background image

Tytuł oryginału: That Burke Man

Pierwsze wydanie: Silhouette Books, 1995

Przekład: Andrzej Panas

Redakcja: Mira Weber

Korekta: Stanisława Lewicka Maria Kaniewska

© 1995 by Diana Palmer

© for the Polish edition by Arlekin - Wydawnictwo Harlequin Enterprises sp. z 
o.o. Warszawa 1996

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości 
dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wydanie   niniejsze   zostało   opublikowane   w   porozumieniu   z   Harlequin 
Enterprises II B.V.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do 
osób rzeczywistych - żywych czy umarłych - jest całkowicie przypadkowe.

Znak   firmowy   wydawnictwa   Harlequin   i   znak   serii   Harlequin   Desire   są 
zastrzeżone.

Skład i łamanie: Studio Q

Printed in Germany by ELSNERDRUCK

ISBN 83-7070-830-7 Indeks 356948

 

ROZDZIAŁ    PIERWSZY

background image

Todd Burke usiadł pewniej na rozklekotanym krześle i zaczął przyglądać 

się   uważnie   otoczonemu   barierką   placowi,   na   którym   odbywało   się   rodeo. 
Poprawił na głowie stetsona, a następnie zerknął na buty i nogawki spodni. Nie 
pomyślał o tym, że rodeo to nie kościół. Od wielu lat nie pracował u ojca, a 
ostatnie występy jeździeckie Cherry też już poszły w zapomnienie.

Myśl   o   córce   sprawiła   mu   wyraźną   przyjemność.   Ta   dziewczyna 

naprawdę nieźle radziła sobie z koniem. Brakowało jej tylko pewności siebie. 
Była żona Todda nie pochwalała tej nagłej pasji. Ale Todd był dumny z córki. 
Dzięki niej z mniejszą przykrością wspominał swoje małżeństwo zakończone 
sześć   lat   temu   szybkim   rozwodem.   Sąd   przyznał   mu   wówczas   opiekę   nad 
Cherry, ponieważ Marie i jej nowy mąż byli zbyt pochłonięci interesami, żeby 
zająć się dziewczynką.

Obecnie Cherry była czternastoletnią pannicą i od czasu do czasu mogła 

mu   nawet   pomóc   w   prowadzeniu   firmy   komputerowej.   Jednak   Todd   często 
czynił sobie wyrzuty, że nie poświęca córce dostatecznie dużo czasu i uwagi. 
Cóż,   był   przecież   dyrektorem   firmy   i   nie   mógł   wszystkiego   zrzucać   na 
podwładnych.

Ale praca nudziła go coraz bardziej. Miał już za sobą najtrudniejszy, ale 

jednocześnie   najciekawszy   okres.   Zarobił   miliony   i   teraz   pozostawało   mu 
odcinanie   kuponów   od   tego,   co   wypracował   wcześniej.   Miał   nadzieję,   że 
parotygodniowy   urlop   w   czasie   wakacji   Cherry   pozwoli   mu   znaleźć   coś 
nowego, ekscytującego w jego życiu i pracy, jednak szybko stwierdził, że już 
samo myślenie o tym za bardzo go nuży. Teraz czekał niecierpliwie na występ 
córki. Przyjechali do Jacobsville, ponieważ miał tu wystąpić ulubiony jeździec 
Cherry. Zresztą miasteczko położone było niedaleko Victorii, gdzie znajdowała 
się teksaska siedziba firmy. Nie planowali udziału dziewczynki w konkursie. 
Córka spytała pod wpływem nagłego impulsu, czy może wystąpić, a on w końcu 
się zgodził. Nie liczyli na wiele, ponieważ poziom rodeo był wysoki, a Cherry 
mogła co najwyżej uchodzić za zdolną amatorkę.

Głos   spikera   wyrwał   go   z   zamyślenia.   Usłyszał   swoje   nazwisko,   a 

następnie zobaczył postać w kapeluszu z szerokim rondem. Przez moment miał 
wrażenie,  że to on sam wyjechał na arenę. Cherry miała  podobną sylwetkę, 
zwłaszcza   teraz,   kiedy   siedziała   pochylona   na   koniu.   Todd   obserwował   jej 
przejazd i serce w nim zamarło. Cherry popełniała podstawowe błędy. Oboje 
wiedzieli, że nie wygra rodeo, ale Todd liczył po cichu na to, że przynajmniej 
nie będzie ostatnia.

- Ależ to kompromitujące - usłyszał jakiś żeński głos. - Ta dziewczyna 

nigdy nie będzie dobra. Wprawdzie zupełnie nieźle trzyma się na koniu, ale po 
prostu nie potrafi jeździć. Czegoś jej brakuje.

background image

Todd wzdrygnął  się  na dźwięk  tego  głosu.  Dosłyszał   w nim poczucie 

wyższości,   którego  tak  nie  znosił.  Zwłaszcza  jeśli  ktoś mówił   o jego  córce. 
Szybko też obejrzał się, żeby sprawdzić, kto pozwala sobie na podobne uwagi. 
Kiedy w końcu dostrzegł tę kobietę, jego serce zabiło mocniej.

Piękna wysoka blondynka, która tak obcesowo potraktowała umiejętności 

Cherry, zaczęła mówić o sobie towarzyszącemu jej mężczyźnie. Stwierdziła, że 
czuje się świetnie i że jest u szczytu formy. Nawet noga doskwiera jej mniej niż 
zwykle. Oczywiście będzie  musiała  uważać  na plecy, ale  to już drobnostka. 
Najważniejsze, że znów pokaże się na rodeo.

Oparła   się   o   barierkę   i   raz   jeszcze   spojrzała   na   Cherry.   Dziewczynka 

wykonywała   zwrot.   Zachowywała   się   tak,   jakby   usłyszała   jej   uwagę   i   to 
speszyło ją jeszcze bardziej. Jane zrobiło się głupio. Młodociana zawodniczka 
najwyraźniej bała się gwałtownych manewrów. Powiedziała o tym stojącemu 
obok   kowbojowi,   a   on   skinął   głową.   Ta   Chenny   czy   Cherry   musiała   być 
nowicjuszką, ponieważ Jane nigdy nie słyszała jej nazwiska, a przecież od wielu 
lat brała udział (i wygrywała!) w różnych zawodach.

Jane nie miała ochoty na dalsze obserwacje. Postanowiła rozprostować 

nogi. Skierowała się więc do wyjścia, nie rozglądając się dokoła. Nagle na jej 
drodze pojawił się ubłocony męski but. Podniosła wzrok, żeby sprawdzić, co się 
dzieje.   Dostrzegła   dryblasa   w   nieokreślonym   wieku,   o   ciężkim,   stalowym 
spojrzeniu.   Nawet   nie   podniósł   się   z   krzesła.   Wyciągnął   po   prostu   nogę   i 
zagrodził jej przejście.

Jane  otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale mężczyzna odezwał się 

pierwszy:

-   Kto   pani   pozwolił   krytykować   tę   dziewczynę?!   -   huknął   na   nią.   - 

Wszystko słyszałem! Taka lalunia jak pani nie powinna w ogóle zabierać głosu 
w tych sprawach!

Jane   spojrzała   na   niego   ze   zdumieniem.   Nie,   ten   facet   również   nie 

pokazywał się na rodeach. A przynajmniej nie w Teksasie. 

- Kim pani jest? Modelką? Pewnie pracuje pani tutaj na rodeo, co? Jako 

hostessa…

Todd aż zaśmiał się w duchu, ponieważ blondynka wyglądała na zupełnie 

zbitą z pantałyku. Wpatrywała się w niego z otwartymi ustami, jakby ujrzała 
jakieś dziwne zwierzę.

background image

- Czy pani w ogóle rozumie moje pytanie? - dodał po chwili, patrząc na 

nią z politowaniem.

Jane powoli zaczynała dochodzić do siebie. Nie spodziewała się takiego 

ataku i potrzebowała czasu, żeby ochłonąć.

- Doskonale rozumiem - powiedziała twardym, ostro brzmiącym głosem. - 

Nie mam jednak zamiaru odpowiadać na podobne impertynencje. Chciałabym 
przejść. - Wskazała nogę, która spoczywała przed nią niby szlaban.

-   Nie   tędy.   -   Mężczyzna   zarechotał,   najwyraźniej   bardzo   z   siebie 

zadowolony.

- A właśnie, że tędy.

Jane   schyliła   się,   syknęła,   ponieważ   poczuła   nagły   ból   w   plecach,   a 

następnie   chwyciła   nogę   mężczyzny,   uniosła   ją   do   góry   i   pchnęła   lekko. 
Wiedziała, że rozchwiane krzesło nie wytrzyma  tego naporu. Siedzący  obok 
kowboje, którzy obserwowali jazdy z kamiennymi twarzami, teraz nie potrafili 
ukryć   rozbawienia.   Mężczyzna   zaczął   gramolić   się   z   ziemi,   ale   to   już   nie 
interesowało Jane. Ruszyła do wyjścia, gdzie czekał jej opiekun, pomocnik i 
najlepszy przyjaciel, Tim Harley.

Tim nawet nie starał się ukryć dezaprobaty, ale mimo to przyprowadził jej 

ulubionego wałacha, Nawiasa. Jane zacisnęła wargi i spróbowała go dosiąść.

- Nie powinnaś dzisiaj jeździć - gderał Tim. - Masz jeszcze czas. Przecież 

widzę, co się dzieje.

- Ależ,  Tim!   Przecież  nie  mogłam  nie  przyjąć zaproszenia.   Byłoby  ci 

wstyd za mnie, sam przyznaj - tłumaczyła, starając się nie myśleć o bólu.

- Nikt nie oczekiwał, że wystąpisz - ciągnął Harley. - Wszyscy myśleli, że 

po prostu pokażesz się na rodeo. Wiesz, jako wielokrotna zwyciężczyni.

Jane usadowiła się w siodle. W samą porę, ponieważ zauważyła, że zbliża 

się do niej dryblas w szarym stetsonie. Na szczęście inni jeźdźcy już ją otoczyli i 
ruszyła   na   plac.   Jane   była   tutaj   legendą.   Niestety,   musiała   przed   rokiem 
zakończyć występy. Jednak wszyscy ją jeszcze dobrze pamiętali.

-   Proszę   państwa   -   rozległ   się   głos   spikera.   -   Oto   Jane   Parker. 

Najpiękniejsza i najlepsza. Zwyciężczyni wielu zawodów. Obecnie, jak wiecie, 
nie występuje, ale wciąż wspaniale trzyma się na koniu.

background image

Jane posłała uśmiech wiwatującym tłumom. Był to prawdziwy wyczyn, 

zważywszy, że plecy bolały ją jak licho. Z trudem utrzymywała się na koniu.

Bob Harris wyszedł na plac i wręczył jej pamiątkową rozetkę.

- Nawet nie próbuj zsiadać - powiedział, zasłoniwszy dłonią mikrofon.

Posłuchała jego rady.

- Proszę państwa, proszę o chwilę uwagi. - Głos Boba znów rozbrzmiewał 

z pełną siłą. - Wszyscy współczujemy Jane z powodu tragicznej śmierci ojca, 
Orena Parkera, wspaniałego jeźdźca i dwukrotnego mistrza świata w rzutach 
lassem. Organizatorzy tego rodeo chcieliby uczcić jego pamięć. Jane, przyjmij 
od nas tę pamiątkową rozetkę i wiedz, że jesteśmy z tobą. Proszę państwa, Jane 
Parker! 

Zgromadzeni na rodeo widzowie znowu zaczęli wiwatować. Jane uniosła 

do góry rozetkę, a następnie przypięła ją sobie do piersi. Bob podał jej mikrofon. 
Podziękowała w krótkich, lecz serdecznych słowach za pamięć i w obawie, że 
za chwilę spadnie z konia, skierowała się szybko do wyjścia.

W końcu znalazła się poza placem. Jednak tutaj czekała na nią pierwsza 

niespodzianka  - nie mogła  zsiąść  z konia. Zaraz  też pojawiła się  i druga w 
postaci   gniewnego   kowboja   o   stalowym   spojrzeniu.   Mężczyzna   chwycił 
wędzidło i skrzywił z pogardą usta.

- Patrzcie, patrzcie, kto by powiedział, że taka z ciebie mistrzyni. - Bez 

ogródek zaczął jej mówić per "ty". - Siedzisz na tym koniu, jakbyś połknęła kij. 
Dawno nie widziałem kogoś, kto jeździłby gorzej.

Uśmiechnął się do niej kpiąco, a następnie mrugnął porozumiewawczo.

- A może sędziowie zwracali uwagę na inne twoje walory, co?

Jane z pewnością kopnęłaby go w twarz, gdyby nie to, że plecy bolały ją 

nieludzko. Siły opuściły ją zupełnie. Pobladła tylko z wyczerpania i złości.

-   Tfu!   -   splunął   arogancki   kowboj.   -   Nie   wiedziałem,   że   jesteś   taka. 

Zupełnie bez ikry.

- Trzymaj się, Jane! Już idę! - dobiegł do niej głos opiekuna.

Odwróciła się trochę, żeby móc  go widzieć. Biegł do niej z rozwianą 

brodą. Zmarszczone  czoło i grymas na twarzy powodowały, że wyglądał na 
starszego, niż był w rzeczywistości.

background image

- Mam nadzieję, że odechce ci się niemądrych popisów - ciągnął Tim. - I 

co? Nie możesz zsiąść z konia? Dobrze, zaraz ci pomogę. Tylko spokojnie. Nie 
musisz się spieszyć. 

Tim pogładził ją delikatnie po nodze. Jane poczuła się nieco lepiej.

-   Czy   zawsze   trzeba   jej   pomagać   zsiadać   z   konia?   -   drwił   dalej 

nieznajomy. - Wydawało mi się, że gwiazdy rodeo powinny same sobie z tym 
radzić.

Mężczyzna   nie   mówił   z   teksaskim   akcentem.   W   ogóle   trudno   było 

określić, skąd pochodzi. Tim łypnął na niego niechętnie.

-   Niech   pan   lepiej   uważa,   bo   napyta   pan   sobie   biedy   -   powiedział.   - 

Ludzie tutaj są spokojni, ale pewnych rzeczy nie będą tolerować. Zwłaszcza 
jeśli   idzie   o   Jane.   No   chodź,   myszko   -   zwrócił   się   bezpośrednio   do   swojej 
ulubienicy. - Jakoś sobie z tym poradzimy.

Nieznajomy wciąż patrzył na nich i chyba coś mu powoli zaczęło świtać, 

Po pierwsze zauważył, że twarz blondynki jest biała jak prześcieradło, a po 
drugie, że zaciska zęby tak, jakby walczyła z bólem.

Stary   mężczyzna,   który   pomagał   jej   zsiąść   z   konia,   nie   wyglądał   na 

siłacza.   Był   niski   i   zasuszony.   W   zasadzie   tylko   jego   gęsta,   długa   broda 
sprawiała wrażenie potężnej. Można by pomyśleć, że należała do kogoś innego.

Todd przesunął się nieco do przodu.

- Zaraz, może pomogę.

Tim zmierzył go badawczym wzrokiem i natychmiast skinieniem głowy 

wyraził   aprobatę.   Jeśli   nawet   nieznajomy   nie   był   zbyt   mądry,   to   z   całą 
pewnością bardzo silny.

- Niech pan pamięta, że nie może upaść - powiedział.

- Inaczej nawet gorset jej nie pomoże.

Gorset?  Tak, to wiele wyjaśniało. Todd wyczuł go pod palcami, kiedy 

chwycił dziewczynę wpół. Drżała na całym ciele. Dostrzegł też łzy płynące z jej 
oczu.

- Nie mogę - szepnęła. - Nie mam siły.

background image

-   Niech   pani   chwyci   mnie   za   szyję.   -   Todd   natychmiast   powrócił   do 

oficjalnych form. - Trzeba tylko unieść nogę, reszta pójdzie łatwo.

Bruzdy na czole Tima jeszcze się pogłębiły.

- Nie przejmuj się, Tim - powiedziała słabym głosem. - Na pewno sobie 

poradzę, skoro już udało mi się dosiąść konia.

Ból ponownie przeszył jej ciało. Tym razem był jeszcze silniejszy. Jednak 

Jane nawet nie jęknęła. Przywarła tylko z całej siły do ciała nieznajomego, jakby 
to była ostatnia deska ratunku.

- Dokąd teraz? - spytał mężczyzna, kiedy znalazła się w jego ramionach.

Tim   podrapał   się   w   czoło   i   rozejrzał   bezradnie   dokoła.   Dlaczego   nie 

pomyślał o tym wcześniej? Przecież Jane nie będzie mogła chodzić po takiej 
jeździe.

- Tam - powiedział w końcu, wskazując samochód z przyczepą, stojący 

kilkadziesiąt metrów dalej.

Todd   ruszył   w   jego   kierunku.   Drzwi   do   przyczepy   były   otwarte. 

Wewnątrz znajdował się wózek na kółkach, a także niewielka kanapa. Twarz 
jasnowłosego kowboja zasępiła się na widok wózka.

- Mówiłem ci, mówiłem setki razy - gderał Tim. - Popatrz, co narobiłaś. 

Znowu rehabilitacja się przedłuży.

- Nie, tylko nie tam - jęknęła dziewczyna na widok wózka.

- Tam ci będzie najlepiej - mruknął Tim.

- Nie, wolę usiąść na kanapie.

Todd przystanął zdezorientowany przed otwartym samochodem.

- Proszę, wolę kanapę - powtórzyła Jane, drżąc z bólu.

- Zaraz dam ci środki przeciwbólowe.

Tim wskoczył pierwszy do przyczepy i zaczął myszkować w niewielkiej 

kuchence. Todd posadził dziewczynę na kanapie najdelikatniej, jak potrafił.

- Dziękuję - szepnęła.

background image

- Zdaje się, że zrobiłem z siebie strasznego idiotę - powiedział. - Ale moja 

córka wcale nie jest taka zła. Dopiero zaczęła się uczyć.

Jane powoli kojarzyła fakty. Musiała chwilę pomyśleć, żeby przypomnieć 

sobie   to,   co   wydarzyło   się,   zanim   poczuła   potworny   ból.   Po   chwili   jednak 
zrozumiała   całą   sytuację.   Postępowanie   mężczyzny   wydało   jej   się   bardziej 
racjonalne, co nie znaczyło, że je pochwalała.

- Przykro mi, że tak pan odebrał moją krytykę - powiedziała po chwili 

namysłu. - Wcale nie uważam, żeby pańska córka była zła. Chodzi o to, że po 
prostu boi się zwrotów. To, niestety, widać. Ktoś powinien jej pomóc, żeby 
nauczyła się radzić sobie ze strachem.

- Umiem jeździć konno, ale to wszystko - stwierdził nieznajomy. - Nie 

znam się na rodeo, mimo że w Wyoming jest ono prawie tak popularne jak w 
Teksasie.

- Jesteście z Wyoming? - zapytała.

-   Tak.   Przenieśliśmy   się   tu   parę   tygodni   temu,   żeby…   żeby…   -   Nie 

wiedział czemu, ale nie chciał powiedzieć tej kobiecie o rozwijającej się firmie. 
- Żeby być bliżej matki Cherry. Tak ma na imię moja córka - dodał po chwili.

Obecność   Marie   w   Victorii   nie   miała   najmniejszego   wpływu   na   tę 

decyzję.   Zresztą   nie   wiedzieli   w   ogóle,   że   tam   mieszka.   Ona   również 
przeprowadziła się w te okolice zupełnie niedawno.

Todd   spojrzał   na   blondynkę.   Wyglądała   na   zdziwioną   jego 

wyjaśnieniami, ale nie pytała o nic.

- Och, rozwiedliśmy się jakiś czas temu - powiedział. - Matka Cherry 

zamieszkała w Victorii ze swoim drugim mężem. 

Jane skinęła głową.

- Czy pańska była żona jeździ konno? - spytała. - Może mogłaby uczyć 

Cherry.

Oczy nieznajomego pociemniały.

- Wprost nienawidzi koni - odparł. - Od początku była przeciwna temu 

występowi. Ale Cherry to uwielbia. Ćwiczyła całymi dniami.

- No tak, zabrakło tylko kogoś, kto by jej pomógł - powiedziała Jane.

background image

Zrobiło jej się smutno. Wyglądało na to, że mała wychowywała się bez 

matki. Jane wiedziała, co to znaczy. Jej mama zmarła na zapalenie płuc, kiedy 
ona jeszcze chodziła do szkoły.

Spojrzała   na   mężczyznę.   Powiedział,   że   pochodzą   z   Wyoming.   To 

wyjaśniało,   dlaczego   mówił   z   tak   dziwnym   akcentem.   Ból   nieoczekiwanie 
znowu   dał   znać   o   sobie.   Jane   syknęła,   nie   przygotowana   na   nowy   atak,   i 
poczuła, że robi jej się słabo. Musiała położyć się na kanapie.

Tim wrócił po chwili z kuchni. Podał jej butelkę z colą i dwa proszki. 

Jane połknęła je natychmiast.

- Uff, zaraz będzie lepiej - westchnęła, opadając ponownie na wyściełane 

siedzenie.

- Nic pani nie jest?

- Nie, nie, już dobrze - odparła.

Todd nie miał tu już nic do roboty. Pożegnał się i wyszedł z przyczepy. 

Po chwili jednak dopędził go Tim.

- Nie podziękowałem panu jeszcze za pomoc - powiedział.

- Drobnostka - mruknął Todd. - Co jej się stało?

Tim westchnął ciężko.

- Miała wypadek samochodowy - wyjaśnił. - Jej ojciec zginął na miejscu, 

a Jane tkwiła w samochodzie przez parę godzin, zanim przyszła pomoc. Lekarze 
myśleli, że złamała kręgosłup.

Todd skrzywił się boleśnie, jakby przydarzyło się to jemu samemu.

- O nie, na szczęście nie było tak źle - uspokoił go Tim. - Okazało się, że 

wypadł jej dysk. To na szczęście mniej poważne, chociaż bolesne i trudne do 
wyleczenia. Nawet po paru latach mogą się odzywać jakieś bóle.

- Rozumiem. - Todd pokiwał głową.

Tim uśmiechnął się i pogładził swoją gęstą brodę.

- Na szczęście Jane się nie poddała. Lekarze mówili, że nigdy nie widzieli 

kogoś takiego. Tylko dzięki olbrzymiemu wysiłkowi woli udało jej się wstać tak 
szybko z wózka. Ona zawsze musi być najlepsza. Ma to po ojcu. Na pewno 

background image

byłby z niej teraz dumny. Oczywiście, Jane nigdy już nie weźmie udziału w 
zawodach.

- Po co więc, do licha, wsiadła dzisiaj na konia?!

Tim pokiwał głową.

- Chciała pokazać wszystkim, że się nie poddała i nie podda - odparł po 

prostu. - Wie pan… Przepraszam, jak brzmi pana nazwisko, bo nie dosłyszałem?

- Burke. Todd Burke.

- Ja nazywam się Tim Harley. Miło mi pana poznać.

Mężczyźni uścisnęli sobie prawice.

- Więc wie pan, panie Burke, czasami trzeba zrobić coś głupiego, żeby 

zamanifestować   swoją   postawę.   Byłem   temu   przeciwny,   ale   oczywiście 
rozumiem Jane.

Todd pokiwał głową. W zasadzie nie było już nic do dodania. Pożegnał 

się z Timem i skierował w stronę placu, z którego odpływali kolejni widzowie. 
Czuł  się  dziwnie.  Nigdy  nie  spotkał  tak upartej  i  dumnej  kobiety.  Nie  miał 
wątpliwości co do tego, że za jakiś czas znowu dosiądzie ona konia.

Żałował   też,   że   ich   znajomość   zaczęła   się   właśnie   w   ten   sposób. 

Jasnowłosa   Jane   na   pewno   chciała   dobrze.   Jej   krytyka   nie   była   przecież 
złośliwa. Todd nie od dziś wiedział, że jest przewrażliwiony na punkcie córki. 
Cherry była przecież jego jedynym dzieckiem, jedyną radością. Chciał, żeby 
spotykało ją wszystko, co najlepsze.

Bez trudu odnalazł córkę, która rozmawiała właśnie z jednym z młodych 

kowbojów.

- Tato, widziałeś ją?! - wykrzyknęła. - Tę panią z jasnymi włosami?! To 

była sama Jane Parker!

Todd spojrzał na młodego kowboja, a ten przygarbił się, zaczerwienił, a 

następnie zniknął z pola ich widzenia.

- Tak, widziałem. Zaniosłem ją nawet do samochodu.

- Kogo? Chyba nie Jane Parker? Gdzie jest ten chłopak? Był przecież taki 

miły.

background image

Todd pogłaskał córkę po głowie.

- Przykro mi,  kochanie, ale zdaje się, że go spłoszyłem - stwierdził z 

westchnieniem. - Sama wiesz, że w takich sytuacjach zachowuję się jak słoń w 
składzie porcelany.

Cherry rozglądała się jeszcze przez chwilę, ale później dała temu spokój.

- Kogo niosłeś? Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

- Twoją idolkę. Jane Parker. Ma teraz jakieś problemy z plecami i nie 

może jeździć.

Cherry zmarszczyła czoło.

-   Słyszałam,   że   zrezygnowała   z   występów,   ale   nie   wiedziałam   nic   o 

kontuzji - powiedziała. - Przyjechałam tu specjalnie dla niej. Widziałam film z 
zeszłorocznego rodeo i, mówię ci, była fan-ta-sty-czna!

Toddowi trudno było dzielić entuzjazm córki. Zwłaszcza po tym, co się 

zdarzyło.

- No tak, ja też nie wiedziałem nic o jej kontuzji - westchnął. - Wszyscy 

popełniamy błędy.

Cherry spojrzała z zaciekawieniem na ojca, ale jego mina nie skłaniała do 

drążenia tematu.  Todd był chmurny  i wyraźnie z czegoś niezadowolony. Po 
chwili jednak rozpogodził się i położył dłoń na ramieniu córki.

- To twoje pierwsze rodeo - powiedział. - Dziwnym trafem organizatorzy 

nie przyznali ci żadnego trofeum, ale może mógłbym ci to jakoś wynagrodzić?

Córka uśmiechnęła się i spojrzała mu prosto w oczy.

- Naprawdę, tato? Wiesz,  tak chciałabym porozmawiać  z Jane  Parker. 

Możesz mnie z nią poznać?

Todd chrząknął. Czy powinien powiedzieć córce, co sądzi o jej jeździe 

uwielbiana przez nią mistrzyni?

- Jest bardzo ładna - dodała Cherry, nie czekając na odpowiedź. - Mama 

też jest ładna, ale nie aż tak.

Dziewczynka   posmutniała   na   wspomnienie   matki.   Spuściła   głowę   i 

spojrzała na czubki swoich butów do konnej jazdy.

background image

-   Mama   nie   może   się   ze   mną   spotkać   w   przyszłym   tygodniu.   Będzie 

zajęta. Wspominała ci o tym?

- Mhm.

Nie chciał mówić Cherry, że pokłócili się z tego powodu. Marie starała 

się unikać spotkań z córką. Zwłaszcza jeśli w pobliżu znajdował się jej nowy 
mąż, dla którego opuściła ich sześć lat temu.

- Zupełnie nie wiem, co ona w nim widzi - ciągnęła Cherry, lustrując 

swoje buty. - Ciągle mu się coś nie podoba, a poza tym nie lubi ani zwierząt, ani 
dzieci.   Jak   można   z   kimś   takim   wytrzymać?   -   Głos   zaczął   jej   drżeć 
niebezpiecznie.

Todd   pogładził   córkę   po   ramieniu.   Wiedział,   że   mimo   wielu 

nieporozumień wciąż kocha matkę i czeka na spotkanie z nią. Nie znosiła tylko 
nowego męża Marie. Zresztą było to uczucie odwzajemnione.

- No wiesz, on jest bardzo inteligentny. I napisał książkę. Podobno stała 

się bestsellerem.

- Przecież ty też jesteś inteligentny i bogaty - argumentowała Cherry.

- To co innego. Ja sam doszedłem do wszystkiego. Nie mam dyplomu 

uniwersyteckiego.

Cherry zachichotała.

- On też nie - powiedziała. - Słyszałam, jak mama mówiła przez telefon, 

że nie skończył studiów. Oczywiście on tego nie słyszał.

Todd ponownie pogładził ją po ramieniu.

-   Nie   przejmuj   się   tym   wszystkim.   Najważniejsze,   żeby   mama   była 

szczęśliwa.

- Nie kochasz jej już? - spytała Cherry powodowana nagłym impulsem.

Todd zafrasował się. Nigdy wcześniej nie rozmawiali tak szczerze o tym, 

co się stało. Wydawało mu się, że córka nie jest na ryle dojrzała, żeby móc to 
wszystko zrozumieć.

- W każdym razie nie tak, żeby móc ponownie się z nią ożenić - odparł. - 

Małżeństwo wymaga dobrej woli dwojga osób. Twoja mama miała już dosyć 
czekania, kiedy wrócę z pracy. Dlatego odeszła.

background image

- Mnie też miała dosyć - szepnęła Cherry.

Twarz Todda wykrzywiła się w nagłym grymasie.

- Nie, to nieprawda. Mama wciąż cię kocha… po swojemu. Powinnaś to 

zrozumieć.

- Tak, rozumiem, rozumiem. - Cherry zaczęła kiwać głową. - Wiem też, 

że powinieneś pomyśleć o ponownym małżeństwie. Co z tobą będzie, kiedy ja 
wyjdę za mąż? Todd stłumił uśmiech.

- Zostanę sam.

-   Właśnie!   -   triumfowała   córka.   -   Dlatego,   jeśli   nie   chcesz   mamy, 

powinieneś pomyśleć o jakiejś innej żonie. Już ja się tym zajmę. - Cherry nagle 
spoważniała. - Chciałabym pójść jesienią do szkoły w Victorii. Mam już dosyć 
tego internatu.

- Nigdy mi o tym nie mówiłaś.

- Nie chciałam - przyznała niechętnie. - Nawet nie wiesz, jak się cieszę z 

tych   wakacji.   Nie   przeszkadza   mi   nawet   twoja   praca.   I   tak   będziemy   się 
widywać częściej niż zwykle.

Todd z trudem przełknął ślinę. Starał się nie patrzeć w szare, podobne do 

jego własnych, oczy córki.

- Więc, hm… Stwierdziłem,  że należy mi się dłuższy urlop i że… że 

chętnie spędziłbym z tobą parę tygodni.

Cherry aż podskoczyła do góry. Wiadomość ucieszyła ją tak bardzo, że 

nie zwróciła najmniejszej  uwagi na ślady  nieszczerości  w jego głosie.  Todd 
zastanawiał się właśnie, jak uda mu się przetrwać bez pracy. Stwierdził jednak, 
że gotów jest wiele poświęcić, byle tylko Cherry była zadowolona.

Wyglądało na to, że córka zapomniała zupełnie o Jane Parker. On jednak 

wciąż o niej pamiętał.

- To cudownie, tato. Będziesz moim trenerem. Pewnie nie zauważyłeś, ale 

ciągle mam problemy - paplała Cherry. - Zwłaszcza ze zwrotami.

Todd skinął głową.

- Wiesz, myślę, że da się coś z tym zrobić.

background image

- Co?

- Potem ci powiem - powiedział z tajemniczą miną. - Na razie chciałbym 

coś zjeść. Wprost umieram z głodu.

- Ja też - zawtórowała mu Cherry.

- To co? Pojedziemy może do chińskiej restauracji? - zapytał.

- Świetny pomysł! - Cherry po raz kolejny podskoczyła do góry. Wsiedli 

do starego forda, którego Todd wypożyczył po oddaniu ferrari do przeglądu. 
Samochód zarzęził, kiedy Todd przekręcił kluczyk w stacyjce, w końcu jednak 
zapalił. Po chwiii mknęli już w stronę miasteczka, zostawiając za sobą tuman 
kurzu.

Znalezienie chińskiej restauracji okazało się dosyć trudne, ponieważ w 

Jacobsville  był tylko jeden taki lokal. Poza tym znajdowało się  tu mnóstwo 
barów i restauracji oferujących potrawy z grilla czy z rożna. Po skończonym 
posiłku mieli jeszcze trochę czasu na rozmowę, a następnie znów pojechali na 
rodeo. Zaczynała się właśnie popołudniowa część zawodów. Cherry miała przed 
sobą jeszcze jeden występ.

Tym razem obiecała, że da z siebie wszystko, ale przejazd wokół beczek 

znów jej nie wyszedł. Skończyła zebrawszy słabe oklaski i skierowała się na 
wybieg. Todd widział, że córka z trudem tłumi łzy.

- No, no, nie przejmuj  się - powiedział, chcąc ją pocieszyć. - Jeszcze 

wszystko przed tobą.

- Nie, to nie ma  sensu - stwierdziła, wycierając odruchowo suche  już 

oczy. - Po prostu nie umiem jeździć. Trzeba się z tym pogodzić.

Todd zatoczył ręką szeroki krąg.

- Czy wiesz, jak wyglądałby ten plac, gdyby wszyscy rezygnowali po 

pierwszym   nieudanym   występie?   -   spytał.   -   Być   może   zostałoby   tutaj   paru 
zawodników, a może nie byłoby nikogo! Czy wiesz, co stałoby się ze mną, 
gdybym zrezygnował z pracy po pierwszej porażce? 

Cherry udało się jakoś uśmiechnąć.

-   Nie   byłbyś   potentatem   komputerowym   -   stwierdziła   po   prostu.   -   A 

propos, nad czym teraz pracujesz?

background image

-   Nad   programem   dla   księgowych   -   odparł,   zadowolony,   że   córka 

zapomniała o niedawnej porażce.

-   Ee,   księgowość,   nudy.   -   Cherry   skrzywiła   się.   -   Kto   tego   w   ogóle 

potrzebuje? Wszyscy u mnie w szkole uważają, że osiągnąłeś szczyty, jeśli idzie 
o gry.

Todd omal nie wybuchnął śmiechem.

- Cieszę się z tego - powiedział. - Nie mogę jednak zapominać o małych 

firmach, które potrzebują tego programu. Pamiętaj, że…

Todd   chciał   już   zaczął   wykład   na   ulubiony   temat,   ale   przerwał   mu 

radosny  pisk  Cherry.  Spojrzał  na  córkę,  nie  bardzo  wiedząc,   co  się  stało,   a 
następnie   skierował   wzrok   tam,   gdzie   dziewczynka   patrzyła   z   przejęciem   i 
zachwytem.

- To Jane Parker! - zawołała do ojca.

Jednak   początkowy   zachwyt   ustąpił   miejsca   smutkowi.   Jane   Parker 

siedziała na wózku inwalidzkim. Wyglądała na zmęczoną i przygnębioną. Tim 
wiózł ją w kierunku ich domu na kółkach, do którego teraz doczepiono jeszcze 
przyczepę dla koni. Wszystko wskazywało na to, że chcą już odjechać.

Todd nie mógł na to pozwolić. Już wcześniej przyszło mu do głowy, że 

mógłby poprosić jasnowłosą mistrzynię, by udzieliła Cherry paru lekcji. Dzięki 
temu córka miałaby znakomitą trenerkę, a Jane nowe zajęcie. Todd nie wątpił, 
że wszystko poszłoby doskonale.

 

ROZDZIAŁ   DRUGI

- Pani Parker! - krzyknął Todd.

background image

Jane   obejrzała   się   za   siebie   i   zauważyła   mężczyznę   z   jasnowłosą 

dziewczynką. Zacisnęła dłonie na poręczach inwalidzkiego wózka. Spotkanie z 
Toddem Burkę było ostatnią rzeczą, na którą miałaby ochotę.

- Słucham? - spytała, siląc się na uśmiech. Nie lubiła, gdy widywano ją na 

wózku.

-   To   moja   córka,   Cherry   -   przedstawił   dziewczynkę.   -   Chciała   panią 

poznać.

Jane skrzywiła się mimowolnie. Oczywiście jej nikt nie zapytał o zdanie.

