background image

KAROL OLGIERD BORCHARDT 
KRĄŻOWNIK 
SPOD 
SOMOSIERRY 
EGZAMIN 
D, 
nie wypełnione przyswajaniem wiedzy teoretycznej wlokły się w Szkole Morskiej w 
Tczewie długo i monotonnie, w przeciwieństwie do miesięcy spędzanych na n?orzu 
na statku szkolnym "Lwów", które mijały jak sen - niespostrzeżenie szybko. 
Od godziny ósmej rano odbywały się wykłady na "kursach", skromniej mówiąc w 
klasach dawnej szkoły żeńskiej. Na wniosek organizatora Szkoły Morskiej i jej 
pierwszego dyrektora, inżyniera morskiego Antoniego Garnuszewskiego, w marcu 
1920 roku gmach ten stał się pierwszą w naszych dziejach Alma Mater Mariniensis, 
nad którą w dniu 8 grudnia 1920 roku po raz pierwszy podniesiono banderę. W dniu 
21 lipca 1920 zawarto w Holandii umowę sprzedaży-kupna, na mocy jej fregata o 
symbolicznej dla nas nazwie "Nest" (gniazdo) wyszukana przez inspektora Szkoły 
Morskiej, kapitana żeglugi wielkiej Gustawa Kanskiego, stała się "Kolebką 
Nawigatorów". Z ostatniego masztu "Nest" zdjęto reje, przekształcając fregatę na 
bark, który jako statek szkolny otrzymał nowe imię "Lwów". Pierwszy dwutygodnik 
literacki uczniów Szkoły Morskiej pod tytułem "Stella Polaris" ukazał się 15 
grudnia 1920 roku. 
O godzinie czternastej trzydzieści kończyły się wykłady. Po obiedzie podawanym w 
olbrzymiej sali gimnastycznej można było pójść do otwartej do godziny szesnastej 
sypialni i wyciągnąć się na łóżku. Podczas tej przerwy w nauce najsilniej 
nawiedzała nas nostalgia za domem rodzinnym. Jej punkt kulminacyjny miał miejsce 
nieodmiennie przy drugim deserze, czyli przy spożywaniu zawartości paczek 
przysłanych z domu, które tradycyjnie były rozdzielane bez reszty pomiędzy 
wszystkich kolegów w sypialni. 
Miłą poobiednią sjestę przerywał bezwzględny uczeń służbowy uzbrojony w pęk 
kluczy. Po jego przyjściu należało natychmiast sypialnię doprowadzić do stanu 
kwitnącego, otworzyć okna, a samym przenieść się na "kurs". Uczeń służbowy 
zamykał sypialnię po dokładnym sprawdzeniu jej stanu, za który był 
odpowiedzialny przed dyżurnym wychowawcą. 
Na "kursie" rozpoczynała się nauka własna. Jak na szarą nić ni-zaly się żmudne, 
wykuwane w codzienności godziny tak zwanego "naumiewania się". 
Przed zabraniem się do nauki na "kursie" wrzało przez dobrą godzinę, zanim 
wygasły nie cierpiące zwłoki sprawy osobiste nie objęte żadnym regulaminem. 
Prawie każdy miał swoje osobiste zamiłowania, nie wszystkie można było 
podciągnąć pod angielskie hobby, ale cel miały podobny - po prostu dać 
wytchnienie od ciągłego myślenia wyłącznie o nauce. 
Sale "kursowe" były duże, jeśli się porównało je ze stosunkowo nikłą ilością 
uczniów. W rogu sali przy oknie znajdowało się podwyższenie, na którym stała 
katedra. Z przeciwnej strony, pod samą ścianą - trzy rzędy ławek, po parę w 
rzędzie. Ławki były podwójne, przeznaczone dla dzieci, tak że z trudem 
gnieździliśmy się w nich. Między katedrą i pierwszym rzędem ławek znajdowała się 
niewielka przestrzeń zajmowana zwykle przez jakąś fechtującą się parę. 
Szermierki w szkole nie można było uważać za hobby*. To był nałóg. 
Najładniej na kursie fechtował się "Pigieł". Po zapuszczeniu wąsów mógłby grać 
rolę Charłampa i to podczas zdobycia Tykocina w momencie zgonu księcia. 
PSgieł władał szpadą, pędzlem, trzema językami, smykiem, batutą i fortepianem. 
Podczas obiadów w sali gimnastycznej kwartet w białych tropikalnych mundurach 
grał pod jego batutą najnowsze przeboje. Do najbardziej ulubionych w tym czasie 
należały Słodka dziewczyna z Barcelony i Brawo bis. 
Pigieł rozpoczynał "naukę własną" od kilkunastominutowej zaprawy szermierczej - 
dłużej jego przeciwnik nie wytrzymywał serii bolesnych trafień w żywe ciało. 
Każde trafienie było zawsze wytwornie odsalutowane szpadą. Wszystkie trafienia 

background image

piekły przez kilka dni, ale to nigdy nie wpływało na zmniejszenie ilości 
walczących. 
Podczas szczęku krzyżujących się ze sobą szpad dwóch nastęnych szermierzy, 
którym się wydawało, że każdy z nich jest zwycięskim kapitanem Bloodem 
zdobywającym, nieprzyjacielski okręt, Pigieł potrafił pędzlem wyczarować 
soczystą akwarelę, po czym spokojnie zabrać się do nauki. 
Miejsce od okna na pierwszej ławce zajmował "Dyzio" wiecznie zatopiony w 
ornitologii lub dziełach Darwina w języku francuskim. Dyzio, zawdzięczający swój 
przydomek Żeromskiemu, władał rękawicami bokserskimi i wskutek tego miał 
popękane bębenki w uszach, przez co posiadał pierwszy stopień muzykalności. W 
języku szkolnym oznaczało to, że "rozróżnia, kiedy grają, a kiedy nie". 
Jednocześnie był najlepszym bramkarzem drużyny piłki nożnej w szkole i 
najlepszym znawcą literatury rosyjskiej. 
Obok Dyzia siedział zajęty stale sprawdzaniem ścisłości swych wyliczeń 
"Zakochany". Do osiągnięcia pełnego szczęścia na ziemi potrzebna mu była kwota 
dwu tysięcy trzystu dwudziestu pięciu zło- 
tych i piętnastu groszy. Posiadanie jej pozwoliłoby mir ożenić się i być 
szczęśliwym. W sumę tę wliczony był bukiet ślubny i nocne pantofle dla niego i 
żony. Na razie miał odłożoną na ten cel kwotę, którą wyrażały trzy ostatnie 
cyfry, a pierwsza była oddzielona od dwóch pozostałych przecinkiem. 
W ławce środkowej gnieździł się "Szklany Człowiek". Ten w niewiadomy sposób 
nauczył się podczas swego pobytu w Szkole Morskiej stenografować oraz biegle 
władać językiem angielskim. Wszystkie wykłady stenografował, a nazwę Szklanego 
Człowieka zawdzięczał Dy-ziowi, który twierdził o nim: żeby się nie rozbić, 
wyobraża sobie, że nosi na głowie szklankę zimnej wody i dlatego chodzi tak 
sztywno i ostrożnie. 
Za Szklanym Człowiekiem siedział umysł najbardziej twórczy na "kursie", uczący 
się "na siłę", a nie "na rozum", tak zwany "Semafor". Z powodu braku 
podręczników polskich musieliśmy się posługiwać podręcznikami w językach obcych. 
Semafor nienawidził nowych nazw i starał się wszystkie nazwy spolszczyć lub 
zmieniał je na nazwy dawniej przyswojone. Roczniki astronomiczne, z grecka zwane 
EFE-MERYDAMI, nazwał - równie grecką nazwą - HEMOROIDAMI. Funkcji 
trygonometrycznej o łacińskiej nazwie SEMIYERSUS nie nazywał inaczej jak, 
imponującą mu od dzieciństwa, grecką nazwą SEMAFOR. 
Niemniej trudności sprawiała mu teoria okrętu. Wykładał ją dyrektor szkoły, 
który ze złotymi medalami ukończył wydział nawigacyjny i inżynierię morską. 
Skoncentrowana w jednej osobie na takim poziomie wiedza nawigatora i inżyniera 
budowy okrętów napawała Semafora zrozumiałą paniką podczas odpowiedzi. 
Wysokość metacentryczna była, według Semafora, abstrakcją istniejącą wyłącznie w 
wyobraźni dyrektora i wobec tego można jej się było nauczyć tylko na pamięć 
przez długie i uporczywe powtarzanie całych zdań. Ten system uczenia się Semafor 
stosował i przy innych przedmiotach, czym o mało nie przyprawił inspektora 
Szkoły Morskiej o ciężką chorobę. Inspektor wykładał praktykę morską, był - jak 
i wszyscy - wymagający, a ponadto drobiazgowo dokładny. Pewnego razu Semafor 
odpowiadając inspektorowi na pytanie, w jaki sposób ładuje się na statek 
zwierzęta, połączył ze sobą wykute na pamięć zdania nieodpowiednio. W rezultacie 
wszyscy dowiedzieliśmy się, że należy ładować na statek świnie w pęczkach 
powiązane za ogony. Inspektor, słysząc to, najpierw poczerwieniał, potem zrobił 
się fioletowy i siny, w końcu zaczął sam do siebie mówić. Co wówczas do siebie 
powiedział, pozostało na zawsze jego tajemnicą. 
W środkowym rzędzie w ławce pod ścianą zasiadali "Żbik" i "Wit-kosio" - żywy 
dowód prawa, że bieguny różnoimienne się przyciągają. Żbik kipiał w życiu 
codziennym, Witkosio w marzeniach. Żbik był głównym partnerem Dyzia do bicia w 
bębenki w uszach i kopania piłki przy każdej okazji. Witkosio w tym czasie 
odbywał 
w myślach samotne podróże na  jachcie wśród południowych wysp Oceanii. Zgodnie 
tylko uczyli się angielskiego. 

background image

Róg sali zajmowało stowarzyszenie czterech, tak zwana - od pierwszych liter 
nazwisk - "Becejotka". Stowarzyszenie to dwa razy w tygodniu odbywało zebrania, 
na każdym takim zebraniu obowiązywało półgodzinne przemówienie, które z 
nieznanych powodów nazywało się zawsze "inauguracyjne". Przemawiający, z 
wdzięczności za wysłuchanie jego półgodzinnej mowy, musiał mieć przygotowaną 
tabliczkę czekolady i obdzielał nią wytrwałych słuchaczy. Stowarzyszenie 
posiadało dwie wyróżniające się wybitne jednostki: "ce", która grała na gitarze 
i na beku, jako obrońca, w drużynie piłki nożnej, i "ka", która dążyła na ziemi 
do wyimaginowanego przez siebie ideału człowieka morza oraz ideału wiedzy 
nawigacyjnej. "Ka" była wspólnym wyrzutem sumienia całego stowarzyszenia, 
cierpiąc z powodu niedoskonałości "Becejot" w pracy nad sobą i nadaremnie 
usiłując je porwać przykładem, była to również bratnia dusza inspektora: obaj 
zamęczali wszystkich zmuszając do systematyczności i dokładności w nauce i 
pracy. Pozostała dwójka nie zwracała specjalnej uwagi swym zachowaniem. 
Katedra w rogu sali - ze względu na dogodne warunki rozłożenia na niej papierów 
i swobodę ruchów, jaką się miało siedząc na krześle - była niekiedy przedmiotem 
sporów. Ci, którzy prowadzili rozległą korespondencję, starali się wejść w jej 
posiadanie rezygnując z odpoczynku i drugiego deseru w sypialni, aby przed 
przyjściem innych zająć to wspaniałe miejsce. Najczęściej przy katedrze można 
było zobaczyć za stosem listów, skoroszytami oprawnymi w skórę, kolekcją 
różnokolorowych laków i świecą w lichtarzu, pochłoniętego pisaniem listów, 
wielojęzycznego absolwenta szkoły filmowej, obecnie naszego kolegę "Sforze". 
Ród jego od czasów królowej Bony pieczętował się herbem Sforzów i nasz Sforza 
dźwigał na swych barkach obowiązek, który z dziada pradziada przechodził na 
młodsze pokolenie, utrzymania łączności pomiędzy szeroko rozgałęzioną rodziną. 
Sforza był biegły w SFRAGISTYCE (wyraz ten niesłychanie drażnił Semafora). 
Chodziło po prostu o znajomość nauki o pieczęciach. Barwny lak służył do 
wnikliwej oceny hierarchii rodowej. Osoby najbardziej czcigodne z wieku i urzę^ 
du otrzymywały od niego listy pieczętowane białym lakiem. Z przyćmiewaniem barwy 
laku przyćmiewał się blask danej osoby i jej dostojność. Czerwonego laku Sforza 
nie używał nigdy, dowodząc, że jest przywilejem poczty. Potrafił w długich 
wykładach wdrażać nas w historię pieczęci Chin, Anglii i Francji. Mówił o 
finezji swego arsenału łąkowego, przy pomocy którego, przez nieco skośne odbicie 
herbowego znaku, zrywało się stosunki z osobą, do jakiej list był adresowany, 
pomimo że z treśdi listu nie można było tego wywnioskować. 
W miarę rozwoju korespondencji zaczynała się mu ona wydawać zbyt ograniczona. 
Krewni i znajomi nie byli dostatecznie silnie roz- 
siani po świecie. Sforza wystarał się o międzynarodowy kod filatelistyczny i 
zaczął korespondować ze wszystkimi zakątkami na kuli ziemskiej. Największym 
powodzeniem cieszyły się u niego malutkie wysepki, możliwe do wyszukania tylko 
na szczegółowych mapach o dużej skali. Osoby, z którymi nawiązał w ten sposób 
korespondencję, nie były tak znakomite, jak sobie tego życzył, więc gdy 
przeczytał w gazecie angielskiej, że król Anglii Jerzy V szuka nabywcy na jedną 
z wysp w kanale La Manche, stanowiącą jego prywatną własność, Sforza natychmiast 
nawiązał korespondencję z kancelarią jego królewskiej mości i zaczął prowadzić 
pertraktacje w sprawie nabycia dla siebie tego królewskiego zakątka. Do szkoły 
przychodziły listy, w których "król" tytułował go: comte. Otrzymywał wspaniale 
ilustrowane konspekty w nieznanych nam dotąd oprawach. Z ilustracji w nich 
zawartych można było całkowicie odtworzyć sobie urok i piękno całej wyspy. 
Wieczorami ślęczał nad dostarczonymi bilansami przyszłej rezydencji i pilnie 
studiował dochody i rozchody, jafeie go czekały. Proszono go w listach o 
wyznaczenie portu, do którego mógłby zawinąć po niego motorowy jacht królewski, 
by nasz comte mógł naocznie się przekonać o walorach oferowanej mu wyspy. Sforza 
stale odkładał termin podróży w charakterze królewskiego gościa i tylko 
skrupulatnie odejmował i dodawał, siedząc na katedrze, kolumny cyfr. Znużony tą 
czynnością zbierał starannie swoją kancelarię i ustępował miejsca niecierpliwie 
czekającemu na nie "Mistrzowi Magii". 

background image

Mistrz stawał na podwyższeniu za katedrą, kłaniał się wytwornie, jak gdyby 
zamiast kilkunastu kolegów miał przed sobą audytorium złożone z doborowej 
publiczności. Przemówienie swe rozpoczynał niezmiennie od słów: "PROSZĘ PAŃSTWA" 
i demonstrował przywiezione z domu "eksponaty" lub znajdujące sią pod ręką 
przedmioty, które jego słowa zmieniały w rzeczy niezwykle cenne, niekiedy wprost 
cudowne lub genialne. 
Do makabrycznych wystąpień należała demonstracja trupich czaszek:-małej i dużej. 
W jednej ręce trzymając wysoko mniejszą czaszkę, głosem pełnym przejęcia i wiary 
w to co mówi, wyjaśniał, że jest to oryginalna czaszka Goethego, gdy tenże miał 
lat jedenaście. 
- Na czaszce - mówił Mistrz wodząc palcem po sklepieniach nad oczodołami - już w 
tym okresie widać zapowiedź genialności, w całej rozciągłości potwierdza ją'o tu 
właśnie leżąca większa czaszka poety, którą udało mi się zachować wyłącznie dla 
siebie. 
Ten program szybko się wszystkim znudził. Mistrz musiał przejść do spraw 
aktualnych. Demonstrując małą drewnianą rozpórkę do zabezpieczania szyb przed 
rozbiciem po otwarciu okna i drewnianą linijkę półmetrową z podziałką 
milimetrową Mistrz objaśniał, że jest to instrument przez niego niedawno 
wynaleziony; rozwiązywanie rachunku różniczkowego i całkowego za pomocą tego 
instrumentu jest dosłownie igraszką dla dzieci. 
- Proszę państwa, funkcja jest w mojej lewej ręce, a funkcja po-•ehodna w prawej 
ręce. Jeśli przesunę swą funkcję pochodną, kt6ra dozna pewnego przyrostu, to i 
jej funkcja również dozna odpowiedniej zmiany. Różnice przy przesuwaniu były tak 
niezmiernie małe, że nie możemy ich nawet nazwać "różnicami", lecz 
"RÓŻNICZKAMI". 
Jeśli przechodzą przez krańce linijki, to przechodzą przez swe wartości 
maksymalne i minimalne. Inaczej mówiąc, jeśli pochodna funkcji równa się zeru, 
przykładam mniejszą część mego uniwersalnego suwaka do jednego z końców linijki, 
wówczas moja funkcja przechodzi przez minimum lub maksimum, które - jak 
wspomniałem - każde dziecko odczyta na linijce. 
Jeśli krzywo trzymam linijkę, posuwając mniejszą część suwaka jako styczną - to 
prowadzę styczną do krzywych, a wszyscy państwo widzą dokładnie kierunek 
stycznej. 
Jeśli do suwaka dodam zwykły kieszonkowy zegarek i zanotuję momenty, w których 
kolejno znajdowała się moja mniejsza część suwaka, to znajdę zależność drogi y 
od czasu x, a moja pochodna oznacza prędkość w danym czasie x. 
Jak szanowni państwo obserwowali, wszystko odbyło się tak szybko, że ruch ten 
państwo mogą uważać za jednostajny. 
Jeszcze parę słów o tajemniczej CAŁCE. Jak państwo nie zdążyli nawet zauważyć, 
różniczka była przyrostem nieskończenie małym funkcji. Cała moja funkcja to suma 
przyrostów. W ten sposób możemy znaleźć długość linii krzywych i pól mojej 
linijki. W tym wypadku dokonalibyśmy wspólnie CAŁKOWANIA, naturalnie w 
oznaczonych granicach, a rachunek całkowy jest odwrotny do różniczkowego. Czego 
państwu, dowiódł mój suwak uniwersalny. 
Nie mniejszym powodzeniem od żonglerki pojęciami matematycznymi cieszyły się 
wyczyny Mistrza z kulą do ciskania. Ciężka, kilku-funtowa kula toczyła się jak 
żywa z jednej ręki wzniesionej i wykręconej do tyłu, tworzącej jak gdyby ramię 
krzyża nad katedrą, przetaczała się nad łokciem, wtaczała się na bark i nad 
ugiętą w tym momencie szyją przechodziła na drugi bark, by po wyciągniętej 
drugiej ręce, tworzącej ramię krzyża pochylone ku podłodze, znów przetoczyć się 
nad łokciem i wpaść w rozstawione palce drugiej ręki. 
Teraz Mistrz podnosił rękę trzymającą kulę do góry i kula zaczynała się toczyć z 
powrotem w kierunku zachęcających ją do tego palców tej ręki, z jakiej bieg swój 
rozpoczęła. Był to najbardziej efektowny numer, który dawał mu całkowicie 
zasłużony tytuł "Mistrza Wielkiej Magii". 
W miarę jak kończyła się zima, przybywało dnia i przybywało coraz więcej nauki 
na.kursie. Coraz mniej poświęcano czasu na hobby. Niektórzy uczyli śnię do późna 

background image

w nocy, inni wstawali o godzinie czwartej rano. Woźny, pełniący służbę w nocy w 
gmachu, otrzymywał ze zbliżaniem się egzaminów coraz więcej kartek, na których z 
małymi zmianami dotyczącymi szczegółowych danych, widniał następujący 
tekst: "Panie Majorowski, proszę mnie obudzić o godzinie czwartej rano. 
Sypialnia siódma, drugie łóżko od ściany z prawej strony". 
Te stosy kartek oznaczały, że trzeba albo umieć, albo opuścić szkołę - innego 
wyjścia nie było. Szkołę zaczynało na kursie trzydziestu. Dotychczas kończyło 
ją, poczynając kolejno od daty otwarcia, piętnastu, trzynastu, dziewięciu, 
siedmiu. 
Należało więc umieć. Egzaminatorzy byli tak samo bezwzględni jak morze, które 
nie uznawało powiedzenia "jakoś to będzie". 
Egzaminów bali się wszyscy. Każdy mógł się potknąć przy wyprowadzaniu wzoru z 
dewiacji lub astronawigacji, ale nieunikniona klęska wisiała nad Mistrzem Magii. 
Mistrz z łatwością żonglował różniczkami, lecz nie mógł opanować języka 
angielskiego. 
Już na pierwszym kursie koledzy radzili mu, by został zięciem wykładowcy języka 
angielskiego, kapitana austriackiej marynarki wojennej, żonatego z Angielką, 
którego córka Betty cieszyła się ogromnym powodzeniem. "Ona jedna - mówili - 
może ciebie uratować od ścięcia na egzaminie, jeśli powie ojcu: mój ci jest, mój 
ci jest. Byłoby zupełntie tak, jak w Krzyżakach. Betty mogłaby odegrać rolę 
Danusi, a ty Zbyszka". 
Niestety. Zainteresowania Mistrza szły w zupełnie innym kierunku, wobec czego 
jedyna droga ratunku, jaką widzieli koledzy, została zamknięta z powodu jego 
samobójczej miłości skierowanej nie do Betty. Był to "śmiech przez łzy", ale 
tylko do momentu, w którym trzeba było zdawać egzamin. 
Mistrz znał alfabet angielski, ale nie miał pojęcia, którą literę jak się 
wymawia. Czytając tekst angielski wymawiał wszystkie słowa tak, jak gdyby czytał 
słowa rdzennie polskie. Od dzieciństwa przyswojonej litery "i" jak "i" nie 
potrafił zmienić na "aj". 
"Z jakiej racji AJ?" - to była dla niego prawdziwa magia. 
Nie wszyscy koledzy mogli dorównać Szklanemu Człowiekowi w umiejętności 
opanowania zasad wymowy, gramatyki i składni angielskiej, uznając niektóre z 
nich za zbyt zawiłe. Ale Mistrz dystansował nawet tych najsłabszych - wszystko, 
co dotyczyło nauki języka angielskiego, było dla niego już nie zawiłe, ale 
wręcz, jak sam to określał, mgliste i nieuchwytne. 
Pomimo nieuniknionej, i oczywistej dla wszystkich, klęski Mistrz Magii 
postanowił jednak walczyć. Szykował się do egzaminu pisemnego. 
Ponieważ nauczenie się na pamięć kilkudziesięciu wypracowań przerabianych w 
ciągu lat, a właściwie "wkucie" ich pisowni, przekraczało możliwości ludzkie, 
nawet jeśli się nosiło zasłużony tytuł Mistrza Wielkiej Magii, Mistrz doszedł do 
wniosku, że ze wszystkich tematów można ułożyć jeden temat uniwersalny, 
zmieniając wyłącznie tytuł. Mógł to być "Wyciąg z dziennika okrętowego o wypadku 
z marynarzem", "Pamiętnik marynarza", "Moja najciekawsza przygoda", "List do 
przyjaciela", "Raport do władz w obcym porcie o wy- 
padku z marynarzem", "Mój przyjaciel Eddy", "Mój pierwszy dzień na statku". 
Opracowany przy pomocy wszystkich kolegów temat przepisywał nocami. Tyle czasu 
poświęcił na opanowanie tego ćwiczenia, że mógłby odtworzyć identyczny tekst 
pisany nawet alfabetem chińskim. 
Zaczęły się egzaminy. Egzamin z języka angielskiego odbywał się w największej 
sali. Kapitan, wykładowca i ojciec Betty w jednej osobie, zdumionym wzrokiem 
wodził za piórem Mistrza piszącego "Raport do władz portowych o wypadku, jaki 
miał miejsce na statku". Wykładowcy wydawało się, że śni na jawie, to znów, że 
jest świadkiem cudu. Bez niczyjej pomocy Mistrz zapisał dwie strony arkusza 
egzaminacyjnego i był pierwszym abiturientem, który ukończył pracę z języka 
angielskiego. Prawdopodobnie z tym samym wrażeniem snu na jawie i uczestniczenia 
w cudzie kapitan godził się wewnętrznie na ocenę pracy: DOSTATECZNIE Z PLUSEM; z 

background image

następującą uwagą: stopień zmniejszony, ponieważ wypracowanie nie jest napisane 
ściśle na temat. 
Pozostawał jeszcze egzamin ustny. Do komisji egzaminacyjnej z języka 
angielskiego należeli: delegat ministerstwa, inspektor i kapitan jako 
egzaminator. 
Ojciec Betty miał zapisane w swym notesie wszystkie odpowiedzi Mistrza, niestety 
ani jedna z nich nie była dostateczna. Mistrz wlókł się przez szkołę z tą jedną 
dopuszczalną dwójką, jak z kulą u nogi, by teraz ostatecznie go uziemiła. 
Przed rozpoczęciem egzaminu ustnego Mistrz poprosił kolegów, aby się 
zorientowali, czy delegat ministerstwa zna angielski. / Koledzy, którzy już 
zdawali, twierdzili, że według nich delegat na pewno angielskiego nie zna, 
ponieważ podczas egzaminu rozmawiał z inspektorem po francusku, a z kapitanem po 
niemiecku. Mistrz słysząc to, ożywił się i poszedł, by się przygotować do 
odpowiedzi. 
Zjawił się na sali egzaminacyjnej zaprasowany i wymuskany. Wyglądał, jak gdyby 
zstąpił z witryny okiennej najlepszego magazynu mód. Zameldował się 
przewodniczącemu, wyraził postawą "salut" dla delegata i stanął przed 
egzaminatorem. 
Dobre, błękitne oczy ojca Betty na jego widok okryła mgła smutku. Inspektor, 
który miał miękkie serce i nie mógł patrzeć na zarzynanie ludzi, wstał i odszedł 
do okna. 
Mistrz miał przed sobą teraz dwóch ludzi: delegata i egzaminatora. Na delegata 
Mistrz patrzył z taką jasną ufnością i uprzejmością, że od razu zwrócił na 
siebie szczególną jego uwagę, wygrywając na punkty pierwsze wrażenie swą postawą 
idealnego abiturienta. 
Głowa egzaminatora przechyliła się boleśnie na bok i kapitan ze smutkiem w 
głosie powiedział po angielsku, podając Mistrzowi otwartą książkę: 
- Proszę przeczytać biografię Waszyngtona. 
Mistrz zabrał się do czytania. Modulował bez zarzutu i przystanko-wał. Czytał 
tak, jak umiał najlepiej po polsku. Napisane "the" tó "the", napisane "be" to 
"be", nie żadne tam "bi". Cierpienie niewy-słowione malowało się na twarzy 
kapitana. Rozpamiętywał cały okres nauki tego ucznia i wiedział, że tak się musi 
TO skończyć. 
Mistrz czytał. Ponieważ egzaminator nie przerywał, czytał coraz płynniej i coraz 
ładniej. Wreszcie skończył. Moment ten zaakcentował stuknięciem obcasów. Wykonał 
lekki skłon tułowiem w kierunku delegata ministerstwa, położył książkę przed 
egzaminatorem i zastygł w postawie wyrażającej wizję jasnej przyszłości. 
Delegatowi podobał się świetnie uszyty mundur i doskonała budowa abiturienta, 
wytwornie zawiązany krawat. Cała sylwetka mówiła sama za siebie. Delegat nie 
miał wątpliwości, że ze wszystkich dotychczas zdających ten przeczytał podany mu 
tekst najlepiej. 
Z sympatią przyglądał się przyszłemu oficerowi marynarki. 
Egzaminator odebrał książkę z rąk abiturienta, a potem z rezygnacją w głosie 
zadał śmiertelny cios, mówiąc po angielsku: 
- Proszę opowiedzieć to, co pan przeczytał. 
Po otrzymaniu tego polecenia Mistrz pozwolił sobie przyjąć postawę "lekko-
spocznij". Wzniósł do góry oczy, jak gdyby chciał tam gdzieś w nieskończoności 
zobaczyć Waszyngtona. 
Żałobą okryła się twarz egzaminatora. Mistrz Magii skupiał się. Za chwilę miły 
uśmiech pojawił się na jego ładnej twarzy. Wyczytać z tego uśmiechu można było 
całkowite opanowanie tematu i znajomość przedmiotu. Ze swobodą mówcy, 
rozumiejącego ważność intonacji, każdej pauzy, przyciszania głosu przy sprawach 
smutnych i podnoszenia tam gdzie się mówiło o zwycięstwach, rozpoczął biografię 
Waszyngtona. 
- U o s z i n g t o n... ej bi si di i ef dżi. Uoszington dablju eks uaj zet. 
Kej... el em en ou pi, Uoszington ej bi si di i ef dżi. 

background image

W dosłownym znaczeniu brzmiało to tak: Waszyngton... a, b, c, d, e, f, g. 
Waszyngton w, x, y, z. K... l, m, n, o, p, Waszyngton a, b, c, d, e, f, g. 
Mistrz znał na pamięć alfabet angielski, ale wymowa jego była tylko trochę 
zbliżona do angielskiej, poza tym udało mu się zapamiętać wyrażenie nearly 
stationary, oznaczające stanie na żaglowcu w dryfie, to znaczy z tak ustawionymi 
do wiatru żaglami, że prawie stojącego w miejscu. Mówił dalej ze swobodą i dużą 
dozą zachwytu o pierwszym prezydencie Stanów Zjednoczonych. 
- Nirli staszjonery, Uoszington... kej el em en ou pi Uo s z i n g t on ej bi si 
di i ef dżi. Kej el em en ou pi Uos zi n g-t o n ej bi si di. U o s z i n g t o 
n... eks uaj, zet nirli staszjonery, Uoszington dablju... 
Na twarzy egzaminatora pojawił się wyraz osłupienia i zastygł. Widać było na 
niej jeszcze ślady chęci protestu, ale usta skamieniały w tym momencie i nie 
zdołały ani nic powiedzieć, ani się zamknąć. 
Mistrz Magii już cztery razy postawił w dryfie Waszyngtona. Waszyngton stał się 
jedną z liter alfabetu, której można było się spodziewać po każdej literze. 
Zjawiał się nieoczekiwanie wśród samogłosek lub stawał przed literami 
oznaczającymi same niewiadome. Do świadomości egzaminatora, który jeszcze 
słyszał, dochodziły dźwięki "a be ce de Waszyngton, iks, igrek zet Waszyngton, 
ku er es, Waszyngton - stanąć w dryf". Gdy Mistrz mówił o tym stawaniu w dryfie 
wielkiego wodza, podnosił głos i grzmiał, jak gdyby słowa te mia-ly oznaczać 
wygrane bitwy. 
- Uośzington nirli staszjonery eks uaj... Zadowolenie i uznanie dla swej wymowy, 
zauważone w wyrazie 
twarzy delegata, podnieciły Mistrza jeszcze więcej. Mówił coraz bardziej 
modulując. W momencie, kiedy delegat nachylił się do egzaminatora, by przerwać 
niepotrzebne sprawdzanie tak wspaniałych wiadomości i opanowania języka 
angielskiego, Mistrz sam zdecydował się na pełne wyrazu zakończenie: 
- Uoszington eks uaj ZET! 
Jako pierwsza litera przed trzema symbolizującymi w matematyce niewiadome, 
wielki prezydent uwieńczył swą karierę według biografii o nim Mistrza Magii. 
Położeniem największego nacisku na ZET Mistrz zakończył swe pełne wyrazu 
opowiadanie. .  Z lekka uderzył obcasami i skłonił się delegatowi. 
Delegat był zachwycony. Zrezygnował ze słuchania tak błahych pytań, jak z 
gramatyki lub składni. Sam zamiast egzaminatora podzięp kował Mistrzowi za 
wspaniałą znajomość angielskiego i za wkład pracy w opanowanie języka morskiego, 
widoczny w jego odpowiedzi. 
- Bardzo dobrze - wyraził jeszcze wobec uśmiechniętego Mistrza swą opinię 
egzaminatorowi, który nie odzyskał był jeszcze mowy i tylko z dużym wysiłkiem 
potrafił wyszeptać do abiturienta od siebie: 
- Thank you. Dziękuję. 
W sumieniu kapitana toczyła się teraz walka pomiędzy obowiązkiem i podziwem dla 
przytomności umysłu i zimnej krwi abiturienta. Wreszcie zwyciężyło w nim 
zrodzone podczas egzaminu przeświadczenie, że ten człowiek i w życiu da sobie 
radę z angielskim. " Nastąpiła potem jeszcze długa rozmowa z delegatem na temat 
stopnia. "Delegat był oburzony surowością egzaminatora w stosunku do tak 
świetnego ucznia. 
- Chyba nie zachodzą tu osobiste antypatie, panie kapitanie - zaniepokoił się 
delegat ministerstwa. 
Szlachetna twarz kapitana wykluczała podobne podejrzenie. 
Do rozmawiających podszedł inspektor, z którym wspólnie po długich sprzeciwach 
ze strony delegata ustalono stopień zaledwie DOSTATECZNY. 
O! MU - KU - RU! 
V^onrad opisał charakterystyczne zdarzenie, jakie miało miejsce na żaglowcu, na 
którym był starszym oficerem. 
Stali zakotwiczeni na redzie. Na pokładzie rufowym kapitan czekał na szalupę, by 
się nią dostać na ląd. Nagle w trakcie rozmowy z Conradem kapitan wyjął z 

background image

kieszeni batystową chusteczkę i starł z lakierowanej powierzchni poręczy kilka 
osiadłych na niej drobinek pyłu. 

Odmienny nieco wypadek znany jest w całej marynarce angielskiej, w której był 
zwyczaj, iż dowódca, jeśli chciał, by jego okręt wyglądał jak najładniej, 
kupował na własny koszt najlepszy gatunek farb i kazał nimi malować swój okręt. 
Jeden z admirałów brytyjskich - bardzo popularny i obdarzony poczuciem humoru - 
zobaczył z mostku, jak trębacz Królewskiej Piechoty Morskiej oparł się 
najspokojniej o tylko co wyemaliowaną za prywatne pieniądze, jeszcze mokrą, 
wieżę armatnią. Admirał rozejrzał się, czy go ktoś nie widzi, podszedł do 
trębacza i tuż za nim oparł się o wieżę. 
Z wyrazem twarzy Atlasa dźwigającego całą kulę ziemską na sobie admirał zwrócił 
się do trębacza mówiąc: 
- Już wszystko w porządku, KRÓLEWSKI, możesz teraz spocząć, cały ciężar tej 
wieży ja wezmę na siebie. 

Na powracającym z paroletniej podróży do kraju żaglowcu francuskim drugi oficer 
wiózł jako "lekką kontrabandę" dwanaście wspaniałych, koronkowej roboty serwet 
misternie splecionych z bardzo rzadkich okazów gąbek. Wszyscy koledzy na 
żaglowcu podziwiali te serwety jako coś najpiękniejszego, co się znalazło w tej 
podróży na ich fregacie, a co musiało kosztować nabywcę fortunę. 
•ł e 
Fregata przygotowywała się tak, jak mogła, by wyglądać odświętnie w chwili 
przybycia do macierzystego portu. Od jabłek na maszcie po dziób i rufę wszystko 
na fregacie było świeżo pomalowane. Okazało się, że podczas porannego zmywania 
pokładów lakier na nadbudówkach na rufie został spryskany słoną wodą. Należało 
go zmyć gąbką zwilżoną w słodkiej wodzie, by nie uszkodzić lśniącej powierzchni. 
Bosman zawiadomił, że po tak długiej podróży wyczerpały się zapasy gąbek i szmat 
bawełnianych. Zmycie soli za pomocą szczotek lub płótna żaglowego oznaczało 
zniszczenie świeżo położonego na drzewie nadbudówek lakieru. Bosco wpadł w 
rozpacz. 
Drugi oficer, słysząc o beznadziejności sytuacji spowodowanej wyczerpaniem się 
materiałów w tak długiej podróży, nie zawahał się ani na chwilę. 
Następnego dnia rano bosco rozdzielił do-zmywania nadbudówek... sześć 
przepołowionych wspaniałych serwet drugiego oficera. 

Wkrótce już rok, 
A my wciąż żeglarzami 
Wśród wichrów sztormowych i fal. 
Morze za nami 
I morze przed nami, 
A w sercu tęsknota i żal. 
Śpiewaliśmy z coraz większym przejęciem słowa piosenki ułożonej przez naszego 
kolegę Poczobutta. 
Rok jeszcze nie minął, ale podróż nasza z Morza Śródziemnego do kraju dobiegała 
końca. Szykowaliśmy się, by wejść do macierzystego portu podobnie jak w innej 
piosence: 
Dziś rankiem poważnie i dumnie Do portu zawinął nasz "Lwów". Na rejach i 
masztach tak tłumnie, Na ląd dostaniemy się znów. 
Wszyscy byliśmy zajęci doprowadzaniem naszego żaglowca szkolnego do stanu 
świetności. Brakowało na nim wszystkiego, nawet farb i pądzli. Na wszystko 
musiał "Lwów" zapracować sam. Zamiast malować - myliśmy, tak długo aż farba się 
nie zmyła. 
Zmywało się farbę możliwie delikatnie lekkim mydlikiem z nieznaczną domieszką 
sody; potrzebna była do tego jeszcze "pucbola". Straszne to, zniekształcone 
słowo oznaczało odpadki nici bawełnianych używane na statku do zmywania farb i 

background image

lakieru, które na drewnianych nadbudówkach pokrywały się w czasie rejsu osadem 
soli. 
Zmywało się go bardzo ostrożnie tą "pucbola" zanurzoną w słodkiej wodzie. I 
jedno, i drugie było dla "Lwowa" luksusem. 
Zabiegi kosmetyczne naszego barku rozpoczynaliśmy od mycia jabłek na czubkach 
masztów. Jabłka, końce masztów i rej malowane były na biało, kolumny i reje na 
kolor ciemnożółty. Wszystko to należało obmyć teraz przed przyjściem do Gdyni 
słodką wodą i tą dawno wyczerpaną "pucbola". Istniała w nas krucha nadzieja, że 
"Bosmanek" i żaglomistrz posiadają pewne zapasy tych skarbów ukryte w swych 
kojach. Żaglomistrz rozpoznawał dotykiem palców gatunek stali, z jakiej igła 
była zrobiona, i jaki pądzel jest najlepszy. Wiadomo było, że najlepsze pędzle, 
najlepsze igły do szycia żagli, najlepsze rękawiczki do szycia płótna żaglowego 
i ta "pucbola" znajdują się pod poduszkami i pod materacami dwóch Janów. 
Świadomość, że posiadają to tuż koło siebie, pozwalała im spać spokojnie. 
Koja żaglomistrza była umieszczona nad koją bosmana. Jeśli obaj odpoczywali, a 
któryś z nas przyszedł poprosić o ten skarb pierwszej potrzeby, należało 
wyspowiadać się, co się stało z otrzymaną niedawno igłą, pędzlem lub nićmi. Jak 
jeden tak i drugi, gdy rozstawali się z dawanym nam przedmiotem, to dawali go 
"spod serca", żegnając wzrokiem swój skarb, który najpierw wszechwiedząca ręka 
wyszukała pod poduszką lub pod materacem. Pod tym względem obaj byli zgodni, 
pomimo że powierzchownością i usposobieniem różnili się całkowicie. Zgodnie też 
zmuszali nas do błagania o każdy ze schowanych pod nimi skarbów. Wynikało to 
jednak trochę i z tego, że niektórzy z nas, gdy trafił się do roboty dobry 
pędzel lub igła, chcieli je zachować na przyszły raz. Wiedzieliśmy, że kolega 
nasz "Starzec", mistrz igły, ma schowaną najlepszą rękawicę do szycia i parę 
najlepszych igieł, bo "nie wiedział, czy spotka go w życiu takie szczęście, że 
mu się znów dostaną do roboty". Na ogół wszyscy woleli wysłuchiwać strasznych 
przepowiedni o ich smutnej przyszłości niż oddać pędzel, z którego nie wyłaziły 
włosy i nie odkręcała się nitka. W takich wypadkach każdy zdecydowanie 
twierdził, że "utopiłem" lub "spadł mi z rei do morza". 
Żaglomistrz był bardzo długi, chudy i lekki, a przy tym niesłychanie zwinny. Po 
rejach i masztach chodził jak pająk, ale nie to nam w nim imponowało. 
Żaglomistrz spędził dwa lata na Antarktydzie w Ziemi Coatsów. Albo Morze 
Weddella. To była dopiero egzotyka. 
Od skarbów, na których spali, stokroć więcej ceniliśmy ich opowiadania. 
Godzinami słuchaliśmy o kilkumiesięcznej nocy, o ciągnących się setkami 
kilometrów górach lodowych, przypominających górę w Capetown, długich i 
płaskich, o żegludze w zawiejach śnieżnych, o niewiarygodnych mrozach i 
zmyślnych pingwinach. 
Niestety "perły" te również były nam skąpo wydzielane po długich naleganiach i 
prośbach, gdy udało się zdobyć miejsce w ich kabinie, na które wszyscy czyhali. 
Żaglomistrz swe przemówienie do każdego z nas rozpoczynał od słowa "waju'' - i 
tak to do niego przylgnęło, że ani się spostrzegł, jak nie nazywano go inaczej, 
tylko "Waju". Był surowy. Nasze tłumaczenie, że nie zrobiliśmy czegoś "za 
dobrze", ponieważ "lenistwo jest rękojmią zdrowia", kończył uwagą: "Waju 
będziesz od tego lenistwa w środku czysto zgniły". 
Kolega nasz Pigieł, który nosił to samo nazwisko co Waju, był od urodzenia 
artystą malarzem i często wolał podziwiać grę kolorów w czasie wschodu słońca 
niż szorować cegłą pokład. Jeśli żaglomistrz przyłapał nas na podobnym 
nieróbstwie, broniliśmy się mówiąc: "Zapatrzyliśmy się na kuzyna żaglomistrza". 
Po takim oświadczeniu należało bardzo szybko uciekać z zasięgu głosu 
żaglomistrza i zrezygnować przynajmniej na przeciąg dwóch dni ze słuchania 
opowiadań o życiu na Antarktydzie. 
Bosmanek był niskiego wzrostu, od pięćdziesięciu jednak lat musiał ważyć 
znacznie więcej niż sto kilogramów. Podczas gdy żaglomistrz był żywym obrazem 
chudego "wilka morskiego", Bosmanek przypominał z wyglądu lwa morskiego, mógł 
również uchodzić za kraba lub żółwia morskiego. Dłonie jego już się nie 

background image

rozchylały i były przedmiotem naszej szczególnej adoracji, zazdrości i podziwu. 
Pokrywała je warstwa tak grubej skóry, że podejrzewaliśmy Bosmanka o to, iż nie 
czuje już liny w ręku. Miał sumiaste wąsy, czerwonobrą-zowe policzki i wiecznie 
uśmiechnięte błękitne oczy małego dziecka. Dlatego twarde słowo "bosman" nie 
pasowało do Bosmanka. Za to olt brzymia "pierś marynarska" - na lądzie to 
nazywają brzuchem - była naszym postrachem. Bosmanek potrafił nią przygnieść 
mocniej niżby się można było spodziewać, gdyż brzuch ten był bardzo muskularny, 
co wzmagało jeszcze nasz podziw. Po wantach i pertach, linach rozciągniętych pod 
rejami, chodził Bosmanek jak gdyby z namaszczeniem - wydatna "pierś marynarska" 
w niczym mu nie przeszkadzała. 
Kiedyś podczas sztormu fala wysadziła szkło iluminatora w ich kabinie. 
Przechodzący koło niej uczeń posłyszał straszny ryk Bosmanka. Otworzył drzwi i 
zobaczył go stojącego na stoliku i zatykającego brzuchem otwór. Fale uderzające 
o burtę musiały jednak potężnie bić w tę muskularną "pierś marynarską", ponieważ 
Bosmanek nie przestawał ryczeć, ratując jednocześnie "Lwów" od zalania wodą. 
Wspólnymi siłami opanowali sytuację. Wyrwali okrągłe siedzenie stołka, owinęli 
je kocem i zatkali nim iluminator, podpierając jednocześnie drągiem. • 
Bosmanek był skarbnicą pieśni marynarskich przy każdej zbiorowej pracy na 
pokładzie, gdy zachodziła konieczność zgranego wysiłku wielu osób. Były więc 
piosenki na długie pociągnięcia i na krótkie, i na sztormową pogodę, i na świeży 
wiatr, nocne i dzienne, na kabestan i na fał obermarsa. W takich momentach 
Bosmanek promieniował. Usiłowaliśmy pomagać mu, ale wysiłki nasze były bardzo 
bla- 
de. W pieśniach Bosmanka słychać było długie lata pracy spędzone na żaglowcach w 
podróżach dookoła Cabo das Tormentas lub Tierra del 
Fuego. 
Bosmanek najlepiej znał porty wschodniego wybrzeża Afryki. W każdym z nich 
spędził wiele miesięcy. Jeśli Antarktyda należała w naszym pojęciu 
bezapelacyjnie do Waju - to całą Afrykę jednomyślnie przyznawaliśmy Bosmankowi. 
W wyobraźni naszej Bosmanek długie łata spędził wśród plemion murzyńskich, znał 
wiele ich obyczajów. Dzięki swej znajomości "ję-zyka murzyńskiego" Bosmanek stał 
się naszym nauczycielem. Był to chyba jedyny nauczyciel lingwista na świecie, 
który potrafił w mgnieniu oka nauczyć języka w mowie, wymowie i piśmie, i lubił, 
gdy jego uczniowie tym językiem z nim się porozumiewali. Przyswojony przez nas 
słownik Bosmanka nie był sprawdzany przez żadnego lingwistę, ale służył nam 
wystarczająco dobrze do porozumienia się z Bosmankiem. 
Gdy się chciało wyrazić najwyższy podziw, zadowolenie, zachwyt, adorację, 
uwielbienie i w ogóle wszystko co było pozytywne, dobre, miłe, przyjemne, mogło 
to być wyrażone jednym zdaniem: O! MU -KU-RU! 
Przeciwieństwem było wszystko to, co niedobre, złe, zepsute, gorzkie, brzydkie, 
niesmaczne, rozpaczliwie nieprzyjemne, godne pożałowania, beznadziejne, co 
wyrażało żal lub sytuację bez wyjścia - na to się mówiło z bardzo rozmaitą 
intonacją: A! MOJ-KA-KA! 
Jeśli nie było to ani jedno, ani drugie, można było skwitować sytuację 
powiedzeniem: NO KUCZIWA. 
Oznaczało to: nie wiem, nie rozumiem, nie umiem, nie potrafię, nie mam o tym 
najmniejszego wyobrażenia, nie mam o tym pojęcia, nie dam ci odpowiedzi, radź 
sobie sam, uważaj jak lepiej. 
Tym językiem mogli porozumiewać się z Bosmankiem tylko ci, których sam tego 
nauczył. Słowo takie powiedziane przez tego, którego Bosmanek sam osobiście nie 
wtajemniczył w znaczenie tych wykrzykników, było uważane za wielki nietakt. 
Jeśli była uroczystość, rocznica, podniesienie bandery na "Lwowie", rocznica 
przejścia równika, wówczas można było usłyszeć marsze w wykonaniu żaglomistrza i 
Bosmanka. Żaglomistrz grał na harmonii ręcznej, Bosmanek używał wyłącznie 
murzyńskiego tam-tamu, przeważnie była to duża pokrywa od głównego kotła, w 
którą uderzał marszpiklem lub fitem. W dniach powszednich oba te narzędzia 
służyły do robienia splotów na linach stalowych i włókiennych. Trudno było 

background image

powiedzieć, kto grał lepiej. Obaj byli artystami. Większość z nas uważała, że 
Bosmanek jest mistrzem nad mistrzami. Wielu ludzi potrafi mistrzowsko grać na 
harmonii, ale wydobyć odpowiednie dźwięki, w których czuło się rytm całej 
Afryki, na to trzeba było spędzić przynajmniej kilkadziesiąt lat na żaglowcach, 
i to znaczną część przy wybrzeżach Afryki lub na jej rzekach. 
Zbliżała się Gdynia. Pozostały do obmycia nadbudówki na pokładzie" rufowym, 
pociągnięte lakierem. Należało to zrobić bardzo delikatnie za pomocą miękkiej 
nowej "pucboli" i słodkiej wody. Wszystkie szmaty prywatne już dawno zużyliśmy 
na te potrzeby - w ka-belgatach były pustki. Mieliśmy nadzieję, że na pewno 
Bosmanek ma jeszcze gdzieś pod głową przynajmniej jedną uncję tych bawełnianych 
odpadków. 
Wysłany po nią stanąłem przy koi Bosmanka, który wypoczywał jeszcze po nocnej 
wachcie. 
- Panie bosmanie - zacząłem błagalnie - została do obmycia nawigacyjna, ale nie 
ma nigdzi ani kawałeczka "pucboli", może pan bosman da jeszcze choć garsteczkę. 
Bosmanek siadł na koi i słuchał mojej prośby, kiwając swą okrągłą głową. 
-; Może pan bosman poszuka jeszcze pod, poduszką, może gdzieś zostało trochę 
niezauważonej "pucboli". Skończylibyśmy sprzątać jeszcze przed śniadaniem. 
Nawigacyjna aż popielata od soli. Cała nadzieja w panu, panie bosmanie. 
Żaglomistrz powiedział, że on już nie ma nigdzie i przysłał mnie do pana. Jak 
pań bosman nie da, to ta nawigacyjna zostanie taka pokryta solą. 
Czekałem na skutek mego rozdzierającego przemówienia. W myślach widziałem, jak 
Bosmanek się przekręca na bok i szuka pod poduszką lub materacem. Nie mógł 
przecież dopuścić do szorowania lakieru szczotką lub płótnem żaglowym. 
Ale Bosmanek siedział nieporuszony. Błękitne jego oczy przestały się uśmiechać. 
I naraz usłyszałem straszny wyrok: 
- A! MÓJ - KA - KA! A! MÓJ - KA - KA! Zabierałem się do wyjścia, gdy usłyszałem 
głos Bosmanka: 
- Czekaj! 
W jego oczach zobaczyłem naraz tyle wesołości, że ucieszyłem się na sam widok 
ich promiennej radości. Pełen ulgi widziałem już Bosmanka przewracającego się na 
swą "marynarską pierś" i wydostającego z tajemniczego zakątka olbrzymi kłąb 
pożądanej "pucboli". 
Nic podobnego nie nastąpiło. 
Bosmanek złapał się za rękaw swej ogromnej nocnej koszuli i po kilku potężnych 
szarpnięciach cały rękaw zsunął się z atletycznej jego ręki. 
Siedział tak w postrzępionej koszuli, uśmiechając się pod wąsem. Podając mi 
zwinięty materiał powiedział: 
- Masz! 
Uczułem naraz, że robi mi się koło serca bardzo ciepło i pokochałem Bosmanka tak 
samo jak "Lwów". Nie mogłem inaczej wyrazić Bosmankowi swego uczucia i 
wyszeptałem: 
- O! MU - KU - RU! 
ORNITOLODZY 
Oilny wiatr dmący z wejścia do Kanału Angielskiego zmusił nasz stary żaglowiec 
szkolny "Lwów" do rzucenia przy wschodnim wybrzeżu Anglii kotwicy, by przeczekać 
zmianę kierunku wiatru. Młodsi oficerowie "Lwowa", będący starszymi kolegami 
uczniów zaokrętowanych na tę podróż, mieli odmienne zdanie co do tego czekania 
na wiatr aniżeli komendant i starszy oficer. 
- Zamiast nudzić się na kotwicy, poszlibyśmy dookoła, to znaczy pomiędzy 
Szetlandami i Wyspami Owczymi - mówili. - Obeszli-byśmy z daleka cmentarzysko 
żaglowców, Biskaje, a nie czekali na poniżające dla nawigatora zmiłowanie 
wiatru. 
Tegoroczni absolwenci, którzy odbywali swą ostatnią podróż na białym barku 
szkolnym, szykując się do egzaminu praktycznego, gorąco popierali starszych 
kolegów-oficerów. 

background image

Podróż "dookoła" Szkocji to jednak szmat drogi, nawet w porównaniu do całej 
tegorocznej podróży, której terminów musieliśmy dotrzymać. Szliśmy na Morze 
Czarne do Konstancy, gdzie mieliśmy - na specjalne zaproszenie młodocianego 
króla Rumunii, siedmioletniego Michała - swą obecnością uświetnić rumuńskie Dni 
Morza. 
To przypadkowe miejsce zakotwiczenia naszego barku szkolnego było wyjątkowo 
zajmujące, ponieważ wskutek pływów bezustannie zmieniał się tutaj kierunek i 
szybkość prądu, jak również głębokość, która pozornie nigdy nie odpowiadała 
głębokości podanej dla tego miejsca na mapie. 
W nawigacyjnej uczniowskiej kipiało od wertowania atlasów prądów, tablic pływów, 
roczników astronomicznych i tablic nawigacyjnych. Każdy absolwent musiał kilka 
razy przeprowadzić własnoręcznie sondowanie i zanalizować różnicę pomiędzy 
głębokością podaną na mapie a odczytaną przy sondowaniu. Były to tak zwane 
ćwiczenia "redukcji sondy" i "zera mapy". Zero mapy - ta tajemnicza nazwa 
oznaczała poziom morza, do którego odnoszą się głębokości podane na mapie 
morskiej. Poziom morza zależny od chwilowego pływu. stwarzał warunki do 
dyskusji, który stan wody uważać za niski, i wobec tego każde państwo morskie 
uważało za punkt honoru podawać odmienny dla swych wybrzeży ku niewymownej męce 
uczniów szkół morskich. 
W nawigacyjnej było słychać przeważnie głosy dwóch "wiecznie" ze sobą się 
kłócących - Dyzia i Pigła. 
- Jak ci się już wszystko będzie zgadzało do jednej tysięcznej milimetra, to ci 
rozwalę ten genialny umysł - pienił się Dyzio. 
Pigieł, słuchając obietnic Dyzia, uśmiechał się niefrasobliwie i głośno 
zachwycał się swymi genialnymi wynikami obliczeń. 
- Dyziu, posłuchaj tylko, wyliczyłem z dokładnością do pół minuty moment 
wysokiej wody w odniesieniu do Dover, interpolację przeprowadziłem z 
dokładnością do jednej tysięcznej, obliczyłem dla tego momentu odległość 
księżyca i słońca od ziemi oraz ich deklinację do dziesiętnych  minuty,  wziąłem 
• pod  uwagę  warunki  atmosferyczne i pływ burzowy oraz wszystkie wiatry mogące 
mieć wpływ na stan wody tutaj i wiejące w ciągu ostatniego tygodnia przy 
zastosowaniu spirali Ekmana. 
- Pigieł, przestań. Przestań, bo nie wytrzymam! - krzyczał Dyzio tak głośno, że 
słychać go było na całym pokładzie. 
Ale Pigieł w dalszym ciągu upajał się sw.ymi obliczeniami i swą genialnością nie 
docenianą przez żadneg9 z.kolegów. Dotychczasowe jego wyczyny przyniosły mu w 
rezultacie przydomek "Pigłu", które to słowo powtarzane szybko raz po raz 
ujawniało jego istotne znaczenie. Wówczas jeszcze nikt w nim nie podejrzewał 
światowej sławy malarza, którego wystawę będzie otwierał Bernard Shaw, nikomu 
nie przeszło przez myśl, że Pigieł wystawi swe obrazy w Royal Aca-demy i jako 
nadworny malarz królowej Elżbiety II odbędzie z nią podróż na Bermudy.  Na  
razie  Pigłeł potwierdzał swym gadaniem przysłowie perskie, że "dobry kogut w 
jajku pieje". O tym pianiu w jajku Sforza piał ułożony przez siebie dwuwiersz: 
Wielki Pigłu jestem JA, Wnet miraże wam pokażę. O! La! La! 
W tym okresie Pigieł potrafił wyrażać swe miraże biegle w trzech językach, 
oprócz rodzimego. Według słownictwa tego samego Sforzy Pigieł z jednakową 
łatwością "naigrywał się" na fortepianie i skrzypcach, "gimnastykował się" 
dyrygując orkiestrą kameralną, którą sam zorganizował werbując do niej co 
muzyfcalniejszych kolegów, oraz ilustrował podręczniki wydawane przez 
wykładowców Szkoły Morskiej, piórkiem i tuszem wyczarowując wspaniałe żaglowce. 
Z czasem żaglowce te znalazły się w wydanych przez Pigła w języku angielskim 
książkach pt.: Jafc malować żagle i morze oraz Jak malować swój statek. 
Zdolności i oryginalność, a zwłaszcza nos i umiejętność władania szpadą, 
przyczyniły się do tego, że wielu chciało w nim widzieć sobowtóra Cyrano de 
Bergerac. 
Sforza dowodził, że nos Pigła przypomina żagiel topsel, którego w odpowiednim 
momencie, przy nadchodzącej burzy życiowej, Pigieł 

background image

nie potrafi zwinąć, co powoduje częste dryfowanie całej jego osoby w stylu 
Casanovy i niemniej czarująco. 
Najwspanialsze jednak były Pigła paczki żywnościowe otrzymywane z domu. 
Przeważały w nich, nigdzie nie spotykane, kabanosy. Sforza twierdził, że są tak 
długie jak sam Pigieł i jego soliter, który nie pozwala Pigłowi zmienić wyglądu 
chodzącego żywego obrazu głodu w Indiach. 
Jeśli paczka żywnościowa dla Pigła została dostrzeżona na czas, to bywał on 
natychmiast wiązany. Kabanosy swoje oglądał wyłącznie z daleka, a Sforza 
tłumaczył mu, że marnotrawstwem byłoby karmienie takimi pysznościami solitera. 
Solłter ten był zrodzony z bujnej wyobraźni Sforzy, absolwenta szkoły filmowej. 
Jeśli podczas podroży nie kołysało zbytnio, Sforza grał z powodzeniem rolę 
oficera nawigacyjnego. Podczas kołysania grywał, również z powodzeniem, 
człowieka obezwładnionego chorobą morską, sam jeden na scenie, w którą zamieniał 
się nie lubiany przez nikogo szpitalik okrętowy. 
W szpitalnej koi grywał także rolę szczęśliwego Tantala sycącego się widokiem 
przyjaciół raczących się sporządzanymi specjalnie na jego podróż sarnimi 
cąbrami, szynkami dzików i wielu innymi specjałami, gdyż od rodziny Sforza z 
błot pińskich otrzymywał przed wyjściem w podróż olbrzymie zapasy, tak jak gdyby 
wyruszał na wyprawę krzyżową. Poleskie ostępy kryły tyle zwierza, że specjały te 
były tam dosłownie "bezcenne", ale na statku ich "bezcenność" nabierała 
potocznego znaczenia. 
Przy koi Sforzy kłócili się często, ale już na zupełnie inne tematy, Dyzio i 
Pigieł. Kiedyś tematem kłótni Dyzia z Pigłem były ptaki. Dyzia interesowały 
stale takie kwestie, jak przyczyny długości szyi żyrafy, dlaczego słoń ma trąbę 
lub czym lot jaskółki różni się od lotu wróbla. Szukał na te męczące go pytania 
odpowiedzi czytając dzieła Darwina w języku francuskim. Sforza, który znał 
nieomal na pamięć wszystkie opowiadania morskie Claude Farrere'a i Pierre'a 
Loti, nie darzył sympatią Darwina i wyrażał obawy, że Dyzio, oddający się z 
zapałem studiom nad dowodzeniami Darwina, zechce sprawdzić to wszystko, czego 
się naczytał i gotów zamieszkać na stałe na jakimś drzewie w Afryce, by stać się 
praprzodkiem. 
Pigła interesowała wyłącznie barwa upierzenlia ptaków, podobnie jak i barwy 
kwiatów. Przyczyn tworzenia się barw dopatrywał się w kształcie ich właścicieli 
i szerokości geograficznej miejsca ich zamieszkania, według wyimaginowanej przez 
siebie teorii równowagi barw. Dyzio wyprowadzał wszystkie barwy od 
przystosowania się do warunków życia. Sforza z przejęciem obalił teorie obu 
opowiadaniem o wspaniałej kolekcji wędrownych ptaków brodząco-be-kasowatych 
Machetes Pugnax, których rzadkie okazy posiadali jego znajomi osiadli wśród 
bagien Pańszczyzny, 
- Pigłu - mówił Sforza - jakaż równowaga barw, skoro ani jeden samiec tego 
samego kształtu nie posiada tego samego koloru upierzenia podczas godów. A 
według twojej teorii, Dyziu, akurat na szerokości błot pińskich muszą w maju 
zjawiać się te ptaki i każdy z nich musi się ubrać na ten okres w odmiennego 
koloru kapturek i kryzę. Miraże. Jakie przystosowanie się do warunków życia, 
jeśli podczas toków potrafią godzinami wyczyniać wszystko na niby, udając 
najbardziej zażarte walki. Nie widziałem jednak nigdy, żeby podczas takiej walki 
jeden z nich skrzywdził drugiego. Wspaniali aktorzy, nawet nie rycerze podczas 
turnieju, potykający się dla przypo-dobania się swej damie serca. Ich damy 
przyglądają się tym harcom, ale każdy z nich posiada tych dam kilka. 
Słabością Dyzia, odrywającą go od studiów nad dociekaniami Dar-wina, były dzieła 
Gorkiego, których pełne wydanie w oryginale woził stale ze sobą. W osobie Dyzia 
nie podejrzewano przyszłego profesora ekologii, a najmniej - przyszłego 
dostojnika. 
Nie kończące się dysputy pomiędzy Dyziem i Pigłem zmieniały swój temat w 
zależności od miejsca, w którym były prowadzone. 
Podczas przedłużającego się postoju w oczekiwaniu na wiatr sprzeczki w 
nawigacyjnej były coraz żarliwsze: 

background image

- Pigłu, jeśliś taki mądry, powiedz, jakie jest zero mapy przyjęte przez 
Japonię. 
- Średnia najniższa niska woda - bez zająknienia odpowiedział Pigieł. 
- Miraż, Pigłu. Miraż - cieszył się Dyzio. - Nic podobnego. Indyjska niska woda 
syzygijna. No, ale powiedz wobec tego, jakie jest zero mapy przyjęte przez Indie 
Holenderskie? No? 
- Indyjska niska woda syzygijna - powtórzył Pigieł usłyszane przed chwilą od 
Dyzia zero mapy japońskiej. 
- I znów twój miraż nad miraże. Nawet nie śniłeś nigdy o takim zerze. Średnia 
półroczna najniższa niska woda. Ale do trzech razy sztuka. Powiedz, Holendrzy... 
- Odczep się, Dyziu - zirytował się Pigieł. - Daj mi spokój. 
- Oho! Nie dam - znęcał się nad nim Dyzio. - Jak ci znów wypadnie dokładność 
stanu wody do jednej tysięcznej milimetra, to cię jeszcze raz przeegzaminuję, 
choć i tak stwierdziłem, że nic nie umiesz. 
Na szczęście "Lwów" wybrał kotwicę i ruszył przez Kanał Angielski z wizytą do 
siedmioletniego króla. 
Wszystkie zajęcia mogące się przydać absolwentom w przyszłości, a nawet 
stawianie i zwijanie żagli, były wykonywane z zapałem, natomiast mycie, 
malowanie i czyszczenie mosiądzu należały do prac objętych ukutym w szkole 
powiedzeniem: "Lenistwo jest rękojmią zdrowia". Jeśli któryś z absolwentów nie 
piastował godności starszego nawigacyjnego lub służby bosmańskiej, to zanim 
przyszła jego kolej na jedno z tych stanowisk, uważał siebie za pasażera wolnego 
24 
od .robót porządkowych. Wobec tego że w tym roku było o kilku absolwentów więcej 
niż godnych ich stanowisk, wolni od służby wymyślili samobójczą zabawę podczas 
wachty, wylosowując spośród siebie jednego, który miał w odpowiednim momencie 
znaleźć się na ścieżce życia komendanta i to z rękami nie zajętymi pracą. 
Pozostali za najbliższą nadbudówką obserwowali straszliwy moment rzucenia się 
komendanta na wylosowaną dla niego ofiarę. 
Przerażenie ofiary było zawsze wielkie, ponieważ komendant nie znosił na 
pokładzie ludzi, którzy nic nie robili. Co prawda etykieta morska była na statku 
przez wszystkich ściśle przestrzegana i w miejscu, gdzie ktoś pracował, nigdy 
nikt nie przebywał bezczynnie, a jeśli go zaskoczono śpiącego i odpoczywającego 
nawet przed wachtą, każdy natychmiast przykładał ręki i pomagał "pracerzom". 
Komendant jednak doskonale wiedział, że część absolwentów jest nieuchwytna i 
zabijał czas polowaniem na sztuki bardziej wyrafinowane w próżnowaniu. 
Po upolowaniu absolwenta nigdy nie było wiadomo, jakimi drogami potoczą się 
myśli komendanta i co z tego wyniknie. Bardzo często wszystko zależało od 
miejsca spotkania z przeznaczeniem, miejsce zaś ustalano z góry. 
Tytuł komendanta statku szkolnego przywędrował z francuskiej marynarki i znalazł 
z łatwością zastosowanie na "Lwowie", ponieważ starszy i drugi oficer byli - 
podobnie jak i komendant - kapitanami żeglugi wielkiej. Mówienie do nich "panie 
poruczniku" było degradowaniem ich zasłużonego tytułu. Tytułowanie wszystkich 
kapitanami .naruszało bezapelacyjne prawo do tego tytułu zawarowane •dla 
kapitana statku, wywołując niezadowolenie wyrażane przez poprzedniego kapitana 
zdaniem: "Znaczy tytułomania". Obecnie tytuł komendanta jasno określał 
stanowisko i godność pozwalając jednocześnie na odpowiednie tytułowanie 
starszego i drugiego oficera. 
Obecny komendant dzięki swej przygodzie z łodzią podwodną - na której 
dobrowolnie zatonął, by nie zostawić bez dowództwa załogi, po czym po opanowaniu 
paniki z leżącej już na dnie łodzi wyrzucił na powierzchnię pozostałych przy 
życiu ludzi i wydostał się sam - miał nieograniczony kredyt na "rozszarpywanie" 
rzuconych mu ofiar. Ofiary zaś nie miały prawa nosić w sercu urazy do komendanta 
za wysłuchane przymiotniki dotyczące ich osoby. To była gra. 
Według Sforzy siła komendanta miała swe źródło w lęku przed nim, podobnie jak to 
twierdzili Murzyni we Wschodniej Afryce, że "lęk przed lampartem jest jego 
siłą". 

background image

Sam Sforza, gdy los przeznaczył go na ofiarę, przed nadchodzącym komendantem 
przysiadł ze strachu na pokładzie, łapiąc się dwoma rękami za bezlitośnie 
gładkie i czyste deski pokładu. 
Gdy straszny krzyk: "Dlaczego nic nie robicie?" przeniknął przez ciało Sforzy, 
ten odzyskał nagle mowę i wyjaśnił, że właśnie szuka przecieku na pokładzie, że 
właśnie w tym miejscu zawiodło kalfatro- 
25 
- AAAAaaaa!!! - zawirowało w powietrzu. - Powtórzcie, coście powiedzieli! - 
wyrzucił z siebie purpurowy komendant. 
- Słucham, czy idzie, panie komendancie. Słucham, czy nie popsuty. 
Na to posypał się na Dyzia grad przymiotników i porównanie do smacznego ryjącego 
czworonoga, który - według komendanta - miał tak samo znać się na pomarańczach, 
jak Dyzio na termometrach. Komendant nie używał polskiej łaciny, przekładając 
nad nią gre-czyznę. Schowanych za nadbudówką absolwentów uderzyło w uszy nowe 
słowo idiotropos, w dźwięcznym języku rodzimym Odyseusza znaczące tyle co 
"osobliwy". 
Wobec tego że termometr nie powinien się był znajdować na ro-strach, 
zainteresowanie komendanta przeniosło się szybko z Dyzia na domniemaną osobę 
mogącą tam zostawić termometr. Pozostawione wiadro natychmiast naprowadziło 
gromowładną falę na barki roztrzepanego młodszego nawigacyjnego, do którego 
należało mierzenie temperatury wody, dzięki czemu Dyzio obronną ręką zszedł z 
rostrów do codziennego życia na "Lwowie". 
Lawirując wśród wysp greckich i białych szkwałów, "Lwów" dotarł do Morza 
Czarnego, złożył w przewidzianym czasie wizytę młodocianemu królowi, zabrał nowy 
narybek kandydatów i rączo zawrócił do domu, zatrzymując się na chwilę dla 
odpoczynku w Algierze. Egzotyczna bandera "Lwowa" i jego wiek wzbudziły ogromne 
zainteresowanie najwyższych sfer Algierii. Możność zwiedzenia starego żaglowca, 
pod nigdy nie widzianą banderą, przyciągnęła nawet sfery dyplomatyczne w osobach 
kilku dystyngowanych pań i panów. Sylwetka przygotowanego do wyjścia na ląd 
Pigła przypominała Podbipiętę z ogolonymi wąsami i zwróciła na siebie uwagę 
oficera służbowego, który natychmiast przydzielił Pigła do oprowadzania 
dyplomacji po statku. Właśnie całe towarzystwo stało na rufie "Lwowa", 
podziwiając strzelistość jego masztów i pajęczynę olinowania, gdy nie opodal 
spadł jakiś ptak zmęczony długim lotem nad morzem. Panie pierwsze zwróciły na 
niego uwagę, zainteresowane pięknym upierzeniem. Ptak bezsilny leżał na 
pokładzie. 
Pigieł, zgadując życzenie pań, podniósł ptaka i usiłował zademonstrować 
rozpiętość jego skrzydeł. W tej samej chwili pojawił się goniony ciekawością 
Dyzio ze służbowej wachty. W wiekowym drelichu, zmęczony, był owocem zakazanym 
na rufie podczas wizyty zwiedzających i to w obecności komendanta. 
Po historii z termometrem Dyzio nie istniał w wyobraźni komendanta jako homo 
sapiens mariniensis, i należał już, przez swe zainteresowanie Darwinem, do 
praszczurów ludzkiego rodu. Widząc go teraz ubranego w coś co kiedyś można było 
nazwać drelichem, komendant poczuł w sobie wzbierającą nawałnicę. Dyzio zaś, gdy 
usłyszał skierowane do Pigła pytanie, na które ten nde mógł odpowiedzieć, 
przejęty widokiem leżącego na jego rękach ptaka, zaczął płynną i poprawną 
wanie, to znaczy uszczelnienie przestrzeni pomiędzy deskami za pomocą pakuł i 
specjalnej masy zwanej pakiem. Że właśnie on, Sforza, czuje się powołany do 
wyszukania tego zupełnie niewidocznego dla oka przecieku, ale przeciek bez 
wątpienia jest, ponieważ w tym miej-, scu woda kapie mu do hamaka. 
Sprawa ta niesłychanie zainteresowała komendanta, który natychmiast kucnął obok 
Sforzy, by lepiej zobaczyć to słabe miejsce swego statku. Przeciek był tym 
ciekawszy, że kalfatrowanie wykonał przed miesiącem doskonały specjalista od 
tych spraw, cieśla okrętowy Owsik. Nad głową nieszczęsnego potomka Sforzów i 
Bogu ducha winnego cieśli zawisła groźna burza. Szczęściem nagła zmiana wiatru 
zmiotła nagromadzone chmury. 

background image

Sforza twierdził, że poświęcił Owsika, by uratować swoje życie. Komendant nigdy 
nie wracał do rzeczy przeszłych, przyszłość przynosiła tyle nowych i ciekawych 
spraw, że na tamte nie miał po prostu już czasu. 
Była jednak jedna rzecz, która komendanta stale drażniła i o której pamiętał - 
to ubiór Dyzia. Ubiór, który w zasadzie niby niczym się nie różnił od ubioru 
pozostałych kolegów. Każda jednak jego część miała swoistą indywidualność, 
podobnie jak i sam właściciel, i żyła swoim odrębnym życiem. Pomimo że wszystko 
było uszyte specjalnie na Dyzia, całość sprawiała wrażenie, że została zdjęta z 
kogoś innego. Komendant nie mógł się pogodzić z wyróżniającą się 
indywidualnością ubioru Dyzia, toteż między nim i Dyziem dochodziło często z 
tego powodu do ożywionej konwersacji. A ponieważ w takich rozmowach głos Dyzia 
przypominał dziwnie głos komendanta, przypadkowi słuchacze mieli zawsze dużo 
uciechy. 
W podróży tej Dyzio wylosował miejsce na rostrach, na których stał szybkobieżny 
dziesięciowiosłowy kuter reprezentacyjny. Całe rostry były w zasięgu wzroku 
komendanta stojącego na rufie. Dyzio, zgodnie z zasadami gry, stanął na rostrach 
i stał na nich tak długo bezczynnie, aż komendant zainteresował się jego osobą. 
Aby odwrócić uwagę od swej garderoby, która stale była tematem dyskusji i 
zyskiwała sobie coraz bardziej ujemną opinię, Dyzio złapał do ręki nieopatrznie 
pozostawiony na rostrach termometr do mierzenia temperatury wody. Na pokładzie 
pod rostrami leżało jeszcze płócienne wiadro, jedno z tych, jakie wyrabialiśmy 
na statku. Dyzio, udając że nie widzi zainteresowania komendanta swoją osobą, 
przyłożył sobie termometr do ucha. 
Na ten widok komendant zawołał wielkim głosem: 
- Chaleraa! Co wy robicie? 
"Cholera" w żadnym wypadku nie odnosiła się do Dyzia. Był to radosny okrzyk 
myśliwego przekonanego, że zwierzyna mu nie ujdzie. Był to w każdym wypadku 
wykrzyknik przyjazny. 
- Słucham, czy idzie, panie komendancie! - swym podobnym do komendanta głosem 
odkrzyknął Dyzio, 
francuszczyzną objaśniać pochodzenie ptaka, jego zwyczaje i przyczynę obecnej 
tragedii. Wymienił cały rodowód po łacinie i tak się zapamiętał w opisywaniu 
tego rzadko spotykanego okazu, że zapomniał 
0 komendancie. Mówił z taką werwą i znajomością przedmiotu, że oczarował całe 
towarzystwo. Pytanlia już teraz sypały się jedno po drugim. Dyzio był w swoim 
żywiole. Pokazywał kształty pazurów i dziobu, upierzenie i cechy 
charakterystyczne dla tego gatunku. Gdy była mowa o barwach, musiał odstąpić na 
chwilę głosu Pigłowi, który rozwinął przed słuchaczami swoją teorię równowagi 
barw. 
Całe towarzystwo na rufie wydawało się nie dostrzegać niedostatków w ubiorze 
Dyzia. Wszyscy byli wyraźnie zdumieni nieoczekiwanym wykładem i jego wysokim 
poziomem. 
Gdy wyczerpał się cały temat przelotnego ptaszka, uśmiechnięty 
1 zadowolony komendant spytał Dyzia: 
-• Który z was lepszy ornitolog, on czy wy? - mówiąc to wskazał na Pigła. 
- On - bez chwili namysłu odpowiedział Dyzio. 
- Mnie się wydaje, że chyba wy - uśmiechając się pod wąsem powiedział komendant. 
- Bo wy cały czas mówiliście. 
- O nie, on jest lepszym ornitologiem, panie komendancie - upierał się Dyzio. 
- Dlaczego on? - dziwił się komendant. - Czy on też tak dużo studiuje jak wy? 
Czy więcej od was? - pytał dalej. 
- Nie, panie komendancie - odpowiedział Dyzio - ale on zjada jajecznicę z 
trzydziestu jaj, a ja tylko z piętnastu. 
Dalsza rozmowa, pomimo obecności bardzo dystyngowanego towarzystwa z dyplomacji, 
zakończyła się wybuchem śmiechu, z którego można było jednak wyłowić dźwięk 
grecki, przypominający określenie "osobliwy". 
WIATR 

background image

W ciągu ośmiu dni bezustannego wschodniego wiatru mieliśmy możność doznać 
wszelkich wrażeń będących ongiś udziałem żeglarzy na dużych żaglowcach, a 
uzależnionych od humorów ich kapitanów. Można by je zawrzeć w granicach 
określonych nazwami: OKRĘT-PIEKŁO i PŁYWAJĄCY DOM RODZINNY. 
Kapitan naszego szkolnego żaglowca, podobny łudząco do współczesnego mu komika 
filmowego Maxa Lindera, był tylko odrobinę mniej zabawny od tego popularnego 
artysty. Posiadał natomiast genialną umiejętność błyskawicznego przechodzenia od 
nastroju kapitana na OKRĘCIE-PIEKŁO, wołającego wielkim głosem: "Kobiety mam 
zamiast oficerów! Trzy dni już jesteśmy w morzu, a jeszcze nie widziałem krwi na 
pokładzie!" do nastroju żony kapitana na PŁYWAJĄCYM DOMU RODZINNYM, troszczącej 
się nie tylko o załogą, ale i o przygodnie opadłe na statek ptaki. Nie należy tu 
mylić Pływających Domów Rodzinnych, na których surowe życie marynarskie 
łagodzone było ciepłem domowego ogniska przez żony kapitanów obdarzone wielkim i 
dobrym sercem, z KURZYMI FREGATAMI, gdzie rządziły również żony kapitanów, lecz 
całkowicie pozbawione serca. Mieliśmy na stażu w tym rejsie oficera marynarki 
wojennej o gołębim sercu, co zadecydowało, iż podjął się on opieki nad kilkoma 
gołębiami, które - zabłąkane na Atlantyku - opadły na pokład naszego żaglowca 
idącego na Morze Czarne. Podczas wykonywania zwrotu przez sztag, gdy cała załoga 
stała przygotowana do brasowa-nia foka, to jest obrócenia wszystkich rei na 
przednim maszcie za pomocą lin zwanych brasami, usłyszeliśmy oczekiwaną komendę 
wydaną wielkim głosem przez kapitana za pomocą tuby mosiężnej, wyczyszczonej do 
granic wytrzymałości metalu: 
- Fook doookołaaaaa! 
I zaraz następnie ten saim głos dodał: 
- Panie Popieeel! Dlaczego gołębie wody nie maaaająą? 
W ciągu tego strasznego tygodnia każdego ranka na kursie nord ukazywały sią 
przed bukszprytem naszego żaglowca wierzchołki gór Sierra Nevada zaróżowione 
promieniami słońca. W nocy, na kursie south przed bukszprytem mrugało do nas 
światło latarni morskiej 
Alboran. Wszystkie nasze zwroty przez sztag, wykonywane co sześć godzin podczas 
lawirowania na południku wysepki Alboran, nie dawały pożądanego rezultatu: 
wschodni wiatr nie pozwalał na przebicie się na szersze wody Morza Śródziemnego. 
Jak wskazówka w zegarku, co sześć godzin bukszpryt pokazywał zidentyfikowany już 
przez nas szczyt Cerro de Mulhacen, a następnie - Alboran, latarnię morską lub 
jej światło. 
Przez pierwsze cztery dni z zapałem ćwiczyliśmy oversztagi opromienione miłym 
uśmiechem naszego kapitana. Piątego dnia jego humor uległ gwałtownej zmianie. 
Kapitan zaczął szukać winnych tego, że już piąty dzień nie możemy sią posunąć 
nawet o jeden kabel na wschód. 
Winni okazali się przede wszystkim sternicy, bo nie dość ostro sterowali na 
wiatr, oraz wszyscy uczniowie, bo zbyt opieszale braso-wali reje. Wobec tego 
przy każdym zwrocie traciliśmy to, cośmy zyskiwali przez sześć godzin posuwania 
się, teoretycznie kursem siedem rumbów do wiatru. 
Kapitan zaczął szaleć. Strasznym głosem obwieszczał nam, że nic nie umiemy 
robić, że będzie sam.chyba za nas sterował. Każdy się dowiadywał, że wszystko co 
w tej chwili wykonuje, jest zrobione nie po marynarsku, bez pojęcia, źle. I 
wtedy któryś z uczniów w chwili największego krzyku kapitana zaśpiewał: 
- Pyton szaleeeeeje! Pyton szaleeeeeeje! Od tej chwili kapitan został PYTONEM. 
Gdy po dokonaniu porannego zwrotu wachta nasza zajęta była zmywaniem i 
szorowaniem pokładu na rufie, w otwartych drzwiach prowadzących do kajutkompanii 
ukazał się kapitan: 
- Aaaaa, chalera! Nawet myć nie umiecie porządnie! Szczotki nikt nie wie, jak 
trzymać M! 
Nie dokończyliśmy słuchania opinii o naszej pracy. Wszyscy jak jeden mąż 
rzuciliśmy szczotki i biegiem pognaliśmy na dziób, pod bak - do naszego ustępu, 
śpiewając po drodze: 
- Pyton szaleeeje! 

background image

Zaledwie zatrzasnęliśmy drzwi "budynku bez okienek i kominka", usłyszeliśmy 
tupot nóg biegnącego za nami oficera wachtowego. Natychmiast złapaliśmy za 
klamkę nie pozwalając mu wejść do środka. Czwarty oficer był naszym starszym o 
jeden rok kolegą. Trzymaliśmy drzwi mocno, więc musiał rozpocząć z nami 
pertraktacje: 
- Chodźcie na pokład -' namawiał - wracajcie do roboty! 
- O, nie! Nie może tak być! Zapędź wpierw Pytona pod pokład! 
- Zwariowaliście?! 
- Zapędź Pytona! Umrzemy tu z głodu, ale nie wyjdziemy, zanim go nie zapędzisz 
pod pokład. Innego wyjścia nie ma! 
Nie mogąc się z nami dogadać, poszedł na rufę. Miał tak grobowy wyraz twarzy, że 
Pyton, posiadający dobre serce, zaniepokoił się natychmiast: 
_ Nu, co się stało? - spytał. 
- Wachta boi się pana kapitana! 
- Dlaczego się boją? 
__Pan kapitan powiedział, że nic nie umieją robić, więc się boją. 
Sobowtór Maxa Lindera uśmiechnął się: 
- Nu, to ja pójdę do kabiny. 
Do naszego przybytku zastukał uczeń nawigacyjny z radosną wieścią, że nie ma już 
Pytona na pokładzie. Wróciliśmy do roboty i szybko zabraliśmy się do szorowania 
pokładu. Musieliśmy się spieszyć, by odrobić stracony czas. 
Akurat gdy już wszystkich ogarnął zapał do pracy, ukazał się na pokładzie 
kapitan. Na jego widok, bez komendy, rzuciliśmy szczotki i pędem zbiegliśmy po 
trapach prowadzących na śródokręcie, by skryć się pod bakiem. Doszedł nas 
radosny okrzyk: 
- Chalera! Naprawdę się boją! 
Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy naszego kapitana wchodzącego do pomieszczeń 
oficerskich. Wróciliśmy do roboty. 
Wiatr wciąż nie zmieniał kierunku: east, stale east! 
Po południu wydało się nam, że szał Pytona doszedł do szczytu. Z okrzykiem: 
"Chalera! Trzeba złożyć ofiarę, żeby wiatr się zmienił!", nim ktokolwiek zdołał 
się zorientować, zerwał z siebie wspaniałą olbrzymią lornetkę, nabytą za 
pieniądze z trudem oszczędzane przez kilka lat, i cisnął ją za burtę. Czekając 
na skutek tej ofiary, doczekaliśmy się szóstego dnia bezustannie wiejącego 
wschodniego wiatru. 
Szósty dzień rozpoczął się również od cicho nuconej pod nosem piosenki "Pyton 
szaleje". Pierwsza wachta cierpliwie znosiła niepochlebne opinie o swojej pracy 
głośno wypowiadane przez kapitana. Po śniadaniu ci, którzy zajęci byli w pobliżu 
rufy, usłyszeli znajomy głos kapitana, komenderującego donośnie sobie samemu: 
- As! dwaa! as! dwaa! 
Głos dochodził z dolnych pomieszczeń na rufie. 
Kapitan sam sobie podawał komendy zazwyczaj jedynie w porcie, z okazji 
"spotkania się" z wąsem od brasów foka z lewej burty. Wąs ten, długości około 
pół metra i grubości ramienia, odlany z żelaza, służył do zwiększania kąta 
pomiędzy końcami rej a miejscem zamocowania brasów. Umieszczony był na 
śródokręciu, tuż pod relingiem, prostopadle do lewej burty statku. Przed wielu 
laty został.lekko zgięty. Zgięcie było znikome i nikomu w niczym nie 
przeszkadzało, z wyjątkiem kapitana. 
W porcie, jeśli kapitan miał czas wolny i spotkał się z wąsem, natychmiast 
zabierał się do jego prostowania. Wołał trapowego i wielkim głosem rozkazywał: 
- Przynieście młot z maszyny! 
Ubrany w biały, nakrochmalony mundur, w sztywnym kołnierzyku i krawacie, siadał 
okrakiem na relingu i zwracał się do trapowego: 
- Nu, dawajtie młot! 
Następnie z okrzykiem "as!" - podnosił młot oburącz nad sobą i na "dwaa!1' - 
opuszczał go na wąs. 

background image

Były to chwile wielkiego wypoczynku na statku. Wszyscy wiedzieli, gdzie jest 
kapitan. Przez godzinę słychać było donośne "as! dwaa! as! dwaa!". 
Po godzinie kapitan wyglądał jak wyciągnięty z wody. Praca w upalnym, 
południowym słońcu zmieniała kołnierzyk i krawat w miękką szmatę. Kapitan 
zadowolony z siebie zeskakiwał z relingu i monologował: 
- Chalera, zabrudziłem się! Ale wąs troszeczkę wyprostowałem! 
O ile pierwsza uwaga była słuszna, o tyle druga - mocno przesadzona. Mundur 
wyglądał tak, jakby był zanurzony w brudnej wodzie, a wąs nie wyprostował się 
ani o milimetr. 
Kapitan ukazywał się po pół godzinie na pokładzie przebrany oraz wykąpany i 
znacznie spokojniejszy. Pierwszą ofiarą padał trapowy. 
- Chalera! Dlaczego młot od maszyny leży na pokładzie?! Godzina wypoczynku 
minęła. 
Z odgłosów dochodzących teraz z wnętrza żaglowca można było wnioskować, że Pyton 
coś wlecze. 
- As! dwaa! as! dwaa! 
Po każdym "dwaa!" słychać było szurgot czegoś posuwanego po schodach. Musiało to 
być coś bardzo ciężkiego, bo do "as! dwa!" Pyton dołączał jeszcze "chalera". 
- As! dwaa! Chalera! 
Jeszcze parę "as! dwa!" i na pokładzie zobaczyliśmy Pytona wraz z olbrzymim 
fotelem. 
Fotel pamiętał chyba jeszcze siedemdziesięciolecie dziewiętnastego wieku. Był 
jednym z tych, w których dawniejsi kapitanowie żaglowców spędzali niekiedy dnie 
i noce na pokładzie, gdy ich obecność była tam konieczna. Ten olbrzymi, ciężki 
fotel był dotąd schowany w którymś z prywatnych schowków kapitana, ponieważ 
pierwszy raz zobaczyliśmy czcigodny antyk na statku. Wyciągnięcie go musiało 
kosztować Pytona niemało trudu. Zrozumieliśmy teraz jego intencję: postanowił na 
wzór dawniejszych kapitanów spędzać noce na pokładzie, by pilnować naszego 
sterowania. 
Spotkał nas jednak zawód. Na ponowny okrzyk "as! dwaa!" fotel znalazł się wysoko 
u góry, na wzniesionych rękach Pytona. Trzymając tak ten gigantyczny fotel nad 
głową, podobny był do cyklopa zamierzającego cisnąć głazem. Wolno podszedł do 
burty. Za chwilę radosne "as! dwaa!" obwieściło wszystkim, że przyczyna 
niepomyślnego wschodniego wiatru została utopiona w modrym Morzu Iberyjskim. 
W nocy przed bukszprytem odkryło się jak zwykle światło latarni morskiej 
Alboran. 
Siódmego dnia z samego rana Pyton rzucił się do masztu i zaczął skrobać go 
pazurami od tej strony, z której chciał dostać wiatr. Czynił to już od sześciu 
dni i nie było w tym nic nadzwyczajnego. Ale tego dnia Pyton ważył się na rzecz 
najstraszliwszą na żaglowcu: zaczął jednocześnie gwizdać! Gwiżdżący kapitan! 
Było to wyzwanie rzucone nieszczęściom. 
Strach i panika ogarnęły nas wszystkich. 
Na uśmierzenie Pytona istniał tylko jeden niezawodny środek. Ale nikt już 
takiego środka nie posiadał. Chyba że ktoś, nie wytrzymując nerwowo, uczyni 
ofiarę, jakiej otwarcie żądać było niepodobna. 
Pyton drapał maszt i gwizdał z wściekłością coraz głośniej. Jeśli nie 
przestanie, sprowadzi największe nieszczęście i zagładę statku. Gwizdanie na 
żaglowcach jest wyklęte. Czy ulituje się ktoś nad naszym starym statkiem i 
ofiaruje... swój zegarek? 
Jedynym ratunkiem było podsunięcie Pytonowi zepsutego zegarka. Najlepszy byłby 
duży budzik. Zepsuty, duży budzik położony na ścieżce Pytona zapewniał niekiedy 
parodniowy spokój i dobry humor kapitana. Pyton reperował wszystko, co tylko 
ujrzał zepsutego. Im bardziej skomplikowany mechanizm dało się nam podsunąć mu 
do reperacji, tym większa była radość Pytona. Zapominał o jedzeniu i piciu, 
przez kilka dni nie było go widać na pokładzie. Potem zjawiał się ze 
zreperowanym przyrządem w ręku i mówił: 

background image

- Durni, chalera! Niepotrzebnie tyle części napchali! Pytonowi zostawało zawsze 
kilka kółek. Ale budzik chodził. Na żaglowcu panowała radość i cisza. 
Obecnie jednak byliśmy od paru miesięcy w morzu. Zapas budzików przywożonych z 
urlopów już się wyczerpał. Pozostały zegarki. Czy ktoś ofiaruje się dobrowolnie 
zepsuć swój zegarek i dać go Pytonowi do zreperowania? Z góry było wiadomo, że 
zostanie jeszcze kilka zupełnie "niepotrzebnych" kółek. 
Na razie wszyscy zaczęli gorączkowo dociekać przyczyny nękającego nas wiatru. 
Nic się przecież nie dzieje bez przyczyny. Nieszczęścia tego rodzaju może na 
przykład spowodować nieopatrzne, przedwczesne wpisanie do dziennika okrętowego 
portu przeznaczenia. Dziecko wie, że należy tę rubrykę zostawiać nie zapisaną aż 
do osiągnięcia celu. Ale w naszym dzienniku okrętowym rubryka ta jest pusta. 
Więc może ktoś przed wyjściem z portu sprowadził na pokład statku jednocześnie 
kobietę i księdza? Albo idąc na statek spotkał czarnego kota lub nie zapłacił 
kobiecie w porcie? Wszyscy zachodzili w głowę, kto może być winowajcą? 
Nagle gwiżdżący Pyton coś zobaczył! Przestał gwizdać i skoczył w kierunku 
uczniowskiej kabiny nawigacyjnej, na której w cieniu sztaksla siedział nasz 
lekarz okrętowy i pisał. 
- Co doktor pisze?! - podejrzliwie zapytał. 
- List - odpowiedział spokojnie lekarz. 
- Aaaaaaaa! - zawył Pyton. 
Nareszcie winowajca został odnaleziony. Człowiek na żaglowcu piszący w czasie 
podróży list był gorszy od czarnego kota, nie zapłaconego rachunku, kobiety i 
księdza - razem wziętych. Już nic gorszego być nie mogło! 
Lekarze okrętowi. Na naszym żaglowcu były to twory najdziwniejsze w świecie. W 
epoce luksusowych parowców lekarze, którzy godzili się podróżować na 
sześćdziesięcioletnim żaglowcu pozbawionym chłodni, gdzie obowiązująca dieta 
przeczyła wszystkim zaleceniom higieny i medycyny, musieli być lekarzami 
odmiennymi od innych. 
Nasz pierwszy lekarz okrętowy liczył sobie około siedemdziesiątki. Życie miał 
już poza sobą, więc pobyt na naszym żaglowcu uważał za dodatek nadzwyczajny do 
życia. Nigdy nie doszliśmy, jakiej był specjalności. Metodę leczenia miał 
sprowadzoną do jednego tylko typu 
pigułki. 
- Toć to, człowiecze! - mówił do chorego ucznia z bolącym zębem. - Toć ja mam 
jeszcze pigułkę, co ją otrzymałem od sławnego profesora. Toć to ja ci dam jej 
połowę. Przejdzie ci ból natychmiast. 
I oddawał połowę tej bezcennej pigułki, którą uczeń za drzwiami ambulatorium 
wyrzucał od razu za burtę. Kolejny pacjent, uczeń skarżący się na boleści 
żołądka, otrzymywał drugą połowę tej samej pigułki i zażywał ją w identyczny 
sposób co poprzednik. Obaj - prócz pigułki - dostawali zresztą także zwolnienie 
od robót. 
Następny lekarz był ginekologiem. Co do niego zgodni byliśmy, że chce zapewne 
radykalnie odpocząć, ponieważ to, co umiał leczyć, nie istniało u nas na statku. 
Leczenie uczniów oparł na swej głębokiej wierze w nasz romantyzm, młodość i 
czas. 
Lekarz, który teraz wpadł w oko Pytonowi, był psychiatrą ze słynnego na całą 
Polskę zakładu w Tworkach. Na naszym żaglowcu czuł się wspaniale, jak wśród 
swych pensjonariuszy. Pomimo to dla nas pozostawał trochę dziwny. 
Na przykład w tej podróży upalne dni nie należały do rzadkości, by się więc 
nieco ochłodzić, czerpaliśmy wodę zza burty płóciennym kubełkiem uwiązanym do 
linki. Co chwila któryś z nas podchodził do burty, wyciągał pełne wiaderko i 
oblewał się słoną wodą. Doktor usiłował nas naśladować. Do momentu wylania na 
siebie wody wszystko robił dokładnie jak inni. Później wznosił kubełek nad głową 
i wylewał wodę... poza swoje plecy, tak że nigdy ani kropelka nie padła na jego 
ciało. Następnie oglądał się krytycznie, sprawdzał dłonią i mówił do siebie: 
- Jakaś dziwna woda. Jestem zupełnie suchy! 

background image

"Aaaaa!" Pytona zmieniło się we wrzask radości z odnalezienia wreszcie przyczyny 
nękającego nas wschodniego wiatru. Pyton, który odważył się gwizdać skrobiąc 
maszt, ryknął teraz: 
- Chalera! Zastrzelę! Natychmiast  zastrzelę! - i rączo  pobiegł w stronę rufy. 
Na rufie, w pomieszczeniach oficerskich, jak na każdym porządnym żaglowcu 
gotowym do stłumienia buntu załogi, rzędem w stojakach stały karabiny. Pyton 
złapał karabin i pędem rzucił się na pokład. 
Sami z radością przeciągnęlibyśmy lekarza pod kadłubem statku, która to kara 
pochopnie była dawniej stosowana na żaglowcach. Całkowicie na to zasługiwał za 
nasze męki wycierpiane od Pytona. Na to wszyscyśmy się zgadzali. Ale co zrobi z 
nim Pyton? 
Postanowiliśmy natychmiast schować lekarza, jeśli nam przysięgnie, że do końca 
podróży listów w morzu pisać nie będzie. Gdy poinformowaliśmy lekarza, czego 
jest sprawcą i co go za to czeka - zrozumiał. Przysiągł skwapliwie, że nigdy już 
czegoś podobnego nie uczyni i na żadnym żaglowcu nie napisze ani jednego listu 
przed przybyciem do portu przeznaczenia, bylebyśmy go ratowali! 
Ledwie zdążyliśmy przywalić doktora hamakami w międzypokła-dzie, gdy na 
śródokręcie wpadł Pyton trzymając W ręku winchester, niegdyś najbardziej modny 
typ karabinu na żaglowcach. Gdy spostrzegł, że lekarz uciekł mu "spod muszki", 
podniósł wrzask niesamowity. Wrzeszczał, że uciekła mu okazja natychmiastowego 
ukarania winowajcy i ofiarowania jego ciała morzu. 
- Uciekł mi! - ryczał. - Ale ja znajdę go i zabiję. 
To ostatnie słowo było najzabawniejsze, ponieważ winchestery służyły jedynie 
jako ozdoby wejścia do kajutkompanii i nikt nie miał do nich naboi. 
Najodważniejsi z nas powiadomili Pytona, że wytłumaczyliśmy lekarzowi, iż czeka 
go śmierć, na którą zasłużył, i tylko pod warunkiem, że nigdy już więcej listów 
pisać nie będzie, zgodziliśmy się go schować. Chcąc usposobić łagodniej kapitana 
opowiedzieliśmy przy okazji Pytonowi o sposobie polewania się doktora wodą. 
Pyton był w pierwszej chwili zachwycony, ale natychmiast potem ryknął na nas 
niespodziewanie: 
- Chalera! Jak jest coś śmiesznego, to nigdy mnie nie pokażecie! I dodał już 
spokojniej: 
- Nu, ja tak i mówiłem, że to idiot jeden! Jeżeli on pisze listy w morzu, nu, on 
inaczej i polewać się wodą nie potrafi. Cha! cha! cha! 
Od razu wstąpiła w nas wiara, że teraz - po wykryciu przyczyny - wiatr musi się 
zmienić. Wieczorem nie ujrzeliśmy już światła latarni na wyspie Alboran. Wiatr 
odszedł i przeszedł na west. 
Następnego dnia Pytona można było przykładać do rany i cały dzień dbał o nas 
tak, jakbyśmy byli gołębiami, które nie dostały wody. 
SIEDMIU Z MEKSYKU 
Otacje manewrowe! - głośny ten okrzyk przeniknął do świadomości marynarzy 
pokładowych przez uchylone drzwi kubryku wbudowanego - podobnie jak na dawnych 
żaglowcach - w dziób statku przed masztem. 
Komenda wzywała na manewry załogę starego parowca dawnej angielskiej kompanii 
okrętowej Ellerman i Wilson. Statek ten obecnie podnosił na grotmaszcie flagę 
kompanijną Polsko-Brytyjskiego Towarzystwa Okrętowego. Na rufie miał wypisaną 
nazwę: "Rewa", port macierzysty - Gdańsk. Gdynia była wówczas jeszcze w 
powijakach, wobec czego cztery statki młodej kompanii okrętowej rozpoczynały i 
kończyły swą podróż w Gdańsku. 
Starsi marynarze, siedzący w kubryku, poderwali się z ławek ustawionych wokół 
żelaznego piecyka umocowanego pomiędzy rurami, przez które przechodziły do swej 
komory łańcuchy kotwiczne. 
Ludzie sprzed masztu, wciągając grube robocze rękawice, kolejno przeciskali się 
przez wąskie drzwi prowadzące na pokład. 
Stacje manewrowe zapowiadały wyjście lub przyjście statku do portu. W tym 
wypadku było to wyjście "Rewy" w swój kolejny rejs do Hull i Londynu, do których 
kurs prowadził przez Kanał Kiloń-skł. Podczas stacji manewrowych na dziobie przy 

background image

kotwicy stawał starszy oficer z cieślą i z dwoma starszymi marynarzami; przy 
szprin-gu dziobowym - czyli linie podawanej z dziobu, ale skierowanej ku rufie i 
służącej do zatrzymywania statku idącego do przodu wzdłuż nabrzeża, czuwał 
bosman z chłopcem okrętowym z kubryku; na rufie - drugi oficer z trzema 
starszymi marynarzami. Kapitan z trzecim oficerem na mostku rozdawali rozkazy na 
dziób i na rufę. Szósty starszy marynarz piastował godność sternika manewrowego 
i stał przy sterze na mostku. 
Nowy drugi oficer zajął swe stanowisko na rufie. Był to pierwszy dzień pobytu 
nowego "drugiego" na "Rewie" i pierwszy na handlowym statku. Wieść, która 
dotarła do kubryku przed jego zjawieniem się na manewrach, głosiła, że 
dotychczas pływał jak sardynka w oliwie, zamknięty w metalowym pudełku łodzi 
podwodnej. Idąc po raz 
pierwszy na swe stacje manewrowe na handlowym statku zobaczył trzech starszych 
marynarzy; wydali mu się więcej niż zabawni. Byli to właściwie - jeden marynarz 
i dwie połówki. Drugi oficer nie miał wątpliwości, że ten jeden waży tyle co 
tamtych dwóch razem. 
Dochodziła godzina dwudziesta trzecia. Mżył drobny deszcz. Ciemności "choć oko 
wykol". Ze stanowiska między dwiema szalupami nad pokładem rufowym drugi oficer 
nie widział, co się dzieje przy windzie manewrowej i co robi trzech marynarzy, 
którymi ma "dowodzić", a których zaledwie zdołał zobaczyć przechodząc koło nich. 
Stał zagubiony w ciemności nocy, nie wiedząc, w jakim kierunku należy powtarzać 
usłyszane z mostku rozkazy podawane mu przez rozdzierającego sobie płuca 
trzeciego oficera. 
Do deszczu i ciemności dołączył się wiatr. Drugi oficer poczuł się bardzo 
samotny w czarnej wilgotnej nocy na nieznanym statku wśród obcych ludzi. Naraz 
usłyszał blisko głos jednego z trzech marynarzy: 
- Panie poruczniku, my na dole lepiej słyszymy rozkazy z mostku. Jak będzie 
wszystko zrobione, co kazali, to powiem panu porucznikowi, a pan tylko krzyknie 
na mostek. 
- Dobrze. Dziękuję - odpowiedział drugi oficer. 
Manewry przebiegały szybko i sprawnie. Gdy marynarz zameldował porucznikowi, że 
"rufa czysta" - to znaczy, że wszystkie liny na rufie, które łączyły statek z 
lądem, są już na pokładzie - "drugi" tę wiadomość oznajmił kapitanowi wesołym 
głosem, rozradowany, że wszystko poszło bez zająfcnienia. Był tak wdzięczny za 
doznaną przysługę, że gdy usłyszał okrzyk: "Można zejść z rufy", wyciągnął 
pudełko z papierosami i podsuwając je wysokiemu marynarzowi, powiedział: 
- Zapalcie. 
Marynarz, biorąc jednego papierosa z pudełka, zapytał uprzejmym głosem: 
- Panie poruczniku, czy mogę wziąć drugiego papierosa dla brata? 
- Proszę bardzo. Proszę bardzo - "drugi" był wyraźnie wdzięczny za spokojne 
manewry. 
Tak się od tych pierwszych manewrów drugiego oficera ustaliło, że do jedynej 
jego funkcji na nich należało częstowanie papierosami wysokiego marynarza, który 
za każdym razem nieodmiennie prosił o drugiego papierosa dla brata. 
Podczas jednego z następnych rejsów w Hull musiano przeprowadzić fumigację. 
Straszne to dla szczurów, prusaków i innych karaluchów słowo oznaczało 
zaklejenie papierami wszystkich otworów prowadzących do wnętrza statku i 
rozrzucenie przez specjalną ekipę we wszystkich pomieszczeniach substancji 
wytwarzającej śmiercionośny gaz, następnie zamknięcie i zaklejenie przez tę samą 
ekipę drzwi, przez które wyszła z pomieszczeń. 
Dla załogi fumigacja oznaczała dzień odpoczynku. 
37 
 
 
W tym okresie pływało się na dwie wachty. W kubryku przed masztem mieszkało 
sześciu marynarzy i chłopak do ich obsługiwania. Chłopak, gdy skończył karmienie 

background image

marynarzy i sprzątanie kubryku, również wychodził do pracy na pokładzie, żeby 
sią nauczyć robót marynarskich i zostać w przyszłości marynarzem. 
Służba na dwie wachty na tym statku była w istocie rzeczy niekiedy 
osiemnastogodzinnym dniem pracy. Każdy z marynarzy bez wahania oddałby znaczną 
część dobrze nawet płatnych nadgodzin w zamian za możność odpoczynku. Załoga 
przyjęła więc z radością zapowiedź jednego dnia wolnego od pracy w obcym porcie. 
Tym bardziej, że był to piękny dzień wiosenny. 
Cała siódemka sprzed masztu omawiała dokładne wykorzystanie każdej chwili 
wolnego dnia. 
Przede wszystkim śniadanie w przyzwoitej kawiarni, potem zakupy w SIX-PENCE (był 
to olbrzymi magazyn Woolwortha, w którym każdy przedmiot nie 'kosztował więcej 
niż sześć pensów, czyli około pięćdziesięciu naszych groszy polskich). To 
kupowanie w six-pensie stało się na "Rewie" nałogiem, hazardem i rywalizacją w 
kupieniu czegoś takiego, czego nikt inny jeszcze nie kupił na statku. 
W kubryku przed masztem również nikt temu nałogowi nie potrafił się oprzeć. 
Kupowano więc najbardziej niepotrzebne przedmioty. Jeśli jeden z siedmiu kupił 
sobie kołyszącą się na drążku papugę z kolorowej masy, jakiej jeszcze inni nie 
posiadali, to pozostałych sześciu nie spoczęło, zanim nie uprosili któregoś ze 
stewardów lub palaczy wychodzących na ląd, by im koniecznie identyczne kupili. 
Pozostawało jednak po takiej papudze coś w rodzaju chęci zemsty, nie obce nawet 
ludziom sprzed masztu. Znajdowało ono wyraz w wielkim niekiedy wysiłku, by 
wyszukać i kupić sobie w ostatniej chwili przed wyjściem statku taką rzecz, 
której pozostałych sześciu nie miało. Wszystkie te bezużyteczne przedmioty 
wzbudzały w celnikach gdańskich odrazę. Jeśli czasem młody i niedoświadczony 
celnik usiłował oclić wynoszony ze statku taki przedmiot, jego właściciel nie 
wahał się nigdy przed znaczeniem go, pozbawiając się tym samym jedynej wartości, 
jaką przedmiot ten dla niego posiadał. Taką samą wartość według ludzi sprzed 
masztu posiadały również najwspanialsze obrazy. Wartość tę określano jako 
"radość oczu moich". 
Fumigacja w Hull stwarzała okazję rozkoszowania się kupowaniem bez pośpiechu 
właśnie takich rzeczy. 
Dalszy program tego cudnego dnia przewidywał odniesienie zakupionych w six-
pensie skarbów do budki znajomego dozorcy przy nabrzeżu, następnie zwiedzainie 
miasta, parków i okolic - w dzień. Miasto dotychczas było widywane wyłącznie 
nocą, w najlepszym wypadku wieczorem. 
Po zwiedzaniu - obiad w restauracji, wreszcie zakupy na targu owocowym i wymarsz 
z nimi na czterogodzinny seans w kinoteatrze. To się dopiero nazywało życie! 
38 
Siódemka sprzed masztu po zakończeniu swych prac, przebrana do wyjścia, rączo 
ruszyła do tea-roomu na śniadanie. 
Okazało sią, że śniadania na statku były zawsze znaczenie lepsze od zjedzonego 
na lądzie. Fakt ten jednak podniósł bardzo na duchu całą siódemkę, która 
nareszcie zaczęła szaleć w six-pensie. 
Wiele było zadawnionych porachunków i obiecanych sobie aktów zemsty, na przykład 
za kupioną małpę z bananem zawieszoną na długiej gumce lub za kwiat do klapy 
marynarki, z którego tryskała woda za pociśniąciem ukrytej w kieszeni gumowej 
gałki z doprowadzoną do niej od kielicha cienką, gumową rurką. Za chęć 
powąchania "cudnego kwiecia" w klapie marynarki ogarnięty tą żądzą człowiek 
płacił zalaniem mu oczu wodą. To było bardzo zabawne. 
Ale sześciu sprzed masztu przez cały rejs zazdrościło posiadaczowi cudnego 
kwiecia, zanim w następnym rejsie nie zaopatrzyli się w podobny. 
Nie chcąc sią 'zgubić w tak uroczystym dniu, siedmiu sprzed masztu umówiło sią, 
że o dziewiątej minut trzydzieści zbierają się przed wejściem do six-pensu, by 
razem odnieść pod statek zakupione przedmioty. Była godzina dziewiąta minut 
trzydzieści dwie, gdy zjawił sią na zbiórce ostatni z siódemki. 
Poraził on całą szóstkę widokiem swego olbrzymiego, o wszystkich kolorach tęczy 
meksykańskiego kapelusza. 

