background image

DZIENNIK TRÓJKOWEJ 

BRIDGET JONES,

CZYLI 

BRYGIDY JANOSKIEJ

pod redakcją Hanny Marii Gizy

2002 r.

background image

2

SŁOWO WSTĘPNE

Nie spodziewałam się aż takiego szaleństwa! Bo nie dość, że Dziennik Trójkowej 

Bridget  Jones,  czyli  Brygidy  Janoskiej  powstał,  to  na  dodatek  otrzymał  wyróżnienie 
w KONKURSIE NA DZIENNIK POLSKIEJ BRIDGET JONES, ogłoszonym przez Zysk 
i S-ka Wydawnictwo.  (Żeby  nie  było  nieporozumień:  wyróżnienie  nie  jest  gratyfiko-
wane żadną rozkoszną sumką; nie tylko nie „rozkoszną”, ale w ogóle żadną — a szko-
da!)

Zaczęło się tak: Zysk i S-ka Wydawnictwo rozesłało „List gończy” w sprawie nieja-

kiej B.J., która rzekomo zaginęła gdzieś w Polsce. Trójka pierwsza złapała ten news, bo 
taki ma zwyczaj, że pierwsza łapie wszystkie newsy, i przyłączyła się do akcji poszuki-
wania B.J. — ale Trójkowej! I udało się. W naszej wspólnej zabawie wzięło udział ponad 
czterdzieści słuchaczek. Do ścisłej czołówki zakwalifikowały się — teraz liczę: Gosia, 
czyli Lidia Małgorzata Klimowicz, i Ania Łabno, to dwie najaktywniejsze autorki (wła-
ściwie każda z nich mogła napisać swoją prywatną fascynującą opowieść o życiu); nie-
zła była też Hania Potulska (opowieść o tym, jak kot Wacek ukradł kotlet schabowy, aby 
ratować swoją panią od kapuścianej śmierci, jest super!); były też perły literackie „z do-
skoku”. Jedna nawet swoją opowieścią o wisience w klozecie tak bardzo wzburzyła nie-
których hipokrytów (hipokrytki), że do dzisiaj to czuję — z tego wszystkiego zgubi-
łam rachunek... No, już policzyłam: dziewiętnaście utalentowanych, władających lek-
kim piórem autorek wspólnie napisało Dziennik Trójkowej Bridget Jones, czyli Brygidy 
Janoskiej.  
Pełną  listę  Autorek  — ponieważ  konkurs  był  absolutnie  i totalnie  femini-
styczny — przedstawiam na stronie ósmej.

Panowie  protestowali: „Nie  podoba  mi  się  dyskryminacja  mężczyzn  przy  pisa-

niu Trójkowej wersji Dziennika. Informuję jednak, że faceci nie gęsi i posiadają własną 
wersję tej książki” (tak napisał Jaro), i zwierzali się: „Przyznam, że przez chwilę kusiło 
mnie, aby się wcielić w rolę mojej ukochanej bohaterki Agateu i przekazać jej zwierze-
nia, ale zrezygnowałem, traktując poważnie Pani zakaz wjazdu dla panów” (to Jehor ze 
Stuttgartu).

Były i takie listy: „Jestem, niestety, popaprańcem, a przynajmniej należę do tej poło-

wy. Niemniej bardzo mi się podobają polskie wersje Dziennika B.J. Chciałbym, aby nie 
upubliczniane wersje dostępne były w Internecie. Choć te z anteny tym bardziej! Są re-
welacyjne, płakałem ze śmiechu. Oryginał nie dorasta”.

background image

2

Niektórzy próbowali podszywać się pod B.J., ale szybko zostali zdemaskowani.
Nasza wspólna zabawa zaczęła się w dniu fatalnym, 11 września, tuż przed atakiem 

na World Trade Center, i ta niewyobrażalna zbrodnia odcisnęła także swoje piętno na 
niewinnej zabawie w pisanie książki. Tak się jakoś stało, że Dziennik Trójkowej B.J. po-
wstawał  głównie  w poczcie  elektronicznej,  aczkolwiek  kilka  godnych  uwagi  kartek 
Dziennika przyszło pocztą tradycyjną.

Okazało się, że najwięcej Autorek mieszka w Poznaniu, a więc tam jest miejsce akcji, 

zgodnie zresztą z intencją Lidii Małgorzaty Klimowicz, choć nie wszystkie poznanianki 
zakwalifikowały się do druku — z nadmiaru nadesłanych prac. Musiałam całość jakoś 
uporządkować i zredagować, ponieważ Panie były łaskawe hasać po całej Polsce, gubić 
wątki i zaskakiwać mnie coraz to nowymi imionami swoich bohaterów.

Na przykład z jednego z listów (jakoś tak z dwutygodniowym opóźnieniem) do-

wiedziałam się, że Rafał to Daniel, który po drodze zdążył przez chwilę być Filipem. 
Super! Ale to nie koniec, bo chwilę potem przeczytałam w poczcie elektronicznej, że 
„Pan S — to tak naprawę Pan X, czyli wymarzony z ostatniego odcinka Aleksandry”.

Czasami trudno było mi połączyć te wszystkie bardzo skomplikowane wątki, ale 

chyba się udało.

Czasu  miałyśmy  niewiele  — od  11  września  do  30  października  — z dwukrotną 

tylko emisją w ciągu tygodnia na antenie Trójki, a włączyłyśmy się w konkurs literacki 
Zysk i S-ka Wydawnictwa z miesięcznym opóźnieniem. A więc: nie jest źle! Zaryzykuję 
nawet stwierdzenie, że jest fantastycznie! Talenty literackie, jak nie oszlifowane szla-
chetne kamienie, są w zasięgu ręki. Trzeba tylko po nie sięgnąć. Wszystkim Autorkom 
serdecznie gratuluję i dziękuję za wspólną zabawę.

Hanna Maria Giza

background image

5

DZIENNIK TRÓJKOWEJ BRIDGET JONES,

CZYLI BRYGIDY JANOSKIEJ

pod redakcją Hanny Marii Gizy

Lista autorek:
1. Jolanta Dybowska
2. Anna Fryc
3. Anna Gawrych-Żukowska
4. Inka
5. Lidia Małgorzata Klimowicz
6. Anna Koziołek
7. Joanna Legan
8. Anna Łabno
9. Elżbieta Mickiewicz
10. Barbara Miedzińska-Hawajska
11. Grażyna Mospan
12. Nika
13. Julia Palacz
14. Hanna Potulska
15. Aleksandra Puzyńska
16. Agata Widzowska-Pasiak
17. Joanna Wojewska
18. Dorota Wrzesińska
19. Monika Wypych

background image

5

11 września 2001 roku, wtorek

7.00. Mam wrażenie, że budzik już raz dzwonił. Jeśli tak, to po pierwsze: nie słysza-

łam go. Bo przecież mam tylko wrażenie. Po drugie: trzeba, niestety, wstawać. Niechętnie 
otworzyłam oczy i natychmiast przypomniałam sobie, co — według najnowszych zale-
ceń psychoterapeutów — powinnam zrobić.

Błyskawicznie zamknęłam oczy i wyszeptałam, nie gubiąc rytmu oddechu:
— To będzie wspaniały dzień, zasługuję na wszystko, co najlepsze.

7.15. Jasne! Powinnam się zrelaksować przed ciężkim dniem. To, co mnie dzisiaj 

czeka, to dwie korekty, cztery kawy, lunch z kolegami + czat. Właściwie mogłoby wy-
starczyć parę ćwiczeń, żeby złapać dobrą kondycję, ale przecież nie mam czasu!

7.20. OK! Zrobię to wieczorem. W ogóle od dzisiaj regularnie pół godziny dziennie. 

Najlepiej po pracy, przed wieczorną dawką TV. Tak. Pół godziny dziennie!

7.22. Wyskakuję z łóżka bardzo z siebie zadowolona, w końcu nieczęsto podejmuje 

się tak ważkie decyzje. Wyskakuję więc ze swojego double-bed — cholera!, już niedługo 
nie będzie to tylko teoria bez pokrycia.

— Zasługuję na miłość i wspaniałego faceta — podśpiewuję, biegnąc do łazienki.

8.30. Mam zrobiony makijaż, włosy na żel, na sobie lniany żakiet i spódniczkę, pan-

tofle na płaskim obcasie i jestem gotowa do wyjścia. Jeszcze jedno spojrzenie w lustro? 
No, nieźle... Może powinnam troszeczkę ograniczyć słodycze.

Ale znowu te anorektyczki... Poza tym mama mówi: „Nie przesadzajmy, prawdziwa 

kobieta musi mieć trochę ciała”. No, więc mam!

8.32. Biegnę do windy i czuję, że mam go za dużo.

8.34. Muszę teraz szybko wcelować w przycisk, zanim zrobi to ktoś przede mną 

i winda, nie zatrzymując się, z powrotem zjedzie w dół. Tu wszyscy kradną sobie windę. 
Jest! Złapałam ją!

background image

6

8.38. Przed domem grzecznie odkłoniłam się Markowi — przystojniaczkowi spod 

ósemki. Nie cierpię faceta! Parę miesięcy temu, kiedy się tu wprowadził, wdzięczył się 
do mnie, uśmiechał, czarował, mówił, że ludzie nie mogą żyć samotnie, że w tych cza-
sach tak trudno o prawdziwe uczucie, że kobiety tylko czekają, zamiast przejąć inicjaty-
wę, że mężczyźni tak naprawdę są wystraszeni itd., itd. I ja, głupia, dałam się na to zła-
pać.

„No,  jasne  — myślałam  — człowiek  nie  jest  przecież  samotną  wyspą! Wiem  coś 

o tym”.

Kupiłam wino za 62 złote, zapukałam do jego drzwi pod ósemką i... nigdy sobie tego 

nie daruję! Otworzyła mi piękna dziewczyna. To była jego żona, Ania. Ślub wzięli zale-
dwie miesiąc temu. Byłam na siebie wściekła. Plotłam jakieś głupoty o stosunkach do-
brosąsiedzkich i rozpaczliwie szukałam pretekstu, żeby wyjść. Nie było to jednak takie 
proste. Ania okazała się bardzo miła i gościnna, a Marek rozpływał się w nadskakiwa-
niu i wychwalaniu swojej żony. Musiałam wysłuchać całej historii ich fantastycznego 
odnalezienia się wśród milionów, wykładu na temat przeznaczenia, banałów o dwóch 
połówkach... itd., itp., itd.

On w moich oczach już nie żył! Od tamtego dnia nie zamieniliśmy ani słowa poza 

zdawkowym: „Dzień dobry, co słychać?” Miałam wrażenie, że i to jest dla niego kłopo-
tliwe. Parę razy zauważyłam, jak chował się przede mną, żeby tylko uniknąć rozmowy. 
Dureń!

— Moje życie jest fascynujące, dobrze zarabiam, dobrze wyglądam, mogę robić to, 

co chcę, jestem szczęśliwa!

8.40. Wsiadam do samochodu. No, tak, mój służbowy matiz kolejny raz został po-

zbawiony lusterka! Radio zabieram ze sobą, nauczyłam się za trzecim razem, ale nie 
będę przecież odkręcała na noc lusterek?! Znowu 300 złotych w błoto! A miałam kupić 
sobie perfumy. Chyba jednak wynajmę garaż.

9.15. Tylko piętnaście minut spóźnienia. Mam nadzieję, że dzisiaj nikt tego nie za-

uważył,  wszyscy  siedzą  z nosami  w swoich  tekstach.  Zaparzyłam  sobie  wielki  kubek 
kawy, postawiłam na biurku i klik, klik — jestem na czacie. Aż się roi od facetów, ale nie 
brak także wygadanych, inteligentnych dziewczyn. Ciężka sprawa. Proponuję wejście na 
priv. komuś o nicku samotny. Rozmawiamy, jest miło, chwali moje dowcipy i erudycję... 
Jest bardzo miło. Mieszka na drugim końcu Polski. Nie szkodzi. Mamy te same upodo-
bania, mówi do mnie: „Kochanie”... Coś za szybko! I proponuje wirtualny seks!

„Ty dupku!” — myślę i natychmiast kończę czat. Czy nie ma już na świecie normal-

nych facetów? Do diabła! A może to ja nie zasługuję na normalne życie?

Ciągle coś jest nie tak, wiecznie popełniam jakieś gafy. Nie umiem zdobyć faceta. 

Nie potrafię nikogo przy sobie zatrzymać. Nawet przez Internet faceci wyczuwają, że 

background image

6

jestem „na głodzie”. Czy ja mam to wypisane nie tylko na twarzy? Zaczynam bredzić 
o tym, że „zasługuję na wszystko, co najlepsze...” No, nie, kompletna kretynka! Biorę się 
do pracy.

15.00. Co tak cicho? Patrzę spod nastroszonej grzywki to w lewo, to w prawo. O co 

chodzi? Dlaczego tak nagle wszystko ucichło?! Paweł podkręca radio. W Trójce mówią 
o ataku na World Trade Center.

Sama sobie ogłaszam 24-godzinny dzień żałoby. Po co komu te zapiski mojego bez-

nadziejnego życia, skoro tam zginęły tysiące?

background image

8

9

13 września, czwartek

7.20. Siedzę w swoim samochodzie i wrzeszczę. Nie wiem, dlaczego wrzeszczę, ale 

coś tak strzeliło, że pomyślałam, że to bomba, zamach na moje życie, i mało nie wylą-
dowałam na drzewie. Od dwóch dni nie śpię ze strachu, że będzie wojna. Zamykam 
wszystkie okna, zaciągam zasłony i przykrywam kołdrą głowę, żeby choć na chwilę za-
snąć. Mężczyznę trzeba mieć po to, żeby bać się razem. A to znaczy — trochę mniej. 
Nagle to odkryłam!

7.25.  Siedzę  w samochodzie  i już  nie  wrzeszczę,  ale  czuję,  jak  krew  odpływa  ze 

wszystkich moich członków. Pomyślałam o mamie. Gdyby jechała ze mną, na pewno 
oskarżyłaby mnie o to, że chcę ją wykończyć.

