background image

Autor: J. R. R. Tolkien 

Tytul: Opowieść o Tinuviel 

 

(The Tale of Tinuviel) 

 

Z "NF" 9/95 

 

 

   We wrześniu ubiegłego roku przedstawiliśmy Państwu  

fragment jednej z "Niedokończonych opowieści" J. R. R.   

Tolkiena, "O Tuorze i jego przybyciu do Gondolinu", tym  

razem proponujemy "Opowieść o Tinuviel" z "Księgi  

zaginionych opowieści", która ukaże się w ekskluzywnej serii  

wydawnictwa Atlantis "Najpiękniejsze opowieści wszystkich  

światów".   

   Niestety, prawdopodobnie ostatni raz możemy Państwu i  

sobie dać radość obcowania z nieznaną twórczością Tolkiena,  

bowiem spadkobiercy Mistrza nie godzą się na przekład  

kolejnych tomów jego notatek i szkiców. Polscy wydawcy będą  

musieli poczekać na nie, aż wygasną prawa autorskie. 

                                                    (D.M.) 

 

 

    - Kim zatem była Tinuviel? - zapytał Eriol. 

    - Nie wiesz? - zdziwił się Ausir. - Była córką Tinwe 

Linta. 

    - Tinwelinta - poprawiła Veanne.  

background image

    - To jedno i to samo, lecz elfy mieszkające w tym domu i  

kochające opowieści nazywają go Tinwe Linto. Vaire  

powiedziała, że Tinwe było jego właściwym imieniem, kiedy  

wędrował przez lasy.   

    - Ucisz się, Ausirze - skarciła go Veanne. - To moja  

historia i to ja opowiadam ją Eriolowi. Czyż nie widziałam  

kiedyś na własne oczy Gwendeling i Tinuwiel podczas podróży  

Drogą Marzeń?   

    - Jaka była Królowa Wendelin (bo tak nazywały ją elfy) - 

powiedz, Veanne, skoro ją widziałaś? - zapytał Ausir.   

    - Szczupła, o bardzo ciemnych włosach i mlecznobiałej  

cerze - odparła dziewczynka. - Miała przepastne, lśniące  

oczy i nosiła zwiewne szaty, najbardziej lubiła czarne,  

zdobione srebrem i wyszywane drogimi kamieniami. Ilekroć  

śpiewała lub tańczyła, wszystkich ogarniała senność. Ich  

głowy robiły się coraz cięższe i w końcu zapadali w drzemkę.   

Była elfiną, która uciekła z ogrodów Loriena, jeszcze zanim  

wzniesiono Kor i wędrowała po lasach, a towarzyszące jej  

słowiki śpiewały o niej pieśni. Ich trele dotarły do uszu  

Tinwelinta, wodza plemienia Eldarów - tych, którzy później  

stali się Solosimpami, Fletniarzami Wybrzeża. Usłyszał je,  

kiedy podążał wraz ze swymi towarzyszami za koniem Oromego z  

Palisoru. Iluvatar posiał ziarno muzyki w sercach wszystkich  

członków tego rodu, tak przynajmniej powiada Vaire, a jest  

ona jedną z nich. Owo nasienie zakwitło wspaniale, zaś pieśń  

słowików Gwendeling była najpiękniejszą melodią, jaką  

Tinwelint kiedykolwiek słyszał. Zboczył więc - jak mu się  

background image

wydawało, tylko na moment - ze ścieżki, szukając wśród  

ciemnych drzew miejsca, skąd dochodziła muzyka.   

    Powiadają, że tak naprawdę wcale nie była to chwila,  

lecz wiele lat i że jego ludzie długo szukali go na próżno.   

W końcu udali się w dalszą drogę za Oromem i dotarli aż w  

pobliże Tol Eressei. Tinwelint nigdy więcej ich już nie  

zobaczył. Minęła chwila - jak sądził - a natknął się na  

leżącą na posłaniu z liści Gwendeling. Zasłuchana w śpiew  

swoich ptaków, patrzyła w gwiazdy. Tinwelint podszedł na  

palcach i zatrzymał się przy niej. "Oto istota śliczniejsza  

nawet od największych piękności mego ludu" - pomyślał.  

Zaiste bowiem Gwendeling nie była elfem ani kobietą, lecz  

dzieckiem bogów. Jednak pochylając się, by dotknąć pukli jej  

włosów, Tinwelint stanął na jakiejś gałązce, a wtedy  

Gwendeling zerwała się i uciekła, śmiejąc się cicho. Czasami  

jej śpiew dobiegał gdzieś z oddali, czasami zaś tańczyła tuż  

obok, dopóki Eldar nie pogrążył się w sen i nie upadł na  

rosnący pod drzewem mech. Spał długo, bardzo długo.   

    Kiedy się obudził, nie myślał więcej o swoich ludziach  

(i w istocie mijałoby się to z celem, dawno bowiem dotarli  

oni do Valinoru), lecz pragnął jedynie ponownie ujrzeć ową  

panią półmroku. Ona zaś nie była wcale daleko i przyglądała  

mu się z uwagą. Nie znam dalszego ciągu tej historii,  

Eriolu, ale wiem, iż musiał ją w końcu poślubić, ponieważ  

Tinwelint i Gwendeling przez długi czas pozostawali królem i  

królową Zaginionych Elfów Artanoru, Odległej Krainy, czy jak  

to się tutaj nazywa.   

background image

   Dużo, dużo później, jak wiesz, Melko ponownie wyrwał się  

z Valinoru na świat i wszyscy Eldarowie razem z tymi, którzy  

pozostali w ciemnościach lub zagubili się podczas marszu z  

Palisoru, a także ci Noldolianie, którzy przywędrowali za  

nim w poszukiwaniu skradzionych im skarbów, musieli ugiąć  

się pod jego potęgą i stali się niewolnikami. Powiadają  

jednak, że wielu uciekło i błąkało się po lasach i  

pustkowiach; z nich właśnie zebrała się u boku króla  

Tinwelinta dzika leśna gromada. Większość stanowili w niej  

Ilkorindowie, którzy, jak powiadali Eldarowie, nigdy nie  

widzieli Valinoru ani Dwóch Drzew, ani też nie mieszkali w  

Korze. Były to tajemnicze, dziwne istoty, które niewiele  

wiedziały o świetle lub o pięknie muzyki, wyjąwszy mroczne  

pieśni i ballady o pełnej trudów wędrówce, dźwięczące z  

cicha wśród lasów czy też odbijające się echem w głębokich  

pieczarach. Bardzo się jednak zmienili, kiedy wzeszło  

słońce. W istocie już przedtem wielu spośród nich  

przemieszało się z wędrownymi gnomami i krasnoludami,  

należącymi do zastępów Loriena i mieszkającymi na dworze  

Tinwelinta. Byli oni poddanymi Gwendeling, nie należeli  

zatem do rodu Eldarów.   

   W czasach, które nastąpiły po wzejściu Słońca i Księżyca,  

Tinwelint wciąż zamieszkiwał w Artanorze i ani on, ani nikt  

z jego ludzi nie wyruszyli na Bitwę Nieprzeliczonych Łez.   

Jednakże tamta historia nie wiąże się z moją opowieścią. W  

każdym razie jego siły powiększyły się znacząco po tej  

nieszczęsnej walce dzięki uchodźcom, którzy przybyli,  

background image

prosząc o opiekę. Siedziba Tinwelinta była ukryta przed  

wzrokiem i wiedzą Melka za pomocą magii czarodziejki  

Gwendeling, która rzuciła czar na ścieżki tak, by nikt prócz  

Eldarów nie mógł ich odnaleźć. Dzięki niej król także  

chroniony był przed wszelkimi niebezpieczeństwami - poza  

zdradą. Teraz miał on swe komnaty w olbrzymich pieczarach,  

bardzo jednak przestronnych i jasnych. Owe jaskinie  

znajdowały się w Artanorze w samym centrum gęstego boru -  

najpotężniejszego ze wszystkich lasów świata. Przed wejściem  

płynął strumień i nikt nie mógł dostać się do środka, nie  

przekraczając go, zaś spinający brzegi most był wąski i  

porządnie strzeżony. Było to dobre miejsce, pomimo iż  

znajdowało się niezbyt daleko od Żelaznych Wzgórz, u stóp  

których rozciągała się równina Hisilome, gdzie mieszkali  

ludzie i pracowali zamienieni w niewolników Noldolianie i  

którą odwiedzali bardzo nieliczni wolni Eldarowie.   

   Teraz zaś opowiem wam o tym, co wydarzyło się w komnatach  

Tinwelinta po wzejściu Słońca, po którym nastąpiła  

niezapomniana Bitwa Nieprzeliczonych Łez. Wtedy jeszcze  

Melko nie osiągnął swojego celu i nie okazał całej swej  

potęgi i okrucieństwa.   

 

    Tinwelint miał dwoje dzieci: Dairona i Tinuviel.   

Tinuviel była najpiękniejszą ze wszystkich dziewcząt wśród  

elfów, a ledwie kilka dorównywało jej szlachetnością  

urodzenia, jej matka bowiem była córką bogów. Dairon zaś był  

silnym i wesołym chłopcem, który ponad wszystko uwielbiał  

background image

grać na fujarce z trzciny i innych leśnych instrumentach,  

tak że obwołano go jednym z trzech najwspanialszych muzyków  

na świecie. Pozostałymi dwoma byli Tinfang Śpiewak i Ivare,  

który grał na brzegu morza. Tinuviel jednakże najbardziej  

radował taniec i nie znajdowano słów podziwu dla piękna i  

zwinności jej stóp, które tylko migały w ruchu.   

    Największą przyjemność sprawiało Daironowi i Tinuviel  

wędrowanie z dala od podziemnego pałacu Tinwelinta i  

spędzanie wielu godzin w lesie. Dairon często siadywał na  

kępie mchu lub na wystających korzeniach drzew i grał, a  

Tinuviel tańczyła, kiedy zaś czyniła to w takt muzyki brata,  

była jeszcze bardziej zwinna niż Gwendeling i posiadała  

większą czarodziejską moc od Tinfanga Śpiewaka. Nikt nie  

widział dotąd takich pląsów, poza tymi, którzy w różanych  

ogrodach Valinoru mieli szczęście ujrzeć Nessę tańczącą na  

wiecznie zielonej murawie.   

    Nawet w nocy, kiedy na niebie lśnił blady księżyc, oni  

nadal grali i tańczyli, nie odczuwając lęku - choć ja na ich  

miejscu z pewnością bym się bała - ponieważ władza  

Tinwelinta i Gwendeling trzymała zło z dala od lasów i Melko  

nie mógł ich niepokoić, ludzie zaś przemykali się za  

wzgórzami.   

   Miejscem, które Tinuviel i Dairon kochali najbardziej,  

była cienista polana, na której rosły wiązy, niewysokie buki  

i na biało kwitnące kasztany, zaś z wilgotnej ziemi, nad  

ścielącymi się pod drzewami mchami, unosiła się szara mgła.  

Tam właśnie bawili się pewnego czerwcowego dnia, kiedy siwe  

background image

kępki mchu przypominały chmurki przyczepione do pni drzew.  

Tinuviel tańczyła aż do chwili, gdy zapadł mrok, a wokół  

pojawiło się mnóstwo białych ciem - będąc czarodziejką, nie  

obawiała się ich jednak tak jak ludzkie dzieci, choć  

podobnie jak one nie lubiła chrząszczy, a jeśli chodzi o  

pająki, nikt z Eldarów nie dotykał ich z powodu Ungweliante.  

Białe ćmy krążyły więc nad głową dziewczyny, zaś Dairon  

ciągnął jakąś niezwykłą nutę, kiedy nastąpiło to dziwne  

zdarzenie.   

   Nigdy nie dowiedziałem się, w jaki sposób Beren trafił  

na te wzgórza; wiem wszakże, że był dzielniejszy niż  

większość elfów i być może wyłącznie umiłowanie włóczęgi  

przywiodło go poprzez przerażające Żelazne Wzgórza do  

Odległych Krain.   

    Beren był gnomem, synem Egnora, mieszkańca lasu, który  

polował w ciemnych miejscach na północ od Hisilome. Pomiędzy  

Eldarami a tymi spośród ich krewnych, którzy zakosztowali  

niewoli u Melka, panowały podejrzliwość i lęk - w ten sposób  

złe uczynki gnomów w Łabędziej Przystani same się zemściły.   

Kłamstwa Melka na temat tajemniczych elfów krążyły pośród  

ludu Berena i lud ten dawał im wiarę. W momencie jednak,  

kiedy Beren ujrzał, jak Tinuviel tańczy o zmierzchu w  

szaroperłowej sukni, a jej małe, jasne stopy migają wśród  

mchu, nie dbał zupełnie o to, czy pochodzi ona z rodu  

Valarów, czy jest elfem lub dzieckiem ludzi. Podszedł  

bliżej, by na nią popatrzeć i oparł się o rosnący nie opodal  

młody wiąz, skąd miał widok na całą polankę, bowiem muzyka  

background image

sprawiła, że osłabł. Dziewczyna wydała mu się tak szczupła i  

piękna, że w końcu porzucił kryjówkę i jawnie zbliżył się,  

aby lepiej jej się przyjrzeć. W tym samym momencie okrągłe  

oblicze księżyca w pełni wychynęło zza gałęzi i Dairon  

spostrzegł intruza. W mgnieniu oka pojął, że nie jest to  

nikt z jego ludu, ponieważ zaś wszystkie leśne elfy uważały  

gnomów z Dor Lomin za istoty zdradzieckie, okrutne i  

tchórzliwe, natychmiast rzucił swój instrument, wołając:  

"Uciekaj, uciekaj, Tinuviel, wróg przywędrował do naszego  

lasu!" A sam szybko zniknął wśród drzew. Oszołomiona  

dziewczyna nie od razu podążyła w jego ślady, w pierwszej  

chwili nie zrozumiała bowiem słów brata. Wiedząc, że nie  

potrafi biegać ani skakać równie zwinnie jak Dairon,  

przypadła do białych mchów i skryła się wśród wysokich  

kwiatów i opadłych liści. W swym jasnym stroju wyglądała  

teraz jak ścieląca się po ziemi poświata księżyca.   

