  uważnie,  ponieważ  mogę  ci  ją  zaśpiewać 

tylko trzy razy. Zaśpiewać czwarty raz to uwolnić tę moc. 

— Rozumiem. 
— To dobrze. Oto pieśń... 
Starzec zaczął recytować pieśń przywołania Ikne’etso. Billy wysłuchał, zrozumiał i nauczył 

się jej za trzecim razem. Gdy pieśniarz skończył, podziękował mu i zapytał: 

— Kiedy powinienem użyć tej pieśni? 
— Będziesz wiedział — brzmiała odpowiedź. — A teraz podążaj swoją krętą ścieżką. 
Billy  pożegnał  go  i  ruszył  wzdłuż  północnego  zbocza.  Miał  ochotę  obejrzeć  się,  ale 

zrezygnował.  Wędrował  migotliwym  kanionem,  a  obrazy  innych  światów  i  jego  życia  w 
miastach  powstawały  wokół  i  łączyły  z  tym,  co  go  otaczało.  Miał  wrażenie,  że  całe  życie 
stapia  się  tutaj  i  zostaje  wymieszane.  A  wszystkie  powiązane  z  nim  uczucia  też  wirowały 
razem  tak,  że  szedł  przez  głębię  białego  szumu. Minął  grupę  stojących  głazów  i  wydało  mu 
się,  że  wszystkie  mają  twarze  o  otwartych  ustach  i  że  śpiewają  pieśni  wiatru.  Były 
nieruchome, ale za nimi coś wynurzyło się z ciemności. 

Był to człowiek, którego znał doskonale. Z uśmiechem oparł się o ostatniego z pieśniarzy 

wiatru.  Ubrany  był  zgodnie  z  najnowszą  modą,  miał  uczesane  starannie  włosy  i  zadbane 
paznokcie. 

— Witaj, Billy — powiedział po angielsku jego własnym głosem. 
Wtedy  zrozumiał,  że  mężczyzna  był  nim  samym.  Tak  mógłby  wyglądać,  gdyby  nigdy  nie 

wrócił w to miejsce. 

—  Zgadłeś.  Jestem  twoim  cieniem  —  oświadczył.  —  Jestem  tą  częścią  ciebie,  którą 

wolałeś  zaniedbać,  odepchnąć  na  bok,  gdy  postanowiłeś  wrócić  do  kołyski.  Ponieważ  bałeś 
się zostać mną. 

— Czy podobałoby mi się bycie tobą? 
Tamten wzruszył ramionami. 
— Chyba tak. Czas i przypadek, to wszystko. Gdybyś udowodnił sobie, jak wolny się stałeś, 

ty  i  Dora  przeprowadzilibyście  się  w  końcu  do  miasta.  Zaryzykowałeś  i  przegrałeś.  Gdybyś 
wygrał, poszedłbyś tą drogą. Czas i przypadek. Osiem cali. Takie drobnostki odmieniają nasze 
życie. 

—  Mówisz,  że  gdybym  sobie  udowodnił,  jaki  jestem  wolny,  tak  naprawdę  wcale  nie 

byłbym wolny? 

— Co znaczy wolny? — powtórzył przybysz. Lekki, zielonkawy blask zamigotał mu wokół 

głowy.  —  Przypuszczam,  że  to  wędrówka  po  wszystkich  dobrych  ścieżkach.  Ty  się 
ograniczyłeś.  Jestem  drogą,  którą  nie  poszedłeś.  Ważną  drogą.  Mogłem  być  częścią  ciebie, 
zbawczą częścią. Ty jednak odrzuciłeś mnie w swej dumie. Myślałeś, że wiesz najlepiej. 

Uśmiechnął się znowu i Billy zobaczył, że wyrastają mu kły. 
— Znam cię — oświadczył. — Jesteś moim chindi, moim prawdziwym chindi. Prawda? 
—  Jeśli  nawet  jestem  i  jeśli  uważasz  mnie  za  zło,  to  sądzisz  tak  z  całkiem  błędnych 

powodów. Jestem przeciwną stroną twej jaźni. Nie lepszą, nie gorszą, ale nie zrealizowaną. 
Przywołałeś mnie dawno temu, uciekając od części siebie. Nie możesz zniszczyć negacji. 

— Przekonamy się — odparł Billy, uniósł laserowy pistolet i wcisnął spust. 
Błysk światła przeszył sobowtóra nie wyrządzając mu żadnej szkody. 
— Nie tak możesz się ze mną rozprawić — oznajmił przybysz. 
— Do diabła z tobą. Dlaczego w ogóle miałbym się z tobą rozprawiać? 
— Ponieważ mogę cię zniszczyć. 

background image

— Więc na co czekasz? 
— Nie jestem jeszcze dość silny. Dlatego uciekaj, cofaj się do prymitywnej jaźni, a ja będę 

nabierał  sił.  Wtedy,  gdy  znów  się  spotkamy...  —  opadł  na  czworaka  i  przyjął  postać  Kota. 
Błysnęło pojedyncze oko. — ...Pod każdym imieniem będę twoim przeciwnikiem. 

Billy  wyjął  tazer  i  wystrzelił.  Pocisk  zniknął  w  ciele  Kota,  który  znów  stał  się  jego 

bliźniakiem.  Powstał  i  zaatakował,  a  kabel  i  strzałka  opadły,  automatycznie  zwinięte  z 
powrotem.  Billy  wyprowadził  cios  z  lewej  i  miał  wrażenie,  że  pięść  w  coś  trafiła.  Bliźniak 
upadł na ziemię, a Billy odskoczył i pobiegł. 

— Tak, uciekaj. Daj mi siłę — goniło go wołanie. 
Oglądając się, Billy widział tylko słaby, zielonkawy poblask za grupą wietrznych pieśniarzy. 

Biegł  dalej,  aż  lśnienie  zniknęło  za  kolejnym  zakrętem.  Zamilkły  też  pieśni  wiatru.  Wtedy 
zwolnił.  Kanion  znów  się  rozszerzył;  potok  także  był  szerszy  i  płynął  wolniej.  Dostrzegał  w 
wodzie zniekształcone,  ludzkie  i  zwierzęce  twarze.  Miał  wrażenie,  że  już od  pewnego  czasu 
ktoś  mu  się  przygląda.  Uczucie  narastało,  więc  rozejrzał  się  czujnie,  szukając  jego  źródła 
wśród ulotnych form w wodzie i w cieniu. 

Kot? 
Żadnej  odpowiedzi,  co mogło  oznaczać  cokolwiek.  Nie było też  emisji  lęków  —  chyba  że 

zwyczajnie ginęły w emocjonalnej burzy. 

Kocie? Jeśli to ty, załatwmy tę sprawę do końca. Już. Jestem gotów, gdy tylko zechcesz. 
Minął  ostry  występ  w  ścianie  kanionu  i  wtedy  zrozumiał,  że  to  nie  obecność  Kota 

wyczuwał.  Teraz  bowiem  dostrzegł  dziwną  postać,  która  spoglądała  na  niego,  a  jej 
pojawienie splatało się z tamtym wrażeniem. 

Wyglądała  jak  gigantyczny  słup  totemowy.  Jego  plemię  nigdy  nie  budowało  takich 

totemów.  Pasowały  raczej  do  ludów  północnego  wschodu.  Ten  jednak  w  jakiś  sposób 
odpowiadał bieżącej chwili, choć kłócił się z miejscem. Tkwiły na nim cztery twarze... i może 
jeszcze piąta, mglista, na samym szczycie. Były to wizerunki dwóch kobiet, jednej szczupłej, 
jednej  o  grubych  rysach,  i  dwóch  mężczyzn,  czarnego  i  białego.  A  ponad  nimi,  jak  dym, 
zawisła uśmiechnięta, męska twarz. Wszystkie wpatrywały się w niego i wiedział, że ogląda 
nie rzeźby, ale żywą istotę. 

— Billy Czarny Koń Pieśniarz — przywołał go bezpłciowy głos.  
— Słyszę cię — odpowiedział. 
— Musisz tu przerwać swoją wędrówkę. 
— Dlaczego? — zapytał. 
— Wypełniłeś swoją misję. Niczego nie osiągniesz dalszą ucieczką. 
— Kim jesteś? 
—  Jesteśmy  twoimi  duchami  opiekuńczymi.  Chcemy  cię  ochronić  przed  twym 

prześladowcą.  Wspinaj  się  tutaj  na  ścianę.  Czekaj  na  szczycie.  Wkrótce  ktoś  wyjdzie  ci  na 
spotkanie i przeniesie w bezpieczne miejsce. 

Billy odwrócił wzrok od wieży duchów; spojrzał na grunt pod stopami i perspektywę drogi 

przed sobą. 

— Wciąż widzę mój szlak w tym kanionie — oznajmił. — Nie powinienem go porzucać. 
— To błędny szlak. 
— Nie — zaprotestował. — Tyle wiem na pewno: muszę podążać nim aż do końca. 
— Tam czeka śmierć. 
Umilkł na chwilę. 
—  A  jednak  muszę  nim  podążać  —  stwierdził.  —  Pewne  rzeczy  ważniejsze  są  niż  inne. 

Ważniejsze nawet niż śmierć. 

background image

— Jakie to rzeczy? Dlaczego musisz podążyć tym szlakiem? 
Kilka razy odetchnął głęboko i nadal patrzył w ziemię, jakby widział ją po raz pierwszy. 
— To ja oczekuję siebie na jego końcu — wyjaśnił. — Tak, jak powinienem. Jeśli nie pójdę 

tym szlakiem, będzie to innym rodzajem śmierci. 

— Chyba gorszym — dodał po chwili. 
— Jeśli pójdziesz dalej, być może nie potrafimy ci pomóc. 
— Więc niech się stanie to, co musi się stać — odparł. — Dziękuję, że próbowaliście. 
— Słyszymy cię — oznajmił totem i z wolna pogrążył się w ziemi. Jedna twarz po drugiej 

znikała pod kamieniami, aż pozostała tylko ostatnia, mglista. Uśmiechnęła się do niego. 

— Graj więc — szepnęła, czy tylko mu się zdawało, po czym znikła także. 
Przetarł oczy, ale nic się nie zmieniło. Ruszył dalej. 
 

...Kroczę niewidzialnym łukiem, 
stopami gotowymi, by ponieść mnie gdziekolwiek. 

 

 

 
wychodząc od tchmiejsc fwody fnte dale głowoszczyt drze idążąc teraz do każdego gdzie 

pięć tam cztery osobnosobno koń na szczycie dost żyw jaźnie wstron ciałosłup jak długorzut 
woda jeszcze kilka zatok i miejsca naszwłasnych głów oddzielić siostry w niebie starców pod 
ziemią  gdzie  szlak  kojota  dalej  kosa  cień  nawszystkim  i  jednobrat  w  kilichu  umysłów  o 
sobnosobnosotrostro 

 
— Mój Boże — westchnęła Elizabeth, osuwając się na krzesło. Alex Mancin nalał szklankę 

wody i wypił jednym haustem. 

— Tak — Fisher masował sobie skronie. 
Mercy Spender dostała ataku kaszlu, który trwał prawie pół minuty. 
— Co teraz? — spytał niepewnie Fisher. 
Mancin pokręcił głową. 
— Nie mam pojęcia. 
—  Żelazny  Niedźwiedź  miał  rację:  on  myśli,  że  jest  w  innym  świecie  —  stwierdziła 

Elizabeth. — Nie ruszymy go stamtąd. 

— Do diabła z tym — burknął Fisher. — Spróbowaliśmy i przebiliśmy się, chociaż zamienił 

nas w totem. Dobrze wiecie, że nie to mnie martwi. 

— On był z nami — oświadczyła Mercy Spender. — Duchem. 
—  Niech  ktoś  zadzwoni  do  szpitala,  żeby  sprawdzili,  czy  Sands  naprawdę  nie  żyje  — 

zaproponował Fisher. 

— Nie wiem, jak mogliby się pomylić, Charles — uspokajała go Elizabeth. — Ale Mercy ma 

rację. Jakoś był przy nas i mam wrażenie, że nadal jest gdzieś blisko. 

— Owszem — wtrąciła Mercy. — Jest tutaj. 
—  Nie  potrzeba  teorii  duchów,  żeby  wyjaśnić  to,  co  się  moim  zdaniem  wydarzyło  — 

oświadczył po chwili Mancin. 

— To znaczy, co? — spytała Elizabeth. 
—  Przypomnijcie  sobie,  jak  umarł.  Byliśmy  wszyscy  razem,  funkcjonując  jako  jedna  jaźń, 

choć  nie  rozumiemy  jeszcze  do  końca  jej  działania.  Sądzę,  że  szok  jego  śmierci  wytworzył 
rodzaj  hologramu  jego  umysłu  w  naszej  poszerzonej  świadomości.  Kiedy  jesteśmy 
rozdzieleni, jak teraz, wrażenie nie jest tak silne, ale wszyscy nosimy w sobie słabsze odbicia. 

background image

Dlatego  ciągle  wyczuwamy  jego  obecność.  Kiedy  przed  chwilą  odtworzyliśmy  poszerzoną 
jaźń, połączenie śladów wystarczyło, by zreprodukować całkowitą, funkcjonującą replikę jego 
umysłu. 

—  Sądzisz,  że  jest  specyficznym  typem  wspomnienia,  przywoływanego,  gdy  jesteśmy  w 

takim stanie? — upewniła się Elizabeth. — Jak myślisz, czy zniknie z czasem? 

— Kto wie? 
— Więc co teraz robimy? — przerwał Fisher. 
—  Powinniśmy  w  regularnych  odstępach  czasu  sprawdzać,  co  z  Pieśniarzem.  I  ponawiać 

propozycję,  że  zostanie  zabrany,  jeśli  dotrze  do  jakiegoś  rozpoznawalnego  punktu 
orientacyjnego. 

— Będzie odmawiał. Widziałeś przecież, jak trwały był jego układ psychiczny. 
— Zapewne... ale może coś go zmieni. Nigdy nie wiadomo. Ale myślałem o tym, co mówił 

Żelazny Niedźwiedź. Jesteśmy mu winni pomoc i tylko my potrafimy jej udzielić. 

— Zgoda. Niczym chyba nie ryzykujemy. Tylko nie proście, żebym znowu szukał tej obcej 

bestii. Raz wystarczy. 

— Też mi specjalnie nie zależy, żeby znów się z nią zetknąć. 
— A Żelazny Niedźwiedź? 
— Co z nim? 
— Może powinniśmy się z nim skontaktować i zawiadomić o naszych planach? 
— Po co? Jest wściekły. Nie będzie słuchał. Niech sam nas wezwie, gdy już się uspokoi. 
— Nie chciałbym, żeby popełnił jakieś głupstwo. 
— Na przykład? 
— Na przykład, żeby sam zaczął tropić tę bestię i znalazł ją. 
Mancin skinął głową. 
— Chyba masz rację. Nadal nie sądzę, żeby nas wysłuchał, ale... 
— Może mnie posłucha — stwierdził Fisher. — Ale nie jestem pewien, czy na tę odległość 

potrafię sam go dosięgnąć. 

— Może po prostu znajdziemy najbliższą kanionu platformę skokową i przeniesiemy się? 

— zaproponowała Elizabeth. — To nam ułatwi pracę. 

— Podobno indiańskie rezerwaty są całkiem suche — odezwała się Mercy. 
— Trzeba powiedzieć Teddersowi i spakować rzeczy — przypomniał Fisher. — Spotkajmy 

się tu za kwadrans. 

