background image
background image

J.G. BALLARD

Fabryka bezkresnych snów

Urodzony w 1930 roku w Szanghaju pisarz angielski, zaliczany do klasyków współczesnej literatury

światowej. Ma w swoim dorobku ponad dwadzieścia powieści i zbiorów opowiadań.

W Polsce jest znany między innymi z powieści

Wyspa (Czytelnik, 1982),

Imperium słońca (Czytelnik, 1990; książka

sfilmowana przez Stevena Spielberga w 1988 r.),

Delikatność kobiet (Alfa, 1996),

Kraksa (Amber, 1997),

Zatopiony  świat  (Rachocki  i  S-ka,  1998),  Wieżowiec  (Rachocki  i  S-ka,  2000)  oraz  wyboru

opowiadań Ogród czasu (Wydawnictwo Literackie, 1983).

J.G. BALLARD

FABRYKA BEZKRESNYCH SNÓW

Przełożył Maciej Swierkocki

1

PRZYLOT HELIKOPTERÓW

Przede wszystkim, dlaczego w ogóle ukradłem ten sa-molot?

Czy gdybym wiedział, że zaledwie dziesięć minut po starcie z londyńskiego lotniska płonąca maszyna

spadnie do Tamizy, wgramoliłbym się mimo wszystko do kokpitu? Być może już wtedy żywiłem niejasne
przeczucia tych dzi-wacznych zdarzeń, które miały nastąpić kilka godzin po moim ocaleniu.

A  teraz  stoję  w  centrum  wyludnionego,  nadrzecznego  miasteczka.  Widzę,  jak  mój  poszarpany

kombinezon  lotni-czy  odbija  się  w  szybach  pobliskiego  supermarketu,  i  do-skonale  pamiętam  moment,
kiedy  wszedłem  do  niestrzeżo-nego  hangaru  na  lotnisku.  Siedem  dni  temu  umysł  miałem  tak  chłodny  i
sprężony, jak jego stalowy dach nad moją gło-wą. Zapinając pasy w fotelu pilota, wiedziałem, że wszyst-
kie  niepowodzenia  i  falstarty,  jakie  spotkały  mnie  w  życiu,  ustępują  nareszcie  najprostszej,  a  zarazem
najbardziej  ta-jemniczej  ze  wszystkich  czynności  -  lataniu!  Nad  wytwórnią  filmową  krążą  helikoptery.
Wkrótce w centrum handlowym wylądują policjanci, którzy na pewno chcą mnie przesłuchać w sprawie
zniknięcia  całej  ludności  Shepperton.  Chciałbym  widzieć  ich  zdumienie,  gdy  się  do-wiedzą,  w  jak
niezwykły sposób odmieniłem to spokojne miasto.

Spłoszone  głosem  helikopterów  ptaki  wzbijają  się  w  po-wietrze  i  wiem,  że  pora  już  ruszać.  Ptaki

background image

pochodzą  ze  wszyst-kich  zakątków  globu  i  otaczają  mnie  całymi  tysiącami  -  są  wśród  nich  flamingi,
fregaty,  sokoły  i  dalekomorskie  alba-trosy,  jak  gdyby  uciekły  z  ptaszarni  dobrze  zaopatrzonego  zoo.
Przysiadają na portyku stacji benzynowej i walczą o miejsce na ciepłych dachach porzuconych aut. Kiedy
opie-ram  się  o  skrzynkę  pocztową,  by  obciągnąć  poszarpany  kom-binezon  lotniczy,  harpiowata  orlica,
strzegąca  listów,  które  nigdy  nie  opuszczą  tej  skrzynki,  rzuca  się  na  moje  ręce,  jakby  zapomniała,  kim
jestem,  i  chciała  przyjrzeć  się  bliżej  sa-motnemu  pilotowi,  który  spokojnie  zstąpił  z  wiatrem  na
opuszczone  ulice.  Cały  pasaż  handlowy  wypełniają  barba-rzyńsko  upierzone  kakadu,  ary  i  szkarłatne
ibisy,  tworząc  jakby  żywy  tren,  którym  mam  ochotę  przewiązać  się  w  pa-sie.  W  ciągu  kilku  ostatnich
chwil,  kiedy  sprawdzałem,  czy  nie  zostawiłem  sobie  żadnego  z  moich  bliźnich,  centrum  Shepperton
zmieniło  się  w  spektakularną  ptasiarnię,  w  ol-brzymi  rezerwat  powietrzny,  rządzony  przez  kondory.  I
tylko  kondory  zostaną  ze  mną  aż  do  samego  końca.  Dwa  z  tych  wielkich  sępów  przyglądają  mi  się  z
betonowe-go  dachu  samochodowego  parkingu.  Koniuszki  ich  skrzy-deł  kryją  plamy  grzybicy,  a  między
pazurami  lśni  ropa  gni-jących  ciał,  niczym  rozkładające  się  złoto  w  szponach  pra-cowitego  finansisty.
Podobnie jak inne ptaki, sprawiają wra-żenie, że w każdej chwili mogą mnie zaatakować, rozdraż-nione
hukiem helikopterów i świeżo zabliźnioną raną na mojej piersi.

Pomimo takich małomiasteczkowych facecji wolałbym zostać tu dłużej i dojść do ładu z tym, co mi

się  przydarzy-ło,  a  także  pogodzić  się  z  ważnymi  dla  nas  wszystkich  kon-sekwencjami,  sięgającymi
daleko  poza  granice  tego  mia-steczka,  położonego  piętnaście  mil  na  zachód  od  Londynu.  Ulice  wokół
mnie milczą, zalane popołudniowym światłem. Przy furtkach ogrodowych leżą zabawki, porzucone w po-
śpiechu  przez  dzieci,  gdy  uciekały  stąd  godzinę  temu,  a  je-den  z  moich  bliźnich  zapomniał  zakręcić
trawnikowy spry-skiwacz, który obraca się teraz niezmordowanie, tworząc ciąg niepokalanych tęcz nad
ozdobnym  stawem  na  skraju  ogrodu,  jak  gdyby  chciał  schwytać  w  swą  pętlę  jakąś  wid-mową  rybę  i
wyciągnąć ją z głębi.

-Pani  St.  Cloud!...  Ojcze  Wingate!...-Już  za  nimi  tęsk-nię:  za  wdową,  która  próbowała  finansować

moją szkołę latania, i za księdzem, który znalazł moje kości w korycie rzeki.

- Miriam!... Doktor Miriam!... - To młoda lekarka, któ-ra mnie reanimowała, gdy omal nie utonąłem.

Ale wszyscy mnie już opuścili. Skinąłem na ptaki, by podążały za mną, i ruszyłem naprzód przez pasaż.
Na  nad-rzecznej  plaży  jest  kryjówka,  gdzie  będę  mógł  przeczekać,  dopóki  helikoptery  nie  odlecą.
Spojrzałem po raz ostatni ku jaskrawej, tropikalnej roślinności, tworzącej na tle nieba jedyny w swoim
rodzaju  profil  miasta  Shepperton.  Dach  supermarketu  i  stacji  benzynowej  pokrywają  gęsto  orchi-dee  i
paprocie, na wystawie sklepu z artykułami metalowy-mi i w oknie wypożyczalni telewizorów pienią się
karłowa-te palmy o ząbkowanych liściach, a stateczne niegdyś ogro-dy porastają mangowce i magnolie,
zmieniając  ciche  mia-steczko,  w  którym  rozbiłem  się  zaledwie  tydzień  temu,  w  zaułek  jakiegoś
zaginionego  miasta  w  Amazonii.  Helikoptery  nadlatują  bliżej.  Klekoczą  tam  i  z  powro-tem  nad
wyludnionymi ulicami wokół wytwórni filmów. Załogi przez lornetki przypatrują się uważnie pustym do-
mom.  Chociaż  mieszkańcy  miasteczka  już  odeszli,  wciąż  czuję  ich  obecność  w  moim  ciele.  W  szybie
wystawowej  sklepu  z  akcesoriami  elektrycznymi  widzę,  że  moja  skóra  lśni  jak  skóra  archanioła,
rozświetlona  snami  wszystkich  tutejszych  gospodyń  domowych,  sekretarek,  aktorów  i  ka-sjerów
bankowych, którzy śpią we mnie, bezpieczni w sy-pialnych salach moich kości.

Przy wejściu do parku stoją pomniki, które wznieśli dla mnie ci ludzie, nim wyruszyli w swój ostatni

lot.  Z  dobro-duszną  ironią  zbudowali  mi  kapliczki  w  formie  miniaturo-wych  piramid  ze  zmywarek  do
naczyń  i  telewizorów,  a  z  gramofonów  wznieśli  kioski,  przyozdobione  słonecznika-mi,  dyniami  i
nektarynkami. Były to najwłaściwsze przed-mioty, jakie mogli znaleźć mieszkańcy przedmieść Londy-nu,

background image

by uświęcić swoje uczucia do mnie, a każda taka kon-strukcja zawiera strzęp mojego kombinezonu albo
jakąś  małą  część  samolotu  -  pamiątki  wspólnych  lotów  po  niebie  nad  Shepperton  i  po  napędzanej
ludzkimi  siłami  maszynie,  o  zbudowaniu  której  marzyłem  całe  życie,  a  którą  oni  po-mogli  mi
skonstruować.

Jeden  z  helikopterów  znajduje  się  tuż  za  mną.  Wykonu-je  niepewne  okrążenie  nad  centrum

miasteczka. Pilot i na-wigator spostrzegli już moją skórę, połyskującą między drze-wami. Choć są bardzo
przejęci,  równie  dobrze  mogliby  porzucić  maszynę  w  powietrzu.  Wkrótce  nie  zdołają  zli-czyć
opuszczonych  miast.  Wzdłuż  doliny  Tamizy,  w  całej  Europie  i  obu  Amerykach,  w  Azji  i  w  Afryce
opustoszeją dziesiątki tysięcy miasteczek podobnych do tego, gdy lu-dzie zgromadzą się, by odbyć swój
pierwszy, napędzany człowieczą mocą lot.

Teraz już wiem, że tamte ciche, porośnięte szpalerami drzew drogi to pasy startowe, które czekają, aż

wzbijemy się w niebo, którego poszukiwałem przed siedmioma dnia-mi, wkraczając lekkim samolotem w
przestrzeń  powietrz-ną  tego  małego  miasteczka  nad  Tamizą.  Tu  mój  samolot  spadł,  a  ja  uszedłem
zarówno śmierci, jak i życiu.

2

KRADNĘ SAMOLOT

Zeszłego roku nawiedzały mnie sny o lataniu. Przez całe lato sprzątałem samoloty na londyńskim lot-

nisku. Mimo ciągłego hałasu i milionów turystów, wcho-dzących i wychodzących z budynków terminali,
byłem zu-pełnie sam. Otaczały mnie parkujące wokół odrzutowce, a ja chodziłem z odkurzaczem wśród
rzędów  pustych  foteli,  usuwając  podróżne  śmieci,  resztki  posiłków,  niewykorzy-stane  środki
uspokajające  i  antykoncepcyjne,  a  także  wspo-mnienia  przylotów  i  odlotów,  które  przywodziły  mi  na
myśl wszystkie moje nieudane próby osiągnięcia w życiu czego-kolwiek.

Mając  dwadzieścia  pięć  lat  zrozumiałem,  że  ostatnie  dziesięć  lat  mojego  życia  to  strefa  lawinowa.

Jakikolwiek  wytyczyłbym  sobie  kurs,  jakkolwiek  uważnie  usiłowałbym  iść  za  kolejnym  wskazaniem
strzałki  kompasu,  wpadałem  od  razu  na  najbliższy  mur.  Nie  wiedzieć  czemu  czułem,  że  nawet  będąc
sobą, odgrywam jedynie rolę, która powinna przypaść w udziale komuś innemu. Natomiast zakamarków
jakiejś  niewidzialnej  rzeczywistości  dotykałem  tylko  dlate-go,  że  kompulsywnie  wcielałem  się  w  inne
postaci. Naj-częściej przebierałem się za pilota, wkładając biały kombi-nezon lotniczy, który znalazłem
w szafce. Nim ukończyłem siedemnaście lat, wyrzucono mnie z przynajmniej sześciu szkół. Zawsze byłem
leniwy  i  agre-sywny,  a  także  skłonny  uważać  świat  dorosłych  za  coś  w  rodzaju  nudnej  konspiracji,  z
którą nie chciałem mieć nic wspólnego. W dzieciństwie doznałem obrażeń w wypadku samochodowym,
w  którym  zginęła  moja  matka,  i  odtąd  mój  lewy  bark  wystawał  nieco  ku  górze,  a  ja,  wyolbrzymiwszy
wkrótce tę cechę, nadałem jej znamię bojowego zuchwal-stwa. Koledzy szkolni małpowali mnie, ale nie
zwracałem  na  nich  uwagi.  Uważałem  się  za  przedstawiciela  nowego  gatunku  uskrzydlonego  człowieka.
Pamiętałem  o  wygwiz-danym  przez  tłum  albatrosie  Baudelaire’a  i  o  tym,  że  ptak  nie  mógł  chodzić
wyłącznie ze względu na ciężar swoich skrzydeł.

Wszystko  pobudzało  moją  wyobraźnię  na  najdziwniej-sze  sposoby,  a  w  bibliotece  szkolnej,  dzięki

nadgorliwemu  nauczycielowi  biologii,  odkryłem  prawdziwe  bogactwo  roz-maitych  dewiacyjnych
możliwości. Na przykład w słowni-ku antropologicznym znalazłem pewien cudaczny, choć wzruszający,
rytuał  płodności,  podczas  którego  członkowie  aborygeńskiej  wspólnoty  kopią  dół  na  pustyni  i  kolejno
kopulują z ziemią. Poruszony do głębi tą wizją, błąkałem się tu i tam jak otumaniony, a kiedyś o północy

background image

usiłowałem  osiągnąć  orgazm  podczas  stosunku  z  ukochanym  przez  wszystkich  szkolnym  boiskiem  do
krykieta.  Znaleziono  mnie  w  blasku  latarek,  pijanego,  na  zgwałconej  murawie,  w  oto-czeniu  butelek  po
piwie.  Dziwne,  ale  mnie  to  zdarzenie  wydało  się  znacznie  mniej  osobliwe  niż  zdjętemu  zgrozą
dyrektorowi szkoły.

Wydalili  mnie  ze  szkoły,  czym  się  właściwie  w  ogóle  nie  przejąłem.  Wkroczywszy  w  wiek

dojrzewania,  byłem  już  pewien,  że  któregoś  dnia  osiągnę  coś  nadzwyczajnego,  czym  zadziwię  nawet
samego siebie. Znałem moc moich snów. Po śmierci matki wychowywała mnie czasem jej mieszkająca w
Toronto  siostra,  czasem  zaś  mój  ojciec,  po-chłonięty  swoją  praktyką  lekarską  wzięty  chirurg  okulista,
który  nigdy  mnie  właściwie  nie  uznał.  Prawdę  mówiąc,  spę-dzałem  tyle  czasu  na  pokładach
transatlantyckich  odrzutow-ców,  że  cała  moja  formalna  edukacja  sprowadzała  się  do  wyświetlanych
podczas lotu filmów.

Po  roku  spędzonym  na  Uniwersytecie  Londyńskim  wy-rzucili  mnie  z  akademii  medycznej  -  gdy

pewnego  razu  roz-cinałem  w  laboratorium  anatomicznym  klatkę  piersiową,  nabrałem  nieoczekiwanie
przekonania, że w zwłokach wciąż tli się życie. Sterroryzowałem słabszego kolegę studenta, żeby pomógł
mi oprowadzić trupa po laboratorium i spró-bował przywrócić go do życia. Wciąż jestem poniekąd pe-
wien, że mogło się nam udać.

Nigdy  nie  byłem  przywiązany  do  ojca  i  wyobrażałem  sobie  często,  że  mój  prawdziwy  rodziciel  to

jeden z pierw-szych amerykańskich astronautów, że zostałem poczęty z nasienia dojrzałego w przestrzeni
międzygwiezdnej  i  że  je-stem  istotą  mesjaniczną,  przeszczepioną  niejako  w  łono  matki  z  ciężarnego
kosmosu. Gdy ojciec mnie wydziedzi-czył, zacząłem chaotyczny i bardzo stromy slalom. Odrzu-cony pilot
najemnik, niespełniony nowicjusz u jezuitów, niewy dawany autor utworów pornograficznych (spędziłem
niejeden  podniecający  weekend,  wykręcając  numery  pu-stych  biur  w  całym  Londynie  i  dyktując
automatycznym  se-kretarkom  swoje  niezwykłe  fantazje  seksualne,  które  nicze-go  niepodejrzewające
maszynistki  przepisywały  potem  swo-im  szefom)  -  a  jednak  mimo  wszystkich  niepowodzeń  ży-wiłem
nadal  niezachwianą  wiarę  w  siebie:  mesjasza,  po-zbawionego  jeszcze  przesłania,  który  pewnego  dnia
ułoży jednak jakąś niespotykaną tożsamość z kawałków wybra-kowanej układanki.

Przez pół roku pracowałem w awiarium w londyńskim zoo. Ptaki doprowadzały mnie do szału swym

nieustannym  ćwierkaniem  i  świergoleniem,  ale  nauczyłem  się  od  nich  bardzo  wiele,  a  moja  obsesja
latania dzięki sile własnych mięśni zaczęła się właśnie wtedy. Raz aresztowała mnie po-licja, ponieważ
zbytnio hałasowałem w pobliżu zoo, na placu zabaw dla dzieci, gdzie spędzałem większość wolnego cza-
su. Pewnego deszczowego popołudnia na pięć minut za-władnął mną kompleks Szczurołapa* i naprawdę
uwierzy-łem, że zdołam poprowadzić dwadzieścioro dzieci, ich zdu-mione matki, kilka przebiegających
nieopodal psów, a na-wet ociekające wodą kwiaty do jakiegoś raju, który - o ile tylko udałoby mi się go
odnaleźć - leżał nie dalej niż kilka-set jardów stąd.

Przed gmachem sądu, w którym zostałem uniewinniony przez sympatycznego sędziego, zaprzyjaźniłem

się z byłą stewardessą, pracującąjako barmanka w hotelu na londyń-skim lotnisku , a skazaną niedawno
za  uprawianie  nierządu  w  pobliżu  Terminalu  Lotniczego  Zachodniego  Londynu.  Była  to  ognista  i  miła
dziewczyna,  znająca  mnóstwo  nie-zwykłych  opowieści  na  temat  życia  seksualnego  na  mię-
dzynarodowych  lotniskach.  Poruszony  jej  wizjami,  oświad-czyłem  się  bezzwłocznie  i  zamieszkałem  u
niej, w pobliżu lotniska Heathrow. Byłem już opętany ideą budowy samo-lotu napędzanego siłą ludzkich
mięśni.  Planowałem  pierw-szy  przelot  dookoła  świata,  wyobrażając  sobie,  że  jestem  Lindberghiem  i
Saint-Exuperym  lotów  taką  maszyną.  Co-dziennie  chodziłem  na  lotnisko,  żeby  obserwować  samolo-*
Szczurołap  -  według  niemieckiej  legendy,  Szczurołap  z  Hameln  najpierw  wywabił  z  miasta  szczury,

background image

grając  na  fujarce,  a  potem,  po-nieważ  rajcy  nie  spłacili  należności,  wyprowadził  z  miasta  dzieci  do
jaskini, która się za nimi zamknęła (przyp. tłum.) ty, wzbijające się pod niebo z tysiącami pasażerów na
po-kładach. Ogarniała mnie zazdrość, że ich na wskroś zwy-czajne życie pokrzyżował ten niewiarygodny
sen  o  locie.  Sny  o  lataniu  nawiedzały  mnie  teraz  coraz  częściej.  Po  kilku  tygodniach  przebywania  na
tarasie  widokowym  zna-lazłem  pracą  jako  czyściciel  samolotów.  W  południowej  czę-ści  lotniska
znajdował  się  teren  przeznaczony  dla  lekkich  maszyn.  Cały  wolny  czas  spędzałem  w  hangarach  parkin-
gowych,  siedząc  za  sterami  zniszczonych  wiatrem,  ale  ele-ganckich  samolotów,  przypominających
skomplikowane  symbole,  które  otwierały  w  moim  mózgu  wszelkie  możli-we  zamki.  Któregoś  dnia
zaakceptowałem logiką moich snów i postanowiłem wystartować sam.

Tak rozpoczęło się moje prawdziwe życie. Jednak bez względu na kierujące mną wtedy pobudki, to,

co  wydarzyło  się  owego  ranka,  zaniepokoiło  mnie  do  głębi.  Przypatrując  się  mojej  narzeczonej,  która
ubierała  się  w  sypialni,  poczułem  nagłą  potrzebę  wzięcia  jej  w  ramio-na.  Służbowy  strój  dziewczyny
ozdobiony był motywami lotniczymi i zawsze lubiłem patrzeć, jak zakłada ten grote-skowy kostium. Ale
kiedy  przygarnąłem  ją  do  piersi,  zro-zumiałem,  że  nie  powoduje  mną  uczucie  dla  niej,  lecz  chęć
zgruchotania jej istnienia. Dosłownie. Pamiętam, że pod nogi spadła nam lampka nocna, którą dziewczyna
strąciła,  młócąc  powietrze  ręką.  Biła  mnie  po  twarzy  zaciśniętymi  pięściami,  a  ja  stałem  przy  łóżku,
przyciskając ją do piersi i dusząc. Dopiero kiedy osunęła się na ziemię u moich stóp, pojąłem, że o mało
jej  nie  zabiłem,  w  najmniejszym  stop-niu  nie  odczuwając  jednak  nienawiści  czy  złości.  Później,  gdy
siedziałem już w kokpicie cessny, podeks-cytowany pokasływaniem silnika, zanim z hukiem ożył, dotarło
do mnie, że nie zamierzałem jej skrzywdzić, jedno-cześnie jednak przypomniałem sobie niemy strach na
twa-rzy siedzącej na podłodze dziewczyny i nabrałem pewno-ści, że pójdzie na policję. Omijając o włos
stojący  obok  odrzutowiec,  wzbiłem  się  w  powietrze  z  jednego  z  pasów  startowych  na  parkingu.  Wiele
razy  widziałem,  jak  mecha-nicy  uruchamiają  silniki,  i  często  męczyłem  ich,  by  pozwa-lali  mi  sobie
towarzyszyć,  gdy  kołowali  wokół  hangarów.  Kilku  z  nich  było  wykwalifikowanymi  pilotami,  więc  po-
wiedzieli  mi  wszystko,  co  powinienem  wiedzieć  o  urządze-niach  sterowniczych  i  regulacji  silnika.
Dziwne,  ale  kiedy  znalazłem  się  wreszcie  w  powietrzu,  przelatując  nad  par-kingami  samochodowymi,
fabrykami plastiku i zbiornika-mi otaczającymi lotnisko, nie miałem najmniejszego poję-cia, jaki wybrać
kurs.  I  tak  wiedziałem,  że  wkrótce  zostanę  ujęty  i  oskarżony  o  kradzież  cessny  oraz  usiłowanie  mor-
derstwa na mojej narzeczonej.

Ponieważ  zapomniałem  unieść  klapy,  nie  udało  mi  się  wzbić  wyżej  niż  na  pięćset  stóp,  ale  i  tak

zawsze podnieca-ły mnie nisko latające samoloty. Mniej więcej pięć mil na południe od lotniska silnik
zaczął  się  grzać,  a  po  kilku  se-kundach  stanął  w  płomieniach,  wypełniając  kabinę  rozpa-lonym  dymem.
Pode  mną  leżało  ciche  nadrzeczne  miastecz-ko,  którego  centrum  handlowe  i  prowincjonalne  ulice,  po-
rośnięte  szpalerami  drzew,  wcisnęły  się  w  szerokie  zakole  rzeki.  Zobaczyłem  też  wytwórnię  filmową  i
operatorów,  kręcących  się  za  kamerami  na  murawie.  Pod  wymalowaną  na  płótnie  atrapą
zakamuflowanego  hangaru  stało  kilkana-ście  przedpotopowych  dwupłatowców,  a  aktorzy  ubrani  w
skórzane stroje lotnicze z czasów pierwszej wojny świato-wej unosili gogle, by spojrzeć na mnie w górę,
gdy  szybo-wałem  nad  nimi,  ciągnąc  za  sobą  olbrzymi  pióropusz  dymu.  Jakiś  człowiek  stojący  na
platformie  wieńczącej  metalową  wieżę  pomachał  mi  megafonem,  jak  gdyby  chciał,  bym  za-grał  w  jego
filmie.

Płonący olej, który wypełnił kabinę, parzył mi ręce i twarz. Postanowiłem posadzić samolot na rzece

i  utopić  się,  zamiast  spłonąć  żywcem.  Pół  mili  dalej,  za  kortami  teniso-wymi  i  parkiem  otoczonym
uschłymi wiązami, zobaczy-łem na trawiastym zboczu wiej ską rezydencj ę w stylu tudo-riańskim.

background image

Kiedy  samolot  przelatywał  nad  parkiem,  zajęły  mi  się  buty.  Parujący  glikol  wtargnął  w  nogawki

moich  spodni.  Parzył  mnie  w  nogi  i  groził  ugotowaniem  jąder.  Po  obu  stro-nach  kabiny  pędziły
wierzchołki  drzew.  Podwozie  ścięło  kruche  górne  gałęzie  uschłych  wiązów,  a  wtedy  wśród  drzew
eksplodowała  chmura  szpaków,  niczym  szrapnel  z  pocisku.  Siła  uderzenia  była  tak  duża,  że  drążek
sterowy wyszarpnął mi się z rąk, a ja w ostatniej chwili krzyknąłem coś na spo-tkanie wznoszącej się ku
mnie rzeki. Rozpadający się w powietrzu samolot, którego ogon utkwił między konarami, runął do wody.
Gorące  drobiny  buchającego  przez  kadłub  pyłu  wodnego  i  pary  uderzyły  mnie  w  twarz.  Poczułem
szarpnięcie  pasów  i  uderzyłem  głową  o  drzwi  kabiny,  ale  nie  doznałem  bólu,  jak  gdyby  moje  ciało
należało w rze-czywistości do pasażera.

Byłem jednak pewien, że ani na chwilę nie straciłem przytomności. Samolot zaczął natychmiast tonąć.

Gdy  pró-bowałem  rozpiąć  pas,  szamocząc  się  z  nieznaną  mi  dotąd  klamrą,  kabinę  wypełniła  kipiąca,
czarna woda, wirując ła-komie wokół mego brzucha. Zrozumiałem, że utopię się za kilka sekund.

I wtedy nawiedziła mnie pewna wizja.

3

WIZJA

Podtrzymywany przez skrzydła samolot spoczywał nie-ruchomo na wodzie. Z zalanego silnika unosiła

się  ogrom-na  chmura  pary,  sunąca  w  kierunku  brzegu.  Dziób  maszyny  pochylił  się  do  przodu,  a  rzeka
bezceremonialnie ochlapy-wała spękaną szybę tuż przed moim nosem. Poluzowałem klamrę, zwalniającą
zacisk pasa i zacząłem mocować się z drzwiami kabiny, gdy moją uwagę przykuła rozgrywająca się na
wprost mnie scena.

Zdawało  mi  się,  że  widzę  olbrzymie  iluminowane  malo-widło,  rozjaśnione  zarówno  wzburzoną

wodą,  jak  i  moc-nym  światłem,  przesączającym  się  przez  powierzchnię  płót-na.  Kiedy  wypchnąłem
drzwi  kabiny  pod  przeciwny  prąd,  najbardziej  zdumiała  mnie  niebywała  wyrazistość  szczegó-łów.
Przede mną, na trawiastym zboczu, wznosiła się czę-ściowo drewniana rezydencja w stylu tudoriańskim.
Przy-glądało mi się kilka osób, jakby upozowanych przez mala-rza na zwykłym, banalnym pejzażu. Żadna
z  tych  osób  nie  ruszała  się,  jak  gdyby  zmrożona  widokiem  płonącego  sa-molotu,  który  runął  z
popołudniowego nieba i spadł u ich stóp do wody.

Choć  nigdy  przedtem  nie  byłem  w  tym  miasteczku  -jak  przypuszczałem,  sądząc  po  obecności

wytwórni filmowej, było to Shepperton - wydawało mi się, że rozpoznaję ich twarze, i że są to aktorzy
odpoczywający  w  przerwie  mię-dzy  kolejnymi  ujęciami.  Najbliżej  stała  młoda  ciemnowło-sa  kobieta,
ubrana  w  biały  kitel  laboratoryjny.  Bawiła  się  w  zamyśleniu  z  trojgiem  małych  dzieci  na  pokrytej
płatkami piany murawie. Byli to dwaj chłopcy i dziewczynka-przy-cupnęli razem na huśtawce jak małpki
na gałęzi, uśmiecha-jąc siew nadziei na rozpoczęcie jakiejś gry, którą próbowa-ła zaaranżować dla nich
ta  młoda  kobieta.  Dzieci  przyglą-dały  mi  się  chytrze  kosymi  spojrzeniami,  jak  gdyby  przez  cały  dzień
czekały,  aż  mój  samolot  specjalnie  dla  nich  wy-ląduje  w  wodzie.  Mniejszy  chłopiec  miał  na  nogach
klamry ortopedyczne i pogwizdywał od czasu do czasu na swoje ciężkie stopy, chcąc je zachęcić, żeby
wierzgały  w  powie-trzu.  Drugi  chłopczyk,  przysadzisty  mongoł  z  wielką  gło-wą,  szeptał  coś  ładnej
dziewczynce o bladych policzkach i tajemniczym spojrzeniu.

Wyżej,  w  oknie  na  piętrze  rezydencji,  stała  urodziwa  ko-bieta  w  średnim  wieku.  Miała  nieobecną

twarz  wdowy  i,  jak  sądziłem,  była  matką  dziewczyny  w  białym  kitlu.  W  jednej  ręce  podtrzymywała

background image

brokatową  zasłonę,  a  w  drugiej  zapomnianego  papierosa,  jakby  zaniepokojona,  czy  moje  gwałtowne
przybycie nie ściągnie jej na dno wraz ze mną. Kobieta krzyknęła coś do dobiegającego sześćdziesiątki
bro-datego mężczyzny, siedzącego na wąskiej plaży, dzielącej mnie od brzegu. Był chyba archeologiem,
bo  siedział  w  oto-czeniu  sztalug,  wiklinowego  kosza  i  laboratoryjnych  tacek,  wciśnięty  mocnym,  acz
otyłym ciałem w krzesełko tury-styczne. Koszulę przemoczyła mu woda, którą ochlapał go samolot, ale
on wpatrywał się uporczywie w coś, co przy-kuło jego uwagę na plaży.

Ostatnim  z  siedmiu  świadków  był  mniej  więcej  trzydzie-stoletni  mężczyzna,  ubrany  jedynie  w

kąpielówki.  Stał  na  końcu  przystani  z  kutego  żelaza,  wcinającej  się  w  rzekę  spośród  nadbrzeżnych
hotelików,  stojących  za  rezydencją.  Mężczyzna  malował  wagonik  miniaturowego  diabelskiego  koła,
stanowiącego  część  wesołego  miasteczka,  wzniesio-nego  dla  dzieci  na  tej  rozsypującej  się,
edwardiańskiej  przy-stani.  Mężczyzna  znieruchomiał  z  pędzlem  w  dłoni  i  z  nie-zmąconym  spokojem
przyglądał mi się swobodnie przez ramię, chełpiąc się jasną czupryną i efektowną, muskular-ną budową
ciała filmowego atlety.

Woda  sięgała  mi  już  do  piersi.  Wciskała  się  do  środka  przez  zalane  tarcze  instrumentów  deski

rozdzielczej.  Spo-dziewałem  się,  że  któryś  ze  świadków  wypadku  przyjdzie  mi  z  pomocą,  ale  wszyscy
stali  niczym  aktorzy  czekający  na  sygnał  reżysera,  a  ich  sylwetki  jarzyły  się  w  wibrującym  świetle,
przesycającym  powietrze.  Rezydencję,  wesołe  mia-steczko  na  przystani  i  hoteliki  na  nabrzeżu  otaczał
silny,  ostrzegawczy  blask,  jak  gdyby  już  tylko  kilka  ostatnich  mi-krosekund  dzieliło  je  od  jakiegoś
niesłychanego  nieszczę-ścia.  Byłem  niemal  pewien,  że  w  miasteczku  rozbił  się  ogromny  odrzutowiec
albo że lada chwila pochłonie je nu-klearna katastrofa.

Za  przednią  szybą  wirowała  rzeka,  chlustając  ciemną  pianą  w  spękane  szkło.  W  ostatniej  chwili

spostrzegłem, że archeolog wstaje i wyciąga swe silne ramiona w kierunku wody, usiłując wydobyć mnie
z samolotu siłą woli, jakby nagle zdał sobie sprawę z odpowiedzialności wobec mnie. Prawe skrzydło
zniknęło pod powierzchnią wody i szarp-nięta prądem cessna przewróciła się na bok. Uwolniwszy się z
pasa, odepchnąłem drzwi i wygramoliłem się z zala-nej kabiny na podpórkę lewego skrzydła. Wspiąłem
się  na  kadłub  i  stałem  na  nim  w  poszarpanym  kombinezonie  lot-niczym,  kiedy  samolot  pogrążał  się  w
wodzie, wciągając w głębinę moje sny i nadzieje.

4

KTOŚ PRÓBUJE MNIE ZABIĆ

Leżałem na mokrej trawie u stóp rezydencji. Wokół mnie przepychali się ludzie, jak podczas pijackiej

burdy, ale młoda kobieta w białym kitlu kazała im się cofnąć. - Doktor Miriam!

- Widzą, że jeszcze nie umarł! Odsuńcie się! - Dziew-czyna odgarnęła niesforne włosy, wpadające jej

do  oczu,  i  przyklękła  przy  mnie,  kładąc  nerwową,  ale  silną  dłoń  na  mojej  klatce  piersiowej,  gotowa
wtłoczyć  znów  życie  w  moje  serce.  -  Dobry  Boże...  Chyba  nic  ci  nie  będzie.  Pomimo  autorytatywnego
tonu,  młoda  kobieta  wydawa-ła  się  wciąż  czymś  oszołomiona,  jak  gdyby  nie  była  pewna,  czy  mimo
wszystko żyję. Za jej plecami stała tamta druga, starsza kobieta, którą widziałem przedtem w oknie rezy-
dencji. Wpatrywała się we mnie z przerażaniem, jakby to ona, a nie ja, wyszła cało z wypadku. Miała na
sobie  je-dwabną  bluzkę,  poplamioną  olejem  silnikowym,  i  sznur  pereł  na  szyi.  W  lewej  dłoni  trzymała
zapomnianego papie-rosa, chcąc może napiętnować przemoczonego lotnika, który przed chwilą wydostał
się z trudem na trawę. Kobieta wyciągnęła rękę i potrząsnęła mnie ze złością za ramię.

background image

- Kim jesteś?

- Pani St. Cloud! Zrobi mu pani krzywdę!... Mężczyzna w liberii szofera chciał ją uspokoić, ale ko-

bieta przypadła do mnie, zdezorientowana, jak gdybym ukradł jej coś wartościowego.

- Mamo! - Młoda lekarka strąciła dłoń starszej pani z mojego ramienia. - Zginie, jeżeli będzie jeszcze

musiał bić się z tobą! Przynieś mi z domu torbę!

Otaczający  mnie  ludzie  cofnęli  się  niechętnie,  odsłania-jąc  spokojne  niebo.  Intensywne  światło

zniknęło,  a  diabel-skie  koło  kręciło  się  na  tle  chmur  niczym  przyjazna  manda-la.  Czułem  się  silny,  ale
dziwnie  stary,  jak  gdybym  ukoń-czył  właśnie  niebywale  długi  rejs.  Dotknąłem  ramienia  le-karki,  chcąc
dodać jej otuchy. Zastanawiałem się, jak ją uprzedzić o nadciągającej katastrofie, która spotka wkrótce
miasteczko.

Lekarka poklepała mnie uspokajająco po policzku. Dra-matyczna aura mojego przybycia najwyraźniej

zrobiła  na  niej  głębokie  wrażenie.  Spoglądając  na  tę  oszołomioną  mło-dą  kobietę,  poczułem  potężny
przypływ  wdzięczności.  Chciałem  pogładzić  ciało  lekarki  i  przytknąć  usta  do  jej  pier-si.  Przez  chwilę
niemal wierzyłem, że staram się o jej rękę i że wybrałem ten ekstrawagancki sposób ukazania się, by się
oświadczyć.

Dziewczyna, chyba zdając sobie z tego sprawę, uśmiech-nęła się i uścisnęła mi dłoń.

- Wszystko w porządku? Muszę przyznać, że przestra-szyłeś mnie jak jasna cholera... Widzisz mnie?

Słyszysz?  Ile  palców  widzisz?  Dobrze.  A  teraz  powiedz,  czy  w  samo-locie  był  ktoś  jeszcze?  Może
pasażer?

- Ja... - Postanowiłem nic nie mówić, bez żadnego okre-ślonego powodu. Widok kokpitu cessny był

pustą strefą w moim mózgu. Już nie pamiętałem siebie siedzącego za ste-rami. - Nie... Byłem sam.

- Zdaje się, że nie masz co do tego całkowitej pewności. Kim ty w ogóle jesteś? Wyglądasz, jakbyś

mógł o tym za-pomnieć w każdej chwili.

-  Blake...  Jestem  pilotem,  uprawiającym  akrobacje  lot-nicze.  Mój  samolot  stanął  w  płomieniach.  -I

owszem...

Chwyciłem  ją  za  ramię  i  usiadłem.  Wilgotną  trawę  pla-mił  olej  z  mojego  kombinezonu.  Miałem

zwęglone buty, ale moje stopy na szczęście nie były spalone. Sądząc po twarzach otaczających mnie ludzi
-  ogrodnika,  szofera  i  dwojga  staruszków,  którzy  widocznie  prowadzili  dom  -  zro-zumiałem,  że  w  ich
mniemaniu  utopiłem  się,  byli  więc  cał-kowicie  zdetonowani  moim  rzekomym  zmartwychwsta-niem.
Ludzie  stali  też  na  obu  brzegach  rzeki.  Wśród  drzew  grali  tenisiści  z  rakietami  w  rękach,  a  kilku
chłopców rzu-cało w wodę grudy ziemi, których chlupot przypominał im upadek samolotu.

Cessna zniknęła tymczasem w nurcie rzeki, niesiona mrocznym prądem.

Z plaży dostojnym krokiem nadchodził archeolog. Jego koloratka i bujna broda były mokre. Oddychał

ciężko,  wpa-trując  się  niecierpliwie  w  splamioną  olejem  murawę-przy-pominał  jakiegoś
prześladowanego proroka morskiego, któ-ry zszedł na ląd w poszukiwaniu odstępcy ze swojej trzód-ki.
Zmierzył  mnie  dziwnie  rozczarowanym  spojrzeniem.  Do-myśliłem  się,  że  wskoczył  do  wody,  by

background image

wyciągnąć mnie na brzeg, ale podobnie jak inni sądził, że nie żyję, i właśnie zamierzał oddać mi ostatnią
posługę.

- Ojcze Wingate... On odzyskał przytomność. - Doktor Miriam podparła mnie ramieniem. -Uważam,

że ten cud zawdzięczamy tobie.

-  Widzę,  Miriam.  -  Ksiądz  nie  ruszył  się,  żeby  podejść  bliżej,  jakby  miał  się  przede  mną  na

baczności, ponieważ mierził go mój powrót między żywych. - No cóż, dzięki Bogu... Ale teraz pozwól
mu odpocząć.

Światło  przygasło,  a  potem  nagle  znowu  pojaśniało.  Twarz  księdza  rozpłynęła  się,  a  jej  twarde,

spartańskie rysy ściekały w powietrzu w grymasie złości. Zupełnie wyzuty z sił wsparłem się na doktor
Miriam i przytuliłem głowę do jej łona.

Czułem na ustach ucisk obcych ust. Wargi miałem spuch-nięte, ponieważ rozciąłem je o własne zęby,

a  para  niezna-nych,  ale  potężnych  rąk  posiniaczyła  mi  pierś  -  ktokolwiek  aplikował  mi  sztuczne
oddychanie, czynił to zbyt silnie, wbijał mi bowiem palce między żebra, jakby chciał mnie zabić. Poprzez
głęboki blask oświetlający rzekę, przypomi-nającą teraz krajobraz księżycowy, pozbawiony cienia, wi-
działem,  że  ksiądz  przygląda  mi  się  niezwykle  natarczy-wie,  być  może  usiłując  rzucić  mi  wyzwanie.
Próbował mnie reanimować czy zabić?

Wiedziałem  jednak  zarazem,  że  wcale  nie  straciłem  przy-tomności.  Przypomniałem  sobie,  że

zszedłem  z  kadłuba  samolotu  i  popłynąłem  energicznie  do  brzegu,  a  potem  ktoś  wyprowadził  mnie  na
piasek. Spojrzałem ku górze na nie-bo, balansujące na krawędzi tego samego wyrazistego bla-sku, który
widziałem przedtem z kokpitu cessny. Doktor Miriam podtrzymywała mi głowę na kolanach, przyciska-
jąc nerwowo palce do moich skroni, a ja właśnie miałem ją ostrzec przed katastrofą.

Niebo  nagle  przejaśniło  się.  Doktor  Miriam  przypatry-wała  mi  się  z  namysłem,  jak  gdybyśmy  byli

kochankami,  od  dawna  znającymi  wzajemnie  swoje  ciała.  Czułem  za-pach  jej  silnych  ud  i  widziałem
nieoczekiwanie brudne sto-py w sandałach. Nieumyte włosy lekarka przewiązała z tyłu głowy wyblakłą
wstążką.  Przez  bluzkę,  rozchyloną  wsku-tek  braku  guzika,  widziałem  ślady  dziecięcych  zadrapań  na  jej
lewej  piersi.  Chciałem  ją  objąć,  tutaj,  pod  gołym  nie-bem,  na  trawie,  na  oczach  tego  agresywnego
księdza. By-łem pewien, że podnieciła ją gwałtowność mojego wypad-ku, i żałowałem, że to nie jej zęby
pokaleczyły mi usta. Lekarka ocknęła się i zaczęła ścierać mi olej z twarzy perfumowaną chusteczką. W
każdej chwili mogła pojawić się miejscowa policja, przyciągnięta przez tłum gapiów na brzegu. Ponad
spokojnym nurtem rzeki przyglądały mi się setki ludzi.

Wstałem,  wspierając  się  na  huśtawce,  czemu  przypatry-wała  się  ze  swojej  grzędy  trójka  dzieci.

Wybuchnęły  histe-rycznym  śmiechem,  kiedy  zrzuciłem  z  nóg  zwęglone  buty.  Mój  kombinezon  lotniczy
zwisał  w  strzępach  wokół  bio-der.  Brakowało  prawego  rękawa  i  nogawki,  które  urwałem,  uciekając  z
cessny.

Odwracając się plecami do księdza, powiedziałem:

- Muszę stąd iść. Jestem instruktorem w szkole pilota-żu. Powinni wiedzieć, gdzie spadł mój samolot.

- Myślałam, że wykonujesz akrobacje lotnicze. - W pewnym sensie. Jestem pilotem, uprawiającym akro-
bacje  lotnicze.  -  Chcąc  uniknąć  jej  zaciekawionego  spoj-rzenia,  zapytałem:  -Co  jest  twojej  matce?
Zachowuje się jak obłąkana...

background image

- Przestraszyłeś ją, delikatnie mówiąc. Zaczekaj chwi-lę.

-  Stała  na  wprost  mnie,  obmacując  moje  posiniaczone  żebra  i  brzuch,  jak  nauczycielka,  badająca

dziecko, które skaleczyło się na placu zabaw. Krew z moich obtartych knyk-ci splamiła jej dłonie. Znowu
odczułem  silny  pociąg  seksu-alny,  będący  częścią  nerwowej  ulgi,  jakiej  doznałem,  stwier-dziwszy,  że
jednak żyję. Pod górną wargą Miriam widniała niewielka opuchlizna, jak gdyby lekarka rozgniotła sobie
usta, całując się z kochankiem.

- Zanim odejdziesz, chcę ci zrobić prześwietlenie gło-wy. Pięć minut temu byliśmy przekonani, że...

Nie dokończyła, nie tyle z szacunku dla mnie, ile dla duchownego, który postąpił kilka kroków bliżej, ale
nadal  się  do  nas  nie  przyłączył.  Jego  niewzruszone  spojrzenie  upewniło  mnie,  że  podejrzewa,  iż  nie
jestem wykwalifiko-wanym pilotem.

Doktor Miriam wycisnęła wodę z mojego kombinezo-nu.

- Ojcze Wingate, kto jest patronem akrobatów lotniczych i instruktorów pilotażu? Na pewno jest taki

święty. - Jasne, że tak. Miriam, zostaw tego biedaka w spokoju. - A zwracając się do mnie, ksiądz dodał:
- Nie co dzień spadają nam z nieba młodzi mężczyźni.

-  Tym  bardziej  mi  go  szkoda.  -  Lekarka  odwróciła  się  i  uciszyła  dzieci,  które  biegały  teraz  wokół

huśtawki. Chłopiec w klamrach ortopedycznych wydawał radosne okrzyki, przedrzeźniając mój głos.

- Jamie, dlaczego jesteś okrutny?

Pomyślałem, żeby szturchnąć chłopaka, ale w tej chwili ksiądz dotknął mojego ramienia, bo podszedł

wreszcie  do  mnie  i  wpatrywał  się  w  moją  twarz  w  skupieniu,  jak  gdyby  chciał  zliczyć  chrząstki  w
którymś ze swoich stawów. - Zanim odejdziesz. Czujesz się już dobrze, prawda? Mu-sisz mieć niebywałą
siłę woli... Dosłownie ożyłeś nam na rękach.

Pomimo  nabożnego  tonu  księdza  wiedziałem,  że  nie  poprosi  mnie,  żebym  połączył  się  z  nim  w

dziękczynnej  modlitwie.  Mój  rzekomy  powrót  z  martwych  najwyraźniej  wstrząsnął  porządkiem  i
zasadami  jego  wszechświata.  Być  może  to  on  usiłował  reanimować  mnie  na  plaży  i  po  wielu  latach,
spędzonych w sukniach duchownych, wstydził się uznać, że najprawdopodobniej dokonał cudu. Widząc z
bliska jego potężnie zbudowane ciało i ramio-na, drżące jeszcze pod wpływem powściąganych emocji, z
łatwością potrafiłem sobie wyobrazić, że postanowił wyci-snąć ze mnie życie i posłać mnie z powrotem
na  tamtą  stro-nę,  nim  sytuacja  wymknie  się  spod  kontroli.  Chciał  mnie  sprowokować  i  celowo  dawał
wyraz  podejrzeniom,  które  wypełzły  mu  na  twarz.  Naszła  mnie  pokusa,  żeby  wziąć  się  z  nim  za  bary,
rzucić się na księdza posiniaczonym ciałem i powalić go na splamioną olejem trawę.

Dotknąłem  warg,  zastanawiając  się,  czy  to  ksiądz  przy-wrócił  mnie  do  życia  owym  aktem  oralnego

gwałtu. Czyjeś potężne ramiona wycisnęły mi powietrze z płuc, a sądząc po śladach, jakie pozostawiły
nieznajome usta i dłonie, musiał to być mężczyzna co najmniej mojej postury. Ksiądz był w takim wieku,
że mógłby być moim ojcem, ale, choć nosił koloratkę, wyróżniał się agresywną budową rugbisty.

Spojrzałem na krąg twarzy i szpaler ludzi na przeciw-ległym brzegu. Jeśli to nie ksiądz, to kto inny

spośród sied-miu świadków mógł mnie reanimować? Może doktor Mi-riam albo jej zbzikowana matka?
Pani  St.  Cloud  wyłoniła  się  po  chwili  z  rezydencji.  Splamione  olejem  perły  tworzy-ły  zatłuszczony
łańcuch na szyi kobiety. Wciąż bała się do mnie podejść, jak gdyby spodziewała się, że samoistnie stanę

background image

w płomieniach i zniszczę jej i tak już zdewastowany trawnik.

Ostatni świadek wypadku, blondyn malujący diabelskie koło, porzucił rdzewiejącą przystań i ruszył

plażą  ku  nam.  Szedł  niespiesznie  po  płytkiej  wodzie,  boso,  wystawiając  przede  mną  na  pokaz  niemal
całkowicie obnażone ciało. W beztroskiej taplaninie krył się poważny cel -mężczyzna bowiem na nowo
ustanawiał  w  ten  sposób  swe  prawa  do  tych  wód,  które  chwilowo  przejąłem  w  posiadanie.  Pomachał
doktor  Miriam  dyskretnym,  konspiracyjnym  gestem  byłego  kochanka,  czekając,  aż  lekarka  poprosi,  by
wszedł na murawę. Ponieważ jednak Miriam nie zwracała na niego uwagi, mężczyzna niby mimochodem,
acz  chy-trze,  wskazał  uschnięte  wiązy  nad  naszymi  głowami.  Podniosłem  wzrok  i  ujrzałem  fragment
ogona  cessny,  zwisający  spomiędzy  górnych  gałęzi  drzew.  Jak  przyszpi-lony  do  nieba,  trzepotał  się  z
boku  na  bok,  niby  flaga  sygna-lizująca  moją  obecność  policyjnym  zwiadowcom.  -  Stark...  zawsze  miał
bystry wzrok. - Doktor Miriam ujęła mnie za ramię opiekuńczym ruchem. - Chodźmy, Blake. Powinniśmy
stąd iść. Znajdę ci w klinice jakieś ubranie.

Idąc  wówczas  jej  śladem  po  trawniku,  wyczuwałem  tyl-ko  obecność  milczącego  tłumu,  który

przyglądał  mi  się  z  obu  brzegów  rzeki,  i  spojrzenia  tenisistów,  siedzących  na  murawie  z  rakietami  w
rękach.  Ich  twarze  wydawały  mi  się  niemal  wrogie.  Widziane  w  tym  dziwnym  świetle  spokojne
miasteczko,  w  którym  spadłem,  otaczała  wyraźnie  złowro-ga  atmosfera,  jak  gdyby  wszyscy  ci  pozornie
flegmatyczni  mieszkańcy  byli  w  rzeczywistości  aktorami,  wynajętymi  przez  tutejszą  wytwórnię  filmów,
aby odgrywać swoje role w misternie uknutym spisku.

Byliśmy  już  na  wysokości  sportowego  samochodu  dok-tor  Miriam,  stojącego  na  podjeździe  za

domem. Pani St. Cloud, krążąca cały czas po ganku, podała córce torbę le-karską.

- Miriam?...

-  Na  litość  boską,  mamo.  Nic  mi  się  nie  stanie.  -  Tole-rancyjnie  potrząsając  głową,  doktor  Miriam

otworzyła dla mnie drzwi samochodu.

Stałem  boso  w  powalanych  olejem  strzępach  kombine-zonu  i  nagle  nabrałem  pewności,  że  pani  St.

Cloud nie po-biegnie do telefonu w chwilę po moim odjeździe. Ta pod-starzała wdowa nigdy w życiu nie
widziała  nikogo,  kto  po-wróciłby  z  martwych.  Wpatrywała  się  we  mnie,  trzymając  się  ręką  za  gardło,
jakbym był jej synem, o którego istnie-niu zapomniała przez roztargnienie.

Ale  mimo  to  nie  miałem  najmniejszego  zamiaru  prze-ciągać  powitania,  bo  z  takiego  czy  innego

powodu jedno z nich próbowało mnie zabić.

5

POWRÓT Z MARTWYCH

Czy powinienem był bardziej strzec się Miriam St. Clo-ud? Już w drodze do kliniki wydawało mi się

dziwne,  że  tak  skwapliwie  zaufałem  młodej  lekarce.  Niewiele  bardziej  doświadczona  od  studentki,
siedziała  za  kierownicą  w  swo-im  białym  kitlu,  z  poplamionymi  trawą  stopami,  strojąc  poważne  miny.
Była wciąż przejęta, zadawała sobie niepo-trzebny kłopot, żeby się mną zaopiekować, i podejrzewa-łem
nawet,  że  może  spróbować  mnie  zawieźć  na  miejsco-wy  komisariat  policji.  Kilka  razy  przystawaliśmy
pod  drze-wami,  by  dogoniły  nas  dzieci,  które  pędziły  przez  park,  po-hukując  i  pokrzykując  radośnie,
jakby  w  nadziei,  że  zdu-mione  buki  przerwą  pełne  namaszczenia  milczenie.  Z  ręką  za  fotelem  doktor

background image

Miriam  rozglądałem  się  uważnie,  czy  nie  nadjeżdża  policja.  Gdyby  w  pobliżu  pojawił  się  radiowóz,
byłem gotów wyrwać jej kierownicę i wypchnąć lekarkę na trawę.

Między  drzewami  dygotało  słońce.  Wśród  ptaków  i  liści  zapanował  niepokój,  jak  gdyby  żywioły

zakłóconego po-południa usiłowały ukonstytuować się na nowo. - Czy nie powinnaś wrócić do matki? -
zapytałem. - Jej jesteś chyba bardziej potrzebna niż mnie. - Zdenerwowałeś ją. Nie spodziewała się, że
dojdziesz do siebie tak szybko. Od dwóch lat po śmierci ojca siedzi przez cały czas w oknie, tak jakby
ojciec  gdzieś  tu  ciągle  był.  Kiedy  następnym  razem  będziesz  zmartwychwstawał,  lepiej  rób  to  powoli,
krok po kroku.

- Ja nie zmartwychwstałem.

-  Wiem  o  tym...  -  Zła  na  siebie,  ścisnęła  mnie  za  rękę.  Podobała  mi  się  ta  młoda  lekarka,  ale

irytowały  mnie  jej  lekceważące  aluzje  do  mojej  śmierci,  pobrzmiewające  nut-ką  prosektoryjnego
poczucia  humoru,  którego  przejawów  nie  miałem  ochoty  słuchać.  Zresztą,  nie  licząc  rozbitych  ust  i
posiniaczonych żeber, czułem się zadziwiająco dobrze. Przypomniałem sobie, że popłynąłem energicznie
do  brze-gu,  kiedy  cessna  zaczęła  pode  mną  tonąć,  a  później  zemdla-łem  na  płyciźnie,  raczej  wskutek
doznanej  ulgi  niż  rzeczy-wistego  zmęczenia.  Ksiądz  wyciągnął  mnie  na  trawę,  i  wtedy  w  całym  tym
zamieszaniu  próbował  mnie  reanimować  ja-kiś  szaleniec  albo  niedouczony,  prowincjonalny  entuzjasta
zasad pierwszej pomocy. Aby uniknąć kolejnych nieporo-zumień, zdecydowałem, że im szybciej zniknę z
Shepper-ton, tym lepiej.

Przed  wyjazdem  musiałem  jednak  zdobyć  ubranie.  -  W  klinice  dostaniesz  garnitur  na  zmianę,  choć

twoi uczniowie ze szkoły pilotażu mogą cię w nim nie poznać. - Po chwili Miriam dodała kawalarskim
tonem:  -  Celowo  staram  się  być  tajemnicza.  Boję  się,  żebyś  nie  wyskoczył  z  samochodu.  -  Jeśli  tylko
garnitur  nie  należał  do  jakiegoś  nieboszczyka.  Twój  ksiądz  nie  byłby  zadowolony,  że  po  raz  drugi  tego
popołudnia  ktoś  kusi  opatrzność.  -  Ty  wcale  nie  kusiłeś  opatrzności,  Blake  -  ciągnęła  da-lej  Miriam
obojętnym  głosem,  starannie  dobierając  słowa.  -  W  klinice  ludzie  właściwie  nie  umierają,  mamy  tam
tylko  dziennych  pacjentów.  Wierz  mi,  cieszę  się,  że  nie  było  cię  wśród  naszych  pierwszych
podopiecznych.  Mamy  w  klini-ce  oddział  geriatryczny.  Tych  troje  dzieci  przebywa  tam  czasowo  na
badaniach specjalistycznych, bo nikt inny nie chciał ich przyjąć. Przepraszam, że się tak wygłupiały, ale
zanim trafiły do nas, były okrutnie maltretowane. Lekarka wskazała trzypiętrowy budynek za parkingiem
kliniki.  Na  tarasie,  na  wózkach  inwalidzkich,  siedzieli  sze-regiem  pacjenci,  starsi  ludzie,  kiwający
głowami  w  stronę  słońca.  Odżyli  natychmiast  na  widok  mojego  poszarpane-go  kombinezonu,  po  czym
zaczęli pokazywać mnie palca-mi i sprzeczać się między sobą. Przypuszczałem, że widzieli, jak cessna
spadła w drzewa nad rzeką.

Czekaliśmy  na  parkingu,  żeby  dzieci  mogły  nas  dogo-nić.  Nie  zdając  sobie  sprawy,  że  bacznie  ją

obserwuję,  dok-tor  Miriam  oparła  się  o  pierwszy  lepszy  samochód  i  wydłu-bała  płatek  brudu  zza
paznokcia  kciuka.  Z  jakiegoś  bliżej  nieokreślonego  powodu,  być  może  na  skutek  gorącego  świa-tła,
odbitego od błyszczącej karoserii i mojego na wpół na-giego ciała, poczułem się nagle opętany tą młodą
kobietą,  spękanym  lakierem  na  jej  paznokciach  u  nóg,  plamami  od  trawy  na  piętach,  odurzającym
zapachem jej ud i pach, a nawet tajemnymi pozostałościami funkcji fizjologicznych jakiegoś pacjenta na
jej  białym  kitlu.  Strzepnęła  brud  spod  paznokcia  na  trawę,  jak  gdyby  zwracając  parkowi  część
szczodrobliwej  natury,  przelewającej  się  nieustannie  poprzez  pory  jej  ciała.  Uznałem,  że  brudne  stopy
lekarki  i  otaczają-ca  ją  aura  niechlujstwa  nie  są  skutkiem  braku  dbałości  o  higienę,  lecz  wynikają  z
całkowitego  zaangażowania  we  wszelkie  najpospolitsze  zjawiska  natury.  Wiedziałem,  że  leczy
pacjentów  okładami  z  ziemi  i  śliny,  które  miesza  w  swoich  silnych  dłoniach,  a  następnie  rozgrzewa

background image

między udami. Zauroczony zapachem dziewczyny, chciałem ją po-siąść jak ogier, kryjący przesyconą łąką
klacz. - Blake?... - Przyglądała mi się nie bez sympatii, jak gdyby wiedziała, że nie jestem zwyczajnym
pilotem, i cał-kiem świadomie pozwalała sobie odczuwać do mnie po-ciąg erotyczny. Kiedy przybiegły
dzieci, schyliła się i uści-skała je serdecznie po kolei, uśmiechając się ze stoickim spokojem, gdy lepkie
palce dziewczynki błądziły po jej ustach.

Dziewczynka była ślepa. Pojąłem teraz, dlaczego tych troje upośledzonych dzieci trzymało się razem:

łączyły  w  ten  sposób  rozmaite  sprawności.  Najbystrzejsza  z  całej  trójki  była  właśnie  dziewczynka  o
czujnej, wyrazistej twarzy i żwa-wym, ciekawskim nosku. Większy z dwóch chłopców, któ-ry prowadził
ją ostrożnie między stojącymi na parkingu sa-mochodami, przysadzisty mongoł o masywnym czole, przy-
pominającym schron przeciwlotniczy, był jej oddanym jak pies przewodnikiem, pozostającym zawsze w
zasięgu  ręki.  Pomrukiwał  nieustannie  pod  nosem,  komentując  wszystko  dookoła  i  przedstawiając
zapewne swojej niewidomej to-warzyszce obraz przychylnego, przyjaznego świata, rodem jak ze snu.

Trzecie  dziecko,  drobny  chłopczyk  o  włosach  w  kolorze  piasku,  wpatrywał  się  w  niebo

przymrużonymi  oczami  z  niezwykłym  podekscytowaniem,  jak  gdyby  w  każdej  sekun-dzie  odkrywał  na
nowo czystą radość ze wszystkiego, co dzieje się wokół niego. Gdy patrzył na wypełniony słoń-cem park,
każdy listek i każdy kwiat zdawał mu się obiecy-wać niezwykłą rozkosz. Klamry ortopedycznej, przykutej
do prawej nogi, używał niczym osi, wokół której obracał się z niejakim wdziękiem.

Patrzyłem, jak uciekają i rozbiegają się wokoło, wsiada-jąc i wysiadając z kolejnych samochodów.

Spodobała mi się ta samowystarczalna trójca i zapragnąłem im pomóc. Przypomniałem sobie kompleks
Szczurołapa.  Kto  wie,  może  gdzieś  w  tym  parku  kryje  się  jakiś  miniaturowy  raj,  jakieś  sekretne
królestwo,  gdzie  niewidomej  dziewczynce  mógł-bym  przywrócić  wzrok,  chłopcu  z  porażeniem
mózgowym silne nogi, mongołowi zaś inteligencję.

- O co chodzi, Rachel?... - Doktor Miriam schyliła się, żeby słyszeć jej szept.

- Rachel bardzo chciałaby się dowiedzieć, jak wyglą-dasz. Nie udało mi się jej całkiem przekonać,

że nie jesteś osobistym wysłannikiem archanioła Michała. Zręczne dłonie dziewczynki, odznaczające się
szczegól-ną  gibkością  w  przegubach,  kreśliły  już  w  powietrzu  zarysy  mojej  twarzy.  Podobnie  jak  obaj
chłopcy, zdawała się wkra-czać w rzeczywistość jak gdyby z boku. Wziąłem ją na ręce i przygarnąłem do
piersi,  częściowo  dlatego,  by  utwierdzić  się  w  przekonaniu,  że  jej  drobne  ręce  nie  mogły  posinia-czyć
moich żeber. Dyszała mi w twarz wątłym oddechem, a jej palce przebiegały po moich policzkach i czole
jak zelek-tryzowane ćmy, które cisnęły mi się do nozdrzy i ust. Kiedy dotknęły warg, odczułem ostry ból
niemal jak przyjemność. Trzymałem ją mocno, przyciskając uda dziewczynki do mojego brzucha.

Mongoł szarpał mnie za nadgarstki. Pod jego przeciążo-nym czołem widziałem zaniepokojone oczy.

Dziewczynka krzyknęła przeraźliwie, odsuwając gwałtownie niewidomą twarz od moich ust.

-  Blake!  Zostaw  ją!  -  Doktor  Miriam  wyrwała  mi  dziec-ko  z  rąk.  Spojrzała  na  mnie  przeciągle,

zdumiona  i  niepew-na,  czy  zawsze  zachowuję  się  w  ten  sposób.  Pięćdziesiąt  jardów  dalej  szedł  przez
park  ojciec  Win-gate.  Przystanął  pod  drzewami,  trzymając  w  silnych  dło-niach  turystyczne  krzesełko  i
wiklinowy  kosz.  Przyglądał  mi  się,  niczym  zbiegłemu  przestępcy.  Zrozumiałem,  że  wi-dział,  kiedy
chwyciłem dziewczynkę w ramiona. Doktor Miriam postawiła dziecko na ziemi.

- David, Jamie... Zabierzcie ją stąd.

background image

Dziewczynka odeszła, chwiejąc się na nogach, bezpiecz-na w zasięgu opiekuńczego wzroku mongoła,

który najwy-raźniej nie był pewien, czy rzeczywiście przeraziłem Ra-chel. Potem dzieci pobiegły razem
do parku, a dłonie dziew-czynki kreśliły w powietrzu profil jakiejś niesamowitej twarzy.

- Kogo zobaczyła?

- Sądząc po jej gestach, kogoś w rodzaju dziwacznego ptaka.

Doktor Miriam stanęła między mną i dziećmi, na wszel-ki wypadek, gdyby wpadło mi do głowy, by

za nimi pobiec. Ręce ciągle drżały mi z wysiłku, jaki włożyłem w uścisk dziecka. Wiedziałem, że doktor
Miriam  dobrze  zdaje  sobie  sprawę  z  seksualnego  szaleństwa,  jakie  mnie  na  moment  ogarnęło,  i
spodziewa się chyba, że zaraz zaciągnę ją na tylne siedzenie najbliższego samochodu. Czy broniłaby się
bardzo  zawzięcie?  Trzymała  się  blisko  mnie,  kiedy  wcho-dziliśmy  do  kliniki.  Bała  się,  że  mógłbym
zaatakować jed-ną z jej podopiecznych, które właśnie wsuwały się do po-czekalni, powłócząc nogami.

Ale  gdy  byliśmy  już  w  jej  gabinecie,  celowo  odwróciła  się  do  mnie  plecami,  jakby  się  poruszała,

żebym  objął  ją  w  pasie.  Wciąż  była  odurzona  emocjami,  które  wzbudziło  w  niej  moje  awaryjne
lądowanie.  Zachowywała  się  skromnie,  ale  jej  dłonie  nie  przestawały  mnie  dotykać,  kiedy  słuchała
mojego serca i płuc. Przyglądałem się jej niemal jak we śnie, gdy przyciskała moje ramiona do aparatu
rentgenow-skiego.  Wytworny  pieprzyk,  niczym  piękny  nowotwór  po-niżej  lewego  ucha,  urzekające
czarne włosy, które zgarnęła z czoła, żeby nie przeszkadzały, niespokojne oczy, sterowa-ne jej wysokim
czołem,  błękitna  żyłka  na  skroni,  pulsująca  jakimś  kapryśnym  uczuciem...  chciałem  powoli  badać
wszystkie te miejsca, smakować woń jej pach, na zawsze zachować odstający płatek skóry z jej wargi,
który zawie-siłbym sobie w fiolce na szyi. Nie tylko nie byłem obcy tej kobiecie, lecz czułem, że znam ją
od lat. Zgodnie z obietnicą przyniosła mi ubranie na zmianę i patrzyła, jak się przebieram, przyglądając
się  otwarcie  mo-jemu  nagiemu  ciału  i  na  wpół  wzwiedzionemu  penisowi.  Wciągnąłem  spodnie  i
marynarkę  z  czarnego  samodziału  -  dostarczony  z  pralni  chemicznej  strój  duchownego  albo  ka-
rawaniarza, wyposażony w niezwykłe kieszenie, przezna-czone na jakiś sekretny różaniec albo datki od
nieutulonych w smutku żałobników.

Kiedy wróciła z wywołanymi zdjęciami rentgenowski-mi, wręczyła mi dwa buty tenisowe.

-  Będę  wyglądał  jak  grabarz,  który  wyskoczył  sobie  spo-kojnie  pobiegać.  -  Czekałem,  aż  lekarka

dokładnie  obejrzy  fotografie  mojej  czaszki.  -  Studiowałem  przez  rok  medy-cynę.  Kto  ma  prawo
własności do tych zdjęć? Mogą okazać się cenne.

- My. Prawdopodobnie są cenne. Ale dzięki Bogu, nic tu nie ma. Chcesz wrócić do samolotu?

Zatrzymałem się przy drzwiach, ucieszony, że Miriam pragnie mnie znowu zobaczyć. Unikała mojego

wzroku, de-likatnie pocierając palcami o palce, jak gdyby pieściła dawne wspomnienia mojej skóry. Czy
jednak  nie  był  to  z  jej  strony  nieuświadomiony  podstęp?  Zdawałem  sobie  sprawę,  że  łą-czę  młodą
lekarkę  ze  swoją  ucieczką  z  cessny.  Ciekawe,  na  ile  moje  zainteresowanie  tą  kobietą  było  egoistyczne,
jak  dozgonna  miłość  zauroczonego  pacjenta?  Ale  tak  czy  owak  chciałem  ją  przestrzec  przed
niebezpieczeństwem,  zagra-żającym  miasteczku.  Choć  groteskowa,  wizja  nadciągają-cego  holocaustu
przybrała w mojej głowie kształt niewzru-szonej pewności. Być może w skrajnie krytycznych chwi-lach
wykraczamy  poza  płaszczyzny  powszedniej  czasoprze-strzeni  i  potrafimy  uchwycić  błysk  wszystkich
zdarzeń,  które  miały  miejsce  w  przeszłości  i  w  przyszłości.  -Zaczekaj,  Miriam.  Zanim  pójdę...  Czy  w
Shepperton wydarzyła się kiedyś jakaś poważna katastrofa? Eksplozja w fabryce albo upadek rejsowego

background image

odrzutowca?  Kiedy  przecząco  potrząsnęła  głową,  spoglądając  na  mnie  z  nieoczekiwanym
zainteresowaniem  lekarza,  wskazałem  przez  okno  na  spokojne  niebo  i  przepełniony  łagodnym  światłem
lata  park,  gdzie  bawiły  się  upośledzone  dzieci,  biegające  w  koło  z  wyciągniętymi  ramionami.
Naśladowa-ły samolot.

