background image

LAURA LEONE 

 

Magiczne słowa  

(Ulterior motives) 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

Shelley zauważyła go od razu.  
Należał do tego rodzaju mężczyzn, którzy wyróżniają się nawet w największym tłumie. 

Nie lubiła określenia „niedbała elegancja”, pasowało ono jednak do tego nieznajomego zbyt 
dobrze,  by  mogła  je  teraz  po  prostu  odrzucić.  Mężczyzna  wydawał  się  tak  swobodny  w 
skrojonym  na  miarę  garniturze  i  błyszczących  włoskich  butach,  jakby  się  w  nich  urodził. 
Obserwował  tłum  spod  długich,  czarnych  rzęs,  a jego wyraz twarzy mówił o rozbawieniu  i 
uprzejmym zainteresowaniu.  

Sprawiał  wrażenie  człowieka  inteligentnego,  nietuzinkowego  i  obdarzonego 

nienagannymi  manierami.  Najlepiej  będzie,  zdecydowała  rozsądnie  Shelley,  po  prostu 
zignorować go.  

Wbrew  temu  postanowieniu  jednak,  jej  wzrok  wciąż  wędrował  w  stronę  nieznajomego. 

Po chwili zauważyła, że on także patrzy na nią.  

Zdziwiony śmiałym spojrzeniem dziewczyny, mężczyzna przyglądał się jej z uznaniem i 

ciekawością.  Shelley  nie  spłoniła  się  i  nie  odwróciła.  Nie  akceptowała  nowoczesnych 
przesądów dotyczących kontaktu wzrokowego pomiędzy nie znanymi sobie ludźmi. Jeśli coś 
wydawało  się  interesujące,  uprzejmość  zdawała  się  nakazywać,  by  wyrażało  to  także 
spojrzenie.  

Tym razem jednak sytuacja była zupełnie wyjątkowa. Zafascynowały ją niebieskie oczy 

mężczyzny, tajemniczy uśmiech, energia promieniująca z całej jego sylwetki.  

Nieznajomy  ruszył  powoli  w  jej  kierunku.  Shelley  czuła  się  niczym  zahipnotyzowana. 

Nie miała pojęcia, co powiedzieć, gdy ten mężczyzna stanie przed nią. „Cześć” wydawało się 
zbyt  banalne,  „Nie  mogę  oderwać  od  ciebie  wzroku”  zabrzmiałoby  śmiesznie.  Wyraz  jego 
oczu  upewnił  ją,  że  to  on  znajdzie  właściwe  słowa.  Shelley  czuła  wyraźnie,  że  za  chwilę 
spotka ją coś niezwykłego.  

– Uważaj! – krzyknął  ktoś, a zaraz potem kelnerka potrąciła Shelley, wylewając na nią 

trzy kieliszki czerwonej sangrii.  

– O, nie! – zawołała Shelley.  
–  Och,  strasznie  przepraszam.  Proszę  pozwolić,  ja  to  zrobię.  To  była  moja  wina...  – 

usprawiedliwiała  się  przerażona  kelnerka,  próbując  dość  chaotycznymi  ruchami  ratować 
ubranie Shelley.  

–  Nic  się  nie  stało.  Proszę  się  tym  nie  martwić  –  odparła  Shelley  uspokajająco.  – 

Stanęłam dokładnie na pani drodze.  

–  Bez  wątpienia  tak  właśnie  było  –  zgodził  się  Wayne  Thompson.  –  Czemu  stałaś  tam 

niczym słup ogłoszeniowy? 

Shelley spojrzała z zawstydzeniem na swego młodego współpracownika.  
–  Musisz  zostać  tutaj  i  porozmawiać  z  klientem.  Ja  pojadę  do  domu  przebrać  się.  I, 

proszę, wykaż choć odrobinę taktu.  

Wayne  powiódł  wzrokiem  po  ogromnej  sali,  w  której  zgromadziło  się  kilkuset  gości 

background image

potencjalnego  klienta  Shelley.  Firma  Keene  International  wydała  to  dosyć  kosztowne 
przyjęcie,  by  uczcić  swój  pierwszy  rok  w  Cincinnati.  Zaproszeni  zostali  wszyscy,  których 
teraz lub w przyszłości wiązać miały z Keene International interesy. Shelley, jako dyrektorka 
Ośrodka Językowego Babel, starała się właśnie uzyskać kontrakt na prowadzenie dla Keene 
wszystkich kursów językowych i kulturoznawczych. Umowa miała również zapewniać Babel 
wyłączność na wszelkiego rodzaju tłumaczenia.  

– Jak wrócisz do domu, jeśli ja zostanę tutaj? Czy nie przyjechałaś dzisiaj autobusem? – 

zdziwił się Wayne.  

–  Tak  –  przyznała  mu  rację  Shelley.  O  tej  porze  autobus  jeździł  w  stronę  jej  domu 

zaledwie  raz  na  godzinę.  –  Kiedy  wrócę,  wszyscy  będą  się  już  rozchodzić  –  odezwała  się 
głośno,  wyraźnie  już  poirytowana.  Myśl,  że  będzie  musiała  zapłacić  za taksówkę  do  domu, 
była absolutnie nie do zniesienia dla osoby tak oszczędnej jak Shelley.  

– Naprawdę nie mam po co tu zostawać – zauważył Wayne.  
Shelley  zastanowiła  się  nad  tym  przez  chwilę.  Wayne  był  księgowym  i  rozmowy  z 

klientami rzeczywiście nie należały do jego obowiązków.  

– Nie – zdecydowała wreszcie. – Chcę, byś został i obserwował tego okropnego faceta. 

Nie ufam mu.  

– Komu? 
– Chuckowi.  
Wayne uniósł w zdumieniu swe jasne brwi.  
– Masz na myśli Charlesa Winstona-Clarke’a? 
–  Tak.  –  Shelley  rozejrzała  się  dokoła,  lecz  nigdzie  nie  mogła  dostrzec  swego  rywala, 

dyrektora Szkoły Języków Obcych Elitę. – Jeśli planuje dokonać ostatniej rozpaczliwej próby 
uzyskania kontraktu od Keene, zrobi to dzisiaj. I chcę o tym wiedzieć.  

Doświadczyła już tak wielu podstępnych, nieuczciwych i nieprofesjonalnych zagrywek ze 

strony swego głównego rywala, że teraz wolała mieć go na oku.  

– Shelley, wino ścieka z ciebie prosto na ten piękny dywan – zauważył Wayne.  
–  I  zdążyłam  już  porządnie  zmarznąć.  Muszę  stąd  iść  –  stwierdziła  z  roztargnieniem 

Shelley.  Ktoś  ją  powstrzymywał.  Ten  nieznajomy.  Mężczyzna,  który  wprawił  ją  w 
hipnotyczny trans zakończony niefortunnym zderzeniem z kelnerką. Przerywając na moment 
swą cichą wymianę zdań z Wayne’em, Shelley podniosła wzrok.  

Wciąż  tam  był.  Wydawał  się  niezwykle  rozbawiony.  Shelley  popatrzyła  na  niego 

chmurnym wzrokiem. Odpowiedział jej czarującym uśmiechem, podchodząc bliżej.  

– Odwiozę cię do domu – oznajmił.  
Shelley wciąż mu się przyglądała, gdy Wayne zadał najbardziej oczywiste pytanie: 
– Kim jesteś? 
– Jestem przyjacielem... – zawiesił głos.  
– Shelley – pomogła mu.  
– Shelley – powtórzył miękko, jakby odpowiadał na niezwykle ważne pytanie.  
Wayne  spojrzał  niepewnie  na  Shelley.  Shelley  zaś  z  obawą  przypatrywała  się 

przystojnemu  nieznajomemu.  Instynkt  podpowiadał  jej,  że  jest  to  najbardziej  fascynujący 

background image

mężczyzna,  jakiego  kiedykolwiek  spotkała.  Rozsądek  natomiast  mówił,  że  może  się  on 
okazać  porywaczem,  handlarzem  niewolników  czy  nawet,  Boże  broń,  zagorzałym  kibicem 
sportowym.  

Bardzo niebezpiecznie byłoby znaleźć się z nim w samochodzie sam na sam. Mogła go 

jednak nigdy więcej nie zobaczyć...  

– Cóż, może...  
Chwilę później Shelley i jej nowo poznany „przyjaciel” opuścili przyjęcie, kierując się do 

hotelowej  windy.  Zanim  wyszli  z  budynku,  mężczyzna  zapytał  Shelley,  czy  zostawiła  w 
szatni płaszcz.  

– Nie, podwiózł mnie Wayne.  
Nieznajomy otworzył drzwi i wyszli na zewnątrz. Kwietniowe powietrze było przyjemne, 

lecz  mimo  wszystko  zbyt  zimne,  by  spacerować  w  samej  tylko  bluzce,  do  tego  mokrej. 
Mężczyzna zauważył drżenie Shelley.  

– Mogłabyś wrócić do środka i zaczekać na mnie – zaproponował. – Przyjadę po ciebie 

nie później niż za minutę.  

Zgodziła się skwapliwie. Zmarzła, a poza tym w ten sposób zyskiwała jeszcze chwilę, by 

zdecydować, czy rzeczywiście chce wsiąść do samochodu obcego mężczyzny, który poderwał 
ją  na  przyjęciu,  nawet  jeśli  było  to  bardzo  eleganckie  przyjęcie.  Zanim  odszedł,  posłał  jej 
jeszcze ostatnie rozbawione spojrzenie. Jakby znał jej myśli i wiedział, że i tak zdecyduje się 
z nim pojechać mimo wszystkich wątpliwości.  

Z  jego  ruchów,  podobnie  jak  ze  słów,  przebijała  pewność  siebie.  Shelley  zauważyła,  że 

mówi  bez  jakiegokolwiek  akcentu.  Po  wielu  latach  studiów  nad  językiem,  Shelley 
momentalnie zauważała  tego  rodzaju  szczegóły.  W ten sposób  mówili  często  ludzie, którzy 
wychowywali się w dwu lub więcej krajach, ponieważ brakowało im stałego modelu mowy 
potocznej.  

Nigdy przedtem nie przeżyła tego rodzaju  fascynacji od pierwszego wejrzenia i  chciała 

teraz  dowiedzieć  się,  co  też  tak  bardzo  ją  zaintrygowało.  Może  nie  była  nigdy  najlepsza  z 
matematyki,  nie  zawsze  też  udawało  się  jej  nadążać  za  wszystkimi  nowinkami  światowej 

mody, potrafiła jednak poznać się na ludziach. Od chwili gdy zobaczyła tego mężczyznę po 

raz  pierwszy,  wyczuwała,  że  to  niewątpliwie  piękne  ciało  należało  do  człowieka  o  równie 
interesującym wnętrzu.  

Wierny  swemu  słowu,  nieznajomy  po  chwili  zajechał  przed  hotel.  Nawet  jeśli  Shelley 

była  jeszcze  niezdecydowana,  widok  samochodu  przekonał  ją  ostatecznie.  Do  czerwonego 
kabrioletu porsche wsiadłaby nawet wówczas, gdyby prowadził go Kuba Rozpruwacz.  

Całe życie marzyła o przejażdżce takim wozem. Wyobrażała sobie, że jedzie krętą górską 

drogą o zachodzie słońca niczym bohaterka „Dynastii” czy „Aniołków Charliego”.  

Wysiadł  z  wozu  i  obszedł  go  dookoła,  by  otworzyć  przed  nią  drzwi.  Sympatyczny, 

staroświecki gest, o którym Shelley prawie zapomniała.  

–  Czy  nie  moglibyśmy  opuścić  dachu?  –  spytała,  kiedy  jej  nieznajomy  zasiadł  z 

powrotem  za  kierownicą.  Odpowiedział  Shelley  uśmiechem.  –  Zawsze  marzyłam  o 
przejażdżce takim wozem z opuszczonym dachem ...  

background image

– Tak, wyobrażam sobie – odparł lakonicznie.  
– ... i obawiam się, że może to być moja jedyna szansa.  
Popatrzył przez chwilę w jej rozjaśnione podnieceniem oczy.  
– Nie sądzisz chyba, byśmy dzisiaj mieli jechać razem ostatni raz, prawda, Shelley? 
Nie  bardzo  wiedząc,  co  odpowiedzieć,  Shelley  zdecydowała  się  zadać  zamiast  tego 

pytanie.  

– Jak się nazywasz? 
Kiwnął głową, jakby zadowolony, że wreszcie się tym zainteresowała.  
– Ross. Ross Tanner. – Zapalił silnik i ruszyli przed siebie. – Gdzie mieszkasz? 
– W Mount Adams. Wiesz, jak tam dojechać? 
– Nie mam pojęcia.  
– Skręć tutaj w prawo. Dlaczego zaproponowałeś, że odwieziesz mnie do domu? 
– Ponieważ nie chciałem, żebyś odeszła beze mnie. A teraz dokąd? 
– Jedź do końca tej ulicy. Dlaczego nie chciałeś? 
– A dlaczego patrzyłaś na mnie? 
– Skręć w lewo.  
– Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.  
– Nie jestem pewna. Dlaczego nie spuszczałeś ze mnie wzroku? 
– Ponieważ jesteś piękną kobietą, która patrzyła na mnie.  
Shelley kolejny raz nie wiedziała, co odpowiedzieć. Miał rację. To ona zaczęła tę grę, ale 

nie uważała siebie za piękną. Miała metr sześćdziesiąt wzrostu, okrągłe policzki i duże, szare 
oczy.  Jej  sięgające  ramion  rude  włosy  były  nieprzyzwoicie  skręcone.  Zwykle  zbierała  je  w 
koński  ogon  na  czubku  głowy,  w  nadziei  że  w  ten  sposób  doda  sobie  wzrostu.  Przy  jej 
obecnym  siedzącym  stylu  pracy  jedynie  niesystematyczne  wprawdzie,  lecz  wykonywane  z 
niezwykłym  zapałem  ćwiczenia  sprawiały,  że  wciąż  mogła  patrzeć  w  lustro  bez  niesmaku. 
Bała się, że któregoś dnia jej figura może nabrać cech „przyjemnej” puszystości.  

– Teraz w prawo – poinstruowała go. – Nie jesteś stąd, prawda? 
– Nie, niedawno tu przyjechałem – przyznał.  
– Pracujesz dla Keene International? 
– Nie. Może będę prowadził z nimi interesy. To wszystko.  
Jechali wolno wąskimi, stromymi uliczkami, mijając wysokie domy z przełomu wieków. 

Większość  budynków  była  świeżo  odremontowana,  wszędzie  witały  ich  malownicze 
winiarnie,  kawiarenki,  kwiaciarnie,  butiki,  zakłady  jubilerskie  i  wiele  innych  przedziwnych 
małych sklepików.  

– Niestety nie ma w pobliżu ani jednego sklepu spożywczego – powiedziała Shelley. – I 

bardzo trudno poruszać się tutaj zimą.  

– Wyobrażam sobie. Ale to naprawdę piękna okolica.  
–  Zatrzymaj  się.  Dojechaliśmy  na  miejsce.  –  Spojrzała  na  niego.  Sympatyczny  czy  nie, 

mężczyzna ten był jej całkowicie obcy. Nie miała zamiaru zaprosić go teraz do mieszkania. 
Obejrzała zbyt wiele programów o tym, jak kobiety, które zaryzykowały w podobny sposób, 
przepadały na zawsze.  

background image

Ross  Tanner  spoważniał  nagle  i  po  raz  pierwszy  Shelley  miała  okazję  dostrzec,  jak 

interesujące są jego rysy.  

–  Posłuchaj,  Shelley.  Wiem,  że  mama  mówiła  ci,  byś  nie  wsiadała  do  samochodu  z 

nieznajomymi, i miała absolutną rację.  

– Dokładnie tak mówiła moja mama. Skąd wiesz? 
–  Tak  mówi  każda  mama.  –  Uśmiechnął  się  i  mówił  dalej:  –  Stałem  dziś  na  przyjęciu 

pełnym  zestresowanych  ludzi,  biznesmenów  starających  się  zaimponować  sobie  nawzajem, 
zabieganych kelnerów, i kiedy podniosłem wzrok, zobaczyłem ciebie. Wydałaś mi się piękna, 
interesująca  i  bardzo  inteligentna.  W  dodatku  patrzyłaś  tak,  jakbyś  i  ty  o  mnie  myślała 
podobnie. Nie odwracałaś wzroku, co jeszcze bardziej mnie zaintrygowało. Większość ludzi 

nie lubi, by widziano, jak patrzą na kogoś. –  Zamilkł na chwilę. – Chciałem porozmawiać z 
tobą. Wciąż tego pragnę. Kiedy stało się oczywiste, że będziesz musiała wyjść, nie chciałem, 
byś odeszła beze mnie.  

Shelley  zdała  sobie  nagle  sprawę,  że  znów,  niczym  zahipnotyzowana,  patrzy  w  jego 

niebieskie oczy.  

–  Pójdę  na  górę  przebrać  się,  a  potem  możesz  odwieźć  mnie  do  pracy.  Jeśli  zechcesz, 

będziemy mogli wypić kawę w moim biurze.  

– Zaczekam tutaj – odparł łagodnie.  
Shelley  szybko  dotarła  do  swego  dwupokojowego  mieszkania.  Było  ono  małe,  lecz 

przytulne, z drewnianą podłogą i dużymi oknami. Wszystkie meble pochodziły z wyprzedaży 

lub od matki Shelley. W tym drugim przypadku o stare sprzęty Shelley musiała rywalizować 
z  rodzeństwem.  W  pokojach  nie  brakowało  bibelotów,  pamiątek  z  zagranicznych  wojaży, 
zdjęć przyjaciół i rodziny.  

Shelley otworzyła szafę niezdecydowana, w co się ubrać. Już kilka lat temu pogodziła się 

z myślą, że nie posiada naturalnego wyczucia, w czym jest jej do twarzy. Zgromadziła więc 
zestaw praktycznych strojów, niezwykle prostych i w neutralnych odcieniach, oraz kilka par 

butów na wysokich obcasach, które miały dodawać jej wzrostu.  

Tym  razem  również  zdecydowała  się  na  prostą  i  skromną  kombinację.  Kiedy  schodziła 

ubrana  w  białą  bluzkę  i  gładką  czarną  spódnicę,  zbyt  późno  już  zdała  sobie  sprawę,  że 
wygląda trochę jak kelnerka na przyjęciu weselnym.  

Ross  jednak,  otwierając  drzwiczki  samochodu,  przyglądał  się  jej  z  uznaniem.  Kiedy 

ruszyli, Shelley z odrobiną żalu popatrzyła na dach wozu.  

– Następnym razem opuścimy go – obiecał Ross. – Jutro mamy sobotę. Czy jesteś zajęta? 
–  Cóż...  jutro...  powinnam...  Nie  jest  to  nic  takiego,  czego  nie  mogłabym  odwołać  – 

odpowiedziała  wreszcie.  Jej  lista  zaplanowanych  na  weekend  zajęć  była  doprawdy 
imponująco długa, lecz w tej chwili wszystkie wydawały się niezmiernie błahe.  

– Może mogłabyś pokazać mi jutro okolicę? 
– Chętnie – zgodziła się z uśmiechem. – Ale pod warunkiem, że opuścisz dach.  
– Obiecuję.  
– I ja poprowadzę.  
Spojrzał na nią nieufnie. W kącikach jego ust igrał leciutki uśmieszek.  

background image

– Porozmawiamy o tym. Czym zwykle jeździsz do pracy? 
–  Kiedy  mam  wrócić  późno,  biorę  samochód,  w  inne  dni  jadę  autobusem.  Wolę  to  niż 

walczyć później o miejsce na parkingu.  

Przez całą drogę gawędzili swobodnie. Zastanawiali się, gdzie mogliby pójść następnego 

dnia,  rozmawiali  o  ukochanej  przez  Shelley  chińskiej  kuchni,  o  gatunkach  piwa,  z  których 
słynęło  Cincinnati,  a  których  Ross  nie  znał,  o  nadejściu  wiosny  i  o  tym,  czy  w  rzece  Ohio 
wciąż jeszcze żyją ryby.  

Ross wyjawił Shelley, że jego ulubiona restauracja należy do pewnej francuskiej rodziny 

w  Tuluzie.  W  czasie  swych  licznych  wojaży  po  Francji  Shelley  również  odwiedziła  to 

miejsce.  Śmiali  się  teraz  razem,  wspominając  ogromnego  bernardyna,  którego  zawsze 
interesowały  pozostawione  na  stołach  resztki.  Ross  okazał  się  czarującym  i  inteligentnym 
rozmówcą.  

 
– Jeśli skręcisz teraz, o tej porze dnia powinniśmy znaleźć jakieś miejsce do parkowania. 

Jesteśmy już pod moim biurem – powiedziała Shelley.  

Gdy wysiadali z samochodu, Ross podał Shelley rękę.  
– Mam nadzieję, że parzysz dobrą kawę – zażartował.  
–  Moja  kawa  jest  zaledwie  taka  sobie.  Za  to  moja  sekretarka  przyrządza  ją  naprawdę 

znakomicie.  

– O, masz sekretarkę? Czyżbyś była jakąś ważną osobistością? – zapytał, podając Shelley 

ramię.  

–  To  zdecydowanie  zbyt  przesadne  określenie  –  odparła,  ujmując  jego  ramię.  Ross  był 

wysoki, miał ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i Shelley z trudem dotrzymywała mu kroku.  

– Czym więc się zajmujesz? 
– To tutaj, na górze – powiedziała, prowadząc Rossa w stronę otwartej windy. – Jestem 

dyrektorką Ośrodka Językowego Babel.  

Przystanął, najwyraźniej ogromnie zaskoczony.  
– Babel? – powtórzył ze zdziwieniem.  
– Wiem, że ta nazwa nie budzi zaufania – przyznała Shelley. – Ośrodek prosperuje jednak 

tak  znakomicie,  że  wątpię,  by  kiedykolwiek  zdecydowali  sieją  zmienić.  To  rzeczywiście 
dobra szkoła języków obcych.  

– Wiesz, Shelley – zaczął wolno Ross. – Właściwie nie znam nawet twojego nazwiska.  
– Nawet o tym nie pomyślałam. Baird.  
– Shelley Baird. Lub Michelle Baird.  
– Właśnie.  
– Tak. Dyrektorka Ośrodka Językowego Babel. Shelley pchnęła ciężkie, szklane drzwi i 

znaleźli  się  w  holu  szkoły.  Był  on  urządzony  ze  smakiem,  brakowało  jednak  temu  wnętrzu 
elegancji.  Ostatni  remont  przeprowadzono  tutaj  wiele  lat  temu  i  Shelley  od  dawna 
bezskutecznie  próbowała  przekonać  przełożonych,  by  przeznaczyli  pewną  sumę  na  zmianę 
wystroju wnętrza.  

– Ciao, Shelley – powitała ją sekretarka. – Ma conte mai hai cambiato vestiti? 

background image

– Ciao, Francesca. Miałam na przyjęciu mały wypadek, to wszystko. To jest Ross Tanner, 

który  będzie  lub  nie  współpracował  z  Keene  International.  Ross,  to  nasza  niezwykle 
utalentowana sekretarka, Francesca Mannino.  

– Molto piacere, signora – pozdrowił ją Ross, ujmując rękę Franceski.  
– Leiparła italiano, signore? – zapytała Francesca.  
– Nie, nie znam  włoskiego. Przyjaciel nauczył  mnie kiedyś kilku zwrotów, które miały 

pomóc w poznawaniu pięknych Włoszek.  

– Jakie to zwroty? – spytała zaciekawiona Shelley.  
– Non ci conosciamo? – powiedział niepewnie Ross.  
–  Czy  myśmy  się  już  kiedyś  nie  spotkali?  –  powtórzyła  Shelley.  –  To  chyba  niezbyt 

oryginalne? 

– Nie miały być to zwroty oryginalne, lecz praktyczne. Poza tym byłem jeszcze wtedy na 

tyle  młody,  by  sądzić,  że  to  dosyć  subtelne  podejście.  –  Uśmiechnął  się,  widząc  jej  pełne 
sceptycyzmu spojrzenie.  

Shelley odwróciła się do Franceski.  
– Są jakieś wiadomości? 
– Tak, tak, oczywiście, że są. Kiedy ona wychodzi, zawsze dzieje się to samo – Francesca 

zwróciła się do Rossa.  

– Kto dzwonił dzisiaj? – zapytała Shelley.  
Dwie  kobiety  rozmawiały  przez  kilka  minut,  posługując  się  na  zmianę  włoskim  i 

angielskim.  Shelley  dowiedziała  się,  że  nauczyciel  hiszpańskiego  ma  kłopoty  z  władzami 

imigracyjnymi i potrzebuje jej pomocy, urzędniczka z sekcji tłumaczeń prosi ją o kontakt,  a 
nauczycielka francuskiego nie może poprowadzić lekcji wieczorem, bo ma zgryz.  

– Zgryz? – powtórzyła zdziwiona Shelley. – Czy na pewno powiedziała: zgryz? 
– Nie wiem, co powiedziała. Cały czas płakała.  
– Musiała mieć namyśli „kryzys”. Najlepiej zajmę się tym od razu.  
– Shelley, masz mnóstwo pracy – zauważył Ross. – Chyba powinienem już pójść.  
Spojrzała na niego z żalem, bo rzeczywiście czekało na nią wiele obowiązków.  
–  Tak,  może  masz  rację.  Ale  przynajmniej  oprowadzę  cię  po  naszym  ośrodku,  zanim 

odejdziesz.  

Przez moment wydawał się niezdecydowany, jakby nagle zaczęło mu się bardzo śpieszyć. 

Po chwili jednak najwyraźniej zmienił zamiar.  

– Tak, z chęcią zwiedzę ten ośrodek – zgodził się uprzejmie.  
Obejrzeli pokój nauczycielski, biuro Wayne’a, gabinet Shelley i dziesięć sal lekcyjnych, 

wśród  których  były  zarówno  małe  pokoiki  do  indywidualnych  lekcji,  jak  i  duże  klasy 
przeznaczone na zajęcia grupowe. Po drodze zwiedzili także pokój wypoczynkowy, w którym 
uczniowie i nauczyciele mogli napić się kawy podczas przerwy i porozmawiać.  

– A więc, widzimy się jutro?  
– Tak.  
– O której mam po ciebie przyjechać? 
– Może o dziesiątej? 

background image

– Dobrze. – W jego spojrzeniu dostrzegła wahanie, jakby chciał coś powiedzieć.  
Shelley, która nade wszystko lubiła jasne sytuacje, spytała od razu: 
– Czy jest jeszcze coś? 
– Tylko to. – Była to pieszczota delikatna i ulotna, pocałunek, który trwał nie dłużej niż 

sekundę. Przez chwilę stali blisko siebie, rozkoszując się zawartą w tej pieszczocie obietnicą.  

– Najchętniej stałbym tak przez cały dzień, ale wrzuciłem tylko dwadzieścia centów do 

licznika na parkingu – odezwał się wreszcie Ross.  

Shelley uśmiechnęła się.  
– Do zobaczenia jutro.  
 
– Nie było cię dość długo – zauważyła Francesca z domyślnym uśmiechem, gdy Shelley 

wróciła do swego gabinetu.  

– Czyżby? – odparła Shelley obojętnym tonem.  
– Posłuchaj, cara, on patrzy na ciebie tak, jak patrzy prawdziwy mężczyzna na kobietę, 

której pragnie – oświadczyła Francesca z wyraźnym zadowoleniem.  

– Czy nie masz dziś nic do roboty oprócz chiacchierarel – spytała zawstydzona Shelley, 

czując, jak rumieniec oblewa jej policzki.  

– Ach – przypomniała sobie Francesca i wróciła do recepcji.  
Shelley  podnosiła  właśnie  słuchawkę  telefonu,  by  poszukać  zastępstwa  na  wieczorną 

lekcję francuskiego, gdy do jej biura wpadł niesłychanie podekscytowany Wayne Thompson.  

– Cokolwiek robisz, przerwij to, nie dzwoń – wyrwał słuchawkę z jej ręki – i posłuchaj 

mnie! 

– Dobrze, Wayne, co się stało? – spytała spokojnie Shelley.  
– Pan Charles Winston-Clarke ma poważne powody, by być dziś zdenerwowanym.  
Wayne był na tyle nachalny, że potrafił zdobywać informacje od ludzi, którzy bynajmniej 

nie  mieli  ochoty  z  nim  rozmawiać.  Shelley  była  ciekawa,  co  też  sprowokowało  jego  nagłe 
wkroczenie do jej gabinetu.  

– A więc? – spytała.  
–  A  więc,  odkąd  przybyłaś  do  Cincinnati  ponad  rok  temu,  Elitę  musiała  bez  przerwy 

rywalizować z nami o nowych klientów. Mógłbym dodać, że ja również mam swój wkład w 
nasz sukces, a ich porażkę...  

– Przejdź do sedna sprawy.  
–  Cierpliwości,  właśnie  to  robię.  Wygląda  na  to,  że  dopóki  Cincinnati  było  małym, 

spokojnym miasteczkiem, w którym egzystowały dwie niewielkie szkoły nauczania języków 

obcych,  szefowie  Elitę  w  Paryżu  nie  zaprzątali  sobie  nami  głowy.  Teraz  jednak  miasto 
rozwija  się  dynamicznie  i  Paryż  wydaje  się  być  zaniepokojony  tym,  że  nasza  szkoła  tak 
bardzo zaczęła dominować w Cincinnati.  

– Cóż, to jest cena, jaką muszą zapłacić za brak perspektywicznego myślenia – Shelley 

skomentowała sucho wypowiedzi Wayne’a.  

–  Dokładnie  takie  wyciągnęli  wnioski  i  postanowili  przysłać  tutaj  faceta,  który  to 

wszystko zmieni.  

background image

– Kogo? 
– Najwyraźniej zatrudniają kogoś, kto zajmuje się reorganizacją deficytowych ośrodków. 

Jest on odpowiedzialny bezpośrednio przed Henrim Montpazierem i nikim innym.  

– Czy jest to jakiś specjalista od marketingu? 
–  Nie  wiem,  jakie  jest  jego  przygotowanie  merytoryczne.  Będę  musiał  popytać  się  i 

zdobyć o nim jakieś informacje.  

– W jaki sposób on „reorganizuje”? 
– Przebudowuje wszystkie struktury od  góry do  dołu. Przyjeżdża, sprawdza, co jest nie 

tak,  zatrudnia  nowy  personel,  jeśli  jest  to  konieczne,  przygląda  się  metodom  nauczania, 
lokalizacji szkoły. Kontaktuje się z nowymi klientami, dawnymi, a także z klientami innych 
ośrodków.  

Shelley oparła się o krzesło, rozważając słowa Wayne’a.  
– A więc mieliby ochotę przejąć także część naszych kontraktów.  
Wayne skinął głową.  
– Zawsze zgadzaliśmy się co do tego, że nawet w sytuacji obecnego szybkiego rozwoju 

miasta, w Cincinnati nie ma tylu klientów, by mogły dobrze funkcjonować dwa duże ośrodki 
nauczania języków obcych.  

– Czy ten facet ma dobrą reputację? 
–  Doskonałą.  Z  tego,  co  zrozumiałem,  całkowicie  zreorganizował  w  zeszłym  roku  ich 

waszyngtoński ośrodek. Zdaje się, że zajmował się również jakąś ich szkołą we Francji kilka 
lat temu, chyba w Tuluzie, po czym ich konkurent musiał całkowicie wycofać się z interesu.  

–  Dobrze  –  powiedziała  Shelley.  –  Wygląda  na  to,  że  możemy  mieć  problemy. 

Zawiadomię Chicago o tym, co zaszło, i poproszę, by zebrali o nim jakieś informacje.  

–  Moja  przyjaciółka  pracowała  kiedyś  dla  Elitę  w  Nowym  Jorku.  Zadzwonię  do  niej  i 

spytam, czy nie wie czegoś o tym człowieku.  

Shelley wahała się przez chwilę. Nie lubiła tego rodzaju metod.  
– Dobrze – zgodziła się wreszcie. – Skontaktuj się z nią. Im więcej będziemy wiedzieć o 

tym,  czego  się  spodziewać,  tym  lepiej  dla  nas.  A  teraz  spróbuj  znaleźć  zastępstwo  na 
dzisiejszą lekcję francuskiego. Ja zadzwonię do Chicago. – Shelley zaczęła wykręcać numer. 
– Kiedy spodziewają się tego faceta? 

– On już tu jest. Przyjechał wczoraj.  
– Jest tutaj? – wykrzyknęła Shelley. – Widziałeś go? 
– Nie. Prosiłem Charlesa, żeby wskazał mi go na przyjęciu, ale ten facet gdzieś zniknął. – 

Wayne skierował się do wyjścia.  

–  Żałuję,  że  nie  miałam  okazji  z  nim  porozmawiać.  Powiedz  Francesce,  by  nie  łączyła 

teraz...  Zaczekaj!  Czy  znasz  przynajmniej  jego  nazwisko?  –  spytała  ogarnięta  dziwnym 

przeczuciem.  

– Ross Tanner.  

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

–  No,  no,  Shelley.  –  W  głosie  Wayne’a  pobrzmiewała  ironia.  –  Skoro  już  był  tutaj, 

mogłaś  przy  okazji  pokazać  mu  także  podręczniki,  opowiedzieć  o  ostatnich  kontraktach  i 
zaprosić na kilka lekcji.  

– Francesca, czy masz coś na ból głowy? – zawołała Shelley. – Wayne, przestań, proszę. 

Skąd miałam wiedzieć, że on jest związany z Elitę? 

– Już dobrze, przepraszam. Co się stało, to się nie odstanie.  
–  Nic  się  nie  stało!  Jedynie  trochę  się  tutaj  rozejrzał.  Wielkie  nieba,  nawet  Chuck  nas 

kiedyś odwiedził! 

– Po co w ogóle przyprowadziłaś tutaj Tannera? Czy to był jego pomysł? 
– Nie...  
– Więc dlaczego?! 
–  Ponieważ  zabrał  mnie  do  domu,  a  potem  odwiózł  do  pracy.  Zaprosiłam  go  na  kawę. 

Starałam się być uprzejma, to wszystko.  

– Zgoda. Jednak nawet  jeśli  założymy, że rzeczywiście nie wiedział, kim jesteś, czemu 

nie wyjawił ci prawdy, kiedy już zorientował się w sytuacji? – zastanawiał się Wayne.  

– Może miał inne plany zasugerowała Francesca ze znaczącym uśmiechem. Dziewczyna 

zjawiła się w gabinecie, przynosząc Shelley aspirynę i szklankę wody.  

– Francesca, czy on wydawał się czymś szczególnie zainteresowany? 
– Tak, był niezmiernie zainteresowany...  
– Francesca! – ostrzegła ją Shelley.  
– ... Shelley – dokończyła Francesca.  
– I ty nabrałaś się na to? – zapytał z niedowierzaniem Wayne.  
– Na nic się nie nabrałam! – upierała się Shelley.  
– Dobry Boże, Shelley, ze wszystkich mężczyzn, którzy mogliby cię podrywać...  
– Wystarczy, Wayne! Popełniłam błąd, to wszystko. Tannerowi udało się mnie podejść, 

ale  to  się  więcej  nie  powtórzy.  Nie  zobaczył  ani  nie  usłyszał  tutaj  nic  takiego,  co  mogłoby 
doprowadzić do naszego upadku.  

Przez chwilę w pokoju panowała cisza.  
– W porządku – odezwał się wreszcie Wayne. – Masz rację. Nie powinniśmy wpadać w 

panikę. Spróbuję znaleźć zastępstwo na francuski, a ty zadzwoń lepiej do Chicago.  

Shelley  zatelefonowała  do  swoich  przełożonych  w  Chicago,  by  wyjaśnić,  co  zaszło. 

Zdecydowała nie opowiadać im o swojej roli w ostatnich wydarzeniach. Uznała, że nie ma się 
czym pochwalić.  

Tego dnia została w szkole do późna. Od czasu gdy objęła stanowisko dyrektorki Ośrodka 

Babel,  obroty  firmy  wzrosły  o  jedną  trzecią,  nie  zatrudniono  jednak  żadnych  nowych 

pracowników administracyjnych, którzy pomogliby jej uporać się z nawałem nowych zadań.  

Tak  więc  liczba  godzin  pracy  Shelley  rosła  z  tygodnia  na  tydzień,  gdyż  szkoła 

prosperowała coraz lepiej.  

background image

Po  zastanowieniu  się Shelley  uznała  za  prawdopodobne,  że  Ross  nie  wiedział,  kim  ona 

jest.  

Teraz jednak, kiedy oboje znali już prawdę, zdecydowanie nie mogła się z nim spotykać. 

Przełożeni Babel niechętnym okiem patrzyli na flirty pomiędzy nauczycielami a uczniami czy 
klientami.  I  choć  Shelley  nie  podobała  się  taka  ingerencja  w  życie  prywatne  podwładnych, 
sama  jednak  podporządkowała  się  temu  niepisanemu  prawu.  Od  czasu  swego  przybycia  do 
Cincinnati już kilka razy odrzuciła zaproszenia na kolacje od swoich klientów.  

