background image
background image

 

 
 
 
 

   BARBARA HANNAY 

PODWÓJNE SZCZĘŚCIE 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
Siedziała  samotnie,  odwrócona  plecami  do  niego.  Nie  potrafił 

wytłumaczyć, dlaczego przykuła jego uwagę. Pomyślał później, że po prostu 
bardzo  różniła  się  od  pozostałych  „trzydziestekpiątek",  które  tradycyjnie  w 
piątkowy  wieczór  okupowały  bar  „Hippo".  Nie  chichotała,  nie  flirtowała  z 
nikim.  Trzymała  w  dłoniach  pustą  szklankę  i  nie  odrywała  wzroku  od 
topniejących na dnie kostek lodu. 

Wyróżniała  się  spokojnym  wyglądem.  Włosy,  ciemne  i  błyszczące,  były 

elegancko  spięte.  Czarna  sukienka  o  prostym  kroju  odsłaniała  jedno  ramię, 
ukazując  z  wdziękiem  klasyczną  linię  ramion  i  szyi.  I  choć  nie  była 
specjalnie krótka, bez trudu dostrzegł zgrabne nogi kobiety. 

Zapragnął  ujrzeć  jej  twarz.  Chciał  wiedzieć,  czy  pasuje  do  tak  powabnej 

reszty ciała. 

I wtedy niespodziewanie odwróciła się. Zaparło mu dech w piersi. Musiał 

przyznać, że wyglądała uroczo. 

Westchnął w myślach, wpatrując się w jej pełne usta, mały nosek i śliczne, 

duże  szare  oczy.  W  jednej  chwili  wyobraził  sobie,  że  oboje  są  w  zupełnie 
innym  miejscu,  a  ta  piękna  kobieta  rzuca  mu  powłóczyste  spojrzenia,  które 
oznaczają tylko jedno: pragnę cię, kochaj się ze mną! 

Skarcił się w duchu za głupie fantazje i odwrócił na pięcie, postanawiając 

poszukać jakiegoś spokojniejszego baru. 

Popełnił  jednak  błąd  i  przed  wyjściem  odwrócił  się,  by  na  nią  spojrzeć 

jeszcze raz. 

Tym  razem  jednak  dostrzegł  coś  więcej  poza  urodą.  Kobieta  wpatrywała 

się  niewidzącym  wzrokiem  w  jeden  punkt.  Doskonale  rozpoznał  to 
spojrzenie  pełne  tęsknoty.  Dokuczała  jej  samotność.  Rozumiał  to,  bo  sam 
czuł dokładnie to samo. 

Z  upływem  lat  dzień  rocznicy  ciążył  mu  coraz  bardziej.  Tym  razem 

postanowił  na  ten  czas  uciec  z  Sydney  i  wyjechał  do  tropikalnego  Cairns. 
Planował spędzić tę noc samotnie, włócząc się po parnym mieście i chłonąc 
jego atmosferę. Miał nadzieję wyciszyć w ten sposób złe wspomnienia. 

Jednak jego wzrok zatrzymał się na dziewczynie przy barze. Zrozumiał, że 

jego plany muszą ulec zmianie. 

Alice za wszelką cenę starała się być dzielna. 

1

RS

background image

Wcale  nie  było  łatwo  siedzieć  samotnie  przy  barze  w  dniu  swoich 

trzydziestych  urodzin.  Na  Boga!  -  zżymała  się  w  myślach.  Mam  powody, 
żeby czuć się fatalnie. 

Najbardziej  złościł  ją  fakt,  że  sama  sobie  była  winna.  Uciekając  z 

własnego przyjęcia urodzinowego, mogła mieć pretensje tylko do siebie. Ale 
czy miała inne wyjście? Rodzina nalegała na spotkanie. Kiedy jednak ciocia 
Bettina  zaczęła  wypominać,  jak  wielkim  wstydem  dla  rodziny  jest  rozwód 
Alice, która przecież niedawno wzięła ślub, jubilatka miała dość. 

Faktem jednak było, że do tej pory żaden członek rodziny Madiganów nie 

był  rozwodnikiem.  Nie  było  też  kobiety  w  tej  rodzinie,  która  nie  powiłaby 
choć  jednego  potomka.  A  nawet  jeśli  któryś  z  mężczyzn  wdał  się  w  jakiś 
romans, to niepisane prawo kobiet Madiganów nakazywało to przemilczeć i 
murem stać przy mężu. 

Alice,  popełniając  wszystkie  trzy  przewinienia,  została  czarną  owcą. 

Mimo  to  wierzyła,  że  postąpiła  słusznie,  rozstając  się  z  Toddem.  Ostatnie 
sześć  miesięcy  stanowiło  dla  niej  ciężką  szkołę  życia,  ale  wyciągnęła 
wnioski  i  zrozumiała,  że  polegać  może  tylko  na  sobie.  Tym  bardziej  nie 
miała  ochoty  wysłuchiwać,  jak  rodzina  miesza  ją  z  błotem.  Osiągnięcie 
trzydziestki  było  wystarczająco  smutne.  Gdy  tort  urodzinowy  został 
pokrojony,  wstała  i  przeprosiła  zebranych,  tłumacząc,  że  koledzy  z  pracy 
czekają na nią z drugim przyjęciem. 

Problem polegał jednak na tym, że wcale się z nimi nie umawiała i kiedy 

dotarła do baru „Hippo" ich już tam nie było. Nie miała nastroju, żeby ganiać 
za nimi po wszystkich lokalach w mieście. 

Siedziała teraz samotna i smutnym wzrokiem wpatrywała się w topniejący 

lód. 

- Jeszcze jeden? 
Wyrwana  z  rozmyślań  uniosła  głowę  i  spojrzała  zaskoczona  na  barmana. 

Ten wskazywał jej pustą szklankę. 

-  Smakował  ci  Francuski  Pocałunek?  Jeśli  tak,  to  może  masz  ochotę  na 

jeszcze jednego drinka? 

Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czy  to  dobry  pomysł,  ale  doszła  do 

wniosku, że w taką noc jak ta najlepszy z możliwych. Sięgnęła po kartę. 

- Zaryzykuję i poproszę tym razem Potężny Orgazm. 
- Ja też spróbuję - odezwał się męski głos tuż obok. Odwróciła gwałtownie 

głowę i zaskoczona spostrzegła 

2

RS

background image

mężczyznę siedzącego na sąsiednim stołku. Zupełnie nie zauważyła, kiedy 

się pojawił. 

Uśmiechnął się i powoli omiótł ją spojrzeniem. Nie  mogła nie zauważyć, 

że był wyraźnie zadowolony z oględzin. 

Sposób, w jaki na nią patrzył i jak się uśmiechał, sprawił, że zrobiło jej się 

przyjemniej. 

- Cześć - przywitał się nieznajomy. 
Nie miała doświadczenia w damsko-męskich rozmowach przy barze. Todd 

był  jej  pierwszym  chłopakiem  i  pobrali  się,  nim  zdążyła  powłóczyć  się  po 
nocnych lokalach. 

-  Cześć  -  odparła,  siląc  się  na  swobodę  i  pewność  siebie.  Miał 

prawdopodobnie około trzydziestu pięciu lat, ciemne włosy i bardzo męską, 
przystojną twarz. 

- Zauważyłem, że pijesz samotnie. A to zły nawyk. 
-  To  żaden  nawyk.  Ot,  jednorazowy  eksperyment  -  próbowała  się 

tłumaczyć. 

- I jak, sprawia ci to przyjemność? 
- Zdecydowanie tak. Tobie nie? 
- Cóż, ja wolę towarzystwo. 
- Ale jesteś sam - zauważyła. 
- To prawda - przyznał, posyłając jej kolejny uśmiech. 
- Ale mogę się łatwo wytłumaczyć. 
Odetchnęła głęboko. Teraz nadeszła pora na jej ruch. 
- Wyszedłeś właśnie z więzienia, zgadłam? Spojrzał na nią zdziwiony, po 

czym się roześmiał. 

-  Prawdę  powiedziawszy,  właśnie  przyjechałem  z  Sydney  i  nikogo  tu  nie 

znam.  -  Spojrzał  na  nią  uważnie  niezwykle  niebieskimi  oczami,  aż  zaparło 
jej dech w piersiach. 

- Jeszcze nikogo nie znam - dodał. 
Pomyślała, że to właśnie jest chwila, w której powinna się go pozbyć, ale 

w  tym  samym  momencie  barman  postawił  drinki  na  blacie.  Nim  zdążyła 
sięgnąć po portmonetkę, nieznajomy położył pieniądze przed barmanem. 

- Ja płacę za tę kolejkę - powiedział. 
Chciała zaprotestować, jednak ugryzła się w język. Pomyślała, że świat się 

nie  zawali,  jeśli  pozwoli  sobie  na  mały  flirt.  Miała  przecież  trzydziestkę  na 
karku i po raz pierwszy w swym dorosłym życiu siedziała samotnie w barze. 
Doskonała okazja, żeby dać się poderwać takiemu przystojniakowi. 

3

RS

background image

Oczywiście, jeśli on będzie miał ochotę, pomyślała trochę smutno. 
- A ty jaką masz wymówkę, że pijesz samotnie? - spytał. 
- Obcy uprowadzili moich przyjaciół. 
- To prawdziwy pech. Dla nich. 
Alice uniosła szklankę i upiła mały łyk. 
- Smakuje ci? - spytała. 
Starała  się  zachować  spokój,  kiedy  przyglądała  się  jego  wargom,  gdy 

zbliżał je do szklanki. Zawstydzona musiała przyznać, że nie było to łatwe. 

- Może być. 
- Piłeś to już wcześniej? 
- Nie - odparł i uśmiechnął się szelmowsko. - To mój absolutnie pierwszy 

Orgazm. 

Zakrztusiła  się  i  z  trudem  opanowała  rumieniec.  Powtarzała  sobie  w 

myślach, że musi zachować spokój. 

-  To  nie  pij  zbyt  szybko.  -  Uniosła  szklankę  w  jego  kierunku,  po  czym 

upiła kolejny łyk. 

- Hej, Alice. Wszystkiego najlepszego! 
Spojrzała na składającego życzenia i rozpoznała w nim mężczyznę, który 

pracował w tym samym budynku co ona. Nie miała pojęcia, skąd wiedział o 
jej  urodzinach,  ale  właściwie  ca  to  za  różnica.  Machnęła  mu  ręką  w 
podziękowaniu, z nadzieją, że nie zakłóci jej rozmowy z nieznajomym. 

Może  to  tylko  kwestia  alkoholu,  pomyślała,  ale  za  nic  nie  chciała,  żeby 

ktoś im teraz przerywał. 

- Masz dziś urodziny? - Nieznajomy patrzył na nią zaskoczony. Wyglądał 

na zakłopotanego. 

- W sumie tak - przyznała, ale zaraz pospiesznie dodała: 
-  W  zasadzie  nigdy  ich  nie  obchodzę.  Nie.  rozumiem,  po  co  się  robi  tyle 

zamieszania, kiedy człowiek kończy... - urwała w pół słowa. 

-  Pewnie  masz  trochę  racji,  chociaż  ja  zawsze  uważałem,  że  to 

świętowanie  jest  potrzebne.  -  Zrobił  znaczącą  pauzę.  -To  zamknięcie 
pewnego etapu w życiu i rozpoczęcie nowego. 

- Świętujmy zatem. - Uniosła szklankę. 
Zaraz ją jednak odstawiła, uznając, że wypiła już wystarczająco dużo. 
- Nasza rozmowa jest bardzo jednostronna - zauważyła. 
- Znasz moje imię, datę urodzin. Ja o tobie nic nie wiem - poskarżyła się. 
- Od czego mam zacząć? 
Czy jesteś żonaty? - pomyślała, ale na głos powiedziała: 

4

RS

background image

- Jak masz na imię? 
- Liam. I mam... - chrząknął znacząco - ...sześć lat -mrugnął do Alice. - I... 

- zawahał się, ale zaraz dokończył 

- .. .też mam dziś urodziny. 
- Żartujesz? - spytała podejrzliwie. 
- Ani trochę - odparł, a na potwierdzenie słów wyciągnął z portfela prawo 

jazdy. 

Spojrzała  na  dokument.  Liam  Cooper  Conway,  urodzony  piątego 

września.  Zmarszczyła  brwi,  próbując  sobie  przypomnieć,  skąd  zna  to 
nazwisko.  Doszła  jednak  do  wniosku,  że  nigdy  nie  mogła  go  spotkać.  Sam 
przecież powiedział, że przyjechał tu z Sydney. 

-  Chciałabyś  wiedzieć  coś  jeszcze?  -  spytał.  Potrząsnęła  głową.  Czymże 

były  dodatkowe  fakty  z  jego  życia  wobec  informacji,  że  jest  jej  bratnią 
duszą, urodzoną tego samego dnia. Obdarzyła go najcieplejszym uśmiechem, 
na jaki ją było stać. 

- Wszystkiego najlepszego, Liam. 
-  Dziękuję.  -  Schował  portfel  do  kieszeni  i  uniósł  szklankę.  -  Twoje 

zdrowie. 

Spojrzała na swoją szklankę i zawahała się. 
-  Nie  wiem,  czy  powinnam  jeszcze  pić.  Nie  mam  pojęcia,  co  oni  tam 

mieszają. 

-  Zastanówmy  się  -  zaczął.  -  Jakie  mogą  być  składniki  Wielkiego 

Orgazmu? 

W jego oczach dostrzegła bardzo wyraźny przekaz. Powietrze między nimi 

aż  pulsowało  od  emocji.  Przeszedł  ją  dreszcz  niepokoju  i  ekscytacji. 
Niebywale  silne  doznanie,  pomyślała,  już  całe  wieki  nie  czuła  czegoś 
takiego. 

- Gdzie świętowałeś swoje szóste urodziny? - spytała, desperacko próbując 

zmienić temat. 

Przyglądał się jej zaskoczony, ale po chwili odparł: 
- W sadzie owocowym moich rodziców, jeśli dobrze pamiętam. 
- To znaczy, że kiedy ja się rodziłam, to ty obżerałeś się owocami? 
- Pewnie tak. Chociaż gdybym miał wybór, to zdecydowałbym się na lody. 
- Nie było przyjęcia? 
- Moi rodzice nie mieli czasu na takie rzeczy. 

5

RS

background image

Przez  moment  jego  twarz  spochmurniała.  Dopił  drinka  i  wzruszył 

ramionami,  jakby  chciał  zrzucić  z  siebie  jakieś  niemiłe  wspomnienia.  Alice 
odniosła wrażenie, że pożałował swojej szczerości. 

-  I  dlatego  teraz  lubię  świętować  -  dodał  już  pogodniej.  Chciała 

zaoferować  swoje  towarzystwo,  ale  poczuła,  że  kręci  jej  się  w  głowie  i 
postanowiła już wyjść. Jednak nie ruszyła się z miejsca. 

-  To  naprawdę  smutne,  że  obcy  porwali  twoich  przyjaciół  akurat  dziś  - 

odezwał się cicho. 

Kiwnęła głową. 
- Miałam nadzieję, że dziś zły los o mnie wreszcie zapomni - powiedziała 

smutno.  -  Och,  przepraszam  -  wzdrygnęła  się.  -  Ty  przecież  masz  ochotę 
świętować, a nie wysłuchiwać smutnych historii. 

Wzruszył ramionami. 
-  Prawdę  mówiąc,  na  nic  nie  miałem  specjalnej  ochoty.  Dopóki  nie 

zauważyłem ciebie. 

Jego  uśmiech  sprawiał,  że  serce  zabiło  jej  szybciej.  Spuściła  wzrok  i 

sięgnęła po niedokończonego drinka. 

- Zgaduję, że to jakiś facet wlał tyle smutku w twoje serce, mam rację? 
Była  zbyt  zaskoczona,  żeby  zachować  rozwagę,  i  przytaknęła  bez 

namysłu. 

- Świnia. 
-  Najgorszy  gatunek.  -  W  zamyśleniu  zajrzała  do  swojej  szklanki  i  nie 

wiedząc,  dlaczego  to  robi,  dodała:  -  Wróciłam  kiedyś  do  domu  wcześniej  i 
zastałam go w łóżku z inną. 

Wspomnienia powróciły, roztrzęsiona przycisnęła drżącą dłoń do ust. 
-  Świnia  to  mało  powiedziane  -  skomentował  krótko.  Empatia  Liama 

spowodowała,  że  Alice  przestała  panować  nad  emocjami.  Musiała  się 
wyżalić. 

- Było wiele sygnałów, że coś jest nie w porządku, ale nie chciałam w nie 

wierzyć. 

Zamrugała nerwowo, gdy łzy napłynęły jej do oczu. Była na siebie zła, że 

nie panuje nad emocjami. 

- Zniszczysz sobie makijaż - odezwał się i wyciągnął chusteczkę. 
-  Dzięki.  -  Otarła  łzy  i  głęboko  odetchnęła.  -  Wiesz,  najbardziej  mnie 

wkurzyła  nie  sama  zdrada,  ale  fakt,  że  przyprowadził  tę  kobietę  do  naszej 
sypialni. 

- Mieszkaliście razem? 

6

RS

background image

- Był moim mężem - wyjaśniła. - Wyszłam za świnię. - Nerwowo szarpała 

chusteczkę.  -  Dobrze  wiedział,  jak  kochałam  ten  pokój.  Włożyłam  wiele 
wysiłku  w  jego  urządzenie.  -  Spojrzała  na  Liama  przepraszająco.  - 
Domyślam się, że to dla ciebie nudna opowieść. Przepraszam. 

Potrząsnął głową. 
-  Rozumiem  cię  -  powiedział  cicho.  -  Zbeszcześcił  twoje  ukochane 

miejsce. To niewybaczalne. 

Patrzyła  na  niego  osłupiała.  Liam  Conway  okazał  się  nie  tylko  uroczym 

mężczyzną, ale również wrażliwym człowiekiem. Straciła już wiarę, że tacy 
istnieją. 

- Mara nadzieję, że się go pozbyłaś? 
- O tak - przytaknęła żarliwie. - Okazało się, że tych kobiet było więcej - 

westchnęła. - Rozwiedliśmy się równo cztery miesiące temu. 

- Nie da się ukryć, że wciąż wyglądasz na podłamaną. 
-  Nie,  już  wszystko  jest  w  porządku  -  zapewniła.  -  Moje  małżeństwo  to 

historia. Całe życie przede mną i nie chcę zmarnować ani jednego dnia. 

- Kolejny powód do świętowania. - Uśmiechnął się. - 
To  może  poszukamy  jakiegoś  miejsca,  gdzie  moglibyśmy  zatańczyć?  - 

zaproponował. 

Westchnęła i pomyślała, że nie tańczyła od lat. Todd wiecznie powtarzał, 

że taniec go nudzi, toteż szybko wyszła z wprawy. 

- Obawiam się, że nie jestem najlepszą tancerką - przyznała zakłopotana. 
- Nie wierzę ci ani trochę. - Liam wstał. - Chodź, dziś są nasze urodziny. 

Zaszalejmy. 

Przełknęła  nerwowo  ślinę  i  popatrzyła  na  niego.  Pomyślała,  że  było  coś 

bardzo  fascynującego  w  tym  mężczyźnie.  Coś,  co  nie  pozwalało  dojść  do 
głosu  jej  zdrowemu  rozsądkowi.  Coś,  co  kazało  jej  iść  z  nim.  Choć 
wewnętrzny  głos  nakazywał  zachowanie  dystansu,  to  Alice  ignorowała 
wszelkie ostrzeżenia. Chciała spędzić tę noc z Liamem. 

Poza tym, pomyślała, kiedy drugi raz będziesz miała trzydzieste urodziny? 
- Chodźmy zatem - odparła. 
Wyszli  na  ulicę.  Jakiś  fotograf  robił  zdjęcia  ludziom  kręcącym  się  przed 

barem. Gdy spostrzegł Liama i Alice, zawołał w ich stronę: 

-  Czy  pozwoli  pan,  że  sfotografuję  tak  uroczą  parę?  Liam  machnął 

niecierpliwie ręką. 

- Witaj w północnym Queenslandzie - zaśmiała się Alice. - Lokalne gazety 

mają całe strony poświęcone takim głupotom. 

7

RS

background image

- To pozostaje się cieszyć, że już się go pozbyliśmy -mruknął i chwycił ją 

za rękę, kiedy przeciskali się przez tłum próbujący wejść do kolejnego baru. 

Zadrżała. Jego dotyk był elektryzujący. 
- Gdzie znajdziemy najlepsze miejsce do potańczenia? 
- „Reef Club" jest podobno dobry. 
- Podobno? 
- Nigdy tam nie byłam - przyznała. 
Spojrzał  na  nią  zaciekawiony,  ale  nic  nie  powiedział.  Odetchnęła  z  ulgą, 

bo  niespecjalnie  chciała  wyjawiać  sekrety  jej  nieudanego  małżeństwa. 
Opowiadanie  o  weekendach  z  Toddem,  który  preferował  towarzystwo 
kolegów  przy  piwie  lub  z  wędką  w  dłoni,  nie  należało  do 
najprzyjemniejszych. 

Przez głowę przebiegła jej myśl, że Liam traktuje ją na zasadzie przygody 

na jedną noc. Zaskoczona pomyślała, że wcale jej to nie przeszkadza. Wręcz 
przeciwnie.  Nie  zależało  jej  na  stałym  związku.  Przecież  właśnie  uwolniła 
się z jednego, kompletnie nieudanego. 

Dotarli  do  „Reef  Club"  i  Alice  zaczęła  odczuwać  wątpliwości.  Nie 

tańczyła od lat. Z przerażeniem spojrzała na zatłoczony parkiet, wypełniony 
wtulonymi  w  siebie  parami,  które  oświetlało  przymglone  światło.  Rzut  oka 
na  przystojnego  Liama  Conwaya  wystarczył,  by  zrozumiała,  że  jest  w 
poważnych tarapatach. 

-  Zatańczymy  urodzinowy  taniec?  -  Uśmiechnął  się  ciepło  i  nie  czekając 

na  odpowiedź,  chwycił  dłoń  Alice  i  pociągnął  za  sobą  na  parkiet.  Nie 
zdążyła powiedzieć słowa, a już znalazła się w jego ramionach. 

Kolana  się  pod  nią  ugięły.  Była  przekonana,  że  Liam  musi  słyszeć  jej 

łomoczące  serce.  Kołysali  się  leniwie  przy  bluesowych  dźwiękach 
saksofonu,  a  Alice  po  prostu  płonęła  z  podniecenia.  Długie  miesiące 
separacji odcisnęły swoje piętno na jej psychice. Tęskniła za towarzystwem 
mężczyzny. Z  całych sił pragnęła, by Liam ją pocałował. Chciała się  z  nim 
kochać. 

Czuła,  że  Liam  myśli  o  tym  samym.  Jego  usta  otarły  się  o  jej  czoło. 

Podekscytowana wtuliła się w niego, pragnąc go poczuć jeszcze bliżej. Objął 
ją mocniej i nachylił się do ucha. 

- Czy zdajesz sobie sprawę, jaka jesteś cholernie piękna? Pomyślała, że tak 

nie  odzywa  się  delikatny  i  wrażliwy  mężczyzna,  ale  trawił  ją  ogień 
pożądania i nie zwracała na to uwagi. 

8

RS

background image

W przerwie między kolejnymi piosenkami, ponownie się do niej nachylił i 

szepnął zmysłowym głosem: 

- Urodzinowa panienko, chciałbym zaprosić cię do siebie. Jęknęła cicho i 

wtuliła twarz w jego ramiona. Pomyślała, że już wychodząc z baru „Hippo", 
zgodziła  się  na  taki  scenariusz,  ale  przez  krótką  chwilę  zdrowy  rozsądek 
zwyciężył i nagle poczuła niepokój. 

-  Zły  pomysł?  -  spytał,  łagodnie  głaszcząc  jej  kark.  Musiała  przyznać  w 

myślach, że nie znała odpowiedzi. 

Postanowiła zadać mu najważniejsze pytanie. 
- Liam, czy jesteś żonaty? - Nie. 
Spojrzała mu głęboko w oczy i szepnęła. 
- W takim razie to nie jest zły pomysł. 
Wyraźnie  poczuła,  jak  wstrząsnął  nim  dreszcz.  Chwilę  później  wyszli  z 

baru,  trzymając  się  za  ręce.  Taksówka  podjechała,  kiedy  podeszli  do 
krawężnika.  Wsiedli  do  środka.  Podała  adres  swojego  mieszkania, 
wychodząc z założenia, że na własnym terenie będzie czuła się pewniej. 

- Miła okolica - odezwał się Liam, kiedy dojeżdżali na miejsce. 
Nie zareagowała, więc milczał przez resztę drogi. 
W głowie Alice aż huczało od natrętnych myśli. Przecież tak naprawdę nic 

nie wie o tym mężczyźnie, być może właśnie popełnia wielki błąd. 

Gdyby  wróżka  przepowiedziała  jej,  że  przyprowadzi  przystojnego 

nieznajomego  do  domu,  to  zaśmiałaby  się  jej  w  twarz.  Takie  rzeczy  mogły 
się wydarzyć jedynie w jej najskrytszych i najdzikszych fantazjach. Nigdy na 
jawie. 

Pomyślała,  że  najlepszym  rozwiązaniem  będzie  zaproponowanie  kawy. 

Postanowiła  zaprosić  go  do  swojej  eleganckiej  kuchni  i  wypytać  o  kilka 
rzeczy. Przecież nic o nim nie wiedziała. 

Nie  zdążyła  tego  zrobić.  Kiedy  tylko  drzwi  zamknęły  się  za  nimi,  Liam 

chwycił  ją  w  ramiona.  Kawa  i  wszelkie  ważne  pytania  wyparowały  jej 
błyskawicznie z głowy. 

Całował cudownie, usta miał miękkie i ciepłe. Kolana ugięły się pod nią. 
- Masz wspaniałe usta - wymamrotał. 
Jęknęła tylko, nie znajdując siły na odpowiedź. 
- I boską szyję - dodał, całując namiętnie jej skórę. 
Nie  mogła  opędzić  się  od  myśli,  że  Liam  całował  inaczej  niż  Todd.  Tak 

namiętnie  i  gorąco.  Chociaż...  Wzdrygnęła  się.  To  nie  czas,  żeby  myśleć  o 
Todzie. 

9

RS

background image

Spragniona  kontaktu  fizycznego  wtuliła  się  namiętnie  w  Liama,  pragnąc, 

by kochał ją z całych sił. 

To,  co  wyprawiały  jego  usta,  kazało  wierzyć  Alice,  że  naprawdę  jej 

pożąda.  Całował  dziko  i  namiętnie,  smakując  każdy  centymetr  skóry.  Jego 
dłonie w jakimś szaleńczym tańcu błądziły po jej ciele. 

Pomiędzy  pocałunkami  spytał  niskim,  namiętnym  głosem,  gdzie  ma  ją 

zanieść.  Podniecona,  nie  była  w  stanie  wydusić  z  siebie  słowa.  Objęła  go 
mocno i wskazała drogę do sypialni. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

10

RS

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Obudzenie  się  u  boku  Liama  Conwaya  uznała  za  dość  dziwne.  Dziwne  i 

cudowne zarazem. A jednocześnie odrobinę smutne. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  po  tej  pełnej  namiętności  nocy  Liam  zaraz 

opuści jej życie na zawsze i nigdy więcej się w nim nie pojawi. 

Z głową opartą na dłoni patrzyła, jak się budził. Zamrugał niespokojnie, po 

czym spojrzał na nią. 

- Dzień dobry. - Uśmiechnął się ciepło. 
- Dobry. - Odwzajemniła uśmiech. 
Przyglądała mu się uważnie i nerwowo zastanawiała się, jak poprowadzić 

rozmowę.  Wiedziała,  że  bez  względu  na  wszystko  przyjdzie  im  się  teraz 
pożegnać. 

-  Zapowiada  się  piękny  dzień  -  powiedziała  i  zaraz  pomyślała,  że  to  nie 

najlepszy początek. 

Wstęp  był  oklepany  i  sztampowy.  Zupełnie  nie  pasował  do  namiętności, 

jaka połączyła ich tej nocy, ale zabrakło jej konceptu. Miała powiedzieć, że 
dziękuje  mu  za  najwspanialszy,  najbardziej  poruszający  seks  w  jej  życiu? 
Aczkolwiek to właśnie byłoby najbliższe prawdy, dodała w myślach. Tylko 
czy  Liam  by  jej  uwierzył?  Być  może  dla  niego  nie  było  w  tym  nic 
nadzwyczajnego. 

Przeciągnął  się  i  podążył  za  jej  wzrokiem.  Widok  za  oknem  ukazywał 

niebywale zielone palmy na tle błękitnego nieba. 

-  Witamy  w  raju  -  mruknął.  -  Zupełnie  jak  z  broszurki  turystycznej.  - 

Spojrzał ponownie na Alice. - A ty i ja jesteśmy o jeden dzień starsi. 

Usiadła na łóżku, zasłaniając się prześcieradłem. 
-  Cieszę  się,  że  zostałeś  na  noc  -  odezwała  się  zawstydzona.  -  Czułabym 

się  fatalnie,  gdybyś  wyszedł  zaraz  po...  Po  tym  jak  celebrowaliśmy  nasze 
urodziny - dokończyła zakłopotana. 

-  Byłbym  skończoną  świnią,  gdybym  pozwolił  ci  poczuć  się  fatalnie.  - 

Zmarszczył brwi. - Poza tym z tego co pamiętam, świętowaliśmy niemal całą 
noc. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

Poczuła,  jak  rumieniec  oblewa  jej  policzki.  Liam  nie  spuszczał  z  niej 

wzroku i chwilę później miała wrażenie, że znowu cała płonie. Pomyślała, że 
dałaby wiele za odpowiedź na pytanie, gdzie kończy się jednonocna przygo-
da,  a  zaczyna  coś  poważniejszego.  Nie  chciała  poważnego  związku.  Nie 
chciała, by znowu ktoś ją skrzywdził. 

11

RS

background image

- Zaparzę kawę - wymamrotała. - A może wolisz herbatę? 
- Z przyjemnością napiję się kawy - odparł. 
Wiedziała,  że  gdyby  wziął  ją  w  ramiona,  byłaby  zbyt  słaba,  żeby 

zaprotestować.  Dlatego  też  z  wdzięcznością  przyjęła  jego  odpowiedź. 
Przeturlała  się  na  brzeg  łóżka  i  poszła  do  łazienki.  Kilka  minut  później, 
ubrana  już  w  miękki  biały  szlafrok,  udała  się  do  kuchni.  Niedługo  później 
dołączył do niej Liam. 

Serce zabiło jej mocniej. Zakłopotana pomyślała, że o ile taka reakcja była 

zrozumiała  na  parkiecie  lub  w  sypialni,  to  widok  Liama  w  otoczeniu 
garnków i ściereczek nie powinien tak na nią działać. 

- Kawa pachnie wspaniale - powiedział. 
- Masz ochotę na rogalika? - spytała, wyciągając paczkę z zamrażalnika. - 

Ja  bez  nich  nie  wyobrażam  sobie  sobotniego  poranka.  Kawa,  rogaliki  i 
gazeta - wyjaśniła. - Dziś nie zawracałam sobie głowy prasą, ale jeśli  masz 
ochotę, to kiosk jest tuż obok domu. Zdążysz wrócić, nim je rozmrożę. 

Zamyślił się przez chwilę, po czym pokręcił głową. 
-  Przeżyję  dziś  bez  wieści  ze  świata.  Do  poniedziałku  mam  wolne,  więc 

jakoś dam sobie z tym radę. 

- Czyli przeniosłeś się do Cairns, żeby zacząć tu nową pracę? - zapytała. 
- Kupiłem firmę, która ma tutaj swoją filię - odparł tonem, który dawał do 

zrozumienia,  że  nie  ma  ochoty  wdawać  się  w  szczegóły.  -  Idę  o  zakład,  że 
zielony to twój ulubiony kolor. - Zmienił temat. 

Spojrzała  na  komplet  zielonych  talerzy  i  szklanek  ustawionych  starannie 

na kuchennych półkach. 

- Chyba masz rację - uśmiechnęła się ciepło, mile połechtana faktem, że to 

zauważył. - Według znawców, Panny wolą kolor biały. 

- Tak? 
- Tak mówią. - Wzruszyła ramionami. - Ale ja od dwunastego roku życia 

zbieram wszystko co zielone. To prawie jak choroba. 

Na  moment  chmury  spowiły  jej  myśli.  Przypomniała  sobie  Todda,  który 

nie cierpiał jej kolekcji. Pewnego dnia zrobił jej awanturę i wykrzykiwał, że 
nie  są  cholernymi  Irlandczykami,  żeby  zbierać  zielone  talerzyki.  W  złości 
stłukł  jeden  z  jej  ulubionych  półmisków.  Przez  pięć  lat  musiała  trzymać  je 
pochowane  po  szafkach.  Teraz  wreszcie  mogła  ustawiać  naczynia  i 
eksponować tak, jak na to zasługiwały. 

Liam  sięgnął  po  jedno  z  nich.  Przyjrzał  mu  się  z  uwagą,  przeczytał 

nazwisko projektanta na odwrocie i zwrócił się do Alice. 

12

RS

background image

-  Są  świetne.  Mają  osobowość  i  bez  dwóch  zdań  biją  na  głowę  banalne 

białe naczynia, jakie możesz na co dzień spotkać w byle restauracji. 

Ostrożnie odstawi! półmisek na miejsce. 
Alice  wyjęła  serwetki  z  szuflady.  Z  bliżej  nieznanego  powodu  zaczęła 

zastanawiać  się,  jaki  to  biznes  Liam  zamierza  prowadzić  w  jej  mieście. 
Pomyślała  co  prawda,  że  gdyby  chciał,  to  sam  by  jej  o  tym  powiedział,  ale 
ciekawość zwyciężyła. 

- Czym się będziesz teraz zajmował? 
- Kupiłem biuro turystyczne. Zamarła, czując, jak cała sztywnieje. 
- Które? 
Zaskoczony pytaniem przyglądał się jej, nic nie mówiąc. 
- Proszę, powiedz, że nie kupiłeś Kanga Tours? Mięśnie jego twarzy lekko 

drgnęły. Skonfundowany wzruszył ramionami. 

- A czy to ma jakieś znaczenie? 
- Nie... To znaczy w zasadzie tak. To ma znaczenie. 
- Słucham? - Liam był wyraźnie zbity z tropu zachowaniem Alice. 
Poczuła nagły przypływ paniki. 
- O Boże - jęknęła. - Nie mogę w to uwierzyć. 
- W co nie możesz uwierzyć? Nie rozumiem, w czym tkwi problem. 
Nie  odpowiedziała.  Utkwiła  wzrok  w  szybie  kuchenki  mikrofalowej. 

Rogaliki były już niemal gotowe. 

- Co wiesz o Kanga Tours? - spytał. - Firma doradcza na  moje polecenie 

dokładnie  przebadała  rynek  i  wierzę,  że  dokonałem  dobrego  wyboru.  Zdaję 
sobie  sprawę,  że  biuro  nie  przynosiło  oczekiwanych  zysków,  ale  po  to 
właśnie tu jestem. Żeby to zmienić. Mam nadzieję, że zarządzając wszystkim 
na  miejscu,  osiągnę  oczekiwane  rezultaty.  Wszelkie  wskaźniki  rokują 
poprawę. 

- Tak - powiedziała przeciągłe. - To rzeczywiście dobry biznes. Jeśli jesteś 

dobrym biznesmenem, przyniesie ci spore zyski. 

Serce  waliło  jej  jak  oszalałe.  Miała  wrażenie,  że  Liam  widzi,  jak  całe  jej 

ciało drży od kolejnych uderzeń. 

- To dlaczego wyglądasz, jakbym przyniósł jakieś bardzo złe wieści? 
Przygryzła wargę. Pomyślała, że nie spodoba mu się to, co zaraz usłyszy. 
- Na Boga, Alice, wyduś to wreszcie! Wyglądasz, jakbym właśnie wyznał, 

że jestem groźnym terrorystą. 