- Bardzo mi miło.

- Co się pani stało? Czy coś panią boli? - dopytywała się Cherry. - To był 

wypadek, prawda?

Jane skrzywiła się jeszcze bardziej.

- Pani Parker rzeczywiście miała wypadek - odparł Todd. - Nie powinnaś 

o to pytać.

Na twarzy Cherry pojawił się rumieniec.

- Przepraszam. Naprawdę bardzo mi przykro - powiedziała i nie zrażona 

pierwszym niepowodzeniem, podeszła do wózka. Kucnęła przy nim i spojrzała 
Jane   prosto   w   oczy.   -   Jest   pani   naprawdę   wspaniała.   Widziałam   wszystkie 
kasety z pani występami. Nie mogłam przyjeżdżać na rodea, ale tatuś kupił mi 
filmy. To było naprawdę świetne. Chciałabym tak jeździć. Niestety, ciągle mam 
problemy ze zwrotami. Tatuś nie może mi pomóc, bo nie jest trenerem - paplała 
dziewczynka. - Czy będzie pani jeszcze mogła jeździć?

- Cherry! - zagrzmiał Todd.

- W porządku - powiedziała słabym głosem Jane. Oczy dziewczynki były 

czyste i jasne. Nie było w nich fałszu ani zakłamania. Jane rozluźniła się trochę. 
Najbardziej bała się udawanego współczucia.

- Nie - odparła szczerze, po chwili zastanowienia. - Lekarze twierdzą, że 

nie   będę   mogła   jeździć   konno.   A   w   każdym   razie   nie   będę   startować   w 
zawodach.

- Szkoda, że nie mogę pani pomóc - westchnęła Cherry. - W przyszłości 

chciałabym   zostać   chirurgiem.   Zdecydowałam   się   zdawać   biologię   i 

background image

matematykę   na   egzaminie   końcowym.   Tata   mówi,   że   mogłabym   potem 
rozpocząć naukę u Johnsa Hopkinsa. To najlepsza akademia medyczna w kraju.

Jane uśmiechnęła się i tym razem wypadło to znacznie naturalniej.

- Chirurgiem? - powtórzyła. - Nie znałam nikogo, kto miałby takie plany.

Cherry rozpromieniła się.

- To teraz już pani zna - stwierdziła. - Szkoda, że pani wyjeżdża, bo 

chciałam   się   poradzić   w   sprawie   tych   zwrotów.   Coś   mnie   paraliżuje   i   nie 
potrafię ich dobrze wykonać. To śmieszne, prawda? A przecież wcale nie boję 
się na przykład widoku krwi.

Jane skinęła głową, chociaż tak naprawdę nie słyszała pytania. Patrzyła na 

promienną   twarz   Cherry   i   czuła   się   pusta   w   środku.   Jeszcze   parę   lat   temu 
przypominała   tę   jasnowłosą   dziewczynkę.   Gdzie   zniknęła   radość,   beztroska, 
olbrzymi głód życia?

- Co? Nie, niestety - odparła Jane, gdy zrozumiała, że Cherry pyta ją, czy 

nie może dłużej zostać, - Jestem zmęczona, poza tym mamy dzisiaj wywiady…

- Wywiady? - przerwała jej Cherry. - Dla radia czy telewizji?

Kobieta na wózku pokręciła smutno głową.

-   Nic   z   tych   rzeczy   -   odparła.   -   Daliśmy   ogłoszenie   do   gazet,   że 

potrzebujemy zarządcy na ranczu. Nie znamy się na tym z Timem. Od śmierci 
taty straciliśmy mnóstwo pieniędzy - wyznała na koniec.

- Mój tata zna się świetnie na finansach - oznajmiła z niewinną minką 

Cherry. - Naprawdę potrafi dokonać cudów. Sam prowadzi książki swojej fir…

- To znaczy małej firmy komputerowej, dla której pracuję - wpadł jej w 

słowo Todd.

Miał   nadzieję,   że   córka   domyśli   się,   o   co   chodzi.   I   rzeczywiście;   co 

prawda była nieco zdziwiona, ale nie powróciła już do kwestii jego firmy.

Tim i Jane spojrzeli po sobie, a następnie utkwili spojrzenia w Toddzie.

- Umie pan prowadzić księgi rachunkowe? - zapytał Tim, kładąc akcent 

na ostatnich słowach, żeby nie było wątpliwości, o co mu chodzi.

- Jasne.

background image

Tim pochylił się nad Jane i rzekł cicho:

- Domek zarządcy stoi pusty, od kiedy przeprowadziliśmy się z Meg do 

głównego   budynku.   Mogłabyś  udzielać   dziecku   lekcji   jazdy   konnej,   zamiast 
snuć się godzinami po domu.

Cherry   zastanawiała   się,   czy   nie   powinna   się   obrazić   za   "dziecko", 

natomiast Todd obserwował całą scenę z nie ukrywanym rozbawieniem.

- Ależ, Tim! On pewnie już ma pracę! - Mimo wysiłków Jane mówiła na 

tyle głośno, że bez trudu ją usłyszał.

- Pracuję w Victorii dla… - zawahał się - małej firmy. Ale mam sporo 

wolnego czasu. Z przyjemnością spróbowałbym czegoś nowego.

Jane   spojrzała   na   swoje   dłonie,   a   następnie   na   stopy   ustawione   na 

podpórce przy wózku.

-   Tak   chciałabym   nauczyć   się   porządnie   jeździć   -   westchnęła,   może 

nazbyt teatralnie, Cherry. - Teraz to nawet szkoda pieniędzy taty na wpisowe.

Jane podniosła wzrok. Mężczyzna o stalowym spojrzeniu stał przed nią i 

czekał na decyzję. Przy okazji nieźle się chyba bawił.

- Nie zatrudni pana - stwierdził Tim. - Jest zbyt dumna, żeby przyznać, że 

właśnie o kogoś takiego jej chodziło. Woli tkwić cały dzień na ganku i użalać 
się nad sobą.

- Do diabła! - warknęła Jane. Chciała wstać, ale nie mogła.

- Widzi pan. Nie chce się poddać. Może wygląda jak malowana lala, ale 

potrafi walczyć. Szkoda tylko, że nie chce słuchać dobrych rad.

Todd   pokiwał   z   uznaniem   głową.   Kobieta   na   wózku   z   pewnością 

zasługiwała na szacunek.

-   Proponuję   dwutygodniową   próbę   -   powiedział   w   końcu.   -   Oboje 

zorientujemy   się,   jak   nam   się   razem   pracuje.   Naprawdę   znam   się   na 
księgowości. Poza tym w tak krótkim czasie nie będę mógł narobić wielu szkód.

- I tak niewiele nam może zaszkodzić - stwierdził Tim, kierując te słowa 

bardziej do szefowej niż Todda.

Jane ważyła przez chwilę w myśli wszystkie za i przeciw. Jej zaufanie 

wzbudził fakt, że Todd ma córkę. Oznaczało to, że pragnie stabilizacji. Bała się 

background image

samotnych mężczyzn, z których każdy mógł się okazać złodziejem albo kimś 
jeszcze gorszym.

- Możemy spróbować - zdecydowała w końcu. - Niestety, nie mieliśmy 

ostatnio zbyt dużych zysków, więc pensja będzie niska. - Podała sumę. - Do 
tego dochodzi zakwaterowanie i wyżywienie. Oczywiście zrozumiem, jeśli uzna 
pan, że to za mało.

Todd podrapał się w brodę.

- Może być - powiedział. - Ale pod warunkiem, że uda mi się utrzymać 

obecną pracę. Mogę dojeżdżać do Victorii wieczorami.

Starał się nie patrzeć na córkę. Gdyby to zrobił, Cherry na pewno by się 

jakoś zdradziła albo oboje wybuchnęliby śmiechem.

- A co na to pański szef?

- Och, to bardzo wyrozumiały człowiek - odparł Todd. - Jestem w końcu 

samotnym ojcem, prawda? 

Jane skinęła głową.

-   Dobrze.   Musimy   już   jechać.   Możecie   teraz   załatwić   swoje   sprawy. 

Oczywiście jeśli nie chcecie zostać jeszcze jakiś czas na rodeo.

Ojciec i córka spojrzeli na siebie.

- My też jedziemy - zdecydowała Cherry. - Mam już dosyć rodeo. Jestem 

zdegustowana i załamana swoim występem.

-   Nie   przesadzaj   -   powiedziała   Jane.   -   Strach   jest   czymś   naturalnym. 

Każdy go przeżywa.

- Pani też się bała?

Jane skinęła głową. Nie dodała tylko, że pozbyła się strachu na długo 

przed pierwszym występem.

- Zaraz wszystko przygotuję - powiedział Tim. - Może wydaje wam się 

dziwne,   że   chciało   nam   się   brać   ten   dom   na   kółkach,   żeby   przejechać 
kilkanaście kilometrów, ale chodziło o wygodę Jane.

Brodaty mężczyzna otworzył drzwi przyczepy i pchnął w tym kierunku 

wózek. Todd natychmiast pospieszył mu z pomocą.

background image

- Ja się nią zajmę - powiedział.

Tim odetchnął z ulgą. Jane nie była ciężka, ale jego kręgosłup był w coraz 

gorszym stanie. Todd uniósł jego szefową lekko jak piórko i posadził na kanapie 
w przyczepie.

- Co zrobić z tym? - spytał, wskazując wózek.

- Też włożyć do środka - odparł Tim. - Później zaprowadzę go na miejsce.

Todd wstawił więc wózek do przyczepy, a potem wysłuchał dokładnych 

instrukcji Tima dotyczących drogi na ranczo. Następnie samochód odjechał, a 
ojciec i córka długo jeszcze patrzyli za nim.

- Naprawdę chcesz to zrobić, tato? A co będzie, jak się Jane dowie?

- Później będziemy się o to martwić - odparł Todd. - Prowadzenie rancza 

to prawdziwe wyzwanie dla finansisty, a ty nauczysz się lepiej jeździć. - Po 
chwili dodał jeszcze poważniejszym tonem: - Myślę, że obie strony mogą na 
tym skorzystać.

- A co z firmą? - Cherry nie dawała mu spokoju.

-   No   cóż,   mam   dobrych   pracowników.   Poza   tym   wziąłem   urlop.   - 

Pogłaskał   dziewczynkę   po   głowie.   -   Potraktujmy   to   jak   wakacyjny   wypad. 
Przynajmniej pobędziemy trochę razem.

- Świetny pomysł - zgodziła się. - Potem przecież będę musiała wrócić do 

szkoły.

Zawiesiła głos, ale ojciec nie podjął tematu. Najwyraźniej myślał o czymś 

innym. 

- Powinieneś być milszy dla pani Parker - powiedziała w końcu.

- Obawiam się, że ona mnie nie lubi - odparł Todd, rozkładając ręce.

- Ty jej też nie lubisz, prawda? - spytała Cherry, przyglądając się mu 

ukradkiem.

- Ee, nie jest tak źle - mruknął.

- Dlaczego więc chcesz jej pomóc, skoro jej nie lubisz? - dopytywała się 

córka.

background image

Todd nie znał odpowiedzi na to pytanie. Sam się zastanawiał, co w niego 

wstąpiło. Jane Parker wcale mu się nie podobała. Pewnie jeszcze rok temu była 
trzpiotowatą  panienką,  która robiła słodkie  oczy  do  wszystkich  mężczyzn   w 
okolicy. Jednak cóż, teraz dotknęło ją nieszczęście i trzeba jej jakoś pomóc.

- Trochę mi jej szkoda - powiedział bez przekonania.

Cherry skinęła głową. Najwidoczniej ta odpowiedź ją zadowoliła.

- Mnie też - stwierdziła. - Ale nie możemy się z tym zdradzić. Jest bardzo 

dumna.

Skinął głową.

- I w gorącej wodzie kąpana - dodał.

- Właśnie. Skąd my to znamy? - podchwyciła córka.

Todd udał, że nie zrozumiał aluzji.

Szybko   dotarli   do   luksusowego   domu,   który   Todd   niedawno   kupił   w 

Victorii, i zabrali się do pakowania najpotrzebniejszych rzeczy. Z trudem udało 
im się wyjaśnić gospodyni imieniem Rosa, że wyjeżdżają.

- Co? Już? - dopytywała się kobieta. - Przecież państwo prawie tutaj nie 

mieszkali!

Obiecali,   że   wkrótce   wrócą,   i   pomknęli   wynajętym   fordem   w   stronę 

Jacobsville, gdzie mieli odnaleźć ranczo Parkerów. Udało im się to bez trudu.

Dom   i   obejście   nie   przedstawiały   szczególnie   budującego   widoku. 

Rozległe pastwisko  ogrodzono płotem łatanym drutem kolczastym,  co miało 
odstraszyć bydło. Stara stodoła miała niewątpliwie jedną zaletę - tę, że stała. 
Dom, wokół którego rosły śliczne kwiaty, z całą pewnością wymagał remontu, a 
przynajmniej   odmalowania,   a   stara   droga,   biegnąca   obok   wiatraka,   bardziej 
przypominała bezdroże niż jakikolwiek uczęszczany szlak. Była piaszczysta, nie 
pokryta nawet żwirem, a w jej zagłębieniach zgromadziła się woda po ostatnim 
deszczu.

Todd   i   Cherry   zatrzymali   forda   na   podwórku,   za   samochodem   z 

przyczepą. Od razu zauważyli, że schodki prowadzące na ganek są spróchniałe, 
a jedyny nowy fragment domu to podjazd zrobiony z desek, zapewne dla wózka. 
W   głębi   posesji   znajdował   się   budynek,   który   mógł,   przy   dużej   dozie 
optymizmu,   uchodzić   za   garaż,   a   dalej,   w   bujnej,   nie   koszonej   trawie   stał 

background image

domek. Todd domyślił się, że w nim właśnie mają zamieszkać. Miał nadzieję, że 
jest w nim więcej niż jeden pokój.

Ku  ich zaskoczeniu  okazało  się,  że  to nie  wszystko.  Za  ich domkiem 

znajdował się jeszcze jeden, nowszy budynek. Znacznie mniejszy niż wielkie 
domisko przy podwórku, ale z pewnością wygodny, zwłaszcza w lecie. Na jego 
ganku stały nawet fotele na biegunach.

- Witamy - powiedział Tim, zbliżając się do nich.

Todd uścisnął mu dłoń.

- Już jesteśmy - oznajmił, jakby nie było to oczywiste.

- Czy tam możemy złożyć nasze rzeczy?

Todd skinął dłonią w kierunku domku, ale Tim pokręcił przecząco głową.

- Nie, nie. Tam mieszka stary Hughes. Pomaga mi trochę przy bydle, ale 

już   niewiele   może.   Jest   zmęczony   i   schorowany.   Pracuje   tutaj   od   dziecka. 
Dopiero za dwa lata przejdzie na emeryturę i będzie mógł gdzieś się przenieść. 
Zamieszkacie tam.

Todd  odetchnął,   widząc,   że   Tim  wskazuje   mniejszy   z   dwóch   domów. 

Jego córka również wyraźnie poweselała.

- Oczywiście ten dom jest trochę zaniedbany - ciągnął Tim. - Wszystko 

tutaj   wymaga   naprawy,   tylko   nie   ma   komu   jej   przeprowadzić.   Zatrudniamy 
jeszcze trzy osoby, głównie na godziny. Ale mają dosyć pracy przy ogrodzeniu i 
maszynach.

Domek, w którym się znaleźli, wcale nie był w najgorszym stanie. Miał 

trzy sypialnie i niewielką bawialnię, a w wyglądającej na nie używaną kuchni 
znaleźli niewielki piecyk, czajnik i lodówkę.

- Mogłabym się nauczyć gotować - zauważyła Cherry.

- Daj spokój. Masz na to jeszcze sporo czasu - stwierdził Todd.

- Oczywiście,  nie musisz  - powiedział Tim.  - Będziecie  jedli razem z 

nami.  Ale  jeśli  chcesz,   moja  żona  cię  nauczy   gotować. Nigdy  nie  mieliśmy 
własnych dzieci, więc Meg chętnie zajmuje się cudzymi.

background image

Cherry   znowu   poczuła   się   dotknięta   określeniem   "dziecko",   ale   stary 

brodacz patrzył na nią z tak miłym i rozbrajającym uśmiechem, że nie potrafiła 
się długo gniewać. Dla kogoś w tym wieku musiała jeszcze być oseskiem.

- Jak czuje się pani Parker? - spytała w końcu.

Wesołe błyski w oczach Tima natychmiast zgasły. Stary zasępił się.

- Kiepsko - mruknął. - Położyła się, ale ciągle ma bóle. Mówiłem jej, że 

nie powinna wsiadać na konia, ale mnie nie słuchała. Zawsze taka była. Od 
dziecka kpiła sobie ze mnie w żywe oczy. Szkoda, że zabrakło jej ojca. Miał na 
nią dobry wpływ.

- Dosiadanie konia rzeczywiście było niepotrzebne - zgodził się Todd.

- Niepotrzebne?! Wręcz szkodliwe! A wszystko dlatego, że jakiś dureń 

napisał w gazecie, że Jane pewnie zjawi się na rodeo w wózku inwalidzkim.

Rysy Todda stężały w nagłym przypływie złości.

- Co to była za gazeta? - spytał.

-   Jakiś   tygodnik,   który   wychodzi   w   Jacobsville   -   odparł   Tim.   -   Nie 

powinna   brać   sobie   tego   do   serca.   To   sprawka   tego   dzieciaka   od   Sikesów. 
Skończył niedawno szkołę dziennikarską i wydaje mu się, że może sobie na 
wszystko pozwolić.

Todd zapamiętał to nazwisko. Na przyszłość.

- Czy przyjedzie tu jakiś lekarz?

- Oczywiście. To przyjaciel domu. Jego ojciec trzymał Jane do chrztu. 

Jeśli będzie zajęty, to przyśle swoją zastępczynię, Lou. Miał tyle roboty, że 
musiał…

- Ten doktor nie jest żonaty? - Todd przerwał staremu.

Tim potrząsnął przecząco głową.

- Nie. Kochał się kiedyś w Jane, ale po wypadku z nim zerwała. Poza tym 

to było jeszcze przed Lou… A Jane nie chce się z nikim wiązać.

- Przecież wstanie kiedyś z tego wózka.

Stary westchnął i szarpnął swoją wspaniałą brodę.

background image

-   Jednak   bóle   mogą   się   powtarzać.   Poza   tym   nie   będzie   mogła   brać 

udziału w rodeo, a to dla niej przecież najważniejsze w życiu.

- To samo powiedziała Cherry - wymamrotał do siebie Todd.

Tim spojrzał na niego podejrzliwie.

- Mam nadzieję, że nie będzie pan chciał, no… wykorzystać Jane.

Todd uśmiechnął się i potrząsnął głową. Troskliwość starego wydała mu 

się wzruszająca.

- Nie, nic z tych rzeczy. Mam za sobą nieudane małżeństwo, a nie jestem 

na tyle cyniczny, żeby proponować jej chwilowy związek.

Tim odetchnął z ulgą, a następnie poklepał go po plecach, co nie było 

łatwe, biorąc pod uwagę różnicę wzrostu.

- Na pewno się jakoś dogadamy - stwierdził. - Cieszę się, że pan tu jest. 

Będę miał teraz trochę więcej wolnego czasu. Może uda mi się zreperować to i 
owo. Przede wszystkim zajmę się schodami.

- Mogę pomóc  - zgłosił się na ochotnika Todd. - Znam się trochę na 

stolarce.

- Naprawdę?! - Stary spojrzał na niego uważnie. - To wspaniale! Mamy tu 

jakieś narzędzia, bo ojciec Jane zajmował się robieniem mebli. To wszystko sam 
wykonał.

Z kolei Todd zdziwił się na te słowa. Zarówno kredensy, jak i szafy w 

wielkim, starym domu, do którego dotarli, wyglądały na dzieło profesjonalisty.

- No proszę! - powiedział, poklepując mijany stół. - To naprawdę świetna 

robota.

Weszli do salonu, w którym znaleźli Jane wraz z Cherry. Dziewczynka 

siedziała wpatrzona w swoją idolkę. Jane leżała blada na kanapie, ale chętnie 
odpowiadała na pytania nieletniej amazonki.

- To długo nie potrwa - powiedział Tim, gładząc Jane po ramieniu. - Zaraz 

powinien tu być lekarz.

- Dzięki, Tim - powiedziała słabym głosem. 

background image

Do tej pory starała się jakoś trzymać, ale teraz siły zaczęły ją opuszczać. 

Nawet Cherry to zauważyła i przestała pytać o konie.

- Nie ma pani jakichś środków przeciwbólowych? -spytał szorstko Todd, 

chcąc przynajmniej tonem zamaskować swój niepokój.

- Mam - szepnęła zbielałymi wargami. - Nie działają.

- A jak pani myśli, dlaczego? - Próbował utrzymać napastliwy ton, ale 

głos mu się zaczął łamać. Ta Parker wyglądała naprawdę kiepsko.

- Nie wsiadłabym na konia, gdyby nie artykuł o rodeo. Ten facet nazwał 

mnie kaleką.

Jane walczyła z sobą, żeby nie zacząć jęczeć.

- Dobrze, dobrze. Pojedziemy jutro z Cherry do miasteczka i każemy mu 

zjeść to, co napisał. Na pewno się otruje.

Na bladej twarzy Jane pojawił się na chwilę uśmiech. Po chwili ustąpił 

jednak grymasowi bólu.

- Zdaje się, że słyszę samochód - powiedział Tim. - To pewnie lekarz.

Chora wyraźnie się zmieszała. Todd spojrzał na nią, starając się zgadnąć, 

o   czym   myśli.   Jej   uczucia   względem   doktora   z   pewnością   nie   były 
jednoznaczne. Czy to możliwe, żeby go jednak kochała?

Odgłosy silnika umilkły i po chwili do salonu wszedł wysoki rudzielec. 

Miał na sobie szary flanelowy garnitur, krawat na gumce i, rzecz rzadka w tych 
okolicach, czyste, szare buty. Doktor postawił na stoliku czarną torbę i zdjął 
kapelusz.

Todd obserwował go uważnie.

- Doktor Jebediah Coltrain - Tim przedstawił nowo przybyłego. - Kiedyś 

wszyscy nazywali go po prostu: Rudzielec.

- Teraz już tego nie robią - powiedział doktor.

On również się nie uśmiechał.

- A to Todd Burke i jego córka Cherry - ciągnął Tim jak wytrawny mistrz 

ceremonii. - Todd ma się zająć u nas księgowością.

background image

Coltrain skinął głową i zwlekał chwilę, zanim uścisnął dłoń Todda. Nieco 

przyjaźniej   potraktował   Cherry.   Można   było   nawet   powiedzieć,   że   na   jego 
twarzy pojawiło się coś w rodzaju uśmiechu.

- No słucham, co zmalowałaś tym razem? - zwrócił się bezpośrednio do 

chorej.   -   Jeździłaś   konno?   Mogłem   się   tego   spodziewać.   Następnym   razem 
wezmę ze sobą wieniec zamiast torby.

Doktor zaczął badać Jane. Jego olbrzymie łapska okazały się nadzwyczaj 

delikatne   w   kontakcie   z   pacjentką.   Todd   obserwował   z   niechęcią   przebieg 
badań.

- Nadwerężyłaś sobie mięśnie - zawyrokował w końcu Coltrain. - Mam 

nadzieję,   że   nie   wywiąże   się   z   tego   stan   zapalny.   Czekaj,   zaraz   zrobię   ci 
zastrzyk przeciwbólowy, a potem będziesz musiała odpocząć. W najbliższych 
dniach żadnych ćwiczeń. Proszę mi pomóc - zwrócił się do Todda.

Miał głos, który wymuszał posłuszeństwo. Todd uśmiechnął się tylko, a 

następnie wziął podaną ampułkę  z przezroczystą cieczą i ułamał  jej czubek. 
Coltrain   w   tym   czasie   przygotował   strzykawkę   i   igłę   jednorazową.   Szybko 
odsłonił ramię Jane i zrobił jej zastrzyk.

- Dzięki, Rudzielcu.

Lekarz wzruszył ramionami.

- Od czego masz przyjaciół. Niedługo zaśniesz. To bardzo silny środek.

Cherry   zaofiarowała   się,   że   posiedzi   z   chorą.   Coltrain   wskazał   im 

wzrokiem podwórko, dając znak, że chce z nimi porozmawiać.

- Co się stało? - spytał Tim, kiedy znaleźli się w końcu w bezpiecznej 

odległości od salonu. Stary był naprawdę zaniepokojony.

- Muszę ją prześwietlić - powiedział Coltrain. - Nadwerężenie mięśni to 

wersja   robocza.   Trzeba   to   sprawdzić.   Niepotrzebnie   dosiadła   konia   -   dodał 
poirytowany.

- Próbowałem ją powstrzymać. - Tim rozłożył ręce.

Doktor machnął ręką.

- Przecież wiem, że to nie twoja wina - powiedział. - Nie chcę jej dzisiaj 

męczyć, ale jutro przyślę tutaj karetkę. Chciałbym, żeby Jane dotarła do szpitala. 

background image

Niezależnie   od   tego,   co   będzie   mówić   i…   robić.   -   Spojrzał   znacząco   na 
mężczyznę, którego poznał przed niecałym kwadransem.

Todd skinął głową.

- Może pan na mnie liczyć.

Coltrain uśmiechnął się. Po raz pierwszy, od kiedy się poznali.

- Nie chciałbym być na pana miejscu.

Usłyszeli wyraźny dzwonek. Był to stojący w przedpokoju telefon. Tim 

poszedł, żeby go odebrać, a następnie wrócił po Coltraina.

- Do ciebie - powiedział.

Po chwili zza drzwi zaczęły docierać do nich fragmenty głośnej rozmowy.

-   Tak,   ja…   Nie,   nic   mnie   to   nie   obchodzi…   Jestem   lekarzem   i   sam 

ustalam,   co   mam   robić…   Do   cholery   z   umową!   Dobrze,   jeszcze   o   tym 
porozmawiamy. No, to na razie.

Doktor   wyszedł,   trzaskając   drzwiami,   pożegnał   się   i   wsiadł   do 

samochodu. Tim długo patrzył za oddalającym się autem.

- Nic z tego nie będzie - powiedział w końcu.

- Z czego? - zapytał Todd.

- Chodzi o niego i Lou. Zupełnie do siebie nie pasują. Ona ma ciągle 

nowe   pomysły   i   chciałaby   wszystko   robić   nowocześnie,   a   on   woli   stare, 
sprawdzone metody. Sam nie wiem, dlaczego jeszcze współpracują.

Todd też nie wiedział. Miał  jednak nadzieję,  że ta współpraca  potrwa 

długo, jak najdłużej. Sam nie wiedział, dlaczego, ale nie podobał mu się sposób, 
w jaki Coltrain traktował Jane.

background image

 

ROZDZIAŁ TRZECI

Jane szybko zasnęła, ale ponieważ jęczała przez sen i przewracała się z 

boku na bok, Todd zdecydował się zostać przy niej, gdy Cherry poszła do łóżka. 
Wcześniej dostał od Tima książkę przychodów i rozchodów i teraz zabrał się do 
lektury. Czas mijał  mu  szybko. Książka  była czymś w rodzaju podręcznika, 
któremu nadałby tytuł "Jak nie należy prowadzić rancza". Straty i zaniedbania 
widać było gołym okiem.

Poza bydłem na ubój Jane miała cztery ogiery, z których każdy zdobywał 

nagrody przed śmiercią jej ojca. Teraz mogłyby spełniać funkcje rozpłodowe, co 
zwiększyłoby   dochody,   ale   oczywiście   nikt   o   tym   nie   pomyślał.   W 
gospodarstwie używano przestarzałego sprzętu. Gdyby zająć się jego naprawą i 
konserwacją,   można   by   odpisać   sporą   kwotę   od   podatku.   Tego   rodzaju 
możliwości pojawiały się niemal wszędzie. Jego zdaniem ranczo miało szansę 
rozwoju, a co za tym idzie i zarobkowania, tylko nikt, jak do tej pory, o tym nie 
pomyślał.

Todd zdjął okulary i przetarł powieki. Przez moment miał wrażenie, że 

ktoś go obserwuje. Kiedy spojrzał na Jane, zauważył, że ma otwarte oczy.

- Nie wiedziałam, że nosi pan okulary - powiedziała sennym głosem.

-   Jestem   dalekowidzem   -   wyjaśnił.   -   Noszę   okulary   tylko   do   pracy. 

Podobno mnie postarzają.

Przez chwilę przyglądała mu się uważnie. Wciąż była senna i z trudem 

powstrzymywała ziewanie.

- A ile pan ma lat? - spytała w końcu.

- Trzydzieści pięć. A pani?

- O całe dziesięć mniej - oznajmiła, jak mu się zdawało, triumfalnie. - 

Nawet trudno mi sobie wyobrazić, jaka będę w pana wieku.

Todd nie chciał ciągnąć tego tematu.

- Lepiej się pani czuje?

background image

-   Troszkę.   -  Jane   spojrzała   niechętnie   na   swoje   nogi.   -   Po   prostu   nie 

znoszę takiego stanu. Jestem zupełnie bezsilna. Dobrze, że już nie czuję bólu,

- To nie będzie przecież trwało wiecznie - przypomniał jej Todd.

Jane potrząsnęła głową. Jasne włosy opadły jej na czoło i oczy. Odgarnęła 

je niecierpliwym ruchem.

-   Założę   się,   że   pan   nigdy   nie   był   w   takiej   sytuacji.   Chodzi   mi   o 

bezsilność - dodała po chwili, widząc jego zdumione spojrzenie.

Todd zmarszczył w zamyśleniu czoło.

- Miałem kiedyś zapalenie płuc - mruknął niechętnie.

Nazwa   choroby   brzmiała   niewinnie.   Przecież   wiele   osób   choruje   na 

zapalenie płuc.  Dlatego Todd nie zwracał  uwagi na swój stan,  do momentu 
kiedy nie mógł już pracować i z trudem chodził. Lekarze kazali mu zostać w 
domu tylko pod warunkiem, że żona się nim zaopiekuje. A Marie miała wtedy 
akurat ważne przyjęcie. Zajęła się właśnie projektowaniem wnętrz i z jakichś 
względów   musiała   uczestniczyć   w   tej   imprezie.   Tak   mu   przynajmniej 
powiedziała.

- Co się stało? - zaniepokoiła się Jane, widząc jego minę.

- Nie, nic. Miałem kiedyś zapalenie płuc, a żona pojechała na przyjęcie 

-powiedział.   -   Nie   byłoby   jeszcze   najgorzej,   gdyby   nie   schowała   gdzieś 
lekarstw.   Nie   mogłem   ich   znaleźć.   W   ogóle   z   trudem   chodziłem.   Kiedy 
przyjechała nad ranem, miałem czterdzieści stopni gorączki i trzeba mnie było 
natychmiast umieścić w szpitalu. To było czternaście lat temu. Nieco później w 
tym samym roku urodziła się Cherry.

- O Boże! To straszne! -jęknęła Jane. - I co? Został pan z żoną?

Toddowi   wydawało   się,   że   nie   powinni   omawiać   jego   osobistych 

problemów. Jednak leżąca obok kobieta nie wyglądała na taką, która łatwo daje 
za wygraną. Widać było, że ten temat ją poruszył i zaciekawił.

-   Po   pierwsze,   mówiłem   sobie,   że   nie   zrobiła   tego   specjalnie.   Marie 

zawsze gdzieś chowała rzeczy, a potem nie wiedziała, gdzie są. Po drugie była 
wtedy w ciąży. Gdybym wystąpił o rozwód, na pewno nie chciałaby mieć ze 
mną dziecka - tłumaczył cierpliwie.

-   A   pan   chciał!   -   To   było   raczej   stwierdzenie,   a   nie   pytanie.   - 

Zauważyłam, że Cherry jest do pana bardzo przywiązana.

background image

-   Zawsze   chciałem   mieć   dzieci   -   przyznał   nieco   zażenowany.   -   Sam 

jestem jedynakiem. Wychowałem się na wielkim ranczu. Wiem, co to znaczy 
samotne   dzieciństwo.   Pragnąłem   mieć   więcej   dzieci,   ale…   skończyło   się   na 
jednej córce.

Jego   rozmówczyni   oblizała   wargi.   Pytanie,   które   chciała   zadać,   było 

bardzo osobiste.

- Czy matka nie chciała Cherry?

-   Twierdziła,   że   dziecko   przeszkadza   jej   w   pracy   -   powiedział   z 

wyczuwalnym smutkiem w głosie. - Oczywiście, spotykają się. Marie lubi grać 
rolę dobrej, oddanej matki. Jest projektantką wnętrz i większość jej klientów to 
konserwatywni Teksanczycy. Wie pani, tacy, co lubią, żeby wszystko było na 
swoim miejscu.

- Czy Cherry wie…?

- Trudno pewnych rzeczy nie zauważyć. Przecież nie jest głupia. Staram 

się tylko zapobiegać kolejnym manipulacjom. Nie pozwalam również, by Marie 
wtrącała się w prywatne życie naszej córki. Weźmy choćby rodeo.

Jane znowu potrząsnęła głową.

- Nie rozumiem.

- Marie jest przeciwna występom córki.

- Ach, a Cherry jednak jeździ! - Jane nie mogła powstrzymać okrzyku. - 

Wbrew temu, co sądzi o tym matka.

Skinął poważnie głową.

- To mnie przyznano opiekę nad dzieckiem.

Sytuacja powoli stawała się jasna.   Samotny ojciec wychowujący córkę 

był wciąż jednak kimś niesłychanie rzadko spotykanym i Jane chciałaby zadać 
mnóstwo   pytań.   Teraz   czuła,   że   jest   zmęczona   i   senna.   Pokój,   w   którym 
znajdował się Todd, zaczął od niej powoli odpływać.

- Tak dziwnie się czuję - szepnęła. - Nie mam pojęcia, co podał mi ten 

Rudzielec.

- Wygląda na trochę narwanego - stwierdził niechętnie Todd.

background image

Jane nie zwróciła uwagi na ton jego głosu.

- Zawsze taki był - powiedziała. - Bardzo go lubię.

Lubię.   Powiedziała:   "lubię".   To   mogło   znaczyć   wszystko   i   nic.   Todd 

zmarszczył  czoło,  zastanawiając   się  nad  znaczeniem  tego słowa   w wypadku 
Jane.

- Lubi go pani? - spytał.

- Tak, właśnie - odparła, starając się przemóc senność.

- Lubię. Mężczyźni jako tacy mnie nie interesują. Nie bawi mnie też seks.

Ostatnie   słowa   wypowiedziała   niemal   szeptem,   a   po   chwili   już   spała. 

Todd   przyglądał   się   jej   z   prawdziwą   przyjemnością,   zastanawiając   się   nad 
sensem ostatniego stwierdzenia. Jane była prawdziwą pięknością. Jeśli nawet 
nie interesowała się mężczyznami, to mężczyźni z pewnością interesowali się 
nią.   Pewnie   miała   jakiegoś   swojego   chłopaka.   Przecież   Tim   mówił   mu   o 
Coltrainie.

Dopiero   po   chwili   dotarło   do   niego,   że   siedzi   z   otwartą   książką   na 

kolanach.   Miał   przecież   jeszcze   sporo   pracy.   Lepiej   będzie,   jeśli   zajmie   się 
problemami rancza, a nie intymnym życiem jego właścicielki.

Karetka pogotowia przyjechała następnego ranka dokładnie o dziesiątej. 

W oczach Jane pojawił się błysk gniewu, kiedy ją zobaczyła.

-   Nie   mam   zamiaru,   słyszycie?!   Nie   mam   zamiaru   iść   do   szpitala!   - 

powtarzała, patrząc na Todda rozgorączkowanym wzrokiem.

background image

Todd   został   sam   w   domu.   Tim   znalazł   dla   siebie   jakieś   zajęcie   na 

pastwisku, a Meg zabrała Cherry na zakupy. Todd dopiero teraz przejrzał ich 
grę.