— Walter też sądzi, że to dobry pomysł — oznajmiła Mercy. 
 

 

 

Niebezpieczeństwo czeka tam, gdzie idę 
w mokasynach, legginach, koszuli 
z czarnego obsydianu. 
Mój pas to czarna żmija. 
Czarne węże kłębią się wokół mej głowy. 
Zygzaki błyskawic strzelają spod mych stóp, 
moich kolan, mojego języka. 
Na głowie niosę tarczę pyłku. 
Węże ją pożerają. 
Niebezpieczeństwo czeka tam, gdzie idę. 
Stałem się czymś przerażającym. 

background image

Jestem tornadem i szarym niedźwiedziem. 
Błyskawica igra wokół mnie. 
Niebezpieczeństwo czeka tam, gdzie idę. 

 

 

 
—  Tutaj  go  wysadziłem  —  Żółta  Chmura  stuknął  palcem  w  mapę.  Żelazny  Niedźwiedź 

pokiwał głową, patrząc na zarysy długich, krętych kanionów. 

Deszcz uderzał z ukosa o burty zaparkowanego na skraju kanionu poduszkowca, którym tu 

przybyli.  Żelazny  Niedźwiedź  odruchowo  podniósł  kołnierz  pożyczonej  kurtki.  Doskonale 
pasowała. Dobrze się składa, pomyślał, że mamy ten sam rozmiar. 

—  Obserwowałem  go  przez  pewien  czas  —  mówił  dalej  Żółta  Chmura.  —  Chciałem  się 

upewnić, że bez przeszkód dotarł na dno. Udało mu się i widziałem, że ruszył na wschód — 
przesunął palcem po mapie i zatrzymał się. 

—  W  tym  miejscu  —  podjął  —  mógł  skręcić  w  prawo,  do  kanionu  Czarnej  Skały  albo  iść 

dalej prosto, właściwym kanionem del Muerto. Jak sądzisz? 

— Ja? Skąd mam wiedzieć? 
—  Jesteś  szamanem.  Mógłbyś  pomachać  różdżką  nad  mapą  albo  coś  w  tym  rodzaju  i 

zgadnąć? 

Żelazny Niedźwiedź dokładniej przestudiował mapę. 
—  Raczej  nie  —  przyznał.  —  Czuję  go  tam,  w  dole.  Ale  skalna  ściana  to  dla  mnie  tylko 

skalna  ściana,  nieważne,  czy  oglądam  ją  przez  jego  oczy,  czy  przez  swoje.  Chociaż...  — 
dotknął mapy palcem i przesunął go trochę. — Chyba poszedł wzdłuż del Muerto. Potrzebuje 
dużo miejsca, a Czarna Skała to ślepy zaułek. 

— Dobrze. Też tak sądzę. Nie bez powodu wybrał taki punkt startowy. Założę się, że przy 

rozwidleniu  założył  fałszywy  trop  —  Żółta  Chmura  złożył  mapę,  wyłączył  wewnętrzne 
oświetlenie  i  uruchomił  silnik.  —  Ponieważ  zgadzamy  się  co  do  trasy  —  dodał,  kręcąc 
kierownicą — mogę zaoszczędzić na czasie. Założę się, że jeśli pojedziemy wzdłuż krawędzi, 
poza  to  odgałęzienie,  i  zejdziemy  na  dół,  znajdziemy  jego  ślad  przy  jednej  albo  drugiej 
ścianie. 

— Będzie trochę ciemno. 
— Mam gogle i czarne światła. Pełne widmo też. 
— Domyślasz się, gdzie może być teraz? Wiedząc, gdzie wysiadł i jak szybko się posuwa? 
— Mogę zgadywać. Ale nie chcemy przecież zejść prosto na niego. 
— Dlaczego nie? 
— Jeśli coś go ściga, będzie pewnie strzelał do wszystkiego, co się rusza. 
— To prawda. 
—  Dlatego  zejdziemy  w  okolicy  Groty  Wielu  Sępów  i  Groty  Błękitnego  Byka,  przed 

miejscem,  gdzie  kanion  się  poszerza.  Kiedy  jest  węższy,  łatwiej  będzie  znaleźć  ślad. 
Ominiemy fałszywe tropy, prowadzące do kanionu Podwójnego Szlaku i ruszymy za nim. 

Wiatr  potrząsał  niewielkim  pojazdem,  pędzącym  po  prawie  całkowitych  bezdrożach.  Co 

chwilę skręcali, by ominąć głazy i zagłębienia, gdzie teren obniżał się zbyt stromo. 

— ...A potem chyba wspomożemy go siłą ognia. 
— Spróbuję go namówić, żeby zrezygnował — stwierdził Żelazny Niedźwiedź. 
Żółta Chmura roześmiał się. 
— Pewnie. Akurat go namówisz. 
Żelazny Niedźwiedź zajrzał w myśli towarzysza, dostrzegł w nich obraz tamtego człowieka. 

background image

— No dobra — westchnął. — Przynajmniej w P-Patrolu nauczyłem się strzelać. 
— Byłeś w P-Patrolu? Chciałem się zaciągnąć. 
— Dlaczego zrezygnowałeś? 
—  Bałem  się,  że  dostanę  klaustrofobii  w  tej  latającej  puszce  po  piwie.  Lubię  rozległe 

widoki. 

Długo  milczeli,  pędząc  przez  ciemność.  Wokół  nich  wyrastały  mgliste  kształty,  a  płatki 

śniegu wirujące w promieniach reflektorów zmieniały się w deszcz, i znów w płatki śniegu. 

—  Ten  stwór,  który  go  ściga  —  odezwał  się  Żółta  Chmura.  —  Mówisz,  że  jest  chytry  jak 

człowiek? 

— Na swój sposób, tak. Może chytrzejszy. 
— Billy i tak może mieć przewagę. Wścieknie się, kiedy nas zobaczy. — Ta bestia ścigała go 

po całym świecie. Jest stworzona do zabijania i nienawidzi Pieśniarza. 

— Nawet Kit Carson bał się gonić Navajo w tych kanionach. Musiał wziąć nas głodem, gdy 

przyszła zima. 

— Dlaczego się bał? 
—  To  idealne  miejsce  na  zasadzki.  Każdy,  kto  zna  wszystkie  zakamarki  na  dole,  może 

odpierać ataki przeważających sił. Może nawet je wyrżnąć. 

— Bestia umie czytać w myślach. 
—  Więc  wyczyta,  że  gdzieś  z  przodu  ktoś  czeka,  żeby  ją  zabić.  Do  tego  nie  trzeba  być 

telepatą. A jeśli będzie za nim szła, to właśnie może się zdarzyć. 

— Potrafi zmieniać kształt. 
—  Ale  musi  się  ruszać,  żeby  postępować  naprzód.  A  to  czyni  ją  celem.  Billy  jest  teraz 

uzbrojony. Nie pójdzie jej tak łatwo, jak sobie wyobrażasz. 

— Więc dlaczego postanowiłeś iść ze mną? 
— Nie lubię, kiedy jacyś obcy gonią Navajo na naszym własnym terytorium. I nie mogłem 

pozwolić, żeby Sioux miał pierwszy strzał do tego stwora. 

Bez  Żółtej  Chmury  z  wyprawy  nic  by  nie  wyszło,  pomyślał  Żelazny  Niedźwiedź.  Nawet 

małe  dzieciaki  z  okolicy  więcej  ode  mnie  wiedzą  o  tym  terenie,  o  tropieniu,  polowaniu  i 
możliwościach  przetrwania.  Głupio  z  mojej  strony,  że  fizycznie  wpakowałem  się  w  to 
wszystko.  Tego,  co  wiem  o  byciu  Indianinem,  nauczyłem  się  na  Alasce  i  to  bardzo  dawno. 
Więc  co  tu  robię?  Powtarzam,  że  lubię  Pieśniarza,  ale  dlaczego?  Bo  był  czymś  w  rodzaju 
bohatera? Chyba nie. Przypuszczam, że po prostu jest Indianinem w starym stylu; mój ojciec 
mógł  być  właśnie  taki.  Tak  przynajmniej  go  sobie  wyobrażam.  Może  próbuję  spłacić  swój 
dług, złagodzić poczucie winy? Możliwe. I cała moja muzyka ma w sobie indiański rytm... 

Wóz zwolnił, wjechał pod osłonę wypiętrzenia głazów i stanął. Śnieg znowu zmienił się w 

deszcz, w wielkie, lodowate krople. 

— Jesteśmy na miejscu? — zapytał. 
—  Prawie  —  odpowiedział  Żółta  Chmura.  —  Tu  niedaleko  jest  łatwe  zejście  w  dół. 

Powiedzmy, stosunkowo łatwe. Wezmę światło i pokażę ci. 

Na  zewnątrz  włożyli  lekkie  plecaki  i  umocowali  broń.  Żółta  Chmura  poświecił  w  stronę 

kanionu. 

—  Idź  za  mną  —  polecił.  —  Parę  lat  temu  zeszła  tędy  lawina.  Powstało  coś  w  rodzaju 

szlaku. Kiedy dotrzemy do dna, będziemy bardziej osłonięci. 

Żelazny Niedźwiedź ruszył za nim do krawędzi urwiska. Dno było niewidoczne, a skały pod 

jego  stopami  ostre  i  śliskie.  Nie  odzywał  się  jednak.  Rozpoczęli  zejście.  Żółta  Chmura 
oświetlał drogę. 

Deszcz coraz mniej im dokuczał, aż wreszcie, mniej więcej w połowie drogi, ściana kanionu 

background image

osłoniła  ich  zupełnie.  Kamienie  były  tu  bardziej  suche  i  tempo  zejścia  wzrosło.  Nasłuchiwał 
wiatru i szumu deszczu. 

Przesuwając  się  od  głazu  do  głazu  zaczął  powątpiewać,  czy  w  ogóle  istnieje  jakieś  dno. 

Miał wrażenie, że schodzą już całą wieczność, a reszta czasu będzie tylko powtarzaniem cyklu 
chwytu i opuszczenia ciała. Wtedy właśnie usłyszał wołanie Żółtej Chmury: 

— Jesteśmy! 
Wkrótce  potem  stał  już  na  dnie  kanionu,  wśród  niewyraźnych  i  płynnych  kamiennych 

kształtów, widzianych w czarnym świetle. 

—  Nie  ruszaj  się  przez  moment  —  polecił  Żółta  Chmura.  —  Nie  chcę,  żebyś  pozacierał 

ślady. 

I po chwili: 
— Możesz wykorzystać te swoje sztuczki i sprawdzić, czy nie ma kogoś w pobliżu? 
— Chyba nie — odpowiedział po kilku sekundach Żelazny Niedźwiedź. 
— Dobra. Mam zamiar na chwilę zapalić zwykłe światło. Czekaj tu, a ja się trochę rozejrzę. 
Przez kilka minut Żelazny Niedźwiedź obserwował poruszający się wolno promień latarki 

Żółtej Chmury. Tamten badał grunt i oddalał się coraz bardziej, przechodząc z prawej strony 
kanionu  na  lewą  i  z  powrotem.  Wreszcie  zatrzymał  się  i  wyprostował.  Skinął  na  Żelaznego 
Niedźwiedzia, by podszedł, a sam nie czekając ruszył dalej. 

— Znalazłeś coś? — zapytał Żelazny Niedźwiedź, gdy go dogonił. 
— Był tutaj. Widzisz? 
Żelazny  Niedźwiedź  przytaknął  patrząc  w  ziemię.  Niczego  nie  widział,  ale  w  umyśle 

tamtego czytał rozpoznawalne znaki. 

— Jak dawno tędy przechodził? 
— Trudno powiedzieć. Ale to bez znaczenia. Chodź. Maszerowali w milczeniu przez blisko 

kwadrans, nim Żelazny Niedźwiedź zapytał: 

— Znalazłeś jakieś ślady jego przeciwnika? 
— Nic. Tylko parę odcisków psich łap tu i tam. Z tego co mówiłeś, on nie może mieć takich 

rozmiarów. 

— Nie. Ma o wiele większą masę. 
Żółta  Chmura  nie  zwrócił  uwagi  na  fałszywy  trop  przy  wejściu  do  kanionu  Podwójnego 

Szlaku, lecz spokojnie podążał na północny wschód, wzdłuż głównej rozpadliny. 

Żelazny  Niedźwiedź  odczuwał  hipnotyczne  niemal  działanie  równego  tempa  marszu, 

rozwijającego  się  przed  nim  szlaku  kamieni,  kałuż,  błota  i  krzaków.  Wiatr  osłabł  w  dole  i 
zimno  nie  było  tu  tak  dokuczliwe.  Lecz  drętwota,  jaka  ogarniała  go  z  wolna,  miała  raczej 
psychiczny charakter. Obok chlupotała i bulgotała woda. Ramiona kołysały się rytmicznie, a 
stopy wysuwały w przód w sposób niemal mechaniczny. 

...Tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak... 
Wiatr  zdawał  się  mówić  do  niego,  mówił  już  od  bardzo,  bardzo  dawna,  mówił  o  śnie,  o 

wypoczynku wśród rutyny poruszeń. 

...Śpij, śpij, śpij, śpij. Tak, śpij, tak, śpij, sen, sen, sen... 
To coś więcej niż tylko wiatr i rytm, uświadomił sobie nagle. Tam ktoś był... 
Tak. Tak. 
Siła. Ciemność. Śmierć. Szły za nim. Stwór. Bestia. Nadchodziła. 
Tak. Tak. 
I  nic  nie  mógł  na  to  poradzić.  Nie  mógł  nawet  zwolnić  kroku,  nie  mówiąc  już  zmianie 

kierunku.  Bestia  miała  go  w  swojej  mocy,  a  tak  zręcznie  przejęła  kontrolę,  że  nawet  nie 
wyczuł przejawów jej obecności. Dopiero teraz; o wiele za późno. 

background image

Tak. Tak, synu miast. Różnisz się od tego drugiego, a obaj stoicie mi na drodze. Idź dalej. 

Wkrótce was dogonię. Wtedy nie będzie to ważne. 

Żelazny  Niedźwiedź  raz  jeszcze  spróbował  skręcić,  ale  mięśnie  odmówiły  mu 

posłuszeństwa.  Chciał  zajrzeć  w  umysł  Żółtej  Chmury  i  sprawdzić,  czy  zdaje  sobie  sprawę  z 
jego stanu. Powstrzymał się jednak. Ten stwór z tyłu telepatycznie kontrolował jego system 
nerwowy.  Nie  wiedział,  czy  potrafi  również  czytać  w  myślach.  Może.  A  może  nie.  Wolał 
utrzymać  własne  zdolności  telepatyczne  możliwie  daleko  od  świadomości  intruza.  Sam  nie 
wiedział, dlaczego. Ale miał przeczucie... 

Usłyszał jakiś hałas za plecami. Spadł poruszony kamień. Wiedział, że jeśli nie uwolni się w 

ciągu  kilku  najbliższych  chwil,  jego  przeczucia  nie  będą  już  miały  znaczenia.  Dla  niego 
wyprawa się skończy. I wszystko inne. Bestia, którą Pieśniarz nazywał Kotem, była tuż za nim. 

Jego stopy wciąż poruszały się miarowo. Próbował zwizuwalizować Kota, ale nie potrafił. 

Złowrogi cień o płynnych ruchach... wielkie oko dryfujące jak księżyc... Obrazy pojawiały się i 
znikały. Żaden nie był właściwym dla coraz bliższej bestii, potężniej i nieustraszonej... 