   Beren posmutniał. Zmartwiło go, że jego widok tak  

przeraził elfy. Szukał Tinuviel wszędzie dokoła, mając  

nadzieję, że nie uciekła, kiedy jednak niespodziewanie  

położył rękę na jej szczupłym ramieniu, ukrytym wśród liści  

dziewczyna zerwała się z krzykiem i odbiegła szybko znikając  

w półmroku wśród drzew. Dotknięcie ciała Tinuviel obudziło w  

Berenie jeszcze większą tęsknotę niż ta, jaką czuł  

wcześniej. Ruszył za nią, nie dość rączo jednak, bo w końcu  

mu umknęła i przepełniona strachem dotarła do siedziby ojca;  

później przez wiele dni nie miała odwagi tańczyć samotnie  

pośród drzew.   

background image

   Serce Berena przepełnił wielki smutek. Nie potrafił  

opuścić lasu, mając nadzieję, że znowu ujrzy piękną elfinę,  

i dzień po dniu błąkał się po okolicy, coraz bardziej  

zdziczały i samotny. Szukał Tinuviel o świcie i zmierzchu,  

ale z największą nadzieją czynił to wówczas, kiedy na niebie  

jasno świecił księżyc. W końcu pewnej nocy dostrzegł w  

oddali błysk i ujrzał ją tańczącą samotnie na małej polanie.  

Dairona nie było w pobliżu. Odtąd często tam przychodziła,  

by tańczyć i śpiewać. Niekiedy towarzyszył jej brat i  

wówczas Beren spoglądał na nią zza odległych drzew, gdy  

jednak była sama, podchodził bliżej. Tinuviel od początku  

wiedziała o jego obecności i udawała tylko, że go nie widzi.  

Po jakimś czasie strach opuścił jej serce, na oświetlonej  

księżycowym blaskiem twarzy młodzieńca malowała się bowiem  

taka tęsknota, że dziewczyna zrozumiała, iż jest on kimś  

życzliwym i że zachwyca go jej piękny taniec.   

   Jeszcze później Beren począł potajemnie podążać za nią  

przez las, czasem aż do mostu przy wejściu do jaskini. Kiedy  

zaś znikała, wołał do niej przez strumień, cicho wymawiając  

imię Tinuviel, które usłyszał z ust Dairona.  I choć o tym  

nie wiedział, córka Tinwelinta często wyglądała wówczas z  

cieni pieczary i śmiała się cicho. Aż w końcu pewnego dnia,  

gdy tańczyła samotnie, Beren podszedł do niej i przemówił:  

    - Tinuviel, naucz mnie tańczyć. 

    - Kim jesteś? - zapytała dziewczyna. 

    - Jestem Beren. Pochodzę zza Gorzkich Wzgórz. 

    - Jeśli chcesz tańczyć, rób to co ja - odrzekła i  

background image

zaczęła pląsać, coraz bardziej oddalając się od niego. Nie  

czyniła tego jednak aż tak szybko, by nie mógł za nią  

nadążyć. Ciągle oglądała się przy tym za siebie i wybuchając  

śmiechem powtarzała mu: - Tańcz, Berenie, tańcz! Tak jak  

tańczy się za Gorzkimi Wzgórzami!   

    W ten sposób dotarli do ścieżki wiodącej do domu  

Tinuviel i dziewczyna poprowadziła gościa przez strumień ku  

obszernym pieczarom swej siedziby.   

 

    Stanąwszy przed obliczem Tinwelinta, Beren poczuł się  

zmieszany, ogarnął go również pełen szacunku podziw na widok  

świty królowej Gwendeling. Kiedy więc król zapytał:  

    - Kimże jesteś, że nieproszony przekraczasz próg mego  

domu? - nie był w stanie wydusić z siebie ani słowa.   

Tinuviel zatem odpowiedziała za niego:  

    - To, mój ojcze, jest Beren, wędrowiec zza wzgórz, który  

pragnie nauczyć się tańczyć tak, jak czynią to elfy  

Artanoru.   

    Wybuchnęła śmiechem, ale król, usłyszawszy, skąd  

pochodzi jego gość, zmarszczył brwi i rzekł:  

    - Powstrzymaj te płoche słowa, moje dziecko, i powiedz,  

czy ów dziki elf z krainy cieni ośmielił się wyrządzić ci  

jakąś krzywdę?   

    - Nie, ojcze - odparła dziewczyna. - Uważam, że jego  

serce wcale nie jest złe. Nie traktuj go surowo, chyba że  

chcesz stać się przyczyną łez swojej córki, bardziej bowiem  

zachwycał się on mym tańcem niż ktokolwiek inny.   

background image

    - Czego chcesz, Berenie, synu Noldolian, od leśnych  

elfów? - zapytał wówczas Tinwelint. - Co pragniesz dostać,  

zanim wrócisz tam, skąd przyszedłeś?   

    Tak wielka radość i zdumienie napełniły serce Berena,  

kiedy Tinuviel ujęła się za nim podczas rozmowy z ojcem, że  

natychmiast odzyskał odwagę, a jego żądny przygód duch,  

który kazał mu opuścić Hisilome i powiódł go przez Żelazne  

Wzgórza, obudził się na nowo. Spoglądając śmiało na Tinuviel  

powiedział:  

    - Cóż, królu, pragnę twej córki, jest ona bowiem  

najpiękniejszym i najsłodszym dziewczęciem, jakie w życiu  

widziałem lub o jakim śniłem.   

    W pałacu zaległa śmiertelna cisza i tylko Dairon  

roześmiał się głośno. Wszystkich, którzy usłyszeli te słowa,  

ogarnęło niepomierne zdumienie. Tinuviel spuściła oczy,  

kiedy jednak król popatrzył na Berena z gniewem i  

oburzeniem, a potem także wybuchnął śmiechem, poczuła litość  

dla oblanego rumieńcem wstydu gościa.   

    - Cóż, poślub ją zatem. Pojmij za żonę to najpiękniejsze  

dziewczę świata i zostań księciem leśnych elfów. To doprawdy  

niewielka łaska, o którą prosić może każdy obcy - szydził  

Tinwelint. - Przypuszczam wszakże, że i ja mam prawo  

poprosić cię o coś w zamian. Nic wielkiego, ot po prostu  

dowód twego szacunku. Przynieś mi Silmaril z korony Melka.   

Tego dnia, kiedy to zrobisz, Tinuviel cię poślubi - jeśli  

taka będzie jej wola.   

    Wszyscy wokół wiedzieli, iż król traktuje tę sprawę jak  

background image

żart i niektórym zrobiło się nawet żal gnoma. Inni  

uśmiechali się, ponieważ Silmarile Feanora stały się sławne  

na całym świecie, a Noldolianie opowiadali o nich legendy.  

Wielu też spośród tych, którzy uciekli z Angamandi, widziało  

je, lśniące połyskliwie w żelaznej koronie Melka.  Korony  

tej nigdy nie zdejmował z głowy, strzegąc swych skarbów jak  

źrenicy oka i nikt na świecie, czy to czarodziej, czy elf,  

czy człowiek nie mógł mieć nadziei choćby ich dotknąć, nie  

płacąc za to życiem. Beren także o tym wiedział, odgadł więc  

znaczenie szyderczych uśmiechów dworzan. Płonąc gniewem  

odrzekł:  

    - Ależ to dar zbyt mały dla ojca tak słodkiej  

narzeczonej. Obyczaje leśnych elfów są doprawdy równie  

dziwne jak surowe prawa ludzi, skoro sam wskazujesz  

podarunek, jaki chciałbyś ode mnie otrzymać. Ale niech  

będzie! Ja, Beren, myśliwy z plemienia Noldolian, spełnię tę  

drobną prośbę.   

    Z tymi słowami opuścił królewską komnatę, podczas gdy  

wszyscy zgromadzeni patrzyli nań ze zdumieniem. Tylko  

Tinuviel rozpłakała się w głos.   

    - Źle postąpiłeś, mój ojcze - szlochała - wysyłając go  

na śmierć dla tak żałosnego żartu. Przypuszczam, że  

rozzłoszczony szyderstwem spróbuje zdobyć to, czego  

zażądałeś, i Melko go zabije. A wówczas nikt już nie będzie  

z takim zachwytem patrzył, jak tańczę.   

    - Nie będzie pierwszym gnomem zamordowanym przez Melka - 

odrzekł król. - Zabijał ich już ze znacznie błahszych  

background image

powodów. Beren i tak ma szczęście, że nie rzucono tu na  

niego potężnego czaru za karę, iż ośmielił się przekroczyć  

próg mojego domu i wypowiedzieć tak bezczelne życzenie.   

    Gwendeling przez cały czas nie odezwała się ani słowem,  

nie strofowała też Tinuviel za jej nagły płacz ani nie  

wypytywała później córki o nieznajomego wędrowca.   

    Odszedłszy sprzed oblicza Tinwelinta, Beren, niesiony  

gniewem, szybko dotarł przez lasy aż do niewysokich wzniesień  

i pozbawionej drzew równiny, co stanowiło znak, iż zbliżył  

się do niegościnnych Żelaznych Wzgórz. Dopiero wówczas  

zmęczony przerwał marsz. Nocą ogarnęło go głębokie  

przygnębienie, nie widział bowiem nadziei na wypełnienie  

swojego zadania. Bo też, zaiste, niewielkie miał na to  

szanse. Wkrótce, przemierzywszy Żelazne Wzgórza, dotarł do  

niegościnnych ziem, gdzie panował Melko. Roiło się tu od  

jadowitych węży, często słyszał też wycie wilków, jednak  

jeszcze bardziej od nich Beren lękał się wędrówki w pobliżu  

siedzib goblinów i orków - plugawego pomiotu Melka - którzy  

włóczyli się po tej krainie, w swoich niegodziwych celach,  

zastawiając pułapki, by schwytać dzikie zwierzęta, ludzi i  

elfy, które później oddawały swojemu panu.   

    Wielokrotnie Beren był bliski dostania się w łapy orków,  

raz natomiast cudem uniknął szczęk wilka i stoczył z nim  

walkę uzbrojony jedynie w jesionową pałkę. Każdego dnia swej  

podróży do Angamandi przeżywał nowe przygody i stawał wobec  

nowych niebezpieczeństw. Często także dręczyły go głód i  

pragnienie. Nieraz zawróciłby z drogi - choć było to równie  

background image

niebezpieczne jak brnięcie naprzód - ale powstrzymywało go  

przed tym odzywające się w jego sercu echo głosu Tinuviel,  

kiedy przemawiała do Tinwelinta. W nocy zaś wydawało mu się  

niekiedy, że słyszy, jak Tinuviel płacze w swym odległym,  

leśnym domu - a tak właśnie było.   

    Pewnego dnia wielki głód przywiódł Berena w poszukiwaniu  

resztek jedzenia do opuszczonego obozu orków, z których  

kilku niespodziewanie wróciło i schwytało intruza. Orkowie  

torturowali więźnia, ale go nie zabili, bo ich przywódca,  

widząc siłę Berena - mimo iż wycieńczony był trudami podróży  

- pomyślał, że Melko ucieszy się z niewolnika nadającego się  

do ciężkiej, wyczerpującej pracy w kopalni lub kuźni.  

Zaprowadzono więc Berena przed oblicze władcy, w nim jednak  

serce nie upadało, w rodzie jego ojca wierzono bowiem, iż  

panowanie Melka nie będzie trwać wiecznie, gdyż Valarowie  

ulitują się w końcu nad łzami Noldolian i powstaną,  

pokonując tyrana, i raz jeszcze otworzą Valinor dla  

znużonych elfów. A wtedy na ziemię powróci wielka radość.   

    Melko gniewnie popatrzył na więźnia, pytając, jak gnom,  

jego niewolnik z urodzenia, ośmielił się bez pozwolenia  

powędrować w lasy. Beren odrzekł, że wcale nie miał zamiaru  

uciekać, lecz udał się jedynie do mieszkających w Aryadorze  

krewniaków, których wielu żyło wśród ludzi. To wszakże  

jeszcze bardziej rozwścieczyło Melka, czynił on bowiem  

wszystko, by zniszczyć przyjaźń pomiędzy elfami i ludźmi.   

Uznał więc, iż ma oto przed sobą zdrajcę, który zawiązał  

spisek przeciwko jego władzy, za co należy wydać go Balrogom  

background image

na tortury.   

    - O najpotężniejszy Ainurze Melku, Władco Świata -  

odparł świadom grożącego mu niebezpieczeństwa Beren. -  

Dobrze wiesz, że to nieprawda, gdybym bowiem istotnie  

spiskował przeciwko tobie, nie znalazłbym się tutaj samotny  

i bezbronny. Nie ma przyjaźni pomiędzy Berenem synem Egnora  

a rodem ludzkim. Przyznaję, że depcząc ziemie trapione  

przez to plemię, zawędrowałem poza granice Aryadoru. Mój  

ojciec opowiadał mi niegdyś wiele wspaniałych historii o  

twej chwale i potędze; niczego też nie pragnę równie mocno,  

jak ci służyć.   

    Beren oświadczył, że jest mistrzem w polowaniu na drobną  

zwierzynę i chwytaniu ptaków i że podczas łowów zgubił się  

wśród wzgórz. Po długiej wędrówce dotarł do nieznanej krainy  

i nawet gdyby nie został pojmany przez orków, i tak  

zamierzał stanąć przed majestatem Ainura Melka, błagając go  

o jakieś skromne stanowisko - choćby łowcy, dostarczającego  

mięso na stół władcy.   

