background image

 

Czy diabeł może być 
zbawiony i kilka 
innych pytań

 

 

Tygodnik Powszechny NR 22    28 MAJA 2006

   

 
Rozmowa ks. Adama Bonieckiego z 
prof. Leszkiem Kołakowskim

 

 

background image

 

 

 
 

KS.  ADAM  BONIECKI:  –  Zdaję  sobie  sprawę,  że  tak  liczne  i 

wspaniałe  grono  zgromadziło  się  tu  raczej  nie  ze  względu  na  troskę  o 
zbawienie  diabła  i  na  pewno  nie  ze  względu  na  moją  osobę.  Kto  chce 
mnie posłuchać, może o  18.30  w każdą niedzielę - kościół św. Floriana 
nie  pęka  wtedy  w  szwach.  Powiedzmy  jasno:  przyszliśmy  tutaj  słuchać 
profesora  Leszka  Kołakowskiego.  Dlatego  będę  się  starał  powściągnąć 
moją  starczą  gadatliwość  i  przede  wszystkim  oddawać  głos  Panu 
Profesorowi. 

Temat spotkania jest zapożyczony przez Pana Profesora z książki 

Giovanniego  Papiniego  i  dotyczy  kwestii  fundamentalnej:  czy  zło 
ludzkiego losu, cierpienia i upadki ujawnią kiedyś swój sens odkupicielski, 
gdy będzie można je oglądać ze stanowiska ostatecznego zbawienia? 

 
Po co Bóg? 

 

Ten temat jest dla mnie osobiście dosyć nieprzyjemny, bo łączy się 

z niewygodnym wspomnieniem. Dawno temu, bo w latach 80. XX wieku, 
miałem okazję pierwszy raz rozmawiać z Profesorem Kołakowskim. Było 
to  w  Rzymie,  w  jakiejś  kawiarni.  I  Pan  Profesor  ze  swym  łagodnym 
uśmiechem  spytał  mnie  o  interpretację  tekstu  o  grzechu  przeciwko 
Duchowi  Świętemu,  „który  nie  będzie  ani  w  tym,  ani  w  przyszłym  życiu 
odpuszczony”.  Jak  właściwie  –  pytał  –  ten  tekst  należy  rozumieć? 
Plątałem  się  wtedy  w  różnych  znanych  i  nie  bardzo  pamiętanych 

background image

 

interpretacjach,  a  Pan  Profesor  –  Bogu  dzięki  –  nie  drążył.  Jednak  ku 
mojemu  przerażeniu,  kiedy  spotkaliśmy  się  znów  po  kilku  latach, 
powiedział: „A ksiądz mi nie odpowiedział na jedno pytanie, które mu w 
Rzymie  postawiłem”.  Przyznaję,  egzaminu  dotyczącego  zbawienia, 
odpuszczenia albo i nieodpuszczenia grzechów, nie zdałem zbyt dobrze. 
Dalej się zresztą nad tą sprawą głowię. 

Jesteśmy  w  przededniu  wizyty  papieża  Benedykta  XVI.  Jej 

temat-hasło  brzmi:  „Trwajcie  mocni  w  wierze”.  Papież  jeszcze  jako 
kardynał  mnóstwo  miejsca  poświęcił  sprawom  wiary  i  niewiary,  i  we 
wstępie do wznowienia książki „Wprowadzenie w chrześcijaństwo” pisząc 
o  tych  sprawach,  przywołał  postać  Pana  Profesora.  To  rzecz  dość 
niezwykła,  ponieważ  kard.  Joseph  Ratzinger  masowo  Polaków  nie 
cytował  (z  wyjątkiem  Jana  Pawła  II).  Otóż  pisze  tam  tak:  „Leszek 
Kołakowski  z  naciskiem  zwraca  uwagę,  że  wykreślenie  wiary  w  Boga 
koniec  końców  pozbawia  etos  jego  podstaw  –  jakkolwiek  by  się  starać 
tego  uniknąć.  Jeśli  ktoś  nie  uznaje,  że  świat  i  człowiek  pochodzą  ze 
stwórczego  rozumu,  który  swą  miarę  ma  zapisaną  w  samym  sobie  i  w 
który wpisuje się ludzka egzystencja, to pozostają mu jedynie »przepisy 
drogowe« ludzkiego zachowania, które można projektować i uzasadniać 
z  punktu  widzenia  ich  wartości  użytkowej;  to  pozostaje  mu  jedynie 
kalkulacja skutków (...). Lecz jaki człowiek potrafi wyjść w swych sądach 
poza skutki widoczne w aktualnym momencie? (...) Na gruncie kalkulacji 
skutków  nie  może  być  mowy  o  nienaruszalności  godności  ludzkiej, 
ponieważ nic nie jest dobre czy złe samo w sobie”. 
 