Nieustraszonej? 
W  myślach  rozbłysnął  obraz,  a  wraz  z  nim  pytanie:  jak  silne  wrażenie  psychiczne  potrafi 

nadać? Fisher bez trudu stwarzał całkiem z pozoru realne iluzje. Jeśli użyje całej swej energii, 
czy osiągnie choć ułamek tej realności? Może wystarczy, by zdekoncentrować bestię? 

Między pomysłem a działaniem nie było żadnej przerwy. Rozważania biegły równolegle z 

próbą — jak odruch części jego jaźni. 

Piaszczysty  skrawek,  który  właśnie  minął...  Nadał  obraz  jego  erupcji  i  lśniącej,  trójkątnej 

sylwetki wyskakującej w górę i opadającej, by objąć prześladowcę... 

Krel! Krel! wysłał krzyk, skupiając się, by osiągnąć doskonałość pokazu. 
Stanął, czując dobiegające z tyłu fale paniki. Znowu panował nad swymi ruchami; wiedział, 

że Żółta Chmura także się zatrzymał. 

Krel! Lecz choć wzmacniał obraz wszystkimi uczuciami zagrożenia i lęku, z którymi właśnie 

miał okazję się zaznajomić, choć zdjął z ramienia blaster i zamknął w palcach rękojeść, choć 
sam już decydował, co zrobi, pojął nagle, że boi się odwrócić i stanąć twarzą w twarz z bestią, 
którą miał za plecami. 

Huk  broni  Żółtej  Chmury  przerwał  ten  paraliż.  Wykonał  zwrot,  unosząc  jednocześnie 

blaster. 

Kot  w  świetle  latarki  Żółtej  Chmury  opadał  właśnie  na  ziemię  z  pozycji  stojącej.  To 

straszliwe oko patrzyło na niego nieruchomo, przygważdżało, przenikało... 

Wcisnął spust przesuwając broń; ziemia i kamienie trysnęły z linii, wykreślonej tuż przed 

bestią. 

Żółta  Chmura  wystrzelił  znowu  i  Kot  drgnął,  skacząc  przed  siebie.  Żelazny  Niedźwiedź 

podniósł wylot blastera i uwolnił kolejny impuls. Falistą linią przeszył szyję i ramię Kota. 

A potem wszystko ogarnęła cisza i ciemność, gdy poczuł, jak uderza w niego ciało Kota. 
 

 

 
Siedzieli  albo  leżeli  w  swoich  pokojach  w  Chacie  Ognistego  Ptaka,  niedaleko  wejścia  do 

kanionów. Równie dobrze mogli zebrać się razem w jednym pomieszczeniu, gdyż ściany nie 
przeszkadzały im w rozmowie. 

A więc? spytała Elizabeth. Czego się dowiedziałeś? 
Chcę spróbować jeszcze raz, odparł Fisher. Zaczekajcie kilka minut. 
Zajęło ci to już sporo czasu, stwierdził Mancin. 

background image

Zdarzają  się  takie  zahamowania,  jakieś  nietypowe  stany  umysłu,  które  trudno  wykryć. 

Sami wiecie. 

Coś się tu nie zgadza, oświadczył Mancin. Ja też próbowałem. 
Może się spóźniliśmy, wtrąciła Mercy. 
Nie żartuj! 
Po prostu usiłuję myśleć realistycznie. 
Kiedy  wy  szukaliście  kontaktu,  ja  połączyłam  się  z  domem  Żółtej  Chmury,  powiedziała 

Elizabeth. Jego żona twierdzi, że jakiś czas temu wyjechali razem z Żelaznym Niedźwiedziem. 
Mówi, że wybierali się do kanionu.
 

Za Pieśniarzem? spytał Mancin. 
Nie chciała powiedzieć nic więcej. Ale w jakim innym celu? 
To prawda. 
Teraz spróbuję, oznajmił Fisher. 
Zaczekaj, powstrzymała go Elizabeth. 
Na co? 
Sam niczego nie osiągniesz. 
Chcesz powiedzieć, że trzeba się połączyć i spróbować razem? 
Dlaczego nie? Po to tu jesteśmy. Żeby działać razem. 
Sądzisz, że Sands...? Mancin nie dokończył. 
Prawdopodobnie. 
Tak, stwierdziła Mercy. Ale nie zrobi nam krzywdy. 
Masz rację co do celu naszego tutaj pobytu, Mancin zwrócił się do Elizabeth. 
A jeśli nie znajdziemy Jimmy‘ego? zapytał Fisher. Co wtedy? 
Spróbujemy z Pieśniarzem, postanowiła Elizabeth. Może tym razem nas wysłucha. 
 

 

 

Teraz podążasz swym szlakiem, samotny. 
Czym się stałeś, nie wiemy. 
Jaki klan twój, nie wiemy. 
Teraz, od teraz, teraz, jesteś czymś nie z tego świata 

 

 

 
Marsz.  Przez  czarny  i  srebrny  pejzaż.  Powoli.  Zmylić  trop.  Te  skały,  jak  na  zasadzkę. 

Zerwaną z krzaka gałęzią zatrzeć ślady na odcinku następnych mniej więcej stu stóp. Dobrze. 
Dalej.  Droga  czysta.  W  ledwie  widoczne,  czerwone  i  białe  plamki.  Marsz.  Niebiański  błysk 
odbity  w  wodzie,  zniekształcony.  Znowu  stłumiony  głos  bębna.  Zgodność  pieśni  wiatru  z 
nachyleniem  ścian.  Niewielka,  wymalowana  szklista  maska  twarzy  na  skale,  rzęsy  z 
pryzmatów łamiących widmo... tęcze... geometryczny taniec świateł. Wytrzeć. Cienie skaczą 
na  plecy.  Kojotopsi  uśmiech  blednie  pomiędzy  światłem  i  mrokiem.  Gdziekolwiek  wiedzie 
szlak,  podążajcie  stopy.  Okrążyć.  Przeskoczyć.  Zamaskowani  tancerze  w  cieniu.  Milczą. 
Daleko, daleko w tyle słaba, zielonkawa poświata. Po co się oglądać? Zawrócić znaczy uznać. 
Teraz podejście. I w dół. Wkrótce zwężenie, potem znów się poszerzy. Stwór o wielu oczach 
siedzi  wysoko  na  półce,  ale  nie  rusza  się.  Skamieniał  może,  albo  tylko  obserwuje.  Bębny, 
głośniej. Marsz w ich rytmie. Ogień w sercu kamienia. Deszczowa yei wygięta jak most, z góry 
do dołu. Tropy ptaków za wygiętą półksiężycowo ścianą. Kość udowa konia. Pusty hogan. Na 

background image

wpół spalona kłoda. Dotknąć miki, co błyszczy jak pyłek. Pamiętać pieśń starca... 

...Pieśniarzu. 
Słabo, słabo. Wiatr albo jego echo. Zmęczone słowo ze zmęczonych płuc. 
Billy Czarny Koniu... 
Znowu na drugą stronę, w to kamieniste miejsce. 
Czuję cię... gdzieś tam, dalej... tropicielu... 
Coś. Coś, co powinien pamiętać. Ta podróż. Żeby podążać szlakiem. Ale. 
Twoi przyjaciele mnie nie zatrzymali. Przybywam, łowco. 
Widmo echa wiatru. Słowa w głowie. Może dawni przyjaciele. Ktoś znajomy. 
Dlaczego nie odpowiadasz? Rozmowa niczego nie zdradzi.  
Widmowy Kot, chindi. Tak. Kot. 
Tu jestem, Kocie. 
A ja idę za tobą. 
Wiem. 
Dobre wybrałeś miejsce. 
To ono mnie wybrało. 
Wszystko jedno. Lepsze niż miasta. 
Billy zatrzymał się, by zatrzeć swoje ślady, stworzyć wrażenie jeszcze jednej zasadzki. 
...Nadchodzę. Nie możesz ciągle uciekać. 
Tylko tak daleko, jak muszę. Jesteś ranny... 
Tak. Ale to mnie nie powstrzyma. Spotkamy się. 
Na pewno. 
Czuję, że jesteś silniejszy, niż byłeś. 
Może. 
Którykolwiek z nas zwycięży, i tak będzie to lepsze, niż cokolwiek innego. Każdy z nas jest 

ostatnim ze swego ludu. Co jeszcze nam pozostało? 

Nie wiem. 
To niezwykłe miejsce. Nie wszystko w nim pojmuję. 
Ja też nie. 
Wkrótce się spotkamy, stary nieprzyjacielu. Jesteś zadowolony, że uciekałeś? 
Billy z wysiłkiem próbował się nad tym zastanowić. 
Tak, stwierdził w końcu. 
Pomyślał o pieśni, ale chwila nie była właściwa, by ją zaśpiewać. Grom wymamrotał coś w 

głębi kanionu. 

Zmieniłeś się, łowco, od ostatniego razu, gdy byliśmy tak blisko siebie. 
Wiem teraz, dokąd zmierzam, Kocie. 
Spiesz się więc. Mogę być bliżej, niż myślisz. 
Obserwuj cienie. Możesz nawet być bliżej, niż ty myślisz. 
Cisza. Poszerzenie i otwarty widok daleko w przód.  Zatrzymał się zaskoczony, gdyż nagle 

mógł  spojrzeć  na  dużą  odległość.  Jak  wstęga,  jego  szlak  prowadził  dalej  i  dalej,  a  potem 
skręcał w górę. Nie rozumiał, ale to bez znaczenia. Ruszył lekkim truchtem, pochłaniającym 
dystanse. Z ciemności wysoko nad głową doleciał krzyk ptaka. 

 

Dalej jeszcze, on powraca ze mną, Nayenezgani, 
kręcąc swą czarną laską dla ochrony. 
Błyskawica płonie za nim i przed nim. 
Do pierwszego szczebla drabiny, 

background image

do Miejsca Ukazania 
powraca ze mną; 
i tęcza powraca ze mną, 
a gadający ketahn mnie naucza. 
Wspinamy się na dwanaście szczebli drabiny. 
Małe, błękitne ptaki śpiewają nad głową, 
Trzmiel śpiewa za plecami. 
Hashje-altye powraca ze mną. 
Zdobędę Górę Ukazania, 
Górę Wodza, Górę Deszczu, 
Górę Kukurydzy, Górę Pyłku... 
Powracam. Nad figurę pyłku, by usiąść. 
By mieć dom, ogień, żywność, 
miejsce dla odpoczynku, stopy, nogi, ciało, 
by posiąść umysł, głos, moc 
poruszania. Mowę, co jest błogosławiona. 
Powraca ze mną. Gromadząc te rzeczy, 
Wspina się. Poprzez mgły i chmury, 
mchy i trawy, 
lasy, skały i ziemię 
czterech kolorów. Powraca. 
„Wnuku mój, oto stoimy na tęczy.” 

 

B

ieg.  Odgłosy  wiatru  i  wody  są  teraz  częścią  muzyki  bębna.  Ścieżka  staje  się  coraz 

wyraźniejsza: krwistoczerwona, przyprószona płatkami śniegu. 

Grunt  zadrżał  jeden  raz  i  coś  jakby  kolumna  dymu  wyrosła  przed  nim,  w  gąszczu  obok 

szlaku.  Zmieniając  barwy,  kolumna  zwijała  się  rosnąc,  a  pięć  mglistych  twarzy  nabrało 
kształtu wewnątrz niej. Rozpoznał swe duchy opiekuńcze. 

—  Billy,  przyszliśmy,  by  poprosić  cię  jeszcze  raz  —  odezwały  się  jednym  głosem.  — 

Zagrożenie  wzrasta.  Musisz  porzucić  szlak,  wyjść  z  kanionu.  Szybko.  Musisz  dotrzeć  do 
miejsca, gdzie ktoś cię spotka i przeniesie w bezpieczne miejsce. 

—  Nie  mogę  teraz  zejść  ze  szlaku  —  odparł.  —  Już  na  to  za  późno.  Mój  wróg  się  zbliża. 

Droga  przede  mną  jest  wyraźna.  Dziękuję  wam  raz  jeszcze.  W  tej  sprawie  nie  mam  już 
wyboru. 

— Zawsze jest jakiś wybór. 
— Więc już go dokonałem. 
Dymna istota rozpłynęła się, gdy ją mijał. 
Widział już to, co było chyba końcem szlaku i poczuł dotyk atawistycznego lęku pojmując, 

dokąd go zaprowadzi. To była Grota Mumii, pradawne siedlisko umarłych, wysoko na ścianie 
kanionu. 

Gdy  był  bliżej,  rozrosła  się  przed  nim:  ruina  ukryta  w  niszy.  Na  półtora  mgnienia  oka 

zalśniła  za  jednym  z  okien  zielona  poświata.  Potem  wiatr  przycichł  i  wzniósł  się  znowu.  I 
znowu. Znowu. 

Usłyszał dźwięk, jakby ktoś wysoko na niebie strzepnął ogromną płachtę. Wpatrywał się w 

swój  cel  i  podążał  szlakiem  aż  do  stóp  urwiska.  A  kiedy  biegł,  dźwięk  powtarzał  się  wciąż 
głośniejszy i bliższy. Wreszcie dobiegał prosto z góry; całym ciałem czuł każde jego uderzenie. 

background image

A potem powietrzem przepłynął ciemny kształt. 

Gdy  podniósł  głowę,  ujrzał  ogromną,  podobną  do  ptaka  istotę,  opadającą  by  siąść  na 

krawędzi  urwiska  wysoko  ponad  Grotą  Mumii.  Zwolnił  podchodząc  do  ściany;  wkroczył  na 
osypisko. I wiedział, spoglądając na czarnego ptaka, nieruchomego teraz i patrzącego w dół, 
że  widzi  Haasch’eeshzhini,  Czarnego  Boga,  pana  łowów.  Nim  zdążył  odwrócić  głowę, 
napotkał bezlitosny wzrok skierowanego ku niemu żółtego oka. 

Czy  muszę  to  zakończyć  pod  twoim  spojrzeniem,  Władco  Mroku?  Myślał.  Jestem  teraz 

myśliwym i ofiarą. Po której stronie staniesz? 

Pokonał osypisko, podążając wzrokiem wzdłuż pionowego teraz szlaku, prowadzącego do 

ukrytych ruin. Tak, to chyba najłatwiejsza trasa... 

Podszedł  do  ściany,  znalazł  pierwszy  chwyt,  pierwsze  oparcie  stopy.  Rozpoczął 

wspinaczkę. 

Podejście.  Wolniej  w  najbardziej  śliskich  miejscach.  Dziwne  mrowienie  dłoni,  gdy  dotarł 

wyżej. Jak wtedy... 

Nie.  Zatrzymał  się.  Wszystko,  czym  był  w  tej  chwili,  było  elementem  polowania.  Ale  też 

fragmentem  przeszłości.  Zapomnij.  Wspinaczka.  Łowy.  Tylko  pozycja  jest  ważna.  Wiedza 
płynie ze wspomnień. Opanuj ją teraz. Podciągnął się, nie patrząc na czarny cień wysoko w 
górze, nie patrząc za siebie. Już niedługo. 

Już wkrótce wkroczy do siedziby śmierci i będzie oczekiwał swego prześladowcy. Ucieczka 

dobiega  już  końca.  Szybciej.  Trzeba  dotrzeć  na  miejsce  i  ukryć  się,  zanim  nadejdzie  Kot. 
Mokry chwyt. Złapać mocniej. 

