background image

 
 

Rozdział 26 

INNER DEMONS 

WEWNĘTRZNE DEMONY  

 
 
 

Ostatni  tydzień  był  prawdopodobnie  najbardziej  pracowitym  

w  całej  dotychczasowej  historii  zespołu  Smoków.  Wszyscy  jego  kierowcy,  
z Thomasem i Mią na czele, byli nie tylko obecni na codziennych zlotach, 
ale również osobiście uczestniczyli w przeróżnych wyścigach. 
 

Pierwsze ze spotkań miało miejsce w północnym Los Angeles. Jego 

organizatorami  byli  ludzie  z  Sharks,  więc  ze  względu  na  ostatnią,  dość 
zaskakującą,  deklarację  Morgana  Saylora,  Thomas  i  jego  drużyna  posta-
nowili dołączyć do zlotowiczów i poszukać okazji do wyjaśnienia tej dziw-
nej  sprawy.  Niestety  nie  udało  się  im  spotkać  ani  przywódcy,  ani  żadnej 
innej osoby z Sharks, która potrafiłaby odpowiedzieć na  pytanie, co stało 
się przyczyną tak ogromnej nienawiści ich wicelidera wobec Smoków. 
 

Mimo to wypad był bardzo udany, a to za sprawą trzech pojedyn-

ków, które zakończyły się zwycięstwem ekipy z Rockport. Najpierw przed 
atakiem  na  dwudziestą  czwartą  pozycję  Czarnej  Listy  obronił  się  Frankie 
Bonds,  zdobywając  w  ten  sposób  dobrze  wyglądającego  i  jeszcze  lepiej 
sprawującego się Hyundai Tiburona. Kolejny pojedynek wygrał Alberto de 
Silva,  bo  choć  namęczył  się  niesamowicie  ze  znacznie  zwinniejszym  wo-
zem swojego rywala, ostatecznie dokumenty i klucze do Mercedesa-Benza 
R230 stały się jego własnością. 
 

Oba pojedynki miały naturalnie dla Smoków duże znaczenie, jed-

nak  największe  emocje  tego  wieczoru  wzbudzała  potyczka  Mii  z  jednym  
z wyścigowców reprezentujących drużynę The Monsters. 
 

Jako że obie organizacje mają wobec siebie pokojowe nastawienie, 

żadna ze stron nie była zdeterminowana, by w momencie zwycięstwa od-
bierać  swojemu  rywalowi  samochód.  Umówiono  się  zatem  na  nagrodę  

background image

 

w  postaci  pięćdziesięciu  tysięcy  dolarów,  które  podobnie  jak  zdobyte 
wcześniej przez Frankiego i Alberto wozy, trafiły w ręce Smoków. 
 

Kolejna duża impreza odbyła się w Los Alamitos. Odpowiedzialny 

za  nią  był  Joshua  Mads  i  jego  znajomi  z  The  Monsters.  Głównym  celem 
spotkania okazały się być nie tylko standardowe wyścigi, ale również moż-
liwość  zaprezentowania  innym  kierowcom  nietypowej  konkurencji,  która 
polega na ściganiu się z... samolotami - myśliwcami lub nawet odrzutow-
cami. Zależnie od dostępności. 
 

Joshua słynął z hojności, a szczególnie gdy w grę wchodziły samo-

chody i wyścigi. Właśnie dlatego nigdy nie żałował dziesiątek tysięcy, które 
musiał  wydać,  wynajmując  samoloty  i  ich  pilotów,  którzy  zechcieliby  po-
święcić kilka godzin na pobyt w Los Alamitos. 
 

Znajdowały się rzecz jasna głosy, które krytykowały jego bezmyśl-

ność,  bo  przecież  tak  ogromne  pieniądze  można  by  rozgospodarować 
jakoś inaczej, na przykład na zakup kolejnych wozów dla swojego zespołu, 
wynajęcie kolejnego obiektu do treningów czy wreszcie zakup lub budowę 
bazy, która już na stałe znajdowałoby się pod opieką The Monsters. 
 

Tymczasem,  choć  jak  sam  przyznawał  -  wyścigi  były  dla  niego 

tylko zabawą, Joshua wciąż inwestował w swoją pasję i choć brzęczały mu 
gdzieś z tyłu głowy te wszystkie nieprzychylne opinie, on wiedział, że jego 
sposób na wyścigi jest na tyle nietypowy czy nawet szalony, że musi przy-
ciągać  rzeszę  ludzi  chcących  obserwować  te  spektakularne  przedstawie-
nia. 
 

Jak  się  już  wielokrotnie  okazywało  -  miał  rację.  Organizowane 

przez niego zawody odnosiły wielkie sukcesy, nie tylko pośród kierowców, 
ale również przypadkowych osób, które przechadzając się pobliskimi uli-
cami, zbliżały się do lotniska jeszcze bardziej, by móc podziwiać rywalizu-
jące między sobą super szybkie samochody i jak się zdaje - jeszcze szyb-
sze samoloty. 
 

Tym  razem  jednak  rzeczywistość  przekroczyła  nawet  najśmielsze 

oczekiwania, które mógł mieć tego dnia Joshua. Wraz z prawie całą ekipą 
Smoków,  na  zawody  przybyli  też  kierowcy  z  Sharks,  kilkunastu  innych 
wyścigowców z Los Angeles i kilku z San Pedro - głównie znajomych braci 
de Silva. 

background image

 

 

Dziesiątki  kierowców  gotowe  były  na  pierwszy  taki  pojedynek  

w swoim życiu. Do trzech myśliwców i sterujących nimi pilotów ustawiały 
się kolejki chętnych, by sprawdzić, które maszyny okażą się być szybsze. 
Samoloty czy może samochody? 
 

- To nie jest takie łatwe  - udzielał odpowiedzi na pytania wyści-

gowców jeden z pilotów. - Nie możemy ruszać obok siebie, bo fala powie-
trza  tworząca  się  wokół  startującego  myśliwca  zepchnęłaby  samochód  
z pasa - tłumaczył. 
 

 Nie-ruszanie  na  jednym  pasie  miało  też  inne  podłoże.  Trudno 

bowiem  dyskutować  z  takimi  podstawowymi  kwestiami  jak  bezpieczeń-
stwo  czy  wygoda  wynikająca  z  korzystania  z  dwóch  pasów  jednocześnie, 
ale w tym przypadku chodziło też o niepozorną sztuczkę, która miała da-
wać wyścigowcom i ich samochodom małe fory. 
 

Podobnie jak Kate, która dzięki swojemu ojcu dobrze orientowała 

się  w  sprzętach  wojskowych,  w  tym  również  w  myśliwcach,  tak  i  Joshua 
doskonale  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  tak  naprawdę  samochody  nie 
mają  najmniejszych  szans  z  samolotami.  Nawet  te  najszybsze.  Zabieg 
polegał więc na tym, że w momencie, gdy samolot będzie ruszał na dłuż-
szym z pasów, samochód będzie ruszał na krótszym. W ten sposób już na 
starcie  wyścigowcy  będą  mieli  przewagę  około  czterystu  metrów,  co  po-
zwala  mieć  nadzieję,  że  niektórzy  z  nich  odpowiednio  ją  wykorzystają  
i dadzą radę porywalizować z szybko rozpędzającymi się myśliwcami. 
 

-  To  właściwie  nic  innego  niż  zwykłe  wyścigi  drag.  Tylko  w  tym 

przypadku przeciwnik operuje myśliwcem - podsumował Alberto de Silva, 
żartując sobie nieco ze zwariowanego pomysłu lidera The Monsters. 
 

-  W  sumie  to  tak  -  zgodziła  się  właścicielka  uszkodzonego  

w ostatnich dniach limonkowego BMW Z4. - Ale gdyby nie ten trik, że sa-
mochody  startują  czterysta  metrów  z  przodu,  to  nawet  nie  byłoby  mowy  
o żadnym pojedynku. Taki typowy myśliwiec wzbija się w powietrze już po 
około dwustu metrach. Ma przy tym prędkość od dwustu do nawet trzystu 
kilometrów na godzinę. 
 

- A ile czasu potrzebuje, żeby pokonać te dwieście metrów przed 

wzbiciem? - zaciekawił się drugi z bliźniaków. 
 

- Są takie specjalne katapulty, które sprawiają, że te dwieście me-

trów myśliwce przejeżdżają w około trzy sekundy, ale tutaj nie dostrzegam 

background image

 

wykorzystania  tej  technologii,  więc  podejrzewam,  że  piloci  będą  potrze-
bowali jakichś siedmiu, może ośmiu sekund. 
 

- Siedem albo osiem sekund do dwóch setek? Nieźle...  - pokiwał 

głową z uznaniem Carlo de Silva.  - W takim razie rzeczywiście nawet nie 
warto byłoby podchodzić do takiego pojedynku. 
 

- A jak oceniasz szanse samochodu z tą czterystumetrową prze-

wagą? - zapytał Alberto. 
 

- Czterysta metrów to dystans, który pokonuje się w tych najbar-

dziej  klasycznych  dragach.  Ile  potrzebujecie  sekund,  żeby  wygrać  taki 
wyścig? - zaśmiała się Kate. 
 

- Dziesięć, czasami jedenaście. 

 

- Jaką macie prędkość na mecie? 

 

- Jakieś dwieście piętnaście kilometrów na godzinę. 

 

-  Nie  wiem,  jak  szybko  rozpędzają  się  te  myśliwce  w  powietrzu, 

ale chyba już sami zauważyliście, że jeśli zestawi się ich statystyki z wa-
szymi  dragsterami,  to  samochody  mają  jakieś  szanse,  ale  potrzebny  jest 
krótki  dystans  pomiaru.  Jeśli  ktoś  będzie  chciał  porównywać  prędkość 
przejazdu  lub  przelotu  nad  całą  długością  lotniska,  to  nawet  najlepszy 
samochód jest bez szans. 
 

- Czyli to dobry pomysł, żeby samochody startowały z przewagą. 

Ciekawe,  jakie  będą  wyniki.  Na  pewno  spróbuję  wykonać  taki  przejazd  - 
oświadczył Carlo. 
 

- Bardzo polecam - odpowiedziała z entuzjazmem Kate. - Trzeba 

przyznać temu gościowi z The Monsters, że ciekawy eksperyment nam tu 
zaserwował. 
 

Zlot trwał w sumie ponad cztery godziny, a w tym czasie wykona-

no ponad dwadzieścia przejazdo-przelotów. Swoich sił spróbowali najlepsi 
spośród dragerów należących do drużyny z Los Alamitos, bracia de Silva, 
Thomas, Clarence, Jade, i kilkanaście innych osób będących między innymi 
członkami Sharks. 
 

Rezultaty  były  przeróżne.  Niektóre  samochody  wypadały  bardzo 

słabo, inne z kolei zdawały się być dużo szybsze niż samolot. Oczywiście 
do czasu, bo trudno przecież rywalizować na długie dystanse z maszyną, 
która rozpędza się do ponad dziewięciuset kilometrów na godzinę... 

background image

 

 

Najlepiej z całej stawki wypadli bliźniacy Alberto i Carlo oraz Tho-

mas.  De  Silvowie  świetnie  wystartowali,  dość  szybko  pokonali  pierwsze 
czterysta metrów, a później już niestety konsekwentnie tracili swoją prze-
wagę, jednak zgodnie uznano, że do około sześćsetnego metra rzeczywi-
ście byli szybsi niż myśliwiec. Thomas natomiast ruszył nieco leniwiej, lecz 
dobre przyspieszenie i wręcz fenomenalna prędkość maksymalna również 
pozwoliły  mu  skutecznie  uciekać  przed  myśliwcem  aż  do  sześćsetnego,  
a może nawet siedemsetnego metra. 
 