Po lekturze tego cytatu zostaje myśl, że aby ludzkość mogła jakoś 

funkcjonować, nie można zrezygnować z wiary w Boga. Kard. Ratzinger 
twierdzi,  że  te  próby  budowania  świata  ,  „jakby  Bóg  nie  istniał”,  które 
spychają  Boga  na  margines,  poza  rzeczywistość  ulepszania  świata  (do 
tego służy ekonomia, polityka i nauki techniczne czy przyrodnicze); że te 
próby  zepchnięcia  Boga  do  getta,  wysłania  Go  na  bezrobocie,  nie 
powiodły się. I powiada, że przeżywamy renesans religijności, jak gdyby 
spełniło się to, co Pan Profesor przepowiadał w eseju „Odwet sacrum w 
kulturze  świeckiej”  z  początku  lat  70.  Tylko  że  wiąże  się  to  z 
wykluczeniem  katolicyzmu,  którego  dogmaty  i  zasady  moralne 
odstraszają ludzi.   

Pan  Profesor  o  chrześcijaństwie  pisze  tak:  „są  racje,  dla  których 

potrzebujemy  chrześcijaństwa,  ale  nie  byle  jakiego.  Nie  potrzebujemy 
chrześcijaństwa,  które  robi  polityczne  rewolucje,  współpracuje  z  tzw. 
wyzwoleniem  seksualnym,  uświęca  nasze  wszystkie  pożądliwości  i 
wychwala  przemoc.  Dosyć  jest  sił  na  świecie,  które  tym  wszystkim  się 
zajmują bez pomocy chrześcijaństwa. Ludzie potrzebują chrześcijaństwa, 
które pomoże im wyjść poza bezpośrednie naciski życia, które ukaże im 

background image

 

nieuniknione  granice  losu  ludzkiego  i  uzdolni  do  zgody  na  nie; 
chrześcijaństwa,  które  uczy  ich  tej  oto  prostej  prawdy,  że  jest  nie  tylko 
jutro, ale także pojutrze i że różnica między sukcesem a porażką rzadko 
jest wyraźna. Potrzebujemy chrześcijaństwa, które nie jest ani złote, ani 
purpurowe, ani czerwone, ale szare”. 

Przypomnę hasło podróży Papieża:  „Trwajcie mocni  w  wierze”. W 

czym  mamy  trwać,  my,  wierzący?  Jaka  jest  rola  chrześcijaństwa,  rola 
religii  i  rola  kultury  w  tym  świecie,  który  zdaje  się  jednak  bez  niej 
obchodzić? 

LESZEK KOŁAKOWSKI: – l ja mam na to odpowiedzieć? 
KS. ADAM BONIECKI: –Tak. 
LESZEK  KOŁAKOWSKI:  –  No  więc  ksiądz  Adam  przypisuje  mi 

wielkie siły mniemając, że ja mogę „z ręki” na takie pytanie odpowiedzieć. 
Rzeczywiście  pamiętam,  jakeśmy  się  spotkali  pierwszy  raz  w  życiu  w 
Rzymie i jak zadałem pytanie o ten grzech przeciwko Duchowi Świętemu, 
który  nie  będzie  odpuszczony,  niechże  mi  wyjaśni.  A  ksiądz  Adam 
powiada:  „O,  pan  to  chciałby  szybko  mieć  takie  wyjaśnienia.  To  jest 
bardzo  skomplikowane”.  I  do  tej  pory  nie  znam  wyjaśnienia.  No,  ale 
mniejsza o to, poczekam. 
Tytułem  naszej  dyskusji  jest  pytanie,  które  ciągnie  się  co  najmniej  od 
Orygenesa,  tylko  że  Orygenes  był  jednak  potępiony  za  swoje  herezje. 
Cytuję  książkę  Papiniegio,  który  nie  był  teologiem  ani  kapłanem,  ale 
napisał książkę broniącą idei, że diabeł będzie zbawiony. To nie jest błaha 
sprawa,  bo  to  jest  pytanie,  czy  zło  ze  świata  może  być  usunięte  bez 
reszty.  Jeżeli  nie,  to  znaczy,  że  jest  jakieś  zło,  które  pozostaje  na 
wieczność. I to nie jest konkluzja, którą byśmy - że tak powiem - lubili. Są 
naturalnie  teksty  Nowego  Testamentu,  które  zdają  się  twierdzić,  że 
szatan  jest  wiecznie  potępiony  i  że  piekło  jest  wieczne.  Wiemy,  że  ks. 
Wacław  Hryniewicz  jest  innego  zdania.  (  czytałem  jego  dwie  książki  na 
ten temat - bardzo ciekawe. On potrafi teksty Nowego Testamentu inaczej 
zinterpretować.   
 