Po powrocie do domu wstawiła do kuchenki mikrofalowej resztkę kupionej poprzedniego 

dnia  chińskiej  potrawy  i  zaczęła  zastanawiać  się,  czy  Ross  ma  szansę  przekonać  Keene 
International,  by  wybrali  Elitę,  nie  Babel.  We  wtorek  była  umówiona  z  Keene  na  kolejne 

spotkanie.  Postanowiła  już  wtedy  uzyskać  od  nich  jakąś  deklarację,  zanim  Ross  zdąży 
przygotować konkurencyjną ofertę.  

Shelley  była  dumna  ze  swych  świeżo  odkrytych  umiejętności  prowadzenia  biznesu  i 

zdobywania  nowych  klientów.  Zdawała  sobie  jednak  sprawę,  że  sukces  w  dużym  stopniu 
zawdzięcza  małej  atrakcyjności  swego  rywala  z  Elitę.  Shelley  brakowało  pewności  siebie, 
wiary  w  to,  że  uda  się  jej  zachować  przewagę  Ośrodka  Babel  także  teraz,  kiedy  Elitę 
sprowadziła do Cincinnati eksperta.  

Przypomniała sobie nagle, że rano ma przyjechać po nią Ross. Musi zdecydować, jakie 

zająć  wobec  niego  stanowisko.  Pragnęła  zachować  się  z  godnością;  zarówno  po  to,  by 
zachować szacunek dla siebie, jak i dlatego, że, ku własnemu zdziwieniu, zależało jej również 
na jego szacunku. Postanowiła być chłodna, opanowana i rzeczowa.  

Gdy  następnego  ranka  otworzyła  drzwi,  Rossowi  wystarczyło  jedno  spojrzenie  na  jej 

pozbawioną uśmiechu twarz, by zorientować się, że Shelley wie już o wszystkim.  

– Wieści rozchodzą się szybko w tych stronach – powitał ją Ross.  
– Zwłaszcza złe wieści – dodała chłodno Shelley.  
– Czy moglibyśmy o tym porozmawiać? – spytał z nadzieją w głosie.  
– Sądzę, że wiem już dostatecznie dużo.  
– Shelley, przepraszam. Nie chciałem, byś dowiedziała się o tym od kogoś innego.  
– Mogłeś więc powiedzieć mi o tym wczoraj – odparła.  
–  Tak,  powinienem  był  –  zgodził  się  z  ciężkim  westchnieniem.  –  Uważałem  tylko,  że 

musimy  spokojnie  rozważyć,  jakie  mamy  możliwości.  Nie  wyglądało  na  to,  by  w  twoim 
biurze wczoraj mogło się nam udać przeprowadzić taką rozmowę.  

– Możliwości? 
– Czy mogę wejść do środka? 
– Myślę, że lepiej będzie, jeśli już pójdziesz, Ross.  
– A ja myślę, że popełniłbym wielki błąd, odchodząc teraz – odpowiedział, opierając się o 

framugę.  

– Posłuchaj, Ross, wczoraj było bardzo miło, lecz...  
– Miło? – powtórzył. – Miło? Shelley, jak często coś takiego jak wczoraj przytrafia się 

dwojgu ludziom? 

– Zdarza się to nieustannie w piosenkach Franka Sinatry.  

background image

–  Cóż,  rzeczywiście  –  przyznał  jej  rację,  rozbawiony.  –  Ale  ile  razy  coś  podobnego 

przytrafiło się tobie? 

– To zależy, które z wydarzeń wczorajszego dnia masz na myśli. Czyżbyś mówił o tym, 

jak  przyjąłeś  moje  zaproszenie  zwiedzenia  szkoły,  zapominając  jednak  powiedzieć  mi,  kim 
jesteś?  Czy  też  o  moich  uczuciach  w  chwili,  gdy  wreszcie  poznałam  prawdę?  O  tym,  jak 
zastanawiałam się, dlaczego postąpiłeś tak nieuczciwie wobec mnie? O tym...  

Ujął dłonią brodę Shelley, zmuszając ją, by spojrzała na niego.  
– Mówię o naszej wzajemnej fascynacji od pierwszej chwili, o tym, jak dobrze było nam 

we dwoje.  

Pod wpływem jego dotyku ogarnęło Shelley dziwne ciepło.  
– Świadomie wprowadziłeś mnie w błąd – zaczęła niepewnie. – Chcesz zniszczyć moją 

firmę. Dlaczego miałabym ci ufać? 

–  Nie  proszę  cię,  byś  mi  ufała.  Przynajmniej  na  razie  o  to  nie  proszę.  Chcę  tylko,  byś 

zgodziła  się  porozmawiać  ze  mną.  –  Jego  słowa  brzmiały  tak  spokojnie  i  rozsądnie,  że 
Shelley zapomniała zupełnie, jak planowała poprowadzić tę rozmowę.  

– Ja... Ty...  
– Wpuść mnie i zastanowimy się wspólnie nad naszą sytuacją – szepnął, patrząc jej prosto 

w oczy.  

Jego zapach jest taki przyjemny, pomyślała Shelley. Nie była to woń wody kolońskiej czy 

mydła,  ale  czysty, piżmowy, męski zapach.  Bez słowa skierowała się  w głąb mieszkania,  a 
Ross podążył za nią. Zamknął cicho drzwi i rozejrzał się wokoło.  

– Jest takie jak ty – powiedział, najwyraźniej uważając to za komplement. – Czy to kawa 

tak pachnie? 

Shelley skinęła głową.  
– Miałbyś ochotę na filiżankę kawy? 
– Bardzo proszę.  
Przyniosła  mu  duży,  kolorowy  kubek  wypełniony  po  brzegi.  Kiedy  odbierał  kawę  z  jej 

rąk,  w  jego  spojrzeniu  lśniła  czułość.  Dziś,  w  obcisłych  dżinsach  i  skórzanej  kurtce, 
prezentował  się  jeszcze  lepiej  niż  poprzedniego  dnia.  Jego  kruczoczarne  włosy  były 
potargane.  

– Opuściłeś dach – zauważyła nagle.  
–  Przecież  obiecałem  –  odparł.  –  Ale  będziemy  potrzebowali  wiele  szczęścia,  by  ta 

eskapada nie zakończyła się dla nas zapaleniem płuc.  

Shelley tęsknym wzrokiem spojrzała za okno.  
– Twoja propozycja jest niezwykle kusząca, nie uważam jednak za rozsądne, byśmy mieli 

kontynuować naszą znajomość.  

– Shelley – przerwał jej stanowczo – dopóki mi nie powiedziałaś, nie wiedziałem nawet, 

kim jesteś. I naprawdę nie liczę na to, że w chwili nieuwagi powiesz coś, co mógłbym potem 
wykorzystać przeciw tobie.  

Wydawał  się  taki  szczery  i  życzliwy.  Wczoraj  jednak  także  zrobił  na  niej  podobne 

wrażenie.  

background image

– Shelley... – kusił ją.  
– Nie dzisiaj – odparła wreszcie – Muszę to wszystko jeszcze raz przemyśleć.  
Widział  stanowczy  wyraz  jej  oczu  i  zdał  sobie  sprawę,  że  jest  to  najlepsza  odpowiedź, 

jaką  mógł  dzisiaj  otrzymać.  Westchnął  głęboko,  odstawiając  kubek  po  kawie  eleganckim 
ruchem.  We  wszystkim,  co  robi,  jest  tyle  wdzięku,  pomyślała  Shelley.  To  niesprawiedliwe. 

Ross wstał i szybko podszedł do niej. Zanim zdała sobie sprawę, co się dzieje, była już w jego 

ramionach.  

– Jeśli potrzebujesz czasu, poczekam. Ale będę o tobie myślał – powiedział chrapliwie, 

przybliżając usta do jej twarzy.  

Tym  razem  nie  była  to  delikatna  pieszczota  ani  czuły  uścisk.  Całował  ją  namiętnie  i 

zmysłowo.  Niespodziewanie  przyciągnął  Shelley  bliżej,  tak,  że  ich  biodra  przylegały  teraz 
ciasno  do  siebie.  Dłonią  gładził  jej  pośladki  wolno  i  rytmicznie,  sprawiając,  że  Shelley 
mocniej jeszcze garnęła się do niego.  

Gdy  uwolnił  ją  z  objęć,  oboje  oddychali  ciężko.  Po  chwili  Shelley  z  trudem  otworzyła 

oczy. Z ulgą zauważyła, że Ross wydaje się równie oszołomiony jak ona.  

– Jesteś... w tym bardzo dobry – powiedziała zmieszana.  
–  Inspirujesz  mnie  –  szepnął,  całując  delikatnie  jej  czoło.  Potem  ruszył  do  wyjścia  i 

zatrzymał się dopiero przy drzwiach. – Zadzwonię do ciebie jutro.  

– Jutro nie dzwoń – zaprotestowała słabo. Miała ochotę błagać go, by został.  
– A więc w poniedziałek.  
– Nie... później.  
– Zadzwonię do ciebie – powtórzył, a potem cicho zamknął za sobą drzwi.  
Skoro  Shelley  odrzuciła  jego  zaproszenie  na  przejażdżkę,  Ross  postanowił  trochę 

popracować.  Przecież  po  to  właśnie  przyjechał  do  Cincinnati.  Może  nawet  poświęci  trochę 
czasu  na  to,  by  zastanowić  się,  czy  Shelley  nie  ma  racji.  Może  przez  wzgląd  na  zdrowy 
rozsądek  rzeczywiście  powinni  zrezygnować  z  tego  flirtu.  Shelley  jasno  dała  mu  do 
zrozumienia,  że  nie  chce  widzieć  go  w  czasie  weekendu.  Ross  spodziewał  się  więc,  że 
spędzając dziś samotnie wieczór, będzie miał wiele czasu, by dokładnie przemyśleć wszystkie 
aspekty tej sprawy.  

W hotelu zajmował drogi i luksusowy apartament, lecz nie miał ochoty do niego wracać. 

Był  już  zmęczony  ciągłymi  zmianami  miejsca  pobytu,  hotelami,  podróżami  do  coraz  to 
nowych miast i przenoszeniem się z kontynentu na kontynent. Odczuwał wewnętrzną pustkę i 
nawet długie wakacje, na jakie pozwolił sobie w zeszłym roku, nie pomogły mu wyzwolić się 
z tej dziwnej depresji. Szczęśliwie wciąż lubił swoją pracę. To znaczy lubił szkoły języków, 
choć dość miał już zwalniania ludzi i wolałby nigdy więcej nie być do tego zmuszanym.  

Bez trudu znalazł miejsce do parkowania. Była sobota, jednak Elitę, podobnie jak Babel, 

prowadziła kursy językowe także w weekendy. Ku swemu zdziwieniu, Ross zastał w biurze 
Elitę Charlesa Winstona-Clarke’a, dla którego dzisiejsza sobota była dniem wolnym od pracy. 
Przywitali się, po czym Ross szybko zabrał się do dzieła.  

Przeglądał  rachunki  szkoły  z  ostatniego  roku.  Od  ponad  dwóch  lat  centralny  dział 

księgowości  w  Paryżu  narzekał  na  przysyłane  z  Cincinnati  sprawozdania  finansowe. 

background image

Poszczególne księgi prowadzone były niesystematycznie i nie zawsze prawidłowo.  

Sytuacja  jednak  nie  wydawała  się  tak  fatalna,  jak  wówczas,  gdy  po  raz  pierwszy 

wykonywał tego rodzaju zadanie. Był wtedy młodym, śmiałym człowiekiem, podważającym 
uznane autorytety i zastałe struktury. Założył się z Henrim Montpazierem, że potrafi zamienić 
deficytową placówkę Elitę w Tuluzie w prężnie działający ośrodek dydaktyczny. Teraz miał 
więcej lat i doświadczenia. Był spokojniejszy i bardziej pewny siebie. Może dlatego właśnie 
więcej uwagi poświęcił tego ranka Michelle Baird niż czekającej go pracy.  

Ta dziewczyna całkowicie go zaskoczyła. Po tym, co słyszał na jej temat, spodziewał się 

zobaczyć osobę energiczną i agresywną. Jej ciepły uśmiech i poczucie humoru zdecydowanie 
nie pasowały do tego obrazu.  

Uśmiechnął  się  z  żalem.  Powróciło  do  niego  wspomnienie  ich  pocałunku,  czuł  jeszcze 

słodki smak ust Shelley, pamiętał, jak cudownie jej pełne piersi przylegały do jego torsu. Była 
tak bardzo kobieca, tak atrakcyjna i delikatna, a jednak w niczym nie przypominała stereotypu 
głupiutkiej, bezbronnej istotki.  

Nic dziwnego, że w ciągu ostatniego roku zdążyła przyciągnąć do swojej szkoły tak wielu 

klientów. Była urocza i inteligentna, w pierwszej chwili wyczuwało się w niej wielką prawość 

charakteru.  Prowadzenie  z  Shelley  interesów  musiało  być  prawdziwą  przyjemnością,  a  ona 
sama sprawiała wrażenie osoby godnej zaufania.  

Z własnego doświadczenia Ross wiedział, jak trudno jest znaleźć dobrych dyrektorów dla 

szkół  językowych.  Zastanawiał  się,  w  jaki  sposób  Shelley  trafiła  do  Babel  i  co  do  tej  pory 
udało się jej zrobić dla tej szkoły.  

– Ross, wydajesz się bardzo zamyślony, mon ami – zauważył Charles, wsuwając głowę 

do ciasnego, zaimprowizowanego naprędce gabinetu Tannera.  

Ross  uśmiechnął  się  nieznacznie.  Najwyraźniej  Charles  zdążył  już  zdobyć  wiele 

informacji na jego temat. Mając matkę Francuzkę i ojca Amerykanina, Ross był dwujęzyczny. 

Od  czasu  jego  przyjazdu  dwa  dni  temu  Charles  bezustannie  upiększał  swoje  wypowiedzi 
francuskimi zwrotami niczym bohater powieści Agaty Christie.  

– Usiądź, Charles – zaprosił go Ross. Zastanawiał się, czy z twarzy starszego mężczyzny 

kiedykolwiek znika ostrożny półuśmiech.  

– Czy masz wszystko, czego potrzebujesz? – spytał usłużnie Charles.  
– Tak. Dziękuję za pomoc – zapewnił go Ross, starając się dostrzec jakiś ślad wrogości w 

twarzy  Charlesa.  Ta  animozja  nie  zdziwiłaby  go.  Charles  jednak  zawsze  był  wobec  niego 

niezwykle uprzejmy, choć, co było najzupełniej zrozumiałe, wydawał się zdenerwowany.  

–  Obawiam  się,  że  w  księgach  rachunkowych  panuje  straszliwy  nieład  –  powiedział  ze 

skruchą Charles. – Personel  tak  często  się u nas  zmieniał. Ja sam  zupełnie nie znam  się na 
księgowości.  Rozumiem,  dlaczego  to  mogło  nie  podobać  się  zarządowi  firmy  w  Paryżu. 
Pewnie będę musiał wreszcie nauczyć się zasad prowadzenia finansów.  

Ross zamierzał już zadać Charlesowi kilka pytań związanych z napotkanymi w księgach 

nieścisłościami, gdy nagle usłyszał własny głos.  

– Co wiesz na temat Michelle Baird? 
– Michelle Baird? – powtórzył Charles z nie zmienionym wyrazem twarzy.  

background image

– I Centrum Językowego Babel? – dodał Ross.  
– Nazywa mnie Chuck – odparł starszy mężczyzna i po raz pierwszy w jego głosie Ross 

usłyszał nutę irytacji.  

Ross stłumił śmiech.  
– Co jeszcze wiesz na jej temat? – zapytał.  
–  Ma  dwadzieścia  osiem  lat,  niezamężna,  studiowała  języki  nowożytne  i 

językoznawstwo. Przez kilka lat pilotowała wycieczki po Europie, a po powrocie do Stanów 
objęła  jakąś  mało  ważną  posadę  w  szkole  Babel  w  Chicago.  Biorąc  pod  uwagę  jej  brak 
doświadczenia  i  kwalifikacji,  nie  wiem,  w  jaki  sposób  udało  się  jej  awansować  na  obecne 
stanowisko. Prawdopodobnie oczarowała swojego przełożonego w Chicago...  

– Charles zamilkł. Przez chwilę w gabinecie panowała cisza.  
–  Jeśli  jest  ona  aż  tak  niewykwalifikowana  i  niedoświadczona,  jak  wyjaśnisz  sukces 

odniesiony  przez  Michelle  podczas  pierwszego  roku  jej  pobytu  w  Cincinnati?  –  Ton  głosu 
Rossa był chłodny.  

– W jaki sposób definiujesz sukces? – zapytał Charles z pewną wyższością w głosie.  
– Mówię o praktycznym zmonopolizowaniu rynku nowych przedsiębiorstw w Cincinnati. 

Babel przejął również niektórych z naszych dawnych klientów – odparł spokojnie Ross.  

– Cóż, jeśli uważasz to za jedyne kryterium sukcesu...  
– Czy jest inne? – zainteresował się Ross.  
–  Bien  sur  –  zaczął  Charles.  Twarz  Rossa  nie  zdradzała  żadnych  emocji.  –  Etyka 

zawodowa również ma swoją wartość.  

– Bądź bardziej konkretny – zażądał Ross.  
– Jak już wspomniałem, panna Baird jest bardzo ambitną i atrakcyjną młodą kobietą...  
– Mów dalej – Ross zignorował dramatyczne zawieszenie głosu przez Charlesa.  
–  Nie  chciałbym  zostać  podejrzany  o  rozsiewanie  plotek.  –  W  słowach  starszego 

mężczyzny słychać było wahanie.  

–  To,  co  powiesz,  zostanie  pomiędzy  nami  –  zapewnił  go  Ross.  Wszelkie  informacje 

zachowywał  w  tajemnicy,  niezależnie  od  tego,  czy  miał  do  czynienia  z  faktami  czy 
wymysłami.  

– Dobrze, więc...  

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Wciąż  powracała  myślami  do  słów  Rossa.  Zastanawiała  się,  czy  nie  mogłaby  jeszcze 

zmienić  swej  decyzji  co  do  sposobu  spędzenia  reszty  weekendu  i  przyjąć  jednak  jego 
zaproszenie.  Rzuciła  się  w  wir  zajęć,  lecz  nawet  mimo  skrajnego  wyczerpania  fizycznego 
nadal  nie  potrafiła  zapomnieć  o  Rossie  Tannerze.  Do  biura  przyjechała  w  poniedziałek 
wczesnym rankiem, by przed oficjalnym rozpoczęciem pracy uporządkować jeszcze rachunki 

z ostatniego tygodnia.  

Tego  ranka  musiała  zająć  się  sprawą  biednego  Pablo  Gutierreza.  Młody  Hiszpan  miał 

kłopoty  z  władzami  imigracyjnymi,  choć  jego  wiza  wciąż  była  jeszcze  ważna.  Shelley 
spędziła pół godziny, telefonując w jego sprawie do różnych instytucji.  

Potem w biurze Shelley zjawił się pan Powell. Był niezadowolony ze swych postępów w 

grece i chciał uczyć się innego języka, czwartego w ciągu ostatnich pięciu miesięcy.  

–  Nie  narzekam  na  lektorów  czy  metody  nauczania  Babel.  Po  prostu  nie  czuję  tego 

języka. Mam kłopoty z wypowiedzeniem najprostszych kwestii.  

– Panie Powell, jak długo uczył się pan angielskiego? 
– Ja...  
– Sądzę, że miał pan co najmniej cztery lub pięć lat, zanim był pan w stanie porozumieć 

się ze wszystkimi. Choć jest pan teraz starszy i mądrzejszy, próbuje pan jednak nauczyć się 
nowego  języka  w  całkowicie  sztucznych  warunkach.  Musi  upłynąć  co  najmniej  rok,  zanim 
będzie  pan  potrafił  w  miarę  swobodnie  posługiwać  się  tym  językiem.  Czas  i  ćwiczenia 
decydują o powodzeniu – podsumowała Shelley z uśmiechem.  

Ciszę, jaka zapanowała na chwilę w gabinecie Shelley po wyjściu pana Powella, szybko 

przerwała Francesca.  

– Waszyngton na linii.  
– Trudno – odparła zrezygnowana Shelley, po czym podniosła słuchawkę.  
– Halo? 
–  Czy  znalazłaś  już  tłumacza  dla  świadka  obrony  na  przyszły  tydzień?  –  usłyszała 

podniecony głos kobiecy.  

– Nie, jeszcze nie.  
–  Nie?  Nie!  –  wykrzyknęła  jej  rozmówczyni  oskarżycielskim  tonem.  –  A  czy  mogę 

spytać, dlaczego nie? 

– Jestem w Cincinnati – wyjaśniła cierpliwie Shelley. – Gdzie mam znaleźć rodowitego 

Afgańczyka,  który  zna  angielski  na  tyle  płynnie,  by  tłumaczyć  symultanicznie 
skomplikowane  postępowanie  procesowe,  a  do  tego  posiada  również  obywatelstwo 
amerykańskie? 

– Czy poczyniłaś w ogóle jakieś kroki, by znaleźć takiego człowieka? 
– Oczywiście. Robię, co w mojej mocy – odparła Shelley, czując, że budzi się w jej sercu 

antypatia w stosunku do nowej współpracownicy.  

– Czy mogę spytać, co zrobiłaś? – ciągnęła kobieta z jadowitą słodyczą w głosie.  

background image

–  Skontaktowałam  się  z  Towarzystwem  Islamskim,  organizacjami  studentów 

zagranicznych  wszystkich  uczelni  w  południowym  Ohio,  większością  biur  podróży  w 
Cincinnati, władzami imigracyjnymi, a także wszystkimi środkowoazjatyckimi restauracjami 
w mieście.  

–  Jeśli  nie  uda  ci  się  znaleźć  nikogo,  możesz  zmarnować  niezwykle  istotny  dla  nas 

kontrakt, moja droga – usłyszała Shelley, wyraźnie już zirytowana tą rozmową.  

Niedługo potem Francesca zawiadomiła Shelley, że od Jerome’a z Chicago nadszedł fax z 

informacjami na temat Tannera. W tym samym momencie znów zadzwonił telefon.  

– Shelley, tu Mike Paige z Keene International.  
– Witaj, Mike, jak się masz? 
–  Shelley,  odwiedził  nas  dziś  Ross  Tanner,  facet  przysłany  do  Elitę  z  Paryża.  Wywarł 

bardzo korzystne wrażenie na moim szefie. Wygląda na to, że moment podjęcia ostatecznej 
decyzji może trochę odsunąć się w czasie.  

– Rozumiem – odparła Shelley. Ross był naprawdę szybki. – Czy twój szef wciąż chce 

spotkać się ze mną jutro? 

– O, tak, oczywiście...  
– Ale? – spytała, wyczuwając wahanie w głosie Mike’a.  
– Ale chce, bym porozmawiał jutro także z Tannerem i wypowiedział się potem na temat 

jego  propozycji.  Dzwonię,  Shelley,  ponieważ  cię  lubię  i  chciałbym,  żebyśmy  ostatecznie 
podpisali kontrakt z twoją szkołą.  

– Cóż, dziękuję, Mike. Mam nadzieję, że tak właśnie się stanie. Dziękuję za telefon.  
Gdy tylko odłożyła słuchawkę, z holu szkoły doszły ją odgłosy dziwnej’ sprzeczki. Całe 

zamieszanie  wywołał  listonosz,  który  niespodziewanie  pojawił  się  w  Centrum  Babel  z 
wielkim  pudłem  zawierającym  nie  zamawiane  przez  nikogo  podręczniki  do  nauki  języka 
chińskiego.  

Zabierając po drodze kilkustronicowy fax na temat Rossa Tannera, Shelley skierowała się 

do recepcji.  

– Przepraszam panią, ale gdzie mam postawić te książki? 
–  Może  zabierze  je  pan  z  powrotem.  Nie  mogą  zostać  tutaj.  Blokują  wejście  i  mogą 

stanowić  zagrożenie  w  razie  pożaru.  –  Shelley  zmarszczyła  brwi,  przeglądając  pobieżnie 
informacje dotyczące Rossa.  

W tym momencie drzwi wejściowe otworzyły się ponownie. Shelley, Wayne i Francesca 

znieruchomieli, jakby naraz zobaczyli ducha.  

– Ross! – odzyskała wreszcie głos Shelley.  
–  Witaj,  Shelley.  Mam  nadzieję,  że  nie  przychodzę  w  złym  momencie  –  powiedział 

dyplomatycznie Ross, obrzucając uważnym spojrzeniem wszystkich obecnych.  

Wayne  przerwał  prowadzoną  z  listonoszem  słowną  utarczkę  i  spojrzał  zdumiony  na 

Rossa.  

– Ross Tanner? – powtórzył z niedowierzaniem.  
–  Tak.  Wieści  szybko  się  tutaj  rozchodzą.  Czuję  się  dzięki  temu  niczym  długo 

wyczekiwany gość, niemal jak ktoś z rodziny. A pan nazywa się zapewne Wayne Thompson? 

background image

– spytał uprzejmie Ross, wyciągając do Wayne’a dłoń.  

– Co tu robisz? – spytała ze zdziwieniem Shelley.  
– Właśnie! – zawołał Wayne, wykazując zupełny brak dobrych manier.  
Ross zerknął przelotnie na Wayne’a, zanim odpowiedział Shelley.  
– Jest pewna sprawa, o której chciałem z tobą porozmawiać.  
– Sprawa? – powtórzyła Shelley. – Jaka sprawa? 
–  To...  kwestia  dość  delikatnej  natury.  Czy  moglibyśmy  porozmawiać  w  twoim 

gabinecie? 

– Proszę pani, muszę już iść – przerwał im nieszczęsny listonosz.  
– Nie może pan tak po prostu odejść, zostawiając mnie z pudłem niepotrzebnych nikomu 

podręczników  do  nauki  chińskiego  –  sprzeciwiła  się  Shelley.  –  Proszę  zaczekać  chwilę,  aż 
wyjaśnimy  tę  sprawę  ze  szkołą  w  Los  Angeles.  To  oni  mają  numer  112,  który  widnieje  na 
pudle. – Shelley odwróciła się do Rossa. – Jestem bardzo zajęta...  

– Trzeba było umówić się na spotkanie – wtrącił się Wayne.  
– Biorąc pod uwagę dość wrogie wzajemne nastawienie szkół Elitę i Babel w Cincinnati, 

obawiałem się, że wasza szefowa może okazać się bardzo zajęta.  

Shelley  przyciskała  do  siebie  kartki  z  informacjami  o  Rossie,  czując  się  z  ich  powodu 

bardzo niezręcznie.  

– Na pewno nie odmówilibyśmy ci spotkania tylko dlatego, że nasze szkoły rywalizują ze 

sobą  –  odparła  z  godnością.  –  Jeśli  poczekasz  kilka  minut,  aż  wyjaśnimy  problem  z 
książkami, będę mogła zająć się twoją sprawą.  

– Znakomicie. Usiądę tutaj – powiedział z uśmiechem Ross.  
Shelley denerwowały stojące w holu krzesła. Były niewygodne i większość osób, siedząc 

na nich, wyglądała śmiesznie. Ross jednak opadł z wdziękiem na jedno z nich i obserwował ją 
stamtąd  z  nieprzeniknionym  wyrazem  twarzy.  Shelley  była  przekonana,  że  jego  tajemnicza 
mina maskuje rozbawienie.  

–  Shelley  –  odezwała  się  nagle  Francesca.  –  Dyrektor  z  Los  Angeles  twierdzi,  że  nie 

zamawiał żadnych podręczników do nauki chińskiego.  

– Co takiego? Daj mi słuchawkę – Shelley zwróciła się do Franceski, kiedy w holu szkoły 

pojawiło się dwóch młodych chłopców. Jeden z nich wyjaśniał Wayne’owi, że przysłano ich 
ze Stowarzyszenia Zagranicznych Studentów.  

– Chwileczkę – powiedziała Shelley do słuchawki.  
– Czy znalazłeś osobę znającą język pasztu? – spytała z nadzieją w głosie.  
– Tak. Oto on – odparł z dumą chłopak, wskazując na swego towarzysza. W jego głosie 

pobrzmiewał charakterystyczny skandynawski akcent.  

–  Wspaniale!  Pozwól,  że  najpierw  skończę  rozmawiać.  –  Shelley  znów  podniosła 

słuchawkę. – Tak... rozumiem, ale dlaczego to zrobili? Dobrze. Dziękuję.  

–  Z  nieznanych  powodów  zarząd  zmienił  w  zeszłym  tygodniu  numery  szkół  na  całym 

Zachodnim  Wybrzeżu.  Zadzwoń  do  nich,  Francesco  i  dowiedz  się,  jaka  szkoła  ma  teraz 
numer 112.  

–  Przepraszam  panią  –  wtrącił  się  coraz  bardziej  zdenerwowany  listonosz  –  ale  ja  nie 

background image

mogę czekać, aż...  

– Dokąd pan jedzie w tym roku na wakacje? 
– spytała niespodziewanie Shelley.  
– Co takiego? 
– Pytam o wakacje. Dokąd jedzie pan na wakacje? 
– Hm... do Meksyku.  
– A więc, jeśli zgodzi się pan zaczekać, aż wyjaśnimy sprawę z książkami, zaoferujemy 

panu trzy bezpłatne lekcje hiszpańskiego. Będzie pan umiał zameldować się w hotelu, zapytać 
o drogę, wytargować najkorzystniejszą cenę.  

– Tego wszystkiego mógłbym nauczyć się w ciągu trzech lekcji? – W głosie mężczyzny 

słychać było powątpiewanie.  

– Osobiście to panu gwarantuję – zapewniła Shelley.  
Kiedy listonosz przystał ostatecznie na jej propozycję, Shelley mogła wreszcie zająć się 

studentami.  

– A więc, jak się nazywasz? – spytała, podając rękę Afgańczykowi.  
– Hmm? 
Shelley  spojrzała  niepewnie  na  drugiego  chłopca,  a  potem  powtórzyła  swoje  pytanie. 

Afgańczyk uśmiechnął się nieśmiało.  

– Nie znać angielski – odpowiedział.  
Shelley czuła się rozczarowana, ale bynajmniej nie zaskoczona. Chciała jednak wyjaśnić 

tę sprawę do końca, zwróciła się więc do studenta ze skandynawskim akcentem.  

– Czy nie sprecyzowałam  dokładnie, że poszukuję Afgańczyka, który  mówi  płynnie po 

angielsku i jest obywatelem Stanów Zjednoczonych? 

– To prawda, ale...  
– Dziękuję za pomoc –  powiedziała dyplomatycznie Shelley – ale moje  instrukcje były 

ścisłe i jasne. Ignorując je, marnujesz tylko swój czas. Nie wspominając już o moim.  

Francesca telefonowała do Portland, gdzie odnaleziono  wreszcie szkołę o numerze 112. 

Wayne  przekładał  jakieś  papiery  na  biurku  Franceski,  najwyraźniej  po  to  jedynie,  by  móc 
pozostać w holu i obserwować Rossa.  

Drzwi  wejściowe  otworzyły  się  ponownie  i  nowa  osoba  dołączyła  do  zebranych  w 

korytarzu szkoły Babel.  

– Guten Tag, Shelley – przywitała się kobieta.  
– Guten Tag, Ute. Wie geht’s? – spytała Shelley.  
– Przyszłam wcześniej, ponieważ muszę z tobą porozmawiać.  
Shelley zerknęła na zegarek. Miała nadzieję, że wystarczy jej czasu zarówno dla Ute, jak i 

Rossa, zanim pojawi się następna osoba, z którą była umówiona.  

–  Oczywiście,  Ute.  Jeśli  jednak  nie  masz  nic  przeciw  temu,  najpierw  zgodziłam  się 

porozmawiać z tym panem.  

– Shelley – kolejny raz zawołała ją Francesca. – Portland chce z tobą mówić. Twierdzą, 

że nie zamawiali żadnych podręczników.  

Shelley  westchnęła  i  odeszła  do  telefonu.  Podczas  gdy  ona  wyjaśniała  problem 

background image

dyrektorowi  szkoły  w  Portland,  Ute  i  Ross  prowadzili  ożywioną  i  najwyraźniej  niezwykle 
zajmującą rozmowę. Ross mówił płynnie po niemiecku i Shelley nie potrafiła zrozumieć, jaki 
jest temat ich pogawędki.  

Shelley odłożyła słuchawkę i spojrzała na Rossa, który pożegnał się z Ute i podążył za nią 

do jej gabinetu.  

– Gdzie nauczyłeś się mówić tak dobrze po niemiecku? – zapytała, nie mogąc opanować 

swej ciekawości.  

– Na samym początku swej kariery pracowałem w szkole Elitę w Monachium.  
– Jakie znasz jeszcze języki? 
–  Francuski  i  arabski.  Chociaż  francuski  tak  naprawdę  się  nie  liczy.  Moja  matka  jest 

Francuzką. Wychowywałem się jako dziecko dwujęzyczne.  

– Rozumiem – powiedziała Shelley.  
– Wyglądasz dzisiaj ślicznie. – W jego głosie zabrzmiało dziwne rozmarzenie.  
– Wydawało mi się, że przyszedłeś tutaj z jakąś ważną sprawą – zauważyła cierpko.  
– To prawda, lecz w twoim towarzystwie trudno zebrać myśli.  
Ross  przechylił  głowę  na  bok  i  przez  chwilę  obserwował  Shelley.  Aura  kobiecości 

towarzyszyła  jej  nawet  w  tym  biurowym  otoczeniu.  Charles  sugerował,  a  nawet  więcej, 
twierdził  uparcie,  że  Shelley  używała  atrybutów  swej  urody,  by  zapewnić  klientów  swojej 
szkole.  

Kiedy  patrzył  teraz  na  tę  kobietę  o  szarych  oczach,  kremowej  cerze,  z  opadającą  na 

ramiona burzą miedziano-rudych loków, całym sercem pragnął uwierzyć, że słowa Charlesa 
były jedynie oszczerstwem.  

Kiedy odezwał się, jego głos zabrzmiał oficjalnie i bezosobowo.  
– Dowiedziałem się o pewnych zatargach pomiędzy tobą a Charlesem – oznajmił.  
– Czy chodzi o tę historię, kiedy zmuszona byłam wezwać policję? 
– Policję? – powtórzył zdumiony Ross. Szybko jednak odzyskał swój zwykły spokój. – 

Czy mogłabyś mi o tym opowiedzieć? 

– Było wiele incydentów. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że Charles posunął 

się już za daleko.  

– Co takiego się wydarzyło? – Ross czuł wyraźnie, że traci kontrolę nad przebiegiem tej 

rozmowy.  

– Niedługo po tym, jak objęłam stanowisko dyrektora i nasza szkoła zaczęła przyciągać 

nowych klientów, moje biuro nękały wciąż przeróżne bezsensowne telefony pomyłkowe.  

– Dlaczego sądzisz, że to był Charles? 
– Wspomniałam mu kiedyś o tym. Wystarczyło mi jedno spojrzenie w oczy Chucka, by 

wiedzieć, że to on jest za to odpowiedzialny.  

– To tylko domysły.  
– Wydaje mi się, że rozpoznałam jego głos. Kiedy następnego dnia zjawiłam się w Elitę i 

zagroziłam Chuckowi, że po następnym tego rodzaju telefonie zgłoszę całą sprawę policji, w 
naszym biurze zapanował wreszcie spokój.  

– Rozumiem, ale... – odezwał się Ross po chwili. milczenia.  

background image

– Potem, możesz w to wierzyć lub nie, Chuck zaczął przysyłać tutaj szpiegów. Raz lub 

dwa  razy  w  tygodniu  ktoś  umawiał  się  ze  mną  spotkanie  i  kazał  oprowadzać  się  po  całej 
szkole, zadając pytania nie mające żadnego związku z nauką języka.  

– Szczerze mówiąc uważam to za równie mało prawdopodobne jak te dziwne telefony – 

Ross chciał odzyskać kontrolę nad rozmową i samemu nadać jej pożądany kierunek.  

–  To  jeszcze  nie  wszystko.  W  październiku  zeszłego  roku  podpisałam  kontrakt  z 

kolejnym poważnym klientem, na którym zależało również Elitę. Chuck wielokrotnie groził 
mi,  kiedy  byliśmy  sami  i  nikt  nie  mógł  go  słyszeć.  Twierdził,  że  zniszczy  naszą  szkołę. 

Potem, którejś nocy ktoś włamał się tutaj.  

– Włamanie! – wykrzyknął Ross. – To okropne. Shelley kiwnęła głową.  
–  Nie  zginęły  pieniądze  ani  inne  cenne  przedmioty.  Złodzieje  zabrali  tylko  zeszyt  z 

adresami  klientów,  listę  telefonów  oraz,  co  jest  szczególnie  ciekawe,  mój  rozkład  zajęć. 
Trwało dwa tygodnie, zanim nasza szkoła znów zaczęła normalnie funkcjonować.  