-   Nikt   nie   chce,   żeby   pani   tam   została   -   przekonywał   upartą 

rekonwalescentkę. - Mają panią po prostu prześwietlić, a potem przywieźć do 
domu.

Jane   usiadła   na   łóżku.   Jasne   włosy   rozsypały   na   ramionach.   Todd 

pomyślał,   że   wygląda   jak   nimfa   przy   leśnym   strumyku.   Jak   rozzłoszczona 
nimfa.

- Na pewno niczego sobie nie złamałam - stwierdziła autorytatywnie. - 

Nigdzie nie jadę.

Stojący   w   drzwiach   pielęgniarze   spojrzeli   na   siebie,   a   następnie 

skierowali pytający wzrok na Todda.

- Zrobi pani to, co kazał doktor Cołtrain!

- Nigdzie nie jadę. Możecie zabrać te nosze - zwróciła się bezpośrednio 

do pielęgniarzy.

-   Proszę,   panowie,   podejdźcie   bliżej.   -   Todd   również   postanowił   ją 

ignorować.

Omal nie rzuciła się na niego z pięściami.

- Ty!… Ty!… - wyrwało jej się.

Todd nie zwrócił na to uwagi. Podszedł do niej i wziął ją na ręce. Nie 

chciał   wdawać   się   w   utarczki   słowne.   Pragnął,   by   Jane   znalazła   się   jak 
najszybciej w szpitalu.

Początkowo   chciała   podrapać   tego   wielkiego   mężczyznę,   który   w   tak 

niemiły sposób wtargnął w jej życie. Jednak gdy poczuła tuż obok jego szeroki 
tors,   stało   się   z   nią   coś   dziwnego.   Zaparło   jej   dech   w   piersiach   i   stała   się 
zupełnie  niezdolna do  działania.  Trwało  to zaledwie  parę  sekund.  Po chwili 
znalazła się na noszach, jeden z sanitariuszy przykrył ją białym prześcieradłem i 
ponieśli ją do karetki. Jane czuła się jak dzikie zwierzę, schwytane nagle w 
niewidzialne wnyki.

- Pojadę za wami samochodem - rzucił Todd, zaglądając do przestronnego 

wnętrza karetki.

background image

Jane spojrzała na niego wymownie i zacisnęła usta. Sprawiło to, że stracił 

pewność   siebie.   Już   wcześniej   serce   zabiło   mu   żywiej,   kiedy   poczuł   blisko 
siebie drobne ciało dziewczyny. A teraz to spojrzenie zupełnie wytrąciło go z 
równowagi.

- Nic mi pani nie powie? - spytał, odwracając od niej wzrok. - Nie będzie 

pani krzyczeć i drapać?

- Już u mnie nie pracujesz - rzuciła przez zaciśnięte zęby.

Todd potrząsnął głową.

- Nie, nie może mnie pani wylać - powiedział z przekonaniem.

- Niby dlaczego?

- Ponieważ straci pani ranczo - odparł z uśmiechem. - Myślę, że z moją 

pomocą uda się je zachować.

Jane zmarszczyła brwi. Być może była zbyt porywcza, ale stać ją też było 

na przemyślane decyzje.

- W jaki sposób? - zadała kolejne pytanie.

- Porozmawiamy o tym po prześwietleniu - stwierdził, wycofując się z 

wnętrza   karetki.   Pomógł   jeszcze   pielęgniarzowi   zamknąć   tylne   drzwi,   a 
następnie skierował się do swego auta.

Coltrain   przyglądał   się   uważnie   kliszy.   Wyglądał   na   zadowolonego. 

Pionowa zmarszczka nad jego nosem znikła teraz niemal zupełnie.

-   Mówiłam   ci   przecież,   że   nic   mi   nie   jest.   -   Jane   zdecydowała   się 

przerwać panujące w tym sterylnym wnętrzu milczenie.

Rudzielec   ze   stetoskopem   na   szyi,   wśród   rozmaitych   przyrządów   i 

narzędzi, wydawał jej się kimś innym, mało znanym. Kimś, kogo trzeba się 
trochę obawiać.

Coltrain oderwał wzrok od kliszy.

-   Nie   powiedziałem   przecież,   że   nic   ci   nie   jest.   -   Zrobił   efektowną 

przerwę.  - Na szczęście  moja  diagnoza  się potwierdziła i nie masz  żadnych 
złamań. Powinnaś jednak pamiętać, że jesteś chora. Jeszcze jeden taki wyczyn, a 
być może będziesz musiała spędzić całe życie na wózku inwalidzkim. Czy o to 
ci chodzi?

background image

Jane spuściła wzrok.

- Nie - szepnęła.

-   Więc   przestań   się   popisywać   i   udowadniać   wszystkim,   że   jesteś   u 

szczytu   formy!   -   huknął   Coltrain.   -   Ten   reporter   i   tak   będzie   musiał 
odpokutować za swoje grzechy - dodał po chwili z dziwnym uśmiechem.

- Co masz na myśli?

Rudzielec   poprawił   stetoskop,   rozejrzał   się   dokoła   i   mrugnął   do   niej 

łobuzersko.

- Miejscowe Stowarzyszenie Jeździeckie zabroniło mu wstępu na rodeo.

Jane patrzyła na lekarza z niedowierzaniem.

- Przecież to największa impreza sportowa w okolicy! Zwłaszcza o tej 

porze roku. Skąd o tym wiesz? - spytała podejrzliwie.

- No cóż, hm, jestem przecież w zarządzie. 

Dziewczyna uderzyła się otwartą dłonią w czoło.

- Ależ ze mnie gapa! To twoja sprawka, przyznaj się. - Wyciągnęła palec 

w kierunku przyjaciela.

- Nie tylko - odparł z powagą Coltrain. - Wszyscy się ze mną zgadzają. 

Zresztą   gazeta  i  tak  miała  kłopoty,  ponieważ   właściciele   sklepu  żelaznego  i 
stacji   obsługi   samochodów   wycofali   swoje   reklamy.   Znasz   ich   pewnie. 
Startowałaś z ich synami w zawodach. Coś mi mówi, że powinnaś przeczytać 
najnowsze wydanie gazety.

Dopiero po chwili dotarło do niej to, co powiedział. Przez chwilę patrzyła 

na niego oniemiała, a potem uśmiechnęła się.

- Mają mnie przeprosić? - spytała z niedowierzaniem. - Ty stary diable!

- Jesteś przecież moją przyjaciółką.

Wzruszenie   ścisnęło   jej   gardło.   Zdołała   jedynie   wykrztusić   krótkie: 

"dzięki". Spontanicznie rzuciła się w ramiona przyjaciela.

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi. Todd Burke wszedł do 

środka bez zaproszenia. Już chciał coś powiedzieć, ale na widok połączonej w 

background image

uścisku pary stanął jak wryty. Niemal jednocześnie, tyle że drugimi drzwiami, 
weszła do gabinetu doktor Lou Blakely. Lekarka zmierzyła wzrokiem doktora 
Coltraina i Jane, a następnie położyła na biurku jakieś papiery.

- Mam tu wyniki badań Neda Rogersa - powiedziała. - Obawiam się, że 

nie są zbyt pomyślne. 

- Nie mogła pani poczekać, aż skończę rozmowę z pacjentką? - zapytał 

opryskliwie Coltrain.

Policzki doktor Blakely pokryły się rumieńcem.

- Zrobiłam już wszystko i chcę wyjść na lunch. Przecież już dwunasta.

- Dwunasta? - powtórzył z niedowierzaniem Coltrain. - A, rzeczywiście. - 

Odwrócił się w stronę Jane. - No cóż, w zasadzie to już wszystko.

- Odwiozę ją do domu - wtrącił się Todd. - Mam parę pytań dotyczących 

prowadzenia rancza. Obawiam się, że to nie może czekać.

Doktor Blakely przyglądała się z uśmiechem nie znanemu mężczyźnie. W 

jej oczach pojawiło się zainteresowanie. Przez moment czekała, aż Coltrain ich 
sobie przedstawi, a następnie sama wyciągnęła rękę do nieznajomego.

- Doktor Louise Blakely - powiedziała. - Miło mi pana poznać, panie…

-   Nazywam   się   Burke,   Todd   Burke   -   pospieszył   z   wyjaśnieniami.   - 

Zarządzam ranczem pani Parker.

- A ja jestem współpracownicą doktora Coltraina.

- Asystentką - poprawił ją naburmuszony Rudzielec.

Lou spojrzała na niego z wyraźną wrogością, jednak Coltrain udawał, że 

jej w ogóle nie zauważa.

- W umowie, którą podpisałam, jest wyraźnie napisane, że zatrudniają 

mnie jako pańską współpracownicę, doktorze - przypomniała mu. - Przez cały 
rok.

Rudzielec nie zwrócił na nią większej uwagi.

- Zadzwoń, gdybyś potrzebowała pomocy - powiedział do Jane. - ł uważaj 

na siebie.

background image

Na jego czole znowu pojawiła się charakterystyczna zmarszczka.

- Dobrze, będę uważać - obiecała Jane.

Coltrain poklepał ją po ramieniu, a następnie podszedł do biurka.

- Teraz obejrzyjmy te wyniki - zwrócił się do Lou.

Pożegnali się z lekarzami i Todd zawiózł Jane na szpitalnym wózku na 

parking,   gdzie   stał   jego   samochód.   Następnie   pomógł   jej   przejść   na   tylne 
siedzenie i ruszył w stronę rancza. Przez dłuższą chwilę jechali w milczeniu.

-   Czy   jest   pani   zazdrosna   z   powodu   Lou?   -   spytał   niespodziewanie, 

przypominając sobie wyraz jej twarzy, kiedy Lou i Coltrain pochylili się nad 
biurkiem.

- O Rudzielca? Nie. Martwię się z powodu Lou - dodała.

Todd zerknął do tylnego lusterka. Jane była pochłonięta swoimi myślami. 

Wyglądało na to, że mówi szczerze.

- Lou nie potrafi sobie z nim poradzić - podjęła temat. - To dziwne, jest 

przecież taka niezależna i stanowcza.

- Może się w nim kocha - podsunął Todd.

-   Mam   nadzieję,   że   nie.   Inaczej   srodze   się   rozczaruje.   Rudy   to 

zaprzysiężony stary kawaler. Nie widzi niczego poza swoją pracą. Lubi kobiety, 
ale z żadną nie potrafiłby się związać.

Na ustach Todda pojawił się lekki uśmiech.

- Pewnie potrafi go pan zrozumieć, bo pan też taki jest, prawda?

Skinął głową.

- Kto raz się sparzył, ten dmucha na zimne - stwierdził sentencjonalnie.

Zahamował gwałtownie, ponieważ właśnie zmieniły się światła. Było to 

ostatnie skrzyżowanie przed wyjazdem z Jacobsville.

Jane syknęła z bólu.

- Przepraszam, powinienem bardziej uważać.

background image

- Nie, nic się nie stało - szepnęła.

-   Widzi   pani,   mam   już   za   sobą   nieudane   małżeństwo   -   Todd   ciągnął 

zaczęty wątek. - Dlatego będę szczery. Nie interesuje mnie na przykład romans 
z panią. Chciałbym natomiast wyprowadzić to ranczo na prostą. Ale uwiedzenie 
pani zupełnie nie wchodzi w grę.

Nie odpowiedziała od razu. Todd zerknął do lusterka, żeby sprawdzić, co 

robi. Rozczarował się jednak, ponieważ Jane nie łkała ani nie załamywała rąk.

- Dziękuję za szczerość - powiedziała.

- A teraz się pewnie pani na mnie obrazi - mruknął, skręcając w boczną 

drogę.

Jane nie potrafiła powstrzymać śmiechu.

-   Widzę,   że   naprawdę   świetnie   mnie   pan   poznał,   panie   Burke   - 

zaszczebiotała.   -   A   poza   tym   ta   skromność!   Oczywiście,   wszystkie   kobiety 
czyhają na pana. A jeśli nie potrafią pana usidlić, to się obrażają.

Todd   był   nieco   zdezorientowany.   Nie   spodziewał   się   takiej   dozy 

sarkazmu i ironii. 

- Że co? - wyjąkał. 

- Dziękuję, że mnie pan uprzedził o swoich zamiarach - ciągnęła Jane. - 

Wprawdzie od początku miałam ochotę rzucić się na pana w przypływie nagłej 
żądzy, ale teraz, kiedy wiem, ze romans pana nie interesuje, będę się oczywiście 
pilnować. Zresztą, łatwo mógłby się pan obronić, gdybym pana molestowała. - 
Jane zatrzepotała rzęsami. - Musi mi pan wybaczyć, ale taki pan ładny. A tak w 
ogóle nie boi się pan podróżować sam z kobietami?  Ja nie mogłabym pana 
uwieść, ale inne nie będą miały podobnych skrupułów. Niech pan uważa, bo 
łakomy z pana kąsek.

Todd wydawał jakieś niezrozumiałe pomruki. Ta dziewczyna kpiła sobie 

z niego w żywe oczy. Co więcej, sam to sprowokował.

- Niech się pani nie wygłupia - powiedział, oglądając się za siebie.

Samochód omal nie zjechał do rowu. Jane trochę się przestraszyła, ale 

jednocześnie była z siebie dumna. Burkę nie wyglądał na faceta, którego łatwo 
wyprowadzić z równowagi.

background image

- Ja się wygłupiam? Przecież oboje zgadzamy się co do tego, że jest pan 

wspaniały. Żadna kobieta nie potrafiłaby się panu oprzeć.

- Wcale tego nie powiedziałem.

- Ale tak pan uważa! - wypaliła.

Przez  resztę   drogi  milczeli.  Todd czuł  się  jak  ostatni  idiota.  Nie  lubił 

kobiet tak wygadanych jak Jane Parker. Musiał też pamiętać, że, sądząc z jej 
reakcji na artykuł w gazecie, łatwo ją zranić.

Zatrzymali się na podwórku i Todd wyłączył silnik. Przez chwilę siedzieli 

w zupełnej ciszy.

- Dawno się tak nie ubawiłam - powiedziała w końcu Jane. - Bardzo pana 

przepraszam za te żarty, ale, prawdę mówiąc, po raz pierwszy od niepamiętnych 
czasów czułam się tak dobrze.

Todd odwrócił się do niej. Jego oczy przypominały lodowe sople.

- Bardzo nie lubię, kiedy się ze mnie żartuje - stwierdził. - Będzie lepiej, 

jeśli sobie to pani zapamięta.

Rysy Jane stwardniały.

- Będzie lepiej, jeśli zapamięta pan, że nie wolno do mnie mówić tym 

tonem! - oznajmiła.

Otworzyła drzwiczki i zabrała się do wysiadania. Todd chciał jej pomóc, 

ale pokręciła głową.

- Niech pan zawoła Tima z wózkiem - powiedziała. - Tak będzie lepiej.

Todd zazgrzytał zębami. Już chciał rzucić jakąś niepochlebną uwagę na 

temat wózka, ale w porę się opanował. Wiedział, że Jane uznałaby to za obrazę.

- Dobrze - mruknął.

Wszedł   do   domu   i   zaczął   szukać   Tima.   Znalazł   go   w   kuchni,   gdzie 

brodacz rozmawiał właśnie z żoną.

- No i co? - zapytali jednocześnie na jego widok.

- Wszystko w porządku.

background image

- To dlaczego ma pan taką ponurą minę? - spytał Tim.

- Pokłóciliśmy się - wyznał.

Meg pokiwała tylko głową, jakby tego właśnie się spodziewała, a Tim aż 

gwizdnął.

- To już coś! - krzyknął. - Pamiętam, jak Jane wspaniale kłóciła się z 

Coltrainem. Szkoda, że już się nim nie interesuje. Stanowiliby idealną parę.

- Niby dlaczego? - spytał naburmuszony Todd. - Tylko dlatego, że jest 

lekarzem?

- I synem farmera - dodał Tim. - Nigdy by nie pozwolił, żeby ranczo Jane 

tak podupadło. Czy uda się panu jakoś podreperować nasze finanse?

Todd zastanawiał się przez chwilę nad odpowiedzią. Nie chciał wzbudzać 

złudnych nadziei.

- Myślę, że tak. Ale proszę nie oczekiwać ode mnie gotowych recept.

Tim skinął głową, a następnie ponownie spytał o Jane. Z ulgą wysłuchał 

tego, co powiedział doktor. Następnie obaj mężczyźni wyszli do przedpokoju. 
Todd wziął wózek i wypchnął go na zewnątrz.

- Dlaczego pan jej po prostu nie przeniesie? - spytał Tim.

Todd wzruszył ramionami.

Tim stanął w drzwiach. Z przyjemnością obserwował to, co działo się 

przy   samochodzie,   chociaż   zdaje   się,   że   Jane   i   Todd   znowu   się   kłócili. 
Przynajmniej nie myśli bez przerwy o swoich nogach, ucieszył się stary. No i 
ma się czym zająć.

Kiedy znaleźli się w domu, z kuchni wyjrzała Meg.

- Obiad za kwadrans - oznajmiła. - Mógłby pan poszukać Cherry? Ćwiczy 

zwroty wokół beczek. Powinna być na padoku - zwróciła się do Todda.

Bez trudu odnalazł córkę na placu. Jeździła wolno wokół beczek.

- Cześć, tato! - krzyknęła i pomachała ręką na jego widok.

- Cześć. Jak leci? - zapytał.

background image

-   Może   być.   Nie   lubię   jeździć   tak   wolno,   ale   Jane   powiedziała,   że 

powinnam od tego zacząć.

- Jane? Jesteście na "ty"? - zdziwił się.

- Tak. Nie mówiłam ci? - spytała, zatrzymując konia. - Co powiedział 

lekarz?

Todd pokiwał uspokajająco głową.

- Wszystko w porządku - powiedział. - Chodź na lunch. Ma być gotowy 

za parę minut.

- Dobrze. Zrobię tylko jeszcze jedno okrążenie.

Todd wsadził ręce w kieszenie i ruszył w stronę domu.

Lunch się nieco opóźniał, więc miał jeszcze chwilę na rozmowę z Timem. 

Następnie   poszedł   do   łazienki,   żeby   się   trochę   odświeżyć.   Czuł   się   coraz 
bardziej głodny i z utęsknieniem czekał na posiłek.

Cherry oczywiście się spóźniła i od razu rzuciła na jedzenie. Stanowili 

chyba wspaniały widok: córka i ojciec pałaszujący obiad z apetytem.

Jane siedziała nad niemal pełnym talerzem. Przed obiadem, kiedy nikt nie 

słyszał, wygłosiła jakąś sarkastyczną uwagę na temat wody kolońskiej Todda, 
ale teraz milczała.

To Tim pierwszy zaczął rozmowę:

- Wiesz, Jane, pan Burke uważa, że znalazł sposób na to, żeby wyjść z 

kryzysu. Będziemy tylko musieli zacisnąć pasa i wziąć kredyt.

Jane westchnęła głęboko.

- Właśnie tego się obawiałam - powiedziała ponuro. - Nikt już nam nie da 

pieniędzy.

- Z kredytem nie będzie żadnych problemów - rzekł pewnym tonem Todd.

Nie chciał wdawać się w wyjaśnienia, dlaczego. Każdy bank zdecyduje 

się na pożyczkę, jeśli on będzie poręczycielem. Todd miał zamiar wyciągnąć 
Jane z tarapatów. Zwłaszcza że kwota, której w tej chwili potrzebował, była 
niczym w porównaniu z rocznym dochodem jego firmy.

background image

-   Dobrze.   Ile   potrzebujemy   i   na   co   wydamy   te   pieniądze?   -   spytała 

zaintrygowana Jane.

Wyjaśnił   jej   wszystko   pokrótce,   starając   się,   by   zrozumiała,   na   czym 

polega skomplikowany system ulg podatkowych i inwestycyjnych. Mówił też o 
wydzierżawieniu niepotrzebnych gruntów, modernizacji parku maszynowego i 
innych usprawnieniach.

Jane aż zaparło dech z wrażenia. Wizje, jakie roztaczał Todd, zdawały się 

być   spełnieniem   jej   życzeń.   Bardzo   chciała,   tak   jak   proponował,   prowadzić 
stadninę, zamiast hodowli bydła rzeźnego. Małe, nowoczesne ranczo było jej 
marzeniem. Przecież przede wszystkim znała się na koniach!

- Poza tym - ciągnął Todd - ma pani znane nazwisko. To wstyd, że pani 

tego   nie   wykorzystała.   Inne   gwiazdy   rodeo   już   dawno   zajęły   się   reklamą 
odzieży czy końskiego oporządzenia. Nie myślała pani o tym?

- W… wolałabym tego nie robić - odparła.

- Dlaczego?

Jane spojrzała na talerz, z którego ubyło bardzo niewiele zupy. Wzięła 

łyżkę do ręki i zamieszała prawie już chłodną ciecz.

- Nie pozwolę, żeby fotografowali mnie na wózku! - powiedziała.

Todd pokiwał głową.

- Nikt nie będzie musiał tego robić - powiedział. - Po pierwsze, nie będzie 

pani całe życie jeździć na wózku. Po drugie, nie musi się pani wcale pokazywać. 
Kontrakt reklamowy może dotyczyć nazwiska, portretu, dawnych zdjęć z rodeo.

Jane przyłożyła dłonie do skroni i zaczęła je rozmasowywać. Ten Burke 

przyprawiał ją o ból głowy.

- Kto by tam wykorzystał do reklamy kogoś już prawie nieznanego? Jest 

tylu nowych zawodników.

-   Nie   wygłupiaj   się!   -   krzyknęła   Cherry,   która   milczała   do   tej   pory, 

ponieważ była zajęta  pochłanianiem przepysznej  grzybowej zupy. - Przecież 
jesteś legendą! W stadninie, w której uczyłam się jeździć, wszędzie były plakaty 
z twoją podobizną.

Jane   otworzyła   szeroko   oczy.   Wiedziała   o   istnieniu   plakatów,   ale   nie 

sądziła, by ktoś je kupował.

background image

-   Zapomniałaś,   prawda?   -   wtrącił   się   Tim.   -   Mówiłem   ci,   że   musieli 

dodrukowywać te plakaty, ale pewnie nie zwróciłaś na to uwagi. To było zaraz 
po wypadku.

- Nie, nie zwróciłam na to uwagi - przyznała Jane. Następnie spojrzała na 

Todda. - Zrobię wszystko, żeby uratować ranczo.

 

ROZDZIAŁ    CZWARTY

Todd uparł się, żeby jechać samemu do banku w Jacobsville. Nie chciał, 

żeby Jane zauważyła, jak będzie załatwiał pożyczkę.

Sprawa, jak przypuszczał, okazała się dosyć prosta. Szef banku zadowolił 

się   jego   pisemnym   poręczeniem.   Potem   jeszcze   tylko   parę   telefonów   i 
odpowiednia   kwota   znalazła   się   na   koncie   Jane.   Mógł   nią   teraz   swobodnie 
dysponować. Przede wszystkim pomyślał o nowym sprzęcie, a także o firmie, 
która dokonałaby niezbędnych napraw na ranczu.

Kiedy Jane zobaczyła pierwszy rachunek, omal nie spadła z wózka. Miała 

ochotę poprosić o whisky, ale w końcu uznała, że nie wypada.

- Nie mogę sobie na to pozwolić - powiedziała, potrząsając świstkiem.

-   Myli   się   pani   -   zaoponował   spokojnie   Todd.   -   Konserwacja   jest   na 

dłuższą metę znacznie tańsza niż wymiana wszystkiego.

- A to ogrodzenie?!

- No tak, tutaj rzeczywiście nie miałem wyboru. Musiałem zdecydować 

się na nowe. Drewniane ogrodzenie ciągle trzeba łatać drutem kolczastym. To 
może   być   niebezpieczne   dla   zwierząt   -   tłumaczył   spokojnie.   -   Poza   tym 
zamówiłem zbiornik na wodę…

background image

- Cysternę - przerwała mu. - W Teksasie mówimy: "cysternę". 

- Właśnie, cysternę - ciągnął. - No i oczywiście znalazłem firmę, która 

dokona  naprawy   dachu.  Na   górze  pełno   jest  garnków  i  wiader  do  zbierania 
deszczówki.   Jeśli   nie   załatamy   dziur,   wkrótce   cały   dach   przegnije   i   trzeba 
będzie go wymienić na nowy.

Jane przymknęła oczy. Na jej czole pojawiły się zmarszczki.

- Skąd ja na to wszystko wezmę pieniądze?! - jęknęła.

- Właśnie tego pytania się spodziewałem - powiedział Todd z uśmiechem.

Siedział swobodnie rozparty na krześle w rozpiętej, dżinsowej koszuli, 

którą włożył zaraz po przyjeździe z Jacobsville, i luźnych spodniach. Musiała 
przyznać, że wyglądał bardzo atrakcyjnie.

- I cóż? - ponagliła go.

- Chcę wykorzystać dwa ogiery na rozpłód - odparł. - Za zarobione dzięki 

nim   pieniądze   będziemy   mogli   założyć   stadninę.   Później   sami   będziemy 
sprzedawali źrebięta pełnej czy raczej czystej krwi. Nie wiem, jak się u was 
nazywa.

Jane chciała wygłosić komentarz na temat liczby mnogiej, której używał 

w swoich rozważaniach Burkę, ale zamiast tego rzuciła automatycznie:

- Pełnej angielskiej, czystej arabskiej. - Dopiero po chwili dotarło do niej 

to, co powiedział Burke. - Będziemy potrzebowali lepszej stajni - stwierdziła, 
używając narzuconej przez Burke'a liczby mnogiej.

Todd skinął głową.

-   Wiem.   Zbudujemy   nową.   Znalazłem   już   odpowiednią   ekipę 

wykonawczą.

- Ale przecież na to trzeba jeszcze więcej pieniędzy! - wykrzyknęła. - W 

tej chwili stoimy na krawędzi bankructwa, a pan mi proponuje nowe wydatki! 
Pozwoli pan, że powtórzę pytanie: skąd brać na to pieniądze?

Todd skinął głową, chcąc dać znak, że rozumie jej zastrzeżenia. Przez 

chwilę   milczał,   wpatrując   się   w   okolone   jasnymi   włosami   oblicze   Jane,   a 
następnie zaczął wyjaśnienia.

background image

-   Pożyczka   to   pierwsze   źródło,   ale   zgadzam   się   z   panią,   że 

niewystarczające  - powiedział. - Ogiery, to drugie. A poza tym…  - urwał i 
spojrzał niepewnie na Jane.

- Poza tym?

Mężczyzna zaczerpnął tchu.

-   Rozmawiałem   z   dużą   fabryką   odzieży   z   Houston.   Otóż   są 

zainteresowani współpracą. Chcieliby rozpocząć promocję kowbojskich ubrań 
dla kobiet. Zdaje się, że chodzi głównie o dżinsy i kurtki dżinsowe.

Jane z trudem przełknęła ślinę.

- Czy wiedzą o…?

Todd nie pozwolił jej dokończyć pytania.

- Wiedzą. Nie będą pani fotografować  na wózku. To bardzo rozsądna 

oferta.

Todd   podał   wysokość   proponowanego   honorarium.   Jane   nie   mogła 

uwierzyć własnym uszom.

- To chyba jakiś żart - powiedziała niepewnie.

Burke pokręcił przecząco głową.

-   Nic   podobnego.   To   wcale   nie   tak   dużo.   Oczywiście,   dopiero   pani 

zaczyna. Radziłbym dokładnie obejrzeć wszystkie rodzaje ubrań, które ma pani 
reklamować. Ostatecznie będzie na nich pani nazwisko.

Jane   aż   się   zaczerwieniła.   Perspektywa   ujrzenia   swojego   nazwiska   na 

ubraniach kowbojskich była bardzo podniecająca. I pomyśleć, że w tym będą 
jeździć   zawodnicy   na   rodeach.   Nie   chciała   jednak   popadać   w   przesadny 
optymizm. Przecież nie podpisała jeszcze umowy. 

- Tak, nie chciałabym promować tandety.

- To zrozumiałe - stwierdził. - Jednak wydaje mi się, że to przyzwoite 

przedsiębiorstwo. Jest już na rynku parę lat. Wszyscy mówili o nim pozytywnie. 
Zresztą   sama   pani   się   przekona.   Mają   tu   przyjechać   w   następny   piątek. 
Przepraszam, że nie konsultowałem z panią sprawy terminu.

Jane wyciągnęła rękę.

background image

- Nie szkodzi - odparła. - Mam przecież masę czasu. Nie będę twierdzić, 

że jest inaczej.

Todd obserwował ją uważnie. Błękitne oczy lśniły dziwnym blaskiem. 

Blade   dotąd   policzki   nabrały   rumieńców.   Jane   wyglądała   na   ożywioną   i 
zadowoloną. Piękniała z minuty na minutę. Gwałtowny ruch piersi pod cienkim 
materiałem bluzki wskazywał, że jest podniecona.

- Niech pan przestanie grać rolę uwodziciela - powiedziała, zauważywszy 

jego spojrzenie. - Porozmawiajmy lepiej o interesach.

Todd   uśmiechnął   się   do   niej   i   przymrużył   jedno   oko.   Efekt   był 

piorunujący.

- Na pewno pani tego chce?

Jane z trudem powstrzymała drżenie rąk.

- Na pewno - odparła. - Wróćmy do tych ludzi z fabryki. O której mają 

przyjechać?

Do czwartku ustalono wszystkie szczegóły spotkania. Następnego dnia 

rano   Jane   miała   odbyć   rozmowę   z   dwójką   przedstawicieli   przedsiębiorstwa. 
Rozpoczęły się też prace na ranczu. Od świtu towarzyszył im jęk pił i zgrzyt 
ciężkich maszyn, a także nawoływania robotników.

Aby uciec od hałasu, Jane wyruszała z Cherry do letniej zagrody dla koni. 

Dziewczynka   robiła   spore   postępy,   ale   Todd   nie   miał   okazji   tego   docenić, 
ponieważ   całymi   dniami   siedział   w   pokoju   przy   biurku   i   albo   sprawdzał 
rachunki,   albo   rozmawiał   przez   telefon.   Jane   nie   mogła   pojąć,   jak   może 
pracować w tym hałasie. Przecież dobiegał on nawet do pastwiska.

- Boże, trudno to wytrzymać! - jęknęła, obserwując swoją uczennicę. - 

Któregoś dnia każę powystrzelać tych ludzi.

background image

Cherry   uśmiechnęła   się   do   niej.   Skończyła   właśnie   siodłać   klacz, 

podarowaną jej przez ojca.

- Ale może  lepiej po tym,  jak skończą reperować dach. Inaczej zndw 

będzie   przeciekać   -  zauważyła   przytomnie   i   poklepała   klacz   po   karku.   -   W 
końcu zdecydowałam się, jak ją nazwać. Piórko. Dlatego że galopuje tak lekko. 
Jane skinęła głową.

- To dobre imię - zgodziła się. - Powinnaś jej na więcej pozwalać. Ta 

klacz potrafi sama brać najostrzejsze zakręty. Musisz jej tylko popuścić cugli.

Cherry posmutniała. Spuściła głowę i przysiadła obok Jane na wielkiej 

beli siana.

- Nie mogę - powiedziała. - Staram się, ale mi nie wychodzi.

- Boisz się, że spadniesz, prawda?

Cherry zaczęła wyskubywać siano z beli, na której siedziała. Wyglądała w 

tej chwili na bardzo zakłopotaną.

- To też - przyznała. - Ale bardziej boję się o konia. Pierwszy raz, kiedy 

byłam   na   rodeo,   widziałam   upadek.   Koń   złamał   nogę.   Chcieli   go   oddać   do 
rzeźni, ale ubłagałam tatę i kupił mi go. Jest teraz u krewnych w Wyoming. Od 
tego czasu mam problemy z szybką jazdą, a zwłaszcza ze zwrotami.

Jane   przytuliła   dziewczynkę   mocno   do   siebie.   Todd   o   niczym   jej   nie 

powiedział.

- Po prostu nie miałaś szczęścia - powiedziała. - Jeźdźcy kochają swoje 

konie i wiedzą, jak unikać okaleczenia zwierząt. Oczywiście zdarza się, że ktoś 
zleci z konia. Sama miałam złamane żebro, kiedy spadłam z klaczy w czasie 
treningu. Jednak nigdy nie widziałam poważnego wypadku w czasie rodeo. To 
raczej rzadkość.

- Naprawdę? - spytała Cherry. Na jej twarzy pojawił się nagle promienny 

uśmiech.

- Możesz mi wierzyć. Konie instynktownie wyczuwają, co jest dla nich 

najlepsze. Zadanie jeźdźca to przede wszystkim nie przeszkadzać…

- Niemożliwe! - przerwała jej Cherry nagłym okrzykiem.

background image

Na   jej   czole   pojawiły   się   zmarszczki.   Przed   oczami   miała   tych 

zawodników, których uważała za najlepszych. Czyżby Jane miała rację? Czy 
wystarczyło zdać się na koński instynkt? Czyżby cała sprawa była aż tak prosta?

- To wcale nie jest takie proste - dodała Jane, jakby odgadła jej myśli. - 

Trzeba przezwyciężyć strach i zaufać zwierzęciu.

- Chciałabym spróbować - powiedziała Cherry.

Zerwała się na równe nogi i podbiegła do skubiącego trawę konia. W 

oczach Jane pojawił się wyraz nostalgii i zadumy. Ona też kiedyś odkrywała te 
proste prawdy. Kiedy to było? Piętnaście, może osiemnaście lat temu?

- Dobrze, ale pamiętaj: nie spiesz się - ostrzegła swą uczennicę. - Musisz 

się również nauczyć, że koń wyczuwa twoje nastroje. Wie, kiedy jesteś zła, 
zmęczona lub też podniecona.

- Co tu się dzieje?! Spotkanie na szczycie? - usłyszała za sobą głos Todda.

- Widzę, że pana również hałasy wygoniły z domu - powiedziała. 

- Nie na długo. Zaraz muszę wracać. Mam mnóstwo roboty.

-   Tato,   chcesz   popatrzeć?!   -   krzyknęła   do   niego   Cherry   z   końskiego 

grzbietu. - Spróbuję robić zwroty.

Todd rozłożył ręce.

- Właśnie mówiłem,  że jestem zajęty - odparł, podchodząc do córki. - 

Wyrwałem się tylko na chwilę. Muszę wracać do pracy.

-   A   ja   myślałam,   że   jesteśmy   na   wakacjach   -   powiedziała   półgłosem 

Cherry i mrugnęła do niego.

Jane nic nie słyszała. Siedziała na sianie i mrużąc oczy, wpatrywała się w 

jakiś odległy punkt na horyzoncie.

- Dobrze, zostanę jeszcze chwilę - stwierdził Todd po krótkim namyśle.

Córka uśmiechnęła się do niego.

- Dzięki.

Podszedł do beli i usiadł obok Jane, która w ciągu ostatnich minut czyniła 

olbrzymie wysiłki, żeby nie zwracać na niego uwagi. Musiała jednak przyznać, 

background image

że w dżinsowej bluzie, spodniach i w szarym stetsonie wyglądał jak prawdziwy 
kowboj. Miał sylwetkę urodzonego jeźdźca. Zwłaszcza nogi, długie i mocne, 
doskonale by mu służyły w czasie jazdy.

- Cherry mówiła mi o koniu ze złamaną nogą - rzuciła w jego stronę. - To 

było bardzo miłe z pańskiej strony.

Todd zsunął stetsona na tył głowy.

- Miłe? Nawet nie próbowałem się sprzeciwiać. Nie potrafię się oprzeć 

łzom.

Jane uśmiechnęła się.

- Dobrze o tym wiedzieć.

- Chodziło mi o łzy Cherry - zreflektował się Todd.

- Wygląda na to, że znowu nie mam szczęścia - powiedziała kpiącym 

tonem.

Todd spojrzał na nią z ukosa. Wyglądała niezwykle kusząco i bezbronnie. 