background image

Ach! Cóż to był za kapelusz! Średnica jego miała chyba przeszło metr, a wykonany 
był z lekkiej, giętkiej, różnokolorowej słomki. Trudno było nabyć coś bardziej 
niepotrzebnego i bezużytecznego na 'statku w tych warunkach. 
Reakcja sześciu marynarzy była jednakowa. Sześciu ich jednocześnie zawołało: - 
Gdzieżeś to dostał? 
Po upływie kilku minut cały Hull podziwiał siedmiu Meksykań-czyków chroniących 
swe opalone twarze przed anemicznym tego dnia angielskim słońcem pod bajecznie 
kolorowymi kręgami oryginalnych meksykańskich kapeluszy. To jednak nareszcie 
było coś. 
Na ulicy spotykani przechodnie uśmiechali sią do tak niezwykłej siódemki. W 
uśmiechu każdego widać było prawdziwą radość i wdzięczność za tę tęczową smugę 
na pokrytych codziennością ulicach. 
Droga do doku, w którym stała "Rewa", prowadziła przez rozległe, jeszcze nie 
zabudowane tereny i przecięta była w paru miejscach nowo budującymi się 
arteriami komunikacyjnymi. 
W środku drogi na tych pustkowiach siódemka w meksykańskich' kapeluszach 
spotkała drugiego oficera idącego do miasta. 
Drugi oficer - obarczany często przez starszego oficera dodatkowymi, według 
"drugiego", i zupełnie niezasłużonymi robotami - poczuł sią naraz bratnią duszą 
idącej na statek siódemki. Powodowany niewygasającym uczuciem wdzięczności za 
ułatwione życie podczas 
39 
manewrów, odwołał na bok swego stałego odbiorcę dwóch papierosów i pod sekretem 
mu zdradził, że starszy oficer oczekuje na nich przy burcie "Rewy" z 
wyniesionymi na jego polecenie przez ekipę gazującą "potami" czarnej farby i 
pędzlami, by zatrudnić całą siódemkę sprzed masztu malowaniem z nabrzeża burty 
starej "Rewy". 
- Nie zdradźcie się, żeście mnie spotkali - mówił drugi oficer, uśmiechając się 
do tęczowych meksykańskich kapeluszy i do zawiedzionych nadziei starszego 
oficera. 
Posiadacz tajemnicy najbliższej przyszłości dogonił szóstkę zwiastując im 
piekielną nowinę. 
Zawrzały dusze, serca i umysły. Na pohybel z nim! 
Siódemka postanowiła złożyć niesione przedmioty w najbliższym domku i nie 
pokazywać się na statku aż do zakończenia fumigacji. W chwili gdy dochodzili do 
przecinającej ich drogę nowej autostrady, z przeciwnej strony spomiędzy domów 
ukazał się ten piekielnik z rozkazem na ustach malowania z nabrzeża całej burty 
zafumigo-wanego statku. Czarna rozpacz, która ogarnęła "siedmiu sprzed masztu, 
była tak wielka, że przeklęli swój statek i Byli gotowi zejść z niego, byle nie 
pozwolić na przekreślenie programu jednego z najpiękniejszych dni na "Rewie". 
Miała to być walka o swobodę, o możność oglądania jednocześnie słońca, zieleni i 
kwiatów. Walka o urok życia na ziemi. 
Nie było wątpliwości, że pomimo znacznej od tego potwora odległości, musiał on 
już dojrzeć swe ofiary. 
I naraz. O Posejdonie kochany! Masz Ty swe dzieci w opiece! 
Autostradą, przecinającą ten kawałek życia pomiędzy katem i jego "ofiarami, 
nadjeżdżał olbrzymi, specjalny ciężarowy samochód, którego cały bok zwrócony do 
nadchodzących Meksykańczyków był odkryty. Ludzie stojący w samochodzie skończyli 
właśnie przed chwilą wysypywać żwir na krawędź budującej się autostrady. 
Nie upłynęło więcej czasu niż trzeba wymówić: Robinson Cruzoe, a już cała 
siódemka zdołała wskoczyć do samochodu w momencie, gdy ich mijał. 
Zhiknęli starszemu oficerowi z oczu tak, jak znika obraz na ekranie. Po prostu 
nie ma go i już. 
Robotnicy byli zachwyceni sprawnością tej tęczowej smugi, która wdarła się tak 
błyskawicznie na ich samochód. Obdarzeni poczuciem łiumoru, cieszyli się razem 
ze swymi tęczowymi pasażerami, gdy ci wyjaśnili im przyczynę; gwałtownego 
wtargnięcia bez pytania do ich samochodu. 

background image

- O kay boys! It's junnyl Hard devil your chief, any way. Dobra chłopcy. Ależ to 
zabawna historia. Twardy jednak diabeł z tego waszego starszego oficera. O boy! 
O boy! - zacierali z uciechy dłonie. 
Zachwycony szofer dodał gazu, by znaleźć się jak najdalej od tego piekielnika. 
Gdy siedmiu sprzysiężonych wróciło wieczorem na "Rewę", tylko śmierć mogła 
każdemu z nich wydrzeć tajemnicę tęczowego nakrycia głowy. 
__ Dlaczego uciekliście??? - było to pierwsze zdanie, które po powrocie na 
statek usłyszeli od starszego oficera. 
- Kto?? - spytała siódemka chórem. 
- Wy - mówił "starszy". - Byliście wszyscy siedmiu w meksykańskich kapeluszach. 
__ My w kapeluszach? W meksykańskich? O czym pan kapitan mówi? Jakie kapelusze? 
- Jak to? Nie szliście w siedmiu po szosie? Przez pola? - pienił się "starszy". 
- Widziałem was doskonale. Gdzieście się podzieli, pytam? Położyliście się na 
ziemi i zakopali? Co? Bo tam rowów nie ma. Przeszukałem całe pole. Gdzie 
schowaliście się? Pytam raz jeszcze. 
Samochód miał od strony starszego oficera postawione wysokie obramowanie 
platformy, podobnie jak i z tyłu> wobec czego starszy oficer nie domyślał się, 
że przeciwna strona obramowania była spuszczona. Pędził tak szybko, że tylko 
przygotowana na wszystko siódemka mogła zdecydować się na karkołomny i 
samobójczy skok zespołowy. 
Pewni, że starszy oficer nie widział momentu wskakiwania do samochodu, teraz nie 
posiadali się ze zdumienia słysząc, że ich w ogóle widział, i to w meksykańskich 
kapeluszach. 
Zbity z tropu pewnością siebie całej siódemki i zdumieniem, z jakim go słuchali, 
starszy oficer sam nie był pewien, czy ich widział. A może mu się przywidziało? 
Na całym polu, w pobliżu tego miejsca, w którym wydawało mu się, że widział 
siedmiu Meksykańczyków, nie było żadnego wgłębienia, żadnego rowu, nawet lotnych 
piasków, zresztą nie potrafiliby się tak szybko zakopać w olbrzymich 
kapeluszach. Sam już nie wiedział, co o tym myśleć. 
Gdy ludzie sprzed masztu zaczęli znacząco na siebie spoglądać, dając <3o 
zrozumienia, iż podejrzewają "starszego", że pomimo tak wczesnej pory miał już w 
sobie siedem głębszych, starszy oficer zrezygnował z dalszego wypytywania o 
miejsce ukrycia się siedmiu ludzi w różnokolorowych, o metrowej średnicy 
meksykańskich kapeluszach, którzy potrafili w okamgnieniu rozpłynąć się w 
powietrzu. 
Od tej chwili życie starszego oficera na statku stało się udręką. Gdy znalazł 
się tylko w zasięgu głosu jednego z siedmiu sprzysiążonych, dosłownie 
natychmiast słyszał takie, lub podobne, zdanie: 
- To było wtedy, kiedy nasz "starszy" miał widzenie siedmiu z Meksyku. 
Mówiący zawsze udawał, że nie wie, iż starszy oficer go słyszy. 
- Przestańcie  gadać  głupstwa - krzyczał  rozwścieczony  "starszy". - 
Przestańcie! Przestańcie! Rozumiecie?! 
Prócz naszej siódemki cichą satysfakcję z szerzącej się na statku wersji o 
przedziwnym widzeniu starszego oficera miał "drugi" - bezpośrednia przyczyna 
całego wydarzenia. Radość jego rosła propor- 
40 
41 
n- 

cjonalnłe do ilości robót powierzanych mu przez "starszego" do wykonania. Na 
wszelki wypadek coraz serdeczniej obdarzał wysokiego marynarza papierosami, byle 
ten go nie zdradził przed "pierwszym", że ostrzegł siódemkę sprzed masztu o 
czekającej ich robocie w dzień fumigacji. Doszło do tego, że starszy oficer 
chcąc nie chcąc -musiał sam opowiadać o swym widzeniu, zaliczając je do zjawisk 
nadprzyrodzonych, które niekiedy przydarzają się w życiu nie tylko ludziom, ale 
i statkom. Drugi oficer skwapliwie zawsze potakiwał, opowiadając chętnie o tym, 
co mu się samemu raz w życiu przydarzyło niezwykłego. 

background image

Zdarzenie to nie było może tak niezwykłe, jak widzenie starszego oficera, 
niemniej jednak zasługiwało na jego uwagę - było autentyczne, słyszał o kilku 
podobnych, i potwierdzało istnienie rzeczy nadprzyrodzonych. 
Drugi oficer na kilka lat przed wybuchem pierwszej wojny światowej znalazł się 
jako świeżo mianowany oficer na kanonierce rzecznej na pograniczu chińsko-
rosyjskim. Jak wynikało, z jego opowiadania, posyłano tam nowo mianowanych 
oficerów dla "uzupełnienia ich wyobraźni", której pewien brak wykazali w 
korpusie. 
Po wielu miesiącach nudnej służby drugi oficer usłyszał, że nad brzegami 
strzeżonej przez nich rzeki pojawił się słynny mag z Tybetu. Wiedziony 
ciekawością, namówił drugiego młodego oficera z ka-nonierki i obaj, przebrani za 
osoby cywilne, poszli obejrzeć maga, któremu stale towarzyszyły olbrzymie rzesze 
ludzi. 
Obaj oficerowie doznali zawodu na widok bardzo zwykłej postaci maga siedzącego 
pod drzewem i popijającego herbatę, do której sączyły się z liści krople mżącego 
deszczu. Rozczarowani zawrócili na swą kanonierkę. Naraz usłyszeli głos maga 
wzywający ich do siebie. Gdy przedostali się do maga, ten uśmiechnął się 
dobrotliwie, patrząc na nich, i powiedział: 
- Widzę, że jesteście zawiedzeni, sądziliście, że spotkacie tutaj niezwykłego 
człowieka, którego będziecie mogli podziwiać. Otóż powiem wam, że długo już 
tutaj nie zabawicie. Po wyjeździe stąd wiele lat nie będziecie się widzieli, a 
potem spotkacie się na wielkim zebraniu. Następnego dnia jeden z was umrze. 
Ubawieni tym co usłyszeli, młodzi oficerowie wrócili na kanonierkę. Czekały tam 
na nich dwa pisma. Jednego z nich przenoszono do Floty Bałtyckiej, drugiego do 
Floty Czarnomorskiej. Minęło kilka lat. Wybuchła pierwsza wojna światowa. Na 
balu w kasynie marynarki wojennej w Kotce spotkali się zgodnie z przepowiednią. 
Kolega drugiego oficera był w tym czasie na krążowniku "Pallada", który 
następnego dnia wyszedł w morze i którego już nikt nigdy nie zobaczył. Został 
storpedowany przez niemiecką łódź podwodną. Nie uratował się ani jeden człowiek 
z jego załogi. 
Tymczasem na "Rewie" minął prawie rok od widzenia, jakie miał starszy oficer. 
Wielu ludzi z załogi zapomniało już o tym wydarzeniu 
pod brzemieniem nowych wrażeń i upływającego czasu. Tylko drugi oficer 
niezmiennie częstował po stacjach manewrowych wysokiego marynarza dwoma 
papierosami. Sprawa siedmiu z Meksyku prawie ucichła. 
Wiosenny wieczór miał się ku końcowi, gdy "Rewa" znalazła się w drodze powrotnej 
do kraju na długości Arkony. Na mostku stał starszy oficer, który kończył swą 
wachtę. Promienie zachodzącego słońca oświetlały wejście do kubryku przed 
masztem. Na pokładach nie było żywej duszy - jak zwykle przed podawaniem 
posiłków. Na 1 sterze stał wysoki marynarz. 
- Panie kapitanie! - zawołał nagle. - Albo statek nie słucha steru, albo coś się 
dzieje niezwykłego z różą kompasową. 
Starszy oficer odwrócił się plecami do dziobu i podszedł do sternika. 
- Co się stało? - spytał. 
- Coś niedobrego dzieje się z różą kompasową, panie kapitanie. Niech pan 
popatrzy, według chmurek statek leży na kursie, ale róża się kręci. 
Starszy oficer rzucił okiem przed dziób i naraz zakrzyknął wielkim głosem: 
- TO ONI! TO ONI Z MEKSYKU! 
Przed wejściem do kubryku stało siedmiu ludzi w olbrzymich, różnokolorowych 
kapeluszach meksykańskich. 
- Panie kapitanie, panie kapitanie - gorączkował się sternik. - Niech pan 
spojrzy, co się dzieje z różą kompasową. 
Gdy starszy oficer, nie przestając krzyczeć "TO ONI Z MEKSYKU", odwrócił się, by 
zajrzeć do kompasu - ludzie w tęczowych meksykańskich kapeluszach znikli szybko 
w kubryku. 
- Widzieliście ich? - krzyczał starszy oficer do sternika. - Widzieliście? 

background image

- Kogo, panie kapitanie? - spytał zdumiony sternik. - Nikogo nie widziałem. 
Nikogo tutaj nie było, tylko róża kompasowa latała jak oszalała. Ach 
zapomniałem, że jesteśmy na trawersie Arkony. Tutaj bywają zaburzenia 
magnetyczne, a pan kapitan akurat podczas tych zaburzeń przypomniał sobie znów 
tych siedmiu z Meksyku. 
- Widzieliście ich tak dobrze jak ja! - ryczał w furii starszy Oficer. 
- O! Znów pan kapitan zaczął mówić o tych siedmiu, aż straszno się robi, 
słuchając tego. Róża jeszcze się nie uspokoiła - wzburzonym głosem mówił sternik 
chowając do buta magnes, którym przed chwilą rozruszał różę kompasową na znak 
dany z kubryku. - Co to będzie z panem kapitanem? Znów się pogorszyło. 
Starszy oficer zamilkł. Na mostek wszedł trzeci oficer. 
- Widzieliście ich? - rzucił się do niego "starszy". 
- Kogo, panie kapitanie? - spytał "trzeci", nie mający o niczym pojęcia. 
42 
43 
- Tych siedmiu z Meksyku - wołał "starszy". 
- Ach, znów pan zaczął o tych Meksykańczykach. Nikogo nie widziałem, panie 
kapitanie. Kiedy pan przestanie ich przypominać? 
Starszy oficer zamilkł zawiedziony i niepewny. Tajemnica siedmiu z Meksyku 
pozostawała nieprzenikniona. 
Ostatnie stacje manewrowe wysokiego marynarza. Jutro schodzi na ląd. Po 
skończonych manewrach drugi oficer już z przyzwyczajenia częstuje go papierosami 
i pyta: 
- Powiedzcie na pożegnanie, gdzie jest wasz brat, dla którego braliście zawsze 
papierosa. Przejrzałem całą listę załogi, ale nigdzie go nie znalazłem. 
- My wszyscy sprzed masztu jesteśmy braćmi, panie poruczniku, a papierosy brałem 
dla tych, którzy są ze mną na manewrach na rufie. Ja sam nie palę. 
NIE DOKOŃCZONY REPORTAŻ 
Oteward, niosący szklankę z ciepłą wodą do golenia, zapukał do kabiny kapitana. 
Nie czekając na dźwięk przyzwolenia, otworzył drzwi ł wszedł do wnętrza. 
- Siódma już, panie kapitanie - zameldował. - Jakiś pan przyjechał z interioru i 
chce się koniecznie z panem kapitanem widzieć. Prosił powiedzieć, że jest 
dziennikarzem. Taki młody... 
"Hm" kapitana skwitowało meldunek stewarda. 
- Trzeci oficer posadził go w salonie, panie kapitanie. 
- Hm - odpowiedział kapitan. 
Była godzina pół do ósmej, gdy kapitan ukazał się reporterowi. 
- Jestem po raz pierwszy w Gdyni, panie kapitanie. Rozumiem, dlaczego niektórzy 
nazywają Gdynię POLSKĄ CZTERDZIESTĄ MILĄ lub polskim KLONDIKE. Nowe miasto. 
Raczej nowy port pionierów. Co prawda miałem złudzenie, że brnę przez pustynię 
piaszczystą, zanim dobrnąłem do tego basenu, ale jestem pełen podziwu dla tego 
rozmachu. Nie mogłem na razie dojrzeć szklanych domów Że-romskiego, wierzę 
jednak, że gdzieś już są. Nie o tym jednak chciałem mówić. Przyjechałem, by 
napisać reportaż z życia na statku czy na okręcie. Znamy je tylko z obcej 
literatury, najwięcej z opowiadań Jacka Londona. Czy tak samo jest trudne? Czy 
rzeczywiście John Barleycorn jest duszą marynarza?  Czy  opanowanie załogi 
również i tutaj napotyka na takie trudności? Wyobrażałem sobie, że zobaczę okręt 
najeżony masztami i rejami, może nawet działami, a tu zobaczyłem tylko czarne 
burty i komin. Byłem tym trochę rozczarowany. Myślę, że ujrzę jednak coś 
naprawdę ciekawego. Jeśli pan kapitan pozwoli mi przebyć jeden dzień na statku, 
nie wrócę do redakcji z pustymi rękami, raczej - nie wrócę z pustym notesem. 
Wybaczy pan  kapitan, że tak bezceremonialnie  wdarłem się do jego  sanktuarium, 
ale nasi czytelnicy spragnieni są wiadomości o morzu, o życiu na statkach, o 
Gdyni. Gdynia dla kraju jest tym samym co Dziki Zachód dla Nowego Jorku. 
Dwumetrowej prawie wysokości kapitan przyglądał sią swymi niebieskimi oczami 
dziennikarzowi, uśmiechając się pod płowym wąsem. Wzrost kapitana 
usprawiedliwiał jego popularny przydomek "Długi". 

background image

45 
Nazywano go równteż Dej Starszy, w odróżnieniu od brała, również oficera 
marynarki handlowej, znanego jako Dej Młodszy. Nazwisko swe wywodzili od Deja z 
Oczakowa. Starszy swą karierę morską rozpoczął na żaglowcach. Idąc śladami 
Conrada, trafił na szumnie zwany long-courrier - oceaniczny żaglowiec marynarki 
francuskiej, na którym zdążył zobaczyć mijającą epokę olbrzymich żaglowców. 
Służbę swą na nim skończył na cmentarzysku żaglowców - Biskajach. Załodze udało 
się uratować. Dej Starszy zgadzał się z Napoleonem, że człowiek znający dwa 
języki, wart jest tyle co dwóch ludzi i wartość samego siebie mógł już szacować 
na sześć i pół człowieka. 
- Pragnę, panie kapitanie, poznać każdy szczegół życia okrętowego, całą załogę, 
każdego majtka, szczególnie te najstraszniejsze typy 
"" czy charaktery. Tych najtrudniejszych. Czy stosuje pan kapitan do nich karę 
chłosty, przeciąganie pod statkiem? Czytałem niedawno o jednym kapitanie, który 
wielkim głosem wołał: "Baby mam nie oficerów, już dwie doby jesteśmy w morzu i 
nie widziałem dotychczas krwi na pokładzie". Czy zechce mi pan kapitan umożliwić 
poznanie życia okrętowego z tej strony? 
- Hmmm... Naturalnie - mruczał  młody kapitan,  gładząc swe .  płowe wąsy. - Za 
chwilę będzie śniadanie. Zostawię pana na razie 
samego, potem pozna pan wszystkich oficerów i resztę załogi. 
Kapitan opuścił salon. 
Dziennikarz z zaciekawieniem przyglądał się ścianom salonu wykładanym drzewem, 
okrągłym oknom w mosiężnych pierścieniach. 
Wszedł steward i zaczął krzątać się nakrywając do stołu. Głębokie talerze i 
łyżki zainteresowały dziennikarza. Coś zupełnie odmiennego niż na lądzie. 
Steward zniknął. Za chwilę zjawił się niosąc na półmisku kromki razowego chleba. 
Do salonu wszedł, znany już dziennikarzowi, trzeci oficer, który go uprzednio 
spotkał przy trapie i zaprowadził do salonu. Po nim kolejno wchodzili oficerowie 
mechanicy, drugi oficer i pierwszy. Ostatni wszedł kapitan i poprosił wszystkich 
do stołu. 
Steward wniósł dużą wazę i postawił ją przed kapitanem, W całym sposobie bycia 
oficerów i kapitana było coś uroczystego, co z miejsca ujęło młodego 
dziennikarza. Steward, wnoszący wazę, czynił to, jak gdyby celebrował jakiś 
obrządek od wieków ustalony. Dziennikarz wyjął notes i skwapliwie notował w nim 
każdy dostrzeżony szczegół, sposób zachowania się oficerów i kapitana. Z 
zaciekawieniem zajrzał do wazy. Woda. 
»2yją jak zakonnicy. Kapitan musi być niesłychanie surowy" - przemknęło mu przez 
myśl. 
- Wybaczy pan, że dzielimy się z nim na razie tylko tym, czym chata bogata i co 
stanowi nasz chleb powszedni, ale nie spodziewa- " liśmy się takiego gościa - 
odezwał się kapitan. 
Pierwszy oficer podsunął głęboki talerz dziennikarza kapitanowi, który sięgnął 
właśnie po olbrzymią łyżkę wazową. Kolejno napełniał 
46 
podsuwane mu przez pierwszego oficera talerze bezbarwnym płynem, z takim 
namaszczeniem jak gdyby wydzielał każdemu ostatnią kroplę 
wody. 
Wszyscy w milczeniu czekali, aż kapitan napełni swój talerz. Kapitan podsunął 
półmisek z chlebem gościowi, po nim wzięli po kromce chleba, z półmiska 
trzymanego przez kapitana, oficerowie, kładąc ją koło talerza i czekając, aż 
kapitan postawi półmisek i weźmie sobie również kromkę razowego chleba. 
Dziennikarz był wstrząśnięty wprost patriarchalnymi stosunkami na statku. 
Kapitan był nie tylko symbolicznym żywicielem tych ludzi. Wszyscy otrzymali 
posiłek z rąk kapitana, a nie roznosił go steward. Było to tak wzruszające, że 
chciał rozpocząć z kapitanem ciekawą rozmowę na temat zrodzenia się tej tradycji 
czy zwyczaju, ale kapitan właśnie ujął swą łyżkę i włożył do talerza. Wszyscy 
oficerowie wykonali to samo jak na komendę. Dziennikarz poczuł się skrępowany 

background image

zwyczajami na statku i postanowił natychmiast we wszystkim naśladować oficerów. 
Teraz każdy z nich zanurzył łyżkę w talerzu napełnionym po brzegi płynem i niósł 
ją ostrożnie do ust. 
Dziennikarz uczynił to samo. 
OGIEŃ, Ogień w gardle. Dech zaparło. Co robić? Bezbarwny płyn to najczystszy 
spirytus. Dlatego tak to wszystko celebrują. Spojrzał przez łzy na oficerów. 
Jedli spokojnie chleb, popijając spirytus łyżkami. Nie robił na nich żadnego 
wrażenia. Kapitan przecież powiedział "nasz chleb powszedni". Co dzień od rana 
rozpoczynają swe życie od spirytusu z razowcem. 
Kapitan zwrócił się do dziennikarza z uprzejmym zapytaniem: 
- Nie smakuje panu? 
Nie wiedział, co odpowiedzieć. Z trudem łapał powietrze. Żałował, że się nie 
zatrzymał w hotelu. Jadłby teraz wspaniałe śniadanie, a potem dopiero 
przyszedłby na ten potworny statek, na którym ludzie od rana odżywiają się 
spirytusem i razowcem. Na obiad tutaj nie zostanie. Wymyśli sobie jakiś 
pretekst, by pójść do miasta przez tę pustynię. Co jednak teraz odpowiedzieć 
kapitanowi? 
- Tak, dziękuję, dobre. Nie jestem trochę przyzwyczajony do tego... do tego 
menu. Nie czuję się zbyt dobrze po całonocnej podróży w pociągu. - Przełykał 
szybko chleb, by zmniejszyć palenie w gardle. Oficerowie jedli w skupieniu i nie 
wykazali najmniejszego zainteresowania brakiem apetytu dziennikarza. 
Dziennikarz rozmyślał nad tym, że tyle godzin będzie musiał być głodny, zanim 
przez te nie zabudowane tereny dotrze do jakiejś restauracji. Statek czekał na 
ładunek przy jednym z nowo wybudowanych basenów daleko od miasta. Dziennikarz 
przypomniał sobie, że gdy wyszedł z dworca gdyńskiego, miasto zostawił z prawej 
strony, w chwili gdy tak bezmyślnie rzucił się w kierunku dostrzeżonej z daleka 
sylwetki tego potwornego statku. 
"Najlepiej będzie wrócić na obiad na dworzec". 
47 
Gdy rozmyślał o tym, drzwi od salonu się nagle uchyliły i usłyszał serię 
strzałów. Jak mu się wydawało, kule utkwiły w ścianie nad głowami oficerów. 
Steward padł na podłogę. W tej samej chwili kilku oficerów wyjęło pistolety i 
zaczęło strzelać w otwarte drzwi. Kapitan wydobył spod stołu olbrzymiego kolta i 
dołączył się do strzelających oficerów, zwracając się jednocześnie do 
dziennikarza: 
- Może dobrze by było, gdyby pan przysiadł za stołem na razie. Załoga jak zwykle 
na postojach, znów zaopatrzyła się w broń i, jak pan widzi, musimy ją trzymać w 
szachu za pomocą pistoletów. Nawet zjeść śniadania dziś nam nie dali spokojnie. 
Bardzo mi jest z tego powodu przykro. Proszę niech pan się schowa za stołem. 
Dziennikarz przysiadł za kapitanem, który spokojnym głosem wydawał rozkazy: 
- Nie wszyscy razem. Spokojniej. Tak żebyśmy mieli czas nabić ponownie, proszę 
strzelać kolejno, tak jak siedzimy. 
Kapitan wyjął spod poły kurtki drugiego kolta, położył go na stole koło talerza 
i zajął się nabijaniem pierwszego-pistoletu. Dziennikarz spostrzegł, że wszyscy 
oficerowie byli uzbrojeni, przy każdym z nich koło talerzy zamiast sztućców 
leżały mauzery, kolty i takie pistolety, których nigdy dotychczas nie widział. 
Pierwszy mechanik strzelał teraz z parabellum. Ci oficerowie, którzy mieli broń 
nabitą i nie strzelali, kończyli spokojnie śniadanie. 
Kapitan dał ręką znak i przestano strzelać. Steward zerwał się z podłogi i 
przeszedł w róg salonu, by nie być narażonym na ogień zza drzwi. Kapitan 
skończył nabijać swego kolta, dwa olbrzymie błyszczące pistolety leżały obok 
talerza napełnionego czystym spirytusem. 
- Proszę, niech pan siada - zwrócił się do dziennikarza. - Daliśmy im dobrą 
odprawę, zostawią nas przez parę chwil w spokoju. Tych opornych zapędzimy do 
ładowni, tak by można było rozpocząć pracę na pokładzie. Może jeszcze chleba? 
Kapitan ujął w obie ręce półmisek z chlebem i podsunął go siadającemu na swe 
miejsce reporterowi. Dziennikarz, klnąc w duchu swój wyjazd do Gdyni, wziął 

background image

kromkę chleba i usiłował ją podnieść do ust. Patrzał na biel obrusa, na którym 
zastawę stołową stanowiła wszelkiego kalibru broń krótka, na kapitana 
rozkoszującego się tą zupą okrętową, podobnie jak i wszyscy oficerowie. Do 
jakiego stanu może dojść człowiek na morzu - rozmyślał początkujący dziennikarz 
- żeby od rana już nawet nie chlać, ale jeść łyżkami spirytus. Cóż w tym 
dziwnego, że ci ludzie, jako jedyny argument w utrzymaniu załogi, uznają 
pistolety. Jak się z tego okropnego statku wydostać? Odechciało mu się już 
poznawania oficerów. Wszyscy bez wyjątku wydawali mu się antypatyczni z tymi 
dymiącymi rewolwerami w jednej ręce i łyżką spirytusu w drugiej. Najwięcej żalu 
czuł do trzeciego oficera, który go nie uprzedził o tym, co się na statku dzieje 
48 
i wpakował w taką" kabałę. Jak się z niej wydostać? Kiedyż to się 
skończy? 
Steward, korzystając z chwilowej ciszy, postanowił przedostać się do innych 
pomieszczeń. Ostrożnie zbliżył sią do drzwi i wysunął głowę na korytarz. 
Cisza. 
Gdy tylko steward zniknął w korytarzu, siedzący za stołem usłyszeli tupot nóg. 
Po chwili steward wbiegł do salonu zatrzaskując za sobą drzwi i padł na podłogę. 
Na ten widok kapitan zostawił łyżką w talerzu, chwycił oba kolty i nie 
przykładając ich wcale do oka, wypuścił z nich całą serię w drzwi tuż nad 
podłogą salonu. Oficerowie, porwani przykładem kapitana, również nie 
przykładając broni do oka, nie celując strzelali wprost z rąk opartych o stół w 
drzwi, które szybko zamieniły się w sito. Dziennikarz z trudem utrzymał swą 
pozycję na krześle. Miał wielką ochotę schować się za krzesłem kapitana, ale się 
opanował. 
- Drzwi otworzyć - wydał polecenie kapitan. Steward zerwał się z podłogi i 
szybko je otworzył. 
- Tak jest bezpieczniej - powiedział kapitan. - Nie będą nas mogli zaskoczyć lub 
strzelić przez drzwi, widzą teraz przez nie doskonale, co się dzieje w salonie. 
Dziennikarz przyglądał się z niechęcią kapitanowi, który z lubością znawcy 
oglądał kolty nabijając je ponownie. 
- Dzisiaj mamy piękną pogodę - zwrócił się do dziennikarza. - Będzie pan mógł 
dokładnie zaznajomić się z urządzeniami pokładowymi. Zaraz po śniadaniu 
przydzielę panu oficera, który oprowadzi pana po statku i zapozna z załogą...             

Długa seria z parabellum oficera mechanika zagłuszyła słowa kapitana. 
- AAAA. Zdaje  się,  że dostał - mówił rozradowanym głosem strzelający. - 
Zauważyłem go, gdy wychylił się z ciemności. A byłby łotr strzelił do mnie. 
Dziennikarz przypomniał sobie w tej chwili, że musi zatelefonować jeszcze o 
dziewiątej rano do redakcji i że jego powrót na statek będzie zależał od tego 
telefonu. 
- Czy telefon jest na statku, panie kapitanie? - spytał. 
- Skądże? W tym pustkowiu? Musi się pan jednak pospieszyć, jeśli chce pan o 
dziewiątej dzwonić. Nic pan nie jadł, może chociaż chleba pan jeszcze trochę 
spróbuje, jeśli panu nie smakuje nasza strawa przeczysta. Będzie pan głodny - 
martwił się kapitan. 
Oficerowie zbierali łyżkami z talerzy ostatnie krople płynu. 
- No to już i po śniadaniu - oznajmił głośno kapitan. 
- Dziękujemy - chórem odpowiedzieli oficerowie. 
Kapitan podniósł się pierwszy, za nim oficerowie. Spod rozpiętej marynarki 
kapitana widoczne były pochwy od koltów. 
t - Krążownik spod Somoslerry 
49 

'•u 
p. 

background image

Kapitan z wyraźną wprawą okręcił oba pistolety dookoła wskaż jących palców z 
taką szybkością, że na chwilę zamieniły się w dwa 'f wirujące wiatraczki. Nagłym 
ruchem zatrzymał je i spuścił do pochew. 
- Przykro mi, że nie mogliśmy sobie spokojnie porozmawiać - zwrócił się 
uprzejmie do dziennikarza - ale sądzę, że znajdziemy więcej czasu na rozmowę, 
gdy wróci pan do nas na obiad. Będziemy mieli dzisiaj na obiad zupę rumową. - 
rozgrzewa i krzepi. Bardzo prosimy. 
Wychodząc z salonu każdy z oficerów trzymał w ręku gotowy do strzału pistolet i 
z uwagą wpatrywał się w nie oświetlone przejście. 
W chwili gdy dziennikarz żegnał się z kapitanem, do salonu dochodziły odgłosy 
szybkiej wymiany strzałów. 
- Bolciu - zwrócił się kapitan do trzeciego oficera - ochronisz naszego 
dziennikarza i przeprowadzisz go do trapu, odpowiesz głową, jeśli zostanie 
chociażby zadraśnięty. 
- Tak jest, panie kapitanie - wyskandował młodziutki oficer, nabijając swój 
błyszczący smith-wesson. - Skoczę jeszcze tylko do kabiny po mauzer, żebym nie 
potrzebował nabija'ć wessona po raz drugi i żeby naszemu gościowi nic się nie 
stało. 
Oficer zamknął za sobą drzwi zamienione w rzeszoto. Kapitan mówił dalej: 
- Będziemy mieli dzisiaj piękną pogodę, wyż się trzyma nad Bałtykiem. Przy 
lekkich wiatrach wschodnich zawsze w Gdyni jest piękna pogoda przy tym układzie 
ciśnienia. Cieszę się, że panu Gdynia tak się spodobała... 
Huk wystrzałów w korytarzu przed salonem znów przeszkodził rozmowie. Dziennikarz 
podał rękę kapitanowi, mówiąc: 
- Zupełnie zapomniałem o tym telefonie. Należało mi zaczekać do dziewiątej na 
dworcu, a potem dopiero wyruszyć na statek. A teraz nie wiem, co będę musiał 
robić dalej. 
- Nic straconego - uspokajał go kapitan. - Zobaczymy się chyba podczas obiadu. 
Bardzo proszę... 
Na progu salonu stanął trzeci oficer z dwoma pistoletami w rękach. 
- Jestem już gotów - zwrócił się do dziennikarza - jako eskorta pańskiej osoby. 
- Do widzenia, panie kapitanie. Dziękuję za miłą gościnę - powiedział jeszcze 
dziennikarz i ruszył za trzecim oficerem. 
Za drzwiami "trzeci" zwrócił się do dziennikarza: 
- Panie, trzymaj się pan mnie obu rękami. Wykałaczka w zęby wielkości zeppelina 
temu, kto pana trafi. 
W drzwiach prowadzących na pokład "trzeci" oddał parę strzałów z obu swych 
pistoletów. 
- No czysta droga, panie, jesteśmy już przy trapie. Proszę, niech pan spokojnie 
sobie idzie, a ja będę stał na trapie do czasu, kiedy już żadna kula z pewnością 
nie dosięgnie pana. Do widzenia. 
Dziennikarz mijając "trzeciego" mruknął do widzenia i zbiegi po trapie na ląd. 
Gdy poczuł ziemię pod stopami, wyciągnął nogi i nie oglądając się na huczący od 
palby pistoletowej statek, wziął kurs na 
dworzec.                                       . 
Tak długo, jak go było widać ze statku, nie obejrzał się ani razu. 
Natychmiast po odejściu dziennikarza na pokładzie zjawił się kapitan 
błyskawicznym ruchem bohaterów z filmów o Dzikim Zachodzie wydobył dwa kolty i, 
trzymając oba przy biodrach, wpakował z nich pełne serie kuł w sam środek małego 
kółka narysowanego na olbrzymiej kłodzie, specjalnie w tym celu umieszczonej na 
pokładzie koło dziobu. Na odgłos strzałów zjawił się jeden z ludzi załogi. 
__ O dobrze, że cieślę widzę - powiedział kapitan - będzie miał 
cieśla trudną robotę, trzeba całe drzwi do salonu dorobić. Musieliśmy młodemu 
dziennikarzowi z interioru pokazać, jak wygląda według niego życie na naszych 
statkach. 
- Tak jest, panie kapitanie, zrobi się - przytaknął cieśla oglądając ostatnią 
serię kuł siedzącą w celu. - Ale tak jak pan kapitan strzela, to nikt na statku 

background image

nie potrafi. Może jak postrzelają jeszcze kilka miesięcy. Wczoraj to pierwszemu 
mechanikowi udało się raz trafić, trzymając tak pistolet jak pan kapitan. 
Celując normalnie, to już wszyscy w muchę trafiają, ale tak - to jak już 
powiedziałem - długo jeszcze będą musieli postrzelać, zanim dopędzą w celności 
pana kapitana. 
50 
4» 
POGRZEB PILOTA TRINITY HOUSE 
A rzecią już dobę szedł statek we mgle. Podczas przejścia przez Kanał Kiloński 
można było jeszcze mówić o widzialności ograniczonej. Po wyjściu z kanału, od 
statku latarniowego "Elba Pierwsza" mgła przybrała postać białej waty i odcięła 
wysepkę mostku od całego statku. Na mostku poruszało się cicho kilku ludzi 
zamienionych w słuch. Porozumiewali się szeptem, by nie zagłuszyć rozmową głosu 
innego statku, który można było spotkać na tym uczęszczanym gościńcu morskim. 
Statek był jednym z czterech statków pasażersko-towarowych Angielskiej Kompanii 
Okrętowej, pływających na linii Gdańsk - Anglia, które w pierwszym dziesiątku 
lat od zakończenia pierwszej wojny światowej przeszły pod banderę polską. 
Nawet gęsta mgła nie mogła zbytnio opóźnić przybycia pasażerów do Londynu ze 
względu na to, że wielu z nich miało już zamówione miejsca na statkach 
transatlantyckich do Ameryki. Ścisłe utrzymanie godzin rozkładu było więc 
podyktowane koniecznością. 
Kapitanowie tych czterech statków nigdy nie uczyli się w szkołach polskich. 
Niektórym wielkim trudem i wysiłkiem woli udało się zachować znajomość języka 
ojczystego. Po ukończeniu szkół morskich rozpoczęli służbę na żaglowcach, 
spędzając długie miesiące w morzu, odcięci od resz.ty świata, a samotne wachty 
sprzyjały rozwojowi indywidualności każdego z nich. 
Sposób bycia i wysławiania się kapitanów był jednym ze stałych tematów rozmów 
załogi i oficerów. Kapitanowie, o których nic się nie mówiło, uchodzili za 
nieciekawych i nie cieszyli się popularnością. Ulubionymi bohaterami opowiadań 
byli naturalnie ci kapitanowie, o których można było opowiedzieć coś wesołego. 
Nie brak było oczywiście kapitanów świadomie "czyniących cuda", by zdobyć dla 
siebie uśmiech. 
Przypominało to noszenie modnego znaczka w kształcie orderu pokrytego niebieską 
emalią, z wypisanym złotymi literami hasłem: "UŚMIECHNIJ SIĘ". Im więcej 
niewidzialnych dla oka ludzkiego baretek orderu "UŚMIECHNIJ SIĘ" potrafił któryś 
z kapitanów zdobyć, tym bardziej był lubiany, nie tylko przez załogę, ale i 
przez pasażerów. 
52 
Szczęśliwie większość kapitanów nie potrzebowała szczególnie się ' wysilać, by 
zasłużyć sobie na nie. 
Do jednej z pierwszych należała baretka, której hasłem było: "CO LEŻY?" Było to 
pytanie zadane przez kapitana statku szkolnego, idącego bejdewindem, do ucznia 
pełniącego obowiązki oficera nawigacyjnego. Nawigacyjny rozglądał się bezradnie 
po pokładzie, usiłując wykryć straszny przedmiot, który zanieczyszcza pokład i 
którego SAM KAPITAN nie może rozpoznać. Przerażonemu dopomagało w szukaniu tego 
przedmiotu dwóch młodszych kolegów. "Co leży?" - ryczał kapitan, a pytany i jego 
koledzy - byli bezradni. Nawigacyjny zdecydował się zaprzeczyć kapitanowi i 
odpowiedział, że pokład jest absolutnie czysty i nic nigdzie nie leży. 
Rozwścieczony kapitan wskazał palcem na kompas, ale już nie miał siły wyszeptać 
nawet "co leży?" z podziwu nad tępotą nawigacyjnego. Kapitan pytał o kurs, jaki 
w tej chwili "leży na kompasie", ponieważ fachowo mówi się "statek kładzie się 
na kurs". Podczas sterowania na bejdewind kurs może być niestały, jeśli kierunek 
wiatru się zmienia. 
Języki obce, najczęściej angielski, hojnie obdarowywały kapitanów orderami 
"UŚMIECHNIJ SIĘ" z tej prostej przyczyny, że uczyli się angielskiego w językach 
obcych i chcąc powiedzieć jakieś zdanie po angielsku, musieli jak gdyby 
zatrudnić w swej głowie dwóch tłumaczy: jednego, który tłumaczył z polskiego na 

background image

język niemiecki lub rosyjski, drugiego tłumaczącego z któregoś z tych języków na 
angielski. Tłumacze ci byli często bardzo zmęczeni i nie bardzo biegli, a wymowa 
ich najmniej przypominała wymowę angielską. 
Statek przebijał się już przez mgłę zalegającą Morze Północne, dając znać o 
sobie pięciosekundowym rykiem gwizdka okrętowego z przerwami dwuminutowymi. 
Zbliżał się ostrożnie do ujścia Tamizy, które - wraz z obszarem wód je 
otaczających - stanowiło prawdziwy nawigacyjny węzeł gordyjski spleciony z 
mielizn i prądów rządzonych przez księżyc i wiatry. Kierunek prądów na 
niektórych obszarach tych wód naśladuje kierunek strzałki zegara, zmieniając się 
w ciągu dwunastu godzin o trzysta sześćdziesiąt stopni. Panujące na tych 
obszarach prądy doczekały się największej ilości wydawnictw na świecie - od 
kieszonkowych atlasów zaczynając a kończąc na foliałach o kwadratowym metrze 
powierzchni. Czarne strzałki umieszczone na tych mapach wskazują kierunek prądu 
o danej godzinie, umieszczone nad nimi czarne liczby mówią o jego szybkości w 
zależności od pełni lub kwadry księżyca. 
Nagromadzona w strzałce i w liczbie wiedza doświadczeń wiekowych zakończona jest 
uwagą, że na podanych wiadomościach całkowicie polegać nie można, ponieważ długo 
wiejące wiatry, nawet nad odległymi od tych miejsc obszarami wodnymi, mogą w 
znacznej mierze zmienić podane o prądach wiadomości. 
53 
Dla rozwiązania tych węzłów od wieków istnieje nad Tamizą szkoła pilotów, która 
wyszukuje najlepszych nawigatorów w marynarce angielskiej i kształci ich w 
drobiazgowej znajomości warunków żeglugi na tych wodach, by zapewnić statkom 
maksymalne bezpieczeństwo. 
•Statki linii regularnych do Londynu, w wypadku ubiegania się o prawo niebrania 
pilota, musiały mieć kapitana i starszego oficera zaopatrzonych w świadectwo 
zdania egzaminu przed specjalną komisją kształcącą pilotów na tych wodach. 
Egzamin taki był fraszką w porównaniu do wymagań stawianych kapitanom 
ubiegającym się o dyplom pilota kanałowego do Londynu. W tym czasie w Anglii już 
nie było wielkich żaglowców; pomimo to kapitanowie ubiegający się o prawo 
zdawania egzaminu na pilota musieli posiadać praktykę na żaglowcach rejowych. 
Praktyki tej musieli szukać na żaglowcach pod obcą banderą i bez wynagrodzenia, 
którego właściciele żaglowców nie chcieli płacić rozumiejąc sytuację. 
Kapitanowie ci musieli również odbyć praktykę na statkach linii regularnych z" 
Kanału Angielskiego do Londynu. By się dostać na podrzędne stanowisko na tych 
małych stateczkach kanałowych, często rezygnowali z dowództwa dużych 
oceanicznych statków pasażerskich. 
Po dostaniu się na długą listę kandydatów na pilota trzeba było niekiedy czekać 
wiele lat tylko po to, by będąc już u szczytu listy, przekroczyć wiek 
trzydziestu pięciu lat i zostać z niej skreślonym na zawsze, bez względu na 
ofiary i koszty poniesione na rzecz zostania pilotem kanałowym do Londynu. 
W wypadku zdania egzaminu i otrzymania licencji pilota można ją było jeszcze 
łatwiej stracić w dorocznych komisjach zdrowia, w egzaminach styczniowych, jak 
również przy najmniejszej skazie na opinii, nie mówiąc już o zawinionej awarii. 
Podczas trzech pierwszych lat służby pilot otrzymywał ograniczoną pensję i miał 
prawo pilotowania statków wyłącznie o zanurzeniu do czternastu stóp. Po trzech 
latach służby i zdaniu egzaminu pilot stawał się pełnowartościowym pilotem 
kanałowym, ale i wtedy nie kończyły się trudności. Ze względu na to, by nie 
pełnili służby zbyt przemęczeni, dzielono ich na takich, którzy tylko 
wprowadzają statki na Tamizę, i na takich, którzy je wyprowadzają. Do miejsca 
pracy musieli się dostawać na koszt własny. Jeden z kutrów, mający na pokładzie 
pilotów dla statków idących z Kanału Angielskiego, krążył przy Dover lub 
Dungeness, drugi kuter pilotowy - koło statku latarniowego "Sunk". Ten 
zaopatrywał w pilotów statki idące z Morza Północnego. 
Oba te kutry pilotowe słynęły z tego, że ostatnie chroniły się przed sztormem. 
Ambicją ich było zaopatrzyć w pilota każdy statek podczas najgorszej pogody, jak 

background image

również odebrać ze statku pilota, który go wyprowadził z Tamizy. Jeśli kiedyś 
nie udało się tego dokonać, ko- 
mentowano ten fakt przez długie lata. Jedno nieodebranie ze statku pilota 
zagnało go aż do Nowego Jorku, gdzie stał się pastwą reporterów, dziennikarzy i 
filmu. 
Dostanie się z kutra pilotowego na statek odbywało się za pomocą łodzi 
wiosłowej. Podczas sztormowej pogody fSłoga łodzi musiała wykazać znajomość 
najwyższej techniki manewrowania taką łupiną na dużej fali. 
Do tego właśnie statku latarniowego "Sunk" z zamiarem dostania pilota zbliżał 
się parowiec, którego trzy doby nękała mgła. Na jego mostku z westchnieniem ulgi 
zidentyfikowano fog signal, mgłowy sygnał, latarniowca "Sunk". Nagle mgła się 
urwała. Ściana rngły widoczna jeszcze była nad rufą statku, gdy z mostku widać 
było dokładnie błyski latarni "Sunk" i światła kutra pilotowego. 
Kapitan kazał zapalić bluelight, niebieskie światło, którym wzywano pilota. 
Jasnobłęfcitny płomień oświetlił całą burtę i znużonego trzy-dobowym czuwaniem 
kapitana. Trzy doby tkwił w swym płaszczu nieprzemakalnym i długich gumowych 
butach, pozwalając sobie tylko na czterogodzinne drzemki podczas wacht starszego 
oficera, gotowy do wyjścia na mostek w ciągu jednej sekundy w wypadku usłyszenia 
sygnału mgłowego innego statku w pobliżu kursu. Kapitan z wysiłkiem unosił 
ciężkie ze znużenia i nabrzmiałe powieki. 
W świetle "słońc" wywieszonych za burtę widać było dobijającą do statku łódź 
wiosłową z pilotem. Za chwilę pilot wolno wspiął się po sztormtrapie na burtę. 
Na lince spuszczonej do łodzi jeden z marynarzy wyciągnął czarny, nieodzowny 
sakwojaż pilota. Na tej samej lince spuścił do łodzi rytualnie ofiarowywaną 
przez kapitana butelkę koniaku dla wioślarzy. W chwili gdy pilot wszedł na 
pokład, zgaszono "słońca" i znikł obraz łodzi z wioślarzami. 
Pilot w asyście oficera wszedł na mostek, gdzie czekał go, jak widocznego znaku 
odpoczynku, kapitan. Ożywiony tą myślą i pragnący uzyskać pełną aprobatę pilota 
oraz zrozumienie dla swego zmęczenia, zatrudnił w swej głowie niemniej 
zmęczonych od niego tłumaczy. W wyniku ich połączonych wysiłków pilot usłyszał 
od kapitana 
nowinę tej treści: - Ju si pajlot,  aj  fog  try  dej s.  Rozumiesz, pilocie, ja 
przez trzy dni byłem mgłą. 
Pilot był pełen zrozumienia dla wyczerpania kapitana i powiedział, że w 
zupełności go rozumie i że należy mu się za to bezwzględnie odpoczynek. Pilot 
podszedł do sternika, podał mu kurs i jednocześnie podał rozkaz do maszyn "CAŁA 
NAPRZÓD". Kapitan zniknął za drzwiami swej kabiny. Na mostku został oficer, 
radosny świadek zdobycia przez kapitana nowej baretki orderu "UŚMIECHNIJ SIĘ" w 
trzydniowej walce z mgłą i prądami, zakończonej koło statku latarniowego "Sunk" 
wskazującego statkom drogę do Londynu pomiędzy mieliznami. 

Tymczasem kapitan ogolił się, wykąpał i pierwszy raz od trzech dni spożył 
spokojnie posiłek. Nareszcie wyciągnął się w koi i zamknął zmęczone powieki, ale 
tylko po to, by je jeszcze szybciej otworzyć pod naporem myśli o sprawach, które 
jedynie mgła mogła pogrążyć w zapomnieniu. Do mgły nawigatorzy zaprawiają się od 
swej pierwszej podróży na statku szkolnym, ale do tej drugiej sprawy zaczynają 
się przyzwyczajać, i to bezskutecznie, dopiero po zostaniu kapitanem. Tą sprawą 
w równym stopniu co mgła spędzającą sen z powiek, są STOWAWAYS, po polsku tak 
zwani PASAŻEROWIE NA GAPĘ. 
Statek, na którym teraz był kapitanem, cieszył się wyjątkową sympatią tego 
gatunku pasażerów. Kapitan dzielił ich na trzy kategorie: Na tych, którzy 
skorzystali z podróży na tym statku i nigdy się o nich nie dowiedział i nie 
dowie. Na tych, których wykryto w czasie podróży, lub którzy sami wskutek złych 
warunków wyszli z ukrycia przed końcem podróży. Trzeba ich było zamykać, 
pilnować, karmić, przedstawiać co dzień władzom podczas postoju i biada jeśli 
taki zbiegłby ze statku w porcie, statek płaciłby za to duże kary. Trzeci 
gatunek, to byli ci, których schwytano w Anglii i odstawiono na statek. 

background image

Stowaways zajmują w Anglii wiele szpalt dzienników. Większość ludzi w tym kraju 
potrafi opowiedzieć o nich zarówno wesołe, jak i mrożące krew w żyłach historie. 
Od Medy datuje się historia stowaways? 
Na to pytanie kapitanowie, którzy już kilka razy mieli pasażerów na gapę, 
odpowiadają zgodnie: 
- Noe musiał ich już mieć na swej Arce. 
Kapitan z otwartymi oczami rozpamiętywał znane sobie historie o pasażerach na 
gapę. Głośny był wypadek z sierżantem wojsk lądowych, który nie mając siły 
rozstać się ze swą przyjaciółką w Londynie, włożył ją do worka, wniósł na statek 
jako swój bagaż podręczny do codziennego użytku i umieścił w rezerwowej kabinie. 
Niczym nie zmącona sielanka trwała od Gravesend na Tamizie do Kanału Pa-
namskiego. 
Czterdziestokilkoletnia dama angielska potrafiła przewieźć w swej kabinie 
pięknego Włocha zamiast swej dwunastoletniej córeczki, wpisanej do jej dowodu 
osobistego. Sielanka została brutalnie przerwana zazdrością damy - zdradzona 
przez lekkoducha wydała go nie bacząc na rozgłos, jakiego ta sprawa nabierze. 
Niemniej głośna była sprawa dziewiętnastoletniej Angielki, która zakochała się w 
palaczu Szwedzie i odbyła podróż na jego statku zakopana w węglu przeznaczonym 
do kotłowni okrętowej. 
Wiek nie wydawał się odgrywać rola w pobudkach uczuciowych skłaniających do 
podróży na gapę. Siedemdziesięcioczteroletni stowa-way ukryty w łodzi ratunkowej 
pasażerskiego statku idącego z Anglii 
do Nowego Jorku po sześciu dniach podróży nie wytrzymał ścisłej diety i wyszedł 
z ukrycia. Stwierdzono, że gdyby jeszcze jedną dobę spędził w łodzi, umarłby z 
wycieńczenia. Wyruszył w tę podróż po otrzymaniu depeszy od starszego brata w 
Nowym Jorku, który zawiadamiał, że jeśli młodszy brat chce go jeszcze zastać 
przy życiu, musi natychmiast przyjechać. W pośpiechu kochający brat zapomniał 
wyrobić sobie dowód osobisty, wobec czego musiał wrócić do Anglii. Stowaways bez 
dowodów mogą się okazać jednym z najbardziej kosztownych gatunków pasażerów na 
gapę. Swego czasu znane było imię Abukara Amada, Murzyna, który jako stowaway 
bez dokumentów "* trzy lata spądził na włoskim statku "Olimpia". 
Do makabrycznego gatunku należą stowaways chowający się- w Komorze kotwicznej. 
Cały świat dowiaduje się o nich w momencie rzucenia kotwicy, której łańcuch 
porywa ciała siedzących na nim stoioo-ways, rozszarpując je na części, i wyciąga 
za sobą na pokład koło windy kotwicznej. 
Głośno było w Anglii o chłopcach, którzy ukryli sią w łodzi ra-> tunkowej statku 
pasażerskiego idącego zimą do Kanady. Wyszli z niej z odmrożonymi palcami u nóg. 
W rezultacie młodocianym amatorom przygód musiano amputować stopy. 
Inny chłopiec schował się w kominie dużego parowca uważając go za dekorację. 
Wyjęto go z niego prawie uwędzonego. 
Pewien steward ze statku wożącego mrożone mięso w chłodniach schował w drodze po 
ładunek swych czterech przyjaciół w pustej chłodni. Mechanik okrętowy, chcąc w 
czasie podróży sprawdzić działanie aparatury chłodniczej, uruchomił ją i 
zamroził czterech ludzi 
na śmierć. 
Kapitan, pomimo że posiadał na statku komin, windę kotwiczną i chłodnię, nie 
miał jeszcze pasażerów na gapę tak makabrycznych, ale za to było ich zawsze 
kilku naraz. W każdej z dotychczasowych podróży pilot, wchodząc na mostek, 
dowiadywał się przede wszystkim o ilości posiadanych w tej chwili przez niego 
stowaways i wyrażał słowa współczucia z powodu kłopotów, jakie w związku z nimi 
czekają 
kapitana. 
W tej podróży kapitan miał ich pięciu zamkniętych, ale z powodu mgły zapomniał 
powiedzieć o nich pilotowi. Wszystkie stosowane przed podróżą przeszukiwania 
statku nie dawały żadnego rezultatu. Stowa-ways byli bardziej przebiegli niż 
załoga i oficerowie. 

background image

Zmęczenie trzydobową mgłą szybko wzięło górę nad myślami o pięciu stowaways i 
kapitan zasnął. 

W ćhwiM gdy go budzono na zmianę pilotów, kapitanowi wydawałc sią, że te 
pięćdziesiąt cztery mile do Gravesend przebył statek w przeciągu jednej minuty. 
Zmieniali się piloci. Schodził kanałowy - przy- 
chodził rzeczny. Rzecznymi pilotami byli przeważnie dawni kapitanowie 
holowników, które pomagały statkom wciskać się do zakamarków londyńskich doków. 
Kapitan lubił ten odcinek drogi od Gravesend do London Bridge. Poznał już był 
wszystkie miejscowości nadbrzeżne i jeśli miał w podróży jakiegoś znacznego 
pasażera,tak zwaną persona grata, wówczas z zadowoleniem opowiadał usłyszane od 
pilotów historie mijanych miejscowości. Lubił rozwodzić się nad kościółkiem w 
Grayesend. W kościółku tym była jakoby pochowana "księżniczka" indiańska 
Pooahontas. Uratowała ona - jak głosiła wieść - życie angielskiemu kapitanowi, 
który w końcu szesnastego stulecia wtargnął na terytorium jej ojca. Awanturnik 
ten już miał stracić głowę poS miażdżącym ciosem maczugi, gdy nadbiegła 
Pocahontas, objęła jego głowę i w ten sposób uratowała wojowniczego 'kapitana od 
śmierci. Cały szczep czerwonoskórych za przykładem córki wodza przyjął 
chrześcijaństwo. Pocahontas wyszła za mąż za białego. "Żona prezydenta Stanów 
Zjednoczonych, Wilsona, pochodziła w prostej linii od syna księżniczki 
Pocahontas..." - kończył swe opowiadanie kapitan. 
Nie dochodząc do Isle of Dogs - Wyspy Psów - widać było nad brzegiem rzeki 
wyrównane szeregi różnokolorowych pław. Kapitan powtarzał usłyszane od pilotów 
zdanie, że "w tym miejscu ze złych pław robią dobre pławy". Wyspa Psów jest 
wnętrzem litery "U", którą w tym miejscu tworzy Tamiza. Wśród bujnej zieleni jej 
prawego brzegu, przy samej podstawie litery "U" widać dwie kopuły obserwatorium. 
To między nimi przechodzi po ziemi słynny południk Green-wich, inaczej zwany 
zerowym. 
Na wszystkich statkach, podczas mijania tego miejsca w dnie pogodne - jeśli na 
statku znajduje się kandydat na nawigatora po raz pierwszy tędy przechodzący - 
starsi nawigatorzy pokazują mu refleks tego południka w postaci zielonej smugi 
na niebie. Młodzi nawigatorzy, mając jednak wzrok słabiej wyrobiony od 
starszych, doświadczonych, nie mogą nigdy go dojrzeć, podobnie jak wielu ludzi 
nie dostrzega na mundurach kapitanów baretek orderu "UŚMIECHNIJ SIĘ". 
Dalej, w górę rzeki widać Deptford, gdzie Henryk VIII kazał zbudować w roku 1513 
magazyn zaopatrzeniowy dla marynarki. Król ten niezmiernie wraził się w pamięć 
kapitana podczas zwiedzania gabinetów okropności w gabinecie figur woskowych 
Madame Tussaud w Londynie. Henryk VIII bezsprzecznie był jej faworytem - z 
powodu kłopotów, jakie miał z żonami. Dwom z nich, gdy ich twarze przestały mu 
się podobać, kazał po prostu odrąbać głowy: system popularny w Anglii. Kapitan 
twierdził, że w średniowieczu Anglicy szybciej tracili głowy, niż zdążyli nawet 
o tym pomyśleć. Niedaleko Deptford widać było miejscowość Yard, gdzie córka 
Henryka VIII, Królowa Dziewica Elżbieta Pierwsza, odwiedziła okręt "Golden 
Hind", którego kapitan Sir Francis Drakę opłynął świat dookoła. 
Od tego miejsca załoga pokładowa na statku wychodziła na stacje manewrowe. 
Statek przechodził przez gościnnie otwarte podwoje pięknego mostu Tower Bridge i 
sta\vał na swym zwykłym miejscu nie • dochodząc do London Bridge. 

W trzecim rejsie, po słynnej już trzydobowej mgle, znów ukazało się światło 
statku latarniowego "Sunk" i światło kutra pilotowego. Błękitny płomień wezwał 
pilota. Zimne, mokre powietrze gnane silnym wiatrem przenikało przez najgrubsze 
swetry i nieprzemakalne płaszcze. Pilot grubo ubrany wspinał się z trudnością po 
wilgotnym sztormtrapie. Potem wolno wchodził na mostek, na którym powitało go 
smutne "Halo p a j l o t" kapitana i jeszcze smutniejsza wiadomość: "J u si 
pajlot, aj hef try STOWAWAYS". (Rozumiesz, pilocie, ja mam trzech pasażerów na 
gapę.) Zamiast jednak odpowiedzi pełnej wyrazów zrozumienia i współczucia, pilot 

background image

oparł się o nadbudówkę, a potem osunął się nagle na pokład. Oficer służbowy 
szybko sprowadził lekarza okrętowego. Pilot nie żył. 
Zasygnalizowano o wypadku na kuter pilotowy, prosząc o drugiego pilota. Statek 
ruszył w długą podróż w górę rzeki. O brzasku podniesiono banderę, spuszczając 
ją natychmiast do pół drzewca na znak żałoby. Po raz ostatni PILOT KANAŁOWY DO 
LONDYNU mijał swój szlak z niewidzialną dla wielu ludzi własną banderą 
powiewającą tuż nad spuszczoną do pół drzewca banderą statku, który miał 
pilotować. 

Kapitan został oficjalnie zaproszony, wraz z przedstawicielami załogi, na 
uroczysty pogrzeb pilota. W zaproszeniu i we wszystkich rozmowach o zmarłym 
pilocie przewijało się wciąż jedno i to samo zdanie: YOUNGER BRETHREN OF TRINITY 
HOUSE (młodszy braciszek Domu Trójcy). 
TRINITY HOUSE, TRINITY HOUSE - kapitan słysząc ciągle te słowa, przyszedł do 
przekonania, że bardzo niewiele wie, co kryje za sobą to tajemnicze TRINITY 
HOUSE. Pamiętał, że pilotów egzaminuje TRINITY HOUSE, że pławy nad brzegiem 
Tamizy reperuje TRINITY HOUSE i że widział kiedyś na statku latarniowym 
podniesioną flagę, która go zdziwiła z powodu umieszczonych na niej symetrycznie 
pomiędzy ramionami krzyża świętego Jerzego czterech żaglowców trzymasztowych 
zwróconych w lewo. 
Skąpe wiadomości o TRINITY HOUSE i pogrzeb, w .którym miał wziąć udział, tak 
zaniepokoiły kapitana, że poprosił jednego z urzędników agenta o dostarczenie 
bardziej szczegółowych danych dotyczących tajemniczego TRINITY HOUSE. Wieczorem, 
siedząc przy biur- 
ku w kabinie, zagłębił się w nieznaną mu zupełnie historię bractwa, którego 
młodszym braciszkiem był zmarły pilot. W swoisty sposób usiłował zapamiętać to, 
o czym czytał, w obawie przed ewentualną kompromitacją podczas udziału w 
pogrzebie z powodu nieznajomości historii i przełożonych bractwa. 
Kapitanowi, pilnie tłumaczącemu to co czytał, wydawało się, że widzi jak na 
dłoni braciszków w habitach z tonsurami na podstrzy-żonych głowach, jak pod 
dowództwem Abbota z Aberbroth wybiegają z klasztoru, by przeszkodzić biedakom w 
zbieraniu manny z nieba w postaci licznych okrętów wypełnionych dobrem 
doczesnym, rozbitych o skały lub osiadłych na mieliznach wskutek sztormów. Po 
zebraniu kilku ziarnek takiej manny ludzie ubodzy stawali się majętnymi. 
To znów widział braciszków, jak pieczołowicie i starannie podtrzymują ogień w 
żelaznych koszach umieszczonych- na słupach, pozostawionych przez Rzymian, 
wskazując drogę okrętom na niebezpiecznych, pełnych mielizn i prądów wodach. 
Opiekunem tych dobrych mnichów zrzeszonych już w GUILD OF TRINITY (Bractwo 
Trójcy) miał być arcybiskup Canterbury Stephen Langton żyjący na przełomie 
dwunastego i trzynastego wieku. 
Wizje te jednak zatarły silniejsze obrazy, walk króla Alfreda Wielkiego z nie 
ochrzczonymi Normanami i Dunami. Do walk tych miał król Alfred zjednoczyć 
marynarzy w potężną instytucję i obsadzić nimi statki zbudowane według swego 
projektu. Marynarze ci pomagali królowi bić i chrzcić nieprzyjaciół. Niektórzy 
chcą już w tej instytucji widzieć kolebkę nie tylko Trinity House, lecz 
marynarki angielskiej. Pierwszą jednak datą 'historyczną bractwa jest dzień 20 
maja 1514 roku, w którym to dniu aktem w Westminster król Henryk VIII 
zatwierdził jako siedzibę bractwa Deptford i tytuł jej pierwszego mistrza: 
MASTER OF GUILD OF HOL Y TRINITY. Został nim Sir Tho-mas Spert, kapitan okrętów 
"Mary Rosę" i "Henry Grace a Dieu"; miał się też znać dobrze na budowie okrętów. 
Henryk VIII, pomimo że w wojnie z papieżem o swe żony rozwiązał klasztory i 
skonfiskował ich dobra, pozostawił bractwu jego religijną nazwę GUILD OF HOLY 
TRINITY (Bractwo Świętej Trójcy), nadając mu jednocześnie prawa kształcenia 
pilotów, nadawania dyplomów kapitanów, utrzymywania znaków nawigacyjnych i 
latarń morskich. 
Dziewięcioletni następca Henryka VIII, jego syn Edward VI, ulegając doradcom 
zmienił nazwę pierwotną bractwa na TRINITY HOUSE. Nie zahamowało to działalności 

background image

i pracy bractwa; w siedemdziesiąt lat od nadania im praw przez Henryka VIII 
potrafili w ciężkiej dla Anglii potrzebie obsadzić swymi ludźmi trzydzieści dwa 
statki i, wspólnie z szalejącym sztormem, przyczynić się do walnego zwycięstwa 
nad Niezwyciężoną Armadą Hiszpańską w roku 1588. Rozentuzjazmowana tym 
zwycięstwem Królowa Dziewica, przyznała bractwu prawo za- 
opatrywania wJDalast żaglowców wychodzących bez ładunku z Tamizy. Otrzymane z 
tego dochody miały być przeznaczone na pomoc dla starych lub niezdolnych już do 
służby marynarzy. 
Ten wspaniały rozwój TRINITY HOUSE został zahamowany przez Cromwella. 
Rozgniewany na bractwo za to, że nie chciało mu dać kapitanów na okręty, którymi 
zamierzał przeprowadzić blokadę Irlandii (1649), odebrał mu wszystkie nadane 
dotychczas przywileje. Na szczęście dla bractwa restauracja monarchii w osobie 
Karola II przywróciła mu nie tylko dawne przywileje, lecz powierzyła jego pieczy 
jeszcze więcej spraw morskich. W tym okresie na czele bractwa stał MASTER, 
czterech WARDENS (strażników), ośmiu ASSISTANTS (asystentów) i osiemnastu ELDER 
BRETHREN (starszych braciszków). Bractwo otrzymało wyłączne prawo ustawiania 
świateł i znaków nawigacyjnych* Dotychczas prawo to posiadali rozmaici ludzie, 
troszczący się wyłącznie o pilne pobieranie opłat za korzystanie z ich świateł, 
nie dbając zupełnie o same światła, które były ledwie widoczne. Towarzystwo 
zajmowało się kształceniem pilotów, kapitanów, nawigatorów na okręty 
hydrograficzne, posiadało najbardziej wykwalifikowanych inżynierów morskich, 
projektujących i budujących porty, nabrzeża, okręty, stocznie oraz magazyny 
zaopatrzeniowe. Sprawowało kontrolę nad stanem okrętów, nie zaniedbując 
jednocześnie bardzo wydatnej opieki nad chorymi i starymi marynarzami. Potrafiło 
wpłynąć na zarząd Wschodnioindyjskiej Kompanii Okrętowej, aby płacił renty 
inwalidzkie i wdowie marynarzom swej kompanii. 
W roku 1680 TRINITY HOUSE zbudowało pierwszą latarnię mors-ską na wyspie Scilly. 
W roku 1797, podczas buntu marynarzy na okrętach wojennych zakotwiczonych w 
pobliżu Norę przy ujściu Tamizy, potrafiło obronić Londyn przed napadem 
zbuntowanych, zdejmując szybko wszystkie znaki nawigacyjne na Tamizie. Jak 
wynikało z czytanej przez kapitana kroniki TRINITY HOUSE, bractwo chlubiło się 
najwięcej swą siłą moralną, która potrafiła oprzeć się strasznej korupcji 
szalejącej w Anglii w siedemnastym wieku. Pobory braciszków były symboliczne, 
kara pieniężna za przewinienie trzykrotnie większa niż roczne pobory. Za drugie 
wykroczenie usuwano z bractwa. Wszystko wynagradzał zaszczyt należenia do 
TRINITY HOUSE. W tym samym roku 1797, gdy zuchwali piraci Algierii dotarli do 
Kanału Angielskiego, braciszkowie wystawili przeciwko nim dziesięć okrętów, 
które przywołały ich do porządku. Do dawniejszych obowiązków dołączyła się 
konieczność opieki nad głębokościami Tamizy, w miarę jak statki miały coraz 
większe zanurzenie. W okresie planowanej inwazji na Anglię przez Napoleona 
bractwo obsadziło swymi ludźmi wszystkie bezczynnie stojące okręty wojenne i 
utworzyło gotową do walki flotę pod dowództwem starszych braciszków. Z biegiem 
lat do jednego z największych zaszczytów w Anglii należało zostanie MASTER OF 
TRINITY HOUSE. W roku 1837 został nim wybrany książę Wellington, słynny 
zwycięzca spod Waterloo; godność tę piastował aż do swej 
śmierci. Po nim zajmował to stanowisko książę Edynburga, drugi syn królowej 
Wiktorii, a po księciu Edynburga - książę Walii, który wstąpił na tron jako 
Edward VII i zawsze był niesłychanie dumny z tego, że został wybrany na 
starszego braciszka TRINITY HOUSE. Czytającemu to kapitanowi zimny pot zrosił 
czoło w chwili, gdy zdał sobie sprawę, w jakiej uroczystości jutro będzie brał 
udział i z kim. Kiedy zaś przeczytał, iż obecnie panujący w Anglii król Jerzy V 
nosił tytuł MASTER OF TRINITY HOUSE do momentu swego wstąpienia na tron, wstał z 
wrażenia i przeszedł się po kabinie. 
Po chwili czytał i tłumaczył sobie dalej. Obecny MASTER OF TRINITY HOUSE, Duke 
of Connaught - "wujaszek obecnego króla" przemknęło przez głowę przerażanego 
kapitana - dwanaście lat piastował przedtem godność starszego braciszka. Król 
Jerzy V po wstąpieniu na tron nadał jeszcze większe przywileje starszym 

background image

braciszkom, przyznając im tytuł KAPITANA i prawo zajmowania podczas wszystkich 
uroczystości miejsca tuż po kapitanie Royal Nawy (Marynarki Wojennej). Jak 
wynikało z tego, co czytał, ty tul. w marynarce handlowej był tytułem czysto 
kurtuazyjnym. Obecny MASTER OF TRINITY HOUSE nie pobiera pensjii - jego zastępca 
DEPUTY MASTER otrzymuje dziesięć funtów rocznie. Pomaga mu dziewięciu starszych 
braciszków, wybieranych z grona młodszych, których jest około trzystu. I oto 
jeden z nich był tym pilotem, którego pogrzeb jutro ma się odbyć. Każdy młodszy 
braciszek musiał być kapitanem marynarka handlowej lub oo najmniej mieć rangę 
LIEUTENANT COMMANDER •w Royal Nawy. Oprócz zwykłych starszych braciszków są 
STARSI BRACISZKOWIE HONOROWI, którzy zajmują najwyższe stanowiska państwowe. 
Starszym braciszkiem jest Prime Minister (premier) - jest nim również PIERWSZY 
LORD ADMIRALICJI. Kapitan chusteczką otarł pot z czoła i czytał dalej. W każdej 
dziedzinie życia w Anglii mającej styczność z morzem, w której konieczne jest 
naj-głębsze zrozumienie spraw morskich, oparte o wiedzę połączoną z długoletnim 
doświadczeniem, wszędzie najbardziej ważki, a nawet decydujący głos mają 
braciszkowie TRINITY HOUSE. W charakterze Nautical Assessors (nawigacyjnych 
doradców) służą swym doświadczeniem w Izbie Lordów lub Admiralicji, w Sądzie 
Najwyżsizym, w szkolnictwie morskim, w budownictwie okrętowym i w każdej innej 
dziedzinie mającej związek z morzem. 
Kapitan przestał czytać, wstał i wyszedł z kabiny, by ochłonąć z wrażenia. Dzień 
jutrzejszy wydał mu się najbardziej trudny do przeżycia. 
Składanie kondolencji wdowie w obecności MISTRZA TRINITY HOUSE, a może i samego 
króla, w obecności starszych i młodszych braciszków, wydawało mu się ponad siły. 
Po krótkiej przechadzce po pokładzie wrócił do kabiny i przygotował możliwie 
najkrótszą mowę kondolencyjną. Rozbierając się do 
snu powtarzał ją zupełnie tak samo, jak za lat dziecinnych powtarzał wierszyk 
zadany na jutro do szkoły. Ułożył się w koi i ze słowami kondolencji na ustach, 
ze smutnym wyrazem twarzy zasnął bardzo zmartwiony. 

Następnego dnia, przy pomocy czarnych limuzyn i agenta, kapitan z trzema 
przedstawicielami załogi znalazł się na placu ceremonii. 
Po raz pierwszy zobaczył paradne mundury starszych braciszków TRINITY HOUSE. 
Przepychem i dostojeństwem przewyższały wszystkie dotychczas przez niego 
widziane. Wydało się naraz kapitanowi, że ma przed sobą zebranych dawnych 
mistrzów bractwa. Przeraził się. Przypomniał mu się gabinet okropności Madame 
Tussaud, nad którym widniał napis: TYLKO DLA LUDZI O SILNYCH NERWACH. 
Wdowa w czerni stała w otoczeniu tak wspaniałym, że kapitan nie miał już 
wątpliwości, że ma przed sobą zbiórkę królów, którzy kiedyś byli mistrzami 
TRINITY HOUSE. Zgodnie z otrzymanymi instrukcjami, na dany znak, kapitan zaczął 
zbliżać się do wdowy. Szedł, jak mu się wydawało, majestatycznie, na czele 
trzech reprezentantów załogi: marynarzy, palaczy i stewardów. Idąc, powtarzał 
sobie w myśli przemówienie kondolencyjne i formułę przedstawienia reprezentacji: 
marynarzy - SAILORS, palaczy - FIREMEN, stewardów - STEWARDS. Stanął wreszcie u 
kresu wędrówki, przed wyniosłą postacią w czerni. Wygłosił na pamięć wykutą 
formułę kondolencyjną, potem odstąpił pół kroku, odsłaniając trzech delegatów i 
wskazując wytwornym ruchem lewej ręki każdego z osobna, mówił jak można 
najgłośniej i najdobitniej: 
- Dys is reprezentatif of SAILORS. Ten jest przedstawicielem marynarzy. 
Dys is reprezentatif of FAJERMAN. Ten jest przedstawicielem palaczy. 
And dys is reprezentatif of STOWAWAYS. A ten jest przedstawicielem pasażerów na 
gapę. 
Zaledwie wymówił to ostatnie słowo, zobaczył, że twarz wdowy przybiera coraz 
weselszy wyraz. Podobny uśmiech zauważył na twarzach "wszystkich królów". 
Uśmiech ten w iniiczym nie przypominał angielskiego KEEP SMILING (zdobądź się na 
uśmiech w trudnej chwili). Kapitan wyraźnie widział, że była to z trudem 
hamowana wesołość. Naraz uprzytomnił sobie, że zamiast powiedzieć: "Representa-
tive of STEWARDS", powiedział: "Representative of STOWAWAYS". 

background image

Był to niechybnie pierwszy wypadek w Anglii, że na oficjalnej uroczystości 
pogrzebowej jednego ze "strażników czystości przepisów morskich", za jakich się 
uważają braciszkowie TRINITY HOUSE 
i w obecności innych braciszków piastujących najwyższe stanowiska państwowe - 
zaproszony na tę uroczystość kapitan obcego statku przedstawił im oficjalnie 
reprezentanta wszystkich pasażerów na gapę, których przywiózł do Anglii. 
Podczas gdy wdowa z "królami" walczyła z ogarniającą ich wesołością, trzej 
reprezentanci załogi zauważyli na piersi kapitana nową baretkę WIELKIEGO ORDERU 
"UŚMIECHNIJ SIĘ" - PIERWSZEJ KLASY. 
TRZY LISTY 
PRISON MUNCIPAL 
GENT                             Gandawa, 1. 7. br. 
Szanowna Pani (a chciałbym zacząć od: Miła Pani Kasieńko)! 
Siedzę w więzieniu. Czas mi się dłuży. Za kratami wąska smuga nieba. Udało mi 
się dostać więzienny blankiet papieru pocztowego i usiłuję na nim napisać kilka 
słów do Pani. 
Wybaczy Pani, że piszę do Niej z więzienia na więziennym papierze. 
Nieprzyjemna sprawa. Opór policji z finką w ręku. Obawiam się, że może Pani nie 
wie, co to "finka"? 
Po prostu nóż z Finlandii, coś w rodzaju małego sztyletu ładnie wygiętego. 
Rękojeść z drzewa, jak mi się zdaje, z karłowatej brzozy. Podobno Finowie, 
rozstrzygając pomiędzy sobą sprawy honorowe, umawiają się, ile centymetrów 
ostrza tego noża mają prawo zatopić w swych ciałach. Im dłuższa część ostrza 
może być wbita w przeciwnika, tym bardziej godny szacunku jest pojedynek. Nie 
biorę odpowiedzialności za prawdziwość tej informacji, ale bardzo pasuje do 
posiadanej przez każdego z nas finki. Myślę, że w Gandawie nie znają się na tym 
zupełnie. 
Siedzę i czekam na rozprawę rozmyślając, jakiej kary żądać będzie oskarżyciel - 
lata siedzenia czy tylko grzywna? 
Przepraszam, że tak bezładnie przeskakuję z tematu na temat. Niebo za kratami 
wcale nie jest niebieskie. Jest deszczowo. 
Te smugi deszczu przypominają mi dzień, a raczej wieczór, w którym Panią 
poznałem. Pani zapewne nie pamięta. 
Staliśmy w Kopenhadze. Nasz transatlantyk był przycumowany do nabrzeża. Tego 
wieczoru byłem oficerem służbowym. Nawet nie padało - ale lało. Gdy obchodziłem 
wieczorem statek, koło baru na rufie zatrzymał mnie poseł Moczulski, prosząc bym 
zechciał chociaż przez pół godziny zabawić jego sześć "córeczek", które nudzą 
się bardzo w barze. 
•- Właśnie wychodziliśmy do "Tivoli" i deszcz, deszcz, jaki chyba tylko Noe 
oglądał, zatrzymał mnie z córkami na statku - tłumaczył mi poseł. 
Weszliśmy do baru. Córki nie były podobne ani do siebie nawzajem, ani do ojca, 
ale pomysł był dobry. 
- Moczulskie: Kasia, Nelli, Lucynka, Zosia, Irenka i Janka - jednym tchem 
powiedział wówczas szc-zęśliwy "ojciec". 
Co do imion córek - to też nie bardzo byłem pewny, czy je wszystkie bezbłędnie 
zapamiętał. 
Poseł tłumaczył, że trudno mu dać samemu radę z sześcioma córkami. Zanim je 
zebrał - deszcz uwięził wszystkie z nim razem w tym barze. 
Ojciec-poseł był z Pani najdumniejszy. "Najmłodsza, ale najwyższa, ma 
prześliczny uśmiech. Kasieńka mi się najlepiej udała." 
Tak kolejno przedstawiał swe córki, wymieniając wyłącznie zalety każdej, które 
można było natychmiast sprawdzić. 
Byłem oszołomiony, ale nie na tyle, by nie rozumieć, że jestem dla Pań 
egzotycznym stworzeniem przyprowadzonym przez dobrego ojca dla rozrywki, 
nieznanym gatunkiem - coś pośredniego pomiędzy chłopcem okrętowym a wilkiem 
morskim. 

background image

Wszystko co mówiłem, było dla Pań nowością. "Bawienie" nie natrafiało na 
specjalne trudności, należało mówić to, czego Panie tak na co dzień i wszędzie 
nie słyszą. 
Bawiło Panie to, że podobnie jak Pań z ojcem jest siedem osób, tak nas z 
kapitanem jest również siedmiu nawigatorów: kapitan i sześciu oficerów 
pokładowych, że nosimy na rękawach kotwicę i nadzieję w sercu, a pierwsi nasi 
absolwenci nawigatorzy żyli tylko tą nadzieją, że zostaną oficerami na nie 
istniejącym w naszej flocie statku. 
Śpiewali wówczas: "Ja biedny marynarz nie mam nic swojego - prócz paru kotwiczek 
i znaczka złotego". 
Wprawiłem Panie w zachwyt mówiąc, że kapitan właściwie na tym statku jest 
zupełnie niepotrzebny, ponieważ my za niego wszystko wykonujemy. On tylko 
rozkazuje, mówiąc głośno to, czego każdy z nas nauczył się już w Szkole Morskiej 
na pamięć, a wszyscy moi koledzy na statku, których Panie poznają, oświadczą, że 
to co każdy z nich w tej chwili na statku robi, jest najważniejsze i że kapitan 
na pewno tego nie potrafi zrobić tak, jak ONI to wykonują. 
Gdy znajomość moja z ojcem Pań doszła do korkociągu, wprawiłem ojca-posła w 
zachwyt, zdradzając że korkociąg na statku nazywa się lunetą, ponieważ służy do 
przybliżania i rozjaśnia horyzonty. 
Ojciec mówił, że Pani pisuje artykuły do "Bluszczu", że studiowała Pani we 
Francji i w Niemczech. W miarę tego opowiadania bliskość Pani stawała się coraz 
dalsza. Podziwiałem Pani dwa duże warkocze i dwa rzędy prześlicznych zębów i w 
ogóle wszystkiego po dwa. Czy po dwie? Nie wiem, jak będzie prawidłowo. Ale 
wszystko bardzo ładne. 
Wieczór ten wspólnie określiliśmy jako najweselszy ze wszystkich znanych nam 
dotychczas na statku. Tak twierdził nawet ojciec-poseł. 
A deszcz - jako najmilszy ze wszystkich deszczów, jakie nas w barze kiedykolwiek 
osadziły. 
Przypomina sobie Pani ten przeskok morzem bez brzegów od Ska-gen do fiordów i 
tego pasażera, który podczas tego przeskoku otrzymał depeszę z wiadomością, że 
przy wejściu do fiordów ma się przesiąść na motorówkę, by się dostać jak 
najszybciej na ląd. 
Pasażer ten miał na sobie długi płaszcz z tak zwanej, modnej wówczas, słoniowej 
skóry. Musiał zejść po sztormtrapie, bo motorów-ka nagliła i nie mogliśmy 
postawić normalnego trapu. Żeby zabezpieczyć pasażera przed spadnięciem do wody 
podczas schodzenia do motorówki, oficer przepasał go liną, którą trzymał jeden 
ze sterników. 
Dla wszystkich turystów było to czymś bardzo ciekawym i każdy chciał widzieć, 
jak temu pasażerowi uda się podróż po drabince zrobionej z dwóch lin i 
umieszczonych pomiędzy nimi deseczek stanowiących szczeble. Jakiś pan z radia 
stanął wówczas na burcie w pobliżu niego i bardzo głośno relacjonował wszystkim, 
co się dzieje z bohaterem chwili. 
- Proszę państwa - mówił - facet wyraźnie zbladł. Boi się okrutnie. Teraz oficer 
omotał go sznurem. Marynarz wyrzucił przed nim cały szereg klawiszy na sznurku, 
po których ten nieszczęśnik będzie musiał schodzić, raczej udawać tylko, że 
schodzi. Nie mam wątpliwości, że będzie to z jego strony tylko udawanie, bo ze 
strachu jest żółtozielony. Po prostu jest to wspaniały typ kameleona w ludzkiej 
postaci. Proszę państwa, podchodzi teraz do burty. Usiłuje dać mi znak ręką, bym 
nie mówił, jak bardzo się boi. No, facet jest nieprzytomny ze strachu, bo 
spojrzał właśnie w dół, ma pod sobą chyba kilkanaście metrów pionowej ściany 
wprost do wody. Jest rzeczywiście bardzo wysoko, i jeszcze te klawisze, które 
leżą na burcie i które będzie musiał liczyć swymi stopami. Teraz, proszę 
państwa, zacisnął kurczowo palce na klawiszu na burcie i nie daje się namówić, 
by go puścić. No, przy pomocy oficera puścił ten klawisz i teraz maszeruje po 
następnych. No, tak jak już zapowiedziałem, na oślep przebiera po nich stopami, 
uderzając kilka razy po tym samym klawiszu. Właściwie zmienił się w bezwładne 
ciało z wolna opuszczane na tym sznurze przez marynarza na dół. Macha rękami i 

background image

nogami. Ruchy są zupełnie bezładne, powiedziałbym nieprzytomne. Twarzy jego nie 
widzę, więc nie mogę podać państwu tego na pewno bardzo ciekawego jej wyrazu. 
Oficer kazał go prędzej opuścić, by skrócić jego męki. No, już jest w motorówce. 
Jest to właściwie galaretowata masa drżąca ze strachu, który zmienił się podczas 
tej podróży w przyzwyczajenie. Wciągnięto go do budy w motorówce. No, niestety, 
proszę państwa, na tym kończę mój komunikat. 
Pamiętam, jak ojciec z sześcioma córkami, podobnie jak i całe towarzystwo, 
ubawił się tą przygodną audycją. Pasażer ten, jak się dowiedziałem, nie cieszył 
się sympatią na statku. Udawał turystę, by 
za tanie pieniądze dostać się do Norwegii wyłącznie w sprawach handlowych. 
A potem - niezapomniana już nigdy podróż fiordami do Nord-kappu. 
Obawiam się, że nudzę Panią tymi wspomnieniami, ale gdy człowiek siedzi sam w 
więzieniu, czekając na sprawę i nie ma do kogo ust otworzyć, to nie można się 
dziwić, że przychodzą mu na myśl chwile najmilsze i najweselsze. 
Gdy za kręgiem polarnym "NASZE MOCZULSKIE" leżały na kształt kokonów, spowite w 
koce na leżakach, myśleliśmy o Nich jak o najmilszej hodowli jedwabników i 
wynajdywaliśmy setki powodów, by przyjść i zobaczyć w Ich oczach odbite śnieżne 
szczyty lodowców iskrzące się w słońcu. 
Zachwycona wówczas tymi widokami powiedziała Pani, że może powtórzyć słowa 
małego Francuza, kilkuletniego malca, który wprawił Pamią w zdumienie swym 
powiedzeniem. Malec leżał jak nowo narodzony w łódce unoszonej słabym prądem 
rzeczki, wśród kwiatów wodnych i kwiatami okrytych brzegów. Wchłania"! w siebie 
promienie słońca, barwy kwiatów i zwiastował Pani wielką nowinę: "C'est la nie". 
A pamięta Pani podczas postoju na kotwicy w jednym z fiordów, na dalekiej już 
północy oglądane na tle lodowca reny? 
Zrobiła Pani wówczas zdjęcie Lapończyka z renem. Posiadam to zdjęcie z opisem na 
odwrocie rozmowy podróżnika Anglika z bogatymi właścicielami stad renów/ Na 
pytanie Lapończyków podróżnik ten nie bardzo wiedział, co ma odpowiedzieć, by 
nie umniejszyć w ich oczach majestatu jego królewskiej mości króla Anglii. 
Pytanie brzmiało: "Gdzie król angielski przechowuje stada swych renów, gdy 
wyrusza na wojnę?" 
A potem drugie przejście "Polonii" przez krąg polarny i ojciec Pani biorący 
udział w uroczystościach z tym związanych jako Neptun. Pamiętam jego monolog 
sławiący kapitana, pod którego dowództwem pierwszy polski statek już po raz 
drugi obchodzi tę uroczystość. Byliśmy bardzo dumni z tego przemówienia, 
ponieważ trochę tej sławy kapnęło i na nas, bez których przecież kapitan sam 
niczego nie do-kazał. Pieczołowicie przechowuję gazetę okrętową z tej 
uroczystości z wierszami ojca-posła.                   N 
Były to najjaśniejsze dnie, podczas których przez całą dobę można było oglądać w 
oczach córek - słońce. Pomarańczowe słońce najładniej odbijało się w Pani 
oczach. 
Za kratami niebo jest szare. Nie widać dzisiaj jego blasku, a Pani jest tak 
daleko. 
Powrót z Nordkappu na fiordy. Znów za każdym zakrętem zaklęte postacie mnichów 
lub rycerzy wiekami rzeźbione w skałach przez lodowce, aż naraz znikło to 
wszystko i nadszedł ostatni wieczór. Bal kapitański. 
Siedzieliśmy w nocy na pokładzie nad tym samym barem rufowym, w którym poznałem 
Panią. Tańczono na rufowym pokładzie oświetlonym lampionami. 
Woleliśmy wszyscy rozmawiać. Tańczyć nam oficerom na statku nie było wolno. 
Mieliśmy sobie zawsze tyle do powiedzenia. Słychać było orkiestrę, słychać było 
słowa piosenki: "Chłopcy czarni tak jak ja..." Przed nami znalazła się para 
szukająca ciemności i odosobnienia, by zwierzyć sobie najbardziej 
niepotrzebujące świadków słowa. 
Siedzieliśmy rzędem, naprzeciw nas stały dwa puste leżaki, które można było 
dostrzec nawet w ciemności nad białym pokładem. Para opadła na nie. Zamilkliśmy. 
Gdy po wyznaniach posypały się pocałunki, zrobiło się nam trochę nieprzyjemnie i 
mieliśmy już zamiar chrząknięciem zahamować ciąg dalszy, gdy bardziej przytomna 

background image

od niego ona dojrzała nas w ciemności. Skoczyła, porywając go za sobą. Wówczas 
Nelli wpadła na wspaniały pomysł, by przywiązać do siedzenia leżaków baloniki 
będące atrakcją tego wieczoru. 
Zaledwie zdążyliśmy myśl w czyn zamienić, a już nowa para zjawiła się przed 
nami. Szczęśliwiec, z nią na rękach, opadł na przygotowany balonik, który 
eksplodował - zabijając najżarliwsze myśli. 
"Psia-krew" - zaklął nieszczęśliwiec. "Szczęście" wyrwało mu się z rąk. Gonił je 
tak, jak gdyby pędził za swym własnym cieniem. 
To było coś. Płakaliśmy i chcieliśmy wszyscy całować Nelli za genialny pomysł. 
Ludzie w pewnych okolicznościach są do siebie bliźniaczo podobni. I tak aż do 
świtu, ^przed nami siadała para za parą. Trzymaliśmy się wszyscy razem za ręce, 
by sobie dodać sił i nie zdradzić swej obecności śmiechem. Trzeba było jednak 
się rozstać. Wśród tysięcy, które odbyły z nami podróże, nikt nam tak nie 
przypadł do serca, jak właśnie sześć córek z Kasią na czele. Proszę się nie 
dziwić, że właśnie w więzieniu przypominam sobie chwile spędzone z Panią jako 
coś najbardziej radosnego w tym mrocznym oczekiwaniu na sprawę. 
Ponieważ wszystkie Panie zostawiły nam swoje adresy, nie wątpię, że moi koledzy, 
podobnie jak i ja, piszą do Pani. 
Jeszcze raz przepraszam za więzienny papier, ale innego tutaj nie ma. Łączę 
wyrazy szacunku i wdzięczności za tyle miłych chwil spędzonych w Pani 
towarzystwie podczas wycieczki na Nordkapp. 
K. B. 
P.S. Gdyby Pani zechciała napisać do mnie, proszę adresować na s.s. "Polonia" 
Gdynia. 
Warszawa, 13. 7. br. Szanowny Panie! 
List Pana wstrząsnął mną do głębi. Rozumiem, czym to jest dla Pana z przestworzy 
oceanu znaleźć się w więzieniu. Straszne. 
Wierzę, że nie powodowało Panem zło, ale najważniejsze, by się Pan nie załamał 
nawet w wypadku najbardziej surowego wyroku. 
Jeśli listy moje będą mogły przynieść Panu ulgę w tym odosobnieniu, będę do Pana 
pisała tak często, jak to będzie możliwe. 
Wdzięczna jestem Panu za to, że w tak ciężkiej dla Niego chwili pamiętał Pan o 
mnie, przygodnej znajomej, których tysiące przewijają się przez pokłady 
niezapomnianej dla mnie "Polonii". 
Pamiętam, jak wszystkie błogosławiłyśmy ten deszcz, dzięki któremu miałyśmy 
możność poznać wszystkich Panów bardziej bezpośrednio, a nie tak z daleka 
przechodzących z mostku do mesy lub na szalupach podczas przewożenia nas na ląd. 
Szczególnie wówczas Panowie stawali się dla nas bardzo dalecy. W tej chwili 
jestem przybita tym, co się stało. Nie znam szczegółów. Po zobaczeniu oceanu 
wydaje mi się, że Panowie, przebywając na nim stale, nie mieszczą się w ciasnych 
ramach codziennego życia portowego i że to musiało doprowadzić do 
nieporozumienia. Proszę, jeśli to będzie możliwe, napisać, co się z Panem 
dzieje. Będę się starała w. imieniu nas wszystkich wywdzięczyć się Panu za tyle 
wesołych opowiadań i wiadomości 
0 fiordach, ludziach, ich życiu, a nade wszystko za tyle humoru, którego Panowie 
nam nie skąpili, a którego nam wszyscy inni bardzo zazdrościli. 
Listem swym przypomniał mi Pan tak żywo całą podróż, że wydaje mi się, że to 
wszystko miało miejsce nie wczoraj, lecz przed chwilą. 
Jeszcze raz pragnę zapewnić Pana o swej wielkiej dla Niego życzliwości i nic nie 
potrafi mi ani na chwilę zaćmić uroku całej podróży. Proszę, by się Pan nie 
poddawał smutkowi i rezygnacji. 
Życzliwa Kasia 
Nowy Jork, 31. 7. br. Miła Pani Kasieńko! 
Otrzymany od Pani list z dnia 13. 7. br., podpisany "Kasia", ośmielił mnie do 
rozpoczęcia w ten sposób mego listu. Przykro mi, że stałem się przyczyną miłego 
dla mnie Pani smutku 

background image

1 niepokoju, a wszystko to z tego powodu, że jeszcze jako tako potrafię 
porozumieć się w języku francuskim. 
Staliśmy z nową wycieczką turystyczną w Gandawie, ale niestety już bez sześciu 
uroczych córek i ich miłego ojca. Miałem dzień wolny od służby i naturalnie 
wybór padł na mnie, akurat gdy projektowałem sobie wypad do Brukseli i wszystko 
już miałem umówione z kierownikiem wycieczki, który zarezerwował dla mnie 
jeszcze miejsce w autokarze. Byłem "nieutulony w żalu", że właśnie mnie przy- 
padła ta cała sprawa. Gdybym nie znał tego języka, fobym sobie ppr"' jechał na 
wycieczkę. W programie były dwie galerie obrazów ł cała Bruksela. Pomimo że już 
w niej byłem, tym bardziej chciałem ją jeszcze raz zobaczyć i odświeżyć 
wspomnienia. Sądzę, że rozumie mnie Pani, iż miałem prawo być rozżalony. W tym 
stanie trafiłem do jednego z najstarszych i najbardziej słynnych więzień na 
świecie. Słynne jest ze swych studiów nad wyznaczaniem kary więźniom w sposób 
indywidualny. Głowiłem się tylko nad tym, czy żeby ulżyć, czy dokuczyć, czy też 
żeby wyleczyć z przestępczości. 
I znów Panią nudzę tymi więziennymi sprawami, w które - ]ak Pani widzi - 
trafiłem wbrew swym zamiarom. 
W momencie gdy już ubrany wybierałem się na wycieczkę, zostałem wezwany do 
kapitana. Kapitan, jak zwykle przez swe zaciśnięte zęby, przypomniał, że 
dostatecznie znam język francuski i w jego zastępstwie pójdę na rozprawę do 
więzienia, gdzie zatrzymano do czasu rozprawy naszego pomocnika kucharza. Leonek 
z nożem fińskim w ręku stawił opór policji w nocnym lokalu, do którego 
zaprowadzili go przygodni znajomi. 
Pomimo że wysłanie mnie tam było widomą oznaką troski kapitana o załogę, wcale 
to nie zmniejszyło mego rozgoryczenia z powodu zmarnowanego dnia wolnego. 
Rozprawa zamiast odbyć się o godzinie ósmej, rozpoczęła się o drugiej po 
południu. Czekałem na nią w poczekalni koło sali sądowej, nudząc się 
niemiłosiernie. Gdy straciłem cierpliwość, poprosiłem o papier - chciałem 
napisać list do Pani. Papier ten był zaopatrzony w ten fatalny nadruk: Więzienie 
Municypalne Gent. 
Za kratami było niebo nad mknącymi na wycieczkę autokarami do Brukseli. 
Przypomniały mi się fiordy i Pani, i zacząłem wówczas rozżalony pisać wszystko 
"od serca" i sprawiłem Pani smutek, za który Panią bardzo przepraszam, ale który 
jest dla mnie bardzo miły i dzięki któremu wcale nie żałuję, że nie pojechałem 
do Brukseli. 
Rozprawa trwała bardzo krótko. Jak wynikało z zeznań świadków i policji, chłopca 
zamroczyło i, słusznie czy niesłusznie, wyobraził sobie, że chcą go obrabować. 
Gdy go zaczęto familiarnie obejmować, bojąc się podstępu zajął strategiczne 
miejsce przy barze. Skąd, mając w ręku finkę a pod ręką kilkadziesiąt butelek, 
mógł utrzymać całe towarzystwo w szachu z dala od siebie. Towarzystwo się 
ulotniło. Właściciel wezwał policją. Leonek wytłumaczył na migi, że podda się 
tylko dwom policjantom, bo - jak wyjaśnił na sali sądowej - myślał, że ten jeden 
jest przebrany. Zapłacił wyjątkowo śmiesznie mała karę, według motywów wyroku, 
miała go ona ustrzec na przyszłość przed zbyt lekkomyślnym zawieraniem 
znajomości - sam lokal również nie cieszył się zbyt dobrą opinią. Zapłaciłem za 
Leonka żądaną sumę i zabrałem go na statek. 
Po tej wycieczce trafiliśmy na nasz zwykły rejs do Nowego Jorku. List wysłany z 
więzienia widocznie bardzo długo wędrował do Pani i Jej miła odpowiedź przyszła, 
gdy podnosiliśmy trap i zrzucaliśmy ostatnie cumy wychodząc do Nowego Jorku. 
List Pani jest dla mnie bardzo miłym dowodem Jej pamięci, za którą serdecznie 
dziękuję, łącząc wyrazy szacunku z prośbą o przebaczenie za sprawiony smutek. 
K.B. 
PASAŻER I.K.C. 
l u, wie co? A. Nu, widać już SALEM ALEIKUM?... - oficer wachtowy posłyszał za 
sobą głos kapitana na mostku w chwili, gdy się przyglądał mglistym jeszcze 
zarysom wyspy SALAMIS, która odkryła się w lewo od kursu transatlantyka 
"Kościuszko" idącego do Pireusu. 

background image

Kapitan był niesłychanie dumny ze swego konceptu nazywania tej wyspy arabskim 
pozdrowieniem "POKÓJ Z TOBĄ" i od paru lat nie darował ani jednej okazji, by nie 
powiedzieć tego głośno oficerom na mostku w chwili zbliżania się statku do 
wyspy. 
Nie było wątpliwości, że źródłosłów nazwy wyspy i arabskiego pozdrowienia był 
ten sam, tylko znacznie wcześniej od kapitana odkrył to Parandowski, pisząc: 
"Nazwa wyspy brzmi jak powitanie". Kapitan z jednakowym zadowoleniem powtarzał 
to SALEM ALEIKUM, poprzedzając je nieodłącznym "Nu, wie co? A." 
Odkrycia tego dokonał w kilka miesięcy po swym przybyciu na tak zwaną linię 
palestyńską, obsługiwaną początkowo przez nasz największy transatlantyk 
"Polonię", na którym był najpierw starszym oficerem, a potem kapitanem. Po 
jakimś czasie przyszedł z pomocą "Polonii" drugi nasz transatlantyk "Kościuszko" 
i oba te statki na przemian co tydzień od wielu miesięcy zjawiały się w Pireusie 
podczas swego dwutygodniowego rejsu - rozpoczynającego się i kończącego w 
Konstancy - utrzymując regularną komunikację pomiędzy Istambułem, Jaffą, Haifą, 
Aleksandrią i Pireusem, do którego właśnie zbliżał się "Kościuszko". 
Na sześć rumbów w prawo od kursu widoczna już była stacja pilotowa, za nią pyłem 
okryte olbrzymie agawy, w których na próżno chciano by się doszukać zieleni. 
Podobnie było z "wieczną zielenią" wysp Cyklad i Dodekanezu, opisywaną przez 
starożytnych historyków, a latem w roku 1936 zieleń ta była jeszcze bardziej 
płowa niż w latach poprzednich. "Kościuszko" zatrzymał się przed stacją 
pilotową. Po sztormtrapie wdrapał się na pokład pilot. 
Od wejścia do portu aż do miejsca, gdzie należało rzucić kotwicę, był szmat 
drogi. Duże statki pasażerskie przebywały ją w takt marszów wojskowych granych 
przez rozgłośnię okrętową, z załogami po- 
kładowymi na stacjach manewrowych na dziobie i na rufie. Po dojściu do 
wyznaczonego miejsca rzucano kotwicę, po czym statek posuwał się wolno wstecz i 
z rufy podawał liny na nabrzeże. Do komunikacji z lądem służył ponton sięgający 
od lądu do trapu na rufie. W ten sposób pozostawiano dojście z obu stron statku 
do port bunkrowych, specjalnych otworów w burcie, przez które ładowano węgiel 
podwożony przez barki. Oba transatlantyki zaopatrywały się w bunkier w Pireusie. 
Piękna pogoda i miłe dźwięki znajomych marszów nie zapowiadały wcale czegoś dla 
"Kościuszki" nowego lub nieoczekiwanego. 
Z równowagi wytrącił kapitana i oficerów pilot, który oznajmił niespodziewanie, 
że statek nie stanie w tym samym miejscu, w jakim stawał od miesięcy, lecz w 
innym, po przeciwnej stronie basenu. Z mostku zawiadomiono przez telefon o tej 
niesłychanej, rozum mącącej wieści starszego oficera na dziobie i "drugiego" na 
rufie: "Staniemy nie w dotychczasowym miejscu, lecz po przeciwnej stronie 
basenu". 
Była to rewolucja. Pilot doskonale zdawał sobie sprawę, jakie wrażenie wywołało 
jego oświadczenie. Gdy kapitan spytał go o przyczynę takiej decyzji kapitanatu 
portu, pilot odpowiedział, że kapitan musiał sam się spodziewać czegoś 
podobnego, mając na pokładzie takiego pasażera. 
- Jakiego pasażera? - zdziwił się kapitan. 
Pilot uśmiechnął się i wyraził uznanie kapitanowi za taką dyskrecję, dodając iż 
przyczynę zmiany miejsca kapitan sam wkrótce uzna za najbardziej słuszną. Trzeci 
oficer, pełniący podczas stacji manewrowych służbę na mostku, nie ustąpił tak 
łatwo i spytał pilota, kogo miał na myśli, mówiąc "TAKIEGO PASAŻERA". Stary 
pilot dał grzecznie do zrozumienia "trzeciemu", że nie chce, by ten uważał go za 
człowieka niespełna rozumu. 
Nowe miejsce może być stokroć lepsze od starego, ale w pierwszej chwili nigdy 
nie wzbudzi na statku entuzjazmu. Skoro od wielu miesięcy, co dwa tygodnie, 
statek cumowano w jednym miejscu, cała załoga uważała już to miejsce za swoje 
własne. Jedno odmienne miejsce cumowania zmieniało każdemu ułożony rozkład 
związany z wyjściem na ląd z wizytami, zakupami i rozrywkami. 
Cumowanie w nowym miejscu przeszło w głuchym milczeniu. Widać było zdumienie 
nawet na twarzach załogi hotelowej, gdy dobrze znajome nabrzeże zostało hen z 

background image

prawej burty, a "Kościuszko" wciąż jeszcze szedł naprzód.                               