-  Zaraz  po  tym  wypadku  ogarnęło  mnie  przeczucie,  że  wydarzy  się  jakaś  katastrofa...  Może  wręcz

tragedia  nukle-arna.  Na  niebie  pojawił  się  przejmujący  blask,  intensywne  światło.  Chodź  ze  mną...  -
Chciałem wziąć ją pod ramię. - Zaopiekuję się tobą.

Położyła mi dłonie na piersi, nakrywając palcami ślady sińców. To nie ona mnie reanimowała.

-  W  tym  nie  ma  nic  dziwnego,  Blake.  Umierający  czę-sto  widząjasne  światło.  Kiedy  nadchodzi

koniec, mózg usi-łuje jeszcze zebrać siły i uwolnić się od ciała. Przypusz-czam, że stąd pochodzą nasze
wyobrażenia o istnieniu du-szy.

- Ja nie umierałem! - Palce dziewczyny wkłuły mi się w żebra. Miałem ochotę chwycić ją za kark i

zmusić,  żeby  dokładnie  przypatrzyła  się  mojemu  wzwiedzionemu  nadal  penisowi.  -  Miriam,  popatrz  na
mnie... Ja tu przypłynąłem z samolotu!

- Tak, tak było, Blake. Widzieliśmy cię. - Znów mnie dotknęła, przypomniawszy sobie, że stoję wciąż

obok niej. Zdezorientowana tym, co do mnie czuła, powiedziała: - Nawet modliliśmy się za ciebie, kiedy
siedziałeś  uwięziony  w  kokpicie.  Nie  byliśmy  pewni,  czy  jesteś  sam.  Przez  chwilę,  zanim  udało  ci  się
stamtąd wydostać, wydawało nam się, że w kokpicie siedzą dwie osoby.

Przypomniałem  sobie  niezgłębione  światło,  przesycają-ce  powietrze  nad  miastem.  Miałem  wtedy

wrażenie,  że  wściekle  rozżarzone  opary  mogą  lada  moment  stanąć  w  pło-mieniach.  Czyżby  w  kokpicie
cessny  był  ze  mną  ktoś  jesz-cze?  Zdawało  mi  się  wtedy,  że  tuż  za  horyzontem  mojego  wzroku  tkwiła
postać  siedzącego  człowieka.  -  Przypłynąłem  tu  z  samolotu  -  powtórzyłem  uparcie.  -  Jakiś  kretyn
usiłował mi zrobić sztuczne oddychanie. Kto to był?!

- Nikt. Jestem tego pewna. - Poprawiła leżące w nieła-dzie na biurku długopisy, przypominające rój

sprzecznych  strzałek,  i  obserwowała  mnie  z  taką  miną,  jaką  widziałem  przedtem  na  twarzy  jej  matki.
Zrozumiałem,  że  pociągam  dziewczynę,  choć  jednocześnie  niemal  się  mnie  brzydzi,  jak  gdybym  był
czymś, co zobaczyła w otwartym grobie i co ją zafascynowało.

- Miriam... - Chciałem jej dodać otuchy. Ale dziewczyna w nagłym przypływie olśnienia pode-szła

do mnie, zapinając biały kitel.

- Blake, czy ty jeszcze nie rozumiesz, co się stało? - Spojrzała mi w oczy, zmuszając tępego ucznia,

by  pojął,  o  co  jej  chodzi.  -  Kiedy  siedziałeś  uwięziony  w  kokpicie,  prze-bywałeś  pod  wodą  ponad
jedenaście minut. Wszyscy my-śleliśmy, że umarłeś.

- A umarłem?

-  Tak!  -  Niemal  krzycząc,  Miriam  ze  złością  uderzyła  mnie  w  rękę.  -  Umarłeś...!  A  potem  znów

ożyłeś!

6

background image

WIĘZIEŃ AUTOSTRADY

- Jesteś obłąkana, dziewczyno!

I zatrzasnąłem za sobą drzwi kliniki.

Po  drugiej  stronie  parku  pojawiła  się  biała  flaga,  jakby  sygnalizująca  pilną  wiadomość.  Kawałek

ogona cessny zwisał z górnych gałęzi uschłego wiązu, kołysany na boki podmuchami wiatru. Na szczęście
policja jeszcze mnie nie znalazła, a żaden z tenisistów nie zdradzał zainteresowania wrakiem samolotu.
Bębniłem pięściami po dachach zapar-kowanych wokół samochodów, rozzłoszczony na Miriam St. Cloud
- wszystko wskazywało na to, że sympatyczna, ale pomylona lekarka zmienia się w czarownicę. Postano-
wiłem wmieszać się po południu w tłumek miejscowych gospodyń domowych i złapać pierwszy autobus
z powro-tem na lotnisko.

Jednocześnie stwierdziłem, że śmieję się z siebie w głos - mój poroniony lot okazał się podwójnym

fiaskiem.  Nie  tylko  rozbiłem  samolot  i  o  mało  nie  straciłem  życia,  ale  tych  kilku  świadków,  którzy
mogliby mnie ratować, zwę-szyło jakby niezbywalny interes w tym, by wierzyć, że umar-łem. Idea mojej
śmierci  w  obłąkańczy  sposób  zaspokajała  ich  najgłębsze  potrzeby,  być  może  związane  ze  sterylnym
życiem, jakie prowadzili w tym dusznym mieście - toteż każdego, kto wpadł w jego szpony, traktowało
się tu pod-świadomie jak „zmarłego”.

Rozmyślając o doktor Miriam - chciałem jej pokazać, że nie jestem martwy, i posiać dziecko między

bojaźliwymi  udami  tej  kobiety  -  minąłem  pomnik  wojenny  i  otwarty  basen.  Na  główną  dzielnicę
miasteczka składał się właści-wie tylko supermarket, pasaż handlowy, wielopoziomowy parking i stacja
benzynowa.  Shepperton,  znane  mi  dotąd  jedynie  z  wytwórni  filmów,  zdawało  się  być  wszędzie  i  wy-
łącznie prowincją, jakby paradygmatycznym „nigdzie”. Młode matki prowadziły dzieci do i z pralni albo
supermar-ketu,  na  stacji  uzupełniały  natomiast  zapasy  benzyny.  Przy-glądały  się  swoim  odbiciom  w
wystawowej  szybie  sklepu  z  artykułami  gospodarstwa  domowego,  eksponując  swoje  kształtne  ciała
przed  pralkami  i  odbiornikami  telewizyjny-mi,  jak  gdyby  nawiązywały  z  nimi  jakieś  tajemne  związki.
Obserwując  tę  procesję  ud  i  piersi,  uświadomiłem  so-bie,  że  wypadek,  Miriam  St.  Cloud  i  niewidome
dziecko  uruchomiły  mój  pobudliwy  seks.  Miałem  wrażenie,  że  wszystkie  moje  zmysły  pracują  na
najwyższych obrotach -zapachy zderzały się z sobą w powietrzu, a elewacje skle-pów pomrugiwały do
mnie krzykliwymi szyldami. Błądzi-łem wśród tych młodych kobiet z na wpół wzwiedzionym członkiem,
gotów posiąść je między piramidami pudełek proszków do prania i bezpłatnymi próbkami kosmetyków.
Niebo  nad  moją  głową  pojaśniało,  kąpiąc  spokojne  da-chy  wjutrzenkowym  świetle,  które  przemieniło
główną ulicę prowincjonalnego miasteczka w aleję świątyń. Zrobiło mi się niedobrze, oparłem się więc
o rosnący przed pocztą kasz-tanowiec. Czekałem, aż siatkówkowa iluzja przeminie, wa-hając się, czy nie
zatrzymywać przejeżdżających samocho-dów i nie ostrzegać zamyślonych kobiet, że one i ich po-tomstwo
zostaną wkrótce unicestwione. Zacząłem już zwra-cać na siebie uwagę. Mrugałem powiekami, zaciskając
i otwierając pięści, gdy przystanęła przede mną grupka na-stolatków. Śmiali się z mojego groteskowego
stroju- lśnią-cego, czarnego ubrania duchownego i białych butów teni-sowych.

- Blake... Zaczekaj!

Chwiejąc  się  bezradnie,  otoczony  rozchichotanymi  mło-dzieńcami,  usłyszałem,  że  woła  mnie  ojciec

Wingate. Prze-chodził przez ulicę, zatrzymawszy sznur samochodów mocą swej uniesionej dłoni, a czoło
lśniło  mu  w  jaskrawym  świe-tle  niczym  hełm.  Kazał  młodzieńcom  odejść,  a  potem  przyj-rzał  mi  się  z
takim  samym  jak  przedtem  wyrazem  troski  i  złości,  niby  zboczonemu  uzurpatorowi,  któremu  musiał

background image

pomagać, ponieważ łączyły go z nim jakieś niezwykłe więzy.

- Na co tak patrzysz, Blake? Blake!...

Chcąc  uciec  przed  światłem  i  niesamowitym  księdzem,  przeskoczyłem-ozdobne  ogrodzenie  i

wbiegłem między ci-che bungalowy w bocznej uliczce za pocztą. Głos ojca Win-gate^ słabł z tyłu, ginąc
w dźwięku klaksonów i przelatu-jących w górze samolotów. Tu panował większy spokój. Chodniki były
puste,  a  dobrze  utrzymane  ogrody  wygląda-ły  jak  miniaturowe  parki  pamięci,  poświęcone  domowym
bóstwom  telewizorów  i  zmywarek  do  naczyń.  Światło  zaczęło  blednąc,  kiedy  dotarłem  na  północne
peryferie  miasta.  Dwieście  jardów  za  niezaoranym  polem  biegł  szeroki  pokład  autostrady.  W  pobliski
zjazd  skręcał  właśnie  konwój  ciężarówek,  ciągnących  przyczepy  z  wy-konanymi  z  drewna  i  płótna
kopiami  starych  samolotów.  Gdy  karawana  tych  powietrznych  fantazji  przekroczyła  bra-mę  wytwórni,
ciągnąc zapylone sny mojego własnego lotu, przeszedłem obwodnicę i skierowałem się w stronę mostu
dla pieszych, przerzuconego ponad autostradą. Maki i żółte janowce ocierały się o moje nogi, a ja miałem
nadzieję, że pozostawiają na nich swoje pyłki. Kwitły wśród odpadków, jak stare opony czy porzucone
materace.  Po  mojej  prawej  ręce  stał  meblowy  hipermarket,  którego  otwarty  dziedzi-niec  wypełniało
trzyczęściowe  wyposażenie  luksusowych  apartamentów,  stoły  jadalniane  i  szafy,  klienci  zaś  porusza-li
się między nimi z niejakim roztargnieniem, niczym zwie-dzający w nudnym muzeum. Obok hipermarketu
mieścił  się  warsztat  naprawy  samochodów,  a  na  podwórku  przed  zakładem  stały  używane  auta,
wystawione  na  sprzedaż.  Przy-cupnęły  w  słońcu,  oznaczone  liczbami  na  szybach,  niby  przednia  straż
cyfrowego wszechświata, w którym wszyst-ko będzie oznakowane i ponumerowane, jak w katalogu Dnia
Sądu,  zawierającym  każdy  kamień  i  każde  ziarnko  piasku  pod  moimi  stopami...  i  każdy  gorliwy  kwiat
maku.  Wróciła  mi  pewność  siebie,  kiedy  zacząłem  uciekać  z  Shepperton  -  za  kilka  chwil  miałem
przekroczyć most i zła-pać autobus, jadący na lotnisko. Nogi niosły mnie same, gdy biegłem, podskakując
w  swoich  białych  butach  teniso-wych.  Przystanąłem  przy  wkopanym  w  glebę  betonowym  słupie,  niby
przy jakiejś cyfrze wyznaczającej granicę tej jałowej ziemi. Spoglądając ostatni raz za siebie na duszne
miasteczko, w którym omal nie straciłem życia, pomyśla-łem, że wrócę tu pewnej nocy i farbą w sprayu
wypiszę  rosnący  ciąg  liczb  na  każdej  furtce  ogrodowej,  na  wszyst-kich  wózkach  sklepowych  i  czołach
wszystkich  dzieci.  Puściwszy  wodze  fantazji,  pobiegłem  dalej,  krzykiem  przyporządkowując  cyfry
wszystkiemu  dokoła  -kierowcom  na  autostradzie,  skromnym  chmurom  na  niebie  i  przypomi-nającym
hangary studiom nagrań w wytwórni. Pomimo wypadku myślałem już o karierze, jaką zrobię w lotnictwie
-  pójdę  na  kurs  w  szkole  pilotażu,  zostanę  oficerem  sił  po-wietrznych,  jako  pierwszy  człowiek  oblecę
Ziemię w ma-szynie napędzanej siłą ludzkich mięśni albo zostanę pierw-szym europejskim astronautą...

Zdyszany,  rozpiąłem  księżą  marynarkę,  by  rzucić  ją  na  ziemię.  Właśnie  wtedy,  w  odległości

pięćdziesięciu jardów od autostrady, dokonałem niepokojącego odkrycia. Choć szedłem równym krokiem
przez  wyboisty  teren,  wcale  nie  zbliżałem  się  do  kładki  dla  pieszych.  Piaszczysta  ziemia  przepływała
obok, maki coraz niecierpliwiej obijały się o moje kolana, ale autostrada pozostawała wciąż w tej samej
odległości,  a  być  może  odsuwała  się  nawet  coraz  dalej,  choć  Shepperton  znikało  w  oddali  za  moimi
plecami.  Stwierdzi-łem,  że  wciąż  stoję  na  olbrzymim  polu,  porośniętym  maka-mi,  pośród  których  leży
kilka zdartych opon. Przyglądałem się pędzącym po autostradzie pojazdom i widocznym dobrze twarzom
kierowców.  Chcąc  nagłym  szu-sem  zmylić  i  wyprzedzić  to  szalone  poczucie  odległości,  które
najwyraźniej zalęgło się w moim mózgu, rzuciłem się naprzód, by skręcić po chwili gwałtownie za rząd
rdzewie-jących beczek po ropie.

Autostrada znów nieco się oddaliła.

Chwytając  z  trudem  pełne  pyłu  powietrze,  spojrzałem  na  swoje  stopy.  Czyżby  Miriam  St.  Cloud

background image

świadomie  spre-zentowała  mi  niepełnowartościowe  obuwie  sportowe,  na-leżące  do  arsenału  jej
czarodziejskich sztuczek? Stąpałem ostrożnie i badawczo po milczącym piachu. Rozciągająca się wokół
ziemia  jałowa  była  wciąż  taka,  jaką  ją  ujrzałem,  ustępliwa  i  nieustępliwa,  w  zmowie  z  tajemni-czymi
mieszkańcami  Shepperton.  Przez  drzwi  jakiegoś  nie-wielkiego  samochodu  wrastały  do  wnętrza  gałązki
naparst-nicy.  Niewzruszone  światło  uspokajało  pokrzywy,  rosnące  wyczekująco  wzdłuż  autostradowej
palisady. Kilku kierow-ców przyglądało mi się ze swoich aut, bo wyglądałem jak zdemenciały ksiądz w
białych  butach  sportowych.  Podnio-słem  z  ziemi  kredowy  kamień  i  ponumerowałem  paliki  z
rozrzuconych  wokół  kawałków  drewna,  wyznaczając  w  ten  sposób  kalibrowaną  ścieżkę,  mającą
zaprowadzić  mnie  na  mostek  dla  pieszych,  ale  gdy  ruszyłem  naprzód,  paliki  oto-czyły  mnie  spiralnym
ramieniem, owijającym się zarazem wokół siebie i tworzącym zwój cyfr, który przywiódł mnie znów na
środek pola.

Pół godziny później dałem za wygraną i ruszyłem z po-wrotem do Shepperton. Wyczerpałem wszelkie

sztuczki, jakie tylko przyszły mi do głowy - próbowałem czołgać się, biec tyłem, zamykać oczy i trzymać
się  rękami  powie-trza.  Gdy  zostawiłem  za  sobą  stare  opony  i  wrak  samocho-du,  ulice  miasteczka
przybliżyły się, jak gdyby zadowolo-ne, że mogą mnie znów oglądać.

Uspokoiłem  się,  gdy  wszedłem  na  obwodnicę.  Najwy-raźniej  doznałem  wskutek  wypadku

liczniejszych  urazów  głowy,  niż  mogłem  dotąd  przypuszczać.  Przed  hipermar-ketem  wybrałem  sobie
jakąś  rozdętą  sofę  i  wyciągnąłem  się  na  niej  w  gorącym  słońcu,  odpoczywając  pośród  fałszy-wych
reprodukcji  i  biurek,  wystawionych  na  sprzedaż  po  obniżonych  cenach,  dopóki  czujny  sprzedawca  nie
zmusił mnie, bym ruszył w dalszą drogę.

Szedłem  przez  podwórze  przed  warsztatem,  gdzie  lśniły  w  słońcu  wypolerowane  karoserie

używanych samochodów, przypominających mi szereg barwnych bólów głowy. Ob-ciągnąwszy zakurzone
ubranie, ruszyłem naprzód obwod-nicą. Na przystanku stały dwie kobiety z dziećmi. Przyglą-dały mi się
uważnie,  jakby  bały  się,  że  za  chwilę  wykonam  swój  taniec  derwisza  i  otoczę  je  setkami
ponumerowanych palików.

Czekałem,  aż  pojawi  się  autobus.  Zignorowałem  chytre  spojrzenia  kobiet,  ale  kusiło  mnie,  żeby  się

obnażyć i poka-zać im swój lekko nabrzmiały członek. Jak na kogoś, kto rzekomo umarł, nigdy jeszcze nie
czułem  się  bardziej  żywy.  -  Nie  zabierajcie  dzieci  do  doktor  Miriam!  -  krzykną-łem.  -Powie  wam,  że
umarły!  Widzicie  to  jasne  światło?  To  wasze  mózgi  usiłują  zebrać  resztki  sił!  Oszołomiony  swoją
seksualnością, przysiadłem na kra-wężniku pod przystankiem, śmiejąc się do siebie. W sil-nym świetle
popołudnia  pusta  droga  zmieniła  się  w  zaku-rzony  tunel  albo  dławiącą  tubę,  uciskaj  ącą  mi  mózg.  Ko-
biety,  przypominające  gorgony  w  letnich  sukienkach,  ob-serwowały  mnie  bacznie,  a  dzieci  przyglądały
mi się z sze-roko rozdziawionymi ustami. Nabrałem nagle pewności, że autobus nigdy się nie zjawi.

Autostradą przejechał policyjny radiowóz. Pomimo ja-skrawego słońca miał włączone na pełną moc

reflektory.  Wiązki  świateł  zamigotały  na  moim  posiniaczonym  ciele.  Nie  mogłem  stawić  im  czoła,
zawróciłem więc i zacząłem uciekać obwodnicą.

Zacząłem rozumieć, że Shepperton schwytało mnie w

7

ZOO STARKA

background image

Między topolami płynął chłodny strumień, pragnący na-maścić i ukoić moją skórę. Po drugiej stronie

podmokłej  łąki  stały  przycumowane  wzdłuż  brzegów  rzeki  jachty  i  ło-dzie  motorowe.  Przez  dziesięć
minut  szedłem  dalej  obwod-nicą,  czekając  na  dogodny  moment,  by  podjąć  następną  pró-bę  ucieczki  z
Shepperton.  Wysadzane  kasztanowcami  i  pla-tanami  ciche  uliczki  bungalowów  i  małych  domków  two-
rzyły szereg zielonych altan, przypominających bramy wio-dące do przyjaznych labiryntów. Tu i ówdzie
ponad  żywo-płotami  wznosiły  się  trampoliny.  W  ogródkach  mieściły  się  też  niewielkie  baseny,  a  ich
woda  skrzyła  się  krzemiennie,  jak  gdyby  zagniewana,  że  uwięziono  ją  w  tych  udomowio-nych
zbiornikach,  i  zdezorientowana,  ponieważ  miłośnie  zalano  nią  obsesyjnie  pochyłe  dna.  Wyobraziłem
sobie te baseny, dotknięte plagą małych dzieci i ich leniwych ma-tek, knujących po cichu zemstę.

Najwyraźniej nie było przypadkiem, że mój płonący sa-molot rozbił się właśnie w tym nadrzecznym

miasteczku.  Shepperton  ze  wszystkich  stron  otaczała  woda  -  piaszczy-ste  jeziorka  i  zbiorniki  wodne,
nowo tworzące się koryta strumieni, kanały i rurociągi, pozostające pod zarządem władz miejskich, czy
wreszcie  rozwarte  ramiona  rzeki,  kar-mionej  całą  siecią  potoków  i  strumyków.  Wysokie  groble  ponad
zbiornikami  tworzyły  jakby  szereg  wysokich  hory-zontów,  i  zdałem  sobie  sprawą,  że  błąkam  się  w
wodnym  świecie.  Cętki  światła  pod  drzewami  padały  na  dno  mor-skie.  Choć  o  tym  nie  wiedzieli,
skromni  mieszkańcy  tego  prowincjonalnego  miasteczka  byli  w  rzeczywistości  egzo-tycznymi
stworzeniami morskimi o pełnych snów mózgach wodnych ssaków. Wszystko wokół tych beznamiętnych
gospodyń i ich ujarzmionego sprzętu domowego zawisło w głębokiej ciszy. Być może groźny blask, który
widziałem nad Shepperton, był proroczym odbiciem tego zatopione-go, prowincjonalnego miasteczka?

Dotarłem  do  hotelików  w  pobliżu  portu  jachtowego.  Wysoko  ponad  tudoriańską  rezydencją  St.

Cloudów zwisał z uschłego wiązu ogon cessny, sygnalizujący swoją obec-ność z przerwami, jak gdyby
znudził się już przekazywa-niem wiadomości.

Przeszedłem na drugą stronę i znalazłem się przy pustej kasie, gdzie sprzedawano bilety do wesołego

miasteczka  na  pomoście.  Świeżo  pomalowane  wagoniki  diabelskiej  kolejki,  podobnie  jak  jednorożce  i
uskrzydlone  konie  mi-niaturowej  karuzeli,  lśniły  z  nadzicjąw  świetle  popołudnia,  ja  jednak
przypuszczałem, że ten podupadły lunapark od-wiedzają tylko o północy parki zakochanych. Za kasą stały
świecące pustkami klatki niewielkiego zoo. W jednej z nich siedziały dwa wypłowiałe sępy, nie zwra-
cając uwagi na leżącego na ziemi martwego królika - pta-sie sny o Andach ginęły gdzieś za sklejonymi
powiekami ich oczu. Mała szerokonosa małpka spała na swojej półce, a podstarzały szympans czochrał
się  nieustannie,  badając  wrażliwymi  paznokciami  pępek,  jak  gdyby  usiłował  złamać  szyfr  zamka
pępowiny - wyglądał niczym wewnętrzny emigrant, wiecznie pełen nadziei.

Kiedy  obserwowałem  ze  współczuciem  jego  łagodny  pysk,  z  bramy  wytwórni  filmowej  wyjechał

duży  i  błysko-tliwie  udekorowany  pojazd,  który  z  łoskotem  ruszył  gwał-townie  naprzód,  wzniecając
tuman  pyłu,  a  potem  skręcił  nagle  na  plac  przed  kasą  biletową.  Był  to  karawan,  przysto-sowany  do
przewożenia  desek  surfingowych  i  sprzętu  lot-niarskiego,  ozdobiony  wizerunkami  rozmaitych  skrzydla-
tych stworów i pozłacanych ryb. Zza kierownicy przypatry-wał mi się bojaźliwie ten sam blondyn, który
malował przed-tem wagoniki kolejki. Po chwili zdjął z głowy stary kask lotniczy, wysiadł z samochodu i
zaczął się krzątać w kasie, usiłując nie zwracać na mnie uwagi.

Jednak kiedy doszedłem do końca pomostu, usłyszałem tupot jego nóg na metalowych płytach.

- Blake... Uważaj! - Ruchem ręki pokazał, żebym od-szedł od słabej poręczy, ponieważ obawiał się,

że rdzewie-jący korpus pomostu mógłby się pod nami zawalić. - Wszystko w porządku? To właśnie tutaj
spadłeś. Spoglądał na mnie z niejakim współczuciem, ale jedno-cześnie trzymał się z daleka, jak gdyby

background image

spodziewał  się,  że  mogę  w  każdej  chwili  uczynić  coś  dziwacznego.  Czyżby  widział,  jak  próbowałem
dojść  do  autostrady?  -  To  było  widowiskowe  lądowanie...  -  Mężczyzna  za-patrzył  się  w  wartki  nurt,
przepływający pod naszymi sto-pami. - Wiem, że wykonujesz akrobacje lotnicze, ale tę sztuczkę musiałeś
chyba ćwiczyć całe lata. - Głupi jesteś! - Miałem chęć go uderzyć. - O mało się nie zabiłem!

-  Wiem  o  tym!  Przepraszam...  ale  wydaje  mi  się,  że  takie  rzeczy  też  wymagają  prób...  -  Bawił  się

starymi go-glami i kaskiem, zawstydzony nagle, że eksponuje swój rynsztunek lotniczy, jak gdyby usiłując
ze mną rywalizo-wać.

- Pracuję w wytwórni nad filmem... To nowa wersja Zwy-cięzców żywiołu.* Gram oblatywacza.

-  Blondyn  lekceważącym  gestem  wskazał  diabelską  kolejkę.  -  To  długoterminowa  inwestycja,  a  w

każdym ra-zie tak była obliczana. Potrzebna jej jakaś atrakcja. Właści-wie dziwię się, że nie ma nikogo
więcej. To nieco zabawne, Blake, że jesteś jedyną osobą, która tu dzisiaj przyszła... Dosięgną! jednego z
wagoników  i  rozhuśtał  się  w  po-wietrzu,  popisując  się  muskulaturą  nie  tyle  dlatego,  żeby  mnie
przestraszyć - powaliłbym go na ziemię bez najmniej-szego wysiłku - a raczej po to, by zdobyć z mojej
strony  coś  w  rodzaju  fizycznego  szacunku.  Zachowywał  się  napa-stliwie,  ale  jednocześnie  ujmująco,
rozmyślając już zapa-miętale, w jaki sposób mógłby wykorzystać katastrofę mo-jego samolotu do swoich
własnych celów. Kiedy spoglądał w tęsknej zadumie na rzekę i zaginione ślady po wypadku, niesione w
dal  na  rozświetlonym  słońcem  grzbiecie  Tami-zy,  spostrzegłem,  że  żałuje,  iż  nie  jest  w  stanie
wykorzystać przypadkowej bliskości zrujnowanego pomostu i miejsca mojego awaryjnego lądowania.

- Stark, powiedz mi coś... Czy widziałeś, jak płynąłem do brzegu?

- Oczywiście. - Chcąc chyba uprzedzić ewentualne sło-wa krytyki pod swoim adresem za to, że nic

wtedy  nie  zro-bił,  Stark  wyjaśnił  pospiesznie:  -  Zamierzałem  właśnie  sko-czyć  do  wody,  ale  ty  nagle
pojawiłeś się na brzegu, bo uda-ło ci się jakoś wydostać z samolotu.

-  To  ojciec  Wingate  wyciągnął  mnie  na  brzeg.  Widzia-łeś,  czy  ktoś  próbował  mnie  reanimować?

Albo zastoso-wać sztuczne oddychanie?...

 „Men with Wings”, film amerykańskiego reżysera Williama A. Wel-lmana, nakręcony w 1938 roku,

z  Fredem  MacMurrayem  i  Rayem  Millandem  w  rolach  głównych  (przyp.  tłum.).  -  Nie...  A  dlaczego
pytasz?  -  Stark  przyjrzał  mi  się  ba-dawczo  z  nieoczekiwanym  przebłyskiem  inteligencji  na  swojej
aktorskiej  twarzy.  -  Nie  pamiętasz?  -  Chciałbym  podziękować  tej  osobie.  -  Po  chwili  doda-łem
swobodnie: - Jak długo siedziałem uwięziony w samo-locie?

Stark  nasłuchiwał  niespokojnych  sępów,  które  tłukły  się  w  klatce.  Wielkie  ptaszyska  usiłowały

wdrapać  się  na  pręty  i  chwycić  kawałek  nieba.  Przyjrzałem  się  bacznie  nerwo-wym  oczom  Starka  i
drobnym włoskom, sterczącym wokół jego warg jak igły. A może to on mnie reanimował? Wy-obraziłem
sobie,  że  jego  piękne  usta  zaciskają  się  na  moich  wargach,  a  mocne  zęby  Starka  ranią  mi  dziąsła.  Pod
wielo-ma  względami  przypominał  muskularną,  jasnowłosą  kobie-tę.  Pociągał  mnie,  nie  z  powodu
jakiegoś  dewiacyjnego,  ho-moseksualnego  impulsu,  wyzwolonego  gwałtownym  szarp-nięciem  z  mojej
psychiki na skutek wypadku, lecz z uwagi na niemal braterską bliskość jego ciała, ud, barków, ramion i
pośladków,  jak  gdybyśmy  dzielili  w  dzieciństwie  sypial-nię.  Byłem  młodszym,  ale  silniejszym  z  braci,
niczym  mia-ra,  którą  Stark  musiał  całe  życie  przykładać  do  siebie.  Mo-głem  go  uścisnąć,  kiedy  tylko
przyszłaby mi ochota, mo-głem przycisnąć jego dłonie do swoich posiniaczonych że-ber i sprawdzić, czy
to on usiłował mnie zaatakować - i mogłem sprawdzić, czy kąsa.

background image

Zmieszany moim badawczym spojrzeniem, Stark odwró-cił się plecami do rzeki.

- Jak długo byłeś pod wodą?... Trzy albo cztery minuty.

Może trochę dłużej.

- Dziesięć minut?

-  To  dużo  czasu,  Blake.  Nie  stałbyś  teraz  tutaj.  Znów  zapanował  nad  sobą  i  przypatrywał  mi  się  z

prze-biegłą  miną,  zaciekawiony,  co  zamierzam  zrobić.  Bawił  się  swoim  przedpotopowym  kaskiem
lotniczym, wymachując mi nim przed oczami, jak gdyby kiełkowało w nim podej-rzenie, że obaj jesteśmy
pilotami, grającymi w filmie. Ja jednak pilotowałem po niebie prawdziwy, silnikowy sa-molot, nie jedną
z tych biernych lotni, zależnych od siły wiatru.

Obwodnicą nadjechał wóz policyjny, rozpalając reflek-torami światło popołudnia. Kiedy samochód

zatrzymał się przy kasie, zauważyłem, że na tylnym fotelu za dwoma po-licjantami siedzi ojciec Wingate.
Patrzył  na  mnie  przez  za-mknięte  okno  zamyślonym  wzrokiem  człowieka,  który  spo-kojnie  oddał  się  w
ręce policji.

Kiedy czekałem, aż ksiądz wskaże mnie funkcjonariu-szom, Stark ujął moją dłoń.

- Jadę do Londynu. Podrzucę cię na drugą stronę rzeki. Usiadłem na przednim siedzeniu karawanu w

stroju  ka-rawaniarza,  kryjąc  twarz  za  zwiniętym  sklepieniem  lotni.  Słyszałem  ćwierkanie  małpki  i
głębokie  skrzeczenie  sępów.  Z  niewiadomego  powodu  moje  przybycie  przyprawiło  zwie-rzęta  o
zdenerwowanie. W lusterku wstecznym ujrzałem ojca Wingate, który obserwował mnie z radiowozu jak
bę-dący  w  zmowie  ze  mną  spiskowiec,  skrupulatnie  trzymają-cy  język  za  zębami,  żeby  nie  zdradzić
niczego, co nas łączy. Stark stał w towarzystwie dwóch policjantów przy kasie i pilnował, żeby trzymali
się  z  dala  od  zardzewiałego  po-mostu.  Wzruszył  ramionami,  gdy  policjanci  wskazali  niebo  nad
wytwórnią filmową.

A  zatem  policja  wciąż  szukała  świadków.  Ujrzawszy,  że  aktor  przecząco  potrząsa  głową,  nabrałem

przekonania, że pomimo wielu niewiadomych tego popołudnia Stark, oj-ciec Wingate, Miriam St. Cloud
ani nikt inny, kto widział mój wypadek, nie wyda mnie policji.

8

POCHÓWEK KWIATÓW

W  końcu  miałem  więc  umknąć  z  tego  dusznego  mia-steczka.  Niecierpliwiłem  się,  siedząc  obok

Starka,  kiedy  cze-kaliśmy  w  kolejce,  żeby  przekroczyć  most  w  Walton.  Na-deszło  późne  popołudnie  i
drogi  dojazdowe  zapchane  były  samochodami,  wracającymi  z  Londynu.  Walton  leżało  na  południe  od
Shepperton, czyli jeszcze dalej od lotniska, ale przynajmniej opuściłem strefę zagrożenia. Rozmyślałem o
decyzji  Starka,  który  postanowił  nie  wydać  mnie  policji  -  mój  rzekomy  powrót  z  martwych  uciszył  na
pewien  czas  aktora,  jak  przedtem  doktor  Miriam,  jej  matkę  i  poszukują-cego  skamieniałości  księdza.
Byłem  jednak  przekonany,  że  Stark  zdradzi  moją  historię  jakiejś  gazecie  albo  stacji  tele-wizyjnej,
zwłaszcza  gdy  odkryje,  że  ukradłem  cessnę.  Ale  z  jemu  tylko  znanego  powodu  to,  że  byłem  pilotem,
zrobiło  na  Starku  głębokie  wrażenie.  Moje  spektakularne  przybycie  i  prawdziwa  katastrofa,  w
przeciwieństwie  do  za-aranżowanych  wypadków  z  jego  filmu,  dotknęły  w  nim  ja-kiegoś  jeszcze

background image

bezkształtnego, lecz potężnego marzenia. Stark wskazał niemal nieruchomy sznur samochodów, tkwiących
w obłokach lśniących w słońcu spalin. - W zasadzie powinieneś znajdować się teraz tysiąc stóp ponad
tym wszystkim, Blake. Wziąłem kiedyś kilka lekcji pilotażu, ale nie szło mi dobrze. A ty nie próbowałeś
może kiedyś lotniarstwa?

Patrzyłem  na  uschłe  wiązy,  górujące  nad  parkiem.  Zza  zakola  rzeki  ogon  cessny  migotliwie

przekazywał  mi  wciąż  swoją  wiadomość.  Z  nieba  zwisały  świeżo  pomalowane  wagoniki  diabelskiego
koła  niczym  zabawki,  czekające,  aż  pochwycą  je  piloci  przelatujących  w  pobliżu  balonów.  -  Tak
naprawdę interesuję się lotami w maszynach na-pędzanych siłą ludzkich mięśni. Chciałbym pewnego dnia
odbyć pierwszy taki lot dookoła świata.

-  Maszyna  latająca,  napędzana  siłą  ludzkich  mięśni?  -  Stark  przewrócił  oczami,  chcąc  mi  się

skwapliwie  przypo-dobać.  Czy  nie  rozumiał,  że  uratował  mnie  przed  policją?  -  Chciałbym  ci  pomóc,
Blake... Mógłbyś wystartować wła-śnie stąd. Z Shepperton.

- Z Shepperton?

-  Z  reklamowego  punktu  widzenia  trudno  o  lepsze  miej-sce.  Po  twoim  porannym  wypadku  chętnie

powitano by cię tu jako miejscowego pilota i mógłbyś zapewne otworzyć szkołę pilotażu, może nawet w
porozumieniu z wytwórnią. Poza tym mieszkańcy tej okolicy są opętani tego rodzaju rzeczami, jak parki
safari, delfinaria czy akrobacje lotni-cze, wszystko im jedno. Ciągle przebierają się za halabard-ników z
Tower albo za piechotę hanowerską i odgrywają bitwę pod Austerlitz. Ja postanowiłem rozbudować zoo.
Gdyby udało mi się wydobyć z rzeki twój samolot, wysta-wiłbym go na pokaz jako atrakcję turystyczną. -
Nie...

- Dlaczego? A może odsprzeda mi go twoja firma ubez-pieczeniowa?

-Nie ruszaj go!

-  W  porządku,  Blake...  -  Zaskoczony  gwałtownością  w  moim  głosie,  Stark  chwycił  mnie  za  rękę,

żebym się uspo-koił. - Oczywiście, zostawię samolot w spokoju. Niech rzeka uniesie maszynę do morza.
Wiem, co czujesz, Blake. Wlekliśmy się teraz wzdłuż środkowego przęsła mostu. W oczach pulsowały mi
setki  świateł  stopu,  ponieważ  kie-rowcy  co  chwila  zatrzymywali  się  i  ruszali  znowu.  Mijali-śmy
dźwigary  na  odległość  wyciągniętej  ręki,  jadąc  tak  powoli,  że  mogłem  policzyć  nity  wystające  spod
łuszczącej się farby.

I  tym  razem  nabrałem  jednak  pewności,  że  wcale  nie  poruszamy  się  naprzód.  Nie  tylko  nie

zbliżaliśmy się do brzegu, na którym leżało Walton, ale byliśmy od niego da-lej niż przedtem. Ciągnące
się przed nami szeregi samo-chodów i autobusów przypominały gigantyczne pasy trans-misyjne. Położony
z  tyłu  brzeg  Shepperton  ze  swoimi  fir-mami  żeglugowymi  i  przystaniami  wydawał  się  nie  dalej  niż
pięćset jardów stąd.

Rzeka zakołysała się. Zabrakło mi tchu i opadłem na siedzenie, świadom napierających ze wszystkich

stron po-jazdów, poruszających się, lecz nieruchomych, a ponadto wyposażonych w światła wysysające
siły z moich oczu. Cze-kałem, aż złudzenie minie, uwięziony na metalowej drodze długości jednej mili.

- Blake, poruszamy się! Wszystko jest w porządku!

background image

Aleja wiedziałem swoje.

Gdy  otwierałem  drzwi,  poczułem  dłoń  Starka  na  swoich  zmiażdżonych  piersiach.  Odtrąciłem  go

łokciem  i  wysko-czyłem  z  karawanu.  Przesadziłem  sięgającą  bioder  barier-kę,  wypadłem  na  chodnik  i
pobiegłem w dół, ku bezpiecz-nym brzegom Shepperton.

Pięć  minut  później,  gdy  zostawiłem  rzekę  daleko  za  sobą,  siedziałem  na  ławce  przy  opustoszałych

kortach  tenisowych.  Pozbywszy  się  lęku,  który  dźwigałem  na  moście,  zacząłem  masować  swoją
posiniaczoną klatkę piersiową. W każdym razie dowiedziałem się, że to nie Stark usiłował mnie reani-
mować - dłonie, które odcisnęły się na moich żebrach, były większe, równie duże i silne, jak moje.

Podniosłem  wzrok  na  umarłe  wiązy,  odległe  ulice  i  domy.  Z  jakiejś  przyczyny,  znanej  jedynie

najskrytszym zakamar-kom mojej głowy, zostałem uwięziony w tym nadrzecznym mieście, wokół którego
moje  myśli  zakreśliły  ciasny  krąg,  wyznaczony  na  północy  przez  autostradę,  a  na  zachodzie  i  południu
przez kręte koryto Tamizy. Przyglądałem się po-jazdom, ciągnącym w kierunku Londynu, na wschód, i by-
łem  pewien,  że  gdybym  próbował  stąd  wyjść  tymi  ostatni-mi  drzwiami,  rysującymi  się  na  horyzoncie,
otwarłaby  się  przede  mną  ta  sama,  mdląca  perspektywa.  Na  korty  weszły  pod  opieką  matki  dwie
nastoletnie  dziewczyny  z  rakietami  w  dłoniach.  Przypatrywały  mi  się  czujnie,  zaskoczone  widokiem
młodego  księdza  w  butach  tenisowych,  który  najprawdopodobniej  upił  się  mszalnym  winem.  Miałem
ochotę  spędzić  popołudnie  na  grze  w  teni-sa  z  tymi  kobietami.  Choć  byłem  całkowicie  wyczerpany,
owładnęła  mną  ta  sama  potężna,  acz  niewybredna  żądza  seksualna,  którą  odczuwałem  do  wszystkich
ludzi, jakich spotkałem w Shepperton po wypadku: do Starka, niewido-mego dziecka, młodej lekarki, a
nawet do księdza. Wpatry-wałem się więc w matkę i córki w gorącej zadumie, jak gdyby były nagie, i to
nie  w  moich,  lecz  swoich  własnych  oczach.  Pragnąłem  uwieść  je  obietnicą  spowiedzi,  prowa-dzonej
między  kolejnymi  returnami  z  linii  końcowej,  pa-rzyć  się  z  każdą  z  nich  z  osobna  między  wolejami,
zagry-wanymi w poprzek kortu i pokrywać je od tyłu, gdy będą kucać przy siatce.

Dlaczego  uwięziłem  sam  siebie  w  Shepperton?  Być  może  wciąż  myślałem  o  tamtym  pasażerze  z

samolotu... Może był to mechanik, którego sterroryzowałem, porywając ces-snę, i teraz nieświadomie nie
chciałem opuścić miasteczka, nie wydobywszy najpierw jego ciała? Czy to nie ten nie-znajomy pasażer
próbował mnie zabić w ostatniej, rozpacz-liwej konwulsji? Wydawało mi się, że przypominam sobie, jak
zmagaliśmy się w zatopionym kokpicie cessny, kiedy jego dłonie wyciskały mi powietrze z płuc, a jego
usta  za-kleszczyły  się  na  moich  ustach,  ponieważ  wysysał  ze  mnie  ostatnie  tchnienie,  żeby  utrzymać  się
przy życiu jeszcze przez kilka chwil...

Kobiety przestały grać. Przyglądały mi się w milczeniu z piłkami w rękach niczym uśpione manekiny.

Po  rozdartej  ziemi  u  moich  stóp  i  po  unoszącym  się  w  powietrzu  pyle  poznałem,  że  przed  chwilą
odegrałem  tę  tytaniczną  pod-wodną  walkę,  szamocząc  się  sam  ze  sobą  na  oczach  kobiet.  Zirytowany
dziwnymi spojrzeniami tenisistek, rzuciłem w ich kierunku jakąś wulgarną obelgę i ruszyłem na przełaj
przez park.

Słońce, przez cały dzień wiszące dokładnie nad rzeką jak zapomniany reflektor, znajdowało się teraz

nad  wytwór-nią  filmową  na  północny  zachód  od  Shepperton.  Listowie  w  parku  sposępniało,  a  światło
zostało  uwięzione  pod  drze-wami  na  kilka  ostatnich  godzin,  nie  mogąc  znów  nabrać  sił.  Niedaleko,  na
niewielkiej  łączce  koło  parku,  skrytej  za  ścia-ną  ciemnych  rododendronów,  bawiła  się  trójka  dzieci.
Cięż-kie  stopy  Davida  dudniły  w  trawie,  Jamie  pohukiwał  dono-śnie,  a  niewidoma  Rachel  wydawała
żwawe, krótkie instruk-cje.

background image

Przypomniawszy  sobie  o  tej  sympatycznej  trójce,  posta-nowiłem  przyłączyć  się  do  zabawy.

Rozepchnąłem  rodo-dendrony  i  wydostałem  się  na  łąkę,  na  wąski  pas  zapomnia-nej  ziemi,  biegnący  ku
rzece  wzdłuż  małego  strumienia.  Przyglądałem  się  dzieciom,  bawiącym  się  w  głębokiej  tra-wie.
Maszerowały  gęsiego  w  swym  wyimaginowanym  świe-cie  w  kierunku  klombu,  świeżo  wykopanego  w
tajemnej  altanie  wśród  drzew.  Prowadził  wesoły  mongoł,  a  za  nim  szli  Rachel  i  Jamie  z  bukietami
zwiędłych  tulipanów.  Przystanęli  z  powagą  koło  klombu.  Rachel  uklękła,  ba-dając  rozkopaną  ziemię
swoimi  prędkimi  dłońmi,  i  złożyła  tulipany  wśród  uciesznych  jaskrów  i  stokrotek.  Dopiero  wtedy
pojąłem,  że  klomb  jest  w  rzeczywistości  grobem,  a  troje  upośledzonych  dzieci  odgrywa  ceremonię
pogrzebo-wą martwych tulipanów, które znalazły w śmietniku straż-nika parkowego. Dzieci ułożyły także
skromny krzyż z pa-tyków, przyozdobiony kawałkami kolorowego szkła i srebr-nej cynfolii.

Wzruszony owym niewyszukanym rytuałem, wkroczy-łem do altanki. Zaniepokojone dzieci odwróciły

się do mnie. Rachel wrzuciła do grobu ostatni tulipan, a policzki ścią-gnęła jej bladość, kiedy szukała po
omacku rąk Davida. Zanim zdążyłem się odezwać, dzieci puściły się pędem przez wysoką trawę, a Jamie
znów zaczął pohukiwać, naśladując krzyk zaniepokojonego ptaka.

-  Rachel!...  Nie  zrobię  wara  krzywdy!  Jamie!...  Dopiero  wtedy  zauważyłem,  że  razem  z  martwymi

kwia-tami  dzieci  zamierzały  złożyć  do  grobu  coś  jeszcze.  Był  to  drewniany  krzyż,  przypominający
schematyczny  wizerunek  samolotu,  którego  skrzydła  i  ogon  Rachel,  David  i  Jamie  zaznaczyli  białą
kredką.

Czy zatem dzieci grzebały mojącessnę?

Obejrzałem  się  na  tajemną  łąkę.  Dzieci  zniknęły.  Po  raz  pierwszy  ogarnęło  mnie  poczucie,  że  być

może  umarłem. Ale  tego  popołudnia  w  opuszczonej  altanie  postanowi-łem  dowieść,  że  jeśli  naprawdę
zginąłem, jeżeli naprawdę utonąłem w skradzionym samolocie, to odtąd będę żył wiecznie.

9

BARIERA RZEKI

- Czy umarłem?

Odezwałem  się  tak  cicho  do  grobu,  czekając  na  odpo-wiedź.  Spojrzałem  ze  złością  na  rozpięty  na

krzyżu samolot i duszące się rododendrony.

- Czy ja i umarłem, i oszalałem?

Dlaczego  tak  poruszyła  mnie  ta  infantylna  zabawa  troj-ga  upośledzonych  dzieci?  Strąciłem

kopniakiem kwiaty z grobu, rozepchnąłem zapylone liście i wróciłem do parku. Usidlone pod drzewami
światło skoczyło natychmiast ku mnie, uszczęśliwione, że znalazło coś żywego, czego może się chwycić.
Grało radośnie na klapach marynarki, poły-skując i tańcząc wokół moich białych butów. Byłem pewien,
że  jednak  nie  umarłem.  Zgniecione  źdź-bła  pod  moimi  stopami,  zmęczone  światło,  odbite  od  rzeki,
skubiące  trawę  jelenie  i  szorstka  kora  uschłych  wiązów  prze-konywały  mnie,  że  wszystko  to  jest
rzeczywistością,  nie  zaś  wymysłem  umierającego  człowieka,  uwięzionego  w  zato-pionym  samolocie.
Wiedziałem, że nie straciłem przytom-ności ani na chwilę. Wydostałem się z maszyny, zanim za-tonęła, i
przypomniałem sobie, że stałem między skrzydła-mi, kiedy woda wirowała wokół moich stóp. Wolnym
krokiem ruszyłem w stronę rzeki, wymachując ramionami, żeby odpędzić światło, napierające na mnie ni-

background image

czym tłum rozentuzjazmowanych klakierów. Przeczucie katastrofy było odbiciem obawy, że wymyśliłem
wszystko, co mnie otacza - miasteczko, drzewa, domy, plamy od tra-wy na piętach Miriam St. Cloud - a
nawet  samego  siebie.  Teraz  żyłem,  czy  jednak  nie  umarłem  kiedyś  przedtem?  Jeśli  przebywałem
uwięziony  w  samolocie  przez  jedena-ście  minut,  dlaczego  nikt  nie  przyszedł  mi  z  pomocą?  Grupka
inteligentnych  ludzi,  wśród  których  znajdowała  się  lekar-ka,  zastygła  nieruchomo  na  brzegu  rzeki,  jak
gdybym  wyłą-czył  bieg  ich  czasu,  dopóki  nie  wydostałem  się  z  cessny.  Pamiętałem,  że  leżałem  na
wilgotnej  trawie,  a  moją  pierś  miażdżyła  para  nieznajomych  rąk.  Czy  moje  serce  przesta-ło  na  chwilę
bić, przekazując wyczerpanemu mózgowi wi-zję śmierci, z którą z takim skutkiem igrało tych troje dzie-
ci?

Nie  byłem  martwy.  Stałem  na  brzegu,  patrząc  na  spo-kojne  wody  i  niezmącone,  popołudniowe

światło. Wsze-dłem na piasek i zepchnąłem do strumienia niewielką łód-ką, którą ktoś wciągnął na plażę,
a potem rzuciłem cumę, włożyłem wiosła w dulki i wypłynąłem na milczącą wodę. Chłodna fala ociekała
światłem,  maskującym  czerń  toni  pod  powierzchnią.  Parłem  pod  prąd,  zbliżając  się  do  tudo-riańskiej
rezydencji  St.  Cloudów.  Rzeka  bębniła  o  łódkę,  pobrzękując  o  dziobnicę,  jak  gdyby  pilnie  przeliczała
pie-niądze.

Znajdowałem się na środku Tamizy. Niżej, pod opalizu-jącą powierzchnią, zobaczyłem białego ducha

cessny.  Odło-żyłem  szybko  wiosła  i  chwyciłem  brzeg  burty.  Samolot  spo-czywał  na  dnie  w  odległości
dwudziestu  stóp  ode  mnie.  Osiadł  równo  na  podwoziu,  jak  gdyby  parkując  w  jakimś  podwodnym
hangarze.  Drzwi  do  kabiny  pilota  były  otwar-te.  Kołysał  je  prąd.  Zdumiała  mnie  ogromna  rozpiętość
skrzydeł samolotu, wyglądających jak wyciągnięte płetwy olbrzymiej płaszczki.

Wokół  cessny  roiła  się  ławica  srebrnych  ryb,  śmigają-cych  tu  i  tam  wzdłuż  skrzydeł  i  kadłuba.

Światło,  odbite  od  ich  nakrapianych  ciał,  rozjaśniło  kokpit,  odsłaniając  na  chwi-lę  postać  martwego
mężczyzny, siedzącego przy sterach. Wiosłowałem ręką, wychylony przez burtę, dotykając wody ustami i
brodą,  gotów  wypić  kwas  mojej  własnej  śmierci.  Kokpit  leżał  dwanaście  stóp  pode  mną,  a  wodniste
słońce  rozświetlało  go  co  kilka  chwil.  Falujące  cienie  kła-dły  się  na  pulpit  sterowniczy  i  podłogę
kokpitu.  Znów  zobaczyłem  za  sterami  ciemną  postać  -  był  to  mój  własny  cień,  padający  na  dno  przez
powierzchnię wody! Wyczerpany, usiadłem w łódce między wiosłami, zwró-cony w stronę łąki, na której
bydło spokojnie skubało wy-soką trawę. Brzeg leżał zaledwie o kilka pchnięć wioseł dalej, wdzięcząc
się łagodnymi treskami płaczących wierzb. Tu chciałem zejść na ląd. Teraz, kiedy udało mi się potwier-
dzić,  że  byłem  w  maszynie  sam,  mogłem  na  zawsze  opu-ścić  Shepperton.  Pomyślałem,  że  wędrówka
przez cichą łąkę wśród szczęśliwych krów odświeży mnie przed powrotem na lotnisko.

Chłodząc  dłonie  w  wodzie,  powiosłowałem  do  brzegu.  Rzeka  uwijała  się  wokół  łódki,  rojąc  się

tysiącami  rozma-itych  cząsteczek,  formami  hydrowatymi  i  ameboidalnymi,  okruchami  owadów  i
niewielkich roślin, maleńkimi algami i jakimiś stworzeniami, zaopatrzonymi w rzęski. Obłoki wodnego
kurzu wirowały wokół moich palców, na progu życia, gdzie formy ożywione i nieożywione tworzyły nie-
przerwane  widmo,  opasujące  mnie  swoimi  tęczami.  Zaczerpnąłem  dłonią  wody,  wystawiłem  ją  pod
słońce  i  przypatrzyłem  się  bacznie  gnijącym  cząsteczkom.  Tłoczy-ły  się  w  ruchliwej  cieczy  niby
rozemocjonowani  wierni  w  miniaturowej  katedrze.  Chciałem  skurczyć  się  w  pyłek,  dać  nura  do  stawu,
który  trzymałem  w  swoich  cyklopich  dło-niach,  i  unieść  te  zacieki  światła  ku  miejscom,  gdzie  z  roz-
mowy pyłu rodziło się samo życie.

Nie spoglądając ku górze czekałem, aż dinghy osiądzie na brzegu. Gdy z moich dłoni spłynęły ostatnie

krople wody, podniosłem wzrok na przeciwległy brzeg. Otaczał mnie ogromny grzbiet otwartej rzeki, jak
srebr-ny pokład Mississippi, której brzegi tworzyły odległy hory-zont. Brzeg Shepperton zasłaniał wąski

background image

pas  drzew,  toteż  z  trudem  rozpoznałem  drewniany  częściowo  fronton  tudoriań-skiej  rezydencji.  Na
murawie  stały  maleńkie  postaci,  o  twa-rzach  niewiele  większych  niż  blednące  punkciki  światła.
Zdecydowałem  przepłynąć  na  drugi  brzeg  bez  względu  na  to,  jakie  ułudy  niepokoiły  mój  mózg,
chwyciłem więc wiosła i mocno odbiłem od brzegu. Woda wokół dinghy wezbrała i poczułem, że łódka
posuwa  się  naprzód.  Spoj-rzałem  przez  ramię  na  oddalające  się  wybrzeże  Walton,  ale  wiosłowałem
dalej bez przerwy. Znów otworzyły mi się ranki na obtartych knykciach, byłem jednak pewien, że je-śli
będę wiosłował, przełamię barierę, którą opasał mnie mój własny mózg. Dodało mi to otuchy - czułem
się  jak  Kolumb,  podnoszący  na  duchu  pozbawioną  wiary  załogę,  albo  jak  Pizarro,  żeglujący  w  górę
milczącej, sennej Ama-zonki.

Ręce ześlizgnęły mi się z zakrwawionych wioseł. Wsta-łem, samotny w tym wszechświecie wody, i

płynąłem  da-lej,  używając  już  tylko  jednego  pióra.  Obie  linie  brzegowe  zniknęły  gdzieś  poniżej
horyzontu. Z dłoni ściekała mi krew, znacząc plamami wodę. Zakrzepłe grudki odpływały długą wstęgą w
dal, niczym proporce, uświęcające moją home-rycką podróż.

Światło  zaczęło  przygasać.  Zmęczyłem  się  i  cisnąłem  wiosło  na  dno  łódki.  Zachodzące  słońce

sięgnęło horyzon-tu, a czyste dotąd powietrze stało się mętne i nieprzezro-czyste. Nad znaczoną wstęgami
krwi wodą unosiły się wą-tłe obłoczki, jak gdyby z mojej krwi i tchnienia mojego tru-du miały wylęgnąć
się za chwilę jakieś dziwne ptaki mor-skie, przypominające chimery, które będą karmić się łap-czywie
moim ciałem.

Porzuciłem  zamiar  przepłynięcia  rzeki,  ale  wziąłem  się  znów  do  wioseł,  ruszając  w  długą  drogę

powrotną  na  brzeg  Shepperton.  Uschłe  wiązy  popędziły  ku  mnie,  powstając  na  brzegu,  jak  gdyby
wynosiły je w górę jakieś olbrzymie windy. Ogon samolotu znów zaczął nadawać sygnały, gdy nad wodą
pojawiła  się  tudoriańska  rezydencja.  Kiedy  po  raz  ostatni  pociągnąłem  wiosłami,  plaży  dosięgło  także
zbo-cze trawnika.

Byłem  dziesięć  stóp  od  brzegu.  W  zapadającym  zmierz-chu  stały  na  trawie  Miriam  St.  Cloud  i  jej

matka  -  blade  lampki  ich  twarzy  stykały  się,  jak  gdyby  mogły  mi  posłu-żyć  jako  świetlna  boja.  Kiedy
wyszedłem na brzeg, potyka-jąc się na mokrym piasku, zeszły na plażę i wzięły mnie pod ręce. Zapach
ich ciał kładł się ciężką wonnością nad ciemnymi kwiatami.

- Blake, stój spokojnie. Możesz się na nas oprzeć, jeste-śmy tu naprawdę.

Miriam  przemyła  mi  zakrwawione  kostki.  Przybrała  świadomie  beznamiętny  wyraz  twarzy  lekarza

opatrujące-go  dziecko,  które  świadomie  naraziło  się  na  niebezpieczeń-stwo.  Widziałem,  że  usiłuje  się
ode  mnie  oderwać  i  zamknąć  drzwi  swoich  uczuć  na  wypadek,  gdybym  zapragnął  uczy-nić  ją  częścią
mojego koszmaru.

Pani  St.  Cloud  poprowadziła  mnie  w  kierunku  domu.  Spodziewałem  się,  że  obsypie  mnie

wyzwiskami, toteż zdzi-wiła mnie jej delikatność. Cała wcześniejsza wrogość tej kobiety zniknęła. Teraz
pani St. Cloud obejmowała mnie ciepłymi ramionami, pewną dłonią podtrzymując mi głowę na ramieniu,
jak gdyby pocieszała swojego małego synka. Czy obserwowały mnie przez cały wieczór, gdy samot-nie,
niczym  dzieciak  bawiący  się  w  Kolumba,  wiosłowa-łem  rozpaczliwie  zaledwie  kilka  kroków  od
miejsca, w któ-rym teraz stały?

-Wszystko gotowe, Blake - powiedziałapani St. Cloud. - Przygotowałyśmy dla ciebie pokój. A teraz

chcemy, że-byś dla nas zasnął.

background image

10

WIECZÓR PTAKÓW

Tego  wieczora,  gdy  spałem  już  w  głównej  sypialni  rezy-dencji  St.  Cloudów,  przeżyłem  po  raz

pierwszy coś, co wte-dy wydawało mi się snem.

Leciałem  po  nocnym  niebie,  ponad  miastem,  w  którym  rozpoznałem  Shepperton.  Niżej  ciągnął  się

srebrzysty  grzbiet  rzeki;  jej  długie,  podwójne  zakole  obejmowało  przystanie  i  sklepy  ze  sprzętem
żeglarskim,  tudoriańskąrezydencję  oraz  pomost  wesołego  miasteczka  z  diabelskim  kołem.  Posuwa-łem
się  kursem  południowym,  którym  wcześniej,  tamtego  dnia,  leciałem  małą  cessną.  Minąłem  wytwórnię
filmową,  gdzie  przysiadły  w  trawie  stare  samoloty,  a  potem  wysoki  nasyp  nad  autostradą.  W  świetle
księżyca  jej  betonowa  na-wierzchnia  tworzyła  jakby  nieskończony,  pełen  wyczeki-wania  pas  startowy.
Za zasuniętymi zasłonami w oknach spali mieszkańcy miasteczka.

Ich śniące umysły podtrzymywały mnie w locie. Sunąc nad głowami tych ludzi, zrozumiałem, że nie

lecę jak pilot w samolocie, lecz fruwam niby kondor, ptak do-brej wróżby, i pojąłem, że nie śpię już w
sypialni  rezydencji  St.  Cloudów.  Choć  wiedziałem,  że  posiadam  ludzki  mózg  i  cieszę  się  wirującym
powietrzem oraz przypominającymi piki gałęziami uschłych wiązów jak żaden inny ptak, uświa-domiłem
sobie,  że  przybrałem  teraz  postać  ptaka,  płynąc  majestatycznie  poprzez  zimne  powietrze.  Widziałem
olbrzy-mie  skrzydła,  ząbkowane  rzędy  białych  jak  lód  piór,  i  czu-łem  potężne  mięśnie  swoich  piersi.
Czesałem  niebo  szpo-nami  wielkiego  drapieżnika.  Otulało  mnie  szorstkie  upie-rzenie,  wydzielające
cierpki  odór,  nieprzypominający  za-pachu  ssaka,  a  ja  smakowałem  te  wstrętne  kręgi  zwierzęcej  woni,
plamiące nocne powietrze. Nie byłem wdzięcznym stworzeniem latającym, lecz zawadiackim kondorem,
któ-rego  stek  odchodowy  pokrywały  grudki  ekskrementów  i  na-sienia.  Byłem  gotów  kopulować  z
wiatrem. Moje okrzyki przecinały rozpędzone powietrze. Okrą-żyłem tudoriańską rezydencję, a szybując
pod  oknami  sy-pialni,  zobaczyłem  puste  łóżko  i  odrzuconą  kołdrę,  jak  gdyby  jakaś  obłąkana  istota
mocowała  się  ze  swoimi  niezgrabny-mi  skrzydłami,  chcąc  się  oswobodzić.  Skręciłem  raptownie  nad
trawnik,  goniąc  wśród  klombów  swój  oświetlony  księ-życową  poświatą  cień,  a  potem  musnąłem
pazurami po-wierzchnię wody, wzniecając nad zatopioną cessną dwa pióropusze oślepiającej mgiełki.

Chciałem,  żeby  śpiący  mieszkańcy  przyłączyli  się  do  mnie,  leciałem  więc  nad  milczącymi  domami,

krzycząc  w  okna.  Na  dachówkach  salonu  fryzjerskiego  przysiadła  bia-ła  postać.  Jedno  jej  skrzydło
sięgnęło  nieśmiało  powietrza,  gdy  zwany  lirogonem  ptak  wyzwolił  się  wreszcie  z  uśpio-nego  umysłu
jakiejś starej panny w średnim wieku, leżącej w sypialni poniżej. Krążyłem nad nią, zachęcając delikatne
stworzenie,  by  zaufało  powietrzu.  Po  drugiej  stronie  drogi  do  Londynu,  nad  sklepem  rzeźniczym,
wspinały się z tru-dem po stromym dachu dwa sokoły. Samiec próbował skrzy-deł - był to wolny duch
dobrodusznego kupca, śpiącego w głębokim, dwuosobowym łóżku nad nocnym sklepem, ob-wieszonym
połciami  wołowego  i  wieprzowego  mięsa.  Jego  żona  już  się  uwolniła.  Stąpała  dumnie  po  dachu,
skwapli-wie badając dziobem zapachy powietrza nocy. Chciałem ich zachęcić, by ruszyli za mną, latałem
więc w górę i w dół oświetlonej księżycem ulicy, przywołując z cicha pierwszych towarzyszy, których
wyrwałem  ze  snu.  Lirogon  pierwszy  rozwinął  bojaźliwie  skrzydła  i  skoczył  w  noc.  Zaczął  spadać  w
leżący w dole ogród i omal nie na-dział się na antenę telewizyjną, gdy nagle znalazł oparcie w powietrzu
i  wzleciał  w  górę,  ku  mnie. Aleja  nie  byłem  jesz-cze  gotów,  by  parzyć  się  z  nim  na  wietrze.  W  całym
Shepperton  na  dachach  domów  pojawiały  się  ptaki,  wywabione  moimi  krzykami  z  uśpionych  umysłów
spoczywających  niżej  ludzi  -  strojnych  we  wspaniałe  noc-ne  pióra  mężów,  żon  i  rodziców  z
podekscytowanymi  pi-sklętami,  gotowymi  wzbić  się  z  nimi  w  powietrze.  Szybu-jąc  w  górze,  słyszałem
ich  niecierpliwe  okrzyki  i  czułem  uderzenia  skrzydeł,  gdy  wznosili  się  wyżej.  Gęsta  spirala  latających

background image

kształtów  wzbiła  się  w  noc  jak  rosnąca  karuzela  rozbudzonych  śpiochów.  Para  łabędzi  krzykliwych
wlecia-ła  z  mieszkania  nad  supermarketem,  sekretarze  wyfruwały  z  bungalowów  nad  wytwórnią
filmową, złote orły z wiel-kich willi nad rzeką, a stado jemiołuszek i wróbli z namio-tów, które skauci
rozbili  przy  autostradzie.  Leciałem  przez  park  ku  rzece,  ciągnąc  za  sobą  całą  cze-redę  ptaków.  Nocne
powietrze zbielało tysiącami latających istot, kiedy wspólnie zatoczyliśmy koło nad rezydencją. Miriam
St.  Cloud  spała  w  swojej  sypialni,  nic  nie  wiedząc  o  niecierpliwych  zalotnikach,  których  jej
sprowadziłem.  Wołając  do  niej,  szybowałem  tam  i  powrotem  nad  ciem-nym  ogrodem  w  nadziei,  że
zbudzę ją ze snu. Chciałem, żebyśmy wszyscy parzyli się z nią na wiet-rze.

Nocne  powietrze  wokół  mnie  zgęstniało  od  rozpychają-cych  się  i  rozwrzeszczanych  ptaków.  Żądza

przepełniała  ogromne  stado,  oszalałe  na  punkcie  tej  uśpionej  młodej  kobiety.  Czułem,  że  ich  dzioby  i
szpony  szarpią  mi  skrzy-dła,  jak  gdyby  ptaki  chciały  stopić  się  w  jedno  z  moim  pie-rzastym  ciałem  i
dzielić  ze  mną  śpiące  ciało  Miriam  St.  Cloud.  Ich  skrzydła  biły  powietrze,  odbierając  mi  dech,  i
zacząłem się dusić w próżni piór.

Nie mogąc dłużej trzymać się nieba, opadłem ku pomo-stowi wesołego miasteczka, wyzwalając się

siłą z tornada wrzeszczących ptaków. Wyczerpany, dotarłem do wieży kościoła i wylądowałem na dachu.
Kiedy  składałem  skrzy-dła,  uświadomiłem  sobie,  jak  ogromny  był  ciężar  mojego  ciała  i  wielkich,
upierzonych ramion, które gniotły mi pierś i ciągnęły z powrotem w stronę snu.

Wyższe tabliczki dachówek osunęły się pod moimi szpo-nami. Nie mogąc rozwinąć skrzydeł, runąłem

w  ciemną  przestrzeń  i  spadłem  na  plecy,  na  wyłożoną  kaflami  posadzkę  jakiegoś  niewielkiego
pomieszczenia.

Leżałem wycieńczony między moimi własnymi, niepo-radnymi skrzydłami. Wokół stały stoły, na nich

zaś leżały częściowo rozczłonkowane szkielety dziwacznych istot. Przy mikroskopie, na pochyłym blacie
biurka,  ujrzałem  coś,  co  przypominało  szkielet  skrzydlatego  człowieka.  Wycią-gał  swe  długie  ręce,  jak
gdyby chciał mnie chwycić i unieść hen, ku nekropolii wiatru.

11

PANI ST. CLOUD

Kiedy się obudziłem, poczułem czyjeś usta, przyciśnię-te lekko do moich warg, i dłoń, która pieściła

mi  pierś.  Po-kój  zalewało  nadrzeczne  światło.  Wpadało  do  wnętrza  przez  wysokie  okna,  naprzeciwko
których  stało  łóżko.  Poranne  słońce  przewędrowało  już  podmokłą  łąkę  i  gniewnie  wpa-trywało  się  we
mnie, jak gdyby usiłowało obudzić mnie już od świtu.

Usiadłszy, zauważyłem, że spod okna przygląda mi się spokojnie pani St. Cloud. Stała w tym samym

miejscu, gdzie ujrzałem japo raz pierwszy po wypadku cessny. Podniosła rękę ku brokatowym zasłonom,
ale  jej  zdenerwowanie  znik-nęło  i  teraz  wyglądała  raczej  na  starszą,  ale  wciąż  sprawną  siostrę  swojej
córki. Czy to ona mnie całowała, gdy spa-łem?

-  Spałeś,  Blake?  Sprowadziłeś  nam  niecodzienną  pogo-dę.  Wczoraj  w  nocy  nad  miasteczkiem

przeszła niezwykła burza... Wszystkim śniły się ptaki.

