background image

DIANA PALMER 

MÓJ CUDOWNY SZEF 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdyby Dane się nie pilnował, oszalałby na punkcie Tess. Jego ukochana była kobietą 

z  zasadami  i  on  o  tym  wiedział.  Nie  mógł  pójść  z  nią  do  łóŜka,  a  potem  o  wszystkim 

zapomnieć.  Pozostało  mu  jedno  wyjście:  stłumić  Ŝądzę  i  ukrywać  prawdziwe  uczucia. 

Postanowił traktować Tess tak, jak szef traktuje podwładną... 

background image

PROLOG 

Richard  Dane  Lassiter  spoglądał  na  panoramę  Houston  z  okna  swego  gabinetu  w 

eleganckim biurowcu. Patrzył nie widzącym wzrokiem na drobne krople deszczu spływające 

po  szybie.  W  zapadającym  zmroku  lśniły  neony  i  latarnie.  Dane  podświadomie  usiłował 

odwlec nieuchronną konfrontację. 

Lada  chwila  powinien  przejść  z  gabinetu  do  poczekalni  agencji  detektywistycznej. 

Musiał  zbesztać  sekretarkę,  którą  uwaŜał  niemal  za  swoją  krewną.  Tess  Meriwether  była 

córką  męŜczyzny  zaręczonego  z  jego  matką.  Nita  Lassiter  i  Wyatt  Meriwether  zginęli 

tragicznie  na  krótko  przed  ślubem.  Ich  dzieci  nie  stały  się  wprawdzie  powinowatymi,  lecz 

mimo to Dane od paru lat czuł się za Tess odpowiedzialny. Dlatego gdy dziewczyna straciła 

ojca,  zatrudnił  ją  u  siebie  i  czuwał  nad  nią  z  daleka.  Bolesne  wspomnienia  zawsze  będą  ich 

dzielić, ale uczucie pozostało. 

MoŜna by je nazwać miłością, gdyby nie to, Ŝe Dane za wszelką cenę chciał zachować 

dystans i świadomie zraŜał do siebie Tess. Miał za sobą nieudane małŜeństwo. Został równieŜ 

cięŜko  ranny,  gdy  jako  teksaski  straŜnik  tropił  przestępców.  Postrzał,  który  omal  nie  okazał 

się  śmiertelny,  spowodował  w  Ŝyciu  Lassitera  wielkie  zmiany.  Dane  odszedł  z  policji  i 

załoŜył własną agencję detektywistyczną. 

Skaptował  do  współpracy  najlepszych  miejscowych  funkcjonariuszy.  Jego  firma  od 

początku  cieszyła  się  dobrą  opinią  i  zaufaniem  klientów.  Znacznie  gorzej  układało  się  Ŝycie 

prywatne detektywa. Szczerze mówiąc, w ogóle  go nie miał. Została mu  jedynie Tess, która 

unikała go jak ognia. 

Lassiter odszedł od okna. Był wysoki i szczupły. Poruszał się zwinnie i lekko; głowę 

nosił wysoko i patrzył na ludzi z góry. Wygląd i postawa detektywa pozwalały się domyślać, 

Ŝ

e  w  jego  Ŝyłach  płynie  hiszpańska  krew.  Odziedziczył  po  przodkach  czarne  oczy  i  włosy 

oraz ciemną karnację. Był przystojnym męŜczyzną, ale nie zdawał sobie z tego sprawy. Od lat 

unikał kobiet; nie obchodziło go, czy moŜe się podobać. 

Matka  znienawidziła  go,  bo  zbytnio  przypominał  ojca,  który  porzucił  rodzinę,  kiedy 

Dane był małym chłopcem. Pragnął okazać matce, jak bardzo ją kocha, ale Nita po prostu nie 

miała  dla  niego  czasu.  Obojętność  matki  pozostawiła  głęboką  skazę  w  jego  osobowości. 

OŜenił  się,  gdy  pracował  w  policji  Houston,  jeszcze  nim  postanowił  zostać  teksaskim 

straŜnikiem.  Jane  poślubiła  jednak  nie  człowieka,  tylko  twarzowy  uniform;  to  ją  w 

narzeczonym  najbardziej  pociągało.  Wspólne  Ŝycie  nie  układało  się  dobrze.  Dane  nie  mógł 

background image

dać  Ŝonie  tego,  czego  najbardziej  pragnęła.  Szybko  doszła  do  wniosku,  Ŝe  popełniła 

niewybaczalny błąd. Odsunęła się od męŜa, nie chciała z nim sypiać, a w końcu uznała, Ŝe ma 

go  dość.  Gdy  Dane  został  ranny,  odeszła,  zanim  opuścił  szpital.  Gdyby  nie  Tess,  musiałby 

samotnie zmagać się z tamtym koszmarem. 

Na  ironię  losu  zakrawało,  Ŝe  Tess  była  w  nim  zakochana.  Dane  myślał  o  tym  z 

goryczą. Poznał ją jako nastolatkę; właśnie skończyła szkołę. Wyatt Meriwether zaniedbywał 

córkę, podobnie jak Nita  Lassiter swego syna. Oddał ją babci na wychowanie, by mieć czas 

na  liczne  romanse.  Niewinna  i  łagodna  Tess  pociągała  Dane'a  bardziej  niŜ  jakakolwiek  inna 

kobieta.  Po  dziś  dzień  wstyd  mu  było,  Ŝe  tak  źle  ją  potraktował  w  czasie  swojej 

rekonwalescencji. 

Siła  uczuć,  jakie  dla  siebie  Ŝywili,  z  niczym  nie  dała  się  porównać.  Dane  usiłował 

zdusić  je  w  zarodku.  Nie  lubił  kobiet  i  nie  miał  do  nich  zaufania.  A  jednak  Tess  znalazła 

drogę  do  jego  serca.  Nikt  go  dotąd  tak  nie  kochał.  Odrzucił  ten  dar,  ulegając  nagłemu 

wybuchowi namiętności; tak bardzo przestraszył Tess, Ŝe od tej pory trzymała się od niego z 

daleka. 

Dane  niecierpliwym  gestem  odgarnął  ciemne  włosy.  Dość  tych  wspomnień.  Nic 

dobrego z nich nie wynika. śycie przynosiło nowe problemy. Tess umyśliła sobie, Ŝe zostanie 

prywatnym  detektywem  w  jego  agencji.  Ta  praca  bywała  niebezpieczna.  Dane  niechętnie 

przydzielał  ryzykowne  zadania  Nickowi  oraz  jego  siostrze,  Helen.  Jednym  z  nich  była 

zasadzka na groźnego przestępcę, której Tess przez głupotę i nieuwagę omal nie udaremniła. 

Trzeba  jej  za  to  porządnie  natrzeć  uszu.  Niewiele  brakowało,  by  zdekonspirowała  jego 

agentów.  Nie  moŜna  ryzykować  kolejnej  takiej  wpadki.  Poza  tym  Tess  musi  się  poŜegnać  z 

marzeniami  o  posadzie  detektywa.  Ryzyko  było  zbyt  wielkie.  Helen  uległa  prośbom 

dziewczyny, nauczyła ją chwytów skutecznych w samoobronie i pokazała, jak obchodzić się z 

bronią,  chociaŜ  Dane  nie  Ŝyczył  sobie,  by  jego  agencja  przekształciła  się  w  szkółkę  dla 

początkujących detektywów. Tess była tak uparta, Ŝe w końcu zrobił dla niej wyjątek. DrŜał 

na samą myśl, Ŝe mogłaby wykonywać 

ryzykowną  pracę  detektywa.  W  biurze  była 

całkiem bezpieczna. Gdyby zmieniła posadę… 

Na szczęście nic nie wskazywało na to, by do tego doszło. 

NaleŜało jak najszybciej załatwić sprawę niefortunnego zachowania się Tess podczas 

zasadzki na podejrzanego. 

Dane  przypomniał  sobie,  jak  po  raz  pierwszy  ujrzał  Tess  w  restauracji,  gdzie  Nita  i 

Wyatt po zaręczynach umówili się na spotkanie z dwójką dorosłych dzieci. Dane udawał, Ŝe 

poczuł  niechęć  do  jasnowłosej  nastolatki,  która  od  pierwszej  chwili  pociągała  go  jednak  z 

background image

wielką siłą. Dla dorosłego, Ŝonatego męŜczyzny był to powód do niepokoju. Jane przyszła z 

nim na spotkanie, ale była tak uszczypliwa i arogancka, Ŝe odesłał ją taksówką do domu. Tess 

stanowiła jej przeciwieństwo. Była nieśmiała, milcząca i wyraźnie nim zainteresowana. 

Na samą myśl o tym Dane machinalnie napiął mięśnie. 

Od pierwszej chwili pragnął Tess i mijające lata tego nie zmieniły. śył samotnie. Miał 

waŜny powód, dla którego nie pragnął trwałego związku, a tym bardziej małŜeństwa. Męska 

duma nie pozwalała mu rozpamiętywać tej sprawy. 

Skrzywił się i podszedł do drzwi oddzielających gabinet od sekretariatu i poczekalni. 

Nie  moŜna  w  nieskończoność  odwlekać  tej  rozmowy.  To  byłby  objaw  tchórzostwa,  a  tego 

nikt  mu  nie  śmiał  zarzucić.  Obawiał  się  jednak,  Ŝe  nie  będzie  w  stanie  patrzeć  na  smutną 

twarz bezlitośnie karconej dziewczyny. Nie chciał, by znów przez niego cierpiała. Bóg jeden 

wie, ilu zmartwień przysporzył jej przez te wszystkie lata. 

Z  drugiej  strony  jednak  Tess  powinna  sobie  uświadomić,  Ŝe  w  ich  pracy  obowiązują 

Ŝ

elazne  zasady,  których  trzeba  przestrzegać.  Jeśli  raz  przymknie  oczy  na  jej  głupi  postępek, 

kolejny błąd moŜe kosztować ją Ŝycie. Nie wolno ryzykować. 

Z ponurą miną połoŜył dłoń na klamce i otworzył drzwi. 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Tess  Meriwether  westchnęła  cięŜko.  W  napięciu  zerkała  na  drzwi,  czekając,  aŜ 

otrzyma zasłuŜoną karę. Dzisiejszy dzień trudno było zaliczyć do udanych. Po tym jak omal 

nie  zdekonspirowała  pary  detektywów,  szef  traktował  ją  jak  powietrze.  Miała  nadzieję,  Ŝe 

zdoła się wymknąć ukradkiem, nim Dane wyjdzie z gabinetu, by zmyć jej głowę. 

Uporządkowała biurko, zerknęła na zegar ścienny i z ulgą sięgnęła po płaszcz. Był to 

szykowny  trencz  -  idealny  strój  dla  detektywa.  Była  uradowana  i  dumna,  kiedy  go  kupiła. 

Spełniło  się  marzenie  wielkiej  miłośniczki  kryminałów.  Praca  w  agencji  Dane'a  była 

interesująca, mimo Ŝe Dane uparcie odmawiał, ilekroć chciała pomóc w wykonaniu zlecenia. 

Przysięgła  sobie  w  duchu,  Ŝe  pewnego  dnia  zostanie  detektywem  mimo  protestów 

nadopiekuńczego szefa. 

- Dokąd się wybierasz? - usłyszała nagle znajomy  głos. Dane niespodziewanie stanął 

w  drzwiach.  W  trzyczęściowym  garniturze  wyglądał  jak  główny  bohater  kryminału. 

Niechętnie odwróciła wzrok. Wprawdzie przed trzema laty potraktował ją okropnie, ale wciąŜ 

lubiła na niego patrzeć. 

- Idę do domu - odparła. - Masz coś przeciwko temu? 

-  Owszem.  -  W  milczeniu  dał  jej  znak  ręką,  by  poszła  za  nim  do  gabinetu.  Zamknął 

drzwi  i  stanął  obok  niej.  Mimo  woli  spostrzegł,  Ŝe  napięła  mięśnie,  jakby  szykowała  się  do 

ucieczki. Ta reakcja była łatwa do przewidzenia. ZasłuŜył sobie na niechęć Tess, ale wyrzuty 

sumienia nie łagodziły bólu. 

-  Zapowiedziałem  ci,  Ŝe  podczas  akcji  masz  się  trzymać  z  daleka  od  naszych  ludzi  - 

rzucił Dane tonem znacznie ostrzejszym, niŜ zamierzał. 

-  Nie  zrobiłam  tego  umyślnie  -  odparła  Tess,  nawijając  na  palec  kosmyk  jasnych 

włosów. - Zobaczyłam Helen i pomachałam jej ręką. Wiedziałam o planowanej zasadzce, ale 

byłam przekonana, Ŝe zaczaicie się na podejrzanych wczesnym rankiem w jakimś ustronnym 

miejscu.  Nie  przyszło  mi  do  głowy,  Ŝe  para  detektywów  zaszyła  się  na  całe  popołudnie  w 

sklepie z zabawkami.  Byłam pewna, Ŝe Helen kupuje prezent bratankowi swego chłopaka.  - 

Tess zerknęła na Dane'a. Miała duŜe szare oczy. - Nie zdradziłeś mi Ŝadnych szczegółów tej 

akcji. Powiedziałeś tylko, Ŝe nie wolno mi się do tego mieszać. Miałam się trzymać z daleka. 

Z  daleka  od  czego?  -  perorowała  z  irytacją.  -  Houston  to  duŜe  miasto.  Zwykli  ludzie,  w 

przeciwieństwie  do  teksaskich  straŜników,  nie  zastanawiają  się  nad  tym,  Ŝe  moŜe  coś  im 

grozić. Trzeba jasno i wyraźnie określić, gdzie nie powinni chodzić! 

background image

Dane  wysłuchał  tyrady  swojej  sekretarki  z  kamienną  twarzą.  Nie  odrywał  od  niej 

ciemnych  oczu.  Nagle  uśmiechnął  się  prowokująco.  Stali  nieruchomo.  Rozległo  się  ciche 

pukanie.  Przez  uchylone  drzwi  do  gabinetu  zajrzała  brunetka  w  eleganckim  kostiumie.  Była 

to Helen Reed. Zerkała z obawą na szefa. 

-  Czy  mogę  iść  do  domu?  -  zapytała  cicho.  Zapadło  milczenie.  Dziewczyna  dodała 

nieśmiało: - Minęła piąta. 

- Weź magnetofon i pomóŜ bratu. MoŜe coś nagracie. Nick sam nie znajdzie dowodów 

przeciwko niewiernemu męŜowi. 

-  Wykluczone!  -  odparła  Helen.  -  Nie  zamierzam  tkwić  z  moim  braciszkiem  pod 

drzwiami  pokoju  wynajętego  na  godziny,  skąd  będą  do  nas  dochodzić  jęki  i  okrzyki 

wywołujące  rumieniec  na  policzkach.  Taka  robota  z  Nickiem?  Stanowczo  odmawiam! 

Kochany braciszek zbytnio działa mi na nerwy! Poza tym mam randkę z Haroldem! 

-  Miałaś  uświadomić  tej  młodej  darnie  -  mruknął  Dane,  ruchem  głowy  wskazując 

sekretarkę - gdzie zastawiacie pułapkę na podejrzanego, Ŝeby się tam nie plątała. 

- Moja wina! Przepraszam - jęknęła rozpaczliwie Helen. 

-  Przeprosiny  to  za  mało.  PomóŜ  Nickowi.  To  będzie  pokuta.  W  przeciwnym  razie 

stracisz posadę. 

-  Jeśli  mnie  zwolnisz  -  stwierdziła  nonszalancko  Helen  -  zatrudnię  się  w  wydziale 

komunikacji,  a  wówczas  lepiej  nie  składaj  wniosku  o  rejestrację  auta,  bo  i  tak  niczego  nie 

załatwisz. Po moim trupie! 

- CzyŜbyś zapomniała, Ŝe dwa lata przepracowałem w miejscowej policji i mam tam 

wielu znajomych? 

Helen  z  Ŝałosnym  westchnieniem  podeszła  bliŜej,  ostentacyjnie  padła  na  kolana  i 

pochyliła  się,  zamiatając  podłogę  długimi  ciemnymi  włosami.  Zrobiła  to  z  wdziękiem 

baletnicy. Nie na darmo brała lekcje klasycznego tańca. 

-  Na  miłość  boską!  Przestań  się  wygłupiać.  Idź  do  domu  -  rzucił  zniecierpliwiony 

Dane i dodał mściwie: - Mam nadzieję, Ŝe Harold zafunduje ci pizzę z tuńczykiem. 

-  Dzięki,  szefie.  Tak  się  składa,  Ŝe  uwielbiam  tuńczyka!  -  Helen  z  uśmiechem 

pomachała  Lassiterowi na poŜegnanie.  Zniknęła za drzwiami, nie dając mu czasu na zmianę 

decyzji. 

-  CóŜ  za  arogancja!  Wkrótce  usłyszę,  Ŝe  naleŜy  jej  się  urlop  na  Bahamach.  -  Dane 

niecierpliwym gestem odgarnął włosy. Niesforny kosmyk opadł mu na czoło. Tess pokręciła 

głową. 

- Helen woli Jamajkę. Wiem, bo pytałam. 

background image

Dane  chodził  niespokojnie  po  gabinecie.  Tess  obserwowała  go  ukradkiem.  Miał 

sylwetkę  kowboja  -  zwycięzcy  rodeo:  szerokie  ramiona,  wąskie  biodra,  długie  mocne  nogi. 

Gdy był zmęczony, dawały o sobie znać rany odniesione podczas strzelaniny sprzed trzech lat 

i wówczas lekko utykał. Teraz wydawał się znuŜony. 

Po trzech latach znajomości Tess nadal trochę się go obawiała, ale potrafiła ukryć łęk. 

Wiedziała, jak stawić czoło ukochanemu męŜczyźnie. Raz jeden zapomniał się przy niej i to 

wystarczyło, by straciła ochotę na upojne sam na sam. 

Poczuła na sobie uporczywe spojrzenie. Miała wraŜenie, Ŝe Dane czyta w jej myślach. 

Na policzki wystąpiły jej rumieńce. 

-  Zawstydzona?  -  rzucił  ironicznie.  Jego  taksujący  wzrok  wprawiał  w  zakłopotanie 

nawet starych policjantów. 

-  Zastanawiałam  się,  co  bym  czuła,  gdyby  przyszło  mi  złapać  na  gorącym  uczynku 

niewiernego męŜa - skłamała i mocniej ścisnęła torebkę. - Muszę juŜ iść. 

- Randka? Nie moŜesz się doczekać, kiedy padniesz mu w ramiona? - rzucił obojętnie. 

Tess  unikała  męŜczyzn,  ale  nie  chciała,  Ŝeby  Dane  o  tym  wiedział.  Z  uśmiechem 

wzruszyła ramionami i wyszła. 

Zapadł zmrok; było chłodno. Blask ulicznych latarni w niewielkim stopniu rozpraszał 

mrok. Zimowy wieczór był mglisty, ponury i smutny. Tess zapięła płaszcz i powlokła się w 

stronę  stojącego  na  parkingu  auta.  Jeździła  małym  importowanym  samochodem.  Dzisiejszy 

wieczór będzie taki sam jak inne. Miała go spędzić samotnie w mieszkanku zwanym szumnie 

własnym  domem.  Urządziła  je  najlepiej,  jak  mogła:  mała  kuchenka,  łazienka,  pokój  z 

rozkładaną kanapą, stanowiący zarazem salon i sypialnię. Wieczorami oglądała stare filmy, aŜ 

poczuła  zmęczenie;  wtedy  szła  do  łóŜka.  Kolejny  wieczór  będzie  taki  sam  jak  poprzedni. 

Zmieni się jedynie tytuł filmu. 

Do  niedawna  mogła  oglądać  ulubione  starocie  w  towarzystwie  Kit  Morris, 

przyjaciółki  i  sąsiadki  w  jednej  osobie,  która  pracowała  w  pobliŜu  agencji.  Tak  się  jednak 

złoŜyło,  Ŝe  szef  Kit  wyjechał  na  dwa  miesiące  w  interesach,  a  sekretarka,  ciesząca  się 

całkowitym  zaufaniem,  musiała  towarzyszyć  szefowi;  była  dyspozycyjna,  co  miało  znaczny 

wpływ  na  wysokość  jej  pensji.  Tess  bardzo  tęskniła  za  nieco  starszą  od  niej  przyjaciółką. 

Często  się  spotykały  -  takŜe  w  pracy,  bo  agencja  detektywistyczna  Lassitera  dostawała  od 

szefa  Kit  wiele  zleceń,  odkąd  za  jej  pośrednictwem  znaleziono  matkę  milionera  -  szaloną 

kobietę skłonną do ryzykownych eskapad. 

Po  wyjeździe  sąsiadki  Tess  była  osamotniona.  Nie  miała  się  komu  zwierzyć.  Lubiła 

Helen i uwaŜała ją za przyjaciółkę, ale nie mogła wyznać koleŜance z pracy, Ŝe Dane Lassiter 

background image

złamał jej serce. 

Zarzuciła torbę na ramię i wsunęła ręce do kieszeni płaszcza. Pomyślała, Ŝe jej Ŝycie 

przypomina tę okropną noc: chłód, pustka, samotność. 

Gdy  zamknęły  się  za  nią  drzwi  wejściowe  biurowca,  spostrzegła  dwóch  elegancko 

ubranych  męŜczyzn  rozmawiających  w  blasku  ulicznej  latarni.  Obserwowała  ich  z 

ciekawością, gdy dokonywali wymiany: otwarty neseser wypełniony plastikowymi torebkami 

z  białą  zawartością  za  gruby  pakiet  banknotów.  Minęła  nieznajomych,  uśmiechnęła  się  z 

roztargnieniem, skinęła im głową i poszła dalej. Nie zdawała sobie sprawę, Ŝe wprawiła obu 

panów w osłupienie. Zmierzała w stronę parkingu. 

- Widziała? - zapytał jeden z męŜczyzn. 

- O rany! Pewnie, Ŝe tak! Za nią! 

Tess  nie  słyszała  tej  rozmowy,  ale  zaniepokoił  ją  dobiegający  z  tyłu  odgłos  kroków. 

Odwróciła  się  powoli  i  ujrzała  biegnących  męŜczyzn.  Miała  wraŜenie,  Ŝe  chcą  jej  zrobić 

krzywdę.  Krzyczeli  coś.  Osłupiała  ze  strachu.  Nie  była  w  stanie  zrobić  kroku.  Nagle  blask 

latarni  zalśnił  na  metalowym  przedmiocie  trzymanym  przez  jednego  z  biegnących.  Nim  się 

zorientowała, Ŝe to świetlny  refleks wypolerowanej lufy  pistoletu, rozległ się głośny trzask i 

coś uderzyło ją w ramię. Krzyknęła, zachwiała się i upadła na asfalt. 

-  Zabiłeś  ją!  -krzyknął  jeden  z  męŜczyzn.  -  Ty  idioto!  Wsadzą  nas  za  morderstwo,  a 

nie za handel kokainą! 

- Zamknij się! Daj pomyśleć! MoŜe nie zginęła na miejscu… 

- Wiejmy stąd! Na pewno ktoś usłyszał strzały! 

- O rany! Ta kobieta wyszła z budynku, w którym mieści się agencja detektywistyczna 

- jęknął facet z pistoletem w dłoni. 

-  Coraz  lepiej!  Wspaniałe  miejsce  na  sfinalizowanie  transakcji.  Wiejmy!  To  syreny 

radiowozów! 

Przestępca  się  nie  mylił.  Nadjechał  patrol  zaalarmowany  przez  wystraszonego 

przechodnia.  Radiowóz  zablokował  wyjazd  z  parkingu.  W  świetle  reflektorów  policjanci 

ujrzeli dwóch męŜczyzn pochylonych nad osobą leŜącą nieruchomo na asfalcie. 

- O rany! - krzyknął jeden z przestępców. - Wiejmy! 

Tess  jak  przez  mgłę  słyszała  tupot  kroków.  Była  w  szoku.  Daremnie  próbowała  się 

podnieść. Asfalt pod jej policzkiem był wilgotny i chropowaty. Nic więcej nie czuła. 

- Kogoś postrzelili! - dobiegł ją nieznany głos. - Trzeba ich zatrzymać! 

Usłyszała  kilka  wystrzałów.  Stopy  w  czarnych  butach  przemknęły  obok  jej  twarzy. 

Dwaj policjanci ścigali eleganckich przechodniów. 

background image

- Tess! 

W  pierwszej  chwili  nie  rozpoznała  głosu  Dane'a.  Jej  szef  był  zawsze  opanowany  i 

chłodny. Rzadko się denerwował i mówił głośno. 

OstroŜnym  ruchem  odwrócił  zszokowaną  dziewczynę.  Patrzyła  na  niego  nie 

widzącym  wzrokiem.  Czuła,  Ŝe  jej  ramię  staje  się  wilgotne,  cięŜkie  i  gorące.  Chciała 

opowiedzieć, co się stało, ale nie była w stanie wykrztusić słowa. 

Dane od razu dostrzegł ciemną plamę na rękawie płaszcza. Tkanina szybko nasiąkała 

krwią, płynącą obficie z rany. 

-  BoŜe!  -  jęknął  rozpaczliwie,  ale  zachował  kamienną  twarz,  nie  ujawniając  swych 

obaw. Tylko oczy lśniące od gniewu płonęły jak dwie ciemne gwiazdy. 

- Jest ranna? - zapytał jeden z policjantów, podbiegając z pistoletem w dłoni do leŜącej 

nieruchomo dziewczyny. Ukląkł obok Tess. 

-  Tak.  Niech  pan  wezwie  karetkę.  -  Dane  na  moment  podniósł  wzrok.  -  Szybko. 

Dziewczyna bardzo krwawi. 

Policjant ruszył pędem do radiowozu. 

Dane  nie  tracił  czasu.  Zsunął  płaszcz  z  ramienia  Tess.  Skrzywił  się,  widząc  rozdarty 

pociskiem  rękaw  bluzki.  Krew  płynęła  obficie.  Lassiter  zaklął,  oczyścił  ranę  czystą 

chusteczką do nosa i mocno ucisnął, by zatrzymać krwawienie. Nie zwrócił uwagi na okrzyk 

bólu, który wyrwał się z ust rannej. 

- Cicho - próbował ją uspokoić. - Nie ruszaj się, maleńka. Jestem przy tobie. Wszystko 

będzie dobrze. 

Tess drŜała. Łzy spływały jej po policzkach. Zaczęła odczuwać ból dopiero, gdy Dane 

zrobił  prowizoryczny  opatrunek.  Bardzo  cierpiała.  Krzyknęła,  gdy  owinął  ranę  chusteczką  i 

mocno zacisnął opaskę. Lassiter zdjął płaszcz i przykrył drŜącą z zimna dziewczynę. Wsunął 

jej  torbę  pod  stopy,  by  zapobiec  omdleniu.  Potem  zajął  się  obficie  krwawiącą  raną.  Tess 

zdawała  sobie  sprawę,  Ŝe  jej  stan  jest  powaŜny,  ale  miała  świadomość,  Ŝe  znajduje  się  w 

dobrych  rękach,  i  dlatego  nie  uległa  panice.  Obecność  Dane'a  dodawała  jej  otuchy.  Bywał 

okrutny, ale w potrzebie mogła na nim polegać. 

- Czy wykrwawię się na śmierć? - zapytała spokojnie. 

-  Wykluczone.  -  Dane  spojrzał  na  jadący  w  ich  kierunku  radiowóz.  Mamrotał 

przekleństwa,  których  Tess  do  tej  pory  nie  słyszała  z  jego  ust.  Zerwał  się  na  równe  nogi  i 

krzyknął do policjanta: - Nie czekamy na karetkę. Dziewczyna się wykrwawi, zanim lekarz tu 

dojedzie. Niech mi pan pomoŜe umieścić ją w aucie. 

-  Przed  chwilą  dostałem  wiadomość  od  kolegi.  Złapał  jednego  z  tych  łobuzów  - 

background image

oznajmił policjant, wraz z Dane'em przenosząc ranną na tylne siedzenie. - Jeśli nie zjawi się 

tutaj, nim uruchomię silnik, będzie musiał piechotą wrócić na posterunek. 

- Jasne. - Dane ułoŜył głowę Tess na swoich kolanach. - Ruszajmy. 

Gdy rozległ się warkot silnika, na parking wbiegł funkcjonariusz prowadzący skutego 

kajdankami męŜczyznę. Dane zacisnął pięści. 

- Wezwałem patrol. JuŜ tu jadą - zawołał siedzący za kierownicą policjant do kolegi. - 

Mamy tu ranną dziewczynę. Dasz sobie radę? 

- Pewnie! Zawieź ją do szpitala - usłyszał w odpowiedzi. 

Kierowca  prowadził  z  wyczuciem,  którego  Tess  pewnie  by  mu  pozazdrościła,  gdyby 

nie cierpiała tak bardzo z powodu bólu i mdłości. 

Po  kilku  minutach  radiowóz  zatrzymał  się  przed  izbą  przyjęć  szpitala  miejskiego. 

Ranna nie miała o tym pojęcia. Straciła przytomność. 

Kiedy  otworzyła  oczy,  było  całkiem  jasno.  Zamrugała  powiekami.  Była  lekko 

oszołomiona. Całkiem przyjemne uczucie.  Bark i ramię były spuchnięte i zbolałe. Poruszyła 

się i dopiero wówczas spostrzegła, Ŝe jest podłączona do kroplówki i aparatury medycznej. 

-  UwaŜaj  -  mruknął  Dane  siedzący  na  krześle  przy  szpitalnym  łóŜku.  -  Podłączanie 

tych wszystkich rurek po raz drugi nie będzie przyjemne. 

-  Było  ciemno…  -  wymamrotała  sennym  głosem,  odwracając  głowę  w  jego  stronę.  - 

Gonili mnie tamci dwaj. Jeden z nich chyba mnie postrzelił. 

-  Zgadza się - odparł Dane. - To byli handlarze  narkotyków. Co się właściwie stało? 

Weszłaś przypadkiem między przestępców i policję? Była jakaś strzelanina? 

-  Nie  -  odparła  z  wysiłkiem.  -  Widziałam,  jak  tamci  faceci  finalizowali  transakcję. 

Wpadli w panikę, a ja byłam tak roztargniona, Ŝe początkowo nie skojarzyłam, co się dzieje. 

Dopiero kiedy za mną pobiegli, doznałam olśnienia. 

-  Widziałaś,  jak  wymieniali  narkotyki  i  pieniądze?  -  Dane  znieruchomiał.  ZnuŜona 

pacjentka pokiwała głową. 

- Obawiam się, Ŝe miałam tę wątpliwą przyjemność. 

-  Jeśli  dobrze  ci  się  przyjrzeli  i  rozpoznali  budynek,  z  którego  wyszłaś…  -  Dane 

gwizdnął cicho. 

- Jeden zdołał uciec, prawda? 

- Ten, który do ciebie strzelał - odparł ponuro. - Drugiego policja nie moŜe zbyt długo 

przetrzymywać w areszcie. Zbyt mało na niego mają. Złapali łobuza, ale lada chwila wyjdzie 

za kaucją. Jeśli zdecydujesz się zeznawać, pójdzie do pudła za handel narkotykami. 

- Jego kumpel do mnie strzelał - przypomniała mu Tess. - To  wspólnicy.  Nie moŜna 

background image

go oskarŜyć o współudział? 

- Kto wie? Trudna sprawa. Nie potrafię się w tym wszystkim rozeznać. 

-  Na  pewno  sobie  poradzisz  -  mruknęła  sennym  głosem.  -  Tylu  przestępców 

wpakowałeś juŜ za kratki… 

- Znam ich sposób myślenia - przyznał Dane, mruŜąc ciemne oczy - ale tym razem nie 

potrafię zebrać myśli, bo napadli na bliską mi osobę. 

Tess miała wraŜenie, Ŝe  śni. CzyŜby Dane się o  nią martwił? Bezsensowne mrzonki! 

PrzecieŜ  był  do  niej  uprzedzony.  I  cóŜ  z  tego,  Ŝe,  kierowany  litością,  zatrudnił  niedoszłą 

powinowatą,  gdy  straciła  ojca?  Wyjątek  potwierdza  regułę.  Był  wrogo  nastawiony  do  Tess, 

więc dlaczego miałby się o nią martwić? 

-  Jak  się  dzisiaj  czujesz?  -  zapytał,  pochylając  się  nad  pacjentką,  która  mimo  woli 

podziwiała grę jego mięśni pod cienką koszulą. 

-  Lepiej  niŜ  ostatniej  nocy.  -  Odruchowo  dotknęła  opatrunku.  -  Co  ze  mną  robili 

lekarze? 

-  Wyjęli  kulę.  Kaliber  trzydzieści  osiem,  -  Wyciągnął  z  kieszeni  pocisk  i  pokazał  go 

Tess. - Pamiątka. MoŜesz go sobie umieścić w gablotce. 

-  Wolałabym,  Ŝeby  policja  umieściła  za  kratkami  faceta,  który  mnie  postrzelił  - 

odparła Tess. Dane kpiąco uniósł brwi. 

- PrzekaŜę tę odkrywczą uwagę miejscowym funkcjonariuszom. 

- Czy mogę wrócić do domu? 

- Jeszcze za wcześnie. Najpierw musisz odzyskać siły. Straciłaś duŜo krwi. Operowali 

cię pod narkozą. 

- Helen będzie wściekła, gdy się dowie o tej przygodzie - powiedziała z wymuszonym 

uśmiechem. - Jest prywatnym detektywem i ciągle ryzykuje, a tymczasem bandyci wzięli na 

cel zwyczajną sekretarkę. 

- O, tak - przyznał Dane. - Nasza urocza koleŜanka pozielenieje z zazdrości. - Długo 

nie  odrywał  zmruŜonych  ciemnych  oczu  od  bladej  twarzy  otoczonej  wijącymi  się  jasnymi 

włosami. 

- Pytałeś, jak się czuję. Zapewniam, Ŝe całkiem nieźle, choć nie wiem, dlaczego cię to 

interesuje. PrzecieŜ mnie nienawidzisz - powiedziała sennym głosem, by przerwać milczenie. 

Przymknęła powieki. 

Głos  Tess  cichł  z  wolna.  Musiała  odpocząć.  Dane  pozostawił  jej  słowa  bez 

odpowiedzi,  ale  wyraz  jego  oczu  dowodził,  Ŝe  byłby  w  rozpaczy,  gdyby  jedyna  bliska  mu 

osoba straciła Ŝycie. 

background image

Za  wszelką  cenę  starał  się  ukryć  swoje  uczucia,  a  zatem  trudno  się  dziwić,  Ŝe  Tess 

przypisywała  mu  nienawiść.  Udawał  obojętnego,  gdy  go  unikała.  Ratował  swoją  dumę 

udając, Ŝe celowo robi jej przykrości, Ŝeby wreszcie się od niego odczepiła. 

Ciche  pukanie  do  drzwi  wyrwało  go  z  zadumy.  Do  separatki  weszła  uśmiechnięta 

pielęgniarka. Sprawdzała odczyty na wskaźnikach aparatury medycznej. 

-  Miała  szczęście,  prawda?  -  rzuciła  z  roztargnieniem,  spoglądając  na  termometr.  - 

Gdyby kula poszła trochę bardziej w bok, byłoby po niej. 

Ta przypadkowa uwaga całkiem zbiła z tropu Dane'a. Mrugał powiekami, spoglądając 

na śpiącą Tess. Gdyby jej zabrakło, zostałby na świecie sam jak palec. Nie miałby nikogo. 

PrzeraŜony tą myślą, nie był w stanie usiedzieć w jednym miejscu. Wymamrotał jakieś 

usprawiedliwienie  i  wybiegł  ze  szpitalnego  pokoju.  Ruszył  w  głąb  korytarza,  patrząc  przed 

siebie  niewidzącym  wzrokiem.  Starał  się  myśleć  tylko  o  swoim  białym  mercedesie,  który 

Helen na prośbę szefa zostawiła pod szpitalem, gdy Tess była operowana. Przypomniał sobie, 

Ŝ

e obiecał wpaść do biura i przekazać informację o stanie zdrowia rannej koleŜanki. Spojrzał 

na  zegarek;  jego  podwładni  zapewne  są  juŜ  w  agencji.  Potem  zajrzy  do  siebie,  Ŝeby  wziąć 

prysznic i zmienić ubranie. 

Wyszedł z budynku i odnalazł auto. Westchnął cięŜko i wsiadł. Nie od razu uruchomił 

silnik.  Jego  wzrok  przykuła  czerwona  plamka  na  rękawie  marynarki.  Krew  Tess. 

Poprzedniego  wieczoru  patrzył  bezradnie,  jak  uchodzi  z  niej  Ŝycie.  Niewiele  brakowało,  by 

Tess umarła w jego ramionach. 

Do niedawna była pogodną, zawsze uśmiechniętą dziewczyną, która za wszelką cenę 

pragnęła  sprawić  mu  radość.  Nie  ulegało  wątpliwości,  Ŝe  była  w  nim  zakochana.  Dane 

zacisnął  powieki.  Sam  zabił  tę  miłość.  Przeraził  śmiertelnie  Tess,  gdy  jak  ostatni  gbur  uległ 

Ŝą

dzy silniejszej niŜ wszelkie skrupuły i próbował zdobyć tę dziewczynę, nie zwaŜając na jej 

opór.  Chciał  ją  mieć;  nie  próbował  zapanować  nad  tym  pragnieniem.  Nie  potrafił  okazać 

czułości  i  śmiertelnie  przeraził  Tess.  Nie  zrobił  tego  umyślnie,  ale  całkiem  moŜliwe,  Ŝe 

ujawnił  się  w  ten  sposób  podświadomy  lęk  przed  dziewczyną,  która  mogła  się  stać 

najwaŜniejszą  osobą  w  jego  Ŝyciu.  Usiłował  zapobiec  owemu  uzaleŜnieniu.  Nieudane 

małŜeństwo  sprawiło,  Ŝe  był  nieufny  jak  skrzywdzone  zwierzę.  Z  goryczą  wspominał 

pierwsze spotkanie z Tess… 

Po  wieczorku  zapoznawczym  w  restauracji,  podczas  którego  ojciec  Tess  i  matka 

Dane'a czynili wysiłki, by stworzyć pozory rodzinnego szczęścia, nastolatka i młody policjant 

widywali się tylko w święta. Dane i jego Ŝona Jane byli coraz bardziej poróŜnieni. Nita, nie 

bez  złośliwej  satysfakcji,  oznajmiła  synowi,  Ŝe  młodsza  pani  Lassiter  romansuje  z  innym 

background image

męŜczyzną. MoŜna by pomyśleć, Ŝe niewierność Jane i cierpienie syna sprawiły jej osobliwą 

przyjemność. 