Najbardziej niezadowolony wydawał się kapitan: 
- Nu, wie co? A. Nu, dam ja intendentu, że mnie znów nie powiedział, że jedzi 
jakiś poważny pasażer, tak jak wówczas nie powiedział o tym, co śpiewał. 
Kapitan miał na myśli znanego piosenkarza, który odbył z nami podróż do 
Palestyny. Tego dnia gdy piosenkarz wszedł na statek, rozgłośnia okrętowa co 
jakiś czas nadawała nagraną przez niego piosenkę: 
Już taki jestem zimny drań 
I dobrze mi z tym bez dwóch zdań... 
Kapitan, słysząc tę piosenkę kilka razy od rana, kiedy zagrano ją znów przy 
obiedzie, zdenerwował się i powiedział siedzącemu obok nieznajomemu panu: 
- Nu, wie co? A. Nu, nie lubię ja tego "drania". Nu, cały dzień tylko o nim. Nu, 
drań, da drań. Nu, nigdy w życiu ja takiego słowa u siebie w słowniku swoim nie 
miałem. 
I rzeczywiście kapitan mówił prawdę - używał niekiedy słów znacznie bardziej 
dosadnych. "Drania" - nigdy. 
Z kolacji wrócił kapitan na mostek bardzo rozdrażniony i gdy znów usłyszał tę 
samą melodię, podzielił się - jak zwykle - swymi kłopotami z oficerami na 
mostku. Oficerowie szybko wyjaśnili kapitanowi przyczynę, dlaczego ciągle na 
statku grają Zimnego drania i że właśnie ten pan, któremu kapitan to wszystko 
powiedział, to jest ten, który ją śpiewa. Był nim Bodo. 
- NU, wie co? A. Nu, znaczy ja troszeczku źle powiedziałem jemu. Nu, troszeczku 
za mocno. Nu, co teraz robić? A. 
"Nu, co teraz robić?" - było w tym wypadku niepotrzebnie przez kapitana użyte. 
Bo wiadomo było, że cała sprawa, jak i podobnych niezliczona ilość, zakończy się 
w kabinie kapitana na przyjęciu zainteresowanych i na "wieczystej z nimi 
przyjaźni". 
Podczas cumowania kapitan nie przestawał sobie obiecywać, że zrobi intendentowi 
wymówkę za to, że naraził go na wstyd przed pilotem. 
Na wyjaśnienie zagadki tajemniczego pasażera nie trzeba było zbyt długo czekać. 
Zaledwie skończyły się formalności sanitarno-celne, na statek wszedł nasz cały 
korpus dyplomatyczny z pobliskich Aten. Kapitana i oficerów łączyła z nimi 
serdeczna znajomość. Tego dnia wszyscy mieli bardzo uroczysty wyraz twarzy i 
natychmiast zamknęli się z kapitanem w jego kabinie. 
Tymczasem statek - jak zwykle po przybyciu do Pireusu - szykował się do 
przyjęcia bunkru. Bunkier, czyli paliwo, 'był płomieniem wiecznych sporów 
pomiędzy dostawcami w Pireusie i naszymi mechanikami okrętowymi. Za każdym razem 
przychodziły pod statek te same barki z taką samą ilością węgla i za każdym 
razem po zakończeniu załadunku rozpoczynały się długie dysputy na temat, ile 
statek otrzymał węgla. Załoga pokładowa dawno już sprzątnęła nawet ślady pyłu 
węglowego z pokładów, a w kabinie starszego mechanika wciąż trwały gorące spory. 
Zbliżał się wieczór, a wraz z nim oznaczona w rozkładzie godzina wyjścia z 
Pireusu. Wieczorem załoga 
pokładowa wychodziła na stacje manewrowe w nadziei, że zaraz spory się skończą, 
ale z mostku co jakiś czas przychodziła telefoniczna wiadomość, że "jeszcze się 
nie doliczyli". 
W pierwszych dwóch rejsach oficerowie nawigacyjni sądzili, że z powodu gorąca w 
maszynie mechanicy nie są w stanie nawet liczyć. Przyszli z pomocą, mierząc 
bardzo dokładnie dostarczony pod burtę węgiel na barkach. W obu wypadkach 
wyliczenia nawigacyjne zgadzały się co do tony z tym, co obliczyła maszyna, ale 
różnice z tym co podawali dostawcy, były tak wielkie, że pewnego razu starszy 
mechanik, najweselszy mechanik naszej floty handlowej, rozpoczął ten krakowski 
targ od twierdzenia, że dostawca w ogóle węgla nie dostarczył. 
Dużo było z tego powodu wesołości, ale ostatecznie maszyna doszła do 
przekonania, że spór ten należy doliczyć jako specjalny dodatek do formalności 

background image

związanych z kupnem bunkru. Na innych statkach mechanicy byli podobno bardziej 
pojętni niż nasi i dawali się łatwiej przekonać dostawcom. 
Od przyjścia dyplomatów upłynęło pół godziny-. Nareszcie drzwi się otworzyły i 
korpus dyplomatyczny opuścił statek. Okazało się, że tajemniczym dla nas 
pasażerem jest KRÓL KRÓLÓW zmuszony do ucieczki z własnego kraju, władca 
Abisynii Haile Selassie. 
Ateny były zelektryzowane tą wiadomością podaną przez gazetą krakowską 
"Ilustrowany Kurier Codzienny". 
W tym czasie wojna w Abisynii już dogasała. Addis Abeba, po polsku znaczy tyle 
co Nowy Kwiat, była zajęta przez Włochów, a król Abisynii zmuszony został do 
ucieczki. Cały świat gubił się w domysłach: dokąd się schronił? I oto nagle w 
Atenach wyczytano, że na polskim statku "Kościuszko", co dwa tygodnie 
zawijającym do Pireu-su, w najbliższych dniach znajdzie się Haile Selassie. 
Trudno było w tym czasie o większą sensację w Grecji. Od wielu miesięcy cała 
prasa pisała o wojnie włosko-abisyńskiej, podając olbrzymi przyrost naturalny 
Włoch jako usprawiedliwienie szukania nowych przestrzeni życiowych. 
Kapitan równie żywo jak wszyscy interesował się tymi sprawami, twierdząc: "Nu, 
wie co? A. Nu, historia. Nu, wielka rzecz historia. Nu, panie, nu, ale cóż 
takiego przyrost naturalny, ale żeby chrześcijański naród napadał na pierwszych 
czarnych chrześcijan. Nu, ja tego, panie, nie uznaję. Nu, panie, kilkadziesiąt 
lat temu kiedy Włosi z tego samego powodu na Abisyńczyków, nu, ci pobili Włochów 
pod Aduą i kilkadziesiąt tysięcy Włochów wziętych do niewoli zamienili na 
dozorców haremowych. Nu, panie, od razu rozwiązali sprawę przyrostu naturalnego 
Włoch i przez kilkadziesiąt lat mieli spokój. Nu, a teraz. Nu, z samolotów Włosi 
polują na ludzi uzbrojonych w piki. Nu, a Liga Narodów, panie. Wszystkie sankcji 
Ligi skończyli się na tym, że Francuzi jedni nie zakupili dla najdroższych 
sklepów paryskich włoskich kapeluszy damskich." 
Kapitan czarował pasażerów swoistymi opowiadaniami o Abisyńczy-kach, którzy, 
według niego: "Nu, wie co? A. Żeby ożenić się, Abisyń-czyk musi zabić lwa i 
zdjąć z niego skóra - albo zabić nieprzyjaciela. Z nieprzyjaciela całej skóry 
nie zdejmuji, tylko od dolnej wargi nacina skóra w dół z jednej i drugiej strony 
przez cały brzuch, aż skalp wytni z rozmaitymi innymi rzeczami, potem przez 
środek przetni szpara i naniży swemu koniowi przez głowa. Nu, niektórzy kilka 
takich trofeów swemu koniowi nakładajo." 
Efekt takiego opowiadania zawsze był bardzo silny i żeby go nieco złagodzić, 
kapitan dodawał, że: "Dzieji się tak wyłącznie wówczas, jeśli Abisyńczyk chce 
się żenić. Na co dzień Abisyńczycy są bardzo spokojni i grzeczni i mówią, że z 
nieprzyjaciółmi nie należy walczyć ani krzyczeć, tylko należy pójść do 
czarownika i poprosić go o napisanie na kartce życzeń, które się chce przesłać 
czy powiedzieć pod adresem nieprzyjaciela. Napisane przez czarownika na papierku 
słowa trzeba zanurzyć w kawie i dać tę kawę do wypicia .nieprzyjacielowi. Nu, w 
żadnym wypadku nieprzyjaciel nie powinien tego widzieć. Nu, i cóż takiego. W 
zależności od tego czy to był dobry, czy zły nieprzyjaciel, wędruje on tam, 
gdzie się mu życzyło - do piekła albo do nieba." 
Pod wpływem opowiadań kapitana "Kpściuszko" zdecydowanie stał po stronie 
Abisyńczyków. 
Przyczyną zmiany miejsca postoju "Kościuszki" była obawa przed możliwością 
konfliktu pomiędzy załogą stojącego już przy dawnym pontonie "Kościuszki" dużego 
pasażerskiego statku włoskiego a załogą "Kościuszki", gdyby nasz statek stanął 
na starym miejscu. Grecy obawiali się, że Włosi, gdy się dowiedzą, iż tuż obok 
nich znajduje się Haile Selassie, mogą się pokusić o zabranie go siłą. 
Powiedział o tym kapitanowi szczerze agent Arwanitidis. 
Plac przylegający do nabrzeża, przy którym teraz stał "Kościuszko", był 
przepełniony tłumem. Wciąż zajeżdżały limuzyny, a ich pasażerowie obserwowali 
nasz transatlantyk i robili zdjęcia. Zupełnie nieznajomi ludzie obiegli 
natychmiast wychodzącą na ląd załogę ofiarując olbrzymie sumy za fotografię 
Haile Selassie zrobioną na statku. 

background image

Jeden z oficerów - chcąc wynagrodzić tych, którzy podczas upału przybyli z Aten, 
by zobaczyć Haile Selassie - przebrał się za wojewodę abisyńskiego, krótko 
mówiąc rasa, i od czasu do czasu, niby niechcący, ukazywał się w drzwiach baru 
na pokładzie łodziowym, budząc swą osobą widoczne zainteresowanie. 
Po zachodzie słońca odwaga ludzi proponujących fantastyczne sumy za fotografie 
wzrosła. Coraz więcej ich było na pontonie przy trapie. Fotograf okrętowy, który 
uwiecznił już tylu pątników do Ziemi Świętej, był najbardziej atakowany. Nikt z 
oferujących olbrzymie sumy nie wątpił, że wykorzysta on bajeczną wprost okazją 
do zrobienia majątku w przeciągu jednego dnia. 
Był to najbardziej pamiętny dzień postoju w Pireusie. Tego bowiem dnia ilość 
dostarczonego węgla obliczona przez maszynę i przez dostawców po raz pierwszy i 
ostatni zgadzała się od razu co do grama w chwili zakończenia bunkrowania. 
Niezapomniane były również chwile pożegnania z urzędnikami agenta. Niepokoili 
się o nas. Bali się, że Włosi mogą nasłać na nas jeden ze swych okrętów 
wojennych z pobliskiego Dodekanezu w tym czasie, gdy będziemy szli od przejścia 
Doro pomiędzy wyspami Edbeą i Andros, aż na wody starożytnej Troi koło wejścia 
do Dardaneli. Najmłodszy urzędnik agenta Anastazi powiedział, że będzie czuwał 
przy telefonie, zanim nie otrzyma wiadomości z Biiyiikdere, że szczęśliwie tam 
już dotarliśmy. Pierwszy raz "Kościuszko" punktualnie wyszedł z Pireusu. 
Ewentualność spotkania się z włoskim okrętem wojennym wcale się nam nie 
uśmiechała. Kilka nocnych godzin po wyjściu z Doro minęło spokojnie. Oficerowie 
na mostku i marynarze pełniący służbę byli silnie podnieceni, każde światło, 
ukazujące się na horyzoncie, budziło zrozumiałe zainteresowanie. Ta droga pod 
Troję przenosiła nas myślami w epokę Homera, aż wreszcie różane palce Eos 
odchyliły zasłonę nocy - na niebie zjawił się brat Eos, złocisty Helios, pod 
jego opieką "Kościuszko" dotarł bez przygód pod Troję. 
Tutaj skończył się już wszelki niepokój. Turcja bowiem należała do paktu 
bałkańskiego, do którego należały również Grecja, Rumunia i Jugosławia. 
Wszystkie te państwa w jednakowym stopniu obawiały się Włochów. Najbardziej bała 
się ich Turcja, znajdująca się zbyt blisko trzynastu wysp Dodekanezu należących 
do Włoch. Dzięki sojuszom udało się Turcji utrzymać swą Anatolię, na którą Włosi 
mieli niekłamaną ochotę przed uderzeniem na Abisynię. W nocy "Kościuszko" minął 
morze Marmara. O świcie ukazało się miasto z baśni tysiąca i jednej nocy. Z 
leżącej nad morzem perłoworóżanej mgły wynurzyły się zaróżowione wschodzącym 
słońcem iglice minaretów i kuliste kopuły meczetów Konstantynopola. "Kościuszko" 
minął obronne mury Seraju i wszedł na złotodajne wody zatoki, z której czerpano 
niegdyś złoto w postaci niezliczonych ilości tuńczyka. Dziś została już tylko po 
nim nazwa ZŁOTY RÓG. 
Podeszła łódź pilotowa. Pilot nie wniósł ze sobą żadnej sensacji na statek. 
Stanęliśmy w tym samym miejscu co zawsze, pośrodku Złotego Rogu, podając liny na 
zakotwiczone na zatoce beczki do cu-; mowania. 
W chwilę po zacumowaniu dobiła do trapu motorówka agenta - dyplomaci znów 
pożądali kapitana. Nie było rady. Wkrótce kapitan znalazł się w biurze agenta 
wydany na pastwę dyplomatów polskich, tureckich i włoskich. 
- Nu, wie co? A - opowiadał o tym spotkaniu potem kapitan na mostku. - Nu Włosi, 
nu, przyczepili się do minie, że nie powiedziałem ja prawdy w Pireusie, że na 
statku jest Haile Selassie. No i mówią 
ja im, że nie mam ja Haile Selassie i nde mam żadnego pasażera do niego 
podobnego. Nu, wie co? A. Nu, Włoch wyciąga gazeta "Ilustrowany Kurier 
Codzienny" i pokazuji, że tam jest napisano, że na "Kościuszce" jest Haile 
Selassie. Do gazety dopięte było tłumaczenie w języku włoskim. Nu i cóż takiego. 
Mówię ja jemu. Nu, wasz Cycero powiedział, że pismo nie czerwieniej! (epistola 
non erubescit - list się nie rumieni). Nu, Włosi rozgniewali się na mnie. Turcy 
zaczęli ich uspakajać. Nu i teraz Turcy prosić zaczęli, żeby im powiedzieć tylko 
prawda. Czy jest teraz na "Kościuszce" Haile Selassie, czy go nie ma? 
Nu, zdenerwowałem się ja, nu i nic więcej powiedzieć nie chciałem. I znów Włosi 
zaczęli swoje pytania, dlaczego ja chce utaić, że na statku jest Haile Selassie. 

background image

Nu, jeden jak świń jaki przyczepił się do mnie. Jest, czy nie ma? - mówi. Nu, 
wykrzykną ja wówczas, że nie ma. Nu, wie co wówczas było? A. 
Wło'ch wyjmuji z teczki fotografia i pyta się, czy poznaje ja te osoby, co na 
niej sfotografowane? 
Dalsza rozmowa kapitana z dyplomatami ciekawiej została opowiedziana przez 
jednego z polskich urzędników, który był przy tym obecny jako tłumacz. 
Kapitan rzucił okiem na fotografię i zaniemówił. Włoch, pokazując kapitanowi 
jedną z osób na fotografii spytał, czy kapitan ją poznaje. Kapitan musiał 
przyznać, że tak. Osobą wskazaną przez dyplomatę włoskiego - był sam kapitan. 
- A ten oficer obok pana? - pytał dalej Włoch. 
Kapitan musiał przyznać, że zna tego pana, że jest nim starszy oficer, z drugiej 
strony - "drugi", potem "trzeci". Wszyscy oficerowie nawigacyjni "Kościuszki". 
- A kto pośrodku siedzi? - spytał z wyraźną satysfakcją Włoch. 
- Haile Selassie - przyznał zdumiony kapitan. 
Triumf Włocha był całkowity. Dyplomaci polscy z niezadowoleniem patrzyli na 
kapitana. Kapitan zrozumiał, że wszelka dyskusja w tej chwili wobec tego dowodu 
rzeczowego, leżącego na biurku - nie była wskazana. 
Kapitan lubił niekiedy stawiać siebie w jednym szeregu z czołowymi 
osobistościami historii świata. Widział teraz swoją osobę, jako jedną z głównych 
postaci w nowym konflikcie międzynarodowym. Puszczając mimo uszu wyrzuty 
dyplomatów polskich, nie mógł powstrzymać się od wypowiedzenia głośno po polsku 
tego, co myśli o tej sytuacji. 
- Nu, historyczny byłby moment, żeby to wszystko była prawda. Oświadczenie to 
jednak przeminęło bez echa. Dyplomaci polscy nie 
wiedzieli, co mają powiedzieć na ten temat. Turcy nie zdradzali ochoty wydania 
Haile Selassie, podobnie jak Grecy w Pireusie. 
"Historyczny moment" przedłużał się. Napięcie międzynarodowe wzrastało. Nikt nie 
zabierał głosu. Jasne było, że na Morzu Czarnym 
Wfosi nie nie mieli do powiedzenia. "Kościuszko" szedł do Rumunii, a ta z 
pewnością udzieli gościny KRÓLOWI KRÓLÓW. Triumf Włochów był w tej chwili ich 
porażką. 
Ciszę przerwał jeden z Włochów, który wziął fotografię do ręki, jeszcze raz się 
jej przyjrzał, a potem zwrócił się do kapitana, mówiąc, że jest mu niezmiernie 
przykro z powodu kłopotów, jakie sprawili kapitanowi, fatygując go i zabierając 
czas niepotrzebnie. 
Dyplomaci polscy i tureccy patrzyli na Włocha, jak gdyby ten ostatni dostał 
nagli pomieszania zmysłów. Pozostali dyplomaci włoscy również patrzyli na niego 
z niedowierzaniem i zdumieniem. 
Widząc wrażenie, jakie wywarło na obecnych przeproszenie przez niego kapitana, 
dyplomata wyjaśnił, że dziecko Haile Selassie widoczne na tej fotografii, jest o 
dziesięć lat starsze. Leżąca na biurku fotografia jest mistrzowskim 
fotomontażem. 
Z kolei pozostali dyplomaci zaczęli kapitana przepraszać. 
"Moment historyczny" uznano za niebyły. 
Kapitan, kończąc po swojemu to opowiadanie, zamknął je takimi wnioskami: 
- Nu, wie co? A. Nu, przekonałem się ja, że potęga prasy jest ogromna. Nu i wiem 
ja nareszcie, kim jest nasz fotograf. Nu, krótko mówiąc - zimna szelma. Nu, nie 
lubię ja słowa "drań". Nu, co robić? A. 
CHIMERA MIRABILIS 
Byliśmy trzecim statkiem pod polską banderą, który miał wkrótce przekroczyć 
równik. Transatlantyk nasz chodził dotychczas północną drogą do Nowego Jorku, 
przez równik szedł po raz pierwszy. Cała załoga pokładowa dostała "gorączki 
równikowej", każdy z marynarzy chciał poznać zwyczaje związane z przejściem 
równika. 
Za przykładem sławnego Beebe'a, który w tym okresie zanurzył się na niemal 
tysiącmetrową głębokość w skonstruowanej przez siebie batysferze, wędrowałem 
myślami po jeszcze większych głębokościach w pogoni za wspaniałymi rybami 

background image

głębinowymi. Najbardziej podobała mi się ryba nazwana CHIMERA MIRABILIS, 
wyłowiona po raz pierwszy przez Norwegów z głębokości prawie dziewięciuset 
metrów koło Wysp Owczych. Tułów tej ryby, barwy brązowej, przypominający 
węgorza, przechodził w zakończenie podobne do bicza; skrzele były zielonkawe, a 
płetwy kształtu skrzydeł motyla - fioletowoniiebieskie. Ryba nie była zbyt 
wielka - miała siedemdziesiąt sześć centymetrów długości - ale oko jej było 
olbrzymie, podłużne, z szafirową tęczówką i złocistą źrenicą. Wygląd ryby 
całkowicie usprawiedliwiał jej nazwę: Chimera - znaczy "pomysł nieprawdopodobny, 
wylęgły z urojenia". Ta była w dodatku Mirabilis - "godna podziwu i zachwytu". 
Jednego dnia moje "studia" nad rybami głębinowymi przerwane zostały pukaniem do 
drzwi. Przyszedł bosman z jednym z marynarzy. Bez długich wstępów objaśnił, że 
chcą urządzić przejście równika jak można najbardziej uroczyście. Prosili, żebym 
omówił sprawę z kapitanem, zgodził się być Posejdonem i w ogóle zajął się całą 
imprezą. 
Statkiem naszym dowodził kapitan "Domejko". Od czasu zbudowania nowych 
transatlantyków kompania dobrała dwóch kapitanów o podobnych nazwiskach, co 
stanowiło źródło nieustannych nieporozumień. W związku z tym jednego przezwano 
"Domejką", drugiego "Dowejką". Były to dwie prawdziwe "perły" w skarbcu 
opowiadań, jakie krążyły po mesach ha wszystkich statkach naszej kompanii. 
Obaj kapitanowie pochodzili z zaboru wschodniego. Życie spędzili na morzu. Do 
szkół polskich nigdy nie uczęszczali. Kapitan Domejko, nie mając zdolności 
lingwistycznych, tworzył na poczekaniu nowe sło- 
wa i dziwił się bardzo, jeśli natychmiast nie był zrozumiany. Chcąc wyrównać 
braki z dziedziny literatury i historii polskiej - czytał wiele. Ale myliło mu 
się często wszystko: kolejność faktów historycznych, autorzy i tytuły 
przeczytanych książek. Walka kapitana z własnymi brakami w zakresie wiadomości 
wzbudzała szacunek, co nie przeszkadzało, iż był on stałym tematem najweselszych 
opowiadań, którym zawdzięczał swą dużą popularność. 
Gdy na przykład nowy oficer pierwszy raz usłyszał na mostku wypowiedziane przez 
kapitana zdanie: "Ticha idim, psia wełna, a okrentu świetlanego jak nie widat', 
tak nie widat"' - długo łamał sobie głowę, zanim się domyślił, że: "statek idzie 
wolno i dotychczas nie zobaczyliśmy latarniowca". 
Na urządzenie ceremonii chrztu równikowego kapitan Domejko zgodził się 
natychmiast, ale pod warunkiem: 
- Nu, żeby tylko porządek był! Pasażerski że -statek, porządek byt' musi! 
Na punkcie porządku i czystości kapitan Domejko był pedantem. Dbał o wygody 
pasażerów i dobrą ich opinię o-statku bez względu na klasę, którą zajmowali. 
Najmniejsze niezadowolenie ze strony pasażerów, które doszłoby do wiadomości 
kapitana, mogło rozpętać ulewę "wyrazów własnych" na głowy szefów działów - 
starszego oficera, starszego mechanika, intendenta lub szefa kuchni. Poza tym 
pływało się "ticho i spakojnie". 
Rytuał uroczystości równikowych był nam znany i nie nastręczał trudności. Jednej 
rzeczy należało przypilnować - żeby nie przebrano miary i nie skrzywdzono tych, 
których się będzie golić i chrzcić. Na nieprzewidziane przeszkody natrafiliśmy 
przy podziale ról. Wszyscy "sprzed masztu" chcieli bez wyjątku występować. 
Należało dla każdego znaleźć "funkcję". Najsmuklejszym przydzielono role ne-
reid. Najładniejszy chłopak został Amfitrytą. Z trytonami sytuacja się 
zagmatwała: okazało się, że wielu marynarzy przygotowało już sobie kostiumy 
diabłów i o trytonach nikt nie chciał słyszeć. Jeden tylko przyszykował kostium 
trytona uszyty ze starej ceraty. Dobił jednak wszystkich marynarz, który miał 
kiedyś nieszczęście przebywać na "Dzikim Zachodzie". Posiadał strój kowboja, 
lasso i umiał się tym lassem posługiwać. Postanowił, że będzie z Posejdonem 
występował jako... kowboj. Nic go nie obchodziło tłumaczenie, iż Posejdon nigdy 
kowboja na oczy nie oglądał: "Będę kowbojem albo za burtę wyskoczę!" 
Trzeba się było zgodzić: będzie wyszukiwał tych, któray się kryją, będzie ich 
łapał na lasso i dostarczał diabłom. 

background image

Zaledwie skończyła się sprawa z "kowbojem" wynikła nowa z cieślą: Diabłem nie 
będzie. Trytonem nie będzie, ale musi być w orszaku - bo jest cieślą! Musi być 
kimś starszym ze względu na to, że "pan porucznik rozumie: jestem cieślą!" 
Cieśla miał prawie dwa metry wzrostu i muskulaturę przedpotopowego jaskiniowca. 
Włosy żmijowato opadały mu na czoło i to jedno przypominało nieco Greka. 
__ Mówić też nic nie będę - oznajmił - bo się pomylę! 
Bosman usiłował odwieść cieślę od zamiaru występowania, ale cieśla odpowiedział, 
że to przez zazdrość, bo sam bosman nie występuje, gdyż nic nie potrafi, tylko 
ludzi ganiać. 
Olśniła mnie myśl, że w oceanie spędził wiele lat swego życia Hefajstos, 
muskularny olbrzym z młotem w dłoni. Cieślą można było pokazywać jako atletę. 
Spytałem, czy będzie mógł ubrać się w kawał jakiegoś futra i sporządzić sobie 
olbrzymi młot. Nic przy tym nie bę/-dzie potrzebował mówić. Cieśla poweselał. 
Oświadczył, że ma starą bekieszę podbitą futrem, to sobie potrzebny kawałek 
wykroi. 
Z astronomem, golibrodą i lekarzem nie było już trudności. 
Mieliśmy przeszło siedmiuset pasażerów do Południowej Ameryki, w większości 
Ukraińców jadących do Argentyny. Wszyscy pasa-rowie wiedzieli już, że na równiku 
zobaczą prawdziwe widowisko. Nasi domorośli "artyści" byli zgodni co do jednego, 
że widowisko MUSI wypaść wspaniale. Żeby zaś wypadło "wspaniale", należało 
uplano-wać jakąś akcję, ułożyć jakiś scenariusz. Cała ta gromada "artystów" 
musiała działać wspólnie, inaczej PORZĄDEK nakazany przez kapitana mógł być 
zagrożony. 
Zaproponowałem odegranie sceny z krnąbrnym marynarzem, który nie będzie chciał 
poddać się ceremonii golenia i nadania mu imienia przez Posejdona. Miał być 
ubrany w jakiś stary, ale odświeżony garnitur, który diabły w walce porwą 
bezlitośnie. Przywleczony przed Posejdona, marynarz zlekceważy rytualną 
wypowiedź nadającą mu nowe imię. Posejdon oburzony zachowaniem się marynarza 
rozkaże Hefajstosowi uśmierzyć śmiałka. Hefajstos będzie miał specjalny młot 
tekturowy z farbą w środku. "Roztrzaska" czaszkę bluźniercy, ten "trupem padnie" 
u nóg Posejdona, a obrzęd chrztu będzie się toczył dalej, jak gdyby kara za 
bluźnierstwo była sprawą zwykłą i zrozumiałą. 
Projekt został przyjęty z dużym zapałem. Niestety nie można było urządzić próby 
generalnej. W miarę więc możności każda rola została omówiona i - zgodnie ze 
zwyczajem powtarzania komend - powtórzona przez odpowiedniego "artystę". 
Na statku pasażerskim w każdym rejsie znajduje się jakaś osoba, której z urzędu 
lub stanowiska przypada pierwsze miejsce wśród pasażerów. Jest to tak zwana po 
łacinie persona grata, innymi słowy "osoba mile widziana"- Osobą tą był tym 
razem profesor Bujwid z Krakowa, bez mała osiemdziesięcioletni staruszek, 
naukowiec. Z miejsca, po wejściu na pokład założył klub esperantystów i sam 
prowadził wykłady. Kapitan zachwycony był profesorem, profesor - kapitanem, a my 
przestraszeni tym, że kapitan nauczy się jeszcze jednego języka, co może 
skomplikować szybkie porozumiewanie się z nim. 
W przeddzień przejścia równika zgodnie z tradycją usłyszano zzm burty głos 
trytona pytającego w imieniu Posejdona o banderę i nazwf okrętu. Marynarze 
pomogli trytonowi wejść na pokład. Ponieważ dzie^ je się to zawsze po zachodzie 
słońca, wielu pasażerów było świadkami tego wydarzenia. Wszyscy oczywiście ze 
zdumieniem przyjęli ukazanie się człowieka zza burty. W gruncie rzeczy sprawa 
była prosta - siedział tam na wywieszonej sterlindze, przewiązany na wszelki wy-
: padek liną. 
Dzieci szalały odprowadzając na mostek monstrum ubrane w szaty z ceratowych 
łusek. Po uściśnięciu dłoni kapitana tryton zapowiedział przybycie Posejdona, 
Amfitryty, Hefajstosa i całego dworu w dniu jutrzejszym o godzinie szesnastej. 
Nie zapomniał przy tym dodać, że od przebywania na powietrzu czuje dziwną 
suchość gardła. Przygotowany na te ewentualności kapitan podał trytonowi butelkę 
rumu. Wysłannik Posejdona pożegnał kapitana i odprowadzany przez zachwycone 

background image

dzieci, przed powrotem w głębiny oceanu zaszedł jeszcze" do marynarzy na 
pogawędkę. 
Następnego dnia już na długo przed godziną"czwartą po południu tłumy pasażerów 
zebrane dokoła drugiej ładowni z niecierpliwością wyglądały zapowiedzianego 
widowiska. Tymczasem wśród gotowego do wyjścia orszaku wybuchła panika. 
Wszystkich - od Posejdona do kowboja włącznie - ogarnęła wątpliwość, czy 
podołają zadaniu. Przerazili się,, że sprofanują odwieczny obrządek i staną się 
pośmiewi-skie'm. 
Sytuację uratował najbardziej dziwny człowiek z załogi - prowiantowy. Był to 
niepozorny garbusek zwany powszechnie "Plamoznikiem". Miał dwa magisteria - 
filozofii i matematyki, praktykę w zawodzie nauczycielskim oraz wychowawczym. 
Zostawił to wszystko, nauczył się szoferki i ruszył do Gdyni z kilkunastu 
złotymi w kieszeni. Zamu-strował na statek w charakterze chłopca okrętowego do 
prowiantu-ry. Był pierwszym prowiantowym na "Pilsudskim", a później - na 
"Batorym". Chcąc zobaczyć Rio de Janeiro przeszedł z "Batorego" na nasz stary 
"klejnot"* i teraz oto trzymał w ręku tacę z kubkami napełnionymi 
"plamoznikiem". 
Wypity kubek "plamozniku" w pierwszej chwili wzdymał pierś i dławił okrzyk 
"ogień mam w łonie!" Potem już wszyscy mogli zgodnym chórem śpiewać: "Hej, kto 
Polak - na bagnety!" 
W chwili, gdy dzwon okrętowy wybił osiem razy - orszak ruszył. 
Na czele szedł Posejdon ze złotym trójzębem w dłoni i w misternie plecionej 
koronie na głowie. Jego olbrzymia zwichrzona broda wywołała szmer podziwu. Tuż 
przy Posejdonie kroczyła Amfitryta. Strome piersi kryła w złotej siatce, podobna 
siatka opinała kształtne biodra. Najpiękniejsze w Amfitrycie były oczy. Ale te 
stanowiły 
* "Klejnotami" nazywano popularnie w naszej flocie trzy pierwsze polskie 
transatlantyki - "Polonię", "Pułaskiego" i "Kościuszkę". 
prywatną własność starszego marynarza Julisa, który właśnie z tego powodu został 
wybrany na małżonkę Posejdona. 
Wczorajszy posłaniec tryton w ostatniej chwili złapał do ręki olbrzymi pastorał 
i nie dał go sobie wydrzeć. W jaki sposób doszedł do posiadania pastorału 
podczas tej uroczystości - nie zdradził nikomu. Musiał go jednak od dawna 
przygotowywać, bo pastorał był kunsztownie opleciony, wygięty i złocony. 
Wygląd Hefajstosa wywołał szepty wśród pasażerów: "Podywyś! Podywyś!" - 
Hefajstos dźwigał na ramieniu olbrzymi młot tekturowy misternie podmalowany. 
Olbrzym nie potrzebował się charakteryzować. Wspaniała muskulatura, potwornych 
rozmiarów młot i skrawki futra - wybiegały daleko poza codzienność. 
Szepty "Podywyś! Podywyś!" usłyszane przez orszak Posejdona od razu podniosły 
ducha "artystów". Głośny szmer zmienił się w burzę oklasków na widok nereid 
ubranych, podobnie jak ich siostra Amfitryta, w skąpe złociste siatki. 
Najlepiej jednak podobały się diabły. Brawom nie było końca. Kowboj maszerujący 
w jednym szeregu z Lekarzem, Fryzjerem i Astrologiem nie uraził nikogo swym 
widokiem. 
Wśród braw orszak doszedł do drugiej ładowni, na której został przyjęty przez 
kapitana przybyłego  wraz  z  sędziwym profesorem w otoczeniu szefów wszystkich 
działów. Posejdon wzniósł trójząb nakazując ciszę. Powitał kapitana, profesora i 
zebranych, po czym -nawiązał do przekroczenia równika przez szkolny żaglowiec 
"Lwów", "kolebkę" polskich nawigatorów, który jako pierwszy statek pod bia-ło-
czerwoną banderą gościł na swym pokładzie Boga Mórz - Posejdona. W dalszym ciągu 
przemówienia oznajmił, że dusze marynarskie rodzące się w sztormowe noce na 
masztach i rejach, przy sterach i wiosłach, w zmaganiach z falami - są 
przedmiotem jego specjalnej miłości. Ludzie posiadający dusze marynarskie to ci, 
którzy porzucili marne przyjemności życia lądowego, znajdując prawdziwą rozkosz 
w pracy na oceanach, wśród huraganów, mgieł i gór lodowych. Kto z nich dotarł do 
równika, dozna zaszczytu wstąpienia do bractwa dzieci Posejdona. Otrzyma nowe 
imię, i pod tym nowym imieniem znany będzie Pose j donowi. Od tej chwili otaczać 

background image

go będzie szczególna opieka Boga Mórz i może w przyszłości zawsze liczyć na jego 
pomoc. Ale przed nadaniem imienia każdy musi być obmyty i ostrzem brzytwy 
oczyszczony ze wszystkich niedoskonałości życia lądowego. Najmniejszy pył z lądu 
nie może pozostać na tym, który pierwszy raz 
równik przekroczył... 
Gdy wszyscy zajęli przygotowane miejsca, wystąpił z kolei Astrolog ł ogłosił, że 
według jego obliczeń w tym właśnie momencie statek przekracza równik. Głośnym 
rykiem odezwała się syrena okrętowa. Rozpoczęła: się ceremonia chrztu. 
^Olbrzymim pędzlem pieniącym się mydłem smarowano kandydatów do nowych imion, po 
czym golono ich ostrzem brzytwy przeszło 
monolog nie mógł zawierać słów, które uraziłyby dostojnego profesora. "Z pianą 
na ustach" krnąbrny marynarz wyrzucał z siebie wyuczone przekleństwa. Cisza 
zapanowała tak wielka, że ludzie mogli dokładnie słyszeć każde słowo. 
Gniew wielki targnął Posejdonem. Uderzył trójzębem z całej siły w pokład i 
donośnym głosem zawołał do Hefajstosa: 
- Skończ z nim, Hefajstosie! Niech więcej nie bluźni! 
Olbrzymi Hefajstos z ciężkim młotem w dłoni zaczął powoli zbliżać się do 
marynarza. Gdy ubrany tylko w przepaskę z cętkowanego futra potworny olbrzym 
wzniósł młot, ludzie wstrzymali oddech. Na wszystkich twarzach znać było 
przerażenie. 
Napięte mięśnie Hefajstosa świadczyły o potężnej wadze młota. Jego rozmiary 
przekraczały wielkość głowy krnąbrnego marynarza. Krew krzepła w żyłach na myśl, 
co się stanie, jeśli ta bryła żelaza spadnie na kruchą czaszkę. Hefajstos grał 
swą rolę znakomicie. Wtajemniczeni drżeli tylko na myśl, że czerwona farba 
wyleje się z młota za wcześnie. Jeśli tektura rozmiękła - cały uzyskany 
dotychczas efekt przepadnie. 
Diabły jeszcze bardziej wykręciły ręce marynarza, udogadniając Hefajstosowi 
uderzenie w wychyloną do przodu głowę. Na szczęście kapitan był tak 
zainteresowany tym, co ma nastąpić, że nie dopatrzył się braku porządku. 
Hefajstos wybierał miejsce uderzenia. Mięśnie torsu olbrzyma napięły się i naraz 
potworny, żelazny, zardzewiały młot spadł na czaszkę krnąbrnego marynarza. Obuch 
zrobiony z tektury wgiął się do środka, co w efekcie wyglądało tak, jakby pół 
czaszki zostało zmiażdżone. Czerwona posoka umieszczona wewnątrz młota trysnęła 
wokół. Efekt był tak nadspodziewanie znakomity, że wszyscy w orszaku chcieliśmy 
krzyczeć z radości. 
Diabły puściły ręce krnąbrnego marynarza, który z czerwoną od "posoki" głową, 
wywracając białkami oczu, zwalił się na ładownię. 
- Podywyś, ubili! - rozległo się w tłumie Ukraińców. - Ubili! Ubili! Ubili! - 
szło coraz głośniej po całym statku. 
W tej chwili zerwał się z fotela staruszek-profesor i z okrzykiem: - To 
barbarzyństwo! Ja na to dłużej patrzeć nie mogą! - zbiegł z ładowni. 
Oburzenie profesora zdezorientowało kapitana Domejkę. Zerwał się również z 
miejsca i wzburzony do żywego zwrócił się do starszego oficera: 
- Nu, takie barbarzyństwo to ja wypraszam! Nu, jak można tak ludzi mordować! Nu, 
będzie pan odpowiadać! Toż pański dział! Nu, absolutnie i kategorycznie nie 
pozwalam ludzi mordować! Nu, patrzeć ja na takie rzeczy nie mogę! W tej minucie 
proszę przerwać to mordowanie! 
I pobiegł szybko za profesorem. 
metrowej długości. Następnie przeciągano ogolonego przez olbrzymią rurę 
nawiewnika, obficie zlewając wodą skierowaną z wężów do gardzieli nawiewnika. 
Bosman z przypiętą brodą, ubrany w ceraty, pilnował, by diabły nie znęcały się 
zbytnio nad obmywanymi. "Gdy oczyszczony z niedoskonałości ziemskich marynarz 
stawał przed Posejdonem, ten dotykał go trójzębem i wymawiał imię, pod którym 
uczestnik chrztu miał już być teraz znany na wszystkich morzach. Były to 
przeważnie nazwy narzędzi marynarskich, takie-lunku, żagli, ryb morskich. Tryton 
wyjmował zza ucha olbrzymie pióro i wpisywał nadane imię do Aktu Chrztu, 
przygotowanego uprzednio przez statkowych kaligrafów i artystów. Wszystko szło 

background image

tak gładko, jak gdyby od wieków nikt z orszaku nic innego nie robił. Kapitan był 
zadowolony. 
- NU, PORZĄDEK BYT' MUSI! PASAŻERSKI ŻE STATEK! Gdy już zaproszeni goście 
nasycili się widokiem golonych i obmywanych, Posejdon dał znak, by odegrać scenę 
z"opornym marynarzem. Stał on w umówionym miejscu, w wytwornym ubraniu, które 
ofiarne stewardesy wycerowały, wyprały i wykrochmaliły, tak że wyglądało jak 
nowe. Diabły zaczęły ścigać marynarza. Udawali wspaniale bezowocną gonitwę, aż 
stali się centrum zainteresowania. Wówczas przywlekli go, a raczej przynieśli, 
trzymając za ręce i nogi. Ciała diabłów na czarno smarowały nakrochmalony i 
wyprasowany garnitur, zaprasowaną koszulę, kołnierzyk i krawat. 
Zapanowała cisza. Po poprzednich oznakach wesołości widok zmoczonego, 
usmarowanego i poszarpanego "nowego" garnituru odegrał pożądaną rolę. Diabły 
udawały, że z całych sił zmagają się z krnąbrnym marynarzem. Ich napięte mięśnie 
grały całą gamą efektów. Przyglądano się teraz nierównym zmaganiom i wszyscy 
naturalnie byli po stronie tego jednego, który walczył z czterema diabłami. 
Średniego wzrostu, szczupły o miłej i ujmującej twarzy marynarz zyskał 
powszechną sympatię. Na twarzy kapitana odmalowało się zaniepokojenie. Posejdon 
zadrżał na myśl, że w najbardziej interesującym momencie kapitan może dopatrzyć 
się nieporządku i wówczas cały efekt pójdzie na marne. 
Trzymanego w powietrzu krnąbrnego marynarza Fryzjer namydlił i ogolił. Nie 
pomogło żadne szarpanie się - przeciągnięto go przez rurę nawiewnika. Z trudem 
udało się zgodnie z uprzednią instrukcja - poobrywać rękawy. 
Tak "oczyszczonego" przyniesiono przed Posejdona i, wykręcając ręce, zmuszono do 
postawy klęczącej. Posejdon dotknął "krnąbrnego" trójzębem i wyrzekł nowe jego 
imię: 
- CHIMERA MIRABILIS! 
- Chimera Mirabilis! - powtórzył tryton, chwytając długo już próżnujące za uchem 
pióro. 
W momencie gdy tryton wpisywał imię, "krnąbrny" wygłosił mo-  : nolog. Był to 
jedyny tekst trzykrotnie sprawdzony przez Posejdona -  < 
Z kolei starszy oficer nie wiedział, co o tym myśleć. Ponieważ nie był 
wtajemniczony, uwierzył, że "aktorów" poniosło. Zresztą widział sam, siedząc tuż 
przed leżącym "trupem", jak mu zmiażdżono czaszkę. Widział jak rwano na nim nowe 
ubranie. Mógł się chłopak rozgniewać. A teraz leży okrwawiony z wywróconymi 
białkami, poszarpany strzęp człowieka, który przed chwilą żył jeszcze. Nawiasem 
mówiąc ta zdolność przewracania białek zdecydowała o powierzeniu trudnej roli 
właśnie temu, a nie innemu marynarzowi. Więcej liczyliśmy na efekt wywrócenia 
oczu niż na uderzenie cieśli. 
Starszy oficer zdenerwowany pretensjami kapitana zwrócił się do Posejdona: 
- Panie, jak mógł pan do czegoś podobnego dopuścić? - A potem od razu do cieśli: 
- Cieśla, jak można tak ludzi mordować? - I znów do Posejdona: - Słyszał pan? 
Kapitan kazał to wszystko natychmiast przerwać! 
Posejdon powstał z tronu i dał znak, by zakończyć obrzęd chrztu. Zbiegły się 
diabły i nereidy. Powstał również "zamordowany" marynarz, uśmiechając się do 
wszystkich, którzy mu tak bardzo współczuli. Zerwała się nowa burza oklasków. 
Kto żyw, bił brawa. Najbardziej ucieszeni byli pasażerowie. Tak im było żal 
ładnie ubranego marynarza, za nic tak bestialsko zamordowanego. Krzyczeli teraz 
głośno: 
- Bis! Bis! 
A "krnąbrny" marynarz kłaniał się, dziękując za uznanie dla swego talentu. 
Pasażerowie chcieliby dalej przyglądać się niezwykłym obrzędom na oceanie. 
Pokazywano sobie palcami tajemniczy młot, który Hefajstos zbesztany przez 
starszego oficera usiłował doprowadzić do porządku. 
Ale rozkaz kapitana był wyraźny. Posejdon zebrał cały swój dwór i skierował się 
do pomieszczeń "przed masztem". Ci z załogi, co nie zostali jeszcze ochrzczeni, 
wpadli w furię, domagając się dokończenia uroczystości. Zapalczywsi przeciskali 
się przez tłum wołając: 

background image

- Jeszcze mnie! Jeszcze tylko mnie! 
W pomieszczeniach na dziobie zaczęły się żale. "Artyści" nie dali sobie 
wytłumaczyć, że to był najwspanialszy ich sukces, skoro wprowadzili w błąd 
kapitana i starszego oficera. O pasażerach i profesorze nie było co nawet mówić. 
Ale cieśla zaczął wyrażać swe oburzenie, że można go było posądzić o to, iż 
rozłupie młotem koledze głowę. Diabli, za przykładem cieśli, też poczuli się 
urażeni, że ich można było posądzać o wykręcanie rąk koledze. Nie chcieli już 
teraz pić nawet szampana ofiarowanego przez kapitana. 
Pierwszy raz w życiu pozwolili obnażyć swe najgłębsze i najistotniejsze 
przywiązanie do morza, występując publicznie w postaci fantastycznych tworów 
mitologii i oto w takiej chwili posądzono ich, że są zdolni do znęcania się i 
zamordowania kolegi... 
Udręki Posejdona nie skończyły się na tym. Ponieważ pełnił służbę w nocy, od 
zerowej do czwartej, musiał się kłaść wcześnie, by przed wachtą się wyspać. 
Naraz wśród głębokiego snu ktoś zapukał do kabiny. Czyjaś ręka zapaliła światło. 
Pośrodku kabiny stał steward: 
- Panie poruczniku, przepraszam bardzo, że obudziłem, ale przyszedłem poprosić, 
żeby pan porucznik mnie ochrzcił, nadał imię i zaświadczył, że przepłynąłem 
równik. 
- Dlaczego pan nie przyszedł w dzień, tylko w nocy? Przecież ja idę o dwunastej 
na wachtę! 
- W dzień to ja jestem zajęty, teraz tylko mam wolne. Dopiero godzina  
dziewiąta.  Panie poruczniku,  niech pan napisze. O,  tutaj. Poprosiłem, to mi 
wypisali taki sam dokument, jaki pan podpisywał pokładowym. Nawet pióro 
przyniosłem. Żeby pan porucznik nie szukał.. 
Posejdon wziął pióro, napisał "Exocoetus Spilopus" i podpisał. Steward po 
przeczytaniu zapytał: 
- Panie poruczniku, to ja tak się teraz będę nazywał? Co to jest? 
- Człowieku, to jest ryba latająca. Ale jeśli tak napisane, to na całym świecie 
będą wiedzieli, co to jest. 
Posejdon zwalił się na podusztoi i nie słyszał już podziękowań. Śniła mu się 
wspaniała ryba Chimera Mirabilis o fioletowotiiebieskich płetwach podobnych do 
skrzydeł motyla. Wyraźnde zdenerwowana ryba bije mocno płetwami. Plusk wody jest 
tak natarczywy i głośny, że Posejdon się budzi, ale dziwne odgłosy nie ustają. 
Wprawdzie przeniesione z sennych miraży w rzeczywistość przypominają raczej 
prozaiczne pukanie niż plusk wody roztrącanej płetwami tajemniczej Chimera 
Mirabilis. 
- Kto tam? 
Drzwi się otwierają, zapala się światło. Kabina pełna ludzi. Piąciu 
stewardów. 
- My do pana porucznika, żeby pan porucznik zaświadczył, że myśmy przepłynęli 
równik... 
I tak już było co wieczór, dopóki wszyscy spośród załogi nie otrzymali 
pożądanych zaświadczeń. Aż tu któryś z pasażerów wspomniał, że w innych 
kompaniach okrętowych z okazji przejścia równika wydaje się pasażerom śliczne 
dyplomy. Dlaczego nie wydaje się ich na tym statku? Udała się delegacja do 
intendenta: "Niech będzie za opłatą, ale prosimy o wydanie dyplomów". 
Bardziej przedsiębiorczy pasażerowie zaczęli starać się o dyplomy na własną 
rękę. I znów wieczorami zjawiali się w kabinie Posejdona stewardzi z 
zaświadczeniami do podpisu. Dla pasażerów. 
W kilka dni po niefortunnym przejściu równika kapitan Domejko zwrócił się do 
Posejdona: 
- Nu, wie co? Nu, profesor koniecznie chce pana widzieć. Nu, niech pan pójdzi do 
niego o piątej, dzisiaj. Nu, profesor będzi bardzo zadowolony. 
Posejdon poszedł. Znalazł profesora na leżaku, na pokładzie szalupowym. 
Staruszek przywitał się bardzo serdecznie, po czym powiedział: 

background image

- Panie drogi, nie chcę, by mnie pan kazał ogolić lub obmyć, ale bardzo 
prosiłbym o tekst pańskiego przemówienia. Będzie to dla mnie miłą pamiątką 
przekroczenia równika, pomimo mojego tak niefortunnego zachowania się podczas 
ceremonii i wynikłych stąd nieporozumień. Ale było to tak świetnie odegrane, że 
wszystkim tym, co brali udział - zaszczyt przynosi. Proszę w moim imieniu 
przeprosić tych wszystkich, których moje podejrzenia skrzywdziły i wyrazić im 
uznanie za doskonałą grę. 
W Buenos Aires pożegnaliśmy profesora. W drugiej części podróży zainteresował 
się on również i rybami głębinowymi. Najbardziej podobała mu się CHIMERA 
MIRABILIS. 
MILIONER 
*3ar na rufie transatlantyka w dwa dni po wyjściu z Rio de Janeiro stale był 
pełen ludzi wolnych od służby. Przeważała załoga maszynowa. Wszyscy żyjący a 
należący do załogi transatlantyka musieli wypić szklaneczkę wina z asystentem 
maszynowym, który uważał za swój obowiązek ugościć każdego z zaproszonych według 
najwymyślniejszego życzenia i posiadanych na statku zapasów. 
Sam fundator przeszedł już na napoje orzeźwiające. Świat mu się odmienił. Życie 
słało się do stóp różami. Ostatnie kolce z róż usunął pismem do starszego 
mechanika, z prośbą o zwolnienie go od obowiązku służby, którą pełnić będą 
ochoczo za niego koledzy, naturalnie za odpowiednim wynagrodzeniem. 
Siedząc w wygodnym klubowym fotelu, z widokiem przez otwarte drzwi baru na 
zamglonoszafirową taflą oceanu pomiędzy zwrotnikami Koziorożca i Raka, 
rozkoszował się myślą, że nie potrzebuje' już się więcej pocić w maszynie przy 
oliwieniu rytmicznie tańczących tłoków, korbowodów, mierzyć i zapisywać 
temperatury i ciśnienia, przenikać w czeluście kotłowni, zaglądać w rozżarzone 
paszcze otwartych palenisk, włazić w pomieszczenia dla bunkru, sprawdzać ilości 
otrzymanego węgla i za wszystko odpowiadać. W myślach porównywał kotłownię do 
krainy Hadesa, a starszego mechanika do samego władcy podziemnego państwa. W 
państwie jego blask słońca zastępowały jarzące się długie paleniska olbrzymich 
kotłów, po zamknięciu których w kotłowni następował groźny mrok. 
Dzięki wstawiennictwu drugiego mechanika jest już wolny po wszystkie czasy od 
huku maszyn i ciężaru drabiny hierarchii służbowej, gdzie stał dotychczas na 
najniższym szczeblu. 
Zapatrzony w szafirową przestrzeń nad oceanem tracił chwilami poczucie 
rzeczywistości i wszystko zaczynało mu się wydawać snem. Prostował sią wówczas 
na fotelu, wdychał głęboko rozgrzane, wilgotne powietrze podzwrotnikowe nad 
oceanem, ściskał sam sobie ręce lub dotykał poręczy fotela, by się upewnić, że 
jednak nie śni... Dzisiaj o godzinie czwartej rano, po skończonej służbie w 
maszynie, gdy wyszedł na "hajcerdek", tę nigdy nie dającą się utrzymać w 
czystości arterię komunikacyjną pomiędzy kotłownią a pomieszczeniem palaczy, 
nie wiedział jeszcze o niczym. Nawet w kabinie nie podejrzewał, że szczęście 
było już tuż, tuż. Gdy okręcony ręcznikiem wokół bioder szedł z kabiny do 
łazienki, nie przeczuwał, że za chwilę ziszczą się jego marzenia i spy. 
Opuszczał łazienkę już jako milioner. Serce w nim wówczas trzepotało i wszystko 
w nim śpiewało: "Hosanna! Hosanna! Hosanna!" 
Wszedł do łazienki jako asystent maszynowy - wyszedł z niej jako milioner, w 
nowe, nie znane mu życie. Od razu wybaczył wszystkim, którzy mu kiedykolwiek 
wyrządzili w życiu jakąś krzywdę lub przykrość. Triumfował w duchu nad tymi, 
którzy wyśmiewali się z niego i szydzili, twierdząc, że jest leniem i że nie 
chce mu się pracować. Przebaczył nawet drugiemu mechanikowi to stałe wyznaczanie 
go do robót w świeżo wygaszonym kotle, do uszczelniania wiecznie cieknących 
rurek. W kotle omdlewał ze strachu i gorąca, podtrzymywała go jedynie wiara, że 
stanie się wkrótce milionerem i nie będzie już nigdy tej strasznej pracy 
wykonywał. 
Dzisiaj wszyscy mu zazdroszczą - on jednak chciałby, żeby wszy-, scy, podobnie 
jak i on, zostali milionerami i mogli marzyć na jawie. 

background image

Kupi sobie willę na Riwierze Francuskiej i samochód marki... Nad tym trzeba się 
będzie zastanowić poważnie. Czy będzie miał szofera, czy będzie sam wóz 
prowadził? Zwiedzi Szwajcarię, Francję. Zabierze wóz tym samym statkiem i 
pojedzie do Argentyny jako pasażer kabinowy. Podczas podróży będzie pokazywał 
czarującym współpasażer-kom kabinę, w której mieszkał jako asystent maszynowy, i 
łazienkę mechaników z gorącym tuszem, pod którym stał się milionerem. Ściany tej 
łazienki pierwsze usłyszały jego gardłowy okrzyk wyrażający radość z baśniowej 
rzeczywistości. 
W barze przyglądano mu się z zaciekawieniem, znano już dokładnie historię jego 
szczęścia. Opowiadano ją sobie w salonach i mesach trans-atlantyka. Mówiono o 
nim na statku. Chodzący z wysoko zadartymi nosami i wyszczerzający zęby do 
słońca nawigatorzy zazdrościli mu najbardziej. Każdy z nich chciałby mieć willę 
na Riwierze ł nie robić w niej nic, tak jak nie robią nic na mostku. Opalacze 
zębów na balkonie. Wielu pasażerów z kabinowej klasy nie miało takiej fortuny, 
jaką ON teraz posiadał. 
Koledzy, którzy się z niego śmieli, teraz dopiero musieli zrozumieć swoją 
bezbrzeżną ciemnotę i brak wyobraźni. Wyobraźnia była zawsze dla niego 
miernikiem wartości człowieka. Ludzie pozbawieni wyobraźni to niewolnicy życia, 
ślepe, posłuszne istoty zaprzężone w kierat codzienności. Czuł po prostu rosnące 
u ramion skrzydła, na których przeleci przez życie wśród "słońca, barw i 
kwiatów". 
Wracał wciąż myślą do tego radosnego momentu PRZEISTOCZENIA, jak go nazywał. 
Widział wciąż siebie stojącego pod gorącym prysznicem w łazience. Pierwsze 
strumienie ciepłej wody spłukały warstwę smarów i potu. Na jednej ręce ma 
rękawicę z szorstkich włókien, w drugiej ręce mydło, namydla szorstką rękawicę i 
szoruje nią ciało. 
W chwili gdy ponownie wyciąga rękę po mydło, wydaje mu sią, że widzi na 
powierzchni mydła świecący punkt. Pociera mydło mocniej rękawicą i znów je 
ogląda. Świecący punkt się powiększył^ Zrzuca rękawicę i paznokciami zaczyna 
usuwaó warstwy mydła dookoła świecącego punktu. Po chwili nie ma już 
wątpliwości, że w mydle znalazł złoty klucz. ZŁOTY KLUCZ. Z głębi piersi wyrywa 
mu się rzężenie. W ręku miał fortunę. Ci, którzy z nim się przyjaźnili na 
statku, wyśmiewali go stale, gdy wszystko co zarabiał, wydawał na mydło w Buenos 
Aires. Przynosił z lądu całe paczki i krajał je pełen wiary i ufności w 
ogłoszenie firmy, wyrabiającej to mydło, że znalazca złotego klucza w mydle 
otrzyma nagrodę w wysokości miliona pesos. 
Liczył i przeliczał teraz bez przerwy, ile milionów złotych otrzyma, ile 
otrzymać może funtów angielskich, ile dolarów. 
Najmłodszy drucik (radiotelegrafista) i pomocnik elektryka - najbliżsi koledzy, 
którzy nigdy nie chcieli uwierzyć w jego "jasną przyszłość milionera", teraz nie 
odstępowali go ani na krok, twierdząc, że roztrwonić gotów z takim trudem 
zdobytą fortunę. Drucik wysłał mu depeszę do domu następującej treści: "Nie 
zawiodłem pokładanych w sobie samym nadziei. Wracam jako milioner". 
W domu też wyśmiewano go i nie wierzono, mówiąc: "wyjdziesz jak Zabłocki na 
mydle". Kim był Zabłocki, nie miał pojęcia - łączyło go z nim tylko "mydło". 
Na razie kogo mógł złapać, zapraszał do baru. Najwięcej cieszyli się z jego 
szczęścia palacze, mający ograniczone możliwości otrzymania w morzu wina. 
Nastrój zepsuł mu drugi mechanik, który powiedział, że uzyskał od starszego 
mechanika zgodę na zwolnienie go od pełnienia służby w maszynie, ale pod 
warunkiem że nie będzie rozpijał załogi. Wolno każdemu wypić z nim szklankę 
wina, ale mowy nie ma o tym, żeby wino lało się litrami. 
Kapitan w stosunku do milionera zachował zimną rezerwę, mówiąc że do ukończenia 
podróży zmuszony jest w nim widzieć wyłącznie asystenta maszynowego. Jeśli jako 
milioner w charakterze pasażera kabinowego będzie na tym statku podróżował, może 
być pewny, że poleci zarezerwować mu miejsce przy stole kapitańskim. Na razie 
nie może być mowy o tym. Kapitan nie zgodził się nawet na zmianę kabiny. 

background image

Świeżo upieczony milioner zrozumiał, że wszyscy na statku mu zazdroszczą, a jego 
miłość do ludzi i świata zupełnie tej zazdrości nie gasi. W tych warunkach 
pragnął, by podróż jak najszybciej się skończyła. Inaczej ją sobie w pierwszej 
chwili wyobrażał. Gdy został milionerem, wydawało mu się, że we wszystkich 
barach na statku zabraknie win dzięki jego gościnności. Tymczasem pito z wielkim 
umiarem, tłumacząc się tropikalnym ciepłem. 
Złoty kluczyk znaleziony w mydle nosił zawieszony na łańcuszku na szyi. Od czasu 
do czasu oglądał klucz szczerozłoty, otwierający mu 
drogę do szczęścia, i podziwiał jego wytworny i niezwykły kształt. Na kluczyku 
wyciśnięta była liczba sto jedenaście. 
Nawet zbliżający się Dakar nie przedstawiał się tak zachwycająco, jak to sobie w 
pierwszej chwili po przeistoczeniu w milionera myślał. Na statku nikt nie mógł 
mu pożyczyć takiej sumy, która by natychmiast zaspokoiła jego wyobraźnię 
milionera. W mesie zaczął narzekać na jedzenie. Koledzy poprosili do mesy 
ochmistrza. Sprowadzony ochmistrz oświadczył asystentowi, że je to samo co 
pasażerowie pierwszej klasy - te same krewetki z Rio, ten sam kawior z tych 
samych puszek, te same kraby. Wszystkie te zakąski wzbudzają entuzjazm wśród 
pasażerów - w mesie oficerskiej pozostają niekiedy nie tknięte kraby, kawior, 
ananasy. Na pocieszenie wymienił nazwy najlepszych win, jakie mogą być do jego 
dyspozycji natychmiast: udane roczniki "Nuits St. Georges", "Grands Echezeaux", 
"Chambertin", "Alox Cor-ton Pommard". Na statku jest nawet kilka butelek 
"Chablis" z winnic La Moutonne i wspaniały sauterne "Chateau Yąuem". Ochmistrz 
zgodził się być nawet przewodnikiem milionera po tej..nie znanej mu dotychczas 
krainie win. Bar stał się ostatecznie miejscem, gdzie asystent maszynowy mógł 
rozkoszować się swą nową pozycją w świecie. Obaj jego najbliżsi koledzy zostali 
zaproszeni na cały miesiąc do willi na Riwierze i to tylko wyłącznie dlatego, że 
nie wierzyli w możliwość zdobycia przez niego milionów. W rozmowach z nim 
żałowali, że nie posiada tych milionów więcej - mógłby założyć własną kompanię 
okrętową i dać im odpowiednie stanowiska dyrektorów. Według nich - milionów, 
które posiadał, było stanowczo za mało. Uważał to za niesmaczny przejaw 
zazdrości z ich strony i wobec tego całkowicie oddał się na razie wypróbowaniu 
wszystkich gatunków win, o jakich mówił ochmistrz. 
W przerwach między tymi czynnościami rozmyślał o kupnie pałacu w pobliżu 
Warszawy, o podróży dookoła świata, nawet zaczął zastanawiać się serio nad 
założeniem kompanii okrętowej. Na fladze kom-panijnej umieściłby złoty klucz. 
Taki sam złoty klucz iskrzyłby się na opasce komina. 
Dwa dni przed Dakarem barman przedstawił intendentowi rachunki. Wynikało z nich, 
że zadłużenie asystenta maszynowego osiągnęło wartość jego sześciomiesięcznego 
zarobku. Tyle pochłonęły poczęstunki i wypróbowanie najlepszych gatunków win 
francuskich, jakie znajdowały się na statku. Intendent odszukał milionera i z 
przykrością musiał go powiadomić, że przepisy okrętowe dawno są przekroczone, 
jeśli chodzi o wysokość dopuszczalnego zadłużenia asystenta maszynowego i że 
trzeba będzie na razie ograniczyć się do znacznie mniejszych wydatków, gdyż 
kredyt zostanie zamknięty. 
Młody milioner wpadł z tego powodu w furię i oświadczył, że natychmiast po 
przybyciu do Dakaru pieniądze zostaną zwrócone. Zaraz też odszukał swych dwóch 
przyjaciół i omówił sprawę wysłania depeszy do Buenos Aires z żądaniem drobnej 
zaliczki w wysokości kilku 
tysięcy funtów, co by mu umożliwiło dokończenie tej aż nazbyt dokuczliwej 
podróży. Oświadczył również, że uda się do Buenos Aires już innym statkiem, a 
nie tym, na którym spotykają go na każdym kroku szykany, mające swe źródło w 
niskiej zazdrości. Obaj koledzy zmartwili się bardzo, gdy to usłyszeli i poszli 
całą sprawę przedstawić intendentowi. Intendent wysłuchał ich z uwagą i 
zdecydował, że muszą pójść wszyscy razem do kapitana. 
- Panie kapitanie - wyjaśniał radiotelegrafista - kolega nasz wszystkie 
zarobione pieniądze wydawał na mydło w Buenos Aires. Doszliśmy do wniosku, że 
jako koledzy nie możemy pozwolić na tę bezsensowną grę, w której powodzenie 

background image

wyraża się stosunkiem jeden do nieskończoności. U babki wyprosiłem kluczyk od 
szylkretem wykładanej szkatułki. Kluczyk miał niezwykły kształt i doskonale 
nadawał się do zamierzonego celu. Brat mój pracuje u jubilera, wobec czego 
pokrycie srebrnego klucza warstwą złota nie przedstawiało już najmniejszej 
trudności. Porozumieliśmy się w tej sprawie z rodziną kolegi, zmęczoną już jego 
opowiadaniami o tym co to będzie, gdy zostanie milionerem. Zaraz po wyjściu z 
Rio de Janeiro podłożyliśmy mu mydło, w którym był klucz. Wydawało się nam, że 
sam spostrzeże prędko, iż klucz nie jest złoty i zniechęci się raz na zawsze do 
zamiany ciężko, zarobionych pieniędzy na bańki mydlane. Omyliliśmy się w swych 
obliczeniach. W tej chwili głęboko wierzy, że jest posiadaczem milionów. 
Chcieliśmy dla niego jak najlepiej, wyszło jak najgorzej. Boimy się teraz, że 
gdy się dowie, iż wszystko było żartem, wyskoczy za burtę z rozpaczy. Co mamy 
robić? 
Kapitan wcale nie był zachwycony wytworzoną sytuacją. Wszelkie kary czy nagany 
za-to, co się stało, w tej chwili nic nie pomogą. Kapitan przyznawał słuszność 
powiedzeniu, że o przeszłości myśli głupiec, o teraźniejszości mądry, a o 
przyszłości szaleniec. Kazał kolegom milionera w sposób możliwie oględny 
powiedzieć mu o podłożeniu klucza, bagatelizując całe wydarzenie. Wszyscy muszą 
nad nim roztoczyć opiekę i pilnować go w dzień i w nocy, tak długo aż będą 
zupełnie pewni, że przeszedł nad tym wypadkiem do porządku. 
",Drucik" i elektryk wyszli z kabiny kapitana z uczuciem konspiratorów mających 
wykonać wyrok śmierci na niewinnym koledze. 
Milionera znaleźli w barze. Sączył przez słomkę grenadinę, którą chłodzili się 
już starożytni Rzymianie, tłocząc ją z punickich owoców. 
Milioner na widok swych kolegów wyjaśnił z zasmuconym wyrazem twarzy, że z 
powodu zamknięcia kredytu zmuszony był pożyczyć pieniądze u barmana na szklankę 
głupiej grenadiny. 
Bar był pusty. Obaj koledzy postanowili wykonać wyrok natychmiast w barze. 
- Musimy ci powiedzieć prawdę - zaczął odważnie "drucik" - nie gniewaj się na 
nas, ale chcieliśmy cię oduczyć wydawania całej pensji na mydło w pogoni za 
milionami i włożyliśmy do mydła podrobiony kluczyk. Nie jesteś milionerem. 
"Milioner" roześmiał się i powiedział: 
- Wiem dobrze, dlaczego ini o tym mówicie. Intendent kazał zamknąć mi rachunek w 
barze, a starszy mechanik chce mię zagonić z powrotem do maszyny. Kłamiecie obaj 
jak najęci. Cha! cha! cha! Nie weźmiecie mnie na kawał. 
- Kluczyk jest od szkatułki mojej babki - powiedział "drucik". 
- Kłamiesz - ze śmiechem zawołał "milioner". - Sprawdziłem przede wszystkim, czy 
kluczyk jest złoty. Wypróbowałem go paroma kwasami. Jest złoty. Nie wmówisz we 
mnie, że twoja babka posiadała kiedykolwiek w życiu szkatułki zamykane złotymi 
kluczami tej wielkości. 
- Zapewniam cię, że kluczyk jest srebrny. Brat, który pracuje u jubilera, 
wytłoczył na nim numer sto jedenasty i pokrył go cienką warstwą złota. 
Myśleliśmy, że to odkryjesz natychmiast. Tymczasem poszła już twoja półroczna 
pensja. Powtarzam jeszcze raz, że nie mogliśmy, pozwolić, byś ciężko zapracowane 
pieniądze zamieniał na płatki mydlane. Z chęcią za ciebie zgodzili się pełnić 
służbę.,koledzy, sądząc, że to dla twego dobra. Nie będą żądali zapłaty, ale 
najwyższy czas już z tym skończyć. Odpocząłeś sobie w tych "końskich 
szerokościach", a teraz trzeba nad tym wszystkim przejść spokojnie do porządku. 
- Nie nabierzecie mnie. Teraz dopiero chcecie się zabawić moim kosztem. Chcecie, 
bym mając miliony wrócił do państwa Hadesa. Chcecie, bym znów właził do gorącego 
kotła i rozwalcowywał cieknące rurki. O nie. W Dakarze sprzedam wszystko, co 
posiadam i zadepeszuję do Buenos Aires po zaliczkę. Skończyłem już z zawodem 
mechanika okrętowego ostatecznie. 
- Nie potrzebujesz depeszować do Buenos Aires. Klucz w mydle miał być odlany ze 
złota. Wystarczy jeśli pilnikiem spróbujesz potrzeć swój klucz. Zobaczysz, że 
jest na nim tylko bardzo cienka warstwa złota. Możesz się o tym przekonać 
natychmiast. 

background image

Elektryk wybiegł z baru i za chwilę wrócił z pilnikiem. 
"Milioner" zdjął z szyi łańcuch z doczepionym doń kluczem. Złapał pilnik i kilka 
razy przesunął nim po trzonie klucza. Na powierzchni ukazała się srebrna plamka. 
Asystent maszynowy usiadł z wrażenia na fotelu, z którego tak lubił się 
przyglądać jako milioner powierzchni oceanu zamkniętej pomiędzy zwrotnikami, 
noszącej tutaj nazwę "KOŃSKICH SZEROKOŚCI". 
Według wersji tych nawigatorów z balkonu dawni żeglarze musieli tutaj harować 
jak konie z powodu zmiennych wiatrów i konieczności ciągłego łapania ich przez 
obracanie rei dookoła masztu. Czynność tę nazywano tarasowaniem. Według innej 
wersji, miały tu ginąć konie przewożone z jednej półkuli na drugą. Właśnie 
pomiędzy zwrotnikami. On jako milioner urodził się w pobliżu zwrotnika 
Koziorożca i ginie teraz w pobliżu zwrotnika Raka. On MILIONER KOŃSKICH 
SZEROKOŚCI. Woli umrzeć jak koń, niż 'harować jak koń w tej "Ziemi Ognistej" 
palenisk okrętowych. Na razie nie da po sobie poznać, że się za- 
łamał. Będą z niego teraz wszyscy szydzili. MILIONER KOŃSKICH SZEROKOŚCI. 
Skończy ze sobą w nocy. Zginie, jak przystało na rasowego konia, który nie 
wytrzymał podróży w-tych szerokościach. 
Obaj koledzy w milczeniu czekali na nowy wybuch buntu lub gniewu. 
"Milioner" wysączył pozostałą w szklance grenadinę i wstał. 
- Dobrze, idę do maszyny. Odrobię za wszystkich przepracowane za mnie godziny. - 
Mówiąc to, przybrał wyraz twarzy najbardziej nielubianego przez siebie oficera 
pokładowego, tego z nosem wzniesionym najwyżej i opalającego zęby w słońcu. Nie 
czekając na kolegów, podziękował skinieniem głowy barmanowi i wyszedł na pokład. 
Za chwilę w koszulce z potniikiem na szyi i w spodniach nasiąkniętych smarami 
zjeżdżał w dół do maszyny, trzymając się .poręczy tylko rękami, nie dotykając 
prawie stopami srebrem mieniących się stalowych prętów (drabinek. Okrętowy 
telegraf bez drutu rozniósł natychmiast po całym statku wiadomość o tragedii 
"milionera". Wieść dotarła do ciemnych zakamarków kotłowni, wyszukiwała w 
ciemności czarne postacie palaczy i trymerów i szeptała każdemu do ucha: 
"Asystent maszynowy nie wygrał miliona ipesos. To był żart. Uważać na asystenta, 
by nie zrobił sobie czego złego. Sześć pensji swoich puścił już na oblewanie z 
załogą milionów". 
"Milioner" widział we wszystkich oczach współczucie. Czuł, że go śledzą. 
"Przewidują słusznie, że wyskoczę za burtę. Znajdę stosowną chwilę. Na razie 
muszę poczekać" - myślał. 
Dakar. Wielka stacja (bunkrowa. Transatlantyk zaopatruje się tutaj w węgiel na 
dalszą ipoidróż. Mechanicy okrętowi roją się przy tej czynności jak pszczoły i 
tną niemiłosiernie wszystkich dookoła. 
"Milioner" czarny od węglowego pyłu wynurza się z żałobnej czerni węgla i 
pracujących przy nim Murzynów. Nareszcie koniec bunkrowania. Kąpiel w łazience. 
W tej samej, w której przeistoczył się w milionera. Z orzeźwiającą wodą spłynęła 
nań orzeźwiająca myśl: "Ten kluczyk był podłożony przez kolegów, ale mogę 
jeszcze znaleźć prawdziwy". 
Wszystkie rozliczenia załogowe musiały ibyć sprawdzone w Kanale Kilońskim. 
"Milioner" ze zdumieniem dowiedział się, że nie posiada ani jednego .grosza 
długu. Wszystko zostało spłacone przez tych, których częstował. iGdy to 
posłyszał, ścisnęło go coś lekko za gardło. Z trudem przełknął ślinę i szybko 
wyszedł na pokład. 
Gdynia. W 'domu depeszy nie otrzymano. Znów Kanał Kiloński, Dakar, Rio de 
Janeiro, Santos, Rio Grandę do Sul, Montevideo, BUENOS AIRES. 
Gdy po powrocie asystenta maszynowego z ląldu w Buenos Aires koledzy wpadli do 
jego kabiny, zastali go siedzącego nad olbrzymią paką mydła, którego znaczna 
część już była pokrojona na płatki. 
- Co ty robisz? - krzyknęli obaj, "drucik" i elektryk. 
- Widzicie, co robią. Szukam prawdziwego złotego klucza. 
- Oszalałeś - wyszeptał elektryk. 

background image

Asystent maszynowy popatrzył na niego z pobłażliwie lekceważącym uśmiechem i 
powiedział: 
- Cóż TY możesz na ten temat powiedzieć? TY, który nigdy w życiu nie byłeś 
milionerem? 
KAZIO 
J. ransatlantyk wyszedł z Gdyni, zabrał w Kanale Kilońskim pasażerów z Danii i 
Niemiec, a z redy Cherbourga Francuzów i położył się na kurs wiodący na południe 
- do Buenos Aires. Życie na statku wpadło w rytm wacht morskich. 
Czterdziesty równoleżnik szerokości północnej zabarwił czerwonym winem wodę do 
picia we wszystkich jadalniach i mesach. W miarę iposuwania się na południe 
stawało się coraz cieplej i spokojniej, a ocean upodobniał się do 
szafirowolustrzanej tafli, nad którą ukazywały się co chwila gromady latających 
ryb. 
Po każdej podróży do Południowej Ameryki zwiększała się liczba pasażerów-
cudzoziemców, gdyż zadowoleni z podróży woleli ją odbywać na polskim 
transatlantyku aniżeli na statkach rodzimych armatorów. Agencje konkurencyjnych 
linii okrętowych pomawiały nas 
0 rozrzutne prowadzenie kuchni, której dewizą było hasło jej szefa: "Jeśli 
chcemy mieć pasażerów - to każdemu dajmy, co lubi". 
Z tego samego miasta co szef kuchni pochodził również szef pro-wiantury zwany 
Plamoznikiem. Obaj szybko porozumieli się ze sobą i wpadli po prostu w hazard w 
dogadzaniu pasażerom. Oczywiście przyczyniało to niemało kłopotów przy 
zaopatrywaniu statku 
1 przyrządzaniu iposiłków. 
Najwięcej jednak, według opinii samych pasażerów, przyciągała ich domowa 
atmosfera panująca na transatlantyku we wszystkich trzech klasach. Wielu 
emigrantów cały okres podróży statkiem uważało za normalną podróż końmi i nie 
dało się nakłonić do zdjęcia na noc olbrzymich butów z cholewami wyczyszczonymi 
smarem i spało w nich na śnieżnobiałej pościeli. Stewardesy bolały nad tym i 
drżały na myśl o inspekcji, ale nigdy nie "zdejmowały z twarzy" uprzejmego 
uśmiechu. Niekiedy (przychodziły im z pomocą tropikalne upały, ale i one często 
okazywały się bezsilne. Niektórzy emigranci przezwyciężyli żar słońca - 
przetrwali całą podróż w butach. 
Po przejściu 'burzliwej Zatoki Biskajskiej wielu pasażerów, którym ipoczątkowo 
koja wydawała się najmilszym miejscem na statku, zjawiło się naraz w salonach i 
na pokładzie, tak jak gdyby przed chwilą 
zostali zaokrętowani. Dotychczas byli znani wyłącznie stewardesom, stewardom i 
lekarzowi okrętowemu. 
Pewnego takiego słonecznego dnia o godzinie piątej po południu jetl-na z 
pasażerek kabinowych zgubiła gdzieś synka. Personel hotelowy, a potem i 
pasażerowie, szukali po wszystkich zakamarkach statku trzyletniego chłopczyka 
ubranego w marynarski mundurek. Od godziny "szalało" już poszukiwanie. Żywy 
udział brała w nim rodzina duńska złożona z matki, ojca i dwóch córek - 
przystojnych i zgrabnych. Młodsza, osiemnastoletnia, zwracała na siebie uwagę 
oczami, jedno z nich było koloru bursztynu, a drugie - chabru w zbożu. Dunki 
energicznie zabrały się do poszukiwań; zrozpaczoną matkę zaprowadziły podczas 
podwieczorku do salonu i przedstawiły ją i jej sprawę kapitanowi. 
Kapitan całe swoje życie spędził na morzu, z tego młodość w ekspedycjach 
polarnych, dał nawet swoje nazwisko jednej z bardzo wielu nowo odkrytych wysepek 
podbiegunowych. Mając do czynienia z wieloma językami, nauczył się rozwiązywać 
wszelkie trudności z tej dziedziny 'bez słowników, tworząc na .poczekaniu nowe 
słowa. Jeszcze szybciej dawał sobie radę z trudnościami życiowymi, stosując 
metodę przeczekania. 
Teraz w swoisty sposób wyraził matce przekonanie, że dziecięciu nic nie jest. 
- Nu, a pani ja powiem - ticha czekat'. Pani wypiji kawy i chętnie pośmieji się 
z nami, a dziecko jak jeść zechce, to i przyjdzi. Ja też mam dwoje dieti i wiem, 
co mówię. Pani dziecko też jeść potrzebuje. A? Nu, prawda? 

background image

Matka dała się przekonać i pozostała w salonie, obie Dunki wyruszyły jednak na 
poszukiwania. 
W tym pamiętnym dniu, piętnaście minut po godzinie szesnastej zjawiła się na 
mostku podczas wachty starszego oficera, figurynka w postaci malutkiego 
marynarza w długich marynarskich spodniach i bluzie z kołnierzem. Chłopiec 
podszedł do starszego oficera, szurgnął nóżką i przedstawił się: 
- Jestem Kazio. Czy mogę popatrzeć przez okno? 
Na mostku, z obydwu stron, były oszklone nadbudówki zasłaniające oficerów od 
deszczu i wiatru. Pod oknem wychodzącym na dziób statku wisiał opuszczony duży 
stół z mahoniowych desek, na którym, przy przechodzeniu cieśnin, rozkładało się 
niekiedy mapy. Przeważnie jednak stoły te służyły do ustawiania posiłków 
przynoszonych dla oficerów wachtowych w morzu, przy czym kawę i ciasta 
przynosiło się nie tyle dla posilenia się, ile dla "skrócenia czasu". Jedynie 
zimą, na północnym Atlantyku gorący bulion podawany z "wytwornościa-mi" z 
francuskiego ciasta krzepił oficerów naprawdę. 
Kazio był tak ujmujący i wytworny, że starszy oficer natychmiast podniósł stół 
do góry i usadowił na nim chłopca. Chłopczyk przylgnął 
noskiem do szyby i czekał na ukazanie się obiecanych przez oficera srebrnych 
aeroplaników. Miały one wylatywać z wody. Właśnie ukazała się ich cała eskadra. 
Były to szafirowosrebrne latające rybki. 
Kazio nie wierzył początkowo własnym oczom, a potem prosił, by mu dać do zabawy 
"chociaż jeden, najmniejszy aeroplanik". 
Od tej chwili chłopiec zatracił poczucie czasu i wciąż tylko czekał na latające 
rybki, a w przerwach opowiedział starszemu oficerowi, że dzisiaj po raz pierwszy 
wyszedł z mamusią na pokład, i że oboje chorowali, że wracają do tatusia w 
Argentynie i mamusia przedtem jeszcze chorowała, i że musieli jechać do Polski, 
aby mamusia wyzdrowiała. 
- A czy mamusia wie, gdzie ty jesteś? - zaniepokoił się starszy 
oficer. 
- MAMUSIA ZAWSZE WIE, GDZIE JA JESTEM - odpowiedział 
z przekonaniem Kazio. 
Rozmowę tę przerwał steward, który przyniósł na mostek kawę i ciastka, a widząc 
malutkiego nawigatora uprzejmie spytał, czy nie zechce może na podwieczorek 
wypić mleka i zjeść parę ciastek i jakie ciastka ma przynieść. 
- Z kremem poproszę - odpowiedział Kazio z czarującym uśmiechem. 
Oprócz czwartego oficera, pełniącego służbę razem ze starszym, na mostek 
przyszedł w sprawach służbowych asystent nawigacyjny, noszący szumny tytuł 
"szóstego". Kazio natychmiast zwrócił jego uwagę na siebie, wkrótce "szósty" 
oczarowany malcem zaczął oprowadzać go po mostku i tłumaczyć, w jaki sposób 
statek płynie. 
Po obejrzeniu mostku "szósty" i sternik zaczęli uczyć Kazia sterować. Podczas 
tej lekcji zjawiła się na mostku najmłodsza Dunka, ta 
0  bursztynowo-chabrowych oczach. Panienka podeszła do starszego oficera i 
spytała, czy nie widział gdzie małego chłopca ubranego w marynarski mundurek. 
- Przyszedł dziś po raz pierwszy do salonu - wyjaśniła - i zginął. Matka jest 
zrozpaczona. 
- To na pewno ten marynarz, który teraz steruje - odpowiedział z uśmiechem 
starszy oficer, pokazując jej Kazia przy sterze. 
- O tak! To ten! - krzyknęła ucieszona dziewczyna. 
- Może pan wspólnie z panią odprowadzi Kazia do matki - zwrócił się starszy 
oficer do swego młodszego kolegi, szóstego oficera - 
1 przeprosi ją w moim imieniu za to, co się stało, ale Kazio zapewnił mnie, że 
"MAMUSIA ZAWSZE WIE, GDZIE JA JESTEM". Proszę również powiedzieć, że Kazio wypił 
już szklankę mleka i zjadł dwa ciastka z kremem. 
Dunka, "szósty" i Kazio - we trójkę ruszyli do matki Kazia. "Cudowne" 
odnalezienie się chłopca uczyniło go bohaterem dnia i całej podróży. Kazio 
stopniowo podbijał serce załogi. Można go było znaleźć 

background image

w kabinie kapitana, w pralni okrętowej, w kotłowni, u starszego mechanika, 
jednym słowem - wszędzie. 
Zaczęły się upały. Kazio najlepiej lubił przebywać teraz na pokładzie, na którym 
starali się go zawsze bawić: najmłodsza Dunka i najmłodszy oficer. Trójkę tę 
stale można było widzieć na pokładzie, ale chłopczyk troszkę się nudził w 
towarzystwie zajętej sobą pary. Najmłodsza Dunka okazała się jednak nieoceniona 
i tym razem. Odkryła hobby Kazia. Odkryła w sposób zresztą zupełnie prosty - 
zapytała zwyczajnie o to KAZIAS-MAMĘ, czyli matkę Kazia, nazwaną tak dzięki 
wielkiej popularności syna. Okazało się, że Kazio ma hobby równie niecodzienne 
jak pasjonujące - wbijanie gwoździ młotkiem. Dunka natychmiast powiedziała o tym 
kapitanowi. Ten zwołał radę okrętową i polecił cieśli wyszukać duży kloc, 
zaopatrzyć Kazia w młotek i gwoździe. Starszy oficer miał uzyskać od chłopca 
przyrzeczenie, że będzie wbijał gwoździe wyłącznie w przeznaczony do tego kloc. 
Czuwać mieli nad nim "szósty" i Dunka (miss Athellia). 
Kazio dotrzymywał umowy, ale wszyscy byli przekonani, że statek po przyjściu do 
Buenos Aires nie będzie miał ani jednego gwoździa w magazynach bosmańskich. 
Kazio od'rana do zachodu słońca niezmordowanie wbijał do kloca największe 
gwoździe; po zachodzie ustawał w tej pracy i nudził się. Na szczęście 
zreperowano aparat filmowy i ogłoszono, iż wieczorem będzie kino na pokładzie. 
Kazio był pierwszym widzem, który usiadł na ustawionych krzesłach. Film miał się 
rozpocząć o godzinie ósmej1 piętnaście, aby mogli zdążyć ci, co zejdą z wachty o 
ósmej. Minęła jednak oznaczona godzina, a filmu nie rozpoczęto - czekano na 
kapitana. Kiedy Kazio się o tym dowiedział, ruszył jak błyskawica do saloniku, 
gdzie grano w brydża. Do końca robra było jeszcze daleko, gdy przed kapitanem 
stanął Kazio i patrzył na niego spod swych olbrzymich rzęs oczami, w których 
widać było z trudem hamowany , płacz. 
Kapitan spojrzał na niego i zawołał: 
- Nu, Kazio? Nu, cóż takiego? Nu cóż się stało? Kazio, patrząc przez zasłonę z 
łez, wyszeptał: 
- Kina nie rozpoczynają. 
Przy wszystkich stolikach jak na komendę złożono karty. Kapitan wziął Kazia za 
rękę i poszli^ na pokład. Kazio usadowił się koło kapitana i film się rozpoczął. 

- Nu, będzł dziś coś niezwykłego. Nu, popamięta pan dzień dzisiejszy. Nu, ja 
panu mówię - zapewniał starszego oficera kapitan. - Nu, widziałem ja, jak szósty 
z to najmłodsze  Dunko  rozmawiali, potem palce jakoś trzymali, a potem ręce 
sobie podali. Nu, coś z tego będzi. 
Cały statek wiedział już o tym,' że para ta jest zakochana w sobie. Szósty" 
chodził wymuskany. Pralnia robiła co mogła, żeby bił blask od jego mundurów, na 
których nie było ani jednego galonu, a tylko przewidziane dla nich miejsce na 
granatowych naramiennikach. Chwilowo leżała na nich samotnie złota kotwica pełna 
nadziei na lepszą 
przyszłość. 
"Szósty" czynił nieprawdopodobne postępy w języku angielskim. Doszło do' tego, 
że nawet któregoś dnia zaczął mówić tym językiem do kolegów w mesie. 
- Do nas mówisz, a nie do Athellii - przywołano go do rzeczywistości. 
- Jak śmiecie tak wymawiać JEJ IMIĘ - wybuchnął "szósty". 
W odpowiedzi ten, który wymówił to imię, pokazał mu palcem czoło, zatoczył na 
nim kółko. "Szósty" odszedł zły. 
- Byle nie oszalał przed Buenos Aires - mówiono za nim w mesie. 

Wytworni pasażerowie, tak zwani kabinowi, siedzieli po południu w barze na 
pokładzie szalupowym, chłodząc się napojami i lodami. Kapitan zabawiał rozmową 
rodzinę Duńczyków. Kazias-Mama okazała się niemniej czarująca od swego syna, 
wobec czego starszy oficer i starszy mechanik bawili ją na zabój, ale zapominali 
o niej, gdy tylko zjawiał się Kazio. Kazio, tego pamiętnego dnia, którego 
doniosłość przepowiedział kapitan, zostawił swój kloc nabity gwoździami i 

background image

królował w barze, zaszczycając swą uwagą i rozmową wyłącznie barmana, czym 
budził zazdrość pozostałych osób. Barman wdzięczny za okazane względy wymyślał 
dla Kazia specjalne napoje chłodzące. Malec siedział na podłodze, na olbrzymiej 
arabskiej poduszce (były to tak zwane "puffy", wyrabiane z wytłaczanej kolorowej 
skóry wyszywanej srebrnymi lub złotymi nićmi) i sączył aromatyczny napój przez 
słomkę, gdy w barze ukazała się wraz z matką sześcioletnia dziewczynka. Obie 
damy należały do polskich sfer dyplomatycznych w Brazylii i jechały do Rio de 
Janeiro. 
Na wchodzącą do baru dziewczynkę nikt nie zwrócił uwagi. Mała dama usiłowała dać 
znać o sobie najpierw głośną rozmową z matką, a gdy to nie poskutkowało, zaczęła 
tańczyć w takt modnej piosenki nadawanej przez rozgłośnię radiową. Robiła to z 
takim zapałem i wdziękiem, że wreszcie zaczęto się jej przyglądać. 
Zapomniany Kazio siedział na poduszce i krytycznie przyglądał sią rywalce. 
Skończyła się melodia, wiele osób zaczęło bić brawa. Dziewczynka była 
rozpromieniona. W podskokach podbiegła do Kazia i spytała go 2 niewinną minką: - 
Potrafisz tak? Kazio milczał. Dziewczynka błysnęła mu przed oczami 
pierścioneczkiem i spytała: 
- A to masz? Kazio milczał. 
Z kolei podsunęła mu pod oczy zegarek-bransoletkę i znów spytała: 
- A to masz? 
Obecnych w barze zaniepokoił wyraz twarzy Kazia. Widać było, że walczy ze sobą. 
Wielu już miało zamiar pospieszyć doń ze słowami pociechy, gdy nagle po trzecim 
pytaniu Kazio położył się na olbrzymiej poduszce na plecach, wydostał z 
majteczek widoczną różnicę między chłopcem i dziewczynką i pokazując wszystkim, 
zawołał: 
- A to masz? 
Dziewczynka nie odezwała się słowem, odeszła. Uznała się za pokonaną. 
4. 
Wieczorem spotkano statek, pierwszy od wielu dni samotnej tra-wersaty oceanu. 
Statek szedł kontrkursem; wyr.aźnie było widać jego burtowe światła pozycyjne, z 
prawej - zielone, z lewej - czerwone. 
- Pięć stopni w prawo - podał oficer wachtowy komendę na ster, dla wyminięcia 
spotkanego statku. 
- Pięć stopni w prawo - powtórzył jak echo sternik. Oba statki minęły się 
czerwonymi światłami. 

Tego samego dnia starszy oficer ułożył się już wygodnie w koi i miał zamiar 
sięgnąć ręką do kontaktu, aby zgasić światło, gdy usłyszał pukanie do drzwi. 
Na głośne "proszę" do kabiny wszedł "szósty". Młody oficer miał zmieniony wyraz 
twarzy i widać było od razu, że jest zdenerwowany. 
- Przepraszam, że przeszkadzam - odezwał się - -ale stała się rzecz nie 
cierpiąca zwłoki. Przyszedłem prosić pana na sekundanta. 
Starszy oficer podniósł się i oparł na łokciu. 
- Muszę się bić. Jest mi obojętne, czy będą to pistolety, szable, czy szpady. W 
Rio dostaniemy wszystko. Zgadzam sią na broń wybraną przez przeciwnika. Przyjmę 
wszystko. Nie mam tutaj kodeksu honorowego Boziewicza, ale sądząc ze stopnia 
obrazy musi być trzykrotna wymiana strzałów. 
Starszy oficer patrzył na niego z niedowierzaniem, wreszcie spytał: 
- Z kim? 
- Z kapitanem - odpowiedział "szósty" i szybko mówił dalej. - Przepraszam, że 
zapomniałem zawiadomić pana, że zaręczyłem się dzisiaj z panną Athellią 
Peterson. Kapitan obraził moją narzeczoną. Jeśli zechce się bić na szpady, to 
myślę, że najlepiej będzie zmienić je na ciężkie szable. Podobno pojedynek 
wówczas najszybciej się kończy. Bawić się nie mam zamiaru. 
Starszy oficer ze zdumieniem słuchał dramatycznych słów najmłodszego oficera. 
- Nie wyobrażam sobie, aby kapitan chciał obrazić umyślnie pana lub pańską 
narzeczoną. Nie zrozumiał pan może, co kapitan chciał powiedzieć. Może stworzył 

background image

jakiś nowy polski wyraz? - próbował łagodzić starszy oficer rozgoryczenie 
"szóstego". 
- O co to, to nie - gorąco zaprotestował narzeczony. - Kapitan z całą 
świadomością i cynizmem obraził moją narzeczoną i będzie musiał ponieść pełne 
konsekwencje swego czynu. Chyba że mu się uda wpierw mnie zabić - stwierdził 
zdeterminowany oficer. 
Starszy oficer w dalszym ciągu usiłował uspokoić jego rozszalałą fantazję. 
- Kapitan bardzo lubi pannę Athellię i pana. Nie sądzę, aby mógł mieć cokolwiek 
przeciwko temu narzeczeństwu. Rodzice również widzieli, jak pan asystował ich 
córce i nigdy nie słyszałem, by wyrażali jakąś niechęć. W jaki sposób kapitan 
obraził pańską narzeczoną? 
- W jaki sposób? Jak już wspomniałem, dzisiaj z rana zaręczyliśmy się. Wieczorem 
postanowiliśmy zawiadomić o tym kapitana. Uważałem to za swój obowiązek. Przed 
chwilą byłem właśnie u niego w kabinie i gdy mu o tym zameldowałem, kapitan tak 
mi odpowiedział: "Zaręczył się pan ze światłami pozycyjnymi?" Gdy tylko to 
usłyszałem, odwróciłem się i wyszedłem z kabiny; przyszedłem wprost do pana 
prosić go na sekundanta. 
Starszego oficera skurcz chwycił za gardło, omal nie parsknął śmiechem i aby go 
stłumić, opadł na poduszki. Nie chciał zostać porąbany lub zastrzelony według 
przepisów Boziewicza; usiłował więc przybrać surowy i pełen potępienia dla 
kapitana wyraz twarzy. Z trudem udało mu się odpowiedzieć, że bardzo się cieszy 
z zaufania i z zaszczytu, jaki go spotkał, że właśnie jemu został powierzony 
honor narzeczonej "szóstego"; zapewnił go, że zrobi wszystko, aby honor ten 
został w całości zachowany. Czując, że dłużej już nie opanuje śmiechu, dodał, że 
o szczegółach pomówią jutro. 
- Dziękuję i dobranoc - usłyszał w odpowiedzi. Za chwilę drzwi zamknęły się za 
"szóstym". 

Następnego dnia rano odkrył się Przylądek Frio tropikalnej Brazylii. Starszy 
oficer i starszy mechanik natychmiast zameldowali o tym Kazias-Mamie. Ale pani 
odwróciła głowę od wskazanego jej kierunku i powiedziała, że nie chce nawet 
widzieć Brazylii z daleka. 
- Przyjechałam do Brazylii z mężem zaraz po ślubie. Osiedliliśmy się na 
zakupionej przez niego plantacji drzew pomarańczowych. Mąż jest agronomem. Zbiór 
zapowiadał się wspaniale. Któregoś dnia usłyszałam bicie w metalowe kotły jak na 
alarm. Wybiegłam na ganek. 
Hałas pochodził z sąsiednich farm, na których bito kijami we wszystko, co mogło 
wydawać głośny dźwięk. Sądziłam, że napadli nas Indianie, ale za chwilę 
zrozumiałam, co się dzieje, gdy ujrzałam chmurę owadów. Szarańcza. Wieczorem z 
plantacji obiecującej fortunę zostały kikuty drzewek. 
Zabraliśmy się do pracy i przekształciliśmy naszą plantację na warzywną. Pola 
szybko pokryły się roślinkami. Pewnego dnia, gdy z dumą przyglądałam się zieleni 
okrywającej pola, zauważyłam, że mam przed sobą jak gdyby posuwający się dywan. 
Zielony kobierzec defilował przede mną. Zbiegłam ze schodów i przekonałam się, 
że to nie było złudzenie. Miliony wędrownych mrówek. Szły zwartymi szeregami, a 
każda dźwigała nad głową strzęp uciętego liścia. Następnego' dnia znów mieliśmy 
przed oknami szare pola, bez śladu, że coś kiedyś na nich rosło. 
Sprzedaliśmy tę plantację i przenieśliśmy się bardziej na południe, w okolice 
lesiste i założyliśmy tam plantację kukurydzy. Za kilka dni mieliśmy rozpocząć 
zbiór tak urodzajny, jakiego nawet nie przewidywaliśmy. I znów spostrzegliśmy, 
że plantacja" przestała istnieć. Jakieś postacie wynosiły plony do lasu. 
Pobiegliśmy szybko, by przeszkodzić rabunkowi. Niestety niczego nie udało sią 
uratować. Rabusiami było olbrzymie stado małp, które wyniosło naszą kukurydzę w 
niedostępną dla człowieka dżunglę. Znów zostaliśmy bez nadziei zarobku, do tego 
dołączyło się zmiękczenie moich kości wskutek braku wapnia w wodzie. Kazano mi 
natychmiast wyjechać do Polski. Zabrałam Kazia. Mąż sprzedał plantację i 

background image

wyjechał do Argentyny. Mamy teraz plantację bawełny. Maż przyjedzie po nas do 
Buenos Aires. 
Słuchając opowiadania Kazias-Mamy, starszy oficer zapomniał zupełnie, że 
"szósty" powierzył mu honor narzeczonej i że ma natychmiast ustalić w jego 
imieniu datę pojedynku, wybrać broń i uzgodnić miejsce i czas. 
Kapitan przygotowywał właśnie dokumenty dla władz portowych w Rio, kiedy wszedł 
do kabiny starszy oficer. 
- Nu, wie pan co? - odezwał się ucieszony z jego widoku kapitan. - Nu, chętnie 
się wczoraj uśmiałem w barze. Nu taki malutki chłopiec, nu, a tak doskonale zna 
kobiety. Dziewczyna od razu zaniemówiła. Nu, żeby mnie tak dokuczyła, ja bym nie 
domyślił się tak zrobić. Nu, taki malutki chłopiec, a taki mondry. Kazio. A? Nu, 
pomyśli pan sam? 
- Panie kapitanie, przychodzę oficjalnie, jako sekundant, żądać w imieniu 
szóstego oficera satysfakcji za obrazę jego narzeczonej, panny Athellii. Wczoraj 
wieczór, w obecności jej narzeczonego, porównał pan jej bursztynowo-chabrowe 
oczy do świateł pozycyjnych statku. Słuchając tego wczoraj wieczorem o mało sam 
nie umarłem ze śmiechu, ale dzisiaj pan kapitan ma wybrać rodzaj broni, od 
jakiego zechce pan sam umrzeć lub zabić rytualnie "szóstego". 
__Nu, widzi. Nu, ja od razu powiedziałem, że z tego coś będzi. Jak 
tylko zobaczyłem, że sobie ręce podali. Nu, wie co? Nu, jak przyszedł i 
zameldował, że zaręczył się, nu, i powiedziałem ja prawda, że ze światłami 
pozycyjnymi si zaręczył. Nu, odwrócił się natychmiast i wyszedł. Nu, nie 
myślałem, że jemu to si nie spodoba. Mówi pan, że obrażony? 
Starszy oficer opowiedział mu cały przebieg rozmowy, jaki miał miejsce w 
kabinie. 
- Nu, tak co z nim teraz robić? A? Nu, pan jego lepiej znasz za mnie. 
Po krótkiej naradzie uchwalili, że ponieważ nikt tego nie słyszał oprócz 
narzeczonego, to "szósty" musi zadowolić się oświadczeniem kapitana, że ten nie 
miał intencji obrażania panny Athellii. 
Gdy starszy oficer wszedł z "szóstym" do kabiny kapitana, ten zapomniał zupełnie 
o tym, że ma przemawiać oficjalnie według kodeksu Boziewicza. 
- Nu, jak mógł sobie nawet pomyślić, że ja chciałem obrazić dziewczyna, która ma 
takie oczy ładne, na które nie znudzi się nigdy patrzeć? Nu, wie co? Nu, to 
troszeczku niedobrze, że tak myślał. Nu, cóż takiego. Nu, tak wszystko dobrze. 
A? Zadowolony? Nu? 
"Szósty" przygotowany przez starszego oficera opisem boleści i wyrzutów sumienia 
kapitana bolał teraz nad tym, że chciał go niewinnie zamordować. Nie słyszał już 
prawie tego, co mówił kapitan i sam zaczął przepraszać, że zwątpił w jego 
najlepsze intencje, o których jego narzeczona jest głęboko przekonana. Sprawę 
uznano za niebyłą. 