-Zbudziłem  się  tylko  raz...  -  Pamiętałem  swój  sen  i  jego  wyczerpujący  finał,  toteż  zdumiałem  się,

stwierdziwszy, że jestem całkowicie wypoczęty. - Ale nic nie słyszałem. -To dobrze. Chcieliśmy, żebyś

background image

wypoczął.-Pani  St.  Cloud  usiadła  na  łóżku  i  dotknęła  mojego  ramienia,  przyglądając  mi  się  matczynym
spojrzeniem. - Tak czy owak było to emocjonujące jak elektryczna burza. Słyszeliśmy tysiące pędzących
w powietrzu ptaków. Burza wyrządziła wiele szkód... Ale tobie chyba zupełnie wystarczy dziwna pogo-
da w twojej głowie.

Zauważyłem,  że  pani  St.  Cloud  zaczesała  włosy  w  nie-wielką,  ale  wytworną  falę,  jak  gdyby

spodziewała się spo-tkać z kochankiem. Myślałem o moim śnie, o wizji nocne-go lotu i jego koszmarnym
końcu,  kiedy  dusiłem  się  w  próżni  bijących  wokół  skrzydeł  i  spadłem  przez  dach  kościoła  do  jakiegoś
niezwykłego, pełnego szkieletów pokoju. Niepo-koiła mnie autentyczność wizji. Gwałtowne skręty i po-
wietrzne  skoki  nad  miastem  w  świetle  księżyca  pamięta-łem  równie  dokładnie,  jak  lot  cessną  z
londyńskiego  lotni-ska,  a  krzyki  oszalałych  z  żądzy  ptaków,  moje  własne,  po-żądliwe  jęki  na  widok
Miriam  St.  Cloud,  dzika  siła  nurku-jących  ciał  i  kloaczna  gwałtowność  tych  prymitywnych  stworzeń
wydawały mi się o wiele bardziej rzeczywiste niż ten cywilizowany, pełen słońca pokój.

Uniosłem  poranione  dłonie,  które  zabandażowała  mi  doktor  Miriam,  zanim  zapadłem  w  sen.

Poszarpana gaza opatrunkowa, moje poranione łokcie i przedramiona usia-ne były maleńkimi, czarnymi
okruszkami, jak gdybym mo-cował się z krzemienną poduszką. Pamiętałem mgliście, że potem uciekłem z
kościoła  i  biegłem  w  świetle  księżyca.  Czułem  ostry,  ptasi  zapach,  prostackie  piękno  powietrza,
spowijającego moje ciało, i cierpki odór ptaków morskich, karmiących się wciąż jeszcze żywymi ciałami
innych stwo-rzeń. Dziwiłem się, że pani St. Cloud nie zauważyła tego zapachu.

A ona siedziała obok, głaszcząc mnie po ramieniu. Mia-łem się przed nią na baczności, opadłem więc

z powrotem na poduszki i zacząłem rozglądać się po sypialni, do której zaniosły mnie matka i córka, gdy
porzuciłem bezowocne próby przekroczenia rzeki. Niepokojące było jednak to, że obie czekały na mnie,
jak  gdybym  mieszkał  z  nimi  od  lat  jako  członek  rodziny  i  wrócił  właśnie  do  domu,  wyszedłszy  cało  z
jakiegoś żeglarskiego wypadku.

Skąd ta pewność, że wrócę? Rozbierały mnie z niesa-mowitym wyczuciem fizycznej intymności, jak

gdyby  roz-wijały  skarb,  którym  miały  się  za  chwilę  podzielić.  Patrzy-łem,  jak  pani  St.  Cloud  okrąża
łóżko, wyjmuje z szafy moje ubranie i szczotkuje poły marynarki, niby zatroskana po-wstałymi wskutek
ciśnienia  mojej  skóry  zmarszczkami  na  tkaninie  -  śladami  mojego  ciała,  pozostawionymi  na  uży-wanej
serży.  Obmacałem  swoje  posiniaczone  żebra  i  usta,  nadal  obolałe,  jak  wczorajszego  popołudnia,  i
rozmyślałem dalej o moim śnie. Nie był niczym więcej niż sennym ma-rzeniem upadłego lotnika, ale moc,
jaką miałem nad ptaka-mi, i sposób, w jaki je zwołałem z mrocznych dachów, da-wały mi nieoczekiwane
poczucie siły. Po latach niepowo-dzeń, kiedy nie udawało mi się odnaleźć formy życia, współ-brzmiącej
z moim sekretnym wyobrażeniem samego sie-bie, na krótką chwilę znalazłem się na krawędzi swoistego
spełnienia.  Latałem  pod  postacią  najwspanialszego  z  pta-ków  -  kondora.  Przypomniałem  sobie  swoją
seksualną wła-dzę nad ptakami i żałowałem, że Miriam St. Cloud nie wi-działa mnie jako największego z
ptasich  drapieżników,  bo  zwabiłbym  ją  wówczas  ku  niebu  niczym  nieśmiałego  alba-trosa.  Gdyby  nie
panika,  która  wybuchła  nagle  wśród  po-wietrznej  żądzy,  i  gdyby  nie  zapadł  się  kościelny  dach,
spółkowałbym z Miriam w głębokim łożu nocnego powie-trza.

background image

Myśląc o swoim upadku, spytałem panią St. Cloud:

- Czy jest tu jakieś muzeum? Gdzie można zobaczyć szkielety?

Położyła księże ubranie na łóżku, głaszcząc z uśmiechem tkaninę.

-  Ależ,  Blake...  Czyżbyś  chciał  im  ofiarować  swoje  ko-ści?  Owszem,  mamy  tu  coś  takiego,  w

zakrystii kościoła. Ojciec Wingate jest zapalonym paleontologiem, a w tych okolicach Tamiza pełna jest
ponoć  najdziwniejszych  oka-zów...  Różnych  prehistorycznych  stworzeń  i  skamieniałych  ryb...  -  pani  St.
Cloud  odgarnęła  mi  włosy  z  czoła.  -  Nie  wspominając  już  o  zaginionych  pilotach.  -Czy  dach  zakrystii
został uszkodzony w czasie burzy? - Niestety, tak. - Wychyliła się przez okno i pomachała do kogoś, kto
stał na trawniku. - Policja przyjechała. Wyskoczyłem z łóżka i nagi stanąłem za nią. Dwaj umun-durowani
policjanci szli przez trawnik w towarzystwie dok-tor Miriam. Upośledzone dzieci podskakiwały wokół
sier-żanta, który wskazywał bydło, pasące się na łące po drugiej stronie rzeki. Najwyraźniej wiedział, że
cessna  przeleciała  przez  park  w  drodze  z  Londynu  na  południe,  nie  miał  jed-nak  pojęcia,  że  samolot
spoczywa  w  wodzie  nie  dalej  niż  pięćdziesiąt  stóp  od  domu,  a  biały  duch  maszyny  krąży  wciąż  pod
rozświetloną słońcem powierzchnią wody. - Blake... - pani St. Cloud chciała mnie uspokoić. - Oni cię nie
będą niepokoić...

Zastanawiałem  się,  niezdecydowany,  czy  rzucić  się  do  ucieczki,  czy  raczej  próbować  wywinąć  się

policji  jakąś  gadką.  Miriam,  ubrana  w  swój  biały  kitel,  weszła  na  wąski  pasek  plaży.  Stanęła  w  takiej
pozycji, jak gdyby chciała za-słonić samolot przed policjantami, a zarazem zastanawiała się, co ze mną
począć. Dzieci pobiegły za nią, popiskując z wymuszonym podnieceniem na widok wody, której groźne
fale obmywały im stopy. Biegły z wyciągniętymi ramiona-mi, Rachel przypominała mały, ślepy samolot
w szyku mię-dzy Jamiem i Davidem. Jamie wbił klamry ortopedyczne w mokry piach i spoglądał w niebo
przymrużonymi  oczami,  pohukując  do  wtóru  ogonowi  cessny,  kołyszącemu  się  w  gałęziach  uschłego
wiązu.

Pani  St.  Cłoud  pieściła  moje  ramiona,  ale  ja  patrzyłem  na  jej  córkę.  Trzymała  ręce  głęboko  w

kieszeniach  i  spo-glądała  w  okno,  chytrze  ważąc  moją  przyszłość  w  swych  nieruchomych  oczach.
Rozpuściła włosy, upięte w ciasny kok, a uwięzione dotąd runo igrało teraz swobodnie na jej ramionach,
smakując  rzeczne  powietrze  niczym  niecierpli-we  ptaki,  które  widziałem  we  śnie.  Jaką  piękną  i  barba-
rzyńską  istotą  stałaby  się  Miriam,  jakim  chimeropodobnym  stworzeniem,  które  mogłoby  wstrząsnąć
porannym powie-trzem.

- Odjeżdżają. - Pani St. Cloud pomachała sierżantowi.

- Bóg jeden wie, po co tu przyjechali.

Widziałem, jak policjanci salutują i wracają do radio-wozu. Pani St. Cloud obejrzała sińce na mojej

piersi.  Mię-tosiła  mi  ciało,  napastliwie  przebiegając  wzrokiem  skórę.  Zrozumiałem,  że  nie  zdaje  sobie
sprawy,  iż  bierze  udział  w  podświadomie  zawiązanym  spisku,  zmierzającym  do  tego,  by  mnie  strzec.
Świadkowie  mojego  wypadku  utworzyli  jakby  opiekuńczą  rodzinę.  Stark  był  moim  ambitnym  star-szym
bratem,  Miriam  oblubienicą.  Lecz  jeśli  pani  St.  Cloud  przyjęła  rolę  matki,  to  dlaczego  tak  otwarcie
pociągał ją mój seks? Pamiętałem tolerancyjne spojrzenie, jakim zmie-rzyła matkę Miriam, gdy pani St.
Cloud rozbierała mnie ubiegłego wieczora, w pełni świadoma swej pobudzonej płciowości.

Wykorzystując  tę  chwilę,  przycisnąłem  dłonie  pani  St.  Cloud  do  sińców  na  moich  żebrach.  Jej

background image

szczupłe palce z trudnością obejmowały błękitne kontury. - Pani St. Cloud... Kiedy leżałem na plaży, pani
stała w oknie. Czy ktoś mnie reanimował?

Gładziła moje łopatki, jakby w poszukiwaniu kikutów skrzydeł.

-  Nie,  wydaje  mi  się,  że  nikt  nie  miał  na  to  odwagi.  By-łam  zbyt  przerażona,  żeby  myśleć.  Bardzo

długo  przeby-wałeś  pod  wodą.  Wiem,  że  później  cię  zaatakowałam...  Gniewało  mnie,  że  żyjesz,  bo
pogodziłam się z tym, że umarłeś.

- Nie jestem martwy! - Odepchnąłem ją gniewnie.

- Muszę stąd wyjechać!

- Nie... Teraz nie możesz odejść. Miriam mówiła, że znaj-dzie ci pracę w klinice.

Spuściła  wzrok  na  podłogę,  a  ja  objąłem  ją  w  biodrach.  Odciągnąłem  panią  St.  Cloud  od  okna,

niczym nagi wy-znawca mesmeryzmu, prowadzący podstarzałą kobietę, znajdującą się w transie. Kiedy
ją  rozebrałem,  położyliśmy  się  razem  do  łóżka.  Pani  St.  Cloud  skryła  twarz  na  mojej  piersi,  ale
wiedziałem,  że  czuje  cierpką  woń  mojego  ciała  i  odór  kondorzego  łoju,  który  wydobyło  ze  skóry  ostre
słoń-ce.  Obejmując  ją  i  dotykając  poranionymi  ustami  jej  warg,  poczułem  się  dumny  z  tego  przykrego
zapachu.  Próbowała  mnie  odepchnąć,  dławiąc  się  smrodem  i  wbijając  wzrok  w  sińce  na  moim  ciele.
Ukląkłem nad nią, rozkładając nogi pani St. Cloud wokół moich bioder, i przypomniałem sobie ogromne
skrzydła, które unosiły mnie nad nocnym niebem. Wyobraziłem sobie, że pani St. Cloud kopuluje ze mną
w  powietrzu.  Wiedziałem,  że  jest  nas  czworo,  zamkniętych  w  akcie  seksualnym,  wykraczającym  poza
nasze  granice  ga-tunkowe  -  była  tam  ona,  ja,  olbrzymi  kondor  i  ten  mężczy-zna  lub  kobieta,  którzy
usiłowali mnie reanimować, a któ-rych usta i dłonie czułem wciąż na skórze. - Blake... Ty nie umarłeś!

Pani St. Cloud chwyciła mnie za biodra. Jej rozwarte usta usmarowane były krwią, którą wydoiła z

moich  warg.  Mocowałem  się  z  podstarzałą  kobietą,  wgniatałem  w  po-duszkę  jej  szerokie  ramiona,
zaciskałem usta na jej war-gach i nozdrzach i wysysałem powietrze z jej gardła. Już nie interesował mnie
seks  pani  St.  Cloud  -  chciałem  stopić  w  jedno  nasze  ciała,  zlać  w  jedną  istotę  nasze  serca,  płuca,
śledziony  i  nerki.  Zrozumiałem  wtedy,  że  pozostanę  w  tym  mieście,  dopóki  nie  pokryję  wszystkich
tutejszych miesz-kańców - kobiet, mężczyzn i dzieci, ich psów i kotów, pta-ków w klatkach, stojących w
ich  salonach,  bydła  na  pod-mokłej  łące,  jeleni  w  parku  i  much  w  tej  sypialni  -dopóki  nie  połączę  nas
wszystkich w jedną nową istotę. Pani St. Cloud wierzgała i kopała mnie kolanami w uda.

Objąłem  kobietę  w  piersi,  miażdżąc  jej  płuca  w  uścisku.  Nie  mogła  złapać  tchu,  opadła  więc  na

poduszki,  anemicz-nie  uderzając  mnie  piętami  w  łydki.  Osuwaliśmy  się  razem  coraz  niżej,  moje  myśli
rozjaśnił sen o ptakach, a my we czworo łączyliśmy się na wietrze...

Pani  St.  Cloud  leżała  przede  mną  kompletnie  wyzuta  z  sił,  pompując  z  płuc  rozświetlone  słońcem

powietrze  przez  zakrwawione  usta.  Leżała  na  plecach,  szukając  mnie  drżą-cą  ręką.  Wyciągnęła
piegowate nogi, jak gdyby była mar-twa. Na zdartej skórze jej piersi i brzucha zaczynały wystę-pować
ciemne sińce.

Leżałem obok, zdając sobie sprawę, że o mało nie zabi-łem tej kobiety. Uratował ją wyłącznie fakt,

że sam zaczą-łem się dusić. Pani St. Cloud usiadła i dotknęła mojej klatki piersiowej, szukając przepony,
jakby chciała się upewnić, że odzyskałem oddech. Kobieta o zakrwawionej piersi i ustach stanęła przy

background image

łóżku i ubierała się, spoglądając na mnie bez nienawiści, w pełni świadoma tego, co uczyniła. Pojąłem,
że uważała za oczywiste, iż chciałem ją zabić -ją, matkę, która urodziła gwałtowne, barbarzyńskie dziec-
ko, siłą wyrwawszy mnie ze swego ciała. Przed wyjściem podeszła do okna i niemal z roztargnie-niem
powiedziała:

- Na trawniku siedzi sęp. A nawet dwa. Spójrz, Blake...

Dwa białe sępy.

12

„CZY  WCZORAJ  COŚ  WAM  SIĘ  ŚNIŁO?”  Sępy!  Zbiegając  ze  schodów  i  zapinając  księżą  mary-

narkę,  domyśliłem  się,  że  te  padlinożerne  ptaki  uciekły  z  zoo  Starka,  zwabione  wonią,  jaką  wydzielał
uwięziony  w  cessnie  trup.  Przystanąłem  na  tarasie  koło  cieplarni,  spo-dziewając  się,  że  moim  oczom
ukażą się białe sępy, rozry-wające ciało pasażera na kawałki. Trawnik połyskiwał, jakby ktoś posiekał
murawę.  Nocą  musiała  rzeczywiście  wstrzą-snąć  wściekła  burza.  Wśród  żwirowanych  ścieżek  zebrały
się kałuże. Wzdłuż linii brzegowej Shepperton liście plata-nów i srebrnych brzóz ulewa obmyła z kurzu,
choć już nie podmokłą łąkę na przeciwległym brzegu, która wydawała się pożółkła i zwiędła.

Pelikany...  Przyglądałem  się  z  ulgą  dwóm  niezgrabnym  ptakom,  które  dreptały  przez  trawnik

kaczkowatym krokiem. Zapewne burza zagnała je na ląd, choć otwarte morze leża-ło ponad pięćdziesiąt
mil dalej. Pelikany zanurzały ciężkie dzioby wśród gladioli, nie rozumiejąc, skąd się znalazły na terenie
tudoriańskiej rezydencji pośród ozdobnych drzew i klombów kwiatowych.

Ale  niżej,  na  plaży,  zobaczyłem  pewnego  bardziej  zło-wrogiego  gościa.  Był  to  wielki  fulmar,  który

pożerał  wła-śnie  szczupaka,  rwąc  szponami  jego  zakrwawione  ciało.  Ten  arktyczny  drapieżnik,
obdarzony  haczykowatym  dziobem  i  mocnym  ciałem,  po  raz  pierwszy  pojawił  się  wśród  stwo-rzeń
latających  dotąd  nad  spokojną  doliną  Tamizy.  Podniosłem  leżący  na  ścieżce  kamień  i  cisnąłem  go  na
plażę.  Mewa  uleciała  w  dół  rzeki,  leniwie  ciągnąc  za  sobą  wnętrzności  szczupaka.  Wilgotny  piasek,
śliski skapującą do wody krwią ryby, dźwigał odbicie mewy. Wszedłem na plażę, usianą wyrzuconymi na
brzeg  gałę-ziami  i  setkami  szorstkich  piór.  Na  piasku  leżała  jeszcze  płócienna  torba,  pełna  przyborów
archeologicznych,  nale-żących  do  ojca  Wingate,  a  obok  widniała  świeża  szczelina,  powstała  na
kamienistym brzegu wskutek fali, wzbudzonej upadkiem cessny. Szpara miała sześć stóp długości i dzie-
sięć cali głębokości, i była na tyle szeroka, by móc pomie-ścić człowieka. Kusiło mnie, żeby sprawdzić,
czy się w niej zmieszczę. Wyobraziłem sobie, że leżę w niej jak król Ar-tur na wyspie Avalon czy jakiś
mesjasz, śpiący wiecznym snem w swoim nadrzecznym grobie.

Dziesięć  stóp  dalej  piasek  lśnił  srebrnym  światłem  ni-czym  rozpuszczające  się  zwierciadło,

ściekające  do  rzeki.  Na  płytkiej  wodzie  wśród  edwardiańskich  kolumn  spoczy-wał  jeden  z  wagoników
diabelskiego koła. Nocna burza na-ruszyła pomost wesołego miasteczka, którego część zapa-dła się pod
wodę, unosząc z sobą fragment karuzeli. Mię-dzy rozmaitymi odpadkami na wilgotnej plaży leżał mały,
uskrzydlony konik.

Przypomniałem  sobie  swój  sen  i  ciała  oszalałych  pta-ków,  zderzających  się  z  sobą  nad  wesołym

miasteczkiem,  kiedy  rzucały  się  wokół  mnie  w  wirującym  powietrzu.  Po  pierwszym  brzasku  rzeka
wypluła starego Pegaza na plażę, na którą przypłynąłem z samolotu. Podszedłem do konia, by wciągnąć
go  na  brzeg.  Świeża  farba  posrebrzyła  mi  dło-nie,  pozostawiając  plamisty  ślad  na  piasku.  Pelikany
przyglądały mi się spośród klombów, kiedy wycierałem ręce o trawę, a od ich piór odbijało się jaskra-

background image

we  światło.  Wydawało  się,  że  listowie  wierzb  i  dekoracyj-nych  jodeł  odnowił  jakiś  psychodeliczny
ogrodnik  z  zami-łowaniem  do  krzykliwych  kolorów.  Nad  rozjarzonym  traw-nikiem  śmignęła  sroka,
błyszcząc piórami barwnymi, jak pióra ary.

Pobudzony tą feerią światła, wpatrywałem się w spla-mioną wodę. Nawałnica wzburzyła rzekę, a na

płyciznę wy-płynęła grupa węgorzy. Ryby o cięższych ciałach poruszały się w głębszych wodach, bo być
może  zagnieździły  się  w  zatopionym  kadłubie  cessny.  Myślałem  o  pani  St.  Cloud,  naszym  dziwnym,
gwałtownym  stosunku  seksualnym  i  ode-granych  przez  nas  narodzinach  dorosłego  dziecka.  W  od-
powiedzi  na  nerwowe  rozdrażnienie  porannym  światłem  niedzielnego  poranka  poczułem  kolejny
przypływ potencji seksualnej.

Gdy  opuściłem  ogród  St.  Cloudów  i  wszedłem  do  par-ku,  ujrzałem  daniela,  wycierającego  pysk  o

pień  srebrnej  brzozy.  Tylko  na  poły  figlarnie  chciałem  go  chwycić  za  zad,  odczuwając  wobec  tego
bojaźliwego stworzenia taką samą napastliwość seksualną, jaką czułem nawet wobec drzew i ziemi pod
stopami. Chciałem radować się światłem, kry-jącym drzemiące wciąż miasto, zalewać nasieniem milut-
kie  płoty  i  prześliczne  ogródki,  wtargnąć  do  sypialni,  w  któ-rych  tutejsi  księgowi  i  agenci
ubezpieczeniowi  wylegiwali  się  z  niedzielnymi  gazetami  w  rękach,  i  kopulować  u  stóp  łóżek  z  ich
pełnymi nocnej słodyczy żonami i córkami. Czy byłem nadal więźniem Shepperton?

Przez następną godzinę, kiedy ulice były jeszcze puste, zrobiłem obchód całego miasta. Idąc wzdłuż

autostrady,  na  której  udaremniono  mi  pierwszą  próbę  ucieczki,  ruszyłem  w  stronę  Londynu  z  miejsca,
gdzie  otwarte  pola  zaczynały  ustępować  szeregowi  spokojnych  jezior  i  zalanych  wodą  żwirowni,
połączonych piaszczystymi groblami. Pozosta-wiwszy za sobą ostatnie domy na wschód od Shepperton,
przelazłem przez żywopłot i porośniętym makami polem powędrowałem w kierunku najbliższego jeziora.
W  płytkich  stawkach  zauważyłem  porzucony  konwejer  żwirowy  i  rdzewiejące  skorupy  dwóch
samochodów. Kie-dy podszedłem bliżej, powietrze zakołysało się nagle wo-kół mnie, ale nie zważając
na nic, parłem dalej. Pejzaż je-zior i grobli nagle odwrócił się groźnie. Błotnista ziemia zawróciła pode
mną,  a  potem  zaczęła  uciekać  ze  wszyst-kich  stron,  podczas  gdy  odległa  kępa  pokrzyw,  rosnąca  na
odkrywce, popędziła ku mnie, kłębiąc się wokół moich nóg, jak gdyby chciała mnie objąć.

Już  bez  namysłu  porzuciłem  wtedy,  w  tamtym  miejscu,  wszelkie  próby  ucieczki  z  Shepperton.

Widocznie mój umysł nie był jeszcze gotów, żeby opuścić to nijakie, prowincjo-nalne miasteczko.

Wprawdzie byłem jego więźniem, mogłem jednak przy-najmniej przyznać sobie całkowitą swobodę i

robić wszyst-ko, na co miałem ochotę.

Uspokoiłem się i wróciłem polami do miasta. Kiedy wchodziłem na ciche ulice, pierwsi mieszkańcy

myli  już  samochody  i  przycinali  żywopłoty.  Grupka  świeżo  wyką-panych  dzieciaków  szła  do  szkółki
niedzielnej. Dzieci mi-jały rozjaśnione ogrody, nie zdając sobie sprawy, że idę za nimi jak usidlony satyr
w  butach  tenisowych,  chcąc  porwać  ich  drobne  ciałka.  Jednocześnie  czułem  dla  nich  jakąś  dziw-ną
tkliwość,  jak  gdybym  znał  je  całe  życie.  One  i  ich  rodzi-ce  byli  również  więźniami  tego  miasteczka.
Zapragnąłem, żeby nauczyły się latać, ukradły lekki samolot... Z ogrodu nieopodal wytwórni wzbił się w
górę  prosto-kątny  latawiec  z  bambusa  i  papieru,  na  którym  jakieś  dziecko  wymalowało  głowę  ptaka  -
dziobaty  profil  kondora.  Śle-dząc  drogą  latawca  wzdłuż  linii  horyzontu,  zauważyłem  dach  mansardy,
który widziałem we śnie. Ujrzałem te same, schodkowo położone dachówki, na których poślizgnęła się
para rybołowów, i okienko mansardowe z dekoracyjną po-przeczną belką nadproża.

Za ogrodzeniem, okalającym wytwórnię filmową, stały na trawie przed płóciennymi hangarami stare

background image

samoloty,  wśród  nich  trójpłatowe  spady  i  fokkery,  ogromny,  strunowy  dwupłatowiec  z  lat
międzywojennych  i  kilka  drewnianych  makiet  spitfire’ów.  Nie  było  ich  tutaj,  gdy  po  raz  pierwszy
leciałem nad Shepperton, ale widziałem je na nocnej trawie we śnie.

Rozglądając się wokoło, zrozumiałem, że miejscowe domy również już widziałem. Niższe piętra nie

wyglądały  znajomo,  ale  bez  żadnych  wątpliwości  rozpoznałem  wszyst-kie  dachy,  kominy  i  antenę
telewizyjną, na którą omal się nie nadziałem. Z bloku wyłonił się jakiś pięćdziesięcioletni mężczyzna z
nastoletnią córką, przypatrując mi się bacz-nie, jak gdyby z obawą, że będę próbował coś od nich wy-
żebrać.  Przypomniałem  sobie  pasiastą  markizę  z  płótna  na  najwyższym  balkonie  i  parę  kopulujących
sokołów, które skłoniłem do lotu po nocnym niebie.

Byłem pewien, że córka mnie poznaje. Gdy do niej po-machałem, zaczęła mi się przyglądać niemal

uporczywie. Jej ojciec wszedł na jezdnię i ostrzegawczym gestem naka-zał mi odejść.

Chcąc ich uspokoić, uniosłem obandażowane dłonie i zakrwawione knykcie.

- Powiedzcie. Czy wczoraj coś wam się śniło? Czy nie śniło się wam, że latacie?

Ojciec odtrącił mnie barkiem i przywarł mocno do ra-mienia córki. Szli do kościoła i najwyraźniej

nie  spodzie-wali  się  mojej  mesjanistycznej  obecności  tuż  przed  drzwia-mi  domu.  Gdy  odchodzili
pospiesznie, pod ciężkim zapa-chem wody kolońskiej mój nos wychwycił cierpką, znajo-mą woń, lgnącą
do  ich  świeżo  wykąpanych  ciał.  Minęły  mnie  dwa  podstarzałe  małżeństwa  w  towarzy-stwie  dorosłych
dzieci.  Ruszyłem  krok  w  krok  z  nimi  i  ku  ich  irytacji  zacząłem  pociągać  nosem,  choć  szedłem  blisko
rynsztoka.

- A wy? Czy komuś z was śniło się, że lata? Uśmiechnąłem się do nich, jakby chcąc przeprosić za mój

wymięty strój plebana i białe buty, poczułem jednak ten sam ostry zapach, odór ptaszarni.

Poszedłem za nimi do miasta, podążając tym powietrz-nym tropem. Nad pasażem handlowym krążyło

kilkanaście  wielkich  ptaków  z  gatunku  morskich  mew,  które  burza  przy-gnała  w  górę  rzeki.  Na  dachu
supermarketu  przysiadł  kruk,  a  na  ozdobnej  fontannie  koło  poczty  trzepotały  się  dwie  wilgi.  Owego
cichego, niedzielnego poranka bezładne pta-sie życie materializowało się wszędzie nad głowami zdąża-
jących  do  kościoła  ludzi.  Przyciągnięte  ich  ostrym  zapa-chem  ptaki,  sądzące  błędnie,  że  mieszkańcy
miasteczka należą do tych samych, co one, gatunków, wirowały po ca-łym pasażu. Ciężkie mewy dreptały
niezdarnie  po  dekora-cyjnych  kaflach,  potrząsając  skrzydłami  pośród  błyszczą-cych  butów.  Jakaś
zmieszana kobieta śmiała się nerwowo na widok mewy, usiłującej przy siąść na jej kapeluszu, a pewien
sztywno wyprostowany mężczyzna w myśliwskim stroju z brązowego tweedu groził laską krukowi, który
upar-cie próbował usadowić się mu na ramieniu. Dzieci biegały ze śmiechem wśród wilg, wzbijających
się  w  powietrze  z  ich  dłoni.  Płomienie  ptasich  piór  migotały  między  odbior-nikami  telewizyjnymi  i
zmywarkami, odbijając się w szy-bach wystaw sklepów z gospodarstwem domowym. Napastowani przez
ptaki,  minęliśmy  pasaż,  przeszliśmy  przeraźliwie  jaskrawo  ulistniony  park  i  dotarliśmy  do  ko-ścioła,
położonego  w  pobliżu  otwartego  basenu.  Dopiero  tutaj  ptaki  odleciały,  jak  gdyby  odstraszyła  je
olbrzymia licz-ba piór pokrywających dachy samochodów, zaparkowanych w okolicach cmentarza - piór
wyrwanych  jakby  podczas  jakiegoś  oszałamiającego,  powietrznego  turnieju.  Ku  powszechnemu
zdziwieniu  wiernych  kościół  okazał  się  zamknięty  -  na  drzwiach  wisiał  łańcuch  i  kłódka.  Za-skoczeni
parafianie stanęli wśród płyt nagrobnych z modli-tewnikami w dłoniach. Starzec uniósł laskę, wskazując
wie-żę  zegarową.  Z  tarczy  odpadło  kilka  rzymskich  cyfr,  a  wska-zówki  znieruchomiały  kilka  minut  po
drugiej. Bruk wokół kościoła pokrywały pióra, jak gdyby na wieży rozprysnęła się ogromna poduszka.

background image

- Pan jest tu wikarym?

Czyjaś żona, za którą przyszedłem z miasteczka, nabra-ła odwagi, by zwrócić uwagę na moje ubranie.

Zauważy-łem,  że  nie  potrafi  pogodzić  jego  klerykalnego  kroju  z  mo-imi  brudnymi  butami  do  tenisa  i
zakrwawionymi dłońmi. - Msza powinna zacząć się o jedenastej. Co pan zrobił z ojcem Wingate?

Kiedy  odciągnął  ją  mąż,  wystąpił  mężczyzna  w  tweedo-wym  ubraniu  i  trącił  mnie  laską  w  ramię.

Przypatrywał  mi  się  groźnym  wzrokiem  emerytowanego  żołnierza,  wciąż  po-dejrzliwie  traktującego
cywilów.

-  Nie  jesteś  przypadkiem  pilotem?  Przecież  to  ty  spa-dłeś  wczoraj  do  rzeki.  Czego  tu  szukasz?

Parafianie zebrali się wokół mnie, tworząc zafrasowane zgromadzenie. Niepokoiła ich moja obecność na
ziemi, woleliby, żebym znajdował się bezpiecznie w powietrzu. Czy wyczuwali promieniującą z mojego
mózgu  odwróco-ną  perspektywę,  która  zatrzymała  mnie  w  miasteczku?  Unosząc  zabandażowane  pięści,
przeszedłem między nimi do drzwi kościoła, dźwignąłem ciężką kołatkę i zastu-kałem trzy razy. Drażnili
mnie  ci  bojaźliwi  ludzie  w  staran-nie  odprasowanych  garniturach  i  kwietnie  wzorzystych  su-kienkach.
Byli  wyznawcami  grzecznej  religii.  Miałem  ocho-tę  wyważyć  drzwi,  zapędzić  ich  do  klęczników  i
zamknąć  w  kościele,  by  mogli  oglądać,  jak  dokonuję  w  nawie  głów-nej  obscenicznych  czynów  -
wycisnąłbym  krew  z  moich  dłoni  na  krwawiącego  Chrystusa,  obnażyłbym  się,  oddał-bym  mocz  do
chrzcielnicy  i  zrobił  wszystko,  żeby  tylko  wytrącić  ich  z  nieśmiałości  i  dać  im  lekcję  straszliwego,
gwałtownego lęku.

Chciałem  na  nich  wrzasnąć:  „W  Shepperton  zbierają  się  ptaki,  chimery  cudowniejsze  niż  wszystko,

co śni się wam w waszych wytwórniach filmowych!”

Wskazałem fulmary, okrążające wieżę kościelną.

-Ptaki! Widzicie je?

Kiedy zaczęli cofać się między grobami, zauważyłem, że spomiędzy kamieni wokół kruchty wyrasta

niezywkła  roślinność,  jak  gdyby  z  moich  pięt.  Otaczał  mnie  mały  za-gajnik  wysokich  na  dwie  stopy,
przypominających  gładiole  krzaczków  o  szablastych  liściach  i  trąbkach  mlecznokar-mazynowych
kwiatów, przypominających kolorami nasie-nie i krew, skryte we flecie zieleni.

Machnąłem  na  parafian,  stojących  z  modlitewnikami  w  dłoniach  i  rozczarowaniem  na  twarzach  w

krępującym otoczeniu woni ptaków. Już miałem powiedzieć, żeby ze-rwali te kwiaty, ale oni wpatrywali
się teraz w drzwi pleba-nii, w których pojawił się ojciec Wingate, spokojnie ćmiąc papierosa. Zamienił
sutannę  na  kapelusz  typu  panama  i  koszulę  w  kwiaty,  czyli  na  strój  maklera  giełdowego,  ostrożnie
rozpoczynającego  wakacje.  Choć  wierni  zaczęli  uśmiechać  się  domyślnie  i  wymachiwać
modlitewnikami, ojciec Wingate nie zwracał na nich uwagi i zamknął drzwi plebanii na klucz.

Palił papierosa, ale wzrok skupił na mnie. Silne czoło przecinała mu głęboka zmarszczka, jak gdyby

jego  wierze  w  otaczający  świat  zadano  niedawno  poważny  cios  -  jak  gdyby  otrzymał  wiadomość  o
śmierci  bliskiej  siostrzenicy  albo  o  tym,  że  jego  najbliższemu  przyjacielowi  nie  pomoże  operacja
nowotworu.  Zdawał  się  całkowicie  pochłonięty  my-ślami  i  uwierzyłem  niemal,  że  nie  pamięta,  iż  jest
duszpa-sterzem w tej parafii, czeka więc przez roztargnienie, aż ja rozpocznę odprawiać nabożeństwo.

Mewy  znów  zaczęły  krążyć  w  górze.  Prowadzone  przez  fulmary,  okrążyły  kościół,  ocierając  się

background image

ciężkimi  skrzydła-mi  o  wieżę,  próbując  wyszarpnąć  ostatnie  cyfry  z  zegaro-wej  tarczy  i  położyć  kres
czasowi  przeszłemu  w  Shepper-ton.  Ptasie  odchody  rozbryzgiwały  się  na  samochodach  i  nagrobkach,  a
przestraszeni parafianie zaczęli wycofywać się w stronę basenu.

- Ojcze Wingate! - zawołał emerytowany żołnierz z la-ską. - Nie potrzebujesz pomocy?

Ale ksiądz nie zwracał na niego uwagi. Było widać, że pod osłoną słomkowego kapelusza jego silna

twarz  jakby  skurczyła  się  w  sobie.  Mewy,  krzycząc  przeraźliwie,  piko-wały  wśród  wiernych,  którzy
rozbiegli się do swoich samo-chodów.

Kiedy ostatni z nich odjechał, ojciec Wingate opuścił plebanię i ruszył w stronę kościoła. Odrzucił

papierosa  mię-dzy  nagrobki  i  skinął  mi  głową  rzeczowo.  -  No  dobrze...  Spodziewałem  się,  że
przyjdziesz.  -  Ksiądz  przyjrzał  się  mojemu  duchownemu  przebraniu,  jak-by  w  nadziei,  że  mnie  nie
rozpozna. - Ty jesteś Blake, ten pilot, który wczoraj u nas wylądował? Przypominam sobie twoje dłonie.

13

POJEDYNEK ZAPAŚNICZY

Pomimo tego powitania ksiądz nie próbował zachowy-wać się wobec mnie przyjaźnie. Widziałem w

nim  wciąż  napięcie  fizycznej  agresji,  które  zauważyłem  poprzedniego  dnia,  gdy  mnie  uratowano.  Kazał
mi iść za sobą do kościo-ła. Wyczułem, że miałby ochotę powalić mnie na ziemię, na jaskrawe kwiaty,
kiełkujące z moich pięt. Rozkopywał rośliny, rosnące mu na drodze, rzucając się na nie żywioło-wo, jak
bramkarz. Chciałem się odsunąć i poślizgnąłem się na mokrych od deszczu piórach.

Ojciec  Wingate  podtrzymał  mnie  za  ramiona.  Przyjrzał  się  moim  poranionym  ustom,  jakby

sprawdzając  w  myślach,  czy  pasuję  do  zgromadzonych  przez  niego  danych.  -  Wy-glądasz  na
oszołomionego, Blake. Może jeszcze nie cał-kiem zstąpiłeś na ziemię.

-  Burza  nie  dała  mi  zasnąć.  -  Odpechnąłem  ręce  księ-dza,  który  pocił  się  obficie  pod  koszulą  w

kwiaty.  W  przeciwieństwie  do  swoich  parafian  nie  wydzielał  żad-nych  ptasich  zapachów. Ale  też  nie
było go nigdy w moim śnie.

Postanowiłem go wybadać i zapytałem:

- Widziałeś ptaki?

Skinął głową z miną mędrca, przyjmując do wiadomo-ści, że uderzenie było celne.

-  Owszem,  widziałem.  -  Wskazał  kapeluszem  wieżę  ze-garową.  -  Wczoraj  w  nocy  latało  tu  kilka

bardzo dziwnych okazów. Moja gospodyni twierdzi, że całemu Shepperton śniła się w nocy ptaszarnia.

- Więc ty też miałeś ten sam sen?

Ojciec  Wingate  otworzył  drzwi  kościoła.  -  A  to  był  sen?...  Lżej  mi  na  duszy,  skoro  tak  mówisz,

Blake. - Wszedł do środka i gestem nakazał mi iść. - Do-brze... Miejmy to już za sobą.

Zajrzałem do nawy, próbując przebić wzrokiem ciepłe, stęchłe powietrze, a ojciec Wingate wrzucił

swój  kapelusz  do  chrzcielnicy.  Odwrócił  się  w  mdłym  świetle,  jak  gdyby  zamierzał  mnie  zaatakować.

background image

Cofnąłem się o krok, a wtedy ksiądz dźwignął najbliższą ławkę i zaczął przeciągać jej dębowy kształt na
drugą stronę nawy, rozrzucając śpiewni-ki kościelne po wykładanej kaflami posadzce. - Blake, weź j ą z
drugiej strony. Przyłóżmy się do roboty. Uniosłem ławkę, nie widząc w wątłym świetle niemal nic oprócz
kwiecistej koszuli księdza. Słyszałem, że dyszy chrapliwie, jak zwierzę w jamie, zmagające się z jakimś
wewnętrznym  kryzysem  osobistym.  Przenieśliśmy  ciężką  ławkę  pod  zachodnią  ścianę  nawy,  a  potem
wróciliśmy po kolejny klęcznik. Ojciec Wingate poruszał się z niecierpli-wą energią, niczym brygadzista
sceny,  któremu  dano  pięć  minut,  by  zrobić  miejsce  w  kościele.  Czyżby  wynajął  ten  budynek  wytwórni,
która nakręci tu jedną ze scen swojego lotniczego przeboju filmowego? Ojciec Wingate odrzucił wytarte
aksamitne poduszki, które mu przeszkadzały, przy-parł ramieniem pulpit do drzwi zakrystii, a potem lewą
ręką uniósł stos kilkunastu modlitewników, który przełamał się i wpadł do skrzyni po herbacie, stojącej
za  chrzcielnicą.  Spodziewałem  się,  że  lada  chwila  zajedzie  studyjna  furgo-netka  z  oddziałem
scenografów  i  aktorów  w  strojach  lotni-czych,  gotowych  zamienić  ten  parafialny  kościół  w  szpital
polowy we Flandrii albo kaplicę na pierwszej linii frontu, wybebeszoną przez moce ciemności.

Ojciec Wingate wrócił z zakrystii z dwiema dużymi płachtami materiału i zamknął drzwi prowadzące

na  chór.  Wyciągnął  świece  ze  srebrnych  świeczników,  a  potem  udra-pował  ołtarz  i  krucyfiks  białą
narzutą.

- Blake, jesteś tu jeszcze? Nie stój tak i nie śnij o swoich ptakach. Zwijaj dywany.

Obserwowałem  go  przy  pracy,  kiedy  krzątaliśmy  się  po  mrocznej  nawie,  demontując  wnętrze

kościoła.  Głębokie  bruzdy  na  twarzy  księdza  wypełniał  pot,  skapujący  jasnymi  kroplami  na  rozdarte
płytki  pod  naszymi  stopami.  Zrobił  raz  krótką  przerwę  i  usiadł  w  jednej  z  ław,  rozprostowując  ręce  i
nogi. Uznałem, że ten potężny mężczyzna znalazł się pod naciskiem jakiejś małej obsesji i wykorzystuje
mnie  jako  najkrótszą  drogę  rozwiązania  swoich  prywatnych  pro-blemów.  Podniósł  wzrok  na  witraże,
zastanawiając się, w jaki sposób ściągnąć je na ziemię.

Nie można było odmówić mu animuszu, ale czy rzeczy-wiście wiedział, co robi? Czy i jemu objawiła

się prorocza wizja holocaustu? Pomyślałem, że zareagował wyjątkowo rozsądnie, pakując wszystko, co
dało się wynieść z kościo-ła, aby bezpiecznie przechować te przedmioty, oraz zsuwa-jąc wszystkie ławy
pod  ścianę,  żeby  nawa  mogła  służyć  lu-dziom  jako  schronienie  i  punkt  pierwszej  pomocy  w  obli-czu
śmierci z nieba.

Ale obcesowy sposób, w jaki traktował modlitewniki, śpiewniki oraz portrety świętych i apostołów

w  złoconych  ramach,  które  wrzucał  bezładnie  do  drewnianej  skrzyni,  przekonał  mnie,  że  kieruje  nim
jeszcze  jeden  motyw  -  być  może  jakiś  plan,  w  którym  miałem  odegrać  wyznaczoną  mi  rolę.  Ojciec
Wingate  uprzątał  bowiem  pokłady  swojego  życia  z  nieco  zbyt  wielkim  zaangażowaniem.  Mimo  woli
podjąłem to fizyczne wyzwanie, które mi rzucił. Posuwaliśmy się od ławy do ławy, przeciągając klo-ce
zmęczonego  drewna  pod  ściany.  Zerwałem  z  siebie  ma-rynarkę,  odsłaniając  sińce  na  piersi.  Gdy
zmagaliśmy się z tymi ciężkimi kształtami, zrozumiałem, że mocuję się z pięćdziesięcioletnim księdzem,
chcąc  mu  dorównać  siłą  nadgarstków  i  ramion.  Oddaleni  na  długość  ławy,  manew-rowaliśmy  w
poszukiwaniu  jak  najlepszej  pozycji  na  wil-gotnych  kaflach,  wytężając  mięśnie,  żeby  utrzymać  wiel-
kiego, sztywnego węża.

Podekscytowany  wonią  naszych  ciał  i  potem,  pokrywa-jącym  cienką  warstwą  kamienną  posadzkę,

przyglądałem  się  z  radością  krwi,  która  trysnęła  mi  z  kłykci.  Ogarnęło  mnie  niemal  homoerotyczne
podniecenie.  Przeciągnąłem  ostatni  klęcznik  przez  otwartą  nawę,  wykręcając  go  z  rąk  księdza,  który
usiłował dotrzymać mi kroku. Niczym syn, popisujący się swą siłą i wytrzymałością, chciałem, żeby mnie

background image

podziwiał.

- Dobrze, Blake... Jestem już zupełnie wyczerpany. Do-brze.

Dysząc  chrapliwie,  ojciec  Wingate  zgiął  się  wpół  na  sa-mym  środku  zapylonej  nawy.  Na  jego

kwiecistej koszuli widać było cętki mojej krwi. Wciąż nie był pewien, kim byłem i co sprowadziło mnie
do  Shepperton,  ale  podniósł  na  mnie  wzrok  z  nieoczekiwaną  czułością  człowieka,  od-krywającego,  że
nieznajomy,  z  którym  się  mocował,  jest  jego  własnym  synem.  Od  tej  chwili  zacząłem  darzyć  księ-dza
renegata pełnym zaufaniem.

Później,  kiedy  zamiotłem  już  nawę,  ojciec  Wingate  po-otwierał  drzwi  i  wpuścił  do  środka  świeże,

poranne  powie-trze,  żeby  usunęło  kurz  z  kościoła.  Patrzył,  jak  wiatr  niepo-koi  płachty,  udrapowane  na
ołtarzu  i  chrzcielnicy  i  jak  prze-rzuca  kartki  porzuconych  śpiewników.  Ów  akt  autowanda-lizmu  nie
zrobił  na  nim  chyba  żadnego  wrażenia,  bo  spo-kojnie  nałożył  znów  swój  słomkowy  kapelusz.  Otoczył
mnie ramieniem, chcąc się na mnie oprzeć, i pozwolił mi się za-prowadzić do zakrystii.

Jego  dłonie  nie  pasowały  do  sińców  na  mojej  piersi.  Jesz-cze  raz  poczułem  przypływ  sympatii  do

tego  człowieka,  i  żal,  że  to  nie  on  przywrócił  mnie  do  życia.  Nigdy  dotąd  nie  czułem  się  zależny  od
człowieka  starszego  od  siebie  ani  też  dumny  z  zaufania,  jakie  we  mnie  pokładał.  Byłem  teraz
powracającym synem marnotrawnym, młodym, latającym księdzem, a więc nie tylko jego spadłym z nieba
synem, lecz również i następcą.

W moim mózgu zaczęły powstawać wizje niezwykłych ceremonii i dziwacznych rytuałów.

Ojciec Wingate otworzył drzwi zakrystii. Niemal w tym samym momencie zobaczyłem jasne słońce,

które biło przez sporą dziurę w dachu, oświetlając spękane kafle posadzki i szafki z eksponatami. Było
ich  tu  pełno.  Za  szybami  spo-czywały  czerepy  i  guzy  starych,  wygładzonych  kości  -  wszystko,  co
pozostało na jakiejś pradawnej plaży skamie-niałości.

-  Zanim  odejdę,  każę  naprawić  dla  ciebie  dach.  -  Ojciec  Wingate  ukląkł  na  podłodze  i  podniósł

skrwawione  pióro.  -  W  czasie  burzy  wpadło  tu  jakieś  olbrzymie  ptaszysko.  Pew-nie  jeden  z  kondorów
uciekł z zoo. Stark nie uważa na te swoje zwierzaki.

Wziąłem  od  niego  pióro  i  podniosłem  je  do  ust,  smaku-jąc  znów  zapach  nocnego  powietrza  i  łoju

moich  skrzydeł.  Ojciec  Wingate  podprowadził  mnie  do  laboratoryjnego  stołu,  zaopatrzonego  w
mikroskop  i  uchwyt  na  soczewkę.  Widzia-}em  w  swojej  wizji  kompletny  szkielet  jakiejś  skrzydlatej
istoty,  ale  pod  soczewką  znajdowała  się  tylko  jedna  drza-zga  kostna  w  kształcie  niewielkiego  rydelka,
którego  sęka-te  krawędzie  i  dziobate  szwy  ujawniło  światło.  Jedynie  z  trudem  można  było  ją  nazwać
kością - była tak stara, że zaczęła powracać do swojego pierwotnego, mineralnego stanu, przypominając
węzeł  zwapnionego  czasu,  upamięt-niający  jakiś  krótki  okres  życia  sprzed  wielu  milionów  lat.  Ojciec
Wingate ustawił mnie nad soczewką, w której pływała kość niczym prastara planeta.

-  Znalazłem  ją  na  plaży  kilka  chwil  po  twoim  przyby-ciu,  Blake.  Wyrzuciła  ją  z  pewnością  fala,

spowodowana upadkiem twojego samolotu, jesteś więc w pewnym sensie współodkrywcą tej kości. To
bez  wątpienia  moje  najbar-dziej  zdumiewające  znalezisko.  Zawiniłem,  zatrzymując  je  dla  siebie,  choć
tylko na kilka dni... Tak czy owak, pozwól, że przedstawię jednego lotnika drugiemu. Oczywiście trze-ba
to  będzie  jeszcze  potwierdzić,  ale  jestem  niemal  pewien,  że  mamy  do  czynienia  z  częścią  przedniej
kończyny pew-nej prymitywnej ryby latającej... Widać, w którym miejscu łączyła się z błoną skrzydła. To

background image

prawdziwa ryba latająca, przodek archeopteryksa, najstarszego znanego nam dotąd ptaka.

Wpatrywał  się  w  swój  skarb,  trzymając  mi  uspokajająco  rękę  na  ramieniu,  jak  gdyby  zdawał  sobie

sprawę  ze  związ-ku  między  moim  niemal  śmiertelnym  lotem  a  długą  podró-żą  mojego  uskrzydlonego
antenata  przez  czas  geologiczny,  który  przywiódł  go  na  to  rendez-vous  na  stole  laboratoryj-nym.  Przez
dach wpadało do środka światło słońca, dotykając tej kości jak relikwii nowej, powietrznej święto-ści.

- Ojcze Wingate, powiedz mi... Dlaczego stąd odcho-dzisz?

Ksiądz  przyglądał  mi  się,  zdumiony,  czemu  o  to  pytam,  i  położył  swoje  duże  dłonie  na  szafkach  z

eksponatami. - Blake, to jest teraz moja prawdziwa praca. Nawet gdy-byś do nas nie przybył, musiałbym
jej  poświęcić  cały  swój  czas.  Nawiasem  mówiąc,  nie  powinienem  był  cię  tak  za-męczać.  Wiem,  że
najbliższe dni będą stanowić dla ciebie sprawdzian nie lada.

Podniosłem wzrok na poszarpaną dziurę w dachu, przez którą tu wpadłem we śnie. Odwróciłem się

do ojca Winga-te’a, odczuwszy nagle potrzebę opowiedzenia mu o mojej dziwnej wizji, o strachu, który
czułem na myśl, że umarłem i o tym, w jaki sposób stałem się rozbitkiem w Shepperton.

- Chodzi mi o wypadek, ojcze. Przecież byłeś przy tym. Doktor Miriam twierdzi, że przebywałem pod

wodą co naj-mniej dziesięć minut. Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że wciąż jestem uwięziony w
samolocie. - Nie, Blake! Ty się oswobodziłeś! - Ksiądz mocno ści-snął mnie za ramiona, jak gdyby chcąc
sprowokować, że-bym się bronił. - Właśnie dlatego zamknąłem kościół. Jak to się stało, tego nie wiem.
Ale  wiem,  że  przeżyłeś.  Właści-wie  wierzę,  że  przeżyłeś  nie  śmierć,  a  życie.  Uratowałeś  się  przed
życiem...

- Nie umarłem.

- Wierz mi, Blake, od wczoraj wydaje mi się, że to ty żyjesz, ale my jesteśmy martwi. Łap się każdej

szansy, choć-by najdziwniejszej.

Pomyślałem o parkingu przed kliniką i o gwałcie, które-go niemal dokonałem na Rachel.

- Ojcze, wczoraj próbowałem zgwałcić niewidomą dziewczynkę. I nie wiem, dlaczego.

- Widziałem... Ale pohamowałeś się. Kto wie, czy grze-chy na tym świecie nie stają się metaforami

cnót na tamtym. Być może ty będziesz mógł nas przeprowadzić przez te drzwi, Blake. Ja też odczuwałem
te obłąkane pod-niety...

Przypatrywał  się  przez  soczewkę  kawałkowi  tej  swojej  skrzydlatej  ryby.  Ze  stojącego  z  tyłu

mosiężnego  stołu  za-brałem  butelkę  mszalnego  wina,  powziąwszy  postanowie-nie,  żeby  trzymać  się  z
dala od kościoła. Sympatycznego, ale pomylonego księdza uczyniłem swoim ojcem, kolejnym członkiem
rodziny,  jaką  utworzyłem  wokół  siebie  spośród  świadków  wypadku.  Widziałem  już  te  wszystkie
ekspona-ty. Zapamiętałem dokładnie każdą kość, wytrawioną przez poświatę księżyca, kiedy leżałem tu
na podłodze wśród ga-blot, słuchając przeraźliwego krzyku ptaków, tłukących się w seksualnym szale o
wieżę  kościoła.  Pamiętałem  kości  goleniowe  archaicznego  dzika  oraz  ledwo  przypominający  ludzką
czaszkę czerep prymitywnego mieszkańca tej doli-ny, żyjącego nad rzeką sto tysięcy lat temu, pamiętałem
mostek  antylopy  i  skrystalizowany  kręgosłup  ryby,  które  składały  się  razem  na  kształt  dziwnej  chimery.
Pamiętałem  też  ów  przerażający  szkielet  uskrzydlonego  człowieka.  Na  sztalugach  przy  stole

background image

laboratoryjnym stał rysunek, nad którym pracował ojciec Wingate, gdy doszło do wy-padku - szlachetny
papier znaczyły rozbryzgi wody. Ksiądz zakończył już szkic, na którym przedstawił tonący samolot oraz
wizerunek skrzydlatej istoty, którą się stałem, kiedy płynąłem na brzeg. Byłem po trosze człowiekiem, po
tro-sze zaś rybą i ptakiem.

14

UDUSZONY SZPAK

Groby  porastały  jaskrawe  kwiaty  o  zdławionych  nasie-niem  płatkach,  pasących  się  słońcem.  Pijany

winem  mszal-nym  ruszyłem  przez  park  z  opróżnioną  do  połowy  butelką  w  dłoni.  Za  opustoszałymi
kortami  tenisowymi  leżała  rze-ka,  jak  wzburzone  zwierciadło,  które  czeka  tylko,  żeby  mnie  oszukać.
Powietrze wokół stało się żółtym, wibrującym bęb-nem. Liście drzew obciążał ładunek słońca, a każdy
liść  był  jak  migawka,  gotowa  odsunąć  się  i  odsłonić  miniaturowe  słońce,  jak  pojedyncze  okno  w
olbrzymim, adwentowym kalendarzu natury.

Widziałem  to  samo  przenikliwe  światło  w  oczach  jele-nia,  który  szedł  moim  śladem  do  kliniki,  w

rtęciowej  korze  srebrzystej  brzozy  i  w  nieruchomych  korpusach  uschłych  wiązów.  Ale  teraz  po  raz
pierwszy się nie bałem. Spotkanie z księdzem pomogło mi zrozumieć, jak to jest, kiedy czło-wiek cieszy
się  zaufaniem  ojca,  które  dodawało  mi  otuchy,  podobnie  jak  zaufanie  pani  St.  Cloud.  Naznaczyłem  ich
oboje  swoją  krwią.  Ziemia  serca  pełnego  pewności  pod  moimi  stopami  i  wyznaczone  mi  nareszcie
miejsc& wpra-wiały powietrze w wibracje.

Byłem już przekonany, że światło pochodzi w tym sa-mym stopniu ode mnie, co od słońca.

Uspokajając  się  w  duchu,  doszedłem  do  opustoszałego  parkingu  przed  kliniką.  Na  tarasie  oddziału

geriatrycznego siedziało kilkoro staruszków, przyglądających mi się z za-interesowaniem, gdy z butelką
w ręce wyłoniłem się spo-między drzew. Klinika miała być tego dnia zamknięta. Li-czyłem, że spotkam
doktor Miriam, bo chciałem jej opo-wiedzieć, jak ojciec Wingate zamknął kościół -jutro w po-czekalni
lekarki  byłoby  tłoczniej  niż  zwykle  ze  względu  na  rozpaczających  parafian,  ogarniętych  niedowładem
psycho-somatycznym  -  ale  też  chciałem  się  z  nią  zobaczyć  również  dlatego,  by  zademonstrować  znów
odzyskaną pewność siebie.

Przytknąłem  butelkę  do  ust  i  przyjrzałem  się  wiszącym  na  słupach  przed  kliniką  tabliczkom

informacyjnym  z  listą  chorób,  brzmiącą  niczym  lista  przeznaczenia.  Machnąłem  zachęcająco  butelką  w
stronę  starych  pacjentów.  Kopulu-jąc  z  nimi,  z  danielem  w  parku,  ze  srokami  i  szpakami,  mógł-bym
wyzwolić  światło,  skryte  za  migawką  rzeczywistości,  jaką  każdy  nosił  tu  przed  sobą  niczym  tarczę.
Stapiając się z ich ciałami, łącząc się w jedno z pniami srebrnych brzóz i uschłych wiązów, podgrzałbym
ich tkanki do gorączko-wej temperatury prawdziwego, właściwego im blasku. Butelka roztrzaskała się u
moich  stóp,  a  resztka  wina  wylała  się  na  buty  tenisowe.  Rozejrzałem  się  dokoła  męt-nym  wzrokiem  w
poszukiwaniu  czegoś  do  roboty,  czyli  kogoś,  komu  mógłbym  zawrócić  głowę  moimi  mesjanistycz-nymi
rojeniami. Na tyłach kliniki, na swojej prywatnej łące, bawiły się dzieci, sunące w bezczasowym śnie po
jaskrawo rozjarzonej trawie. Szeroka głowa Davida płynęła wśród maków niczym kwadratowy balon, na
którym  ktoś  wyma-lował  wizerunek  jego  sympatycznego  oblicza.  Za  nim  uj-rzałem  Rachel,  biegnącą  z
pogodnym  uśmiechem  między  kwiatami  o  płatkach  koloru  krwi.  Obok  rozkołysanym  kro-kiem,  podążał
wydający okrzyki radości Jamie, z twarzą wzniesioną do słońca, jak gdyby mógł w jego lustrze zoba-czyć
swoją twarz.

background image

Uradowany,  że  mogę  do  nich  dołączyć,  porzuciłem  par-king  i  ruszyłem  niepewnie  w  kierunku  łąki.

Dzieci  swoimi  tajemnymi  zabawami  ożywiały  głęboką  trawę.  Kiedy  mnie  poznały,  zaczęły  krzyczeć  z
radości.  Śmigały  wokół,  popis-kując,  kiedy  z  rozpostartymi  ramionami,  udającymi  skrzy-dła  samolotu,
rzuciłem się za nimi na oślep. Między noga-mi Jamiego zauważyłem błysk białej flagi. - Jestem za tobą,
Rachel!...  Jamie,  lecę  nad  tobą!...  Skakałem  za  nimi  w  trawie  gwałtownymi  susami,  zda-jąc  sobie
sprawę, że dla mnie to nie jest zabawa. Bo gdy-bym złapał jedno z tych dzieci...

Na szczęście prześlizgnęły się obok i ciągnąc za sobą białą flagę jak pułapkę, zniknęły w okolicach

leżącej nad rzeką altany.

Wszedłem  pod  jej  cienisty  daszek  i  przystanąłem  przy  grobie,  tym  wieloznacznym  pomniku  dla

kwiatów.  Zauwa-żyłem,  ile  pracy  włożyły  w  niego  dzieci  i  jak  głęboko  na-tchnęło  je  moje  przybycie.
Grób  wypełniały  martwe  sto-krotki  i  maki,  a  drewniany  krzyż  zdobił  pasek  białego  me-talu,  będącego
częścią  czubka  skrzydła  cessny.  Oderwał  go  prąd,  a  woda  wyrzuciła  blachę  na  brzeg.  Oszołomiony
wonią  martwych  kwiatów,  postanowiłem  spocząć  w  tym  luksusowym  grobie.  Słońce  świeciło  teraz
dokładnie nad naszymi głowami, a gorąco, uwięzione na samotnej łące, obudziło tysiące żyjących na niej
owadów.  Cykady  świergotały  i  skrzypiały,  a  ważki  ociekały  elektrycz-nymi  błyskami  w  duszącym
powietrzu.  Dziesięć  stóp  ode  mnie,  na  gałęzi  brzozy,  siedział  niecodzienny  w  nadrzecz-nym  miasteczku
gość  -  szkarłatna  ara,  której  bajeczne  upie-rzenie  ledwie  wytrzymywało  porównanie  z  widmem  zelek-
tryzowanego światła. Łąka została wchłonięta przez samą siebie i rozdęła się każdym soczystym listkiem.
Ułożyłem się dostojnie wśród kwiatów. Słońce grzało moją posiniaczoną pierś, a ja poczułem przypływ
energii  seksualnej,  która  ścigała  mnie  przez  cały  dzień.  Pomyśla-łem  o  doktor  Miriam  i  jej  matce,
pomyślałem  o  dzieciach.  Musiałem  z  nimi  spółkować,  z  tymi  kołyszącymi  się  sta-ruszkami  i  z  ciepłą
ziemią, musiałem, jak złoty wąż, zrzu-cić swą lśniącą skórę. Znowu nabrałem pewności, że całą tutejszą
obfitość  życia  zrodziło  moje  ciało,  emitujące  życie  poprzez  pory  skóry  i  sińce  w  kształcie  dłoni,
odciśnięte na moich żebrach.

Na  łąkę  weszły  dwa  daniele.  Zaczęły  rozgarniać  pyska-mi  rozgrzaną  trawę.  Wyobraziłem  sobie,  że

wstąpiłem w ciała tych bojaźliwych zwierząt. Marzyłem, żeby na nowo zaludnić Shepperton, zasiewając
w  łonach  niczego  nie  po-dejrzewających  gospodyń  domowych  całą  świtę  ekscen-trycznych  istot,
skrzydlatych  noworodków,  przypominają-cych  chimery  synów  i  córek,  porośniętych  czerwonymi  i
żółtymi piórami ar. Ich tajemnicze ciała, wyposażone w rogi danieli i łuski pstrąga tęczowego, będą się
trzepotać za szybami wystaw supermarketu i sklepów z artykułami go-spodarstwa domowego.

W poszukiwaniu wina zacząłem myszkować wśród kwia-tów. Po chwili uniosłem w dłoni pierzastą

portmonetkę, którą schowały tu dzieci. Przypomniałem sobie, że doktor Miriam nie dała mi pieniędzy na
bilet  powrotny  na  lotni-sko.  Miałem  właśnie  otworzyć  portfelik,  gdy  okazało  się,  że  trzymam  w  ręce
jeszcze ciepłe ciało uduszonego szpaka. Wpatrywałem się w jego nakrapiane pióra i zwisła bezwład-nie
szyję,  nasłuchując,  jak  Jamie  pohukuje  przeraźliwie  zza  drzew.  Podrażnioną  słońcem  skórę  pokryła  mi
nagle  wy-sypka  -  na  moich  ramionach  i  piersi  pojawiły  się  pręgi,  przy-pominające  ukąszenia
niewidzialnych szerszeni, jak gdyby jakaś nieznana istota chciała dzielić ze mną moją skórę. Musiałem ją
zrzucić.

Wygramoliłem się z grobu, strzepując z ramion obłok płatków, i pobiegłem przez trawę ku rzece. Ze

wszystkich  stron  podrywały  się  ptaki,  setki  szpaków  i  zięb,  uciekają-cych  mieszkańców  obłąkanej
ptaszarni.  Jasny,  słoneczny  niedzielny  poranek  i  podwajające  się  lato  wśród  jaskrawych  kwiatów
przyciągnęły  do  parku  tłumy  gości.  W  trawie  le-żały  pary  młodych  ludzi.  Ojciec  bawił  się  z  synem
olbrzy-mim  pudełkowym  latawcem.  Trupa  aktorów  z  jakiegoś  ama-torskiego  zespołu  odbywała  w

background image

szekspirowskich  strojach  pró-bę  wśród  zieleni,  a  miejscowe  towarzystwo  artystyczne  urzą-dziło
wystawę  pod  gołym  niebem,  choć  skromne  obrazy  utonęły  w  powodzi  chrapliwych  wrzasków  ary.
Dusząc  się  w  rozgrzanym  nie  do  wytrzymania  słońcu,  puściłem  się  ku  rzece.  Po  drodze  przewróciłem
jakąś małą dziewczynkę, drepczącą w ślad za białą gołębicą. Dźwig-nąłem dziecko na nogi, włożyłem jej
ptaka  w  dłonie  i  popę-dziłem  wzdłuż  kortów  tenisowych.  Piłki  śmigały  jak  koń-cówki  biczów,  żądląc
mnie  w  oczy.  W  nadziei,  że  spotkam  Miriam  St.  Cloud,  ruszyłem  biegiem  między  uschłymi  wią-zami,
dopingowany  okrzykami  grupki  plażowiczów,  siedzą-cych  na  trawiastym  zboczu.  Minąłem  ich  jednym
susem i czując, że płonie mi skóra, wskoczyłem ponad jakimś roz-szczekanym psem do chłodnej wody.

15

PŁYWAM JAK GRENLANDZKI

WIELORYB

Leżałem  w  szklanym  domu,  zapadając  się  przez  nieskoń-czone  podłogi  wodnych  kaskad.  Nade  mną

wznosiło  się  ilu-minowane  sklepienie,  jak  odwrócona  galeria  przezroczy-stych  ścian,  zawieszonych  na
powierzchni.  Niesione  gościn-nym  nurtem  diatomity  zdobiły  klejnotami  ławice  ryb,  które  podpływały,
żeby mnie powitać. Rozglądałem się za swo-imi rękami i nogami, ale moje kończyny zniknęły - zmieni-ły
się w potężny ogon i płetwy.

Pływałem jak grenlandzki wieloryb.

Schłodzony kojącym strumieniem w tym królestwie wolnym od kurzu i upału, pożeglowałem w stronę

słońca, rozrywając powierzchnię wody w bryzgach piany. Kiedy zawisłem w powietrzu i ukazałem się
oczom setek ludzi na brzegu, doleciały mnie okrzyki zaskoczonych dzieci. Wy-ciągnąłem się i opadłem na
wodę,  goniąc  światło  słońca  w  szalonym  labiryncie.  Ponownie  wyskoczyłem  na  po-wierzchnię  i
strząsnąłem sznur kropel ze swoich wspania-łych ramion na zachwycone dzieciaki. Kiedy wykonywa-łem
obrót w powietrzu, zza drzew wyłonili się tenisiści, by wiwatować na moją cześć. Jakiś wędkarz sięgnął
do siatki i rzucił mi kiełbia niczym pocisk, który chwyciłem w zęby. Popisywałem się przed nimi, a całe
Shepperton  przy-szło,  żeby  mnie  zobaczyć.  Miriam  St.  Cloud  stała  z  matką  na  trawniku  tudoriańskiej
rezydencji,  zadziwiona  moją  śli-ską  pięknością.  Ojciec  Wingate  otworzył  na  plaży  gablotę  ze  swoimi
eksponatami, mając nadzieję, że eksplodująca po moim upadku fala wyrzuci na brzeg jakąś kolejną rzad-
ką  skamieniałość,  a  Stark  stał  w  obronnej  pozie  na  końcu  pomostu  w  swoim  wesołym  miasteczku.
Obawiał się, że mogę wstrząsnąć jego przerdzewiałymi palami. Chcąc ich nakłonić, by przyłączyli się do
mnie, gnałem w koło we wzburzonej wodzie, goniłem własny ogon ku uciesze dzie-ci, wydmuchiwałem
fontanny piany w obłokach rozsłonecz-nionej mgiełki wodnej i pluskałem się tam i z powrotem po rzece
płytkimi skokami, tkając z powietrza i wody koron-kowy obrus piany.

Zatopiona  cessna  spoczywała  niżej  na  dnie  rzeki,  na  swoim  świetlnym  podium.  Chcąc  wyrwać  się

stamtąd  na  zawsze,  popłynąłem  w  dół  rzeki,  ku  przystani,  gdzie  nurza-ły  się  ostre  jak  brzytwy  kile
jachtów, mogące mi przeciąć kręgosłup. Zamierzałem je ominąć i ruszyć do ujścia Tami-zy, na otwarte
morze i polarne oceany z chłodnymi górami lodowymi.