Dane'a  czekało  wiele  trudnych  chwil.  W  dniu  gdy  Wyatt  Meriwether  i  Nita  Lassiter 

ogłosili  swoje  zaręczyny,  został  powaŜnie  ranny  w  strzelaninie,  do  której  doszło  podczas 

napadu na bank. Jego Ŝycie wisiało na włosku. 

Tess  przyjechała  do  szpitala  najszybciej,  jak  mogła.  Przywiózł  ją  ojciec.  Kiedy 

zorientował się, Ŝe Nita siedzi w domu, a Jane jest nieuchwytna, postanowił się ulotnić. 

Tess  została  przez  całą  noc  i  następny  dzień.  Wyjaśniła  pielęgniarkom,  Ŝe  wkrótce 

będzie przybraną siostrą rannego, który nie ma innej rodziny. Pozwolono jej czuwać przy nim 

na  oddziale  intensywnej  terapii,  Trzymała  go  za  rękę,  ocierała  spocone  czoło  i  z  lękiem 

obserwowała groźne rany na plecach, ramieniu i udzie. Kule przeszły na wylot przez ciało. 

-  Będę  chodzić?  -  dopytywał  się  Dane  zbolałym  głosem,  ledwie  odzyskał 

przytomność. 

-  Oczywiście  -  zapewniła  z  uśmiechem.  Dotknęła  jego  policzka  i  odgarnęła  z  czoła 

potargane włosy. Czuła, Ŝe ma prawo do takich czułych gestów. Ranny przymknął oczy. 

- Gdzie jest moja matka? - jęknął. Po chwili dodał chrapliwym szeptem: - A Jane? 

Tess milczała, nie wiedząc, co odpowiedzieć. 

- Sypia z moim najbliŜszym współpracownikiem - powiedział głucho Dane, otwierając 

szeroko czarne oczy roziskrzone nienawiścią. - Sam mi powiedział… 

Tess zmarszczyła brwi. 

Ranny uśmiechnął się z goryczą i ponownie zapadł w sen. 

Następne  tygodnie  przyniosły  wiele  przykrych  niespodzianek.  Jane  przyszła  do 

szpitala  tylko  raz.  Była  zakłopotana,  poniewaŜ  zjawiła  się  jedynie  po  to,  by  oznajmić,  Ŝe 

złoŜyła pozew o rozwód. Zamierzała powtórnie wyjść za mąŜ, gdy tylko rozprawa dobiegnie 

końca. Matka rannego wpadła na moment. Uchyliła drzwi, zajrzała do pokoju i stwierdziła, Ŝe 

syn nie zamierza przenieść się na tamten świat. Uspokojona pojechała Ŝeglować z Wyattem. 

Tess była wściekła na bliskich rannego; nie odstępowała od szpitalnego łóŜka. 

Obojętność rodziny nie była ostatnim ciosem, jaki spadł na Lassitera. Okazało się, Ŝe 

postrzał w plecy będzie miał trwałe skutki, a zatem Dane nie będzie w stanie pracować jako 

policjant w pełnym wymiarze godzin. 

Na wieść o tym chory popadł w głębokie przygnębienie. 

-  I cóŜ ci przyjdzie z tego, Ŝe będziesz się zamartwiać? - tłumaczyła  cierpliwie Tess, 

zaniepokojona  wyrazem  twarzy  chorego.  Uklękła  obok  jego  krzesła  i  przez  kilka  minut 

mocno ściskała silną dłoń. - Nie wolno się poddawać, Dane - przekonywała. - Nie jest wcale 

background image

przesądzone, Ŝe będziesz musiał odejść z policji, chociaŜ trzeba się liczyć z taką moŜliwością. 

Nie daj sobie odebrać nadziei. 

-  Jak?  Najgorsze  juŜ  się  stało  -  odparł  krótko  i  odwrócił  wzrok.  -  Po  co  tu  ze  mną 

siedzisz? Szkoda czasu. 

- Wkrótce staniemy się rodziną - przypomniała mu. - Chcę, Ŝebyś wyzdrowiał. 

- Niepotrzebna mi smarkata siostrzyczka. 

-  Będziesz  na  mnie  skazany,  gdy  nasi  rodzice  wezmą  ślub  -  odparła  z  pobłaŜliwym 

uśmiechem.  -  Dość  tych  ponurych  min.  PrzecieŜ  jesteś  twardzielem.  Teksaski  straŜnik  nie 

poddaje  się  tak  łatwo.  Przez  jakiś  czas  będziesz  w  gorszej  formie.  I  co  z  tego?  Wierz  mi, 

Dane, z twoim doświadczeniem w ściganiu przestępców na pewno znajdziesz ciekawą pracę. 

Los  wyrzuca  cię  drzwiami?  Trudno,  wejdziesz  oknem.  Z  pewnością  szybko  wpadniesz  na 

dobry pomysł, jeśli tylko zechcesz popatrzeć na swoją sytuację w takim świetle. 

Dane  milczał,  ale  z  uwagą  przysłuchiwał  się  wywodom  swojej  opiekunki.  ZmruŜył 

lekko powieki i popatrzył jej prosto w oczy. 

- Nie lubię kobiet - oznajmił. 

- Tak sądziłam. Muszę przyznać, Ŝe nie miałeś do nich szczęścia. 

-  OŜeniłem  się  z  Jane  na  złość  matce.  Nie  będę  się  wypierał,  Ŝe  pragnąłem  tej 

dziewczyny.  Ona  chciała  mieć  dom  i  dzieci.  To  jej  największe  marzenie.  -  Odwrócił  twarz, 

jakby wspomnienie o nieczułości Jane sprawiało mu ból. - Odejdź, Tess. Dość tej zabawy w 

siostrę miłosierdzia. 

-  Wykluczone.  -  Tess  wzruszyła  ramionami.  -  Jeśli  odejdę,  kto  ci  wybije  z  głowy 

skłonność do uŜalania się nad sobą? 

- Idź do cholery! - burknął i groźnie popatrzył jej w oczy. Uśmiechnęła się na dowód, 

Ŝ

e trudno ją przestraszyć. Była uradowana, Ŝe otrząsnął się z apatii, w którą popadł, kiedy mu 

powiedziała, Ŝe chyba będzie musiał zrezygnować z pracy. 

- Znów jesteś sobą - rzuciła ironicznie. - Masz ochotę na filiŜankę kawy? 

Po  chwili  wahania  z  irytacją  skinął  głową,  jakby  miał  dość  tej  ciągłej  troskliwości. 

Tess zerwała się skwapliwie i wybiegła z pokoju do korytarza, gdzie stał automat z kawą. 

Do tej pory Ŝadna kobieta nie zachowywała się tak wobec Lassitera. Był zbity z tropu, 

bo Tess postanowiła się nim zaopiekować i okazała mu troskę. Nitę interesowało jedynie to, 

co syn moŜe dla niej zrobić, Jane okazała się jeszcze większą egoistką. Tess była ulepiona z 

innej gliny. Dzieliło ich tak wiele, Ŝe Lassiter czuł się zaniepokojony - tym bardziej Ŝe śliczna 

i  miła  dziewczyna  wkradła  się  podstępnie  do  jego  serca.  Odczuwał  wobec  niej  nie  tylko 

wdzięczność.  Gdy  ukradkiem  zerkał  na  zgrabną  postać,  poŜądanie  ogarniało  go  z  nie  znaną 

background image

dotąd siłą. Pragnął jej bardziej niŜ Jane, co mogło mu z czasem przysporzyć kłopotów. Tess 

miała  zaledwie  dziewiętnaście  lat.  Z  drugiej  strony  jednak  podobnie  jak  większość  jej 

rówieśniczek  zapewne  miała  juŜ  za  sobą  pierwsze  doświadczenia  erotyczne.  W  dzisiejszych 

czasach  to  niemal  oczywiste.  Dane  przymknął  oczy.  Pomyśli  o  tym  jutro.  Na  wszystko 

przyjdzie pora. 

Posłuchał  rady  Tess  i  zastanawiał  się,  co  mógłby  robić  w  przyszłości.  Zagryzł  usta  i 

rozwaŜał kolejne warianty. Uśmiechnął się, gdy przyszedł mu do głowy ciekawy pomysł. 

Przez  kilka  tygodni  Tess  przychodziła  regularnie.  Przesiadywała  w  jego  separatce,  a 

później  w  mieszkaniu,  bawiąc  rekonwalescenta  rozmową.  Dane  milcząco  zgodził  się  na  te 

odwiedziny i przestał się mieć na baczności. Z wolna stawali się sobie bliscy. Dane walczył z 

coraz silniejszym poŜądaniem. 

Nie  mógł  się  pochwalić  wielkimi  sukcesami.  Chroniczne  napięcie  usunęło  w  cień 

potrzebę ciepła i Ŝyczliwości. Pewnego dnia był wyjątkowo podminowany. Przewracał się w 

łóŜku z boku na bok. 

-  Znowu  ty?  Czego  chcesz,  do  jasnej  cholery?  -  zapytał  lodowatym  tonem,  gdy  Tess 

weszła do separatki. 

- To proste. śebyś wyzdrowiał - odparła spokojnie. Przywykła do wybuchów gniewu i 

nagłych zmian nastroju Dane'a. 

-  Wynoś  się.  -  Dane  opadł  na  poduszkę  i  zamknął  oczy.  -  Uciekaj.  Spóźnisz  się  do 

szkoły. 

- Zdałam juŜ wszystkie egzaminy. Poza tym są wakacje. 

- Idź do pracy. 

- Zapisałam się na kurs dla sekretarek. 

- A w ciągu dnia pracujesz? 

- W pewnym sensie. 

- Jak to? - Zaciekawiony Dane odwrócił głowę ku Tess. 

-  Tata  powiedział,  Ŝe  opieka  nad  tobą  to  cięŜka  praca.  Moim  najwaŜniejszym 

zadaniem jest teraz postawić cię na nogi. 

Tess była nie tylko dobrą samarytanką, lecz takŜe zakochaną dziewczyną. Uwielbiała 

Lassitera.  Odchudzała  się  i  pracowała  nad  swoim  wyglądem  w  nadziei,  Ŝe  podczas  długiej 

rekonwalescencji  zyska  jego  względy.  Jej  starania  przynosiły  marne  efekty,  ale  nie  traciła 

nadziei, Ŝe pewnego dnia dopnie swego. 

-  Zapewne  jesteś  dyplomowanym  psychologiem  z  uprawnieniami  terapeuty  -  rzucił 

uszczypliwie Dane. 

background image

Tess  nie  zwracała  uwagi  na  jego  złośliwości.  Wiedziała,  Ŝe  jej  podopieczny  bardzo 

cierpi, znosiła więc owe docinki ze stoickim spokojem. OdłoŜyła torebkę i pochyliła się nad 

chorym. Długie włosy związane w koński ogon spłynęły na szczupłe ramię. 

- Mój ojciec poślubi wkrótce twoją matkę. Będziemy rodziną. Musisz przywyknąć, Ŝe 

będę się tobą opiekować - oznajmiła dziewczyna. 

- Nie potrzebuję opieki. - Dane spojrzał na nią wrogo. 

-  Wręcz  przeciwnie  -  odparła  uprzejmie.  Zmierzyła  wymownym  spojrzeniem  blizny 

na ramionach widoczne spod białej koszulki. Plecy  Lassitera wyglądały jeszcze gorzej. Tess 

widziała je, gdy ranny spał, lecz wolała mu o tym nie wspominać. 

-  Wiem,  Ŝe  bardzo  cierpisz  -  powiedziała  cicho  i  spojrzała  na  niego  z  czułością.  - 

Bardzo ci współczuję, Richardzie. 

- Jestem Dane - burknął. - Nie uŜywam pierwszego imienia. 

- Rozumiem. 

- Nie Ŝyczę sobie, by smarkata uczennica dorabiała sobie jako moja pielęgniarka. 

-  Dlaczego  matka  tak  rzadko  cię  odwiedza?  -  zapytała  Tess,  zmieniając  temat.  Dane 

odwrócił wzrok. 

- Nienawidzi mego ojca. Jestem do niego bardzo podobny. 

-  Ach,  tak.  -  Podeszła  bliŜej.  Po  chwili  dodała  z  przekonaniem,  a  zarazem  trochę 

niepewnie:  -  Dobrze  jest  mieć  rodzinę,  prawda?  NajbliŜsza  była  mi  babcia,  lecz  i  ona 

wychowywała  mnie  tylko  dlatego,  Ŝe  nie  miała  innego  wyjścia.  Mama  umarła,  kiedy  byłam 

małą  dziewczynką.  -  Tata…  -  Wzruszyła  ramionami.  -  Rodzina  niewiele  dla  niego  znaczy. 

Właściwie na nikim nie mogłam polegać. A ty… Wybacz, Ŝe o tym mówię, ale jesteś chyba 

w  podobnej  sytuacji.  -  Umilkła  i  objęła  się  ciasno  ramionami.  -  Moglibyśmy  wspierać  się 

nawzajem w trudnych chwilach. 

- Nie potrzebuję Ŝadnego wsparcia! - Dane zacisnął zęby i popatrzył na dziewczynę ze 

złością. - Przestań się mną opiekować! 

-  Przywykniesz  -  odparła  z  wymuszonym  uśmiechem,  choć  w  głębi  serca  bardzo 

przeŜywała okrutne słowa. To jasne, czemu Dane nie chciał mieć z nią nic wspólnego. Takich 

jak ona nikt nie potrzebuje. 

Lassiter  milczał  uparcie.  Nie  zwracał  uwagi  na  samozwańczą  opiekunkę,  która  ani 

myślała  zostawić  go  na  pastwę  losu.  Zjawiała  się  codziennie.  Przynosiła  ksiąŜki  i  taśmy  z 

muzyką.  Dokarmiała  go  domowym  jedzeniem  i  długo  z  nim  rozmawiała.  Kłóciła  się  z 

Dane'em  i  zachęcała  go,  by  ćwiczył  dla  odzyskania  pełnej  sprawności.  Z  czasem  zakochała 

się w nim na śmierć i Ŝycie. 

background image

Nie  zdawała  sobie  sprawy,  Ŝe  tak  jawnie  okazuje  uczucia.  Trudno  się  było  nie 

domyślić  prawdy,  skoro  dziewczęca  twarz  promieniała  na  widok  ukochanego.  Tess  nie 

spostrzegła,  Ŝe  Dane  często  wodzi  za  nią  poŜądliwym  spojrzeniem.  W  czasie 

rekonwalescencji, mimo kłótni, bardzo się zbliŜyli. Przywykł do obecności swej opiekunki i 

polubił  miłe  towarzystwo.  Bardzo  pragnął  Tess.  RóŜniła  się  od  kobiet  znanych  mu  do  tej 

pory.  Była  łagodna  i  kochająca,  delikatna  i  wraŜliwa.  Potrzebował  tej  dziewczyny. 

Pochlebiało mu jej zainteresowanie. Z niecierpliwością czekał na codzienne wizyty. 

Mimo  to  z  obawą  myślał,  Ŝe  zbytnio  się  przywiązał  do  Tess.  Po  nieudanym 

małŜeństwie  bał  się  trwałego  związku  jak  diabeł  święconej  wody.  Poślubił  Jane  na  złość 

matce,  która  nie  pochwalała  jego  wyboru,  ale  początkowo  Ŝona  bardzo  go  pociągała.  Był 

przekonany, Ŝe go kocha. Takie sprawiała wraŜenie. Wkrótce po ślubie zmieniła zdanie i nie 

chciała z nim sypiać. Czara goryczy dopełniła się, gdy wyszedł na jaw szalony romans Jane z 

policjantem,  który  był  dawniej  najbliŜszym  współpracownikiem  Lassitera.  Zemściła  się  na 

męŜu,  który  nie  spełnił  jej  oczekiwań.  W  nieudanym  związku  Dane  odniósł  rany  znacznie 

groźniejsze od gangsterskich postrzałów. Był przekonany, Ŝe Tess zwodzi go, jak to czyniły 

inne  kobiety.  Nie  mógł  wykluczyć,  Ŝe  sprytna  małolata  chce  go  po  prostu  omotać. 

Współczucie i troska to środek do celu. PoŜądanie miało go uczynić bezbronnym, zdanym na 

łaskę i niełaskę tej dziewczyny. 

Podejrzliwość  sprawiła,  Ŝe  Dane  ulegał  zmiennym  nastrojom;  był  wrogo  nastawiony 

wobec Tess. Przy kaŜdej sposobności odpychał ją złym słowem. Nie zraŜała się jednak i nadal 

wierzyła, Ŝe w głębi ducha pragnie jej towarzystwa. 

Dane  stanął  na  własnych  nogach  i  zaczął  chodzić  szybciej,  niŜ  oczekiwali  lekarze. 

Szybki powrót do zdrowia sprawił, Ŝe poczuł się męŜczyzną, a w swojej opiekunce dostrzegł 

ponętną kobietę, co miało dla nich obojga fatalne następstwa. 

Pewnego  dnia  około  południa  Tess  w  białej  letniej  sukience  z  tęczowym  paskiem 

weszła tanecznym krokiem do jego mieszkania. Przyniosła domowe ciasto. Dane  chodził po 

pokoju na bosaka; miał na sobie dŜinsy i białą koszulkę mokrą od potu, bo przed chwilą pilnie 

ć

wiczył, by odzyskać formę. Na widok Tess nogi się pod nim ugięły. Poczuł dziwną słabość. 

Pragnął  jej  szaleńczo.  Nie  panował  nad  Ŝądzą.  Od  dawna  nie  miał  kobiety.  Dosyć 

wegetacji w dobrowolnym celibacie! Postanowił zdobyć Tess. Nie miał wątpliwości, Ŝe i ona 

go pragnie. Od dawna wodziła za nim rozmarzonym wzrokiem. 

Tess nie zorientowała się, Ŝe Dane mierzy ją taksującym spojrzeniem; jego oczy lśniły 

jak w gorączce. Postawiła pudełko z ciastem na kuchennym blacie i zaczęła je otwierać. 

- Co tam masz? - dopytywał się zmysłowym tonem, którego do tej pory nie uŜywał w 

background image

ich rozmowach. Podszedł bliŜej. 

-  Ciasto  -  odparła.  Traciła  głowę,  ilekroć  się  do  niej  zbliŜał.  Krew  coraz  szybciej 

pulsowała jej w Ŝyłach. Tess z zachwytem wpatrywała się w ukochanego. 

- Pomyślałam, Ŝe masz pewnie ochotę na coś słodkiego. Jak się czujesz? Wyglądasz… 

lepiej. - Spuściła oczy. Była uszczęśliwiona i zakłopotana. 

Dane  nie  zaprzątał  sobie  wcześniej  głowy  jej  Ŝyciem  erotycznym.  W  przeciwnym 

razie,  jako  bystry  obserwator,  domyśliłby  się  od  razu,  Ŝe  Tess  Meriwether  jest  wcieleniem 

niewinności. Pragnął tylko jak najszybciej zaspokoić poŜądanie. 

- No proszę, sama słodycz - odparł cicho. Podszedł bliŜej. Tess oparła się o kuchenną 

szafkę.  Dane  przylgnął  do  niej  całym  ciałem.  -  Oboje  mamy  na  coś  ochotę.  Od  dawna 

poŜerasz mnie oczyma. Musiałbym być ślepy, Ŝeby się nie zorientować, co do mnie czujesz. 

Tego  pragniesz,  Tess?  -  zapytał  namiętnym  szeptem  i  zuchwale  otarł  się  biodrami  o  jej 

biodra, Ŝeby poczuła, jak bardzo jej pragnie. 

Spłonęła  rumieńcem,  ale  zajęty  sobą  Dane  w  ogóle  tego  nie  zauwaŜył.  Nie  odrywał 

wzroku od jej rozchylonych ust. 

- Na litość boską, pragnę cię jak szaleniec! 

Tess  była  tak  wstrząśnięta  i  przeraŜona,  Ŝe  na  moment  straciła  zdolność  logicznego 

myślenia.  Nim  zdobyła  się  na  odruch  protestu,  Dane  zmiaŜdŜył  jej  usta  namiętnym 

pocałunkiem. Mocne dłonie uniosły ją wyŜej, by poczuła, jak bardzo jej pragnie. Natarczywy 

język  wślizgnął  się  między  zaciśnięte  wargi.  Nawet  czysta  i  niewinna  dziewczyna 

zrozumiałaby natychmiast, do czego zmierza oszołomiony poŜądaniem męŜczyzna. 

Tess  Meriwether  całowała  się  tylko  parę  razy  -  i  to  z  chłopcami  świadomymi  jej 

zahamowań.  Pieszczoty  namiętnego  męŜczyzny,  jakim  stał  się  nagle  Dane,  mogła 

odwzajemnić jedynie doświadczona kobieta. 

Tess  zesztywniała  i  próbowała  odepchnąć  Lassitera,  ale  ten  zaślepiony  Ŝądzą  nie 

zwrócił uwagi na jej wysiłki. Dłonią objął mocno pierś dziewczyny, a kolano wsunął między 

jej nogi. Było oczywiste, do czego zmierza. 

- Dane… nie! - jęknęła przeraŜona. ZlekcewaŜył jej okrzyk. 

-  Tak  -  szepnął  drŜącym  głosem,  przyciskając  ją  mocniej.  -  Na  miłość  boską,  tak, 

tak…  Pragniesz  mnie,  prawda,  skarbie?  -  Poczuła  gorące  wargi  na  obnaŜonych  ramionach, 

szyi, ustach. Całował ją mocno i zachłannie. - Chcę cię mieć tu, natychmiast - jęknął głucho. 

Silne  dłonie  objęły  jej  uda,  nagie  pod  sukienką.  Dane  uniósł  drobną  dziewczynę  wyŜej,  by 

łatwiej w nią wejść. 

Wstrzymała  oddech  zaskoczona  intensywnością  namiętnych  pieszczot.  Jęknęła 

background image

wystraszona zaborczymi pocałunkami. 

- Tutaj - szeptał drŜącym głosem Dane. - Wezmę cię na stojąco. - Czuła jego gorące i 

natarczywe  dłonie.  śaden  męŜczyzna  nie  dotykał  jej  w  ten  sposób.  PoŜądanie  całkiem 

zamroczyło  Dane'a.  Tess  czuła  się  jak  przedmiot,  którym  zamierzał  się  posłuŜyć,  by 

zaspokoić swoje potrzeby. 

Oddychając  cięŜko,  uwolnił  ją  nagle  z  uścisku,  aŜ  Tess  dotknęła  stopami  podłogi. 

Uniósł głowę. Oczy lśniły mu jak  w  gorączce. DrŜał na  całym  ciele. Silne dłonie o długich, 

mocnych palcach ścisnęły piersi Tess. Pocałował ją zachłannie i jęknął: 

-  Moje  plecy.  Kręgosłup  mi  wysiada.  Chodźmy  do  łóŜka,  tam  będzie  nam 

wygodniej… 

Tess  zorientowała  się,  Ŝe  to  jedyna  szansa,  by  wyrwać  się  z  męskich  objęć  i  uciec. 

Odepchnęła Dane'a i uskoczyła w bok. Na jej twarzy malował się tak wielki strach, Ŝe nawet 

oszołomiony Ŝądzą Dane wreszcie to spostrzegł. Tess bała się, Ŝe weźmie ją siłą, nie okazując 

Ŝ

adnej  czułości.  Płakała.  Urywany  szloch  rozbrzmiewał  głośno  w  obszernym  mieszkaniu. 

Szeroko otwarte oczy były pełne łez. 

-  Nie  podchodź!  -  krzyknęła,  gdy  zrobił  krok  w  jej  stronę.  Rozpalone  poŜądaniem 

oczy nadal lśniły jak w gorączce. - Odczep się ode mnie! 

Dane  zrozumiał  wreszcie,  Ŝe  Tess  się  go  boi.  Do  tej  chwili  był  tak  oszołomiony 

pocałunkami i namiętnymi pieszczotami, Ŝe nie zwracał uwagi na Ŝadne protesty. Westchnął 

głęboko, próbując nad sobą zapanować. Całkiem się zapomniał. To niewybaczalne. 

Obserwował  Tess  pociemniałymi  ze  złości  oczyma.  Jego  twarz  odzyskiwała  powoli 

obojętny wyraz. 

- Sama tego chciałaś - stwierdził ostro, próbując odzyskać spokój. 

- Nie! - krzyknęła z rozpaczą. 

- Pragnęłaś mnie - powiedział. - W przeciwnym razie po co byś mnie nachodziła? 

-  Ja  cię  kocham!  -  szlochała,  dygocząc  na  całym  ciele.  Objęła  dłońmi  wstrząsane 

łkaniem ramiona, zasłaniając piersi przed jego zachłannym spojrzeniem. 

- Ach, jest i miłość! - Czarne oczy ponownie zalśniły ogniem Ŝądzy. Smukłe, mocne 

ciało przebiegł dreszcz. Dane nadal był podniecony aŜ do bólu. - Wszystko jasne. Skoro mnie 

kochasz, chodź tu i daj mi dowód, Ŝe nie rzucasz słów na wiatr, ty mała kusicielko. 

-  Nie  mogę.  -  Tess  zrobiło  się  cięŜko  na  sercu.  Łzy  płynęły  jej  po  policzkach.  Po 

chwili milczenia dodała szeptem: - Przez ciebie wszystko mnie boli! 

Jej  obawy  doprowadzały  go  do  rozpaczy  i  wściekłości.  Tak  samo  czuł  się,  gdy  Jane 

przestała z nim sypiać; kpinom i oskarŜeniom nie było końca. 

background image

- CzyŜby? - powiedział lodowatym tonem. - Skoro nie pójdziesz ze mną do łóŜka, to 

idź  stąd.  Chciałem  się  z  tobą  przespać.  Na  litość  boską!  -  jęknął,  gdy  Tess  cofnęła  się 

odruchowo.  -  Dlaczego  ci  się  nie  podobam?  Czemu  jestem  gorszy  od  innych,  z  którymi 

sypiałaś? 

Tess  otworzyła  szeroko  oczy  i  spłonęła  rumieńcem.  Przebiegł  ją  dreszcz.  Dane  pojął 

wreszcie,  Ŝe  nie  było  w  jej  Ŝyciu  innych  męŜczyzn.  Nie  patrzyłaby  na  niego  w  ten  sposób, 

gdyby miała choćby jednego kochanka. 

- Tess, jesteś dziewicą? - zapytał, śmiertelnie przeraŜony własną głupotą. 

Nie  była  w  stanie  patrzeć  w  rozszerzone  strachem  czarne  oczy.  Chwyciła  torebkę  i 

wybiegła  z  mieszkania.  Dane  patrzył  za  nią.  Nie  pobiegł  za  uciekinierką;  nie  usłyszała  od 

niego  przeprosin.  Wmawiał  sobie,  Ŝe  to  najlepsze  wyjście.  Niech  myśli,  Ŝe  go  to  wcale  nie 

obeszło.  Bardzo  cierpiał,  ale  cóŜ  mógł  ofiarować  tej  dziewczynie?  NajwyŜej  odrobinę 

Ŝ

yczliwości.  Wrócił  do  kuchni.  Chłód  ścisnął  mu  serce,  a  ciemne  oczy  spoglądały  ponuro. 

Obiecał sobie, Ŝe nigdy więcej nie zaufa kobiecie - nawet Tess. Istne wcielenie niewinności! 

Skąd miał wiedzieć? Oby tylko dzisiejsze przeŜycie szybko zatarło się w jej pamięci. 

Dość wspomnień, skarcił się w duchu. Uruchomił mercedesa i pojechał do biura. Cały 

personel czekał na wieści o zdrowiu koleŜanki. Dane wcale się nie dziwił. Tess była ogromnie 

lubiana. 

- Co z nią? Wyjdzie z tego? - Helen odezwała się pierwsza. Patrzyła na niego z obawą. 

-  Czuje  się  lepiej  -  zapewnił.  -  Nadal  jest  oszołomiona  po  narkozie,  ale  wkrótce 

odzyska siły. Rana szybko się goi. 

- Kiedy zostanie wypisana ze szpitala? - wypytywała niecierpliwie Helen. - Mogłaby 

zamieszkać u mnie. Będę się nią opiekować. 

-  Zabiorę  ją  do  siebie  -  oznajmił  Dane.  Był  zaskoczony  własną  deklaracją.  Jego 

pracownicy  nie  kryli  zdziwienia.  -  Pojedziemy  na  ranczo.  Jose  i  Beryl  mogą  się  nią  zająć, 

kiedy  będę  w  agencji.  -  Zwrócił  się  do  Helen.  -  Potrzebujemy  sekretarki.  Znajdziesz  jakieś 

zastępstwo? 

- JuŜ o tym pomyślałam. Ta dziewczyna wkrótce tu będzie - odparła. - Szybko pisze 

na  maszynie,  znakomicie  j  stenografuje.  Z  referencji  wynika,  Ŝe  potrafi  trzymać  język  za 

zębami. 

- Świetnie. - Dane mimo woli popatrzył na biurko, przy którym siedziała zwykle Tess. 

Dziś jej fotel był pusty. 

- Orientujesz się w jej notatkach? - wypytywał zirytowany, rzucając Helen badawcze 

spojrzenia. - Nie mam pojęcia, co mnie dzisiaj czeka. Jestem z kimś umówiony? 

background image

-  Masz  zjeść  obiad  z  Harveyem  Barrettem  -  przypomniała  Helen.  -  Chodzi  o 

wymuszenia. Po południu czeka cię spotkanie z małŜeństwem poszukującym córki. Nazywają 

się Addisonowie. Potem rozmowa z facetem, który chce, Ŝebyśmy śledzili jego Ŝonę. 

- Mam coś przed południem? 

- Nic pilnego. 

-  Doskonale.  Wstąpię  do  siebie.  Potem  będę  w  szpitalu.  Stamtąd  pojadę  na  obiad  z 

klientem. 

- Sądziłam, Ŝe Tess czuje się lepiej. - Helen zmarszczyła brwi. 

Dane bez słowa ruszył ku drzwiom. 

- Jeśli to będzie konieczne, szukajcie mnie telefonicznie w jej separatce. - Podał numer 

do szpitalnego pokoju. 

- Jasne, szefie. Powiedz tej biedulce, Ŝe za nią tęsknimy. 

Dane z roztargnieniem skinął głową. Myślami był juŜ przy Tess. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

Tess  nieświadomie  jęknęła  z  bólu.  Miała  dziwny  sen.  Powoli  wracała  do 

rzeczywistości.  Zapewne  śniła  o  ukochanym.  Tylko  on  pojawiał  się  w  jej  wizjach.  To 

ś

mieszne, zwaŜywszy, jak okrutnie ją potraktował. 

Jakiś  dźwięk  wyrwał  ją  z  sennego  odrętwienia.  Otworzyła  oczy  i  ujrzała  Dane'a 

siedzącego na krześle przy łóŜku. 

-  Dlaczego  wróciłeś?  -  zapytała,  odruchowo  napinając  mięśnie.  -  Powinieneś  być  w 

pracy. 

-  Moja  praca  polega  między  innymi  na  zapewnieniu  ci  właściwej  opieki  -  odparł  z 

kamienną twarzą. 

Na  dźwięk  znajomych  słów  powróciły  wspomnienia  sprzed  kilku  lat,  kiedy  to  Dane 

był ranny. Zbyt dobrze pamiętała, co się później wydarzyło. Zamknęła oczy, by łatwiej znieść 

ból. 

- Odejdź, proszę - szepnęła. 

Dane westchnął głęboko. Nie mógł patrzeć na jej wykrzywioną cierpieniem twarz. 

- Nie masz nikogo prócz mnie. 

Tak rzeczywiście było. Babcia Tess umarła przed rokiem. 

- Jesteś moim szefem, Dane - odparła z pozornym spokojem. Mówiła cicho i patrzyła 

mu prosto w oczy. - To wcale nie oznacza, Ŝe masz się mną opiekować. 

- Muszę cię o coś zapytać. - Dane usiadł na brzegu krzesła i oparł łokcie na kolanach, 

obserwując  uwaŜnie  chorą.  -  Powinienem  zrobić  to  juŜ  dawno.  Czy  nadal  cierpisz  z 

powodu… tamtego dnia? Jak bardzo to przeŜyłaś? 

- Nie wiem, o czym mówisz - odparła chłodno. Zarumieniła się i odwróciła głowę. 

- CzyŜby? - odparł z kpiącym uśmiechem. - Od trzech lat unikamy tego tematu. Byłaś 

wobec  mnie  tak  chłodna  i  oficjalna,  Ŝe  nie  mogłem  z tobą  normalnie  porozmawiać,  a  nawet 

przeprosić. 

- Dlaczego miałbyś zaprzątać sobie tym głowę? - powiedziała. - PrzecieŜ chciałeś się 

ode mnie uwolnić. Dopiąłeś swego. Za Ŝadne skarby świata nie będę próbowała się do ciebie 

zbliŜyć. 

- Innych męŜczyzn takŜe będziesz unikała - dodał ponuro. 

- Przestań mnie dręczyć. Znajdź sobie inną rozrywkę. - Tess naciągnęła wyŜej kołdrę i 

utkwiła spojrzenie w okiennej szybie. 

background image

- Zabieram cię na ranczo. Tam szybko odzyskasz siły. 

Tess pobladła. Uniosła się na łokciu i patrzyła na niego oczyma wielkimi jak spodki. 

Twarz miała nieruchomą jak maska. 

- O BoŜe! - jęknął Dane. - Nie patrz na mnie w ten sposób. 

- Nie pojadę - szepnęła,  ściskając drŜącymi dłońmi brzeg prześcieradła. - Nie  chcę u 

ciebie mieszkać. Wykluczone! 

Dane  zacisnął  powieki.  Nie  był  w  stanie  patrzeć  na  wystraszoną  dziewczynę. 

Poderwał się z krzesła i podszedł do okna. 

-  Tamtego  dnia…  nie  miałem  pojęcia,  Ŝe  jesteś  dziewicą  -  rzucił  ostro.  - 

Zorientowałem się poniewczasie, gdy byłaś juŜ śmiertelnie przeraŜona. Sądzisz, Ŝe nie wiem, 

czemu w ogóle nie spotykasz się z męŜczyznami? - Odwrócił głowę i popatrzył Tess prosto w 

oczy. - Nie waŜ się myśleć, Ŝe jestem bez serca. Zapewniam, Ŝe miałem i nadal mam wyrzuty 

sumienia. 

-  To  przeszłość…  -  Westchnęła,  przyglądając  się  uporczywie  swoim  dłoniom 

zaciśniętym na pościeli. 

-  Nie  dla  mnie.  Mam  wraŜenie,  jakby  to  było  wczoraj  -  odparł  ponuro.  -  Na  miłość 

boską, nie odtrącaj mnie! 

- Wcale tego nie robię. 

Dane  natychmiast  podszedł  do  łóŜka.  Był  równie  blady  jak  ranna  dziewczyna. 

Popatrzył jej w oczy. 

-  Tess,  zdaję  sobie  sprawę,  Ŝe  odczuwasz  lęk,  ilekroć  się  do  ciebie  zbliŜam.  Tylko 

ś

lepiec  by  tego  nie  dostrzegł.  Zapewniam,  Ŝe  z  mojej  strony  nic  ci  nie  grozi.  Chcę  tylko, 

Ŝ

ebyś  była  pod  dobrą  opieką  do  czasu,  aŜ  wyzdrowiejesz..  Gdy  wyjadę,  Beryl  się  tobą 

zaopiekuje. 

- Nie znam Beryl. Helen powiedziała, Ŝe mogę u niej zamieszkać… 

- Helen spędza duŜo czasu w agencji, potem biegnie na lekcje tańca, a gdy ma wolną 

chwilę,  umawia  się  z  Haroldem  na  pizzę.  To  oznacza,  Ŝe  całymi  dniami  będziesz  sama  jak 

palec. 

- Nic nie szkodzi. Dam sobie radę. 

-  Posłuchaj  mnie  uwaŜnie  -  rzucił  Dane  przez  zaciśnięte  zęby.  Podszedł  bliŜej.  Z 

irytacją  spostrzegł,  Ŝe  Tess  skuliła  się  pod  kołdrą.  -  Widziałaś,  jak  doszło  do  sprzedaŜy 

narkotyków. Będziesz musiała zeznawać. Policji przy transakcji nie było, prawda? Mają tylko 

poszlaki.  Pamiętaj,  Ŝe  widziałaś  na  własne  oczy  tamto  zdarzenie.  Jeden  z  gangsterów  wciąŜ 

jest na wolności. Z pewnością zdąŜył się dowiedzieć, kim jesteś. Rozumiesz, co to oznacza? 

background image

- Chyba nie spodziewasz się najgorszego - powiedziała z namysłem Tess. 

-  Do  cholery!  Nie  bądź  naiwna!  Od  dziesięciu  lat  mam  do  czynienia  z  takimi 

łobuzami. Wiem, do czego są zdolni. Będziesz mogła czuć się bezpieczna dopiero wtedy, gdy 

obaj  przestępcy  trafią  za  kratki.  Do  zakończenia  procesu  trzeba  cię  chronić.  Potrafię  o  to 

zadbać.  Jeśli  wyjadę,  na  miejscu  będzie  zarządca  rancza,  który  w  latach  czterdziestych  sam 

był teksaskim straŜnikiem. Strzela niemal tak celnie jak ja. 

Tess  ukryła  twarz  w  dłoniach.  Nie  chciała  przystać  na  propozycję  Lassitera.  To  dla 

niej zbyt cięŜka próba. Szczerze mówiąc, łatwiej byłoby stanąć oko w oko z gangsterami. 

-  MoŜesz  traktować  mnie  jak  wroga,  jeŜeli  ci  to  doda  pewności  siebie,  tylko  jedź  ze 

mną. Nie ryzykuj własnego Ŝycia. 

-  A  co  ja  mam  za  Ŝycie?  -  mruknęła  Ŝałośnie  Tess,  odgarniając  potargane  włosy.  - 

Tylko praca i telewizja. 

- Masz zaledwie dwadzieścia dwa lata - przypomniał Dane. - Za wcześnie na cynizm. 

- Miałam dobrego nauczyciela - rzuciła drwiąco i spojrzała mu w oczy. - Sam dawałeś 

mi lekcje. 