Rzut oka w górę. Tak. Już widać. Niedaleko. Ostrożnie. Podciągnąć się. Tam. 
Po kilku minutach wdrapał się na półkę, przeszedł na lewo. Kolejny chwyt. Znowu w górę. 
Podpełznąć.  Już  w  porządku.  Wyprostować  się.  Przesunąć  bliżej  ściany.  Wejść.  Żadnej 

zielonej poświaty. Przejść za mur... 

Przeszedł wzdłuż ściany, wyglądając przez szczeliny na dno kanionu. Nic. Niczego jeszcze 

nie widać. Dalej. Ten duży otwór... 

Dobrze. Stop. Odpiąć broń. Sprawdzić. Oprzeć o parapet. Czekać. 
Nic. Wciąż nic. Grota była wilgotna, pełna gruzu. W lśnieniu fosforyzującej mgiełki zbadał 

spojrzeniem  przestrzeń  przed  sobą.  Był  mistrzem  czekania.  Oparł  plecy  o  blok  kamienia;  z 
ręką na uchwycie broni patrzył w głąb kanionu. 

Minęła blisko godzina, a w obrazie nie nastąpiły żadne zmiany. 
A  potem  cień,  wolny,  sunący  wzdłuż  ściany,  daleko  z  przodu,  po  lewej  stronie.  Ruch  był 

niemal  niedostrzegalny,  dopóki  w  pewnym  momencie  uświadomił  sobie,  że  tego  cienia  nic 
nie może rzucać. 

Uniósł  broń  —  miała  prosty  celownik  —  i  wymierzył.  Pomyślał  o  dokładności  strzału  i 

znów ją opuścił. Za daleko. Jeśli ten cień naprawdę jest Kotem, nie chciał ryzykować, że chybi 
i zdradzi swoją pozycję. 

Cień się zatrzymał. Spłynął w formę skały i przez długi czas pozostawał w bezruchu. Billy 

zaczynał prawie wierzyć, że cała sekwencja obrazów była tylko złudzeniem, wywołanym grą 
światła i mroku. Naprowadził celownik na skałę. 

Jesteś gdzieś blisko, Billy. Wyczuwam cię. 
Nie odpowiedział. 
Gdziekolwiek się schowałeś, wkrótce tam będę. 
Może  jednak  zaryzykować  strzał?  Kot  będzie  potrzebował  czasu,  by  przybrać  bardziej 

ruchliwą postać. Na pewno w ciągu tej chwili zdąży wypalić kilka razy... 

Znów poruszenie. Skała drgnęła, popłynęła, uformowała się nieco dalej. 

background image

Cierp,  łowco.  Niedługo  umrzesz.  Pierwszy  strzał  cię  zdradzi,  a  ja  uniknę  wszystkich 

następnych. Zobaczysz mnie, gdy będę gotów, by być widzianym. Wtedy wystrzelisz. 

Znów zaczął się ruch, przepływ ku prawdziwej skale pod płaską przewieszką. W centrum 

amorficznej bryły pojawiło się błyszczące oko Kota; kształtowały się kończyny. 

Billy  przygryzł  wargę;  pamiętał,  że  widział  kiedyś,  jak  na  rodzinnej  planecie  metamorf 

torglindu wbiega po prawie pionowej ścianie. Przycisnął spust i chybił. 

Kot znieruchomiał na ułamek sekundy, gdy dostrzegł wysoko nad głową błysk wystrzału. 

Potem  poruszył  się,  lecz  wolniej,  niż  oczekiwał  Billy;  widocznie  naprawdę  był  ranny. 
Odskoczył  w  kierunku  pasa  kamieni  pod  urwiskiem.  Natychmiast  spojrzał  w  górę,  dostrzegł 
swój błąd, i znów skoczył w przód. Nie zdążył. 

Wyrwany strzałem wielki blok kamienia zsunął się w dół i uderzył o półkę, pod którą skrył 

się Kot. Odrywał już łapy od ziemi, gdy runęła na niego skała. 

Łowco! Chyba... wygrałeś... 
Billy  wystrzelił znowu. Tym  razem  wypalił  grunt mniej  więcej dziesięć  jardów  od  miejsca 

upadku głazu. Lekko przesunął lufę i wcisnął spust. Szczyt rumowiska eksplodował. 

Miał wrażenie, że dostrzega masywną łapę, sterczącą spod stosu. Ale z tej odległości nie 

był pewny. 

Coś drgnęło? 
Strzelił jeszcze raz, trafiając w sam środek stosu. 
Kanion  zadudnił  potężnym  krakaniem.  Znów  rozległ  się  szum  skrzydeł.  Billy  spojrzał  w 

górę; po prawej strome dostrzegł przesuwający się szybko cień. 

—  Skończone  —  zaśpiewał,  opierając  głowę  na  przedramieniu.  —  A  moja  wdzięczność 

wzlatuje jak dym... 

Słowa cichły z wolna, gdy badał wzrokiem dno kanionu. Zmarszczył czoło. Wstał. Wychylił 

się, by lepiej widzieć. 

— Dlaczego? — zapytał głośno. 
Nic mu nie odpowiedziało. 
Szlak, którym podążał, nie kończył się w tym miejscu. Wcześniej jakoś tego nie zauważył. 

Biegł  na  prawo,  znikał  z  pola  widzenia  za  krzywizną  kanionu  i  zapewne  prowadził  jeszcze 
dalej. 

Zarzucił broń na ramię i poprawił plecak. Nie rozumie, ale pójdzie dalej. 
Wrócił do punktu, gdzie zakończył wspinaczkę i rozpoczął zejście. 
 

 

 
Bolało  go  ramię.  Poza  tym  deszcz  padał  mu  prosto  w  twarz,  a  jakiś  ostry  kamień  kłuł  w 

plecy. Uświadomił sobie te fakty, nim jeszcze pojął ich znaczenie: przeżył. 

Żelazny  Niedźwiedź  otworzył  oczy.  Latarka  Żółtej  Chmury  leżała  na  ziemi,  oświetlając 

żwirowe osypisko. 

Odwrócił głowę i zobaczył Żółtą Chmurę. Siedział oparty plecami o skałę, wyciągając przed 

siebie nogi. Obie dłonie przyciskał do lewego uda. 

Żelazny Niedźwiedź podniósł głowę, wyciągnął rękę, wsparł się na łokciu. 
— Żyję — oznajmił siadając. — Co z tobą? 
— Złamana noga — odparł Żółta Chmura. — Powyżej kolana. 
Żelazny Niedźwiedź wstał, podniósł latarkę, skierował ją na towarzysza. 
— Nienajlepsze miejsce — stwierdził. — Nie możesz nawet kuśtykać. 
Przykucnął przy rannym. 

background image

— Nie jestem pewien, co powinniśmy zrobić — przyznał. — Masz jakieś propozycje? 
—  Wezwałem  już  pomoc.  Mój  przenośny  telefon  nie  ucierpiał.  Będą  tu  z  lekarzem. 

Wyciągną mnie na noszach, jeśli trzeba. Nie martw się. Wyjdę z tego. 

— Dlaczego jeszcze żyjemy? 
—  Uznał,  że  nie  warto  nas  zabijać.  Byliśmy  jak  irytujący  natręt.  Odepchnął  nas  tylko  z 

drogi. 

— Człowiek od razu czuje się ważny, co? 
— Ja się nie skarżę. Słuchaj, tam, pod skałami, jest trochę suchego drewna. Przynieś je tu. 

Przyda mi się ogień. 

— Jasne — poszedł we wskazanym kierunku. — Ciekawe, jak daleko dotarł ten stwór. 
— Nie możesz sprawdzić? 
— Wolę nie zbliżać się do niego na tym poziomie. Może cię zmiażdżyć samymi myślami. 
— Pójdziesz za nim? 
— Jeśli wymyślę sposób, żeby go nie zgubić. 
Żółta Chmura uśmiechnął się i skinieniem głowy wskazał kierunek. 
— Poszedł tędy. 
— Nie jestem tropicielem, jak ty. 
— Do diabła, wcale nie musisz być. Ten stwór jest ciężki i biegnie. Nie próbuje się kryć. Tu 

żadna  sztuka.  Zupełnie  go  nie  obchodzi,  czy  któryś  z  nas  się  dowie,  którędy  poszedł.  Weź 
światło. Ja będę miał ogień. Zobaczysz ślady, jakie zostawia. 

Przyniósł  naręcze  drew,  poszedł  po  więcej.  Zanim  wrócił,  Żółta  Chmura  zdążył  rozpalić 

ognisko. 

— Mogę jeszcze coś dla ciebie zrobić? 
— Nie. Idź już. 
Umocował broń i wziął latarkę. Kiedy poświecił w głąb kanionu, bez trudu dostrzegł ślady. 
— I weź to — Żółta Chmura podał mu telefon. 
— Dobra. Spróbuję jeszcze raz. 
— Może trzeba celować w to oko. 
— Może. Na razie. 
— Powodzenia. 
Odwrócił  się  i  ruszył.  Woda  była  mroczną,  gadatliwą  istotą,  której  mowy  nie  rozumiał. 

Droga była czysta. Ślady były duże. 

 

 

 

Wiatr kołysze trawy. 
Śnieg szybuje nad ziemią. 
Trąba powietrzna chodzi po górach, 
unosząc kurz. 
Skały dzwonią 
wysoko w górze, poza mgłami. 
Światło słońca wylewa się 
jak woda z pękniętego dzbana. 
Znowu będziemy żyć. 
Zaśnieżona ziemia 
wysuwa się z wietrznego wiru. 
Znowu będziemy żyć. 

background image

 

Z

a  wypukłością  ściany  kanionu;  idzie  dalej.  Podmuchy  wiatru  tutaj,  gdzie  potok  nabrał 

szerokości; wirujące, lśniące cząsteczki poprzez obłąkaną pieśń wody. Tamta strona bardziej 
osłonięta, ale czerwona ścieżka biegnie blisko urwiska. Teraz prowadzi pod górę. Zmarszczki 
na  wodzie  jak  płynne  piktogramy.  Odciski  łap  wiarołomnego.  Pokryte  lodem  kości  obok 
szlaku.  Królik.  Spalony  hogan,  wewnątrz  zielony  blask.  Miejsce  śmierci.  Odwrócić  wzrok. 
Lśnienie kryształu. Ściana w pasma śniegu, w dotyku jak pióra. Szlak wije się dalej. Jak daleko 
sięga spojrzenie. Co teraz jest ofiarą? 

Przerwa, łyk wody z przekraczanego strumyka. Parzy zimnem. Pachnie skałami i ziemią. Z 

przodu  wał  mgły;  zbliża  się,  wewnątrz  zamaskowani  tancerze,  wokół  południowo-błękitna 
jasność.  Podziemne  rytmy.  Staje  się  dymem,  płynie  wzdłuż  swej  ścieżki  milczący  i 
bezkształtny, mknie by wtopić się w to miejsce pływów i kadencji tańca ziemi. Tak. I zatracić 
się w nim. 

Białe  i  miękkie,  przytłumione  dźwięki,  jak  w  tamtym  miejscu,  gdzie  tak  dawno  temu 

polował na garletta... 

Tancerze  z  prawej,  tancerze  z  lewej,  tancerze  przecinają  mu  drogę.  Czy  w  ogóle  go 

dostrzegają,  niewidzialnego  jak  ducha,  gdy  sunie  między  nimi  wzdłuż  wciąż  jasnej,  wciąż 
czerwonej ścieżki, niby wyrysowanej na ziemi krwią i płomieniem? 

Jeden zbliża się niosąc coś okrytego materiałem tkanym w dawne wzory. Billy zatrzymuje 

się, gdyż tancerz blokuje mu drogę i wysuwa przedmiot. Odkrywa go, ukazując parę rąk. Billy 
przygląda się. Ta blizna u podstawy lewego kciuka... To jego ręce. Gdy je poznaje, unoszą się i 
zawisają  przed nim,  jakby  sam  podniósł  je  do  oczu.  Czuje  je niby  rękawiczki  na  kończynach 
ducha. Obdzierał nimi ze skóry upolowaną zwierzynę, walczył nimi, gładził włosy Dory... 

Pozwala, by zajęły miejsca z boków. Dobrze mieć je znowu. Tancerz odchodzi. Billy kręci 

się niczym śnieżny wir i rusza swym szlakiem. 

Nie  istnieje  czas.  Kępka  szarych  badyli,  stercząca  z  ziemi  na  zboczu  po  prawej  stronie 

szlaku...  Przystaje  by  patrzeć  jak  zielenieją,  na  powierzchniach  pojawiają  się  zgrubienia, 
zmieniają w pączki. Pączki pękają, wysuwają liście, odwracają się, rosną. Kwitną białe kwiaty. 

Idzie dalej, machając rękami. Kolejny tancerz z kolejnym pakunkiem nadchodzi od lewej. 

Zatrzymuje  się  w  powietrzu  i  rękami  odbiera  dar  swoich  stóp.  Przywraca  je  na  miejsce,  na 
ziemię pod sobą. Tyle mil przemierzyli wspólnie... 

Dalej, wciąż dalej szlakiem. Przez podeszwy stóp wyczuwa uderzenia pulsu ziemi. Czas nie 

istnieje.  Płatki  śniegu  opadają  w  górę.  Potok  odwrócił  bieg.  Krew  spływa  z  powrotem  do 
rannego jelenia, leżącego na drodze. Skacze na nogi, odwraca się i znika. 

Mgła rozsuwa się jak  kurtyna. Czterej zamaskowani tancerze podchodzą, by wręczyć mu 

jego własne ciało. Gdy znowu go nosi, dziękuje im, lecz odchodzą w milczeniu. 

Podąża szlakiem. Mgła się przesuwa. Wszystko się przesuwa prócz szlaku. 
Narasta dźwięk, jakiego nie słyszał od bardzo wielu już lat. Rodzi się daleko za nim, zbliża 

się, nabiera mocy: gwizd pociągu. 

Potem słyszy sapanie. Przecież nie budują już takich maszyn. Pociąg nie miałby tu po czym 

jechać. Nie ma... 

Widzi tory, biegnące równolegle do szlaku. Ta skalna półka z przodu przypomina peron... 
Znowu  rozbrzmiewa  gwizdek.  Bliżej.  Czuje  dudnienie  kół,  nałożone  na  rytmy  ziemi. 

Nadjeżdża  pociąg,  jakiego  nie  oglądał  od  lat.  Nadjeżdża  niemożliwy  pociąg  w  niemożliwym 
miejscu.  Billy  kroczy  przed  siebie,  a  dźwięk  wypełnia  cały  świat.  Za  moment  powinien  go 
wyprzedzić. 

background image

Ryk gwizdka ogłusza. Billy odwraca głowę. 
Tak.  Dojeżdża.  Stary,  czarny,  dyszący  dymem,  podobny  do  smoka  parowóz,  za  nim  rząd 

pasażerskich wagonów. Słyszy zgrzyt hamulców. 

Spogląda na peron, gdzie czeka samotna, przygarbiona postać. Niemal znajoma... 
Parowóz  wyprzedza  go ze  stukiem  i  wrzaskiem  tarcia  metalu,  zwalnia,  zwalnia,  hamuje i 

staje obok peronu. Zapach dymu, smarów, rozgrzanego żelaza. 

Postać  na  peronie  podchodzi  do  pierwszego  wagonu  i  wtedy  Billy  rozpoznaje  starego, 

martwego pieśniarza, który nauczył go pieśni. Tuż przed wejściem mężczyzna odwraca się i 
macha do niego. 