- Bo ja... Ja pracuję w Kanga Tours. 

13

RS

background image

Nie  potrafił  ukryć  zaskoczenia.  Zaklął  pod  nosem  i  nerwowo  poprawił 

włosy. 

Dobrze wiedziała, o czym teraz myśli. Mógł mieć sporo nieprzyjemności, 

gdyby  wydało  się,  że  pierwszą  noc  w  mieście  spędził  z  jedną  ze  swoich 
pracownic.  Na  pewno  nie  było  mu  to  na  rękę.  Prawdę  mówiąc,  Alice 
również nie. 

Firmowe  romanse  rzadko  kiedy  kończyły  się  dobrze.  Miniona  noc  mogła 

okazać się fatalna w skutkach dla nich obojga. 

W jednej chwili przypomniała sobie poruszenie, jakie  wywołała w firmie 

informacja, że nowy szef przyjedzie aż z Sydney. I w tym samym momencie 
olśniło ją. 

- Conway! - niemal krzyknęła. - Teraz już wiem, dlaczego twoje nazwisko 

wydało  mi  się  znajome.  Boże!  -  Dłońmi  chwyciła  się  za  czoło.  -  Gdybym 
skojarzyła  to  wcześniej...  Idąc  do  baru,  firma  i  nowy  szef  były  ostatnimi 
rzeczami, o jakich myślałam. 

- Nic dziwnego - przyznał. 
Rumieniec oblał jej twarz na myśl o tym, co zaprzątało głowy ich obojga 

zeszłej nocy. Z zakłopotania wyrwał ją dźwięk kuchenki, która informowała, 
że najwyższy czas wyjąć  rogaliki. Przygotowała tacę  z talerzykami, kawą i 
dżemem. 

Liam jednym skokiem znalazł się przy Alice. 
- Pozwól, że ci pomogę. 
Ich  dłonie  otarły  się  o  siebie,  kiedy  podawała  mu  tacę.  Nim  zdążyła 

pomyśleć, co robi, uniosła wzrok. Ich oczy spotkały się. Twarz Liama była 
tak  blisko.  Zbyt  blisko,  pomyślała  przestraszona.  W  ich  połączonym 
spojrzeniu  skrywane  były  wszystkie  tajemnice  ich  wczorajszego  zbliżenia, 
pieszczoty  Liama,  delikatny  dotyk  jego  dłoni  i  dzika,  pełna  pożądania 
reakcja Alice na jego pocałunki. 

Kłopoty  związane  z  rozwodem  przeszkadzały  jej  skupić  się  na  pracy,  a 

teraz jeszcze to... Nie potrafiła sobie nawet wyobrazić, jak zdoła zapomnieć 
o nocy spędzonej z szefem. .. Nie, to się nie może udać. 

Usiedli do śniadania i przez kolejne minuty ich rozmowa toczyła się tylko 

wokół  smaku  kawy  i  grzecznościowych  formułek.  Oboje  jednak  wiedzieli, 
że w ten sposób nie uciekną od problemu, który mieli. 

-  Myślę,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  każde  z  nas  pójdzie  w  swoją  stronę  - 

zaproponowała. 

Przyjrzał jej się badawczo. 

14

RS

background image

- Tego właśnie chcesz? Przestraszyło ją to pytanie. 
- No tak. Oczywiście. Ty chyba też, prawda? - jąkała. 
Ku  jej  zakłopotaniu,  nie  odpowiedział.  Zamiast  tego  napił  się  kawy,  po 

czym powoli i uważnie odstawił filiżankę na spodeczek. 

- Pomówmy jeszcze o pracy. Czym zajmujesz się w Kanga Tours? 
Nerwowo zaczęła się zastanawiać, dlaczego Liam zmienia temat. Czy był 

na  nią  zły?  Czy  oczekiwał  czegoś  więcej  niż  jednonocnej  przygody?  Myśl, 
że tak właśnie mogło być, szczerze ją przeraziła. Z trudem wydobyła z siebie 
głos. 

-  Jestem  starszym  konsultantem  -  wydusiła  ze  ściśniętego  gardła.  - 

Zajmuję się organizacją największych wycieczek. 

Pokiwał głową. 
- Wycieczki na rafę, do buszu i lasu deszczowego, tak? 
-  Oczywiście  -  odparła  dumnie.  -  Wszystko,  czego  oczekują  klienci.  Od 

nurkowania  na  rafie,  przez  nocleg  w  dziczy,  po  degustację  lokalnych 
smakołyków. 

- Wierzę, że jesteś w tym świetna - uśmiechnął się. 
-  Bardzo  lubię  moją  pracę.  Przynosi  mi  wiele  satysfakcji.  -  Ponieważ  nie 

zareagował, dodała zaraz: - Domyślam się, że moja obecność w biurze może 
być dla ciebie niewygodna, ale zapewniam cię, że potrafię być dyskretna i w 
pełni profesjonalna. 

- Nie mam co do tego wątpliwości. Jesteś bystrą dziewczynką. 
Bystrą  dziewczynką?  -  pomyślała  zezłoszczona.  To  chyba  degradacja  po 

tym, jak jeszcze kilkanaście minut temu nazwał ją wyjątkową kobietą. 

-  Cóż,  to  najlepsze  rozwiązanie  -  dodał.  -  Od  teraz  nasze  relacje  będą 

jedynie zawodowe. 

- Tak jest. 
-  Jesteśmy  dorośli  i  wierzę,  że  bez  problemu  odnajdziemy  się  w  nowej 

sytuacji, nie wchodząc sobie w drogę. 

-  Oczywiście  -  zgodziła  się.  -  W  biurze  pracuje  dziesięć  osób,  więc  nie 

będziemy na siebie wpadać. 

- Przypuszczam, że wiele czasu będę spędzał poza biurem. Szczególnie na 

początku,  kiedy  jest  wiele  rzeczy  do  zorganizowania.  Chciałbym  zacząć  od 
zmiany siedziby. 

- To znaczy, że nasz budynek nie jest wystarczająco dobry? 

15

RS

background image

-  Potrzebujemy  czegoś  lepszego  -  odparł  stanowczo.  -Może  na  głównej 

promenadzie... - zastanawiał się. - Z widokiem na ocean i góry. W miejscu, 
gdzie każdy odwiedzający Cairns wręcz musi na nas wpaść. 

Nałożył  sobie  dodatkową  porcję  dżemu  i  obserwując  widok  za  oknem, 

powoli dokończył rogalik. Po chwili spojrzał na Alice. 

-  No  cóż,  było  cudownie,  ale  chyba  pora,  żebym  zostawił  cię  już  w 

spokoju i pozwolił realizować plany weekendowe. 

Uśmiechnęła  się  najładniej,  jak  potrafiła.  Miała  nadzieję,  że  sprawia 

wrażenie  osoby,  która  ma  tych  planów  tyle,  że  nie  wie,  czy  zdąży  je 
zrealizować. 

Liam wstał i zaczął sprzątać po śniadaniu. Poprosiła, żeby tego nie robił. 
Pomyślała  smutno,  że  ma  przecież  całe  dwa  dni  na  zaniesienie  brudnych 

naczyń  do  kuchni.  W  sumie  nic  innego  nie  planowała.  Do  tej  pory 
weekendy,  po  pracowitym  tygodniu,  witała  z  radością.  Ten  natomiast 
zapowiadał  się  wyjątkowo  nieatrakcyjnie.  I  samotnie.  Przez  chwilę  pomy-
ślała, że przecież zobaczy Liama już w poniedziałek, ale zaraz uzmysłowiła 
sobie,  że  to"  akurat  nie  jest  powód  do  radości.  Dlaczego  u  licha  musiała 
przespać się ze swoim nowym szefem? 

- Zamówić ci taksówkę? - zaproponowała. 
-  Nie,  dziękuję.  Jest  piękny  dzień,  a  ja  chętnie  się  przejdę  i  rozejrzę  po 

okolicy. Muszę dobrze poznać swój nowy dom. 

Ze  ściśniętym  gardłem  odprowadziła  go  do  drzwi.  Kiedy  odwrócił  się  w 

jej  stronę,  miała  ochotę  się  rozpłakać.  Wiedziała,  że  nie  może  sobie  na  to 
pozwolić.  Spojrzał  na  nią,  a  ona  nie  wiedziała,  jak  powinna  się  zachować. 
Pocałować go na pożegnanie? Podać mu rękę? 

Uśmiechnęła  się  w  wymuszony  sposób  i  zdecydowanym  ruchem 

wyciągnęła przed siebie dłoń. 

- Do zobaczenia w biurze, panie Conway - powiedziała oficjalnym tonem. 
- Nie rób tego, proszę - powiedział miękko, chwytając jej dłoń. - Nie bądź 

taka. 

Chciała  zapytać  jaka,  ale  nie  zdążyła.  Ku  jej  zaskoczeniu  i  wielkiej 

radości,  zatrzasnął  ramieniem  uchylone  już  drzwi  i  chwycił  ją  w  ramiona. 
Przyciągnął ku sobie i gwałtownie pocałował. 

Pasja,  z  jaką  to  zrobił,  odebrała  jej  mowę.  Całował  ją  namiętnie,  mocno, 

zaborczo. Serce Alice waliło jak oszalałe. A Liam kontynuował pocałunek. 

16

RS

background image

Spędzili  ze  sobą  jedną  noc,  ale  odnosiła  wrażenie,  jakby  znali  się  od  lat. 

Tak  jakby  jej  miejsce  było  w  jego  ramionach,  jakby  od  dawna  należała  do 
tego mężczyzny. 

Odsunął  się  równie  niespodziewanie,  jak  przed  chwilą  ją  pocałował. 

Zakłopotany patrzył w jej oczy, 

-  Do  diabła.  Nie  tak  zamierzałem  się  pożegnać.  -  Przylgnął  ustami  do  jej 

czoła.  -  Przepraszam,  Alice,  to  się  więcej  nie  powtórzy.  Od  tej  chwili  będę 
zachowywać się przyzwoicie. 

Wciąż  nie  mogąc  złapać  tchu,  nie  odpowiedziała.  Oszołomiona  patrzyła, 

jak  ponownie  otwiera  drzwi  i  wychodzi  na  zewnątrz.  Rzucił  na  nią  ostatni 
raz okiem, a potem pewnym krokiem ruszył przed siebie. 

Z  dłonią  przy  wargach,  przyglądała  mu  się,  dopóki  nie  zniknął  za 

zakrętem. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

17

RS

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
Liam  większość  weekendu  spędził  w  biurze.  Analizował  dokumentację 

firmy,  planował  strategię  i  układał  grafik  na  najbliższe  dni.  Był 
podekscytowany  i  zdeterminowany  wyzwaniem,  jakie  przed  sobą  postawił. 
Zamierzał w stosunkowo krótkim czasie doprowadzić firmę Kanga Tours na 
pierwsze  miejsce  wśród  biur  podróży  na  północnym  wybrzeżu.  Jako 
człowiek,  który  wszystko  zawdzięczał  wyłącznie  sobie,  nie  bał  się  ciężkiej 
pracy. 

Na samym szczycie listy najważniejszych rzeczy do zrobienia znajdowało 

się wynajęcie nowej siedziby oraz wdrożenie agresywnej akcji promocyjnej. 
I  oczywiście  oszacowanie  możliwości  obecnego  personelu.  Kilkanaście  lat 
temu  w  innej  firmie  wymienił  niemal  cały  zespół.  Gotów  był  zrobić  to 
ponownie, ale... No właśnie, zasępił się. Co z Alice? Zdenerwowany zacisnął 
pięści.  Czy  będzie  potrafił  wręczyć  jej  wypowiedzenie,  jeśli  nie  okaże  się 
wystarczająco dobrym pracownikiem? 

Nie  potrafił  wymazać  jej  z  pamięci.  Cały  czas  widział  ją  nagą,  z  głową 

opartą  na  poduszce,  z  półotwartymi  ustami,  zapraszającymi  do  pocałunku. 
Była niebywale słodka, zmysłowa. Nie potrafił zrozumieć, dlaczego jej mąż 
wolał inną. 

Liam płonął z pożądania do Alice, ale doskonałe rozumiał, że romanse w 

pracy są  zazwyczaj niezwykle kłopotliwe. Za nic w świecie nie  miał prawa 
narażać sukcesu firmy na niebezpieczeństwo. Nie po tym, co wydarzyło się 
kiedyś.  Miał  dług  do  spłacenia,  dlatego  powinien  skupić  się  na  sprawach 
biznesowych. 

W poniedziałek rano ktoś zastukał do drzwi jego gabinetu. Uniósł głowę i 

zobaczył  Dennisa  Ericsona,  dyrektora  miejscowego  oddziału  Kanga  Tours. 
Stał oparty o framugę i uśmiechał się wyniośle. 

- Dzień dobry, Dennis. - Liam wstał i wyciągnął rękę na powitanie. 
Spotkali  się  już  wcześniej,  kiedy  Liam  zapoznawał  się  z  kondycją  firmy, 

przed podjęciem decyzji o jej zakupie. 

Dennis  odwzajemnił  gest,  ale  cierpki  grymas  na  jego  twarzy  zdradzał,  że 

nie robi tego z przyjemnością. 

-  Widzę,  że  już  się  pan  urządził  -  zauważył  chłodno,  rozglądając  się  po 

pomieszczeniu. 

Liam kiwnął głową. 
- Spędziłem tu cały weekend, przeglądając dokumenty. 

18

RS

background image

-  A  zgłosił  się  już  pan  po  nagrodę?  -  Cierpki  uśmiech  powrócił  na  twarz 

Dennisa. 

- Nagrodę? 
Dennis spojrzał na niego z ukosa i Liam poczuł, że dzieje się coś złego. 
- O czym ty mówisz? 
-  Sobotnie  wydanie  „Głosu  Cairns".  -  Jego  głos  zabrzmiał  złowieszczo.  - 

Strona trzecia. 

Liam wzruszył ramionami. 
- Nie przeglądałem jeszcze prasy. Czy to coś ważnego? Coś związanego z 

firmą? 

Dennis zaśmiał się nieprzyjemnie. Z kieszeni wyciągnął wycięty fragment 

gazety i rzucił na biurko. 

Rozzłoszczony  samozadowoleniem  pracownika,  Liam  nie  połknął 

przynęty.  Z  doświadczenia  wiedział,  że  pracownicy  często  chcą  uzyskać 
przewagę  nad  nowym  szefem.  Rzucił  okiem  na  złożoną  kartkę  papieru,  po 
czym przeniósł wzrok na Dennisa. Nie ruszał się. Czekał. 

Uśmiech  zniknął  z  twarzy  Dennisa.  Nerwowo  spoglądał  na  szefa,  aż 

wreszcie wydął wargi i podniósł kartkę, 

- Rzuć na to okiem - mruknął, podając wycinek Liamowi. 
Liam  rzucił,  i  krew  uderzyła  mu  do  głowy.  Jasna  cholera!  -  zaklął  w 

duchu. 

- Szczęściarz z pana - zadrwił Dennis. - Jest pan Tajemniczym Zwycięzcą 

w konkursie gazety. 

Dennis  najwyraźniej  czerpał  radość  z  zaskoczenia  Liama.  Powróciła  jego 

pewność siebie. 

-  Kolacja  dla  dwojga  w  eleganckiej  restauracji.  Wystarczy  zadzwonić  do 

gazety. 

Liam  stał  cały  czas  nieruchomo.  Wpatrywał  się  w  swoje  własne  zdjęcie. 

Wychodził z baru „Hippo". Razem z Alice. Wtuleni w siebie, uśmiechnięci, 
bez  wątpienia  szczęśliwi.  Wielki  napis  nad  zdjęciem  głosił:  „Kim  jest  ten 
mężczyzna?". Poniżej następował tekst potwierdzający słowa Denisa. 

-  Niezła  robota,  szefie  -  Dennis  szczerzył  zęby  w  imitacji  uśmiechu.  - 

Zgaduję, że możemy sobie zatem darować pogadankę o zasadach moralnych 
i relacjach wśród personelu. 

Liam  zacisnął  zęby,  zmiął  artykuł  w  kulkę  i  perfekcyjnym  rzutem  przez 

cały  gabinet  umieścił  ją  w  koszu.  Przez  chwilę  poczuł  satysfakcję,  że  rzut 
rzeczywiście godny był koszykarskich mistrzów. 

19

RS

background image

- Wiem, o czym myślisz - powiedział cicho, ważąc słowa. 
-  Masz  na  myśli  nawiązywanie  specjalnych  relacji  z  personelem,  i  to  tuż 

po przyjeździe do miasta? - zakpił Dennis. 

Zamiast  odpowiedzi,  Liam  minął  Dennisa  i  zamknął  drzwi  gabinetu. 

Następnie ruchem głowy wskazał krzesło. 

- Usiądź. Musimy chwilę porozmawiać - wyjaśnił beznamiętnym tonem. 
Dennis  usiadł.  Jego  uśmiech  przybladł  trochę,  kiedy  Liam  zasiadł  w 

swoim dyrektorskim fotelu i zrobił srogą minę. Potem ze sterty segregatorów 
wyjął  ten  z  nazwiskiem  Dennisa  i  ostrożnie  położył  przed  sobą.  Następnie 
sięgnął po telefon i połączył się z recepcją. 

- Sally, nie łącz mnie z nikim i nie wpuszczaj tu nikogo. Mam wyjątkowo 

pilną sprawę do omówienia. Zajmie mi to nie więcej niż dwadzieścia minut. 
-  Z  satysfakcją  przyglądał  się,  jak  Dennis  zaczyna  blednąc.  W  duchu 
poprzysiągł  sobie,  że  prędzej  spłonie  w  piekle,  niż  pozwoli  na  rozsiewanie 
oszczerstw pod adresem Alice. 

- Dzień dobry, Dennis - przywitała się Alice, mijając kolegę na korytarzu. 
- Bry - odburknął, nawet na nią nie patrząc. 
Co  go  gryzie?  -  pomyślała  zaniepokojona.  Przełknęła  ciężko  ślinę, 

obawiając  się  najgorszego.  Pewnie  widział  to  cholerne  zdjęcie  w  gazecie, 
pomyślała. Jej ciotki zaczęły wydzwaniać już w sobotę, ledwo Liam opuścił 
jej  mieszkanie.  Z  pracy  nikt  się  nie  odezwał,  ale  naiwnością  byłoby  sądzić, 
że nikt z pracowników nie sięgnął po sobotnią gazetę. 

- O co właściwie chodzi? Przecież nie jestem spóźniona, prawda? 
Zerknęła na zegarek. Ze skruchą  musiała przyznać, że  jest spóźniona, ale 

też nie tyle, żeby kogokolwiek zdenerwować. Szczególnie biorąc pod uwagę, 
że  wielokrotnie  zostawała  po  godzinach  lub  rezygnowała  z  przerwy  na 
lunch. 

Dennis wykrzywił usta. 
- Zgaduję, że od dzisiaj możesz przychodzić spóźniona tyle, ile tylko sobie 

życzysz - rzucił przez ramię. - Nieźle się ustawiłaś, Alice. 

No to ładnie się zaczyna, pomyślała zrezygnowana, ale zaraz wzięła się w 

garść.  Wiedziała,  że  wygrać  może  jedynie  spokojem  i  opanowaniem. 
Postanowiła,  że  zabierze  się  do  pracy,  jakby  to  był  zwykły  kolejny 
poniedziałek. 

Zignorowała  Dennisa  i  podeszła  do  swojego  stanowiska.  Obie  jej 

koleżanki już siedziały przy biurkach. 

- Wiecie, co gryzie Dennisa? - spytała Mary-Ann i Shanę. 

20

RS

background image

Zadając  pytanie,  uświadomiła  sobie,  że  spokój  i  opanowanie  świetnie 

brzmią w teorii. W praktyce jej żołądek skręcał się w węzeł. 

- Problem jest nie w tym co, a kto go gryzie - wyjaśniła Mary-Ann. 
-  A  jak  się  zapewne  domyślasz,  tym  kimś  jest  nasz  nowy  szef  -  dodała 

Shana. - Pierwszy dzień w pracy i ten cały Liam Conway już pokazuje rogi. 
Na początek zapowiedział biednemu Dennisowi, że czeka go ocena dotych-
czasowej pracy. 

Alice  jęknęła  i  usiadła  chwilę  przed  tym,  jak  nogi  odmówiły  jej 

posłuszeństwa. 

-  Niech  się  lepiej  zastanowi  nad  własnym  postępowaniem  -  mruknęła 

Shana. 

- Nie chcecie mi chyba powiedzieć, że nowy szef jest potworem? 
Shana przewróciła teatralnie oczami. 
-  Tak  jakbyśmy  musiały  ci  cokolwiek  mówić.  Może  ty  nam  o  nim 

opowiesz? 

Alice ciężko westchnęła. 
- Rozumiem, że widziałyście zdjęcie? 
- Oczywiście. Jak mogłyśmy je przeoczyć? 
- Tylko że do dzisiejszego poranka nie miałyśmy pojęcia, kim jest facet ze 

zdjęcia - dodała Mary-Ann. 

-  Ale  za  to  zrozumiałyśmy  w  lot,  dlaczego  nie  byłaś  zainteresowana 

naszym  przyjęciem  urodzinowym  na  twoją  cześć.  -  Shana  złożyła  ręce  na 
piersiach. 

-  Choć  z  tego  co  mówiłaś,  sądziłyśmy,  że  piątkowy  wieczór  spędzisz  z 

matką. 

-  Byłam  u  niej  -  Alice  próbowała  się  bronić.  -  Ale  było  okropnie  i 

zwiałam. 

- No tak - powiedziała ze współczuciem Shana, ale zaraz w jej głosie dało 

się  wyczuć  powątpiewanie.  -  A  słyszałaś  o  tym?  -  Zamachała  jej  przed 
nosem  swoim  telefonem  komórkowym.  -  Dzięki  temu  można  w  prosty 
sposób skontaktować się z przyjaciółmi. Polecam. 

-  Już  dobrze,  dobrze.  -  Alice  uniosła  ręce  w  geście  poddania  się.  - 

Przestańcie  już.  Poznałam  Liama,  ale  to  był  czysty  przypadek.  Siedziałam 
samotna w barze, pojawił się on i... Stało się. Nic nie było zaplanowane. Ot, 
zrządzenie  losu.  Ale...  -  zawahała  się  na  moment  -  ..sprawa  jest  już 
zamknięta. Ot, taki jednorazowy wyskok. 

21

RS

background image

Obie  koleżanki  siedziały  teraz  oparte  o  biurka  i  wpatrywały  się 

intensywnie  w  Alice.  Zrozumiała  przekaz.  Oczekiwały  szczegółów  jej 
piątkowej  randki.  Pomyślała,  że  najmądrzej  byłoby  zignorować  ich 
pragnienie. 

-  Nie  miałam  zielonego  pojęcia,  że  to  nasz  nowy  szef.  On  również  nie 

wiedział, w co się pakuje. Zwykły pech. Nieszczęśliwy przypadek. 

-  Pech?  -  Shana  nie  wyglądała  na  przekonaną.  -  Skarbie,  nie  wierzę 

własnym uszom. 

- To uwierz. W chwili, kiedy dowiedziałam się, kim jest, tak właśnie o tym 

pomyślałam. 

- Czy mogę wam przeszkodzić? 
Męski  głos  rozległ  się  tuż  za  ich  plecami.  Wszystkie  trzy  jęknęły 

jednocześnie i gwałtownie się wyprostowały. Przerażona Alice odwróciła się 
w stronę Liama, który stał w drzwiach. 

Na pewno słyszał, o czym rozmawiałyśmy, pomyślała zrozpaczona. 
Spuściła wzrok, kiedy podszedł. Uzmysłowiła sobie, że to wszystko będzie 

trudniejsze  do  zniesienia,  niż  przypuszczała.  Jeden  rzut  oka  na  jego  twarz 
przypomniał jej, jak jego usta błądziły po jej ciele. 

Przyjaciółki  nie  odrywały  od  niej  wzroku.  Pomyślała,  że  nadszedł  czas 

testu.  Nie  powinna  wyglądać  na  zawstydzoną  czy  skrępowaną.  Odetchnęła 
głęboko, odzyskując równowagę i spokój. 

-  Dzień  dobry  -  przywitała  się.  -  Czy  poznałeś  już  nasze  konsultantki, 

Mary-Ann  Dayton  i  Shanę  Holmes? -  spytała,  skutecznie  ignorując  uważne 
spojrzenia koleżanek. 

Liam przywitał się uprzejmie z Mary-Ann i Shaną. 
-  Zdaję  sobie  sprawę,  że  zdjęcie  z  „Głosu  Cairns"  wywołało  małe 

zamieszanie,  więc  chciałbym  na  wstępie  postawić  sprawę  jasno  -  zaczął.  - 
Domyślam  się,  że  Alice  opowiedziała  już  wam  o  naszym  spotkaniu  w 
piątkowy wieczór. Uniósł brwi, ale nie słysząc odpowiedzi, kontynuował: 

- W porządku. Chcę zatem wyjaśnić, że nie ma podstaw do plotek. Zdjęcie 

absolutnie o niczym nie świadczy i  nie życzę sobie rozmów na ten temat. - 
Przeniósł wzrok na Alice. - Od tej chwili liczy się tylko praca. 

Wzdrygnęła  się,  słysząc  jego  rzeczowy  ton.  Pomyślała,  że  precyzyjnie 

realizuje złożoną jej obietnicę. Dał słowo, że w pracy ich relacje będą czysto 
zawodowe i nic ponadto. 

Powinnam  być  z  tego  zadowolona,  pomyślała.  Jestem.  To  znaczy  głowa 

jest, bo serce... W sercu Alice czuła nie-wysłowiony ból i smutek. 

22

RS

background image

-  No,  dobrze.  -  Liam  skierował  się  do  wyjścia.  -  Bierzmy  się  do  pracy. 

Chciałbym jutro zorganizować spotkanie całego zespołu. 

-  Alice,  czy  mogłabyś  przyjść  do  mojego  gabinetu?  Zwlekała  chwilę  z 

odpowiedzią. 

- Przepraszam, panie Conway, ale mam klienta na linii. Czy mogę przyjść 

za, powiedzmy, piętnaście minut. 

- Oczywiście. 
Odłożył  słuchawkę  i  głęboko  westchnął.  Przez  ostatni  tydzień  niemal  nie 

widział Alice. Ot, czasami mijali się na korytarzu. Teraz jej głos sprawił, że 
poczuł, jak coś dławi go w gardle. Zdawał sobie oczywiście sprawę, że sam 
jej unikał przez ostatnie dni. Musiał w duchu przyznać, że robił to ze strachu. 

Piętnaście  minut  przeciągnęło  się  do  czterdziestu  pięciu.  Kiedy  wreszcie 

Alice zapukała do drzwi jego gabinetu, zerwał się z fotela. 

- Miałaś chyba bardzo pracowite przedpołudnie - zagaił. - Tak. 
- Żadnych problemów? Nic, o czym powinienem wiedzieć? 
-  Nie.  Organizowałam  dość  skomplikowany  logistycznie  przejazd  dla 

grupy japońskich turystów. 

Sposób,  w  jaki  to  powiedziała,  kazał  mu  zastanowić  się,  czy  aby  jej 

spóźnienie  nie  było  celowe.  Pomyślał,  że  podobnie  jak  on,  starała  się  za 
wszelką cenę ograniczać ich wzajemne kontakty. 

- Usiądź, proszę. 
Usiadła.  Sztywno,  na  brzegu  krzesła.  Miała  na  sobie  krótką  szarą 

spódniczkę. Trzymany w rękach notes ułożyła tak, by zasłonić nogi. Białej, 
bardzo  kobiecej  bluzki  nie  miała  już  czym  zasłonić.  Choć  bluzka  nie  była 
przezroczysta,  to  wyobraźnia  Liama  umiejętnie  zobrazowała  każdy 
centymetr ukrytego pod nią ciała. 

Przez  chwilę  pomyślał,  czy  nie  wprowadzić  odgórnego  zarządzenia 

dotyczącego strojów dla pracowników. Zaraz jednak uświadomił sobie, że to 
nie sam strój, a jego właścicielka go dekoncentruje. 

Zmusił  się,  by  odwrócić  od  niej  wzrok  i  skupić  myśli  na  temacie,  który 

mieli omówić. 

- Chciałem przedyskutować z tobą kwestię wycieczek do buszu. Wiem, że 

kiedyś się tym zajmowałaś. 

Spojrzała na niego zaskoczona. 
- Tak, ale to było kilka dobrych lat temu. 
- Zgadza się. Później przekazałaś te działkę Dennisowi. 
- Dokładnie. 

23

RS

background image

Wskazał na dokumenty rozłożone na biurku oraz na monitor. 
- Przestudiowałem historię sprzedaży i zauważyłem, że wyjazdy do buszu, 

które  swego  czasu  notowały  doskonałe  wyniki,  obecnie  sprzedają  się  na 
równi z wypadami na rafę czy do lasu. Zastanawiałem się nad przyczynami i 
chciałbym poznać twoje zdanie. 

Poruszyła  się  niespokojnie.  Spuściła  wzrok  i  przyglądała  się  własnym 

dłoniom.  Sytuacja  była  niezręczna.  Nie  wiedziała,  jak  udzielić  szczerej 
odpowiedzi,  jednocześnie  nie  krytykując  zachowań  osoby,  która  była 
obecnie odpowiedzialna za ten dział. Czyli Dennisa Ericsona. 

- Cóż, bez wątpienia należy pamiętać, iż rafa i las deszczowy mają lepszą 

reklamę.  Ludzie  wiedzą,  jakich  atrakcji  mogą  się  tam  spodziewać,  busz 
kojarzy im się jedynie z odludziem. 

-  Z  tego  co  czytałem,  w  przeszłości  organizowaliśmy  sporo  atrakcji 

podczas wyjazdów na odludzie i potrafiliśmy dotrzeć z reklamą do turystów. 
Spływy  rwącymi  potokami  czy  wizyty  w  enklawach  Aborygenów  były 
równie atrakcyjne co nurkowanie na rafie. 

Alice pokiwała głową. 
-  Dlaczego  już  tego  nie  robimy?  -  dopytywał  się.  Nieznacznie  wzruszyła 

ramionami, ale nie odezwała się. 

- Proszę, bądź ze mną szczera. Musimy dotrzeć do źródła problemu. Chcę, 

żeby to wszystko znowu funkcjonowało jak należy. 

- Nie sądzę, że potrafię pomóc. 
- Po prostu powiedz mi, co wiesz i co myślisz. Zamyśliła się przez chwilę, 

po czym westchnęła i zaczęła opowiadać. 

-  Pojawiło  się  kilka  problemów.  Według  mnie  wszystko  zaczęło  się  od 

zmiany naszego przewoźnika. 

Liam pokiwał głową. Był pewien, że zmiana linii lotniczej to była decyzja 

Dennisa. 

-  Nowa  firma  była  zdecydowanie  tańsza  -  przyznała  Alice.  -  Ale 

notorycznie  gubiła  bagaże,  miała  opóźnienia  w  terminarzu  i  tak  dalej.  Jak 
wiadomo, zadowolony klient poleci obsługującą go firmę jednej osobie, zaś 
niezadowolony będzie przed nami przestrzegał wszystkich wokół. 

Liam kiwał głową i robił notatki. 
- Co jeszcze? 
Odczekała chwilę, nim odpowiedziała. 
-  Mieliśmy  około  pięćdziesięciu  miejsc  na  różnych  farmach  i  kilkanaście 

łowisk rybackich. Niestety, większość z nich wycofała się ze współpracy. 

24

RS

background image

- Dlaczego? Zawahała się. 
- Czy nie rozmawiałeś już na ten temat z Dennisem? 
-  Owszem.  Poznałem  jego  zdanie.  Ale  zależy  mi  na  twoim.  Zmarszczyła 

brwi.  Nie  miała  ochoty  odpowiadać  na  te  pytania.  Czuła  się  bardzo 
niezręcznie. 

- Proszę, potrzebuję twojej pomocy - nalegał Liam. - Czy zrezygnowali z 

zajmowania się turystyką, czy raczej... 

-  Zrezygnowali  ze  współpracy  z  nami  -  dokończyła.  -  Przenieśli  się  do 

innych agencji. 

- Ale dlaczego? 
- Nie jestem pewna - westchnęła. 
Oboje  wiedzieli,  że  to  było  kłamstwo,  ale  Liam  doceniał,  że  Alice  tak 

zawzięcie próbuje ochraniać kolegę z pracy. 

-  Czy  problem  mógł  tkwić  w  stosunkach  międzyludzkich?  -  dyskretnie 

zasugerował odpowiedź. 

Spojrzała na niego swoimi pięknymi szarymi oczami. Odezwała się cicho, 

ostrożnie, ważąc słowa. 

-  Czasami  wydaje  mi  się,  że  ludzie  z  miasta  kompletnie  nie  zdają  sobie 

sprawy  z  postępu  czasu  i  traktują  ludzi  ze  wsi,  jakby  ci  wciąż  tkwili  w 
dziewiętnastym wieku. 

To  samo  powiedziałem  Dennisowi,  pomyślał  Liam.  Zabębnił  palcami  w 

blat. 

- Jak się domyślasz, chcę naprawić zaistniałą sytuację. Jadę jutro na mały 

rekonesans do buszu, zobaczyć, jak się sprawy mają, porozmawiać z ludźmi. 

Alice pokiwała głową. 
- Chcę, żebyś pojechała ze mną. 
Przerażenie,  jakie  odmalowało  się  na  jej  twarzy,  zszokowało  go,  ale 

zachował spokój zewnętrzny. Analiza działań firmy wykazała jasno, że zyski 
z  wypraw  na  odludzie  były  jedynie  za  czasów  Alice.  Liam  rozumiał  to 
doskonale.  A  te  informacje  w  połączeniu  z  jej  zdolnościami  dyplomatycz-
nymi  rodziły  nadzieję,  że  jeśli  była  jakakolwiek  szansa,  by  odzyskać 
straconych- klientów, to tylko Alice mogła tego dokonać. 

Pozwolił sobie na uśmiech. 
- Pamiętaj, że jako szef to ja podejmuję ostateczne decyzje. 
Ta bezczelna uwaga wywołała rumieńce na jej policzkach. 
-  Wydawało  mi  się,  że  w  pierwszej  kolejności  miałeś  zająć  się 

wyszukaniem dla nas nowej siedziby? 

25

RS

background image

- Cóż, priorytety trochę się zmieniły. Uznałem, że wycieczki do buszu to 

obecnie nasz najbardziej palący problem i od jego rozwiązania powinniśmy 
zacząć. 

Poruszyła się nerwowo. 
- Liam, sam dobrze wiesz, że nie powinieneś mnie o to prosić. Weź Shanę. 

Pochodzi z Mount Isa, ma świetne kontakty na zachodzie. 

- Shana to również rozwódka, na dodatek z chorowitym dzieckiem. 
- Wiesz o Tobym? - Uniosła gwałtownie głowę. 
- Tak - przytaknął. - Jak widzisz, szukałem innych rozwiązań. 
Przez ułamek sekundy odniósł wrażenie, że dostrzegł w jej oczach coś na 

kształt  złości  lub-irytacji,  jakby  Alice  poczuła  się  dotknięta  faktem,  że  był 
gotów  zabrać  ze  sobą  kogoś  innego.  -  Shana  nie  może  zostawić  syna  bez 
opieki, Mary-Ann specjalizuje się w wycieczkach na rafę... 

- A Dennis? - wtrąciła. 
-  Co  do  niego  mam  inne  plany  -  wyjaśnił.  -  Alice,  zajmowałaś  się  tym, 

miałaś świetne wyniki. Logika nakazuje, żebyś właśnie ty mi towarzyszyła. 

Zapadła  długa,  krępująca  cisza.  Liam  wstrzymał  oddech.  W  końcu  Alice 

westchnęła ciężko. 

- Przykro mi, ale to nie jest najlepszy pomysł - powiedziała cicho. 
-  Obawiam  się,  że  nie  masz  wyjścia,  Alice.  To  polecenie  służbowe.  Nie 

podlegające dyskusji. 