Wyraz twarzy Tess sprawił, Ŝe Dane poczuł się winny. 

- Nie miałem w Ŝyciu nikogo bliskiego - tłumaczył. - Kiedy ojciec postanowił odejść, 

byłem  jeszcze  chłopcem.  Uwielbiałem  tatę.  Matka  nie  mogła  na  mnie  patrzeć,  poniewaŜ 

byłem  do  niego  podobny.  Jane  zaraz  po  ślubie  twierdziła,  Ŝe  mnie  kocha,  a  potem  zmieniła 

zdanie i odeszła. - Pochylił się nad Tess, która spojrzała w czarne lśniące oczy. - Szczerze i 

otwarcie  wyznałaś  mi  swoją  miłość,  a  ja  cię  odepchnąłem.  Cierpiałaś  przeze  mnie, 

odczuwałaś  strach.  Rozumiesz,  do  czego  zmierzam,  maleńka?  Ja  po  prostu  nie  wiem,  czym 

jest prawdziwa miłość! 

Umilkł  widząc,  Ŝe  Tess  mimo  woli  spogląda  na  niego  z  czułością.  Po  chwili  zapytał 

ś

miało: 

- Czy na mój widok odczuwasz jedynie lęk? - Popatrzył na usta Tess, które rozchyliły 

się  lekko  pod  jego  uporczywym  spojrzeniem.  Delikatnie  musnął  kciukiem  róŜowe  wargi. 

Pieszczota  była  tak  łagodna  i  czuła,  Ŝe  Tess  wstrzymała  oddech.  -  A  moŜe  pomimo  złych 

doświadczeń sprzed lat nadal coś do mnie czujesz? 

Dziewczyna  odsunęła  się  na  bezpieczną  odległość.  Zdawała  się  nie  słyszeć  ostatnich 

słów  Dane'  a.  Za  wszelką  cenę  musiała  przerwać  czułe  dotknięcie,  które  przyprawiało  ją  o 

zawrót głowy. Oczy miała szeroko otwarte; serce kołatało niespokojnie. 

Dane popatrzył jej w oczy. Oddychał z trudem. Nie musiała niczego tłumaczyć. Strach 

nie zabił uczucia, które do niego Ŝywiła. Poczuł ulgę; daremnie próbowała ukryć zmieszanie 

background image

wywołane  niewinną  pieszczotą.  Dane  miał  wprawdzie  aŜ  trzydzieści  cztery  lata,  ale  po  raz 

pierwszy w Ŝyciu dotknął kobiety tak czule i łagodnie. 

- Przyznaj się. Lęk to nie wszystko, prawda? 

- Dane… 

-  Lekarz  powiedział,  Ŝe  wypiszą  cię  rano.  Nie  przestrasz  się,  jeśli  zobaczysz  pod 

drzwiami  umundurowanego  funkcjonariusza.  Będzie  cię  pilnował,  póki  nic  wyjdziesz  ze 

szpitala. 

Tess popatrzyła z obawą na Dane'a, który długo obserwował ją w milczeniu. 

-  Dla  ciebie  chcę  być  czuły  i  delikatny.  To  duŜy  postęp  -  wyznał  cicho.  -  Jeśli  się 

postaram, moŜe z czasem pozwolisz, Ŝebym cię dotknął. 

- Nie - odparła pospiesznie. Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach. - Z pewnością nie 

zgodzę się, abyś mnie potraktował tak… jak kiedyś. 

-  Zrozum,  maleńka.  Nie  znałem  do  tej  pory  dziewczyny  takiej  jak  ty.  Jesteś  czysta  i 

niewinna  -  powiedział,  z  trudem  dobierając  słowa.  -  Czułość  była  mi  obca,  ale  to  nie 

usprawiedliwia tamtego postępku. Zachowałem się jak dzikus i bardzo tego Ŝałuję. 

-  Nie  chcę  o  tym  rozmawiać,  Dane  -  oświadczyła,  spoglądając  na  splecione  dłonie. 

Sprawiała wraŜenie znacznie starszej niŜ w rzeczywistości, - Zostaw mnie w spokoju, Dane. 

Nie mam sił na sprzeczki. 

Czemu nie domyślił się od razu, co dręczy Tess? Po wielu latach znajomości w ogóle 

jej  nie  znał.  To  oczywiste,  Ŝe  poczuła  się  odrzucona,  gdy  ojciec  oddał  ją  babci  na 

wychowanie,  by  mieć  czas  na  niezliczone  romanse.  Ślub  z  matką  Dane’a  z  pewnością 

spowodował  dalsze  rozluźnienie  więzów  między  ojcem  i  córką.  Tess  pragnęła  obdarzyć 

kogoś  uczuciem  i  wybrała  fatalnie;  trafiła  na  człowieka,  który  niewiele  wiedział  o  miłości, 

chował  w  sercu  urazy  i  uprzedzenia,  miał  za  sobą  nieudane  małŜeństwo,  a  jego  ciało 

poznaczone było niezliczonymi bliznami. 

Dane  skrzywił  się,  gdy  ujrzał  wyraz  twarzy  Tess.  Miał  wraŜenie,  Ŝe  ponosi  winę  za 

wszystkie jej cierpienia. Z pewnością często przez niego płakała. 

- Lubisz konie? - zapytał. 

- Zawsze się ich bałam. 

-  Zapewne  dlatego,  Ŝe  mało  o  nich  wiesz.  Gdy  wyzdrowiejesz,  nauczę  cię  jeździć 

konno. 

- Nie trzeba - odparła Tess drŜącym głosem. - Daj spokój. Nie potrzebuję litości. 

Dane  chciał  odpowiedzieć,  lecz  daremnie  szukał  właściwych  słów.  Westchnął 

głęboko. 

background image

- Wpadnę do ciebie jutro - rzucił na odchodnym. - Odpoczywaj. 

Tess  skinęła  głową.  Przymknęła  oczy.  Chciała  o  nim  zapomnieć  -  choćby  na  krótko. 

Nie  pozwoli,  by  znów  ją  omotał.  Tym  razem  zdoła  się  uchronić  przed  niebezpiecznym 

urokiem tego męŜczyzny. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Na swoim ranczu Lassiter hodował rasowe bydło. Jose Dominguez doglądał zwierząt, 

Hardy  był  kucharzem.  Dan,  mąŜ  Beryl,  pracował  jako  zarządca;  miał  do  dyspozycji  sześciu 

kowbojów oraz kilku fachowców niezbędnych do sprawnego działania farmy. 

Tess nie chciała opuszczać szpitala i jechać na ranczo szefa, ale brakło jej sił, by z nim 

walczyć.  Dane  porozumiał  się  z  lekarzem  i  z  pomocą  Helen  spakował  wcześniej  rzeczy 

chorej. Walizkę miał w bagaŜniku, gdy zajechał pod szpital. Dopilnował, by wypisano Tess, 

zaprowadził ją do mercedesa i ruszył prosto do Branntville. 

Tess  z  obawą  myślała  o  nadchodzących  dniach,  które  miała  spędzić  w  towarzystwie 

szefa. Dane zachowywał się dziwnie. Niepokoiła się bardziej niŜ zwykle. 

Lassiter był na co dzień dość milczący. Jedynie podczas rozmów z klientami oŜywiał 

się  trochę.  Przez  całą  drogę  do  Branntville  w  aucie  panowała  martwa  cisza.  PogrąŜona  w 

zadumie Tess spoglądała w okno. Od czasu do czasu krzywiła się, czując ból w ramieniu. 

- To juŜ ranczo? - zapytała,  gdy wyjechali z miasteczka i ujrzeli biały  płot okalający 

posiadłość aŜ po horyzont. 

Na  bramie  widniał  znak  farmy:  stylizowana  czarna  ostroga.  Dane  oŜywił  się  nieco  i 

zaczął opowiadać Tess o zamoŜnych rodzinach z sąsiedztwa. Było wśród nich dwoje młodych 

ludzi, którzy wyraźnie mieli się ku sobie. 

- Pewnie wezmą ślub i połączą dwie fortuny. Oby Ŝyli długo i szczęśliwie - stwierdziła 

Tess. 

-  Są  jeszcze  bardzo  młodzi.  Poza  tym  małŜeństwo  wcale  nie  gwarantuje  szczęścia  - 

odparł z goryczą. 

- Moim zdaniem ludzi decydujących się na trwały związek wiele musi łączyć. 

- Na przykład? - zapytał zerkając na Tess. 

- Wzajemny szacunek, podobne zainteresowania i doświadczenie Ŝyciowe. 

- A łóŜko? 

-  Bez  tego  nie  byłoby  potomstwa…  -  Tess  poruszyła  się  niespokojnie  i  utkwiła 

spojrzenie w przedniej szybie. 

- Bywa, Ŝe ludzie nie mogą mieć dzieci. Czy to znaczy, Ŝe nie powinni razem sypiać? 

- odrzekł ponuro Dane. 

-  AleŜ  nie.  -  Tess  oglądała  własne  dłonie.  -  Silne  więzi  erotyczne  to  dla  wielu  osób 

rzecz całkiem naturalna. 

background image

-  Tess…  -  Dane  szukał  odpowiednich  słów.  -  Chyba  nie  masz  pojęcia,  na  czym 

polegają te sprawy. 

- Tak sądzisz? - Tess spłonęła rumieńcem. 

Zerknął  na  jej  profil  i  krew  zaczęła  szybciej  krąŜyć  w  jego  Ŝyłach.  Tess  nie  miała 

pojęcia, jak to jest między kobietą i męŜczyzną. Przez niego nabawiła się owych zahamowań. 

Skrzywdził ją i przestraszył. Szkoda, Ŝe tak się stało. Gdyby potrafił zdobyć się na odrobinę 

czułości… cudownie byłoby leŜeć, trzymając w objęciach śliczną kochankę i dzielić rozkosz 

jak  tysiące  innych  par.  Mięśnie  Lassitera  spręŜyły  się  natychmiast  pod  wpływem  tej  wizji. 

Gdyby Tess nadal go kochała… 

Stłumił  jęk.  Pochopnie  odrzucił  bezcenny  dar.  CóŜ  za  ironia  losu!  Przed  laty  narobił 

głupstw,  gdy  po  niebezpiecznym  postrzale  odzyskiwał  zdrowie.  Trzeba  było  kolejnego 

nieszczęścia, by uświadomił sobie bezsens własnego postępowania. 

- Jesteśmy na ranczu. 

Uśmiechnął  się  mimo  woli.  ZbliŜali  się  do  obszernego  parterowego  budynku 

wzniesionego  z  drewna  i  pomalowanego  na  biało.  Otaczały  go  kwietne  rabaty  i  wysokie 

drzewa. 

- Jak tu pięknie! - wykrzyknęła Tess. 

-  Posiadłość  naleŜała  do  mojego  dziadka  -  wyjaśnił  Dane.  -  Zapisał  mi  ją  w 

testamencie. 

-  Cudowne  miejsce  -  zachwycała  się  Tess.  Ze  wzruszenia  brakło  jej  tchu.  -  Jakie 

piękne rabaty! Idę o zakład, Ŝe wiosną masz tu istny dywan z kwiatów. 

- To zasługa Beryl. Wie, jak upiększyć otoczenie. Jeśli zechcesz, pokaŜe ci cały ogród. 

-  Uwielbiam  rośliny  -  wyznała  Tess.  -  Nie  mam  ich  gdzie  uprawiać.  Zastawiłam 

doniczkami  wszystkie  parapety  w  moim  mieszkaniu.  Gdy  mieszkałam  u  babci,  zajmowałam 

się ogrodem. 

-  Widzisz?  Nic  o  tobie  nie  wiem.  -  Dane  podjechał  do  schodów  prowadzących  na 

werandę,  wyłączył  silnik  i  obrzucił  Tess  badawczym  spojrzeniem.  -  Nie  mam  pojęcia,  kim 

naprawdę jesteś. 

-  Dlaczego  miałoby  cię  to  interesować?  -  odparła  wymijająco.  -  Spójrz!  To  Beryl, 

prawda? - Na schody wybiegła niska, siwowłosa kobieta. 

- Zgadłaś. 

-  Nareszcie  jesteś!  -  gderała  starsza  pani.  -  Jak  zwykle  spóźniony.  To  ona?  -  Beryl 

zmierzyła  Tess  taksującym  spojrzeniem.  -  Blada  i  wychudzona,  biedactwo.  Muszę  ją 

odkarmić. Jak ramię, dziecinko? WciąŜ boli? 

background image

-  Znacznie  mniej  niŜ.  przedtem.  -  Tess  od  razu  poczuła  się  na  farmie  jak  u  siebie  w 

domu. 

- Dość gadania - wtrącił Dane. - Trzeba zaprowadzić pacjentkę do pokoju. Jeśli dłuŜej 

tu postoimy, na pewno się przeziębi. 

-  Wcale  nie  jest  chłodno  -  stwierdziła  Beryl.  -  Nim  upłynie  miesiąc,  wszystko  tu 

zakwitnie! 

Tess  potrafiła  sobie  wyobrazić  ten  widok.  Z  Ŝalem  pomyślała,  Ŝe  go  nie  zobaczy,  bo 

wkrótce  wyjedzie.  Pozwoliła,  by  Dane  objął  ją  ramieniem  i  wprowadził  po  schodach,  ale 

napięła mięśnie, jakby zamierzała uciec. 

-  Nie  bój  się  -  mruknął,  gdy  Beryl  ruszyła  przodem,  wskazując  drogę  do  jednego  z 

pokoi gościnnych. - Nie mam złych zamiarów. 

-  Dane…  -  Tess  zarumieniła  się  mimo  woli.  Jej  zakłopotanie  wprawiło  Lassitera  w 

irytację. 

- Przestań być taka spięta. Jesteś wśród przyjaciół. 

- Siebie równieŜ do nich zaliczasz? - odparła chłodno. 

- Skończyłem trzydzieści cztery lata - mruknął, gdy szli korytarzem. - Nie przyszło ci 

do  głowy,  Ŝe  mam  dosyć  samotności?  Pamiętasz,  jak  powiedziałaś,  Ŝe  oboje  jesteśmy 

osamotnieni. Nie mamy bliskich. 

- Twierdziłeś, Ŝe nikt ci nie jest potrzebny. 

- Od czternastu lat jestem gliną. - Dane wzruszył ramionami. - Ludzie mego pokroju z 

trudem zmieniają poglądy. 

Na samą myśl o ryzykownym zajęciu Dane'a Tess ogarnął niepokój. Stanęli jej przed 

oczyma  handlarze  narkotyków,  których  przyłapała  na  gorącym  uczynku.  Do  tej  pory  nie 

myślała  o  przestrogach  Lassitera,  który  uświadomił  jej,  Ŝe  jest  w  sprawie  nielegalnej 

transakcji jedynym świadkiem. 

- Co się stało? - wypytywał Dane. 

- Przypomniałam sobie, jak zostałam ranna. Tamci męŜczyźni… 

- Tu jesteś bezpieczna - oznajmił stanowczo. - Nic ci nie grozi. 

- Jasne - odparła z wymuszonym uśmiechem. 

Beryl  pomogła  gościowi  rozpakować  walizkę.  Dane  poszedł  obejrzeć  cielę,  które 

urodziło się po ich przyjeździe. Zniknął na kilka godzin. W tym czasie Beryl i Tess zdąŜyły 

się zaprzyjaźnić. Gdy ponownie zajrzał do gościnnego pokoju, Tess ledwie go poznała. 

Miał na sobie roboczy strój kowboja - koszulę w niebieskie paski z długimi rękawami, 

zapinanymi  na  metalowe  guziki,  wypłowiałe  niebieskie  dŜinsy,  długie  skórzane  ochraniacze 

background image

podtrzymywane  szerokim  paskiem  ze  srebrną  klamrą,  czarne  wysokie  buty  wyszywane 

błyszczące  nicią  i  stary  kapelusz  z  szerokim  rondem  włoŜony  na  bakier.  Tess  patrzyła  na 

niego jak urzeczona. Nie widziała go nigdy w takim stroju. 

- Wyglądasz, jakbyś uganiał się za cielakami po zaroślach - gderała Beryl. 

- Strzał w dziesiątkę - odparł Dane. - Musieliśmy wypłoszyć stadko krów z zagajnika. 

Sama wiesz, Ŝe to nie jest łatwa robota. - Zwrócił się do Tess: - Rozpakowana? 

Tess skinęła głową. 

- Czemu tak mi się przyglądasz? - Dane uniósł brwi. 

-  Wyglądasz…  inaczej  -  odparła,  daremnie  szukając  właściwego  słowa  na  określenie 

zmiany, która w nim zaszła. 

-  Tutaj  nie  muszę  grad  układnego  człowieka  interesów  -  powiedział,  uśmiechając  się 

lekko. - Jestem u siebie. To mój dom. 

Tess  odwróciła  wzrok.  Dom…  Miała  własne  mieszkanie,  ale  nie  istniało  na  tym 

ś

wiecie miejsce,  gdzie czułaby się całkiem swobodnie. U babci było ładnie i wytwornie,  ale 

liczył się tylko efekt, a nie domowe ciepło. 

-  Co  jest  na  obiad?  -  Dane  popatrzył  na  Beryl.  Zirytował  się  wyraźnie,  gdy  Tess 

popadła w zamyślenie i przestała zwracać na niego uwagę. 

-  Wołowina  -  odparła  Beryl  i  dodała  z  uśmiechem:  -  I  ziemniaki.  A  czego  się 

spodziewałeś? 

- Mnie to wystarczy. Zmienię ciuchy. 

Tess obserwowała go ukradkiem. Jej oczy zdradzały więcej, niŜ sądziła. Wspominała, 

jak  wybił  brutalnie  z  jej  głowy  uwielbienie  dla  wyśnionego  bohatera.  Kochała  go  całym 

sercem,  ale odrzucił tę  miłość. Teraz próbował  wszystko naprawić. CzyŜby nie rozumiał, Ŝe 

jest za późno? Minęło tyle lat. 

-  Ty  się  go  boisz!  -  mruknęła  Beryl,  spoglądając  na  Tess  z  niedowierzaniem.  Przez 

chwilę obserwowała ją uwaŜnie. - Kochanie, przecieŜ Dane nawet muchy by nie skrzywdził! 

Zapewne,  pomyślała  z  goryczą  Tess.  Cierpiała  przez  niego,  ale  za  nic  w  świecie  nie 

wyznałaby starszej pani, co się stało. 

-  Nie  przepadał  za  moim  ojcem  -  odparła  wymijająco.  -  Siłą  rzeczy  ja  równieŜ  nie 

cieszę  się  jego  sympatią.  Bardzo  mi  pomógł,  gdy  zostałam  ranna,  lecz  mimo  to  wolałabym 

mieszkać na przeciwległym skraju miasta i spotykać mego szefa tylko w biurze. 

- W takim razie słabo go znasz. - Beryl nie dawała za wygraną. - Przyznaję, Ŝe bywa 

szorstki  i  niecierpliwy,  ale  nigdy  mściwy.  Matka  zatruła  mu  Ŝycie,  gdy  mąŜ  ją  opuścił. 

Starałam się opiekować małym najlepiej, jak umiałam, bo Nita go zaniedbywała. 

background image

- Mój ojciec miał tę samą wadę - oznajmiła Tess. 

- Widzisz! Coś was łączy. 

- Jasne. Oboje jesteśmy ludźmi. 

Tess  szybko  oswoiła  się  z  warunkami  Ŝycia  na  ranczu.  Wszystko  ją  ciekawiło. 

Odzyskała  spokój  i  poczucie  wewnętrznej  równowagi.  Chętnie  i  często  pomagała  Beryl. 

Ramię  bolało  ją  czasami,  ale  wyjaśniła  starszej  kobiecie,  Ŝe  naleŜy  je  koniecznie  rozruszać, 

bo  w  przeciwnym  razie  nie  odzyska  dawnej  sprawności.  Nakrywała  do  stołu  i  starała  się 

odciąŜyć Beryl. Szybko zyskała sympatię pracowników farmy. 

Dane był rozczarowany, bo trzymała się od niego z daleka. Zawsze miała jakiś powód, 

by wyjść z pokoju, gdy on tam wchodził. JeŜeli po obiedzie przesiadywał w salonie, a nie w 

swoim gabinecie, Tess wymykała się do swego pokoju. 

W  biurze  agencji  utrzymywali  wyłącznie  kontakty  słuŜbowe.  Tess  stenografowała, 

łączyła rozmowy telefoniczne i pilnowała, by wszystko szło według planu. Teraz sytuacja się 

zmieniła. Ranczo stanowiło naturalne środowisko Lassitera; stał się tam innym człowiekiem. 

Tess  nie  umiała  sobie  z  tym  poradzić.  Nawet  wówczas,  gdy  był  ranny,  postępował  według 

ś

ciśle określonych zasad. Raz tylko  - w swoim  mieszkaniu - całkiem się zapomniał. Ranczo 

było jego azylem. Mało kto mógł je odwiedzić. Tess nie miała pojęcia o istnieniu posiadłości. 

Tu, z dala od miasta, Dane odzyskiwał spokój i pewność siebie. Nie musiał stale mieć 

się na baczności. Utykał nieco z powodu cięŜkiej pracy. Częściej niŜ w biurze dawało o sobie 

znać  jego  wybuchowe  usposobienie,  a  mimo  to  wydawał  się  bardziej  zrównowaŜony  i 

otwarty.  Tess  nie  była  tym  zachwycona.  Odczuwała  zakłopotanie,  bo  nikt  się  nimi  nie 

interesował.  Beryl  zachowywała  dystans;  reszta  pracowników  zajmowała  się  własnymi 

sprawami.  Tess  była  zdana  na  towarzystwo  Lassitera,  co  oznaczało,  Ŝe  ma  powody  do 

niepokoju. 

Dane szybko się zorientował, Ŝe Tess go unika; był na nią zły. Gdy po trzech dniach 

nic się nie zmieniało, postanowił z nią powaŜnie porozmawiać. Wszedł do obory, gdzie Tess 

karmiła osierocone cielę. 

- Przestań mnie unikać - powiedział bez Ŝadnych wstępów. 

Tess spoglądała na niego z obawą. Miała na sobie dŜinsy, niebieską bluzkę i dŜinsową 

kurtkę.  Włosy  zaplotła  w  warkocz.  Nawet  bez  makijaŜu  wyglądała  bardzo  ładnie.  Dane  od 

razu to zauwaŜył. 

- Muszę nakarmić to biedactwo - oznajmiła, by zyskać na czasie. Wskazała trzymaną 

w ręku butelkę. Cielę piło z niej, trzymając łebek na kolanach Tess. 

- Nie zmieniaj tematu. - Dane pospiesznie zdjął kapelusz i ukląkł obok niej. Popatrzył 

background image

w  szare  oczy.  -  Od  paru  dni  usiłuję  ci  powiedzieć,  Ŝe  strasznie  Ŝałuję  wszystkiego,  co 

zrobiłem… tamtego dnia. 

Tess  natychmiast  się  zarumieniła.  Serce  kołatało  w  jej  piersi  coraz  szybciej.  Wolała 

nie pytać, czemu tak się dzieje. 

-  Gdybym  wiedział,  Ŝe  byłaś  niewinna,  z  pewnością  nie  rzuciłbym  się  na  ciebie  jak 

dzikus. 

- JuŜ mi to mówiłeś - wykrztusiła. 

-  Wtedy  nie  chciałaś  mnie  słuchać.  -  Nerwowym  ruchem  odgarnął  gęstą  wilgotną 

czuprynę. - Wiem, Ŝe kręci się wokół ciebie paru facetów. Chyba juŜ wiesz, Ŝe czułe sam na 

sam nie jest regułą. Kochankowie bywają gwałtowni. 

Tess w milczeniu patrzyła na cielaczka. 

- I cóŜ? - Delikatnie uniósł jej twarz i zmusił, by spojrzała mu w oczy. - Powiedz coś. 

- Ja z nikim… - odparła wreszcie. - Nigdy… 

Lassiter długo milczał. 

-  Na  Ŝadnej  kobiecie  nie  zaleŜało  mi  tak  bardzo,  abym  troszczył  się  o  jej  uczucia  i 

potrzeby  -  wyznał  szczerze.  -  Pragnąłem  Jane.  Byłem  przekonany,  Ŝe  mnie  kocha,  uznałem 

więc, Ŝe nie muszę za kaŜdym razem grać roli czułego uwodziciela. 

Tess  westchnęła.  Z  nikim  się  dotąd  nie  kochała,  ale  o  erotyce  wiedziała  chyba 

znacznie więcej niŜ Dane. 

- Nie moŜesz tak… - Zarumieniła się i dokończyła odwaŜnie: - Musisz zrozumieć, Ŝe 

potrzeby kobiet i męŜczyzn są róŜne. My potrzebujemy czasu i pieszczot. 

-  Skąd  wiesz?  -  zapytał.  -  Przed  chwilą  dałaś  mi  do  zrozumienia,  Ŝe  nie  straciłaś 

jeszcze dziewictwa. 

-  To  wcale  nie  oznacza,  Ŝe  jestem  tępą  idiotką  -  odparła,  rumieniąc  się  jeszcze 

bardziej. Spojrzała mu w oczy. - Oglądam filmy, czytam ksiąŜki. Orientuję się, w czym rzecz, 

i wiem, co moŜe odczuwać kobieta w ramionach ukochanego męŜczyzny. 

- Kochałaś mnie - stwierdził ponuro - a mimo to czułaś jedynie strach. 

- To nie była miłość, tylko fatalne zauroczenie - wtrąciła, nie mogąc sobie darować, Ŝe 

tak jawnie okazywała uczucia. Jako dziewiętnastolatka nie miała pojęcia, Ŝe naleŜy ukrywać 

tajemnice  swego  serca.  -  Cierpiałam  z  twego  powodu…  i  nie  chodziło  jedynie  o  zranioną 

dumę. 

- Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Pragnąłem cię jak szaleniec - odparł z wahaniem. 

MoŜna by pomyśleć, Ŝe odczuwa ból. - Byłaś taka czuła i kochająca. Pomyślałem… - Zaklął 

cicho i popatrzył jej w oczy. - Czy to ma znaczenie? I tak mnie nie chciałaś. 

background image

- Byłeś zbyt natarczywy - szepnęła. 

Dane zacisnął w pięść rękę leŜącą na kolanie. 

-  Nie  potrafię  inaczej  postępować  z  kobietami!  -  odparł  głucho.  ZmruŜył  powieki  i 

spoglądał  w  szare  oczy  Tess.  -  Późno  zacząłem.  To  chyba  wina  matki.  Nienawidziła  mnie  i 

dlatego  straciłem  pewność  siebie.  Unikałem  dziewczyn.  Stałem  się  męŜczyzną  dopiero  jako 

młody glina. Zapewne się domyślasz, Ŝe kobiety, jakie spotykałem w miejskiej dŜungli, były 

równie twarde i pozbawione sentymentów jak faceci. Brałem je szybko, bez miłości. - Patrzył 

na Tess z niepokojem, jakby oczekiwał wyroku. - Rzuciłem się na ciebie tak zachłannie… bo 

inaczej nie potrafię. 

- Biedny Dane - szepnęła Tess, nie kryjąc współczucia. - Bardzo mi ciebie Ŝal. 

- Proszę? - mruknął z roztargnieniem, nie rozumiejąc, o co jej chodzi. 

Tess nie była pewna, czy Dane ma świadomość, jak wiele swych tajemnic zdradził jej 

tym wyznaniem. Po raz pierwszy od wielu miesięcy śmiało wyciągnęła rękę i pogłaskała go 

po policzku. Palce miała zimne. 

-  Nie  lituj  się  nade  mną,  kochanie  -  mruknął  i  odsunął  się  nagle.  Oczy  lśniły  mu 

dziwnym blaskiem. - śadnej kobiecie nie pozwolę się nade mną uŜalać. 

Wstał  i  cięŜkim  krokiem  ruszył  ku  drzwiom.  Zdumiona  Tess  odprowadziła  go 

wzrokiem. 

Przez następne dwa dni z kolei Lassiter unikał Tess, jakby czuł się zakłopotany nazbyt 

szczerym  wyznaniem.  Dziewczyna  była  znacznie  mniej  nerwowa  od  chwili,  gdy  pojęła,  Ŝe 

jego nastawienie wobec kobiet usunęło w cień potrzebę czułości. Z zadowoleniem pomyślała, 

Ŝ

e wyniesiona z lektur wiedza teoretyczna o związkach męŜczyzn i kobiet przyda jej się teraz 

w Ŝyciu. Dane nie zaznał czułości i dlatego nie potrafił jej okazać, ale to moŜna zmienić. 

Dane przerwał jej te rozwaŜania. Oznajmił, Ŝe pora wrócić do agencji. Nie mógł dłuŜej 

zaniedbywać swojej firmy. Tess postanowiła z nim jechać; odzyskała siły, a ramię prawie juŜ 

nie bolało. 

Dane pospiesznie spakował walizkę i poŜegnał się z Beryl. W drodze do Houston był 

milczący i nieprzystępny. 

- Będziesz miała ochroniarza. Ma wszędzie za tobą chodzie - stwierdził chłodno, gdy 

po godzinnej podróŜy odniósł walizkę do mieszkania Tess. 

- Nie potrzebuję takiego anioła stróŜa - odparła buntowniczo. - W razie potrzeby mogę 

zadzwonić na policję. 

- O ile zdąŜysz - odparł krótko. - Nie masz pojęcia, w co się wpakowałaś. 

-  Drogi  panie  superglino  -  powiedziała,  rzucając  mu  drwiące  spojrzenie.  -  Gotowa 

background image

jestem się załoŜyć, Ŝe nawet w czasie urlopu trzymasz spluwę pod poduszką, by móc o kaŜdej 

porze dnia i nocy stawić czoło przestępcom. 

- Nie ukrywam, Ŝe lubię swoją pracę - przyznał Dane z uśmiechem, który przyprawił 

Tess o drŜenie serca. - Tylko w akcji i na ranczu naprawdę jestem sobą. Przejście z policji do 

agencji  detektywistycznej  niewiele  zmieniło,  bo  charakter  pracy  jest  podobny,  szczególnie 

gdy mam do czynienia z kryminalistami. 

-  Adrenalina  do  krwi…  i  od  razu  czujesz  się  lepiej  -  mruknęła  Tess.  -  Jesteś 

uzaleŜniony od ryzyka. 

- Naprawdę? 

-  Dlatego  nadal  sam  bierzesz  najtrudniejsze  sprawy,  choć  mógłbyś  je  zlecić 

podwładnym.  Szukasz  mocnych  wraŜeń.  -  Spojrzenie  szarych  oczu  przesunęło  się  po 

muskularnej postaci. Tess pamiętała o bliznach na skórze okrytej ubraniem. 

-  To  niezbyt  przyjemny  widok.  Lepiej  ci  go  oszczędzę.  W  przeciwnym  razie 

nabierzesz do mnie odrazy. - Dane był przenikliwym obserwatorem. Od razu wiedział, co ją 

trapi. 

- Myślałam o wypadku,  a nie o twoim wyglądzie - oznajmiła stanowczo i popatrzyła 

mu w oczy. 

Ta uwaga trochę go uspokoiła, ale nadal był napręŜony niczym struna. Zawsze chodził 

prosto,  jakby  kij  połknął.  Nigdy  sienie  garbił  i  z  góry  patrzył  na  ludzi.  Jego  postawa  i 

charakter odznaczały się pewną wyniosłością. Był prostolinijny i bezkompromisowy. 

-  Mniejsza  z  tym.  I  tak  nie  ma  co  marzyć,  by  ktoś  mi  zaproponował  pikantną 

rozkładówkę  w  „świerszczyku”  dla  pań  -  odparł  z  uśmiechem.  -  Zresztą  przed  wypadkiem 

równieŜ daleko mi było do supermana. 

- Nie miałam okazji zobaczyć cię w spodenkach kąpielowych - odparła, wpatrując się 

w niego jak w obraz. 

-  Nie  paraduję  w  takim  stroju,  zwłaszcza  w  miejscach  publicznych.  -  Dane  nie 

odrywał spojrzenia od szarych oczu. Stał bez ruchu, z trudem chwytając  powietrze. - Chyba 

nie  miałbym  nic  przeciwko  temu,  Ŝebyś  na  mnie  popatrzyła.  Nikomu  innemu  na  to  nie 

pozwolę. 

- Dlaczego ja? - zapytała cicho. 

-  Bo  nie  próbujesz  mnie  upokorzyć  -  odparł  szczerze.  -  Wiele  kobiet  chętnie  poniŜa 

swoich partnerów. To im daje poczucie wyŜszości. Gdy facet pozwoli sobie wobec kobiety na 

podobne  zachowanie,  od  razu  jest  nazywany  męską  szowinistyczną  świnią.  Nie  ma 

sprawiedliwości na tym świecie. 

background image

- Wśród pań teŜ bywają rozmaite charaktery. 

Dane  zrobił  krok  w  jej  stronę,  wsunął  palce  w  jasne  włosy,  objął  palcami  szczupły 

kark i utonął spojrzeniem w szarych oczach. 

- Naucz mnie - szepnął głucho. 

- Czego? - spytała. Oddychała cięŜko. Rozchyliła usta. Z bijącym sercem wpatrywała 

się w Dane'a, który pochylił się i poŜerał ją wzrokiem. 

- Naucz mnie delikatności - szepnął z wargami przy jej ustach. Zdrętwiała, gdy zaczął 

ją  całować.  Wdychała  zapach  wody  kolońskiej,  czuła  siłę  muskularnego  torsu,  który  niemal 

dotykał jej ciała. Usta Dane’a musnęły jej wargi. - Dobrze ci, Tess? - szepnął. - Powiedz mi. 

-  Dane,  nie  powinniśmy  -  odparła  drŜącym  głosem.  PołoŜyła  dłonie  na  jego  piersi 

okrytej białą koszulą, wsunęła je pod tweedową marynarkę. Czuła ciepło jego skóry i miękkie 

włosy  porastające  szeroką  klatkę  piersiową.  Mimo  woli  rozchyliła  wargi,  oszołomiona 

pocałunkami. Nogi się pod nią ugięły. 

- PrzecieŜ… mnie nienawidzisz - odparła cicho. 

-  Mylisz  się.  Nienawidziłem  matki  -  szeptał,  wsuwając  palce  w  jasne  włosy.  - 

Znienawidziłem  moją  byłą  Ŝonę.  Wściekałem  się  na  cały  świat,  ale  do  ciebie  nigdy  nie 

czułem nienawiści. - Zmarszczył ciemne brwi, jakby go coś zabolało. - Wierz mi, Tess. 

ZadrŜał  i  pocałował  ją  zachłannie.  Zamknął  się  wokół  nich  krąg  ciszy  nabrzmiałej 

czułością i poŜądaniem. 

Przez  chwilę  Tess  miała  wraŜenie,  Ŝe  czas  się  cofnął,  ale  tym  razem  nie  czuła  lęku, 

gdy wziął ją w ramiona. Pieszczoty silnych dłoni były delikatne. Dane panował nad sobą, nie 

spieszył się wcale i nie popędzał Tess, która doceniła to i zaufała mu całkowicie. Wiedziała o 

nim  znacznie  więcej  niŜ  przed  laty  i  to  przesądziło  o  jej  decyzji.  Oddała  pocałunek. 

Poznawała  smak  zachłannych  warg.  W  najśmielszych  marzeniach  nie  oczekiwała  takiej 

przyjemności.  Zmysłowe  usta  Dane'a  miały  smak  kawy.  To  było  cudowne.  Była  tak 

oszołomiona, Ŝe nogi się pod nią ugięły. Była jak w gorączce. 

- Dane… - jęknęła spazmatycznie. MęŜczyzna objął ją mocniej, wsunął język między 

rozchylone wargi. Pieścił ją coraz śmielej, całował coraz bardziej niecierpliwie. 

Uniósł  głowę,  wsłuchując  się  w  głośne  uderzenia  swojego  serca.  Długo  patrzył  w 

zamglone szare oczy, uradowany tym, co w nich zobaczył. Tess się go nie bała; udało mu się 

rozbudzić  jej  uśpione  zmysły.  Nie  mieściło  mu  się  w  głowie,  Ŝe  czułość  tyle  między  nimi 

zmieniła. Odczuwał rozkosz pocałunku silniej niŜ kiedykolwiek. 

Przytulił  mocno  Tess,  szepcząc  jej  do  ucha,  o  czym  marzy.  Krzyknęła  podniecona 

tymi  słowami,  uniosła  ramiona  i  zarzuciła  mu  je  na  szyję.  Niespodziewanie  zadzwonił 

background image

telefon.  Tess  odsunęła  się  nieco.  Poczuła  ból  w  zranionym  ramieniu.  Dane  jęknął,  uniósł 

głowę  i  popatrzył  w  rozgorączkowane  szare  oczy.  Tess  drŜała,  ale  nie  odepchnęła  go,  tylko 

przytuliła się znowu. Była podniecona. Ta świadomość sprawiła, Ŝe serce mocniej zabiło mu 

w piersiach. 

Tess ledwie stała. Kolana się pod nią ugięły. 

- Bez obaw, kochanie - szepnął Dane, tuląc ją w ramionach. - Trzymam cię mocno. 

Wziął  Tess  na  ręce,  podszedł  do  fotela  i  usiadł,  biorąc  ją  na  kolana.  Podniósł 

słuchawkę hałaśliwego telefonu. 

- Tak, wróciła. Czuje się nieźle. Nie moŜesz teraz z nią rozmawiać. Powiem, Ŝeby do 

ciebie zadzwoniła - rzucił oschle i zakończył rozmowę. 

-  Helen  -  mruknął,  spoglądając  w  zamglone  oczy.  -  Chciała  sprawdzić,  czy  jesteś  do 

domu. 

- Miło z jej strony. 

-  Owszem,  ale  zadzwoniła  nie  w  porę  -  oznajmił  zmysłowym  szeptem  i  musnął 

wargami jej usta. - Cieszę się, Ŝe mnie pragniesz, Tess. Udało mi się obudzić twoje zmysły. 

- Jesteś zarozumiały… 

Nie  pozwolił  jej  dokończyć.  Całował  rozchylone  wargi.  Przywarła  do  niego, 

spragniona zmysłowej pieszczoty. Gdy w końcu podniósł głowę, długo wpatrywał się w Tess, 

która spłonęła rumieńcem i przytuliła twarz do jego szyi. Z czarnych oczu wyzierała czułość i 

Ŝą

dza. 