Począwszy od Rio de Janeiro w każdym z portów żegnano kogoś z pasażerów. W 
przeddzień przybycia do Rio Grandę do Sul, w którym miała wysiąść narzeczona 
"szóstego" z rodziną, statek szedł po stosunkowo płytkich wodach przybrzeżnych. 
Znów było ciche i słoneczne popołudnie. W salonie podano herbatę. Kazio zabierał 
się do swych ulubionych ciastek z kremem, gdy nadeszła niespodziewanie zupełnie 
martwa fala i odbita od dna - przechyliła nagle statek, jak podczas największego 
sztormu. Cała zastawa stołowa runęła na podłogę salonu. Brzęk spadających 
filiżanek, półmisków z ciastkami i łyżeczek wywarł widać na Kaziu silne 
wrażenie. Wiedział on dobrze, że za wszystko co się dzieje na statku, 
odpowiedzialny jest kapitan. Szybko zsunął się ze swego krzesła, pobiegł do 
stolika kapitana, wdrapał się na krzesło obok i patrząc swymi rozszerzonymi z 
przejęcia oczami, powiedział bijąc jednocześnie piąstką w stół: 
- Nie zgadzam się z takim podawaniem podwieczorków. 
Uspokoił się dopiero na kolanach kapitana, który bardzo się przed nim tłumaczył, 
dlaczego tak się stało. 

background image

Po wyjściu z Rio Grandę do Sul wszyscy patrzyli ze współczuciem na "szóstego", 
ale najbardziej szczere i serdeczne spojrzenia nie mogły mu zastąpić dziewczyny 
o bursztynowo-chabrowych oczach. 
W Buenos Aires Kazias-Mama otrzymała od męża depeszę, że przybędzie po nią 
dopiero za tydzień, wobec czego intendent wystarał się dla niej o pokój w 
hotelu, a załoga mogła jeszcze odwiedzać Kazia do momentu wyjścia w drogę 
powrotną do kraju. 
Właściciel hotelu, w którym zamieszkał Kazio, twierdził, że nie wi-•dział 
jeszcze tylu osób przychodzących odwiedzić jednego małego chłopca. Kazio 
otrzymał taką ilość prezentów, że mógł założyć sklep z zabawkami i słodyczami. 
Gospodarz na widok przybyłych z podarunkami, wymawiał na przemian •tylko dwa 
słowa: fantdstico, extraordi-nario. Fantastyczny, nadzwyczajny. 
W przeddzień wyjścia transatlantyka w podróż do Europy zjawili się w hotelu 
starszy oficer i starszy mechanik- z zabawkami dla Kazia, a z kwiatami i 
biletami dla Kazias-Mamy na wspaniały balet fosforyzujących postaci. Miał to być 
jej ostatni wypad w "cywilizację" przed przeniesieniem się między Indian i 
bawełnę. Kazia miała pilnować w hotelu pokojówka. 
Limuzyna dowiozła przed gmach opery Kazias-Mamę i jej dwóch wielbicieli. Balet w 
pierwszej chwili zrobił wrażenie olbrzymiego seansu spirytystycznego. Na scenie 
i widowni zapanowała niemal absolutna ciemność i dopiero po chwili, kiedy oczy 
oswoiły się z mrokiem, można było rozpoznać ledwie widoczne kontury dekoracji, a 
wśród nich fosforyzujące postacie. Gdy na scenie rozpoczęło się na dobre 
szaleństwo fosforyzujących postaci, Kazias-Mama wyszeptała do swych sąsiadów: 
- Wracamy. Jestem niespokojna o Kazia. 
Za chwilę znaleźli się na miejscu. Cała ulica była zatłoczona ludźmi, a przed 
hotelem stała długa drabina straży pożarnej. Z trudem przecisnęli się przez tłum 
do hallu. Na widok Kazdas-Mamy właściciel hotelu z okrzykiem "Senora/ Senora!" 
rozpoczął swą opowieść o wypadkach, jakie miały miejsce podczas jej 
nieobecności. 
Z szybko wypowiadanych słów i gwałtownej gestykulacji można było się domyślić, 
że pokojówka widząc śpiącego Kazia, wyszła na korytarz i zamknęła drzwi na 
klucz. Kazio obudził się i wyruszył na poszukiwanie mamy, a że drzwi były 
zamknięte - wyszedł oknem na gzyms i stojąc nad ulicą wołał z góry: MAMA! 
Przechodnie natychmiast zorganizowali na ulicy zabezpieczenie, gdyby chłopiec 
zdecydował się skoczyć, i zaalarmowali straż pożarną. Kazias-Mama słuchała tego 
strasznego opowiadania w milczeniu, kiedy na schodach prowadzących z hallu na 
piętra ukazał się Kazio 
w koszulce i w asyście personelu hotelowego. Na widok matki uśmiechnął się i 
zawołał radośnie: 
_ MAMA! 
Razem z tym słowem spłynęło na cały tłum uczucie ulgi. Ludzie uśmiechali się, a 
wszyscy byli tego samego zdania, do którego doszła podczas podróży załoga 
transatlantyka, a potem właściciel hotelu: CHIQUILLO FANTASTICO. Wspaniały 
chłopiec... 
CZCICIEL SŁOŃCA I SANKILOTA 
Yitoria była jedynym portem na całym szlaku od Gdyni do Buenos Aires, w którym 
stosowano "fertoing" - postój na dwóch kotwicach, by utrzymać się w jednym 
miejscu wbrew zmiennym prądom o sile dochodzącej do pięciu węzłów. Postojowi 
towarzyszyły nieodmiennie klątwy mechaników czuwających w rozpalonej maszynowni, 
zawsze gotowej do manewrów, by nie dopuścić do okręcenia się dookoła siebie 
łańcuchów kotwicznych. Do "błogosławieństw" dołączały się życzenia oficerów 
nawigacyjnych gotujących się na zmianę na mostku w ukropie Espirito Santo. 
Załodze wydawało się, że "Kościuszko" stoi na dnie krateru wypełnionego wrzącą 
lawą. Wszystkie czynności w czasie gdy słońce znajdowało się blisko zenitu, 
odbywały się w zwolnionym tempie. Żar zmieniał mundury i bieliznę w coś, co było 
na granicy gorącej cieczy i czegoś niby stałego, co ledwie utrzymywało nadany 
uprzednio kształt. Pot przeżerał skórę, żłobił w niej bruzdy. Nie pomagał i nie 

background image

uśmierzał dolegliwości puder "Be-Be", którym obficie przysypywa-liśmy odparzone 
miejsca. 
W Yitorii przestaliśmy się dziwić, że do pracy przy załadunku kawy wynajmowano w 
portach brazylijskich trzykrotnie więcej robotników, niż było ich potrzeba. 
Nim przyszliśmy po raz pierwszy do tego portu, nie mogliśmy zrozumieć 
nieskomplikowanego brazylijskiego sposobu tłumaczenia konieczności posiadania 
podczas pracy na statku potrójnej ilości ludzi. Gdy ręka drugiego oficera ani 
rusz nie mogła stwierdzić podpisem, że stu siedzących na pokładzie i nic nie 
robiących przez cały dzień atletów jest zatrudnionych przy załadunku kawy, 
rzecznik agenta usiłował mu to wyjaśnić zadając pytania, na które sam 
natychmiast odpowiadał: 
- Jeśli robotnik, dźwigający sześćdziesięciokilowy worek kawy, zaniemoże, kto 
wówczas załaduje kawę? Naturalnie, że zastępca! A czy zastępca nie może 
zachorować? Może! Kto wówczas załaduje kawę? Drugi zastępca! 
Ta argumentacja nie przekonywała jednak "drugiego" i problem musiał rozstrzygać 
kapitan. 
Po dwóch godzinach pierwszego naszego postoju w Espirito Santo drugi oficer 
dziwił się, że zamiast potrzebnych sześćdziesięciu ludzi przyszło tylko stu 
osiemdziesięciu. Bez wahania podpisałby konieczność wynajęcia sześciuset. 
Yitoria była ostatnim portem Ameryki Południowej, do którego zachodził 
"Kościuszko" w swej podróży powrotnej do Gdyni, rozpoczynanej od wyjścia z 
Buenos Aires. Raz zdarzyło się, że do Yitorii przyszliśmy z pełnymi już prawie 
ładowniami, a czekał na nas spory ładunek kawy. Zdecydowaliśmy się umieścić ją w 
wolnych pomieszczeniach pasażerskich. Wywołało to rewolucję wśród miejscowych 
załadowców. Pół dnia stracił "Kościuszko" na komisyjne mierzenie odległości 
dźwigów okrętowych do miejsc w kabinach, gdzie zamiast 
V itoria - sam dźwięk nazwy tego portu przyprawiał całą załogę 
transatlantyckiego statku pasażerskiego "Kościuszko" o duszności, bezwład ciała 
i gorące poty. Nikt z załogi nie miał też wątpliwości, że właśnie w tym porcie 
pierwotnie noszącym nazwę Espirito Santo (Duch Święty) miał miejsce wypadek z 
anegdoty chętnie opowiadanej w Brazylii: 
Gdy jeden z Brazylijczyków konał na łożu, zjawił się u niego sąsiad. Widząc go 
dogorywającego spytał: 
- Co ci jest? 
- Umieram! - wyszeptał konający. 
- Z jakiego powodu? 
- Z głodu! 
- Ach! - zawołał dobry sąsiad - za chwilę przyniosę ci fasoli. Konający usiadł 
na łożu i czekał na pokarm. Po chwili wpadł sąsiad z miską fasoli. Umierający 
ożywił się i uśmiechnął. 
- Musisz ją sobie tylko sam ugotować - powiedział sąsiad. 
- O! Co to, to nie! - jęknął konający. 
Położył się ponownie i spokojnie oczekiwał śmierci. 
Wielu członków załogi "Kościuszki" było świadkami analogicznego niemal wypadku - 
i to na naszym statku. 
Po opuszczeniu Rio de Janeiro transatlantyk dochodził niemal do dwudziestego 
stopnia szerokości południowej i czterdziestego stopnia długości zachodniej. 
Następnie skręcał pomiędzy dwie wyspy - Ilha de Bois oraz Pedra da Baleia, za 
które nie sięga już ożywczy klimat oceanu. Zaczynało się tu gorące tchnienie 
Ducha Świętego - Espirito Santo - unoszącego się nad ukrytym wśród gór 
zlewiskiem trzech rzek: Santa Maria, Crubixa i Marinbo. 
W tę mieszaninę trzech rzek "Kościuszko" rzucał jedną kotwicę, potem luzując jej 
łańcuch zmieniał swój kurs o sto kilkadziesiąt stopni i posuwał się, dopóki 
starczyło łańcucha rzuconej kotwicy. Wtedy rzucał drugą. Następnie wybierał 
łańcuch pierwszej kotwicy, popuszczając jednocześnie łańcuch drugiej, tak długo 
aż się znalazł w połowie drogi pomiędzy obu kotwicami. 

background image

pasażerów podróżować miała kawa, oraz na przeliczanie opłacalności' całej 
imprezy wobec gigantycznych kosztów przeniesienia każdego worka z pokładu do 
kabiny w gorącym powietrzu Espirito Santo. 
Żar Vitorii roztapiał nawet wszelkie konflikty wynikające z zastarzałej niezgody 
pomiędzy pokładem i maszyną. Starszy oficer, czwarty oficer oraz bosman 
beznamiętnie patrzyli, jak palacze, wychodząc z piekła kotłowni zostawiali za 
sobą na nieskalanej czystości pokładzie ślady stóp. Ani słowem też nie 
reagowali, gdy na wyczyszczonych do "niemożebności" relingach opierali czarne, 
spływające potem łokcie lub stawiali wilgotne od potu pantofle na śnieżnobiałych 
prętach ogrodzeń pokładów, których nazwa okrętowa "ge-lendry" przypominała 
prawie że nazwę kwiatów. 
Kilku marynarzy było świadkami niewątpliwego cudu, kiedy to bosman Manowski na 
widok dwóch palaczy, którzy czarnymi, ociekającymi potem plecami oparli się o 
lśniącą białym lakierem ścianę nadbudówki rufowej, niszcząc wielogodzinną pracę 
załogi pokładowej, tylko ustami poruszył, jak gdyby szepcząc słowa przebaczenia 
odwiecznym nieprzyjaciołom. Świadkowie roznieśli wieść po całym statku i wówczas 
dopiero stało się zrozumiałe, dlaczego cztery wieki temu Vasco Fernando Coutinho 
nazwał to miejsce Espirito Santo. Z biegiem czasu nazwa portu rozszerzyła się na 
okoliczne ziemie, a sam port, dzięki zwycięstwu odniesionemu w nim przez kogoś 
nad sobą, podobnie jak to miało miejsce z bosmanem, przemianowany został na 
Yitoria. Tak się nam przynajmniej wtedy zdawało. Stary port Espirito Santo 
istnieje zresztą po dziś dzień i nosi nazwę Yilla Velha - Stare Miasto. 
Kiedy słońce w południe stawało nad Yitorią w zenicie, żar wydłużał otaczające 
ją wzgórza. Wydawało się wówczas, że są one niebotycznymi górami. Pokłady i 
łodzie ratunkowe zlewane były bezustannie wodą. Kadłub statku i nadbudówki 
nagrzewały się tak mocno, że utrzymanie na nich dłoni było 
nieprawdopodobieństwem. Tajemnicą było dla nas na pokładzie, w jaki sposób 
wytrzymali w tej temperaturze kucharze oraz załoga maszynowa. Za pożywienie 
służył wszystkim wyłącznie sok z pomarańcz. Pomarańcze brazylijskie mają 
zielonkawe łupiny pokryte czarnymi cętkami. Leżą na targach w dużych stertach i 
można je nabyć za bezcen. 
Espirito Santo nie uznaje ani brzasku, ani zmierzchu, jedynie - dzień i noc. Po 
zachodzie słońca gwałtownie zapadają ciemności. Statek, który ma zamiar ładować 
w nocy, musi być do tego przygotowany jeszcze za dnia. "Kościuszko" był 
zaopatrzony na tę okoliczność w tak zwane "słońca". Były to metalowe półkuliste 
reflektory, pomalowane z zewnątrz na czarno, wewnątrz zaś - białą farbą. We 
wnętrzu każdego reflektora znajdowały się oprawki, w które wstawiało się bardzo 
silne żarówki. By nie uszkodzić żarówek, "słońca" posiadały siatki ochronne z 
drutu, napięte na obramowaniu. Do środ- 
kst  czaszy  dołączony  był  kilkunastometrowy  kabel  zakończony 
wtyczką. 
Tego pamiętnego dla załogi dnia, w którym miał miejsce "analogiczny" do 
brazylijskiej anegdoty wypadek, drugi oficer polecił starszemu marynarzowi 
Władkowi przygotować dodatkowe "słońce" w trzeciej ładowni. 
Władek, przygnany na morze opowiadaniami Londona i Conrada, im dłużej był na 
statku, tym więcej się z tego cieszył. Nikt nigdy nie widział go rozgniewanego 
czy nadąsanego. Nigdy nie był zmęczony. Zawsze uśmiechnięty, z zadartą głową i 
przymrużonymi oczami przejęty był swą funkcją starszego marynarza oraz 
specjalisty od bawełny i kawy. 
"Drugi" uważał, że Władek ma twarz "czciciela słońca". Opierał to na 
podobieństwie, jakie dostrzegł pomiędzy wyrazem twarzy Władka i widzianą kiedyś 
u jednego z naszych konsulów wazą w kształcie głowy ludzkiej, której oczy 
zdawały się wpatrywać przez przymrużone powieki w jasne, niczym nie osłonięte 
słońce. Konsul delektował się posiadaną wazą, snując domysły, że była ona kiedyś 
naczyniem ofiarnym czcicieli słońca z Ameryki Południowej. Drugi oficer, ilekroć 
był u konsula z wizytą, patrzył na wazę i doznawał złudzenia, że ma przed sobą 
twarz starszego marynarza Władka, nawet w nocy "widzącego słońce" przez swoje 

background image

zawsze przymrużone powieki. Władek z nieodmiennym wyrazem radości na twarzy 
meldował na przykład, że zapomniał odseparować partie skór solonych zabieranych 
z Buenos Aires, która to wiadomość mogła uśmiercić bardziej nerwowego oficera 
ładunkowego, albo zawiadamiał, że tłuste krople smaru z bloku zawieszonego 
wysoko na bomie ładunkowym właśnie kapią na nowy, biały mundur rozmawiającej z 
nim osoby. Nic o tym nie wiedząc, starszy marynarz Władek nosił przydomek 
"czciciela słońca". 
Była godzina szesnasta, gdy Władek zabrał się do zainstalowania dodatkowego 
oświetlenia w trzeciej ładowni. Przyniósł "słońce" z magazynu bosmańskiego, 
wyklarował swoje kable i spuścił je do ładowni. Następnie z wtyczką w dłoni 
ruszył po trapie na pokład spacerowy do najbliższego gniazdka, by włączyć prąd. 
Wsunął wtyczkę; do gniazdka, zszedł powoli do ładowni i uchylił z lekka czaszę 
reflektora. Światła nie było. Władek musiał wyszukać w czeluściach rozpalonej 
maszynowni kogoś, kto włączyłby prąd do linii, na której znajdowało się gniazdko 
z podłączonym "słońcem". 
Pomimo że słońce zniżyło się prawie do wierzchołków gór otaczających piekielny 
krater, na którego dnie stał zakotwiczony "Kościuszko", upał panował straszliwy. 
Marynarska bluza Władka była mokra od potu. Wyglądał, jak gdyby przed chwilą 
wyszedł w niej spod największej tropikalnej ulewy. Oszczędzając więc siły, 
Władek w zwolnionym tempie udał się na poszukiwanie dyżurnego asystenta 
maszynowego, który po godzinach służbowych zastępował również i elektryka 
okrętowego. Znalazł go w maszynowni pod nawiewnikiem, usł- 
łującego wyobraźnią wyczuć strumień chłodnego powietrza, jakim zawsze się można 
było orzeźwić, gdy statek znajdował się w morzu. 
Służbę w maszynie pełnił w tym czasie asystent należący do statkowego "Klubu 
Sankilotów". Była to miniatura paryskiego klubu o tej samej nazwie, do którego 
mogli należeć wyłącznie ludzie o wadze większej lub przynajmniej równej stu 
kilogramom, po francusku - cent fcilos. Brzmiało to "sankilo", jak echo 
szyderczej niegdyś nazwy sans-culottes, sankiuloci, nadanej przez arystokrację 
francuską proletariatowi rewolucyjnego Paryża i oznaczającej ludzi biednych, nie 
noszących nakazanych ówczesną modą, krótkich, aksamitnych, obszytych koronkami 
spodni (culottes). 
Do "Klubu Sankilotów" na "Kościuszce" należało kilku ludzi: jeden z kucharzy, 
palacz, jeden z oficerów nawigacyjnych oraz asystent maszynowy, ten który pełnił 
właśnie służbę. Z powodu swej wagi asystent był prezesem "Klubu Sankilotów". Z 
trudem dostał się na wymarzone przez siebie miejsce na statku, z powodu wieku 
bardzo bliskiego pięćdziesiątki. 
Władek z wniebowziętym wyrazem twarzy oznajmił asystentowi-prezesowi, że ma dla 
niego zajęcie: trzeba włączyć prąd do przewodów z prawej burty na pokładzie 
spacerowym, koło salonu nad trzecią ładownią. 
Ambicją każdego z załogi było niezwracanie się do nikogo o pomoc podczas służby, 
żeby nie zdradzić się jakąś nieznajomością fachu lub statku. Sankilota, który 
niedawno stosunkowo przyszedł na "Kościuszkę", nie był bardzo mocny w znajomości 
sieci elektrycznej, ale nawet mu przez myśl nie przeszło, by zwrócić się o pomoc 
do elektryka. Jeszcze wolniej od Władka zaczął poruszać się po rozpalonych 
drabinach maszynowni w kierunku tablicy rozdzielczej. W pomieszczeniu, w którym 
znajdowała się tablica, nie było nawet czym oddychać. Po sprawdzeniu wyłączników 
asystent wydostał się z maszyny na "hajcerdek", potem po trapie wszedł na pokład 
spacerowy i z trudem dowlókł się do miejsca, gdzie wetknięta była w gniazdko 
wtyczka od "słońca". Sprawdził, czy wtyczka jest dobrze włożona, zszedł po 
trapie na przedni pokład, nachylił się nad trzecią ładownią i pomiędzy 
robotnikami odszukał wzrokiem Władka. 
- Już! - oświadczył omdlewającym z wysiłku głosem sankilota. Władek przechylił 
trochę reflektor i zadarł głowę do góry. Uśmiechnięty, wpatrzony w asystenta jak 
w słońce, oznajmił: 
- Nie pali! 

background image

Cierpiący wyraz, jaki przyjęła natychmiast twarz sankiloty, był jedyną 
odpowiedzią na smutną wiadomość usłyszaną od Władka. Asystent wyprostował się i 
rozpoczął drogę powrotną do tablicy rozdzielczej. Stanął przed nią ciężko 
oddychając. W oczach robiło mu się to jasno, to ciemno. Kolejno włączał, 
wyłączał, badał, sprawdzał, a gdy już wszystkie wyłączniki miał wyłączone i 
włączone ponow- 
nie - ruszył na górę. Zaopatrzony w przepisowy potnik, ocierał nim strumienie 
potu zalewające oczy. Doszedł do gniazdka, sprawdził, czy wtyczka jest dobrze 
założona, sprawdził jej zamocowanie i zsunął się po trapie na przedni pokład. 
Gdy nachylił się nad ładownią, ujrzaf wpatrzone w siebie przymrużone oczy 
Władka. 
Sankilota nie miał już siły, by głośniej coś powiedzieć. Dał tylko umowny znak 
rękami: wszystko w porządku. 
Władek nachylił się, podniósł czaszę "słońca" i z rozpromienioną twarzą zawołał: 
- Nie pali! 
Wzniesione jeszcze do góry ręce sankiloty opadły automatycznie. Patrzącym na 
niego wydawało się, że coś się w nim załamało. Postał chwilę jeszcze nad 
ładownią i znów powędrował z powrotem do tablicy rozdzielczej. 
Obecni przy tej scenie współczuli asystentowi, że nie może się uporać z takim 
drobiazgiem. Sternik służbowy przy trapie, litując się nad nim, poradził: 
- Zawołaj elektryka! 
Sankilota szedł i rozmyślał, że widocznie z powodu upału nie może dać sobie rady 
z głupimi wyłącznikami. Zdawał sobie sprawę, że stanie się pośmiewiskiem całego 
statku, jeśli z takim głupstwem nie potrafi się uporać. A wszystkiemu winien ten 
straszny żar. Migało mu przed oczami - może właśnie nie włączył jednego 
wyłącznika? Może jest gdzieś inna tablica rozdzielcza na tej linii? Może są 
dodatkowe bezpieczniki? A może Unia ma połączenie z mostkiem? 
"Trzeba będzie to sprawdzić" - myślał. Stanął przed tablicą rozdzielczą. Znów 
zaczęło mu migać w oczach. Kolejno, systematycznie wyłączał i włączał wszystkie 
wyłączniki. Sprawdził napięcie i natężenie. Strzałki na woltomierzach oraz 
amperomierzach wskazywały, że wszystko jest w porządku. 
Postanowił sprawdzić, śledząc metr po metrze, przewód prowadzący do gniazdka. 
Zaglądał do wszystkich pomieszczeń, przez które biegły przewody. W kuchni wydało 
mu się, że znalazł się w kipiącym kotle. Gubił niekiedy ślad sprawdzanego kabla. 
Wracał z powrotem, gdy się przekonał o pomyłce i zaczynał od miejsca, gdzie się 
pomylił. 
Drelich palił sankilotę, czuł, że wszędzie już ma odparzeliny. Ogniem piekła go 
obolała skóra. Dotarł wreszcie do miejsca, w którym przewód wychodził na pokład 
spacerowy. Nigdzie po drodze nie było żadnego bezpiecznika ani połączenia z 
mostkiem. Jeszcze raz bardzo uważnie obejrzał wtyczkę. Oczyścił jej nieco 
zaśniedziałe kontakty, umocował w gniazdku i wspomagany nadzieją znów zsunął się 
na przedni pokład koło trzeciej ładowni. Przechylił się nad obramowaniem ładowni 
i zawołał do Władka ostatkiem sił: 
- Już! 
Władek dał znak ręką, że słyszy ten głos pomimo warkotu wind ładujących kawę. 
Przechylił "słońce" na bok i z rozjaśnioną twarzą czciciela słońca zawołał: 
- Nie pali! 
Sankilota, nie zważając na niebezpieczeństwo zwalenia się do ładowni, usiadł na 
jej obramowaniu. Zrobiło mu się zupełnie czarno przed oczami. Posiedział chwilę, 
wreszcie dźwignął się z trudem na nogi i powoli zaczął się wspinać po trapie na 
pokład spacerowy. 
Sternik przy trapie znów mu poradził, by zawołał elektryka. Sankilota stał jakiś 
czas niezdecydowany. Co począć? Zaczął oglądać kabel przy wtyczce. Wszystko w 
najlepszym porządku: wtyczka nowa, kabel nowy. Przesuwając kabel w ręku zszedł 
na przedni pokład, potem zdecydował się na zejście po pionowej wąskiej drabinie 
do trzeciej ładowni. Wolniutko przełożył nogę przez obramowanie ładowni i 
postawił ją na klamrze. Wydawało mu się, że drabina nie ma końca, że nigdy nie 

background image

dojdzie do ułożonych na dnie ładowni worków. Wreszcie znalazł się wśród 
podziwiających jego tuszę robotników. Nad ładownią widniało wiele zaciekawionych 
twarzy. Przyglądano się, jak daje sobie radę ze schodzeniem po drabinie przy 
takiej wadze ciała i takim upale. 
Sankilota był już u kresu sił, gdy stanął nad leżącym u jego stóp "słońcem", 
obok którego sterczał Władek, zachwycony i wniebowzięty. Asystent zdobył się 
jeszcze na ostatni wysiłek, by obejrzeć zamocowanie kabla w reflektorze. 
Podniósł "słońce" i trzymając obu rękami za jego krawędzie, zbadał miejsce 
wprowadzenia kabla do czaszy reflektora. 
- W porządku! 
Głowa sankiloty opadła bezwładnie na piersi. Z jednej ręki wysunęła się krawędź 
"słońca" i wówczas dopiero zobaczył, że w wymalowanym na biało wnętrzu czaszy 
reflektora... nie było ani jednej żarówki. 
Władek, biorąc z magazynu zapasowe "słońce", zapomniał sprawdzić, czy są w nim 
żarówki. 
Olbrzymie ciało asystenta oparło się o drabinę. Patrzącym na to wszystko dech 
zaparło w piersiach. 
I naraz jasne się stało, że nikt nie może walczyć z Espirito Santo. W żarem 
przepojonym powietrzu umarł Brazylijczyk, ponieważ nie miał sił ugotować sobie 
fasoli; "czciciel słońca" - starszy marynarz Władek z parowca "Kościuszko" - 
pozostał przy życiu, ponieważ sankilota nie miał siły go zabić. 
POŻAR NA ATLANTYKU 
Jrvio de Janeiro było ostatnim naszym portem w Ameryce Południowej. W drodze 
powrotnej do Europy musieliśmy przejść teraz w poprzek cały Atlantyk. Po szeregu 
portów, poczynając od Buenos Aires kończąc na Rio de Janeiro, do których 
zachodziliśmy po ładunek lub pasażerów, po okresie ciągłych manewrów 
wejściowych, chwytania ładunków, manewrów wyjściowych co parę dni lub co 
kilkanaście godzin - ten odcinek drogi był dla nas swego rodzaju wypoczynkiem. 
Paliło tropikalne słońce. Zmyte niedawno wodą pokłady parowały jeszcze. Przed 
godziną za horyzontem zniknęła Brazylia. Leżeliśmy już na kursie, który miał nas 
zaprowadzić prosto do brzegów Senegalu. 
Dwa krótkie uderzenia w dzwon okrętowy: godzina pierwsza - zmiana sterników. 
Starszy marynarz Władek po zdaniu kursu swemu następcy poszedł mierzyć 
temperaturę w pomieszczeniach, gdzie znajdował się ładunek. Władek należał do 
marynarzy wyspecjalizowanych w doglądaniu ładunku podczas jego załadowywania i w 
okresie podróży. Marynarz zyskiwał na tym wolne dni, gdy ładunku nie było, 
statek zaś pewność, że ładunek zostanie odpowiednio zabezpieczony i 
odseparowany, a najmniejsze uszkodzenie spostrzeżone i zameldowane. Wśród załogi 
było kilku specjalistów, których zainteresowania ładunkiem wychodziły po jakimś 
czasie daleko poza same wiadomości dotyczące obchodzenia się z nim na statku. 
Ciekawiło ich wszystko, od wyglądu drzew garbnikowych, nasion i historii 
bawełny, aż do gatunków kawy i giełdy kawowej. Przez cały czas podróży 
opiekowali się ładunkiem w granicach swych możliwości, robiąc najdokładniejsze 
szkice rozmieszczenia ładunku w ładowniach, z podaniem dokładnych ilości, 
numerów i znaków. 
W tym rejsie wieźliśmy wyjątkowo dużo bawełny. Wszystkie ładownie, a było ich 
pięć, prawie całkowicie wypełniono bawełną. Prócz tego wykorzystano pod ładunek 
pomieszczenia pasażerskie trzeciej klasy. W drodze do kraju mieliśmy wyłącznie 
pasażerów w pierwszej i drugiej klasie - wobec tego pomieszczenia klas trzecich 
wraz z salonami i jadalniami załadowano kawą. 
Starszy marynarz Władek piastował dwie specjalności: bawełna i kawa. Kawa lubiła 
się pocić, bawełna - palić. By ustrzec kawę od pocenia się, Władek wietrzył ją 
za pomocą "rekinów" - olbrzymich, kilkunastometrowej długości nawiewników w 
postaci rur płóciennych, w których z łatwością mógł się pomieścić człowiek. W 
głowicy "rekina" znajdował się otwór zaopatrzony w dwie olbrzymie "płetwy". 
Podniesiona do góry ponad nadbudówki statkowe głowica, z odpowiednio ustawionymi 
na wiatr "płetwami", wtłaczała powietrze do wnętrza statku, a olbrzymie 

background image

wywiewniki odprowadzały powietrze na zewnątrz. Czuwanie nad prawidłową pracą 
"rekinów" stanowiło zadanie specjalistów od ładunku z każdej wachty. 
Nie było wypadku, by kawa nam się pociła. Natomiast bawełna spędzała wszystkim 
sen z oczu. Kilka razy mieliśmy ogień zaprószony w kojach przez pasażerów. Tliła 
się bielizna pościelowa i materace. Zapach był taki sam jak tlącej się bawełny. 
Niedopałki papierosów rzucane za burtę przez pasażerów trafiały czasem w otwory 
wentylatorów wysuniętych przez okrągłe obramowania iluminatorów za burtę w 
postaci łopatek. Ciągła czujność i stałe sprawdzanie pomieszczeń uchroniły nas 
przed najstraszniejszą katastrofą, jaką jest pożar na morzu. 
Ale bawełna potrafi zapalić się sama. Wykrycie ognia możliwe jest wyłącznie za 
pomocą mierzenia temperatury w ładowniach, co w naszych warunkach należało 
zaliczyć raczej do teorii. Rozmieszczenie termometrów i mierzenie temperatury 
było specjalnością Władka. Chłopak ten z poświęceniem wciskał się w ładownie, 
gdzie się dało, umieszczał termometry, mierzył i "węszył". Więcej mogliśmy 
liczyć na wykrycie pożaru przez wyczucie go węchem niż termometrem. A w węszeniu 
Władek był niezmordowany. 
O tej godzinie na górnych pokładach panowała cisza. Po lunchu pasażerowie 
drzemali zwykle w ustawionych na zacienionym pokładzie spacerowym leżakach, 
skryci przed żarem stojącego niemal w zenicie słońca. Dzień był bezwietrzny. 
Ciemnoszafirowa powierzchnia oceanu wzdymała się i opadała długą, bezkresną 
martwą falą, pokrytą promieniami słońca, tworzącymi na powierzchni olbrzymią 
złotą sieć. Małe słońca wprawione w spojenia złocistej przędzy hipnotyzowały 
migotliwym blaskiem miliardów ogni. "Jaskółki morskie" - roje uskrzydlonych ryb 
szybowały nad złotą siecią. Widok ten przekreślał czas, o którym dawało jedynie 
znać bicie dzwonu okrętowego. 
Spod dziobu wyrwała się i rozpoczęła swój lot szybowcowy olbrzymia, samotna, 
uskrzydlona ryba. Na martwej powierzchni wody śledziłem widoczne dokładnie kręgi 
wywołane szafirową smugą wody ociekającej z jej srebrnych skrzydeł. W tej samej 
chwili usłyszałem szeptem powiedziane słowa: 
- Panie poruczniku, z drugiej ładowni czuć silny zapach palącej się bawełny. 
Szeptał starszy marynarz Władek. Oczy miał przymrużone, lecz nie uśmiechał się. 
W tej samej chwili mnie również zaleciał zapach 
tlącej się bawełny. 
__Idź natychmiast, zawiadom pierwszego oficera - powiedziałem. 
W tej podróży nie szliśmy w zwykłym komplecie. Poprzedni "pierwszy" poszedł na 
urlop, obecny był po raz pierwszy na naszym statku, nie znał załogi i miał nieco 
odmienne obyczaje. Mogły być najlepsze, ale ponieważ były inne niż poprzednio, 
więc wytworzyły pomiędzy nim a załogą duży i mocno "oblodzony" dystans. 
Pierwszy oficer zjawił się po chwili na mostku i oświadczył, że jego również 
zaleciał zapach tlącej się bawełny. 
Zaproponowałem, że pójdę wyszukać miejsce, w którym zaczęło się tlić. Ale 
"pierwszy" tonem nie uznającym sprzeciwów oznajmił, iż sam zawiadomi kapitana i 
osobiście poszuka źródła ognia. 
Widziałem, jak wchodził do kabiny kapitana. Tymczasem Władek postawił na nogi 
całą wachtę, bosmana i cieślę. Wszyscy jednak tak się zachowywali, by nie 
wzbudzić podejrzenia pasażerów. Pierwszy oficer dołączył na przednim pokładzie 
do Władka i pozostałych i zaczęli zaglądać kolejno do pracujących wywiewników. 
Naturalnie starszy marynarz Władek przejęty swą specjalnością wszędzie był 
pierwszy. Jego biała, okrągła marynarska czapeczka "navy-hetka" zanurzyła się w 
gardzieli olbrzymiego wywiewnika z pierwszej ładowni, zanim wsunęły się głowy 
"pierwszego", bosmana i cieśli. 
Gdy głowy się wynurzyły, Władek dał mi znak, że w pierwszej ładowni też czuć 
zapach tlącej się bawełny. To samo powtórzyło sią przy wywiewnikach drugiej i 
trzeciej ładowni. Sytuacja stawała się poważna. Pierwszy oficer ponownie zniknął 
w kabinie kapitana. Gdy wyszedł, miał wyraz twarzy człowieka dźwigającego na 
swej głowie cały statek, wraz z losem wszystkich ludzi znajdujących się na nim. 

background image

Z łaski rzucił mi parę słów, z których domyśliłem się, że idzie jeszcze 
sprawdzić czwartą i piątą ładownię. 
"Piąty oficer", stojący ze mną na wachcie palił się już do akcji. Tytuły "piąty" 
oraz "szósty oficer" były przywilejem asystentów pokładowych posiadających 
dyplomy oficerów nawigacyjnych i mających w książeczkach żeglarskich wypisane 
swe tytuły. W codziennym życiu statkowym musieli znosić bolesną dla niektórych 
nazwę "asystent pokładowy". 
W tej chwili "piąty" przypomniał sobie głośno, co należy uczynić na statku, na 
którym pali się bawełna w ładowniach. Chciał natychmiast uszczelnić luki, 
puszczać do ładowni parę, zalewać je wodą. Byle już coś robić. 
Obaj myśleliśmy o jednym: co się teraz będzie na statku działo? 
Pasażerów, jak na możliwości w tym okresie, mieliśmy stosunkowo 
wielu. Przeważnie Niemcy,  Francuzi  oraz  kilkunastu Duńczyków. 
Wszyscy jadący w odwiedziny do kraju,  po kilku  latach  pobytu 
w Południowej Ameryce. 
Znaleźli się na naszym statku dzięki  "nieczystej  konkurencji*, 
0 którą pomawiały nas zgodnie wszystkie linie okrętowe ubiegające się o 
pasażerów z Południowej Ameryki. Tą "nieczystą konkurencją" były: polska 
gościnność i polska kuchnia. Pasażerowie po paru godzinach pobytu na naszym 
statku czuli się jak u siebie w domu, po paru dniach chcieli jechać z nami 
dookoła świata, a gdy przychodziło do rozstania - nie obywało się bez łez. 
Wszyscy zapewniali, że wracać będą z całą pewnością tylko "nami" 
1  rzeczywiście dotrzymywali słowa. Stare nasze statki cieszyły się większą 
sympatią i powodzeniem niż najnowsze opływowe linie innych transatlantyków o 
dużej reklamie. 
Teraz myślałem o tym, co będzie z tą naszą reklamą i jaką radość sprawi 
wszystkim konkurencyjnym kompaniom fakt, żeśmy się palili. Wizja "uszczelniania" 
ładowni i ewentualnej podróży przez Atlantyk z płonącą wewnątrz trzech ładowni 
bawełną nie była zachwycająca. Jeżeli pożaru nie stłumimy, znajdziemy się 
pośrodku Atlantyku z ogarniętymi paniką pasażerami. Panika w takich wypadkach 
może się okazać stokroć gorsza niż sam pożar. 
Zacząłem się zastanawiać, co zrobi kapitan? "Piąty" już się denerwował, że 
kapitan nie każe "dusić" ognia. 
- Każda minuta jest droga. Na co czekamy? - gorączkował się. Znając trochę 
dłużej kapitana "ochłodziłem" "piątego", mówiąc, że 
nic z tego, o czym myśli, nie będzie. 
- Jak to? - żachnął się. 
- Zwyczajnie - odpowiedziałem. - Kapitan nigdy nie zrobi tego, czego nie robił 
dotychczas, a o ile wiem - bawełna jeszcze mu się pod nogami nie paliła. 
Ładowaliśmy bawełnę ze wszystkimi możliwymi ostrożnościami. Jeśli zatliła się w 
trzech ładowniach od razu, to samo mogło się stać w czwartej i piątej ładowni. 
Kapitan nie będzie urządzał ze statku żywej pochodni na Atlantyku. Z pewnością 
zaraz zawrócimy do Rio. Strata dwóch czy trzech dni jest niczym wobec tego, co 
się może stać z tlącą się bawełną, jeśli pójdziemy do Dakaru... 
Na razie na pokładzie łodziowym zobaczyłem pierwszego oficera. Miał wyraz twarzy 
gromowładcy - pierwszy grom zabije tego, kto się do niego zbliży. Mimo wszystko 
wyszedłem na spotkanie aż do drzwi kabiny nawigacyjnej. 
- W których ładowniach się pali? - spytałem. 
Popatrzył na mnie z nieopisaną wściekłością, jak gdybym ja osobiście cały statek 
podpalił, a potem wycedził: 
- Paliła się czapka na głowie PAŃSKIEGO starszego marynarza. -r Przecież sam pan 
powiedział, że czuje swąd tlącej się bawełny - 
zaoponowałem. 
Pierwszy oficer zbladł z wściekłości, odwrócił się na pięcie i rzucił mi przez 
ramię, odchodząc: 
- Mówięi, że czapka PAŃSKIEMU starszemu marynarzowi na gło- 
wie się paliła. Niech pan sam zamelduje kapitanowi. Ja do niego nie   ' 

background image

pójdę. 
I zniknął za drzwiami swej kabiny. 
Że Władzio miał gorącą głowę do wszystkiego - to fakt, ale czapka od tego się 
nie zapali. Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć. Z czym mam pójść teraz do 
kapitana? 
Naraz zjawił się Władek. Znów uśmiechnięty, z przymrużonymi oczami patrzącymi 
wprost w słońce i z głową zadartą do góry. 
- Powiedz mi, co to było? - spytałem. 
- W czwartej ładowni poczuliśmy zapach tlącej się bawełny. Dopiero gdy 
nachyliłem się do wywiewnika piątej, poczułem, że coś mi pali głowę. Zerwałem 
czapkę. Cały bok "navy-hetki" był z jednej strony wypalony. Gdy zszedłem ze 
steru, to chwileczkę zatrzymałem się na pokładzie spacerowym, przed wejściem do 
salonu. Nade mną na łodziowym pokładzie stali pasażerowie i widocznie ktoś 
zaprószył mi "fetka". A dalej to pan porucznik wie. 
Był tak rozradowany i śmiał się tak zarażliwie, że mimo woli również zacząłem 
się śmiać. Spytałem go tylko: 
- Czego się tak cieszysz? 
- Po pierwsze, dlatego, że się moja bawełna nie pali, a po drugie, że "pierwszy" 
jest taki zły, jak gdyby mu się nie wiem co stało. 
Poszedłem do kapitana. Siedział w kabinie przy biurku i wertował przepisy 
dotyczące pożarów na statkach. 
Zanim otworzyłem usta, by opowiedzieć o pożarze na głowie starszego marynarza 
Władka, kapitan wydał mi polecenie położenia się na kurs do Rio ł spytał: 
- Ostatecznie, w której ładowni tli się bawełna? 
- Pierwszy oficer kazał zameldować, że w żadnej ładowni nie tli 
się bawełna... 
- Jak to - przerwał mi zdumiony kapitan. - Przecież  przed chwilą sam mi 
powiedział, że w trzech pierwszych ładowniach czuć silny zapach tlącej się 
bawełny. W pierwszej, drugiej i trzeciej. 
- Tak myślał, panie kapitanie, ale teraz stwierdził, że tliła się bawełniana 
czapka na głowie starszego marynarza i to kazał panu kapitanowi zameldować. 
- Nie rozumiem - dziwił się kapitan. - Pierwszy oficer nie może odróżnić czapki 
od ładowni? Skąd pierwszy oficer wiedział, że tli się bawełna w drugiej ładowni? 
- Ja posłałem do pierwszego oficera starszego marynarza, by zameldował, że tli 
się bawełna w drugiej ładowni... 
Widziałem, że kapitan się zniecierpliwił. Zazwyczaj o tej godzinie na tym 
odcinku drogi drzemał w koi. Był to pierwszy dzień na oceanie po wyjściu z Rio i 
kapitan zamiast oddać się całkowicie swym przyzwyczajeniom aż do Dakaru - 
postawiony został, podobnie jak i my, przed wizją pożaru podsycaną zapamiętanymi 
historiami stat- 
ków, które spłonęły z ładunkiem bawełny. To nagłe przejście od spodziewanego 
niebezpieczeństwa palących się setek ton bawełny na statku z pasażerami, na 
oceanie, do tlącej się małej czapki na głowie marynarza, nie mogło tak szybko 
ułożyć się .w głowie kapitana. 
Teraz zrozumiałem zemstę pierwszego oficera. Wznieciłem pożar w jego głowie. 
"Pierwszy" wzniecił jeszcze większy pożar w głowie kapitana, a jego ugaszenie 
pozostawił mnie. 
Wypadek z czapką był niecodzienny, wytłumaczenie go kapitanowi, który w ciągu 
tych kilku minut zmienił się w pełnego zapału dowódcę straży pożarnej - było 
sprawą również niecodzienną. 
- Marynarz zameldował mi, że tli się bawełna w drugiej ładowni, wobec czego 
posłałem go, by zameldował o tym pierwszemu oficerowi. "Pierwszy"' sam poszedł 
do wywiewnika pierwszej, drugiej i trzeciej ładowni, do każdego z nich przed nim 
wsadzał swą głowę marynarz z palącą się czapką, wobec czego "pierwszy." czuł w 
każdej ładowni zapach tlącej się bawełny. 
- Rozumiem, ale od czego zapaliła się czapka marynarza? 
- Prawdopodobnie od niedopałka rzuconego,przez pasażera z górnego pokładu. 

background image

- No, to z powodu palącej się czapki starszego marynarza proszę się nie kłaść na 
kurs do Rio. Dziękuję. 
Wróciłem na mostek. "Piąty" też się już uspokoił i szykował do brania wysokości 
sekstantem. Pomimo że mieliśmy przed sobą do przebycia cały Atlantyk w strefie 
między zwrotnikami od Koziorożca do Raka, gdzie przy tej pogodzie po zachodzie 
słońca będzie dokładna pozycja z gwiazd, ale na godzinę szesnastą musiała być 
pozycja z dwóch niejednoczesnych linii pozycyjnych ze słońca. 
I znów szafir i szybujące w złotych promieniach "jaskółki morskie". 
Powoli przestawałem myśleć o tlącej się bawełnie w pięciu ładowniach. Pożar na 
transatlantyku trwał niecały kwadrans. 
Na przednim pokładzie koło drugiej ładowni stał Władek w nowej bawełnianej 
czapce i uśmiechał się, wpatrując się przymrużonymi oczami w tropikalne słońce. 
PLAMOZNIK 
W roku 1777 okręty jego królewskiej mości króla Anglii zaczęły używać jako 
sygnału zawezwawczego niebieskiej flagi z białym kwadratem pośrodku. W ciągu 
ćwierćwiecza od momentu ukazania się jej na maszcie przybrała ona imię 
"niebieskiego Piotrusia" (Blue Peter). W okresie wojen pomiędzy Anglią i Francją 
czekające na wojskową eskortę statki handlowe nie przyjmowały na swój pokład 
pasażerów tak długo, zamim mający je eskortować okręt wojenny nie podniósł 
"niebieskiego Piotrusia". 
Obecnie podniesiona na przednim maszcie litera "P" międzynarodowego kodu 
sygnałowego na wszystkich statkach kuli ziemskiej mówi tym, którzy na nią 
patrzą: "Dzisiaj mój statek wychodzi w morze". "Dzisiaj mój statek wychodzi w 
morze" - oznajmił "niebieski Piotruś" podniesiony na jednym z naszych trzech 
transatlantyków, idącym w swój kolejny rejs z Gdyni do Nowego Jorku. 
Trzy działy: nawigacyjny, maszynowy i hotelowy przygotowane są do wielkiej 
podróży i nieznanej przygody. 
Począwszy od stosu map ułożonych w szufladzie kabiny nawigacyjnej, które 
obejmują całą trasę przewidzianej podróży, a kończąc na ciemnych zakamarkach 
kotłowni - wszystko wszędzie doprowadzono do stanu "kwitnącej gotowości". 
Załoga transatlantyka - olbrzymi zespół wysiłków ludzkich - rozpocznie swą 
samodzielną pracę w momencie, gdy wyciągnięta zostanie na pokład ostatnia lina 
łącząca statek z nabrzeżem. 
W początkowym okresie pracy naszych liniowców właściwymi ludźmi na właściwych 
stanowiskach byli tylko oficerowie nawigacyjni i maszynowi. Oni stanowili koło 
rozpędowe zmuszające swymi trybami pozostałe kółka do ściśle określonej, 
precyzyjnej pracy na rzecz statku. 
Załoga wszystkich innych działów była w tym czasie nieomal "legią cudzoziemską", 
którą zawody życiowe wtłoczyły w ten nie znany dotychczas dla niej mechanizm. 
Utalentowany aktor, ponieważ nie otrzymał roli, o jakiej marzył - grał teraz 
przebrany w białą kurtkę rolę stewarda. Taką samą białą kurtkę nosił zdolny 
lotnik, dlatego że podczas pokazu bombardowa- 
nią zrzucił z samolotu bomby w publiczność zamiast w morze. Roi4* palacza w 
czeluściach kotłowni transatlantyka przyjął na siebie były ogrodnik papieski. 
Twarz i głowę miał podobną do głowy Jana Chrzciciela. Wędrował po statkach ze 
swą własną "szlojzą" - parumetro-wym pogrzebaczem do mieszania w palenisku kotła 
okrętowego, a w chwilach wolnych od zajęć czytał Ewangelię. 
Ludzie ci od podniesienia "niebieskiego Piotrusia" rozpoczęli życie "trybików" 
okrętowych. Tymczasowe troski lądowe przeszły do sfery nieokreślonych rozmyślań. 
Istotnymi zagadnieniami stały się sprawy tak ważne, jak przygotowanie sekcji 
pomieszczeń pasażerów do inspekcji, idealne zasłanie przydzielonej ilości koi, 
sprawne i uprzejme obsłużenie wyznaczonej ilości pasażerów podczas posiłków, 
utrzymanie odpowiedniego ciśnienia pary w kotle i przygotowanie paleniska do 
zdania następnej wachcie. 
Rola króla Lira, oblatanie nowej maszyny czy wysadzenie alei cyprysami były dla 
nich teraz rzeczami tak błahymi, jak sen sprzed kilku nocy. 

background image

Przed przybyciem na statek pasażerów odbyła się ostatnia inspekcja dyrektora 
biura portowego linii, wytwornego, szpakowatego pana o miłym uśmiechu i 
znakomitym poczuciu humoru. Dyrektor przemierzył wszystkie długie pokłady, 
poczynając od mostku, przeszedł przez wysłane dywanami korytarze sekcji 
pasażerskich, przez lśniące niklem "uzbrojenie" kuchni i dotarł do prowiantury. 
Tam ze zdumieniem ujrzał dwie kontrastowe postacie "chłopców okrętowych". 
Pierwszy, atleta z areny cyrkowej, po ujrzeniu dyrektora znikł natychmiast, by 
zawiadomić o inspekcji szefa prowiantury, drugi, nikła i wątła figurka garbuska, 
pozostał. 
Obaj "chłopcy", jak można było od razu zauważyć, dawno przekroczyli wiek zwany 
chłopięcym, ale w spisie załogi figurowali na etatach chłopców okrętowych. 
Dyrektor przygląda się garbuskowi. Widzi go po raz pierwszy. Do chłopców 
okrętowych mówi się per "ty", dyrektor szanuje jednak prawdziwy wiek "chłopca" i 
mówi jak do starszych marynarzy lub palaczy - per "wy". 
- Przyszliście pewnie na statek, żeby zostać palaczem? - pyta uśmiechając się 
przyjaźnie. 
Garbusek uśmiecha się. Ma duże, piękne niebieskostalowe oczy, wysokie czoło i 
silnie zarysowaną dolną szczękę. 
- Jestem za słaby, panie dyrektorze. 
- No to może macie zamiar zostać marynarzem? 
- Jestem ułomny, panie dyrektorze. 
- No to marzycie pewnie, żeby zostać prowiantowym? - śmiejąc się już mówi 
dyrektor. 
- Jest mi»to zupełnie obojętne, panie dyrektorze - z uśmiechem odpowiada 
garbusek. 
- A jakie macie wykształcenie? 
- Posiadam dwa magisteria. Jedno z matematyki, drugie ze ścisłej 
filozofii.                             .  . 
__jeśli sią nie mylę, to w podaniu o przyjęcie do pracy podał pan, 
że jest szoferem. 
i- Mam podwójne nazwisko. Pod pierwszym nazwiskiem ukończyłem dwa fakultety 
Uniwersytetu Stefana Batorego i otrzymałem stosunkowo wysokie stanowisko 
kierownika zakładu wychowawczo-naukowego. Zrezygnowałem jednak z tego i pod 
drugim, obecnym nazwiskiem otrzymałem prawo prowadzenia wszelkich pojazdów 
mechanicznych i dlatego podałem zawód związany z tym nazwiskiem. Wyruszyłem w 
świat, by zobaczyć go wyłącznie z najniższego stanowiska, bez uciekania się do 
przywilejów przywiązanych do tytułów naukowych. Rozpoczynam życie od nowa. 
__ Życzę panu powodzenia - zakończył dyrektor rozmowę i udał 
się na dalszą inspekcję. 
W prowianturze nastąpiło poinspekcyjne odprężenie. Zjawił się prowiantowy, 
"batiar" lwowski, podoficer i szofer z kolumny samochodowej. Był w doskonałym 
humorze i bardzo zadowolony. Garbusek pracował całą noc szorując i malując 
szybko schnącymi lakierami prowianturę po przyjęciu ostatniego prowiantu. Nigdy 
jeszcze nie było w niej tak czysto. Wygląd prowiantury nie uszedł uwagi 
wprawnego oka dyrektora i uznanie zostało wyrażone szefowi prowiantury. Szef był 
tak zadowolony, że pozwolił "młodszemu chłopakowi" być na pokładzie w momencie, 
w którym statek zrzuca ostatnią linę i wychodzi z portu ściągając z masztu 
"niebieskiego Piotrusia". 
"Młodszy chłopak okrętowy" po raz pierwszy zaczerpnął powietrza morskiego 
patrząc z pokładu na otwierający sią przed nim nieznany dotychczas horyzont i 
uśmiechnął się do myśli o swej pracy z okresu studiów w charakterze kierownika 
domu wypoczynkowego bratniej pomocy studentów. Szumny tytuł kierownika pokrywał 
ciężką pracę fizyczną i umysłową na wszystkich etatach, jakie dom musiał 
posiadać, ale początkowo ich nie posiadał. 
Dyrektor zachował tajemnicę "chłopca okrętowego", który jak jego poprzednik 
sprzątał kabinę szefa i w wypadku niedyspozycji przynosił mu posiłki do kabiny. 
Nikt dotychczas tak dobrze nie sprzątał i nie czyścił mundurów. Szef był 

background image

zachwycony; będąc częstym gościem mesy oficerów pokładowych i maszynowych ciągle 
o nim opowiadał. 
- Liczy już prawie tak dobrze, jak i ja. Potrafi napisać wcale nieźle 
pokwitowanie, a jak sprząta kabinę i prowianturę. 
Po kilku tygodniach wszyscy w mesie oficerskiej dowiedzieli się, że "chłopiec" 
zaprowadził sam specjalną kartotekę i teraz w każdej chwili można dowiedzieć się 
dokładnie, ile czego jest w prowianturze. 
- Kazałem mu nauczyć się angielskiego, aby rozumiał napisy na puszkach z 
konserwami - opowiadał szef w kilka dni potem. - Po jakimś czasie zobaczyłem go, 
że chodzi z płóciennym woreczkiem. 
Prawie że się z nim nie rozstaje. Gdy siedział sam i myślał, że go nikt nie 
widzi, zaraz zaczynał grzebać w woreczku. Coś wyjmuje, popatrzy i chowa z 
powrotem. Nie wytrzymałem i kazałem mu pokazać, co tam chowa. Zgadnijcie, co tam 
miał? Nikt w mesie naturalnie nie zgadł. 
- Myślałem że ma tam rodzynki, migdały czy śliwki suszone, bo stale poruszał 
ustami, gdy trzymał woreczek w rękach. Wiecie, co tam znalazłem? Małe kartoniki 
zapisane z jednej strony po polsku, z drugiej po angielsku. 
Prowiantowy z każdym dniem był coraz bardziej dumny ze swego "chłopca". Zaczął 
się nim nawet wyręczać, dając mu klucze od pro-wiantury, po które "chłopak" 
przychodził, jeśli szef zasiedział się w mesie. Pewnego dnia, gdy prowiantowy 
dawał mu klucze i zaczął go przed wszystkimi chwalić za pięknie wyczyszczony z 
plam mundur, "chłopak" był tak zażenowany, że po otrzymaniu kluczy natychmiast 
się ulotnił. Pozostało po nim jednak nowe imię: PLAMOZNIK. 
Wkrótce Plamoznik cieszył się już uznaniem nie tylko szefa, lecz także palaczy. 
Głównie dlatego, że pozwalał im się budzić o każdej porze dnia i nocy i wydawał 
żądane artykuły. W drodze rewanżu nikt z maszyny nie krzywił się na niego, gdy 
zabronił samowolnego brania owoców z chłodni pod pretekstem mierzenia w niej 
temperatury. Ułomny i niepozorny Plamoznik jednym uśmiechem zawsze pogodnych 
oczu "trzymał krótko" najbardziej niesfornych z załogi. Byli nimi przeważnie 
niegdyś wyrzuceni z gimnazjum z którejś tam klasy - ci, na których nie poznali 
się nauczyciele i na których nawet teraz nikt się poznać, ani dostatecznie 
ocenić, nie może. Plamoznik potrafił zawsze ich rozbroić swą serdeczną 
wyrozumiałością dla ich skrzywdzonej wielkości i wypielęgnowanego lenistwa. 
Mijały tygodnie i miesiące, duma szefa prowiantury jako nauczyciela wciąż rosła. 
Niestrudzenie też wyliczał w mesie: 
- Najpierw nauczyłem go sprzątać, myć i malować, potem liczyć, potem 
angielskiego, potem... 
Potem, po przejściu transatlantyka do Grecji, na tak zwaną linię palestyńską, 
prowiantowy odkrył, że jego "uczeń" mówi po grecku. 
Dostawcom, majętnym obywatelom Aten, spodobał się ten chłopak z prowiantury. 
Niepozorny Plamoznik z łatwością bowiem władał dźwięczną mową Odyseusza. 
Ateńczycy zapraszali go do swych domów, wozili po Helladzie i słuchali wyjątków 
z Iliady i Odysei. To samo powtórzyło się, gdy transatlantyk stanął na czas 
dłuższy na doku w Pireusie. W okresie gdy kwitną migdały i Hellada jest 
najpiękniejsza, "młodszy chłopak z prowiantury" rozchwytywany był przez 
dostawców. Lubili go słuchać, gdy mówił im o mitach greckich na ruinach świątyń 
i zamków i z namaszczeniem szukali wraz z nim przy Mykeńskiej Bramie Lwic śladów 
stóp "pięknej przyczyny" wojny trojańskiej. 
W tym stanie rzeczy sam prowiantowy zaczął interesować się świj tera starożytnym 
po otrzymaniu od Plamoznika aż Dwóch wiosen Pa randowskiego i zaczął sprowadzać 
z Polski odpowiednie książki. 
__Muszę to czytać, bo nauczyłem go po angielsku, a teraz wi 
dzę, że się bardzo interesuje świątyniami Egiptu i Syrii - mów: w mesie. - Ma 
doskonałą pamięć i jeszcze ze szkoły zapamiętał sta ro-grecki. Sam nakupował 
sobie wiele książek, ale też nie zgadnie cię o czym. Począwszy od wszystkiego o 
gatunkach drobiu kończą na wyrobie i gatunkach win. Żaden dostawca nie może mu 
nic wmó wić. Teraz to naprawdę mogę spać spokojnie. 

background image

Szef często niedomagał i doszedł do przekonania, że mając jak zastępcę 
Plamoznika może sobie pozwolić na kilkumiesięczną kuracj i wypoczynek zdrowotny. 
I tak Plamoznik został "pełniącym obc wiązki prowiantowego". 
Po upływie paru miesięcy zjawiła się nagle w Konstancy komłsj rewizyjna, aby 
sprawdzić stan prowiantury pod nowym zarząden Kontrola ujawniła wręcz 
oszałamiające fakty, które przeszły do hi storii o Plamozniku, a które sama 
komisja jednogłośnie uznała z bajkę dla bardzo grzecznych dzieci - stan 
kartoteki Plamoznik i ilość brzoskwiń w chłodni zgadzały się z sobą co do 
sztuki. 
W wyniku sprawozdania komisji po powrocie do Gdyni "młodsz; chłopak" pełniący 
obowiązki prowiantowego znalazł się w pociąg idącym do Monfalcone, wraz z 
pierwszą partią załogi wyznaczonej n nowo budujący się transatlantyk, z 
nominacją na szefa prowianturj 
W przedziale zajętym przez załogę nowego statku w czasie posil ków Plamoznik nie 
wychodził z swej roli żywiciela. Ustawił miedz; ławkami walizki w ten sposób, że 
powstał długi na cały przedzia stół. Znalazł się na nim przewidziany przez 
Plamoznłka obrus z ser wetek ułożonych w arabeski, amerykański papierowy serwis, 
zna lazły się nawet róże, którymi pożegnano załogę w Konstancy. Pod czas 
ostatniej swej podróży na statku Plamoznik zgodził się wyjąt kowo przyjąć od 
dostawców prezenty na pożegnanie w postaci naj bardziej wyszukanych owoców, win, 
konserw i papierosów. Tera cały stół zastawiony więc był najwytworniejszymi 
daniami i napo jami. 
Z korytarza przez okna wciąż zaglądali zaciekawieni pasażerowie Gdy na stole 
znalazł się już "rahat-al-hulkum" (rahatłukum), co zna czy tyle co "rozkosz 
podniebienia", z Istanbulu, granaty i banan; z Jerycha, jakiś starszy pan 
otworzył drzwi przedziału i kłaniają' się uprzejmie Plamoznikowi, który w sposób 
widoczny robił "honor; domu", zapytał po francusku: 
- Proszę wybaczyć, ale cały wagon porobił już zakłady na temal kim panowie 
jesteście. Zostałem wydelegowany dla rozstrzygnięci) tych zakładów. 
Plamoznik zaprosił pytającego pana na czarną kawę, którą właśnii nalewał z 
olbrzymiego termosu do papierowych szklaneczek. Podsu 
"dotychczasową pracę. Trafiłem na swoją Mary Wortley, co prawdą z podobieństwa 
do Aleksandra Pope'a mam tylko jego wzrost i ułomność. 
Była to aluzja do zawieszonego w jego kabinie obrazka przedstawiającego słynnego 
angielskiego poetę i tłumacza z języka greckiego Iliady i Odysei - Aleksandra 
Pope'a oraz Mary Wortley, wyśmiewającą się z jego uczuć. 

W grudniu nowy transatlantyk przycumował do nabrzeża koło dworca morskiego w 
Gdyni. W głównym salonie skończyła się wilia dla załogi. Na choince pogasły 
światła elektrycznych świeczek. Błyszczały tylko reflektory lamp na złotych i 
srebrnych kulach, którymi przybrane było drzewko. 
Szef prowiantury zaprosił najbliższych przyjaciół na obejrzenie jego drzewka. 
Zaproszeni zeszli ze statku. Był duży mróz. Gdynia zasypana śniegiem. Minęli 
główne tory kolejowe i weszli w gęsty las okrywający pasma wzgórz ciągnące się 
wzdłuż zatoki. Gdy brnąc przez zaspy śniegu dotarli do małej polanki wśród 
"jodeł wysokich", "gospodarz" poprosił gości, by się zatrzymali w tym miejscu, a 
sam obszedł dużym półkolem polankę i zniknął w gąszczu. 
Po chwili z drugiej strony miniaturowej polanki zapaliło się światło na dolnej 
gałęzi olbrzymiej jodły. Jedno światło białej świecy. Wśród ciszy jarzył się 
złoty płomień. Odbijał się w miliardach iskrzących się mrozem śnieżynek. 
Biegnące ku górze światło sięgało sklepienia utkanego gwiazdami. Białe, skrzące 
okiścde czerniły próżnię między konarami, wydłużone w nieskończoność i 
niewymiernie oszronione pnie jodeł wydawały się kolumnami z diamentów. Była w 
tym Zimowa bajka Ferdynanda Ruszczyca, Bajki Andersena i cały "Bajarz polski", a 
wszystko złożyło się na Wieczór Wigilijny Plamoznika. 

background image

Triest. Przy nabrzeżu stoi nasz drugi nowoczesny transatlantyk zbudowany w 
Monfalcone. Na przednim maszcie powiewa "błękitny Piotruś". "Batory" wyrusza w 
swój pierwszy rejs. 
Ostatni rzut oka szpakowatego dyrektora o miłym uśmiechu i dużym poczuciu humoru 
na porządek na statku. 
W prowianturze dyrektor śmiejąc się ściska dłoń szefa mówiąc: 
- Myślę, że mi pan nie ma bardzo za złe, że oderwałem pana od przyjaciół na 
tamtym statku, ale chciałem, by na obu naszych nowoczesnych transatlantykach  w  
prowianturze było identyczne zaopatrzenie i porządek. 
Mała postać garbuska pręży się po wojskowemu i odpowiada: 
- Ku chwale bandery, panie komandorze. - A prywatnie, uśmiechając się, mówi: - 
Cieszę się, że nie czuję się w linii niepotrzebny. 
nął gościowi trzy gatunki najprzedniejszych papierosów tureckicS i przeprosił, 
że pytaniem odpowie na pytanie. Otóż, zanim powie fcirit są, na razie wszyscy w 
przedziale chcieliby usłyszeć, za kogo ich biorą współtowarzysze podróży. 
- Przeważają głosy, że są panowie międzynarodową ekspedycją naukową, udającą się 
na miejsce badań. Najwięcej obstaje za archeologami - odpowiedział nieznajomy. 
- Jesteśmy tylko marynarzami pokładowymi nowego polskiego transatlantyka, który 
czeka na nas w Monfalcone. Wszyscy jesteśmy Polakami. 
Większość ekipy stanowili istotnie oficerowie pokładowi, Plamoznik mógł więc 
pozwolić sobie na tę małą nieścisłość w odpowiedzi. 
- Niemożliwe - zawołał nieznajomy. - Panowie wyglądają na ludzi o wysokiej 
kulturze, w których, proszę wybaczyć, nikt nie podejrzewał marynarzy. 
- Jeśli zna pan język angielski, może się pan łatwo przekonać, że tak jest w 
istocie. Proszę wziąć od sąsiada jego dokument - zaproponował Plamoznik. 
Obok nieznajomego siedział sternik manewrowy. Plamoznik poprosił go, by pokazał 
nieznajomemu swą książeczkę żeglarską. Nieznajomy przejrzał ją uważnie, dłużej 
zatrzymując się w tym miejscu, gdzie widniało wypisane stanowisko sternika. W 
tej chwili pozostali wyciągnęli identycznie wyglądające z zewnątrz książeczki 
żeglarskie z napisem "SAILORS BOOK". 
Nieznajomy zadowolił się przeczytaniem tej jednej i milczał. Zjadł kawałek 
"rozkoszy podniebienia", zapił mokką i po zaciągnięciu się dymem tureckim 
powiedział: 
- Jednak, rzeczywiście człowiek się całe życie uczy. 
• 
Na nowym transatlantyku Plamoznik wzniósł się na nieosiągalne dla innych 
prowiantowych wyżyny pod względem sprawności działania i zaopatrzenia statku. 
Nie uznając żadnych gratyfikacji i prezentów doprowadził zaopatrzenie i kontrolę 
posiadanych zapasów do doskonałości. 
Wieść o nim doszła do wytwórni najlepszych win we Francji, które pozwoliły sobie 
na przysłanie mu listów wyrażających podziw dla jego znajomości gatunków ich win 
i roczników tychże win. Każdy z listów zaopatrzony był w załącznik w postaci 
trzech butelek win nie spotykanych w sprzedaży. Plamoznik zaprosił przyjaciół i 
wtedy zebrani dowiedzieli się, czemu zawdzięczają możność skosztowania rzadkich 
napojów. 
- W oczach producentów win - powiedział dawny "młodszy chłopak", nalewając do 
kieliszków otrzymany nektar - znalazłem więcej uznania niż w oczach pewnej 
Polki, z powodu której porzuciłem 
Ostatnie listy, jakie otrzymali od niego przyjaciele, zawierały liście mieniące 
się złotem i rubinem późnej jesieni. 

Po tej podróży Plamoznik zaginął na czas dłuższy. Aż znów wieść o nim rozbłysła 
jak meteor nowym dyplomem prymusa szkoły rolniczej. Dawni jego koledzy z czasów 
uniwersyteckich twierdzili, że jako najlepszy prowiantowy transatlantyków 
wyhodował w szkole rolniczej własnoręcznie najsmaczniejsze i największe szynki 
eksportowe i że tylko przez niedopatrzenie na ich opakowaniu nie ma napisu 
PRODUCT OF PLAMOZNIK. 

background image


Z rodzinnego kraju Andersena, z otoczonej wodą Zelandii po odbyciu praktyki we 
wzorowym instytucie rolniczym wracał Plamoznik do Polski na jednym z 
transatlantyków jako prowiantowy HONORIS CAUSA. 
W wyniku podsumowanych doświadczeń zebranych w Zelandii doszedł do przekonania, 
że w kraju są znacznie większe możliwości dla rolnictwa niż w Zelandii. Trzeba 
nam tylko UMIEĆ i CHCIEĆ. 

Wiosna. W Warszawie jeden z przyjaciół Plamoznika ze szlaku morskiego spotkał go 
idącego ulicą Marszałkowską. Na pytanie, co teraz robi, Plamoznik odpowiedział: 
- Nie to co trzeba... Przyjechałem w sprawach mojej rolniczej stacji 
doświadczalnej. Rozwija się wspaniale, ale więcej czasu musiałbym poświęcić 
temu, czym się na razie zajmuję ubocznie. 
- Czym znowu? - śmiejąc się spytał przyjaciel, któremu razem z widokiem 
Plamoznika stanęły przed oczami jego zawody. 
W odpowiedzi Plamoznik wyjął z kieszeni dwie małe książeczki Jedna z nich nosiła 
tytuł: Regulamin piechoty, druga mówiła o taktyce walki ulicznej w dużych 
miastach. 

Wśród łun szalejącej drugiej wojny światowej dotarł do Anglii lisi Plamoznika. 
Pisał w nim do jednego ze swych przyjaciół ze szlaku morskiego: Piłuję teraz 
lasy. Muszę zarabiać na siebie i na "moją Mary Wortley", która mieszka w mieście 
z dzieckiem bez środków dc życia. Mąż jej zawieruszył się w pożodze. Zapuściłem 
sobie brod^ i wąsy. Wąsy są bardzo niewygodne, zwłaszcza wówczas gdy jem 
kapuśniak. Marzę o powietrzu czystym, nieskalanym - MORSKIM. 

- Panie dyrektorze - mówi Plamoznik do dyrektora, któremu kiedyś wyznał  swe  
wykształcenie - z kolei  teraz ja proszą sam o przeniesienie mnie na jeden ze 
statków pasażerskich linii południowoamerykańskiej. Nie znam jeszcze tej Unii i 
chciałbym poznać tamte kraje. 
- Zgoda, ale pod jednym warunkiem. Zechce pan zorganizować na nim życie 
kulturalno-oświatowe dla marynarzy. 
W ten sposób Plamoznik stał się wydawcą gazety okrętowej. Pisał do niej wierszem 
i prozą, wykorzystując swe doświadczenie redaktora gazety uniwersyteckiej, gdy 
jeszcze był studentem. Został również dyrektorem założonej przez siebie szkoły - 
na statku wielu było takich, którzy uczyć się chcieli i takich, którzy mogli 
uczyć. Właściwie było wiele szkół składających się z jednego ucznia i jednego 
nauczyciela, ale dyrektorem w każdej był jeden i ten sam Plamoznik. 
Stał się nawet dyrektorem teatru, a jako reżysera zaangażował zawiedzionego 
aktora, który trafił na ten sa'm statek. Przedstawienia cieszyły się wielkim 
powodzeniem. Ponadto, tak jak kiedyś czarował Ateńczyków, tak teraz ujmował swym 
urokiem skupiska emigracyjne na szlaku transatlantyka w Ameryce Południowej. 
Jego wesołych i pogodnych opowiadań o kraju mogli słuchać zapominając 
0 wszystkim. 

Przyjaciele Plamoznika zaczęli naraz otrzymywać dziwne listy adresowane jego 
ręką. Oprócz dat zmieniały się stale nazwy urzędów pocztowych, z których listy 
były wysyłane. 
Początkowo listy zawierały bursztynowe pączki, następnie szmaragdowe listki, a 
jeszcze później srebrne płatki kwiatów jabłoni... 
Sam Plamoznik mijał konno osiedla o kwitnących w tym okresie sadach. Z wysokości 
kulbaki rozkoszował się pięknem i bogactwem ojczystego kraju, którego - jak 
uświadomił sobie podczas podróży 
1 rozmów z rodakami w Brazylii i Argentynie - nie znał. Postanowił go poznać. 
Jadąc przypominał sobie często swoją pierwszą i swoją ostatnią rozmowę z 
szpakowatym dyrektorem. Podczas tej ostatniej otrzymał od dyrektora olbrzymią 

background image

sumę pieniędzy tytułem gratyfikacji za oszczędności, jakie miała linia dzięki 
jego gospodarce w pro-wianturach transatlantyków. 
- W wypadku gdyby się pan znalazł w potrzebie, proszę do mnie napisać. Gdyby pan 
zechciał wrócić do linii, może pan to uczynić w każdej chwili. Na razie znów 
życzę panu powodzenia na nowej drodze życia - powiedział na pożegnanie dyrektor. 
W końcu swej podróży po kraju Plamoznik dojrzał z wysokości swego wierzchowca 
zajęcie dla siebie. 
FLBP 
JLJ o słynnego krakowskiego psychografologa Rafała Schermanna przybył 
przedstawiciel Warszawskiego Towarzystwa Parapsychiczne-go z prośbą o analizę 
pewnego autografu. Towarzystwu bardzo zależało właśnie na wypowiedzi pana 
Schermanna ze wzglądu na jego niezwykłe osiągnięcia w tej dziedzinie. Według 
opinii pokrewnych towarzystw amerykańskich i angielskich, wyprzedził on swych 
współczesnych o tysiąc lat. Francuskie zaś towarzystwa dodawały, że gdyby pan 
Schermann żył w wieku XV, nie ulega najmniejszej wątpliwości, iż jego 
grafologiczne jasnowidztwo zaprowadziłoby go prosto na stos. 
Przedstawiciel Towarzystwa Parapsychicznego wręczając kopertę wyjaśnił, że 
znajdująca się w niej "zabazgrana" kartka nie ma nic wspólnego z jakimś pismem w 
wyniku seansu mediumistycznego. 
Grafolog otworzył kopertę, spojrzał na wyjętą z niej kartkę i zaczął mówić: 
- To nie jest medium... To pismo (?!) istoty, która straciła ochotę do życia, bo 
jej przeżycia były straszne. Dostała się w miejsce, skąd gwałtem chciałaby się 
wydostać, ale nie może... Straciła cierpliwość... Bujna fantazja sprawiła, że 
istota ta podkopała swoją przyszłość i chciałaby się wydostać z więzów. 
Najlepiej byłoby, gdyby wsiadła do samolotu i przebujała w nieznaną krainę... 
Nie, że ja jej to radzę, ale ona sobie to" tak wyobraża... Stan jest tego 
rodzaju, że przypomina człowieka pijanego, chociaż naprawdę nie jest pijakiem. 

W ciemną noc, na podzwrotnikowych szerokościach Atlantyku można było dojrzeć 
wśród fal samotne'dwa światła - zielone i czerwone. Widoczne były w odległości 
kilkunastu metrów od siebie, w linii poziomej. Zgodnie z międzynarodowymi 
przepisami o noszeniu świateł przez statki, mógł to być żaglowiec idący dziobem 
wprost na patrzącego. 
W pewnej chwili pomiędzy dwoma kolorowymi światłami, na tym samym nieomal 
poziomie pojawiły się trzy światła białe. Takie uło- 
żenie świateł nie istnieje w międzynarodowych przepisach drogi na morzu, a 
pokazywanie nieprzepisowych świateł jest surowo zabro- 
W kilka minut po zapaleniu się białych świateł straszny krzyk poderwał załogę 
żaglowca - dużej szkolnej fregaty, idącej baksztagiem pod wszystkimi żaglami z 
Brazylii do Europy. 
_ CHALERAAAAAAAA!!! Kto zapalił światła? DO DZJA-BŁAAAAAH! Co za porządek? Co 
robi oficer wachtowy?!! 
Straszny ten, grozą przejmujący krzyk wydobywał się z ust komendanta fregaty. 
Nie wiedząc jeszcze dokładnie o co chodzi - kto żył i był w pobliżu rzucił się 
na pomoc. Wyjaśniło się, że zostały zapalone światła w kabinie na pokładzie, w 
której iluminatory umieszczone były od strony dziobu. W pomieszczeniu tym 
znajdowały się przejściowo klatki z małpami, pumą i pelikanem wiezionymi do 
kraju. Iluminatory były otwarte, by zwierzęta miały dostęp świeżego powietrza. 
Pomieszczenie posiadało dwoje drzwi wychodzących na pokład - ze sterburty i 
bakburty. Któryś z instruktorów szybko otworzył jedne z nich, by złapać 
winowajcę "pokładowej tragedii". Ale w kabinie nie było nikogo, poza małpami 
śpiącymi w oddalonej od wyłączników klatce. Puma również spała w swojej. Jeden 
pelikan był na nogach, ale wydawało się, że drzemał i wcale się nie przejmował 
strasznym krzykiem komendanta fregaty. 
Instruktor obejrzał wyłączniki. Sprawdził, czy nie nastąpiło spięcie. Wszystko 
było w jak najlepszym porządku. Zgasił światła. Na rufie kończył "kipieć" 

background image

komendant, obiecując winowajcy najstraszniej-sze kary, w które nikt nie wierzył 
z samym komendantem włącznie. 
Na razie wszystko pozornie wydawało się w porządku. Przewinienie zostało 
zauważone, winowajca (chociaż nieznany) - zbesztany i pouczony, co go czeka. 
Wśród ciemnej nocy nad Atlantykiem znów widać było tylko dwa światła - zielone i 
czerwone. Fregata znaczyła przebytą drogę zielonkawo fosforyzującą smugą na 
powierzchni oceanu. 
Naraz jeszcze potężniejszy krzyk dotarł nawet do śpiących w mię-dzypokładach. 
Kto się obudził - pryskał z hamaka na pokład. 
- DO DZJABŁAAAH! Porządku na wachcie nie ma! Co starszy oficer robi?!! Znów 
światła się palą. 
Światła paliły się jak poprzednio. 
Starszy oficer wypadł z kabiny i zameldował się komendantowi. Po wysłuchaniu 
paru zwięzłych zdań pobiegł z instruktorami na miejsce przestępstwa, do kabiny 
ze zwierzętami. 
W kabinie nie było nikogo, prócz zwierząt. Małpy nie obudziły się nawet. Tylko 
puma mrużyła oczy przed światłem. Sprawdzono jeszcze raz wyłączniki. Oba 
kontaktowały prawidłowo. Nie było widać żadnego innego dodatkowego połączenia z 
siecią elektryczną. Przej- 
rżano wszystkie szafki, czy w jakiej nie siedzi dowcipny uczeń. Nie znaleziono 
nikogo. Klatki były pozamykane. Zgaszono światło. 
Na wszelki wypadek starszy oficer ustawił w pewnej odległości dwóch 
instruktorów, którzy mieli pilnować z ukrycia drzwi prowadzących do 
pomieszczenia ze zwierzętami. Powinni złapać przestępcę, gdyby jeszcze raz 
odważył się na tego rodzaju żarty. 
- Porządku u pana na statku nie ma! Położyć się spać ja nie mogę spokojnie! - 
"pruł" komendant starszego oficera. 
I znów zapanowała cisza na pokładzie, tylko szum wody trącej 
0 burty mówił o tym, że fregata idzie z szybkością przynajmniej sześciu węzłów. 
Służbowi instruktorzy wpatrywali się w drzwi kabiny ze zwierzętami. Oficer 
wachtowy stał z lewej burty na rufie przy relingu, komendant - z prawej. 
Na tych obszarach wodnych, na jakich znajdowała się w tej chwili fregata, nie 
należało się spodziewać spotkania z jakimkolwiek statkiem. Najbliższy gościniec 
morski odległy był o wiele setek mil. Komendant z wolna zaczynał uspokajać się i 
żałować starszego oficera. Ten leżał w nieutulonym żalu na swej koi i klął 
wszystkie pokolenia od Adama i Ewy. Oficer wachtowy usiłował domyślić się, kto 
mu zrobił kawał, który skrupił się na niewinnym starszym oficerze. Uczniowie 
znajdujący się na wachcie obiecywali sobie uroczyście sprać winowajcę 
narażającego całą wachtę. Czuwali razem z instruktorami i łamali sobie głowy, 
kto mógł być owym Kainem. Sen szybko zmorzył podwachty w hamakach... 
- CHALERAAAAAAH! - zawibrowało w powietrzu. Znów w tej samej kabinie zapaliły 
się światła. 
Tłum rzucił się do drzwi prowadzących ze sterburty i bakburty do kabiny ze 
zwierzętami. Otworzono przeklęte pomieszczenie. Małpy spały, pelikan drzemał z 
dziobem ułożonym na piersi, tylko puma ziewała znudzona wrzaskami. 
Nadbiegł starszy oficer, w którego znów biły gromy. Wszyscy pozostali woleli 
trzymać się poza zasięgiem wzroku komendanta. 
Na fregacie zapanowało przerażenie: duchów nie ma, ale kto zapala światło? 
Natychmiast rozmontowano wyłączniki. Sprawdzono każdy kabel 
1 każde jego rozgałęzienie. Nie znaleziono żadnego nowego połączenia. 
Wykluczone, żeby ktoś od zewnątrz zapalał światło. Zmontowano z powrotem 
wyłączniki. Znikło ostatnie podejrzenie, że ktoś dołączył się do sieci i włącza 
światło ukryty gdzieś na zewnątrz. 
Zgaszono ponownie światło. Przy umieszczonych w drzwiach wentylatorach ustawili 
się instruktorzy, obserwując przez szpary wnętrze kabiny. Przy otwartych 
iluminatorach nikt nie stał, by nie spłoszyć swym widokiem nieznanego sprawcy. 

background image

Kilkunastu uczniów pilnowało razem z instruktorami, wszyscy już bez wyjątku byli 
podenerwowani i zaciekawieni. Ci, którzy wierzyli w duchy - triumfowali. 
W całym międzypokładzie było już wiadomo, że duch zapala światło w kabinie ze 
zwierzętami. __Sygnały śmierci! - zawyrokował ktoś. - Kozbijemy się w Bi- 
skajach. __Idioto! Przecież nie będziemy wcale tamtędy szli - osadzili go 
biegli w nawigacji. 
__No, to w takim razie zderzymy się z jakimś pływającym wrakiem. 
Pogrążona w pozornej ciszy fregata, idąc sześciowęzłowymi krokami w kierunku 
swego przeznaczenia, kipiała. Z dziobu znów można było zobaczyć tylko dwa 
światła - zielone i czerwone. Napięcie wzrastało. Podwachty w hamakach nie 
spały. Wielu wyszło na pokład, spodziewając się być świadkami czegoś groźnego i 
niesamowitego. Skupili się przed tajemniczym pomieszczeniem. Niektórzy zaczęli 
się zakładać: Zapali się? Nie zapali się? 
ZAPALIŁO SIĘ! 
W chwili gdy zabłysły znów trzy białe światła, obaj instruktorzy 
jak na komendę ryknęli: 
- FLIP!!! 
Flip była to brazylijska małpka z gatunku Cebus, zamknięta w jednej z klatek 
umieszczonych w kabinie. Należała do czwartego oficera. 
W niewytłumaczony sposób Flip potrafił oderwać jedną kratę, tak iż mógł ją 
odsuwać u dołu i wywieszać się z klatki na swym długim chwytnym ogonie tak 
daleko, że dosięgał łapką wyłącznika. Po zapaleniu światła Flip błyskawicznie 
chował się do klatki i udawał, że 
śpi jak zabity. 
Od momentu schwytania na gorącym uczynku Flip stał się bohaterem podróży. 
Czwarty oficer lekceważąco patrzył teraz na wszystkich: JEGO Flip potrafi 
postawić na nogi całą fregatę wraz z komendantem i trzymać w napięciu przez dwie 
godziny! 
- Taka małpa! - mówił chełpliwie, wznosząc łokieć na wysokość 
własnego ucha. 
Każdy chciał się przypodobać "czwartemu", byle pozwolił chociaż dotknąć Flipa, 
który teraz z nim się nie rozstawał. Flip jak małe rozkapryszone dziecko trzymał 
się kurczowo szyi "czwartego", przy-milając się i tuląc. I on również z 
lekceważeniem patrzył na wszystkich na statku. 
Gdy "czwarty" był na wachcie, a któryś z oficerów chciał Flipa wziąć na ręce i 
ponosić, ten zdecydowanie nie pozwalał się dotknąć. Gdy kiedyś trzeci oficer 
usiłował go posadzić sobie na ramieniu, Flip się wykręcał, jak mógł. Nie gryzł i 
nie drapał, tylko rozpaczał trzymając się za głowę obiema łapkami. Kiedy 
"czwarty" wrócił z wachty, Flip skoczył mu natychmiast na szyję i zaczął po 
swojemu skarżyć się do ucha "cz-cz-cz-czyyy-cz-cz-czyy", niedwuznacznie 
wskazując przy tym palcem trzeciego oficera - swego dręczyciela. 
Dało to początek zabawie, zwanej na fregacie "krzywdzeniem" Fli-pa. Pokazywano 
małpce coś smacznego - na przykład banana, bo to lubiła najbardziej - chcąc ją 
przekupić, by poszła do kogoś na ręce. Flip wyciągał łapkę po banana, ale bez 
najmniejszego zamiaru pozwolenia komuś na jakąś poufałość. Wobec tego niekiedy 
nie dawano mu banana i Flip bywał bardzo rozgoryczony. Po takiej scenie 
zaczynała się najciekawsza część zabawy. Gdy "czwarty" wracał z wachty, Flip 
opowiadał mu z przejęciem, jak się nad nim znęcano i, zawsze wskazywał palcem 
choćby najdalej stojącego lub ukrywającego się sprawcę jego nieszczęść: 
- Cz-cz-cz-czyyyy! - To ten, widzisz? To on nie dał mi banana. Cz-cz-czyy! - 
Chciał mnie koniecznie wziąć na ręce. Czy-cz-czyy! - Ale ja się nie dałem. 
Tulił się przy tym do "czwartego" i zaglądał mu w oczy, jakby prosił o 
potwierdzenie, że "Flip dobry, Flip grzeczny!" 
Flip zawsze wiedział, gdzie może znaleźć "czwartego". Jeśli się wyrwał kiedy z 
klatki i hasał po maszcie, to tyjko na jego zawołanie wracał posłusznie. 
Gdy w jednym z portów przyszli na statek goście, okazało się, że Flipa bardzo 
interesuje płeć piękna. Zapomniał o wszystkim na świecie. Ujął się pod boki i 

background image

idąc na dwóch łapkach, podpierając się ogonem, zaczął się wdzięczyć do siedzącej 
damy. Mrużył oczy, przechylał główkę. Czarował! Podszedł jeszcze bliżej, potem 
ostrożnie wyciągnął łapkę, ujął kraj sukni i podniósł do góry, odsłaniając damie 
nogi. Wydał przy tym dźwięk łudząco przypominający pełne zachwytu gwizdnięcie: 
- Fiu! Fiu! Co za nogi! 
W takich wypadkach nie pomagały żadne perswazje i napomnienia. Wystarczyło, by 
na fregacie zjawiła się jakaś dama - Flip musiał zawsze ocenić jej nogi. Zanim 
ich nie zobaczył i nie wyraził głośno swego zachwytu, nie można go było 
uspokoić. Gdy tego dokonał, wówczas siadał na raku "czwartego" i pozwalał się 
damom gładzić, nigdy jednak nie przestając akcentować swej sympatii dla 
"czwartego". 

Na wypoczynek po podróży "czwarty" pojechał razem z Flipem do Warszawy i tam go 
musiał zostawić. Na fregacie było zimno. W stolicy Flip miał ciepłe 
pomieszczenie, a latem duży sad, po którym mógł hasać do woli. Często zaglądał 
do sąsiednich ogrodów, jakby szukał swego przyjaciela. Co gorsza, z tęsknoty za 
"czwartym", który wciąż był w podróżach, Flip zaczął zaglądać do kieliszka. Nie 
opuścił żadnej okazji, by po przyjęciu w domu - kiedy widział na stole nie 
sprzątnięte kieliszki - nie dopić z każdego pozostawionego w nim wina. 
Była wiosna. Kwitły różowosrebrne jabłonie. Flip rozkoszował się majowym 
ciepłem, zapachem kwiatów i słońcem, spędzając czas wśród kwitnących gałęzi 
jabłoni. Któregoś dnia zobaczył znajomych siedzących przed domem na ławeczce. 
Pan coś tłumaczył damie i rysował w notesie. 
Flip bardzo ich lubił, mieszkali w tym samym domu. Podbiegł do nich i wdrapał 
się pani na kolana, następnie zabrał panu ołówek i jak gdyby się rozglądał za 
papierem do pisania. Pan usłużnie podsunął mu swój notesik. Na czystej kartce 
Flip napisał wszystko, co mu serce i tęsknota podyktowały. Pan i pani z 
zachwytem przyglądali się, jak Flip wspaniale radzi sobie z ołówkiem. Flip 
skończył, zamknął notes i powrócił na swe poprzednie miejsce wśród kwiatów. 
Wkrótce potem zaszły w domu nie oczekiwane przez Flipa zmiany. Gosposia 
pojechała w odwiedziny do krewnych na wieś, zastąpiła ją inna, znacznie młodsza. 
Flip o niczym nie wiedział. Po powrocie z sadu na obiad zobaczył nie znaną sobie 
damę siedzącą w kuchni na krześle. Flip musiał natychmiast ocenić kształt jej 
nóg. Podbiegł do niej i ujął falbankę sukienki. Nieznajoma dama zerwała się z 
krzesła, złapała stojący koło płyty pogrzebacz i zanim Flip zorientował się, co 
zamierza ona uczynić, poczuł straszny ból w krzyżu. Za chwilę już nie żył. 
Flip pochowany został w ogrodzie, w którym marzył o swej brazylijskiej dżungli. 
Wkrótce wypadki dziejowe starły z powierzchni ziemi nie tylko ogród, ale i całą 
stolicę. Pozostała fotografia manuskryptu Flipa i jego analiza 
psychografologiczna zamieszczona w książce pod tytułem: PISMO NIE KŁAMIE 
(Psychografologia), autor - Rafał Schermann, wydawnictwo - Księgarnia 
Powszechna, Kraków 1939, stron - 191. 
JOLLY GOOD FELLOW 
"FOR HE'S A JOLLY GOOD FELLOW AND SO SAY ALL OF US. PONIEWAŻ ON JEST RADOSNYM I 
DOBRYM TOWARZYSZEM - TAK MÓWI KAŻDY Z NAS". Piosenka ta, podobno skomponowana 
dla króla, śpiewana dzisiaj nawet w parlamencie angielskim, od wieków stała się 
wyrazem podziwu, uznania i hołdu dla tego, kto potrafi wzruszyć obecnych, 
wywołać radość, podnieść na duchu lub zadziwić genialnością myśli. 
W parlamencie zdarza się to nieczęsto, wobec czego echo tych wypadków jest tym 
głośniejsze i dłuższe. Wywołanie żywiołowej reakcji wśród ludzi stale 
trzymających się zasady "panuj nad sobą", dosłownie - "control yourself, jest 
zjawiskiem niecodziennym, a osoba, która dostąpiła zaszczytu wysłuchania 
śpiewanych dla niej słów tego HYMNU PODZIWU, zasługuje na pamięć. 
• 
Długie godziny, dnie i tygodnie spędzał na mostku. W tym czasie akcje podwodnych 
okrętów mnożyły co dzień tonaż zatopionej floty aliantów. Tworzenie się na 

background image

początku drugiej wojny światowej konwojów na wodach Morza Północnego przy 
brzegach Anglii było po- 
czątkowo nie mniejszym koszmarem niż ataki myśliwców, bombowców, ścigaczy 
zwanych E-boatami, rajderów, tak zwanych kieszonkowych pancerników i okrętów 
podwodnych zwanych U-bootamL Niewprawne jeszcze formowanie się konwojów zmuszało 
kapitana do ciągłego przebywania na mostku. Trudno było niekiedy powiedzieć, kto 
jest w pewnej chwili bardziej groźny - wróg atakujący, czy nieumiejętnie 
ustawiający się w szyku konwojowym statek przyjacielski, którego rozpędzona 
stalowa masa groziła rozdarciem poszycia, zalaniem ładowni lub maszynowni. 
Krótko mówiąc - zmiażdżeniem i zatopieniem. W nieprzeniknionej czerni nocy, nie 
oświetlone żadnym światłem, szykowały się te pływające różnojęzyczne skupiska 
ludzi do drogi, z pełną świadomością, że wiele z nich nie dojdzie do celu. 
Formowanie się konwoju przypominało spędzanie w jedno miejsce żywych istot, dla 
których wspólny był niekiedy tylko kierunek wędrówki, poza tym różniły się 
często wszystkim - począwszy od bandery, kończąc na prędkości. Ta ostatnia była 
tematem wielu dyskusji na każdym statku konwoju. Przyglądano się sobie badawczo, 
starając się zgadnąć, który z tworów jest obdarzony najmniejszą prędkością. Jej 
posiadacz pomimo własnej woli narzucał ją całemu konwojowi składającemu się 
przeważnie z kilkudziesięciu statków. Wszystkie statki szybsze z zasady miały do 
niego żal za przedłużanie czasu potrzebnego na przybycie do celu. 
Konwój eskortowały okręty angielskie, wobec czego obowiązywał oficjalnie język 
angielski. Praktycznie rzecz biorąc osobą znającą biegle ten język bywał 
niekiedy na statku, i to nie zawsze, tylko kapitan. Wobec czego nawet z tego 
powodu skazany był on na ciągłe przebywanie na mostku, by w każdej chwili 
bezzwłocznie porozumieć się z eskortą. 
Cała ta konwojowa pantomina zwaliła się wraz z wybuchem drugiej wojny światowej 
na barki "Pepina Krótkiego", który rozpoczynał niegdyś swą służbę na morzu 
jeszcze na żaglowcach pod obcą banderą, a w tej chwili dowodził jednym z naszych 
statków o nazwie wielkiego polskiego jeziora, ale o małym tonażu. 
Wzrost Pepina Krótkiego i wiara jego, że jest jeszcze na statku pierwszym po 
Bogu, dały mu ten przydomek zbliżony do imienia jednego z królów Francji. W 
pojęciu swym Pepin nigdy nie był MAŁY, tylko KROTKI. Obecny jego dwór, 
dyskutując o jego królewskich upodobaniach, był pod jednym względem jednomyślny 
- gdyby Pepin Krótki kiedykolwiek w swym życiu naprawdę panował, nie uwieńczyłby 
w podręcznikach historii swego imienia ani jedną nazwą pola bitwy, ani jedną 
nazwą zdobytego miasta. Uczniowie, ślęczący nad kartkami historii, nie 
wiedzieliby, po co właściwie panował, skoro siedząc na tronie nie odznaczył się 
niczym godnym pamięci pe-tomnych. 
Podczas samotnych przejść statku pomiędzy portami angielskimi, stojąc na mostku, 
zachowywał się jak lekko zniewieściały król obser- 
wujący swych rycerzy w zapasach z grubym zwierzem, sam w tych walkach nie biorąc 
udziału. Bez entuzjazmu przyglądał się pełniącym służbę na mostku oficerom, 
którzy z karabinów rozstrzeliwali napotykane na kursie pływające miny. W dzień 
były one widoczne, ale w nocy? Nikt nie mógł powiedzieć, ile w nocy min minięto. 
Pewne było tylko to, że MINIĘTO - bo statek istniał. 
Usiłowano niekiedy noc przeczekać, jeśli to było możliwe, trzymając się kotwicą 
gruntu. Statek przypominał wówczas stojącego na jednej nodze żurawia - odwieczny 
symbol czujności. Ustawało wtedy niebezpieczeństwo najścia na minę, ale można 
było spodziewać się w każdej chwili ścigaczy lub okrętów podwodnych, dla których 
nieruchomy statek stanowił łatwy cel. Morze Północne u wybrzeży Anglii nie było 
dla Pepina Krótkiego miejscem wypoczynkowym. Podczas formowania się konwoju 
Pepin Krótki jednak walczył - odpierając ataki PRZYJACIELSKICH statków unikami,-
manewru jąć zręcznie, by królestwo jego nie zostało zmiażdżone i zatopione. 
Zatopienie statku przy brzegach Anglii dawało jakąś nadzieję, że po przetrwaniu 
w zimnej wodzie w pasie ratunkowym pewnej ilości godzin pomoc nadejdzie. 
Możliwość ta w miarę oddalania się od lądu malała zawrotnie. 

background image

Scena, na której to się wszystko rozgrywało, w niczym nie przypominała Pepinowi 
sceny operowej, za jaką przepadał. Zamiast przyglądać się grze artystów i 
rozkoszować się pięknością ich głosów, Pepin Krótki sam brał udział w widowisku, 
gdzie czas nabierał dziwnych własności - minuty wydawały się godzinami, godziny 
tygodniami, a tygodnie latami. 
- Gdyby to była walka, można by było zapomnieć o czasie - mawiał Pepin - ale 
ponieważ udziałem naszym jest właściwie tylko czekanie, to zadaniem naszym, jak 
z tego wynika, jest walka z czekaniem. 
Konwój znów szedł na południe. Co jakiś czas któryś ze statków tego konwoju 
idącego po żywność i zasoby dla podtrzymania wojny zmieniał nagle kurs, by 
dotrzeć do najbliższego lądu znajdującego się pod jego stępką. Oglądając przez 
lornetkę niknący z powierzchni wody statek trafiony torpedą, Pepin Krótki mówił 
do siebie: 
- No, ci już przestali czekać - i rozpoczynał na nowo swoje czekanie, spędzając 
w drzemce dnie i noce na mostku. 
Szumnie zwane OKRĘTY ESKORTY, których zawsze było za mało i które były za małe, 
zaczynały wtedy troić się w pościgu za niewidocznym nieprzyjacielem, rzucając na 
oślep bomby głębinowe, ich detonacje stwarzały złudzenie, że statki konwoju idą 
po brukowanej kocimi łbami ulicy. 
I znów wszystkie statki konwoju czekały, na kogo teraz przyjdzie kolej. Konwój 
minął szerokość Trafalgaru. Wspomnienia o sławie nie przyniosły nikomu 
zapomnienia. Na scenie zjawiły się latające ryby, ale czekanie nie uległo 
zmianie. Jedyną ulgę sprawiała wzrastająca temperatura wody, w razie 
storpedowania stwarzało to mo- 
żliwość dłuższego przetrwania w wodzie w pasie ratunkowym. Pesymiści jednak 
gasili ten promyk nadziei mówiąc o rekinach, które - jak ponuro przepowiadali - 
czekają na każdego z nich na tych ciepłych wodach, a większa ciepłota wody tylko 
przedłuży czekanie na 
koniec. 
Na szerokości Gibraltaru konwój rozdzielił się. Większość statków poszła na 
wschód na Morze Śródziemne, pozostałe - dalej na południe. 
I wreszcie przy zachodzącym słońcu ujrzano port, od swych białych domów zwany 
CASABLANCA. 

Casablanca nie zaiała jeszcze nowego wojennego blackoutu. Statki cumowały przy 
nabrzeżach. Ustało oczekiwanie na E-boaty, U-booty i samoloty, a przycumowane 
obok statki aliantów stały się znów miłe i przyjazne. Nie groziły zmiażdżeniem. 
Pepin Krótki, wydając rozkaz "TAK STOIMY", doznał ulgi. Naprawdę stał na dwóch 
nogach, a nie na tej jednej kilkudziesięciosąż-niowej, zakończonej kotwicą. Po 
wydaniu rozkazu, aby zawiadomiono maszynę, że nie będzie potrzebna ani dzisiaj, 
ani jutro, poczuł na sobie brzemię zmęczenia nagromadzone przez kilka tygodni. W 
kabinie wszystkie przedmioty przypominały mu miesiące wojny, długie jak 
dziesiątki lat katorgi. "Na ten obrazek patrzyłem, gdy zaczęto nas bombardować w 
Newcastle" - pomyślał. Obrazek przedstawiający nadjeziorne ajery i lekko 
pomarszczoną wodę jeziora wydał mu się nagle nieprzyjemny. Biblioteczka nad 
łóżkiem przypomniała mu, ile razy pozostawiał w pośpiechu ulubioną książkę, by 
wyjść na mostek. O, tę rzucił w chwili, gdy przy formowaniu się ostatniego 
konwoju wpadł oficer wachtowy z wieścią, "że olbrzymi stary grek lezie na nas, 
trącił tego anglika za nami, a teraz wiatr dryfuje go na nas. Jeśli się nie 
zatrzyma, to wejdzie nam w rufę". 
Pepin Krótki z niechęcią popatrzył na swój księgozbiór. 
- Nie, nie będę czytał! Nie będę leżał w tej koi! Nie będę tu jadł! Nie będę tu 
więcej dzisiaj nic robił! Idę na ląd. Zapomnieć. Wypocząć. Po prostu urządzę 
sobie coś w rodzaju weekendu. 
Za chwilę elegancko ubrany, oznajmił w mesie oficerom, że w razie potrzeby 
znajdą go na lądzie w którymś z hoteli. 

background image

- Nazwę i numer telefonu przedzwonię do najbliższego urzędu celnego, jaki będę 
mijał. Może któryś z panów pofatyguje się i dowie. Myślę, że nalotów nie będzie. 
E-boatów nie będzie, U-bootów nie będzie. Greków nie będzie, ale i mnie nie 
będzie!!! Dobranoc. 

Wschód słońca zaróżowił białe domy Casablanki. Piękną, wysadzaną palmami ulicą 
szedł policjant francuski lustrując swój rewir. Do- 
chodził do wspaniałego hotelu, niedawno wykończonego, który przypominał 
najcelniejsze budowle z okresu kalifatu. Na chodniku przed tym luksusowym 
gmachem stała kałuża wody. Nigdy jej tutaj nie było. Skąd się o tej porze, w tym 
miejscu, na chodniku, w tym sezonie mogła pojawić? Rozbudzona ciekawość 
policjanta uchwyciła koniec tajemniczej nitki w postaci kałuży i rozpoczęła 
wędrówką do kłębka. Woda sączyła się z nieskalanie czystych marmurowych stopni 
prowadzących do hotelu. Idąc na obcasach policjant wszedł do hallu. Cały hali 
zalany był wodą. Woda tworzyła kaskady na marmurach klatki schodowej prowadzącej 
na piętro. Policjant zbudził drzemiącego na kanapie w dyżurce portiera. 
- Co va! 
Znali się od dawna. Osłupienie, a potem przerażenie ogarnęło portiera. Policjant 
i portier ruszyli razem ku schodom. Wbiegli na pierwsze piętro. Lewe skrzydło 
korytarza zalane byłe do połowy wodą. Nie zważając już na nic, człapali po 
zalanym wodą parkiecie. Na piętrze tym mieściły się luksusowe apartamenty z 
salonem, pokojem sypialnym i łazienką. 
Portier zapukał do drzwi salonu. 
Cisza. 
Zapukał jeszcze raz. Cisza. 
- Nom de Dieu. Allons - dodał sobie odwagi, mając u boku policjanta. Weszli do 
saloniku. Ani żywej duszy. Zajrzeli do sypialni. Wspaniałe luksusowe łoże 
oślepiające bielą i świeżością bielizny pościelowej było puste. Na stoliku przy 
łóżku leżały drobiazgi wyjęte z kieszeni, portfel, zegarek i pierścień. W głębi, 
w ziewającej drzwiami szafie widać było męski garnitur. Podłoga pokoju była 
sucha. Policjant podszedł do drzwi łazienki, słuchając uważnie dochodzących 2 
niej szmerów. Przez zamknięte drzwi słychać było szum wody. 
Jeśli człowiek ten jest w łazience, a woda się leje, to człowieka tego 
zamordowano ł dla zatarcia śladów zalano hotel wodą. 
- Nom de Dieu. Nom de Dieu - szeptał portier. Policjant cicho uchylił drzwi 
łazienki. 
Widok, który ujrzeli, wstrząsnął nimi. W olbrzymiej wannie leżało ciało 
mężczyzny. Głowa była przykryta gazetą. Plik gazet zatykał otwór górnego odpływu 
dla wody, zabezpieczający przed jej przelaniem. Woda wlewała się do wanny 
szerokim strumieniem z płaskiego kranu i z szumem przelewała się przez brzegi 
wanny na kafle podłogi. 
Policjant, stojąc w wodzie, nachylił się nad ciałem leżącego w wannie mężczyzny 
i ostrożnie zdjął mu z głowy płachtę gazety. Na jej tytułowej stronie olbrzymimi 
literami były podane najnowsze komunikaty o zatopionych przez okręty podwodne 
statkach. 
Twarz i całe ciało nie nosiły na sobie śladów walki. Patrzącym nań policjantowi 
i portierowi wydawało się, że leżący przed nimi człowiek śpi. 
Mężczyzna nie dawał oznak życia. 
- Nom de Dieu. Nom de Dieu •- powtarzał przerażony portier, -r n est mortl On 
nie żyje! 
Policjant położył na krześle gazety i ujął rękę leżącego bez oznak życia 
mężczyzny, szukając pulsu. 
- C'est le capitaine, c'est le capitaine polonais. To kapitan Polak - 
przypomniał sobie nagle portier i zaczął znów biadać: II est mort. Mon Dieu. Mon 
Dieu. Mój Boże. Mój Boże. 
Naraz capitaine polonais otworzył oczy. Był to Pepin Krótki. 
- Co się panu stało? -• spytał policjant. 

background image

- Nie wiem. Kilka tygodni w morzu. W konwoju. Wykąpałem się ł zasnąłem po raz 
pierwszy od kilku tygodni. Co va! Rozumiecie? 
- Oh! Oui. Monsieur le capitaine - mówiąc to policjant zasalutował. - Hotel pod 
wodą, zauważyłem to przechodząc ulicą i dlatego tu jesteśmy. Cieszę się, że pan 
żyje, kapitanie. 

- Wyobraźcie sobie, panowie, co mi się przydarzyło - mówił Pepin Krótki w 
salonie przy śniadaniu. - Natychmiast po wyjściu ze statku udało mi się z trudem 
dostać w hotelu tylko apartament. Nie wiadomo, jak długo jeszcze pożyję. Nie 
mogłem sobie odmówić przyjemności kąpieli i wypoczynku jeszcze raz na tej ziemi. 
Zatelefonowałem do celników portowych, podając nazwę hotelu, numer pokoju i 
telefonu i po lekkim dinner z kroplą wina zanurzyłem się w rozkosznej kąpieli. Z 
rana obudził mnie policjant z portierem. Okazało się, że rozkoszując się 
kąpielą, zasnąłem natychmiast, gdy tylko zacząłem czytać o konwojach i 
zatopionych statkach. W nocy część gazet spłynęła i zatkała górny odlot wody z 
wanny, gazeta, którą trzymałem w ręku przykryła mi twarz. Jestem pewien, że 
spałbym jeszcze, gdyby nie policjant. A jednak pomyśleć, że nie uniknąłem 
spędzenia kilku godzin w wodzie, pomimo że doszliśmy do Casablanki cało. Ale 
jestem zachwycony, wyobraźcie sobie, że ta cała przyjemność zatopienia hotelu  
kosztowała  mnie  tylko  trzysta  franków.  Patron  wyraził  mi wdzięczność, że 
wybrałem właśnie jego hotel, by odpocząć po tygodniowych trudach i nie 
przespanych nocach i że właśnie u niego mogłem tak wygodnie wypocząć. Naturalnie 
zatrzymałem apartament na noc dzisiejszą, no i myślę, że jutro będę już 
całkowicie wypoczęty. 