    Krew Valarów musiała sprawić, że potrafił wygłosić tę  

mowę albo też podziałał tu czar gładkiego wysławiania się,  

jaki, zdjęta współczuciem, rzuciła nań Gwendeling. Tak czy  

owak ocaliło mu to życie, zaś Melko, widząc siłę gnoma,  

przyjął go na służbę do swej kuchni. Pochlebstwo zawsze  

miało słodki smak dla tego władcy i pomimo wielkiej  

przenikliwości często dawał wiarę kłamstwom tych, którymi  

właściwie należałoby pogardzać, a którzy oszukiwali go  

przymilnymi słowy. Tak więc Melko oddał Berena na służbę do  

background image

Tevilda, Księcia Kotów, który dostarczał mięso na stoły  

władcy. Był to wierny sługa Melka, najpotężniejszy na  

świecie kot, o którym powiadano, że jest opętany przez złego  

ducha. Trzeba wiedzieć, że od czasu służby Berena u  

Tevilda, choć rządy Melka dawno się skończyły, a jego bestie  

przestały być groźne, aż do dziś panuje głęboka nienawiść  

pomiędzy kotami a elfami.   

    Zaprowadzono więc Berena do mrocznych komnat Księcia  

Kotów. Gnoma przepełniał lęk, nie spodziewał się bowiem  

takiego obrotu sprawy. Wszędzie siedzieli totumfaccy  

Księcia, machając i kołysząc swymi pięknymi ogonami, a ich  

lśniące oczy jarzyły się w ciemnościach jak zielone, żółte i  

czerwone lampki. Sam Tevildo zasiadał najwyżej; był  

potężnym, czarnym jak węgiel kotem, o wąskich skośnych  

oczach, które na zmianę lśniły to czerwonym, to zielonym  

blaskiem. Jego wielkie siwe wąsy były sztywne i ostre jak  

igły. Wydawał się uosobieniem zła. Mruczenie Tevilda  

przypominało warkot bębnów, a jego prychnięcia brzmiały jak  

pomruki burzy. Kiedy zaś z jego gardła dobywał się mrożący  

krew w żyłach ryk gniewu, zwierzęta i ptaki nieruchomiały  

jak kamienie lub nawet padały bez życia. Na widok Berena  

Tevildo zmrużył oczy tak, że wyglądało, jakby je zamknął i  

powiedział:  

    - Śmierdzi psem. 

    W tym samym momencie poczuł do Berena gwałtowną niechęć,  

gnom był bowiem wielkim miłośnikiem psów, które hodował w  

swym domu w dziczy.   

background image

    - Cóż to? - odezwał się ponownie Tevildo, tym razem  

zwracając się do służących Melka. - Ośmielacie się  

przyprowadzać tę istotę przed moje oblicze, nie czekając, aż  

rozkażę, by stawiła się na spotkanie?   

    Ci jednak, którzy przywiedli doń Berena, odparli: 

    - Uczyniliśmy to na rozkaz króla, ten nieszczęsny elf  

ma spędzić bowiem resztę życia jako twój podwładny, łowiąc  

zwierzęta i ptaki.   

   - Doprawdy, wydając to polecenie mój pan musiał spać lub  

błądzić myślami - parsknął pogardliwie wielki kocur. - Jakże  

bowiem mogło przyjść mu do głowy, iż dziecię Eldarów okaże  

się pomocne Księciu Kotów i jego pobratymcom w chwytaniu  

ptaków lub zwierząt. Równie dobrze mógłby przysłać mi  

jakiegoś ślamazarnego człowieka. Wiadomo wszak, że zarówno  

wśród elfów, jak i wśród ludzi nie ma nikogo, kto mógłby  

rywalizować z nami w łowieckich umiejętnościach.   

    Mimo to postanowił poddać Berena próbie, każąc mu  

schwytać trzy myszy, bo jak powiedział "moje apartamenty aż  

się od nich roją". W rzeczywistości nie było to prawdą, choć  

istotnie żyło tam kilka myszy, należących do nadzwyczaj  

dzikiego, złego, czarodziejskiego gatunku, bo tylko takie  

odważyły się zamieszkać w owym miejscu. Były większe od  

szczurów i bardzo silne. Tevildo pozwolił im znaleźć  

schronienie w ciemnych zakamarkach swoich komnat - po to, by  

urządzać na nie prywatne polowania. Dbał też, aby ich liczba  

zanadto się nie zmniejszała.   

    Beren polował na myszy przez trzy dni, nie mając jednak  

background image

nic, z czego mógłby zbudować pułapkę - a nie skłamał, mówiąc  

Melkowi, iż jest zręczny w konstruowaniu takich mechanizmów.  

Łowił myszy na próżno, a cały jego wysiłek nie przyniósł nic  

prócz pokąsanych palców. Tevildo rozgniewał się i szydził  

zeń bezlitośnie, jednak ani on, ani jego pobratymcy nie  

wyrządzili Berenowi żadnej krzywdy, ponieważ Melko stanowczo  

im tego zakazał. Mimo to wiele złych chwil przeżył gnom w  

niewoli u Tevilda. Uczyniono zeń pomywacza i dni upływały  

mu na myciu podłóg i naczyń, szorowaniu stołów, rąbaniu  

drewna oraz noszeniu wody. Często też rozkazywano mu obracać  

rożen, na który nadziane były piekące się dla kotów ptaki  

lub tłuste myszy. Sam jednak rzadko miał czas na jedzenie i  

sen, wychudł więc i wyglądał jak starzec. Często żałował, że  

jego noga w ogóle postała w Hisilome i że kiedykolwiek  

ujrzał tańczącą Tinuviel.   

 

    Piękna córka Tinwelinta długo płakała po odejściu Berena  

i nie tańczyła już więcej pośród drzew, choć Dairon, nie  

rozumiejąc przyczyn jej smutku, gniewał się na nią za to.  

Ona jednak zdążyła już pokochać wyzierającą zza gałęzi twarz  

Berena i odgłos jego kroków, kiedy biegł jej śladem przez  

las. Pragnęła ponownie usłyszeć głos gnoma tęsknie wołający  

ponad strumieniem u wrót siedziby jej ojca: "Tinuviel,  

Tinuviel". Nie mogła tańczyć, skoro Beren odszedł do  

straszliwej siedziby Melka, a może nawet już nie żył. Jej  

myśli stały się w końcu tak ponure, że udała się po pomoc do  

matki - nie ośmieliłaby się bowiem pójść do ojca lub choćby  

background image

pozwolić, by ten zobaczył jej łzy.   

    - O, Gwendeling, matko moja - rzekła. - Użyj swej magii  

i powiedz mi, co dzieje się z Berenem? Czy jest bezpieczny?   

    - Nie - odparła kobieta. - Żyje wprawdzie, ale źle mu  

się wiedzie. Nadzieja umarła w jego sercu, stał się bowiem  

niewolnikiem w służbie Tevilda, Księcia Kotów.   

    - W takim razie - oświadczyła Tinuviel - muszę wyruszyć,  

by mu pomóc, nikt bowiem prócz mnie tego nie uczyni.   

    Gwendeling nie roześmiała się, jako że niezależnie od  

wielu innych zalet była także mądra i przewidująca, uważała  

jednak za rzecz nie do pomyślenia, by elfina, a w dodatku  

panna, córka króla, wyruszała bez opieki do ziem Melka.  

Nawet w tamtych czasach, przed Bitwą Łez, kiedy potęga Melka  

nie była aż tak wielka, gdyż nie zdążył jeszcze wprowadzić w  

życie swoich planów i utkać misternej sieci kłamstw,  

wydawało się to czymś niewyobrażalnym. Gwendeling jednakże  

poprzestała na łagodnym upomnieniu córki, by nie mówiła  

podobnych głupstw.   

    - Musisz wobec tego ubłagać o pomoc mojego ojca - 

powiedziała Tinuviel. - Niechaj wyśle do Angamandi  

wojowników i uwolni Berena z rąk Ainura Melka.   

    Z miłości do córki Gwendeling spełniła jej prośbę, ale  

to jedynie rozgniewało Tinwelinta tak, że dziewczyna  

żałowała, iż w ogóle wyjawiła swoje pragnienia. Ojciec  

zakazał jej zarówno wspominać, jak i myśleć o Berenie i  

poprzysiągł, iż zabije go, jeśli raz jeszcze pojawi się na  

jego ziemiach. Wobec tego po głębokim namyśle Tinuviel udała  

background image

się do Dairona, błagając, aby brat wyruszył razem z nią do  

Angamandi. Dairon nie żywił jednak do Berena ciepłych uczuć,  

odrzekł więc:  

    - Czemu miałbym narażać się na najgorsze na świecie  

niebezpieczeństwo dla jakiegoś wędrownego leśnego gnoma? W  

rzeczy samej nie mogę darzyć go sympatią, popsuł bowiem  

naszą wspólną zabawę, nasze muzykowanie i taniec.   

    Co gorsza, Dairon opowiedział królowi, czego zażądała  

odeń Tinuviel. Nie uczynił tego w złych zamiarach, lecz z  

obawy, że wiedziona szalonym porywem serca siostra ucieknie,  

narażając się na śmierć.   

    Usłyszawszy to, Tinwelint wezwał do siebie córkę i rzekł  

jej:  

    - Czemu, moja panno, nie porzuciłaś owych głupstw i  

budzisz mój gniew?   

    Tinuviel nic nie odpowiedziała na te słowa, król zaś  

zażądał, by obiecała mu, że nie będzie więcej myślała o  

Berenie ani nie próbowała poszukiwać go, podążając w swym  

szaleństwie do krainy zła - czy to samotnie, czy to  

nakłoniwszy kogoś, by jej towarzyszył. Dziewczyna odrzekła  

jednak, że co do pierwszego, nie może tego przyrzec, co zaś  

tyczy drugiej kwestii, obiecuje jedynie, że nie będzie  

namawiać nikogo z poddanych ojca, aby razem z nią udał się  

do krainy Melka.   

    Jej słowa ogromnie rozgniewały Tinwelinta, prócz złości  

zaś czuł także lęk, bardzo bowiem kochał Tinuviel i bał się  

o nią. Zdając sobie sprawę, że nie jest w stanie na zawsze  

background image

zamknąć swej córki w pieczarach, dokąd dochodziły jedynie  

słabe przebłyski światła, powziął pewien plan.   

    Nad wejściem do jego podziemnego pałacu wznosiła się  

opadająca ku rzece skarpa, nad którą rosły potężne buki.   

Jeden z nich zwał się Hirilorna, Królowa Drzew, był bowiem  

niezwykle potężny i rozłożysty. Miał tak rozszczepiony pień,  

iż wydawało się, że to nie jedno, lecz trzy drzewa razem  

wyrastają z ziemi. Wszystkie trzy pnie były piękne: okrągłe  

i proste, zaś ich szara kora wyglądała jak jedwab i aż do  

wysokości znacznie przewyższającej człowieka była idealnie  

gładka, nie zeszpecona żadnymi gałęziami ani sękami.   

    Tinwelint rozkazał, by tak wysoko, jak tylko sięgały  

najwyższe drabiny, wybudować na tym dziwnym drzewie mały  

drewniany domek. Znalazł się on wyżej niż pierwsze konary,  

tak więc całkowicie skrywały go liście. Chatka miała trzy  

kąty i trzy okna, po jednym na każdej ścianie. Każdy róg  

opierał się o jeden pień Hirilorny. Tinwelint rozkazał  

córce, żeby zamieszkała w tym domku do czasu, póki nie  

zmądrzeje, kiedy zaś weszła do środka, zabrano drabinę, tak  

że nie było sposobu, by Tinuviel mogła się stamtąd wydostać.  

Przynoszono jej jednak wszystko, czego zażądała - służba  

codziennie przystawiała drabinę, aby podawać królewskiej  

córce pożywienie, później jednak drabinę ponownie odsuwano,  

król bowiem zagroził śmiercią każdemu, kto by zostawił ją  

opartą o pień. U stóp drzewa cały czas siedział strażnik,  

często też przychodził tam Dairon, zasmucony tym, co się  

stało, jako że bez siostry czuł się bardzo samotny. Tinuviel  

background image

jednak początkowo wolała mieszkać w domku wśród liści niż w  

jaskini. Wyglądając przez maleńkie okienko słuchała, jak  

brat wygrywa pod drzewem swe najsłodsze melodie.   

    Pewnej nocy nawiedził wszakże Tinuviel sen o Berenie, a  

jej serce powiedziało: "Chcę odejść i poszukać go, mimo że  

wszyscy inni już o nim zapomnieli". Kiedy się zbudziła,  

przez gałęzie przeświecały promienie księżyca, ona zaś  

zamyśliła się głęboko, w jaki sposób mogłaby stąd uciec.  

Jako córce Gwendeling magia i czary nie były jej obce,  

powzięła zatem pewien plan. Następnego dnia poprosiła  

służącego, aby przyniósł jej trochę czystej wody z płynącego  

nie opodal strumienia.   

    - Musi ona jednak zostać nabrana o północy w srebrne  

naczynie - zastrzegła. - I temu, kto ją będzie niósł, nie  

wolno wypowiedzieć ani słowa.   

    Następnie zażądała wina. 

    - Chcę je dostać w samo południe, w złotej karafce, zaś  

człowiek, który tu z nim przyjdzie, musi, niosąc je,  

śpiewać.   

    Służba wypełniła jej rozkazy, nie mówiąc o nich ani  

słowa Tinwelintowi.   

    - Idź teraz do mojej matki - poleciła następnie  

służącemu - i powiedz jej, że chciałabym dostać wrzeciono,  

muszę czymś wypełnić długie, nużące godziny.   

    Ubłagała też w sekrecie Dairona, by zrobił dla niej  

niewielki kołowrotek, który zmieściłby się w jej maleńkim  

domku.   

background image

    - Co jednak będziesz przędła i tkała? - zapytał brat. 

    - Czary i zaklęcia - odparła Tinuviel, zaś Dairon nie  

odgadł jej zamiarów, nie powiedział też o prośbie siostry  

królowi ani Gwendeling.   