 

Mówi, że Ojcowie Wschodni uważali – przynajmniej niektórzy z nich – że 
piekło  nie  jest  wieczne,  a  to  dlatego,  że  czytali  Nowy  Testament  po 
grecku, nie zaś w przekładzie łacińskim. Rozmaite odcienie słów greckich 
zacierają się, jak pisze ks. Hryniewicz, w łacińskich przekładach. 
Ale właściwie pytanie księdza Adama jest jeszcze trudniejsze. Bo on mnie 
pyta, pyta nas tu obecnych, po co właściwie jest Bóg, po co jest w naszym 
umyśle, i po co jest religia. Muszę się tu odwołać do czegoś, o czym sam 
już  kiedyś  pisałem.  Nie  potrafię  tego  zacytować  dokładnie,  ale  rzecz 
polegała na tym: życie każdego z nas jest porażką. Nieuchronną porażką. 
Oczywiście są tacy, którzy sobie wyobrażają, że tak nie jest, że są ludźmi 

background image

 

sukcesu,  że  mogą  się  cieszyć  ze  swoich  osiągnięć  i  nie  potrzebują 
żadnego  wsparcia.  Ale  ci,  którzy  ich  pychy  nie  podzielają,  a  więc  my 
wszyscy, wiedzą, że życie kończy się porażką, a mimo to mają powody, 
żeby je akceptować. To wiara religijna daje nam akceptację życia. Można 
wierzyć,  że  jest  jakiś  sens  w  świecie  i  w  jego  dziejach,  i  w  naszych 
dziejach prywatnych - na przekór różnym przeciwnościom życia, przeciw 
okropności historii. 

Nie możemy tego udowodnić w takim sensie, w jakim się udowadnia 

twierdzenia fizyki albo chemii. A przecież możemy mieć intuicję moralną, 
która nam to podpowiada, i możemy się tej intuicji nie obawiać. Dlatego 
religia  nie tylko jest  ważna  ale  wręcz  niezbędna do tego,  żebyśmy  owo 
poczucie sensu mieli. 
 

Mamy prawo wierzyć 

 

KS. ADAM BONIECKI: – Czy z tego, że jest nam potrzebne nadanie 

sensu,  wynika,  że  ten  sens  obiektywnie  istnieje?  W  tytule  pytamy,  czy 
szatan  będzie  zbawiony,  ale  w  gruncie  rzeczy  mamy  wątpliwości,  czy 
szatan w ogóle istnieje. Czy nie jest tylko tworem naszej wyobraźni? W 
oficjalnym nauczaniu Kościoła niewiele jest o diable. Owszem, niektórzy 
autorzy,  jak  C.S.  Lewis  czy  wcześniej  Papini.  poświęcili  mu  sporo 
miejsca; jest on także obecny w pobożności ludowej. Ale kiedy Paweł VI 
powiedział o istnieniu diabła, właściwie się nie odbiło to większym echem. 
Pan  Profesor  w  tej  książce  się  zastanawia,  dlaczego  diabeł  porzucony 
przez Kościół przeniósł się do marginalnych form religijności. Może woli, 
żebyśmy myśleli, że go nie ma? A może ateistyczne krytyki, które mówią, 
że wiara w diabła jest dowodem ciemnoty, powstrzymują współczesnych 
teologów? A może po prostu – pyta Pan Profesor – ludzkość jest coraz 
bardziej optymistyczna, więc nie godzi się na istnienie zła, które jest nie 
do odrobienia? 

Dlaczego jednak ludzie nie są zaintrygowani pytaniem, skąd się w 

świecie bierze dobro? Przecież jego istnienie jest równie zaskakujące, a 
my ciągle pytamy: skąd zło? 

W  „Obecności  mitu”  napisał  Pan  Profesor,  że  poza  poznaniem 

empirycznym,  poza  rozumowaniem,  istnieje  jeszcze  sfera  poznawcza, 
którą  także  należy  traktować  poważnie:  intuicja.  Ale  przecież  nasza 
intuicja już nas wiele razy zawiodła. 

LESZEK  KOŁAKOWSKI:  –  Chciałbym  odpowiedzieć  na  pytania 

księdza  Adama  w  sposób  przekonujący  i  dokładny,  ale  nie  potrafię.  Bo 
jeżeli  pyta,  czy  stąd,  że  mamy  takie  czy  owakie  intuicje,  wynika,  że 
rzeczywistość  jest  taka  właśnie,  to  odpowiedź  brzmi:  „Nie,  nie  wynika”. 
Jednak  mimo  faktu,  że  intuicja  może  nas  zwodzić,  myślę,  że  intuicje 

background image

 

