background image

http://blood-luna.ovh.org

 – Polska Biblioteka Wampira – „BLOOD LUNA” 

 

 

1

 

 

KLASYKA WAMPIRYZMU 

by blood luna

 

 

OBLUBIENICA TYGRYSA 

 

Angela Carter 

 

 
 
 
 
 
 

oryg. "

 

The Tiger's Bride", 1979 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

* * * 
 
tłum. Aleksandra Ambros  

background image

http://blood-luna.ovh.org

 – Polska Biblioteka Wampira – „BLOOD LUNA” 

 

 

2

 

 
 
 

Materiał na potrzeby prywatne 

 
 
 
 
 
 

http://blood-luna.ovh.org

  

Portal „BLOOD LUNA” 

Polska Biblioteka Wampira 
 
 
 
 

Kolekcja klasyki wampiryzmu

 

background image

http://blood-luna.ovh.org

 – Polska Biblioteka Wampira – „BLOOD LUNA” 

 

 

3

 

Ojciec przegrał mnie do Bestii w karty. 
Szczególne szaleństwo ogarnia podróŜnych z Północy, kiedy znajdą się w 

tej  pięknej  krainie,  gdzie  cytryna  dojrzewa.  Przybywamy  z  krajów  zimnej 
pogody, u siebie toczymy wojnę z przyrodą, ale tu, ach! moŜna by pomyśleć, 
Ŝe  jesteśmy  na  ziemi  błogosławionej,  gdzie  lew  spoczywa  obok  jagnięcia. 
Wszystko  kwitnie,  Ŝaden  ostry  wiatr  nie  porusza  aromatycznego  powietrza. 
Słońce  obsypuje  cię  owocami.  Zabójcze  zmysłowe  odrętwienie  słodkiego 
Południa  zatruwa  wygłodniały  umysł,  który  łaknie  „rozkoszy!  jeszcze  więcej 
rozkoszy!” Ale wtedy zaczyna padać śnieg, nie ma od niego ucieczki, podąŜał 
za nami z Rosji, jak gdyby biegł za powozem, aŜ nas dopadł na koniec w tym 
ciemnym, gorzkim mieście i kłębiąc się za szybą, drwi sobie z owych nadziei 
na  wieczną  przyjemność,  jakie  Ŝywił  mój  ojciec,  któremu  teraz  pulsują  na 
czole nabrzmiałe Ŝyły, kiedy trzęsącymi się rękami rozdaje diabelskie obrazki. 

Gorące,  cierpkie  łezki  wosku  skapywały  ze  świec  na  moje  obnaŜone 

ramiona. Przyglądałam się grze z wściekłym cynizmem właściwym kobietom, 
które,  zmuszone  przez  okoliczności,  stają  się  niemymi  świadkami  głupoty, 
gdy  tymczasem  ojciec,  coraz  to  rozgrzewając  się  w  swoim  zapamiętaniu 
kolejnymi  łykami  wody  ognistej  zwanej  „grappa”,  wyzbywał  się  ostatnich 
resztek  mojego  dziedzictwa.  WyjeŜdŜając  z  Rosji,  mieliśmy  czarną  ziemię, 
błękitny  las,  pełen  niedźwiedzi  i  dzików,  chłopów  pańszczyźnianych,  pola 
zbóŜ,  folwarki,  moje  ukochane  konie,  białe  noce  chłodnego  lata,  ognie  zorzy 
polarnej.  Jakim  cięŜarem  musiał  być  dla  niego  cały  ten  majątek,  skoro  na 
drodze  do  ruiny  śmieje  się  najwyraźniej  z  dziką  radością;  namiętnie  pragnie 
oddać wszystko Bestii. 

KaŜdy,  kto  przyjeŜdŜa  do  tego  miasta,  musi  rozegrać  partię  z  le  grand 

seigneur;  niewielu  przyjeŜdŜa.  Nie  ostrzegli  nas  w  Mediolanie,  a  jeśli  to 
zrobili, nie zrozumieliśmy ich – moja kulawa włoszczyzna, pułapki lokalnego 
dialektu.  Prawdę  mówiąc,  sama  byłam  za  odwiedzeniem  tej  odległej, 
prowincjonalnej  miejscowości,  niemodnej  od  dwustu  lat,  poniewaŜ,  o  ironio! 
nie  mogła  się  poszczycić  ani  jednym  kasynem.  Nie  wiedziałam,  Ŝe  ceną  za 
pobyt w jej grudniowym zaciszu jest gra z Jaśnie Panem. 

Pora była późna. Chłodna wilgoć tego miasta wsącza się w kamienie, w 

kości,  w  gąbczasty  miąŜsz  płuc;  wkradła  się,  przenikając  dreszczem,  do 
naszego  saloniku,  dokąd  przybył  Jaśnie  Pan  zagrać  w  koniecznej  dla  niego 
prywatności.  Kto  mógł  odmówić  zaproszeniu,  jakie  jego  lokaj  przyniósł  do 
naszych  wynajętych  pokoi?  Na  pewno  nie  mój  rozrzutny  ojciec;  lustro  nad 
stołem  odbija  jego  rozgorączkowanie,  moją  bierność,  filujące  świece, 
opróŜniane  butelki,  kolorową  falę  unoszonych  i  spadających  kart, 
nieruchomą  maskę  zakrywającą  wszystkie  rysy  Bestii  poza  Ŝółtymi  oczami, 
które  przenoszą  się  od  czasu  do  czasu  z  rozwiniętego  wachlarza  kart  na 
mnie. 

-  La  Bestia  -  powiedziała  nasza  gospodyni,  ostroŜnie  obracając  w 

palcach kopertę zwieńczoną jego wielkim herbem z tygrysem wyprostowanym 
na tylnych łapach, a na jej twarzy ukazał się wyraz na poły strachu, na poły 
zdumienia. A ja nie mogłam jej spytać, dlaczego pana tej okolicy nazywają La 
Bestia  -  czy  to  ma  coś  wspólnego  z  jego  heraldycznym  znakiem  -  poniewaŜ 
język  jej  tak  zesztywniał  od  zduszonej  flegmą,  chropawej  mowy  regionu,  Ŝe 

background image

http://blood-luna.ovh.org

 – Polska Biblioteka Wampira – „BLOOD LUNA” 

 

 

4

 

ledwo  ją  rozumiałam,  z  wyjątkiem  kiedy  wykrzyknęła  na  mój  widok:  -  Che 
bella! 

Odkąd  zaczęłam  stawiać  pierwsze  kroki,  byłam  ślicznotką  ze  lśniącymi 

lokami  koloru  orzecha  i  róŜanymi  policzkami.  A  Ŝe  urodziłam  się  w  dzień 
BoŜego  Narodzenia,  angielska  niania  nazywała  mnie  swoją  „zimową  róŜą”. 
Chłopi  mówili:  „śywy  portret  matki”,  Ŝegnając  się  z  szacunku  dla 
nieboszczki.  Matka  nie  kwitła  długo,  przefrymarczona  za  wiano  potomkowi 
rosyjskiej  arystokracji,  tak  nieudanemu,  Ŝe  wkrótce  umarła  przez  jego 
hazard,  dziwkarstwo,  zadręczające  akty  skruchy.  Zaraz  po  przybyciu,  gdy 
lokaj  czyścił  ze  śniegu  jego  czarną  pelerynę,  Bestia  podarował  mi  róŜę  z 
własnej  nieskazitelnej,  choć  juŜ  trochę  niemodnej  butonierki.  Białą  róŜę

1

nienaturalną,  rozkwitłą  nie  w  swojej  porze  -  oskubywałam  ją  teraz 
nerwowymi palcami płatek po płatku, podczas gdy ojciec brawurowo kończył 
karierę, jaką zbudował na katastrofie. 

To  region  melancholijny,  zamknięty  w  sobie,  krajobraz  bez  słońca,  bez 

wyrazu,  smutna  rzeka  parująca  mgłą,  odarte,  przykucnięte  wierzby.  I 
okrutne  miasto,  posępny  plac,  wyjątkowo  dobrze  przystosowany  do 
publicznych  egzekucji,  pod  długim  cieniem  złowrogiego,  przypominającego 
stodołę  kościoła.  Niegdyś  wieszali  skazańców  w  klatkach  na  zewnątrz 
miejskich  murów;  okrucieństwo  przychodzi  im  łatwo,  mają  blisko  osadzone 
oczy  i  wąskie  wargi.  Marne  jedzenie,  makarony  nasiąkłe  olejem,  wołowina 
gotowana w sosie z gorzkich ziół. Wszędzie pogrzebowa cisza, mieszkańcy tak 
skuleni  z  zimna,  Ŝe  trudno  dostrzec  ich  twarze.  I  kłamią  ci  w  Ŝywe  oczy, 
oszukują - oberŜyści, woźnice, wszyscy. BoŜe, jak nas oskubali. 