–  Czy  wtedy  zawiadomiłaś  policję?  –  Ross  zastanawiał  się,  dlaczego  Charles  nie 

wspomniał  o  żadnym  z  tych  nieprzyjemnych  wydarzeń,  gdy  krytykował  Shelley  podczas 
sobotniej rozmowy.  

–  Tak.  Ostrzegłam  go  też,  że  jeśli  kiedykolwiek  zobaczę  go  w  pobliżu  naszej  szkoły, 

może mieć poważne kłopoty.  

–  Mój  Boże  –  westchnął  Ross.  Ta  rozmowa  bynajmniej  nie  pomogła  mu  rozwiać 

wątpliwości.  Co  więcej  usłyszał  nowe  oskarżenia,  tym  razem  skierowane  przeciw  jego 
pracownikowi.  

–  Czy  były  jeszcze  jakieś...  problemy,  o  których  chciałabyś  mi  powiedzieć?  –  spytał. 

Gdyby tylko wspomniała o czymś, co można by łatwo udowodnić...  

Shelley zarumieniła się lekko, niepewna, czy powinna opowiedzieć o ostatnim występku 

Chucka.  

–  To  dosyć...  krępujące.  Nikomu  nie  mówiłam  o  tym.  Ale  może...  Jesteś  jego  szefem  i 

dżentelmenem. Może będziesz mógł sprawić, by z tym skończył.  

– Co takiego? – zapytał.  
–  Powiedział  mi  o  tym  w  zaufaniu  Mike  Paige  z  Keene  International.  Otóż...  Chuck 

insynuuje  podobno,  jakobym  świadczyła...  pewne  szczególne  usługi  mężczyznom,  po  to,  by 
pozyskać  ważnych  klientów  dla  Babel.  –  Z  ulgą  zauważyła  zdumienie  malujące  się  w 
spojrzeniu  Rossa.  Chyba  tym  razem  jej  uwierzył.  –  Szczęśliwie  Mike  nie  dał  wiary  ani 
jednemu słowu Chucka, ale... na Boga, Ross! 

Ross  podniósł  się  gwałtownie.  W  jego  oczach  widziała  gniew  i  zaskoczenie.  Shelley 

czekała,  by  przeprosił  ją  za  zachowanie  swojego  pracownika.  Ross  stał  jednak  milczący  i 
nieprzystępny.  Obojętny  i  bezlitosny  wysłannik  Henriego  Montpaziera,  którego  zadaniem 
było  zlikwidowanie  wszelkich  przeszkód  zagrażających  sukcesowi  Elitę.  W  jednej  chwili 
zrozumiała,  że  Ross  nie  przyszedł,  by  wysłuchiwać  oskarżeń  pod  adresem  Chucka.  Nie 
zamierzał  też,  jak  spodziewała  się  początkowo,  zaproponować  nawiązania  współpracy 
pomiędzy ich szkołami.  

– Po co przyszedłeś? – spytała cicho.  

background image

Ich  spojrzenia  spotkały  się.  Shelley  domyślała  się  już  wszystkiego.  Skinął  tylko, 

potwierdzając jej przypuszczenie.  

– Jak śmiesz?! – zawołała.  
–  Nie  przyszedłem,  by  oskarżać  cię  o  cokolwiek.  Chciałem  tylko  przekonać  się,  czy  to 

prawda.  

– Jak mogłeś uwierzyć w to choć przez chwilę? 
– To wyjaśniłoby wiele.  
Shelley poczuła się, jakby otrzymała policzek.  
–  Wyjaśniłoby?  Co?  Jak  otrzymałam  tę  pracę?  Jak  wygrywam  w  konkurencji  z 

nieuczciwym, niekompetentnym, podłym łajdakiem pokroju Chucka? 

– Shelley, nie...  
–  Masz  najwyraźniej  niezwykle  dobre  zdanie  o  moich  umiejętnościach  –  ciągnęła  z 

sarkazmem  w  głosie.  –  Jak  mogłeś  pomyśleć  choć  przez  moment,  że  sypiałam  z 
mężczyznami, by dostać pracę i pozyskać klientów! – Urwała nagle, spoglądając na niego z 
nienawiścią. – Czy sądziłeś, że pójdę z tobą do łóżka tego dnia, kiedy się poznaliśmy? 

– Nie! – stwierdził z naciskiem. – Przestań...  
– Wyjdź stąd! 
– Shelley, zapragnąłem cię poznać, choć nic o tobie nie wiedziałem. Wtedy nawet z nim 

jeszcze nie rozmawiałem na twój temat.  

–  O,  to  rzeczywiście  zmienia  wszystko!  Mogę  odczuwać  jedynie  wstyd  na  myśl,  że 

całowałam się z mężczyzną, który choć na chwilę potrafił uwierzyć w oskarżenia Chucka.  

Odczuwając wyrzuty sumienia, Ross chciał powiedzieć coś na swoją obronę.  
– Ty również nie pozostałaś mu dłużna. Twoje oskarżenia, Shelley, równie trudno byłoby 

udowodnić jak jego pomówienia.  

W pokoju zapadła pełna napięcia cisza. Jakby nagle oboje zdali sobie sprawę, że sytuacja 

ogromnie się skomplikowała. Usiedli, starając się opanować własne emocje.  

– Dobrze, Ross – zaczęła Shelley z wymuszonym spokojem w głosie. – Jeśli wolisz dać 

wiarę insynuacjom Chucka, to twoja sprawa. Aleja traktuję to jako osobistą zniewagę i pod 
żadnym pozorem nie chcę cię więcej widzieć.  

– Shelley – przerwał jej, nie chcąc zaakceptować takiego ultimatum.  
– Więcej, powiem ci coś, czym będziesz mógł zająć się naprawdę. Pensja Chucka nie jest 

z pewnością wiele wyższa od mojej, a jednak ma on dom w Hyde Park, jeździ mercedesem, a 
w zeszłym roku wybrał się na wakacje do Japonii. Ponieważ Chuck nie odziedziczył żadnego 
majątku,  nie  wygrał  ostatnio  na  loterii,  a  wasza  szkoła  w  Cincinnati  przynosi  straty,  taki 
sprytny  facet  jak  ty  może  dostrzec  w  tym  coś  niepokojącego.  A  teraz  żegnam  cię,  bo  mam 
wiele pracy.  

Ross westchnął ciężko.  
–  Trudno.  Pójdę  posłusznie,  moja  pani.  –  Shelley  nie  uśmiechnęła  się.  –  Wiem,  że 

obraziłem cię, ale... Och, do diabła. Czy mógłbym zadzwonić do ciebie wieczorem? 

– Jestem dziś zajęta.  
– Czyżby? – W jej głosie usłyszał wyzwanie.  

background image

– Tak, panie Tanner. Właśnie przysłano mi z Chicago obszerne materiały na pański temat. 

Przestudiowanie ich zajmie mi najprawdopodobniej cały wieczór.  

Ross  spojrzał  na  leżący  obok  niej  plik  papierów.  Jego  życie  w  najdrobniejszych 

szczegółach. Jednego mógł być pewien: Shelley nie wyczyta tam niczego budującego.  

– A więc, miłego wieczoru, Shelley. Mam nadzieję, że mój życiorys okaże się ciekawą 

lekturą.  

Shelley  wstała,  by  otworzyć  mu  drzwi.  Przechodząc,  Ross  otarł  się  o  nią  delikatnie. 

Przystanął  nagle.  Shelley  oddychała  szybko,  ogarnięta  pragnieniem,  by  go  dotknąć.  Oboje 
czuli to samo zagrożenie i podniecenie. Shelley wiedziała już, że za moment Ross obejmie ją 
mocno, pocałunkiem tłumiąc słowa protestu. Czekała, by wziął ją w ramiona.  

– Dziękuję, że poświeciłaś mi swój czas – powiedział cicho Ross i wyszedł.  
Shelley miała ochotę pobiec za nim, powiedzieć, że zmieniła zdanie i że pojedzie z nim 

do  jakiegoś  cichego  i  romantycznego  miejsca  –  gdzieś  tysiące  kilometrów  od  Cincinnati, 
pracy  i  obowiązków.  Dręczyło  ją  uczucie  żalu  i  rozczarowania.  Czego  spodziewała  się 
jednak? 

Bez wątpienia nie była sprytną uwodzicielką, lecz Ross miał prawo sprawdzić oskarżenia 

Chucka.  Zerknęła  na  kartki  z  informacjami  o  Rossie,  odczuwając  nagłe  wyrzuty  sumienia. 
Sama prosiła innych o opinie na jego temat. On miał prawo postąpić podobnie w stosunku do 
niej.  Jedyna  różnica  polegała  na  tym,  że  plotki  na  jej  temat  były  obraźliwe,  zaś  informacje, 
jakie otrzymała o Rossie, alarmujące. Może rzeczywiście powinna była się zgodzić, by Ross 
zadzwonił do niej. Dałoby to im szansę porozmawiania o wszystkim.  

Wzięła do ręki życiorys Rossa. Z zaciekawieniem przerzucała kartki tego sprawozdania, 

gdy do pokoju zajrzała Ute.  

– Och, Ute. Proszę bardzo, usiądź. – Shelley była zła na siebie, że zapomniała o kobiecie, 

która przyszła wcześniej specjalnie po to, by z nią porozmawiać. – Z czym przychodzisz? 

– Chcę podwyżki albo odchodzę – oznajmiła szybko Ute.  
Shelley spodziewała się tego od dłuższego czasu.  
– Ute, wiesz, że o zarobkach decyduje Nowy Jork. Zwracałam się już do nich o podwyżkę 

dla ciebie...  

Przez  kilka  minut  rozmawiały  o  żądaniu  Ute.  Shelley  słuchała  ze  zrozumieniem.  Ona 

również  była  zdania,  że  Babel  zbyt  mało  płaci  nauczycielom.  Ogromne,  międzynarodowe 
organizacje jak Babel  czy  Elite posiadały tak rozbudowany  aparat  urzędniczy, że zmuszone 
były bardzo ograniczać wszelkie inne wydatki.  

–  Rozumiem  twoje  stanowisko,  Ute,  i  spróbuję  wpłynąć  na  moich  przełożonych.  – 

Shelley uśmiechnęła się, choć czuła, że jej misja nie ma zbyt wielkich szans powodzenia. – A 

na  razie,  Ute,  zgłosili  do  nas  nowi  klienci,  których,  mam  nadzieję,  będzie  ci  przyjemnie 
uczyć. To grupa inżynierów, którzy wybierają się do Niemiec. Przed wyjazdem chcą poznać 
jak  najlepiej  język.  Liczę  na  ciebie,  Ute.  Odkąd  Schmidtowie  zdecydowali  się  powrócić  do 
Monachium, brakuje mi dwóch nauczycieli niemieckiego.  

–  Kiedy  przekażesz  mi  odpowiedź  Nowego  Jorku,  powiem  ci,  czy  zostanę  w  Babel.  – 

Nauczycielka wzruszyła ramionami. – Bardzo cię lubię, Shelley. Lubię swoją pracę i godziny 

background image

zajęć bardzo mi odpowiadają. Ale należy mi się podwyżka.  

– Rozumiem, Ute – odparła Shelley, czując się w tej sprawie zupełnie bezsilna.  
Kiedy  Ute  wyszła,  Shelley  zerknęła  na  zegarek.  Do  następnego  spotkania  zostało  jej 

zaledwie kilka minut. Wypiła łyk lodowatej kawy.  

– No tak – powiedziała głośno.  
Szła korytarzem po świeżą kawę, gdy przeraźliwy, ogłuszający hałas rozległ się w całym 

budynku. Ze wszystkich drzwi wyglądali wystraszeni nauczyciele i uczniowie.  

– Co to jest, u licha? – zawołał Wayne.  
– Alarm przeciwpożarowy – odpowiedziała z rezygnacją Shelley. To był po prostu jeden 

z tych dni...  

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Wieczorem  Shelley  usiadła  wreszcie  w  fotelu  z  kubkiem  gorącej  kawy,  by  przeczytać 

życiorys Rossa. Jej matka określiłaby tego mężczyznę mianem nawróconego grzesznika.  

Ojciec  Rossa  był  jednym  z  pięciuset  najbogatszych  ludzi  w  Stanach,  matka  zaś 

pochodziła  ze  starej  prowansalskiej  rodziny.  Miał  dwie  siostry,  które  znalazły  mężów  o 
podobnej  pozycji  towarzyskiej  i  sytuacji  majątkowej.  Ross  najwyraźniej  zarabiał  dobrze  w 
Elitę, lecz jako niepokorny syn zdecydował się wcześniej zrezygnować z należnej mu części 
ogromnej fortuny.  

Jego  życie,  aż  do  spotkania  z  Henrim  Montpazierem,  przypominało  serię  nieudanych 

startów. Jako nastolatek był trzykrotnie wyrzucany z drogich, prywatnych szkół. Jak wynikało 

z notatek Wayne’a, Ross uzyskał maturę we Francji, po czym powrócił na studia do Stanów.  

Wayne dopisał na marginesie, że jedynie dzięki wpływom rodzinnym udało się Rossowi 

dostać  do  ekskluzywnego  college’u.  Jako  kierunek  specjalizacji  wybrał  średniowieczną 
filozofię Środkowego Wschodu. Sam  wymyślił  ten temat  i  w jakiś sposób namówił później 
profesorów, by zaakceptowali jego pomysł. Wtedy też zapewne nauczył się arabskiego.  

Z uniwersytetu  wyrzucono Rossa w połowie drugiego roku.  Początkowo jego rodzicom 

udawało się łagodzić gniew uczelnianych władz związany ze słabymi ocenami, opuszczaniem 
zajęć i ciągłymi wybrykami ich syna. Ostatecznie jednak Ross zrobił coś, na co nie mogła nic 
poradzić nawet rodzina Tannerów, i został usunięty. Oficjalnym powodem było zniszczenie 
sprzętu  uczelnianego  i  zakłócenie  porządku  zajęć.  Ross  skorzystał  z  laboratoriom 
chemicznego,  by  sprokurować  tajemniczy  afrodyzjak,  o  którym  przeczytał  w  swoich 
arabskich  księgach.  Gaz  ten  wywołał  natychmiastową  euforię,  po  czym  osoba,  która  miała 
pecha nawdychać się owej substancji, przez dwanaście godzin pozostawała nieprzytomna. W 
wyniku  tego  eksperymentu  wielu  oszołomionych  studentów  i  profesorów  całkiem 
zdemolowało uniwersyteckie sale, zanim wreszcie zapadli w sen na resztę dnia. Opary gazu 
unosiły się w budynku jeszcze przez trzy dni, przez co nie mogły odbywać się przewidziane 
planem zajęcia.  

Od  tego  momentu  informacje  o  losach  Rossa  stawały  się  bardzo  wyrywkowe.  Nie  było 

całkiem  jasne,  czy  to  rodzina  wyrzekła  się  marnotrawnego  syna,  czy  też  on  sam  uciekł  z 
domu,  w  każdym  razie  Ross  z  pewnością  od  dłuższego  czasu  nie  miał  ze  swoimi  bliskimi 
żadnych kontaktów.  

Jakiś  czas  spędził  najprawdopodobniej  w  Afryce,  gdzie  rzekomo  zajmował  się 

wszystkim,  począwszy  od  przemytu,  a  skończywszy  na  szpiegostwie.  Bez  wątpienia 
prowadził przez pewien czas kasyno w Marakeszu, a później nocny klub w Nicei.  

Kiedy  rzucił  pracę  w  Nicei,  udał  się  do  Paryża,  gdzie  spotkał  Henriego  Montpaziera. 

Wtedy też rozpoczęła się jego kariera w Elitę.  

Od tego momentu informacje o Rossie były bardzo dokładne i zdecydowanie pozytywne. 

Ten mężczyzna wydawał  się być naznaczony piętnem Midasa. Miał  dwadzieścia sześć lat i 
wątpliwą przeszłość, gdy Henri Montpazier powierzył mu jego pierwsze zadanie w Tuluzie. 

background image

Dał  Rossowi  wolną  rękę,  otwarte  konto  w  banku  i  jeden  rok,  by  przemienił  podupadającą 
szkołę w nowoczesne i przynoszące zyski centrum dydaktyczne.  

Wyjeżdżając  do  Tuluzy,  Ross  nie  miał  żadnych  kwalifikacji  do  prowadzenia 

jakichkolwiek szkół, jednak pod koniec roku tamtejsza placówka zaczęła przynosić ogromne 
zyski, całkowicie eliminując z rynku konkurencję.  

Montpazier  wynagrodził  Rossa  pokaźną  premią,  po  czym  natychmiast  wysłał  go  do 

Monachium.  Tam  Ross  poradził  sobie  w  dziesięć  miesięcy,  zaś  jego  kolejna  misja  w 
Hongkongu trwała o pięć tygodni krócej.  

W  ciągu  następnych  czterech  lat  pracował  jeszcze  w  Nowym  Jorku,  Los  Angeles, 

Bangkoku, Mediolanie, Sydney, Rio de Janeiro, Rijadzie, Tokio i Zurychu. Nic dziwnego, że 

teraz, w wieku trzydziestu czterech lat, nie był jeszcze żonaty. Shelley zastanawiała się, czy w 
jakimkolwiek miejscu pozostał na tyle długo, by przywiązać do siebie choćby złotą rybkę.  

Półtora roku temu Tanner zniknął nagle. Porzucił Elitę bez jednego słowa, nie informując 

nikogo  o  swoich  planach.  Przyjaciółka  Wayne’a  twierdziła,  że  Montpazier  uważał  Rossa 
niemal za własnego syna i czuł się bardzo dotknięty takim jego zachowaniem. Z nieznanych 
powodów  Ross  powrócił  do  pracy  po  pół  roku.  Montpazier  wysłał  go  natychmiast  do 

Madrytu, a potem do Nowego Jorku i Cincinnati.  

Shelley zdała sobie nagle sprawę, że Ross nigdy nie poniósł porażki. W dużych miastach 

jak Nowy Jork czy Tokio jego działalność nie miała specjalnego wpływu na konkurencję, lecz 
w  mniejszych  ośrodkach  Ross  całkowicie  eliminował  z  rynku  rywalizujące  z  Elitę  szkoły. 
Czasami zatrudniał część personelu swoich konkurentów, pozbawiając ich w ten sposób nie 
tylko klientów, lecz także pracowników.  

Shelley czuła narastającą w sercu panikę. Jej tak świetnie zapowiadająca się kariera była 

poważnie zagrożona. Jeśli Ross doprowadzi jej szkołę do bankructwa, będzie mogła liczyć co 
najwyżej na stanowisko sprzątaczki w którymś z magazynów Babel w New Jersey.  

Przysłany  z  Waszyngtonu  życiorys  Rossa  pozostawiał  wiele  kwestii  nie  wyjaśnionych. 

Dlaczego Ross rzucił pracę, a potem znów do niej wrócił po sześciu miesiącach? Co robił w 
tym  czasie?  Czemu  zawdzięczał  swój  sukces?  Jaki  jest  jego  słaby  punkt?  Musi  być  coś 
takiego, nikt nie jest doskonały.  

Shelley przypomniała się scena, która miała miejsce dziś rano w jej biurze. Oczywiście, 

że nie jest doskonały! Chuckowi przecież udało się go nabrać.  

Ona  sama  bardzo  polegała  na  swojej  umiejętności  właściwej  oceny  ludzi.  Intuiqa  była 

jedyną  przewagą,  jaką  miała  nad  Rossem.  Będzie  musiała  zacząć  się  nią  posługiwać.  I 
obserwować go.  

Czas  spać,  zdecydowała.  Od  jutra  będzie  nie  tylko  dyrektorką  szkoły,  ale  także  pilną 

uczennicą. Świadomie lub nie, Ross stanie się jej mistrzem.  

Zachował się jak głupiec. Widział to teraz wyraźnie i drażniło go własne postępowanie. 

Był zły na siebie, że działał pod wpływem impulsu.  

Shelley,  oczywiście,  miała  rację.  Szkoła  Elitę  przynosiła  straty,  zaś  w  księgach 

finansowych panował taki bałagan, że nikt nie mógłby dociec, jaka jest przyczyna deficytu. 
Już  na  samym  początku  powinien  był  zainteresować  się  wydatkami  i  stylem  życia  Chucka. 

background image

Prawda musi zostać ujawniona.  

Oszczerstwa pod adresem  Shelley były oczywistym wybiegiem ze strony Chucka.  Ross 

odczuwał teraz ogromny wstyd, że dał się nabrać. Fakt, że osobiście znał Shelley, pogłębiał 
jeszcze  jego  zażenowanie.  Nie  potrafił  wprost  uwierzyć,  że  natychmiast  po  rozmowie  z 
Chuckiem udał się do biura Shelley, by potwierdzić usłyszane od jej konkurenta rewelacje.  

Zdał sobie również sprawę, ku własnemu niezadowoleniu, że zwykła zazdrość odegrała w 

jego zachowaniu niemałą rolę. Nie chodziło mu o sprawdzenie oskarżeń Chucka. Chciał po 
prostu usłyszeć od Shelley zapewnienie, że żaden inny mężczyzna nie dotknął jej przedtem i 
nigdy  już  tego  nie  zrobi.  Był,  oczywiście,  śmieszny.  Shelley  miała  dwadzieścia  osiem  lat, 
była  piękna  i  atrakcyjna.  Naturalnie  inni  mężczyźni  dotykali  jej  wcześniej  i  będą  to  robili 
także po jego wyjeździe.  

Spróbował przypomnieć sobie, czy kiedyś już odczuwał podobną zazdrość. To nie było w 

jego stylu. W różnych miastach spotykał kobiety, często stając się ich kochankiem, lecz nigdy 
nie wiązały się z tym żadne zobowiązania. Kiedy wyjeżdżał do innego miasta, zawsze starał 
się,  by  pożegnaniu  towarzyszyła  romantyczna  aura,  jakiej  kobiety  oczekiwały.  Jego 
dotychczasowe związki były przyjemną rozrywką dla obu stron, której nikt nie traktował zbyt 
poważnie.  

Shelley  obudziła  w  jego  sercu  całkiem  nie  znane  mu  dotąd  tęsknoty.  W  jej  szczerych 

oczach  lśniła  nie  skrywana  ciekawość,  wydawała  się  tak  inteligentna  i  wolna  od 
jakichkolwiek przesądów. Chciała jedynie wiedzieć, kim Ross jest naprawdę.  

Niestety, informacja, jaką przesłano Shelley na jego temat z Nowego Jorku, z pewnością 

nie ułatwi mu zadania. Ludzie z Babel od dawna interesowali się jego życiem, szczególnie zaś 
od czasu, gdy w Bangkoku zatrudnił w swojej szkole połowę ich personelu.  

Zerknął na wiszący na ścianie zegar. Z ledwością zdąży na spotkanie z przedstawicielem 

Keene International. Po omówieniu propozycji Elitę planowali zjeść razem lunch.  

 
Shelley  spoglądała  z  niechęcią  na  swój  talerz,  udając  żywe  zainteresowanie  opowieścią 

swego  towarzysza.  Jadła  obiad  w  Crystal  Palące  z  szefem  Mike’a  Paige’a.  Mike  zebrał 

wszystkie informacje na temat Elitę i Babel, lecz to szef Keene International miał ostatecznie 
zadecydować o wyborze jednej z tych dwóch szkół. Shelley znalazła się więc w niewątpliwie 
trudnej sytuacji. Szef Mike’a okazał się nieprzejednanym antyfeministą i w żaden sposób nie 
krył swej niechęci do robienia jakichkolwiek interesów z kobietą. Shelley potrafiła wygrać w 
rywalizacji z Chuckiem, teraz jednak na scenie pojawił się Ross.  

– To była piękna strzelba, lecz spust... Czy wiesz coś na temat broni, Shelley? 
– Niestety, nie – odparła. Jej rozmówca był kolekcjonerem broni. I myśliwym. A także 

rybakiem  łowiącym  na  głębokich  wodach.  Najwyraźniej,  jeśli  tylko  coś  mogło  służyć  do 
zabijania lub dało się zabić, ten mężczyzna uznawał to za godne uwagi. Shelley bardzo lubiła 
jadać  w  Crystal  Palące,  lecz  po  wysłuchaniu  kilku  historii  o  strzelaniu  do  bezbronnych 
zwierząt całkiem straciła apetyt. Zastanawiała się, gdzie też podziewają się Mike i Ross.  

Zadzwoniła do Mike’a z samego rana. Namówiła go, by wraz z Rossem przyszli na lunch 

do  Crystal  Palące.  Przedstawiła  Mike’owi  kilka  znakomitych  argumentów,  które  miały 

background image

przekonać go do tego planu. W rzeczywistości pragnęła zobaczyć, jak Ross zachowuje się w 
towarzystwie swych potencjalnych klientów.  

– Podobnie jak i cyngiel – ciągnął rozmówca Shelley, śmiejąc się głośno. – Oczywiście, 

nie wiedząc nic o pistoletach czy strzelbach, nie potrafisz...  

–  Co  za  niespodzianka!  –  Shelley  usłyszała  za  plecami  męski  głos,  w  którym 

pobrzmiewała  delikatna  nutka  ironii.  Ross,  oczywiście,  domyślił  się  momentalnie,  żęto  ona 
zorganizowała to „przypadkowe” spotkanie.  

–  Ross!  A  to  zbieg  okoliczności!  –  zawołał  szef  Mike’a,  najwyraźniej  zachwycony 

możliwością podyskutowania z mężczyzną. Shelley czuła, że teraz nadeszła jej szansa. Będzie 
bacznie  obserwować  Rossa:  czym  jeszcze,  oprócz  udziału  w  „męskiej”  rozmowie,  spróbuje 
zachęcić krwiożerczego szefa Keene International, by podpisał z nim kontrakt? 

– Czy możemy się dosiąść? – zapytał Ross.  
–  Oczywiście.  Opowiadałem  właśnie  Michelle  o  tym  facecie,  który  próbował  sprzedać 

mi... Ach, czy wy się znacie? 

– Nie byliśmy sobie formalnie przedstawieni – odparł Ross, wyciągając rękę.  
– To prawda – potwierdziła krótko Shelley. Podała mu rękę. – Wiele jednak słyszałam na 

twój temat.  

Uścisnął lekko jej dłoń.  
–  Naprawdę?  A  ja  tak  mało  wiem  o  tobie.  Od  jak  dawna  zajmujesz  się  nauczaniem 

języków? 

Punkt dla niego, pomyślała.  
– Przez dwa lata – odpowiedziała głośno.  
– Od dwóch lat jesteś dyrektorką szkoły? – nie dawał za wygraną Ross.  
– Szkołę prowadzę od roku. – Wciąż jeszcze nie udało się jej uwolnić ręki z uścisku.  
– Ach, tak. – Jego ton delikatnie zwracał uwagę na jej brak doświadczenia. Nakrył ręką 

ich splecione dłonie, czubkami palców gładząc nadgarstek Shelley. – I jak ci się podoba nowa 
praca? – spytał z czarującym uśmiechem.  

– Od dawna już nie uważam jej za nową – odparła słodko Shelley. – A jak tobie podoba 

się Cincinnati? Czy prowadzenie interesów w całkiem nie znanym mieście wywołuje u ciebie 
stres? 

Po raz ostatni uścisnął jej rękę.  
– Bynajmniej. Co jesz? – zapytał, spoglądając z ciekawością na talerz Shelley.  
– Moo Goo Gai Pan.  
– Wygląda to niezwykle apetycznie – wtrącił się Mike Paige. – Też zamówię tę potrawę.  
– Jeśli uda ci się przywołać kelnera – powiedział z rozdrażnieniem szef Mike’a.  
W tej samej chwili Ross rozejrzał się po sali.  
– Kelner! – zawołał.  
W  kilka  sekund  przyjęto  od  nich  zamówienie,  sprzątnięto  nakrycia  po  przystawkach, 

podano  kartę  win.  Shelley  zaczęła  podejrzewać,  że  Ross  zawdzięcza  swój  sukces 
umiejętnościom, których ona nigdy nie posiądzie.  

Jest daleko bardziej niebezpieczny, niż sądziłam, pomyślała oszołomiona. Trzeba położyć 

background image

temu kres, podpowiadał jej głos rozsądku. Za wszelką cenę powinna odwrócić uwagę swych 

towarzyszy  od  Rossa.  Z  czarującym  uśmiechem  Shelley  zwróciła  się  do  szefa  Mike’a  z 
pytaniem o jego odrażające hobby.  

–  Największy  zbiór  niedźwiedzich  skór,  jaki  kiedykolwiek  widziałem...  –  mówił  wciąż 

szef Keene International dziesięć minut po tym, jak sprzątnięto ich talerze. Za każdym razem, 
gdy kończył się jakiś wątek, Shelley z uśmiechem zadawała kolejne pytanie, nie pozwalając, 
by Ross ponownie skupił na sobie uwagę zebranych.  

– W Pensylwanii jest takie miejsce...  
Shelley  piła  kawę,  a  jej  ramię  opadło  swobodnie  wzdłuż  oparcia  krzesła.  Po  chwili 

poczuła dotyk ciepłej dłoni Rossa, a ich palce splotły się ze sobą.  

Westchnęła głośno, przyciągając spojrzenie Mike’a.  
– Jakie to ekscytujące – powiedziała cicho, kątem oka zauważając szeroki uśmiech Rossa.  
–  To  był  prawdziwy,  osiemnastowieczny...  Shelley  rozchyliła  lekko  usta,  oddychając 

szybko.  

Palce Rossa wzbudzały w jej ciele fale przyjemnego ciepła. Delikatnie, rytmicznie uciskał 

jej dłoń, aż policzki Shelley pokryły się mocnym rumieńcem.  

–  Jest  ci  zimno,  Shelley?  –  zapytał  z  troską  w  głosie.  W  jego  oczach  błyszczało 

rozbawienie.  

– Nie – odparła oschle.  
– Wyglądasz raczej, jakby ci było gorąco – wtrącił Mike Paige. – Jesteś rozpalona.  
– Naprawdę? – spytała zakłopotana.  
– Twoje oczy błyszczą – dodał Ross z udawaną powagą. – Może masz gorączkę. – Wciąż 

nie uwalniając z uścisku jej dłoni, drugą ręką Ross dotknął czoła Shelley.  

–  Cii,  mówienie  podnosi  temperaturę  –  zażartował,  gładząc  jej  czoło,  policzek  i  skórę 

karku.  

–  To  śmieszne  –  stwierdziła  cierpko  Shelley,  wyraźnie  zła  na  Rossa  za  tę  zuchwałą 

poufałość.  

– W mieście szaleje teraz grypa – zauważył Mike.  
– Przepraszam, oto rachunek – przerwał im kelner.  
– Ja zapłacę za lunch – Shelley zwróciła się do Mike’a Paige’a i jego szefa. Obaj panowie 

sprzeciwili  się  jej  pomysłowi.  Przez  kilka  minut  trwała  dyskusja,  kto  ostatecznie  ma 
uregulować rachunek. Szef Mike’a nawet przez moment nie potraktował poważnie propozycji 
Shelley.  

– Czy masz ze sobą palto? – spytał Ross, gdy znaleźli się już przy wyjściu.  
– Tak. Oczywiście. – Shelley weszła do szatni i odnalazła swój prosty, beżowy płaszcz. 

Kiedy  sięgnęła  po  niego,  Ross  nagle  pojawił  się  u  jej  boku.  Ze  staroświecką  i  rzadko 
spotykaną  uprzejmością  pomógł  Shelley  włożyć  okrycie.  Potem  zaś  zepsuł  cały  efekt  tego 
szarmanckiego  gestu,  gładząc  ramię  Shelley  i  odpowiadając  łobuzerskim  uśmiechem  na  jej 
karcące spojrzenie.  

Szef Mike’a wyszedł pierwszy z restauracji, po czym pozwolił, by drzwi zamknęły się tuż 

przed  nosem  Shelley.  Mike  posłał  dziewczynie  wymowne  spojrzenie,  zaś  Ross  otworzył 

background image

drzwi, przepuszczając ją przed sobą.  

– Czym wracasz, Shelley? – spytał Mike, kiedy wymienili już pożegnalny uścisk dłoni.  
– Przejdziemy się. To niedaleko – odparł Ross.  
– My? – powtórzyła ze zdziwieniem Shelley.  
– Idę w twoją stronę.  
– Ale Elitę nie...  
– Rodzice uczyli mnie, bym zawsze odprowadzał damę do domu.  
– Aleja...  
– Dobrze, dobrze, a więc nie musimy się już o nią martwić – wtrącił się do rozmowy szef 

Keene International. – Odezwiemy się do ciebie, Ross... i do ciebie, Michelle. Do widzenia.  

– Żegnaj,  wielki myśliwy  – mruknęła Shelley, kiedy  Mike wraz z szefem  odjechali już 

taksówką.  

– To było niezwykle przyjemne spotkanie, prawda? 
– rzekł z uśmiechem Ross.  
Shelley  gwałtownie obróciła się w jego stronę. Otworzyła usta, lecz nie  wypowiedziała 

żadnego słowa.  

–  Wyglądasz  na  dosyć  oszołomioną,  Shelley.  Czasami  kobiety  reagują  na  mnie  w  ten 

sposób – wyznał – ale to minie, kiedy bardziej przyzwyczaisz się do mojego towarzystwa.  

– Nie mam ochoty przyzwyczajać się do twojego towarzystwa. A gdy tylko przyjdzie mi 

na myśl coś wystarczająco obraźliwego.... * 

– Próbowałem tylko poprawić trochę atmosferę. Opowieści o polowaniach najwyraźniej 

odbierały ci apetyt.  

Zacisnęła  na  moment  wargi,  po  czym,  zupełnie  wbrew  swojej  woli,  wy  buchnęła 

śmiechem.  

– No, nareszcie – ucieszył się Ross.  
Shelley westchnęła i ruszyła przed siebie, wiedząc, że Ross i tak pójdzie za nią.  
–  Nie  zechcesz  mi  pewnie  powiedzieć,  w  jakim  celu  zaaranżowałaś  to  „przypadkowe” 

spotkanie? – zapytał Ross.  

–  A  ty  pewnie  nie  powiesz  mi,  co  zaproponowałeś  Keene  International?  –  odparła 

Shelley.  

– Czemu  nie.  I tak nie  wątpię, że wkrótce dowiesz się wszystkiego od  Mike’a Paige’a. 

Zaoferowałem  im  lektorów  cudzoziemców,  premiowe  lekcje,  bezpłatne  materiały, 
wykwalifikowanych tłumaczy. Obiecałem też przysłać do Keene instruktorów, których koszty 
podróży pokryje Elitę.  

Shelley zmarszczyła czoło, zastanawiając się nad słowami Rossa. Byłaby w stanie złożyć 

podobną ofertę, choć Babel wolałby zapewne nie pokrywać kosztów podróży.  

– Co jeszcze? 
–  Nasze  samochody,  opłacenie  apartamentu  hotelowego  dla  odwiedzających  Keene 

cudzoziemców,  a  także  posiłki  dla  wszystkich  osób  uczących  się  języka  indywidualnie  na 

kursach intensywnych.  

– Czy jeszcze coś? 

background image

Ross wyliczał dalej usługi, premie i dodatki, których Shelley nie mogłaby zaproponować. 

Również ceny Elitę były bezkonkurencyjnie niższe.  

– Nie zarobisz na tym wiele – stwierdziła sceptycznie Shelley. Przez chwilę zastanawiała 

się. – A więc taki masz plan – odezwała się wreszcie. – Reputacja Elitę w Cinninnati jest tak 
zła,  że  potrzebujesz  poważnego  klienta  w  rodzaju  Keene  International,  by  dodał 
wiarygodności  składanym  przez  waszą  szkołę  ofertom.  Kiedy  w  przyszłym  roku  będziesz 
odnawiał  kontrakt  z Keene, podniesiesz ceny  na  tyle, by  wyrównać poniesione w tym roku 
straty.  A  za  dwa  lata  współpraca  z  nimi  zacznie  już  przynosić  Elitę  zysk.  Do  tego  czasu 
pozycja  waszej  szkoły  w  Cincinnati  będzie  już  ustalona,  a  dochody  z  innych  kontraktów 
zapewnią wam sukces finansowy.  

Ross milczał przez chwilę.  
– Jesteś bystra, Shelley – powiedział.  
– Czy Mike Paige zna twoje plany? 
– Nie, chyba jeszcze nie. Ale to i tak nie ma znaczenia.  
– To prawda. Proponujesz im więcej niż ja, i po niższych cenach. Nie ma znaczenia nawet 

to, że Chuck jest dyrektorem twojej szkoły.  

– Chuck nie będzie już dyrektorem w Elitę.  
– Ross zatrzymał się i pociągnął Shelley pod szerokie kamienne schody prowadzące na 

galerię. Dziewczyna niczym zahipnotyzowana patrzyła w jego ciemnoniebieskie oczy. – Jest 
nieuczciwy,  niekompetentny  i  kłamliwy.  –  Westchnął.  –  Mam  wprawdzie  dość  odbierania 

ludziom pracy. Nie chcę tego więcej robić.  