Na  udział  w  tym  wyjątkowym  eksperymencie  wielką  chęć  miała 

również Kate, jednak ze względu na chwilowy brak BMW, musiała skapitu-
lować. Miała jednak nadzieję, że gdy po raz kolejny przytrafi się taka oka-
zja, jej „europejczyk” stylizowany na tunera będzie gotowy do walki. Zanim 
jednak tak się stanie... No cóż, potrzebny jest Sal, który naprawi usterki po 
ostatnim  spotkaniu  jej  wozu  z  kierowcami  Averill  Riders.  I  najlepiej  też 
Nikki. Ona pewnie wiedziałaby, jak samochodem wyprzedzić myśliwiec... 
 
 

*** 

 
 
 

Samochody zdobyte przez Smoki podczas zlotu w Los Angeles nie 

były jedynymi w ostatnich dniach. Podczas kolejnego spotkania, które tym 
razem odbyło się w Rockport, w ramach walki o trzynastą  pozycję na tu-
tejszej Czarnej Liście, Jade zarobiła nie tylko awans, ale również srebrnego 
Lotusa Exige’a. 
 

Jego  poprzedni  właściciel  -  Hector  Domingo  bardzo  zaskoczony 

był  wiadomością,  że  dotychczas  niezidentyfikowanym  przez  policję  kie-
rowcą  i  jednocześnie  osobą,  z  którą  przyszło  mu  się  zmierzyć,  jest  Jade 
Barrett. Jeszcze bardziej zaskoczony był jednak wieścią, że kobieta należy 
teraz do zespołu Thomasa. Jej  przynależność lub brak przynależności do 
jakiejkolwiek organizacji wyścigowej nie miały wprawdzie żadnego wpływu 
na wynik pojedynku, jednak dla Minga wieść, że po raz kolejny zmuszony 
jest oddać wóz w ręce Smoków dosłownie doprowadzała go do szału. 
 

Jeszcze za czasów starej Czarnej Listy przegrał pojedynek z Tho-

masem,  oddając  mu  Lamborghini  Gallardo.  Dwa  lata  później  miał  szansę 

background image

 

odzyskać  swój  samochód,  jednak  i  tym  razem  jego  umiejętności  okazały 
się  niewystarczające,  przez  co  poniósł  kolejną  stratę,  oddając  Smokom 
Mercedesa-Benza  CLK  500.  Po  tym  wydarzeniu  szybko  podniósł  się  na 
nogi i już niedługo potem walczył z Kate o dwunastą pozycję na rockporc-
kiej  liście.  Potyczka  zakończyła  się  klęską,  przez  co  oddać  na  rzecz  kie-
rowcy Smoków musiał swoje nowiutkie Ferrari 599 GTB Fiorano. 
 

Za  sprawą  kolejnej  już  przegranej  przeciwko  Thomasowi  lub  in-

nemu  kierowcy  należącemu  do  jego  zespołu,  Ming  zaprzysiągł  sobie  już 
nigdy nie próbować z nimi walczyć. Nie uważał się za człowieka przesąd-
nego czy wierzącego w jakieś nadprzyrodzone moce, jednak w tym przy-
padku doszedł do przekonania, że musi wisieć nad nim klątwa, która nig-
dy nie pozwoli mu się zemścić. Ilekroć spróbuje atakować Smoki, tyle razy 
sam poniesie straty. 
 

Dlatego właśnie mężczyzna już od dłuższego czasu unikał swoich 

znienawidzonych  rywali  i  tylko  ze  względu  na  to,  że  nie  spodziewał  się,  
z kim przyjdzie mu walczyć w obronie zajmowanej dotychczas trzynastej 
pozycji, zgodził się na pojedynek. 
 

Tak właściwie odkrycie tożsamości swojej konkurentki nie było dla 

Minga żadnym zmartwieniem. W pewnym sensie cieszył się nawet, że spo-
tyka na swojej drodze kolejną osobę, która podobnie jak on, kiedyś ścigała 
się o czołowe miejsca na Czarnej Liście. Złość pojawiła się dopiero wtedy, 
gdy Jade oświadczyła, iż jest obecnie jednym ze Smoków, a wraz z nią do 
zespołu Spidowskiego dołączył Karl Smit. Tego było już zdecydowanie za 
wiele... 
 

Niezależnie  jednak  od  sympatii,  a  w  tym  przypadku  bardziej  - 

antypatii,  które  kierowały  poczynaniami  Hectora  Domingo,  mężczyzna 
przegrał  swój  pojedynek,  a  to  oznaczało,  że  od  teraz  najnowszy  model 
Lotusa  Exige’a  rzeczywiście  często  widywany  będzie  na  parkingu  w  kry-
jówce Smoków. 
 

-  Jeszcze  parę  dni  temu  zastanawiałam  się,  jak  zagospodarować 

dwa samochody, a teraz mam ich już trzy - oświadczyła Jade z wyraźnym 
zadowoleniem, oglądając nowo zdobytego Lotusa. 
 

Oprócz niego w samym centrum głównego pomieszczenia kryjów-

ki znajdował się zdobyty przez Frankiego Hyundai i Mercedes-Benz Alber-
to de Silvy. 

background image

 

 

Wszystkie trzy maszyny miały niebawem trafić na parking, jednak 

wcześniej umieszczono je w najważniejszej części budynku, by świętujący 
tutaj  swoje  ostatnie  osiągnięcia  kierowcy  mogli  nacieszyć  się  ich  wido-
kiem. 
 

Joe  wreszcie  doczekał  się  odpoczynku,  bo  choć  tego  sobotniego 

wieczoru znów stał za konsolą, nie musiał zapowiadać ani doglądać prze-
biegu kolejnych pojedynków Czarnej Listy, co w całej jego pracy było zde-
cydowanie najtrudniejszą rzeczą. Dzisiaj mógł skupić się tylko na odtwa-
rzaniu  kolejnych  kawałków,  których  dźwięki  wydobywały  się  z  wielkich 
kolumn rozstawionych po całym pomieszczeniu. 
 

- Dobrze, że postaraliście się o tak dużą kryjówkę - kontynuowała 

Jade.  -  Bo  potrzebujemy  coraz  więcej  miejsca  na  te  wszystkie  wózki  - 
mrugnęła do stojących obok niej Thomasa i Mii. 
 

- Dobrze, że mamy też hangar w Wilmington, bo może się okazać, 

że  tutaj  tego  miejsca  już  niedługo  zabraknie  -  zaśmiał  się  Najbardziej 
Poszukiwany. - Przepraszam - rzekł, sięgając po telefon do kieszeni kurt-
ki.  -  Halo,  przyjacielu.  Co  słychać?  -  przywitał  się  radośnie,  odbierając 
połączenie. - Tak szybko? Już otwieram. 
 

Mężczyzna  ruszył  w  kierunku  głównego  wjazdu,  odblokowując 

mechanizm podnoszenia bramy. Ta uniosła się, odsłaniając oczekującego 
za nią srebrno-czarnego Mercedesa CLK 500. 
 

Wóz wjechał do wnętrza kryjówki, natychmiast przyciągając wzrok 

wszystkich  obecnych.  Parkując  obok  Lotusa  i  Tiburona,  jego  właściciel 
wysiadł zza kierownicy, uśmiechając się nieśmiało do stojącej blisko niego 
Jade. 
 

-  Dobry  wieczór  -  odezwał  się  miłym,  choć  nieco  oficjalnym  to-

nem, nie znając jeszcze patrzącej na niego kobiety. 
 

Z pomocą szybko nadszedł Thomas. 

 

-  Poznaj  Jade  -  powiedział,  zbliżając  się  do  dwójki.  -  Jade  jest 

nowym  członkiem  naszego  zespołu.  Za  czasów  starej  Czarnej  Listy  do 
samego  końca  utrzymywała  się  w  okolicach  ósmego  miejsca.  A  to  jest 
właśnie  Sal  -  zwrócił  się  teraz  do  niej.  -  Tak  jak  ja  pochodzi  z  Palmont. 
Jest świetnym mechanikiem, choć chyba jeszcze lepiej czuje się w tworze-
niu oryginalnych pakietów karoserii i ich malowaniach. 

background image

 

 

- Thomas sporo o tobie opowiadał - oznajmiła nowa właścicielka 

Lotusa, wyciągając dłoń do Sala. - Miło mi cię poznać - dodała swoim jak 
zwykle przesłodkim głosem. 
 

- Wzajemnie - odrzekł nieco zawstydzony. 

 

-  Oczywiście  mówiłem  o  tobie  w  samych  superlatywach  - 

uśmiechnął  się  Najbardziej  Poszukiwany.  -  Przepraszam,  że  nie  usłysza-
łem klaksonu za bramą. Jak widzisz, a raczej słyszysz, jest tu dość głośno 
-  usprawiedliwiał  się,  spoglądając  właśnie  na  dwie  znajdujące  się  obok 
konsoli kolumny, z których nieustannie już od kilkunastu minut wydoby-
wały się dźwięki piosenek Ludacrisa lub Fergie, ewentualnie obojga jedno-
cześnie jak w przypadku aktualnie granego utworu 

Glamorous.

 

 

-  Nic  się  nie  stało  -  machnął  ręką  kierowca  Mercedesa.  -  Bardzo 

fajnie się tutaj urządziliście - mówił, rozglądając się po pomieszczeniu. - 
Wygląda  to  zdecydowanie  lepiej  niż  ten  toporny  i  nudny  hangar  w  Wil-
mington. 
 

- To wszystko zasługa Mii - odpowiedział Thomas, chwytając dłoń 

stojącej obok niego narzeczonej. - Ja w czasie, gdy był tu remont, jeździ-
łem z wami w Palmont. Przy okazji, u was wszystko w porządku? 
 

-  Tak.  Od  dnia  zniknięcia  tego  całego  Envahisseura  i  jego  świty 

mamy już spokój. Gdzieś tam od czasu do czasu pokaże się na horyzoncie 
Kenji,  któremu,  jak  powszechnie  wiadomo,  bardzo  nie  odpowiada  nasze 
istnienie, ale gość nie jest w stanie nic z tym zrobić. Nawet nie próbuje. 
 

-  Kenji  to  nie  problem.  Bardziej  boję  się  tego,  że  na  horyzoncie 

pokaże się wam Darius. Wtedy może być niewesoło. 
 

- Po nim też ani śladu - oświadczył wciąż wnikliwie obserwowany 

przez Jade Sal. 
 

- To dobrze. Miejmy nadzieję, że już nigdy nikt z nas go nie spo-

tka. Słyszałeś o tym, że ktoś wykradł z garażu Roga moją Suprę? 
 

-  Tak.  Dziwna  sprawa  -  odrzekł  niepewnie  chłopak,  czując  się 

coraz bardziej skrępowany byciem intensywnie lustrowanym przez właści-
cielkę srebrnego Exige’a. 
 

- Cześć, Sal! - dołączyła do rozmawiającej grupy Kate, która do-

strzegając  pojawienie  się  kierowcy  srebrno-czarnego  Mercedesa,  zeszła  
z balkonu znajdującego się nad konsolą DJ-a. 
 