- śadnej kobiety nie całowałem w ten sposób - szepnął po chwili milczenia. 

-  Dla  mnie  to  równieŜ  całkowite  zaskoczenie.  -  Zarumieniła  się  jeszcze  bardziej.  - 

Słowa, które szeptałeś mi do ucha… 

-  Rozpaliły  cię  tak,  Ŝe  krzyknęłaś  -  powiedział.  Oczy  lśniły  mu  gorączkowym 

blaskiem. - Innym kobietom tego nie mówiłem. Z tobą wszystko jest inaczej. 

- Obejmowałeś mnie delikatnie. Nie czułam bólu. 

Dane zacisnął zęby. Jak urzeczony wpatrywał się w rozchylone usta Tess. Pragnął jej i 

cierpiał  w  milczeniu.  Trzeba  wziąć  się  garść  i  rozumować  trzeźwo,  póki jeszcze  potrafi  nad 

sobą zapanować. 

-  Oczywiście.  Nie  chcę,  Ŝebyś  cierpiała  z  mego  powodu  -  odrzekł.  Do  tej  pory  nie 

przyszło  mu  nawet  do  głowy,  Ŝe  pieszczoty  mogą  być  delikatne  i  zmysłowe.  Dopiero  Tess 

otworzyła  mu  oczy.  Przy  niej  zdobył  się  na  łagodność,  którą  do  tej  pory  uwaŜał  za  objaw 

słabości. - Nie mógłbym cię skrzywdzić. To mi się nie mieści w głowie. 

Przyciągnął  ją  do  siebie  i  na  moment  przytulił  twarz  do  jej  policzka.  Była  w  tej 

background image

pieszczocie desperacka i zaborcza tkliwość. Potem odsunął się. 

-  Lepiej  juŜ  pójdę.  Zamknij  starannie  drzwi.  Odpoczywaj.  Jutro  w  biurze  omówimy 

plan pracy, o ile będziesz się czuła na siłach podjąć wszystkie obowiązki. 

-  Jasne  -  wykrztusiła.  Włosy  miała  potargane,  a  usta  nabrzmiałe  od  pocałunków. 

Wpatrywała  się  w  Dane'a,  który  drŜącymi  rękoma  poprawiał  krawat.  Po  chwili  zapytała:  - 

Dlaczego… 

- MoŜe próbuję się zrehabilitować? - odparł nie czekając, aŜ skończy. Uśmiechnął się 

drwiąco. 

- Ach, tak. - Tess była zawiedziona i smutna. Dane cierpiał przez to równie mocno, jak 

z powodu nie zaspokojonego poŜądania. 

-  Do  diabła!  -  Wybuchnął  gorzkim  śmiechem,  westchnął  głęboko  i  powiedział  ze 

złością: - Pamiętaj, Ŝe jestem samotnikiem. Nie zmienię poglądów z dnia na dzień. Pragnąłem 

się  przekonać,  czy  potrafię  rozpalić  w  tobie  namiętność.  Chciałem,  Ŝebyś  przestała  się  mnie 

bać. Rozumiesz? 

- I to wszystko? 

-  O,  nie!  PrzecieŜ  wiesz…  musisz  wiedzieć,  jak  bardzo  cię  pragnę.  To  ponad  moje 

siły. Przez wzgląd na własne dobro nie pozwalaj mi więcej na taką poufałość. - Odwrócił się 

do  niej  plecami.  -  Nie  ma  dla  nas  przyszłości.  Chciałem  sprawdzić,  czy  warto  być  czułym. 

Teraz wiem, Ŝe to się opłaca. 

- CzyŜby? 

Dane  przystanął  w  progu.  Nie  odpowiedział  na  pytanie.  Z  rozpaczą  popatrzył  na 

zasmuconą dziewczynę. 

- Tess, jesteś kobietą z zasadami. Nie będziesz miała Ŝadnego poŜytku z takiego gbura 

i brutala. Taki jestem. Do końca Ŝycia będę cię pragnąć, lecz nie chcę się wiązać na stałe. Nie 

daj się uwieść. Dobrze ci radzę, zachowaj dystans. 

Tess z trudem zdobyła się na uśmiech. Doceniała uczciwość Lassitera. Miała nadzieję, 

Ŝ

e kilka starych ran w jego sercu zabliźni się nareszcie po tym, co dziś przeŜyli. 

- Rozumiem. Dzięki za pomoc i troskę. Byłeś przy mnie, kiedy tego potrzebowałam. 

- Zawsze moŜesz na mnie liczyć, skarbie - odparł cicho. 

Niefortunne zdrobnienie sprawiło, Ŝe Tess poczuła się zakłopotana. Nie potrafiła tego 

ukryć. 

- Przypomniałaś sobie, Ŝe tak cię nazwałem tamtego dnia, prawda? - powiedział cicho 

i  dodał  z  brutalną  szczerością:  -  Całowałem  cię  dziś  delikatnie  i  czule,  ale  w  łóŜku  jestem 

gwałtowny i niecierpliwy. Trudno mi pojąć, czego pragnie i potrzebuje niewinna dziewczyna. 

background image

Nie jestem dla ciebie odpowiedni. - Westchnął z Ŝalem i skrzywił się ponuro. - Dajmy sobie z 

tym spokój. Dobranoc, Tess. 

Wyszedł i zamknął drzwi. Tess podeszła do nich i musnęła klamkę opuszkami palców, 

jakby metal zachował ciepło jego dłoni. Dziś po raz drugi wziął ją w ramiona, ale tym razem 

w  ogóle  się  nie  bała.  Mimo  woli  powróciła  na  dawne  ścieŜki  Ŝycia  i  powędrowała  w  głąb 

tajemniczej krainy, której na imię miłość. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Dane był nieustępliwy w kwestii ochroniarza dla Tess. Adams współpracujący luźno z 

agencją podjął się chętnie tego zadania. 

Gdy  Tess  pojawiła  się  w  biurze,  Helen  powitała  ją  uśmiechem  i  z  niewinną  minką 

zanuciła pierwsze takty piosenki zatytułowanej „Ja i mój cień”. 

- Zamknij się, potworze - mruknęła Tess. - Dane ma obsesję. Jego zdaniem gangsterzy 

mogą dokonać na mnie zamachu w biały dzień. 

- Nie moŜe ryzykować - odparła Helen przyciszonym głosem, znacząco unosząc brwi. 

-  Pomyśl  tylko,  jak  ucierpiałaby  reputacja  jego  firmy,  gdyby  zatrudniając  tylu  znakomitych 

detektywów, nie potrafił upilnować własnej sekretarki. 

- Całkiem ci odbiło, - Tess wybuchnęła śmiechem i uściskała serdecznie koleŜankę. - 

Miło znów być tu z wami. 

- Tęskniliśmy za tobą - zapewniła Helen. 

- Opowiesz mi, co się tu działo? Muszę nadrobić zaległości. - Tess włączyła komputer. 

- Zniknęłam na kilka dni, a mam wraŜenie, jakby upłynął miesiąc. 

- Sprawy toczą się szybko. Jak ramię? 

-  Trochę  dokucza.  -  Tess  uśmiechnęła  się  do  koleŜanki.  -  Nie  ma  powodu  do  obaw. 

Jesteśmy przecieŜ zawodowcami. Nawet kula gangstera nas nie zmoŜe. 

-  Cholera  jasna!  -  zirytowała  się  Helen.  -  W  tym  biurze  wszyscy  prócz  mnie  mają 

zaszczytne blizny od postrzału. Nawet sekretarce się udało, a ja chodzę po świecie gładka jak 

tyłeczek niemowlaka. 

-  Nic  na  to  nie  poradzę.  -  Tess  bezradnie  uniosła  ramiona.  -  Myślisz,  Ŝe 

sprowokowałam tych facetów do wyciągnięcia spluw, bo chciałam cię pognębić? 

- Oczywiście! - Helen z komiczną miną wzięła się pod boki. - Zawsze mi zazdrościłaś. 

Sekretarki mają to we krwi. 

-  Nie  płacę  wam  za  plotkowanie!  -  dobiegł  je  niski  głos.  Drzwi  gabinetu  Lassitera 

otworzyły  się  niespodziewanie.  Szef  spoglądał  z  wyrzutem  na  podwładne.  -  Bierzcie  się  do 

roboty. 

- Słucham i jestem posłuszna - oznajmiła z udawaną pokorą Helen. 

Tess odwróciła wzrok i usiadła przy biurku. 

-  Helen  zamierzała  mi  właśnie  opowiedzieć,  co  się  tu  działo,  gdy  wracałam  do 

zdrowia. 

background image

- To niech mówi, byle nie błaznowała - rzucił oschle Dane. 

- Źle wyglądasz. 

-  Marnie  spałem.  -  Nerwowym  ruchem  odgarnął  ciemną  czuprynę.  -  Gdy  zadzwoni 

Andrews,  umów  mnie  z  nim  przed  obiadem.  Mam  dla  niego  sprawę.  Idę  do  sali 

konferencyjnej. Zaplanowałem naradę z detektywami. Nie łącz Ŝadnych telefonów. 

- Jasne, szefie. 

Dane  zmierzył  taksującym  spojrzeniem  zgrabną  sylwetkę  w  kremowym  kostiumie  i 

czerwonej bluzce z niewielkim dekoltem. Tess miała dyskretny makijaŜ i włosy upięte w kok. 

- Jesteś dzisiaj bardzo elegancka. Masz randkę po pracy? 

- Nie - odparła, stukając w klawiaturę. - Doszłam do wniosku, Ŝe mój ochroniarz nie 

powinien się wstydzić. Pilnowanie szarej myszki  to Ŝadna przyjemność.  W przebraniu Maty 

Hari wyglądam znacznie bardziej interesująco. 

- Mylisz pojęcia - kpił Dane, unosząc brwi. - Tu jest agencja detektywistyczna. Mata 

Hari była szpiegiem. 

-  Gdybym  włoŜyła  stary  trencz  i  wymięty  kapelusz  w  stylu  Indiany  Jonesa, 

wyglądałabym fatalnie. 

- CzyŜby? - Dane wcisnął ręce do kieszeni i z roztargnieniem popatrzył na Tess, która 

od razu spostrzegła, Ŝe szef jest zmartwiony. 

- Co się stało? 

- Schwytany gangster wyszedł z aresztu za kaucją. Rzecz jasna, natychmiast zaszył się 

w jakiejś kryjówce. Gliniarze nie wiedzą, gdzie szukać tego drania. 

- Adams od rana nie spuszcza mnie z oka - przypomniała Tess. Poczuła dziwny chłód. 

-  Jest  najlepszy  w  branŜy  -  stwierdził  Dane,  w  zadumie  kiwając  głową.  -  Problem  w 

tym, Ŝe nie będzie cię pilnował przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Trudno wymagać, 

Ŝ

eby u ciebie zamieszkał. 

- Daj mi pistolet, naucz mnie strzelać. 

- To się na nic nie zda. Trzeba mieć spore umiejętności, by poradzić sobie z bronią w 

chwili  zagroŜenia  -  tłumaczył  cierpliwie  Lassiter.  Wiedział,  co  mówi.  Tess  wierzyła  mu  na 

słowo. 

- Mogłabym przenieść się do Helen - powtórzyła sugestię sprzed kilku dni. 

Dane  wyjął  ręce  z  kieszeni,  oparł  je  na  biurku  i  pochylił  się  ku  Tess,  Ŝeby  nikt  ze 

współpracowników nie usłyszał jego słów. Przyglądał się z uwagą zaskoczonej dziewczynie. 

-  Nie  zrozum  mnie  źle.  To  nie  jest  wcale  niemoralna  propozycja.  Chcę,  Ŝebyś 

wprowadziła  się  do  mnie.  Wrócisz  do  siebie,  gdy  obaj  gangsterzy  zostaną  osadzeni  w 

background image

areszcie. 

- Mam z tobą zamieszkać? - powtórzyła z wahaniem. 

Dane skinął głową. 

- To najlepsze rozwiązanie. Zadbam o twoje bezpieczeństwo. Nie moŜesz wprowadzić 

się  do  Adamsa,  bo  jego  dziewczyna  zatrułaby  ci  Ŝycie  -  stwierdził  Ŝartobliwie,  próbując 

zbagatelizować sprawę. 

Wahała się, nie wiedząc, jak postąpić. 

-  Tess  -  dodał  przyciszonym  głosem  -  jeŜeli  sądzisz,  Ŝe  zachowam  się  tak  samo  jak 

wczoraj wieczorem, to jesteś w błędzie. Wyrzekłem się stałego związku. Nie będę próbował 

cię uwieść. Chyba nie wierzysz, Ŝe mógłbym wziąć cię siłą. 

-  Jasne,  ale  twoja  propozycja  jest  dla  mnie…  krępująca  -  powiedziała  cicho  i 

przygryzła wargę. 

- Zadbam o twoją reputację. Tylko nasi pracownicy będą wiedzieli, gdzie mieszkasz. 

Oni rozumieją, w czym rzecz. PrzecieŜ nie proponuję ci ognistego romansu. 

-  Wiem.  -  Tess  oglądała  róŜowe  paznokcie.  Kciuk  był  obgryziony.  Schowała  go 

nerwowym ruchem. Dane delikatnie uniósł jej twarz. 

- Przysięgam, Ŝe w czasie twojego pobytu nie będę paradować nago po mieszkaniu ani 

oglądać rozgrywek sportowych w telewizji. 

- Jesteś kibicem i nudystą? - Uśmiechnęła się mimo woli. Dane pokręcił głową. 

-  Na  szczęście  sport  mało  mnie  obchodzi,  ale  z  chodzeniem  nago  po  mieszkaniu  to 

prawda. Obiecuję kupić piŜamę i szlafrok. Niech stracę. 

- Lubię spać w piŜamce. 

- Przyjadę po ciebie o siódmej. Zmienię Adamsa. 

Dzień  minął  spokojnie.  Tess  wyszła  z  agencji  o  piątej.  Adams  nie  odstępował  jej  na 

krok.  Po  powrocie  do  domu  zapakowała  do  walizki  rzeczy  potrzebne  na  kilka  dni.  Bez 

entuzjazmu odniosła się do przeprowadzki, ale nie miała innego wyjścia. 

Punktualnie o siódmej Dane zadzwonił do drzwi Tess i wysłał Adamsa do domu. 

- Jesteś gotowa? - zapytał. 

- WłoŜę tylko płaszcz -  odparła,  rozglądając się  po mieszkaniu. W przedpokoju stała 

walizka. 

Zeszli na dół i wsiedli do mercedesa. 

-  Ta  afera  ma  swoje  dobre  strony.  Nabieram  doświadczenia.  Mam  nadzieję,  Ŝe 

pozwolisz mi wreszcie robić to, na co mam ochotę. Lubię ryzyko. 

Dane  doskonale  wiedział,  Ŝe  Tess  pragnie  zostać  detektywem,  ale  udawał,  Ŝe  nie 

background image

rozumie. 

- Do czego zmierzasz? CzyŜbyś chciała ze mną sypiać? 

- Milcz, pyszałku! - rzuciła z oburzeniem. 

Dane uśmiechnął się chełpliwie. 

- Pragniesz mnie. To pewne. 

- Masz zielone światło - odrzekła, odwracając wzrok. 

-  Zmieniasz  temat,  moja  droga  -  stwierdził,  ruszając  i  dodał  z  komiczną  powagą:  - 

Ostrzegam  cię. Trzymaj się nocą z dała od mojego łóŜka. Nie ulegnę,  choćbyś mnie błagała 

na kolanach. Zamknę się w sypialni na klucz, więc nie próbuj mnie uwieść. 

Tess  gapiła  się  na  szefa  z  niedowierzaniem.  Od  kiedy  powaŜny  detektyw  gada  takie 

bzdury? 

- Będziesz rozczarowana - perorował Lassiter, unosząc brwi - ale zapamiętaj sobie, Ŝe 

nie mam zwyczaju romansować. 

- Dane, czy ty się dobrze czujesz? 

-  Oczywiście!  Nie  próbuj  się  do  mnie  przysunąć,  udając,  Ŝe  chcesz  sprawdzić,  czy 

mam gorączkę - rzucił ostrzegawczym tonem. - Ręce przy sobie, moja droga. I zabierz dłoń z 

mego kolana. Nie jestem łatwy. 

Tess  parsknęła  śmiechem,  słysząc  te  wywody.  Nie  sądziła,  Ŝe  Lassiter  ma  poczucie 

humoru. Zapewne ukrywał je przed ludźmi od lat. 

- Czuję się jak niebezpieczna kusicielka - odrzekła Tess. 

- Przeczucie mnie nie omyliło. Przed kobietami zawsze naleŜy się mieć na baczności - 

powiedział Dane. - Niewinne panienki spragnione mocnych wraŜeń to szczególne zagroŜenie. 

- Nie szukam mocnych wraŜeń! - oburzyła się Tess. 

- Skąd ta pewność? - Lassiter wjechał na parking obok kamienicy, w której mieszkał. 

Zatrzymał samochód i rzucił Tess oskarŜycielskie spojrzenie. - Wszystkie kobiety skrywają w 

sercu  zdroŜne  pragnienia.  Na  pewno  nie  jesteś  wyjątkiem.  Nie  dam  sobie  zamydlić  oczu. 

Wiesz,  jak  to  bywa:  zarumieniona  i  płochliwa  dzieweczka  zmienia  się  jak  za  dotknięciem 

czarodziejskiej róŜdŜki, dyszy namiętnie i zdziera ubranie z przyzwoitego męŜczyzny. 

- Przysięgam, Ŝe będę się starała zapanować nad… zdroŜnymi pragnieniami - obiecała 

Tess. W szarych oczach rozbłysły wesołe iskierki. 

- Doskonale. Trzymam cię za słowo. Nie waŜ się mnie podglądać, gdy będę w kąpieli 

- dodał ponuro. 

Zabawna  paplanina  Dane'a  sprawiła,  Ŝe  Tess  przestała  się  obawiać.  Gdy  szła  po 

schodach na pierwsze piętro, była juŜ całkiem spokojna. 

background image

Pokój  wskazany  Tess  przez  Lassitera  urządzony  był  na  niebiesko;  tapeta,  dywan, 

zasłony  -  wszystko  w  róŜnych  odcieniach  tego  koloru.  Tess  od  razu  poczuła  się  tam  jak  u 

siebie. Podobnie było na farmie. Brakowało tylko wiecznie zatroskanej Beryl. 

- Jeśli chcesz, zajmę się gotowaniem - zaproponowała. 

- Doskonały pomysł - odparł skwapliwie. - Umiem gotować, ale tego nie lubię. 

Tess  otworzyła  zamraŜarkę.  Znalazła  w  niej  mnóstwo  zapasów.  Lodówka  takŜe  była 

wypełniona jedzeniem. 

- Czas przygotować kolację. Proponuję stek i sałatkę. Zgoda? 

- Jasne. - Dane zdjął buty, rozpiął marynarkę i opadł na kanapę. 

Tess  poszła  do  swego  pokoju,  by  się  przebrać  w  dŜinsy  i  bawełnianą  koszulkę. 

WłoŜyła grube skarpetki. Lubiła chodzić po mieszkaniu bez kapci. Dane miał chyba podobne 

upodobania. 

Gdy wróciła do salonu, okazało się, Ŝe Dane poszedł za jej przykładem. Prezentował 

się doskonale w spranych dŜinsach i białym podkoszulku. 

- MoŜe napijesz się kawy? - zapytał z uśmiechem. Jej zachwycone spojrzenie sprawiło 

mu wielką przyjemność. 

- Tak. 

- Zaraz przygotuję. 

Kuchenka  była  zbyt  mała  dla  dwu  krzątających  się  osób.  Tym  zapewne  moŜna 

wytłumaczyć fakt, Ŝe parząc obiecaną kawę, Dane ocierał się raz po raz o Tess. 

Szybko  zrobił  swoje,  ale  nie  wyszedł  z  kuchni.  Trzymał  się  blisko  tymczasowej 

lokatorki. Był od niej znacznie wyŜszy. Sportowe ubranie podkreślało muskularną sylwetkę. 

- Jesteś zakłopotana - mruknął. 

Chciała  zaprzeczyć,  ale  po  namyśle  zmieniła  zdanie.  Dane  niełatwo  dawał  za 

wygraną; zmusiłby ją do powiedzenia prawdy. 

- Tak - odparła szczerze. 

Dane  oparł  się  plecami  o  kuchenny  blat,  chwycił  dłońmi  jego  brzeg  i  popatrzył  na 

Tess tak czule, Ŝe z wraŜenia nogi się pod nią ugięły. 

- Chodź do mnie. Razem coś na to poradzimy - kusił zmysłowo. 

- Dane - rzuciła ostrzegawczym tonem. Nie odwróciła wzroku. 

- Widzę, Ŝe drŜysz - szepnął. ZmruŜone oczy spoglądały na nią poŜądliwie, - Tracisz 

oddech.  -  Popatrzył  znacząco  na  jej  piersi  sterczące  pod  bluzką.  -  Wyobraź  sobie,  co  byś 

czuła,  gdybym  uniósł  brzeg  koszulki  i  całował  nagą  skórę,  objął  wargami  sutki  i  pieścił,  aŜ 

będą nabrzmiałe i twarde. 

background image

- Dane! 

Dygotała jak w gorączce. Niemal umknęło jej uwagi, Ŝe Lassiter wyłączył kuchenkę i 

odstawił  patelnię,  na  której  smaŜyła  mięso.  Ujął  Tess  za  rękę  i  przyciągnął  do  siebie.  Objął 

szczupłą talię i wsunął dłonie pod cienką bawełnę. Patrzyli sobie w oczy. 

-  Powoli,  cal  po  calu  -  szeptał  namiętnie  Dane,  unosząc  koszulkę.  -  Bez  pośpiechu. 

Chcę dotknąć twojej nagiej skóry… 

Tess czuła, Ŝe lada chwila zemdleje od nadmiaru wraŜeń. 

- Przytul się do mnie, Ŝebyś nie upadła - szepnął. Pochylił głowę i dotknął wilgotnymi 

ustami  nagiej  skóry  pod  elastyczną  taśmą  biustonosza.  Tess  poczuła  delikatną  pieszczotę 

ciepłego języka. Zacisnęła dłonie na muskularnych ramionach, by utrzymać równowagę. Była 

tak oszołomiona rozkoszą, Ŝe łzy stanęły jej w oczach. 

Marzyła, by pieścił ją dalej. Była uległa i chętna. Czekała… 

- Tess! - rozległ się w ciszy głośny okrzyk. Dane wypuścił ją z objęć, podniósł głowę i 

odetchnął głęboko. - Na miłość boską, wybacz mi… 

Obciągnął  podwiniętą  koszulkę  i  wyszedł  z  kuchni,  nie  oglądając  się  za  siebie.  Tess 

zamarła w bezruchu, wsparta o kuchenny blat. Miała wraŜenie, Ŝe dobiega ją szum wody, ale 

słyszała  go  jak  przez  mgłę.  Po  chwili  mogła  juŜ  stać  o  własnych  siłach.  Zajrzała  pod 

pokrywkę. Steki były usmaŜone jak naleŜy. Co za szczęście, Ŝe nie spaliła ich na węgiel. 

Opanowała się na tyle, by nakryć do stołu. Podała kolację i przelała kawę do dzbanka. 

Gdy wszystko było przygotowane, wrócił Dane. Był w koszuli zapiętej po szyję. Włosy miał 

wilgotne,  jakby  przed  chwilą  wziął  prysznic.  Zapewne  tak  właśnie  było.  Tess  sama  chętnie 

wskoczyłaby na chwilę pod strumień zimnej wody. Nadal trawił ją płomień Ŝądzy. Nie mogła 

się  temu  nadziwić.  Jeszcze  przed  kilkoma  dniami  odczuwała  lęk  przed  męŜczyzną,  którego 

teraz pragnęła. 

-  Wszystko  w  porządku  -  powiedział  cicho,  gdy  w  czasie  kolacji  spostrzegł,  Ŝe  Tess 

unika jego wzroku. - Nic się nie stało. 

Nic?  Mało  brakowało,  Ŝeby  krzyknęła  to  na  głos.  Nie  mogła  spokojnie  patrzeć  na 

Dane'a zajętego posiłkiem. 

- Doskonały stek - oznajmił, przerywając milczenie. - Nie potrafię tak usmaŜyć mięsa. 

Wychodzi mi na pół surowe albo przypalone. 

-  NajwaŜniejsza  jest  temperatura  oleju  -  odrzekła.  -  Trzeba  go  rozgrzać,  nim 

przystąpisz do smaŜenia. 

- Mogłabyś nauczyć mnie gotować, kiedy będziesz tu mieszkać. 

- Chętnie. 

background image

- Czemu jesteś taka zakłopotana, Tess? - zapytał, spoglądając jej w oczy. Był smutny. 

- Ledwie cię dotknąłem. 

- Twoje słowa były śmielsze niŜ dłonie. 

- Straciłem kontrolę. Sprawy zaszły za daleko. Trochę z ciebie zakpiłem - przyznał z 

bolesną szczerością. Trudno było określić wyraz jego twarzy. - Niespodziewanie padłaś mi w 

ramiona i… 

- Rozumiem - wtrąciła z pozoru obojętnie, jakby w ogóle jej to nie obeszło, mimo Ŝe 

czuła  się  oszukana  i  odepchnięta.  Podniosła  wzrok.  Zdziwił  ją  nieodgadniony  wyraz  jego 

twarzy. - Czuję się współwinna. 

- I słusznie. - Usiadł wygodnie na krześle i dodał, nie owijając w bawełnę: - Jedno ci 

powiem,  Tess,  nim  zaczniesz  sobie  wyobraŜać  Bóg  wie  co.  Straciłem  panowanie  nad  sobą, 

poniewaŜ  zbyt  długo  Ŝyję,  w  dobrowolnym  celibacie.  Od  wypadku  nie  miałem  kobiety. 

Jestem bardziej wyposzczony, niŜ sądziłem. 

A  więc  tak  się  sprawy  mają.  Trudno  zabić  nadzieję,  niemniej  jednak  Dane  jasno  i 

wyraźnie  dał  Tess  do  zrozumienia,  Ŝe  nie  jest  w  niej  szaleńczo  zakochany.  Była 

przygnębiona, ale ciekawość nie dawała jej spokoju. 

- Dlaczego unikasz kobiet? – zapytała. 

- Z powodu moich blizn - odparł szczerze, zaskoczony jej bezpośredniością. 

- Nadal odczuwasz ból? 

- Chodzi o to, jak wyglądam; Takie blizny budzą odrazę. - Zmarszczył brwi, popatrzył 

jej w oczy i dodał z ociąganiem: - A takŜe przez ciebie. Seks stracił dla mnie wszelki urok po 

tym, jak uciekłaś tamtego dnia. Chyba przestałem wierzyć w siebie. 

-  Wtedy  byłeś  zupełnie  inny  -  odparła  z  wahaniem  Tess.  -  Dzisiaj…  Nie  bałam  się 

ciebie. 

-  ZauwaŜyłem  -  stwierdził  krótko.  Wpatrywał  się  w  nią  tak  uporczywie,  Ŝe.  spłonęła 

rumieńcem.  -  Nie  powinnaś  mi  ufać,  Tess.  Będę  z  tobą  szczery,  Gdybym  dotknął  twoich 

piersi  i  zaczął  je  całować,  nie  wiem,  czym,  by  się  to  skończyło.  Rozumiesz,  do  czego 

zmierzam, maleńka? Pragnę cię. Szaleję za tobą! 

- Gdyby nie mój brak doświadczenia… 

-  Dawno  zostalibyśmy  kochankami  -  dokończył  ponuro.  Zaklął  półgłosem  i  ukrył 

twarz w dłoniach. Oddychał z trudem. - Wychodzę. Muszę się przewietrzyć! 

Tess  odprowadziła  go  wzrokiem,  drŜąc  z  poŜądania,  które  wybuchło  nagłym 

płomieniem.  Nie  mieściło  jej  się  w  głowie,  Ŝe  Dane  tak  bardzo  jej  pragnie.  Od  paru  lat 

udawał,  Ŝe  jest  do  niej  wrogo  nastawiony  i  trzymał  się  od  niej  z  daleka.  Nagle  doznała 

background image

olśnienia: Dane był wobec niej szorstki, bo próbował ukryć, co naprawdę czuje. ZaleŜało mu 

na  niej.  I  to  bardzo.  Bał  się  miłości,  ale  był  zakochany.  Tess  wstrzymała  oddech, 

uświadomiwszy  sobie,  Ŝe  Dane  bardzo  ją  kocha.  Dlatego  tak  się  o  nią  troszczył…  dlatego 

próbował wzbudzić w sobie nie znaną dotąd czułość. To było jedyne wytłumaczenie. 

Dane wrócił do mieszkania kilka minut później. Przybrał obojętny wyraz twarzy. Tess 

postanowiła udawać, Ŝe niczego się nie domyśla. 

- Napijesz się kawy? - zapytała uprzejmie. 

- Bardzo chętnie. 

Dane  walczył  z  samym  sobą,  próbując  zabić  wielką  miłość.  Gdyby  się  nie  pilnował, 

oszalałby  na  punkcie  Tess.  Nie  mógł  do  tego  dopuścić.  Jego  ukochana  była  kobietą  z 

zasadami. Miała staroświeckie poglądy na Ŝycie i męŜczyzn. Podzielała opinie babci, która ją 

wychowała.  Nie  mógł  pójść  z  Tess  do  łóŜka,  a  potem  zapomnieć,  co  ich  łączyło.  Pozostało 

mu  jedno  wyjście:  stłumić  Ŝądzę  i  ukrywać  prawdziwe  uczucia.  Serce  mu  krwawiło,  ale 

musiał odepchnąć Tess, Ŝeby nie odkryła prawdy. 

Obserwował  ją  z  tęsknotą,  ale  gdy  podniosła  oczy,  odwrócił  wzrok,  by  się  nie 

zdradzić. Postanowił traktować Tess tak, jak szef traktuje podwładną. Uznał, Ŝe potrafi się na 

to zdobyć. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Pobyt  u  Lassitera  sprawił  Tess  wielką  przyjemność.  Nie  przypuszczała,  Ŝe  tak  miło 

będzie  oglądać  z  nim  wieczorami  telewizję.  Lubił  przesiadywać  w  salonie  i  oglądać  stare 

filmy.  Rozparty  w  fotelu,  ubrany  w  białą  koszulkę,  dŜinsy  i  grube  skarpetki  wolno  sączył 

piwo. Odkąd uświadomiła sobie, co do niej czuje, przestała się go obawiać. Lubiła łagodne i 

tkliwe spojrzenie czarnych oczu, kiedy się do niej uśmiechał. 

Z  natury  był  odludkiem  ukrywającym  wiele  zahamowań.  Czuł  się  zakłopotany,  gdy 

mówił  o  własnych  uczuciach.  W  rozmowach  z  Tess  starannie  unikał  owych  tematów. 

Omawiali  sprawy  słuŜbowe,  plotkowali,  dyskutowali  o  rozmaitych  problemach,  unikając  na 

mocy niepisanej umowy wszystkiego, co dotyczyło ich znajomości. 

Kilka dni po przeprowadzce Tess oglądała samotnie program o ciąŜy i porodzie. Dane 

pracował w gabinecie. Niespodziewanie stanął w drzwiach. Zerknął na ekran. 

Sprawiał  wraŜenie  zakłopotanego.  Gdy  ujrzał  ludzki  embrion,  odwrócił  się,  jakby 

chciał wrócić do siebie. Tess od razu to zauwaŜyła i powiedziała skwapliwie: 

- Jeśli chcesz, zmienię kanał i poszukam innego programu. 

Zawahał się i z ociąganiem spojrzał ponownie na ekran. 

Kolejne fazy porodu sfilmowane zostały bez upiększeń, z reporterską dokładnością. 

-  Nie  muszę  tego  oglądać.  -  Tess  za  pomocą  pilota  wyłączyła  telewizor  i  dodała 

szczerze: - Byłam ciekawa, jak to wygląda. Mało wiem o sprawach płci. W domu się o tym 

nie  mówiło,  a  informacje  wyniesione  ze  szkoły  są  dosyć  ogólnikowe.  Chciałam  uzupełnić 

swoją wiedzę o tym… skąd się biorą dzieci. 

- Powiedziałbym raczej… jak się je robi - poprawił Dane, nie odrywając spojrzenia od 

zarumienionej dziewczęcej twarzy. - Pewnie tego nie pokazali, co? 

- Zgadza się - szepnęła Tess. 

-  Mam  w  bibliotece  ksiąŜkę  na  ten  temat  -  odparł  cicho.  -  Pewnie  nie  zechcesz 

przeglądać jej ze mną. Radzę przeczytać. Jest bardzo ciekawa. Autor pisze o seksie taktownie, 

bez niepotrzebnych emocji. 

-  Nie  sądziłam,  Ŝe  męŜczyzn  interesują  takie  lektury.  -  Tess  uwaŜnie  obserwowała 

swego  rozmówcę,  który  nagle  odwrócił  głowę.  -  CzyŜbyś  chciał  się  czegoś  dowiedzieć? 

Myślałam, Ŝe masz spore doświadczenie. 

-  Wiem,  co  to  seks  -  odparł.  -  Nie  mam  pojęcia,  jak  się  kochać.  Zmieńmy  temat.  Ta 

rozmowa nie ma sensu. 

background image

-  JuŜ  się  ciebie  nie  boję  -  powiedziała  nagle  Tess  cichym  głosem.  -  Jesteś  ogromnie 

pociągający. Gdy mnie całowałeś w kuchni, wcale nie chciałam, Ŝebyś przerwał. 

- To ryzykowne wyznanie - szepnął Dane. Serce biło mu coraz mocniej. - Wiesz, jak 

to się moŜe skończyć. 

-  Dane,  czy  chciałbyś  mieć  dziecko?  -  zapytała  cicho,  patrząc  z  uwielbieniem  na 

ukochanego. MęŜczyzna poczerwieniał i gwałtownym ruchem odwrócił głowę. 

- Nie - odparł krótko. 

- Naprawdę? - Tess nie dawała za wygraną. 

-  Właściwie  nie  ma  powodu,  Ŝebym  to  przed  tobą  ukrywał  -  stwierdził  po  chwili 

milczenia. Spojrzał z wahaniem na dziewczynę. - Jestem bezpłodny. 

W pierwszej chwili nie pojęła, o co mu chodzi. Znaczenie usłyszanych słów w ogóle 

do niej nie dotarło. 

-  Jane  bardzo  chciała  zajść  w  ciąŜę  -  mówił  z  ociąganiem.  -  Miała  na  tym  punkcie 

obsesję.  Być  moŜe  dlatego  w  łóŜku  nie  potrafiłem  zdobyć  się  wobec  niej  na  delikatność. 

Robiła mi awantury, bo nie potrafiłem jej zapłodnić. Czułem się przy niej jak wykastrowany 

byk. W końcu postawiła na mnie krzyŜyk i nie chciała dalej próbować. - Westchnął cięŜko. - 

Nie mogłem dać jej dziecka. Doszło do tego, Ŝe zbliŜenia dla nas obojga stały się koszmarem. 

-  Dane  popatrzył  na  Tess  z  rozpaczą.  -  Moja  chwilowa  gwałtowność  spowodowała  znaczne 

spustoszenia  w  twojej  psychice,  a  zatem  moŜesz  sobie  wyobrazić,  jakie  zahamowania 

spowodowało u mnie tamto cierpienie. 

Odwrócił się. Tess wstała z kanapy podeszła do niego. 

- Wiele jest powodów, dla których kobieta nie moŜe zajść w ciąŜę. 

-  Jane  urodziła  dziecko  w  dziesięć  miesięcy  po  ślubie  z  drugim  męŜem  -  stwierdził 

krótko. 

W  milczeniu  zmierzył  taksującym  spojrzeniem  szczupłą  postać  dziewczyny  w 

dŜinsach i obszernej zielonej koszuli zapiętej pod samą szyję. Wyglądała  ślicznie z włosami 

niedbale związanymi w koński ogon. 

-  Nie  igraj  z  ogniem  -  szepnął  Dane,  gdy  Tess  podeszła  jeszcze  bliŜej.  -  Jeśli  ciebie 

dotknę, stracę panowanie nad sobą. Wiesz, czym się to skończy. 

-  Tak,  Dane  -  odparła  cicho,  patrząc  mu  w  oczy.  Była  zarumieniona.  Jego  słowa  i 

spojrzenie podniecały ją równie mocno jak pocałunki. 

Dane zacisnął zęby. Oddychał nieregularnie. 

Tess  zmierzyła  go  spojrzeniem.  To  wystarczyło,  by  stracił  kontrolę  nad  własnym 

ciałem,  chociaŜ  za  wszelką  cenę  próbował  ją  zachować.  Tess  nie  odwróciła  wzroku.  Z 

background image

zachwytem  obserwowała  ukochanego.  Świadczył  o  tym  wyraz  jej  twarzy.  Spojrzała  mu  w 

oczy,  świadoma  własnych  odczuć  i  pragnień.  Była  pewna,  Ŝe  Dane  ją  kocha.  Gdyby 

przekonał  się,  jak  cudowne  moŜe  być  miłosne  zbliŜenie  dwojga  zakochanych,  na  pewno 

zapragnąłby trwałego związku. 

Dane  szybko  stracił  głowę  i  poddał  się  namiętności,  która  ogarnęła  go  niczym 

płomień. Wziął Tess na ręce i ułoŜył na kanapie. Wyciągnięte nad głową ramiona dziewczyny 

spoczywały  bezwładnie  na  beŜowym  obiciu.  Usta  były  rozchylone,  oczy  zamglone 

poŜądaniem, ciało cudownie odpręŜone i uległe. 

- Będzie trochę bołało - ostrzegł Dane. 

- Wiem - szepnęła. 

Ręce  mu  drŜały,  gdy  zdejmował  bawełnianą  koszulkę.  Rzucił  ją  na  podłogę.  Na 

moment zamarł w bezruchu, starając się zapanować nad poŜądaniem. 

-  Chyba  rozumiesz,  Ŝe  gdy  cię  dotknę,  będzie  za  późno,  aby  się  wycofać.  Przestanę 

nad sobą panować. 

-  Kocham  cię,  Richardzie  -  szepnęła,  uŜywając  imienia,  którym  nikt  poza  nią  się  nie 

posługiwał. - Kocham całym sercem. Nawet lęk nie zniszczył tej miłości. 