Lecz  kiedy  po  raz  ostatni  spojrzałem  na  Shepperton,  wzruszyłem  się  na  widok  stojących  na  brzegu

mieszkań-ców  miasteczka.  Mieli  nadzieję,  że  wrócę,  zarówno  tenisi-ści,  jak  szekspirowscy  aktorzy,
dzieci i ojciec z synem, ba-wiący się pudełkowym latawcem, który zapadł się w ich ramionach niczym
pusty  w  środku  prezent,  jak  młodzi  ko-chankowie  i  starsze  małżeństwa,  i  jak  Miriam  St.  Cloud  i  jej

background image

matka,  przyzywające  mnie  gestem  niby  postacie  ze  snu.  Zawróciłem  i  popędziłem  z  powrotem  ku  nim,
rozko-szując  się  radosnymi  okrzykami  tych  ludzi.  Jakiś  młodzie-niec  zrzucił  koszulę  i  spodnie,  a  potem
skoczył  głową  w  dół  do  naelektryzowanej  wody.  Przecięło  go  kilkanaście  świetlnych  pręg,  a  potem
młodzieniec wypłynął na powierzchnię pod postacią wysmukłego i zgrabnego miecz-nika.

Po chwili jedna z kobiet, ubrana w strój tenisowy, zsu-nęła się z wilgotnej od wodnej mgiełki trawy i

skoczyła  do  rzeki.  W  nawale  bąbelków  śmignęła  koło  mnie  jako  zwin-ny  jesiotr.  Śmiejąc  się  z  siebie
nawzajem, jakaś starsza ko-bieta i jej mąż pozwolili się zepchnąć z brzegu grupce mło-dzieży, i wyłonili
się zaraz z rozdartej chmury piany jako para dystyngowanych wargaczy. Kilkanaścioro dzieci wsko-czyło
w bystry nurt i umknęło przede mną pod postacią ła-wicy srebrzystych uklejek.

Ludzie wchodzili do wody wzdłuż całej plaży. Ojciec i matka brodzili w falach, prowadząc za ręce

dzieci,  by  po  chwili  zamienić  się  w  rodzinę  złotych  karpi.  Na  plaży  sie-działy  też  dwie  młode
dziewczyny,  które  zanurzyły  się  po  pas  i  zachwycały  się  eleganckimi  ogonami,  jakie  leniwie  wyłaniały
się z ich pokrytych wodą bioder. Zdjęły radośnie koszulki i wyglądały teraz jak odpoczywające syreny o
na-gich  piersiach.  Pozwoliły  wciągnąć  się  w  wodę,  którą  zle-wałem  je  delikatnie  moim  olbrzymim
ogonem,  wodę,  przy-pominającą  koronkową  poszwę,  narzuconą  na  dwie  nagie  kochanki.  Gdy  włosy
rozpuściły im się w pianie, dziewczy-ny stały się dwoma rozdokazywanymi delfinami i zniknęły w rzece,
pełnej  cisnących  się  wokół  szczupaczków  i  ukle-jek.  Jakaś  otyła  kobieta  w  kwiecistej  sukience  runęła
bez  tchu  do  wody  i  odpłynęła  w  dal  jako  stateczna  krowa  mor-ska.  Trupa  szekspirowskich  aktorów
wkroczyła nieśmiało w niespokojny nurt - kobiety unosiły krynoliny, by nie za-nurzać ich w splamionej
piaskiem pianie, a potem zapadły się pod powierzchnię wody, przemienione w uczestniczki podwodnego
korowodu  ławicy  anielskich  ryb,  przystrój  o-nych  kryzami  przezroczystych  skrzeli  i  pierzastymi,  deli-
katnymi wąsami.

Na  brzegu  wciąż  wahało  się  kilka  osób.  Skoczyłem  po-nad  zatłoczonymi  falami,  zachęcając  ich,  by

porzucili du-szące powietrze. Grupka tenisistów odłożyła rakiety i dała nurka do wody, która uniosła ich
natychmiast  pod  postacią  pięknych  białych  rekinów.  Rzeźnik  i  jego  powabna  żona  podreptali  w  dół
trawiastego zbocza, zanurzyli się i odpły-nęli przed siebie jako dwa ogromne żółwie morskie, koły-sząc
pancerzami.

Niemal całe Shepperton dołączyło do mnie, pływając w swym nowym królestwie. Krążyłem wzdłuż

plaży,  na  któ-rej  leżały  porzucone  rakiety  tenisowe,  latawiec,  grające  wciąż  odbiorniki  radiowe  i
zapomniane koszyki, jakie za-biera się zazwyczaj na wycieczki. Na brzegu pozostało tyl-ko kilka osób:
Miriam St. Cloud, jej matka, ojciec Wingate, stojący na plaży, Stark i troje upośledzonych dzieci. Obser-
wowali mnie wszyscy ze znanych mi już stanowisk, ale ich twarze były pozbawione wyrazu, przesłonięte
welonem kro-pelek wody, jak gdyby tkwili w jakimś głębokim śnie, do którego ja nie miałem dostępu.

Wiedziałem, że nie są jeszcze gotowi, żeby się do mnie przyłączyć, i że to oni, nie ja, są pogrążeni we

śnie.  Zostawiłem  ich  i  popłynąłem  dalej,  na  rozświetlone  słoń-cem  wody.  Otoczyło  mnie  wielkie
zgromadzenie  ryb,  które  prowadziły  mieczniki,  widziałem  jednak  także  stada  mor-świnów,  łososi,
wargaczy,  pstrągów  tęczowych,  delfinów  i  krów  morskich.  Ciągnąc  za  sobą  promienie  słoneczne,  opa-
dłem  na  dno.  Razem  moglibyśmy  dźwignąć  samolot  i  po-nieść  go  w  dół  rzeki,  do  ujścia  Tamizy  i  na
otwarte  morze  -  maszyna  stałaby  się  powozem  koronacyjnym,  w  którym  powiódłbym  mieszkańców
miasteczka ku przepastnym głę-binom ich prawdziwego życia.

Słońce  zaczęło  przygasać.  W  odległości  kilku  cali  przez  zalaną  szybę  ujrzałem  niewyraźnie

wykrzywioną  grymasem,  niegdyś  ludzką  twarz.  Wsparty  o  deskę  rozdzielczą  spoczy-wał  w  kabinie

background image

topielec w kasku lotniczym. Otwarte usta zastygły w zdumieniu śmierci, a ramiona trupa pochylały się ku
mnie z prądem rwącym przez drzwi kabiny. Przerażony jego rozkołysanym uściskiem, odwróciłem się i
wpłynąłem  na  oślep  wprost  w  ogon  samolotu.  Powie-trze  uszło  mi  gwałtownie  z  płuc  w  rozbuchanej
wodzie.  Nie  byłem  już  wielorybem,  rzuciłem  się  więc  na  powierzchnię  wśród  setek  pierzchających  na
boki ryb. Z samolotu ode-rwał się kawałek białej tkaniny, który unosił się ku górze przez wodę. Ruszyłem
jego  śladem,  przedzierając  się  mo-zolnie  na  powierzchnię.  Chwyciłem  powietrze  w  ostatnim,
wyczerpującym pędzie do słońca.

Obudziłem się na pełnej owadów łące. Leżałem na wil-gotnych kwiatach, wypełniających grób. Troje

upośledzo-nych  dzieci  przyglądało  mi  się  spośród  maków  kilka  kro-ków  dalej.  Oblewał  mnie  pot,
przesiąkający przez mary-narkę i spodnie, a ja byłem zbyt zmęczony, żeby przemó-wić do dzieci. Mijał
mi dziwny ból głowy. Oddychałem nie-równo, jakby po raz pierwszy usiłując skupić wzrok na ja-skrawo
ubarwionych  ptakach  i  kwiatach  na  łące.  Znów  przy-pomniałem  sobie  o  swoich  rozbitych  ustach  i
posiniaczonej  piersi,  zastanawiając  się,  czy  martwy  pasażer  cessny,  które-go  widziałem  we  śnie,
próbował mnie utopić. Ale mimo całej realności łąki wiedziałem, że ta rozgrza-na trawa, ważki i maki
należą  do  innego  snu,  i  że  moja  go-rączkowa  wizja,  w  której  pływałem  jako  grenlandzki  wie-loryb,
stanowiła kolejne okno, wychodzące na moje praw-dziwe życie.

Stanąłem na nogi i strzepnąłem płatki z marynarki. Dzieci odeszły dalej, być może poskromione tym,

co  zobaczyły.  Zaduszony  szpak  leżał  wśród  martwych  stokrotek.  Jamie  odwrócił  się  na  swych  skutych
klamrami  nogach,  unikając  mojego  wzroku,  ale  jego  drobną  twarz  marszczyła  troska,  jak  gdyby  chciał
mnie przeprowadzić przez boży sąd tej wizji. Trzymał w dłoniach martwego wróbla - kolejną sa-kiewką,
którą miał złożyć w grobie.

Gdy  dzieci  zniknęły,  ruszyłem  samotnie  poprzez  późne  popołudnie.  Ubranie  pokrywała  mi  warstwa

kilku tęcz i kon-fetti płatków, jak gdyby chodziło o uczczenie moich zaślu-bin z łąką. Ludzie wracali znad
rzeki  do  swoich  domów  -  tenisiści,  młodzi  rodzice  z  dziećmi,  stare  kobiety  i  ich  mę-żowie.  Twarze
mieszkańców  rozświetlała  energia,  jakiej  ni-gdy  przedtem  nie  widziałem.  Kiedy  mnie  mijali,  zauważy-
łem, że mieli mokre ubrania, jakby złapał ich niespodzie-wany deszcz.

16

SZCZEGÓLNY GŁÓD

Dopiero  teraz,  po  tej  drugiej  wizji,  ja  i  Miriam  St.  Cloud  zaczęliśmy  rozumieć,  co  dzieje  się  w

Shepperton.  Kiedy  wyszedłem  z  parku  i  dotarłem  w  pobliże  rezydencji,  Mi-riam  czekała  na  mnie  na
trawniku.  Obserwowała,  jak  idę  ku  niej  przez  nasyconą  wodną  mgiełką  trawę,  i  potrząsała  głową  na
widok nieodpowiedzialnego pacjenta, który sa-mowolnie naraża zdrowie na szwank. Wiedziałem, że Mi-
riam już się mnie nie boi, ale wciąż ma nadzieję, że wyjadę z tego niegdyś spokojnego miasta.

-  Nie  mógłbyś  pozbyć  się  tych  ptaków,  Blake?  -  Mi-riam  wskazała  wrzeszczące  ptaki  morskie,

kołujące nad spla-mioną płatkami piany wodą jak aktorzy w porzuconej fan-tazji, którą zostawiłem leżącą
gdzieś  w  nieładzie.  Do  arktycznych  mew  dołączyło  stado  fulmarów  i  kor-moranów  -  co  najmniej
kilkanaście tych ciężkoskrzydłych drapieżników łakomie przeczesywało dziobami rzekę, po-lując z czymś
w rodzaju żałosnej i rozkojarzonej histerii na ryby, które wyczarowałem w swojej wizji. Ale te ryby pły-
wały teraz tylko w słonecznych lagunach mojej głowy. Mimo że przybrała agresywną postawę i gniewała
się, to jednocześnie troszczyła się o mnie tak, jak młoda żona o męża. Byłem pewien, że w jakiś sposób
udało  jej  się  zo-baczyć  moją  wizję,  choćby  tylko  w  postaci  przelotnego  ob-razu  prawdziwego  świata,

background image

który z wolna odsłaniałem, roz-suwając kotary, tłumiące dotąd Shepperton i całą resztę tego zastępczego
dominium.  Gdy  zdjąłem  przemoczoną  mary-narkę,  palce  Miriam  przebiegły  mi  przez  piersi  i  plecy  w
poszukiwaniu świeżych ran.

- Pływałem w rzece - powiedziałem. - Ty też powinnaś była wejść do wody.

- Przypuszczam, że była cudowna. Masz szczęście, że żyjesz... W rzece był miecznik. - A widziałaś

wieloryba? Potrząsnęła głową, wpatrując się niemal z rozpaczą w rozwrzeszczane mewy.

- Przerażające stworzenia... To ty je tu sprowadziłeś, wiesz? Musiałam podać matce środki nasenne.

Prowadząc mnie w stronę domu, powiedziała spokoj-nie:

- Widziałam jednak coś dziwnego, Blake. Może to był wieloryb. Jakieś wspaniałe zwierzę pływało

w  dół  i  w  górę  rzeki,  jak  gdyby  usiłowało  wyjść  na  brzeg.  Zbłąkane  wielo-ryby  często  wpływają  do
Tamizy.

Wzięła  mnie  za  rękę  i  pomogła  mi  przejść  przez  hol,  a  potem  wspiąć  się  po  schodach,  obejmując

mnie  mocno  ramionami.  Kiedy  rozbierałem  siew  sypialni,  składała  moje  ubranie  żwawymi  dłońmi,
niczym  żona  pragnąca  niecier-pliwie  zaciągnąć  męża  do  łóżka.  Czy  wiedziała  już,  że  po-stanowiłem
spółkować  ze  wszystkimi  mieszkańcami  Shep-perton?  Stałem  przed  nią  nagi,  a  sińce  i  rany  na  moich
ustach  i  piersi  uwydatniały  się  w  elektrycznym  świetle  bardziej  niż  kiedykolwiek.  Uśmiechając  się
uspokajająco na widok jej nieskrępowanego spojrzenia, wpatrywałem się otwarcie w ciało tej kobiety,
od  którego  biły  oszałamiające  zapachy.  W  myślach  dedykowałem  wszystkie  nasze  zbliżenia  seksu-alne
upośledzonym  dzieciom,  kobietom  młodym  i  starym,  drzewom,  ptakom  i  rybom,  i  przemianie,  jakiej
poddałem to nadrzeczne miasteczko.

- Miriam, czy oprócz mnie w wodzie pływał ktoś jesz-cze?

- Kilka osób... Pięć albo sześć... Kilku tenisistów. I, co dziwne, jeden z miejscowych rzeźników. -1

nikt więcej?

- Blake...

Choć byłem nagi, pozwoliła mi się objąć, wciskając mi dłonie w barki.

- Wszyscy byliśmy całkiem wycieńczeni... Najpierw wy-padek i cały ten koszmar związany z twoim

ocaleniem. Potem burza wczorajszej nocy, dziwne ptaki i te wszystkie ryby... zapowiedzi jeden Bóg wie,
czego. Czasami nie je-stem pewna, czy śnię, czy widzę to wszystko naprawdę. -Miriam... Czy ja nie żyję?
- Nie! - Uderzyła mnie otwartą dłonią w prawy policzek, a potem mocno ścisnęła mi twarz rękami.

- Nie jesteś martwy, Blake. Wiem, że nie. Biedaku, ten wypadek... Z twojej głowy wyłania się coś, co

mnie  przera-ża,  przekraczasz  przestrzeń  i  czas  pod  jakimś  innym  kątem  niż  my  wszyscy.  Coś  się  tutaj
stało, powinieneś wyjechać z Shepperton na zawsze...

Odzyskała równowagę w moich ramionach. - Nie, muszę tu zostać. Chciałbym się dowiedzieć wielu

rzeczy.

- Więc zobacz się z ojcem Wingate. Wiem, że to wszyst-ko głupstwa, ale nie przychodzi mi na myśl

nic innego, co mogłoby ci pomóc.

background image

- Dziś rano ojciec Wingate przekazał mi swój kościół.

- Po co? Co jego zdaniem mógłbyś robić w kościele? - Może by chciał, żebym prowadził ceremonię

zaślu-bin? Szczególnego rodzaju?

Śmiejąc  się,  Miriam  zsunęła  moje  dłonie  ze  swojego  biu-stu,  jak  gdyby  bała  się,  że  mógłbym  ją

przemienić w Dianę 0 tysiącu piersi.

- To dziwne. Czy wiesz, że jako uczennica wyobraża-łam sobie często, że biorę ślub w odrzutowcu?

Wydaje mi się, że zakochałam się w pewnym pilocie, którego zoba-czyłam na Orły, kiedy w podróży z
rodzicami musieliśmy się przesiąść na inny samolot. Z jakiegoś powodu strasznie podobał mi się pomysł,
żeby wziąć ślub dziesięć mil nad ziemią.

- Więc wynajmę jakiś samolot, Miriam.

- Znowu? Nawiasem mówiąc, Stark jest pilotem czy kimś w tym rodzaju. Jak ty.

- Stark nie jest prawdziwym pilotem.

- A ty, Blake?

Odzyskałem już siły po kąpieli w rzece i z łatwością mógłbym ją rzucić na łóżko. Myślałem jednak o

śnie, w którym latałem. Czy ona naprawdę fantazjowała w dzie-ciństwie, że bierze ślub w powietrzu, czy
może  ja  narzuci-łem  jej  tę  myśl?  Chorobliwe,  cyklamenowe  słońce  dotknę-ło  jej  włosów,  drzew  w
parku,  trawy  na  podmokłej  łące,  1  nawet  moja  krew  nawadniała  teraz  wszystkie  tajemne  moż-liwości
życia.  Chciałem  spółkować  z  Miriam  St.  Cloud  w  powietrzu,  żeglować  z  nią  chłodnymi  korytarzami
nieba, spłynąć z nią rzeczką na otwarte morze, zatopić prądy na-szej miłości w przypływach i odpływach
oceanu... - Blake!

Wyrwała  mi  się,  oddychając  ciężko.  Wyszarpnęła  ręce  i  zamierzyła  się  twardymi  pięściami,  chcąc

mnie  uderzyć  w  twarz.  Wciągała  ze  świstem  powietrze,  wpatrując  się  we  mnie  z  prawdziwym
przerażeniem. Kiedy pobiegła do drzwi, zabolały mnie pokaleczone usta i zrozumiałem, że usiło-wałem
wycisnąć  życie  z  jej  płuc,  tak  jak  przedtem  z  jej  matki.  Później,  siedząc  nago  przy  oknie  na  krześle  z
wysokim oparciem, patrzyłem na spowitą zmrokiem rzekę i wiśnio-wą już wodę, w której skakałem jako
grenlandzki  wielo-ryb,  a  moje  śliskie  ciało  pokrywała  piana,  przypominająca  koronkowe  kryzy
szekspirowskich  aktorów.  Niepokoiło  mnie  nie  to,  że  najwyraźniej  chciałem  udusić  Miriam  St.  Cloud,
lecz to, że nie chciałem już uciekać z Shepperton. Czułem się oddany tutejszym mieszkańcom, jak gdybym
był  ich  plebanem.  Niewidzialne  moce,  które  uratowały  mnie  w  samolocie,  żądały  teraz  ode  mnie,  bym
uratował  tych  mężczyzn  i  kobiety  przed  małomiasteczkowym  życiem  i  ograniczeniami,  narzuconymi  ich
duchom  przez  ciało  i  umysł.  W  pewnym  sensie  moja  ucieczka  z  cessny,  której  zatopione  widmo
widziałem  w  ciemnej  wodzie  pod  oknem,  umożliwiła  mi  wejście  w  prawdziwy  świat,  czekający  tu  za
migawką każdego kwiatu i pióra, każdego liścia i każdego dziecka. Moje sny o tym, że latam jako ptak
wśród ptaków i pływam jak ryba wśród ryb, nie były wcale snami, lecz rzeczywistością, z której wynikał
sen tego domu, miastecz-ka i jego mieszkańców.

Nocne  powietrze  koiło  mi  posiniaczoną  pierś,  a  ja  wy-czuwałem,  że  z  mojego  ciała  płynie  moc,

wypełniająca całą rzekę i park. Było mi przykro, że przestraszyłem Miriam - chciałem, by była naczyniem
mojego  przekształcającego  świat  pożądania  i  aby  nasze  małżeństwo  nie  było  zniewole-niem,  lecz

background image

prywatną koronacją. Obserwowałem mrowie drobnoustrojów, rojących się aureolą wokół cessny - były
to morskie stworzenia z jakichś pelagiańskich głębin, które przebyły całe oceany, by wpłynąć do Tamizy i
świecić tutaj dla mnie swoim światłem.

Co  do  trupa  w  cessnie,  to  już  nie  bałem  się  tego  urojone-go  ciała.  Właściwie  z  zadowoleniem

przyjąłem  jego  wy-zwanie  na  pojedynek  o  dominację  nad  tą  rzeką  i  miastem.  Mieszkańcy  Shepperton
przez  całą  noc  przechadzali  się  wzdłuż  brzegu.  Przyglądali  się  jaskrawym  liściom  w  parku,  które
zdawały się lśnić w ciemności niczym las na obrze-żach tropikalnego miasta. Ojciec Wingate spacerował
po  plaży,  nad  oświetloną  wodą,  wachlując  się  swoim  słomko-wym  kapeluszem.  Wrócił  do  siebie  po
naszym  starciu  w  kościele  i  patrolował  brzeg,  jak  gdyby  pilnując,  żeby  mieszkańcy  dali  mi  odpocząć.
Ponownie wyczułem obec-ność mojej pierwszej prawdziwej rodziny. Wszyscy jej członkowie zachęcali
mnie,  żebym  się  spełnił  i  do  maksi-mum  wykorzystał  moce,  jakie  posiadałem.  Jednak  gdy  gospodyni
Miriam  przyniosła  mi  tacę  zje-dzeniem,  okazało  się,  że  nie  jestem  w  stanie  tknąć  pieczo-nego  mięsa,
które przyrządziła. Choć od czterdziestu ośmiu godzin nic nie jadłem, miałem apetyt wyłącznie na ciało
istot  mojego  własnego  gatunku.  I  zamierzałem  sięgnąć  po  ich  mięso,  nie  pokaleczonymi  ustami,  lecz
całym ciałem, całą swoją nienasyconą skórą.

17

POGAŃSKI BÓG

Następnego ranka, u progu trzeciego dnia pobytu w Shep-perton, zacząłem pracować w klinice doktor

Miriam. Kie-dy ruszyłem w drogę przez park, przyszło mi do głowy, że pomimo całego szacunku, jaki dla
mnie żywiła, i pomimo moich własnych mesjanistycznych rojeń, przypadła mi w udziale praca służącego
-  miałem  sprzątać  korytarze  i  poczekalnię  oraz  wykonywać  polecenia  pielęgniarek.  Ubie-rając  się,
myślałem,  by  zrezygnować  z  posady  i  zdobyć  wię-cej  czasu  na  zwiedzanie  Shepperton,  ale  pełna
poświęcenia  obecność  pani  St.  Cloud,  krążącej  opiekuńczo  wokół  tacy  z  nietkniętym  śniadaniem,
wytrąciła mnie szybko z równo-wagi. Patrzyła na mnie z uśmiechem, ale i odurzeniem, jak gdyby środek
uspokajający,  który  podała  jej  córka  poprzed-niego  wieczora,  wciąż  jeszcze  działał.  Czy  w  jej  umyśle
byłem  niemowlęciem,  zrodzonym  dla  tej  starzejącej  się  kobiety  w  łóżku  jej  zmarłego  męża?  Wciąż
chciałem  się  uważać  za  jej  dziecko  i  odczuwałem  mglistą  pruderię  na  myśl  o  akcie  seksualnym  z  tą
kobietą. Widziałem z okna, jak rozmawia na podjeździe z jakimś młodym dostawcą. Była nim wyraźnie
zainteresowana, toteż poczułem się tak, jak gdyby mnie odtrąciła. Prawiła młodzieńcowi kom-plementy,
dotykając  dłońmi  jego  ramion.  Najwyraźniej  otworzyłem  w  prowincjonalnym  życiu  pani  St.  Cloud  wy-
miar rzeczywistości, którego istnienia nawet nie podejrze-wała.

Byłem jednak wyspany, otoczył mnie wspaniały dzień i powróciła moja pewność siebie. Czułem, że

słońce mi schlebia, podążając w ślad za mną między drzewami jak światło reflektora, tropiące gwiazdę
filmową.  Poza  tym  kli-nika  była  idealną  kryjówką,  zwłaszcza  na  wypadek,  gdy-bym  nieoczekiwanie
stracił  przytomność  albo  doznał  wyle-wu,  mogłem  więc  czekać,  dopóki  mój  umysł  nie  osiągnie  znowu
równowagi,  ja  zaś  nie  odkryję  prawdziwego  zna-czenia  rozgrywających  się  wokoło  zdarzeń.
Podejrzewałem, że za moje dziwne wizje oraz zaburzenia czasu i przestrze-ni może być odpowiedzialny
skrzep, ukryty gdzieś głęboko w moim mózgu. Wyczuwałem namiętne podniecenie w roz-jarzonej trawie,
pośród  kwiatów,  a  mój  umysł  zaczął  niepo-kojąco  przypominać  popiskujące  włókno  gasnącej  żarówki.
Kiedy za moimi plecami wstało słońce, zdawało się wy-lewać z rzeki, zmieniając park i podmokłą łąkę
w siatków-kowe rozlewisko. W wodzie roiło się od wszelkiego rodza-ju ryb. Ławice płoci i szczupaków
pływały  wokół  zatopio-nej  cessny,  jak  gdyby  sycąc  się  pozostałością  mojego  snu.  Kroczyłem
majestatycznie  między  drzewami,  wyciągając  rękę,  by  chwycić  świetliste  pyłki.  W  pobliżu  kortów

background image

teniso-wych  puściłem  się  biegiem,  gnany  niesłychanym  natęże-niem  światła.  Białe  linie,  wyznaczające
kort,  unosiły  się  kilka  cali  nad  glinianą  nawierzchnią,  jakby  miały  za  chwilę  oderwać  się  od  ziemi  i
wzbić pod niebo niczym powietrzna matryca umieszczonej na wysokości oczu pilota deski roz-dzielczej.
Chwytając  z  trudem  oddech,  oparłem  się  o  pień  orzesznicy,  dziwnego  gościa  w  parku,  leżącym  w
umiarko-wanej  strefie  klimatycznej.  Liście  pochłaniał  rozświetlony  sok,  a  każdy  z  przypominających
trąbki  kwiatów  układał  się  we  własną  aureolę.  W  brzezinie  pojawiło  się  stado  jele-ni,  obgryzających
elektryczną korę. Krzyknąłem, a wtedy ich zwrócone na mnie oczy zalśniły, jak gdyby całe stado zostało
wyposażone w szkła kontaktowe. Ogarnięte halucynacjami słońce karmiło się niecierpli-wie hiszpańskim
mchem, zwisającym z gałęzi uschłych wiązów. Zdrewniałe czułki lian oplatały spokojne kaszta-nowce i
platany.  W  ściółce  rosły  lilie,  zmieniające  ceremo-nialny  park  w  ogród  botaniczny,  którym  zawładnął
jakiś  zwariowany  ogrodnik  i  obsadził  go  w  nocy  na  nowo.  Przeskoczyłem  grządkę  szkarłatnych
tulipanów,  zagłu-szanych  kompletnie  przez  olbrzymie  paprocie  i  wątrobow-ce.  Przestraszona  ara
nieporadnie wzbiła się w powietrze obok mnie. Lecąc przez park, strząsała pancerzyki światła ze swoich
żółtozielonych  skrzydeł.  Pięćdziesiąt  jardów  przede  mną,  między  drzewami,  Miriam  St.  Cloud  szła  w
kierunku  kliniki,  otoczona  chmarą  małych  papużek  i  wilg.  Przypominała  młodą  lekarkę  udającą  się  z
wizytą  domową  do  cierpiącej  na  nadmierną  płodność  matki  natury.  Ucie-szyłem  się  na  jej  widok  i
poczułem, że przygotowałem tę obfitość życia specjalnie dla niej.

-  Miriam!...  -  Pobiegłem  między  zaparkowanymi  samo-chodami  i  stanąłem  przed  nią,  wskazując  z

dumą wspaniałe listowie niczym kochanek, wręczający bukiet swej wybran-ce. - Miriam, co się stało?

-  To  drzewo  dostało  zapewne  jakiś  preparat  wzmagają-cy  urodzajność,  Blake.  -  Miriam  rzucała

jagody w koronę kasztanowca, do gałęzi którego przylgnęło podobne do małpy stworzenie o krzaczastym
ogonie, zdziwione, skąd wzięło się w tym eleganckim parku.

Miriam  machnięciem  dłoni  zakreśliła  koło  wokół  gło-wy,  usiłując  powstrzymać  rozjarzone

powietrze.  -  Ary,  papużki,  teraz  małpka...  Co  jeszcze  nam  przynie-siesz,  Blake?  -  Podeszła  do  mnie
bokiem  z  rękami  w  kie-szeniach  białego  kitla.  -  Jesteś  jak  jakiś  pogański  bożek.  Pomimo  tych
dobrodusznych  żartów  spoglądała  na  mnie  z  niejaką  ostrożnością,  zastanawiała  się  nad  dwuznaczną
naturą moich wyjątkowych zdolności i wcale nie chciała stanąć z nimi twarzą w twarz.

-  Małpka?  -  Rozpoznawszy  zwierzę,  podskoczyłem,  próbując  złapać  je  za  ogon.  -  Uciekła  z  zoo

Starka. - Raczej z wnętrza twojej głowy... - Miriam pokazała mi gestem, żebym szedł w stronę kliniki. -
Przyszedłeś  tu,  żeby  pracować...  Co  ty  właściwie  umiesz?  Czy  podejrzewała,  że  nadal  sypiam  z  jej
matką? Obe-szła trawiasty kraniec parkingu, zerkając na swoje odbicie w błyszczących panelach drzwi i
demonstrując przede mną swe silne biodra i nogi. Co miałem robić? Chciałem krzyk-nąć: „Umiem latać,
Miriam,  i  umiem  śnić!  Śnij  mnie,  Mi-riam!”  Byłem  zaledwie  kilka  kroków  za  nią,  kiedy  poczu-łem,  że
nabrzmiewa  moje  przyrodzenie.  Pogański  bożek?  Nie  wiedzieć  czemu  podobało  mi  się  to  określenie.
Doda-wało mi otuchy.

Ogarnęło  mnie  nagłe  przekonanie:  oczywiście,  że  nie  jestem  martwy,  ale  nie  jestem  też  po  prostu

żywy! Żyję po dwakroć!

Z trudem panując nad sobą, chwyciłem Miriam za ra-mię, pragnąc podzielić się z nią dobrą nowiną i

wziąć ją w ramiona na tylnym siedzeniu limuzyny, należącej do miej-scowej akuszerki.

- Zaraz, zaraz, Blake...

background image

Odepchnęła  mnie,  unikając  mojego  wzroku.  Chwyciłem  przednią  szybę  jej  kabrioletu,  roztrzęsiony

swoją własną sek-sualną gwałtownością. Wpatrując się w ziemię, zauważy-łem pędy jakiejś śmiertelnie
bladej  rośliny  tropikalnej,  wy-rastającej  spomiędzy  szczelin  w  popękanym  betonie.  Jak  gdyby  w
odpowiedzi na mój seks, pomiędzy nogami roz-kwitały mi mlecznokrwawe kwiaty, przypominające kieli-
chy cudacznych gladioli. Identyczne kwiaty widziałem przed kościołem ojca Wingate.

Wszędzie  dokoła  jaskrawe  fleciki  wciskały  skrwawione  czubki  swoich  włóczni  między  koła

zaparkowanych aut, wy-rastając ze śladów moich stóp na obrzeżu trawnika. - Są niezwykłe, Blake... Ojej,
są piękne.

-  Miriam...  Dam  ci  wszystkie  kwiaty,  jakie  tylko  chcesz!  -  Unosząc  się  w  duchu  nad  tysiącami

zapachów jej ciała, krzyknąłem: - Wyhoduję orchidee z twoich dłoni, a z two-ich piersi róże. Będziesz
mogła nosić magnolie we wło-sach!...

- A w sercu?

- Posieję w twoim łonie mięsożerny kwiat!

- Blake... Czy ty zawsze tak się wszystkim ekscytujesz? Wciąż nie rozumiejąc sił, sterujących owymi

seksualny-mi  zapalnikami,  Miriam  uklękła  wśród  aut  i  zaczęła  zry-wać  kwiaty.  Już  spokojny,
przyglądałem  się  z  dumą,  jak  ta  piękna,  młoda  kobieta  unosi  w  dłoniach  mój  seks  w  kierun-ku  kliniki.
Znów dała o sobie znać moc, którą wyczuwałem przez cały dzień, moc, która wstąpiła we mnie podczas
ostat-niej  wizji.  Po  śnie  o  lataniu  zachowywałem  się  niczym  ran-ny  ptak,  zagubiony  w  podmiejskim
ogrodzie, tak jak ja uwię-ziony w nijakim miasteczku. Ale po wizji, w której pływa-łem jak grenlandzki
wieloryb, uległem przemianie, mani-festując swój triumf ucieczką z zatopionego samolotu, i te-raz moja
moc karmiła się niewidzialną siłą wielkich oce-anów, sięgających w głąb maleńkiej żyłki tej niewielkiej
rzeki.  Wyszedłem  na  brzeg  odrodzony,  jak  moi  ziemno-wodni  przodkowie  sprzed  milionów  lat,  którzy
wyłonili się z morza, by kroczyć dalej poprzez czekające na nich parki młodej ziemi. Podobnie jak oni,
nosiłem  we  krwi  wspo-mnienia  tych  mórz,  wspomnienia  z  głębi  czasu.  Niosłem  z  sobą  majestat
grenlandzkich wielorybów, prastarość i mą-drość wszystkich gatunków waleni.

Tego  ranka  zacząłem  krzątać  się  dumnie  wokół  kliniki,  z  wiadrem  i  ścierką  w  ręku.  Wywoziłem

wózki  pełne  brud-nej  pościeli  do  furgonetki,  która  przyjechała  z  pralni,  i  speł-niałem  polecenia
recepcjonistek.  Przyglądałem  się  z  zado-woleniem,  jak  Miriam  obnosi  moje  kwiaty  po  gabinetach
chirurgicznych i ogólnych, zapełniając wazony, które wy-dobyłem dla niej z jakiejś szafki. Rozstawiała
jaskrawe  kwiaty  mojego  seksu  wśród  pacjentów  siedzących  w  po-czekalni,  ciężarnych  matek  i
bezpłodnych żon. Były tam też dwie podstarzałe kobiety, które widziałem ostatnio, skaczące do rzeki w
mojej rybiej wizji. Zapamię-tałem je dobrze - miejscową fryzjerkę i żonę adwokata, żeglujące dumnie w
tłumie  ryb  jako  część  mojej  wodnej  kongregacji.  Siedziały  teraz  pośród  kwiatów,  zaabsorbowane
wyłącznie  swoimi  żylakami  żyłami  i  napadami  menopau-zy.  Kiedy  polerowałem  podłogę  pod  ich
stopami, kobiety nie spuszczały ze mnie oka.

Po  pewnym  czasie,  kiedy  skończył  się  poranny  dyżur,  doktor  Miriam  wezwała  mnie  do  swojego

gabinetu,  żebym  opróżnił  tackę  chirurgiczną.  Na  podświetlanym  ekranie  wisiały  rentgenowskie  zdjęcia
mojej głowy. Miriam stała plecami do okna. Przeraźliwe światło wypełniało park nie-mal elektrycznym
blaskiem,  jak  gdyby  ekipa  filmowa  z  miejskiej  wytwórni  rozstawiła  wokoło  sodowe  reflektory.  -
Wskaźnik  urodzeń  wkrótce  skoczy  tu  w  górę,  Blake...  Czy  wiesz,  że  dziś  rano  niemal  każda  pacjentka
obsesyjnie  rozmyślała  o  ciąży?  Nawet  pewna  staruszka,  która  pytała  o  możliwość  sztucznego

background image

zapłodnienia spermą anonimowe-go dawcy.

Miriam zdjęła kitel i obrzuciła mnie zatroskanym, lecz niezdziwionym spojrzeniem. Czy spodziewała

się,  że  wy-ciągnę  członka  i  wezmę  się  do  roboty?  Chciałem  ją  jakoś  uspokoić,  dodać  jej  odwagi,  by
mogła stawić czoło mnie i nadchodzącej przyszłości.

Krążyłem wokół Miriam z wiadrem na śmieci. Widok i zapach jej ciała zalewał mi zmysły. Jej jasne

zęby,  postu-kujące  o  siebie,  gdy  wpatrywała  się  w  zdjęcia,  lewe  noz-drze  wąchające  polakierowany
paznokieć,  mocne  biodra,  kiedy  kołysała  się  z  boku  na  bok  -  wszystko  to  przyprawia-ło  mnie  o  obłęd.
Chciałem koncesji na jej każdy oddech i na każdą myśl, chciałem zapamiętać jej chichot i roztar-gnione
spojrzenia, wydestylować z jej potu najbardziej za-wistne perfumy na świecie...

- Nie miałaś nigdy dzieci, Miriam?

-  Oczywiście,  że  nie!  Choć  Stark  i  ja...  -  Agresywnym  gestem  kazała  mi  odejść,  a  potem,  pod

wpływem  nagłego  impulsu,  ruszyła  za  mną  do  drzwi.  Przytrzymała  mnie  za  ramię  w  ostrym  uścisku.  -
Prawdę mówiąc, odkąd do nas przybyłeś, nie zastanawiam się nad niczym innym. Jestem równie opętana
tą myślą, jak te głupie baby... - Miriam, czy nie rozumiesz?... - Chciałem ją objąć, ale powstrzymała mnie
z nadzwyczajną siłą. - To ten wypa-dek... Ty jesteś...

-  Blake,  na  litość  boską...  Wczorajszej  nocy...  Poddałeś  się  próbie  jakiegoś  rodzaju  śmierci.  Dla

siebie czy dla mnie, nie chcę nic o tym wiedzieć.

- To nie była śmierć. - Po raz pierwszy to słowo nie było w stanie mnie przerazić. - To nowe życie,

Miriam.  Kiedy  wyszła,  by  wyruszyć  samochodem  na  wizyty  do-mowe,  zostałem  w  jej  gabinecie  i
przyglądałem się badaw-czo zdjęciom rentgenowskim na ekranie - fotografiom mojej głowy, przez którą
przepływało  bezustannie  światło.  Wy-115  dawało  mi  się,  że  cały  świat  zewnętrzny  -  drzewa,  łąka,  na
której  dzieci  zbudowały  mi  grób,  i  ciche  ulice  z  uśpionymi  domami  -  to  jakby  wielki,  przezroczysty
obraz,  rzucony  na  ekran  świata,  przez  który  nieprzerwaną  fontanną  przedzie-rają  się  promienie  jakiejś
głębszej rzeczywistości.

18

UZDRAWIACZ

Do  południa  klinika  opustoszała  -  zostałem  tylko  ja  i  recepcjonistka,  wolontariuszka,  na  co  dzień

gospodyni do-mowa. Odpoczywałem właśnie w poczekalni, czekając z niecierpliwością, aż Miriam St.
Cloud  skończy  wizyty  do-mowe,  gdy  do  kliniki  przyjechała  jakaś  kobieta  z  dziesię-cioletnim  synem.
Chłopak  złamał  rękę,  próbując  wejść  na  drzewo.  Jego  matka  skarżyła  się  i  neurotycznie  biadała,  czym
wytrąciła z równowagi recepcjonistkę, usiłującą założyć dziecku prowizoryczne łubki.

Zgnębiony płaczem dzieciaka, wszedłem do gabinetu, żeby zobaczyć, czy mogę im w czymś pomóc, i

zdążyłem usłyszeć gniewną uwagę matki:

-  Właził  na  figowiec  przed  supermarketem.  Zdaje  się,  że  zebrały  się  tam  wszystkie  dzieci  z

Shepperton. Czy w tej sprawie nie powinna interweniować policja? Dzieci tamują ruch.

Chłopak  wciąż  płakał  i  nie  chciał  nawet  spojrzeć  na  swoje  zaczerwienione  przedramię,  nabrzmiałe

background image

bolesnymi  żyłami.  Wziąłem  go  za  rękę,  żeby  pocieszyć  malca.  Skrzywił  się  z  bólu  i  wyszarpnął  dłoń,
jednocześnie uderzając mnie pię-ścią drugiej ręki w kłykcie. Jedna z ranek natychmiast się otworzyła i na
ramię  dziecka  spadła  kropla  krwi,  którą  chło-piec  roztarł  sobie  na  skórze  gorączkowym  gestem.  -  Kim
jesteś?  Co  ty  mu  robisz?  -  Matka  dziecka  usiło-wała  mnie  odepchnąć,  chłopiec  przestał  tymczasem
płakać. Wydał okrzyk radości. Z dumą pokazał matce szczupłe, nienaruszone ramię, a potem wypadł na
korytarz, i zaczął się bujać na klamkach u drzwi gabinetów. Matka stała zdumiona. Przyglądając mi się
bacznie,  po-wiedziała  oskarżycielskim  tonem:  -  Uleczyłeś  go.  -  Wyda-wała  się  zagniewana,  tak  jak
doktor Miriam, a na jej twarzy pojawił się ten sam odpychający wyraz, jaki widziałem już na obliczach
parafian ojca Wingate.

Kiedy  wyszła  wraz  z  dzieckiem,  recepcjonistka  wskaza-ła  mi  krzesło  Miriam.  Wbijając  wzrok  w

moje zasklepione kłykcie, wilgotne od uzdrawiającej tinktury krwi, zapytała obojętnie:

-  Zbada  pan  teraz  pozostałych  pacjentów,  panie  Blake?  Godzinę  później  w  klinice  uformowała  się

dość  długa  kolejka.  Matki  z  dziećmi,  starzec  na  wózku  inwalidzkim,  monter  telefoniczny  z  błyskawicą
oparzenia na twarzy, mło-da kobieta z obandażowaną nogą - wszyscy siedzieli cier-pliwie w poczekalni,
podczas  gdy  ja  wciąż  pastowałem  i  polerowałem  linoleum.  W  taki  czy  inny  sposób  wiado-mość  o
dokonanym  przeze  mnie  cudownym  uzdrowieniu  rozeszła  się  po  całym  Shepperton.  Co  jakiś  czas
przerywa-łem pracę, choć chciałem, by doktor Miriam zastała klinikę w nienagannej czystości, i gestem
zapraszałem do gabinetu kolejnych pacjentów: kilkunastoletnią dziewczynkę z trą-dzikiem młodzieńczym,
stewardessę,  cierpiącą  na  bóle  menstruacyjne,  i  kinowego  szwajcara,  który  miał  problemy  z
zatrzymaniem moczu.

Odgrywałem przed nimi wszystkimi komedię, badając ich uważnie i nie zwracając uwagi na grymasy,

jakie  czyni-li,  gdy  dotykałem  ich  upstrzonymi  krwią  dłońmi.  Najwy-raźniej  byłem  dla  nich  kimś  w
rodzaju  niewykwalifikowa-nego  szamana  -  przyciągnęła  ich  tu  jego  renoma,  ale  prze-rażała  moja
niehigieniczność.

Nawet kiedy już ich uleczyłem, wciąż patrzyli na mnie z tym samym niesmakiem, jak gdyby urażeni,

że mam nad nimi władzę, i nie chcieli pogodzić się z impulsem, który ich tu przygnał. Zorientowałem się
wkrótce,  że  dolegliwo-ści  tych  ludzi  są  natury  umysłowej  -  fakt,  że  spadłem  z  nie-ba,  najwyraźniej
zaspokojał  jakąś  głęboką  potrzebę,  którą  wyrażali  poprzez  te  wszystkie  zwichnięcia  i  wysypki.  Więk-
szość  chorych  figurowała  na  liście  domowych  pacjentów  doktor  Miriam.  Gdy  pastowałem  podłogę
wokół centralki telefonicznej, słyszałem, że lekarka kilkakrotnie dzwoniła, by spytać recepcjonistkę, czy
nie wie, co się dzieje z jej podopiecznymi.

Klinikę opuścił tymczasem mój ostatni pacjent, mecha-nik samochodowy, cierpiący na infekcję gardła

-jego  chra-pliwy  głos  zabrzmiał  nieco  czyściej,  kiedy  zaczął  mi  dzię-kować,  obrażony.  Za  nim,  na
zewnętrznych schodach, stał ogon kolejki chorych. Ze swojej tajemnej łąki wróciło troje upośledzonych
dzieci, które teraz snuły się przy drzwiach. Kiedy wróciłem do ścierki i pasty, chłopcy wcisnęli nosy w
szklane panele. David rzucił Rachel szeptem jakąś uwa-gę, a potem uniósł wzrok i z pełną nadziei, acz
mądrą  zara-zem  miną,  przyjrzał  się  badawczo  ogłoszeniom  służby  zdro-wia,  dotyczącym  szczepień,
chorób wenerycznych i badań prenatalnych.

Kiedy  ścierka  i  wiadro  znalazły  się  pod  kluczem,  zaczą-łem  się  zastanawiać,  czy  uleczyć  dzieci.

Swoje  zdolności  uzdrowicielskie  uważałem  za  całkowicie  oczywiste  -  były  częścią  dziedzictwa,
przekazanego  mi  przez  te  same,  nie-widzialne  siły,  które  sterowały  moim  wypadkiem.  Jedno-cześnie
niemal kręciło mi się w głowie, czułem się jak pan młody przed ślubem, czułem wzbierający głód, żądzę

background image

i moc, jak gdybym miał zaślubić za chwilę całe Shepperton i wszystkich jego mieszkańców.

Dzieci czekały na mnie cierpliwie. Bałem się, choć ży-wiłem dla nich ciepłe uczucia. Bałem się, że

nie  uda  mi  się  ich  uzdrowić.  Bałem  się  grobu,  który  dla  mnie  budowały,  a  który  mogłyby  ukończyć  o
wiele  za  szybko  z  mojego  punk-tu  widzenia,  gdybym  przywrócił  im  pełnię  władz  cielesnych.  -Wejdź,
Jamie. Mam dla was wszystkich prezenty. Da-vid, przyprowadź Rachel.

Twoje oczy, Rachel.

Twoje nogi, Jamie.

Twój mózg, Davidzie.

Stałem w drzwiach, wołając je do siebie. Było to dziw-ne, ale teraz nie chciały do mnie podejść, jak

gdyby  oba-wiając  się  moich  darów.  Kiedy  przyklęknąłem,  by  przygo-tować  trzy  krople  krwi  na
kłykciach,  przed  wejście  do  kli-niki  zajechał  z  hukiem  czerwony,  sportowy  samochód.  Sie-dząca  za
kierownicą doktor Miriam, mocno zdenerwowa-na, wyciągnęła palec w moją stronę.

- Blake... Zostaw dzieci w spokoju!

Zmarszczyła  groźnie  brwi,  zirytowana  rozjarzonym  po-wietrzem,  usiłując  odciąć  dopływ  światła,

lejącego się z drzew i kwiatów w parku. Lśniące powietrze odbijało się nawet w podłogach kliniki, które
pastowałem dla niej z ta-kim oddaniem.

Nie byłem w stanie stanąć oko w oko z tą piękną, młodą kobietą, z którą latałem w snach, wybiegłem

więc z kliniki, porzucając upośledzonedzieci, i ruszyłem między stojącymi na parkingu autami w stronę
rozświetlonego miasteczka.

19

PRZEJRZYJNAOCZY!”

Powietrze  skrzyło  się  od  kwiatów  i  dzieci.  Shepperton,  zupełnie  mimo  woli,  przekształciło  się  w

miasto  świętują-ce.  Mijając  otwarty  basen,  zauważyłem,  że  wszyscy  miesz-kańcy  wylegli  na  ulice.
Pośród  tysięcy  głosów  unosił  się  duch  święta.  Słoneczniki  i  ubarwione  krzykliwie  rośliny  tropikalne  o
mięsistych owocach rosły w zadbanych ogród-kach niczym wulgarni, ale szczęśliwi najeźdźcy w jakimś
wyjątkowo konwencjonalnym zdrojowisku. Z neonowych progów nad frontonami sklepów zwieszały się
powoje, cią-gnące swoje leniwe kwiaty pośród ogłoszeń i sloganów re-klamowych, oferujących towary
po obniżonych cenach. Na niebie było gęsto od niezwykłych ptaków. Ary i szkarłatne ibisy obserwowały
miasto  z  dachu  wielopoziomowego  par-kingu,  a  trio  flamingów  przyglądało  się  badawczo  autom
stojącym  przed  salonem  samochodowym,  jak  gdyby  chcąc,  by  te  błyszczące  pojazdy  dołączyły  do
jaskrawego  dnia.  Po  całym  mieście  rozlało  się  przeraźliwe  światło,  po-chodzące  jakby  z
rozemocjonowanej  palety  naiwnego  ma-larza  dżungli.  Basen  był  pełen  ludzi,  skaczących  do  wody
poprzez  tęcze  podtrzymywane  rozjarzoną  mgiełką  wodną.  Nad  dachami  domów  naliczyłem  kilkanaście
barwnych la-tawców -jeden z nich miał sześć stóp szerokości i wizeru-nek samolotu na białej tkaninie, z
której był zrobiony. Uznałem, że wszystko odbywa się na moją cześć. Uspo-kojony, że Miriam St. Cloud
postanowiła nie iść moim śla-dem, ruszyłem w stronę centrum. Czułem się dziwnie wspa-niale, dobrze
zdając sobie sprawę, że w pewnym sensie to, co działo się dokoła, stało się możliwe dzięki mnie. Moje

background image

początkowe obawy zniknęły i nic, co mogło się tu zdarzyć, nie zdziwiłoby mnie nawet w najmniejszym
stopniu.  Cie-szyłem  się  poczuciem  władzy  nad  tym  małym  miasteczkiem  oraz  przekonaniem,  że  prędzej
czy  później  będę  parzył  się  ze  wszystkimi  ubranymi  w  letnie,  kolorowe  sukienki  ko-bietami,  które
spacerowały teraz wokół mnie, pogrążone w rozmowie. Perwersyjnie odczuwałem ten sam impuls na wi-
dok  młodych  mężczyzn  i  dzieci,  a  nawet  psów,  biegających  wzdłuż  zatłoczonych  chodników,  ale  ta
świadomość prze-stała być dla mnie szokiem. Wiedziałem, że mam tu mnó-stwo do zrobienia, że muszę
przeprowadzić w miasteczku wiele zmian, i że dopiero zacząłem.

Myślałem  już  o  mojej  następnej  wizji,  pewien,  że  wcale  nie  będzie  to  sen,  lecz  wprowadzenie  w

rzeczywistość  no-wego  ładu  w  imię  większego  i  prawdziwszego  planu,  w  któ-rym  nawet
najdziwaczniejsze apetyty i najbardziej niesfor-ne bodźce zyskają prawdziwe znaczenie. Przypomniałem
sobie pocieszającą uwagę ojca Wingate, że nasze przywary na tym świecie to metafory cnót na tamtym.
Ale  metafora-mi  jakich  dziwnych  istot  były  motyle,  uśmiechy  na  twa-rzach  dzieci  czy  donośny  krzyk
radości chłopca, którego uleczyłem? Czy one z kolei nie maskowały jakiejś złowiesz-czej prawdy?

Pośrodku  głównej  ulicy,  pomiędzy  supermarketem  i  sta-cjąbenzynową,  wyrósł  olbrzymi  figowiec.

Jego  szeroki  pień  rozszczepił  nawierzchnię,  rozrzucając  wokoło  kawałki  roz-dartego  asfaltu  wielkości
włazów do kanałów ściekowych. Rozłożyste gałęzie wisiały nad jezdnią i zakorzeniały się w chodnikach.
Wokół drzewa zebrała się wielka ciżba lu-dzi - matki machały ku wysokim gałęziom, gdzie pośród ar i
papużek  siedziało  co  najmniej  trzydzieścioro  dzieci.  Fi-gowiec  zatamował  ruch  w  centrum  miasteczka.
Jakiś  stoją-cy  przy  krawężniku  samochód  znalazł  się  w  pułapce  uko-rzeniających  się  gałęzi,
osiągającychjuż grubość słoniowych trąb. Stary żołnierz z laską w ręku stał przy swoim zaklesz-czonym
pojeździe, krzykiem wydając polecenia żonie, uwię-zionej na tylnym siedzeniu.

Przepychając  się  przez  tłum,  zrozumiałem,  że  ludzie  w  Shepperton  obchodzą  lokalne  święto.

Zamknięta była na-wet szkoła. Nauczyciele stali przed wejściem, machając na biegnące na końcu dzieci,
które pomykały z wrzaskiem w stronę figowca. Tymczasem sklepikarze starali się jak mogli wykorzystać
zalew  klientów.  Przed  sklepami  z  go-spodarstwem  domowym  stały  w  słońcu  szeregi  zmywarek  do
naczyń, zestawów stereofonicznych i telewizorów, a mię-dzy szafkami bawiły się dzieci i ptaki. Dyrektor
składu  meblowego  i  jego  asystenci  przygotowywali  meblową  hur-townię  pod  gołym  niebem,
rozstawiając  domowe  barki,  kanapy  i  meble  do  sypialni.  Gospodynie  domowe,  zmęczo-ne  ściskiem
panującym  na  targowisku,  pokładały  się  na  głę-bokich  materacach  niczym  wdzięczne  turystki.  Przed
wejściem  do  sklepu  ze  słodyczami  grupka  dzieci  częstowała  się  leżącymi  na  ladzie  czekoladkami  i
batoni-kami, napychając sobie nimi kieszenie, jakby to były nie-słychane skarby. Czekałem, aż właściciel
rozgoni dzieciaki miotłą, ale on rozparł się w drzwiach z dobroduszną miną i rzucał arom orzeszki.

Po  drugiej  stronie  ulicy  mieścił  się  dworzec  kolejowy,  skąd  odjeżdżał  właśnie  podmiejski  pociąg.

Maszynista cze-kał, wychyliwszy głowę z kabiny, i pokrzykiwał na pasaże-rów, rozmawiających wciąż
między  sobą  na  peronie.  Były  wśród  nich  sekretarki  i  maszynistki  oraz  ubrani  w  ciemne  garnitury,  z
teczkami w rękach, kierownicy działów - ich codzienna podróż do Londynu opóźniała się o kilka godzin.
-  Blake,  ty  nic  nie  masz...  -  Jakaś  dziewczynka  o  usma-rowanych  czekoladą  policzkach  podsunęła  mi
garść słody-czy.

Nasłuchiwałem szumu silników elektrycznych. Kusiło mnie, by rozepchnąć tłum i pobiec do pociągu.

Mogłem  na  zawsze  uciec  z  Shepperton  w  ciągu  kilku  minut.  Podziękowałem  dziecku  i  poszedłem  na
dworzec,  ale  kiedy  powiodłem  spojrzeniem  wzdłuż  stalowych  torów,  bie-gnących  przez  jeziorka
żwirowni na wschód od Shepper-ton, ogarnęło mnie poczucie otchłannego znużenia i całko-witej utraty
zainteresowania światem zewnętrznym. Chcia-łem zostać tutaj i zgłębiać zdolności, którymi zostałem ob-

background image

darzony  w  chwili  wypadku.  Wiedziałem  już,  że  moje  moce  mogą  nie  sięgać  poza  obszar  miasteczka.
Maszynista wydał gniewny okrzyk i pokręcił ze zdumie-niem głową na widok wiarołomnych pasażerów.
Pociąg  od-jechał  pusty.  Pasażerowie  włóczyli  się  po  peronie,  wciąż  prowadząc  niezobowiązujące
rozmowy. Kierownicy rzuci-li teczki na trawiasty brzeg, zdjęli marynarki i rozluźnili krawaty. Przypalili
sekretarkom papierosy i rozłożyli się na ciepłej murawie, choć byli to przecież niegdyś zdyscypli-nowani
pracownicy, którzy powinni byli spędzić ten pora-nek w swoich agencjach reklamowych i redakcjach. Za
nimi, w odległości kilku stóp od porzuconych teczek, wyrósł pod płotem gaik jakichś roślin o liściach w
kształcie  igieł.  Kiedy  odwróciłem  się  plecami  do  dworca,  ludzie  za-czynali  już  spoglądać  na  konopie
indyjskie  i  myśleć  o  cze-kających  ich  tego  popołudnia  marzeniach  na  jawie.  Pozostawiłem  ich  z
przyjemnością  w  tej  sytuacji  i  kon-tynuowałem  obchód  Shepperton.  Miasto  zmieniało  się  w  oczach.
Ludzie mieszkający w pobliżu wytwórni filmo-wej, wylegli do ogródków. Ojcowie zawzięcie pracowali
z synami nad budową wyrafinowanych latawców, jak gdyby chcieli wziąć udział w jakimś powietrznym
święcie.  Nie-skazitelne  dawniej  trawniki  i  klomby  porastała  tropikalna  flora.  Karłowate  palmy,
bananowce  i  lśniące  krzewy  gu-mowców  walczyły  w  ścisku  o  dostęp  do  jaskrawego  świa-tła.  Lilie  i
dziwaczne  grzyby  pokryły  trawę  niczym  morska  roślinność  na  osuszonym  dnie  morskim.  Powietrze
wypeł-niał  krzyk  nieznanych  mi  ptaków.  Na  dachu  supermarketu  darły  się  jerzyki,  a  białe  bociany
klekotały  dziobami,  przy-glądając  się  uważnie  miastu  z  proscenium  stacji  benzyno-wej  .  Wokół  basenu
dreptały trzy pingwiny cesarskie, ściga-ne przez jakieś popiskujące dziecko.

Nikt nie pracował. Ludzie pootwierali drzwi wejściowe do domów i przechadzali się po jezdniach -

mężczyźni z obnażonymi torsami, w szortach, kobiety w swoich naj-bardziej kolorowych letnich strojach.
Małżonkowie wymie-niali się partnerami w przemyślany i sympatyczny sposób. Mężowie podejmowali
pod ręce żony i córki sąsiadów. Na rogu ulicy grupka starych panien pokrzykiwała coś, prze-komarzając
się  z  przechodzącymi  obok  młodzieńcami.  Widząc,  jak  tworzą  się  szczęśliwe  pary,  pomyślałem  o
zbliżającej się radosnej rozwiązłości. Odczuwałem rosnące pożądanie, nie tylko wobec młodych kobiet,
ocierających  się  o  mnie  na  zatłoczonych  ulicach,  lecz  także  wobec  idą-cych  za  mną  dzieci,  nawet
pięcioletnich, z garściami pełny-mi słodyczy. Zdezorientowany tą złowróżbną, pedofilską żądzą, niemal
nie  zdawałem  sobie  sprawy,  że  wziąłem  za  rękę  dziewczynkę,  ładne  dziecko  o  ciemnych  oczach  i  po-
ważnej buzi, które wciąż usiłowało oddać mi zapas darmo-wych słodyczy, niewątpliwie zaniepokojone
moim wymi-zerowanym wyglądem i posępną miną.

Mrucząc  coś  niewyraźnie,  postanowiłem  zabrać  ją  do  parku.  Pomyślałem  o  tajemnej  altanie  i

miękkim  łożu  z  kwiatów  w  moim  grobie.  Nawet  jeśli  upośledzone  dzieci  zobaczyłyby  nas  razem  -a  w
pewien  zdeprawowany  spo-sób  chciałem,  by  tak  się  stało,  dla  ich  własnego  dobra  -  nikt  nie  dałby  im
wiary.

Prowadząc  dziecko  w  tłumie,  brzydząc  się  samym  sobą,  choć  ciągnięty  dalej  stanowczą  ręką

dziewczynki,  ujrzałem  ojca  Wingate,  który  szedł  przez  ulicę  w  moim  kierunku.  Trzymał  w  dłoni  swój
słomkowy kapelusz i wymachiwał nim na boki jak kontroler lotu na pokładzie lotniskowca, sygnalizujący
nieprawidłowe  podejście  do  lądowania.  Zmiarkowałem,  że  doskonale  wie,  jakie  myśli  przebiegają  mi
przez głowę, a jednocześnie czułem, że ojciec Wingate nie do końca odnosi się z dezaprobatą do moich
zamiarów i w pewnym sensie uchwycił sekretną logikę perwersyjne-go czynu.

-  Chodź  tutaj...  -  Chcąc  uniknąć  spotkania  z  księdzem,  wciągnąłem  dziecko  w  drzwi  salonu

fryzjerskiego. Wszyst-kie fotele były zajęte, a fryzjerzy niczym prestidigitatorzy pracowali szeregiem nad
dziwacznymi  fryzurami  -  wspa-niałą  plątaniną  piór,  jasnych  peruk  i  skrzydeł  zaczesanych  do  tyłu
włosów, przywodzących na myśl ptasie pióra w pta-szarni.

background image

Mieszczący się obok salonu fryzjerskiego butik był na-bity klientkami, jak gdyby wszystkie kobiety w

Shepperton zapragnęły naraz nowej garderoby. Na chodniku widać było wieszaki z sukniami ślubnymi, a
kierowniczka  sklepu  stała  na  wystawie,  upinając  wspaniałą  koronkową  sukienkę  na  biodrach
plastikowego manekina. Była najwyraźniej prze-konana, że jest to strój, który każda kobieta wybierze w
pierwszej  kolejności.  I  rzeczywiście,  grupka  klientek  wal-czyła  łagodnie  o  miejsce,  by  przyjrzeć  się
sukience. Gdy gospodynie domowe, sekretarki, kelnerki i postarzałe urzęd-niczki zaczęły ściągać suknie z
wieszaków  i  prezentować  je  sobie,  dały  się  słyszeć  westchnienia  przesadnego  zachwytu  i  ironiczne
chichoty uznania. Kobiety szturchały się, przy-kładały suknie do ramion i pokrzykiwały na mnie wesoło.
Poczułem się jak w świętującym mieście, pełnym moich osobistych oblubienic.

Trzymając  mocno  niemal  zgniecioną  rączkę  dziewczyn-ki,  przypomniałem  sobie  białe  pióra

oszalałych  z  pożąda-nia  ptaków,  wrzeszczących  wokół  mnie.  Kobiety,  których  głosy  stawały  się  coraz
bardziej  przenikliwe,  kołysały  się  i  pokładały  na  mnie  niczym  drżące  w  rui  zwierzęta  z  dotknię-tego
demencją  zoologu.  Zasłoniłem  oczy  przed  rozjarzo-nym  słońcem.  Olbrzymia  ara  o  elektrycznych,
błękitnych piórach przeleciała z wrzaskiem tuż nad moją głową, a po-tem zaczęła metodycznie rozrywać
pazurami markizę, zdob-ną w krwawe pasy. Jakiś chłopczyk o oczach obłąkanego karła cisnął mi w twarz
grzechotkę.

Przyciśnięty  do  szyby  wystawowej,  wziąłem  dziewczyn-kę  na  ręce,  czując  w  ustach  smak  jej

wilgotnego,  przestra-szonego  oddechu.  Zatoczyłem  się  na  składany  stolik,  zrzu-cając  na  ziemię  tacę  ze
sztuczną  biżuterią  i  rozmaitymi  świe-cidełkami  weselnymi.  Kobiety  zaczęły  przepychać  się  w  moim
kierunku.  Dołączył  do  nich  tłum  z  pasażu  handlowe-go,  jak  podekscytowani  goście  w  święto  swojego
patrona, tłoczący się dokoła, by choć przez chwilę zobaczyć święte-go męża.

Usiłując uporządkować myśli, spojrzałem na blokujący drogę figowiec. W jego gałęziach huśtało się

kilkanaścioro dzieci, których sylwetki rozświetlało lśniące listowie jak w animowanym witrażu. Wilgi i
papużki  rozpościerały  skrzy-dła  w  tłumie  dzieci,  a  niesamowite  pióra  ptaków  spływały  w  dół  w
powietrzu pełnym zgiełku.

Czułem  na  skórze  napierające  na  mnie  ciała  kobiet,  któ-rych  zapach  podrażniał  mi  sińce  na  piersi.

Ogarnęła  mnie  niepokojąca  euforia  seksualna  -byłem  jak  odurzony  jakimś  dziwnym  głodem.  Suknie
ślubne  kołysały  się  wokół  mnie  w  upale,  chwiejąc  się  zgodnym  ruchem  na  wieszakach,  które  kobiety
podnosiły na wysokość twarzy.

Przez  lukę  w  ludzkiej  ciżbie  zauważyłem,  że  Miriam  St.  Cloud  wysiada  ze  swojego  sportowego

samochodu  i  jak  zaczarowana  wpatruje  się  w  splądrowane  wieszaki  ze  ślub-nymi  sukniami.  Dreptałem
między kobietami niczym byk, drażniony przez niewieścich matadorów ze ślubnymi płach-tami, a Miriam
wydawała  się  zdezorientowana  i  niepewna  -  była  ostatnią  z  moich  oblubienic,  która  spóźniła  się  na
uroczystość.  Czy  zrozumiała,  że  uleczyłem  jej  pacjentów  po  to,  by  móc  ich  zaślubić?  Wiedziałem,  że
wkrótce  będę  parzył  się  z  Miriam  St.  Cloud  i  wszystkimi  tutejszymi  miesz-kańcami,  z  młodymi
mężczyznami i kobietami, z dziećmi i niemowlętami w wózkach. Być może nigdy więcej nie będę jadł,
ale ciała tych ludzi nakarmią mnie ich potem i zapa-chem.

Dziewczynka, którą ogarnęło teraz przerażenie, wyrwa-ła mi się i uciekła w tłum, umykając wraz z

innymi  dziećmi  pośród  pralek  i  telewizorów.  Niemal  tracąc  przytomność,  pogroziłem  pięściami
podekscytowanej  matce,  która  porwa-ła  dziewczynkę  na  ręce  i  wrzasnęła  mi  coś  prosto  w  twarz.
Zaplątałem  się  w  koronkowy  tren  jednej  ze  ślubnych  sukni  i  upadłem  wprost  pod  nogi  kobiety.
Wyczerpany  wrzawą  leżałem  w  radosnym  delirium,  zdając  sobie  sprawę,  że  lada  chwila  moje

background image

oblubienice stratują mnie na śmierć. Czyjeś potężne ręce chwyciły mnie nagle w pasie i podź-wignęły na
składany  stolik.  Tkwiąc  jeszcze  w  objęciach  ojca  Wingate,  oparłem  się  o  szybę  wystawową.  Pastor
zmiótł  nogą  na  bok  sztuczną  biżuterię,  a  potem  odepchnął  kobiety.  Czułem  koński  zapach  potu,
wydobywający  się  spod  jego  kwiecistej  koszuli.  Przyglądał  mi  się  z  miną  zagniewaną  i  zarazem  pełną
czułości, jak ojciec zamierzający uderzyć syna w twarz. Wiedziałem, że tylko on jest świadom moje-go
rozwiązującego się przeznaczenia, tej immanentnej przy-szłości, w którą miałem lada chwila wstąpić. -
Blake... - Zdawało mi się, że jego głos spływa z nieba.

Zatoczyłem się na księdza.

- Wezwij doktor Miriam. Chcę...

- Nie. Nie teraz. - Ojciec Wingate przygarnął mi głowę do piersi, zmuszając mnie, bym wdychał jego

pot, zdecy-dowany, że nie pozwoli mi uciec przed wizją, której w jego oczach byłem coraz bliższy.

-  Blake,  posiądź  swój  świat  -  szepnął  chrapliwie.  -  Ro-zejrzyj  się,  jest  tu,  dokoła  ciebie.  -  Ułożył

dłonie  na  moich  posiniaczonych  żebrach,  wciskając  twarde  palce  w  ślady  cudzych  dłoni,  które  po  raz
pierwszy  przywróciły  mnie  ży-ciu.  -  Wstań,  Blake.  A  teraz  przejrzyj  na  oczy!  Poczułem  jego  usta  na
swoich rozbitych wargach, sma-kowałem zęby księdza i stęchły aromatu tytoniu w jego ślinie.

20

BRUTALNY PASTERZ

Wszystko  wyglądało  jak  zalane  jakimś  dziwnym  szkli-wem.  Tłum  cofnął  się,  a  kobiety  z  dziećmi

odpływały  w  świetlnym  pyle  w  dal.  Miriam  St.  Cloud  stała  wciąż  po  drugiej  stronie  ulicy,  zwrócona
twarzą  do  mnie,  ale  zdawa-ła  się  znikać,  jak  zagubiona  w  jakiejś  przepastnej  fudze.  Czułem,  że  ojciec
Wingate  jest  gdzieś  po  mojej  lewej  ręce  i  przypatruje  mi  się  niewzruszonym  wzrokiem,  gestem  dło-ni
zachęcając  mnie,  żebym  ruszył  naprzód.  Jak  wszyscy  w  milczącym  teraz  pasażu  handlowym  sprawiał
wrażenie  lunatyka,  mającego  przekroczyć  za  chwilę  próg  snu.  Zostawiłem  ich.  Poszedłem  w  stronę
supermarketu  i  bi-blioteki.  Na  chodnikach  było  już  mniej  ludzi  -  w  jasnym,  nieruchomym  świetle
przypominali  upiorne  manekiny,  wy-cofujące  się  do  rozjarzonych  ogrodów.  Nad  całą  okolicą
dominowała  olbrzymia,  organiczna  fontanna  figowca,  któ-ry  jako  jedyny  zachował  wyraźne  kontury,
albowiem  mia-steczko  Shepperton  zaczęło  się  rozpływać.  Drzewa,  park  i  domy  przeistoczyły  się  w
zatarte wizerunki samych siebie, a ostatnie ślady ich wątłej realności parowały teraz w cie-płym słońcu.