- Cześć, Kate - odrzekł wesoło chłopak, ściskając jej dłoń. 

background image

 

 

-  Zapewne  skorzystają  na  tym  też  inni  członkowie  zespołu,  ale  

i tak w imieniu mojego przyjaciela dziękuję ci za to, że przyjechałeś zająć 
się  jego  wozem  -  uśmiechnęła  się.  -  No  i  we  własnym  imieniu...  -  wes-
tchnęła, kręcąc głową. - Moje BMW też potrzebuje mechanika. 
 

- A co się z nim stało? - zmartwił się Sal. 

 

- Miał bardzo bliskie spotkanie z dwoma innymi wozami. W czasie 

wyścigu, dodam dla ścisłości. 
 

-  Byliśmy  na  zlocie  w  San  Pedro  -  zaczął  wyjaśnienia  Thomas.  - 

Kate i jej kumple ścigali się z gośćmi, których zespół słynie z bardzo ni-
skiej kultury. Zarówno osobistej, jak i tej na drodze. 
 

-  Rozumiem  -  pokiwał  głową  mechanik.  -  Ale  spokojnie,  nie  ma 

powodów do zmartwienia - zaczął radosnym tonem. - Jestem na miejscu  
i bardzo chętnie zajmę się przywróceniem twojego samochodu do niena-
gannego stanu - uśmiechnął się do Kate. - A jeśli już mowa o San Pedro, 
to pochwalę się, że tym razem mam zarezerwowany pokój w hotelu wła-
śnie  w  San  Pedro.  A  dokładniej  mówiąc,  to  w  południowej  części  miasta. 
Niedaleko tej słynnej drogi Paseo del Mar. Także gdybyś ty albo twój kum-
pel  nie  mieli  czasu  przyjeżdżać  swoimi  wozami  do  Rockport,  to  ja  będę 
mógł odwiedzać was. To dla mnie żaden problem. 
 

-  Właściwie  to  oba  samochody  aktualnie  są  tutaj,  więc  chyba  nie 

będzie takiej potrzeby - stwierdził lider Smoków. 
 

- No tak, ale gdyby na przykład mieli dużo obowiązków szkolnych, 

a  chcieli  jak  najczęściej  doglądać  albo  nawet  uczestniczyć  w  pracy  przy 
swoich wozach, to najłatwiej im będzie, kiedy te wozy będą blisko ich do-
mów - przekonywał Sal, ukradkiem mrugając porozumiewawczo do Kate. 
 

Właścicielka uszkodzonego BMW przez dłuższą chwilę spoglądała 

na niego w milczeniu, zastanawiając się, skąd ten pomysł i upór, by reno-
wacje samochodów przeprowadzać w San Pedro. Dopiero z czasem domy-
śliła się, że to może mieć jakiś związek z przyjazdem Nikki, która również 
sugerowała, by w sprawie przeglądu Eclipse’a Jacka spotkać się z nią wła-
śnie w San Pedro. 
 

Nie mając jednak pewności, postanowiła jeszcze sprawdzić, czy jej 

podejrzenia są słuszne. 
 

-  Oby  tylko  twoje  słowa  nie  były  prorocze  -  uśmiechnęła  się  do 

kierowcy z Palmont. - Gdyby rzeczywiście w najbliższej przyszłości szkoła 

background image

10 

 

zajmowała nam zbyt wiele czasu, to bardzo chętnie skorzystamy z twojej 
pomocy  w  San  Pedro  -  zakończyła,  również  porozumiewawczo  do  niego 
mrugając. 
 

- No to jesteśmy umówieni - klasnął w dłonie Sal. 

 

-  Przepraszam  na  chwilę  -  odezwała  się  nagle  Jade.  -  Ale  chyba 

muszę  podejść  do  Joe  i  poważnie  z  nim  porozmawiać,  bo  mam  dziwne 
wrażenie, że tą piosenką to on bije do mnie - zaśmiała się. - Zaraz do was 
wracam - zakończyła, obdarzając Sala kolejnym przesłodkim uśmiechem. 
 

Chłopak  zastygł  w  miejscu,  czując  się  sparaliżowany  tym  miłym, 

ale i potężnie zawstydzającym gestem. Miał coraz silniejsze  wrażenie, że 
wpadł  w  oko  poznanej  przed  paroma  minutami  kobiecie,  co  biorąc  pod 
uwagę, że jest bardzo atrakcyjna i naprawdę urocza, paraliżowało go  już 
kompletnie. 
 

-  Jeśli  piosenka  mówi  o  byciu  czarującą,  noszeniu  diamentowej 

biżuterii,  posiadaniu  Mustanga  i  spędzaniu  czasu  z  rodziną  -  wyliczała 
Mia. - To ewidentnie bije do Jade - uśmiechnęła się kobieta. 
 

-  Też  mi  się  tak  wydaje  -  zgodził  się  z  narzeczoną  Thomas.  - 

Masz jakiś konkretny termin, w którym musisz wracać do Palmont?  - za-
pytał wciąż osłupiałego Sala. - Poprzednim razem nawet nie zdążyłeś so-
bie dobrze pozwiedzać okolicy. 
 

-  Co?  -  ożywił  się  zdziwiony,  słysząc  słowa  swojego  przyjaciela 

jedynie gdzieś jakby w oddali. - Aaa... - poskrobał się po głowie, wracając 
powoli do rzeczywistości. - Nie. Myślę, że tym razem nie będzie mnie już 
nic ponaglać. 
 

Panowie kontynuowali rozmowę, a w tym czasie Kate odsunęła się 

na bok, by napisać wiadomość do Nikki. 
 
 

Cześć.  Rozmawiałaś  może  z  Salem  na  temat  swojego  przyjazdu? 

On  już  jest  w  Kalifornii  i  dziwnym  przypadkiem  również  postanowił  za-
trzymać się w San Pedro ;) 

 
 

Odpowiedź nadeszła niecałe dwie minuty później: 

 
 

Cześć,  bestio  :D  Przepraszam,  zapomniałam  cię  uprzedzić.  Tak, 

rozmawiałam z Salem i to oczywiście nie jest przypadek, że zatrzyma się  

background image

11 

 

w San Pedro. Ja również jestem już w drodze. Zjawię się u was najpóźniej 
jutro wczesnym popołudniem. 

 
 

Świetnie. Zadzwoń, kiedy będziesz już mogła się ze mną spotkać. 

Tylko najpierw nie zapomnij chociaż trochę odpocząć. Uważaj tam na sie-
bie. Do jutra! 

 
 

-  Bestio...  -  szepnęła  sobie  pod  nosem  Kate,  patrząc  na  ekran 

telefonu, na którym wciąż wyświetlała się ostatnia wiadomość od Nikki. Ta 
„bestia”  niezmiernie  ją  bawiła  i  jednocześnie  bardzo  jej  pochlebiała.  Było  
w  tym  określeniu  coś,  co  sprawiało,  że  kierowca  limonkowego  BMW  nie 
mógł przestać się uśmiechać. 
 

- No dobrze, przyjacielu, to przejdźmy jeszcze na parking. Zoba-

czysz, w jakim stanie są samochody i co trzeba będzie przy nich zrobić. 
 

Dopiero  te  słowa  wypowiedziane  przez  Thomasa  wyrwały  Kate  

z  przyjemnego  zamyślenia.  Wracając  na  ziemię,  uświadomiła  sobie,  że 
skoro Nikki już jutro będzie w San Pedro, to dobrze byłoby, gdyby do tego 
czasu znalazł się tam również Eclipse Jacka. 
 

Wydaje się, że to nie problem, bo przecież chłopak w każdej chwili 

może zjawić się w Rosewood i tak po prostu zabrać stąd swój samochód, 
ale teraz, gdy na miejscu jest już Sal mający zająć się jego wizualnym tu-
ningiem,  wyprowadzenie  wozu  z  kryjówki  bez  podania  jakiejś  sensownej 
przyczyny na pewno będzie wzbudzać podejrzenia. 
 

Dlatego Kate pomyślała, że dobrym rozwiązaniem może być chwi-

lowe pozostawienie Eclipse’a na miejscu, a w zamian za niego dostarcze-
nie do Nikki Supry i Skyline’a. Niestety jednak i w tym przypadku pojawia 
się problem, bo karoserie obu wozów są uszkodzone, a to oznacza, że ich 
właściciele  powinni  zaczekać  na  konieczne  naprawy,  zostawiając  swoje 
maszyny w Rosewood pod okiem Sala. To samo zresztą dotyczy BMW Z4, 
któremu po przygodach z Averill Riders również potrzebne jest kilka na-
prawczych zabiegów. 
 

Prawdziwa to ironia losu, że Nikki i Sal - dwójka świetnych specja-

listów i przyjaciół będąc w Kalifornii w tym samym czasie, nie przyspieszy 
sobie  nawzajem  pracy,  a  przeciwnie  -  będą  ją  sobie  utrudniać,  bowiem 
gdy któryś z samochodów pozostanie w Rockport pod  okiem Sala, to nie 

background image

12 

 

będzie  go  można  zabrać  do  San  Pedro,  a  jeśli  z  kolei  w  San  Pedro  przy 
którymś z nich pracować będzie Nikki, to nie będzie on dostępny dla Sala. 
 

Z  drugiej  strony  mieszkaniec  Palmont  sam  sugerował,  że  w  razie 

potrzeby  wszelkie  naprawy  i  modyfikacje  będzie  mógł  przeprowadzać  
w  San  Pedro.  „Tylko  jak  przekonać  Thomasa,  że  takie  rozwiązanie  jest 
naprawdę  konieczne?”  -  zastanawiała  się  właścicielka  limonkowego  BMW, 
w ślad za nim opuszczając główne pomieszczenie kryjówki. 
 
 

*** 

 
 
 

Jako  że  Kate  wymyśliła  w  nocy  całkiem  sensowne  uzasadnienie, 

które  można  było  przedstawić  Thomasowi,  skorzystała  z  pośrednictwa 
Nikki.  Ta  będąc  wciąż  w  drodze  do  Kalifornii,  skontaktowała  się  z  Salem  
i przekazała mu stosowne wskazówki. 
 

Mechanik  miał  zgłosić  liderowi  Smoków,  że  pierwszymi  wozami, 

którymi chciałby się zająć, są Supra oraz Skyline. Taką decyzję miał podjąć 
ze względu na to, że przy nich jest zdecydowanie najmniej pracy i w ten 
sposób szybko będzie się w stanie z nimi uporać i oddać je właścicielom. 
Jednocześnie, jeśli Kate albo Jack mieliby takie życzenie, tymczasowo mo-
gą zabrać swoje wozy z kryjówki w Rosewood i dostarczyć je tam z powro-
tem dopiero wtedy, gdy nadejdzie na nie pora. 
 

Thomas nie sprzeciwiał się ani tym bardziej nie podejrzewał, że za 

słowami  Sala  może  kryć  się  jakiś  konspiracyjny  plan.  Argumentacja  jego 
przyjaciela w kwestii planowanych poczynań w zupełności do niego prze-
mawiała.  Wszystko  to  było  zresztą  bardzo  logiczne  -  najpierw  zająć  się 
samochodami,  którym  do  stanu  używalności  brakuje  tylko  drobiazgów,  
a  potem  na warsztat  wziąć  te,  których  naprawa  lub  przebudowa  wymaga 
zdecydowanie większego nakładu pracy i czasu. 
 