    Nucąc magiczną melodię Tinuviel zmieszała ze sobą wino i  

wodę, po czym wlała je do złotego naczynia i zaśpiewała  

pieśń o rosnących włosach. Następnie przelała napój do  

srebrnej misy i zaśpiewała inną piosenkę, w której pojawiały  

się nazwy wszystkich najwyższych i najdłuższych rzeczy na  

ziemi: brody Indravangów, ogona Karkarasa, tułowia Glorunda,  

pnia Hirilorny, miecza Nandorów. Nie zapomniała również o  

łańcuchu Angainorze wykonanym przez Aulego i Tulkasa ani o  

szyi olbrzyma Gilima. W końcu, jako rzecz najdłuższą ze  

wszystkich, wymieniła włosy Uineny, Pani Mórz, której loki  

rozciągają się na wszystkie wody świata. Kiedy skończyła,  

polała sobie głowę wodą pomieszaną z winem, śpiewając przy  

tym trzecią pieśń o najgłębszym śnie. Wtedy jej ciemne,  

piękne jak najdelikatniejsze nitki zmierzchu włosy zaczęły  

bardzo szybko rosnąć i już po dwunastu godzinach zakryły  

całą podłogę małej izdebki. Uszczęśliwiona powodzeniem  

czarów dziewczyna udała się na spoczynek, a gdy się  

obudziła, pokój pełen był czarnych loków. Wkrótce jej włosy  

spłynęły przez okna i oplotły trzy pnie drzewa. Z trudem  

udało się Tinuviel odnaleźć nożyczki i obciąć gęste pukle,  

które wtedy odrosły jej na głowie już tylko na taką długość,  

jaką miały poprzednio.   

    Tak oto zaczęła się praca dziewczyny, a choć wykonywała  

background image

ją ze zręcznością właściwą elfom, przędzenie i tkanie trwało  

wiele dni. Każdemu więc, kto zbliżał się do drzewa,  

nakazywała, by odszedł.   

    - Jestem zmęczona i pragnę jedynie spać - mówiła. 

    Najbardziej zdumiewało to Dairona, który często wołał  

siostrę, ta zaś nie odzywała się doń ani słowem.   

    Z gęstych loków utkała Tinuviel kruczoczarną suknię,  

nasączoną magiczną sennością. Ów czar był większy nawet od  

tego, jaki spowijał szatę, noszoną przez jej matkę, kiedy  

tańczyła dawno, dawno temu przed wzejściem Słońca. Tinuviel  

okryła tą suknią swe lśniące, białe szaty, a pozostałe włosy  

splotła w mocną linę, którą przyczepiła do pnia drzewa.   

Słońce już zachodziło i w lesie zapadał zmierzch, kiedy  

cichym, niskim głosem zaczęła śpiewać  dziwną pieśń,  

jednocześnie spuszczając w dół linę. Wówczas to senna mgła  

otuliła głowy i twarze pełniących wartę strażników, którzy  

zasłuchani w śpiew Tinuviel zapadli nagle w głęboki sen.  

Wtedy przebrana w swój ciemny strój dziewczyna zwinnie  

niczym wiewiórka zsunęła się na ziemię. Tańcząc wbiegła na  

most i zanim pilnujący go strażnicy zdołali choćby krzyknąć,  

minęła ich, muskając skrajem szaty. Wtedy i oni zapadli w  

sen, Tinuviel zaś uciekła tak szybko, jak tylko były w  

stanie ją nieść roztańczone stopy.   

    Na wieść o ucieczce córki Tinwelint zmartwił się  

ogromnie i rozgniewał. Cały dwór wypełnił nieopisany zgiełk,  

a wszystkie lasy rozbrzmiały odgłosami pościgu. Jednak  

Tinuviel znajdowała się już daleko, dotarła bowiem aż do  

background image

mrocznego podnóża Gór Nocy. Powiadają, że podążający jej  

śladem Dairon zgubił się i nigdy nie wrócił już do  

Elfinesse, lecz przybył do Palisoru, gdzie nadal wygrywał  

czułe, magiczne melodie i przepełniony tęsknotą błąkał się  

samotnie pośród lasów południa.   

    Znalazłszy się z dala od domu, na myśl o tym, na co się  

porwała i co ją jeszcze czeka, Tinuviel poczuła nagły lęk.   

Zatrzymała się i zapłakała z żalu, że nie ma razem z nią  

Dairona. W rzeczywistości, jak powiadają, znajdował się on  

niedaleko, błądząc wśród wysokich sosen Lasu Nocy, gdzie  

później Turin zabił przez pomyłkę Belega. Tinuviel  

przechodziła obok owych miejsc, nie wkroczyła jednak w tę  

ciemną strefę. Odzyskawszy spokój, ruszyła przed siebie,  

dzięki zaś magicznym zdolnościom oraz cudownemu zaklęciu i  

czarowi snu nie groziły jej niebezpieczeństwa, na jakie  

narażony był Beren. Mimo to miała przed sobą długą, trudną i  

wyczerpującą podróż.   

    Musisz zaś wiedzieć, Eriolu, że w owych czasach Tevild  

miał kłopoty z jedna tylko rzeczą na świecie - z rodem Psów.  

Wiele spośród nich nie odnosiło się do Kotów ani przyjaźnie,  

ani wrogo, ponieważ jako poddani Melka stali się równie  

dzicy i okrutni jak inne zwierzęta. Z najdzikszych i  

najokrutniejszych władca wyhodował rasę wilków, szczególnie  

miłą jego sercu. Czyż właśnie to nie wielki szary wilk,  

Karkaras Stalowy Kieł, ojciec wszystkich wilków, strzegł  

wówczas i jeszcze długo później bram Angamandi? Wiele było  

jednakże psów, które ani nie płaszczyły się przed Melkiem,  

background image

ani nie żyły w lęku przed nim. Mieszkały w siedzibach ludzi,  

strzegąc ich przed złem, lub też błąkały się po lasach  

Hisilome, przemierzając górskie przełęcze i zapędzając się  

niekiedy aż po granice Artanoru czy też innych krain  

leżących na południu.   

    Jeśli zaś którykolwiek z nich spostrzegł Tevilda bądź  

jego krewniaków czy poddanych, zaczynał wściekle ujadać i  

rzucał się za nimi w pogoń. I choć rzadko zdarzało się, by  

jakiś kot stracił życie - odznaczały się one bowiem wielką  

zwinnością, wspinaąc się na drzewa i ukrywając się, a  

wspomagała je moc Melka  - obecność psów wywoływała w nich  

lęk. Sam Tevildo nie musiał się bać - był równie silny co  

najwięksi z przeciwników, a jednocześnie szybszy i  

zwinniejszy od nich wszystkich, wyjąwszy Huana, Przywódcy  

Psów. Huan był tak zręczny, że pewnego razu udało mu się  

posmakować futra Tevilda i choć przeciwnik odpłacił mu za to  

ciosem swych potężnych pazurów, duma Księcia Kotów została  

urażona, toteż gorąco pragnął zemścić się na wrogu.   

    Wielkie szczęście miała Tinuviel, że spotkała w lesie  

Huana, chociaż w pierwszej chwili przeraziła się śmiertelnie  

i rzuciła do ucieczki. Huan dogonił ją jednak dwoma susami i  

łagodnym, głębokim głosem powiedział w języku Porzuconych  

Elfów, by się go nie obawiała.   

    - Czemuż to widzę tu najpiękniejszą ze wszystkich elfin,  

jak wędruje samotnie tak blisko siedziby Złego Ainura? -  

zapytał. - Czyżbyś nie wiedziała, że jest to bardzo  

niebezpieczne miejsce, moja mała, nawet dla kogoś, kto  

background image

przybywa tu ze swą drużyną, zaś dla samotnych może okazać  

się śmiertelną pułapką?   

    - Wiem o tym - odrzekła Tinuviel. - Nie przywiodło mnie  

tu jednak wcale zamiłowanie do włóczęgi. Szukam Berena.   

    - Co wiesz o Berenie? - zdziwił się Huan. - Czy naprawdę  

znasz Berena, syna słynnego myśliwego wśród elfów, Egnora  

bo-Rimiona, mojego przyjaciela z dawnych czasów?   

    - Nie wiem, czy to mój Beren jest twym przyjacielem,  

szukam bowiem Berena, który przywędrował tutaj zza Gorzkich  

Wzgórz. Poznałam go w lesie nie opodal siedziby mego ojca.  

Moja matka, Gwendeling, dzięki swej mądrości dowiedziała  

się, iż uczyniono zeń niewolnika okrutnego Tevilda, Księcia  

Kotów. Nie wiem, czy to prawda i czy nie spotkało go coś  

jeszcze gorszego. Przybyłam tu, by go odszukać, choć nie mam  

pojęcia, jak tego dokonać.   

    - Wobec tego może ja poddam ci jakąś myśl - rzekł Huan.  

- Powinnaś mi zaufać, jam bowiem jest Huan, Przywódca Psów,  

największy wróg Tevilda. Odpocznij teraz w cieniu drzew, ja  

zaś rozważę, co możemy zrobić.   

    Tinuviel postąpiła tak, jak jej radził i znużona podróżą  

szybko zapadła w sen, Huan zaś cały czas czuwał u jej boku.   

    - Chyba za długo odpoczywałam - rzekła, obudziwszy się.  

- Powiedz mi, co wymyśliłeś, Huanie?   

    - Zawiłe i trudne to zadanie - odparł Przywódca Psów -  

toteż zdołałem ułożyć jedynie następujący plan: kiedy słońce  

znajdzie się wysoko na niebie, zakradniesz się, jeśli  

starczy ci odwagi, w pobliże siedziby Księcia. O tej porze  

background image

Tevildo oraz większość jego domowników wylegują się na  

tarasach pod bramą zamku. Spróbujesz dowiedzieć się, czy  

Beren jest pośród nich, zgodnie z tym, co powiedziała ci  

matka. Ja będę czekał nie opodal, ukryty wśród drzew.  

Uradujesz mnie i pomożesz samej sobie, jeśli, niezależnie od  

tego, czy spostrzeżesz Berena, czy nie, staniesz przed  

Tevildem i opowiesz mu, że przypadkowo natknęłaś się na  

Huana, który ciężko chory leży w pobliskim lesie. Nie  

wskażesz mu oczywiście miejsca, lecz zaproponujesz, że sama  

przywiedziesz go do mnie. Zobaczysz wówczas, jaką będę miał  

dla niego niespodziankę. Sądzę, że jeśli przyniesiesz mu  

takie wieści, Tevildo nie potraktuje cię źle ani nie  

spróbuje zatrzymać.   

    W ten sposób Huan zamierzał jednocześnie wyzwać Tevilda  

na pojedynek - a nawet, gdyby było to możliwe, zabić go - 

oraz uwolnić Berena, który, jak sądził, był umiłowanym przez  

psy z Hisilome synem Egnora. Usłyszawszy imię Gwendeling,  

domyślił się, że napotkana dziewczyna jest księżniczką  

Leśnych Elfów i pragnął jej pomóc, tym bardziej że jej  

słodycz zmiękczyła mu serce.   

    Tinuviel odzyskała już równowagę ducha i Huan podziwiał  

jej odwagę. Tak długo, jak to było możliwe, podążał za nią  

ukradkiem, aż w końcu zniknęła mu z oczu, opuszczając  

schronienie wśród drzew i wychodząc na porośniętą wysoką  

trawą łąkę, na której gdzieniegdzie rosły krzewy. Tu,  

poniżej skalnego rumowiska, świeciło słońce, jednak ponad  

wzgórzami, jak zawsze w Angamandi, kłębiły się czarne  

background image

chmury. Tinuviel nie starczyło odwagi, by popatrzeć na to  

ponure kłębowisko obłoków, tak wielki przytłaczał ją strach.  

Miała wrażenie, że ziemia pod jej stopami unosi się, a trawa  

wydziela silniejszy zapach i kołysze się mocniej niż zwykle.  

Zdjęta lękiem dotarła do skalnego urwiska, opadającego  

zupełnie pionowo w dół - tam, pod kamienną półką, mieścił  

się zamek Tevilda. Nie prowadziła doń żadna ścieżka; zbocze  

góry opadało po prostu, taras za tarasem, aż do skraju lasu.  

Nikt nie mógł dostać się do siedziby Księcia Kotów inaczej  

jak tylko czyniąc wielkie skoki ze stopnia na stopień. Im  

bliżej zamku, tym owe stopnie stawały się coraz bardziej  

strome. Budowla posiadała zaledwie kilka okien, z których  

żadnego nie umieszczono tuż nad ziemią - nawet wielka brama  

sięgała tam, gdzie w ludzkich siedzibach buduje się okna na  

piętrze. Szeroki i płaski dach zamku wystawiony był na  

działanie słonecznych promieni.   

    Przestraszona Tinuviel zbliżyła się do najniższego  

tarasu i z przerażeniem popatrzyła na ciemne gmaszysko  

zajmujące szczyt wzgórza. Podeszła do skalnego załomu i  

ujrzała przed sobą samotnego kota, który leżał w słońcu i,  

jak się zdawało, spał. Kiedy jednak stanęła przed nim,  

otworzył żółte oczy i zerknąwszy na nią, powstał.   

    - Uciekaj stąd, mała panienko - powiedział, przeciągając  

się i podchodząc do niej. - Czyżbyś nie wiedziała, że  

wkroczyłaś na słoneczne ziemie jego wysokości Tevilda i jego  

pobratymców?   

    Tinuviel ogarnął jeszcze większy lęk, postarała się  

background image

jednak odpowiedzieć na te słowa tak śmiało, jak tylko  

potrafiła:  

    - Wiem o tym, łaskawy panie. 

    Owo "panie" sprawiło staremu kotu wielką przyjemność,  

był on bowiem w rzeczywistości jedynie zwykłym strażnikiem  

bram zamku.   

    - Chciałabym wszakże - ciągnęła dziewczyna - abyś był  

tak łaskawy i zaprowadził mnie teraz przed oblicze twego  

Księcia. Nawet jeśli śpi - dodała, bowiem zdumiony strażnik  

wyprostował ogon i wyraźnie miał zamiar odmówić jej prośbie.   

- Mam pilną i ważną wiadomość, która jednak przeznaczona  

jest wyłącznie dla jego uszu. Prowadź mnie więc do niego,  

łaskawy panie - zażądała.   

    Ponownie tytułowany "panem" kot tak głośno zamruczał z 

zadowolenia, że Tinuviel odważyła się pogłaskać jego brzydką 

głowę, większą nie tylko od jej własnej, ale nawet od głów 

wszystkich znanych jej psów.  