– Ale to zmiana na lepsze, Ross – powiedziała łagodnie.  
Ross pogładził policzek Shelley.  
– On jeszcze o niczym nie wie. Zdradziłem ci tajemnicę.  
– Nie powiem o tym nikomu.  
– Wierzę ci. – Odgarnął z jej twarzy kosmyk włosów i czułym gestem założył go za ucho 

Shelley.  

– Uwielbiam twoje włosy. Wyglądają, jakbyś przed chwilą wstała z łóżka.  
– Dziękuję bardzo – odparła cierpko.  
–  Wyglądasz  kusząco  –  zamruczał.  –  Ślicznie.  Seksownie.  –  Jego  oczy  były 

półprzymknięte, lecz Shelley i tak zdołała dostrzec w nich błysk pożądania. Czuła, jak w jej 
sercu  budzą  się  nie  chciane  tęsknoty  i  pragnienia.  –  Przepraszam  za  wczoraj  –  szepnął.  – 
Straciłem głowę. Kiedy Chuck powiedział mi... Nie mogłem znieść myśli, że inny mężczyzna 
mógłby ciebie dotykać.  

– Nie nadaję się na kurtyzanę – odparła jednym tchem.  
– Och, Shelley. – W jego głosie brzmiała czułość.  
– Jak wiele musisz się jeszcze nauczyć.  
Odnalazł  ustami jej wargi, ich ramiona splotły się w objęciu. Shelley zdała sobie nagle 

sprawę, że wszystko, co działo się przez ostatnią godzinę, było jedynie grą wstępną, niczym 
zabawa w chowanego.  

Ross wyprostował się nagle.  

background image

Dotknął dłonią podbródka Shelley i przyglądał się jej uważnie, jakby zrobiła coś, czego 

nie oczekiwał. Potem pocałował ją delikatnie i uwolnił z objęć.  

Shelley  oderwała  wzrok  od  twarzy  Rossa  i  rozejrzała  się  wokół.  Nie  było  to 

najodpowiedniejsze miejsce do tak intymnej sytuacji.  

– Muszę wracać do pracy – powiedziała bez przekonania.  
–  Oczywiście.  –  Na  twarzy  Rossa  znów  pojawił  się  zwykły  uprzejmy  wyraz.  Shelley 

pomyślała,  że  nie  zna  prawie  tego  mężczyzny,  którego  nienaganne  maniery  tak  niewiele 
mówiły  o  jego  prawdziwych  odczuciach.  Czytała  o  buntowniczej  młodości  Rossa, 
przygodach, burzliwym życiu.  

– Jesteś niebezpiecznym mężczyzną – powiedziała.  
–  To  prawda.  Ty  jednak  jesteś  silną  kobietą.  Myślę,  że  potrafiłabyś  mną  odpowiednio 

pokierować.  

Rozbawiona potrząsnęła głową.  
– Jestem bardzo zajętą kobietą – zapewniła go.  
– Muszę wracać i nie chcę, byś odprowadzał mnie dalej.  
Skinął głową.  
– Czy zobaczymy się jeszcze w tym tygodniu? Shelley wahała się przez moment.  
– Nie, Ross. Tak wiele mam w tej chwili problemów. Wybacz mi.  
Poczuła dziwne rozczarowanie, gdy Ross zgodził się uszanować jej życzenie i nie nalegał 

dłużej. Ruszyła przed siebie, by po kilku krokach usłyszeć jego wołanie. Z bijącym  sercem 
odwróciła się.  

– Słucham? 
–  Wciąż  szukasz  kogoś  znającego  język  pasztu?  –  W  jego  oczach  lśniły  te  same 

łobuzerskie ogniki, które widziała podczas lunchu. – Znam kogoś odpowiedniego.  

– Naprawdę? Kto to jest? Gdzie mieszka? – zapytała podekscytowana, podchodząc bliżej.  
– O, nie – przekomarzał się Ross. – Chcę, abyś przyszła w tej sprawie do mnie. A kiedy 

się już zjawisz, będę chciał czegoś w zamian.  

Puścił do niej oko, a potem z uśmiechem ruszył w swoją stronę.  

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

– Biurokracja to wspaniała rzecz – Shelley zwróciła się do Wayne’a trzy dni później. – 

Dzwoniłam do nich wielokrotnie, wysłałam szczegółowy raport i przedstawiłam kilkanaście 
własnych  koncepcji  ratowania  naszej  pozycji  w  Cincinnati.  Z  tego  wszystkiego  zarząd  w 
Nowym  Jorku  wywnioskował,  że  Ross  Tanner  może  próbować  uzyskać  kontrakt  od  Keene 
International i że powinnam do tego nie dopuścić.  

– To wszystko? – spytał Wayne.  
– Tak. Nie mam żadnych dodatkowych argumentów przetargowych, nie zezwolili mi na 

bardziej samodzielne działania, nie zwiększyli nawet mojego funduszu reprezentacyjnego. W 
jaki sposób mam uzyskać ten kontrakt? 

– Oświadcz się Mike’owi Paige’owi – zaproponował Wayne.  
–  Kiedy  byłam  bambina,  mój  ojciec  pracował  dla  włoskiego  rządu  i  tego  typu  kłopoty 

napotykał na każdym kroku – powiedziała Francesca.  

– Naprawdę? I jak sobie z tym radził? – zainteresował się Wayne.  
– Nie zwracał uwagi na otrzymywane instrukcje i robił to, co sam uważał za konieczne.  
–  To  nie  Kalabria,  Francesco.  Dowiedzieliby  się  o  tym  natychmiast  i  zwolnili  mnie.  – 

Shelley podniosła do ust filiżankę z kawą.  

– Może wiec spróbowałabyś przekonać Rossa Tannera, by tę jedną firmę pozostawił dla 

ciebie – zaproponowała Francesca.  

– Jak mam tego dokonać? 
Wayne  spojrzał  na  sekretarkę.  Francesca  popatrzyła  na  Shelley.  Shelley  spoglądała  na 

nich, nic nie rozumiejąc.  

– Bardzo mu się podobasz – zaczęła nieśmiało Francesca.  
– Aha... – powiedział Wayne. – Może...  
– W żadnym wypadku! – przerwała im Shelley.  
– Jak mogliście zaproponować coś takiego! Zniżacie się do poziomu Chucka! 
–  Nie  mieliśmy  na  myśli  nic  nieprzyzwoitego  –  usprawiedliwiła  się  Francesca.  – 

Mogłabyś  go  tylko  poprosić  w  odpowiedniej  chwili,  żeby  zechciał  okazać  się  szarmancki  i 
szlachetny.  

– Właśnie – potwierdził Wayne.  
– Zapomnijcie o tym – oświadczyła stanowczo Shelley. – Jak możecie proponować, bym 

zachowała się w ten sposób! 

– Ci Amerykanie! – Francesca wzruszyła ramionami i wyszła z pokoju.  
Zadzwonił telefon i Shelley natychmiast podniosła słuchawkę.  
– Czy znalazłaś tłumacza z pasztu? Shelley westchnęła ciężko.  
– Nie, jeszcze nie.  
Słowa wypowiedziane przez urzędniczkę z Waszyngtonu słychać było w całym pokoju. 

Wayne aż skulił się na krześle.  

– Spokojnie. Znajdę kogoś. Właśnie na dzisiaj mam umówione spotkanie w tej sprawie. 

background image

Zadzwonię  do  ciebie  w  poniedziałek  rano.  –  Shelley  odłożyła  słuchawkę,  zanim  jej 
rozgniewana rozmówczyni zdążyła rozkrzyczeć się ponownie.  

Idąc  w  stronę  Elitę,  Shelley  zastanawiała  się  nad  komizmem  tej  sytuacji.  Mężczyzna, 

który  przyjechał,  by  zniszczyć  jej  karierę,  był  jednocześnie  jedynym,  do  którego  mogła 
zwrócić się o pomoc.  

Jej  plan,  by  nauczyć  się  od  Rossa  jego  sposobu  postępowania  z  klientami,  nie  powiódł 

się. Przynajmniej jednak poznała jego zamiary i strategię. Co więcej, gdy Ross tulił ją mocno 
w  ramionach,  wydał  się  jej  nagle  niesłychanie  bezbronny,  a  przez  to  bardziej  jeszcze 
pociągający.  

Shelley pchnęła ciężkie szklane drzwi szkoły Elitę i zatrzymała się zdumiona. Dziesięciu 

robotników  pracowało  w  korytarzu,  zrywając  tapety,  wymieniając  instalacje  elektryczne  i 
przestawiając, co tylko się dało. Shelley poczuła żal. Od roku prosiła Nowy Jork o pieniądze 
na remont szkoły. Rossowi udało się dokonać tego samego w niecały tydzień.  

Rozejrzała się, poszukując recepcjonistki. Po chwili zdała sobie sprawę, że jest właśnie 

pora lunchu. Czyżby Ross także wyszedł coś zjeść? 

–  Po  co  tu  przyszłaś?  –  Shelley  odwróciła  się,  słysząc  za  sobą  głos  Chucka.  Nie 

rozmawiali  ze  sobą  od  czasu  tamtego  pamiętnego  incydentu  z  policją  i  Shelley  nie  miała 
ochoty mówić z nim także i teraz.  

– Chciałam spotkać się z Rossem – odparła chłodno. Chuck wydawał się poruszony.  
– Spóźniłaś się. Złożyłem już podanie z prośbą o dymisję, twoje kłamstwa na nic się nie 

przydadzą.  

Shelley zignorowała jego uwagi.  
– To nie dotyczy ciebie. Gdzie on jest? 
– Masz ochotę na moje stanowisko? 
– Nie odpowiedziałeś jeszcze na moje pytanie. Czy on jest tutaj? 
– Nie poświęci ci więcej uwagi niż ja. Ty i twoje obcisłe spódnice, i twoje...  
– Wystarczy, Chuck – przerwała mu Shelley ostrym tonem.  
– Chodzisz wszędzie, wyglądając jak...  
– Dama powiedziała „wystarczy”, Charles – rozległ się w korytarzu głos Rossa.  
– Shelley, jaka miła niespodzianka – powitał ją radośnie, starając się rozładować napiętą 

atmosferę.  

–  Proszę,  wejdź.  –  Wprowadził  Shelley  do  swego  gabinetu,  spoglądając  przelotnie  na 

Chucka. – Widzę, że już zebrałeś swoje rzeczy? 

– Usiądź – zaprosił ją, kiedy znaleźli się sami.  
– Obawiam się, że trochę tu ciasno.  
–  Czemu  urzędujesz  w  tym  maleńkim  pokoju?  Z  tego,  co  pamiętam,  gabinet  dyrektora 

jest bardzo piękny.  

– Nie jestem dyrektorem – przypomniał jej Ross.  
–  Chuck  również  nie.  Twierdzi,  że  zrezygnował  ze  stanowiska.  Dałeś  mu  tę  szansę, 

zamiast go po prostu wyrzucić, prawda? 

– To było najlepsze wyjście zarówno dla niego, jak i dla firmy.  

background image

– A dla ciebie? 
Zawahał się przez moment, jakby niepewny, czy powinien przyznać się przed nią do tej 

słabości.  

– Dla mnie także było to najlepsze wyjście – potwierdził.  
– A więc kto zasiądzie teraz w tym gabinecie? 
–  Ten,  kogo  zdecyduje  się  zatrudnić.  –  Unikał  wzroku  Shelley.  –  Ja  tylko  porządkuję 

wszystko, ale nigdy nie zostaję na stałe.  

–  Tak,  zapomniałam.  –  Przez  chwilę  w  pokoju  panowała  niezręczna  cisza.  –  A  więc 

szukasz nowego dyrektora? 

– Może znalazłem już kogoś.  
– Tak szybko? Czy to ktoś, kogo znam? Ross uśmiechnął się czarująco i zmienił temat.  
–  Co  cię  tu  dzisiaj  sprowadza?  Czy  mogę  się  łudzić,  że  nie  byłaś  w  stanie  wytrzymać 

dłużej bez mojego towarzystwa? 

Shelley spojrzała na niego wymownie.  
– Nie mogę wytrzymać dłużej bez tłumacza z języka pasztu.  
– A czasu jest coraz mniej, prawda? 
–  Tak,  rozprawa  odbędzie  się  w  przyszłym  tygodniu,  a  ja  poprzez  swoje  kontakty  nie 

jestem w stanie znaleźć nikogo odpowiedniego. Gdybyś rzeczywiście mógł mi pomóc, Ross, 
byłabym tak wdzięczna... byłabym... bardzo wdzięczna – dokończyła niepewnie.  

W oczach Rossa zalśniły łobuzerskie iskierki.  
– Mówiłem już, że będę chciał coś w zamian – zaczął z uśmiechem.  
– Naprawdę? 
– O, tak, nigdy nie robię niczego bezinteresownie.  
–  Tego  mogłam  się  domyślić.  Co,  jednak,  panie  Tanner,  mogłabym  zaoferować  panu, 

czego nie mógłby pan dostać i bez mojej pomocy? – spytała chłodno.  

Przyglądał  się  jej  z  takim  wyrazem  twarzy,  że  Shelley  zaczęła  zastanawiać  się,  czy 

wszystkie jej guziki są na pewno zapięte.  

– Przychodzi mi na myśl parę rzeczy – uśmiechnął się przekornie. – Upojny weekend we 

dwoje jest zapewne wykluczony? – zapytał. Shelley zaśmiała się.  

– Lubię, kiedy żartujesz. Ross westchnął.  
– Sądzę więc, że będę musiał zadowolić się lunchem w twoim towarzystwie. Zwłaszcza 

że robię się już głodny.  

– Zaczekaj, najpierw załatwmy do końca moją sprawę, a potem porozmawiamy o lunchu. 

A więc, kim jest ten tłumacz? 

– Wykłada literaturę angielską na uniwersytecie i jest gotów przyjechać do Cincinnati.  
– Gdzie on mieszka? 
– W Berkeley.  
– W Kalifornii? 
– Tak. Czy możemy już pójść na obiad? Umieram  z głodu – poskarżył  się, sięgając po 

marynarkę.  

– Zaczekaj chwilę! Przyjedzie tu z Kalifornii? – zaniepokoiła się Shelley.  

background image

– Tak. Shelley, chodźmy już i nie mów mi, że znów masz ochotę na chińskie potrawy.  
– Kto za to zapłaci? 
– Ja zapraszam. Proszę, nie...  
– Kto zapłaci za podróż tłumacza z Kalifornii? 
– Sądzę, że on. Chyba że ma bogatą narzeczoną. Wolisz kuchnię włoską czy francuską? 
– Przepraszam, panie Tanner. – Do pokoju zajrzał jeden z robotników. – Co mamy zrobić 

z tymi krzesłami? 

– Proszę je wyrzucić. Wyglądają tak, jakby zostały zakupione na wyprzedaży pół wieku 

temu.  

– Ross! Dlaczego on to robi? 
– Nie może wyrzucać rzeczy bez pytania – cierpliwie wyjaśnił Ross.  
– Wiesz, o co mi chodzi! Dlaczego twój przyjaciel...  
–  Ach,  on.  Jest  mi  winien  przysługę.  –  Ross  otwierał  już  drzwi,  kierując  Shelley  do 

wyjścia.  

– Ross! – Shelley wyrwała ramię. – Dlaczego to robisz? 
– Bo jestem głodny.  
 
Maisonette była najlepszą restauracją w Cincinnati. Niestety również najdroższą i dlatego 

właśnie  Shelley  nigdy  tu  nie  jadała.  Sądząc  z  serdecznego  powitania  przy  wejściu  i  reakcji 
kelnerów,  Ross  był  tu  częstym  gościem.  Po  chwili  już  siedzieli  przy  stoliku,  popijając 

znakomite francuskie wino.  

–  Zawsze  marzyłam  o  tym,  by  przyjść  tutaj.  Nie  jestem  pewna,  czy  należycie 

odwdzięczam się za przysługę, którą mi oddajesz.  

– Może powinnaś zapłacić za nasz lunch – zaproponował przekornie Ross.  
–  Za późno.  Nie stać mnie na to. – Shelley zawahała się przez moment. – Ty jednak z 

pewnością możesz sobie na to pozwolić. Henri Montpazier musi ci dobrze płacić za ratowanie 
jego światowego imperium.  

– Owszem. Płaci odpowiednio do włożonego przeze mnie trudu, a nie według ustalonej z 

góry skali zarobków.  

Shelley westchnęła.  
– Szkoda, że Babel nie ma bardziej elastycznej siatki płac.  
Kiedy podawano im przystawki, Ross uważnie przyglądał się Shelley.  
–  Mam  wrażenie,  że  umarliśmy  i  znajdujemy  się  w  niebie  –  powiedziała  Shelley, 

przełykając pierwszy kęs pate de venaison chaude en sauce poiyrade. Ross uśmiechnął się.  

– Nie jedz wszystkiego naraz – napomniał ją.  
– Och, to jest wyśmienite. Nigdy nie jadłam czegoś tak dobrego – odparła zachwycona 

Shelley.  

– Czy mogę spróbować? 
– Nie ma mowy – zaprotestowała Shelley, odpychając jego rękę.  
– Nie wiedziałem, że jesteś tak zachłanna.  
– Nie wiedziałam, że jedzenie może być aż tak przyjemne. A co ty zamówiłeś? 

background image

– Salmis defaisan en caneton enfeuilletł avec sauce aux truffes.  
– Och, co za nazwa.  
– To po prostu potrawka z kurczęcia z dodatkiem mięsa z kaczki i bażanta.  
–  Jesteś  prawdziwym  snobem.  Daj  mi  spróbować.  –  Shelley  sięgnęła  do  jego  talerza, 

nabierając na widelec trochę potrawy.  

– Zaczekaj – zawołał rozbawiony Ross. – Dlaczego ty możesz jeść z mojego talerza, a ja 

z twojego nie? 

–  Ponieważ  ty  możesz  przyjść  tutaj  w  każdej  chwili,  a  ja  nie  będę  miała  już  następnej 

okazji.  

– Mogłabyś także jadać tu częściej – powiedział z przekonaniem.  
– Z tobą? – spytała podejrzliwie. Uśmiechnął się.  
– To jedna z możliwości.  
– Ach, tak. A jaka jest druga? 
Rozsiadł się wygodnie, w milczeniu obserwując, jak Shelley zjada wszystkie przystawki.  
– Jeśli myślisz, że onieśmielisz mnie, patrząc, jak jem, mylisz się – oświadczyła Shelley. 

– W domu musiałam nauczyć się walczyć o swoje prawa, żeby nie głodować.  

– Masz liczną rodzinę? 
Skinęła głową, znów sięgając do jego talerza.  
– Jestem czwartą z pięciu córek.  
Na twarzy Rossa odmalowało się zdumienie.  
– I wszystkie chodziłyście do college’u? 
–  O,  tak.  Korzystałyśmy  głównie  z  pożyczek  i  stypendiów.  Wciąż  jeszcze  spłacam 

zaciągniętą  pożyczkę.  Moi  rodzice  sami  nie  byli  w  stanie  studiować,  chcieli  jednak,  by  ich 
córki  skończyły  odpowiednie  szkoły,  znalazły  dobrą  pracę  i  miały  zapewniony  byt 
materialny.  

– I udało się im zrealizować te plany? 
– Tak... Czy nie masz ochoty spróbować swojej przystawki? 
– Za chwilę.  
– Za chwilę nic już nie zostanie – ostrzegła go.  
– A czy ty jesteś zadowolona ze swojej pensji? – pytał dalej Ross.  
Shelley zmarszczyła czoło.  
– Nie jestem pewna, czy chcę rozmawiać z tobą na ten temat.  
–  Prawdę  mówiąc,  Shelley,  wiem,  ile  zarabiasz,  i  uważam,  że  zasługujesz  na  wyższą 

pensję.  

Spojrzała na niego zaskoczona.  
–  Tak,  to  z  pewnością  nie  jest  wielki  sekret.  –  Wzruszyła  ramionami.  –  I  rzeczywiście 

powinnam dostać podwyżkę.  

– Możesz zarabiać więcej, Shelley. Ja... Elitę może zaoferować ci  dwa  razy więcej, niż 

zarabiasz  w  tej  chwili.  Do  tego  pokaźny  fundusz  reprezentacyjny,  cztery  tygodnie  płatnych 

wakacji i wszelkie świadczenia. I to wszystko zaledwie na początek.  

Spoglądała na Rossa bez słowa. Dopiero po dłuższej chwili szepnęła: 

background image

– Co takiego? 
–  Mówiłem  ci,  że  poszukuję  nowego  dyrektora.  Szukam  osoby  najbardziej 

wykwalifikowanej i odpowiedniej na to stanowisko. I znalazłem ciebie, Shelley.  

– Chcesz, żebym... – Shelley była zupełnie zdezorientowana.  
– Babel płaci ci o wiele za mało, biurokratyczne procedury uniemożliwiają ci swobodne 

działanie...  

–  Elitę  jest  równie  dużą  szkołą  jak  Babel,  może  nawet  większą.  U  was  także  musi 

panować straszliwa biurokracja, inaczej Chuckowi nie uszłoby tyle bezkarnie.  

– Mamy takie same problemy, lecz ty nie będziesz musiała się tym martwić.  
– Dlaczego nie? – zdziwiła się Shelley.  
– Ponieważ ja tutaj będę. Mogę podejmować decyzje, nie uzgadniając niczego z zarządem 

w Paryżu.  

– A kiedy wyjedziesz? 
– Wciąż, w razie potrzeby, będziesz mogła zwracać się bezpośrednio do mnie. Jestem w 

stanie załatwić także to, byś sama była o wiele bardziej niezależna w działaniu.  

Shelley spoglądała na niego bezradnie. Jego propozycja była tak pociągająca, jednak...  
– Ale dlaczego? – spytała.  
– Ponieważ jesteś dobra, Shelley. W ciągu roku zwiększyłaś obroty Babel w Cincinnati o 

ponad  trzydzieści  procent.  Masz  w  mieście  doskonałą  opinię.  Na  Mike’u  Paige’u  wywarłaś 
tak dobre wrażenie, że nawet moja oferta nie przekonała go, by zrezygnował z usług Babel. 
Widziałem  cię  w  towarzystwie  twoich  uczniów  i  nauczycieli,  w  czasie  największego 
zamieszania, i zawsze byłem dla ciebie pełen podziwu.  

Shelley  spojrzała  na  niego.  Była  niezwykle  dumna,  że  Ross  potrafił  docenić  jej 

umiejętności.  Zaoferowanie  jej  zarobków  dwukrotnie  większych  niż  otrzymywana  w  Babel 
pensja  było  niewątpliwym  dowodem  wiary  w  jej  możliwości.  Odsunęła  talerz,  starając  się 
zebrać myśli.  

– Rozumiem, że możesz być zaskoczona.  
– To zdecydowanie za mało powiedziane.  
– Zapewniam, że to uczciwa i korzystna oferta.  
– A co z Babel? 
–  Zrezygnuj  z  tej  pracy.  Dwutygodniowe  wymówienie  powinno  wystarczyć.  Nie 

zasługują na więcej.  

– Zrezygnować? – powtórzyła niepewnie. – A co z moimi zobowiązaniami wobec Babel? 
– Przejmie je nowy dyrektor – odpowiedział z uśmiechem.  
–  A  co  z  Wayne’em  i  Francescą?  Co  z  Ute,  Hiroko  i  Sashą?  A  Pablo  Guttierez? 

Obiecałam, że nie pozwolę, by wyrzucono go ze Stanów.  

– Shelley...  
– Obiecałam mu. Jest także pan Powell, który nigdy nie nauczy się żadnego języka, jeśli 

nie  będę  czuwać  nad  jego  postępami...  Ross,  nie  mogę  po  prostu  rzucić  tego  wszystkiego  i 
przenieść się do Elitę.  

– Z czasem może także twoi nauczyciele i klienci...  

background image

– Klienci! O, Boże, co powiedzą moi klienci? Po tym, jak przekonałam ich wszystkich, że 

Babel jest najlepszą szkołą w mieście...  

– Zrozumieją...  
– Co zrozumieją? Ze dałam się kupić? Ze obce jest mi pojecie lojalności? 
– Oczywiście, że nie.  
–  A  Babel?  Dali  mi  pracę,  wyszkolili  mnie,  powierzyli  mi  to  odpowiedzialne 

stanowisko...  

– A teraz płacą ci zbyt mało, brakuje ci personelu i nie masz środków, by bronić się przed 

konkurencją.  

– Tak – potwierdziła z wahaniem Shelley. – Ale to się wkrótce zmieni.  
– Kiedy? 
– Gdy podpiszę kontrakt z Keene International. Dostanę wtedy awans, podwyżkę, więcej 

personelu... – Urwała gwałtownie.  

– Shelley, nie musisz trzymać się tych złudnych nadziei, by dostać to, na co zasługujesz. 

Otrzymałaś ofertę od firmy, która potrafi docenić cię i odpowiednio wynagrodzić.  

– Docenić mnie? A cóż będę warta, jeśli tak po prostu zdecyduję się przejść z Babel do 

Elite? Nawet moja mama byłaby rozczarowana.  

–  Jeśli  o  twojej  przyszłości  mają  decydować  względy  osobiste,  sądzę,  że  powinnaś 

pomyśleć również o mnie.  

– O tobie? Dlaczego? 
–  Jeśli  przyjęłabyś  tę  ofertę,  nie  rywalizowalibyśmy  już  ze  sobą.  Odtąd  łączyłaby  nas 

wspólna praca.  

– I sądzisz, że staniemy się bezkonkurencyjni – powiedziała Shelley bez entuzjazmu.  
– Sądzę, że bylibyśmy nierozłączni – odparł ze znaczącym uśmiechem.  
Shelley  zapatrzyła  się  na  moment  w  oczy  Rossa.  Wyobraziła  sobie,  jak  pracują  razem, 

pokonują wspólnie trudności, stają się sobie coraz bliżsi...  

– Nierozłączni? – powtórzyła. – Do czasu kiedy znów odjedziesz. A co wtedy? 
Ross zmarszczył brwi i odwrócił wzrok.  
– Coś wymyślimy.  
–  Och,  wiem.  Bylibyśmy  w  kontakcie  –  powiedziała  z  sarkazmem.  –  Czasem 

przychodziłyby pocztówki z Bangkoku, Marakeszu, może z Paryża.  

– Na razie nie musimy się tym martwić – odparł wymijająco.  
Shelley czuła teraz wstyd, że choć przez moment dała się zwieść jego spojrzeniu, że choć 

na  chwilę  uwierzyła  zawartej  w  jego  uśmiechu  obietnicy,  że  widziała  już  ich  dwoje 
dzielących  codzienne  troski  i  radości.  Podobną  propozycję  składał  już  pewnie  nie  raz.  To 
prawdopodobnie  jeden  ze  stałych  elementów  jego  taktyki.  Z  nią  jednak  nie  uda  mu  się  tak 
łatwo.  

– Zapomnij o tym – oznajmiła oschle. – Nie chcę być twoją protegowaną czy kochanką i 

nie pozwolę, żebyś zrujnował moją karierę...  

– Zrujnować twoją karierę? Ależ ja chcę ci przede wszystkim pomóc! 
– Nie pozwolę ci też zniszczyć mojej reputacji ani odebrać mi szacunku dla samej siebie. 

background image

Powinnam  była  domyślić  się,  że  zaproszenie  na  lunch,  podobnie  jak  i  inne,  z  pozoru 
przyjacielskie gesty, to tylko podstęp.  

– Zdobądź się na bezstronność, Shelley.  
–  Moja  dalsza  kariera  zależy  od  kontraktu  z  Keene.  Prawie  go  już  miałam,  kiedy 

pojawiłeś się ty! Ale nie pozwolę sobie odebrać tego klienta, choćby nie wiadomo, jak wiele 
miało  mnie  to  kosztować!  –  Zniżyła  głos,  spostrzegając,  że  siedzący  w  pobliżu  ludzie 
zaczynają się im przyglądać.  

– Dobrze – Ross odezwał się po chwili milczenia. – Nie interesuje cię ta praca. Spróbuj 

jednak  ponownie  przemyśleć  moją  propozycję,  ale  –  dodał,  widząc,  że  Shelley  chce  coś 
powiedzieć – nie będę nalegał. Na razie może skończmy obiad.  

Shelley popatrzyła w talerz z ponurą miną.  
– Nie jestem już głodna.  
Ross westchnął i odchylił się na oparcie krzesła.  
– Prawdę mówiąc, ja również straciłem apetyt.  
– Nie wiesz, czy dla psów pakują tutaj resztki posiłku w torebki? 
Ross roześmiał się, szczerze rozbawiony.  
– Nie sądzę.  
Zapłacił rachunek, zapewniając kelnera, że jedzenie naprawdę im smakowało.  
– Panna Baird przypomniała sobie nagle, że jest umówiona na ważne spotkanie ze swoim 

psychoanalitykiem – wyjaśnił.  

– Ach, tak – odparł uprzejmie kelner, uważnie przyglądając się Shelley.  
– Jesteś niepoprawny – odezwała się Shelley, gdy wyszli z restauracji.  
– Słyszałem to już nieraz. Przy wielu okazjach.  
– Wiem.  
– Sądzę, że wiesz o mnie wszystko. Znasz każdy szczegół mojej mrocznej przeszłości.  
–  Nie,  w  przesłanych  mi  materiałach  były  właściwie  same  ogólniki.  Jestem  strasznie 

ciekawa, ile z tego jest prawdą.  

Usta Rossa wygięły się w lekkim uśmiechu.  
– Więcej  niż chciałbym  przyznać. – Przystanęli na rogu ulicy. – A wiec rozstajemy się 

tutaj, mam jednak nadzieję, że nie na długo.  

– Nie obiecuj sobie zbyt wiele – powiedziała Shelley, po czym dodała po chwili wahania: 

– Domyślam się, że przyjazd tłumacza jest już nieaktualny? 

– Czeka tylko na wiadomość od ciebie. Niech będzie to znakiem mojej dobrej woli. Jest 

to gest całkowicie bezinteresowny.  

– Nie wierzę.  
– Sprowokowałaś mnie do tego. Aha, zaczekaj, prawie zapomniałem. Proszę. – Podał jej 

zaproszenie.  –  W  przyszłym  tygodniu  urządzamy  w  Elitę  dzień  otwarty.  Mam  nadzieję,  że 

przyjdziesz. Oczywiście, pragnąłem przedstawić cię wszystkim jako naszą nową...  

– Daj spokój, Ross. Wzruszył ramionami.  
– No, dobrze. Mam nadzieję, że przyjdziesz mimo wszystko.  
– Nie sądzę, żebym się tam dobrze czuła.  

background image

– Oczywiście, że tak. Będzie mnóstwo ludzi, których znasz.  
– Mnóstwo ludzi... Zapraszasz też moich klientów? Skinął głową.  
– Och, na świecie jest tak wiele miast, tak wiele szkół, a ty musiałeś pojawić się właśnie 

w Cincinnati.  

Ross uśmiechnął się posępnie.  
– Zabawne. Wydaje mi się, że już to kiedyś słyszałem.  

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Shelley  odsunęła  od  ucha  słuchawkę,  z  której  dochodziła  teraz  wiązanka  soczystych 

wyzwisk.  

– Czy jeszcze tam jesteś? – spytała po chwili.  
– Dobrze, uspokój się już. Żartowałam tylko.  
Głos  w  słuchawce  natychmiast  zakwestionował  maniery  Shelley,  jej  wiarygodność  i 

dobre imię.  

– Tak. Znalazłam tłumacza z języka pasztu – odpowiedziała Shelley z uśmiechem.  
– Znalazłaś kogoś? Znalazłaś kogoś! Och, wielkie nieba! Gdzie? Kiedy? Jak? Kto to jest? 

– pytała ucieszona urzędniczka.  

– Jest rodowitym Afgańczykiem, wykłada literaturę angielską na uniwersytecie i posiada 

obywatelstwo amerykańskie. – Nie dodała, że wygląda jak pustynny książę ze starego filmu. 
Brązowoskóry  przyjaciel  Rossa  o  migdałowych  oczach  siedział  w  jednym  z  foteli  w  biurze 
Shelley z iście królewskim dostojeństwem. Mężczyzna prosił, by zwracała się do niego Tim.  

– I jesteś pewna, że zgodzi się podjąć tego zadania? 
–  upewniała  się  urzędniczka  z  Waszyngtonu.  –  Zostały  już  tylko  dwadzieścia  cztery 

godziny, Shelley. Nie muszę ci mówić, że...  

–  Nie,  z  pewnością  nie  musisz.  Chciałam  przypomnieć,  że  nie  pierwszy  raz  znalazłam 

tłumacza potrzebnego władzom federalnym – odparła Shelley z godnością.  

– Tak, oczywiście, pamiętam o tym. – Tym razem głos w słuchawce wydawał się jakby 

onieśmielony.  

– Dziękuję. I... Shelley? 
– Tak? 
– To... co mówiłam wcześniej, nie było skierowane osobiście do ciebie.  
– Oczywiście, nie przejmuj się – odpowiedziała Shelley z wyrozumiałością.  
Rozbawiona odłożyła słuchawkę i spojrzała na Tima. W jego ciemnych oczach błyszczał 

uśmiech.  

– Masz perwersyjne poczucie humoru – zauważył Afgańczyk. – Podobnie jak Ross.  
–  Tylko  wówczas,  kiedy  czuję  się  sprowokowana  –  odparła.  –  Dziękuję,  Tim,  że 

przyjechałeś  tak  szybko.  Twoje  honorarium  nie  wystarczy  nawet  na  pokrycie  kosztów 
podróży. Jak mogłabym ci się odwdzięczyć? 

– Nie ma potrzeby. Jestem winien przysługę Rossowi – zapewnił Tim.  
– Jeśli nie wyda ci się to wścibstwem, chciałabym zapytać, czemu robisz to dla niego? 
– Jestem mu coś winien – powtórzył.  
– Musiałeś zaciągnąć dość poważny dług – nie dawała za wygraną Shelley.  
– To prawda. – To samo mówił Ross. Shelley nie miała ochoty zrezygnować tak szybko, 

lecz Tim uśmiechnął się i potrząsnął głową. – Obiecałem, że nigdy nie wyjawię nikomu, co 
dla mnie zrobił. Mogę jedynie powiedzieć, że jest moim najszczerszym przyjacielem i gdyby 
nie on i jego szlachetne serce, nie osiągnąłbym w życiu niczego.  

background image

Shelley spojrzała na niego z niedowierzaniem.  
– Chyba nie znam go od tej strony – powiedziała wreszcie.  
– Och, wiem. Słyszałaś, że jest łajdakiem, draniem bez serca, łobuzem.  
– Raczej tak – potwierdziła Shelley, rozbawiona użytym przez Tima słownictwem.  
– Tego rodzaju oszczerstwa usłyszysz jedynie od tych, którzy nie znają go dobrze lub mu 

zazdroszczą. Ross wydaje się być mężczyzną posiadającym wszystko.  

– A tak nie jest? – spytała zaintrygowana Shelley.  
– Ty z pewnością, jako kobieta, dla której Ross robi coś takiego, powinnaś wiedzieć... – 

zaczął Tim.  

– Nie... znam go zbyt dobrze, Tim, i prawdę mówiąc, podejrzewam, że miał jakiś ukryty 

cel, pomagając mi w ten sposób.  

Tim uśmiechnął się.  
– Uprzedzał mnie, że tak powiesz.  
– Co jeszcze mówił? – zainteresowała się Shelley.  
– Nic.  
Shelley zmarszczyła czoło.  
–  Z  pewnością  jednak  tak  wrażliwa  kobieta  jak  ty  musiała  zauważyć,  że  Ross  jest 

człowiekiem niepospolitym i prawym.  

–  Cóż...  ja...  hm...  –  Shelley  nie  mogła  zdecydować  się,  co  powiedzieć.  Wreszcie 

wzruszyła ramionami.  

–  A  wiec,  panno  Michelle  Baird,  dała  się  pani  zwieść  zewnętrznym  pozorom.  Szkoda, 

gdyż wydaje mi się, że oboje zasługujecie na coś lepszego.  

Shelley  czuła  się  szczerze  zaintrygowana  słowami  Tima,  pragnęła  jednak  usłyszeć 

bardziej konkretne informacje poza niewiele znaczącymi ogólnikami.  

– Czy jadłeś już coś, Tim? Jedyne, co mogę zrobić, to zaprosić cię na lunch.  
–  Jestem  umówiony  z  Rossem.  Powiedział,  żebym  koniecznie  zaprosił  także  ciebie  na 

wspólny obiad.  

– Tim uśmiechnął się. – Był przekonany, że odmówisz.  
Shelley  miała  ochotę  przyjąć  zaproszenie  Tima.  Była  ciekawa  zachowania  Rossa  w 

towarzystwie  starego  przyjaciela.  Zdrowy  rozsądek  wziął  jednak  górę.  Zwłaszcza  teraz,  gdy 
Ross kusił ją, by porzuciła Babel, nie mogła pozwolić, by kolejny raz widziano ich razem. Z 
żalem podziękowała Afgańczykowi za zaproszenie.  