W związku z powodzeniem swojego planu, już o ósmej rano Kate 

zadzwoniła do Jacka i uprzedziła go o swojej wizycie. Pół godziny później 
zebrała chłopaka spod jego domu, ruszając w stronę Rockport. 
 

Będąc  już  na  parkingu,  młodzi  kierowcy  opuścili  czerwonego 

Chevroleta, aby przesiąść się do swoich wyścigowych maszyn. Wtedy po-

background image

13 

 

nownie przejechali przez boczną bramę kryjówki i udali się z powrotem do 
San Pedro. 
 

Oba  wozy  znalazły  się w  garażu  obok  domu  Kate.  Nastolatka  nie 

wiedziała  jeszcze,  gdzie  spotka  się  z  Nikki,  zatem  zarówno  BMW,  jak  
i Eclipse Jacka musiały tymczasowo pozostać tutaj. 
 

Przyjaciele upewnili się jeszcze, że ich samochody są bezpieczne, 

po  czym  udali  się  do  wnętrza  domu.  W  towarzystwie  pana  Mileskiego 
opróżnili po filiżance kawy, rozmawiając z nim o przyczynach dzisiejszej, 
jak na niedzielę bardzo wczesnej pobudki. 
 

Po  tak  miło  spędzonych  prawie  dwóch  godzinach,  Kate  zgodziła 

się  skorzystać  z  uprzejmości  swojego  ojca  i  pożyczając  jego  BMW  E46, 
ruszyła ze swoim pasażerem w kierunku centralnej części miasta. 
 

- Mam nadzieję, że twoi rodzice nie będą mi mieli za złe, że już 

tak od samego rana wyrywam cię z domu - uśmiechnęła się Kate. 
 

-  No  co  ty  -  machnął  ręką  Jack.  -  Na  pewno  nie.  Zresztą  moja 

rodzina  bardzo  cię  lubi,  więc  zawsze,  kiedy  spędzam  z  tobą  czas,  są  
o mnie spokojni. 
 

-  Ależ  mieliby  niespodziankę,  gdyby  dowiedzieli  się,  w  co  cię 

wciągnęłam. 
 

-  Tak,  to  akurat  mogłoby być  dla  nich  bardzo  szokujące  -  przy-

znał chłopak, spoglądając w tylne lusterko. - Zazdroszczę ci tak wyrozu-
miałego ojca - dodał po chwili. - Mój oczywiście jest bardzo w porządku. 
Mama zresztą też, ale raczej nie zareagowaliby na moje wyścigowe przy-
gody tak dobrze, jak twój tata. 
 

- Tata nie tylko akceptuje, ale też w pewnym sensie popiera mnie 

w  moich  poczynaniach.  Wiesz,  jest  bardzo  liberalny.  Uważa,  że  każdy 
człowiek ma prawo robić to, na co ma ochotę. Oczywiście trzeba się liczyć 
z tym, że czasami konsekwencje naszych działań mogą być bardzo przy-
kre, ale absolutnie nie wolno ograniczać niczyjej wolności. Jeśli popełnimy 
błąd, sami będziemy musieli sobie z tym poradzić, ale to już nasza spra-
wa. Nikogo innego. 
 

- Wierzy w wolność i samoodpowiedzielność jednostki, ale założę 

się, że gdybyś miała problemy, to i tak by ci pomógł. Nawet w przypadku, 
kiedy wcześniej uprzedzałby cię, że właśnie pakujesz się w problemy. 
 

- Na pewno - odpowiedziała bez zawahania Kate. 

background image

14 

 

 

- No właśnie. A z moimi rodzicami jest inaczej. Oni są niezwykle 

opiekuńczy i pomocni, ale gdybym zaczął robić coś, co uznaliby za niesto-
sowne, z pewnością powiedzieliby mi, że skoro sam narobiłem sobie pro-
blemów, to sam powinienem sobie z nimi poradzić. Tak w ramach uczenia 
się odpowiedzialności za swoje czyny. 
 

- Jesteś tego pewien? - niedowierzała dziewczyna. - Nawet jeżeli 

dziecko robi coś złego, to rodzic nie powinien się od niego odwracać, bo 
to  tylko  pogarsza  sytuację...  -  zamilkła  nagle,  zdając  sobie  sprawę,  że 
rodzice Jacka wykazując się taką postawą, nie byliby odosobnionym przy-
padkiem.  -  Zresztą  -  kontynuowała  po  chwili.  -  Moja  mama  też  właśnie 
taka jest. 
 

Zapadła cisza. Jack  przyglądał się bezwiednie ludziom spacerują-

cym chodnikiem zatłoczonej  ulicy, rozmyślając o relacji Kate z jej mamą. 
Znał kobietę dość dobrze i zawsze, gdy ją spotykał, odnosił wrażenie, że 
mimo dość trudnego charakteru i silnie wyczuwalnej nieprzystępności, jest 
dobrą  osobą.  Może  nieco  nerwową  i  posępną,  ale  na  pewno  też  bardzo 
wrażliwą. 
 

- Może  się ze mną nie zgodzisz i powiesz, że jestem wobec niej 

zbyt wyrozumiały, ale chyba wiem, dlaczego tak bardzo ciągle z tobą wal-
czy. 
 

- Dlaczego? - zapytała zaciekawiona Kate. 

 

- Bo jesteś jej jedynym dzieckiem. Ja mam dwie siostry, więc moi 

rodzice  siłą  rzeczy  muszą  się  na  każdym  z  nas  skupiać  trochę  mniej.  
W  twoim  przypadku  nie  ma  żadnej  alternatywy  i  nawet  jeśli  twoja  mama 
nie  potrafi  prawidłowo  wyrażać  uczuć,  to  na  pewno  jej  na  tobie  zależy  
i  martwi  się  o  ciebie.  Przez  to nie  może  sobie  poradzić  z  twoją  pasją  do 
wyścigów,  bo  wie,  że  to  bardzo  niebezpieczne  i  że  możesz  sobie  w  ten 
sposób zrobić krzywdę. Nie umie ci tylko tego jakoś tak spokojnie przeka-
zać. Zamiast próbować  z tobą rozmawiać, chce ci narzucić swoje zdanie. 
Przez to ty się buntujesz, a ona walczy z tobą jeszcze bardziej. Takie tro-
chę  błędne  koło,  ale  może  kiedyś  z  niego  wyjdziecie  -  zakończył  Jack, 
nadal obserwując ludzi przechadzających się ulicą. 
 

Kate  milczała,  patrząc  tylko  na  drogę  rozciągającą  się  przed 

srebrnym  kombi  BMW.  Nigdy  nie  myślała  o  swojej  relacji  z  mamą  w  taki 
sposób. Nigdy nie pomyślała nawet, że tak ogromny rygor może wynikać  

background image

15 

 

z  troski,  że  może  być  wyrazem  miłości.  Trudno  przecież  pogodzić  się  
z  myślą,  że  ktoś,  kto  nas  kocha,  może  być  wobec  nas  tak  chłodny,  po-
wściągliwy, władczy, krytyczny. Nie tak wyobrażamy sobie miłość. 
 

W końcu dotarły do niej jeszcze smutniejsze wnioski. Uświadomiła 

sobie  bowiem,  że  sama  jest  równie  upartym,  chłodnym  i  despotycznym 
człowiekiem.  Na  siłę  próbuje  powstrzymywać  innych  przed  popełnianiem 
błędów, narzucać im swoje zasady, karcić, gdy ośmielą się z nimi nie zga-
dzać. A przecież każdy ma prawo żyć tak, jak chce... 
 

- Wiesz, Jack - zaczęła dziewczyna, próbując opanować targający 

jej  wnętrzem  żal.  -  Myślę,  że  masz  rację.  A  najgorsze  jest  to,  że  sama 
zachowuję się identycznie jak ona. Próbuję być takim pieprzonym bogiem 
na ziemi, który chce umoralniać wszystkich wokół, mówić im, co jest do-
bre, a co złe, a jeśli ktoś nie chce mnie słuchać, to musi być gotowym na 
to, że będę chcieć go zniszczyć, wdeptać w ziemię. Niech mnie diabli... - 
przeklęła, czując do siebie wstręt. 
 

- Przestań, jesteś kochaną osobą - przekonywał ją Jack. - A przy-

najmniej ja bardzo cię kocham - dodał, patrząc na Kate rozpromieniony-
mi, ale i nieco zasmuconymi oczami. 
 

Dziewczyna  oderwała  wzrok  od  przedniej  szyby  prowadzanego 

wozu, by spojrzeć przelotnie na swojego przyjaciela. 
 

-  Zupełnie  nie  rozumiem, dlaczego  -  stwierdziła  posępnie.  -  Nie 

daję  ci  ku  temu  żadnych  powodów.  Dziwię  się  też,  jak  ktokolwiek  może 
mnie chociażby lubić. Za co? Co ja takiego robię, żeby zasługiwać na czy-
jąś sympatię? 
 

-  Masz  w  sobie  dużo  takiej  siły,  stanowczości,  która  sprawia,  że 

ludzie ci ulegają i chcą być blisko ciebie. Podświadomie dążą do tego, by 
być pod twoją opieką - tłumaczył chłopak. - Zresztą mają rację, bo nawet 
jeżeli jesteś trochę powściągliwą osobą, to kryje się w tobie dużo dobroci  
i troski. Często dbasz o innych zdecydowanie bardziej niż o samą siebie. 
Myślę, że to są główne przyczyny. 
 

- Oj, Jack, chyba ta słabość do mnie całkowicie zaćmiła ci umysł - 

zaśmiała  się  Kate.  -  Bardzo  mnie  idealizujesz  -  stwierdziła,  pokonując 
kolejne już skrzyżowanie prowadzonym przez siebie srebrnym BMW. 

background image

16 

 

 

- No trudno. Nawet jeżeli to tylko zaćmienie, to nie chcę, by kie-

dykolwiek  się skończyło  - uśmiechnął się Jack.  - Bo jestem w tym stanie 
bardzo szczęśliwy. 
 

Dziewczyna  ponownie  spojrzała  krótko  na  swojego  towarzysza, 

dostrzegając,  że  jej  obecność  i  możliwość  wspólnego  spędzania  czasu 
naprawdę  sprawiają  mu  wyjątkową  przyjemność.  Cieszyła  się  z  tego 
ogromnie, ale jednocześnie wiedziała, że Jack jest aż nazbyt uzależniony. 
Uzależniony od osoby, która nie będzie w stanie odwzajemnić jego uczuć. 
 

- Korzystając z okazji, że już i tak rozmawiamy na ciężkie tematy 

-  rzekła,  uśmiechając  się  kwaśno.  -  Chcę  powiedzieć  ci  bardzo  ważną 
rzecz. 
 

-  Słucham  -  ożywił  się  właściciel  zdobytego  niedawno  Mitsubishi 

Eclipse’a. 
 

- Wiem, że nie myślisz o mnie jedynie jako o przyjaciółce - zaczę-

ła poważnie, patrząc na drogę przed sobą. - I wiem też, że to niemożliwe 
tak  po  prostu  przekonać  kogoś  do  „odkochania  się”.  Dlatego  pozwól,  że 
jedynie cię ostrzegę - to się nie uda. I wcale nie dlatego, że kocham kogoś 
innego.  Ja  nie  kocham  nikogo.  Nie  umiem  kochać  -  wyjawiła  z  trudem 
Kate. 
 