Przesuwa wzrokiem po oknach wagonu. Za każdym widzi twarz. Rozpoznaje je wszystkie. 

To  ludzie,  których  znał  i  którzy  już  nie  żyją:  jego  matka,  babka,  wujowie,  kuzyni,  dwie 
siostry... 

Dora. 
Tylko  Dora  patrzy  na  niego.  Pozostali  spoglądają  w  przestrzeń,  obserwują  krajobraz, 

nowego pasażera... 

Dora  patrzy  prosto  na  niego,  a  jej  dłonie  szarpią  zamki  w  dolnych  rogach  okna.  Niemal 

gorączkowo popycha i ciągnie do góry. 

Znowu odzywa się gwizdek. Parowóz rusza. Billy biegnie, pędzi w stronę pociągu, wagonu, 

okna... 

Pociąg szarpie, zgrzyta. Kręcą się koła. 
Dora  wciąż  walczy  z  zamkami.  Nagle  okno  odsuwa  się  w  górę.  Jej  usta  się  poruszają. 

Krzyczy coś, ale słowa giną w wśród szumu pociągu. 

On także wykrzykuje. Jej imię. Dora wychyla się z okna, wyciąga rękę. 
Pociąg  nabiera  szybkości,  ale  on  jest  tuż  obok.  Także  wyciąga  rękę.  Tylko  metr  dzieli  ich 

dłonie. Wciąż porusza wargami, ale nie słychać słów. Obraz rozpływa się na moment i wydaje 
się, że Dora spada, spada coraz dalej. 

Przyspiesza kroku, odległość między nimi maleje: dwie stopy, jedna, osiem cali... 
Chwytają  się  za  ręce  i  Dora  się  uśmiecha.  Przez  moment  biegnie  równo  z  pociągiem, 

potem zaczyna zostawać w tyle. Pojmuje, że musi ją puścić. 

Rozwiera palce i patrzy, jak Dora oddala się. Upada. 
Nie wie, jak długo leży. Kiedy znów podnosi głowę, pociągu już nie ma. Nie ma torów. Nie 

ma peronu. Jego wyciągnięta ręka leży w lodowatym strumyku. Śnieg pada na niego. Wstaje. 

Wielkie  płatki  przepływają  obok.  Wiatr  ucichł.  Odgłosy  wody  są  przytłumione.  Podnosi 

rękę i wśród ciszy patrzy na nią jak na obcy, nieznany przedmiot. 

Po długiej chwili odwraca się i odnajduje szlak. Rusza nim w dalszą drogę. 
Marsz.  Na  zmianę  euforia  i  depresja,  w  końcu  połączone  razem.  Pochwycić  ją  i  znowu 

wypuścić.  By  odjechała  przez  śniegi  widmowym  pociągiem  Smohalli.  Drugie  rozstanie.  Czy 
nastąpi drugie połączenie? 

Dostrzegł,  że  kroczy  po  gigantycznym  piaskowym  rysunku.  Cały  grunt  pod  nogami  był 

stylizowany i wielobarwny. Szedł po śladach tęczy, przechodząc między Eth-hay-nah-ashi — 
Tymi-którzy-trwają-razem.  To  bliźniaki,  stworzone  w  Drugim  świecie  przez  Begochiddy. 
Pierwszy Człowiek i inny przybyli tą trasą z Podziemnego Świata. Sam rysunek był używany w 
Hozhoni,  Drodze  Błogosławieństwa.  Szlak  Billy’ego  podążał  za  tęczą  do  łodygi  kukurydzy, 
gdzie stał się żółty jak kukurydziany pyłek. W górę zatem, w górę po łodydze. Jaskrawy błysk 
rozjaśnił niebo, gdy przechodził między kobiecą tęczą i męską błyskawicą. Przeszedł między 
postaciami Wielkiej Muchy, dążąc na północ, do stopni żółtego pyłku. 

Wyjście,  by  znowu  wrócić  na  szlak,  mijając  z  prawej  strony  szczelinę  wielkiego  kanionu. 

background image

Wciąż na północ. Sam, śpiewając. Jest piękno w padającym śniegu. Piękno wszędzie wokół... 

Podziwiaj je, póki możesz, tropicielu. 
Kot? Przecież jesteś martwy! Między nami wszystko skończone! 
Naprawdę jestem? 
Dotknąłem twojej łapy w tym miejscu, gdzie padłeś. Była sztywna i zimna. Nie było w tobie 

życia. 

Skoro tak twierdzisz... 
I nie mogłeś się wydostać spod tego stosu kamieni. 
Przekonałeś mnie. Wrócę i ułożę się tam. 
Billy spojrzał za siebie. Nie dostrzegł niczego prócz płatków śniegu w kanionie. 
...Ale najpierw cię odnajdę. 
To nie powinno być trudne. 
Miło mi to słyszeć. 
Chcę dokończyć, co zacząłem. Spiesz się. 
Dlaczego na mnie nie zaczekasz? 
Muszę podążać szlakiem. 
I to jest ważniejsze ode mnie? 
Od ciebie? Ty jesteś teraz niczym. 
To niezbyt pochlebne stwierdzenie. Ale dobrze. Jeśli znowu musimy się spotkać na twoim 

szlaku, spotkamy się na twoim szlaku. 

Billy sprawdził broń. 
Powinieneś odjechać pociągiem, stwierdził. 
Nie rozumiem cię, ale to nie ma znaczenia. 
Ależ ma. 
Billy ominął kolejny głaz i zobaczył, że szlak prowadzi dalej. 
Śnieżny wir zatańczył nad wodą. Usłyszał pojedyncze uderzenie bębna. 
...Błękitna magia unosi mnie w swej dłoni. 
 

T

ępy,  pulsujący  ból  w  ramieniu  nie  sprawiał  takich  cierpień  jak  poprzednio.  Zaglądał  w 

mijane  nisze  cienia  zastanawiając  się,  czy  bestia  nie  czeka  gdzieś,  by  na  niego  skoczyć. 
Wiedział,  że  to  irracjonalny  lęk,  gdyż  wyraźnie  widział  przed  sobą  ślady.  Zresztą,  po  co 
miałaby zawracać i czaić się w zasadzce, gdy mogła poświęcić dodatkową sekundę i zgnieść 
go, gdy się spotkali? 

Żelazny Niedźwiedź klął i nadal się rozglądał. Jego oddech unosił się kłębami pary. Nos mu 

przemarzł, a oczy co chwilę zachodziły łzami. 

Żółta  Chmura  miał  rację.  Nietrudno  było  podążać  tym  śladem.  Łatwy  i  prosty.  Głęboki  i 

wyraźny. 

Czy to jakiś ruch po lewej? 
Tak. Krzaki falujące na wietrze. 
Zaklął znowu. Czy naprawdę jego przodkowie prowadzili wyprawy wojenne? To tyle, jeśli 

chodzi o genetykę... 

Jimmy! Nie wyłączaj mnie! 
Na pewno nie, Charles. Przyda mi się czyjeś towarzystwo. 
Gdzie jesteś? Co się dzieje? 
W kanionie. Śledzę tego stwora. 
Jesteśmy tutaj, w Arizonie, w hotelu niedaleko wejścia do kanionów. 

background image

Po co? 
Żeby pomóc, jeśli potrafimy. Idziesz za tą bestią? Czy jest z tobą Żółta Chmura? 
Był, ale złamał nogę. Wezwał już pomoc. 
Spotkaliście go? 
Tak. Wyszedłem z tego ze zwichniętym barkiem. Ale wpakowałem w niego parę strzałów. 
Byłeś nieprzytomny? 
Tak. 
Nie  wiedziałem,  czemu  przez  pewien  czas  nie  mogłem  cię  odszukać.  Miałeś  kontakt  z 

Pieśniarzem? 

Nie. 
My mamy. To rzeczywiście zwariowany Indianin. 
Myślę, że wie, co robi. 
A czy ty wiesz? 
Chyba jestem drugim zwariowanym Indianinem. 
To fakt. 
Wygląda na to, że w tym miejscu przechodzimy przez wodę. 
Uważam, że powinieneś się wycofać. Podążasz dwoma tropami, nie jednym. 
Zaczyna  padać  śnieg.  Boże,  mam  nadzieję,  że  nie  zasypie  śladów.  Ale  topnieje,  kiedy 

dotyka ziemi. To dobrze. 

Przecież ten stwór już raz prawie cię zabił. 
Zmieniają kształt. 
Ślady? 
Tak. I przesuwają się bliżej urwiska. Zastanawiam się, co to oznacza. 
Że masz strzelać do wszystkiego, co się rusza. 
Widzę coś mokrego i błyszczącego... Ciekawe, jak wygląda jego krew. 
A w ogóle jak daleko zaszedłeś? 
Nie wiem. Mam rozbity zegarek. Ale wydaje mi się, że idę już całą wieczność. 
Może lepiej zatrzymaj się i odpocznij. 
Nie, do diabla. Pora spróbować przebieżki. Mam przeczucie. Myślę, że jestem już blisko i że 

stwór jest ranny. 

Nie chcę siedzieć w twoim umyśle, kiedy cię dopadnie. 
Nie odchodź jeszcze. Jestem przerażony. 
Zaczekam. 
Przez następny kwadrans biegnąc obok skalnej ściany czuł milczącą obecność Fishera. Nie 

rozmawiali, póki nie zwolnił przed zakrętem, by złapać oddech. 

Tutaj szedł wolno. Skradał się. Ale jest tylko trochę tej błyszczącej cieczy, zauważył. Bądź 

ostrożny. 

Jestem. Przełączę tylko na czarne światło i włożę gogle. Schylę się i zajrzę za róg. 
Przez długą chwilę trwała cisza. 
I co? 
Nic nie widzę. 
Skierował promień na ziemię. 
Ślady znów się zmieniają. Pójdę za nimi. 
Czekaj! Dlaczego nie spróbujesz wysondować? 
Boję się dotykać jego umysłu. 
Na  twoim  miejscu  bardziej  bym  się  bał  całej  reszty.  Działaj  wolno  i  spokojnie.  Sprawdź 

tylko jego obecność. Podkradnij się psychicznie. Pomogę. 

background image

Masz rację, ale wolę sam to załatwić. 
Sięgnął w głąb kanionu. Najpierw ostrożnie, potem z coraz większą energią. 
Nic. Nic tam nie ma, oświadczył. Widzę ślady, ale nie wyczuwam bestii. Zresztą Pieśniarza 

też nie. Musieli pójść dalej. 

Na to wygląda... 
Zbliżał  się  do  zakrętu.  Szedł  powoli,  badając  ślady  na  ziemi.  Za  występem  zmieniały  się, 

tworząc podłużne zagłębienia, najpierw szersze, potem węższe, wreszcie całkiem okrągłe. 

Zatrzymał się widząc dokąd prowadzą. I ruszył biegiem dostrzegając coś innego niż skała. 

Ślady Pieśniarza znaczyły grunt wokół nierównego kopca, w pobliży sterczącej łapy. Dopiero 
po  dłuższej  chwili  zmusił  się,  by  odrzucić  kilka  kamieni,  a  i  to  dopiero  po  dokładnym 
sondowaniu  psychicznym.  Zajęło  mu  to  kilka  minut,  po  których  dyszał  ciężko  zlany  potem. 
Wreszcie jednak spojrzał na zmętniałe teraz oko w smukłej, nieruchomej głowie. 

Wygrał, stwierdził Fisher. Załatwił tego stwora. 
Żelazny Niedźwiedź milczał. 
Już po wszystkim. Pieśniarz zwyciężył. 
Jest piękny, szepnął Żelazny Niedźwiedź. Ta szyja... oko, jak klejnot... 
Martwy, powtórzył Fisher. Zaczekaj, muszę sprawdzić. Powiem ci, gdzie masz się wspinać. 

Ktoś cię zabierze. 

Ale gdzie jest Pieśniarz? 
Chyba sam sobie poradzi. Jest już bezpieczny. Wyjdzie, kiedy będzie gotowy. Czekaj. 
Idę za nim. 
Co? Po co? 
Nie  wiem.  Nazwij  to  przeczuciem.  Powiedzmy,  że  po  tym  wszystkim  chciałbym  go 

zobaczyć. 

Jak go znajdziesz? 
Zaczynam  łapać,  o  co  chodzi  z  tym  tropieniem.  Nie  powinienem  mieć  większych 

problemów. 

Sprawa skończona... a okolica nie jest bezpieczna. 
Na razie jego ślady prowadzą przez bezpieczne miejsca. Poza tym mam tu telefon. 
Żebyś sam nie zwariował. 
Nie martw się. 
Żelazny Niedźwiedź odwrócił się, zsunął gogle, przełączył latarkę na zwykłe światło i ruszył 

tropem Pieśniarza. 

Zostawię  cię  na  chwilę,  poinformował  Fisher.  Muszę  zawiadomić  pozostałych.  I  trochę 

odpocząć. 

Nie ma sprawy. 
Żelazny  Niedźwiedź  zmierzał  na  północ.  Przez  moment  zdawało  mu  się,  że  słyszy  gwizd 

pociągu i pomyślał o ojcu. Ciężkie płatki śniegu szybowały w powietrzu. Zawinął szalik wokół 
nosa i ust i szedł dalej. 

 
 
Merc y  Spend er  
 

kiedy się dowiedziała, 
otworzyła butelkę ginu, którą tu przywiozła 
& nalała sobie szklaneczkę, 
nucąc „Rock of Ages”; 

background image

czuła zanik odpowiedzialności, 
składała dziękczynienie, 
myślała, jakie książki przeczyta 
& co zrobi na drutach 
w okresie leczenia; 
zmówiła krótką modlitwę 
za duszę Waltera Sandsa, 
którego nagle 
zobaczyła przed sobą 
w szklance; 
kręcił głową; 
„Spoczywaj w pokoju”, szepnęła 
& ścisnęła szkło, 
a kiedy chciała sobie dolać 
szklanka pękła; 
była senna 
& postanowiła zrezygnować 
& odłożyć ceremonię 
na jutro; 
& spała niespokojnie. 

 
 
Alex M ancin  
 

gdy tylko się dowiedział, przeskoczył do domu, 
gra skończona, 
jego strona zwyciężyła 
jak zwykle; 
& kiedy pożegnał się z innymi 
& wrócił do siebie, 
odwiedził psiarnię 
& długo bawił się z psami, 
zwinnymi, szczekającymi & liżącymi ręce... 
czytał ich uczucia do siebie 
& to dodało mu otuchy... 
potem siadł przed komputerem 
ze szklanką ciepłego mleka pod ręką, 
odpowiadając na liczne wiadomości, 
które nadeszły, 
jak zwykle; 
zbyt podniecony, by zasnąć, 
wspomnienia ostatnich zdarzeń 
skakały w umyśle 
jak małe pieski; 
a uśmiech Waltera Sandsa 
błysnął przez moment na ekranie 
gdy odczytywał kursy akcji 

background image

& bawił się parą pamiątkowych kostek 
znalezionych w dolnej szufladzie 
komody w garderobie. 

 
 
Elizabeth  Brook e  
 

miała ochotę pójść z kimś do łóżka, 
zaskoczyła ją 
siła tego uczucia, 
ale pomyślała, że 
tempo & napięcie ostatnich dni 
& nagłe odprężenie 
wzbudziły pragnienie również fizycznego relaksu; 
& tak pożegnała pozostałych 
& przeskoczyła do Anglii 
by zaprosić przyjaciela 
na herbatę, 
by porozmawiać o ostatnich wydarzeniach, 
posłuchać muzyki kameralnej 
& złożyć na spoczynek ducha Waltera Sandsa, 
który niepokoił ją 
bardziej niż trochę. 