- Tess…! - jęknął Dane. 

- Bądź moim przewodnikiem i nauczycielem. Kochaj mnie - prosiła szeptem. 

- Nie powinienem. - Przymknął oczy, drŜąc na całym ciele. Zacisnął dłonie w pięści. - 

Na miłość boską, przecieŜ ty nigdy… 

- Kocham cię - szepnęła znowu. 

- Nie potrafię odwzajemnić tego uczucia, Tess - wyznał z goryczą, obejmując dłońmi 

jej twarz. 

PołoŜyła  mu  palec  na  ustach.  Wiedziała,  Ŝe  to  wyznanie  podyktowane  jest  strachem 

przed  wielką  miłością.  Wahanie  i  ostroŜność  więcej  niŜ  słowa  mówiły  o  jego  prawdziwych 

uczuciach. 

Pochylił  się,  by  ją  pocałować.  Wargi  mu  drŜały.  Rozchylił  je  lekko  i  objął  palcami 

smukły kark, unosząc głowę Tess, która poddała się pieszczocie ust i języka. 

Uśmiechnęła  się,  czując  łagodne  dotknięcie.  Dane  obsypywał  pocałunkami  jej  twarz, 

jakby dopiero poznawał delikatne rysy. Tess zrobiło się ciepło na sercu. 

Dane połoŜył się obok dziewczyny i przyciągnął ją do siebie. Wsunął kolano między 

smukłe uda. Jego pocałunki stawały się coraz bardziej zaborcze. 

Tess wsunęła palce w  ciemne włosy. Poczuła, Ŝe męskie dłonie wślizgują się pod jej 

koszulę  i  gładzą  nagie  plecy.  Całował  chętne  usta  tak  długo,  aŜ  nabrzmiały  od  pocałunków. 

background image

Bez  pośpiechu  zdjął  dziewczynie  koszulę  i  biustonosz,  by  pieścić  obnaŜone  piersi.  Pocierał 

dłońmi nabrzmiałe sutki. Tess oddychała nierówno. Była jak w gorączce. 

- Nie patrzyłem na ciebie, gdy cię po raz pierwszy dotykałem - szepnął Dane. - Teraz 

mogę nadrobić zaległości. 

Usiedli  naprzeciwko  siebie.  Lassiter  obejmował  Tess,  wolno  przesuwając  wierzchem 

dłoni po jej sutkach. Dziewczyna drŜała. 

-  To  cudowne  uczucie  -  wykrztusił  Dane,  patrząc  jej  w  oczy.  -  Nie  wiedziałem,  Ŝe 

moŜe tak być. 

- Ja równieŜ - odparła szczerze. 

- Chcę całować twoje piersi, Tess - szepnął zdławionym głosem i pochylił głowę. 

Wygięła się w łuk, gdy wilgotne usta objęły jej sutki. Miała wraŜenie, Ŝe unosi się w 

powietrzu. Płomień trawił jej wnętrzności. Krzyknęła, owładnięta nagłą rozkoszą. 

- Tak - powtarzał, całując jej piersi. - Tak, maleńka. Jesteś najpiękniejszą istotą, jaką 

kiedykolwiek widziałem. 

- Ty równieŜ - odparła szeptem. 

Rozebrali  się  pospiesznie.  Wkrótce  leŜeli  obok  siebie  na  kanapie.  Po  latach 

dobrowolnego  celibatu  Dane  dygotał  z  niecierpliwości.  Głaskał  i  okrywał  pocałunkami 

smukłe ciało. 

-  Pragnę  cię,  skarbie  -  powtarzał  raz  po  raz,  czując,  jak  Tess  drŜy  z  poŜądania, 

rozpalona jego pieszczotami. 

Wsunął  się  na  nią.  Delikatnie  całował  nabrzmiałe  usta  i  ocierał  się  o  Tess,  by 

wiedziała, jak bardzo jest podniecony. 

- Otwórz usta - szepnął, muskając ustami jej wargi. Oszołomiło ją namiętne dotknięcie 

języka. - Teraz! 

Wszedł w nią i poczuła ból. Nie zwaŜała na to. Z trudem mieściło jej się w głowie, Ŝe 

moŜna tak bardzo pragnąć męŜczyzny… 

Silne dłonie objęły uda dziewczyny i uniosły ją nieco. 

Ból powrócił, ale nie zwracała na to uwagi, oszołomiona namiętnym pocałunkiem. 

-  Wybacz,  Ŝe  muszę  ci  sprawić  ból  -  szepnął,  muskając  oddechem  jej  usta.  Podniósł 

głowę i popatrzył na Tess oczyma płonącymi jak w gorączce. 

-  Chcę  widzieć,  jak  stajesz  się  kobietą  -  szepnął,  wpatrując  się  w  nią  i  poruszając 

rytmicznie biodrami. 

Jęknęła. Oczy miała pełne łez. Dane scałował je delikatnie. Nagle ból ustąpił. Poczuła 

na  twarzy  dotknięcie  szorstkiego  policzka,  a  potem  łagodny  pocałunek  wilgotnych  ust. 

background image

Wsłuchiwała  się  w  słodkie  słówka  szeptane  lekko  schrypniętym  głosem.  Otworzyła  dłonie 

zaciśnięte na muskularnych ramionach. 

- Teraz moŜemy się kochać, Tess - powiedział cicho. - Nie będzie bolało. 

Kobieca intuicja podpowiedziała jej, Ŝe i dla niego to w pewnym sensie pierwszy raz. 

Z  Ŝadną  kobietą  nie  kochał  się  dotąd  tak  jak  z  nią.  Przylgnęła  do  ukochanego,  łkając  z 

rozkoszy.  Obiecał  jej  cudowne  przeŜycie  i  dotrzymał  słowa.  Błagała,  Ŝeby  posiadł  ją 

całkowicie.  Dane  poddał  się  namiętności,  zapomniał  o  skrupułach  i  obawach.  Patrzył  z 

uśmiechem na Tess, aŜ obezwładniająca rozkosz zaćmiła mu wzrok i zmusiła do krzyku. 

Gdy nieco ochłonęli, przytulił ją mocniej. Całował załzawione oczy delikatnie i czule, 

głaskał  drŜące  ciało.  Potem  wstał  i  przyniósł  z  lodówki  schłodzone  piwo,  które  wypili  na 

spółkę.  Nie  myślał  o  jutrze,  jakby  mieli  dla  siebie  jedynie  tę  noc.  Tylko  dziś  mogli  dzielić 

rozkosz, przeŜywać cudowne chwile i po słodkiej udręce pieszczot zmierzać do całkowitego 

spełnienia. 

-  Będziemy  się  kochać  raz  jeszcze  -  szepnął,  leŜąc  między  jej  rozsuniętymi  udami.  - 

Będzie ci tak dobrze, Ŝe zaczniesz krzyczeć, tak jak ja przed chwilą. 

-  Kocham  cię  -  szeptała  jak  w  transie.  Ich  ciała  zdawały  się  stworzone  dla  siebie. 

Ledwie w nią wszedł, krzyknęła z rozkoszy. 

- Teraz? - zapytał, poruszając się rytmicznie. 

- Tak - jęknęła. - Tak, tak, tak... 

Dane nie przeŜył dotychczas równie wielkiego uniesienia. Zapomniał o całym świecie, 

gdy  spazmatyczny  dreszcz  wstrząsnął  ciałem  Tess,  a  z  jej  spierzchniętych  warg  wyrwał  się 

jęk  zachwytu.  Usłyszał  go  po  raz  drugi,  trzeci…  Nie  mógł  się  nadziwić,  Ŝe  stać  go  na  taki 

wyczyn.  Jego  męskie  siły  były  chyba  niewyczerpalne.  W  końcu  jednak  osłabł.  Zasnął,  nim 

dotknął głową poduszki. 

Rano  Tess  obudziła  go  pocałunkiem.  Otworzył  oczy  i  ujrzał  rozpromienioną  twarz 

dziewczyny.  Jęknął  cicho,  delikatnie  połoŜył  Tess  na  posłaniu  i  przylgnął  do  niej  całym 

ciałem. 

- Nie - szepnęła pospiesznie. Jego poŜądliwe spojrzenie sprawiło, Ŝe się zarumieniła. 

Po chwili dodała, nie kryjąc rozczarowania: - Przykro mi. Trochę boli. 

Dane odetchnął głęboko. Powoli odzyskał panowanie nad sobą. Objął dłonią jej pierś. 

-  Wziąłem  cię  cztery  razy  -  szepnął,  zaglądając  Tess  w  oczy.  -  To  chyba  nie  było 

przyjemne. 

-  Mylisz  się  -  odparła,  energicznie  potrząsając  głową.  -  Nie  czułam  bólu.  Tylko  za 

pierwszym razem… 

background image

- Ale gdybyśmy się teraz kochali, byłoby inaczej? 

- Obawiam się, Ŝe tak. 

- Powinienem był to przewidzieć. - Dane westchnął i połoŜył się na plecach. - Jeszcze 

się chyba nie obudziłem. Pijemy kawę? 

- Chętnie ją zaparzę. 

Podniosła  się  z  łóŜka,  spostrzegła,  Ŝe  jest  naga,  i  wstydliwie  okryła  biust 

prześcieradłem. 

Nie  uszło  uwagi  Dane'a,  Ŝe  Tess  zerka  na  niego,  próbując  ukryć  zakłopotanie. 

Mruknął  coś  niewyraźnie,  siadł  na  łóŜku,  bez  skrępowania  włoŜył  slipy,  dŜinsy  i  skarpetki. 

Tess uwaŜnie go obserwowała. 

- Idę się ogolić. MoŜesz spokojnie włoŜyć ubranie - rzucił, nie patrząc jej w oczy. 

Odprowadziła go wzrokiem. W jej spojrzeniu była czułość. Chciała powiedzieć, Ŝe go 

kocha, ale zdawała sobie sprawę, Ŝe nie usłyszy w odpowiedzi podobnych słów, mimo Ŝe w 

nocy  pieścił  ją  z  wielką  pasją  i  oddaniem.  Nie  miała  wątpliwości,  Ŝe  jest  w  niej  zakochany. 

Patrzyła na niego z uwielbieniem. 

- Pospiesz się - rzucił na odchodnym. - Wkrótce musimy jechać do agencji. 

- Ach, tak. Racja. 

Ani słowa więcej o tym, co między nimi zaszło. Dane zachowywał się jak zatroskany 

szef powaŜnej firmy. 

Tess  przeczuwała,  Ŝe  Dane  zamknie  się  w  sobie.  UwaŜał,  Ŝe  niebezpiecznie  jest 

zdradzać prawdziwe uczucia - nawet wobec niej. Wcale nie była tym uraŜona. 

Szybko przygotowali się do wyjścia. Gdy podczas śniadania padła jakaś wzmianka na 

temat  minionej  nocy,  Dane  natychmiast  zapomniał  o  rezerwie  i  ostroŜności.  Wyobraźnia 

płatała mu figle. Spoglądał poŜądliwie na Tess. Przestraszony tą reakcją, zerwał się na równe 

nogi i rzucił serwetkę na stół. 

- Pora jechać - powiedział ostro. 

Poszła  za  nim  bez  słowa.  Marzyła  o  szczęśliwej  przyszłości,  bo  czuła  się  kochana. 

Wiedziała,  Ŝe  Dane  będzie  próbował  zachować  dystans.  Przewidziała  takie  zachowanie.  Nie 

mógł  się  jednak  opierać  w  nieskończoność;  wobec  miłości  był  równie  bezbronny  jak  Tess. 

Postanowiła  dać  czas  ukochanemu.  Nie  zamierzała  go  popędzać.  Trzeba  zdobyć  się  na 

cierpliwość. Stawką było jej szczęście. 

ś

ałowała  tylko,  Ŝe  nie  mogą  mieć  dziecka  zrodzonego  z  cudownych  przeŜyć 

wspólnych nocy. Kochałaby je nad Ŝycie. 

Gdy  zjawili  się  w  biurze,  natychmiast  wciągnął  ich  wir  codziennych  spraw.  Dane 

background image

przyjął to z ulgą. Zniknął za drzwiami gabinetu, nie patrząc na Tess, która od razu zajęła się 

przeglądaniem notesu i potwierdzaniem jego roboczych spotkań. 

Kilka  ostatnich  dni  minęło  Tess  niepostrzeŜenie.  W  agencji  wrzało  jak  w  ulu. 

Dziewczyna niemal zapomniała o feralnym wieczorze. Ramię prawie nie bolało, lecz ostatniej 

nocy trochę je sforsowała. Zarumieniła się, wspominając z uśmiechem, jak Dane całował jej 

blizny.  Z  równą  delikatnością  wodziła  opuszkami  palców  po  jego  ramieniu  i  udzie.  Gdy  się 

kochali, szeptała mu do ucha, Ŝe to blizny godne walecznego Ŝołnierza. Te słowa wzmagały 

odczuwaną  przez  niego  rozkosz.  Wspominała  krzyk  przechodzący  niemal  w  łkanie  i 

bezsilność wyczerpanego męŜczyzny, który po wysiłku opadał bezwładnie na posłanie. 

Nadeszła  pora  obiadu.  Detektywi  wychodzili  jeden  po  drugim.  Tess  poŜegnała 

uśmiechem  znikającą  za  drzwiami  Helen.  Dane  wcześniej  poszedł  coś  zjeść.  Tess  została  w 

biurze całkiem sama.  Zaaferowany szef prawdopodobnie tego nie przewidział, gdy odmówił 

prośbie  Helen,  która  chciała  zabrać  Tess  do  restauracji.  Opuszczona  przez  wszystkich 

sekretarka  postanowiła  wyskoczyć  do  kafeterii  po  drugiej  stronie  ulicy  i  kupić  porcję 

pieczonego kurczaka. To lepsze niŜ przymieranie głodem. 

WłoŜyła  płaszcz,  wyszła  z  biura  i  zamknęła  drzwi  na  klucz.  Była  roztargniona,  bo 

nieustannie  myślała  o  ukochanym.  Nagle  ktoś  zatkał  jej  ręką  usta.  Znieruchomiała,  nie 

wiedząc, co się dzieje. 

- Mam cię, ślicznotko - rzucił chrapliwie nieznajomy. - Udało się. Załatwimy cię. Nie 

będziesz świadczyć przeciwko nam. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Tess była przeraŜona. Nigdy w Ŝyciu tak się nie bała. Napastnik wykręcił jej rękę. Szli 

wolno  ku  frontowym  drzwiom  budynku,  gdzie  wspólnik  gangstera  czekał  w  samochodzie  z 

włączonym silnikiem. 

To  chyba  jakiś  koszmar,  powtarzała  w  duchu  dziewczyna.  Takie  sceny  zdarzają  się 

tylko  w  filmach  sensacyjnych.  Wystarczyło,  Ŝe  poczuła  nóŜ  pod  Ŝebrami,  aby  uwierzyła  w 

realność  niebezpieczeństwa.  Poznała  cierpki  smak  panicznego  lęku.  Śmierć  zaglądała  jej  w 

oczy. 

Jeśli pozwoli napastnikowi, by wepchnął ją do auta, z pewnością nie wyjdzie z opresji. 

Dane przewidział, Ŝe coś takiego moŜe nastąpić. Poniewczasie przyznała mu rację. 

Błyskawicznie  oceniła  swoje  połoŜenie.  Nikłe  miała  szanse  na  wyrwanie  się  z  rąk 

bandyty,  ale  sytuacja  nie  była  wcale  beznadziejna.  Kiedy  gangster  podejdzie  do  frontowych 

drzwi,  będzie  musiał  sięgnąć  do  klamki  tą  samą  ręką,  w  której  trzymał  nóŜ.  Jeśli  Tess 

zachowa przytomność umysłu i będzie działać szybko, moŜe zdoła uciec. 

Nie  stawiała  oporu  przestępcy,  który  popychał  ją  ku  wyjściu.  Z  oczyma  pełnymi  łez 

błagała,  by  ją  puścił.  Miała  nadzieję,  Ŝe  wygląda  na  typową  ofiarę  przemocy.  W  takim 

wypadku  drań  ją  zlekcewaŜy  i  przestanie  się  mieć  na  baczności.  W  myśli  powtarzała 

sekwencję gestów, które powinna wykonać, gdy nadejdzie odpowiednia chwila. 

Stało  się.  Ręka  uzbrojona  w  nóŜ  sięgnęła  klamki.  Tess  uderzyła  łokciem  w  splot 

słoneczny  napastnika.  Gdy  facet  zgiął  się  wpół,  uniosła  kolano  i  kopnęła  go  w  nos;  poczuła 

ciepłą  krew.  Energicznym  szarpnięciem  wyrwała  się  z  morderczego  uścisku  i  wybiegła  na 

ulicę.  Było  wczesne  popołudnie.  Chodnikami  szło  mnóstwo  ludzi.  Bogu  dzięki!  Gangsterzy 

nie odwaŜą się chyba ścigać jej w takim tłumie. Biegła dysząc cięŜko. 

Wmieszała  się  w  grupę  przechodniów  czekających  na  zielone  światło.  Kątem  oka 

dostrzegła  samochód  jadący  szybko  w  jej  kierunku.  Nie  odwaŜą  się,  myślała  gorączkowo. 

Wykluczone… 

- Tess! 

Podniosła wzrok. To był mercedes. Za kierownicą siedział jej szef. 

-  Dane!  -  Przebiegła  przez  ulicę,  wskoczyła  do  auta  i  rzuciła  się  w  ramiona 

ukochanego. 

Objął ją mocno, zapominając na moment o całym świecie. Był wstrząśnięty. Spieszył 

się  bardzo,  Ŝeby  wrócić  do  biura  przed  wyjściem  detektywów.  Nagle  ujrzał  zdyszaną  Tess  i 

background image

oddalające się auto. Musiał zdecydować, co jest waŜniejsze - bezpieczeństwo dziewczyny czy 

ś

ciganie uciekinierów. Od razu wiedział, jaką podejmie decyzje. 

Pocałował  Tess  zachłannie.  Niechętnie  oderwał  wargi  od  jej  ust,  uruchomił  silnik  i 

włączył się do ruchu. Auta jechały wolno zatłoczoną ulicą. Lassiter myślał o Tess. Nic więcej 

go nie obchodziło. 

- Niewiele brakowało i byłoby po mnie - powiedziała, oddychając z trudem. - Dałam 

się zaskoczyć, gdy wychodziłam z biura. PrzyłoŜył mi nóŜ do pleców… 

- O BoŜe! - jęknął Lassiter i ujął rękę Tess. 

- Helen pokazała mi, jak się bronić, gdy napastnik atakuje od tyłu. Zapamiętałam sobie 

jej  nauki.  Udało  mi  się  obezwładnić  faceta  i  uciec.  -  Gdy  minęło  poczucie  zagroŜenia,  Tess 

spojrzała  na  całą  sprawę  nieco  inaczej.  -  To  było  niesamowite  przeŜycie.  Teraz  rozumiem, 

dlaczego… Dane? 

Lassiter  zjechał  na  parking  i  zatrzymał  samochód.  Był  blady  jak  ściana.  DrŜącymi 

rękoma trzymał kierownicę. Utkwił wzrok w przedniej szybie. 

-  Wszystko  się  dobrze  skończyło  -  powiedziała  cicho  Tess.  Przysunęła  się  i  objęła 

dłońmi  jego  twarz.  Całowała  usta,  nos  i  przymknięte  oczy  ukochanego.  Potem  objęła  go  i 

mocno  się  przytuliła.  -  Przestań  siebie  winić.  Zapomniałeś  po  prostu,  Ŝe  nie  wychodzę  z 

Helen. Nie pozwoliłeś nam iść razem na obiad. 

- Wcale o tym nie zapomniałem - odparł drŜącym głosem. - Sądziłem, Ŝe wrócę, nim 

biuro opustoszeje. Niestety, utknąłem w korku. 

- Dane - szepnęła. 

- Przytul mnie, Tess - poprosił zbolałym głosem. - Nic nie mów. Obejmij mnie tylko. 

Popatrzyła na niego oczyma pełnymi miłości i tęsknoty. 

Dane napotkał jej spojrzenie i poczuł się zakłopotany. Rzadko ujawniał słabości. Pora 

wziąć  się  w  garść.  Tess  nie  powinna  go  widzieć  w  takim  stanie  ani  robić  sobie  powaŜnych 

nadziei  z  powodu  jego  gwałtownej  reakcji.  To  bezsensowne.  Z  drugiej  strony  jednak… 

Pochylił głowę i pocałował ją czule. 

-  Od  tej  chwili,  ilekroć  będę  wychodzić  z  biura,  upewnię  się  najpierw,  z  kim 

zostaniesz. Wybacz mi, Tess. 

- JuŜ ci mówiłam, Ŝebyś przestał się obwiniać. Lepiej mnie pocałuj. 

-  Za  duŜo  tu  ludzi  -  mruknął  i  odsunął  się  nieco.  Wskazał  przechodniów  mijających 

auto. 

- W takim razie jedźmy do ciebie. Co ty na to? 

- Lepiej nie. Po pierwsze: musisz dojść do siebie po szaleństwach poprzedniej nocy - 

background image

odparł  cicho  i  dodał  z  ponurą  miną:  -  Po  drugie:  od  dziś  śpisz  we  własnym  łóŜku.  Nie 

będziemy dzielić sypialni. Tamto nie moŜe się powtórzyć. 

- Dlaczego? - zapytała. Dane pogłaskał kciukiem jej policzek. Miał smutną minę. 

-  Nie  zamierzam  się  wiązać  na  stałe.  Nie  pragnę  wielkich  uczuć  -  przypomniał.  - 

Zawsze  będę  pamiętał,  co  czułem,  będąc  twoim  pierwszym  męŜczyzną.  Problem  w  tym,  Ŝe 

szukasz partnera na całe Ŝycie. Ja straciłem złudzenia. 

- Postaram się na ciebie wpłynąć. Przy mnie stare rany się zabliźnią. 

-  JuŜ  wiele  dla  mnie  zrobiłaś.  Mimo  to  nie  mogę  się  z  tobą  oŜenić  -  odparł,  nie 

owijając niczego w bawełnę. - Posłuchaj uwaŜnie, Tess. Jesteś przekonana, Ŝe mnie kochasz, 

poniewaŜ  brak  ci  w  tych  sprawach  doświadczenia.  Wszystkiego,  co  wiesz  o  erotyce, 

nauczyłaś się ode mnie. Pewnego dnia seks przestanie ci wystarczać. Zapragniesz dziecka. 

- Kocham cię, Dane - odparła, nie siląc się na inne argumenty. 

Na policzki Lassitera wystąpiły ciemne rumieńce. Oczy rozjaśnił mu dziwny blask. 

-  Nie  wiesz,  czym  jest  miłość  -  szepnął,  daremnie  próbując  udawać,  Ŝe  jej  słowa  nie 

zrobiły na nim wraŜenia. - Sądzisz, Ŝe to rozkosz i fizyczna bliskość. 

-  Nas  dwoje  łączy  znacznie  więcej  niŜ  tylko  chwilowa  przyjemność.  My  się 

kochaliśmy,  Dane.  Dzisiejsze  przeŜycia  były  tak  cudowne,  Ŝe  wątpię,  abym  kiedykolwiek 

pozwoliła się dotknąć innemu męŜczyźnie. 

Lassiter przymknął oczy. Jego odczucia były takie same, ale bał się do tego przyznać. 

Jakiś wewnętrzny głos nakazał mu zachować je tylko dla siebie. 

-  To  była  cudowna  noc  -  stwierdził  chłodno.  Popatrzył  w  oczy  Tess  z  udawaną 

obojętnością.  -  Masz  szczęście,  Ŝe  jestem  bezpłodny.  W  przeciwnym  razie  mogłabyś  mieć 

kłopoty. 

- Tak bym tego nie nazwała - odparła z uśmiechem. 

- Nie warto się teraz nad tym rozwodzić - odparł ze wzrokiem utkwionym w przednią 

szybę.  Uruchomił  silnik  auta.  -  Musimy  jechać  na  posterunek  policji  i  złoŜyć  zeznanie. 

Czynna  napaść  i  usiłowanie  morderstwa.  Tak  to  wygląda.  Nie  spocznę,  aŜ  tamci…  -  Dane 

uŜył kilku dosadnych określeń, jakimi chętnie posługiwali się teksascy straŜnicy - …wylądują 

za kratkami. Powinni się tam znaleźć przed zachodem słońca. Tym razem nie dopuszczę, by 

wyszli  za  kaucją.  Mam  w  tym  mieście  trochę  znajomości.  Moi  przyjaciele  przekonają  kogo 

trzeba! 

Helen  puszyła  się  jak  paw,  gdy  usłyszała,  Ŝe  Tess  ocalała  dzięki  kilku  lekcjom 

samoobrony, których jej udzieliła. Dane miał ponurą minę, ale zdobył się na podziękowanie i 

kilka  miłych  słów.  Nie  przestawał  myśleć  o  handlarzach  narkotykami.  Chętnie  udusiłby  ich 

background image

gołymi rękami. Po raz pierwszy w Ŝyciu ogarnęła go Ŝądza odwetu. 

Polecił  Adamsowi,  Ŝeby  współpracował  z  policją.  Sam  nie  odstępował  Tess.  Gdy  po 

męczącym dniu wrócili do jego mieszkania, natychmiast zdjął marynarkę. Tess nie odrywała 

od niego wzroku. Spostrzegł, Ŝe pobladła. 

- Co się stało? - zapytał cicho. 

- Kiedy gangsterzy trafią do aresztu, natychmiast się wyprowadzę. 

Dane zmarszczył brwi. Nie chciał się nad tym zastanawiać. Na samą myśl o odejściu 

Tess  czuł  wewnętrzną  pustkę.  Dni  spędzone  we  dwoje  przypominały  cudowną  baśń  -  nie 

tylko dlatego, Ŝe zostali wreszcie kochankami. Dane lubił przebywać z Tess. 

-  Z  pewnością  ucieszyła  cię  ta  nowina  -  dodała  z  wymuszonym  uśmiechem.  -  Nie 

będzie  damskiej  bielizny  suszącej  się  na  sznurku  w  twojej  łazience  ani  czółenek  pod 

kanapą… 

-  Nie  masz  racji  -  przerwał.  -  Będzie  mi  ciebie  brakowało.  Sądzę,  Ŝe  ty  równieŜ 

będziesz za mną tęsknić. Problem w tym, Ŝe oboje przywykliśmy do samotności. 

Tess  objęła  go  i  przytuliła  twarz  do  muskularnego  torsu.  Przez  białe  płótno  koszuli 

czuła  ciepło  jego  skóry.  Nie  odpowiedziała,  bo  słowa  niczego  by  nie  zmieniły.  Westchnęła, 

ciesząc się jego bliskością. Chciała zachować piękne wspomnienia. 

- Czy mogłabym dzisiaj spać z tobą? 

- Bardzo tego pragnę - odparł głucho - ale nie mogę się na to zgodzić. Jeśli za bardzo 

się do ciebie przywiąŜę, rozstanie będzie udręką. 

- Przypominasz mi kierowcę, który rezygnuje z prowadzenia samochodu, bo na samą 

myśl o awarii ogarnia go niepokój. 

- Chyba masz rację - przyznał, mimo woli parskając śmiechem. Po chwili spowaŜniał i 

dodał:  -  Umacnianie  tej  więzi  Ŝadnemu  z  nas  nie  wyjdzie  na  dobre.  I  tak  będziemy  bardzo 

cierpieć.  -  Tess  chciała  coś  powiedzieć,  ale  Lassiter  dotknął  palcem  jej  ust,  nakazując 

milczenie. 

-  Jesteś  głęboko  przekonana,  Ŝe  mnie  kochasz.  Wiem  o  tym  doskonale.  Mimo  to 

sądzę,  Ŝe  zmienisz  zdanie,  gdy  wrócisz  do  swego  mieszkania  i  zaczniesz  normalnie  Ŝyć. 

Wszystko, co się teraz dzieje, uznasz za koszmarny sen. 

- Z wyjątkiem ostatniej nocy - wtrąciła. 

- Owszem. - Z czułością pocałował ją w czoło. - To była tylko jedyna noc. Z czasem o 

niej zapomnisz. 

- A ty? 

Wypuścił ją z objęć i przeciągnął się, udając, Ŝe nie słyszy pytania. 

background image

-  Kto  przygotowuje  kolację?  Co  jemy?  -  zapytał.  -  Mam  ochotę  na  hamburgera,  a 

właściwie na kilka hamburgerów. 

- Zaraz je usmaŜę - zaofiarowała się Tess. 

- Za duŜo czasu spędzasz w kuchni. To niesprawiedliwe. 

-  Wolę  sama  przygotować  jedzenie.  Twoje  hamburgery…  Spuśćmy  na  to  zasłonę 

miłosierdzia. Lepiej trzymaj się z daleka od patelni - mruknęła, idąc do kuchni. 

- PrzecieŜ istnieje równouprawnienie! 

- Dziwnie interpretujesz to pojęcie. 

Lassiter,  zirytowany  jawną  krytyką,  westchnął  cięŜko  i  powlókł  się  do  sypialni,  by 

zmienić ubranie. 

Wkrótce usiedli do kolacji. 

-  Czy  moŜemy  pojechać  na  ranczo  pod  koniec  tygodnia?  -  zapytała  Tess,  nie  robiąc 

sobie wielkich nadziei. 

-  Lepiej  nie  ryzykujmy  -  stwierdził  Dane  obrzucając  Tess  pełnym  niepokoju 

spojrzeniem. 

- Rozumiem. Chodzi o gangsterów. - Dziewczyna pokiwała głową. 

- Nie, Tess - odparł cicho. - Problem w tym, Ŝe zostaliśmy kochankami. Beryl nie jest 

ś

lepa. Od razu się zorientuje. Wystarczy, Ŝe na nas popatrzy. 

- Ach, tak… 

-  Beryl  przestrzega  pewnych  zasad.  -  Skrzywił  się,  widząc  rumieniec  na  policzkach 

Tess. - Wiem, wiem, ty równieŜ. W pewnym sensie podzielam wasze przekonania. 

Zapadło kłopotliwe milczenie. Dane włączył telewizor. Z zainteresowaniem obejrzeli 

razem  film  przyrodniczy  firmowany  przez  National  Geographic.  Okazało  się,  Ŝe  oboje 

mnóstwo wiedzą o zwierzętach. 

- Bardzo chciałbym objechać z tobą całe ranczo - wyznał z Ŝalem, spoglądając na nią 

czule. - Problem w tym, Ŝe Beryl moŜe ci dokuczać. 

- Czy w dzisiejszych czasach istnieją jeszcze pary Ŝyjące razem długo i szczęśliwie? - 

zapytała z goryczą. 

Dane wpatrywał się uporczywie w pusty talerz. 

-  Zapewne  tak.  Niestety,  trudno  mi  zapomnieć,  Ŝe  moje  małŜeństwo  okazało  się 

pomyłką.  MoŜe  od  początku  coś  było  w  nim  nie  tak?  Zaraz  po  ślubie  oboje  z  Jane  byliśmy 

przekonani, Ŝe czeka nas świetlana przyszłość. Z czasem przestało nam na sobie zaleŜeć. Nie 

sposób przewidzieć, jak się sprawy potoczą. Gdybym mógł dać ci dziecko, moŜe zmieniłbym 

zdanie. Niestety, jest inaczej. Nie sądzę, Ŝeby się nam udało. Zrozum… to ogromne ryzyko. 

background image

-  UwaŜasz  po  prostu,  Ŝe  jestem  dla  ciebie  za  młoda  -  westchnęła  Tess,  spoglądając 

nieśmiało  na  ukochanego.  -  Sama  nie  wiem,  czy  to  miły  komplement,  czy  teŜ  ukryta 

zniewaga.  Pokochałam  cię  jako  dziewiętnastolatka.  Moje  uczucie  przetrwało  próbę  czasu.  - 

Uśmiechnęła się smutno. - Czy znasz lekarstwo na miłość, Dane? 

Nie odpowiedział. Zapadło milczenie. 

-  Tess,  przyjdź  tu  na  chwilę  -  poprosił  Dane  następnego  ranka,  gestem  dłoni 

zapraszając Tess do swego gabinetu. 

Siedział  tam  wysoki,  przystojny  blondyn  nazwiskiem  Nick  Reed,  brat  Helen,  były 

agent  FBI,  którego  udało  się  Lassiterowi  skaptować  do  swojej  agencji.  Nick  uśmiechnął  się 

do Tess, która usiadła na kanapie. Oboje czekali, aŜ Dane zamknie drzwi i powie, o co chodzi. 

-  Musimy  przejąć  inicjatywę  -  stwierdził  nagle  Dane.  -  Nick  skontaktował  się  z 

paroma  osobami.  Zdobył  informacje,  które  mogą  się  nam  przydać.  Szykujemy  zasadzkę  na 

gangsterów,  którzy  cię  postrzelili,  a  potem  napadli.  Opowiedziałem  Nickowi,  jak  wygląda 

twój plan dnia. Zostaniesz przynętą, skarbie. Nasi ludzie będą cię obserwować z ukrycia. 

- Piękna perspektywa - odparła z westchnieniem. - A ja, głupia, myślałam, Ŝe kochasz 

mnie nad Ŝycie i gotów jesteś strzec swojej wybranki jak źrenicy oka. 

Nick parsknął śmiechem, jakby usłyszał dobry Ŝart. Dane zachował kamienną twarz. 

-  Zadbamy  o  twoje  bezpieczeństwo  -  tłumaczył.  -  Będą  cię  pilnować  detektywi  z 

agencji i dwaj policjanci, którzy zgodzili się wesprzeć nas po słuŜbie. Czas przejąć inicjatywę 

i  wykorzystać  element  zaskoczenia.  Nie  warto  siedzieć  i  czekać,  aŜ  cię  znów  napadną.  To 

zbyt niebezpieczne. 

- Co mam robić? - zapytała spokojnie. 

Dane przedstawił w ogólnych zarysach plan zasadzki. Tess była zdenerwowana i pełna 

obaw, ale powtarzała sobie raz po raz, Ŝe podczas napadu, mimo ogromnego zdenerwowania, 

dała  sobie  radę.  To  dowód,  Ŝe  w  trudnej  sytuacji  potrafi  zachować  zimną  krew.  Ta 

ś

wiadomość dodała jej odwagi. Wszystko pójdzie jak z płatka. 

W  sobotę  rano  Dane  snuł  się  po  mieszkaniu  z  kąta  w  kąt,  nie  mogąc  sobie  znaleźć 

miejsca. Telewizja go nudziła. 

- Trzeba się przewietrzyć - powiedział nagle. - Wkładaj ciuchy. 

-  Jestem  ubrana  -  odparła  Tess,  wzruszając  ramionami.  Miała  na  sobie  dŜinsy  i 

bawełnianą koszulkę. 

- Narzuć na siebie kurtkę i włóŜ sportowe buty. Mam ochotę na małą przejaŜdŜkę. 

- Dokąd wyruszamy? 

-  Na  ranczo  -  mruknął.  Widząc  jej  rumieniec,  dodał  pospiesznie:  -  Beryl  ma  dziś 

background image

wolne.  Jeśli  chodzi  o  innych,  Helen  nieświadomie  dostarczyła  nam  alibi.  Poprosiła  mnie, 

Ŝ

ebym przestał cię tyranizować i zadbał o twoje samopoczucie. Jest przekonana, Ŝe cierpisz tu 

katusze. 

- Coś w tym jest - odrzekła zaczepnie. 

- Idziemy. - Dane odwrócił się i ruszył ku drzwiom. - Jeśli będziemy tu siedzieć jak w 

klatce, nic dobrego z tego nie wyniknie. 

Tess chwyciła dŜinsową kurtkę, włoŜyła buty i pobiegła za Lassiterem. 

Dzień był chłodny i ciepłe okrycie bardzo się przydało, gdy objeŜdŜali farmę. Dane z 

uśmiechem  obserwował  Tess  w  czasie  pierwszej  lekcji  jazdy  konnej.  Dziewczyna  zerkała 

ukradkiem  na  roześmianą  twarz  ukochanego.  Wkrótce  doszła  do  porozumienia  ze  swoim 

wierzchowcem; wiekowa, cierpliwa klacz niejedno juŜ w Ŝyciu widziała. Jazda konna okazała 

się  znacznie  przyjemniejsza,  niŜ  sądziła  wcześniej  początkująca  amazonka.  Przyjemnie  było 

patrzeć na świat z wysokości końskiego grzbietu. 

Z oddali dobiegł tętent kopyt. Dane zmruŜył oczy ukryte w cieniu szerokiego ronda. 

-  Mamy  towarzystwo.  NaleŜało  się  tego  spodziewać  -  mruknął,  obserwując  dwóch 

postawnych jeźdźców. 

- Co to za jedni? - zapytała Tess, osłaniając dłonią oczy. 

-  Właściciele  farm  sąsiadujących  z  moją,  Cole  Everett  i  King  Brannt  -  odparł  z 

uśmiechem  Dane.  Domyślił  się,  Ŝe  widzieli  go  z  Tess  i  szukali  pretekstu,  by  się  jej  bliŜej 

przyjrzeć. Wiedzieli, Ŝe Lassiter nie ma zwyczaju przywozić kobiet na ranczo. 

-  Ładny  dzień  -  zagadnął  Cole  Everett,  starszy  z  jeźdźców.  Spoglądał  badawczo  na 

zarumienioną Tess. 

- Mamy dobrą pogodę - wtrącił King Brannt. 

-  To  jest  Teresa  Meriwether  -  powiedział  Dane,  nie  tracąc  opanowania.  -  Znajomi 

mówią do niej Tess. Jej ojciec zamierzał się oŜenić z moją matką. Jak wiecie, oboje zginęli w 

wypadku na krótko przed ślubem. Tess i ja w pewnym sensie jesteśmy rodziną. Pracuje jako 

sekretarka w mojej agencji detektywistycznej. 

- Niezła gadka - rzucił półgłosem Cole Everett, zsuwając na tył głowy jasny kapelusz 

z szerokim rondem. - Miło poznać - dodał głośno z szerokim uśmiechem, w którym nie było 

ani cienia złośliwości. 

-  Mogę  się  pod  tym  podpisać  -  wtrącił  King  Brannet.  Był  uprzejmy,  ale  trochę 

onieśmielał Tess. 