Kiedy  odprowadzała  Tima  do  drzwi,  Wayne  i  Francesca  przyglądali  się  im  z 

zaciekawieniem.  

– W jaki sposób udało ci się znaleźć go w tak krótkim czasie? – zapytał Wayne.  
– Tanner – odpowiedziała krótko Shelley.  
– Ross Tanner? – powtórzył zdumiony Wayne.  
– Tak.  
– To jest bardzo piękny mężczyzna – zauważyła Francesca, mając na myśli Tima.  
– Tak – zgodziła się Shelley.  
–  Ostatnio  naszą  szkołę  odwiedzają  niezwykle  przystojni  mężczyźni  –  ciągnęła 

background image

Francesca.  

– Tak – potwierdził Wayne bez entuzjazmu.  
–  W  odróżnieniu  od  dawnych  dobrych  czasów,  kiedy  przychodziło  tu  wiele  pięknych 

kobiet.  

Shelley roześmiała się i weszła do swojego gabinetu. Wayne i Francesca podążyli za nią.  
Wayne chciał wiedzieć, dlaczego Ross zdecydował się oddać jej taką przysługę. Brał pod 

uwagę  wszystkie  możliwości.  Czy  był  to  spisek,  by  zachęcić  Shelley  do  podjęcia  pracy  w 
Elitę?  A  może  chciał  uśpić  ich  czujność,  szykując  Babel  jakąś  przykrą  niespodziankę?  Czy 
Tim rzeczywiście zna biegle język pasztu? 

– Może zrobił to po prostu z sympatii do Shelley – zasugerowała Francesca.  
– Nie bądź śmieszna. – Wayne natychmiast odrzucił ten pomysł.  
Shelley poczuła się obrażona.  
–  On  jest  człowiekiem  interesu,  Shelley.  Sprytnym,  przebiegłym,  bezlitosnym, 

podstępnym...  

–  To  prawdziwy  szatan!  –  zawołała  Shelley.  Wayne  przez  chwilę  spoglądał  na  nią  w 

milczeniu.  

– Uważasz, że przesadzam, prawda? 
– Kto? Ty? – Shelley usiadła przy biurku. – Uważam, że zamiast snuć teraz niepokojące 

przypuszczenia, powinieneś po prostu z nim porozmawiać.  

– A kiedy będę miał okazję go zobaczyć? 
–  W  czwartek.  Urządzają  w  Elitę  dzień  otwarty.  Pójdziemy  tam,  by  poznać  plany 

Tannera.  

 
Następny  tydzień  upłynął  w  Babel  bardzo  pracowicie.  Tim  wywiązał  się  doskonale  ze 

swego  zadania  i  wrócił  do  Kalifornii.  Urzędniczka  z  Waszyngtonu  serdecznie  dziękowała 
Shelley za pomoc i wyznała jej w sekrecie, że ma zamiar zrezygnować z pracy i przenieść się 
do Vermontu.  Ta kobieta z trudem  znosiła stresy  wiążące się z wykonywaną obecnie pracą. 

Shelley  była  też  na  kolejnym  spotkaniu  w  Keene  International,  które  wciąż  nie  podjęło 
jeszcze decyzji o wyborze szkoły języków.  

–  Robi  się  coraz  cieplej  –  zauważył  Wayne,  kiedy  wraz  z  Shelley  szli  w  czwartek  do 

Elitę.  

– Tak – zgodziła się Shelley. – Za tydzień lub dwa będę mogła już chodzić bez płaszcza.  
Wayne otworzył drzwi budynku. Wnętrze Elitę prezentowało się znakomicie. Pastelowe 

odcienie  ścian,  podłóg  i  mebli  świetnie  kontrastowały  z  ostrymi  kolorami  zdobiących  hol 

obrazów i wazonów. Całość, prosta w założeniu, sprawiała wrażenie elegancji i zamożności. 
Shelley westchnęła ze smutkiem. Ten wystrój bardzo dobrze pasowałby do szkoły Babel.  

– No, no – głos Wayne’a wyrwał ją z zamyślenia. – Spójrz, ile tu ludzi.  
Do  Elitę  przyszło  dziś  rzeczywiście  wielu  gości.  Większość  z  nich  była  obecnymi  lub 

potencjalnymi  klientami  Shelley.  Zdrowy  rozsądek  raz  jeszcze  wziął  górę  nad  emocjami. 
Byłoby  to  w  bardzo  złym  stylu,  gdyby  na  dzisiejszym  przyjęciu  próbowała  dyskredytować 
opinię Elitę w oczach gości. Musiała jednak czuwać, by Ross nie omotał jej klientów siecią 

background image

swoich złudnych obietnic. Powinna postępować bardzo delikatnie. Żałowała teraz, że wzięła 
ze sobą Wayne’a.  

– Shelley, tak się cieszę, że przyszłaś. – Ross ujął jej dłoń.  
To powitanie nie wróży nic dobrego, pomyślała Shelley. Oczy Rossa błyszczały radośnie, 

lecz w ich głębi Shelley widziała łobuzerskie ogniki.  

–  To  tylko  zwykła  uprzejmość  wobec  słabszego  przeciwnika  –  odparła  ze  słodyczą  w 

głosie. – Twoje starania, by podźwignąć Elitę z upadku, są naprawdę godne podziwu.  

– Doceniam twoje moralne wsparcie – odparł z udawaną powagą w głosie.  
– O, czy to prawdziwy szampan? – zapytał Wayne, spoglądając na stół z przekąskami.  
– Czy szampan może być nieprawdziwy? – odparł chłodno Ross.  
– Importowany – dodała Shelley. – Musisz mieć dość pokaźne fundusze.  
– To prawda.  I oczywiście, mogę zapewnić odpowiednio  duży fundusz  reprezentacyjny 

także nowemu dyrektorowi.  

– Kto jest nowym dyrektorem? – spytał natychmiast Wayne.  
Ross z zadowoleniem obserwował wyraźnie zakłopotaną Shelley.  
– Prawdę mówiąc, miałem nadzieję...  
–  Ponieważ  Chuck  niedawno  zrezygnował  z  pracy,  z  pewnością  potrzebujesz  trochę 

czasu,  by  dokonać  właściwego  wyboru.  Może  będzie  to  ktoś  przeniesiony  z  innego  ośrodka 
Elitę? – zasugerowała szybko Shelley.  

– Już wybrałem, wiesz o tym – przypomniał jej z niewinną miną.  
Twarz  Shelley  wyrażała  szczere  zdumienie.  Postanowiła,  że  jej  życie  będzie  o  wiele 

prostsze, gdy nikt nie dowie się o propozycji Rossa. Była na niego wściekła, że poruszył teraz 

ten temat.  

– Czy goście dopisali? – spytała Shelley, zmieniając wątek rozmowy.  
– O, tak. Szkoda, że nie przyszliście wcześniej. Było tu naprawdę tłoczno.  
– Bardziej niż teraz? – spytał Wayne.  
–  Dużo  bardziej  –  zapewnił  go  Ross,  wymieniając  nazwiska  przedstawicieli  kilkunastu 

dużych firm, z których część miała obecnie podpisane kontrakty z Babel.  

–  Planowaliśmy  przyjść  wcześniej,  mieliśmy  jednak  tak  dużo  pracy  –  powiedziała 

Shelley.  

– Przy tak niewielkiej liczbie fachowego personelu nie może być wam lekko – odparł z 

uśmiechem Ross.  

– Dajemy sobie radę... – Shelley urwała nagle, słysząc za plecami znajomy  głos. Kilku 

nauczycieli  z  jej  szkoły,  wśród  nich  Ute,  śmiało  się  i  rozmawiało  z  nauczycielami  Elitę. 

Przyszli  tu  nie  tylko  klienci  Babel,  ale  także  jej  personel!  Ross  zaś  miał  wielce  zasłużoną 
opinię człowieka bez skrupułów zatrudniającego pracowników konkurencji.  

–  Zechcesz  mi  wybaczyć  –  powiedziała  oschle  Shelley  i  ruszyła  w  stronę  grupki 

nauczycieli.  

Uwagę  Rossa  zajął  na  parę  minut  księgowy  Shelley.  Ross  słuchał  tego  młodego 

człowieka  z  prawdziwym  rozbawieniem.  Wayne,  wykazując,  jak  mu  się  zapewne  zdawało, 
ogromny spryt i przebiegłość, wypytywał Rossa o jego plany w stosunku do Elitę.  

background image

Ross  zgrabnie  uniknął  odpowiadania  na  niektóre  z  pytań,  poza  tym  zaś  przekazał 

Wayne’owi całkowicie fałszywe informacje.  

Przez cały czas rozmowy Ross obserwował Shelley. Bardzo cieszył się, że przyszła. Miał 

nadzieję,  że  tęskniła  za  nim.  Nie  kontaktował  się  z  nią  w  ostatnich  dniach  nie  dlatego,  by 
okazać  się  szlachetnym,  czy  też  po  to,  by  uszanować  jej  życzenie.  Czuł  się  oszołomiony  i 
potrzebował czasu, by to wszystko przemyśleć.  

– Czy planujesz zastosować nowe metody nauki języków? – spytał Wayne.  
– Hmm, tak – odparł Ross. – Najnowszy trend w Paryżu to nauka w stanie hipnozy.  
Wayne zaniemówił ze zdumienia.  
Ross wspomniał ich słodkie chwile z Shelley, gorące pocałunki w zaułku ruchliwej ulicy 

– coś, czego nie robił od czasów szkolnych. Ich znajomość zyskała nowy, nie znany mu dotąd 
wymiar. Niczego podobnego nigdy nie doświadczył. Shelley otworzyła przed nim swą duszę i 
wymagała, by i on zrobił to samo.  

Było w niej tyle ciepła i ufności. Czego spodziewała się po nim? Co stanie się, jeśli nie 

spełni  jej  oczekiwań?  Od  pierwszej  chwili  czuł,  że  Shelley  jest  inna.  Wiedział,  że  ich 
znajomość nie będzie jedynie przypadkowym flirtem, że ich rozstanie nie będzie łatwe.  

Lubił wszystkie kobiety, z którymi łączyły go romanse. Teraz jednak wiedział, że Shelley 

nie  wystarczy  odrobina  sympatii.  A  jeśli  nie  będzie  zdolny  do  głębszego  uczucia?  Jeśli 
Shelley zawiedzie się na nim? Jeśli ją zrani? 

– Nauczanie za pomocą hipnozy musi być bardzo drogie – wyrwał go z zamyślenia głos 

Wayne’a.  

– Jeśli tylko opłacimy psychiatrę, pozostałe koszta ma pokryć instytut badawczy.  
Daj  spokój,  Tanner.  Kogo  chcesz  oszukać?  pomyślał  z  niesmakiem.  W  rzeczywistości 

obawiał się, by to Shelley nie zraniła jego. Obawiał się, że przy bliższym poznaniu Shelley 
może poczuć się rozczarowana tym, jaki on jest naprawdę.  

–  Psychiatrę?  –  powtórzył  Wayne  niepewnie.  –  Czy  potrzebujecie  psychiatry  do 

nauczania języków? 

–  Aby  lepiej  dotrzeć  do  podświadomości  ucznia.  Na  wypadek,  gdyby  nasz  klient 

posługiwał się danym językiem w poprzednim wcieleniu.  

Wayne otworzył szeroko usta ze zdumienia. Po chwili zmrużył oczy i zaczął przyglądać 

się  Rossowi  z  rosnącą  podejrzliwością.  Ross  uśmiechnął  się  lekko.  Shelley  miała  rację, 
naprawdę jest niepoprawny.  

Tracąc  powoli  zainteresowanie  prowadzoną  rozmową,  spojrzał  znów  w  stronę  Shelley. 

Dziewczyna  znieruchomiała  na  moment,  wydając  się  całkowicie  zaskoczona.  A  więc  Ute 
powiedziała jej, pomyślał. Mogła to być odpowiednia chwila, by zachęcić Shelley do pracy w 
Elitę.  Niezależnie  od  jego  osobistych  odczuć,  pomysł  zatrudnienia  Shelley  na  stanowisku 
dyrektora  był  znakomitą  decyzją  także  ze  względu  na  interesy  Elitę.  Odniosłaby 
natychmiastowy sukces. Był pewien, że w ciągu roku otrzymałaby pracę w większej szkole, 
może w jednej z tych, które odwiedzał regularnie...  

Ruszył  w  stronę  Shelley,  zastanawiając  się,  czy  tym  razem  uda  mu  się  ostatecznie 

przekonać  ją  do  swojej  propozycji.  Kiedy  spostrzegła  go,  ujrzał  natychmiast  w  jej  twarzy  z 

background image

trudem  hamowaną  wściekłość.  Jedno  spojrzenie  w  szare  oczy  dziewczyny,  płonące  teraz 
gniewem,  powiedziało  mu,  że  tym  razem  bardzo  się  pomylił.  Przeklinał  jej  niepraktyczne 
poczucie lojalności.  

– Przepraszam, Shelley – mówiła właśnie Ute. – Nie chodzi tutaj o ciebie.  
–  Oczywiście,  Ute,  rozumiem  –  odparła  Shelley  tak  spokojnym  tonem,  że  Ross  nie  był 

pewien, czy ktoś oprócz niego zauważył jej wzburzenie.  

–  Ross  zaproponował  mi  pensję,  jaką  powinnam  dostawać  w  Babel  po  tylu 

przepracowanych tam latach.  

– Wiem. Wybrałaś pracodawcę, którego uważasz za najlepszego – powiedziała Shelley.  
–  Wiesz,  że  lubię  pracować  dla  ciebie,  Shelley.  Gdyby  tylko  zarząd  był  bardziej 

elastyczny...  

Shelley spojrzała na Rossa z nie ukrywaną wrogością.  
– Gratuluję, Ross. Zatrudniłeś właśnie doskonałą germanistkę.  
–  Jeśli  Babel  nie  płaci  pracownikom  tyle,  na  ile  zasługują,  nie  może  oczekiwać,  że 

zatrzyma swój personel – powiedział Ross z naciskiem. Zawarta w tych słowach aluzja do jej 
własnej sytuacji rozzłościła Shelley jeszcze bardziej.  

– Czy zatrudniłeś dzisiaj  również nauczycielkę japońskiego? – spytała  chłodno, patrząc 

na młodą czarnowłosą dziewczynę, która dotąd pracowała w Babel.  

Hiroko, wyraźnie zmieszana, wzruszyła ramionami.  
– Nie wiem, Shelley. Nie chcę odchodzić od ciebie, ale on oferuje wyższe pensje. Muszę 

opłacić czesne, raty za samochód, czynsz... Naprawdę nie wiem...  

–  Ja  zostanę  z  Shelley  –  oświadczył  Pablo  Gutierrez.  Shelley  popatrzyła  na  niego  z 

wdzięcznością. Pozostali nauczyciele uśmiechali się speszeni.  

–  Słuchajcie,  nie  przyszłam  tu,  żeby  urządzać  scenę.  Chciałabym  móc  przekonać  was, 

byście zostali w Babel. Będę rozmawiać z Nowym Jorkiem o podwyżce dla was. Z pewnością 
nie  mam  pretensji  o  to,  że  kuszą  was  propozycje  Elite.  Tylko  przyjdźcie  porozmawiać 
najpierw ze mną. Choćby po to, by się pożegnać.  

Shelley pragnęła znaleźć się teraz sama, jak najdalej od swoich nauczycieli, jak najdalej 

od Elite i Rossa.  

– Czy moglibyśmy o tym porozmawiać ? – zapytał, podążając za nią.  
–  Nie!  –  odparła  stanowczo.  –  Zostaw  mnie  samą.  Zauważyła,  że  Wayne  rozmawia  z 

jakąś  młodą  kobietą,  i  postanowiła  wyjść  bez  niego.  Potrzebowała  czasu,  by  przemyśleć 
wszystko. Był to koniec bardzo pracowitego dnia i Shelley czuła się zbyt zmęczona, by stawić 
teraz czoło nowym trudnościom.  

Skierowała się prosto do szatni i szybko odnalazła swój beżowy płaszcz. Kiedy zdjęła go 

z wieszaka, chwyciły go czyjeś silne ręce.  

– Czy nie weszłabyś na chwilę do mojego gabinetu, by porozmawiać o tym, co się stało? 

– spytał Ross.  

– Żebyś mógł przedstawić wszystko w korzystnym dla siebie świetle? 
– Jesteś...  
– Nie próbuj powiedzieć mi, że jestem nierozsądna – przerwała mu Shelley.  

background image

– Twoi nauczyciele są wystarczająco sprytni, by...  
– Nie pracuję na ćwierć etatu za marne pieniądze, więc nie porównuj mnie z nimi. Jestem 

dyrektorką. Jestem kapitanem okrętu, który ty zatapiasz. Nie chcę rozmawiać znowu o tym, 
dlaczego  powinnam  opuścić  mój  statek  i  zacząć  pracę  u  faceta,  którego  dziełem  jest  ta 
katastrofa! – Spróbowała wyrwać swój płaszcz z jego rąk.  

Ross  przytrzymał  jej  okrycie.  Shelley  wsunęła  szybko  ręce  w  rękawy  i  gwałtownie 

odsunęła się od niego.  

–  Co  zawdzięczasz  Babel,  że  jesteś  w  stosunku  do  tej  firmy  tak  cholernie  lojalna?!  – 

krzyknął.  

–  Jak  możesz  mówić  o  tym  w  ten  sposób?  Jakby  było  coś  złego  w  tym,  że  chcę  tam 

pozostać? 

– Aż do smutnego i nieuniknionego końca – odparł Ross.  
–  Mówisz  jak  człowiek,  który  nigdy  w  niczym  nie  potrafił  wytrwać  do  końca  – 

odpowiedziała na pożegnanie i wyszła.  

Shelley nie doszła jeszcze do rogu ulicy, kiedy zauważyła, że nie jest sama. Ross dogonił 

ją, kiedy zatrzymała się przed skrzyżowaniem.  

– Nie rozumiesz, o co cię prosiłam. Nie przejmujesz się nawet, kiedy mówię do ciebie w 

mniej uprzejmy sposób. Czy w twoim słowniku istnieje słowo „nie”? 

– zawołała gniewnie, unosząc w górę ramiona.  
– Potrafię wypowiedzieć je w dwudziestu siedmiu językach.  
– Nie zaczynaj ze mną! 
– Za późno, już zacząłem. I tym razem mam zamiar wytrwać do końca – odparł ponurym 

głosem.  

Shelley spojrzała na niego i poczuła się nagle niezręcznie.  
– Przepraszam za te słowa. – Ton jej głosu był teraz o wiele łagodniejszy.  
– Chodź ze mną na kolację – zaproponował niespodziewanie Ross.  
– Zostaw mnie w spokoju – odparła Shelley i ruszyła przed siebie.  
–  Shelley!  –  Chwycił  jej  ramię  i  pociągnął  do  tyłu,  zanim  zdążyła  ją  potrącić 

nadjeżdżająca ciężarówka.  

– Czy zwrot „nie idź” istnieje w twoim słowniku? 
– zażartował.  
– Czy nie powinieneś być teraz na przyjęciu? 
– Prawie się skończyło. Poza tym wszystko, co zaplanowałem na dzisiaj, udało mi się już 

osiągnąć. Poza przekonaniem ciebie.  

–  Nie  licz  na  to  –  odparła.  Zapaliło  się  zielone  światło  i  Shelley  ruszyła  do  przodu 

najszybciej, jak tylko mogła.  

– Co robimy dziś wieczorem? – spytał Ross, z łatwością dotrzymując jej kroku.  
– My razem? Nic. Ja mam zamiar zrobić coś przyjemnego, by choć na chwilę zapomnieć 

o stresie, w jakim żyję od czasu twojego przyjazdu do miasta.  

– Coś przyjemnego? – Z uznaniem przyjrzał się jej sylwetce. – Mógłbym zaproponować 

ci masaż.  

background image

– Idź sobie – powiedziała, wolno i wyraźnie wymawiając każde słowo. – Va t’en. Zostaw 

mnie. Vai via. Amscray. Zniknij.  

– Nie. Nein. Non. Lo. Nie ma mowy. Zapomnij o tym, kochanie.  
Spojrzała na niego z uwagą.  
– Coraz bardziej żal mi twoich biednych rodziców – powiedziała wreszcie.  
– Czy ktoś mówił ci już, że jesteś piękna, kiedy się złościsz? 
–  Uff  jęknęła  Shelley  i  weszła  do  sklepu  z  damską  odzieżą,  przed  którym  właśnie 

przystanęli. Ross podążył za nią.  

Zmarszczył  brwi,  gdy  zauważył  Shelley  przy  półce  z  bezbarwnymi,  ponurymi 

spódnicami. Nie mógłby bez wyrzutów sumienia pozwolić, by wydała swoje ciężko zarobione 
pieniądze na coś tak okropnego.  

– Nie wykradłem ci Ute podstępnie – zaczął, kiedy Shelley przeglądała białe swetry. – To 

ona  odwiedziła  mnie  w  tym  tygodniu,  pytając  o  pracę.  Oczywiście  rozmawialiśmy  o 
motywach  jej  decyzji.  Ute  lubi  ciebie  i  niechętnie  zmienia  szkołę,  ale  ma  rację.  Babel 
powinien płacić jej więcej.  

–  Dopóki  się  nie  pojawiłeś,  nauczyciele  Chucka  zarabiali  mniej  niż  moi.  Nie  próbuj 

przekonać  mnie,  że  Elitę  postępuje  uczciwiej  niż  nasi  szefowie.  Podwyższasz  pensje, 
ponieważ tak jest dla ciebie korzystniej.  

– Wybrała brązową sukienkę, zdecydowanie za długą dla kogoś o tak drobnej budowie.  
–  To  prawda  –  przyznał  –  ale  nie  możesz  winić  nauczycieli  za  to,  że  kusi  ich  moja 

propozycja.  Oni  muszą  za  coś  żyć.  I  nie  ja  zaprosiłem  pozostałych  lektorów  na  dzisiejszą 
imprezę, lecz Ute. 

– Ty jednak skwapliwie skorzystałeś z okazji, by poinformować ich, ile mogliby zarabiać 

u ciebie.  

–  Oczywiście,  że  to  zrobiłem.  Przyszli  przecież  po  to,  by  się  tego  dowiedzieć.  Bądź 

rozsądna, Shelley.  

–  Nie  mów  tego  więcej.  Skończyłam  już  pracę.  Nie  muszę  być  już  rozsądna,  uprzejma 

czy wyrozumiała, jeśli nie mam na to ochoty. A zdecydowanie nie mam.  

– Będę uważał.  
– Pilnuj się. – Shelley zdjęła z wieszaka workowatą tweedową spódnicę, która mogłaby 

jedynie zniekształcić jej zgrabną figurę.  

– Nie masz chyba zamiaru tego przymierzyć? – spytał.  
– Hmm... tak – odparła niepewnie.  
– Nie ma mowy. – Ross wyrwał z jej rąk spódnicę i powiesił z powrotem na wieszaku.  
– Co robisz? – Shelley spoglądała na niego zaskoczona.  
–  Shelley,  to  byłoby  nieuczciwe  z  mojej  strony,  gdybym  pozwolił  ci  kupić  którąś  z 

rzeczy, na które zwróciłaś uwagę, odkąd weszliśmy do tego sklepu.  

–  To  nie  twoja...  –  Shelley  spojrzała  na  niego  z  zastanowieniem,  przypominając  sobie 

nagle, że matka Rossa była Francuzką.  Zapewne wiele razy słyszał, jak mama wprowadzała 

jego  siostry  w  tajniki  mody.  Francuzki  miały  doskonały  gust.  Nie  mogła  przepuścić  takiej 

okazji.  

background image

– A co ty byś mi zaproponował? – spytała obojętnym tonem.  
Ross  uśmiechnął  się.  Shelley  natychmiast  pożałowała  swoich  słów.  Z  pewnością  znów 

będzie chciał się z nią przekomarzać.  

– Myślałem już, że nigdy o to nie spytasz – zaczął.  
– No więc? – Shelley postanowiła nie zwracać uwagi na jego ton.  
–  Rozejrzyjmy  się...  –  Ujął  jej  dłoń  i  pociągnął  dziewczynę  za  sobą.  Kiedy  chodzili  po 

sklepie,  Ross  przez  dłuższy  czas  na  niczym  nie  zatrzymał  spojrzenia.  Shelley  tęsknym 
wzrokiem  popatrzyła  w  stronę  prostych,  przecenionych  sukienek.  –  Nie  ma  mowy  – 
powiedział stanowczo.  

Wreszcie znalazł coś: niebieskoszarą kaszmirową sukienkę z wąziutkim paskiem i dużym 

dekoltem.  

– Nie mogę ubrać się w coś takiego – zaprotestowała Shelley. – Ta sukienka jest zupełnie 

bezkształtna.  

– Czy nie zauważyłaś nigdy, że sama masz doskonałe kształty? Wyglądasz jak kobieta z 

moich młodzieńczych snów.  

– Nie sądzę...  
– I nie ma powodu, by ukrywać tę piękną figurę pod grubymi spódnicami i wypłowiałymi 

bluzkami.  

Shelley zgodziła się wreszcie przymierzyć wybraną sukienkę, zwłaszcza że kilka klientek 

i  sprzedawczyń  z  zainteresowaniem  zaczęło  przysłuchiwać  się  uwagom  Rossa  na  temat  jej 
sylwetki. Kiedy wyszła z przymierzalni, Ross nie potrafił ukryć swego zachwytu.  

–  Gdyby  właściciel  sklepu  widział  tę  sukienkę  na  tobie  wcześniej,  na  pewno 

kosztowałaby teraz przynajmniej dwa razy drożej.  

–  I  tak  nie  jest  zbyt  tania  –  powiedziała  cicho  Shelley.  –  Ale  muszę  ją  mieć  –  dodała, 

spoglądając kolejny raz w lustro. – Czy zauważyłeś jeszcze coś, co mogłabym przymierzyć? – 
zapytała z wahaniem.  

Ross  uśmiechnął  się  i  podał  Shelley  trzy  rzeczy,  które  znalazł,  kiedy  ona  wkładała 

sukienkę.  Przymierzyła  każdą  z  nich,  za  każdym  razem  wychodząc  z  przymierzalni,  by 
usłyszeć opinię Rossa.  

–  Dlaczego  to  wybrałeś?  –  spytała.  Miała  na  sobie  ostatnią  ze  wskazanych  przez  niego 

rzeczy.  

Ross  wstrzymał  oddech.  Nawet  on  nie  spodziewał  się,  że  czarna  jedwabna  sukienka  o 

prostym kroju będzie wyglądała na Shelley tak doskonale.  

–  Jesteś  piękna.  –  Jego  głos  zabrzmiał  dziwnie  chrapliwie  i  Shelley  przyjrzała  się  mu 

ciekawie. Patrzył na jej pełne piersi, które odsłaniał głęboko wycięty dekolt. Gładkie, piękne 
ciało budziło w nim pragnienia, nad którymi nie potrafił zapanować...  

– Czy ty mnie słuchasz? – wyrwał go z zamyślenia głos Shelley.  
–  Przepraszam,  co  powiedziałaś?  –  spytał  Ross,  zdając  sobie  nagle  sprawę,  że  jego 

spodnie  stały  się  o  wiele  za  ciasne.  Panuj  nad  sobą,  odezwał  się  w  nim  głos  rozsądku. 
Przecież nie porwiesz jej w ramiona tutaj. To byłby niedopuszczalny fauxpas.  

– Mówiłam, że jest śliczna, Ross, ale nie miałabym okazji jej włożyć.  

background image

– Zaradzimy coś na to – zapewnił ją. Oczami wyobraźni widział już ich dwoje w blasku 

świec...  

–  Weź  ją,  kotku  –  poradziła  Shelley  starsza  pani.  –  Twój  mężczyzna  wie,  co  mówi. 

Gdybym ja wyglądała w tej sukni tak jak ty...  

–  Och,  dziękuję  –  powiedziała  Shelley  niepewnie.  Jej  mężczyzna?  By  nie  napotkać 

wzroku  Rossa,  raz  jeszcze  zerknęła  w  lustro.  To  spojrzenie  ostatecznie  zaważyło  na  jej 

decyzji.  

Co z tego, że nie było jej stać na tę suknię? Co z tego, że najprawdopodobniej nie będzie 

miała nigdy okazji jej włożyć? 

– Tak, wezmę ją.  
– Dziękuję – powiedział Ross.  
Spojrzała  na  niego.  Jej  serce  zabiło  szybciej,  twarz  oblała  się  rumieńcem.  Nagle 

zrozumiała, dlaczego Ross  wybrał  tę suknię. Jego pełne pożądania spojrzenie przepalało jej 
skórę, napawało radością i przerażało. Czuła wilgotne pulsowanie w głębi swego ciała, ból, 
który tylko on mógł ukoić...  

Westchnęła głośno i głęboko. Wiedziała już, że Ross odgadł jej myśli. Odczuwał to samo 

co ona. Ich spojrzenia spotkały się. W oczach Shelley Ross wyczytał zgodę i zdecydowanie. 
Teraz nie mogli się już cofnąć; zresztą nie pragnęli tego.  

–  Wezmę  tę  sukienkę  i  inne  rzeczy  –  powiedziała  Shelley  cicho.  –  Poproś,  żeby  je 

zapakowano. – Ross skinął głową. – Aha, i powiedz... powiedz, że zapłacę kartą kredytową. – 
Nie dodała, że najprawdopodobniej do końca życia będzie spłacała ten rachunek.  

Kiedy wyszła, Ross podał jej torbę z nowymi rzeczami.  
– Muszę za nie zapłacić – powiedziała cicho, zastanawiając się, co stało się z normalnym 

tonem jej głosu.  

– Zapłaciłem już – odparł.  
Ich  spojrzenia  spotkały  się.  Mogła  powiedzieć,  że  nie  przyjmie  od  niego  tak  drogiego 

prezentu. Mogła powiedzieć, że jest kobietą niezależną i sama zapłaci za swoje ubrania.  

– Dziękuję – powiedziała Shelley.  
Nie miało znaczenia to, że nic jeszcze nie wydarzyło się między nimi. Podjęli tę decyzję 

bez słów. Wiedzieli oboje, że Ross był teraz tym jedynym mężczyzną w życiu Shelley, który 
miał prawo kupować jej drogie prezenty.  

Wyszli w milczeniu na ulicę. Shelley szła u boku Rossa nie martwiąc się o to, dokąd idą. 

Kiedy  dotarli  do  zaparkowanego  nie  opodal  porsche’a,  Ross  postawił  jej  torbę  na  tylnym 
siedzeniu i spojrzał na Shelley.  

– Gdzie masz ochotę zjeść kolację? – zapytał.  
– W Mount Adams. – Tam, z dala od centrum, nie powinna natknąć się przypadkowo na 

żadnego ze swoich pracowników lub klientów.  

Skinął  głową  i  Shelley  zrozumiała,  że  Ross  wie,  dlaczego  dokonała  takiego  właśnie 

wyboru. Nie chcieli jednak o tym rozmawiać. Później. Na razie musieli przyzwyczaić się do 

nowej sytuacji. Teraz byli razem.  

Ross zapalił silnik i odwrócił głowę do tyłu, by wyjechać z parkingu.  

background image

– Zaczekaj – poprosiła nagle. Przez chwilę patrzyła na niego.  
–  Shelley  –  szepnął.  Ross  wydał  się  jej  nagle  tak  bezbronny.  Pochyliła  się  ku  niemu. 

Zamknęła  oczy,  odszukując  ustami  jego  wargi.  W  ich  pocałunku  była  tęsknota,  czułość  i 
pewien szczególny rodzaj przyjaźni.  

Pochylali ku sobie czoła, ciesząc się swoją bliskością.  
– Kiedy bogowie chcą nas ukarać, spełniają nasze prośby – powiedział cicho.  

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

– Z tego, co kiedykolwiek słyszałam lub czytałam na twój temat, wynika, że nie musisz 

martwić się o to, że stracisz pracę. Ja nie mam takiej pewności – powiedziała Shelley.  

Siedzieli  w  jednej  z  ulubionych  restauracji  Shelley  niedaleko  jej  mieszkania.  Zamówili 

kolację, wino i czuli, że mogą już rozmawiać o tym, co wydarzyło się pomiędzy nimi.  

– Nie chcesz więc, by ktokolwiek dowiedział się o nas.  
– Mogłabym stracić pracę, gdyby wyszło na jaw, że...  
– Jesteśmy kochankami? Skinęła głową.  
– Powinniśmy też umówić się, że nie będziemy rozmawiać o naszej pracy.  
– Sądzisz, że to konieczne? – spytał Ross.  
– Myślę, że o sprawach zawodowych... powinniśmy zapominać, kończąc pracę. – Widząc 

jego zatroskany wzrok, wzruszyła ramionami. – Nie wiem, czy mi się to uda, ale spróbuję.  

Oboje  wiedzieli,  że  to  on  będzie  przyczyną  większości  jej  kłopotów  w  nadchodzących 

tygodniach. Mógł zniszczyć jej karierę w Babel, zaś Shelley nie chciała przyjąć stanowiska w 
Elitę. Wiedzieli też, że Ross wyjedzie, gdy tylko wzmocni pozycję Elitę w Cincinnati na tyle, 
by konkurencja nie mogła jej już zagrozić. Mimo to jednak musieli być razem...  

– Powiedz mi szczerze... – zaczęła.  
– Szczerze? – powtórzył z powątpiewaniem.  
– Dlaczego poprosiłeś Tima, by nam pomógł? 
–  Dla  ciebie,  Shelley.  By  ci  pomóc.  Bez  żadnych  ukrytych  motywów  –  mówił  cicho, 

spoglądając na nią z czułością. – Nie mogę dla ciebie źle wykonywać swojej pracy, lecz to 
zrobiłem bez wyrzutów sumienia.  

Shelley  poczuła  nagle  wstyd.  Ross  nie  mówił  dotąd  o  swojej  lojalności  wobec  Elitę. 

Uznała więc, że obce jest mu to pojęcie, tylko dlatego, że nigdy nie poruszał w rozmowie tego 
tematu.  

–  Co  zrobiłeś  dla  Tima?  Och,  proszę  –  nalegała,  widząc,  że  Ross  nie  kwapi  się  z 

wyjaśnieniami. – Mnie możesz powiedzieć.  

– To było jeszcze w college’u. – Wzruszył ramionami, wypijając kolejny łyk wina. – Jako 

temat  specjalizacji  wybrałem  filozofię  Środkowego  Wschodu.  Chciałem  w  ten  sposób 
udowodnić mojej rodzinie, że nic nie zmusi mnie, bym spełnił ich oczekiwania.  

Shelley uśmiechnęła się wyrozumiale.  
– W jednym ze starych tekstów przeczytałem o pewnym afrodyzjaku. Miał on rzekomo w 

niezwykle silny sposób  oddziaływać na kobiety. Pokazałem ten fragment dla żartu Timowi. 
Wtedy studiował jeszcze biochemię. Postanowił wyprodukować tę miksturę, a następnie zbić 
fortunę, sprzedając swój specyfik kolegom.  

– Wielkie nieba! – westchnęła Shelley.  
–  Byłem  raczej  biernym  obserwatorem  i  nie  spodziewałem  się,  że  doświadczenia  Tima 

staną  się  powodem  kłopotów.  –  Puścił  oko  do  Shelley.  –  Zapewne  wiesz,  co  działo  się 
później.  

background image

– Rozpętało się prawdziwe piekło.  
– Tim był przerażony. Obawiał, że rodzice każą mu wracać do Afganistanu, kiedy usłyszą 

o tym incydencie. Byłem przyzwyczajony do kłopotów i zdecydowałem się przyjąć całą winę 

na siebie.  

– To bardzo szlachetne z twojej strony.  
–  Wcale  nie.  Po  prostu  byłem  już  nie  raz  w  takiej  sytuacji,  no  i,  oczywiście,  nie 

spodziewałem się, że mogę zostać wyrzucony.  

– Bardzo się tym zmartwiłeś? 
– Poczułem ulgę. Wiedziałem, że wpływy ojca na nic się nie zdadzą, że  wreszcie będę 

zdany na własne siły.  

– Czy Tim...  
– O, tak. Chciał, oczywiście, przyznać się do winy, ale nic by to nie zmieniło. Kazałem 

mu obiecać, że nigdy nie powie o tym nikomu.  

Oboje  roześmiali  się.  Shelley  przyglądała  się  Rossowi  z  uwagą.  Tak  niewiele  o  nim 

wiedziała.  

– Kiedy patrzę na to teraz – powiedział z namysłem – uważam, że była to najlepsza rzecz, 

jaka mi się kiedykolwiek przydarzyła.  

– Dlaczego? – spytała zaciekawiona Shelley.  
– Cóż, moja rodzina urządziła mi okropną awanturę, a ja zachowałem się równie źle jak 

zawsze. Rodzice ostatecznie pozostawili mnie wtedy samemu sobie. W wieku dziewiętnastu 
lat byłem zdany jedynie na własne siły i nie miałem żadnych środków finansowych. Okazało 
się to niezwykle kształcącym doświadczeniem.  