odnoszące  się  do  ostatecznego  sensu  nie  są  bezpłodne  i  chociaż  nie 
mają umocowania w naukowych założeniach, nie są również poznawczo 
jałowe. Przeciwnie – one są dobre i mamy prawo wierzyć, że nie są tylko 
zgodne  z  naszymi  życzeniami,  z  naszym  mniemaniem,  nie  są  tylko 
czymś, co nas wspiera i dlatego w to wierzymy (bo oczywiście wtedy nie 
miałyby żadnego oparcia oprócz naszych życzeń), ale że jest to osobny 
akt  poznawczy.  Osobny,  to  znaczy  różny  od  poznania  empirycznego, 
które ogranicza się do naszych codziennych percepcji i w które wierzymy, 
chociaż i to  również może  być kwestionowane i bywało kwestionowane 
przez filozofów. 
Nie  można  zrobić  z  tego  matematyki,  chociaż  niektórzy  próbowali,  np. 
ontologiczny dowód istnienia Boga jest swoistą próbą matematyzacji i jest 
godne  uwagi,  że  wielki  matematyk  XX  wieku  Kurt  Gödel  napisał  parę 
tekstów na temat dowodu ontologicznego. Nie opublikował ich za życia, 
znalazły  się  dopiero  w  trzecim  i  ostatnim  tomie  jego  dzieł,  ale  jest 
niezwykle interesujące, że był zaintrygowany strukturą logiczną dowodu 
ontologicznego  św.  Anzelma.  Ale  to  też.  Nie  jest  dowód  w  takim 
znaczeniu, 

jakim 

mówimy 

dowodach 

twierdzeniach 

matematycznych,  mówiących  np.,  że  szereg  liczb  pierwszych  jest 
nieskończony,  albo  o  ostatnim  twierdzeniu  Fermata,  które  jest  bardzo 
proste  w  treści,  ale  przez  300  lat  nie  zostało  udowodnione,  chociaż 
mnóstwo ludzi próbowało i dopiero parę lat temu pojawił się taki dowód, 
którego  ja  nie  rozumiem  i  którego  nie  można  zrozumieć,  nie  będąc 
wtajemniczonym w odpowiednie arkana matematyki. Takich dowodów nie 
ma  w  kwestiach  religijnych,  a  mimo  to  jestem  przekonany,  że  nasze 
intuicje  mają  sens  poznawczy.  Znaczy  to,  że  docierają  one  innymi 
drogami do jakiejś prawdy. Ale – zaznaczmy – również z punktu widzenia 
czysto  empirycznego  nie  można  uzasadnić  żadnych  reguł  czy  prawd 
moralnych.  One  wydają  się,  i  takimi  są  w  oczach  ludzi  wyznających 
doktrynę  empiryzmu  logicznego,  arbitralnymi  wymysłami  ludzkimi  albo 
konwencjami, które są nam do czegoś potrzebne w życiu zbiorowym, ale 
w których żadnej prawdy – w znaczeniu tradycyjnym tego słowa – nie ma. 
A  jednak  wierzymy  w  nie,  kiedy  powiadamy  np.,  złem  jest  torturować 
ludzi,  albo  że  dobrem  jest  pomacać  bliźnim  w  ich  nieszczęściach.  My 
wierzymy,  że  tak  jest  naprawdę,  że  to  nie  jest  nasz  arbitralny  wymysł, 
który mógłby być zastąpiony wymysłem przeciwnym z równym skutkiem 
poznawczym. 

Wierzę – i nie jestem odosobniony w tej wierze – że dobro i zło nie 

są  wynikiem arbitralnej konwencji, ale  są  realnymi jakościami ludzkiego 
świata. Istnieje zatem osobny rodzaj intuicji. 

Rozumiem  jednak  tych,  którzy  dają  wiarę  tradycyjnym  regułom 

empiryzmu, w szczególności biorącego swój początek od Davida Hume'a. 
Można  tak  myśleć,  należy  jednak  pamiętać,  że  wówczas  nic  nie  jest 

background image

 

prawdą w znaczeniu tradycyjnym. Tenże David Hume, który przecież, jak 
sam mówił, szukał prawdy do końca i nie cofał się przed wypowiadaniem 
sądów, które mogą się wydawać niejednemu z nas dziwne, paradoksalne 
i niepokojące, został w końcu z pustymi rękoma w swoim poszukiwaniu.   

W  tym  samym  sensie,  w  jakim  powiadamy,  że  nie  możemy 

uzasadnić  naszych  intuicji  moralnych  albo  religijnych  -  w  tym  samym 
sensie  możemy  kwestionować  jakiekolwiek  nasze  wierzenia,  również 
wierzenia  naukowe,  którym  przypisujemy  co  najmniej  użyteczność 
praktyczną, ale o których prawdę w tradycyjnym sensie nie możemy się 
już  kłócić.  I  taka  jest  moja  niezdarna  odpowiedź  na  pytanie  księdza 
Adama. 
 

Mamy prawo nie wierzyć 

 
 
KS.  ADAM  BONIECKI:  –  Czy  można  zatem  zbudować  system 

moralny bez odwoływania się do transcendencji, do Boga? Ludzie, którzy 
nie wierzą w Boga, pytają: czy świat budowany przez ludzi niewierzących 
jest rzeczywiście skazany na nieład moralny?   