    - Chodź zatem za mną - powiedział przebłagany tym gestem  

Umuiyan, tak bowiem miał na imię strażnik. Chwycił  

niepodziewanie Tinuviel za ramiona i, ku jej przerażeniu,  

posadził ją sobie na grzbiecie. Uczyniwszy to, jednym susem  

przeskoczył na wyższy taras. - Masz szczęście - dodał,  

zatrzymując się i pomagając dziewczynie zsunąć się na ziemię  

- że akurat dziś mój pan, Tevildo, odpoczywa na tym niskim  

tarasie, z dala od zamku. Ogarnęła mnie bowiem dziwna  

słabość i senność, tak że pewnie nie byłbym w stanie zanieść  

cię wyżej. - Tinuviel miała na sobie swą czarną suknię.   

background image

    To powiedziawszy, Umuiyan ziewnął potężnie i  

przeciągnąwszy się, zaprowadził gościa przez taras ku  

szerokiemu legowisku z nagrzanych kamieni, na którym  

spoczywało przerażające cielsko Tevilda. Kot miał zamknięte  

oczy. Strażnik podszedł do niego i cicho szepnął mu do ucha:  

    - Pewna dziewczyna liczy na twą łaskawość, mój panie. Ma  

ci ponoć do przekazania coś tak ważnego, że nie posłuchała  

nawet, kiedy kazałem jej odejść.   

    Jego słowa sprawiły, że Tevildo machnął gniewnie ogonem  

i otworzył jedno oko.   

    - Cokolwiek ma do powiedzenia - mruknął - niech zrobi to  

szybko, jako że nie jest to pora, by domagać się audiencji u  

Tevilda, Księcia Kotów...   

    - Wybacz, mój panie - odezwała się Tinuviel - i nie  

złość się. Nie sądzę, byś miał mi za złe, że tu przyszłam,  

kiedy usłyszysz, z czym przybywam. Jest to jednak sprawa, o  

której nawet szeptem wolę nie mówić tutaj, gdzie wieje wiatr  

- dodała, zerkając w stronę lasu, jakby w obawie przed czymś,  

co kryło się między drzewami.   

    - W takim razie wynoś się stąd - warknął Tevildo. - 

Śmierdzisz psem, a cóż za dobrą nowinę może przynieść kotu  

elf, który mieszka wśród psów?   

    - To, że czuć ode mnie psa, nie jest niczym dziwnym, 

panie, bowiem właśnie jednemu z nich uciekłam. Jest to 

zaiste wyjątkowo potężny pies, którego imię zapewne nie jest 

ci obce.  

    Tym razem udało się jej zaciekawić Tevilda. Otworzył  

background image

oczy i przeciągnąwszy się trzykrotnie, nakazał strażnikowi,  

by wprowadził Tinuviel do wnętrza zamku. Umuiyan, tak jak  

poprzednio, ponownie posadził sobie dziewczynę na grzbiecie.   

Tinuviel ogarnął strach, ponieważ osiągnęła już to, czego  

pragnęła - zaproszenie do zamku Tevilda oraz szansę  

przekonania się, czy jest tam Beren - lecz nie znając  

dalszych planów Huana, nie miała pojęcia, co się z nią teraz  

stanie. W istocie rzeczy, gdyby tylko mogła, pewnie  

uciekłaby z tego miejsca. Koty wszakże zaczęły już wspinać  

się z tarasu na taras do zamku. Niosący Tinuviel Umuiyan  

zdołał jednakże zrobić ledwie dwa susy w górę, a już przy  

trzecim potknął się, sprawiając, że dziewczyna krzyknęła  

przestraszona.   

    - Co się z tobą dzieje, ty niedołęgo? -  zapytał  

Tevildo. - Może nastał czas, byś porzucił służbę u mnie,  

skoro wiek tak prędko dał ci się we znaki?   

    - Nie, nie, panie - odrzekł strażnik. - Sam nie wiem, co  

mi się stało. Moje oczy zaszły mgłą, a głowa dziwnie mi  

ciąży. - Wypowiadając te słowa zachwiał się jak pijany i  

upadł. Tinuviel ześlizgnęła się z jego grzbietu,  

pozostawiając kota pogrążonego w głębokim śnie. Bardzo  

rozgniewało to Tevilda, który pochwycił dziewczynę - nie  

czyniąc tego bynajmniej łagodnie - i sam zaniósł ją do  

zamku. Tam rozkazał, by zsunęła się z jego grzbietu, a potem  

ryknął tak potężnie, że ściany i ciemne korytarze budowli  

rozbrzmiały przerażającym echem. Natychmiast zewsząd  

pośpieszyli ku niemu służący, z których jednemu polecono  

background image

wrócić do Umuiyana, związać go i zrzucić ze skał.   

    - Na północną stronę, tam gdzie urwisko jest bardziej  

strome - dodał władca. - Nie może mi się więcej na nic  

przydać, gdyż wiek sprawił, iż nie potrafi pewnie stawiać  

kroków.   

    Tinuviel zadrżała słysząc, z jak bezlitosną bestią ma do  

czynienia. Sam Tevildo także jednak ziewał i potykał się  

nieustannie, jakby zapadając w drzemkę. Mimo to polecił  

służbie, by zaprowadziła dziewczynę do jednej z komnat w  

głębi zamku - tej, gdzie zwykle zasiadał do posiłków ze  

swymi najwyższymi dostojnikami. W sali unosił się  

przeraźliwy smród, a wszędzie wokół leżały kości. Nie było  

tu okna, a jedynie pojedyncze drzwi oraz prześwit łączący  

komnatę z wielkimi zamkowymi kuchniami. Wpadał przezeń  

czerwony blask, który lekko rozświetlał ciemność panującą w  

pomieszczeniu.   

    Kiedy Tinuviel została sama, poczuła się tak przerażona,  

że przez chwilę nie była zdolna do najlżejszego ruchu.   

Wkrótce jednak strach minął, a jej wzrok przywykł do mroku i  

mogła rozejrzeć się wokoło. Była zwinna, nie zastanawiając  

się więc specjalnie, bez wysiłku wskoczyła na szeroki,  

znajdujący się niezbyt wysoko nad ziemią parapet, należący  

do owego kuchennego prześwitu.  Uchyliwszy ciężką pokrywę,  

zerknęła w głąb i zobaczyła obszerną podziemną kuchnię, w  

której płonął wielki ogień.  Ujrzała też pracujących tam  

kucharzy, z których większość stanowiły koty, chociaż...  

potężne płomienie oświetliły nagle skrzywionego z wysiłku  

background image

Berena i Tinuviel rozpłakała się, widząc jego niedolę. W tej  

samej chwili usłyszała ochrypły głos Tevilda.   

    - Gdzież, w imię Melka, zniknął ten szalony elf?   

    Przestraszona Tinuviel przypadła do muru, ale potężny  

kot zobaczył ją już i krzyknął: 

    - A więc mały ptaszek nie chce więcej śpiewać. Chodź  

tutaj albo sam cię stamtąd wyciągnę, nie dopuszczam bowiem  

elfów przed swe oblicze po to, aby ze mnie kpiły.   

    Wówczas, po części ze strachu, po części zaś mając  

nadzieję, że jej czysty głos dotrze do uszu Berena, Tinuviel  

poczęła opowiadać swoją historię tak głośno, że aż echo  

odbijało się od ścian.   

    - Ciszej, droga panienko - upomniał ją Tevildo. - Jeśli  

sprawa, z którą przychodzisz, jest taką tajemnicą, nie  

należy o niej wrzeszczeć.   

    - Nie mów do mnie w ten sposób - zażądała z urazą  

dziewczyna - bo choć jesteś potężnym Władcą Kotów, to czyż  

nie stoi przed tobą Tinuviel, księżniczka elfów, która  

zboczyła z drogi tylko po to, by wyświadczyć ci przysługę? - 

Wypowiadając te słowa krzyczała zaś jeszcze głośniej niż  

poprzednio. Z kuchni dobiegł nagle głośny brzęk, jak gdyby  

ktoś przewrócił całe stosy metalowych i glinianych naczyń.   

    - To na pewno ten głupi elf Beren - warknął Tevildo. - 

Melko ciągle obdarowuje mnie takimi niedołęgami. 

    Tinuviel, odgadłszy, że Beren usłyszał ją i upuścił coś  

ze zdumienia, przemogła wreszcie strach. Nie żałowała już  

swej zuchwałości. Tevilda jednakże tak bardzo rozgniewały  

background image

śmiałe słowa dziewczyny, że w pierwszej chwili nie pojął, iż  

usłyszał właśnie coś, co mogło przynieść mu wielkie  

korzyści. Nad Tinuviel zaś, gdy zdradziła Księciu Kotów, kim  

jest, zawisło wielkie niebezpieczeństwo, ponieważ Melko i  

wszyscy jego wasale traktowali lud Tinwelinta jak wyjętych  

spod prawa zbójów, których należy pojmać i poddać okrutnym  

torturom. Tevildo, poznawszy imię dziewczyny, winien więc  

natychmiast zabrać ją przed oblicze swego władcy.  

Zaskarbiłby sobie w ten sposób jego łaskę, ale, prawdę  

mówiąc, spryt Tevilda był tego dnia nieco przytępiony.  

Zapomniał nawet zapytać, czemu Tinuviel wdrapała się na  

parapet, nie zawracał też sobie więcej głowy Berenem. Ciekaw  

wielce opowieści, z którą przybyła, powściągnął swój gniew i 

powiedział:  

    - Już dobrze, moja damo, nie złość się i przestań  

wystawiać na próbę moją cierpliwość. Cóż to za nowinę masz  

dla moich uszu, którymi, jak widzisz, strzygę z ciekawości.   

    - Chodzi o wielką bestię, złą i gwałtowną, imieniem Huan 

- odparła Tinuviel. 

    Usłyszawszy imię wroga, Tevildo groźnie wygiął grzbiet w  

pałąk, zaś jego sierść zjeżyła się i naelektryzowała. W  

oczach kota zalśnił czerwony blask.   

    - Uważam, że to wstyd - ciągnęła dziewczyna - iż ten  

okrutnik śmie włóczyć się po lesie tak blisko siedziby  

potężnego Księcia Kotów.   

    - Nie ma odwagi tego robić - przerwał jej Tevildo - i  

nigdy tutaj nie przychodzi. Chyba że czyni to ukradkiem, jak  

background image

tchórz.   

    - Mogło tak być - zgodziła się Tinuviel - ale wydaje mi  

się, iż jego życie dobiegło wreszcie końca. Wędrując dziś  

przez las zobaczyłam bowiem, jak jakieś wielkie zwierzę  

upadło na ziemię jęcząc z bólu, a kiedy się zbliżyłam,  

przekonałam się, że to Huan. Może rzucono nań zły czar albo  

też pokonała go choroba. Z pewnością wciąż jeszcze leży  

bezradnie w lesie, nie dalej niż o milę na zachód od twego  

zamku. Nie zawracałabym ci tym głowy, mój panie, gdyby nie  

to, że to bydlę warknęło na mnie, gdy zbliżyłam się, by mu  

pomóc, a nawet próbowało mnie ugryźć. Uznałam więc, że ten  

potwór zasłużył na to, co go spotkało.   

    Wszystko, co mówiła Tinuviel, było wielkim kłamstwem,  

wymyślonym przez Huana. Elfy z plemienia Eldarów nigdy nie  

splamiły ust nieprawdą. Mimo to nie słyszałam, by ktokolwiek  

z tego rodu miał jej za złe to, co uczyniła, podobnie jak  

nie potępiał jej za to Beren. Ja także usprawiedliwiam ów  

czyn, Tevildo bowiem był złym kotem, zaś Melko  

najokropniejszą ze wszystkich istot na ziemi i znajdującej  

się w ich rękach Tinuviel zagrażało wielkie  

niebezpieczeństwo. Tevildo, jako że sam był wielkim i  

zręcznym kłamcą i miał ogromne doświadczenie w oszukiwaniu  

wszelkich stworzeń, nie zawsze wiedział, czy powinien  

wierzyć w to, co mu się mówi. Z reguły nie wierzył w nic,  

prócz rzeczy, co do których gorąco pragnął, by były prawdą.  

To właśnie dlatego często bywał oszukiwany przez uczciwszych  

od siebie. Wieść o niemocy Huana wydała mu się jednak tak  

background image

radosna, że wątpił w jej prawdziwość, postanowił zatem ją  

sprawdzić. Z początku udawał obojętność, twierdząc, że  

Tinuviel niepotrzebnie otaczała tajemnicą taką błahostkę,  

mogła bowiem bez obaw mówić o tym poza murami pałacu,  

dziewczyna odrzekła jednak, iż nie sądziła, by Księcia Kotów  

trzeba było pouczać, że Huan słyszy każdy dźwięk z  

odległości mili, głos kota rozpozna zaś z jeszcze większego  

oddalenia.   

    Tevildo, udając niedowierzanie, wypytywał, gdzie  

dokładnie znajduje się Huan, ale Tinuviel udzielała  

wymijających odpowiedzi, widząc w tym jedyną szansę  

wydostania się z zamku. W końcu Książę, owładnięty  

ciekawością, grożąc elfinie śmiercią, jeśli okaże się, że  

został oszukany, wezwał do siebie dwóch ze swoich  

dostojników - jednym z nich był Oikeroi, silny i wojowniczy  

kot - i wszyscy trzej wraz z Tinuviel opuścili siedzibę  

Księcia Kotów. Ponieważ zaś dziewczyna zdjęła swój magiczny  

czarny strój i złożyła go tak, że wydawał się nie większy od  

chustki do nosa (potrafiła bowiem czynić takie sztuki),  

mogła bez przeszkód przemierzać w dół kolejne tarasy na  

grzbiecie Oikeroia, nie obawiając się, że i tego kota zmorzy  

sen. Wędrowali przez las, posuwając się we wskazanym przez  

dziewczynę kierunku i wkrótce Tevildo poczuł zapach psa.   