Następnego dnia z kapitanatu portu w Casablance przyszła dla Pe-pina Krótkiego 
wiadomość, która musiała być własnoręcznie przez niego pokwitowana. Wiadomość 
mówiła o jego osobistym zgłoszeniu się w południe w celu porozumienia się w 
sprawie udziału w nowym konwoju. 
Drugi oficer wyruszył na poszukiwanie pięknego hotelu w stylu mauretańskim, w 
którym wypoczywał kapitan. 
Portier na samo wspomnienie "Capitaine polonais" skoczył na równe .nogi. 
- Wom de Dieu, ii n'est pas seul! Na Boga, on nie jest sam! - wykrzyknął. - Nie 
można o tak wczesnej godzinie przeszkadzać. Ja-mais! Nigdy! 
Drugi oficer, z Polesia rodem, nie przejął się zbytnio tą wiadomością. 
Przyzwyczajony do pokonywania większych trudności niż protesty portiera ruszył 
na poszukiwanie znanego mu z opowiadania apartamentu na pierwszym piętrze. 
Portier, nie przestając jęczeć, narzekać i pouczać młodego człowieka, że nie 
wolno gościom przeszkadzać, gdy są zajęci, pospieszył za nim. 
Po chwili znaleźli się przed drzwiami, za którymi mieszkał Pepin Krótki. 
Drugi oficer poprosił portiera, by wywołał kapitana. Ale portier stanowczo 
odmówił. 
"Drugi" sam musiał zapukać do drzwi. Żadnej odpowiedzi. 
Zapukał powtórnie jeszcze głośniej i nadstawił ucha. Zza drzwi słychać było 
śpiew. 
Drugi oficer zapukał po raz trzeci. Nikt nie odpowiadał. Spróbował otworzyć 
drzwi. Nie były zamknięte. Posłyszał teraz dokładnie słowa piosenki: HAPPY, 
HAPPY, HAPPY DAY, LOUD, LODD, LOUD, LOD-LY JEY... 
"Drugi" otworzył szeroko drzwi i wszedł do środka. Na stole stała bateria 
butelek - niewielka, ale bardzo dobrego wina - i napełnione kielichy. Na 
poręczach krzeseł wisiały marynarki. W rogu salonu klęczało trzech panów w 
spodniach i koszulach, o zawiniętych po łokcie rękawach. Wszyscy śpiewali chórem 
z ekstazą w głosie: HAPPY, HAPPY, HAPPY DAY... SZCZĘŚLIWY, SZCZĘŚLIWY, 
SZCZĘŚLIWY DZIEŃ... Przed nimi leżały, ba, gorzej nawet, stały już ułożone w 
sztaple klepki dębowe rozebranej doszczętnie posadzki apartamentu. Trzej panowie 
pracowali na wyścigi, by dokończyć rozpoczętej pracy i ułożyć pozostałe już 
tylko w rogu, leżące jeszcze bezładnie, deseczki. 

background image

Wejście drugiego oficera zostało na razie nie spostrzeżone. 
Jak wynikało z jego obserwacji, duszą tej całej zabawy był Pepin Krótki. 
Pozostali dwaj panowie bałwochwalczo spełniali jego rozkazy. Z tego co się 
działo, drugi oficer, mając za sobą kilka lat doświadczenia i pracy z ładunkiem, 
zrozumiał, że widzi właśnie wzorową brygadę sztauerów, którzy z wymarzoną 
precyzją i punktualnością przygotowują to bezcenne cargo* do załadunku. Ładunek 
ten, w postaci idealnie ułożonych sztapli, czyli stosów, ma być gotów na godzinę 
siódmą trzydzieści. O tej godzinie zjawi się jakiś statek, by go zabrać. 
* Cargo (h.) - ładunek. 
Wszyscy trzej prześcigali się w symetrycznym układaniu zerwanych z posadzki 
deseczek. W smagłym, o oliwkowej cerze i czarnych włosach pracowniku oficer 
domyślał się południowca, pozostały, najbardziej z tych trzech upojony nową 
rolą, wyglądał na Anglika. 
- HAPPY, HAPPY, HAPPY DAY... - śpiewali w dalszym ciągu, porozumiewając się na 
migi, by nie tracić bezcennego dla nich czasu. 
"Drugi" doświadczonym okiem liczył ilość roboczogodzin włożonych w te idealnie 
poukładane sztaple i według jego obliczeń musiała to być noc wyjątkowo 
pracowita. 
Który z nich wpadł na taki nie spotykany pomysł? W jaki sposób dobrali się do 
pierwszej klepki? 
Tymczasem trzej panowie, śpiewając i ocierając pot z czoła, kończyli układać 
ostatnie deseczki w sztaple. 
HURRAH!!! - robota skończona. 
Trzech panów podniosło się z klęczek. Pepin Krótki na widok drugiego oficera 
rozjaśnił się jeszcze bardziej. 
- Gentlemen - zwrócił się do współtowarzyszy.  -  Pozwólcie przedstawić sobie 
naszego drugiego oficera. Ten młody gentleman pochodzi z terenów łowieckich 
Polski. Z wprawą starego myśliwca roz-strżeliwuje za pierwszym strzałem każdą 
napotkaną minę. Nie widziałem jeszcze nigdy, by kiedykolwiek spudłował. Ma 
fantastyczny wzrok i sądzę, że wielu marynarzy zawdzięcza mu życie. 
"Drugi" od razu za serce chwycił obu panów. Za chwilę potrząsali jego dłonią. 
Pepin Krótki napełnił kielichy dla uczczenia wielkiej chwili zakończenia prac 
ładunkowych. Duża wskazówka zegara wskazywała godzinę siódmą dwadzieścia pięć. 
- Za pięć minut zjawi się wyimaginowany statek, by zabrać ten ładunek radości w 
NIEZNANĄ PRZYSZŁOŚĆ - powiedział pan wyglądający na Anglika. - A teraz panowie - 
mówił dalej - za najwspanialszy i najweselszy dzień w naszym życiu. 
Spełniono toast. Zachwyt trzech panów osiągał punkt kulminacyjny. 
- Życzymy sobie - nigdy się nie rozstawać aż do końca wojny i po niej - 
powiedział Pepin Krótki, po czym, jako najstarszy wiekiem, zaproponował obu 
panom wypicie poimiennego. 
Entuzjazm wzrastał. Za chwilę trzej panowie byli ze sobą na TY. PEPIN, NICOLAS i 
JIMMY. 
Jimmy, na samą myśl o rozstaniu, wpadł w furię: 
- NEYER! NEYER! NEYER! Nigdy! Nigdy! Nigdy! - wołał. - Zabieram was wszystkich 
na swój statek na śniadanie. Płacimy i jedziemy. 
Panowie rozdzielili solidarnie między siebie przedstawioną przez patrona kwotę 
rachunku. Żegnani jego życzeniami szybkiego powrotu do Casablanki, opuścili 
hotel. Rozłożysta limuzyna dostarczyła całe towarzystwo pod angielski statek. W 
limuzynie drugi oficer zaprowadził 
jaki taki ład w swojej głowie. Wszyscy trzej panowie spotkali się w urzędzie 
załatwiającym sprawy ładunkowe. Jeden z panów był kapitanem angielskiego statku, 
uderzonego przez greka. Drugi - właśnie kapitanem greckiego statku, który 
uderzył anglika i nastawał na życie polskiego statku. Cała ta trójka, która 
złorzeczyła sobie wśród czarnych dni i nocy na Morzu Północnym, odpuściła sobie 
nie istniejące własne winy. Pepin Krótki, mając do dyspozycji wspaniały 
apartament, zaprosił ich na wieczór do siebie. Tajemnicę wydobycia z posadzki 

background image

pierwszych klepek miał zamiar drugi oficer wykryć podczas długich godzin 
oczekiwania, gdy podążać będą do nowego celu. 
Na razie wszyscy czterej znaleźli się przy śniadaniu w salonie angielskiego 
statku. Kapitan Jimmy z zachwytem przedstawiał Pepina Krótkiego oficerom 
angielskim. 
- Żałuję, że nie byliście ze mną - mówił. - To było coś wspaniałego. Nasze 
angielskie poczucie humoru, którym się tak chełpimy, jest niczym wobec poczucia 
humoru mego przyjaciela, którego od dzisiaj mam zaszczyt nazywać po imieniu. To 
jego genialny umysł, będący na najwyższym poziomie kultury duchowej, drogą 
niesłychanej wnikliwości stworzył koncepcję wykąpania naszych umysłów w czymś 
zupełnie odmiennym, niż to co stworzył umysł człowieka stojącego właśnie na 
najniższym szczeblu kultury duchowej. Osobiście mam duże wątpliwości czy nawet w 
ogóle na szczeblu. Dorobek tych ludzi w postaci E-boatów, U-bootów i rajderów 
budowanych z jedyną myślą mordowania bliźnich w celach zaborczych jest 
świadectwem najniższego ubóstwa, podobnie jak najbardziej wymyślne sposoby 
torturowania ludzi dla samej przyjemności torturowania za to tylko, że stoją 
duchowo od nich o całe niebo wyżej. 
Ta nasza dzisiejsza "robota", wydawałoby się najbardziej bezsensowna na świecie, 
była w istocie aktem buntu i rewolucji przeciwko bestialstwu, nikczemności i 
złu. 
Wszyscy trzej odbyliśmy w jednakowych warunkach tę podróż, podczas której, w 
oczekiwaniu na zło, minuty wydawały nam się latami, ale co najgorsze - ZŁO 
zaczęło się nam, wydawać jedyną bronią przeciwko złu. Gromadziliśmy w sobie 
takie samo zło w postaci gniewu i zemsty. To nas czyniło słabymi i podłymi. Ten 
zaś człowiek wyzwolił nas z tego obłędu swym genialnym pomysłem, 
zrewolucjonizował nas i dopomógł do zrzucenia tego jarzma. Nie będę opisywał, 
jak własnoręcznie z niczego, za pomocą scyzoryka wydzierając klepkę z posadzki, 
otworzył źródło zapomnienia genialne w swej beztrosce przez swą pozorną 
bezużyteczność. Każda ułożona przez nas dzisiaj w nocy klepka była widocznym i 
namacalnym symbolem wyzwolenia od złej myśli, była sama w sobie radością. Dzięki 
memu przyjacielowi poznaliśmy sens najwyższej mądrości - że radość życia nie 
leży w czymś, co przysparza materialnej korzyści, a droga do niej prowadzi nie 
przez powiększanie zła, nawet w myśli. 
Ta noc w moim życiu, to była ńóc triumfu nad złem. Tx> była reWó-lucja i 
przeistoczenie. Mój nowy przyjaciel jest najwspanialszym człowiekiem, jakiego w 
swym życiu spotkałem. 
Gentlemen, możemy mu zaśpiewać z całego naszego serca, z całej naszej duszy, 
naszą wspaniałą pieśń. 
Pepin Krótki poczuł się królem, gdy wysłuchał słów ostatniej zwrotki: For he's a 
jolly good iellow. 
TAK MÓWI KAŻDY Z NAS. 
KRÓLEWSKI ŻART 
tatek stał przycumowany do pali w górze rzeki na przedmieściach Newcastle. 
Gazety w tym czasie pełne były wiadomości o ostatnim nalocie samolotów 
niemieckich na to miasto. Gdy wychodziłem z domu tego dnia z wizytą na statek, 
moja landlady - po polsku tylko gospodyni - uroczyście mi oznajmiła, że lotnik;- 
który bombardował ubiegłego dnia Newcastle, został ujęty w momencie lądowania na 
spadochronie po uszkodzeniu bombowca i że TEN lotnik już nigdy nie będzie 
bombardował w swym życiu nikogo. 
Zdumiałem się słysząc tę groźną nowinę z ust mojej landlady. Dotychczas to, oo 
od niej słyszałem, nosiło odmienny charakter. Przez kilka dni z rządu szczyciła 
się tym, że jest obywatelką miasta, które przede wszystkim zajęło się opieką nad 
zwierzętami na wypadek wojny. Przed tym nim zaczęto budować schrony dla ludzi, 
obywatele Newcastle on Tyne zbudowali schron przeciwbombowy .dla swych psów i 
kotów. Żadne inne miasto dotychczas tego w Anglii nie zrobiło. Newcastle on Tyne 
- pierwsze. 

background image

Któregoś dnia oświadczyła z jeszcze większą dumą, że pierwszy żołnierz angielski 
padł na ziemi francuskiej zabity przez Niemców i nikt już na świecie nie będzie 
mógł powiedzieć, że Anglicy biją się przy pomocy żołnierzy innej narodowości. 
Obecna wiadomość, że lotnik ten nie będzie już nigdy nikogo bombardował, była 
wielką rewelacją. 
- Czy pan wie, że jedną z jego ofiar była kilkuletnia dziewczynka? 
- Czytałem o tym - odpowiedziałem. - Ale coście zrobili z lot-mikiem? 
- Co? Nie domyśla się pan? 
Przypomniałem sobie, jak opisywali niedawino w gazetach, że gdy uszkodzony 
bombowiec z ocalałym pilotem wylądował szczęśliwie na polu, zjawił się farmer 
powitać niezwykłego gościa. Lotnik poprosił farmera o zapałki, po których 
otrzymaniu podpalił bombowiec. Gościnny farmer, gdy samolot skończył się palić, 
izaprosił lotnika na tradycyjne angielskie cup of tea, czyli filiżankę herbaty. 
Nie mogłem się domyślić, co zrobili z lotnikiem, by mxi ślą «ie-chciało na 
zawsze bombardowania nie tylko Anglików, ale kogoikoP wiek bądź na ziemi. 
-> Nie domyślam się nawet - odpowiedziałem. 
- Nie? No więc pokazano mu poszarpane zwłoki tej dziewczynki. Wyobraża sobie 
pan, co musiał przeżywać. - Landlady miała łzy w oczach litując się nad 
przeżyciami biednego lotnika. 
Wydało mi się wówczas, że najlepiej będzie, gdy zacznę naśladować angielskiego 
dostojnika z opowiadania Bosambo on the River, który rozmawiając z Murzynami, na 
wszystko co by od nich usłyszał, odpowiadał jedną liteirą: A, zmieniając tylko 
barwę głosu, przez co mogło ono oznaczać podziw i .zdziwienie, zrozumienie i 
zapytanie. 
Odpowiedziałem: - A! 
Zdawałem sobie dokładnie sprawę, że z gospodarzami tego kraju, z tak zwanymi 
people - nieudolnie tłumacząc, tłumem szarych ludzi - mógłbym się porozumieć 
tylko wówczas, gdyby przeszli okupację niemiecką. 
Od przystanku autobusowego przeszedłem puste pole aż do rzeki i dostałem się na 
statek, na który .zostałem zaproszony przez kapitana Pepina Krótkiego. Na 
pokładzie statku poczułem się znów w Polsce. Możność spędzenia chociażby kilku 
godzin na tym wolnym polskim terytorium pozwalała naładować się odpornością, 
wiarą i nadzieją na długie dnie i jeszcze dłuższe tygodnie oczekiwania. 
W salonie przygotowane już było wszystko do kolacji. Zaproszeni z lądu z 
największą niecierpliwością czekaliśmy na wiadomości. 
Statek, wędrując po świecie, stale spotykał Polaków, którym udało się wydostać z 
kraju. Każdy z naszych statków miał olbrzymi ładunek tych wiadomości. 
Najbardziej ciekawiły nas wieści o kolegach pozostałych w kraju, szczegóły walk 
w Ikraju i czym kraj żyje. Załogi statków, pomimo że każdy ich rejs mógł być 
ostatni, cieszyły się tym, że były wolne, na własnym skrawku ojczyzny i mogły 
walczyć. Trzymano się humoru i dewizy - jeśli ginąć, to z podniesioną banderą, 
ale się nie poddawać. 
Polskie TRUDNO, które nie da się chyba przetłumaczyć na żaden z języków obcych, 
miało w tym okresie swe największe zastosowanie. Obecny drugi oficer, z którym 
pływałem na "Darze Pomorza", z werwą opowiadał o walkach w Gdyni. Rozciągał 
słowa tak, jak to robią na Polesiu. 
- Panie, Gdynia zamieniła się w Racławice. Walczyć w obronie Gdyni chcieli 
wszyscy, kto mógł 'broń udźwignąć, ale broni nie było Jak za czasów Kościuszki 
osadzili kosy na sztorc i ruszyli do ataku - na bagnety. 
- No i co? Wysiekli ich z karabinów maszynowych? 
- Aaale, panie, gdzież tam. Stracili wielu ludzi, ale wszyscy pozostali 
zaopatrzyli się w broń i amunicję. Trzymali się w Gdyni do dnu trzynastego 
września, a potem przeszli na Kępę Oksywską. 
,..                                                 't 
Dowiedziałem się, że wśród kosynierów był mój kolega, z którym trzy lata 
przesiedziałem na jednej ławie w Szkole Morskiej - Janek Kuczyński. Jego to 
właśnie inicjatywie zawdzięczał swe istnienie harcerski szkuner "Zawisza 

background image

Czarny", którego był pierwszym kapitanem. Kuczyński był także autorem pierwszych 
podręczników z dziedziny astronawigacji, nawigacji i praktyki morskiej dla 
harcerzy. Potrafił zorganizować podróż na łodzi ratunkowej pod wiosłami do 
Szwecji i 'z powrotem. Poległ jako kosynier. 
- Dnia 2 września - mówił dalej drugi oficer - zbombardowana została "Gdynia", 
której dowódcą był kapitan Stanisław Kosko, dyrektor Szkoły Morskiej. "Gdynia" 
zatonęła momentalnie, załoga skoczyła do wody. Pomiędzy pływających ludzi 
lotnicy rzucili bomby, siekąc ich z karabinów maszynowych. Śmiertelnie rannego 
kapitana Kosko zabrał na kuter inny nasz kolega z tego samego kursu - Andrzej 
Goebel. W siódmym dniu wojny pochowano na cmentarzu witomińskim kapitana Kosko 
wśród huku eksplodujących bomb i pocisków. 
W tym samym dniu zaprzestało walki Westerplatte, które walczyło siedem dni, 
zamiast przewidywanych sześciu - dwunastu godzin, odpierając codziennie ataki 
pancernika, kilkudziesięciu samolotów, artylerii lądowej i setki razy 
liczniejszej i lepiej uzbrojonej piechoty. Stu siedemdziesięciu jeden ludzi 
potrafiło to przetrwać wśród zaib*-tych i rannych. Dopiero gdy zostały 
zniszczone wszystkie cztery moździerze, a rannym nie można było już nieść 
pomocy, pozostali przy życiu postanowili zaprzestać walki. 
Zmobilizowany został również kapitan Michał Niozko - Dalaj Lama i kapitan 
Włodzimierz Cybulski - Starzec. Obaj byli w Gdyni, a potem walczyli na Kępie 
Oksywskiej, której obronę tak opisał wierszem, pod ogniem dział i nalotów jeden 
z obrońców Helu: 
Objęta wojny pożogą 
Polska od krańca do krańca, 
Na samej północy jej bronią 
dwa nie zdobyte jej szańce. 
Rumieni się krwią toń Bałtyku, Krew plami wydmy piaszczyste, To bronią polskiego 
morza Hel oraz Kępa Oksywska. 
Patrzymy na siebie przez morze 
Samotne dwa szańce ojczyste, 
Wy tam na Kępie Niezłomnej, 
My tutaj .na półwyspie. 
Toń naszej cudnej zatoki Czerwieni się w blaskach zachodu, Wpijamy wzrok w brzeg 
Wasz spokojny Jak w symbol wolności narodu. 
Wyżyna Wasza zielona, Wyniosłe Wasze urwiska! Na zawsze już w dziejach zostanie 
Pamiętna Kępa Oksywska. 
Rozzłocą się wiosną żarnowce Na zboczach, gdzie mogił tak mnogo! Na zawsze już 
Kępa Oksywska Zostanie Polsce drogą. Trupy kolegów naszych, Którzy polegli na 
morzu, Morze na brzeg Wasz wyrzuca, Chce, by je u Was w grób złożyć. Zaszczyt to 
dla nich nie lada Być pogrzebanym na Kępie, Gdzie bohaterów tej miary Snem 
wiecznym śpią takie zastępy! Gdy zmierzch zapada nad morzem, Stoimy milczący na 
szańcach; Wiatr niesie ku nam huk armat Z drugiego zatoki krańca. Gdy noc 
półwysep otula, Za morzem bez ustanku się błyska, To w boju, w którym nie ma 
chwil przer ", Grzmi ogniem wciąż Kępa Oksywska. Wznosiły się w dzień słupy dymu 
Ponad wioskami, co płoną; Odbija się w noc krwawa łuna W czarnej spienionej wód 
toni. Osnuta we dnie przez dymy, Nocami łuną świecącą, Spełnia wciąż Kępa 
Oksywska Żołnierski swój obowiązek. Cała objęta pożarem I zryta gradem pocisków 
W walce tak bardzo nierównej Wciąż BRONI SIĘ Kępa Oksywska. 
(Pisane dn. 18 września 1939 r. przy gnieździe karabinu maszynowego w Ja-starni) 
- Michał - opowiadał dalej drugi oficer - w dniu 18 września przedostał się na 
łodzi wiosłowej z Kępy Oksywskiej na Hel. Starzec po zaprzestaniu walki na niej 
w dniu 19 września dostał się do niewoli. Michał aż do l października był na 
Helu, którego obroną dowodził kontradmirał Józef Unrug. 
Słuchaliśmy tego wszystkiego, jak gdyby z kartek książki czytano ham o nowym 
POTOPIE, ale o dziwo - jak przy czytaniu Potopu, przedstawiającego 
najczarniejsze chwile narodu, a jednak krzepiącego serca - nie upadaliśmy na 
duchu słuchając, lecz rośliśmy w siłę i wiarę. 

background image

- W przeddzień kapitulacji Helu Michał Niczko i wielu innych postanowiło 
przedostać się do Szwecji na motorówce Straży Granicznej "Batory". Wyruszyły w 
drogę również dwa kutry. Na jednym kutrze nie było nawigatora, wobec czego 
Michał nie chcąc zostawić jego załogi na los szczęścia, przeszedł na kuter. 
Motorówka dotarła do Szwecji. Załogi kutrów dostały się do niewoli. 
Próbował jeszcze, wraz z kilkoma innymi, szczęścia w ucieczce jeden z naszych 
kolegów, który w młodym wieku osiadł jako kapitan portu we Władysławowie - 
Henryk Borakowski. Na wiosłowej łodzi postanowili przedostać się do Szwecji. 
Zbyt mała łódź przy przechodzeniu przez wielki przybój przewróciła się, a 
wszyscy trafili do obozów jenieckich. 
- Ale najciekawsze ze wszystkiego - mówił drugi oficer - to chyba to, co 
opowiadali o obronie Helu ci, którzy dostali się do Szwecji, że przez cały czas 
pomimo bezustannego bombardowania z powietrza, wody i lądu, na tym najdłużej, bo 
do dnia l października, wolnym skrawku Rzeczypospolitej, czynna była kolej, od 
nasady półwyspu do cypla, czynna była elektrownia i była woda w rurociągach. 
Rozmowa stawała się ogólna, każdy chciał powiedzieć, co go najbardziej bolało. 
- Pierwszy raz chyba w naszej historii zadokumentowaliśmy swe przywiązanie do 
morza. 
- Ale po co było mówić: silni, zwarci, gotowi. Do czego? 
- Jak: to do czego? Do walki kawalerii z czołgami i do ataku z kosami na 
samoloty. 
- Jeśli idzie o kosy, to zdały egzamin lepiej od Anglików, którzy wiedzieli, że 
mamy tylko konie, obiecali dać pożyczkę, której nie dali, i mieli przysłać nam 
swoje eskadry, których nigdy nie przysłali. Konie zdały egzamin lepiej od 
Francuzów - trzymały się dwa tygodnie, podczas gdy Francuzi ma wypadek wojny 
mieli rozpocząć działanie zaczepne w ciągu trzech dni, a w ciągu piętnastu - 
uderzyć wszystkimi siłami na całym froncie. Mieli czołgów więcej od Niemców, a 
wszystkie czołgi niemieckie były w Polsce. 
- Nie bądź dzieckiem. Po to Ameryka uzbrajała Niemców, żeby cały sprzęt mieli 
Niemcom zniszczyć Francuzi i Anglicy? 
- No i co z tego wynikło! Przez trzy dni mówili z Niemcami nie wiadomo o czym, 
potem rzucili na nich ulotki, a teraz zapraszają lotników niemieckich na cup oj 
tea. 
- A myśmy się dowiedzieli, że od napisania Ksiąg pielgrzymstwa polskiego nic na 
tak zwanym Zachodzie się nde zmieniło. 
Kapitan widząc, że rozmowa schodzi na niewłaściwe tory, czył ją prosząc 
wszystkich do stołu i wznosząc jednocześnie toast: "& tych, co polegli". 
Powstaliśmy z miejsc. Zapanowała cisza. W milczeniu spełniliśmy toast. 
- Panowie - powiedział kapitan - TRUDNO - musimy zrobić wszystko, co do nas 
należy, by zachować i doprowadzić statek do kraju. Wierzę głęboko w zwycięstwo 
dobra nad złem. Ludzie, którzy mordują i rabują, są to ludzie słabi. Wierzę w 
sprawiedliwość i zwycięstwo, ale nie możemy osłabiać sami siebie swarami i 
niezgodą. Przed nami długa i ciężka droga do końca wojny. Musimy ją przebyć. 
Najlepiej jeśli ją przebędziemy z humorem. Na razie, czym chata bogata - proszę. 
Usiedliśmy zabierając się do kolacji i niewyczerpanych nigdy tematów, co się na 
którym statku kiedy wydarzyło. 
Po godzinie nastrój zmienił się już całkowicie. Drugi oficer wtajemniczał mnie w 
ostatnie wydarzenia, jakie miały miejsce podczas postoju w Casablance. 
Oczarowany byłem pomysłem Pepina Krótkiego rozebrania w hotelu parkietu i 
zazdrościłem drugiemu oficerowi oglądania na własne oczy tej wspaniałej sceny. 
Tymczasem kapitan bawił gości opowiadaniem o wydarzeniu, jakie miało miejsce 
podczas ostatniego nalotu: 
- Proszę sobie wyobrazić, że wczoraj w nocy policeman zobaczył przebijające 
przez szparę w firankach światło w oknie na pierwszym piętrze. Zapukał do drzwi 
tego domku. Otworzyła mu landlady, 
"Lady, jestem sorry - albo po prostu jest mi bardzo przykro - muszę cię jednak 
zawiadomić, że w twej sypialni znajduje się chirik". Chink w języku angielskim 

background image

znaczy szpara, ale w slangu, żargonie, oznacza Chińczyka, a sypialnie znajdują 
się na pierwszym piętrze. 
Przerażona i zmartwiona landlady załamała ręce w rozpaczy i zawołała: "Co ty 
mówisz? On mnie zapewniał, że jest polskim oficerem". 
W salonie zaczynało być coraz weselej i gwarniej. Pierwszy oficer, będąc 
zastępcą gospodarza, również usiłował robić co można, by utrzymać wesoły 
nastrój, nucąc: "Precz, precz od nas smutek wszelki..." 
Gdy doszedł do słów: "Jutro może nie być nas...", Pepin Krótki wstał i nic nie 
przeczuwającemu pierwszemu oficerowi uciął przygotowanymi w tajemnicy nożyczkami 
krawat. Tuż przy samym węźle. 
Pierwszy oficer wyglądał bardzo zabawnie z tym węzłem pod szyją. Obecni żart 
królewski uznali za wspaniały. 
- Panowie - rzekł kapitan - musimy się odprężyć, zdaje się, że teraz pójdziemy 
przez Atlantyk. Tylko humor może nam pomóc pokonać przeszkody i utrzymać w 
równowadze duchowej. Wznoszę zdrowie "pierwszego" bez krawata. 
- Zdrowie, zdrowie - zahuczało przy stole. 
"Pierwszy" zachwycany pomysłem kapitana, chcąc mu dorównać 
w dowcipie, złapał nożyczki i błyskawicznym ruchem obciął w podobny sposób 
krawat drugiemu oficerowi, wołając: 
- Zdrowie "drugiego" bez krawata! 
Obecni buchnęli śmiechem. Wypito zdrowie "drugiego" bez krawata. Pierwszy oficer 
zachwycony wywołaną radością, uciął nożyczkami krawat trzeciemu oficerowi, 
wołając: 
- Zdrowie "trzeciego" bez krawata! 
Statek nie posiadał etatu czwartego oficera, ale oficera może zastąpić kapitan. 
Długo nie namyślając się "pierwszy" uciął krawat kapitanowi. 
- Zdrowie czwartego bez krawata! - wzniósł okrzyk pierwszy oficer. 
Entuzjazm po tym wyczynie pierwszego oficera przeszedł wszystko, co było 
dotychczas. Brawom nie było końca. Z wyjątkiem pierwszego oficera, obecni 
płakali i łkali ze śmiechu. 
Nikt już nie miał wątpliwości, że zebrany zapas humoru starczy na przetrwanie 
całej wojny, ale pierwszy oficer był-zupełnie odmiennego zdania. Było mu wciąż 
jeszcze za mało. 
Ci, którym obcięto krawaty, chowali je skrzętnie. Na pamiątkę. 
Po krawacie kapitana przyszła kolej na krawaty mechaników. Pierwszy oficer nie 
wypuszczał z rąk nożyczek. 
Co chwila nowe toasty obwieszczały liczbę uciętych krawatów. 
- Zdrowie piątego bez krawata! 
- Zdrowie szóstego bez krawata! 
- Zdrowie siódmego bez krawata!!! Był to już krawat radiotelegrafisty. 
Statek został bogato zaopatrzony przez oficerów i kapitana w wino w Casablance. 
Panujący Pepin Krótki uznawał wyłącznie dobre wino i dobry żart. Na stole stało 
jeszcze wiele butelek z dobrym winem, a zaproszeni goście mieli jeszcze nie 
obcięte krawaty. 
Zanim zdążyłem się zorientować, krawat mój stał się również ofiarą pierwszego 
oficera. 
- Zdrowie pierwszego gościa bez krawata! - wołał pierwszy oficer, wznosząc 
kielich z winem. 
- Zdrowie! Zdrowie! 
Król Pepin Krótki promieniał. Wieczór był bez wątpienia udany. Goście szaleli, 
ale coraz mniej było siły do śmiechu. 
Pierwszy oficer był w ekstazie. Ciął krawaty z wprawą doświadczonego chirurga 
przy tysięcznej operacji. 
- Zdrowie drugiego gościa bez krawata! 
Podnoszono kielichy rękami drżącymi od śmiechu i spazmatycznego łkania. Przez 
łzy patrzano na błyszczące w rękach pierwszego oficera nożyczki. 
- Zdrowie trzeciego i czwartego gościa bez krawata, iiii piątego! 

background image

- Zdrowie! Zdrowie! Zdrowie! 
Wszyscy biesiadnicy mieli już teraz obcięte krawaty.           . 
Pierwszy oficer trzymał sią najlepiej - szalał, ale nie płakał ze śmiechu tak 
jak wszyscy - upajał się wybuchami radości, jakimi witano każdy przez niego 
ucięty krawat. 
Dzięki humorowi, wesołości i dowcipowi wyczarowanemu przez kapitana, obecni 
znaleźli się w jakiejś oderwanej od codziennego życia rzeczywistości. Śmiech, 
przerywany tylko niekiedy nieoczekiwanym łkaniem, zaczął powoli łagodnieć. 
Na znak dany przez kapitana drugi oficer wstał i zaczął zbierać od biesiadników 
końce obciętych krawatów. Cały ich barwny stos ułożył przed pierwszym oficerem. 
"Pierwszy" z uśmiechem zanurzył ręce w szczątkach jedwabnych materii i podniósł 
kilka do góry. 
Naraz na twarzy jego odmalowało się zdziwienie, a potem wyrwał się okrzyk: 
- Moje krawaty! 
- Moje krawaty - powtórzył szeptem zamyślony. 
- A co - zawołał Król Pepin Krótki - myślał pan, że pozwolimy sobie bezkarnie 
obcinać krawaty? Na wszelki wypadek przed ucięciem panu krawatu poradziłem 
wszystkim, by nałożyli sobie pańskie krawaty. 
"Pierwszy" roześmiał się ucieszony i zawołał: 
- Dla takiej uciechy można było ich poświęcić znacznie więcej. Zazdroszczę wam 
tylko, że mieliście więcej uciechy ode mnie, przyglądając się jak sam tnę swoje 
krawaty, nie mając o tym pojęcia. Tego tylko wam zazdroszczę. W podziękowaniu za 
ten wspaniały żart wznoszą zdrowie kapitana. 
- Zdrowie! Zdrowie! Zdrowie! 
Gdy ucichła nowa fala śmiechu, kapitan wstał od stołu, z szuflady biurka 
wyciągnął ozdobne pudło i wręczył je pierwszemu oficerowi. 
Zdumiony "pierwszy" otworzył pudło. Leżało w nim kilkanaście przepięknych 
krawatów. 
- Znam pańską słabość do ładnych krawatów - powiedział kapitan. - Podobają się 
panu takie same jak i mnie, ale te pańskie, proszę mi wybaczyć, były bardzo 
stare i uważałem, że należy je zniszczyć. Stało się najlepiej, że zniszczył je 
pan własnoręcznie. W zamian proszę przyjąć ode mnie nowe. 
UŚMIECHY LOSU 
IN a olbrzymiej redzie Greenock formował się konwój. Nasz transatlantyk został 
wyróżniony tym, że w oczekiwaniu na inne statki podniósł na nim swą flagę 
dowódca konwoju. 
Admirał przybył na nasz pokład z adiutantem i sygnalistami. Niski, korpulentny 
staruszek o białych włosach wraz_ z wybuchem wojny wirócił z emerytury do 
czynnej służby. Wyznaczono go na dowodzącego konwojem, który miał otrzymać 
specjalne zadanie. 
Niby to szło na świecie ku wiośnie, ale otaczające redę poszarpane szczyty gór 
były jeszcze szaroziemiste, szarostalowa woda odbijała szare chmury i stalowe 
strugi deszczu. Pogoda zgadzała się z tym, co powiedział mi kiedyś agent naszej 
kompanii w Glasgow, któremu - chcąc podtrzymać towarzyską rozmowę - zadałem 
bezsensowne pytanie: "Jaki jest klimat w Glasgow?" Otrzymałem na to 
natychmiastową odpowiedź: "W Glasgow nie ma klimatu. Tutaj co dzień pada 
deszcz!" 
Czekając na inne okręty, które miały się z nami udać w tajemniczą podróż, 
otrzymywaliśmy od admirała pytania w rodzaju: "W jaki sposób moglibyśmy wysadzić 
szybko ludzi na skalisty brzeg, do którego można podejść dotykając nieomal burtą 
do ściany skalnej?" 
Był to rok 1940. Wyliczając wszystkie kraje, które mogły obecnie wchodzić w krąg 
zainteresowań Admiralicji, i sprawdzając swe domysły na mapach, byliśmy zgodni 
co do tego, że celem wyprawy będzie Norwegia. Nie wierzyliśmy, by Norwegia miała 
zamiar bić się z Anglią w obronie swej bezwzględnej neutralności, ale nie 
martwiliśmy się na razie tym zagadnieniem. Usiłowaliśmy jak najszybciej poznać 
admirała, jego współpracowników i styl pracy. 

background image

Admirał bardzo nam się podobał. Posiadał francuskie nazwisko, głośno sławił 
Paryż i swego ojca, który nauczył go kunsztu znajomości wykwintnych potraw. 
Według admirała Paryż "był jedynym miastem na świecie, które posiadało 
'drukowane przewodniki poświęcone wyłącznie potrawom całego świata, ułatwiające 
odszukanie ich W wielomilionowej metropolii. 
Polska kuchnia bardzo się admirałowi spodobała i co dzień chwalił naszych 
kucharzy z "Chrobrego". 
Staruszek był miły i prostaduszny. Nasze troslki rozwiewał pcw^li-dzeniem, że 
wszystko jest w rękach opatrzności i wszelkde frasowanie się na zapas jest 
niewskazane. Sam z dużym zainteresowaniem słuchał opowiadań o naszym kraju, 
przyglądał się pracy załogi. Ale najbardziej się ożywiał przy posiłkach i z 
przyjemnością słuchaliśmy krótkich, ujętych w miłą formę opowiadań z 
długoletniej jego służby w Nawy. 
Z każdym dniem stawał się coraz bardziej serdeczny. My ze swej strony staraliśmy 
się zapoznać ze wszystkim, czego będzie od nas wymagał: sygnalizacja między 
statkami podczas drogi, zygzakowanie, by nie stać się łupem okrętów podwodnych. 
Zaczęliśmy się ćwiczyć w odczytywaniu sygnałów. 
Spieszyliśmy się z tym wszystkim, ponieważ miał zawinąć na redę flagowy statek 
naszej kompanii, o dwóch kominach i wdększej od nas szybkości. Liczyliśmy się z 
tym, że admirał zechce zapewne przejść •na stałe na większą i szybszą jednostkę. 
Było nam z tego powodu bardzo "markotno". Wygodniej być statkiem dowodzącym i 
wydawać rozkazy aniżeli czujnym "satelitą" wiecznie wpatrzonym w statek 
dowodzący. A co się stanie, jeśli pomylimy jakiś sygnał? 
Nasz szczęśliwy dwukominowy rywal stoi już trzy dni obok na rej dzie. Ale 
admirał ani rusz nie chce się z nami rozstać. Tam mają wszystko przygotowane na 
jego przyjęcie, a staruszek z niewiadomych przyczyn lekceważy sobie oczekujący 
jego przybycia wspaniały transatlantyk, na którym chcą go mieć z tych samych 
powodów, co i my. Jak gdyby nie widział tych pysznych kominów czekających na 
niego... Wbrew twierdzeniu agenta z Glasgow, że w tym kraju klimatu nie ma - 
zaświeciło słońce. Dzisiaj właśnie mamy wyjść w nieznane i dzisiaj admirał 
przechodzi na dwukominowego rywala. Wszyscy oficerowie nawigacyjni stoją na otou 
transatlantykach przy trapach. My, żeby pożegnać admirała, oni - żeby go 
przywitać. 
Widać od nas jak na dłoni, że na dwukominowcu kapitan niespokojnie sprawdza, czy 
wszystko w pobliżu trapu jest w porządku. Znamy oficerów na naszym szczęśliwym 
rywalu i z łatwością możemy odtworzyć, co który z nich mówi i myśli. Kapitanowi 
naturalnie wydaje się, że jeszcze jest nie dość porządnie: 
- Nu, tu na przykład! Nie podmyte! Nie podmalowane! Nu, czwarty oficer, nu, ni 
może on więcej dhodzić po pokładzie? Nu i pasażerek że nie ma, nu, mógłby 
zobaczyć i podmalować. Nu, wszystkiego sam nie dopilnujisz! 
Tymczasem admirał schodzi już po naszym trapie do motorówki, Jednocześnie, 
spływa z masztu flaga dowódcy. Z motorówki jeszcze uśmiechają się do nas - 
admirał i jego adiutant. Właściwie możemy już się rozejść, ale przechodzimy 
wszyscy na lewą burtę, by się przyj-rzećj jak będzie wyglądało wejście admirała 
na pokład naszego rywala. 
Motorówka dobija ładnie do trapu. Widzimy, jak na dwukomina-wcu kapitan o rysach 
twarzy ze starej rzymskiej monety wychyla się nieprzepisowo za burtę, przykłada 
palce do daszka i z uwagą śledzj ruchy admirała, który usiłuje postawić nogę na 
platformie trapu. Ale trap jest za wysoko podniesiony. 
Staruszek wpija dłonie w łańcuchy, usiłując poddźwdgnąć na rękach swe ciało tak, 
by nogę postawić na podest. Kapitan u góry przybiera gościnny wyraz twarzy i 
szepce: 
- TRAP! Nu, trap za wysoko! 
W myśli wini wszystkich oficerów: "Służbowy, trzeci. Ale starszy. Nu, przede 
wszystkim starszy oficer. Nu, jatk nie dopilnować tak ważnej rzeczy". 
Słyszymy, jak kapitan woła: 
- Nu, popuścieże trap! Nu, popuścić! 

background image

Noga admirała z trudem dosięga podestu. W chwili gdy druga noga admirała robi 
wysiłki, by znaleźć się przy pierwszej, drżące ręce przerażonego sternika 
usiłują rozluźnić linę talii, aby popuścić trap. 
Stary admirał jest już purpurowy z wysiłku i-wtedy właśnie udaje się sternikowi 
zluzować linę. W chwili gdy admirał dostawił drugą nogę do pierwszej i 
zaczerpnął powietrza przed długą wędrówką po trapie do góry - trap zaczyna 
szybko usuwać się do wody. Podest niknie pod powierzchnią, a wraz z nim - 
admirał. Widać już tylko wzniesione ręce, zaciśnięte kurczowo na łańcuchach 
podestu. Woda zalewa twarz admirała. 
- Nu, za dużo żeście trap popuścili! - woła uśmiechnięty wciąż gościnnie 
kapitan, z palcami przy daszku czapki. - Nu, za dużo! Za dużo! 
Oczekujący na admirała oficerowie transatlantyka rzucają się teraz wszyscy i 
zaczynają pośpiesznie wybierać talię, by podnieść ciężka trap wraz z admirałem, 
iktóry o mało co nie stał się samodzielną jednostką pływającą. 
Widać na razie tylko jego ręce wyciągnięte do góry, jak gdyby wołające o pomstę 
do nieba. Gwałtownie wybierana talia podnosi trap do góry. Admirał zaczyna się 
stopniowo wynurzać. Woda przechyliła mu czapkę. Wygląda w niej teraz staruszek 
bardzo zuchowato. Wynurzyła się duża "pierś marynarska". Wychodzą z wody nogi. 
Nieprzewidziana kąpiel zniszczyła dostojny wygląd admiralskiej postaci. Rzut oka 
na oblepiony mokrymi spodniami "piedestał" dostojnika wskazuje na to, że admirał 
z dziada pradziada był urodzonym kawa-lerzystą... 
Nareszcie wynurza się podest. Twarz kapitana zastygła w uśmiechu. Kapitan rzuca 
rozkaz i oficerowie przestają wybierać talię tra-pową. 
Admirał stoi na razie nieruchomo na platforemce. Razem z wodą spadają na podest 
trapu ciężkie, nasiąknięte wilgocią wyrazy. Naj- 
straszniejsze, co admirał posiada w swym słowniku, to: Damn big liner (coś, co 
jest przeciwieństwem błogosławieństwa plus wielki statek par sażerski). 
Kapitan u szczytu trapu nie przestaje się uśmiechać. Nagle admirał robi zwrot o 
sto osiemdziesiąt stopni i wpada w ramiona stojącego ?a nim w motorówce 
adiutanta. 
Parę minut później znów podnosiliśmy flagę dowódcy... 
"Złocisty to był dzień, błękitne zadumanie objęło cały świat..." - chciało się 
deklamować, patrząc z mostku naszego transatlantyka na ocean przypominający 
laguny Wenecji - tutaj na dalekiej Północy, na szerokości Lofotów. 
Załadowani byliśmy amunicją i wojskiem. Stanowiliśmy przysłowiową "beczkę 
prochu". 
Krążyliśmy ze zmniejszoną szybkością wzdłuż brzegów, czekając na umówione 
przyjście sił sprzymierzonych, przede wszystkim floty francuskiej. Krążenie 
polegało na tak zwanym zygzakowaniu, to jest zmianie kursu przez statek w ściśle 
określonych odstępach czasu, o których dawał znać specjalny zegar ustawiony w 
pobliżu sternika. Wszystko to miało na celu ochronę przed niespodziewanym 
atakiem zaczajonego okrętu podwodnego. Każda seria zmian kursu była oznaczona 
innym numerem w specjalnym spisie. Numery te wydawały się nam czymś w rodzaju 
herbów rodowych każdego kolejno zaokrętowanego na naszym okręcie admirała, tak 
dalece byli do nich przywiązani. 
Była godzina czwarta po południu. Słońce usiłowało zajść, ale na tych 
szerokościach na przełomie wiosny i lata udaje mu się to z trudnością. Patrząc 
na opalizującą powierzchnię oceanu można było zapomnieć, że trwa dziewiąty 
miesiąc wojny i że "Chrobry", nasz transatlantyk, przydzielony do korpusu 
ekspedycyjnego sił jego królewskiej mości króla Anglii, znajduje się w pierwszej 
linii bojowej, dowożąc wojska desantowe z podniesioną na maszcie flagą dowódcy 
konwoju. 
Zgodnie z zarządzeniem Admiralicji pełniłem z kapitanem - jako jego zastępca - 
wachty na mostku, na przemian po dwanaście godzin. Nic dziwnego, że staraliśmy 
się obaj wyspać przy najmniejszej okazji. Teraz też kapitan położył się na 
kanapce w nawigacyjnej. Schodząc z mostku powiedział: 
- Obudź mnie, jak będzie coś ciekawego. 

background image

Początkowo za "ciekawe" uważaliśmy ciągłe naloty samolotów niemieckich, podczas 
których okręty wojenne stwarzały niesamowity huk, strzelając ze wszystkiego, z 
czego się dało strzelać do nieba. Przypominało to plantatorów odpędzających 
nalatującą szarańczę przez wytwarzanie hałasu. 
Po ogłoszeniu alarmu nakładaliśmy zamiast czapek hełmy, robiliśmy niewzruszony 
wyraz twarzy i zastygaliśmy na mostku. Olbrzymie fontanny wody zalewały pokład. 
Samolot odlatywał i artyleria okrętów wojennych przestawała hałasować. 
Te bombardowania z powietrza powtarzały się tyle razy dziennie, że trzeba je 
było w końcu zaliczyć do rzeczy nieciekawych i spać spokojnie, by wystać owe 
dwanaście godzin na mostku. W przeciwnym razie o śnie w ogóle nie mogłoby być 
mowy, ponieważ w okresie naszego pobytu na tych wodach nocy jako takiej nie 
było. 
O godzinie szesnastej piętnaście "oko" z punktu obserwacyjnego na maszcie 
zameldowało, iż widzi na horyzoncie^ dymy zbliżającej się eskadry francuskiej. W 
tej samej chwili na mostek wszedł admirał. Złocistoszafirowy nastrój został 
zupełnie zepsuty. Był to niski zasuszony pesymista, wiecznie kraczący. 
Nazwaliśmy go "Krukiem". Był przeciwieństwem pierwszego admirała, tego 'który 
wyruszył z nami na podbój Norwegii. 
Zameldowałem admirałowi numer zygzaku. Była to jedyna rzecz, która Kruka 
interesowała. Dodałem, że meldowano z kosza na maszcie dymy zbliżającej się 
eskadry. 
Admirał jak zwykle nic nie odpowiedział i wyszedł na skrzydło mostku zabierając 
moją lornetkę. Za chwilę usłyszałem jego złowieszcze krakanie: 
- German cruiser! 
Po polsku znaczy to tyle, co niemiecki krążownik. Wyskoczyłem na skrzydło 
mostku. Admirał, trzymając lornetkę przy oczach, wslkazywał ręką na oddalony od 
nas o dwie mile krążownik, który wysunął się zza wyspy. W tej chwili przed 
dziobem padł pocisk. 
Od strony krążownika i zbliżającej się floty francuskiej słychać było kanonadę. 
Leżąc na kursie west, byliśmy zwróceni do krążownika lewą burtą i stanowiliśmy 
wspaniały cel. Zgodnie z przepisami, ale bez przekonania, dopadłem telegrafu 
maszynowego, dając trzy razy maprzód, to jest: "tyle co koń wyskoczy". 
Sternikowi kazałem położyć się na kurs north. Wszystko to miało za zadanie 
zmniejszyć nas jako "cel" dla krążownika, natomiast - zwiększyć odległość. 
Wszelkie alarmy właściwie nie miały znaczenia: następne pociski musiały w nas 
trafić, a przy tej ilości amunicji, jaką byliśmy załadowani - musieliśmy 
natychmiast wylecieć w powietrze. 
Pozostała jeszcze kwestia obudzenia kapitana. Najlogkzniej byłoby, gdyby tę 
ostatnią podróż odbył we śnie. Ale ponieważ prosił, żeby go obudzić, jeżeli 
będzie coś ciekawego, obawiałem się słusznie, że już więcej nic ciekawego w 
życiu nie zobaczy. 
Należało więc się pośpieszyć. Wpadłem do nawigacyjnej i śpiącemu 'kapitanowi 
wykręciłem duży palec u nogi. Jest to najszybszy sposób (budzenia w nagłej 
potrzebie. Natychmiast po tym zabiegu mogłem go poinformować, że o dwie mile za 
rufą znajduje się niemiecki krążow- 
nik, że do maszyn dałem "całą naprzód", że leżymy teraz na kursie north i że 
pierwszy pocisk padł przed dziobem. 
Kapitan był jak zawsze bardzo spokojny, ale trochę przybladł słuchając mego 
"ciekawego" opowiadania. Dodałem jeszcze, że flota francuska zbliża się od 
zachodu, słychać kanonadę, ale jest zbyt daleko, by mogła wziąć udział w naszej 
obronie. Ani jednego okrętu, z eskorty nie ma w zasięgu widzialności. 
Wybiegliśmy na mostek. Statek jakoś nie wylatywał w powietrze. Niemiecki 
krążownik walił z wszystkich dział, ale pociski w nas nie trafiały. 
Wraz z kapitanem zaczęliśmy się przyglądać niemieckiemu krążownikowi, co tak źle 
strzela. Rozpoznaliśmy w nim natychmiast przeciwlotniczy krążownik angielski, 
który już kiedyś nas eskortował. 
- W jaki sposób doszedłeś do wniosku, że to niemiecki? - spytał kapitan. 

background image

Wzrokiem wskazałem Kruka. Uśmiechnęliśmy się obaj patrząc na niego, tak by tego 
nie dostrzegł. Wróciłem do sternika i kazałem położyć się na poprzedni kurs. 
Jednocześnie dałem rozkaz do maszyny, by zmniejszyli szybkość. Napięcie nerwowe 
na mostku, które osiągnęło po raz pierwszy chyba swą maksymalną granicę, 
zmieniło się w radość - nikt z nas nie próbował nawet jej ukryć. 
Ale teraz powstało pytanie, do kogo strzela nasz przeciwlotniczy sojusznik? Znów 
wyskoczyliśmy z kapitanem na skrzydło mostku, patrząc tym razem w niebo. Wysoko 
w szafirze zawisł nad nami złowieszczy ptak germański. Po tym, co przeżyliśmy 
przed chwilą, wydał się nam gołębiem, a lecące właśnie na nas bomby - nic nie 
znaczącym drobiazgiem. Uśmiechaliśmy się patrząc, jak lecą: dwie, czarne! 
W tej samej chwili spostrzegliśmy, że przyjaciel nasz z wielu lat wspólnego 
pływania, kolega z tej samej szkoły - obecnie starszy mechanik naszego 
transatlantyka, przygląda się nam z napiętą uwagą. Nie było wątpliwości, że 
uważa nas za pomylonych: ludzie uśmiechający się do lecących na nich bomb nie 
mogą być normalni! 
Uczuliśmy straszliwy wstrząs. Olbrzymie fontanny wody wytrysły tuż przy dziobie, 
z prawej burty. Jednocześnie sternik zameldował, że leżymy na kursie west. Co by 
było, gdybyśmy w dalszym ciągu leżeli na kursie north? 
Oficer wachtowy nastawił zegar na początek "zygzaka rodowego" Kruka. Kapitan 
poszedł z powrotem do nawigacyjnej, jeszcze trochę pospać. Zasępiony admirał 
zniknął gdzieś z mostku. 
Stojąc na skrzydle obserwowałem oddalający się samolot ścigany chmurkami 
rozpryskujących się pocisków. Porządkowałem w myśli zaszłe wypadki i 
szufladkowałem w głowie zdobyte doświadczenia. W przegródce pod A, w teczce 
zatytułowanej ADMIRAŁ, zanotowałem zdanie: ADMIRAŁ NIE JEST PAPIEŻEM MORSKIM. 
JEST OMYLNY. 
Z szafiru nieba zniknął ostatni ślad pocisku. Na pokładzie pozostało słońce i 
wrażenie, że... "złocisty to był dzień". 
PIKRAT! PIKRAT! WYLECIMY W POWIETRZE 
JLt szedłem z mostku. Miałem przed sobą perspektywę czterech godzin snu. 
Wchodząc do kabiny mimo woli spojrzałeip na kalendarz. Widniały na nim wszystkie 
dni kwietnia i maja 1940 roku, z dopiskami .wydarzeń przy datach. Dzień 15 maja 
różnił się tym od innych, że liczba "15" otoczona była czerwonym 
k6łkiem.*"Narysowałem je przed miesiącem, w momencie zakończenia wysadzania z 
naszego transat-lantyka "Chrobry" pierwszych oddziałów wojsk angielskich w 
Norwegii. Tym, którzy przychodzili do mojej kabiny i pytali, co ma oznaczać owo 
czerwone kółko - odpowiadałem ogólnikowo, że kto przeżyje ten dzień, będzie 
prawdopodobnie żył jeszcze bardzo długo. 
Spojrzałem na zegarek. Do 15 maja brakowało tylko dwóch godzin. Nie byłem 
zdecydowany, czy położyć się w ubraniu, czy też rozebrać się i wypocząć. Na 
"Chrobrym" znajdującym się w tej chwili w pobliżu Lofotów, koło 67° szerokości 
północnej, pełniłem funkcję starszego oficera i za cztery godziny miałem zmienić 
kapitana. Zdecydowałem w końcu, że przyjemniej będzie raz jeszcze rozebrać się. 
Zgodnie z kalendarzem moment uznałem za poważny. Postanowiłem więc' nałożyć swą 
uroczystą "śmiertelną" koszulę. Przed wielu laty, bezpośrednio po skończeniu 
gimnazjum, zostałem zaopatrzony przez Matkę w kilka koszul. Ta, z powodu swych 
fioletowych pasków, które mi się nie podobały, przetrwała pozostałe. Na prawach 
pamiątki z domu rodzinnego trafiła razem ze mną na "Piłsudskiego", gdzie 
posłużyła mi jako koszula nocna w ostatniej jego potrzebie*. Postanowiłem 
spotkać w niej dzień 15 maja 1940 roku, który miał się rozpocząć za dwie 
godziny. 
Położyłem się do koi i przed zaśnięciem usiłowałem zaprowadzić jakiś ład wśród 
chaotycznego tłumu pędzących myśli i wspomnień. Ostatni ich odcinek pod nazwą 
"kampania norweska" rozpoczął się na olbrzymiej redzie koło Greenock w Szkocji, 
skąd wyruszyliśmy jako okręt flagowy, mając na pokładzie dowodzącego konwojem 
admirała. W kampanii tej zmienił się zupełnie nasz sposób myślenia i wspomi- 

background image

* Patrz opowiadanie Autora: W drodze do Nowej Zelandii. (Znaczy Kapitan. Gdynia 
1961. Wydawnictwo Morskie). 
nania. Przedtem można było jak gdyby śledzić jedną jakąś myśl wędrującą przez 
odpowiedni dla niej krajobraz. Wędrowała sobie parokonnym zaprzęgiem drogami 
przez lasy lub pola. Teraz wspomnienia gnały w niezliczonych ilościach, na 
najszybszych pojazdach, często przemieszane ze sobą bez żadnego związku i 
logicznej ciągłości. 

Po wyjściu z Greenock czekamy w jednym z portów wschodniego wybrzeża Szkocji na 
zaokrętowanie się oddziałów desantowych. Jest to już dziesiąty miesiąc drugiej 
wojny światowej. Nareszcie będzie się coś działo: ofensywa aliantów. Czekające 
niebezpieczeństwa wydają się nam jakimś zadośćuczynieniem za to, że nie braliśmy 
czynnego udziału w obronie kraju. Żyjemy tym, co się TAM działo i dzieje. W 
naszych kabinach pełno jest opisów i ilustracji na temat tragicznych \vydarzen z 
września. 

Przybywają pierwsze oddziały tommies. Witamy ich entuzjastycznie, ale w 
odpowiedzi słyszymy, że jesteśmy bloody Poles, przeklęci Polacy, z powodu 
których oni są zmuszeni jechać teraz, by walczyć w Norwegii. I że rozpoczęliśmy 
wojnę jak głupcy, zamiast dać Niemcom autostrady, za co spotkała nas zasłużona 
kara. Nasze wzburzenie stara się uspokoić szef kuchni, wyjaśniając, że od tych 
ludzi nie możemy spodziewać się rozsądnej oceny sytuacji. Szef kuclhni, by 
godnie przyjąć aliantów, wysilił na przyjęcie sztabu cały swój kunszt kulinarny. 
Chcąc zobaczyć na własne oczy, jakie wrażenie wywołają przygotowane specjały, 
udał się do salonu i dyskretnie obserwował zabierających się do jedzenia 
oficerów. Każdy bez wyjątku brał w jedną garść solniczkę, w drugą - 
pieprzniczkę, i jak z rogów obfitości zasypywał tym czarnobiałym pyłem 
najwytworniejsze potrawy. 
- Ci ludzie nie mogą mieć właściwego sądu o innych rzeczach, jeśli nie mają o 
tych, które zmieniają się w nich samych - wydał ostateczną konkluzję szef 
kuchni. 

W drodze do Norwegii - pierwszy przystanek w Scapa Flow na Orkadach, tradycyjnej 
bazie brytyjskiej Home Fleet. Olbrzymia reda pozbawiona krajobrazu. W pustyni 
tej widzimy tylko jeden wielki pancernik. Staramy się go zidentyfikować. Gubimy 
się jednak w szczegółach. Przez lornetki dostrzegamy zupełną pustkę na pokładach 
olbrzyma. Wymarli na dżumę czy na cholerę? Co to może być? Ani jednego 
człowieka. Nigdzie ani żywej duszy. 
Podchodzimy coraz bliżej do tego martwego widma. Nie mamy już wątpliwości, że 
jest to battleship. Ale co mu się przydarzyło? 
Nic. Jest to naturalnej wielkości makieta pancernika, wyk"onana ł drewna i 
umieszczona na kadłubie jakiegoś starego statku, który miano pociąć na złom. 
Zwodnicza iluzja potęgi. Po angielsku nazywa 6ię dummy battleship. 

Nasza gorąca polska krew zamieniała się powoli w zimną angielską na widok 
tommies zaprawiających się we władaniu bronią palną. Krew w nas krzepła, gdy 
przyglądaliśmy się z mostku, jak jeden drugiemu przykłada lufę karabinu do 
brzucha, by mieć wygodne oparcie, i repetuje ostrą amunicją. I nic! 
Zakrzepła w nas krew stawała się zimna i wcale już nie kipiała, gdy na odprawie 
powiedziano nam, że samotnie idący statek powinien otwierać ogień do KAŻDEGO 
nadlatującego samolotu. 
Na pytanie: co będzie, jeśli zestrzeli się samolot zaprzyjaźniony? odpowiedź 
brzmiała: be sorry! Niech ci będzie przykro. 
Kiedy więc nadleciał nad statek nisko idący samolot, otworzyliśmy ido niego 
ogień ze wszystkiego, co było do strzelania na "Chrobrym". Otworzyć było łatwiej 
niż zaprzestać. Cease jirel Zaprzestać ognia! - nie chciało tak łatwo przeniknąć 
do świadomości tommies. Ich dewiza, naśladująca głosy natury, brzmiała: Push! 

background image

Crash! Smash! Co w dowolnym przekładzie, nie oddającym ściśle ducha bojowego, 
oznaczało: Atakuj! Miażdż! Rozbijaj! 
Samplot okazał się brytyjską łodzią latającą typu "Sunderland". Szczęśliwie 
tylko jedna trzecia groźnego hasła bojowego została wykonana, gdy z trudem udało 
się nam zatrzymać najbardziej zdyscyplinowaną armię świata w jej rozpoczętej 
akcji. 

NAD DALEKIM CICHYM FIORDEM - tytuł tej książki rozpalał niegdyś dziecinną 
wyobraźnię chęcią zobaczenia zatoki, której norweska nazwa brzmi jak nazwa 
kwiatu. Fiordy zobaczone pierwszy raz na mapie przypominały zjeżoną sierść na 
karku niedźwiedzia znieruchomiałego nad Europą. Na obroży pod gardłem wisiał 
krążek z napisem: Oslo, a sierść fiordów zjeżoną najbardziej na głowie ciągnęła 
się aż do ogona, którym był Nordkapp. W wiele lat później w podróżach 
wycieczkowych na naszych transatlantykach poznaliśmy fiordy jak własną kieszeń. 
I oto znów fiordy. W jednym z nich rzuciliśmy kotwicę. Staliśmy w asyście 
wielkich pancerników, krążowników i destrojerów, pełni zaufania w powodzenie 
niezwyciężonej Nawy. 
- Attention! Attention! Uwaga! Uwaga! - odezwały sią wszystkie ełośniki na 
"Chrobrym". 
Po chwili dowiedzieliśmy się, że nasz transatlantyk został wyróżniony prawem 
uczestnictwa w akcji w pierwszej linii bojowej, wspólnie z okrętami jego 
królewskiej mości króla Jerzego VI. Dowodzący konwojem admirał, który podniósł 
swą flagę na "Chrobrym" jeszcze w Greenock, zarządził natychmiast zbiórkę całej 
wolnej od służby załogi na wspólną modlitwę przed akcją. 
Zarządzenie admirała spodobało się załodze. Pełni byliśmy wiary w powodzenie 
wyprawy i zwycięstwo. Modlitwa przed bitwą odpowiadała nastrojowi dhwili. 
Załoga zebrała się w największej sali. Dziwni to byli rycerze, którym za broń w 
tej walce miała posłużyć wyłącznie własna praca. Zwycięstwo ich mogło się 
przejawić w dobrze spełnionym obowiązku, bez względu na warunki, w jakich się 
okręt znajdzie. 
Na salę wszedł siwy admirał z biblią w ręku. Kapitan złożył mu meldunek o 
zebraniu załogi na modlitwę przed akcją. Stary admirał otworzył biblię w miejscu 
założonym czarną taśmą i zaczął głośno czytać wybrane na tę chwilę przez siebie 
wersety. Gdy skończył, zaproponował, by załoga zaśpiewała którąś ze swych 
pieśni. Załoga wybrała Boże, coś Polskę.. 
Pieśń zrobiła wielkie wrażenie na admirale. Gdy przebrzmiały ostatnie słowa 
pieśni, admirał potrafił tylko powiedzieć: "Załoga, która tak śpiewa, nigdy nie 
zginie". 
W parę chwil później dzwonki alarmowe oznajmiły, że jesteśmy przedmiotem 
zainteresowania ze strony samolotów niemieckich. 
Po długim i bezskutecznym ogniu wszystkich stojących w fiordzie okrętów samoloty 
zrzuciły to, co chciały, nie trafiając nikogo. Najdłużej strzelało działo 
"Chrobrego", które dla wykorzystania okazji "ćwiczyło sią" jeszcze po 
zaprzestaniu ognia przez całą eskadrę. Na niebie widoczny był już tylko jeden 
samolot - cel naszego działa. Naraz ujrzeliśmy, że samolot zaczyna -dymić i 
spada. Za chwilę "nasz" admirał otrzymał od admirała głównodowodzącego depeszę 
zawierającą dwa lakoniczne słowa: your bird - wasz ptak. 
Huraganowy ogień całej zgromadzonej floty zdołał zniszczyć jedynie mit o 
skuteczności obrony przeciwlotniczej okrętów wojennych zaopatrzonych w silne 
baterie specjalnych dział. Omawiając z kapitanem epizod z zestrzelonym przez 
"Chrobrego" samolotem, zadałem mu pytanie: 
- Powiedz, co się z NIMI stanie, gdy "Chrobry" pójdzie do Szkocji? 
- Nic się nie martw! - odpowiedział. - Wszystko będzie gorzej niż myślisz! 

W fiordowym futrze niedźwiedzim oraz wokół niego życie mieliśmy urozmaicone 
trzema zabawami: w ^ciuciubabkę" z flotą niemiecką, w "zyg-zak" z okrętami 
podwodnymi oraz "trafi - nie trafi" z bombowcami. 

background image

W fiondach' niezmordowanie trwała zabawa w "trafi - nie trafi". • Czas się 
dłużył w bezczynnym oczekiwaniu na bomby lecące, jak nam się zawsze wydawało - 
wprost na głowę. Eskorta i "Chrobry" zaczęły oszczędzać amunicji, by nie stać 
się zupełnie bezbronnymi. Dla rozrywki i zabicia czasu hazardowaliśmy się 
wyłapywaniem ryb ogłuszonych wybuchami bomb padających w pobliżu statku. 
Najmilsza zabawa przeciągana w nieskończoność zaczyna w końcu nużyć. Zabawa w 
"trafi - nie trafi" ustawała na chwilę jedynie w nocy, której tutaj w tym czasie 
prawie nie było. Słońce zaczęliśmy uważać za psa (myśliwskiego. Kryło się na 
kilka stopni pod horyzontem, a potem już przez cały dzień wystawiało nas 
niemieckim samolotom, jak wyżeł kuropatwy, do strzału. 
Wśród takich zabaw nakazano nam w połowie kwietnia podejść do nabrzeża w Namsos. 
W taką dziurę mógł wejść tylko "Chrobry", który był bardzo zwrotny i jak gdyby 
sam wiedział, co należy robić. 
W tym cichym fiordzie doznałem najsilniejszego wstrząsu nerwowego w całej 
kampanii. Gdy tylko dobiliśmy do brzegu, zszedłem na ląd, by zobaczyć, gdzie i 
jak będziemy mogli Wyładować wojsko wraz z jego zaopatrzeniem. Na pustym 
nabrzeżu zobaczyłem idącego w moim kierunku angielskiego generała. Miał czarną 
przepaskę na oku. O co może mnie zapytać? O ilość wojska czy ilość zapasów? 
Wszystko już miałem ułożone w języku angielskim. W momencie gdy kończyliśmy 
sobie salutować, generał przemówił do mnie... najczystszą polszczyzną: 
- Jak długo potrwa wyładowanie? 
- A... 
Był to jedyny dźwięk, na jaki się zdobyłem. "Dummy baiileship! - pomyślałem. - 
Przebrali jakiegoś nieszczęśliwego rodaka, niewidzą-cego na jedno oko, za 
angielskiego generała, żeby zwodził Niemców i kluczył po wybrzeżu odwracając 
uwagę od właściwej akcji." 
Zmogłem się i postanowiłem podtrzymać tę angielską zabawę. Wyjaśniłem 
"generałowi", ile czasu może nam to zająć, jeśli nie będą przeszkadzały 
samoloty. Zasalutowaliśmy sobie i rozeszliśmy się. 
Na nabrzeżu zakipiało. Zeszli na ląd tommies. Uzbrojeni w karabiny z okresu 
pierwszej wojny światowej, z trudem ciągnęli ze sobą osobisty dobytek zapakowany 
w olbrzymich worach. Każdy żołnierz był podobno zaopatrzony między innymi w 
sześć czapek i we wspaniały śpiwór. 
Gdy wyładowaliśmy wszystko, co należało do wojska, myśleliśmy, że śnimy. 
Zaopatrzenie i sprzęt składały się z żywności, głównie marmolady i dżemu, oraz z 
czterech haubic. W głowę zachodziliśmy - po co im te haubice? Nie mieliśmy 
wątpliwości, że pochodzą z zeszłego wieku. Identyczne widzieliśmy na świetnym 
filmie pod tytułem "Gun-iga Din", osnutym na tle walk w Indiach w zeszłym 
stuleciu. Haubice były jakby żywcem wzięte z tego filmu. Wojskiem tym dowodził 
olbrzymi rudowłosy kapitan ze szczotkami rudych wąsów. Pod .pachą 
trzymał laseczkę, a wszystkie otrzymane od generała  rozkaz^  potwierdzał 
tupaniem. 
Patrzyliśmy na tę scenę i wydawało się nam, że jesteśmy gdzieś w wytwórni 
filmowej, w której nagrywa się film z czasów królowej Wiktorii. Ani jednego 
działa przeciwlotniczego nie wyładowaliśmy dla obrony beztroskich tommies. 
Generał z czarną przepaską na oku okazał się Anglikiem z krwi i kości. Jego 
największą namiętnością było polowanie na kaczki. Podczas pierwszej wojny 
światowej odznaczony został za życia orderem Yictoria Cross - orderem tym 
przeważnie dekoruje się nieżywych bohaterów na polu walki. Resztę swego życia 
generał postanowił poświęcić polowaniom na kaczki. Podobno zakupił w Polsce 
majątek na Polesiu i spędził tam szesnaście lat. To miłe zajęcie przerwała druga 
wojna światowa. Do Namsos generał przybył na hydroplanie razem z adiutantem. 
Przy tej okazji stał się żywym celem do zabawy w "trafi - nie trafi". Generała 
nie trafili, trafili natomiast adiutanta. Rannego odesłał generał ocalałym 
hydroplanem do Szkocji, a sam doczekał przybycia "Chrobrego" z wojskiem i 
zapasami. 

background image

Wyładunek przeszedł szybko i sprawnie. Mieliśmy już wyjść w drogę powrotną do 
Szkocji, gdy nasz oficer łącznikowy z asysty admirała oznajmił, że jakiś 
patriota norweski podarował generałowi stertę desek leżących na nabrzeżu. 
Generał postanowił deski podarować Anglii, a "Chrobry" miał ten dar dostarczyć w 
całości. 
Dotychczas cały wyładunek odbył się bez zabaw w "trafi - nie trafi" i bez 
hazardowego łapania ryb. Usiłowaliśmy przekonać admirała, że "Chrobry" nawet dla 
Anglii może przedstawiać większą wartość, gdyby na przykład przyszło zabierać 
wyładowane w Namsos wojsko aniżeli stertę desek. Ale rozkaz w wojsku jest 
rozkazem. Wobec tego załoga pokładowa zaczęła rwać się do roboty, byle te 
szczapy załadować jak najszybciej. Byliśmy u szczytu sprawności w załadowywaniu 
daru, gdy admirał zawiadomił nas, że mamy przerwać to zajęcie, odcumować i 
szybko wracać do Szkocji. 
Zaledwie wyszliśmy z fiordu, rozpoczęliśmy zabawę z okrętami podwodnymi, 
polegającą na okresowych zmianach kursu w nierównych odstępach czasu. Miało to 
nas uchronić od trafienia torpedą odpaloną z zaczajonego okrętu podwodnego. 
Zmiana kursu odbywała się na sygnał specjalnego zegara do zabawy w "zyg-zak", 
nastawionego uprzednio na obrany numer schematu zygzakowania. 
Przy drugiej zmianie kursu zobaczyliśmy wysoko na niebie goniące nas samoloty. 
Dwie zabawy naraz. Działo nasze gotowe było do akcji ma wypadek zniżenia się 
samolotów. W pełnym alarmie czekaliśmy na zrzucenie bomb. Olbrzymie fontanny 
wskazywały miejsca ich wybuchów. Wydało nam się, jakby "Chrobry" uderzył kilka 
razy o skały. Samoloty zawróciły. Odwołaliśmy alarm. 
"To dłużej niż miesiąc nie może potrwać" - pomyślałem schodząc do kabiny. Data 
15 maja była dla mnie zgodnym wynikiem intuicji i oceny przeżytych wydarzeń. 
Chyba, żeby się obie myliły... 
Przed położeniem się spać czerwonym ołówkiem zakreśliłem kółko na kalendarzu 
dookoła daty 15 maja. 

W Szkocji zmieniamy admirała. Jest on przeciwieństwem poprzedniego: chudy, 
czarny, smutny pesymista. Załoga już wdrożona w nowy styl pracy, więc współżycie 
ze smutnym admirałem układa się bez nieporozumień. 
Tym razem zamiast wojsk lądowych wieziemy Navy. Marynarze mają stanowić obsadę 
portu, który będzie bazą zaopatrzeniową. Szybko zaczynamy ich lubić i jeszcze 
szybciej zaczynamy odczuwać wobec nich skrępowanie za to, że ich wieziemy. 
Od momentu podejścia do fiordów rozpoczyna się znana zabawa. Jednakże udaje się 
nam wyokrętować marynarzy bez przeszkód. Wyładowujemy sprzęt. Stoły składane, 
maszyny do pisania, kosze do śmieci. Wspaniały sprzęt sportowy, między innymi 
stosy rękawic bokserskich. Chłopcy muszą mieć rozrywkę. Znów ani jednego działa 
przeciwlotniczego. Żegnamy marynarzy ze współczuciem. 
Stajemy na kotwicy opodal miejsca ich lądowania. Za chwilę zaczynamy pilnie 
zajmować się rybołówstwem. Wciąż nowe wyłowione ryby oddajemy do chłodni. Nie 
mamy żadnej eskorty, nikt nas nie broni. Sami nie strzelamy, by zachować 
amunicję na ewentualne odstraszanie samolotów, gdyby chciały się zniżyć. 
Po przejściu kolejnego samolotu słupy wodne podnoszą się dookoła statku. Już po 
wszystkim. Każdy się uśmiecha jakby spotkało go coś niesłychanie miłego w życiu, 
które na razie zostało jeszcze przedłużone. 
Pół .dnia staliśmy tak samotnie, czekając na wyjaśnienie sytuacji. Przyszedł 
wreszcie destrojer z rozkazem zmiany miejsca kotwicznego pod osłonę pancerników 
"Rodney" i "Renown", otoczonych sforą de-strojerów i lekkich krążowników. 
Gdy rzuciliśmy kotwicę w cieniu tych dwódh kolosów, "nasz" admirał pierwszy raz 
się rozchmurzył: 
- A co? Będzie teraz lepiej? - spytał kapitana. 
- Lepiej? Nie - odpowiedział kapitan. - Ale częściej. 
Stłoczone w fiordzie okręty stanowiły większą atrakcję dla bombowców niż 
samotnie stojący transportowiec. Wkrótce poprzednie miejsce postoju nawet 
admirałowi wydało się godne tytułu: Wad dalekim cichym fiordem. 

background image


Idziemy po raz drugi do Namsos. Tym razem ewakuować stamtąd żołnierzy. Według 
zgodnej opinii załogi "Chrobrego" miasteczkiem 
Namsos można wyczyścić zęby. Zostało zamienione w proszek. ,Z przywiezionych 
przez nas ludzi niewielu wróciło na "Chrobrego". Być może zabrały ich inne 
okręty. Z haubicami i karabinami niewiele można było zdziałać przeciwko 
bombowcom. 
Opowiadano na statku, że jeden z żołnierzy, któremu w szczególności dała się we 
znaki zabawa w "trafi - nie trafi", wchodząc na pokład cisnął karabin wołając: 
- God save the King! Boże, zachowaj króla - bo ja nie mogę. 
I znów nowość pełna uroku. Z doświadczenia wynikało, że bezpieczniej jest bawić 
się z bombowcami, gdy statek pozostaje w ruchu. Wobec tego staraliśmy się nie 
stać na kotwicy, lecz krążyć jak podczas najlepszej wycieczki turystycznej. 
Zabawy przez to wcale nie ustawały. Alarmy były już teraz zjawiskiem stałym. 
Jeśli nawet trwały kilka 'dni bez przerwy, to należało jednak żyć możliwie 
normalnie. Trzeba było kłaść się spać, rozbierać, kąpać i jeść możliwie 
spokojnie. 
Maj przyniósł nam nowość w postaci mgły, która spowiła fiordy. Czuliśmy się w 
niej jak małe dzieci pod pierzynką, ze schowanymi pod nią głowami, z uczuciem 
bezpieczeństwa opowiadające sobie straszne bajki o wilikołakach. 
Nawigacja wśród mgły, odwiecznie uważana za najtrudniejszą, wydawała się nam - 
wobec odwołania alarmu - igraszką. Na mostku doszliśmy do rewelacyjnego wniosku, 
dla zapamiętania każdy miał zamiar wytatuować go sobie na własnej skórze: 
"żegluga we mgle jest najmilszą żeglugą na świecie". 
Nie dowiedzieliśmy się jedynie, jakie zdanie mieli na ten temat admirał oraz 
jego nawigatorzy. Natychmiast po zapadnięciu mgły zeszli oni z mostku, 
uzgadniając tylko pozycję i czas, w którym musimy się na wyznaczonej pozycji 
znaleźć. 
Energia, zużyta dla utrzymania czujności na wypadek trafienia, okazała się teraz 
źródłem nowych sił. Zaledwie minimalna jej część była potrzebna do prowadzenia 
nawigacji. Żegluga przez spowite mgłą fiordy wydawała się spacerem po dobrze 
znanym parku. Gdy kapitan poszedł spać, ogarnęło mnie tylko jedno pragnienie: 
oby mgła trzymała się jak najdłużej, bym i ja mógł wyspać się spokojnie. 

Wypadki szybko przesuwają się na północ, a "Chrobry" wraz z nimi. Następne 
wojsko wyładowujemy w Harstadzie, na szerokości Lofo-tów, za kręgiem polarnym. W 
Harstadzie dowiadujemy się o wielu stratach, o trafionych bombami okrętach. 
Zginął nasz znajomy, krążownik przeciwlotniczy "Cairo". Zaraz po tym dowiadujemy 
się o najboleśniejszej dla nas stracie: trafiony został niszczyciel "Grom". 
Z wielu opowiadań o jego ostatniej akcji i zachowaniu się załogi uporczywie 
wraca na myśl sylwetka jednego z najmłodszych uczniów 
"Karu Pomorza" - Gąsiorowskiego, który był na "Gramie". Zakochany w swoim nowym 
okręcie, nie miał siły go przeżyć. Był na pokładzie, mógł się uratować. Ale gdy 
się dowiedział, że "Grom" tonie, zadecydował głośno: - Ja z "Gromem". Wrócił do 
swego hamaka i w nim powędrował na "Gromie" w nowy, nigdy nie kończący się 
rejs... 

Kampania norweska jest bogata w niespodzianki. Tym razem to Marsz, marsz 
Dąbrowski... nad dalekim cichym fiordem. 
Cała Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich sformowana we Francji znalazła 
się w Harstadzie. Gościmy na "Chrobrym" jej sztab z generałem. Pierwszy raz mamy 
możność usłyszeć opis wrześniowych wypadków w kraju od uczestników walk. 
Interesuje nas tylko jedno: chcemy wiedzieć - jak się bili i czy się bili w 
ogóle? Mówią kolejno wszyscy. W każdym opisie walk jeden i ten sam motyw: 
niewspółmierna przewaga niemieckiego "wojska, siły ognia, olbrzymiego lotnictwa 
panującego całkowicie W powietrzu oraz tysięcy czołgów, przeciw którym z naszej 
strony stawała kawaleria. 

background image

Z opowiadań bije duma, że gdzie tylko istniała możność oporu - tam opór 
stawiano, pomimo że wynik wojny był z góry przesądzony. 
Biała noc na Lofotach wraz z wieścią o potopie przyniosła nowe opisy bitew. 
Drżeliśmy słuchając o szarży dwóch szwadronów 18 Pułku Ułanów na czołgi pod 
Chojnicami. Mieli zatrzymać wroga, by dać możność wycofania się własnej 
piechocie. Na polu walki zostały całe szwadrony. Pułk zadanie wykonał, 
nieprzyjaciel do dnia następnego nie ruszył się z miejsca. Goście poprosili, by 
zagrano Szopena. W opowiadania o szarżach kawalerii na czołgi wplótł się Polonez 
a-dur. Byliśmy tak wsłuchani, że w tym napięciu ujrzałem króla Sobieskiego i 
defilującą przed nim w rytmie poloneza, idącą do boju, "husarię. 
Potem krótki, w kilku zaledwie taktach oddany najwspanialszy opis zwycięskiej 
bitwy pod Wiedniem i znów w triumfalnych taktach poloneza powrót husarii. 
Rzeczywistość wróciła w postaci pułkownika strzelców podhalańskich, który 
meldował generałowi, że odchodzi do boju: 
- Pozwolę sobie zameldować, generale, że idę z takim zapasem kuł do rewolweru. 
Na wyciągniętej .dłoni pułkownika leżało kilka zaledwie kuł rewolwerowych. Dech 
nam zaparło. Oficerowie zaczęli szukać po swych kieszeniach, a potem składać na 
dłoni pułkownika to, co każdy mógł dać ze swego przydziału, po jednej lub dwie 
kule. Brygada była wyposażona w najbardziej lichy sprzęt i małą ilość amunicji. 
Scena z dzieleniem się zapasami kuł była dla nas za silna. Nie wstydziliśmy się 
łez, które jakoś same cisnęły się do oczu. Zdarzenie to zostało zapisane w moim 
kalendarzu koło daty 13 maja 1940 roku. 

Następnego dnia przyszedł rozkaz załadowania czołgów. W gardzieli trzeciej 
ładowni umieszczono pięćdziesiąt ton min przeciwczołgowych. Mieliśmy 
przetransportować z Harstadu do Bodb Gwardią Irlandzką. Olbrzymi chłopcy, każdy 
dwumetrowego wzrostu. 
Wśród sypiących się wokół nas bomb czekaliśmy na rozkaz wyjścia. Zjawiła się 
wreszcie nasza eskorta - stary destrojer "Wolyerine" i kanonierka "Stork". 
Podnieśliśmy kotwicę. 
Po wyjściu z Harstadu parę razy towarzyszyłem dowódcy gwardii podczas inspekcji 
rozmieszczonych na "Chrobrym" oddziałów. Dowódca starał się swą troskliwością 
dodać żołnierzom otuchy. Biorący udział w inspekcjach oficer łącznikowy, kapitan 
marynarki, 'który dotychczas zawsze był pełen werwy i dobrej myśli, wydał mi się 
zgaszony i smutny. 
Schodząc z mostku do kabiny jeszcze raz obejrzałem gotowość bojową "Chrobrego". 
Ludzie przy dziale czuwali. Przy ustawionych na pokładach karabinach maszynowych 
obsługa gotowa była do otwarcia ognia. 
Kapitan pożegnał mnie dobrą radą: 
- Spij szybko! 
Zbudził mnie dzonek telefonu stojącego tuż przy koi. Pomimo że musiało być już 
po północy, w kabinie było widno jak podczas pochmurnego dnia - w połowie maja 
noc na Lofotach prawie nie istniała. Złapałem szybko słuchawkę. W odpowiedzi na 
moje "tak" - usłyszałem znajome zdanie: 
- Jesteśmy atakowani. 
W tej samej chwili odczułem wstrząs kadłuba i zaraz po nim drugi. 
Zacząłem szybko się ubierać. "Może po raz ostatni?" - pomyślałem. Zamiast 
półbucików włożyłem buty, szumnie w myślach zwane "wellingtonami", zrobione 
ongiś przez mistrza gdyńskiego. Wysłane pęcherzami rybimi, miękkie jak 
rękawiczki, chroniły przed wilgocią i można w nich było wytrzymać wiele godzin; 
w wypadku wpadnięcia do wody mogły być z łatwością zrzucone z nóg. Wciągnąłem 
podarowaną przez matkę skórzaną kurtkę podbitą baranami, która już raz uratowała 
mi życie, złapałem czapkę i ruszyłem na mostek. Po drodze z przyzwyczajenia 
otworzyłem drzwi łazienki znajdującej się przed kabiną. Okazało się, że łazienki 
nie ma. Zamiast podłogi widniał ciemny otwór prowadzący w głąb statku. 
Wszedłem na mostek. Była dopiero za kwadrans dwunasta. Załoga i wszyscy 
oficerowie mieli założone hełmy i pasy ratunkowe. Zanim dowiedziałam się, co 

background image

zaszło, zobaczyłem, że z nadbudówki za trzecią ładownią wydobywają się kłęby 
dymu i płomienie ognia. Paliła się również nadbudówka tuż za mostkiem, przed 
trzebią ładownią. W jej gardzieli, wziętej teraz w dwa ognie, znajdowało się 
pięćdziesiąt ton materiałów wybuchowych w postaci min przeciwczołgowych. Pokłady 
pokryte były ciałami poległych żołnierzy z obsługi karabinów maszynowych. 
Zostaliśmy zaatakowani przez dwa bardzo nisko lecące samoloty. Eskortujące 
"Chrobrego" okręty wojenne "Wolverine" i "Stork" - jeden przed dziobem, drugi za 
rufą - były zbyt daleko, by przeszkodzić temu, co się stało. Samoloty lecące na 
małej wysokości wydały się oficerom dowodzącym obroną "Chrobrego" - angielskimi 
i nie otworzyli do nich ognia, pomimo bezwzględnej co do tego instrukcji. 
Samoloty rzuciły bomby z bardzo bliskiej odległości. Również skutki ognia ich 
karabinów maszynowych były straszne. Ze znajdujących się na pokładach ocaleli 
tylko ludzie na mostku, zabezpieczonym dodatkowymi płytami pancernymi i workami 
z piaskiem. Wybuch bomb na pozór nie wydawał się groźniejszy od tych, które 
wybuchały koło burt. Huku prawie nie było słychać, odczuwaliśmy jedynie 
wstrząsy. W tej chwili samoloty zataczały koło z widocznym zamiarem ponownego 
zaatakowania "Chrobrego". 
Podczas całej kampanii norweskiej nie mieliśmy jeszcze na statku tak dużej 
ilości wojska. Ponieważ żołnierze zaokrętowani byli na krótki przelot Harstad - 
Bodb, stłoczono ich we wszystkich pomieszczeniach ponad normę. 
Patrząc teraz z mostku, nie miałem wątpliwości, że jest to ostatni dzień życia 
statku, którego bohaterem - zgodnie z tradycją - będzie jego kapitan. Stał teraz 
na skrzydle mostku, rozważając sytuację. Zwróciłem uwagę na dziwną dekorację 
czapki kapitana. Oprócz złotych palm na daszku miała dodatkowe - srebrne - z 
prawej strony 
na samej krawędzi. Były bardzo twarzowe. Przypomniały nai się wszystkie podróże 
z nim na żaglowcu szkolnym "Lwów", od chwili gdy się zjawił w szkole z 
półdyplomem Akademii Górniczej. Nazwisko swe wywodził od Deja z Oczakowa. Sądząc 
po jego wyglądzie, gdyby żył przed kilkoma wiekami, dowodziłby całą Ordą 
Oczakowską i zasłynąłby jako "sokół stepów Akermanu". Stanęły mi w pamięci lata 
spędzone wspólnie na szlakach naszych pierwszych transatlantyków. Z zazdrości 
dokuczaliśmy mu słowami piosenki: 
Co temu winien Zygmuś, że jest taki śliczny? To przecież zbrodnia taki wygląd 
estetyczny... 
Stał teraz, jak zwykle wytworny i opanowany, przyglądając się płomieniom. Nie 
miałem wątpliwości, że przygotowany jest do wypełnienia obowiązków kapitana - do 
pozostania na okręcie tak długo, zanim ostatni człowiek z niego nie zejdzie. Ale 
pięćdziesiąt ton min między płomieniami było czymś zupełnie wyjątkowym i mogło 
zmusić do opuszczenia statku w chwili najmniej spodziewanej, szczególnie tych, 
którzy stali na mostku. 
Podszedłem do kapitana, by omówić kolejność postępowania. Zdecydowaliśmy się na 
próbę opanowania ognia za pomocą wody z hydrantów i gaśnic. Gdyby akcja ta 
zawiodła, mieliśmy rozpocząć opuszczanie łodzi ratunkowych z żołnierzami, załogą 
hotelową i wolną - maszynową. Do ostatniej chwili miała zostać na statku załoga 
pokładowa. 
Kapitan postanowił pozostać na mostku, by utrzymać prawą burtę jako nawietrzną, 
jeśli da się jeszcze manewrować maszynami, i nie opuszczać go tak długo, jak to 
będzie konieczne. Ja miałem przejść za drugą zasłonę utworzoną z dymu za trzecią 
ładownią, zająć się gaszeniem tamtego ogniska i tam pozostać. Przy rozstaniu 
powiedziałem: 
- Zygmunt, nałóż pas! 
W odpowiedzi usłyszałem, że lepiej sobie w takiej sytuacji tymi sprawami głowy 
nie zaprzątać, bo się wówczas łatwiej myśli o tym co potrzeba. W tym momencie 
nadbiegł jeden z naszych oficerów i zameldował, że cały sztab i wszyscy 
pozostali oficerowie Gwardii Irlandzkiej zginęli w barze, gdzie zebrali się, by 
zgodnie ze swym rytuałem zakończyć angielski dzień toastem: "Gentlemen - tfte 
King!" 

background image


Po przejściu przez dwie zasłony z dymu natknąłem się na grupę marynarzy 
rozwijających już węże pożarowe. Inni biegli z gaśnicami. Wpadliśmy do 
pomieszczeń, z których wydobywał się ogień. Po otworzeniu zaworów z hydrantów 
nie spłynęła ani jedna kropla wody. Widocznie uszkodzony był rurociąg albo na 
wszystkich sekcjach, gdzie 
się paliło, usiłowano gasić ogień za pomocą znajdujących się tam hydrantów. 
Największy ogień buchał z klatki schodowej. Nie wiedzieliśmy, czy ludzie, którzy 
tam byli, zdążyli już wyjść. Postanowiliśmy przydusić chociaż na jakiś czas 
płomienie, by dać możność przejść tym wszystkim, którzy by się jeszcze 
znajdowali pod pokładem. Strumienie z kilku gaśnic skierowane w buchający ogień 
nie tylko go nie stłumiły, ale nawet nie przygasiły. Wyglądało to tak, jak gdyby 
olbrzymi stóg słomy usiłowano zgasić wodą ze strzykawek lekarskich. Wśród dymu 
widoczna jeszcze była droga przez korytarz w kierunku kabiny starszego 
mechanika. Podobnie jak kapitan, starszy mechanik miał na imię Zygmunt i łączyła 
mnie z nim taka sama przyjaźń i często te same szlaki od Szkoły Morskiej do 
obecnego rejsu. Pochodził ze Zduńskiej Woli. W dawnych jeszcze czasach miewał 
bardzo zatroskany wyraz twarzy, jak naim się wydawało, zupełnie bez powodu. 
Kiedyś w tajemnicy przyznał się, że wyrobił sobie swoisty sposób dozoru 
wszystkich swych koni mechanicznych, słuchając jak "gca w nich śledziona". 
Znając dwa języki obce zebrał dużą bibliotekę fachową. Pełna znajomość 
teoretyczna przedmiotu pozwalała mu na bardzo wnikliwe dochodzenie szmerów w 
organizmach maszyn. Przyznawał, że niekiedy nocami nie sypiał z tego powodu, ale 
nie darował nigdy okazji, by "na proszek" nie rozebrać jakiegoś "tabunu" i nie 
wyszukać chorego "konia". Młodsi jego koledzy, nie mający tych samych 
kawaleryjskich za-miłowań, "błogosławili" go zawsze w portach, kiedy zamiast 
wyjść na miasto musieli doszukiwać się "chorej śledziony, która nie grała". 
Zygmunt był jednym z tych dziwnych mechaników, którzy "żyli" z nawigatorami. 
Marzył o skonstruowaniu jakiejś miniatury maszyny okrętowej - takiej żeby można 
było ją mieć w kabinie i widzieć dokładnie, co się w niej dzieje podczas pracy. 
O tej godzinie, w której trafiły "Chrobrego" bomby, powinien był spać zawinięty 
w długi ciepły szlafrok, na tapczanie w kabinie. Ponieważ nie można było ugasić 
źródła ognia, postanowiłem dotrzeć do jego kabiny w nadziei, że może uda nii się 
go wyciągnąć, jeśli leży tylko ogłuszony. Nabrałem powietrza w płuca i wszedłem 
w płonący korytarz przysłonięty dymem. Po kilku krokach dymu już nie było, tylko 
długie języki ognia na kształt ogromnych liści tworzyły płomienną aleję. 
Żar panował tak wdelki, że gdy wypuściłem z płuc powietrze i chciałem zaczerpnąć 
świeżego, wydało mi się, że połykam ogień. Do kabiny było jeszcze daleko i już 
miałem zawrócić, gdy dojrzałem w oddali leżące na podłodze ciało. 
Skoczyłem naprzód, złapałem nieprzytomnego na ręce i usiłowałem jak najszybciej 
wydostać się z żaru. Ubranie tliło się na nim. Po cię-rzarze ciała zorientowałem 
się, że to nie Zygmunt. Ten człowiek ważył chyba dwa raizy więcej. Dotarłem z 
nim do wyjścia, a tam za- 
brali go marynarze. Odwróciłem się jeszcze raz, by zobaczyć, czy nie uda się 
jednak dotrzeć do kabiny Zygmunta, ale droga do niej była już nie do przebycia. 

Nie miałem teraz wątpliwości, iż gaszenie obu ognisk pożaru nie da żadnego 
rezultatu. Zanim ogień rozprzestrzeni się tak, że nie będzie można dojść do 
łodzi ratunkowych - należy je niezwłocznie spuścić. Posłałem jednego z marynarzy 
na mostek do kapitana z zawiadomieniem, że akcja gaszenia zawiodła i że będziemy 
spuszczali łodzie ratunkowe i tratwy. 
Niektóre stanowiska przy łodziach znajdowały się już w ogniu. Trzeba było 
ogromnego samozaparcia, by nie zwracając uwagi na płomienie, tlące się ubrania i 
duszący dym wykonać czynności przewidziane przy spuszczaniu szalup. Przede 
wszystkim należało przerąbać liny, którymi szalupy były nieomal spowite w celu 
zabezpieczenia przed dużą falą oceaniczną oraz ewentualnym zerwaniem się od 
podmuchów bomb. W chwili gdy zaczęliśmy spuszczać szalupy, samoloty znów 

background image

otworzyły ogień z karabinów maszynowych. Ani jeden marynarz nie opuścił swego 
stanowiska, jak gdyby wszystko to odbywało się podczas wycieczek turystycznych w 
ubiegłych latach do tych samych fiordów. 
Załadowano rannych, a gdy szalupy zeszły na wodę, runęli do nich żołnierze, a 
razem z nimi załoga hotelowa. Marynarce z załogi pokładowej stali spokojnie, 
jakby do łodzi ratunkowych - zgodnie z przepisami - szły: "Dzieci i kobiety 
najpierw". 
Na pokładzie pozostały już tylko ,^klapboty" - szalupy zwane tak ze względu na 
to, że stały w miejscu, w którym na dawnych transatlantykach umieszczano stary 
typ składanych łodzi ratunkowych. Nad nimi zawieszone były zwykłe szalupy; po 
ich spuszczeniu należało wyciągnąć na pokład talie i włączyć do "klapbotów". 
Zobaczyliśmy samolot ponownie nadchodzący na małej wysokości, zeszliśmy więc o 
pokład niżej. Kiedy przeleciał, wróciliśmy, by zabrać się do spuszczania 
"klapbotów". Okazały się jednak bezużyteczne - tak zostały posiekane kulami. 
Wszystkie zbiorniki z powietrzem były poprzebijane. 
Żołnierze, widząc, że więcej łodzi ratunkowych nie ma, zaczęli szaleć. Nie było 
ani jednego oficera, który by nad nimi objął komendę. Wyskakiwali za buntę. Nie 
powstrzymało ich nawet to, że ci co wyskoczyli pierwsi, siztywnieli natychmiast 
w tym zlewisku lodowatej wody, zanim jakaś łódź ratunkowa zdołała do nich 
podejść. Większość łodzi wolała zresztą trzymać się jak najdalej od statku ze 
względu na spodziewany wybuch amunicji, o której cała załoga wiedziała. 
Okręty z eskorty zbliżyły się trochę do "Chrobrego" i otworzyły ogień do 
samolotów. Jedyną nadzieją ratunku było, że któryś z okrę- 
tów podejdzie do burty i zabierze oszalałych z przerażenia żołnierzy. Okrętom 
wojennym nie wolno było dobijać do palących się statków z amunicją - chyba żeby 
jakiś z inich nie wiedział, iż mamy załadowaną amunicję, a przynajmniej nie w 
tym miejscu i nie taką. 
Poleciłem marynarzom rozwiesić na nie objętej ogniem i dymem prawej burcie 
siatki do ładowania, tak by utworzyły na całej szerokości burty olbrzymią 
drabinę, po której wszyscy będą mogli szybko zejść, jeśli jakiś destrojer odważy 
się. dobić do "Chrobrego". Sam postanowiłem uspokoić w jakikolwiek sposób 
żołnierzy i przekonać ich, że skakanie do wody jest w tej chwili samobójstwem i 
że zawsze mają na to czas. Liczyłem na to, iż widzieli mnie kilkakrotnie na 
inspekcji w towarzystwie swego dowódcy i może mnie posłuchają. 
Zaszedłem im drogę do relingu, z którego skakali, wołając: "Atten-tion! 
Attention!" Wdrapałem się na reling, żeby mnie widzieli i zapominając, że mam 
przed sobą Irlandczyków zacząłem swe podniosłe przemówienie od słów: 
- Anglicy! Słyniecie z zimnej krwi i opanowania. Właśnie w tej chwili musicie 
się opanować! 
Wydawało mi się, że muszę mówić jak najdłużej, by zaczęli mnie słuchać i że jak 
przestanę, to znów zaczną skakać do tej lodowatej wody. Przemawiałem więc dalej: 
- Skakanie do wody jest samobójstwem. Na razie mamy dużo czasu. Tylko spokój 
może was uratować. Musicie zaczekać, zanim okręty eskorty nie podejdą, by was 
zabrać. Na burcie wolnej od ognia i dymu rozwieszone są siatki, po których 
będziecie mogli zejść spokojnie na destrojery. Musicie się uspokoić. Od tego 
zależy wasz ratunek. 
Przemówienie swe zakończyłem głośnym okrzykiem w formie rozkazu, który wydał mi 
się najlepszy w danej chwili: 
- You arę English! Control yourselves! Jesteście Anglikami! Panujcie nad sobą! 
Naraz usłyszałem krzyk. Nie wiedziałem, skąd pochodzi i kto krzyczy. Żołnierze 
na pokładzie uspokoili się, przestali skakać do wody. Większość z nich zeszła na 
rufę. Krzyk dochodził od strony wody, z prawej burty. Na wodzie były widocznie 
nasze łodzie ratunkowe, tratwy i ciała gwardzistów irlandzkich, którzy 
wyskoczyli za burtę. Na szalupach i na tratwach żołnierze zachowywali się 
spokojnie, a krzyk potężniał, stawał się coraz bardziej przeraźliwy, przechodził 
w ryk ludzi krzyczących w męce lub ze strachu graniczącego z obłędem. 

background image

Wychyliłem się za burtę i zrozumiałem wszystko. Niektóre pomieszczenia zostały 
odcięte podczas wybuchu bomb i żołnierze nie zdołali przedrzeć się przez ogień. 
Teraz palili się żywcem. Dostanie się do nich było niemożliwością. Część 
wysunęła głowy przez bulaje. Otwory były jednak za małe, by się przez nie mógł 
wydostać człowiek. Ci, którzy wysunęli głowy przez iluminatory, nie wołali już 
pomocy, tylko 
na ich twarzach widniała potworna męka ludzi płonących żywcem. Głos, któremu 
nikt nie pośpieszy z pomocą i któremu nikt nie pomoże. Najbardziej tragiczny 
głos, jaki zna ludzkość jeszcze sprzed czasów rzymskich: vox ćlamantis in 
deserto... 
Samoloty nie przestawały krążyć nad "Chrobrym". Nad strzelającymi wciąż 
"Wolverine" i "Stork" widać było lecące w nie smugi świetlne. Załoga pokładowa 
kończyła rozwieszanie siatek. Żołnierze czekali na obiecane przeze mnie 
podejście okrętów wojennych, które nie zdradzały ku temu najmniejszej ochoty. 
Nie mieliśmy od nich żadnego sygnału, żadnego znaku. Nic. 
Na razie nie ma co robić. Na budowanie jakichś tratw ze stołów - za mało czasu. 
Ogień szybciej tu dojdzie, niż zdołamy coś sklecić. Jeśli przedtem nie wylecimy 
w powietrze. Tych pięćdziesiąt ton min w gardzieli trzeciej ładowni musi 
eksplodować. 
"Wylecimy w powietrze!" - myśl ta przypomniała mi, że oczekiwanie na taki moment 
stanowiło spełnienie moich marzeń dziecinnych. Powstały one pod wpływem 
oglądania pewnego rysunku w książce. Nie chodziłem jeszcze do gimnazjum, ale 
byłem już zapisany do czytelni pań Żukowskich w Wilnie, mieszczącej się przy 
placyku Orzeszkowej. Któregoś dnia trafiła mi tam do ręki książka, której tytułu 
zapomniałem, ale na zawsze pozostał w pamięci rysunek przedstawiający ludzi 
biegnących w popłochu po pokładzie okrętu. Z dziobu wydobywały się kłęby dymu. 
Pod rysunkiem był podpis: "PIKRAT! PI-KRAT! WYLECIMY W POWIETRZE!" 
Kim był ten tajemniczy Pikrat? Prawdopodobnie przyjacielem biegnących. Spieszyli 
się, by go ostrzec przed niebezpieczeństwem. Naturalnie wybrałem tę książkę. Po 
przyjściu do domu pokazałem ją ojczymowi. Wytłumaczył mi, że tajemniczy dla mnie 
pikrat to bardzo silny środek wybuchowy, którego eksplozja na placu Sorbony w 
Paryżu oraz ilość osób, które wówczas zginęły - wstrząsnęły całym światem. 
Widocznie autor książki, będąc również pod wrażeniem tego wypadku, umieścił 
ładunek pikratu na opisywanym przez siebie okręcie. 
Wybuch pikratu podniecił i moją wyobraźnię do tego stopnia, że przez pewien czas 
o niczym innym nie myślałem podczas zabaw jak o tym, by naprawdę znaleźć się w 
podobnej sytuacji na okręcie. 
Wszystkie inne bohaterskie wyczyny na morzu - walki korsarzy, zmagania się 
żeglarzy z burzą, nawet bitwy morskie, wydały mi się blade i bezbarwne wobec 
płkratu. Bohaterowie tamtych opowiadań przeważnie zwyciężali i wychodzili cało, 
ale tutaj zaraz nastąpi wybuch i wszyscy wylecą w powietrze. Zapragnąłem wówczas 
przeżyć podobną chwilę chociażby za cenę życia. 
I oto chwila ta nadeszła. Różniła się tym od wszystkich innych przeżytych 
dotychczas, że nie wymagała już żadnej walki. Wiadomo, że się stanie. Zaraz 
odsłoni się przede mną tajemnica życia i śmierci. Zaraz będę wiedział na pewno, 
czy z "tamtej strony" coś jest, czy nic nie ma. Samo przejście z jednego stanu w 
drugi przestało być straszne. Obojętne czy to nastąpi przy potwornym huku, czy 
będzie to zmiażdżenie lub unicestwienie przez rozsypanie się w kawałki, czy 
długi lot w powietrzu. Za chwilę odkryje się tajemnica tego, co jest po śmierci. 

Ogień, który pożerał "Chrobrego", zaczynał nas spychać na samą rufę. Nie 
rozumiałem, jak kapitan może jeszcze wytrzymać na mostiku. Mostek ogarnięty był 
płomieniami. 
Co by się działo na statku, gdyby ten cały żar pokrył pozostałych na pokładach 
ludzi? "Chrobry" nie miał wad. Wszystko na nim było dobre, każda praca była 
łatwa - z ładunkiem .i z pasażerami. Trzymał się na każdej fali, jak żaden z 
naszych transatlantyków. Manewrował, jak gdyby wyłącznie do manewrów go 

background image

zbudowano. Był najbardziej udainym statkiem naszej floty. W ostatnich chwilach 
swego życia darzył nas jeszcze tym, co miał do ofiarowania i co wciąż stanowiło 
o naszym istnieniu: nie wybuchał i nie zmieniał swego położenia względem wiatru. 
Mostek wydał mi się w tej chwili ofiarnym stosem kapitana. Straciłem już 
nadzieję zobaczenia się z nim, gdy naraz znalazł się koło mnie z oficerami i 
lekarzem okrętowym. Doktor nasz nigdy nie schodził na ląd bez monokla. Ponieważ 
teraz przewidywał możliwość opuszczenia statku, spostrzegłem, że wyprostował się 
i trzyma głowę w charakterystyczny sposób: monokl był na miejscu. 
Drugi oficer denerwował się bezczynnością. Domyślałem się, że nie może pogodzić 
się z myślą, że to już koniec. Niepokój ^drugiego" wzrastał. Wreszcie nie 
wytrzymał, podszedł do mnie i spytał: 
- Słuchaj, co zrobić jeszcze? 
Rozumiałem, że trzeba mu coś wymyślić dla odprężenia. Bezczynność nie dawała 
pogodzić się z jego aktywnością i żądzą czynu. Na piersi "drugiego" widniał 
zawieszony aparat fotograficzny, poradziłem więc, by zrobił jak majwięcej zdjęć 
i zabezpieczył aparat przed wodą. 
- Jeśli go ktoś wyłowi, zobaczy przynajmniej, jak wygląda piekło - powiedziałem. 
Leżące wśród płomieni ciała zabitych wydawały się falować w unoszącym się nad 
pokładami żarze. Trupy zazwyczaj są zimne i sztywne. Na "Chrobrym" trupy - 
ogarnięte żarem - żyły. Nie mieściły się we własnych -mundurach. Rozdymały się 
piersi. Twarze zmieniały barwę w grymasach, rozszerzały się lub kurczyły, 
ukazując zęby w uśmiechu. 
Podsunięta drugiemu oficerowi myśl zrobienia takich zdjęć odpowiadała mu. Zaczął 
szukać dogodnego miejsca do ich wykonania. 
- Spiesz się! - krzyknąłem i nie mogłem opanować się, by nie dodać po cichu: - 
Pikrat! Pifcrat! Wylecimy w powietrze! 

I znów jeden z samolotów zniżył się i otworzył ogień do łodzi ratunkowych, 
pomimo że oba okręty eskorty biły do niego ze wszystkich swych dział. Obrona 
była jak zwykle bezskuteczna, wobec czego naszą uwagę zwróciliśmy na czapkę 
kapitana. 
- Zygmunt, kiedyś zdążył dać to sobie wyhaftować na czapce? - wyrwało mi się ze 
śmiechem. 
Kapitan zdjął czapkę i zaczęliśmy oglądać niezwykłe jej przybranie. Były to 
krople jakiegoś metalu, który zastygł w tej dziwnej postaci. 
- W momencie gdy leciały bomby, poczułem, że coś mi spadło na czapkę - 
wyjaśniał. - Wydaje mi się, że ten metal pochodzi z bomb. 
Doktor wziął czapkę do rąk i jak zwykle - gdy z wielką uwagą badał nas jako 
pacjentów - wysunął dolne zęby przed górną wargę. Przez monokl przyglądał się 
tej srebrnej palmie, jak gdyby to była rana. Diagnoza brzmiała: 
- Wieniec laurowy z nieba, za życia... 
Staliśmy znów w milczeniu, czekając na wybuch. Nie dopytywaliśmy się, kto 
zginął, a kto ocalał. Było kwestią minut - kto kogo na razie przeżył o tę krótką 
chwilę. Wydawało się nam, że już nic nas z równowagi nie potrafi wyprowadzić, 
gdy naraz otworzyły się drzwi od pomieszczeń na rufie i wyszedł z nich starszy 
mechanik. Według naszych obliczeń on pierwszy powinien był przekroczyć w swym 
długim szlafroku granicę, nad którą myśmy jeszcze stali. Rzuciliśmy się do 
niego, jak gdyby został zesłany na chwilę z tamtego świata, by nam służyć za 
przewodnika. Widocznie przebrała się miara wrażeń, bo łzy mi się sypnęły z żalu, 
że po to tylko się wyratował, by zaraz zginąć. 
Starszego mechanika uratowały - parówki. O godzinie dwudziestej trzeciej 
trzydzieści, gdy zgodnie ze swymi zwyczajami spał zawinięty w ten długi 
szlafrok, zbudził go telefon. Dzwonił pierwszy radiotelegrafista, zapraszając na 
gorące parówki, które dostał od prowiantowego. Miały być według zapraszającego 
doskonałe. 

background image

Jeśli nie nastąpi wybuch, to ogień zepchnie nas wkrótce do wody. Na razie 
rozmyślaliśmy jeszcze nad nie dokończoną parówką starszego mechanika. Porzucił 
ją natychmiast po wybuchu bomb i zbiegł "na dół do swych koni mechanicznych, by 
nie rozniosły "Chrobrego". Pozostał w maszynie do czasu, kiedy już dłużej nie 
można było w niej 
wytrzymać. Dzięki obu Zygmuntom "Chrobry" do ostatniej chwili utrzymywał się 
prawą burtą do wiatru. 
Trzeba było wybierać - albo żywcem się upiec, albo skakać do lodowato zimnej 
wody. Wiedzieliśmy, że zaczniemy skakać dopiero wówczas, gdy nas ogień dobrze 
przypiecze. 
Naraz "Wolverine" zaprzestał ognia do atakującego samolotu i ruszył pod naszą 
burtę, tam gdzie rozwieszone były siatki. Wszystko co na statku jeszcze żyło, 
rzuciło się do burty i zaczęło schodzić na pokład destrojera. 
Spostrzegłem, że na górnym pokładzie "Chrobrego" znaleźli się skądś żołnierze, 
którzy zamiast zejść niżej po trapie i skorzystać z przygotowanych dla nich 
siatek, zaczęli się chwytać rękami lin i usiłowali po nich zjechać na dół. 
Skutki okazały się tragiczne. Były to krótkie kawałki lin, służące do mocowania 
łodzi ratunkowych. Przy spuszczaniu szalup zostały porąbane. Żołnierze .spadali 
teraz z nimi na pokład destrojera, łamiąc sobie ręce i nogi. Skoczyłem na górę i 
biegnąc po samej krawędzi relingu usiłowałem opanować panikę i zmusić ich do 
skorzystania z siatek. 
Naraz jeden z oszalałych ze strachu pchnął mnie niespodziewanie i zanim zdołałem 
się zorientować, co się stało - sam poleciałem w dół na pokład destrojera. W tej 
samej chwili poczułem, że zaczepiłem pachą kurtki o pierścień do mocowania trapu 
czy też lin. Kurtka się rozpruła, ale ten ułamek sekundy dał mi możność złapania 
jakiejś liny. Zanim zdążyłem zacisnąć na niej dłonie, wylądowałem na kolanach i 
szczęce na stalowym pokładzie. 
Cały naskórek na dłoniach miałem starty i straciłem władzę w nogach. Zaniesiono 
mnie do ambulatorium, zalano obie dłonie jakimś płynem, zawijając w bandaże tak, 
że ręce wyglądały jak kikuty. Gdy 'minął bezwład nóg - usiłowałem wstać. 
"Wolverine" znów otworzył ogień do samolotu. W ambulatorium wydawało się, że 
okręt rozpada się lub jest trafiony przynajmniej kilku bombami. Po przeżyciu już 
raz zamknięcia w kabinie nie znosiłem zamkniętych pomieszczeń podczas 
bombardowania. Ku zgorszeniu obecnych bardzo szybko wyszedłem na pokład. 
Pospiesznie oddaliliśmy się od "Chrobrego". Jego burta na śródokręciu, na której 
widać było uprzednio wysunięte głowy, jarzyła się różowym blaskiem rozpalonego 
żelaza. Olbrzymie płomienie sięgały krawędzi komina. 
"Wolverine" zbierał ludzi z łodzi ratunkowych i tratew, wyławiał trzymające się 
na wodzie w pasach ratunkowych ciała żołnierzy. Po wyjściu z ambulatorium 
spotkałem się z kapitanem, doktorem i starszym mechanikiem, którzy również 
znaleźli się na "Wolverine". Staliśmy na jego pokładzie przyglądając się agonii 
naszego statku i walce obu okrętów z samolotami, które jeszcze nie chciały dać 
"Chrobremu" spokoju. 
Na rufie "Chrobrego" ukazali się ludzie. Jak nam się z kapitanem wydało, jednym 
z nidi był drugi oficer. Spuszczali z rufy małą tratwę, a za chwilę - jakieś 
bezwładne ciało, prawdopodobnie rannego. Następnie zszedł po linie fctoś z 
załogi, za Him drugi oficer. Zaczęli wiosłować w kierunku "Wolverime". 
Pośpieszyła im z pomocą łódź ratunkowa z destrojera. 
Po jakimś czasie drugi oficer był już na "Wolverine" i opowiadał swoje przygody. 
Gdy chodził po "Chrobrym", fotografując ciekawsze szczegóły, posłyszał jęk w 
ładowni na rufie. Okazało się, że wpadł tam jeden z rannych oficerów-
angielskich. "Drugi" wziął sobie do pomocy chłopca okrętowego i razem z nim 
zszedł do ładowni, by wyciągnąć rannego. W tym czasie "Wolverime" dobił do burty 
"Chrobrego", zabrał jak mógł najszybciej wszystkich ludzi z pokładu i zadowolony 
ze swego sukcesu odbił jak najprędzej. 
"Drugi" po wyjściu na pokład nie znalazł nikogo do pomocy. Z trudem we dwójkę z 
chłopcem wyciągnęli z ładowni Anglika oraz starą, zniszczoną tratwę. Bjrł to 

background image

drugi uratowany przez niego oficer angielski. Na samym początku, podczas 
gaszenia źródła ognia koło mostku posłyszał krzyk: ,J am killed! Jestem zabity! 
Jestem zabity!" Krzyk dochodził z kabiny naszego Kruka - admirała. W momencie 
gdy admirał szykował się, aby zejść do baru, bomby zniszczyły drzwi jego kabiny, 
a ogień odciął mu wyjście. Nie miał wątpliwości, że się zaraz żywcem spalił. 
"Drugiemu" udało się go wyciągnąć z kabiny przez duże okno. 
Trzecim angielskim oficerem, który uratował się z "Chrobrego", był nasz oficer 
łącznikowy z armii. W pamiętnej chwili postanowił uczcić zdrowie króla 
najlepszym winem, jakie posiadał. Pobiegł 'do swej kabiny po butelkę i gdy był 
już na korytarzu, padł ogłuszony bombami. Stracił świadomość i już się zaczął 
powoli palić, gdy natrafiłem na niego przypadkowo, chcąc dotrzeć do kabiny 
starszego mechanika. Być może uratowali się jeszcze inni, ale że były to 
wszystko tajemnice wojskowe, więc wiedzieliśmy tylko o trzech. 
Kiedy "Wolverine" skończył wyławianie ciał z wody, położył się na turs do 
Harstadu. Staliśmy na jego rufie patrząc na płonący wrak "Chrobrego", którego 
ostatni odcinek drogi życiowej urwał się na 67e40' szerokości północnej i 13°50' 
długości wschodniej. 
Harstad wita nas salwami artyleryjskimi z okrętów. Nalot. Raczej -; nękanie 
nalotami. Schodzimy na ląd do pobliskiego prowizorycznego schronił. W schronie 
prawie same kobiety. Twarze przerażone. Kobiety t wysiłkiem zaciskają zęby, żeby 
nie krzyczeć. Siedzą w futrach narzuconych na bieliznę, z małymi dziećmi na 
rękach. Dzieci ciągle się o coś dopytują. Pewnie nie mogą zrozumieć dlaczego 
wyciągnięto je z ciepłych łóżeczek do piwnicy. 
Dusimy się w tym zamkniętym schronie. Wychodzimy z niego nie zważając na 
bombardowanie. Przybyła dalsza część załogi, którą praw- 
dopodohnie zabrał ze statku ."Stork", a dostarczył inny destrojer. "Chrobry" 
pomimo wybuchu nie zatonął. "Stork" zostawił go o godzinie trzeciej minut 
pięćdziesiąt dnia 15 maja 1940 roku jako płonący, ale utrzymujący jeszcze się na 
wodzie wrak. 
Admiralicja zawiadomiła kapitana, że nikogo już więcej z załogi "Chrobrego" nie 
znaleziono. Rankiem zebraliśmy całą załogę. Z pamięci sprawdzony stan wykazał 
brak dwunastu ludzi, którzy odeszli na wieczną wachtę. 