Ciekawe, czy potrafiłby oprzeć się łzom Jane? Postanowił jednak nie myśleć o 
tym.

- Rozmawiałem z moją byłą żoną - oświadczył. - Powiedziała, że chce 

jednak zaprosić Cherry do siebie. Mają się wybrać po zakupy. Dlatego będę 
musiał   wyjechać   jutro   z   rana.   Jednak   przy   odrobinie   szczęścia   powinienem 
zdążyć na negocjacje w sprawie reklamy. Gdyby mi się to nie udało, proszę 
niczego nie podpisywać. Najpierw musi to zobaczyć prawnik.

- Wiem o tym.

- To dobrze.

Radosne okrzyki Cherry przerwały im rozmowę. Dziewczynka cieszyła 

się,   przejechawszy   parę   razy   wokół   beczek.   Robiła   to   wolno,   ale   z   coraz 
większą wprawą. Pomachali jej, chcąc dać znak, że patrzą.

- Czy Cherry lubi swoją matkę? - spytała Jane.

- Jako tako - odparł Todd. - Nie znosi za to ojczyma.

Jane   zmierzyła   go   spojrzeniem.   Nic   dziwnego,   skoro   miała   tak 

wspaniałego ojca.

background image

- To normalne - powiedziała. - Dzieci rozwiedzionych rodziców często 

chcą, żeby rodzice byli razem. 

Todd pokręcił przecząco głową.

- To nie dotyczy Cherry. Za dużo widziała. - Obrócił się twarzą do Jane. - 

Czy pani rodzice się kłócili?

Jane wyruszyła ramionami.

- Nie mam pojęcia. Mama zmarła, kiedy zaczęłam chodzić do szkoły. W 

zasadzie wychowywał mnie tata. No i jeszcze Tim i Meg - dodała po chwili 
namysłu.

- Śmierć ojca musiała być wielką stratą dla pani. 

Skinęła głową, nie chcąc dać poznać, jak jest wzruszona.

- Przynajmniej zostali mi Tim i Meg - szepnęła. - Nie wiem, co bym bez 

nich zrobiła.

- Mój tata zmarł dziewięć lat temu, a mama dwa lata później - powiedział 

Todd. - Bardzo mi ich brakuje.

- Tak to już jest - stwierdziła, nie chcąc poddać się fali żalu. - Ludzie po 

prostu umierają. Zawsze tak było i będzie.

Todd skinął głową.

- Jasne. Ale tym, którzy zostają, wcale nie jest z tego powodu łatwiej.

Jane   musiała   mu   przyznać   rację.   Opanowały   ją   czarne   myśli.   Nie 

wiadomo do czego by doszło, gdyby nie Cherry, która podjechała do nich i 
zeskoczyła z konia.

- A teraz uważajcie - powiedziała, patrząc na nich rozognionymi oczami.

Przez   chwilę   szeptała   coś   do   ucha   klaczy,   a   następnie   dosiadła   jej   i 

zaczęła ćwiczyć zwroty. Widać było, że popuściła koniowi cugli, dzięki czemu 
przejazd wypadł nadspodziewanie dobrze.

- Brawo! - krzyknął Todd.

- A widzisz, mówiłam ci! Poszło wspaniale! - zawtórowała mu Jane.

background image

Cherry wyglądała na uszczęśliwioną.

- To zasługa Jane - wyjaśniła ojcu. - Gdyby nie ona, nigdy bym się tego 

nie nauczyła.

Jane uśmiechnęła się pobłażliwie.

-   To   przede   wszystkim   twoja   zasługa   -   powiedziała.   -   Przecież   ty 

dosiadasz konia.

Cherry jednak nie słuchała. Poklepała Piórko po karku i ruszyła w stronę 

placyku.

- Poćwiczę jeszcze trochę - rzuciła.

- Tylko uważaj! - krzyknął za nią Todd.

- Pamiętaj, co ci mówiłam! Powoli i ostrożnie! - dodała Jane.

Todd spojrzał na nią. Jane miała na sobie koszulkę z krótkimi rękawami, 

która wspaniale podkreślała szczupłość jej ciała i sprężystość biustu. Zwykle 
blade   policzki   były   zaróżowione   z   podniecenia.   Pewnie   nie   zdawała   sobie 
sprawy z tego, że wygląda piękniej niż kiedykolwiek.

- Powoli i ostrożnie - powtórzył, wpatrując się w nią uporczywie.

Jane   wyczuła   jego   spojrzenie.   Podniosła   wzrok   i   napotkała   jego 

przenikliwe, stalowoszare oczy. Na moment zaparło jej dech z wrażenia.

Todd uniósł dłoń i dotknął jej policzka. Przesunął  palcami  wokół ust, 

brody, a potem powędrował nimi nieśmiało niżej. Jane bała się poruszyć. Miała 
wrażenie, że ktoś ją zaczarował i wystarczy jeden niepotrzebny gest lub zbędne 
słowo, a czar pryśnie. Todd chyba czuł to samo. Jego palce zatrzymały się na 
wiotkiej   szyi.   Wyczuwał   nimi   gwałtowny   puls   Jane.   Jego   serce   biło   chyba 
równie mocno. Cherry? Och, Cherry nie mogła ich widzieć. Jazda pochłonęła ją 
niemal zupełnie. Co jakiś czas wydawała tylko radosne okrzyki.

Palce Todda przesunęły się niżej.

- Todd! Todd! Przyjechał szef ekipy remontowej! - usłyszeli głos Tima.

Spojrzeli za siebie. Rzeczywiście, Tim zbliżał się do nich wolno.

Todd z trudem przełknął ślinę.

background image

-   Już   idę!   -  odkrzyknął.   -   Mówiłem   ci,   że   wcale   nie   mam   ochoty   na 

romans - zwrócił się do Jane.

Odsunęła się od niego na odległość, którą zapewne u-znała za bezpieczną.

- Tak, rzeczywiście. To ja rzuciłam się na ciebie! Nie wygłupiaj się lepiej!

- Todd! Todd! Chodź już! - nawoływał Tim.

Todd wstał i spojrzał na Jane.

- Jeszcze pogadamy - rzucił z nutką pogróżki w głosie.

- Jeszcze pogadamy - zawtórowała mu. - Aha, może od razu wyjaśnisz, od 

kiedy jesteś na "ty" z moim zarządcą?!

Todd roześmiał się głośno.

- Od dzisiaj - wyjaśnił. - Tak samo jak z tobą.

Chciał już odejść, ale Jane nie miała zamiaru go tak puścić.

- Czekaj! Ja też chcę z nim porozmawiać! Ostatecznie to jest mój dom. 

Chciałabym wiedzieć, co tu się będzie działo.

Todd skinął głową.

-   Myślałem   o   tym   -   powiedział,   starając   się   zapomnieć,   jak   gładka   i 

jedwabista jest skóra Jane. - Chciałem was umówić na oddzielne spotkanie, ale 
może tak rzeczywiście będzie lepiej.

Powiedzieli Cherry o spotkaniu, a następnie ruszyli w stronę domu. Szef 

ekipy   remontowej,   wyglądający   bardziej   na   biznesmena   lub   przemysłowca, 
czekał na nich koło swojego zielonego mercedesa.

- Poznajcie się. Bill Hayes, Jane Parker - powiedział Todd.

- Ależ ja już o panu słyszałam! - Jane nie potrafiła ukryć podniecenia. - 

Podobno pana firma jest najlepsza!

- Staramy się - powiedział skromnie ciemnowłosy mężczyzna o pociągłej 

twarzy. - Ja natomiast nie tylko o pani słyszałem, ale widziałem panią na rodeo. 
Wspaniałe przeżycie! Ten wypadek to straszne nieszczęście.

background image

Jane nie poczuła się urażona, chociaż zwykle reagowała gwałtownie na 

słowa takie jak "wypadek", czy "wózek". Widać jednak było, że Hayesowi jest 
naprawdę przykro.

- No cóż, różnie w życiu bywa. Jednak trzeba jakoś żyć dalej - odparła 

sentencjonalnie.

Hayes skinął głową.

- Racja. Myślała już pani o tym, co mogłoby zastąpić rodeo w pani życiu? 

- zapytał otwarcie i, o dziwo, tym razem Jane również nie miała o to do niego 
pretensji.

- Chcę założyć stadninę i mieć tu same najlepsze konie - powiedziała pół 

żartem, pół serio.

-   Wspaniały   pomysł.   Ja   też   hoduję   konie   i   uważam,   że   nie   ma   nic 

wspanialszego - stwierdził Hayes.

Spojrzeli   na   siebie   z   nie   ukrywaną   sympatią.   Mimo   iż   była   wciąż   na 

wózku, Jane wyglądała naprawdę pięknie. Tylko ślepiec by tego nie dostrzegł, a 
Hayes najwyraźniej nie miał problemów ze wzrokiem.

Todd musiał interweniować.

- Hm, hm. Mieliśmy obejrzeć plany!

- A, plany. - Bill spojrzał na niego z namysłem. - Omówiłem już część 

spraw z pani… księgowym - zwrócił się znowu do Jane. - Jednak to pani dom i 
pani musi zdecydować. Zaraz wszystko pokażę.

Otworzył tylne drzwiczki samochodu i wyjął dużą teczkę. Następnie raz 

jeszcze spojrzał na Jane, a potem na Todda. Jane wskazała dłonią dom.

-   Porozmawiamy   o   wszystkim   w   salonie.   Tim,   czy   mógłbyś   poprosić 

Meg, żeby podała nam kawę? - zwróciła się do trzymającego się nieco z boku 
swego starego opiekuna.

- Jasne - mruknął zagadnięty.

Jane   zaprosiła   Hayesa   do   salonu,   sama   natomiast   zdecydowała,   że 

zrezygnuje z wózka i skorzysta teraz z kul. Todd zaoferował swoją pomoc.

- Uważaj - powiedział, kiedy zostali sami. - Ten facet to kobieciarz. Poza 

tym jestem przekonany, że wcale nie jest dobrym materiałem na męża.

background image

- Ważne, że jest dobrym fachowcem - stwierdziła Jane i ruszyła w stronę 

salonu.

Hayes powitał ich już w progu.

- Zaraz pani pomogę - powiedział, biorąc Jane pod rękę.

-   To   bardzo   miło   z   pana   strony.   -   Uśmiechnęła   się   do   niego 

uwodzicielsko.

Todd zazgrzytał zębami. Tak głośno, że chyba oboje musieli go słyszeć. 

Los mu nie sprzyjał. Najpierw ten rudy doktor, a teraz inżynier-elegancik. Nie, 
żeby sam miał ochotę na romans z Jane. Ta dziewczyna znajdowała się jednak 
pod jego opieką i czuł, że musi ją chronić przed niebezpieczeństwami życia.

-   Weźmy   się   do   tych   planów   -   powiedział,   widząc,   że   Hayes   znów 

zaczyna komplementować Jane.

- Plany? A tak, proszę bardzo.

Przysunęli się bliżej do stołu i zaczęli przeglądać papiery. Naprawy domu 

nie budziły żadnych kontrowersji. Jane wiedziała, że są konieczne, zresztą ekipa 
już i tak zabrała się do roboty.

Po   chwili   dostali   kawę   i   wspaniałą   babkę   upieczoną   przez   Meg.   Jane 

ukroiła dwa grube kawałki i jeden znacznie cieńszy.

- Proszę się częstować - powiedziała do obu mężczyzn.

Hayes pokazał jej plany rozbudowy stajni. To, co zobaczyła, wydało jej 

się oszałamiające.

- Czy naprawdę potrzebujemy aż tyle miejsca?

Hayes skinął głową.

- Tak, jeśli myśli pani o stadninie. Wiem z praktyki, że jeśli ktoś decyduje 

się na kupno konia, to musi mieć czystą i przestronną stajnię.

- Moim zdaniem jest to konieczne - dodał Todd. 

Jane milczała przez chwilę.

- Sama nie wiem…

background image

- Nie musi pani od razu podejmować decyzji - powiedział Hayes. - Na 

razie zajęliśmy się domem. Proszę się zastanowić i powiadomić mnie, co pani 
zamierza.

Jane potarła czoło. Koszty związane z przebudową były olbrzymie, ale 

dzięki modernizacji ranczo mogłoby zacząć przynosić zyski. Chciała zaczekać 
do jutra. Być może uda jej się podpisać kontrakt reklamowy i dzięki temu zarobi 
potrzebne pieniądze.

 

ROZDZIAŁ PIĄTY

Jane prawie nie spała tej nocy. Cały czas zastanawiała się, co wyniknie z 

rozmów   z   przedstawicielami   firmy   odzieżowej.   Todd   twierdził,   że   same 
korzyści, ale ona nie była tego taka pewna.

- Przyjadę z powrotem, zanim się tu zjawią - pocieszał ją, poganiając 

zaspaną córkę. - Przestań się martwić.

Jane skinęła głową.

- Spróbuję. Nigdy czegoś takiego nie robiłam. - W jej głosie wyczuwało 

się   ślady   niepokoju.   -   Mam   nadzieję,   że   zaproponują   mi   jakieś   sensowne 
ubrania.

-   Na   pewno.   Inaczej   cała   sprawa   mijałaby   się   z   celem   -   stwierdził 

autorytatywnie Todd. - Reklama jest po to, żeby propagować dobre produkty, a 
nie po to, żeby wypromować złe.

Jane nie wyglądała na przekonaną. Uściskała serdecznie Cherry, życząc 

jej miłego pobytu w Victorii. Obie stały się w ciągu tych paru dni prawdziwymi 
przyjaciółkami. Dzieliło je niewiele ponad dziesięć lat różnicy wieku, a łączyła 
wspólna miłość do koni.

background image

- Życzę udanych zakupów - powiedziała na koniec Jane.

Cherry uśmiechnęła się do niej.

- Cześć. Zobaczymy się w poniedziałek. Uważaj na siebie, - Wskazała 

kule. - Żadnych tańców.

Jane  zaśmiała  się cicho. Ostatnio stała  się znacznie mniej  drażliwa na 

punkcie swojej niesprawności.

- Dobrze - obiecała.

Pomachała im jeszcze ręką na pożegnanie, a następnie wróciła do domu. 

Todd wyglądał na złaknionego wolności. Trudno się było oprzeć wrażeniu, że z 
przyjemnością   zasiada   za   kierownicą   starego   forda.   Ciekawe,   czy   spędzi 
weekend na ranczu? Wyglądał na mężczyznę, który lubi i umie się bawić. Poza 
tym jest tak przystojny, że pewnie istnieje wiele kobiet czekających na sygnał 
od niego.

Jane zajrzała do gabinetu Todda. Nie dlatego, żeby go jej brakowało, ale 

chciała   obejrzeć   książki   rachunkowe.   Todd   w   krótkim   czasie   doprowadził 
wszystkie, łącznie z główną książką przychodów i rozchodów, do należytego 
porządku.   Nawet   ona   orientowała   się   teraz   w   prowadzonych   zapisach. 
Wydawało się to takie proste, ale Jane wiedziała, że prostota jest najtrudniejsza.

Ciekawe, dlaczego ktoś taki jak Todd Burke pracuje dla jakiejś firmy. 

Przecież mógłby założyć biuro i zarabiać dwa, a może nawet trzy razy więcej. 
Pewnie brakuje mu ambicji, zdecydowała po długich rozmyślaniach. Tak, to na 
pewno to.

Jane być może zmieniłaby zdanie, gdyby zobaczyła Todda zasiadającego 

w skórzanym fotelu firmy Burke-Hathaway Business Systems. Todd wykupił 
wcześniej część firmy należącą do starego Hathawaya, zdecydował jednak, że ze 
względów komercyjnych pozostawi dawną nazwę.

Todd zaczął pracę od samego rana. Najpierw podyktował sekretarce kilka 

listów, a następnie, wraz z nastaniem odpowiedniej pory, zadzwonił do kilku 
firm. Potem wydał dyspozycje dotyczące dalszej pracy. Chciał, aby wszystkie 
ważne dokumenty przesyłano mu faksem,  który zainstalował w gabinecie na 
ranczu. Czuł się nieco winny z tego powodu, ale przecież umawiał się z Jane, że 
pracę u niej będzie traktował jako dodatkową.

Nie chciał zdradzać, jaka jest naprawdę jego pozycja zawodowa, chociaż 

wiedział, że może się to kiedyś na nim zemścić. Jednak kiedy Jane wyzdrowieje, 

background image

przestanie może być tak czuła na punkcie swojego czasowego kalectwa. Todd 
współczuł jej, ale nie był to jedyny powód, dla którego zdecydował się pomóc 
dziewczynie.  Paradoksalnie,  sukces go zmęczył.  Czuł, że  nie ma  już nic do 
roboty.   Mógł   teraz   korzystać   z   owoców   swojej   pracy,   ale   jakoś   go   one   nie 
cieszyły. Kiedy więc na horyzoncie pojawiła się sprawa rancza, potraktował ją 
jak   wyzwanie.   Dzięki   niej   mógł   przypomnieć   sobie   dawne,   pionierskie   lata. 
Cieszył go element ryzyka, chociaż wiedział, że dysponując odpowiednią kwotą, 
bez trudu poradzi sobie ze wszystkimi trudnościami.

Tyle   że   nie   chciał   w   ten   sposób   pomagać   Jane.   Jego   pieniądze 

przypominałyby coś w rodzaju protezy albo wózka inwalidzkiego, a on chciał, 
żeby   dziewczyna   sama   stanęła   na   nogi.   Tak   w   sensie   dosłownym,   jak   i 
przenośnym.

Todd rozejrzał się po luksusowo urządzonym wnętrzu biura, a następnie 

przypomniał   sobie   gabinet   na   ranczu.   Tak,   musiał   przyznać,   że   znajdował 
przyjemność w jeszcze jednej rzeczy. Tutaj był multimilionerem, a u Parkerow 
traktowano go jak normalnego człowieka. Nie słyszał "ochów" i "achów" na 
swój temat. Co więcej, czasami wręcz dawano mu do zrozumienia, że nie jest 
najmilej   widzianym   gościem.   Ta   atmosfera   bez   pochlebstw   bardzo   mu 
odpowiadała.   Zapomniał   już,   na   czym   polegają   normalne   stosunki   między 
ludźmi.

Poza tym była jeszcze jedna sprawa. Cherry wspaniale się bawiła! Od 

razu polubiła Jane. Co więcej, wiele się od niej nauczyła i to nie tylko jeśli idzie 
o jazdę, ale i w ogólnym sensie.

Szkoda tylko, że on nie potrafił zaprzyjaźnić się z Jane!

Todd   zachmurzył   się   i   odsunął   od   siebie   podpisane   listy,   leżące   na 

mahoniowym blacie biurka. Tak, szkoda, że się nie zaprzyjaźnili. Jane wyraźnie 
dawała mu do zrozumienia, że nie traktuje go jak kogoś bliskiego. Wiedział, że 
robi na niej wrażenie, ale to było za mało, żeby zbudować trwałe podstawy 
przyjaźni.

Pomyślał gniewnie, że dawno nie spotkał nikogo o takim uroku osobistym 

i urodzie. Być może gdyby nie zły początek, losy ich znajomości potoczyłyby 
się zupełnie inaczej. Todd nieraz zastanawiał się, czy Jane miała kochanków. 
Nie byłoby w tym, oczywiście, nic dziwnego. Przecież ten lekarz kręcił się przy 
niej od dawna. Niemniej jednak Todd wyczuwał, że Jane i Coltrain nigdy nie 
byli ze sobą blisko.

Siedział za biurkiem pogrążony w myślach i nawet nie zauważył, że obok 

zjawiła się sekretarka.

background image

-   Hm,   przepraszam,   panie   Burke   -   zaczęła   nieśmiało.   -   Powinien   pan 

jeszcze   podpisać   te   dwie   umowy.   O,   tu   i   tu   -   dodała,   podsuwając   mu 
dokumenty.

- A, tak. Oczywiście. - Złożył podpis w zaznaczonych miejscach. - Czy 

coś jeszcze?

- Nie. Przynajmniej na razie.

- Dobrze. Zajrzę do biura w przyszłym tygodniu. Gdyby musiała pani się 

ze mną skontaktować, proszę skorzystać z numeru, który zostawiłem. - Spojrzał 
na nią groźnie.

- Ale proszę pamiętać! Tylko w razie konieczności.

- Tak, proszę pana. - Sekretarka posłusznie skinęła głową.

- Prosiłbym, żeby w takich wypadkach wysyłała pani faksy. Wystarczy 

krótkie: "proszę o kontakt" - ciągnął Todd. - I gdyby pani mogła podpisywać się 
imieniem, a nie nazwiskiem. W ten sposób wszyscy pomyślą, że jest pani moją 
dziewczyną.

Pani   Emory   zachichotała.   Jednak   po   chwili,   jak   przystało   na   idealną 

sekretarkę, opanowała się i z kamienną twarzą powiedziała:

- Dobrze, proszę pana.

Todd odsunął od siebie papiery. Teraz miała się nimi zająć pani Emory. 

Pomyślał jeszcze, że musi jej dać w przyszłym miesiącu podwyżkę, a następnie 
pożegnał się i ruszył do drzwi.

Miał   nadzieję,   że   nie   będzie   żałował   swojej   decyzji   wyjazdu   do 

Jacobsville.

background image

Przywitała ją jedna z wice dyrektorek firmy Slim Togs, Micki Lane. Jane 

od razu polubiła tę na oko dwudziestoparoletnią kobietę o mocnym uścisku i 
szczerym spojrzeniu. Jednak zaraz za nią pojawił się niejaki Rick Wardell, szef 
marketingu   firmy.   Wardell   zachowywał   się   protekcjonalnie,   a   Micki,   która 
usiłowała protestować, zbywał głupimi żartami.

Jane początkowo znosiła spokojnie to, że się ją traktuje z góry. Kiedy 

jednak   Wardell   z   zadowoloną   miną   pogrążył   się   w   wywodach   na   temat 
szczęścia, jakie ją spotkało z powodu tej reklamy, Jane podniosła rękę do góry.

-   Stop!   -   powiedziała.   -   Przecież   jeszcze   nie   zgodziłam   się   na   żadną 

reklamę.

- Jak to? - Wardellowi dosłownie opadła szczęka.

- Tak to - odparła Jane. - Nie mam zamiaru reklamować czegoś, czego 

jeszcze nie widziałam.

- Ale przecież jesteśmy tacy znani! - Szef marketingu próbował ratować 

sytuację. 

- Nie dla mnie - stwierdziła sucho Jane. - Miłośnicy rodeo znają od lat 

mnie i moją rodzinę. Jeśli zdecyduję się coś reklamować, na pewno wielu z nich 
mi uwierzy i kupi te rzeczy. Chcę mieć pewność, że ich nie oszukam.

Wardell z trudem przełknął ślinę, a następnie położył dłoń na jej ramieniu. 

Micki przyglądała się temu z mściwą satysfakcją.

-   Posłuchaj,   złotko   -   zaczął   Wardell   -   nie   rozumiesz   chyba,   że   to 

uprzejmość z naszej strony…

W oczach Jane pojawiły się błyskawice. Gdyby była zdrowa, ten Wardell 

już by leżał na ziemi.

- Nikt nie mówi do mnie "złotko", chyba że na to pozwolę - wysyczała 

przez zęby. - Nie jestem jakąś tam modelką!

Wardell skurczył się i zmalał. Dopiero teraz poczuł, że grunt usuwa mu 

się   spod   nóg.   Usłyszeli   szum   silnika   i   pisk   opon   przed   domem.   To   Todd 
przyjechał swoim starym fordem. Przez chwilę w salonie panowała cisza, jakby 
umówili się, że będą czekać na Todda.

Na jego widok twarz Wardella rozjaśniła się w szerokim uśmiechu.

background image

-  Dobrze,  że  pan  jest,   Burke  -  powiedział,  pewny,  iż  łączą   ich  więzy 

męskiej   solidarności.   -   Pani   Parker   chyba   nie   rozumie,   że   powinna   być 
wdzięczna naszej firmie  za to, że wybraliśmy  ją do tej promocji. Może pan 
potrafi jej to jakoś wytłumaczyć.

Todd skinął głową.

- Oczywiście. Jeśli przyjmiemy, że ta wdzięczność powinna być udziałem 

obu stron.

Wardell zachichotał nerwowo.

-   Powinien   pan   wiedzieć,   że   Jane   otrzymała   kilka   propozycji 

reklamowych   -   powiedział   Todd   ze     słodkim   uśmiechem.   -   Na   początek 
wybraliśmy pana firmę, ale to się może zmienić.

Wardell zmarkotniał i usunął się w kąt. Todd spojrzał na stojącą obok 

kobietę, która wyglądała na mocno poirytowaną przebiegiem rozmowy

- Pani Lane? - spytał Todd i wyciągnął ku niej swoją dłoń. - Myślałem, że 

to pani miała prowadzić rozmowy.

- Miałam - powiedziała ponuro Micki, ściskając wyciągniętą prawicę. - 

Pan Wardell zajmuje się u nas marketingiem i sprzedażą.

- Czy chce pan nam coś sprzedać? - spytała Jane.

- Nie, raczej nie. - Wardell zaczął się powoli wycofywać.

- Wobec tego może zostawi pan negocjacje swojej bardziej doświadczonej 

koleżance - zaproponował przyjaźnie Todd.

Rick Wardell wyglądał na zupełnie pognębionego.

- Tak, oczywiście. - Cofnął się jeszcze bardziej w stronę drzwi. - Miło mi 

było państwa poznać - zwrócił się do Jane i Todda.

Dziewczyna   zacisnęła   tylko   zęby,   więc   Todd   musiał   odpowiedzieć   za 

nich dwoje:

- Nam również, panie Wardell. Nam również.

- Jeśli podpiszę umowę z pani firmą, musi w niej być zastrzeżenie, żeby 

ten facet nie podchodził do mnie na odległość strzału - powiedziała Jane do 
Micki. patrząc na zamknięte drzwi.

background image

Micki Lane uśmiechnęła się nieco sztucznie.

- Och, Rick ma swoje wady, ale też i zalety - stwierdziła przepraszającym 

tonem. - Jest świetnym sprzedawcą. Potrafiłby sprzedać lód Eskimosom. Tyle że 
zżera go ambicja. Wciąż powtarza, że chciałby robić coś ciekawszego. 

Wszyscy troje roześmieli się na myśl o wysiłkach Wardella, który pewnie 

czekał teraz na Micki w furgonetce firmy. Atmosfera stała się nieco lżejsza i 
bardziej przyjazna.

- Może zanim zaczniemy negocjacje, pokażę pani nasze nowe produkty, 

które miałaby pani reklamować - zaproponowała Micki.

- Tak, bardzo proszę.

Jane   wymieniła   porozumiewawcze   spojrzenie   z   Toddem.   Rozmowa 

nareszcie   zaczęła   przyjmować   pożądany   bieg.   Micki   wyszła,   lecz   po   chwili 
wróciła   z   torbą   pełną   ubrań.   Znajdowały   się   w   niej   bluzy   z   frędzlami   i 
naszytymi   cekinami,   tak   lubiane   przez   miłośników   rodeo,   a   także   nabijane 
ćwiekami spodnie.

- Oczywiście nasza firma gwarantuje odpowiednią jakość - powiedziała 

Micki. - Wszystko jest uszyte jak trzeba, a cekiny nie blakną i trzymają się 
mocno.

Jane przyłożyła jedną z bluz do piersi.

- Fajna - powiedziała.

Micki skinęła z aprobatą głową. Była ładna i drobna. Jej oliwkowa cera 

wskazywała   na   to,   że   któryś   z   przodków   pochodził   z   Włoch.   W   ciemnych 
oczach   młodej   kobiety   co   i  rusz   pojawiały   się   wesołe   iskierki,   które   zgasły 
jedynie w czasie tyrady Wardella.

- Miło mi, że się to pani podoba - powiedziała do Jane. - Może teraz uda 

nam się spokojnie porozmawiać.

W   ciągu   dwóch   godzin   opracowali   szczegóły   umowy.   Micki   była 

uszczęśliwiona. Co prawda Jane powiedziała, że chciałaby pokazać ją jeszcze 
swojemu prawnikowi, lecz jednocześnie zapewniła, że jeśli nie wynikną jakieś 
nowe okoliczności, to natychmiast ją podpisze.

Czarnowłosa wicedyrektor skinęła głową i uścisnęła ich dłonie.

- To oczywiste - stwierdziła na odchodnym. 

background image

Todd patrzył za nią z namysłem, drapiąc się po brodzie.

- Jest wolna - podsunęła mu usłużnie Jane. - A poza tym bardzo ładna.

Spojrzał   na   nią   przeciągłe,   a   następnie   po   raz   ostatni   podrapał   się   po 

brodzie i wsadził swoje olbrzymie łapska do kieszeni dżinsów. Jane patrzyła na 
niego wyczekująco, on tymczasem pokręcił przecząco głową.

- Nie jestem zainteresowany.

- Dlaczego? - spytała.

- Nie podrywam osób, z którymi pracuję. 

Jane wzruszyła ramionami.

- Myślałam, że księgowi nie przejmują się takimi sprawami.

Już   chciał   powiedzieć,   że   księgowi   być   może   nie,   ale   szefowie   firm 

powinni uważać na to, co robią, ale na szczęście w porę ugryzł się w język.

- Być może kiedyś będę z nią pracował - powiedział po chwili. - Romans 

z przyszłą szefową byłby poważnym błędem.

- Nie mówiąc o obecnej! - wpadła mu w słowo.

Przyglądał jej się przez chwilę uważnie. Najwyraźniej nie spodobał mu 

się wyraz jej twarzy.

- Nie masz wcale powodów do radości - powiedział ponuro.

Jane poczuła ukłucie w sercu. W tej jednej, jedynej chwili poczuła, że 

Todd być może ma rację. Może rzeczywiście straci wspaniałą przygodę. Jednak 
szybko odegnała od siebie te myśli.

- Jestem potwornie zmęczona i senna - powiedziała, aby zmienić temat. - 

Chciałabym trochę odpocząć.

Todd rozejrzał się dookoła.

- Możesz położyć się tutaj. Ja muszę teraz trochę popracować. Meg i Tim 

pojechali po zakupy, tak że nikt ci nie będzie przeszkadzał.

Ekipa remontowa zakończyła chwilowo prace i przygotowywała się do 

następnej, bardziej skomplikowanej fazy operacji.

background image

- Dobrze - powiedziała Jane, wyciągając się z cichym jękiem na kanapie. - 

Zdaje się, że trochę nadwerężyłam kręgosłup. Nienawidzę wózka, ale chodzenie 
o kulach jest bardzo męczące.

Todd nic jej nie odpowiedział. Zresztą Jane nie czekała na odpowiedź. 

Zamknęła oczy, westchnęła raz jeszcze i zasnęła mimo bólu, który ją męczył.

Wyglądała naprawdę pięknie. Może nawet zbyt pięknie, jak na jego gust. 

Nawet   teraz,   w   domowym   stroju   i   bez   makijażu,   mogłaby   zdobić   okładki 
najpoczytniejszych kobiecych pism.

Todd  odwrócił  się   w  stronę   drzwi.   Nie   przyjechał   tu,   żeby   podziwiać 

śpiące   piękności.   Jeszcze   tydzień   lub   dwa   i   będzie   wolny.   Znowu   zacznie 
normalną pracę w swoim biurze. I zapomni o Jane. Tak, z pewnością uda mu się 
zapomnieć.

W ciągu następnego tygodnia Jane zaprzyjaźniła się jeszcze bardziej z 

Cherry. Obie stały się niemal nierozłączne. Najczęściej można je było zobaczyć 
przy   koniach.   Cherry   doskonaliła   swoją   technikę   jazdy,   a   Jane   udzielała   jej 
ko¬lejnych rad. Jednak te rady nie były już tak potrzebne jak poprzednio. Córka 
Todda   nareszcie   przełamała   wewnętrzne   opory   i   zaczęła   jeździć   śmielej   i 
sprawniej.   Jane   widziała,   że   jej   uczennica   jest   na   właściwej   drodze,   i   była 
dumna z tego powodu. 

Todd   tymczasem   czuł   się   coraz   gorzej   w   swojej   nowej   pracy. 

Prowadzenie   rachunków   i   nadzorowanie   remontu   było   łatwe.   Jednak 
wystarczyło, żeby na horyzoncie pojawiła się Jane, a już zapominał, co miał 
zrobić, i cały jego spokój diabli brali. Nie mógł się skoncentrować, nie potrafił 
liczyć, nie nadawał się do niczego. W głowie mu się nie chciało pomieścić, że to 
wszystko z powodu jednej kobiety. Dlatego kiedy ponownie przybyła Micki 
Lane, z którą miał omawiać dalsze szczegóły kontraktu, postanowił wybić klin 
klinem i nie licząc się z konsekwencjami, zaprosił ją na tańce.

Tańce w Jacobsville odbywały się raz w miesiącu i były doskonałą okazją 

do nawiązywania towarzyskich kontaktów. Poznawało się na nich nowe osoby z 
miasteczka i omawiało ważne wydarzenia, takie jak spęd krów czy epidemię 
biegunki u Turnerów. Jane  bywała na nich często przed wypadkiem.  Mogła 
pójść i teraz, traktując je jako pretekst do spotkania ze znajomymi, ale widok 
tańczących  par  i  sama  nazwa   "tańce"  działały   na  nią  przygnębiająco.  Kiedy 
Cherry   wspomniała   przy   jakiejś   okazji,   że   Todd   wybiera   się   na   tańce   z   tą 
"czarnulą od spodni", Jane poczuła ukłucie zazdrości. Lubiła Micki, ale trudno 
ją sobie było wyobrazić z Toddem. Starała się nie przejmować, myśląc, że skoro 
nie może być z ojcem, to znajdzie pociechę w towarzystwie jego córki.

background image

Jednak   ostatecznie   i   to   się   nie   powiodło.   Cherry   przyjęła   spóźnione 

zaproszenie matki do Victorii i zamiast zostać w sobotę i niedzielę na ranczu, 
wyjechała rano autobusem. Trudno było mieć o to do niej pretensje. Na ranczu, 
poza jazdą konną, nie mogła przecież liczyć na żadne rozrywki. Jednak kiedy 
Ttm i Meg oznajmili, że też wyjeżdżają, Jane poczuła się absolutnie pognębiona. 
Wszyscy ją opuścili.

Na nikim nie mogła polegać. Musiała teraz trwać jak żeglarz przy sterze i 

nie dać po sobie znać, że jest jej przykro.

Todd zbierał się właśnie do wyjazdu, kiedy nagle wydało mu się, że Jane 

jest bledsza niż zwykle.

- Nie przeszkadza ci to, że jadę do miasteczka? - spytał. - Zostaniesz tutaj 

całkiem sama.

Jane wyprężyła dumnie pierś.

- Jestem do tego przyzwyczajona - powiedziała z godnością. - Tim i Meg 

lubią odwiedzać kuzynów. Wyjeżdżają przynajmniej raz w miesiącu.

Jednak Todd wyglądał na zakłopotanego. Wcale nie podobało mu się to, 

że Jane ma zostać sama w tak wielkim domu.

- To małe i bezpieczne miasteczko - tłumaczyła mu. - Z pewnością nikt na 

mnie   nie   napadnie.   Poza   tym   mam   strzelbę.   -   Wskazała   przedpotopowy 
przedmiot wiszący na ścianie.

- To może powiesz mi, gdzie są naboje do tego cudu techniki? - spytał 

złośliwie.

Jane westchnęła ciężko.

- Znajdę je, jeśli będą mi potrzebne.

- Bardzo dobrze! - ucieszył się Todd. - Mam nadzieję, że złodziej będzie 

na tyle uprzejmy, że poczeka. A może jeszcze pomoże ci w poszukiwaniach.

-   Nie   musisz   silić   się   na   te   złośliwości   -   odparowała.   -   Mam   prawie 

dwadzieścia   sześć   lat   i   potrafię   sobie   poradzić.   Idź   już   i   zajmij   się   swoimi 
sprawami. Mam ochotę na odrobinę samotności i dobrą książkę.