 
 
Charle s Dick ens Fi sh er  
 

w swoim pokoju w Chacie Ognistego Ptaka 
z kubkiem kawy, 
wyjrzał przez okno na zasypaną śniegiem ziemię, 
myśląc o szwagrze 
& Indianach 
z westernów, które oglądał 
& o przetrwaniu na odludziu 
& o wielkiej, martwej bestii, 
której obraz wytworzył 
przed sobą, na trawniku 
(budząc przerażenie jakiejś pary naprzeciwko, 
akurat w tej chwili 
wyglądającej przez okno), 
pamiętał jej wygląd z wideo, 
które obejrzał wcześniej; 
oko płonące jak kryształ Waterforda, 
kły jak stalaktyty; 
potem zlikwidował wizję 
& przywołał pełnowymiarowy 
obraz Waltera Sandsa 

background image

siedzącego w fotelu 
& patrzącego na niego; 
& kiedy zapytał 
„Jak się czujesz będąc martwy?”, 
Sands wzruszył ramionami 
& odpowiedział 
„Ma to swoje zalety, 
ma swoje wady”. 

 

N

aprzód.  Teraz  wzdłuż  zachodniej  krawędzi  kanionu,  zmierzając  na  północny  wschód. 

Zakręt;  szlak  skręca  bardziej  ku  północy.  Dalej  od  kanionu,  przez  śnieg,  w  stronę  drzew. 
Ponad godzinę temu szlak poprowadził go przez wodę i w górę urwiska. Tu, na szczycie, wiatr 
był silny, ale śnieg prawie nie padał. Może z rzadka jakiś pędzący przed siebie płatek. 

Szedł  dalej.  Kojot  zawył  między  drzewami,  albo  może  za  nimi,  w  przedzie.  Napływały 

zapachy lasu i dźwięki stukających o siebie gałęzi. 

Raz  tylko  spojrzał  za  siebie,  nim  wszedł  między  drzewa.  Zdawało  się,  że  zielonkawa 

poświata jarzy się tuż ponad skrajem kanionu. Zasłonił ją wirujący, porwany wiatrem śnieg, a 
po chwili wyrosły wokół drzewa i wiatr osłabł. Lód opadał z suchym trzaskiem, gdy potrącał 
konary.  Przypominało  to  całkiem  inny  świat,  miejsce  wiecznego  zmroku  i  chłodu,  gdzie 
polował na to, co później nazwał lodowym niedźwiedziem. Słońce było tam maleńką, bladą 
plamką, pełznącą nad horyzontem. W każdej chwili mógł usłyszeć gwizdy niedźwiedzi; wtedy 
pozostawały  tylko  sekundy,  by  rozpiąć  barierę  i  położyć  zaporę  paraliżującego  ognia,  nim 
zaatakuje  stado.  Potem  przenieść  barierę,  by  ochronić  trafionych,  zanim  pożrą  ich 
towarzysze. Wezwać prom... 

Spojrzał w górę, jakby oczekiwał, że zobaczy jego przelot. Ale ze wszystkich stron płynęła 

tylko  perłowo-szara  zasłona  chmur.  Te  łowy  były  inne.  To,  co  tropił,  nie  da  się  łatwo 
schwytać ani przetransportować do klatki. Tym ciekawsza jest gra. 

Przekroczył  strumyk  o  skutych  lodem  brzegach.  Jego  ścieżka  skręciła  nagle,  prowadząc 

przez  arroyo,  gdzie  coś  o  zielonych  oczach  przyglądało  mu  się  z  niewielkiej  jaskini.  Teren 
wznosił się, a drzewa rosły coraz rzadziej. 

Szlak wiódł go w lewo, wciąż pod górę. Wspinał się wyżej i wyżej, by wreszcie dotrzeć do 

grzbietu,  z  którego  roztaczał  się  widok  na  całą  okolicę.  Tam  się  zatrzymał,  spoglądając  ku 
czarnej  północy,  gdzie  szlak  biegł  poza  zasięg  wzroku  w  tym  dziwnym  półświetle, 
towarzyszącym jego wędrówce. Otworzył sakwę i rzucił pyłek na ścieżkę. Potem odwrócił się 
na  błękitne  południe,  w  stronę  rozpadliny,  z  której  tu  przybył.  Rzucił  więcej  pyłku  i  po  raz 
pierwszy zauważył, że z tyłu nie było szlaku, że ścieżka znikała, kiedy tylko nią przeszedł. Czuł, 
że gdyby nawet próbował, nie zdołałby zrobić choćby kroku w tamtym kierunku. Dotarł w to 
miejsce drogą bez powrotu. 

Spojrzał  na  żółty  zachód,  gdzie  dzień  składał  się  i  zwijał.  Rzucając  pyłek  myślał  o 

zakończeniach, o domykaniu cykli. Potem na wschód, myśląc o wszystkich porankach, które 
widział, i o następnym, który stamtąd nadejdzie. Wzrok sięgał niezwykle daleko, z wyjątkową 
ostrością. Pomyślał o ziemi, nad którą płynęła jego wizja; dodawał jej rysy z wewnętrznego 
pejzażu  wspomnień;  zastanawiał  się,  dlaczego  chciał  kiedyś  odrzucić  Dinetah,  będącą  tak 
ważną jego częścią. 

Nie  wiedział,  jak  długo  stał  patrząc  na  wschód.  Powietrze  wokół  wypełniło  się  nagle 

wirującymi drobinami światła. Usłyszał ciche brzęczenie. Miał wrażenie, że tańczy przed nim 

background image

rój świetlików. Niespodziewanie odleciały w prawą stronę. Pojął, że to rodzaj ostrzeżenia. 

Spojrzał w prawo. W dali, między drzewami, przesuwał się zielony blask. Odwrócił wzrok, 

na nowo skupiając uwagę na linii szlaku. I ruszył. 

Po  chwili  już  biegł.  Drobinki  lodu  kłuły  go  w  twarz,  pędzone  wiatrem,  który  unosił  je  co 

chwilę  w  niewielkich  chmurach.  Śnieg  jednak  nie  przesłaniał  szlaku.  Był  wciąż  idealnie 
klarowny. Podążył za nim wzrokiem; ścieżka skręcała w arroyo, wijące się po lewej. U wejścia 
zdawała  się  zbyt  wąska.  Dostrzegł,  że  dalej  zwężała,  się  jeszcze,  aż  sprawiała  wrażenie 
cienkiej wstążeczki. Co dziwne, ta część, po której właśnie szedł, miała normalną szerokość, 
choć dotarł już i minął punkt, gdzie zaczęła się zwężać. Zauważył za to inne zjawisko. 

Z  początku  uznał,  że  arroyo  jest  trochę  głębsze  i  dłuższe,  niż  sugerowało  pierwsze 

wrażenie.  Gdy  jednak  zagłębił  się  w  nie,  urosło,  zmienione  w  ogromny  kanion  o  wysokich 
ścianach.  A  im  dalej  wchodził,  tym  bardziej  były  strome,  tym  większa  dzieliła  je  odległość. 
Pojawiły  się  także  wielkie  głazy,  których  z  początku  nie  dostrzegł.  Jednak  czerwona  ścieżka 
biegła wciąż niezmieniona. Nie było nawet śladu zwężania, które tak go zdziwiło. 

Obok przeleciało olbrzymie białe koło, rzeźbione, pięciopromienne jak rozgwiazda. Zaraz 

potem nad głową przepłynęło wolno następne. Opadało. Pojął nagle, że to płatek śniegu. 

Wąwóz  był  już  większy  niż  kanion  del  Muerto;  o  wiele  większy.  Po  chwili  jego  ściany 

zmalały w perspektywie i znikły. Przyspieszył kroku. Biegł, skacząc pomiędzy głazami. 

Pokonując  zbocze  odkrył  przed  sobą  masywną,  lśniącą  górę;  jej  pryzmatyczne 

powierzchnie  pod  dziwnymi  kątami  ukazywały  tęczę.  Schodził  ku  niej.  Widział  już  miejsce, 
gdzie jego szlak krył się w sporej szczelinie z boku, zygzakowatym cięciu, czarnej błyskawicy 
sięgającej z jednej trzeciej wysokości ku ziemi. 

Zachwiał  nim  podmuch  wiatru;  odzyskał  równowagę  i  pobiegł.  Płatek  śniegu  runął  na 

ziemię  jak  padający  dom.  Billy  przemknął  po  wibrującej  pod  stopami  powierzchni 
niewielkiego stawu. 

Góra  sięgała  coraz  wyżej.  Był  już  dostatecznie  blisko,  by  zajrzeć  w  szczelinę.  Wewnątrz 

błyszczała  tak  samo,  jak od zewnątrz,  ściany  iskrzyły  się  jak  pokryte  wilgocią.  Biegły  w  górę 
niby ściany namiotu, ku jakiemuś niewidocznemu punktowi zbieżności. 

Wkroczył  między  nie  i  zatrzymał  się  niemal  natychmiast.  Sięgnął  po  nóż  nim  zdał  sobie 

sprawę,  że  otaczający  go  ludzie  to  tylko  wielokrotne  odbicia  jego  postaci  w  lśniących 
ścianach. A szlak rozbiegał się we wszystkie strony... Wykrzywione odbicia. 

Wpadł  na  ścianę,  zsunął  ręce  po  powierzchni.  Szlak  biegł  tu  prosto,  ale  zauważył  teraz, 

gdzie ten prawdziwy pozornie tylko łączył się z iluzorycznym. Prawdziwy skręcał w prawo. 

Po  trzech  krokach  uderzył  o  następną  ścianę.  To  niemożliwe.  Szlak  nie  miał  innej 

możliwości. Prowadził zupełnie prosto, bez żadnych odbitych czy realnych odchyleń. 

Wyciągnął ręce, dotknął ściany, zbadał ją. Odbicia naśladowały jego ruchy. 
Nagle zniknęła. Dłonie nie napotkały oporu. Zrozumiał, że tylko górna część przejścia jest 

zablokowana. Schylił się i podążył dalej na kolanach. 

Pełzał, a w cieniach dookoła przeskakiwały odbicia. Kątem oka widział, że z prawej strony 

zmienił  się  w  powolnego,  ociężałego  niedźwiedzia  i  ścigał  samego  siebie.  Szybko  spojrzał  w 
lewo.  Jeleń,  szóstak,  czujne  ciemne  oczy,  falujące  nozdrza.  Zlali  się  razem  w 
zwielokrotnionym  odbiciu  w  coś,  co  było  niedźwiedziem,  i  jeleniem,  i  człowiekiem,  coś 
pierwotnego  jak  Pierwszy  Człowiek,  dążącego  wąskimi,  ciemnymi  korytarzami  w  górę,  do 
nowego świata. 

Odbicia z przodu wskazywały, że strop podnosi się i rozrasta w wysoki, wąski gotycki łuk. 

Powstał,  gdy  tylko  to  zauważył,  a  obrazy  zwierząt  odpłynęły,  pozostawiając  jedynie 
nieskończoną  liczbę  powtórzeń  jego  samego.  Przed  nim  leżały  wszystkie  barwy  w  różnych 

background image

stopniach nasycenia. Szedł dalej, a kiedy dostrzegł, że zbliża się do wyjścia, ruszył biegiem. 

Obszar blasku malał w miarę jak zbliżał się do niego. Biegnące obok odbicia zmieniały się 

w  kryształowych  pryzmatach  i  cieniach.  Zauważył  też,  że  każde  nosiło  inny  strój.  Jedno 
pędziło  w  skafandrze  ciśnieniowym,  inne  w  garniturze;  kolejne  miało  tylko  przepaskę 
biodrową. Jedno biegło nago. Inne miało futrzaną kurtkę. Jedno miało niebieską, flanelową 
koszulę,  o  której  dawno  już  zapomniał,  ściągniętą  nad  biodrami  pasem  z  muszli.  W  dali 
dostrzegł siebie jako chłopca, pędzącego i wściekle pracującego łokciami. 

Z  uśmiechem  przebiegł  czerwoną  ścieżką  przez  otwór.  Ściany  kaniony  pojawiły  się  i 

zbliżyły. Gdy szedł dalej, stawały się coraz niższe. 

Zatrzymał się i obejrzał. 
Nie  było  lśniącej  góry.  Cofnął  się  po  swoich  śladach  może  z  dziesięć  kroków  i  schylił,  by 

chwycić  leżący  na  ziemi  kamień,  w  którym  tkwił  pęknięty  kryształ  kwarcu.  Podniósł  go  do 
oczu.  Wewnątrz  tańczyła  tęcza.  Wsunął  go  do  kieszeni.  Miał  uczucie,  że  mieści  w  sobie 
połowę istniejącego czasu i przestrzeni. 

Biegł później przez blisko godzinę. Lodowe kryształki drapały jego twarz, jak kocie pazury 

kamienie  i  gałęzie  drzew.  Ziemia  pod  stopami  wydawała  dźwięk  zgniatanego  celofanu. 
Pasma śniegu jak zakrzywione palce leżały na zboczach wzgórz. Fragment nieba rozjaśnił się 
nagle i zahuczał grom. Droga prowadziła go w góry i wkrótce zaczął się wspinać. 

 

 

 

Kiedy zawołam, 
przychodzą do mnie 
z Góry Ciemności. 

Przecinają ją rurociągi, 
przelatują nad nią satelity, 
ale ja widzę przed sobą całą krainę 
a w niej wszystkie stworzenia, które polują 
i na które polują inne. 
Podążałem za Ludem 
przez eony, 
dając odpowiedniemu łowcy jego zdobycz 
w odpowiednim czasie. 

Ci jednak, którzy sami polują, 
należą do szczególnej kategorii. 
Takie wyrafinowanie nie było znane 
w pradawnych czasach. 
Ale nigdy nie jest się za starym na naukę 
i to właśnie sprawia, że cała sprawa jest interesująca 
a ja zachowuję czarne skrzydła. Na-ya! 
Z Góry Ciemności zatem: 
Prześlij zakończenie. 

 

 

 
Coraz  wyżej.  Wszystko  było  niezwykłe.  Zatracił  poczucie  czasu  i  przestrzeni.  Chwilami 

teren  zdawał  się  odpływać  w  tył,  chwilami  miał  wrażenie,  że  idzie  całymi  godzinami,  by 

background image

pokonać  niewielką  odległość.  Szlak  prowadził  dalej  w  góry.  Nie  wiedział  już,  gdzie  się 
znajduje,  choć  był  pewny,  że  wciąż  podąża  na  północ.  Śnieg  zmienił  się  w  deszcz.  Deszcz 
padał i ustał. Szlak znowu wiódł pod górę, między skałami. Tu i tam płynęły obok strumyczki; 
mijał  przewężenia  przywierając  plecami  do  skały:  czubki  palców  i  pięty  były  jedynym 
oparciem. Jaskrawy zygzak oświetlał czasami chmury, by zaraz zniknąć wśród szarości. 

Trafił  na  szczelinę  tak  wąską,  że  musiał  zdjąć  plecak  i  kurtkę,  by  przecisnąć  się  bokiem. 

Fosforyzujące  kształty  wiły  się  w  mijanych  rozpadlinach,  niby  wysokie,  wrzecionowate 
anklavary na planecie zwanej Bayou. Potem szlak znów się rozszerzył. 