Na razie wypoczywamy, spacerując po miasteczku grupami. W rozmaitych odstępach 
czasu słychać syrenę alarmową. W ślad za nią odzywa się stale jedno i to samo 
działo. Jest to pierwsze działo przeciwlotnicze, które zobaczyliśmy w tej wojnie 
na lądzie w Norwegii. Za każdym razem, gdy tylko się ukaże zza gór samolot, 
działo rozpoczyna swą pracę. Białe obłoczki wykwitają w pobliżu samolotu, 
odbierają mu ochotę do dalszego lotu nad miasto, zmuszają do odwrotu. 
To działo zaczyna nam się podobać. Postanawiamy pójść do niego i wyrazić swe 
uznanie, podobnie jak się je wyraża znajomej latarni morskiej, jeśli kiedy 
zdarzy się okazja znaleźć u jej podstawy. Klepie się ją lewą dłonią z 
wdzięcznością i wybacza wszystkie troski i niepokoje, jakie kiedyś sprawiła, 
zanim się ukazała, przypominając swym zachowaniem umiłowaną, która się nie 
zjawiła na umówioną godzinę. Zapomina się od razu, że bolały oczy od jej 
wypatrywania, że gnębił niepokój przy szukaniu w myślach urojonych błędów w 
zliczonej pozycji. Następuje błogosławiony spokój, który mnoży wyłącznie uczucie 
wdzięczności dla niej za to, że się "odkryła" i że jest. 
Do działa jeszcze dość daleko, postanawiamy jednak dotrzeć do niego. Dzisiaj są 
imieniny żony starszego mechanika. Po drodze przypominamy sobie uroczystości z 
tym związane i wymieniamy wszystkie wspólne znajome Zosie. W tym imieninowym 
nastroju zmów zatrzymujemy się, by podziwiać celność działa. Obłoczki dymu są "w 
samolocie". Nie rozumiemy, dlaczego nie spada. "Zawraca szybciej niż poprzedni - 
na pewno trafiony" - dośpiewujemy sobie w duchu. 
Przyśpieszamy kroku, żeby złożyć hołd "naiszej armacie". Kanonie-:zy 
odpoczywają, siedząc na niskim kamiennym ogrodzeniu, w oczekiwaniu na sygnał 
syreny. Zawieramy z nimi znajomość. Opowiadamy > "Chrobrym". Pamiętają go. 

background image

Dowódca zabiera jednego z kolegów prowadzi do działa. Widzimy, jak kolega nasz 
opiera się o działo, po :hwłli całuje je, klęcząc. Nie dziwimy się zbytnio tej 
czułości, jednak yydaje się nam ona lekką przesadą. Ale chłop wyprostował się, 
stoi alk oczarowany na baczność i szybko mruga powiekami. Ruszamy do łziała. Po 
chwili nam wszystkim z głębi serca wydziera się okrzyk: - Polskie! Polskie 
działo! 
• 
Zaokrętowani na "Ulster Monarch", zadomowiamy się na nim. Ze względu na moje 
kikuty nasz doktor z "Chrobrego" zabrał mmie do swojej kabiny, stając się 
jednocześnie moją niańką i matką. Nasz kapitan przyszedł nas odwiedzić i 
zawiadomić, że pójdziemy we trójkę przedstawić się kapitanowi oraz starszemu 
oficerowi "Monarchy", jak już zdążyliśmy skrócić nazwę statku, który ma nas 
dostarczyć do Szkocji. 
Kapitan i starszy oficer "Monarchy" są w tym wieku, że gdyby nie nasz doktor, 
który już dawno przekroczył sześćdziesiątkę, czulibyśmy się przy nich zbyt 
młodzi. Obaj starsi panowie przy omawianiu na wstępie pogody wydają się myśleć o 
czymś innym. W porównaniu z nimi jesteśmy rzeczywiście zbyt młodzi, poza tym oni 
- Anglicy - nie bardzo mają o czym mówić z Polakami. 
Na szczęście cały fiord zaczyna dygotać od salw armatnich, a "Ulster Monarch" od 
wybuchów bomb. To pozwala nam zmienić temat, tym bardziej że obaj panowie mają 
na sobie nadymane kamizelki i usiłują dyskretnie przy nas je nadmuchać. 
Rozumiemy ich bardzo dobrze i staramy się na wesoło uspokoić starszych panów 
wyjaśniając, że to co robią, jest zupełnie bezcelowe. Woda w fioridzie jest tak 
zimna, że się w niej natychmiast zapomina o wszystkim. Zupełnie więc 
niepotrzebnie niszczą sobie nerwy. 
Udaje się nami ich rozweselić opowiadaniem o "gałązce oliwnej" zesłanej 
Zygmuntowi z nieba ł demonstrujemy jego czapkę. Nastejpnie wspominamy, że 
naszemu doktorowi świat wydaje się przebogaty, ponieważ patrzy na niego przez 
najdroższy pryzmat na świecie. Wychodząc bowiem z kabiny na "Chrobrym" zostawił 
wszystkie swoje oszczędności, ale zabrał monokl, który zwykle zabierał ze sobą 
przy wychodzeniu na ląd, a cóż dopiero przy możliwościach przejścia na tamten 
świat. 
Kapitan "Monarchy", broniąc naszego doktora, pozwolił sobie zwrócić uwagę, że 
ten z pewnością zostawił pieniądze dlatego, ponieważ się śpieszył. Uwaga ta 
dopiekła do żywego doktorowi. Odpowiedział, że uznaje w życiu pośpiech wyłącznie 
w dwóch wypadkach: pierwszy -- to jak w języku polskim świetnie sama nazwa 
nakazuje - przy biegunce, drugi - przy łapaniu pcheł. Poza tym nie śpieszył się 
nawet przy schodzeniu na destrojer, bo musiał uważać, by nieprzepisowo nie 
nadepnąć na reling. I nic mu nie przeszkodziło zasalutować banderze okrętu, na 
który wszedł nie po trapie. 
Obaj "monarchiści" byli (przekonani, że doktor żartuje, ale my z Zygmuntem 
moglibyśmy przysiąc, iż wychodząc z kabiny doktor przetarł sobie jeszcze buty 
suknem i wymył ręce. Opowiedzieliśmy dodatkowo naszym gospodarzom, iż doktor rna 
za złe drugiemu oficerowi, że nie zameldował kapitanowi swego zejścia do ładowni 
i przez to kapitan nie zszedł ze statku - zgodnie z tradycją - ostatni. 
Podczas rozmowy czuliśmy, że dziwnie jesteśmy odporni na to dzi siejsze 
bombardowanie i szczerze śmieliśmy się podczas całej wizytj Starszy oficer 
"Ulster Monarch", starszy wiekiem nawet od kapitana trzymając rękę na czarno 
oprawnej księdze, orzekł, że zgoidnii z "Baibl", czyli Biblią, może powiedzieć o 
nas - cytując fragmen z Proverbia Salomonis - iż rzeczywiście ,;kto jest 
wesołego serca, mj gody ustawiczne". Zamilkliśmy, zaszczycani tą opinią 
Salomonową. 
W zamian za nasze wiadomości o sobie samych dowiedzieliśmy si< jeszcze od obu 
panów, że "Ulster Monarch" należy do bliźniaczej trójk pasażerskich statków na 
linii Belfast - Liverpool i że pozostałe noszą nazwy "Ulster Queen" oraz "Ulstar 
Prince", wszystkie po 3 800 ton "Ulster Queen" przed sześcioma tygodniami wszedł 
na skały w Ram-sey Bay, a obecnie służy już jako pomocniczy krążownik 

background image

przeciwlotniczy. "Ulster Monarch" od początku wojny pełni służbę jako troop 
ship, transportowiec wojenny i ma za sobą wiele rejsów z wojskiem do Francji i z 
Francji. 
Pożegnaliśmy naszych gospodarzy, śpieszących powitać przybywającego na ich 
statek, również jako pasażera po nieudanej akcji w Norwegii, jakiegoś generała, 
który był "C-in-C", czyli Commander in Chiej albo po polsku - głównodowodzącym, 
jak zawsze w tym czasie, tajemniczą akcją. 
"Ulster Monarch" opuścił Harstatd bez eskorty. W chwili gdy znik-nęły zarysy 
skalistych Lofotów, wydało mi się, że zamknięta została ostatnia kartka książki 
pod tytułem: NAD DALEKIM CICHYM FIORDEM, ale napisana .przez "Chrobrego". 

Zajmowaliśmy z doktorem luksusową kabinę na "Ulster Monarch", odsypiając 
wszystkie zaległości za cały kwiecień i połowę maja. Pomimo to pozostawało nam 
jeszcze moc czasu. Ponieważ stale byliśmy razem, każdy opowiadał o sobie 
wszystko, co go spotkało od momentu, jak paimięć sięgnie. 
Kiedy doktor doszedł do wniosku, że proza jego życia od kolebki do lat 
sześćdziesiątych jest prawdopodobnie dla mnie zbyt nużąca, zaczął uzupełniać 
moje braki ze znajomośd oper oraz ich historii. Omawiał szczegółowo, a potem jak 
na zaczarowanym flecie od początku do końca gwizdał wszystkie arie. 
Każdy wspólnie przeżyty z doktorem dzień był nowym odkryciem jego wielkiej 
osobowości i nowym powodem do jeszcze większej admiracji. Doktor sprawiał mi 
największą przyjemność gdy, ot tak sobie na co dzień, używał klasycznej łaciny, 
tłumaczył budowę zdań i wprowadzał mnie w świat Złotego Wieku. 
Doktora z kolei interesowała nawigacja oraz zwyczaje i tradycje morskie. Chciał 
je jak najdokładniej poznać, by "nadrobić czas stracony na medycynę". Kiedyś 
goląc się powiedział mi: 
- Wiesz, łąk nie lubię lekarzy, że gdy się golę, to ze wstrętem patrzę w lustro. 
Doktor miał za sobą wojnę rosyjsko-japońską oraz pierwszą wojnę światową, 
podczas której był naczelnym lekarzem olbrzymiego szpitala wojskowego. Mikroskop 
zabrał mu oko, które teraz uzupełniał monoklem. Kiedy pływaliśmy przed wojną 
raizem na linii palestyńskiej dosłownie rozrywał się przyjmując zaproszenia na 
trudne operacje trepanacji czaszki w Aleksandrii lub w Atenach. 
Jedną ciekawą rzeczą na "Ulster Monarch" była jego maskota przedstawiająca 
ludzką postać z głową krokodyla. Straszne to monstrum zapewniało bezpieczeństwo 
statkowi - tak przynajmniej twierdziła cała jego załoga - i stało w jednym z 
salonów, w którym lubiliśmy przesiadywać w wygodnych klubowych fotelach 
spędzając czas na rozmowach. Z rozmów tych udało się zebrać całokształt wydarzeń 
na "Chrobrym". Kolejno, nie śpiesząc się opowiadali o swych czynach i wyczynach 
ci, co przeżyli pamiętny dzień piętnastego maja 1940 roku. Utkwiły mi 
szczególnie w pamięci urywki trzech usłyszanych wówczas opowiadań. 
Jeden ze sterników tak rozpoczął swoją relację: 
- No, to jak już te bomby uderzyły, to myślę ja sobie - trzeba pójść do pentry* 
i napić się kawy... 
Ten spokój cechował całe opowiadaiiie. Po prostu rejs wycieczkowy do fiordów 
został naraz przerwany. Drugi sternik mówił: 
- Spałem. Obudziły mnie te bomby. Władek już się ubrał. To mówię do Władka: 
"Władek, idź ty zobacz, czy się opłaci wstawać, może prędko zatoniemy, to nie 
będę nawet wyłaził z koi". 
Wobec przykrości, na które był narażony podczas całej akcji jeden ze stewardów, 
rozumowanie drugiego sternika było może poniekąd uzasadnione. Steward opowiadał: 
- Jak te dzwonki zaczęły trąbić, to ja wiedziałem, że to już jest alarm. Ubrałem 
się spokojnie, nałożyłem nowe buty, nowy garnitur i hełm na głowę. Wyszedłem na 
górę. Tutaj złapał mnie drugi oficer, dał do rąk gaśnicę i karał mi gasić ogień. 
Co miałem robić? Odbezpieczyłem gaśnicę i leję. Śmiechu to warte. Tutaj i tysiąc 
gaśnic nie pomoże. Jak tylko "drugi" odszedł, rzuciłem gaśnicę w ogień i myślę - 
gdzie moja szalupa? Tylko wyskoczyłem na pokład, a tu leci nasz admirał iż 
gaśnicą. I tak jak drugi oficer wetknął imi ją w rękę. Spieszyło mi się, ale dla 

background image

świętego spokoju wziąłem. Co będę - myślę - z admirałem zaczynał i tłumaczył, 
jak sam nie rozumie, że ogień jest za duży. Polewałem, polewałem, ale czasu mi 
było szkoda. Rzuciłem gaśnicę w ogień i biegnę do szalupy. Tyle zmarnowałem 
czasu! Dobiegłem do relingu, a tu pokładowi krzyczą, żebym się śpieszył. 
Wychyliłem się 
• P e n t r a - miejsce, w którym stały ekspresy do kawy I herbaty. 
za burtę, chwyciłem linę i zsuwam się powoli na dół po tych węzłach. Tylko 
musiałem się zatrzymać, żeby temu co pode mną na głowie nie stanąć. A tu 
poczułem, że ktoś mi stanął na hełmie dwoma nogami. Zaraz potem drugi postawił 
mi obie nogi na jednym ramieniu i jeszcze zaraz trzeci .postawił mi obie, znów 
nogi, na drugim ramieniu. Tak stało .na mnie trzech żołnierzy. "Ajryszów" - jak 
się to mówi - Irlandczyków. W takiej sytuacji, panie kapitanie, zobaczyłem 
wyraźnie, że nie mam racji bytu i puściłem się trzymanej liny, bo nikt by się na 
moim miejscu też nie utrzymał. We czwórkę spadliśmy na tych, co byli ipod nami. 
Uderzyłem głową o ławkę, a potem to tylko czułem^ że na mnie spadali inni, ale 
już nic nie pamiętałem, tylko to jedno, że nie miałem racji bytu. Nie miałem... 

Po dziesięciu dniach podróży "Ulster Monarch" rzucił kotwicę na tej samej 
redzie, na której wybrał swoją "Chrobry"'wyruszająć na kampanię norweską. 
HONNY SOIT, QUI MAL Y PENSE 
JLJewiza angielskiego Orderu Podwiązki: "HONNY SOIT, QUI MAL Y PENSE" była już w 
naszych latach dziecięcych tematem rozmyślań i dociekań, gdy naśladując 
starszych bawiliśmy się w nadawanie orderów bohaterom konającym na palach bitew. 
Początkowo po zabawie w wojnę dekorowaliśmy bez zastanowienia się nad nazwą 
orderu tych, którzy w walce się wyróżnili. Były to ordery wycięte z tektury i 
pomalowane złotą farbą. Z biegiem czasu, dla urozmaicenia ceremonii nadawania 
orderu, ustaliliśmy rytuał, a potem nazwy i klasy orderów. Zmienialiśmy ich 
kształt i barwy. Naraz dowiedzieliśmy się, że ordery mają dewizy. Imponowały nam 
szczególnie te wymawiane po łacinie. Ordery: Smoka i Słonia - miały dewizy 
bardzo nam odpowiadające. Były to wspaniałe chwile, gdy na polu walki król lub 
cesarz przypinając order mówił: "PRZED NIM BLEDNIE LEW I MILKNIE TYGRYS" lub 
wymawiał tajemnicze słowa: "MAGNANIMI PRETIUM". Po polsku brzmiało to dla nas 
zbyt słabo: "Nagroda za męstwo". Najwięcej intrygował nas jednak Order 
Podwiązki. Był nam znacznie bliższy, jako rzecz codziennego użytku, ale jego 
dewiza była dla nas na razie niezrozumiała. 
Order Podwiązki wszedł w nasze życie, gdy rozwikłaliśmy jego tajemniczą dewizę: 
"NIECH SIĘ WSTYDZI, KTO O TYM ŹLE MYŚLI". Nadawaliśmy go wówczas, gdy 
bohaterstwo nie znalazło uznania u obu stron walczących. Dekoracja połączona 
była z wielkim trudem. Król lub cesarz wprowadzał na miejsce zwykłej podwiązki 
inną, podobnie jak i tamta zaopatrzoną w pętelkę do guzika i w tę zawiłą 
maszynkę do zapinania z przeciwnej strony niż pętelka. Wszystko to naturalnie 
było pozłocone. Zawsze jednak po takiej dekoracji Podwiązką zostawał u 
wszystkich w pamięci cień dwuznaczności, ponieważ sam order należał do części 
garderoby, o której przy gościach - a w szczególności jeśli to były osoby 
starsze - nie mówiło się. Wobec tego ustanowienie takiego orderu musiało 
nastąpić w baridzo nieprzyzwoitych, według nas, okolicznościach. Ponieważ 
dowiedzieliśmy się, że order ten od wieków był nadawany również i paniom - 
doszliśmy do wniosku, że zamieszana w to była ja'kaś pani i to na pewno taifca, 
co "ma 
nogi". Te "nogi" były dla nas nie niniejszą tajemnicą niż sam order, który nosi 
się przecież ukryty i to od pasa do kolana. Słysząc często powiedzenie 
starszych, że "ta ma nogi", a tamta pani - nic nie jest warta, bo: "nie ma nóg", 
jako ośmioletni mężczyźni w żaden sposób tej klasyfikacji pań nie mogliśmy 
zrozumieć. 
Otóż według nas takiej "pani z nogami" musiała kiedyś odpiąć się podwiązka 
podczas przejażdżki kornio w towarzystwie króla. Nie było innej damy dworu, 
która by mogła jej tę podwiązkę naciągnąć i zapiąć, co jak wiadomo jest 

background image

czynnością bardzo trudną, a dla siedzącej na koniu amazonki - niewykonalną. 
Bywają nawet pończochy, które "same" wyślizgują się z tego dziwnego zapięcia. 
Król wstydził się jechać dalej z panią, której opada pończocha. Zsiadł więc ze 
swego rumaka i własnoręcznie usiłował złapać podwiązkę, która uciekła, a potem 
ją zapiąć. Ale to się królowi zupełnie nie udawało, ponieważ królowie nigdy w 
życiu sami się nie ubierali. Króla ubiera zawsze wyszamerowany kamerdyner. 
Niekiedy nawet kilku. Król według nas nie miał pojęcia, w jaKi sposób przypina 
się podwiązkę do pończochy i w momencie gdy się nad tym głowił, musiała 
nadjechać na spotkanie króla kawalkada składająca się z księżniczek i książąt, 
którzy miimo woli stali się świadkami nieudolności króla. 
Król przekonany, że wiele osób z jego obecnej świty nie ma również pojęcia, jak 
się taką podwiązkę zapina, chcąc ratować swój honor, nadał wszystkim obecnym 
wstydliwie ukryty Order Podwiązki, wymawiając po francusku (by nie zrozumieli 
masztalerze, którzy akurat musieli nadjechać) tajemniczą dewizę, że nie należy 
śmiać się z tego, czego ktoś sam nie potrafi. W ten sposób zmusił dwór do 
milczenia. 
Gdy w zabawach naszych nadawanie orderu stało się już wiele razy faktem 
dokonanym, zaczęliśmy uważać jego dewizę za wyjście z sytuacji bez wyjścia. 
Dewiza ta przyszła mi na myśl, gdy usłyszałem kiedyś opowiadanie o 
niecodziennych wyczynach kolegów na statkach i gdy przeczytałam wyrok sędziów 
irlandzkiego miasta Cork w sprawie kapitana an-gielsMego brygu "Mary Russel". 
Kapitan tego brygu, idącego z Barbados do Irlandii, pod wpływem niepokojących 
snów rozpłatał siekierą głowy kilku niewinnych pasażerów i części załogi. 
Poranił harpunem starszego oficera i postrzelił marynarza, który dla uspokojenia 
kapitana pozwolił się przedtem związać. Sąd w irlandzkim mieście Cork w dniu 12 
sierpnia 1828 roku, w dwa miesiące po opisanych wypadkach wydał wyrok 
uniewinniający kapitana. 
W kilkanaście lat potem angielski bryg "Tory" był sceną podobnych wydarzeń. W 
drodze z Hongkongu do Londynu kapitan brygu pod wpływem "lifcworów" zabijał czas 
rąbaniem pałaszem swych oficerów, trzymając jednocześnie wymierzony w nich 
pistolet. Przykutych 
do masztu trzech marynarzy dla zabicia nudy od czasu do czasu rąbał również 
pałaszem. Starszy oficer w ucieczce przed szaleńcem skoczył za burtę. Drugiego 
oficera, który nie chciał naśladować kolegi, rozszalały kapitan rąbał szablą tak 
długo, aż ten z wycieńczenia padł na pdkład. Niezmordowany kapitan kazał go 
przywiązać w ten sposób, aby móc dla odmiany ciskać w niego pałaszem. Gdy i ta 
"rozrywka" znudziła się kapitanowi, kazał położyć drugiego oficera na pokładzie 
i, by uniemożliwić ewentualną ucieczkę, przygnieść go do pokładu ciężarami, spod 
których drugi oficer uwolnił jedynie swą duszę, pozostawiając pod nimi swe 
zwłoki. Zagniewany z powodu pozbawienia go tak miłej rozrywki kapitan zabrał się 
znów do marynarza - kazał go zakuć w dyby i za chwilę poćwiartował. Wszystikim 
tym wyczynom kapitana przyglądali się pasażerowie. Chcąc nieco urozmaicić 
zabawę, kapitan urządził pantominę buntu tnąc pałaszem i strzelając do załogi z 
pistoletów nabitych tylko prochem. Pantomina zakończyła się ciężkim poranieniem 
trzynastu marynarzy. Nawet po wejściu pilota kapitan w dalszym ciągu ćwiartówał 
jednego z marynarzy, którego przedstawił pilotowi jako zarzewie buntu. 
Ówczesny prefekt policji londyńskiej postawił kapitana przed sądem jako mordercę 
i sprawcę masakry niewinnych ludzi. Sąd przysięgłych wydał wyrok: "Winien i 
niepoczytalny". Wobec tego, że wyrok był niejasny i zbyt długi, przysięgli 
musieli wydać drugi krótszy. Brzmiał on tylko: "Niepoczytalny". W roku 1848 
kapitan brygu "Tory" został uniewinniony. 
W licznych powieściach angielskich spotyka się opisy wesołych spotkań 
towarzyskich, jakie miały miejsce na placach publicznej kaźni w okresie późnego 
średniowiecza, połączonych z pokazem mód i spożywaniem wykwintnych posiłków 
urozmaiconych widokiem na egzekucję. 
W czterdziestych latach dwudziestego wieku prasa angielska pełna była opisów 
niezwykłych okoliczności, w jakich piękna pani w jednym z miast angielskich 

background image

osiągnęła stan wdowi wiążąc swego małżonka i układając w wannie napełnionej 
wodą, by następnie za pomocą modelu małego żaglowca wyprawić go w podróż na 
tamten świat. Niedługo przed ogłoszeniem wyroku niezwykle piękna pani otrzymała 
wiele propozycji natychmiastowego zawarcia małżeństwa z amatorami podobnych 
"podróży morskich". Opowiadania tego typu stanowią specjalne, importowane serie 
"ciekawych" przygód morskich. 
Ale butelki z "likworem" przeniesione na polskie statki-handlowe również 
potrafiły dać podstawy do niezwykłych opowiadań morskich z napisem MADĘ IN 
POLAND, które - pomimo że w niczym nie przypominają opisanych zabaw na brygach 
"Mary Russel" lub "Tory" - należałoby na wszelki wypadek zakończyć dewizą Orderu 
Podwiązki: "HONNY SOIT, QUI MAL Y PENSE". 
Wydarzenie to miało miejsce w początkowym okresie rozwoju naszej floty 
handlowej, nielicznej, składającej się dopiero z kilku jednostek. Jednej z nich, 
idącej do Sztokholmu, "przeciął kurs" NOWY ROK. 
Powitanie było naturalnie owacyjne, oficjalne i nieoficjalne, w salonie i w 
kubrykach. Pamiętano na razie o tych, którzy natychmiast po spotkaniu Nowego 
Roku poszli na wachtę. Zapomniano jedynie, ale to zupełnie, o starszym marynarzu 
pełniącym służbę na starze. Prawdopodobnie dlatego, że kapitan stanowczo 
zabronił ryczenia syreną, bicia w dzwon i puszczania rakiet. 
Marynarz ten tyle tylko uczcił spotkanie, ile udało mu się wychylić idąc na 
zmianę poprzedniego sternika, na godzinę i dwadzieścia minut przeid Nowymi 
Rokiem. Na razie bez przekonania śledził czerń podziałek stopniowych, wahających 
się naprzeciwko kreski kursowej, goniąc jednocześnie wzrokiem światło rufowe 
idącego przed nimi statku. Poprzedni sternik zdał mu kurs z radą trzymania się 
światła. 
- Tamten idzie równo, tak samo jak i my - mówił. - Idź za niań. Ma ten sam kurs. 
Nowy sternik szybko oswoił się z sytuacją. Rzeczywiście było znacznie wygodniej 
trzymać się światła przed dziobem niż wpatrywać się w podzialkę stopniową róży, 
pnzy tym mógł jednocześnie widzieć nadchodzące inne statki. W dodatku szemrało 
mu trochę w głowie po tym spotkaniu. 
Przez parę godzin słychać było jeszcze na mostku odgłosy powitań Nowego Roku, 
potem już tylko rytmiczny szum maszyny. Nikt nie przychodził na mostek. Zmiana 
musiała przyjść akurat na Nowy Rok. Zapomniano. 
Zima tego roku była wyjątkowo ciepła. Zatoka Botnicka jeszcze wolna od lodów. 
Żegluga na niej dotychczas utrzymywała się bez ograniczeń i bez lodołatmaczy. 
Godziny służby na sterze zaczynały się dłużyć. Powieki stawały się ociężałe. 
Pilnował się już tylko światła rufowego idącego przed nim statku. Kurs przestał 
go interesować. Wydawało mu się, że wska-zówki zegara zupełnie się nie posuwają. 
Olbrzymi służbowy kożuch, chroniący przed zimnem, ugniatał barki. Przez jakiś 
czas przyglądał się z niepokojeni oficerowi służbowemu, który - fetowany jeszcze 
przez dobrych kolegów po przyjściu na zmianę - znieruchomiał teraz w swoim 
kożuchu na skrzyidle mostku. Potem zaczął myśleć o swej koi 'przylepionej do 
burty na dziobie na podobieństwo jaskółczego gniazda. To tak zwane pospolicie na 
statku "wyro" wydawało mu się w tej chwili najmilszym miejscem na świecie. Coraz 
bardziej zaczynała ogarniać go senność. 
"Chyba zaraz zasnę" - myślał z przerażeniem. - A może powiedzieć oficerowi, żeby 
go już zmienili na sterze? Nie. Nie zrobi tego. Najlepiej będzie, jeśli sam 
skoczy na dizdófo i obudzi zmianę. Ale co będzie, jeśli statek przez ten czas 
zejdzie z kursu i po powrocie na ster nie zobaczy już rufowego światła tamtego 
statku? Kursu nie pamiętał dokładnie. A zresztą jeśli nie przychodzą, to znaczy 
że nie mogą. Na pewno gorliwie spotykali Nowy Rok. O nie, nie zostawi steru i 
statku bez opieki. Powieki sarnie opadają. Kurs. Jaki to mógł być kurs? Na róży 
odróżniał już tylko czarne listki rumbów. Szczęśliwie, że dobra widzialność. Nic 
złego stać się nie może, dopóki idzie za tamtym. Z mijaniem też nie ma kłopotów, 
między nich żaden statek nie polezie. Można tak jeszcze sterować. Byle nie dać 
się ogarnąć senności. 

background image

Poczuł się naraz jedynym człowiekiem odpowiedzialnym w tej chwili za 
bezpieczeństwo statku. Wszyscy z pokładu śpią, on jeden czuwa. Nieraz klął ten 
statek, tyle razy chciał już z iniego schodzić a teraz poczuł ogromny przypływ 
uczucia dla iniego. Choćby miał .umrzeć z głodu i izimina, nie narazi swego 
statku ma niebezpieczeństwo. Poczuł się bohaterem chwili. Ech! Ludzie dokonywali 
większych bohaterstw niż jego stanie w ciągu trzech wacht na sterze i w gorszych 
sytuacjach wytrzymali 'znacznie więcej. Żeby nie zasnąć, zaczął nucić, potem 
śpiewać. Po prześpiewaniu kilku piosenek przypomniał sobie Wizję szt;ld-wacha. 
Była to najmodniejsza piosenka. Wziętość swą zawdzięczała żywej melodii. 
Śpiewała ją cała Poldka. Zaczął półgłosem: 
"To prawie tók jak ja w tej chwili" - pomyślał. Nabrał oddechu i dalej już 
śpiewał głośniej. 
W miarę śpiewania zaczął ogarniać go 'zapał bojowy. Nde cauł już na .barkach 
ciężkiego kożucha. 
Zamiast śpiewać dalej: "Ziemia aż .drży. Młody szyldwach więc oczy przeciera. 
Tak, on ich zna. To ułani spod Somosierra..." zaśpiewał słowa 'Usłyszane 
niedawno, według ukłaidu marynarzy z marynarki wojennej, którzy zazdroszcząc 
kawalerii ttak ładnej piosenki przekształcili ją na piosenkę morską: 
m   m                                                                                   
«•-»-- 
To brzmiało wspaniale. Był zachwycony sam sobą, ale że dalszych słów ipiosenlki 
morskiej nie znał, zostawił 'krążownik i 'wrócił do szwoleżerów. 
W myślach rąbał kano-nierów przy działach w wąwozie Somosierry i śpiewał dalej: 
MORITURI TE SALUTANT. MAJĄCY UMRZEĆ CIĘ POZDRAWIAJĄ. O, to było piękne. Teraz 
może stać jeszcze dwie doby bez zmiany. 
I naraz zupełnie jak w drugiej zwrotce piosenki: "Minęła noc i dzień rozproszył 
mroczny świt. Żołnierze wstają, słychać wkoło śmiech i gwar..." W tym wypadku 
nie było tu nic wesołego. Na mostek wszedł "stary", zwabiony .prawdopodobnie 
Wizją szyldwacha. 
- Co leży? - ryknął do nie spodiziewajaeego się tej wizyty śpiewaka. 
Zaskoczony sternik milczał chwilę, zanim się opamiętał i odczytał z róży kurs. 
Przy ikresce kursowej chwiał się czaimy listek rumbu north-east. 
- Nord czterdzieści pięć stopni ost, panie kapitanie - odpowiedział. 
- Co leży? - jeszcze głośniej powtórzył 'kapitan, jak gdyby -nie dosłyszał 
odpowiedzi sternika. 
Nie czekając na ponowną odpowiedź, rzucił sam okiem na kompas i naszył iku 
drzwiom nawigacyjnej. Za kapitanem podążył przerażony oficer wachtowy, który 
ożył na dźwięk głosu kapitana. Po kilku minutach cały statek był już na nogach. 
Na mostku 'znalazł się starszy oficer i "drugi". Kapitan wyszedł z nawigacyjnej 
i iznów podszedł do sternika. Jeszcze raz sprawdził ikurs na kompasie. 
- Jak długo leżysz na tym ibursie? - spytał sternika. 
Ten zdecydował się mówić prawdę, by nie wprowadzić w błąd kapitana, ale nie 
wiedział nic ponad to, że przez całą noc trzymał się rufowego światła idącego 
przed nim statku. 
- Prawdę mówiąc to nie wiem, panie (kapitanie - odpowiedział. - Stoję na sterze 
od -zeszłego roku i cały czas trzymam się rufowego śwdatła tego statku, ifctóry 
idizie przed nami od dnia wczorajszego... 
Kapitan puścił mimo uszu ten noworoczny dowcip, ale zanim sternik przystąpił do 
ściślejszych wyjaśnień, starszy oficer zameldował kapitanowi, że zidentyfikował 
światło latarni Dager-Ort, niknące prawie 2 prawej bunty za trawersem. Po chwili 
drugi oficer wziął namiary ze świateł dostrzeżonych latarń. Z otrzymanej 
(pozycji wynikało, że statek zbliża się do Helsinek, a zapisany w idziennifcu 
port przyjścia Sztokholm został daleko od statku na zachód. Za rufą. 

Podczas drugiej wojny światowej nie istniała prawie żadna większa operacja 
morska, w której (pływające skrawifci naszej Ojczyzny nie brałyby udziału. 

background image

Kończyła się właśnie operacja "TORCH" mająca za zadanie oczyszczenie z Niemców 
Afryki Pomocnej. Poza samymi operacjami, drugim najważniejszym zagadnieniem był 
dowóz amunicji i żywności. Statki, ifctóre skończyły wyładunek przy nabrzeżach 
afrykańskich portów, musiały natychmiast ustępować miejsca następnym, a same 
wychodziły z portu na redę, by nie stwarzać skupisk dogodnych do bombardowania. 
Stawały iż dala od portu, gotowe w każdej chwili wyruszyć po nowe zasoby. Do 
wybrzeży Afryki przychodziły w olbrzymich konwojach wypchane amunicją, wracały 
niekiedy samotnie, puste, pod balastami, izmuszone do samoobrony. Nic więc 
dziwnego, że kapitanowie naszych statków prześcigali się w zdobywaniu 
najlepszego uzbrojenia przeciwlotniczego. Nie przychodziło to łatwo. 
Na jednym z naszych statfców zakotwiczonych wówczas u wybrzeży Afryki wszystko 
już było gotowe do wyjścia w morze. Był to chyba jeden iż najsilniej uzbrojonych 
statków tego typu, jaki (kiedykolwiek istniał podczas tej wojny. Jego kapitan 
postanowił przetrwać wojnę w oparciu o własną przezorność. Bezpieczeństwo swego 
statku widział wyłącznie w samoobronie, a ta zależała od ducha bojowego załogi, 
ilości działek przeciwlotniczych i zapasów amunicji do 'nich. Kapitan z duimą i 
humorem pokazywał niewiarogodne wprost ich ilości "wypożyczone" od aliantów. 
Jeśli ktoś się ze starej załogi statku wykruszył, kapitan gorliwie poszukiwał na 
ich miejsce "szwoleżerów", uważając że ka-walerzyści owiani tradycją sławnych 
szarż najbardziej w tej chwili nadają się do samoobrony. Byli to ci, którym 
udało się wydostać z kraju. Statek z wolna przekształcał się w redutę wyposażoną 
we wszystkie rodzaje broni przeciwlotniczej, które można było na mkn 
zainstalować. Działami dowodzili oficerowie wyspecjalizowani w ich obsłudze. 
Każdy z oficerów starał się o osiągnięcie jak największej celności oraz 
wystrzelenia w jak najkrótszym czasie możliwie największej ilości pocisków. Nie 
było człowieka w załodze statku, który by nie umiał obsłużyć działa lub karabinu 
maszynowego. 
Statek ten płynął przeciwko prądowi. Na ogół wszystkie statki zużywają się i 
nasączą z 'biegiem czasu, ale nie ten. Pływająca reduta stawała się coraz 
nowsza, coraz bandzie j odmłodzona. Każda kolizja w konwoju, najmniejsza 
nieostrożność innego statku przy manewrowaniu podczas trudnych operacji, w 
których nie udało się uniknąć zderzenia, (kończyły się z zasady natychmiastową 
wymianą uszkodzonych części 'kadłuba. W wypadku Spotkania iż wrogiem mały nasz 
tramp podnosił szybko największą i najpiękniejszą banderę i zlał ogniem 
wszystkich dział rozstawionych na pokładzie od dziobu do rufy. Nie dopuszczał do 
siebie żadnego samolotu na odległość nośności 
swych oerlikonów, hoczkisów i kaemów, do tego wszystkiego okrywał się "aureolą 
Hohnana", która w postaci rwących się nad statkiem pocisków tworzyła tarczę z 
ognia. We władaniu tą bronią osiągnięto doskonałość. 
Idąc samotnie przez ocean statek ustawicznie zygzakował, by nie stać się łupem 
niespodziewanej torpedy, a na wynurzony okręt podwodny miał zawsze w pogotowiu 
całą siłę swego ognia. Sprawność załogi podtrzymywana była świeżymi zawsze 
zapasami żywności. Kapitan starał się do ostatniej chwili postoju zaopatrywać w 
świeże pieczywo, jarzyny i owoce. Nawet podczas postoju na kotwicy, jeśli to 
było możliwe, przywożono prowiant z lądu. Niemałą rolę w podtrzymywaniu 
sprawności załogi odgrywała również "działalność rozrywkowa". Zajmowały się nią 
małpy, psy i koty oraz nie wygasający nigdy dobry humor i dowcip kapitana. 
Był to ostatni dzień grudnia. Kapitan wrócił z lądu z rozkazem wyruszenia 
samotnie do Gibraltaru o godzinie dwudziestej drugiej. W porównaniu z 
Atlantykiem wybrzeże Północnej Afryki w tej chwili było zacisznym miejscem 
strzeżonym przez olbrzymie lotnictwo i flotę, skoncentrowane do operacji 
desantowych. W Atlantyku grasowały bezkarnie stada niemieckich okrętów 
podwodnych, nad Atlantykiem - bombowce o dalekim zasięgu. 
Przed wyruszeniem w "blacfcottt" przeznaczenia na Atlantyku należy wypocząć. 
Jeszcze tę jedną noc można będzie sobie pofolgować i nie wsłuchiwać się z 
palcami na spustach karabinów maszynowych ł dział w każdy szmer przypominający 
warkot nadlatującego samolotu. Można będzie nie zygzakować i nie szukać przez 

background image

lornetki dookoła całego horyzontu peryskopu zaczajonego okrętu podwodnego. 
Jeszcze przez jedną noc RELAX - coś w rodzaju polskiego - "spocznij". Dziś 
spotkanie NOWEGO ROKU. Gdzie statek będzie spotykał rok następny? Na razie można 
i należy dać przed podróżą przez Atlantyk odpocząć nerwom. 
Zostało jeszcze parę godzin do wyjścia w morze. Nowy Rok spotka się trochę 
wcześniej. Nie trzeba brać pilota, można od razu wyruszyć w morze. Statek jest 
właściwie w morzu, tylko że blisko brzegów. 
O godzinie dwudziestej drugiej maszyna gotowa. Rączka telegrafu maszynowego 
stanęła na "cała naprzód". 
Oddzwoniono maszyny - dla tradycji - bo jak w maszynie tak i na pokładzie po 
zdobytym doświadczeniu obowiązywało hasło "zawsze gotowi". Hasło, dzięki któremu 
statek zapisał na swym koncie zestrzelony bombowiec i kilka prawdopodobnie 
trafionych. Kapitan w ten sposób wyrównał swe rachunki za wypożyczone działa i 
amunicję oraz możność utrzymania statku w pełnej gotowości bojowej i wspaniałej 
kondycji. 
Wszyscy sprawiedliwie i po trochu spotykali Nowy Rok i pełnili służby, które z 
tej okazji zmieniały się dzisiaj po kilka razy w ciągu 
godziny. Szybko leciały wachty na spotkanie i po spotkaniu Nowego Roku. Chwilkę 
na mostku, chwilkę w mesie lub kubryku. W dzienniku okrętowym w odpowiednich 
rubrykach pisano: "CISZA". Barometr stał wysoko i bez zmian. 
O świcie lekki opar od strony lądu przykrył perłową zasłoną Afrykę. Na kursie 
widoczność utrzymywała się dobra. Nagle z perłowej mgły wysunęło się coś jasnego 
tuż przy wodzie i prędko pędziło do lewej burty statku. Znużone oczy starszego 
oficera nie mogły zidentyfikować pędzącego do burty kształtu. Już miał zamiar 
podać komendę na ster, by zmienić kurs unikiem, nie pozwolić wpakować w siebie 
torpedy przepuszczając ją tym manewrem obok, i nacisnąć jednocześnie rączkę 
sygnału alarmowego, nim zdążył jednak to uczynić, przedmiot znikł z jego pola 
widzenia i starszy oficer usłyszał głośne zza burty 
wołanie: 
- Monsieur! Monsieur! 
"Francuzi" - przemknęło przez myśl radosne spostrzeżenie. 
- Qu' est ce que vous voulez? Co sobie życzycie? - spytał podchodząc do burty. 
- Jak to, co sobie życzycie? - odezwał się zdumiony głos zza burty. - Jak co 
dzień, tak jak chcieliście, przywieźliśmy wam świeży prowiant. 
Starszy oficer poczuł wyraźnie, że robi mu się zimno, potem włosy 
z jeżyły mu się na głowie. 
,.Halucynacja" - pomyślał. 
Coś podobnego zdarzyło mu się po raz pierwszy w życiu. Jako starszy oficer 
pierwszy rozpoczął spotkanie Nowego Roku. Spotykał go potem najdłużej, bo wachtę 
pełnił od godziny czwartej rano. 
Odszedł szybko od burty i spytał sternika: 
- Widziałeś coś na wodzie? 
- Nic nie widziałem. Nie mogę dziś sobie dać rady z kompasem i ze sterem - 
odpowiedział zmęczonym głosem sternik. 
Starszy oficer podszedł znów do burty. Wychylił się. Wydało mu się, że widzi 
jednak wyraźnie kształt białej motorówki stojącej przy burcie statku. Przetarł 
zmęczone od bezsenności oczy. Motorówka nie znikała. Ludzie stojący w motorówce 
domagali się spuszczenia trapu. 
- Czego od nas chcecie? Po co wam trap? - spytał przerażony 
starszy oficer. 
- Mówiliśmy już. Przywieźliśmy wam prowiant, tak jak zamówiliście - 
odpowiedzieli ludzie z motorówki. 
- Dobrzy ludzie - błagającym głosem mówił starszy oficer - przecież wiem 
doskonale, że was tam nie ma na dole. Dajcie nam spokój. Wyszliśmy wczoraj 
wieczorem o godzinie dziesiątej. Idziemy już całą noc. Jakim sposobem możecie to 
być WY? Dajcie nam spokój. 

background image

- Monsieur - mówił wesoły głos z motorówki - bardzo możliwe, że wyszliście 
wczoraj wieczorem i idziecie już całą noc, ale zapomnieliście wybrać kotwicę. 
SĄD MORSKI 
Sędziemu Zdzislawowi Koszewskiemu Przewodniczącemu Odwoławczej Izby Morskiej w 
Gdyni 
Autor 
*'a Biblię przysięgał wysoki sierżant brytyjskiej policji, że mówić będzie 
prawdę i tylko prawdę w obliczu Najwyższego Sędziego sprawującego sądy w imieniu 
króla Anglii. 
Biała peruka i krwawa toga Najwyższego Sędziego, białe peruki i czarne togi 
adwokatów, zgiętych - podczas zabierania głosu - nisko, aż do podstaw tronu 
siedzącego na nim dostojnika, łączyły wypadki drugiej wojny światowej ze 
średniowieczem. 
Wysoki szpakowaty gentleman zajmował miejsce na ławie oskarżonych w olbrzymiej 
sali sądowej gmachu wymiaru sprawiedliwości w Liverpoolu. Sierżant policji jasno 
i dobitnie wyrażał swoją opinię o oskarżonym, który zezwolił na bigamię córki, 
natychmiast gdy tylko mąż jej zniknął w malajskiej dżungli w walce z 
Japończykami. 
- Oskarżony - mówił sierżant - znany jest jako człowiek nieposzlakowanej 
przeszłości. Jest dyrektorem fabryki zatrudniającej kilka tysięcy robotników w 
przemyśle wojennym. Wysiłek wojenny (war ejjorts - specyficzna ocena ludzi i 
zaikładów pracy w tym okresie) fabryki tylko dzięki niemu znalazł wielkie 
uznanie rządu jego królewskiej mości i zatrudnionych w fabryce ludzi. Jego czyny 
cechuje głęboka znajomość fachu, wykształcenie oraz siła woli. Oskarżony należy 
do .najwyższej klasy ludzi, o których zwykliśmy mówić: "top mań". 
Pod białą peruką postaci spowitej w purpurową togę ważyły się losy oskarżonego. 
Wyrok zależny był wyłącznie od zdania sędziego, od tego co on uzna za 
sprawiedliwe dla danej osoby w danych okolicznościach, za zgodne z dobrem kraju. 
Od wyroku nie było odwołania. 
Gdy wskazujący palec ręki wyłaniającej się z czerwonej draperii wymierzony 
został w bladego gentlemana, salę zaległa bezwzględna cisza. 
- Jeśli ty - padły z wysokości tronu słowa - obdarzony tak wielką siłą woli, 
obdarzony tak wielką sztuką rządzenia ludźmi, posiadający wykształcenie i 
nieskazitelną przeszłość, jak nas o tym wszystkim zapewnił sierżant, jeśli TY 
ŁAMIESZ PRAWO, to czego mogę wyma- 
gać JA od tych, którzy nie posiadają takiej siły woli, tej zdolności rządzenia 
ludźmi, jaką posiadasz ty? 
Przez cały czas przemówienia ten wymierzony w oskarżonego palec był symbolem 
piorunów bijących z nagromadzonych chmur doświadczeń zebranych przez stulecia. 
Pod wrażeniem ważkich, godzących w oskarżonego słów drżały mury sali, drżeli 
obecni w niej ludzie, drżał oskarżony, zamknięty na czworokątnej platformie 
ogrodzonej wysoką balustradą. 
I wreszcie ostatnie gromowładne słowa wyroku: 
- Cztery lata ciężkiego więzienia. 
Echo strasznych słów nie zdążyło się jeszcze odbić od wysokich sklepień sali, 
gdy platforma z oskarżonym zapadła się pod ziemię w teatralny sposób. Specjalna 
karetka natychmiast go przewiezie do miejsca kary. 
W tej samej sali miał za parę godzin urzędować zespół Polskiego Sądu Morskiego w 
Anglii, na sesji wyjazdowej do Liverpoolu, i właśnie obecnością na rozprawie 
sądu angielskiego skracaliśmy chwile oczekiwania. Sąd nasz składał się z 
zawodowego sędziego, prokuratora oraz dwóch ławników. Ławnicy byli wybierani 
przez związki oficerów oraz marynarzy i mianowani przez ministra sprawiedliwości 
rządu polskiego. Dla spraw "pokładowych" ławnikami byli oficerowie i marynarze 
pokładowi, dla "maszynowych" - odpowiedni zespół z "maszyny". Prócz tego był 
przewidziany obrońca. 
Wśród rozmaitych spraw rozpatrywanych przez Sąd Morski najwięcej było 
spowodowanych strachem przed wyjściem w morze, na którym nieprzyjacielskie 

background image

okręty podwodne przez długi czas topiły - jak chciały i gdzie chciały - 
bezbronne statki handlowe. 
Strach ten dyktował najrozmaitsze formy uchylania się od wyjścia w morze, 
najczęściej jednak jako usprawiedliwienie podawano zamroczenie "nieznanym 
'napojem" lub brak środków lokomocji zniszczonych bombardowaniem. Tak i podobnie 
zasłaniali się przeważnie ludzie nowi, którzy dopiero w czasie wojny zaciągnęli 
się na statki. Cel zawsze był ten sam: odwlec, o ile się tylko dało, wyjście w 
to tak mało im jeszcze znane, straszne morze i jeszcze straszniejszą wojnę na 
nim. 
Po przybyciu konwoju do portu pamiętali tylko sceny ginących statków, gdy 
olbrzymi słup ognia na bezkresach Atlantyku raz po raz dawał znać o początku 
końca setek ludzi ginących od torped. Widoczne w nocy na tle ognia czarne cienie 
ludzkie, rozpaczliwie szukające ratunku w lodowatej wodzie, z potworną siłą 
przemawiały do instynktu samozachowawczego nowych marynarzy, nie wdrożonych 
jeszcze dostatecznie w dyscyplinę okrętową. Patrząc na te sceny, wielu 
przysięgało sobie, że jeśli dane im będzie dotrzeć do najbliższego skrawka 
ziemi, żadna już siła nie zmusi ich do ponownego wejścia na statek idący w 
piekło ognia i wody. 
Parę dni postoju w neutralnym porcie, w normalnych warunkach życia, przywracało 
większości marynarzy naruszoną równowagą. Bar- 
dziej wrażliwym, których już sama woda napawała przerażeniem, trzeba było 
znacznie więcej czasu, by porzucić przyjęte wobec siebie zobowiązanie. Ale i 
tacy wracali dobrowolnie po kilku miesiącach, by znaleźć się przed Sądem Morskim 
na ławie oskarżonych pod zarzutem dezercji. 
Kiedy zostałem ławnikiem Sądu Morskiego, odświeżyłem sobie w pamięci prawo 
rzymskie studiowane przejściowo na uniwersytecie przed wstąpieniem do Szkoły 
Morskiej w Tczewie. Seminaria z prawa rzymskiego wydawały mi się zawsze pracą 
lekarzy w prosektorium, mówiących niemal stale po łacinie i z olbrzymiego ciała 
prawniczego wyłuskujących szkielet sformułowanych w Rzymie praw, urzekających 
swą logiką, która potrafiła przełamać granice czasu, okoliczności i miejsca. 
Uważałem, że ławnicy zostali powołani po to, by zadość uczynić rzymsikiej 
.zasadzie prawa: suum cuiąue - oddać- każdemu, co mu się należy, stanowiącej 
skróconą formę od iustitia est firma et perpetua voluntas ius suum cuiąue 
tribuendi - sprawiedliwość jest to mocna i stała wola oddawania każdemu, co mu 
się należy. Podczas rozpraw, ulegając słabości do prawa rzymskiego i nieodzownej 
przy nim łaciny, usiłowałem przenosić wyobraźnią każdą akcję na Forum Romanum, 
by 2 ust najwyższego urzędnika mającego pieczę nad prawem, zwanego praetor, 
usłyszeć "rzymski" sposób wnioskowania. 
Sędzia oraz prokurator Sądu Morskiego byli ubrani w średniowieczne togi i 
birety. Sędzia, z godłem państwowym w miejsce ryngrafu zawieszonym na ciężkim 
łańcuchu, odczytywał personalia i akt oskarżenia. Ławnicy, w bezbarwnych 
ubraniach dwudziestego wieku, zabierali się do suum cuique. 
Układałem w formę rzymską usłyszane informacje: 
quis? (kto?) - młodsey marynarz Nikodem Nienaski; 
quid? (co?) -inaraził statek na wyjście w morze z nie skompletowaną .załogą; 
ubi? (gdizie?) - w Nowym Jorku; 
ąuibus auxiliis? (przy czyjej 'pomocy?) -r- .przy pomocy rodaków zamieszkałych w 
Stanach Zjednoczonych; 
cur? (po co?) - by zadość uczynić instynktowi samozachowawczemu; 
quo modo? (jakim sposobem?) - przez niestawienie się na staitek w oznaczonym 
terminie; 
quando? (kiedy?) - o gadzinie siedemnastej dnia 13 marca 1941 roku; • 
cui bono? (na czyją korzyść?) W całości to brzmi: cui bono esi, vel fuit is 
auctor est - komu na tym zależy lub zależało, ten jest sprawcą. W tym wypadku 
wyłącznie oskarżonemu. 

background image

Na miejscu "bladego gentlemana" stał teraz młody chłopak, który walczył w kraju 
z Niemcami jako ochotnik i wydostał się z Polski przez Rumunię, by walczyć dalej 
z Niemcami we Francji. Na "Bato- 
rym" przybył do Anglii - znów walczyć z Niemcami, już jako młodszy marynarz na 
statku handlowym. 
- Wysoki Sądzie - nieudolnie tłumaczył swe postępowanie - gdy zobaczyłem 
palących się ludzi skaczących w nocy do morza, z którego nikt ich nie starał się 
nawet ratować, kiedy widziałem to kilka nocy z rzędu - przysiągłem sobie, że już 
nigdy, przenigdy nie będę marynarzem... Chcę się bić, ale nie chcę być 
bezbronny, żywcem palony, a potem - topić się... Dobrowolnie nie chciałem już 
więcej iść patrzeć na to samo, co zobaczyłem. Tylko kilka statków doszło do 
Ameryki z tego wielkiego konwoju, który wyruszył z Anglii. Po kilku miesiącach 
spotkałem się z kolegami. Bez przerwy pływali na tym samym statku w konwojach. 
Opowiadali, że nawet ratowali tych, których storpedowano w dzień... Wstyd mi się 
zrobiło, wróciłem na statek z powrotem. Ale, Wysoki Sądzie, boję się tak jak 
przedtem... 
Prokurator zażądał przepisowej kary, zgodnie z ustawą o dezercji. Sąd udał się 
na naradę. 
Dla sędziego przestępstwo było oczywiste, dla ławników - nie. Staraliśmy się 
przekonać go, że w takich wypadkach instynkt samozachowawczy bezkompromisowo 
rozprawia się z honorem, cnotą, męstwem i patriotyzmem. Cały szkielet moralny 
pryska "łamany kołem" bezwzględnej wojny na morzu. Pęka wreszcie kręgosłup 
moralny, rodzi się jedna jedyna tylko myśl, która staje się nakazem: nigdy 
więcej na morze, bez względu na wszelkie konsekwencje powziętej decyzji. 
Sędzia stał na stanowisku, że zaistniał bezsprzecznie wypadek złamania 
dyscypliny okrętowej, a więc musi być kara. Służba w marynarce handlowej jest 
służbą w wojsku. 
Ławnicy bronili swego punktu widzenia: chłopak wrócił po kilku miesiącach 
dobrowolnie. Mógł przecież pozostać na lądzie. Jak stwierdzili świadkowie, miał 
wszelkie ku temu bardzo dogodne warunki i dobrze płatną pracę. Niebezpieczeństwo 
wcale nie zmalało, wprost przeciwnie - wzrosło. Dobrowolnie zaciągnął się na 
statek... 
Sędzia zgadzał się z przytoczonymi argumentami, ale przestępstwo było dla niego 
oczywiste. 
Obrona nasza wydawała mi się słuszna i logiczna. Przestępstwo popełnione wskutek 
strachu paraliżującego wolę, przypomniało mi zapamiętane z seminariów prawa 
rzymskiego na uniwersytecie exceptio z cywilnego prawa rzymskiego, mówiące o 
odwołaniu się przysługującym oskarżonemu w pewnych wypadkach, na podstawie 
którego mógł on pozbawić oskarżyciela prawa wniesienia skargi. 
Brzmienie formuły tych odwołań przypomina receptę lekarską: exceptio quod metus 
causa - odwołanie, gdy postępek spowodowany był strachem. Prawo rzymskie 
przewiduje wypadek, gdy nie można karać za czyn dokonany pod wpływem obawy 
"spowodowanej taką groźbą, vis compulsiva, która by i odważnego człowieka 
zdołała wyprowadzić z równowagi". A my nie jesteśmy sądem wojennym w ścisłym 
tego słowa znaczeniu - usiłowałem tymi dowodami przekonać sędziego. 
Jeśli prawo rzymskie przed wiekami uznawało już takie wyjątki, to w naszych 
okolicznościach, dla dobra sprawy, jest to chyba również dopuszczalne. Gdy nam 
się wydawało, że sędzia uległ czarowi prawa rzymskiego, sędzia złożył votum 
separatum. Sąd wrócił na salę rozpraw, a sędzia ogłosił wyrok uniewinniający, 
szeroko komentując jego motywy. 
Po zakończeniu przemówienia sędziego ze strasznej platformy przeznaczonej dla 
oskarżonych i odgrodzonej od świata wyszedł na salę młody chłopak, który 
przełamał swój strach i wrócił na statek, wbrew uprzednio powziętemu 
postanowieniu: przetrwać wojnę nawet w więzieniu, byle nie na grozą ziejącym 
morzu. 

Następna sprawa: 

background image

quis? (kto?) -r- bosman statku "Kamienna" Jan-Kowalski i kucharz okrętowy tego 
samego statku Franciszek Ptaszyński; 
quid? (co?) - linię żeglugową narazili na stratę materialną oraz pozostawili 
załogę na środku oceanu bez świeżego prowiantu; 
ubi? (gdzie?) - Ocean Atlantycki, szerokość południowa ll°13'f długość zachodnia 
17°'31'; 
ąuibus auxiliis? (przy czyjej pomocy?) - bosman przy pomocy czarnej małpy 
brazylijskiej, kucharz okrętowy przy pomocy zielonej małpy afrykańskiej; 
cur? (po co?) - na to pytanie odpowiedź mogły dać tylko... małpy; 
quo modo? (jakim sposobem?) - pnzez otwarcie przez jedmą z małp drzwiczek 
wszystkich .klatek z kaczkami, znajdujących się na pokładzie rufowym statku 
"Kamienna"; 
gtwmdo? (kiedy)? - o godzinie siódmej rano 7 lipca 1942 roku; 
cui bono? (na czyją korzyść?) - na korzyść 'którejś z małp dla zaspokojenia jej 
fantazji. 
Mniejszym statkom naszej floty handlowej groziły na północnym Atlantyku nie 
tylko torpedy, lecz i sztormy. Wobec czego przeniesiono niektóre z nich na 
spokojniejszy pod względem stanu morza szlak południowoamerykański. Statki te, 
budowane wyłącznie na krótkie rejsy po Bałtyku lub Morzu Północnym, znalazły się 
naraz na długiej trasie dużych jednostek przystosowanych do podróży w pasie 
podzwrotnikowym i do trawersaty oceanu. 
Małe statki - nie zaopatrzone w odpowiednie chłodnie - radziły sobie, jak 
umiały. Zabierały żywy prowiant. Zazwyczaj stanowiły go najbardziej odporne na 
warunki klimatyczne kaczki, które czasem docierały na pokładzie nawet do 
Brazylii, podczas gdy inne ptactwo ginęło szybko. Zmorą na tych statkach nie był 
jednak prowiant, lecz "czarne myśli" o rajderach i torpedach. Prędkość tych 
statków była 
"nijaka" - mniejsza od dziesięciu węzłów. Wlokły się niekiedy same przez ocean, 
a umysły załóg przepełnione były strasznymi myślami, na które jedynym lekarstwem 
okazywały się nie działa ustawione na rufach, lecz... małpy. 
Cała załoga bez wyjątku prześcigała się w dogadzaniu ganiającym po statku 
małpom, przez wdzięczność za możność oderwania myśli od rzeczywistości dzięki 
szaleństwom, jakie wyprawiały czworonogi. 
Małpom wolno było robić na statku dosłownie wszystko. Dni załogi wypełnione były 
opowiadaniami o tym, co która małpa zrobiła, która z nich jest bardziej zabawna, 
a która najmądrzejsza. Wolny czas pod tropikalnym słońcem spędzali na pokładzie 
obserwując zachowanie się małp. 
Nowa sprawa nie była skomplikowana, nawet przeniesiona moją wyobraźnią na Forum 
Romanum, i z łatwością dała się odszukać w pra_ wie dwunastu tablic sprzed 
dwudziestu czterech wieków, których tekst za Cycerona każdy chłopak rzymski 
umiał cytować na pamięć. Była to po prostu szkoda spowodowana bez winy 
właściciela przez jego zwierzęta czworonożne w siposób nieoczekiwany contra 
naturom - wbrew normalnemu porządkowi. Czynność powodująca zubożenie - actto de 
pauperie. W tym wypadiku poszkodowany mógł otrzymać zwierzę, które szkodę 
wyrządziło. Szkoda jednak znacznie przewyższała wartość małp. Nie ulegało 
wątpliwości, że poszkodowany musi otrzymać zapłatę odpowiadającą wartości 
wypuszczonych kaczek. 
Ale oskarżeni, bosman i 'kucharz, amienili całkowicie przewidywane przez prawo 
idwumastu tablic postępowanie. 
- Wysoki Sądzie! - tłumaczył bosman. - Moja małpa nigdy by czegoś podobnego nie 
zrobiła i nie zrobi. Każdy na statku wie, proszę Wysokiego Sądu, że małpa 
foucharza jest głupia i sam kucharz, otwarcie mówiąc... - W tym miejscu swego 
(przemówienia .bosman przeszedł do wyrażenia swych życzeń w stosunku do 
'kucharza i jego małpy, z powodu której - jak się wyraził - ipo raiz pierwszy w 
życiu emalazł się w saldzie na ławie oskarżonych. 
Sędzia był zmuszony zwrócić bosmanowi uwagę na niewłaściwość używanych słów i 
zwrotów. 

background image

Życzenia bosmana ipod adresem kucharza również 'były przewidziane na dwunastu 
tablicach jako malum carmen incantare - złe zaklęcia i czarowanie w celu 
sprowadzenia czyjejś choroby lub śmierci. W tym wypadku nie było żadnych 
wątpliwości, że bosman życzył tego wszystkiego (kucharzowi i jego izielomej 
afrykańskiej małpie. 
Po zwróconej przez sędziego uwadze bosman znów przeszedł do wychwalania swej 
małpy, która rozumem swym miała jakoby znacznie przewyższać kucharza, "co może 
potwierdzić cała załoga, proszę Wysokiego Sądu, (która przyszła ze mną na 
rozprawę". 
Istotnie cała załoga, z wyjątkiem pełniących w tym Idniu służbę na statku, 
siedziała na sali sądowej, ponieważ statek tstał w Liverpoolu. 
Pytaniem sędziego, czy jego - bosmana - czarna małpa nigdy nie chodziła na ruf ę 
do klatek iż kaczkami, bosman poczuł się do żywego dotknięty. 
- Proszę Wysokiego Sądu, jakże to możliwe, czy znalazłby się chociaż jeden taki 
człowiek na pokładzie, 'który by zabronił małpom chodzić, gdzie im się podoba? 
Nie, -proszę Wys6kiego Sąidu, takiego człowieka szczęśliwie ;na naszym statku 
nie ma. - Jednakże nadal utrzymywał, że jego małpa jest świadoma swych czynów: - 
Ona wie, sproszę Wysokiego Sądu, lepiej od kucharza, co \nalezy robić i lepiej 
by od niego nawet gotowała. Nawet małpa kucharza, proszę Wysoikiego Sądu, jest 
od niego mądrzejsza i wie, co robi. Ale jego małpa, proszę Wysokiego Sądu, jest 
głupsza od mojej i dlatego wypuściła kaczki. Widziała, jak kucharz je stamtąd 
brał. A kucharz ją zawsze ze sobą zabierał, gdy chodził po żywy prowiant na 
(rufę. Małpa, proszę Wysokiego Sądu, jego małpa na swoje żywe oczy widziała, jak 
otwiera iklatki i wybiera stamtąd żywe kaczki i zabiera ze sobą. JA, proszę 
Wysokiego Sądu, nie mogę nazwać takiego człowieka nawet kucharzem. On sam 
nauczył ją wypuszczać kaczki i jego_ zielona małpa robiła tylko to, co on zawsze 
przy niej robił. Ona, 'proszę Wysokiego Sądu, wiedziała, co robi i ikaczlki 
wypuściła ona. 
Gdy bosman usiadł po zakończeniu swoich wyjaśnień, sędzia wezwał kuchanza. 
Czerwony, rozgniewany kucharz rozpoczął przemówienie od życzeń (pod adresem 
bosmana i jego czarnej małpy. 
- Wysoki Sadzie, do czego doszło, mnie na starość ciągać się po sądach, do czego 
mnie doprowadził ten... i jego ta czarna... 
Następne zdania wypowiedziane przez kucharza nosiły już wszyst-kie cechy malum 
carmen incantare i sędzia był zmuszony zwrócić 'mu ostrą uwagę. Kucharz ten 
nigdy kucharzem nie był. Pociągnięty został do tego zawodu wysokimi płacami, 
jakie w Anglii dostawali kucharze na ląidzie. Postanowił nauczyć się 
kucharskiego fachu na żywych organizmach załogi, by potem przejść ina dobrze 
płatną posadę na ląidzie, zwalniając się z floty z powodu wieku. 
Po zwróconej przez sędziego uwadze kucharz zmitygował się d przestał używać 
niecenzuralnych słów i niewątpliwie zgubnych dla bosmana i jego małpy życzeń. 
- O - mówił - Wysoki Sądzie, jego czarna małpa jest mądrzejsza od niego; żeby 
klatkę otworzyć, trzeba wiedzieć jak i na to trzeba być bardzo mądrym. Tylko 
jego małpa mogła coś podobnego zrobić. Moja małpa jest głupia, głupsza od jego 
małpy. Gdzie proszę ja, Wysokiego Sądu, mogę porównać mądrość jego małpy do 
mojej. Niech on tylko sam powie, gdzie jego małpa zawsze siedziała przez całą 
podróż. .Zawsze przy klatkach, zawsze łapę wsadzała między kaczki i tak nią 
kaczki mieszała, że ich krzyk słychać było na całym sta/tiku. Lubiła je, Wysoki 
Sądzie, straszyć. Gorsze jeszcze wyprawiała hece, mam świadków, proszę Wysokiego 
Sądu, dwóch palaczy i chłopca z kuchni, 
przed którymi czarna (małpa bosmana chwaliła się i pokazywała wyrwane pióra... 
Wysoki Sądzie, wszyscy na naszym statku wiedzą, że ibosman mnie mię lubi. 
Złośliwości tej do minie nauczył swoją czarną... Ona, Wysoki Sądzie, żeby jemu 
'zrobić przyjemność, na złość mnie wypuściła wszystkie kaczki. Złośliwości tej 
nauczyła się od bosmana. Ona, proszę Wysokiego Sądu, dobrze, bardzo dobrze 
wiedziała, co robi. 

background image

Po wypowiedzi kucharza z jeszcze większym zapałem zacząłem szukać w myśli 
odpowiednich formuł, które można by dopasować do nowo 'powstałej sytuacji, 
wskutek przerzucenia całej odpowiedzialności na świadomą i rozmyślną akcję małp, 
jak gdyby to były pełnoprawne osoby. 
Bez trudu dało się to podciągnąć pod znane ongiś w Rzymie prawo zwane Lex 
Aąuilla. Był to w dodatku bardzo szczególny jego wypadek, gdzie nie zachodziło 
uszkodzenie, lecz pozbawienie właściciela rzeczy w ten isposób, że faktycznie 
równało się zniszczeniu. Otworzenie klatek z ptakami i spowodowanie ich 
ucieczki, a w konsekwencji straty, było klasycznym przykładem takiego wypadku. 
Zachodziło zawinione działanie - culpa in faciendo, co dawało poszkodowanemu 
.prawo otrzymania pełnej wartości, jaką posiadały zniszczone przedmioty - ąuanti 
ea res fuit. 
Wszyscy wezwani świadkowie, praktycznie cała załoga, twierdzili, że obie małpy 
najlepiej lubiły bawić się na rufie. Obie starały się wyrwać kaczkom po parę 
piórek, nie czyniąc im żadnej krzywdy, tylko wywołując głośny krzyk kaczek, co 
właśnie małpom najwięcej się podobało. 
Większość wypowiadała się, że przez głupotę wypuściła kaczki zielona małpa 
kucharza. Broniono natomiast czarnej małpy bosmana, jako ibardzo mądrej, która 
zawsze wie, co robi. 
Obaj właściciele nadal zaprzeczali gorąco, twierdząc z uporem, że to nie jego, 
lecz przeciwnika małpa świadomie wypuściła kaczki. 
Rozprawa stawała się coraz bardziej ożywiona, nawet wesoła. Brakowało tylko na 
sali dwóch głównych osób - zielonej i czarnej małpy. 
Słuchając żarliwych wypowiedzi właścicieli małp, snułem dalej swe "seminaryjne" 
refleksje. 
Prawo rzymskie, przy zastosowaniu Lex Aąuilla, przewidywało, że w wypadku 
nieprzyznania się oskarżonego, należy .zarządzić podwójne odszkodowanie: lis 
injitiando crescit in duplum - przy wypieraniu się podwojona zostaje wartość 
przedmiotu sporu. Na dodatek, ojcowski sposób wyrażania się bosmana i kucharza o 
małpach podciągał w mej wyobraźni każdego z nich pod odpowiedzialność rzymskiego 
pater familias - ojca rodziny, za czyny jego dzieci. Cały ten "rzymski proces" 
miał naturalnie miejsce wyłącznie w mej wyobraźni. 
Wyraźnie ubawiony prokurator (pierwszy raz w życiu 'miałem moż-,ność widizieć 
ubawionego prokuratora), by przekonać oskarżonych, stanął na stanowisku naszego 
wiejskiego prawa zwyczajowego "zajęcia 
w szkodzie" - w tym wypadku obu maJ(p. Sędzia osłabł i nie miał siły już więcej 
wdawać się w dociekanie, która małpa rzeczywiście wypuściła kacaki na ocean. 
Obaj obrońcy, (zasugerowani wypowiedziami załogi, również przejęli się rolą 
wybielania czarnej i zielonej małpy i pomimo swych najszczerszych chęci one 
mogli znaleźć naocznego świadka momentu wypuszczenia kaczek z klaitek. Wyrok 
skazywał bosmana i kucharza na zapłacenie wspólnie takiej kwoty, która 
równoważyłaby wartość kaczek w chwili zakupu. Była to kwota wysoka, nawet jak na 
ówczesne uposażenie załogi. 
Wyrok ten zakończył od kilkunastu miesięcy ciągnącą się wojnę zielonej i czarnej 
małpy. Po roaprawie obie strony się pogodziły. Załoga "Kamiennej" postanowiła 
solidarnie zapłacić wraz z oskarżonymi całą zasądzoną 'kwotę. Innymi słowy - 
załoga, poczuwając się do współ-winy, zapłaciła 'za kaczki, które były zakupione 
dla niej i 'których nie zjadła, tylko ,^dzięki" rozpuszczonym pnzez nią -małpom. 
Małpy nie .tylko nic ze swej sympatii u załogi nie straciły, lecz stały się 
przez tę rozprawę dla niej droższe. 
Analizując w (duchu prawa rzymskiego całą-sprawę, doszedłem do przekonania, że 
"winni" (dobrowolnie zapłacili karę zgodnie z Lex Aąuilla, i to w tym 
szczególnym wytpaidku, -gdy oskarżony nie przyznaje się do winy, płacąc podwójne 
odszkodowanie z tytułu lis infi-tiando crescit in duplum. 
MA W KAŻDYM PORCIE NARZECZONĄ 
JL ytuł tego opowiadania jest fragmentem jednej ze zwrotek piosenki wykołysanej 
na pierwszej .kolebce nawigatorów" oficjalnie noszącej nazwę żaglowca szkolnego 

background image

"Lwów". Życie maisze na "Lwowie" nie różniło się niczym od tego, które było 
udziałem wszystkich marynarzy na dużych żaglowcach rejowych w dziewiętnastym 
wieku. Na straży tej tradycji w postaci surowej dyscypliny oraz hartu ducha i 
ciała stało nie uznające kompromisów morze. Wielki rejowiec pożerał pracę 
nielicznej stosunkowo załogi i nigdy nie był jej syty. Utrzymanie w należytym 
stanie oraz konserwacja żaglowca i jego takielun-ku wymagały bezustannej pracy 
od wschodu do zachodu słońca. Do pracy dochodziła jeszcze nauka. Ten surowy 
prymityw bytowania w ciągłej pracy wynagradzany był możnością poznania i 
izrozumienia morza. 
Chcąc wzbudzić zazdrość kolegów na lądzie, przedstawialiśmy im radości swego 
zawodu w sposób najbardziej odpowiadający lądowym wyobrażeniom o wartościach 
życia na morzu. Właśnie tak jak w żartobliwej piosence powstałej na "Lwowie": 
Morowa marynarska wiara, Szczęsny jej życia los. Nie to co lądu armia szara, 
Która ma pusty trzos. 
Marynarz w dzień się bawi, 
W hamaku w nocy śpi. 
Czy to na Bałtyku, czy na Atlantyku 
Ze swego losu drwi. 
Na spacer jedzie do New Yorku, Zobaczy ziemi szmat. Dolarów pełno ma w swym 
worku, Jego jest cały świat. 
Przez wiele lat napawało nas dumą, że nasza piosenka była stale śpiewana .^od 
śnieżnych Karpat szczytu do spienionych fal Bałtyku". 
Tak długo, aż wyrosła Gdynia, urodziły się kompanie okrętowe posiadające duże, 
nowoczesne statki. Nagle ostatnia zwrotka piosenki: 
MA W KAŻDYM PORCIE NARZECZONĄ, 
Używa sobie fest, 
Niejedna chciała być mu żoną, 
Lecz on nie frajer jest. 
zaczęła wywoływać niezadowolenie wśród wielu, wielu pań w Gdyni. Zjednoczone 
oburzeniem postanowiły wysłać petycją do odpowiednich władz, by zabronić 
śpiewania 'tej amoralnej zwrotki. Druga wojna światowa pozostawiła petycję ibez 
odpowiedzi. Wytworzona wokół piosenki "burza" zwróciła naszą uwagę na owe 
"narzeczone", które zaczęliśmy kolekcjonować w opowiadaniach. Ta mówiona 
kolekcja, na-,zwana MADAME BUTTERFLY od Motyla Fuccdniego, miała w sobie 
rzeczywiście coś ze zbioru motyli. 
Wybrane poniżej opowiadania nie stanowią wyjątków. Jedynie okoliczności, w 
których je zebrano, wydawać się mogą niecodzienne, a przez to być może - godne 
uwagi. 
Ten, który historię niniejszą opowiedział, był uczniem polskiej Szkoły Morskiej 
w Southampton. Wówczas nazywano nas jeszcze Natchnieniem Narodów. Lotników i 
marynarzy polskich noszono w Anglii na rękach. Był to okres najcięższy dla 
Wielkiej Brytanii. Niemcy topili •bezkarnie setiki statków i bombardowali 
Samotną Wyspę dzień w dzień. 
Z powodu bombardowania Uczeń musiał długo czekać na połączenie do Southampton na 
jednej z mniejszych stacji kolejowych. Siedział właśnie w poczekalni przy 
stoliku, gdy przysiadł się do niego szpakowaty gentleman. Po godzinnej rozmowie 
nieznajomy zaproponował mu, by - zamiast nudzić isię na dworcu lub w przygodnym 
hotelu - zechciał spędzić czas u niego w doimu. Typi bardziej że, jak zrozumiał, 
Polak miał jeszcze do końca urlopu dwie doby w zapasie. 
Młody nawigator zesztywniał nieco, gdy samochód gościnnego gentlemana zatrzymał 
się przed starym, średniowiecznym zamkiem. Za chwilę znalazł się w nowoczesnym 
lulksusie starych zamkowych komnat. Podziwiał olbrzymie, marmurem wykładane 
kominki z kutymi w mich herbami właścicieli, biblioteki, galerie obrazów, 
myśliwskie trofea - wszystko jak na dobrym filmie. 
Sprawił gospodarzowi lekki zawód, gdy odmówił wypicia jakiegokolwiek 
mocniejszego trunku, godząc się wreszcie na kieliszek wina obojętnej mu marki. 
Przepraszał gospodarza za sprawiony kłopot i oświadczył, że bawi go bardzo 

background image

atmosfera starego zamczyska, ponieważ po raz pierwszy jest w tak niezwykłym 
otoczeniu. 
Kolację zjedli w olbrzymim hallu wykładanym czarnym dębem, 
0 rzeźbionej powale i ścianach. Stary lokaj, jak w powieści, bezszelestnie 
zmieniał nakrycia. Nikogo poza gospodarzem i lokajem w zamku nie widział. 
Dochodziła godzina jedenasta wieczór, ,gdy lokaj niosąc walizeczkę gościa 
zaprowadził go do sypialni. Po kąpieli Uczeń ułożył się w ogromnym łożu. 
Usłyszał jeszcze bicie starego zegara, a potem wygrywane kuranty. "Straszny 
Dwór" - pomyślał zasypiając... 
Obudził go nagle jasny snop światła padający na oczy. Usłyszał dźwięk wybijanej 
przez zegar godziny dwunastej. Światło padało z otwartych drzwi sąsiedniego 
pokoju. Podniósł się z lekka, opierając się na łokciu. W otwartych drzwiach 
stała kobieca postać ubrana jak do ślubu. Zegar wygrywał kuranty. 
"Śni mi się, czy zabłądziła?" - pomyślał. 
W tej chwili postać zaczęła się ku niemu przybliżać. Stanęła przy łożu w ten 
sposób, że mógł w smudze światła podziwiać piękną twarz 
1 smukłą postać. Brzoskwiniowa cera, duże szare oczy, regularne rysy, wysmukła 
szyja otoczona naszyjnikiem z pereł. Na głowie mdała welon. 
Widząc, że jej się przygląda badawczo, spytała, czy mu się podoba? Był tak 
zachwycony, że przytaknął skwapliwie. Gdy spytała go z kolei, czy zechciałby 
wyratować ją z mąk tamtego świata - również przytaknął odważnie. Wówczas zadała 
trzecie pytanie: czy zechciałby ją natychmiast poślubić, pod warunkiem że nigdy 
potem nie będzie starał się jej szukać ani dowiadywać się kim jest lub kim była? 
Zgodził się uczynić dla niej wszystko. 
Duchów się nie bał. Wydawała się mu aniołem, który zstąpił na ziemię. 
Powiedziała, że w takim razie będzie na niego czekała w sąsiednim pokoju. 
Ubrał się szybko i za chwilę wsunął się do sąsiedniej komnaty. Światło było 
przyćmione. Stała na środku sali. Podszedł do niej i podał jej ramię. Przyjęła 
je prowadząc go przez mroczne korytarze. 
Zdumiał się, gdy weszli do olbrzymiej kaplicy. W blasku złotych płomieni świec 
ujrzał kapłana oraz kilka postaci w nigdy nie widzianych strojach. 
Bez namysłu odpowiedział twierdząco na pytanie, czy chce mieć za żonę owego 
anioła w kobiecej postaci. Ona z kolei chciała mieć polskiego marynarza za męża. 
Pokazał swe dokumenty. Potem wspaniałym gęsim piórem obecni złożyli swe podpisy 
na aktach ślubnych. Świadkowie rozpłynęli się wśród ruchomych cieni rzucanych 
przez rozchyibotane płomienie świec. 
Żona wzięła go pod rękę i wolno skierowali się ku wyjściu z kaplicy. Tą samą 
drogą wrócili do sypialni. 
Gdy stali już we drzwiach, szepnęła mu, że za to co dla niej uczynił -darowuje 
mu swój naszyjnik. Mówiąc to, odpięła zameczek i ułożyła mu na ręce zwoje pereł. 
Zanim zdążył ooś odpowiedzieć, znikła w jednych z wdelu otwarlyfetf drzwi. 
Został sam, z perłami w ręku. Wsunął perły pod poduszkę, przebrał się w pidżamę 
i wyciągnął na łożu. Wszystko wydawało mu się wytworem bujnej wyobraźni, 
podnieconej nastrojem średniowiecznego zaimku i biciem zegara z 'kurantami. Nie 
wierząc już sobie, wsunął rękę pod poduszkę. Zimne perły leżały na miejscu... 
Gdy się obudził, było już jasno na dworze. Po niebie sunęły szybko ciemne, 
niskie chmury. Przypomniał mu się sen. Wsunął rękę pod poduszkę i wyciągnął zwój 
wspaniałych pereł. Długo się im przyglądał, wreszcie zdecydował, że jest 
posiadaczem fortuny. 
Schował perły znów pod poduszkę i zaczął się ubierać. Gdy nakładał już mundur, 
zapukano do drzwi. Wszedł lokaj prosząc na śniadanie. Nie chciał pnzy lokaju 
wyjmować pereł, więc wychodząc ze starym sługą do jadalni zostawił je tam, gdzie 
były. 
W halki czekał już na niego gospodarz. Przy śniadaniu gość opowiedział wszystko, 
co mu się w nocy przydarzyło. Wspomniał również o perłach, bojąc się, by nie 
zostać posądzonym o ich nielegalne przywłaszczenie. 

background image

Po śniadaniu gospodarz zaprosił go do obejrzenia galerii obrazów rodzinnych. 
Szli długdm korytarzem zatrzymując się przy portretach. Gospodarz wymieniał przy 
każdym nazwisko mistrza, który go malował. 
Naraz na jednym z obrazów gość ujrzał swoją żonę, w tej samej ślubnej sukni, 
którą oglądał w nocy oraz ze sznurem pereł na szyi. 
- Czy to ta? - spytał gospodarz. 
Gdy gość przytaknął, właściciel zamku opowiedział, że jest to portret jednej z 
sióstr jego praipradziada. W chwili gdy wszystko było przygotowane do jej ślubu, 
nadeszła wiadomość, iż w drodze do zamku konie poniosły, kareta została 
roztrzaskana, a narzeczony zginął. Panna młoda nie uwierzyła w to, co jej 
powiedziano; czekając na narzeczonego zmarła z głodu i wycieńczenia. Była tak 
piękna, że ją zabalsamowano. Jeśliby gość miał ochotę ją zobaczyć... 
Zeszli do tej samej kaplicy zamkowej, w której nocą odbył się ślub. W jednej z 
nisz stał stary lokaj i na skinienie właściciela zamku uchylił wieko trumny. 
Gość zobaczył postać młodej, pięknej kobiety. Wydawało mu się, że śpi. Mała 
brzoskwiniową cerę, a na wysmukłej szyi - perły. 
- Perły są na miejscu! - zauważył gospodarz. Lokaj zamknął trumnę. 
Wrócili do hallu. Trzeba było spakować jeszcze rzeczy zostawione w sypialni i 
przygotować się do drogi. 
W sypialni zastał wszystko tak, jak pozostawił. Łóżko było nie zasłane. Sięgnął 
pod poduszkę. Pereł nie było... 
Właściciel zaimku odwiózł go na dworzec. Młody marynarz nie miał nawet możności 
dowiedzieć się, jaką nazwę nosi zamek jego żony. Siwy gentleman towarzyszył mu 
aż do wagonu i głośno życząc szczęścia pomachał ręką w chwili, gdy pociąg 
ruszał. 
Nigdy więcej się nie spotkali. Właściciel zamku wrócił do swojej rezydencji, 
jego gość został na zawsze w morzu, na jednym z wdelu storpedowanych statków... 
W jednym z miast portowych spotkałem stewardesę, z którą kilka lait pływałem na 
jednym statku. Rozczuliła się spotkaniem i zaprosiła do siebie, by pokazać swą 
córeczkę. Tyle wspomnień z tamtych dobrych czasów. Tyle lat... 
Opowiedziała wszystko, co się jej w życiu przydarzyło. Miała narzeczonego. 
Zamierzała zejść ze Statku, wyjść za mąż i osiedlić się na stałe w głębi kraju. 
Wybuchła wojna. Wraz ze statkiem znalazła się w Anglii. Narzeczony zginął. 
Rozpacz wiodła ją na most wysoko rozpięty nad rzeką. Nie widziała przed sobą 
innej drogi - spodziewała się zostać matką. Sama wśród obcych... 
- I wtedy spotkałam Felka. Pan pamięta, tego co tak pił i co go zawsze po raz 
ostatni na statek mustrowali. Jak go zobaczyłam, całe moje nieszczęście jeszcze 
mi się bardziej przypomniało. Nie mogłam (powstrzymać się od płaczu. 
Felek, jak zawsze wesoły, zaczął wypytywać, dlaczego płaczę. Nie wytrzymałam i 
powiedziałam mu, że idę skoczyć z mostu do rzeki i że on jest ostatni, który 
przypomniał mi Polskę i dlatego płaczę. 
Złapał mnie za rękę i poprosił, żebym z nim poszła i spokojnie opowiedziała, co 
mi jest. Zaprowadził mnie do jakiegoś baru. Opowiedziałam mu wszystko. 
Na to Felek oświadczył, żebym się niczym nie martwiła. I że się cieszy, bo 
wreszcie może się komuś na coś przydać, ale pod warunkiem że niczego od niego 
nie będę żądała. Ani wierności, ani posłuszeństwa - żadnych obowiązków pod żadmą 
postacią. 
Gdy mu powiedziałam, iż nie rozumiem, o czym mówi, wytłumaczył, że zwyczajnie - 
weźmiemy ślub. Pieniędzy nie posiada, bo wszystko przepił, ale pływa, to wstydu 
nie będę miała, że nie ma męża w domu... 
Felek, ten pijak! Zaczęłam strasznie płakać. Ale zrobiło mi się lekko na duszy. 
Słowa nie mogłam wymówić. Świat mi się od tej chwili odmienił. Uwierzyłam, że są 
dobrzy ludzie na świecie... 
Felek śpieszył się bardzo, bo mieli w tym porcie stać niedługo. Wzięliśmy ślub. 
Więcej go nie widziałam. Wyszli tego samego dnia w morze. Zapisał mi połowę 
swojej pensji. A teraz pobieram rentę wdowią... 

background image

W okresie tym byłem oficerem nawigacyjnym na angielskim statku dbsługującyni 
osiedla leżące nald Amazonką oraz porty na północno-wschodnim wybrzeżu Ameryki 
Południowej. 
Załogę pokładową i maszynową stanowili Indianie znad Amazonki. Najstarszy 
wiekiem był Sumę. Pływał w załodze maszynowej na statkach angielskich kompanii 
okrętowych od momentu założenia regularnych linii na Amazonce. Sumę znał 
doskonale angielską terminologię maszynową i pełnił już raczej funkcje tłumacza 
w maszynie, ale pomimo jego sędziwego wieku niklt nie izamierzał go zwalniać. 
Na wszystkie alarmy szalupowe zjawiał się pierwszy, w przepisowo nałożonym pasie 
ratunkowym, i z zapałem brał czynny udział w opuszczaniu szalupy za burtę. 
Ciążył duszą do pokładu. Maszyny nie lubił. 
Podczas podróży pomiędzy dżunglami Amazonki Sumę lubił wieczorami - siedząc na 
zwojach lin na pokłaldzie rufowym - nucić jedną i tę samą melodię, przy 
akompaniamencie' miniaturowej gitary. Melodia była niemal identyczna z tą, którą 
nteraz słyszałem w dzieciństwie i której słowa rosyjskie mówiły o okręcie-zjawie 
idącym "po sinim wołnam okieana". 
Sumę twierdził, że jest to stara melodia indiańska z dżungli nad Amazonką. 
Oburzał się na samą myśl, że mogła być przyswojona od białych. 
Melodia ta nie dawała mi spokoju. W poszukiwaniu źródeł jej pochodzenia 
dowiedziałem się, że Sumę należy do jednego ze szczepów Tupinamba. Szczepy te 
słynęły niegdyś z zamiłowania do pieśni, muzyki oraz poezji, które uprzyjemniały 
im kilkudniowe festyny i uczty. Zapraszano na nie licznych gości i wspólnie 
zjadano wziętych do niewoli jeńców. 
Swego czasu Tupinamba byli niesłychanie zgorszeni i oburzeni na białych z powodu 
złego traktowania przez nich jeńców. Według Tu-jpinaimba biali byli na bardzo 
niskim stopniu kultury, zabijali bowiem ludzi bez potrzeby, z niskiej chęci 
mordowania, nie mówiąc już o bestialskim traktowaniu niewinnych jeńców. Do 
pojmanych jeńców Tu-(pinamba odnosili się z większym szacunkiem nawet niż do 
wojowników własnego plemienia. Właściciel jeńca raczej by sam głodował, niżby 
dopuścił do tego, by głodował jeniec. Z zasady przydzielał mu jako żonę swoją 
córkę lub siostrę, by dbała o jeńca i mu usługiwała. 
Utuczonego jeńca z wielkimi honorami zabijano uderzeniem maczugi i przy śpiewie, 
muzyce oraz deklamacji - zjadano. Tupinamba wiedzieli, po co zabijają, a jeńcy 
wiedzieli, dlaczego oddają swe życie. Ani jeden kęs mięsa czy kropla krwi nie 
zmarnowały się. Nawet z piszczeli wyraibiano flety, na których przygrywano na 
następnych ucztach. Żona zjadanego, podobnie jak i honorowi goście, miała prawo 
do najlepszych kąsków w postaci mięsa z palców rąk oraz tłuszczu z wątroby i 
serca. 
Zacząłem pilnie obserwować Sumę. Dziwiło mnie, że w każdym osiedlu nad Amazonką, 
przy którym stawaliśmy na kotwicy, by zabrać -przygotowany dla nas ładunek 
orzechów, ziaren babasu, 'bali drewna lub kauczuku, Sunae zawsze i nieodmiennie 
żegnamy był przez kobietę otoczoną dziećmi. Kobieta na pożegnanie ze czcią 
całowała Sumę ostentacyjnie w rękę. 
Gdy te pożegnalne sceny za każdym rejsem się powtarzały, spytałem sternika z 
mojej wachty, Indianina, czy Sumę jest wodzem szczepu Tupinamba, że wszędzie go 
z takimi honorami żegnają. 
Sternik wyjaśnił, iż każda z tych kobiet jest żoną Sumę, a dzieci, fctóre go 
odprowadzają, są na pewno jego dziećmi. Sumę za cel swego życia postawił 
posiadanie stu synów. W chwili naszej rozmowy miał ich dziewięćdziesięciu 
dziewięciu i z niepokojem czekał na setnego, nie zrażając się przeciwnościami 
losu, który przez kilka lat z rzędu obdarzał go wyłącznie córkami. 
Niegdyś nie tylko znaczna ilość synów, ale i córek stanowiła o bogactwie i 
znaczeniu, ze względu na posiadanie zięciów podlegających teściowi. Później 
czasy się zmieniły i zaszczyt przynosiła tylko wielka ilość żon, rozsianych po 
Okolicznych wioskach, oraz synowie. Córki dla Sumę nie przedstawiały żadnej 
wartości. Nie liczył ich nawet. Za wszelką cenę starał się dopiąć swego celu pod 

background image

zerowym stopniem szerokości, od południka ląuios, na którym również "ryby 
śpiewają w Ukajali", aż do Belem, leżącego przy ujściu Amazonki. 
Wydaje się, że cel, jaki przyświecał Sumę - posiadającemu w każdym porcie żonę - 
był nieco odmienny od tego, jaki sobie wyobrażali według autora naszej piosenki 
ze "Lwowa" ludzie na ladzie. Jednakże kolekcja Sumę sama jakoś łączy mi się w 
pamięci ze zwrotką "Ma w każdym porcie narzeczoną..." 
MONKEJEK I "CATALINA' 
lYlonkejek - znaczy tyle co małpka. Zdrobniały na polski sposób angielski 
monkey. W tym wypadku było to imię własne małpki z lasów tropikalnej Afryki. 
Monkejka poznałem w okresie bombardowań Londynu, w którym znalazłem się chcąc 
odwiedzić swego kolegę ze Szkoły Morskiej w Tczewie. Przybył on do Londynu jako 
kapitan jednego z najstarszych statków naszej floty, jeśli mówić o roku 
wodowania, a jednego z najmłodszych, jeśli chodzi o podniesienie polskiej 
bandery. Ten jednocześnie najstarszy i najmłodszy statek polskiej floty nosił 
wypisaną dużymi literami na rufie nazwę "KROMAN". 
Gdy po dwóch latach od wybuchu wojny światowej stanąłem na pokłaidzie 
"Kromania", byłem znów w Polsce. Kraj nasz, zalany potopem na podobieństwo 
Atlantydy, wydawał się nam ziemią mityczną. Spod tej fali barbarzyństwa udawało 
się wydostać nielicznym, i ci przynosili wieści o niezłomnej postawie narodu i 
jego niezwyciężonym duchu. Te garstki Polaków wędrujące po całym świecie myślały 
o sobie jaik Atlantowie, że jednak w jakiś cudowny sposób wrócą do ojczyzny. 
Każdy polski statek był pływającą cząstką Polski i pobyt na nim jpotrafił 
natchnąć nadzieją; dzięki temu mogliśmy spełniać nakazania kraju: "Bronić 
będziemy ducha". 
Na "Kromaniu" z miejsca zostałem oczarowany żoną kapitana. Zanim podano obiad, 
oprowadziła mnie po statku, pokazując z dumą działka i przeciwlotnicze karabiny 
maszynowe, z pełnym zrozumieniem wartości każdego i znajomością ich technicznej 
sprawności. W każdym miejscu dogodnym do ustawienia broni przeciwlotniczej lub 
przeciw okrętom podwodnym stały doskonale utrzymane działka, przy każdym leżały 
zapasy amunicji. Cała załoga - jak zapewniała oprowadzająca mnie pani - była 
wyćwiczona w obsłudze każdego typu posiadanych działek. Samego statku nie mogłem 
poznać. Zapamiętałem go z podróży z Goteborga do Szkocji jako statek 
dogorywający. Nawet blacha komina przedstawiała wówczas smutny widok rzeszota 
przeżartego rdzą. Wyposażenie nawigacyjne właściwie nie istniało. Jedynym 
przyrządem, którym kapitan najwięcej się chlubił, była drewniana linijka. Brał 
nią namiary "na oko" nad kompasem z zeszłego stulecia i kreślił za jej pomocą 
kursy na mapie również "na oko". 
Dzisiaj było wszystko na tym statku nowe: wnętrza, poszycie, nawet komin. Był to 
najbardziej delikatny statek całej naszej floty. Można powiedzieć, iż był to 
"statek mimoza". Jeśli jakiś inny statek otarł się o niego podczas formowania 
się konwoju, "statek mimoza" był nieutulony - w osobie kapitana - w żalu, dopóki 
otartej części, i do niej przyległej, nie wymieniono na nową. "Kromań" leczył 
się tak długo i krzepł tak długo, aż okrzepł zupełnie. Właściwie ze starego 
"Kromania" nie zostało nic prócz nazwy. Dla każdego armatora taki kapitan był po 
prostu kopalnią złota. 
- Mężowi udało się "zdobyć" dwa oerlikony - wyjaśniała w dalszym ciągu pani - 
odsłaniając płótna pokrowców, spod których zalśniły świetnie utrzymane działka. 
- I amunicji już mamy sporo, nie boimy się samolotów. 
- Czy i pani obsługuje działka podczas akcji? - spytałem. 
- Umiem, ale nie mamy jeszcze tyle broni, żeby mnie do niej dopuszczono. 
Niestety podczas walki roznoszę tylko amunicję i kawę. 
Była wyraźnie rozżalona i swym zapałem przypominała znaną mi z historii polskiej 
panią Chrzanowską słynną z obrony Trembowli. 
Gdy żona kapitana zaprowadziła mtnie do salonu, zobaczyłem po raz pierwszy 
Monkejka. Małpka, ubrana w ciepły sweterek, siedziała na kanapie i niańczyła 
małego szarego kotka. 

background image

- Widzi pan, jak pieczołowicie tuli kotka, a to wszystko z tego powodu, że nie 
może zaipomnieć swego ukochanego pieska. Z tym pieskiem to był cały dramat. Jak 
pan wie, Monkejka dostaliśmy we Free-town w Sierra Leone po naszej ucieczce z 
Dakaru. W tej podróży przydałam się na coś na statku. Naprawdę. Francuzi zabrali 
nam w Da-karze wszystkie przyrządy nawigacyjne... 
Uśmiechnąłem się na ich szumne wspomnienie, ponieważ zapamiętałem tę słynną 
linijkę. 
- No, może nie mieliśmy ich za wiele, ale zawsze coś tam było. Teraz mamy 
wszystko i najnowsze. Nawet się cieszę, że nam wówczas zabrali ci Francuzi 
wszystkie mapy, locje, spisy latarń, atlasy, roczniki astronomiczne, wszystkie 
przyrządy nawigacyjne - krótko mówiąc - zabrali nam wszystko, cośmy posiaidali. 
Gdy udało się nam przeskoczyć przez sieci na ocean i przejść niepostrzeżenie 
koło statku patrolującego, nie wiedzielibyśmy dokąd uciekać, gdyby nie ja. Nie 
pozostała ani jedna książka, w której byłaby chociaż najmniejsza mapka świata. 
Tymczasem okazało się, że wśród książek do czytania pozostał mój dziecinny 
atlasik, kupiony przeze mnie w Anglii w six-pensie. Mąż obliczył z tego atlasiku 
na oko odległość i kurs i nawet w jakiś sposób wyliczył szerokość geograficzną 
Freetown. No i jakoś doszliśmy do tej Sierra Leone. Gdy ukazały się zarysy gór, 
położyliśmy się na kurs wprost na najbliższy ląd. Dogonił nas angielski 
destrojer żądając, byśmy zatrzymali maszyny i wycofali się, ponieważ znajdujemy 
się na polu minowym. Mąż wytłuma- 
czył dowódcy destrojera, bardzo głośno, że maszyny są zepsute i że nie możemy 
ich zatrzymać, gdyż mowy nie ma o manewrowaniu, i prosił, by nas doprowadził do 
portu. No i tak nas jakoś przeprowadzili, że nie wylecieliśmy na minie. Byłam 
bardzo zadowolona, że sobie ten atlasik kupiłam. W nagrodę za to otrzymałam 
Monkejka. 
Monkejeik nudził się początkowo bardzo. Postaraliśmy się o małego szczeniaka dla 
niego. Cóż to była za miłość. Wstawiliśmy łóżeczko dla szczeniaka obok mego 
łóżka. Monkejek, który śpi ze mną, pieska swego układał w łóżeczku. Naśladował w 
tym mnie - tak Układałam Monkejka, gdy tylko przybył na statek. Szczeniak, dhcąc 
nie chcąc, musiał się przyzwyczaić spać trzymając głowę na specjalnie dla niego 
uszytej poduszeczce i nakrywać się kołderką. Monlkejek kąpie się codziennie po 
kolacji - zobaczy pan, jak się to odbywa - po kąpieli Monkejek z kolei sam kąpał 
szczeniaka. 
Pomimo że pani wciąż mówiła: Monkejek chodził, Monkejek kąpał - Monkejek był to, 
a właściwie była to, używając wytwornego określe-nia angielskiego dla psów, LADY 
MONKEY. Nazywanie tak miłego stworzenia małpą wydawało się pani czymś dla 
Monkejka ubliżającym. 
- Szkoda, że pan nie mógł zobaczyć, jak Monkejek wycierał po kąpieli do sucha 
swego pieska i ścierał z niego urojone pyłki. Troszczył się o niego, jak gdyby 
to było jego własne dziecko. Przyjemnie było patrzeć, jak chodzą razem po 
pokładzie szczęśliwi i zadowoleni z sie-ibie nawzajem. Nie spodziewałam się, że 
Monkejek może mieć tak silnie rozwinięty instynkt macierzyński. 
Gdy przyszliśmy do Londynu, stanęliśmy przycumowani do innego statku, burta o 
burtę. Tak nieszczęśliwie się złożyło, że Monkejek biegając z pieskiem po 
pokładzie nie zauważył, jak psiak, biegnąc z radości na oślep, sądził, że 
przeskoczy przez burtę na stojący obok drugi statek, tymczasem trafił pomiędzy 
dwie burty. Rozpacz Monkejka nie •miała granic. Przestał jeść i pić, siedział 
cały dzień trzymając się dwiema łapkami za głowę. Widząc tę straszną rozpacz 
wystarałam się o tego kotika dla niego. I teraz dopiero od dwóch dni Monkejek 
odzyskał apetyt i humor. 
Małpka siedziała na kanapie w ten sposób, że między kolanami "trzymała kotka 
tuląc go w swych ramionach. Jedną łapką okrywała .go swym sweterkiem, 'drugą 
łapką gładziła futerko, badała czystość skóry lub czyściła paznokciem kotkowi 
ząbki. Cały kotek był "w robocie". 

background image

- Wie pan, początkowo Monkejek chciał również kąpać kotka, podobnie jak 
uprzednio kąipał psiaka, a teraz niech pan popatrzy, kociak jest tak 
wyczyszczony, że nie ma chyba czystszego kotka na świecie. 
Monlkejek wyraźnie zainteresował się moją osobą. Kotek zwolniony z uścisku 
ostrożnie zaczął się wydobywać z objęć opiekunki. Nie chcąc niepokoić małpki, 
odszedłem od niej i stanąłem z drugiej strony stołu. Tymczasem kotek zsunął się 
na kanapę i ostrożnie wyciągając przed 
siebie łapki, tak jak gdyby się wykradał, oddalał się od Monkejka. W momencie, 
gdy dotarł do ostatnich granic zasięgu łapki Monkejka, ten błyskawicznym ruchem 
przytrzymał kota za ogon i przytulił do 
siebie. 
- Widzi pan, jak się teraz boi, by go nie stracić jak tamtego, nie pozwala mu 
się oddalić od siebie ani na chwilę. Musi go dosłownie mieć stale pod ręką. 
Obiad, podwieczorek i kolacja minęły niepostrzeżenie na słuchaniu odyssei 
"Kromania" - niezwykłej historii przeistoczenia ze starej po-czwatiki w nowego 
motyla. Jak gdyby usprawiedliwiając tę zaskakującą przemianę pani wtrąciła: 
- Za swe odnowienie "Kromań" zapłacił zestrzeleniem niemieckiego bombowca. 
Po kolacji odbyła się zapowiedziana kąpiel Monkejka w dużej balii napełnionej 
ciepłą wodą. Uciecha, w której brali udział wszyscy obecni w salonie. Nie było 
wątpliwości, iż Monlkejek zadowolony, że tylu ludzi nim się interesuje, 
popisywał się, jak tylko potrafił. Od czasu do czasu tylko z niepokojem patrzył, 
czy kotek leży na kolanach jego opiekunki. 
Największym wyczynem Monkejka było długie nurkowanie, a potem pływanie prawie że 
pod wodą. Wyglądało to tak, jak gdyby Monkejek gonił kogoś pad wodą, biegnąc tuż 
przy ścianie balii cały zanurzony. Rodzinny ten niemal seans zakończyło 
wycieranie się Monkejka i jego kolacja, a potem układanie się do snu z kotkiem w 
ramionach. 
Niepostrzeżenie mijały godziny. Naraz znajomy głos syren przypomniał wszystkim, 
gdzie jesteśmy. Momentalnie cała obecna na statku załoga znalazła się na 
stanowiskach i zajęła miejsca przy swych działkach. 
- Wszystkich działek nie mogę im tutaj demonstrować - mówił kapitan - boby mi 
zazdrościli. Jeśli uda im się pochwycić któryś z bombowców w smugę światła, to 
wprawiam się w strzelaniu do celu. 
Z pokładu widać było rozjaśnione smugami świateł reflektorów niebo, pękające 
pociski i łuny nad płonącymi dzielnicami domów. Był to "conocny" obraz Londynu. 
Słuchając codziennie huku wybuchających bomb, z których każdy mówił o czyjejś 
śmierci, widząc co noc czerwone łuny pożarów, zaczynało się powoli rozumieć sens 
napisów na każdym niemal sklepie w Londynie: BUSLNESS AS USUAL. Interes - jak 
zwykle. 
Tak. Na świecie istnieje wyłącznie interes. 