7.27. Już wiem — złapałam gumę. Cholera! Wstałam wcześniej o godzinę i o go-

dzinę wcześniej wyjechałam z domu, bo szef chciał ze mną porozmawiać o „odpowie-
dzialnym zadaniu, w sam raz dla pani”, czyli dla mnie. Chyba mnie nie zna, skoro odpo-
wiedzialne zadania wyznacza na ósmą rano!

7.30.  Muszę  zadzwonić.  Gdzie  najpierw  — po  pomoc  drogową  czy  do  redakcji? 

Pomoc drogowa mnie wyśmieje. Już to słyszę: „Poszła guma? Ha, ha, ha!” i te znaczące 
spojrzenia. Nawet przez telefon je widzę: „Co, blondynka?! Ha, ha, ha!”

Muszę zmienić koło sama. W kostiumie? I bez koła zapasowego?

7.35. Dzwonię do redakcji... Jasna cholera! Komórka rozładowana — przecież łado-

wałam ją wczoraj. Ruszam na poszukiwanie telefonu.

7.40. Cudnie! Po prostu cudnie! To już drugi telefon, który nie działa. Jak może być 

inaczej, skoro nie ma słuchawki, a do kabla raczej nie pogadasz. Za to nad „telefonem” 
wzruszający napis: „Ten telefon może uratować komuś życie, nie niszcz go”. Jasne!

7.50.  Nareszcie  sprawny  telefon!  Wkładam  nowiutką,  kupioną  wczoraj  kartę. 

„Przezorny zawsze ubezpieczony” — powtarzał mi ojciec. Co jest?! „Nieczynna” i „nie-
czynna”! Chyba dostanę szału!

background image

8

9

7.55. Próbuję przekroczyć jezdnię w niedozwolonym miejscu. Co za kretyn trąbi?! 

Jakby nie wiedział, że nie wolno bez uzasadnienia używać klaksonu w mieście. O! Matiz 
podobny do mojego! Chyba nawet identyczny... Czy ja zamknęłam samochód?!

8.05.  Zawracam  i pędzę  z powrotem.  Jest!  Stoi.  Kto  chciałby  ukraść  taki  rozkra-

czony kapeć. Mam jednak powód do dumy: zamknęłam!

8.20. Jestem na poczcie. Wrzucam do okienka kartę i prawie krzyczę:
— Co to za karta? Nowa, nie używana i nie działa! Może podrobiona!
Panienka w okienku odpowiada ze stoickim spokojem:
— Nie uruchomiła pani karty.
Jak to — nie uruchomiłam? Ja? Nie uruchomiłam? Piętnaście razy wkładałam ją do 

automatu telefonicznego.

—  Proszę  pani  — mówię,  przeszywając  ją  spojrzeniem  jadowitej  anakondy  — ja 

używam komórki. Karta przy tym, to...!

—  O, teraz będzie  działała.  — Spokojnie odłamała rożek karty i podała mi ją ze 

spojrzeniem, które nie pozostawiało złudzeń: „Proszę państwa, mamy do czynienia z to-
talną idiotką”.

8.25. Karta działa. Dzwonię. Pani Zuzia, sekretarka szefa, mówi:
— A cóż to taki ranny ptaszek? Szef wyjechał o ósmej i wróci za tydzień.
— Jak to „wróci za tydzień”? Przecież umówił się ze mną w związku z bardzo od-

powiedzialnym zadaniem.

— Widocznie miał bardziej odpowiedzialne zadania — odpowiada z nutką kpiny 

pani Zuzia. A przecież się lubimy!

Świetnie! O odpowiedzialnych zadaniach nie ma co marzyć w najbliższej dziesię-

ciolatce. Dzwonię po pomoc drogową.

8.35. Stoję przy samochodzie. Nie sama. Jest ze mną policjant.
— Oczywiście, ma pan rację — jąkam. — Zapomniałam o tym przeklętym trójką-

cie.

Mandat. Policja odjechała. Wystawiam trójkąt i wracam na pocztę, bo podałam po-

mocy drogowej nazwę ulicy, ale nie podałam numeru, przy którym stoję. To dlaczego, 
do cholery, powiedzieli: „Już jedziemy”? Ale za to karta działa.

9.20. Zabrali matiza do warsztatu. Mówią, że poszła nie tylko guma. Ciekawe, na ile 

mnie oskubią?

background image

11

9.30.  Od  dziesięciu  minut  stoję  na  tym  zakichanym  przystanku.  Zimno  jak  sie-

dem nieszczęść. No, żebym tylko nie wywołała wilka z lasu. Przecież dzisiaj trzynaste-
go. Dobrze, że nie piątek!

10.00.  Nareszcie  w redakcji.  Godzinę  później  niż  zwykle.  Pani  Zuzia  zatroskana 

woła:

— Co się stało, Brygido? Upłynęło półtorej godziny od twojego telefonu. Chcieliśmy 

już dzwonić na policję!

— Świetny dowcip — burknęłam pod nosem i zauważyłam, że Paweł postawił na 

moim biurku filiżankę gorącej herbaty. „On jest w porzo...” — pomyślałam.

background image

11

14 września, piątek

8.45. Drugi dzień bez samochodu. Do pracy jadę taksówką. Kompletnie nie po-

trafię się przystosować. Nie wiedziałam, o której wstać, nie zdążyłam zrobić makijażu, 
nie mówiąc już o tym, co mam na głowie. Jeśli ktoś chciałby mnie zapytać, co robiłam 
od świtu, kiedy wstałam — niech pyta! Odpowiem: „Nie wiem!” W moim samocho-
dzie, kiedy stałam na światłach, mogłam przynajmniej dokończyć makijaż. Kilka razy 
w korku udało mi się pomalować paznokcie. Teraz będzie to właściwie niemożliwe.

8.50. Stoimy w korku. Mam mokre włosy i nie wzięłam suszarki, ale przecież w tak-

sówce i tak nie ma gdzie podłączyć. Jak na złość kierowca jest typem mężczyzny, dla 
którego mogłabym stracić głowę. No, przynajmniej na chwilę. Mogłabym być czaru-
jąca i mogłabym przecież sprawić, żeby on też się mną zainteresował. No, przynajmniej 
przez chwilę. Ale bez pełnego makijażu nie mam żadnej szansy.

9.00. Stoimy w korku. Pomyślałam, że kobieta bez makijażu jest naga. Poczułam się 

bardzo głupio i wsunęłam swoje zbyt obszerne ciało w najgłębszy kąt tylnego siedzenia. 
Modliłam się, żeby taksówkarz nie miał ochoty na pogawędkę. Miał.

9.10. Stoimy w korku. Ten sakramencko przystojny taksówkarz jest w doskonałym 

nastroju — jasne, stoimy w korku, a licznik bije! Jestem cholernie niesprawiedliwa, bo 
co on może zrobić? Zagadywał, wypytywał, a ja tylko burczałam coś pod nosem i zby-
wałam go krótkimi odpowiedziami, nie zachęcającymi do podtrzymania konwersacji.

9.20. Przed redakcją. On wysiada z samochodu, żeby otworzyć mi drzwi. Dlaczego 

on jest taki przystojny i na dodatek ma kindersztubę? Biegnę jak szalona dwa piętra 
w górę.

Mówił, że zna perfect angielski! Mówił tak, jakby wiersze pisał! To nie może być 

zwykły taksówkarz. Walę głową w ścianę. To nie może być zwykły taksówkarz!!!

9.25. Brygido! — Paweł z troską pochyla się nade mną. — Czy coś się stało?

background image

12

13

—  Daj  spokój,  Paweł,  po  prostu  znowu  spóźniłam  się  do  pracy  — odpowiadam 

z miną niewiniątka przyłapanego na gorącym uczynku. — I na dodatek, nie radzę ci, 
żebyś zobaczył, jak wyglądam bez makijażu i z tym sianem na głowie. Odejdź tak szyb-
ko, jak to możliwe — proszę.

—  Nie  przejmuj  się  — mówi.  — Masz  trochę  czasu  na  toaletę.  Naczelny  wró-

cił  nieoczekiwanie  i zamknął  się  z prezesami  i księgową.  — Uśmiechnął  się  tajemni-
czo. — Widziałem przez okno, jak wysiadałaś z taksówki. Nie radzę ci zaprzyjaźniać się 
z tym taksówkarzem. To niebezpieczny facet. Wrócił właśnie z Afryki i chwilowo jeździ 
na taksówce jako zmiennik. Ja też z nim kiedyś utknąłem w korku. Tak naprawdę jest 
weterynarzem i wszystkie panienki to dla niego towar.

Zanim zdążyłam ochłonąć ze zdumienia, zniknął.

9.30. Poczułam cholerną złość. Co jest?! Dlaczego Paweł ma mi radzić, czy mogę, 

czy nie mogę zadawać się z taksówkarzem?! Albo z kimkolwiek innym!

9.45. Siedzę przy biurku i piję gorącą, zaparzoną przez Pawła kawę. Powoli zaczy-

nam rozumieć, że to nie mój taksówkarz jest najważniejszy, ale szef, który zamknął się 
w gabinecie z prezesami i księgową. OK, to jestem w stanie przyjąć.

10.00. W redakcji  panuje  złowroga  cisza. Wojtek  po  raz  trzeci  poprawia  koszto-

rys działu reportażu. Paweł próbuje — po raz kolejny — naszkicować logistyczny pro-
fil tygodnika. Pani Zuzia parzy kawę, wsypując całą paczkę do ekspresu. Chyba zwario-
wała!

Wojtek zaczął opowiadać dowcipy o blondynkach, ale ponieważ słyszeliśmy je już 

pięćdziesiąt razy, nikogo nie bawiły. Oprócz mnie, rzecz jasna.

10.15. Zastanawiam się, co czuję? Boję się? Nie, nie mogę się bać. Skończyłam filo-

logię polską, kursy: komputerowy, zarządzania, angielski, projektowania wnętrz i kilka 
innych. Nie ma się co śmiać, trzeba próbować wszystkiego. Jeśli jakiś dupek przyczepi 
się  do  mnie,  to  wyśpiewam  mu  jak  na  spowiedzi:  mam  tytuł  magistra,  pracowałam 
jako opiekunka do dzieci, dostawca pizzy, ekspedientka w ekskluzywnym butiku, a nie 
w lumpeksie, tłumaczka z angielskiego spotkań z przedstawicielami struktur pozarzą-
dowych z ich odpowiednikami z Anglii, Niemiec i Belgii. Mam nadzieję, że przynajm-
niej Angole zrozumiały, o co chodzi. Wtedy ja także zrozumiałam, że jesteśmy choler-
nie bogatym krajem, który „wylewa pieniądze za kołnierz i wyrzuca w błoto”. Czy na-
prawdę jesteśmy aż tak bogatym krajem? Jeśli jedna mała, głupia blondynka jest świad-
kiem jakichś dziwnych manipulacji finansowych, to co powinna zrobić? Milczeć. OK 
— milczę.

background image

12

13

11.00. Ale to, czego się nauczyłam, jest tylko moje. Kiedy przeczytałam ogłoszenie 

w gazecie, że wydawca tygodnika dla pań poszukuje korektorki, nie zastanawiałam się 
ani przez moment. „Dzisiaj korektorka, jutro pisarka” — pomyślałam. „Przecież zasłu-
guję na wszystko, co najlepsze”. I tak zaczęła się moja redakcyjna kariera. Teraz już nie 
robię korekty, to znaczy — nie tylko, redaguję także niektóre teksty. Czasem nawet prze-
prowadzam bardzo ważne rozmowy. To jest coś!

11.20.  Paweł  przechodząc  obok  mojego  biurka,  bąknął  coś  o redukcji  etatów. 

Zwariował, przecież mnie to nie dotyczy!

11.40. Mimo wszystko czuję podwyższony poziom adrenaliny. Bardzo jestem cieka-

wa, co z tego wyniknie. Co tam knują za drzwiami?! Czy w związku z tym, co zamierza-
ją, moje życie znowu będzie musiało ulec zmianie? Właściwie nie mam nic przeciwko 
temu. Wszystkie zmiany — z niewielkimi wyjątkami — przynosiły mi do tej pory ko-
rzyści. Na przykład to, że wyprowadziłam się od mamy, dało mi poczucie samodziel-
ności. To prawda, że miałam gdzie się wyprowadzić, bo ojciec zadbał o to, żebym miała 
swoje przytulne mieszkanko na Winogradach. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka, oddziel-
nie  kibelek,  balkon.  Kochany  tata.  Kupił  mi  je  ze  swoich  lekarskich  oszczędności  na 
krótko przed śmiercią. I niech sobie nikt nie myśli, że kupił mi mieszkanie za pieniądze 
umierających pacjentów. Całe życie brzydził się łapówkami i uczciwie oszczędzał, co 
było powodem nieustających awantur z moją wiecznie niezadowoloną mamą. Szkoda, 
że nie mogę już z nim pogadać, kiedy dopada mnie chandra. Cholera! Zaczynam się 
rozczulać.

12.00. Drzwi otworzyły się z rozmachem. Wyszła księgowa, prezes, wiceprezes i nasz 

szef. Zaczął od sytuacji w firmie. Powiedział, że ostatnio jest coraz gorzej. Terminy płat-
ności bardzo się wydłużyły — coraz więcej dłużników, ale rosną również zobowiązania. 
Dzwonią telefony w sprawie należności, my również wydzwaniamy w sprawie należno-
ści i kółko się zamyka.

— Trzeba zacisnąć pasa — powiedział z desperacją. Wielka trójca postanowiła ob-

niżyć koszty własne po to, aby nie było zwolnień.