Todd wahał się jeszcze przez chwilę.

- Co to za książka? - spytał podejrzliwie.

background image

Jane   wzruszyła   ramionami,   ale   on   wypatrzył   już   czerwony   grzbiet   i 

barwną obwolutę.

- "Bitwa o Alamo: fakty i hipotezy" - przeczytał. - Co to za dziwactwo?

- Po prostu lubię książki historyczne - odparła. - Nie widzę w tym nic 

dziwnego.

Przez   chwilę   mierzyli   się   wzrokiem.   Todd   starał   się   zmusić   ją,   żeby 

spuściła oczy, ale ona patrzyła na niego dumnie.

-   Poczytałabyś   lepiej   coś   o   miłości.   Tak   jak   wszystkie   normalne 

dziewczyny - rzucił.

- Jeśli będę miała ochotę na romans, to nie muszę zaglądać do książek.

Todd chrząknął.

- Pochlebiasz mi - powiedział prowokacyjnie.

- Tobie? Skąd ci to przyszło do głowy?! Wcale nie ciebie miałam na 

myśli!

- Naprawdę?

Pochylił się nad nią i musnął dłonią koniuszki jej włosów. Odsunęła się 

trochę, ale Todd chwycił z tyłu jej szyję i przyciągnął Jane do siebie. Zobaczyła 
jeszcze jego stalowoszare oczy, zanim poczuła na ustach smak męskich warg.

Chciała   go   odepchnąć,   ale   nie   była   w   stanie.   Nozdrza   wypełniał   jej 

podniecający zapach wody kolońskiej. Czuła, że cały świat wokół zawirował. 
Todd zaczął pieszczotliwie gładzić jej plecy i kark, a ona znowu nie miała siły, 
żeby   zaprotestować.   Co   więcej,   poddawała   się   tej   pieszczocie,   zdając   sobie 
sprawę, że pragnie jej coraz bardziej.

W tej sytuacji mogły pomóc jedynie radykalne środki. Dlatego podniosła 

do góry dłonie i… położyła je na ramionach Todda. Pod palcami wyczuła jego 
twarde mięśnie.

Todd był coraz bardziej podniecony. To, co zaczęło się jako zamierzona 

prowokacja, przybrało nagle niespodziewany bieg. Nie miał siły, żeby oprzeć 
się coraz to nowym falom pożądania, a one niosły go i niosły nie wiadomo 
dokąd.

background image

Jego   ręka   wśliznęła   się   pod   bluzkę   dziewczyny   i   zaczęła   powolną 

wędrówkę. Jane jęknęła z rozkoszy. Czuła się jak ćma, która leci na oślep w 
migoczący płomień świecy.

- Nie! - jęknęła, kiedy ich usta oderwały się na chwilę od siebie.

Było jej słabo, lecz i dobrze zarazem. Jeszcze raz szepnęła coś, co miało 

być protestem, a potem rzuciła się na oślep ku nieznanemu światłu.

Nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś takiego. Pocałunki gdzieś w 

krzakach   na   wagarach   wydały   jej   się   teraz   czymś   zupełnie   pozbawionym 
erotyzmu   i   niewinnym.   Jej   skóra   była   jakby   naładowana   elektrycznymi 
ładunkami. Czuła każde muśnięcie palców Todda.

On   tymczasem   dotarł   do   jej   piersi.   Jane   jęknęła,   gdy   przeszyła   ją 

niespodziewana   rozkosz.   Następnie,   nie   bardzo   wiedząc   co   robi,   zaczęła 
rozpinać koszulę Todda. Po chwili stał już półnagi przy kanapie, a ona mogła 
nasycić oczy widokiem jego szerokiego torsu. To jej jednak nie wystarczyło. 
Pociągnęła go ku sobie i zaczęła całować jego klatkę piersiową. Todd jęknął 
podobnie jak ona przed chwilą. Nie przypuszczał, że w lej dziewczynie jest tyle 
żaru i siły.

Jej   usta   błądziły   po   ciele   Todda   i   powoli   przesuwały   się   niżej.   Todd 

gładził   płowe   włosy   i   mruczał   z   ukontentowania.   Jane   chciała,   żeby   znowu 
zaczął ją pieścić. Pragnęła poczuć jego dłoń na swojej piersi. Wyprostowała się 
więc i spojrzała mu w oczy.

- I co? Nie wiesz, co robić? - spytał. - Potrzebujesz specjalnych instrukcji?

Te pytania otrzeźwiły ją na tyle, że zdołała się od niego odsunąć. Syknęła 

z bólu, czując, że coś niedobrego stało sicz jej kręgosłupem. Todd chciał jej 
pomóc,   ale  powstrzymała   go  ruchem ręki.  Przez  moment   patrzyła  na  niego, 
mrugając powiekami.

- Nie, nie potrzebuję - wyrwało jej się.

Todd patrzył ze zdziwieniem na jej pałające policzki i błyszczące oczy. 

Jane w niczym nie przypominała teraz tej opanowanej, chłodnej dziewczyny, z 
którą stykał się na co dzień. Była rozpalona i drżąca. I patrzyła na niego - czy to 
możliwe? - z nienawiścią.

Sięgnął po koszulę i zaczął się ubierać. Jane odwróciła wzrok. Ręce mu 

się   trzęsły,   co   doprowadzało   go   do   pasji.   W   końcu   udało   mu   się   zapiąć 
wszystkie   guziki   oraz   pasek   kremowych   spodni,   które   włożył   specjalnie   na 

background image

tańce. Coś takiego nie zdarzyło mu się z Marie. Nigdy nie stracił panowania nad 
sobą. To również mu się nie podobało. Miał już dość Jane razem z jej ranczem.

- I co mi teraz powiesz? - spytał, wlepiając w nią oczy. - Nie myślałaś o 

mnie?

Nawet   na   niego   nie   spojrzała.   Ułożyła   się   wygodnie   na   kanapie   i 

przymknęła oczy. Todd podszedł do drzwi.

- Zamknę za sobą - powiedział.

Skinęła głową, ale i tym razem nie zaszczyciła go spojrzeniem. Wyszedł 

bez   słowa.   Czuł,   że   oszalałe   serce   wciąż   tłucze   mu   się   w   piersi.   Czy   Jane 
naprawdę   go   nienawidzi?   Co   do   niego   czuje?   Te   pytania   nie   dawały   mu 
spokoju.

Zamknął   drzwi  na  klucz,  a  następnie  podszedł   do  wysłużonego   forda. 

Wieczór z Micki na pewno dobrze mu zrobi. Pozwoli zapomnieć, zapomnieć, 
zapomnieć.

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Jego plany spaliły jednak na panewce. To prawda, że Micki była miłą 

towarzyszką. Faktem jest, że świetnie się z nią tańczyło. Jednak Todd w żaden 
sposób nie mógł zapomnieć o Jane. Wciąż czuł na ustach jej ciepłe wargi i 
dziwił się, że tak krucha istota potrafiła wykrzesać z siebie tyle energii.

- To miło, że mnie zaprosiłeś - powiedziała Micki, z którą bez większych 

ceregieli przeszedł na "ty". - Ale czy Jane nie miała nic przeciwko temu?

- Jane to moja szefowa - mruknął ponuro w odpowiedzi.

- No tak - zgodziła się Micki. - Jednak to, jak na ciebie patrzyła…

background image

Todd   zgubił   rytm.   Szybko   jednak   odzyskał   panowanie   nad   sobą   i 

kontynuował taniec.

- Patrzyła na mnie? - zapytał obojętnym tonem z nadzieją, że uda mu się 

ukryć podniecenie.

Micki uśmiechnęła się z ulgą.

- No, normalnie. Myślałam, że się w tobie kocha. Wszystko wska…

-   To   absurd!   -   niemal   krzyknął   Todd   i   natychmiast   przerwał   taniec. 

Policzki nagle zaczęły go palić.

- Ależ  dlaczego?  Przecież  bardzo  jej pomogłeś.  Jane  miała,   zdaje  się, 

spore kłopoty. Jej prawnik, pan Kemble, mówił, że uratowałeś ją od bankructwa.

- Przesadzał - wtrącił Todd.

- W każdym razie jej pomogłeś - ciągnęła. - Tego nie zapomina się tak 

łatwo.

Micki spuściła wzrok i przez chwilę obserwowała parkiet. Stali z boku, 

więc nie przeszkadzali tańczącym parom. Mogli bez przeszkód kontynuować 
rozmowę.

- Poza tym Jane jest śliczna - zaczęła z innej beczki. - Nasi spece od 

reklamy   nie   mogą   wyjść   z   podziwu.   Chcą   jak   najszybciej   zacząć   kampanię 
telewizyjną.

- No owszem, nie jest brzydka - zgodził się Todd.

- A poza tym bardzo skromna - stwierdziła Micki. - Rzadko spotyka się 

piękną kobietę, która nie robiłaby hałasu wokdł swojej urody.

Todd miał już dosyć rozmowy o przymiotach Jane. Rozejrzał się po sali. 

Właśnie skończył się jeden taniec i miał się zacząć drugi.

- Zatańczymy jeszcze? - spytał.

Micki skinęła radośnie głową.

Todd  był   tego  wieczoru   wyraźnie  nie   w   humorze.   Nieostrożna   uwaga 

Micki na temat tego, że Jane prawdopodobnie się w nim kocha, wtrąciła go w 
otchłań   niepewności.   Wszystko   świadczyło   przeciw   tej   tezie   i   jedyne   "za" 
stanowiły   gorące   pocałunki,   które   wciąż   tak   dobrze   pamiętał.   Jego   nastrój 

background image

udzielił się partnerce, więc przetańczyli kilka tańców, a następnie odwiózł ją do 
domu.

Na pożegnanie pocałował Micki. W policzek.

Kiedy wyjeżdżał z Jacobsville, ledwie dochodziła jedenasta. Zazwyczaj 

bawiłby się jeszcze w najlepsze, tak jak każdy normalny mężczyzna. Zaklął pod 
nosem i zawrócił do miasteczka. Zajrzał do baru, gdzie zamówił duże piwo, nad 
którym   spędził   półtorej   godziny.   Następnie,   kiedy   uznał,   że   pora   jest   już 
odpowiednia, znowu ruszył w drogę powrotną.

Początkowo miał zamiar pójść od razu do siebie. Zaniepokoiło go jednak 

zapalone światło na ganku i to, że przed domem nie było samochodu państwa 
Harleyów. Postanowił więc sprawdzić, co się dzieje.

Wszedł na ganek i nacisnął klamkę. Drzwi nie były zamknięte. Następne 

również, a także kolejne. W ten sposób dotarł do sypialni, z której sączyło się 
mdłe światełko. Todd pchnął uchylone drzwi i wszedł do środka.

Jane   siedziała   na   łóżku   i   czytała   przy   nocnej   lampce.   Miała   na   sobie 

satynową   piżamkę   z   głęboko   wyciętym   dekoltem,   który   odsłaniał   wspaniale 
okrągłe ramiona i duży fragment piersi. Todd stał, wpatrując się niemal bez tchu 
w zjawisko przed sobą.

Jane wolno podniosła oczy.

- Już jesteś? - spytała retorycznie. - Co się stało? - dodała, widząc jego 

minę.

- Dlaczego, do diabła, nikt nie zamknął drzwi?! - zawołał, starając się, by 

jego głos brzmiał możliwie jak najostrzej.

-   Były   otwarte?   Niemożliwe.   Sama   je   zamknęłam.   Zapaliłam   tylko 

światło dla Tima i Meg,

Todd zmarszczył brwi, starając się nie patrzeć na Jane.

- Tak, były otwarte. Poza tym Tim i Meg jeszcze nie przyjechali. Może 

zostawili jakąś wiadomość na sekretarce? - spytał na koniec.

Jane wzruszyła ramionami.

- Nie mam pojęcia - odparła. - Po prostu wzięłam aspirynę i położyłam 

się, bo bolały mnie plecy.

background image

Todd wycofał się w pośpiechu z sypialni, mrucząc pod nosem, że zaraz to 

sprawdzi. Rzeczywiście, dzwonił Tim i powiedział, żeby na nich nie czekać, 
ponieważ zostaną na noc u kuzynów.

Todd potarł dłonią czoło. Czuł się jak pijany. Było to dziwne, ponieważ 

wypił tylko jedno piwo. Myśli o półnagiej Jane powracały do niego uporczywie. 
W zasadzie powinien jej powiedzieć, że Harleyowie nie wracają. A potem co? 
Może zdjąć z niej tę piżamkę? Czy pozwoliłaby mu na to? Czy rzeczywiście go 
kocha? Co się z nim w ogóle dzieje?

Wyszedłszy   z   gabinetu,   wymamrotał   pod   nosem   jakieś   przekleństwo. 

Powinien jak najszybciej stąd uciec i wziąć zimny prysznic.

Udało mu się dotrzeć aż do drzwi wejściowych. Tutaj utknął, czując, że 

nie zdoła przekroczyć progu domu,  w którym znajduje się Jane. Po krótkiej 
walce wewnętrznej zdecydował się wrócić do sypialni dziewczyny.

Odłożona książka w dalszym ciągu leżała na stoliku. Mdłe światło lampki 

oświetlało   Jane.   Miał   wrażenie,   że   w   tej   chwili   jest   piękniejsza   niż 
kiedykolwiek.

- I… i co? Dzwonili? - spytała nieswoim głosem.

Ona   też   pamiętała   ich   namiętny   pocałunek.   To,   co   się   z   nią   działo, 

przypominało gwałtowną burzę. Zniknął gdzieś instynkt samozachowawczy. W 
tej chwili pragnęła tylko Todda. Chciała z nim być, czuć go obok siebie.

- Tak. Nie wrócą na noc.

Siedziała z otwartymi oczami. Pragnęła go i bała się jednocześnie. Todd 

chyba   to   odgadł,   ponieważ   zamknął   drzwi,   a   następnie   podszedł   do   łóżka   i 
zgasił lampkę.

W ciemności słyszeli tylko swoje oddechy. Widzieli kontury swoich ciał. 

Todd stał przez chwilę przy łóżku, jakby zastanawiając się, co dalej robić. W 
końcu   wyciągnął   dłoń   w   stronę   Jane.   Poczuła   ją   na   ramieniu   i   zadrżała. 
Odetchnęła   głęboko.   Jednocześnie   jej   ciało   zachowywało   się   tak,   jakby   nie 
należało do niej. Wygięło się w łuk, poddając się pieszczocie. Z ust Jane wyrwał 
się cichy jęk rozkoszy. Todd dotknął ich swoimi wargami, a następnie zsunął 
piżamę z jej ramion i zaczął całować piersi.

Zupełnie nie przygotowana na to, Jane przeżyła nagłą ekstazę. Wszystko 

wokół niej kręciło się jak na ogromnej karuzeli. Nie miała pojęcia, co się z nią 
dzieje. Pragnęła tylko jednego - żeby "to" trwało wiecznie.

background image

Reagowała jednak prawidłowo. Todd ani przez moment nie domyślił się, 

że brakuje jej doświadczenia.  Może  dlatego, że sam był zaślepiony żądzą i, 
pomimo małżeńskich doświadczeń, czuł teraz coś nowego i niepowtarzalnego.

Delikatnie ułożył Jane na łóżku i pozbawił satynowej piżamki. Czuł obok 

siebie drżące z rozkoszy nagie ciało.

- Czy jesteś zabezpieczona? - spytał.

- C…co?

- Czy bierzesz jakieś pigułki albo coś takiego? - dopytywał się.

- N… nie - odpowiedziała słabym głosem.

Todd westchnął. Na szczęście on miał zabezpieczenie. Już dawno zwątpił 

w sens noszenia przy sobie prezerwatyw, a teraz - przydałyby się.

Jego   pytanie   podziałało   na   Jane   otrzeźwiająco.   Ale   tylko   na   chwilę. 

Kolejne pocałunki znowu ją oszołomiły. Todd szybko nałożył prezerwatywę i 
kontynuował pieszczoty.

- Spokojnie, kochanie, będę bardzo ostrożny.

Ułożył   ją   tak,   żeby   nie   urazić   kręgosłupa.   Jane   poddawała   się   tym 

zabiegom,   czując,   że   są   nieuniknione.   Zresztą   brakowało   jej   woli,   żeby   się 
sprzeciwić. Pragnęła Todda, albo, mówiąc ściślej, jej ciało pragnęło go z całą 
mocą.

Również Todd czuł, że dzieje się z nim coś dziwnego.

Nigdy wcześniej nie doświadczył takiej żądzy. Być może, gdyby miał 

czas, żeby się nad tym zastanowić, uznałby to za niepokojące. Teraz jednak 
pragnął Jane, która leżała przed nim jak kwiat z rozchylonymi płatkami. Nie 
potrafił już dłużej opierać się zewowi natury.

Starał się wejść  w nią bardzo delikatnie. Wiedział, że nie będą mogli 

kochać się normalnie. Nie przypuszczał jednak, że czeka go taka niespodzianka. 
Dopiero   po   chwili   pojął,   co   się   dzieje.   Rozsądek   krzyczał:   "Wycofać   się! 
Wycofać!", ale on nie potrafił go już usłuchać. Jego ciało wpadło w miłosny 
trans.   Praktycznie   stracił   nad   nim   kontrolę.   Usłyszał   jeszcze   krzyk   bólu   i 
pomyślał, że zawsze będzie siebie nienawidzić z tego powodu.

Oboje natychmiast osiągnęli szczyt. Jane poczuła, że boi zamienia się w 

rozkosz, a potem w jeszcze większą rozkosz, później natomiast nie czuła już nic. 

background image

Kiedy   znowu   odzyskała   pełną   świadomość,   stwierdziła,   że   płacze,   a   plecy 
znowu zaczęły ją boleć. Todd siedział tuż obok i scałowywał łzy z jej oczu.

- Przepraszam, nie wiedziałem - szepnął. - Jest mi potwornie głupio.

Nic nie powiedziała, tylko zaniosła się jeszcze większym szlochem. Todd 

myślał, że spali się ze wstydu. Dręczyło go ogromne poczucie winy. Sam nie 
wiedział, co ze sobą zrobić.

- Dziewczyno, przecież masz dwadzieścia pięć lat - powiedział celowo 

szorstkim tonem. - Na co czekałaś? Na Ślub?

Jane przełknęła łzy.

- To nie powód do żartów.

- Rozumiem. Pochodzisz z rodziny hołdującej tradycyjnym wartościom…

- Odczep się od mojej rodziny!

Todd zastanawiał się przez chwilę, czy wyjaśniać, że wcale nie zamierza z 

niej kpić. Zamiast tego pochylił się i pocałował jej mokry policzek.

- Było wspaniale - szepnął.

- Ale bolało - poskarżyła się, wiedząc, że nie jest to cała prawda.

- Podobno zawsze boli za pierwszym razem - powiedział. - Chciałbym 

wynagrodzić ci ten ból.

Już   miała   zamiar   powiedzieć,   że   nie   potrzeba,   ale   nagle   poczuła   rękę 

Todda na szyi. Dopiero teraz przypomniała sobie, że w dalszym ciągu jest naga. 
Chciała   zakryć   piersi,   ale   Todd   ją   uprzedził   i   zaczął   je   całować.   Zupełnie 
zapomniała o bólu kręgosłupa. Znowu poczuła rozkosz, narastającą w miarę, jak 
pieszczoty   Todda   stawały   się   coraz   śmielsze.   Sama   nie   wiedząc   dlaczego, 
przywarła do niego całym ciałem. Zapragnęła, żeby w nią wszedł jeszcze raz. 
Czuła   się   pusta   bez   niego.   Jednak   on   bardzo   teraz   uważał.   Starał   sienie 
poddawać fali pożądania. Pieścił ją, trzymając swoje zmysły na wodzy.

Wystarczyło   jednak,   żeby   Jane   przytuliła   się   mocniej,   a   znów   stracił 

panowanie nad sobą. Ułożył ją delikatnie, jak za pierwszym razem, a Jane nie 
protestowała. Co więcej, pociągnęła go ku sobie.

- Chwileczkę, kochanie. Teraz też muszę się zabezpieczyć - szepnął.

background image

Ciemność ukryła jej rumieniec. Była tak zażenowana, że nie wiedziała, co 

powiedzieć. Na szczęście nic nie musiała mówić. Po chwili znowu się połączyli. 
Tym razem też bolało, ale znacznie mniej, a rozkosz, która wypełniła ją niemal 
natychmiast, kazała zapomnieć o bólu.

W końcu oderwali się od siebie. Todd pomógł jej ułożyć się wygodnie na 

pościeli, a następnie położył się tuż obok.

Jane już nie płakała. Zastanawiała się nad tym, co się z nią stało.

- Jak plecy? - usłyszała pytanie.

- W porządku.

Musiała zagryźć wargi, żeby znów nie wybuchnąć płaczem.

- Jak się czujesz?

- Dobrze.

Dotknął   jej   ramienia.   Nawet   teraz   było   to   przyjemne.   Mimo   to   Jane 

wykonała niechętny gest.

- Lepiej się ubierz - powiedziała. - Zaczyna robić się zimno.

Todd   wstał   i   zaczął   się   ubierać.   Wcześniej   jednak   przykrył   ją   kołdrą, 

Starała się na niego nie patrzeć. Na szczęście Todd nie zapalał lampki. Jane ze 
zgrozą myślała o chwili, kiedy będzie musiała spojrzeć mu w twarz. Jak się 
zachowa?   Czy   uda   jej   się   ukryć   wstyd?   A   jeśli   tak,   to   kosztem   jakich 
wyrzeczeń?   Te   i   inne   pytania   nie   dawały   jej   spokoju.   Leżała   sztywno 
wyprostowana i patrzyła w sufit.

Todd widział, że się martwi, ale nie wiedział, jak jej pomóc. Chętnie by ją 

jeszcze   raz   przeprosił,   ale   przeprosiny   wydawały   mu   się   czymś   zupełnie 
niestosownym w obliczu tego, co się stało. Nigdy nie znalazł się w podobnej 
sytuacji. Musiał przyznać, że nie wie, jak się zachować.

Todd ubrał się w końcu i stanął przy łóżku. Spojrzał na Jane. Co dalej?

Zauważyła, że skończył się ubierać. Milczał. Co dalej? Wciąż czekała.

Chrząknął. Czyżby chciał to powiedzieć teraz? Już najwyższy czas!

- No, cóż… Śpij dobrze.

background image

Wyszedł. Pragnęła go zatrzymać, ale nawet nie próbowała tego robić. To i 

tak nic by nie dało. Poczuła, że znów ma mokre policzki. Nie płakała jednak tak 
jak przedtem. Płacz przynosi ulgę i uspokaja. Tym razem z oczu ciekły jej po 
prostu dwie strużki łez. Todd ani razu nie powiedział, że ją kocha. Dlaczego?

Odpowiedź mogła być tylko jedna.

Kiedy obudziła się następnego dnia, cała była obolała. Otworzyła oczy, a 

następnie zamknęła je, porażona nagłą jasnością. I właśnie w tym momencie 
przypomniała sobie, co się stało. Mimo bólu usiadła na łóżku i z wypiekami na 
twarzy zaczęła rozważać wydarzenia ostatniej nocy.

Jej   piżamka   leżała   obok   łóżka.   Krzywiąc   się,   wstała   i   przyjrzała   się 

pościeli.   No   tak,   wszystko   jasne.   Nic   się   jej   nie   przyśniło.   Szybko   zdjęła 
prześcieradło   i   wraz   z   piżamą   wrzuciła   je   do   kosza   na   brudną   bieliznę. 
Następnie znowu usiadła, żeby trochę odpocząć. Kiedy zebrała siły, ruszyła do 
łazienki, żeby jak najszybciej wziąć prysznic. Przed kabiną odstawiła kule i 
chwyciła   się   poręczy   zamontowanej   tutaj   specjalnie   dla   niej.   Kiedy   już   się 
wykąpała i ubrała w żółty golf i dżinsy, przyszło jej do głowy, że nie ma sensu 
czekać z praniem. Zebrała brudne rzeczy, starając się ukryć nawet przed sobą 
prześcieradło  i piżamkę,  zaprogramowała  pralkę najpierw na płukanie zimną 
wodą, a następnie na pranie z gotowaniem. Meg, która pojawiła się w domu 
koło jedenastej, wcale nie była z tego zadowolona.

- Hej, to przecież moja robota - powiedziała do Jane. - Może przynajmniej 

pozwolisz mi to rozwiesić.

Jane   pomyślała,   że   za   żadne   skarby   nie   chciałaby   rozwieszać 

prześcieradła i piżamki, i skinęła energicznie głową.

-   Wzięłam   się   do   tego,   bo   nie   miałam   czym   się   zająć   -   wyjaśniła   z 

kamienną twarzą. - Wszyscy wyjechali, a Todd wybrał się na randkę z Micki 
Lane.

background image

- Z tą od ubrań? - upewniła się Meg. - Ta czarnulka jest bardzo ładna.

- Mhm. I podoba sięToddowi. 

Meg zerknęła podejrzliwie na Jane.

- Myślałam, że Todd podoba się tobie - powiedziała bez ogródek.

- O, tak. Jest znakomitym księgowym.

Gospodyni   skinęła   głową.   Nie   dała   po   sobie   poznać,   jakie   nadzieje 

wiązała ze "znakomitym księgowym". Jej osobiście wydawał się on wcieleniem 
męskiego ideału i nie miałaby nic przeciwko temu, żeby ożenił się z Jane.

Tak   była   zajęta   swoimi   myślami,   że   nie   zauważyła   smutku   w   oczach 

swojej podopiecznej i chlebodawczyni.

- No właśnie, a skoro już o tym mówimy, to gdzie jest Todd? - spytała. - 

Od przyjazdu nigdzie go nie widziałam.

-   Nie   mam   pojęcia.   Nie   widziałam   go   dzisiaj   -   odparła   Jane,   nie 

zastanawiając się nad tym, że nie jest to zupełnie zgodne z prawdą.

- To dziwne. O tej porze zawsze kręci się w kuchni. Lubi coś przekąsić 

przed lunchem.

- Może ma randkę z Micki - zasugerowała Jane.

Meg   podeszła   do   okna   i   wyjrzała   na   podwórko.   Po   chwili   wróciła, 

kiwając głową.

- No tak, nie ma jego samochodu.

Jane czuła się tak, jakby ktoś wbił jej sztylet w serce.

- Więc jednak randka - szepnęła do siebie.

Meg wzruszyła ramionami.

- A bo to wiadomo. Todd ma różne swoje sprawy. Nie musi się przecież 

za każdym razem odmeldowywać.

- Nie musi - zgodziła się Jane.

background image

Nawet nie płakała. Poszła do siebie, żeby poczytać. Później, przy lunchu, 

słuchała sprawozdania Tima i Meg z pobytu u kuzynów. I nikt, naprawdę nikt, 
nie zwrócił uwagi na to, że jest dzisiaj bledsza i mniej rozmowna. A jeśli nawet 
cokolwiek dostrzegł, to złożył to na karb choroby.

Todd przywiózł Cherry na ranczo tuż przed zmrokiem. Mimo iż córka 

przekonywała go, że doskonale sobie poradzi, zdecydował się na podróż do 
Victorii. Być może jemu również było głupio i chciał zapomnieć o tym, co się 
stało, pomyślała Jane. Jedno tylko się zmieniło - już nieodwołalnie przeszedł z 
nią na "ty". Jednak, ku jej zdziwieniu, wszyscy przyjęli to jako coś naturalnego.

Spotkali   się   we   trójkę   w   pokoju   telewizyjnym.   Jane   oglądała   właśnie 

wiadomości.

- Jak ci się udał weekend? - spytała Cherry.

- Niespecjalnie - odparła zagadnięta, nie wdając się w szczegóły.

- O Boże! Jaka jesteś blada! Czy coś się stało?!

Jane próbowała ukryć zmieszanie. Musiała się też powstrzymywać, żeby 

nie spojrzeć na Todda.

-   Nic   takiego   -   odparła.   -   Trochę   mnie   bolą   plecy,   ale   sporo   dziś 

odpoczywałam.

-   Muszę   sprawdzić   obliczenia   -   powiedział   Todd   oficjalnym   tonem.   - 

Wezmę księgi rachunkowe do siebie, jeśli pozwolisz.

Wyczuła w nim chłód i obcość. Wiedziała, że musi odpłacić tym samym, 

żeby przetrwać.

-   Ależ   oczywiście   -   powiedziała   z   wymuszonym   uśmiechem.   -   Czy 

jedliście coś?

Cherry otworzyła już usta, ale ojciec był szybszy:

- Tak, po drodze. Teraz już pójdziemy. Pożegnaj się, Cherry.

Dziewczynka patrzyła to na Jane, to na ojca, świadoma napięcia Jakie 

powstało   między   dorosłymi.   W   końcu   jednak   powiedziała   "dobranoc"   i 
skierowała się w stronę wyjścia. Todd podążył za córką.

Jane wróciła do oglądania telewizji, ale niewiele do niej docierało. Ani 

razu nie spojrzała na Todda. Ciekawe, czy tak już będzie zawsze?

background image

Robotnicy bardzo szybko uwinęli się z remontem domu i przystąpili do 

dalszych, niezbędnych napraw. Wszystko szło według planu. Jane zajrzała też 
do nowej stajni i była zaskoczona postępem robót. Dziwiło ją również to, że 
jakość nie ustępuje tempu.

Nadszedł   czas,   kiedy   mogli   kupić   klacze   do   przyszłej   stadniny.   Jane 

wybrała się razem z Cherry i Toddem na aukcję do znanej stadniny niedaleko 
Corpus   Christi.   Dorośli   zajmowali   się   przeglądaniem   katalogu,   a   Cherry 
zachwycała się każdym koniem, którego wyprowadzano na placyk.

Jane doskonale znała się na koniach. Nawet jej ojciec nie żałował, kiedy 

decydował się kierować jej radą. Todd szybko zorientował się, że najlepiej zrobi 
idąc w jego ślady, dlatego głównie milczał. Szybko kupili trzy dorodne klacze i 
źrebaka. Todd ustalił z właścicielem warunki transportu i w zasadzie byli już 
wolni.

- Może wstąpimy gdzieś na lody - zaproponowała Cherry, ocierając pot z 

czoła. - Jest potwornie gorąco.

Todd z trudem przełknął ślinę.

- Dobrze. Jeśli Jane nie jest zbyt zmęczona - powiedział z wahaniem.

Jane skinęła głową. Po raz pierwszy zdecydowała się iść bez kul i mimo 

bólu czuła się dziwnie lekko. Parę razy miała wręcz ochotę wsiąść na konia i 
pogalopować przed siebie.

- Nie jestem zmęczona - powiedziała.

Todd skinął głową.

- Chodźcie do samochodu. Musimy podjechać do miasteczka.

background image

Bez trudu znaleźli małą lodziarnię otoczoną wianuszkiem samochodów. 

Nie tylko im było gorąco. Todd rozejrzał się bezradnie. Wszystkie stoliki były 
zajęte.

- Możemy na razie usiąść pod drzewami - powiedziała Cherry do ojca. - 

Najwyżej zajmiemy stolik, jak się któryś zwolni.

Todd   wciąż   nie   wyglądał   na   przekonanego,   więc   córka   sama   podjęła 

decyzję.   Poprosiła   o   swoje   ulubione   lody   czekoladowe,   a   Jane   po   chwili 
namysłu wzięła to samo. Todd jak niepyszny powędrował do kolejki.

Męczyło   go   jednak   nie   to,   że   musi   kupić   lody   obu   dziewczynom. 

Wiedział, że postąpił źle, i wciąż czynił sobie z tego powodu wyrzuty. Pozbawił 
Jane   czegoś,   co   mogła   chcieć   ofiarować   swojemu   przyszłemu   mężowi.   Być 
może   nawet   kochała   się   w   nim   na   początku,   ale   teraz   był   pewny,   że   go 
nienawidzi. Świadczył o tym jej chłodny, wyprany z emocji ton oraz to, że w 
ogóle nie chciała na niego patrzeć. Czyniła to rzadko i niechętnie. Ani razu nie 
spojrzała mu w oczy. To wszystko świadczyło co najmniej o wrogości.

Najbardziej martwiło go to, że Cherry wyczuwa złą atmosferę. Córka nie 

pytała o nic, ale wiedział, że męczy ją zaistniała sytuacja. Kochała zarówno 
jego, jak i swoją nauczycielkę i nie mogła zrozumieć, co się między nimi dzieje. 
Przypominało  to trochę sytuację przed rozwodem jej rodziców i było chyba 
równie bolesne.

Sprzedawca po raz trzeci spytał go, czym może służyć i Todd ocknął się z 

zamyślenia. Zamówił dwie porcje lodów czekoladowych z polewą i wiórkami 
kokosowymi,   a   następnie   zaczął   się   zastanawiać,   co   wziąć   dla   siebie. 
Najchętniej zamówiłby dużą whisky z lodem. Ponieważ jednak nie podawano 
jej w lodziarni, wybrał lody waniliowe z likierem.

Wrócił   na   placyk   i   bez   trudu   wypatrzył   Jane   i   Cherry   pod   jednym   z 

drzew.

- Nawet coś się zwolniło, ale wolałyśmy zostać tutaj - poinformowała go 

córka. - Tu jest tak przyjemnie.

Todd podał im lody.

- Proszę, to dla was.

Cherry   rzuciła   się   na   swoją   porcję.   Jane   jadła   jednak   bardziej 

powściągliwie.

background image

- Pycha! Naprawdę świetne. Uwielbiam czekoladę! - entuzjazmowała się 

Cherry.

Jane skinęła głową.

- Ja też. Tylko muszę na nią uważać. Jeśli zjem za dużo albo za szybko, to 

boli mnie później głowa.

-   Dlaczego   nie   powiedziałaś   o   tym   wcześniej?   -   burknął   Todd.   - 

Kupiłbym ci coś innego.

Spojrzała   na   niego,   chyba   po   raz   pierwszy   tego   dnia,   jeśli   nie   liczyć 

przypadkowych zerknięć, i powiedziała:

- Lubię lody. Nikt mi nie będzie dyktował, co mam jeść, a czego nie.

Cherry, która uporała się już z połową swojej porcji, szybko wtrąciła się 

do rozmowy:

- Co myślisz o tym źrebaku, Jane? Wiesz, strasznie mi się podoba.

- Co takiego?! - zawołał Todd, nie słysząc najwyraźniej uwagi córki. - Co 

ty sobie wyobrażasz?!

Twarz Jane pociemniała z gniewu. Todd wyprostował się i spojrzał na nią 

swoim stalowym wzrokiem. Milczeli, ale było to bardziej wymowne, niż gdyby 
skoczyli sobie do oczu. Cherry nie wiedziała, co robić.

- Chyba pójdę po serwetki - rzuciła.

Ani ojciec, ani Jane nie zauważyli tego, że odeszła. Patrzyli na siebie w 

napięciu jak dwoje dzikich zwierząt. W końcu Todd rozluźnił się trochę.

- Może przestaniemy udawać, że nic się nie stało - zaproponował.

 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Jane poczuła jego palce na swojej dłoni. Chciała ją cofnąć, ale nic mogła. 

Bała się, że jeśli Todd spojrzy jej w oczy, natychmiast odgadnie, co się z nią 
dzieje.

-   To   nie   może   dłużej   trwać   -   powiedział,   zastanawiając   się,   dlaczego 

odwraca od niego wzrok. - Wciąż cię pragnę. Bardziej niż kiedykolwiek.

Niemal czuła na twarzy jego palący oddech.

- Żałuję tego. co się stało - powiedziała zduszonym głosem.

- Tak, wiem. Ale nic już na to nie poradzimy, I muszę ci powiedzieć, że 

nigdy nie było mi tak dobrze. Myślę, że powinniśmy być razem.

Spojrzała na niego ukradkiem. Co miał na myśli? Nie, w jego oczach nie 

było miłości, a tylko pożądanie.

- Chodzi ci o romans - powiedziała bardziej twierdzącym niż pytającym 

tonem.

Todd skinął głową, niszcząc w ten sposób jej marzenia o czymś więcej.