- Tak? - upewniła się. 
Dostrzegł ból w jej oczach i poczuł  się winny.  Wiedział, jak traktował ją 

mąż,  i  rozumiał,  że  ciężko  jest  jej  obecnie  zaufać  jakiemukolwiek 
mężczyźnie. Szczególnie takiemu, który ją uwiódł, a teraz musiał udawać, że 
nic dla niej nie znaczy. 

- Ile czasu to zajmie? - spytała jakby zrezygnowana. 
- Tyle, ile będzie potrzeba - wzruszył ramionami. 
- Na miłość boską! - uniosła się wyraźnie zdenerwowana. - Cóż to jest za 

odpowiedź?  Możesz  być  moim  szefem,  ale  lepiej  nie  przesadzaj  z  władzą  - 
syknęła ostrzegawczo. - 

Doskonale  znasz  zasady,  jakie  obecnie  obowiązują  między  nami.  I  wiesz 

dobrze,  dlaczego  lepiej  by  było,  aby  wyjazd  był  tak  krótki,  jak  to  tylko 
możliwe. 

-  Nie  ufasz  mi?  - zadał  to  pytanie  w  żartobliwym  tonie,  ale  zdawał  sobie 

sprawę, że średnio mu to wyszło. 

26

RS

background image

-  Nie  -  odparła  krótko.  -  W  obecnych  okolicznościach  nie  ma  mowy  o 

zaufaniu. 

Wiedział,  że  zasłużył  sobie  na  takie  traktowanie.  Dłuższą  chwilę 

wpatrywał się w blat biurka, próbując zapanować nad emocjami. 

- Trzy dni, Alice - powiedział wreszcie. - Trzy dni. Tylko o tyle proszę. 
Nie miał zielonego pojęcia, jak wytrzyma trzy dni w buszu bez dotknięcia 

Alice, ale zamierzał spróbować. 

- Oddzielne sypialnie? 
- Oczywiście. Masz moje słowo, że to wyjazd czysto służbowy. 
- Lepiej żebyś sam w to uwierzył - rzuciła jadowicie na zakończenie. 
- A cóż to? Nowe mundurki do biura? 
Alice skuliła się pod bacznym wzrokiem Dennisa, który oceniał jej strój. 
-  Jadę  w  busz  -  wyjaśniła,  wskazując  na  plecaczek  przy  biurku.  -  Taki 

wypad, by odzyskać część rynku. 

- Sama? 
- Z... z szefem - zająknęła się. 
- Ach, rozumiem - Nie ukrywał złośliwej nuty w głosie. 
- O, czyli szef zabiera cię na wyjazd, tak? I jedziecie tylko we dwójkę, tak? 

- Mary-Ann weszła do pokoju. 

Alice westchnęła cicho. 
- Tak. 
Mogła uniknąć tych złośliwości, gdyby spotkali się z Liamem na lotnisku, 

ale  szef  nalegał,  żeby  wyruszyli  z  biura.  Powiedział  wyraźnie,  że  nie 
zamierza unikać pracowników w sytuacji, kiedy nie ma nic do ukrycia. 

-  Shana  się  nie  ucieszy  -  skomentowała  Mary-Ann.  Alice  zmarszczyła 

brwi. 

- Wydawało mi się, że nie chciała jechać. 
-  Rzeczywiście  z  początku  nie  chciała  ze  względu  na  synka.  Ale  szef 

nalegał, długo razem rozmawiali, aż się naszej Shanie zamgliły oczy. Nawet 
szaleńczo szukała opiekunki do dziecka na czas wyjazdu. I z tego co wiem, 
znalazła i paliła się do tego wypadu. 

- Kiedy to było? - spytała, próbując zignorować ukłucie zazdrości. 
- Przedwczoraj. 
Alice zamarła. Przedwczoraj, powtórzyła w myślach. 
- Czy... Czy Shana powiedziała Liamowi, to znaczy panu Conwayowi, że 

znalazła kogoś do opieki nad Tobym? 

Mary-Ann kiwnęła głową. 

27

RS

background image

-  To  była  pierwsza  informacja,  jaką  mu  przekazała  wczoraj  rano.  Ale 

poinformował ją, że zmienił plany. 

-  Zmienił  plany.  -  Dennis  wzniósł  oczy  do  nieba.  -  Czytaj:  nasza  słodka 

Alice. 

Poczuła,  jak  robi  się  jej  ciepło.  Dotarło  do  niej,  że  Liam  skłamał.  Jak 

śmiał?  -  pomyślała  wściekła.  Po  co  była  ta  cała  wzniosła  przemowa? 
Obietnice? 

Zarzuciła  nerwowo  plecak  na  ramię  i  bez  słowa  wysz|a  na  korytarz. 

Rzuciła okiem przez szybę i zatrzymała się zaskoczona. 

Na podjeździe stała limuzyna, a obok - Liam, w dżinsach oraz niebieskiej 

koszulce. Rozmawiał o czymś z kierowcą. 

Alice wyszła na zewnątrz. Obaj mężczyźni skierowali wzrok w jej stronę. 
- Panna Madigan - ucieszył się Liam, posyłając jej nieznaczny uśmiech. 
- Czy możemy chwilę porozmawiać, panie Conway? 
- Oczywiście. - Zmarszczył brwi, widząc jej minę. -W czym problem? 
- Nie mogę pojechać z panem. 
- Ale przecież jesteś gotowa do wyjazdu? 
- Możemy porozmawiać w środku? - spytała, zerkając na kierowcę. 
Wzruszył  ramionami  i  poszedł  za  nią  do  biura.  Ledwo  zamknął  za  sobą 

drzwi gabinetu, kiedy odwróciła się zdenerwowana. 

- Okłamałeś mnie. 
- Słucham? 
- Dlaczego powiedziałeś, że Shana nie może jechać? Liam zamknął oczy i 

westchnął ciężko. 

-  Pewnie  jesteś  święcie  przekonana,  że  ukartowałem  to  wszystko,  żeby 

zaciągnąć cię do łóżka, prawda? 

Zacisnęła pięści. 
- Chcę tylko wiedzieć, dlaczego mnie oszukałeś. 
-  Boże,  Alice.  Jeśli  uważasz,  że  jedna  wspólna  noc  upoważnia  cię  do 

komentowania każdej mojej decyzji biznesowej, to jesteś w błędzie. 

Przez  głowę  przebiegła  jej  myśl,  żeby  czymś  w  niego  rzucić.  Nie  mogła 

uwierzyć,  że  stoi  przed  nią  ten  sam  mężczyzna,  z  którym  kilka  dni  temu... 
Wzdrygnęła się. Czy wszyscy faceci to świnie? 

- Rozumiem - powiedziała cicho. - Najpierw kłamstwo, teraz groźba. 
- Pamiętaj, proszę, że podobnie jak wszyscy inni jesteś obecnie na okresie 

próbnym. Planując ten wyjazd, uznałem, że jesteś najlepiej przygotowanym 

28

RS

background image

pracownikiem do takiego zadania. Koniec i kropka. Ile razy mam ci powta-
rzać, że nic ci z mojej strony nie grozi? 

Wszystko się w niej gotowało. Nie była w stanie wydusić z siebie słowa. 
-  Nie  zbliżę  się  do  ciebie,  dopóki  mnie  sama  nie  poprosisz,  panno 

Madigan. 

- To nigdy nie nastąpi - odparła dumnie. 
- Świetnie. To ten temat mamy zamknięty. A teraz ruszajmy. Pilot na nas 

czeka. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

29

RS

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
Mały  samolot  oderwał  się  od  ziemi  i  skierował  w  stronę  pofalowanego 

wybrzeża.  Z  perspektywy  ptaka  piaszczyste  plaże  i  błękitne  zatoczki  robiły 
oszałamiające wrażenie. Zatoczyli koło i ich oczom ukazały się przedmieścia 
Cairns oraz odległe góry pokryte soczystą zielenią. 

Liam  siedział  z  nosem  przyklejonym  do  szyby.  Najwyraźniej  był 

urzeczony tymi widokami. Alice, choć widziała to już setki razy, również nie 
mogła  oderwać  wzroku  od  australijskiego  krajobrazu.  Jednak  po  kilku 
minutach oparła się wygodnie w fotelu i zamknęła na chwilę oczy. Nie czuła 
się  najlepiej,  a  rozmowa  w  gabinecie  Liama  na  pewno  nie  mogła  poprawić 
jej  samopoczucia.  Ostatniej  nocy  fatalnie  spała.  Dręczyły  ją  myśli  o 
spędzeniu trzech dni z Liamem. 

Nie  zbliżę  się  do  ciebie,  dopóki  sama  o  to  nie  poprosisz,  przypomniała 

sobie jego słowa. Możesz sobie pomarzyć, skomentowała w duchu. 

Zaraz  jednak  pomyślała,  że  właściwie  nie  spała  dobrze  od  swoich 

ostatnich urodzin. Od ich wspólnych urodzin, westchnęła w duchu. 

Do diabła, zezłościła się. Nie potrafiła zapomnieć o tej nocy. Jak ten cały 

Liam Conway śmiał postawić ją w takiej sytuacji? Przeklinała go w duchu. 
Oddychała głęboko z zamkniętymi oczami, próbując opanować rozdygotane 
nerwy.  Obiecała  sobie,  że  nie  pozwoli,  by  jakiś  bubek  wyprowadzał  ją  z 
równowagi.  Po  rozwodzie  postanowiła  mieć  się  na  baczności  przed 
wszystkimi  mężczyznami  Dostała  lekcję  od  Todda.  Nie  zamierzała 
ponownie przez to przechodzić. 

Poprawiało jej humor, że Liam uważał ją za dobrego pracownika i zdawał 

sobie  sprawę,  jak  ważne  dla  przychodów  firmy  są  wyjazdy  w  busz. 
Odzyskanie  dobrej  pozycji  w  tej  dziedzinie  byłoby  nie  lada  sztuką,  wartą 
zachodu. 

Otworzyła oczy i sennym wzrokiem potoczyła po kabinie. 
Liam  cały  czas  podziwiał  widoki  za  oknem,  a  pilot  Joe  Banyo  wciskał 

jakieś  guziki  na  rozświetlonym  pulpicie.  W  pewnej  chwili  sięgnął  po 
apteczkę  i  pospiesznie  łyknął  jakieś  proszki.  Zorientowawszy  się,  że  Alice 
mu się przygląda, posłał jej szeroki uspokajający uśmiech. 

Monotonny  warkot  silnika  działał  na  nią  usypiająco.  Do  Redhead  Downs 

mieli jeszcze około półtorej godziny lotu. Pomyślała, że się zdrzemnie, a tym 
samym  zwalczy  uciążliwy  ból  głowy.  Przekręciła  się  na  bok  na  tyle,  na  ile 
pozwalały pasy i zamknęła oczy. 

30

RS

background image

- Alice! 
Liam krzyczał głośno i szarpał ją za ramię. 
- Obudź się! 
Zamrugała nerwowo, ale sekundę potem oczy miała szeroko otwarte. Liam 

przeskoczył na przód samolotu i kucnął przy pilocie, który... O mój Boże! - 
jęknęła  w  duszy.  Joe  zwisał  nienaturalnie  ze  swojego  fotela,  przytrzymy-
wany jedynie przez pasy. 

Poczuła, jak strach wkrada się w jej serce.  W jednej chwili zapomniała o 

zmęczeniu i bólu głowy. 

- Co się stało? - krzyknęła. 
- Zasłabł. 
Przerażona wpatrywała się w twarz Liama, który był niemal równie blady 

jak pilot. 

- Próbowałeś go cucić? 
- Jasne. Bezskutecznie, jak widać. 
- Czy on... Czy oddycha? 
- Nie wiem. Chyba nie. 
Rany boskie, rany boskie, rozbijemy się, płakała w myślach. 
- A puls? 
- Nie wyczuwam, ale nie wiem, czy dobrze sprawdzam - odparł i spojrzał 

na nią niespokojnie. 

Nerwowo  pogrzebała  w  pamięci,  próbując  przypomnieć  sobie  coś  z 

kursów pierwszej pomocy. 

- Spróbuj na szyi, po lewej od grdyki. 
Proszę,  Joe,  oddychaj,  musisz  oddychać,  powtarzała  histerycznie.  Panika 

ogarniająca umysł jej samej odbierała dech. 

Liam  zastosował  się  do  polecenia,  ale  zaraz  pokręcił  przecząco  głową.  -

Nic. 

Sięgnął po pasy pilota. 
- Spróbuję go stąd zabrać i położyć na podłodze. Alice rzuciła okiem przez 

okno. Gdzieś tam pod nimi rozciągały się dzikie, trawiaste tereny. Cholernie 
wysoko, pomyślała załamana. Przynajmniej nie pikujemy w dół z dymiącym 
ogonem jak na wojennych filmach, zadrwiła sama z siebie. 

- Myślisz, że to zawał? 
- A skąd ja mam to wiedzieć. 
Przypomniała  sobie  tabletki,  które  łykał  Joe.  Przerażona  uświadomiła 

sobie,  że  jeśli  to  atak  serca,  Joe  potrzebuje  natychmiastowej  pomocy 

31

RS

background image

lekarskiej. Inaczej może umrzeć. Rany, skarciła się w myślach. Jeśli Joe się 
nie ocknie, to nikomu z nas żaden lekarz już nie pomoże. 

Liam ułożył pilota na ziemi. 
- Pilnuj go - polecił. - Spróbuję wezwać pomoc przez radio. 
- Jasne. 
- Dobra dziewczynka. 
Spojrzała  na  niego.  Twarz  miał  bladą,  ale  zdobył  się  na  uspokajający 

uśmiech. 

- Zgaduję, że nie masz pojęcia, jak się pilotuje samolot? - spytała. 
-  Ano  nie.  Ale  wydaje  mi  się,  że  jest  włączony  autopilot,  bo  chyba  nie 

tracimy wysokości. Mamy więc czas na wezwanie pomocy. 

Uśmiechnęła się niewyraźnie. 
- Powodzenia. 
Spojrzała  na  nieprzytomnego  mężczyznę.  Pomyślała,  że  musi  działać. 

Przypomniała sobie metodę usta-usta i drżącymi ze strachu dłońmi chwyciła 
głowę Joego. 

- Mayday! Mayday! 
Z kabiny pilota dobiegły ją krzyki Liama. Choć dźwięk jego głosu mroził 

krew w żyłach, odetchnęła z ulgą, że udało mu się uruchomić radio. 

Podczas  wypadku  najważniejsze  to  nie  wpadać  w  panikę,  przypomniała 

sobie słowa instruktora. Łatwo powiedzieć, zadrżała. Ale zmusiła się, by całą 
wolę skoncentrować na sztucznym oddychaniu. 

Po chwili dotarło do niej, że Liam z kimś rozmawia. Podziękowała Bogu, 

że  nawiązał  kontakt.  Liam,  poinstruowany  przez  rozmówcę,  odczytywał 
wskazania z pulpitu. Alice poczuła, że nie wszystko jeszcze stracone. 

Zrobiła  przerwę  w  reanimacji  i  sprawdziła  puls.  Jej  modlitwy  zostały 

wysłuchane.  Wyczuła  pod  kciukiem  słaby  ruch.  Z  jeszcze  większym 
zapałem rozpoczęła kolejną serię wdechów i wydechów. 

- Tak - Liam krzyczał do radia. - Chyba to znalazłem. Wynika, że lecimy z 

prędkością  dwustu  dwudziestu  kilometrów  na  godzinę.  To  dobrze?  Tak? 
Cudownie! 

Następnie  Liam  powtarzał  wszystkie  polecenia  i  instrukcje.  Alice  z 

nadzieją  słuchała  jego  opanowanego  głosu.  Nie  wiedziała,  skąd  czerpie  ów 
spokój,  ale  bardzo  jej  tym  pomagał.  Wszystko  runęło  w  gruzach,  gdy 
wrzasnął: 

- Cholera, szykujcie się! Podchodzimy do lądowiska w Readhead Downs. 

Będę musiał posadzić samolot na ziemi! 

32

RS

background image

Alice poczuła, jak żołądek podchodzi jej do gardła. Nie wierzyła, że mogą 

to przeżyć. 

Weź się w garść, idiotko, warknęła w myślach sama na siebie. 
W tej samej chwili usłyszała cichy jęk i spojrzała na pilota. Nie wiedziała 

już,  czy  to  strach  i  nadzieja  igrają  z  jej  wyobraźnią,  czy  Joe  rzeczywiście 
odzyskiwał świadomość. Jęknął raz jeszcze i zakasłał. 

- Joe żyje! - wrzasnęła. 
Liam, pochłonięty wsłuchiwaniem się w instrukcje, nie zareagował. 
Joe złapał się za brzuch. 
- Odzyskuje przytomność - dodała niemal triumfalnie. 
- Może mówić? 
Alice potrząsnęła otępiałym mężczyzną. 
- Joe, obudź się. Potrzebujemy cię! 
- Spytaj go, jakie podwozie ma ten samolot - krzyknął Liam. - Wysuwane 

czy stałe. 

Alice  powtórzyła  pytanie,  ale  Joe  ponownie  pobladł  i  nic  nie 

odpowiedział. 

-  Joe,  błagam.  Musisz  nam  pomóc  -  nalegała.  Sekundy  dłużyły  się 

niemiłosiernie. 

- Stałe - wyszeptał ciężko. 
- Stałe - przekazała Liamowi. 
-  Stałe!  -  ryknął  Liam  do  radia.  -  Alleluja!  Mamy  koła!  Jego  entuzjazm 

udzielił  się  Alice.  Dotarło  do  niej,  że  nie  wszystko  stracone.  Uwierzyła,  że 
Liamowi  uda  się  posadzić  maszynę  na  ziemi.  Niewytłumaczalny  spokój 
wypełnił  jej  myśli  i  ruchy.  Pozostała  spokojna,  nawet  kiedy  Joe  jęknął  i 
nienaturalnie przekręcił głowę na bok. 

Wygrzebała  z  plecaczka  wodę  oraz  ręcznik  i  obmyła  twarz 

nieprzytomnemu. Joe zamrugał nerwowo. 

-  Przepraszam,  musiałem  się  czymś  zatruć  -  wypalił  zupełnie 

niespodziewanie i próbował usiąść. - Już wszystko dobrze, przejmuję stery - 
dodał, ale w tym samym momencie zwinął się, chwytając za brzuch. 

- Joe, leż spokojnie i po prostu zostań przytomny - poprosiła. - Tylko tak 

Liam będzie mógł zadawać pytania. 

Joe zamknął oczy, ale kiwnął głową ze zrozumieniem. 
Otarła  mu  czoło  z  potu  i  zerknęła  przez  ramię  na  Liama.  Wyglądał  na 

wyjątkowo opanowanego, ale była pewna, że to tylko maska. Musiał zdawać 
sobie sprawę, że ich życie leży w jego rękach. 

33

RS

background image

-  Widzę  już  pas  -  informował  ludzi  w  wieży.  -  Tak  jest,  przepustnica  do 

siebie, lekko... 

Czuła  wyraźnie,  jak  tracą  wysokość.  Strach  ściskał  jej  gardło,  ale  nie 

dopuszczała do siebie paniki Wierzyła w Liama. Wierzyła, że mu się uda. 

Joe  wyglądał,  jakby  znowu  stracił  przytomność,  ale  kiedy  silnik 

zmniejszył obroty, otworzył oczy i odwrócił głowę w stronę Liama. 

- Przepustnica do końca! - krzyknął. 
- Jest do końca! - odkrzyknął Liam. 
W  jego  głosie  dało  się  słyszeć  niepokój.  Alice  niemal  widziała,  jak 

napinają  się  mięśnie  karku  Liama.  Przez  przednią  szybę  dostrzegła 
lądowisko.  Zbliżało  się  niebezpiecznie  szybko  i  pod  dziwnym  kątem. 
Gwałtownie podskoczyła, kiedy Joe dotknął jej ręki. Przerażona spojrzała na 
niego. 

- Powinnaś zapiąć pasy - szepnął. - Ary? 
-  Ja  nie  mogę  się  ruszyć  -  wymamrotał.  -  Wszystko  będzie  dobrze.  Ale 

zapnij się. 

Wskoczyła  na  fotel  i  zapięła  pasy.  Samolot  był  tuż  nad  ziemią.  Chciała 

krzyknąć do Liama, że da radę ich posadzić, ale głos uwiązł jej w gardle. 

Wstrzymała  oddech.  Jak  zahipnotyzowana  wpatrywała  się  w  czerwoną 

ziemię  lądowiska.  Kiedy  koła  pierwszy  raz  uderzyły  o  ziemię,  zamknęła 
oczy. Odbili się od pasa, ale zaraz samolot ponownie ostro uderzył w ziemię. 
Gdyby nie pasy, wyleciałaby z fotela pod sufit. Maski tlenowe i inne drobne 
przedmioty  latały  po  wnętrzu,  gdy  jeszcze  kilka  razy  gwałtownie 
podskakiwali. 

Otępiała  ze  strachu  zorientowała  się  w  pewnej  chwili,  że  samolot  już  nie 

podskakuje, że toczą się coraz wolniej po pasie. Że żyją. 

- Zrobiłeś to! - krzyknęła i rzuciła się w stronę Liama. 
Odwrócił się do niej. Twarz miał trupio bladą, jakby sam nie wierzył w to, 

co się stało. 

- To było fantastyczne - zapłakała, wtulając się w niego mocno. 
- Dzięki -  mruknął. - Ale lepiej wydostańmy się stąd jak najszybciej. Nie 

mam pojęcia, co zrobiłem tej maszynie. 

Cofnęła się szybko, uświadamiając sobie, że jej radość jej przedwczesna. 
- Idź pierwsza - polecił. - Ja wezmę pilota. 
Chwilę  później  siedzieli  we  trójkę  na  gorącej  ziemi.  Mrużąc  oczy  przed 

słońcem,  dostrzegła  dwa  samochody  pędzące  w  ich  stronę.  Nim  się 

34

RS

background image

zorientowała,  Bob  i  Noreen  Kingowie,  właściciele  Redhead  Downs,  klepali 
ich już po plecach i gratulowali. 

-  Cholernie  dobra  robota,  chłopie  -  wypalił  Bob  do  Liama.  -  Dostaliśmy 

cynk, że nigdy nie siedziałeś za sterami samolotu. 

-  Udało  się  -  odparł  Liam  i  kiwnął  głową  w  stronę  pilota.  -  Z  nim  jest 

gorzej. 

- Potrzebuje natychmiastowej opieki lekarskiej - wtrąciła Alice. 
-  Lekarz  już  jest  w  drodze,  złotko  -  wyjaśnił  Bob.  -  Ale  widzę  -  dodał, 

spoglądając  na  Joego,  który  właśnie  otworzył  oczy  -  że  rewelacyjnie  go 
zastąpiłaś tam na pokładzie. 

Emocje  rozsadzały  jej  głowę,  ale  zdobyła  się  na  słaby  uśmiech.  Uśmiech 

zbladł, kiedy spojrzała na Liama i dostrzegła, jak trzęsą mu się ręce. 

Zauważył  jej  wzrok  i  szybko  schował  dłonie  w  kieszenie  dżinsów. 

Uśmiechnął się do niej uspokajająco. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

35

RS

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
O  mały  włos  zabiłby  ich  wszystkich.  Ta  myśl  rozsadzała  mu  głowę.  O 

mały włos, a zabiłby Alice. Zmusił ją, wbrew jej woli, żeby z nim pojechała i 
niemal ją zabił... 

Dotarło to do niego, ledwo postawił nogi na ziemi. Kolana uginały się pod 

nim,  ale  resztką  sił  zmobilizował  się  i  odsunął  koszmarne  myśli  na  bok. 
Przynajmniej na chwilę. 

Lekarz  zabrał  Joego  do  szpitala,  a  Bob  i  Noreen  Kingowie  napoili  i 

nakarmili  Liama  i  Alice.  Następnie  zaprowadzili  ich  do,  zgodnie  z 
wcześniejszym życzeniem, oddzielnych jednoosobowych domków. 

Kiedy Liam został sam, coś w nim pękło. Wstrząsany dreszczami, schował 

twarz w dłoniach i głęboko przeżywał ostatnie wydarzenia. Myśl o tym, jak 
niewiele brakowało, by zginęli, była szokująca i bardzo nieprzyjemna. 

Wiedział  ze  swojego  doświadczenia,  jak  kruche  jest  ludzkie  istnienie. 

Poznał  na  własnej  skórze,  jak  w  mgnieniu  oka  w  wyniku  lekkomyślności 
może zgasnąć ludzkie życie. 

Powróciły  obrazy,  które  tak  bardzo  chciał  wymazać  z  pamięci. 

Nienaturalnie  wygięte  ciało,  zgnieciony  metal.  A  wszystko  przez  chwilę 
nieuwagi.  Dostał  lekcję,  mając  dwadzieścia  jeden  lat.  Dawno  temu,  ale 
poczucie winy nie opuszczało go nigdy. 

Dziś tak niewiele brakowało, by wszystko się powtórzyło. Rozpacz, strach 

i złość nie pozwalały mu normalnie myśleć. Wszedł pod prysznic i odkręcił 
wodę. Miał nadzieję, że wraz z wodą odpłyną koszmary. 

Nie  wiedział,  ile  czasu  spędził  w  łazience,  ale  w  pewnej  chwili  głos 

rozsądku  wziął  górę.  Powoli  docierało  do  niego,  że  tak  naprawdę  nie  tylko 
nikogo  nie  zabił,  ale  jeszcze  uratował  dwa  istnienia.  Kurczowo  chwycił  się 
tej myśli. 

Pukanie do drzwi zmusiło go do powrotu do rzeczywistości. 
- Już idę! - krzyknął i zakręcił wodę. 
Chwycił ręcznik i pospiesznie się wytarł. Wskoczył w dżinsy i podszedł do 

drzwi. 

Na schodkach stała Alice. Wykąpana i przebrana, wciąż była bardzo blada. 

Liam uświadomił sobie, że zapomniał sprawdzić, jak ona się czuje. 

- Och, przepraszam - zawahała się. - Nie chciałam ci przeszkodzić. 
-  Żaden  problem  -  uspokoił  ją  i  zarzucił  ręcznik  na  ramię.  Zakłopotana 

opuściła  nieznacznie  wzrok.  Widok  jego  nagiej  klatki  piersiowej 

36

RS

background image

skonfundował ją jeszcze bardziej. Odwróciła głowę i powiodła wzrokiem po 
okolicy. 

- Jak ci się tu podoba? - spytała niedbale. 
-  Przepiękne  miejsce  -  odparł.  -  Domki  też  są  bardzo  przyjemne  -  dodał, 

otwierając szeroko drzwi. - Może wejdziesz na chwilę? 

Spojrzała na niego niepewnie. 
- Chciałam się tylko upewnić, że wszystko u ciebie dobrze. 
- Już wszystko w porządku. No, chodź do środka. Muszę się ubrać. 
Zawahała się ponownie i wtedy Liam przypomniał sobie. 
-  No  tak,  przepraszam.  Kompletnie  wyleciało  mi  z  głowy.  Musimy 

zachować dystans, prawda? 

Uniosła głowę i spojrzała na niego. Tym razem jej szare oczy pełne były 

łez. 

-  Nie  podziękowałam  ci  -  szepnęła.  -  To,  czego  dokonałeś,  było 

niesamowite i wymagało wielkiej odwagi. 

- Wcale nie. Adrenalina zrobiła wszystko za mnie. Działałem w szoku. Ty 

byłaś dzielna, uratowałaś pilota. 

Wzruszyła ramionami. 
- Na nic by się to zdało, gdybyś rozbił samolot. Zatrzepotała rzęsami, ale 

jedna łza i tak spłynęła po policzku. 

Liam wyciągnął rękę i delikatnie ją otarł. 
- Przepraszam - powiedziała, nieskutecznie próbując powstrzymać kolejne. 
- Nie przepraszaj. To naturalne po takim szoku.  
Pomyślał,  że  jest  obrzydliwym  hipokrytą,  skoro  nadal  odgrywa 

opanowanego, niewzruszonego bohatera. 

Alice przetarła oczy i skuliła się. Liam, patrząc na jej nagie, pokryte gęsią 

skórką ramiona, nie mógł się powstrzymać od pytania. 

- Chcesz, żebym to zrobił? Patrzyła na niego przez chwilę. 
-  Tak.  Potrzebuję,  żeby  mnie  ktoś  przytulił  -  szepnęła  wreszcie  drżącym 

głosem. 

Krew uderzyła mu do głowy. W jej oczach dawało się wyczytać taką samą 

wiadomość,  jaką  wysyłała  mu  tamtej  pamiętnej  nocy.  Dotychczas  dzielnie 
zwalczał potrzebę dotknięcia jej, ale teraz uderzyło to w niego ze zdwojoną 
siłą. 

- Chodź tu, Alice - powiedział miękko. 
Nie  potrzebowała  zaproszenia.  Niemal  wpłynęła  przez  otwarte  drzwi 

wprost w jego ramiona. Zatrzasnął drzwi nogą. Przylgnęła do niego mocno, 

37

RS

background image

idealnie  dopasowując  się  do  jego  ciała.  Wtulona  uniosła  głowę  i  rozchyliła 
usta w pełnym pasji pocałunku. 

-  To  cudowne,  że  żyjemy  -  szepnęła  po  chwili.  Doskonale  rozumiał,  że 

oboje  działają  pod  wpływem  niezwykle  silnych  emocji.  Ale  kiedy  ujął  jej 
twarz  w  dłonie  i  spojrzał  w  oczy,  kiedy  rozchyliła  zapraszająco  usta,  wie-
dział również, że jest zwykłym facetem, który pragnie kobiety. Tej kobiety. 

Oboje  bardzo  niedawno  otarli  się  o  śmierć.  Cudem  jej  uniknęli.  I  oboje 

czuli teraz silną potrzebę bliskości. Nic nie mogło dać im większej gwarancji 
życia niż ich splecione, rozpalone ciała. 

Dotyk jej delikatnych dłoni spowodował, że serce niemal wyskoczyło mu 

z piersi. Żar palił jego umysł, gdy powoli i systematycznie badała opuszkami 
palców jego napiętą skórę. 

Niespodziewanie  w  jego  głowie  zaświtała  ostrzegawcza  myśl. 

Wyprostował się. 

- Alice, poczekaj - jęknął niemal boleśnie, kiedy chwycił ją za ręce, które 

już miały rozpiąć jego spodnie. 

- Poczekać? 
W jej głosie słychać było zaskoczenie i zakłopotanie. Wtuliła twarz w jego 

pierś. 

- Nic ze sobą nie przywiozłem. Uniosła głowę. 
- Nie rozumiem. O czym ty mówisz? 
- Nie mam zabezpieczenia - westchnął ciężko. - Nie możemy tego zrobić. 

Dałem ci słowo, więc nie spakowałem prezerwatyw. Przepraszam. 

- Prawdę mówiąc, to żaden problem. 
- Och, nie żartuj sobie. Uśmiechnęła się uspokajająco. 
-  Nie  martw  się,  Liam.  Jestem  stuprocentowo  bezpieczna.  Niczego  nie 

potrzebujemy. 

Nie był pewien, o czym mówiła. Pomyślał, że może łyka pigułki. 
-  Nie  zajdę  w  ciążę  -  uspokoiła  go  i  zaśmiała  się  cicho.  -  Wiem 

oczywiście,  że  ciąża  to  nie  jedyny  powód,  dla  którego  ludzie  używają 
prezerwatyw - dodała niepewnie. -Ale... - zawahała się. - Poza moim mężem 
jesteś jedynym mężczyzną, z którym spałam. 

Przyglądał się jej uważnie. Musiał mieć pewność, że dobrze ją zrozumie. 
- Czyli myślisz... 
-  Tak  -  odparła  i  obdarzyła  go  ciepłym,  lekko  wstydliwym  uśmiechem.  - 

Zdecydowanie tak myślę. 

38

RS

background image

Ich  usta  ponownie  się  połączyły.  Tym  razem  inaczej.  Powolny,  namiętny 

pocałunek  był  jednocześnie  ostatnią  szansą,  by  to  przerwać,  wycofać  się. 
Żadne z nich jednak nie zrezygnowało. 

Do  diabła  z  polityką  firmy,  pomyślał  Liam.  Błądził  dłońmi  po  jej 

jedwabistej skórze. I wiedział tylko, że szaleńczo pragnie Alice. Zupełnie go 
w tej chwili nie obchodziło, kto i gdzie będzie to komentował. 

Alice  obudziła  się  pierwsza.  Było  późne  popołudnie.  Słońce  zawieszone 

nisko  nad  horyzontem  przypominało  rozpaloną  czerwoną  kulę,  która  wciąż 
grzała niemiłosiernie. Kilka promieni błąkało się po pokoju. Przez parę chwil 
leżała  nieruchomo  i  rozmyślała,  jak  bardzo  cenne,  niezwykłe  i 
nieprzewidywalne jest życie. Spojrzała na Liama i przyszło jej do głowy, że 
on jest dokładnie taki sam. 

Chyba się zakochałam, pomyślała. 
Mało  kto  uwierzyłby,  że  to  możliwe  po  tak  krótkiej  znajomości, 

pomyślała.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  po  doświadczeniach  z  Toddem 
powinna  być  wyjątkowo  ostrożna.  Ale  też  jej  były  mąż  nigdy  w  tak 
niebywały sposób nie potrafił rozpalić w niej ognia i pasji. 

Liam  tego  dokonał.  I  nawet  jeśli  to,  co  czuła,  nie  było  miłością,  musiało 

być niezwykle bliskie temu uczuciu. 

Ostrożnie  wysunęła  się  z  jego  objęć  i  podeszła  do  czajnika.  Dźwięk 

gotującej się wody obudził Liama. 

-  Mam  tu  herbatę  w  torebkach  i  rozpuszczalną  kawę  -  powitała  go.  -  Co 

wybierasz? 

-  Poproszę  kawę  -  odparł,  po  czym  wstał  i  przeciągnął  się  leniwie.  - 

Dzięki. 

Chwilę  później  Alice  wskoczyła  ponownie  do  łóżka,  odstawiając  kubki  z 

parującą kawą na stolik. Liam usiadł obok niej i wziął kubek w rękę. Przez 
moment popijali w milczeniu. 

- Czym się martwisz? - spytał niespodziewanie. 
- Wyglądałam na zmartwioną? - Uśmiechnęła się. - Myślałam o nas. 
- I to kazało ci zmarszczyć czoło? 
- Niezupełnie. Zastanawiałam się... 
-  Czy  kochać  się  ponownie  przed  czy  też  po  wypiciu  kawy,  zgadłem?  - 

Wyszczerzył zęby w szelmowskim uśmiechu. 

Odwzajemniła uśmiech. 
-  Prawdę  mówiąc,  pomyślałam,  że  intymne  relacje  wychodzą  nam  lepiej 

niż niezobowiązująca rozmowa. 

39

RS

background image

- Nie bardzo mamy okazję do zwykłych rozmów. 
- Chodziło mi o to, że za wszystko zabieramy się od końca. 
- Tak uważasz? 
- No wiesz, kiedy mężczyzna spotyka kobietę... - zawahała się. - No cóż, 

jestem może nie na czasie, ale zawsze myślałam, że ludzie są chwilę ze sobą, 
poznają się, nim... 

- Wylądują w łóżku? - dokończył za nią. 
- Tak. - Kiwnęła głową. 
Odstawił kubek na stolik i chwycił ją za ręce. 
- Jeśli chcesz,  możemy cofnąć się trochę i nadrobić ten etap. Aczkolwiek 

ja już wiem całkiem dużo istotnych rzeczy o tobie - dodał. 

- Tak? - Spojrzała na niego zaskoczona. 
- No jasne. 
- Zamieniam się w słuch. 
- Lubisz zielony - wypalił dumnie. Przewróciła oczami. 
- I jaki to ma wpływ na nasz związek? 
-  Och,  kluczowy,  oczywiście  -  udał  oburzenie.  -  Ja  przecież  mogłem  nie 

znosić tego koloru. 