-  Mogę  zapytać,  w  jakim  celu  się  fatygowaliście  aŜ  tutaj?  -  zapytał  Dane,  mierząc 

wzrokiem sąsiadów. 

background image

-  Chcieliśmy  cię  prosić  o  wypoŜyczenie  byka-medalisty.  JuŜ  o  tym  rozmawialiśmy  - 

przypomniał Cole i uśmiechnął się do Tess. - Oczywiście, moŜemy poczekać kilka dni. 

Dane zachichotał. Bezczelność wścibskich sąsiadów całkiem go rozbroiła. 

- Dobrze - odparł. - Przyjadę za tydzień i wszystko ustalimy. 

Dane sądził, Ŝe do tego czasu gangsterzy będą juŜ za kratkami, a Tess wróci do swego 

mieszkania. Na myśl o tym zrobiło mu się smutno. 

Sąsiedzi  Lassitera  wkrótce  się  poŜegnali.  Dane  przypomniał,  by  pozdrowili  od  niego 

swoje Ŝony. Tess odprowadziła spojrzeniem dwóch postawnych jeźdźców. Dane opowiadał z 

oŜywieniem o ich rodzinach. 

- Są Ŝonaci od lat. Ich dzieciaki to nastolatki. Dzieciaki… - Zacisnął zęby. - Wracajmy 

- powiedział cicho. 

-  Nie  przejmuj  się  tak  -  szepnęła  Tess,  kładąc  mu  dłoń  na  ramieniu.  -  Dzieci  to  nie 

wszystko. 

-  Przeciwnie,  zwłaszcza  jeŜeli  nie  ma  szansy  na  ich  posiadanie  -  rzucił  oschle. 

Popatrzył  na  Tess  z  jawną  niechęcią  i  dodał  zaczepnie:  -  Nie  próbuj  mi  wmówić,  Ŝe 

wyrzekniesz się dobrowolnie własnego potomka. 

Nie  odpowiedziała.  Popatrzyła  współczująco  na  ukochanego.  Zmarszczyła  brwi,  gdy 

przypomniała sobie o swoich lękach i obsesjach. 

- Co się stało? - wypytywał z niepokojem, widząc jej zmienioną twarz. 

- Pomyślałam o zasadzce na gangsterów. 

Dane był trochę zaskoczony jej odpowiedzią. Sam unikał rozmyślań na ten temat, bo 

wytrącały go z równowagi. Teraz musiał spojrzeć prawdzie w oczy. Lękał się, Ŝe coś pójdzie 

nie tak. Westchnął cięŜko. Długo milczał. 

- Pamiętaj, Ŝe obaj z Nickiem dobrze znamy się na tej robocie - powiedział w końcu. - 

Dopilnujemy, Ŝeby nic ci się nie stało, maleńka. Dopadniemy tych drani. 

- Jasne. - Tess zdobyła się na blady uśmiech. 

Nadal była pełna obaw. Dane starał się o tym zapomnieć. Nie mógł pozwolić, by lęk 

zmącił  mu  umysł.  Wierzył,  Ŝe  plan  ułoŜony  wspólnie  z  Nickiem  przyniesie  spodziewane 

rezultaty.  Gdy  przestępcy  trafią  do  aresztu,  trzeba  będzie  ostatecznie  rozmówić  się  z  Tess. 

Jednego był pewny: nie ma dla niej miejsca w jego Ŝyciu. Powinien jej to uświadomić, póki 

jest w stanie to zrobić.  Opór słabł z dnia na dzień. Dla dobra Tess powinien jak najszybciej 

się z nią rozstać. Za bardzo mu na niej zaleŜało, by przystał na małŜeństwo bez przyszłości. 

Tess odejdzie, choćby miał umrzeć z rozpaczy. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Ciemność  za  oknami  wydawała  się  przygnębiająca.  Zaczęło  mŜyć.  Na  ulicy  było 

wilgotno i zimno. Tess objęła się ciasno ramionami. Miała na sobie ciemne spodnie, bluzkę w 

szaroniebieski  deseń  i  popielaty  sweter,  a  mimo  to  odczuwała  chłód.  Stojący  za  jej  plecami 

Dane czekał na kolejne posunięcie ekipy detektywów. 

Helen,  Nick  i  Adams  oraz  dwaj  najlepsi  ludzie  sierŜanta  Gavesa  z  pobliskiego 

komisariatu  przyczaili  się  juŜ  w  swoich  kryjówkach.  Od  pewnego  czasu  wiedzieli,  Ŝe  biuro 

agencji jest obserwowane. Tego wieczoru postanowili zastawić na gangsterów pułapkę. Tess i 

Dane zachowywali się tak, jakby mieli pracować w biurze do późnej nocy. Reszta personelu 

opuściła  budynek.  Z  pewnością  zauwaŜyli  ich  ukryci  w  pobliŜu  obserwatorzy.  Detektywi 

odjechali  na  bezpieczną  odległość,  zaparkowali  auta,  podkradli  się  bliŜej  i  zaczaili  w 

umówionych  miejscach,  by  w  razie  potrzeby  słuŜyć  pomocą  pozostałej  w  budynku  piątce 

współpracowników. 

Dane  zerknął  na  zegarek.  Był  niespokojny.  Nie  chciał  tej  akcji,  ale  konieczność 

zmusiła  go  do  jej  przeprowadzenia.  Tess  nie  powinna  Ŝyć  w  ciągłym  strachu.  Wkrótce  od 

niego odejdzie, ale będzie mu łatwiej Ŝyć ze świadomością, Ŝe jest bezpieczna. 

- Boisz się? - zapytał cicho. 

- Okropnie - wyznała, stając twarzą w twarz z szefem. - To chyba normalne, prawda? 

Nie  brak  obaw,  lecz  umiejętność  ich  pokonywania  czyni  z  ludzi  bohaterów.  Trzeba  robić, 

swoje mimo paraliŜującego strachu. 

-  Masz  rację.  Parokrotnie  uczestniczyłem  w  niebezpiecznych  akcjach.  Za  kaŜdym 

razem odczuwałem strach, ale nie splamiłem się ucieczką. 

-  Poczucie  zagroŜenia  powoduje  dopływ  adrenaliny  do  krwi,  a  to  sprawia,  Ŝe  w 

sytuacji  zagroŜenia  działamy  szybko  i  skutecznie  -  przypomniała  Tess.  -  Energii  wystarcza 

jednak na krótko. Ledwie udało mi się wyrwać z rąk gangstera i uciec, opadłam z sił i całkiem 

się rozkleiłam. 

-  Pamiętaj,  Ŝe  ryzyko  uzaleŜnia  jak  narkotyk  -  odparł  cicho  Dane,  patrząc  na  nią  z 

lękiem.  -  Właśnie  dlatego  nie  zgadzam  się,  abyś  została  detektywem.  Bez  wahania 

wystawiasz się na niebezpieczeństwo. Pewnie brałabyś najtrudniejsze zlecenia. 

- Sam tak robisz - odrzekła, patrząc mu prosto w oczy - i nie zamierzasz się wycofać. 

-  Po  mnie  nikt  nie  będzie  płakać  -  odparł  z  ponurym  wyrazem  twarzy.  Tess  miała 

ochotę  zaprotestować.  -  To  nie  jest  zajęcie  dla  Ŝonatych…  ani  dla  męŜatek.  Świadomość 

background image

ciągłego  zagroŜenia  moŜe  zniszczyć  najbardziej  udany  związek.  Jane  była  wściekła,  Ŝe 

pracuję jako teksaski straŜnik. Byłem gościem w domu. 

-  Dane  -  wtrąciła  Tess,  spoglądając  na  niego  czule  -  gdybyś  naprawdę  kochał  Ŝonę, 

znalazłbyś sposób, Ŝeby spędzać z nią więcej czasu, prawda? 

-  Pora  zaczynać  -  stwierdził  Dane,  spoglądając  na  zegarek.  Jego  twarz  niczego  nie 

wyraŜała. Pominął milczeniem trudne pytanie. - Wiesz, co masz robić. 

- Oczywiście. 

Lassiter wziął z biurka aktówkę i podszedł do Tess. Nie krył, Ŝe dręczy go lęk. 

-  Unikaj  ryzyka.  Gdyby  zaszło  coś  nieprzewidzianego,  krzycz,  zbij  szybę,  rób  co 

chcesz,  byle  tylko  zwrócić  na  siebie  uwagę.  Nie  zamierzam  się  zbytnio  oddalać.  Na  pewno 

usłyszę. 

- Jasne. - Tess miała ściśnięte gardło i mokre od potu dłonie. Zrobiło jej się sucho w 

ustach,  a  serce  waliło  jak  młotem.  Nie  mogła  wyznać  Dane'owi,  Ŝe  okropnie  się  boi.  To  by 

tylko pogorszyło sprawę. 

- Będziemy w pobliŜu. Jest nas spora gromadka - przypomniał jej Lassiter. - Wszystko 

będzie dobrze. Wreszcie przestaniesz się bać. 

- Mogą ich znów wypuścić za kaucją… 

-  Tym  razem  nie.  Jeśli  nawet  sędzia  podejmie  taką  decyzję,  dopilnuję,  Ŝeby  ustalono 

niebotyczną kwotę. Nie będą jej w stanie zapłacić. 

- Sytuacja się powtarza. Poza moim zeznaniem nie będzie Ŝadnego dowodu ich winy. 

-  Nieprawda.  My  równieŜ  moŜemy  świadczyć.  Poza  tym  sam  napad  wykaŜe,  z  kim 

mamy do czynienia. - Dane musnął palcem usta Tess. - Głowa go góry, kochanie. - Pocałował 

ją zachłannie. Rozchyliła wargi, poddając się namiętności. Chciała objąć Dane'a, ale odsunął 

się i ruszył ku drzwiom. 

Została sama. W biurze zrobiło się nagle zimno i ponuro. Chodziła nerwowo z kąta w 

kąt. Dane potrzebował kilku minut, by dotrzeć na parking, podejść do auta i wrzucić aktówkę 

do bagaŜnika. Potem miał ostentacyjnie zapalić papierosa. Obserwator będzie przekonany, Ŝe 

szef  wyszedł  się  przewietrzyć,  ale  wraca  do  agencji,  bo  pamięta  o  niebezpieczeństwie 

groŜącym Tess i wie, Ŝe nie powinna zostawać sama na dłuŜej; ktoś mógłby dokonać na nią 

zamachu. 

Gangsterzy skwapliwie wykorzystali chwilową nieobecność Lassitera. Przed budynek 

zajechał  ciemnobrązowy  sedan.  Wysiedli  z  niego  dwaj  męŜczyźni.  Kryjąc  się  w  cieniu, 

podbiegli do drzwi wejściowych. Rozglądali się niespokojnie. Dane mógł lada chwila wypalić 

papierosa i ruszyć w stronę budynku. 

background image

Nie  mieli  pojęcia,  Ŝe  Lassiter  od  razu  ich  spostrzegł.  Wrócił  tylnym  wejściem  i 

pobiegł  do  windy  dla  personelu.  Wąski  korytarz  prowadził  z  niej  do  pomieszczeń  agencji. 

Wyciągnął  automatyczny  pistolet,  kaliber  45.  Broń  była  gotowa  do  strzału.  Widział,  jak 

gangsterzy  podchodzą  do  drzwi.  Tess  usłyszała  cichy  szczęk  klamki;  odwróciła  się 

natychmiast.  Na  widok  wycelowanej  w  nią  lufy  pistoletu  zamarła  w  bezruchu.  Pomyślała  o 

ukochanym. Przemknęło jej przez głowę, Ŝe zginie z jego imieniem na ustach. 

- Padnij! 

Komenda  rzucona  tonem  nie  znoszącym  sprzeciwu  wyrwała  ją  z  odrętwienia.  Tess 

upadła na podłogę, nim kanonada przerwała krótkotrwałą ciszę. 

Dane zranił w bark jednego z przestępców i skuł go kajdankami. Drugi z gangsterów 

zdołał uciec. 

- Łap go! - jęknęła Tess. 

- Nick się nim zajmie. - Dane wyciągnął do niej rękę i pomógł wstać. 

- Wezwijcie lekarza, do jasnej cholery! - krzyczał ranny. - To nieludzkie! PrzecieŜ się 

wykrwawię! 

-  Teraz  masz  pojęcie,  jak  cierpiała  Tess  -  odparł  Dane  i  dodał  kilka  epitetów,  które 

sprawiły, Ŝe dziewczyna spłonęła rumieńcem. 

-  Zdrów  i  cały?  -  wypytywała  niespokojnie,  odruchowo  dotykając  jego  torsu,  jakby 

szukała ran. - Trafił cię? 

-  Pół  Ŝycia  zeszło  mi  na  unikaniu  pocisków.  -  Dane  rozchmurzył  się  nieco.  Na  jego 

ustach pojawił się chełpliwy uśmieszek. - Za to mi płacili. A co z tobą? Dobrze się czujesz? 

-  Teraz  juŜ  tak  -  odparła  i  wtuliła  się  w  ramiona  Dane’a.  PołoŜyła  głowę  na  jego 

ramieniu. Kątem oka obserwowała leŜącego na podłodze gangstera, który zwinął się w kłębek 

i pojękiwał cicho. Marynarka eleganckiego garnituru pobrudzona była krwią. Dane trzymał w 

ręku broń napastnika. 

- Tess! - Głos Helen odbił się echem w pustym biurze. Dziewczyna wybiegła z windy. 

Nick  deptał  jej  po  piętach.  -  Słyszałam  odgłos  wystrzałów.  -  Umilkła,  z  niedowierzaniem 

spoglądając na koleŜankę i szefa. - Co się stało? 

-  Nic.  Wyszliśmy  z  tego  bez  szwanku.  A  co  z  jego  kompanem?  -  zapytał  Dane, 

ruchem głowy wskazując rannego przestępcę. 

- Ludzie sierŜanta Gravesa juŜ się nim zajęli - wtrącił Nick, chowając broń do kabury. 

-  Wezwij  karetkę.  Trzeba  opatrzyć  tego  drania  -  mruknął  Dane  do  Helen.  Podał  jej 

automatyczny pistolet maszynowy, z którego strzelał przestępca. 

- Nie dotykaj kolby - zrzędził Nick; patrząc na siostrę. 

background image

- Są na niej odciski palców. 

- Wiem, jak trzymać broń. Sam mnie tego nauczyłeś - odparła z politowaniem Helen. 

Zwróciła się do Tess: - Jak samopoczucie, kochanie? 

- Nieźle - usłyszała w odpowiedzi. 

- Cholerni detektywi! - wymamrotał ranny przestępca. Powtarzał te słowa raz po raz. 

- Wynośmy się stąd. - Dane uniósł brwi i mocniej przytulił Tess. 

Minęło duŜo czasu, nim wrócili do domu. Tess musiała złoŜyć zeznania. Czekała, aŜ 

zostaną przepisane i przyniesione do podpisu. Ranny gangster pojechał karetką na opatrunek; 

następnie  odwieziono  go  do  szpitala  policyjnego.  Drugi  przestępca  został  przesłuchany  i 

odesłany do aresztu. Tess wreszcie odetchnęła z ulgą. 

Wrócili do domu w środku nocy. Dziewczyna zasnęła jak kamień i nie miała Ŝadnych 

koszmarnych snów. Nie słyszała budzika. Gdy wstała, Dane juŜ wyszedł, ale zostawił kartkę. 

Napisał, Ŝeby nie przychodziła do pracy; radził jej porządnie wypocząć. 

Zapewne miał rację, ale Tess nie miała czasu na odpoczynek.  Z ponurą miną uznała, 

Ŝ

e  czas  się  pakować.  Dane  nie  prosił  jej,  Ŝeby  się  wyprowadziła;  w  ogóle  niewiele  mówił 

poprzedniej nocy. Był uprzejmy i opiekuńczy, ale oschły. Gdy wrócili do domu, kazał jej iść 

spać. Uznał, Ŝe Tess bardziej potrzebuje snu niŜ rozmowy. 

Tess sądziła, Ŝe Dane ją kocha, ale będzie próbował zabić tę miłość i pewnie mu się to 

uda.  Uznała,  Ŝe  postąpi  mądrze,  usuwając  się  w  cień  na  pewien  czas.  Nie  warto  wszczynać 

sporu  z  męŜczyzną,  który  sam  nie  wie,  czego  chce.  Pora  odejść;  niech  Dane  spokojnie 

wszystko przemyśli. Nie powinien odczuwać presji; zbyt silna jest w nim potrzeba wolności. 

Z  czasem  nadarzy  się  okazja,  by  go  przekonać,  Ŝe  mimo  przeszkód  mają  przed  sobą 

wspaniałą przyszłość. 

Spakowała  rzeczy  i  czekała  na  powrót  Dane'a.  Siedziała  z  opuszczoną  głową  na 

kanapie,  ubrana  w  szare  spodnie  i  szeroki  biały  sweter.  Włosy  splotła  w  warkocz.  Płaszcz 

leŜał na oparciu kanapy. 

Usłyszała  znajome  kroki  i  podniosła  wzrok.  Dane  zmarszczył  brwi;  patrzył  z 

niedowierzaniem na spakowane walizki. 

-  Sądziłam,  Ŝe  takie  rozwiązanie  najbardziej  ci  odpowiada  -  powiedziała  cicho.  - 

ś

adnych sporów. śadnych kłopotów. - Wstała. - Czy mógłbyś odwieźć mnie do domu? 

Dane  westchnął  cięŜko.  Uznał,  Ŝe  Tess  ma  rację.  To  najlepsze  wyjście.  Z  Ŝalem 

odrzucił marzenia. Łudził się, Ŝe zastanie Tess zwiniętą w kłębek na kanapie i wpatrzoną, jak 

co wieczór, w ekran telewizora. Daremnie. Gdy uświadomił sobie, Ŝe wraca do siebie, poczuł 

niemal fizyczny ból. 

background image

- Oczywiście. Ruszajmy - odparł chłodno. Popatrzył na nią z góry. - Dzięki. 

WłoŜyła  płaszcz  i  wyszła  za  nim  z  mieszkania,  nie  oglądając  się  ani  razu.  Gdyby 

popatrzyła na znajome wnętrze, pękłoby jej serce. 

Wkrótce  dotarli  na  miejsce.  Dane  zapewnił  Tess,  Ŝe  nie  ma  powodu  do  obaw. 

Przestępcy  działali  na  własną  rękę  i  nie  mieli  Ŝądnych  zemsty  popleczników.  Po  chwili 

milczenia Tess stwierdziła: 

- Wszystko juŜ zostało powiedziane. 

-  Owszem  -  zgodził  się  Dane.  Przez  chwilę  błądził  wzrokiem  po  niewielkim 

mieszkaniu.  Po  chwili  spojrzał  znów  na  Tess,  ale  natychmiast  spuścił  oczy.  -  Wpadnę  do 

ciebie rano. 

- Dobrze - odparła, starając się powstrzymać łzy. Znieruchomiał, słysząc jej zduszony 

szept, ale nie podniósł wzroku. To byłaby lekkomyślność. 

- Dbaj o siebie. 

- Jasne. Ty równieŜ. - Zawahała się na moment. - Dane? 

- Tak? 

- Dzięki. Uratowałeś mi Ŝycie. Gdyby nie ty, juŜ by mnie nie było na tym świecie. 

Przymknął  oczy.  Poczuł  mdłości.  Nie  był  w  stanie  o  tym  myśleć.  Cierpiał  jak 

potępieniec,  ilekroć  przypominał  sobie,  Ŝe  dwukrotnie  niewiele  brakowało,  by  Tess  straciła 

Ŝ

ycie. 

- Dobranoc - rzucił pospiesznie. Wybiegł z mieszkania i zatrzasnął drzwi. Gdy znalazł 

się na ulicy, zimny wiatr ochłodził rozpalone policzki. Mdłości z wolna ustępowały. 

Dane wsiadł do mercedesa i ruszył przed siebie w nocny mrok. 

Tess  liczyła  się  z  tym,  Ŝe  ukochany  będzie  ją  traktował  z  rezerwą,  ale  całkowita 

obojętność  była  dla  niej  sporym  zaskoczeniem.  Traktował  ją  niczym  bezduszną  maszynę 

zaprogramowaną  na  wykonywanie  poleceń  słuŜbowych.  Domagał  się  od  niej  informacji, 

przekazywał  dane,  a  potem  wychodził  z  biura,  nie  zaszczycając  swojej  sekretarki 

poŜegnalnym spojrzeniem. Poza pracą przestawała dla niego istnieć. 

Przez  kilka  tygodni  Tess  bardzo  cierpiała.  Zmartwienia  podkopały  jej  siły.  Nabawiła 

się  niestrawności.  Było  jej  niedobrze.  Po  pracy  wróciła  do  domu  i  od  razu  się  połoŜyła. 

Następnego  ranka  dostała  torsji.  Zadzwoniła  do  biura  i  poprosiła  o  wolny  dzień.  Potem 

wróciła do łóŜka. Zasnęła, wsłuchana w szum deszczu. 

Dane wpadł po pracy, Ŝeby sprawdzić, jak Tess  się czuje. Była zdziwiona, Ŝe tak się 

przejął.  Dotychczasowe  zachowanie  dowodziło,  Ŝe  przestał  sobie  zaprzątać  głowę  jej 

sprawami. 

background image

- Jak się czujesz? - zapytał bez wstępów, gdy otworzyła drzwi. 

Była  potargana  i  blada.  Miała  na  sobie  znoszoną  koszulę  nocną  i  gruby  czerwony 

szlafrok sięgający do bosych stóp. 

- To chyba jakiś wirus. Adams miał ostatnio kłopoty z Ŝołądkiem. Chyba się od niego 

zaraziłam.  Bądź  tak  miły  i  zastrzel  tego  drania.  Będę  ci  za  to  dozgonnie  wdzięczna  - 

mamrotała, chwiejąc się na nogach. 

- Czego ci potrzeba? Chętnie ci pomogę. 

-  Dzięki.  -  Tess  pokręciła  głową.  -  Mam  w  lodówce  jogurt,  który  mnie  trzyma  przy 

Ŝ

yciu. 

- MoŜe wezwać lekarza? - zapytał, marszcząc brwi. 

- Nie warto. Samo przejdzie. -  LekcewaŜąco machnęła  ręką. Nadal stali  w otwartych 

drzwiach. - Dane, muszę się połoŜyć. Miło, Ŝe wpadłeś, ale nie ma się czym przejmować. Za 

kilka dni wyzdrowieję. Zorganizuj jakieś zastępstwo. 

-  Mamy  juŜ  kogoś  na  twoje  miejsce  -  powiedział  z  ociąganiem.  -  Idealna  sekretarka. 

Stenografuje i pisze niemal tak szybko jak ty. 

-  Jeśli  sobie  Ŝyczysz,  Ŝebym  odeszła,  wystarczy  powiedzieć  -  odparła  cicho  i 

popatrzyła  mu  w  oczy.  Wyraz  twarzy  szefa  potwierdził  jej  przeczucia.  -  Porozmawiaj  z  tą 

dziewczyną  i  dowiedz  się,  czy  zechce  pozostać  w  agencji  na  stałe.  Jeśli  się  zgodzi,  odejdę 

natychmiast… 

- Musisz najpierw znaleźć nową posadę - rzucił przez zaciśnięte zęby. 

- Agencja detektywistyczna Shorta zatrudni mnie natychmiast. 

Short był przystojnym wdowcem po czterdziestce; miał dobre maniery, nie brakowało 

mu pewności siebie. Dane popatrzył na  Tess, mruŜąc oczy; łatwo moŜna  przewidzieć, czym 

by się skończyła współpraca tych dwojga. 

- Nie wydaje mi się… - zaczął. 

-  Dane,  unikasz  mnie  -  przerwała  z  irytacją.  -  Dość  udawania.  Odkąd  się  ze  mną 

przespałeś,  chodzisz  ponury  jak  chmura  gradowa.  Z  trudem  znosisz  moją  obecność. 

Doskonale  to  rozumiem.  Mnie  równieŜ  trudno  jest  z  tobą  pracować,  bo  dobrze  znam  twoje 

nastawienie. Pozwól mi odejść. Dam sobie radę. - Oparła się o ścianę i mimo woli popatrzyła 

na  niego  z  czułością.  -  Łatwiej  mi  będzie  o  tobie  zapomnieć,  jeśli  przestaniemy  codziennie 

widywać się w pracy. 

- Wkrótce znajdziesz sobie kogoś innego - mruknął niechętnie. 

-  Zapewne  -  odrzekła,  by  uspokoić  jego  sumienie,  chociaŜ  wcale  w  to  nie  wierzyła. 

Zdobyła się na słaby uśmiech. - Do widzenia, Dane. 

background image

-  Skarbie,  to  nie  miało  sensu  -  powiedział  tak  czule  i  łagodnie,  Ŝe  Tess  łzy  zakręciły 

się w oczach. - Od początku tak uwaŜałem. PrzecieŜ wiesz, Ŝe nie chcę się Ŝenić. 

- Jasne - odparła cicho. - Trudno. 

- To wcale nie jest takie proste. - Dane westchnął cięŜko. - Tęsknię za tobą. Dokucza 

mi samotność. Przy tobie bardzo się zmieniłem. 

-  Proszę,  idź  juŜ,  bo  zacznę  płakać  i  wyjdę  na  kompletną  idiotkę  -  błagała  Tess, 

patrząc na niego przez łzy. 

- Wmówiłaś sobie tylko, Ŝe mnie kochasz! - jęknął rozpaczliwie. - Nie rozumiesz? To 

młodzieńcze zauroczenie. Podobam ci się i nic więcej. 

Nie była w stanie wykrztusić słowa. Szare oczy w bladej twarzy były smutne, niemal 

tragiczne. 

- Tak będzie dla ciebie lepiej. Kiedyś przyznasz mi rację. Wyjdziesz za mąŜ, urodzisz 

dzieci… - Odwrócił się i wyszedł z obawy, Ŝe głos mu zadrŜy. Sama myśl o Tess poślubionej 

innemu  męŜczyźnie  i  otoczonej  gromadką  cudzych  bachorów  była  dla  niego  torturą.  Na 

odchodnym  rzucił:  -  śegnaj,  maleńka.  Poproszę  Helen,  Ŝeby  przyniosła  ci  dokumenty  i 

pensję.  Powiedz  jej,  Ŝe  odchodzisz  z  agencji,  poniewaŜ  biuro  kojarzy  ci  się  mimo  woli  z 

koszmarnymi przeŜyciami ostatnich dni. To dobra wymówka. 

-  Owszem  -  wykrztusiła,  zaklinając  go  w  duchu,  by  wreszcie  odszedł  i  zostawił  ją 

samą, zanim całkiem się rozklei. W głowie miała kompletny zamęt. 

- Gdybyś potrzebowała mojej pomocy… 

- Dziękuję. Dobranoc. 

Wyszedł, nie oglądając się ani razu. Miał wielką ochotę raz jeszcze na nią popatrzeć, 

ale zdawał sobie sprawę, Ŝe popełniłby niewybaczalne głupstwo. 

Zza drzwi dobiegł go szczęk zamka. Z rozdartym sercem opuścił Tess, ale musiał tak 

postąpić.  Nie  mógł  jej  ofiarować  takiego  Ŝycia,  jakiego  pragnęła.  Wmawiał  sobie,  Ŝe  jej 

miłość to zwykłe urojenie. Podobał się tej dziewczynie; nic więcej. Gdyby oŜenił się z Tess, 

postąpiłby nieuczciwie. Powtarzał ten argument przez całą drogę do domu. 

Na próŜno. Gdy wszedł do pustego mieszkania, zdał sobie sprawę, Ŝe jest na świecie 

sam jak palec. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Short bardzo się ucieszył, Ŝe Tess chce u niego pracować. W poniedziałek poczuła się 

trochę lepiej i poszła na rozmowę z przyszłym szefem. 

Wysoki,  przystojny  męŜczyzna  przyjął  ją  w  biurze,  gdzie  roiło  się  od  pracowników. 

Przypominał  trochę  Lassitera.  Mimo  to,  w  porównaniu  z  rygorem  panującym  u  Dane'a, 

dyscyplina  w  agencji  Shorta  była  nieco  rozluźniona.  Tess  nie  podobało  się  równieŜ,  Ŝe 

detektywi  Shorta  zbyt  często  zdają  się  na  przypadek.  Była  jednak  zdumiona  i  uradowana, 

kiedy się okazało, Ŝe nowy szef ma dla niej etat detektywa, a nie sekretarki. 

- Wspaniała niespodzianka! - zawołała. 

- Doskonale pamiętam, jak pani narzekała u Lassitera - zachichotał. - Zajmie się pani u 

mnie  szukaniem  zaginionych.  Niebezpieczeństwo  jest  znikome,  a  praca  nie  wymaga  tyle 

czasu co w przypadku innych specjalności; za to satysfakcja gwarantowana. Mam nadzieję, Ŝe 

będzie pani zadowolona. 

- Nie wiem, jak się panu odwdzięczyć za tyle Ŝyczliwości. 

-  Znam  dobry  sposób.  Proszę  solidnie  wziąć  się  do  pracy  i  odnosić  same  sukcesy.  - 

Short  wstał  i  uścisnął  dłoń  nowej  pracownicy.  -  Proszę  zostać,  jeśli  ma  pani  czas.  Mary 

wszystko  pani  wyjaśni  i  przedstawi  współpracownikom.  Do  przyszłego  poniedziałku  będzie 

się panią opiekować. Tydzień to aŜ nadto, by poznać sposób działania naszej firmy i wdroŜyć 

się do nowych obowiązków. Potem zacznie pani działać samodzielnie. 

-  Wspaniale  -  odparła  z  uśmiechem  Tess.  -  Ogromnie  się  cieszę.  Z  pewnością  nie 

zawiodę pańskich oczekiwań. 

- Ciekawe, dlaczego Dane zgodził się, by pani odeszła z jego firmy. Sporo was łączy. 

W pewnym sensie jesteście rodziną - powiedział Short, nie kryjąc ciekawości. 

-  W  ostatnim  czasie  dwukrotnie  do  mnie  strzelano,  raz  przed  budynkiem  agencji,  a 

drugi  w  biurze.  Koszmarne  wspomnienia  nie  pozwalają  mi  spokojnie  pracować.  Gdy  tam 

wchodzę, cała się trzęsę - skłamała Tess. 

-  Rozumiem.  -  Short  od  razu  spowaŜniał,  a  potem  uśmiechnął  się  współczująco.  - 

Postaramy się, Ŝeby nic podobnego pani tu nie spotkało. 

- Dzięki - odparła cicho. 

Mary Plummer chętnie zaopiekowała się nową koleŜanką. 

-  Jesteś  bardzo  blada  -  zauwaŜyła  w  czasie  rozmowy.  -  Słyszałam,  Ŝe  ostatnio 

chorowałaś. Czy aby na pewno czujesz się juŜ lepiej? 

background image

- Oczywiście - zapewniła Tess. 

Niestety, okazała się nadmierną optymistką. Przez kilka tygodni Tess nie mogła dojść 

do  siebie.  W  końcu  uznała,  Ŝe  ma  wrzód Ŝołądka.  Nic  dziwnego,  jeśli  wziąć  pod  uwagę,  ile 

ostatnio  przeszła:  postrzał,  napad,  rozstanie  z  ukochanym,  zmiana  pracy.  KaŜdy  by  się 

rozchorował po takich przeŜyciach. 

Helen  ciągle  do  niej  wydzwaniała,  prosząc  o  spotkanie.  Tess  odmawiała  pod  byle 

pretekstem, ale w końcu uznała, Ŝe wszystko ma swoje granice, i umówiła się z koleŜanką na 

obiad. 

- Marnie wyglądasz - stwierdziła Helen, nie owijając niczego w bawełnę. 

- śyłam ostatnio w ogromnym napięciu - przypomniała Tess. - Tak wiele się zmieniło 

w moim Ŝyciu, i to w bardzo krótkim czasie. 

- Schudłaś. Jesteś blada jak ściana. 

-  To  nerwy.  Pan  Short  jest  wspaniałym  szefem.  Nie  mogę  go  zawieść,  a  muszę  się 

jeszcze wiele nauczyć. 

-  To  prawda.  -  Helen  nie  wyglądała  na  przekonaną.  Spoglądała  podejrzliwie  na 

młodszą koleŜankę. - Dane jest… 

-  Masz  ochotę  na  deser?  MoŜe  lody?  -  rzuciła  Tess,  pospiesznie  zmieniając  temat. 

Helen zamilkła. Wkrótce pojęła, w czym rzecz. 

-  Jasne.  Nie  musisz  niczego  dodawać.  Wszystko  rozumiem.  Niech  będą  lody.  Mam 

tylko jedną prośbę. Idź do lekarza. Zrób to dla starej przyjaciółki. 

Tess posłuchała dobrej rady i następnego dnia z samego rana wybrała się na badania. 

Doktor Reiner leczył ją od dawna. Zbadał pacjentkę starannie i szybko zorientował się, co jej 

dolega. 

-  Muszę  zapytać,  czy  była  pani  ostatnio  blisko  związana  z  jakimś  męŜczyzną  - 

powiedział spokojnie i dobitnie. 

-  Tak  -  odparła  pospiesznie  Tess.  Czuła  niespokojne  kołatanie  serca.  -  Raz  się… 

Spędziłam z nim noc. 

- I stało się - westchnął lekarz. 

- Ale on jest… bezpłodny - wyjąkała. - Twierdził, Ŝe nie moŜe mieć dzieci. 

Nagle  uświadomiła  sobie,  Ŝe  comiesięczna  kobieca  przypadłość  nie  pojawiła  się  we 

właściwym czasie. Powiedziała o tym lekarzowi. 

-  Przeprowadzimy  testy  ciąŜowe  -  stwierdził  lekarz.  -  Postawmy  sprawę  jasno. 

Prawdopodobnie jest pani w ciąŜy. Na to wskazują wszystkie symptomy. 

Tess  skuliła  się,  jakby  została  uderzona  prosto  w  splot  słoneczny.  Z  obawą  i 

background image

niedowierzaniem spoglądała na swój brzuch. 

- CiąŜa to nie koniec świata - pocieszał ją lekarz. - Jest wiele moŜliwości… 

- Nie! - Tess zbladła i osłoniła brzuch rękoma. - Proszę o tym nie mówić! 

- A zatem chce pani urodzić dziecko? 

- Oczywiście - szepnęła Tess. - To moje największe marzenie! 

- Co z ojcem? 

-  Obawiam  się,  Ŝe  nie  uwierzy,  gdy  mu  powiem  -  odparła  ze  smutkiem.  -  Tak  czy 

inaczej  jest  przeciwnikiem  małŜeństwa,  więc  nie będę  zawracać  mu  głowy,  przynajmniej  na 

razie, dopóki nie mam pewności. Kiedy otrzymam wyniki badań, podejmę decyzję. 

- Doskonale. Zaraz przyjdzie tu siostra Wallace i pomoŜe mi przeprowadzić badania. 

Proszę się nie martwić. Wszystko będzie dobrze. 

Wyniki  miały  być  znane  dopiero  następnego  dnia  rano.  Tess  przez  całą  noc  nie 

zmruŜyła  oka.  Nie  wspomniała  nikomu  o  podejrzeniach  doktora  Reinera.  Siostra  Wallach 

zadzwoniła  do  biura.  Tess  omal  nie  zemdlała,  słysząc  spokojny  głos  potwierdzający,  Ŝe 

pacjentka  jest  w  ciąŜy.  Wymamrotała  podziękowanie  i  odłoŜyła  słuchawkę.  Zapomniała 

umówić  się  na  kolejną  wizytę  i  zapytać  o  adres  dobrego  ginekologa-połoŜnika.  Uznała,  Ŝe 

pomyśli o tym innego dnia. 

Pracownicy  agencji,  zaniepokojeni  bladością  nowej  koleŜanki,  wypytywali,  co  się 

stało.  Tess  zbyła  ich  uprzejmymi  półsłówkami  i  wsadziła  nos  w  papiery  dotyczące 

prowadzonej właśnie sprawy. Chciała spokojnie wszystko przemyśleć. 

Koło południa wyrwał ją z zadumy głos szefa, który zatrzymał się przy biurku nowej 

pani detektyw i zmierzył ją badawczym spojrzeniem. 

-  Rzadko  spotykam  się  z  podwładnymi  poza  biurem,  ale  dla  pani  chętnie  zrobię 

wyjątek. MoŜe pójdziemy dziś razem na kolację? 

Tess była zbita z tropu nieoczekiwaną propozycją. Rozstała się z Dane'em, ale nosiła 

pod  sercem  jego  dziecko.  Randka  z  innym  męŜczyzną  uchodziła  w  jej  oczach  niemal  za 

cudzołóstwo. 

-  Dzięki  za  zaproszenie  -  odparła  uprzejmie.  -  Mam  nadzieję,  Ŝe  nie  poczuje  się  pan 

dotknięty,  jeśli  odmówię.  Nie  jestem  w  nastroju.  Dochodzę  teraz  do  siebie  po…  wielkim 

rozczarowaniu. 

- Ach, tak. Rozumiem - odparł z uśmiechem. - Czas leczy rany. Ponowię zaproszenie. 

Tess w milczeniu skinęła głową. śadnej zachęty. Miała w Ŝyciu dość kłopotów. 

Tess  chciała  zadzwonić  do  Dane'a  i  przekazać  mu  radosną  nowinę,  ale  nie  miała 

odwagi. Jej ukochany ciągle powtarzał, Ŝe nie chce trwałego związku i nie pragnie oŜenić się 

background image

powtórnie.  Gdyby  mu  powiedziała  o  dziecku,  uznałby,  Ŝe  powinien  ją  poślubić.  Marzył  o 

potomstwie,  lecz  mimo  to  mógł  uznać  jej  telefon  za  próbę  moralnego  szantaŜu.  A  jeśli  - 

uchowaj BoŜe - stwierdzi, Ŝe to nie jego dziecko? PrzecieŜ uwaŜał się za bezpłodnego. Gotów 

powiedzieć, Ŝe spała z innym męŜczyzną. 

Druga  przyczyna,  która  skłoniła  Tess  do  milczenia,  dotyczyła  stanu  zdrowia. 

Niepokoiły  ją  uporczywe  bóle  i  krwawienia.  Lekarz  był  tego  samego  zdania  i  gdy  tylko 

opisała  mu  objawy,  umówił  ją  z  doświadczonym  połoŜnikiem.  Skoro  istniało  ryzyko 

poronienia i utraty dziecka, wciąganie Dane'a w tę sprawę byłoby niewybaczalnym błędem. 