- Nie wierzę w małżeństwo - powiedział z goryczą. - Byłem już żonaty i 

mam   przykre   doświadczenia   z   tego   okresu.   Ale   wracając   do   nas,   to   sama 
przyznasz…

- A co z Cherry?! - przerwała mu gwałtownie.

- Ma przecież czternaście lat i wie, że nie jestem mnichem - odparł. - Poza 

tym nie wierzy już w opowieści o księciu zakochanym przez całe życie.

Jane z trudem przełknęła ślinę. Jej oczy posmutniały. Todd wciąż trzymał 

ją za rękę.

- Ale obawiam się, że ja wciąż w nie wierzę.

- Nie wygłupiaj się! Nie chcesz chyba powiedzieć, że w naszych czasach 

liczysz na trwały związek! - szydził.

- Właśnie, że wierzę. Taki do grobowej deski. I… i będę wierna mężowi. - 

Jane uniosła dumnie głowę. - I oczywiście powiem mu o tym, co wydarzyło się 
między nami.

background image

Todd cofnął się nieco i wyprostował.

-   Myślisz,   że   znajdziesz   kogoś  takiego?   -  spytał   już   bez   kpiny,   ale   z 

wyraźną troską.

- Myślę, że warto szukać.

Milczeli przez chwilę. W tym czasie legły w gruzach wszelkie nadzieje 

Jane.   Jej   serce   przepełniał   ból.   Czy   to   możliwe,   że   świat   trwa   nadal   w   nie 
zmienionym   kształcie?   Świeci   słońce?   Szumią   drzewa?   Ludzie   jedzą   lody   i 
rozmawiają o jakichś nieistotnych sprawach?

Todd   siedział   naprzeciwko   niej,   zmęczony   i   nagle   postarzały.   Jane 

uśmiechnęła się smutno.

- Przykro mi, Todd. Ja nie mam za sobą nieudanego małżeństwa i dlatego 

łatwiej mi wierzyć w bajki. Nie, nie chcę się wdawać w romans. Nawet z tobą.

Jego   oczy   zalśniły   dziwnym   blaskiem.   Czyżby   powiedziała   mu   nie 

zamierzony komplement?

- Ale podobało ci się wtedy, w nocy - powiedział zdławionym głosem.

Jane zebrała te resztki odwagi, które jej zostały. Nie było ich wiele.

- Jasne, że tak. Było wspaniale. Dzięki.

Widziała, że rozzłościła go tylko tym wyznaniem. Już otworzył usta, żeby 

na nią krzyknąć, kiedy obok pojawiła się roześmiana Cherry.

- Mam już serwetki - powiedziała. - Miło tu posiedzieć w tym cieniu. 

Straszny upał. Zjedliście już lody?

Oboje   spojrzeli   na   swoje   kubeczki,   w   których   znajdowała   się   płynna 

substancja.

- W pewnym sensie - powiedział Todd wstając. - Musimy  już ruszać. 

Mam trochę zaległości w pracy i chciałbym to nadrobić.

- Ależ tato, przecież…

Wystarczyło jedno jego spojrzenie, żeby zamilkła. Co mogło zajść między 

ojcem i Jane?

background image

- No dobrze już, dobrze - powiedziała z ociąganiem Cherry. - Możemy 

jechać. Nie zgłaszam żadnych pretensji.

Następne dni były wypełnione pracą. Jane konferowała z Micki Lane w 

sprawie   kampanii   reklamowej,   Cherry   zajmowała   się   jazdą,   a   Todd   siedział 
całymi godzinami w gabinecie i pracował jak wariat. Harleyowie patrzyli na to 
wszystko oczami  zdrowych ludzi, którym nagle kazano zamieszkać w domu 
wariatów. Nie protestowali jednak, a nawet można było przypuszczać, że są 
zadowoleni. Timowi jakby ubyło parę lat, a zawsze żwawa Meg wykonywała 
swoje obowiązki z energią nastolatki.

Siódmego czy ósmego dnia po pamiętnej wyprawie Micki zadzwoniła do 

Jane   z   wiadomością,   że   będą   musiały   wybrać   się   do   Victorii   na   zdjęcia. 
Zaproponowała,   że   po   nią   wpadnie,   ale   Jane   nie   chciała,   żeby   młoda 
wicedyrektorka spotkała się z Toddem. Tak się szczęśliwie składało, że ostatnio 
zupełnie   się   nie   widywali.   Zresztą   Todd   spotykał   się   tylko   z   Timem,   za 
pośrednictwem którego omawiał z nią sprawy związane z ranczem, oraz z Meg.

Jane powiedziała, że dziękuje i poprosi kogoś, żeby ją podwiózł. 

- Dobrze - zgodziła się Micki. - A jak się miewa Todd? Nie widziałam go 

ostatnio.

- Jest bardzo zapracowany - odparła Jane rzeczowym tonem. - Ma huk 

roboty z wykańczaniem stajni i obejścia. Poza tym kontroluje wszystkie roboty.

- Rozumiem - powiedziała Micki smutnym głosem. - To zajmuje sporo 

czasu.

- Sporo - zgodziła się Jane.

Znacznie więcej niż poprzednio, dodała w duchu. Więc pewnie to tylko 

pretekst? Może chodzi o to, żeby jak najrzadziej się z nią widywać?

- Dobrze, wobec tego spotykamy się w piątek - zakończyła Micki.

- W piątek o dziewiątej - potwierdziła Jane.

Nie powiedziała o tym wyjeździe ani Toddowi, ani Cherry. Była pewna, 

że Tim zawiezie ją do Victorii, jeśli go o to poprosi. Wcześniej jeszcze musiała 
się wybrać do doktora Coitraina na rutynowe badania. Rudzielec opukał ją i 
osłuchał, zmierzył ciśnienie krwi, zajrzał do oczu, a także zrobił kilka ponurych 
min, zanim oznajmił, że wszystko jest w jak najlepszym porządku.

- To wspaniale - powiedziała z uśmiechem.

background image

Coltrain zachmurzył się jeszcze bardziej.

-  Tyle  tylko,  że   masz  cienie   pod  oczami  i  jesteś  blada  -  stwierdził.  - 

Chodzi tu o Burke'a?

- To nie twoja sprawa - ucięła krótko.

- Ależ Jane, przecież nie jestem ślepy.

Czerwona ze wstydu Jane odmówiła dalszej rozmowy na ten temat. W 

ogóle nie chciała słyszeć o Toddzie. Pragnęła raz na zawsze wymazać go z 
pamięci.

- I jeszcze jedno - dodał Rudzielec, kiedy zaczęła zbierać się do wyjścia. - 

Możesz teraz trochę częściej chodzić.

Twarz Jane rozchmurzyła się natychmiast.

- A jeździć?

- No,  nie  przesadzaj.   Musisz   bardzo uważać.   Upadek  z konia  mógłby 

mieć fatalne skutki.

- Nawias mnie nigdy nie zrzucił.

- Co nie znaczy, że nie może tego zrobić.

Zapomniała,   że   Coltrain   sam   był   doskonałym   jeźdźcem   i   znał   się   na 

koniach jak nikt inny. W czasie studiów dorabiał sobie nawet występami na 
rodeo, chociaż nigdy nie traktował tego poważnie.

Lekarz zastanawiał się przez chwilę.

- Dobrze, spróbuj jeździć. Ale bardzo uważaj - dodał. - Słyszałem, że 

będziesz reklamowała jakieś ubrania. Czy to prawda?

Jane uśmiechnęła się.

-   Pewnie   Meg   była   ostatnio   z   wizytą   u   twojej   matki,   co?   -   spytała 

domyślnie.

Nie doczekała się odpowiedzi. Rudzielec wciąż wlepiał w nią te swoje 

zielone oczy.

background image

- Mam reklamować stroje do rodeo, głównie dżinsowe spodnie i kurtki. 

Wybieram się nawet w piątek do Victorii na zdjęcia.

Nie zrobiło to na nim specjalnego wrażenia.

- Jak masz zamiar tam się dostać? - spytał.

- Pewnie Tim mnie zawiezie.

Coltrain pokręcił przecząco głową.

-   Ja   to   zrobię   -   powiedział.   -   Mam   w   Victorii   konsylium   w   sprawie 

leukemii, którą leczyłem tutaj. Pacjent się przeprowadził i muszę jechać.

- Jestem umówiona na dziewiątą i mogę zostać w Victorii ładnych parę 

godzin - uprzedziła go.

- Znajdę sobie coś do roboty - mruknął.

Jane rozpromieniła się na myśl o wspólnej jeździe z przyjacielem.

-   To   wspaniale!   Będziemy   mogli   sobie   pogadać.   Ciągle   brakuje   nam 

czasu.

- Przyjadę do ciebie po ósmej - powiedział Coltrain, który również zaczął 

się uśmiechać.

W tym momencie  usłyszeli pukanie do drzwi i po chwili do gabinetu 

zajrzała doktor Lou Blakely.

-   Przepraszam,   ale   pan   Harris   nie   chce   ze   mną   rozmawiać   o   swoich 

hemoroidach. Czy mógłbyś…? - Jej spojrzenie padło na Jane.

- Zaraz tam przyjdę - powiedział krzywiąc się, jakby widok Lou sprawił 

mu przykrość.

- Nie jesteś dla niej zbyt miły - stwierdziła Jane, kiedy lekarka zniknęła za 

drzwiami.

- Tak, wiem - powiedział z roztargnieniem i zamyślił się na moment.

Kiedy   wychodziła,   wciąż   był   zamyślony   i   pożegnał   się   z   nią   w 

roztargnieniu.   Na   wszelki   wypadek   przypomniała   mu   o   piątku   i   wyszła. 
Rudzielec nigdy się tak nie zachowywał. W miasteczku był znany z pogodnego 
usposobienia.   Jednak   z   jakichś   względów   nie   stosowało   się   to   do   Lou. 

background image

Zachowywał   się   tak,   jakby   jej   nie   znosił.   Dlaczego   więc   wybrał   ją   do 
współpracy?

Poszła   na   parking,   gdzie   już   czekała   na   nią   Meg   z   codziennymi 

sprawunkami. Droga do domu zajmowała kilkanaście minut. Kiedy zatrzymały 
się na podwórku, wypatrująca ich Cherry natychmiast podbiegła do samochodu. 
Jej policzki pałały, a oczy świeciły niczym dwie gwiazdy.

- Udało się! Udało! - krzyczała. - Pobiłam mój własny rekord! 1 wcale się 

nie bałam! Naprawdę.

Jane wysiadła z wozu i ucałowała dziewczynkę. 

-   Jestem   z   ciebie   bardzo   dumna   -   powiedziała.   -   Zobaczysz,   daleko 

zajdziesz. Czy raczej zajedziesz - dodała z uśmiechem.

W   czasie   lunchu   omawiali   najpierw   sukcesy   Cherry,   a   potem   Jane 

nieostrożnie wygadała się, że ma sesję zdjęciową w Victorii.

-   To   wspaniale!   -   ucieszył   się   Tim.   -   Ale   kto   cię   tam   zawiezie?   W 

zasadzie mógłbym to zrobić, chyba żeby… Todd znalazł trochę czasu.

Todd   siedział   pochylony   nad   talerzem   i   w   milczeniu   jadł   ziemniaki. 

Wyglądał   jak   nieobecny,   chociaż   kiedy   padło   jego   imię,   natychmiast   uniósł 
głowę.

- Mogę ją odwieźć, jeśli będzie chciała - rzucił w przestrzeń.

- Dziękuję, nie będzie chciała - powiedziała, przedrzeźniając go, Jane. - 

Ma już kierowcę.

- Czyżby! A kogo to? - spytał Tim.

Todd znowu spuścił głowę i zabrał się do jedzenia ziemniaków.

-   Rudzielec   musi   pojechać   do   Victorii   w   sprawach   służbowych   - 

wyjaśniła. - Obiecał, że zabierze mnie ze sobą.

Todd odsunął talerz.

- Pójdę już do pracy - oznajmił. - Cały dzień pilnowałem robotników. 

Muszę się teraz zająć rachunkami.

Meg spojrzała z wyrzutem na prawie pełny talerz, ale nic nie powiedziała. 

Przynajmniej na temat jedzenia.

background image

- Były jakieś pilne faksy do ciebie - zwróciła się do Todda. - Sprzątałam 

twój pokój i położyłam je na szafce. Od niejakiej Julii.

- Julii? Jakiej Julii? - zastanawiała się głośno Cherry, nie zważając na to, 

że ma pełne usta. - Aaa! - Zrobiła taką minę, jakby zgadła. 

Ojciec kopnął ją pod stołem w kostkę. Cherry wydała kolejny okrzyk, a 

następnie przełknęła to, co miała w buzi. Dzięki temu zyskała trochę czasu i 
zrozumiała, co ma robić dalej.

- Pewnie bardzo za tobą tęskni - zwróciła się do ojca, uśmiechając się 

złośliwie.

- Z całą pewnością - potwierdził Todd.

Nie   wątpił,   że   obłożona   pracą   i   nękana   przez   klientów   Julia   Emory 

pragnęłaby go jak najszybciej zobaczyć. W interesie swoim i firmy.

-   Hm,   muszę   do   niej   zadzwonić.   Nie   przejmuj   się,   obciążę   kosztami 

rozmówcę - po raz pierwszy zwrócił się bezpośrednio do Jane.

Jane skinęła głową, nie słysząc, co do niej mówi. Więc Todd miał jakąś 

dziewczynę! Nie było w tym nic dziwnego! Przecież był zupełnie normalnym i 
w dodatku przystojnym mężczyzną!

Kiedy Todd wyszedł, rozmowa potoczyła się swobodniej, jednak wszyscy 

mieli wrażenie, że jadalnia stała się nagle pusta. Tim skończył lunch i wyszedł, a 
Meg zebrała resztki obiadu i zaniosła je swoim kurom.

Jane i Cherry zostały same.

- Czy myślałaś kiedyś o tym, żeby wyjść za doktora Coltraina? - spytała 

dziewczynka.

- Kiedyś, tak - odparła Jane. - Bardzo go lubię, poza tym mieliśmy ze sobą 

wiele   wspólnego.   Zabrakło   nam   tylko   tego   czegoś,   czego   potrzeba   do 
wspólnego związku.

- Czyli po prostu nie chciałaś z nim iść do łóżka? - podsumowała córka 

Todda.

- Ależ Cherry!

- Przecież nikt nie trzyma mnie pod kloszem. Wiem o wielu sprawach - 

powiedziała   dziewczynka   tonem   dorosłej   osoby.   -   Jednak   sama   wolałabym 

background image

zaczekać z tym aż do ślubu. Wiesz, że niektórzy chłopcy też tak myślą? Na 
przykład Mark, z mojej klasy, twierdzi, że dzięki temu nie trzeba się obawiać 
chorób wenerycznych. 

Jane wydawało się, że źle słyszy.

- Czego?

- Chorób wenerycznych - odparła ze śmiechem Cherry. - Nigdy o nich nie 

słyszałaś?

Jane odchrząknęła.

-   No   tak,   słyszałam.   Ale   prawdę   mówiąc,   nigdy   się   tym   nie 

interesowałam. Ani seksem - dodała po chwili wahania. - Wiesz, jakoś nigdy nie 
spotkałam chłopaka, który, który… - szukała odpowiednich słów.

Cherry wzniosła oczy ku niebu.

- O Boże! Widzę, że będę ci musiała wszystko wyjaśnić - powiedziała 

autorytatywnie. - Czy rodzice nie rozmawiali z tobą o tych sprawach?

Jane już chciała odpowiedzieć, ale w jadalni pojawił się nachmurzony 

Todd.

- Jeszcze tu jesteście? - spytał.

-   Cześć,   tato.   Właśnie   rozmawiałam   z   Jane   o   seksie.   Mój   Boże,   a 

wydawało   mi   się,   że   to   ja   jestem   zacofana!   Dobrze,   chyba   odłożymy   tę 
rozmowę. Pójdę teraz do stajni.

Cherry szybko opuściła jadalnię. Todd spojrzał Jane prosto w oczy.

- Czy musisz rozmawiać o tym z Cherry? Nie lepiej zapytać mnie?

Jane poczuła, że drży. Zagryzła wargi, żeby się opanować. Narastał w niej 

strach, że Todd za chwilę to zauważy.

- Daj spokój! - ucięła krótko.

Ale Todd nie chciał jej dać spokoju.

-   Jane!   Czego   się   boisz?   Jest   nam   razem   dobrze,   pragniemy   siebie… 

Czegóż więcej chcieć?

background image

- Seks to dla mnie za mało - odparła.

- Jesteś pewna? - spytał, biorąc ją pod brodę.

Nie doczekał się jednak odpowiedzi.

- Tak piękna i tak naiwna - ciągnął. - Chciałabyś, żebym dał ci gwiazdkę z 

nieba. Ale ja mogę dać ci tylko rozkosz. 

Zbliżył swe usta do jej warg i jednocześnie chwycił ją za rękę.

- Ani się waż! - syknęła Jane, oglądając się w stronę kuchni.

Todd przyciągnął ją lekko do siebie.

- Nie wygłupiaj się. Meg nawet nie zwróci uwagi na to, że się całujemy. 

Wszyscy przyjmą to normalnie. Wszyscy - oprócz ciebie.

Jego   usta   były   coraz   bliżej.   Jane   chciała   go   odepchnąć,   ale   stała   jak 

sparaliżowana.

- Nie potrafisz się nawet przyznać przed sobą, że mnie pragniesz - szepnął 

Todd. - A przecież pożądasz mnie, pragniesz aż do utraty tchu.

Chciała zaprzeczyć. Pragnęła wyrwać się i uciec z jadalni. Tak się jej 

przynajmniej wydawało.

Todd   nie   pocałował   jej,   chociaż   jego   usta   znajdowały   się   parę 

centymetrów od warg Jane.

- Wiem, że mnie pragniesz - szeptał, a jego oddech miał w sobie woń 

kawy. - Pocałuj mnie. Pocałuj mnie teraz.

W innych warunkach skwitowałaby śmiechem taką bezczelność. Jednak 

teraz  jakoś nie mogła  tego  uczynić. Co gorsza  poczuła, że  rzeczywiście  ma 
ochotę pocałować Todda. Tym większą, im bardziej się od niej oddalał.

W zasadzie trudno było powiedzieć, które z nich wykonało pierwszy gest. 

Zdaje   się,   że   z   jakichś   powodów   Jane   straciła   równowagę   i   już   po   chwili 
znalazła się w jego ramionach. Todd zaczął ją pieścić i całować, a ona jęczała z 
rozkoszy.   W   końcu,   w   przypływie   nie   tajonego   pożądania,   przycisnął   ją   do 
siebie.

Jane krzyknęła. Nie był to jednak krzyk rozkoszy.

background image

- Co się stało? - spytał, rozluźniając uścisk. - Czy to twój kręgosłup?

Skinęła głową. Musiała się powstrzymywać, żeby nie prosić go, by znów 

ją przytulił.

- Naprawdę nie chciałem cię skrzywdzić! 

Jane skinęła głową.

- Ale skrzywdziłeś.

Todd   nie   wiedział,   co   ze   sobą   zrobić.   Ręce   zaczęły   mu   się   trząść. 

Wiedział, że nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby coś stało się Jane.

- Zaraz zadzwonię po lekarza - powiedział drżącym głosem.

Jane pokręciła głową.

- Nie chodzi mi o to, co stało się teraz - powiedziała. - Mam na myśli 

tamtą noc.

Todd odetchnął z ulgą. Jednocześnie stwierdził, że powinien jeszcze raz 

przeprosić Jane. Wtedy wypadło to jakoś niezręcznie, a potem, cóż, starał się jej 
unikać.

-   Przepraszam   cię,   ale   naprawdę   nie   mogłem   się   wtedy   powstrzymać. 

Rzeczywiście prosiłaś mnie, żebym przestał, a ja nie mogłem. Do tej pory mam 
z tego powodu wyrzuty sumienia. Ale z drugiej strony… - urwał na widok jej 
miny.

- Z drugiej strony? - podchwyciła.

- Wiesz, miałem wrażenie, że jest ci po prostu dobrze. Byłem pewien, iż 

uwolniłaś się od jakiegoś ciężaru. Tak wspaniale nam było wtedy. Pomyśl, że 
mogłoby tak być zawsze. 

Jane   poczuła,   że   znowu   zrobiło   się   jej   gorąco.   "Zawsze"   znaczyło 

spędzenie ze sobą kilku nocy, a "dobrze" - częste zaspokajanie żądzy. Jak on 
śmiał mówić do niej w ten sposób! I to teraz, kiedy wydało się, że ma gdzieś 
dziewczynę, która niczego się nie domyśla. Tylko ona, Jane, poznała go jak zły 
szeląg.

- Pocałujesz mnie? - spytał nagle.

- Nie. Nie, Todd. Mam tego dość.

background image

- Więc czego chcesz?

Jane uśmiechnęła się smutno.

- Chcę związku na całe życie - odparła. - I dzieci. Chcę mieć dzieci.

- Ja już mam dziecko - powiedział sztywno.

Spojrzała mu w oczy. Czy naprawdę jej nie rozumiał, czy też nie chciał 

zrozumieć?

- Chodzi mi o własne dziecko. Takie, które nigdy nie tęskniłoby za tatą.

- Ja chcę ci dać dużo więcej. 

Jane pokręciła głową i westchnęła.

- Seks bez miłości jest niczym.

Todd aż zagotował się na to stwierdzenie.

- Zaraz zobaczymy, czy niczym, ty mała hipokrytko! - krzyknął i wpił się 

w jej wargi.

Jane nie miała czasu się bronić. Zaczęli się całować długo i namiętnie i 

nawet nie zauważyli, że w drzwiach pojawiła się Cherry.

ROZDZIAŁ   ÓSMY

Cherry   stała   przez   chwilę   na   progu,   obserwując   całą   scenę.   W   końcu 

zauważył ją Todd i odsunął delikatnie Jane.

- Przepraszam, szukałam Meg - powiedziała dziewczynka i uśmiechnęła 

się lekko. - Nie przeszkadzajcie sobie.

background image

Jane zaczerwieniła się niczym piwonia i spuściła wzrok. Córka Todda też 

się zmieszała i wybiegła na podwórko. Nawet Todd nie wyglądał teraz na zbyt 
pewnego siebie.

- Przepraszam - powiedział. - Zdaje się, że znów popełniłem głupstwo.

Jane   nie   wiedziała,   o   co   mu   dokładnie   chodzi,   więc   pozostawiła   tę 

wypowiedź bez komentarza. Odsunęła się tylko od Todda i usiadła. Dopiero 
teraz poczuła ból kręgosłupa. Todd patrzył na nią tak, jakby chciał powiedzieć 
coś jeszcze. W końcu jednak zgarnął papiery ze stołu i zaczął się wycofywać.

- Jeszcze raz przepraszam - powiedział, nawet na nią nie patrząc. - Zajmę 

się teraz pracą.

Jane   nie   reagowała.   Usłyszała   tylko   odgłos   zamykanych   drzwi,   co 

napełniło ją smutkiem. Już chciała się rozpłakać, kiedy do pokoju wśliznęła się 
jakaś postać. Jane z nadzieją podniosła głowę.

- Cherry?!

-   Przepraszam,   widziałam,   jak   ojciec   wychodził.   Ja   naprawdę   nie 

chciałam - tłumaczyła się dziewczynka. - O Boże! Nigdy nie widziałam, żeby 
tata kogoś całował. Nawet mamę, kiedy byłam mała.

Jane zarumieniła się aż po korzonki włosów.

- Nie, Cherry. To była… - szukała odpowiedniego słowa - pomyłka.

Cherry uśmiechnęła się do niej przyjaźnie. Chciała dać do zrozumienia, że 

nie ma nic przeciwko temu.

-   Ee   tam   -   powiedziała.   -   Jaka   pomyłka?   Powiedz   lepiej,   czy   ci   się 

podoba?

- Kto?

- Tata, oczywiście - odparła Cherry. - Wszystkie moje koleżanki się w 

nim kochają.

Jane pokręciła głową.

-   Nie,   Cherry.   Nie   powinnaś   z   tym   wiązać   żadnych   nadziei.   Przede 

wszystkim, gdybym kogoś pokochała, chciałabym wyjść za niego za mąż, a twój 
ojciec nie chce słyszeć o małżeństwie.

background image

- O! - Mina Cherry natychmiast zrzedła.

- Naturalnie wciąż jesteś moją przyjaciółką. Prawda? 

Dziewczynka z trudem zdobyła się na uśmiech.

- Jasne - powiedziała.

Jane   spędziła   w   Victorii   prawie   cały   dzień.   Rudzielec   odbył   swoje 

spotkanie   i   czekał   na   nią   cierpliwie.   Ona   natomiast   pozowała   do   zdjęć   w 
różnych   strojach   firmy   Slim   Togs.   O   dziwo,   nawet   jej   się   to   spodobało. 
Zwłaszcza że fotograf i Micki bardzo dbali o to, żeby jej nie męczyć. Jane nawet 
nie zauważyła, jak szybko upływa czas.

- To chyba już wszystko - stwierdziła w końcu Micki. - Jack mówił, że 

świetnie   mu   poszło.   Powinien   mieć   wspaniałe   zdjęcia.   Oczywiście 
skontaktujemy się z tobą, kiedy dokonamy wyboru. Poza tym dobrze by było, 
gdybyś pokazała się na promocji tych nowych ubrań w naszym sklepie i może 
na jakimś rodeo.

- Nie ma problemu. Fajnie mi się pozowało. A poza tym te rzeczy są 

naprawdę dobre - powiedziała Jane, przesuwając dłonią po zdobionej cekinami 
kurtce.

-   My   też   jesteśmy   bardzo   zadowoleni   ze   współpracy.   Jesteś   urodzoną 

modelką - pochwaliła ją Micki i zamyśliła się na chwilę. - A co u Todda? Został 
na ranczu?

Jane skinęła głową.

- Tak. Ciągle ma jakieś nowe pomysły. Moi ludzie przestali już na mnie 

zwracać uwagę. Słuchają tylko jego. Będę miała kłopoty z dyscypliną, kiedy 
wyjedzie.

- Czyżby miał taki zamiar? - spytała Micki.

background image

- Nie. Jeszcze nie.

Jane z trudem osiągnęła względny spokój ducha. Starała się nie myśleć o 

Toddzie i o tym, co się stało. Teraz pytania Micki wytrąciły ją z równowagi.

- Jest bardzo przystojny - Micki drążyła temat, mimo że na jej twarzy 

pojawiły się ślady smutku. - Pewnie ma mnóstwo różnych dziewczyn.

- Pewnie tak - potwierdziła Jane. - Niektóre nawet przysyłają mu faksy.

Micki zaśmiała się, ale wypadło to raczej ponuro.

- Zdaje się, że nie mam żadnych szans. A ty? Miałabyś na niego ochotę?

- Przede wszystkim nie lubię kolejek - odparła wykrętnie Jane.

Micki smutno pokiwała głową.

- No tak, kiedy w końcu zjawia się ktoś taki jak Todd, zawsze otoczony 

jest wianuszkiem kobiet. Myślę, że w końcu zostanę starą panną.

W jej głosie było tyle smutku, że Jane poczuła, iż po-   -winna ją jakoś 

pocieszyć:

- Małżeństwo to nie wszystko - powiedziała. - Możesz przecież jeszcze 

zostać szefową swojej firmy.

Micki skinęła głową, ale smutek w jej oczach wcale nie zniknął.

- To możliwe - stwierdziła, nabrawszy powietrza w płuca. - Tyle że mam 

mały   sekret.   Po   prostu   uwielbiam   życie   domowe.   Gotowanie   obiadów, 
prasowanie koszul, dzieci.

- Chciałabyś być kurą domową? - spytała z niedowierzaniem Jane.

- Oczywiście. Ale nie mów o tym nikomu, bo będą się ze mnie śmiali - 

poprosiła Micki. - Wiesz, lubię moją pracę, zarabiam fantastycznie, ale raz na 
jakiś czas miałabym ochotę się z kimś pokłócić.

- Nie chcesz być sama - domyśliła się Jane.

- A kto chce?

- Czasami nie mamy wyboru.

background image

Obie panie zamyśliły się na chwilę. Nie była to pogodna zaduma. Wręcz 

przeciwnie, mimo młodego wieku myślały o starości i samotności.

Pierwsza ocknęła się Micki.

- Wszystko będzie dobrze - powiedziała, nie bardzo wiedząc, czy mówi o 

zdjęciach,   czy   też   ich   przyszłym   życiu.   -   Zadzwonię   do   ciebie   w   połowie 
przyszłego tygodnia. Trzymaj się. 1 życzę miłej podróży.

- Dzięki.

Jane   zeszła   do   holu   i   odszukała   w   torebce   kartkę,   na   której   Coltrain 

zapisał   jej   swój   numer   telefonu   w   szpitalu.   Zadzwoniła   do   niego,   żeby 
powiedzieć, że już jest gotowa. Rudzielec pewnie zanudził się na śmierć do tej 
pory.

Nie pojechali jednak z powrotem na ranczo. Coltrain wysadził ją przed 

najlepszą restauracją w Victorii.

- Czas na kolację - oznajmił.

- Daj spokój - usiłowała protestować. - Nie jestem odpowiednio ubrana.

- I cóż z tego? Ja też nie. - Miał na sobie sportową marynarkę i koszulę 

bez krawata. - Niech się gapią, jeśli mają na to ochotę.

Jane roześmiała  się głośno. Przypomniały jej się różne ekstrawagancje 

Rudzielca jeszcze z czasów szkolnych. Chyba przywykł do tego, że i tak się 
wyróżnia z racji płomiennej czupryny, i wygłupy stały się dla niego chlebem 
powszednim. Potem, na studiach, stał się bardziej stateczny. Pewnie zrozumiał, 
że   lekarz   powinien   być   kimś   budzącym   szacunek,   a   nie   prowokującym   do 
śmiechu.

- Dobrze, idziemy - zdecydowała Jane.

Usiedli przy małym stoliku i zamówili kraby oraz krwiste befsztyki, a na 

deser specjalność zakładu - lodowy torcik pokryty warstwą czekolady.

- Będę pamiętała ten deser do końca życia - powiedziała, kiedy już jechali 

do domu. - Dawno nie jadłam czegoś tak wspaniałego.

- Ja też - mruknął Coltrain.

Kiedy prowadził, skupiał się całkowicie na tej czynności. Być może taki 

był   też,   kiedy   operował.   Zrobił   specjalizację   z   chirurgii   miękkiej,   nabył 

background image

biegłości w operacjach płuc, jednak w końcu zdecydował się na prowadzenie 
praktyki   internistycznej   w   rodzinnym   mieście.   Dlaczego?   Jane   nie   miała 
zielonego pojęcia.

- Czy chciałbyś mieć dzieci? - spytała.

- Jasne. Masz w związku z tym jakąś propozycję?

Jane zarumieniła się. Nie po raz pierwszy tego dnia. 

- Nie wygłupiaj się. Po prostu pytam.

Coltrain zerknął na nią i o mały włos nie zjechał na pobocze. Na drodze 

prawie nie było ruchu. Nic im w tej chwili nie groziło.

- Wiesz, że mówię poważnie. Wystarczyłoby jedno twoje słowo, a… - 

zawiesił głos. - Lubię dzieci i sprawdziłbym się jako mąż. Mamy ze sobą więcej 
wspólnego niż wielu ludzi, którzy zdecydowali się na małżeństwo.

- Tak, brakuje nam tylko jednego.

Coltrain pokiwał głową, wypatrując czegoś na drodze.

- Szkoda - szepnął.

Zwolnił trochę. Ręka Jane odnalazła jego dłoń, spoczywającą na dźwigni 

zmiany biegów.

-  Nie   przejmuj   się.   Zawsze   będziesz   moim   najlepszym  przyjacielem  - 

próbowała go pocieszyć.

- Szkoda, że wolisz Burke'a.

Nie zaprzeczyła. Spuściła tylko głowę i cofnęła dłoń.

- Ale on ma ochotę jedynie na romans i szybkie rozstanie.

- A ty? - spytał Coltrain.

- Na małżeństwo i gromadkę dzieci - odparła, starając się panować nad 

głosem.

- Może on też chce tego samego, tylko mu się wydaje, że jest inaczej.

background image

Jane   pokręciła   przecząco   głową   i   uśmiechnęła   się   gorzko   do   swoich 

myśli.

- Zdaje się, że ma dosyć małżeństwa - stwierdziła. - Nie sądzę, by ktoś 

taki mógł być dobrym mężem. A jednak… - nie dokończyła zdania i spuściła 
głowę.

Rudzielec dostrzegł nieszczęśliwą minę, a następnie położył dłoń na jej 

udzie w geście pocieszenia.

-   Ze   względu   na   twoje   migreny   nie   polecałbym   ci   pigułek 

antykoncepcyjnych - powiedział. - Są jednak inne sprawdzone metody.

- Ależ, Rudzielcu! - wykrzyknęła.

- Nie ma się na co oburzać. Powinnaś już dorosnąć. Przynajmniej zostaną 

ci piękne wspomnienia. To też jest coś warte.

- Zaskakujesz mnie.

Coltrain uśmiechnął się smutno.

- Sam siebie również - powiedział - Jednak powinnaś pamiętać, że seks 

jest wspaniałym uzupełnieniem miłości. Być może Burke nie chce się z tobą 
ożenić, ale jestem pewien, że cię kocha.

- Co?!

- Myślę, że ty również o tym wiesz - odparł spokojnym głosem. - Przecież 

od samego początku był o mnie zazdrosny. Kocha cię, to jasne.

- Może chodziło mu tylko o seks?

Rudzielec   skinął   głową.   Minęli   zagrodę   Desherów,   znajdującą   się   po 

drodze do rancza. Za chwilę powinni skręcić, a dalej jechać prosto przed siebie.

- Możliwe, chociaż mało prawdopodobne - stwierdził po chwili namysłu. 

- Ten Burke za bardzo się o ciebie troszczy. Ma złe doświadczenia małżeńskie i 
dlatego nie chce się żenić powtórnie. Trzeba o niego walczyć, Jane. Czy jesteś 
na to zdecydowana?

- Walczyć? - Jane zrobiła zdziwioną minę. - Nazywasz to walką? Nie, nie 

potrafię zabiegać o względy mężczyzn. Od tego przecież jest małżeństwo.

Rudzielec nie protestował.

background image

- Zgadzam się - powiedział. - Pomyśl jednak, że małżeństwo jest tylko 

kwestią czasu. On cię kocha. Poza tym mam wrażenie, że Burkę jest bardzo 
konserwatywny. No i ma jeszcze córkę, o której musi myśleć.

- Powiedział, że nigdy się już nie ożeni.

- Prezydent mówił, że nie zwiększy podatków.

Jane   spojrzała   koso   na   przyjaciela   i   wybuchnęła   śmiechem,   Był   to 

pierwszy objaw rozbawienia od chwili incydentu z Toddem.

- Dobrze, wcale nie musisz poświęcać dla niego swoich ideałów - ciągnął 

Coltrain ugodowym tonem. - Ale są chyba jakieś sposoby na zainteresowanie 
mężczyzny bez konieczności pójścia z nim od razu do łóżka?

- Pewnie są - rzuciła w przestrzeń.

Spojrzała na Coltraina. Czy to możliwe, żeby był aż tak szlachetny? Nie 

przypuszczała, że będzie chciał jej pomóc. W każdym razie nie w tej sprawie. I 
to   na   chwilę   po   tym,   jak   niemal   się   jej   oświadczył.   Tak,   jest   prawdziwym 
przyjacielem. Wiedziała, że może na niego liczyć.

- Opowiedz mi o tych zdjęciach - poprosił, chcąc zmienić temat. - Nie 

wymęczyli cię za bardzo?

- Skądże. Było bardzo fajnie.