- Ale tak nie jest, prawda? - upewniła się zaniepokojona. 
- Zielony jest w porządku - odparł niedbale. - Ale chyba tylko dlatego, że 

zasadniczo jestem otwarty na większość kolorów. 

- Czy ta tolerancja pozwala ci zdecydować, który kolor lubisz najbardziej? 
Zastanowił się chwilę, po czym uśmiechnął chytrze. 
-  Myślę,  że  mara  słabość  do  białego.  Wziął  delikatnie  jej  stopę  i  zaczął 

masować. 

- Białego? No tak, jesteś spod znaku Panny - oświadczyła triumfalnie. 
- Wątpię, czy to jest powód - odparł zagadkowo. Chciała drążyć temat, ale 

podążając  za  jego  wzrokiem,  zarumieniła  się,  odkrywając,  że  pożądliwie 
wpatruje się w jej białą, bluzeczkę i białe koronkowe figi. 

- Wiem również, że jesteś świeżo rozwiedziona - dodał. 
- To akurat nie jest mój ulubiony temat. Możemy go pominąć. 
Przyjrzał się jej w zamyśleniu, ale nie poruszył więcej tego wątku. 
-  No  to  jeszcze  mogę  powiedzieć,  że  tracisz  dużo  czasu  na  czytanie  w 

łóżku. 

- Och, to nie jest uczciwie - oburzyła się ze śmiechem. - Masz przewagę, 

bo byłeś w mojej sypialni. 

- A to jest jakiś konkurs? 

40

RS

background image

-  Nie,  ale...  -  Przygryzła  niespokojnie  wargę  i  usiadła  wyprostowana.  - 

Cały czas czuję, że tak naprawdę nic o tobie nie wiem. 

-  Pytaj,  Alice.  O  wszystko,  co  chcesz  wiedzieć,  począwszy  choćby  od 

grupy krwi. 

Jęknęła i opadła na poduszki. 
- Nie żartuj sobie, proszę. 
- W porządku - odparł poważnie. - Widzę, że coś cię męczy i chciałbym, 

żebyś to z siebie wyrzuciła. 

Milczała chwilę, a potem spojrzała na niego uważnie. 
- Czy mogę ci zaufać? 
Po  wyrazie  jego  twarzy  zrozumiała  od  razu,  że  zdenerwowała  go  tym 

pytaniem. 

- Mam taką nadzieję, Alice. Czyżbyś w to wątpiła? -Bo... 
Podświadomie  wyczuwała,  że  przeszłość  Liama  skrywa  jakąś  tajemnicę, 

ale  to  było  tylko  podejrzenie.  Postanowiła  więc  zacząć  od  ostatnich 
wydarzeń. 

- Chodzi o Shanę. Wydął wargi w grymasie. 
- W porządku, pora na  małą spowiedź. Przyznaję, że nie byłem do końca 

szczery.  Widzisz,  kiedy  Shana  powiedziała,  że  nie  może  jechać,  to... 
Ucieszyłem  się.  Miałem  idealną  wymówkę,  żeby  ciebie  poprosić  o 
towarzystwo. - Uniósł jej stopę i lekko pocałował. - Tylko ty nadawałaś się 
do tego zadania. 

Usłyszeli  pukanie  do  drzwi  w  domku  obok.  Ktoś  szukał  Alice.  Liam 

jednak zignorował sygnał. 

- Od początku pragnąłem, żebyś to ty pojechała. 
-  Rozumiem  -  powiedziała  ostrożnie,  bo  czuła,  że  wciąż  powinna  się  na 

niego gniewać 

Problem  jednak  leżał  w  tym,  że  bardzo  jej  się  podobało,  kiedy  Liam 

Conway mówił, jak jej pragnął. To bez dwóch zdań było bardzo miłe. 

Ponownie usłyszeli pukanie. Tym razem do drzwi Liama. 
- Idę - krzyknął Liam i ostatni raz pocałował stopę Alice. 
Podszedł  do  drzwi  i  uchylił  je  nieznacznie.  To  wystarczyło,  by  Alice 

dostrzegła Noreen King. 

-  Przyniosłam  coś  do  jedzenia  -  powiedziała  Noreen.  -Pukałam  też  do 

Alice, ale musiała gdzieś wyjść. Mogę zostawić jej porcję tutaj? 

- Jasne. Dziękuję. A wiadomo coś o stanie naszego pilota? 
- Szybko wraca do zdrowia. I nie przestaje wychwalać cię pod niebiosa. 

41

RS

background image

- Powinien wychwalać Alice. To ona się nim opiekowała. Liam pożegnał 

się z Noreen i wrócił do łóżka. 

- Mało brakowało, a zostalibyśmy nakryci. - Po jego uśmiechu można było 

poznać, że wcale by się tym nie przejął. - No to zobaczmy, co my tu mamy 
do zjedzenia. Umieram z głodu. 

Alice  miała  nadzieję,  że  będą  kontynuować  rozmowę.  Liam  po  raz 

pierwszy otworzył się i zaczął mówić o sobie, o nich. Chciała dowiedzieć się 
o  nim  jak  najwięcej.  Uważała  też,  że  powinna  powiedzieć  mu  o  swojej 
bezpłodności.  Kiedy  jednak  Liam  rozpakował  koszyki,  uświadomiła  sobie, 
że też jest bardzo głodna. 

- Pachnie cudownie - powiedziała. 
Rzucili się najedzenie. Było tam prawie wszystko - czerwone wino, wybór 

serów,  świeże  bułeczki  i  sałata.  Rozpromieniony  Liam  wyciągał  kolejne 
skarby. 

-  Cudowna  obsługa  -  zachwycał  się.  -  Musimy  ich  odzyskać  dla  Kanga 

Tours. 

Alice  włożyła  szorty  i  podeszła  do  szafek  kuchennych  w  poszukiwaniu 

talerzy i sztućców. 

-  Na  zewnątrz  jest  mały  stolik.  Może  zjemy  tam,  obserwując  zachód 

słońca? - zaproponowała. 

- Wspaniała myśl - ucieszył się. 
Pomysł  był  rzeczywiście  przedni.  Niebo  na  zachodzie  płonęło  na 

czerwono  i  pomarańczowo,  oferując  im  wspaniale  widoki.  Jedzenie 
smakowało wybornie, a wino idealnie uzupełniało kolację na powietrzu. 

Ku radości Alice, Liam znowu zaczął mówić. 
Rozmawiali  o  wszystkim.  O  wizji  firmy,  o  odwiedzonych  miejscach, 

ulubionej  muzyce  i  jedzeniu.  Jedne  tematy  traktowali  zdawkowo,  innym  - 
jak  zamiłowaniu  do  wypraw  na  odludzie  -  poświęcali  więcej  czasu. 
Odkrywali, co ich dzieli, a co łączy, począwszy od wspólnej daty urodzin. 

Kiedy  Alice  poruszyła  ten  temat,  odniosła  wrażenie,  że  w  oczach  Liama 

dostrzegła błysk bólu. Pomyślała jednak, że musiało się jej tylko wydawać. 

-  To  niesamowite  -  mówiła  podekscytowana.  -  Pomyśl  tylko.  Za  każdym 

razem,  kiedy  zrywałam  się  rano  podniecona  swoimi  urodzinami,  ty  robiłeś 
dokładnie  to  samo.  W  tym  samym  czasie  szukaliśmy  swoich  prezentów.  - 
Upiła łyk wina i uśmiechnęła się. - Tylko że o ile do tej pory zawsze byłam 
dumna, że jestem o rok starsza, to teraz zapewne się to zmieni. 

Przez chwilę jedli w milczeniu. 

42

RS

background image

- Opowiedz mi, proszę, które swoje urodziny uważasz za najszczęśliwsze? 
Spojrzał jej głęboko w oczy. 
- Ostatnie wydają się bezkonkurencyjne. 
- A poza ostatnimi? 
Odchylił  się  na  krześle  i  zapatrzył  na  zachodzące  słońce,  które  znikało 

powoli za wzgórzami. 

-  Prawdopodobnie  osiemnaste.  Byłem  wtedy  na  Kirra  na  Złotym 

Wybrzeżu. 

Słuchała go ze zdziwieniem. 
-  To  nieprawdopodobne.  To  znaczy,  że  ja  wtedy  obchodziłam  dwunaste 

urodziny i... Też spędzałam je na Kirra. 

Zaskoczeni przyglądali się sobie przez chwilę w zupełnej ciszy. 
-  Być  może  byliśmy  w  tym  samym  czasie  na  plaży,  może  nawet  się 

widzieliśmy. 

Romantyczny nastrój wypełnił jej serce. Wyobraziła sobie Liama z deską 

surfingową.  Wysokiego,  opalonego,  dobrze  zbudowanego  chłopaka.  Czy 
gdyby  ją  wtedy  zobaczył.  ..  Dziewczyno,  miałaś  dwanaście  lat,  przywołała 
się do porządku. 

- Na pewno byś mnie nie zauważył - westchnęła. 
-  Założę  się,  że  byłaś  wyjątkowo  słodką  dwunastolatką.  Poza  tym 

najważniejsze, że zauważyłem cię teraz - dodał lekko chrapliwym głosem. 

Zakręciło  się  jej  w  głowie  od  tego  spojrzenia  i  tonu.  Zabrakło  jej  tchu, 

żeby  zadać  jeszcze  jedno  pytanie,  które  ją  dręczyło.  Chciała  wiedzieć,  jak 
doszło do tego, że syn farmera doszedł do tak niebywałego sukcesu i pozycji 
w wieku zaledwie trzydziestu sześciu lat. I jak to możliwe, że tak ujmujący i 
przystojny  mężczyzna  wciąż  jest  kawalerem.  Ale  w  tej  chwili  to  wszystko 
nie miało znaczenia. 

Liczył  się  tylko  sposób,  w  jaki  Liam  na  nią  patrzył.  Jego  wzrok  pełen 

pożądania sprawiał, że czuła się najbardziej upragnioną kobietą na świecie. I 
liczył się sposób, w jaki dotykał jej skóry. I nic, absolutnie nic innego tylko 
fakt, że tę niezwykłą noc spędzą razem. 

Pokrzykiwania  Boba  Kinga  na  psy  obudziły  Liama.  Podniósł  głowę  i 

chwilę  później  usłyszał  nienaturalnie  głośne  tupanie  na  ganku  przed  ich 
domkiem. 

- Odnoszę wrażenie, że nasz gospodarz daje nam znaki - szepnął do Alice i 

wyskoczył z łóżka. 

43

RS

background image

Włożył w spodnie i podszedł do drzwi w tej samej chwili, gdy Bob w nie 

zastukał. 

-  Przyszedłem  ostrzec  was,  że  grupka  dziennikarzy  pędzi  tu  do  nas,  żeby 

porozmawiać z bohaterem. 

- Mam nadzieję, że to nie mnie kreują na owego herosa? - jęknął. 
-  Ależ  oczywiście,  że  ciebie  -  Bob  wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu.  - 

Samolot  i  helikopter  z  dziennikarzami  wyleciały  pięć  minut  temu  z  Cairns, 
więc  możemy  spodziewać  się  niezłego  tłumu.  Co  dla  ciebie  oznacza  mniej 
więcej tyle, że jutro będziesz w każdej gazecie. 

Liam  miał  wrażenie,  że  w  głosie  Boba  pobrzmiewa  nutka  niebywałej 

radości,  że  to  właśnie  jego  ośrodek  gości  taką  znakomitość.  Westchnął 
ciężko, bo zrozumiał, że to wszystko bardzo pokrzyżuje mu plany. 

- Ja tylko zastosowałem się do instrukcji, jakie dostałem przez radio. 
-  Nie  sądzę,  żeby  to  robiło  jakąkolwiek  różnicę  dziennikarzom  - 

zachichotał  Bob.  -  Poza  tym,  spójrzmy  prawdzie  w  oczy,  przyjacielu.  Ty 
jesteś  bohaterem.  Niecodziennie  lądują  samoloty  pilotowane  przez  ludzi, 
którzy nigdy nie siedzieli za sterami. 

Liam wrócił do pokoju i oskarżycielsko wymierzył palec wprost w Alice. 
- To wszystko twoja wina. Za każdym razem, kiedy jestem z tobą, pojawia 

się prasa. Najpierw „Głos Cairns", teraz ogólnokrajowa. 

-  Och,  rozpracowałeś  mnie.  -  Alice  teatralnym  gestem  chwyciła  się  za 

głowę.  -  Przyznaję  się  do  wszystkiego,  panie  oficerze.  Tak,  to  ja  dolałam 
trucizny  do  jedzenia  biednego  Joego,  żeby  Liam  Conway  mógł  zgrywać 
bohatera i zaistnieć na pierwszych stronach gazet. 

Liam zaśmiał się głośno, ale zaraz spoważniał. 
-  W  sumie  mógłbym  wykorzystać  dziennikarzy  na  potrzeby  firmy  - 

zastanowił się. 

- Dokładnie - przytaknęła. 
- Podczas wywiadów wystarczyłoby wspominać nazwę firmy przy każdej 

okazji  i  delikatnie  napomknąć,  że  Kanga  Tours  zamierza  wznowić 
działalność na tych terenach. 

-  Może  zaproś  ich  do  rozmowy  gdzieś  tu  przy  naszych  domkach.  Widok 

na jezioro stanowiłby rewelacyjne tło dla zdjęć. 

-  Dobry  pomysł  -  przyznał  i  podszedł  do  okna.  Poranne  słońce  rzucało 

refleksy na wodę. Różowe lilie 

44

RS

background image

wodne wyglądały, jakby ktoś specjalnie poukładał je w fantazyjne wzory, 

a  rosnące  na  brzegu  drzewa  o  wąskich,  intensywnie  zielonych  liściach 
nadawały widokowi bajkowego nastroju. 

Liam pomyślał, że to jedna z typowych scen dla australijskiego krajobrazu, 

która  wyciska  łzy  z  oczu  mieszczuchów.  Wyrwani  z  rytmu  codzienności, 
właśnie tu, w tym niemal całkowicie pierwotnym krajobrazie, przypominali 
sobie o dziedzictwie naturalnym Australii. 

-  Tak  -  powiedział  powoli.  -  Muszę  poprowadzić  rozmowę  tak,  żeby 

skoncentrować  się  nie  na  tym,  jak  tu  dolecieliśmy,  ale  dlaczego  w  ogóle 
wybraliśmy ten kierunek. 

- Ale nie licz na to, że wymigasz się w ten sposób od opowieści o twoim 

bohaterskim wyczynie. 

Ogniki w jej oczach pozwoliły mu przez jedną krótką chwilę uwierzyć, że 

naprawdę  jest  bohaterem.  Jej  bohaterem.  Trwało  to  jednak  bardzo krótko.  -
Okrutne wspomnienia sprowadziły go na ziemię. 

Przeraziła go myśl, co zobaczy w jej oczach, kiedy Alice pozna prawdę. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

45

RS

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
-  Wkrótce  można  się  tu  spodziewać  jakiegoś  ślubu.  Alice  puściła  uwagę 

Shany mimo uszu i nie przerwała pisania. 

Odkąd  wrócili  z  Liamem  z  bardzo  udanego  wyjazdu,  Shana  robiła 

wszystko, żeby jej dokuczyć. 

Niezrażona brakiem reakcji, Shana wstała i podeszła do biurka Alice. 
- Mężczyzna z prezencją Liama Conwaya i z jego pieniędzmi nie może się 

obejść bez wianuszka kobiet zabiegających o jego względy. 

- To chyba nie jest nasza sprawa - zauważyła Alice, podnosząc wzrok na 

koleżankę. 

- Daj spokój. - Shana dotknęła płatków róży stojącej w zielonym wazonie 

na  biurku  Alice.  -  Chyba  nie  chcesz  mi  powiedzieć,  że  to  nie  jest  twoja 
sprawa? Między tobą i Liamem... 

- Shana, proszę, zmień temat. 
-  Nie  bądź  taka  drażliwa,  skarbie.  Wszyscy  w  biurze  wiedzą,  że  coś  jest 

między  wami.  Próbujesz  zamydlić  nam  oczy.  Widzieliśmy  zdjęcie  w 
gazecie,  ale  udawaliśmy,  że  nie  dało  ono  odpowiedzi  na  pytanie  o  wasze 
relacje.  Widzieliśmy  jednak,  jak  szef  patrzył  na  ciebie,  kiedy  wróciliście 
wczoraj. Nie mógł ukryć pożądania. Już nas nie oszukacie! 

Alice westchnęła. Nie było sensu zaprzeczać. Liama nie obchodziło to, czy 

ktoś się dowie, że Alice jest jego kobietą. 

- Cóż. Można powiedzieć, że coś jest między nami. Ale to nie znaczy, że 

muszę... 

- Wyjść za niego za mąż? - dokończyła Shana. 
-  Na  miłość  boską!  -  krzyknęła  poirytowana.  Pokręciła  z  dezaprobatą 

głową i sięgnęła po segregator. - Dopiero poznałam faceta i z pewnością nie 
myślę o tak dalekiej przyszłości. 

-  Praestań,  Alice.  Chcesz,  żebym  uwierzyła,  że  nawet  przez  chwilę  nie 

pomyślałaś o usidleniu tego najprzystojniejszego mężczyzny w okolicy? 

- Właśnie. 
-  Przedyskutowałam  to  dokładnie  z  innymi  pracownikami  biura,  którzy 

dobrze  cię  znają  i  dobrze  ci  życzą,  i  doszliśmy  do  wniosku,  że  jesteś 
monogamistką.  Nie  potrafiłabyś  przeskakiwać  od  jednego  mężczyzny  do 
drugiego.  Zakochujesz  się  w  jednym  i  cały  świat  przestaje  się  dla  ciebie 
liczyć. 

46

RS

background image

-  Czy  mogę  wiedzieć,  do  czego  prowadzi  ten  wywód?  -Westchnęła.  - 

Chcesz mnie ostrzec przed Liamem? 

Shana  mrugnęła  porozumiewawczo,  jakby  znała  pikantne  szczegóły 

związku  Alice  i  Liama,  Alice  poczuła  bolesny  ucisk  w  żołądku. 
Przypomniała  sobie  wcześniejsze  pytanie  Shany  o  to,  czy  Liam  był  w 
przeszłości żonaty. 

-  Jeśli  masz  mi  coś  do  powiedzenia,  wyduś  to  z  siebie  -  nalegała.  -  Nie 

traktuj mnie jak zaślepionej, naiwnej nastolatki. 

Przecież dopiero zakończyłam sprawę rozwodową.  Nie chcę pakować się 

w kolejne tarapaty, myślała. 

- Wiesz w końcu, czy szef był kiedyś żonaty? 
-  Wiem,  że  obecnie  nie  jest  w  stałym  związku  i  to  mi  wystarczy.  -  Alice 

miała  nadzieję,  że  jej  głos  nadal  brzmi  spokojnie,  choć  serce  waliło  jej  w 
piersi jak oszalałe. 

Nie  była  zachwycona  faktem,  że  Liam  nie  chciał  nic  mówić  o  swoich 

kobietach  z  przeszłości,  ale  postanowiła  na  niego  nie  naciskać.  Przeciwnie, 
wolała  mu  zaufać.  Ufała  mu  od  pierwszej  chwili,  gdy  ujrzała  go  w  barze 
„Hippo". Jak dotąd jej nie zawiódł. 

Nie ciesz się tak, podpowiedział jej wewnętrzny głos. Toddowi też ufałaś 

przez wiele lat i zobacz, do czego cię to doprowadziło. 

-  No,  dobra  -  Shana  nie  dawała  za  wygraną.  -  Czy  możesz  mi 

odpowiedzieć, dlaczego Liam Conway nigdy nie prowadzi samochodu? 

- Słucham? Czyś ty oszalała? - Alice nie kryła zaskoczenia. - Oczywiście, 

że  prowadzi  samochód.  Ten  mężczyzna  sam  sprowadził  samolot  do 
lądowania,  do  cholery.  -  I  pokazał  mi  swoje  prawo  jazdy  na  potwierdzenie 
daty  swoich  urodzin  pierwszej  nocy,  kiedy  się  poznaliśmy,  dodała  w 
myślach. 

Shana uśmiechnęła się ze współczuciem. 
-  Gazeta  „The  Sydney  Morning  Herald"  wydrukowała  artykuł,  w  którym 

kwestionuje możliwość, aby Liam sterował samolotem, jeśli nigdy wcześniej 
tego nie robił. 

- Nonsens. - Najwyraźniej Shana próbowała doszukać się afery. - A teraz, 

jeśli skończyłaś, pozwól mi popracować. 

-  Mówię  ci  to  wyłącznie  dla  twojego  dobra,  ale  jeśli  zamierzasz 

kwestionować  każde  moje  słowo,  to  najwyraźniej  marnuję  tylko  czas.  - 
Shana prychnęła urażona i wróciła do swojego biurka. 

47

RS

background image

Nie  ma  to  jak  obrażona  koleżanka,  pomyślała  Alice.  Ale  przynajmniej 

będę  mogła  popracować.  Na  ekranie  komputera  zobaczyła  ikonkę 
nadchodzącej wiadomości. 

Przygoda  z  ich  podróży  zainteresowała  media.  Liam  czuł  się  przed 

kamerami jak ryba w wodzie. Był czarujący, bystry, dowcipny. W rezultacie 
zainteresowanie  biurem  podróży  Kanga  Tours  przerosło  ich  najśmielsze 
oczekiwania. 

Alice  miała  więc  wiele  pracy.  Postanowiła  najpierw  przejrzeć  pocztę 

elektroniczną.  Wśród  nadesłanych  wiadomości  jej  uwagę  przykuła  jedna, 
oznaczona  jako  prywatna  wiadomość  od  Liama.  Poczuła,  że  jej  ciało 
przeszywa dreszcz. Nie mogła się doczekać, kiedy przeczyta zawartość listu. 

Czy mogę wprosić się do ciebie na kolację dziś wieczorem? Wezmę jakieś 

jedzenie na wynos i wino. Na co masz ochotę: na ryby i frytki, chińszczyznę 
czy  pizzę?  Tylko  powiedz,  a  ja  wszystko  zorganizuję.  Przygotuj  zielone 
talerze. Tęsknię za tobą jak wariat. Ł 

Alice  poczuła,  że  rumieni  się  aż  po  koniuszki  uszu.  Nie  mogła 

powstrzymać uśmiechu. Co za szczęście, że Shana nie patrzyła w jej stronę. 

Tęsknię jak wariat, powtarzała sobie. Czyli Liam nie myślał teraz o pracy. 

Powinien  być  zajęty  sprawami,  które  nagromadziły  się  podczas  jego 
nieobecności, ale najwyraźniej nie mógł przestać myśleć o niej. 

Liam  siedział  w  swoim  gabinecie  i  patrzył  niewidzącym  wzrokiem  w 

komputer. Miał nadzieję, że Alice nie będzie zbyt zajęta, żeby odpowiedzieć 
na jego list. 

„Tęsknię  jak  wariat",  przeczytał  ostatnie  zdanie  wysłanej  wiadomości. 

Chyba  faktycznie  zwariował.  Szaleństwem  było  w  ogóle  dopuszczenie  do 
takiej sytuacji, do zaangażowania się w związek z kobietą, która pracuje dla 
niego w jego nowej firmie. 

Przyjechał  do  tego  miasta  w  jednym  celu  -  zapewnić  bezpieczeństwo  i 

stabilność  przejętej  firmie.  Jednak  od  chwili  gdy  zobaczył  Alice  w  barze 
„Hippo", jego cele uległy radykalnej zmianie. 

Nie  przypuszczał,  że  jakiś  związek  może  tak  mocno  go  pochłonąć.  Alice 

była  cudem  -  jego  ideałem  kobiety.  Musiał  przemierzyć  setki  kilometrów, 
żeby ją spotkać. Teraz mógł myśleć tylko o planach na dzisiejszy wieczór. 

Proszę, Alice, zgódź się, myślał z nadzieją. 
Nie  miał  nawet  ochoty  czekać  do  wieczora.  Najchętniej  wezwałby  Alice 

do  swojego  gabinetu,  zamknął  drzwi  i  skorzystał  ze  swojego  szerokiego 

48

RS

background image

biurka, pokazując Alice, czego pragnie. Ten scenariusz nie był jednak realny, 
więc Liam wyobrażał sobie, jak może zakończyć się dzisiejszy wieczór 

Alice, napisz, że się zgadzasz. Wystarczy jedno słowo: TAK. 
Alice  patrzyła  na  wiadomość,  którą  dostała  od  szefa  i  czuła,  że  z  radości 

nie  jest  w  stanie  usiedzieć  na  krześle.  Czytała  w  kółko  ostanie  zdanie  listu 
Liama. 

Jej  reakcje  zaskakiwały  ją  samą.  Zastanawiała  się,  czy  może  jest  to 

odreagowanie  koszmaru  rozwodu.  Może  po  prawie  dziesięciu  latach 
zakłamania w małżeństwie, uwaga, jaką obdarzył ją Liam, tak ją zniewoliła? 
Cała sytuacja wymykała się spod kontroli. 

Od  ognia,  jaki  zapłonął  między  nimi,  ktoś  może  się  sparzyć,  myślała.  I 

ciekawe, kto na tym straci. Przecież nie szef firmy! 

Doszła  do  wniosku,  że  powinna  z  większym  dystansem  podchodzić  do 

całej sprawy. W końcu nie była już napaloną nastolatką. Miała trzydzieści lat 
i  powinna  poradzić  sobie  z  tą  sytuacją  na  chłodno:  dyskretnie  w  pracy  i  z 
pełną kontrolą poza biurem. 

Wzięła  głęboki  oddech,  odrzuciła  włosy.  Spięła  je  spinką  w  kształcie 

motyla,  którą  wyjęła  z  szuflady  biurka.  Ciężko  westchnęła.  Co  zrobić,  by 
choć trochę ugasić trawiący ją ogień? 

Może powinnam porozmawiać z Liamem w cztery oczy, zastanawiała się. 

Zasugerować, aby nie spieszyli się tak bardzo, więcej rozmawiali, nie pędząc 
od razu do łóżka. 

Ponownie  odetchnęła  głęboko,  ukradkiem  zerknęła  na  Shanę  i  zaczęła 

myśleć, jak w grzeczny sposób odpowiedzieć Liamowi. 

- Wydrukowałem dla pana te wykresy. - Głos księgowego wyrwał Liama z 

letargu. 

- Dziękuję, Merv. 
Księgowy  ułożył  wydruki  na  biurku  Liama  w  chwili,  gdy  na  komputerze 

pojawiły się trzy nowe wiadomości. Jedna z nich była od Alice. 

- W porządku. Możesz już odejść - ponaglił swego pracownika Liam. 
-  Sugeruję,  żeby  przyjrzał  się  pan  bliżej  budżetowi  wynagrodzeń  na 

najbliższe sześć miesięcy, panie Conway. 

- Tak, tak. Oczywiście. - Wzrok Liama biegł ku ekranowi. 
- Myślę, że lepiej by było, gdybyśmy mieli więcej sprzętu komputerowego 

w leasingu niż na własność. 

49

RS

background image

- Zastanowię się nad tym - odparł niecierpliwie. Dłoń trzymał na myszce i 

czekał na  moment, w którym będzie  mógł otworzyć wiadomość od Alice. - 
Dziękuję ci, Merv. -A tu jest... 

- Zapoznam się szczegółowo z tymi dokumentami i wtedy wrócę do ciebie 

z moimi uwagami. 

-  Zostawię  panu  dokumenty  i  czekam  na  pana  sugestie.  W  chwili,  gdy 

księgowy znikał za drzwiami, Liam otwierał już list od Alice. 

Jeśli  przyniesiesz  chińszczyznę  i  białe  wino,  to  zielona  zastawa  będzie 

czekała o szóstej trzydzieści. A. PS. ]a już zadbam o deser. PSI. I o przekąski 
w nocy. PS2.1 o śniadanie. 

Liam  uśmiechnął  się.  Nareszcie  mógł  zapomnieć  o  dręczącej  go  żądzy  i 

zająć  się  biznesem.  Przejrzenie  przyniesionych  przez  księgowego 
dokumentów było tylko częścią jego dzisiejszych obowiązków. 

Jeśli chcesz, żeby twoja firma odniosła sukces, musisz wziąć się w garść, 

ganił się w myślach. Koncentracja, stary. Koncentracja. 

Otworzył  kalendarz  i  sprawdził  listę  telefonów,  które  miał  dzisiaj 

wykonać. W tej samej chwili usłyszał dźwięk dzwonka. 

- Tak, Sally? 
- Pilny telefon z Sydney. 
- Połącz, proszę. 
To  była  Rita  James,  jego  sekretarka  z  biura  głównego  w  Sydney.  Rita 

zawsze  była  spokojna  i  profesjonalna.  Dziś  jednak  już  podczas  powitania 
głos jej drżał z niepokoju. 

- W czym problem, Rito? 
- Obawiam się, że mam złe wieści o pani Conway, Liam. 
Julia! Niepokój zacisnął mu gardło. 
-  Gosposia  pani  Conway  zadzwoniła  właśnie,  żeby  powiedzieć,  że  panią 

zabrano do szpitala. Jej stan jest poważny. 

Boże, tylko nie to, westchnął. 
Przewidywał, że coś takiego może się wydarzyć. 
- Czy masz numer telefonu? Mogę rozmawiać z Julią? 
- Obawiam się, że nie czuje się na tyle dobrze, żeby odbierać telefony. 
- Muszę w takim razie porozmawiać z gosposią. Nie rozumiem, dlaczego 

Harriet  nie  zadzwoniła  najpierw  do  mnie.  Dałem  jej  przecież  mój  nowy 
numer telefonu. 

- Dzwoniła ze szpitala i była wyraźnie bardzo zmartwiona. Może nie miała 

przy sobie twojego nowego numeru. 

50

RS

background image

-  Nieważne.  Muszę  kupić  bilet  na  najbliższy  lot.  -  Próbował  zachować 

spokój. - Rozumiem, że ktoś zajął się Jackiem? 

- Chyba został u któregoś ze swoich kolegów ze szkoły. 
-  W  porządku.  -  Liam  próbował  pozbierać  myśli.  -  Masz  adres  tego 

szpitala? Julia musi mieć najlepszą opiekę. - Zapisał informacje od Rity. 

- Jestem pewna, że Julia jest w dobrych rękach - zapewniła go. 
-  Mam  nadzieję.  Dziękuję,  że  do  mnie  zadzwoniłaś.  Do  zobaczenia.  Z 

pewnością się spotkamy w najbliższych dniach. 

Odłożył słuchawkę i ukrył twarz w dłoniach. Świadomość, że Julia nie po 

raz  pierwszy  musiała  błyskawicznie  jechać  do  szpitala,  wytrąciła  go  z 
równowagi. To zawsze był jego największy koszmar. 

Spróbował  opanować  zdenerwowanie  i  połączył  się  w  numerem 

wewnętrznym Alice. 

- Alice, przepraszam, ale będę musiał... 
- Alice nie ma przy biurku - odparła Shana. 
- Och - zawahał się. - Czy wiesz, gdzie mogę ją znaleźć? 
- Wyszła w pośpiechu. Mówiła coś o pilnych zakupach, jakie musi zrobić. 
- Rozumiem. Kiedy wróci, powiedz, żeby do mnie zadzwoniła. 
Rozłączył się i wybrał numer recepcji. 
-  Sally,  czy  możesz  zarezerwować  mi  najbliższy  lot  do  Sydney?  Tak, 

pierwszy możliwy lot... Muszę tam być jeszcze dzisiaj. 

Alice  uśmiechnęła  się  do  swego  odbicia  w  lustrze.  Miała  na  sobie  nową 

bieliznę.  Pomarańczową  z  różowymi  kropeczkami.  To  połączenie  kolorów 
będzie  dobrym  testem  dla  zachowawczego  podejścia  Liama  do  kolorów. 
Kupiła  ten  komplet  w  drodze  z  pracy.  Czuła  się  nieco  winna  z  powodu 
wcześniejszego  opuszczenia  biura.  Wiedziała  jednak,  że  jutro  nadrobi 
wszystkie  zaległości.  W  końcu  dzisiaj  miała  się  odbyć  pierwsza  oficjalna 
randka z Liamem. Dlatego właśnie wybrała się na zakupy. 

Dzisiejszego  wieczoru  planowała  rozmowę  przy  niespiesznym  posiłku, 

winie  i  świecach.  Powinni  lepiej  poznać  się  z  Liamem  i  więcej  czasu 
poświęcić  na  wymianę  poglądów.  Jak  dotąd  nie  naciskała,  ale  dziś  miała 
zamiar  zadać  Liamowi  kilka  pytań.  Między  innymi  te,  które  nasunęły  się 
podczas  rozmowy  z  Shaną.  Musiała  też  wiedzieć,  do  czego  zmierza  ich 
związek. 

W  drodze  do  sklepu  ze  świecami  mijała  sklep  z  bielizną  i  zobaczyła  na 

wystawie  piękny  komplet.  Kolory  wprawdzie  były  bardzo  odważne,  ale  od 
razu  pomyślała  o  Liamie.  Właściwie  obiecała  sobie,  że  będzie  opanowana, 

51

RS

background image

ale nie mogła się oprzeć. Postanowiła kupić tę bieliznę i pokazać się w niej 
Liamowi. 

W efekcie prawie zapomniała o kupnie świec. 
I tyle można powiedzieć o jej opanowaniu i pełnej kontroli nad sytuacją. 
Włożyła beżową sukienkę i ponownie przejrzała się w lustrze. Wyglądała 

naprawdę dobrze. Klasyczny krój sukienki nadawał Alice wygląd skromnej, 
spokojnej dziewczyny. 

Uśmiechnęła  się  na  myśl  o  tym,  jak  zaskoczony  będzie  Liam,  kiedy 

rozepnie  guziki  jej  sukienki  i  odkryje  kolorową  bieliznę.  Otrząsnęła  się  z 
tych myśli i ruszyła w stronę kuchni, aby przygotować talerze i udekorować 
stół. 

Nagle usłyszała dzwonek telefonu, który zostawiła w sypialni. 
Żeby to tylko nie była mama albo któraś z ciotek, pomyślała, spiesząc się, 

aby odebrać. Tylko nie dzisiaj! 

Wczoraj  spędziła  całe  godziny  przy  telefonie,  odpowiadając  rodzinie  na 

niekończące się pytania na temat jej lotu z Liamem i potwierdzając, że Liam 
Conway  to  ten  sam  facet,  którego  zdjęcie  znalazło  się  we  wszystkich 
gazetach.  I  że  jest  on  także  jej  szefem.  Jeszcze  sympatyczniejszym,  niż  się 
wydaje w telewizji. 

- Słucham, mówi Alice. 
Ledwie  dosłyszała  głos  Liama.  W  tle  coś  hałasowało  i  szumiało. 

Uśmiechnęła się, wyobrażając go sobie w kolejce po chińskie jedzenie. 

- Cześć, Liam. Długo każesz mi na siebie czekać? 
- Alice, nie przekazano ci, że prosiłem, żebyś do mnie zadzwoniła? 
- Nie. - Skrzywiła się zaskoczona. 
- Shana miała ci przekazać. 
-  Ja...  ja  wyszłam  dziś  nieco  wcześniej  z  biura.  Usłyszała  w  słuchawce 

jego westchnienie. 

-  Alice,  ogromnie  mi  przykro,  ale  muszę  odwołać  dzisiejszą  kolację. 

Jestem teraz na lotnisku. 

- Na lotnisku? - Serce załomotało jej w piersi. - Co ty tam robisz? 
- Przepraszam cię bardzo. Coś mi wypadło i muszę natychmiast lecieć do 

Sydney. 

- Dziś wieczorem? - Trudno jej było ukryć olbrzymie rozczarowanie. 
- Tak. Prawdę mówiąc, muszę już wsiadać do samolotu. Alice poczuła, że 

nogi  się  pod  nią  uginają.  Opadła  na  łóżko.  To  nie  miało  sensu.  Co  takiego 

52

RS

background image

mogło  mu  wypaść,  że  musiał  odwołać  ich  spotkanie  i  lecieć  już  dzisiaj  do 
Sydney? 