LESZEK  KOŁAKOWSKI:  –  Nigdy  nie  wolno  nam  twierdzić,  że 

ludzie,  którzy  w  Boga  nie  wierzą,  są  z  natury  ich  umysłowej  konstrukcji 
ludźmi  złymi,  że  nie  uznają  żadnych  reguł  moralnych  oprócz  własnego 
zysku  i  pożytku.  Znamy  przecież  ludzi  o  niezwykle  wysokim  poziomie 
moralnym,  których  życie  jest  właściwie  bez  skazy,  a  którzy  w  Boga  nie 
wierzyli. Każdy z nas zapewne zna takich i historia pełna jest podobnych 
przykładów. 

Przykładem był choćby Giulio Cesare Vanini, któremu za niewiarę 

wycięto język i spalono na stosie. Był on człowiekiem stojącym moralnie 
niezwykle  wysoko,  chociaż  nie  wierzył  ani  w  Boga,  ani  w  diabła,  ani  w 
niebo, ani  w piekło. Albo Spinoza, którego  nie można nazwać ateistą  w 
znaczeniu takim, w jakim zwykle się używa tego słowa, lecz na pewno nie 
wierzył w Boga chrześcijańskiego, a do Kościoła rzymskiego odnosił się 
bez szacunku (wynika to choćby z jego listu, w którym rozprawia się ze 
swoim  byłym  uczniem,  który  nawrócił  się  na  wiarę  rzymską  i  został 
franciszkaninem).  Spinoza  był  przykładem  moralnie  wybitnego  umysłu  i 
ducha,  który  wszak  nie  miał  tej  wiary,  o  której  mówimy  w  świecie 
chrześcijańskim.  Miał  swoją  filozofię  oczywiście,  w  której  istnieje  Bóg, 
czyli  natura,  ale  jest  to  zawiła  doktryna,  nie  do  pogodzenia  z  wiarą 
chrześcijańską. 

Przypominam sobie moich nauczycieli akademickich. Nie wierzył w 

Boga  Tadeusz  Kotarbiński,  nie  wierzyła  w  Boga  Maria  Ossowska,  a 
przecież  byli  to  ludzie  wybitni,  również  pod  względem  moralnym.  Jeżeli 

background image

 

zatem mamy prawo uznawać, że reguły moralne nie dają się umocować 
bez odwołania do sensu zakorzenionego w wierze w transcendentny byt, 
to zarazem nie wynika z tego, że ci, którzy w ów byt nie wierzą, stoją od 
nas niżej moralnie. I nie wolno nam sądzić, że dobro i zło są im obojętne.   
 

Lubię tradycję 
 

KS.  ADAM  BONIECKI:  –  Pan  Profesor  pisywał  o  współczesnym 

Kościele gorzko i ironicznie. Pamiętam, że kiedy myśmy ekscytowali się II 
Soborem Watykańskim i aggiornamnento, Pan krytykował „Kościół owego 
dziwnego słowa »aggiornamnento«, w którym pomieszane są dwie idee 
nie  tylko  różne,  ale,  przynajmniej  w  pewnych  interpretacjach,  wzajem 
sprzeczne: jedna powiada, że być chrześcijaninem to nie tylko być poza 
światem, ale także w świecie; druga głosi, że być chrześcijaninem to nie 
być  nigdy  przeciwko  światu;  jedna  utrzymuje,  że  Kościół  ma  przyjąć 
sprawę biednych i  uciskanych  za  własną sprawę;  wedle  drugiej Kościół 
nie  może  zwalczać  dominujących  form  kultury,  a  wobec  tego  powinien 
udzielić wsparcia wszystkim wartościom i wszystkim modom, które cieszą 
się  uznaniem  w  społeczeństwie  świeckim,  w  ostateczności  więc,  że 
powinien  być  po  stronie  silnych  i  zwycięskich.  Zdjęte  strachem  przed 
perspektywą  zepchnięcia  do  pozycji  sekty  chrześcijaństwo  [wtrącę  do 
cytowanego  tekstu,  że  wyraźnie  chodzi  tu  o  Kościół  katolicki]  zdaje  się 
podejmować ryzykowny wysiłek mimikry-reakcji z pozoru defensywnej, a 
w  rzeczywistości  samoniszczycielskiej  -  by  się  nie  dać  pożreć  wrogom; 
zdaje się przebierać  w barwy  otoczenia  w  nadziei,  że się  w ten sposób 
ocali; naprawdę zaś traci w ten sposób tożsamość własną, która wspiera 
się na odróżnieniu sacrum i profanum i na wyznaniu możliwego, a często 
nieuchronnego między nimi konfliktu” 

Pisał  Pan  to  na  początku  lat  70.  Czy  dziś  sądzi  Pan,  że  Kościół 

roztopił się w mimikrze? 