Wygodnie ułożony w fotelu dalekobieżnego i hermetycznie zamkniętego autobusu 
wracałem w kilka lat po wojnie z wizyty u Monkejka i jego opiekunów. Z pędzącego 
autobusu podziwiałem krajobraz, w którym kiedyś blade twarze wycięły w pień 
czerwonych braci. To tutaj musiał kiedyś na mustangu galopować Winnetou - 
czerwono- 
skóry gentleman i tylu wielkich wodzów przybranych w orle pióra. Z tomahawkiem i 
łukiem polowali na bizony, a potem bohatersko walczyli przeciwko białym twarzom, 
które przyjechały ich mordować. 
Ci bohaterowie z lat dziecinnych przypomnieli mi teraz pobyt w Szkole Morskiej w 
Tczewie. Przypomniał mi się kapitan "Kroma-nia", który podczas pobytu w tej 
samej szkole w Tczewie z zapałem oddawał się zabawom w Indian. Był w nich nawet 
głowaczem szczepu Złotej Strzały. 
Był to szczep odważny i bitny, zamknięty w murach tczewskiej szkoły marzył o 
wydostaniu się na ocean. W gadzinach wolnych od nauki szczep wypuszczał się na 
wyprawy łowieckie wąwozem, nad którym położona była Szkoła Morska. Na dnie 
wąwozu leżały długie, nie kończące się szyny, a po nich Od czasu do czasu 

background image

przebiegały stalowe rumaki bladych twarzy. Dla bladych twarzy był to po prostu 
ekspres WARSZAWA-GDAŃSK. My jednak widzieliśmy stalowego potwora, który biegnąc 
przez wąwóz przecinający naszą prerię straszył stada bizonów. A bez bizonów 
czerwonym braciom groził głód. Szczep Złotej Strzały zapałał więc wielkim 
gniewem przeciwko bladym twarzom i ich stalowym rumakom. Postanowili co tydzień 
zabijać jednego stalowego rumaka. Ten "krwawy" akt obrony i zemsty dokonywał się 
w każdą sobotę. O śmierci swej co prawda nie wiedział ani rumak, ani jego 
jeździec. Stalowego rumaka można było uśmiercić jedynie trafiając go w 
opancerzone serce przez otwór w kominie. Nad wąwozem przerzucone były mosty, a 
to w znacznym stopniu ułatwiało zadanie. Czerwony brat, któremu udało się w 
wyznaczonym dniu trafić w serce rumaka bladych twarzy, zgodnie z rytuałem był 
przez pozostałych braci fetowany przez cały wieczór. Broń, kule i ich użycie 
były, i pozostały, tajemnicą szczepu Złotej Strzały. 
I oto teraz po trudach wojny wódz szczepu Złotej Strzały osiadł w puszczy, w 
której kiedyś mieszkali czerwoni bracia. Przybyłem do ach wigwamu na skraju 
puszczy o zachodzie słońca. Zastałem Złotą Strzałę i jego sąuaw pogrążonych w 
wielkim smutku: Monkejek, który brał udział w tylu odpartych nalotach bombowców 
i myśliwców na "Kromań", w tylu konwojach i desantach - pozostawił swych 
opiekunów w głębi amerykańskiej puszczy, a sam odszedł do Krainy Cieniów. 
Zabrakło im naraz miłego towarzysza życia, który w najbardziej trudnych 
warunkach i pełnych napięcia sytuacjach wojennych potrafił nieświadomie 
podtrzymywać konieczną wówczas równowagę duchową i dobry humor. 
Po osiedleniu się w puszczy Złota Strzała na wzór bladych twarzy zakupił rumaka 
stalowego do karczowania puszczy. Całe dnie on i jego sąuaw spędzali na przemian 
na grzbiecie stalowego potwora, karczując dziewiczy grunt pod pola uprawne. 
Siali potem na nich kukurydzę i ogórki. Jedną z największych teraz trosk obojga 
było, by ogórki z ich plantacji rosły proste. Prosty ogórek wart był dwa centy. 
Krzywe nie miały żadnej wartości. 
Siedząc w pędzącym autobusie snułem dalej wspomnienia o obecnych kłopotach 
kapitana "Kromania" i o samym "Kromaniu". 
"Kromań" znany był z opisów i opowiadań w całej flocie alianckiej. Wiadomo było 
wszystkim, że zaatakowany przez samoloty podnosił najnowszą i największą polską 
banderę i zmieniał się w morskiego jeża, którego kolce stanowiły pociski wielu 
działek umieszczonych w ten sposób, że "Kromań" nie posiadał nie strzeżonego 
przez kolce miejsca. Żaden samolot nie potrafił przedrzeć się przez tę zaporę. 
"Kromań" miał na swym koncie jeden na pewno zestrzelony samolot, wiele 
uszkodzonych, a ile było takich, które nie ośmieliły się go zaatakować? Statki 
innych bander, znajdujące się w jego towarzystwie podczas nalotu, zmuszał własną 
brawurą do naśladowania i każdemu statkowi narzucał swą dewizę: WALCZ! 
Spośród wielu opowiadań o walkach "Kromania" jedno w szczególny Sposób 
skojarzyło mi się z wodzem szczepu Złotej Strzały, sam mi je zresztą 
opowiedział. 
- Szliśmy na Islandię, samotnie, bez konwoju, gdy oficer wachtowy zameldował mi, 
że słyszy samolot. Było pochmurnie i mglisto. Jeden samolot przy niskim pułapie 
chmur i ograniczonej widzialności nie wydawał mi się zbyt groźny. Postanowiłem 
na niego zapolować. Pomimo złej widzialności można się było liczyć z możliwością 
ataku. Zgodnie z instrukcją do każdego samolotu, nawet nie rozpoznanego, 
należało otwierać ogień. Robiłem to, gdy wśród chmur ukazywał się cień krążącego 
dookoła nas samolotu. Za każdym razem posyłałem mu jeden pocisk. Po pięciu 
strzałach samolot zaczął się oddalać i nie było go już wiącej słychać. 
Po kilkudziesięciu godzinach rzuciliśmy kotwicę na redzie Reykja-viku. Islandia 
była wówczas bazą Stanów Zjednoczonych. Za chwilą przybiła motorówka 
amerykańskich sił zbrojnych. Przybyły motorówką oficer powiedział, że ma mnie 
zabrać do dowództwa. 
Byliśmy już na trapie, gdy oficer zapytał, czy widziałem ten samolot dobrze i 
czy go rozpoznałem. 

background image

- Było pochmurnie i mglisto, widziałem tylko kilka razy cień samolotu 
przebijający przez mglisty pułap chmur, sądzą, że był to bombowiec dalekiego 
zasięgu - odpowiedziałem. 
- A czy strzelaliście? - spytał. 
- Naturalnie. 
- Ile razy? 
- Pięć pocisków. 
Oficer złapał mnie za ramię i zawołał: - Fantastycznie! Wszystkie pięć trafione! 
Zdumiony zapytałem go, skąd wie o tym. 
- Skąd? Cała baza nasza o tym mówi. To była nasza "Catalina". 
- Ooo! To ja nie jadą! - zawołałem. - Mam jeszcze czas, żeby mi łeb ukręcili. 
Nie pojadę! 
Oficer przytrzymał mnie za ramię, żebym mu nie uciekł, i powiedział: 
- Nic złego się nie stało. Nikt w samolocie nie został nawet ranny Ale cała 
"Catatlina" była pełna podziwu, że za każdym razem, gdy Zbliżyli się do 
widocznego tylko cienia statku, natychmiast statek ten pakował w nich pocisk. Po 
pięciu trafieniach nie chcieli więcej ryzykować. Dowódca chce koniecznie widzieć 
kapitana tego statku PIEC STRZAŁÓW. PIĘĆ TRAFIEŃ. FANTASTYCZNIE!!!         ' 
FLAKA 
L/ruga wojna światowa przechodziła przełomowy okres. Alianci szykowali się do 
ofensywy od strony morza na kontynenty Afryki i Europy. 
Jednym z okrętów przystosowanych do akcji inwazyjnych został nasz transatlantyk 
"Batory". Rozbudowano na nim radiostację, mostek ubezpieczono przed pociskami z 
samolotów, na górnych pokładach umieszczono rakiety, by nie dopuścić do ataku 
samolotów z bliskiej odległości. Przeciwko nocnym atakom wynurzonych okrętów 
podwodnych rozmieszczono na górnych (pokładach tak zwane FLARY. Odpalone, 
wyrzucały na wysokość przeszło dwustu metrów spadochron z doczepionym światłem o 
sile sześćdziesięciu tysięcy świec, oświetlając okręt podwodny i zmuszając go 
tym do ucieczki lub zanurzenia. Linki do odpalania flar i wyrzutni rakiet 
przeciwlotniczych rozciągnięte były na pokładach tak, by je mieć podczas akcji 
pod ręką i pod nogą. 
"Batorego" zaopatrzono również w łodzie desantowe i klamry na 'burtach dla 
ułatwienia komandosom schodzenia i powrotu na statek. Była ciemna, bezgwiezdna 
noc "choć oko wykol", gdy "Batory" w największej tajemnicy zbliżał się do 
siedmiu wysp, na których mieściła się baza marynarki brytyjskiej Scapa Flow. 
Na razie miała to być gra wojenna mająca na celu wypróbowa/nie sprawności nowej 
taktyki inwazyjnej .^miażdżącej" wroga od strony morza. Przyglądać się jej mieli 
zgromadzeni na jednej z wysp His Mo-jesty the King George VI, jego Prime 
Minister, zwany pieszczotliwie przez naród Yiranłe, oraz sztaby poszczególnych 
sił zbrojnych. 
Kaipitanem "Batorego" był tak zwany Młodszy Dey Oczakowski. Stojąc na mostku 
skracał sobie czas sumowaniem dotychczasowych podróży na "Batorym": ewakuacja 
wojsk alianckich z zatoki Quiberon, potem Bayonne, St Jean de Luz. Udział w 
trzydniowej bitwie morskiej o Dakar. 
Zaczynał się okres, w którym Polacy stali się NATCHNIENIEM NARODÓW. Obdarzeni 
poczuciem humoru twierdzili, że pokrywał się on z okresem, kiedy Anglii groziła 
inwazja i trzeba było jej obronę wziąć w nasze ręce. NATCHNIENIE odnosili do 
zdumiewającego faktu, że okruchy naszych wojsk, znajdujące się już wówczas w 
Anglii, 
stanowiły trzydzieści procent wszystkich sił zbrojnych angielskich na wyspie, 
gotowych do odpierania inwazji. Waleczność tydh żołnierzy polskich we Francji 
musiała natchnąć osamotnionego Yinniego do prowadzenia walki, ponieważ ci, 
którzy "liczyli", uważali, że przy zaistniałym stosunku sił upojonego 
zwycięstwami wroga i tej nikłej ilości wojsk angielskich pozostałych po 
Dunkierce - obrona jest niemożliwa i należy zawrzeć pokój. Podtrzymanie ducha 
bojowego wśród Anglików stwarzało dla Polaków jedyną nadzieję walki o 
niepodległość kraju i gdy Yinnie w swym przemówieniu zdecydował się na walkę, 

background image

Związek Kapitanów, Oficerów Pokładowych i Radiotelegrafistów Polskiej Marynarki 
Handlowej, liczącej za granicą trzydzieści siedem jednostek, wysłał do Yinniego 
depeszę z zapewnieniem, że oni będą walczyli do śmierci o zwycięstwo wspólnej 
sprawy. 
W toczącej się w powietrzu nad Anglią battle of Britain - walce o Wielką* 
Brytanię (w której obrona w swej końcowej fazie doszła do tego, że w wypadku 
prowadzenia przez wroga ofensywy nie mogłaby wytrzymać dłużej niż jeden, dwa 
dni) trzeba było dosłownie przejąć inicjatywę obrony. Z trudem udało się wówczas 
przekonać Anglików, że ich sposób latania myśliwców w zwartych formacjach pomaga 
nieprzyjacielowi - dopiero rosnące straty przekonały dowództwo o konieczności 
przyjęcia polskiej taktyki walki. Wobec wciąż grożącej inwazji "Batory" poszedł 
z zapasem angielskiego złota do Kanady. 
Dey uśmiechnął się do miłych wspomnień o "buncie" dzieci angielskich, które na 
"Batorym" płynęły do Kapsztadu, a tam miano je zaokrętować na inny statek idący 
do Australii. Zakochane w "Batorym" dzieci odmówiły zejścia i chóralnym płaczem 
zmusiły władze do pozostawienia ich i odtransportowania do Australii na 
"Batorym". Podczas tej podróży dzieci na widok kapitana stawały na baczność i 
witały go polskim .jdzień dobry". Młodzi pasażerowie sformowali na pokładzie 
drużynę harcerską, której załoga "Batorego" ufundowała proporzec z napisem 
"BATORY GROUP". Nazwa drużyny - "BATORY" - została zatwierdzona przez naczelne 
władze harcerskie. 
Z Australią wiązało się jeszcze inne miłe wspomnienie, zupełnie odmienne. 
Ofiarowano tam Deyowi małego popielatego koalę, zwanego niedźwiadkiem 
australijskim. Przywiązał się bardzo do małego stworzonka i musiał stoczyć ze 
sobą wielką walkę, by go nie zabrać jako współlokatora. Przeważyło dobro 
niedźwiadka. Zwierzątko na pewno męczyłoby się bardzo w dusznej kabinie statku 
zmieniającego stale warunki klimatyczne od obszarów podzwrotnikowych do 
podbiegunowych. Po oddaniu małego koali na ląd przed opuszczeniem Australii 
otrzymał innego koalę - ale wypchanego. 
Wspomnienia te znakomicie skróciły oczekiwanie na moment akcji pod Scapa Flow. 
Sprawność "Batorego" we wszystkich dotychczasowych wyprawach spowodowała, że 
powierzono mu wypróbowanie nowej taktyki inwazyjnej. 
Na "Batorym" nakazano bezwzględną ciszę. Zabroniono nie tylko palić, ale nawet 
myśleć o paleniu. Ogień żarzących się papierosów mógł zdradzić obecność statku 
na wodach otaczających wyspę, na którą miano wysadzić desant. Do wyspy należało 
podejść w nocy i to jak najbliżej, by ułatwić łodziom z komandosami szybkie 
dojście do brzegu. Rozkazy wydawano szeptem. Wyprawa ta przypominała Deyowi 
wycieczkę Kimicica za mury Częstochowy. Pomimo że była tylko ćwiczeniem, jej 
sprawność miała być oceniona przez króla, premiera i zespół sztabów, który ją 
opracował. 
Zakotwiczenie pomiędzy wyspami Flotta i South Walls odbyło się z głuszeniem 
wszelkimi sposobami szczęku wychodzącego z kluzy łańcucha kotwicznego. 
Uda się - czy nie? 
Asystenci nawigacyjni szeptem przekazywali sobie otrzymane rozkazy i meldunki. 
Wśród ciszy i zaciemnienia opadły lekko na wodę łodzie desantowe. Ruchome widma 
komandosów zlały się w ciemne plamy, które jak niknące cienie wsiąkały w czerń 
brzegów. Stojący na mostku "Batorego" kapitan i oficerowie wpatrzeni w 
fosforyzujące strzałki zegarów czekali na wynik akcji. 
Dla wskazania miejsca postoju "Batorego" wracającym komandosom, o oznaczonej 
godzinie zapalono cztery pionowo umieszczone nad sobą czerwone światła. Zmiana 
prądu pływowego zaczęła jednak odwracać "Batorego" przeciwną burtą do lądu. 
Kapitan kazał więc przenieść światła rozpoznawcze dla komandosów na prawą burtę. 
Asystent pokładowy, porucznik Wojciech Żaczek, powtórzył szeptem otrzymany od 
kapitana rozkaz sternikowi. Sternik zebrał zwoje kabla umówionego sygnału i idąc 
przez sterówkę zawadził nimi o linę wyrzutni, która błyskawicznie odpaliła 
FLARĘ. 

background image

Z sykiem wzbiła się w niebo świetlna smuga i po chwili zawisło na spadochronie 
jasno płonące światło. 
Na oświetlonej przez flarę przestrzeni znaleźli się i Jerzy VI, i "Batory". Dey 
widzi to wszystko niby w jasny słoneczny dzień i szepce, jak zawsze w 
najtrudniejszych c'hwilach życia: "Raz maty rodyła". Sternik, gdyby był 
Japończykiem, prawdopodobnie popełniłby już ha-rakiri, ale że był Polakiem, więc 
zdał się na nasze "jakoś to będzie" i "trudno". 
Porucznik Żaczek chętnie udusiłby sternika, że nie posłuchał jego rady, by 
przenieść kabel przez dach sterówki. Wysoko nad "Batorym" płonąca flara 
wspaniale oświetliła postacie artylerzystów gotowych na pokładzie do akcji. 
Kapitan nie mógł na razie przedsięwziąć nic innego niż nawigacyjne przeczekanie 
- do chwili wyświetlenia "jasnej" sytuacji. "Widziało mu się", że wycieczka 
została wykryta i cała akcja Opaliła na panewce", a uczestnicy wycieczki "wybici 
co do nogi". Za chwilę zabłysną reflektory obrony wybrzeża i trzymać już będą 
stale 
w swych smugach światła statek i łodzie komandosów. Cały plan tej wspaniale 
zaimprowizowanej inwazji, w połowie świetnie wykonanej, został zniszczony. Dey 
licząc minuty, które pozostały do opadnięcia flary, czuł na swych barkach ciężar 
odpowiedzialności za losy wojny. 
Wreszcie flara opadła do morza. Nastał po jej zagaśnięciu niewy-miernie długi 
czas wyczeikiwania, ciszy i ciemności. Nic się jednak nie działo z tego, co 
przewidywał kapitan. Nie zabłysły światła reflektorów i nie zawyły syreny 
alarmowe. Nie padł ani jeden strzał. Była czarna cisza. 
Na mostku zjawił się angielski oficer łącznikowy. Na wadzie można było dostrzec 
cienie zbliżających się łodzi desantowych z komandosami. 
Z tym oficerem angielskim łączył Deya przyjazny, a nawet serdeczny stosunek. Na 
temat flary nie mógł jednak teraz z nikim rozmawiać. Oficer łącznikowy zniknął w 
ciemności. Zza burt statku wynurzyły się kadłuby powracających na swe stanowiska 
łodzi. Już wszystkie są na miejscu. I znów długie minuty oczekiwania. 
Na mostku pojawił się ten sam ofker łącznikowy. - Wszyscy komandosi wrócili - 
melduje kapitanowi i jednocześnie przekazuje mu miłą nowinę: - "Batory" bardzo 
dobrze doszedł do wyznaczonej dla wysadzenia desantu pozycji, rekordowo szybko 
wysadził grupę desantową. Vinnie zadowolony. 
Nawet ta wiadomość nie potrafiła wywołać u kapitana zwierzeń na temat flary. 

Od tej próbnej inwazji na Scapa Flow "Batory" wpisywał na kartę historii wojny 
miejscowości, w których znalazł się z desantem - Arzeu, Les Andalouses, Sycylia, 
Salerno, Anzio. Nie potrafiły one jednak zatrzeć w pamięci kapitana flary pad 
Scapa Flow. 
Przez pokłady "Batorego" przechodziły zastępy białych i czarnych wojowników. U 
tych ostatnich portret króla Stefana Batorego umieszczony w hallu statku cieszył 
się największym szacunkiem. Czarni rycerze, jeśli byli na służbie, mijając 
portret wielkiego króla stawali przed nim na baczność i prezentowali broń, tak 
jak to robią przed pałacem Buckingham w Londynie gwardziści, tupiąc przy tym 
głośniej od nich - uważali widocznie, że im głośniej tupią, tym większe oddają 
honory królowi. Wolni od służby czarni wojownicy padali przed portretem króla na 
kolana, bijąc czołem o pokład u jego stóp. 
W tym wirze zmagań losy wojny uczyniły "Batorego" flagowym okrętem dowódcy 
francuskich sił zbrojnych, generała de Lattre de TasBigny. Rutyna dnia i 
dyscyplina na statku osiągały coraz większą doskonałość. Zapał załogi "Batorego" 
dorównywał zapałowi szwoleżerów sipod Somosierry. Jej karność i obowiązkowość 
kształtowały się na tych samych zasadach, o jakich pisał w swym regulaminie 
jazdy Jan 
Kozietulski, dowodzący szarżą szwadronu; analizując stosunek oficerów do 
żołnierzy twierdził między innymi, iż "surowość zwykle jest dowodem własnego 
braku wychowania, niszczy poczucie honoru, które winno być podstawą ducha 
żołnierskiego". 

background image

Ciężkie bombardowanie pod St Tropez zniszczyło wiele barek desantowych i statek 
pod banderą brytyjską. Z samozaparciem i poświęceniem załoga "Batorego" 
śpieszyła z pomocą rannym Anglikom: Ze względu na toczącą się bitwę i możliwość 
ponownych nalotów akcja ratownicza musiała się odbywać w ciemności. Rannych 
zabierano w nocy. 
Akcja załogi "Batorego" pod St Tropez zjednała sobie najwyższe uznanie, wywołała 
rozgłos i podziękowanie. Generał de Lattre de Tassigny, schodząc z "Batorego", w 
gorących słowach wyraził kapitanowi swe uznanie za wspaniałą postawę załogi oraz 
podziękowanie za to, że właśnie na pokładzie tego statku powrócił do Francji. 
Naoczni świadkowie twierdzili, że: "Były to przyjemne chwile - jako żywo 
przypomniały moment, w którym cesarz zdjął przed pułkiem kapelusz i zawołał: "JE 
VOUS RECONNAIS POUR LA PLUS BRAVE CAYALERIE! - Uznaję was za najwaleczniejszą 
jazdę!" 
Do wielu pamiętnych nazw przybyły nowe: Frejus, Pampelonne, Cavalaire, Cap Negre 
i wiele innych. 

Jeden wróg został wreszcie pokonany. "Batory" będąc w czarterze Brytyjskiego 
Ministerstwa Wojny musiał automatycznie przejść do służby United Maritime 
Authority i zamiast do kraju poszedł na Daleki Wschód. 
Obecny okres wydawał się załodze sielanką wobec lat spędzonych wśród stad 
nieprzyjacielskich okrętów podwodnych i chmar bombowców. Powoli wracały do głosu 
sprawy życia codziennego. Ludzie zaczynali żyć normalnie. Z przyjemnością 
myślano o czekającym statek postoju w Bombaju. O rozrywkach i zabawie. Na kursie 
statku widziano "owiane czarem legend Indie". I nareszcie przed dziobem 
"Batorego" ukazał się jeden z najpiękniejszych portów. Bombaj - port na siedmiu 
wyspach. 
Postój zapowiadał się beztroski i przyjemny. Wolni od służby pośpieszyli na ląd. 
Rano słodki sen intendenta "Batorego" przerwał telefon od ochmistrza z 
nieprzyjemną wiadomością, że piekarze nie powrócili na noc na statek i nie 
wypiekli pieczywa dla załogi i zaokrętowanego wojska. Intendent szybko obliczył 
czas potrzebny do wyszukania odpowiedniego dostawcy i dostarczenia w porę tak 
wielkiej ilości świeżego pieczywa. 
- Coś podobnego. Nigdy tego nie było, jak "Batory" "Batorym" .- mruczał. - Nie 
do wiary. 
Rachunek czasu doprowadził go do smutnej konieczności zameldowania kapitanowi o 
tym niesłychanym braku poczucia odpowiedzialności i obowiązkowości u piekarzy. 
- Kto by się po nic'h tego spodziewał! Tyle lat, nawet podczas alarmu w czasie 
najsilniejszego bombardowania chleb wypiekali, a teraz bomb nie ma i chleba nie 
ma - mówił rozkładając bezradnie ręce. 
Zanim jednak ustalił opóźnienie w wydaniu posiłków, spowodowane 
brakiem pieczywa, do kabiny kapitana zapukał ochmistrz z wieścią, że 
przed statkiem na nabrzeżu stoją dwa samochody z pieczywem dla 
. całego statku, zakupione za własne pieniądze przez piekarzy, którzy 
nie wrócili na noc na statek. 
Do rozpoczęcia wydawania chleba dla poszczególnych mes pozostawało jeszcze 
piętnaście minut. 
Intendent podniósł się na fotelu i, przepraszając kapitana za przedwczesny 
alarm, tłumaczył: 
1- Przepraszam, że niepotrzebnie sprawiłem tyle zamieszania, ale jak bomb nie 
ma, to człowiek nie wytrzymuje nerwowo nawet takiego głupstwa. 
Bombaj na siedmiu wyspach przypominał Deyowi siedem wysp Scapa Flow. Kapitan 
udał się na przyjęcie wydane przez admirała Mountbattena, głównodowodzącego 
siłami zbrojnymi aliantów walczących z Japończykami, który podejmował kapitanów 
i starszych oficerów konwoju przybyłego z wojskiem i zapasami. Admirał kolejno 
podchodził do każdego z kapitanów słuchając przy tym wyjaśnień swego adiutanta 
dotyczących osoby, z jaką miał właśnie rozmawiać. 

background image

Obok kapitana "Batorego" stał starszy oficer z angielskiego statku, znany w 
całej Brytyjskiej Marynarce Handlowej jako dwunastojęzycz-ny poliglota. Na 
pytanie admirała, które z tych języków zna najlepiej, starszy oficer oświadczył, 
że bardzo dobrze zna ENGLISH GOOD LAN-GUAGE and ENGLISH BAD LANGUAGE i jego 
specjalność to ten ostatni. Oznaczało to, że starszy oficer posiada znakomicie 
znajomość łajania w języku ojczystymi. Odpowiedź ta wywołała ogólną wesołość. 
Następnym rozmówcą admirała był kapitan "Batorego". Adiutant wyliczał 
historyczne już nazwy miejscowości inwazyjnych, w których "Batory" brał udział 
pod dowództwem tego kapitana. Szybko wymieniał nazwy: Quiberon, Bayonne, St Jean 
de Luz, Dakar, transport złota do Kanady, bunt dzieci w drodze do Australii, 
Arzeu, Les Anda-'louses, Sycylia, Salerno, Anzio, wyprawa z generałem de Lattre 
de Tassigny, St Tropez, wspaniała postawa załogi przy ratowaniu rannych 
Anglików, Frśjus, Pampelonne, Cayalaire, Cap Negre, Lewant, Port Cross. 
Pełen uznania dla kapitana "Batorego" i rozjaśniony przyjaznym uśmiechem 
przyszły wicekról Indii rzucił pytanie, którą z tych miejscowości kapitan uważa 
za najtrudniejszą dla swego statku i załogi. 
Pociągnięty przykładem dowcipnej odpowiedzi swego poprzednika Młodszy Dey 
Oczakowski miał już ochotę powiedzieć, że miejscowość 
ta nie została niestety wymieniona przez adiutanta i że jest nią SCAPA FLOW. Na 
statku jednak żaden Anglik nigdy tej nazwy przy nim nie wymienił, jak Dey sądził 
z kurtuazji w stosunku do niego. Wobec czego Dey Oczakowski przemilczał ją przed 
admirałem. 
Po tym miłym przyjęciu, gdy się znalazł u siebie na statku, w towarzystwie tego 
samego angielskiego oficera, który od objęcia przez Deya dowództwa "Batorego" 
nie rozstawał się z nim, kapitan postanowił przerwać dotychczasowe swoje 
milczenie na temat flary i zapytał Anglika: 
- Co myślisz o akcji pod Scapa Flow? 
- Masz na myśli flarę? 
- Oczywiście. 
- Widzisz, rzecz tak się miała: Jego królewskiej mości sygnał taki był 
niepotrzebny. Dla naszego premiera  -  niepożądany. Artyleria obrony takiego 
sygnału nie przewidywała. Dowództwo Scapa Flow - również takiego sygnału nie 
przewidywało. Nawy - w żadnym wypadku nie przewidywała takiego sygnału w 
podobnej sytuacji, podczas prowadzonej przez nią próbnej operacji inwazyjnej, 
wobec czego flary nie było. 
MAJOR I MISK 
^-^sobą najbardziej popularną w tym czasie cna Białej Fregacie był Misk. 
Interesowała się nim stale cała załoga i każdy, kto przyszedł na "Dar Pomorza". 
Misk pochodził z lasów południowej Ameryki, z rodziny niedźwiedziowatych. Różnił 
sią od nich długim ogonem i długim •nosem, co stanowi charakterystyczną cechę 
koatf, których przedstawicielem był właśnie Misk. 
Misk bywał często wyraźnie zmęczony swą popularnością. Każdy na pokładzie chciał 
go pogłaskać i uzyskać coś w rodzaju uśmiechu. To było męczące. 
Podobno królowe godzinami ćwiczą utrzymanie na twarzy odpowiedniego wyrazu, 
który jest uśmiechem, a królowie dosłownie trenują podawanie ręki kilka tysięcy 
razy z rzędu, ale wykonują to wyłącznie z okazji pełnienia niekiedy królewskich 
obowiązków. 
Misk natomiast pełnił swe obowiązki stale w dzień i w nocy, ponieważ służba na 
fregacie nigdy nie ustawała. 
Zmęczony tą adoracją przebierał w niej w zależności od pewnych materialnych 
korzyści, jakie z adoracji mógł wyciągnąć. 
Wiadomo <było, że cały personel mający coś wspólnego z prowian-turą i kuchnią 
może Miska głaskać do woli i zdobywać jego uśmiechy. 
Saimo czyste uczucie najbardziej płonące miało u Miska tę samą wartość, jaką 
niegdyś miała na pierwszym naszym żaglowcu szkolnym "Lwów" ofiarowywana w zamian 
za kotlet .^miłość wieczysta" i "przyjaźń dozgonna". 

background image

Zazdroszcząc względów Miska, którymi darzył naszyc'h żywicieli, zbadałem 
teoretycznie według wielotomowych dzieł o życiu zwierząt, co najbardziej lubią 
jego pobratymcy. Wyczytałem, że najlepiej lubią penetrować drzewa w poszukiwaniu 
gniazd ptasich, skąd wybierają jajka. 
W nadziei pozyskania względów Miska zacząłem przysługujące mi na śniadanie, tak 
zwane przez nas "kurze owoce" chować dla niego. Efekt przeszedł moje 
oczekiwania. Zainteresowanie Miska moją osobą doszło do tego, że gdy tylko 
dostrzegł mnie na pokładzie, usiłował przywabić do siebie włażąc na sklarowane 
liny wiszące nad pokładem na wysokości moich kieszeni. Ody stawałem się dla 
niego osiągalny, Misk 
otwierał łapkami kieszeń mojej marynarki, wsuwał do niej pyszczek i ostrożnie 
wyciągał przeznaczone dla niego surowe jajko. 
Nie zdarzyło się nigdy, by je rozgniótł lub zrzucił na pokład. 
Potrafił je następnie otworzyć i wypić tak zręcznie, że nie zmarnował nigdy ani 
kropli jego zawartości. Dzięki Miśkowi trafiłem nawet do Polskiej Kroniki 
Filmowej. Sceny przymilań Miska i zanurzania się w kieszeni marynarki wzbudzały 
zachwyt widzów oglądających tę scenę na ekranie. 
Misk wiedział i rozumiał, co się na fregacie dzieje. Znał cały rozkład dnia. 
Rozumiał znaczenie rozkazów wydawanych głosem i gwizdkiem. Orientował się co i 
komu wolno i w jakim czasie. Był chodzącym regulaminem Białej Fregaty. Wiedział 
wszystko. 
Ody na pokładzie była wolna od zajęć i nauki "nadwachta", Misk trzymał się w 
rejonach dla niej niedosięgłych. Chyba że to była wachta, w której był Paszukow, 
jedyny uczeń, jakiego Misk darzył sympatią i zaufaniem. Gdy ten leżał na 
pokładzie, Misk właził mu pod bluzę i, nie zdradzany i broniony przed innymi, 
ucinał na jego "żywym ciele" drzemkę. 
Z całego rozkładu dnia Misk lubił najbardziej poranne zbiórki w morzu. Kiedy 
cały szereg uczniów zastygał na komendę "baczność" w oczekiwaniu na powitanie 
kapitana, Misk zjawiał się przed frontem pozbawionych praw ruchu uczniów i 
wolnym kroczkiem, ze sterczącym jak można najwyżej do góry ogonem, przyjmował 
pierwszy przygotowane dla kapitana honory. Mina Miska mówiła niedwuznacznie: "No 
widzicie, nie macie prawa mnie teraz ruszyć, nawet dotknąć mego ogona, który was 
zawsze tak interesuje. Cha! cha!" I Misk pokazywał w uśmiechu zęby. Był wyraźnie 
zawsze podczas tej ceremonii rozweselony. 
W momencie zjawienia się kapitana Misk właził na wanty i czekał. Czekał na 
komendę "na wanty" - do biegu przez saling. W mgnieniu oka wbiegał sam na 
platforemkę marsa, by z niej drwić wyraźnie z nieudolności w chodzeniu po 
wantach uczniów. Uśmiech Miska wyrażał lekceważenie: "No widzisz, jak pełzniesz, 
pojęcia nie masz o chodzeniu po wantach. I to się nazywa marynarz. Fe!" 
Gdy uczniowie dochodzili do marsa, Misk w paru susach był już pod salłngiem i 
zaśmiewał się z powolności ruchów odprawiających "wniebowstąpienie" uczniów. Z 
salingu Misk prędko przedostawał się na bombramreję i z niej śledził zakończenie 
biegu przez saling. 
Misk znał się na manewrach. Gdy długi gwizdek bosmański wywoływał podwachty na 
manewry do brasowania, Misk wychodził do niego również. Wiedział, że wszyscy 
będą zajęci pracą i że wszyscy muszą wychodzić na manewry, że nie po marynarsku 
jest przyglądać się tylko, gdy inni pracują. Należy zawsze dopomóc pracującym 
lub się usunąć z ich pola widzenia. Najlepiej jednak zawsze w takich 
okolicznościach przyłożyć rękę do pracy. Misk to robił dosłownie. 
Kiedy rząd uczniów ustawił się już Ho trasowania" -; to znaczy zSnła-ny kierunku 
ustawienia rei przez ciągnięcie lin zwanych brasami -> Misk nieodmiennie stawał 
na samym końcu, w miejscu, w którym nie trzeba już się wysilać i w którym lina 
układa się na pokładzie. Brał się przednimi łapkami za linę i przybierał pozy, 
jak gdyby pracował w pocie czoła. W istocie rzeczy bardzo dokładnie i po 
"zejmańsku" układał linę na pokładzie. Gdy skończono brasowanie rei jednego 
masztu i wszyscy biegli do brasów następnego, Misk galopował za całą gromadą z 
takim zapałem, jakby bał się "podpaść" brakiem gorliwości ido pracy. 

background image

W niektórych" jednak miejscach Misk był niepożądany. Do miejsc tych należały: 
kuchnia, prowiantura oraz sala do nauki, gdzie mieściła się biblioteka'. 
Misk świadomie zawsze wykorzystywał nieuwagę kucharza czy piekarza, by coś 
złasować i żadne już potem jego przymilne lub obojętne miny nie potrafiły zmylić 
ich czujności. Natychmiast wypraszali Miska dostrzeżonego w tych zakazanych dla 
niego pomieszczeniach, dając rozsierdzonemu coś do zjedzenia na pocieszenie., 
Misk zawsze na tym i tak skorzystał. Biblioteka również cieszyła się względami 
Miska, ale Misk nie cieszył się w niej względami księdza opiekującego się 
biblioteką. 
W ocenie książek Misk wykazywał zgodny pogląd z małpami, które się przewinęły 
przez "Dar Pomorza". Jeśli któraś z małp dostała się do biblioteki i dopadła 
książki, natychmiast ją otwierała i wydzierała z niej kartki, jak mogła i ile 
mogła. Misk był bardziej groźny. Sam ofwierał szafkę, wydobywał z niej książkę, 
rzucał na podłogę, odwracał twardą okładkę jedną łapą, a potem już dwoma 
wydzierał kartki masowo. Czym się powodowały i kogo naśladowały w niszczeniu 
książek małpy i Misk - nie udało się ustalić. 
Misk dokładnie wiedział, gdzie kto śpi. Nawę? jak kto śpi. Jefden z oficerów 
zażartował sobie z Miska, nęcąc go kawałkiem banana i zapraszając na swe kolana. 
Gdy Misk skoczył, by się na nich usadowić, oficer rozsunął kolana, Mtók trafił w 
próżnię i wylądował na pokładzie. Niedźwiadek bardzo się wówczas obraził. Tejże 
samej nocy posłyszeliśmy okropny ryk dochodzący z kabiny tego oficera. Oficer 
ten sypiał ze stopami nie okrytymi kocem. Misk zakradł się do niego i uciął go w 
wielki palec u nogi. 
Gorsza kara spotkała księdza. Ksiądz przyłapanemu na gorącym uczynku darcia w 
bibliotece książek Miśkowi posmarował sokiem od fajki nos - najczulszy organ 
Miska - by go oduczyć tak barbarzyńskiego "czytania" książek. Od tej chwili Misk 
księdza nie widział. Po prostu ksiądz stał się dla Miska powietrzem. Zwyczaje 
księdza były również dobrze znane Miśkowi. Misk cierpliwie czekał do niedzieli. 
W niedzielę zjawił się na mszy. Spokojnie doczekał błogosławieństwa i w momencie 
gdy ksiądz trzymał w obu rękac'h monstrancję, wyskoczył spod ławek i dopadł 
księżowskicK kostek. Według kalkulacji Mi- 
ska musiało to być najczulsze miejsce a SsięHza. To co poieni nastąpiło, może 
byłoby zabawne, gdyby nie powaga chwili... 
Szczęściem w pobliżu siedział przyjaciel Miska od drzemSi i Misk dał mu się 
wziąć na ręce. Ale był tak rozżalony, że długo jeszcze piszczał, jak gdyby Się 
skarżył, że nie pozwolono mu odpłacić pięknym za nadobne. 
Po trawersacie oceanu mieliśmy nadzieję, że uda nam się zdobyć dla Miska 
towarzyszkę życia, ale w Kolumbii nie mogliśmy jej wyszukać i naszego ulubieńca 
czekało starokawalerstwo. Misk stawał się opryskliwy. W tym czasie zaprzyjaźnił 
się z Majorem. 
Major piastował na Białej Fregacie godność intendenta. Major byJ chodzącym żywym 
przysłowiem, że "milczenie jest złotem". Usłyszenie jego głosu należało do 
rzadkości, a jeśli mówił, to tak cicho, że trzeba było się domyślić, że mówi. 
Zasłaniał sobie jeszcze usta ręką i miał tak zawstydzony wyraz twarzy, jak gdyby 
chciał nim przeprosić, że w ogóle ośmielił się mówić. W kabinie Majora było 
zawsze cicho, a na biurku leżało kilka książek przeważnie historycznych i 
przeważnie z okresu wojen napoleońskich. Major w chwilach wolnych od zajęć żył w 
epoce sprzed stu kilkudziesięciu lat. Każdą najbłahszą uprzejmość w stosunku do 
swej osoby nagradzał uśmiechem zażenowania, jak gdyby go spotkał największy 
zaszczyt i jak gdyby trzymał się zasady, że jeśli w drodze przez życie ktoś poda 
bezinteresownie szklankę czystej wody, należy to uważać za' akt' niezwykłej 
łaski i nigdy niczego od nikogo nie żądać. 
Po kilku miesiącach wspólnej pracy ź Majorem zacząłem się w duchu dziwić, w jaki 
sposób Major wydawał komendy, dowodził... Zapytać go o to wprost nie śmiałem, 
ale od kolegów dowiedziałem się, że Major nigdy majorem nie był. 
Tytuł Major, który nosił - oznaczał zupełnie coś odmiennego niż tytuł wojskowy i 
został mu jednogłośnie nadany przez kajutkompa-nię w uznaniu jego wyższości, coś 

background image

w rodzaju doktoratu honoris causa, ale w tym wypadku należało to chyba tłumaczyć 
jako - homo sapiens maior. 
- To z wojskiem Major nic wspólnego nie miał? - zapytałem. 
Tu dopiero aureola Majora zajaśniała w całej pełni. 
Legenda o nim przypisywała mu wymarsz w pierwszej czwórce z Oleandrów i udział 
we wszystkich najcięższych bojach bez noszenia w tornistrze nie tylko buławy 
marszałkowskiej, ale nawet słowa "dziękuję". Tak przywykł śpiewać "idzie 
żołnierz borem lasem, przymierając z głodu czasem", że wierny słowom piosenki 
dotarł aż do Białej Fregaty, którą uważał za swoją ziemię obiecaną i największą 
nagrodę za swój trud żołnierski. Z imieniem - Pan Tadeusz - przyjął od 
Mickiewicza cały jego romantyzm wyznając na co dzień wskazania Ksiąg narodu 
polskiego i pielgrzymsiwa polskiego. 
W kabinie Major siadywał zazwyczaj sam, podczas gdy duch jego maszerował po 
całym świecie zaciągając się do coraz to innego pułku 
polskiego, by podziwiać blaski i cienie gwiazdy Napoleona. Spokój w kabinie 
Majora nie uszedł uwagi Miska. Gdy już nigdzie Misika nie można było odszukać, 
oznaczało to, że milcząco dotrzymuje towarzystwa Majorowi. 
Po powrocie do kraju Major stawał się coraz bardziej zakłopotany i zatroskany, 
aż wreszcie oznajmił w kajutkompanii, że trzeba sprowadzić weterynarza, bo Misk 
jest chory. Wielomówność Majora w tym wypadku była wyrazem wielkiej troski. Po 
południu zjawił się weterynarz. Oględziny chorego Miska odbyły się na rufie w 
nawigacyjnej. Weterynarz stwierdził wrażliwość na zmiany temperatury, 
przeziębienie i coś jak gdyby nosaciznę. Miśkowi należało dać zastrzyk 
zapobiegawczy. 
Major przy pomocy oficerów przytrzymał Miska i straszna igła pogrążyła się w 
drgającym i przerażonym niedźwiadku. 
Misk drżał cały, ale nie pisnął. 
Po zabiegu Misk był przeświadczony, że należy..mu się za to jakieś wielkie 
zadośćuczynienie, pomimo że zdawał sobie- sprawę, iż nie został umyślnie 
skrzywdzony. Zadośćuczynienie musiało przyjść szybko, by uspokoić rozżalone 
niedźwiedzie serce. Misk wolno wyszedł z nawigacyjnej, zszedł na pokład główny i 
pomaszerował prościutko do kuchni. Kucharz i piekarz znajdowali się w kuchni, 
gdy na progu ukazał się Misk. Było coś tak groźnego w jego wyglądzie, że obaj 
tylko w milczeniu przyglądali się, gdy Misk wszedł na stół kuchenny i zasiadł 
przy salatereczce z ananasami. Wzrok Miska mówił: "Jeśli który z was ruszy się z 
miejsca lub będzie usiłował mi przeszkodzić - zginie". 
Misk, paraliżując wzrokiem kucharza i piekarza, zjadł nie śpiesząc się zawartość 
salaterki i z pełnym przeświadczeniem, że mu się to słusznie należało, powoli 
zszedł ze stołu i powędrował do kabiny Majora. 
Kucharz był tak zdumiony, że dopiero po jakimś czasie zdecydował się pójść 
zameldować Majorowi, że Misk zjadł deser dla kajutkompanii. 
Major twierdził, że nie miał wątpliwości, iż Misk doskonale rozumiał, o czym 
mówi kucharz, (ponieważ bardzo uważnie popatrzył na kucharza, gdy ten wymówił 
słowo "Misk", a potem "zjadł ananasy". Major wyjaśnił kucharzowi, że Misk 
zachorował i że zjedzone owoce dopomogą mu przezwyciężyć chorobę. Mówiąc to 
pogładził Miska, który, po otrzymaniu rozgrzeszenia w tej postaci, zamknął oczy 
i wyciągnął się jeszcze wygodniej na koi Majora, jak gdyby chciał powiedzieć, że 
nie raczy nawet zwracać uwagi na "skarżycieli". 
Wobec tego że nie można było Miśkowi zapewnić na "Darze Pomorza" pomieszczenia o 
stałej temperaturze, należało znaleźć mu odpowiednie na lądzie. Ksiądz, który 
pogodził się z Miśkiem, wyszukał mu wspaniałą rezydencję w ogrodach biskupa w 
Pelplinie. Z wielkim ża- 
lem musieliśmy się pogodzić wszyscy na "Darze" z myślą oddania Miska biskupowi. 
Na fregacie zrobiło się pusto - a zabrakło tylko jednego małego niedźwiadka. 

Wiadomość o napaści na Polskę zastała "Dar Pomorza" w Sztokholmie. Od tego 
momentu do kapitulacji Helu były to dnie najgorsze. Dręczyła bezsilna troska o 

background image

kraj potęgowana bezczynnością. Z tego okresu pozostał w pamięci na całe życie 
głos prezydenta Warszawy Stefana Starzyńskiego, głos nieugiętej stolicy, 
związany nierozerwalnie ze zdaniem: UWAGA! UWAGA! NADCHODZI! - stał się symbolem 
czujności, wytrwania i walki. 
Dnia 23 września rozstałem się z Majorem. Załoga "Daru", która wyruszyła na 
zachód, została rozdzielona na pięć polskich statków znajdujących się, zgodnie z 
zarządzeniem, w Goteborgu. Major został zaokrętowany na "Naroczy", ja na 
"Roburze IV". 
Kapitulacja Helu w dniu l października była sygnałem do wyruszenia pięciu 
naszych statków do Szkocji. Wodami terytorialnymi mieliśmy dostać się do Bergen, 
tam miała przyjść po nas eskorta złożona z angielskich okrętów wojennych. 
Pięć naszych statków opuściło Gbteborg w szyku torowym. Prowadził "Kromań" pod 
Dybkiem, za nim "Narocz" pod Borkowskim Małym. Potem szło "Wilno", którym 
dowodził Kazimierz Lipski, "Ro-bur IV" pod Gubałą Starszym, jako piąty szedł 
"Chorzów" pod Hilarym Mikoszą. 
Z "Robura IV" widać było dwa statki, które stanowiły krańcowe etapy naszych już 
skrystalizowanych poczynań morskich. 
"Wilno" - pierwszy z grupy tak zwanych "francuzów", pięciu statków zakupionych 
we Francji w 1926 roku - było zalążkiem planowanej przyszłej floty handlowej. 
Nazwę swą zawdzięczało kapitanowi Mamiertowi Stankiewiczowi, który pierwszy 
podniósł na nim polską banderę. Kapitan Stankiewicz, będąc kapitanem żaglowca 
szkolnego "Lwów", włożył olbrzymi wysiłek w zmobilizowanie społeczeństwa do 
założenia kompanii okrętowej. Organizował w tym celu w miastach Polski zebrania, 
prelekcje, odczyty. Dopiero w roku 1926 jego poczynaniami zainteresowało się 
ministerstwo Przemysłu i Handlu i założyło Towarzystwo Okrętowe "Żegluga 
Polska". Pierwszym statkiem tego towarzystwa było właśnie "Wilno". Ten sam 
kapitan Stankiewicz podniósł polską banderę na pierwszych pasażerskich statkach 
transatlantyckich, a potem na naszym największym i najbardziej nowoczesnym 
motorowcu "Piłsudski". 
"Kromań" - należał do tak zwanych "greków", statków zakupionych u armatorów 
greckich przez Bałtycką Spółkę Okrętową w ro- 
Ku 1939. Był to statek" najsfarszy, pocf wżglęcfefii wleKu, i najmłodszy, jeśli 
policzyć dnie służby w Polskiej Marynarce Handlowej. 
Mając wciąż przed oczami te dwa statki odtwarzałem w myśli historię naszej floty 
'handlowej, której rozkwit zawarty był w czasie pomiędzy podniesieniem na nich 
polskiej bandery. 
Sfcatki idące teraz w szyku torowym, z rozkazem przedostania się niepostrzeżenie 
do miejsca przeznaczenia wraz z zaokrętowanymi na nich ludźmi, przypominały 
wyprawę Kmicica z Tatarami, ale już w nowym Potopie, który nawiedził nasz kraj. 
Szliśmy na wyprawę, której na imię było NIEWIADOME. 
Z Bergen pod eskortą krążownika i kilku destrojerów przedostała się piątka 
naszych statków do Szkocji, kotwicząc w Firth of Forth. Tani otrzymałem 
propozycję objęcia stanowiska starszego oficera na m.s. "Piłsudski". 
Propozycję przyjąłem i powiedziałem o niej Majorowi, który natychmiast 
zdecydował się jechać ze mną, z wiarą, że przecież jakieś zatrudnienie na tak 
dużym statku znajdzie się dla-Jiiego. Wyruszył jeszcze z nami lekarz "Daru 
Pomorza", Wacław Korabiewicz, i dziesięciu uczniów. Major został prowiantowym na 
"Piłsudskim", uczniowie - marynarzami, a lekarz - lekarzem. 
Po wyruszeniu z Newcastle do Nowej Zelandii w momencie Katastrofy w dniu 26 
listopada 1939 roku pierwszy wybuch zwalił na głowę Majora ciężką, żelazną 
zapasową koję. Po odzysikaniu przytomności, z okaleczoną twarzą i wybitymi 
zębami Major znalazł się boso, w bie-liżnie i w kompletnych ciemnościach na 
korytarzu zasłanym szkłem z rozbitych kloszów i lamip. 
Idąc omackiem, boso po szkle, dotarł do miejsca, w którym powinien był znajdować 
się trap wiodący na wyższe ipokłady. Została z niego tylko poręcz. Po niej Major 
wydostał się na pokład, również pokryty szkłem strzaskanych lamp. Pomimo tych 
przeszkód udało się Majorowi dofrzeć do ostatniej spuszczanej łodzi ratunkowej. 

background image

Właśnie miałem zacząć opuszczać łódź na wodę, gdy w świetle swej elektrycznej 
latarki spostrzegłem Majora. Poświeciłem mu, by ułatwić dostanie się do wnętrza 
łodzi. Po spuszczeniu jej na wodę zamierzałem sam się do niej dostać po linie. 
Zanim doszedłem od windy łodziowej do burty, okazało się, że duża fala 
zaczynającego się sztormu wybaczyła obie talie, na których łódź została 
spuszczona, i zniosła łódź za rufę statku. W tym momencie stanął przy mnie 
kapitan Mamert Stankiewicz. Po krótkiej naradzie, ponieważ statek gwałtownie się 
przechylał, kapitan zdecydował, iż spróbuje ratować się na tratwie, aby uniknąć 
skakania w ciemności z burty statku do silnie już wzburzonego morza1, a potem 
płynięcia do łodzi ratunkowej. Pożegnaliśmy się z myślą, że się spotkamy - nie 
na tym, to na tamtym świecie. Statek przechylał się coraz bardziej, tak iż z 
trudem, trzymając się czego się dało, dotarłem do rufy - wydawało mi się, że 
stąd będzie najbliżej do wody i do łodzi ratunkowej. 
W momencie gdy miałem zamiar skoczyć do morza, spostrzegłem zwisający do wody od 
pokładu drąg, który służy do unieruchamiania łodzi ratunkowej, by się nie 
kołysała. Pęd powietrza po wybuchu zerwał łódź zostawiając tylko tę zwisającą do 
wody przyporę. Postanowiłem z niej skorzystać, jako z dogodnej drogi, i zjechać 
po niej do wody. Zaledwie zdążyłem objąć drąg nogami, gdy rzucona falą na jego 
dolny koniec łódź zamieniła go w dźwignię. Przyciśnięty przez nią do burty, 
niemal zmiażdżony, straciłem przytomność i spadłem szczęśliwie na dziób tej 
samej łodzi, w której już siedział Major, by po kilkunastu godzinach wylądować z 
nim razem w tym samym szpitalu. 
Major szybciej ode mnie opuścił szpital. Przypomniał sobie okres wojen 
napoleońskich i zaciągnął się do formującego się we Francji Wojska Polskiego. 
Opuszczony przez Majora, który nie miał nadziei na moje wyzdrowienie - 
wyzdrowiałem i wyruszyłem na "Chrobrym" na kampanię norweską. 

Tajemnicą chyba z dziedziny ciągu ptaków jest ciąg załóg polskich statków po 
wyjściu na ląd w nie znanym nikomu porcie do tego samego, nie wybranego i nie 
ustalonego przez nikogo z nich miejsca, w którym zawsze i na pewno wszyscy się w 
mieście spotkają. Czy będzie to Londyn, czy Nowy Jork, Konstantynopol czy Buenos 
Aires - spotkają się. Miejscem tym może być tawerna o łatwej nazwie "PIERWSZA I 
OSTATNIA" - w zależności od tego czy się wychodzi z portu, czy się do niego 
wraca - albo bar, gdzie podają... wyłącznie ostrygi, restauracja, w której 
szefem kuchni jest kucharz z wyspy Siphnos, lub po prostu ulica. Może działa w 
tych wypadkach bardzo silne w każdym Polaku na obczyźnie pragnienie spotkania 
kogoś ze swoich - tak silne, że zwabia na to miejsce rodaków. I tak już potem w 
tym miejscu coś z "tego" zostaje, coś, co sprawia, że właśnie Polacy tam się 
spotykają. 
W Glasgow w okresie drugiej wojny światowej takim miejscem była ulica, której 
nazwa, po przeczytaniu, była dla Polaków prawie nie-wymawialna: Sauchiehall 
Street. 
W czerwcu 1940 roku na tej ulicy padliśmy sobie z Majorem w objęcia. My z 
Norwegii opowiedzieliśmy Majorowi obejrzany tam "teatr" wojny. Nasi gospodarze 
nie mieli pojęcia o prowadzeniu wojny. Karne, jak chyba żadne inne wojsko na 
świecie - wyposażone w broń "nowoczesną" z pierwszej wojny światowej - było 
bezsilne w walce przeciwko czołgom i samolotom uzbrojonym w nowoczesną broń 
maszynową. 
Wrażenia Majora z "teatru" francuskiego były jeszcze smutniejsze od naszych. 
Major, uzbrojony w karabin Lebela z roku 1892, przemaszerował Francję walcząc 
nim przeciwko czołgom - niekiedy skutecz- 
nie. Wrócił pełen dumy. Źródłem jej - jak twierdził - było osobiste sprawdzenie 
prawdziwości i aktualności wersetów Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa 
polskiego, z którymi Major się nie rozstawał. 
- Odzyskałem wiarę w nas samych - mówił - pomimo że słowo Wolność zawarte w 
jądrze kultury polsikiej zmieniamy zbyt często na samowolę i swawolę. Lepsze to 
jednak niż Mordlust,  żądza krwi, bodziec do wszelkich poczynań zawarty w jądrze 

background image

kultury Germanów, lub "użycie" aż do słynnego apres moi le deluge Francuzów - po 
mnie choćby potop, a nawet od "najlepszego interesu" w jądrze kultury 
Anglosasów. Odzyskałem również szacunek 'dla nas samych, gdy zobaczyłem jak 
niedościgły dla nas ideał narodów, którego byliśmy tylko "pawiem i papugą" - 
rozleciał się w niecałe dwa tygodnie bez honoru i ambicji. Zrozumiałem 
powiedzenie Kościuszki, że gdyby Polacy sami sobie nie szkodzili, żadna siła ma 
świecie nas by nie zmogła. Z jednym tylko wersetem zgodzić się nie mogę. Z tym, 
który mówi, że Ameryka odkryta przez Kolumba stała się ziemią świętą i ziemią 
wolności. Dla kogo? Dla Indian? Zielone krzyże na żaglach okrętu Kolumba 
znaczyły dla nich to samo, co dla nas dzisiaj swastyka. Wymordowano miliony 
Indian na kontynentach obu Ameryk i gdy Włochy rzuciły się teraz na rozkładającą 
się Francję, zrozumiałem, dlaczego nasi historycy twierdzą, że "po przyjęciu 
katolicyzmu - nie Polska stała się katolicką, lecz katolicyzm stał się polskim". 
Lato 1940 roku upływało na smutnych stwierdzeniach, że Zachód nie wyciągnął 
żadnych praktycznych wniosków z napaści na Polskę. Padała jedna stolica za 
drugą. Naraz w nasze najczarniejsze myśli o przyszłości Major wniósł 
nieoczekiwanie coś zupełnie nowego. 
- Wojna - oświadczył pewnego dnia - wcale się jeszcze nie zaczęła. Jest to 
chwilowy sukces przygotowanego mordercy, którego nie zaczęto jeszcze ścigać. 
Wojna rozstrzygnie się nad Wołgą, gdzie morderca poniesie całkowitą klęskę. 
Dla wszystkich, którzy tego słuchali, oświadczenie Majora było niedorzecznością. 
Major jednak zdecydowanie obstawał przy swoim, podając jako źródło swych 
informacji - byłego premiera Kościałkow-skiego. 
• 
W tym czasie gdy prowadziliśmy w Glasgow te rozmowy, otrzymałem od byłych 
uczniów z "Daru Pomorza" list z wiadomością, że duża ich grupa znajduje się w 
obozie w Szkocji i proszą, żebym ich odwiedził. Gdy przyjechałem do obozu, 
chłopców nie zastałem. Cały ich oddział wysłano w góry Szkocji, gdzie mieli 
tropić zrzuconych na spadochronach dywersantów. 
Doczekałem się jednak ich powrotu. Pamiętałem ich jako dzieci jeszcze, teraz 
przeistoczyli się w żołnierzy. Opowiadali o Francji to samo co i Major. Tak jak 
i on byli dumni, pełni wiary w siebie samych 
i Polskę. Po naszym przejściu na pięciu statkach do Firth of Forth historia ich 
tułaczki dopiero się zaczęła. Część z nich z miejsca poszła do floty handlowej, 
pozostałych zaokrętowano na ORP "Gdynia", naszym starym transatlantyku 
"Kościuszko", który, wyprowadzony w ostatniej chwili z Gdyni przez kapitana 
Mamerta Stankiewicza, pełnił teraz funkcje okrętu-bazy Polskiej Marynarki 
Wojennej. Z "Gdyni" ! większość ich wyruszyła do Francji do Wojska Polskiego, 
podobnie jak Major. 
Pomimo wszelkich starań z ich strony, by się utrzymać w jednej grupie, znaleźli 
się niestety w kilku formacjach. Grupa największa czuła się najsilniej i 
posiadała najwięcej humoru. Starsi wiekiem w tej grupie uważali się za opiekunów 
młodszych kolegów, a dwóch najmłodszych cała kompania uważała za "nasze dzieci". 
Opowiadali, jak podczas tego cofania się we Francji wśród nieustannego 
bombardowania i ostrzeliwania dbali o to, by "dzieci" grzecznie się zachowywały 
i przestrzegały wzorowej higieny osobistej. 
"Wieczorem, żeby tam nie wiem co - nie wiem jak strzelali czy bombardowali, 
"dzieci" nieodzownie szły się myć a nawet kąpać. Czyściły ząbki szczoteczkami i 
pastą, nakładały potem długie nocne czyste koszule i kładły się do "łóżeczek" - 
ale zawsze pomiędzy dwa czyste prześcieradła. Cała kompania asystowała przy tym 
i każdy kolejno pochylał się nad nimi, by pocałować "nasze dzieci" na dobranoc. 
Tak przetrwali całą kampanię francuską. "Dzieci" wyglądały wyjątkowo zdrowo i 
różowo. Chłopcy twierdzili, że troska o "nasze dzieci" pozwoliła całej kompanii 
zachować równowagę i pogodę ducha na co dzień i w każdej sytuacji na froncie, 
który każdego dnia był gdzie indziej. Zabawa ta przeszła do legendy. 

background image

Niestety, wkrótce musiałem rozstać się z Majorem. Okazało się, że po uderzeniu 
głową w burtę łodzi ratunkowej, gdy spadłem do niej przy opuszczaniu 
"Piłsudskiego", mam skrzep w głowie. Bóle się odnowiły i znów znalazłem się w 
szpitalu^ tym razem w Bromsgrow pod Birmingham. Bezowocne leczenie zakończyło 
się uśpieniem mnie na okres dwóch tygodni. Po tym zabiegu odechciało mi się spać 
- jak mi się wydawało - na zawsze. 
Wróciłem do Szkocji, w której Major udawał, że żyje. Otrzymałem propozycję 
pójścia na "Wigry" w charakterze kapitana. Propozycja ta podobała się i mnie, i 
Majorowi. Gdy pilnie przygotowywaliśmy się, by pójść na ten statek, lekarze 
doszli do przekonania, że kapitan, który nigdy nie śpi, może okazać się zbyt 
uciążliwy dla załogi. Nie otrzymałem prawa pływania i wobec tego wylądowałem na 
stanowisku inspektora szkoleniowego w Ministerstwie Żeglugi w Londynie. 
Zadaniem inspektora było wyszkolenie odpowiedniej ilości ludzi potrzebnych do 
utrzymania naszej istniejącej floty na Zachodzie i zdol- 
nyćh do obsadzenia przewidywanej w najbliższym oKresie powojennym floty o tonażu 
sześciuset tysięcy. Trzeba było w tym celu wykształcić odpowiednią ilość 
nawigatorów, mechaników okrętowych, radiotelegrafistów, inżynierów budowy 
okrętów i maszyn okrętowych oraz myśleć o oficerach rybołówstwa, a przede 
wszystkim zaopatrzyć wszystkich w polskie -podręczniki fachowe; natychmiast 
dokończyć rozpoczęte już dokształcanie uczniów z "Daru Pomorza" w Southamp-ton, 
wybrać spośród pływających marynarzy najbardziej doświadczonych, z długoletnią 
praktyką i przeszkolić ich na oficerów nawigacyjnych i mechaników okrętowych. 
Należało zatem zorganizować nową szkołę morską. 
Naturalnie ściągnąłem do Londynu Majora. Znów byliśmy razem. Przystąpiliśmy do 
rozglądania się w posiadanym "materiale" na statkach. 
Major w Londynie "stworzył" kartotekę załogową. Była ona jego dzieckiem i to 
bardzo mądrym. Przewidując trudności w odnalezieniu się ludzi zgubionych w tej 
nowej wędrówce narodów, wpisywał (do kartoteki każdego człowieka, który postawił 
stopę na pokładzie polskiego statku, nie mówiąc już o wydarzeniach i historii 
samych statków. 
Kartoteka Majora rosła w błyskawicznym niemal tempie i wkrótce zajmowała już pół 
stołu, przy którym tkwił Major z miną natchnioną tak, jak gdyby siedział przy 
najwspanialszym instrumencie muzycznym. Obok kartoteki stała maszyna do pisania. 
Dziwnym trafem przywędrowała razem z nami do Firth of Forth, a potem po długiej 
wędrówce znalazła się znów w rękach Majora. Zamknięta w małym, kwadratowym 
pudełku stalowym była chlubą naszej techniki krajowej, a dla Majora - relikwią. 
Milczący zawsze i zażenowany Major wciągał do pokoju każdego, kto przybył ze 
statku, i zaczynał skrupulatnie wypytywać o wszystkich ludzi, którzy przez ten 
statek 'przeszli. W ten sposób Major stał się najbardziej cenionym źródłem 
wiadomości o ludziach kiedykolwiek mających do czynienia ze statkiem polsikim. 
Jeśli Major miał na twarzy tajemniczy uśmiech, to wiadomo było, że przed chwilą 
ktoś dzięki jego kartotece odnalazł szukaną osobę - tylko dlatego, że osoba ta 
"ręką dotknęła burty polskiego statku". 
W kartotece Majora znalazły się nie tylko fakty dotyczące statków polskich. Nie 
mogąc brać czynnego udziału z bronią w ręku, Major wolny czas poświęcał 
zbieraniu wiadomości o walkach polskiego żołnierza w drugiej wojnie światowej 
porównując je do walk z epoki napoleońskiej. Spisywał je w kartotece pod tytułem 
Somosierra. Jak twierdził, nie był to jego pomysł. Historycy wojen napoleońskich 
używali nawet terminów - Somosierra kawalerii, Somosierra piechoty. 
Major przyjął za Skalę porównawczą Somosierrę z dnia 30 listopada 180Ś roku. 
Nikt jej chyba nie prześcignie. Pozycja nie do zdobycia, a stosunek sił w 
ludziach i ognia - nie mający równego sobie. Walka 
prowadzona bez zaskoczenia. Stu dwudziestu szwoleżerów uzbrojonych w szable 
uderza w biały dzień na cztery baterie, po cztery działa każda, ustawione w 
wąwozie na załamaniach drogi wiodącej w górę. Droga jest tak wąska, że 
szwoleżerowie mogą nacierać tylko w szyku po czterech w szeregu. Zbocza wąwozu" 
i baterie obsadzone przez dziewięć tysięcy ludzi wrogiej piechoty. Cała droga 

background image

pod obstrzałem. Zdobycie tej pozycji nie do zdobycia trwało niepełne osiem 
minut. 
Za Somosierrę piechoty, ciekawą ze względu na udział eskadry okrętów 
angielskich, uważał Major bitwę o fort nadmorski Fuengirolli w dniu 15 
października 1810 roku. Załoga fortu składała się ze stu pięćdziesięciu ludzi 
czwartego pułku piechoty pod dowództwem kapi--tana Młokosiewicza. Przeciwko 
bateriom angielskim na lądzie i na okrętach wojennych załoga posiadała dwie duże 
armaty i dwa małe działka. W fortecy było brak żywności i wody. Gdy od strony 
lądu zbliżyła się kilkutysięczna armia angielska pod dowództwem lorda Blayneya, 
kapitan Młokosiewicz nie stracił ducha. Odmówił kapitulacji. W nocy fort 
otrzymał pomoc w sile siedemdziesięciu ludzi. Anglicy rozpoczęli bombardowanie. 
Oblężeni zrobili wycieczkę, zdobyli główne baterie i wysadzili kesony z amunicją 
oraz zatopili jeden z okrętów wojennych. Druga wycieczka i pomoc w ilości dwustu 
ludzi tego samego pułku skończyła się zepchnięciem Anglików do morza i 
zmuszeniem ich do ucieczki na okrętach. Załoga fortu zdobyła pięć dział i dwustu 
jeńców, wśród nich dowódcę, lorda Blayneya. 
Męstwu i poświęceniu ówczesnych Polaków zawdzięczamy honorową dla nas tradycję, 
przechowywaną w pułkach angielskich, które do dziś szczycą się, że "miały honor 
walczyć z Polakami". 
Niepopularność udziału wojsk polskich w walkach w Hiszpanii nie wyidawała się 
Majorowi słuszna. Była to wojna ze starym ustrojem, za wypaczenie hasła "za 
waszą wolność i naszą" nie .ponosiły odpowiedzialności legiony. Powtórzyło się 
to samo, co się działo we Włoszech, gdy musiano w nowo utworzonej Republice 
Rzymskiej zastąpić żołnierzy francuskich karnym i powszechnie szanowanym 
żołnierzem polskim. W dniu 3 maja 1798 roku trzy kolumny legionów Dąbrowskiego 
wkroczyły do Rzymu na Kapitol. Tego ducha w wojsku polskim należało tłumaczyć 
różnicą stosunku oficerów /do żołnierzy. W wojskach, przeciwko którym walczyli 
legioniści, panowała fryderykowska zasada, "iż koniecznym jest, aby żołnierz 
prosty lękał się więcej swoich zwierzchników aniżeli niebezpieczeństwa, na które 
się go wystawia, inaczej bowiem bić się nie zechce - albo ucieknie". 
W legionach oficer zwracał się do żołnierza przez "obywatelu" lub "bracie". 
W kartotece pod tytułem Somosierra było zanotowane jeszcze jedno polskie 
zwycięstwo - pod Tudelą koło Yalladolid. Odniósł je kapitan Józef Chłusowicz 
zdobywając... miłość i rękę w prostej linii pra-pra-wnuczki Krzysztofa Kolumba. 
Młodziutka i piękna "Kolumbówka" wniosła do tego małżeństwa oprócz wielkiego 
imienia, klejnot rodzinny w postaci zawieszonego na grubym, złotym łańcuchu 
medalionu z wizerunkiem Ferdynanda i Iza-belli - z odpowiednimi napisami - 
wybity w roku 1494 jako dar pary królewskiej, ofiarowany Kolumbowi za odkrycie 
Ameryki. Gdy po roku 1812 Chłusowiczowie, już pułkownikostwo, zamieszkali u 
marszałka Wrońskiego w powiecie słonimskim - pozwolono im na to pod warunkiem 
pozostawienia córeczki Dolores na dworze w Petersburgu - medalion ten stał się 
celem licznych "pielgrzymek". 

Życie w codziennie bombardowanym Londynie przystosowywało się do nowych 
warunków. Uprzedzeni przemówieniem swego premiera, iż dopiero za cenę krwi, 
głodu i niewygód osiągną zwycięstwo, Anglicy wkroczyli w nowy dla siebie okres. 
Londyn zamienił się w obóz warowny przepełniony modnymi wówczas "wolnymi 
narodami". Byli więc: "Wolni Francuzi", "Wolni Belgowie", ""Wolni Holendrzy", 
"Wolni Norwegowie". Na skrzyżowaniach głównych ulic zbudowano z że-lazo-betonu 
punkty oporu, zapory przeciwczołgowe i ustawiono zasieki z drutu kolczastego. 
Ulice roiły się od mundurów "wolnych narodów" i salutujących im uzbrojonych 
posterunków wojsk angielskich. 
Widok ten podsunął pewnemu aktorowi pomysł niecodziennego zakładu. Mianowicie 
założył się z przyjaciółmi, iż przebrany w nieprzyjacielski mundur generalski 
przejdzie nie zatrzymany przez najbardziej strzeżone miejsca oporu. Zakład 
wygrał. Wszystkie posterunki prezentowały broń. God save the King. 

background image

Bombardowanie trwało. Znikały całe dzielnice. Londyńczycy się umawiali w ten 
sposób: "Spotkamy się na rogu twojej i mojej ulicy, gdyby tego rogu nie było, to 
na przeciwnym, a igdyby i tego nie było, to na najbliższym w kierunku do 
ciebie". 
Londyn jest duży - nie zawsze wszystkie dzielnice naraz bombardowano, wobec 
czego zaczęto ogłaszać alarm wyłącznie dla dzielnicy atakowanej. W kinach 
zagrożonej .dzielnicy po ogłoszeniu dla niej alarmu na ekranie ukazywał się 
napis: "Dzielnica nasza jest bombardowana, na pięć minut przerwiemy wyświetlanie 
filmu i zapalimy światło dla tych, którzy chcą opuścić kino". I rzeczywiście, 
zapalano światło i z po brzegi wypełnionego kina wychodziło zaledwie kilka osób. 
Podróżowanie jest wrodzoną cechą Anglików - podobnie jak u nas narzekanie. Wojna 
i tutaj dała się Anglikom we znaki. By odciążyć co noc bombardowany transport od 
tej luksusowej manii, dworce kolejowe i autobusowe zaopatrzone zostały ze 
wszystkich stron w transparenty z hasłami zupełnie dla Polaków nie zrozumiałymi: 
IS yOUR 
JOURNEY REALLY NECESSARY? Co dla nas brzmiało: Człowieku, zastanów się, co 
czynisz! "Czy podróż twoja rzeczywiście jest nieodzowna?" 
Może istotnie przed każdą podróżą należy się zastanowić, czy naprawdę trzeba 
jechać? 
W głowę zachodziliśmy - zadając sobie pytanie - co się musiało dziać w tym 
kraju, zanim sobie tego nie uprzytomnili? 
Pewnego dnia pojechałem do Glasgow, by się zapoznać z warunkami bytowymi 
polskich studentów i ich potrzebami podczas studiów na politechnice oraz 
postępami w nauce. W pociągu spotkałem porucznika Polskiej Marynarki Wojennej, 
którego mundur mieścił w sobie "żywe ciało" naszego Mariusza Sforzy. 
Mariusz, jako absolwent szkoły filmowej, w każdej roli, którą mu życie 
narzucało, czuł się swobodnie. Zdumiewała tylko jego skala porównawcza w 
stosunku do samego siebie - wynikała widocznie z przeświadczenia, że każdy 
szlachcic zostać może królem. 
- Mariuszu -. zapytałem, gdyśmy się już przywitali - jak się czujesz na morzu? 
Na tych bojowych okrętach w konwojach do Ameryki kołysze więcej niż na naszym 
"Lwowie"? Przyzwyczaiłeś się? 
- Ha, Nelsona trapiła choroba morska aż do bitwy pod Trafalga-rem, nie widzę 
istotnych powodów, dlaczego ze mną miałoby być inaczej. Czekam na swój 
Trafalgar. 
Wspomnieniami zawędrowaliśmy do ławy szkolnej i sławnych dni, gdy jacht 
królewski oczekiwać miał przyjazdu Mariusza, aby potomek Sforzów mógł obejrzeć 
swą przyszłą własność. Teraz dopiero dowiedziałem się, jaka była przyczyna chęci 
kupna tej wyspy. 
Mariusz po mieczu i po kądzieli odziedziczył zapał do korespondencji. Miłość do 
morza przyszła nieoczekiwanie, gdy kończył szkołę filmową. W szkole zaczął 
korespondencję z całym światem, wymieniając widokówki i znaczki pocztowe. Listy 
swe pieczętował lakiem we wszystkich barwach. Biały lak, którym chciał 
zaszczycić któregoś ze swych adresatów, leżał wciąż nie tknięty. Biały lak nie 
miał godnego siebie. Posiadane znaczki pocztowe nie wydawały mu się dostatecznie 
dobre, by zaofiarować ich wymianę królowi angielskiemu, ale oto Mariusz 
.przeczytał ogłoszenie, że król pragnąłby odstąpić - za odpowiednią sumę - swą 
posiadłość w postaci całej wyspy. Myśl nawiązania korespondencji przez Sforze z 
dynastią Sachsen-Koburg-Gotha była tak silna, dynastie - nie wiadomo, która 
starsza, użycie laku białego tak nieodzowne, że Mariusz bez chwili namysłu 
zdecydował się na długą korespondencję w sprawie kupna wyspy. 
- Pomyśl tylko - zakończył swe opowiadanie - wówczas nic nie miałem, a teraz 
słyszałem, że wyspa została bardzo zniszczona, miałbym jeszcze mniej. Bardzo się 
cieszę, że jej nie kupiłem. 

Statystyka wykazywała, że wielu ludzi uratowało się od pogrzebania żywcem 
podczas bombardowania tylko dzięki temu, że się schronili pod mocnym stołem. 

background image

Dało to impuls do budowy kieszonkowych schronów w kształcie pudełek metalowych 
czy klatek, w których można było się wygodnie przespać z poczuciem, że się 
zrobiło wszystko, by nie stracić życia. W Glasgow sensację wzbudził emerytowany 
oficer marynarki handlowej, który zakupił stary kocioł okrętowy, ustawił go w 
ogródku koło domu, wyposażył komfortowo w ogrzewanie i elektryczne oświetlenie - 
od tej chwili oglądanie wojny z tego kotła stało się dla niego miłą rozrywką. 
Wszyscy jednak musieli pełnić tak zwaną służbę ogniową. Co kilka dni miało się 
służbę w nocy, w ustalonym miejscu na ulicy na wypadek zrzucenia przez samoloty 
bomb zapalających. Pełniący tę służbę byli odpowiednio przećwiczeni i 
zaopatrzeni w specjalny sprzęt. Po bliższym wzajemnym poznaniu i przetasowaniu 
się dyżurujących - służba ta stawała się czymś w rodzaju party, miłego 
towarzyskiego spotkania. W nocy igrzyska świetlne na niebie wzbudzały prawie 
zachwyt. Najbardziej interesujący widok przedstawiały bombowce i złapane w smugi 
reflektorów opadające na spadochronach ich załogi. Do przyjemności niemal 
zaliczyć należało deszcz spadających bomb zapalających, których wygaszenie 
napawało dumą spełnionego obowiązku. 
Były jednak i inne przykrości spowodowane wojną. Lord Woolton obliczył, że ilość 
marmolady pozostawiona na talerzykach iprzez czterdzieści milionów łudzi wynosi 
całe tony, za których dowóz trzeba zapłacić życiem wielu marynarzy. Od momentu 
usłyszenia tego oświadczenia żaden Anglik nie położył marmolady na talerzyku. 
Trudniejsza sprawa była z cebulą. Za przywiezienie jej do kraju również trzeba 
było płacić życiem marynarzy, .wobec tego zamieniono wszystkie klomby i 
kwietniki w poletka uprawy cebuli. Cebulę "uprawiano" nawet w doniczkach i 
skrzynkach na 'balkonach. 
Bombardowanie dotknęło również brydżystów, stawiając przed nimi trudny do 
rozstrzygnięcia problem - co należy uczynić, jeżeli bombardowanie rozpocznie się 
w środku gry? Ustalono: ten który się "rozłożył", wychodzi na dach, by 
obserwować, czy rzeczywiście grę należy przerwać. Podobne zagadnienia trapiły 
graczy w golfa. Duży lej po bombie nie był przewidziany przed uderzeniem w 
piłkę. Co robić, jeśli uderzy bomba, a piłeczka wpadnie do leju po bombie? 
Należy coś począć. Zmienić statut? Zmieniono. Jeśli piłeczka wpadnie do leju po 
bombie, można ją z niego wybić dodatkowym uderzeniem, które się nie liczy. 
•            * 
Miastem bombardowanym codziennie podobnie jak Londyn był Southampton, w którym w 
University College w Navigation Department kształciła się grupa uczniów z "Daru 
Pomorza", w ilości dwudziestu kilku przez okres dziesięciu miesięcy. Oficerem 
łącznikowym pomiędzy Ministerstwem Żeglugi a szkołą i bezpośrednim kierownikiem 
każdego kursu był kapitan ż.w. Antoni Zieliński. 
Każdy uczeń tej szkoły nazywał się w tym okresie polish midship-man. Nazwa ta 
wywodziła swój rodowód od miejsca, w którym na statku angielskim hodował się 
przyszły narybek oficerów nawigacyjnych. "Przed masztem" - na dziobie statku 
mieszkała załoga. Rufa uchodziła za najszlachetniejszą część statku - mieszkał 
na niej kapitan i oficerowie. Midship, czyli śródokręcie, zajmowali mężczyźni i 
chłopcy używani do noszenia amunicji i rozkazów lub po prostu młodzi ludzie do 
posług osobistych kapitana i oficerów. Dopiero od okresu wojen napoleońskich 
midshipman stał się tytułem honorowanym w marynarce angielskiej, oznaczającym 
przyszłego oficera pokładowego. Starsze panie i ludzie ,z lądu piszący o morzu 
twarde słowo mtdsfttp-man spieszczali na "middy". 
Cały ten narybek z "Daru Pomorza" dokształcający się w Southampton Major uważał 
za "nasze dzieci" - wyrosły już przecież w naszych polskich, morskich 
tradycjach. 
Byli czymś, co chcieliśmy, by było w naszej marynarce najlepsze. Pragnęliśmy, by 
przyswoili sobie te wartości, o których wiedzieliśmy, że są dla dobrego 
nawigatora niezbędne i konieczne, i które wpajaliśmy im na "Darze" i w szkole. 
Rozdzieleni na początku wojny, staraliśmy się potem utrzymać z nimi łączność. 
Ciekawiło nas, czym są i jakimi okażą się w czasie ciężkiej próby na morzu. 

background image

By tradycji stało się zadość, pierwszym dziełem naszych mid-szypnienów było 
wyidanie czasopisma. Radość z tego powodu, że są znów razem, dała mu tytuł "ZNÓW 
RAZEM". To co w nim pisali, Major skrzętnie układał w iporządku chronologicznym, 
by otrzymać obraz - możliwie dokładny - ich dziejów i myśli. 
W pierwszym rzędzie zamieścili wiersz lotnika, który przedostał się z Polski do 
Węgier. Oto jego urywek: 
A ci co mieli konie 
Co im barwne proporce nad głową wiewały 
Co w łonie 
Nieśli wizje dawnych pancernych husarzy 
- runęli w walką 
Co od oparów czerwona była... Somosierra... znów w nich odżyła Dziś szarżują na 
tanki 
- chyba nie wyśniła 
historia nasza podobnych obrazów... 
Stal szabl na stali tanków im się pokruszyła 
A oni ginęli 
To dziwne - bez rozkazu 
Major mię mógł wyjść z podziwu, że dla tych jeszcze nieomal dzieci, które nie 
zaznały niewoli, nie widziały nigdy dotąd wojny, sprawy stanowiące źródło 
energii do wytrwania i przetrwania były od razu tak jasne i skrystalizowane. O 
zaborach tylko się uczyli. Tych sto pięćdziesiąt lat niewoli dla nich to już 
tylko "historia". Epoka napoleońska była jeszcze bardziej odległa - ale dziwnie 
od razu odnaleźli w niej obecną sytuację. 
Jednak najchętniej wracali wspomnieniami do najbliższej, najmilszej dla siebie 
przeszłości. Znalazło to wyraz w "ZNÓW RAZEM", gdzie zamieszczali ze swych 
dzienników całe strony pisane jeszcze w tamtych, beztroskich latach. A oto kilka 
z tych stron: 
Mayaguez (Puerto Rico) . Sobota, 10 XII 1938 r. 
Przez cały dzień praca na statku. Po południu przyjmujemy gości. O godzinie 
dziewiątej kładziemy się spać. Zmęczeni robotą i poprzednią nocą (spaliśmy tylko 
trzy godziny) momentalnie zasypiamy. Nagle rozlega się gwizdek. POBUDKA! 
Zaspani zrywamy się i myśląc^ że to już rano, zaczynamy zwijać hamaki. Aż tu 
wchodzi do międzypokładu Pierwszy Oficer i mówi, żeby ubierać się na granatowo i 
że znów jedziemy na bal. 
Jest godzina dziesiąta wieczór. W dziesięć minut później wsiadamy do samochodów, 
które po nas przysłano, i jedziemy do Cassina. Podobno publiczność zażądała 
kategorycznie od Komendanta, by koniecznie dostarczył na bal "kadetów". 
W.F. 
Poniedziałek, 12 XII 1938 r. 
Rano przebieramy się w "tropiki" i z wychowawcą i instruktorem maszerujemy 
czwórkami na plac ćwiczeń. Urządzają dziś dla nas defiladę Pułku Szkoły 
Podchorążych USA. 
Gdy wchodzimy na plac, z trybun witają nas gromkie oklaski. Stajemy w dwuszeregu 
obok sztandaru amerykańskiego, dalej nasi oficerowie w asyście wyższych oficerów 
USA. 
Na placu jest orkiestra i dziesięć kompanii piechoty. W ciemnozielonych 
mundurach, furażerkach i białych rękawiczkach kompanie stoją naprzeciwko nas. 
Zaczyna się musztra i ćwiczenia z bronią. Wygląda to bardzo efektownie, zupełnie 
inaczej niż u nas. Następuje popis orkiestry, marsz z wspaniałym "tamburmajorem" 
robiącym cuda ze swą buławą i wreszcie kompanie ruszają do defilady. 
Na pięć metrów przed nami pada komenda "baczność, na prawo patrz!" Idą w szyku 
po dwunastu w szeregu. Sztandar pułku i USA po środku, przed każdą kompanią 
proporczyk. Przed nami chylą się kolejno proporczyki, salutują nas szablami 
oficerowie, a wreszcie i sztandar pułku opada w dół przed skromnymi kadetami 
polskiej Szkoły Morskiej, którym się nie marzyło, że będą im oddawać takie 
honory. 

background image

Kurtuazja amerykańska wprawiała nas wszystkich w zdumienie. Wszędzie w mieście 
pozdrawiano nas polskim "dzień dobry". Dzieci na 
ulicy wołają na nas "Polacco". 
W.F. 
Sobota, 17 XII 1938 r. 
Dziś odjazd o godzinie trzeciej. Już o godzinie dwunastej gromadzą się tłumy, 
policji pełno. Samochody zajmują wielką przestrzeń na kei. Wstęp na statek tylko 
dla zaproszonych gości. Otrzymujemy mnósttoo prezentów w postaci bombonierek i 
wielkich serc z cukru, książek, czasopism ilustrowanych i innych drobiazgów. 
O godzinie trzeciej goście schodzą z "Daru". Są tak wzruszeni, że większość z 
nich płacze, na brzegu też pochlipują. 
Odbijamy. Stoję na sterze. Gdy rufa odchodzi od kei, Komendant daje rozkaz: "na 
wanty". Uczniowie i jungowie wbiegają na maszt i na cześć Mayaguez krzyczą trzy 
razy "niech żyje". 
Komendant krzyczy wciąż przez tubę podziękowania do powiewającego chusteczkami 
tłumu. Dajemy salut syreną i banderą. 
Wokół nas mnóstiuo motorówek odprowadza "Dar" daleko w morze. Jadą obok burt i 
wiwatują na naszą cześć. 
Zegnaj, Puerto Rico, żegnaj, Mayaguez! 
W.F. 
Ale najwięcej miejsca w ich sercach i myślach zajmował "Dar". Miłość do niego 
przewija się przez wszystkie kartki "ZNÓW RAZEM" - u wszystkich roczników. 
Czy pamiętacie ostatnie dni sierpnia 1939 roku? 
Byliśmy na naszym kochanym "Darze". Kochanym - tak dopiero tera2 widzimy, jak 
drogi był dla nas. Tych kilka jego fotografii, które nam zostały po długiej 
tułaczce, wiszą dumnie na ścianach naszych 
pokoi. Na honorowych miejscach. 
M.K. 
Był jedynym żaglowcem, który w XX wieku odbył podróż naokoło świata, był jednym 
z dwu żaglowców szkolnych, które pod żaglami 
przeszły najburzliwste na Świecie miejsce - Cape Horn (drugim był żaglowiec 
japoński). Podczas zlotu bałtyckich statków szkolnych w ro-fctt 1938 w 
Sztokholmie został uznany za najczystszy i najlepiej urządzony, a jego załoga za 
najlepiej wyszkoloną. 
W.F. 
"Dar Pomorza" był żywą skarbnicą tradycji 'morskich, których większą część 
otrzymał w spadku od swego poprzednika, polskiego barku szkolnego ,JLwów" i 
które pieczołowicie przechowywał i krzewił wśród swych wychowanków. 
Wszyscy, którzy przeszli twardą szkołę, na żaglowcu, tworzą wśród innych 
marynarzy jakby odrębną grupę, jakby fclan^ o właściwie lepiej •- jakby rodzinę. 
W.F. 
Dopiero teraz wiemy, jak wiele on dla nas znaezył. Bo statek można pokochać tak, 
jak można pokochać przyjaciela ezy piękną dziewczynę. [...] Czy pamiętacie, ile 
razy oglądaliśmy jego dumną sylwetkę czy to na redzie w Gdyni, czy to w wielu 
innych zagranicznych portach, gdzie spełniał swe podwójne posłannictwo - 
szkolenie przyszłych oficerów i propagandę Polski na morzu. Spełniał to 
posłannictwo dobrze. 
[...] Wystarczy przypomnieć opinię komendanta norweskiego statku szkolnego: 
komendant powiedział, że w ciągu swej czterdziestoletniej praktyki na morzu nie 
spotkał tak utrzymanego i pięknego statku. 
Musieliśmy Cię zostawić - stoisz samotny i opuszczony, lecz wrócimy po Ciebie. 
Wrócimy na pewno i oddamy Cię w ręce następców, abyś spełniał swą misję dalej - 
szkolił oficerów i rozsławiał imię Polskiej Marynarki Handlowej na wodach całego 
świata. 
M.K. 
Pierwsze wrażenia z tego, co posłyszeli o walkach na Wybrzeżu, wyrazili 
następująco: 

background image

Wystarczy przypomnieć bohaterską postawę naszych oddziałów w okolicy Gdyni, 
których część wznowiła tradycje kościuszkowskie i poszła do ataku na gniazda 
karabinów maszynowych z kosami. Dowódca obrony Wybrzeża pułkownik Stanisław 
Dąbek widząc, że sytuacja jest beznadziejna, wydał rozkaz do żołnierzy: ,Jtie 
mamy już nic do bronienia^ ale mamy jeszcze nasz honor żołnierski, a tego 
będziemy mogli jeszcze zawsze bronić choćby gołymi rękami". 
Krew tych bohaterów zmieszała się z falami Bałtyku, dokumentując raz jeszcze 
przed całym światem, że Polska bez niego istnieć nie może. 
JEŻ 
W droidze do Szkocji, gdy byliśmy jeszcze w wolnej Norwegii, chłopcy trafili na 
wyświetlany w kinie film - niemiecki reportaż o wojnie: 
Boże! To o nas. O Polsce. Widzimy sylwetki tak dobrze znane - nasza fcatoaleria 
szarżuje na tanki, piechota idzie na bagnety. To bój! Serca zaczynają bić 
żywiej. Oni się biją. Może to nieprawda, że się skończyło. Może to tylko 
propaganda niemiecka wyimaginowała zwycięstwo nad Polską?... 
Obrazek się zmienia. W okopach nasza piechota, a na nią loalt zbity wał tanków. 
Boże, cóż może zrobić ta garstka ludzi przeciw tej masie żelaza? 
A potem defilada. Na tej samej drodze, gdzie zawsze odbywały się defilady 
naszego wojska. Na ulicach pustki. Po drodze suną kolumny morderców. 
To wy strzelaliście do kobiet i dzieci. Wy mordowaliście nasze matki i 
siostry... 
To już koniec. Ludzie wychodzą. My jeszcze siedzimy. Podchodzi do nas jakaś pani 
z mężem i pyta: ,fanowie Polacy?" Potem padają słowa współczucia. Och Boże! Jak 
one pieką. Pięści zaciskają się kurczowo... 
"Co panowie zamierzają robić?" 
Jak to co? Walczyć! 
Walczyć wszędzie. Na morzu, lądzie i w powietrzu i nie spocząć dopóty, dopóki 
krzywdy nie zostaną pomszczone. 
Jeszcze Polska nie zginęła, dopóki chociaż jedno serce polskie bije w piersi, 
dopóki chociaż jedna kropla krwi płynie w żyłach. 
Pod artykułem widnieją inicjały W.K. 
- Gdyby Józef Wybicki w roku 1797 nie napisał słów hymnu, zrobiliby to nasi 
chłopcy - mówił Major dołączając artykuł do swojej kartoteki. 
Po przybyciu pięciu naszych statków do Firth of Forth ci uczniowie, <dla których 
nie znaleziono przydziałów, zostali odesłani na ORP "Gdynia". Oto dalsze ich 
przygody w chronologicznym układzie według pisma "ZNÓW RAZEM": 
Pozostaliśmy bez przydziału przy marynarce wojennej na ORP "Gdynia". Początkowo 
prace nad przygotowaniem okrętu do przyjęcia marynarzy z innych statków 
zajmowały nam czas i nie pozwoliły myśleć zbyt wiele o sobie. Nadszedł czas, że 
praca się skończyła. Marynarze przyjechali. A co z nami? Myśl ta zaczęła nas 
gnębić coraz więcej. Ogarniać nas zaczęło zniechęcenie. Wreszcie sądziliśmy, że 
nie potrzeba tu nas i że jesteśmy po prostu intruzami. Tak minęły blisko trzy 
miesiące. Część poszła do marynarki wojennej. (...] Wreszcie speł- 
nity się nasze serdeczne życzenia. Po wielu staraniach i gorących -prośbach 
zostaliśmy wyekspediowani do Francji, aby zasilić szeregi świeżo tworzącej się 
Armii Polskiej. 
Motorówka odbija od okrętu... Wolno kieruje się ku brzegowi. W ciemności nocy 
ginie szary cień "Gdyni", a z nim zaciera się cała przeszłość ponurej 
bezczynności. 
(...) 

Po zaokrętowaniu na statek idący do Cherbourga takie były wśród "naszych dzieci" 
nastroje: 
Im bliżej lądu francuskiego, tym więcej slyszy się rozmów na temat naszych 
przyszłych losów. Jeden chciałby pójść do lotnictwa, drugi do broni pancernej, 
inny znów do artylerii. Nawet każdy z nas uważa swój rodzaj broni za najlepszy 
na świecie i stara się gorąco, by pozostali zgłosili swój akces tam, a nie gdzie 

background image

indziej. Ostatecznie pierwsze miejsce w konkursie rodzajów broni zajęło 
lotnictwo, jako najbardziej odpowiadające naszemu usposobieniu i temperamentowi. 
Głównym naszym zamysłem było jednakże nierozłączanie się pod żadnym pozorem. 
Tego co prawda nikt nie poruszał, ale tylko dlatego, że to wynikało z naszego 
koleżeństwa. Przecież już od kilku lat nie rozstajemy się prawie wcale - razem 
spędziliśmy wesołe lub mniej wesołe chwile, tym bardziej więc teraz, gdy przed 
nami stała walka o Ojczyznę, nikt inaczej nie mógł myśleć. 
Spoza mgły zaczęły się wynurzać zabudowania Cherbourga. 
JEŻ 
W Cherbourgu "nasze dzieci" wsiadły do pociągu, który ich przywiózł na małą 
stacyjkę kolejową: 
Na tym dworcu oczekiwał nas stary podoficer. Udajemy się za nim do Dowództwa 
Polskiego Obozu. Po drodze spotykamy wiele kompanii naszej piechoty, która 
zapamiętale ćwiczyła szermierkę. Mieli co prawda stare jednostrzałowe karabiny z 
roku 1874 i byli ubrani we francuskie, a więc podarte i niejednolite, mundury, 
ale wywarli na nas imponujące wrażenie. Przecież to byli nasi przyszli koledzy 
po fachu, a do tego mieli za sobą polską kampanię. 
Następnego dnia rano dowiadujemy się, że z lotnictwa nic nie będzie. Polacy 
piloci i tak nie mają maszyn, więc nie ma celu tworzenia nowych kadr. Wobec 
tego, po poruszeniu wszelkich możliwych i dostępnych dla nas sprężyn na terenie 
obozu, postaraliśmy się o przydział do artylerii przeciwlotniczej, ponieważ jest 
to jedyna broń, której znajomość może się nam zawsze przydać na statkach 
handlowych. 
Młodsi koledzy udali się do- kawalerii zmotoryzowanej, która to broń bardzo im 
się podobała. Przypomina ona coś z tradycji polskiego rycerstwa XVII wieku, z tą 
różnicą, że poszła drogą wynalazku i konie zamieniła na motory. 
JEŻ 
Chłopcy rozbici na grupy znaleźli się w rozmaitych formacjach. Oto urywek 
wspomnień jednego z tych, którzy trafili do słynnego Cotąui-dan, wojskowego 
obozu szkoleniowego dla Polaków: 
Po krótkiej przerwie dostajemy się pod komendę innego ^pana" i rozpoczyna się 
musztra piesza. Ćwiczenia te, podczas całego naszego pobytu we Francji, polegały 
jedynie na salutowaniu w miejscu i w marszu oraz na zwrotach, ponieważ 
dostarczenie karabinów było we Francji zupełnie wykluczone. Mieliśmy co prawda 
kilka starych gratów, ale i te zostały nam w końcu odebrane i - jak fama głosi - 
wysłano je na obronę linii Maginota... 
JEŻ 
Ci co trafili do baterii przeciwlotniczych, tak opisują swe przeżycia: 
Ćwiczyliśmy trochę na starym sprzęcie francuskim, nie mogliśmy jednak doczekać 
się chwili, kiedy wreszcie dostaniemy broń na własność. 
Alarmująca wiadomość. Niemcy zajęli Calais. Linia oporu biegnie wzdłuż Sommy. 
Zorganizowano i wyposażono naprędce dwie baterie - przeciwlotniczą i 
przeciwpancerną. Wyjechali. Następne dwie baterie wyjechały w jakieś dwa 
tygodnie później, nie dojechały... 
Musiały wycofać się pod granicę hiszpańską. 
(...) 
Rozbite wojska francuskie cofały się bezładnie. Niemcy nie brali już kh nawet do 
niewoli. Cofali się każdy na "swoją rękę". Kilku chłopców usiłowało w ten sposób 
przedostać się do któregoś z portów: 
Wieczorem mieliśmy lekki nalot lotniczy. Obserwowaliśmy walkę samolotów. Ze też 
nie chcieli przyjąć nas do lotnictwa. 
Po kilkunastu minutach bombardowanie ustało. Weszliśmy do miasteczka. Przykry 
przedstawił się nam widok. Ulice pełne stłuczonego szkła, domy w gruzach, 
zniszczone samochody... a nad tym wszystkim unosiły się gęste tumany duszącego 
ceglanego kurzu. Postanawiamy jak najszybciej przejść przez to miasteczko. 
- Tadek, patrz, ale ten dom "zrobili" - mówię. 

background image

Podchodząc "niby do motorówki wymanewrowałem tak, że ostry przybój posadził 
jacht na piasek. Rozkładamy ramiona i tłumaczymy po francusku, że niestety nie 
możemy jechać. Hiszpan wścieka się, ale w końcu widząc^ że jacht faktycznie leży 
na burcie na brzegu, rezygnuje wydając jakieś instrukcje. 
Gdy po dwóch dniach wyjaśnień załoga jachtu dowiedziała się, że że ma być 
internowana, zdecydowała się, na ucieczkę. 
Trzeba wiać! 
Wiemy to wszyscy dobrze, ale nikt, niestety, nie wie jak. Arabi pilnują nas 
ciągle, a stała wartą z karabinem uniemożliwia jakiekolwiek próby.ucieczki. Przy 
tym dwóch z nas ciągle trzymają na lądzie jako zakładników. 
Przygotowujemy sią jednak do ucieczki. Arabowie mimo zakładników zorientowali 
sią, że coś jest nie w porządku. Krzyczą z lądu, nakazując przybić bliżej 
brzegu. 
W pewnej chwili dwóch naszych, siedzących dotąd na lądzie, zorientowało się 
także, że przygotowujemy sią do ucieczki. Skaczą do wody i hajda do nas. 
Arabowie z lądu natychmiast otworzyli ogień z karabinów. 
Strzelanina zacząła sią na dobre. 
Co prędzej stawiam żagle, ledwie tamci z lądu szczęśliwie dopłynęli, już 
udaliśmy kotwicą, gdyż nie było czasu jej wybierać. Wyholowa-liśmy nasz jacht z 
zatoczki arabską szalupą, która stała wówczas przy jachcie. Arabowie, nie mając 
innej łodzi^ strzelają tylko zawzięcie. Kule pluskają w około nas, ale 
zapadający mrok sprzyja nam. Szczęśliwie wydostajemy się z zatoczki. 
Dostajemy zaraz silny wiatr, więc stawiamy wszystkie, żagle i bierzemy kurs na 
Gibraltar. 
Następnego dnia przed wieczorem byliśmy już na miejscu. Mieliśmy nawet 
przygotowaną polską banderę na wejście do portu. Tylko bez orła, ale zawsze 
polska: biało-czerwona. 
W porcie liczyli nam dziury w jachcie od kul arabskich. 
W samym fokżaglu było ich jedenaście, nie mówiąc o dziurach w burcie - a i tam 
było ich kilkanaście. Ale na arabskie dziury od arabskich kul mieliśmy arabski 
kleisty chleb, którym te dziury pozalepialiśmy. 
Z.O. 
Skrupulatnie przeglądając kartki "ZNÓW RAZEM" Major ponownie przeżywa swą 
kampanię francuską podwójnie przestudiowaną "- z okresu wojen Napoleona i tę, 
którą przeżył i widział sam. 
W chwili gdy zaczął się bezładny odwrót, dano Polakom nawet czołgi, by bronili 
cofających się oddziałów francuskich. Niestety, do czoł- 
Przed gruzami stał właściciel. 'Poznajemy w nim znajomego, /"-o*,1? nos poznaje. 
Kiwa głową. Tadek powiedział mu parę słów współczu*-cia. On wskazuje na 
rumowisko i mówi: 
- Dwie kobiety zabite. Boże! Za co?! 
Pocieszamy^ jak umiemy. 
J.W. 
Chłopcy, którzy trafili do Dunkierki, mieli utrudnioną sytuację. Pomimo że, jak 
mówiono, "cała Anglia" ruszyła pod Dunkierkę na jachtach, motorówkach, na 
wszystkim co pływa - ale zabierano tylko swoich żołnierzy. 
Tym, co nie chcieli dostać się do niewoli, nie pozostawało nic innego jak 
przebrać się za Anglików. Wielu z tych, których koledzy opłakali jako wziętych 
do niewoli lub zabitych, znalazło się w tym przebraniu w Anglii. 
Major zaciera ręce i uśmiecha się, to znaczy, ąe ma coś nowego do swej 
kartoteki. To coś - to przygody jednego z, tych, którzy znaleźli się w husarii, 
inaczej w Pierwszej Pancernej. 
Przydzielono mnie do artylerii przeciwlotniczej. Później dostałem się w skład 
baterii przeciwpancernej w vCzarnej Brygadzie" generała Mączka. Z brygadą tą 
brałem, udział w kampanii francuskiej. 
Po bitwie pod Montbard nie starczyło nam benzyny i zaopatrzenia. Byliśmy 
otoczeni przez Niemców. Trzeba było zniszczyć sprzęt, no i na rozkaz generała 

background image

zaczęliśmy się przedzierać na południe Francji. Po drodze złapali nas Niemcy, 
gdy doszliśmy do Kanału Burgundzkiego. Ponieważ udawaliśmy Francuzów, jakoś 
udało nam się zwiać jeszcze w drodze do obozu internowanych. 
Szliśmy na południe dalej. Orientowaliśmy się według map depar-tamenialnych, 
które wyrwaliśmy z kalendarzy francuskich. Nad Łoarą znowu nas Niemcy 
zatrzymali, ale znów wybroniliśmy się tym, że niby jesteśmy Francuzami i że 
wracamy do swojej wioski. Dużo nam pomógł nasz kolega Ślązak z pochodzenia, 
który dobrze mówił po niemiecku. 
Tak różnymi drogami doszliśmy do Marsylii, stamtąd do Tuluzy, ale w Tuluzie 
zawrócono nas znów do Marsylii. Przyczailiśmy się w porcie, oczekując na 
sposobność wywiania. Szczęście sprzyjało. Udało się nam wykombinować jacht 
żaglowo-motorowy. 
Prądy zniosły jacht do Maroka hiszpańskiego. 
[...] przybyła motorówka portowa, by nas doholować do nabrzeża. Ale nie ma 
głupich - wiemy, że Hiszpanie zamkną nas, $dy tylko przybędziemy do pierwszego 
cywilizowanego miasta. 
gów nikt nie dostarczył benzyny, a karabiny z roku 1892 były mniej przydatne niż 
saperskie łopaty - przeciwko czołgom. Uzbrojone w ńaś oddziały polskie potrafiły 
odpierać ataki i zatrzymywać nieprzyjaciela pod Francaltrofa Altwiller. Pod 
Dieuze nasi potrafili tą bronią zdobyć dwa działa. 
Wojna we Francji nie trwała całych dwóch tygodni. 
A walki w Hiszpanii? Rok 1811, 15 maja, gdy marszałek Francji Soult zawołał do 
Konopki: "Pułkowniku, ratuj honor Francji!", pułkownik Konopka przeprawił wpław 
tego dnia swycłi lansjerów przez rzekę Albuhera. Lansjerzy polscy, walcząc jeden 
przeciw kilku, rozbili, znieśli doszczętnie dragonów angielskich. Następnego 
dnia złamali szarżami trzy pułki angielskie, wzięli tysiąc ludzi do niewoli i 
sześć dział. 
A tymczasem we Francji w dniu 27 maja 1811 roku Napoleon w towarzystwie swej 
żony Marii Luizy dokonał w Oherbourgu inspekcji dwóch okrętów francuskich o 
siedemdziesięciu czterech działach każdy. Okręty te nosiły nazwy: "COURAGEUX" 
(,,Smiały") i "POLO-NAIS" ("Polak"). W dniu 30 maja Napoleon z małżonka, stojąc 
na wyniosłym cyplu nad brzegiem morza, przyjęli defiladę tych samych okrętów. 
Przed kamipanią francuską miała miejsce kampania norweska. Brali w niej udział 
uczniowie, którzy trafili na statki Polskiej Marynarki Handlowej. Kilku z nich 
było na "Chrobrym". Major pieczołowicie zachował ich wrażenia z tej kampanii: 
Bezsilna wściekłość. Niebo całe aż piegowate od dymu rozrywają* cych się 
pocisków, a ten lata bezkarnie i rzuca nam piguły. 
Przeklęte uczucie... ani nie ma gdzie uciekać, ani się schować. Jestem 
maleńki... siadłem na polerze... skuliłem się. tylko... Zdawało mi się, że cały 
siedzą w hełmie. 
Widzę, jak cztery wielkie bomby odrywają się od kadłuba... czuję, że twarz mi 
blednie... Widzę, lecą prosto na statek. Słyszą świst. I długo jeszcze kipiała 
woda lodowata, i dym unosił się nad nią. 
Kiedy trafi? 
Znowu przyszli, nasi strzelają... salwa za salwą. Wszystko na nic. Który to już 
nalot? Nie wiem. Liczyłem dzisiaj tylko do dziesięciu. 
A w innym miejscu: 
Trafił. 
Padły tuż przed kominem. Jedna burząca i kilka zapalających. Cały czas strzelał 
z karabinów maszynowych, o obronie i gaszeniu pożaru nie było mowy... 
Pożar ogarnia coraz większą część statku. 
C.A. 
W kartotece Majora znalazło się jeszcze jedno wspomnienie chłopców ze służby na 
statkach w konwojach - wiersz pod upartym, pełnym nadziei tytułem. 
WRÓCĘ 
Z portu do portu gnany Przez dziki los... 
... człowiek morza Przez cały świat zapomniany W ten straszny czas... 

background image

... jak polarna zorza 
... wróci z morza. Do Polski latem w ciepłą noc Wrócę po szczęście zapomniane, 
Wrócę po szczęścia wielką moc, Na Polskie ziemie ukochane A za to... 
Za teraz usta wykrzywione cierpienia grymasem ... Będę miał wielkif złoty 
księżyc nad lasem. Za sztormy w Biskajach i bryzgi morza wściekłego 
... Rozkosze, rozkoszne muskanie wiatru ciepłego. 
Delikatnego jak skrzydła motyla. 
Bo każda chwila 
Będzie kontrastem teraz przeżytej 
Chwili na morzu... szalonej i dzikiej. 
C.A. 
Po upadku Francji zaczęły się przygotowania do nowej walki. Jeden etap został 
zakończony, otwierał się drugi... W "ZNÓW RAZEM" Major odnalazł wiersz podpisany 
inicjałami J.W. Oto jego urywek: 
Żołnierzu polski! Tułaczu! Choć czoło masz potem zroszone I ręce boleśnie 
zmęczone, To duma bije Ci z oczu... 
Broniłeś Modlina, Warszawy, Poznania, Gdyni i Helu I chociaż zginęło wielu, 
Okryłeś imię swe sławą. 
Wiernieś dotrzymał przysięgi^ Walczyłeś o każdy próg! 
A później - wolałeś niepewność włóczęgi - Odszedłeś, by nie wziął Cię wróg! 
Odszedłeś do Francji w boju Pokazać, że honor Polaka Rzecz świata - że rzecz to 
jest taka, Co warta jest trudu i znoju... 
W Norwegii wytrwałeś do końca, Broniłeś Narviku swą krwią, A twoi koledzy - tam 
są, Gdzie pali tak słońce gorąco.' 
I znowuż czekasz gotowy, 
Aż zagrzmi Ci złoty róg. 
I jak bomb, i gwizd kul, i dział huk 
Porwą Cią znów na bój nowy... 
J.W. 
Nic dziwnego, że Major umieścił go w swej kartotece jako podsumowanie minionego 
okresu. 
Gdy ipierwsza grupa uczniów z "Daru" została umieszczona już w Southampton, 
pozostali rozsiani byli jeszcze po statkach handlowych i wojennych, ale wszyscy 
już wiedzieli, że kolejno bada się dokształcali. Wiedzieli, że wykłady będą z 
wielu przedmiotów prowadzone w języku angielskim, wobec czego zabrali się do 
niego, pełniąc służbę na niszczycielach, okrętach podwodnych lub na statkach 
han-idlowych w konwojach - nigdy nie pewni, czy po wyjściu w morze WRÓCĄ. 
A oto wspomnienia jednego z uczniów, który chcąc szybciej nau--czyć się języka 
angielskiego zaciągnął się na statek angielski: 
Był to statefc mały, stary, tylko dune wachty (czyli nie więcej niż trzy i pół 
godziny snu jednorazowo). Mimo to nie zmieniłem postanowienia, chciałem 
koniecznie poznać język angielski. 
[...] otwiera się przed nami Tower Bridge, płyniemy w dół Tamizy. Na noc 
zatrzymujemy się na kotwicy, czekając wysokiej wody. Konwój jest prawie w 
komplecie. W nocy budzą nas salwy blisko stojącego krążownika. Samoloty 
niemieckie latają nad nami, prawdopodobnie nie my jesteśmy ich celem. Krążownik 
co chwila grzmi potężnym basem dział. 
Poranek następnego dnia mglisty, widać na dwie długości statku. Z mgły odzywa 
się monotonny chrzęst wybieranych łańcuchów kotwicznych i dźwięczne uderzenie w 
dzwon. Powoli ruszamy widząc słabe zarysy naszego poprzednika. 
Nagle daleko przed nami słyszymy huk i widzimy słup ognia - to jeden ze statków 
idących na przedzie konwoju wyleciał w powietrze wchodząc na miną. Za chwilą 
idzie za nim drugi. Nocne samoloty zrzuciły miny cicho opadające na 
spadochronach. 
Z powodu mgły nie możemy oglądać tonących statków. W głębi duszy każdy myśli o 
swych najdroższych i oczekuje swojej kolejki. Podnoszące się słońce zwyciąża 
jednak mgły i płyniemy dalej spokojnie. Niekiedy tylko wydziera sią na dziobie 

background image

"oko" meldując statek, boję, a czasami miną. Wzdłuż wybrzeży angielskich 
pospolity jest widok okrągłych czarnych kul ze sterczącymi kolcami. W dzień 
mijamy je strzelając do nich z karabinów. W nocy zaś oddajemy się w opiekę 
Opatrzności czekając, aż któraś z tak źle potraktowanych przez nas min, z kolei 
wystrzeli nami w górą. 
Po kilku dniach stajemy na kotwicy i bierzemy bunkier. Podjeżdża do nas stara 
krypa przywożąca węgiel. 
Blisko nas stoi jeden z polskich statków. Wygląda porządnie, jest świeżo 
pomalowany. Po sformowaniu konwoju okazuje się, że nasz polski statek ma na 
pokładzie komodom. Przyjemnie mi było, że ta odpowiedzialna funkcja przypadła 
polskiej fladze. 
[...] Znowu zaczyna sią wstawanie co cztery godziny, wachty na sterze, oku, przy 
karabinach maszynowych i armacie. Artylerzyści dochodzą do wprawy - nic 
dziwnego, mają codziennie nużące ćwiczenia. 
Pewnego pochmurnego dnia, po zwykłym ostrzeżeniu komodora ,^podziewać sią ataku 
lotniczego" budzi nas przeraźliwy dźwięk klaksonu. Niektórzy śpią w ubraniach i 
prosto z koi wyskakują na pokład. Kilku wraca po pasy ratunkowe. Naokoło krąży 
czteromotorowy "Condor". Rozlegają się, pojedyncze strzały z drugiego końca 
konwoju. Czekamy, aż sią zbliży. Nadlatuje nisko od dziobu. Terkot naszych 
karabinów maszynowych, strzał z działa - samolot gwałtownie skręca. Przy dziale 
trochą podniecenia. Zdenerwowany steward myli się i ładuje szrapnel. Przy 
następnym strzale nasz pocisk mało nie zabija obsługi karabinu na "botdecku". 
Bomby uszkodziły jeden ze statków, udaje się go jednak doholować do najbliższego 
portu. 
Przed Lizboną zabieram sią do pisania listu do domu. 
Piszę, jak w dawnych spokojnych czasach, bez wojny, bomb. Piszę jak z "Daru 
Pomorza" do matki. Czy otrzyma go? 
L.S. 