Zdradliwe  Południe,  gdzie  myślisz,  Ŝe  nie  ma  zimy,  ale  zapominasz,  Ŝe 

przywozisz ją z sobą. 

Moje  zmysły  zaczynał  coraz  bardziej  draŜnić  odurzający  zapach  Jaśnie 

Pana, o wiele za mocna z tak bliskiej odległości, w tak małym pomieszczeniu, 
woń  purpurowego  cybetu.  Chyba  kąpie  się  w  perfumach,  moczy  w  nich 
koszule i bieliznę, czymŜe więc pachnie, skoro potrzebuje takiego kamuflaŜu? 

Nie widziałam nigdy, Ŝeby tak duŜy męŜczyzna sprawiał wraŜenie równie 

dwuwymiarowego,  mimo  osobliwej  elegancji  i  staroświeckiego  fraka,  sądząc 
po  wyglądzie,  kupionego  zapewne  w  owych  dawnych  czasach,  zanim  Bestia 
narzucił  sobie  samotność;  nie  czuje  potrzeby  nadąŜania  za  modą.  Jest  coś 
prymitywnie  niezgrabnego  w  jego  sylwetce,  zwalistej  i  olbrzymiej;  ma  się  teŜ 
dziwne uczucie, Ŝe sam siebie trzyma na uwięzi, sam z sobą toczy walkę, by 
pozostać  wyprostowanym,  kiedy  znacznie  chętniej  opadłby  na  cztery  łapy. 
Biedny  facet,  ukazuje  nasze  ludzkie  aspiracje  do  podobieństwa  bogom  w 
dziwnie  krzywym  zwierciadle;  tylko  z  daleka  moŜna  przyjąć,  Ŝe  Bestia 
niewiele  się  róŜni  od  pierwszego  lepszego  człowieka,  choć  nosi  maskę  z 
pięknie namalowaną ludzką twarzą. O tak, piękna to twarz, ale rysy cechuje 
symetria zbyt formalna, by moŜna je było uznać za całkowicie ludzkie, jeden 
profil jest lustrzanym odbiciem drugiego, za doskonałe to, niesamowite. Nosi 
teŜ  perukę,  fałszywe  włosy  związane  na  karku  kokardą,  takie  peruki  widuje 
się  na  starych  portretach.  Skromny  jedwabny  Ŝabot,  przeszyty  perłową 
szpilą,  skrywa  szyję.  Natomiast  giemzowe  rękawiczki,  choć  wielkie  i 
nieforemne, wydają się nie całkiem osłaniać jego ręce. 

background image

http://blood-luna.ovh.org

 – Polska Biblioteka Wampira – „BLOOD LUNA” 

 

 

5

 

Jest  postacią  karnawałową,  z  papier-mache  i  w  peruce,  ale  w  karty  gra 

jak sam diabeł. 

Kiedy Bestia pochyla się nad kartami, wydobywający się zza maski głos 

dudni  głucho,  jakby  dochodził  z  duŜej  odległości,  a  gardłowe  pomruki  tak 
zakłócają  wymowę,  Ŝe  tylko  lokaj,  który  go  rozumie,  moŜe  przekazać  jego 
słowa, jak gdyby pan był niezdarną kukłą, a sługa brzuchomówcą. 

Knot  zapadł  się  w  roztopiony  wosk,  świece  okapywały.  Kiedy  moja  róŜa 

straciła juŜ wszystkie płatki, ojcu równieŜ nie pozostało nic. 

- Prócz dziewczyny. 
Hazard to choroba. Ojciec mówił, Ŝe mnie kocha, a jednak uzaleŜnił los 

córki  od  wyniku  jednej  rozgrywki.  RozłoŜył  karty,  w  lustrze  ujrzałam  błysk 
szalonej  nadziei  w  jego  oczach.  Kołnierzyk  miał  rozpięty,  zmierzwione  włosy 
stały  dęba,  na  twarzy  malowała  się  udręka  człowieka  w  ostatnim  stadium 
rozwiązłości.  Od  starych  murów  ciągnął  chłód,  który  mnie  przenikał, 
marzłam  więcej  niŜ  kiedykolwiek  w  Rosji  podczas  najbardziej  zimnych 
tamtejszych nocy. 

Królowa, król, as. Zobaczyłam w lustrze. Och, wiem, myślał, Ŝe nie moŜe 

mnie stracić, poza tym razem ze mną wróciłoby do niego wszystko, co stracił 
uprzednio, resztki naszej rodzinnej fortuny odzyskane za jednym zamachem. 
A  w  dodatku  czyŜby  nie  wygrał  rodowego  palazzo  Bestii  pod  miastem,  jego 
olbrzymich dochodów, włości po obu stronach rzeki, czynszów, jego skarbca, 
jego  Mantegnów,  Giuliów  Romanów,  solniczek  Celliniego,  tytułów  –  samego 
miasta? 

Nie wolno wam myśleć, Ŝe ojciec nie Ŝądał za mnie bajońskich sum, ale 

teŜ nic ponad bajońskie sumy. 

Było piekielnie zimno w tym salonie. I wydawało mi się, dziecku surowej 

Północy,  Ŝe  tak  naprawdę  to  nie  moje  ciało,  ale  dusza  mojego  ojca  znalazła 
się w niebezpieczeństwie. 

Ojciec  oczywiście  wierzył  w  cuda,  który  gracz  nie  wierzy?  CzyŜ  nie  w 

poszukiwaniu takiego właśnie cudu odbyliśmy podróŜ z krainy niedźwiedzi i 
spadających gwiazd? 

Balansowaliśmy na krawędzi. 
Bestia wydał dźwięk przypominający ujadanie myśliwskiego psa; wyłoŜył 

na stół wszystkie trzy pozostałe asy. 

Obojętni  słudzy  pomknęli  teraz  gładko,  jak  na  kółkach,  pogasić  świece 

jedną  po  drugiej.  Patrząc  na  nich,  moŜna  by  pomyśleć,  Ŝe  nie  wydarzyło  się 
nic  szczególnego.  Ziewali  z  lekką  urazą;  był  prawie  ranek.  Nie  daliśmy  im 
pójść  do  łóŜka.  Lokaj  Bestii  przyniósł  jego  pelerynę.  W  czasie  ich 
przygotowań  do  odejścia  ojciec  wpatrywał  się  w  wyłoŜone  na  stół  swoje 
zdradzieckie karty. 

SłuŜący  Bestii  poinformował  mnie  zwięźle,  Ŝe  on,  lokaj,  przyjdzie  po 

mnie  i  mój  bagaŜ  jutro  o  dziesiątej  i  zabierze  mnie  bezzwłocznie  do  palazzo 
Bestii.  Capisco?  Byłam  tak  wstrząśnięta,  Ŝe  ledwo  mogłam  capire,  cierpliwie 
powtórzył  polecenie,  był  dziwnym,  chudym,  bystrym  człowieczkiem,  który 
idąc,  podskakiwał  nierytmicznie  na  powykręcanych  stopach  w  cudacznych 
klinowatych butach. 

Mój ojciec, przedtem czerwony jak upiór, teraz był biały jak oblepiający 

szyby śnieg. Oczy wezbrały mu łzami, zaraz zacznie płakać. 

background image

http://blood-luna.ovh.org

 – Polska Biblioteka Wampira – „BLOOD LUNA” 

 

 

6

 

-  „Na  wzór  indyjskiego  prostego  pari”  -  zacytował.  Lubował  się  w 

krasomówstwie.  -  „Którego  ręka  na  wzór  indyjskiego  prostego  pari  odrzuciła 
perłę  /  Więcej  niŜ  całe  jego  plemię  wartą”

2

.  Straciłem  perłę  moją,  perłę  bez 

ceny. 

Bestia  wydał  nagły,  straszliwy  dźwięk,  coś  pomiędzy  warknięciem  a 

rykiem,  świece  zamigotały.  Bystry  lokaj,  sztywny  hipokryta,  przetłumaczył 
bez  mrugnięcia  okiem:  -  Mój  pan  powiada:  skoro  tak  mało  dbasz  o  swoje 
skarby, musisz się spodziewać, Ŝe ci je odbiorą. 

Obdarzył  nas  ukłonem  i  uśmiechem,  którego  jego  pan  nie  mógł 

ofiarować, po czym obaj wyszli. 

Obserwowałam  śnieg,  dopóki  tuŜ  przed  świtem  nie  przestał  padać; 

ścisnął ostry mróz, następnego ranka powietrze było jak z Ŝelaza. 