-  Naprawdę  mi  przykro  -  powtórzył.  -  Sam  byłem  zaskoczony,  kiedy  się 

dowiedziałem. Musiałem natychmiast zorganizować wiele spraw. 

- A co się stało? Czego się dowiedziałeś? 
-  To  jest...  to...  to  rodzinna  sprawa  -  tłumaczył  się.  -  Nagły  wypadek.  To 

zbyt skomplikowane, żeby teraz o tym mówić. Wzywają pasażerów mojego 
lotu. Muszę już iść. 

Jak  mógł  mnie tak wystawić? - zastanawiała się zaskoczona. Do tego nie 

podał jej w zasadzie żadnych wyjaśnień, tylko same ogólniki. 

- Istnieje ryzyko, że będę musiał zostać w Sydney przez dłuższy czas. Ale 

zadzwonię do ciebie. 

- W porządku - odparła cicho. Zastanawiała się, jak długo może trwać ten 

„dłuższy czas". 

- Wszystko u ciebie w porządku? - spytał wyraźnie zmartwiony. 
Oczywiście,  że  nie  w  porządku!  -  chciała  krzyknąć.  Była  zaskoczona, 

rozczarowana i zła. Poza tym zachowanie Liama wystraszyło ją. Ta sytuacja 
wydała  się  nieprzyjemnie  znajoma.  Przypomniała  sobie,  ile  razy  Todd 
dzwonił do niej w ostatniej chwili, wymyślając idiotyczne wymówki. 

Jaka to nagła sytuacja przydarzyła się Liamowi? - zastanawiała się. Może 

któreś z jego rodziców rozchorowało się poważnie? Ale dlaczego nie chciał 
jej o tym powiedzieć? Tak niewiele o nim wiedziała. 

- Oczywiście. Wszystko w porządku - odpowiedziała po chwili. - Przykro 

mi z powodu tego nagłego wypadku. Mam nadzieję, że wszystko dobrze się 
skończy. 

- Dziękuję. Będę za tobą tęsknił. Muszę iść. Pa. 
- Ja też będę... - nie dokończyła zdania, bo Liam już się rozłączył. 
Odłożyła  telefon  i  długo  siedziała  w  ciemnym  pokoju.  Czuła 

przepełniający  ją  smutek  i  gniew,  wyciskające  łzy  z  jej  oczu.  I  tak  oto  z 
wyżyn  radości  i  ekscytacji  spadła  wprost  na  dno  rozpaczy.  Czuła  się 
okropnie.  Doszła  do  wniosku,  że  nie  warto  się  tak  angażować.  Pustka  i 
rozczarowanie  wypełniły  ją,  zupełnie  jak  wtedy,  kiedy  po  raz  pierwszy 
zaczęła  podejrzewać  Todda  o  zdradę.  Czyżby  znowu  wpakowała  się  w 
układ, który przysporzy jej bólu? 

To  nie  było  w  porządku,  myślała  nadal.  Jak  Liam  mógł  się  wobec  niej 

zachować tak okrutnie? Przecież różnił się od Todda. Nie zniosłaby drugi raz 
takiego rozczarowania. 

53

RS

background image

Otrząsnęła  się  ze  złych  myśli  i  postanowiła  wziąć  się  w  garść.  Powinna 

podejść  do  ich  znajomości  jak  dojrzała  kobieta.  Nie  było  powodu,  żeby 
wpadać  w  rozpacz  z  powodu  odwołanej  randki.  Widocznie  Liam  nie  mógł 
postąpić inaczej. Alice postanowiła, że nie będzie przez niego płakać, bo to 
byłoby dziecinne. 

Poszła  do  łazienki,  umyła  twarz  i  skierowała  kroki  w  stronę  kuchni,  by 

przygotować sobie coś na kolację. Po chwili doszła do wniosku, że powinna 
być  wdzięczna  za  tę  lekcję.  Po  rozwodzie  postanowiła  dołączyć  do  grupy 
zadowolonych  ze  swego  życia  singielek.  Mogłaby  się  wówczas  założyć,  że 
już  nigdy  w  życiu  nie  zaangażuje  się  w  żaden  związek  z  mężczyzną.  I  do 
czego  doprowadziła  ją  znajomość  z  Liamem?  Do  złamania  wszelkich 
obietnic.  Sprawiła,  że  mężczyzna  stał  się  centrum  jej  świata.  Rozwód  z 
Toddem niczego jej nie nauczył. 

Pierwsze  myśli,  zaraz  po  przebudzeniu,  dotyczyły  Liama.  W  ciągu  dnia  i 

tuż przed zaśnięciem też myślała tylko o nim. Jednym słowem zakochała się 
bez  pamięci.  Uznała  to  za  kompletną  głupotę  i  nieodpowiedzialność.  Trzy-
dziestoletnia, dojrzała kobieta nie powinna zakochiwać się w swoim szefie i 
marzyć o szczęśliwym zakończeniu ich związku. To było szaleństwo. Jedyne 
na co mogła liczyć, to udany seks. Seks, nie miłość. 

Między nimi doszło do wspaniałego zbliżenia fizycznego. Nie było jednak 

rozmów  o  miłości,  o  przyszłości,  żadnych  obietnic.  Alice  pomyślała,  że 
Liam  mógł  mieć  przecież  w  Sydney  dziewczynę,  a  ona,  jako  nowoczesna, 
wyzwolona kobieta, nie powinna urządzać mu scen zazdrości. 

Cholera! - złościła się w myślach. 
Wiedziała,  że  nie  jest  jej  wszystko  jedno.  Czuła,  że  łzy  ponownie 

napływają  jej  do  oczu.  Nie  będzie  łatwo  zaakceptować,  że  Liam  może  ma 
kogoś  w  Sydney.  Byłaby  tym  do  głębi  rozczarowana.  Załamana. 
Zdruzgotana. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

54

RS

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
Czyżby zmienili datę walentynek? - pomyślała niespokojnie Alice, gdy do 

pokoju wkroczyła recepcjonistka Sally z bukietem czerwonych róż w ręku i 
z  uśmiechem  ustawiła  wazon  na  jej  biurku.  Alice  nerwowo  spoglądała  na 
bilecik, próbując odgadnąć, od kogo dostała kwiaty. Przychodził jej na myśl 
tylko  Liam,  ale  miała  wątpliwości,  czy  zdecydowałby  się  na  taki 
jednoznaczny, ostentacyjny gest. 

Poczuła,  jak  się  czerwieni  pod  spojrzeniami  koleżanek.  Mruknęła 

podziękowanie i chciała wrócić do pracy, ale przy jej  biurku zaraz znalazła 
się Shana. 

- Och! - westchnęła głośno. - Kto ci je przysłał? 
- Nie mam pojęcia - próbowała ją zbyć. 
- No to może sprawdź - zasugerowała Shana, wskazując bilecik. 
- Już - odparła niechętnie. 
Ręce się jej trzęsły, gdy sięgała po liścik. 
-  Idę  o  zakład,  że  są  od  szefa  -  drwiła  Shana.  -  Sprawy  mają  się  dobrze, 

co? 

Złośliwości  koleżanki  nie  poprawiały  humoru  Alice.  Nie  miała  wieści  od 

Liama  od  jego  wylotu  do  Sydney.  Czuła,  że  kwiaty  są  od  niego.  Nie  znała 
innego mężczyzny, który mógłby zdobyć się na taki gest. 

Otworzyła bilecik i zamrugała nerwowo. 
- I? - Shana nie mogła doczekać się wieści. - No czytaj! 
-  Są  od  Joego  -  wyjaśniła,  mając  nadzieję,  że  w  jej  głosie  nie  słychać 

zawodu. 

- Joe? A kto to jest Joe? 
- Pilot, który zemdlał na pokładzie samolotu. 
- Aha. No to miło. 
- W rzeczy samej. Joe wrócił już do zdrowia i twierdzi, że to moja zasługa 

i że uratowałam mu życie. 

- Na pewno tak było. 
Shana,  najwyraźniej  również  zawiedziona  nadawcą  kwiatów,  wróciła  do 

pracy. 

Alice  z  niedowierzaniem  patrzyła  na  róże.  Bolało  ją,  że  kwiaty  nie  są  od 

Liama.  Bardzo  chciała  wiedzieć,  dlaczego  musiał  wyjechać  i  czym 
spowodowane  jest  jego  milczenie.  Jednocześnie  wściekała  się  na  siebie,  że 
tak  bardzo  się  tym  wszystkim  przejmuje.  Spojrzała  jeszcze  raz  na  treść 

55

RS

background image

liściku. Wiadomość od Joego była bardzo miła i wzruszająca. Napisał, że do 
życia  przywrócił  go  pocałunek  anioła.  Pod  spodem,  innym  charakterem 
pisma, był mały dopisek. 

„Alice, chcemy Ci z całego serca podziękować za uratowanie Joego, który 

jest  cudownym  mężem  i  fantastycznym  tatą.  Dziękujemy  Tobie  i  Panu 
Conwayowi. 

Jean, Gary, Jenny i Jana Banyo". 
Alice  dotknęła  aksamitnego  płatka  róży.  Zdała  sobie  sprawę,  że  ratując 

Joego, zupełnie nie myślała o jego żonie czy dzieciach. Uświadomiła sobie, 
że czasem bardzo proste, na pozór nieistotne działania mogą mieć olbrzymie 
znaczenie. Odłożyła liścik i wróciła do pracy. 

Pod  koniec  tygodnia  kwiaty  zwiędły.  Nie  lepiej  miało  się  samopoczucie 

Alice. Wciąż żadnych wieści od Liama. 

Poza  krótką  informacją,  którą  Liam  zostawił  Sally,  że  planuje  powrót  na 

poniedziałek, nikt nic nie wiedział. Co gorsza wszyscy w biurze oczekiwali 
od Alice, że dostarczy im informacji na temat powodów wyjazdu szefa. 

Robiła  dobrą  minę  do  złej  gry,  ale  w  środku  była  wściekła.  Czy  to  taki 

wielki problem, żeby zadzwonić? A może zbyt wiele od niego wymagam? - 
zastanawiała  się.  Najbardziej  bolało  ją  jednak,  że  tak  naprawdę  nie 
wiedziała, jaką rolę odgrywa w jego życiu. 

Niczego nie było pewna. Todd nauczył ją tej niepewności. Efekt był taki, 

że  teraz  sama  nie  wiedziała,  czego  oczekuje  od  życia.  Bała  się  nowego 
związku i jednocześnie pragnęła Liama. Paranoja, pomyślała załamana. 

Dennis korzystał z nieobecności szefa. 
-  Co  jest  u  licha  z  tym  gościem?  -  zawodził  bez  przerwy.  -  Wpada  tu, 

wywraca wszystko do góry nogami, po czym znowu znika. - Dennis obrzucił 
Alice podejrzliwym spojrzeniem. - To jakiś test? 

- Skądże. Pilne sprawy rodzinne wezwały go do Sydney - odparła i w tej 

samej chwili pożałowała swoich słów. 

-  Ach,  sprawy  rodzinne,  tak?  -  Shana  wykorzystywała  każdą  możliwą 

okazję do plotek. - Czyli co? Jego żona zorientowała się, że gdzieś zniknął? 

Na 

przesłodzony 

uśmiech 

Shany 

Alice 

odpowiedziała 

równie 

olśniewającym uniesieniem kącików ust. 

Liam przypatrywał się panoramie Sydney. 
Dawno  temu  biuro  z  tym  oszałamiającym  widokiem  było  szczytem  jego 

ambicji.  Teraz,  kiedy  wiódł  wzrokiem  po  malowniczej  zatoce,  wspaniałym 

56

RS

background image

budynku opery i jedynym w swoim rodzaju moście, doszedł do wniosku, że 
jego obecne plany sięgają zdecydowanie dalej. 

Miał  za  sobą  okropny  tydzień.  Był  wykończony  emocjonalnie.  Przeszedł 

prawdziwe  piekło,  czuwając  całymi  nocami  w  szpitalu.  Ale  najważniejsze 
było to, że Julia wreszcie uporała się ze swoimi problemami. W ciągu kilku 
dni  miała  zostać  wypisana  do  domu,  a  w  przeciągu  tygodnia  jej  stan 
powinien  wrócić  do  normy.  O  ile  w  jej  przypadku  można  mówić  o 
normalności, pomyślał, przygryzając wargi. 

Julia  nigdy  nie  skarżyła  się  na  zdrowie.  Z  niebywałą  wręcz  odpornością 

znosiła  wszelkie  niedogodności,  a  wszystkie  złe  wieści  przyjmowała  z 
uśmiechem. To Liam nigdy nie mógł się pogodzić z widokiem Julii na wóz-
ku. Wciąż wyglądała uroczo, ale on cały czas pamiętał ją sprzed wypadku. 

Przez ostatnie dni nie dopuszczał do siebie myśli o Alice. Kontrast między 

jej  witalnością  a  słabością  Julii  sprawiał  mu  zbyt  duży  ból.  Poczucie  winy 
rozdzierało mu serce. 

- Liam. 
Odwrócił się na dźwięk głosu asystentki. 
- Pan Toh czeka. 
-  Już?  -  Rzucił  okiem  na  zegarek.  -  W  porządku.  Przekaż  mu,  proszę,  że 

już idę. 

Spojrzał na zatokę i wzruszył ramionami. Pora, żeby jego umysł wrócił do 

myśli o biznesie. 

Kenny  Toh,  biznesman  z  Singapuru,  kierował  dużą  firmą  inwestycyjną, 

która  była  kandydatem  na  głównego  partnera  finansowego  Kanga  Tours. 
Asia-Pacific Investments proponowała pokaźny zastrzyk gotówki. Kiedy 

Kenny  dowiedział  się,  że  Liam  jest  w  Sydney,  postanowił  przylecieć 

pierwszym samolotem, żeby osobiście przedyskutować warunki ewentualnej 
współpracy. 

Liam  zdawał  sobie  sprawę,  że  rozmowy  mogą  potrwać  kilka  dni.  Gościa 

wypadało  najpierw  należycie  powitać,  pokazać  mu  miasto,  zaprosić  na 
obiad,  wystawną  kolację.  Pośpiech  na  pewno  nie  był  wskazany.  I  choć 
zawsze  lubił  tego  typu  negocjacje,  to  teraz  odczuwał  niepokój.  Im  dłużej 
Kenny zostanie w Sydney, tym później Liam wróci do Cairns. Do Alice. 

-  Rita  -  krzyknął  za  swoją  asystentką.  -  Mam  jeszcze  jedną  prośbę.  Czy 

mogłabyś zadzwonić do biura w Cairns? 

- Oczywiście. 
- Chciałbym przekazać prywatną wiadomość... - zawiesił głos. 

57

RS

background image

Nie,  to  nie  był  dobry  pomysł,  pomyślał.  Nie  powinien  przekazywać 

wiadomości  przez  Ritę.  Nie  rozmawiał  z  Alice  przez  cały  tydzień.  A  teraz 
nie było już czasu na telefonowanie. Wściekły na siebie myślał gorączkowo i 
nagle uśmiech triumfu zagościł na jego twarzy. 

- Rita, mogłabyś wyrwać się dzisiaj na małe zakupy? 
- Dobrze. Co mam załatwić? 
Kiedy  Liam  wyniszczył  jej,  co  ma  kupić  i  gdzie  to  wysłać,  oczy  Rity 

rozszerzyły  się  ze  zdziwienia.  Opamiętała  się  jednak  szybko  i  jak  dobrze 
wyszkolona asystentka odparła beznamiętnym tonem: 

- Nie ma sprawy. Załatwię to w przerwie na lunch. 
- Jeśli trzeba będzie, bez wahania przedłuż sobie przerwę, dobrze? 
Chwycił marynarkę i wyszedł, by powitać pana Toha. 
Alice  dawno  już  się  tak  nie  cieszyła  z  rozpoczynającego  się  weekendu. 

Nareszcie mogła uciec do swojego domu i ukryć się. 

W  pracy  nadrabiała  miną,  udawała  nonszalancję  i  obojętność,  ale  teraz 

mogła przestać grać. Czuła się żałośnie. Nieprawdą było, że nie interesowało 
jej, co robi Liam w Sydney. Z kim jest i dlaczego do niej nie zadzwonił. Mi-
nęły już dwa koszmarne tygodnie nieprzespanych nocy i ciężkich dni. 

Zaparkowała  samochód  pod  domem.  Zastanawiała  się,  czy  dobrym 

pomysłem byłoby wyskoczenie gdzieś wieczorem, na przykład do kina. Nie 
miała ochoty na rozrywki, ale liczyła na to, że zmęczona łatwiej zaśnie. 

Była  w  połowie  drogi  do  drzwi,  kiedy  przy  chodniku  zatrzymał  się 

samochód pocztowy.  Kurier, który  z niego wysiadł, skierował się wprost w 
stronę Alice. Pod pachą niósł sporych rozmiarów paczkę. 

Zaciekawiona zatrzymała się. 
- Mam przesyłkę dla pani Alice Madigan. To pani? 
- Tak - przytaknęła zaskoczona. 
Zadrżała, widząc kątem oka pieczątkę poczty z Sydney. 
Podpisała dokument odbioru i na uginających się nogach poszła do domu. 

Z bijącym sercem postawiła paczkę na kuchennym blacie i sięgnęła po nóż. 
Miała wrażenie, że całe wieki zajęło jej rozcinanie kolejnych warstw tektury 
i  rozrywanie  niezliczonej  masy  folii  ochronnej.  Kiedy  wreszcie  dotarła  do 
zawartości, aż przysiadła z zachwytu. 

W rękach trzymała przepiękną szklaną misę. Wykonanie zapierało dech w 

piersiach.  Połyskujące  fale  oceanicznej  zieleni  przeplatały  się  z  elementami 
przezroczystego  szkła.  Westchnęła  głęboko,  przyglądając  się  naczyniu.  Za-
kłopotana pomyślała, że musiało kosztować majątek. 

58

RS

background image

Mała  karteczka  w  środku  potwierdziła  jej  domysły.  Ręcznie  wykonana 

misa pochodziła z pracowni słynnych weneckich rzemieślników. Odwróciła 
liścik i serce zabiło jej mocniej. 

„Tęsknię jak wariat". 
O  rany,  westchnęła.  Zakręciło  się  jej  w  głowie.  Ostrożnie,  drżącymi 

rękami odstawiła fantastyczny prezent na blat. 

Liam,  pomyślała.  Liam  za  mną  tęskni.  To  takie  cudowne.  I  jednocześnie 

zupełnie  pozbawione  sensu.  Dlaczego  miał  czas  na  zakupy,  a  nie  znalazł 
chwili, by zadzwonić? 

Wzruszyła  ramionami.  Doszła  do  wniosku,  że  analizowanie  tego 

wszystkiego  nie  warte  jest  zachodu.  Liam  napisał,  że  za  nią  tęskni.  Nic 
innego  się  teraz  nie  liczyło.  Nawet  to,  że  nie  było  go  już  przez...  Rzuciła 
okiem  na  kalendarz,  żeby  policzyć  dni  i  zdziwiona  zmarszczyła  czoło.  Nie, 
musiałam  się  pomylić,  pomyślała  i  podeszła  do  kalendarza.  Przekręciła 
kartkę wstecz, odnalazła dzień zakreślony na czerwono i zaczęła jeszcze raz 
liczyć. 

Według jej notatek, trzy dni temu powinien jej się zacząć okres. W natłoku 

spraw  i  czarnych  myśli  nie  zwróciła  na  to  uwagi.  Doszła  do  wniosku,  że 
musiała  się  jednak  pomylić.  Może  źle  zaznaczyłam  dzień  ostatnim  razem, 
zastanawiała się. Przecież do tej pory nigdy okres się nie opóźniał. Była tego 
całkowicie pewna. Jej organizm funkcjonował jak szwajcarski zegarek. 

Z  pewnością  błędnie  zaznaczyłam  dzień  w  kalendarzu,  uznała  w  końcu. 

Czuła się w ostatnich dniach znacznie bardziej zmęczona i zestresowana. 

Spojrzała  ponownie  na  prezent  od  Liama.  Był  naprawdę  piękny.  Skarciła 

się  w  myślach,  że  miała  tyle  wątpliwości  dotyczących  jego  wyjazdu.  Nic 
dziwnego,  że  stres  zdezorganizował  pracę  jej  hormonów.  Teraz  mogła  się 
zrelaksować. 

Postanowiła,  że  położy  się  wcześnie,  a  rano  na  pewno  pojawi  się  okres  i 

jej życie wróci do starego, przewidywalnego rytmu. 

 
 
 
 
 
 
 
 

59

RS

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
Sprzedawczyni w aptece uśmiechnęła się do Alice. 
- To jedna z najbardziej znanych firm - zapewniała. - Trzeba postępować 

zgodnie z instrukcją. Jeden niebieski pasek oznacza wynik negatywny, dwa - 
pozytywny. W opakowaniu znajdzie pani dwa testery. 

- Dwa? - spytała Alice, ciężko przełykając ślinę. 
- Tak, dla pewności. 
-  No  tak,  rozumiem.  Dziękuję  bardzo.  Przyciskając  nerwowo  pudełko  do 

piersi, Alice niemal  wybiegła z apteki i wskoczyła do samochodu. W środku 
rozerwała  opakowanie  i  zajrzała  do  środka.  Z  bijącym  sercem  wpatrywała 
się w duży napis w nagłówku instrukcji - test ciążowy. 

Nie mogła uwierzyć w to, co się działo. To nieprawdopodobne, żeby okres 

spóźniał się już pięć dni. Czuła się głupio, idąc do apteki po test. Doskonale 
wiedziała, że wynik może być tylko i wyłącznie negatywny. Z Toddem dwa 
lata bezskutecznie starali się o dziecko. Wszelkie badania jasno wskazywały, 
że Todd jest płodny, co za tym idzie, winna jest Alice. Wzdrygnęła się teraz 
na wspomnienie złości byłego męża i wyzwisk, jakimi ją obrzucił. Sprawił, 
że czuła się kompletnie bezużyteczna, niekobieca, odpychająca. Poczucie jej 
własnej wartości wylądowało w koszu. 

Z czasem Todd przestał jej dokuczać, ale też Alice uznała swoją winę. Nie 

miała podstaw, żeby sądzić inaczej. Todd jasno dawał jej do zrozumienia na 
każdym kroku, że regularnie go zawodzi. 

Teraz  uświadomiła  sobie,  że  być  może  powinni  wykonać  testy  powtórne, 

ale wtedy nie miała nawet odwagi, żeby sugerować to Toddowi. Poza tym po 
co sprawdzać coś, co jest pewne. Szczególnie że wkrótce Todd zainteresował 
się inną kobietą. 

Ułożyła starannie pudełko na siedzeniu pasażera i ruszyła w stronę domu. 

Jechała przez ciche przedmieścia, wycieraczki monotonnie zbierały deszcz z 
szyby.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  to  bezcelowe,  ale  mimo  wszystko  nie 
mogła powstrzymać lekkiego podekscytowania. Wszystko wydawało się jej 
takie nierealne, dziwne i przerażające. 

Gdy  dotarła  do  domu,  była  już  chodzącym  strzępkiem  nerwów. 

Zdecydowanym krokiem weszła do mieszkania, wiedząc, że najwyższa pora 
przerwać to napięcie i uzyskać odpowiedź na dręczące ją pytanie. 

Poszła prosto do łazienki. Trzy minuty później siedziała na brzegu wanny, 

z  zamkniętymi  oczami  i  odliczała  czas.  Niespodziewanie  uspokojona 

60

RS

background image

cieszyła się, że lada chwila jej życie wróci na właściwy tor. Otworzyła oczy i 
spojrzała na test. 

-  O  Boże!  -  jęknęła  i  zerwała  się  na  równe  nogi.  Na  wskaźniku  widniały 

dwie niebieskie kreski. Nieprzytomnym wzrokiem wpatrywała się w test, ale 
kreski wcale nie chciały zniknąć. Ręce drżały jej ze zdenerwowania. Wynik 
wskazywał  na  coś,  co  było  absolutnie  niemożliwe  i  nieprawdopodobne. 
Jestem  w  ciąży!  Ta  myśl  dudniła  w  jej  głowie.  Nie,  to  niemożliwe, 
powtórzyła po raz kolejny. 

Wybiegła  z  łazienki.  W  kuchni  zostawiła  drugi  zestaw  testowy.  Musiała 

rozwiać wszelkie wątpliwości. Pierwszy test musiał być uszkodzony albo coś 
w tym stylu, myślała niespokojnie. 

- O  mój Boże, o mój dobry Boże -  zawodziła cicho, klęcząc w łazience i 

wpatrując  się  w  dwie  nowe,  bardzo  wyraźne  kreski.  -  Co  ja  najlepszego 
zrobiłam? Och, Liam... 

- Nie rozumiem. Jak to się mogło stać? - pytała lekarza następnego dnia. 
Spojrzał na nią lekko rozbawiony. 
-  Mam  nadzieję,  że  nie  muszę  zaczynać  od  kwiatków  i  pszczółek,  co, 

Alice? 

- Jasne, że nie. Ale przecież ja byłam bezpłodna. Lekarz zmarszczył czoło 

i spojrzał na monitor komputera, przeglądając jej kartę. 

-  Cóż,  moja  droga,  nawet  jeśli  był  jakiś  problem,  to  najwyraźniej  natura 

postarała się, żeby go naprawić. Możesz śmiało wracać do domu i przekazać 
mężowi radosną nowinę, że twoja bezpłodność to przeszłość. 

- Tak - powiedziała bardzo cicho. 
Wracając do domu, myślała intensywnie. Jedyną rzeczą, jaka przychodziła 

jej  do  głowy,  było  to,  że  Todd  ją  oszukał.  Ledwo  przespała  się  z  innym 
mężczyzną,  od  razu  zaszła  w  ciążę,  co  jasno  wskazywało,  że  to  z  Toddem 
było coś nie w porządku. A może on w ogóle nigdy się nie przebadał? Tylko 
z góry założył, że on, wielki macho, nie może być bezpłodny. 

Wzruszyła  ramionami.  Problemy  byłego  męża  nie  powinny  jej  teraz 

obchodzić.  Miała  wystarczająco  dużo  własnych.  Emocje  rozsadzały  jej 
głowę. W jednej chwili była wściekła, by chwilę później umierać ze strachu, 
a zaraz potem skakać pod sufit z radości. 

Powoli docierało do niej, że nosi w sobie małego człowieczka. Jej dziecko. 

Sama śmiała się z siebie, kiedy uświadomiła sobie, jak uważnie pokonywała 
drogę z garażu do domu. 

61

RS

background image

To  było  absolutnie  niezwykłe  i  fantastyczne  uczucie.  Świadomość,  że 

urodzi  dziecko,  napawała  ją  radością.  Nigdy  nawet  nie  pozwalała  sobie  na 
fantazjowanie o tym, ale teraz zaczęła wyobrażać sobie, jak spaceruje w luź-
nych  ubraniach  i  z  dużym  brzuchem.  Widziała  pielęgniarki  i  szafki  pełne 
różnych rzeczy dla maluchów. Dostrzegła nawet ciotki, które dziergały małe 
ubranka. Nie widziała tylko Liama... 

Próbowała  wyobrazić  go  sobie,  jak  stoi  tuż  za  nią,  wysoki  i  dumny.  Jak 

obejmuje  ją  ramieniem,  zapewniając  bezpieczeństwo.  I  jak  patrzy  na  nią  z 
zachwytem. 

Niestety obrazy zaraz się rozmyły. Nie miała pojęcia, jak zareaguje Liam 

na jej rewelacje. Zapewniała go przecież, że ciąża jej nie grozi, Liam zaufał 
jej i okazało się, że go zawiodła. 

Na dodatek nie widziała go już od bardzo dawna. Poza krótkim liścikiem 

dołączonym do prezentu nie miała od niego żadnych wiadomości. Usiadła w 
fotelu  i  położyła  ręce  na  brzuchu.  Pomyślała,  że  Liam  musi  być  typem 
samotnika. Gdyby było inaczej, ożeniłby się dawno temu, przekonywała się. 
Jak  większość  młodych,  ambitnych  biznesmenów  prawdopodobnie 
przestraszy się, że Alice chce go usidlić. 

Westchnęła  ciężko.  Sytuacja  była  nieprzyjemnie  skomplikowana. 

Wszystko  wskazywało  na  to,  że  Liam  będzie  zły.  Jednocześnie  nic  nie 
wskazywało na to, że zachwycone ciocie będą dziergały kaftaniki. Alice nie 
miała  pojęcia,  skąd  weźmie  siłę,  żeby  spojrzeć  w  twarz  rodzinie,  Liamowi, 
ludziom z pracy. 

Była  tak  przytłoczona  tym  wszystkim,  że  nawet  nie  miała  siły  na  łzy. 

Dopiero co przeżyła jeden koszmar związany z rozwodem, a już wplątała się 
w kolejny. 

W poniedziałek rano okazało się, że sytuacja może być jeszcze gorsza. 
Dennis wręcz podskakiwał z podniecenia, kiedy wpadł do biura. 
-  Nie  uwierzycie  w  to,  co  wam  zaraz  powiem  -  zaczął,  wpatrując  się 

głównie w Alice. 

- Co? 
Trzy  kobiety  jak  jeden  mąż  uniosły  głowy  w  wyczekiwaniu.  Alice  czuła, 

że zaraz zemdleje. 

Dennis przełknął ślinę, przybrał dramatyczny wyraz twarzy. 
- Szef wrócił. I przywiózł ze sobą żonę. 
- Że co? 
- Przecież on... 

62

RS

background image

Dziewczyny  przekrzykiwały  się  nawzajem.  Alice  zrobiło  się  niedobrze. 

Bliska omdlenia, oddychała głęboko. 

-  Pan  Conway  nie  może  być  żonaty  -  odezwała  się  Mary--Ann,  rzucając 

zatroskane spojrzenie Alice. 

-  Przykro  mi,  ale  mylisz  się.  Przyleciał  z  kobietą,  która  nosi  nazwisko 

Conway. Przed chwilą z dużą troską wyjmował ją z samochodu. 

- Wyjmował? - Shana zerwała się z krzesła i przyskoczyła do okna, żeby 

przez uchylone żaluzje rzucić okiem na teren przed recepcją. - O mój Boże. 
Ona jest przykuta do wózka. - Odwróciła się w stronę Alice. - Chodź, sama 
zobacz. 

Alice  nie  chciała,  nie  mogła  się  podnieść.  Dennis  stanął  obok  Shany  i 

razem obserwowali scenę w recepcji. 

- Ciekawe, kim jest ten młody chłopak? Może ich synem. 
Syn?  -  przemknęło  przez  głowę  zdruzgotanej  Alice.  Wątpiła,  czy  może 

wydarzyć  się  coś  jeszcze  gorszego.  Serce  waliło  jej  jak  oszalałe,  żołądek 
skręcał  się  nieprzyjemnie.  Liam  nie  mógł  mieć  żony,  powtarzała  sobie  w 
myślach. Sam jej to powiedział. Wierzyła mu. 

Mary-Ann dołączyła do dwójki przy oknie. 
-  Rany,  jaka  ona  jest  piękna  -  zauważyła.  Obie  kobiety  odwróciły  się  w 

stronę Alice. 

- No chodź. Rzuć okiem. 
Z  trudem,  na  ociężałych  nogach  Alice  również  podeszła  do  okna. 

Rozchyliła  lekko  żaluzję  i  zobaczyła  go.  Jeszcze  większy  ból  wypełnił  jej 
serce.  W  korytarzy  stał  Liam,  obok  niego  na  wózku  siedziała  roześmiana 
pani Conway. Dwa kroki dalej stał mniej więcej piętnastoletni chłopiec. 

Alice musiała przyznać rację Mary-Ann. Pani Conway była piękną kobietą 

o  delikatnych  rysach  i  kasztanowych,  lśniących  włosach.  Ubrana  była  w 
jedwabną kremową bluzkę, na ramionach  miała zawieszoną piękną apaszkę 
w kolorze kawy. Nogi skrywała długa ciemnooliwkowa spódnica. 

Alice pomyślała, że było coś czarującego i pociągającego w jej postawie. 

Coś  przyjaznego  i  miłego.  Gdyby  nie  okoliczności,  przyznałaby,  że  pani 
Conway budzi sympatię. 

Nastolatek był niemal równie wysoki jak Liam i miał włosy identycznego 

koloru. 

Cała trójka ruszyła korytarzem w stronę księgowości. 
Alice  zachwiała  się.  Było  jej  niedobrze.  Nie  wiedziała,  czy  najpierw 

zwymiotuje, czy zemdleje. 

63

RS

background image

Dennis chwycił słuchawkę telefonu. 
- Hej, Sally - szepnął do słuchawki, ledwo szef odszedł od recepcji. - O co 

chodzi? 

Trzy kobiety w  milczeniu wpatrywały się w kolegę, gdy ten wysłuchiwał 

relacji recepcjonistki. 

- No, opowiadaj - nalegała Shana, gdy odłożył słuchawkę. 
- Cóż - zaczął Dennis powoli, napawając się radością, że to on zna sekret. - 

Nazywa się Julia Conway. Zamierza osiąść tu na stałe, a szef planuje kupić 
jej dom. 

Dom,  jęknęła  Alice  w  duszy.  To  może  oznaczać  tylko  jedno.  Ta  kobieta 

musi być... 

Złapała się za usta i gwałtownie wybiegła na korytarz, kierując się prosto 

do damskiej toalety. 

- Liam, co się z tobą dzieje? - spytała Julia. - Nosi cię cały wieczór. 
Zatrzymał się w połowie drogi między stołem a balkonem. 
- Przepraszam, jestem trochę rozkojarzony. 
-  Więcej  niż  trochę.  -  Zaśmiała  się.  -  Wątpię,  czy  dotarło  do  ciebie 

cokolwiek z tego, co mówiłam przez ostatni kwadrans. 

- Przepraszam, Julio, nie chciałem być niegrzeczny. 
- Kim ona jest? 
Bezpośrednie pytanie zbiło go z tropu. Julia zaśmiała się ponownie. 
-  Rozumiem,  że  domyśliłam  się,  co  cię  tak  dekoncentruje.  Nigdy  tak  się 

nie zachowujesz, jeśli chodzi o sprawy zawodowe. 

Usiadł na wiklinowym krześle i wcisnął dłonie w kieszenie spodni. 
- Naprawdę tak to po mnie widać? 
- Wiesz, ja to widzę, ale znam cię prawie dwadzieścia lat. Poza tym jesteś 

bardzo podobny do Jacka. On również niewiele potrafi przede mną ukryć. 

Z salonu dobiegł ich śmiech wspomnianego Jacka, który oglądał telewizję. 
Przez chwilę siedzieli w milczeniu. 
-  Cóż  za  cudowna,  ciepła  noc  -  zauważyła  Julia.  -  Jestem  przekonana,  że 

ten klimat będzie mi służył. -Położyła rękę na ramieniu Liama. - Dziękuję ci 
za wszystko. 

Uśmiechnęli  się  do  siebie,  po  czym  Julia  niespodziewanie  dała  Liamowi 

klapsa w wierzch dłoni. 

-  Dlaczego  u  diabła  nie  chwycisz  za  telefon  i  do  niej  nie  zadzwonisz? 

Gdzie ona jest? W Sydney? 

64

RS

background image

-  Prawdę  mówiąc,  nie.  Mieszka  tu,  w  Cairns.  Spojrzała  na  niego 

zdziwiona. 

- Szybki jesteś. Byłeś tu ledwo tydzień... 
- No tak. - Wzruszył niedbale ramionami. - To było bardzo spontaniczne. 
- Spontaniczne? - zdziwiła się. - To dość nietypowe dla ciebie. Ale muszę 

przyznać, że brzmi świetnie. 