- Ale jak to? - ściągnął brwi Jack. - Przecież kochasz swojego tatę, 

mamę mimo wszystko pewnie też. Thomas i Mia są dla ciebie jak rodzeń-
stwo.  Masz  też  nas,  swoich  przyjaciół.  To  niemożliwe,  żeby  tak  zupełnie 
nic cię z nami nie łączyło. 
 

-  Na  takie  relacje,  choć  na  pewno  z  mojej  strony  są  one  nieco 

upośledzone, jeszcze mnie stać, ale mam tu na myśli coś bardziej intym-
nego - wyjaśniała nastolatka, próbując dobierać słowa tak, by jak najtraf-
niej  obrazowały  jej  myśli.  -  Nie  czuje  tego  czegoś,  co  powinno  dziać  się 
między mną a chłopakiem. Tego we mnie nie ma i to niezależnie od osoby, 
którą wyobrażam sobie jako swojego partnera. 
 

- Może to się jeszcze zmieni - sugerował Jack. - Mamy dopiero po 

piętnaście, szesnaście lat, więc... 
 

BMW  sunęło  leniwie  ulicami  San  Pedro,  a  jego  kierowca  milczał, 

ponownie  kontemplując  nad  ostrzeżeniami,  które  bez  ustania  podsuwał 

background image

17 

 

mu  jakiś  wewnętrzny  głos,  demon

1

,  który  nie  pozwala  się  angażować, 

przywiązywać  do  rzeczy  i  ludzi,  kochać,  bo  jeśli  ulegnie  się  tym  słabo-
ściom, to prędzej czy później będzie się musiało cierpieć. 
 

-  Może  kiedyś  do  tego  dojrzeję  -  przemówiła  w  końcu  Kate.  -  

A  może  tak  zostanie  już  na  zawsze.  Nie  wiem.  Czas  pokaże.  Mam  tylko 
nadzieję, że teraz łatwiej ci będzie zrozumieć, dlaczego tak się zachowuję. 
 

- Oczywiście - odpowiedział szybko Jack. - I dziękuję ci bardzo za 

zaufanie, którym mnie darzysz. Cieszę się, że możemy ze sobą tak szcze-
rze rozmawiać. To wiele dla mnie znaczy. 
 

- Dla mnie również. I również ci dziękuję, bo trudno o tak odda-

nego i dyskretnego przyjaciela, jakim jesteś ty. Nigdy mnie nie zawiodłeś  
i mam przekonanie, że tak już zostanie - rzekła z uśmiechem właścicielka 
limonkowego BMW. - Chcę cię też lojalnie uprzedzić, że podobną rozmo-
wę będę musiała przeprowadzić z Brianem i Chrisem. Myślę, że tak będzie 
z mojej strony uczciwie. 
 

- Czyli... - zająknął się chłopak, pocierając skroń.  - Czyli oni też 

nie mają szans? - zapytał, choć brzmiało to bardziej jak stwierdzenie. - Bo 
to, że z Brianem ci nie wychodzi, dostrzegam już od dawna, ale myślałem, 
że może... Że może teraz zakochana jesteś w Chrisie. 
 

- Nie - pokręciła głową Kate, skręcając w ulicę, przy której mieścił 

się  dom  jej  towarzysza.  -  Od  samego  początku  dość  mocno  mnie  sobą 
zafascynował,  to  przyznaję.  Przez  krótki  czas  wydawało  mi  się nawet,  że 
rzeczywiście  wiąże  mnie  z  nim  coś  poważnego.  Z  czasem  jednak  czuję 
coraz wyraźniej, że to znowu nie jest to. 
 

- Dzięki za wszelką pomoc przy moim Mitsubishi - uśmiechnął się 

Jack,  przygotowując  się  już  powoli  do  opuszczenia  samochodu  swojej 
przyjaciółki.  - Podziękuj też ode mnie Nikki. Trzeba jej  jednak  przyznać, 

                                                           

1

 W tłumaczeniu stosuję słowo „demon”, jako że będzie ono w tym kontekście naj-

bardziej  zrozumiałe  i  trafne.  W  oryginale  natomiast  nie  znajduje  się  „demon”,  
a  „Daemon”  (zapisane  dużą  literą),  co  może  wskazywać  na  anglojęzyczny  odpo-
wiednik  Daimoniona.  Daimonion  jest  niekiedy  interpretowany  jako  zły  duch,  ale 
równie często definiuje się go jako ducha-opiekuna, wewnętrzny głos ostrzegający 
przez  złymi  decyzjami,  niebezpieczeństwami  związanymi  z  uczuciami.  Po  raz 
pierwszy pojawia się w dziełach filozoficznych Sokratesa. 

background image

18 

 

że  czasami  ma  przebłyski  bycia  znośną  osobą  -  zaśmiał  się,  otwierając 
drzwi srebrnego wozu, gdy ten zatrzymał się już pod jego domem. 
 

-  Rzeczywiście,  trzeba  jej  to  przyznać  -  pokiwała  głową  Kate.  - 

Trzymaj się, Jack. Do zobaczenia jutro w szkole - rzekła, gdy chłopak wy-
siadał z BMW. 
 

- A, jeszcze jedno - zatrzymał się. - Powiem ci coś bardzo, ale to 

bardzo szczerze - zaczął, zaglądając do wnętrza srebrnego kombi. - Chy-
ba jestem strasznym egoistą, ale cieszę się, że nie ma takiej osoby, która 
pociągałaby  cię  jako  mężczyzna.  Ja  nie  mogę  być  twoim  partnerem,  więc 
dobrze  mi  z  tym,  że nie  jest  nim  też nikt  inny  - uśmiechnął  się  chytrze, 
rozkładając  szeroko  ramiona.  -  Do  jutra  -  zakończył  wesoło,  ruszając 
dziarskim krokiem w stronę wejścia do domu. 
 

Kate obserwowała go jeszcze przez chwilę, usilnie powstrzymując 

śmiech. Jego luzackie zachowanie w połączeniu z tak poważną deklaracją 
wypowiedzianą  w  sposób  zupełnie  niepoważny  rozbroiło  ją  całkowicie.  
W końcu jednak wbiła pierwszy bieg i wciskając gaz, nieśpiesznie ruszyła 
ku północnej części miasta. 
 
 

*** 

 
 
 

Minęła  piąta  popołudniu.  Kate  kręciła  się  po  swoim  pokoju  bez 

większego  celu,  oczekując  na  telefon  od  Nikki.  W  tym  czasie  już  po  raz 
drugi sprawdziła, czy w plecaku są wszystkie podręczniki, których będzie 
potrzebować podczas jutrzejszych zajęć w szkole, starła cieniutką warstwę 
kurzu osadzoną na półce z medalami i pucharami, które zdobyła za osią-
gnięcia sportowe, mieszkając jeszcze w Polsce, a potem zasiadła do kom-
putera, by sprawdzić pocztę e-mail i przejrzeć często przez nią odwiedza-
ną  stronę  internetową  z  ciekawostkami  oraz  najnowszymi  informacjami  
z dziedziny astronomii. 
 

Tak  upłynęło  prawie  dwadzieścia  minut,  gdy  wreszcie  z  głośnika 

telefonu  Kate  wydobywać  zaczął  się  dźwięk  świadczący  o  nadchodzącym 
połączeniu. Przyłożyła go więc do ucha, witając się pogodnym tonem: 
 

- Cześć, Nikki. 

background image

19 

 

 

- Cześć - odpowiedziała kobieta. - Przepraszam, że tak długo to 

trwało, ale mieliśmy z Salem problem z ustaleniem, gdzie się spotkamy - 
wyjaśniła. - I w sumie nadal mamy... 
 

- A co się dzieje? - ściągnęła brwi właścicielka limonkowego BMW. 

 

- Sal dostał od Thomasa klucze do hangaru w Wilmington, ale gdy 

powiedział mu, że dziś zabiera tam Nissana twojego kumpla, żeby nałożyć 
na niego nowy lakier, Thomas postanowił pojechać razem z nim. 
 

- O cholerka - odrzekła krótko Kate. 

 

-  Tak  przy  okazji,  Sal  pyta  o  kolor  lakieru,  jaki  życzy  sobie  twój 

kolega. Ma być granatowy tak jak do tej pory, czy może chce go zmienić? 
 

- Możliwie jak najbardziej podobny do tego, który jest obecnie  - 

odpowiedziała bez zawahania nastolatka. - A w kwestii miejsca, w którym 
moglibyśmy  się  spotkać,  myślę,  że  mam  rozwiązanie.  Jeśli  tylko  to  dla 
ciebie nie problem, przyjedź do mnie do domu. 
 

-  Naprawdę?  -  zdziwiła  się  Nikki.  -  Propozycja  nie  do  odrzuce-

nia... - rzekła wyzywającym tonem. - Ale jak zareagują na to twoi rodzice? 
 

- W domu jest tylko tata, a jemu moje wyścigowe sprawy zupełnie 

nie przeszkadzają - zapewniła Kate. 
 

-  No  dobrze  -  cieszyła  się  kobieta.  -  W  takim  razie  pomyśl  nad 

jakimś  miejscem,  gdzie  będę  mogła  ukryć  mojego  Forda  i  wyślij  mi  swój 
adres. Ja napiszę jeszcze do Sala i zaraz do ciebie ruszam. 
 

- Z Fordem zapraszam do garażu. Mamy w nim trzy miejsca, więc 

zmieścisz się bez problemu. 
 

- Fantastycznie. 

 

- Daj mi znać, kiedy będziesz się już zbliżać, bo muszę ci otwo-

rzyć bramę. Tak trochę nierozsądnie byłoby mieć ją otwartą dłuższy czas, 
gdy wewnątrz są dwa poszukiwane wozy - zaśmiała się nieznacznie Kate, 
zamykając system operacyjny w swoim komputerze. 
 

- Jasne. Do zobaczenia niebawem - pożegnała się Nikki. 

 

- Do zobaczenia. 

 

W garażu rzeczywiście zmieścić mogły się aż trzy samochody, ale 

teraz, by zrobić miejsca dla Forda Nikki, na zewnątrz wyprowadzić trzeba 
było srebrne BMW kombi, co za pozwoleniem pana Mileskiego Kate właśnie 
zrobiła. 

background image

20 

 

 

Gdy wóz został zaparkowany na chodniku przed wejściem do do-

mu,  właścicielka  nieruchomości  powróciła  do  jej  wnętrza,  by  zagotować 
wodę  w  czajniku.  Pomyślała  bowiem,  że  chcąc  być  chociaż  minimalnie 
gościnnym, należałoby poczęstować Nikki czymś gorącym do picia. 
 

- Zostaw to mnie - przemówił z uśmiechem ojciec Kate, schodząc 

z piętra do salonu. - Krzykniesz do mnie z garażu, kiedy pani Nicole bę-
dzie już na miejscu, a ja wtedy postawię czajnik na palniku. 
 

- Dobrze, dziękuję ci bardzo. To lecę jeszcze trochę posprzątać - 

oznajmiła nastolatka, ruszając ku drzwiom prowadzącym z wnętrza domu 
do garażu. 
 

- Co ty tam chcesz sprzątać? - zaśmiał się pan Mileski. - Przecież 

robisz w garażu porządki prawie codziennie. Tam nie da się już bardziej 
posprzątać - zakończył rozkładając ręce. 
 