12.10. Na biurku szefa położyłam kluczyki od matiza (i tak stoi w warsztacie).
Gotowa jestem zrezygnować na jakiś czas z samochodu (jak wyżej).
Położyłam komórkę obok trzech innych — trudno, jeden za wszystkich, wszyscy za 

jednego.

background image

15

12.15. Naczelny roześmiał się i powiedział, że aż tak dramatycznie jeszcze nie jest, 

ale liczy na naszą lojalność. A to oznacza, że nie będę mogła flirtować w Internecie i cza-
tować bezkarnie z potencjalnym narzeczonym osobistym. Każdemu z nas wyznaczono 
limit rozmów z telefonów komórkowych. OK! Jakoś wytrzymam.

12.20. Poczekałam, aż zamknęły się za nimi drzwi, złapałam swoją komórkę i po-

biegłam do toalety, żeby o wszystkim opowiedzieć najpierw Iwonie, a potem Ewie.

background image

15

15 września, sobota

9.00. Leżę w łóżku i myślę, że nie lubię weekendów! W piątek zwykle udziela mi się 

euforia innych i tak jak inni cieszę się perspektywą wolnych dni. Mam ambitne plany: 
spotkania z przyjaciółmi, generalne porządki, odrobienie zaległości w słuchaniu muzy-
ki, czytaniu, oglądaniu telewizji itp. Niestety, na planach przeważnie się kończy, ponie-
waż nie mogę się zdecydować, od czego zacząć. Robię wszystko i nic. Wczoraj Iwona 
i Ewa powiedziały, że wyjeżdżają. Iwona z mężem, Ewa z nowym, tajemniczym narze-
czonym. Iwona do teściów w Toruniu, Ewa...? Któż to wie dokąd. To kolejna tajemnica. 
Trochę mnie to denerwuje, bo znów mam w perspektywie samotny weekend.

Postanowiłam zacząć od wypożyczenia filmu. Uwielbiam Meg Ryan i chociaż wi-

działam wszystkie filmy, w których grała, mam ochotę kolejny raz obejrzeć Kiedy męż-
czyzna  kocha  kobietę.  
Ten  moment,  gdy  spotykają  się  przy  barze  i on  daje  jej  kwit 
z pralni i klucze do mieszkania, i kiedy ona siada mu na kolanach, i zaczynają się cało-
wać! Ta scena śniła mi się z tysiąc razy. Uwielbiam przypominać ją sobie, gdy leżę w łóż-
ku. Zamykam oczy i wydaje mi się, że za chwilę poczuję męską dłoń na karku i muśnię-
cie jego warg na moich powiekach. W ubiegły weekend obejrzałam mój ulubiony film 
tylko dwa razy. Tak strasznie się rozkleiłam, że trzeci raz sceny w barze już bym chyba 
nie przeżyła.

9.30. Leżę w łóżku i myślę, że być może zwariowałam, bo przecież takiej miłości 

w naszych czasach nie ma, nie istnieje! „Jesteś beznadziejną, sentymentalną romantycz-
ką!” — krzyczy resztka rozumu w mojej głowie. Nie do końca się z nią zgadzam, ale 
chwilowo zrezygnowałam z wypożyczenia Kiedy mężczyzna kocha kobietę. Z miną „i tak 
swoje wiem” sięgnęłam po Harry’ego Pottera. Początkowo nie rozumiałam, co czytam, 
ale kiedy Harry dostał się do Hogsmeade z pomocą Mapy Huncwotów, zapomniałam 
o Bożym świecie.

13.43. Obudził mnie jakiś dziki łomot. To chyba dzieciaki Wietnamczyków miesz-

kających  nade  mną  bawią  się  w Indian.  Nie,  nie  — nie  jestem  rasistką,  ale  żeby  tak 
w środku nocy? Zerknęłam na zegarek. O rany! 13.43 — wyskoczyłam z łóżka przera-
żona, ale po chwili przypomniałam sobie, że to przecież sobota. Sobota sobotą, a kot 
Wacek nie nakarmiony.

background image

16

17

13.45. Kot Wacek zjada swoją ulubioną porcyjkę Whiskasa, ja włączyłam moją ulu-

bioną Trójkę i zaparzyłam kawę. Wyjrzałam przez okno — pierwszy raz od kilku dni nie 
padało. Pomyślałam o rowerze. Tak, dzisiaj ścieżki rowerowe będą moje. Jeszcze tylko 
jedna kawa, coś malutkiego na ząb, prysznic i jestem gotowa.

14.45. Czatuję na windę. Musi być pusta, bo inaczej rower nawet w pionie się nie 

mieści. Dobra, trzecie podejście...

14.55. Z windy wysiada moja siostra. Zapłakana, wściekła, nawet mnie nie zauwa-

żyła.

— Magda! — Biegnę za nią, rower wywala się z wielkim hukiem, otwierają się drzwi 

sąsiadów.

— Dzień dobry — mówię z uśmiechem i zbieram rower.

15.00. Dobrze, że jesteś w domu — szlocha Magda. — Muszę z kimś pogadać.
I zaczyna: że ma już dosyć, że dłużej nie wytrzyma, gdyby nie Kubuś, to ona by już 

dawno, zakichany biznesmen myśli, że ona jest ślepa, że węch straciła i nie czuje Chanel 
numer 5 na jego marynarkach...

Magda jest ode mnie starsza o siedem lat, od dwunastu pozostaje w szczęśliwym 

związku małżeńskim, czasami miewa gorsze dni. Nie przepadam za szwagrem, ale cóż, 
siostrę mam tylko jedną. Zaparzyłam mocną kawę, otworzyłam okno, kiedy Magda się-
gnęła po trzeciego papierosa (nie palę od ośmiu miesięcy i jestem z tego dumna), przy-
gotowałam kilka paczek chusteczek higienicznych i uzbroiłam się w cierpliwość.

16.00. Ciągle siedzimy w kuchni. Magda trochę się uspokoiła. W którymś momen-

cie zauważyłam ślad na policzku. Czyżby ją uderzył? Kiedy zapytałam, wpadła w szał:

— Nie rób sadysty z mojego męża! Wiem, że nigdy go nie lubiłaś! Ale nie jest taki, 

jak myślisz! Jest dobry, czuły i nie masz pojęcia...

„No, nieźle” — pomyślałam.
Magda popatrzyła na mnie i parsknęła śmiechem.
Wkurzyłam się.
— Po co mi to wszystko opowiadałaś? — Byłam kompletnie zdezorientowana.
— Och, wiesz, był jakiś drobny incydent, na który w ogóle nie zwróciłabym uwagi, 

gdyby  nie  napięcie  przedmiesiączkowe.  — Śmieje  się  tak,  jak  kiedyś  w dzieciństwie, 
kiedy udało nam się bezkarnie narozrabiać.

Nie wiem, czy robi mnie w bambuko, czy próbuje zatrzeć chwile słabości. Zresztą 

nieważne. Ważne, że jest sobota, a ja nie jestem sama.

background image

16

17

16.30. Wyruszamy z Magdą na podbój Poznania. Ma wolne popołudnie, bo Michał 

(mąż) i Kuba (syn) wybrali się na ryby. „Ewakuowali się” — pomyślałam, ale głośno po-
wiedziałam, że to super, bo możemy spędzić sobotę tylko we dwie. Nieczęsto miałyśmy 
ostatnio taką okazję.

21.00. Telewizor włączony, a ja leżę z nogami ułożonymi wysoko na oparciu kana-

py. Nie wiem, ile kilometrów zaliczyłyśmy z Magdą, ale dużo. Było cudownie. Najpierw 
spacer, potem kawa w ogródkowej kawiarence, potem Quo vadis — bo Michał kupił bi-
lety i mieli pójść razem, ale był tak miły, że zgodził się, żebym go zastąpiła. Film, nie-
stety, „papierowy”, wolę książkę, jedyna dobra scena to ta, kiedy lwy rozszarpują ludzi. 
Potem poszłyśmy na kolację do naszej ulubionej knajpki „Pod Aniołem”. Niezła chro-
nologia, prawda?

Obsługiwał nas nowy, bardzo przystojny kelner. Moja siostra dała popis mistrzow-

skiego flirtowania. Ja nie mogłam wydobyć z siebie ani słowa. Podziwiałam jej swobo-
dę, poczucie humoru, błyskotliwą inteligencję i ani śladu napięcia przedmiesiączkowe-
go! Gdyby Michał ją teraz zobaczył! Pomyślałam, że ta pewność siebie wynika w jakimś 
stopniu z tego złotego krążka na palcu. Była uosobieniem wszystkiego, o czym marzy-
łam. I była moją siostrą! Dzisiaj wielokrotnie zastanawiałam się, czy chciałabym wyjść 
za mąż.

Hmm... Nie jestem pewna.

21.30. Położyłam maseczkę na twarz i wyglądam upiornie. Czy mężatki mogą poło-

żyć sobie maseczkę na twarz i wyglądać upiornie? A może na facetach nie robi to wra-
żenia? Muszę zapytać Magdę.

21.35.  Popijam  wino  „Frontiera”  — chilijskie,  czerwone,  wytrawne  — mniam... 

i pogryzam francuski ser „Coeur de Bleu” — mniam...

Jutro  będę  wylegiwać  się  w wannie  pełnej  wonnych  olejków...  Dlaczego  nikt  do 

mnie nie dzwoni? Gdzie się podziały te wszystkie cholerne przyjaciółki? Przecież jest 
sobota!

21.40. A może słuchawka źle odłożona? Sprawdzam — niestety, dobrze.
Do diabła z nimi! Wracam do planowania jutrzejszego dnia, czyli niedzieli: wmasuję 

odżywkę we włosy, pomaluję paznokcie, wydepiluję to i owo, jednym słowem — abso-
lutna, kompletna, generalna odnowa. I najważniejszy punkt w fascynującym programie 
dnia — obiad u mamy, która wprawdzie nie zapraszała specjalnie, ale jeśli się zjawię, nie 
będzie zdziwiona.

background image

18

22.50. Z niepokojem konstatuję — proszę, jakich skomplikowanych słów używam! 

— że druga butelka wina nie wiadomo kiedy się otworzyła. Lekko zataczając się, ale 
tylko  lekko,  podchodzę  do  telefonu.  Zadzwonię  do  Ewy,  nie  jest  jeszcze  tak  późno... 
Dlaczego nikt nie odbiera? Cholera! Przecież wyjechała z narzeczonym nie tym starym 
tylko tym nowym, gdzie oni właściwie wyjechali, nieważne, ważne jest to że siedzę sama 
jak kołek na płocie nie na tylko w

23.00.  Zmywam  z twarzy  maseczkę  jak  on  mógł  puścić  mnie  kantem  no  może 

w tej chwili nie wyglądam zbyt podniecająco ale przecież puścił mnie kantem kiedy 
nie miałam na twarzy tej białej papki ciekawa jestem czy Kevin Costner zachowałby się 
tak obrzydliwie no właśnie gdybym spotkała takiego Kevina Costnera który nie byłby 
Łukaszem gdyby był taki jak bohater Listu w butelce gdyby umiał tak kochać

23.10. Nienawidzę tej sentymentalnej idiotki... ups!... chyba mam czkawkę... tej kre-

tynki co siedzi we mnie i od czasu do czasu kiedy odrobinę „tracę kontrolę nad pojaz-
dem” wyłazi ze mnie i strasznie mnie kompromituje... ups!... nie ma takich facetów nie 
ma takich facetów... ups!... Kevin Costner nie istnieje po co te wszystkie maseczki te za-
biegi te depilacje... ups!... to wszystko...

— Jak to, po co? Dla dobrego samopoczucia, dla mnie samej i dla nikogo więcej 

— podpowiada mi zakłamana feministka, która też siedzi we mnie, tylko od strony pół-
nocnej.

— Ha, ha, ha! Przyznaj się, że każdego dnia liczysz na to, że staniesz oko w oko 

z kimś,  kto  spojrzy  na  ciebie  tak,  że  zostaniecie  porażeni,  uniesieni,  zawirowani. 
Wszystko, co robisz, robisz z myślą o tej właśnie chwili! — Sentymentalna, naiwna i ro-
mantyczna JA zajmuję stronę południową.

—  Robię  to,  co  lubię,  i jestem  szczęśliwa  — nagle  postanowiłam  być  bezczelna. 

— Jestem kobietą świadomą swojej wartości, wykształconą i niezależną...

— Tratata, rzuciłabyś wszystko na kiwnięcie palcem, gdyby tylko znalazł się naiw-

niak gotowy uwić z tobą wspólne gniazdko.

— No, może tak — ale tylko na krótki czas, żeby wychować dzieci!
— Nie posuwaj się aż tak daleko. Jeszcze go nie ma, a ty już rodzisz dzieci!

23.30. Mam to wszystko gdzieś! Włączam Stinga najgłośniej, jak tylko mogę (jasne, 

że mam na uszach słuchawki!), żeby zagłuszyć te dwa kłócące się we mnie demony.

23.45. Chyba jestem nawalona, ale mój oddech staje się równomierny, nie myślę 

o niczym,  jest  mi  dobrze.  Jest  mi  dobrze!  Jestem  tylko  ja  i moja  muzyka.  Sting... 
Odpływam — żadnych problemów, żadnej przeszłości, żadnej przyszłości.

background image

18

Jestem spokojna, jestem szczęśliwa, zawsze dostaję to, czego chcę!

Około 2 w nocy. Jak długo jeszcze będę się okłamywać!? Pora przenieść się z ka-

napy do łóżka.

background image

20

21

16 września, niedziela

9.00. Ciężka była ta noc. Brak mi katalizatora. Chciałabym, aby myśli bez większych 

trudności  można  było  poddać  oczyszczającemu  działaniu  i jak  po  płaszcz  do  pralni 
— zgłosić się po nie następnego dnia.

9.15. Pijany sąsiad znowu targa rower po schodach na górę. Jemu chyba też nie jest 

lekko. W takim razie, dlaczego zawsze alkoholizuje się w jego towarzystwie? Przecież 
wie, że niezależnie od tego, ile wypije, będzie musiał sam holować go do domu. Nie 
wpadł na to, żeby stawiać go w pionie w windzie. Ale chyba sam ma problemy z pio-
nem. Ja zresztą też. Najlepsza na kaca jest leciutko ścięta jajecznica, ale nie chce mi się 
wstać z łóżka.