LESZEK  KOŁAKOWSKI:  –  Broniłbym  i  dzisiaj  głównej  idei  tego 

tekstu.  Niepokoiły  mnie  wtedy  pewne  nurty  Kościoła  rzymskiego 
związane z teologią wyzwolenia... 

KS. ADAM BONIECKI: -– ...wtedy jej jeszcze nie było. 
LESZEK KOŁAKOWSKI: – Nie było jeszcze nazwy, ale byli ludzie, 

którzy w jej duchu interpretowali II Sobór Watykański. Zdaję sobie jednak 
sprawę, że jest to kwestia skomplikowana. Nie jestem przecież wyznawcą 
sekty lefebrystów, odrzucającej II Sobór jako zdradę. Chociaż rozumiałem 
arcybiskupa  Lefebvre'a  i  jego  niepokój-  w  szczególności  odnoszący  się 
do hasła wolności religijnej. Sam jednak jestem za wolnością religijną, w 
tym  znaczeniu  przynajmniej,  że  uznaję  różnicę  między  prawem 
państwowym a prawem kościelnym w tym punkcie, że prawo państwowe 

background image

 

ma dopuszczać jakąkolwiek niesprzeczną z prawem wiarę religijną albo 
brak  tej  wiary.  Że  państwo  nie  może  nikomu  narzucać  wierzeń  ani 
przynależności  do  Kościoła.  A  to  właśnie  kwestionował  arcybiskup 
Lefebvre. 

Jednak  –  cóż  poradzę  –  lubię  tradycję.  Lubię  słuchać  Mszy 

trydenckiej  i  wolę  ją  od  Mszy  współczesnych.  Przyzwyczaiłem  się  – 
przyznaję – od dzieciństwa, że księża chodzą w sutannach. I wolałbym, 
żeby tak zostało. Rozumiem, że to nie jest żadna kwestia dogmatyczna 
ani artykuł wiary, tylko tradycja po prostu. 

Pamiętam  wakacje  w  Owernii.  Nie  miałem  wiele  do  roboty,  więc 

poszedłem  pewnego  dnia  do  kościoła.  Akurat  miał  odbyć  się  ślub. 
Przyszedł kapłan, oczywiście  w cywilnym  ubraniu, szybko się przebrał i 
udzielił ślubu. Wygłosił przy tym krótkie kazanie, mniej więcej takiej treści: 
„Dopiero co braliście ślub w merostwie, a teraz bierzecie w Kościele. Na 
czym  polega  różnica?  Otóż  w  merostwie  pobraliście  się  według  prawa 
cywilnego,  a  w  Kościele  bierzecie  ślub  według  état  d`  esprit  -  stanu 
umysłu".  Nie  wiadomo,  co  to  znaczyło,  najpewniej  nic.  I  nic  nie  miało 
wspólnego z sakramentem, który uznaje Kościół rzymski. Ksiądz ani razu 
nie  użył  słowa  „sakrament”,  ani  razu  nie  użył  słowa  „Bóg”.  Zastanowiło 
mnie to. 

Wyszedłem z kościoła. Stała tam stara chłopka, z którą wdałem się 

w rozmowę. Powiedziała z goryczą: „Popatrz pan, co to jest? Czy to jest 
ksiądz? Przecież to nie jest ksiądz. Czy to jest ołtarz? Nie ma już ołtarza, 
tylko jest jakiś stół, który nic świętego nie zawiera. Czy to jest kościół?”. 
Miałem sympatię do jej odczuć i tak się złożyło przypadkiem, że parę dni 
później  rozmawiałem  z  kardynałem  Jeanem  Daniélou.  Powtórzyłem  mu 
rozmowę, żeby jakoś wpisać się w słuszną sprawę. Wiem, że nie jestem 
od  tego,  żeby  Kościół  reformować,  czy  przeciwnie  -  dereformować,  ale 
wolno mi mieć swoje sympatie i antypatie. 

Rozumiałem  tych,  którzy  chcieli,  żeby  Kościół  umiał  współżyć  ze 

swoimi czasami, ale nie w tym sensie, żeby się po prostu dostosowywał 
do każdej mody czy obyczajów. I rozumiałem integrystów; którzy się tego 
bali. Jednak cały konflikt między integrystami i progresistami w Kościele 
został znacznie złagodzony dzięki pontyfikatowi Jana Pawła II. Tak mi się 
przynajmniej  wydaje,  ale  wolałbym  o  to  zapytać  księdza  Bonieckiego, 
który przecież wie lepiej. 