Światło  nagle  stało  się  przejrzyste.  Znajdowałem  się  po-środku  parku.  Tu  każdy  szczegół  był

wyodrębniony  z  nie-spotykaną  wyrazistością  -  każdy  kwiat,  płatek  i  wszystkie  liście  kasztanowców
zdawały  się  uformowane  indywidual-nie  po  to,  by  odpowiadać  ostrości  mojego  widzenia.  Da-chówki
domów,  stojących  setki  jardów  dalej,  zaprawa  mu-rarska,  spajająca  cegły,  i  wszystkie  szyby  zostały
wycyze-lowane z jubilerską dokładnością.

Nic się nie poruszało. Wiatr osłabł, a ptaki zniknęły. Byłem sam w pustym świecie, wszechświecie,

stworzonym  dla  mnie  i  powierzonym  mojej  opiece.  Wiedziałem,  że  jest  to  pierwszy  rzeczywisty  świat,
cichy  park  na  obrzeżach  pu-stego  i  niezaludnionego  jeszcze  wszechświata,  do  którego  wkraczałem
pierwszy i dokąd mogłem poprowadzić miesz-kańców owego widmowego Shepperton, które przed chwi-
lą pozostawiłem za sobą.

background image

Nareszcie opuścił mnie strach. Spokojnie, dostojnym krokiem przeszedłem przez park, oglądając się

na ślady moich stóp - pierwsze ślady, odciśnięte w tej soczystej tra-wie.

Byłem królem niczego. Zdjąłem ubranie i cisnąłem je w kwiaty.

Za moimi plecami rozległ się tętent kopyt. Spomiędzy srebrnych brzóz przyglądał mi się daniel. Kiedy

ruszyłem  ku  niemu,  szczęśliwy,  że  mogę  powitać  pierwszego  towa-rzysza,  zauważyłem  w  lesie  inne
zwierzęta,  młode  i  stare  sarny  i  daniele.  Cale  stado  tych  łagodnych  stworzeń  przy-szło  tu  za  mną  przez
park.  Patrzyłem,  jak  się  zbliżają,  i  wie-działem,  że  są  trzecią  rodziną  trójcy  żywych  istot  -  ssaków,
ptaków i ryb - które wspólnie rządzą ziemią, powietrzem i wodą.

Pozostało  mi  już  tylko  spotkanie  ze  stworzeniami  ognia...  Na  głowie  wyrosły  mi  jelenie  rogi,  które

wzbiły się w powietrze spomiędzy spoin kości mojej czaszki. Skubałem miękką skórę trawy, obserwując
młode  samice.  Moje  stado  zebrało  się  dokoła,  pasąc  się  razem  w  ciszy. Ale  w  tym  momencie  po  raz
pierwszy nerwowe drgnienie powietrza potrząsnęło liśćmi i kwiatami. Nad milczącym parkiem za-wisł
niemal  elektryczny  niepokój  i  wzburzył  ciepłe  słońce.  Gdy  prowadziłem  stado  ku  bezpieczeństwu
wyludnionego  miasteczka,  musnąłem  filigranową  samicę,  a  potem  posia-dłem  ją  w  spazmie
zniecierpliwienia. Spółkowaliśmy w cęt-kowanym świetle, by po chwili oderwać się od siebie i ra-zem
pokłusować naprzód - pot i nasienie mieszały się w naszych pachwinach, gdy biegliśmy.

Stado  pomknęło  za  mną  na  drugą  stronę  drogi  i  wpadło  na  puste  ulice,  stukocząc  kopytami  pośród

porzuconych  sa-mochodów.  Zatrzymałem  się  na  przedzie,  podniecony  wo-nią  niewidzialnych
drapieżników,  które  zapewne  obserwo-wały  nas  z  milczących  okien  i  ozdobnych  ogrodów,  gotowe
złapać  mnie  za  gardło  i  powalić  na  ziemię.  Chwyciłem  na-stępną  samicę,  którą  posiadłem  pod
pomnikiem  wojennym.  Moje  nasienie  migotało  pomiędzy  wyrytymi  na  nim  nazwi-skami  od  dawna
nieżyjących urzędników i robotników. Krą-żyłem nerwowo wśród szeregów aut, parząc się raz po raz z
samicami  -  spółkowałem  z  jedną,  a  potem  odrywałem  się  od  niej,  by  posiąść  następną.  Nasze  odbicia
podskakiwały  w  szybach  wystaw,  między  piramidami  puszek,  sprzętem  gospodarstwa  domowego,
kurtynami zmywarek do naczyń i telewizorami - złowieszczą aparaturą, zagrażającą naszej rodzinie. Moja
sperma  zbryzgała  wystawę  supermarketu,  ściekając  po  sloganach  reklamowych  i  ogłoszeniach  o  ob-
niżkach  cen.  Chcąc  uspokoić  samice,  poprowadziłem  je  dalej,  cichymi,  bocznymi  uliczkami,  a  potem
znów  spół-kowałem  kolejno  ze  wszystkimi  i  zostawiałem  je  pojedyn-czo  w  ustronnych  ogrodach,  by
mogły paść się w nich do syta.

Ale gdy prowadziłem je na miejsca, na nowo zaludnia-jąc prowincjonalne miasto swoim nerwowym

nasieniem,  poczułem,  że  jestem  zarazem  mordercą  tych  istot,  i  że  te  ciche  ogródki  to  zagrody  jakiejś
olbrzymiej rzeźni, gdzie w swoim czasie poderżnę zwierzętom gardła. Nagle ujrzałem się w roli nie ich
opiekuna,  lecz  brutalnego  pasterza,  kopu-lującego  ze  stadem,  które  zapędza  później  do  rzeźnickich
zagród.

A jednak w tym zapachu śmierci i nasienia, wiszącego nad wyludnionym miastem, rodził się zaczątek

nowego ro-dzaju miłości. Byłem nasycony i podekscytowany, świadom mocy pozwalających mi władać
drzewami  i  wiatrem,  a  ota-czające  mnie  soczyste  listowie,  tropikalne  kwiaty  i  ich  ła-godne  owoce
wypływały z mojego nieskończenie żyznego i płodnego ciała.

Rozmyślając o pewnej samicy, której jeszcze nie udało mi się posiąść, ruszyłem cichymi uliczkami w

stronę  par-ku.  Przypomniałem  sobie,  jak  Miriam  St.  Cloud  przygląda-ła  się  w  zachwycie  swojej  sukni
ślubnej.  Kiedy  mijałem  nagi  manekin,  stojący  za  splamioną  spermą  szybą,  zwie-trzyłem  słodki  trop

background image

Miriam, wiodący ku rzece i dalej, ku rezydencji zasłoniętej uschłymi wiązami. Chciałem pochwa-lić się
przed  tą  kobietą  moim  zwierzęcym  ciałem,  wydzie-lającą  ostry  zapach  skórą  i  olbrzymim  porożem.
Posiądę  Miriam  na  trawniku  pod  oknem  pokoju  jej  matki  i  będę  się  z  nią  parzyć  tam,  skąd  widać
zatopiony  samolot.  Popołudniowe  światło  zaczęło  blednąc,  zmieniając  park  w  siedlisko  niespokojnych
świateł  i  cieni,  dostrzegłem  jed-nak  Miriam,  stojącąna  trawiastym  zboczu  pod  domem.  Przy-glądała  mi
się,  gdy  gnałem  między  drzewami,  sadząc  coraz  133  to  potężniejsze  susy.  Widziałem,  że  jest  zdumiona
moją wspaniałością i butą.

Ale  kiedy  byłem  już  blisko  wiązów,  zza  ciemnej  paproci  wyłoniła  się  jakaś  postać,  zastępując  mi

drogę.  Na  mgnie-nie  oka  ujrzałem  martwego  pilota  w  rozdartym  kombinezo-nie  i  jego  twarzoczaszkę,
przypominającą  obłąkańczą  la-tarnię.  Wyszedł  na  brzeg,  żeby  mnie  odszukać,  nie  zdołał  jednak  dotrzeć
dalej niż do szkieletów tych drzew. Błądził po omacku wśród głębokich paproci, unosząc dłoń w ręka-
wicy, jak gdyby pytał, kto pozostawił go w zatopionej ma-szynie.

Przerażony,  uciekłem  w  popłochu,  by  schronić  się  na  mojej  tajemnej  łące.  Dotarłszy  do  grobu,

położyłem się, kryjąc poroże pośród martwych kwiatów.

21

JA JESTEM OGNIEM

Gdy  się  zbudziłem,  łąkę  wypełniało  posępne  światło.  Przez  park  nadchodził  zmierzch,  a  między

drzewami  prze-świecały  uliczne  latarnie  Shepperton.  Moje  poroże,  zbry-zgane  nasieniem  kopyta  i
potężne lędźwia zniknęły. Wcie-lony znów w siebie, siedziałem w zalanym szarówką gro-bie. Tajemna
altana upośledzonych dzieci lśniła wokół jak rozświetlona nawa boczna w jakiejś zapomnianej katedrze
w  dżungli.  Wycisnąłem  pot  z  ubrania.  Tkanina  usmarowa-na  była  krwią  i  ekskrementami,  jak  gdybym
przez całe po-południe pędził stado dzikich bestii.

background image

Spojrzałem  na  pełen  kwiatów  grób,  na  setki  martwych  tulipanów  i  stokrotek,  które  zebrały  dzieci.

Dołożyły  do  nich  kolejne  części  cessny  -  fragment  czubka  prawego  skrzydła  oraz  kawałki  tkaniny,
wyrwane  z  wnętrza  kadłuba  i  wyrzu-cone  na  brzeg.  Dziecięca  konstrukcja  zaczęła  niebezpiecz-nie
przypominać samolot, który jakby odradzał się na nowo wokół mnie.

W  głębokiej  trawie  twarze  trojga  dzieci  połyskiwały  ni-czym  trzy  zamyślone  księżyce.  Zmartwione

oczy Davida popatrywały spod wielkiego czoła, jak gdyby czekając, aż dołączą do nich nieobecne części
mózgu. Rysy drobnej twa-rzyczki Rachel migotały pośród mrocznych maków niby zapomniany płomień.
Jamie  od  czasu  do  czasu  pohukiwał  w  powietrze,  przypominając  niebu  i  drzewom,  że  wciąż  jesz-cze
istnieje. Dzieci były smutne, ponieważ wyłączyłem je z mojego nowego świata. Czy wiedziały, że niczym
pogański  bóg  potrafię  przybrać  postać  dowolnego  stworzenia?  Czy  widziały  mnie  jako  władcę  jeleni,
kłusującego na czele sta-da i kopulującego w biegu?

Wstałem i gestem nakazałem im odejść.

- Zabierz Rachel do domu, Davidzie. Jamie, powinni-ście już spać.

Dla ich własnego dobra nie chciałem, by podchodziły do mnie zbyt blisko.

Zostawiłem dzieci w ciemnej trawie przy grobie i ruszy-łem na przełaj przez łąkę w kierunku rzeki.

Nocne wody roiły się od ryb - węgorzy o srebrnych grzbietach, szczupa-ków, złocistych karpi, wargaczy
i  małych  rekinów.  Mrowie  planktonu  tworzyło  gęste  ławice.  Wyszedłem  na  piasek  i  pozwoliłem
wzburzonej wodzie wirować wokół moich bu-tów tenisowych, by spłukać z nich krew i łajno. U moich
stóp wślizgnęła się na płyciznę jakaś olbrzymia ryba. Ob-serwując mnie bacznie, pożarła zmyte okruchy,
a potem wy-cofała się bezszelestnie na głębinę.

Dach  cieplarni  obsiadły  białe  pelikany.  Wieczorne  po-wietrze  rozjaśniały  od  dołu  pióra  tysięcy

ptaków  i  jaskrawe  płatki  tropikalnych  kwiatów,  które  owinęły  się  wieńcem  wokół  martwych  wiązów,
tworząc  ogromną  koronę,  jaką  przez  chwilę  oglądałem  po  raz  pierwszy,  kiedy  wydostałem  się  z
samolotu.

-  Ja  jestem  ogniem...  Ziemią,  powietrzem  i  wodą.  Z  tych  czterech  królestw  realnego  świata

wkroczyłem na razie w trzy. Wszedłem już w troje drzwi, pomiędzy ptaki, ryby i ssaki. Teraz pozostało
mi  tylko  wkroczyć  w  ogień  -  lecz  postać  jakiej  to  dziwnej  istoty,  zrodzonej  do  ognia,  miałem  teraz
przybrać?

Na  metalowych  poręczach  pomostu,  podtrzymującego  wesołe  miasteczko,  zamigotała  latarnia

sztormowa,  oświe-tlając  tysiące  ryb  w  rzece.  Stark  z  latarnią  w  ręku  zeskoczył  z  wybiegu  na  ponton
stalowej  galary,  którą  zacumował  przy  pomoście.  Ta  stara  łajba,  którą  Stark  spłynął  tu  z  prądem  z
jakiegoś  zapomnianego  strumienia,  wyposażona  była  w  sprzęt  do  połowu  włókiem,  wciągarkę  i  dźwig.
Nie  zważa-jąc  na  ryby  o  potężnych  grzbietach,  tuńczyki  i  drobne  reki-ny,  które  wyskakiwały  z  rzeki  na
wysokość  jego  kostek,  Stark  badał  metalowy  wysięgnik  i  pokryte  rdzą  cumy. A  więc  zamierzał  jednak
podnieść  cessnę  z  dna  i  zain-stalować  ją  jako  główną  atrakcję  swojego  nie  budzącego  zainteresowania
cyrku. Skierował latarnię w moją stronę i uderzył mnie snopem światła w twarz, jak gdyby strofując mnie
łagodnie za to, że pozostawiłem zatopiony samolot bez opieki. Widziałem przebiegły wyraz jego twarzy.
Stark wiedział, że toczymy z sobą niezwykły pojedynek. Dałem mu spokój i poszedłem do domu. Drzwi
balko-nowe  otwarte  były  na  oścież  na  ciepło  wieczoru,  a  światło  w  salonie  unosiło  się  nad  płachtami,
mającymi chronić sto-ły i kanapy przed kurzem. Przykryte były także wiklinowe meble w cieplarni, długi

background image

stół jadalny, krzesła i szafki, a lampy stojące i telefony zostały wyłączone.

Czyżby  Miriam  i  jej  matka  postanowiły  wyjechać,  tak  przerażone  moją  zwierzęcą  przemianą  i

czarem, jaki rzuci-łem na Shepperton, że zamknęły dom i uciekły stąd, kiedy spałem na łące? Wbiegając
na okryte mrokiem schody, my-ślałem o Miriam i miejscu, jakie wyznaczyłem jej w moich wspaniałych
planach. Mój pokój był nietknięty, ale sypial-nię Miriam zaatakował jakiś szalony włamywacz. Ktoś za-
rzucił jej kitel na stojące na stoliku lusterko, otworzył le-karską torbę i wytrząsnął zawartość na podłogę.
Pod moimi nogami leżały w rozbitym szkle rozmaite fiolki, strzykaw-ki, stetoskop i plik recept.

Ary  trzepotały  się  pierzaście  w  ciemności,  kiedy  scho-dziłem  z  podjazdu.  Za  drzewami  widziałem

nad  basenem  słabe  światło,  migoczące  w  oknach  kościoła.  Witraż  okna  wschodniego  został  usunięty  i
odsłaniał rozjarzone płomie-niem świecy sklepienie sufitu.

Drzwi  do  zakrystii  stały  otworem.  Księżyc  oświetlał  ga-bloty  ze  skamieniałościami.  Choć  ojciec

Wingate  odstąpił  mi  kościół,  przepracował  tu  ciężko  cały  dzień,  rekonstru-ując  prymitywne  zwierzę
latające,  którego  prastare  kości  znalazł  na  plaży.  Szkielet  miał  rozpostarte  ramiona,  zgrab-ne  nogi  i
delikatne stopy, a jego kości wyszlifował czas. Stworzenie bardziej niż kiedykolwiek przypominało teraz
małego,  skrzydlatego  człowieczka  -  być  może  byłem  to  ja,  ja  sam,  który  przeleżałem  miliony  lat  w
korycie  Tamizy,  śpiąc,  dopóki  we  właściwym  czasie  nie  oswobodził  mnie  spadający  samolot. A  może
cessnę  ukradł  inny  pilot?  Na  przykład  ta  widmowa  postać,  którą  widziałem  pośród  uschłych  wiązów...
Czy przybrałem jego postać, wychodząc na plażę z miejsca mojego spoczynku na dnie rzeki? Na podłodze
nawy paliły się świece w lichtarzu. To tutaj poprzedniego dnia ojciec Wingate i ja przyciągaliśmy ławy
do  ścian.  Za  okrytym  grubą  tkaniną  ołtarzem  stała  pod  oknem  wschodnim  drabina.  Ktoś  powyjmował
witraże i zrzucił je na posadzkę.

Przy ołtarzu stała w szlafroku pani St. Cloud, gestykulu-jąc niepewnie w migotliwym świetle. Miriam

siedziała spo-kojnie na porysowanej posadzce, wodząc dłonią wśród ka-wałków rozbitego szkła. Pod jej
fartuchem  pielęgniarskim  widziałem  haftowaną  spódnicę  sukni  ślubnej,  którą  usiło-wała  przede  mną
ukryć,  jakby  to  był  strój  oblubienicy,  roz-poczynającej  nowicjat.  Wybierała  obojętnie  okruchy  witra-
żowego  szkła  -  fragmenty  rubinowej  aureoli,  szat  apostol-skich,  krzyża  i  stygmatów,  niczym  elementy
ogromnej ukła-danki, którą zaczęła właśnie porządkować. - Blake, czy mógłbyś mi pomóc...? - Pani St.
Cloud  uję-ła  mnie  za  ramię,  unikając  mojego  wzroku,  zapewne  w  oba-wie,  że  mógłby  spopielić  jej
źrenice.  -  Ojciec  Wingate  zwa-riował.  Miriam  próbuje  teraz  poskładać  witraże.  Siedzi  tu  już  od  kilku
godzin.  -  Pani  St.  Cloud  rozejrzała  się  bezrad-nie  po  splądrowanym  kościele,  a  potem  zwróciła  się  do
cór-ki. - Miriam, wracaj do domu, kochanie. Inaczej ludzie pomyślą, że jesteś jakąś obłąkaną zakonnicą. -
Nie  jest  zimno,  mamo.  Czuję  się  absolutnie  szczęśli-wa.  -  Miriam  ze  swobodnym  uśmiechem  uniosła
wzrok  znad  układanki.  Wydawała  się  spokojna,  ale  świadomie  dystan-sowała  się  od  otoczenia,
przygotowując  się  na  spełnienie  tej  nieznanej  jeszcze,  gwałtownej  obietnicy,  jaką  im  wszyst-kim
składałem. Choć spoglądała z podziwem na moje po-walane ubranie, widziałem, że tylko wysiłkiem woli
po-wstrzymuje chęć, by mnie zaatakować.

- Miriam, jutro znów czeka cię praca w klinice... Ktoś musi się zająć twoimi pacjentami. - Pani St.

Cloud wepchnę-ła mnie w krąg rozbitego szkła. - Blake, Miriam postano-wiła zrezygnować z kliniki.

-  Mamo,  wydaje  mi  się,  że  Blake  roztoczy  nad  pacjenta-mi  doskonałą  opiekę.  Ma  dłonie

prawdziwego uzdrowicie-la...

Miałem już wyjść z kręgu odłamków szkła, wziąć Mi-riam w ramiona i zapewnić, że pragnę jedynie

background image

zabrać  ją  ze  sobą  do  prawdziwego  świata,  którego  drzwi  uchylam.  Do-piero  po  chwili  zdałem  sobie
sprawę,  że  Miriam  siedzi  tu  nie  tylko  dlatego,  żeby  złożyć  rozbity  witraż,  lecz  także  aby  schronić  się
przede mną w tym mistycznym kręgu, jak gdy-bym był jakąś wampiry czną siłą, którą należy powstrzymać
archaicznymi symbolami i znakami.

- Zamknęła pani dom... Wyjeżdżacie z Shepperton? - zapytałem panią St. Cloud.

Zakłopotana, wsunęła ręce do kieszeni szlafroka. - Nie wiem, Blake. Nie wiem, dlaczego, ale jestem

pew-na,  że  wkrótce  wszyscy  wyjedziemy,  może  już  za  kilka  dni.  Ty  też  to  czujesz,  Blake?  Widziałeś
ptaki? I te dziwne ryby?

Wydaje mi się, że Natura... Blake?

Czekała,  aż  się  odezwę,  ale  ja  przyglądałem  się  jej  cór-ce,  wzruszony  lękiem,  jaki  budziłem  w

Miriam,  jej  odwagą  i  determinacją,  z  jaką  gotowa  była  stawić  czoło  mocom,  którymi  ją  zniewalałem.
Wiedziałem już jednak, że jeśli Mi-riam, jej matka, ojciec Wingate, Stark i troje dzieci opusz-czą kiedyś
Shepperton, to tylko razem ze mną. Później, kiedy odpoczywałem już w sypialni, wychodzą-cej na rzekę,
myślałem o trzeciej wizji, którą ujrzałem tego popołudnia, o wizji, w której występowałem jako władca
jeleni. Choć od trzech dni nic nie jadłem, czułem się nasy-cony i brzemienny, nie jakimś fałszywym łonem
w  moim  brzuchu,  lecz  najprawdziwszą  ciążą,  w  której  każda  komórka  mojego  ciała,  każdy  gruczoł  i
każdy  nerw  w  moim  mózgu,  wszystkie  kości  i  mięśnie  zaczynały  nabrzmiewać  nowym  życiem.  Tysiące
ryb, rojących się w ciemnej wodzie, i jasne niby latarnie pióra ptaków w parku wydawały mi się rów-nie
nasycone,  jak  gdybyśmy  uczestniczyli  wszyscy  w  nie-widzialnej  orgii  reprodukcyjnej.  Czułem,  że
zapomnieliśmy o swoich narządach płciowych i zlewaliśmy się z sobą w jedno w ciele nocy, komórka po
komórce. Nabrałem teraz pewności, że moja dzisiejsza wizja nie była snem, lecz kolejnymi drzwiami, do
których  wiedli  mnie  niewidzialni  opiekunowie.  Najpierw  byłem  ptakiem,  potem  rybąi  ssakiem,  za
każdym razem pozostając częścią jakiejś większej istoty, mającej narodzić się z mojej obecnej po-staci.
Choć  wyglądałem  jak  barbarzyńca,  rządzący  prowin-cjonalnym  miasteczkiem  drugorzędny  pogański
bożek w wyświechtanym garniturze, splamionym nasieniem i krwią, przepełniało mnie potężne poczucie
zdyscyplinowania i obowiązku. Wiedziałem, że w żadnym wypadku nie po-winienem nadużywać swych
mocy, ala zachować je, bym mógł wykonać zadania, które miały mi dopiero zostać ujaw-nione.

Niczym  lokalny  duch  niewielkiego  wodospadu  albo  pro-gu  domostwa,  umiałem  przybierać  postać

najróżniejszych  stworzeń.  Wiedziałem,  że  nie  uczyniono  mnie  wszechmoc-ną,  kosmiczną  istotą,
przenikającą cały wszechświat, lecz drugorzędnym bożkiem, którego władza rozciągała się je-dynie na to
miasteczko  i  jego  mieszkańców,  a  którego  mo-ralny  autorytet  musiałem  dopiero  określić  i  ustanowić.
Wspomniałem  poświatę  zniszczenia,  którą  widziałem  po-nad  dachami  domów,  i  przeświadczenie,  że
pewnego  dnia  wyrżnę  tych  ludzi  w  pień.  Jednocześnie  byłem  teraz  pewien,  że  nie  chcę  skrzywdzić
mieszkańców Shepperton, a jedy-nie wyprowadzić ich w bezpieczne miejsce, leżące gdzieś nad miastem.
Te paradoksy, podobnie jak moje przerażają-ce pragnienie kopulacji z dziećmi i starcami, podsuwano mi
niczym kolejne sprawdziany.

Cokolwiek się stanie, pozostanę wierny swym obsesjom.

Nie potrzebowałem już snu, usiadłem więc przy oknie. Czy sen nie jest tylko próbą, jaką podejmuje

niemowlę w kołysce, ptak w gnieździe, ludzie młodzi i starzy, aby osią-gnąć ów daleki brzeg, na którym
biegałem  dzisiejszego  po-południa  z  danielami?  Rzeka  pod  moim  oknem  płynęła  w  kierunku  Londynu  i
dalej,  do  morza.  Zatopiony  kadłub  ces-sny  rozjaśniały  białe  delfiny,  od  których  roiło  się  w  wodzie.

background image

Zmieniały  rzekę  w  nocne  oceanarium,  które  wypełniała  krew  mojego  układu  krążenia.  Plamki  światła
migotały w noc-nym lesie na wszystkich listkach jak miniaturowe latarnie, należące do rozczłonkowanych
konstelacji  mojego  jeste-stwa.  Spoglądając  na  uśpione  miasto,  poprzysiągłem  sobie  doprowadzić  jego
mieszkańców do szczęśliwego końca i złożyć z tych ludzi mozaikę ich jedynego, prawdziwego „ja” w ten
sam  sposób,  w  jaki  Miriam  St.  Cloud  składała  frag-menty  witraży  -  chciałem  przemienić  ich  w  tęcze,
jakie rzu-cało moje ciało na wszystkie ptaki i kwiaty wokół mnie.

22

PRZEMIANA SHEPPERTON

Następnego dnia zacząłem kształtować Shepperton na swoje podobieństwo.

Zaraz po brzasku stanąłem nagi na trawniku wśród sen-nych pelikanów. Ocknąłem się z głębokiego i

spokojnego  spoczynku  niemal  zdumiony,  że  otacza  mnie  nadal  cicha  sypialnia.  Krzesło  z  wysokim
oparciem,  stojące  przy  oknie,  biurko  pani  St.  Cloud,  toaletka  i  wyłożone  lustrami  szafy  pod  ścianą
majaczyły  słabo  w  mdłym  świetle,  jak  gdyby  dołączały  znów  do  mnie  po  długiej  podróży.  Zszedłem  z
łóżka na wyłożoną dywanem podłogę, wdzięczny za tę mięk-ką pryzmę i bierne powietrze, nie czyniące
nic, by mnie zaniepokoić. Byłem jak dziecko na wakacjach w hotelu, wszystkimi zmysłami wyczuwałem
najdrobniejsze skazy w kryjącej sufit farbie, widziałem dziwny wazon, stojący na kominku, i wszystkie
ekscytujące  możliwości  nadchodzą-cego  dnia.  Szczypała  mnie  skóra,  jak  wyjątkowo  czuły  film
fotograficzny, rejestrujący dotyk śladów światła na cyno-wym niebie nad Londynem. Wczesny świt, który
nadcho-dził  w  stronę  Shepperton,  wydobył  z  mroku  maszt  jachtu,  cumującego  w  porcie  pod  Walton
Bridge,  pochyłą  rampę  taśmociągu  do  transportu  piasku  przy  żwirowni  i  pioruno-chrony  na
galwanizowanych dachach wytwórni filmowej. Każdy z tych obrazów odciskał się na mojej skórze, bę-
dącej  częścią  otaczającego  świata,  składającego  się  na  pod-świetlone  freski  mojej  twarzy  i  dłoni.
Odświeżony tymi dalekimi komunikatami, delikatnymi zapewnieniami dnia, postanowiłem, że na razie nie
będę  się  ubierać.  Oprócz  mnie  wszyscy  jeszcze  spali.  Wymknąłem  się  z  sypialni  na  kory-tarz,  gdzie
okryte  pokrowcami  meble  zdawały  się  czekać  na  swoją  kolej,  żeby  ukonstytuować  się  na  nowo.
Wyszedłem frontowymi drzwiami i ruszyłem ku szarej wodzie przez wilgotny trawnik. Rzeka podbiegła
do  mnie,  ocierając  się  o  plażę,  jak  gdyby  chciała  zrzucić  swoje  ciemne  futro.  Na  drzewach  siedziały
cicho  olbrzymie  stada  ptaków,  czekających  na  znak,  którym  przywrócę  je  życiu.  Nad  podmokłą  łąką
sunęły pierwsze promienie światła. Wszedłem na plażę i wzniosłem ramiona ku słońcu. Stojąc tak, nagi,
wiedziałem,  że  pozdrawiam  słońce  jak  kogoś  rów-nego  sobie,  niby  szacownego  plenipotenta,  którego
wpu-ściłem na swoje terytorium. Odwróciłem się plecami do wznoszącej się tarczy, wstąpiłem w zimną
wodę i zacząłem podziwiać setki złocistych karpi, od których roiło się pod moimi stopami.

Słońce  szło  moim  śladem,  gdy  opuściłem  teren  rezyden-cji  i  wkroczyłem  do  wyludnionego  parku.

Samotny  stajen-ny  prowadził  dużego,  zobojętniałego  konia  do  codziennej  pracy.  Biegłem  nago  wśród
drzew,  udając,  że  zamierzam  pozostawić  słońce  w  najwyższych  gałęziach  uschłych  wią-zów,  ale  ono
pełzło cierpliwie równym tempem między konarami. Po raz pierwszy od początku pobytu w Shepper-ton
czułem się pewny siebie i wolny, gotów, by cieszyć się nadchodzącym dniem.

Stanąłem  przed  kościołem,  żeby  złapać  oddech.  Przypo-mniałem  sobie  Miriam  St.  Cloud,  która

klęczała wśród okru-chów witrażowego szkła, podejrzanie spokojnie bawiąc się układanką. Zostawiłem
słońce przycumowane do kościel-nej wieży i wszedłem do zakrystii, gdzie prastare kości skrzy-dlatego
człowieka zdawały się poruszać w świetle. Wciąż nagi, podszedłem do ołtarza. Rozpoznałem wi-szącą w
powietrzu  słabą  woń.  Czułem  unoszący  się  wokoło  zapach  ciała  Miriam,  jej  ust,  piersi  i  nerwowych

background image

dłoni, go-towych mnie odepchnąć. Chciałem znów wziąć ją w ra-miona i dodać jej otuchy. Wszedłem w
szklany krąg i ują-łem w rękę swojego członka. Czułem, że Miriam mnie masuje, a ja budzę się na mokrej
trawie,  po  wypadku...  Sperma  trysnęła  mi  w  dłoń.  Przyjrzałem  się  uważnie  ja-snej  cieczy  i
przypomniałem  sobie  rzeczną  wodę,  którą  unio-słem  do  światła.  Wyglądała  jak  skondensowany
wszechświat płynnego pyłu.

Wychodząc z kościoła, strzepnąłem nasienie na bruko-waną dróżkę, biegnącą pod drzwiami zakrystii.

Zatrzyma-łem się na chwilę, przyglądając się modelowi samolotu, sto-jącemu po drugiej stronie basenu,
na terenie wytwórni, a u moich stóp, spomiędzy kamieni, zaczęły wyrastać zielone, flecikowate rośliny o
ząbkowanych liściach i znanych mi już mleczno-czerwonych kwiatach. Wszedłem między nie i ruszyłem
do  miasteczka,  trzymając  wciąż  w  dłoni  na-brzmiałego  penisa.  Biegnąc  pośród  drzew,  rozmyślałem  o
Miriam. W pobliżu kortów tenisowych miałem kolejny wytrysk. Strząsnąłem nasienie na klomby. Niemal
w  tej  samej  chwili  wśród  dostojnych  tulipanów  rozwinęła  się  wspaniała,  tropikalna  roślinność,
rozrywając  wilgotną  glebę.  Blade  listki  młodych  bambusów  drżały  na  metalowej  siatce.  Na  gałęzi
jednego  z  wiązów  rozwinął  się  delikatny  gobelin  hiszpańskiego  mchu  -  drzewo  przypomi-nało  teraz
trupa, przystrojonego na własną koronację. Du-sicielskie pnącza owijały się wokół zgrabnych pni brzóz
niczym niecierpliwi zalotnicy.

Podniecony własnym seksem, poczułem się beztrosko i wielkodusznie. Głód tymczasem opuścił mnie

całkowicie. Postanowiłem wystraszyć to łagodne miasteczko swoim przyrodzeniem, ale nie chciałem już
kopulować z miesz-kańcami Shepperton, pogrążonymi wciąż we śnie w sypial-niach. Zamierzałem parzyć
się  z  samym  miastem  i  prze-mienić  Shepperton  w  błyskawiczny  raj,  bardziej  egzotycz-ny  niż  to,  co
pokazują  wszystkie  telewizyjne  przewodniki  turystyczne,  rządzące  dotąd  życiem  tych  ludzi.  Zostawiłem
znów słońce, by samo odnalazło drogę przez park, poszedłem na basen i wspiąłem się na wysoką tram-
polinę.  Poniżej  ujrzałem  spokojną  wodę  i  kafle  na  dnie  ba-senu,  ozdobione  wizerunkami  trytonów  i
sympatycznych  ryb,  ale  nigdzie  nie  było  widać  zatopionych  samolotów.  Powietrze  igrało  na  mojej
posiniaczonej piersi, przynosząc z sobą z kościoła zapach Miriam St. Cloud. Nasienie tryskało mi w dłoń
przy najlżejszym dotyku. Pozwoliłem perłowej strudze wpaść do wody. Wysadzane klejnotami medaliony
zalśniły  na  powierzchni  -  elektrycz-na  chemia,  falująca  tu  i  tam  jak  niewidzialny  pływak.  Po  kilku
sekundach  wzorzyste  kręgi  ścięły  się  w  szereg  zielo-nych  spodków,  ozdobionych  pośrodku  białymi
kwiatami. Kiedy zszedłem z drabinki, powierzchnię wody kryły ol-brzymie lilie, jak gdyby basen był w
rzeczywistości placem zabaw jakiegoś wodnego cherubina.

Odszedłem stamtąd ku centrum Shepperton. Ogromne ramiona figowca opanowały już chodnik przed

budynkiem  poczty  i  stacją  benzynową,  usiłując  jakby  wciągnąć  mia-steczko  do  wnętrza  nieba.  Krocząc
dostojnie  pustą  ulicą,  dotknąłem  słupa  pierwszej  z  brzegu  latarni,  namaszczając  ją  nasieniem.  Jakieś
ogniste  pnącze  otoczyło  natychmiast  spękany  beton  i  wzniosło  się  ku  lampie  nad  moją  głową,  gdzie
rozkwitło  kwieciem  w  kształcie  trąbki.  Zachwycony,  zacząłem  znaczyć  pobocze  drogi  orchide-ami  i
słonecznikami.  Przed  supermarketem  posadziłem  w  ozdobnych  urnach  szereg  mangowców,  których
radosne  owoce  przebijały  się  przez  stosy  paczek  po  papierosach  i  pryzmy  folii,  w  jaką  pakuje  się
potrawy  barowe  na  wynos.  Na  stacji  benzynowej  spryskałem  spermą  dystrybutory,  a  potem  lakier
samochodów,  stojących  przed  salonem.  Pną-cza,  rozwijające  się  z  prędkością  mili  na  minutę,  wisiały
niezgłębioną  mgiełką  nad  chłodnicami,  chłonęły  powietrze  poranka  i  wspinały  się  na  okienne  szyby,
oplatając neony i rynny dachowe. W pobliżu dystrybutorów rozkwitły lilie, a węże paliwowe ciągnęły za
sobą soczyste rośliny, przystra-jając się dla pierwszych klientów.

Nad Shepperton roztaczała się już atmosfera karnawału -przygotowywałem trasę triumfalnej procesji

background image

samochodów.  Pracowałem  pospiesznie,  chcąc  odmienić  miasto,  nim  prze-budzą  się  mieszkańcy  i
powitają dzień. Przed bankiem i sklepami z gospodarstwem domowym zasadziłem olean-drowe gaje, a w
druty telefoniczne, wiszące nad moją gło-wą, wplotłem kwitnące pnącza, niby czarujące hafty poran-nych
wiadomości.  Ich  dzwonkowate  kwiaty  utworzyły  łań-cuch  dekoracyjnych  lampek.  Stałem  na  dachu
wielopozio-mowego  parkingu,  pozwalając,  by  moja  sperma  skapywała  na  leżące  niżej  tarasy.  Kaskady
trzciny kwiatowej i pozio-mek spływały z betonowych parapetów, zmieniając szary labirynt w radosny,
wiszący ogród.

Wszędzie,  gdzie  szedłem,  rozsiewając  nasienie  podczas  porannego  obchodu  miasta,  pozostawiałem

za  sobą  nowe  życie,  które  natychmiast  wspinało  się  w  powietrze.  Popę-dzany  wschodzącym  słońcem,
które  mnie  nareszcie  dogo-niło,  krzątałem  się  tu  i  tam  po  pustych  ulicach  niczym  po-gański  ogrodnik,
najmujący  światło  i  powietrze,  aby  zapeł-nić  swój  odmieniony  Eden.  Gęsta,  tropikalna  roślinność  po-
rastała  niepokalane  żywopłoty  kocierpki  i  ujarzmione  traw-niki,  a  palmy  daktylowe  oraz  krzaki
tamaryszku  zmieniły  Shepperton  w  miasteczko,  leżące  na  skraju  dżungli.  Były  to  zmiany,  które
zauważyłby  przypadkowy  obser-wator  z  przyległych  pól  albo  kierowcy  jadący  autostradą.  Kiedy
wróciłem na parking kilka minut po szóstej, stwier-dziłem, że pomalowałem miasto barwami jaskrawej,
rów-nikowej palety - pokryłem je jakby werniksem Amazonii. W ogrodach rosły setki palm kokosowych,
a postrzępio-ne parasole ich liści kołysały się nad kominami. Na każ-dym rogu włócznie bambusowych
gajów przebijały się przez szpary w spękanych płytach chodnikowych. Z dachów bu-dynków wytwórni,
supermarketu i stacji benzynowej liście tropikalnej roślinności lały wokół blask. Nad śpiącym mia-stem
unosiło  się  słońce,  powolny  olbrzym,  który  wspoma-gał  mnie  na  swój  ociężały,  ale  pewny  sposób.
Spośród  gę-stej  flory  wyłaniały  się  tysiące  ptaków,  składających  się  na  świergotliwy  chór  ar,  kakadu,
krzykliwie upierzonych mio-dojadów i rajskich ptaków.

Stałem  przy  wejściu  na  parking,  przysłuchiwałem  się  z  dumą  temu  porannemu  gwarowi,  i

pomyślałem, że zaimpo-nuję Miriam, kiedy podejdzie do okna i zobaczy, jak przy-stroiłem dla niej dzień.
W  miasteczku  pojawili  się  już  pierwsi  widzowie,  którzy  podziwiali  moje  dzieło.  Dwaj  małoletni
gazeciarze siedzieli na rowerach pod figowcem i wpatry-wali się z rozdziawionymi ustami we wspaniałą
roślinność,  żurawie  i  szkarłatne  ibisy,  przyglądające  im  się  z  góry,  z  dachu  supermarketu.  Kiedy  mnie
zobaczyli,  pochowali  się  za  rowerami  i  zastygli  z  przerażenia  w  bezruchu.  Przypusz-czałem,  że
przestraszyło ich moje nagie ciało, wzwiedzio-ny członek i lśniące na udach nasienie, ale wtedy zdałem
sobie sprawę, że nie zauważyli mojej nagości, a przeraziły ich tylko olbrzymie sińce na mojej piersi. - Ej,
wy  tam,  idźcie  stąd...  Jeżeli  zostaniecie,  wpadnie-cie  w  pułapkę.  -  Podszedłem  do  nich  i  wyciągnąłem
rowe-ry spomiędzy korzeni figowca.

Chłopcy nacisnęli na pedały i odjechali, a kiedy byli już poza zasięgiem moich rąk, zaczęli gwizdać i

wrzeszczeć.  Na  kierownicach  rowerów  wyrastały  kwiaty  -  orchidee  wplatały  się  w  szprychy  ich  kół  i
gazeciarze pędzili pusty-mi ulicami w deszczu płatków.

Listonosz  przed  bankiem  wymachiwał  rękami  w  rozja-rzonym  powietrzu,  usiłując  odpędzić  stado

wilg, pikujących z góry ku kolorowym znaczkom na kopertach w jego tor-bie. Kiedy podszedłem bliżej,
listonosz wpadł na mnie ni-czym ślepiec.

-  Wcześnie  wstałeś.  Czy  obudziły  cię  kwiaty?  Był  zbyt  zaskoczony,  by  spostrzec,  że  jestem  nagi,  i

przy-glądał mi się czujnie, gdy podnosiłem z ziemi pakiety li-stów. Mrucząc coś pod nosem, odszedł w
cichą,  boczną  uliczkę.  Z  kopert,  które  trzymał  w  ręku,  wyrastały  róże.  Zdumiony,  wciskał  do  skrzynek
pocztówki, zwieńczone winoroślą, i formularze podatkowe, udekorowane liliami tygrysimi, a zaspanym
gospodyniom  domowym  wręczał  paczki,  porośnięte  kwietnymi  bukietami.  W  końcu,  aby  dopełnić

background image

przemianę  prowincjonalnego  miasteczka,  ruszyłem  główną  drogą,  prowadzącą  na  obwod-nicę  wokół
Shepperton.  Na  południu  rozrzuciłem  nasienie  u  stóp  Walton  Bridge.  Stałem  pośrodku  głównej  drogi,
wio-dącej  do  Londynu,  i  nie  zwracałem  uwagi  na  donośne  klak-sony  przejeżdżających  kierowców.  I  w
tym wypadku by-łem pewien, że żaden z nich nie zdaje sobie sprawy z mojej nagości - kierowcy sądzili,
że  widzą  jakiegoś  ekscentrycz-nego  wieśniaka,  który  zamierza  rzucić  się  im  pod  koła.  Kiedy  się
odwróciłem,  bladozielone  pędy  bambusa  przewierciły  już  spękany  asfalt  i  drżały  piętnaście  stóp  nad
ziemią,  a  ich  łodygi  utworzyły  palisadę  w  poprzek  nasypu  mostu  -  leśną  ścianę,  która  miała  wkrótce
zatamować ruch samochodo-wy.

Raz jeszcze, na drodze na lotnisko, w pobliżu północnej granicy Shepperton, gdzie zaledwie trzy dni

wcześniej sam się uwięziłem, nadszedł znów czas, by odciąć miasteczko od zewnętrznego świata. Minęli
mnie dwaj podstarzali stró-że, jadący na rowerach. Zaśmiali się dobrodusznie, widząc, że onanizuję się
przy  drodze,  a  słońce  czeka  cierpliwie  na  moim  ramieniu,  aż  skończę.  Kiedy  się  obejrzeli,  w  poprzek
drogi pod moimi stopami wyrastał już gaj karłowatych palm o ząbkowanych liściach.

Gdy wróciłem nad rzekę, Shepperton powracało do ży-cia, a zasłony okienne rozsuwały się na jasny

dzień i ogro-dowe dżungle, porastające podjazdy i dachy garaży. Dzieci w piżamach wychylały się przez
okna,  wydając  radosne  okrzyki  i  wiwatując  na  widok  tęczowych  chmur  tropikal-nych  ptaków.  Przed
wytwórnią  filmową  mleczarz  zaparko-wał  pełną  butelek  furgonetkę  i  pokazywał  palcem  olbrzy-mie
paprocie  oraz  pnące  palmy,  rozciągające  się  na  budyn-kach  studia  dźwiękowego.  Z  taksówki  wysiadło
trzech  ak-torów,  którzy  przyglądali  się  przemianie,  jak  gdyby  bez  żad-nych  prób  mieli  odegrać  nową
scenę w jakiejś amazońskiej superprodukcji, którą ich obłąkany producent wymyślił so-bie w nocy. Gdy
przechodziłem  obok,  przyglądali  się  moje-mu  nagiemu  ciału  i  wysmarowanym  spermą  udom,  sądząc
najwyraźniej, że jest to odpowiedni kostium dla ich tropi-kalnej epopei.

Choć  byłem  niezmiernie  zadowolony  z  poczynionych  przygotowań  do  rozpoczynającego  się  dnia,

wiedziałem;  że  to  zaledwie  początek.  Przywróciłem  do  życia  pierwotny  las,  ale  wśród  tropikalnych
pnączy  i  za  niesamowitym  upierze-niem  ptaków  czekał  na  swoją  kolej  znacznie  surowszy  świat.
Obserwowałem  przechodzącego  obok  listonosza  i  przystro-jone  w  nocne  koszule  gospodynie  domowe,
które wyjmo-wały bukiety orchidei ze skrzynek na listy i uśmiechały się do tych przesyłek od nieznanego
kochanka.  Całe  miasto  stało  się  moją  girlandą  dla  ich  rozgrzanych  nocą  ciał.  Ale  był  to  tylko  mój
pierwszy  dzień  na  stanowisku  urzę-dującego  bóstwa  Shepperton,  w  roli  pogańskiego  bożka  pro-wincji,
którego  opisała  Miriam  St.  Cloud.  Nasłuchiwałem  krakania  wielkich  ptaszysk  i  zobaczyłem  kondora,
gramo-lącego  się  na  dachu  kliniki.  Jego  pazury  chwytały  dachów-ki,  jak  gdyby  były  to  szyje  ofiar
drapieżnika.  Ptak  rzucił  mi  zmęczone  spojrzenie,  znudzony  uroczystą  atmosferą,  i  cze-kał,  aż  nadejdzie
wreszcie właściwy moment. Odpędziłem gestem ciężarną łanię i wszedłem do chłod-nego jeszcze lasu.
Ukląkłem  na  wilgotnej  trawie  pomiędzy  rozświetlonymi  drzewami  -  w  uschłych  niegdyś  wiązach
zaczynało krążyć wątłe życie, a przez ich martwą korę prze-bijały się pierwsze nowe pędy. Poczułem, że
słońce kąpie moje nagie ciało, i ubóstwiłem sam siebie.

23

ZAKŁADAM SZKOŁĘ LATANIA

-  Blake,  urządziłeś  nam  cudowny  dzień!-Pani  St.  Cloud  stała  w  swoim  ulubionym  miejscu  w  oknie

sypialni.  Wska-zała  palcem  światło,  które  lało  się  z  drzew  okalających  brzeg  rzeki  w  Shepperton,
elektryczny brzeg. - To wspaniałe... Zmieniłeś Shepperton w plan filmowy.

background image

Leżałem  w  ciepłym,  porannym  powietrzu  całą  godzinę,  a  moim  ciałem  opiekowało  się  słońce.

Ucieszyłem  się  na  widok  pani  St.  Cloud,  tak  podekscytowanej,  jak  przewod-niczka  drużyny  skautek  na
jakimś  zlocie.  Zatrzymała  się  u  wezgłowia  łóżka,  niepewna,  czy  wolno  jej  wkroczyć  w  gra-nice
otaczającej  mnie  aury.  Była  zadowolona  i  zarazem  zdezorientowana,  niczym  matka  przedwcześnie
rozwinię-tego  dziecka,  którego  zdolności  mogły  się  rozpłynąć  w  kil-kunastu  niespodziewanych
kierunkach. Chciałem się popi-sywać, wyczarować dla niej z niczego wszelkie rodzaje nad-zwyczajnych
skarbów. Choć nadal miałem niewielkie po-jęcie o prawdziwym zasięgu moich mocy, widziałem, że pani
St.  Cloud  uważa  je  za  oczywiste.  Zaufanie,  jakim  mnie  darzyła,  było  tym,  czego  potrzebowałem.
Zastanawiałem się jak poszerzyć swoje królestwo, a nawet rzucić wyzwa-nie tym niewidzialnym siłom,
które  nadały  mi  moc.  -  Widziała  pani  Miriam  dziś  rano?  -Bałem  się,  że  Mi-riam  mogła  uciec  z
Shepperton,  do  Londynu  i  schronić  się  w  komnatach  jakiejś  koleżanki  po  fachu,  kiedy  w  tym  ma-łym,
nadrzecznym  miasteczku  będą  rozgrywać  się  dziwne  wydarzenia,  a  wśród  pralek  i  używanych
samochodów bę-dzie szalał jej pogański bożek.

- Miriam jest w klinice. Nie przejmuj się, Blake, wczo-raj wieczorem była zdenerwowana. - Pani St.

Cloud  mówi-ła  o  swojej  córce  jak  o  zbłąkanej  małżonce,  ogarniętej  ja-kąś  niedorzeczną  gorączką
religijną.  -  Ona  cię  wkrótce  zro-zumie.  Ja  już  cię  rozumiem.  Ojciec  Wingate  też.  -  Wiem.  To  bardzo
ważne. - Pomachałem ludziom sto-jącym na brzegu od strony Walton, ponieważ pokonali pod-mokłą łąkę,
żeby  na  własne  oczy  zobaczyć  przemianę  Shep-perton.  -  Zrobiłem  to  wszystko  dla  niej.  I  dla  pani.  -
Oczywiście, Blake. - Pani St. Cloud ścisnęła mnie za ramiona, chcąc dodać mi otuchy.

Dotyk  jej  silnych  palców  na  mojej  skórze  sprawił  mi  przy-jemność.  Zaczynałem  już  zapominać,  że

leżeliśmy  razem  na  tym  łóżku,  gdy  odbywały  się  moje  zastępcze  narodziny.  Cieszyłem  się,  że  pani  St.
Cloud, podobnie jak inni, nie za-uważyła mojej nagości.

Z wody wyskoczył miecznik. Jego biały miecz przebił powietrze w salucie na moją cześć. Rzeka była

pełna  ryb,  jak  oceanarium  o  nadmiernie  rozrośniętym  inwentarzu.  Nie  zwracając  uwagi  na  delfiny,
morświny oraz ławice wiel-kich karpi i łososi, ojciec Wingate siedział na płóciennym krzesełku wśród
sprzę-tu  do  poszukiwania  skamielin  i  stadka  ciekawskich  pingwi-nów.  Pogrążony  w  pracy,  przesiewał
mokry piach. Razem z nim na plażę przyszły upośledzone dzieci, które wyciągały teraz na brzeg kawałek
skrzydła cessny, wyrzuconego w nocy na płyciznę.

Wszyscy pracowali, jak gdyby zaraz miał się skończyć czas. Przyszło mi do głowy, że zawsze, gdy się

budziłem,  zastawałem  członków  mojej  „Rodziny”  na  swoich  pierwot-nych  miejscach,  jak  większość
aktorów, ustawiających się do kolejnego ujęcia w ich imitacji rzeczywistości. Nawet Stark, rozebrany do
kąpielówek, pracował na zrujnowanym pomoście wesołego miasteczka. Poluzował cumy swojej łodzi z
włókiem,  gotów  wypłynąć  zardzewiałym  pontonem  nad  zatopioną  cessnę.  Dźwig  oplatały  grube  liany,
pokry-wające też diabelskie koło. Stark z maczetą w dłoni ciął pnącza, odstraszając ostrzem obserwujące
go fulmary. Zaniepokojony tą harówką, ująłem pod ramię panią St. Cloud, która uspokajająco przygarnęła
mnie do piersi. - Powiedz mi, Blake... Co dzisiaj dla nas wyśnisz?

- Ja nie śnię.

-  Wiem...  -  Uśmiechnęła  się  na  myśl  o  swojej  niezdar-ności,  uradowana  uczuciem,  jakie  dla  mnie

żywiła.  -  To  my  śnimy,  wiem  o  tym.  Ty  nam  tylko  pokazujesz,  jak  się  obudzić.  -  Kiedy  za  oknem
przeleciała szkarłatna ara, pani St. Cloud powiedziała z absolutną powagą: - Blake, a może założyłbyś tu
szkołę latania? Nauczyłbyś latać wszystkich mieszkańców Shepperton. Jeśli chcesz, pomówię na ten te-
mat z ludźmi na brzegu.

background image

Rozmyślałem o tej dziwnej, ale brzemiennej propozy-cji, kiedy wkraczałem na trawnik, obserwując

ojca Wingate i troje dzieci, pracujących z zapałem na plaży. Dlaczego ten duchowny renegat tak bardzo
pragnął  odkryć  szczątki  ar-chaicznej,  skrzydlatej  istoty,  pogrążonej  w  ziemi  pod  jego  stopami?
Uśmiechnąłem  się,  widząc  pełen  winy  wyraz  twa-rzy  dzieci,  oddających  się  tajemnemu
przedsięwzięciu,.nie-zgodnemu  z  duchem  dnia.  Wciągały  kawałek  skrzydła  ces-sny  w  krzaki  z  takim
przejęciem, że i one nie zauważyły mojej nagości.

Nauczyć  ich  wszystkich  latać?  Tych  upośledzonych  dzieci  latać  nikt  nie  nauczy,  ale  jeśli  chodzi  o

Miriam  St.  Cloud...  Już  nas  widziałem,  lecących  razem  po  niebie  nad  Shepper-ton,  by  uciec  z  tego
niewyszukanego  raju.  Opuściłem  teren  posiadłości,  otworzyłem  furtkę  i  ruszyłem  do  parku.  Gdy
przebiegałem  obok  kortów  tenisowych,  ciepłe  powietrze  owiewało  mi  obnażoną  skórę,  jakby  chciało
unieść mnie z ziemi. Musiałem znaleźć Miriam, zanim zacznie rozpaczać nad wszystkim, co zrobiłem.

Wszędzie dostrzegałem grupki ludzi, poruszających się między drzewami. Dzieci ścigały się pośród

klombów kwia-towych, usiłując schwytać kolorowe ptaki. Przez bambuso-wą palisadę, którą zasadziłem
przy  moście  Walton,  przepy-chali  się  już  pierwsi  goście,  zwabieni  do  Shepperton  nie-zwykłą
roślinnością,  porastającą  wszystkie  dachy,  i  setka-mi  palm,  unoszących  swoje  tropikalne  parasole  w
prowin-cjonalnych  ogródkach.  Ludzie  wysiadali  z  samochodów  przy  drodze  wiodącej  na  lotnisko,  by
sfotografować kaktusy i kolczaste opuncje, zakorzeniające się swobodnie w beto-nowym chodniku.

Przed kliniką czekała na mnie długa kolejka pacjentów - starcy z oddziału geriatrycznego, pogryzieni

przez  małp-kę,  kobieta,  która  we  własnym  ogrodzie  nadziała  się  dłonią  na  bambusowy  pal,  dwie
nastolatki, chichoczące nerwowo na mój widok, jak gdyby przekonane, że to ja jestem sprawcą ich ciąż, i
pewien  młody  elektryk,  pokiereszowany  przez  rybołowa,  gnieżdżącego  się  na  dachu  poczty.  Wszyscy
przy-patrywali  się  mojemu  nagiemu  ciału  bez  słowa  komenta-rza,  przyjmując  za  oczywiste,  że  jestem
ubrany. Poczekal-nię wypełniał pluton podstarzałych kobiet, kłócących się niecierpliwie o wyniki swoich
testów  ciążowych.  Oddane  mi  klaki  erki  wbiły  wzrok  w  plamy  nasienia,  znaczące  moje  uda.  Czy
posiadłem  je  wszystkie  w  swojej  wizji?  Przyglą-dając  się  ich  pulchnym  policzkom  i  zaróżowionym
ustom nabrałem pewności, że wyniki wszystkich testów okażą się pozytywne.

- Panie Blake! Proszę!... - Recepcjonistka przepchnęła się przez ludzką ciżbę w korytarzu i wczepiła

się  bez  sił  w  moje  ramię.  -  Doktor  Miriam  od  nas  odeszła!  Zamknęła  gabinet  chirurgiczny  dziś  rano.
Wydawała mi się jakaś dziw-na, i pomyślałam, że może pan...

Wziąłem  klucze  i  wszedłem  do  gabinetu  Miriam.  Za-mknąłem  drzwi,  by  odciąć  się  od  gwaru  na

zewnątrz,  i  sta-nąłem  nagi  w  zaciemnionym  pokoju.  Setki  zapachów  ciała  Miriam  i  jej  najdrobniejsze
gesty wisiały w wątłym świetle jak pieszczota albo podarunek, czekający na mnie, żebym go rozpakował.

Biurko  lekarki  było  uprzątnięte,  szuflady  opróżnione,  a  szafki  opieczętowane.  Na  ścianie  wisiały

rentgenowskie  zdjęcia  mojej  głowy,  zdeformowane  klejnoty,  przez  które  przeświecało  wciąż  upiorne
światło, niczym korona znisz-czenia, którą po raz pierwszy ujrzałem nad Shepperton. Między zdjęciami
znalazłem  pocztówkę  z  wakacji  od  jej  kolegi  po  fachu  i  reprodukcję  rysunku  Leonarda  da  Vinci,
przedstawiającego  Marię  Dziewicę,  siedzącą  na  kolanach  świętej  Anny.  Przyglądałem  się  ich
wężowatym postaciom, ukazanym w niezgłębionych pozach. Czy Miriam ujrzała mój uskrzydlony kształt
w  ptasim  stworzeniu,  emblemacie  mojego  sennego  lotu,  który  zdawał  się  wyłaniać  z  fałd  szat  matki  i
córki, tak jak ja wyłoniłem się spomiędzy Miriam i pani St. Cloud?

- Panie Blake... Czy przyjmie pan teraz pacjentów?

background image

Gorączkowym  gestem  nakazałem  recepcjonistce  odejść.  -  Jestem  zajęty.  Powiedz  im,  że  jeśli

spróbują, mogą wy-leczyć się sami.

Ja odczuwałem bowiem potrzebę latania. Przedarłem się przez tłum kobiet w korytarzu i wysze-dłem

z  kliniki.  Potrącali  mnie  ludzie,  którzy  usiłowali  przy-gwoździć  mnie  do  kolejnych  samochodów,
rozszarpując  swoje  rany  i  bandaże.  Jakaś  staruszka  uklękła  u  moich  stóp  i  próbowała  utoczyć  krwi  z
moich  kostek.  -  Zostawcie  mnie  w  spokoju!  -  Dręczyli  mnie,  a  ja  my-ślałem  tylko  o  Miriam  St.  Cloud,
chwyciłem  więc  szybę  jej  kabrioletu,  wskoczyłem  do  środka  nad  maską  i  ruszyłem  do  kościoła.
Usiłowałem  zastanowić  się,  jaki  powinien  być  mój  następny  krok  w  procesie  przemiany  miasteczka.
Choć  miałem  władzę,  odczuwałem  mimo  wszystko  potrzebę  sa-mopotwierdzenia,  dogłębnego  zbadania
własnych  możliwo-ści,  a  nawet  sprowokowania  samego  siebie.  Czy  przybyłem  tu,  by  wykorzystać  tych
ludzi,  zbawić  ich,  ukarać,  czy  może  poprowadzić  ku  jakiejś  seksualnej  utopii?...  Podniosłem  wzrok  na
barwną,  tropikalną  roślinność,  po-rastającą  gęsto  dachy  domów,  spojrzałem  na  setki  wielkich  palm
daktylowych,  pochylających  się  nad  kominami,  i  na  zieloną  fontannę  drzewa  figowego.  Z
niecierpliwością cze-kałem na kontynuację dnia. Nasłuchiwałem podekscytowa-nych głosów ludzi przed
kliniką,  którzy  spierali  się  jak  dzie-ci,  stojąc  wśród  samochodów.  Chciałem,  żeby  odkryli  swo-je
prawdziwe moce -jeśli istniały we mnie, istniały także w nich. Wszyscy tutejsi mieszkańcy posiadali moc
sproku-rowania maleńkiego Edenu z ziemi pod ich stopami. Chciałem poprowadzić ich do prawdziwego
świata przez wszystkie bariery celne wewnętrznych hamulców i utartych zwyczajów. Jednocześnie, z jak
najbardziej praktycznego punktu widzenia, sądziłem, że będę mógł wykorzystać lud-ność Shepperton nie
tylko w planie ucieczki z miasta i osta-tecznego pokonania śmierci, której już raz udało mi się wy-mknąć,
lecz także rzucając wyzwanie niewidzialnym siłom, które obdarowały mnie niezwykłą mocą. Tymczasem
ode-brałem im już gubernatorstwo miasteczka. Nie tylko pierw-szy ujdę śmierci, lecz również pierwszy
wzniosę  się  ponad  śmiertelność  i  zwykłe  człowieczeństwo,  by  objąć  w  posia-danie  słusznie
przysługujące  mi  dziedzictwo  boga.  Kościół  był  pusty.  Mlecznoczerwone  kwiaty  mojego  sek-su  dusiły
ganek  i  wejście  do  zakrystii.  Barbarzyńskie  rośli-ny  górowały  już  wzrostem  nad  rozczarowanymi
parafiana-mi.  Polując  wciąż  na  Miriam,  minąłem  biegiem  basen,  kie-rując  się  w  stronę  wejścia  na
pomost z wesołym miastecz-kiem Starka.

Budka była świeżo pomalowana, a na biurku spoczywał automat do wydawania biletów. Gdy przyjdę

tu  po  raz  dru-gi,  Stark  będzie  czekał  w  kasie.  Włók  na  zardzewiałym  pon-tonie  dryfował  w  odległości
dwudziestu  stóp  od  pomostu,  ponieważ  Stark  przeciął  pnącza,  oplatające  diabelskie  koło,  karuzelę  i
żuraw dźwigu.

Dlaczego  jednak  mieszkańcy  Shepperton,  z  których  wielu  pracowało  przecież  na  lotnisku  i  w

wytwórni filmowej, mieliby się zainteresować brudnym wrakiem cessny? Być może Stark przypuszczał,
że  kiedy  wieść  o  moich  nadzwy-czajnych  mocach  i  ocaleniu  przed  śmiercią  dotrze  do  ze-wnętrznego
świata, samolot otoczy aura talizmanu, która nie zniknie nawet po moim odejściu... Obserwowani przez
kamery telewizyjne całego świata, ludzie zapłacą każdą cenę, by dotknąć przesyconych wodą skrzydeł i
zajrzeć do pobielałego kokpitu, z którego wyłonił się kiedyś młody bóg...

Poczułem znów sińce na piersi, niemal już pewien, że to Stark przywrócił mnie do życia. Tylko on nie

wątpił,  że  umarłem,  i  że  przez  wąską  szczelinę  mojego  ocalenia  w  nasz  świat  przeciekała  inna
rzeczywistość.  W  ciemności  pod  klatkami  drżały  w  pyle  ptasie  skrzy-dła.  Drzwiczki  otworzyły  się
zamaszyście i zobaczyłem sępa, który ze smutkiem dziobał wysypane żwirem dno klatki. Jego towarzysz
skulił się pod stosem starych skrzynek, kry-jąc wytarte pióra przed słońcem.

A  zatem  Stark  pootwierał  klatki  w  swoim  mizernym  zoo  i  wypędził  jego  mieszkańców.  Małpka

background image

uczepiła  się  prętów  klatki  po  zewnętrznej  stronie,  natomiast  szympans  siedział  samotnie  w  wagoniku
diabelskiego  koła,  majstrując  swo-imi  delikatnymi  dłońmi  przy  pulpicie  sterowniczym,  jakby  chciał
odlecieć ku jakiemuś szczęśliwszemu lądowisku. Zwierzęta wyglądały na głodne, zaniedbane i onieśmie-
lone wybuchającą wokół tropikalną florą. Wiedziałem, że nie należą do mojego odrodzonego Shepperton,
ale było mi przykro widzieć je w tak opłakanym stanie, ukląkłem więc, dotknąłem plam spermy na udach
i  przycisnąłem  dłonie  do  ziemi.  Kiedy  wstawałem,  wraz  ze  mną  wzbiło  się  w  górę  niewielkie  drzewo
chlebowe,  którego  owoce  zawisły  na  wysokości  mojej  głowy.  Nakarmiłem  małpkę,  a  potem  w  pobliżu
diabelskiego koła zasadziłem bananowiec dla szym-pansa. Siedział w wagoniku, opuściwszy bojaźliwie
głowę,  i  obierał  z  wdziękiem  świeże,  żółte  owoce.  Zanim  zdążyłem  zająć  się  sępami,  usłyszałem
nadjeżdża-jący karawan, którego ochrypły silnik dyszał niczym be-stia. Stark skręcił ciężkim wehikułem
na  podjazd,  obsypu-jąc  mi  nogi  gorącym  pyłem.  Teatralnym  gestem  przygładził  jasne  włosy  i  rzucił  mi
spojrzenie  zza  kierownicy,  choć  nie  zauważył,  że  jestem  nagi.  Układał  już  sobie  w  głowie  prze-bieg
pierwszego wywiadu dla telewizji.

Wytrzymałem jego bezczelny wzrok i poczułem, że bu-rzy się we mnie krew. Miałem ochotę spuścić z

ramienia  sokoła,  młodego  zabójcę,  który  chwyci  Starka  za  gardło  w  pierwszej  chwili  życia,  albo
wypuścić z mojego penisa ko-brę, żeby wstrzyknęła mu truciznę do ust. Lecz kiedy do niego podszedłem,
ujrzałem  z  tyłu  wozu  jakieś  zmierzwio-ne,  pierzaste,  szamoczące  się  stworzenia.  Na  stalowych
uchwytach,  podtrzymujących  trumnę,  leżało  kilkanaście  ptaków,  które  Starkowi  udało  się  schwytać  w
sieć.  Na  pod-łodze  karawanu  spoczywały  bezradnie  ary,  wilgi  i  kakadu  -  nowi  lokatorzy  ogrodu
zoologicznego Starka. - Boją się ciebie, Blake. - Otworzył tylne drzwi kara-wanu majestatycznym gestem.
- Całe to towarzystwo schwytałem w ciągu pół godziny. Shepperton zmienia się w obłąkaną ptaszarnię...

Wciąż  zachowywał  się  czujnie  i  przymilnie,  jak  gdyby  moja  rosnąca  władza  nad  tym  małym

miasteczkiem  i  bez-graniczna  płodność  prowokowały  go,  żeby  tym  bardziej  rzu-cić  mi  wyzwanie.  W
moim  przekonaniu  podejrzewał,  że  owe  potargane  stworzenia,  schwytane  w  grubą  siatkę,  są  częścią
mnie.

Starając  się  mnie  nie  dotykać  -  czyż  nie  przemieniłbym  go  w  drapieżnego  ptaka,  wyposażonego  w

ostry dziób i sła-be nogi? - otworzył zastawę i rzucił ptaki w proch pod moimi stopami. Wpatrywał się w
rozciągniętą  w  sieci  zdobycz,  w  zmaltretowane  ptaki,  z  wyraźną  pokusą,  żeby  zadusić  je  na  miejscu
gołymi rękami.

-  Spodoba  ci  się  to,  co  robię,  Blake.  Będzie  tu  stałe  ar-chiwum,  zawierające  po  jednym  okazie  z

każdego gatunku, czyli coś w rodzaju pomnika na twoją pamiątkę. Nie podo-ba ci się ten pomysł? Myślę
już  także  o  delfinarium,  dużym  na  tyle,  by  można  w  nim  trzymać  walenia.  A  tu  będę  prze-chowywał
wszystkie ptaki. W wielkiej klatce obok cessny znajdzie się największy z nich wszystkich... król ptaków.
Rozmarzone oczy Starka przebiegły moje ciało w nie-mal erotycznej gorączce.

- Co ty na to, Blake? Nie chciałbyś mieć kondora?...

24

ROZDAWANIE PREZENTÓW

Przysiadłem  nagi  na  pomniku  wojennym  i  postanowi-łem  cieszyć  się  publicznym  świętem.  Cała

ludność Shep-perton wyległa na ulice, by uczcić jubileuszową uroczystość. Tłum ludzi, wystrojonych w
najlepsze letnie ubrania, kręcił się w centrum miasteczka, zmieniając jego niepozorną, choć główną ulicę,

background image

w  udekorowaną  kwiatami  aleję  jakiejś  tropi-kalnej  metropolii.  Ludzie  przechadzali  się  ramię  przy  ra-
mieniu,  pokazując  sobie  nawzajem  pnącza,  roziskrzone  mchy,  zwieszające  się  z  drutów  telefonicznych,
oraz  setki  kokosowych  i  daktylowych  palm.  Na  gałęziach  figowca  huśtały  się  dzieci,  a  młodzież
buszowała w porośniętych orchideami i dyniowatymi roślinami altanach, w jakie zmie-niły się porzucone
samochody. W ogrodach szalała tapio-ka, wypierając róże i dalie.