Sierść na jego wielkim, wyprężonym ogonie zjeżyła się  

groźnie. Natychmiast wspiął się na rozłożyste drzewo i w  

oddali ujrzał wielkie cielsko Huana, który leżał bezwładnie  

na trawie, skamląc i jęcząc. Uszczęśliwiony Tevildo  

background image

pośpiesznie zszedł na dół. Pragnąc jak najszybciej dopaść  

wroga, zapomniał o Tinuviel, która drżąc z lęku o  

przyjaciela, skryła się wśród paproci. Zamiarem Tevilda i  

jego dwóch kompanów było podejść po cichu do psa z trzech  

stron i znienacka go zaatakować. Chcieli go zabić, w wypadku  

zaś, gdyby okazał się zbyt słaby na stoczenie walki,  

postanowili zabawić się, poddając go torturom. Kiedy jednak  

doskoczyli do wroga, Huan szczekając poderwał się z ziemi, a  

w chwilę później jego szczęki zacisnęły się na karku  

Oikeroia, tak że kot padł martwy. Drugiemu z towarzyszy  

Księcia Kotów udało się skamląc uciec na wysokie drzewo i  

tak oto Tevildo pozostał sam na sam z Huanem. Wcale mu nie  

zależało na takim spotkaniu, pies był bowiem zbyt szybki,  

aby dało się pokonać go w pojedynku. Mimo to walczyli  

zaciekle. W końcu Huan chwycił wroga za gardło i kot  

najpewniej straciłby życie, gdyby nie to, że udało mu się  

dosięgnąć pazurami oczu przeciwnika i na chwilę go oślepić.   

Pies zawył, zaś Tevildo, prężąc się z całych sił, wyrwał mu  

się i wspiął na rosnące nie opodal wysokie, smukłe drzewo,  

podobnie jak zrobił to wcześniej jego towarzysz. Pomimo bólu  

zraniony Huan skakał pod drzewem ujadając zajadle, Tevildo  

zaś przeklinał go, miotając obelgi.   

    - Zapamiętaj, Tevildo - powiedział w końcu Przywódca  

Psów - słowa Huana, którego miałeś nadzieję dopaść i zabić  

bezbronnego, jak te nieszczęsne myszy, na które polujesz:  

zostaniesz już na zawsze, poraniony, na tym samotnym drzewie  

i wykrwawisz się na śmierć, chyba że zechcesz ponownie  

background image

posmakować moich zębów. Jeśli zaś żadna z tych propozycji ci  

się nie podoba, możesz uczynić jeszcze jedno: powiedzieć mi,  

gdzie jest księżniczka elfów oraz Beren syn Egnora. Są oni  

moimi przyjaciółmi i żądam, by przyprowadzono ich tutaj jako  

okup za ciebie, choć wiem, że w  gruncie rzeczy każde z nich  

jest warte o wiele więcej niż ty.   

    - Jeśli chodzi o tę przeklętą elfinę, to, o ile mnie  

uszy nie mylą, leży w pobliskich paprociach i jęczy -  

odrzekł Tevildo. - Co zaś się tyczy Berena, to mam wrażenie,  

iż dostał porządne cięgi od Miaule'a, mojego kucharza, za  

bałagan, jakiego przed godziną narobił w zamkowej kuchni.   

    - Pozwól im zatem przybyć do mnie bezpiecznie - 

powiedział Huan - a wówczas i ty będziesz mógł wrócić do  

domu i lizać rany.   

    - W zamian za bezpieczeństwo mego pobratymca, który jest  

tu ze mną, przyślę ich do ciebie, gdy tylko znajdę się w  

zamku - obiecał Tevildo.   

    - Akurat! - warknął w odpowiedzi Huan. - A razem z nimi  

przybędzie tu całe twe plemię oraz hordy orków i innych  

potworów Melka. Nie jestem taki głupi. Daj raczej Tinuviel  

coś, co będzie dla twych strażników znakiem, że może zabrać  

z zamku Berena. Sam jednak zostaniesz tutaj, czy ci się to  

podoba, czy nie.   

    W ten sposób zmusił Tevilda do zdjęcia złotej obroży - 

znaku, którego żaden kot nie ośmieliłby się zlekceważyć.   

Huan wciąż jednak nie był zadowolony.   

    - Potrzeba czegoś więcej - stwierdził - bo sama obroża  

background image

sprawi tylko, że cały twój lud wyruszy, aby cię szukać.   

    Pies miał oczywiście rację, bo Tevildo właśnie na coś  

takiego liczył. W końcu jednak znużenie, głód i strach  

pokonały jego dumę i pozostający w służbie u Melka Książę  

wyjawił wielki sekret kotów: powierzone im przez Władcę  

zaklęcie - magiczne słowa spajające ze sobą kamienie jego  

zamku, słowa, za pomocą których Tevildo utrzymywał posłuch  

wśród wszystkich zwierząt i kotów, napełniając je złą mocą,  

większą od tej, jaką posiadały z natury. Od dawna zresztą  

powiadano, iż Tevildo jest złym czarownikiem, który przybrał  

postać zwierzęcia. Słysząc magiczne słowa Huan począł się  

śmiać, wiedział bowiem, że w tym momencie skończyła się już  

władza kotów.   

    Wziąwszy złotą obrożę, Tinuviel pośpieszyła z powrotem  

na najniższy taras zamku, po czym czystym głosem  

wypowiedziała zaklęcie. I oto powietrze wypełniło się  

głosami kotów, siedziba Tevilda zadrżała w posadach, a jej  

mieszkańcy niemal w oczach skurczyli się i zmaleli. Z obawą  

spoglądali na dziewczynę, ona zaś, machając obrożą Tevilda,  

wyrzekła do nich słowa, jakie w jej obecności Książę Kotów  

wyjawił Huanowi. Wówczas zebrani zatrzęśli się z lęku, a  

Tinuviel rozkazała:  

    - Niech wszystkie elfy i ludzie, więzieni dotąd w tym  

zamku, wystąpią naprzód.   

    Wtedy to przed tłum wyszedł Beren, nie było tu jednak  

żadnych innych niewolników, poza Gimlim, wiekowym gnomem,  

który w niewoli zestarzał się i oślepł. Miał jednak, jak  

background image

śpiewano we wszystkich pieśniach, najlepszy na świecie  

słuch. Gimli wystąpił przed zebranych, wspierając się na  

lasce, Beren zaś pomagał mu iść. Tinuviel zauważyła, że jej  

ukochany wychudł i ubrany jest w łachmany. W ręku dzierżył  

wielki nóż, który chwycił w kuchni, obawiając się, że  

drżenie zamku i wrzask kotów wróżą nowe nieszczęście. Kiedy  

jednak ujrzał Tinuviel i trzęsącą się przed nią ze strachu  

gromadę kotów oraz spostrzegł potężną obrożę Tevilda,  

ogarnęło go wielkie zdumienie i nie wiedział, co o tym  

myśleć. Wtedy rozradowana dziewczyna zwróciła się do niego w  

te słowa:  

    - O, Berenie zza Gorzkich Wzgórz, czy zechcesz zatańczyć  

teraz ze mną? Nie tutaj wszakże - dodała i odciągnęła Berena  

na bok, podczas gdy koty siedziały, miaucząc i jęcząc, tak  

że usłyszeli je nawet Huan i Tevildo. Nikt jednak nie ruszył  

na pomoc Księciu Kotów, wszystkie zwierzęta zdjął bowiem lęk  

pod wpływem zaklęcia Melka.   

    Później gorzko tego żałowały, jako że Tevildo  

powróciwszy wraz ze swym towarzyszem do domu, zawrzał  

strasznym gniewem i machając ogonem wymierzał ciosy  

wszystkim, którzy znaleźli się w pobliżu. Huan natomiast,  

kiedy przekonał się, że Tinuviel i Beren są już bezpieczni,  

martwił się - choć może wydawać się to niemądre - iż zły  

Książę wymknął mu się bez kolejnego pojedynku. Pewne  

pocieszenie stanowiła dlań wszakże złota obroża, którą  

założył teraz na własną szyję. To rozwścieczyło Tevilda  

bardziej niż cokolwiek innego, przedmiot ten posiadał bowiem  

background image

magiczną moc. Huan żałował, że Tevildo wciąż pozostaje przy  

życiu, teraz jednak nie bał się już kotów, których plemię od  

tamtej pory zawsze już uciekało przed psami. Te zaś, od  

czasu upokorzenia Tevilda w lasach nie opodal Angamandi,  

traktowały swych przeciwników z pogardą. Było to największe  

zwycięstwo w życiu Huana. Kiedy zaś Melko usłyszał o  

wszystkim, przeklął Tevilda i jego pobratymców, skazując ich  

na banicję. Odtąd koty nie miały już ani pana, ani króla,  

ani nawet przyjaciół. Często słyszało się, jak skamlą z  

żalu, skarżąc się na swą samotność. Gorzko żałowały tego, co  

straciły - bo nie istniał nikt, kto okazałby im choć cień  

życzliwości.   

    Jednak w czasach, o których opowiada ta historia,  

największym pragnieniem Tevilda nadal było schwytanie Berena  

i Tinuviel oraz zabicie Huana, dzięki czemu mógłby odzyskać  

utraconą magiczną moc. Książę Kotów obawiał się przy tym  

ogromnie Melka i nie ośmielił się prosić władcy o pomoc,  

musiałby bowiem ujawnić swoją klęskę i przyznać się do tego,  

że zdradził zaklęcie. Nieświadom tego pies drżał na myśl, że  

te wszystkie wydarzenia zbyt szybko dotrą do uszu Melka, jak  

to bywało z większością rzeczy, które działy się na świecie,  

dlatego pragnął jak najrychlej oddalić się od zamku Tevilda.  

Beren odzyskiwał siły stracone podczas niewolniczej pracy,  

zaś zakochana w nim Tinuviel czule go pielęgnowała.   

    Mimo wszystko smutno i samotnie upływały im te dni, nie  

napotkali bowiem po drodze ani elfa, ani człowieka.   

Tinuviel zaczęła rozpaczliwie tęsknić za Gwendeling i  

background image

pieśniami pełnymi słodkiej magii, które matka śpiewała jej w  

dzieciństwie, kiedy w lasach wokół ich zamku zapadał  

zmierzch. Często też podczas podróży wydawało się  

dziewczynie, że na pięknych polanach słyszy flet swego  

brata, Dairona, i czuła, jak na sercu kładzie się jej  

nieznośny ciężar.   

    - Muszę wrócić do domu - rzekła w końcu Berenowi i  

Huanowi. Serce gnoma wypełniło się żalem, ponieważ pokochał  

już leśne życie w towarzystwie psów (bo tymczasem dołączyli  

do nich pobratymcy Huana), ale nie chciał też rozstawać się  

z Tinuviel.   

    - Nigdy nie będę mógł powrócić z tobą na ziemie Artanoru  

- powiedział - ani nawet udać się tam w przyszłości, by cię  

odnaleźć, słodka Tinuviel. Chyba że przyniosę ze sobą  

Silmaril. Ale tego klejnotu nie zdobędę nigdy, bo czyż nie  

jestem uciekinierem z dworu Melka, któremu grozi straszliwe  

niebezpieczeństwo, gdyby został wyśledzony przez jego sługi?  

- Wypowiadając te słowa czuł, że serce zamiera mu z żalu.  

Tinuviel także przeżywała katusze, z jednej strony bowiem  

nie mogła znieść myśli o opuszczeniu Berena, z drugiej zaś  

nie wyobrażała sobie życia na wygnaniu. Długo siedziała  

pogrążona w smutnej zadumie, nie odzywając się ani słowem.   

    - Możemy zrobić tylko jedno - powiedział siedzący obok  

niej Beren. - Zdobyć Silmaril.   

    To rzekłszy, udał się na poszukiwanie Huana, pragnąc  

zasięgnąć jego rady i prosić o pomoc. Pies zasmucił się  

ogromnie, bo próba zdobycia Silmarilu wydała mu się  

background image

szaleństwem. Wtedy Tinuviel poprosiła, by Huan dał jej skórę  

kota Oikeroia, którego zabił podczas walki na polanie. Huan  

nosił futro tego potężnego zwierzęcia na sobie jako trofeum.   

    Raz jeszcze uciekła się córka Tinwelinta do magii,  

zaszywając Berena w skórę Oikeroia i nadając mu wygląd  

wielkiego kota. Potem nauczyła go, jak ma siadać i kłaść  

się, chodzić, skakać i biegać w koci sposób. W końcu czynił  

to wszystko tak doskonale, że kiedyś nawet Huan zjeżył się  

na jego widok, budząc tym śmiech Tinuviel. Beren nigdy  

jednak nie nauczył się miauczeć, prychać i mruczeć jak  

prawdziwy kot, dziewczynie nie udało się też nadać blasku  

martwym kocim oczom.   

    - Będziemy musieli obyć się bez tego - zdecydowała. - 

Wystarczy, że powściągniesz swój język, aby sprawiać  

wrażenie wyjątkowo szlachetnie urodzonego kota.   

    Pożegnawszy Huana, Beren i Tinuviel wyruszyli ku  

pałacowi Melka. Na szczęście, nie mieli przed sobą dalekiej  

podróży, bowiem gnom czuł się w skórze wroga niewygodnie i  

nienawidził tego stroju, zaś jego ukochana, której od dawna  

nie było tak lekko na sercu, dodatkowo jeszcze drażniła się  

z nim, głaszcząc go lub ciągnąc za ogon. Złościło to Berena,  

szczególnie że skrępowany futrem kota nie mógł się bronić.   

W końcu dotarli w pobliże Angamandi, czego domyślili się po  

głośnym brzęku i hałasie czynionym przez potężne uderzenia  

młotów dziesięciu tysięcy pracujących tu nieprzerwanie  

kowali. Nie opodal znajdowały się warsztaty, gdzie pracowali  

noldoliańscy niewolnicy dozorowani przez orków i gobliny ze  

background image

wzgórz. Panowały tu tak głębokie ciemności, że serca  

przybyszów zamarły z trwogi. Tinuviel natychmiast  

przywdziała swą szatę głębokiego snu i dopiero wtedy  

przybysze zbliżyli się do ohydnej, wykutej z żelaza,  

najeżonej nożami i dzidami bramy Angamandi. Przed nią leżał  

największy wilk, jakiego widział świat - Karkaras, Stalowy  

Kieł, który nigdy nie zasypiał. Widząc zbliżającą się  

Tinuviel, Karkaras warknął, na kota nie zwrócił jednak  

uwagi, jako że zwierzęta te bez przerwy wchodziły i  

wychodziły z zamku.   