Jane zaczęła opowiadać o tym, co działo się w czasie sesji zdjęciowej. Nie 

trwało to jednak długo, ponieważ już po chwili znaleźli się na terenie rancza. 
Ściemniało się. Na ganku przed domem paliło się światło. Jane podziękowała 
przyjacielowi i sama, o własnych siłach weszła po schodkach na ganek. Tam 
powitał ją Todd.

- Gdzie byłaś? - spytał natarczywym tonem.

- Na kolacji z Rudzielcem. 

Spojrzał na zegarek.

- A potem?

- Potem kochaliśmy  się w samochodzie i siadły nam wszystkie cztery 

opony - wyjaśniła.

background image

Todd   zaniemówił.   Przez   chwilę   stał   jak   rażony   gromem,   a   następnie 

wybuchnął śmiechem.

- Doprawdy!

Jane   dotknęła   dłonią   przodu   jego   białej   koszuli.   Czyżby   włożył   ją 

specjalnie dla niej? Od tej pory chciała być z nim absolutnie szczera.

-   Nie   mogłabym   się   kochać   z   kimś   innym  -   powiedziała   z   prostotą   - 

ponieważ kocham ciebie.

Serce podeszło mu do gardła. Oto stał przed nim jego ideał - wspaniała, 

kochająca dziewczyna. Dotknął jej pszenicznych włosów, a następnie pogładził 
Jane po policzku.

- Ja też cię kocham - powiedział ku własnemu zaskoczeniu. - Od samego 

początku. Nie mogłoby być nam ze sobą tak wspaniale, gdyby nie łączyło nas 
uczucie. To zupełnie jasne.

- Tak - szepnęła.

Todd przytulił ją do siebie. Chciał ją mieć przy sobie. Czuć ją tak jak 

pamiętnej nocy, kiedy ziściły się jego marzenia.

- Czy… czy zmieniłaś zdanie? - spytał, gładząc czule jej plecy.

- Coltrain nie chce mi dać pigułek antykoncepcyjnych, ponieważ mam 

bóle głowy - powiedziała.

Todd zesztywniał. Nie mógł uwierzyć własnym uszom.

- Co?! Rozmawiałaś z tym konowałem na temat pigułek?!

- To raczej on ze mną rozmawiał - wyjaśniła Jane. - Wie, że cię kocham.

Gniew   zaślepił   go   na   chwilę.   Puścił   Jane   i   odstąpił   od   niej   na   krok. 

Wystarczyło   jednak,   że   na   nią   spojrzał,   a   już   w   jego   sercu   pojawiły   się 
cieplejsze uczucia.

- Więc nie możesz przyjmować pigułek? - spytał.

- Tak, z powodu migreny. Dlatego ciągle musielibyśmy się liczyć z tym, 

że mogę zajść w ciążę. 

- Zabezpieczyłem się ostatnio.

background image

-   Tak,   wiem.   -   Jane   skinęła   głową.   -   Jednak   różne   rzeczy   mogą   się 

zdarzyć. To nie jest stuprocentowe zabezpieczenie.

Todd   musiał   jej   przyznać   rację.   Patrzył   na   nią   i   zastanawiał   się,   czy 

chciałby mieć z nią dziecko. Nie, to byłaby katastrofa. Nie potrafiłby opuścić 
matki swego dziecka. Ślicznej malutkiej blondyneczki, której mogliby urządzać 
przyjęcia   urodzinowe,   tak   jak   kiedyś   Cherry,   albo,   jeszcze   lepiej,   chłopca, 
którego   nauczyliby   jeździć   konno,   rzucać   lassem   i   w   ogóle   wielu   różnych 
sztuczek.

Jane milczała.

- Dlaczego nic nie mówisz?

- Powiedziałam już wszystko - odparła. - Nie chciałabym, żebyś myślał, 

że pragnę cię złapać w pułapkę.

Spojrzał w jej smutne oczy, a następnie dotknął policzka. Był mokry.

- Marie  nie  chciała  mieć  ze  mną   dziecka  - powiedział  z  namysłem.   - 

Oboje byliśmy wtedy pijani. Wiedziałem, że bierze pigułki, ale była na tyle 
roztargniona, że często o nich zapominała. Tylko dlatego urodziła się Cherry.

- Todd! Na miłość boską!

- Jesteś zaszokowana? - spytał. - Niektórzy ludzie po prostu nie chcą mieć 

dzieci. Tak jak moja była żona - dodał po chwili.

- Mam nadzieję, że nie powiedzieliście o tym Cherry!

- Prosiłem Marie, żeby tego nie robiła. Zresztą ona na swój sposób kocha 

córkę.

- A ty?

Uśmiechnął się, ale bardziej do siebie niż do niej.

-   Jak   możesz   pytać?   Pamiętam,   kiedy   pierwszy   raz   zobaczyłem   tę 

kruszynę. Aż trudno uwierzyć, że wyrosła już na taką pannicę.

Znowu spojrzeli sobie w oczy. Były jakby rozświetlone wewnętrznym 

blaskiem.   Obojgu   towarzyszyły   podobne   myśli.   Ż   tym   że   jedne   dotyczyły 
dziecka już narodzonego, a drugie - tego, które dopiero mogłoby przyjść na 
świat. W końcu jednak Todd pokręcił głową.

background image

- Przecież na razie w ogóle nie powinnaś mieć dzieci - przypomniał jej. - 

Ze względów zdrowotnych.

-   To   przecież   nie   będzie   trwało   wiecznie   -   stwierdziła.   -   Poza   tym 

byłabym gotowa podjąć ryzyko.

Todd znowu posłał  jej spojrzenie pełne czułości.  Wzruszyło go to, że 

właśnie z nim.

- No, no, nie wywołuj wilka z lasu - powiedział pełnym ciepła głosem.

Jane pokręciła głową.

- Przecież nic się nie stało.

Czy mu się zdawało, czy też wyczuł w jej głosie nutkę rozczarowania? 

Czyżby Jane chciała zajść w ciążę? W jej stanie? Nie, to niemożliwe.

- Odnoszę wrażenie, że trochę tego żałujesz - rzucił, chcąc zbadać jej 

reakcję. Ku jego zaskoczeniu była ona dość gwałtowna.

- To nie twoja sprawa! Przynajmniej nie musisz mieć wyrzutów sumienia. 

Będziesz mógł wrócić do pracy w Victorii, a ja zrobię majątek  na reklamie 
jakichś ciuchów. Oboje będziemy zadowoleni.

- Czy wyjdziesz za Coltraina? - zapytał, spuściwszy smętnie głowę.

- Niestety, nie kocham go - odparła ze smutkiem. - Gdybym go kochała, 

natychmiast bym to zrobiła.

Todd tylko pokiwał głową.

- Wciąż cię pragnę - powiedział. - Będę na ciebie czekał.

- Obawiam się, że nic z tego nie wyjdzie, Todd.

Zostawiła   go   na   ganku   i   weszła   do   środka.   Teraz   chciała   się   tylko 

wykąpać. Ona też go pragnęła, jednak nie darowałaby sobie, gdyby Todd musiał 
się z nią ożenić z powodu dziecka. A że ożeniłby się, tego była zupełnie pewna. 
Znała się na ludziach i wiedziała, że trudno byłoby znaleźć kogoś uczciwszego i 
bardziej opiekuńczego niż Todd Burke.

background image

W następny piątek Todd odwiózł Cherry do matki.  Sam również miał 

zamiar zatrzymać się na jakiś czas w Victorii, żeby załatwić najbardziej pilne 
sprawy   zawodowe.   Poza   tym   chciał   zapomnieć   o   Jane.   Pragnienie,   jakie 
odczuwał, potęgowało się, gdy była tuż obok.

Pomachał   córce   na   pożegnanie,   a   następnie   omal   nie   wjechał   na 

wypielęgnowany   trawnik   przed   białym   domem   w   stylu   wiktoriańskim,   w 
którym Marie mieszkała ze swoim nowym mężem, Williamem.

- Co się stało twojemu ojcu? - spytała Marie córkę.

- Wygląda na wyprowadzonego z równowagi.

- To pewnie z powodu Jane - odparła Cherry. - Przyłapałam ich na tym, 

jak się całowali. Naprawdę tak było - dodała, widząc wyraz niedowierzania w 
oczach matki.

Marie zaprowadziła ją na przestronny taras, wypielęgnowany tak, jak cała 

posiadłość.   Cherry   spojrzała   na   swoje   buty.   No   tak,   znowu   zapomniała   je 
wyczyścić. Jak  zwykle. I mama  będzie się gniewać, też jak zwykle. Czemu 
wszystko  w   tym  domu   musi   być  takie   czyste   i   ładne?   Dlaczego   nie  można 
traktować pewnych rzeczy normalnie?

Jednak Marie się nie gniewała, a to dlatego, że nie zauważyła śladów na 

czystej podłodze. Myślami błądziła gdzie indziej.

- Przecież mówił, że nie chce się żenić - rzuciła w zadumie. - Zarzekał się, 

że nigdy w życiu.

- Nigdy nie mów nigdy - powiedziała Cherry, a następnie uśmiechnęła się, 

zadowolona, że uniknie kazania na temat obowiązku utrzymywania domu  w 
czystości. - Jane uczy mnie jazdy. Jest wspaniała. Chciałabym być taka jak ona.

Marie poczuła kolejne ukłucie zazdrości. Tym razem było jednak o wiele 

boleśniejsze.   O   ile   mogła   się   już   nie   przejmować   byłym   mężem,   gdyż   nie 
zależało jej na zdobyciu jego miłości, o tyle, wraz z upływem lat, miłość Cherry 
stawała się dla niej coraz ważniejsza. Marie znała jeden sposób, żeby ją sobie 
zaskarbić.

- Jutro wybierzemy się na zakupy - powiedziała, klasnąwszy w ręce. - Co 

ty na to?

background image

I   tym   razem   reakcja   córki   zaskoczyła   ją   boleśnie.   Cherry   westchnęła, 

zrobiła znudzoną minę, spojrzała gdzieś nad jej głową i w końcu bąknęła:

- Może być.

Marie załamała ręce.

-   W   twoim   wieku   powinnaś   przede   wszystkim   myśleć   o   strojach   - 

powiedziała. - Chyba lubisz się ładnie ubierać, moja panno?

- Lubię - potwierdziła Cherry. - Przynajmniej w stroje do rodeo.

Matka   wzniosła   oczy   ku   niebu,   natomiast   Cherry,   natchniona 

niespodziewaną myślą, nagle się ożywiła.

- Ale skoro już będziemy na zakupach, to może wstąpimy do księgarni - 

powiedziała.   -   Chciałabym   kupić   parę   książek   medycznych   i   podręcznik   do 
nauki jazdy konnej.

- Książki?! Przecież to strata czasu!

- Ależ mamo! Przecież chcę studiować medycynę!

Marie pogładziła córkę po ramieniu.

- Jesteś jeszcze bardzo młoda, kochanie. Na pewno zmienisz zdanie.

Cherry odsunęła się od niej.

-   Jane   mówi   co   innego.   Uważa,   że   powinnam   rozwijać   swoje 

zainteresowania. Nawet gdybym później zdecydowała się na inne studia, to i tak 
co nieco zostanie mi w głowie.

- Dosyć mam już tej całej Jane! Jak ty do mnie mówisz?! Jestem przecież 

twoją matką! - oburzyła się Marie.

Cherry natychmiast spokorniała. Wbiła wzrok w podłogę i bąknęła:

- Przepraszam, mamo.

Marie objęła córkę ramieniem.

-   Chodź,   kochanie.   Napijemy   się   herbaty.   Miałam   dziś   od   rana   wiele 

zajęć.

background image

Ciekawe, co robiła? zastanawiała się Cherry. Pewnie przymierzała jakąś 

suknię   albo   układała   wieczorne   menu.  Życie   matki   wydawało   jej   się   puste. 
Całkowicie wypełniały je spotkania towarzyskie i zawodowe, w czasie których 
robiło się to samo i wypowiadało te same zdania.

Co innego Jane. Nawet kiedy poruszała się o kulach, zawsze starała się 

jakoś urozmaicić swoje życie. A poza tym te rozmowy! Nawet w czasie zwykłej 
pogawędki przy herbacie można było usłyszeć coś ważnego.

Nagle zrobiło jej się cieplej na sercu. Pomyślała,  że być może  spotka 

ukochaną nauczycielkę w czasie tego weekendu w Victorii. Wiązało się to z 
kontraktem   reklamowym   Jane,   ale   Cherry   nie   pamiętała,   o   co   dokładnie 
chodziło. Nieważne. Najważniejsze, że będzie mogła ją spotkać.

Cherry zaczęła rozmyślać o Jane i po jakimś czasie stwierdziła, że nic 

miałaby nic przeciwko temu, żeby mistrzyni rodeo została jej macochą.

Cherry nawet nie sądziła, że tak szybko ujrzy przyjaciółkę. Co prawda nie 

spotkała jej w Victorii, ale Marie i William zostali w ostatniej chwili zaproszeni 
na ważne przyjęcie, które miało trwać do późna w nocy, i dlatego zdecydowali, 
że Cherry musi wrócić na ranczo.

Marie zadzwoniła nawet do byłego męża, żeby go o tym uprzedzić, ale 

Todd   załatwiał   właśnie   jakieś   sprawy   z   klientami.   Nie   miała   wyboru. 
Wyprowadziła więc srebrnego mercedesa  z garażu i wskazała  córce  miejsce 
obok siebie. Pomyślała, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, i oto 
nadarza   jej   się   okazja,   żeby   przytrzeć   nieco   nosa   uwielbianej   przez   córkę 
kobiecie.

- Czy ta Jane wie, jaki Todd jest bogaty? - spytała zdawkowym tonem.

- Nie, tata nic jej nie powiedział - odparła Cherry. - To jest nasz sekret. 

Wie tylko, że tata pracuje w firmie komputerowej w Victorii.

- Po co ta cała mistyfikacja?

- Tacie było żal Jane - odparła, nie zastanawiając się, dlaczego matka 

wypytuje   ją   o   szczegóły.   -   Miała   kłopoty   ze   zdrowiem,   prawie   nie   mogła 
chodzić, a ranczo było w opłakanym stanie. Dlatego tata przyjął tę pracę. Nie 
chciał jednak, żeby Jane myślała, że się nad nią lituje. To bardzo szlachetnie z 
jego strony, prawda?

background image

- Prawda, prawda - powiedziała z roztargnieniem Marie. - Mówiłaś, że to 

ranczo   teraz   kwitnie.   A   skąd   ta   Jane   wzięła   na   to   pieniądze?   Miała   jakieś 
oszczędności?

Cherry z zapałem pokręciła głową.

-   Tata   mówił,   że   stała   na   krawędzi   bankructwa.   To   on   załatwił   jej 

pożyczkę.

Cherry   paplała   przez   całą   drogę,   a   Marie   skrzętnie   zbierała   wszystkie 

informacje na temat rywalki. Tak, rywalki. 

Nie potrafiła inaczej myśleć o Jane. O ile gotowa była oddać jej Todda 

(mimo iż w głębi ducha wciąż sądziła, że należy do niej), o tyle o córkę miała 
zamiar walczyć jak lwica.

- O, konie! - krzyknęła Cherry. - Popatrz, jakie wspaniałe!

-   W   zasadzie   mogłabyś   spędzić   ze   mną   część   wakacji.   -   Matka 

zignorowała   pełne   entuzjazmu   okrzyki.   -   Wybieramy   się   z   Williamem   do 
Nassau i na Jamajkę, a może nawet na Martynikę.

-   Och,   byłoby   fajnie   -   westchnęła   Cherry.   -   Ale   w   sierpniu   muszę 

przygotowywać się do rodeo. Szkoda byłoby zaprzepaścić tyle pracy. Poza tym 
mam wspaniałego konia. Nazwałam go…

-   Och,   konie,   konie!   -   przerwała   jej   matka.   -   Nic,   tylko   te   brudne 

zwierzęta!

- Konie są bardzo czyste - szepnęła Cherry, czując, że zbiera się jej na 

płacz.

Wjechały na podwórko i zatrzymały się z piskiem opon. Marie otworzyła 

drzwiczki po swojej stronie. Od razu poznała Jane, która rozmawiała z jakimś 
zasuszonym, brodatym staruszkiem. Naburmuszona Cherry wygramoliła się ze 
swego miejsca.

Jane  podeszła  do  nich.  Poruszała  się  wolno,  lecz  sprawnie.   Nie  miała 

żadnego   makijażu,   ale   nie   szkodziło   to   jej   urodzie.   Wręcz   przeciwnie   - 
podkreślało naturalną czerwień warg i wspaniały błękit oczu. Marie od razu 
zrozumiała, dlaczego Todd mógł się w niej zakochać.

- Jane, to moja mama. Mamo, to Jane.

Marie uśmiechnęła się sztucznie.

background image

- Miło mi panią poznać - powiedziała zdawkowo. - Tyle o pani słyszałam.

- Proszę mi mówić po imieniu - powiedziała Jane i uścisnęła jej dłoń. 

Następnie objęła Cherry i ucałowała ją gorąco w oba policzki. - Brakowało mi 
ciebie - szepnęła.

- Ja też tęskniłam - powiedziała dziewczynka.

Marie zamarła. Gniew, który w niej wzbierał, nie mógł znaleźć ujścia.

- Może napije się pani herbaty? - zaproponowała Jane.

- Och, mów mi Marie - zrewanżowała się, z trudem starając się nadać 

głosowi naturalne brzmienie. - Przecież jesteśmy prawie rodziną.

Jane   spłoniła  się,  ale nic  nie  powiedziała.  Zaprosiła  matkę  i  córkę do 

salonu,   a   następnie   poprosiła   Cherry,   żeby   przypomniała   Meg   o   herbacie   i 
ciasteczkach. Dziewczynka wybiegła w podskokach z pokoju.

Marie rozejrzała się dokoła. To, co zobaczyła, wcale jej nie zachwyciło. 

Stare   meble   w   różnych   stylach,   wyblakłe   tapety,   skrzypiąca   podłoga.   Jane 
poprosiła ją, żeby usiadła.

-   Piękne   mieszkanko   -   rzuciła   Marie   w   stronę   gospodyni.   -   Nie 

spodziewałam się czegoś takiego.

- Och, to nic nadzwyczajnego. Przede wszystkim wymaga remontu.

- W ogóle spodziewałam się czegoś innego - ciągnęła Marie, nie zważając 

na jej słowa. - Zwłaszcza kiedy mój mąż, mój były mąż - poprawiła się ze 
słodkim uśmiechem - powiedział mi, że ma zamiar pomóc bezbronnej kalece.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

background image

Początkowo Jane miała wrażenie, że się przesłyszała. Potem jednak, kiedy 

spojrzała w chłodne oczy Marie, zrozumiała, że nie ma kłopotów ze słuchem.

-   Nie   jestem   kaleką   -   powiedziała   dumnie.   -   To   tylko   czasowa 

niedyspozycja.

-   Och,   przepraszam.   Pewnie   źle   zrozumiałam.   To   zresztą   jest   bez 

znaczenia. Miło ze strony Todda, że zechciał się tobą zająć. Rzadko się zdarza, 
żeby multimilioner i właściciel olbrzymiej firmy komputerowej poświęcał czas 
jakiemuś zadłużonemu ranczu.

Jane nie ruszała się i na moment przestała oddychać. Patrzyła tylko na 

rozmówczynię nie widzącym wzrokiem.

- Słu… słucham?

Z   kolei   Marie   wyraziła   zdziwienie,   uniósłszy   w   górę   swoje   cienkie, 

wyskubane brwi.

-   Nie   wiedziałaś?   Naprawdę   nie   wiedziałaś?   -   dopytywała   się   z 

ironicznym   uśmieszkiem.   -   To   zadziwiające.   Jego   zdjęcia   pojawiają   się 
regularnie w pismach poświęconych gospodarce. No, ale pewnie nie czytasz 
tego   rodzaju   rzeczy   -   dodała,   spoglądając   na   leżący   na   stoliku   miesięcznik 
poświęcony hodowli koni.

- Nie, nie czytam - wybąkała Jane.

- Todd musiał się nieźle bawić, udając zwykłego księgowego - ciągnęła 

Marie, sadowiąc się wygodniej na kanapie. - Chociaż, z drugiej strony, dziwię 
się, że przystał na takie warunki. - Wskazała dłonią wnętrze pokoju. - Przywykł 
do luksusowego rollsa i ferrari. No i własnego szofera.

- Szofera? - powtórzyła bezwiednie Jane.

Efekty ataku przeszły najśmielsze oczekiwania Marie. Nie spodziewała 

się, że właścicielka rancza będzie tak zdruzgotana. Sądziła raczej, że wiadomość 
o bogactwie Todda ucieszy ją i jednocześnie skłoni do wyjaśnień.

- Tak, moja droga. Trudno przecież, żeby sam prowadził.

-   Ale   przecież   Todd   zajmuje   się   książkami,   prowadzi   rachunki…   - 

usiłowała argumentować.

background image

Marie skinęła głową.

-   O   tak,   zna   się   na   tym   świetnie   -   stwierdziła.   -   Jest   geniuszem   w 

sprawach dotyczących finansów. Zwłaszcza że nie skończył żadnych studiów.

- Ale dlaczego? Dlaczego nic mi nie powiedział?

- Pewnie bał się, że zakochasz się w jego pieniądzach - odparła Marie. - 

Miał w tym względzie pewne doświadczenia, a ty - coś niebezpiecznie błysnęło 
w oczach Marie - miałaś chyba problemy finansowe.

Siedząca do tej pory sztywno Jane wstała i spojrzała groźnie na gościa.

- Poradziłabym sobie - powiedziała. - I nie potrzebuję niczyjej litości.

- Oczywiście, chociaż dzięki Toddowi wszystko poszło chyba nadzwyczaj 

dobrze - rzuciła Marie.

Jane   pobladła   i   zacisnęła   pięści.   Już   chciała   coś   powiedzieć,   kiedy 

przeszkodziły jej odgłosy kroków za drzwiami, zza których po chwili wyłoniła 
się roześmiana Cherry.

- Jane, Meg powiedziała, że jeśli chcecie… - Spojrzała na obie kobiety i 

słowa zamarły na jej ustach. - C… co się tutaj stało? 

Cherry   skierowała   oskarżycielskie   spojrzenie   na   matkę.   Marie   nie 

wytrzymała tego i wstała, zakładając ręce na piersi, jakby mogło ją to chronić 
przed gniewem córki.

-   Co   jej   powiedziałaś?   -   Cherry   skierowała   te   słowa   bezpośrednio   do 

matki.

Marie wyprężyła pierś.

- Tylko prawdę - odparła. - I tak by się w końcu o wszystkim dowiedziała.

- O tacie?

Marie zdołała tylko skinąć głową. Jej pokłady pewności siebie topniały z 

minuty na minutę. Zwłaszcza że Jane rzeczywiście wyglądała kiepsko. Bladość 
nie chciała ustąpić i widać było, że cierpi.

- Chyba już pójdę - powiedziała Marie drżącym głosem i sięgnęła  po 

torebkę.

background image

-   To   dobry   pomysł,   mamo   -   stwierdziła   chłodno   Cherry.   -   Zanim 

przyjedzie tata.

Marie   zagryzła   wargi.   O   tym   też   nie   pomyślała.   Jeszcze   jedna 

komplikacja.

- Przepraszam, nie chciałam…

- Po prostu wyjdź - przerwała jej córka. - Im szybciej, tym lepiej.

Jane skinęła głową, chcąc dać znak, że w pełni się z tym zgadza.

- Ależ Cherry! Przecież jestem twoją matką! - wykrzyknęła Marie, czując, 

że twarz oblewa jej gorący rumieniec.

- Wiem. I wstyd mi z tego powodu - odparowała Cherry. - Nigdy nie 

czułam się gorzej.

Marie   wciągnęła   głęboko   powietrze.   Policzki   ją   paliły,   a   łzy   same 

nabiegły do oczu.

-   Ja   tylko   chciałam…   -   szepnęła,   czując,   że   nie   ma   co   liczyć   na 

zrozumienie. I słusznie. Cherry odwróciła się do niej plecami, a ta Jane, która 
ukradła jej miłość córki, nie posunęła się co prawda do tego, ale wciąż stała 
blada jak płótno. Marie chwyciła torebkę i wybiegła na podwórze. Gorące łzy 
płynęły po jej policzkach.

Jane  dopiero teraz poczuła, że opuszcza  ją gniew. Za to plecy znowu 

zaczęły ją boleć, chociaż nie robiła przecież niczego, co wymagałoby wysiłku. 
Usiadła więc ciężko na fotelu i spojrzała na tkwiącą przy oknie dziewczynkę.

- Pojechała - rzuciła Cherry.

-   Czy   to   wszystko   prawda?   -   spytała   Jane.   -   Czy   twój   ojciec   jest 

właścicielem firmy i ma drogie samochody? I czy poświęca swój cenny czas na 
ratowanie mojego rancza?

- Tak, to prawda - przyznała z westchnieniem Cherry. - Ale nie wiem, co 

ci mama nagadała. W jakim świetle to przedstawiła. Obawiam się, że sama ją 
sprowokowałam, opowiadając o tobie. Zdaje się, że jest po prostu zazdrosna.

Jane   pokiwała   smętnie   głową.   Dotarło   do   niej   tylko   to,   że   Cherry 

wszystko   potwierdza.   Nie   zastanawiała   się   nawet   nad   tym,   że   dziewczynka 
mówi wyjątkowo dojrzale jak na swój wiek.

background image

- Tak, nawet coś podejrzewałam - powiedziała do siebie. - Wydawało mi 

się dziwne, że zatrudnia się u innych, zamiast założyć własną firmę. Oszukał 
mnie. Nabrał jak dziecko.

Cherry wyciągnęła rękę, jakby chciała dotknąć przyjaciółki, ale po chwili 

zrezygnowała.

- Naprawdę nie chciał cię skrzywdzić, Jane - powiedziała. - Chodziło mu 

tylko o to, żeby ci pomóc. Początkowo nie chciał mówić o firmie, a potem jakoś 
się tak ułożyło. Jednak zapewniam, że mu na tobie zależy.

Zależy!  Powiedział   przecież,   że   ją   kocha!   Ale   nie   oszukuje   się   tych, 

których się kocha. Co więcej, pozwolił, żeby ona się w nim zakochała, wiedząc, 
że nie ma dla nich żadnej przyszłości. Gdyby był zwykłym księgowym, może by 
coś z tego wyszło. Jednak okazało się, że jest multimilionerem! Właścicielem 
firmy! Po co byłaby mu dziewczyna ze wsi, która skończyła tylko szkołę średnią 
i nie wie, jak się zachować w dobrym towarzystwie? Rzeczywistość była aż 
nadto przygnębiająca.

- Powiedz coś - poprosiła Cherry.

Jane nie mogła wydobyć z siebie głosu. Nagle opanowała ją myśl, że 

Todd   wróci   jeszcze   dzisiaj.   Co   mu   powie?   Jak   w   ogóle   będzie   mu   mogła 
spojrzeć w twarz? Wszystkie te myśli sprawiły, że jeszcze bardziej skuliła się na 
kanapie.

Równie nagle znalazła rozwiązanie. Rudzielec! Przecież może zaprosić go 

na kolację i umiejętnie rozegrać to spotkanie.

- Proszę, nie mów ojcu o tym, co się dzisiaj wydarzyło - poprosiła wciąż 

stojącą przy oknie Cherry. - Porozmawiam z nim później.

Twarz dziewczynki rozjaśniła się nieco. Nie był to jeszcze uśmiech, ale 

jego nikła zapowiedź.

- Mama wcale nie jest taka zła - wystąpiła w obronie Marie. - Tylko po 

prostu powierzchowna i zazdrosna. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.

Dopiero teraz Jane zrozumiała, co mogła przeżywać biedna dziewczyna. 

Do tej pory pochłaniały ją wyłącznie własne problemy.

- Ależ nie mam ci czego wybaczać - powiedziała.

Twarz   Cherry   znowu   rozjaśniła   się   i   tym   razem   był   to   już   uśmiech. 

Delikatny i blady, ale uśmiech.

background image

- Więc ciągle jestem twoją przyjaciółką?

- Oczywiście.

- Dzięki Bogu! - Cherry odetchnęła z ulgą. - A już się bałam, że wszystko 

skończone.

Jane   wstała,   podeszła   do   Cherry   i   objęła   ją.   Teraz,   kiedy   już   opadły 

emocje, cierpiała znacznie mniej.

- Co ty opowiadasz?! Wszystko będzie po staremu. Tylko, widzisz… - 

spuściła wzrok - mam wrażenie, że nie pasuję do twojego ojca. Wychowałam się 
na ranczu. Nie mogłabym żyć bez koni i świeżego powietrza.

- Ależ tata też się wychował na ranczu - stwierdziła Cherry. - Jego rodzina 

pochodzi z Wyoming.

Jane poklepała ją po ramieniu.

- Jednak teraz go to już nie interesuje. Ma na głowie inne sprawy. Zresztą 

widzisz   -   Jane   westchnęła   -   ja   i   doktor   Coltrain   znamy   się   od   dziecka. 
Dorastaliśmy tu razem. I wydaje nam się, że do siebie pasujemy. Zaprosiłam go 
zresztą dzisiaj na kolację - skłamała na koniec.

- Nic mi nie mówiłaś!

- Przecież nie wiedziałam, że dzisiaj przyjedziesz - odparowała Jane.

Wypadło   to   na   tyle   przekonująco,   że   Cherry   już   nie   nalegała   na 

wyjaśnienia.   Rzeczywiście   była   tu   niespodziewanym   gościem.   Gdyby   nie 
przyjęcie, w dalszym ciągu znajdowałaby się w Victorii.

-   Jeśli   chcesz,   możesz   zjeść   z   nami   kolację   -   dodała   Jane   i   z   ulgą 

stwierdziła, że Cherry nie ma na to najmniejszej ochoty.

- Pewnie pojedziemy gdzieś z tatą - powiedziała.

Jane nie protestowała.

- Naprawdę ci na nim nie zależy? - spytała Cherry z żałosną miną.

- No cóż, jest bardzo miły - odparła Jane. - A poza tym tak wiele mu 

zawdzięczam.

background image

Ostatnie zdanie sprawiło, że Cherry źle się poczuła. Zdobyła się jednak na 

uśmiech. Potem szybko pożegnała się i poszła do swojego pokoju.

Gdy tylko wyszła, Jane wybuchnęła płaczem. Nie mogła powstrzymać się 

nawet wówczas, kiedy do pokoju weszła Meg z herbatą i ciasteczkami.

- Jesteś sama? - spytała. - A gdzie, do licha, są goście? Już pojechali?

W odpowiedzi Jane jeszcze bardziej zaniosła się płaczem.

- Cherry też była jakaś nieswoja. Widziałam ją, jak biegła do domku - 

powiedziała Meg. - Co się tutaj, u licha, stało?

-   Wszystko   -   odparła   zwięźle   Jane.   -   Ten   drań!   Ten   wąż   z   płową 

czupryną.

Jakkolwiek   wyobrażenie   sobie   węża   z   płową   czupryną   przekraczało 

możliwości Meg, to jednak zaraz domyśliła się, o kim mowa.

- Chodzi ci o Todda? Oszukał cię? A wydawało się, że jest takim dobrym 

księgowym!

-   Wcale   nie   jest   księgowym!   -   zawołała   Jane   i   znowu   wybuchnęła 

płaczem.

Meg   załamała   ręce.   Stanęła   jej   przed   oczami   wizja   całkowitego 

bankructwa rancza, a kto wie, może nawet i długów.

- Co ty powiesz! A tak mu dobrze z oczu patrzyło! Więc oszukał nas?

-  Nie  nas,   tylko  mnie   - odpowiedziała   Jane.  -  Todd  jest  właścicielem 

olbrzymiej firmy komputerowej i multimilionerem.

Meg najpierw stanęła jak wryta, a potem wybuchnęła śmiechem.

- Daj spokój! Nie nabijaj się ze starej kobiety!

Zaskoczona jej reakcją Jane przestała płakać, chociaż na policzkach wciąż 

miała ślady łez.

- Wcale cię nie nabieram - powiedziała z urazą w głosie. - Ma w domu 

rollsa i ferrari.

Meg pokręciła przecząco głową.

background image

- To niemożliwe. Widziałaś, jak jadł moje kluski? Aż mu się uszy trzęsły!

Jane westchnęła poirytowana tą dziwną argumentacją.

- Powiedziała mi o tym matka Cherry. Zresztą Cherry to potwierdziła, 

choć początkowo nie chciała tego zrobić.

Meg była już mniej pewna siebie.

- To po co zatrudniałby się jako księgowy? - rzuciła w jej stronę.

Jane zaczerpnęła głęboko powietrza. Poczuła, że znów zbiera jej się na 

płacz.

- Z litości - odparła. - Z litości dla kaleki. Teraz przestało mnie już dziwić 

to, że dostałam tę pożyczkę z banku.

Gospodyni pogłaskała ją po ramieniu.

-   Nie   przejmuj   się   tym   wszystkim   -   powiedziała.   -   Todd   to   Todd.   Z 

pieniędzmi czy bez.

- Tak, tyle że nie będzie teraz wiedział, czy chodzi mi o niego, czy o jego 

pieniądze - ciągnęła Jane płaczliwym głosem. - Jego żona mówiła, że piszą o 
nim w różnych gazetach poświęconych gospodarce. Nie czytam ich, ale Todd 
może o tym nie wiedzieć.

Meg pokiwała głową. Dopiero teraz pojęła złożoność całej sytuacji.

- Rozumiem - mruknęła.

- To jednak nie potrwa długo - stwierdziła Jane. - Mam zamiar radykalnie 

zmienić całą sytuację.

- Jak?

-   Z  pomocą   Rudzielca   -  odparła   Jane.   -  Todd   od   dawna   jest   o   niego 

zazdrosny. Najwyższy czas, żeby znalazł ku temu powody. Zaproszę go dzisiaj 
na kolację, żebyśmy mogli wszystko uzgodnić.

Gospodyni wpadła w popłoch.

- Tylko nie to! - zaprotestowała. - Coltrain zasługuje na coś więcej.

background image

- Oczywiście - zgodziła się z nią Jane. - Wszystko odbędzie się na niby. 

Tylko po to, żeby spławić Burke'a - dodała.

- Tylko żeby Coltrain nie czuł się w tej roli fatalnie - przestrzegła ją Meg.

- Nie będzie - powiedziała z całą mocą Jane.

W odróżnieniu ode mnie, dodała w duchu.

Tak jak sądziła, Rudzielec zgodził się przyjść na kolację. Miał, co prawda, 

dyżur, więc wziął ze sobą pager, za pomocą którego można go było w razie 
czego przywołać. Jane  miała  mało  czasu, dlatego upiekła kurczaka i zrobiła 
sałatkę warzywną. Więcej czasu poświęciła swojej osobie. Umalowała się nawet 
i elegancko ubrała. Nie chciała, żeby Rudzielec zauważył, co się z nią działo. 
Nic jednak nie potrafiło zamaskować smutku, który widniał w jej oczach.

- Czy to naprawdę takie ważne, że on ma pieniądze? - spytał Coltrain, 

kiedy siedzieli przy kawie.

- Tak. Zwłaszcza jeśli będzie myślał, że mi na nich zależy - odparła.

- A to już jego problem.  Może pozwolisz  mu,  żeby sam sobie  z tym 

poradził?

- Niby dlaczego?

- Bo on cię kocha, idiotko! Powinnaś dać mu jakąś szansę - powiedział 

Rudzielec. - Ten twój plan wcale mi się nie podoba.

-   Nie   mam   lepszego.   Po   co   się   maskował?   Odpłacę   mu   pięknym   za 

nadobne.

Coltrain   patrzył   przez   chwilę   na   jej   rozpłomienioną   twarz.   Nie   chciał 

dopuścić, by zrobiła coś, czego później będzie żałować.

- Pewnie sprawiało mu przyjemność, że pragniesz go dla niego samego - 

stwierdził. - Milionerzy nieczęsto mogą mieć taką pewność.

- On też nie.

- Dlaczego?