Poza  tym  dookoła  roiło  się  od  ptaków.  Powietrze  przy-pominało  kubełek  z  różnokolorową,

ekstrawagancką  farbą,  którą  ktoś  chlusnął  po  niebie.  Na  wszystkich  parapetach  szczebiotały  papużki,  z
porośniętych dżunglą tarasów wie-lopoziomowego parkingu skrzeczały derkacze, a jerzyki po-krzykiwały
wokół  dystrybutorów  na  stacji  benzynowej.  Patrząc  na  nie,  odczułem  znów  potrzebę  latania.  Jakiś
dziesięcioletni mniej więcej chłopiec wgramolił się na schodki pomnika i usiłował wcisnąć mi w dłonie
model  samolotu  w  nadziei,  że  go  pobłogosławię.  Nie  zwracałem  na  niego  uwagi  -  czytałem  nazwiska
ludzi,  którzy  zginęli  w  obu  wojnach  światowych,  rzemieślników,  kasjerów  banko-wych,  handlarzy
samochodów  i  techników  od  dubbingu.  Chciałem  sprawić,  by  powstali  z  grobów,  i  zaprosić  ich  na  ten
karnawał, wezwać ich z miejsc spoczynku na zapomnia-nych dawno plażach i polach bitewnych. Trudno,
bliżej miałem tych, którzy leżeli na cmentarzu za kościołem. Zeskoczyłem z pomnika i wmieszałem się w
tłum,  ucie-szony,  że  wszyscy  są  w  świetnym  nastroju.  Na  dworcu  ostat-ni  urzędnicy  i  przedsiębiorcy
podejmowali  bez  entuzjazmu  kolejną  próbę  wyjazdu  do  Londynu.  Kiedy  podszedłem  bli-żej,  porzucili
wszelkie  myśli  o  pracy.  Rozluźnili  krawaty,  przewiesili  sobie  marynarki  przez  ramiona  i  zaczęli  prze-
chadzać  się  w  świątecznym  tłoku,  zapominając  o  konferen-cjach  na  temat  dynamiki  sprzedaży  i  o
posiedzeniach rad nadzorczych.

Przed bankiem było jakieś zamieszanie. Tłum cofnął się, obserwując w milczeniu dwie zakłopotane

kasjerki, które rozstawiały przy wejściu spory stół. Młodsza niemal histe-rycznie wzruszyła ramionami,
kiedy  zjawiła  się  dyrektorka  banku  z  zawierającą  gotówkę  metalową  kasetką.  Wysoka,  szlachetnie
wyglądająca  kobieta  o  czole  uczonej,  otworzy-ła  kasetkę,  ukazując  tysiące  banknotów  -franków,  dola-
rów, funtów szterlingów, marek i lirów - poukładanych w pakiety. Zgromadzony przy wejściu personel
przyglądał się dyrektorce z pełnym fascynacji niedowierzaniem, ona zaś zanurzyła głęboko w banknotach
swoje wrażliwe dłonie i zaczęła wykładać pakiety na stół.

Ktoś  na  mnie  wpadł  -  poczułem  podekscytowane  ciało  mężczyzny,  nagie  jak  moje,  jeżeli  nie  liczyć

kąpielówek. To Stark przeszedł obok, rozpychając ludzi. Trzymał w dłoni zapomnianą siatkę na ptaki i
wpatrywał  się  w  banknoty,  kołysząc  się  z  boku  na  bok  jak  zaczarowany  kochanek.  Nie  mogąc  dotknąć
pieniędzy ani spuścić z nich oka, zamruczał: - Jedzą ci z ręki, mój drogi...

Zaprosiwszy  widzów  przyjaznym  gestem,  by  podeszli  do  stołu  z  pieniędzmi,  dyrektorka  banku

wróciła do gabine-tu. Nikt nawet nie drgnął, nie będąc w stanie przyjąć tego najbardziej tajemniczego ze
wszystkich  darów.  Tylko  Stark  podszedł  bliżej,  wymachując  siatkąjak  gladiator.  Rzucił  mi  przez  ramię
szalone,  konspiracyjne  spojrzenie,  przypusz-czając  widocznie,  że  ja  sprawiłem  to  wszystko  jakąś  nie-
zwykłą sztuczką. Szybko zapakował do siatki kilkanaście pakietów, a potem odwrócił się i swobodnym
krokiem wkro-czył w tłum.

Wciąż niezdecydowani, ludzie stłoczyli się wokół stołu. Właściciel wypożyczalni telewizorów wziął

pakiet  dolarów  i  rzucił  go  młodej  dziewczynie  jak  cukierek  dziecku,  a  po-tem  brawurowym  gestem
wyciągnął portfel i położył jego zawartość na stole.

Ludzie  dokoła  zaczęli  nagle  obdarowywać  się  nawza-jem  pieniędzmi  -  rzucali  monety,  książeczki

czekowe, kar-ty kredytowe i kupony loteryjne na zielony ryps, niczym szczęśliwi hazardziści, stawiający

background image

wszystko  na  pewnik  no-wego  żywota.  Stojąca  przy  mnie  młoda  Cyganka  z  umoru-sanym  dzieckiem  na
rękach otworzyła torebkę i wyjęła bank-not jednofuntowy, a potem wcisnęła mi go bojaźliwie w dłoń, jak
gdyby przemycała sekretną wiadomość dla nie-znanego kochanka. Oczarowała mnie, chciałem dać jej coś
w zamian, potarłem więc banknot lepkimi od spermy dłoń-mi i wręczyłem jej synkowi, który rozwinął go
w zamyśle-niu, odsłaniając maleńkiego kolibra, unoszącego się w po-wietrzu plamą szkarłatu cal przed
nosem chłopca. - Blake... Tu jest milion lirów.

-  Weź  wszystko,  Blake.  To  ponad  tysiąc  dolarów.  Wy-starczy,  żebyś  mógł  założyć  szkołą  latania...

Wszyscy wręczali mi pieniądze i karty kredytowe, klasz-cząc z radości w dłonie, kiedy ja dawałem im w
zamian  ptaki  i  kwiaty,  rudziki  i  wróble,  róże  i  wiciokrzewy.  Szczę-śliwy,  że  mogę  ich  zabawić,
rozpostarłem  ramiona,  dotyka-jąc  portfeli  i  książeczek  czekowych,  a  potem  odstąpiłem  z  szerokim
gestem. Wśród rozrzuconych na stole monet po-jawił się paw, majestatycznie rozkładając ogon. W pasażu
handlowym kierownicy sklepów i ich pracow-nicy wynosili towary, by rozdać je przechodniom. Raz po
raz  widziałem  Starka,  który  w  niebiańskim  uniesieniu  pchał  wyładowany  wózek  od  jednego  sklepu  do
drugiego. Zapar-kował karawan w bocznej uliczce, koło poczty. Krzyknął na dzieci, żeby mu pomogły, po
czym władował do samo-chodu dwa telewizory i zamrażarką, rozrzucając wokoło garście banknotów z
wypchanej siatki na ptaki. Pozwoliłem mu dalej robić swoje, zadowolony, że wi-dzę, iż Stark czuje się
spełniony. Zresztą w zaistniałej sytu-acji potrzebna była choć jedna osoba, która wykazałaby upodobanie
do dóbr materialnych. Jak gdyby zgadzając się ze mną, życzliwy Starkowi tłum podążał w ślad za nim,
sekundując mu, kiedy wyładowywał karawan odtwarzacza-mi wideo i sprzętem stereofonicznym. Ludzie
w  nastroju  dobrodusznej  ironii  dawali  mu  pieniądze  -  jakiś  mężczy-zna  zdjął  z  ręki  złoty  zegarek  i
wcisnął go w rękę Starkowi, a pewna kobieta zapięła mu pod brodą swój naszyjnik pereł.

W  całym  Shepperton  dochodziło  do  wymiany  darów.  Na  niegdyś  spokojnych,  prowincjonalnych

ulicach, zaatakowa-nych przez tropikalny las, rozstawiano kuchenne krzesła i stoły, a na nich zmywarki,
butelki szkockiej whisky, srebr-ną zastawę i kamery filmowe  -  zaimprowizowane  stoiska  przypominały
kramy w dzień wiejskiego święta. Kilka ro-dzin wyniosło na ulicę cały swój dobytek. Ludzie stali wśród
własnych  mebli  z  sypialni,  rulonów  wykładziny  dywano-wej  i  stosów  naczyń  kuchennych,  jak
uszczęśliwieni  emi-granci,  gotowi  porzucić  miasteczko,  by  powrócić  do  pro-stego  życia  w  okrążającej
ich  dżungli.  Roześmiane  gospo-dynie  rozdawały  ostatnie  zapasy  żywności,  wciskając  chleb,  słoje
rozmaitych  smakołyków,  świeże  befsztyki  i  gicze  wie-przowe  w  okna  przejeżdżających  samochodów  i
autobusów. Zdumieni tak powszechną hojnością, ostatni goście wy-jeżdżali z Shepperton przez kurczące
się szczeliny w bam-busowej palisadzie przy moście Walton i wiodącej na lotni-sko drodze. Obładowani
zdobyczą,  oglądali  się  za  siebie  jak  najeźdźcy,  opuszczający  miasto,  które  splądrowało  samo  siebie.
Nawet  zakłopotani  kierowcy  dwóch  radiowozów  po-licyjnych,  które  zabłąkały  się  na  główną  ulicę,
wyjeżdżali obładowani prezentami. Na tylnych siedzeniach ich usia-nych płatkami kwiatów samochodów
piętrzyły  się,  niczym  skarby  pochodzące  z  włamania,  srebrne  zastawy,  sztućce,  szkatułki  z  biżuterią  i
kasetki z pieniędzmi - rezultat owe-go zagadkowego święta darów.

Przyglądając im się z dumą, zrozumiałem, że chcę po-zostać wśród tych ludzi na zawsze.

25

SUKNIA ŚLUBNA

Znów byłem gotów latać.

Było  już  południe.  Powietrze  nie  poruszało  się,  ale  moją  twarz  owiewał  dziwny  wietrzyk.  Skórę

background image

muskało  mi  tajem-ne  tchnienie,  jak  gdyby  wszystkie  komórki  mojego  ciała  czekały  na  końcu
mikroskopijnego  pasa  startowego.  Słoń-ce  skryło  się  za  moim  nagim  ciałem,  oślepione  tropikalną
roślinnością,  która  dokonała  inwazji  na  niepozorne,  prowin-cjonalne  miasteczko.  Przystając,  ludzie
zaczęli  szukać  miej-sca  na  odpoczynek.  Matki  z  niemowlętami  porozsiadały  się  na  urządzeniach
gospodarstwa  domowego  w  pasażu  han-dlowym,  dzieci  przycupnęły  na  gałęziach  figowca,  a  star-sze
małżeństwa  odpoczywały  na  tylnych  siedzeniach  po-rzuconych  samochodów.  Wytworzyła  się  atmosfera
antrak-tu.  Gdy  szedłem  na  parking  po  drugiej  stronie  ulicy,  prowa-dząc  swoim  śladem  grupkę  dzieci,
byłem  jedynym  doro-słym  w  okolicy,  który  wciąż  się  przemieszczał.  I  nadal  nikt  nie  zdawał  sobie
sprawy, że jestem komplet-nie nagi.

Wiedziałem,  że  wszyscy  czekają  na  kolejny  zwrot  akcji  w  moim  przedstawieniu.  Mówiąc  ich

słowami,  czekali,  aż  zacznę  ich  znowu  „śnić”.  Przechadzałem  się  pomiędzy  od-poczywającymi
rodzinami,  które  przed  moim  przybyciem  nie  wymyśliłyby  nic  bardziej  ekscytującego  niż  filmowanie
siebie samych nago we własnych ogrodach. Byłem dumny, że są gotowi powierzyć mi wszystkie rodzące
się  możliwo-ści  ich  życia.  Rozdawszy  zawartość  spiżarni,  wkrótce  zgłod-nieją  głodem,  którego  nie
zaspokoją owoce mango i chle-bowce, zwieszające się w otoczeniu tropikalnego listowia. Nie wiedzieć
czemu, ogarnęła mnie pewność, że gdy na-dejdzie czas, wykarmię ich własnym ciałem, oni zaś dadzą mi
pożywać siebie.

Otoczony dziećmi, wspiąłem się na dach parkingu i pod-szedłem do betonowego parapetu. W oddali,

za  linią  parku,  skakały  w  rzece  mieczniki,  usiłując  ściągnąć  na  siebie  mój  wzrok  i  dać  mi  sygnał,  że
powinienem rozpocząć już fazę snu. Wszystkie siły łaskawej Natury zdawały koncentro-wać się na mnie,
gdy stałem nieruchomo ze słońcem u boku. Bambusowe gaje, rosnące u podnórza mostu oraz na dro-gach
na lotnisko i do Londynu, stały się gęstsze. Uformo-wały się w ciężkie palisady, przed którymi musiały
zatrzy-mywać  się  nadjeżdżające  samochody.  Pasażerowie  wycho-dzili  na  zewnątrz,  starając  się  nie
zbliżać do kaktusów i kolczastych opuncji. Wiedziałem, że pozostało mi niewiele czasu. Za kilka godzin
Stark  zawiadomi  stacje  telewizyjne  i  nad  Shepperton  ściągną  reporterzy,  a  z  nimi  botanicy,  so-
cjologowie i urzędowi psychiatrzy.

Ktoś wcisnął mi w dłoń jakiś niewielki przedmiot. Obok mnie stał chłopiec, który przyszedł tu za mną

spod pomni-ka. Mrużąc oczy, przypatrywał mi się z uśmiechem. - Mam sprawić, żeby latał?

Kiedy  chłopiec  niecierpliwie  przytaknął,  uniosłem  pla-stikowy  model  samolotu  i  powierzyłem  go

powietrzu.  Lu-dzie  musieli  schylać  głowy,  gdy  model  raptownie  skręcał  pomiędzy  kablami
telefonicznymi,  a  potem  pikował  ku  ziemi,  by  zmienić  się  w  szarżującą  jaskółkę,  przemykającą  ponad
dachem poczty.

Dzieci siedzące za mną na dachu wydały radosny okrzyk, i w tej samej chwili kilku rozwrzeszczanych

posiadaczy  modeli  samolotów  wcisnęło  mi  je  w  ręce.  Kopie  myśliw-ców  i  bombowców  spływały  z
moich palców, kiedy ciska-łem je na drugą stronę ulicy jak zbłąkane strzałki, które wznosiły się w dal w
postaci czubatych jerzykó w, szpaków i pliszek.

Dzieci  przebiegły  z  piskiem  na  drugą  stronę  dachu.  Zo-stał  tylko  Jamie,  stojąc  nieśmiało  w  swoich

klamrach  orto-pedycznych  z  domowym  modelem  samolotu  skrytym  w  dło-niach.  David,  który  gestem
próbował go przywołać, popa-trywał spod masywnego czoła zmartwionym wzrokiem w obawie, że ten
amatorski wytwór nie zdoła sprostać prze-mianie w ptaka.

Czy tylko one, tylko te upośledzone dzieci wiedziały, że jestem nagi?

background image

- Daj mi go, Jamie. Potrafię sprawić, żeby wszystko la-tało. Nie wierzysz?

Czyżby przyniósł mi kolejnego martwego ptaka? Gdy jednak rozłożył dłonie, zobaczyłem, że trzyma

kawałeczek  skrzydła  cessny,  nitowaną  płytkę  z  tej  części  kadłuba,  którą  dzieci  wciągnęły  rankiem  na
plażę.

- Jamie! - Chciałem go szturchnąć w głowę, zły na upo-śledzonego chłopca za to, że bawił się ze mną

w tę maka-bryczną grę, ale on czmychnął na skutych klamrami no-gach.

Gdzieś w dole, na ulicy, zabrzmiał ostrzegawczy krzyk, a potem wśród dzieci siedzących w gałęziach

figowca roz-legła się fala chichotów.

- Tutaj, na dole, Blake! - zawołał jakiś głos. - Jest two-ja pierwsza uczennica.

Środkiem  usłanej  kwiatami  ulicy  nadchodziła  Miriam  St.  Cloud,  ubrana  w  groteskową,  lecz

wspaniałą  suknię  ślub-ną.  Spięta  z  setek  jardów  białego  tiulu,  przypominała  ko-stiumy  do  niektórych
superprodukcji hollywoodzkich z lat trzydziestych.

Miriam  ciągnęła  za  sobą  wielki  tren,  którego  rąbek,  wy-strzępiony  niczym  ptasi  ogon,  niosła  mała

Rachel, przymy-kając niewidome oczy, jak gdyby śniła o lataniu. Wystające znad ramion Miriam tiulowe
draperie tworzyły parę ogrom-nych, miękkich skrzydeł, czekających tylko, by wzbić się w powietrze.

Miriam  przystanęła  na  ulicy,  jak  wielki  biały  ptak  w  po-szukiwaniu  nieba.  Z  początku  sądziłem,  że

znajduje się w transie religijnym, w głębokim stuporze, z którego nigdy jej nie wydobędę. Rozglądała się
wokoło,  wśród  kwiatów  i  pnączy  pokrywających  supermarket  i  sklepy  z  artykułami  gospodarstwa
domowego.  Przyglądała  się  ptakom  siedzą-cym  na  portyku  stacji  benzynowej,  obserwowana  zza  przy-
strojonych  kwieciem  dystrybutorów  przez  łanię  daniela,  jak  gdyby  zastanawiającą  się,  który  z  ptaków
zostanie oblubień-cem Miriam.

- Pani doktor, on jest na dachu...

- Na górze, pani doktor...

Ludzie  wołali  do  niej  z  zaparkowanych  aut,  wskazując  moją  postać,  rysującą  się  wyraźnie  na  tle

nieba. Stałem na dachu parkingu, ale gdy Miriam na dole podniosła na mnie wzrok, zauważyłem, że jest
całkiem  przytomna  i  usiłuje  w  najzupełniej  zdroworozsądkowy  sposób  nie  dać  się  przy-tłoczyć
przepychowi wiszących ogrodów orchidei i kwit-nących pnącz. Sprawiało mi przyjemność, że podziwia
moją  władzę  nad  powietrzem,  ptakami  i  lasem,  choć  nadal  po-dejrzewała,  że  jestem  intruzem  we
właściwym porządku naturalnego wszechświata.

Wiedziałem  jednak  zarazem,  że  Miriam  spełnia  wresz-cie  tajemny  cel,  który  sobie  wyznaczyła  -  że

ziszcza  sią  jej  młodzieńczy  sen  o  zaślubinach  w  powietrzu.  Podtrzymując  w  dłoni  skraj  sukni  ślubnej,
przeszła  spokojnie  przez  obser-wujący  ją  tłum.  Nie  krepowała  sią  wcale,  że  urzeczywist-nia  ten
przyjemny  kaprys  na  oczach  swoich  pacjentów.  Lecz  nawet  wtedy,  gdy  Miriam  kroczyła  stanowczo  w
kierunku wejścia na parking, byłem pewien, że na swój ci-chy sposób rzuca mi wyzwanie i wierzy wciąż,
że moje moce są ograniczone, nieskończenie słabsze niż moce jej koron-nego bóstwa. Czyżby próbowała
wystawić mnie na próbą i sprawdzić, czy potrafią nauczyć ją latać? Kiedy wchodziła na schody, wszyscy
zamilkli.  Ostatni  mieszkańcy  okolicznych  ulic  opuszczali  domy  i  nadchodzili  ku  nam  pod  osłoną

background image

baldachimu tropikalnej roślinności. Nawet Stark postanowił odpocząć od radosnej grabieży miasteczka.
Usiadł na dachu karawanu przed budynkiem poczty, otoczony zrabowanymi urządzeniami i kolorowy-mi,
jesiennymi  liśćmi  opadłych  banknotów.  Pomachał  mi  z  pewnym  siebie  uśmiechem,  przekonany,  że
zadziwią wszyst-kich, cokolwiek zdecydują sią teraz uczynić. Podobała mi sią jego całkowita szczerość.

Na  końcu  ulicy,  pod  pomnikiem  wojennym,  ojciec  Win-gate  wachlował  sobie  twarz  słomkowym

kapeluszem.  Wraz  z  panią  St.  Cloud  przyszedł  tutaj  przez  park,  w  towarzy-stwie  szofera  i  gospodyni.
Przywieźli na wózkach trzech starszych pacjentów z oddziału geriatrycznego. Stali teraz razem, a ksiądz
przekonywał panią St. Cloud, że nie zagra-ża mi żadne niebezpieczeństwo -wyglądali jak para rodzi-ców
z prowincji, których sukcesy syna usunąły w cień, lecz którzy mimo to są z niego dumni.

Za moimi plecami doszło do szamotaniny. David wy-rwał sią dzieciom i podbiegł do mnie. Jego oczy

patrzyły  z  niepokojem  spod  napuchniętego  czoła.  Wiedział,  że  tylko  on  nie  został  dopuszczony  do
tajemnicy  szczęścia  dzisiej-szego  dnia.  Przyniósł  mi  wystrzępiony  biały  gałganek  na  znak  pokoju  po
okrutnym figlu Jamiego. - Blake... To dla ciebie.

- To prawdziwy skarb, Davidzie.

Rozpoznałem  szczątki  mojego  kombinezonu,  kawałek  prawego  rękawa  i  pasa.  Naciągnąłem

kombinezon  na  gło-wę  i  biodra.  Ubrany  we  fragment  przeszłości,  zwróciłem  się  ku  Miriam  St.  Cloud.
Dotarła już na piętro i szła wprost na mnie w swojej sukni ślubnej, gotowa na zaślubiny z po-wietrzem.

Na  dachu  parkingu  wzbierał  już  wiatr,  unosząc  tren  i  skrzydła  sukni  Miriam,  chcąc  unieść  ją  w

powietrze. - Czy mógłbyś mnie podtrzymać, Blake? Łapiąc równowagę, wyciągnęła do mnie ręce, niby
nie-śmiała  żona  cudownego  gimnastyka,  niepewna,  co  się  za  chwilę  zdarzy,  lecz  pewna,  że  dobrze  się
skończy. Poczu-łem ciepły zapach jej ciała i zobaczyłem plamy potu na sukni pod pachami.

- Włożyłeś kombinezon... Jest cały w strzępach. - Wystarczy tego, co zostało, Miriam. A teraz chwyć

mnie za ręce.

Chciałem  ją  tylko  oswobodzić  i  ulecieć  z  nią  z  tego  mia-steczka,  w  którym  zostaliśmy  uwięzieni.

Chciałem przeka-zać jej wszystkie moje moce, by mogła uciec sama, jeśli ja bym nie mógł.

Trzymając  ją  za  nadgarstki,  zaprowadziłem  Miriam  na  skraj  dachu.  Ujrzawszy  ziemię  pięć  pięter

niżej,  Miriam  po-tknęła  się  i  rozerwała  tren  sukni.  Jej  dłonie  trzepotały  w  powietrzu,  aż  odnalazły
wreszcie  moje  ramiona.  Milczący  tłum  rozsiadł  się  pod  drzewami.  Przyglądali  się  nam  nawet  miejscy
policjanci na rowerach. Z nieba spa-dały bezradnie tysiące ptaków, których skrzydła oszukało powietrze,
nie dające im żadnego oparcia. Unieruchomio-ne na dachach, machały słabo skrzydłami, jak gdyby dając
sobie jakieś znaki. Ary i papużki rozłożyły się szeroko w ścieku pod supermarketem, na proscenium stacji
benzyno-wej  leżały  płaskonogie  flamingi,  a  wróble  i  rudziki  spadały  w  znieruchomiałym  powietrzu  jak
kamienie.  Miasto  pokrywało  teraz  zupełnie  nowe  niebo.  Poczułem  pod  skórą  elektryczną  gorączkę,  jak
podczas  poprzednich  wizji,  i  wiedziałem,  że  oto  raz  jeszcze  wkra-czam  przez  drzwi  mojego  ciała  w
królestwo rządzone in-nym czasem i przestrzenią.

-Blake, czy my?...

- Tak, Miriam, umiemy latać.

background image

Staliśmy razem na krawędzi dachu, wysuwając stopy za skraj parapetu. Miriam wzięła mnie za ręce i

popatrzyła  w  dół,  na  ulicę,  pełna  obaw,  że  roztrzaskamy  się  na  śmierć  wśród  zaparkowanych
samochodów. Ale  w  ostatniej  chwili  odwróciła  się  do  mnie  z  pełnym  zaufaniem,  pragnąc  znów  ujrzeć
mój triumf nad śmiercią, którą już raz przecież po-konałem.

-Blake, leć!...

Objąłem ją ręką w pasie i postąpiliśmy krok naprzód, w otwartą przestrzeń powietrza.

26

PIERWSZY LOT

Razem runęliśmy w dół.

Dłonie  Miriam  chwyciły  mnie  za  pierś,  rozrywając  mi  paznokciami  skórę.  W  górze  rozległ  się

ostrzegawczy krzyk - ślepy wrzask Rachel.

Chwyciłem nasze spadające ciała i znalazłem dla nich oparcie w powietrzu. W dole, na ulicy, ludzie

rozbiegli się na wszystkie strony. Matki przewracały się o własne dzieci. Miriam i ja zawiśliśmy razem
na  długość  ramienia  od  czwar-tej  kondygnacji  parkingu.  Poprzez  zasłaniające  jej  krawędź  bugenwille
widziałem  samochody  stojące  w  cieniach  na  po-chyłym  tarasie.  Biały  tren  Miriam  sterczał  nad  nim
piono-wo,  wznosząc  się  na  wysokość  pięćdziesięciu  stóp.  Wyglą-dał  jak  olbrzymie,  strojne  nakrycie
głowy. Uspokoiłem się i znów zacząłem oddychać. Chłodny powiew ogarnął front budynku, pieszcząc tył
moich ud, pier-si i ramiona, a Miriam wciąż wpatrywała się we mnie nie-ruchomo, bez wyrazu, skupiona
na  moich  dłoniach.  Czekałem,  aż  zacznie  oddychać.  Czułem,  że  jej  skóra  wibruje  jak  zbyt  mocno
obciągnięty  bęben.  Wysiłkiem  woli  wszystkie  komórki  jej  ciała  przekraczały  próg  ich  prawdzi-wego
królestwa,  łącząc  się  w  nim  na  nowo,  cząsteczka  po  cząsteczce.  W  końcu  uspokoiła  się,  już  pewna
swojego pa-nowania nad powietrzem. Trzymałem ją za race i czułem, że poruszyły się w poszukiwaniu
pulsu moich nerwów i krążącej krwi, jak gdyby Miriam była świeżo upieczonym pilotem, który rozluźnia
wściekły z początku uścisk. Uśmiechnęła się do mnie czule - żona, która uczestniczy we wspólnym locie z
mężem,  ale  przede  wszystkim  upra-wia  z  nim  po  raz  pierwszy  miłość  seksualną.  Wokół  nas  spadały
ostatnie ptaki.

Delikatnie  podźwignąłem  Miriam  i  wzbiliśmy  się  w  nie-bo.  Zawiśliśmy  na  chwilę  nad  parkingiem,

czekając, by uspokoił się tren. Słońce rozpromieniało draperie sukni, któ-re przypominały rozświetlone
skrzydła, niosące nas w po-wietrzu. Z oddali, mrużąc oczy, przyglądały się nam upo-śledzone dzieci. Na
przemian  zaciskały  i  rozprostowywały  swoje  małe  rączki,  próbując  ocenić  odległość  dzielącą  nas  od
ziemi.  Na  ulicach  kilkusetosobowy  tłum  pokazywał  gwał-townymi  gestami,  że  powinniśmy  wracać.
Widzowie bali się, że zanadto zbliżymy się do słońca.

Spojrzałem  na  nich  z  góry,  rozpoznając  wielu  znajomych  z  miasteczka,  przesłoniętych  teraz  lekką

mgiełką,  jak  gdy-by  stali  na  dnie  szklanego  jeziora.  Moim  prawdziwym  kró-lestwem  było  jasne
powietrze, wspólnota czasu i przestrze-ni, w której dzieliliśmy się ciałami z każdym fotonem. Ho-lując za
sobą Miriam, wzbiłem się wyżej, na czysty niebo-skłon, by zabrać ją na wycieczkę po moim dominium.
Jak gdyby stojąc w wagoniku niewidzialnego statku po-wietrznego, lecieliśmy ramię przy ramieniu ponad
dacha-mi  tego  miasta,  wśród  dżungli  -jaw  strzępach  kombinezo-nu  lotniczego,  Miriam  w  przepysznej
sukni ślubnej. Miała otwarte oczy, choć sprawiała wrażenie uśpionej, ponieważ wpatrywała się we mnie

background image

jak  rozradowana  dziewczynka,  przejęta  dziwnym  snem,  w  którym  dane  było  jej  przez  chwilę  oglądać
pierwszą miłość. Miała zimne dłonie i poczułem, że chyba umarła, jej ciało spoczywa gdzieś daleko w
dole, na ulicy, a ja odlatuję w dal z jej duszą.

Poszybowaliśmy  nad  wytwórnię,  gdzie  na  trawiastych  pasach  startowych  stały  stare  dwupłatowce.

Tam  zawróci-liśmy,  obierając  trajektorię,  którą  nadleciał  nad  Shepperton  mój  samolot.  Resztę  świata,
czyli miasteczka w dolinie Ta-mizy, płynącą zakolami rzekę i widoczne w oddali ruchli-we autostrady,
spowijało  intensywne  światło.  Przelecieli-śmy  nad  pasażem  handlowym,  supermarketem  i  budynkiem
poczty, potem nad parkiem i wiązami, aż dotarliśmy na pla-żę, w pobliżu której zatonęła cessna i gdzie
zbudziłem się do swego drugiego życia.

Krążyliśmy  nad  wodą,  a  suknia  Miriam  wyglądała  jak  duch  zatopionego  samolotu.  Obróciłem  ją

twarzą do mnie, ponieważ poczułem, że muszę wziąć ją w ramiona. Położy-ła ręce na moich poobijanych
żebrach,  nawet  we  śnie  pró-bując  złagodzić  mój  ból.  Kiedy  przyciągnąłem  ją  do  piersi,  wokół  nas
zadrżała aureola światła. Przycisnąłem Miriam do siebie i poczułem dreszcze na jej skórze. Jej twarz do-
tknęła mojej, a wargi kobiety wbiły się w moje pokaleczo-ne usta.

Nasze uśmiechy połączyły się z sobą bez bólu. Chłodna skóra Miriam przeniknęła moją, przędza jej

nerwów  rozla-ła  się  rtęcią  w  moich  nerwach,  a  fale  jej  tętnic  zalewały  ciepłem  i  uczuciem  najdalsze
zakamarki  mojego  ciała.  Po-łączyła  się  ze  mną,  gdy  się  objęliśmy,  jej  żebra  rozpuściły  się  w  moich
żebrach, jej ramiona stopiły się z moimi ra-mionami, a jej nogi i brzuch zniknęły w moim ciele. Po-chwa
Miriam zacisnęła się na moim członku. Czułem w ustach jej język, czułem, że zębami chwyta moje zęby.
Na-sze  oczy  połączyły  się,  a  źrenice  zespoliły  się  z  sobą.  Za-mglił  się  nam  wzrok  -  chimeropodobna
istota wyszlifowa-nymi jak ścianki brylantu oczami widziała tylko zwielo-krotnione obrazy.

Ale  po  chwili  ujrzałem  wszystko  dokoła  dwukrotnie  sil-niejszym  wzrokiem,  patrzyłem  bowiem

zarówno  swoimi,  jak  i  jej  oczami.  W  obu  naszych  głowach  czułem  nerwowe  zawroty  oraz  zaufanie  i
miłość  Miriam  do  mnie.  Wszystkie  kwiaty  i  liście  w  parku  lśniły  teraz  jeszcze  bardziej  przeraź-liwą
jasnością, przypominając las z podświetlonego szkła, wykonany przez mistrza jubilerskiego.

Szukałem  jej  w  powietrzu,  ale  Miriam  zniknęła,  ulatu-jąc  setkami  drzwi  mojego  ciała.  To  ja  byłem

teraz  ubrany  w  suknią  ślubną.  Czułem  ciężar  jej  wielkiego  trenu  i  draperii  tiulowych,  podobnych  do
skrzydeł  cessny.  Zwróciłem  się  tyłem  do  rzeki  i  poleciałem  nad  parkiem  do  centrum  Shep-perton.
Zawisłem  tam  nad  dachem  parkingu,  wypełniając  suknią  rozjarzone  słońcem  powietrze  i  demonstrując
mil-czącym ludziom na dole naszą jedność chimery. Kiedy przysiadłem na betonowym dachu, podbiegli
do  mnie  David  i  Jamie.  Chwycili  drżący  tren,  żeby  zatrzymać  mnie  na  dachu  niczym  dziwny  samolot,
który  zabłąkał  się  w  przestrzeń  powietrzną  Shepperton.  Stanąłem  na  krawę-dzi,  pozwoliłem  skrzydłom
opaść i pomachałem uspokaja-jąco zebranym w dole tłumom. Wydawało mi się, że ich twarze powleka
otępienie,  jak  gdyby  nie  potrafili  pojąć  tego,  co  widzą.  Nawet  ojciec  Wingate,  wachlujący  się  słomko-
wym kapeluszem, był chyba zadziwiony, jakby rozdarty mię-dzy niewiarą a wiarą. Drogą błądziła pani
St. Cloud, prze-patrując powietrze nad głową. Nie wiedzieć jak, niebo za-podziało gdzieś jej córkę.

Poczułem,  że  teraz  jestem  silniejszy,  i  upewniłem  się,  że  nie  tylko  żyję,  lecz  nasyciłem  się  energią

ducha  i  ciała  Mi-riam.  Miałem  ochotę  zatrzymać  ją  w  sobie,  jak  księżniczkę  zamkniętą  we  wściekłym
zamczysku mojej duszy. Już się za nią stęskniłem. Wiedząc, że wokół są inni, których mogłem wchłonąć,
by karmić się ich duchami, wkroczyłem na środek dachu. Rozpostarłem ramiona i wy-puściłem Miriam
na  rozslonecznione  powietrze.  Cofnęła  się,  unosząc  z  sobą  suknię.  Jej  twarz  kryła  bla-dość  głębokiego
transu i głębokiego snu mojego ciała. Wi-dząc, że Miriam materializuje się, Jamie i David podbiegli, by

background image

ją powitać, a Rachel pomknęła za nimi z niewidomym uśmiechem na ustach. Dzieci wzięły ją za ręce. W
dole eme-rytowany żołnierz zaczął wiwatować i wymachiwać laską. Jego głos chyba wszystkich obudził.
Ludzie pospiesznie zsuwali się z dachów aut i zaczynali rozmawiać między sobą, zrozumiawszy, że pokaz
latania  dobiegł  nareszcie  końca.  Przy  schodach  Miriam  rzuciła  mi  przez  ramię  spojrze-nie,  jak  gdyby
widziała mnie po raz pierwszy od początku naszego wspólnego lotu. Uśmiechnęła się i zrozumiałem, że
uznaje moją władzę w powietrzu. Wciąż była blada, jak gdyby jej ciało umierało po trochu, opuszczając
miastecz-ko.

Byłem  pewien,  że  dzięki  niej  i  dążącym  ku  niebu  du-chom  mieszkańców  Shepperton  będę  mógł

wreszcie stąd uciec.

27

POWIETRZE PEŁNE DZIECI

- Czy my też umiemy latać, Blake?

- Naucz nas latać...

Kiedy  wyszedłem  z  parkingu,  otoczyły  mnie  grupki  dzie-ci.  Opędzałem  się  od  nich  żartobliwie  i

popatrywałem  z  nie-jaką  dumą  na  usiane  kwiatami  fasady  sklepów  i  supermar-ketów.  Po  wielu  dniach
wyczerpania poczułem się odmie-niony i odzyskałem pewność siebie. Nie tylko mogłem znów latać, lecz
wchłonąłem także ciało Miriam. Niczym wielki ptak, kopulowałem i odżywiałem się w powietrzu. Czy
mógłbym  karmić  się  mieszkańcami  miasteczka  i  wykorzy-stać  ich  oczy,  języki,  umysły  i  seks,  by
skonstruować latają-cą machinę, która mnie stąd uniesie? Nabrałem niemal pew-ności, że moje moce nie
posiadają  granic  i  że  potrafię  do-konać  wszystkiego,  na  co  zdobędzie  się  moja  wyobraźnia.  Dzieci
wlokły się z tyłu, kłócąc się między sobą, a ja przystanąłem w pasażu handlowym wśród telewizorów i
mebli  do  sypialni.  U  moich  stóp  zatrzepotało  stadko  wró-bli,  goniących  okruch  chlebowca.  Wszędzie
dokoła ptaki znów wzbijały się w powietrze.

- David! Jamie! - Postanowiłem ich zabawić. - Patrzcie wszyscy na mnie!

Wróble podfruwały wśród banknotów, a ja chwytałem je w dłonie gestem magika. Ptaki zlewały się

szybko  z  moim  ciałem  i  czułem  w  przegubach  trzepotanie  ich  maleńkich  serc  jak  szmer  nerwowych
pulsów.  Dzieci  przyglądały  mi  się  z  otwartymi  ustami,  gdy  pstryknąłem  palcami,  wypusz-czając  z  nich
oszołomionego wróbla samca. Wygładzał zgniecione piórka po napaści młodego sokółą, który sie-dział
na  pobliskim  samochodzie.  Klasnąłem  w  dłonie,  przy-ciągając  uwagę  ciężkiego  ptaka,  i  poczułem  w
łokciach  jego  oporne  szpony,  a  w  plecach  potężne  skrzydła.  Zadziwione  tymi  rzekomymi  sztuczkami,
dzieci zaczęły piszczeć z radości i zakłopotania. Jamie pohukiwał pod nie-bo, ostrzegając je, że jestem
zdolny do wszystkiego. Tylko David zdawał się nie być mnie pewien. W progu supermar-ketu zamruczał
coś  do  Rachel,  jak  gdyby  nie  wiedział,  do  czego  to  wszystko  prowadzi. Aleja  przez  następną  godzinę
przechadzałem  się  po  moim  rewirze  niczym  prestidigitator,  oklaskiwany  przez  tłum  widzów.
Pochłonąłem kilkanaście ptaków, które schwytałem w powietrzu i przepuściłem przez drzwi zapadkowe
swoich dłoni.

Moje  ciało  stało  się  rozświergotanym  domem  dla  obłą-kanych,  pełnym  rozdrażnionych  ptaków.

Przystanąłem  pod  supermarketem,  gdy  David  cofnął  się  ze  strachu  i  ostrzegł  szeptem  Rachel.  Dzieci
rozwrzeszczały  się  u  moich  stóp,  kiedy  wypuściłem  z  siebie  dwanaście  sikorek,  tukana  i  so-koła  ze

background image

zmierzwionymi  piórami,  który  przeciął  powietrze,  odlatując  z  mojego  ramienia  z  okrzykiem  odrazy.
Schyli-łem się i pozwoliłem wygramolić się z moich pleców nie-zgrabnemu flamingowi, wyciągającemu
długie  nogi  jak  nad-wrażliwy  kaleka.  Dzieci  krzyczały  przeraźliwie,  kiedy  ptak  wdrapał  mi  się  na
ramiona i odleciał w stronę stacji benzy-nowej. Zakryłem rękami twarz, wyczarowałem z ust koli-bra, a
w trakcie widowiskowego finału uwolniłem ze swo-jego ciała ostatnie ptaki, wypełniając ten handlowy
rewir miasta potopem skrzydeł i piór.

Choć  ucieszyłem  się  bardzo,  że  zabawiłem  dzieci  i  ich  matki,  przypomniałem  sobie,  że  chciałem

bawić się kiedyś w Szczurołapa w jednym z londyńskich parków. Czyżby udało mi się w jakimś sensie
przewidzieć, że będę pewne-go dnia posiadał takie moce? Chciałem nauczyć te dzieci latać i wchłaniać
ptaki w swoje ciała, chciałem, by mężo-wie połączyli się w jedno z żonami, młodzieńcy z narze-czonymi,
a dzieci z rodzicami, i aby wszyscy przygotowali się do ostatniego lotu ku nieznanym powietrznym rajom.
Shepperton  ogarnęła  gorączka  latania.  Dzieci  biegały  po  pasażu  na  wyścigi  i  zadręczały  rodziców,  by
zabrali je na powietrzną wycieczkę. W drodze powrotnej nad rzekę, koło pomnika, szła już za mną cała
procesja, złożona z kilkuset osób.

Za pomnikiem droga opadała w stronę parku. Tłum roz-czarowanych dzieci i rodziców pobiegł w dół

pochyłości, szarpiąc mnie z tyłu za strzępy kombinezonu. -BlakeL.

- Zostań z nami, BlakeL.

Przebijając się przez tę ciżbę, wsparłem się o głowy dzieci i wzbiłem się w powietrze. Poruszałem

się teraz na czele procesji trzy stopy nad ziemią.

- Weź nas ze sobą, Blake!...

Mogłem  nareszcie  swobodnie  oddychać,  więc  odwróci-łem  się  do  nich.  Krążyłem  w  powietrzu,  a

ludzie krzyczeli do mnie, jak uchodźcy, którzy obawiają się, że pozostaną sami, wydani na pastwę losu w
otoczonym dżunglą mie-ście.

-Dalej! Wszyscy! Lećcie!

Dwóch  młodych  mężczyzn  w  kurtkach  motocyklowych  zaczęło  podskakiwać  na  drodze,  usiłując

wznieść  się  w  po-wietrze.  Jakaś  starsza  kobieta  mocowała  się  ze  słońcem  pa-dającym  jej  na  twarz  i
trzęsła  biodrami,  jak  gdyby  chciała  zrzucić  gorset.  Wszyscy  tańczyli  shimmy  i  skakali  wokoło,  śmiejąc
się,  jak  ludzie  zaatakowani  przez  plagę  miłych  owadów.  Tylko  dzieci  przyglądały  mi  się  poważnym
wzro-kiem. Dwanaścioro z nich zbiło się wokół mnie, chcąc do-tknąć moich stóp.

-  Proszę  cię,  Blake...  -  dziesięcioletnia  dziewczynka  o  jasnych,  związanych  w  kitkę  włosach,

zaofiarowała  mi  cu-kierek  jako  łapówkę.  Pochyliłem  się,  wziąłem  ją  za  ramio-na  i  podniosłem.
Przytrzymując spódniczkę, dziewczynka piszczała z radości i unosiła się swobodnie w rozwrzesz-czanym
powietrzu, a potem schyliła się i pomogła swoje-mu młodszemu bratu dostać się w moje ramiona. Nagle
powietrze  zapełniło  się  dziećmi.  Krzyczały  prze-raźliwie  z  radości,  spoglądając  na  swoje  fikające
swobod-nie  nogi,  już  dość  wysoko  nad  głowami  rodziców.  -  Saro,  uważaj!...  W  pogoni  za  córką
zaniepokojona matka uniosła się nad ziemię, wyciągnąwszy ręce w górę. Pedałując wściekle, wzbiła się
wyżej i wzięła córkę w ra-miona, a potem radośnie uśmiechnięta odpłynęła w stronę parku.

Ruszyłem przed siebie, a procesja za mną, przypomina-liśmy więc olbrzymi latawiec, którego ogon

background image

ciągnął  się  po  ziemi.  Ci,  którzy  zostali  na  dole,  wierzgając  i  podskakując,  próbowali  wszystkiego,  by
unieść  się  w  powietrze.  Jakiś  młody  człowiek  oderwał  się  od  ziemi,  a  po  chwili  pomógł  unieść  się  w
górę swojej dziewczynie. Stary wiarus z laską wzleciał sztywno w niebo. Odpływając dalej, pomachał
do mnie laską, jak gdyby chciał mi przekazać, że nauczył się już tego i owego o lataniu.

Sunęliśmy  do  parku,  a  z  bocznych  ulic  wybiegały  całe  rodziny,  żeby  się  do  nas  przyłączyć.  Dawni

kierownicy dzia-łów, wagarujący już trzeci dzień, odrzucili teczki, dołączyli do ogona procesji i -chcąc z
nas  zadrwić  -  wzięli  się  pod  ręce,  naśladując  wysiłki  ludzi  wierzgających  na  czele  ka-walkady,  by
stwierdzić ku swemu zdumieniu, że i oni uno-szą się w powietrzu.

Kiedy  dotarliśmy  do  parku,  zdążało  już  za  mną  przeszło  tysiąc  osób.  Do  procesji  przyłączali  się

ostatni  maruderzy  -  technicy  filmowi,  aktorzy  w  staromodnych  pumpach  i  go-glach,  rzeźnik  w  białym
fartuchu,  rozdający  resztki  mięsa  rozradowanej  zgrai  psów  i  kotów,  i  dwóch  mechaników  w
wytłuszczonych ogrodniczkach, pracowników stacji ben-zynowej.

Z drzwi budki telefonicznej przypatrywał się nam miej-scowy policjant wzrokiem pełnym podejrzeń.

Najwyraźniej  zastanawiał  się,  czy  przestrzec  mieszkańców,  że  poważnie  naruszają  przepis,  jakiegoś
średniowiecznego  statutu,  za-kazujący  wszelkich  indywidualnych  i  zbiorowych  lotów.  Po  chwili
usłyszałem jego krzyk. Gdy zorientował się, że zo-stał sam w Shepperton, porzucił swój rower i pobiegł
ra-zem  z  nami.  Z  hełmem  w  ręku  wzniósł  się  niezgrabnie  w  górę  i  pożeglował  pogodnie  na  końcu
procesji, niczym straż-nik powietrznego pociągu.

Opustoszałą główną ulicą biegły na końcu procesji upo-śledzone dzieci. Jamie skakał i kręcił się na

swoich  klam-rach,  jak  gdyby  była  to  tajemna  katapulta,  która  pomaga  mu  zawsze  wznieść  się  w
powietrze. David wlókł się cięż-ko za nim, zadyszany i zbyt zaskoczony, by wytłumaczyć Rachel, dokąd
odeszli mieszkańcy. Niewidoma dziewczynka przechyliła głowę i przycisnęła dłonie do uszu, oszołomio-
na  setkami  znajomych  głosów  w  górze  i  piskami  innych  dzieci,  spadających  z  zatłoczonego  nieba.
Poczekałem  na  nich  i  wstrzymałem  procesję,  gdy  do-szliśmy  do  parku.  Policjant  i  aktor  pochylili  się,
żeby  podać  im  dłonie.  David  wspiął  się  w  powietrze  ostatnim  wysił-kiem,  otwierając  szeroko  oczy  ze
zdumienia  nad  nieocze-kiwaną  lekkością  swojej  wielkiej  głowy.  Następny  był  Ja-mie,  pedałujący
kalekimi nogami w długich, eleganckich krokach. Ale Rachel, zmieszana wieloma krzykami, skrę-ciła w
panice  na  chodnik  i  zniknęła  gdzieś  pośród  zmywa-rek  i  telewizorów.  Zanim  zdążyłem  przyjść  im  z
pomocą, David i Jamie pomachali mi i zeskoczyli na ziemię, by do-dać otuchy Rachel.

Żałowałem,  że  muszę  zostawić  dzieci,  ale  spoglądałem  już  w  niebo  na  czekające  mnie  słońce.

Procesja  wzniosła  się  w  powietrze  moim  śladem  jak  odrzutowiec  przy  starcie,  obserwowana  przez
zaciekawione  daniele,  pasące  się  wśród  drzew.  Słyszałem  zdumione  westchnienia,  kiedy  Shepper-ton
opadało pod nami coraz niżej, a w dole ukazało się dłu-gie zakole rzeki. Mieczniki, morświny, delfiny i
ryby lata-jące wyskakiwały ze srebrzystej wody, chcąc nas zachęcić do dalszego lotu.

Już w milczeniu wykonaliśmy szerokie okrążenie na wy-sokości trzystu stóp ponad dachami. Chłodne

powietrze  wszystkich  uciszyło.  Obok  mnie  płynęły  dzieci  z  rozwiany-mi  włosami  i  twarzami
skierowanymi ku słońcu. Naśladu-jąc mnie, ułożyły ramiona wzdłuż tułowia, tak jak ich ro-dzice, młodzi
i  starzy  mieszkańcy  Shepperton,  a  wszyscy  z  tym  samym,  urzeczonym  wyrazem  twarzy,  jak  ludzie  bu-
dzący się z długiego snu.

Wkrótce  wzbiliśmy  się  już  milę  nad  Shepperton,  tropi-kalne  miasteczko,  otoczone  palisadą

bambusowego lasu i przypominające jakby enklawę Amazonii, przeniesioną w spokojną dolinę Tamizy.

background image

Ulice  opustoszały,  towarzyszyli  mi  wszyscy,  wyjąwszy  starców  z  oddziału  geriatrycznego  i  członków
mojej  rodziny.  Ojciec  Wingate  stał  na  plaży  wśród  swoich  znalezisk  archeologicznych  i  wymachiwał
słomko-wym  kapeluszem,  by  dodać  mi  odwagi.  Zachwycona  pani  St.  Cloud  obserwowała  mnie  z  okna
sypialni, nie wierząc wciąż własnym oczom. Stark wysiadł z karawanu i rozwi-nął baldachim lotni, jakby
miał ochotę przyłączyć się do nas. Nawet Miriam, moja podniebna oblubienica, ubrana wciąż w suknię
ślubną, stała na trawniku wśród niecierpli-wych pelikanów, czekając, aż zstąpię z powietrza, by oca-lić
ją przed tymi ptasimi zalotnikami.

Zatrzymałem  procesję  dokładnie  nad  kościołem  i  odcze-kałem,  aż  wszyscy  zajmą  odpowiednie

miejsca. Całe Shep-perton leciało za mną z rozpostartymi ramionami, jak para-fianie, gotowi modlić się
w  katedrze  mojego  powietrznego  jestestwa.  Ich  twarze  były  pozbawione  wyrazu  i  pogrążone  w  transie
przebudzenia. Chłodne powietrze szeleściło spód-niczkami dziewcząt i mierzwiło chłopcom włosy. Ich
ro-dzice przyglądali się mojej lśniącej postaci, jak gdyby po raz pierwszy dostrzegając we mnie samych
siebie.  Najbliżej  mnie  unosiła  się  dziesięcioletnia  dziewczyn-ka,  która  pierwsza  dołączyła  do  mnie  w
powietrzu,  ściska-jąc  wciąż  w  ręce  cukierek.  Wziąłem  ją  za  przeguby  dłoni  i  przyciągnąłem  do  siebie,
delikatnie ujmując dziecko w ra-miona.

- Saro, kochanie... Zbudź się.

Czekałem,  aż  dziewczynka  wypuści  z  płuc  powietrze,  stanowczo  wstrzymywała  bowiem  oddech  ze

strachu, by nie poślizgnąć się nagle i nie roztrzaskać na śmierć gdzieś na pustej ulicy.

Po  chwili,  w  przypływie  zaufania,  chwyciła  mnie  za  ręce  i  przytuliła  się  niecierpliwie,  a  ja

przycisnąłem  ją  do  swoje-go  nagiego  ciała.  Chłodne  powietrze  pędziło  wściekle  mię-dzy  nami,
otwierając  setki  ujść  prowadzących  w  dół,  ku  śmierci.  Ale  słońce  zlepiło  nasze  skóry  i  wchłonąłem
dziewczynkę  w  siebie.  Poczułem,  jak  jej  serce  tłucze  się  raptownie  w  moim  sercu,  a  jej  płuca  pulsują
pod  wielkimi  kopułami  moich  płuc.  Czułem  jej  szczupłe  ramiona,  kierujące  moimi  ruchami,  kiedy
wyciągnąłem race w roz-jarzonym powietrzu, by objąć także młodszego brata dziew-czynki.

- Stephen... Chodź tutaj. - Z mojego gardła wydobył się jej głos.

Chłopiec zawahał się, a w jego okrągłej twarzy odbiło się słońce jak w lustrze. Rzucił się w moją

pierś,  jak  gdyby  wskakiwał  do  ciepłego  basenu.  Wcisnął  głowę  w  mój  mo-stek,  badając  dłońmi  moje
biodra  i  brzuch  w  poszukiwaniu  wrót,  prowadzących  do  wnętrza  mojego  ciała.  Uspokoiłem  go  i
przyjąłem  w  siebie,  połykając  usta,  chłodne  wargi  i  słodki  język  chłopca,  bo  pozwaliłem  mu  wejść  w
moje cia-ło i przeniknąć je na wylot.

Poczułem  się  silniejszy  i  wzmocniony  tymi  małymi  du-chami,  ruszyłem  więc  wśród  uczestników

procesji,  wzywa-jąc  ku  sobie  gestami  setki  mężczyzn  i  kobiet,  zastygłych  z  rozpostartymi  szeroko
ramionami w płynącym powietrzu. - Emily... Amanda... Bobby... - przygarnąłem szybko pozostałe dzieci,
które  podążały  za  mną  przez  cały  dzień,  wchłaniając  ich  wąskie  biodra  swoimi  biodrami.  Ich  rodzi-ce
przyglądali mi się z niepokojem, wypuściłem więc dzie-ci ze swojego ciała, dzieląc się na części, niczym
łagodny potwór morski, wypluwający rybki, które zagnieździły mu się w paszczy. Dzieci zawisły wokół
mnie  w  powietrzu,  wy-machując  rękami  i  uśmiechając  się,  kiedy  kolejno  znów  przyjmowałem  je  w
siebie.

Lecąc dalej, dotknąłem ramion młodej matki, której syn-ka wchłonąłem. Jej silne ciało chwyciło mnie

w gwałtow-nym niemal uścisku. Czułem jej długie uda, mocne biodra i ostre ukąszenia w moich ustach.

background image

Kości  kobiety  splotły  się  z  kośćmi  jej  syna  w  otchłani  mojego  szpiku.  Jak  hipnotyzer  wśród  śpiącej
publiczności, przygarną-łem resztę mieszkańców miasteczka - starców, staruszki, mężów, żony, policjanta
i emerytowanego żołnierza, ciała ohydne i szczupłe, niezgrabne i pełne wdzięku. Kiedy trzy-mali mnie za
ręce, spostrzegłem w ich oczach zaufanie i dumę z mojej osoby. Wchłonąłem ostatniego z nich, mło-dego
aktora z wytwórni, ubranego w staromodny strój lot-niczy. Objął mnie radośnie, wchodząc w moje ciało
niczym kochanek.

Zostawszy na niebie sam, poruszałem się w powietrzu olbrzymimi krokami. Stałem się archanielskim

stworzeniem  o  olbrzymiej  mocy,  na  tyle  wreszcie  silnym,  żeby  stąd  uciec.  Daleko  w  dole  widziałem
tysiące  zagubionych  ptaków,  sku-lonych  przy  ziemi  na  pozbawionych  powietrza  ulicach  -  machały
bezradnie skrzydłami pośród rozrzuconych wokół banknotów.

Krążyłem  nad  autostradą,  gotów  wylądować  na  pobli-skich  polach  i  porzucić  moich  pasażerów  -

chciałem  wysa-dzić  ich  wszystkich  na  oczach  zdumionych  rolników  w  zbo-żu,  sięgającym  już  bioder
dorosłego  człowieka.  Ale  kiedy  pędziłem  dalej,  na  północ,  pewien  dziwny  czynnik  sprawił,  że
zwróciłem  się  przeciwko  samemu  so-bie.  Wiatr  pokładał  się  na  mnie  swoim  wielkim  grzbietem,
wszystkie  tkanki,  nerwy  i  krwinki  mojego  ciała  trzymały  mnie  w  uścisku,  a  wchłonięci  ludzie  ciągnęli
mnie za serce, przymocowane do sznureczków ich uczuć. Tysiące ludz-kich potrzeb i roszczeń wierności
utworzyło  jakby  olbrzy-mi  wał,  wokół  którego  pędziliśmy  w  niewidzialnym  kręgu.  Uniesiony  nad
centrum  Shepperton,  znalazłem  się  znów  nad  opustoszałymi  ulicami.  Zmęczony,  zawisłem  w  bezru-chu
pomiędzy  dwiema  miękkimi  poduchami  łagodnych  chmur.  Ziemia  pode  mną  oddalała  się.  Niebo
pojaśniało, kiedy szybowaliśmy w chłodnym powietrzu. Czułem, że mieszkańcy spoczywają beztrosko w
moim wnętrzu, jak śpiący pasażerowie we wzbijającym się coraz wyżej wago-niku, napędzanym jakimś
głębokim, wznoszącym się w górę snem. Unosili mnie ku słońcu, pragnąc zagubić się w ko-munii światła.

Podjąłem rozpaczliwą próbę ucieczki, by nie zginąć w ogniu. Szarpnąłem się i zacząłem pikować w

kierunku  mo-stu  Walton  niczym  oszalały  oblatywacz  samolotowy,  ale  i  tym  razem  powstrzymali  mnie
pasażerowie, musiałem więc wrócić po łuku do punktu wyjścia. Rozzłoszczony, skręci-łem raptownie, by
oddalić  się  od  powietrznej  masy.  Uda-wałem,  że  chcę  się  wznieść  ku  słońcu,  a  potem  runąłem  w
wyludniony  pasaż,  gotów  roztrzaskać  wszystkich  o  ozdob-ne  kafle  i  rozrzucić  szczątki  naszych  trupów
pośród sprzę-tów gospodarstwa domowego i mebli.

Ziemia  zbliżała  się  do  nas  w  powietrznym  pędzie.  W  ostatniej  chwili  poczułem  wewnątrz

umacniającą się znów ludzką miłość i czyjąś ciepłą dłoń, która skierowała mnie bezpiecznie ponad dach
parkingu.  Wypuszczając  z  siebie  mieszkańców  Shepperton  jeszcze  w  powietrzu,  porzuciłem  wszelkie
próby ucieczki i bez tchu zatrzymałem swój ogrom-ny pociąg tuż przed supermarketem.

Gdy wszyscy radośnie zstępowali z powietrza, ja wspar-łem się bezradnie o jakiś samochód, niczym

obłąkany  ma-szynista  diabelskiej  kolejki,  który  postanowił  w  tajemnicy  roztrzaskać  pasażerów,  ale
którego  ukoiło  jakieś  życzliwe  dziecko.  Cała  zdyszana  populacja  Shepperton  lądowała  wokół  mnie  z
przeraźliwie  krzyczącymi  dziećmi  na  czele.  Stary  żołnierz  chwiał  się  niepewnie  na  nogach,  grożąc  z
wyrzutem  niebu  niewłaściwym  końcem  swojej  laski.  Go-spodynie  domowe,  którym  kręciło  się  w
głowach, obciąga-ły spódnice, a młodzi mężczyźni przygładzali włosy. Miej-scowy policjant, zdyszany,
ale  o  zaróżowionych  policzkach,  siedział  w  fotelu  przed  sklepem  meblowym.  Wszędzie  do-koła  ludzie
pokazywali sobie niebo, którego wysokie skle-pienie przecinały wstęgi pary, jakie zostawialiśmy za sobą
w  górze  -  przypominały  skomplikowaną  „kocią  kołyskę”,  która  zszywała  powietrze  wedle  choreografii
archanielskie-go  baletu.  Widziałem  wyraźnie,  że  łukowate  smugi,  zna-czące  moje  bezskuteczne
usiłowania  ucieczki,  rozpływają  się  w  niespokojnym  powietrzu  nad  mostem  Walton  i  wy-twórnią

background image

filmów.

Choć odczuwałem złość, wiedziałem, że jestem związa-ny z tym miasteczkiem, ponieważ potrzebują

mnie  jego  mieszkańcy,  którzy  coraz  powszechniej  uznawali,  że  otwo-rzyłem  im  drzwi  do  prawdziwego
świata,  i  ponieważ  ogra-nicza  mnie  skończony  wszechświat  mojej  własnej  jaźni.  Lecz  kiedy
przyglądałem  się  tym  szczęśliwym,  uśmiech-niętym  ludziom  o  dźwięczącej  skórze,  którzy  machali  do
mnie,  jak  przedtem,  kiedy  szybowałem  wysoko  nad  mia-stem,  zrozumiałem,  że  jeśli  chcę  odzyskać
wolność, muszę najpierw uciec od nich - uciec od ich opieki i czułości. Mieszkańcy rozchodzili się po
milczących  ulicach,  za-chęcając  przestraszone  ptaki  pod  ich  stopami,  żeby  znów  zerwały  się  do  lotu.
Mijając  mnie,  uśmiechali  się  nieśmiało  ze  słodyczą  kochanków,  znających  najintymniejsze  miej-sca
mojego ciała. Ich wychłodzona skóra tworzyła koryta-rze zimna w wilgotnym powietrzu tego popołudnia.
Nie  było  ich  jednak  tylu,  co  przed  lotem.  Dwie  matki,  którym  wiatr  owiewał  twarze,  przeszukiwały
opustoszały już pasaż, zerkając co jakiś czas w niebo, jak gdyby ich dzieci ciągle tam krążyły.

- Saro, zejdź na dół, kochanie...

- Bobby, teraz kolej na ptaki...

Przeszedłem  obok  nich,  nagi  pod  szczątkami  kombine-zonu.  Czułem  w  sobie  ciała  dziesięcioletniej

Sary,  jej  bra-ciszka  i  młodego  chłopca.  Zazdrosny  o  wolność  tych  troj-ga,  nie  wypuściłem  ich,  kiedy
wylądowaliśmy. Potrzebo-wałem młodych ciał i dusz, by napełniły mnie siłą. Odtąd już zawsze miały się
bawić  w  moim  wnętrzu  i  biegać  po  ciemnych  łąkach  mojego  serca.  Nadal  nic  nie  jadłem,  choć  mijał
czwarty dzień, odkąd przybyłem do Shepperton, lecz kiedy skosztowałem ciał tych dzieci, zrozumiałem,
że to one są moim pożywieniem.

28

KONSUL TEJ WYSPY

Słońce  rozpalało  niebo  żywym  ogniem.  Wspiąłem  się  na  najwyższy  taras  parkingu  i  spojrzałem  na

dachy Shep-perton. Barwne lasy na dole roiły się tysiącami ptaków, zmie-niających to szare miasteczko
w  tropikalny  raj,  który  z  taką  łatwością  wyczarowałem  z  myśli.  Widziałem  jednak  nad  głową
rozpływającą  się  sygnaturę,  jak  gdyby  jakiś  zgrzy-biały  pismak  zaznaczył  w  ten  sposób  na  niebie  moją
bez-skuteczną  próbę  ucieczki.  Ktokolwiek  zostawił  mnie  tu  w  odosobnieniu,  uczynił  mnie  zarazem
konsulem  tej  wyspy,  nadał  mi  moc  latania  i  przyjmowania  postaci  wszelkich  stworzeń,  a  także  moc
wyczarowywania  kwiatów  i  ptaków  z  czubków  moich  palców.  Wiedziałem  już  jednak,  jak  nikłe  są  to
moce.  Czułem  się  tak,  jak  gdyby  ktoś  lekceważąco  skazał  mnie  na  wygnanie  do  nieznanego,  odległego
portu nad Morzem Czarnym i nadał mi prawo zmuszania kamie-ni na plaży, żeby dla mnie śpiewały.

Czy chodziło o to, że miałem się po prostu bawić? Pa-trzyłem, jak nieszczęśliwe matki odchodzą w

dal  późnego  popołudnia.  Jedna  z  nich  przystanęła,  by  porozmawiać  z  pawiami,  siedzącymi  na  portyku
banku. Pytała, czy widzia-ły jej synka i córkę, bawiących się wśród chmur, aleja sły-szałem słabe głosy
dzieci  tej  kobiety  w  moich  kościach.  Ostatni  mieszkańcy  wrócili  już  do  domów  porośniętymi  dżunglą
ulicami.  Nikt  nie  zauważył,  że  byłem  nagi,  sądząc  widocznie,  że  jako  pogański  bożek  ich
prowincjonalnego  miasta,  urzędujące  bóstwo  odbiorników  telewizyjnych  i  sprzętów  kuchennych,  nie
będę ubrany w nic więcej oprócz kostiumu skóry.

Pod moimi nogami leżało splamione spermą ubranie - pozostałość po jakimś zmarłym księdzu, którą

background image

musiały  tu  przynieść  upośledzone  dzieci,  kiedy  zabrałem  mieszkańców  miasteczka  na  powietrzną
wycieczkę.  Spojrzawszy  na  ubra-nie,  wiedziałem,  że  już  nigdy  więcej  go  nie  włożę.  Kopnia-kiem
strąciłem  spodnie  i  marynarkę  za  skraj  tarasu,  na  uli-cę,  postanowiwszy,  że  od  tej  pory  będę  chodził
nago, poka-zując tym ludziom swoje ciało, dopóki nareszcie go nie roz-poznają.

To skóra zapewniała mi moc. Im dłużej wystawiałem ją na działanie powietrza i nieba, tym bardziej

rosły  moje  na-dzieje,  że  przekabacę  je  na  swoją  stronę.  Gniewało  mnie,  że  zostałem  uwięziony  w
miasteczku.  Wcześniej  czy  póź-niej  będę  musiał  rzucić  wyzwanie  niewidzialnym  siłom,  które  skazały
mnie na wygnanie w Shepperton, i zmierzyć zasoby mojej obłąkanej wyobraźni z ich fantazją. Marzyłem
już, żeby rozciągnąć swoją skromną władzę na świat leżący dalej, na pozostałe miasta w dolinie Tami-zy,
a  nawet  na  sam  Londyn.  Witałem  już  niemal  kamery  telewizyjne  i  reporterów  prasowych.  Tropikalny
zmierzch kąpał mi skórę w zielonozłotym świetle, jak gdyby namasz-czając ją dziwnymi żądzami. Ulice
rozświetlały pióra sie-dzących na dachach domów szkarłatnych ibisów, które przy-pominały egzotyczne
latarnie,  oświetlające  mi  drogę.  Po-budzony  wolą  walki,  gładziłem  się  po  posiniaczonych  że-brach.
Postanowiłem  w  pełni  wykorzystać  swoje  moce  -  w  razie  konieczności  nawet  na  najokrutniejsze  i
perwersyjne sposoby, bo wówczas natrafiłbym, być może, na jakieś nie-odkryte jeszcze zdolności, dzięki
którym zdołałbym się uwolnić.

Przechadzałem się w zapadającym zmroku po dachu par-kingu, tej betonowej rampie, z której po raz

pierwszy  wzbi-łem  się  w  powietrze.  Postanowiłem  nie  wracać  do  rezyden-cji  St.  Cloudów,  czyniąc
swoim domem ów labirynt pochy-lonych skośnie kondygnacji.

Pomimo woli zwycięstwa wiedziałem, że mój czas do-biega już chyba końca, i przypomniałem sobie

ostrzegaw-cze  wizje  holocaustu.  Nie  zważając  na  gniew,  chciałem  za  wszelką  cenę  ocalić  tych,  którzy
przedtem  uratowali  mnie,  a  nade  wszystko  Miriam  St.  Cloud.  Żałowałem,  że  nie  ma  jej  tu  ze  mną.
Myślałem  o  jej  uśmiechu,  zapachu,  obtartych  piętach  i  połamanych  paznokciach  -  o  nieskończonym  in-
wentarzu  podniet  i  możliwości.  W  pewnym  sensie  klucz  do  mojej  ucieczki  krył  się  wśród  pospolitego
żywota  miesz-kańców  Shepperton.  Już  przekształciłem  ich  życie,  podwa-żyłem  pojęcie  małżeństwa  i
rodzicielstwa,  zmysł  oszczęd-ności  i  dumę  z  dobrze  wykonanej  pracy.  Musiałem  jednak  iść  dalej,  by
podkopać zaufanie między małżonkami, ojca-mi i synami. Chciałem, żeby przekroczyli granice dzielące
dzieci  i  ojców,  gatunki  i  królestwa  biologiczne,  świat  oży-wiony  i  nieożywiony.  Chciałem  zniszczyć
bariery dzielące matki od synów i ojców od córek.

Przypomniałem  sobie  moją  dziwaczną  próbę  uduszenia  pani  St.  Cloud,  niezwykły  sposób,  w  jaki

usiłowałem  zgwał-cić  niewidomą  dziewczynkę,  i  nieprzytomną  młodą  kobie-tę,  której  omal  nie
zamordowałem  w  jej  własnym  mieszka-niu  w  pobliżu  lotniska  w  Londynie.  Tamte  zbrodnie  i  żądze
stanowiły  pierwsze  zapowiedzi  tych  łagodnych  sił,  które  ujawniły  mi  się  w  Shepperton.  Gdy  będąc
uczniem, kopu-lowałem z ziemią, gdy próbowałem ożywić później trupa i kiedy zawładnęła mną obsesja
Szczurołapa,  marzącego  o  jakimś  niedalekim  raju  dla  dzieci,  przeczuwałem  widocz-nie  swoje  moce,
którymi teraz mogłem się podzielić z miesz-kańcami tego spokojnego miasteczka.