Kate  stanęła  w  miejscu,  spoglądając  na  ojca  nieobecnym  wzro-

kiem. 
 

- Chyba masz rację - przyznała po dłuższej chwili zamyślenia. 

 

- Chyba na pewno - uśmiechnął się mężczyzna. - Ale już cię nie 

zatrzymuję. Leć zrobić, co potrzebujesz. 
 

„Pani Nicole” dotarła na miejsce spotkania dziesięć minut później. 

Wjechała  do  garażu,  zatrzymując  się  na  prawo  od  żółtego  Mitsubishi  
Eclipse’a. Wysiadając ze swojego wozu, uśmiechnęła się nieśmiało do sto-
jącej kilka metrów dalej Kate. 
 

Ta również odpowiedziała jej  uśmiechem, zbliżając się nieznacz-

nie do bordowego Forda. 
 

-  Cześć.  Dziękuję,  że  jesteś  -  przemówiła  poważnie,  wsuwając 

dłonie do tylnych kieszeni spodni. 
 

-  Nie  ma  za  co.  Cieszę  się,  że  masz  tak  dobre  zdanie  o  moich 

umiejętnościach  mechanika  -  odrzekła  Nikki,  walcząc  z  coraz  silniej  na-
pływającym  na  jej  policzki  rumieńcem.  -  A  poza  tym  dobrze  znowu  cię 
widzieć  -  wyznała,  patrząc  na  kierowcę  limonkowego  BMW  oczami  tak 
roziskrzonymi,  jak  tylko  roziskrzone  potrafią  być  gwiazdy  na  bezchmur-
nym, letnim niebie. 
 

- Wzajemnie - odrzekła Kate, lecz potem zamilkła, zastanawiając 

się,  czy  w  obliczu  tych  wszystkich  przykrości,  które  spotkały  Nikki  z  jej 
strony,  kobieta  jest  w  stanie  uwierzyć  w  szczerość  tych  słów.  Nie  chcąc 

background image

21 

 

jednak zbyt mocno brnąć w „udowadnianie” autentyczności swoich inten-
cji,  kontynuowała,  mówiąc:  A  to  jest  właśnie  samochód,  który  czeka  na 
twoją diagnozę - wskazała na żółtego Eclipse’a. 
 

Właścicielka  Forda  GT  z  trudem  oderwała  wzrok  od  swojej  roz-

mówczyni, półprzytomnie spoglądając na wóz Jacka. 
 

- Czy właścicielem tego samochodu był ktoś, kto należy do grupy 

Vica? - zapytała, lustrując właśnie mocno przesadzony zestaw karoserii. 
 

- Nie. Jack ścigał się w Los Alamitos. To był jakiś niedzielny kie-

rowca. Wszystko przebiegło szybko i gładko - tłumaczyła Kate, zamykając 
bramę garażu. 
 

- Na Boga! A co się stało z twoim BMW? - zapytała nerwowo Nikki, 

podchodząc do uszkodzonego samochodu. Z przerażeniem spoglądała na 
pozostałości  po  urwanych  lusterkach  i  zarysowany  lakier  na  bocznych 
częściach karoserii. 
 

- Ja i moi koledzy ścigaliśmy się z ludźmi należącymi do zespołu 

Averill Riders z zachodniego San Pedro. Ich kultura jazdy pozostawia wiele 
do życzenia... - wyjaśniła właścicielka wozu. 
 

- Averill Riders, powiadasz? Już co nieco o nich słyszałam - przy-

znała kobieta. - I niestety nie było to nic dobrego. Jak doszło do powstania 
tych uszkodzeń? 
 

- Muszę się przyznać, że po części to moja wina - wyjawiła z nie-

śmiałym  uśmiechem  Kate.  -  Jeden  z  typów  pokazał  mi  środkowy  palec,  
a mnie nietrudno w ten sposób wyprowadzić z równowagi. Zaatakowałam 
go,  wcisnęłam  się  między  jego  wóz  a  wóz  jego  kolegi  i  w  efekcie,  gdy 
chcieli mnie zatrzymać, zarysowali mi lakier i utrącili lusterka. 
 

- Twoja reakcja była prawidłowa. Chamstwo należy tępić. W wyści-

gach również - pochwaliła Nikki. - A BMW się naprawi. Nic bardzo poważ-
nego się tutaj  nie stało. Widzę też, że zarysowania są tylko w tych miej-
scach, gdzie leży czarny albo biały lakier, a to znacznie ułatwia sprawę, bo 
odtworzenie tej cytrynowozielonej barwy nie byłoby już tak łatwe. 
 

-  Poczekaj  chwilę  -  poprosiła  Kate,  ruszając  w  stronę  drzwi,  za 

którymi znajdowało się przejście do wnętrza domu. - Tato! - krzyknęła. - 
Nikki już tu jest! Zagotujesz nam wodę?! 
 

- Tak, tak. Już się robi! - usłyszała odpowiedź z kuchni. 

background image

22 

 

 

- Dzięki! Pijesz kawę czy herbatę? - zapytała, ponownie zwracając 

się do swojego gościa. 
 

-  Zdecydowanie  herbatę.  Nie  lubię  kawy  -  oświadczyła  Nikki, 

uśmiechając się przyjaźnie. 
 

-  Czarną,  zieloną,  owocową?  Mam  taką  super  malinowo-

żurawinowo-cytrynową - zachwalała Kate. 
 

- A to poproszę tę owocową. 

 

- Dobrze. Zostawiam ci już klucze do Eclipse’a - rzekła, wyciąga-

jąc  je  z  kieszeni,  a  następnie  składając  na  dłoni  Nikki.  -  Włączę  jeszcze 
radio, żeby nie było ci tu samej smutno, a ja za chwilkę wracam - dodała, 
zbliżając  się  do  rzędu  szafek  i  półek  umiejscowionych  pod  tylną  ścianą 
garażu, gdzie pośród przeróżnych narzędzi - kluczy, młotków, śrubokrę-
tów  oraz  wiertarek  znajdował  się  również  odtwarzacz  płyt  i  kaset.  -  No 
nie, 

Only You 

- ucieszyła się, gdy z głośników wydobywać zaczęła się linia 

melodyczna najbardziej  rozpoznawalnego utworu Savage’a. - Jak  ja lubię 
ten kawałek. Ile łyżeczek słodzisz? - zapytała, zatrzymując się jeszcze na 
chwilę w przejściu. 
 

- Dwie - odrzekła Nikki, napawając się uśmiechem Kate, który nie 

znikał z jej twarzy już od dłuższej chwili, a teraz, gdy w radiu odtwarzana 
była jedna z jej ulubionych piosenek, stał się jeszcze bardziej hipnotyzują-
cy. 
 

- Zaraz jestem - zapewniła, odwracając się za siebie. 

Only change my mind 
When I feel so blind 
Then you make me see 
Love is free 
Only you 
When I look at your eyes in the blue 
Love me too - 

akompaniowała wokaliście, przechodząc do salonu, a potem 

kuchni. 

 

Wyśpiewywane przez nią słowa były coraz mniej uchwytne, jednak 

Nikki,  zasiadając  za  kierownicą  Eclipse’a,  wciąż  wsłuchiwała  się  w  nie  
z taką koncentracją, jak gdyby  w jej życiu nie  istniała żadna rzecz, która 
liczyłaby się teraz bardziej. Zapomniała też, w jakim właściwie celu wsiadła 

background image

23 

 

do  wozu  Jacka  i  dopiero  gdy  śpiew  Kate  ustał  całkowicie,  uprzytomniła 
sobie, że chodziło jej o znalezienie dźwigni otwierającej maskę. 
 

Pod  nieobecność  gospodarza  kobieta  sprawdziła,  jaki  silnik  kryje 

się we wnętrzu samochodu, czy uległ późniejszym, niesalonowym modyfi-
kacjom i jaki wydobywa się z niego dźwięk, gdy zwiększa się jego obroty. 
 

Wstępna diagnoza wypadła całkiem dobrze,  jednak  była ona bar-

dzo  wstępna,  jako  że  już  po  dwóch  czy  trzech  minutach  w  przejściu  do 
garażu usłyszeć się dało kroki zbliżającej się tu osoby. 
 

A  właściwie  dwóch  osób,  bo  gdy  Nikki  uniosła  głowę  znad  prze-

glądanych właśnie przewodów łączących silnik z innymi współdziałającymi 
z nim komponentami, jej oczom ukazały się dwie prawie identycznie wy-
glądające  postaci.  Kobieta  natychmiast  domyśliła  się,  że  jedną  z  nich,  tą 
dotychczas jeszcze jej nieznaną, jest pan Mileski i wręcz nie mogła ode-
przeć  wrażenia,  że  gdyby  Kate  miała  te  dwadzieścia,  może  dwadzieścia 
pięć  lat  więcej,  podobną  do  ojca  fryzurę  i  może  odrobinę  twardsze  rysy 
twarzy, ich rozróżnienie byłoby chyba niemożliwe. 
 

- Dzień dobry - przywitała się swobodnym tonem, bo choć czuła 

się  nieco  zaskoczona  i  onieśmielona,  obserwowany  przed  nią  mężczyzna 
wzbudzał w niej ogromną sympatię. 
 

- Tato, przedstawiam ci Nikki - uśmiechała się Kate, wskazując na 

swojego gościa. 
 

Pan  Mileski  odstawił  na  szafkę  trzymaną  dotychczas  w  prawej 

dłoni  filiżankę,  po  czym  wyciągnął  ją  do  Nikki,  przemawiając  istnie  nie-
biańskim głosem: 
 

- Arkadiusz Mileski. Miło panią poznać. 

 

- Nicole Westmore. Wzajemnie  - odpowiedziała, przyglądając mu 

się z coraz większą fascynacją, bo o ile ta prawdziwie anielska uroda nie 
podlegała żadnej dyskusji, tak równie urokliwe okazywało się być usposo-
bienie mężczyzny - łagodne, otwarte, wesołe, zarażające dobrą energią. 
 

Również Kate  na sekundę zbliżyła się do tej samej szafki, by tuż 

obok cicho grającego radia umieścić talerzyk z ciastkami i drugą filiżankę 
z przygotowaną przed chwilą herbatą. 
 

-  Tata  koniecznie  chciał  zobaczyć  twojego  Forda  -  zaczęła.  -  Bo 

nie pamiętam, czy już ci kiedyś o tym mówiłam, ale również bardzo lubuje 
się  w  samochodach,  a  w  tych  sportowych  chyba  najbardziej  -  wyjaśniła, 

background image

24 

 

ponownie zatrzymując się obok swojego starszego, trochę wyższego „so-
bowtóra”. - Mam też wrażenie, że przy okazji chciał zobaczyć ciebie, choć 
przy tym nie będę się upierać  - zakończyła, najpierw uśmiechając się do 
Nikki, a później spoglądając na twarz ojca. 
 

- A ja nie będę się upierał, że nie masz racji  - odrzekł. - Pewnie 

podświadomie miałem też taki zamiar. No ale skoro samochód już zoba-
czyłem,  panią  też,  to  chyba  pora,  żebym  znikał  i  nie  przeszkadzał  wam  
w  pracy  -  mówił,  wycofując  się  powoli  w  kierunku  przejścia  do  domu.  - 
Gdybym był jeszcze potrzebny, to jestem u siebie w pokoju - poinformo-
wał Kate. - Do zobaczenia - pożegnał się przyjaźnie, opuszczając już ga-
raż. 
 