    - Nie warcz, Karkarasie - powiedziała dziewczyna -  

bowiem przybywam tu, aby zobaczyć się z mym panem, Melkiem,  

ten zaś dostojnik z dworu Tevilda towarzyszy mi jako  

eskorta.   

    Ciemna suknia przesłaniała teraz jaśniejącą urodę  

Tinuviel i Karkaras nie żywił wobec przybyszów żadnych  

podejrzeń, mimo to jednak podszedł do nich, węsząc, a  

wówczas dotarła do niego słodka woń Eldarów, jakiej stroje  

nie zdołały ukryć. W tej chwili wszakże dziewczyna zaczęła  

pląsać w magicznym tańcu, zarzucając wilkowi na oczy czarne  

fałdy swego welonu. To sprawiło, że pod ogarniętym sennością  

zwierzęciem ugięły się nogi i, zwinąwszy się w kłębek,  

strażnik zapadł w drzemkę. Śniło mu się, że bierze udział w  

wielkiej pogoni przez lasy Hilisome, jak to zdarzało się w  

czasach, gdy był szczenięciem. Zanim się obudził, dwójka  

przybyszów minęła czarny portal i przemierzywszy liczne  

mroczne korytarze, dotarła w końcu przed oblicze Melka.   

background image

    Beren radził sobie w półmroku równie dobrze jak  

krewniacy Tevilda, a ponieważ Oikeroi często bywał na dworze  

władcy, nikt nie zwracał na niego uwagi. Dzięki temu gnom  

mógł niepostrzeżenie prześlizgnąć się aż do stóp tronu  

Ainura.  Jednak kłębiące się tam żmije oraz inne wstrętne  

stworzenia napełniły go takim lękiem, że nie odważył się  

postąpić choćby kroku dalej.   

    Ku jego wielkiej uldze dopisało im szczęście, bowiem 

gdyby Tevildo gościł akurat u Melka, ich podstęp zostałby 

natychmiast odkryty. Oczywiście, brali pod uwagę takie 

niebezpieczeństwo, nie wiedząc, iż Książę Kotów w ogóle nie 

opuszcza swego zamku, rozmyślając, co pocznie, jeśli wieść o 

jego klęsce dotrze do Angamandi. Tymczasem Melko zauważył 

Tinuviel i ze zdumieniem zapytał: 

    - Kimże jesteś, ty, co przemierzasz komnaty mego zamku 

cicho jak nietoperz? I jak tu weszłaś, skoro bez wątpienia 

nie należysz do moich dworzan? 

    - Nie należę - potwierdziła dziewczyna - choć, być może,  

dzięki twej życzliwości, będę należeć, panie mój. Stoi oto  

przed tobą Tinuviel, córka wyjętego spod prawa Tinvelinta,  

który wygnał mnie ze swego zamku za to, że nie  

podporządkowałam swojej miłości jego rozkazom.   

    Melko był szczerze zdumiony, że córka Tinwelinta z 

własnej woli przybyła do jego przerażającego zamku i 

podejrzewając podstęp zapytał, czego chce: 

    - Czyżbyś nie wiedziała - powiedział - że nie darzy się  

tutaj sympatią twego ojca ani jego poddanych? Porzuć zatem  

background image

nadzieję, że zdołasz mnie oczarować gładkimi słówkami.   

    - Tak właśnie mówił mi mój ojciec - odrzekła Tinuviel. - 

Czemu jednak miałabym mu wierzyć? Wiedz panie, że umiem  

pięknie tańczyć i jeśli pozwolisz, bym pokazała, co  

potrafię, na pewno znajdziesz dla mnie skromny kąt na swoim  

dworze. Tancereczka Tinuviel czekałaby wtedy gotowa na twe  

wezwanie, ilekroć zapragnąłbyś oglądać jej pląsy.   

    - Takie rzeczy niewiele dla mnie znaczą - skrzywił się  

Melko. - Jeśli jednak przebyłaś tak daleką drogę tylko po  

to, aby przede mną zatańczyć, uczyń to, potem zaś zdecyduję,  

co z tobą zrobić. - Wypowiadając te słowa łypał złośliwie  

oczyma, ponieważ w swym ciemnym umyśle powziął już pewne  

wstrętne plany.   

    Wówczas to Tinuviel rozpoczęła taniec, jakiego ani ona  

sama, ani żaden krasnolud, wróżka czy elf nigdy przedtem ani  

potem nie odtańczył. Ów pląs wzbudził podziw nawet w Melku.  

Dziewczyna wirowała po sali szybko jak jaskółka i  

bezszelestnie jak nietoperz. Promieniowała przy tym tak  

magicznym pięknem, jakim tylko ona jedna na świecie była  

obdarzona. Przemykała obok władcy, to znów pojawiała się tuż  

przed nim albo zbliżała się doń od tyłu, a zwiewne fałdy  

sukni muskały jego twarz lub trzepotały mu przed oczyma.  

Siedzący pod ścianami dworzanie jeden po drugim zapadali w  

głęboki sen, śniąc o wszystkim, czego pragnęły ich złe  

serca.   

    Leżące pod tronem władcy żmije zamarły w bezruchu niby  

skamieniałe, zaś skulone u stóp swego pana wilki ziewały,  

background image

ogarnięte nagłą sennością. Jeden Melko, oczarowany tańcem  

dziewczyny, nie drzemał. Wtedy to Tinuviel zaczęła obracać  

się przed nim w jeszcze szybszym tańcu, cicho śpiewając przy  

tym pięknym, podobnym do słowiczego trelu głosem pieśń,  

której dawno temu nauczyła ją Gwendeling. Pieśń ową  

młodzieńcy i dziewczęta nucili pod cyprysami w ogrodach  

Loriena, kiedy gasło Złote Drzewo i zaczynał jaśnieć  

Silpion. Gdy zaś tancerka muskała podłogę lekkimi jak wiatr  

stopami, wydawało się, że cuchnącą komnatę Melka wypełniają  

piękne, delikatne wonie. Nigdy wcześniej ani później nie  

oglądano tu tak pięknego widoku ani nie słyszano równie  

pięknego śpiewu i Ainur Melko, mimo całej swej potęgi i  

majestatu, uległ czarowi elfiny. Pewnie nawet Lorienowi,  

gdyby tam był, zaczęłyby ciążyć powieki. Wreszcie Melka  

zaczęła morzyć senność, zasnąwszy zaś głęboko, zsunął się z  

tronu, a wówczas jego żelazna korona spadła mu z głowy i  

potoczyła się po podłodze.   

    Tinuviel umilkła nagle. W komnacie nie słyszało się  

teraz niczego prócz równych oddechów śpiących. Nawet Beren  

spał obok tronu Melka i dziewczyna musiała mocno nim  

potrząsnąć, by się w końcu obudził. Z drżeniem serca gnom  

zdjął swoje przebranie i uwolniwszy się, stanął na dwóch  

nogach.  Wyciągnął zabrany z kuchni Tevilda nóż i sięgnął po  

olbrzymią koronę. Tinuviel nie była w stanie jej poruszyć, a  

i siła Berena wystarczyła zaledwie na to, aby ją obrócić.  

Owładnięty szaleńczym strachem przed śpiącym w ciemnej  

komnacie złem, tak cicho, jak to tylko było możliwe, Beren  

background image

podważył nożem Silmaril. Ocierając pot z czoła powoli  

obluzował wielki, wprawiony w samym środku korony klejnot,  

kiedy nagle nóż wysunął mu się z ręki i z głośnym brzękiem  

upadł na podłogę.   

    Tinuviel stłumiła okrzyk trwogi, Beren zaś, trzymając w  

ręku Silmaril, odskoczył przestraszony. Śpiący dworzanie  

poruszyli się niespokojnie, Melko zaś jęknął, jak gdyby  

jakieś złe myśli zakłócały mu sen. Jego twarz przybrała  

ponury wyraz. Zadowoliwszy się tą zdobyczą, dwójka  

przybyszów desperacko rzuciła się do ucieczki, gnając przez  

plątaninę ciemnych korytarzy, póki nie ujrzała błysku  

szarego światła - znaku, że znaleźli się już blisko wyjścia.   

Tu jednak czekała ich niemiła niespodzianka: leżący w progu  

Karkaras zdołał się już obudzić i znowu pilnował bramy.   

    Na jego widok Beren - choć dziewczyna powiedziała mu, by  

tego nie robił - wystąpił przed Tinuviel, co miało fatalne  

skutki, uniemożliwił jej bowiem ponowne rzucenie na bestię  

czaru snu. Na widok gnoma wilk obnażył zęby i warknął  

gniewnie.   

    - Na kogo się złościsz, Karkarasie? - zapytała Tinuviel. 

    - Na tego gnoma, który wcale tu nie wchodził, a teraz w  

pośpiechu opuszcza zamek - odrzekł Stalowy Kieł, rzucając  

się na Berena. Ten zdążył jednak jedną ręką wymierzyć cios  

między oczy wilka, drugą zaś chwycić go za gardło.   

    Karkaras okazał się wszakże silniejszy, chwycił dłoń  

gnoma swymi przerażającymi zębiskami - a była to ta dłoń, w  

której Beren dzierżył lśniący Silmaril - i odgryzł ją. W  

background image

ułamku sekundy tak ręka gnoma jak i klejnot zniknęły w  

czerwonej gardzieli bestii. Ogromne było cierpienie Berena  

oraz strach i zdumienie Tinuviel, ale kiedy oboje oczekiwali  

kolejnych kłapnięć szczęk wilka, stała się rzecz dziwna i  

przerażająca. Trzeba pamiętać, że Silmaril ze swej natury  

płonął białym, ukrytym ogniem i że posiadał wielką, magiczną  

moc, nie pochodził bowiem z Valinoru i Błogosławionego  

Królestwa, lecz został stworzony za pomocą czarów przez  

bogów i gnomy, zanim zapanowało zło - dlatego też nie mógł  

go dotknąć nikt zły lub bezbożny. Kiedy więc znalazł się w  

piekielnych wnętrznościach wilka, bestia poczuła straszliwy,  

palący ból, a jej upiorne wycie odbiło się echem we  

wszystkich wykutych w skale korytarzach zamku. W jednej  

chwili obudził się cały śpiący dwór. Tinuviel i Beren jak  

wiatr przemknęli przez bramę, daleko przed nimi pędził zaś  

Karkaras, gnając jak ścigany przez Balrogów. Kiedy Tinuviel  

i Beren mogli się wreszcie zatrzymać i złapać oddech,  

dziewczyna zapłakała nad okaleczoną ręką ukochanego,  

obsypując ją pocałunkami, a wówczas ból ustąpił, rana zaś  

przestała krwawić i zagoiła się. Od tamtej pory Beren zyskał  

wśród rodu Ermabwedów przezwisko Jednorękiego, które w  

języku Samotnej Wyspy brzmiało Elmavoite.   

    Oboje musieli teraz pomyśleć o ucieczce - jeśli mogli  

liczyć na to, że dopisze im szczęście. Tinuviel okryła  

Berena skrajem swej szaty, kiedy więc nadszedł zmierzch i  

wzgórza przesłoniła ciemność, nikt nie zdołał ich już  

dostrzec, choć Melko wysłał w pogoń za nimi wszystkich  

background image

orków. Nigdy dotąd nie widziano go ogarniętego taką furią  

jak wówczas, kiedy stracił swój klejnot.   

    Wkrótce Beren i Tinuviel zdali sobie jednak sprawę, że  

pętla pogoni coraz silniej zaciska się wokół nich i choć  

dotarli już do skraju nieco lepiej znanych im lasów i minęli  

posępną knieję Taurfuina, od pieczar Tinwelinta dzieliło ich  

jeszcze wiele mil, których przebycie niosło ze sobą wielkie  

niebezpieczeństwo. Nawet zaś gdyby zdołali się tam  

przedostać, pogoń z pewnością podążyłaby za nimi i w ten  

sposób ściągnęliby nienawiść Melka na cały leśny lud. Wielki  

zaiste musiał być to pościg, skoro znajdujący się tak daleko  

od przyjaciół Huan usłyszał jego odgłosy i zdumiał się,  

zrozumiawszy, na co poważyła się ta dwójka. Jeszcze bardziej  

niepojęte było dlań to, że Berenowi i Tinuviel udało się  

uciec z Angamandi.   

    Huan wędrował właśnie wraz z innymi psami po lasach,  

polując na orków oraz pobratymców Tevilda. Odniósł przy tym  

liczne rany, ale też zabił wielu wrogów, a innym napędził  

takiego strachu, że uciekali w popłochu. Tropił przeciwników  

aż do chwili, kiedy pewnego wieczoru, o zmierzchu, Valarowie  

przywiedli go na polanę w północnej części Artanoru, którą  

zwano później Nan Dumgorthin - krainą ciemnych bóstw, ale to  

już inna opowieść. Był to wówczas porośnięty karłowatymi  

drzewami ciemny, ponury i nieszczęśliwy kraj, przez który  

tak samo jak przez Taurfuinie lękano się wędrować. Mimo to  

Tinuviel i Beren właśnie tu zatrzymali się, żeby odpocząć.  

Leżeli wyczerpani i pozbawieni nadziei, gnom zaś cały czas  

background image

obracał w palcach nóż, dziewczyna zaś popłakiwała cicho.   

    Ujrzawszy ich, Huan nie tracił czasu na zbędne słowa, 

lecz po prostu posadził Tinuviel na swym potężnym grzbiecie 

i nakazał Berenowi, aby biegł za nim tak szybko, jak tylko 

zdoła. (...) 