– Naprawdę w to wierzysz? 
– Całkowicie. Byłem zepsuty, znudzony, samolubny i bezmyślny. Miałem wiele bardzo 

nieciekawych cech charakteru i powinnaś wiedzieć, Shelley, że sporo z nich mam aż do dziś. 
Byłem bogatym młodzieńcem, więc zawsze mnóstwo dziewczyn...  

–  Możesz  mi  wierzyć,  twoje  pieniądze  nie  miały  z  tym  nic  wspólnego  –  stwierdziła 

cierpko Shelley. – Ale jak to się stało, że wyrosłeś na takiego... łobuziaka? 

– Nie powinienem dostawać od rodziców wszystkiego. Byłoby lepiej dla mnie, gdybym 

musiał na to ciężko zapracować... tak jak ty.  

– To kształci charakter – przyznała Shelley.  
–  Nie  nadawałem  się  na  następcę  mojego  ojca.  Można  nauczyć  dziecko  wytwornych 

manier, poprawnej wymowy, wpoić w nie odpowiednie upodobania,  ale nie uda się zmienić 
jego osobowości i zrobić z niego kogoś, kim nie jest.  

– Nie. Zwłaszcza że tym dzieckiem byłeś ty.  
–  Pragnąłem  przygód,  zmian.  Praca  mojego  ojca  wydawała  się  mi  niesłychanie  nudna, 

ludzie, z którymi miał do czynienia nieciekawi, nasza pozycja towarzyska ograniczała mnie. 
Zacząłem  chadzać  własnymi  drogami,  kiedy  skończyłem  cztery  lata.  Ponieważ  byłem 
jedynym  synem,  ojciec  nie  mógł  tak  łatwo  zrezygnować  ze  swoich  planów  w  stosunku  do 

mnie.  

– Twoja biedna mama. W waszym domu musiała toczyć się nieustanna wojna.  

background image

– To prawda. Mama nie potrafiła pogodzić nas ze sobą. Im bardziej naciskał mój ojciec, 

tym bardziej się buntowałem. Robiłem nawet rzeczy, których dziś się wstydzę, po to tylko, by 
zaznaczyć swoją niezależność.  

– I co się stało, kiedy ojciec wyrzucił cię z domu po awanturze na uniwersytecie? 
– Przez dziewiętnaście lat robiłem wszystko, żeby moja rodzina zostawiła mnie wreszcie 

w spokoju. Teraz wiec musiałem radzić sobie sam, nie korzystając również z pomocy moich 

francuskich krewnych.  

Uśmiechnął się do Shelley i kontynuował: 
–  Miałem  dalekiego  krewnego,  o  którym  nigdy  nie  mówiło  się  w  mojej  rodzinie, 

ponieważ  był  przemytnikiem.  Więc,  oczywiście,  odnalazłem  go.  Miał  statek,  właściwie 
przerdzewiałą balię, którą pływał po Morzu Śródziemnym.  

– Naprawdę zajmowałeś się przemytem? – spytała zafascynowana Shelley.  
–  Zwykle  mieliśmy  legalne  towary.  Czasami  jednak  szmuglowaliśmy  wino,  whisky, 

tytoń,  orzeszki  pistacjowe,  egzotyczne  olejki,  dzieła  sztuki.  Kiedyś  załadowaliśmy  łajbę 
okropną bananową wódką, która zepsuła się w połowie drogi. Uff, jak ja wtedy chorowałem! 

– Czy podobało ci się takie życie? 
– Zazwyczaj byłem zbyt zmęczony, by zastanawiać się nad tym. Pracowałem tak ciężko, 

że czasem wieczorem nie miałem nawet siły, żeby naciągnąć na siebie koc.  

– Długo tak wytrzymałeś? 
– Aż stałem się w tym dobry. Miałem do wyboru tylko dwie drogi: zwyciężyć lub zginąć. 

Stałem  się najtwardszym, najsprytniejszym  i  najbardziej podejrzanym facetem, jakiego znał 
mój  wuj.  Po  dwóch  latach  zdecydowałem,  że  nie  jest  to  życie,  jakiego  chciałem,  przez 
dziewiętnaście lat buntując się przeciw ojcu.  

– Och, Ross, to lepsze niż powieść.  
– Nawet nie tknęłaś kolacji – zauważył. – Talerz stoi przed tobą od pięciu minut. Zjedz 

coś.  

Shelley z roztargnieniem podniosła widelec do ust.  
– I co robiłeś potem? 
– Wiele różnych rzeczy. Oferowałem turystom swoje usługi jako przewodnik po krajach 

śródziemnomorskich. Wiedziałem, gdzie znajdą to, co ich interesuje: dobre jedzenie, piękne 
plaże, nocne życie, rzadkie dzieła sztuki. Przez pięć miesięcy byłem tłumaczem i asystentem 
w  marokańskim  studiu  filmowym.  Potem  pracowałem  w  kasynie  w  Marakeszu.  Po  jakimś 
czasie, kiedy w tajemniczy sposób zniknął dyrektor kasyna, zająłem jego stanowisko. Ludzie 
bardzo  lubili  tam  hazard  i  szybko  zwielokrotniłem  obroty  tego  początkowo  podrzędnego 
domu rozrywki.  

–  A  potem  rzuciłeś  to,  gdy  po  raz  kolejny  stwierdziłeś,  że  nie  dla  tego  buntowałeś  się 

przeciw ojcu.  

–  Zdecydowałem,  że  czas  już  wrócić  do  moich  krewnych  w  Prowansji,  pojednać  się  z 

mamą i ojcem. Znalazłem pracę...  

– Jako kierownik nocnego klubu.  
– I to dość obskurnego – przyznał.  

background image

– A co z rodziną? 
–  Pogodziłem  się  ze  wszystkimi  poza  ojcem.  Ogłosiliśmy  jedynie  zawieszenie  broni. 

Jesteśmy wobec siebie uprzejmi, od czasu do czasu zdarza się nam nawet zamienić parę słów.  

– A co robiłeś po wyjeździe z Nicei? 
– Pojechałem do Paryża. Miałem już dość życia w półświatku. Było to nawet zabawne, 

ale chciałem mieszkać w miłych miejscach, spotykać sympatycznych ludzi, móc opowiadać 
im  o  swojej  pracy.  Wciąż  miałem  kosztowne  upodobania  i  stwierdziłem,  że  nie  jest  to  nic 
złego. Niestety, nie potrafiłem jednak znieść jakiejkolwiek kontroli nad sobą i w ciągu dwóch 
miesięcy straciłem dwie posady.  

–  Mogę  to  zrozumieć  –  przyznała  Shelley.  Nie  potrafiła  wyobrazić  sobie  Rossa 

wykonującego  czyjeś  polecenia.  Z  przyjemnością  słuchała  jego  opowieści,  czując 
jednocześnie wstyd, że wcześniej nie potrafiła dostrzec jego odwagi i uczciwości. Delikatnie 
pogładziła jego policzek.  

– A co potem? 
– Potem zatrudnił mnie Henri – odpowiedział po prostu.  
– Dlaczego? Nie sprawiałeś chyba wrażenia zbyt dobrze rokującego młodego człowieka.  
– Cóż, w zasadzie wygrałem tę pracę w pokera.  
– Naprawdę? Ross, to fantastyczne! 
– Wiedziałem, że potrafię zorientować się, dlaczego jakieś przedsięwzięcie nie przynosi 

dochodów, i zmienić to. Udało mi się to w Marakeszu, a potem w Nicei. Tym razem zależało 
mi jednak na przyzwoitym zajęciu. Chciałem też zachować swoją niezależność. Kiedy grałem 
w  pokera  z  Henrim  Montpazierem  i  stawka  była  już  dostatecznie  wysoka,  wystąpiłem  z 
interesującą  propozycją.  Gdybym  przegrał,  pracowałbym  dla  niego  za  darmo  przez  rok.  W 
razie mojej  wygranej,  Henri  miał  dać mi dobrą pensję i  rok na to,  bym  zamienił najbardziej 
deficytową z jego szkół w świetnie prosperujący ośrodek dydaktyczny. Wygrałem.  

Shelley spoglądała na niego z niedowierzaniem.  
–  A  więc  tak  zaczęła  się  twoja  kariera  w  Elitę?  Nic  dziwnego,  że  nie  musisz 

podporządkowywać się niczyim poleceniom. – Shelley z zapałem zabrała się do jedzenia.  

– A teraz opowiedz mi, w jaki sposób taka miła dziewczyna jak ty została pracownikiem 

firmy Babel? 

– To bardzo nudna historia w porównaniu z twoją. Przez kilka lat pilotowałam wycieczki 

po  Europie.  Lubiłam  podróże  i  pracę  z  ludźmi.  Cieszyłam  się  nawet,  kiedy  nie  wszystko 
układało  się  według  planu,  bo  stanowiło  to  dla  mnie  wyzwanie.  Przez  pięć  lat  jeździłam 
prawie non stop na trasie: Anglia, Francja, Belgia, Luksemburg, Hiszpania, Włochy.  

– Po pewnym czasie musiałaś mieć dość tego cygańskiego życia? 
– O, tak. Myliły mi się miasta i nie wiedziałam już, jakiego języka powinnam w danym 

momencie  używać.  Zaczęłam  nienawidzić  walizek,  hoteli,  pakowania,  kempingów, 
autobusów, autostrad, restauracji, wszystkiego, co kojarzyło mi się z podróżami. Wróciłam do 

Chicago, by pobyć trochę z rodziną i zastanowić się, co naprawdę chcę robić.  

– To wtedy zaczęłaś pracować dla Babel? 
– Tak. Szukałam pracy także w Elitę i kilku innych firmach – powiedziała z naciskiem. – 

background image

Na  początku  uczyłam  i  pomagałam  trochę  w  pracach  biurowych.  Wiele  osób  zwolniło  się 
wtedy z Babel i po roku zostałam asystentką dyrektora. Kiedy wyrzucono dyrektora szkoły w 
Cincinnati,  mój  szef,  Jerome,  zarekomendował  mnie  na  to  stanowisko.  No  i  znakomicie 
sprawdziłam się jako dyrektor – zakończyła Shelley.  

–  Wyśmienicie.  Może  nawet  wcale  nie  przyjechałbym  tutaj,  gdybyś  nie  okazała  się  tak 

dobra.  

Shelley westchnęła.  
– Co za ironia losu.  
W  przeciwieństwie  do  ich  wcześniejszego  milczenia,  teraz  wydawało  się,  że  nie  są  w 

stanie przestać rozmawiać. Opowiadali historie z przeszłości, snuli wspomnienia i żartowali. 
Restauracja była już niemal pusta, kiedy Ross zauważył, że kelnerka wciąż spogląda znacząco 
w ich stronę.  

– Chyba zasiedzieliśmy się – zauważył Ross.  
– Która godzina? – Shelley spojrzała na zegarek. – To niemożliwe! Jest po północy! 
Ross rozejrzał się.  
– Nic dziwnego, że zostaliśmy tu sami.  
Ross zostawił na stoliku duży napiwek i wyszli na parking.  
–  Wydaje  mi  się,  że  pamiętam  jeszcze,  jak  tam  dojechać  –  powiedział,  kiedy  Shelley 

zaczęła udzielać mu wskazówek, jak trafić do jej dzielnicy.  

– Nie parkuj – poprosiła Shelley, kiedy podjeżdżali pod jej dom. – Wysiądę szybko.  
Ross zatrzymał samochód i spojrzał pytająco na Shelley.  
– Nie dzisiaj? 
– Wkrótce – obiecała. – Dzisiaj... jest właściwie nasza pierwsza prawdziwa randka.  
Uśmiechnął się.  
– I tak spędzę bezsenną noc, rozmyślając o tym, jak będzie nam cudownie razem.  
Shelley westchnęła ciężko, czując ogarniającą ją falę gorąca.  
– Czy... – zawahała się – śpisz nago? 
– Tak – odparł z uśmiechem. – A ty? 
–  Nie.  Zawsze  bałam  się,  że  może  wybuchnąć  nagle  pożar  albo  dostanę  zapalenia 

wyrostka robaczkowego...  

Ross wybuchnął śmiechem.  
–  Jak  zawsze  praktyczna.  –  W  jego  oczach  pojawiły  się  iskierki.  –  Skoro  jednak 

postanowiłaś już zepsuć nam dziś wieczorem zabawę...  

– Nie gniewaj się, Ross.  
–  Nie  gniewam  się.  Jestem  rozczarowany,  ale  rozumiem.  Z  drugiej  strony  trochę 

pieszczot...  

– Tutaj? – spytała z niedowierzaniem.  
–  Nie,  chyba  masz  rację  –  westchnął.  –  Trochę  tu  ciasno.  I  dźwignia  zmiany  biegów 

mogłaby zrobić komuś krzywdę.  

– Nie bądź wulgarny – zbeształa go.  
Jego usta wygięły się w łobuzerskim uśmiechu.  

background image

– Wiem, jestem niepoprawny. Zadzwonię jutro i umówimy się na wieczór.  
– Zgoda. – Pochyliła się, by go pocałować. Wędrował ustami po jej twarzy, drażniąc ją i 

kąsając.  

– To takie przyjemne – westchnęła.  
–  To  tylko  wstęp  –  obiecał.  Wsunął  język  pomiędzy  jej  wargi,  całując  ją  delikatnie. 

Dłonią odnalazł pierś Shelley. Masował ją władczo i pewnie, zaznaczając w ten sposób swoje 
prawo do tej pieszczoty.  

Jej sutki stwardniały, Shelley czuła pulsowanie narastające w głębi jej ciała. Chciała już 

niemal prosić go, by został u niej na noc, gdy Ross delikatnie odepchnął ją od siebie.  

– Wkrótce – szepnął i otworzył przed nią drzwiczki wozu.  
–  Dzień  dobry  –  Shelley  powitała  radośnie  Francescę  i  Wayne’a  następnego  ranka.  Od 

razu zauważyła, że coś jest nie tak.  

– Co się stało? – Shelley nade wszystko ceniła szczerość.  
Francesca zaśmiała się nerwowo, a potem spojrzała niepewnie na Wayne’a.  
– Gdzie byłaś wczoraj? – zapytał posępnie. Shelley znieruchomiała.  
– Dlaczego pytasz? 
– Sekretarka z Elitę powiedziała, że wyszłaś z Tannerem.  
– Nie wyszłam...  
– Nie. Rzeczywiście, podobno oboje staraliście się, by wyglądało na to, że wychodzicie 

osobno. Charles twierdzi, że wcześniej także widywano was razem. Nigdy o tym nie mówiłaś.  

–  To...  nie  miało  znaczenia.  –  Shelley  zdała  sobie  sprawę,  że  jej  słowa  brzmią 

niesłychanie sztucznie.  

–  Och,  do  diabła  z  tym.  Nie  wspominałam  o  tym,  ponieważ  Tanner  zaproponował  mi 

stanowisko Chucka, a nie chciałam, żebyście się tym martwili.  

– Czy zgodziłaś się? – spytała zdumiona Francesca.  
– Nie. Oczywiście, że nie.  
– A więc, co robiłaś z nim wczoraj wieczorem? 
– odezwał się gniewnie Wayne.  
– Ja... My... Och, nie potrafię tego wyjaśnić.  
–  Sądziłem,  że  będziecie  rozmawiali  o  interesach.  Byłem  bardzo  ciekaw,  czego 

dowiedziałaś  się  od  Tannera,  i  dlatego  dzwoniłem  do  ciebie  wiele  razy.  Ostatni  raz  już  po 
północy.  Byłem  zaniepokojony,  dlatego  zadzwoniłem  także  do  jego  hotelu.  Ale  Tannera 
również nie było w pokoju.  

– Byliśmy na kolacji.  
– Sześć godzin to dosyć długo jak na rozmowę o interesach – zauważył cierpko Wayne.  
Przez chwilę w pokoju panowała cisza.  
– Spotykasz się z nim? – zapytał Wayne.  
– Tak. – A więc to koniec wielkiej tajemnicy.  
– Shelley, nawet jeśli jego zamiary są szczere, w co wątpię, jak możemy ufać ci teraz? 

Jak mamy wierzyć, że nie sprzymierzysz się z nim przeciw Babel? 

– Nie zrobię tego. Nasza znajomość nie ma nic wspólnego z pracą.  

background image

–  Czy  naprawdę  sądzisz,  że  uwierzą  w  to  nasi  szefowie?  Czy  myślisz,  że  choć  przez 

chwilę będą liczyć na twoją lojalność? 

– Przestań! – zawołała Shelley, słysząc, jak Wayne wypowiada głośno jej własne obawy.  
– Jak będzie czuł  się Jerome, po tym,  jak zarekomendował  cię na to  stanowisko? Jemu 

także dostanie się za ciebie.  

Shelley udało się odzyskać panowanie nad sobą.  
– Czy zarząd dowie się o tym? – Shelley patrzyła prosto w oczy Wayne’a. – Czy dowie 

się o tym Jerome? 

– Czy chcesz mnie poprosić, bym nie zawiadamiał ich o tym? 
–  Nie.  Czy  masz  zamiar  im  o  tym  powiedzieć?  Wayne  odwrócił  się  od  niej  i  zgniótł 

trzymany w ręku papierowy kubeczek.  

–  Shelley,  nie  uda  ci  się  długo  zachować  czegoś  takiego  w  tajemnicy.  Kiedy  Jerome 

dowie się wreszcie, będzie obwiniał również mnie za to, że nie powiadomiłem o tym zarządu.  

Przez długą chwilę żadne z nich nie odzywało się.  
– Czy przestaniesz się spotykać z Tannerem? – spytał Wayne.  
Shelley milczała.  
–  Na  Boga,  Shelley,  czy  naprawdę  nie  jesteś  w  stanie  nad  tym  zapanować?  –  zawołał 

Wayne.  –  Dlaczego  więc  nie  przyjmiesz  jego  propozycji  pracy?  Wtedy  nikogo  nie 
obchodziłoby, co z nim robisz.  

– Wayne! – przerwała mu Francesca. – Nie mów ani słowa więcej! Jesteście oboje zbyt 

zdenerwowani.  

– Cholera – mruknął Wayne i wyszedł z pokoju.  
– On przesadza – próbowała pocieszyć Shelley Francesca, kiedy zostały już same.  
– Czyżby? – powiedziała smutno Shelley. – Sądzisz, że tak właśnie pomyśli Jerome? 
– Sądzę, że nie miałaś w tej sprawie wyboru. Od pierwszej chwili, kiedy zobaczyłam was 

razem, wiedziałam, że to musi się stać.  

Shelley uśmiechnęła się słabo.  
– Dziękuję.  
Reszta dnia była dla Shelley równie nieprzyjemna jak jego początek. Kiedy pojawili się 

Pablo  i  Hiroko,  ich  podejrzliwe,  ciekawskie  spojrzenia  natychmiast  uzmysłowiły  jej,  że  oni 
też  słyszeli  najnowsze  plotki.  Ute  przyjechała  poprowadzić  swoją  ostatnią  lekcję  w  Babel, 
najwyraźniej  przekonana,  że  teraz,  kiedy  Shelley  widuje  się  z  Rossem,  nie  musi  się  już 
obawiać z jej strony żadnych wymówek.  

Shelley  musiała  również  oznajmić  grupie  inżynierów,  którzy  chcieli  ustalić  terminy 

swoich  lekcji  niemieckiego,  że  straciła  właśnie  nauczyciela.  Nie  chcąc  czekać,  aż  Shelley 

znajdzie nowego lektora, klienci ci postanowili rozpocząć naukę w Elitę.  

Shelley poprosiła Wayne’a do swojego gabinetu, by podzielić się z nim złymi wieściami, 

Wayne słuchał jej słów z kamienną twarzą. Kiedy pod koniec rozmowy Francesca oznajmiła, 
że dzwoni Ross, Wayne spojrzał na nią z pogardą.  

– Powiedz mu, że nie mogę z nim w tej chwili rozmawiać, Francesco. Zadzwonię później.  
Ross  telefonował  jeszcze  trzy  razy  tego  popołudnia  i  za  każdym  razym  Shelley  nie 

background image

chciała z nim rozmawiać. Nie potrafiła skoncentrować się na niczym. Widziała wszystko jak 
przez mgłę, powstrzymując łzy żalu i desperacji. Wreszcie, zrezygnowana, zdecydowała się 
pójść do domu.  

Będzie musiała zadzwonić do Rossa i powiedzieć mu, że to już koniec. Nie miało sensu 

oszukiwać  się  dłużej.  Praca  w  Babel  wykluczała  znajomość  z  Rossem.  Zaś  jej  praktyczna 
natura  podpowiadała,  że  lepszy  wróbel  w  garści...  Ross  wyjedzie  ostatecznie.  Nigdy  nie 
zatrzymywał się zbyt długo w jednym miejscu.  

Jego wyjazd może oznaczać koniec jej kariery,  pomyślała  gorzko Shelley. Czemu  więc 

miałaby nie przyjąć propozycji Rossa i rozpocząć pracy w Elitę? 

Nie mogła jednak zawieść tych, którzy polegali na niej. Do licha, tylko szczury uciekają z 

tonącego okrętu.  

A  czy  mogła  porzucić  Rossa?  Ze  stanowczością  zdecydowała,  że  będzie  musiała  to 

zrobić.  

Shelley zmarszczyła czoło, słysząc dzwonek u drzwi. Kto się domyślił, że jest w domu? 

Po chwili rozległo się głośne pukanie. Shelley wstała i ruszyła do drzwi, ocierając dłonią łzy.  

– Kto tam? 
– Shelley, wpuść mnie! – zawołał Ross.  

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

– Ross, nie teraz. Nie mogę... – Jej dalsze słowa stłumiło łkanie.  
– Wpuść mnie albo otworzę drzwi wytrychem. Nieoczekiwany śmiech przerwał jej płacz. 

Jakie to  podobne do Rossa,  pomyślała.  Zaraz zacznie grozić,  że wyważy  drzwi.  Nie wątpiła 
też, że rzeczywiście ma ze sobą wytrych.  

Wszedł  do  środka,  nie  czekając  na  zaproszenie.  Natychmiast  zauważył  jej  zapuchnięte 

oczy  i  mokrą  od  łez  twarz.  Chciał  objąć  Shelley,  lecz  dziewczyna  cofnęła  się.  Ross 
znieruchomiał, a potem nagle opuścił ramiona.  

– Skąd wiedziałeś, że tu jestem? – spytała.  
– Francesca powiedziała mi.  
– Ona... ona... – zająknęła się Shelley.  
– Nie denerwuj się. Musiałem długo ją przekonywać, żeby to od niej wyciągnąć. Kiedy 

nie odbierałaś moich telefonów, zaniepokoiłem się. Postanowiłem zobaczyć się z tobą. Kiedy 
przyszedłem do Babel, Wayne zatrzasnął drzwi swego gabinetu w chwili, gdy mnie zobaczył. 
Niezbyt uprzejmie, prawda? Francesca załamywała ręce i wołała coś po włosku.  

Ross przerwał na moment swoją relację.  
– Nie chcę patrzeć, jak płaczesz. Nie chcę, żebyś płakała przeze mnie.  
Nie zaprzeczyła, że to on jest przyczyną jej zmartwień.  
– Skoro wiesz, co się stało... Ross, nie możemy...  
– Być kochankami? Skinęła głową.  
– Czego się najbardziej obawiasz? – zapytał.  
– Mogę stracić pracę, kompromitując się romansem  z przedstawicielem  konkurencyjnej 

firmy.  

– Nieprawda. Chcesz pozwolić kilku facetom w Nowym Jorku, żeby decydowali o twoim 

życiu.  

– Łatwo ci tak mówić. Ty nie będziesz miał z tego powodu kłopotów! 
– Henri wie o nas i jest wściekły – oświadczył Ross.  
– Skąd się dowiedział? 
– Powiedziałem mu.  
– Powiedziałeś mu? Dlaczego? 
– Ponieważ nie wstydzę się swoich uczuć i nie boję się tego, czym on może mi zagrozić. 

Nie chcę też, by dowiedział się o tym od kogoś innego.  

– Jerome nigdy by mi nie uwierzył – powiedziała głośno Shelley. – A Montpazier i tak 

cię nie zwolni.  

– To prawda. Lecz jeśli wylaliby cię z Babel, mogłabyś przyjąć moją ofertę bez wyrzutów 

sumienia.  

Shelley  odwróciła  się,  słysząc  brzmiące  w  jego  głosie  wyzwanie.  Ross  wykazał  więcej 

odwagi  niż  ona  i  nie  była  z  tego  powodu  dumna.  Nie  wiedziała,  jak  powinna  się  teraz 
zachować.  

background image

– Czy sypialnia jest tutaj? – W głosie Rossa słyszała stanowczość.  
– Ross, czy moglibyśmy porozmawiać spokojnie o tym wszystkim? – spytała niepewnie.  
– Nie sądzę – zamruczał, podchodząc do niej bliżej.  
Położył  dłonie  na  ramionach  dziewczyny,  gładząc  je  uwodzicielsko.  Shelley  czuła  się 

słaba, lecz jednocześnie przepełniona dziwną energią.  

– Myślałem o tym – szeptał. – Od pierwszej chwili, kiedy cię zobaczyłem, nie byłem w 

stanie myśleć o niczym innym.  

Pochylał twarz ku jej twarzy tak wolno jak wówczas, kiedy po raz pierwszy spotkały się 

ich  usta.  Odgadując  jego  pragnienia,  Shelley  wspięła  się  na  palce.  Odnalazła  ustami  jego 

wargi. Chciała, by wiedział, że nie tylko on myślał o tym w bezsenne noce.  

Już po chwili Ross niósł ją w ramionach do sypialni. Wszystko jest dokładnie tak jak w 

moich marzeniach, pomyślała Shelley.  

Położył  ją  na  łóżku,  zatapiając  dłonie  w  jej  miedziano-rudych  lokach.  Zręcznie  wyjął 

spinki podtrzymujące jej włosy. Gęste sploty rozsypały się na poduszce, odurzając go swoim 
delikatnym zapachem.  

–  Chciałem  zapomnieć  o  tobie  –  szeptał.  –  Próbowałem  wmówić  w  siebie,  że  nasza 

wzajemna  fascynacja  jest  tylko  chwilowym  zauroczeniem.  –  Odnalazł  suwak  jej  sukni  i 
pociągnął zamek w dół. – Nic z tego. Pragnę kochać się z tobą ponad wszystko. Nie obchodzi 
mnie, co będzie potem.  

–  Wiem  –  szepnęła  z  czułością,  próbując  uporać  się  z  guzikami  jego  koszuli.  Ross  nie 

chciał posłuchać głosu rozsądku teraz, podobnie jak kiedyś zlekceważył wolę ojca i wzgardził 
bezpiecznym i zamożnym życiem u boku rodziny. – Dziękuję – powiedziała nagle.  

– Za co? – spytał urywanym głosem, czując na torsie ciepło jej dłoni.  
– Dziękuję, że nie pozwoliłeś mi zachować się rozsądnie.  
Uśmiechnął się, gładząc nagą skórę jej pleców. Delikatnie pocałował jej czoło.  
–  Och,  Shelley.  –  Jego  głos  był  równie  łagodny  jak  jego  dotyk,  jak  spojrzenie  jego 

niebieskich oczu. – Zaczekaj chwilę – szepnął, czując, że Shelley rozpina jego pasek.  

– To był twój pomysł – przypomniała mu.  
– Tak, i to bardzo dobry pomysł. Ale w jednej sprawie powinniśmy zachować rozsądek. – 

Spojrzała  na  niego  zaskoczona.  –  Bardzo  śpieszyłem  się  dzisiaj...  a  że  nie  chodzę  zwykle, 
nosząc ze sobą... jestem nie przygotowany...  

Shelley spoglądała na niego z czułością i rozbawieniem.  
–  Nie  martw  się,  jestem  zabezpieczona  –  zapewniła  go–  Tak  się  cieszę  –  odetchnął, 

przyciągając  do  siebie  jej  biodra.  –  A  więc,  nie  będę  ci  przeszkadzał  –  powiedział,  kładąc 
znów jej dłonie na sprzączce swojego paska.  

Potem zsunął z niej sukienkę, z zachwytem patrząc na Shelley ubraną tylko w koronkową 

bieliznę.  Zsunęła  ramiączka  przejrzystego  stanika  i  z  przekornym  uśmiechem  cofnęła  się  o 
krok.  Miał  niepokojące  uczucie,  że  byłby  zdolny  zabić  każdego  mężczyznę,  który  chciałby 
zrobić to co on. Ross przyciągnął Shelley i zdarł z niej pośpiesznie resztę bielizny.  

Błądził  dłońmi  po  jej  ciele,  pieszcząc  ją,  jakby  od  dawna  była  jego  kochanką.  Dotykał 

Shelley  delikatnie  i  gwałtownie,  odnajdywał  jej  intymne  miejsca,  nie  wahając  się  i  nie 

background image

usprawiedliwiając.  

Shelley zsunęła z ramion jego koszulę.  
– Och! – westchnęła z zachwytem. Pociągnęła w dół jego spodnie. Jego ciężka, twarda 

męskość wypełniła jej dłonie. Shelley oddychała szybko, czując nagłe gorąco.  

Ross ze zdziwieniem usłyszał swój własny jęk, gdy konwulsyjnie zacisnął ramiona wokół 

Shelley.  

Powoli, powoli, napomniał siebie, opuszczając Shelley na łóżko. Trochę finezji, staraj się 

sprawić  jej  przyjemność,  myślał,  wpijając  się  zachłannie  w  usta  dziewczyny.  Nauczył  się 
uprawiać miłość z wdziękiem i zręcznością; pytał kobiety w wielu krajach, co lubią; tyle razy 
powtarzano  mu,  że  jest  wspaniałym  kochankiem.  Teraz  zaś,  kiedy  zależało  mu  na  tym 

najbardziej, wydawało się, że traci nad sobą panowanie.  

– Przepraszam – powiedział z trudem, wciąż dotykając i gładząc jej piersi.  
– Dobrze – zamruczała. – To takie przyjemne. Och, Ross, jeszcze, proszę.  
Jej namiętna prośba sprawiła, że zapomniał o doświadczeniu. Jego zmysły ogarnął ogień 

pożądania, pieścił ją teraz kierując się jedynie instynktem.  

Wplątane w jego włosy palce Shelley gładziły je i targały. Ogarnięty czułością, odnalazł 

jej  dłoń  i  pocałował.  Dotykał  ustami  słodkich  czubków  jej  piersi  i  miękkiego  zagłębienia 
pomiędzy  nimi.  Obwiódł  językiem  różową  otoczkę  sterczącej  twardo  sutki,  a  potem 
pocałował  ją  raz  jeszcze.  Wsunął  kolano  pomiędzy  nogi  dziewczyny.  Czuł  jedwabistą 
miękkość jej łona i wilgotne gorąco ukryte w głębi jej ciała.  

– Proszę – szeptała, oddychając szybko. Jego usta drażniły jej sutki, dłonie gniotły piersi. 

Wygięta w łuk, Shelley przyciągnęła głowę Rossa, jęcząc i wijąc się pod nim. Okazywała bez 
skrępowania, jak wiele dawał jej rozkoszy.  

Ross zmienił pozycję tak, że jego biodra wsunęły się pomiędzy uda Shelley. Czuła, jak 

bardzo  jej  pragnie.  Zacisnęła  palce  wokół  jego  ramion.  Przywarła  mocno  biodrami  do  jego 
twardego ciała w milczącym ponagleniu.  

– Pokaż, jak mnie pragniesz – szepnął chrapliwie, odnajdując rękę Shelley.  
Spełniła  jego  życzenie,  wygięta  w  oczekiwaniu  jego  pierwszego  pchnięcia.  Była  tak 

drobna,  gorąca  i  ciasna.  Chciał  wejść  w  nią  powoli,  lecz  nie  pozwoliła  mu.  Uniosła  się  ku 

niemu, przyciągając go mocno do siebie.  

Był jednocześnie ognisty i czuły, demoniczny kochanek i pokorny czciciel. Ich ciała, w 

cudownej harmonii, poruszały się jednym rytmem wśród westchnień i namiętnych jęków.  

Shelley poczuła nagle, że jej ciało ogarnia ogień, pożądanie ustępuje miejsca spełnieniu.  
– Och, Ross... jestem... Och, Ross.  
Wreszcie  połączyła  ich  fala  rozkoszy,  zaspokajając  każde  pragnienie,  sycąc  zmysły. 

Czuła w sobie jego wilgotne ciepło, gdy Ross opadł na nią, powtarzając chrapliwie jej imię.  

Wiele, wiele minut później, kiedy świat przestał już wirować wokół nich, Shelley leżała 

wtulona  w  Rossa,  pomrukując  cichutko.  Uśmiechnął  się.  Nigdy  w  życiu  nie  czuł  się  tak 
szczęśliwy. Kiedy otworzył oczy, napotkał jej wzrok. Z nikim jeszcze nie było mu tak dobrze. 
Nie  ukrywał  przed  nią  swych  uczuć,  swego  zdumionego  zachwytu  i  całkowitego 
zadowolenia.  

background image

Shelley spoglądała na niego rozjaśnionymi miłością oczyma.  
–  Jeśli  będziesz  uśmiechał  się  do  mnie  w  ten  sposób,  może  przyjść  mi  do  głowy  jakiś 

niestosowny pomysł – ostrzegła go.  

– Wypróbuj mnie – odpowiedział przekornie. Westchnęła, kładąc głowę na jego ramieniu.  
– Mniej więcej za godzinę.  
– Powiedzmy za pół godziny. Na wszystko się zgadzam. – Zamknął oczy, rozkoszując się 

jej  bliskością.  Włosy  Shelley  okrywały  jego  ramiona,  łaskocząc  go  w  brodę,  jej  piersi 
przywierały do jego torsu. Zaczął wędrować dłońmi po jej ciele, cierpliwie odkrywając teraz 
szczegóły, które umknęły jego uwagi w szale namiętności.  

– J’adore tes cheveux... ta peau... tes seins... ton dos... – z zachwytem odkrywał sekrety 

jej ciała. Cieszył się, że Shelley zna francuski. Ten język wydawał się stworzony do miłości.  

Kiedy wróciły im siły, oboje stawali się coraz bardziej ciekawi. Shelley usiadła, pragnąc 

patrzeć tam, gdzie błądziły jej ręce, chcąc widzieć jego twarz. Ross powiódł palcem wzdłuż 
niewidzialnej  linii wokół jej twardej  sutki.  Ze zdumieniem zauważył, że również jego  ciało 
odpowiada podnieceniem na te pieszczoty.  

– Chodź tutaj – powiedział chrapliwie, pociągając Shelley na poduszki.  
Spojrzała na niego z uwagą i jej oczy zalśniły pożądaniem.  
–  Czy  zawsze  będę  mogła  na  ciebie  liczyć,  czy  też  dzisiaj  jest  specjalna  okazja?  – 

przekomarzała się.  

– Sądzę, że to twoja zasługa – poinformował ją. – Czy lubisz to? Aha, widzę, że tak.  
– Och... tak. Twoje ręce...  
– Mów dalej! 
– Nie znają wstydu – powiedziała stłumionym głosem.  
– Ani moje usta.  
Nagle  znów  zaczęła  oddychać  szybciej,  jej  ciało  domagało  się  spełnienia,  wciąż 

pamiętając o niedawnej rozkoszy.  

– Powoli – szepnął, przygarniając ją do siebie. – Tym razem kochajmy się powoli.  
– Dobrze – Shelley zgodziła się natychmiast.  
– I tym razem chcę patrzeć na ciebie.  
Skinęła głową, nie będąc w stanie mówić ani myśleć. Jęknęła błagalnie.  
– Powiedz mi, czego pragniesz – domagał się.  
– Tak... Właśnie tak... – błagała go wiele minut później. – Proszę.  
– Słucham? 
– Pragnę... cię – szepnęła.  
– Wewnątrz?  
– Tak! 
Jego język był gorący, wilgotny i śmiały.  
– Och... – Jej ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz. Zwinne palce zastąpiły język i Ross 

obserwował teraz Shelley. Zdumiona własną śmiałością, zaskoczona emocjami, jakie w niej 
wzbudzał, pozwoliła, by Ross patrzył, jak przyjmuje jego pieszczoty.  

Kiedy  uspokoiło  się  już  jej  ciało,  Ross  ułożył  się  na  plecach  kładąc  Shelley  na  siebie. 

background image

Uniósł  w  górę  jej  biodra,  a  Shelley  kołysała  się  leciutko,  przyjmując  jego  twardą  męskość. 
Patrzyła na niego, ciesząc się tą chwilą całkowitego zjednoczenia.  

– Powoli – przypomniał jej.  
Skinęła głową. Czas zatrzymał się dla nich. Kiedy za oknem zapadł już zmrok, oni wciąż 

jeszcze  kochali  się  bez  pośpiechu,  ciesząc  się  każdą  chwilą  rozkoszy,  osiągając  szczyt  i 
rozpoczynając wszystko od nowa.  