9.20. Dzisiaj jest niedziela. Niedziela? Niedziela, na pewno. Muszę sobie przypo-

minać chronologię dni i miesięcy. Przez brak obowiązków (poza redakcją), terminów, 
które mnie gonią (poza redakcją), spotkań, które — ha! — nie wiszą nad głową jak zła 
wróżba, tracę poczucie czasu. Ale nie narzekam. Nawet dobrze mi z tym. Patrzę w niebo 
i... zawieszam się bez zbędnych tłumaczeń, bez konsekwencji, bez wyrzutów sumienia 
o stracone chwile...

10.30.  Nie  chce  mi  się  wstać  z łóżka.  Trzymam  notes  na  kolanach.  Nie  potrafię 

pisać zamiast. Zamiast słów słyszalnych, dotykalnych w cieple szeptu, chłodzie obojęt-
ności (nie pojadę na obiad do mamy). Czekam na jakieś wieści od... wszystko jedno od 
kogo.

10.40. Wstałam. Nie mogę pojąć, jak to się stało, ale się stało. W nocy spakowałam 

wszystkie  sandały  w pudełka  szczelnie  wymoszczone  wydaniem „Wyborczej”  sprzed 
kilku dni. Za rok będę wiedziała, kiedy wyzionęła ducha ciepła pora.

10.50. No tak, skończyło się lato. A co w mojej szafie na jesień? Wszystko za małe, 

bo  kiepsko  prezentuje  się  moja  sylwetka „polodowcowa”  (czytaj:  kilogramy  ulubio-
nych bakaliowych i stracciatella). Muszę schudnąć! Bezwarunkowo! Zupa kapuściana 
— w końcu prezydent Kwaśniewski też na niej próbował stracić swoje kilogramy.

background image

20

21

10.55. Mam niejasne uczucie, że nad ranem coś się wydarzyło. Aha, dzwonił tele-

fon! Półprzytomna podniosłam słuchawkę — z drugiego końca kabla spadło na mnie 
pytanie:

— Kochasz mnie, Brygido?
Znałam  ten  głos  i wiedziałam,  kto  mógł  do  mnie  mówić „Brygido”  z takim  ak-

centem i takim głosem, ale pomyślałam, że to żart. Przecież brzmiało to niepoważnie! 
Łukasz!!! Chciałam się rozłączyć, mówiąc, że to pomyłka, ale on znów powtórzył to py-
tanie:

— Brygido! Kochasz mnie?
Chyba umówiliśmy się na wieczór. Chyba ma przyjść po mnie.

11.00. A może to był sen?

11.15. Może był, może nie był! Co ja jeszcze robiłam tej nocy? Dostaję gwałtow-

nego przyspieszenia. Prysznic, odżywka na włosy, depilacja, wszystkie ciuchy na podło-
dze (na szczycie tej sterty szmat króluje kot Wacek), w biegu wypijam kawę. Muszę być 
przygotowana... Lodówka pusta!

14.00. Supermarket.  Najprawdopodobniej  jajeczkuję,  bo  jak  inaczej  wyjaśnić  ten 

incydent? Stoję w potwornie długiej kolejce do kasy. Zanotowałam: „Polacy lubią robić 
zakupy w niedzielę”, pomyślałam: „Materiał na reportaż do naszego pisma”, szlag mnie 
trafia: z powodu żółwiego tempa.

Poza tym zdążyłam obejrzeć wszystkich okolicznych klientów, zawartość ich koszy-

ków oraz półki z produktami będącymi przynętą zorganizowaną na takie właśnie oko-
liczności.

Z powodu tłumu wchodzących i wychodzących mogłam go wcale nie zauważyć, 

ale zauważyłam. Stał i przyglądał mi się z zadziornym uśmiechem. Pomyślałam: „Ktoś 
z personelu” — grafitowy garnitur, krawat z gatunku „mógł być lepszy” i koszula w ko-
lorze „mnie możesz zaufać”. Zdecydowanie nie miałam ochoty na podtrzymanie kon-
taktu wzrokowego i zabawę pod tytułem: „Jak długo wytrzymasz, maleńka?” Zaczęłam 
przeglądać kolorowe czasopisma, których w innym wypadku nawet bym nie zauważy-
ła. Ale on był wytrwały, zaczekał, aż spakuję zakupy, potem do tradycyjnej oprawy słow-
nej dodał swoją wizytówkę. Kretyn! Mógł jeszcze przylepić sobie do czoła kartkę z na-
pisem: „Ranking z ubiegłego miesiąca: brunetki — sztuk 5, blondynki — sztuk 3, reszta 
— sztuk 4”.

15.00. Wizytówkę z jego personaliami wyrzuciłam natychmiast po wyjściu z mar-

ketu. Nie raczyłam się z nimi zapoznać, żeby podczas powrotu do domu kląć spokojnie 
w powietrze, a nie w kierunku konkretnego imienia.

background image

23

Usilnie  próbuję  przypomnieć  sobie  zaspane  słowa  z dzisiejszego  ranka.  Łukasz 

mówił, że jest potwornie zmęczony ubiegłonocną pracą nad jakimś projektem, ale chęt-
nie napiłby się ze mną kawy i pogadał. „Pogadał”?

Zaproponowałam, żeby po mnie wpadł. Tak mi się wydaje. Która to mogła być go-

dzina? Nie wiem, nie spojrzałam na zegarek.

15.15. Postanawiam nie nadużywać alkoholu w samotności.
Absurdalne — męska część globu wali mi się na głowę, ale nie z tej strony oceanu, 

na której mi zależy.

background image

23

Ciągle niedziela

17.00. O Boże, jak się spieszę. Kurczak w piekarniku, ziemniaki obrane, sałata z so-

sem winegret przygotowana. Każdy facet, którego nozdrza odkryłyby zapachy mojej 
kuchni,  zagnieździłby  się  tu  na  stałe.  Jeszcze  tylko  szybki  prysznic,  potem  superma-
kijaż według najnowszych trendów. Jak twierdzą specjalistki od urody w moim tygo-
dniku — moje kolory w tym sezonie to seledyn z różem. No i pozostanie mi wciśnię-
cie się w małą czarną (szkoda, że nie mogę nic przetrącić, choć ssie mnie w żołądku, ale 
wtedy naprawdę w nic już się nie wcisnę). Czeka mnie cudowny, wymarzony, najwspa-
nialszy wieczór z najwspanialszym facetem, który najpierw puścił mnie w trąbę, a po-
tem zadzwonił i zapytał, czy go kocham. Nie mogę przestać myśleć o szczególnej wraż-
liwości jego duszy i o tym, że chce mi się siusiu.

17.30. Boże! Ja umieram! Ale dlaczego akurat dzisiaj, kiedy wreszcie wydusił z sie-

bie, że chce się ze mną spotkać?! Po tylu miesiącach milczenia!

Teraz to już chyba nie doczekam nawet jego przyjścia... A to dlatego, że wypadł mi 

jakiś narząd podczas siusiania. Taki mały, okrągły i czerwonawy.

Nie  mam  pojęcia,  co  to  może  być.  Poszukam  podobnych  organów  w moim 

Domowym poradniku medycznym.

17.50. Wiem już, że raczej nie jest to nerka. Za małe jak na nerkę.

18.00. Leżę w łóżku i czekam na śmierć. I na dzwonek do drzwi. Ale nie otworzę. 

Nie chcę, żeby mnie widział w agonii. Pragnę, aby pamiętał mnie taką, jaka byłam: we-
soła, elokwentna i zawsze uśmiechnięta... Mam nadzieję, że nikt — a tym bardziej On 
— nie dowie się, że przyczyną mojej śmierci było wysiusianie narządu. Wolałabym, aby 
moje odejście pozostało osnute mgiełką tajemnicy.

18.15. Czuję, że mi się pogarsza. Mdli mnie, gdy zaglądam do muszli klozetowej 

i widzę na dnie ten mój narząd.

background image

25

18.17.  Wiem,  że  powinnam  pójść  do  lekarza.  Niestety,  dzisiaj  jest  już  za  późno. 

Zresztą, co miałabym mu powiedzieć? „Dzień dobry, panie doktorze, niech pan zobaczy, 
co wysiusiałam”?!! Poza tym muszę najpierw wyjąć z klozetu ten narząd, ale to chyba 
ponad moje siły.

18.35. Leżę i myślę o swoim życiu. Jakie było.

18.50. Jeszcze żyję. Doszłam właśnie do wniosku, że chcę, aby wspominano mnie 

jako osobę porządną. Dlatego, póki jeszcze jakoś się trzymam, posprzątam. Najpierw 
pozmywam.

19.05. Przed chwilą, walcząc z górą garnków, natknęłam się na brudny dzbanek po 

skisłym kompocie, który dziś rano wylałam do sedesu. Tak się cieszę! Mój narząd oka-
zał się w rzeczywistości wiśnią z kompotu. Kto by pomyślał?! Będę żyła!

19.10. Powinien już przyjść. Jeszcze tylko poprawię mój seledynoworóżowy, super-

modny makijaż.

background image

25

Ciągle niedziela

20.00. To niemożliwe, niemożliwe! Wystawił mnie! Najpierw dzwoni, pyta, czy go 

kocham,  umawia  się  na  spotkanie  i nie  przychodzi!  Musi  być  jakieś  logiczne  wytłu-
maczenie. Może potrącił go samochód i leży teraz w śpiączce albo porwali go kosmici 
i właśnie jest poddawany torturom!? Zaraz będę płakała, ale najpierw zadzwonię do 
Magdy.

— Łukasz nie przyszedł?! Zwariował? — dziwi się moja siostra. — Przestań ryczeć 

i przyjedź do mnie natychmiast. Mam martini, a Michał z Kubusiem na trzy dni wynie-
śli się do teściowej. Przyjedziesz?!

Przez chwilę przemknęło mi przez myśl, że z małżeństwem Magdy jest chyba nie 

najlepiej, ale mój dramat zdominował współczucie dla innych. Jestem egoistką!

21.30. Siedzimy z Magdą w łóżku, przeklinając mężczyzn. Wznosimy toasty za nie-

samowicie wspaniałe kobiety, jakimi jesteśmy. Chociaż może nie w tej chwili, bo mamy 
na sobie męskie, za duże piżamy (zawsze śpię w za dużej męskiej piżamie) i maseczki 
na twarzy — pierwsze, co zrobiła Magda, kiedy przekroczyłam próg jej mieszkania, to 
rzuciła mi na twarz pachnącą ziołami maseczkę. Nawet nie chciała słuchać, że wczoraj 
już to zrobiłam. W każdym razie — jesteśmy po pięciu jednostkach martini — kobiety 
są wspaniałe, cudowne, po prostu anioły, a faceci to potwory... Może jednak było wię-
cej jednostek martini, ponieważ wydaje mi się teraz, że jest odwrotnie! Cholera, jak ja 
sobie z tym poradzę?!

21.50. W łazience. Zmywamy maseczki z twarzy, myjemy zęby. Patrzę na swoje od-

bicie w lustrze — nie jest najciekawsze. Miałam nie nadużywać alkoholu. No tak, ale 
miałam nie nadużywać w samotności!

22.00.  Siedzimy  na  łóżku,  ja  się  raczej  kiwam,  ale  z przekonaniem  ogłaszam 

wyrok:

— Jeśli jest żywy, nie porwany i zdrowy, a nie ma jakiegoś powalającego wytłuma-

czenia, niech lepiej ziemia się pod nim zapadnie! Niech go trafi... no, wiesz co!

background image

27

Magda podciąga za dużą piżamę Michała.
— Tak jest, bądź twarda. I nie daj po sobie poznać, że jego karygodne zaniedbanie 

doprowadziło cię do alkoholizmu!

Rzuciłyśmy jeszcze parę feministycznych sloganów i z podkrążonymi od nadmiaru 

martini oczami padłyśmy jak upadłe anioły.

22.15.  Dzwoni  telefon.  Magda  zrywa  się  i po  chwili  bez  słowa  podaje  mi  słu-

chawkę.

— Witaj — słyszę głos Łukasza tak lodowaty, jakby należał do Eskimosa przebywa-

jącego w punkcie najbardziej zbliżonym do bieguna północnego. — Od trzech godzin, 
jak ostatni palant, czekam na ciebie. Trochę to trwało, zanim zdobyłem telefon Magdy. 
Jeśli zmieniłaś plany, mogłaś szepnąć słówko, prawda?

— Przecież nie przyjechałeś do mnie — prawie krzyczę. — Wystawiłeś mnie!
— Brygida, od pół do siódmej czekam tu, gdzie się umówiliśmy: pod teatrem! Od 

siódmej  trzydzieści  wydzwaniam  do  wszystkich  twoich  znajomych,  którzy  mogliby 
wiedzieć, co się z tobą stało. Twoja komórka, oczywiście, jest rozładowana. Szlag trafił 
bilety do teatru i zarezerwowany stolik w restauracji. Co ty na to, maleńka?!

Bardzo chciałam gdzieś uciec, nie zostawiając adresu! Co ja mam powiedzieć?! Co 

mam  powiedzieć  jedynemu  facetowi,  z którym  było  mi  dobrze,  przynajmniej  w łóż-
ku?!

—  Łukasz,  strasznie  mi  przykro,  ale  ja  wczoraj  wyjechałam  do  Puerto  Rico! 

— Odłożyłam słuchawkę.

— Ostro zagrałaś. — Magda patrzyła na mnie z podziwem.
— Wyłącz telefon, siostrzyczko, jutro musimy wcześnie rano wstać — powiedzia-

łam, naciągając kołdrę na głowę. Nikt nie może wiedzieć, że płaczę.

background image

27

17 września, poniedziałek

7.30. Zamiast zrobić szybką poranną toaletę, stoję przed dużym lustrem w łazience 

Magdy i zastanawiam się, czy jestem kobietą. Może mężczyzną o skłonnościach homo-
seksualnych albo gejem z domieszką lesbizmu? Albo lesbą homoseksualistyczną? Albo 
kobiseksualistą... cokolwiek to oznacza. Wzięłam też pod uwagę wariant transwestyty, 
ale szybko zrezygnowałam, bo był bezpłodny. Moje rozważania stanęły na dobrze zna-
nej mi konkluzji — jestem zboczeńcem zdiagnozowanym jako STARA PANNA!