Powóz  Bestii,  elegancki,  choć  staroświecki  model,  był  czarny  jak 

karawan, a zaprzęŜony do niego dziarski kary wałach buchał parą z nozdrzy i 
bił  kopytami  w  ubity  śnieg  z  dostatecznym  wigorem,  by  dać  mi  pewną 
nadzieję, Ŝe nie cały świat został skuty lodem tak jak ja. Zawsze skłaniałam 
się  do  opinii  Guliwera,  Ŝe  konie  są  lepsze  od  nas,  a  tego  dnia  chętnie 
udałabym się z nim do królestwa koni, gdyby mi tylko dano szansę. 

Lokaj w wymuskanej czarno-złotej liberii usiadł na koźle, ściskając, kto 

by to przypuścił, bukiet przeklętych białych róŜ od swego pana, jakby kwiaty 
pozwalały  kobiecie  pogodzić  się  z  kaŜdym  upokorzeniem.  Zeskoczył  z 
nadprzyrodzoną  zwinnością,  by  umieścić  je  uroczyście  w  mojej  niechętnej 
dłoni.  Ojciec,  z  twarzą  mokrą  od  łez,  chce  róŜę  na  znak,  Ŝe  mu  wybaczam. 
Łamiąc łodygę, kłuję się w palec, dostaje więc róŜę poplamioną krwią. 

Lokaj  przykucnął  u  moich  stóp,  Ŝeby  mnie  otulić  pledami  ze 

szczególnego  rodzaju  niepochlebną  uniŜonością,  zapomniał  jednak  swojego 
miejsca  tak  dalece,  Ŝe  drapał  się  gorliwie  pod  białą  peruką  supergiętkim 
palcem  wskazującym,  rzucając  mi,  jak  by  to  nazwała  moja  stara  niania, 
„staromodne  spojrzenie”:  ironiczne,  szczwane,  z  odrobiną  pogardy.  I  litości? 
śadnej  litości.  Jego  oczy  były  wilgotne  i  brązowe,  twarz  nosiła  wyraz 
niewinnej  chytrości  starego  dziecka.  Miał  irytujący  zwyczaj  mówienia  do 
siebie  pod  nosem  przez  cały  czas,  kiedy  pakował  łupy  swojego  pana. 
Zaciągnęłam zasłony, Ŝeby odgrodzić się od widoku ojcowskiego poŜegnania, 
moja uraza była ostra jak potłuczone szkło. 

Przegrana  do  Bestii!  A  jakiej  dokładnie  natury,  zastanawiałam  się,  ma 

być to jego „bestialstwo”? 

Moja  angielska  niania  opowiadała  mi  raz  o  człowieku-tygrysie,  którego 

widziała  w  Londynie,  kiedy  była  małą  dziewczynką;  chciała  strachem 
wymusić  na  mnie  grzeczne  zachowanie,  bo  byłam  stworzonkiem  z 
temperamentem  i  nie  dawałam  się  poskromić  zmarszczeniem  brwi  ani 
przekupić  łyŜką  konfitur.  Jeśli  nie  przestaniesz  zadręczać  niań,  moja 
pięknotko,  przyjdzie  człowiek-tygrys  i  cię  zabierze.  Przywieźli  go  z  Sumatry, 
mówiła;  zad  miał  cały  włochaty  i  tylko  górną  połową  ciała  przypominał 
człowieka. 

A  przecieŜ  Bestia  cały  czas  nosi  maskę,  niemoŜliwe,  Ŝeby  jego  twarz 

wyglądała tak jak moja. 

Jednak człowiek-tygrys, mimo Ŝe włochaty, potrafił wziąć szklanicę piwa 

w dłoń, jak porządny chrześcijanin, i wypić. CzyŜ niania nie widziała tego na 

background image

http://blood-luna.ovh.org

 – Polska Biblioteka Wampira – „BLOOD LUNA” 

 

 

7

 

własne  oczy  „U  George'a”,  przy  schodach  prowadzących  na  Upper  Moor 
Fields,  kiedy  była  nie  większa  ode  mnie  i  teŜ  sepleniła,  i  stawiała  niepewne 
kroki.  Następnie  zaczynała  wzdychać  za  Londynem,  skroś  Morze  Północne 
przeszłych  lat.  Ale  jeśli  ta  mała  panienka  nie  będzie  grzeczną  dziewczynką  i 
nie  zje  buraczków,  człowiek-tygrys  włoŜy  swoją  wielką  czarną  podróŜną 
pelerynę  podbitą  futrem,  taką  samą  jak  twojego  tatusia,  wynajmie 
wichrowego  rumaka  od  Króla  Olch  i  pośród  nocy  przygalopuje  wprost  do 
dziecinnego pokoju i... 

Tak jest, moja piękna, POśRE CIĘ! 
Piszczałam  w  rozkosznym  przeraŜeniu,  na  wpół  jej  wierząc,  na  wpół 

zdając  sobie  sprawę,  Ŝe  się  ze  mną  droczy.  Na  naszym  straconym  folwarku, 
gdzie  chichoczące  piastunki  odsłoniły  mi  tajemnicę  tego,  co  byk  robi 
krowom,  usłyszałam  o  córce  woźnicy.  Cśśś,  cśśś,  nic  nie  mów  swojej 
nianiusi,  Ŝeśmy  ci  powiedziały:  dziewucha  woźnicy,  z  zajęczą  wargą, 
zezowata,  brzydka  jak  grzech,  kto  by  ją  chciał?  A  jednak,  na  jej  hańbę, 
brzuch  jej  urósł  pośród  okrutnych  drwin  chłopców  stajennych  i  urodziła 
syna  niedźwiedzia,  tak  gadali.  Urodził  się  z  sierścią  i  zębami,  to  był  dowód. 
Kiedy  jednak  dorósł,  był  dobrym  pasterzem,  chociaŜ  nigdy  się  nie  oŜenił, 
mieszkał w chacie za wioską i potrafił sprawić, Ŝeby wiatr wiał tak, jak jemu 
się  podobało,  a  równieŜ  powiedzieć,  z  których  jajek  wyklują  się  koguty,  a  z 
których kury. 

Przestraszeni  chłopi  przynieśli  raz  mojemu  ojcu  czaszkę  z  rogami 

długimi  na  dziesięć  centymetrów  i  nie  chcieli  wrócić  na  pole,  gdzie  ich 
nieszczęsny pług zakłócił jej spoczynek, dopóki nie poszedł z nimi ksiądz: bo 
czaszka miała Ŝuchwę człowieka, moŜe nie? 

Babskie  gadanie,  strachy  z  dziecinnego  pokoju.  Doskonale  wiedziałam, 

dlaczego  z  dreszczykiem  przyjemnego  podniecenia  rozpamiętuję  przesądy  i 
dziwy mojego dzieciństwa w dniu, w którym moje dzieciństwo się skończyło. 
Bo  teraz  jedynym  moim  kapitałem  w  świecie  była  własna  skóra  i  dziś  oto 
dokonałam pierwszej inwestycji. 

Pozostawiliśmy miasto daleko w tyle i jechaliśmy skosem przez szeroką, 

płaską  nieckę  pokrytą  śniegiem,  gdzie  koślawe  kikuty  wierzb  pochylały 
rozwichrzone  głowy  nad  zamarzniętymi  rowami,  mgła  przybliŜała  horyzont, 
ściągała  niebo,  tak  Ŝe  wydawało  się  nie  wyŜej  niŜ  kilkanaście  centymetrów 
ponad  nami.  Jak  daleko  sięgnąć  wzrokiem,  ani  jednego  Ŝywego  stworzenia. 
Nędzny,  jałowy,  martwy  sezon  w  tym  rzekomym  raju,  w  którym  wszystkie 
owoce  zwarzył  mróz.  A  moje  delikatne  róŜe  juŜ  przekwitły.  Otworzyłam 
drzwiczki powozu i cisnęłam zwiędły bukiet w koleiny ściętego mrozem błota 
na drodze. Nagle zerwał się ostry, lodowaty wiatr i sypnął mi w twarz suchym 
ryŜem  drobnego  śniegu.  Mgła  uniosła  się  na  tyle,  by  odsłonić  przede  mną 
ogrom na pół zrujnowanej fasady z jasnoczerwonej cegły, olbrzymią pułapkę 
na człowieka, megalomańską cytadelę: jego palazzo. 

Był  to  samoistny  świat,  ale  martwy,  wypalona  planeta.  Zobaczyłam,  Ŝe 

Bestia kupił samotność, nie luksus, za swoje pieniądze. 