-  Do  zobaczenia  -  odpowiedziała  Nikki,  po  czym  jeszcze  przez 

kilka długich sekund wpatrywała się w puste przejście. - Ależ wy jesteście 
do  siebie  podobni...  -  przemówiła,  mogąc  wreszcie  wyartykułować  swoje 
spostrzeżenie na głos. - Ile twój tata ma lat? 
 

- Czterdzieści pięć. 

 

- Mój Boże, dałabym mu maksymalnie czterdzieści. Bardzo dobrze 

wygląda - przyznała właścicielka Forda GT. 
 

-  Zapraszam,  poczęstuj  się  -  rzekła  Kate,  wskazując  na  filiżanki  

i  talerzyk  stojące  obok  radia.  -  Też  mi  się  tak  wydaje.  Zarówno  tata,  jak  
i  mama  wyglądają  świetnie  jak  na  swój  wiek.  Choć  tata  chyba  bardziej. 
Proszę - zakończyła, podając Nikki jedną z filiżanek. 
 

- Dzięki. Niech zgadnę. Wyglądem przypominasz tatę, a charakte-

rem bardziej mamę. Mam rację? 
 

Kate uniosła drugą filiżankę, po czym oparła się plecami o stojącą 

za  nią  szafkę.  Milczała,  w  zamyśleniu  mrużąc  oczy.  Wiedziała,  że  odpo-
wiedź  na  to  pytanie  musi  brzmieć  „tak”,  bo  choć  trudno  się  jej  do  tego 
przyznać, nawet przed samą sobą, to taka właśnie jest prawda. 
 

- Niestety tak - odrzekła w końcu. 

 

- Dlaczego „niestety”? - zapytała Nikki, upijając pierwszy łyk her-

baty. 
 

- Bo moja mama jest zupełnie inna, a zdecydowanie lepiej byłoby 

mi życiu, mając taki charakter jak tata. 
 

-  A  ja  właśnie  nie  jestem  przekonana  -  oświadczyła  właścicielka 

Forda, również opierając się o szafkę, przy której stała Kate. 

background image

25 

 

 

- To znaczy? - zapytała, spoglądając Nikki w oczy. 

 

-  Z  całym  szacunkiem  dla  twojego  taty,  ale  wydaje  się  być  taki 

trochę bezbronny. Wiesz, wygląda mi na kogoś bardzo wrażliwego i nie-
stety jednocześnie zupełnie niewojowniczego. Nie ma na sobie takiej ży-
ciowej  zbroi,  która  w  razie  niebezpieczeństw  obroniłaby  go  przed  nad-
szarpnięciem tego bardzo delikatnego wnętrza - tłumaczyła kobieta. 
 

- Ja z kolei jestem tylko zbroją - oświadczyła Kate. - A pod nią nie 

ma nic. 
 

-  Nieprawda  -  odpowiedziała  natychmiast  Nikki,  po  raz  kolejny 

zanurzając  usta  w  herbacie.  -  I  nie  próbuj  sobie  nawet  wmawiać  takich 
rzeczy  -  dodała  po  chwili.  -  Przepraszam  też  za  to,  co  kiedyś  ci  powie-
działam,  bo  niepotrzebnie  mogłam  cię  jeszcze  utwierdzić  w  błędnym 
przekonaniu.  Nie  jesteś  żadnym  cyborgiem.  Może  tylko  czasami  tak  się 
zachowujesz - uśmiechnęła się. - Ale teraz już wiem, że to jest właśnie ta 
zbroja, która cię osłania. A zdecydowanie ma co osłaniać  - podsumowała  
z wyraźną dumą. 
 

-  Skąd  takie  wnioski?  -  zapytała  Kate,  spoglądając  na  Nikki  nie-

pewnie. 
 

- Bo czasami twoje zachowanie zupełnie odbiega od tego, którym 

charakteryzujesz się na co dzień. Nie wiem, czy robisz to świadomie, czy 
nie, ale chwilami zrzucasz tę zbroję i po prostu jesteś sobą. Tak jak jesteś 
sobą w tej chwili. 
 

Właścicielka  limonkowego  BMW  upiła  łyk  herbaty,  milczeniem 

chcąc  powstrzymać  Nikki  przed  kontynuowaniem  tematu.  Czuła  bowiem, 
że kobieta ma rację, a nie mogąc zrozumieć, dlaczego tak się dzieje, pró-
bowała się wyciszyć i odzyskać nad sobą kontrolę.  
 

Nie było to jednak tak łatwe jak wcześniej. Coś się stało. Mur wo-

kół  jej  duszy  nie  chciał  być  już  tak  wysoki  i  szczelny  jak  przedtem,  a  to 
sprawiało, że przede wszystkim ona sama  widziała wreszcie prawdę  - że 
pod  tą  żelazną  zbroją  rzeczywiście  kryje  się  coś  więcej.  Coś,  co  bez  tej 
zbroi byłoby całkowicie bezbronne... 
 

- Więc uważasz, że moja zbroja nie jest pusta? - zapytała w koń-

cu, uśmiechając się niemal niezauważalnie. 
 

- Absolutnie nie jest pusta - przekonywała Nikki. 

background image

26 

 

 

- To dobrze - cieszyła się Kate, obserwując powierzchnię herbaty 

znajdującej się w jej filiżance. - Chociaż i tak muszę przyznać, że wystę-
pują pod nią pewne braki. 
 

- Jakie? 

 

- Właściwie to nawet dobrze się składa, że o tym rozmawiamy, bo 

skoro  jesteś  psychologiem,  to  najprawdopodobniej  będziesz  wiedzieć,  
o czym mówię. 
 

- O, proszę - zaśmiała się kobieta. - W takim razie słucham uważ-

nie. 
 

-  Poczekaj,  nie  będziemy  przecież  tak  stać  -  rzekła  właścicielka 

garażu, rozglądając się teraz po jego wnętrzu. - Nie mam tu nic wygodne-
go, na czym można by sobie usiąść, ale może zróbmy tak: usiądź na miej-
scu kierowcy w swoim Fordzie, ja usiądę na miejscu pasażera w Mitsubishi, 
a  potem  otworzymy  do  siebie  drzwi  i  będziemy  siedzieć  na  przeciwko 
siebie. 
 

-  Szykuje  się  chyba  pierwsza  taka  rozmowa  z  psychologiem  

w historii świata - w iście wyścigowym stylu - zachwycała się Nikki, podą-
żając  za  swoją  rozmówczynią.  -  No  dobrze,  to  o  co  chodzi?  -  zapytała, 
gdy obie strony były już gotowe do kontynuowania rozmowy. 
 

- Czy to jest możliwe, by w ogóle nie być w stanie się zakochać? - 

zaczęła bez ogródek Kate. 
 

Właścicielka  Forda  otworzyła  szerzej  oczy.  Nie  spodziewała  się 

zupełnie, że rzecz, która trapi Kate, jest aż tak  poważna. Zresztą, kto by 
się  mógł  spodziewać,  że  Kate  trapi  cokolwiek.  Jeszcze  jakiś  czas  temu 
byłoby  to  nie  do  pomyślenia.  Ale  najwyraźniej  dziś  jest  jakiś  szczególny 
dzień... 
 

- Poczekaj, poczekaj. To wszystko nie jest takie łatwe - oznajmiła 

kobieta. - Skąd u ciebie podejrzenie, że nie jesteś w stanie się zakochać? 
 

-  Pamiętasz,  jak  kiedyś  mi  docięłaś,  że  mam  trzech  chłopaków?  

I to jednocześnie? - uśmiechała się nastolatka. 
 

-  No  pamiętam.  Swoją  drogą  to  było  idiotyczne  z  mojej  strony  - 

oświadczyła Nikki. - Przepraszam. 
 

- Nie gniewam się - zapewniła Kate. - No, to właśnie o to chodzi, 

że żaden z nich nie wzbudza we mnie większych emocji. Są dla mnie przy-
jaciółmi i na tym koniec. Nie mogę zaprzeczyć - każdy z nich jest inteli-

background image

27 

 

gentny,  przystojny,  każdy  ma  ciekawą  osobowość  i  naprawdę  czuję  do 
nich  ogromny  sentyment,  ale  to  z  pewnością  nie  jest  zakochanie.  Jack 
powiedział  mi  dzisiaj,  że  może  to  dlatego,  że  jeszcze  nie  jestem  na  tym 
poziomie dojrzałości, ale mnie jakoś to uzasadnienie nie przekonuje. Sko-
ro inni ludzie, którzy są w moim wieku, albo nawet są odrobinę młodsi ode 
mnie, potrafią czuć to coś, to dlaczego nie ma tego we mnie? Dodam tylko 
dla jasności, że nie odczuwam z tego powodu jakiegoś wielkiego dyskom-
fortu życiowego, bo jak dobrze wiemy, miłość potrafi nieść za sobą wiele 
zmartwień  -  spojrzała  znacząco  na  Nikki.  -  Ale  chcę  wiedzieć,  dlaczego 
tak się dzieje. Z czystej ciekawości. 
 

-  To  proste,  Kate  -  odrzekła  pewnie  kobieta.  -  Rzecz  nie  leży  

w  tym,  że  nie  jesteś  jeszcze  na  odpowiednim  poziomie  dojrzałości,  bo 
wydaje  mi  się,  że  właśnie  jesteś,  ale  nie  da  się  tak  po  prostu  zakochać  
w kimś, kogo akurat sobie upatrzysz, że byłby dla ciebie odpowiedni. To 
tak nie działa. 
 

- Wiem o tym, ale dlaczego nie ma w moim życiu też nikogo ta-

kiego, kto byłby dla mnie zupełnie nieodpowiedni, a mimo to przyciągałby 
mnie do siebie? 
 

-  Bo  najprawdopodobniej  jeszcze  go  nie  spotkałaś  -  powiedziała 

Nikki, ponownie racząc się łykiem herbaty. - Albo spotkałaś, tylko jeszcze 
tego nie widzisz. Nie chcę cię martwić, ale prędzej, czy później, w końcu 
cię to dopadnie - dodała, uśmiechając się szeroko. - A jeśli już jesteśmy 
przy  temacie  międzyludzkich  sympatii  -  kontynuowała  po  chwili  poważ-
niejszym tonem. - To powiedz mi, co się stało, że tak nagle zmieniło się 
twoje podejście do mnie? Czy to dlatego, że jestem w ciąży, włączył ci się 
jakiś szczególny tryb miłosierdzia wobec mnie? 
 

Kate opuściła głowę, wzdychając ciężko. 

 

- Wiesz... - zaczęła, spoglądając Nikki prosto w oczy. - Dotarło do 

mnie, że zupełnie nie zasłużyłaś sobie na takie traktowanie z mojej strony. 
Nie  powinno  mnie  obchodzić,  jakie  życiowe  decyzje  podejmujesz  i  jaka 
jesteś dla innych ludzi. Najważniejsze jest to, że wobec mnie zawsze byłaś 
w  porządku  -  przyznała.  -  A  może  nawet  więcej  niż  tylko  w  porządku. 
Wiele razy mi pomogłaś i teraz znowu tutaj jesteś. Dlatego chcę cię prze-
prosić i obiecać, że już nigdy więcej nie będę się wtrącać do twoich spraw. 

background image

28 

 

 

- To dopiero ironia losu - uśmiechnęła się Nikki. - A ja myślałam, 

że gdy już się spotkamy, poradzisz mi, co powinnam teraz zrobić. Tym-
czasem  ty  mówisz,  że  nie  będziesz  się  już  więcej  wtrącać  do  moich 
spraw... 
 