Odetchnęła  z  ulgą,  gdy  Kit  wróciła  do  domu  po  kilku  miesiącach  nieobecności. 

Wreszcie miała bratnią duszę. Umówiły się na obiad. Kit wybrała gwarną włoską restaurację, 

gdzie  w  dni  powszednie  chętnie  wpadały  coś  zjeść.  Tess,  która  ostatnimi  czasy  zwykle 

przesiadywała  w domu,  czekała przy stoliku na  koleŜankę, nerwowo rozglądając się po sali. 

Obawiała  się  przypadkowego  spotkania  z  Dane'em,  mimo  Ŝe  do  jego  agencji  było  stąd  dość 

daleko.  Wreszcie  ujrzała  wysoką,  elegancką  dziewczynę  o  gęstych,  ciemnych  włosach, 

twarzyczce elfa, błyszczących niebieskich oczach i długich rzęsach. Tess była dość wysoka, 

ale Kit górowała nad nią wzrostem. Była takŜe szczuplejsza; Tess zaczęła juŜ tyć. 

- Aleś ty pulchniutka! - mruknęła Kit, marszcząc brwi. 

Ruchem  głowy  wskazała  szeroki  biały  sweter  Tess  oraz  jej  szare  spodnie,  o  dwa 

numery  większe  niŜ  te,  które  Tess  nosiła  do  tej  pory.  Przyszła  matka  nie  mogła  się  juŜ 

pochwalić talią osy. Twarz miała zaokrągloną, a zarazem dziwnie promienną. 

-  Trochę  przytyłam  -  wyznała  Tess.  -  W  pobliŜu  mojej  agencji  jest  dobra  włoska 

restauracja. Sama rozumiesz… 

- Słyszałam, Ŝe pracujesz teraz jako detektyw. - Kit z zadowoleniem pokiwała głową. - 

W  końcu  odwaŜyłaś  się  przeciwstawić  Dane'owi.  Gdybyś  nadal  u  niego  pracowała,  nie 

miałabyś cienia szansy na awans. Ten facet jest nadopiekuńczy. 

Tess z uwagą przeglądała kartę dań. Kit rzuciła jej badawcze spojrzenie. 

- Powiedz mi od razu, co się stało. Wiesz, Ŝe i tak w końcu to z ciebie wyciągnę. 

- Jestem w ciąŜy - oznajmiła drŜącym głosem Tess. 

Kit znieruchomiała i wstrzymała oddech. 

- Dane? - zapytała w końcu i głośno westchnęła. 

- Tak. 

- On zapewne o niczym nie wie - stwierdziła z domyślnym uśmiechem Kit. Popatrzyła 

współczująco na przyjaciółkę. 

Tess skinęła głową, patrząc nie widzącym wzrokiem na menu. Kit pogłaskała jej dłoń. 

background image

- W końcu będziesz zmuszona mu o tym powiedzieć. 

- Oczywiście. Za jakiś czas. 

- Kiedy? 

- Pojawiły się niepokojące dolegliwości. Jutro idę do połoŜnika. - Tess skrzywiła się. - 

Pielęgniarka,  z  którą  telefonicznie  umawiałam  się  na  wizytę,  była  wyraźnie  zaniepokojona 

moimi  objawami:  Przeglądałam  równieŜ  encyklopedię  medyczną.  To  się  moŜe  skończyć 

poronieniem. Kit, co mam robić? Nie mogę stracić tego dziecka! Tylko ono mi pozostało! 

Kit  udało  się  po  chwili  uspokoić  przyjaciółkę.  Tess  opanowała  się  i  kontynuowała 

zwierzenia. 

-  Sama  nie  wiem,  jak…  -  Urwała  w  pół  słowa  i  zamrugała  powiekami.  Pobladła, 

spoglądając ku drzwiom. 

- Dane - rzuciła domyślnie Kit, odwracając się ku wyjściu. Otworzyła szeroko oczy. - 

PrzecieŜ on tu nie bywa! 

Tym  razem  jednak  przyszedł.  Co  więcej,  lustrował  spojrzeniem  gości,  jakby  kogoś 

szukał. Wreszcie dostrzegł Kit i Tess. Z kamienną twarzą ruszył w stronę ich stolika. 

- Nie - jęknęła Tess. - Nie powinien… 

Dane  był  innego  zdania.  Zatrzymał  się  obok  Tess,  patrząc  zachłannie  na  jej  twarz, 

jakby nie był w stanie oderwać od niej wzroku. 

-  Od  kilku  tygodni  cię  nie  widuję  -  rzucił  oschle.  -  Miałem  nadzieję,  Ŝe  nas 

odwiedzisz, Ŝeby powiedzieć, co u ciebie słychać. Daremnie. Co z oczu, to z serca, prawda? 

Dziwne  pytanie  w  ustach  męŜczyzny,  który  jeszcze  niedawno  traktował  ją  niczym 

powietrze. 

- Pracuję w odległej dzielnicy. Trudno mi się wyrwać. 

- Tak. Słyszałem, Ŝe dostałaś posadę detektywa. 

- Owszem. To pasjonujące zajęcie. - Uniosła dumnie głowę. 

Dane  patrzył  uporczywie  w  szare  oczy.  Tess  spostrzegła,  Ŝe  jest  smutny,  ale  nie 

wiedziała, czemu to przypisać. 

- UwaŜaj na siebie - mruknął. 

- Obiecuję - powiedziała Tess. Zmieniła temat. - Helen pewnie za mną tęskni. 

Dane  zacisnął  zęby.  Jego  dłonie  zwinęły  się  w  pięści.  Owszem,  Helen  czuła  się  w 

agencji nieco osamotniona, gdy zabrakło młodszej koleŜanki, ale dla niego nieobecność Tess 

była prawdziwą torturą. Najgorsza okazała się zagadkowa obojętność i uparte milczenie. Jak 

moŜesz,  Tess,  powtarzał  w  duchu.  Dlaczego  jesteś  taka  nieczuła?  JuŜ  zapomniałaś  o  naszej 

cudownej nocy? 

background image

Był  świadomy,  Ŝe  sam  dał  Tess  do  zrozumienia,  aby  odeszła,  ale  to  mu  wcale  nie 

poprawiło humoru. Powtarzał jej ciągle, Ŝe nie chce się wiązać na stałe. Zmienił zdanie, gdy 

przyszło mu stawić czoło samotności i Ŝyć bez Tess. Nienawidził powrotów do domu, bo jej 

tam  nie  było.  Przeklinał  własne  Ŝycie,  poniewaŜ  zabrakło  w  nim  najwaŜniejszej  osoby. 

Westchnął i popatrzył z czułością na pochyloną głowę dziewczyny, jakby chciał pogłaskać ją 

po  włosach.  Odepchnął  Tess;  nie  moŜna  cofnąć  tamtych  słów.  Czuł  się  bezradny.  CzyŜby 

jego okrucieństwo zabiło miłość, jaką do niego Ŝywiła? 

-  MoŜe  chcesz  się  do  nas  przysiąść,  Dane?  -  zapytała  uprzejmie  Kit,  przerywając 

kłopotliwe milczenie. 

- Nie, dziękuję - odparł z roztargnieniem. - Muszę wracać do pracy. Tess? 

- Tak? - Podniosła wzrok, ale nie dała się zwieść pozornej serdeczności jego głosu. 

- Jak się czujesz? - zapytał, patrząc z niepokojem w jej twarz. - Wyglądasz, jakbyś… - 

Daremnie szukał właściwego słowa. CzyŜby chorowała? MoŜe coś ją trapi? - Masz kłopoty ze 

zdrowiem? 

-  Zimą  trudno  uniknąć  przeziębienia  -  odparła  wymijająco.  Pobladła  i  odwróciła 

wzrok. Nie była w stanie patrzeć dłuŜej na ukochanego. Nosiła pod sercem jego dziecko, ale 

nie wiedziała, jak mu o tym powiedzieć, i dlatego cierpiała. 

Wstrzymała  oddech,  czując  nagły  ból.  Nie  po  raz  pierwszy.  Dlatego  właśnie 

postanowiła odwiedzić ginekologa-połoŜnika. 

- Tess! 

Dane  ukląkł  obok  niej  i  chwycił  jej  dłoń.  Patrzył  na  nią  ciemnymi,  pełnymi 

przeraŜenia oczyma. 

- Co ci jest, maleńka? - wypytywał niecierpliwie. - Jak się czujesz? 

- Chyba mam wrzód Ŝołądka - odparła z wahaniem, oszołomiona czułym dotknięciem. 

Przebiegł ją cudowny dreszcz. Spojrzała w oczy Dane'a i czas się zatrzymał. Wpatrywała się 

w ukochanego z zachwytem, chociaŜ złamał jej serce. 

- Tess… - jęknął boleśnie. Wyglądał jak człowiek poraŜony cierpieniem. 

-  Nic  mi  nie  jest  -  szepnęła.  Westchnęła  cięŜko.  Z  trudem  oparła  się  pragnieniu,  by 

rzucić się w jego ramiona. - JuŜ przeszło. Naprawdę, Dane. 

Zapomnieli o całym świecie. Kit siedziała obok nich, jakby była niewidzialna. Wolno 

piła kawę, nie przerywając dziwnej rozmowy. 

- Idź koniecznie do lekarza - powiedział zdławionym głosem. - Nie wolno lekcewaŜyć 

tych objawów. 

- Oczywiście - odrzekła cicho. - A co z tobą? Jak się czujesz? 

background image

- Jakoś leci - odparł nieco chrapliwie. Westchnął głęboko. Chciał poprosić Tess, Ŝeby 

do niego wróciła, ale walczył z tą pokusą. - Chyba tęsknię za tobą, maleńka - dodał z kpiącym 

uśmiechem. 

- Nie do wiary! Chyba śnię! - odparła pogodnie. 

Dane wzruszył ramionami, nie wiedząc, co odpowiedzieć. 

- Wrócisz do mojej agencji, jeśli dam ci posadę detektywa? - spytał z wahaniem. 

-  Daj  spokój,  Dane  -  odparła  po  chwili  namysłu.  -  To  nie  jest  dobry  pomysł. 

Doskonale mi się współpracuje z panem Shortem. 

Dane zmarszczył brwi i zacisnął pięści. Przemknęło mu przez myśl, Ŝe Tess flirtuje z 

Shortem i dlatego nie chce powrócić do jego firmy. 

Kit uznała, Ŝe pora wziąć sprawy w swoje ręce. Ta rozmowa łatwo mogła się zmienić 

w nieprzyjemną sprzeczkę. Tess nie miała na to sił. 

- Zrobiło się strasznie późno - wtrąciła. - Muszę wracać. 

-  Ja  równieŜ.  Nie  mogę  się  spóźnić  -  podchwyciła  Tess,  spoglądając  znacząco  na 

Lassitera, który wstał z klęczek, patrząc na nią wrogo. 

Short i Tess! Był wściekły. Miał wielką ochotę dać komuś po mordzie! 

Kit uregulowała rachunek. Tess podniosła się z krzesła i powiedziała z wahaniem: 

- Cieszę się z naszego spotkania. 

Zirytowany Dane bez słowa zmierzył ją taksującym spojrzeniem. 

- Przytyłaś? - zapytał nagle. 

- Trochę - odparła, unikając jego wzroku. - Jem za duŜo pączków. 

- I dobrze. Byłaś zbyt szczupła. 

Rozmowa się urwała. Do Lassitera podszedł jakiś znajomy. Dziewczyny wykorzystały 

moment, poŜegnały się i wyszły. 

- Dane tęskni za tobą - powiedziała Kit, gdy wsiadała do samochodu. - Nawet ślepy by 

to zauwaŜył. 

- Tęsknota i miłość to dwie róŜne sprawy - westchnęła Tess. 

-  W  kaŜdym  razie  trochę  mu  na  tobie  zaleŜy.  Mniejsza  z  tym.  -  Kit  uznała,  Ŝe  pora 

zmienić temat. - Niepokoi mnie twój stan zdrowia. Podczas obiadu źle się czułaś. Obiecaj mi, 

Ŝ

e pójdziesz do lekarza. 

- Obiecuję. Dzięki za troskę. Jesteś moją najlepszą przyjaciółką. 

- To samo mogę powiedzieć o tobie. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Tess przyszła do gabinetu doktora Boswicka pół godziny wcześniej. Prawie nie spała 

tej  nocy.  Atak  bólu,  który  nastąpił  w  restauracji,  bardzo  ją  przestraszył.  Dane  ogromnie  jej 

pomógł  w  trudnej  chwili.  Wziął  ją  za  rękę  i  cierpienie  minęło  szybciej  niŜ  zazwyczaj. 

Niesamowite;  zupełnie  jakby  dziecko  poznało  głos  rodzonego  ojca  i  postanowiło  walczyć  o 

przetrwanie. Tess sądziła, Ŝe medycy nie potwierdziliby owej teorii. 

Doktor Boswick juŜ przyjmował, więc nie czekała długo. Zbadał pacjentkę i postawił 

niepokojącą  diagnozę.  Usiedli  po  przeciwnych  stronach  biurka.  Lekarz  przeglądał  wyniki 

przeprowadzonych wcześniej badań. 

-  Czy  bardzo  pani  zaleŜy  na  urodzeniu  tego  dziecka?  -  zapytał,  odsuwając  plik 

wydruków  i  spoglądając  na  pacjentkę  znad  okularów.  -  Wiem,  Ŝe  jest  pani  osobą  samotną  i 

utrzymuje się ze skromnej pensji. Proszę to rozwaŜyć. 

Tess  nie  rozumiała,  co  jej  sytuacja  osobista  i  finansowa  ma  wspólnego  z  ciąŜą,  nie 

potrzebowała jednak czasu do namysłu. 

- Zrobię wszystko, by urodzić to dziecko - odparła spokojnie. 

Lekarz nie ukrywał zadowolenia. 

- To doskonale, Ŝe tak pani stawia sprawę, bo ciąŜa jest zagroŜona. Nie ma pewności, 

czy  zdołamy  ją  utrzymać.  -  Usiadł  na  brzegu  krzesła  i  połoŜył  dłonie  na  blacie  biurka.  Nie 

zwracał  uwagi  na  przeraŜoną  minę  pacjentki.  -  Bóle  spowodowane  są  nietypowym 

ustawieniem  łoŜyska.  MoŜe  dojść  nawet  do  jego  uszkodzenia.  Powtarzające  się  krwawienia 

mogą doprowadzić nawet do poronienia. 

- Tylko nie to! - krzyknęła Tess. - Jak mogę temu zaradzić? Czy istnieje jakiś sposób? 

-  Tak.  Proszę  rzucić  pracę  i  siedzieć  w  domu,  póki  ciąŜa  nie  będzie  na  tyle 

zaawansowana,  by  przewidzieć,  jak  ustawi  się  łoŜysko.  Moim  zdaniem  w  pani  przypadku 

naleŜy  się  maksymalnie  oszczędzać  aŜ  do  porodu.  Zakładam,  Ŝe  rozwiązanie  nastąpi  w 

sposób  naturalny.  Nie  wykluczam  jednak  cesarskiego  cięcia.  Proszę  jak  najmniej  chodzić. 

Szczerze odradzam wędrówki do pracy oraz biurową krzątaninę. I jeszcze jedno: pod Ŝadnym 

pozorem proszę nie zaŜywać aspiryny podczas ciąŜy. 

- Będę o tym pamiętać. - Wyraz twarzy dobitnie świadczył o determinacji Tess. Miała 

niewielkie  oszczędności.  Dotychczas  pensja  umoŜliwiała  regularne  spłacanie  rat.  Lekarz 

wyraźnie  dał  jej  jednak  do  zrozumienia,  Ŝe  chodzenie  do  pracy  moŜe  spowodować 

poronienie. 

background image

- Czy ojciec dziecka nie mógłby się panią zaopiekować? 

- On o niczym nie wie - odparła po chwili wahania i pokręciła głową. 

- Proszę mu powiedzieć. 

-  Oczywiście,  panie  doktorze.  -  Nie  zamierzała  tego  robić,  ale  obiecała  dla  świętego 

spokoju. 

-  To  mi  się  podoba.  Proszę  umówić  się  na  kolejną  wizytę.  Siostra  Bertha  wpisze  jej 

termin  do  mego  kalendarza.  Musi  mnie  pani  często  odwiedzać.  Proszę  się  nie  martwić 

rachunkami - dodał z uśmiechem. - Mam do pani zaufanie. Znajdziemy wyjście korzystne dla 

obu stron. Zgoda? 

- Tak, panie doktorze. 

Tess  zadała  lekarzowi  mnóstwo  pytań,  wychodząc  z  załoŜenia,  Ŝe  w  trudnych 

sytuacjach wiedza popłaca, natomiast ignorancja przysparza kłopotów. Gdy wróciła do domu, 

musiała najpierw odreagować napięcie; płakała tak długo, aŜ nos i oczy zrobiły się czerwone. 

-  Dobrze,  maleństwo  -  powiedziała  wreszcie,  kładąc  ręce  na  brzuchu.  -  To  sprawa 

między  tobą  i  mną.  Sama  nie  dam  sobie  rady.  Musisz  mi  pomóc.  Chcę  cię  urodzić,  gdy 

nadejdzie  pora  -  szepnęła  z  czułością.  -  Bardzo  tego  pragnę!  Postaraj  się  Ŝyć.  Zrób  to  dla 

mnie. 

Następnego dnia złoŜyła wymówienie. Pan Short był zdumiony. Wyjaśniła, Ŝe za radą 

lekarza  nas  kilka  miesięcy  przerywa  pracę,  by  leczyć  wrzody  Ŝołądka.  Było  jej  przykro,  Ŝe 

musi oszukiwać Ŝyczliwych ludzi. Szef okazał zrozumienie i przyznał jej sporą premię. 

Przez  kilka  następnych  dni  Tess  porządkowała  swoje  sprawy.  Przede  wszystkim 

znalazła  nową  pracę.  Telefonicznie  zachęcała  do  kupowania  rozmaitych  towarów.  Dochód 

był  skromny,  ale  regularny.  Z  posiadanych  oszczędności  zapłaciła  raty  za  trzy  miesiące  z 

góry, by przez jakiś czas mieć święty spokój i myśleć tylko o dziecku. 

Kłopoty  i  zmartwienia  powodowały,  Ŝe  traciła  apetyt  i  chudła.  Kit  wpadała  od  czasu 

do czasu z róŜnymi pysznościami, by skłonić przyszłą matkę do racjonalnego odŜywiania się. 

Tess  kazała  jej  przysiąc,  Ŝe  nikomu  nie  wspomni  o  dziecku.  Przestała  odbierać  telefony,  by 

nie wygadać się przypadkiem przed znajomymi z agencji Dane'a. 

Daremnie  się  jednak  łudziła,  Ŝe  w  ten  sposób  uniknie  pytań  o  przyczyny  nagłego 

odejścia z pracy. Gdy pewnego dnia wychodziła z łazienki osłabiona porannymi mdłościami, 

niespodziewanie  zabrzmiał  dzwonek  u  drzwi.  Na  pasiastą  piŜamę  narzuciła  gruby  czerwony 

szlafrok.  Była  potargana;  dawno  powinna  była  odwiedzić  fryzjera.  Wyglądała  okropnie. 

Dzwonek  odzywał  się  raz  po  raz.  Zirytowana,  uchyliła  drzwi  i  stanęła  twarzą  w  twarz  z 

Dane'em. 

background image

- O BoŜe! - wyjąkał na jej widok. 

- Dzięki, jeŜeli to miał być komplement - mruknęła. - Wejdź i zamknij drzwi. Muszę 

się połoŜyć, bo inaczej zemdleję. 

- Zaniosę cię do łóŜka. 

Wziął  ją  na  ręce  i  mocno  przytulił.  Wszedł  do  sypialni.  Zaprotestowała,  gdy  chciał 

zdjąć jej szlafrok. Nie mogła pozwolić, by zobaczył jej zaokrąglony brzuch. 

- Zostaw. Jest mi zimno - wykrztusiła. 

- Dobrze. - Okrył ją starannie i usiadł na brzegu łóŜka. Ciemne oczy rzucały pytające 

spojrzenia. - Short powiedział, Ŝe odeszłaś z pracy. Bierzesz lekarstwa? 

Tess  słuchała  z  roztargnieniem,  wpatrzona  w  Dane'a,  który  wyglądał  bardzo 

elegancko. CóŜ za kontrast! Sama przypominała zabiedzonego kota. 

- Jakie lekarstwa? - powtórzyła niepewnie. Skrzywiła się. Łzy stanęły jej w oczach. - 

Po co? Lekarze zrobili juŜ wszystko, co się dało. 

- Wrzód jest zaleczony? 

- To nie wrzód - odparła ponuro i przymknęła oczy. 

- A co? 

- Obawiam się, Ŝe na takie dolegliwości nie ma skutecznej pigułki. Dane, zostaw mnie 

w spokoju. Jestem zmęczona… 

-  Jaka  to  choroba?  -  wypytywał  z  lękiem,  którego  nie  potrafił  ukryć.  Tess  domyśliła 

się, co mu przyszło do głowy. 

- Nie mam raka. Zapewniam, Ŝe śmierć mi nie grozi. 

Dane odetchnął z ulgą. 

-  Okropnie  mnie  przestraszyłaś.  Skoro  to  nie  jest  wrzód  Ŝołądka,  jak  mam  rozumieć 

twoje słowa? Co to znaczy, Ŝe na twoje dolegliwości nie ma lekarstwa? 

Tess westchnęła głęboko i z ociąganiem popatrzyła mu w oczy. 

- Dane… Jestem w ciąŜy. 

- Słucham? - wyjąkał z niedowierzaniem. 

- Będę miała dziecko. 

Lassiter  zmienił  się  na  twarzy.  Tess  nie  mogła  na  to  patrzeć.  Wyglądał  jak 

rekonwalescent po cięŜkiej chorobie. Odwrócił głowę i badawczym spojrzeniem zmierzył jej 

postać.  Wolno  odsunął  kołdrę,  rozwiązał  pasek  szlafroka  i  rozchylił  jego  poły.  Nim  zdąŜyła 

zaprotestować,  zsunął  nieco  spodnie  od  piŜamy,  odsłonił  zaokrąglony  brzuch  i  patrzył  jak 

urzeczony na delikatną wypukłość. 

- Nie powiedziałaś mi - rzucił ostro. 

background image

- Gdy się rozstawaliśmy, jeszcze o tym nie wiedziałam. 

PołoŜył  na  jej  brzuchu  silne,  ciepłe  dłonie.  Ten  gest  wyraŜał  szacunek  i  uwielbienie. 

Dane wstrzymał oddech i spojrzał Tess prosto w oczy. Twarz poczerwieniała mu z przejęcia. 

- Kiedy urodzisz? 

- Za pięć miesięcy. 

Zastanawiała  się,  czy  powiedzieć  mu  całą  prawdę.  Patrzyła  z  uwagą  na 

rozpromienioną  twarz.  Dane  nie  potrafił  ukryć  radości;  los  zgotował  mu  wspaniałą 

niespodziankę. Tess nie miała sumienia mówić ukochanemu, Ŝe ciąŜa jest zagroŜona. To nie 

był  odpowiedni  moment.  Dane  odzyskał  niespodziewanie  wiarę  w  siebie.  Niech  się  nią 

nacieszy.  Tess  musiała  jednak  znaleźć  jakąś  wymówkę,  by  usprawiedliwić  całkowitą 

bezczynność i niechęć do wychodzenia z domu. Zagryzła wargi. 

-  Dane…  -  wykrztusiła.  -  Do  czasu  rozwiązania  muszę  siedzieć  w  domu.  Nie  mogę 

pracować. 

- Dlaczego? - zapytał krótko. 

Zawahała się i mimo woli spojrzała na ojca swego dziecka z uwielbieniem. Za bardzo 

go  kochała,  by  przedwczesnym  wyznaniem  burzyć  wielką  radość.  Nie  chciała  pochopnie 

ujawniać całej prawdy. Lęk o potomka mógł go doprowadzić do szaleństwa. 

- Mam wyjątkowo silne mdłości - wyjaśniła. 

- Rozumiem. - Dane odetchnął z ulgą. 

Wstał  z  łóŜka,  odwrócił  się  i  w  zamyśleniu  pocierał  dłonią  kark.  Nie  widzącym 

wzrokiem spoglądał na wzorzyste tapety. 

- Nie zaprzątaj sobie tym głowy - oznajmiła Tess. 

- Nie mów bzdur. To moje dziecko. - Odwrócił się. Jego twarz rozświetlała radość. - 

Moje  dziecko  -  powtórzył,  spoglądając  na  jej  brzuch  z  łagodnym  uśmiechem.  Spojrzał  w 

szare  oczy  i  spochmurniał.  -  Cholera!  Wygląda  na  to,  Ŝe  w  ogóle  nie  zamierzałaś  mi  o  tym 

powiedzieć! 

Skuliła się, przestraszona ostrym tonem. Wybór miała niewielki; mogła pozwolić, by 

nadal w to wierzył albo ujawnić całą prawdę i martwić się razem z nim. Wspominała Ŝyciowe 

katastrofy,  które  w  ostatnich  latach  dotknęły  ukochanego:  śmierć  matki,  groźny  postrzał, 

rezygnacja  z  pracy  w  policji.  Ogarnęło  ją  współczucie.  Nie  naleŜy  wtajemniczać  Dane'a. 

Wystarczy, Ŝe ona się zamartwia. Podjęła decyzję i to dodało jej sił. Uniosła dumnie głowę. 

-  Sam  powiedziałeś,  Ŝe  nie  chcesz  się  wiązać,  pamiętasz?  -  przypomniała  zimnym 

tonem.  -  Chciałeś,  Ŝebym  usunęła  się  z  twego  Ŝycia.  Gdybym  wspomniała  o  dziecku, 

uznałbyś, Ŝe zastawiam na ciebie pułapkę. 

background image

Dane poczuł się winny. Tess nie miała pojęcia, co do niej czuł. 

- Wszystko się zmieniło - odparł spokojnie. 

- Mam rozumieć, Ŝe ja się nie liczę, ale zaleŜy ci na dziecku, tak? 

Te słowa okropnie go rozzłościły. 

- Jasne - rzucił z przewrotnym uśmiechem. 

Tess patrzyła na niego z kamienną twarzą. Miała złamane serce, ale nie dała po sobie 

poznać, jak bardzo cierpi. 

- Zamierzałaś mi powiedzieć o dziecku? - Dane nie dawał za wygraną. 

- Tak - odparła. - Prędzej czy później musiałabym to zrobić. 

- Kiedy? - rzucił oskarŜycielskim tonem. - Gdy nasz potomek szedłby do szkoły? Nie 

musisz odpowiadać. - Dane wcisnął ręce w kieszenie i bez słowa patrzył na Tess. Wziął się w 

garść. Czuł się oszukany, bo ukryła przed nim prawdę, chociaŜ wiedziała, Ŝe bardzo cierpi z 

powodu bezpłodności. Sam nie był takŜe bez winy, ale jeszcze za wcześnie na przebaczenie i 

pojednanie. Mógł za to wiele zrobić. 

- Zabiorę cię na ranczo - myślał głośno. - Beryl się tobą zaopiekuje. 

- Wykluczone - mruknęła, odwracając głowę. - Nie mogę… tam jechać. 

Dane  zmarszczył  brwi.  Przypomniał  sobie,  co  mówił  Tess  o  starszej  pani,  która  z 

pewnością nie pochwalała istnienia nieślubnych dzieci. 

Lassiter  rozpromienił  się  nagle.  Miał  powód,  Ŝeby  poślubić  Tess,  nie  ujawniając 

prawdziwych uczuć. Niech sądzi, Ŝe zrobił to przez wzgląd na dziecko. 

-  Coś  wymyślimy.  -  Mrugnął  do  niej  porozumiewawczo.  Z  roztargnieniem  popatrzył 

na zegarek. - Niedługo wrócę. 

- Dane, musimy porozmawiać. 

- Później. 

Bez  słowa  wyjaśnienia  opuścił  sypialnię.  Na  odchodnym  rzucił  jej  zaborcze 

spojrzenie.  Gdy  zniknął  za  drzwiami,  Tess  opadła  na  poduszkę.  Zaskoczył  ją  nagłym 

zniknięciem. Była smutna, bo przyznał, Ŝe chodzi mu jedynie o dziecko. Czas poŜegnać się z 

nadzieją, Ŝe Dane kochają skrycie i pragnie jej powrotu. To zwyczajne mrzonki. 

Tess  była  zaskoczona,  gdy  rankiem  stanęli  oko  w  oko  na  progu  mieszkania.  Trzy 

godziny później osłupiała na widok Lassitera, który przyprowadził do jej mieszkania jakiegoś 

dziwnego  jegomościa,  a  następnie  podsunął  jej  pióro  oraz  zadrukowany  arkusz  papieru. 

Wskazał  miejsce,  gdzie  powinna  złoŜyć  podpis,  ale  nie  dał  jej  czasu  na  przeczytanie  tekstu. 

Rzucił dokumenty na stół, usiadł obok Tess i wziął ją za rękę. 

- Proszę zaczynać - zwrócił się do tajemniczego osobnika. 

background image

MęŜczyzna wyciągnął niewielki tomik i odczytał formułę przysięgi małŜeńskiej. Tess 

była tak oszołomiona, Ŝe ledwie wykrztusiła sakramentalne „tak”, gdy męŜczyzna zwrócił się 

do  niej.  Poczuła,  Ŝe  ukochany  wsuwa  jej  na  palec  obrączkę,  za  duŜą  zresztą.  Byli 

małŜeństwem. 

- Dane! - krzyknęła nagle. 

Lassiter wstał, uścisnął dłoń męŜczyzny, podsunął mu papiery do podpisania, wręczył 

umówioną opłatę i odprowadził do drzwi, dziękując wylewnie za pomoc. 

Gdy  nieznajomy  wyszedł,  Dane  wrócił  do  sypialni  i  popatrzył  na  Tess.  NaleŜała  do 

niego - ona i dziecko. Jego dziecko. Był dumny jak paw. 

Tess  z  niedowierzaniem  popatrzyła  na  obrączkę.  Podniosła  wzrok.  Nie  potrafiła 

określić miny Dane'a ani powiedzieć, co oznacza jego badawcze spojrzenie. 

- Trzeba co najmniej trzech… trzech dni, by załatwić przedślubne formalności. 

-  Wystarczy  kilka  godzin.  Trzeba  tylko  przystawić  urzędnikowi  pistolet  do  głowy  - 

odparł  chełpliwie.  -  Bądź  spokojna,  załatwiłem  wszystko  zgodnie  z  prawem.  -  Zmarszczył 

brwi. - Istnieje jednak niebezpieczeństwo, Ŝe zostanę oskarŜony o porwanie. 

- Co ty mówisz? 

-  Urzędnik,  który  przed  chwilą  udzielił  nam  ślubu,  nie  miał  pojęcia,  po  co  tu  jedzie. 

Podstępnie zwabiłem go do samochodu i przywiozłem tutaj - wyjaśnił Dane. 

Tess  wybuchnęła  śmiechem,  a  potem  się  rozpłakała.  Nie  spodziewała  się  po 

ukochanym takiej spontaniczności. Lassiter zaklął cicho i zaczął się usprawiedliwiać. 

-  Wybacz,  Ŝe  cię  nie  uprzedziłem,  ale  miałem  nóŜ  na  gardle  -  wymamrotał.  -  Skoro 

jedziemy dziś na ranczo, musimy się tam zjawić jako małŜeństwo. 

- Nie ma powodu, Ŝeby Beryl się o mnie troszczyła - szepnęła Tess. - Ty równieŜ nie 

musisz być taki opiekuńczy. 

-  Nosisz  pod  sercem  moje  dziecko  -  przypomniał,  spoglądając  jej  głęboko  w  oczy. 

Musiał zmobilizować całą siłę woli, by wziąć się w garść. Pragnął objąć ukochaną i scałować 

łzy  z  długich  ciemnych  rzęs.  -  NajwaŜniejsze  jest  teraz  nasze  maleństwo.  Na  nim  trzeba  się 

skupić.  -  Po  chwili  milczenia  dodał:  -  Ubierz  się.  Spakuję  twoje  rzeczy  i  ruszamy.  Mam 

wraŜenie, Ŝe poranne mdłości bardzo cię męczą. 

-  Tak  -  odparła  wymijająco.  -  Jestem  całkiem  wykończona.  Zaraz  się  ubiorę,  ale 

najpierw muszę wziąć prysznic. 

- Masz dość sił? 

- Nudności męczą mnie najbardziej z samego rana. Teraz czuję się lepiej. 

-  PokaŜ,  co  chcesz  zabrać.  Sam  wszystko  spakuję.  Zawołaj  mnie,  gdybyś 

background image

potrzebowała pomocy. 

Tess  nie  mogła  się  nadziwić,  Ŝe  Dane  tak  szybko  i  sprawnie  przejął  kontrolę  nad  jej 

Ŝ

yciem. Było jej z tym dobrze. Nie musiała się o nic martwić. Nareszcie ktoś postanowił się 

nią zaopiekować. Była zbyt osłabiona, by zebrać myśli i troszczyć się o swoje sprawy. Wolała 

nie  pytać,  dlaczego  Dane  stał  się  nagle  taki  opiekuńczy.  Gdyby  to  zrobiła,  pewnie  by  się 

całkiem załamała. 

Godzinę  później  gotowa  do  podróŜy  Tess  wsiadała  do  czarnego  mercedesa.  Walizki 

przyszłej mamy leŜały w bagaŜniku. Dane zdąŜył omówić z właścicielem kamienicy warunki 

zawieszenia umowy najmu. Ciekawe, jakich uŜył argumentów. 

Tess  zastanawiała  się  przez  całą  drogę,  jak  przyjmie  ją  Beryl.  Dane  zabawiał  Ŝonę 

rozmową, opowiadając o agencji, Helen i reszcie pracowników. Słuchała go nieuwaŜnie. Była 

przygnębiona i cudze sprawy w ogóle jej nie obchodziły. 

Niepotrzebnie  się  martwiła.  Gdy  samochód  stanął  przed  domem,  a  pasaŜerowie 

wysiedli, Beryl otworzyła szeroko ramiona. 

-  Jakaś  ty  mizerna,  dziecinko  -  gderała  niczym  troskliwa  matka,  otwierając  jej  drzwi 

wejściowe.  -  Dość  zmartwień.  Wszystko  się  ułoŜy.  Kiedy  nie  będzie  tu  Dane'a,  ja  będę  się 

tobą opiekować. Nic złego cię nie spotka. 

Tego juŜ było za wiele po tylu niezwykłych przeŜyciach owego dnia. Tess rzuciła się 

w objęcia Beryl i zaczęła szlochać. 

- Uspokój się, Tess - mruknął Dane po dłuŜszej chwili. Przyciągnął ją do siebie i wziął 

Ŝ

onę na ręce. - Zaniosę cię do sypialni. Powinnaś odpocząć. Miałaś cięŜki dzień. 

- Podgrzeję obiad. FiliŜanka gorącego bulionu postawi cię na nogi. Musisz być silna. 

Pamiętaj o dziecku. - Beryl mrugnęła porozumiewawczo do Tess i odeszła. 

- Powiedziałeś jej? - zapytała Tess, spoglądając na Dane'a. 

-  Tak  -  odparł,  patrząc  jej  w  oczy.  -  Wszystko  będzie  dobrze.  Przede  wszystkim 

musisz odpocząć. 

Skinęła głową, chociaŜ zdawała sobie sprawę, Ŝe wspólne Ŝycie wcale nie będzie takie 

proste. Znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Ukochany męŜczyzna wydawał się tak bliski i 

taki  daleki  zarazem,  a  upragnionemu  dziecku  groziło  wielkie  niebezpieczeństwo.  Tess 

zadawała sobie pytanie, czy takie zmartwienia mogą przyprawić kobietę o szaleństwo. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Dane  zjadł  popołudniowy  posiłek  w  sypialni,  gdzie  Tess  leŜała  wsparta  na 

poduszkach.  Beryl  pomogła  jej  zdjąć  ubranie  i  przebrać  się  w  piŜamę.  Zapakowała 

dziewczynę  do  łóŜka.  Był  to  stylowy  mebel  z  filarami  oraz  baldachimem.  Starsza  pani 

pocieszała Tess zapewniając, Ŝe poranne mdłości w końcu przestaną jej dokuczać. Tess czuła 

się  winna,  bo  nie  powiedziała  Beryl  i  Dane'owi  całej  prawdy,  ale  gdyby  się  im  zwierzyła, 

wszyscy mieliby ponure miny; wolała martwić się sama. 

Nie znała pokoju, do którego zaprowadziła ją Beryl. Jej dawna sypialnia leŜała w innej 

części domu. Nie miała odwagi zapytać, gdzie sypia Dane. 

- Jedz - polecił Lassiter, widząc, Ŝe Tess bawi się łyŜką, nie podnosząc jej do ust. 

- Przepraszam. Zapomniałam o jedzeniu. Co to za sypialnia? 

- Moja - odparł krótko. Tess była zaskoczona. 

Dane pokiwał głową. 

- Wiele się zmieniło. Będziemy spać razem. 

Popatrzyła  na  niego  z  obawą.  Lekarz  odradzał  współŜycie.  W  jej  stanie  to  zbyt  duŜe 

ryzyko. Jak powiedzieć o tym Dane'owi, nie ujawniając prawdy o zagroŜonej ciąŜy? 

Przełknęła łyŜkę rosołu i zaczęła niepewnie: 

- Dane… 

- Wiem, Ŝe w twoim stanie wielkie namiętności tracą na znaczeniu. Nie będę nalegać. 

Twoje  zdrowie  jest  teraz  najwaŜniejsze.  Nie  chcę  zostawiać  cię  samej  na  całą  noc.  Będę  na 

wyciągnięcie ręki, gdybyś mnie potrzebowała. 

- Dzięki - odparła z ulgą. Była wzruszona jego troskliwością, lecz z Ŝalem uznała, Ŝe 

jako kobieta przestała być dla niego atrakcyjna. Dane równieŜ miał ponurą minę, bo uznał, Ŝe 

Tess juŜ go nie chce. Oboje ukrywali prawdziwe uczucia pod maską chłodnej uprzejmości. 

- Jedz rosół - przypomniał. 

Wkrótce  zrobiło  się  ciemno.  Tess  odpoczywała.  Oboje  byli  zmęczeni  i  postanowili 

wcześnie  iść  spać.  Dane  rozebrał  się  przy  zapalonym  świetle.  Tess  obserwowała  go  - 

początkowo ukradkiem, potem jawnie. Spłonęła rumieńcem, gdy napotkała jego spojrzenie. 