Kary konik dziarskim kłusem przejechał przez zdobioną figurami bramę 

z  brązu,  otwartą  na  ościeŜ  niby  wrota  stodoły.  Lokaj  pomógł  mi  wysiąść  z 
powozu  wprost  na  popękane  kafle  posadzki  wielkiego  westybulu,  w  wonne 
ciepło stajni, słodkie od zapachu siana, kwaśne od końskich odchodów. Pod 

background image

http://blood-luna.ovh.org

 – Polska Biblioteka Wampira – „BLOOD LUNA” 

 

 

8

 

wysoką  powałą,  do  której  belek  przylgnęły  jaskółcze  gniazda  z  lata,  rozległo 
się  chóralne  rŜenie  i  miękki  stukot  kopyt;  kilkanaście  wdzięcznych  pysków 
uniosło  się  znad  Ŝłobów  i  zwróciło  w  naszym  kierunku,  strzygąc  uszami. 
Bestia  oddał  jadalnię  na  uŜytek  swoich  koni.  Ściany,  całkiem  stosownie, 
pokryte  były  freskami  wyobraŜającymi  konie,  psy  i  ludzi  w  lesie,  w  którym 
owoce i kwiaty rosły na jednej gałęzi. 

Lokaj grzecznie pociągnął mnie za rękaw. Jaśnie pan czeka. 
Pootwierane szeroko drzwi i wybite szyby w oknach pozwalały wszędzie 

hulać  wiatrowi.  Wspinaliśmy  się  kolejnymi  szeregami  schodów,  nasze  buty 
stukały o  marmur. Przez łukowate przejścia i otwarte drzwi mogłam dojrzeć 
amfiladę  komnat  o  sklepionych  sufitach,  które  przechodząc  jedna  w  drugą, 
niczym  w  systemie  chińskich  pudełek,  wiodły  w  nieskończoną  plątaninę 
pałacowych  wnętrzności.  Tylko  lokaj,  ja  i  wiatr  poruszaliśmy  się;  wszystkie 
meble 

były 

pokrowcach, 

Ŝyrandole 

owinięto 

płótnem, 

obrazy 

pozdejmowano  z  haków  i  oparto  twarzami  do  ściany,  jakby  pan  nie  mógł 
znieść ich widoku. Pałac był ogołocony, jak gdyby właściciel się wyprowadzał 
lub  teŜ  nigdy  nie  wprowadził  się  na  dobre;  Bestia  postanowił  Ŝyć  w  nie 
zamieszkanym domu. 

Lokaj  rzucił  mi  uspokajające  spojrzenie  brązowych  wymownych  oczu, 

zarazem jednak spojrzenie tak lekcewaŜące, Ŝe nie dawało pociechy, i ruszył 
naprzód na krzywych nogach, mamrocząc cicho do siebie. Trzymałam głowę 
wysoko  i  podąŜałam  za  nim,  ale  mimo  całej  dumy  serce  mi  ciąŜyło  jak 
kamień. 

Jaśnie  pan  miał  swoje  gniazdo  na  górze:  mały,  duszny,  zaciemniony 

pokój;  w  południe  okiennice  były  zamknięte.  Brakowało  mi  tchu,  kiedy  tam 
dotarliśmy,  odwzajemniłam  więc  milczenie,  którym  mnie  powitał.  Nie 
zamierzam się uśmiechnąć. On nie moŜe się uśmiechnąć. 

swojej 

rzadko 

zakłócanej 

prywatności 

Bestia 

nosi 

odzieŜ 

otomańskiego  kroju,  szatę  barwy  zgaszonego  fioletu  ze  złotym  haftem wokół 
szyi, opadającą z ramion do ziemi, Ŝeby zakryć stopy. Nogi fotela, na którym 
siedzi,  zakończone  są  pięknie  wyrzeźbionymi  pazurami.  Ręce  chowa  w 
obszernych  rękawach.  Sztuczna  doskonałość  jego  twarzy  przeraŜa  mnie. 
Mały ogień w małym palenisku. Porywisty wiatr grzechocze okiennicami. 

Lokaj  odkaszlnął.  Jemu  przypadło  delikatne  zadanie  przekazania  mi 

Ŝyczeń pana. 

- Mój pan... 
Polano  osunęło  się  w  palenisko.  Narobiło  potęŜnego  hałasu  w  tej 

straszliwej ciszy, lokaj wzdrygnął się, zgubił wątek, zaczął od nowa. 

- Mój pan ma tylko jedno pragnienie. 
Mocny, intensywny, odurzający zapach, w którym jaśnie pan skąpał się 

zeszłego  wieczoru,  otacza  nas  zewsząd,  wznosi  się  skręconym  błękitem  z 
otworu na dym w cennym chińskim naczyniu. 

- śyczy sobie tylko... 
Teraz, w obliczu mojej niewzruszoności, lokaj się zawahał, zniknęła jego 

ironiczna pewność siebie, poniewaŜ Ŝyczenie pana, choćby najbłahsze, moŜe 
zabrzmieć  niewybaczalnie  zuchwale  w  ustach  sługi,  a  rola  pośrednika 
najwyraźniej  przyprawiała  go  o  głębokie  zaŜenowanie.  Poruszył  grdyką, 

background image

http://blood-luna.ovh.org

 – Polska Biblioteka Wampira – „BLOOD LUNA” 

 

 

9

 

przełknął ślinę, wreszcie zdołał wyrzucić z siebie potok wymowy bez Ŝadnych 
znaków przestankowych: 

- Jedynym pragnieniem mojego pana jest zobaczyć śliczną młodą damę 

rozebraną  nagą  bez  sukni  i  tylko  ten  jeden  raz  po  czym  zostanie  zwrócona 
swemu ojcu nietknięta z poleceniem dla bankierów, Ŝeby zwrócili mu sumę, 
jaką  przegrał  do  mojego  pana  w  karty,  a  takŜe  z  wieloma  prezentami  jak 
futra klejnoty i konie... 

Wysłuchałam na stojąco. Podczas tego spotkania moje oczy znajdowały 

się  na  jednym  poziomie  z  oczami  wyzierającymi  zza  maski,  które  unikały 
moich,  jak  gdyby  -  co  świadczyło  o  nim  dobrze  -  wstydził  się  własnego 
Ŝądania,  choć  wypowiedziała  je  zań  jego  tuba.  Agitato,  molto  agitato,  lokaj 
wykręcał dłonie w białych rękawiczkach. 

- Desnuda. 
Nie  wierzyłam  własnym  uszom.  Parsknęłam  ochrypłym,  rubasznym 

śmiechem,  Ŝadna  młoda  dama  tak  się  nie  śmieje,  napominała  mnie  stara 
niania.  Ale  ja  owszem.  Wobec  wybuchu  mojej  niewesołej  uciechy 
podenerwowany  lokaj  cofnął  się  tanecznym  krokiem,  wyłamując  sobie  w 
panice  palce,  jakby  chciał  je  powyrywać,  czyniąc  wymówki,  błagając  bez 
słów. UwaŜałam, Ŝe tyle mu jestem winna, by odpowiedź sformułować w tak 
wyszukanym języku toskańskim, na jaki tylko było mnie stać: 

- Panie, moŜesz mnie umieścić w pokoju bez okien, a obiecuję, Ŝe zadrę 

spódnicę  do  pasa  w  gotowości  dla  ciebie.  Ale  na  twarzy  muszę  mieć 
prześcieradło,  abym  ją  mogła  skryć,  chociaŜ  prześcieradło  musi  leŜeć luźno, 
Ŝebym się nie udusiła. Mam więc być przykryta całkowicie od pasa w górę, i 
Ŝadnych świateł. MoŜesz mnie tam odwiedzić, panie, jeden jedyny raz. Potem 
mają  mnie  odwieźć  prosto  do  miasta  i  wysadzić  na  placu  publicznym  przed 
kościołem.  Jeśli  Ŝyczysz  sobie  dać  mi  pieniądze,  z  chęcią  je  przyjmę.  Muszę 
jednak  podkreślić,  Ŝe  powinieneś  dać  mi  dokładnie  tyle,  ile  dałbyś  kaŜdej 
innej  kobiecie  w  podobnych  okolicznościach.  Jeśli  jednak  nie  zechcesz  dać 
mi upominku, masz do tego prawo. 

Z  jakąŜ  satysfakcją  zobaczyłam,  Ŝe  zadałam  Bestii  cios  w  serce.  Za 

trzynastym  uderzeniem  serca  bowiem  błyszcząca  pojedyncza  łza  wezbrała w 
kąciku  spoglądającego  zza  maski  oka.  Łza!  Miałam  nadzieję,  Ŝe  łza  wstydu. 
DrŜała chwilę na krawędzi malowanej kości policzkowej, by następnie stoczyć 
się  po  malowanym  policzku  i  z  nagłym  brzękiem  spaść  na  kamienną 
posadzkę. 

Lokaj,  mrucząc  gniewnie  pod  nosem  i  cmokając,  pospiesznie 

wyprowadził mnie z komnaty. Liliowa chmura perfum jaśnie pana wydobyła 
się  falą  razem  z  nami  na  zimny  korytarz  i  rozpłynęła  w  wirujących 
podmuchach wiatru. 