Rozmyślając o pani St. Cloud, mojej adoptowanej mat-ce, z którą dzieliłem łoże, dotknąłem swoich

rozbitych ust. Zapragnąłem nagle, by wszyscy w Shepperton zespolili się z sobą, żeby matki kopulowały z
synami,  a  ojcowie  z  cór-kami,  i  aby  wszyscy  połączyli  się  w  zamtuzie  mojego  ciała,  jak  czynili  to  z
radością podczas lotu.

Ale nade wszystko chciałem być wielbiony, by czerpać siły z czci mieszkańców i uciec z tego miasta.

Chciałem,  żeby  czcili  mój  oddech  i  mój  pot,  powietrze,  które  choć  przez  chwilę  dotykało  mojej  skóry,

background image

moje nasienie i mocz, odciski moich stóp na ziemi, rany na moich ustach i piersi. Chciałem, by wszyscy
po  kolei  kładli  na  mnie  dłonie,  wte-dy  bowiem  dowiedziałbym  się,  kto  mnie  reanimował.  Chcia-łem,
żeby przyprowadzili swoje dzieci do mego labiryntu i żeby oddali mi swoje żony i matki.

Przypomniawszy  sobie  słowa  ojca  Wingate,  byłem  teraz  pewien,  że  grzech  na  tym  świecie  jest

metaforą cnoty w innej rzeczywistości, i że uda mi się stąd uciec tylko po-przez najbardziej ekstremalną z
owych metafor.

29

MOTOR ŻYCIA

Dzień płynął ku barbarzyńskiemu wieczorowi. Obserwowałem z dachu parkingu zacieśniającą się nad

miastem  kopułę  lasu.  W  prowincjonalnych  ogrodach  wzra-stały  setkami  palmy,  a  ich  żółtawe  liście
kładły się na sobie, zamykając dachy pod jaskrawym, tropikalnym blaskiem. Wszędzie dokoła roślinność
lśniła niezwykłą poświatą, jak gdyby słońce stało się soczewką, skupiającą na Shepperton całe światło
wszechświata.

Uśmiechnąłem się do gęstego powietrza, rozmyślając o wszystkich niepowodzeniach, jakie spotykały

mnie  w  prze-szłości  -  o  kłopotach  z  policją,  podłych  posadach,  i  umyka-jących,  na  wpół  spełnionych
marzeniach. Teraz jednak na-tarczywa natura zareagowała na mój widok, powstając ze wszystkich stron.
Okrążały mnie obłoki elektrycznych wa-żek i olbrzymich motyli ze skrzydłami, przypominającymi złożone
do  oklasków  dłonie.  Wszystkie  liście,  kwiaty  i  pió-ra  szkarłatnych  ibisów,  stojących  niżej,  na  dachu
stacji ben-zynowej, nasycone były wściekłym światłem. Shepperton zmieniło się w motor życia.

Rosnące na obrzeżach miasta gęste gaje bambusów i opuncji, odcięły drogi do Londynu i na lotnisko.

Pół  mili  od  dworca  pociąg  do  Shepperton  stanął  bezradnie  na  to-rach,  nie  mogąc  przedrzeć  się  przez
kaktusy  i  karłowate  palmy,  które  wyrosły  między  podkładami.  U  stóp  mostu  Walton  czekał  szereg
policyjnych  radiowozów,  których  za-łogi  usiłowały  wyciąć  drogę  wśród  bambusowych  palisad,
wyrastających równie szybko, jak szybko je ścinano. Pe-wien strażak z ciężkim toporem w dłoni zaczął
wyrąbywać ścieżkę w gęstwinie twardych bambusów. Po kilkunastu kro-kach otoczyły go świeże pędy i
koronka  grubych  jak  ludz-kie  ramię  lian,  które  przywiązały  strażaka  do  prętów  tropi-kalnej  klatki.
Uwolnili  go  dopiero  wyczerpani  policjanci,  używając  w  tym  celu  ręcznych  kołowrotów.  Późnym
popołudniem dysk słoneczny dotknął wreszcie leśnej kopuły nad wytwórnią filmów i tropikalne światło
rozlało się krwawą falą po dachach Shepperton. Nad mia-steczkiem krążyły dwa helikoptery, policyjny
Sikorski  i  ja-kaś  mniejsza  maszyna,  wynajęta  przez  telewizję.  Podglą-dały  mnie  kamery,  a  w  gęstym
listowiu przetaczały się gło-sy z megafonów. Śmigłowiec klekotał ponad główną ulicą, pięćdziesiąt stóp
nad  moją  głową,  ale  chmury  ptaków,  wzno-szące  się  i  opadające  w  płynnym  powietrzu,  zmusiły  heli-
kopter  do  odwrotu.  Setki  ludzi,  machających  radośnie  ze  swoich  ogrodów,  zdezorientowały  członków
załogi. Nagi pod strzępami kombinezonu zasalutowałem im majestatycz-nie z dachu parkingu, a zarazem
labiryntu i wiszącego ogro-du, z którego sprawowałem rządy nad Shepperton. O zmroku, kiedy pod leśną
kopułą  sunęły  tysiące  wi-śniowych  i  cyklamenowych  światełek  migotliwych  piór  dziwacznych  ptaków,
na  ulicach  Shepperton  pojawili  się  pierwsi  nadzy  ludzie.  Trzymali  się  pod  ręce  i  spacerowali  po
małomiasteczkowych chodnikach, uśmiechając się do siebie mimo woli, a ja byłem pewien, że są nadzy -
nie dlatego, że ogarnęło ich nagłe pragnienie odsłonięcia ciała, ale dlatego, że zdali sobie sprawą, iż byli
ubrani.  Widzia-łem  rodziny  z  dziećmi,  mężów  z  żonami,  starsze  małżeń-stwa  i  bandy  młodzieży.
Przechadzali  się  beztrosko  wśród  stad  wilg,  stłoczonych  na  chodnikach,  lub  odpoczywali  w  świetle
zmierzchu na kanapach stojących przed sklepem me-blowym.

background image

Ujrzawszy mnie na dachu parkingu, grupka podstarza-łych kobiet zaczęła wznosić dla mnie w pasażu

handlowym krąg niewielkich kapliczek. Ustawiły przed supermarketem piramidę z pudełek proszków do
prania  i  miniaturowe  ta-bernakulum  z  pralek  i  telewizorów.  Pochlebiła  mi  ta  ozna-ka  wdzięczności,
urwałem  więc  kilka  skrawków  nadpalo-nej  tkaniny  kombinezonu  i  rzuciłem  je  nagim  kobietom,  które  z
radością umieściły splamione olejem strzępy w swo-ich kapliczkach, przybierając je kwiatami i piórami.
Przy-glądałem się tym atrakcyjnym samicom, które uwijały się po centrum Shepperton w coraz gęstszym
mroku,  budując  małe  świątynie  z  puszek  po  oleju  na  dziedzińcu  stacji  ben-zynowej,  piramidki  z
dezodorantów  przed  wejściem  do  dro-gerii  i  kopce  odbiorników  tranzystorowych  przed  sklepami  z
artykułami  gospodarstwa  domowego.  Byłem  dumny,  że  sprawuję  tu  rządy,  że  jestem  miejscowym
bóstwem myjni samochodowej, pralni i wypożyczalni telewizorów. Pobło-gosławiłem ich skromne życie
niemożliwymi  snami.  Kiedy  na  porośniętych  dżunglą  ulicach  zapadła  noc,  wszyscy  mieszkańcy
miasteczka  zrzucili  z  siebie  ubrania  i  korzystając  z  ciepłej  aury,  przechadzali  się  pod  ulicznymi
latarniami, ubarwionymi magnoliami i orchideami, rwąc kwitnące pnącza i przystrajając sobie nawzajem
ciała  łań-cuchami  kwiatów.  Stary  żołnierz  z  laską,  tkwiący  przed  sklei  pem  meblowym,  odrzucił
tweedową marynarkę i spodnie, sklecił niewielką budkę za kopią zabytkowego sekretarzy-ka i dekorował
w  niej  ciała  nastoletnich  dziewcząt,  przy-bierając  kwiatami  ich  drobne  piersi.  Dyrektorka  banku,  naga
Junona  zmierzchu,  stała  przed  bankiem,  wśród  monet  od-bijających  kolorowe  światła,  i  rozdawała
kwiaty przecho-dzącym ulicą młodym mężczyznom.

Oba  helikoptery  wycofały  się  w  ciemność,  unosząc  swój  terkot  nad  zbiornikami  wodnymi  i  polami

maków.  Reflek-tory  odległych  samochodów  ukazywały  w  swym  świetle  coraz  to  inny  fragment
bambusowych ostrokołów, otacza-jących Shepperton. Wtedy właśnie, gdy naga pani St. Clo-ud wyłoniła
się z cieni drzewa figowego, zrozumiałem, że narzuciłem wreszcie temu miastu moją zabłąkaną wyobraź-
nię. Pani St. Cloud nie wiedziała, że obserwuję ją z parkin-gu. Szła chodnikiem za grupką młodocianych
chłopców, a na jej białym ciele widać było wciąż sińce, upamiętniające nasz akt seksualny. Choć miała
ciężkie  piersi  i  obwisłe  po-śladki,  odznaczała  się  wspaniałą,  brutalną  pięknością.  Centrum  miasta
zapełniały setki nagich ludzi, przecha-dzających się tam i z powrotem jak tłum, który wyległ na wieczorną
włóczęgę. Przed stacją benzynową stał ojciec Wingate, nagi, jeśli nie liczyć słomkowego kapelusza - wi-
działem,  jak  zachwyca  się  kwiatami  i  ptakami.  Kiedy  po-deszła  do  niego  pani  St.  Cloud,  powitał  ją
czarującym  po-zdrowieniem  i  zawiesił  na  jej  szyi  wieniec  hawajski  z  kwia-tów  mirtu.  Na  mój  widok
pomachali mi razem, uśmiecha-jąc się jak goście we śnie, których ktoś trochę wbrew ich woli wciągnął
w jakąś niezwykłą grę.

Ale tylko ja wiedziałem, że są nadzy.

Przez  cały  wieczór  rozradowanymi  ulicami  przemykała  silna  i  otwarta  seksualność,  nie  odsłaniając

ani razu swoich prawdziwych zamiarów. Przyglądając się tym prostolinij-nym ludziom, zrozumiałem, że
nie zdają sobie sprawy, do jakich ról są przygotowywani w tej niecodziennej i za-pewne demoralizującej
orgii. Chciałem sprowokować wreszcie niewidzialne siły, które podniosły mnie w obecny stan łaski.

Mężowie  i  żony  rozdzielali  się  bezceremonialnie  i  spa-cerowali  pod  ręce  z  innymi  partnerami;

ojcowie  igrali  z  cór-kami  w  liściastych  altanach  przed  swoimi  domami;  matki  pieściły  synów,
przechadzając się po pasażu handlowym. Kilka nastoletnich dziewcząt leżało w nonszalanckich po-zach
ujmujących  kurtyzan  na  stojących  przed  sklepem  me-blowym  otomanach,  przywołując  gestami
przechodzących  mężczyzn.  Ludzie  wchodzili  do  cudzych  domów  i  zabierali  z  nich,  na  co  im  przyszła
ochota, kobiety stroiły się więc w biżuterię sąsiadek.

Tylko dwoje ludzi nie brało udziału w tych uroczystych igrzyskach. Po zmroku, kiedy zrobiło się zbyt

background image

ciemno, by można było kontynuować prace nad wydobyciem cessny, Stark zacumował swoją bagrownicę
i  wrócił  do  Shepper-ton.  Przez  całe  popołudnie  pracował  przy  kabestanie  i  dźwi-gu,  manewrując
włókiem  nad  zatopioną  maszyną.  Skoń-czywszy  dzień  roboczy,  zasiadł  za  kierownicą  karawanu  i
grasował  po  bocznych  uliczkach  miasta,  plądrując  domy,  opuszczone  przez  swoich  właścicieli.
Patrzyłem,  jak  ładuje  do  karawanu  zwoje  dywanów,  telewizory  i  utensylia  ku-chenne,  niczym  szalony
pracownik  firmy  przewozowej,  ewakuujący  samotnie  amazońskie  miasto,  któremu  zagraża  dżungla.
Przejeżdżając w wieczornym ścisku główną ulicą, pozdrowił mnie otwarcie i bez podtekstów. Jego zoo
stało  się  nieźle  zaopatrzonym  magazynem  zrabowanych  sprzę-tów,  a  pośród  klatek  ptaszarni  urosła
lśniąca piramida pra-lek i zamrażarek.

Podziwiałem  Starka  i  jego  sen  o  urządzeniach  gospo-darstwa  domowego,  ale  myślałem  tylko  o

Miriam St. Cloud i czekałem na nią w nadziei, że założy dla mnie swoją suk-nię ślubną. Obawiałem się,
że i ona może pokazać się nago na tych wieczornych ulicach. Choć wchłonąłem ją raz w moje ciało, choć
czułem, jak jej kości zderzają się z moimi i jak jej pochwa zaciska się na moim członku, nie pożąda-łem
już  Miriam  seksualnie,  gdyż  moje  pożądanie  zostało  wyługowane  przez  nasz  wspólny  lot.  Chciałem  ją
tylko  uści-skać  w  ten  sam  sposób,  w  jaki  pragnąłem  zespolić  się  ze  wszystkimi  innymi  żywymi
stworzeniami w tym mieście. - Blake, nauczysz nas latać?...

- Nocny lot, Blake... Naucz nas latać nocą. Nastolatki, które rozpierały się na otomanach przed skle-

pem meblowym, przeszły przez ulicę, a ich przystrojone kwiatami ciała lśniły w kolorowych światłach,
lecz  mimo  chichotów  i  nieśmiałości  również  i  te  dziewczęta  nie  zda-wały  sobie  sprawy  z  tego,  że  są
nagie. Pomachały do mnie, choć grupka chłopców popychała je w przechadzającym się tłumie.

-Chodźcie tu! -zawołałem. -Pojedynczo... Nauczę was latać.

Kłóciły się między sobą, nie mogąc się zdecydować, która z nich powinna lecieć pierwsza, a wtedy

ponad gwarem ludz-kiej ciżby zabrzmiał kobiecy głos.

- Emily, wracaj do domu! Vanesso, i ty też, trzymajcie się z dala od Blake’a!

Miriam  St.  Cloud  szła  przez  ulicę  od  strony  supermar-ketu,  gestem  nakazując  dziewczętom  odejść.

Była  ubrana  w  swój  lekarski  kitel,  starannie  zapięty  i  zasłaniający  bluz-kę.  Uśmiechała  się  twardym
uśmiechem do nagich gapiów, z wyrachowaniem nie okazując zaskoczenia, że nadzy pa-cjenci zebrali się
w mieście, jak gdyby oczekiwali na jakieś nocne badania wenerologiczne.

Miriam nakazała dziewczętom odejść od porośniętych tropikalną dżunglą tarasów parkingu, będącego

labiryntem pnączy i bugenwilli, a potem uniosła wzrok, mierząc mnie uważnym spojrzeniem. Sądząc po
stanowczym  wyrazie  jej  ostro  zarysowanego  podbródka,  postanowiła  przezwycię-żyć  wszystkie
wątpliwości i zmierzyć się ze mną po raz ostatni. Czy pamiętała, że kiedyś już ze mną latała i że przez
bramę mego ciała przeniknęła na chwilę do innego świata? Ostatnie promienie niewidocznego już słońca
przesunę-ły  się  nad  dachem  parkingu.  Zostawiłem  Miriam,  sprzecza-jącą  się  z  młodymi  kobietami,
zszedłem  o  jedną  kondygna-cję  niżej  i  czekałem  na  nią  pośród  samochodów.  -  Blake...  Nauczysz  mnie
latać?

W  srebrzystej  ciemności,  zaledwie  kilka  stóp  ode  mnie,  stał  jakiś  nagi  młodzieniec.  W  świetle

ulicznej  latarni,  od-bijającym  się  w  chromowanych  zderzakach,  zauważyłem,  że  bladą  skórę  chłopaka
poraniły  cierniste  jeżyny,  porasta-jące  schody  i  betonowe  tarasy.  Pomimo  wysiłku,  na  jaki  się
zdecydował, spoglądał na mnie sceptycznie, jak gdyby nie był jeszcze przekonany do mojej mocy latania.

background image

Czekałem, aż podejdzie, taksując w ciemności jego szczupłe biodra i uda.

- Pani St. Cloud kazała mi przyjść do ciebie. Czy tutaj prowadzisz swoją szkołę latania?

Gestem wskazałem mu chromowy mrok. Pożądałem tego młodzieńca. Podniecał mnie zapach strachu

chłopaka,  czu-łem  w  ciemnościach  smak  jego  potu,  widziałem  ostrą  biel  zębów,  osadzonych  w
niepewnych ustach, i blade dłonie, gotowe mnie uderzyć. Pożądałem młodzieńca, ale nie dla jego ciała
czy seksu.

- Dobrze... Nauczę cię latać.

Jego białą skórę pokrywały cętki barwnych latarni ulicz-nych, przypominała zatem kostium arlekina.

W  oknach  ota-czających  nas  aut  widziałem  swoje  odbicie,  poszarpaną  skó-rę  kombinezonu,  spermę,
perlącą się na moim członku, i gogle, sterczące mi na czole niczym szkarłatne rogi. Wziąłem chłopaka za
rękę  i  zaprowadziłem  między  sa-mochodami  w  głębokie  cienie  na  tyłach  kondygnacji.  Ob-jąłem  go
delikatnie  na  tylnym  siedzeniu  jakiejś  przystrojo-nej  kwiatami  limuzyny.  Pieściłem  nerwową  skórę
młodzień-ca i przyciskałem jego zimne ręce do bram mojego ciała. W ostatniej chwili, kiedy opuściłem
go ostrożnie na pier-si, wydał nagły okrzyk strachu i ulgi. Poczułem w swoich nogach jego smukłe nogi,
trzony  kości  chłopaka  utworzyły  łubki  wokół  moich  kości  udowych,  a  jego  pośladki  zespoli-ły  się  z
moimi dłońmi. Męskość młodzieńca rozpuściła się i stopniała na moim członku. Ciemiączka jego czaszki
otwo-rzyły się znów po raz pierwszy od chwili narodzin. Mozai-ka głowy chłopaka zaczęła przesiąkać
przez  szczeliny  mię-dzy  kośćmi  mojej  czaszki.  Grymas  jego  wykrzywionego  przerażeniem  i  ekstazą
oblicza  poruszał  się  w  moim  ciele  i  niby  szpon  pochwycił  mnie  za  twarz.  Wraz  z  ostatnim  wes-
tchnieniem  chłopak  zespolił  się  z  moim  ciałem  jak  syn,  który  odradza  się  w  łonie  ojca.  Poczułem,  jak
jego mocne kości spajają się z moimi, jak jego krew rozlewa się jasną falą w moje żyły, a sperma z jego
jąder  pieni  się,  pędząc  bystrym  nurtem  na  spotkanie  mojego  własnego  nasienia.  Kiedy  spoczywał  we
mnie, tracąc swoją tożsamość, zro-zumiałem, że nigdy go nie uwolnię i że jego prawdziwy lot odbywa
się  teraz  po  niebie  mojego  ciała  na  tylnym  siedze-niu  luksusowej  limuzyny.  Ostatnie  pyłki  jego  jaźni
pomy-kały mrocznymi arkadami mojego krwiobiegu, i dalej, po-nurymi groblami kręgosłupa, podążając
za  słabymi  okrzy-kami  dzieci,  które  wchłonąłem  w  siebie  tego  popołudnia.  Jeszcze  przez  kilka  sekund
unosił się we mnie, kiedy ujeżdżałem jego ciało w jego ostatnią noc, a ujeżdżając chłopaka, stałem się
androgynem zwielokrotnionej płci, anielską figurą, wzniesioną na ciele młodzieńca. Wziąłem go w sobie
w ramiona tak, jak gdybym ściskał sam siebie.

background image

30

NOC

Dlaczego słońce nie zatrzymało się dla mnie na niebie? Przez cały wieczór i noc sprawowałem rządy

nad Shep-perton z serca wielopoziomowego parkingu. Na otaczają-cych mnie mrocznych ulicach rządziła
niewinna  i  jawna  ko-pulacja.  Całe  miasteczko  społkowało  ze  sobą  w  liściastych  altankach,  które
wyrastały  wśród  pralek  i  telewizorów  w  pasażu  handlowym,  na  otomanach  i  kanapach  koło  sklepu
meblowego  i  w  tropikalnych  rajach  prowincjonalnych  ogródków.  Setki  par  w  najrozmaitszym  wieku
pieściło  się  nawzajem,  usiłując  nauczyć  się  latać,  w  przekonaniu,  że  dzięki  okazywanej  sobie  czułości
odzyskają  powietrze.  Żadna  z  tych  osób  nie  była  świadoma  swojej  płci.  Czy-ści  jak  cherubiny,  nie
wiedzieli, co dzieje się między nimi w tych tropikalnych altanach. Widziałem panią St. Cloud, błąkającą
się radośnie po pełnych kwiatów ulicach. Brzuch miała umazany smegmą, a piersi posiniaczone dłońmi
mło-dych chłopców. Zobaczyłem też dyrektorkę banku, która, trzymając w ramionach pawia, oferowała
przechodniom pieniądze. I oni nie zdawali sobie sprawy, że są nadzy. Tymczasem ja odpoczywałem w
mroku  tylnego  siedze-nia  limuzyny.  Ciało  młodzieńca  pokrzepiło  mnie.  Zyska-łem  bystrzejszy  wzrok,  a
moje  zmysły  odbierały  tysiące  nie-słyszalnych  sygnałów,  napływających  od  wszystkich  pta-ków  i
kwiatów. Od chwili przybycia do Shepperton nic nie jadłem i teraz byłem pewien, że moim prawdziwym
poży-wieniem  są  ciała  młodych  kobiet  i  mężczyzn.  Im  więcej  ich  wchłonę,  tym  potężniejsze  staną  się
moje  moce.  Zostałem  uwięziony  w  Shepperton  nie  przez  tych  siedmioro  ludzi,  będących  świadkami
mojego  wypadku,  lecz  przez  całą  po-pulację  miasteczka.  Kiedy  wchłonę  ich  wszystkich,  stanę  się  dość
silny, żeby wreszcie stąd uciec.

Leżąc  w  przystrojonej  kwiatami  limuzynie,  przypomnia-łem  sobie  przerażające,  kompulsywne

reakcje,  które  prze-pełniały  ostatnie  lata  mojego  życia.  Marzyłem  o  przestęp-stwach,  zbrodniach,
bezwstydnych aktach zespolenia ze zwierzętami, ptakami, drzewami i ziemią. Molestowałem małe dzieci.
Teraz  jednak  wiedziałem,  że  te  perwersyjne  impulsy  nie  były  niczym  więcej  jak  tylko  chaotycznymi
próbami antycypacji tego, co działo się obecnie w Shepper-ton, gdzie chwytałem ludzi, by wchłonąć ich
w  moje  ciało.  Nabrałem  już  przekonania,  że  zło  nie  istnieje,  i  że  nawet  impulsy  jawnie  złe  to  tylko
nieokrzesane  w  formie  usiło-wania  akceptacji  wymagań  rzeczywistości  wyższego  rzę-du,  istniejącej  w
każdym  z  nas.  Akceptując  owe  perwersje  i  obsesje,  otwierałem  bramy,  wiodące  do  rzeczywistego
świata,  gdzie  wszyscy  będziemy  latać,  przemieniać  się  wedle  życzenia  w  ryby,  ptaki,  kwiaty  i  proch,  i
gdzie bę-dziemy mogli połączyć się raz jeszcze z wielką wspólnotą przyrody.

Zaraz po brzasku, kiedy siedziałem wciąż na tylnym sie-dzeniu limuzyny, zauważyłem, że przez szybę

przygląda  mi  się  dwunastoletnia  dziewczynka,  której  udało  się  jakoś  po-konać  labirynt  i  pochyłe
kondygnacje parkingu, porośnięte krzakami jeżyn i bugenwillami.

- Czy ja też umiem latać, Blake?...

Nie  zważając  na  wyczekujące  słońce,  które  zostawiłem  samo  sobie,  by  wykonało  zadanie

nakarmienia  lasu,  otwo-rzyłem  drzwi  i  ruchem  ręki  zaprosiłem  ją  do  środka.  Z  ner-wowej  dłoni
dziewczynki  wyjąłem  należący  do  jej  brata  model  samolotu,  po  czym  położyłem  go  obok  na  siedzeniu.
Uspokajającym ruchem pomogłem jej wsiąść do samocho-du obok mnie, a potem przyrządziłem sobie z
niej drobne, słodkie śniadanko.

31

background image

PARADA SAMOCHODÓW

Na  ulicach  zaległa  dziwna  cisza.  Słońce  kąpało  mi  skó-rę  na  dachu  parkingu,  a  lekki  wiatr,

oszołomiony zapachem mimozy i wiciokrzewów, powiewał strzępami mojego kom-binezonu.

Świat  zamarł  w  bezruchu.  Dachy  porzuconych  samocho-dów,  rynsztoki  pod  supermarketem  i

budynkiem  poczty  oraz  portyk  stacji  benzynowej  obsiadły  tysiące  ptaków.  Zdawa-ły  się  czekać,  aż  coś
się wydarzy. Czy spodziewały się, że będę znów dla nich latał?

Poirytowany  ciszą,  rzuciłem  odpryskiem  betonu  w  sta-do  flamingów,  stojących  wokół  fontanny  w

pasażu handlo-wym. Ptaki wpadały na siebie, trzepocząc niezdarnie skrzy-dłami w różowym blasku. Po
chwili  w  uliczce  bungalowów  spostrzegłem  grupkę  ludzi,  którzy  pod  osłoną  baldachimu  tropikalnej
roślinności oddalali się w pośpiechu niczym nadzy spiskowcy, uciekający przez las.

Wiatr niósł w głąb głównej ulicy płatki kwiatów, którym przyglądały się uważnie ptaki. Czekałem, aż

pojawią się mieszkańcy miasteczka. Czy oni się mnie boją? Czy za-uważyli wreszcie, że są nadzy? Czy
Miriam  St.  Cloud  pod-burzyła  ich  przeciwko  mnie  i  ostrzegła,  że  jestem  zmar-twychwstałym  bogiem?
Być może wstydzili się tego, co robili w nocy, i obawiali się, że w każdej chwili mogę opu-ścić parking,
zejść między ludzi, pochwycić ich, drżących w swoich sypialniach, i kolejno wchłonąć wszystkich w sie-
bie.

Ale ja, w gruncie rzeczy, chciałem im tylko pomóc. Pierwszy z popołudniowych helikopterów krążył

nad  rzeką  w  okolicach  mostu.  Załoga  pochylała  się  nad  kamerą  filmową.  Otaczająca  Shepperton
bambusowa  palisada  li-czyła  już  pięćdziesiąt  stóp  wysokości  i  wyglądała  jak  płot  ze  złotych  włóczni.
Przez cały ranek helikoptery patrolo-wały obrzeża miasta, powstrzymywane przez chmury pta-ków, które
śmigła maszyn podrywały w powietrze. Kiedy stado podekscytowanych fulmarów wzbiło się w górę pod
krążącym  nad  nimi  helikopterem,  z  jednej  z  wyludnionych  ulic  dobiegł  odgłos  strzału,  a  po  chwili  z
tłocznego  nieba  niby  bomba  runął  na  ziemię  jakiś  ciężki  ptak.  Stark  z  siatką  i  strzelbą  w  ręku  biegł  ku
niemu  przez  gaje  młodych  bam-busów.  Jasne  włosy  rozsypywały  mu  się  na  karku  jak  czu-pryna  pirata.
Zaniechał prac nad wydobyciem cessny i te-raz już otwarcie polował na ptaki, podążając w ślad za heli-
kopterami patrolującymi miasto.

Stark  bez  wątpienia  bał  się,  że  wszystko  to  rychło  się  skończy  -  że  świat  zewnętrzny,  stacje

telewizyjne, policja, a później legion ciekawskich i wandali wedrze się do Shep-perton i przepłoszy te
egzotyczne stworzenia, zanim on zdą-ży się przygotować na najście intruzów. Zostawiłem go, żeby sobie
polował,  zastanawiałem  się  bowiem,  w  jaki  sposób  mógłbym  wciągnąć  mieszkańców  Shepperton  w
znacznie  rozleglejsze  sidła.  Rozmyślałem  już  o  mojej  ostatniej  wie-czerzy.  Gdy  w  końcu  pożrę
wszystkich  w  Shepperton,  będę  na  tyle  silny,  by  ruszyć  dalej  przez  ciche  miasteczka  doliny  Tamizy,
niczym  święty  duch,  który  pochłonie  mieszkańców  Londynu,  zanim  uda  się  w  szeroki  świat.
Uświadomiłem  sobie,  że  zdołałem  pokonać  niewidzialne  siły,  które  zatrzy-mywały  mnie  w  miasteczku,
przerażone  nieograniczonymi  mocami,  jakie  w  sobie  odkryłem.  Byłem  pierwszą  żywą  isto-tą,  która
umknęła śmierci i wzniosła się ponad śmiertel-ność, aby stać się bogiem.

Porównałem  się  w  myślach  do  adwentowego  kalenda-rza  -  uchyliłem  drzwi  mojej  twarzy  i

otworzyłem  okienka  serca,  by  wpuścić  tych  prowincjuszy  do  leżącego  dalej  praw-dziwego  świata.
Zacząłem podejrzewać, że nie jestem zwy-kłym bożkiem, lecz pierwszym, pierwotnym bóstwem, inni zaś
bogowie to zaledwie jego prymitywne zapowiedzi, nie-poradne metafory mnie samego...

background image

- Blake?...

Odwróciłem się, zaledwie rozpoznając swoje imię, i za-uważyłem małego Davida, przypatrującego

mi  się  przymru-żonymi  oczami  w  jasnym  słońcu.  Jeżyny  poszarpały  mu  ko-szulę  i  spodenki,  a  czoło
podrapały  ciernie,  gdy  wspinał  się  po  schodach.  Mimo  to  udało  mu  się  jakoś  zachować  orien-tację  w
labiryncie kondygnacji i dostać się na dach. - Blake... Rachel i Jamie chcieliby...

Urwał, zapomniawszy, z jaką wiadomością go posłali. Być może dziewczynka odgadła przenikliwie,

że zdefor-mowany umysł Davida może być pasującym do labiryntu kluczem. Rachel i Jamie stali wciąż na
dole, na ulicy. Nie zwracając uwagi na arę, która wrzeszczała na chłopca z por-tyku stacji benzynowej,
jak  gdyby  zachęcając  go,  żeby  się  rozebrał,  Jamie  pomrukiwał  coś  do  Rachel.  Dziewczynka  uniosła
drobną  rączkę  do  zdumionej  twarzy  i  słuchała  ko-mentarza  do  tego  barbarzyńskiego  dnia,  nie  wierząc
wła-snym uszom.

David z trudem podniósł na mnie wzrok, a jego oczy, osadzone pod ciężkim czołem, usiłowały pojąć,

co robię. Spostrzegłem, że martwi się o mnie, ale unikałem jego kry-tycznych spojrzeń. Czy zdawał sobie
sprawę, że wkrótce opuszczę Shepperton, zabierając z sobą ptaki, a on i jego towarzysze pozostaną sami
w tym milczącym miasteczku, kiedy przyjadą tu ekipy telewizyjne?

Dłoń  Davida  dotknęła  poszarpanego  paska  mojego  kom-binezonu,  żeby  odciągnąć  mnie  od  skraju

tarasu. Spogląda-jąc na jego drobne ciało i zdeformowaną głowę, poczułem przypływ żalu i czułości dla
niego. Zapragnąłem zabrać chłopca ze sobą i przyjąć go w siebie wraz z innymi dzieć-mi, gdzie mogłyby
bawić się przez całe życie na jednej z tajemnych łąk mojego serca.

Lecz  kiedy  wyciągnąłem  ręce,  żeby  go  dotknąć,  David  odsunął  się  ode  mnie  i  uderzył  się  otwartą

dłonią w twarz, jak gdyby chciał się przebudzić z koszmarnego snu. - Polecisz ze mną, Davidzie...

Kiedy chwyciłem jego pokraczną głowę, gotów przyci-snąć ją do piersi, usłyszałem eksplodującą na

ulicy  petardę.  Krzyknęło  do  mnie  kilkanaście  głosów,  a  potem  rozległ  się  gwar  powracającego  tłumu.
Puściłem  Davida  i  wyjrzałem  na  ulicę,  gdzie  zbierało  się  już  całe  miasto.  Setki  ludzi  na-pływały  do
centrum Shepperton z cichych, bocznych ulic. Machali do mnie, rozrzucając dookoła kwiaty i odpalając
petardy. Ich spalone słońcem nagie ciała lśniły okrutnym blaskiem.

Teraz zrozumiałem, dlaczego rankiem wszyscy wymknęli się do domów i czym byli tak zajęci przez

cały  dzień  -  oto  grupa  techników  i  aktorów  prowadziła  toczącą  się  przez  bramy  wytwórni  procesję
kilkunastu platform do przedsta-wiania żywych obrazów. Mieszkańcy Shepperton wznieśli platformy na
dachach samochodów.

-  Blake!  -  zakrzyknął  do  mnie  wesoło  ich  przywódca,  podstarzały  aktor,  grywający  w  reklamach

telewizyjnych. - Wydajemy przyjęcie na twoją cześć! Zejdź na dół i przy-łącz się do nas!...

Aktor wskazał przystrojone platformy, których ładunek przypominał szereg spektakularnych wariacji

na  temat  la-tania,  stworzonych  przez  scenografów  i  rekwizytorów.  Uj-rzałem  olbrzymie  konstrukcje  z
papier-mache  i  wikliny,  przypominające  heraldyczne  ptaki,  wielkie  kondory  z  bam-busa,  udekorowane
tysiącami  kwiatów,  albo  pastisze  samo-lotów,  dwu-  i  trójpłatowców,  złożonych  z  części  ekspery-
mentalnych  modeli  maszyn,  stojących  na  terenie  wytwórni.  Kawalkada  samochodów  zatrzymała  się.
Ludzie  czeka-li,  aż  zejdę  z  dachu  parkingu,  żeby  ich  powitać.  Uliczne  powietrze,  ciężkie  zapachem
kwiatów,  podnieconych  po-południowym  słońcem,  tworzyło  słodkie  morze,  w  którym  zawiśliśmy

background image

wszyscy jak we śnie.

-  To  nasz  hołd  dla  ciebie,  Blake.  Chcemy  podarować  ci  coś  na  pamiątkę,  gdy  będziesz  odchodził.

Aktor utworzył przejście w napierającym na mnie tłu-mie, złożonym z nagich księgowych, sprzedawców
butów,  programistów  komputerowych,  sekretarek,  gospodyń  domo-wych  i  dzieci.  Uradowani  moim
widokiem  mieszkańcy  wy-rywali  kwiaty  ze  swoich  girland  i  obrzucali  mnie  nimi  w  nadziei,  że  dotyk
mojej  skóry  przemieni  je  w  ptaki.  Wszę-dzie  dokoła  obserwowały  mnie  kamery,  filmujące  tę  scenę.  Ja
jednak  byłem  zajęty  poważniejszymi  sprawami.  Po-chłaniała  mnie  kwestia  organizacji  ostatniego  dnia
mojego  pobytu  w  Shepperton.  Przemaszerowałem  przed  szeregiem  platform,  podziwiając  je  kolejno.
Pozdrowiłem  dyrektorkę  banku  i  starego  żołnierza,  którzy  stali  z  dumą  obok  swoje-go  dzieła.  Ich
platforma,  zamontowana  na  taksówce  nale-żącej  do  miejscowej  wypożyczalni  samochodów,  była  naj-
bardziej  imponującą  konstrukcją  ze  wszystkich,  ekstrawa-gancką,  wiklinową  strukturą  o  licznych
skrzydłach,  przy-pominającą  ekscentryczny  wiatrak,  przeznaczony  do  symul-tanicznych  lotów  we
wszystkich  wymiarach  czasoprzestrze-ni  jednocześnie.  Od  razu  przypadł  mi  do  gustu,  wiedziałem
bowiem, że jest w sam raz dla mnie.

Wszyscy czekali, co zrobią. Tysiące rozświetlonych po-południowym słońcem twarzy zwróciło się ku

mnie, kiedy wspinałem się na dach taksówki. Furczały kamery, a na wy-smarowanych olejkami ciałach
pobłyskiwały  flesze.  Czy  mieszkańcy  wiedzieli,  że  zamierzam  świętować  moje  za-ślubiny  z  miastem,
nasze małżeństwo, które zostanie skon-sumowane w niecodzienny sposób? 1 że za kilka godzin wszyscy
rozpoczną nowe życie na maleńkich przedmie-ściach mojego ciała?

Wsunąłem  ramiona  w  gniazda  skrzydeł,  a  na  skronie  na-łożyłem  hełm.  Ogromna  konstrukcja

zachwiała się nade mną, ale swobodnie unosiłem jej ciężar na ramionach. Munsztuk i uprząż wciskały się
w moje poranione usta i pierś, i byłem niemal gotów uwierzyć, że miałem już na sobie ten groteskowy
kostium  ptaka,  gdy  po  raz  pierwszy  wleciałem  w  przestrzeń  powietrzną  Shepperton.  Poprzedzana  przez
rozentuzjazmowane dzieci parada ruszyła w kierunku rzeki. Siedziałem na dachu taksówki, podtrzymując
swoje nakrycie głowy. Na wielkich skrzydłach i dziobatym łbie postaci przysiadały dziesiątki drobnych
ptaków  -  sikorek,  strzyżyków  i  rudzików,  których  maleń-kie  oblicza  wyglądały  na  świat  spomiędzy
prymitywnych piór kostiumu.

Procesja dotarła pod pomnik. Towarzyszyły mi wszyst-kie żywe istoty z miasteczka, gromady ptaków,

stada psów, grupki dzieci i jelenie, skaczące w nagiej ciżbie ludzkiej, podążającej za paradą aut. Światło
przybladło.  Zmęczone  słońce,  jak  gdyby  zdenerwowane,  że  będzie  musiało  zoba-czyć,  co  zrobię  z  tym
miasteczkiem, wycofało się za zwoje karminowych chmur, wyciekających spoza słonecznej tar-czy. Nad
porośniętymi tropikalną roślinnością dachami za-wisło światło, kładąc się także na piórach flamingów i
pa-pug.  Shepperton  zmieniło  sią  w  rozgorączkowany  ogród  zoologiczny.  Ta  sama  niesamowita  glazura
kryła nasycone ciała skaczących w rzece ryb i piersi młodych dziewcząt, podtrzymujących mi nogi, gdy
stałem  na  dachu  taksówki.  Poprzez  ptasi  świergot  usłyszałem  helikopter,  przelatu-jący  nad  wiązami  i
rzeką.  Obojętna  maszyna  przedzierała  się  z  trudem  przez  blednące  światło.  Terkoczące  śmigła  he-
likoptera  wzbijały  w  górą  burzą  liści  i  owadów.  Trzymałem  mocno  swoje  nakrycie  głowy  i  czułem
nacisk śmigieł, ale maszyna zmieniła kierunek lotu i powlokła sią z powrotem nad rzeką. W całym parku
ptaki  powoli  opadały  z  nieba.  Tracąc  w  zmiennym  powietrzu  punkt  oparcia,  helikopter  ześlizgnął  sią
bokiem ponad dach kościoła. Silnik maszyny pracował wściekle na najwyższych obrotach. Białe dłonie
pilota szarpały drążki sterownicze jak race zdenerwowane-go żonglera.

Parada  samochodów  przystanąła  w  nieładzie.  Pośród  kół  pojazdów  pądziły  psy  i  jelenie,  a  nagie

dzieci podbiegały do matek, potykając sią o żałośnie wyglądające ptaki, któ-rych ciała kryły teraz ziemią.

background image

Tysiące płatków, wyrwanych z wiklinowych skrzydeł, tworzyły wrzący obłok wokół na-szych głów.

- Pani doktor, proszą wracać! - Stary żołnierz rzucił sią naprzód, wymachując laską. Szarpałem swoje

nakrycie  gło-wy,  które  stało  siąpotążnym  szybowcem,  usiłującym  unieść  mnie  w  przestworza.  W  wirze
płatków ujrzałem, że cen-trum parku zostało przekształcone w awaryjne lądowisko. Miriam St. Cloud z
pomocą  Davida,  Rachel  i  Jamiego  wy-znaczała  pochodniami  krąg  świateł  na  otwartej  trawiastej
przestrzeni.

Zszedłem z dachu taksówki, chwiejąc się pod ciężarem kostiumu. Munsztuk dusił mnie, nie mogłem

więc  krzyczeć  do  Miriam,  gdy  zdjęła  swój  biały  kitel  i  zaczęła  wyma-chiwać  nim  szaleńczo  w  stronę
oddalającego się helikop-tera.

Lecz  teraz  powietrze  znajdowało  się  pod  moją  kontrolą.  Ciągnąc  za  sobą  tłum,  biegłem  przez

chłostany  płatkami  kwiatów  trawnik.  Obok  pędziły  setki  nagich  ludzi,  którzy  oczyszczali  dla  mnie
przejście i pokrzykiwali coś do załogi helikoptera, kiedy nieszczęsna maszyna zapędziła się w tornadzie
płatków  z  powrotem  na  nasz  brzeg  rzeki.  W  mro-ku  wirowały  strzępy  bambusów,  wikliny  i  koronek.
Niesiony  teraz  na  ramionach  mieszkańców,  korowód  plat-form  ruszył  naprzód,  jak  gdyby  żeglując
poprzez krwawą mgłę.

Poczułem, że ciężar mojego nakrycia głowy zelżał i ode-rwałem się stopami od ziemi. Wkraczałem

znowu  w  rze-czywisty  czas,  prowadząc  moich  wiernych  do  kościoła.  Roz-postarłem  ramiona  i
popłynąłem naprzód w kostiumie ol-brzymiego ptaka, a Miriam St. Cloud zwróciła się do mnie twarzą w
kręgu światła.

-  Blake!  -  zawołała  wśród  błysków  fleszy  aparatów  fo-tograficznych,  przekrzykując  terkot

helikoptera. - Jesteś martwy, Blake!

Próbowała osłaniać dzieci, które czepiały się jej spódni-cy, i wymachiwała swoim białym kitlem, jak

gdyby  chciała  odstraszyć  zbliżającego  się  diabła,  z  którym  będzie  musiała  kopulować.  Spośród
wszystkich ludzi w Shepperton tylko ona wiedziała, że będzie ze mną spółkować po raz ostatni.

Helikopter  wycofał  się  nad  podmokłą  łąkę  za  rzeką.  Nie-siony  w  stronę  kościoła,  widziałem,  jak

biegnący  tłum  zwalił  Miriam  z  nóg.  Przyklękła  na  trawie,  gdzie  dopadła  ją  grup-ka  młodych  kobiet,
sekretarek, które radośnie zerwały z niej ubranie i przystroiły jej głowę piórami.

Sunęliśmy razem nad parkiem na obłoku płatków i przez otwarte okna wpłynęliśmy do kościoła.

Zawisłem nago obok Miriam St. Cloud. Oboje byliśmy w kostiumach ptaków, a nasze stopy unosiły

się  zaledwie  kilka  cali  nad  odsłoniętym  ołtarzem.  Nawę  wypełniali  od-dający  nam  cześć  mieszkańcy
Shepperton,  zbici  w  groma-dę  objętych  w  uścisku  postaci.  Szybowali  w  przejściu,  trzy-mając  się  pod
ramiona,  i  z  rozkoszą  filmowali  się  wzajem-nie  podczas  swojego  ostatniego  lotu.  Byłem  już  gotów,  by
wchłonąć ich w hostię mojego ciała. Potrzebowałem tych ciał, żeby podtrzymywały mnie w locie i dały
mi moc, dzię-ki której mógłbym wyruszyć stąd w świat, a potem oble-cieć całą planetę, zespalając się ze
wszystkimi żywymi stwo-rzeniami, aż wreszcie wchłonąłbym w siebie wszystkie żywe istoty, wszystkie
ryby  i  ptaki,  wszystkich  rodziców  i  dzieci,  ja,  jeden  chimeropodobny  bóg,  który  zjednoczy  w  sobie
wszelkie życie.

Miriam  St.  Cloud  wisiała  obok  mnie  z  zamkniętymi  ocza-mi,  jak  marzycielka,  unosząca  się  w

background image

najgłębszym  transie.  Po  naszym  ślubie  miałem  ją  znać  już  tylko  jako  jedno  ze  światełek  w  moich
kościach.

Wyciągnąłem ręce, żeby uściskać ją po raz ostatni. Ale w momencie gdy, spojrzałem w jej uśpione

oczy, w drzwiach kościoła pojawił się Stark ze strzelbą w ręku. Podniósł wzrok na wiernych, krążących
w  mroku  nawy  dziesięć  stóp  nad  jego  głową,  i  przypatrzył  się  olbrzymim,  ptasim  kostiumom,  które
Miriam  i  ja  dźwigaliśmy  na  ra-mionach.  Jego  pokryta  plamkami  potu  twarz  nie  wyrażała  nic,  ale  Stark
ruszał się żwawo, jak gdyby decyzja dojrzała w nim już dawno. Podniósł strzelbę, wycelował najpierw
w Miriam, a potem we mnie, i przestrzelił nam piersi.

213

Po raz drugi w tym tygodniu spadłem na ziemię. Leża-łem konający u stóp ołtarza wśród piór mojego

skrzydlate-go nakrycia głowy, a w górze kołysały się coraz dłuższe wstęgi mojej ciągle unoszącej się w
powietrzu krwi.

32

UMIERAJĄCY LOTNIK

Przesiedziałem  tak  całą  noc,  oparty  o  ołtarz  w  opusz-czonym  kościele.  Kwiaty  i  pióra  mojego

nakrycia głowy krępowały mi ramiona. Nie mogłem się ruszyć, podciągną-łem więc bezradnie nogi pod
siebie.  Niedaleko,  ale  poza  zasięgiem  moich  rąk,  Miriam  St.  Cloud  leżała  na  wznak  na  kamiennej
posadzce.  Jej  zbielała  skóra,  z  której  kula  Starka  wyssała  wszystkie  rumieńce,  przybrała  koszmarny,
szklisty  odcień,  jak  gdyby  krew  z  delikatnych  naczyń  jej  policzków  wyparła  ropna,  żółta  woskowina.
Kilka  minut  po  północy  wąskie  wargi  Miriam  rozchyliły  się,  tworząc  szerokie  roz-warcie  -  milczące
upomnienie, wykrzyczane do mnie przez martwą lekarkę.

Na początku, kiedy leżeliśmy obok siebie w naszych na-kryciach głów, miałem nadzieję, że Miriam

jeszcze żyje. Kule ze strzelby Starka przebiły nam serca, ale ja już wie-działem, że nie zabije mnie nigdy
ani  Stark,  ani  ktokolwiek  inny  spośród  mieszkańców  miasteczka.  Myślałem,  że  moja  odporność  udzieli
się także Miriam. Ale potem poczułem w ciemności, że zmienia się zapach jej ciała - wyraźna, ostra woń
potu i strumyczka gorącej, kobiecej krwi, ustąpi-ła pleśni pospolitej śmierci.

Wszędzie dokoła leżały odpryski witraży: okruchy apo-stołów, świętych ludzi i zwierząt, w których

odbijały  się  skaczące  w  górę  płomienie  dziesiątek  ognisk.  Przez  otwar-te  drzwi  kościoła  ujrzałem
dżunglę, płonącą w ciepłym, nocnym powietrzu. Tysiące przerażonych ptaków zadygo-tało ze strachu w
gałęziach  figowca,  kiedy  mieszkańcy  Shep-perton  podłożyli  ogień  pod  stos  drewna  wśród  korzeni.  W
całym miasteczku ludzie zrywali winorośle i pnącza z dachów swoich domostw. Wysysali też paliwo z
samocho-dów i oblewali benzyną palmy i tamaryszki, rosnące w ich ogrodach.

Przez  całą  noc  przemierzali  stadami  miasto,  rąbiąc  sie-kierami  tropikalny  las,  który  miłościwie  dla

nich stworzy-łem. Słyszałem krzyki fułmarów, pohukiwanie przerażonych sów i płaczliwe skargi jeleni.
Szkielet  skrzydlatej  istoty,  wiszący  na  ścianie  zakrystii,  drżał  w  płomieniach,  jak  gdyby  prastary
człowiek-ptak, wydobyty z dna rzeki, chciał wyrwać się z muzealnej gabloty i odlecieć w nocną dal.

Zanim  nadszedł  świt,  serpentyny  mojej  krwi  przez  wiele  godzin  opadały  na  ziemię  -  przypominały

długie chwasty, wyrastające z rany na mojej piersi albo barwne banderille, tkwiące w ciele konającego

background image

byka.  Wystrzelona  przez  Star-ka  kula  dum-dum  trafiła  mnie  w  środek  mostka,  przebiła  pierś  i  wyszła  z
drugiej  strony,  rozpryskując  się  na  sto  ka-wałków,  z  których  każdy  niósł  okruch  mojego  serca.  Chociaż
wciąż jeszcze żyłem, ogarnęła mnie odrętwia-jąca rozpacz. Wiedziałem, że moje moce zniknęły, a wraz z
nimi  zachwyt,  jakim  się  darzyłem,  i  duma,  którą  czułem,  będąc  naczelnym  bóstwem  tego  małego
królestwa,  kiedy  udowodniłem  swoje  prawo  do  wkroczenia  w  ów  prawdzi-wy  świat,  gdzie  znalazłem
się.  na  krótko  po  przymusowym  lądowaniu  w  Shepperton.  I  oto  raz  jeszcze  zostałem  ścią-gnięty  z
powietrza, dokładnie w chwili moich zaślubin z Miriam St. Cloud.

Wiedziałem  już,  że  jestem  winien  wielu  przestępstw,  i  to  nie  tylko  przeciwko  istotom,  które

podarowały  mi  drugie  życie,  lecz  przeciw  sobie  samemu  -  popełniłem  przestęp-stwa  arogancji  i
wyobraźni.  Opłakiwałem  leżącą  obok  młodą  kobietą  i  czekałem,  podczas  gdy  moja  krew  opadała  na
ziemię.

O świcie nadeszła grupa obłąkanych lotników.

- To Blake! On jeszcze żyje!

- Nie dotykajcie go!

- Zawołać tu Starka!

Przyprowadził ich stary żołnierz z laską. Wchodzili do kościoła pojedynczo i wciskali się plecami w

kolumny w obawie, że jeśli zbliżą się do mnie, zbije ich z nóg jakiś szalony wir. Twarze sczerniały im od
pożarów  tropi-kalnego  lasu,  a  dłonie  starli  do  krwi  na  trzonach  swoich  siekier.  Podchodzili  nieśmiało,
księgowi  i  urzędnicy  ban-kowi,  chowając  się  za  siebie.  Zniszczyli  ubrania,  które  no-sili  poprzedniego
dnia, a dzisiaj przebrali się w kostiumy złupione w wytwórni. Była to mieszanina rozmaitych mun-durów
z powietrznej epopei - stare kombinezony, jakich używano do lotów w otwartym kokpicie, obszyte wełną
kurtki i szerokie w ramionach mundury pilotów linii pasa-żerskich.

Stark  przyjechał  i  rozepchnął  ich,  gdy  wpatrywali  się  we  mnie,  wznosząc  niepewnie  siekiery  w

świetle  brzasku.  Ja-sne  włosy  opadały  mu  swobodnie  na  ramiona.  Był  ubrany  w  lśniący,  obcisły
kombinezon  pilota  szturmowego  helikop-tera.  Wydawało  mi  się,  że  świadomie  odgrywa  przerastają-cą
go pierwszoplanową rolę anioła śmierci w filmie opo-wiadającym o powietrznym Armageddonie. Stanął
wśród  odprysków  szkła,  mierząc  do  mnie  ze  strzel-by,  gotów  wpakować  mi  następną  kulę  w  serce.  -
Istotnie, żyjesz, Blake. Wiem o tym.  -  Mówił  cicho,  niemal  cierpliwym  tonem.  - A  w  każdym  razie  nie
umar-łeś... Widziałem już te oczy na plaży...

Zrozumiałem,  że  Stark  nie  jest  całkiem  przekonany,  ja-kobym  stracił  swoje  moce,  i  na  poły  żywił

nadzieję,  że  za-chowałem  choćby  tyle  siły,  by  mógł  mnie  wykorzystać  w  nadchodzących  wywiadach
telewizyjnych. Chciałem pod-nieść rękę i przebaczyć mu, że do mnie strzelił, ale nie mo-głem się ruszyć.
Proporce mojej krwi wisiały wciąż kilka cali nad ziemią, falując wokół jego stóp, utrzymywane w górze
przez duchy dzieci, które w siebie wchłonąłem. Stark odwrócił się ode mnie i zaczął się przyglądać Mi-
riam  St.  Cloud.  Choć  jej  usta  ziały  żółtą  szczeliną,  a  powie-ki  Miriam  obsiadły  gnilne  muchy,  młoda
kobieta, którą ko-chałem, była wciąż obecna w paciorkach wilgoci wokół li-nii jej włosów, w znamieniu
koło lewego ucha i bliźnie pod brodą, pochodzącej jeszcze z lat dziecinnych. Spracowane dłonie Miriam
kryły  ranę  w  piersi,  zaciśnięte  wokół  roz-bryzgu  zakrzepłej  krwi  jak  ręce  oblubienicy,  trzymające  nie-
oczekiwany bukiet mrocznych kwiatów, który przypiął jej do piersi jakiś nieproszony gość.

background image

Stark przyglądał się jej bez śladu żalu, jak gdyby ocalił niebo nad Shepperton przed ptakiem o wiele

bardziej nie-bezpiecznym ode mnie. Pojąłem, że zabił ją, ponieważ bał się, że Miriam mogłaby urodzić
moje dziecko -jakąś zło-wrogą, skrzydlatą istotę, która przyniosłaby im wszystkim zagładę.

Stark splunął na jej stopy i gestem nakazał innym po-dejść bliżej.

- Dobrze... Wynieście go na zewnątrz. Ale uważajcie, gdyby próbował latać.

Przezwyciężyli w końcu strach i wyciągnęli mnie z ko-ścioła. Za progiem ułożyli mnie w drucianym

wózku,  który  zabrali  z  supermarketu.  Kiedy  przewozili  mnie  obok  wy-twórni  -groteskowi  lotnicy  z
martwym kolegą w skrzydla-tym nakryciu głowy - proporce mojej krwi drżały w chłod-nym powietrzu.
Stark biegł przodem, unosząc strzelbę ku posępnym drzewom, gotów załatwić każdego ptaka, który byłby
na tyle nieostrożny, żeby na niego spojrzeć. Wrócił do mnie pędem i odepchnął starego żołnierza, który
trącał mnie laską w głowę.

Nieprzyjaznym, ale pełnym szacunku tonem zamruczał:

- Będziesz latał, Blake. Ty lubisz latać. Nauczę cię latać na lotni.

Podążając  wyludnionymi  ulicami,  minęliśmy  pomnik.  Na  chodnikach  leżały  dymiące  winorośle  i

pnącza,  wyglą-dające  jak  kawałki  zwęglonego  lontu,  pozostawione  przez  zespół  minerów,  który
nawiedził nocą Shepperton. Główną ulicę pokrywały tysiące zbielałych kwiatów, a pośród spla-mionych
krwią  płatków  leżały  wilgotne  pióra  zmasakrowa-nych  ptaków.  Ramiona  figowca  zwieszały  się  wciąż
nad centrum miasta, ale liczne ogniska, rozpalone pod ciężkimi konarami, zwęgliły korę drzewa. Między
sczerniałymi  ko-rzeniami  stały  wypalone  kadłuby  samochodów.  Przed  supermarketem  zebrał  się
niewielki  tłum  -  grup-ka  mężów  o  surowych  twarzach,  połączonych  znów  ze  swy-mi  zszokowanymi
małżonkami, a także dzieci i rodziców, ubranych w najrozmaitsze części garderoby, wyciągnięte z puszek
na  śmieci  i  ognisk.  Cisnęli  się  wokół  mnie  urzędni-cy  i  sprzedawcy  sklepowi,  którzy  zaledwie  kilka
godzin wcześniej żeglowali radośnie wraz ze mną wokół kościel-nej nawy.

Jakaś  potargana  młoda  kobieta  w  poplamionej  sadzą  wie-czorowej  sukni  uderzyła  mnie  w  twarz

ostrymi palcami. - Gdzie jest Bobby? Zabrałeś mi syna!

Wokół mnie rozwrzeszczeli się też inni ludzie, wykrzy-kujący imiona utraconych dzieci.

-  On  jeszcze  żyje!  Spójrzcie  na  jego  oczy!  Stark  odpędził  ich  ruchem  strzelby  i  sam  zaczął  pchać

wózek w kierunku parkingu.

- Nie dotykajcie jego rąk! Jest martwy!

Deptali  chorągiewki  mojej  krwi,  wypływającej  z  serca  niczym  trzepoczący  w  górze  ogon  opadłego

latawca. Stary żołnierz ciął wstęgi krwi swoją laską.

- Nie patrz na mnie, Blake! Bo wyrżnę ci oczy! Pośród wysepek sprzętu gospodarstwa domowego i

sy-pialnianych mebli rozbrzmiewał teraz chór głosów. - Odciąć mu ręce! I stopy!

- Odciąć mu członka!

- Nie dotykajcie go!

background image

Spływając  plwocinami,  siedziałem  bezradnie  w  wózku  z  poszarpanym  nakryciem  głowy,  które

opadało  mi  na  ra-miona.  Stark  zerkał  w  górę,  na  parking.  Wiedziałem,  że  zamierza  zrzucić  mnie  z
betonowego  dachu,  przekonany,  że  tym  razem  spadnę.  Więc  nie  domyślał  się,  że  ocaleję,  nawet  jeżeli
zrzuciłby mnie z lotni?

-  Stark,  potrzebujemy  go  tutaj.  —  Stary  żołnierz  przy-trzymał  wózek,  sprzeczając  się  ze  Starkiem.  -

Nigdy stąd nie uciekniemy bez Blake’a.

Kiedy się kłócili, powędrowałem myślami do wnętrza swoich kości, błądząc po moim wycieńczonym

ciele.  Czu-łem  piekące  plwociny  na  policzkach  i  dłoni,  a  wstęgi  krwi  szarpały  moje  serce,  targane
dłońmi  z  tłumu.  Stałem  się  to-temem  święta  wiosny,  pozszywanym  w  swojej  własnej  krwi  przez  te
umorusane,  podniecone  kobiety.  Kiedy  znów  się  zbudziłem,  Stark  pchał  wózek  ulicą.  Klu-czyliśmy,
skręcając  gwałtownie  w  ponure  boczne  uliczki.  W  całym  miasteczku  wisiały  na  ogrodowych  płotach
szcząt-ki  skrzydlatych  nakryć  głowy,  jak  gdyby  nad  Shepperton  zestrzelono  nocą  jakąś  powietrzną
armadę.  Na  progach  do-mów  siedzieli  w  kucki  ludzie  o  wymizerowanych  twarzach,  paląc  niewielkie
ogniska  z  liści  palmowych.  Niespokojne  dzieci  wycinały  w  korze  palm  jakieś  dziwaczne  hasła.
Zbliżaliśmy  się  do  bambusowej  palisady,  za  którą  leżała  otwarta  droga,  wiodącą  do  Londynu  i  na
lotnisko.  W  nie-przebytej  dotąd  leśnej  ścianie  ogień  wypalił  rozległe  szcze-liny.  Obserwowali  nas
mieszkańcy  pobliskiej  wioski,  któ-rzy  wstali  z  kurami,  niewątpliwie  zadziwieni  widokiem  tłuszczy
przebierańców, pchających w wózku poranione ciało skrzydlatego człowieka.

Pognaliśmy przez wyłom w palisadzie. Gdy podniecone okrzyki wokół mnie zamarły, znów ogarnęło

mnie  uczucie,  którego  zaznałem  pierwszego  dnia  w  Shepperton.  -  Dalej!  Nie  rezygnujcie!  Dziś
wieczorem pokażą nas w wiadomościach! - Tłukąc mnie strzelbą po głowie, Stark popędzał zmęczonych
urzędników  wraz  z  ich  żonami  i  dzieć-mi,  ale  oni  kolejno  dawali  za  wygraną  i  ustawali  w  tym
zniechęcającym marszu. Dysząc ciężko, odwracali się ku Shepperton, które zaczynało się od nich oddalać
ni-czym  miraż,  widoczny  wiele  mil  dalej  na  południe.  Poza  wyznaczonym  przez  autostradę  obwodem
leżały na hory-zoncie wiejskie domki z czerwonej cegły, tworząc odległą perspektywę, przywodzącą na
myśl wiktoriańskie pocztów-ki.

Stark  rzucił  strzelbę  na  wózek  w  poprzek  moich  nóg  i  z  krzykiem  obrzydzenia  skierował  pojazd  z

powrotem ku Shepperton.

-  Na  razie  możesz  nas  tu  zatrzymać,  Blake  -  powiedział  do  mnie  półgłosem.  -  Ale  zanim  to  się

wszystko skończy, będziesz jeszcze latał dla stacji telewizyjnych... Przez następną godzinę błąkaliśmy się
po  Shepperton  posępnymi  ulicami  w  dżungli.  Siedziałem  na  wpół  przy-tomny  w  sklepowym  wózku,  a
wymęczona trupa prowin-cjuszy w lotniczych strojach kluczyła po częściowo wylud-nionym mieście. Ze
Starkiem na czele popędzili za stację benzynową przez plac parkingowy, leżący zaledwie sto jar-dów od
autostrady. Pokrzykując chrapliwie, sunęli z tru-dem naprzód - niechlujna, lekka brygada, pchająca wózek
po  wyboistym  gruncie  niczym  taran,  którym  mieli  nadzieję  rozbić  mury  rzeczywistości,  jaką  opasałem
Shepperton. Jed-nak po kilku sekundach wlekli się już z trudem po najwięk-szym parkingu świata -jego
pokryta  popiołem  powierzch-nia  sięgała  widnokręgu,  a  samotne  samochody  dzieliły  całe  mile  pustych
miejsc parkingowych.

Znów  odepchnięci,  cofnęliśmy  się  do  miasta.  Budynek  poczty  i  supermarket  uformowały  się  wokół

nas na nowo. Zdecydowany dowieść, że jego władza nad nową czaso-przestrzenią równa się mojej, Stark
poprowadził  nas  za  sklep  meblowy,  gdzie  raz  jeszcze  zagubiliśmy  się  na  nieskończo-nym  obszarze,
zastawionym  meblami  pokojowymi  i  kuchen-nymi,  pokrytym  archipelagami  wysepek  sprzętu  gospodar-

background image

stwa  domowego,  ciągnącymi  się  po  linię  horyzontu,  jak  gdyby  zawartość  wszystkich  prowincjonalnych
domostw na Ziemi została wystawiona na sprzedaż w tej bezkresnej oa-zie wszechświata.

— Co z ciebie za pożytek, Blake?

Wpadłszy  w  rozpacz,  Stark  przestał  się  mną  intereso-wać.  Zostawił  swoją  trupę  przed

wielopoziomowym  par-kingiem,  ruszył  ku  figowcowi  i  zaczął  strzelać  na  oślep  w  jego  gałęzie.
Wycieńczeni  mieszkańcy  kucali  wokół  mnie  w  swoich  lotniczych  strojach,  wyskubując  pióra  martwych
ar,  które  spoczywały  wśród  wilgotnych  kwiatów.  Odcho-dzili  kolejno,  aż  w  pobliżu  pozostał  już  tylko
stary  żołnierz  222  z  laską.  Zanim  odszedł,  chwycił  rączkę  wózka  i  zepchnął  mnie  w  dół  ulicy,  gdzie
wpadłem prosto na ogrodzenie oka-lające pomnik.

33

OCALENIE

Żyłem i byłem martwy.

Przeleżałem  cały  dzień  w  strzępach  mojego  skrzydlate-go  nakrycia  głowy,  pośród  żółknących

wieńców u stóp po-mnika. Wypadłem z wózka na kamienne stopnie, a propor-ce mojej krwi owinęły się
wokół obelisku, pieszcząc na-zwiska kobiet i mężczyzn z Shepperton, którzy zginęli w wojnach za swój
kraj. Nie mogąc się ruszyć, czekałem na panią St. Cloud i ojca Wingate, żeby przyszli i opatrzyli mi ranę,
ale  ksiądz  i  matka  Miriam  opuścili  mnie.  Widziałem  ich  po  drugiej  stronie  parku  -  ojciec  Wingate
pocieszał  pa-nią  St.  Cloud,  kiedy  wyszli  z  zakrystii,  gdzie  leżała  Miriam.  Zrozumiałem,  że  postanowili
jej nie grzebać, dopóki nie umrę raz jeszcze.

Tymczasem  świat  zewnętrzny  zdawał  się  zapomnieć  o  Shepperton.  Samochody  sunęły  autostradą  w

kierunku  Lon-dynu,  a  kierowcy  i  pasażerowie  chyba  nie  zdawali  sobie  sprawy  z  istnienia  tego
miasteczka, jak gdyby otaczający Shepperton mentalny parawan odbijał tylko ich przelotne myśli.

Wilgotnym popołudniem na usmolone dymem domy spadł słaby deszcz, którego krople skapywały z

poczernia-łych pnączy i palm. Słyszałem, jak Stark włóczy się po uli-cach ze swoją strzelbą, zabijając te
nieliczne ptaki, które ośmieliły się opuścić swoje kryjówki.

Mieszkańcy Shepperton skryli się w sypialniach, ale o zmierzchu pod pomnikiem zebrała się grupka

kobiet, które zaczęły obrzucać mnie wyzwiskami. Były to matki dzieci, które wchłonąłem w siebie, matki
tych dziewcząt i chłop-ców, których odległe dusze przebiegały mroczne galeryjki głębin mojego ciała i
które  utrzymywały  mnie  przy  życiu.  Kobiety  przyniosły  ze  sobą  śmieci  w  plastikowych  torbach.
Porozrywały swoje kombinezony lotnicze aż po pas, a po-tem obrzuciły mnie gradem odpadków i ciskały
we mnie martwymi ptakami.

Choć mnie nienawidziły, cieszyłem się, że nauczyłem je latać. Dzięki mnie dowiedziały się, jak być

kimś więcej niż sobą, jak przybrać postać ptaka, ryby albo ssaka, i dzięki mnie wkroczyły na krótko w
świat, gdzie mogły zespolić się ze swoimi braćmi, przyjaciółmi, mężami i dziećmi. Leżałem u ich stóp,
skrępowany skrzydlatym nakryciem głowy. Serpentyny mojego serca wzniosły się w zimnym powietrzu i
trzepotały im w twarze, jak zagubione duchy synów i córek tych ludzi.

Wieczorem  zobaczyłem  lica  trojga  upośledzonych  dzie-ci,  które  przyglądały  mi  się  w  wilgotnym

background image

świetle  -  wyglą-dały  jak  małe  księżyce,  które  okrążają  się  w  milczeniu.  Kucnęły  pośród  martwych
kwiatów  i  ar,  żeby  bawić  się  wstę-gami  mojej  krwi.  Rachel  pieściła  je,  mrugając  w  zachwycie
niewidomymi  oczami,  i  próbowała  odczytać  ich  tajemni-cze  kody  niczym  enigmatyczne  wiadomości  z
innego  wszechświata,  zapisane  na  telegraficznej  taśmie  mojego  serca.  David  wpatrywał  się  ponuro  w
umierającą  dżunglę,  kryjącą  frontony  sklepów,  zaintrygowany  ich  bezcelową  przemianą.  Tymczasem
Jamie  naśladował  mnie  i  przygar-niał  do  piersi  mokre  maki,  wyciskając  z  nich  palcami  sok.  Raz
podczołgał się bliżej i położył mi przy głowie martwą wronę, ale wiedziałem, że nie chciał być okrutny.
Po prostu stałem się kaleką, tak jak on.

Pod  osłoną  nocy  dzieci  ożywiły  się  i  wciągnęły  mnie  z  powrotem  na  wózek.  Rachel  waliła  mnie

pięściami w nogi, usiłując przywrócić je do życia.