    Cała trójka ruszyła więc w drogę i w końcu dotarła do  

tak dobrze znanych Tinuviel umiłowanych lasów w pobliżu  

dworu jej ojca. Kiedy jednak znaleźli się w tej bliskiej  

sercu dziewczyny okolicy, odkryli, że panuje tam zamęt i  

trwoga. Siedzący na przyzbach zapłakani ludzie opowiedzieli  

im, że od czasu potajemnej ucieczki Tinuviel spadają na nich  

same nieszczęścia. Oszalały z bólu król pozwolił, by osłabła  

jego słynna ostrożność i posłał swych wojowników, aby  

przemierzyli lasy wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu  

księżniczki. Wielu z nich zaginęło lub zostało zabitych,  

kiedy więc na północnych i wschodnich granicach kraju  

rozgorzała wojna z wojskami Melka, poddani Tinwelinta bali  

się, że Ainur okaże się silniejszy i wzmocniwszy swą armię,  

spustoszy ich wioski. Lękali się też, że magia Gwendeling  

stała się zbyt słaba, żeby powstrzymać zastępy orków.   

    - Stała się rzecz najgorsza z możliwych - wzdychali - bo  

królowa od dawna już nie uśmiecha się ani z nikim nie  

rozmawia. Całymi dniami siedzi tylko wpatrzona w dal. Nić  

jej czarów zrobiła się cienka jak pajęczyna i wiatr rozniósł  

ją po lasach, które, odkąd Dairon nie powrócił do domu i na  

polanach nie rozbrzmiewa już jego muzyka, stały się posępne  

i ponure. Najgorszym zaś nieszczęściem, jakie na nas spadło,  

background image

jest przybycie w te strony olbrzymiego, rozwścieczonego  

szarego wilka, który przemierza lasy gnany jakimś  

szaleństwem, tak że nikt nie może czuć się bezpiecznie.   

Zabił już wielu, pędząc na oślep przez knieję i tylko  

nieliczni mają odwagę zapuszczać się nad brzeg strumienia,  

przepływającego przed wejściem do królewskiego pałacu, gdzie  

ów straszliwy wilk często przychodzi, by napić się wody.   

Wygląda przy tym jak zły Książę we własnej osobie, ze swymi  

przekrwionymi oczyma i wywalonym na wierzch jęzorem. Pali go  

chyba jakiś wewnętrzny ogień i nigdy nie może zaspokoić  

pragnienia.   

    Wieść o nieszczęściach, jakie spadły na jej lud,  

zasmuciła Tinuviel, największy ból sprawił zaś jej sercu los  

Dairona. Mimo to nie żałowała, że Beren przywędrował z nią  

do Artanoru. Wspólnie pośpieszyli na spotkanie z  

Tinwelintem. Powrót całej i zdrowej Tinuviel sprawił, że  

leśne elfy, choć dawno już straciły nadzieję, że  

kiedykolwiek to nastąpi, uznały, iż zły czas nareszcie  

minął.   

    Zastali Króla pogrążonego w wielkim przygnębieniu,  

jednak na widok córki z jego oczu popłynęły łzy szczęścia.   

Gwendeling także zaczęła śpiewać z radości i odrzuciwszy  

żałobne, czarne szaty, stanęła przed nimi w dawnym perłowym  

blasku. Na całym dworze zapanowała wesołość i upłynęło  

trochę czasu, nim Tinwelint zwrócił swe oczy ku Berenowi.   

    - A więc i ty powróciłeś tutaj. Bez wątpienia przynosisz  

ze sobą Silmaril, aby wynagrodzić mi wszystkie nieszczęścia,  

background image

jakie sprowadziłeś na mój kraj. Jeśli jednak nie masz  

klejnotu, niepotrzebnie tu przybyłeś.   

    Słysząc te słowa Tinuviel podbiegła do ojca i pałając z  

gniewu zawołała:  

    - Jak ci nie wstyd, mój ojcze? Oto masz przed sobą  

dzielnego Berena, którego twe niewczesne żarty pognały ku  

ciemnym miejscom i straszliwej niewoli. Oto samotny Valar,  

który uniknął gorzkiej śmierci. Myślę, że królowi Eldarów  

przystoi raczej wynagrodzić go niż lżyć.   

    Zarówno Tinwelinta jak i jego dworzan zdumiała ta śmiała  

przemowa, bo Tinuviel nigdy dotąd nie zwracała się w ten  

sposób do króla.   

    - Twój ojciec ma rację - rzekł Beren. - Wiedz, panie mój  

- dodał - że Silmaril znajduje się teraz w mojej dłoni.   

    - Pokaż mi go zatem - zażądał zdziwiony król. 

    - Nie mogę - odparł Beren - ponieważ mojej dłoni tutaj 

nie ma. - Mówiąc to wyciągnął przed siebie okaleczone ramię. 

    Wówczas na widok odważnej i dumnej postawy gnoma serce  

króla zmiękło i nakazał, by Beren i Tinuviel opowiedzieli mu  

o swoich przygodach. Pragnął dowiedzieć się o wszystkim, co  

im się przydarzyło, nie do końca pojął bowiem sens słów  

Berena. Wysłuchawszy całej historii, poczuł wielki szacunek  

do gnoma. Podziwiał miłość, jaka rozgorzała w sercu Tinuviel  

i sprawiła, że córka dokonała czynów większych i śmielszych  

niż jakikolwiek spośród jego wojowników.   

    - Nigdy więcej - poprzysiągł - nie rozkażę ci, Berenie,  

byś odszedł z tego dworu lub opuścił moje dziecko. Jesteś  

background image

bowiem wielkim elfem i nasze plemię zawsze będzie sławiło  

twe imię.   

    - Nigdy nie zapomnę o złożonej ci, królu, obietnicy i  

przyniosę tu Silmaril - odrzekł dumnie Beren. - Nie mógłbym  

zamieszkać w spokoju w twym zamku, dopóki tego nie uczynię.   

    Tinwelint jednak począł namawiać go, by porzucił myśl o  

kolejnej wyprawie ku ciemnym i nieznanym krainom.   

    - Nie trzeba, bym wędrował tak daleko - odparł gnom. - 

Klejnot ów bowiem znajduje się nie opodal tych pieczar.  

    Wyjaśnił władcy, że - choć nikt się tego nie domyślał - 

napadająca na poddanych Tinwelinta bestia jest nikim innym,  

jak właśnie Karkarasem, wilkiem strzegącym niegdyś bramy  

pałacu Melka. Gnom dowiedział się o tym od Huana, który  

posiadł największy wśród psów - a wszystkie miały wszak do  

tego zdolności - talent odczytywania i tropienia śladów.   

Huan także znajdował się teraz na królewskim dworze i kiedy  

władca w rozmowie z Berenem planował wielkie polowanie, pies  

poprosił, by pozwolono mu wziąć w nim udział. Oczywiście,  

przystano na to z ochotą i cała trójka poczęła czynić  

przygotowania do uwolnienia ludu od terroru wilka. Beren  

poprzysiągł, że zabije Karkarasa oraz wydobędzie z jego  

trzewi Silmaril, który raz jeszcze zajaśnieje w Elfinesse.   

Tinwelint sam poprowadził pogoń, Beren zaś jechał u jego  

boku. Za nimi podążał Huan, najsilniejszy z psów, pochód  

zamykał zaś Mablung, odważny wódz królewskich wojowników.   

Dzierżył on w dłoni potężną dzidę, zdobytą w bitwie z  

żyjącymi w odległych krainach orkami. Władca nie życzył  

background image

sobie, by towarzyszył mu ktoś poza tą trójką.   

    - Czterech wystarczy, by zabić nawet tego przeklętego  

wilka z piekła rodem - stwierdził.   

    Ale ci, którzy widzieli Karkarasa, wątpili w to, zdając  

sobie sprawę, jak przerażająca jest to bestia. Wilk  

dorównywał wielkością hodowanym przez ludzi koniom, zaś z  

pyska buchał mu tak straszliwy żar, że swym oddechem mógł  

spopielić wszystko, ku czemu się zwrócił. Wyruszyli o świcie  

i wkrótce przy strumieniu, niedaleko wejścia do królewskich  

pieczar, Huan znalazł świeży trop.   

    - To ślady Karkarasa - powiedział. 

    Czterej myśliwi przez cały dzień wędrowali brzegiem  

strumienia, w wielu miejscach natykając się na pogniecioną  

trawę i połamane krzewy oraz kałuże wody, które wyglądały  

tak jakby jakieś ogarnięte szaleństwem zwierzę krótko  

wcześniej tarzało się tutaj lub toczyło z kimś walkę.   

    Kiedy słońce zaszło, kryjąc się za drzewami, a leśny  

dzień obumarł za sprawą nadciągającej z Hisilome ciemności,  

wędrowcy dotarli do miejsca, gdzie trop się urywał. Być może  

ginął w zaroślach lub gubił się w wodzie, w każdym razie  

Huan nie mógł już dalej nim podążać. Myśliwi rozbili więc  

obóz nad strumieniem, i spali, kolejno trzymając wartę, aż  

do chwili, kiedy mrok zaczął rzednąć, zwiastując koniec  

nocy.   

    Wtedy to, podczas warty Berena, z oddali dobiegł ich  

nagle potężny i przerażający ryk, jak gdyby gdzieś zawyło  

jednocześnie siedemdziesiąt oszalałych wilków. Trzask  

background image

łamanych krzaków wskazywał, że Karkaras jest coraz bliżej.   

Beren ledwie zdążył obudzić swoich towarzyszy, kiedy ogromne  

cielsko wilka przesłoniło migotliwe światło księżyca. Wilk  

jak szalony gnał w stronę wody. Wówczas to Huan szczeknął i  

bestia, miast skręcić ku strumieniowi, rzuciła się prosto na  

nich, tocząc pianę z pyska i błyskając w ciemnościach  

czerwonymi ślepiami, w których strach mieszał się z  

wściekłością. Gdy tylko wilk wypadł zza drzew, nieustraszony  

Huan rzucił się nań, ale Karkaras jednym potężnym skokiem  

przesadził wielkiego psa, bowiem cała jego wściekłość  

skierowana była teraz przeciwko Berenowi, w którym rozpoznał  

tego, kogo w swym ciemnym umyśle winił za doznawane katusze.   

Gnom błyskawicznie ruszył przed siebie, celując dzidą w  

gardło bestii. Huan zaś skoczył ponownie, chwytając wilka za  

tylną nogę. W tym samym momencie dzida króla dosięgła serca  

potwora i Karkaras jak kamień runął na ziemię. Zły duch  

bestii opuścił ciało i cicho skamląc poszybował ponad  

ciemnymi wzgórzami ku Mandosowi, gdy tymczasem Beren leżał  

na ziemi, przygnieciony cielskiem wroga. Wkrótce jednak  

zdjęto zeń ten ciężar, bo król wraz z Mablungiem zabrali  

wilka, aby rozpłatać mu brzuch. Tylko Huan pozostał przy  

przyjacielu, liżąc jego twarz, po której spływała krew.   

Niebawem potwierdziła się prawdziwość słów gnoma: kiedy  

wydobyto na wpół spalone, jakby strawione wewnętrznym ogniem  

wnętrzności bestii, wydało się naraz, że noc rozjaśnił  

wspaniały blask jasnych, tajemniczych barw, jakimi świecił  

tkwiący w trzewiach Karkarasa Silmaril. Mablung wydobył  

background image

klejnot i trzymając go w dłoniach podszedł do władcy.   

    - Weź go, królu - powiedział, ale Tinwelint odrzekł: 

    - Nie, nigdy nie dotknę Silmarila. Chyba że otrzymam go  

z rąk Berena.   

    - A to, zdaje się, nie nastąpi nigdy - wtrącił Huan - 

chyba że szybko udzielimy mu pomocy, jest bowiem ciężko  

ranny.   

    Słysząc to Mablung i król zawstydzili się ogromnie. 

    Wszyscy trzej łagodnie unieśli Berena i obmyli jego  

rany. Gnom oddychał, ale nie wypowiedział ani słowa, nawet  

na chwilę nie otworzył też oczu. Kiedy wzeszło słońce i  

myśliwi odpoczęli nieco po walce, tak delikatnie jak to  

tylko możliwe ułożono Berena na zrobionych z gałęzi noszach  

i zaniesiono do zamku. Podróż trwała bardzo długo i  

śmiertelnie zmęczeni łowcy znaleźli się na miejscu dopiero  

koło południa. Przez całą drogę ranny gnom nie poruszył się  

ani nie przemówił, chwilami jedynie jęczał boleśnie.   

    Wśród leśnego ludu głośno było o ich wyprawie, dlatego  

też widząc zbliżający się orszak elfy wybiegły z chat,  

witając myśliwych i przynosząc im jadło, napoje i bandaże.   

Pomimo że żałowano ogromnie rannego Berena, wielka zaiste  

była radość ludu, że wróg został pokonany. Zrobione z  

zielonych gałęzi nosze, na których spoczywał gnom, przykryto  

pięknymi tkaninami i poniesiono ku dworowi króla, gdzie  

szalejąc z niepokoju oczekiwała myśliwych Tinuviel. Na widok  

tego, co się stało, złożyła głowę na piersi ukochanego,  

płacząc i całując go, a wówczas Beren ocknął się i ją  

background image

rozpoznał. Po chwili, wziąwszy z rąk Mablunga Silmaril,  

długi czas wpatrywał się weń, oczarowany jego pięknem.   

    - Oto, królu - rzekł w końcu, z trudem dobywając głosu,  

bo wypowiedzenie każdego słowa sprawiało mu ból - ofiarowuję  

ci ów cudowny klejnot, którego tak pożądałeś. Jego piękno  

jest wszakże niczym w porównaniu z urodą twej córki, która  

teraz należy do mnie.   

    Kiedy jednak wypowiadał te słowa, na jego twarzy kładł  

się już cień Mandosa. Wkrótce duch Berena powędrował na  

kraniec świata, skąd nawet czułe pocałunki Tinuviel nie  

mogły przywołać go z powrotem. (...) 

 

                           Przełożyli Magda i Tomasz Merta