Przygotowano  mi  celę,  prawdziwą  celę,  bez  okien,  bez  powietrza,  bez 

światła,  w  czeluściach  pałacu.  Lokaj  zaświecił  lampę:  wąskie  łóŜko,  ciemna 
szafa z rzeźbionymi owocami i kwiatami wychynęły z mroku. 

- Zrobię pętlę z prześcieradeł i powieszę się - powiedziałam. 
- O nie - odparł lokaj, wpatrując się we mnie szeroko otwartymi i nagle 

posmutniałymi oczami. - O nie, nie uczynisz tego. Jesteś kobietą honoru. 

A  co  on  robi  w  mojej  sypialni,  ta  podskakująca  karykatura  człowieka? 

Czy  ma  być  moim  straŜnikiem,  dopóki  nie  podporządkuję  się  kaprysowi 

background image

http://blood-luna.ovh.org

 – Polska Biblioteka Wampira – „BLOOD LUNA” 

 

 

10

 

Bestii albo on mojemu? Czy moje połoŜenie jest tak nędzne, Ŝe nie wolno mi 
mieć pokojówki? Niejako w odpowiedzi na nie zadane pytanie lokaj zaklaskał 
w ręce. 

- By umilić pani samotność, madame. 
Pukanie  i  łoskot  za  drzwiami  szafy,  które  otwierają  się  na  ościeŜ  i 

wysuwa  się  operetkowa  subretka:  lśniące,  orzechowobrązowe  loki,  róŜane 
policzki,  błękitne,  ruchliwe  oczy  -  mija  chwila,  zanim  ją  rozpoznaję  w  jej 
czepeczku,  białych  pończoszkach,  falbaniastych  halkach.  W  jednej  ręce 
trzyma  lusterko,  w  drugiej  puszek  do  pudru,  a  w  miejscu  serca  ma 
pozytywkę; podzwaniając, sunie ku mnie na maleńkich kółeczkach. 

- śadna istota ludzka tu nie mieszka - mówi lokaj. 
Pokojówka  zatrzymuje  się  raptownie,  kłania,  z  pękniętego  pod  pachą 

szwu 

sukienki 

wystaje 

uchwyt 

klucza. 

Jest 

cudowną 

maszyną, 

najdoskonalszym pod słońcem systemem sznurków i kółek. 

- Pozbyliśmy się słuŜby - wyjaśnił lokaj. - Otoczyliśmy się natomiast, dla 

wygody  i  przyjemności,  imitacjami  i  nie  narzekamy  bardziej  niŜ  większość 
panów. 

Moja nakręcana bliźniaczka staje przede mną, jej wnętrzności odgrywają 

menueta  settecento,  ofiarowuje  mi  zuchwały  róŜ  uśmiechu.  Brzdęk,  brzdęk, 
unosi  ramię  i  pilnie  pudruje  mi  policzki  róŜową  sproszkowaną  kredą,  która 
przyprawia mnie o kaszel, następnie podsuwa lusterko. 

Ujrzałam w nim nie własną twarz, ale twarz ojca, jak gdybym nałoŜyła ją 

na  swoją,  przybywając  do  pałacu  Bestii  jako  uiszczenie  ojcowskiego  długu. 
Czego  ty,  samooszukujący  się  głupcze,  jeszcze  płaczesz?  W  dodatku  pijany. 
Wychylił swoją grappę i cisnął kubek precz. 

Widząc moje zdumienie i przestrach, lokaj zabrał lusterko, chuchnął na 

nie,  niezdarnie  wytarł  urękawiczoną  pięścią  i  wręczył  mi  z  powrotem.  Teraz 
zobaczyłam jedynie siebie, zmizerniałą po nie przespanej nocy i dostatecznie 
bladą, by przydał mi się zapas róŜu mojej pokojówki. 

Usłyszałam,  jak  klucz  obraca  się  w  cięŜkich  drzwiach,  a  potem  tupot 

nóg  lokaja  oddalającego  się  kamiennym  korytarzem.  Tymczasem  mój 
sobowtór  nie  przestawał  pudrować  powietrza  przy  akompaniamencie 
brzękliwej  melodii;  okazało  się  jednak,  Ŝe  nie  jest  nieznuŜony.  Pudrowanie 
stawało  się  coraz  powolniejsze,  metalowe  serce  słabło,  jak  gdyby  zmęczone, 
pozytywka  się  wyczerpywała  i  nuty,  wysupłane  z  melodii,  pluskały  niby 
pojedyncze  krople  deszczu,  aŜ  wreszcie  pokojówka  przestała  się  poruszać, 
jakby zmoŜona snem. Kiedy ona zapadła w sen, nie miałam innego wyboru, 
jak tylko uczynić to samo. Padłam na wąskie łóŜko jak ścięta. 

Mijał czas, nie wiem jednak, ile go upłynęło; raptem lokaj obudził mnie, 

przynosząc  bułeczki  i  miód.  Gestem  ręki  wskazałam,  Ŝeby  zabrał  tacę, 
postawił  ją  jednak  zdecydowanie  obok  lampy.  Z  tacy  zdjął  szagrynowe 
puzderko i podał mi. 

Odwróciłam głowę. 
-  Och,  jaśnie  panienko!  -  JakiŜ  ból  zabrzmiał  w  jego  piskliwym  głosie! 

Zręcznie  otworzył  złoty  zameczek:  na  wy  ściółce  ze  szkarłatnego  aksamitu 
leŜał pojedynczy diamentowy kolczyk, doskonały jak łza. 

Zamknęłam puzderko z trzaskiem i rzuciłam w kąt. Ów nagły, raptowny 

ruch  musiał  pobudzić  mechanizm  lalki:  z  perlistym  pierdnięciem  gawota 

background image

http://blood-luna.ovh.org

 – Polska Biblioteka Wampira – „BLOOD LUNA” 

 

 

11

 

wyrzuciła  ramię  w  taki  sposób,  jakby  chciała  udzielić  mi  nagany.  Po  czym 
znowu znieruchomiała. 

- Bardzo dobrze - powiedział uraŜony lokaj. I dał mi do zrozumienia, Ŝe 

czas, bym znowu odwiedziła mego gospodarza. Nie pozwolił mi się umyć ani 
uczesać.  Tak  mało  było  naturalnego  światła  we  wnętrzu  pałacu,  Ŝe  nie 
potrafiłam powiedzieć, czy to dzień, czy noc. 

MoŜna  by  pomyśleć,  Ŝe  Bestia  nie  ruszył  się  ani na  cal,  odkąd  ostatnio 

go  widziałam.  Siedział  w  swoim  olbrzymim  fotelu,  trzymając  dłonie  w 
rękawach;  cięŜkie  powietrze  stało  nieruchomo.  Mogłam  przespać  godzinę, 
noc  albo  miesiąc,  ale  w  jego  posągowym  spokoju,  w  dusznej  atmosferze 
pomieszczenia  nie  zaszła  Ŝadna  zmiana.  Dym  kadzidła  nadal  unosił  się  z 
naczynia, nadal kreślił ten sam podpis w powietrzu. Płonął ten sam ogień. 

Rozebrać się dla ciebie, jak dziewczyna z baletu? To wszystko, czego ode 

mnie chcesz? 

-  Widok  skóry  młodej  panienki,  której  nie  oglądał  wcześniej  Ŝaden 

męŜczyzna – wyjąkał lokaj. 

Przyszło  mi  Ŝałować,  Ŝe  nie  tarzałam  się  w  sianie  z  kaŜdym  parobkiem 

na  ojcowskim  folwarku,  bo  wtedy  nie  mogłoby  być  mowy  o  tym 
upokarzającym targu. To, Ŝe chciał tak mało, było powodem, Ŝe nie mogłam 
mu tego dać; nie musiałam się odzywać, Ŝeby Bestia mnie zrozumiał. 

Łza  spłynęła  z  jego  drugiego  oka.  I  wtedy  się  poruszył,  wtulił  swoją 

tekturową  karnawałową  głowę  z  masą  przewiązanych  wstąŜką  fałszywych 
włosów  w  -  miałabym  ochotę  powiedzieć  -  ramiona,  wysunął  swoje  - 
miałabym  ochotę  powiedzieć  -  ręce  z  rękawów,  i  zobaczyłam  porośnięte 
futrem łapy, pazury stworzone do rozrywania. 

Łza,  która  spadła,  lśniła  zaplątana  w  jego  futrze.  A  u  siebie  w  pokoju 

przez  wiele  godzin  słyszałam,  jak  owe  łapy  przemierzają  tam  i  z  powrotem 
korytarz pod moimi drzwiami. 