Ich  ciała  poruszały  się  tym  samym  rytmem,  pieścili  się  i  dotykali,  szeptali  miłosne 

zaklęcia.  

Wreszcie  nie  byli  już  w  stanie  mówić.  Ich  ciała  pokryte  kropelkami  potu  błyszczały  w 

księżycowej  poświacie,  w  ciemności  nie  widzieli  już  swoich  oczu.  Dreszcze  cudownego 
spełnienia ogarnęły tych dwoje połączonych i ciasno objętych.  

 
– Wciąż jesteś w szlafroku – zauważył Ross, wchodząc do mieszkania Shelley znacznie 

później tego wieczoru. Zasnęli razem, potem wzięli prysznic i Ross wyszedł do hotelu, żeby 
się przebrać. Nie rozmawiając nawet o tym, oboje wiedzieli, że Ross spędzi resztę weekendu 
u  Shelley.  Z  niechęcią  rozstawali  się  na  ten  krótki  czas  potrzebny  na  drogę  do  hotelu  i  z 

powrotem.  

–  Uważałam,  że  ubieranie  się  byłoby  bez  sensu  –  oświadczyła  Shelley.  –  Przecież 

zapewne kiedy tylko cię nakarmię, znów zedrzesz ze mnie wszystko i będziemy się kochać.  

–  Hm,  jak  zawsze  praktyczna.  Co  jemy?  –  Jęknął,  widząc  stojące  na  stole  kartonowe 

pojemniki.  –  Czy  po  tych  wszystkich  przyjemnościach,  jakich  zaznałaś  dzięki  mnie,  nie 
mogłaś zamówić czegoś smaczniejszego? 

– To pyszna chińska potrawa. Dopiero co przyniesiono naszą kolację.  
Ross zmarszczył czoło.  
– Czy chłopiec z restauracji widział cię w tym stroju? 
Shelley  poprawiła  pasek  długiego  do  ziemi,  ciepłego,  frotowego  szlafroka  z 

obstrzępionym brzegiem.  

– Nie denerwuj się. Nie wyglądam w tym zbyt ponętnie.  
– Dla mnie tak – odparł Ross.  
–  Zapomnij  o  tym  na  chwilę.  Umieram  z  głodu.  Ross  westchnął.  Wsunął  dłoń  za  jej 

dekolt, odnajdując miękką, ciepłą pierś.  

– / tuoi seni sono come due pesci – powiedział z uwodzicielskim uśmiechem.  
Shelley wy buchnęła śmiechem.  
– Ross, jesteś pewien, że tego właśnie uczyła cię twoja włoska przyjaciółka? 
– Cóż, minęło już kilka lat. Co cię tak rozbawiło? 
– Właśnie oświadczyłeś, że moje piersi są jak dwie ryby. Usiądź i jedz, mój Romeo.  
– Zaczekaj, tym razem się przygotowałem.  
– Przecież mówiłam ci, że niczego nie potrzebujemy – oświadczyła.  
– Tym razem pamiętałem o tym, co ważne. – Wyjął z torby butelkę drogiego szampana.  
– To kosztuje fortunę. Jesteś rozrzutny.  
– Ale bardzo dobrze ubrany.  

background image

–  Hej,  to  przypomniało  mi  o  czymś.  Ponieważ  te  sukienki  wczoraj  nic  mnie  nie 

kosztowały...  –  Spoglądała  na  niego  zalotnie.  –  Czy  nie  moglibyśmy  wybrać  się  jutro  na 
zakupy? 

Chwilę zastanawiał się nad tym.  
– Pod warunkiem, że będzie to sklep z bielizną.  
– To niepraktyczne, Ross. Nie potrzebuję do pracy seksownej bielizny, a ty również, jak 

sądzę, nie musisz mnie w niej oglądać.  

– Podyskutujemy o tym jutro – zgodził się wreszcie, zaczynając jeść.  
W sobotę poszli na kompromis, odwiedzając kilka różnych sklepów. Ross kupił Shelley 

seksowną nocną koszulę, która, niestety, po pierwszej przymiarce w domu, leżała zmięta na 
podłodze.  Co  więcej,  stało  się  to  w  środku  dnia.  Zanim  poznała  Rossa,  Shelley  byłaby 
oburzona taką stratą czasu. Z Rossem jednak nie był to czas zmarnowany.  

Weekend  upłynął  im  na  samych  przyjemnościach.  Dopiero  w  niedzielę  późnym 

wieczorem Shelley pomyślała znów o pracy. Zostawiła w łóżku śpiącego Rossa i poszła do 
kuchni zaparzyć kawę. Siedziała przy kuchennym stole, kiedy poczuła na ramionach znajomy 
dotyk rąk kochanka. Przez chwilę masował jej kark, a potem pocałował delikatnie jej włosy.  

– Dwie noce spędziłem w twoim łóżku i nie potrafię spać, kiedy nie ma cię przy mnie. – 

Usiadł  na  krześle  naprzeciw  Shelley.  –  Kiedy  obudziłem  się  sam,  bez  trudu  odgadłem,  że 
znajdę cię tutaj rozmyślającą o pracy.  

– Muszę się nad czymś zastanowić.  
– Jesteś niezwykłą kobietą. Nie, nie przerywaj. Jesteś inteligentna, wrażliwa i odważna. 

Kiedy przyjdzie ci podjąć decyzję, z pewnością będziesz wiedziała, jak należy postąpić.  

Shelley  ogarnęło  nagłe  wzruszenie,  pod  powiekami  poczuła  piekące  łzy.  Powodowana 

impulsem, wstała, okrążyła stół i usiadła na kolanach Rossa.  

– Co się stało, kochanie? – szepnął.  
– Obejmij mnie – poprosiła cicho. – Mocno.  
 
– Chyba żartujesz! – zawołał wyraźnie poirytowany Jerome.  
–  Nie  żartowałabym  w  ten  sposób  –  odpowiedziała  cicho.  –  Nie  chciałam  tego. 

Próbowałam...  próbowaliśmy  odepchnąć  od  siebie  to  uczucie,  lecz  nie  udało  się  nam.  Jeśli 
chcesz, żebym zrezygnowała ze stanowiska, zrobię to. Rozumiem, że...  

– Nie bądź śmieszna – przerwał jej Jerome. – Wiesz, że nie przyjmę twojej rezygnacji. – 

Przez dłuższą chwilę w słuchawce panowała cisza. – Muszę się nad tym zastanowić, Shelley. 
Naprawdę zaskoczyłaś mnie. Zadzwonię później, zgoda? 

Po rozmowie z przełożonym  Shelley  poczuła się od razu lepiej. Odzyskała swą zwykłą 

pewność  siebie.  Wayne  mógł  mieć  zrozumiałe  obiekcje  co  do  zaistniałej  sytuacji,  lecz  to 
jednak ona wciąż była szefem.  

Ku  zdziwieniu  Shelley,  Wayne  w  niczym  nie  przypominał  już  zagniewanego  młodego 

człowieka, jakiego spodziewała się zastać.  Francesca martwiła się o możliwe konsekwencje 
ostatnich  wydarzeń,  lecz  wciąż  powtarzała  włoskie  sentencje  o  miłości  zdolnej  pokonać 
wszelkie  przeciwności.  Shelley  postanowiła  w  ogóle  nie  rozmawiać  na  ten  temat  z 

background image

nauczycielami.  Zachowa  dyskrecję,  nie  będzie  jednak  ukrywać  niczego  ani  tłumaczyć  się 

przed nikim. Jerome zadzwonił wreszcie, kiedy miała już wyjść na kolację z Rossem.  

– Przede wszystkim – zaczął Jerome – chcę, abyś każdego dnia zdawała mi telefoniczne 

sprawozdanie  ze  swoich  poczynań.  Liczę  też,  że,  kiedy  życie  osobiste  zacznie  wpływać  na 
twoje decyzje zawodowe, natychmiast poinformujesz mnie o tym.  

– Dobrze – zgodziła się.  
– Chciałbym też, żeby nikt więcej się o tym nie dowiedział.  
– Nie zamierzasz powiadomić dyrekcji w Nowym Jorku? – chciała się upewnić.  
– Chyba żartujesz, Shelley. Pracowałem z tobą przez dwa lata. Szanowałem cię i lubiłem. 

Dlatego  jestem  gotów  ci  zaufać.  Naprawdę  sądzisz  jednak,  że  nowojorski  zarząd  byłby 
podobnego zdania? 

Przy  kolacji  Shelley  oznajmiła  Rossowi,  że  wszystko  udało  się  jej  załatwić  pomyślnie. 

Miała ogromną ochotę, by opowiedzieć mu o tym, jaka była zdenerwowana, o zawstydzonej 
minie  Wayne’a,  o  tym,  jak  rozważnie  się  zachowała,  jak  wiele  zaufania  okazał  jej  Jerome. 
Zdecydowali  się  jednak  nie  rozmawiać  o  pracy  i  nie  mogła  teraz  ujawnić  temu  geniuszowi 
Elitę, jak kiepsko stoją sprawy w Babel.  

Ross  nie  prosił  Shelley,  by  opowiedziała  mu  coś  więcej.  W  głębi  serca  był  jednak 

niezadowolony.  Pragnął  podzielić  się  z  nią  swoimi  wrażeniami  po  całym  dniu  i  dowiedzieć 
się,  jak  Shelley  radzi  sobie  w  pracy.  Czy  atmosfera  w  szkole  jest  bardzo  napięta?  Jak 
zachowywał się Wayne? 

Chciał powiedzieć Shelley o swoich podejrzeniach w stosunku do jednego z nauczycieli 

Elitę,  o  tym,  że  sekretarka  Chucka  wydaje  mu  się  wyjątkowo  niesympatyczna.  Nie  było 
żadnego  konkretnego  powodu,  by  zwolnić  tę  kobietę,  mimo  to  nie  ufał  jej.  Chętnie 
porozmawiałby z Shelley o swoich i jej problemach, zamiast tego jednak zaproponował, by 
wybrali się do kina.  

Reszta  tygodnia  upłynęła  podobnie.  Spotykali  się  wieczorem.  Nie  mogli  rozmawiać  o 

pracy, lecz najważniejsze było to, że są razem. Za każdym razem ich spotkanie kończyło się 
w łóżku Shelley. Czasami kochali się, czasem zasypiali od razu spleceni w ciasnym uścisku.  

Któregoś wieczoru Ross zaproponował, by wyjechali gdzieś na weekend.  
Shelley przygotowywała właśnie w kuchni kolację.  
– Dlaczego? – spytała.  
– Chcę być z tobą jak najdalej od tego wszystkiego.  
– Wzruszył ramionami, spoglądając na stojący nie opodal kosz z brudnymi rzeczami.  
Uśmiechnęła się. Przekonała właśnie Rossa, by zajął się praniem, dopóki ona nie upora 

się z gotowaniem obiadu.  

– Chcesz zyskać na czasie – stwierdziła domyślnie.  
– Przygotowuję się duchowo do czekającego mnie zadania – poprawił ją.  
– Dokąd chciałbyś pojechać? 
– Nie wiem, to twój teren. Na pewno w pobliżu jest jakaś miła i cicha miejscowość.  
– Nic mi nie przychodzi na myśl... Może Lexington? – zastanawiała się.  
Wzruszył ramionami.  

background image

– Nazwa jest dość sympatyczna.  
–  Ty  możesz  wybrać  hotel,  tylko  nie  proś  o  to  swoją  sekretarkę.  Nie  wszyscy  muszą 

wiedzieć, że wyjeżdżamy razem.  

– Dobrze, zajmę się tym. Nie licz jednak na to, że spędzimy cały czas, spacerując po lesie 

– dodał z figlarnym uśmiechem.  

–  Zobaczymy.  Na  razie  zajmij  się  praniem.  Uważam  to  za  prawdziwy  skandal,  że 

zazwyczaj płacisz komuś, by zrobił to za ciebie.  

Ross  westchnął,  po czym  skierował  się do drzwi z miną męczennika. Niosąc rzeczy do 

pralni, wciąż mruczał coś o bezwzględności nowoczesnych kobiet.  

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

–  To  świeże  powietrze  działa  jak  środek  nasenny  –  oświadczyła  Shelley,  leżąc  na 

ogromnym hotelowym łóżku w niedzielny ranek.  

– Mnie to mówisz – odparł Ross z przesadnym oburzeniem. – Wczoraj w nocy czekałem 

w tym wspaniałym łożu gotów do trzeciej rundy igraszek, lecz ty spałaś tak mocno, że nawet 
mimo szczerych chęci nie dałem rady cię obudzić.  

– Czy coś straciłam? – spytała niewinnie Shelley.  
– Możesz to teraz nadrobić – zaproponował szarmancko.  
–  Mmm  –  Shelley  westchnęła  z  rozmarzeniem,  gdy  Ross  przyciągnął  ją  do  siebie.  W 

pokoju rozległo się dyskretne pukanie do drzwi. – Co to takiego? 

Ross pokierował jej ręką.  
– To, oczywiście, mój...  
– Mówiłam o pukaniu do drzwi – zganiła go.  
– Och. – Wymownie podniósł wzrok w górę. – Najprawdopodobniej śniadanie.  
–  Śniadanie  w  łóżku?  Och,  Ross,  jesteś  dla  mnie  za  dobry.  Otwórz  drzwi,  umieram  z 

głodu! – zawołała, narzucając szybko szlafrok.  

Shelley  spoglądała  z  zachwytem  na  obfite  śniadanie,  które  kelner  rozstawił  dla  nich  na 

małym stoliku. Wszystkie potrawy podane były na eleganckich nakryciach. Nie zabrakło też 
butelki schłodzonego szampana.  

– A wiec, w którym miejscu przerwaliśmy? – zapytał Ross, kiedy znów znaleźli się sami. 

– Chyba gdzieś tutaj – stwierdził, biorąc ją w ramiona. – Miałem właśnie...  

– Najpierw coś zjedzmy. To doda ci sił. – Wyrywając się z jego objęć, Shelley zasiadła 

przy stoliku.  

– Jesteś zupełnie pozbawiona wyższych uczuć – westchnął z rezygnacją.  
– Ale mam za to wyśmienity apetyt. Na różne rzeczy – dodała obiecująco.  
Zachęcony  w  ten  sposób,  Ross  wziął  się  do  jedzenia.  Po  śniadaniu  zaś  zabrał  się  do 

Shelley.  

–  Hmm...  –  westchnęła,  gdy  Ross  pociągnął  ją  na  łóżko.  –  Czy  na  pewno  nie  używasz 

tego  afrodyzjaku,  o  którym  przeczytałeś  w  arabskich  księgach?  Twoje  możliwości  są 
doprawdy nieprzeciętne.  

– Jesteś jedynym afrodyzjakiem, jakiego potrzebuję.  
– Wyglądasz tak podniecająco, kiedy się nie golisz – szepnęła.  
– Mam ogromną ochotę na seks – zwierzył się jej.  
– Ale Ross, umówiliśmy się, że odwiedzimy dzisiaj jeszcze dwie stadniny koni. Słońce 

wstało już dawno.  

– Obróciła się szybko, lecz Ross chwycił jej ramię, nie pozwalając dziewczynie uciec.  
– A teraz proponuję zmianę planów – odparł chrapliwie.  
– Myślałam, że po to właśnie przyjechaliśmy tutaj.  
– Nie, przyjechaliśmy tu po t o. – Nagłym ruchem pociągnął ją na poduszki i pocałował 

background image

namiętnie.  

–  Stadniny  miały  być  jedynie  atrakcją,  o  której  mogłabyś  opowiedzieć  Wayne’owi  i 

Francesce.  

Uśmiechnęła się przekornie, unikając kolejnego pocałunku.  
– Musimy więc odwiedzić jeszcze kilka farm, by moja historia wydawała się wiarygodna.  
Shelley odetchnęła głęboko, gdy poczuła na piersiach jego dłonie.  
– Twoje serce bije tak szybko, kochanie. – Ross przesunął ręką po jej płaskim brzuchu. – 

Czy to perspektywa spaceru po cuchnących stajniach wydała ci się tak podniecająca? 

– Czy nie powinniśmy zwolnić pokoju? – spytała bez przekonania. Nagle wszystko poza 

nim przestało ją interesować.  

Pocałował miękkie zagłębienie między jej piersiami.  
– Poprosiłem o przedłużenie rezerwacji.  
– Naprawdę? 
– Czyżbyś zapomniała, że zawsze myślę o wszystkim? 
Zsunęła szlafrok z jego ramion, przeciągając dłońmi po nagich plecach mężczyzny. Czuła 

pod palcami jego twarde mięśnie, gdy unosił ją leciutko do góry.  

– Ile mamy czasu? – szepnęła.  
Odwrócił  się  na  bok,  pociągając  ją  za  sobą.  Stąd  Ross  widział  już  wyraźnie  tarczę 

stojącego na nocnym stoliku zegara.  

– Około godziny. – Uniósł brwi pytająco. – Sądzisz, że starczy nam czasu? 
– Jeśli nie, nie mam zamiaru płacić za kolejny dzień w tym hotelu – ostrzegła go.  
– W takim razie...  
Shelley oplotła ciasno udami jego biodra.  
– Zabierajmy się do dzieła – dokończyła.  
Zamykając oczy, Shelley ujęła w dłonie jego twarz i pocałowała. Wygięta w łuk, uniosła 

w górę biodra, by przyjąć go do wnętrza swego ciała.  

– Otwórz oczy, patrz na mnie – poprosił cicho Ross. Spełniła jego prośbę, chcąc dawać 

mu przyjemność w każdy możliwy sposób. Nigdy jeszcze nie czuła się tak kobieca jak teraz, 
kiedy  w  jego  oczach  widziała  tyle  czułości  i  pożądania.  Shelley  ogarnęło  nagle  ogromne 
wzruszenie.  Nie  potrafiąc  wyrazić  słowami  swoich  emocji,  objęła  go  mocniej,  przywierając 

udami do jego bioder, zacieśniając swą miękką kobiecość wokół jego twardego ciała.  

Ross  zadrżał.  Całował  ją  mocno  i  gwałtownie.  W  ogniu  namiętności  Shelley  słyszała 

ciężki,  urywany  oddech  i  ciche  jęki  rozkoszy,  lecz  Ross  tak  bardzo  stał  się  już  częścią  jej 
samej,  że  nie  umiałaby  nawet  powiedzieć,  czy  słyszy  głos  swój,  czy  jego.  Kiedy  osiągnęli 
wreszcie spełnienie, w słodkim, błogim zmęczeniu odpoczywali na zalanym słońcem łóżku.  

–  Shelley?  –  powiedział  cicho  Ross,  gładząc  delikatnie  opartą  na  jego  piersi  twarz 

dziewczyny.  

– Hmm? 
–  Powinniśmy  się  ubrać  –  rzekł  z  ociąganiem,  choć  pragnął  przedłużyć  tę  chwilę 

cudownego ukojenia, jakiej zawsze doświadczał, trzymając ją w ramionach.  

Shelley westchnęła głęboko.  

background image

– Jeszcze pięć minut – poprosiła, obejmując go ciaśniej.  
Uśmiechnął się, całując delikatnie jej czoło.  
–  Czy  kiedykolwiek  odmówiłem  ci  czegoś?  Mimo  zmęczenia  Shelley  znalazła  w  sobie 

dość siły, by go uszczypnąć.  

– Czy mogę poprowadzić? – spytała z nadzieją w głosie, kiedy zapakowali już bagaże do 

porsche’a.  

– Oczywiście. – Pragnął spełnić wszystkie jej życzenia. W ich obecnej sytuacji wiedział 

jednak, że to przez niego niektóre z jej marzeń nigdy nie będą mogły się zrealizować. Shelley 
była osobą niezwykle szlachetną, lecz nie był pewien, czy zechce mu to  wybaczyć. Był też 
coraz bardziej przekonany, że on sam nie potrafiłby sobie wybaczyć, gdyby ją skrzywdził. Jak 
więc miał postąpić? 

Zawsze istnieje jakiś sposób, kiedy się czegoś bardzo pragnie, przypomniał sobie. W tej 

chwili liczyła się dla niego tylko ona.  

– To był cudowny weekend – powiedziała cicho Shelley, kiedy ruszyli już w drogę.  
–  Dla  mnie  także,  kochanie.  Podobały  mi  się  nawet  stadniny  –  wyznał  niechętnie. 

Nacisnęła gwałtownie hamulec, unikając zderzenia z traktorem.  

– Gdzie nauczyłeś się tak wiele o koniach? Możesz odetchnąć, Ross. Widzę znak „stop”.  
– Moja rodzina hodowała konie. I tutaj, i we Francji.  
– Och. Często odwiedzasz krewnych? – spytała.  
– Kiedy tylko mogę. Niektórych miałbym ochotę widywać znacznie częściej, niż jest to 

obecnie możliwe. Bardzo dużo podróżuję.  

–  Wiem  –  powiedziała  cicho,  rozumiejąc  dobrze,  co  oznacza  jego  ostatnia  uwaga.  Nie 

potrafiła wyobrazić sobie życia bez niego. – Ross... – zaczęła z wahaniem.  

– Słucham. – Zastanawiał się, czyją także przeraża perspektywa rozstania. On myślał już 

o tym, jak mogliby rozwiązać ten problem.  

–  Przeczytałam,  że  w  zeszłym  roku  zniknąłeś  nagle  z  Elitę  na  sześć  miesięcy.  Nie 

wiadomo, co robiłeś i gdzie się podziewałeś.  

– To oczywiste – skomentował sucho. – Nie rozgłaszałem motywów mojej decyzji.  
– Dlaczego odszedłeś? Powiedz prawdę – dodała.  
–  Byłem  zmęczony.  To  cała  tajemnica.  Henri  zawsze  płacił  mi  bardzo  dobrze.  Moje 

oszczędności były na tyle duże, że mogłem rzucić pracę i żyć jedynie z procentów. Miałem 
dość  podróży,  hoteli,  pozbawiania  ludzi  pracy.  Nigdzie  nie  czułem  się  u  siebie.  Byłem 
zmęczony,  przygnębiony,  nerwowy.  Zrezygnowałem.  Henri  zaproponował,  żebym 
potraktował  to  jako  urlop  i  wrócił,  kiedy  będę  miał  ochotę.  Odmówiłem,  ponieważ... 
ponieważ to wydawało mi się zbyt prostym wyjściem.  

Shelley skinęła głową, instynktownie rozumiejąc jego motywy, którymi ona sama nigdy 

się nie kierowała.  

– Co wiec zrobiłeś? 
– Kupiłem siedemnastowieczny dom i kawałek ziemi w Prowansji.  
– Naprawdę chciałeś zamieszkać tam na stałe? – Shelley spoglądała na niego zaskoczona.  
– Tak, pragnąłem normalnego życia.  

background image

– I byłeś szczęśliwy? 
– Przez pewien czas. To fantastyczne miejsce. Sam wyremontowałem dom. Budynek nie 

był  w  bardzo  złym  stanie,  ale  ta  praca  dała  mi  wiele  satysfakcji.  Wydawałem  się  sobie 
niesłychanie pożyteczny, a wieczorem odczuwałem cudowne, zdrowe zmęczenie. Cieszyłem 
się, że mieszkam blisko rodziny. Podobał mi się brak pośpiechu i prostota tego życia. Kiedy 
się nudziłem, mogłem bardzo szybko dojechać do Nicei. Miałem wreszcie czas, by przeczytać 
książki,  które  odkładałem  na  półkę  od  lat.  Miałem  czas,  by  pomyśleć  o  swoim  życiu  i 
przeszłości. Bardzo tego potrzebowałem.  

– A wiec dlaczego wróciłeś do Elitę? 
Zanim odpowiedział, zastanowił się przez chwilę.  
– Kiedy odpocząłem już, odkryłem, że lubiłem pracować i że brakuje mi tego. Mógłbym 

żyć  dostatnio,  korzystając  jedynie  z  funduszu  powierniczego  i  od  czasu  do  czasu  dostając 
pieniądze od mamy. Zrozumiałem, że nie robiłem tego nigdy, ponieważ chciałem pracować. 
Dom na wsi nie wydawał mi się już oazą spokoju, lecz bezczynności. – Wzruszył ramionami. 
– Postanowiłem wrócić do pracy. Brałem pod uwagę różne możliwości. Tym razem miałem 
teoretycznie  większy  wybór  niż  wtedy,  kiedy  grałem  w  pokera  o  moją  pierwszą  posadę. 
Jednak  Elitę  odpowiadała  mi  najbardziej.  Jestem  tu  niezależny,  każda  szkoła  to  nowe 
wyzwanie.  

– Hm – zgodziła się Shelley. – Henri musiał być bardzo zadowolony, że wróciłeś.  
– Był. Nie chciałbym wydać się nieskromny, lecz...  
– Kto? Ty? 
– Jestem najlepszy w tym, co robię. Poza tym Henri bardzo mnie lubi. Było mu przykro, 

kiedy chciałem odejść, i bezustannie namawiał mnie do powrotu.  

– Nie dziwię się – powiedziała cicho.  Jej także byłoby przykro,  gdyby  Ross  odjechał, i 

tęskniłaby za nim.  

Przez  resztę  drogi  niewiele  rozmawiali,  każde  zatopione  w  swoich  myślach.  Kiedy 

zbliżali się do Cincinnati, Ross zagadnął Shelley.  

– Czy obrazisz się, jeśli spytam, jaką przyszłość widzisz dla siebie w Babel? 
– Nie, oczywiście. Lubię prowadzić szkołę. Chciałabym otrzymać awans, by móc działać 

bardziej  samodzielnie.  Ostatecznie  miałabym  ochotę  pracować  w  większej  szkole,  gdzie 
mogłabym  lepiej  wykorzystać  swoje  umiejętności  i  gdzie  miałabym  bardziej  zróżnicowaną 
klientelę. Czasami chciałabym pracować w zarządzie, ponieważ wydaje się mi, że robiłabym 
to  lepiej  niż  ci,  którzy  teraz  się  tym  zajmują.  Lubię  jednak  codzienne  kontakty  z  ludźmi  i 
sądzę, że najszczęśliwsza jestem jako dyrektorka szkoły.  

–  Aha  –  mruknął  Ross  w  odpowiedzi  i  Shelley  nie  wiedziała,  czy  w  ogóle  jej  słuchał. 

Resztę drogi, aż do jej mieszkania, odbyli w milczeniu.  

Shelley  zaparkowała  samochód.  Ross  wyjął  z  bagażnika  jej  małą  walizkę  i  zaniósł  na 

górę. Shelley zaparzyła kawę.  

– Usiądźmy na balkonie – zaproponował Ross. Był to mały balkon, lecz ze wspaniałym 

widokiem.  

Shelley marzyła kiedyś o tym, by w niedzielne popołudnie pić tutaj kawę z przystojnym 

background image

mężczyzną. Ross sprawił, że spełniło się jej życzenie.  

Po  chwili  odpoczynku  Ross  odstawił  filiżankę  i  wstał.  Shelley  spojrzała  na  niego  ze 

zdziwieniem.  

– Muszę iść. Muszę wykonać dzisiaj jeszcze wiele telefonów.  
– Możesz dzwonić stąd – zaproponowała Shelley, nie chcąc, by ją opuszczał.  
– To służbowe rozmowy, Shelley.  
– Och, rozumiem. – Wstała.  
– Ale nie zajmie mi to więcej niż parę godzin. Gdybyś wzięła długą, gorącą kąpiel...  
– Pomyślę o tym – odpowiedziała.  
– I nałożyła tę seksowną czarną sukienkę, którą ci kupiłem...  
– Jeśli tego pragniesz.  
– A ja pojawię się koło ósmej. Będziesz wiedziała, co miałem na myśli, kiedy prosiłem, 

byś się w nią ubrała.  

–  Będę  czekała  na  ciebie.  –  Przytuliła  się  do  muskularnego  ciała  kochanka,  wdychając 

piżmowy zapach jego skóry. Głęboki, niski głos Rossa wzbudzał drżenie w całym jej ciele.  

Dopiero  kiedy  wyszedł,  Shelley  zaczęła  zastanawiać  się,  jakie  interesy  Ross  może 

załatwiać  w  niedzielne  popołudnie.  Musiało  to  być  coś  ważnego.  Próbowała  stłumić 
narastające w jej sercu uczucie strachu. Było to głupie, nie miała przecież żadnych podstaw, 
by się bać. Strach jednak nie chciał jej opuścić.  

Ross  wrócił  o  ósmej.  W  wieczorowym  ubraniu  wyglądał  niezwykle  elegancko.  Jego 

komplementy sprawiły, że Shelley zaproponowała, by zostali raczej w domu i zajęli się sobą. 
Ross zdecydował jednak, że tego wieczoru należy się im nieco rozrywki. Ostrzegł też, że jeśli 
wciąż będzie stawiała mu takie wymagania, nieodzowna stanie się dla niego kuracja szpitalna. 
Shelley dość obrazowo wytłumaczyła Rossowi, jak niesprawiedliwe jest to oskarżenie.  

Ross zabrał ją na specjalny koncert Orkiestry Symfonicznej Cincinnati, z którego dochód 

miał  być  przeznaczony  na  cele  charytatywne.  Po  koncercie  zjedli  kolację  w  eleganckiej 
restauracji.  

– Rozpieszczasz mnie – zauważyła Shelley. – Zanim poznałam ciebie, mężczyźni zwykle 

zabierali mnie na pizzę lub do kina, jeśli była to jakaś szczególna okazja.  

–  Zanim  poznałem  ciebie,  nikt  nie  zmusiłby  mnie  do  zrobienia  prania  lub  zjedzenia 

odgrzewanej chińskiej potrawy.  

Namówiła  Rossa,  by  zabrał  ją  do  swojego  hotelu.  Zdziwiła  się,  że  przystał  na  tę 

propozycję,  gdyż  Ross  zawsze  dotąd  wolał  jej  mieszkanie.  Tym  razem  jednak  nalegała, 
mówiąc,  że  są  zbyt  dobrze  ubrani,  by  zakończyć  wieczór  w  jej  małym,  zagraconym 
mieszkanku. Zgodził się na jej propozycję.  

Jego apartament był tak duży i luksusowy, jak to sobie wyobrażała, znając standard tego 

hotelu. Ross przygasił światło i wziął Shelley na ręce, oświadczając, że nie przyszła tu po to, 
by  podziwiać  wystrój  hotelowych  pokoi.  Zaniósł  ją  do  łóżka  i  tam  dopiero  zrozumiała, 
dlaczego Ross tak bardzo namawiał ją do kupienia tej czarnej sukni.  

Powolnymi,  zmysłowymi  ruchami  zsunął  jedwabne  ramiączka  i  podciągnął  w  górę 

spódnicę aż do talii. Później, kiedy Shelley, ogarnięta pożądaniem, szarpała gwałtownie jego 

background image

ubranie, Ross rozpiął suwak sukni i jednym ruchem zdjął jej jedwabne figi.  

Shelley  obudziła  się  wiele  godzin  później,  leżąc  w  poprzek  nie  swojego  łóżka  w 

nieznanym  pokoju.  Na  jej  brzuchu  spoczywała  ciężko  głowa  śpiącego  Rossa.  Leżał  nagi  na 
prześcieradłach,  odpoczywając  po  ich  miłosnych  zmaganiach.  Jej  czarna  suknia,  teraz 
zgnieciona i pomięta, tworzyła gruby, niewygodny pas wokół jej talii.  

Zamknęła  oczy,  zdziwiona  własną  śmiałością  dzisiejszej  nocy.  Ta  noc  była  jak  ze  snu, 

lecz  nie  jej  tym  razem.  Jej  wyobraźnia  nigdy  nie  wyczarowywała  scen  podobnych  do  tych, 
które przeżyli dzisiaj. Jednak jak wszystkie chwile spędzone z Rossem, to co pamiętała było 
zbyt rzeczywiste, by mogło okazać się tylko snem. To była miłość.  

Ta myśl najpierw zaskoczyła ją, a potem przerodziła się w pewność. Spojrzała na twarz 

śpiącego  Rossa  wtuloną  ufnie  w  jej  biodro.  Był  wspaniałym  kochankiem  i  fascynującym 
mężczyzną, lecz gdyby nie kochała go, nie mogłaby oddać się mu w sposób, w jaki zrobiła to 
dzisiejszej nocy.  

Zakochana  w  Rossie  Tannerze,  co  za  ironia,  pomyślała  ze  smutkiem.  Aż  do  tej  chwili 

jakoś  nie  zdawała  sobie  z  tego  sprawy.  Powinna  była  wcześniej  przewidzieć,  co  się  stanie. 
Tyle  ryzykowała,  by  być  z  nim,  tak  wiele  żądała  od  niego  i  tak  wiele  ofiarowywała  mu  w 
zamian. Praca wymagała od niej ogromnej koncentracji i tak bardzo cieszyła się każdą chwilą 
spędzaną przy boku Rossa, że aż dotąd nie zastanawiała się nawet, dlaczego tak właśnie się 
dzieje.  

A  Ross?  Czy  on  ją  kocha?  Uwielbiał  ją;  tak  przynajmniej  mówił  i  Shelley  czuła 

instynktownie,  że  jest  wobec  niej  szczery.  Nie  potrafiłaby  jednak  powiedzieć,  jak  głębokie 
były w rzeczywistości jego uczucia. Nie wiedziała, co znaczy dla niego słowo: kochać, i co 
gotów jest zrobić dla miłości.  

Z  opowieści  Rossa  o  domu  w  Prowansji  dowiedziała  się  o  nim  jednego:  nie  potrafił 

wytrzymać zbyt  długo  w jednym  miejscu.  Spokojne, domowe życie znudziło go po sześciu 
miesiącach. Powrócił do swych podróży i pracy w Elitę, która, jak sam twierdził, odpowiada 
mu najbardziej.  

Chciał,  by  ona  także  zatrudniła  się  w  Elitę.  Pragnął,  by  pracowali  razem,  by  byli  w 

stałym,  bliskim  kontakcie.  Może  mężczyzna  jego  pokroju  niczego  więcej  nie  potrafił 
zaproponować  kobiecie.  Może  małżeństwo  uważał  za  śmieszny  przeżytek.  Ross  mógł  też 
traktować  ich  znajomość  po  prostu  jako  kolejny  niezobowiązujący  romans.  Shelley  zawsze 
ceniła  szczerość  ponad  wszystko,  lecz  teraz  czuła,  że  nie  potrafi  zadać  mu  tych  wszystkich 
pytań. Bała się, że jego odpowiedzi mogłyby sprawić jej zbyt wiele bólu.  

Westchnęła, powoli wracając do rzeczywistości. Kochała mężczyznę z Elitę, lecz wciąż 

była  dyrektorką  w  Babel.  Szanowała  swoje  zobowiązania,  a  te  kierowały  jej  uwagę  ku 
prowadzonej przez nią szkole.  

– Och! – zawołała Shelley, zauważając nagle, że na niebie lśni już jutrzenka. Praca! Nie 

mogła pójść do szkoły w skąpej, czarnej sukience. Zwłaszcza że była ona całkiem pomięta. – 
Ross, obudź się – szepnęła.  

– Mmm? – mruknął sennie, przytulając się mocniej do jej boku.  
– Obudź się, musisz mnie odwieźć do domu – nalegała Shelley, próbując uwolnić się z 

background image

jego objęć.  

Wymagało  to  wielkiego  wysiłku,  lecz  po  pewnym  czasie  udało  się  jej  dobudzić  Rossa, 

przekonać  go,  by  włożył  ubranie  i  odwiózł  ją  do  domu.  Kiedy  dojechali  na  miejsce, 
stwierdziła, że jest jeszcze na tyle wcześnie, by mogli odpocząć u niej przez godzinę.  

– Nie, dziękuję, kochanie – odparł, przeciągając dłonią po swej nie ogolonej twarzy. – W 

Europie zaczął się już dzień, a ja muszę wykonać wiele telefonów.  

Jak było to ich zwyczajem, nie kontaktowali się przez cały dzień. Shelley zastanawiała się 

chwilami,  jakie  sprawy  załatwiał  Ross,  telefonując  tak  często  do  Europy.  W  momentach 
najmniej  odpowiednich  powracały  do  niej  wspomnienia  miłosnych  igraszek.  Pragnęła 
powiedzieć  Rossowi,  jak  wspaniała  była  ich  ostatnia  noc.  Wyczerpana,  zasnęła  wczoraj 
natychmiast  w  ramionach  kochanka,  dziś  rano  wyjechali  w  pośpiechu,  by  odwieźć  ją  do 

domu. Jest taki tolerancyjny, pomyślała wzruszona. Kochała go i to był jej cudowny sekret.  

Oczywiście,  powie  mu  o  swojej  miłości.  Będzie  to  jej  darem  dla  niego  niezależnie  od 

tego, co miałoby się potem stać. Na razie jednak pozostanie to jej sekretem i pocieszeniem.  