Kiedy  odwrócił  się  i  przeciągnął  obolałe mięśnie,  znieruchomiał.  Co  to  za  miejsce?  Ruiny 

jakiejś  konstrukcji  wbudowanej  w  ścianę  urwiska  po  prawej  stronie.  I  następne,  po  lewej  i 
wyżej, gdzie kanion był szerszy. Kamień i pokruszona cegła... Nie znał tych ruin, choć kiedyś 
sądził, że widział już wszystkie. Miał chęć zatrzymać się tutaj i zbadać je, ale znowu usłyszał 
powolny rytm bębna, a szlak wiódł coraz wyżej. 

Kanion  skręcił  w  prawo,  dno  uniosło  się  jeszcze,  a  ściany  rozsunęły.  Szedł,  a  wokół 

pojawiały  się  kolejne  ruiny.  Nazwa  „Lukachukai”  przyszła  mu  na  myśl,  gdy  wspomniał 
opowieść  o  zaginionym  mieście  Anasazi.  Wiatr  ucichł,  a  bęben  uderzył  w  szybszym  rytmie. 
Cieniste  kształty  przemykały  za  popękanymi  murami.  Patrzył  przed  siebie,  na  płaską 
platformę.  Widział  koniec  swego  szlaku.  Dreszcz  przebiegł  po  całym  ciele;  czuł,  jak  jeżą  się 
włosy na karku. 

Zrobił jeden krok, potem drugi. Szedł ostrożnie, powoli, jakby w każdej chwili ziemia pod 

stopami mogła się rozstąpić. Ale tak być powinno. Naturalnie. Wszystkie szlaki kończą się tak 
samo.  Dlaczego  ten  miałby  być  inny?  Jeśli  tropi  się  coś  przez  całe  życie,  od  pierwszego 
niepewnego kroku do ostatniego niepewnego kroku, koniec jest zawsze taki sam. 

Tam, przy skale pod przewieszką, szlak kończył się pod pustym spojrzeniem zbrązowiałej, 

ludzkiej czaszki. Poza nią nie widział już drogi. 

Zmienił  się  rytm  bębna.  Mah-ih,  Oszust,  Kojot,  Włóczęga,  spoglądał  na  niego  zza 

najbliższych  ruin.  Biała  tęcza  yei  rozpięła  łuk  od  szczytu  jednej  ściany  kanionu  do  szczytu 
drugiej.  Słyszał  teraz  grzechotki  towarzyszące  uderzeniom  bębna.  Zielona  łodyga  przebiła 
ziemię, wyrosła, wypuściła liście, a po nich czerwony kwiat. 

Szedł. Kiedy się zbliżał, czaszka jakby poruszyła się lekko w przód. Coś w niej zamigotało, 

potem  bladozielone  światło  zapłonęło  we  wszystkich  jej  otworach,  skierowanych  w  jego 
stronę.  Daleko  z  prawej  zawarczał  chrapliwie  Kojot.  Gdy  dotarł  do  końca  szlaku,  czaszka 
przechyliła się do tyłu i lekko w prawo, spoglądając pustymi oczodołami. 

Chrapliwy głos wydobył się z jej wnętrza: 
— Spotkałeś swego chindi. 
Billy zatrzymał się. 
— Grałem kiedyś w piłkę — oświadczył z uśmiechem, cofając w zamachu nogę. — Te dwa 

głazy koło ruin mogą służyć za bramkę. 

Wytrysnęła ziemia. Czaszka strzeliła w górę, zajmując pozycje około stopy powyżej głowy 

Billy’ego. Spoczywała na barkach potężnego, nagiego ciała mężczyzny, które rozkwitło przed 
nim jak kwiat. Wokół tańczyła zielona poświata. 

— Stwór cienia! — Billy wyjął broń. 
— Tak. Twojego cienia. Strzelaj, jeśli masz ochotę. To cię nie uratuje. 
Tym samym płynnym ruchem, którym wyciągnął przed siebie pistolet, Billy odwrócił go w 

dłoni i mocno uderzył kolbą w czaszkę. Rozpadła się z chrzęstem, a odłamki posypały się na 
ziemię.  Bezgłowe  ciało  przyklęknęło  na  jedno  kolano  i  błyskawicznie  wyciągnęło  ręce. 
Potężna dłoń złapała pistolet i wyrwała go z dłoni Billy’ego. Przerzucony przez ramię, upadł z 

background image

trzaskiem między kamienie i zniknął. 

Lewa ręka chwyciła prawy nadgarstek Billy’ego i trzymała go niby stalowa obręcz. Kantem 

lewej dłoni uderzył w biceps ciała, ale bez widocznego efektu. Sięgnął więc na ukos, wyrwał z 
pochwy myśliwski nóż i wbił go w miękki punkt poniżej lewego stawu barkowego. Nagle jego 
nadgarstek  był  wolny,  a  stwór  padał  na  plecy,  podciągając  kolana  do  piersi  i  obejmując  je 
rękami. 

Bezgłowy  tułów  potoczył  się  w  tył,  pociemniał,  utracił  kształt,  zwarł  się,  zachrzęścił  na 

żwirze i piasku. Był teraz dużym, okrągłym głazem; zwalniał... 

Stanął  jakieś  piętnaście  metrów  od  niego  i  zaczął  przekształcać  się  w  nową  postać. 

Rozwinął łapy, uformował głowę, ogon... 

Oko. 
Ponad kanionem zaginionego miasta spojrzał na niego Kot. 
Zaczniemy w miejscu, do którego doszliśmy, zanim nam przerwano, powiedział. 
 

C

oś  wyrwało  Mercy  Spender  z  głębokiego  snu  bez  marzeń.  Zaczęła  krzyczeć,  ale  lęk 

odpłynął nagle. To, co się działo, było w jakiś niezwykły sposób znajome. Skuliła się w pozycji 
embrionalnej i naciągnęła kołdrę na głowę. 

Kiedy  to  uderzyło,  Alex  Mancin  studiował  kolumny  cyfr  na  ekranie  monitora.  Gdy  obraz 

zafalował i pociemniał, sądził, że dostał zawału. A potem zrozumiał, co się dzieje i nie stawiał 
oporu, gdyż ciekawość była silniejsza niż strach. 

Elizabeth  skręcała  się  i  przesuwała  z  boku  na  bok.  Z  każdą  sekundą  było  lepiej.  Jeszcze 

tylko chwila... Jej umysł także się skręcił i krzyknęła. 

Fisher  był  w  kontakcie  z  Żelaznym  Niedźwiedziem,  gdy  rozszalał  się  psychiczny  sztorm  i 

wciągnął obu w inny stan świadomości. 

Co to jest, do diabła? zapytał. 
Znowu łączymy się w jedną całość, odparł Żelazny Niedźwiedź. 
Kto to robi? 
Sands. Nie czujesz go? Jak pęknięty magnez, który zespala się na powrót... 
Ładne porównanie. Ale wciąż nie ro... Ach! 
 
Plozja eks. Im ajzolp. 
popioły padające z powrotem w ognisko, płomień wzdłuż poprzez noc sięgającą wschodu 

mózgotęcza czterech zawierających pty łączy się znowu wiosna prze w górę spod zimi śniegi 
mrz  zestala  wilgoć  jasne  kolce  wśrd  wody  płncj  ruiny  o  pstch  oczach  stają  przed 
nożorękimczłowiekiem  a  skałośniona  bestia  zagubiona  w  miejscu  starożytnych  prztwa 
nieskończenie  rozwijając  myślozasłony  antyreal  no  ści  wdł  pza  materie  i  tesencje  i  ponad 
ogniopłomień wodopływ i wybuch myją spłczm toaletę świata i niech w spirali poztnie moc 
pod  morzem  nocodpływu  sztuka  wpełnia  człekocień  w  śwcie  cini  gdzie  wędruje  a  mja 
ogniopłomień jamy jak krw wpełniąca i ponów po człekoformie sięgającym pza sbie 

płomień wzdłuż 
plozja 

 

S

toi na ugiętych nogach, z nożem w lewej dłoni. Wolno porusza klingą, obraca, podnosi, 

opuszcza w nadziei na błysk, który odwróci uwagę zaczajoną za tym okiem. Bestia postępuje 
o  krok.  Uwięziona  za  fasetami  oka  lśni  zielona  poświata.  Trudno  powiedzieć,  czy  klinga 
fascynuje przeciwnika. 

background image

Bestia robi kolejny krok. 
Czuje na twarzy drobne krople deszczu. Nie zauważył, kiedy znowu zaczął padać, ale teraz 

gęstnieje z wolna. 

Jeszcze krok... 
Prawa dłoń sięga do klamry pasa, chwytają mocno. Billy odwraca się, wyciąga lewe ramię, 

wciąż porusza klingą. 

Jeszcze krok... 
Bestia  wysuwa  język  i  chowa  go  natychmiast.  Coś  tu  się  nie  zgadza.  Rozmiar?  Sposób 

poruszania? Lodowata nieobecność projekcji uczuć w czasie kontaktu? 

Jeszcze krok. 
Wciąż  trochę  za  daleko  by  skoczyć,  uznaje.  Obraca  tułów.  Wypuszcza  klamrę  pasa  i 

przesuwa  dłoń  dalej  w  lewo.  Maskuje  ruch połą  kurtki,  pozycją  ciała.  Czy  Kot  czyta teraz w 
jego  myślach?  By  je  wypełnić,  bezgłośnie  rozpoczyna  pieśń  Drogi  Błogosławieństwa.  Coś  w 
jego wnętrzu podejmuje ją. Swobodnie płynie przez piersi, a powiązane z nią uczucia zjawiają 
się bez oporu. 

Jeszcze... 
Zaraz. Wkrótce zaatakuje. Prawa dłoń dotyka rękojeści tazera. Palce obejmują uchwyt. 
Prawie... 
Jeszcze dwa kroki, postanawia. 
Jeden... 
Nadchodzi czas podrzynania gardeł... 
Dwa. 
Wyciąga broń, strzela. Pocisk trafia w cel i bestia sztywnieje. 
Odrzuca tazer, przekłada nóż do prawej ręki, skacze. 
Zatrzymuje się kilka kroków przed wrogiem, gdyż ten zaczyna się rozpływać i zmieniać w 

parę.  Po  chwili  jego postać  niknie,  a  opary  tworzą  niewielką  chmurę zawieszoną  jakieś trzy 
metry nad ziemią. Opuszcza klingę i patrzy. 

Chmura  jak  dym  odpływa  w  lewą  stronę,  ku  ogromnemu  stosowi  odłamków  po  jakiejś 

dawnej lawinie. 

Chytra sztuczka. 
Nie  jestem  bestią,  którą  zabiłeś.  Jestem  tym,  którego  nie  zdołasz  zniszczyć.  Jestem 

wszystkimi  twoimi  lękami  i  porażkami.  A  teraz  jestem  też  silniejszy,  ponieważ  przede  mną 
uciekałeś.
 

Nie uciekałem. Podążałem szlakiem. 
Jakim szlakiem? Widziałem tylko twoje ślady. 
To  właśnie  przyczyna,  która  doprowadziła  mnie  w  to  miejsce  i  sądzę,  że  ja  jestem 

przyczyną twojego przybycia. 

Dym zawisa nieruchomo nad stosem kamieni. 
Oczywiście. Jestem tą częścią ciebie, która cię zniszczy. Zbyt długo się mnie wypierałeś. 
Dym zaczyna formować nową postać. 
Nie wypieram się ciebie. Uznałem przeszłość i osiągnąłem spokój. 
Za późno. W warunkach przez ciebie stworzonych zyskałem autonomię. 
Więc się deautonomizuj. Wracaj, skąd przyszedłeś. 
Postać staje się człekokształtna. 
Nie mogę, gdyż pogodziłeś się z przeszłością. Jak Kot, mam teraz tylko jedną funkcję. 
Kot jest martwy. 
...I nie mam poczucia humoru. 

background image

Postać wypełnia się. Billy patrzy na swego sobowtóra, podobnie ubranego, trzymającego 

dokładnie taki sam nóż. Sobowtór przygląda mu się z uśmiechem. 

Więc, co cię tak bawi? 
Cieszę się swoją jedyną funkcją. 
Billy unosi klingę. 
To na co czekasz? Podejdź i do roboty. 
Sobowtór  odwraca  się  i  skacze  w  lewo,  lądując  po  przeciwnej  stronie  stosu.  Billy  pędzi 

dookoła, lecz kiedy dociera na miejsce, przeciwnik stoi już pewnie. Wolną ręką ociera czoło, 
gdyż deszcz ciągle pada. Pochyla się, wyciąga ręce, nisko, na ugiętych kolanach. Tamten robi 
podobnie. 

Billy cofa się, gdy tamten napiera, potem odskakuje w prawo, robi zwód, zaczyna krążyć. 

Szybko  bada  wzrokiem  ziemię  w  nadziei,  że  zepchnie  przeciwnika  na  śliski  grunt.  Gdy 
sobowtór  dostrzega  ruch  oczu,  atakuje.  Billy  blokuje  lewym  przedramieniem  i  wyprowadza 
pchnięcie w korpus. Ostrze tamtego przebija rękaw i rani rękę. Jest pewien, że jego nóż trafił 
głęboko w bok przeciwnika, ale ten nie reaguje, a Billy nie widzi śladu krwi. 

— Zaczynam ci wierzyć — oświadcza głośno czując, jak jego własna krew przesiąka rękaw. 

— Może rzeczywiście nie mogę cię zabić. 

— To prawda. Ale ja mogę — odpowiada tamten. — I zabiję cię. 
Billy odbija ostrze, rozcina policzek sobowtóra. Nie ma rany. Nie widać krwi. 
— Czemu więc nie zrezygnujesz? — pada pytanie. 
— Powiedzmy, że rzucę nóż i powiem, że do diabła z tym wszystkim... 
— Wtedy cię zabiję. 
— Czyli zabijesz mnie, czy będę walczył, czy nie? 
— Tak. 
—  Więc  równie  dobrze  mogę  walczyć  —  stwierdza  Billy,  znowu  atakuje,  odbija,  tnie  od 

dołu, odskakuje, wyprowadza cios w górę, okrąża. 

— Dlaczego? 
— Tradycja wojowników. Zresztą, czemu nie? W okolicy nie ma ciekawszych rozrywek. 
Cofając  się  przed  następnym  natarciem,  Billy  przewraca  się  niemal,  gdy  trafia  nogą  na 

kamień  rozmiarów  jabłka.  Odzyskuje  równowagę  i  odsuwa  go  lekko,  jak  irytujący  drobiazg. 
Potem wściekle wyprowadza ciosy i cięcia, powstrzymując napór tamtego. Odstępuje o krok, 
ustawia stopę właśnie tak... 

Kopie  z  całej  siły,  prosto  w  swego  sobowtóra.  Kamień  wylatuje  jak  z  procy  i  z 

satysfakcjonującym stuknięciem uderza w prawe kolano. 

Postać zgina się w pół, opuszcza klingę. Głowa opada do kuszącej pozycji i Billy z krótkiego 

zamachu wali lewą pięścią w szczękę. 

Sobowtór  przewraca  się  na  lewy  bok,  a  Billy  kopie  w  rękę  z  nożem.  But  trafia  i  ostrze 

odlatuje, brzęcząc o skały. Billy rzuca się na leżącego, wznosząc klingę do ciosu. 

Kiedy  już  sięga  do  krtani,  przeciwnik  błyskawicznie  obejmuje  palcami  jego  nadgarstek. 