Z upadkiem Francji i utworzeniem rządu Yichy wytworzyła się truidna sytuacja dla 
naszych statków w portach francuskich. Francuzi ze sprzymierzeńców stali się 
wrogami. Polskie statki zostały internowane. Jednak wszystkie, z wyjątkiem 
jednego, nie bacząc na sieci, miny, baterie nadbrzeżne i okręty wojenne - 
uciekły. Niestety, ka- 
pitanom statków angielskich, będących w tej samej sytuacji co statki polskie, 
ucieczka nie powiodła się w takim stopniu jak nam. Jedno z "maszych dzieci", 
które było na "Stalowej Woli" świadkiem internowania statków angielskich, tak 
opisuje te chwile: 
Do delikwenta, że sią tak wyrażą o statku handlowym przeznaczonym na zajęcie, 
zbliżały sią od razu z dwóch stron dwa kontrtorpe-dowce z zachowaniem "wszelkich 
ostrożności". Następnie na jakieś sto metrów od burty "ofiary" zatrzymywały się 
statki z policją i wojskiem i przez megafony zawiadamiano załogą, że ma sią 
poddać i że wszelkie oznaki oporu bada hasłem do otwarcia ognia z 
kontrtorpedowców. Teraz następowało czynne zdobycie statku przez kolorowe wojsko 
i manifestacyjne opuszczenie angielskiej bandery oraz triumfalne podciągnięcie 
bandery zwycięzców... 
Po takim preludium można było oczekiwać tylko tego samego w stosunku do nas. 
Zrobiło nam się trochę nieswojo*, ale myliłby się ten, kto by sądził, że 
popadliśmy w czarną rozpacz czy zwątpienie. 
My nie jesteśmy na szczęście lepieni z tej"gliny co "zdobywcy", w nas płynie 
krew ludzi wolnych i nigdy nie "spodlonych zdradą. 
Ktoś czytając powyższe zdanie będzie mnie pewno pomawiał o pom-patyczność. Tak, 
może być, że będzie po części miał rację, gdyż historię inaczej się pisze niż 
się ją robi. 
Wracając jednak do przedmiotu, sprawa przedstawiała się dość ponuro. Naturalnie 
pierwszą naszą myślą była ucieczka. Ale przecież port był otoczony siecią 
stalową, co już w teorii wykluczało wszelkie próby ucieczki^ a co gorsza 

background image

kontrtorpedowce i łodzie policyjne patrolowały ustawicznie redę. Poza tym 
reflektory pancernika "Richelieu" i baterii nadbrzeżnych omiatały ustawicznie 
horyzont. Mimo tej rozpaczliwej - zdawałoby się - sytuacji projekt ucieczki 
nurtował całą załogą. 
Plan ucieczki skrystalizował się późno wieczorem, a już o godzinie jedenastej w 
nocy statek zaczął się wolno przygotowywać do dzieła. 
O godzinie dwunastej wolno, i przystając co chwila, podnieśliśmy kotwicę i na 
"małej" odeszliśmy pod samą plażę Dakaru. Tu, ciągle sondując na minimalnej 
głębokości, zaczęliśmy się posuwać do wyjścia. Wszyscy, przygotowani w każdej 
chwili na akcję jednostek francuskiej floty wojennej, staliśmy na baku w pasach 
ratunkowych. 
W pewnej chwili gwałtowny wstrząs unieruchomił statek na miejscu. Okazało się, 
że usiedliśmy na mieliźnie. Na szczęście "cała wstecz" pomogła i statek powoli 
jak żółw zlazł z mielizny i poszedł już dalej swobodnie. Ale jeszcze nie był to 
koniec dzisiejszych przygód. Sylwetka patrolu przejeżdżającego w pobliżu 
wstrzymała nasze maszyny, a nas przyprawiła o zupełnie niesymboliczne drżenie 
kolan. 
Na szczęście ospałe oko patrolu nie zauważyło nas i znów po chwili ruszyliśmy 
dalej. Im bardziej oddalaliśmy się od zatoki^ tym byliśmy pewniejsi siebie, gdy 
nagle stało się coś, co mogłoby się skończyć dla 
nas tragicznie. Oto francuskie reflektory pozycji nadbrzeżnych i pancernika 
"Richelieu" zaczęły obszukiwać powierzchnią wody. Nadeszła chwila krytyczna, do 
rufy naszego statku zbliżał się silny snop świa-tla - za chwilą zostaniemy 
odkryci i zaczęta tak szczęśliwie wycieczka skończy się w obozie 
koncentracyjnym. 
Przypuszczenie takie wzbudziło w nas wściekłość i zaciętość. 
Gotowi byliśmy w tej chwili do rozpaczliwej i bodaj beznadziejnej obrony czynnej 
i bezsensownego, z punktu widzenia rozsądku, użycia własnego działa. 
Lecz na szczęście nie doszło do tej ostateczności. Zrządzeniem Opatrzności 
światło, nie dotykając rufy, przeskoczyło nagle ponad kadłubem statku i opadło 
przed jego dziobem. Ten moment zadecydował o naszej ucieczce. 
Była godzina druga w nocy, gdy zmęczony wrażeniami poszedłem spać; właśnie 
wychodziliśmy na pełne morze. Śliczna pogoda następnego ranka poderwała mnie do 
zwykłej dziennej pracy i zdawałoby się, że nic ważnego nie zaszło w naszym 
życiu, że przygoda dakarska była tylko koszmarnym snem. Trzeciego dnia 
zawinęliśmy do Freetown. 
Dziś, patrząc na te wypadki, znajduję myśl przewodnią kapitana "Stalowej Woli", 
który postanowił ominąć zaporę siecio-ują w miejscu, gdzie z powodu płytkiej 
wody i licznych mielizn nie postawiono gęstej sieci stalowych lin. Narażał 
statek na rozbicie, ale uratował honor polskiej bandery i pokazał zdegenerowanym 
pachołkom Vichy, że odwagą i szaleństwo można przeciwstawić nawet największym 
przeszkodom i można je nimi pokonać. 
J.O.S. 
Walka o Atlantyk przybierała na sile. Konwoje przychodziły coraz bardziej 
uszczuplone. "Wilcze stada" okrętów podwodnych urządzały polowania na prawie 
bezbronne statki handlowe, których eskorta była zbyt słaba, by je uchronić przed 
torpedami. 
Zatrzymanie się dla ratowania załogi storpedowanego statku było często robieniem 
ze swego statku nieruchomego celu dla torped niewidzialnego przeciwnika. Pomimo 
to żaden z naszych statków nie zostawił nigdy na łasce losu spodziewającej się 
od niego pomocy załogi zatopionego statku. Ratowanie innych na burzliwym 
Atlantyku w okresie zimy wymagało od kapitana wielkiej znajomości morza, 
poświęcenia i silnych nerwów. 
Nie było na morzu akcji, w której by zabrakło "naszych dzieci". Niektórzy brali 
udział w ratowaniu załogi okrętu wojennego na Północnym Atlantyku przez nasz 
statek "Wisła". Jeden z nich tak opisuje te chwile: 

background image

Była "psia", sztormowa pogoda na Atlantyku. Dopiero teraz zorientowałem się, co 
było przyczyną nagłego alarmu - niedaleko nas pa- 
Ul się Wojenny "patrol boat", którego załoga ratowała się bądź na szalupach, 
bądź na tratwach korkowych. 
Sytuacja była poważna^ zwłaszcza że wysoka fala uniemożliwiała sprawne 
manewrowanie statkiem. Natychmiast wyrzucono sztorm-trapy za burtę i 
przyszykowano koła ratunkowe oraz liny potrzebne do ratowania załogi płonącego 
statku. 
Podjechaliśmy do jednej z szalup. Zatrzymano maszynę, jednak statek posuwał się 
bardzo powoli naprzód, rzucono linę na szalupę i przyciągnięto ją do burty. 
Marynarze kolejno zaczęli wchodzić po sztormtrapie na pokład, lecz nieszczęście 
chciało, że przyszła spora fala i, uderzając szalupą o burtę statku, przechyliła 
szalupę wysypując resztę załogi do wody, jedynie trzech z nich zdołało wejść na 
statek. Inni znaleźli się w krytycznej sytuacji. Zaczęliśmy rzucać im koła 
ratunkowe i liny, jednak wściekłe fale rzucały nimi w różne strony tak, że nie 
mieli'siły utrzymać się lub przywiązać linami, zwłaszcza iż byli zmarznięci i 
ręce ich opadały bezwładnie. 
Statek tymczasem szedł naprzód zostawiająo- ich za rufą. Niemal rękami można 
było sięgnąć po nich, gdyż znajdowali się tuż przy burcie, mimo tego nie byliśmy 
w stanie dać im żadnej pomocy, ponieważ statek kołysał się silnie i każde 
wychylenie groziło wpadnięciem do wody i podzieleniem losu nieszczęśliwców. 
Niektórzy z nich zdołali chwycić się lin, lecz fale wydzierały je z bezwładnych 
rąk. 
Statek nasz coraz bardziej się oddalał i nikogo więcej nie uratowaliśmy. 
Tymczasem przybyła na pomoc łódź podwodna, lecz i ona miała utrudnione 
działanie, ponieważ niespokojna woda zalewała cały kadłub. Wyratowano tylko 
kilku ludzi z tratwy korkowej, reszta zginęła. 
Skręciliśmy i po kilku minutach próbowaliśmy znów podjechać do tej szalupy, na 
którą - nie wiem w jaki sposób - pływający marynarze zdołali wejść z powrotem. 
Tym razem nie udało nam się podejść blisko. Szalupa nie mogła się poruszać, gdyż 
nikt nie miał siły wiosłować. Chcieliśmy początkowo spuścić nasze własne szalupy 
na wodę, lecz na skutek silnych przechyłów nie można było nic zrobić i podczas 
tych prób bosman został przygnieciony szalupą i ciężko ranny. 
Po raz trzeci podjechaliśmy do tej samej szalupy dziobem, tym razem szczęśliwie 
przywiązaliśmy ją. Jednak marynarze znajdujący się wewnątrz nie mieli siły wejść 
po drabince, nawet rzuconej liny nie mogli obwiązać na sobie. Trzech z nich, nie 
dając znaku życia, leżało bezwładnie w szalupie napełnionej po brzegi wodą. 
Jeden z naszej załogi, nie namyślając się długo, zszedł na dół i wskoczył do 
rzucanej falą szalupy, kolejno wiązał bezwładne ciała, które następnie wciągano 
na pokład. 
Tylko dwóch ludzi udało się odratować, pięciu pozostałych oddało swoje młode 
życie morzu. Z drugiej szalupy zdołaliśmy uratować całą załogę. 
Dzięki umiejętnie prowadzonej akcji ratowniczej naszego kapitana P.T. 
dwadzieścia trzy osoby zostały wyratowane, lecz niestety tym pięciu nie udało 
się przywrócić życia, mimo usilnych zabiegów. Łódź podwodna zdołała wydrzeć 
morzu tylko dziewięciu marynarzy, reszta straciła życie w zimnych odmętach 
oceanu. 
M.P. 
Walka z bombowcami i okrętami podwodnymi budziła w chłopcach odrazę. Walka z 
samym morzem, taka w której morzu przeciwstawiał się kunszt wiedzy nawigatora - 
budziła w nich ciekawość i była potwierdzeniem od wieków odkrytej prawdy, iż 
niebezpieczeństwo na morzu posiaida również swą istotną wartość. 
Prawie na każdym statku, który zginął, znajdowali się uczniowie z "Daru". Ich 
starsi koledzy, kapitanowie - zgodnie z romantyzmem, który ich zaprowadził na 
morze - trwali zawsze do ostatniej chwili na powierzonym im statku. Oto 
zamieszczona w "ZNÓW RAZEM" relacja naszego ucznia z ostatniej chwili jednego z 

background image

polskich statków, "Cieszyn", o którym sucha wzmianka doniosła: "Zatonął wskutek 
działań nieprzyjaciela". 
Okropny wstrząs... Fontanna wody wpada na pokład. Trzask pękających lin i szum 
uciekającej z maszyny pary. 
Ktoś biegnie po pokładzie. Ktoś wkłada pośpiesznie pas. Co się dzieje... 
trafili, czy nie?... 
Ster nie działa... 
Spoglądam w górę. Są. Niebo usiane wybuchami pocisków, a wśród ognia i dymu... 
oni... szatany... dwanaście... zawracają i znowu padają bomby, jedna za drugą. 
Znowu okropny gwizd, huk i wstrząs. O Boże! Czy to już koniec? 
Tuż koło burty dwie fontanny, dalej dwie inne... 
Wśród huku dział i bomb, trzasku karabinów maszynowych słychać donośny głos 
kapitana: "Do działa!" Biegniemy w kilku. Cóż z tego. Nasze "działo", raczej 
granatnik, nie przystosowało się do warunków - nie wytrzymało próby. Wstrząs był 
za duży nawet dla niego. Wyleciało z podstawy i leży teraz na pokładzie. 
Bezużyteczny kawał rury. Nie mamy naioet czym się bronić. 
A oni latają i rzucają jedną bombę za drugą* pomimo gęstego ognia artylerii, 
pomimo że jeden czy dwa uciekły z placu widocznie trafione. 
Ktoś twierdzi, że widział jeden spadający do wody. 
Rozglądamy się wkoło. Niedaleko, jakieś dwieście, może trzysta metrów, tonie 
statek. To jego ostatnie chwile. Dostał w maszynę, eksplodowały mu kotły. 
Nie trwało długo - kilka minut. Zamknęła się nad nim woda. Na powierzchni paru 
ludzi. 
Reszta została na posterunku,.. CZEŚĆ WAM, KOLEDZY! 
A co z nami? Z maszyny ciągle słychać szum uciekającej pary, a do luków przybywa 
coraz więcej wody. Konwój rusza w dalszą drogą. My zostajemy. Trzeba spojrzeć 
prawdzie w oczy... Toniemy. 
Ostatnim spojrzeniem żegnamy tonący statek... Na rufie powiewa, jeszcze bandera. 
A na mostku stoją oni. Spełniają swój obowiązek. Chociaż to może nie ma sensu, 
chociaż los statku został już przesądzony, ich obowiązkiem jest pozostać do 
końca. 
W.K. 
Ci, co przeżyli, podejmowali dalszą walkę. Nieprzerwanie. 
Suną ciemne sylwety okrętów 
nieprzerwanymi rządami... 
Znaczą odmęty oceanów 
długimi smugami kilwaterów 
W wysiłku zasapane motory- 
charczą nierównym oddechem 
pośpiechu... 
Zmęczone zawory 
z trudnością wstrzymują napór pary... 
Ludzie macza się żarem 
ognia buchającego na rusztach... 
W jednostajnym znoju 
płyną konwoje 
po ZWYCIĘSTWO 
J.W. 
Wiersz ten nosi tytuł "KONWÓJ". Major umieścił go w swej kartotece zaraz za 
opisem ostatnich chwil zatopionego statku. 
Pełna niebezpieczeństw służba, troska o statek i przekazywana w formie rady 
uwaga "musisz pokochać swój statek" - znalazła zrozumienie u "naszych dzieci", 
świadczy o tym chociażby taka wypowiedź: 
Morze gruntownie zmieniło swą rzeczywistość. Zrzuciło maską namiętnego uśmiechu 
podzwrotnikowych nocy. Ujrzeliśmy jego prawdziwe oblicze. Umorusane pyłem 
wąglowym, pokryte bruzdami fal, zroszone obficie potem wysiłku fizycznego - 
oblicze morza pracy. I dziwne, że ta szara, bezbarwna, brzemienna trudem żmudnej 

background image

codziennej "uprawy morza" rzeczywistość ma bardziej istotny sens, wyraz 
głębokiej i trwałej wartości. W tej bowiem naprawdą ciężkiej pracy rodzi się, 
całkiem niezrozumiałe dla ludzi lądu, przywiązanie marynarza do swego zawodu. 
Nie w podróżach wycieczkowiczów i turystów pierwszej klasy luksusowych Dinerów", 
lecz w trudach bytu tysiący ludzi morza rodzi 
się zrozumienie jego wartdici. Nie barwne, tracące egzotyką okładki zeszytów 
"Morza", lecz stronice dzienników okrątowych dają obraz istotnego znaczenia i 
ogromu potąg, jakie zawierają za brzegami lądów stałych niezmierzone 
przestrzenie słonych wód. 
Niewątpliwie kiełkowało już w nas zrozumienie wartości morza, a nawet zakwitnąć 
potrafiło tak wspaniałym owocem jak Gdynia. Zbyt często jednak pióro autora 
emocjonującej powieści kazało "majtkowi" bohatersko walczyć z żywiołem 
nieokiełzanym lub urządzać burdy w podejrzanych knajpach portowych. Stosunkoioo 
zaś mizerne dawało pojadę o zwykłym codziennym życiu współczesnego marynarza. 
Niestety, za mało w nim dla autora powieści pikanterii, dreszczu emocji i 
efektownych scen romantycznej walki. 
Marynarz walczy, ale codziennym bohaterstwem walki o chleb, a pośrednio i o 
polską, morską racją stanu. 
T.O. 
Naszych uczni nie zabrakło i na niszczycielach. Oni też opisywali swe przeżycia 
prozą i wierszem: 
Od kilku tygodni nasz ORP pływał sobie spokojnie z konwojami na trasie jakoby 
niebezpiecznej. 
Raptem! Meldunek z dalocelownika: "samolot - Zetoo 50". 
W tej chwili cała centrala jest na nogach, już zapalamy światło. Nie jesteśmy 
zdenerwowani, tylko podnieceni. 
Trwa to chwilą... drzwi, światło i słuchawki są w porządku, my zaś stoimy w 
skupieniu nad konżugatorem*. 
Serce mi trochę bije, nie dlatego żebym się bał" ale po prostu z wrażenia. 
Poczułem nagle, że okręt podertwał się z miejsca zwiększając gwałtownie 
szybkość, tak że wszystko się trzęsie, my też. Słyszą już wyraźnie szum motoru. 
Nie, może to tylko moja wyobraźnia? Wstrząs... 
Okręt zatrzymał maszyny! Zmniejszył szybkość. Wbijam z uporem oczy w powierzoną 
mej pieczy strzałkę jakiegoś przekaźnika, od którego może zależeć nasze życie. 
Przez chwilą cisza... 
Nagle pada rozkaz dalocelownika: "kąt kursowy - lewo 15". Błyskawicznie 
nastawiamy i uzgadniamy odpowiednie strzałki przyrządów, w sekundą pada rozkaz: 
"otworzyć ogień!" Rozlega się ogłuszający huk, okręt drga i przechyla się, a 
salwa wali za salwą. Nieprzyzwyczajeni do tego z początku nie orientujemy się, 
czy to bomby padają, czy też to tylko nasze działa strzelają. 
* Konżugator - mechaniczne urządzenie artyleryjskie na okręcie przeliczające 
automatycznie zaobserwowane dane ruchomego celu (kąt biegu, odległość, szybkość 
itp.) oraz dane meteorologiczne na dane potrzebne do strzelania, jak np. 
celowndk, odchylenie itp. 
W zamkniętej przestrzeni, jaką- jest centrala artyleryjska, każda salwa odbija 
się echem stokrotnym. 
Słyszę huk i drżenie stalowych płyt, ale nic - zautomatyzowanymi ruchami kręcę 
powierzonymi mi przyrządami, w tej chwili nie zdaję sobie sprawy z 
niebezpieczeństwa, jestem tak pochłonięty przydzieloną mi funkcją, że nie mam 
czasu myśleć o czymś innym. Jeszcze jedna salwa i dwa potężne wstrząsy... No, to 
teraz już wiem na pewno, że to były bomby. 
Kilka minut stoimy jeszcze przy konżugatorze, a potem jeden spogląda na drugiego 
i śmiejemy się. 
Jesteśmy zdziwieni, a właściwie rozczarowani, że ta walka, o której nam tyle 
opowiadano, była właściwie niczym... Dlatego też, gdy po powrocie do portu 
przyszedł na nasz ORP dowódca dywizjonu, aby podziękować nam za dzielne spisanie 
się, uważaliśmy, że było to całkiem niepotrzebne. Przecież to nie jest to, o 

background image

czym się czyta lub co się widzi w kinie; to było proste, codzienne spełnienie 
obowiązku. 
J.G. 
Alarm1. - Piersi falują i stal błyska w oczach. Rozszalały się działa i niebo 
się pali. Bomb wybuchy naokół opryskały pokład. Nagłe cisza - silników szum 
milknie w oddali. Ach, jak długo ta podróż będzie nam się wlokła? 
v      Ranek wstaje bezbarwny, zimny i ponury, 
Mgła gęstnieje i konwój nurza się w sieć mleczną. 
Zamyka się nad nami niebo - płyną chmury. 
Na włóczęgę płyniemy - na włóczęgę wieczną. 
S.M. 
Ci co byli na okrętach podwodnych, też zostawili swe wspomnienia na kartkach 
"ZNÓW RAZEM". 
Zbliża się dowódca w towarzystwie kilku oficerów i kapitana S. Smukła postać w 
grubym .swetrze i ciężkich morskich butach. Ostatni uścisk dłoni i życzenie: 
"Szczęśliwych łowów". Dzwonią obroty telegrafów, motory poruszane napięciem 
baterii zrywają leniwe po odpoczynku śruby. Z wolna odsuwa się dziób, zrzucają 
cumy i natychmiast zwijają w mocne skręty na szpulkach umieszczonych pod 
pokładem. 
Na pomoście zostaje tylko wachta wpatrująca się cierpliwie w horyzont przez 
szkła zroszonych lornetek. [...] 
Wachta nie była lekka, pomimo starannego przecierania szkła lornetki co chwila 
pokrywały się delikatną chmurką pary oddechu i wody morskiej. Chronić się przed 
bezpośrednim działaniem fali i przemoczeniem też nie było za co. Niewielki 
pomost nie stanowił przeszko- 
dy dla oszalałych, zachłystujących się własną mocą fal. Okręt nurzał się z 
ciężkim stękaniem pomiędzy góry wodne, ażeby znów się wdźwi-gnąć i zaryczeć 
teraz wzmożonym łoskotem diesli w twarz wichrowi. Zatracało się wrażenie ruchu 
przy nieznacznej szybkości kilku węzłów. Łódź wydawała się zabawką zwariowanej 
wody, otoczona, to znów pokryta spienionymi bałwanami. Wściekłe bryzgi chlastały 
bezlitośnie twarde burty i z mlaśnięciem rozkoszy przylegały do odkrytych twarzy 
ludzi, aby ściec lodowatym strumieniem pod zydwestkę i potem pod nieprzemakalnym 
płaszczem wzdłuż krzyża aż do dygocących lędźwi. [...] 
Przy każdej okazji nieszczęsny obserwator pyta o godzinę. Jak długo musi jeszcze 
stać, zanim uda się na dobrze zasłużony odpoczynek pod mocnym pokładem? 
Warunki są tam o tyle lepsze, że woda nie leje się wprost na delikwenta, tylko 
przy gwałtowniejszych przechyłach wypada w postaci skroplonej pary z zaworów 
kabli. Spod torped i z rozmaitych ścieków wyciekają strużki zmieszanej z wodą 
oliwy i ropy, kreśląc arabeski na podłogach pomieszczeń. 
Zbliża się normalny czas zanurzenia (około czwartej rano). 
Klakson. Trzask otwieranych odwietrzników i gwałtowny szum wody wdzierającej się 
do tanków. To wszystko następuje tak szybko, że w chwili zamykania włazu 
powierzchnia wody znajduje się o jakieś dwie stopy od pomostu... 
Przez peryskopy widać szarzejącą smugę na wschodzie - wstaje 
dzień. 
J.S. 

Życie w Szkole Morskiej w Southampton układało się wsKutek codziennego 
bombardowania w pddobny sposób jak w Londynie. Pobudzało do intensywnego 
myślenia i zmuszało do ciągłego panowania nad sobą. "Dzieci" w tych warunkach 
szybko dojrzewały. Szybciej zaczynały rozumieć prawdziwe wartości, znały wartość 
krwi, wartość życia i wartość pracy. Symbole miały dla nich swe pełne znaczenie. 
Gdy otrzymali sztandar Szkoły Morskiej w 'Gdyni, który owinięty na sobie wyniósł 
z Polski przez granicę dyrektor departamentu inżynier Leonard Możdżeński, to tak 
o sztandarze tym napisali: 
Na uroczystość otwarcia roku szkolnego w Szkole Morskiej w Southampton zjechało 
w tym roku wielu przedstawicieli rządów państw alianckich. Dyrekcja Szkoły 

background image

otrzymała wiele listów i depesz gratulacyjnych, między innymi list od Jego 
Królewskiej Mości Króla Jerzego VI, Premiera Churchilla, Pana Prezydenta RP i 
Premiera Rządu Polskiego, generała dywizji, Sikorskiego. 
Orkiestra zaczyna grać, oddziały maszerują. Przed samą trybuną pada komenda: 
"baczność! na lewo patrz!" - i plac przed szkołą rozbrzmiewa paradnym, polskim 
krokiem. Defilujemy przed ocalonym Sztandarem Państwowej Szkoły Morskiej w 
Gdyni. 
Chorąży pocztu sztandarowego z dumą trzyma symbol Naszej Szkoły. Nad czerwienią 
sztandaru pyszni się wstęga i Złoty Krzyż Zasługi., To nasz stary, własny, tak 
drogi sercu sztandar. Ten sam, z którym tyle razy defilowaliśmy w Gdyni. 
W.F. 

Polish midshipmen głęboko w sercu nosili pamięć o poległych, zabitych i 
wymordowanych w kraju w walkach na wszystkich'polach bitew. Oto co napisali na 
dzień 2 listopada: 
My, uczniowie PSM, składamy hołd wszystkimi marynarzom, żołnierzom i tym co 
zginęli pełniąc swój obowiązek.^ 
Cześć Oficerom i Marynarzom, którzy zginali na ORP "WICHER", ORP "GRYF", ORP 
"GROM", ORP "ORZEŁ". Oni swą śmiercią wznieśli imię naszej Marynarki Wojennej do 
wyżyn bohaterstwa i zapewnili naszej Małej Płocie nieśmiertelną chwałą. 
Cześć Oficerom i Marynarzom naszej Floty Handlowej, którzy zginęli na 
posterunkach od niszczycielskich bomb i torped. Zawsze narażeni na śmierć 
spełnili należący do Nich obowiązek i w ten sposób udowodnili, że służba Ich, 
jeśli nie jest cięższa, to przynajmniej stoi na równi ze służbą żołnierza 
lądowego. 
Dzisiaj słusznie możemy powiedzieć, że swoją śmiercią udowodnili, ii słowa 
naszego hymnu morskiego nie były tylko czczym frazesem: 
My, strażnicy wielkiej wody, Marynarze polskich wód Mamy rozkaz Cię utrzymać, 
Albo na dnie z honorem lec! 
Cześć Nieznanym Żołnierzom, którzy polegli pod Częstochową, na Pomorzu, pod 
Łodzią, Piotrkowem, Tomaszowem, Tarnowem, Ostro-wemĄ Gdynią. 
Cześć bohaterskim Obrońcom Westerplatte, Warszawy, Helu i Mo-dlina. 
Cześć poległym na pobojowiskach Francji, północnej Norwegii i nad Anglią. 
Cała Europa nasiąknęła krwią tych Polaków, którzy oddali swe życie za wolność 
naszą i waszą. 
Najwyższy hołd składamy Tym, którzy zginęli wśród masowego mordu polskiej 
ludności w Bydgoszczy, na Górnym Śląsku, w Wawrze, Aninie. Zginęli, bo stali na 
przeszkodzie zaprowadzeniu nowego "po- 
rządku" w Europie. Śmierć ich nie poszła jednakże i nie. pójdzie na marne. 
Cześć Kobiecie Polskiej, która ciałem swym osłaniała dzieci swe przed drapieżną 
ręką najeźdźcy. 
Cześć wszystkim Tym, którzy zginęli na swych posterunkach pełniąc służbę w tak 
zwanej drugiej linii frontu. 
A wreszcie cześć tym Kobietom, Dzieciom i Starcom, którzy zginęli niewinnie od 
zbrodniczej ręki. 
S.G. 
W każdą rocznicę śmierci kapitana Stanisława Koski, dyrektora Szkoły Morskiej w 
Gdyni, poświęcali artykuł jego pamięci. Oto pierwszy: 
Rok upływa od tragicznej śmierci Dyrektora Państwowej Szkoły Morskiej w Gdyni 
kpt. ż.w. Stanisława Koski. 
Sp. dyrektor Kosko był jednym z pierwszych wychowawców Państwowej Szkoły 
Morskiej. Po otrzymaniu dyplomu oficera Marynarki Handlowej studiował w Szkole 
Nauk Politycznych, po czym kolejno zajmował stanowiska: referenta w 
Departamencie Morskim, oficera statku szkolnego oraz inspektora Szkoły Morskiej. 
W roku 1937 objął w niej stanowisko dyrektora. Doskonała znajomość psychologii 
pozwoliła mu zjednać sobie serca wszystkich uczniów i uznanie współpracowników. 

background image

Sp. dyrektor Kosko był oficerem rezerwy Marynarki Wojennej i z chwilą wybuchu 
wojny został powołany w jej szeregi. 
Zginął na morzu, na tyra morzu, które tak umiłował, fctóremu poświęcił cały swój 
zapał młodości. Bomba niemieckiego samolotu przerwała jego krótkie życie, które 
było przykładem cnót prawdziwego marynarza i wychowawcy. 
Wspominamy go z żalem. 
Cześć jego pamięci! 
Southampton 1940. 
Uczniowie PSM 
By dać pełny obraz życia naszych uczniów w Southampton, Major zamieścił urywki z 
życia codziennego, spraw małych i szarych, pisane językiem nieliteracbim, bez 
silenia się nawet na poprawność. 
W commonroomie* rżnie radio "Oh! Johny" i ktoś wyzwierza się na pianinie. Wtem 
toycie jękliwe - to air raid**. Nad college*** robi 
* Commpnroom (ang.) - wspólny pokój, śwwtlłca. ** Air raid (ang.) - nalot. *** 
College (ang.) - uczelnia. 
sią zapora z reflektorów i ognia artyleryjskiego. Stół się zatrząsł i lampa - to 
gdzieś wyrżnęli. Lecz "never mind"* - tak jest co noc. 
(Pestaka) 
Jeżeli naprawdę chcesz, czytelniku, poznać atmosferę^ w jakiej żyją przyszli 
adepci szlachetnego kunsztu nawigacji - udaj się na spacer po okolicach 
Swaythling (rodzaj warszawskiej Woli lub gdyńskiego Grabówka). 
O ile będziesz przypadkowo w mundurze polskim, zdziwi cię i onieśmieli domowa 
atmosfera tej dzielnicy. Przechodzące dziewczęta pozdrowią cię tradycyjnym 
powitaniem: "Dzień dobry, serwus, jak się masz malutki?!" A liczne potomstwo 
dzielnych synów Albionu hulające po ulicach zaczepi cię swojskim "hallo kumpel". 
Gdzieniegdzie spotkasz mile dziewczę idące pod rękę z jakimś polskim Leszkiem 
czy Jasiem, z zachwytem wpatrzone w zamglone (niezawsze napojami wyskokowymi - 
bo o alkohol coraz trudniej) cudne oczy swego marynarza. Idąc dalej natkniesz 
się na grupę polSko-angielśką złożoną w części z polskich midszypmenów, a w 
części z sił zbrojnych jego królewskiej mości, trzymających się pod rękę i 
śpiewających zgodnie, jak na aliantów przystało: "Roli out the barrel", czyli 
"Wytaczaj baryłkę", to znów "Pije Kuba do Jakuba". 
Jeśli wsiądziesz w tramwaj, będziesz jeszcze bardziej zdziwiony, gdy chcąc 
zapłacić za przejazd, spotkasz się z ogromnym sprzeciwem uroczej konduktorki: 
"because you arę Pole, aren't you?" - ponieważ jesteś Polakiem, nieprawdaż? 
Nie zaglądaj natomiast do wytwornej sali jadalnej, gdzie przy długich stołach 
usłyszysz doprawdy niezbyt miły dla twego wrażliwego ucha dobór "słów i 
powiedzonek"^ dobywających się s ust "Polish midshipmen" męczących się nad 
kawałkiem zimnej i twardej jak podeszwa baraniny, którą zresztą dostaje się 
bardzo rzadko, na co dzień mając "cheese i much potatoes" - ser i dużo 
ziemniaków. 
W.F. 

Ale gdy zapadała noc, myślami wracali do kraju i do najbliższych: 
O nocy, co opuszczasz blackoutów zasłony, Ukryj mą matkę w Polsce od pruskiego 
wzroku. Chroń ją, póki błyśnie świt biało-czerwony, Póki jej nie obudzi stuk 
żołnierskich kroków. 
J.M. 
"Dzieci" mtiały dobry humor i dobre jego poczucie - oto próbki tego humoru 
zamieszczone w "ZNÓW RAZEM" pod wspólnym tytu- 
* Never mind (ang.) - nic nie szkodzi. 
łem: "Co napisaliby o nas niektórzy spośród publicystów, poetów i pisarzy 
emigracyjnych, gdyby nie mieli nic lepszego do roboty". 
ZYGMUNT NÓW AKOWSKI: 
Pomną, gdy wystawiano "Dwunastą noc" na scenie krakowskiej, Oliwię grała 
Marysia. 

background image

Biedna Marysia - kury teraz hoduje w Ameryce. A tak się dobrze zapowiadała... A 
kapitana grał Tadzio. To był dopiero wilk morski całą gębą! Phi! pomyśleć tu o 
midshipmenach ze Szkoły Morskiej. Gdzie tam im do krakowskiej sceny! Różnica 
jest jak między "Wiadomościami" a "Dziennikiem". Gdyby nie konieczność 
oszczędzania papieru, całe ich pisemko znalazłoby się w "camera obscura". 
Witaminy C im potrzeba (ale nie myślcie, państwo, że cnoty). 
,Lnów Razem"? Brrrr... To pachnie dziegciem i smołą... itd. itd... 
IGNACY BALIŃSKI: 
Paryż minął jak we śnie i Londyn tak mgliście... Ach, jak trudno zapomnieć cień 
lubej Ludwiki. W nocy szarpie boleśnie, ach, znika srebrzyście, Ach, jak smutno, 
ach, pachną jej czułe liściki. 
Wstaję blady i błądzę pośród cieni - człowiek. Cień coś szepcze cichutko, ach, 
głos drżący i znany. Czego szukasz, o duchu? A duch cicho odpowie: Ach, gdzie 
klamka, bo jestem dzisiaj w pestkę zalany. 
CAT-MACKiEWICZ: 
Historię Szkoły Morskiej można zamknąć w trzech słowach: Ka-putkiewicz, 
Ryczywesz i Pipciński. 
Jeśli chodzi o pierwszy okres, to gdy Sikulski rozmawiał z samym Krupą, już 
wtedy tak zdolny polityk, jakim w czasie tych knowań socjalistycznych okazał się 
Zenobjusz Pompka... itd. itd... 
MARIA PAWLIKOWSKA: 
Morze barwy hiacyntu, jak harfa eolska Szumi pieśń - a w tej pieśni cicho płacze 
Polska. Skończyć wojnę! Najprędzej! Ale przedtem trzeba Dziesięć miesięcy 
siedzieć w murach tego szkólska. 
KSAWERY PRUSZYŃSKI: 
Siedzieli wokół błyszczącego nakryciami stołu ze smutnie pospusz-czanymi 
głowami. Obok nich - bliscy, a jakże dalecy, weseli, lecz 
trzymający dystans Anglicy. Anglicy? Oto pierwszy z brzegu, jasnooki i rudawy 
młodzieniec, ruchy ma jakby znajome jakieś i widziane gdzieś daleko, dawno, 
dawno... 
Na kresach dzikich, a sercu miłych wschodnich granic Rzeczypospolitej 
szlacheckiej!? 
Wśród piasków Mazowsza szarego jak praca rosyjskich drwali. Nazwisko jego obija 
się o uszy znajomym dźwiękiem młodości. Robert Mackell. 
Mackell. Makoł? Makula? Przodek jego, jakiś Wojciech Makuła bronował czterysta 
lat temu ziemią gdzieś między zapomnianą wizją Odry a ukraińskim rozlewem 
stepów. 
Odra, czy stepy? Trzeba decyzji Henryka Brodatego... itd. itd... 
STANISŁAW STROtiSKI: 
A teraz pamiętajcie, że jeśli kiedykolwiek jakiś uczeń Szkoły Morskiej będzie 
wmawiał w was, że jest głodny - nie wierzcie mu. 
A kto zamordował kaczkę z sąsiedniej gospody, tak że zostały tylko pióra? 
Pamiętajcie - oni kłamią, a my mówimy prawdę. I na tym polega cała ich 
kulturgeschaftenwirgehenboschungeneordnung... itd. itd... 
MARIAN HEMAR: 
Gdy sześciu midshipmenów           Gdy na ziemniaczki z sosem 
(pełni zapału i młodzi)               (mało, bo dużo szkodzi), 
Ma razem coś sześć penów -          Jeden z nich nosem kręci - 
To dobrze, to się godzi.               To źle, to się nie godzi. 
No to powiedzcie słów parę, Ze na okrętach, na łodzi Trzeba by być Hemarem, Jemu 
to wszystko uchodzi. 
OSTRICH 
Tak zaś napisali o sobie: 
NARÓD NAS CZEKA Naród patrzy na nas... czeka w bólu i męce... Krwawiąca rana 
coraz więcej się rozrywa. Lecz nie zginiemy! złów będzie żywa Polska! 
- bo my tak chcemy i faosjća 
wola jest taka. 

background image

My pamiętajmy o tych, co zostali tam - w kraju; pamiętajmy, że' dali nam 
zlecenie do spełnienia... 
I gdy będziemy wracali, 
nie Oni będą nam grali 
hymny - tylko my Im będziemy grali 
z wdzięczności... 
- bo Oni Polskę uratowali.' ... A my zdamy rachunek przed narodem... 
bo taki jest potęgi warunek - 
my Im - bo Oni teraz męczą się głodem 
nie my... 
A kto zapomniał o tym, niech lepiej nie wraca, 
- by potem 
nie musiał zawracać z powrotem ze wstydem... 
J.W. 

Czynny udział w wojnie, ciągły widok walki i jej ofiar siłą rzeczy , zmuszały do 
zastanawiania sią nad jej przyczynami i skutkami i do wypowiadania się na ten 
temat: 
Walczymy o cel piękny, szlachetny, wzniosły - o wolność Polski i świata, ale 
zastanówmy się, jakimi podłymi, niegodnymi człowieka, narzuconymi nam przez 
nieprzyjaciela walczymy środkami. 
Jest to broń obosieczna i służy w równym stopniu jemu i nam. 
W zwycięstwo nasze nie wątpimy. Ale zwycięstwo nam nie wystarczy (podkreślenie 
autora artykułu). Przyzwyczajeni do zabijania, niszczenia musimy już teraz 
począć wyzwalać się spod władzy prymitywnych uniesień i zwierzęcych pragnień, 
które po wojnie doprowadziłyby świat do upadku. Walcząc z rozbestwionymi bań- 
dytami, walcząc ich bronią nie pozwólmy ich zasadom i dążeniom przeszczepiać się 
na noś. [...] 
Gdybyśmy sią poddali namiętnościom, które podstępnie cficą nami zawładnąć i 
które niespostrzeżenie zmieniają nasze charaktery, zwycięstwo militarne nad 
Niemcami byłoby jednocześnie zwycięstwem ideologii niemieckiej nad nami. 
Wrócilibyśmy do Polski jako nowe-pokolenie gestapo i być może, że po zwyciężeniu 
Niemców zaczęlibyśmy mordować, żądni krwi, inne narody. [...] 
Oto leży przed nami zadanie, jakże ciężkie i trudne do wykonania. Zwyciężyć 
Niemcy, zwyciężyć Japonię... Taki ustrój powszechny zaprowadzić, by nigdy 
mechanizmy społeczne nie poddały się tragicznym powikłaniom prymitywnej 
moralności. 
Jakżeż piękny udział w tym wysiłku narodów może przypaść naszej umęczonej 
Polsce! Jakie nowe źródła siły wytrysną spośród zaniedbanych warstw społecznych, 
dla których "równouprawnienie" było wskutek struktury gospodarczej pustym 
jedynie dźwiękiem? Planowa gospodarka zapewni wszystkim równy dostęp,.do zasobów 
naturalnych ziemi, dostęp do nauki i kultury. Realizm, dzisiejszego spodlenia 
społeczeństw faszystowskich zmusza nas do realnej pracy nad wykonaniem naszych 
idei. Na świecie wyniszczonym wojną budować będziemy od początku. 
A my - marynarze? 
Pływając po morzach z ładunkiem najprzeróżniejszych towarów staniemy się 
symbolem łączności między wolnymi ludźmi świata. Praca na morzu - to tak 
niewiele w ogólnym porządku rzeczy. A przecież dZa nas - to wszystko. 
J.M. 

Sytuacja polityczna zapowiadała zwycięski koniec wojny. Należało pomyśleć o 
przygotowaniu kadry dla przewidywanych sześciuset tysięcy ton naszej floty 
handlowej w pierwszym okresie powojennym. Z wyliczeń otrzymywało się cyfrę 
sześciuset oficerów nawigacyjnych i mechaników razem. 
Gdy głowiłem się nad rozwiązaniem tego gordyjskiego węzła, rozciął go minister 
żeglugi: 

background image

- Zorganizuje pan szkołę morską na sześciuset ludzi. Kandydatów dostarczą 
ośrodki emigracyjne w Indiach, Persji, Afryce i Palestynie. 
W ten sposób znalazłem się razem z Majorem w Landywood pod Birmingham w szkole 
morskiej, która nosiła nazwę: Gimnazjum i Liceum Morskie w Landywood. 
W klasach gimnazjalnych nie było podziału na nawigatorów i mechaników. Wszystko 
to, co musiał wiedzieć mechanik o nawigacji lub nawigator o maszynach, znalazło 
się w programach klas giminazjal- 
nycłi! Specjalizacja rozpoczynała się dopiero w dwóch klasach licealnych. 
Szkoła morska w Landywood mieściła się zasadniczo w kilkudziesięciu tak zwanych 
"beczkach śmiechu", które wraz z budynkami administracyjnymi mogły stanowić 
lokum dla przeszło dwu tysięcy lu-idzi. Była pomyślana jako szkoła dla chłopców 
mających uczyć się i pracować w pobliskich kopalniach. Ponieważ tacy się nie 
znaleźli, oddano ten obóz pod szkołę morską, chociaż początkowo siedziba szkoły 
morskiej miała się znajdować nad morzem w Walii. 
Do szkoły ściągnęli chłopcy - w grupach od kilkudziesięciu do kilkuset - z 
Persji, Indii, Afryki i Palestyny. Grupa palestyńska, w ilości dwustu 
kilkudziesięciu, przybyła pod opieką byłego dowódcy Szkoły Podchorążych w 
Palestynie. Z miejsca poinformował mnie, że chłopcy ci w większości-należą do 
taik zwanych "trudnych" i spytał, ilu mam podoficerów do ich pilnowania - "musi 
ich być tylu, by na sześciu chłopców był przynajmniej jeden dobry podoficer". 
Odpowiedziałem, że do pomocy mam dwóch oficerów nawigacyjnych, świeżo po kursie 
kapitanów żeglugi wielkiej w Londynie, i starego bosmana ze statku "Wisła". Poza 
tym istnieje "grono" nauczycieli, którzy nic i nigdy, nie mieli do czynienia z 
wychowywaniem marynarzy i nie mają do tego ochoty. 
Po moim oświadczeniu usłyszałem wyrazy współczucia z wróżbą na przyszłość, że 
"szkoła nie utrzyma się dłużej niż dwa tygodnie". 
Chłopcy nie byli źli, a tylko zdeprawowani. Ci z Palestyny otrzymywali duży 
żołd, a autostopem podróżowali po całej Palestynie jak własnymi samochodami. W 
innych grupach było wielu takich, których ośrodki emigracyjne nie mając 
odpowiednich nauczycieli i wychowawców wyzbyły się również jako trudnych, mieli 
oni za sobą ucieczki, bójki, nawet kupno żon. Z Francji przybyli Chłopcy, i tacy 
którzy uciekli z hitlerowskiej Organizacji Todta, przymusowo zatrudnieni przy 
budowie fortyfikacji, i tacy, którzy walczyli w oddziałach francuskiego ruchu 
oporu - Maąuis. 
Większość chłopców była sierotami, a wszyscy razem nie mieli nic do stracenia i 
byli całkowicie uodpornieni na wszelkiego rodzaju kary czy upomnienia. Byli to 
Nomadowie z ciepłych krajów. Nie uznawali zamkniętych pomieszczeń, szyb i 
zamknięć, używanie widelca i noża było dla nich nie tylko czymś zupełnie 
zbytecznym, lecz wręcz przedmiotem ogólnej wesołości. W jadalni nawet nie 
siadali, zabierali ze sobą chleb i mięso i natychmiast z niej wychodzili. 
Było ich tylko czterystu - cieszyłem się że nie, jak początkowo planowano, 
sześciuset i to mnie podtrzymywało na duchu. Miewałem po dwustu chłopców na 
"Darze Pomorza", ale tam był wyrównany poziom wiedzy i poziom kulturalny, znane 
zamiłowania i ustalona opinia szkoły, z której przyszli. 
Jaki system wychowania należy obrać dla tych synów pustyni? 
Przypomniały mi się własne czasy szkolne i ostatnie moje gimnazjum koedukacyjne 
im. Adama Mickiewicza, przekształcone z Kursów dla Dorosłych przy Departamencie 
Oświaty Litwy Środkowej. Dyrektorem był Bronisław Zapaśnik. Był on dla nas 
sprawdzianem, że "gdy kwiat jest miodem ciężarny, pszczoły same znajdą doń 
drogę". Nauka w mieście, które w ciągu pierwszej wojny światowej siedem razy 
przechodziło z rąk do rąk, nie mogła nie zostawić śladów na naszej dyscyplinie. 
Surowy rygor panujący w ówczesnych szkołach średnich nie mógł mieć zastosowania 
w naszym gimnazjum. Wszyscy mieliśmy długą przerwę w nauce, wielu przed 
południem pracowało na utrzymanie. Dyrektor - po prostu rygoru tego nie 
stosował, biorąc na swe barki skutki nowego systemu. Poczuliśmy się wolni, ale 
wyjaśniono nam, że "najwyższą nagrodą wolności jest poczucie odpowiedzialności 
za czyn dokonany w absolutnej swobodzie". 

background image

Symbolem naszej przyszłej pracy stał się rysunek na znaczku pocztowym, 
przedstawiający szablę - starym obyczajem po skończonej wojnie - wbitą w rolę na 
znak, że należy skończyć ze złem koniecznym, a zacząć pracę twórczą i żmudną, na 
(podobieństwo oracza przedstawionego na tym samym rysunku. I powiedziano nam, że 
"Ojczyzna to nie żaden abstrakt, to nie coś obiektywnie istniejącego ipoza nami, 
jako podmiotami, ale to my sami". Do tych zasad dołożył Dyrektor całe swoje 
serce. Toteż żegnając Dyrektora po skończeniu szkoły czuliśmy, że zaciągnęliśmy 
wobec niego olbrzymi dług, który wymagał na razie od nas wielkiej obietnicy, że 
go spłacimy. 
W dniu ukończenia gimnazjum, żegnający w naszym imieniu Dyrektora Bronisława 
Zapaśnika kolega rozpoczął swe przemówienie od legendarnego faktu, że w 
przeddzień bitwy pod Somosierrą polski szwoleżer wziął sobie ognia do fajeczki z 
ogniska Napoleona. Wezwany przez oficera, by podziękował - szwoleżer 
odpowiedział wskazując na wąwóz: "Tam mu podziękuję". Opuszczając szkołę 
czuliśmy się jak rycerze "Pogoni", idący walczyć o to co najpiękniejsze, a co 
wskazano jiam w tej szkole. 
Wobec tego w szkole morskiej w Landywood - nie było kar. System "bezkarności" 
przeraził nauczycieli, ale minęły przepowiedziane dwa tygodnie, dwa miesiące i 
rok, a szkoła się nie rozpadała. Trwała. Bolało chłopców, że na maszcie nie 
podnosimy bandery. Wytłumaczyłem, że banderę można podnosić nad czymś, co jest 
jej godne, że statek trzeba najpierw zbudować, a potem dopiero można na nim 
podnieść banderę. 
Z samą nauką nie było wiele trudności, kandydatów przeegzaminowano, podzielono 
na klasy, opracowano programy, ustalono rozkład lekcji. Gorzej było ze sprawami 
wychowawczymi i czasem pozalekcyjnym. Chłopców należało zacząć uczyć po prostu 
kulturalnego sposobu bycia, należało zacząć uczyć sztuki posługiwania się 
jednocześnie widelcem i nożem. Trzeba było wyszukać odpowiednią osobę i 
ustanowić dla niej etat opiekunki społecznej. Musiała to być osoba, która 
potrafi- 
łaby chłopcom zastąpić matkę, która potrafiłaby poznać i wczuć się we wszystkie 
osobiste troski każdego z nich. 
Znaleziono taką osobę. Odtąd zasiadała ona codziennie do wszystkich posiłków, 
przy stole zastawionym jak na przyjęciu w ambasadzie, w towarzystwie dwunastu 
chłopców ubranych tak jak gdyby się udawali na przyjęcie do króla. 
Przeglądu ubrań - wybranych na ten dzień chłopców - i czystości dokonywał jeden 
z oficerów nawigacyjnych, który sam został w tym wyćwiczony pod ogniem dział i 
bomb w kampanii francuskiej - "nasze dziecko". Teraz nic nie uszło jego uwagi. 
Żadna plamka na mundurze, czystość rąk, paznokci, całość skarpetek i świeżość 
chusteczki. "Dwunastu męczenników" układało groszek na końcu widelca i musiało 
władać w odpowiedniej chwili odpowiednią .^biżuterią" jak "Wo-łodyjowski 
ipałaszem". Musieli uczyć się sposobu bycia przy stole we wszystkich możliwych 
okolicznościach. W tym celu na przemian sześciu udawało damy, a tematem rozmów 
było zachowanie się w domu, na ulicy i w różnych sytuacjach towarzyskich. Oprócz 
tego musieli nawet pobierać lekcje tańca, ze względu na ciągłe zapraszanie ich 
na modne w tym czasie w Anglii dawce. 
Praca pozalekcyjna zorganizowana została w kółkach według zgłoszonych przez nich 
samych zainteresowań. I tak w krótkim czasie "ogrodnicy" zamienili cały teren 
szkoły w osiedle kwiatów, "szklarze" wstawili dwa tysiące zbitych szyb, a 
"introligatorzy" oprawili zniszczone książki z biblioteki. Kółko krawieckie 
czuwało nad wzorowym wyglądem mundurów, szewskie miało w swojej opiece buty. 
Wszyscy chłopcy musieli robić modele statków - od najstarszych do najnowszych. 
Zrobili ich koło tysiąca. Najpiękniejszy model statku "Golden Hind" - okrętu, na 
którym Francis Drakę jako pierwszy Anglik opłynął kulę ziemską dookoła - 
zakończył zadzierzgnięte niegdyś przez nasz "kurs" w Szkole Morskiej w Tczewie, 
a właściwie przez Mariusza, stosunki z angielskim panującym dworem królewskim. 
"Golden Hind" został przez szkołę ofiarowany wnuczce Jerzego V - Elżbiecie. 

background image

Model ten, ustawiony na tle makaty utkanej własnoręcznie przez Gandhiego dla 
księżniczki Elżbiety, można było oglądać na filmie wyświetlanym w kinach Anglii. 
Uczeń Mak prowadził (kółko dramatyczne; wystawiło ono kilka sztuk Fredry, które 
cieszyły się wielkim powodzeniem u gości z Londynu. Kółko muzyczne robiło 
szybkie postępy, zwłaszcza akordeoniści oraz amatorzy gry na fortepianie i 
skrzypcach. Co miesiąc odbywały się w szkole koncerty, by pokazać chłopcom, co 
można osiągnąć pilnie pracując. 
Kółko śpiewacze, składające się ze stukilkudziesięciu chłopców, zyskało nawet 
uznanie radia brytyjskiego, słynnego BBC, którego dyrektor zakwalifikował chór 
do występu w studio. Na koncertach w szkole chór musiał po kilka razy powtarzać 
ulubioną przez wszyst- 
kich chłopców piosenkę w (tempie marsza zaczynającą się od słów: "Do życia 
odważnie wesoło - uczmy się kochać, uczmy żyć". 
Od marca do grudnia trwała ta jntensywna praca chłopców. Wreszcie w grudniu, 
zgodnie z tradycją podniesienia pierwszy raz bandery nad Szkołą Morską w 
Tczewie, podnieśliśmy ją nad szkołą morską w Landywood. 
Zbliżały się święta. Czas ten należało wykorzystać na uzupełnienie u chłopców 
braku pojęcia o życiu rodzinnym, miało to być połączone z nauką języka 
angielskiego. Z tego względu przedłużono wakacje świąteczne do trzech tygodni. 
Szkoła dała ogłoszenie w gazetach, zwracając się do społeczeństwa angielskiego w 
tej sprawie. Apel przyniósł dwa tysiące zaproszeń do rodzin angielskich na okres 
trzech tygodni. Chłopcy na wiadomość, że mają wyjechać na święta ze szkoły na 
trzy tygodnie, oświadczyli, że nie wyjadą. 
- Pierwszy raz - powiedzieli - od wielu tet czujemy się u siebie w domu i wolni. 
Wolimy się uczyć, byle nie wyjeżdżać. 
Na tak zwanych "odpowiedziach" na kartki składane do "skrzynki zapytań" udało 
się ich przekonać, że z jednej strony będzie to dla nich samych egzamin z 
dotychczasowej pracy nad sobą, a z drugiej będą mieli okazję poznać 
zorganizowane od wieków w ustalonych formach i tradycjach życie rodzinne, co 
pomoże im w przyszłości do urządzenia swego życia, i że będą w tych domach 
specjalnie informowani, jak się należy zachowywać w domu, ;by nie utrudniać 
życia dnnym i sobie. 
Zgodzili się na wyjazd pad warunkiem, że pojadą dopiero po wspólnej wilii w 
szkole. 
Zaopatrzeni w szczegółową instrukcję, jak się należy zachowywać mieszkając wśród 
Anglików i do kogo się zwrócić w wypadku trudności w podróży oraz jak należy 
reprezentować siebie i szkołę od wyjścia z bramy szkolnej do powrotu do niej - 
chłopcy wyruszyli na święta. 
Każda rodzina przyjmująca ucznia na okres świąt otrzymała od szkoły 
kwestionariusz z prośbą o podanie swych spostrzeżeń, w jakim stopniu uczeń 
wykorzystał swój pobyt u niej i jakie poczynił postępy z języka angielskiego, 
oraz o wyrażenie możliwie szczegółowej opinii o chłopcu. 
Odpowiedzi przyszły jednobrzmiące: "Nie widzieliśmy jeszcze tak grzecznych i 
usłużnych chłopców. Prosimy o szczerą odpowiedź, czy naprawdę w szkole nie 
stosuje się żadnych kar?" 
Jedynie stary pułkownik, który gościł u siebie najzdolniejszego ucznia - poetę i 
autora świetnej sztuki z życia szkoły, granej kilka razy z niesłabnącym 
powodzeniem - wyraził opinię, iż jego młody gość był "raczej trudny do 
prowadzenia - z powodu zbyt wielkiego indywidualizmu. Pomimo że chłopak nie dał 
się namówić na polowanie - on (pułkownik) jest nim zachwycony i prosi, by 
chłopiec wszystkie wakacje mógł spędzać u niego". 
Major, Story pełnił w szkole funkcję głównego żywiciela - trzymał się. rzymskiej 
zasady UBI BONA CUŁINA - IBI BONA DISCIPLI-NA. Można to tłumaczyć, może trochę 
opacznie, że "najlepszą dyscypliną - jest dobra kuchnia". Udało nam się 
zwerbować na szefa kuchni kucharza ze statku. Mieliśmy z nim wspólny język i 
rozumieliśmy się doskonale. Major z szefem kuchni uważali chłopców za "nasze 
dzieci" i stali się ich wychowawcami i opiekunami. Szef okazał sią doskonałym 

background image

sportowcem i gimnastykiem. Po rannej pobudce prowadził gimnastykę z humorem i 
werwą. Trenował chłopców w siatkówce i piłce nożnej - "naibili" kiedyś szkołę 
policyjną 6:2. 
Major oprócz swych obowiązków z przyzwyczajenia już prowadził dalej swą 
kartotekę Somosierry. Cieszył się z nadania nowym dwom statkom nazw ,yNarwik" i 
"Tobruk". Albo kampania włoska. Bitwa pod Monte Cassino zaćmiła nawet 
dotychczasowe sukcesy Brygady Karpackiej. Najwięcej jednak Major entuzjazmował 
się współczesną polską husarią. Z dawnego uskrzydlonego rycerza zakutego w 
zbroję pozostał tylko hełm i skrzydło w postaci małego znaczka - symbolu 
naszytego na rękawie, a po wspaniałych wierzchowcach "żałoba" w postaci czarnego 
lewego naramiennika. Rycerstwo to nosiło nazwę Pierwszej Dywizji Pancernej. Pod 
Chambois w Normandii, w ciągu sześciu dni ciężkich walk, odcięta od dostaw 
żywności i amunicji dywizja ta zamknęła okrążonej armii drogę do ucieczki i 
wytrzymała na sobie uderzenie dwóch korpusów SS - zdobyła wówczas pięć tysięcy 
jeńców wraz z generałem i stukilkudziesięciu oficerami, zniszczyła 
siedemdziesiąt czołgów i ponad sto dział. Pierwsza Dywizja Pancerna odegrała 
czołową rolę w uzyskaniu zwycięstwa sprzymierzonych w Normandii. Na szlaku 
krwawych bitew znalazła się Breda. By oszczędzić ludność cywilną, dywizja nie 
użyła dział ciężkich - za co piętnaście tysięcy jej oswobodzicieli otrzymało 
honorowe obywatelstwo miasta Bredy. 
I wreszcie ostatnia notatka Majora - fantastyczna, ale prawdziwa: "Polski 
krążownik "Conrad" symbolicznie zajął od strony morza największą bazę 
niemieckiej marynarki wojennej - port Wilhelmshaven. Nad portem powiewała już 
'polska bandera podniesiona przez Pierwszą Dywizję Pancerną, która go zdobyła". 
Polska Marynarka Wojenna z kilku jednostek, które przybyły do Anglii w 1939 
roku, dzięki swemu bohaterstwu rozrosła się do-czterdziestu siedmiu, w tej 
liczbie były dwa krążowniki. Pierwszy z nich "Dragon", trafiony przez "żywą 
torpedę" stał się niezdolny do walki; załoga, która ocalała, przeszła na 
otrzymany w zamian krążownik "Conrad". Majora najbardziej martwił fakt, że nie 
może dowiedzieć się nazwiska autora dorobionych do melodii WIZJI SZYLDWACHA 
słów: "To krążownik spod Somosierry". 
W kartotece swej odnotował Major jako rzecz niecodzienną wiadomość o posmaku 
przygód Hrabiego Monte Christo - ucieczkę Michała Niczki z zamku Hohenstein 
wbudowanego w szczyt nagiej skały. Jak 
na filmie, Michał pierwszy wydostał się za mury'YWierdzy, zjeżdżając po linie 
skręconej z prześcieradeł na podnóże zamku. Za nim zjechało dalszych dziewięciu. 
Ucieczkę tę należało uważać za udaną, ponieważ ponowne uwięzienie Michała w 
pobliżu granicy węgierskiej było dziełem przypadku, a nie pościgu. 
W tym okresie Major stał się bohaterem pewnego dnia. Było to wtedy, gdy do 
szkoły zjechała angielska komisja ministerialna do badań stanu zaprowiantowania 
i jakości posiłków w szkołach. Przy obiedzie przewodniczący dał mi do 
zrozumienia, że komisji jest bardzo przykro, że tak wyikosztowaliśmy się podając 
im na obiad kaczki. Zdumiony tym niespodziewanym oświadczeniem zapewniłem, że 
nikt w szkole nie pozwoliłby sobie na coś podobnego i że w środę zawsze w szkole 
podaje się na obiafd kaczki. 
Przewodniczący poczerwieniał i zapytał, czy wiem, że ta szkoła posiada najniższe 
stawki żywnościowe i że taki jednorazowy wydatek odbije się ujemnie na jakości 
posiłków w całym tygodniu. Jeszcze bardziej zdumiony powiedziałem, że my jadamy 
nie tylko kaczki w każdym tygodniu, ale i kury również. Dwa razy w tygodniu 
przewidziany jest u nas drób. Widząc niedowierzanie na twarzach Anglików 
powiedziałem, że po obiedzie mogą z łatwością to sprawdzić w księgowości i 
zobaczyć nawet człowieka, który tym się zajmuje. 
Zażenowany Major wyjaśnił, że kontraktuje u farmerów kaczki ii Jcury "na pniu" 
ku wspólnemu zadowoleniu obu stron. Kosztuje to nas mniej niż kupno mięsa u 
rzeźników. Wszystko odbywa się prawnie, bez wydawania pieniędzy na pośredników i 
dostawę. Koszta zaś własne przeznaczone na utrzymanie personelu gospodarczego są 
minimalne, a właściwie żadne, gdyż co miesiąc wyznacza się "klasę służbową", 

background image

która utrzymuje całą szkołę - jak sami widzieli - we wzorowym porządku i pomaga 
szefowi kuchni. Pamiętamy, iż bunt na statku "Bounty" został spowodowany złym 
wyżywieniem załogi i dlatego uważamy, że "najlepszą dyscypliną jest dobra 
kuchnia". 
Przewodniczący zapewnił mnie, że dotychczas w cuda nie wierzył, ale od chwili 
zjedzonego w tej szkole obiadu będzie twierdził, że cuda na świecie istnieją, że 
sam się o tym naocznie przekonał i że poczytuje sobie za wielki zaszczyt 
uściśnięcie ręki człowieka, który je czyni. Po czym długo potrząsał ręką Majora, 
zapewniając, że rozsławi imię jego w całej Anglii. 
Pewnego dnia zjawił się u mnie Major, był zmieszany, a jednocześnie 
rozpromieniony. Na przemian to mnie przepraszał, to się uśmiechał, wreszcie 
powiedział, że żadna siła ludzka ani przyjaźń, ani obowiązki nie powstrzymają go 
od tego, i położył przede mną trzymany w rękach list. 
List był pisany przez dyrektora szkoły morskiej w Polsce, kapitana Maciejewicza. 
Kapitan zawiadamiał Majora, że jego stanowisko intendenta ha "Darze Pomorza" 
jest nie obsadzone i czeka na niego. 
Uspokoiłem i uściskałem Majora, i zdobyłem się tylko ha powiedze^ nie "do 
zobaczenia w Polsce"; 
W szkole rozpoczęły się rozmowy na temat wyjazdu Majora. 
Major milczał i słuchał, wreszcie - jak zwykle zawstydzony, gdy miał mówić - 
oświadczył, że w życiu swym zawsze kierował się wskazaniami Ksiąg narodu 
polskiego i pielgrzymstwa polskiego i że w rozdziale dwudziestym wyraźnie ma 
napisane, co powinien czynić. A jeśli chodzi o resztę, to nie pozostaje mu nic 
innego, jak powtórzyć tylko •te słowa: "Nie badajcie, jaki będzie rząd w Polsce, 
dosyć wam wiedzieć, iż będzie lepszy niż wszystkie, o których wiecie; ani 
pytajcie o jej granicach, bo większe Będą, niż były kiedykolwiek". 
Po kilku tygodniach otrzymałem list od Majora. Pisał w nim: "Przestałem być 
pielgrzymem, jestem znów na Białej Fregacie". 

Jeszcze raz w życiu spotkałem brazylijskiego niedźwiadka "Miska" - nie tego 
samego, ale z tego samego rodu. W drodze do niego znalazłem się między 
skrzydłami olbrzymiego ptaka szybującego nad Atlantykiem. Przypomniała mi się 
wówczas czytana w dzieciństwie Cudowna podróż Selmy Lagerlbf. Jak w jej bajce, 
lecąc nad Atlantykiem śmiałem się z olbrzymich statków pasażerskich wolno 
poruszających się po oceanie - widziane z góry podobne były do mikroskopijnych 
modeli. 
A później to już wszystko było naprawdę jak w bajce. Zobaczyłem Amazonkę. 
Istnieje jedno słowo, które całkowicie ją obrazuje. Słowo właściwe i jedyne - 
WIELKA. 
Czterdzieści pięć tysięcy mil dróg wodnych Amazonki, i jej dopływów, dostępnych 
dla statków morskich. W okresie pory deszczowej sześć tysięcy mil dla statków 
oceanicznych przez cały kontynent Ameryki Południowej aż po Andy - coś jak gdyby 
trawersata Oceanu Atlantyckiego przez gąszcze dżungli - statek ociera się o 
liście palm lub gubi brzegi z obu stron rzeki. 
W jej ujściu leży miasto i port zwane Paryżem Amazonki, jest to Belem zwane 
inaczej Para. Nabrzeża tego portu, podobnie jak i nabrzeża wszystkich portów na 
kuli ziemskiej, noszą na sobie ślady postoju przy nich statków, które 
pozostawiały, zgodnie ze zwyczajem, swoje imię wypisane tą samą farbą, jaką się 
upiększały. 
Pewnego dnia podczas postoju w tym tropikalnym Paryżu przeczytałem wypisaną 
czarną fanbą na nabrzeżu nazwę statku - m.s. "Rozewie". 
Nazwa ta wywołała wspomnienia bardzo odległe. Myślami przeniosłem się Ido Szkoły 
Morskiej w Tczewie. W ciasnej ławce pod oknem zobaczyłem siedzącego nad książką 
"Wsika". Siedział w swym jasnym swetrze tak cichy i spokojny, że wydawał sią 
"wsiąkać" w otoczenie 
Stając się niedostrzegalny. W kartotece Majora można było przeczytać o Wsiku: 
"Jerzy Lewandowski kapitan żeglugi wielkiej, internowany na m.s. "Rozewie" w 

background image

Dakarze, uciekł dnia 5 lipca 1940 roku, przechodząc przez zastawione sieci, pola 
minowe i stojące ha straży okręty francuskie. W sierpniu 1942 roku m. s. 
"Rozewie" został storpedowany koło wyspy Trinidad". 
Ranny w głowę Wsik, płonący oburzeniem i rozżalony z powodu straty statku, po 
wydaniu rozkazu opuszczenia statku przez załogę^ sam został na tonącym 
"Rozewiu". Postanowił jednak zapłacić za storpedowanie statku. Wywołał z łodzi 
ratunkowej obsługę działa i czekał z nią na ewentualne wynurzenie się okrętu 
podwodnego. Gdy pozostawanie na statku było już dłużej niemożliwe, odesłał znów 
załogę działa z powrotem do łodzi ratunkowej, a sam jeszcze czekał. Po 
zatonięciu statku dopłynął do łodzi ratunkowej. W momencie gdy "Rozewie" znikło 
pod wodą, wynurzył się okręt podwodny i "zabrał Wsika jako jedynego jeńca. 
Wspomnienia te wzruszyły mnie i skłoniły -do poszukiwania innych napisów na 
nabrzeżach. Po. godzinnych poszukiwaniach trafiłem na "bilet wizytowy" s.s. 
"Paderewski". 
Ten statek był ściśle związany z Jurkiem Mieszkowskim - "Szermierzem". Spędziłem 
z nim wiele lat w Szkole Morskiej i jeszcze więcej w jednej kompanii, znikł mi z 
pola widzenia dopiero, gdy przeszedłem na "Dar Pomorza". Potem wieści o nim 
dochodziły mnie już tylko z kartoteki Majora. 
Jerzy Mieszkowski kapitan żeglugi wielkiej, s.s. "Morska Wola". Ewakuacja wojsk 
polskich z Francji z Nantes. Udział w konwoju napadniętym przez nieprzyjacielski 
pancernik, z którym stoczył samobójczą walkę pomocniczy krążownik "Jervis Bay" 
przerobiony ze statku pasażerskiego. Bój ten dał możność ocalenia się innym 
statkom tego konwoju. Z zaatakowanych trzydziestu siedmiu, ocalały trzydzieści 
dwa, w tym dwa polskie: "Morska Wola" i "Puck"; a potem statek SJ5. "Paderewski" 
w lipcu 1942 roku ratuje kilkudziesięciu ludzi z zatopionego koło Trinidad 
statku norweskiego. Zatrzymanie maszyn w tym okresie walki na oceanie oznaczało 
zrobienie z siebie nieruchomego celu dla polujących okrętów podwodnych. Koło tej 
samej wyspy Trinidad w grudniu tego samego roku "Paderewski" został 
storpedowany. 
Podniecony tymi wspomnieniami postanowiłem odnaleźć wszystkie napisy 
pozostawione przez statki na nabrzeżach Amazonki. 
Odnalazłem. Tym razem był to m.s. "Śląsk". 
Znów zobaczyłem we wspomnieniach tę samą Szkołę Morską, ten sam "kurs" wtłoczony 
w małe ławeczki dla dzieci. Za mną siedzi Bo-dek. W tym kącie usadowiło się nas 
czterech. Od pierwszych liter naszych nazwisk tworzymy niewiadomo dlaczego 
"Stowarzyszenie Bece-jotka". Stowarzyszenie nie ma nic na celu, ale jego nie 
pisany statut, składający się z jednego paragrafu głosi, że: najważniejsze są 
paragra- 
isane. Stowarzyszenie zbiera się w każdą sobotę. Zebrania noszą nazwę 
"inauguracyjnych". Podczas zebrania jeden musi stanowczo przemawiać i to nie 
krócej niż pół godziny. Za wysłuchanie przemówienia prelegent płaci tabliczką 
czekolady, która natychmiast zostaje rozdzielona pomiędzy obecnych. 
Bodek nie lubi przemawiać. Posunął się raz do tego, że zaproponował nam dwie 
tabliczki czekolady - jeśli nie będzie potrzebował przemawiać. "Be" i "ce" byli 
nawet skłonni ze względu na czekoladę zgodzić się na taką propozycję, ale "ka" - 
który chciał nadrobić wszystkie zaległości naszych królów w stosunku do morza - 
powiedział, że zrobi z siebie Rejtana, jeśli się na coś podobnego zgodzimy. 
Wyrzucał nam słabość, łakomstwo, prywatę. Roztoczył przed nami straszną wizję 
upadku i twierdził, że nigdy do niczego nie dojdziemy, że w ten sposób właśnie 
zlekceważyliśmy morze i... 
Na szczęście "ce" - którego nazywaliśmy "Starcem" - natychmiast się z nim 
zgodził i używając swej łaciny, powiedział: dura lex sed lex, czyli że ciężkie 
prawo, ale prawo i że prawa łamać nie można. Zacząłem pocieszać Bodka - "jot" - 
żeby się cieszył, że Janek nie kazał nam jeszcze przemawiać po angielsku lub 
francusku, co zresztą nas na pewno nie ominie. Mój sposób pocieszania wprawił 
Bodka w jeszcze większe przerażenie i już potulnie przygotowywał się do 
przemówienia i nigdy nam więcej dwóch czekolad nie zaproponował. W kartotece 

background image

Majora można było przeczytać o Bodku: "Bohdan Ję-drzejewski, kapitan "Śląska". 
Internowany w Kaolaku przez Francuzów uciekł wraz z kapitanem "Cieszyna" - 
Mikoszą". 
Przypomniało mi się, co opowiadał Bodek o swych podróżach po , Amazonce po 
ucieczce z Kaolaku. 
Szli w górę rzeki. Marynarze przygotowywali windy do załadunku. Na przegrzanej 
już windzie ładunkowej stanął na zaworze od pary marynarz wspinający się do 
wiszącego nad windą bloku, by poprawić przechodzącą przez blok linę stalową. 
Zwoje tej liny leżały na bębnie tej samej windy, gdy nieostrożnym ruchem nogi 
marynarz włączył parę. Winda ruszyła, a obracający się bęben okręcił dookoła 
ciała marynarza sploty stalowej liny. Zanim koledzy dobiegli i zatrzymali windę, 
nieszczęśliwiec został okręcony dookoła bębna i w straszliwy sposób poszarpany i 
połamany. 
Na statku nie było nikogo, kto by mógł lub chciał zrobić pierwszy opatrunek. 
Bohdan sam jako kapitan musiał podjąć się tej ciężkiej operacji. Kazał 
przygotować do niej wszystko w salonie na stole. Nieprzytomnemu z bólu zrobił na 
razie zastrzyk z morfiny. Ale co dalej? Nie miał wątpliwości, że człowiek ten 
nie wyżyje, ale musiał zrobić wszystko, co było w jego mocy, by mu ulżyć. 
- Przygotowałem się - opowiadał potem - do operacji, ale gdy miałem rozpocząć 
układanie w odpowiednich miejscach pomiażdżo-nych części ciała i zszywanie 
porwanej skóry - ręce odmówiły mi posłuszeństwa. Musiałem jednak tej operacji 
dokonać. Dura lex sed lex. 
Zabrałem się do operacji. -Nie silę się opowiadać, jak musiałem się opanować, by 
złożyć to zmasakrowane ciało. Straciłem poczucie czasu. Wydawało mi się, że 
wykonywanie tego obowiązku trwa już wieki. Sam byłem blisko śmierci jak mój 
pacjent. Statek był na okres wojny obficie zaopatrzony w środki znieczulające i 
dezynfekujące, w igły i nici do szycia skóry ludzkiej. Dezynfekowałem, 
ustawiałem i nastawiałem pogruchotane kości według mych najlepszych wiadomości 
na-ibytych podczas beztroskich chwil w szkole morskiej. W tamtej chwili 
żałowałem, że się pilniej tego nie uczyłem. To co już ustawiłem i złożyłem, 
zszywałem. Nareszcie ostatni szew. Rannego przeniesiono do kabiny. Usiadłem na 
fotelu i rozpłakałem się głośno. Płacz przyniósł mi ulgę. Nie wiem, czy kiedy 
byłem pod większym napięciem nerwowym. Nie umiem opowiadać. 
Droga do Miska wiodła w górę po wodach Amazonki, która ma kolor kawy z mlekiem, 
ale koło miasteczka Santarem można dostrzec na rzece przezroczyste zielone smugi 
wody rzeki Tapajós, które wpadając do Amazonki usiłują walczyć o swą barwę z 
wodami Amazonki. Po nierównej walce wkrótce są przez nie pochłonięte. 
Na postój zatrzymaliśmy się przy zawieszonym na wysokim brzegu Amazonki 
miasteczku Parintins. Jego nazwa pochodzi od bitnego szczepu Indian znanego z 
ludożerstwa. Opisy walk tych wojowników czytane w dzieciństwie wydawały mi się 
wówczas bajkami. Na statku angielskim, gdzie byłem oficerem nawigacyjnym, 
zabieraliśmy z Be-lem dwóch pilotów - Indian. Byli to wspaniali piloci. Widzieli 
w nocy i wiedzieli o każdej niespodziance, która nas może spotkać na Amazonce. 
Znali historię każdego osiedla i każdej plantacji. Gdy odchodziliśmy z 
Parintins, jeden z pilotów powiedział mi, że w roku 1925 Parintinsowie zjedli 
rodzinę osadników mieszkającą w pobliżu tego miasteczka. 
Po przejściu wielu setek mil w górę rzeki wśród białokawowych wód Amazonki 
pojawiają się przezroczystoczarne smugi wód Rio Negro - Rzeki Czarnej. 
Pilot z przyjemnością opowiada, że na tym cyplu, koło którego obie rzeki się 
spotykają, .pierwsi Hiszpanie zostali zaatakowani przez In-,dian. 
Czerwonoskórych wojowników prowadziły do boju nagie amazonki uzbrojone w łuki. 
Miało ich być dwanaście. Ich strzały raziły śmiertelnie ośmiu Hiszpanów. 
Kronikarz tego zdarzenia, padre Gabriel, sam stracił w tej walce oko. Przebiła 
je strzała jednej z amazonek. 
Skręcamy w prawo i wchodzimy na czarne wody Rio Negro. Za chwilę stajemy przy 
pływających nabrzeżach miasta Manaus. 

background image

Przez wiele lat nie można było tu zbudować portu, aż znalazł się Polak, który go 
zbudował. Różnica poziomu wód dochodzi do trzydziestu trzech stóp, wobec czego 
nabrzeże musi podnosić się i opadać 
282 
wrai z wodą. Nabrzeże to leży teraz na olbrzymich bekach z czystego żelaza i 
wskutek dziwnej własności wody Rio Negro nie rdzewieje. Te olbrzymie nabrzeża 
zakotwiczone są na stałe. Łączy je z magazynami stojącymi na wyniosłym brzegu 
kolejka linowa. Od tej chwili rozkwit miasta został zapewniony. Przedtem 
Hiszpanie zbudowali tu fort, który służył jako baza wypadowa do polowań na 
niewolników, i zwany był Barra de Rio Negro. Obecna nazwa Manaus pochodzi od 
nazwy szczepu Indian tu osiadłych. 
Manaus wyrosło z żywicy drzew gumowych, z dorzecza Amazonki. Indianie zbierający 
żywicę - tak zwani seringueiro - dorabiali się w końcu zeszłego stulecia 
olbrzymich fortun. Przegranie przez seringueiro jednego wieczoru w karty trzech 
i pół miliona reisów (półtora tysiąca dolarów w złocie) nie należało do 
rzadkości. Warunki ich życia i pracy można streścić w jednym zdaniu: "jedno 
życie za jedną tonę". Pomimo to Indianie byli wdzięczni Amazonce za to, czym ich 
darzyła. Dali dowód swej miłości do rzeki, budując dla niej za dziesięć milionów 
dolarów operę, w której najlepsze orkiestry świata miały grać nie dla 
publiczności, lecz dla Amazonki, którą sobie upostaciowali jako tłum zbrojnych 
amazonek, walczących niegdyś przeciw białym przybyszom. Nawet ulice miasta 
Manaus wybrukowali kamieniami białymi i czarnymi - falisty białoczarny deseń 
miał symbolizować fale Amazonki i Rio Negro. Każdy kamień sprowadzony w głąib 
dżungli kosztował około dolara. 
Indianie i dżungla przypomniały mi zabawy w Indian w latach dziecinnych. W 
zabawach tych lubiliśmy wymawiać bardzo wyraźnie nazwy miejscowości w języku 
hiszpańskim. Były tam nazwy takie, jak Hacienda del Venado i jeszcze bardziej 
dźwięczna nazwa jeziora Salto del Auga. Ale i te wspaniałe nazwy zostały 
zaćmione przez nowe, spotkane na Amazonce. A MAE DE LUA - to nazwa ptaka znad 
Amazonki, oznacza tyle co "Matka Księżyca". Ptak ukazuje się w księżycowe noce i 
wydaje okrzyk przypominający wołanie o pomoc ginącego w dżungli seringueiro - 
nie liczącego na to, że ta pomoc nadejdzie. SAO MIGUEL DOS MACACOS - to nazwa 
portu, w którym ładowaliśmy olbrzymie pnie słynnego drzewa brazylijskiego, a 
znaczy tyle co "święty Michał wśród małp". 
Złoty okres Manaus przeminął z chwilą przeniesienia nasion drzew kauczukowych do 
plantacji angielskich na drugiej półkuli. Z okresu świetności tego miasta 
zachował się wspaniały park i ogród zoologiczny. Gdy zapytałem o niego, 
odpowiedziano mi, że zwierząt w nim już nie ma - pozbawione dozoru i żywności 
same siebie pozżerały. Jedynym zwierzęciem, które w nim pozostało był podobno 
jaguar, gdyż nikt nie mógł go pożreć. Szkoda było dla niego nawet kuli, wobec 
czego wypuszczono jaguara do dżungli. 
W rzeczywistości wyglądało to niec9 inaczej niż posłyszałem. W ogrodzie 
znalazłem jeszcze sporo ptaków i kilka małych zwierzątek. Naj- 
283 
.większą dla mnie niespodzianką było - gdy w jednej z klatek zobaczyłem 
wychudzonego sobowtóra Miska. Na moje entuzjastyczne powitanie nie zwrócił wcale 
uwagi. 
Tramwajem wróciłem do odległego miasta, zaopatrzyłem się w kilka jajek i z 
powrotem byłem u "Miska". Gdy mu pokazałem jajko, ożywił się natychmiast, 
podobnie jak Misk na "Darze Pomorza". Zrozumiał, o co chodzi. Wsunąłem mu jedno 
przez kratę do klatki. "Misk" zabrał się do niego tak samo zgrabnie jak i nasz 
niedźwiadek z fregaty. Bojąc się, że się rozchoruje, gdy mu dam naraz wszystkie 
do zjedzenia, przesiedziałem cały wolny dzień w ogrodzie, karmiąc "Miska" i 
ciesząc się z jego apetytu i radości. Podczas każdego pobytu w Manaus, jeśli 
czas mi pozwolił, odwiedzałem swego nowego przyjaciela. Spotykał mnie teraz z 
oznakami wielkiego zadowolenia i radości. 

background image

"Misk" przypominał mi najpiękniejsze chwile w życiu spędzone na Białej Fregacie 
unoszonej wiatrami po największych gościńcach świata. Wspomnienia chwil 
najpiękniejszych i najprzyjemniejszych noszą w portugalskim języku miano 
SAUDADES, 
OD AUTORA 
o wydrukowaniu książki Znaczy kapitan zacząłem otrzymywać od Czytelników wiele 
listów. Na wszystkie otrzymane listy nie mogłem odpowiedzieć wyczerpująco, tak 
jak należałoby to zrobić, wobec tego w miarę moich możliwości usiłowałem opisać 
to o co proszono - tak powstał Krążownik spod Somosierry. 
Różnorodność zainteresowań Czytelników spowodowała, że obok siebie znalazły się 
opowiadania o tematach bardzo odmiennych. Urywki niektórych z nich, jak opis 
rachunku różniczkowego według Mistrza Magii lub naładowany cytatami z prawa 
rzymskiego opis rozprawy sądowej, na pewno wielu Czytelnikom wydadzą się 
przewlekłe i nudne, ale ponieważ drukowane w miesięczniku "Morze" i czytane na 
moich wieczorach autorskich cieszyły się powodzeniem, więc je zamieściłem. 
Nie spełniłem prośby opisania życia szkolnego w Gimnazjum imienia A. 
Mickiewicza, dałem tylko parę zdjęć i krótkie wzmianki o tym, co z tej szkoły 
wynieśliśmy ze sobą w życie. Pobieżnie również opowiedziałem o życiu w Szkole 
Morskiej w Tczewie i w Anglii w szkole w Landywood, więcej miejsca natomiast 
poświęciłem uczniom Szkoły Morskiej w Southampton. W "cieplarnianych" warunkach 
codziennego bombardowania Southampton rozwinęło się w tej szkole bujne 
piśmiennictwo. Pisane przez chłopców ,,na gorąco" bez żadnych dodatkowych 
upiększeń opowiadania, wiersze i artykuły oddawały wiernie to, co przeżywała 
nasza flota handlowa na Zachodzie podczas drugiej wojny światowej. Niektóre z 
nich włączyłem do Krążownika spod Somosierry. Sądzę, że będzie to najlepsza 
odpowiedź na liczne pytania, szczególnie ze strony młodzieży, co się działo z 
"nami" czyli z osobami z książki Znaczy kapitan. 
Dla dzisiejszej młodzieży morskość naszego państwa, istnienie wciąż 
powiększającej się floty jest oczywiste i konieczne. Dlatego chciałem, by lepiej 
zrozumiała ducha, jaki panował w naszej flocie handlowej w początkowym okresie 
jej istnienia, tak bliskim jeszcze stu pięćdziesięcioletniej niewoli, podczas 
której nie było nawet NADZIEI, kiedy za wszystko musiała wystarczyć symbolika i 
to tak ograniczona w motywach, by nie wzbudzić podejrzeń. Może pozwoli im te 
sprawy lepiej zrozumieć i przybliży je do nich umieszczony na początku książki 
Nec 
285 
r r •"        » . 
lilergitur, na którego 'bogato inkrustowanej rufie z trudem można odnaleźć ślady 
orlich skrzydeł.               •.•'-"      ' 
2VEC MERGITUR był pierwszym zwiastunem nadziei 4 przejawem myśli o morzu. 
Ujrzenie tego obrazu pozostawiało po sobie niezatarte wrażenie, potęgowane 
jeszcze świadomością, że jest to NASZ OKRĘT o nazwie, która budziła wiarę. Oto 
jak pisali o NEC MERGITUR współcześni: "Ten okręt był dla mnie prawdą 
niewątpliwą, oczywistą, jak dzień, jak słońce. Górował nad wszystkim, 
szturmujący niebiosa poryw uczucia i wiary" (J. Bułhak). 
To "czucie i wiara" silniej mówiły w tamtych czasach "niż mędrca szkiełko i 
oko"! Romantyzm porywał na kształt rumaków z Ruszczy-cowej Ballady unoszących 
powóz po roztopach i bezdrożach przeciw wichrom. Po wielu latach ten sam 
romantyzm podsunął nam wizję największego gościńca świata - znaleźliśmy się na 
nim, by sprawdzić, że rzeczywiście NIEBEZPIECZEŃSTWO NA MORZU POSIADA .RÓWNIEŻ 
SWĄ ISTOTNĄ WARTOŚĆ. Ten pęd na morze był silny, jak królestwo dziedziczny, że 
znaleźli się na nim s"ynowie Meissnera, Witkowskiego, Żbikowskiego. Ojców na 
marynarzy wykołysał "LWÓW", synów - "DAR POMORZA". 
Opowiadania usiłowałem ułożyć w chronologicznym porządku. Nie zawsze jednak to 
mi się udawało. Czasem chronologia ustępowała żywości i natarczywości 
wspomnienia i losy bohaterów przenosiły się ponad czas i miejsce następnego 
opowiadania. 

background image

JNie we wszystkich opisanych wydarzeniach sam uczestniczyłem. Starałem się 
jednak dotrzeć jak najbliżej źródła każdego z nich, ponieważ wydarzenia na 
podobieństwo legend w miarę ciągłego opowiadania zamieniają się w "lawiny" 
gromadzące coraz więcej materiału narracyjnego niezupełnie już ścisłego-, ale 
zaspokajającego zadowolenie własne opowiadającego i budzącego zachwyt wśród 
słuchaczy. Pomimo wysiłków by wszystko sprawdzić i udokumentować, na pewno 
znajdzie się jeszcze wiele nieścisłości co do miejsca, czasu i działających w 
opisanym zdarzeniu osób. 
Niektóre opowiadania bawiły całe nasze 'pokolenie, dlatego usiłowałem je 
uchronić przed zapomnieniem. Można w nich niekiedy do-patrzeć się niedyskrecji w 
stosunku do osób, które w nich zostały opisane w okolicznościach wzbudzających 
wesołość. W tych wypadkach, kiedy to było możliwe, starałem się uzyskać 
pozwolenie danej osoby. Tak się rzecz miała z jednym z kapitanów występującym w 
kilku opowiadaniach. Spotkałem go w Gdyni na ulicy 10 Lutego i podczas rozmowy 
spytałem, czy mogę o nim pisać. 
- Ale - zastrzegłem - jeżeli nie zamieszczę tych wszystkich powiedzeń pana 
kapitana i zabawnych okoliczności z nimi związanych, 
286 
to nie jestem pewien, czy same pana walety będą ciekawiły Czytelników. Niech pan 
kapitan sam zadecyduje, czy mogę to wszystko opisać. 
- Nu, wie co! Nu, prawda! Nu, tak co robić? A? I po chwili wspólnego milczenia 
usłyszałem: 
- Nu wie co, Nu chętnie się sam uśmieje. Nu, pisz pan! 
Nie mogłem niestety spełnić życzenia tych licznych Czytelników, którzy prosili o 
opisanie przygód wszystkich moich kolegów. Zajęłoby <to mi sporo lat pracy. 
Starałem się natomiast w miarę możliwości spełnić prośby tych, którzy prosili o 
jak najszerszy materiał ilustracyjny. "Chcemy wiedzieć, jak wyglądaliście. 
Chcemy widzieć chociażby sylwetki ludzi, o których czytamy. Chcemy mieć 
chociażby pojęcie, jak wyglądały statki, pomieszczenia, gdzie rozgrywa się 
akcja. Niektórzy z nas nie byli nawet nigdy nad morzem. Nie chcemy odnośników i 
zawiłych tłumaczeń. Chcemy widzieć. Prosimy o album." Te słowa powtarzały się w 
listach najczęściej. Zamieszczone zdjęcja w większości zostały nadesłane 
samorzutnie przez Czytelników. Nie wszystkie z nich są najlepsze pod względem 
techniki wykonania. Niektóre podniszczył czas, minione dni nie sprzyjały 
spokojnemu leżeniu fotografii w rodzinnych skrytkach i albumach, ale prawie 
każde z nich to dziś już dokument i historia, a wszystkie, nawet te, którym czas 
zatarł ostrość konturów, spełniają życzenie Czytelników - pozwalają "widzieć". 
Gdzie nie mogłem "opisać" kolegów, starałem się chociaż ich pokazać, takich 
jakich utrwaliła ręka czasem niewprawnego fotoama-tora. 
Za nadesłane zdjęcia składam podziękowania: panu Tadeuszowi Doboszowi, panu inż. 
Antoniemu Garnuszewskiemu, panu inż. Olgierdowi Jabłońskiemu, pani Zofii 
Jakubowskiej, panu kpt. Tadeuszowi Jasic-kiemu, panu kpt. Bohdanowi 
Jędrzejewskiemu, panu Henrykowi Kabatowi, panu Aleksandrowi Krawczyńskiemu, pani 
Halinie Król, pani Hannie Kuczyńskiej, panu Alojzemu Kwiatkowskiemu, pani Zofii 
Lu-bienieckiej, panu dr Marianowi Maniszewskiemu, panu Jerzemu Mi-cińskłemu, 
pani Bożenie Niczko, pani Janinie Rokickiej, profesorstwu Ludwice i Józefowi 
Salewiczom, pani Zofii Serbinowicz, panu Józefowi Smoczykowi, panu Florianowi 
Staszewskiemu, pani Barbarze Stec-kiej Mitschein, panu kpt. Kazimierzowi 
Szczęsnemu, pani Stanisławie Świłło, pani dr Jadwidze Titz-Kosko, panu Wacławowi 
Urba-nowiczowi, pani Bogumile Wiśniowskiej, pani Marii Wysłouchowej, pani 
Jadwidze Zielińskiej. 
Redaktorowi tej książki, pani Marii Jasik, za wnikliwą i serdeczną troskliwość 
dla książki i wyrozumiałą cierpliwość dla autora składam najserdeczniejsze 
podziękowanie. 
287 
,-    '  . 

background image

Wielu z Czytelników zapytywało w listach, jaka jest dzisiejsza młodzież, która 
przyszła do pracy na morzu, i czy dzisiaj dzieją się na nim rzeczy równie 
ciekawe. Aby dokładnie odpowiedzieć na te pytania, należałoby napisać kilka 
książek. Ograniczę się tylko do krótkich przykładów spośród tych uczniów szkół 
morskich, których miałem przyjemność uczyć. 
Następcy Jana Kuczyńskiego - który swą wyprawą na łodzi ratunkowej "Wiking" 
dowiódł, iż przy bardzo małym nakładzie kosztów i wykorzystaniu niepotrzebnego 
już sprzętu można kształcić młodzież na morzu - to Jerzy Tarasiewicz i Janusz 
Misiewicz, uczniowie Szkoły Morskiej w Gdyni. Na starej łodzi ratunkowej z 
"Batorego", zrepero-wanej dzięki pomocy kpt. ż. w. Tadeusza Meissnera i nazwanej 
"Chatka Puchatka", ruszyli w NIEZNANE. 
Najpierw próbna podróż śladami Kuczyńskiego na wyspę Oland, a potem we dwójkę z 
Gdyni do Barbados, po czym-samotna już podróż Tarasiewicza z Barbados na Porto 
Rico. Ci dwaj chłopcy dowiedli słuszności tego, co napisał kapitan Mamert 
Stankię.wicz: "żywioł morza nie jest ani wrogi, ani przyjacielski, ale 
bezwzględny i wymaga od człowieka ciągłego napięcia jego uwagi, ażeby nie być 
zgniecionym". Wykazali również, iż dobra znajomość fachu czyni wszystko łatwym. 
Na pocztówce przysłanej mi z Madery pisali, że za pomocą rozklekotanego zegarka 
na ręku i sekstantu potrafili na łodzi ratunkowej obliczyć astronomicznie swą 
pozycję i przy widzialności czterech mil morskich trafili na Maderę. Cóż dopiero 
mówić o ich opanowaniu sztuki nawigowania wśród najsilniejszego sztormu - a 
mieli właśnie w tej podróży dowieść, że w doświadczonych rękach łódź ratunkowa 
jest środkiem niezawodnym na wypadek, gdy zajdzie potrzeba szukania na niej 
ostatecznego ratunku. Stosowana przez nich sztuka sztormowania z falą pozwoliła 
im na prowadzenie łodzi po grzbietach fal podczas huraganu i na osiągnięcie przy 
tym prędkości fali. Miesiące spędzone przez obydwu w odkrytej łodzi same mówią o 
ich .harcie i wytrzymałości. 
A oto jeszcze jeden z nich, Ryszard Sieczka. Tym razem ze Szkoły Rybołówstwa 
Morskiego. Nieśmiały uczeń, rumieniący się przy odpowiedziach stał się głośny 
jako kapitan trawlera, gdy na Morzu Północnym podczas bardzo silnego sztormu 
uratował czternastu ludzi załogi angielskiego trawlera. Oba trawlery miały 
jednakowe warunki. Na sztormowej fali Sieczka potrafił natychmiast podejść do 
rozbitków z przewróconego statku i zabrać wszystkich na pokład, wykazując 
znajomość morza, siłę woli i wielkość serca. 
I jeszcze jeden. Janusz Tłuścik. Podczas połowów na Morzu Północnym w czasie 
wyrzucania sieci na dużej fali lecąca za burtę lina trałowa utworzyła pętle, 
które porwały za sobą drugiego oficera. Janusz nie namyślał się wcale. Zdawał 
sobie sprawę, że ułamki sekundy mogą zadecydować o życiu człowieka, który może 
już jest 
288 
nieprzytomny lub1 poraniony i nie będzie zdolny ani przez chwilą utrzymać się o 
własnych* siłach na wodzie. Tak jak stał, bez straty czasu na nakładanie pasa 
ratunkowego, skoczył za drugim oficerem za burtę i zdołał go wyłowić. 
Dziwnym zbiegiem okoliczności wszyscy czterej, o których tu wspomniałem, 
siedzieli zawsze na ostatniej ławce. 
W Mariehamn, na Wyspach Alandzkich mieszkają państwo Erikson. Kapitan Gustaw 
Erikson rozpoczął pracę na morzu jako dziesięcioletni chłopak, mając lat 
dziewiętnaście dowodził statkiem. Właścicielem dużego żaglowca stał się mając 
lat czterdzieści. Nie mógł się pogodzić z myślą, że coraz większa ilość parowców 
i otwarcie Kanału Panamskiego skazują najpiękniejsze żaglowce na śmierć. 
Postanowił je ratować. W ten sposób powstała słynna flota Eriksona, na której 
jako załoga odbywali dalekie podróże ci, co chcieli chociażby raz w życiu 
przespacerować się po największym gościńcu świata. Druga wojna światowa 
zniszczyła i te ostatnie żaglowce. Kapitan Erikson i jego żona, czarująca pani 
władająca z łatwością kilkoma językami, mieszkają nadal w Mariehamn. Żaglowce 
szkolne wszystkich krajów uważają za swój obowiązek złożyć im kurtuazyjną 
wizytę. Uczyniły to samo żaglowce Szkoły Rybołówstwa Morskiego w Gdyni. 

background image

Uczniowie potrafili swym zachowaniem podczas kilkudniowego pobytu na wyspie i 
wycieczek autokarami tak oczarować panią Erikson, że gdy ich żegnała, 
oświadczyła, iż tak miłych i dobrze ułożonych chłopców nie gościła jeszcze nigdy 
w Mariehamn. 
Trudno wymienić nazwiska wszystkich tych, którzy podczas swego pobytu w szkole 
potrafili opanować doskonale potrzebną im wiedzę. Dzisiaj prowadzą wielkie 
przetwórnie na najbardziej trudnych łowiskach świata, z humorem opisując w swych 
listach nawigację na wodach Arktyki jako "slalom kursów między polami i górami 
lodowymi". Chłopców tych wychowało morze, ich charaktery kształtowały połowy na 
wodach otaczających Wyspę Niedźwiedzią lub w największej północnej "wylęgarni" 
gór lodowych. Wejścia do niej strzeże przylądek, którego nazwa mówi na wszelki 
wypadek tym, co się tam zapuszczają: BĄDŹ ZDRÓW. Po angielsku brzmi to łagodniej 
- Fa-rewell. 
Tytuł Krążownik spod Somosierry nasunął mi się w wyniku dziwnego spełnienia 
marzeń dziecinnych. Jako ośmioletniemu chłopcu udawało mi się często dopaść 
konia. Wtedy w "zapierającym dech" galopie majaczyła mi szarża ułańska. Z równym 
zapałem w tym samym czasie budowałem tratwy i szedłem na abordaż 
nieprzyjacielskiego okrętu, marząc o dowodzeniu "prawdziwym" okrętem "najeżonym 
armatami". 
19 - Krążownik spod Somosierry 
289 
Zdarzyło się tak, że podczas szkolnych ferii letnich wyprowadzałem statki na 
pierwsze próbne rejsy. Pewnego razu stałem się nieoczekiwanie dla siebie dowódcą 
okrętu wojennego. Podczas prób z tym okrętem na morzu przypomniały mi się zabawy 
na tratwach i marzenia ośmioletniego chłopca. Odbyła się w pamięci długa droga 
od tratwy ciosanej i wiązanej własnymi rękami do tego okrętu wojennego 
wybudowanego "własnymi rękami" i wówczas skojarzenie słów Krążownik spod 
Sómosiefry - nie wydało mi się tak bardzo nieżyciowe. 
TREŚĆ 
I już ostatnia .odpowiedź na pytanie, jakie były losy Mistrza Magii, który z 
takim trudem zdał egzamin z języka angielskiego. 
Spotkałem go w Gdyni w zeszłym roku. Pływa jako kapitan na linii 
południowoamerykańskiej. Po krótkim omówieniu -wszystkich znajomych kątów, 
począwszy od Belem w ujściu Amazonki do Buenos Aires, i tego co zaszło w ciągu 
trzydziestu paru lajt niewidzenia się od skończenia Szkoły Morskiej, Mistrz 
Magii powiedział, że ma kłopoty ze swym synem. 
- Wiesz, syn mój nie może sobie dać rady z językiem angielskim. 
- Jakiego rodzaju ma trudności? - spytałem bardzo zaciekawiony. 
- Myślę, że się po prostu nie uczy. 
- Może to niezupełnie jednak jego wina - próbowałem bronić młode pokolenie. 
- Nie jego? A czyja? Nie chce mu się. Zobacz, ja nauczyłem się teraz nawet 
hiszpańskiego. A pamiętasz, jak ja świetnie umiałem angielski? 
- PAMIĘTAM. 

Egzamin.............    5 
O! MU - KU - RU!.........   .    15 
Ornitolodzy............   21 
Wiatr..............   29 
Siedmiu z Meksyku..........   36 
Nie dokończony reportaż.........   45 
Pogrzeb pilota  Trinity  House.......   52 
Trzy  listy.............   65 
Pasażer I.K.C.............   73 
Chimera Mirabilis.........   gl 
Milioner.............   gj 
Kazio   ....                               qo 
..........     yy 

background image

Czciciel słońca i sankilota........   no 
Pożar na Atlantyku..........117 
Plamoznik.............   123 
FliP •   •.............   132 
Jolly good fellow...........   i3g 
Królewski żart...........   143 
Uśmiechy losu............   155 
Pikrat! Pikrat! Wylecimy w powietrze .   .   .   .   .   162 
Konny soit, qui mai y pense........   187 
Sąd morski............   200 
Ma w każdym porcie narzeczoną......   209 
Monkejek i "Catalina"  .........   216 
Flara   ..............   223 
Major i Misk............   230 
Od Autora............   285 
[Ballado obraz Ferdynanda  Ruszczyca; 1900] 
BALLADA NAM SIĘ ŚNIŁA O MORZU 
Z lasów i pól z głębi Polski gnał nas romantyzm i tylko romantyzm 
pomimo przeciwnych wiatrów i przeszkód na drogach na największy 
gościniec świata, by sprawdzić, że NIEBEZPIECZEŃSTWO NA MORZU 
POSIADA RÓWNIEŻ SWĄ ISTOTNĄ WARTOŚĆ 
(Od autora) 
[Obraz Michała Leszczyńskiego darowany Szkole Morskiej  w Gdyni]