Bardzo  zresztą  potrzebnym  tego  wyjątkowo  ciężkiego  dnia.  Jeden  ze  stałych  i  bardzo 

zamożnych  klientów  poinformował  Shelley,  że  ma  zamiar  spotkać  się  z  Elitę,  zanim 
zdecyduje  się  odnowić  kontrakt  z  Babel.  Podsłuchała  też  rozmowę  jednej  z  klientek,  jak  ta 
opowiadała Francesce o Tannerze. Był on według niej mężczyzną tak niezwykle przystojnym 
i  czarującym,  że  widząc  go,  kobieta  zaczynała  zastanawiać  się  od  razu  nad  sensownością 
swojej przysięgi małżeńskiej! 

Shelley  westchnęła.  Wiedziała,  że  nie  miałaby  dla  Rossa  tyle  szacunku,  gdyby  nie 

wykonywał swojej pracy tak dobrze. Zmarszczyła nagle czoło. Czy on jednak mógł szanować 
ją, kiedy z taką łatwością udawało mu się odbierać Babel najlepszych klientów? 

Po całym  dniu  borykania się z tak niepokojącymi myślami,  po rozmowie z Jerome’em, 

Shelley czuła się bardzo zmęczona. Kiedy wieczorem spotkali się z Rossem w jej mieszkaniu, 
jego energia, radosny uśmiech, świetny humor bardzo ją drażniły.  

– Cały dzień myślałem o naszej ostatniej nocy. – Musnął leciutko wargami jej usta. Jej 

ciało  odpowiedziało  natychmiast  na  tę  pieszczotę,  przerażając  Shelley.  W  tym  samym 
momencie  odsunęła  się  od  Rossa.  Nie  chciała  poddać  się  własnym  emocjom,  nad  którymi 
całkowicie traciła kontrolę w jego obecności.  

– Czy coś się stało? – spytał zaniepokojony.  
– Nie. Jestem po prostu zmęczona. Uśmiechnął się uwodzicielsko.  
– Mogę to sobie wyobrazić. Po tym, jak wczoraj...  
–  Czy  moglibyśmy  pójść  gdzieś  na  kolację?  –  przerwała  mu  nagle.  Nie  wiedziała, 

dlaczego, czuła jednak, że rozpłacze się za chwilę, jeśli będą rozmawiać o ostatniej nocy.  

–  Oczywiście  –  odparł,  przyglądając  się  jej  uważnie.  Czyżby  w  pracy  spotkało  ją  coś 

nieprzyjemnego? Nie mógł jednak spytać jej o to.  

Czas  mijał  im  zwykle  bardzo  szybko,  kiedy  byli  razem.  Dziś  jednak  kolacja  w  jej 

ulubionej chińskiej restauracji trwała w nieskończoność. Shelley nie miała apetytu, co nigdy 
się  jej  nie  zdarzało.  Ross  starał  się  rozproszyć  jej  ponury  nastrój,  opowiadając  zabawne 
historie,  lecz  Shelley  nie  potrafiła  wykrzesać  z  siebie  odrobiny  poczucia  humoru.  Ross  czuł 

background image

się coraz bardziej zaniepokojony. Pragnął dzielić z Shelley jej zmartwienia, pomóc jej uporać 
się z kłopotami.  

– Nie chcę o tym rozmawiać – ucięła krótko, kiedy spytał, co ją trapi. Ross zdumiał się. 

Shelley bywała czasem niecierpliwa, lecz nigdy szorstka.  

– Czy coś wydarzyło się w pracy? Czy o to chodzi? Wzruszyła ramionami. Chodziło nie 

tylko o pracę, ale także o niego. Kochała go i szanowała, lecz nie była pewna, czy uda się jej 
zachować szacunek Rossa, kiedy tak szybko uzyskał nad nią przewagę. Nie wiedziała, czy w 
ogóle  mógł  ją  pokochać.  Nie  wiedziała,  jak  długo  Ross  zostanie  w  Cincinnati  i  czy 
kiedykolwiek zastanawiał się w ogóle nad przyszłością ich związku.  

Zdecydowali się nie rozmawiać o pracy, sprawiając, że wiele rzeczy istotnych nigdy nie 

zostało  powiedzianych.  Kochała  go  i  nagle  wszelkie  ograniczenia  przestały  mieć  sens. 
Pragnęła  dzielić  z  nim  wszystko,  nie  potrafiła  odepchnąć  od  siebie  marzeń  o  ich  wspólnej 
przyszłości. Dlaczego on tego nie rozumie? myślała z coraz większą irytacją.  

W drodze powrotnej nie rozmawiali ze sobą. Nigdy dotąd nie było między nimi żadnych 

konfliktów.  Shelley  zdawała  sobie  sprawę,  że  to  ona  zepsuła  nastrój  dzisiejszego  wieczoru, 
lecz wiedziała również, że nie potrafi nic na to poradzić.  

Ross  spojrzał  na  nią  sponad  kierownicy.  Czuł  się  niczym  odrzucony  kochanek.  Czy 

dziwny  nastrój  Shelley  mógł  być  związany  z  tym,  co  wydarzyło  się  pomiędzy  nimi  zeszłej 
nocy? Zwykle po miłosnych rozkoszach przytulali się do siebie i rozmawiali. Wczoraj jednak 
Shelley  zasnęła  natychmiast,  a  przynajmniej  tak  sądził.  Rano  obudziła  go  i  wydawała  się 
zdenerwowana,  lecz  zwracała  się  do  niego  w  swój  zwykły  żartobliwy  sposób.  Nie  było  nic 

dziwnego w jej zachowaniu.  

Dziś wieczorem jednak zauważył od razu, że zaproponowała wyjście do restauracji, po to, 

by nie rozmawiać o ostatniej nocy, żeby nie zostali w mieszkaniu tylko we dwoje. Był zbyt 
zmęczony zeszłej nocy i zbyt nieprzytomny dzisiaj rano, by przyjrzeć się Shelley dokładnie. 
Teraz zaś cierpiał bardzo, patrząc w jej smutne, rozżalone oczy.  

Wczoraj byli ze sobą tak blisko, że łącząca ich namiętność przerodziła się w coś znacznie 

cenniejszego.  Było  pomiędzy  nimi  zaufanie  i  szczerość,  czego  nigdy  wcześniej  nie 
doświadczyli.  

W  ogniu  zmysłów,  kiedy  odkrywali  przed  sobą  wszystkie  sekrety  swych  ciał,  pośród 

miłosnych  westchnień,  zrozumiał,  że  Shelley  jest  ostatecznym  spełnieniem  wszystkich  jego 
pragnień i tęsknot.  

Nie  może  jej  stracić,  pomyślał  z  nagłą  stanowczością.  Nie  może  zaprzepaścić  tego,  co 

narodziło się pomiędzy nimi. Podczas ostatniego weekendu w pokoju hotelowym w Kentucky 
zrozumiał wreszcie, dlaczego wszystkie inne hotelowe pokoje zawsze wydawały mu się tak 
odpychające:  nie  było  w  nich  Shelley.  Z  tego  samego  powodu  także  jego  piękny  dom  w 
Prowansji robił podobne wrażenie.  

Teraz  wiedział  już,  co  jest  mu  potrzebne:  Shelley,  w  każdym  momencie  jego  życia, 

wszędzie  i  zawsze.  W Cincinnati  było  to  jednak  niemożliwe.  W  ciągu  ostatnich  dwóch  dni 
zdążył poczynić odpowiednie kroki, żeby zmienić tę sytuację. Podejmował ogromne ryzyko, 
po to jedynie, aby być z nią. Gdyby tylko nie była tak uparta! 

background image

Zaparkował  samochód  i  spojrzał  na  twarz  Shelley  oświetloną  bladym  światłem  lampy. 

Nigdy jeszcze nie widział jej tak smutnej.  

– Shelley... – Zastanawiał, czy chciałaby, żeby obiecał nigdy więcej nie kochać się z nią 

w  ten  sposób.  Nie  był  pewien,  czy  umiałby  dotrzymać  takiej  obietnicy;  cały  dzień  myślał 

tylko o tym, by znów tak właśnie ją pieścić. Ponownie spojrzał na Shelley. Teraz wiedział już, 
że zrobiłby dla niej wszystko, mógłby nawet obiecać, że więcej jej nie dotknie, gdyby tylko 
tego chciała. – Shelley... ostatniej nocy kochaliśmy się dość... żywiołowo.  

– To prawda.  
– Czy zraniłem cię? 
– Nie, oczywiście, że nie.  
Ross nie dawał za wygraną. Chciał mieć absolutną pewność, że to nie ostatnia noc była 

przyczyną jej złego humoru.  

– Czy nie podobało ci się to, co robiliśmy razem? 
– Nie, Ross. – Uważała, że wybrał zdecydowanie najgorszy moment na taką rozmowę. – 

Mam nawet  wrażenie, że mówiłam ci, jak jest mi cudownie. Zapewniałam cię chyba, że nie 
doświadczyłam nigdy czegoś równie przyjemnego. Resztę powinieneś pamiętać.  

Ross  odetchnął  z  ulgą.  Shelley  mówiła  do  niego  jak  do  dziecka,  w  jej  głosie  słyszał 

zniecierpliwienie.  Jednak  cokolwiek  wywołało  ten  dziwny  nastrój,  nie  były  to  ich  ostatnie 

pieszczoty.  

–  A  więc  co  się  z  tobą  dzieje?  –  Tym  razem  w  jego  głosie  nie  słychać  było  zwykłej 

czułości.  

Spojrzała na niego zdumiona.  
–  Mój  Boże!  Naprawdę  sądziłeś,  że  mój  dzisiejszy  nastrój  związany  jest  z  tym,  co 

robiliśmy  zeszłej  nocy?  Myślałeś,  że  moja  wrażliwa  natura  doznała  szoku?  Po  tym 
wszystkim, co przeżyliśmy razem, pomyślałeś teraz, że jestem pruderyjną neurotyczką? 

– Nie, oczywiście, że nie, ale...  
–  Czasami  wydajesz  się  równie  tępy  jak  każdy  inny  mężczyzna,  jakiego  znałam  do  tej 

pory. Naprawdę przypuszczasz, że kobieta zachowuje się tak jak ja wczoraj, po to, by później 
przez cały dzień żałować tego, co zrobiła? 

– Nie, wcale nie myślałem w ten sposób. Nic innego jednak nie zdarzyło się pomiędzy 

nami. Jesteś na mnie zła, a ja nie wiem, dlaczego! 

Dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu, zanim wreszcie odezwała się Shelley.  
–  To  chyba  nasza  pierwsza  kłótnia.  –  Zastanawiała  się,  czy  ta  sprzeczka  stanie  się 

przyczyną ich rozstania.  

– Zdaję się, że masz rację – zgodził się Ross. – Chodźmy na górę, tam porozmawiamy 

spokojnie.  

– Nie.  
– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytał zdziwiony.  
Shelley odetchnęła głęboko.  
– Wiem, że nie zachowuję się rozsądnie...  
– Z tym oboje możemy się zgodzić.  

background image

– Potrzebuję trochę czasu, aby przemyśleć... pewne sprawy.  
– Jakie sprawy? 
– Daj spokój, Ross. Nie jesteśmy zwykłą parą, która poznała się przez znajomych albo w 

inny,  podobny  sposób.  Dodatkowo  obciążają  nas  konflikty  zawodowe...  i...  –  Głos  Shelley 
załamał się nagle, a po jej policzkach popłynęły łzy.  

Cały  gniew  Rossa  zniknął  bez  śladu,  kiedy  objął  ją  delikatnie  i  przyciągnął  do  siebie. 

Shelley  wydawała  się  zawsze  tak  opanowana,  że  nie  zdawał  sobie  nawet  sprawy,  w  jak 
ogromnym żyła ostatnio napięciu. Najwyższy już czas, by zacząć realizować swoje plany.  

– Shelley, Shelley, przepraszam, kochanie. Byłem takim egoistą. Uważałem, że skoro ja 

jestem szczęśliwy, ty musisz czuć się podobnie. – Gładził ją delikatnie po włosach. – Wiem, 
że  jest  ci  ciężko.  –  Ich  związek  spełnił  wszystkie  jego  marzenia,  lecz  może  Shelley  wciąż 
tęskniła za czymś, czego on nie mógł jej dać, pomyślał ogarnięty nagłą niepewnością.  

Płakała  wtulona  w  niego.  Jak  mógł  być  szczęśliwy?  Od  dziewiątej  do  piątej  musiał 

udawać, że ona nie istnieje. W tych godzinach była jedynie przeciwnikiem, którego należało 
wyeliminować.  Musi  nabrać  do  tego  wszystkiego  dystansu,  uspokoić  się.  Och,  Ross, 
pomyślała, kocham cię zbyt mocno.  

– Chodź, pójdziemy do domu. Potrząsnęła głową.  
– Muszę zostać sama. Porozmawiamy jutro wieczorem. Dobrze? 
– To niemożliwe. Wyjeżdżam jutro za granicę.  
– Naprawdę? Skinął głową.  
– Na długo? 
– Tylko na kilka dni, kochanie. Wrócę do piątku. – Zamilkł.  
– A więc, do zobaczenia w piątek.  
– Shelley...  
– Dobranoc, Ross – powiedziała cicho i szybko wysiadła z samochodu.  
– Shelley, tu Mike Paige z Keene International.  
– Cześć, Mike. Co mogę zrobić dla ciebie? 
Siedziała przy biurku zrezygnowana, z podkrążonymi czerwonymi oczyma. Bezsenna noc 

nie przyniosła żadnych rozwiązań. Kochała Rossa, niezależnie od tego, czy chciała tego, czy 
nie. Podobnie też, niezależnie od własnej woli, wciąż miała zobowiązania wobec Babel. Nic 
się  nie  zmieniło.  Teraz  myślała  jedynie  o  tym,  by  Ross  powrócił  szczęśliwie.  Jego 
nieobecność  sprawiała  jej  więcej  bólu  niż  cokolwiek,  co  spotkało  ją  do  tej  pory.  Czy  tak 
właśnie będzie się czuła, kiedy Ross wyjedzie do innego miasta? 

– Shelley, mój szef zdecydował się podpisać kontrakt z Elitę.  
Nie odpowiedziała nic. Miała wrażenie, że oto wydano wyrok śmierci na nią i filię firmy 

Babel.  

–  Przykro  mi,  Shelley.  Ja  opowiadałem  się  za  Babel,  lecz  do  szefa  należało  podjęcie 

ostatecznej decyzji. Wczoraj spotkał się z Tannerem...  

– Ross miał wczoraj spotkanie z twoim szefem? – przerwała mu nagle.  
– Tak. I zaproponował ostateczny kontrakt, który spełniał wszystkie nasze warunki...  
Mike mówił dalej, lecz prawie go już nie słyszała. Była w stanie myśleć jedynie o Rossie. 

background image

Zabrał ją na weekend, ciągał po stadninach koni, kochał się z nią, spał w jej ramionach... a 
potem wstał i dobił targu z klientem, o którego zabiegała od wielu miesięcy. Wczorajszego 
wieczoru rozmawiał z nią, obejmował, uspokajał ją, cały czas wiedząc, że właśnie ostatecznie 
zrujnował jej karierę. Co on sobie myśli? Czyżby znajomość z nią była dla niego po prostu 
przyjemną rozrywką na wieczorne godziny? Czyżby nie wiedział, że równie poważnie jak on 
traktuje swoją pracę? Czyżby w ogóle nie miał dla niej szacunku? 

Po rozmowie z Paige’em Shelley chodziła po szkole niczym rozjuszona tygrysica. Wayne 

i Francesca przyglądali się jej z niepokojem, nie wiedząc, co tak rozzłościło Shelley.  

Jak  mógł  postąpić  w  ten  sposób?  Jak  mógł  spać  w  jej  łóżku,  kiedy  dnie  spędzał  na 

rujnowaniu jej kariery? Jak mógł okazać się tak podłym i samolubnym draniem? 

Nic  nie  było  w  stanie  złagodzić  gniewu  Shelley.  Zadzwoniła  do  Jerome’a,  by 

poinformować  go,  że  Keene  wybrał  Elitę.  Powiedziała  mu  także,  że  jej  romans  z  Rossem 
Tannerem jest skończony.  

Pragnęła powrotu Rossa. Przede wszystkim jednak po to, by zobaczyć jego minę, kiedy 

oznajmi mu, żeby sobie poszedł do diabła.  

W czwartek przyszedł do niej z Nowego Jorku list polecony. Oczywiście Jerome musiał 

poinformować zarząd, że nie udało się jej podpisać kontraktu z Keene. Nie miało znaczenia, 
że  wielokrotnie  prosiła  ich  o  umożliwienie  użycia  korzystniejszych  argumentów 
przetargowych. Teraz ona zostanie obciążona całą winą.  

List  był  zwięzły  i  rzeczowy.  Dyrekcja  wyrażała  swoje  rozczarowanie  tym,  że  Shelley 

utraciła poważnego klienta na rzecz konkurenta, który pojawił się w Cincinnati zaledwie kilka 
tygodni  wcześniej.  Biorąc  pod  uwagę  reputację  Rossa,  postanowili  nie  zwalniać  jej 
natychmiast.  Zdecydowali  się  jednak  przenieść  ją  do  innej  szkoły,  ośrodek  w  Cincinnati 
powierzając komuś, kto potrafi stawić czoło Tannerowi.  

Ten list ostatecznie rozzłościł Shelley. Cisnęła o ścianę trzymany w ręku kubek z kawą. 

Francesca  zapukała  dyskretnie  i  nie  zważając  na  furię  Shelley  weszła,  by  pocieszyć 
przyjaciółkę.  

Kiedy Shelley opowiedziała jej już wszystko o Rossie i Keene, spojrzała uważnie na list z 

Nowego Jorku.  

–  Jest  bardzo  obraźliwy  –  oświadczyła  Francesca.  –  A  inna  szkoła  będzie  zapewne 

usytuowana gdzieś w dalekiej Mongolii.  

– Jak on mógł! 
– Ross? – Tak! 
– Nie powiedział ci, że ma zamiar to zrobić? 
– Nie, oczywiście, że nie! My... ja zdecydowałam, że nie będziemy rozmawiać o pracy.  
– A więc jak miał ci o tym powiedzieć? 
– Ja... Ale jak mógł zrobić coś takiego? 
–  Shelley,  wiem,  że  potępiłaś  tego  mężczyznę  i  nie  zamierzasz  mu  przebaczyć,  ale  jak 

mógł postąpić inaczej? To jego praca.  

– To także moja praca! 
– Dlatego więc zrobiłaś wszystko, co było w twojej mocy, by uzyskać ten kontrakt. Ty 

background image

sama zapewniłaś nas, że nie pozwolisz, by znajomość z tym mężczyzną w jakikolwiek sposób 
wpływała na twoją pracę. Czy spodziewałaś się, że on będzie postępował inaczej? 

– To nieuczciwe! 
–  Nazywasz  to  nieuczciwym  postępowaniem,  Shelley,  tylko  dlatego  że  odpowiedź  na 

twoje pytania jest trudniejsza, niż życzyłabyś sobie tego.  

Shelley  westchnęła  i  opadła  na  krzesło.  Może  Francesca  ma  rację.  Może  Ross 

rzeczywiście  musiał  to  zrobić.  Może  gdyby  postąpił  inaczej,  nie  byłby  tym  mężczyzną, 
którego kochała.  

– Co mam teraz zrobić? 
– A co chcesz zrobić? 
– Chcę zamordować Rossa. – Przesunęła dłonią po swoich miękkich, miedziano-rudych 

włosach. – Chciałabym cofnąć czas i sprzątnąć mu ten kontrakt sprzed nosa.  

– Nie musisz cofać czasu w tym celu.  
– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytała Shelley, przyglądając się uważnie Francesce.  
– Wyjechał, verol Za granicę, tak? 
–  Pojechał  zapewne  do  Henriego  Montpaziera  pochwalić  się,  że  udało  mu  się  już 

zwyciężyć w Cincinnati.  

–  A  więc  nie  podpisał  jeszcze  kontraktu.  Otrzymał  od  Keene  jedynie  obietnicę,  a  to 

zupełnie co innego.  

– Tak, chyba masz rację – powiedziała Shelley.  
– A więc do jutra, zanim wróci, możesz spróbować jeszcze raz.  
– Tak – odparła Shelley w zamyśleniu. – Twój ojciec... miał zwyczaj robić po prostu to, 

co uważał za właściwe, nie zważając na nic.  

–  Tak  –  potwierdziła  Francesca,  odgadując  zamysł  Shelley.  –  A  poza  tym,  Shelley,  nie 

żyjemy w Kalabrii. Czym jeszcze może zagrozić ci Nowy Jork? Utrata posady w firmie, która 
okazała ci tak mało poparcia, nie będzie chyba wielkim nieszczęściem.  

– Och, Francesco, co ja bym zrobiła bez ciebie.  
– Miejmy nadzieję, że nie będzie okazji, by się o tym przekonać.  
Shelley zadzwoniła do Mike’a Paige’a, prosząc go, by zorganizował jej dziś po południu 

spotkanie  ze  swoim  szefem.  Jej  dar  przekonywania  i  czar  osobisty  okazały  się  przy  tym 

bardzo pomocne. Potem wraz z Wayne’em przez długie godziny przygotowywali ofertę, która 
była absolutnie nie do przebicia, nawet dla Rossa.  

– Zarząd wyrzuci nas oboje – ostrzegł dziewczynę Wayne.  
– Dlaczego więc mi pomagasz? 
– Ty jesteś moim szefem. Zarząd to garstka nie znanych mi facetów gdzieś daleko stąd.  
–  Zabiorę  cię  ze  sobą  na  nową  placówkę  w  północnej  Alasce,  kiedy  zostanę  już 

przeniesiona – obiecała Shelley.  

–  Zapomnij  o  tym.  Chcę  robić  karierę  w  Elitę.  Widziałaś  samochód  Tannera?  Hm... 

pewnie widziałaś.  

Mike był sprzymierzeńcem Shelley, jego więc nietrudno było przekonać. Znacznie gorzej 

przedstawiała  się  sprawa  z  szefem  Mike’a.  Shelley  była  jedynie  kobietą,  w  dodatku  młodą, 

background image

zaś  on  podjął  już  decyzję  i  pozostawał  głuchy  na  wszystkie  przedstawiane  przez  nią 
argumenty.  Shelley  nie  bardzo  wierzyła  w  możliwość  powodzenia  swojej  misji,  mimo  to  ze 
wszystkich  sił  starała  nakłonić  tego  nieugiętego  mężczyznę  do  zmiany  zdania.  Stawka  była 
zbyt wysoka, by Shelley mogła poddać się bez walki. Od decyzji Keene International zależała 

nie  tylko  jej  kariera  w  Babel,  ale  przede  wszystkim  szacunek  do  samej  siebie  i  wiara  we 
własne siły. Chciała, by  Ross  Tanner mógł  traktować ją jak  równą sobie, by nie uważał  jej 
jedynie  za  słabszego,  łatwego  do  pokonania  przeciwnika.  Wracając  ze  spotkania,  Shelley 
wstąpiła do Babel.  

– No i... ? – zapytał Wayne w chwili, gdy przekroczyła próg.  
Shelley milczała przez moment, a potem uśmiechnęła się z triumfem.  
– Dostałam go! 
Skakali  do  góry  i  tańczyli  z  radości.  Nauczyciele  i  uczniowie  wyglądali  z  sal,  by 

zobaczyć, co jest przyczyną tego zamieszania. Shelley zerknęła na zegarek.  

– Biuro w Chicago jest jeszcze czynne. Zadzwonię do Jerome’a.  
– On nas zabije – jęknął Wayne.  
– Uspokój się! Nie muszę mówić, że mi pomagałeś.  
– Powiedz. I tak przenoszę się do Elitę. Kiedy tylko wróci Tanner. Wszyscy wiedzą, że 

ich księgowość jest w opłakanym stanie.  

–  Może  przyjmę  stanowisko  dyrektora,  na  które  Ross  wciąż  mnie  namawia.  –  Shelley 

puściła oko do Franceski.  

– Co za szkoda, że w Elitę mają już sekretarkę – powiedziała Franceska.  
Jerome był zupełnie zaskoczony, kiedy usłyszał, co się stało. Przeraziły go ustępstwa, na 

jakie zgodziła się Shelley. Pytał ją, czy istnieje możliwość zrezygnowania z tego kontraktu.  

– Och, nie, Jerome. Obawiam się, że niestety nie. Wszystko jest zatwierdzone, gotowe i 

podpisane.  Do  dnia,  w  którym  zostanę  zwolniona,  mam  prawo  podejmować  różne 
zobowiązania w imieniu Babel.  

Shelley,  Wayne  i  Francesca,  bardzo  zadowoleni  z  siebie,  wybrali  się  tego  wieczoru  na 

wspólną kolację. Następnego dnia telefon nie przestawał dzwonić od rana. Keene telefonował 
kilkanaście  razy.  Po  tym,  jak  tygodniami  zwlekali  z  podjęciem  decyzji,  chcieli  teraz,  by 
wreszcie  zaczęło  dziać  się  coś  konkretnego.  Zadzwonił  także  Jerome,  a  zaraz  potem  sam 
główny dyrektor Babel na Stany Zjednoczone. Wayne i Francesca siedzieli w biurze Shelley 
przez cały czas trwania tej rozmowy, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z jej twarzy.  

– No i... ? – zapytał Wayne, kiedy zdumiona Shelley odłożyła słuchawkę. – Zostaniemy 

powieszeni czy zgilotynowani? 

–  Ani  jedno,  ani  drugie  –  odparła  Shelley.  –  Oboje  dostaliśmy  awans.  Ty  zostaniesz 

asystentem  głównego księgowego w Chicago, zaś mnie przenoszą do San Diego, do szkoły 
dwa razy większej niż nasza.  

– Hurra! – zawołał Wayne. – Idę już szykować się do drogi.  
Nowojorska dyrekcja jeszcze wiele razy telefonowała tego dnia do Shelley. Zadawali jej 

pytania, przekazywali rady i przede wszystkim gratulowali.  

Jednak  ta  nagła  aprobata  ze  strony  ludzi,  którzy  kilka  dni  temu  potępili  ją  bez  chwili 

background image

wahania, nie zrobiła na Shelley żadnego wrażenia.  

Kiedy  Francesca  parzyła  kawę  dla  grupy  popołudniowych  słuchaczy,  Shelley  odebrała 

kolejny telefon.  

– Ośrodek Językowy Babel, słucham? 
–  Shelley,  tu  Ross.  Jestem  u  ciebie.  Czy  mogłabyś  wrócić  dzisiaj  wcześniej  do  domu? 

Mam ci tak wiele do powiedzenia.  

– Ross... – Tak bardzo ucieszyła się, słysząc jego głos. – Ross, jestem na ciebie wściekła! 

Ale to nie szkodzi, ponieważ ty z pewnością także będziesz na mnie zły.  

– Dlaczego? 
– Jeśli uda mi się złapać autobus, będę w domu za pół godziny.  
Kiedy tylko Shelley przekroczyła próg mieszkania, Ross porwał ją w ramiona. Całował ją 

długo i gorąco, obejmując mocno.  

Shelley czuła się dziś tak szczęśliwa. Miała wrażenie, że wszystko jest możliwe.  
– Kocham cię – szepnęła, odsuwając się lekko od niego.  
– Je t’aime – odpowiedział, znów dotykając wargami jej ust.  
– Słucham? 
– Kocham cię – powtórzył, całując delikatnie jej szyję. – Przestań się wiercić.  
– Ross... Ja... – Nie wiedziała zupełnie, co powiedzieć. Do głowy przychodziła jej tylko 

jedna  myśl  i  to  chyba  nie  najtrafniejsza.  –  Wczoraj  podpisałam  kontrakt  z  Keene 
International.  

– Co zrobiłaś? – zapytał zdumiony.  
–  Nie  mogłam  pozwolić,  byś  zniszczył  w  ten  sposób  moją  karierę.  Najważniejsze  było 

jednak to, że chciałam ci dorównać, po to, byś mógł mnie szanować i kochać. Widzę teraz, że 
to było głupie...  

Ross zakrył dłonią jej usta. Shelley potrząsnęła głową.  
– Wiem, że jesteś na pewno wściekły, ale...  
– Och, Shelley, Shelley – westchnął. – Wszystko zepsułaś. Nic dziwnego, że Henri wysłał 

mnie do Cincinnati! Zostawiłem cię na cztery dni, a ty już zdążyłaś pokrzyżować moje plany.  

– Jeśli mógłbyś zapomnieć na chwilę o pracy, chciałabym porozmawiać o nas. – Shelley 

wydawała się poirytowana.  

–  Mówię  o  nas!  Jak  sądzisz,  Shelley,  dlaczego  tak  bardzo  zależało  mi  na  tym,  by  jak 

najszybciej podpisać kontrakt z Keene? Chciałem załatwić tę sprawę, by móc wyjechać stąd 

wreszcie, zabierając ze sobą ciebie. Nie możemy tak dłużej żyć. Nie możemy spać razem co 

noc, a we dnie działać przeciwko sobie.  

– Zabawne, właśnie to miałam powiedzieć.  
– Byłaś tak pewna tego, że kiedy odbiorę ci kontrakt, stracisz pracę. Ponieważ brakowało 

ci  rozsądku, by samej zrezygnować z posady w  Babel, postanowiłem doprowadzić do tego, 
żebyś została zwolniona.  

– Miałeś czelność... Dokąd chciałeś mnie zabrać? – zapytała, zapominając na moment o 

swoim oburzeniu.  

–  O  tym  właśnie  musimy  porozmawiać.  Po  to  wyjechałem  na  cały  tydzień.  Byłem 

background image

pewien, że do tego czasu otrzymasz wymówienie.  

– Dostałam awans! Przenoszą mnie do Kalifornii.  
– Och, wspaniale! Tylko tego było nam potrzeba.  
Uniosła w górę ramiona w geście zniecierpliwienia.  
–  Nie  musisz  się  tak  denerwować.  Rzucam  Babel.  –  Z  przyjemnością  patrzyła  na  jego 

zdumioną minę.  

Ross  podszedł  powoli  do  kanapy  i  opadł  na  nią  ze  swym  zwykłym  wdziękiem.  Zakrył 

dłonią oczy.  

– Nie, nie mogę w to uwierzyć. Zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy, by namówić 

cię do porzucenia Babel. Pragnąłem nawet, żebyś została zwolniona. Wydawało mi się, że to 
jedyny sposób, byśmy mogli się pobrać. Tak wiele mówiłaś o swojej lojalności wobec...  

– Pobrać się? 
Ross wciąż ciągnął swój monolog.  
–  Jednym  zgrabnym  posunięciem  miałem  zapewnić  przewagę  Elitę.  Ty  zostałabyś 

wyrzucona i moglibyśmy spokojnie wyjechać z Cincinnati. – Spojrzał na nią. – Pomyślałem o 
wszystkim. Teraz jednak, dzięki tobie, będę tkwił tutaj całymi miesiącami, opracowując nową 
strategię, podczas gdy ty wyjedziesz do Kalifornii.  

– Chwileczkę! Zwolnij tempo! – Shelley siedziała już na jego kolanach.  
– I ty to mówisz! Byłem cztery dni we Francji, tylko cztery dni, a ty zdążyłaś wszystko 

zniszczyć.  

–  Byłeś  w  Paryżu,  by  powiedzieć  Henriemu  Montpazierowi,  że  rezygnujesz  z  mojego 

powodu? Po to, byśmy mogli się pobrać? 

– To było wczoraj. Przez resztę czasu oglądałem pewną szkołę języków w Nicei.  
– Dlaczego? 
– Ponieważ wydawało mi się, że jest to najlepsza spośród wszystkich wystawionych w tej 

chwili  na  sprzedaż  szkół  języków.  Ma  ona  także  tę  dodatkową  zaletę,  że  znajduje  się  w 
pobliżu  mojego  domu.  Oczywiście,  dzięki  tobie  jeszcze  przez  wiele  miesięcy  nie  będziemy 
mogli tam pojechać...  

– Nie sądzisz, Ross, że powinieneś najpierw zapytać mnie o zdanie, zanim postanowiłeś 

postarać się o moje zwolnienie z pracy, poślubienie mnie i wywiezienie do Francji? 

–  Oczywiście,  że  tak.  Właśnie  dlatego  prosiłem,  byś  przyszła  dzisiaj  wcześniej.  Mam 

milion pytań, które chcę ci zadać. Czy wyjdziesz za mnie? Czy chcesz ze mną pracować? Czy 
podoba ci się pomysł prowadzenia szkoły języków w Nicei? Czy chcesz zamieszkać w moim 
domu? A jeśli nie, to co chciałabyś robić, ponieważ nic, ale to nic, nie jest w stanie odwieść 
mnie od zamiaru poślubienia ciebie.  

Przez długi czas Shelley spoglądała na niego w milczeniu.  
– Kiedy zaplanowałeś to wszystko? 
– Chyba w niedzielę.  
– W niedzielę? Jesteś dosyć szybki, nie sądzisz? 
– Tak mówią. Czy wyjdziesz za mnie? 
–  Chyba  tak,  po  tym,  jak  zadałeś  sobie  tyle  trudu...  –  Przytuliła  się  do  Rossa  mocno, 

background image

całując go zapamiętale. – Opowiedz mi o szkole.  

– To samodzielny ośrodek. Przynosi straty, ponieważ jest źle prowadzony. Znajduje się w 

dobrym  miejscu  i  konkurencja  nie  jest  tam  zbyt  silna.  Mam  kapitał,  który  będzie  nam 
potrzebny na początku.  

– Mama mówiła mi, żebym wyszła za mąż za bogatego mężczyznę – przekomarzała się 

Shelley.  

– A moja, żebym znalazł żonę, która umie dobrze gotować. Ale i tak nigdy nie słuchałem 

jej rad.  

– Chcę zobaczyć tę szkołę, zanim zgodzę się na cokolwiek.  
–  Będziesz  więc  musiała  pojechać  tam  sama.  Nie  mogę  nigdzie  się  ruszyć,  dopóki  nie 

naprawię tego, co zdążyłaś zepsuć w ciągu tych czterech dni.  

– Na pewno coś wymyślisz – powiedziała z przekonaniem.  
Ross ucałował delikatnie jej czoło.  
– Nie potrafię gniewać się na ciebie – szepnął. – Powiedz, kiedy chcesz jechać, a spróbuję 

to jakoś załatwić.  

– Moglibyśmy wybrać się tam w przyszłym miesiącu. W poniedziałek złożę rezygnację. 

Dam im jeszcze dwa tygodnie, nie zasługują na więcej. A potem możemy jechać, kiedy tylko 
ty będziesz gotowy.  

– No, dobrze. – Całował leciutko jej kark.  
– A przy okazji, Wayne i Francesca chcieliby pracować w Elite. Choć może Wayne teraz, 

kiedy dostał awans...  

– Z pewnością znajdę posadę dla Franceski – odparł Ross, myśląc o sekretarce, której nie 

ufał – lecz Wayne jest zbyt nieokrzesany. Pasuje do Babel.  

– Ross! Nie zapominaj, że pracowałam dla tej firmy przez dwa lata.  
–  Tak,  lecz  ty  byłaś  jedyną  perłą  wśród  tych  podrabianych  szkiełek  –  odparł,  błądząc 

ustami po jej szyi. – My dwoje będziemy niepokonani. I nierozłączni.  

– Jesteś pewien, że tym razem chcesz zamieszkać we Francji na stałe? – spytała Shelley, 

rozpinając kolejno guziki jego koszuli.  

– Bez cienia wątpliwości. Wiem już, dlaczego nie udało mi się to poprzednio. Brakowało 

tam ciebie. – Jego dłonie, pewne i delikatne, znalazły się teraz pod jej bluzką.  

Shelley westchnęła ciężko, czując, jak budzą się jej zmysły.  
– Och, Ross, tak się cieszę, że wróciłeś. Kocham cię.  
– Ja też cię kocham – szepnął, odnajdując wargami jej usta.  
– Chodźmy do łóżka. Minęło pięć dni.  
– To prawda – zgodził się. – Tak bardzo jestem ciebie spragniony...  
– Czy moglibyśmy pobrać się w Chicago? – spytała, kiedy Ross zaczął już ją rozbierać.  
– Dobrze, a ja zamieszkam tutaj do czasu wyjazdu.  
– Dobrze – szepnęła jednym tchem. – Och, zrób to jeszcze raz...  
Zsunęła koszulę z ramion Rossa i gładziła dłonią jego twardy tors.  
– Pragnę więcej niż tylko chwili ekstazy z tobą.  
– Uwielbiam dotykać cię, Shelley – powiedział, zdejmując z niej spódnicę.  

background image

– I robisz to tak dobrze – szepnęła, przyciskając piersi do jego ciała.  
–  To  jak  uczenie  się  nowego  języka  –  odparł  Ross.  –  Dzięki  częstym  ćwiczeniom  z 

każdym dniem idzie mi coraz lepiej.  

Shelley roześmiała się, kiedy przewrócił ją na łóżko. Ross pieścił ją, powtarzając szeptem 

miłosne  zaklęcia  angielskie,  francuskie,  włoskie,  arabskie...  W  każdym  języku  słowo 
„miłość” znaczyło teraz ich dwoje oddanych sobie bez reszty i na zawsze.