Ramię  nieruchomieje,  jakby  trafiło  w  ścianę.  Nacisk  jest  straszliwy.  Potem  unosi  się  prawa 
ręka sobowtóra i Billy wie, że zaraz chwyci go za gardło. 

Wbija kolejny cios z lewej w szczękę. Uchwyt na nadgarsktu słabnie lekko. Uderza znowu i 

znowu. Potem czuje ruch pod sobą. 

Przeciwnik  podkurcza  nogi,  pochyla  się  i  zaczyna  wstawać,  podnosząc  ze  sobą  Billy’ego. 

Uderza  znowu,  ale  cios  nie  daje  żadnego  efektu.  Potężna  siła  tamtego  stawia  ich  obu  na 
nogach,  a  potem  znowu  unosi  się  ta  prawa  ręka.  Billy  chwyta  jej  nadgarstek  i  zatrzymuje  z 
najwyższym  wysiłkiem.  Naciska,  jak  tylko  może,  ale  nie  potrafi  przesunąć  dłoni  ściskającej 

background image

nóż. 

Potem,  stopniowo,  jego  lewa  ręka  ustępuje  pod  naporem.  Prawy  nadgarstek  boli,  jakby 

zaraz miał pęknąć. 

— Silne z was, chindi, sukinsyny — mówi. 
Sobowtór  charczy  i  zaciska  palce.  Billy  wbija  mu  kolano  w  krocze.  Przeciwnik  stęka  i 

pochyla się. Nóż Billy’ego przesuwa się lekko. Ale kiedy sobowtór zwija się w pół, Billy widzi 
ponad  nim,  za  jego  plecami.  I  zaczyna  śpiewać  pieśń,  której  nauczył  go  starzec:  wezwanie 
Ikne’etso, Wielkiego Gromu. Pamięta teraz, że kiedyś przeniósł moc z piaskowego rysunku do 
własnej dłoni. 

Patrzy... 
Najpierw  w  miejsce,  gdzie  stoi  totem:  te  same  cztery  twarze  u  dołu;  teraz  jednak,  na 

samym  szczycie  pala,  ulotna  forma  nabrała  wyrazistości  i  płonie  nieziemskim  blaskiem. 
Uśmiecha się do niego. 

Zagrałeś, jak widzę. To dobrze, wydaje się mówić. A potem pal rośnie, sięga rozjaśnionego 

nieba... 

Potem tam, gdzie łuk tęczy lśni teraz pełnym widmem. 
Jego  spojrzenie  sięga  coraz  wyżej,  do  samego  szczytu.  Widzi  Wojownicze  Bliźnięta, 

obserwujące go tak jak wtedy, dawno temu. Ciemny kształt krąży ponad nimi. 

Nayenezgani nakłada cięciwę swego wielkiego łuku. Chwyta strzałę, naciąga lekko i unosi. 

Ciemny kształt opada i Czarny Bóg siada na ramieniu Nayenezgani. 

Sobowtór zaciska i skręca palce, a nóż wypada z dłoni Billy’ego. Czuje krew płynącą wzdłuż 

lewego  ramienia.  Siły  zaczynają  go  opuszczać  i  przeciwnik  ściąga  go  do  siebie.  Lecz  wciąż 
wypowiada słowa pieśni, przyzywa... 

Pal wznosi się na ogromną wysokość, a postać na szczycie — teraz to mężczyzna, od pasa 

w górę — unosi prawą rękę, a lewą wyciąga ku niemu. Coraz bliżej... 

Uderzenia bębna są wciąż głośniejsze, wciąż szybsze. Grzechotki huczą jak grad. 
Mimo  wysiłku,  by  go  odepchnąć,  sobowtór  nie  cofa  się  i  chwyta  Billy’ego  w  miażdżący 

uścisk. Lecz Billy, dusząc się już, charczy słowa pieśni. 

Nayenezgani  naciąga  cięciwę  do  końca  i  z  szybkim  ruchem  lewego  ramienia  wypuszcza 

strzałę. 

Świat  eksploduje  rozbłyskiem  jaśniejszym  niż  słońce.  W  tej  właśnie  chwili  Billy  wie,  że 

złączył się ze swym sobowtórem, że sobowtór złączył się z nim, że zlał się z oddzielonym, że 
pogubione odłamki jaźni powróciły, złożyły się na powrót, że zwyciężył... 

I to wszystko, co wie. 
 

Dzień czwarty 

 

DYSK IV 

 

„JESTEM NIEWINNY” 

TWIERDZI KOMPUTER BANKU NOWEJ SZKOCJI 

 

TRAKTAT HANDLOWY ZE STRAGE 

BLISKI URZECZYWISTNIENIA 

 

DELFINY GODZĄ SIĘ NA ROZSTRZYGNIĘCIE 

background image

POLUBOWNE 

 

W IŻK ZAGINĄŁ METAMORF 

 

 

 
Teraz podążasz swym szlakiem samotnie. 
Czym się stałeś, nie wiemy. 
Jaki klan twój, nie wiemy. 
Teraz, od teraz, teraz, jesteś czymś nie z tego świata. 
 

 

 

NOWOJORSCY FILHARMONICY 

PRZYGOTOWUJĄ PREMIERĘ SYMFONII „LEWIATAN” 

 
Charlie,  wiekowy  humbak  zamieszkujący  Lagunę  Scammon,  wysłucha  pierwszego 

instrumentalnego wykonania swej kompozycji dzięki połączeniu odbiornika satelitarnego do 
zestawu  podwodnych  głośników  o  pełnej  wierności  odtwarzania.  Wprawdzie  Charlie 
odmówił komentarzy na temat przebiegu prób, sprawiał jednak wrażenie 

 

TAKSTONICI ATAKUJĄ ZNOWU 

 
Po  wyłowieniu  z  East  River  naszpikowanego  kulami  ciała  klona  ich  przywódcy,  chwilowo 

tylko zapobieżono zaognieniu potencjalnie zapalnej sytuacji 

 

BOMBY WULKANICZNE NA ZBOCZACH KRATERU 

PRZYCZYNĄ WYBUCHU PANIKI 

REPRYMENDA DLA OBCYCH 

 
Para  turystów  z  Jetax-5,  którego  cywilizacja  znana  jest  z  ekscentrycznego  poczucia 

humoru, przyznała 

 

GENERAŁ PRZYJMUJE POKOJOWĄ NAGRODĘ NOBLA 

 

 

 
pełzając  dotarł  w  osłonięte  miejsce.  Oparł  plecy  o  skałę  i  zanurzył  palec  we  krwi. 

Wyciągnął rękę 

 

 

 

ZMNIEJSZENIE LICZEBNOŚCI STAD ŻURAWI 

KRZYKLIWYCH 

 
Pozwolenia  na  odstrzał  mają  rozwiązać  problem  nadmiernego  wzrostu  stad  rzadkich 

niegdyś żurawi, które teraz zaczynają sprawiać kłopoty. 

background image

„Spać nie można przy tych wrzaskach” skarżą się mieszkańcy 
 
 

OSZALAŁA FABRYKA NISZCZY PRODUKCJĘ 

PRZEZ 8 GODZIN POWSTRZYMUJE ATAKI GWARDII 

NARODOWEJ 

NIC NIE ZAGRAŻA ZDROWIU UWOLNIONYCH 

ZAKŁADNIKÓW 

 

 

 
Jeden stary dziad z Antyli 
wlał whisky do sekslalki wentyli. 
Potem wrzeszczał i wył, 
jakby nie miał już sił 
i rozkosznej nie przeżył chwili. 
 

 

 

KOMPUTER-LEKARZ OSKARŻONY O ZANIEDBANIE 

 
 

CZARNA DZIURA NA AUKCJI 

 
W Sotheby Park Bernet, w przyszłą środę 
 
 

DESZCZOWA WIOSNA W CAŁYM KRAJU 

 
sptote  mu  pda  obok  wody  idalej  wgłb  ziemi  za  strumogniem  zgry  suszne  ale  będne  och 

sands  łączący  każdego  z  sandsem  sands  sands  piasek  lepsydra  odmierza  dni  ruletki  zapal 
ogień  idalej  pociąż  węższych  tunelach  istnienia  podążamy  strumogień  rozdziela  role 
zwszśniąc  nwe  sny  by  dotknąć  myśli  szamana  pod  amuletem  strumognia  poprzez 
gnanewiatrem  dni  idalej  stan  zogniskowania  na  nowo  przez  soczewki  ogniopowodzi  jaźń 
ofiary 

zyskuje 

deszczowilgoć 

śniegodmuch 

wiatrocięcie 

dniocios 

nożopchnięcie 

przelanogniem  są  jaźnie  ofiar  i  łowców  pejzaż  sennokreślony  od  wierzchni  umysłu  poprzez 
serce gwiazd by uciszyć pęd rozkwitanie wiecznobieg zawszebieg pierwszy zawsze skk i pcłnk 
błyskawicy żartworzenia zawszepłynny ogniototem rozdziela części nazawsze i pada 

Budząc  się,  Mercy  Spender  miała  ochotę  na  filiżankę  herbaty  i  wizytę  na  torze  psich 

wyścigów  —  dziwny  pomysł.  Wezwała  Fishera  prosząc,  by  towarzyszył  jej  w  jadalni.  Potem 
wzięła  prysznic,  ubrała  się,  uczesała  i  po  raz  pierwszy  od  czasu  występów  na  estradzie 
pomyślała o makijażu. 

Fisher  przeszukiwał  własne  myśli  zastanawiając  się,  czy  jego  iluzjom  nie  przydałoby  się 

trochę  klasy.  Kiedy  ostatnio  był  na  wystawie  malarstwa?  Przestudiował  swoje  odbicie  w 
lustrze. Może powinien nosić dłuższe włosy? 

Za  oknem  wstawał  nowy  dzień,  topniał  śnieg,  kapała  woda.  Nucił  jakąś  melodię... 

background image

Żelaznego Niedźwiedzia, przypomniał sobie. Niezły rytm. 

Alex Mancin postanowił ukryć się w klasztorze, o którym słyszał w Kentucky. Rynek akcji 

przetrwa  jakoś  bez  niego,  a  psy  będą  karmione  i  doglądane  przez  dozorcę,  biednego 
sukinsyna. Były przecież takie głupie. 

 
Żelazny  Niedźwiedź  przecisnął  się  bokiem  przez  zasypaną  kamieniami  szczelinę  między 

pionowymi  ścianami.  Coraz  lepiej  odczytywał  ślady,  może  nawet  lepiej  niż  za  tych  dawno 
zapomnianych  dni  w  Bramie  Arktyki.  Teraz,  wkraczając  do  kanionu,  czuł,  że  zbliża  się  do 
końca szlaku. 

Nie przystawał, by przyjrzeć się ruinom, ale zmierzał wprost do miejsca wśród wypalonych 

krzewów i trawy, gdzie wydeptany grunt dowodził, że toczyła się tu walka. Kiedy tam dotarł, 
przykucnął  i  przez  długi  czas  trwał  nieruchomo,  badając  ślady  na  ziemi.  Odpryski  turkusu, 
zaschnięta krew... Cokolwiek tu zaszło, było bardzo gwałtowne. 

Wreszcie  powstał  i  ruszył  w  lewo,  w  stronę  ruin.  Coś  się  tam  odczołgało  lub  zostało 

zaciągnięte. Otworzył umysł i sondował uważnie, ale niczego nie wykrył. 

Podchodził  do  ruin,  a  w  jego  świadomości  zapalały  się  niewyraźne  obrazy.  Był  tutaj  jako 

element istoty, uformowanej przez konstrukt Sandsa w niezwykle symbolicznej postaci. Czuł 
emisję  telekinetycznej  mocy,  pamiętał  wybuch.  Ale  potem  już  nic.  Został  odepchnięty, 
pozostawiony, by szedł po śladach. 

...I  wtedy  go  zobaczył,  siedzącego  pod  ścianą  obok  narożnika  zrujnowanej  budowli.  Z 

początku nie wiedział, czy jeszcze oddycha, choć oczy miał otwarte i skierowane na niego. 

Kiedy się zbliżył, dostrzegł piktogram, który Pieśniarz własną krwią wyrysował na ścianie. 

Był to spory okrąg, w nim dwie kropki obok siebie, mniej więcej w dwóch trzecich wysokości. 
Niżej, pod nimi, wygięty w górę łuk. 

Wdychając ulotną chwilę. Żelazny Niedźwiedź skłonił głowę przed tym, co było rzadkie, co 

było  potężne.  Nie  przetrwa  pewnie,  tak  jak  bizon.  Życie  jest  grą.  Ale  właśnie  teraz,  w  tym 
momencie, zanim podszedł bliżej i przełamał czar uczuć, coś tam było. 

Jak bizon. 
 

Wysoko na górze ognia 

w zaginionym mieście Starożytnych, 

wśród ognia padającego na prawo 

i na lewo ode mnie, 

przede mną, za mną, w górze i w dole, 

spotkałem chindi mojej jaźni 

i jaźń chindi. 

Czy teraz nadam sobie imię, 

gdy go wchłonąłem? 

 

Podążam szlakiem tęczy. 

W czasie lodu i ognia 

w zaginionym mieście Starożytnych 

spotkałem chindi mej jaźni, 

stałem się jaźnią chindi. 

Wędrowałem przez światy. 

background image

Wszędzie jestem łowcą. 

Moje serce zostało podzielone na cztery części 

i pożarte przez wiatr. 

Odzyskałem je. 

 

Siedzę pośrodku świata 

i posyłam swą pieśń. 

Wszędzie jestem u siebie 

i wszystkie rzeczy zostały mi zwrócone. 

Podążałem szlakiem mego życia, 

a na jego krańcu spotkałem siebie. 

Piękno żyje wokół mnie. 

 

Nayenezgani przybywa po mnie 

do Domu Ciemności, 

rozdzielając swą laską 

rzeczy odmienione, rzeczy odwrócone. 

Mroczny Łowca mnie pamięta, 

Kojot mnie pamięta, 

Lud Nieba mnie pamięta, 

ziemia mnie pamięta. 

Starożytni mnie pamiętają. 

Ja przypomniałem sobie siebie 

wychodząc na ten świat. 

Siedzę na wielkim piaskowym wzorze 

Dinetah, tu, w jego centrum. 

Jego moc mnie pamięta. 

 

Kojot wzywa poprzez pas ciemności... 

Pochłonąłem siebie i zyskałem siłę. 

Otacza mnie piękno. 

Przede mną, za mną, po prawej 

i po lewej stronie 

pyłek kukurydzy i tęcza. 

Biała magia unosi mnie w swej dłoni. 

 

Tancerz w centrum wszystkich rzeczy 

obraca się przede mną jak piaskowy demon. 

Mój amulet błyskawicy jest strzaskany. 

Ogłosiłem swoje własne prawa. 

 

background image

Mój jedyny wróg, moje ja odrodzone 

także jest tancerzem. 

Mój szlak, mój umysł, pełne są gwiazd 

w wielkim kręgu ich obrotów 

ku wiośnie. Gwiazdy. 

Przybywam wiatrem, jak deszcz 

i wszystko, co rośnie. 

Biała magia unosi mnie w swej dłoni. 

Tu, w zaginionym Lukachukai mówię: 

Łowy nigdy się nie kończą. 

Drogą jest piękno. 

Magia jest silna. 

Pociąg duchów nie zatrzymuje się tutaj 

już więcej. Jestem łowcą 

w oczach ofiar. Gdy zawołam, 

przyjdą do mnie 

z Góry Ciemności.