Gdy  lokaj  zjawił  się  ponownie  ze  swoją  srebrną  tacą,  stałam  się 

posiadaczką  pary  diamentowych  kolczyków  najczystszej  w  świecie  wody; 
cisnęłam drugi kolczyk do kąta, gdzie juŜ leŜał pierwszy. Lokaj zabełkotał coś 
ze  smutkiem  i  Ŝalem,  ale  nie  proponował,  Ŝe  mnie  znowu  zaprowadzi  do 
Bestii. Natomiast uśmiechnął się przymilnie i wyznał: 

- Mój pan powiada: zaproś panienkę na przejaŜdŜkę konną. 
- A to co znowu? 
śywo  odegrał  scenkę  galopowania  i  ku  mojemu  zdumieniu  wykrakał 

raczej niŜ zaśpiewał: - Pojedziemy na łów, na łów! 

- Ucieknę. Pojadę do miasta. 
- Och, nie - odparł. - CzyŜ nie jesteś kobietą honoru? 
Zaklaskał  w  dłonie  i  pokojówka  z  klekotem  i  brzękiem  powróciła  do 

imitacji  Ŝycia.  Pomknęła  na  swoich  kółeczkach  do  tej  samej  szafy,  z  której 
uprzednio się wyłoniła, i wyciągnąwszy stamtąd moją amazonkę, przerzuciła 
ją  sobie  przez  syntetyczne  ramię.  Kto  by  to  pomyślał...  Moja  własna 
amazonka,  którą  zostawiłam  w  kufrze  na  strychu  wiejskiej  rezydencji  pod 
Petersburgiem,  dawno  przez  nas  utraconej,  jeszcze  zanim  wyruszyliśmy  w 
ową  szaleńczą  podróŜ  na  okrutne  Południe.  Albo  wręcz  ta  sama  amazonka, 
którą  uszyła  mi  stara  niania,  albo  teŜ  wierna  kopia  tamtej,  uwzględniająca 
nawet  urwany  guzik  na  prawym  rękawie  i  rozdarty  obrąbek,  podpięty 

background image

http://blood-luna.ovh.org

 – Polska Biblioteka Wampira – „BLOOD LUNA” 

 

 

12

 

szpilką.  Obracałam  zniszczony  materiał  w  rękach,  szukając  jakiejś 
wskazówki.  Wiatr  hulający  po  pałacu  sprawiał,  Ŝe  drzwi  drŜały  we 
framugach; czy północny wiatr przywiał mi moją odzieŜ przez całą Europę? U 
nas  syn  niedźwiedzia  kierował  wichrami,  jak  mu  się  podobało;  co  za  magia 
rządziła  pospołu  w  tym  pałacu  i  w  jodłowym  lesie?  Czy  moŜe  powinnam 
uznać  to  za  dowód  słuszności  maksymy,  którą  ojciec  wbijał  mi  do  głowy,  Ŝe 
jeśli ma się dostatecznie duŜo pieniędzy, wszystko jest moŜliwe? 

- Na łów - zaproponował rozpromieniony teraz lokaj, najwyraźniej ujęty 

moim  przyjemnym  zdziwieniem.  Nakręcana  pokojówka  podała  mi  fraczek, 
który  pozwoliłam  sobie  włoŜyć  niby  niechętnie,  chociaŜ  paliłam  się,  Ŝeby  się 
wyrwać  na  otwartą  przestrzeń  z  tego  trupiego  pałacu,  nawet  w  takim 
towarzystwie. 

Wrota westybulu wpuściły jasne światło dnia, zobaczyłam, Ŝe jest ranek. 

Nasze  konie,  osiodłane,  z  załoŜonymi  lejcami,  bestie  w  niewoli,  czekały  na 
nas,  krzesząc  iskry  z  posadzki  niecierpliwymi  kopytami,  podczas  gdy  ich 
towarzysze  swobodnie  przechadzali  się  wśród  słomy,  rozmawiając  z  sobą  w 
bezgłośnej  końskiej  mowie.  Parę  gołębi  z  nastroszonymi  z  zimna  piórami 
spacerowało  po  płytach,  dziobiąc  kłosy.  Mały  kary  wałach,  który  mnie  tu 
przywiózł,  pozdrowił  mnie  donośnym  rŜeniem;  pod  zaparowanym  dachem 
echo odbiło się jak w pudle rezonansowym. Wiedziałam, Ŝe przeznaczony był 
dla mnie. 

Zawsze uwielbiałam konie, najszlachetniejsze ze stworzeń - ta zraniona 

wraŜliwość  w  mądrych  oczach,  to  rozumne  powściąganie  energii  nerwowych 
zadów.  Cmokałam  i  chrumkałam  do  mojego  lśniącego  czarnego  towarzysza, 
który  w  odpowiedzi  złoŜył  pocałunek  na  moim  czole  miękkimi  wargami. 
Włochaty  kucyk,  zwiedziony  efektem  trompe  1'oeil,  usiłował  wsunąć  pysk  w 
liście  pod  kopytami  namalowanych  na  ścianie  koni;  to  na  jego  siodło 
wskoczył  z  cyrkową  zręcznością  lokaj.  Bestia,  w  czarnej  pelerynie  podbitej 
futrem,  wspiął  się  na  grzbiet  dostojnej  siwej  klaczy.  Trudno  by  go  było 
nazwać  urodzonym  jeźdźcem:  uczepił  się  grzywy  jak  Ŝeglarz  masztu  po 
katastrofie okrętu. 

Zimny  poranek,  ale  oślepiający  tym  ostrym  zimowym  słońcem,  które 

rani  siatkówkę.  Gwałtowny  wicher  zdawał  się  podróŜować  wraz  z  nami,  jak 
gdyby  ów  ktoś,  zamaskowany  i  ogromny,  kto  się  nie  odzywał,  wiózł  go  pod 
peleryną  i  wypuszczał,  kiedy  mu  się  podobało,  bo  wiatr  poruszał  końskie 
grzywy, a nie podnosił nizinnych mgieł. 

Dookoła krajobraz w smutnych brązach i sepiach zimy, bagna posępnie 

schodzące  ku  szerokiej  rzece.  Bezgłowe  wierzby.  Od  czasu  do  czasu 
pikowanie ptaka, jego bezlitosny krzyk. 

Powoli  ogarniało  mnie  głębokie  poczucie  obcości.  Wiedziałam,  Ŝe  dwaj 

moi  towarzysze  pod  Ŝadnym  względem  nie  przypominają  innych  męŜczyzn: 
małpi dworak oraz jego pan, za którego mówił; pan miał łapy i pazury i był w 
zmowie  z  czarownicami,  które  uwalniały  wiatry  z  zawiązanych  na  supełki 
chusteczek  i  kazały  im  lecieć  do  fińskiej  granicy.  Wiedziałam,  Ŝe  obaj  Ŝyją 
według  odmiennej  logiki,  niŜ  Ŝyłam  ja,  dopóki  ojciec  nie  rzucił  mnie  na 
pastwę  tych  dzikich  bestii  przez  swoją  ludzką  niefrasobliwość.  Ta 
świadomość  wciąŜ  napełniała  mnie  pewnym  lękiem,  ale  powiedziałabym,  Ŝe 
nie  tak  znowu  wielkim...  Byłam  młodą  dziewczyną,  dziewicą,  a  zatem 

background image

http://blood-luna.ovh.org

 – Polska Biblioteka Wampira – „BLOOD LUNA” 

 

 

13

 

męŜczyźni  odmawiali  mi  zdolności  racjonalnego  myślenia,  jak  odmawiali  jej 
tym  wszystkim,  którzy  nie  byli  dokładnie  tacy  jak  oni,  z  całym  ich  brakiem 
rozsądku. Nie mogłam dostrzec Ŝywej duszy w tej pustyni opuszczenia wokół, 
ale  nasza  szóstka  –  zarówno  wierzchowce,  jak  jeźdźcy  -  teŜ  nie  mogła 
pochwalić  się  ani  jedną  duszą,  wszystkie  bowiem  największe  religie  świata 
stwierdzają kategorycznie, Ŝe ani bydlęta, ani kobiety nie zostały wyposaŜone 
w tę marną, niematerialną rzecz, gdy dobry Bóg otworzył bramy raju i kazał 
się  wynosić  Ewie  i  jej  domownikom.  Zrozumiałe  więc,  Ŝe  chociaŜ  nie 
posunęłabym  się  do  tego,  by  twierdzić,  Ŝe  podczas  jazdy  w  kierunku  rzeki 
przez  zarosłe  trzciną  przesmyki  zajmowałam  się  po  cichu  metafizycznymi 
spekulacjami,  to  z  całą  pewnością  rozmyślałam  nad  własną  sytuacją,  jak 
mnie  kupiono  i  sprzedano,  przekazano  z  ręki  do  ręki.  Ta  nakręcana 
dziewczyna,  która  mi  upudrowała  policzki  -  czyŜ  mnie  nie  wyznaczono 
takiego  samego  pozorowanego  Ŝycia  wśród  męŜczyzn,  jakim  ją  obdarzył 
lalkarz? 