- A jakich rad ja mogę ci udzielić? Mam tylko szesnaście lat - rze-

kła posępnie Kate. - Co ja wiem o życiu? 
 

- Szesnaście lat nie dyskwalifikuje w dziedzinie bycia czyimś do-

radcą, a szczególnie gdy ktoś jest tak mądrą osobą jak ty - przekonywała 
Nikki.  - Sporo rozmawiałam z mamą, a teraz proszę o rozmowę również 
ciebie. 
 

-  Dobrze.  W  takim  razie  teraz  to  ja  będę  twoim  psychologiem  - 

uśmiechnęła się ciepło Kate. 
 

- Świetnie. Dziękuję. 

 

-  No  to  zaczynajmy.  Jakie  możliwości  rozwoju  swojej  przyszłości 

bierzesz w ogóle pod uwagę? 
 

-  Mogę  już  na  stałe  wyjechać  do  Quebec.  Mama  pomogłaby  mi  

w wychowaniu dziecka. Wiem, że mogę na nią liczyć, więc ta opcja wydaje 
się  być  najbardziej  bezpieczna  i  rozsądna.  Z  drugiej  strony  byłoby  mi 
szkoda  porzucić  wyścigi,  dlatego  rozmyślam  nad  powrotem  do  Palmont. 
Tam również, we względnym spokoju, mogłabym jakoś dalej żyć. 
 

- Czy twoja mama mogłaby się z powrotem przenieść do Palmont, 

żeby tam razem z tobą zamieszkać? 
 

- Nie, raczej nie. I wolałabym też nie wywracać jeszcze jej życia do 

góry nogami - oświadczyła Nikki. 
 

- Rozumiem - odrzekła Kate, kiwając głową. - A czy nie myślałaś 

o tym, żeby zostać tutaj? Mam na myśli - w Kalifornii? 
 

-  Myślałam,  ale  tego  bardzo  się  boję.  Thomas  i  Mia  są  na  mnie 

cięci. Reszta ekipy też za mną nie przepada, więc chyba wolę, nawet przy-
padkowo,  nie  wchodzić  im  w  drogę.  Mam  tylko  dylemat  w  kwestii  
Clarence’a, bo będąc ojcem, należy mu się prawo widywania z dzieckiem, 
a  ja,  jeśli  mam  być  zupełnie  szczera,  wolałabym  już  definitywnie  go  od 
siebie odseparować. 
 

- Przepraszam, jeśli to pytanie będzie zbyt intymne, ale jak duże 

są szanse, że to właśnie Clarence jest ojcem? 
 

- Dziewięćdziesiąt procent. 

background image

29 

 

 

- W takim układzie myślę, że na razie powinnaś upewnić się,  czy 

twoje  podejrzenia  są  słuszne,  a  to  niestety  wymaga,  żebyście  razem  
z Clarencem poszli na badania. 
 

- Wiem, ale masz rację. Tak trzeba zrobić - przyznała Nikki. 

 

- Bo jeśli okazałoby się, że nie Clarence, a ten policjant jest ojcem, 

to wiele problemów rozwiązywałoby się samo. On raczej nie będzie upo-
minał się o prawo do widywania z dzieckiem, bo to jakiś skończony frajer, 
więc  w  takim  wypadku  byłabyś  zupełnie  niezależna  w  podejmowanych 
decyzjach. Natomiast jeśli rzeczywiście okaże się, że ojcem jest Clarence, 
to wtedy będzie trzeba pomyśleć, co z tym dalej zrobić. 
 

-  Dziękuję  -  powiedziała  Nikki,  patrząc  na  Kate  poważnie.  -  To 

wszystko będzie bardzo trudne, ale już wiem, co powinnam robić. 
 

-  Możesz  liczyć  na  moją  pomoc  -  zapewniła  właścicielka  BMW.  -  

I jeśli mogę coś od siebie dodać, już nie jako psycholog, a tak od serca, to 
byłoby mi bardzo miło, gdybyś jednak została w Kalifornii  - oświadczyła, 
spoglądając nieśmiało na swoją rozmówczynię. 
 

Nikki  uśmiechnęła  się  błogo,  czując,  że  Kate  naprawdę  nie  chce 

dłużej być jej wrogiem. Zaczęło się od prośby o pomoc w kwestiach me-
chanicznych, potem było zaproszenie do rodzinnego domu, szczera roz-
mowa,  przeprosiny  za  wcześniejsze  zachowanie,  a  na  końcu  propozycja 
pomocy i deklaracja sympatii. To wszystko musiało coś znaczyć. 
 

- Ty chyba też musisz mieć do mnie słabość, co? - zapytała rado-

snym  tonem,  bezbłędnie  podsumowując  ostatnie  poczynania  swojej  roz-
mówczyni. 
 

-  Tak,  przyznaję  się  szczerze,  że  mam  do  ciebie  jakąś  dziwną, 

niewyjaśnialną  słabość  -  oświadczyła  Kate.  -  I  nawet  jeśli  jest  to  wbrew 
logice  funkcjonowania  cyborgów,  to  jest  mi  z  tym  defektem  bardzo  do-
brze. 
 

- A przestańże już z tymi cyborgami - zirytowała się na żarty wła-

ścicielka  Forda,  podnosząc  się  z  fotela  kierowcy.  -  Jeszcze  raz  przepra-
szam, że kiedyś cię tak nazwałam - rzekła, zbliżając się do szafki, na któ-
rej odstawiła opróżnioną już filiżankę. 
 

- A ja przepraszam za to, że miałaś słuszne powody ku temu, by 

to  zrobić  -  odpowiedziała  Kate,  ruszając  jej  śladem.  -  To  jak?  Zgoda?  - 
zapytała, wyciągając do Nikki dłoń. 

background image

30 

 

 

- Jasne - ucieszyła się kobieta, natychmiast ją ściskając. - O cho-

lera - odskoczyła szybko niczym poparzona.  - Co ty masz za prąd w tej 
ręce? 
 

- Jaki prąd? - zaśmiała się właścicielka garażu. 

 

- Miałam uczucie, jakby mnie tak delikatnie prąd kopnął - tłuma-

czyła Nikki, ze zdziwieniem patrząc na swoją rękę. 
 

- To może sprawdź lewą - zaproponowała Kate, wyciągając drugą 

dłoń. 
 

Tym razem Nikki była w stanie wytrzymać znacznie dłużej, bo jak 

się okazało, to uczucie było szokujące tylko za pierwszym razem. 
 

- Tu jest to samo - stwierdziła w końcu. - Co to za cuda? - zasta-

nawiała się głośno. 
 

- Myślę sobie, że to pewnie jest tak, że jako cyborg  muszę mieć  

w obiegu odrobinę prądu, żeby się nie wyłączyć - zaczęła z rozbawieniem 
Kate. - A przez tą słabość do ciebie mam zwarcia i dlatego ten prąd... 
 

- Zaraz ci przyłożę - uprzedziła serdecznie Nikki. - Pokaż jeszcze, 

no nie wiem, może głowę - poprosiła, po czym delikatnie przyłożyła dłoń 
do  jej  policzka.  -  O  nie,  tu  jest  jeszcze  gorzej  -  poddała  się  po  krótkiej 
chwili. - Ale to nie jest pierwszy raz, kiedy się tak dzieje. To samo wraże-
nie miałam podczas naszego pożegnania przed tym jesiennym wyjazdem 
do Palmont. 
 

- Przysięgam, że nie żywię się prądem  - uśmiechnęła się właści-

cielka  BMW.  -  Zresztą  ja  też  czuję  taką  dziwną  energię,  która  przepływa 
przez twoje dłonie. 
 

- Naprawdę? A więc to działa w dwie strony - odetchnęła Nikki. - 

To dobrze, bo już myślałam, że coś ze mną nie tak. 
 

- Chyba ze mną, jeśli już coś. W końcu to ja ciebie kopię prądem. 

 

- Możesz kopać nadal. To całkiem przyjemne - przyznała kobieta, 

po raz kolejny wyciągając dłoń w kierunku dłoni Kate. 
 

- W takim razie gdybyś kiedyś poczuła, że rozładowuje ci się bate-

ria, to przyjeżdżaj. Podładujesz się trochę ode mnie - zaśmiała się nasto-
latka, pozwalając Nikki chwycić się za rękę. 
 

- O, to dopiero propozycja  - odrzekła właścicielka Forda.  - Taka 

trochę dwuznaczna - dodała niemalże szeptem, spoglądając z uśmiechem 
na twarz swojej rozmówczyni. 

background image

31 

 

 

-  Może  trochę  -  przyznała  Kate.  -  Jak  samochód?  -  zapytała, 

wskazując na Eclipse’a. 
 

- Już co nieco o nim wiem - odpowiedziała Nikki, ponownie zaglą-

dając pod maskę żółtego wozu. - Ale dobrze by było, gdybym zabrała go 
na przejażdżkę. 
 

- Jasna sprawa. 

 

- W takim razie przejrzę jeszcze parę drobiazgów i za kilka minut 

możemy ruszać. 
 

By nie przeszkadzać specjaliście w pracy, Kate odsunęła się nieco 

na bok i tak szukając sobie na tę krótką chwilę jakiegoś zajęcia, ponownie 
zbliżyła się do wciąż cicho grającego radia. 
 

Dziś  była  najwyraźniej  jakaś  dobra  passa,  bo  z  głośników  wydo-

bywała się kolejna już przyjemna piosenka, a to sprawiło, że właścicielka 
domu i garażu odkręciła nieco regulator  głośności i gdy tylko słyszeć się 
dały kolejne wyśpiewywane przez wokalistę słowa, zaczęła śpiewać razem 
z nim: 
 

Hungry eyes 
One look at you and I can't disguise 
I've got  
Hungry eyes 
I feel the magic between you and I 

2

 

 

 

- Słuchaj, a może tobie pomyliły się ścieżki kariery - uśmiechnęła 

się Nikki. - Może to nie astronomia, a muzyka jest twoim przeznaczeniem. 
 

- Nie sądzę. Wycie jak wilk do księżyca nie uczyni ze mnie gwiaz-

dy muzyki. I jakieś marne pobrzękiwanie na pianinie również nie. 
 

-  Grasz  na  pianinie?  -  zaciekawiła  się  właścicielka  bordowego 

Forda. 
 

- Czekaj, ciiii. 

 

Kate wyłączyła radio, wsłuchując się w głos dobiegający z salonu. 

                                                           

2

 Słowa  pochodzą  z  piosenki  Erica  Carmena  pod  tytułem 

„Hungry  Eyes”  wydanej  

w 1987 roku, znanej szczególnie ze względu na pojawienie się w filmie 

„Dirty Dan-

cing”. 

background image

32 

 

 

Arek, dlaczego twój samochód stoi przed wejściem? Arek? Gdzie ty 

się podziewasz? 

 

-  Ups,  jesteśmy  w  niebezpieczeństwie  -  oznajmiła,  patrząc  na 

Nikki niby przerażonymi oczyma. - Wspominałaś o przejażdżce... - prze-
rwała nagle, mając coraz silniejsze wrażenie, że jej mama za chwilę znaj-
dzie się garażu. - Wsiadaj szybko - poleciła, śmiejąc się głośno. - Ucieka-
my.