Powiem  zatem  jeszcze  o  sprawie  może  nie  banalnej,  raczej 

zbanalizowanej. Mówimy nieraz o okropnościach władzy teokratycznej, o 
inkwizycji,  o  przemocy  i  przymusie  stosowanym  przez  Kościół,  o 
prześladowaniach religijnych,  w różnych  wiekach  różnie  wyglądających, 
ale 

przecież 

długotrwałych, 

których 

obecność 

tak 

niepokoiła 

progresistów.  Jednak  musimy  pamiętać,  że  Kościół  wyrzekł  się  tych 
praktyk,  a  Jan  Paweł  II  się  do  tego  wybitnie  przyczynił.  Był  pierwszym 

background image

10 

 

Papieżem,  który  modlił  się  w  synagodze,  mówił  o  złu  antysemityzmu, 
nazywał  religijnych  Żydów  „starszymi  braćmi  w  wierze”  i  wiedział,  jak 
okropną rzeczą jest antysemityzm, który przecież tylokrotnie przez ludzi 
Kościoła bywał wspierany. Był też pierwszym Papieżem, który modlił się 
w  zborze  luterańskim.  Miał  przekonanie  i  wypowiadał  je,  że  są  ciężkie 
winy Kościoła, za które trzeba przeprosić i odpokutować. 

Wolno  nam  jednak  powiedzieć,  że  wśród  okropności,  które  nas 

dotknęły  w  XX  wieku,  najgorsze  rzeczy  były  robione  nie  przez 
inkwizytorów i nie przez Kościoły, ale przez świeckie doktryny totalitarne. 
Historia  XX  wieku  pokazała  nam  dobitnie,  że  nie  ma  żadnej 
jednoznacznej  więzi między  wiarą religijną a prześladowaniami, które  w 
imię religii bywały czynione, ponieważ nie tylko takie, ale gorsze jeszcze 
prześladowania  były  dziełem  antyreligii  i  myśmy  to  przecież  widzieli. 
Myślę, że ksiądz Adam nie będzie w tym punkcie protestował. 
 

Nie wszystko wolno 
 

KS. ADAM BONIECKI: – Nie będę, oczywiście. Wróćmy jeszcze do 

sporu o stosunek Kościoła do współczesnego świata. Janowi Pawłowi II 
mówiono  np.  „  że  większość  ludzi  –  również  wierzących  –  praktykuje 
antykoncepcję, że życie idzie dalej, a Kościół nie nadąża. On był jednak 
przekonany, że ma jednoznacznie głosić to, co wynikało z najgłębszych 
pokładów  wiary  i  był  w  tym  integrystą.  Denerwował  entuzjastów 
aggiornamnento, którzy boją się, że zostaną poza nurtem życia. Z drugiej 
strony  szedł  bardzo  daleko  w  dziedzinie  prarxis  Kościoła.  Weźmy 
wspólne  modlitewne    zgromadzenie  przedstawicieli  różnych  religii.  Na 
wezwanie katolickiego Papieża przybyli przywódcy różnych religii nie po 
to, żeby debatować, spierać się, kto ma rację, lecz by się modlić. Na tę 
uroczystość  w  Asyżu  nie  pojechał  zresztą  prefekt  Kongregacji  Nauki 
Wiary kard. Joseph Ratzinger, który w jednej ze swoich książek pisze o 
spotkaniach interreligijnych bardzo krytycznie. 

Kardynał  Ratzinger  uważa,  że  największym  zagrożeniem  dla 

chrześcijaństwa  jest  dziś  zrelatywizowanie  treści  wiary.  W  instrukcji 
Dominus  Jesus”  pisze:  Kościołem  może  się  nazywać  tylko  Kościół 
katolicki  i  Kościół  prawosławny.  Znamienne  jednak,  że  w  pierwszym 
przemówieniu  papieskim  zwraca  się  „do  wszystkich  Kościołów 
chrześcijańskich”,  jakby  tej  swojej  instrukcji  nie  pamiętał.  Pytam  więc, 
gdzie kończy się ekumenizm, a zaczyna rozmycie?

 

LESZEK KOŁAKOWSKI: – Oczywiście jest nonsensem mówić, że 

Jan  Paweł  II  był  tradycjonalistą,  rozumiejąc  to  jako  negatywną  ocenę. 
Papież, jakikolwiek zresztą, nie może nie być tradycjonalistą, bo tradycja 
jest  siłą  i  umocowaniem  Kościoła.  Z  tego  nie  wynika  natomiast,  że 

background image

11 

 

wszystko  w tej tradycji jest  równie dobre i  równie  ważne. Są sprawy,  w 
których nie rozumiem, dlaczego Jan Paweł II był tak stanowczy. Choćby 
sprawa  antykoncepcji...  Nie  wiem,  jak  ta  sprawa  jest  zakorzeniona  w 
Ewangelii. Może jest? Ale o tym ks. Boniecki też wie lepiej. Jednak ja tego 
po prostu nie rozumiem, wiec chce powiedzieć tylko tyle, że gdyby wedle 
Kościoła  grzechem  było  uprawianie  seksu  dla  samej  przyjemności,  to 
powinno  być  grzechem  uprawianie  seksu  zawsze  wtedy,  gdy  wiadomo, 
że  nie  może  doprowadzić  do  poczęcia  z  powodów  fizjologicznych  – 
trwałych  albo  tymczasowych:  Tymczasem  tak  nie  jest.  Czy  to  jest 
niekonsekwencja,  czy  też  istnieje  jakieś  inne  uzasadnienie  tej 
sprzeczności?  Tego  nie  wiem.  Jednak  fakt,  że  większość  wiernych 
specjalnie  się  tym  zakazem  nie  przejmuje,  nie  jest  moim  zdaniem  bez 
znaczenia. 