Jednak co do prawdziwej natury maga z pazurami, dosiadającego jasnej 

klaczy  w  stylu,  który  przypominał  mi  lamparty  Kubla  Khana  wyruszające 
konno na polowanie - nie miałam o niej pojęcia. 

Przyjechaliśmy  nad  rzekę,  tak  szeroką,  Ŝe  nie  widać  było  drugiego 

brzegu, tak po zimowemu spokojną, Ŝe się zdawało, iŜ stoi w miejscu. Konie 
pochyliły  łby,  Ŝeby  się  napić.  Lokaj  odchrząknął,  chcąc  przemówić; 
znajdowaliśmy się w miejscu idealnie odosobnionym, za zaroślami zimowego 
tataraku, Ŝywopłotem trzcin. 

- Jeśli nie pozwolisz, Ŝeby zobaczył cię bez ubrania... 
Mimo woli potrząsnęłam głową. 
- To musisz przygotować się na widok mojego pana nagiego... 
Woda  rozpryskiwała  się  na  kamieniach  z  gasnącym  westchnieniem. 

Spokój mnie opuścił, nagle byłam bliska paniki. Nie wyobraŜałam sobie, bym 
mogła  znieść  jego  widok,  niezaleŜnie  od  tego,  kim  był.  Klacz  uniosła 
ociekający pysk i wpatrywała się we mnie przenikliwie, jakby mnie ponaglała. 
Woda znów rozprysła się u moich stóp. Byłam daleko od domu. 

- Musisz - powtórzył lokaj. 
Kiedy  zobaczyłam,  jak  bardzo  się  boi,  Ŝebym  nie  odmówiła,  kiwnęłam 

głową. 

Trzciny  skłoniły  się  pod  raptownym  warknięciem  wiatru,  niosącego 

podmuch  cięŜkiego  zapachu,  który  naleŜał  do  kamuflaŜu  Bestii.  Lokaj 
trzymał  rozpostartą  pelerynę  swego  pana,  by  go  przede  mną  zasłonić,  kiedy 
ten zdejmował maskę. Konie strzygły uszami. 

Tygrys  nigdy  nie  spocznie  obok  jagnięcia,  nie  uznaje  Ŝadnego  paktu, 

który nie byłby obustronny. Jagnię musi nauczyć się biegać z tygrysami. 

Wielki,  koci,  brązowy  kształt;  sierść  poprzecinana  barbarzyńską 

geometrią  pasów  koloru  palonego  drewna;  sklepiona,  cięŜka  głowa,  tak 
straszliwa,  Ŝe  musiał  ją  skrywać.  JakŜe  wyrafinowana  gra  mięśni,  jakie 
wysokie  podbicie.  I  ta  niszcząca  gwałtowność  oczu,  podobnych  bliźniaczym 
słońcom. 

Czułam, Ŝe pierś rozdziera mi się na dwoje, niby od cudownej rany. 
Lokaj  postąpił  naprzód,  jakby  chciał  zasłonić  pana,  skoro  dziewczyna 

juŜ  go  zobaczyła,  ale  ja  powiedziałam:  „Nie”.  Tygrys  siedział  nieruchomo  jak 

background image

http://blood-luna.ovh.org

 – Polska Biblioteka Wampira – „BLOOD LUNA” 

 

 

14

 

heraldyczne zwierzę, dotrzymując umowy zawartej z własną dzikością, Ŝe nie 
uczyni  mi  krzywdy.  Był  o  wiele  większy,  niŜ  mogłabym  sobie  wyobrazić.  O 
wiele  większy  niŜ  biedne  wyleniałe  stworzenia,  które  niegdyś  widziałam  w 
carskiej  menaŜerii  w  Petersburgu,  o  zmatowiałym  złotym  owocu  oka, 
więdnące  w  niewoli  dalekiej  Północy.  Nic  w  nim  nie  przypominało  mi  o 
człowieczeństwie. 

Dygocząc,  rozpięłam  fraczek,  by  mu  pokazać,  Ŝe  i  ja  nie  uczynię  mu 

krzywdy.  Jednak  szło  mi  niesporo,  zarumieniłam  się  lekko,  poniewaŜ  Ŝaden 
męŜczyzna  nie  oglądał  mnie  nago,  a  byłam  dumną  dziewczyną.  Duma,  nie 
wstyd,  usztywniała  mi  palce,  a  zarazem  obawa,  Ŝe  ten  kruchy  egzemplarz 
ludzkości  przed  jego  oczyma  moŜe  sam  w  sobie  okazać  się  niedostatecznie 
wspaniały,  by  sprostać  jego  wyobraŜeniom  nas  dotyczącym,  które,  jak 
mogłam  przypuszczać,  przekroczyły  wszelką  miarę  w  ciągu  nieskończonego 
czasu oczekiwania. Wiatr łomotał w sitowiu, szemrał w rzece, tworzył wiry. 

ObnaŜyłam  moją  białą  skórę,  czerwone  sutki  przed  jego  powaŜnym 

milczeniem.  Konie  zwróciły  łby,  Ŝeby  na  mnie  popatrzeć,  jak  gdyby  one  teŜ 
były  uprzejmie  zainteresowane  cielesną  naturą  kobiet.  Raptem  Bestia 
pochylił masywną głowę. Dosyć - gestem ręki dał do zrozumienia lokaj. Wiatr 
ustał. Wokół znowu panowała cisza. 

Oddalili  się  razem,  lokaj  na  kucyku,  tygrys  gnający  przed  nim  jak  pies 

myśliwski,  ja  natomiast  pospacerowałam  chwilę  brzegiem  rzeki.  Po  raz 
pierwszy  w  Ŝyciu  czułam  się  wolna.  Zimowe  słońce  traciło  blask,  parę 
płatków  śniegu  sypnęło  z  pociemniałego  nieba,  a  kiedy  wróciłam  do  koni, 
ujrzałam, Ŝe Bestia znów siedzi na grzbiecie siwej klaczy, znów ma pelerynę i 
maskę,  znów  sprawia  wraŜenie  człowieka,  w  ręku  zaś  lokaja  kołyszą  się 
piękne  okazy  upolowanego  wodnego  ptactwa;  za  jego  siodłem  wisi 
przytroczony ubity młody rogacz. Dosiadłam w milczeniu czarnego wałacha i 
powróciliśmy  do  pałacu  w  padającym  coraz  gęściej  śniegu,  zasypującym 
ślady, jakie wcześniej pozostawiliśmy za sobą. 

Lokaj  nie  zaprowadził  mnie  z  powrotem  do  mojej  celi,  ale  do 

eleganckiego, 

choć 

cokolwiek 

staroświeckiego 

buduaru 

sofami 

obciągniętymi  wyblakłym  róŜowym  brokatem,  skarbca  dŜinnów,  pełnego 
orientalnych dywanów i podzwaniających kryształowych Ŝyrandoli. Świece w 
świecznikach  z  jelenich  rogów  wydobywały  tęczę  ze  szlifowanych  diamentów 
w  moich  kolczykach,  leŜących  teraz  na  nowej  toaletce,  przy  której  troskliwa 
pokojówka  stała  juŜ  z  puszkiem  do  pudru  i  lusterkiem.  Chcąc  włoŜyć 
kolczyki,  wyjęłam  jej  lusterko  z  ręki,  ale  ono  przechodziło  właśnie  jedną  ze 
swoich  magicznych  faz,  nie  zobaczyłam  więc  własnej  twarzy,  tylko  ojca. 
Najpierw  pomyślałam,  Ŝe  się  do  mnie  uśmiecha.  Potem  zrozumiałam,  Ŝe 
uśmiecha się z czystego zadowolenia. 

Widziałam,  Ŝe  siedzi  w  saloniku  naszego  wynajętego  mieszkania,  przy 

tym  samym  stole,  przy  którym  mnie  przegrał,  ale  teraz  był  pochłonięty 
liczeniem  olbrzymiego  stosu  banknotów.  Jego  sytuacja  zdąŜyła  juŜ  się 
odmienić:  gładko  ogolony,  dobrze  ostrzyŜony,  w  eleganckim  nowym 
garniturze.  W  zasięgu  ręki  oszroniony  kieliszek  musującego  wina,  obok 
kubełek z lodem. Bestia najwyraźniej zapłacił gotówką za widok moich piersi, 
i  to  zapłacił  z  miejsca,  choć  ich  ukazanie  mogłam  przypłacić  Ŝyciem. 

background image

http://blood-luna.ovh.org

 – Polska Biblioteka Wampira – „BLOOD LUNA” 

 

 

15

 

Zobaczyłam następnie, Ŝe kufry ojca są spakowane, gotowe do drogi. CzyŜby 
tak łatwo przyszło mu mnie porzucić? 