7.40. Dalej stoję przed lustrem w łazience. Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że 

mam już 28 lat. Wiek może jeszcze dałoby się przykryć maskarą MAX FACTOR, ale jak 
tu upchnąć tyłek numer 40 w rozmiar 38? Problem samotności nie wydaje mi się w tej 
chwili tak ogromny jak mój rozmiar. A może to samotność jest tak kaloryczna, że nie 
dostaję do wzoru KOBIETY S:

— SKARIERYZOWANEJ
— SPARTNERYZOWANEJ
— SFINANSOWANEJ
— z bielizną rozmiaru SEXY!
To dlatego nic mi się nie udaje. Nie mogę myśleć o swoim wczorajszym „niespotka-

niu” z Łukaszem, bo diabli wezmą cały makijaż.

7.50. Zjadam grzankę z dżemem. Zdecydowanie powinnam wziąć się w garść i po-

pracować nad swoim optymistycznym pesymizmem. Najważniejsze to ZINTEGROWAĆ 
wszystkie działania w walce przeciwko kaloriom w samotności lub samotności w kalo-
riach! INTEGROWAĆ — to słowo wprost z ostatniego numeru naszego tygodnika dla 
pań wydaje mi się tak profesjonalne, że musi gwarantować sukces moich poczynań.

8.20. Aby lepiej skupić się na planie naprawy i odnowy biologicznej, sięgnęłam po 

cichutku  do  porcelanowego  pojemnika  na  cukierki,  ciasteczka  i baloniki.  I baloniki! 
Zauważyłam, jak Magda wkładała tam wczoraj balonik rozmiaru S — jak SUPER (o 
50  procent  dłuższy,  i to  za  darmo!).  Nie  mogę  narażać  się  na  głód  w chłodny  ranek 

background image

29

na przystanku autobusowym. Na wszelki wypadek muszę mieć coś do przegryzienia. 
Wprawdzie  od  Magdy  do  redakcji  jest  znacznie  bliżej  niż  z mojego  mieszkania,  ale 
nigdy nie wiadomo...

8.30. Wychodzę na paluszkach, żeby nie obudzić Magdy, i — dalej na paluszkach 

— wchodzę  do  windy.  Pachnący,  wyprany  i odprasowany  tak,  że  bałam  się  o niego 
otrzeć,  aby  go  nie  pognieść,  przez  siedem  pięter  w dół  przyglądał  mi  się  dziwnie. 
Wysiadając z windy, odezwał się głębokim i namiętnym głosem:

— Ma pani wąsy od mleka.
Uśmiechnął się, a ja zdążyłam jedynie wyjąkać:
— Mam w domu kota — jakby to on był sprawcą moich wąsów, a przecież noco-

wałam u Magdy.

— Ja też — powiedział „odprasowany” — ale ja nie wypijam mleka z jego miski.
— Naprawdę? A miski jakiej firmy używa pański kot? — palnęłam bez sensu.
— To wielka tajemnica. — „Odprasowany” uśmiechnął się dwuznacznie i życząc mi 

dobrego dnia, oddalił się w kierunku parkingu.

8.40. Stoję na przystanku autobusowym i uświadamiam sobie własny kretynizm. 

Wspomnienie rozmowy w windzie pobudziło resztki mojego blond ilorazu do zapisa-
nia konkretnych punktów w planie mojego rozwoju osobistego.

NIE BĘDĘ:
— ujawniać swojego kretynizmu częściej niż dwa razy w tygodniu;
— zachowywać się jak kobieta z nieustającą menstruacją;
— pić z miski kota, mimo że wcześniej mi się to nie zdarzało;
— konstruować pytań i odpowiedzi w sposób blondynkowato-infantylny z głupotą 

jako kropką na końcu;

—  oglądać  się  tęsknie  i wzdychać  za „odprasowanymi”  facetami  z wydepilowaną 

twarzą i poczuciem humoru;

— czytać książek dla samotnych kobiet, matek i zwierząt;
— oglądać filmów dla inteligentnych inaczej;
— dochodzić do fatalnych wniosków w chwilach refleksji nad własną egzystencją;
— udawać dziewicy (28-letniej!) w kontaktach z mężczyznami;
— sporządzać durnowatych planów własnej ewolucji!!!

background image

29

18 września, wtorek

12.30. Idziemy na lunch. Pani Zuzia odprowadza nas niezbyt przychylnym wzro-

kiem, kiedy wybiegamy z redakcji wszyscy razem — Monika, Paweł, Wojtek i ja. Paweł 
odwraca się już w drzwiach i uśmiecha czarująco:

— Gdyby szef się niepokoił, że nas wymiotło, to proszę powiedzieć, że za pół go-

dziny wracamy z nowymi siłami do pracy. Trzeba uczcić nagrodę Moniki.

Pani Zuzia ma słabość do Pawła, kiwa więc tylko głową.

12.45. Siedzimy w barze Chińczyka za rogiem. Monika zamówiła sajgonki, ja ku-

leczki z kurczaka w sosie migdałowym (pycha!), Paweł i Wojtek jakąś tajemniczą po-
trawę „Siedem smaków”.

12.50. Wojtek i Paweł umawiają się na brydża. Monika mówi:
— Weźcie mnie ze sobą, chłopaki.
Tak po prostu. Nie zdobyłabym się na to.
— OK. OK. Masz to u nas, Monia — mówi Paweł i patrzy na mnie jakoś tak prze-

ciągle. — Brygida, a ty? Nie wpadniesz wieczorem do Wojtka?

— Nudziłabym się jak mops i tylko wam przeszkadzała, przecież ja nie gram w bry-

dża.

Wydawało mi się, że Paweł natychmiast stracił zainteresowanie mną. Dlaczego za-

pytał? Potrzebują czwartego do brydża czy rzeczywiście chciał, żebym była wieczorem 
razem z nimi?

Z rozważań wyrwał mnie śmiech Moniki:
— Wiecie,  co  mi  przyszło  do  głowy?  Że  życie  to  partia  brydża.  Dużo  — nieraz 

wszystko — zależy od partnera, od innych graczy, od wspaniałych kart, no i od dobrego 
stolika! Jakkolwiek by to interpretować!

Teraz już cała trójka rechotała.
— Oczywiście, że życie jest grą. Widzę coraz więcej podobieństw! — wołał radośnie 

Wojtek. — Też chce się zgarnąć całą pulę trzynastu lew. Dopóki nie okaże się, że prze-
ciwnik ma lepsze kiery, niż my mamy piki!

background image

30

— No dobrze, skoro i jedno, i drugie jest grą, przyjrzyjmy się temu z bliska — po-

wiedział Paweł takim tonem, jakby właśnie rozpoczynali jakąś wspaniałą grę.

—  Zaczynamy.  — Popatrzył  na  mnie  i szepnął:  — Bardzo  korzystne  układy  kart 

— i ludzi — mają jedną wadę: zdarzają się zbyt rzadko.

—  Blefowanie  to  znakomita  pułapka,  pod  warunkiem,  że  samemu  się  w nią  nie 

wpada. (Monika)

— W licytacji, jak w życiu, warto pamiętać, że odzywka „pas” jest też znakomitą od-

zywką. (Wojtek)

— Długie myślenie nie zawsze świadczy o genialności gracza, a w życiu jest po pro-

stu barwą ochronną, zwłaszcza przy podejmowaniu ważnych decyzji. (Paweł)

— Warto też pamiętać o tym, że nie zawsze gracze są tak głupi, na jakich wyglądają. 

Przecież z głupkami nie usiedlibyśmy do jednego stolika. (Monika)

—  Zbytnia  ostrożność  w licytacji  — wydawało  mi  się,  że  znacząco  popatrzył  na 

Pawła — także życia, przynosi zwykle takie same stresy jak ślepa odwaga. (Wojtek)

— A efekty? O niektórych licytacjach lepiej w ogóle nie pamiętać! (Monika)
— Najlepiej nerwy — siedząc przy jednym i drugim stoliku — trzymać na wodzy, 

wtedy i gra, i życie jest bardziej interesujące, a serdeczność i uprzejmość nie tylko pod-
noszą poziom gry, ale będą dużą przyjemnością dla wszystkich! (Paweł)

— Szkoda tylko, że niektóre odzywki i zagrywki trudniej jednak stosować w życiu. 

Dodam jeszcze, że rober to brzmi dumnie, a szlem w pikach to jest to! (Monika)

— Yesss!... — zawołali, bardzo z siebie zadowoleni, przyklepując sobie dłonie, jak 

piłkarze po wygranym meczu.

Nic  z tego  nie  rozumiałam.  Patrzyłam  na  nich  trochę  z zazdrością  — że  są  tak 

zgraną paczką; trochę ze złością — że zupełnie mnie nie zauważali.

— Zapomnieliście o tasowaniu — powiedziałam, wstając od stolika — a to bardzo 

ważna sprawa.

Znieruchomieli na moment.
— Brygido! Przecież ty nie grasz w brydża! — wykrzyknął Paweł, a reszta wybu-

chła śmiechem.

Wracaliśmy  do  redakcji  spóźnieni  co  najmniej  o pół  godziny.  Paweł  pochylił  się 

nade mną:

— Brygido, może jednak? Szybko się nauczysz.
— Nie chcę grać w brydża. Zresztą muszę odebrać samochód z warsztatu.

20.00. Wprawdzie wróciłam do domu z warsztatu samochodowego matizem, ale 

kompletnie wykończona i przemarznięta. Dwie godziny czekałam, a panowie kończyli 
to, co miało być gotowe wczesnym popołudniem. Matiz trochę prychał, trochę warczał, 
jakby obrażony na mnie za to, że go na tak długo porzuciłam. Wacek też obrażony. Od 
rana sam, bez jedzenia.

background image

30

20.15. Parzę w specjalnym dzbanku jaśminową herbatę. Wacek już mi wybaczył, 

ociera się o moje nogi i mruczy. Ciekawe, jak długo jeszcze będę mogła jeździć służbo-
wym samochodem — przy tym kryzysie w firmie. Na własny ciągle mnie nie stać. Moja 
przyjaciółka Ewa dostała almerę od rodziców, kiedy skończyła studia. Mnie ojciec dał 
do wyboru: samochód albo mieszkanie. Wolałam mieszkanie. Dla Magdy został golf. 
Kochany tata. Chyba wiedział...

21.00. Oglądam „Panoramę” i popijam herbatę jaśminową. Uwielbiam ją, ale teraz 

prawie nie czuję jej smaku. Telewizja przypomniała mi, że dzisiaj mija tydzień od ataku 
terrorystów na WTC. I właściwie dopiero teraz tak naprawdę dociera do mnie przera-
żająca prawda o tym, co się stało. Muszę przeczytać wszystko o islamie, talibach, muzuł-
manach i terroryzmie.

Widziałam w księgarni książkę Bruce’a Hoffmana Oblicza terroryzmu. Otworzyłam 

ją na przypadkowej stronie i przeczytałam, że terroryzm nie jest wynalazkiem XX czy 
XXI wieku. Jego korzenie sięgają I wieku, kiedy to żydowska sekta zelotów wystąpiła 
przeciwko  rzymskiej  okupacji  terenów  obecnego  Izraela.  Zelota  wyłaniał  się  z ano-
nimowego  tłumu  na  zatłoczonym  placu  targowym,  wyciągał  sica,  czyli  prymitywny 
sztylet ukryty pod szatami, i na oczach wszystkich obecnych podrzynał gardło rzym-
skiego legionisty lub obywatela żydowskiego, którego uznano za zdrajcę. To musiało być 
straszne, ale czegoś tak diabelskiego, jak atak na WTC, do tej pory nikt nie wymyślił. 
Teraz już wszystko jest możliwe. Jutro muszę kupić tę książkę. Wiem, że i tak będę się 
bała, ale może przynajmniej będę wiedziała czego. Zawołałam Wacka i kiedy przyma-
szerował dostojnym krokiem, złapałam go i przytuliłam. Nawet się nie bronił. Położył 
się na moich kolanach i mruczał tak, że zrobiło mi się ciepło na sercu. Nie jestem sama. 
Nie chcę być sama. Dobrze, że mam chociaż to puchate stworzonko.

Wstrząsnęła mną myśl, że dzisiaj zajmowałam się tysiącem głupich spraw: nagrodą 

Moniki, lunchem u Chińczyka, wygłupami na temat brydża, samochodem, a gdybym 
mieszkała w Nowym Jorku, gdybym była wtedy o 14.45 na Manhattanie? Mogłabym 
być jedną z tych, którzy zginęli.

21.30. Włączyłam Stinga Brand New Day, zaparzyłam jeszcze jedną herbatę, usia-

dłam na dywanie i zaczęłam przeglądać wszystkie ostatnie gazety i tygodniki. I nagle 
miałam na moim dywanie całe zło, jakie wydarzyło się właśnie na świecie. Ogrom zła 
na takim malutkim skrawku, jaki zajmuje gazeta.