- To nic poważnego - podkreślił pospiesznie, widząc błysk w oczach Julii. 
Kłamczuch,  skarcił  się  w  duchu  i  zacisnął  dłoń  na  pudełeczku  z 

pierścionkiem. W przypływie euforii lub może napadzie szaleństwa kupił go 
w  Sydney.  To  był  impuls  i  teraz  sam  nie  bardzo  wierzył,  że  to  zrobił.  Ale 
choć  wiedział,  że  było  to  spontaniczne  i  nieodpowiedzialne,  nigdy  nie  po-
myślał, że było też... głupie. 

Chyba  jednak  trochę  się  pospieszył.  Nim  poprosi  Alice  o  rękę, 

wypadałoby rozwiać wszelkie wątpliwości dotyczące jego przeszłości. 

-  Liam,  rozchmurz  się.  Nie  zrozum  mnie  źle.  Wiesz  przecież,  że  będę 

najszczęśliwsza na świecie, jeśli uwikłasz się w jakiś romans - powiedziała i 
mrugnęła do niego. 

-  No  tak,  od  dość  dawna  pchasz  mnie  w  ramiona  jakiejś  kobiety.  - 

Uśmiechnął się. 

-  Z  miernym  rezultatem.  Mam  nadzieję  -  dodała  po  chwili  -  że  nie 

zamierzasz mi dziś towarzyszyć? 

- To twoja pierwsza noc tutaj. Za nic w świecie cię nie zostawię. 
-  Czuję  się  świetnie.  Poza  tym  nie  jest  jeszcze  późno.  Ty  leć,  a  ja  z 

Jackiem obejrzymy coś w telewizji. 

Liam  pokiwał  głową,  ale  nie  ruszył  się  z  miejsca.  Utkwił  niewidzący 

wzrok  w  jakimś  nieosiągalnym  punkcie  i  zamyślił  się.  Martwił  się  o  Alice. 
Najwyraźniej  była  chora.  Musiała  zwolnić  się  z  pracy  przed  południem. 
Później  nie  odbierała  jego  telefonów  i  nie  zadzwoniła,  choć  nagrał  się 
trzykrotnie. Według Shany i Mary-Ann, Alice na pewno była w domu, a to 
oznaczało, że jest zbyt słaba, żeby odebrać lub... Unika go. 

Jakikolwiek był powód, Liam miał powody do zmartwienia. 
Ruch  za  plecami  zwrócił  jego  uwagę.  Odwrócił  się  i  zobaczył,  jak  Julia 

kieruje  wózek  w  stronę  salonu.  Zerwał  się  na  równe  nogi,  żeby  jej  pomóc, 
ale zatrzymała go ruchem dłoni. 

- Sio, Liam!  - Machnęła ręką w stronę drzwi. - Staram się być uprzejma, 

ale uciekaj już. 

Nachylił się, by ją pocałować. 

65

RS

background image

- Idę, skoro nalegasz. 
Zadzwonił  po  taksówkę  i  wyszedł  przed  dom.  Noc  rzeczywiście  była 

bardzo przyjemna. Odetchnął głęboko, wciągając zapach oceanu, ale nastrój 
nocy wcale mu się nie udzielał. Był kłębkiem nerwów. Serce mu biło, jakby 
jechał rozbroić bombę. 

Rzeczywiście,  Alice  była  swego  rodzaju  bombą.  Seksbombą,  pomyślał  z 

szelmowskim uśmiechem. 

- Och - jęknęła Alice, widząc Liama w drzwiach. 
-  Dobry  wieczór,  Alice  -  przywitał  się,  zaniepokojony  jej  niewyraźnym 

wyglądem. - Mam nadzieję, że cię nie obudziłem. 

Spojrzała na niego z wahaniem. 
- Nie, nie. 
Pomyślał,  że  wygląda  pięknie.  Chociaż  była  niezdrowo  blada,  to  jej 

ciemne  błyszczące  włosy  i  dopasowana  czerwona  koszulka  idealnie 
komponowały się z kolorem skóry. 

- Bardzo mi przykro. Słyszałem, że nie czujesz się najlepiej. 
Kiwnęła głową, ale nie odezwała się. 
- Mam nadzieję, że to nic poważnego. 
- Skądże. Ot, jakieś małe zatrucie. - Wzruszyła ramionami. 
- Mogę wejść? - Zrobił krok do przodu. - Czy jesteś zbyt zmęczona? 
- Raczej jestem zmęczona. 
Napięcie  między  nimi  było  wręcz  namacalne.  Nie  radził  sobie  z  tą 

sytuacją. Zrobił jeszcze krok do przodu i wyciągnął rękę. Delikatnie dotknął 
jej policzka. 

- Bardzo za tobą tęskniłem, Alice. 
Pospiesznie  odwróciła  głowę,  ale  zdążył  dostrzec,  jak  do  jej  oczu 

napływają łzy. Nie rozumiał dlaczego. Nie rozumiał, co się dzieje. Wariował 
z tej niewiedzy. 

Cofnął  rękę  i  stał  nieruchomo.  Nie  był  w  stanie  wydusić  z  siebie  słowa. 

Nie wyobrażał sobie też, że odejdzie, zanim wyjaśni powód jej zachowania. 

- Mam nadzieję, że moja przesyłka dotarła bezpiecznie? - spytał wreszcie. 
-  Och,  tak.  Dziękuję  ci  bardzo.  -  Spojrzała  na  niego.  -  Nigdy  nie  miałam 

weneckiego szkła. Jest przepiękne, bardzo oryginalne. 

- Znalazłaś na nie miejsce? - Tak. 
Rzuciła  okiem  przez  ramię  w  stronę  kuchni.  Przez  chwilę  pomyślała,  że 

mogłaby  zaprosić  go  do  środka  i  pokazać  mu,  gdzie  ustawiła  misę,  ale 
pospiesznie wyrzuciła ten pomysł z głowy. 

66

RS

background image

Sytuacja była beznadziejna, wydawała się beznadziejna. 
Wtedy Liam się przemógł - Domyślam się, że jesteś zła, bo nie odezwałem 

się z Sydney - powiedział. Nie odpowiedziała. 

- Przepraszam. Miałem urwanie głowy. Pospiesznie spuściła wzrok, nadal 

nic nie mówiąc. 

- O co chodzi, Alice? O coś innego? Powiedz, proszę. Otworzyła usta, ale 

nie mogła wydobyć z siebie głosu. 

Widział wyraźnie, że walczy ze sobą. 
- Chodzi nie tylko o to. Chodzi o wszystko - wydusiła z siebie w końcu. 
Słysząc to, Liam nie czekał na zaproszenie. Pchnął drzwi i mijając Alice, 

wszedł do środka. W ciasnym przedpokoju stali niebezpiecznie blisko siebie. 
Owionął  go  jej  słodki  zapach  i  miał  wielką  ochotę  ją  przytulić,  pogłaskać  i 
zapewnić, że wszystko jest w porządku. 

Powstrzymał  się  jednak  i  skierował  się  prosto  do  salonu.  Alice  zamknęła 

drzwi i poszła za Liamem. 

W salonie było ciemno, nikłe światło dawała tylko mała lampka stojąca w 

rogu. Grała nastrojowa muzyka. Atmosfera wręcz wymarzona, żeby chwycić 
Alice w ramiona i rzucić na jedną z sof, pomyślał. 

- To teraz - zaczął szorstko, stając na środku salonu -powiesz mi, o co tak 

naprawdę chodzi. 

W  jej  oczach  dostrzegł  przerażenie.  -  I  powiesz  mi  też,  co  mogę  z  tym 

zrobić. Jak mogę ci pomóc? 

- Nie potrzebuję twojej pomocy. - Potrząsnęła głową. Hardość w jej głosie 

na  chwilę  go  sparaliżowała.  Mimowolnie  się  wzdrygnął,  ale  postanowił 
zignorować jej złość. 

-  Usiądź  -  poprosił  tonem,  jakiego  zazwyczaj  używał  do  pracowników  w 

firmie. 

Ku jego uldze, nie protestowała, tylko posłuchała. 
- No dobrze, a teraz powiedz, z jakim problemem mamy się uporać? 
Obawiał się, że nadal mówi wyłącznie jak szef, a nie jak kochanek. 
Uśmiechnęła się cierpko. 
- W skali od jednego do dziesięciu? - spytała kpiąco. 
- Skoro to najlepsza metoda prezentacji... 
-  Z  mojego  punktu  widzenia  to  będzie  dziesięć  -  odparła  ponuro, 

przyciskając poduszkę do piersi. 

- Dobry Boże, Alice. Czy jest naprawdę aż tak źle? To jakaś poważniejsza 

choroba, tak? 

67

RS

background image

-  Nie  -  odparła  szybko,  ale  zaraz  odrzuciła  poduszkę  i  schowała  twarz  w 

dłoniach. 

Doskoczył do niej w jednej chwili, i klęknął przy jej fotelu. 
- Alice, co się dzieje. Musisz mi powiedzieć, inaczej oszaleję. 
Powoli  odsunęła  dłonie  i  spojrzała  na  niego  zakłopotana.  W  jej  oczach 

znowu zaszkliły się łzy. 

-  To  dość  krępująca  sprawa  -  szepnęła  w  końcu.  Patrzył  na  nią 

wyczekująco. 

- Ja... - Przełknęła głośno ślinę. - Jestem w ciąży. Efekt był taki, że równie 

dobrze  mogła  go  huknąć  kijem  w  twarz.  Siedział  kompletnie  otępiały  i 
wpatrywał się w Alice. Zupełnie nie wiedział, co powinien powiedzieć. 

- Kiedy? Jak? - wydukał wreszcie bez sensu. 
-  Bardzo  mi  przykro.  Przepraszam.  To  musiało  się  stać  podczas  wyjazdu 

do Redhead Downs. 

-  Ale  przecież...  -  Bezładnie  opadł  na  podłogę.  -  Mówiłaś  przecież,  że  to 

niemożliwe. 

-  Wiem.  Mówiłam.  Słowo  honoru,  że  byłam  o  tym  święcie  przekonana. 

Jak  się  okazuje,  myliłam  się.  -Wystraszonym  wzrokiem  spojrzała  mu 
głęboko  w  oczy.  -  Masz  wszelkie  powody,  żeby  być  na  mnie  zły.  Jesteś, 
prawda? 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

68

RS

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
Alice pragnęła jednego: wtulić się w ramiona Liama i pozostać w nich na 

zawsze. 

Wrócił  do  niej,  znowu  był  w  jej  mieszkaniu,  i  po  długich  dniach 

oczekiwania  pragnęła  jedynie,  aby  ją  przytulił.  A  jednocześnie  targały  nią 
wątpliwości.  Bo  jak  mogła  tego  oczekiwać,  skoro  dopiero  co  widziała  jego 
żonę? 

Liam  był  całkowicie  zszokowany  wiadomością,  którą  mu  przekazała. 

Patrzyła na niego oczami pełnymi łez. Widziała, jak wstał, wyprostował się i 
odszedł od niej, pocierając nerwowo kark dłonią. 

Kiedy  odwrócił  się  w  jej  stronę,  w  jego  oczach  ujrzała  ogień,  mięśnie 

policzków napięły mu się, a szczęka mocno zacisnęła. 

- Pewnie myślisz, że cię oszukałam - powiedziała łamiącym się głosem. - 

Ale  przyrzekam  ci,  że  byłam  przekonana,  że  nie  mogę  mieć  dzieci.  -  Liam 
milczał.  -  Nie  chcę,  żeby  to  był  dla  ciebie  kłopot.  To  mój  problem  i  sama 
sobie  z  tym  poradzę.  Nie  musisz  się  obawiać.  Niczego  od  ciebie  nie 
oczekuję. 

-  Co  masz  na  myśli,  mówiąc,  że  sama  sobie  z  tym  poradzisz?  -  spytał.  - 

Chyba nie myślisz o usunięciu ciąży? 

-  Boże,  nie!  Po  prostu  chciałam,  żebyś  wiedział,  że  sama  sobie  poradzę. 

Nie potrzebuję... 

-  Mnie?  -  przerwał  jej.  Ręce  położył  na  biodrach.  Twarz  mu 

poczerwieniała.  -  To  właśnie  chcesz  powiedzieć?  Nie  potrzebujesz  mnie, 
Alice? Nie chcesz, żebym się zaangażował w tę sytuację? 

Przeciwnie,  potrzebuję  cię,  Liam,  krzyczało  jej  serce.  Potrzebuję,  żebyś 

mnie przytulił, całował, dotykał. 

- Nie chcę... Nie chcę, żebyś się czuł zmuszony... - jąkała się. 
-  A  ty  byś  odrzuciła  moją  propozycję  małżeństwa?  Małżeństwa?  - 

powtórzyła  w  myślach  zupełnie  zdezorientowana.  Oświadczyny  były 
ostatnią rzeczą, jaka przyszłaby jej do głowy. Nie wierzyła własnym uszom. 
Myślała,  że  Liam  może  zaoferować  jej  pieniądze  lub  przyjaźń  lub 
długofalowy romans, ale małżeństwo? Nigdy. 

- Chyba nie mówisz poważnie? 
-  Dlaczego  w  to  wątpisz?  -  Jego  twarz  była  napięta,  jakby  wykuta  z 

kamienia. 

- Bo nie jesteś przecież wolny. 

69

RS

background image

- O czym ty do cholery mówisz? - spytał, marszcząc czoło. 
Początkowo  wydawało  jej  się,  że  może  nie  wyraziła  się  zbyt  jasno,  więc 

sprecyzowała. 

- Chodzi o twoją żonę. 
-  Co  takiego?  -  Na  jego  twarzy  pojawił  się  cień  uśmiechu.  -  O  czym  ty 

gadasz?  Nie  jestem  żonaty,  Alice.  Nigdy  nie  byłem.  Przecież  już  ci  to 
mówiłem. 

Przycisnęła rękę do piersi. Wydawało jej się, że serce zaraz jej się wyrwie. 
- Pani Conway, kobieta, która przyjechała dzisiaj z tobą... 
- Julia? Ona nie jest moją żoną. To moja bratową. Alice wpatrywała się w 

niego i wiedziała, że Liam mówi 

prawdę. Bratowa! Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam, wściekała się na 

siebie. 

- Czy to właśnie z jej powodu musiałeś wyjechać tak nagle do Sydney? 
-  Tak.  Julia  była  w  szpitalu.  Niestety,  od  czasu  do  czasu  ma  kłopoty  ze 

zdrowiem. 

Alice próbowała opanować emocje i przyzwyczaić się do nowej sytuacji. 
- Byłoby miło, gdybyś wcześniej do mnie zadzwonił. 
-  To  prawda.  -  Liam  oparł  dłonie  na  kolanach.  -  Teraz  widzę,  że  był  to 

duży  błąd.  Myślałem  jednak,  że  będzie  lepiej,  jeśli  wyjaśnię  ci  wszystko 
osobiście. Na litość boską, Alice, mówiłem ci przecież, że nie jestem żonaty. 
Dlaczego nie mogłaś mi zaufać? Jaki miałbym powód, żeby cię okłamać? 

-  Nie  wiem  -  nie  potrafiła  wyjaśnić,  dlaczego  zwątpiła  w  jego 

zapewnienia. - Mężczyźni zwykle kłamią. Z różnych powodów. 

- Generalizujesz. 
- Todd mnie okłamał. Powiedział mi, że robił badania, które dowodziły, że 

problem bezpłodności leżał po mojej stronie. 

- Byłoby miło, gdybyś nie porównywała mnie do tego typka - mruknął. 
- W niczym go nie przypominasz - zapewniła. Wzięła głęboki oddech. 
- Pani Conway, to znaczy twoja bratowa, wygląda raczej sympatycznie. 
- Bo jest sympatyczna. Julia jest wspaniała. 
- Czyli ona jest żoną twojego brata? 
- Mój brat nie żyje. - Twarz Liama znów stężała. Alice nie odważyła się na 

więcej pytań. 

Po chwili jednak Liam uśmiechnął się smutno 
-  Dzisiejszy  wieczór  nie  tak  powinien  wyglądać,  Alice.  Czuję,  że  się 

oddalamy od siebie. Jakbyśmy się kłócili. 

70

RS

background image

- Nie chcę się kłócić - szepnęła. 
Liam podszedł do niej, oplótł silnymi ramionami i uniósł. Chwilę później 

siedział  w  fotelu,  trzymając  ją  na  kolanach.  Wtuliła  się  w  niego.  Odgarnął 
kosmyki z jej czoła i czule całował policzki. 

- Będziemy mieli dziecko - szeptał. - Ta nowina wymaga świętowania. 
- Świętowania? 
- Z tego, co pamiętam, jesteśmy w tym całkiem nieźli. 
- Ale to właśnie z tego powodu mamy teraz kłopoty. 
- Wcale nie. 
Liam  miał  rację.  Alice  nie  mogła  oprzeć  się  pocałunkom.  Jego  usta 

szukały jej warg. Przymknęła oczy i poczuła, że całe napięcie ulatuje gdzieś 
z jej ciała. To było wspaniałe uczucie. Całowali się delikatnie, niespiesznie. 
Zupełnie inaczej niż kiedyś, gdy namiętność i ogień pożądania pchały ich ku 
sobie. Teraz czułość i miłość przebijały w każdej ich pieszczocie. 

- Nawet gdybyśmy nie spodziewali się dziecka, to co zaszło między nami, 

to o wiele więcej niż seks, Alice. - Ukrył twarz w jej włosach. 

- Wiem - szepnęła. 
- Myślę, że powinniśmy się pobrać. 
Alice  zesztywniała.  Pragnęła  Liama,  ale  nie  była  przekonana,  czy  chce 

podejmować tak poważne zobowiązania. 

Decyzja  o  ślubie  wymuszona  przez  nieplanowaną  ciążę?  Niezbyt 

zachęcający początek małżeństwa. 

Szalała  za  tym  mężczyzną.  Była  niemal  przekonana,  że  jest  w  nim 

zakochana. Tylko czy mogła mieć pewność, że podejmie właściwą decyzję? 
Bogaty,  przystojny  Liam  Conway  był  uosobieniem  marzeń  każdej 
dziewczyny.  Jednak  czy  znała  go  naprawdę?  Czy  mogła  mu  bezgranicznie 
zaufać? 

Jako  szesnastolatek  Todd  też  podobał  się  wszystkim  dziewczynom  w 

szkole. Alice zakochała się w tym idolu nastolatek. Kiedy jednak poznała go 
lepiej,  kiedy  spędzała  z  nim  każdy  dzień  jako  jego  żona,  spotkało  ją  wiele 
rozczarowań. Początkowo były to tylko małe rysy na ich związku. Z czasem 
stały się przeszkodą nie do pokonania. 

Jedno nieudane małżeństwo było koszmarem. Drugiego ciosu mogłaby nie 

wytrzymać. 

Liam  czekał  na  jej  odpowiedź.  Niemal  wyczuwała  jego  napięcie. 

Zamknęła oczy, by nieco ułatwić sobie zadanie. 

- Uważasz, że to za wcześnie? - uprzedził jej odpowiedź. 

71

RS

background image

Odetchnęła z ulgą. Widziała, że ją zrozumiał. Skinęła tylko głową i ukryła 

twarz w jego ramionach. Po chwili znów się podniosła. 

- To nie jedyny powód. 
- Masz więcej powodów, aby odrzucić moje oświadczyny? 
Trudno  jej  było  odpowiedzieć,  kiedy  wciąż  siedziała  na  jego  kolanach. 

Wstała więc i spojrzała na niego. 

- Wiesz, że właśnie zakończyłam nieudane małżeństwo. Nie jestem chyba 

jeszcze gotowa na trwały związek ż innym mężczyzną. 

Przytaknął.  Jego  twarz  nie  wyrażała  żadnych  emocji.  -  I,  jak  już 

powiedziałam,  nie  chciałabym,  żebyś  żenił  się  ze  mną  tylko  dlatego,  że 
czujesz się do tego zmuszony. Odwrócił wzrok od Alice i spojrzał za okno. 

-  Pod  wieloma  względami  nadal  jesteś  dla  mnie  obcym  facetem  - 

kontynuowała, zadowolona, że nie patrzył jej w oczy. - Kilka minut temu nie 
wiedziałam nawet, że masz brata. I że twój brat nie żyje. 

Oboje  wiedzieli,  jak  jest  naprawdę.  Gdyby  byli  sobie  zupełnie  obcy,  nie 

całowaliby się przed chwilą tak namiętnie i żarliwie. 

-  Owszem,  znamy  się  zaledwie  od  kilku  tygodni,  ale  nie  jesteśmy  sobie 

obcy.  Przeżyliśmy  wspólnie  śmiertelne  niebezpieczeństwo  i  wspólnie 
stworzyliśmy nowe życie. Ile par może pochwalić się takim dorobkiem w tak 
krótkim czasie? Każdy związek ma swój porządek. 

-  Ale  małżeństwo  to  jednak  coś  innego.  Nic  nie  wiesz  o  małżeństwie, 

Liam.  Ono  nie  opiera  się  tylko  na  wyjątkowych  wydarzeniach  i  chwilach 
uniesień.  To  jest  codzienność  życia  we  dwoje.  Wtedy  każda  drobna  sprawa 
nabiera innego znaczenia. 

-  To  prawda  -  zgodził  się  bez  oporu.  Popatrzył  na  nią.  -Wyglądasz  na 

zmęczoną - stwierdził. - Może wrócimy do tej rozmowy innym razem. 

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, chciałabym wszystko sobie poukładać 

na  spokojnie.  Jeśli  chodzi  o  spanie,  to  raczej  jestem  zbyt  pobudzona,  żeby 
zasnąć. 

-  Połóż  się  i  odpocznij.  -  Wskazał  na  sofę.  Posłusznie  położyła  się  na 

brązowej  aksamitnej  sofie,  podkuliła  nogi  i  westchnęła  błogo.  Uśmiechnął 
się, patrząc na nią. 

- Nigdy nie sądziłem, że będę tak zdecydowanie odrzucony. 
- A już ci się to kiedyś zdarzyło? 
- Tak - odparł cicho. - Raz, choć wydaje mi się, jakby to było wieki temu. 

72

RS

background image

Nie wydawał się specjalnie zasmucony tym wspomnieniem. Alice poczuła 

się  nagle  dziwnie  zazdrosna  o  kobietę,  którą  kiedyś  Liam  kochał.  Miała 
wielką ochotę zapytać o szczegóły, ale zabrakło jej odwagi. 

- Może spróbujesz mi wytłumaczyć, dlaczego uważasz, że powinniśmy się 

pobrać? - spytała. 

Liam  wzruszył  ramionami.  Gdyby  zaczął  mówić  o  miłości,  gdyby 

obiecywał  dozgonne  oddanie  i  poświęcenie,  jej  zdrowy  rozsądek  pewnie 
ustąpiłby pragnieniu spędzenia z nim życia. 

- Chcę zaoferować ci ochronę - zaczął. - Chciałbym być twoją tarczą. Nie 

znoszę  tego,  jak  traktują  cię  pracownicy  w  biurze,  a  najbardziej  partnerzy 
biznesowi. Mówią o tobie za twoimi plecami. 

Jego odpowiedź była odbiciem jej lęków. 
-  To...  to  bardzo  wspaniałomyślne.  Ale  obawiam  się,  że  nasz  ślub  będzie 

jedynie kolejnym tematem do plotek. 

- Czyli, twoim zdaniem małżeństwo w ogóle nie wchodzi w grę? 
Nie, skoro mnie nie kochasz, pomyślała. 
-  Cóż,  nadal  mam  przed  oczami  złe  wspomnienia  z  nieudanego 

małżeństwa. Potrzebuję więcej czasu. 

Ciałem  Liama  wstrząsnął  dreszcz.  Alice  ledwie  powstrzymała  się  przed 

tym, aby nie podbiec do niego i otoczyć ramionami. 

- Dobrze. Pomówmy o alternatywach. 
To słowo nie zapowiadało nic ekscytującego, ale Alice musiała pamiętać, 

że sama jest sobie winna. 

- Nie wiem, co dokładnie masz na myśli, ale chcę, żebyś wiedział, że nie 

uśmiecha  mi  się  paradowanie  z  coraz  większym  brzuchem  po  biurze. 
Wszyscy  będą  gadać,  że  noszę  twoje  dziecko.  Według  mnie  powinnam 
złożyć wypowiedzenie. 

Liam skrzywił się i zacisnął palce na oparciu fotela. 
- Nie rób tego. Weź po prostu wolne. Możesz wziąć wolne na tyle czasu, 

ile  potrzebujesz.  Jeśli  chcesz,  możesz  wykonywać  część  pracy  w  domu. 
Możesz zająć się przeredagowaniem wszystkich naszych kontraktów. 

- Dobrze. Prawdę mówiąc, myślę, że to wspaniały pomysł. Dziękuję ci. 
- Jakich innych problemów się spodziewasz? 
- Nie sądzę, żeby były inne problemy, które by ciebie dotyczyły. 
- Jestem ojcem twojego dziecka. Wszystkie twoje problemy dotyczą także 

mnie. Zacznij się do tego przyzwyczajać, dobrze? 

73

RS

background image

No proszę, pomyślała. Liam mówi o ojcostwie, ale od razu zachowuje się 

jak szef; chce podejmować decyzje, wydawać polecenia, planować strategię. 

- A co z twoją rodziną? - zapytał. - Jak zareagują? 
-  Myślę,  że  nadal  nie  wybaczyli  mi  rozwodu.  Nie  wiem,  czy  odważę  się 

powiedzieć im o ciąży. 

- Możemy to zrobić razem. 
- Ależ Liam, nie oczekuję, że... 
-  Już  powiedziałem,  że  mnie  także  ta  sytuacja  dotyczy.  I  myślę,  że 

powinnaś  się  zacząć  oswajać  z  tą  myślą.  Zaprosimy  twoich  rodziców  na 
obiad  w  jakieś  miłe,  dyskretne  miejsce  i  przekażemy  im  tę  wiadomość  jak 
dorośli,  cywilizowani  ludzie.  Oni  powinni  zareagować  także  w  dojrzały  i 
cywilizowany sposób. 

Alice  wpatrywała  się  w  niego  z  niedowierzaniem.  To  było  idealne 

rozwiązanie.  Jedyne,  jakie  mogło  poskutkować.  Wiedziała,  że  Liam  zyska 
przychylność jej rodziców i cioć. 

- A ja chciałbym, żebyś poznała Julię i mojego bratanka, Jacka - dodał. 
To było dla Alice kolejne zaskoczenie. Liam miał przed nią tyle sekretów. 
- Chcę ci pomóc przejść przez ten stan najlepiej, jak potrafię - zapewniał, 

podchodząc do niej. - Ale teraz muszę pozwolić ci się wyspać. 

Alice także wstała. Nie wiedziała, jak powinna się z nim pożegnać. 
- Dziękuję, że przyszedłeś. - Zabrzmiało to bardzo oficjalnie. 
- Zadzwonię po taksówkę - powiedział, wyjmując telefon komórkowy. 
-  Nie  masz  jeszcze  samochodu?  -  Musiała  zadać  to  pytanie.  Miała  cały 

czas w pamięci historię, którą Shana wyczytała w prasie. 

- Nie potrzebuję samochodu - odparł krótko, a jego twarz stała się biała jak 

kreda. 

Biorąc  pod  uwagę  napiętą  atmosferę  tego  wieczoru,  nie  było  sensu 

zadawać bardziej dociekliwych pytań na temat powodów, dla których Liam 
nie chciał prowadzić samochodu. 

Pocałował ją w czoło i wyszedł pospiesznie, żeby na dworze poczekać na 

taksówkę. Alice doszła do wniosku, że mimo jego wielkiego zaangażowania 
w jej życie, nadal niewiele wie o Liamie Conwayu. 

Przez weekend Alice oczyściła swoje biurko, a w poniedziałek przerobiła 

sypialnię  na  domowe  biuro.  Miała  już  laptopa  i  piękne  angielskie  dębowe 
biurko, z czasów, gdy jeszcze mieszkała z rodzicami. Teraz zrobiła na półce 
z książkami miejsce na segregatory i inne firmowe dokumenty. 

74

RS

background image

Zjadła obfity lunch. Teraz musiała się dobrze odżywiać z myślą o dziecku. 

Bardzo chciała zacząć już pracę. Nagle rozległ się dzwonek telefonu. 

- Dobra robota - usłyszała w słuchawce. 
- Czy to ty, Liam? - spytała zaskoczona. - O czym ty mówisz? 
- Właśnie zapewniłaś bezpieczną przyszłość firmie Ranga Tours. 
- Co takiego? 
-  Ogromnie  zaimponowałaś  naszemu  największemu  inwestorowi  -  panu 

Kennowi Tohowi z Asia-Pacific Investments. 

- Ach, pan Toh, pamiętam go. Był w biurze w zeszłym tygodniu z żoną i 

córeczką w drodze do domu, do Singapuru. Ale nie wiedziałam, że on jest z 
firmy Asia-Pacific Investments. 

-  Prawdę  mówiąc,  postanowił  pobawić  się  w  tajemniczego  klienta, 

przyjechać  do  firmy  z  rodziną  i  udawać  turystę.  A  ty  zaskoczyłaś  go 
doskonałą  obsługą,  dbałością  o  szczegóły,  dobrymi  manierami  i 
profesjonalizmem. 

- Czy tak właśnie się wyraził? 
- Dokładnie. Właśnie dostałem od niego e-mail. 
- Czy jesteś pewien, że chodzi o mnie? 
- Tak, wyrażał się bardzo precyzyjnie i chciałby, żebyś zajęła się osobiście 

rezerwacją przyszłych wakacji dla jego rodziny. Nawet nie wiesz, ile to dla 
mnie znaczy, Alice. Asia-Pacific Investments to ogromny inwestor i bardzo 
potrzebuję  ich  wsparcia.  Spędziłem  połowę  mojego  czasu  w  Sydney, 
zabiegając  o  względy  Kenna,  ale  nie  był  do  końca  przekonany  co  do 
możliwości współpracy i nadal nic nie obiecywał. 

- A teraz na sto procent chce się zaangażować? 
-  Dokumenty,  potwierdzające  umowę  między  naszymi  firmami,  będą  w 

biurze w Sydney jutro rano. 

- To wspaniale. Moje gratulacje. 
- Gratulacje należą się tylko tobie. Jestem twoim dłużnikiem. 
- Cóż... bardzo mi miło - odparła grzecznie, ciesząc się, że Liam nie mógł 

zobaczyć, jak wiele radości sprawiła jej ta informacja. 

Liam  siedział  uśmiechnięty  za  biurkiem,  ale  spoważniał,  gdy  do  jego 

gabinetu uroczyście wmaszerował Dennis. 

- Dobrze, że jesteś, Conway. Muszę zamienić z tobą słówko. 
Odchylony w fotelu Liam przyglądał się spokojnie Dennisowi. 
- Cieszę się, że wziąłeś sobie do serca politykę otwartych drzwi, o której ci 

opowiadałem. 

75

RS

background image

-  Cóż,  domyślam  się,  że  planujesz  mnie  zwolnić,  więc  doszedłem  do 

wniosku, że nie mam nic do stracenia. 

- Usiądź, proszę. - Głos Liama był opanowany i bardzo uprzejmy. 
- Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę, jakiego świństwa się dopuściłeś? 

- Z oczu Dennisa biła hardość i pewność siebie. 

Brwi Liama uniosły się nieznacznie. 
- Cały zamieniam się w słuch. 
-  Skoro  nie  rozumiesz,  to  wyjaśnię,  że  mówię  o  Alice.  Właśnie 

dowiedziałem się, że nas opuściła. 

- Nie odeszła, a została oddelegowana do pracy w domu. 
-  Tak,  jasne.  To  tylko  pierwszy  etap  zakamuflowanego  pozbywania  się 

personelu.  Wiesz  co,  Conway?  Właśnie  straciłeś  najlepszego  pracownika  i 
wspaniałą kobietę. 

Zamiast odpowiedzi, Liam tylko kiwnął głową. 
- Jest coś jeszcze, co cię zaniepokoiło? - spytał niedbale. 
- Wiesz chyba, że ty i Alice jesteście tematem rozmów w biurze? 
Dennis wyraźnie próbował sprowokować Liama. Bezskutecznie. 
- Nie akceptujesz tego związku? Dennis zacisnął usta. 
- Były mąż Alice był palantem, ale najwyraźniej niektóre kobiety zawsze 

popełniają te same błędy. 

- To wszystko? 
-  Niezupełnie.  Alice  nigdy  nie  powinna  zostać  postawiona  w  sytuacji,  w 

której poczuła, że pora opuścić naszą firmę. 

Liam uśmiechnął się. 
-  Brawo,  Dennis  -  powiedział  powoli.  Zdziwiony  Dennis  zastygł  w 

bezruchu. 

- Słucham? 
-  To  co  przed  chwilą  powiedziałeś,  jest  dokładnie  tym,  czego 

spodziewałem się po lojalnym przyjacielu Alice. Doceniam to i wezmę pod 
uwagę. 

- Ale... - zająknął się. - Co teraz będzie z Alice i z nami? 
- Szczegółowo omówię to na dzisiejszym popołudniowym spotkaniu. 
Dennis  otworzył  usta,  jakby  chciał  jeszcze  coś  powiedzieć,  ale  Liam 

spojrzał wymownie na zegarek. 

- Miłego dnia - rzucił i patrzył, jak Dennis opuszcza jego gabinet, z wciąż 

otwartymi ustami. 

- Że co jesteś? 

76

RS

background image

Oczy Mary-Ann przypominały dwa ogromne talerzyki. 
- W ciąży - powtórzyła Alice, wręczając przyjaciółce kubek z kawą. 
- Ale przecież mówiłaś, że jesteś bezpłodna. 
- Cóż, tak mi się zdawało. 
-  Mój  Boże,  to  musiał  być  dla  ciebie  nie  lada  szok.  Alice  nie  mogła 

powstrzymać śmiechu, patrząc na zdumioną minę Mary-Ann. 

-  Będziecie  mieli  dziecko?  -  powtarzała  pytanie,  wciąż  tak  samo 

zdumiona.  -  To  takie  niesamowite.  Ty  i  szef.  Cały  czas  nie  mogę  się 
przyzwyczaić. 

-  Domyślam  się.  Dlatego  właśnie  postanowiłam  pracować  w  domu. 

Wyobraź sobie, co by się działo, gdyby wszyscy w firmie patrzyli, jak rośnie 
mi brzuch. 

-  No  tak  -  zgodziła  się  Mary-Ann.  -  Dla  niego  to  pewnie  też  byłaby 

odrobinę niezręczna sytuacja. Bogu dzięki, że wyjaśniło się, że wcale nie jest 
żonaty. 

- O tak! - Alice przytaknęła żarliwie. 
- A jak on w ogóle przyjął tę nowinę? 
- Bardzo dobrze. 
Alice  pomyślała,  że  choć  Mary-Ann  jest  jej  przyjaciółką,  to  nie  należy 

mówić jej wszystkiego. Nie chciała, żeby jakieś strzępy tej rozmowy dotarły 
do Liama. 

- Domyślam się, że nie planujecie małżeństwa? 
-  Nie  w  najbliższej  przyszłości  -  odparła  i  zręcznie  zmieniła  kierunek 

rozmowy: - Czy narobiłam dużo zamieszania w biurze? - spytała. 

-  Przyjmując  skalę  Richtera,  oceniłabym  owo  zamieszanie  na  osiem  - 

zaśmiała się Mary-Ann. - Dennis był tak poruszony, że poszedł z tym prosto 
do gabinetu Liama. 

- Dobry Boże - jęknęła. -1 jak to się skończyło? 
-  Wątpię,  czy  mi  uwierzysz.  Nasz  tajemniczy  szef  znowu  nas  kompletnie 

zaskoczył. Spodziewaliśmy się najgorszego. Podczas spotkania dotyczącego 
kierunków  rozwoju  i  takich  tam,  szef  zaczął  kazanie  od  wywołania  do 
tablicy Dennisa. 