Na  mrocznych  ulicach  jarzył  się  blask  ognisk,  bijących  pod  niebo  z  górnych  tarasów

wielopoziomowego  parkingu.  Dzieci  powiozły  mnie  spiesznie  za  opuszczoną  klinikę  i  dalej,  ku  swojej
tajemnej łące.

W szarym świetle zauważyłem biały kształt samolotu, który zbudowały mi nad grobem.

34

MGIEŁKA MUCH

Tak  więc  dzieci  zabrały  mnie,  żebym  zamieszkał  w  gro-bie.  Siedziałem  jak  strach  na  wróble  w

wypełnionej  kwia-tami  mogile,  wyściełanej  martwymi  ptakami,  otoczony  szczątkami  mojego  nakrycia
głowy,  trzymającego  się  wciąż  na  ramionach  i  paskach  pod  moją  brodą.  Po  obu  stronach  grobu  leżały
skryte w ciemności kawałki skrzydeł cessny, które wraz z fragmentami jej przedniej szyby i ogona two-
rzyły prymitywny kadłub. Nawet jedno śmigło zostało wy-rwane z dna koryta rzeki i wywleczone na łąkę.
Spoczywa-ło teraz na trawie u moich stóp niczym pogięty i zardzewia-ły miecz.

W cienistej altanie siedziały dzieci, przypominające ułomne cherubiny w ogrodzie przy kostnicy. Nad

Shepper-ton  osiadły  niemal  dotykalne  wyziewy.  Drzewa  skrył  bal-dachim  mroku,  jak  gdyby  nad
umierającą  dżunglą  rozcią-gnął  się  całun  szarości.  Światło  nie  spływało  już  ze  wszyst-kich  liści.  Ptaki
milczały, schowane wśród więdnących or-chidei i magnolii, których płatki przybrały w śmierci rów-nie
woskowe oblicze, jak policzki Miriam St. Cloud. W górze łopotały poszarpane żagle ciemnych skrzydeł.
Na  przyćmionym  niebie  zbierały  się  sępy.  Lądowały  na  pożółkłej  trawie,  by  karmić  się  padliną
wymordowanych  ptaków.  Na  leżącym  przede  mną  śmigle  przysiadł  mały  sęp  płowy,  zaciskając  szpony
wokół  obosiecznego  miecza.  Wszędzie  dokoła  pojawiała  się  makabryczna  roślinność,  a  w  trawie
buszowały  dziwne  drapieżniki.  Węże  wspinały  się  na  brzegi  strumyka.  Plaga  pająków  rozsnuwała  na
drzewach  ropne  sieci,  osłaniając  martwe  kwiaty  srebrnymi  całunami,  a  zbite  w  aureolę  białe  muchy
żerowały  nad  grobem.  Kiedy  łąkę  wypełnił  świt,  ujrzałem  dzierzbę,  która  atakowała  ostat-nie  kolibry,
wbijając  je  na  ciernie  kolczastych  krzewów.  Shepperton  stało  się  obmierzłe,  ponieważ  zatruła  je  pły-
nące ze mnie rozpacz. Zaraz po brzasku powróciły dzieci. W nadziei, że przywróci mnie do życia, Jamie
po  raz  pierw-szy  przyniósł  mi  żywego  ptaka  -  był  to  zmaltretowany  ru-dzik,  którego  chłopiec  puścił
wolno w trawie. Dzieci były nazbyt wystraszone, żeby do mnie podejść, przykucnęły więc w rojącej się
od wszy trawie. Jamie pohukiwał żałośnie sam do siebie, kryjąc głowę w ramionach przed krążącymi w
górze sępami, które czekały, by pożreć moje ciało, choć z niego właśnie powstały. David zakrył dłońmi
oczy Rachel, obawiając się, że nawet ślepota nie uchroni dziewczynki przed widokiem tych wszystkich
okropności. Po bladych ulicach błąkało się kilka osób, przebranych nadal w stroje lotników. Miasteczko

background image

pilotów umierało przeze mnie, a ja z kolei umierałem przez nich.

A jednak wciąż jeszcze żyłem.

Na  środku  parku  sępy  szarpały  zwłoki  padłych  jeleni.  Stadko  ciemnych  padlinożerców  obsiadło

dystrybutory  na  stacji  benzynowej,  a  ich  przywódca  pożerał  martwego  psa.  Szary  wiatr  poruszał
tysiącami  zmiażdżonych  kwiatów,  podczas  gdy  ludzie  cofali  się  przed  ptakami,  obserwując  je  w
odrętwieniu z progów swoich domów. Uzbrojeni w noże i ogrodowe widły, wpatrywali się uważnie w
głąb parku, gdzie trawę kryły ciała zdychających jeleni. Wśród wycień-czonego stada stał na chwiejnych
nogach pojedynczy sa-miec.

Czekałem,  aż  przyjedzie  policja,  która  mnie  uratuje,  bo  chciałem  się  już  przyznać,  że  ukradłem

cessnę. Ale świat utracił zainteresowanie Shepperton, jak gdyby ktoś rozsta-wił niewidzialne parawany
wokół  miasteczka.  Odjechały  ostatnie  radiowozy,  a  załogi  telewizyjnych  wozów  transmi-syjnych
pakowały sprzęt.

Tego  popołudnia  nie  przyleciały  żadne  helikoptery.  Od  strony  uschłych  wiązów  dobiegły  mnie

podniesione  głosy.  To  grupa  myśliwych  ze  Starkiem  na  czele  wracała  z  wyprawy  nad  rzekę,  ciągnąc
przez  martwe  klomby  skrwa-wione  ciało  morświna.  Między  krzakami  potarganych  ro-dodendronów
ujrzałem podekscytowaną twarz i rozczochra-ne włosy Starka. Był splamiony krwią. Powiesił zwierzę na
haku  przed  sklepem  rzeźniczym  nieopodal  pomnika  ofiar  wojny.  Kiedy  z  bocznych  uliczek  nadbiegły
wygłodniałe  gospodynie  domowe,  Stark  wszedł  na  blaszaną  baryłkę  i  zaczął  wycinać  steki  z  mięsa
morświna.

Masakra  nad  rzeką  trwała  całe  popołudnie.  Wilgotna  tra-wa  w  parku  zrobiła  się  śliska  od  krwi  i

łusek. Banda mor-derców, operująca z pontonu Starka, zakłuwała delfiny, morświny, wargacze i łososie -
tak krwawi lotnicy mścili się na stworzeniach innego żywiołu. Brodząc po pas w wo-dzie, Stark zatłukł
na  śmierć  białego  miecznika,  usiłujące-go  ukryć  się  w  zatopionym  samolocie.  Słyszałem  w  grobie,  jak
przyzywa mnie ostatnie światełko jego ducha. Tego popołudnia kwiaty i pióra ulic Shepperton spłynę-ły
krwią.  Żądni  pożywienia  mieszkańcy  tłoczyli  się  w  skle-pach  rzeźniczych,  domagając  się  z  wrzaskiem
surowego  mięsa,  piętrzącego  się  na  ladach,  przy  których  Stark  i  jego  lotnicy  rozdawali  ludziom  moje
ciało.

W  grobie  zaroiło  się  od  wściekle  bzyczącycłi  owadów  -  padlinożeme  osy  łamały  sobie  skrzydła,

cisnąc się żarłocz-nie wokół martwych ptaków, a z mojej skóry zerwała się mgiełka much, która osiadła
na wszystkich żywych i mar-twych stworzeniach w Shepperton.

35

OGNISKA

Węże pełzły tyłem przez ponurą łąkę. Ptaki fruwały do góry nogami między umierającymi drzewami.

Dziesięć  stóp  od  mojego  grobu  wygłodniały  pies  zwęszył  własne  łajno,  po  czym  przysiadł  na  ziemi  i
wchłonął je w siebie żarłocz-nie.

Moja krew unosiła się z otwartego serca wstęgami czar-nej krepy, której serpentyny ciągnęły się w

głąb mrocznie-jącego lasu. Wątłe drzewa pokrywał dziwny grzyb, karmią-cy się azotowym powietrzem.
Nad  parkiem  zawisły  obrzy-dliwe  miazmaty,  deformujące  więdnące  kwiecie.  Siedzia-łem  w  kokpicie

background image

samolotu,  pełnego  martwych  ptaków.  Ze  wszystkich  stron  otaczał  mnie  ogród  nowotworów.  Śmierć
wybiegła ze mnie na milczącą łąkę i ruszyła na ulice miasteczka. Nasłuchiwałem słabego nawoływania
mieszkańców, którzy urządzili sobie polowanie i wybijali ostatnie ptaki w lesie.

Późnym  popołudniem  w  altanie  pojawił  się  jelonek,  który  podszedł  do  grobu,  chwiejąc  się  na

kościstych jak szkielety nogach. Wpatrywał się we mnie rozbieganymi oczami, nie mogąc skupić wzroku
na  mojej  rozpływającej  się  twarzy,  a  po  chwili  położył  się  w  ciemnej  trawie.  Pod  okiem  sępów,
siedzących  na  gałęziach  nad  moją  głową,  zaczęły  groma-dzić  się  wokół  mnie  inne  zwierzęta  -  ostatnie
ocalałe stwo-rzenia z tego małego raju, który przyniosłem miasteczku. Pośród maków znalazł się cocker-
spaniel,  suczka,  która  przysiadła,  skomląc,  obok  śmigła  cessny.  Leciwy  szympans,  którego  nakarmiłem,
gdy Stark porzucił swój ogród zoolo-giczny, przykucnął w trawie, bijąc się rękami po głowie, jak gdyby
w  ten  sposób  chciał  wtrącić  prawdziwy  świat  z  powrotem  na  łąkę.  Ostatnia  przybiegła  z  przyziemnym
sze-lestem  małpka,  która  wdrapała  się  na  kadłub  i  uporczywie  przyglądała  mi  się  olbrzymimi  oczami
przez pękniętą szy-bę samolotu.

Zwierzęta  przyszły,  żebym  je  uzdrowił  -ja,  który  usła-łem  ulice  kwiatami  i  nakarmiłem  zwierzęta

owocami chle-bowca. Siedziałem w kokpicie mogiły, wciąż nie mogąc się ruszyć. Czułem, że zamrożone
żyły w moich ramionach są jak z grafitu. Wycieńczone niebo rozświetlały ogniska, w których mieszkańcy
palili dżunglę, porastającą ich sklepy i domostwa.

Widziałem  także  członków  mojej  rodziny  -  wyglądali  jak  duchy,  stojące  na  wyśnionym  trawniku,  i

obserwowali mnie spod rezydencji St. Cloudów. Ojciec Wingate w nie-skazitelnie czystej sutannie stał w
przesiąkniętej  krwią  tra-wie.  Jego  twarz  i  ręce  były  wychudzone,  i  zrozumiałem,  że  głodził  się
specjalnie, by uchronić przede mną swoje ciało. Były z nim dzieci - Rachel spała na stojąco, wsparłszy
gło-wę  na  ramieniu  Davida.  W  otwartym  oknie  mojej  sypialni  ujrzałem  panią  St.  Cloud  o  bladym,
wymizerowanym do kości obliczu. Jej szara koszula nocna przypominała całun, jak gdyby pani St. Cloud
wstała z łoża boleści i chciała mnie poprosić, żebym umarł.

Nawet  Stark  zajął  swoje  miejsce  w  jednym  z  wagoni-ków  diabelskiego  koła.  Miał  na  szyi  klamrę

barwnej  girlan-dy  z  kolorowych  ar  i  wpatrywał  się  w  zardzewiały  ponton,  zacumowany  nad  cessną  i
splamiony krwią, która zdawała się wyciekać z kokpitu samolotu.

Wszyscy  czekali,  aż  umrę  i  ich  wyzwolę.  Przypomnia-łem  sobie  obraz  zagłady,  który  zobaczyłem,

kiedy  wydosta-łem  się  z  samolotu,  wizję  własnej  śmierci  pod  rozświetlo-nym  ogniskami  niebem.
Pomimo tylu wysiłków, by udo-wodnić, kim jestem, stałem się trupem osadzonym w gro-bie.

Spaniel  przysunął  się  bliżej,  chcąc  mi  odebrać  resztki  sił.  Szympans  ułożył  się  na  boku  w  trawie,

wbijając  we  mnie  wzrok.  Nie  zwracając  na  nich  uwagi,  nasłuchiwałem  prze-raźliwych  krzyków
padlinożerców.  Usłyszałem  gdzieś  bli-sko  trzepot  sępich  skrzydeł  i  spojrzałem  za  rzekę  w  nadziei,  że
przybędzie stamtąd helikopter, aby mnie ocalić. Poddawszy się rozpaczy, postanowiłem umrzeć.

36

SIŁA

Choć  umierałem,  poczułem  przypływ  sił.  Serce  ściskała  mi  nieznana  dłoń.  Delikatnie  ugniatała

porozrywane  komory,  ułatwiając  przepływ  krwi.  Moja  skóra  stała  się  cieplejsza,  a  zmrożonymi
naczyniami zaczęła znów krążyć krew. W końcu zdołałem unieść prawe ramię. Gdy wyciągną-łem rękę

background image

do  siedzącego  wyżej  na  gałęzi  sępa,  zachęcając  go,  by  karmił  się  moim  ciałem,  poczułem  znów  wokół
ser-ca  uścisk  nieznanej  dłoni,  a  potem  ujrzałem  twarz  starego  szympansa  i  ciemność  w  jego  szeroko
otwartych oczach. Na moment przed śmiercią małpy poczułem w piersi kolej-ny przypływ sił, jak gdyby
wszczepiono  mi  serce  zwierzę-cia.  Usiadłem,  a  moja  pierś  dudniła  w  rytm  dziwacznego  tętna.
Zobaczyłem  ostatnie  wierzgnięcie  nóg  jelenia  i  mój  puls  przyspieszył,  gdy  krew  zdychającego  rogacza
została przetoczona w moje żyły.

Spojrzałem na swoją nagość pod obszarpanym kombi-nezonem. Moja skóra straciła odcień popiołu, a

kiedy dźwig-nąłem w górę nakrycie głowy, proporce krwi oderwały się od moich blizn i zatrzepotały w
locie wśród potarganych, maków.

Rana przestała mi krwawić. Zwierzęta konały kolejno w trawie wokół grobu. Każde z nich dawało

mi  coś  swojego  -  krew,  tkanki  albo  jakiś  ważny  życiowo  organ.  Serce  szym-pansa  biło  silnie  w  mojej
piersi,  krew  jelenia  gnała  pustymi  żyłami  jak  wiosenna  powódź  w  labiryncie  wyschniętych  kanalików,
płuca kapucynki wdychały powietrze moimi ustami, a zamglony mózg spaniela spoczął u podstawy mojej
czaszki, jak gdyby wierne zwierzę podtrzymywało swojego rannego pana.

Zwierzęta konały w trawie wokół mnie, oddając za mnie życie. Po chwili dźwignąłem się na nogi w

kokpicie grobu. Raz jeszcze uwolniłem się z samolotu.

Las  pozostawał  w  bezruchu.  Nic  się  nie  działo,  liście  i  trawa  zawisły  jakby  w  milczeniu.  Czułem

życie, wlewają-ce się we mnie ze wszystkich stron z woli najmniejszych nawet i naj nędzniej szych istot.
Wróble  i  drozdy  przekazy-wały  mi  swoje  maleńkie  źrenice,  nornice  i  borsuki  odda-wały  mi  w  norach
swoje zęby, wiązy i kasztanowce przeka-zywały mi siłą woli własne soki niczym ponure mamki, le-jące
we mnie mleko. Nawet pijawki na śmigle samolotu, robaki pod moimi nogami i miriady bakterii w ziemi
pełzły olbrzymim zborem poprzez moje ciało. Tętnice i żyły wy-pełniło mi wielkie kłębowisko żywych
istot,  które  swoim  życiem  i  działaniem  dobrej  woli  przekształcały  kostnicę  mo-jego  ciała.  Chłodna
wilgoć ślimaków nawodniła mi stawy, poczułem, jak rozluźniają mi się mięśnie, rozciągnięte ty-siącami
gałęzi, a moje ciało balsamowały ciepłe żyłki mi-lionów liści, wypełnionych słońcem.

Ruszyłem w głąb łąki, otoczony dziwną, świetlną mgieł-ką, jak gdyby moje prawdziwe ja rozpływało

się  w  powie-trzu  i  spoczywało  w  ciałach  tych  wszystkich  stworzeń,  któ-re  oddały  mi  część  samych
siebie. Odrodziłem się w nich i w ich miłości do mnie. Każdy listek, każde źdźbło trawy, każdy ptak i
ślimak  został  zapłodniony  moim  duchem.  Las  czuł,  że  poruszam  się  w  jego  tkankach  coraz  szybciej.
Rodziłem się na nowo z naj nędzniej szych stworzeń - z ameb, dzielących się w rozlewiskach na łące, z
hydr i wo-dorostów. Żyłem w skrzeku płazów ze strumyka, opływają-cego łąkę, i byłem psem wodnym w
rzece,  zrodzonym  z  ciała  mojej  matki  -  rekina.  Ciężarna  łania  upuściła  mnie  w  głęboką  trawę  na  łące.
Wyłaniałem  się  ze  steku  odchodo-wego  wszystkich  ptaków.  Rodziłem  się  w  tysiącu  narodzin  z  ciał
wszystkich żywych istot lasu - byłem własnym oj-cem i stałem się swoim dzieckiem.

37

ODDAJĘ SIĘ

Las  znów  pojaśniał.  Pomiędzy  posępnymi  niedawno  drzewami  pobłyskiwały  kolorowe  kwiaty,  a

wśród liści su-nęło znajome światło, jak gdyby boski ogrodnik, nadzoru-jący ten przyćmiony raj, przybył
nieoczekiwanie, spóźnio-ny na początek dnia, i włączył jego światła. W rzece sko-czyła ryba - srebrny
ognik,  który  rozpalił  dzień  na  nowo.  U  wylotu  łąki  klęczały  w  trawie  dzieci.  Widziałem  ich  małe

background image

uśmiechy wśród rozchwianych maków. Wyglądały na wyczerpane, ale zadowolone, jak gdyby zmęczyły
je  trudy  przekazywania  mi  za  pośrednictwem  woli  swoich  sił,  czyli  cząsteczek  zdeformowanych  ciał  -
David zapewne próbo-wał przekazać mi stoicyzm, Jamie emocje, jakie budziło w nim wszystko, a Rachel
ciekawość i spokój. Całe Shepperton zdawało się odpoczywać, jak po olbrzy-mim wysiłku. Mieszkańcy
nie  próbowali  już  niszczyć  ro-ślinności  i  rozsiedli  się  w  progach  swoich  domów,  odrzu-ciwszy  piły  i
siekiery. Obserwowali w milczeniu odradza-jący się las.

Czekało  na  mnie  wszystko.  Spojrzałem  na  swoją  pierś,  na  zagojoną  ranę  -  zniknęła  nawet  blizna.

Czułem  w  piersi  narządy,  które  przekazały  mi  tutejsze  stworzenia.  Nosiłem  w  sobie  tysiące  płuc,  serc,
wątrób,  mózgów  i  genitaliów  obojga  płci,  a  stałem  się  tak  płodny,  że  mogłem  zaludnić  nowy  świat,  w
który miałem wkroczyć.

Nabrałem pewności, że jednak uda mi się uciec z Shep-perton.

Pokonałem  parking  pod  kliniką.  Na  tarasie  oddziału  ge-riatrycznego  siedzieli  zgrzybiali  i  kalecy

starcy.  Dzieci  szły  za  mną,  z  pospuszczanymi  głowami,  pojęły  bowiem,  że  wkrótce  je  opuszczę.
Zmarszczka  pofałdowała  masywne  czoło  Davida,  gdy  usiłował  po  męsku  zadecydować  o  ich  wspólnej
przyszłości.  Twarz  Rachel  zapadła  się  w  sobie  -  dziewczynka  zamknęła  oczy,  jak  gdyby  nie  chciała
ryzyko-wać odzyskania wzroku w chwili pożegnania. Tylko Jamie zachował pogodę ducha. Uniósł głowę
i pohukiwał pod nie-bo, sondując je w nadziei, że ześle mu następnego lotnika. Starzec na tarasie uniósł
rękę, pozdrawiając mnie po raz ostatni. Jakaś leciwa kobieta, wyniszczona białaczką, uśmiechnęła się ze
swojej leżanki, dziękując mi za kwiaty w ogrodzie i barwne pióra ptaków.

Wróciłem  do  dzieci,  ponieważ  darzyłem  je  uczuciem.  Przyklęknąwszy  przed  nimi  wśród

zaparkowanych aut, wzią-łem Jamiego za ręce. Odczekałem, aż ustały jego nerwowe pohukiwania, wtedy
chłopiec wbił we mnie wzrok. Przez nasze zaciśnięte palce przelałem mu w ciało siłę i zwin-ność, jaką
obdarzył moje nogi umierający jeleń. Oswobodziłem ręce chłopca. Spoglądając mu w oczy, zerwałem z
jego nóg klamry ortopedyczne. Na widok swo-ich kolan Jamiemu zaparło dech w piersi - był zdumiony,
że ma tak silne nogi. Śmiejąc się, kołysał się swawolnie, udając, że zaraz upadnie. Wydał ostatni okrzyk,
dał spokój niebu i ruszył biegiem przez park, przeskakując klomby. Przez cały ten czas Rachel z uwagą
nastawiała  uszu,  zwróciwszy  oczy  ku  wzburzonej  trawie,  nie  mogła  jednak  odczytać  jej  rozbieganych
szyfrów. Przestraszona, cofnęła się przede mną, zdejmując dłoń z ramienia Davida, ale po-tem, w nagłym
przypływie  odwagi,  podbiegła  bliżej  i  obję-ła  moje  kolana.  Trzymała  mnie  mocno  w  ramionach,  chcąc
przywrócić mi siłę, którą przelałem w Jamiego. Ująłem jej głowę w dłonie i wcisnąłem ją między swoje
uda,  dotykając  martwych  okien  jej  oczu.  Wraz  z  niezawod-nym  zmysłem  kondorów,  czubkami  palców
przekazywałem  jej  wzrok  sokołów  i  orłów.  Gałki  oczne  dziewczynki  poru-szały  się  raptownie  pod
moimi palcami, jak gdyby raptow-nie śniła teraz wszystkie utracone obrazy dzieciństwa. Czu-łem, jak jej
pobudzone  nerwy  wzrastają  z  mózgu  niczym  łodygi  orchidei  i  rozkwitają  delikatnymi  płatkami  źrenic.
Rozdrażniona  sobą,  Rachel  radośnie  kiwała  głową  na  boki,  przytłoczona  światłem  wpadającym  w
mroczne komory jej czaszki.

-Tak, BlakeL.

Wyrwała mi się i spojrzała szeroko otwartymi oczami na łąkę, niebo i liście. Po chwili podniosła na

mnie trzeźwy wzrok i przez krótką chwilę ujrzała we mnie swojego ko-chanka i ojca.

Jamie  biegał  między  nami,  zawracał  wśród  samochodów,  a  potem  zaczął  tańczyć  wokół  Davida,

który  ze  stoickim  spokojem  tkwił  w  miejscu.  Był  szczęśliwy  radością  swoich  towarzyszy,  ale  nie

background image

rozumiał, co się właściwie stało. Pojąwszy nareszcie, że wkrótce stąd odejdę, Rachel wzię-ła Davida za
ręce i przyciągnęła go do mnie zdecydowa-nym ruchem. Przytrzymałem jego masywną głowę na mo-ich
lędźwiach. Czułem bicie jego silnego serca, pełnego obaw, że jego rolę mógłby przejąć jakiś mózgowy
uzurpa-tor.  Przekazywałem  mu  płatki  inteligencji  przez  spojenia  kości  jego  czaszki,  jak  cienkie  wiązki
światła, które prze-szywały graciarnię mózgu chłopca. Jego umysł odpowia-dał, poruszał się po omacku
wśród  gasnących  cieni,  odbudowując  zerwane  przewody  złącz.  Na  koniec  podaro-wałem  mu
zrozumienie, dobry zmysł starych ryb i mądrych węży.

Głowa  Davida  rozbrzmiewała  echem  na  moich  kolanach  jak  szumiące  planetarium  astronomicznych

snów. Ode-pchnął mnie, a potem uniósł wzrok z pełnym godności spo-kojem.

-  Dziękuję  ci,  Blake...  Czy  teraz  ja  mogę  ci  pomóc?  Odszedł  grzecznie  i  zaczął  przechadzać  się

bojaźliwie  między  zakurzonymi  samochodami,  jak  gdyby  zakłopota-ny  obecnością  czujnego  i  bystrego
lokatora, który zajął miej-sce w jego głowie.

Byłem  oszołomiony  z  wysiłku  i  zdawałem  sobie  spra-wę,  że  moje  ciało  musi  zapłacić  za  trud,

postanowiłem  więc  odejść.  Do  Shepperton  w  każdej  chwili  mogli  przybyć  pierw-si  turyści,  a  za  nimi
policja w poszukiwaniu spadłej cessny. Odpoczywałem, wsparty o czerwony kabriolet Miriam St. Cloud,
wspominając młodą lekarkę i pomoc, jakiej mi udzie-liła, kiedy pojawiłem się w miasteczku. W kurzu na
drzwiach samochodu pozostawiła ślady palców - swoją ostatnią za-szyfrowaną wiadomość.

David czekał na mnie. Wzrok mi osłabł, ale widziałem jego jasne, niebieskie oczy, przyglądające się

starcom na tarasie.

—  Blake,  zanim  odejdziesz...  -  David  przemawiał  nie-mal  dorosłym  głosem.  —  Czy  mógłbyś  się  z

nimi pożegnać? Poszedłem za spokojnym i pełnym godności chłopcem na drugą stronę parkingu i dalej, na
taras. Staruszkowie ma-chali do mnie z leżanek i wózków inwalidzkich, ucieszeni; że mogą siedzieć na
słońcu. Patrząc na te umierające istoty, siedzące na progu własnej śmierci, miałem ochotę odwró-cić się,
uciec i odlecieć stąd nad drzewami na zawsze. Wie-działem, że jeśli przekażę im siłę, którą obdarzyły
mnie ptaki i rośliny, nigdy nie uda mi się wymknąć z Shepperton. Znów miałem tu pozostać, uwięziony.

David  czekał  na  mnie  i  uśmiechnął  się  krzepiąco,  kiedy  zadrżałem.  Widział,  że  gniewam  się  na

starców, i mnie zo-stawiał decyzję, czy powinienem im pomóc. - Dziękuję ci jeszcze raz, Blake.

Wszedłem  na  wiodące  na  taras  schody.  Sunąłem  między  leciwymi  pacjentami,  ujmując  ich  starcze

dłonie.  Chorej  na  białaczkę  staruszce,  wyglądającej  jak  spopielały,  uśmiech-nięty  tłumoczek,  oddałem
swoją krew, dar jeleni i wiązów. Trzymałem jej maleńkie ręce, a krew wpływała w jej ciało przez węże
moich  przegubów.  David  rozpromienił  się  z  zachwytu,  kiedy  staruszka  odżyła  na  naszych  oczach.  Jej
ciepłe palce ścisnęły mnie za łokieć.

-  Poproszę  pielęgniarkę,  żeby  przyniosła  pani  kosme-tyczkę,  pani  Sanders.  -  David  rozdzielił  nas  i

popchnął mnie do następnego pacjenta.

Zdemenciałemu  starcowi  oddałem  drugą  część  mojego  mózgu,  którą  dostałem  od  sokołów  i  orłów.

Jego  roztrzę-siona  głowa  uspokoiła  się  w  moich  rękach,  a  oczy  chorego  spoglądały  na  mnie  jak  oczy
zaspanego  szachisty,  rozbły-skujące  rankiem  na  widok  zwycięskiego  posunięcia.  -  Jeszcze  choć  kilku,
Blake.

background image

David  podtrzymywał  mnie,  gdy  przesuwałem  się  mię-dzy  wózkami.  Zniedołężniałym  starowinom,

reumatykom, cukrzykowi i schizofreniczce podarowałem zdrowie i roz-sądek. Wzrok mi się zamglił, gdy
gramolili się w piżamach ze swoich łóżek i wózków inwalidzkich, by zbić się wokół mnie. Zdemenciały
starzec  bębnił  pięścią  w  moje  ramię,  chwytając  po  raz  pierwszy  logikę  czasu  i  przestrzeni.  Schi-
zofreniczka wyśpiewywała trele dziwnej piosenki pobliskie-mu drzewu. Koronkową skórę kobiety oblał
młodzieńczy rumieniec nastolatki, jak gdybym przemienił staruszkę w jej własną wnuczkę.

David  spokojnie  prowadził  mnie  między  nimi,  a  ja  roz-dawałem  kalekom  dary  wzroku,  rozsądku,

zdrowia i wdzię-ku, rozkładając na części moje ciało i umysł, które gotów byłem przekazać każdemu, kto
czepiał się moich rąk. Na samym końcu podarowałem swój język człowieko-wi choremu na raka ust.

-  Blake,  byłeś  dla  nas  dobry...  -  Choć  David  stał  po  mojej  prawej  ręce,  jego  głos  zdawał  się

dochodzić z drugiej stro-ny parku, ja zaś straciłem mowę.

Ale oddawałem się im z radością.

38

CZAS ODLOTU

Zostałem sam. Ślepy, niemal zupełnie głuchy i pozba-wiony języka, chodziłem, powłócząc nogami, po

ruchliwych  ulicach  Shepperton,  podpierając  się  kulą,  którą  dostałem  od  jednego  z  uleczonych  przeze
mnie staruszków. Wyczu-wałem dokoła obecność mieszkańców i wiedziałem, że w końcu są szczęśliwi.
Było  to  dziwne,  ale  cieszyłem  się,  że  oddałem  im  siebie,  że  przekazałem  im  te  właściwości,  któ-rymi
ptaki,  węże,  nornice  i  wszystkie  najdrobniejsze  stwo-rzenia  ziemne  podzieliły  się  ze  mną  w  ten  sam
sposób,  w  jaki  wszechświat  dwukrotnie  już  podzielił  się  ze  mną  ży-ciem.  Właściwie  uciekłem  teraz  z
Shepperton,  pogrążając  się  w  ich  ciałach,  choć  pozostawiłem  cząstkę  siebie  w  ró-żowym  rumieńcu  na
skórze starej kobiety i w jasnych oczach jeszcze niedawno zgrzybiałego starca.

Kilka  razy  stuknąłem  kulą  w  ziemię  i  zorientowałem  się,  że  jestem  niedaleko  supermarketu.  Ale

wokół  mnie  nie  było  obcych  ludzi.  Znałem  tu  wszystkich,  ich  słabe  i  mocne  punk-ty,  zapach  ich  potu,
znamiona  na  ich  plecach  i  ubytki  w  zębach.  Byłem  ich  matką  i  ojcem,  bo  wyszli  ze  mnie,  zro-dzeni  z
mojego powietrznego ciała.

Dotarłszy  do  stacji  benzynowej,  postanowiłem  odpocząć  wśród  dystrybutorów.  Moją  skórę  kąpała

woń  tropikalnego  kwiecia.  Wyczuwałem  zbliżające  się  kroki,  jak  twarde  ostrza  na  betonowym
dziedzińcu. Kiedy ruszyłem na drugą stronę ulicy, po omacku stukając kulą w ziemię, ludzie szli za mną w
milczeniu. Minęliśmy opuszczone kapliczki pośród wy-sepek sprzętu gospodarczego i zdążaliśmy dalej,
przez plac autokomisu, na otwarty teren w pobliżu autostrady. Zatrzymałem się i usłyszałem wokół siebie
odgłos  ryt-micznych  oddechów.  Czyżby  szli  za  mną  zabójcy,  którzy  za  chwilę  ukamienują  mnie  na
śmierć? Byłem im gotów dać, co tylko chcą - moje słabe nogi i ramiona, pozbawione po-wietrza płuca i
niemagiczne  już  lędźwia.  Gdyby  zdarli  ze  mnie  ubranie,  pozostawiliby  w  pyle  autostrady  tylko  kłę-bek
splątanych kości.

Ktoś dotknął mojego ramienia. Poczułem na szyi ciepły oddech. Czyjeś palce badały moje nadgarstki,

ktoś  pieścił  moją  posiniaczoną  pierś,  ktoś  inny  gładził  powieki  moich  niewidomych  oczu.  Ludzie
stłoczyli się przy mnie, dotyka-li mnie, dotykali moich nóg, masowali mi uda, unosili mosz-nę. W moje
wargi  wcisnęły  się  słodkie,  kobiece  usta.  Omal  nie  zadławili  mnie  przejawami  czułości,  jak  kochający

background image

ro-dzice,  którzy  rozmyślnie  duszą  swoje  ułomne  dziecko.  Ogarnęła  mnie  jakby  wsteczna  fala  pływowa,
gwałtow-ny odpływ, który zalał moje puste naczynia krwionośne. Po-wietrze pojaśniało. Moje lędźwie i
penis ożyły w dłoniach młodzieńca, którego nasienie ładowało na nowo moje ją-dra.

- Blake!... Otwórz oczy!

Ojciec Wingate i pani St. Cloud uśmiechali mi się pro-sto w twarz. Podobnie jak wszyscy dokoła byli

przebrani  w  stroje  lotników  i  przypominali  wiktoriańskich  entuzjastów  lotnictwa.  Ksiądz  zdjął  swoją
panamę i posłał ją jednym ruchem nad dachami bezpańskich samochodów, a potem uściskał mnie czule.

- Blake, udało ci się!... - Opuściło go obrzydzenie do samego siebie i nie miał ani jednej zmarszczki

na  twarzy,  rozświetlonej  tym  samym  wewnętrznym  światłem,  które  prześwitywało  z  rentgenowskich
fotografii  mojej  czaszki.  Był  wesoły  i  chyba  kręciło  mu  się  w  głowie,  niby  młodemu  klerykowi,
cieszącemu się jakimś wspaniałym dowcipem nad kieliszkiem mszalnego wina.

Pani St. Cloud przytrzymała w dłoniach moją twarz i pocałowała mnie w czoło. Spostrzegłem w jej

uśmiechu  wyraz  twarzy  Miriam.  Rysy  oblicza  pani  St.  Cloud  ściągnę-ły  się  i  wspięły  znów  na  kości
podbródka  i  skroni,  a  jasne  włosy  spadały  jej  swobodnie  na  ramiona.  -  Blake,  nadszedł  czas  odlotu.
Teraz wszyscy jesteśmy gotowi cię przyjąć.

Moje wciąż na wpół ślepe oczy ujrzały, że dookoła stoją setki ludzi. Przyszli wszyscy, jak zjawy w

białym śnie, po-błyskujące chwilami przez zapylone światło. Wydawali mi się teraz młodsi, niby dzieci
powracające  do  swoich  daw-niejszych  jaźni.  Była  wśród  nich  dyrektorka  banku,  sprze-dawca  mebli,
kasjerki  z  supermarketu,  księgowi,  sekretar-ki,  emerytowany  wojskowy,  aktor  z  telewizji,  który  zbudo-
wał moją skrzydlatą maskę, a także kaleki i starcy, którzy odrzucili kule i wózki inwalidzkie. Brakowało
jedynie  dzieci  i  Miriam.  Daleko  na  horyzoncie  Jamie  i  Rachel  biegali  po  parku,  goniąc  ptaki  i  motyle.
David też oddalał się ode mnie. Wracając nad rzekę, zatrzymał się pod pomnikiem, żeby obejrzeć się na
mnie z charakterystycznym, mądrym uśmie-chem.

Mój  wzrok  nabrał  ostrości.  Poczułem  dłonie  napierają-cych  na  mnie  mieszkańców  Shepperton.

Wszyscy przeka-zywali mi coś własnego, żetony swoich dusz, które przypi-nali mi do serca, jak gdybym
był panem młodym na wła-snym ślubie.

- Blake! Chodź! Nadszedł czas odlotu!

- Popatrz w górą, Blake!

Wołał  mnie  ojciec  Wingate,  wzniósłszy  swoją  silną  gło-wę  ku  słońcu.  Pierwsi  mieszkańcy  -

dyrektorka banku i aktor z telewizji - wzbili się już nad ziemię. Pokazywali na migi, żebym się do nich
przyłączył,  wyciągając  do  mnie  ręce.  Krążyli  w  ciepłym  słońcu,  a  ich  stopy  wzbijały  wielką  chmu-rę
kurzu. Podniosłem wzrok i zobaczyłem, że żywią dla mnie ciepłe uczucia i martwią się o mnie. Ojciec
Wingate oto-czył ramieniem kibić pani St. Cloud, ocierając się kolana-mi o moje ramię.

- Już czas, Blake!

Lecieli dziesięć stóp nad ziemią, trzymając się za ręce. Krążyli wokół mnie, chcąc siłą woli pomóc

mi  wznieść  się  w  górę,  i  w  końcu  poczułem,  że  powietrze  chłodzi  pokale-czone  palce  moich  stóp.
Odrzuciłem kulę i niesiony siłą ich miłości do mnie, wzbiłem się pod niebo.

background image

39

ODLOT

Trzymając się za rozpostarte ręce, sunęliśmy wspólnie po niebie jak olbrzymia, napowietrzna parafia.

Daleko  w  dole  miasteczko  zaczęło  znów  rozkwitać  wspaniałym  la-sem,  jaki  zdobił  przedtem  dachy
prowincjonalnych domów Shepperton. Ciepły wiatr unosił sto różnych zapachów, le-cieliśmy więc jak na
pachnącej  chmurce.  Szczęśliwi,  że  je-steśmy  razem,  utworzyliśmy  krąg  nad  Shepperton,  a  słońce  na
powitanie rozświetlało nam twarze.

Postanowiliśmy, że nim odlecimy na zawsze, złożymy podziękowania miasteczku. Obok mnie lecieli

ojciec Win-gate i pani St. Cloud - rozentuzjazmowana młoda para, roz-koszująca się swoim pierwszym
lotem. Płynęliśmy wzdłuż autostrady, nie przejmując się już, że kierowcy w strumie-niu zdążających do
Londynu samochodów nie mogą nas zobaczyć. Okrążyliśmy betonowy słup, przy którym się za-trzymałem,
usiłując uciec z Shepperton po raz pierwszy, i odbyliśmy małe nabożeństwo dziękczynne nad kamienia-mi
na polu. Złożyliśmy też dzięki wysepkom sprzętu do-mowego, meblom sypialnym, dystrybutorom na stacji
ben-zynowej i skorodowanemu samochodowi, który kiedyś udzielił mi schronienia.

-  Do  widzenia,  Blake...  -  Pani  St.  Cloud  puściła  moją  rękę  i  zaczęła  się  oddalać.  Wyglądała  jak

podekscytowana uczennica, która założyła strój lotniczy dla dorosłych. - Pa, Blake!... - zawołało jakieś
dziecko. Była to jedna z kasjerek supermarketu, wyglądająca teraz najwyżej na je-denastolatkę.

-  Blake...  -  Ojciec  Wingate  ujął  mnie  za  ramiona.  Jego  szczupłe  oblicze  nastolatka  przypominało

twarz pełnego ani-muszu kleryka. Uściskaliśmy się po raz ostatni, a kiedy wypuściłem go z objęć, jeszcze
przez chwilę czułem na ustach jego młodzieńczy uśmiech.

Zrozumiałem  już  jednak,  że  nie  mogę  odejść  razem  z  nimi.  Nauczyłem  ich  latać,  wskazując  im

przejście przez drzwi mojego ciała, i teraz już sami odnajdą drogę do słoń-ca. Niektórzy zostali na ziemi
- upośledzone dzieci, ptaki, jelenie, nornice i owady, które tak szczodrze obdarowały mnie sobą. A zatem
będę mógł odejść dopiero wtedy, gdy wyślę ku słońcu ostatnią żywą istotę z miasteczka. Byli już sto stóp
nade  mną  -  przypominali  grupę  rozra-dowanych  dzieci,  które  wzbijają  się  pod  rozświetlone  nie-bo,
trzymając się za ręce.

- Do widzenia, Blake...

Ucichł ostatni głos. Pozostawszy sam na małym skraw-ku nieba, spłynąłem na dół w całkowitej ciszy,

stanąłem  na  dachu  parkingu  i  wyjrzałem  na  wyludnione  miasto.  Wypra-wienie  w  drogę  mieszkańców
Shepperton  bardzo  mnie  zmę-czyło.  Zrozumiałem  teraz  znaczenie  tego  dziwnego  holo-caustu,  który
ujrzałem  z  kokpitu  cessny,  kiedy  mój  samolot  tonął  w  rzece.  Była  to  wizja  rozświetlonych  dusz  ludzi  z
tego miasteczka, których wchłonąłem w siebie i nauczyłem latać, a z których każdy stał się wstęgą światła
w tęczy, w jaką strojne było teraz słońce.

40

ZABIERAM ZE SOBĄ STARKA

Szedłem  opustoszałymi  ulicami,  przyglądając  się  swo-jemu  odbiciu  w  szybach  wystawowych

supermarketu.  Po-rośnięte  milczącym  lasem  ciche  uliczki  ciągnęły  się  wśród  zapomnianych  basenów  i

background image

pustych podjazdów. Nad ozdob-nym stawem krążyła mgiełka wodna, a pod ogrodowymi furtkami leżały
porzucone  zabawki  dziecięce.  Ptaki  zlaty-wały  się  ze  wszystkich  stron,  obsiadały  dachy  i  druty  tele-
foniczne, i biły się o miejsca na samochodach. Obserwo-wały mnie, czekając na ostatni akt, który dopiero
miał  na-stąpić,  niepewne,  czy  pozostawię  je  tu  same.  Kondory  przy-glądały  mi  się  prastarymi  oczami,
unosząc wielkie skrzy-dła, by uspokoić powietrze.

- Pani St. Cloud!... Ojcze Wingate.

- Odlecieli już, by złączyć się ze słońcem. Ale czy Stark uciekł? Na ziemi pozostała już tylko Miriam,

leżąca w ko-ścielnej zakrystii.

- Miriam! Doktor Miriam!...

Nad  wytwórnią  filmową  krążyły  helikoptery.  Odwróci-łem  się  tyłem  do  supermarketu.  Milczące

szkło  kryły  pla-my  mojego  nasienia,  jak  perły  rzucone  między  oferty  dys-kontowe.  Podrażnione  naszym
ostatnim lotem rany i sińce na moich ustach i piersi wyglądały jak rozżarzone węgle. Kiedy dotarłem w
okolice  pomnika,  usłyszałem  radosne  głosy  trojga  upośledzonych  dzieci,  bawiących  się  na  łące.
Przeszedłem  przez  parking  pod  kliniką  i  ruszyłem  w  ich  stronę  po  trawniku.  Światło  bijące  z  mojego
ciała pobłyski-wało na makach, zmieniając barwę ich płatków z czerwo-nej na złotą i rozpalając pióra
kondorów, które polatywały za mną z drzewa na drzewo.

Przez  kilka  chwil  przypatrywałem  się  dzieciom,  życząc  im,  by  mogły  zawsze  bawić  się  na  swojej

tajemnej  łące.  Podbiegły  do  mnie  w  podskokach,  wtłaczając  ekscytację  w  każdą  chwilę  czasu.  Jamie
wirował między moimi nogami, uciekając przed szybkimi dłońmi Rachel. Zapiszczał, kie-dy wziąłem go
na ręce i uściskałem.

- Nadszedł czas odlotu, Jamie...

Przypatrywał  mi  się,  zaskoczony,  a  potem  chwycił  mnie  za  ramiona.  Jego  drobne  usta  pocałowały

mnie  w  policzek.  Jamie  odchylił  się  w  tył,  na  pożegnanie  zahuczał  ironicznie  na  świat  i  osunął  się  na
mnie, z łatwością przenikając przez moją złotą skórę. Mocne nogi chłopca wierzgnęły po raz ostatni.

Rachel  podeszła  do  mnie  bez  wahania.  Jej  zręczne  dło-nie  rozgarnęły  lśniącą  trawę,  jak  gdyby

gospodarowała na łące i chciała utrzymać ją w czystości dla nowych lokato-rów. Przysunęła się bliżej i
objęła mnie w pasie z zasępioną miną.

-Nadszedł  czas  odlotu  dla  nas  wszystkich,  Rachel...  Ująłem  jej  silne  ręce  i  poczułem  na  wargach

niecierpli-we  usta  dziewczynki,  która  wsunęła  mi  język  między  zęby.  Z  ostatnim  okrzykiem  radości
przeniknęła  w  moje  serce.  David  czekał  już  sam  w  wysokiej  trawie.  Jego  oczy  przy-glądały  mi  się  ze
spokojem spod wielkiego czoła. - Nauczę cię latać, Davidzie. Wkrótce nadejdą ludzie, a ty nie będziesz
chciał tu dłużej zostać, kiedy przybędą. - Jestem gotów, Blake. Chcę latać. - Uśmiechnął się do swoich
dłoni, jak gdyby wątpił, że mogą stać się skrzydła-mi, i wskazał stare pudełko po butach, w którym więził
dwie amazońskie ćmy. - Zacząłem je zbierać - oświadczył. -Warto jakoś udokumentować to wszystko. -
Chcesz złapać jeszcze jedną? - zapytałem. - Zacze-kam na ciebie.

Potrząsnął  przeczącą  głową  i  otworzył  pudło.  Patrzyli-śmy,  jak  trzepotanie  ciem  wzbija  pośród

maków pyłki ku-rzu, niczym złote owady, które rozświetliła moja skóra. David podszedł bliżej. Wsparł
swoją olbrzymią głowę na moich biodrach, obrzucając ostatnim spojrzeniem łąkę, drze-wa i ptaki.

background image

- Do widzenia... Blake!

Chwycił  mnie  za  ręce.  Wielka  głowa  chłopca  o  otwar-tych  spojeniach  czaszki  wniknęła  w  moje

ciało, a jego mocne ramiona stopiły się z moimi.

Wzbiłem się w powietrze i wypuściłem dzieci na niebie nad parkiem. Płynęły dalej razem, trzymając

się za ręce, jak we śnie, a słońce na powitanie rozjaśniało im twarze. Moja skóra lśniła teraz tak jasno, że
wysoka  trawa  i  ciemne  liście  rododendronów  stały  się  prawie  białe.  Sze-dłem  ku  rzece  jak  archanioł,
sunący pośród pogrzebowych ptaków, a światło mojego ciała połyskiwało na pniach wią-zów.

Znalazłem  siew  pobliżu  opuszczonej  rezydencji  St.Clou-dów.  Z  wody  wyskakiwały  setki  ryb,

pragnących choć na chwilę wchłonąć moje światło w swoje ciała, i zasmuco-nych, że prawdopodobnie
je  opuszczę.  Za  pasmem  białej  wody,  przy  balustradzie  wesołego  miasteczka  na  pomoście  stał  Stark.
Pozbył  się  już  kombinezonu  i  przewiesił  strzelbę  przez  obnażone  ramię.  Otoczony  przez  pelikany  i
fulmary,  obserwował  mnie,  idącego  przez  trawnik.  Gdy  cisnął  strzel-bę  do  wody,  zrozumiałem,  że
porzucił  wszelką  nadzieję  prze-ciwstawienia  mi  się.  Słyszał  helikoptery,  choć  pogodził  się  z  tym,  że
poruszają  się  pod  innym  niebem.  Bagrownica  zerwała  cumy  i  osiadła  na  mieliźnie  na  dru-gim  brzegu
rzeki, ale Starkowi udało się w końcu wycią-gnąć na plażę wrak zatopionej cessny. Szkielet samolotu o
połamanych  skrzydłach  i  wybebeszonym  kadłubie  leżał,  czę-ściowo  zatopiony,  w  poprzek  piaszczystej
łachy,  poniżej  trawnika  rezydencji  St.  Cloudów.  Białą  niegdyś  skórę  ma-szyny  kryła  rdza  i  algi,
splamione olejem, wyciekającym z silnika.

Stark czekał, aż podejdę do cessny i zajrzę do kokpitu, ale ja minąłem obojętnie samolot, wszedłem

na  plażę  i  ru-szyłem  przed  siebie  po  piasku.  Wspiąłem  się  po  drabinie  na  rdzewiejący  pomost.  Moja
lśniąca skóra złociła jednoroż-ce, kładąc na pomalowanych przez Starka przedmiotach jeszcze jaśniejszą
patynę.

Kiedy  do  niego  podszedłem,  Stark  cofnął  się.  Zadrżał  i  ukrył  twarz  w  dłoniach,  jak  gdyby  prosił

jeszcze  o  kilka  sekund,  żeby  przygotować  się  na  śmierć,  ale  potem,  widząc,  że  nie  zamierzam  go
skrzywdzić, podniósł ręce do góry w geście kapitulacji.

Szamotaliśmy  się  przez  chwilę  wśród  odnowionych  wa-goników,  gdyż  silne  ręce  Starka  usiłowały

mnie  powstrzy-mać.  Spojrzał  z  rozpaczą  na  rzekę,  chcąc  skoczyć  w  spo-kojną  wodę.  Ale  nigdy  nie
dosięgnąłby bezpiecznego brze-gu Walton. Wiedział, że Shepperton zamyka się wokół nas, i że przy życiu
utrzymuje go tu jedynie moja obecność. — Blake!... Wydobyłem dla ciebie samolot! Poczułem, że wtapia
się we mnie, a nasze ciała splotły się ze sobą jak ciała zapaśników, którzy dobrze i od dawna się znają.
Stark  w  ostatniej  chwili  podniósł  wzrok  na  weso-łe  miasteczko  i  niedawno  pomalowane  wagoniki
diabelskie-go koła. Przypominał kilkunastoletniego chłopca, który chciałby przelecieć się po niebie.

Wzniosłem  się  w  chłodne,  wyludnione  powietrze  nad  wytwórnią  i  wypuściłem  Starka  na  spotkanie

słońca.

41

MIRIAM ODDYCHA

Kiedy zostałem wreszcie sam, wróciłem plażą do wraku cessny. Stanąłem na zalanym wodą prawym

skrzydle  i  przez  pękniętą  szybę  zajrzałem  do  kabiny.  Tak  jak  przypuszcza-łem,  za  sterami  spoczywała

background image

postać  mężczyzny  w  białym  kombinezonie.  Tysiące  ryb  wyskubało  ciało  z  jego  twarzy,  a  nad  pustymi
oczodołami  pilota  zwieszały  się  szare  zasło-ny  alg,  ale  mimo  to  rozpoznałem  czaszkę  tkwiącą  w  roz-
dartym hełmofonie.

Umarły lotnik był moim dawnym ja, które pozostało na dole, kiedy udało mi się wydobyć z cessny.

Pilot  siedział  za  sterami  do  połowy  zanurzony  w  wodzie,  jak  gdyby  należał  jednocześnie  do  dwóch
światów. Zrobiło mi się go żal, otwo-rzyłem więc drzwi kokpitu i schyliłem się, żeby wyciągnąć szkielet.
Zamierzałem  pogrzebać  go  na  plaży  i  zastąpić  nim  tamtego  skamieniałego  człowieka-ptaka,  mojego
plioceń-skiego praszczura, wyrwanego z odwiecznego snu przez spadający samolot.

Dźwignąłem go bez trudu, niczym pęk kości w strzę-pach kombinezonu, w którego brakujące części

byłem ubra-ny ja. Było mi bardzo żal tej umarłej istoty - resztek moje-go fizycznego jestestwa, z którego
wyzwolił się mój duch. Trzymałem w ramionach swoje dawne ja niczym ojciec, który niesie na rękach
martwego syna, po raz ostatni roz-grzewając mu kości, zanim zostaną złożone na wieczny spoczynek.

Po  chwili  jednak  kości,  które  trzymałem  w  ramionach,  poruszyły  się,  jak  gdybym  je  ożywił.

Poczułem, że jego krę-gosłup sztywnieje mi na piersiach. Dłonie szkieletu wpiły mi się w twarz. Kościste
drzazgi  czaszki  uderzyły  mnie  w  czoło,  a  wyszczerbione  zęby  rozcięły  mi  usta.  Ogarnięty  wstrętem,
próbowałem  odrzucić  szkielet  na  piasek.  W  szamotaninie  przewróciliśmy  się  i  wpadliśmy  do  wody
nieopodal  zanurzonego  ogona  samolotu.  Zelektryzo-wany  wspomnieniem  chłodnego  strumienia,
kościotrup  rozchylił  mi  ręce  i  przywarł  do  mnie  kościstymi  ustami,  usiłując  wyssać  powietrze  z  moich
płuc.  Gdy  jego  kruche  żebra  zespoliły  się  z  moimi,  a  przypo-minające  barwą  żużel  nadgarstki  szkieletu
wcisnęły się w moje ręce, zrozumiałem, czyich to dłoni i ust poszukiwa-łem od dnia, w którym przybyłem
do  miasteczka.  Sińce  były  bliznami,  które  pozostawiło  lgnące  do  mnie  w  przerażeniu  ciało,  gdy
oderwałem się od tamtej, umierającej jaźni, i uciekłem z tonącego samolotu.

Leżałem  na  wznak  w  wodzie  obok  białego  kadłuba  ces-sny,  uspokajając  moją  umarłą  jaźń.

Wchłaniałem  w  siebie  moje  własne  kości,  golenie,  ramiona,  żebra  i  czaszkę.  Wokół  mnie  pływało
mnóstwo  ryb,  wyglądających  jak  klej-noty  w  pełnej  słońca  wodzie  -  była  to  drobnica,  wykarmio-na
mięsem mojego ciała, leżącego od tygodnia na dnie rzeki.

Przywołałem  je  gestem  i  brałem  ryby  w  wyciągnięte  ręce,  wchłaniając  znów  w  siebie  kawałki

własnego trupa, które-go te stworzenia nosiły w swoich tkankach niczym perłowy skarb.

Stałem na plaży niedaleko cessny. Fala przypływu wiro-wała wokół samolotu. Jego skrzydła znalazły

się już pod wodą. Chociaż zostałem sam w Shepperton, nie licząc kon-gregacji ptaków i młodej, martwej
kobiety w kościele, wcale nie czułem się opuszczony, jak gdyby połączone znów z sobą połówki mojego
ja zastępowały mi całą ludność mia-steczka.

Zszedłem z plaży i ruszyłem w dół trawiastego zbocza pod opustoszałą rezydencją. Podbiegł do mnie

boczkiem  jakiś  paw,  który  rozpostarł  z  klekotem  ogon  i  zaczął  nim  wymachiwać  w  kierunku  kościoła.
Obserwowałem  rojące  się  na  dachach  ptaki.  Przyleciały  tu  ze  wszystkich  zakąt-ków  Shepperton,  jak
zniecierpliwieni widzowie, oczekują-cy ostatniego wejścia matadora.

Wkroczyłem  na  cmentarz  i  szedłem  dalej,  ku  zakrystii,  między  grobami.  Kolorowe  kwiaty,  które

wyrosły  przed-tem  z  mojego  nasienia,  wzrastały  znów  dokoła,  sięgając  czerwonymi  włóczniami  moich
ramion,  jak  gdyby  w  po-śpiechu,  żeby  rozplenić  się  tutaj,  w  ziemi  umarłych.  Staną-łem  w  progu  i
obrzuciłem  spojrzeniem  ciało  Miriam,  leżą-ce  w  szklanej  gablocie  pośrodku  zakrystii.  Światło  mojej

background image

jaśniejącej  skóry  połyskiwało  na  ścianach,  oświetlając  kręgosłup  i  kłykcie  prastarych  kości
uskrzydlonego czło-wieka.

Zerwałem z bioder ostatnie strzępy kombinezonu i zrzu-ciłem je na posadzkę. Przypomniałem sobie,

że Miriam pie-ściła młode kwiaty przed kliniką, zmuszając je, by wciska-ły jej główki między uda, jak
gdyby chciała uwieść całą łąkę. Wydawała mi się teraz niewiele starsza od trojga upo-śledzonych dzieci,
nad którymi sprawowała opiekę, a jej usta i policzki wyglądały równie delikatnie, jak za życia. Stanąłem
przed nią nago i zacząłem ją ogrzewać swoją lśniącą skórą, tak jak ogrzewałem na plaży moją martwą
jaźń.  Pomyślałem  o  stworzeniach,  które  oddały  mi  życie,  pomyślałem  o  jeleniu  i  o  starym  szympansie.
Ująłem ra-miona Miriam i siłą woli przelałem w nią wszystko, co do-stałem - zarówno moje pierwsze,
jak i drugie życie. Jeżeli zdołałem zmartwychwstać, potrafię również wskrzesić tę młodą kobietę.

Czułem,  jak  wycieka  ze  mnie  życie.  Moja  skóra  pobla-dła,  a  jej  blask  przygasł.  Zakrystia  znowu

pogrążyła się w mroku. Poświęcałem siebie po raz ostatni. Teraz zostanie mi tylko tyle sił, by wyprawić
Miriam  w  drogę,  zanim  po-wrócę  w  leże  kości  na  plaży.  Miriam  poruszyła  się.  Unio-sła  prawą  rękę  i
dotknęła mojej twarzy.

- BlakeL. Obudziłeś mnie... Ja tu zasnęłam!

42

FABRYKA BEZKRESNYCH SNÓW

- Naprawdę nie możemy zostać, Blake? Tu jest tak pięk-nie!

Staliśmy, trzymając się pod ręce, wśród jaśniejących kwiatów na cmentarzu. Śmiejąc się do siebie,

Miriam pod-niosła ręce do jaskrawego słońca.

- Jeszcze troszkę, dobrze?

Przyglądałem  się  jej  z  radością,  a  nad  naszymi  głowami  krążyło  stadko  kolibrów.  Miriam  wyszła  z

zakrystii ener-gicznym krokiem rozentuzjazmowanej uczennicy o weso-łym spojrzeniu. Dwa dni śmierci
odmłodziły  ją,  jak  gdyby  przybyła  do  tego  parafialnego  kościółka  z  jakiegoś  now-szego  i  świeższego
świata.

Uradowała  się  na  mój  widok  i  nago  stanęła  przy  mnie,  między  nagrobkami.  Z  zadowoleniem

stwierdziłem, że nie pamięta już o swojej śmierci. Objęła mnie w pasie w na-głym przypływie czułości.

- Gdzie się wszyscy podziali? Gdzie matka i ojciec Win-gate?

-  Już  odeszli,  Miriam.  -  Poprowadziłem  ją  między  gro-bami  do  bramy  cmentarza.  -  Stark,  dzieci,

wszyscy. Całe miasto.

Podniosła wzrok ku niebu, uśmiechając się do okalają-cej słońce tęczy.

- Widzę ich, Blake... Wszyscy są tam!

Przygotowywałem się już w duchu na jej odejście. Wie-działem, że Miriam wkrótce przeniesie się do

świata,  wo-bec  którego  Shepperton  było  tylko  barwnie  wyposażonym,  ale  jednak  skromnym

background image

przedpokojem.  Przygarnąłem  do  piersi  nagie  ramiona  Miriam,  wdychałem  gorące  zapachy  jej  cia-ła  i
liczyłem małe znamiona na skórze. W uchu miała krop-kę zeschłej woskowiny. Zapragnąłem na zawsze
pozostać z tą młodą kobietą tu, w kwiatach, żeby przybierać jej włosy girlandami, powstającymi z mojej
seksualności.  Ale  wokół  nas  cisnęły  się  już  ptaki.  Siedziały  na  wszyst-kich  parapetach  i  dachach
budynków wytwórni. Znowu wydało mi się, że miasto jakby zamyka się w sobie i wtła-cza ptaki w coraz
mniejszą przestrzeń. Ogromne kondory spoglądały ku górze, gotowe zdobyć należne im miejsca na niebie.

- Już czas, żebyś stąd odleciała, Miriam. - Wiem. Polecisz ze mną? - Dotknęła mojego czoła, ni-czym

nastoletnia dziewczynka, która bawi się w lekarza i mierzy temperaturę. Zdawało się, że z każdą minutą
ubywa jej rok życia.

Uklękła  między  grobami  i  podniosła  w  dłoniach  wycień-czone  niesamowitym  powietrzem  pisklę

drozda, wygląda-jące jak kupka cętkowanych piór ze zwieszoną głową. - Czy będzie miało dość sił, żeby
fruwać? Wziąłem od niej pisklę i ładowałem je przez chwilę moją siłą, siłą rozpiętości skrzydeł fregat,
wypełniającą  mi  ra-miona.  Kiedy  pisklę  rozłożyło  skrzydła  w  moich  dłoniach,  poczułem,  że  wokół  nas
wzbiera  powietrzny  wir.  Przez  cmentarz  przewalało  się  miniaturowe  tornado.  Kwiaty  o  czerwonych
koniuszkach siekły nam ciała miękkimi włócz-niami łodyg, jak gdyby zachęcając nas do wzlotu. Miriam
walczyła z włosami, które powiewały jej nad głową w wi-rze płatków. Niesione trąbą powietrzną pióra
okrążały cmen-tarz, wzbijane wokół nagrobków tysiącami skrzydeł. Wszędzie dokoła zrywały się z ziemi
ptaki. Miriam po-chyliła się ku mnie, a ja chwyciłem ją za ręce. - Już czas, Miriam! Czas do odlotu!

Wzięliśmy  się  w  ramiona,  oddając  się  sobie  nawzajem.  Czułem  jej  mocne  kości  i  elastyczne  ciało,

pełen miłości ucisk ust na moich ustach i piersi Miriam, zagłębiające się w mojej piersi.

- Blake, weź nas ze sobą! Nawet umarłych, Blake! Zlaliśmy się w jedno z chmurą istot, kłębiących się

na niebie ponad cmentarzem. Płynęliśmy w jasnym powietrzu, wspinając się długimi nawami, wiodącymi
do słońca. Za-prosiliśmy ptaki, by dołączyły do nas, jak mile widziani goście powietrznej uczty weselnej.
Wsuwaliśmy się i wy-suwali z siebie w ciżbie, rozświetlonej ptasimi piórami, przy-pominającej armadę
skrzydlatych, upierzonych chimer, wznoszących się nad dachami opuszczonego miasta. Wi-dząc w oddali
ruch na autostradzie, oswobodziłem Miriam, ozdabiając ją skrzydłami albatrosa, ona zaś obdarzyła mnie
w zamian dziobem i szponami kondora.

Jak  okiem  sięgnąć,  wzbijała  się  w  powietrze  olbrzymia  panoplia  rozmaitych  stworzeń.  Z  rzeki

wyłonił się obłok srebrzystych ryb, przypominający odwrócony wodospad na-krapianych kształtów. Nad
parkiem  bojaźliwie  unosiły  się  drżącym  stadem  jelenie.  W  górę  wzbijały  się  także  nornice,  wiewiórki,
jaszczurki, węże i miriady owadów. Połączyli-śmy się po raz ostatni, rozpuszczając się w tej powietrznej
flocie.  Wchłaniałem  ich  wszystkich,  stając  się  chimerą,  zło-żoną  z  istot,  które  wkraczały  do  wyższej
rzeczywistości  przez  bramę  mojego  ciała.  Z  głowy  wypływał  mi  nieprze-rwany  strumień
chimeropodobnych  stworzeń.  Czułem,  że  topnieję  wśród  tych  łączących  się  i  dzielących  kształtów,  w
których bił jeden puls, jak w wielokomorowym sercu ol-brzymiego ptaka, którego częścią byliśmy teraz
wszyscy. Wreszcie, już pod koniec, powstali z martwych umarli i przyłączyli się do nas, wyczarowani z
grobów  na  cmenta-rzu,  z  ciepłej  ziemi  parku,  z  pyłu,  pokrywającego  puste  uli-ce,  z  wilgotnych  koryt
strumieni i zapomnianych nor. Nad ziemią snuły się szarobure wyziewy niczym powietrzny całun, który
już, już miał zdusić drzewa i niebo, lecz który po chwili rozświetliły lampy unoszących się nad nim ży-
wych istot.

W  ostatnim  momencie  usłyszałem  jeszcze  wołanie  Mi-riam.  Odpłynęła  ode  mnie  jak  przez  bramę

diademu,  przez  którą  zdążały  ku  słońcu  wszystkie  stworzenia,  te  najmier-niejsze  i  te  najdoskonalsze,

background image

żywe i martwe. - Zaczekaj na nas, Blake...

Stałem  na  plaży.  U  moich  stóp  na  mokrym  piasku  leżały  szczątki  porwanego  kombinezonu.  Choć

byłem nagi, skórę wciąż miałem ciepłą, ponieważ ogrzały ją przechodzące przez moje ciało stworzenia,
które  rozgrzały  we  mnie  wszystkie  komórki,  przepływając  przez  ich  paleniska.  Unio-słem  głowę  ku
niebu, żeby zobaczyć ostatnie błyski świa-tła, zmierzającego ku słońcu.

Shepperton ucichło, gdy opuściły je ptaki. Stopy obmy-wała mi opustoszała rzeka, niczym spokojny

śpioch, który niechcący trąca kogoś przez sen. Park był wyludniony, domy puste.

Cessna  znów  niemal  całkowicie  znalazła  się  pod  wodą,  a  szeroka  fala  zakołysała  skrzydłami

samolotu.  Na  moich  oczach  kadłub  obrócił  się  i  zsunął  pod  wodną  narzutę.  Kie-dy  zabrała  go  rzeka,
ruszyłem plażą tam, gdzie spoczywały kości uskrzydlonego stworzenia, którego miejsce miałem za chwilę
zająć. Chciałem się tam położyć, w złożach pra-starych kamieni, jak na kanapie przygotowanej dla mnie
przed milionami lat.

Tam  właśnie  spocznę,  pewien,  że  któregoś  dnia  przybę-dzie  po  mnie  Miriam,  a  wtedy  wraz  z

mieszkańcami innych miast doliny Tamizy ruszymy dalej w świat. Tym razem zespolimy się z drzewami,
kwiatami, kamieniami, piaskiem i całym światem mineralnym, a potem roztopimy się rado-śnie w morzu
światła tworzącego wszechświat, który odra-dza się z dusz żywych stworzeń, powracających radośnie do
jego serca. Widziałem już, jak wzbijamy się w górę, oj-cowie, matki i dzieci, jak kołyszemy się w locie
nad  po-wierzchnią  ziemi  niby  łagodne  tornada,  zawisłe  pod  kopułą  wszechświata,  świętując  ostatnie
zaślubiny świata ożywio-nego i nieożywionego, zaślubiny żywych i umarłych.

SPIS TREŚCI

1. PRZYLOT HELIKOPTERÓW 5

2. KRADNĘ SAMOLOT 10

3. WIZJA 17

4. KTOŚ PRÓBUJE MNIE ZABIĆ 20

5. POWRÓT Z MARTWYCH 29

6. WIĘZIEŃ AUTOSTRADY 38

7. ZOO STARKA 45

8. POCHÓWEK KWIATÓW 51

9. BARIERA RZEKI 57

1O. WIECZÓR PTAKÓW 64

11. PANI ST CLOUD 67

12. „CZY WCZORAJ COŚ WAM SIĘ ŚNIŁO?” 75

background image

13. POJEDYNEK ZAPAŚNICZY 84

14. UDUSZONY SZPAK 92

15. PŁYWAM JAK GRENLANDZKI WIELORYB 97

16. SZCZEGÓLNY GŁÓD 103

17. POGAŃSKI BÓG 109

18. UZDRAWIACZ 117

19. „PRZEJRZYJ NA OCZY!” 121

20. BRUTALNY PASTERZ 130

21. JA JESTEM OGNIEM 135

22. PRZEMIANA SHEPPERTON 143

23. ZAKŁADAM SZKOŁĘ LATANIA 152

24. ROZDAWANIE PREZENTÓW 161

25. SUKNIA ŚLUBNA 166

26. PIERWSZY LOT 173

27. POWIETRZE PEŁNE DZIECI 178

28. KONSUL TEJ WYSPY 190

29. MOTOR ŻYCIA 194

30. NOC 202

31. PARADA SAMOCHODÓW 205

32. UMIERAJĄCY LOTNIK 215

33. OCALENIE 224

34. MGIEŁKA MUCH 227

35. OGNISKA 231

36. SIŁA 234

37. ODDAJĘ SIĘ 237

background image

38. CZAS ODLOTU 243

39. ODLOT 247

40. ZABIERAM ZE SOBĄ STARKA 249

41. MIRIAM ODDYCHA 254

42. FABRYKA BEZKRESNYCH SNÓW 258

Skanowanie

Skartaris

Wrocław 2004


Document Outline