23.00. Wtulam się w poduszkę i nie mogę zasnąć. Przypomniał mi się e-mail przy-

słany  przez  Łukasza.  Zdjęcie  Manhattanu,  gdzie  stoją  jeszcze  obie  wieże,  podpisał: 
„Amen”. Wtedy przypięłam żółtą wstążeczkę. Wojtek powiedział:

— Doskonały cel dla snajpera.
Co za poziom!

background image

32

33

19 września, środa

11.00. Szef położył mi na biurku jakiś tekst do zaopiniowania. Czy ciągle musi być 

to samo? Znowu jakaś kobieta padła ofiarą toksycznego związku. Znów jest o ranie-
niu, o bolesnych rozstaniach itd. Boże! Kto to wymyśla? Czy kobiety naprawdę chcą 
to czytać, chcą to oglądać, chcą o tym nieustannie mówić? Kto robi te wszystkie pro-
gramy, filmy?! Dlaczego głosy w radiowych wywiadach są tak „psychologicznie” zbo-
lałe i współczujące? No a te wszystkie „gwiazdy”, które tak chętnie zasiadają na publicz-
nych kanapach psychoanalityków spod znaku talk-show... Dlaczego takie modne jest 
mówienie o „kopniakach w tyłek, które się kocha” (cytat) — bo dzięki nim nabiera się 
sił — z jednoczesnym zrzucaniem zbędnych kilogramów, co podkreśla się za małą blu-
zeczką i spodniami z trzema paskami w stylu Geri ze Spice Girls made in Poland?

11.30. Co mnie tak wzięło?! Przecież ja też oglądam te bzdety, słucham wyznań tych 

szczęściar, którym udało się wyzwolić z kompleksów i nadwagi, toksycznego związku 
z szowinistycznym,  antyfeministycznym  facetem  (a  kto  ją  wpychał  w ramiona  tego 
bubka?!) i niczym Feniks odradzają się, odkrywając na nowo uroki orgazmu łechtacz-
kowego!

12.00. Dlaczego tak się wściekam?! A może ja coś przegapiłam? Może jednak trzeba 

było uciec z domu w wieku piętnastu, szesnastu lat z czterdziestoletnim rozwodnikiem 
i robić wątpliwą karierę u jego boku. Może mieszkałabym teraz w wilii w najdroższej 
i najbardziej snobistycznej dzielnicy Poznania i jeździła alfa romeo? A ja nie! Studia, 
kursy, następne kursy i następne, bo rodzice to inteligenci i wmówili mi, że tak ma wy-
glądać moja przyszłość za 2100 złotych.

13.00. Koniec tego użalania się nad sobą! Muszę się dowartościować! Dzisiaj wyjdę 

wcześniej z redakcji i wydam wszystkie pieniądze u kosmetyczki. Nigdzie kobieta nie 
czuje się tak dopieszczona jak w gabinecie kosmetycznym. Wstaję od biurka, co natych-
miast budzi zainteresowanie Pawła, Wojtka, a szczególnie Moniki... Siadam.

background image

32

33

14.00. Skróciłam tekst o jedną trzecią. Będzie awantura. Trudno. Cholera! Jeszcze 

trzy godziny! Może symulować nagły ból zęba? Ten numer nie przejdzie — był wyko-
rzystany dwa tygodnie temu.

14.30. Sprawdzam zawartość portfela i oddycham z ulgą — dobrze, że nie wyszłam. 

Mam w portfelu tyle, co na zabieg u doktora Frankensteina, a nie u przyzwoitej kosme-
tyczki. Ale byłaby obsuwa!

22.00. Oglądam jakiś idiotyczny program w telewizji, Wacek śpi na moich kolanach 

— nic nie rozumiem, bo mówią po niemiecku, ciągle ktoś na coś wpada, z czymś się 
zderza, coś go rozjeżdża, czasem dziecko wpada do klozetu... Słyszę, jak wszyscy ryczą 
ze śmiechu. Nie wiem, o co chodzi... Może zaczyna mi brakować poczucia humoru? 
Gwałtownie potrzebuję faceta, bo stanę się nie do zniesienia albo zwariuję! Sama siebie 
zaczynam wkurzać! Czy tak na kobietę wpływa brak seksu?

4.00 rano. Już wiem, dlaczego stare panny były tak nie lubiane i lekceważone!

background image

34

35

20 września, czwartek

16.52.  Skończyłam.  Wyłączyłam  komputer,  w toalecie  szybka  korekta  makijażu. 

Super! Wyglądam intrygująco i tajemniczo. Wychodzę na korytarz.

— Czy jesteś pewna, Brygida, że wszystko skończyłaś? — To Paweł.
— Yesss... — syczę i już mnie nie ma.

17.01. Prawie biegnę na parking. Ciekawa jestem, co takiego ważnego się wydarzy-

ło, skoro Iwona nie chciała powiedzieć ani słowa więcej, tylko:

— To sprawa życia i śmierci.
Umieram z ciekawości.

17.20. Stoję w cholernym korku, a mam tylko dwie godziny, żeby odebrać zdjęcia, 

o które prosił szef, i zrobić drobne zakupy (Wacek znów nie ma nic do jedzenia — jeśli 
moje zapiski przeczytają ci z Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, to wsadzą mnie do 
więzienia bez wyroku).

18.00. Zdjęcia są super! Szef będzie zadowolony. Mijam sklep z butami. Już wczo-

raj sunąc w ślimaczym tempie obok, zdążyłam przyjrzeć się butom na wystawie. Ale 
nie  wolno  mi  wchodzić  do  sklepu  obuwniczego,  ponieważ  mam  kompletnego  bzika 
na punkcie butów! Nie wolno mi w ogóle o tym myśleć! Pisk opon zsynchronizowany 
z gwałtownym skrętem w uliczkę w prawo był chyba dla wszystkich sygnałem, że wy-
darzyło się coś nadzwyczajnego i po prostu musiałam to zrobić.

18.10. Jestem w sklepie z butami. Przymierzam trzecią parę, uwielbiam to! Może 

jeszcze  te  wysokie,  bordowe?  Zabójcza  szpila!  Super!  Widziałam  takie  w programie 
„Fashion”! Beżowe też są odlotowe... Przecież nigdy ich nie włożę!

—  Dlaczego?  Powinnaś  mieć  takie  buty  — szepcze  mi  do  ucha  mój  prywatny 

demon.

— Ale przecież nie mam pieniędzy...
— Nie żartuj, masz kartę!
— Mam debet!

background image

34

35

— Nie aż tak wielki.
— Są idealne! Płacę.

18.30. Wrzucam pudło do bagażnika i zastanawiam się, do czego będę nosiła be-

żowe buty na odlotowej szpili. Nienawidzę beżu!

18.35. Na szczęście tuż obok jest supermarket. Chodzę z koszykiem, potrącając tych, 

co się śpieszą do kasy, i nie wiem, co wziąć dla Iwony. Ciasto — nie jada słodyczy, dla-
tego zawsze miała figurę jak Miss Universum. Wino? No to oczywiste. Wybieram wino 
tunezyjskie, moje ostatnie odkrycie: „Château Bou Argoub”. Owoce? Przecież nie jadę 
do szpitala! Wkładam do koszyka wszystko, co niezbędne, czyli wino, i idę do kasy.

18.40. Stoi przede mną w kolejce do kasy. Wysoki, piękny, klasyczny profil. Zerkam 

na dłonie. Są idealne i bez obrączki! Nic na mnie nie działa tak jak piękne, zadbane mę-
skie dłonie. Na dodatek, bez tego zbędnego krążka. Stoję i gapię się jak cielę, a on pa-
kuje zakupy do torby. Tymi pięknymi dłońmi! Nie zauważyłam, że teraz moja kolejka. 
Kasjerka uśmiecha się znacząco — ona też widzi! Szybko płacę i idę za nim. Jestem bar-
dzo podekscytowana, ponieważ mam absolutną pewność, że podążam za swoim prze-
znaczeniem!

18.45. On wsiada do autobusu — a nie do mercedesa? — ja za nim! Nie mam czasu 

na myślenie. Mam go na muszce. Co tu wymyślić, jak zwrócić na siebie uwagę, co po-
wiedzieć? Musi być mój! Ktoś szarpie mnie za rękaw — odwracam się wściekła, gotowa 
do gwałtownego ataku. Przede mną stoi kanar i zakatarzonym głosem mówi:

— Pozwoli pani bilecik do kontroli.
— Nie mam biletu — mówię szeptem, żeby się nie kompromitować, ale i tak cały 

autobus patrzy na mnie. Tylko nie on, nawet nie odwrócił głowy. Bredzę coś o przezna-
czeniu, o życiowej szansie, o mężczyźnie mojego życia... Przystanek. Zostaję wyprowa-
dzona z autobusu, jak przestępca! On też wysiada. Jak w popiele na pogorzelisku zapło-
nęła ostatnia iskierka nadziei i... zgasła. Nie odwracając się, zniknął za rogiem razem ze 
swoimi najpiękniejszymi na świecie dłońmi. Płacę mandat. Nie mogę uwierzyć. Że też 
mnie się to przydarzyło!

19.00. Nie wiem, gdzie jestem. O tej porze miałam już być u Iwony. Znowu nawa-

liłam. A przecież mówiła, że to sprawa życia i śmierci — może się rozwodzi?! Co za 
idiotka ze mnie! A może to był jakiś przestępca, złodziej, sutener? Z takimi dłońmi?! 
Taki facet na pewno nie jest sam. Ciekawe, gdzie on mieszka. Spojrzałam w tunel uliczki 
— nie było żywego ducha.

background image

37

19.10. Stoję na przystanku. Czekam na jakiś autobus, który dowiezie mnie w po-

bliże mojego samochodu. Kto wymyślił ten kretyński slogan: „Zasługuję na wszystko, 
co najlepsze”? Dałabym mu dożywocie!

background image

37

21 września, piątek

10.00. Siedzę przed komputerem i wysyłam e-maile. Mogłam dzisiaj odpuścić i nie 

przyjeżdżać  do  redakcji,  ale  wszystko  przewróciła  do  góry  nogami  Iwona. Wczoraj, 
kiedy w końcu dotarłam do niej późnym wieczorem, zdradziła mi swoją największą ta-
jemnicę.

— Jestem w ciąży — powiedziała dramatycznym głosem.
— W porządku, przecież nie ze mną. — Przytuliłam ją, śmiejąc się, i zauważyłam, 

że drży. — Gratuluję!

— Nie wygłupiaj się, Brygida. Jestem w ciąży z moim mężem.
„To nic nadzwyczajnego, jeśli ma się męża” — pomyślałam, popijając samotnie (bo 

Iwona odmówiła) pyszne tunezyjskie wino.

— Ale mamy konflikt serologiczny. — Była bliska płaczu.
— No to co? Z gorszymi problemami medycyna świetnie sobie radzi.
— Ale ja się boję, że umrę.
— Zwariowałaś! I to ma być ta „sprawa życia i śmierci”?! I czego oczekujesz, że ja, 

stara panna, będę tobie, mężatce, tłumaczyć, że na ciążę się nie umiera?

— Brygida — prawie płakała — to jest właśnie to: „stara panna”. Nie mogę już pa-

trzeć, jak się męczysz, i dlatego postanowiłam zdradzić ci moją tajemnicę — zaczęła po-
chlipywać — bo gdybym umarła, to nigdy się nie dowiesz.

—  Uspokój  się,  proszę.  Nie  możesz  się  denerwować,  bo  zaszkodzisz  maleństwu. 

Czego się nie dowiem?

— Prawdy o mnie i Bartku.
— Zaczyna być interesująco — powiedziałam. — Wal!
— Ja też przez kilka lat byłam okropnie samotna i myślałam, że zeświruję. W końcu 

zaczęłam  umawiać  się  na  randki  w ciemno  z facetami  z ogłoszeń  w gazetach.  Bartka 
poznałam na piątej takiej randce, a po trzech tygodniach byliśmy w sobie zakochani 
po uszy. Nie śmiej się, idiotko! Tylko spróbuj! — Sama zaczęła się śmiać jak szalona. 
— Musiałabyś nas widzieć na pierwszym spotkaniu. Krążyliśmy w parku wokół tego 
samego klombu i nie wiedzieliśmy, że my — to my! W końcu Bartek podszedł i powie-
dział, że jeśli mnie wystawił facet, tak jak jego dziewczyna, to on mnie zaprasza na kawę. 
Boże! Jak on mi się nie podobał!

background image

38

39

— Iwona i Bartek to małżeństwo z ogłoszenia w gazecie! — Umierałam ze śmiechu. 

— Dlaczego nie przyznałaś się wcześniej?

— Wstydziłam się o tym mówić, ale właściwie czego się wstydzić? To też jest jakiś 

sposób na poznawanie ludzi. A teraz masz na dodatek Internet, a tam aż się roi od ta-
kich ogłoszeń. Przestań się śmiać, głupolu, tylko sama spróbuj.

— Chyba upadłaś na głowę! Jeśli facet nie umie znaleźć sobie dziewczyny na impre-

zie albo na wakacjach i musi dawać ogłoszenie, to znaczy, że jest dupkiem, i wolę z ta-
kim nie mieć nic wspólnego.

— Chyba przesadziłaś. — Zrobiła obrażoną minę. — A jeśli ten facet nie ma waka-

cji, ale za to ma własną firmę, tak jak Bartek, to musi pilnować interesu.

— Może i tak, ale mnie się to nie podoba.
— A rób sobie, co chcesz! — rozzłościła się nagle. — Chciałam ci pomóc i zdradzi-

łam coś, o czym nikt nie wie. Zwróć tylko uwagę, że twoje napady melancholii albo zło-
ści męczą już wszystkich. Mogę ci to powiedzieć, bo jestem twoją przyjaciółką.

Wracając do domu, pomyślałam z przykrością, że Iwona może mieć rację. A jutro 

w redakcji nie powinno być nikogo przynajmniej do południa.

11.00. Znalazłam w Internecie dwa dość interesujące ogłoszenia. Szukałam przede 

wszystkim takich z Poznania. Żeby ich szybko sprawdzić.

11.10. Chyba mi odwaliło! Wyłączam komputer! Dość tych wygłupów!

11.12.  Ale  Iwona  ma  rację.  Sama  przecież  znam  takich  facetów,  którzy  spędzają 

w swoich firmach po osiemnaście godzin na dobę, bo nie mają do kogo wracać.

11.15. No dobrze. Skoro nie wyłączyłam komputera, to znaczy, że najwyższy czas 

wziąć swoje sprawy w swoje ręce, a nie czekać na cud. Odpowiedziałam na te dwa ogło-
szenia.  Pierwsze  od  informatyka  w moim  wieku: „Poważny,  romantyczny,  postawny 
blondyn lat 28... itd”. Szkoda, że nie zamieścił zdjęcia.