- Och, Dennis nie powinien się za mną wstawiać - zmartwiła się Alice. 
-  Posłuchaj  dalej  -  przerwała  jej  przyjaciółka.  -  Zaczął  od  treściwej,  ale 

bardzo  szczerej  oceny  zachowań  Dennisa.  Powiedział,  że  bywa  zbyt 
agresywny,  przesadnie  drobiazgowy  i  lubuje  się  w  teoriach  spiskowych. 
Kiedy  już  sądziliśmy,  że  każe  mu  się  spakować  i  wyjść,  dodał,  że  silną 

77

RS

background image

stroną  Dennisa  jest  umiejętność  mówienia  o  problemach,  szczególnie  jeśli 
dotyczą one interesów firmy. 

Mary-Ann zrobiła dramatyczną pauzę i sięgnęła po kubek z kawą. 
-  I?  -  poganiała  ją  Alice.  -  Na  miłość  boską,  powiedz  wreszcie,  co  się 

wydarzyło. 

- Liam go awansował. 
Alice o mały włos wypuściłaby kubek z rąk. 
- Ho, ho! 
-  Szef  wysyła  go  na  specjalne  szkolenie.  W  przyszłości  Dennis  ma  być 

odpowiedzialny za zabezpieczanie interesów firmy. 

- Ależ to rewelacyjny pomysł. 
-  Wiem.  To  było  mistrzowskie  posunięcie.  Dennis  również  nie  potrafił 

ukryć szerokiego uśmiechu. 

Świetna robota, Liam, Alice pochwaliła go w myślach. 
- A co z Shaną? 
-  Nic  specjalnego  -  odparła  pospiesznie  Mary-Ann,  ale  uległa  pod 

spojrzeniem  Alice  i  wyjaśniła:  -  Prawdę  mówiąc,  nie  chcę  cię  martwić,  ale 
Shana zachowała się jak idiotka. 

Alice wstrzymała oddech. 
- To znaczy? 
-  Przymilała  się  do  szefa  w  dość  niesmaczny  sposób  -wyjaśniła 

zakłopotana  Mary-Ann.  -  Co  chwila  deklarowała,  że  może  go  zawieźć, 
gdziekolwiek będzie chciał. 

Alice zacisnęła zęby i pożałowała, że w ogóle zapytała. 
Na spotkanie z rodzicami Alice Liam przygotował wystawne przyjęcie w 

jednym  z  najelegantszych  hoteli  w  mieście.  Podczas  kolacji  był  nad  wyraz 
czarujący. Zara i Harold Madiganowie ulegli jego czarowi dosłownie w kilka 
minut. 

W  sympatycznej  atmosferze  rodzice  wypytywali  Lia-ma  jeszcze  raz  o 

szczegóły dramatycznego lotu i wyglądali tak, jakby nie mogli uwierzyć, że 
ten  przemiły,  niebywale  przystojny  bohater  zechciał  zainteresować  się  ich 
córką-wyrzutkiem. 

Alice  z  trudem  przełykała  kolejne  kęsy.  Była  bardzo  zdenerwowana. 

Kiedy  podczas  jedzenia  deseru  Liam  położył  rękę  na  jej  dłoni,  niemal 
podskoczyła na krześle. 

-  Alice  i  ja  chcieliśmy  wam  przekazać  pewną  bardzo  ważną  informację  - 

powiedział uroczyście, ale widząc podekscytowaną twarz mamy Alice, dodał 

78

RS

background image

wyjaśniająco.  -  Muszę  jednak  uprzedzić,  że  nowina  może  wydać  się  wam 
szokująca. 

Alice  nieprzytomnym  ze  strachu  wzrokiem  wpatrywała  się  w  pucharek  z 

lodami. Tłukące wściekle serce prawie kompletnie zagłuszało słowa Liama. 
Nie mogła znieść tego pełnego wyczekiwania spojrzenia rodziców. 

- Alice i ja spodziewamy się dziecka. 
Następnie  Liam  wyjaśnił,  że  doskonale  rozumie,  iż  świeżo  rozwiedziona 

Alice nie pali się do nowego formalnego związku. 

Mimo  zamieszania,  które  wybuchło,  Alice  zdążyła  pomyśleć  ciepło  o 

Liamie.  Powiedział  rodzicom  o  dziecku  w  delikatny,  a  zarazem 
zdecydowany sposób. 

Rodzice  wyglądali  na  uszczęśliwionych.  Wyściskali  i  wycałowali 

przyszłych  rodziców.  Alice  nie  dala  się  jednak  zwieść.  Zgodnie  z  jej 
przewidywaniami, Zara wyciągnęła Alice przy pierwszej lepszej sposobności 
do damskiej toalety. 

Stanęła przed lustrem i zadowolona z siebie, poprawiała makijaż. 
- Ustaliliście już datę? - spytała. Alice westchnęła. 
- Mamo, nie słuchałaś? Liam i ja nie planujemy się pobierać. 
- Och, nie bądź niemądra, skarbie.  Ten uroczy  mężczyzna jest zadurzony 

w tobie po uszy. 

-  To  nie  ma  nic  do  rzeczy  mamo.  Musisz  zaakceptować  rzeczy  takimi, 

jakie są. Nie będzie ślubu. 

- A to niby dlaczego? 
- Liam już to wyjaśnił. - Głos Alice lekko drżał. - To zbyt wcześnie. Nie 

jestem  gotowa.  W  obecnych  czasach  to  żadna  ujma  urodzić  dziecko  bez 
ślubu. 

- Nie w naszej rodzinie - powiedziała powoli Zara, dokładnie obrysowując 

kontur ust kredką. - Rozumiem, że Liam poprosił cię o rękę, tak? 

Alice jęknęła. Czuła się jak w potrzasku. 
- Nie mogę za niego wyjść. Ja go nawet dobrze nie znam. 
Zara zamrugała niespokojnie. 
- Wybacz, dziecko, ale spodziewałam się lepszej wymówki - powiedziała 

lodowato. - Jak sobie wyobrażasz, że przekażę tę informację reszcie rodziny? 
Że nie znasz go zbyt dobrze? Ale nosisz jego dziecko? 

-  Przykro  mi,  jeśli  postawiłam  cię  w  niezręcznej  sytuacji,  mamo  - 

powiedziała  niespodziewanie  cicho  i  spokojnie.  -Wierzę  jednak,  że 

79

RS

background image

znajdziesz jakiś delikatny sposób na wyjaśnienie ciotkom mojego kolejnego 
wybryku. 

- Nie wierzę, że ta sytuacja cię satysfakcjonuje. 
-  Ślub  na  łapu-capu  na  pewno  nie  poprawi  mi  humoru.  Mamo,  spójrzmy 

prawdzie  w  oczy.  Popchnęłaś  mnie  do  ślubu  z  Toddem,  bo  -  jak  sama 
powiedziałaś - bałaś się, że skończę jako panna w ciąży. 

Zara  poczerwieniała  i  z  trudem  nabrała  powietrza.  Zakłopotana  Alice 

przygryzła  wargę.  Poczuła  się  winna.  Nachyliła  się  szybko  i  pocałowała 
mamę w policzek. 

-  Może  to  los  sobie  z  nas  zażartował  i  sprawił,  że  będę  miała  nieślubne 

dziecko? 

Zara milczała z cierpiętniczym wyrazem twarzy. Kiwała tylko głową. 
- Nie jesteś już dzieckiem  - powiedziała wreszcie.  -  Wierzę,  że wiesz, co 

jest  dla  ciebie  najlepsze.  -  Schowała  kosmetyki  do  torebki  i  spojrzała  na 
swoje  odbicie  ostatni  raz.  -  Ale  nie  mogę  pozbyć  się  wrażenia,  że  miałaś 
niebywałe szczęście, odnajdując właściwego mężczyznę. - Odwróciła się, by 
spojrzeć  córce  w  oczy.  -  Teraz  musisz  znaleźć  w  sobie  odwagę,  by  mu 
zaufać. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

80

RS

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
Spotkanie  z  bratową  Liama,  Julią,  nie  było  trudnym  doświadczeniem. 

Poznały się podczas niedzielnego lunchu w apartamencie Liama. Gospodarz, 
wspólnie z bratankiem Jackiem, zajął się grillowaniem, a dziewczyny miały 
czas na rozmowę. 

Julia  była  sympatyczna  i  przyjacielsko  nastawiona.  Alice  z  radością 

odkryła, że łatwo polubić tę sympatyczną kobietę. 

Julia  była  Amerykanką,  która  przyjechała  do  Australii  na  wymianę 

studencką.  Poślubiła  brata  Liama  i  zamieszkała  w  Down  Under  na  prawie 
dwadzieścia lat. 

Gospodyni  sprawiła,  że  Alice  czuła  się  mile  widzianym  gościem. 

Rozmowa  była  bardzo  sympatyczna  i  niezobowiązująca.  Julia  opowiadała 
głównie  o  emocjach  związanych  z  przeniesieniem  się  do  Cairns,  gdzie 
cieplejszy  klimat  bardzo  jej  odpowiadał,  i  o  nowym  domu,  który  Liam  dla 
niej wyposażył. 

-  Mój  szwagier  przekazał  mi  waszą  wspaniałą  nowinę  -  dodała,  a  w  jej 

oczach pojawiły się iskry. - Już się nie mogę doczekać, kiedy zostanę ciocią. 

- A ja się cieszę, że będę miał kuzyna - Jack przyłączył się do rozmowy. - 

Tylko postaraj się, żeby to był chłopak. 

- Chyba nie masz nic przeciwko temu, że Jack też już wie? - spytała Julia. 

- Liam odbył z nim męską pogawędkę - wyjaśniła. - Doszedł do wniosku, że 
nie ma co przed nim ukrywać tej nowiny. 

- Oczywiście - odpowiedziała zmieszana. Dotychczas nie myślała za wiele 

o dalszej rodzinie swego nienarodzonego jeszcze dziecka. Teraz dochodziła 
do wniosku, że wiele osób jest zaangażowanych w jej życie. 

- Jak tylko urządzę się tutaj, zaproszę cię do siebie na lunch - powiedziała 

Julia,  kiedy  Alice  postanowiła  się  już  pożegnać.  -  Wpadnij  w  środku 
tygodnia,  kiedy  Liam  będzie  w  biurze,  a  Jack  w  szkole.  Będziemy  miały 
wówczas dużo czasu na babskie pogaduszki. - Iskierki w brązowych oczach 
Julii przekonały Alice, że będzie to najprawdopodobniej rozmowa o Liamie. 

Trzy tygodnie później, z prezentem do nowego mieszkania, Alice zjawiła 

się  w  pięknym  i  przytulnym  domu  Julii.  Zjadły  sałatkę  z  kalmarów  w 
przestronnej jadalni, z której rozpościerał się widok na tropikalny ogród. 

- Jesteś wspaniałą kucharką - pochwaliła posiłek Alice. Julia zaśmiała się. 
-  Jestem  dość  rozpieszczona.  Mam  pomoc  domową,  która  pomaga  mi 

także  w  codziennych  obowiązkach  kuchennych.  To  mi  pozwala  na 

81

RS

background image

eksperymenty  kulinarne.  Gotowanie  i  hodowla  roślin  są  moimi 
największymi pasjami. Już czuję, że ten ogród da mi wielkie pole do popisu. 

Po chwili spoważniała i zmieniła temat. 
- Wiesz, o czym chcę z tobą porozmawiać, Alice? 
-  Domyślam  się,  że  chodzi  o  Liama  -  odpowiedziała,  coraz  bardziej 

zdenerwowana. 

Julia skinęła głową. 
- Prawdę mówiąc, sama nie wiem, od czego powinnam zacząć. 
- Niewiele wiem o życiu Liama z czasów, zanim go poznałam - przyznała. 

-  Odnoszę  wrażenie,  że  są  sprawy,  o  których  niełatwo  mu  ze  mną 
rozmawiać. 

- Masz absolutną rację. - Julia wyrównała serwetkę na kolanach. - To jest 

związane  z  powodem,  dla  którego  jeżdżę  na  wózku  inwalidzkim  i...  - 
przerwała i spojrzała na ogród. 

-  ...i  z  tym,  dlaczego  Liam  nie  prowadzi  samochodu?  -  uzupełniła 

odruchowo Alice. 

- Tak - przyznała. - Biedny Liam. Wydaje mi się, że ucierpiał najmocniej z 

nas wszystkich. 

- Jak możesz tak mówić, po tym co tobie się przytrafiło? 
- Uwierz mi. Mam rację. 
Alice siedziała bez słowa, wpatrując się w talerz. 
- Czy dobrze mi się wydaje, że chodzi o wypadek samochodowy? 
Julia przytaknęła. 
- Tak, wydarzył się w drodze na imprezę z okazji dwudziestych pierwszy 

urodzin Liama i Petera. Wiedziałaś, że byli bliźniakami? 

- Nie! - jęknęła. 
Och,  Boże.  Jego  urodziny.  To  dlatego  tak  ich  nienawidził.  Przed  oczyma 

stanęła  jej  pamiętna  noc,  kiedy  to  wpadli  na  siebie  w  barze  „Hippo".  Już 
wtedy czuła, że za jego  małomównością kryła się jakaś  mroczna tajemnica. 
Ale  nie  przypuszczała,  że  mogło  chodzić  o  jego  brata.  Do  tego  brata 
bliźniaka.  Bliźnięta  zwykle  są  ze  sobą  bardzo  blisko  związane.  Braterstwo 
dusz. 

-  Cóż  za  tragedia  dla  Liama  -  szepnęła.  -  Dla  was  wszystkich.  Czy  Peter 

był... czy był ojcem Jacka? 

-  Tak.  Bardzo  młodo  się  pobraliśmy.  Peter  i  Liam  byli  bliźniętami 

jednojajowymi.  Wyglądali  identycznie,  ale  mój  Pet  był  większym 
żartownisiem. Lubił się wygłupiać. 

82

RS

background image

-  W  jej  oczach  pojawiły  się  iskierki  na  wspomnienie  miłych  chwil  z 

młodości. - Peter Conway zauroczył mnie, kiedy miałam dziewiętnaście lat. 
Świata poza nim nie widziałam. 

Alice  wyobraziła  sobie  młodą,  roześmianą  dziewczynę,  zakochaną  w 

mężczyźnie łudząco podobnym do Liama. Musieli tworzyć śliczną parę. 

- Liam prowadził, ale to nie on spowodował wypadek 
- Julia znowu spoważniała. 
Dzięki ci, Boże. Alice poczuła, jakby kamień spadł jej z serca. 
- To musiało przynieść mu nieznaczną ulgę. 
- Niestety, nie. Ani trochę. - Julia westchnęła i zacisnęła dłonie na oparciu 

fotela. 

Alice  próbowała  wyobrazić  sobie,  jak  wielki  ciężar  odpowiedzialności 

nosi Liam na swoich barkach. 

-  Zawsze  winił  siebie,  chociaż  to  nie  była  jego  wina  -  kontynuowała 

opowieść.  -  To  się  po  prostu  stało.  Wypadek.  Byliśmy  bardzo 
podekscytowani  zbliżającą  się  imprezą.  Peter  opowiadał  nam  kawały,  Liam 
śmiał  się  i  być  może  na  moment  stracił  koncentrację.  I  wtedy  starszy 
mężczyzna wyjechał z bocznej uliczki wprost pod nasze koła. Liam niewiele 
mógł zrobić w tej sytuacji. Starał się uniknąć zderzenia. .. I uderzył w słup. 

Alice czuła, że gardło ma zaciśnięte i nie może przełknąć śliny. 
- Tamten  mężczyzna i Liam wyszli  z wypadku bez szwanku. Oczywiście 

wina  leżała  po  stronie  tamtego  kierowcy,  ale  biedny  Liam  nigdy  sobie  nie 
wybaczył, że do tego doszło. 

- I od tamtej pory bardzo się tobą opiekuje - zauważyła Alice. 
-  Byłam  w  szpitalu  przez  ponad  rok  po  wypadku.  Liam  wpadał  do  mnie 

każdego  dnia.  Moi  rodzice  mieszkają  w  Kalifornii  i  mogli  mnie  odwiedzać 
tylko od czasu do czasu. Jack urodził się poprzez cesarskie cięcie i to Liam 
przejął nad nim opiekę. Przynosił mi dziecko do szpitala czasem nawet dwa 
razy dziennie. Weekendy spędzaliśmy razem. Liam robił wszystko, żeby mój 
syn mógł spędzać jak najwięcej czasu ze mną. 

Myśli  Alice  pobiegły  ku  jej  własnemu,  nienarodzonemu  dziecku.  Zdała 

sobie sprawę, że nie była dotąd w stanie zrozumieć, co czuł Liam na wieść o 
ich  dziecku.  Okazał  już  w  swym  życiu  niezwykłe  oddanie  i  miłość  do  nie 
swojego  potomka,  a  miał  wtedy  jedynie  dwadzieścia  jeden  lat.  Trudno  się 
dziwić, że nalegał, aby pozwoliła mu zaangażować się w rozwój ich dziecka. 

-  To  jeszcze  nie  koniec.  -  Julia  uśmiechnęła  się  do  niej.  -  Jeśli  jesteś 

gotowa, posłuchaj dalej... 

83

RS

background image

-  Muszę  przyznać,  że  to  dla  mnie  wstrząsająca  historia,  ale  jestem  ci 

wdzięczna, że mi o tym opowiadasz. -Odwzajemniła uśmiech. - Dzięki temu 
lepiej  wszystko  rozumiem.  I  wiem  już,  dlaczego  Liam  nie  chciał  o  tym 
mówić. 

Julia przytaknęła. 
- Jest  mi niemal  wstyd się do tego  przyznać, ale głównym powodem,  dla 

którego  Liam  stał  się  zamożnym  biznesmenem,  było  zapewnienie  mnie  i 
Jackowi komfortowego życia. 

Dla Alice było to kolejne zaskoczenie. 
- A nie dostaliście odszkodowania? - zapytała zdumiona. 
- Tak, ale zajęło to długie lata. W międzyczasie Liam chciał być pewny, że 

niczego mi nie będzie brakowało. Nie słuchał moich protestów. Pracował jak 
szalony. 

Julia zauważyła, że filiżanka Alice jest już pusta. 
- Napijesz się jeszcze mrożonej herbaty? 
- Chętnie. 
Chwila  przerwy  w  rozmowie  pozwoliła  Alice  poukładać  myśli.  Czuła,  że 

jej serce wyrywa się do Liama. Nie mogła uwierzyć, jak wielki ciężar nosi w 
sobie od wczesnej młodości. 

- Julia, być może nie powinnam cię o to pytać, ale czy kiedykolwiek Liam 

ci się oświadczył? 

- Tak, zrobił to - odparła zmieszana. 
- Niedawno? - dopytywała. 
- Nie. To musiało być... około dwunastu lat temu. Ach, więc to Julię miał 

na myśli, kiedy wspominał, że 

była kobieta, która go odrzuciła. 
- Dlaczego więc za niego nie wyszłaś? 
- Ponieważ wiedziałam, że robi to wyłącznie z poczucia obowiązku. 
Obowiązku? - Dreszcz przebiegł Alice po plecach. Z tego samego powodu 

ona też odrzuciła oświadczyny Liama. Nie powiedział tego, ale Alice czuła, 
że Liam robi to, co uważa za słuszne. A nie to, czego pragnie. 

- Kochasz go? - zapytała ledwo słyszalnym szeptem. 
- Tak, ale nie w sposób, w jaki żona kocha męża. - Julia uśmiechnęła się 

ponownie. - Liam jest bardzo podobny do brata, a jednocześnie zupełnie od 
niego  różny.  Pete  był  zabawny,  nieprzewidywalny,  czarujący.  Liam  jest 
bardzo zrównoważony, spokojny, dojrzały. Podziwiam i kocham Liama, ale 

84

RS

background image

nigdy  w  taki  sposób,  w  jaki  kochałam  Pete'a.  Kiedy  zginął,  sama  chciałam 
umrzeć. Gdyby nie Jack... 

Nie  dokończyła.  Alice  czuła,  że  łzy  napływają  jej  do  oczu.  Wstała  i 

podeszła,  aby  przytulić  Julię.  Objęły  się  i  pozostawały  w  uścisku,  nie 
mówiąc  ani  słowa.  Po  dłuższej  chwili  spojrzały  na  siebie  oczami  pełnymi 
łez. 

- Jak to wygląda? - śmiała się Julia. - Zaprosiłam cię na lunch, a zrobiła się 

z niego stypa. 

Alice próbowała się roześmiać, wracając na swoje miejsce. 
- Nawet nie wiesz, do czego doprowadziła ta rozmowa. Kochałam Liama, 

zanim  tu  przyszłam,  ale  po  rozmowie  z  tobą  czuję,  że  to  beznadziejny 
przypadek. 

-  Ależ  to  cudownie  -  Julia  nie  kryła  łez  szczęścia.  Alice  nie  była  pewna, 

czy powinna się cieszyć. Może 

Liam  oświadczył  się  jej  z  poczucia  obowiązku,  tak  jak  Julii?  - 

zastanawiała się. 

- Żałuję, że Liam nie ma do mnie takiego zaufania, żeby o wszystkim  mi 

osobiście opowiedzieć. 

- Być może wyszłam przed szereg. 
- Cieszę się, że mi wszystko powiedziałaś. To bardzo mi pomogło. 
- Mężczyznom trudniej jest się otworzyć. Daj mu czas, a jestem pewna, że 

sam  będzie  chciał  o  tym  z  tobą  porozmawiać.  Kiedy  poczuje,  że  jest  na  to 
gotowy. 

- Masz rację. Potrzeba mu więcej czasu. Mam już za sobą jedno nieudane 

małżeństwo  i  jestem  teraz  wyjątkowo  ostrożna.  Nie  pozwolę  sobie  na 
nadmierny  pośpiech  i  wmanewrowanie  się  w  niepewny  związek.  -  Szkoda, 
że w życiu nie ma prostych rozwiązań. 

Przez ostatnie tygodnie Alice rozmyślała o tym, co powiedziała jej Julia i 

rozpamiętywała każdą minutę spędzoną z Liamem pod kątem znanych jej już 
teraz faktów. 

Kiedy  pierwszy  raz  zapewniał  ją,  że  chce  pozostać  zaangażowany  w  ich 

związek, myślała, że wolałby wszystko pozostawić po staremu. Byliby parą, 
wychodziliby na randki, byliby kochankami i żyli długo i szczęśliwie. 

Ale  Liam  najwyraźniej  miał  inne  plany.  Był  przyjacielski,  troskliwy  i... 

zdystansowany.  Zabierał  ją  czasem  na  kolację,  a  potem  odwoził  grzecznie 
taksówką  pod  dom.  Nie  wchodził  jednak  do  środka.  Bywały  też  długie 
okresy, kiedy się nie widywali. Gdy jej mama zadzwoniła, aby zaprosić ich 

85

RS

background image

na obiad, podczas którego planowała przedstawienie Liama dalszej rodzinie, 
Alice musiała szukać wymówek, żeby jej odmówić. 

Rzuciła  się  w  wir  pracy.  Robiła  badania  rynku,  wyliczenia  budżetowe. 

Wiedziała,  czego  oczekują  klienci  i  starała  się  zapewnić  im  wszystkie 
atrakcje. 

Kontaktował  się  z  nią  niemal  każdego  wieczora.  Bądź  to  za 

pośrednictwem  telefonu,  bądź  internetu.  Omawiali  wykonaną  przez  Alice 
pracę, Liam informował ją o wszystkim, co działo się w firmie. Rozmawiali 
w  sposób  swobodny  i  przyjazny.  Zupełnie  jak  dwójka  dobrych  przyjaciół. 
Ale  tylko  przyjaciół.  Nie  było  w  ich  kontaktach  nic  z  flirtu,  nic 
romantycznego. 

Alice  chwilami  podejrzewała  Liama,  że  rozpisuje  sobie  w  punktach  plan 

ich rozmów. Prowadził je tak, iż w zasadzie nie było możliwości zboczenia 
na  tematy  zbyt  intymne.  Rozmawiali  o  przeczytanych  książkach, 
obejrzanych  filmach,  czasem  polityce  i,  oczywiście,  o  wynikach  badań 
Alice. Ale nic ponadto. 

Dzień w dzień wyczekiwała jego telefonów, ale dystans na jaki trzymał ją 

Liam,  całkowity  brak  intymności,  sprawiały  jej  ból.  Pragnęła  od  niego 
usłyszeć choćby tylko to, że za nią tęskni. 

Bo  ona  za  nim  tęskniła.  I  to  bardzo.  Pragnęła  go  zobaczyć,  dotknąć. 

Marzyła,  by  spojrzał  na  nią  z  pożądaniem.  Usychała  z  tęsknoty  za  jego 
wargami, delikatnym dotykiem dłoni. 

Oczywiste  stało  się  jednak,  że  -  odkąd  zaszła  w  ciążę  -  uczucia  Liama 

wobec  niej  uległy  dużej  zmianie.  Traktował  ją  podobnie  jak  Julię.  Ze 
współczuciem i troską, poczuciem winy i obowiązku. 

Kiedy było jej bardzo źle, nachodziły ją czarne  myśli.  Wyobrażała sobie, 

że Liam przeklina dzień, w którym zdecydował się pójść z nią do łóżka. 

Zaraz  jednak  przypominała  sobie  dziką  pasję,  jaka  kierowała  ich 

złączonymi  ciałami.  Powtarzała  sobie  wtedy,  że  to  niemożliwe,  by  Liam 
żałował. 

I  przeklinała  go  w  myślach.  Bo  z  całych  sił  pragnęła  go,  desperacko 

pragnęła  jego  namiętnych  pocałunków,  delikatnych  pieszczot,  jego 
rozpalonego ciała. 

W  dniu,  kiedy  po  raz  pierwszy  wyczuła  ruchy  dziecka,  postanowiła 

działać.  Podekscytowana  czekała  na  telefon  od  Liama,  by  przekazać  mu 
radosną nowinę. 

86

RS

background image

- Przyjedź - namawiała go. - Też będziesz mógł to poczuci Uwierz, że to 

niezapomniane przeżycie. 

-  Po  prostu  opowiedz  mi  o  tym.  -  Ton  jego  głosu  był  niespodziewanie 

oschły. 

-  Och,  Liam.  Tego  nie  da  się  opowiedzieć.  Musisz  przyjechać  i  sam 

sprawdzić. 

Czekała w napięciu na jego reakcję, ale milczał. 
- Liam? Odkaszlnął. 
-  Nie  mogę  dziś  przyjechać  -  powiedział.  -  No,  opowiedz  mi  o  tym  - 

nalegał. 

- Już ci mówiłam. Tego nie można zrelacjonować przez telefon. 
Miała ochotę odłożyć słuchawkę. 
- Jesteś zła - ni to spytał, ni stwierdził po kolejnym okresie ciszy, 
- Zauważyłeś? - udała zdziwienie. - Gratulacje zatem. Tak, jestem zła. Co 

się  z  tobą  dzieje,  na  miłość  boską?  Myślałam,  że  chcesz  się  zaangażować. 
Nie da się tego zrobić na odległość. 

-  Chwileczkę  -  przerwał  jej  ostro.  -  To  przecież  ty  tego  chciałaś.  To  ty 

dałaś  mi  do  zrozumienia,  że  nie  życzysz  mnie  sobie  w  swoim  życiu. 
Powiedziałaś  to  mnie,  swojej  mamie,  nawet  Julii.  Wszyscy  dokoła  wiedzą, 
że  potrzebujesz  czasu  i  przestrzeni.  -  Zrobił  krótką  pauzę  i  odetchnął 
głęboko.  -  To  może  wykorzystaj  ten  czas  i  zastanów  się  dobrze,  czego  tak 
naprawdę chcesz. 

Alice czuła, jak wzbiera w niej gniew. 
-  Nie  muszę  się  nad  niczym  zastanawiać  -  podniosła  głos.  -  Doskonale 

wiem, czego chcę. 

- Doprawdy? To bądź tak miła i mnie oświeć, bo się pogubiłem. 
Chcę,  żebyś  był  obok  mnie,  krzyczała  bezgłośnie.  Przytulił  mnie,  kochał 

się ze mną. Do diabła, jęknęła w duchu. Nie będę błagać o litość. 

- Cóż, nie chcę być oszukana - powiedziała złym, drżącym głosem. 
Sina  z  wściekłości,  że  Liam  nie  rozumie  tego,  co  dla  niej  wydawało  się 

oczywiste,  rzuciła  słuchawkę.  Ukryła  twarz  w  dłoniach  i  zalała  się  łzami. 
Skulona na sofie wypłakiwała wszystkie żale. 

Nie  potrafiła  zrozumieć,  dlaczego  Liam  jest  taki  tępy.  Nie  miała  pojęcia, 

skąd przyszedł mu do głowy pomysł, że ona chce być sama. Wiele gorzkich 
słów  wypełniało  jej  myśli.  Zapłakana,  wstrząsana  dreszczami  dziękowała 
opatrzności, że odrzuciła jego oświadczyny. 

87

RS

background image

Nagle  wyprostowała  się  gwałtownie.  Na  tyle  oczywiście,  na  ile  pozwalał 

jej  niemały  już  brzuch.  Jęknęła  cicho,  uświadamiając  sobie  pewne  fakty. 
Kiedy  Liam  przyszedł  do  niej,  zaniepokojony  jej  zdrowiem,  a  ona 
powiedziała  mu  o  ciąży,  pierwszą  rzeczą,  jaką  zrobił,  była  właśnie  pro-
pozycja  małżeństwa.  Przytulił  ją  wtedy  czule,  całował  delikatnie  i 
oświadczył się. A ona wyrwała się z jego objęć. Zachowywała się formalnie, 
nienaturalnie.  Odrzuciła  jego  propozycję,  przebąkując  coś  o  potrzebie 
otrząśnięcia się po pierwszym małżeństwie. 

Dotarło do niej niespodziewanie, że jego dzisiejsze zachowanie to tylko i 

wyłącznie jej wina. Z jego punktu widzenia, miał święte prawo, by się na nią 
wściec.  Najpierw  dała  mu  instrukcje,  a  teraz  powiedziała,  że  wszystko  robi 
źle. I rzuciła słuchawką. 

Narozrabiałaś, dziewczyno, pomyślała. 
Liam nie należał do typu mężczyzn, którzy po czymś takim dzwonią drugi 

raz. 

W tym momencie zadzwonił telefon. Podskoczyła przestraszona. Nie była 

w nastroju, by z kimkolwiek rozmawiać. Podniosła jednak słuchawkę. 

- Słucham - powiedziała zapłakanym głosem. 
- Wszystko u ciebie dobrze? 
To  był  Liam.  Troska  w  jego  głosie  sprawiła,  że  z  dużym  trudem 

powstrzymała kolejny atak płaczu. 

- Liam, zanim cokolwiek powiesz... Przepraszam, że rzuciłam słuchawką - 

załkała. 

- Ty płaczesz. 
- Już nie. - Pociągnęła nosem. - Już jest lepiej. 
- Nie bardzo ci wierzę. 
-  Liam...  -  zawahała  się.  -  Ja  wszystko  pokręciłam.  Zamiast  natrzeć  ci 

uszu,  miałam powiedzieć, jak bardzo za tobą tęsknie.  Tylko  mi nie  wyszło. 
Ale nieziemsko za tobą tęsknię. 

Milczał przez chwilę. 
- Myślałem, że potrzebujesz czasu. 
-  Wiem  -  powiedziała  zmartwiona.  -  Najpierw  mówię  jedno,  potem  mam 

do  ciebie  pretensje.  A  na  koniec  zachowuję  się  jak  rozpuszczona 
księżniczka, bo nie podobają mi się zasady, które sama wymyśliłam. 

Miała  wrażenie,  że  po  drugiej  stronie  słuchawki  usłyszała  tłumiony 

chichot Liama. 

88

RS

background image

- Nie nazwałbym tego w ten sposób - odparł. - Ale, prawdę mówiąc, jesteś 

księżniczką, na dodatek w ciąży, więc może ustaliłabyś zasady, które w pełni 
cię zadowolą? - Zrobił krótką pauzę. - Będę tak blisko, jak tylko tego sobie 
życzysz, Alice - dodał cicho. 

- Bardzo chciałabym cię zobaczyć. 
- Kiedy? Gdzie? 
Tu i teraz, chciała krzyknąć, ale wiedziała, że pośpiech nie jest wskazany. 
-  Może  byśmy  gdzieś  razem  wyszli?  -  zaproponowała.  -  Na  przykład  na 

piknik.  Znam  jedno  urocze  miejsce.  Moglibyśmy  tam  pojechać  górską 
kolejką,  przygotowałabym  koszyk  ze  smakołykami.  Odetchnęlibyśmy 
górskim powietrzem, zobaczyli las deszczowy. 

W myślach dziękowała Julii za wyjawienie sekretu Liama. Co by to było, 

gdyby nieświadomie namówiła go na wycieczkę samochodową. 

- Brzmi świetnie - ucieszył się. - Kiedy? Czy jutro to zbyt wcześnie? 
-  Jutro  będzie  idealnie.  Widzimy  się  rano,  dobrze?  Tym  razem  po 

odłożeniu słuchawki, aż jęknęła z radości. Cały dzień z Liamem. Wreszcie. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

89

RS

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 
Padało cały ranek. Burza zaczęła się niedługo po północy. Była to typowa 

dla  tego  regionu  tropikalna  ulewa  z  błyskami,  grzmotami  i  kroplami 
wielkości kurzego jaja. Około ósmej trzydzieści, kiedy Liam był już gotowy 
do wyjścia, nie było żadnych oznak, że pogoda ulegnie poprawie. 

Ogarnięta przygnębieniem Alice siedziała przy oknie i czekała na telefon. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  Liam  odwoła  wycieczkę.  Martwiło  ją  to, 
aczkolwiek  rozumiała,  że  to  jedyne  logiczne  rozwiązanie.  Piknik  w  takich 
warunkach nie miał sensu. 

Telefon  jednak  milczał.  A  o  ósmej  trzydzieści  pięć  duża  taksówka 

zatrzymała  się  pod  jej  domem.  Alice  w  podnieceniu  obserwowała,  jak  z 
otwartych drzwi samochodu wyłania się najpierw ogromny czarny parasol, a 
następnie para smukłych nóg odzianych w niebieskie dżinsy. Nogi sprawnie 
omijały kałuże i chwilę później zadzwonił dzwonek do jej drzwi. 

Poszła  otworzyć.  Pod  parasolem  dostrzegła  resztę  Liama,  trochę  tylko 

mokrego i bardzo apetycznego. Uśmiechnęła się szeroko. 

- Myślałam, że nie przyjdziesz. 
- Nie mogłem odwołać randki. - Odwzajemnił uśmiech. 
-  Wchodź  do  środka  -  zaprosiła.  -  Zaparzę  ci  kawy.  Przeszli  do  kuchni. 

Alice  czuła  się  dziwnie  niespokojna.  Podekscytowana.  Nerwowo 
przestawiała  po  kilka  razy  czajniczek,  kubki  i  cukier.  Serce  zabiło  jej 
mocniej, kiedy kątem oka spostrzegła, że Liam zbliża się do niej. 

Delikatnie położył ręce na jej ramionach, łagodnie obrócił Alice w swoją 

stronę. Z podziwem przyglądał się jej figurze. 

- Rany, czas naprawdę szybko leci. Już widać, że jesteś w ciąży. 
- W rzeczy samej - przyznała. 
Nieśmiałym  ruchem  wygładziła  bluzkę,  żeby  uwydatnić  swoje 

zaokrąglone już kształty. 

- Zobacz, co cię ominęło - powiedziała. 
Zaraz jednak pożałowała swych słów. Liam nerwowo przełknął ślinę. 
- To dzieje się naprawdę okropnie szybko - pospieszyła z wyjaśnieniem. - 

Nie dalej jak w zeszłym tygodniu musiałam kupować nowe ubrania. 

- To jak duże jest teraz dziecko? - spytał zaciekawiony. 
- Ma około czternastu centymetrów. 
Wyciągnął dłonie przed siebie, próbując wyobrazić sobie, ile to dokładnie 

jest. 