Oprócz  pieniędzy  na  stole  leŜała  notatka  skreślona  pięknym 

charakterem  pisma:  „Panienka  zaraz  będzie”.  Jakaś  nierządnica,  z  którą 
szybko nawiązał romans, wykorzystując zdobytą gotówkę? Bynajmniej. W tej 
bowiem chwili lokaj zapukał do moich drzwi, by oznajmić, Ŝe teraz juŜ mogę 
opuścić  pałac,  kiedy  zechcę;  niósł  przerzucone  przez  ramię  piękne  sobolowe 
futro, drobny napiwek tylko i wyłącznie dla mnie. Poranny prezent od Bestii: 
w tym futrze mnie odprawiał. 

Spojrzałam ponownie w lusterko, ale ojciec zniknął, zobaczyłam jedynie 

bladą  dziewczynę  o  zapadniętych  oczach,  którą  z  trudem  rozpoznawałam. 
Lokaj  zapytał  grzecznie,  na  kiedy  ma  przygotować  powóz;  najwyraźniej  nie 
wątpił,  Ŝe  wyjadę  z  moją  zdobyczą  przy  pierwszej  okazji.  Pokojówka,  której 
twarz  nie  była  juŜ  odbiciem  mojej,  nie  przestawała  uśmiechać  się 
promiennie.  Przebiorę  ją  we  własne  suknie,  nakręcę,  wyślę,  by  odgrywała 
rolę córki mojego ojca. 

- Zostaw mnie samą - powiedziałam do lokaja. 
Nie musiał juŜ zamykać drzwi na klucz. Zawiesiłam kolczyki w uszach. 

Były  bardzo  cięŜkie.  Następnie  zrzuciłam  amazonkę  i  pozostawiłam  ją  na 
podłodze.  Gdy  jednak  doszłam  do  koszuli,  opuściłam  ręce.  Nie  przywykłam 
do nagości. Byłam tak nie przyzwyczajona do własnego ciała, Ŝe zdejmowanie 
kolejnych sztuk odzieŜy miało coś z obdzierania się ze skóry. Pomyślałam, Ŝe 
Bestia chciał bardzo niewiele w porównaniu z tym, co byłam gotowa mu dać, 
ale  chodzenie  nago  nie  jest  naturalne  dla  rodzaju  ludzkiego,  odkąd  po  raz 
pierwszy zakryliśmy łona listkami figowymi. śądał ohydy. Czułam ból równie 
okropny,  jak  gdybym  Ŝywcem  zdzierała  z  siebie  skórę,  podczas  gdy 
uśmiechnięta  dziewczyna,  zastygła  w  nieświadomości  swojej  nieudolnej 
imitacji  Ŝycia,  patrzyła,  jak  się  obnaŜam  do  zimnego,  białego  mięsa, 
stanowiącego  przedmiot  kontraktu.  A  jeśli  mnie  nie  widziała,  tym  bardziej 
przypominało to targ, gdzie oczy tych, którzy na ciebie patrzą, nie dostrzegają 
twojego istnienia. 

Wydawało się, Ŝe całe moje Ŝycie, odkąd opuściłam Północ, przeszło pod 

obojętnym spojrzeniem oczu podobnych jej oczom. 

Teraz byłam oślepiająco naga, jeśli nie liczyć jego nieskazitelnych łez. 
Dla  ochrony  przed  przeraźliwymi  wiatrami,  jakie  hulały  po  korytarzu, 

opatuliłam  się  futrem,  które  muszę  mu  zwrócić.  Znałam  drogę  do  jego 
jaskini, nie potrzebowałam przewodnictwa lokaja. 

Brak odpowiedzi na moje pytające pukanie. 
Wtem  ukazał  się  w  korytarzu  lokaj,  gnany  wiatrem.  Najwidoczniej 

zdecydował, Ŝe skoro ktoś jeden chodzi nago, to wszyscy mają chodzić nago. 
Bez  liberii  okazał  się,  zgodnie  z  moimi  oczekiwaniami,  stworzonkiem 
delikatnym,  pokrytym  jedwabistym,  beŜowoszarym  futerkiem;  miał  brązowe 
palce,  miękkie  jak  zamsz,  i  czekoladowy  pyszczek  -  najłagodniejsze 
stworzonko  pod  słońcem.  Chwilę  pomamrotał  na  widok  moich  pięknych 
soboli  i  klejnotów,  jakbym  wystroiła  się  do  opery,  po  czym  niesłychanie 
delikatnie  i  ceremonialnie  zsunął  mi  futro  z  ramion.  Futro  zmieniło  się  w 
stado  czarnych,  piszczących  szczurów,  które  natychmiast  pomknęły 
schodami w dół, stukocząc twardymi łapkami, i zniknęły nam z oczu. 

background image

http://blood-luna.ovh.org

 – Polska Biblioteka Wampira – „BLOOD LUNA” 

 

 

16

 

Lokaj z ukłonem wprowadził mnie do pokoju Bestii. 
Fioletowy szlafrok, maska, peruka leŜały na fotelu, na kaŜdej z poręczy 

zatknięto  rękawiczkę.  Puste  schronienie  przebrania  czekało  gotowe,  ale  je 
porzucił.  W  powietrzu  unosił  się  odór  sierści  i  moczu,  naczynie  z 
wonnościami  leŜało  rozbite  na  podłodze.  Na  wpół  spalone  drwa  wypadły  z 
zagasłego  paleniska.  Świeca  przylepiona  wprost  do  gzymsu  kominka 
rozpalała dwa wąskie płomienie w źrenicach tygrysa. 

Spacerował  tam  i  z  powrotem,  tam  i  z  powrotem,  koniuszek  jego 

cięŜkiego  ogona  drgał,  gdy  tak  przemierzał  wzdłuŜ  i  wszerz  swoje  więzienie, 
pomiędzy ogryzionymi, zakrwawionymi kośćmi. 

PoŜre cię. 
Strachy  z  dziecinnego  pokoju  nabrały  ciała  i  mocy;  najdawniejszy  i 

najbardziej  pierwotny  ze  strachów  -  Ŝe  się  zostanie  zjedzonym.  DrapieŜna 
bestia,  leŜe  mięsoŜercy  pełne  kości  i  ja,  biała,  trzęsąca  się,  goła, zbliŜam  się 
do  niego,  jak  gdybym  chciała  w  swojej  postaci  ofiarować  mu  klucz  do 
spokojnego  królestwa,  w  którym  jego  apetyt  nie  musi  oznaczać  mojego 
unicestwienia. 

Skamieniał. O wiele bardziej bał się mnie, niŜ ja jego.  
Przykucnęłam  na  mokrej  słomie  i  wyciągnęłam  rękę.  Znajdowałam  się 

teraz  w  polu  siły  złocistych  oczu.  Wydobył  pomruk  z  głębi  gardła,  pochylił 
łeb,  opadł  na  przednie  łapy,  zawarczał,  ukazał  mi  czerwoną  gardziel,  Ŝółte 
zęby.  Ani  drgnęłam.  Wciągnął  w  nozdrza  powietrze,  jak  gdyby  chciał 
powąchać mój strach. Nic nie poczuł. 

Wolno, bardzo wolno przeciągał swoją cięŜką, lśniącą masę po posadzce 

w moim kierunku. 

PotęŜne  wibrowanie,  jakby  maszyny,  dzięki  której  ziemia  się  obraca, 

napełniło niewielki pokój: to on mruczał. 

Jego  mruczenie  słodkim  grzmotem  przetaczało  się  po  starych  murach, 

okiennice  zaczęły  uderzać  w  okna,  aŜ  te  rozwarły  się  na  ościeŜ  i  wpuściły 
białe  światło  śnieŜnego  księŜyca.  Dachówki  z  łomotem  leciały  z  dachu, 
słyszałam,  jak  spadają  na  dziedziniec,  daleko  w  dole.  Od  jego  pomruków 
trzęsły  się  fundamenty  domu,  ściany  poczęły  tańczyć.  Pomyślałam: 
„Wszystko się zawali, wszystko się rozsypie”. 

Przysuwał  się  do  mnie  coraz  bliŜej,  aŜ  na  dłoni  poczułam  szorstki 

aksamit jego łba, a potem język, chropawy jak papier ścierny. „ZliŜe ze mnie 
skórę!” 

I  oto  kaŜdym  pociągnięciem  zdzierał  ze  mnie  skórę  kolejnymi 

warstwami,  całą  skórę  światowego  Ŝycia,  pozostawiając  świeŜą  patynę 
lśniącej sierści. Moje kolczyki zmieniły się na powrót w wodę i spłynęły mi po 
barkach; strząsnęłam krople z pięknego futra. 

 
 

1

 Biała róŜa jest rekwizytem w róŜnych wersjach baśni o Pięknej i Bestii. 

2

 W. Szekspir, Otello, V, 2, przekład J. Paszkowskiego.