Drugie od lektora języka niemieckiego, który ma ochotę „otoczyć kogoś czułością 

i przyjaźnią”. Na zdjęciu przystojny, niezbyt wysoki brunet, zupełnie nie w moim typie, 
ale co mi szkodzi sprawdzić. Poza tym, jeśli lektor niemieckiego, to może zacznę rozu-
mieć, z czego tak naprawdę się śmieją w tych idiotycznych niemieckich programach.

11.20. Obaj zgłosili się prawie natychmiast. Z informatykiem umówiłam się w ka-

wiarni „Za  Kulisami”.  Nie  za  kulisami,  tylko „Za  Kulisami”  na  poznańskiej  Starówce 
— o 17.00. Nawet nie zdziwił się, że już, że tak szybko, że na dzisiaj. Napisał: „OK! Będę”. 
Lektora zostawiłam sobie na wieczór. O 20.00 „Pod Aniołem”. Chciałam jak najszybciej 
sprawdzić, jak to działa.

background image

38

39

11.30. Komputer wyłączony. Siedzę na podłodze oparta plecami o biurko. Trzęsą 

mi się ręce. Wydawało się niemożliwe, a jednak to zrobiłam. Umówiłam się na randkę 
w ciemno z facetami z ogłoszenia w Internecie! I to dwoma!

17.35. Jadę do domu. Muszę się wykąpać i przebrać. Poważny, postawny informatyk 

okazał się tęgim maniakiem komputerowym bez cienia fantazji. Pojawił się w kawiarni 
w powyciąganym swetrze i flanelowej koszuli, która nie dopinała się na tłustym brzu-
chu. Pomyślałam, że musi być chory na jakąś tajemniczą chorobę, bo przecież to nie-
możliwe, żeby mając 28 lat, tak się zapuścił. Nie to jednak było najgorsze. Zapachu, jaki 
wydzielał, nie były w stanie zabić nawet kłęby dymu papierosowego snujące się wokół 
nas. Po półgodzinnej rozmowie, a prawdę mówiąc monologu, na temat gier kompute-
rowych — poddałam się. I moja głowa, i mój nos też. Podejmowane przeze mnie próby 
zmiany tematu kończyły się nieodmiennie niepowodzeniem. Komputerowiec nie cha-
dzał ani do kina, ani do teatru, nie bywał w galeriach, a ze sportu interesowały go tylko 
rozgrywki polskiej ligi piłkarskiej. To nie było spotkanie (ha, ha, ha! randka!!!???) — to 
był horror!

17.45. No cóż! Zawsze to jednak jakieś doświadczenie. Muszę myśleć pozytywnie. 

Randka z lektorem jeszcze przede mną. Nie będę się wychylać ze znajomością literatury 
i pozwolę się „otoczyć czułością i przyjaźnią”.

22.05.  Jadę  do  domu.  Nawet  nie  wściekam  się  na  Iwonę,  bo  cóż  ona  zawiniła? 

Siedziałam w „Pod Aniołem” samotnie i sączyłam sok pomarańczowy jak ostatnia kre-
tynka, nerwowo rozglądając się na boki, czy nie ma znajomych. Lektor spóźnił się sie-
demnaście  minut.  Nie  znoszę  tego,  ale  odpędziłam  złe  przeczucia,  tłumacząc  samej 
sobie, że nie wolno oceniać ludzi, których nie znam. Był rzeczywiście dość przystoj-
nym,  niezbyt  wysokim  brunetem  kompletnie  nie  w moim  typie,  ale  sympatycznym 
i otwartym. Może aż nadto otwartym! Od pierwszej chwili zalał mnie potokiem słów, 
opowieściami o swojej pracy i studiach. Wkrótce też opowiedział mi o Teresie, „starej 
przyjaciółce i wspaniałej kobiecie”, która jednakże miała jedną wadę: strasznie kochała 
swoją  pyskatą,  rozpuszczoną  siedemnastoletnią  córkę.  Z jego  opowieści  wynikało,  że 
jest prawie domownikiem w mieszkaniu Teresy. Musiałam mieć bardzo dziwną minę, 
bo szybko zaczął się tłumaczyć, że w sferze uczuć od dawna nic go z Teresą nie łączy 
i chętnie by z nią zerwał, ale jest pewien problem. Jest jej winien pięć tysięcy złotych 
i nie ma z czego oddać. Siedziałam jak wryta i własnym uszom nie wierzyłam, a lektor 
raczył mnie kolejnymi szczegółami ze swego życia intymnego. Rozanielony opowiadał 
o Ani, uczestniczce kursu, który prowadził. Otóż ta Ania kocha go do szaleństwa, ale jest 
bardzo młoda i lektor nie ma sumienia łamać jej życia. Spotykali się po zajęciach przez 

background image

41

ostatnie trzy tygodnie w jego mieszkaniu i Ania teraz chce się do niego wprowadzić 
na stałe. Oczywiście, on nie może się na to zgodzić, choćby mu serce pękło, bo nie po-
zwala mu na to jego wyjątkowo wrażliwe sumienie. Rozstałam się z lektorem po prawie 
dwóch godzinach. Huczało mi w głowie i byłam na siebie wściekła. Cholera! Cholera! 
Dlaczego nie dałam temu kabotynowi w łeb?! Za Teresę, za Anię, za swój zmarnowany 
wieczór! Nigdy więcej! Żadne randki w ciemno!

background image

41

22 września, sobota

8.03. Alarm samochodowy.

8.05. Hm... Może to mój?

8.06. Nie, nie mój. Mój ma takie trzy pisknięcia na koniec.

8.10. Kurczę! Człowiek prawie tu kona w mękach, głowa ma rozmiary i potencjał 

diabelskiego  młyna  z Disneylandu,  a do  tego  jest  to  jedyna  w tym  tysiącleciu  okazja 
przespania za jednym zamachem dziesięciu godzin, żeby nadrobić zaległości — a ko-
muś nie chce się nawet ruszyć tyłka, żeby wyłączyć to dziadostwo! Boże, jak wyje! Co 
za znieczulica!

8.16.  No,  dobra,  w końcu  nic  takiego  się  nie  stało!  Każdemu  może  się  pomylić 

— teraz robią takie podobne brzęczyki do wszystkiego. Ale żeby zaraz walić szczotką 
w sufit? Przecież jest sobota. A poza tym, skąd mogłam wiedzieć, że w nocy wyłączyli 
prąd? Nie wiedziałam nawet, że w nowej kuchence mam piekarnik, który będzie głośno 
domagał się ustawienia zegara. Ale kuchenka super, co?

9.11. Ledwo zdążyłam przysnąć, znów coś brzęczy. Telefon. Mama!
— Cześć, słoneczko. — Nie cierpię, kiedy tak do mnie mówi. — Mam nadzieję, że 

już wychodzisz?

— Gdzie wychodzę? — W mojej głowie odbywa się koncert na skrzypce i bębny. 

— Gdzie mam znowu iść?

— No, jak to? Przecież dzisiaj twoja kolej, żeby zawieźć mnie na zmianę opatrunku. 

Kup po drodze kwiaty.

— Mamo! — W mojej głowie partia skrzypiec. — Jakie kwiaty?
— Dowód wdzięczności dla pielęgniarki, słoneczko. Wiesz, jak to jest. No, to cze-

kam.

No i nie ma co z nią dyskutować, choć jestem prawie pewna, że dzisiaj była kolej 

Magdy.

background image

43

9.20. Wstaję. Zaraz pojadę po te cholerne kwiaty, muszę tylko wypić przynajmniej 

szklankę wody... I pomyśleć, co nałożę na dzisiejszy Bal Absolwentów w naszej starej 
budzie. Dziesięć lat po maturze to nie byle co! Ciekawe, czy faceci będą już łysi? Łysi czy 
nie — na pewno wszyscy są już szczęśliwie żonaci z jakimiś długonogimi wampirzyca-
mi, które nie rodzą im jeszcze żadnych bachorów, bo są pochłonięte robieniem kariery! 
Czym ja się denerwuję? Przecież też jestem kobietą sukcesu, pracuję w redakcji... Hm, 
z tym sukcesem to może lekko przesadziłam. Może raczej jestem kobietą niezależną... O, 
właśnie! Dlaczego wcześniej na to nie wpadłam?! „Kobieta niezależna” — to brzmi inte-
resująco i intrygująco. Na tyle intrygująco, że chyba nikt nie zapyta, czy mam jakiegoś 
mężczyznę na stałe. Kobieta niezależna nie musi! (Przypomniała mi się, niestety, moja 
wczorajsza randka w ciemno — brrrrr!)

Wieczorem będę tryskała witalnością, jak w reklamie tych tabletek na wzmożoną 

aktywność. Może powinnam pojechać do apteki i kupić? Będę śmiać się perliście z ich 
skomplikowanych dowcipów — pytałam Ewę i ona też nie rozumie tego o dwóch kul-
kach — a poza tym będę zabójczo uwodzicielska! Już wiem, nałożę tę czerwoną z ol-
brzymim dekoltem i niech się schowają te wszystkie płaskie jak deski do prasowania 
patyczaki.

9.40.  Kurczę!  Jeżeli  pojadę  z mamą,  to  nie  obejrzę  tego  programu  o kolorach 

w mieszkaniu  i znów  będę  cierpiała  na  depresję  z powodu  niewłaściwego  odcienia 
farby na ścianach. Muszę to nagrać. Kurde! Gdzie jest pilot...

9.55.  Jest!  Jest  pilot!  Nie  wiem  tylko,  czy  to  na  pewno  ten  od  telewizora.  Swoją 

drogą, jak to jest, że jedni mając przed nosem zaledwie komputer, potrafią uratować całe 
połacie lasów w Afryce, a dla innych problemem jest odnalezienie właściwych funk-
cji w tych guziczkach na pilocie. Połacie lasów! Muszę koniecznie poruszyć ten temat, 
to na pewno zrobi na wszystkich wrażenie! Okażę się nie tylko kobietą atrakcyjną, ale 
także wyczuloną na globalne problemy środowiska!

10.05.  Jeszcze  tylko  szybki  rzut  oka  w lustro  i wychodzę.  Boże!  Mam  niebieskie 

włosy! Musiałam pomylić spray! Przecież nie mogę tak wyjść z domu!

11.05.  Mama  mnie  zastrzeli!  Na  dodatek  wciąż  mam  niebieskie  włosy  i bębny 

w głowie. Życie nie jest sprawiedliwe!

background image

43

Ciągle sobota

12.00. Próbowałam zmyć to niebieskie z moich włosów i teraz czekam, żeby wy-

schły,  bo  podejrzewam,  że  zmieniają  kolor  pod  wpływem  suszarki.  Żeby  nie  tracić 
czasu, przymierzam właśnie swoją najlepszą kreację — czerwoną suknię z takim de-
koltem... No, tego się nie spodziewałam! Moja siostra Magda powiedziałaby, że to... na 
moich biodrach przypomina koło ratunkowe. Koniec! Mogę się tylko zabić, jeśli wcze-
śniej nie zrobi tego moja ukochana mama.

Jak  na  zamówienie  słyszę  melodię  Torreadora  — ale  to,  niestety,  tylko  moja  ko-

mórka.

— Mama? Słuchaj, mam niebieskie włosy i koło ratunkowe na biodrach!
— Domyślam się.
— Mamo, spóźnię się odrobinę...
— Już jesteś spóźniona ponad godzinę.
— OK! Co mam zrobić?
— W tej sytuacji możesz tylko kupić takie kwiaty, które byłyby w stanie wynagro-

dzić to skandaliczne spóźnienie.

— Czyli co? Już nie dowód wdzięczności, ale przeprosiny?
— Sama sobie odpowiedz na to pytanie. Przecież wiesz, że nie wolno mi się dener-

wować.

Aha, wytoczyła ciężką kolubrynę! A przecież jest ubezpieczona.

12.15.  Myję  włosy  piętnasty  raz.  Nie  mam  już  szamponu.  Ciągle  są  niebieskie! 

Wybiegam, zamykając wszystkie trzy zamki w moich nowych drzwiach antywłamanio-
wych. Dopadam samochodu.

12.20. Otwieram wszystkie trzy zamki w moich nowych drzwiach antywłamanio-

wych. Kluczyki od mojego samochodu, służbowego zresztą, leżą na mojej nowej ku-
chence, która wyła w nocy, a ja próbowałam ją nimi wyłączyć.

12.30. Pali się rezerwa. Nie załapałam się na promocyjne paliwo w Trójce i nie pa-

miętam, które stacje benzynowe dawały jakieś zniżki. Trudno. Na szczęście na stacji 

background image

45

są jakieś bombonierki. Postanowiłam kupić dla pielęgniarki zamiast kwiatów. Bardzo 
dumna z siebie, że załatwiłam to za jednym zamachem, zajeżdżam po mamę.

— Czekoladki? — mówi z niesmakiem, — Przecież pani Tereska się odchudza.
„Co tej babie przyszło do głowy?! Z jakiego powodu się odchudza?” — nieżyczli-

wie pomyślałam o pielęgniarce. Humor mam już ostatecznie zmasakrowany. A przecież 
chciałam dobrze!

— Co ci młodzi mają w głowie? — dobiega mnie głos mojej rodzicielki. — Przecież 

wyraźnie mówiłam: kwiaty!

— OK! — Czuję się jak zbity pies. — Wsiadaj, mamo.

12.50. Mama wsiada do samochodu z przesadną ostrożnością.

12.55. Mama się usadowiła. Uff!

13.00. Zatrzymujemy się koło kwiaciarni. Mama uparła się wysiąść w przekonaniu, 

że ja już raz dałam plamę, czyli nie jestem w stanie podjąć właściwej decyzji.

13.15. Mama wsiada do samochodu. Tym razem trwa to dłużej, bo ładuje się z wiel-

kim bukietem. Daje do zrozumienia, że nie może go powierzyć osobie tak nieodpowie-
dzialnej jak ja.