Teraz wracam do pytania księdza Adama. Nie odpowiedziałem na 

nie wprost, ponieważ nie wiem, co to jest relatywizm, chociaż rozumiem 
tych,  którzy  się  boją  sytuacji,  kiedy  wszystko  jest  dozwolone  i  możliwe. 
Potrzebujemy  wierzyć,  że  coś  jest  prawdą,  chociaż  są  takie  kwestie,  o 
których nie wiemy, czy są prawdą, czy nie, i nie ma w tym nic złego. Nie 
prowadzi  to  do  żadnego  relatywizmu,  jest  tylko  uznaniem  niepewności 
ludzkiego poznania. 

Jednak  nie  wszystko  wolno  i  rozumiem  doskonale  tych  (choć  nie 

jest  to  jedyny  powód),  którzy  boją  się  utraty  tożsamości  Kościoła.  Jest 
zrozumiałe,  że  ci,  którzy  wychowali  się  w  tej  wierze,  chcą,  żeby  była 
kontynuowana  wedle  jej  tradycji,  dawnych  wzorów,  chociaż  niektóre  z 
tych wzorów należy ostrożnie zmieniać. W samej potrzebie przechowania 
tożsamości nie ma nic gorszącego. Przepraszam, że nie jest to dokładne 
ani przekonujące, ale takie jest moje wyznanie wiary. 

KS.ADAM BONIECKI: – Czy w naszym życiu należy śnić i marzyć o 

szczęśliwej  apokalipsie,  gdzie 

wszystkie  sprzeczności 

zostaną 

pogodzone i całe zło świata przemieni się w dobro? Czy też liczyć się z 
tym,  że  świat  stanie  kiedyś  przed  twardym,  raczej  sprawiedliwym  niż 
miłosiernym trybunałem? 

LESZEK  KOŁAKOWSKI:  –  Chciałbym  ja  to  wiedzieć!  Ale 

oczywiście  nie  wiem.  Nie  mogę  się  wypowiadać  na  temat,  w  jakiż  to 
sposób  Pan  Bóg  swoje  łaski  rozdziela.  I  jak  to  jest  z  uprzywilejowaną 
sytuacją Kościoła w tej sprawie. Zdanie św. Cypriana, że „poza Kościołem 
nie  ma  zbawienia
”,  jest  dziś  interpretowane  w  inny  sposób  niż  kiedyś. 
Kiedyś znaczyło, że kto nie należy do Kościoła katolickiego, ten poleci do 
piekła.  Wszystko  wtedy  jedno,  kim  był  w  życiu.  Ale  od  co  najmniej 
kilkudziesięciu  lat  (ks.  Boniecki  pewnie  wie,  kto  pierwszy  podał  tę 
interpretację) rozumie się je w ten sposób, że ci, którzy są zbawieni, są 
zawsze  zbawieni  z  udziałem  Kościoła,  choćby  do  niego  nie  należeli, 

background image

12 

 

choćby  nawet  nie  znali  tej  doktryny.  Cóż,  przyznam,  że  jestem 
zadowolony, że ta właśnie interpretacja wygrała w katolicyzmie. 

KS. ADAM BONIECKI: – Czas kończyć. Dziękuję za cierpliwość. 
LESZEK  KOŁAKOWSKI:  –  To  ja  księdzu  dziękuję  za  zadawanie 
pytań w sposób bezbolesny. Nie znałem odpowiedzi na wiele z nich, 
lecz  mogę  się  usprawiedliwić.  Po  pierwsze,  nie  jestem 
wszechwiedzący,  a  po  drugie,  jestem  grzesznikiem,  jak  wszyscy, 
choć jedni w większym stopniu, inni w mniejszym. 
KS. ADAM BONIECKI: – Jest jednak dla mnie pewną pociechą, że 

Pan Profesor wciąż nie wie, jak zinterpretować grzech, który nie może być 
odpuszczony.  Na  tamtym  świecie  pewnie  się  dowiemy,  jak  to  należy 
rozumieć. 
 
Tekst jest skróconym zapisem rozmowy, która odbyła się 13 maja 2006 
roku w Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego, w ramach VI 
Dni Tischnerowskich w Krakowie.