Uśmiechnął się lekko i zgasił lampę. 

-  Wkrótce  przywykniesz  do  tego  widoku  -  powiedział,  udając,  Ŝe  nie  dostrzega  jej 

zawstydzenia. - Gdy się przeniosłaś do mego mieszkania, zacząłem nosić piŜamę, Ŝeby cię nie 

peszyć.  Teraz  jesteśmy  małŜeństwem,  więc  nie  muszę  niczego  przed  tobą  ukrywać.  Tak  mi 

background image

będzie wygodniej. Od dzieciństwa sypiam nago. 

-  Nie  mam  nic  przeciwko  temu  -  odparła  Tess,  gdy  wsunął  się  pod  kołdrę.  -  To 

przecieŜ twoja sypialnia. 

Przyjemnie  było  leŜeć  obok  niego.  JuŜ  tak  kiedyś  spali.  Tamtej  pamiętnej  nocy  Tess 

była  tak  wyczerpana  i  oszołomiona,  Ŝe  natychmiast  zasnęła  w  ramionach  kochanka.  Teraz 

czuła  się  niepewnie,  leŜąc  w  ciemności  obok  ukochanego,  który  dzielił  z  nią  łoŜe  bez 

większego entuzjazmu, jakby z obowiązku. 

Nagle poczuła na brzuchu jego dłoń. Zdrętwiała ze strachu. 

- Nie histeryzuj. Chciałem tylko sprawdzić, czy dziecko się porusza. 

Tess  miała  ściśnięte  gardło.  Dotknięcie  ciepłej  dłoni  było  przyjemne  i  niepokojące 

zarazem. 

- Czasami się obraca. Wkrótce zacznie kopać - wykrztusiła z trudem. 

- Chcesz karmić piersią, Tess? 

Serce zabiło jej mocniej. Wiedziała, Ŝe to zdrowe dla dziecka. Wiele o tym czytała. 

- Tak, jeśli tylko będę miała pokarm. 

Wstrzymała oddech. Miała nadzieję, Ŝe Dane ją przytuli. 

Pragnęła  zasnąć  w  jego  ramionach,  ukołysana  czułym  szeptem.  Dane  cofnął  dłoń  i 

przesunął  się  na  brzeg  łóŜka.  Słyszała,  jak  układa  się  na  boku,  odwrócony  do  niej  plecami. 

Wspólna przyszłość nie wyglądała zbyt róŜowo. Tess poczuła niepokój. 

Dane zamknął oczy, westchnął cięŜko i zasnął. 

Dni płynęły wolno. Lassiter z niepokojem obserwował Ŝonę. 

-  Za mało się ruszasz - stwierdził pewnego wieczoru po powrocie z agencji. - WciąŜ 

siedzisz.  Powinnaś  spacerować.  Zaczniesz  od  jutra.  Nie  warto  protestować  -  rzucił 

pospiesznie, gdy chciała wtrącić swoje trzy grosze. - Bezczynność moŜe zaszkodzić dziecku. 

Postaram się przyjechać wcześniej z pracy. Wybierzemy się na spacer po ranczo. 

- Dane… - próbowała go zmitygować. 

-  Muszę  dziś  wrócić  do  miasta,  bo  planujemy  małą  zasadzkę.  Jeszcze  o  tym 

porozmawiamy. Nie siedź długo. To szkodzi dziecku. 

Tess miała ochotę wrzeszczeć na całe gardło. Dane mówił tylko o dziecku. Czuła się 

jak inkubator, w którym rośnie jego potomek. Martwiła się o upragnione maleństwo, ale nie 

chciała być traktowana jak przedmiot. Kłamstwo ma krótkie nogi. Nie powiedziała Dane'owi 

prawdy,  a  teraz  musiała  słuchać  jego  wymówek.  Jak  mogła  spacerować,  skoro  wszelka 

aktywność groziła krwotokiem i utratą dziecka? 

Ś

ledztwo prowadzone przez Dane'a ciągnęło się w nieskończoność. Tess odetchnęła z 

background image

ulgą;  zabrakło  czasu  na  wspólne  spacery.  Dane  rzucił  się  w  wir  pracy.  Coraz  krócej 

przebywali razem. Jeździł po południu do miasta i wracał na ranczo późną nocą, gdy Tess juŜ 

spała.  Zdarzały  się  im  ostre  sprzeczki.  Kłamstwa  i  niedomówienia  nie  słuŜyły  młodemu 

małŜeństwu. Padały niesprawiedliwe oskarŜenia i złośliwe komentarze. 

Tess  czuła  się  zaniedbywana.  Dane  za  wszelką  cenę  chciał  ukryć,  jak  bardzo  mu  na 

niej  zaleŜy.  Unikał  Ŝony,  bo  coraz  trudniej  było  mu  zachować  pozory  obojętności.  Ilekroć 

odwróciła  głowę,  wpatrywał  się  w  nią  jak  urzeczony,  a  jego  spojrzenie  zdradzało  głębię 

uczucia. 

-  Dlaczego  w  ogóle  się  do  mnie  nie  odzywasz?  -  Tess  często  robiła  mu  wymówki.  - 

Coraz później wracasz do domu. W ogóle cię nie widuję. 

- A o czym mamy rozmawiać? - odpowiadał wymijająco. - Uwiodłaś mnie, pamiętasz? 

Nie protestowałem, bo teŜ chciałem cię mieć. To poŜądanie, rozumiesz? Nic więcej. Przestań 

się nad sobą roztkliwiać. Teraz waŜne jest dziecko. 

Tess poddała się bez walki. Była zmęczona zabieganiem o jego względy. 

- Tak. Masz rację. Doskonale to rozumiem. 

Wyszła z pokoju. Oczy  miała pełne łez. Daremnie się łudziła. Dane jasno i wyraźnie 

dał jej do zrozumienia, co czuje. 

Mijały  tygodnie  i  miesiące.  Dane  i  Tess  Ŝyli  obok  siebie  jak  obcy  ludzie,  okazując 

uprzejmość i odrobinę troski. Lassiter namówił Ŝonę, by przeniosła się do innej sypialni pod 

pozorem, Ŝe nie chce jej budzić w środku nocy, gdy wraca z miasta. Zgodziła się bez słowa. 

Jej milczenie i smutek coraz bardziej go niepokoiły. 

Tess z trudem dźwigała duŜy brzuch. Stawała się coraz bledsza. Po kolejnej wizycie u 

lekarza  była  tak  wyczerpana,  Ŝe  połoŜyła  się  do  łóŜka.  Dane  przestraszony  nie  na  Ŝarty 

próbował dojść, co jej dolega. 

- Jak się czujesz? - wypytał, gdy późnym popołudniem dotarł na ranczo. 

-  Dobrze  -  odparła  z  kamienną  twarzą.  Nauczyła  się  ukrywać  obawy.  Ostatnio  znów 

krwawiła.  Doktor  Boswick  był  powaŜnie  zaniepokojony.  Niewiele  mówił,  ale  poznała  to  po 

jego minie. Strasznie się bała. Postanowiła wyznać Dane'owi całą prawdę, ale nie miała sił na 

powaŜną rozmowę. 

-  Jestem  bardzo  zmęczona  -  dodała  cicho.  -  Dodatkowe  kilogramy  dają  mi  się  we 

znaki. 

-  Uprzedzałem,  Ŝe  stracisz  formę  -  tłumaczył  cierpliwie  Dane.  -  WciąŜ  siedzisz  albo 

leŜysz.  Powinnaś  się  więcej  ruszać.  Zaraz  nabrałabyś  energii.  Jestem  pewny,  Ŝe  twój  lekarz 

mówi to samo. 

background image

Tess  coraz  częściej  jeździła  na  kontrolne  wizyty.  Beryl  woziła  ją  do  miasta.  Młoda 

pani  Lassiter  mydliła  oczy  starszej  kobiecie  twierdząc,  Ŝe  nie  warto  zaprzątać  tym  głowy 

Dane'owi, który i tak ma dość kłopotów z prowadzeniem agencji i farmy. Beryl przyznała jej 

rację.  Tess  cierpiała;,  bo  mąŜ  okazywał  jej  tylko  chłodną  uprzejmość,  lecz  nadal  wolała  mu 

oszczędzić  zgryzot.  Wystarczy,  Ŝe  ona  się  martwi.  Po  co  zadręczać  się  we  dwoje?  Niech 

przynajmniej jedno z nich radośnie oczekuje narodzin dziecka. Wiedziała, jak waŜne jest dla 

Dane'a  to  maleństwo.  Doktor  Boswick  wspomniał  ostatnio,  Ŝe  prawdopodobnie  urodzi 

chłopca. Dane byłby dumny z syna. 

UłoŜyła  się  wygodnie  na  poduszkach.  W  ósmym  miesiącu  ciąŜy  kaŜda  kobieta 

potrzebuje  odpoczynku.  Tess  z  uśmiechem  popatrzyła  na  Dane’a  i  rzuciła  pojednawczym 

tonem: 

- Jutro pójdę na mały spacer, o ile samopoczucie mi dopisze. Jestem strasznie ocięŜała. 

Chodzenie bardzo męczy. 

Czuła na sobie podejrzliwe spojrzenie czarnych oczu. Dane spoglądał na nią z troską i 

poczuciem winy. 

-  Jak  to  się  dzieję,  Ŝe  w  ogóle  nie  spacerujesz,  gdy  jestem  na  ranczo?  -  zapytał.  - 

Wygląda na to, Ŝe chodzisz po domu i ogrodzie jedynie wówczas, gdy nikt cię nie obserwuje. 

Tess bez słowa odwróciła wzrok. 

- Wiem, Ŝe dźwigasz spory cięŜar. Jesteś zmęczona, ale to nie usprawiedliwia lenistwa 

-  oznajmił  stanowczo.  -  Mówię  to  dla  twego  dobra.  Jutro  musisz  pospacerować.  Sam  tego 

dopilnuję. 

-  Nie  -  odparła  buntowniczo.  Miała  dość  udawania.  -  Nie  będę  spacerować.  Dane, 

muszę  ci  o  czymś  powiedzieć.  Nie  zrobiłam  tego  wcześniej…  Och!  -  Wstrzymała  oddech, 

poraŜona bólem, który przeszył jej wnętrzności. 

Usiadła na łóŜku i zgięła się wpół. Krzyknęła głośno. 

- Dziecko! - zawołał chrapliwie. - Tess, rodzisz? 

- Tak! - Płakała z bólu. Skurcze następowały jeden po drugim. Czuła, jak ciepły płyn 

spływa  między  udami  okrytymi  kołdrą.  Zbladła  jak  chusta.  -  Wezwij…  karetkę!  Zawiadom 

doktora Boswicka… 

-  To  fałszywy  alarm.  Termin  masz  dopiero  za  miesiąc.  Pojedziemy  moim 

samochodem  -  oznajmił,  nieco  zirytowany  histeryczną  reakcją  Ŝony.  Bez  pośpiechu  odsunął 

kołdrę. 

Osłupiał na widok ciemnej plamy na prześcieradle. Zbladł, a oczy zabłysły mu jak w 

gorączce. 

background image

- BoŜe miłosierny! 

- Wezwij… karetkę! - krzyknęła Tess. 

Chwycił słuchawkę, wiedząc, Ŝe czas nagli. Do sypialni wpadła Beryl, która usłyszała 

krzyk Tess. Na pierwszy rzut oka zorientowała się w sytuacji i pobiegła po ręczniki. 

Szczęśliwym  zbiegiem  okoliczności  jedna  ze  szpitalnych  karetek  znajdowała  się  w 

pobliŜu farmy Lassitera i mogła tam przybyć za pięć minut. Nieco uspokojony Dane wystukał 

numer telefonu doktora Boswicka. 

-  Dzieje  się  coś  złego.  Tess  ma  bóle  i  obficie  krwawi  -  oznajmił  drŜącym  głosem. 

Starał się zachować spokój. - Wezwałem karetkę. 

-  Kłopoty  z  łoŜyskiem  -  stwierdził  ponuro  lekarz.  -  Badałem  dziś  pańską  Ŝonę  i 

uprzedziłem, Ŝe jej stan jest powaŜny. Jest szansa, Ŝe dziecko przeŜyje, ale istnieje teŜ realne 

niebezpieczeństwo, Ŝe stracimy ich oboje. - Dane osłupiał. - Mam nadzieję, Ŝe Tess połoŜyła 

się zaraz po powrocie do domu. 

- Tak. - Dane zacisnął dłoń na słuchawce. 

-  Bogu  dzięki!  Nie  muszę  panu  chyba  przypominać,  Ŝe  Ŝona  jest  w  powaŜnym 

niebezpieczeństwie.  Wszelki  wysiłek  stanowi  dla  niej  wielkie  zagroŜenie.  Jadę  do  szpitala. 

Będę czekać w izbie przyjęć. Przygotujemy wszystko do porodu i transfuzji. - Doktor w kilku 

słowach wyjaśnił Dane'owi, jak zatamować krwotok i dodał na koniec: - Proszę uświadomić 

sanitariuszom, Ŝe kaŜda chwila się liczy. 

Dane odłoŜył słuchawkę i przekazał Beryl uwagi lekarza. Popatrzył z obawą na Tess. 

-  Od  początku  wiedziałaś,  Ŝe  mogą  nastąpić  komplikacje,  prawda?  To  nie  poranne 

mdłości skłoniły cię do rezygnacji z pracy - powiedział zdławionym głosem. 

Tess zagryzła wargi, by nie krzyczeć z bólu. 

- Tak bardzo czekałeś… na to dziecko - szepnęła, oddychając z trudem. - Chciałam… 

ci oszczędzić zmartwień. Nie wiń siebie! 

-  Postanowiłaś  sama  dźwigać  wielki  cięŜar,  a  ja  ci  tego  nie  ułatwiłem.  Byłem  podły. 

Och, Tess! - Głos mu się załamał. DrŜącymi palcami dotknął policzka Ŝony, która płakała z 

bólu.  -  Gdzie  ta  cholerna  karetka?  -  jęknął  zrozpaczony.  W  tej  samej  chwili  usłyszał 

charakterystyczny dźwięk. -Wytrzymaj jeszcze trochę, maleńka. 

Skinął  na  Beryl,  która  usiadła  przy  Tess.  Wybiegł  z  pokoju.  Był  tak  przeraŜony,  Ŝe 

dygotał na całym ciele. Ledwie mógł się porozumieć z sanitariuszami. 

Droga  do  szpitala  nie  trwała  długo.  Gdy  znaleźli  się  w  izbie  przyjęć,  lekarze  i 

pielęgniarki natychmiast zajęli się rodzącą. Dane odciągnął na bok doktora Boswicka i rzucił 

pospiesznie: 

background image

-  Ratujcie  Tess.  Przede  wszystkim  ją  -  szepnął  z  rozpaczą.  -  Cokolwiek  będzie  się 

działo, ona jest najwaŜniejsza. 

- Zrobimy wszystko, co w naszej mocy - zapewnił lekarz. 

W  chwilę  później  Tess  była  juŜ  w  sali  porodowej.  Dziecku  spieszyło  się  na  świat. 

Oszołomiona  i  zbolała  matka  ledwie  słyszała  krzyk  potomka.  Dane  przez  cały  czas  trzymał 

Ŝ

onę za rękę i podtrzymywał ją na duchu. 

- To chłopiec - szepnął. - Słyszysz mnie, najdroŜsza? Mamy synka. 

Tess z trudem zrozumiała jego słowa. 

-  John  Richard  -  szepnęła  ostatkiem  sił.  Takie  imię  wybrali  kiedyś  dla  synka.  Był  to 

jeden z nielicznych wieczorów, który spędzili na rozmowie. Dane ostroŜnie musnął wargami 

usta Ŝony i powtórzył: - John Richard. Jak się czujesz, kochanie? 

Nie wierzyła własnym uszom. Czy to Dane przemawia do niej tak czule? Wyczerpanie 

i środki znieczulające spowodowały pewnie halucynacje. 

- Boli - jęknęła cicho. 

- Zaraz dostaniesz zastrzyk - odparł Dane i dodał drŜącym głosem: - Nasz chłopczyk 

jest śliczny, Tess. 

Mimo bólu otworzyła szeroko oczy i popatrzyła na męŜa. 

- Kocham cię - powiedziała z trudem. - Cokolwiek się stanie, pamiętaj o tym. 

Miał  łzy  w  oczach.  Tess  widziała  jego  twarz  jak  przez  mgłę,  ale  zdławiony  głos 

zdradzał wzruszenie. 

-  Wyzdrowiejesz  -  zapewnił  schrypniętym  głosem.  -  Tak  powiedzieli  lekarze.  Nie 

mów głupstw! 

Powieki ciąŜyły Tess jak ołów. Przymknęła oczy. 

- Opiekuj się małym - szepnęła. - Marzyłeś… o dziecku. 

-  Marzę  o  tobie!  -  wyznał,  dotykając  wargami  jej  ucha.  -  Posłuchaj  uwaŜnie,  moja 

głupiutka dziewczynko. Kłamałem jak z nut. Byłem przekonany, Ŝe nie mogę dać ci dziecka. 

Tylko dlatego nie chciałem się z tobą oŜenić. W przeciwnym razie nie zastanawiałbym się ani 

minuty! Chciałem, Ŝebyś odeszła, bo przy mnie nie mogłabyś Ŝyć pełnią Ŝycia. Tak bardzo mi 

na  tobie  zaleŜało.  Na  tobie!  BoŜe  miłosierny,  omal  nie  zwariowałem,  gdy  doktor  Boswick 

powiedział mi prawdę. Otwórz oczy, Tess. Błagam cię, spójrz na mnie! 

Jego wołanie brzmiało jak krzyk rozpaczy. Tess uniosła cięŜkie powieki i popatrzyła 

na bladą niczym chusta twarz ukochanego. 

-  Nie  waŜ  się  umierać!  -  rzucił  Dane  przez  zaciśnięte  zęby.  -  Musisz  Ŝyć.  Razem 

wychowamy  nasze  dziecko.  Bez  ciebie  moje  Ŝycie  nie  ma  sensu!  Nie  zniosę  kolejnego 

background image

rozstania! Ty stanowisz sens mego istnienia. Bez ciebie nic nie znaczę! 

- Marzyłeś tylko… o dziecku - szepnęła z trudem. 

- Nie. 

Udręczona bólem Tess ledwie rozumiała, co się do niej mówi. 

- Tak. Sam mówiłeś. 

Dane  pojął,  Ŝe  jego  słowa  nie  docierają  do  świadomości  Ŝony.  Musiał  natychmiast 

powiedzieć jej całą prawdę. Czas naglił. 

- Popatrz na mnie, Tess. Otwórz szeroko oczy. Spójrz na mnie! 

Ostatkiem sił uniosła powieki. 

- Kocham cię - oznajmił Dane wolno i dobitnie. Oczy błyszczały mu jak w gorączce. - 

Kocham cię. 

Jakie  miłe  słowa,  przemknęło  jej  przez  myśl.  Chciała  odpowiedzieć,  ale  zapadła  w 

ciemną otchłań. Dźwięki zlały się w bezsensowny szum. 

Tess zasnęła. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

Dane nie spał przez całą noc. Czuwał przy łóŜku Ŝony. Nie chciał jej zostawić ani na 

chwilę. Do synka postanowił zajrzeć rano. 

Wpatrywał  się  uwaŜnie  w  bladą  twarz  śpiącej  Tess.  Biedactwo,  tyle  się  nacierpiała. 

Skąd miała wiedzieć, Ŝe jest mu taka bliska? Nie oszczędzał jej. Tyle nieprzyjemnych słów od 

niego usłyszała. Kto wie, czy zechce mu to wybaczyć? NajwaŜniejsze, by przeŜyła i wróciła 

do zdrowia. Inaczej być nie moŜe. 

- Dane? - szepnęła, unosząc powieki. - Moje dziecko…? 

Dane  wygląda  okropnie  -  przemknęło  jej  przez  myśl.  Był  nieogolony.  Twarz  miał 

szarą. Zmęczenie i lęk odcisnęły na niej głębokie bruzdy. 

-  Chcesz  zobaczyć  maleństwo?  -  zapytał  cicho,  pochylając  się  nad  Ŝoną.  -  Zaraz 

poproszę, Ŝeby siostra je przyniosła. 

Podniósł słuchawkę wewnętrznego telefonu i powiedział kilka słów. Odpowiedział mu 

pogodny  głos.  Po  chwili  do  pokoju  weszła  dyŜurna  pielęgniarka  z  małym  zawiniątkiem  w 

objęciach. 

- Oto śliczny synek pani Lassiter - oznajmiła pogodnie. - Nareszcie się pani obudziła. 

Wszyscy byli bardzo wystraszeni. Proszę spojrzeć na to maleństwo. 

PołoŜyła dziecko obok Tess i odwinęła rogi kocyka. Ukazała się maleńka twarzyczka. 

Tess przez chwilę obserwowała uwaŜnie synka, a potem zerknęła na Dane'a. 

- Jest podobny do mego męŜa - szepnęła. - Dane, wygląda zupełnie jak ty! 

Dane pochylił się nad łóŜkiem i pogłaskał syna po główce. 

- Ma twoje oczy, duŜe i łagodne - oznajmił stanowczo. 

- Pójdę po butelkę - wtrąciła pielęgniarka. 

-  Nie  -  zaprotestowała  Tess  i  popatrzyła  na  nią  błagalnie.  -  Chcę  go  karmić  piersią. 

Doktor Boswick powiedział… 

-  AleŜ  oczywiście  -  przerwała  z  uśmiechem  pielęgniarka.  -  Moim  zdaniem  butelka 

takŜe  się  przyda.  Jest  pani  bardzo  osłabiona.  Straciła  pani  duŜo  krwi.  Mimo  wszystko 

przyniosę butelkę. Nie wiadomo, czy będzie dość pokarmu dla tego maluszka. 

Gdy  pielęgniarka  wyszła,  Dane  pomógł  Tess  usiąść  na  łóŜku.  Wsparta  plecami  o 

poduszkę  trzymała  dziecko  w  objęciach.  Wstrzymała  oddech,  gdy  zaczęło  ssać.  Roześmiała 

się  cicho  i  popatrzyła  na  męŜa,  który  obserwował  ją  z  rumieńcami  na  policzkach.  Zagryzł 

wargę. 

background image

Tess  nabrała  otuchy.  Wierzyła,  Ŝe  ojcostwo  pomoŜe  mu  odzyskać  duchową 

równowagę i wiarę w prawdziwą miłość. Czuł się zagubiony, ale szczerze kochał synka. Nie 

było  w  jego  Ŝyciu  innej  kobiety,  a  zatem  istniała  uzasadniona  nadzieja,  Ŝe  pozostaną 

małŜeństwem.  Tess  postanowiła  wykorzystać  tę  szansę.  Wierzyła,  Ŝe  pewnego  dnia  Dane  ją 

pokocha. 

Tess  i  mały  John  spędzili  w  szpitalu  cały  tydzień.  Helen  i  Kit  przyszły  odwiedzić 

młodą matkę i jej synka. Zachwytom nie było końca. Tess puchła z dumy. 

Dane wpadał tak często, jak to było moŜliwe. Musiał wrócić do pracy. Przekonująco 

grał rolę idealnego ojca, ale nieufna Ŝona wolała zachować emocjonalny dystans. 

Po  tygodniu  cała  rodzina  wróciła  na  ranczo.  Pewnego  sobotniego  popołudnia  Tess 

karmiła Johna w sypialni na górze. Dane wszedł do holu, ściskając w dłoni rękawice. Miał na 

sobie roboczy strój. Szary kowbojski kapelusz jak zwykle włoŜył na bakier. W agencji nic się 

nie  działo,  mógł  więc  popracować  na  ranczo.  Gdy  wszedł  do  sypialni,  wydawał  się 

zirytowany. 

Stanął w drzwiach i z wahaniem popatrzył na Tess, która siedziała w bujanym fotelu z 

synkiem przy piersi. 

- Musimy porozmawiać - rzucił krótko. 

- Zaraz skończę - odparła. 

Usiadł na brzegu łóŜka, obserwując Ŝonę i syna. Twarz z wolna mu się wypogadzała. 

Przyglądał im się z dumą. Na jego wargach pojawił się radosny uśmiech. 

-  Mógłbym  na  was  patrzeć  godzinami.  Wydaje  mi  się,  Ŝe  to  cudowny  sen.  Pięknie 

razem wyglądacie. 

-  ZauwaŜyłeś,  jak  mały  John  szybko  rośnie?  -  powiedziała  Tess,  uśmiechając  się 

nieśmiało. 

- Tess, jak długo zamierzasz karmić go piersią? 

To zwyczajne pytanie bardzo ją zaniepokoiło. Podniosła głowę. Machinalnie odsunęła 

niesforny  kosmyk  jasnych  włosów.  Wyglądała  ślicznie.  Miała  na  sobie  zieloną  sukienkę  w 

kratkę. Była taka delikatna i krucha. 

- Jeszcze się nad tym nie zastanawiałam - odparła. - Dlaczego pytasz? 

- Póki karmisz małego, nie moŜecie się rozstawać na dłuŜej niŜ kilka godzin - odparł z 

wahaniem. 

Tess pobladła. Spojrzała na męŜa szeroko otwartymi oczyma. 

- Chcesz, Ŝebym się stąd wyniosła? - wykrztusiła niepewnie. - Wolałbyś, Ŝeby małego 

wychowywała niańka? Dlatego pytasz, czy zamierzam go nadal karmić? 

background image

Dane oniemiał na moment, a potem krzyknął: 

- Na miłość boską! Nie! 

Tess drŜała. Czuła jednocześnie ulgę i obawę. 

Dane na moment zacisnął powieki. Otworzył szeroko oczy, wstał i podszedł do okna. 

Uderzył rękawicami o dłoń i gapił się ponuro na jesienny krajobraz. 

- Z pewnością masz podstawy, by sądzić, Ŝe zaleŜało mi tylko na dziecku… Ŝe ty się 

nie  liczysz.  Nie  rozumiem  jednak,  dlaczego  uwaŜasz  mnie  za  potwora  zdolnego  rozłączyć 

matkę i dziecko. Zapewniam cię, Ŝe nigdy bym tego nie zrobił. 

-  Wiem  -  odparła  krótko.  Wstyd  jej  było,  Ŝe  przez  moment  podejrzewała  go  o  taką 

niegodziwość. Mały John przestał ssać i przymknął oczka. Tess trzymała go na rękach przez 

dłuŜszą chwilę. Wreszcie podniosła się z fotela, połoŜyła synka w łóŜeczku ustawionym pod 

ś

cianą i starannie okryła kocykiem. Poszła ku drzwiom i skinęła na Dane'a. 

- Tym razem nie pozwolę ci uciec - powiedział oschle i rzucił jej badawcze spojrzenie. 

- Unikasz mnie, odkąd wróciłaś do domu. 

- Chciałabym posiedzieć na werandzie - odparła wymijająco. 

- Jest zbyt chłodno. 

- SkądŜe. Poproszę Beryl, Ŝeby dopilnowała Johna. 

- Dobrze. 

Dane  czekał,  aŜ  kobiety  ustalą,  co  i  jak.  Po  chwili  Tess  wyszła  na  werandę,  która 

znajdowała  się  na  tyłach  wielkiego  domostwa.  Dane  ruszył  za  nią.  Usiedli  ramię  przy 

ramieniu na kamiennych schodach nagrzanych promieniami słońca. 

-  Tess,  od  paru  dni  próbuję  znaleźć  odpowiedni  moment,  Ŝeby  cię  przeprosić. 

Powiedziałem wiele niepotrzebnych słów i byłem wobec ciebie okrutny, zanim przyszedł na 

ś

wiat nasz synek. Nie mogę sobie tego darować. 

-  Nie  miałeś  pojęcia,  co  mi  jest  -  odparła  spokojnie.  -  Chciałam  ci  tego  oszczędzić. 

Nasze  dziecko  było  dla  ciebie  cudowną  niespodzianką.  Tak  bardzo  się  nim  cieszyłeś. 

Oszalałbyś ze strachu, gdybyś wiedział, Ŝe ciąŜa jest zagroŜona. 

-  A  ty,  mała  głupia  dziewczynko?  Byłaś  przeraŜona,  a  na  dodatek  musiałaś 

wysłuchiwać  mojego  gderania.  OskarŜałem  cię  o  nieczułość  i  lenistwo.  Kazałem  ci 

spacerować!  -  Dane  zerwał  z  głowy  kapelusz  i  rzucił  go  na  schody.  Nerwowym  ruchem 

przeganiał ciemną czuprynę. - Dreszcz mnie przechodzi na myśl, jaki byłem dla ciebie podły. 

Przysporzyłem ci tylko cierpień. 

Tess spojrzała z czułością na męŜa, który patrzył na jesienny krajobraz. 

- To nieprawda. Dałeś mi Johna. 

background image

Dane wolno odwrócił głowę i spojrzał jej prosto w oczy. 

-  Mylisz  się,  jeśli  sądzisz,  Ŝe  zaleŜało  mi  wyłącznie  na  dziecku  -  powiedział  cicho.  - 

Liczyłaś  się  przede  wszystkim  ty.  Pragnąłem  cię,  chciałem  być  z  tobą  i  dlatego… 

postanowiłem  w  końcu  błagać,  abyś  za  mnie  wyszła,  choć  byłem  przekonany,  Ŝe  nie  mogę 

dać ci dziecka. Kiedy odeszłaś, moje Ŝycie straciło sens. Po powrocie do pustego mieszkania 

zrozumiałem,  Ŝe  właśnie  popełniłem  największe  głupstwo  w  całym  moim  Ŝyciu.  -  Tamtej 

nocy… Wcześniej nie wiedziałem, czym jest miłość. Bałem się tego uczucia. Sądziłem, Ŝe to 

zauroczenie, które szybko przeminie, ale tak się nie stało. Moja miłość trwa i będzie trwała. 

Do śmierci nie przestanę cię kochać, Tess. 

Odwróciła  wzrok.  Nie  śmiała  uwierzyć  w  te  zapewnienia.  Dane  łagodnym  ruchem 

dotknął jej policzka. Chciał, by na niego popatrzyła. 

- Kocham cię - powtórzył. - Na ile sposobów, jak często będę musiał ci to powtarzać, 

nim zechcesz mi wreszcie uwierzyć? 

Tess zamrugała powiekami. Nieufnie zmruŜyła oczy. 

- To wcale nie musi być miłość. 

- Jasne. Trudno czasem nazwać uczucia. Tym razem jednak nie masz racji i doskonale 

o  tym  wiesz,  mały  tchórzu.  -  Z  łobuzerskim  uśmiechem  pochylił  głowę  i  łagodnie  musnął 

wargami usta Ŝony. - Znajdę sposób, Ŝeby cię o tym przekonać. 

Całował  ją  delikatnie  i  czule,  aŜ  zaczęła  oddawać  mu  pocałunki  w  ciszy  jesiennego 

popołudnia. Wstrzymał oddech, gdy objęła go za szyję i mocno się przytuliła. Czuł, jak drŜy 

w jego ramionach. Zapomniała o lęku i poddała się pieszczotom. Rozchyliła usta i poczuła, Ŝe 

ciepły jeŜyk dotyka jej warg. Jęknęła i przywarła do męŜa jeszcze mocniej. 

Otarł się o nią biodrami, by wiedziała, jak bardzo jej pragnie. 

- Chcę być z tobą - szepnął. - MoŜesz? 

- Och… tak - szepnęła namiętnie wargami spuchniętymi od pocałunków. Dane jęknął. 

-  Ale  gdzie?  -  Uniósł  głowę.  Był  tak  zdesperowany,  Ŝe  Tess  omal  nie  wybuchnęła 

ś

miechem. - Beryl jest na górze z małym. 

Spojrzała znacząco na stodołę. Pokręcił głową. 

- Nie - mruknął łamiącym się głosem. - To niezbyt rozsądne. Kurz, pył, słoma… 

- W powieściach kochankowie nie zwracają uwagi na takie drobiazgi. 

- Czysta fikcja - szepnął, tuląc głowę do jej piersi. Potem zaczął ją znowu całować. - 

Nie  chcę  tarzać  się  z  tobą  na  sianie  przez  krótką  chwilę.  Uwielbiam  cię.  Pragnę  się  z  tobą 

kochać długo i czule. 

- Ja równieŜ - odparła szeptem. 

background image

Przytulił ją mocniej i całował zachłannie. DrŜał ogarnięty wielką namiętnością. 

- Tess… - szeptał z ustami przy jej wargach. - Tess, bardzo cię kocham! 

Drzwi otworzyły się nagle. Oboje podnieśli głowy. Na werandzie stała Beryl. Miała na 

sobie ciepły sweter. 

-  John  zasnął.  Idę  z  wizytą  do  pani  Jewell.  Chyba  nie  macie  nic  przeciwko  temu. 

Wrócę za kilka godzin. 

Tess  miała  ochotę  uściskać  starszą  panią,  która  z  pewnością  wiedziała,  Ŝe  młodzi 

małŜonkowie  chętnie  spędziliby  parę  chwil  sam  na  sam.  Maleństwo  śpiące  w  dziecinnym 

łóŜeczku z pewnością im nie przeszkodzi. 

- Idź, Beryl. Damy sobie radę - odparła cicho Tess. 

- Dzięki. Pani Jewell z pewnością się ucieszy, gdy wpadnę. To będzie miłe popołudnie 

- stwierdziła starsza pani i odeszła, uśmiechając się tajemniczo. 

Poczekali, aŜ Beryl wsiądzie do auta i odjedzie. Potem Dane w pośpiechu zaprowadził 

Ŝ

onę do sypialni i zamknął drzwi na klucz. 

Wziął Tess na ręce i zaniósł do łóŜka. 

- Musimy być cicho, Ŝeby nie obudzić małego. Kochana Beryl… 

- Drzwi… - mruknęła znacząco. 

- JuŜ zamknąłem. Tess, tak długo czekałem! Prawie rok. 

Całował ją zachłannie. Płomień Ŝądzy rozpalił się w nich na dobre. Dane pospiesznie 

zdjął ubranie. Tess patrzyła na niego bez wstydu - z ciekawością i zachwytem. MąŜ stał się jej 

ideałem. Była nim oczarowana. 

Dane  rozebrał  ją  powoli,  nie  szczędząc  pocałunków  i  pieszczot.  Tuliła  się  do  niego 

niecierpliwie. 

-  Poczekaj  -  szepnął.  Sięgnął  pod  poduszkę.  Zerknęła  ukradkiem  na  mały  pakiecik, 

który trzymał w ręku. - Na razie wystarczy nam jedno dziecko. Po co ryzykować? 

-  Nie  ma  obawy  -  odparła  drŜącym  głosem.  -  Przytrafiła  mi  się  bardzo  rzadka 

przypadłość. To się chyba nie powtórzy. 

-  Później  o  tym  porozmawiamy.  Nadal  jesteś  osłabiona.  Za  wcześnie  na  drugie 

dziecko.  Muszę  dbać  o  swoją  Ŝonę  -  szepnął,  całując  ją  czule.  -  Kocham  cię  do  szaleństwa. 

Nie wolno mam teraz ryzykować. Wszystko trzeba przemyśleć. 

Przylgnął mocno do Tess. Wszedł w nią bez pośpiechu, uwaŜając, by nie sprawić jej 

bólu. 

Było wspaniale - tak samo jak tamtej nocy. PoraŜona rozkoszą Tess łkała w objęciach 

ukochanego, gdy poruszali się w rytmie, który znała na pamięć. Znieruchomiała i wstrzymała 

background image

oddech,  gdy  poczuła  cudowny  dreszcz.  W  tej  samej  chwili  Dane  krzyknął.  Otworzyła  oczy 

zdziwiona  intensywnością  doznań.  Ujrzała  z  bliska  jego  twarz,  głowę  odrzuconą  do  tyłu  i 

napięte mięśnie ramion. Usłyszała własny jęk… 

PrzeŜyli rozkosz, która ich całkiem wyczerpała. LeŜeli bezwładnie, mocno przytuleni, 

wsłuchani w głośne bicie serc i urywane oddechy. 

Długo odpoczywali. Nagle dobiegł ich płacz Johna. Mały darł się wniebogłosy. 

Tess  wstała,  narzuciła  szlafrok  i  podeszła  do  łóŜeczka.  Okazało  się,  Ŝe  pora  zmienić 

pieluszkę.  Dane  stanął  obok  Ŝony.  Gdy  skończyła,  ułoŜył  synka  na  jednym  ramieniu,  a 

drugim objął Tess. Patrzył z dumą na dwie istoty, które wielbił ponad wszystko na świecie. 

- John naprawdę jest do ciebie podobny - stwierdziła Tess. 

- Do nas obojga - poprawił i mrugnął do niej porozumiewawczo. - Jesteś szczęśliwa? 

-  Nie  sądziłam,  Ŝe  istnieje  tak  wielkie  szczęście.  -  Wspięła  się  na  palce  i  pocałowała 

go w policzek. - Nie Ŝałujesz, Ŝe musiałeś się ze mną oŜenić? 

- Błąd w rozumowaniu - odparł, patrząc na nią z uwielbieniem. - Szukałem pretekstu, 

Ŝ

eby cię poślubić, nie ujawniając prawdziwych uczuć. Śledziłem cię. Pamiętasz spotkanie we 

włoskiej restauracji? Byłem zdecydowany prosić cię o rękę. Niestety, spotkałem znajomego, 

który pokrzyŜował mi szyki… 

- Kocham cię - szepnęła. 

- Ja teŜ cię kocham, maleńka. Z całego serca. 

Oboje popatrzyli na dziecko. 

- Gdy John pójdzie do szkoły, chciałabym wrócić do pracy. 

- Chcesz być detektywem u Shorta? 

- Nie. U ciebie. 

- Wszystko zostanie w rodzinie, co? 

- Jasne. Pójdę na emeryturę, gdy mały John przejmie agencję. 

Dane przytulił Ŝonę i syna. Chętnie by odmówił, ale Tess juŜ postanowiła. Było dość 

czasu, by ją wszystkiego nauczyć. Jako jej szef miał takŜe wpływ na dobór zleceń. OŜenił się 

z  kobietą  o  sporym  poczuciu  niezaleŜności  i  potrafił  ją  docenić.  Z  nadzieją  patrzył  w 

przyszłość.