- Ponieważ mogłam o nim gdzieś przeczytać albo usłyszeć, a potem grać 

naiwną gęś.

background image

Rudzielec   już   chciał   jej   coś   odpowiedzieć,   lecz   w   tym   momencie 

otworzyły się drzwi i do środka wszedł Todd. Miał na sobie szary dwurzędowy 
garnitur, na nogach szyte na miarę buty. Spojrzał najpierw na nich, a następnie 
na swojego rolexa. Na lewej ręce miał sygnet z diamentem zdolnym oślepić 
konia. Dopiero teraz wyglądał na tego, kim był naprawdę - na przemysłowego 
potentata.

- Właśnie miałem zebranie, kiedy pani Emory poinformowała mnie o tym, 

co się stało - wyjaśnił, wskazując strój. - Znam już wersję Marie i chciałbym 
usłyszeć twoją - zwrócił się do Jane.

Coltrain chrząknął, żeby przypomnieć o swoim istnieniu. Todd spojrzał na 

niego swoimi stalowoszarymi oczami.

- Widzę, że jecie kolację - mruknął. - I domyślam się z jakiej okazji.

Rudzielec   aż   otworzył   usta.   Ten   Burke   był   znacznie   sprytniejszy,   niż 

przypuszczał.

-   Może   byśmy   więc   tak   po   prostu   powiedzieli   sobie   prawdę   - 

zaproponował. - Bez żadnych planów, rozgrywek czy udawania. - Posłał Jane 
znaczące spojrzenie. - Co wy na to? Zacznijmy od tego, czy dobrze się pan 
bawił kosztem Jane? - zwrócił się do Todda.

-   Bawił?   To   chyba   nie   jest   właściwe   słowo.   Pracowałem   jak   wół, 

zaniedbując bardzo ważne sprawy firmy.

- Ale dlaczego? - nie wytrzymała Jane.

- Bo było mi cię żal. Mogłaś przecież wszystko stracić mimo  uporu i 

wielkiego hartu ducha.

- Mogłeś powiedzieć prawdę!

- Po co? Byłoby ci lżej? - spytał Todd. - Chciałem ci po prostu pomóc 

stanąć na nogi.

- Ale teraz już poradzę sobie sama. Nie potrzebuję niczyjej pomocy!

- Oczywiście - zgodził się. - Wszystko już jest dopracowane. I tak byś 

sobie poradziła, gdybyś znalazła przyzwoitego księgowego.

Przez chwilę siedzieli w milczeniu. Jane patrzyła na Todda, a on na nią 

lub na Rudzielca. Czas płynął wolno. Żadne z nich nie wiedziało, co począć.

background image

- Tak, hm, no cóż… - zaczął Coltrain, który najwyraźniej przyjął rolę 

mediatora.

Jednak Jane nie pozwoliła mu skończyć.

- Co masz  zamiar  teraz robić?  - spytała Todda, chcąc zakończyć całą 

sprawę.

- Będę musiał zająć się swoją firmą - odpowiedział, nie patrząc jej w 

oczy. - Poza tym Cherry musi wrócić do szkoły. Moja córka naprawdę wiele ci 
zawdzięcza. Ma teraz nawet szansę na rodeo.

Jane pokiwała głową.

- Tak, Cherry zawsze będzie moją przyjaciółką. 

- Cherry, a ja nie?

-   Jestem   ci   głęboko   wdzięczna   za   wszystko,   co   dla   mnie   zrobiłeś   - 

powiedziała drętwym głosem.

Todd chwycił ją za rękę.

- Ależ Jane!

-   Czy   mam   wyjść?   -   spytał   Rudzielec,   który   najwyraźniej   czuł   się 

niezręcznie w tej sytuacji.

- Ani mi się waż! - krzyknęła Jane, wyrywając dłoń z niedźwiedziego 

uścisku Todda.

- Boisz się mnie - powiedział oskarżycielskim tonem Todd.

- Nie mam już nic więcej do powiedzenia - stwierdziła. - Poza "żegnaj".

Todd zwiesił smętnie głowę.

- Cherry będzie przykro.

Usta Jane skrzywiły się w podkówkę. Po chwili jednak opanowała żal.

- Tak, wiem - powiedziała. - Mnie też jest przykro.

Todd wstał i wyciągnął ku niej rękę. Skinął też głową Coltrainowi.

background image

- Jestem głęboko wdzięczna za wszystko.

- Za wszystko? - powtórzył głębokim, pełnym podtekstów tonem.

Jane  zaczerwieniła się i chyba właśnie o to mu  chodziło. Raz  jeszcze 

skinął im głową i wyszedł. Rudzielec patrzył na nią z niedowierzaniem.

- Ty idiotko! Czy duma jest dla ciebie ważniejsza niż uczucie? Do końca 

życia będziesz żałowała tego, że nie pozwoliłaś mu wszystkiego powiedzieć.

-   Wiem,   co   ma   do   powiedzenia   -   żachnęła   się   Jane.   -   To   nadęty, 

samolubny głupek.

- Wydawało mi się, że mu na tobie zależy.

Jane ukryła twarz w dłoniach, żeby nie widział jej miny. Coś jej mówiło, 

że nie wygląda teraz najlepiej. Przez chwilę walczyła z chęcią rozpłakania się na 
dobre, a w końcu bąknęła:

- W dodatku głupek z pieniędzmi.

- Pieniądze to nie wszystko - rzucił Coltrain, który nie bardzo wiedział, co 

zrobić z rękami. Najchętniej objąłby przyjaciółkę, żeby ją jakoś pocieszyć.

- Tak. Dla kogoś, kto je ma.

- Posłuchaj, on też jest dumny - Coltrain wrócił do właściwego tematu 

rozmowy. - Jeśli pozwolisz mu teraz odejść, to już do ciebie nie wróci.

- Wcale tego nie chcę.

- Chcesz!

- Nie chcę!

Mogli   się   tak   spierać   przez   najbliższą   godzinę.   Rudzielec   westchnął   i 

podniósł się z miejsca. Niestety, nic nie udało mu się wskórać. Jane potrafiła być 
uparta jak osioł.

- Pójdę już - rzucił.

Skinęła głową.

- Dzięki, że przyszedłeś. Nie poradziłabym sobie bez ciebie.

background image

- I tak sobie nie poradziłaś - powiedział, czyniąc ostatni wysiłek, by jakoś 

do niej przemówić. - Kłóciłaś się z nim tylko, zamiast po prostu porozmawiać. 
A teraz zostaniesz sama.

Wzruszyła ramionami.

- To nic nowego.

- Twój ojciec chciałby, żebyś była szczęśliwa.

- Ale nie za wszelką cenę. Todd nie jest facetem, który mógłby się ożenić 

z   dziewczyną   ze   wsi.   Nie   wiedziałabym   nawet,   jak   się   zachować   w 
towarzystwie. 

Z kolei Rudzielec wzruszył ramionami.

- Wszystkiego można się nauczyć - stwierdził i spojrzał na zegarek. - 

Ojej, jestem spóźniony. No, trzymaj się. Pędzę na obchód.

Pożegnała go, a następnie wyszła na ganek, żeby zobaczyć, jak odjeżdża. 

Po chwili zauważyła, że Todd i Cherry skończyli już pakowanie i zabrali się do 
przenoszenia bagaży do samochodu. Rzeczywiście był to rolls. Jane ukryła się w 
bawialni i wyjrzała zza zasłonki. Pojechali. Dom wydawał się teraz znacznie 
bardziej pusty niż kiedykolwiek.

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Życie bez Todda i Cherry stało się nudne i męczące, ale ranczo kwitło. 

Jane   świetnie   sobie   radziła   ze   sprawami   organizacyjnymi.   Odkryła   w   sobie 
talenty, o których istnieniu nawet nie wiedziała. Zwykle to ojciec zajmował się 
całym ranczem. Teraz prowadziła rozmowy z hodowcami, podpisywała umowy, 
zamieszczała ogłoszenia w pismach poświęconych hodowli koni i jeździła na 
aukcje. Nawet Tim był zdziwiony, skąd bierze tyle energii.

background image

Reklama ubrań również szła znakomicie. Firma zdecydowała się w końcu 

na   krótki   film   dla   telewizji.   Po   pierwszych   projekcjach   sprzedaż   wzrosła 
dwukrotnie. Okazało się też, że pomogło to jej w interesach. Mogła teraz liczyć 
na   współpracę   najlepszych   hodowców.   Stała   się   popularna,   żeby   nie 
powiedzieć: sławna. Uruchomiony przez Todda mechanizm sam się napędzał i 
pozwalał liczyć na sukcesy w przyszłości.

Jednak Jane, mimo licznych spotkań i zajęć, prowadziła samotne życie. 

Nie   mogła   też   jeździć   konno.   Pierwsza   poważna   próba   zakończyła   się 
kompletnym   fiaskiem.   Musiała   później   przeleżeć   tydzień   w   łóżku,   kurując 
zbolały kręgosłup. Ale to właśnie wtedy zapisała się na korespondencyjny kurs 
księgowości,   dzięki   któremu   udało   jej   się   nauczyć   prowadzenia   ksiąg 
rachunkowych. Sprawę ułatwiło to, że Todd pozostawił wszystko w idealnym 
porządku. 

Czasami myślała o nim. Zastanawiała się, czy jest zadowolony z tego, że 

wrócił do swojej firmy.

Todd być może był zadowolony, ale większość jego pracowników nie. Od 

swojego powrotu stał się uszczypliwy i nieprzyjemny. Nic mu sienie podobało. 
Wszyscy pracowali zbyt wolno. W dziale projektów nie wymyślono niczego 
sensownego, a w każdym razie niczego, co by mu się podobało. Programiści nie 
troszczyli się o sprzęt, a zwłaszcza dyskietki, które kładziono często tuż obok 
kawy. Na argumenty, że przecież zawsze tak było, Todd zaciskał tylko gniewnie 
usta. Nawet jego nieoceniona sekretarka, pani Emory, podpadła mu, kiedy nie 
potrafiła znaleźć jakiegoś dokumentu w ciągu piętnastu sekund. Jednym słowem 
- wszystko było źle.

Wcale nie lepiej przedstawiała się sytuacja w domu. Cherry, która po raz 

pierwszy miała pójść do normalnej szkoły bez internatu, nie wiedziała już, czy 
powinna się z tego cieszyć. Ojcu nie podobały się jej stroje, muzyka, której 
słuchała, a także oglądane przez nią filmy. Doszło do tego, że Todd po emisji 
jakiegoś   filmu   zadzwonił   do   lokalnej   stacji   telewizyjnej   i   ostro   nawymyślał 
któremuś z redaktorów. Gdyby mu chociaż ulżyło!

Cherry  znosiła  to wszystko  spokojne.  Jednak  kiedy  ojciec  zabronił  jej 

kupowania magazynu poświęconego koniom, tylko dlatego, że ukazał się w nim 
artykuł o Jane, nie wytrzymała i powiedziała, co o tym sądzi.

background image

- Wiesz, tato, zrobiłeś się ostatnio potwornie zgryźliwy - stwierdziła. - 

Ludzie boją się do ciebie podchodzić.

Spojrzał na nią znad stron Wall Street Journal. Wyglądał na zaskoczonego 

tą wiadomością.

- Naprawdę? Boją się mnie? Chyba trochę przesadzasz. Wcale nie jestem 

zgryźliwy.

Cherry odchrząknęła.

-   To   bardzo   łagodne   określenie   -   powiedziała.   -   Pani   Emory   użyła 

znacznie   dosadniejszego,   kiedy   po   raz   czwarty   kazałeś   jej   przepisać   list   z 
powodu zbyt małego marginesu. Czy rzeczywiście musiałeś go mierzyć linijką? 
A znowu Chris powiedział, że zniszczyłeś jego nowy program. Dobrze, że miał 
go na twardym dysku.

Todd wzruszył ramionami, a następnie odłożył gazetę, której i tak już nie 

czytał.

- To nie moja wina, że wszyscy oduczyli się pracować. Mogę przecież 

oczekiwać odrobiny zaangażowania od moich pracowników! A jeśli idzie o to 
pismo, to… - Todd poczuł, że się zapędził.

-   Właśnie!   Widziałeś   zdjęcie   Jane?   Była   na   rozkładówce!   Wyglądała 

naprawdę świetnie!

- Nie zauważyłem.

- Naprawdę? Wydawało mi się, że widziałam to pismo na twoim biurku. 

A było tam naprawdę duże jej zdjęcie.

Todd sięgnął po "Wall Street Journal" i otworzył go ostentacyjnie.

-   Czy   nie   zadano   ci   jakiejś   pracy   domowej?   Jak   oni   was   uczą   w   tej 

szkole?

- Tato, przecież szkoła się jeszcze nie zaczęła! 

Brwi Todda powędrowały w górę.

- Naprawdę?

- Mógłbyś do niej zadzwonić, wiesz - rzuciła jakby od niechcenia Cherry.

background image

- Do szkoły? Po co?

- Miałam na myśli Jane.

Todd   skrzywił   się,   jakby   mu   zaproponowała   wspólny   mord   albo   coś 

równie odpychającego.

- Do niej?! Po co?! Przecież dała mi kosza!

- Czyżbyś myślał o tym, żeby się z nią ożenić? - spytała drżącym głosem. 

- Jane byłaby znakomitą matką.

Todd pokręcił głową.

- Teraz i tak za mnie nie wyjdzie. Wyraźnie mi to powiedziała. A poza 

tym ty masz już matkę - dodał po chwili namysłu.

Córka wzniosła oczy do góry.

- Nie wiem, czy zauważyłeś, że ostatnio nie rozmawiamy ze sobą. To z 

powodu Jane.

Todd   ponownie   odłożył   gazetę   i   podszedł   do   córki.   Jego   ciężka   dłoń 

spoczęła na jej ramieniu.

- Ja też zrobiłem jej awanturę - powiedział.

Cherry spojrzała błagalnie w jego oczy.

- Zadzwoń do Jane, tato. Przecież ona szaleje za tobą, a ty… za nią.

-   Nic   z   tego   -   uciął   krótko   Todd.   -   Jane   wyjdzie   pewnie   za   tego 

płomiennowłosego doktora i będą mieli mnóstwo małych rudzielców.

Cherry pokręciła głową.

- Tak kiepsko  ją znasz?  No nic, widzę, że wolisz męczyć siebie oraz 

innych   i   doprowadzić   swoich   pracowników   do   choroby   nerwowej   lub 
alkoholowej.

- Nikt z moich ludzi nie pije - warknął.

- Chris się upił. Po raz pierwszy w życiu. Po tym, jak potraktowałeś jego 

nowy program - poinformowała go. - Mówi, że wyjedzie do Kalifornii, żeby 

background image

stworzyć program wirtualny dla źle traktowanych pracowników. Będą oni mogli 
dręczyć swoich szefów, a nawet ich zabijać.

- Uuu! Złośliwy chłopak! - mruknął Todd. - Będę mu chyba musiał dać 

podwyżkę, bo inaczej rzeczywiście to zrobi.

Cherry   uśmiechnęła   się,   zachęcona   powrotem   ojcowskiego   dobrego 

humoru.

- A co z Jane? - spytała odważnie. 

Todd znowu stał się ponury.

- Nawet mi o niej nie wspominaj!

- Tak, ona też uważała, że nie jest dla ciebie dość dobra.

- Co takiego? - Todd spojrzał z ukosa na córkę.

-   Kiedy   mama   powiedziała   jej   o   firmie   i   rollsie,   zrobiła   się   biała   jak 

papier. Mama przekonała ją, że nie nadaje się na żonę milionera.

- Jak śmiała! - wrzasnął Todd. - Jane nadaje się do tego bardziej niż ona 

sama!

-   Nikt   jej   tego   nie   powiedział   -   ciągnęła   z   niewinną   minką   Cherry.   - 

Pewnie ciągle uważa, że jest gorsza.

- Niby dlaczego? - mruknął Todd.

- No cóż, skończyła tylko średnią szkołę.

- Tak jak ja.

-   Poza   tym   nie   wiedziałaby,   jak   się   zachować   na   przyjęciu.   -   Cherry 

zagięła drugi palec.

- Wiesz, jak nie znoszę przyjęć i tych wszystkich wypindrzonych paniuś z 

ich widelczykami, łyżeczkami i nie wiadomo czym.

- Jane ma poważne podejście do życia. Chce je ułożyć raz na zawsze.

- A ja? Myślisz, że ja nie mam? Bardzo poważnie potraktowałem swój 

związek z twoją matką. No ale cóż, Jane jest inna - naszła go nagła refleksja.

background image

- Właśnie. I po namyśle muszę stwierdzić, że może jednak zdecyduje się 

na związek z doktorem Coltrainem - oświadczyła z niewinną minką Cherry.

- Przecież go nie kocha! - odparował Todd.

- Miłość to nie wszystko. Jane musi myśleć o przyszłości. Doktor Coltrain 

to poważny partner. A poza tym szaleje za nią.

- Cherry!

-   Ależ   tato,   przecież   wcale   nie   zamierzasz   się   z   nią   żenić.   Więc   nie 

powinno cię to martwić.

- I nie martwi! - warknął Todd. - Jak cholera! 

Cherry spojrzała na niego uważnie.

- A może jednak?

Wahał się przez chwilę. Przez chwilę miał zamiar skarcić córkę, ale w 

końcu z ciężkim westchnieniem zagłębił się w fotelu.

- No dobrze, a jeśli nawet? Nie sądzę, żeby Jane chciała ze mną teraz 

rozmawiać.

Dziewczynka zaczęła się zastanawiać. Niestety, ojciec miał rację. Jane nie 

będzie odbierać telefonów od Todda, a kiedy ten przyjedzie na ranczo. zwieje 
gdzie pieprz rośnie. Cherry poznała dobrze reakcje przyjaciółki.

- Wiem! Rodeo! - wykrzyknęła olśniona nagłą myślą. - Jane na pewno 

przyjedzie, żeby mnie zobaczyć.

Todd zasępił się i potarł zmarszczone czoło. Córka z pewnością miała 

rację.

- Na pewno się przebierze - powiedział głosem pełnym zwątpienia. - A 

poza tym usiądzie gdzieś w tylnych rzędach. Nie wypatrzymy jej.

- Mógłbyś poprosić Chrisa, żeby ją odszukał - rzuciła Cherry. - Na pewno 

to zrobi.

- Coś ty! - żachnął się Todd. - Już raczej będzie mnie przypiekał ogniem 

w przestrzeni wirtualnej.

- Ależ tato, po podwyżce?

background image

Oboje roześmieli się głośno. Todd śmiał się trochę z siebie. Nie od dziś 

dawał się córce wodzić za nos. Cherry natomiast śmiała się z radości. Z ulgą 
stwierdziła, że ojciec bez zbędnych sporów przystał na jej plan.

-   Dobrze,   porozmawiam   z   nią   -   powiedział   w   końcu   Todd.   -   Ale   co 

potem?

- A potem będziemy żyć długo i szczęśliwie.

- Ciekawe, którzy długo, a którzy szczęśliwie - mruknął pod nosem Todd. 

Zrobił to jednak bez przekonania. Pomysł Cherry wydawał mu się coraz bardziej 
kuszący.

Tego   dnia,   kiedy   Cherry   miała   wystąpić   na   rodeo   w   Victorii,   Meg 

przygotowała lekki lunch. Mimo to Jane prawie go nie tknęła. Siedziała przy 
stole, dłubiąc widelcem w ryżu.

- To co? Pojedziesz w końcu na występ swojej uczennicy? - spytał Tim 

gderliwym tonem, który miał zamaskować troskę.

Jane pokręciła głową.

- Nie. Bo on tam będzie.

- Oczywiście, przecież jest jej ojcem.

Jane   odsunęła   od   siebie   kawałek   marchewki   unurzany   poprzednio   w 

sosie.

-   Chciałabym   ją   zobaczyć,   ale   nie   mogę   ryzykować   spotkania   - 

powiedziała.

- Mogłabyś włożyć szal na głowę i okulary słoneczne - podpowiedziała jej 

Meg. - Na pewno cię nie pozna. Aha, i sukienkę. Przecież nigdy nie nosisz 
sukienek.

Jane zastanawiała się nad tym przez chwilę. Tak, mogłaby się przebrać. I 

usiąść w tylnym rzędzie. Todd na pewno będzie chciał obejrzeć Cherry z bliska.

- Może rzeczywiście pojadę - stwierdziła po pełnej napięcia chwili. - Tam 

będzie cały tłum. Zresztą nie sądzę, żeby w ogóle chciał mnie spotkać.

- Jasne, że by chciał! - krzyknął Tim, ale w tym samym momencie żonę 

kopnęła go pod stołem w kostkę.

background image

- Au! - jęknął. - To jest, chciałem powiedzieć, na pewno by nie chciał. W 

ogóle nawet by na ciebie nie spojrzał. No bo po co?

Usta   Jane   wykrzywiły   się   w   podkówkę,   a   noga   Meg   jeszcze   raz 

wylądowała na obolałej kostce męża. Tim jęknął, a potem zamilkł na dobre.

- Dobrze, pojadę - zawyrokowała w końcu Jane.

Włożyła   prostą   biało-zieloną   sukienkę,   sandały,   a   następnie   związała 

włosy i ukryła je pod szeroką przepaską zrobioną nie z szalika, lecz z chustki. 
Potem przymierzyła ciemne okulary.

- I jak? - spytała.

Meg   skinęła   z   aprobatą   głową.   Jednocześnie   starała   się   zapamiętać 

wszystkie szczegóły stroju, żeby móc przekazać je Cherry przez telefon.

- Znakomicie. Na pewno nikt cię nie rozpozna.

Jane uśmiechnęła się już nieco pewniej.

- Też tak pomyślałam, jak zobaczyłam siebie w lustrze - powiedziała. - 

Wyglądam zupełnie inaczej. Nawet czuję się jakoś dziwnie.

Jane   była   skłonna   przypisywać   zmianę   w   swoim   nastroju   nowemu 

ubraniu. Nawet jej do głowy nie przyszło, że może to być spowodowane czymś 
innym. Na przykład perspektywą spotkania z Toddem.

Wyjeżdżając   do   Victorii,   zastanawiała   się   nad   skomplikowanymi 

kolejami   losu.   Wiedziała,   że   musi   unikać   Todda,   a   jednocześnie   Cherry 
pozostała   jej   przyjaciółką.   Pisywały   nawet   do   siebie,   z   tym   że   żadna   nie 
wspominała ani słowem o Toddzie.

Kiedy przyjechali na rodeo, skończyły się właśnie wstępne uroczystości. 

Z trudem udało im się znaleźć miejsce na parkingu, a następnie przeszli w stronę 
stadionu. Tim kupił bilety. Jane usadowiła się w jednej z ostatnich ławek w 
obawie, że towarzystwo Meg i Tima może ją zdradzić. Od razu też zauważyła 
młodego człowieka, który intensywnie się w nią wpatrywał. Niech lepiej uważa. 
Jeśli będzie się do niej przystawiał, spadnie z bardzo wysoka.

Próbowała   skoncentrować   się   na   zawodach,   ale   jakoś   jej   się   to   nie 

udawało. Przez cały czas wypatrywała Todda gdzieś w pierwszych rzędach. W 
duchu mówiła sobie, że to ze względów bezpieczeństwa.

background image

Na   początku   występowali   mężczyźni,   próbujący   sił   w   ujeżdżaniu   i 

rzucaniu   lassem.   Potem   kobiety.   Potem   znów   mężczyźni.   Jane   nawet   nie 
widziała tego, co działo się na placyku. Wręczono pierwsze nagrody i ogłoszono 
występy juniorek. Cherry miała jechać jako czwarta. Jane przestała rozglądać się 
dokoła   i   zaczęła   śledzić   przejazdy.   Pierwsza   dziewczyna   była   dobra,   ale 
zdenerwowana. Nic dziwnego, przecież to żadna przyjemność otwierać zawody. 
Druga pojechała słabo, ale za to trzecia wypadła rewelacyjnie. W końcu padło 
nazwisko   Burke.   Jane   zacisnęła   dłonie.   Krew   zaczęła   jej   żywiej   krążyć   w 
żyłach.   Cała   oblała   się   rumieńcem.   Wystarczył   tylko   rzut   oka   na   prosto 
trzymającą się w siodle zawodniczkę, żeby można było stwierdzić, iż Cherry 
jest dzisiaj nie do pobicia. Jane aż gwizdnęła. Jej skołatane nerwy uspokoiły się 
i już spokojnie obejrzała cały występ. Nawet gdyby Cherry nie wygrała, to i tak 
odniosła wielki sukces.

Jednak   sędziowie   też   mieli   oczy.   Ogłoszono   wyniki.   Cherry   była 

najlepsza. Jane zapiekły powieki. Czuła się tak, jakby była matką dziewczyny. 
Jakiś mężczyzna podszedł do Cherry i wziął ją w ramiona. Todd!!! Kiedyś Jane 
też była w jego ramionach. I ją też przytulał tak czule i serdecznie.

Uznała, że już czas wracać do domu. Wstała i zaczęła się przeciskać do 

miejsc zajmowanych przez Tima i Meg. Nie było ich tam jednak.  Być może 
poszli pogratulować Cherry
, pomyślała Jane. Wiedziała, że ona się na to nie 
zdecyduje. Na pewno nie przy Toddzie.

Westchnęła ciężko i powlokła się noga za nogą do wyjścia. Postanowiła, 

że   zaczeka   na   swoich   opiekunów   w   samochodzie.   Dopiero   na   parkingu 
przypomniała sobie, że nie ma kluczyków i będzie musiała sterczeć na zewnątrz. 
Zresztą, prawdę mówiąc, miała problemy z odnalezieniem własnego auta. Nie 
zdarzyło jej się to nigdy wcześniej. Zawsze miała dobrą pamięć do miejsc i 
przedmiotów. Kiedy tak stała wśród samochodów, ktoś podszedł i chwycił ją za 
rękę.

Znała tę dłoń. Znała tego człowieka.

Todd bez słowa zaprowadził ją do czarnego ferrari. Tutaj się zatrzymali.

- Zdejmij te cholerne ciemne okulary - powiedział. - Przecież słońce już 

zaszło.

Jane dosłownie zamurowało. Przez dłuższą chwilę nie mogła wydobyć z 

siebie głosu.

- S… skąd wiedziałeś?

background image

- Można cię było poznać choćby po tych okularach - powiedział. - Jesteś 

jedyną osobą, która nosi je o zmierzchu. Ale tak naprawdę, to Cherry uknuła 
spisek z Timem i Meg.

- Gdzie oni teraz są? - spytała poirytowana.

Todd otworzył drzwiczki i wskazał jej miejsce obok kierowcy.

- W domu. Czekają na nas. - Spojrzał jej prosto w oczy. - Mogą sobie 

czekać. Straciliśmy dużo czasu, Jane, bardzo dużo czasu.

Patrzyła   na   niego,   niczego   nie   rozumiejąc.   Wszystko   działo   się   zbyt 

szybko.

-   Zaraz,   chwileczkę   -   powiedziała,   wciąż   wahając   się,   czy   wsiąść   do 

samochodu.

Todd pochylił się i ją pocałował. Jane dotknęła warg.

- To… to nie może się udać - szepnęła do siebie.

Jakimś cudem usłyszał jej głos.

-   To   na   pewno   się   uda,   Jane.   Pobierzemy   się   i   będziemy   mieli   całą 

gromadę dzieci. Tak, żebyśmy mogli prowadzić rodzinne ranczo.

- Ależ ja nie jestem wykształcona - wyrwało jej się.

- Ja też.

- Ani obyta towarzysko.

- Podobnie jak ja - powiedział i popchnął ją lekko w stronę otwartych 

drzwiczek.

- Poza tym nie znoszę przyjęć.

- Żebyś wiedziała, jak ja ich nienawidzę!

Zamknął drzwiczki i przeszedł na drugą stronę samochodu. Dzięki temu 

zyskała   trochę   czasu.   Niewiele   jednak   jej   to   dało.   W   dalszym   ciągu   nie 
wiedziała, co robić.

- Tęskniłem za tobą. A ty? - zapytał, sadowiąc się tuż obok.

background image

Jane w końcu skapitulowała.

- Bardzo - przyznała. - Nigdy w życiu nie czułam się tak samotna.

-   Zobaczysz,   jak   będzie   nam   dobrze!   Z   wyjątkiem   tych   chwil,   kiedy 

będziemy się kłócić. Zdaje się, że oboje jesteśmy uparci jak osły - naszła go 
nagła refleksja. - A Cherry będzie najszczęśliwszą dziewczyną w Jacobsville - 
dodał po chwili.

- W Jacobsville? Będziemy mieszkać w Jacobsville? - dopytywała się.

- Jasne. Przecież nie skończyłem jeszcze pracy na ranczu.

- Od razu wiedziałam, że chodzi ci o moje ranczo! - wykrzyknęła. - Ty 

materialisto!

Todd uruchomił silnik. Nie ryczał on tak, jak w innych samochodach, ale 

jednocześnie   czuło   się   w   nim   olbrzymią   moc.   Te   dźwięki   przypominały 
pomruki tygrysa. Ruszyli bez pisku opon, ale za to szybko. Jane pomyślała, że 
oto ziściły się jej marzenia i sama była zaskoczona tym, że wszystko poszło tak 
gładko.

-   Tak   przy   okazji,   powiedz,   jak   tam   twoje   ranczo.   Pewnie   wszystko 

podupada?

Jane roześmiała się, szczęśliwa, że może pochwalić się sukcesem.

- Wręcz przeciwnie - odparła. - Skończyłam kurs dla księgowych i nieźle 

sobie radzę.

Todd   spojrzał   na   nią   z   ukosa,   żeby   sprawdzić,   czy   nie   żartuje.   Była 

poważna.

- No i co? Wcale nie było to takie trudne, prawda?

- O Boże! Todd! Dokąd jedziemy?!

Skręcili   właśnie   z   głównej   drogi   na   jakiś   leśny   trakt.   Samochód 

podskakiwał   na   wybojach.   Todd   zredukował   prędkość   i   spojrzał   na   nią   z 
czułością.

- Do domu - odparł. - Ale pomyślałem, że zrobimy sobie mały przystanek.

W drodze powrotnej zrobili jeszcze kilka takich "małych przystanków".

background image

Pobrali się parę dni później. Tim i Meg byli świadkami, a podniecona 

Cherry druhną. Była to cicha ceremonia. Nie zaprosili na nią nikogo. Być może 
dlatego nie mówiono o niej w Jacobsville. Toddowi nie zależało na rozgłosie. 
Miał go już dosyć. A Jane, którą po telewizyjnych reklamach również proszono 
o autografy, podzielała jego pogląd.

Po   ślubie   i   weselnej   kolacji   wyjechali   na   krótki   miesiąc   miodowy   na 

Jamajkę. Nareszcie mogli być sami. Mieli do dyspozycji wspaniały, luksusowy 
apartament w Montego Bay z nie mniej wspaniałym i luksusowym łóżkiem. 
Todd chciał z niego skorzystać, gdy tylko się tam zainstalowali.

-   Czy   nie   powinniśmy   raczej   pójść   i   obejrzeć   ocean?   -   spytała   Jane, 

oddychając ciężko, gdyż Todd zaczął ją całować w szyję. - Płacimy przecież tak 
dużo. A to, co teraz robimy, moglibyśmy robić wszędzie.

- No, niezupełnie - zaprotestował nowo poślubiony mąż,  dotykając jej 

piersi.

Poczuła, że brakuje jej tchu.

- Och, Todd - jęknęła.

- To co? Idziemy? - spytał, odsuwając się trochę od niej. Chwyciła go 

mocno i zaczęła całować. Po chwili byli już zupełnie nadzy. Mimo klimatyzacji 
w pokoju było ciepło, więc pościel nie była im potrzebna. Skorzystali natomiast 
z wielkiego, podwójnego łoża.

- Chyba nie musimy - szepnęła mu wprost do ucha.

Leżeli przytuleni, całując się bez przerwy. Byli tak spragnieni siebie, że 

nie zważali na nic. Zapomnieli nawet sprawdzić, czy zamknęli drzwi. Dopiero 
po jakimś czasie dotarło do Todda, że musi uważać.

- Nie boli? - spytał, czując pod sobą drobne ciało Jane.

Pokręciła głową. Jej jasne włosy przypominały złotą burzę na błękitnej 

poduszce.

- Nie. Czuję się coraz lepiej. Chodź do mnie. - Wyciągnęła ręce. 

Toddowi nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Przywarł do niej i już 

po chwili tulił ja, pieszcząc plecy i pośladki.

- Och, Todd! Tak ciebie pragnę!

background image

Dotknął   jej   ud,   a   ona   otworzyła   się   jak   róża.   Kochali   się   długo   i 

namiętnie, w zgodnym rytmie ciał. Nawet nie przypuszczali, że może im być tak 
dobrze.   Kochali   się   bez   wyrzutów   sumienia,   bez   strachu,   bez   wzajemnych 
pretensji,  wiedząc,  że mają  przed sobą  wspaniałą  przyszłość.  W końcu legli 
obok siebie na pościeli. Jane poczuła, że łzy spływają jej po policzkach.

- Mój Boże! Myślałam, że umrę.

- Ze strachu?

- Nie. Ze szczęścia - odpowiedziała, marszcząc brwi. - A ty się śmiałeś.

- Również ze szczęścia.

- Wobec tego może spróbujemy jeszcze raz - zaproponowała, spuszczając 

wzrok.

Todd przytulił ją znowu i zaczął pieścić. Jego ręce błądziły po jej ciele. 

Jednak   po   chwili   pomyślało   nieszczęsnej   chorobie   swojej   nowo   poślubionej 
żony.

- A jak twoje plecy? - spytał, odsuwając się nieco od niej. - Nie bolą?

- Wręcz przeciwnie. Mam wrażenie, że działa to na mnie terapeutycznie.

Todd natychmiast znalazł się tuż obok niej.

- Zatem musimy to powtórzyć.

Znowu   się   połączyli   i   tym   razem   było   im   jeszcze   wspanialej.   Jane 

krzyczała z rozkoszy. Nigdy dotąd nie czuła się tak pełna. A Todd nigdy nie był 
tak zaspokojony.

Zasnęli.  Dochodziła  szósta   i tego  dnia nie  zjedli kolacji.  Spali prawie 

dziesięć   godzin   i   kiedy   się   obudzili,   złote   słońce   opromieniało   całą   zatokę. 
Pierwszy otworzył oczy Todd, ale Jane, jakby to wyczuwając, obudziła się zaraz 
po nim.

- Mogliśmy przynajmniej zasłonić okno - powiedziała.

- Dlaczego? Tak jest bardzo dobrze. - Patrzył na jej nagie ciało, a w jego 

oczach widać było niekłamany zachwyt.

background image

- Bardzo długo spałam - stwierdziła, zerkając na zegarek. - Zresztą nic 

dziwnego. Przed ślubem prawie nie zmrużyłam oka. Bałam się, że twoja była 
żona znajdzie jakiś sposób, żeby nam zepsuć uroczystość.

- Niepotrzebnie - stwierdził Todd. - Widziałaś, jak Cherry sobie z nią 

poradziła. Marie była potulna jak trusia. Moja córka powinna zostać psychiatrą, 
a nie jakimś zwykłym lekarzem.

- Chciałbyś tego?

- O Boże, nie!

Oboje wybuchnęli śmiechem. Ich spojrzenia spotkały się, ale Jane szybko 

spuściła wzrok.

- Na szczęście teraz jakoś się dogadały - szepnęła.

- Kto? - Todd zdążył już zapomnieć, o czym przed chwilą rozmawiali.

- Cherry i Marie - odparła. - Są w dobrej komitywie.

- Aha - powiedział. - A my jesteśmy w najlepszej z możliwych.

Jane skinęła głową.

- Kocham cię - szepnęła.

- Ja też cię kocham.

Nawet   nie   zauważyli,   kiedy   zaczęli   się   całować.   Jane   zamknęła   oczy. 

Wyobraziła   sobie   wody   oceanu,   opływającego   ich   samotną   wyspę.   Wody 
oceanu miłości.