90

RS

background image

- To cały czas jest maleńkie - zauważył. 
- Prawda. Ale ma już rzęsy i brwi. I nawet kubeczki smakowe. 
-  Żartujesz?  -  Spojrzał  na  nią  uważnie.  -  No  ale  widzę,  że  się  dobrze 

przygotowałaś - przyznał z nieskrywanym podziwem. 

- No jasne. Mam całą półkę książek, w których opisany jest rozwój płodu 

tydzień  po  tygodniu.  Problem  w  tym,  że  jestem  niecierpliwa  -  przyznała  ze 
skruchą. - Chciałabym móc to wszystko przyspieszyć. 

Odwróciła  się,  by  napełnić  jego  kubek  gorącą  kawą.  Liam  usiadł  na 

kuchennym blacie, złożył ręce na piersi i zamyślił się. 

- Ciekawe, czy to chłopiec czy dziewczynka. 
- W przyszłym tygodniu mam badanie ultrasonografem. Podała mu kawę, 

a sama sięgnęła do szafki po herbatkę ziołową dla siebie. 

-  Być  może  da  się  już  określić  płeć  dziecka,  ale...  -  zrobiła  pauzę  i 

spojrzała  mu  w  oczy.  -  Najpierw  mnie  zapytają,  czy  chcę  wiedzieć. 
Chciałbyś? 

Potarł czoło, zastanawiając się nad odpowiedzią. 
Alice  pomyślała,  że  jest  bardzo  szczęśliwa,  że  ma  Liama  przy  sobie. 

Obserwowanie go, rozmawianie z nim o dziecku dodawało jej sił. 

- Nie wiem - powiedział. - A ty? Sięgnęła do lodówki po mleko. 
- Chyba nie - odparła. 
- Życie w niepewności może być na swój sposób zabawne - zastanowił się. 
Przytaknęła ruchem głowy. 
-  Połowa  mnie  wręcz  desperacko  chciałaby  znać  odpowiedź,  ale  druga 

połowa woli niespodzianki. 

Spojrzała  na  Liama.  Obdarzył  ją  tak  zniewalającym  uśmiechem,  że  tylko 

resztką silnej woli powstrzymała się przed rzuceniem w jego ramiona. 

- A wolałabyś chłopca czy dziewczynkę? - spytał. 
- Nie wiem - odparła i sięgnęła po czajnik, by przygotować herbatę. - Choć 

prawdę mówiąc, skłamałam - dodała. - Chciałabym, żeby to był chłopiec. A 
ty? 

- Mam nadzieję, że to mała księżniczka. Zaśmiała się. 
-  To  chyba  poproszę  lekarza,  żeby  mi  nic  nie  mówił.  Zerknęła  na  kosz 

piknikowy, który przygotowała poprzedniego dnia. 

- Skoro jesteś, to skorzystam z twojej pomocy. Mógłbyś odstawić ten kosz 

na szafkę? - poprosiła i wskazała miejsce kosza. 

-  Jasne  -  odparł  i  wstał.  -  Ale  jak  ty  go  stamtąd  zdjęłaś?  -  Zmarszczył 

czoło. 

91

RS

background image

- Mam drabinę - odparła rozbrajająco. 
- Na miłość boską, Alice. Tobie nie wolno wchodzić na żadne drabiny. 
-  To  były  dosłownie  dwa  szczeble.  Jestem  w  ciąży,  ale  to  nie  znaczy,  że 

jestem z porcelany. 

Podała mu kosz i z nieskrywaną satysfakcją obserwowała, jak napinają się 

mięśnie  Liama  i  jak  dżinsy  opinają  jego  pośladki  i  uda.  Zachwycona 
westchnęła w duchu. 

-  Byłbyś  tak  miły  i  zrobił  to  jeszcze  kilka  razy?  -  spytała  rozanielonym 

głosem. 

Spojrzał na nią rozbawiony. 
- Dobry masz widok? 
Próbowała niedbale machnąć ręką, ale uśmiech nie schodził jej z ust. 
- Może być. 
Przez kilka sekund stali nieruchomo i patrzyli na siebie. W przedłużającej 

się  ciszy  błądziła  oczami  po  jego  twarzy,  włosach,  brwiach,  ustach. 
Widziała,  jak  drga  jego  grdyka,  gdy  niespokojnie  przełykał  ślinę.  Słyszała 
tykający  zegar  kuchenny,  bulgoczącą  kawę  w  ekspresie  i  coraz  głośniej  bi-
jące jej serce. 

Wszystko  wydarzyło  się  jakby  w  jednej  chwili.  Liam  doskoczył  do  niej, 

jedną  ręką  wyłączył  ekspres,  drugą  ją  objął  i  przyciągnął  do  siebie.  I 
pocałował. 

Mocno. Zdecydowanie. Cudownie. 
Rozłąka  ostatnich  dni  sprawiła,  że  teraz  pragnęli  się  bardziej  niż 

kiedykolwiek. 

Liam  całował  z  pasją.  Namiętnie  i  długo.  Przylgnęła  do  niego  całą  sobą, 

oddała  się  pieszczocie.  Delektowała  się  każdą  sekundą.  Przez  minione 
tygodnie  desperacko  pragnęła  jego  ust.  Chciała  widzieć,  jak  się  nad  nią 
nachyla,  jak  jego  język  błądzi  po  jej  wargach,  delikatnie  i  jednocześnie 
zdecydowanie rozchyla je. Chciała czuć, jak jego dłonie suną powoli po jej 
plecach, pośladkach, piersiach. 

Upajała  się  surowym,  prymitywnym  pragnieniem  jego  ciała.  Ich  dłonie 

wzajemnie się szukały, masowały. 

-  Przepraszam  -  jęknął  niespodziewanie  i  wyprostował  się,  odsuwając 

dłonie. 

Potrząsnęła głową i uśmiechnęła się ciepło. 
- Jeśli nie zauważyłeś, to może wyjaśnię. To jest bardzo przyjemne. 
Popatrzył na nią zmieszany. 

92

RS

background image

- Ale kiedy ostatni raz było przyjemnie, to skończyło się kłopotami. 
- Masz jakiś kłopot? Bo ja nie - uśmiechnęła się i z czułością popatrzyła na 

swój  brzuch.  -  Choć  to  nie  do  końca  prawda.  Jedyne  co  naprawdę  mnie 
martwi,  to  fakt,  że  muszę  żyć  bez  ciebie.  Usycham,  kiedy  cię  nie  ma.  Nie 
zniosę tego dłużej. 

Popatrzyła na Liama. Wyraz jego twarzy niemal odebrał jej mowę. 
- Niewyobrażalnie za tobą tęskniłam - dodała cicho, łamiącym się głosem. 
Zakłopotana odwróciła wzrok. 
- Skłamałbym, mówiąc, że ja nie. 
Ujął  jej  twarz  w  dłonie  i  odwrócił  w  swoją  stronę.  Opuszkami  palców 

delikatnie gładził jej policzki. 

- Nie mogę uwierzyć, że dopuściliśmy do tego - szepnęła. 
Przycisnęła jego dłoń do ust. 
-  Jak  mogłeś  sądzić,  że  będę  szczęśliwa  bez  twoich  pieszczot? 

Wystarczyło, że nie dzwoniłeś, a ja wariowałam. 

Zamyśliła się na chwilę. 
- Zmierzam do tego - kontynuowała - że mówiąc ci, jak bardzo tęskniłam, 

chcę powiedzieć, jak bardzo cię... Kocham. 

- Och, Alice. - Przytulił ją mocno. 
- Rozumiem, że nie odwzajemniasz uczucia - dodała zduszonym głosem. 
Odsunął się tak, żeby mogli sobie spojrzeć w oczy. 
- A skąd ci to przyszło do głowy? Uświadomiłem sobie, jak beznadziejnie 

cię kocham, kiedy wyjechałem do Sydney. 

- Sydney? - powtórzyła w zamyśleniu. 
-  Powinienem  napisać  to  w  liściku  dołączonym  do  prezentu.  -  Nerwowo 

bawił się kosmykiem jej włosów. - Powinienem wtedy napisać, co czuję, ale 
abstrahując  od  faktu,  że  byłem  koszmarnie  zajęty,  to  na  dodatek  o 
wypełnienie bileciku musiałem poprosić moją asystentkę. Uznałem zatem, że 
wolę powiedzieć ci wszystko osobiście, kiedy tylko wrócę do Cairns. 

- Ale nie zrobiłeś tego. - Z wyrzutem uderzyła go w pierś. 
-  Kiedy  przyszedłeś  do  mnie  i  kiedy  się  oświadczyłeś,  nawet  jednym 

słowem nie wspomniałeś o miłości. Rzucałeś tylko wzniosłymi sloganami o 
opiece, zapewnieniu bezpieczeństwa. 

Twarz Liama wykrzywił grymas. 
- Tak - przyznał. - Bo wiesz... Były pewne sprawy, o których chciałem ci 

najpierw opowiedzieć. Ale miałaś własne problemy i jakoś nie chciałem, nie 
umiałem... 

93

RS

background image

- Liam, wiem o wypadku - powiedziała cicho. Zastygł w bezruchu. 
-  Julia  mi  powiedziała.  Mam  nadzieję,  że  się  nie  gniewasz  -  dodała, 

obserwując jego zaciśnięte szczęki. 

-  Nie.  -  Odetchnął  głęboko.  -  Chciałem  ci  powiedzieć,  ale  Julia  ma 

zdecydowanie  lepsze  wyczucie  czasu.  -  Na  jego  twarzy  znowu  zagościł 
uśmiech.  -  Wiesz,  że  tamtej  nocy  ściskałem  w  kieszeni  pierścionek 
zaręczynowy? 

Zszokowana otworzyła szeroko oczy. 
-  Pierścionek?  Och  -  jęknęła,  jakby  coś  zrozumiała.  -Czyli  chciałeś... 

Planowałeś  oświadczyć  się,  zanim  jeszcze  dowiedziałeś  się,  że  jestem  w 
ciąży? 

- Rozważałem to - zaśmiał się cicho. 
Nie  mogła  poukładać  sobie  tego  wszystkiego  w  głowie.  Gdyby  tylko  nie 

zachowywała się tak histerycznie, gdyby dała Liamowi szansę... 

- Gdybym miał więcej oleju w głowie, zrobiłbym to już pierwszego dnia. 
-  W  barze  „Hippo"?  -  spytała  z  niedowierzaniem.  Uśmiechnął  się  z 

zażenowaniem. 

- Brałem to pod uwagę od chwili, kiedy się w tobie zakochałem. A to... - 

zawiesił  na  chwilę  głos.  -  A  to  stało  się,  chyba  jeszcze  zanim  do  ciebie 
podszedłem. To znaczy 

w chwili, kiedy pierwszy raz ujrzałem cię siedzącą samotnie przy barze. 
Całkowicie oszołomiona wpatrywała się w niego bezgłośnie. 
- Nie wierzysz mi, prawda? 
-  Nie  wiem.  To  znaczy  tak,  chyba  tak.  Po  prostu  jestem  zbyt  szczęśliwa, 

żeby  ci  wierzyć.  I  nie  mogę  przestać  myśleć  o  tym,  że  miałeś  ze  sobą 
pierścionek. 

Odetchnął głęboko i niespokojnie. 
-  Czy  to  znaczy,  że  jest  jeszcze  zbyt  wcześnie,  by  zapytać  cię,  czy  go 

przyjmiesz? 

Zarzuciła mu ręce na szyję. 
- Liamie Conwayu, ja zwyczajnie w świecie nie zasługuję na ciebie. 
Położył palce na jej wargach. 
-  Nie  myśl  w  ten  sposób  -  poprosił.  -  Bez  wątpienia  zasługujesz  na 

mężczyznę, który cię uwielbia. 

- W takim razie ty zasługujesz na szczęście, a ja stanę na głowie, żeby cię 

uszczęśliwić. 

Łagodnie pocałował ją w czoło. 

94

RS

background image

-  Powiedz,  że  przyjmujesz  pierścionek,  a  będę  najszczęśliwszym  facetem 

na ziemi. 

- Oczywiście, że przyjmuję. 
- Bez wcześniejszego obejrzenia go? - udał ogromne zaskoczenie. 
-  Zdecydowanie  tak  -  odparła,  ale  ciekawość  wzięła  górę.  -  Jak  on 

wygląda? 

Wyszczerzył zęby w uśmiechu. 
-  Nie  powiem.  Niech  to  będzie  niespodzianka.  Pokręciła  nosem 

niezadowolona, ale oczywiście było to 

jedynie udawane, o czym zaraz go zapewniła. 
-  Byłabym  wniebowzięta,  nawet  gdybyś  dał  mi  drucik  z  kawałkiem 

kolorowego plastikowego szkiełka. 

- Mogę tylko powiedzieć, że wygląda odrobinę lepiej -zachichotał. - Mam 

nadzieję,  że  ci  się  spodoba.  Kiedy  go  zobaczyłem,  wiedziałem,  że  został 
stworzony dla ciebie. Kolor, wygląd, według mnie będzie idealny. 

Potarła serdeczny palec. 
- A skąd wiesz, że będzie pasował? 
Uniósł jej dłoń i niczym średniowieczny uczony, przyglądał się badawczo 

jej palcom. Prychał, pocierał czoło, oglądał dłoń pod różnymi kątami. 

- Do diabła - zaklął. - Możemy mieć problem. 
-  Szczerze  mówiąc,  nie  ma  znaczenia,  czy  będzie  pasował.  Wesołe 

chochliki błyszczały w jego oczach. 

-  Może  być  trochę  za  duży,  ale  dzięki  Bogu  współczesna  technika  czyni 

cuda. 

- Masz rację - ucieszyła się. - Zmniejszenie pierścionka to prosta operacja. 
- Prawdę mówiąc, miałem na myśli powiększenie palca - zarechotał. 
Zaśmiała się głośno i radośnie huknęła go pięścią w ramię. 
-  Ale  wiesz  co?  Może  załatwmy  to  od  razu.  Pojedźmy  do  mnie  i  go 

przymierzysz - zaproponował. 

- Mmm... Brzmi rewelacyjnie. Weźmy mój samochód. 
- W porządku - zgodzi! się. 
Rozradowana  przygotowała  swoje  rzeczy.  Sprawdziła  zawartość  torebki, 

upewniła się, że na miejscu są wszystkie niezbędne kobiecie przedmioty i już 
zamierzała  zejść  do  Liama,  gdy  zdecydowała  się  jeszcze  na  wizytę  w 
łazience. W ostatnich dniach musiała tam zaglądać częściej niż zwykle. 

W środku zamarła ze strachu. Jej bielizna pobrudzona była krwią. 
Boże, nie! - jęknęła przerażona. 

95

RS

background image

Czuła, jak ogarnia ją panika. Przeraźliwy strach wkradał się w jej serce. 
- Liam! - krzyknęła, wybiegając do kuchni. 
- Zbladłaś?! Co się stało? 
- Krwawię. 
Wykrzywił usta w przerażeniu. 
- Och, Alice. To przez szok. Powinnaś więcej wypoczywać. 
- Szok? Nie, nie - zapewniała go. - To wszystko jest takie cudowne. 
Nie wyglądał na przekonanego. 
- Czy to poważne? 
- Nie wiem. 
Starała się, żeby głos jej nie drżał, ale nie mogła dłużej siebie oszukiwać. 

Bała się bardzo. 

- Boże, Liam. Nie chcę stracić dziecka - zaszlochała. Liam zdecydowanym 

ruchem przystawił krzesło. 

-  Przede  wszystkim  usiądź  -  polecił.  Wykonała  polecenie  i  westchnęła 

ciężko. 

-  Pewnie  panikuję  bez  powodu  -  powiedziała  i  spojrzała  na  niego.  -  Ale 

przestraszyłam się - dodała przepraszająco. 

- Musisz jechać do szpitala. Pokiwała głową. 
-  Mógłbyś  zadzwonić  po  taksówkę?  -  poprosiła.  -  Nie  dam  rady  teraz 

prowadzić. 

Potarł nerwowo czoło. 
-  Jest  sobota.  Minie  dużo  czasu,  nim  taksówka  tu  dojedzie.  Weźmiemy 

twój samochód. 

- Dobrze. Co prawda trochę kręci mi się w głowie, ale daj mi kilka minut. 

Zaraz wezmę się w garść, i mogę prowadzić. 

- Alice! - fuknął. - Nawet o tym nie myśl. - Ale... 
Blady jak ściana Liam podszedł do szafeczki w przedpokoju. 
- To są kluczyki do samochodu, prawda? - upewnił się. 
- Tak. A tamten srebrny jest od drzwi wejściowych. Ale Liam, ja nie chcę, 

żebyś prowadził. 

- Nie ma o czym dyskutować - uciął. - Zabieram cię do szpitala. 
Chwycił ją pod ramię i pomógł wstać. 
- Liam - spróbowała jeszcze raz. - Wiem, że ty już nie prowadzisz. 
Uśmiechnął się niepewnie. 
- Mamy nagły przypadek, nic na to nie poradzimy. 

96

RS

background image

- Jesteś pewien? Nasze życie nie jest zagrożone. To zupełnie inna sytuacja 

niż ta z samolotu. 

Popychając ją delikatnie w stronę wyjścia, uśmiechnął się jeszcze raz. 
- Zaufaj mi. Obiecuję, że się tobą zajmę. 
Wahała  się  jeszcze  przez  moment,  ale  kiedy  spojrzała  mu  w  oczy  i 

dostrzegła  w  nich  ogień  miłości,  zrozumiała,  że  bez  względu  na  wszystko 
Liam nie zrezygnuje i zawiezie ją do szpitala osobiście. 

Jego odwaga rozbudziła w niej  wiarę.  Wiedziała, że zaufa  mu bez chwili 

wahania.  Pamiętała,  jak  w  krytycznej  chwili  panował  nad  sobą  i  jak 
profesjonalnie posadził samolot na ziemi. Miała wewnętrzne przekonanie, że 
Liam w pełni poradzi sobie z każdym zadaniem, jakiego się podejmie. 

W tej samej chwili dotarło do niej coś ważnego. Zrozumiała, że już zawsze 

będzie  mu  ufać.  Nie  tylko  podczas  jazdy  samochodem,  ale  całe  życie. 
Uświadomiwszy  sobie  ten  fakt,  uspokoiła  się.  Była  pewna,  że  wspólnymi 
siłami ochronią ich dziecko i nie pozwolą, by wydarzyło mu się coś złego. 

W szpitalu Liam był ledwo żywy ze strachu. 
Prowadzenie samochodu było niczym w porównaniu z tym, co przeżywał 

na  szpitalnym  korytarzu.  Jazda  z  ukochaną  kobietą  u  boku,  która 
potrzebowała jego pomocy, dodała mu nadludzkich sił. 

Teraz siły go opuściły. Przerażony zrozumiał, że już nie ma wpływu na to, 

co się wokół niego dzieje. Tępym  wzrokiem patrzył  na Alice, którą lekarze 
zabierali do sali na badania. Dostrzegł jej bladą, wystraszoną twarz, a chwilę 
później  pielęgniarka  zamknęła  drzwi  przed  jego  nosem.  Osamotniony  i 
wystraszony po prostu stał i czekał. 

Nie miał bladego pojęcia, jak to wytrzyma. Co gorsza zaczął się niepokoić, 

że to on jest sprawcą stanu Alice. Podejrzewał, że nadmiar emocji po prostu 
jej  zaszkodził.  Wpatrywał  się  w  drzwi,  za  którymi  leżała  Alice,  i  gorąco 
modlił  się,  żeby  ani  jej,  ani  dziecku  nic  się  nie  stało.  Nie  chciał  być 
odpowiedzialny za czyjąś śmierć. Nie po raz kolejny. .. 

Ze  ściśniętym  gardłem  uświadomił  sobie,  jak  wiele  znaczy  dla  niego 

Alice. Znał ją stosunkowo krótko. Ale tylko ona osiągnęła sukces tam, gdzie 
porażkę  poniosły  mordercza  pracy  zawodowa  i  desperackie  próby  pomocy 
Julii i Jackowi. Tylko Alice koiła jego ból i odganiała czarne myśli. 

A  teraz  nosiła  w  brzuchu  dziecko,  pomyślał  wzruszony.  Ich  dziecko. 

Czternastocentymetrową  istotkę  z  rzęsami  i  brwiami.  Nawet  z  kubeczkami 
smakowymi. 

97

RS

background image

Z  pięśćmi  głęboko  wciśniętymi  w  kieszenie,  zaczął  krążyć  po  korytarzu. 

Podszedł  do  okna  i  wyjrzał  na  zewnątrz.  Deszcz  wciąż  ciął  niemiłosiernie, 
odbierając  światu  kolory.  Ponura  atmosfera  nie  napawała  optymizmem. 
Liam  westchnął  i  podszedł  do  stojaka  na  prasę.  Nerwowo  przekartkował 
kilka magazynów, ale na żadnym nie potrafił zawiesić wzroku. 

Ponownie zaczął nerwowo krążyć od ściany do okna, od okna do drzwi i z 

powrotem do ściany. Głowa pękała mu od niespokojnych myśli i pytań. Co 
się działo tam w sali? Co oni jej robili? 

- Panie Conway? 
Odwrócił się gwałtownie. Pielęgniarka pojawiła się znikąd. 
- Tak? - spytał, czując, jak oblewa go zimny pot. 
Kobieta  uśmiechnęła  się.  Zdenerwowany  Liam  nie  potrafił  powiedzieć, 

czy  to  uśmiech,  który  sygnalizuje  dobre  wieści,  czy  współczucie.  Serce 
waliło mu jak oszalałe. 

-  Doktor  O'Brien  zamierza  zrobić  kilka  zdjęć  państwa  dziecku  i  Alice 

prosiła, żeby jej pan towarzyszył. 

- Oczywiście - wydusił z siebie. 
- Tędy, proszę. - Pielęgniarka wskazała drzwi do sali. 
-  Dziękuję  -  powiedział  i  drżącą  ręką  nacisnął  klamkę.  Leżała  na  łóżku  i 

rozmawiała z doktorem. Ubrana była 

w  szpitalną  koszulę.  Technik  stał  w  nogach  łóżka  i  regulował  monitor 

ultrasonografu. 

Alice  uśmiechnęła  się,  widząc  Liama.  Poprosiła,  żeby  do  niej  podszedł. 

Zrobił to bezzwłocznie i chwycił ją za rękę. 

- Jak się czujesz? - spytał przejęty. 
- Bardzo dobrze - odparła. - Liam, to jest doktor O'Brien. Panie doktorze, 

to Liam, ojciec dziecka - dokonała prezentacji. 

Mężczyźni wymienili uprzejmości. 
- Rozumiem, że nie  ma powodów do obaw? - Liam odważył się zapytać, 

choć głos wciąż mu lekko drżał. 

Lekarz oparł się o blat biurka. 
-  Powiem  tak,  w  tej  chwili  nie  ma  powodu  do  paniki.  Plamienie 

niekoniecznie  musi  oznaczać  poważne  problemy.  Stan  zdrowia  Alice 
pozwala  sądzić,  że  ciąża  będzie  przebiegać  bez  jakichkolwiek  komplikacji. 
Zrobimy  jeszcze  badanie  ultrasonografem,  żeby  potwierdzić  moje 
przypuszczenia. 

- Rozumiem. Proszę robić wszystko, co konieczne - powiedział Liam. 

98

RS

background image

Martwił  się,  że  powinien  ją  wspierać,  a  wyglądało  to  tak,  jakby  on 

potrzebował pomocy. 

Alice chwyciła go za dłoń, jakby czytała w jego myślach. Spojrzeli sobie 

w  oczy,  dodając  odwagi.  A  oboje  jej  potrzebowali,  bo  kiedy  lekarz 
przygotował się do badania, oboje zadrżeli. W pokoju zapanowała cisza. 

Liam niemal słyszał, jak bije mu serce. Pomyślał, że lądowanie samolotem 

było zdecydowanie mniej stresujące niż całe to badanie. 

- Kiedy już stąd wyjdziemy - szepnął jej do ucha - pojedziemy do mnie i 

pokażę ci pierścionek. 

- Cudownie - ucieszyła się. - Nie mogę się doczekać.  
Doktor odchrząknął. 
Alice mocniej przytuliła się do Liama. 
- Czy z dzieckiem wszystko w porządku? - spytała drżącym głosem. 
- Odwrócę ekran w pani stronę i sama będzie pani mogła zobaczyć. 
Liam także nerwowo wpatrywał się w czarno-biały obraz na monitorze. 
- Widzę... tylko... Co to za dwa kółka tu na ekranie? 
- Zawahała się. - O mój Boże, czy to jest co, o czym ja myślę? 
- To co pani tutaj widzi,  moja droga, to dwie  małe główki - odparł. - Ma 

pani bliźnięta. I z tego co widzę, wygląda na to, że są idealnie zdrowe. 

- Bliźnięta? - Uśmiech dumy przemknął po twarzy Alice. 
- Liam, co myślisz? 
Jednakże Liam był zbyt zaskoczony, żeby cokolwiek odpowiedzieć. 
- Pewnie nie jesteś zaskoczony? - spytała. 
Ale  Liam  był  zaskoczony.  Kompletnie.  Długą  chwilę  nie  mógł  się 

otrząsnąć  i  zastanawiał  się,  czy  to  dobra,  czy  zła  wiadomość.  W  pierwszej 
chwili  pomyślał  o  swoim  bracie  i  jak  zawsze  w  takiej  sytuacji  poczuł 
niekontrolowany atak paniki. 

Po  chwili  jednak  zmusił  się  do  powrotu  pamięcią  do  ich  szczęśliwego 

dzieciństwa,  zabaw  i  wspólnego  dorastania.  Peter  był  jego  najlepszym 
przyjacielem.  Jako  dzieci  wymyślali  sobie  szalone  zabawy  na  farmie 
rodziców, budowali zamki i domki na drzewie, grali w piłkę i pomagali sobie 
w odrabianiu prac domowych. Dzięki bratu nigdy nie był samotny. 

- Liam? - Alice patrzyła na niego podejrzliwie. - Chyba ci nie przeszkadza, 

że to bliźniaki? 

- Nie, oczywiście, że mi to nie przeszkadza. To wspaniale. Powiem więcej. 

To fantastycznie. 

99

RS

background image

-  Myślę,  że  możemy  już  rozpoznać  płeć  dzieci  -  odezwał  się  lekarz  i 

zmienił obraz na ekranie. - Chcieliby państwo wiedzieć? 

Alice spojrzała na Liama. 
- Chciałbyś? 
-  Płeć  nie  ma  dla  mnie  absolutnie  żadnego  znaczenia.  Ty  zdecyduj, 

kochanie. 

- Nie - powiedziała bez chwili namysłu. - Jeszcze nie chcę znać płci dzieci, 

bo  to  rzeczywiście  nie  ma  żadnego  znaczenia.  -  Ścisnęła  rękę  Liama.  - 
Kochamy je już, niezależnie od wszystkiego. Prawda, skarbie? 

Liam  poczuł,  że  najchętniej  pocałowałby  Alice  w  tej  chwili.  Niebawem 

wyszedł  na  korytarz,  a  Alice  poszła  przebrać  się  w  swoje  ubrania.  Kiedy 
wyszła  z  gabinetu,  policzki  miała  czerwone  z  emocji,  a  oczy  błyszczały  jej 
prawdziwym szczęściem. 

- Mądra z ciebie dziewczynka - powiedział. 
- Czy możesz uwierzyć, że będziemy mieli bliźnięta? 
- Pomału się oswajam z tą myślą. 
- A jeszcze tak niedawno  myślałam, że nie  mogę  mieć dzieci. - Zaśmiała 

się. 

- No to masz od razu dwoje. 
- Damy radę. - Uścisnęła go. - Oczywiście to oznacza, że będę podwójnie 

gruba. 

- Nadal będziesz dla mnie najpiękniejsza. 
- Myślę, że masz rację. Dwoje dzieci nie pozwoli mi się nudzić. 
Nagle spoważniała. 
-  To  nie  jest  najlepszy  sposób  zaczynania  małżeństwa,  Liam.  Chcę,  żeby 

nasz ślub był romantyczny. 

- Znajdziemy czas na romans - powiedział, chwytając jej dłoń. Ucałował ją 

dwa razy w roześmiane usta. - To całus dla każdego z naszych dzieci. 

- A gdzie całus dla ich mamy? - spytała, rumieniąc się. 
- Na razie delikatny... 
-  Przestań  się  o  mnie  bać  i  pocałuj  mnie  porządnie.  Rozejrzał  się  po 

korytarzu. 

- Czy to nie jest zbyt publiczne miejsce? 
- Musisz się w takim razie pospieszyć. 
- Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham, Alice. 
-  Ja  też  cię  kocham  -  szepnęła  mu  do  ucha.  -  I  kocham  nasze  dzieci. 

Wszystko będzie dobrze. Jestem tego pewna. 

100

RS

background image

Ruszyli razem korytarzem. 
- Zupełnie zapomniałam podziękować ci, że mnie tu przywiozłeś. 
- Żadna sprawa. - Uśmiechnął się. 
Oboje wiedzieli jednak, jak wiele to dla niego znaczyło. Z wielu powodów 

ta krótka przejażdżka samochodem była symbolem wiary i oddania. 

-  A  teraz  zamierzam  zawieźć  cię  do  siebie.  Lekarz  powiedział,  że  przez 

najbliższe dni powinnaś na siebie uważać. Położysz się wygodnie i będziesz 
podziwiać pierścionek zaręczynowy. 

- To brzmi jak opis mojej wymarzonej soboty. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

101

RS

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

 
Siedziała  sama  przy  barze  odwrócona  plecami  do  wejścia,  ale  od  razu 

wiedziała, kiedy przyszedł. Zobaczyła jego odbicie w lustrze za barem, kiedy 
przebijał  się  w  jej  stronę.  Ich  spojrzenia  spotkały  się.  Uśmiechnęli  się  do 
siebie, jak to robią zakochani. 

Kiedy  usiadł  na  sąsiednim  stołku  tuż  obok  niej,  poczuła  ciepło 

rozgrzewające jej ciało. 

Minęły  dwa  lata,  odkąd  pierwszy  raz  go  spotkała  w  tym  barze.  Teraz 

jednak jego twarz była dla niej tak znajoma, jak jej własna. 

- Witaj. - Spojrzał na jedwabną sukienkę bez rękawów w ciemnozielonym 

kolorze. Alice wiedziała, że mu się podoba. 

- Cześć - odparła. 
Przechylił się i wyszeptał do jej ucha: 
- Czy ktoś ci kiedyś powiedział, że jesteś cholernie piękna? 
- Mmm... - udawała wahanie. - Mój mąż mówi mi to cały czas. 
- Miło słyszeć. Tak powinno być. - Spojrzał na jej kieliszek. - Co pijesz? 
- Łzy Anioła. 
- A nie Potężny Orgazm? - spytał zaskoczony. 
- Nie muszę już takiego kupować - uśmiechnęła się. -Mój mąż serwuje mi 

takie przyjemności, kiedy tylko mam ochotę. 

Chwilę siedzieli w milczeniu. 
- Może przychodzenie tutaj nie było wcale dobrym pomysłem? - dodała po 

chwili. - Jeśli będziesz flirtował ze  mną w ten sposób, będę  musiała zabrać 
cię  do  domu  i  zaciągnąć  do  łóżka,  a  to  byłaby  strata  naszego  samotnego 
wieczoru bez dzieci. 

-  Mam  się  zachowywać  grzecznie?  -  spytał  z  uśmiechem.  -  Możemy 

porozmawiać na temat dzisiejszego spotkania zarządu, jeśli wolisz. 

- Nie, nie dzisiejszej nocy. 
- Co za ulga. Może w takim razie... 
Kelner podszedł, pytając o zamówienie Liama. Wziął piwo. Alice patrzyła 

na  swą  dłoń,  na  której  widniała  złota  obrączka  i  piękny  pierścionek 
zaręczynowy ze szmaragdem otoczonym brylantami. Pasował idealnie. 

-  Na  zdrowie!  -  Liam  podniósł  swój  kufel  i  stuknął  w  jej  szklankę.  - 

Najlepsze życzenia z okazji urodzin, kochanie. 

- Wzajemnie. Pocałowali się namiętnie. 
- Wiesz, że przez lata bałem się tego dnia? 

102

RS

background image

- Zbyt wiele złych wspomnień. 
-  Tak.  -  Patrzył  na  swój  kufel,  a  potem  przeniósł  wzrok  na  Alice.  - 

Wprowadziłaś  równowagę  w  moje  życie,  urodzinowa  dziewczyno.  Poza 
wieloma  cudownymi  rzeczami,  które  wniosłaś  w  moje  życie,  sprawiłaś  też, 
że przestałem się bać tego dnia. 

Położyła dłoń na jego ramieniu. 
-  A  ty  musisz  wiedzieć,  że  zawsze  będziesz  moim  ulubionym  prezentem 

urodzinowym. 

Nie  mogła  uwierzyć,  że  tak  niedawno  bała  się  zaryzykować  powtórnego 

małżeństwa.  Jej  małżeństwo  z  Liamem  w  niczym  nie  przypominało 
poprzedniego już od samego początku, od chwili, gdy złożyli sobie przysięgę 
małżeńską,  na  tropikalnej  plaży  o  zachodzie  słońca  w  otoczeniu  rodziny  i 
przyjaciół. 

Być  może  także  dlatego,  że  ciąża  i  narodziny  bliźniąt  sprawiły,  że  dzieci 

odgrywały  dominującą  rolę  w  ich  codziennym  życiu.  Przyjęli  to  z 
entuzjazmem,  celebrowali  też  chwile,  które  mieli  tylko  dla  siebie,  dzięki 
pomocy  cudownych  opiekunek  -  Julii,  Zary,  Mary-Ann  i  licznych  ciotek. 
Nawet  Jack  chciał  się  zaangażować,  wybaczając  Alice,  że  nie  urodziła 
chłopca. W każdą sobotę wychodził z bliźniaczkami na długi spacer. 

Tego  wieczoru  to  rodzice  Liama  pełnili  rolę  opiekunek.  Byli  zachwyceni 

rolą dziadków i przyjeżdżali do Cairns tak często, że zaczęli się zastanawiać 
nad sprzedaniem farmy i przeniesieniem na stałe bliżej dzieci i wnuków. 

- Czy dziewczynki spały, kiedy wychodziłaś? - spytał Liam. 
- Twój tata nadal śpiewał Cate kołysanki, a twoja mama z dumą ogłosiła, 

że uśpiła Lily pięć minut wcześniej. 

- To rekord. Naprawdę dobra robota, babciu Conway - zaśmiał się. 
- Oczywiście teraz twoja mama ma nadzieję, że Lily ponownie się obudzi, 

żeby mogła znów ją utulić - dodała. 

- Będą mieli okazję nacieszyć się nimi do rana. Alice znieruchomiała. 
- Czy to znaczy, że nie będzie cię w domu do rana? 
- Uwielbiam, kiedy moje  małe córeczki budzą mnie o szóstej, ale jeszcze 

bardziej  kocham  spędzać  noc  tylko  z  moją  żoną.  Całą  noc  aż  do  późnego 
śniadania. 

Oczy jej zabłysły pożądaniem. 
- Zaplanowałeś coś? 
Wyjął klucz z kieszeni i położył przed nią. Podniosła i przeczytała napis. 
- Grota Amora? Co to takiego? 

103

RS

background image

- To klucz do pokoju dla nowożeńców w hotelu „Stapleton". Mają wielkie 

łoże,  francuskiego  szampana  i  widok  na  ocean.  Z  tego  co  mi  wiadomo,  a 
znam się nieco na tej branży, to najlepszy apartament w tym regionie. 

- Już mi gorąco na samą myśl... Samotna noc z Liamem była luksusem. 
- Oczywiście możemy zrezygnować i po prostu iść potańczyć - droczył się, 

odkładając klucz na bok. 

- Nie dzisiaj - zawołała i sięgnęła po klucz. - Nie możemy pozwolić, żeby 

przepadły nam takie atrakcje. Chodź, skarbie, idziemy. 

104

RS


Document Outline