13.30. Podjeżdżamy pod szpital.

13.31. Mama świergocze, narzeka, plotkuje i robi inne typowe dla niej rzeczy, które 

wyraźnie sprawiają jej przyjemność i — co zaskakujące — nie powodują bólu w nodze! 
Pani Tereska mruga do mnie porozumiewawczo, dziękuje za kwiaty i konspiracyjnym 
szeptem oznajmia, że to już ósmy bukiet dzisiaj, a wolałaby bombonierkę, bo ma uro-
dziny teściowej i taki „japoński prezent” bardzo by się przydał. Biegnę więc do samo-
chodu. Ale po drodze, niestety, wpadło na mnie lustro — skąd, do cholery, w szpitalach 
lustra?! Żałuję, że spojrzałam! Mam na głowie szopę nieokreślonego koloru i kształtu. 
Wyglądam jak młody Einstein w chwili największego uniesienia — naukowego oczywi-
ście! Nic mi już nie pomoże. Wracam więc, aby uwolnić personel od mamy.

— Słoneczko, to jest właśnie doktor Piotr Larnecki, który tak głaskał moje potłu-

czone kolano, że wyzdrowiało — chichocze moja matka w taki sposób, że czuję ciarki 
na plecach. — Jeszcze niezupełnie — dodaje — ale już prawie, prawda, doktorze?

To  straszne!  Czuję  się  jak  na  audiencji  u cesarzowej,  gdzie  moja  rodzona  matka 

podrywa nieletniego następcę tronu.

Ze wstydu zapomniałam o swoich włosach. I chyba to był błąd, bo nie zachowałam 

koniecznej czujności i zbyt późno zauważyłam, że doktor Piotr przygląda mi się z dużą 
uwagą.

background image

45

Jeszcze sobota

14.20. Odjeżdżam spod szpitala z piskiem opon. Wprawdzie mama zaczęła wrzesz-

czeć, że chcę ją zabić, bo wpadłam na krawężnik i trochę zarzuciło, ale postanowiłam 
to zignorować. Muszę wprawić się w dobry nastrój. Natychmiast! Przecież wieczorem 
mam zamiar bawić się cudownie, olśnić i rzucić na kolana wszystkich facetów, oszoło-
mić erudycją te wszystkie zarozumiałe wymądruchy.

14.25. To taki miły człowiek — słyszę rozmarzony głos mamy.
— Kto? — pytam przestraszona.
— Doktor Larnecki [ignoruję], wykształcony [ignoruję], przystojny [ignoruję], na 

pewno dużo zarabia. No, w końcu jest lekarzem! — strzela mama jak z kałasza.

—  Na  pewno!  I ma  żonę  i kupę  bachorów  — nie  wytrzymuję.  Dlaczego  zawsze 

w końcu udaje się jej mnie sprowokować!? — Czy możesz przestać urządzać mi życie, 
mamo?

— Ależ, słoneczko, wszystko sprawdziłam. Żadnej żony, żadnych dzieci. Ma wpraw-

dzie  jakąś  narzeczoną,  ale  to  przecież  nie  stanowi  przeszkody. Wszystko  już  z panią 
Tereską zaplanowałyśmy.

— Aha! To dlatego tak ważny był ten bukiet kwiatów!
— Nie pozwolę, żebyś zmarnowała swoje życie — mówi mama słodziutkim głosem. 

— To interesujące, że z Magdą nie było takich problemów. Interesujące...

— A ze mną są i nie przewiduję, żeby się skończyły! Ani tego, że ty będziesz je za 

mnie rozwiązywać! — wybucham, bo już nie mogę dłużej wytrzymać.

Nienawidzę jej! Liczę do dziesięciu i głęboko oddycham.

14.50.  Moje  miejsce  do  parkowania  zajęte.  Trochę  za  późno  się  zorientowałam 

i lekko stuknęłam tę beemkę. Sorry! Ale nie trzeba było stawiać na moim miejscu. Na 
szczęście znalazłam inne. Ciekawe czyje?

14.55.  Wbiegam  do  mieszkania  i potykam  się  o kota,  który  miauczy  pod 

drzwiami.

background image

46

47

— Och, Wacek, zupełnie o tobie zapomniałam. Chodź, dostaniesz mleka.
Cholera! Lodówka pusta. Jak mogłam zapomnieć o zakupach!

15.00. Otwieram puszkę tuńczyka.

15.03.  Spływa  ze  mnie  tuńczyk  w sosie  własnym,  śmierdzę  rybą.  Wskakuję  do 

wanny.

15.05. Tak się przestraszyłam dzwonka do drzwi, że prysznic wypadł mi z rąk i roz-

koszną fontanną zalał łazienkę. Jestem bliska załamania.

15.07. Na palcach podchodzę pod drzwi i przez judasza widzę Anię spod ósemki. 

Jest mi wszystko jedno. Otwieram.

— Nie przeszkadzam? — pyta i natychmiast przeprasza, próbując się wycofać.
Prawie siłą wciągam ją do środka. Z płaczem opowiadam jej o niebieskich włosach, 

o kole ratunkowym zamiast bioder, o tym, że dziesięć lat po maturze, a ja nie mam się 
w co ubrać, bo do niebieskiego nie mogę nałożyć czerwonej dlatego, że za ciasna, a kot 
obrzucił mnie tuńczykiem i mama chce wyjść za mąż za lekarza, który ma narzeczo-
ną...

Ania pokłada się ze śmiechu. Gdybym ja umiała śmiać się tak jak ona, też bym się 

pokładała. Ale ryczę tak, jakby mi kogoś bliskiego zabili.

— Przestań — mówi nagle Ania zdecydowanym głosem — idziemy do mnie. Marka 

nie ma w domu. Coś wymyślimy.

16.15. Stoję przed lustrem. Mam na sobie istne cudo: powiewną, luźną, dwuwar-

stwową  czarną  suknię.  Na  lewym  ramieniu  namalowany  czerwony  mak.  Absolutny 
odlot! „Zasługuję na wszystko...”

17.15. Stoję przed lustrem. Mam na sobie tylko bieliznę, a na włosach kolor ciem-

nej marchewki.

— Ania! Coś ty zrobiła!? Jak ja wyglądam!
— Nie krzycz, miałam tylko taką piankę do włosów, ale przecież wyglądasz super! 

— Wciska na mnie tę boską sukienkę. — Zobacz, idealnie pod kolor maku!

Może  rzeczywiście  nieźle?  Trochę  jak  matrona...  No  nie,  właściwie  nie  jest  źle! 

Jeszcze  pantofle  na  najmodniejszym  obcasie  i makijaż.  Seledynoworóżowy?  Ostatnio 
mama spytała, czy to sińce... Nie. Jednak makijaż tradycyjny i mocno czerwone usta!

17.25. Wchodzi Marek. Całuje Anię, rzuca na mnie okiem.
— Ktoś umarł? — pyta poważnie.

background image

46

47

Biorę to za dobry żart i wychodzę. Najszybciej i najzgrabniej jak potrafię.

18.25. Burczy mi w brzuchu. Zaglądam z nadzieją do pustej lodówki. Zresztą i tak 

nie mogłabym nic zjeść, bo mam pomalowane usta.

18.45. Muszę jeszcze raz pomalować usta. Dobrze czasami zachomikować parę ka-

wałków chrupkiego chleba. No i na szczęście znalazłam także słoik miodu!

18.50. Wychodzę. Od dwudziestu minut czeka na mnie taksówka. Trudno!

19.00.  Jadę  taksówką  do  mojej  starej  budy.  Przez  tyle  lat  jeździłam  tramwajem 

z przesiadką! Musiałam wstawać o 6.30 — koszmar! Spałam po drodze w tramwajach, 
przesiadałam się na pamięć. Nienawidziłam mojej budy! Nikt nigdy nie potrafił tego 
zrozumieć.

20.05. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że na zaproszeniu było napisane: „wraz 

z osobą towarzyszącą”. Kto to jest „osoba towarzysząca”?! Nie mam „osoby towarzyszą-
cej”. Kurde! A jeśli tylko ja będę bez pary? Niemożliwe! A nawet jeśli... to natychmiast 
ktoś się znajdzie, prawda? Ktoś się mną zajmie... Byłam w końcu jedną z najbardziej 
atrakcyjnych dziewczyn w szkole. „Ale laska!” — wołali za mną chłopcy. Co ja bredzę! 
Przecież nie umieram! Nadal jestem, cholera, atrakcyjna! A te cztery kilogramy nadwa-
gi? No, dobrze — pięć. Za to, kiedy kończyłam LO, miałam pięć kilogramów niedowa-
gi. Byłam płaska jak deska. Kupowałam push-up i zazdrościłam bardziej wyposażonym 
koleżankom podniecających dekoltów. Ale od kiedy rzuciłam palenie — dwa lata temu 
— mój dekolt (czytaj: mój biust) może stawać w eliminacjach światowych konkursów!

A więc, głowa do góry, to będzie cudowny wieczór, zasługuję na to! Nawet gdybym 

nie była tak majętna, jak ci wszyscy cholerni biznesmeni, którzy przecież są w końcu 
moimi kolegami ze szkoły!

20.15. Dojeżdżam pod budynek szkoły. Już od kilku sekund wiem, że nie jest do-

brze. Kierowca zatrzymał samochód, sięgam po torebkę, powoli zalewa mnie fala gorą-
ca, staram się nie panikować, nie mówię: „O kurde!” ani nic takiego, spokojnie wysypuję 
zawartość torebki na siedzenie samochodu. Pomadka — jest, kredka — jest, tusz, róż, 
perfumy — są, puder, zapasowa para rajstop — OK! Gdzie, do jasnej cholery (przyznaję 
— pomyślałam trochę mniej elegancko!), jest portfel? Kierowca zaczyna się niecierpli-
wić, patrzy na mnie podejrzliwie. Rzucam mu najbardziej czarujący z moich uśmie-
chów i oznajmiam, że portfel zostawiłam w innej torebce, tej codziennej, a teraz mam 
tę ekstra, czyli krótko mówiąc — bredzę z dużym wdziękiem — nie wzięłam pieniędzy! 
Kierowca wpada w szał, krzyczy, chce jechać na policję. Co za palant!

background image

49

— Czy nigdy nie zdarzyło się panu, że wziął pan inną torebkę?! — krzyczę z despe-

racją.

— Nie.
Powiedział to tak stanowczym głosem, że musiałam udać, że go nie słyszę.
— Czy ktoś może zapłacić temu panu? — Otwieram drzwi i wołam w kierunku sto-

jącej opodal grupki osób.

Cisza. Kompletna konsternacja. Nie znam ani jednej twarzy. „Dałaś dupeńki, ser-

deńko!” — myślę ponuro, a za chwilę spóźniona refleksja: „Boże, co ja zrobiłam?!”

I wtedy gdzieś tak z tyłu głowy czuję, że musi przyjść jakieś wybawienie z tej hań-

biącej  sytuacji.  I nagle,  nie  wiadomo  skąd,  podbiega  Ewa,  moja  najlepsza  koleżanka 
z ogólniaka, płaci taksówkarzowi, żegna go z uroczym uśmiechem, a do mnie szepcze 
konspiracyjnie:

— Wejście smoka, co?
Są ludzie, którzy wiedzą, jak się zachować zawsze i wszędzie, w każdej sytuacji.
Ewa wie. Ja nigdy nie wiem, choć od dziecka mnie tego uczono. Naprawdę, nie chcę 

kompromitować mojej rodziny. Ale czasami tak właśnie się zdarza.

20.17. Jesteś cool!  — mówię  do Ewy  i przez  chwilę wisimy  sobie  na  szyi.  Nawet 

szary budynek naszej starej budy całej w liszajach odpadającego tynku nie wydaje mi 
się tak obrzydliwy jak kiedyś. Wprawdzie przed wejściem nie rozwinięto czerwonego 
dywanu i paparazzi nie prześcigają się w błyskaniu fleszami, ale i tak jestem w podnio-
słym nastroju.

— Przyszłaś sama? — pyta Ewa, jakby się spodziewała, że zjawię się w towarzystwie 

księcia Karola.

— Zostawiłam najnowszego narzeczonego pod opieką Wacka — burknęłam.
—  Nie  wygłupiaj  się.  Ja  też  jestem  sama,  chwilowo.  Przepraszam  cię  na  chwilę 

— powiedziała  tajemniczym  głosem  i znikła  w kłębiącym  się  przed  szatnią  tłumie, 
zanim zdążyłam zamknąć buzię rozdziawioną ze zdziwienia.

20.20.  Wśród  przekrzykujących  się  głów  mignęły  mi  dwie  znajome  twarze,  ale 

przepadły w powodzi płaszczy, kurtek i futer (o tej porze roku! — a to snobki!).

20.25. Mam swój numerek, pogniecioną suknię, rozczochrane włosy i zadeptane 

buty. Ale żyję (hura!).

20.27. Stoję w toalecie pełnej graffiti i jarzeniówek i poprawiam lekko sfatygowany 

makijaż. Obok mnie stoi Gabrysia z 4 c. Nie poznała mnie. Trudno się dziwić. Dziesięć 
lat temu miałam blond warkocze i nosiłam obcisłe dżinsy. Teraz mam na głowie prze-
cier marchewkowy... A może to nie Gabrysia? Chyba ona. Nikt inny nie miał tak wyso-
kiego czoła...

background image

49

23 września, niedziela

7.30.  Jakiś  potworny  cham  uruchomił  alarm.  Na  pewno  zaraz  pojawi  się  firma 

ochroniarska razem ze strażą pożarną i powywalają wszystkie drzwi w całym domu. 
Nie dam się wyprowadzić, tak samo jak mój tata w czasie stanu wojennego! W końcu 
jakieś  tradycje  patriotyczne  trzeba  zachować!  Albo  może  powiem,  że  nie  otwieram 
z powodu migreny. Aha! Akurat uwierzą!

Co tak potwornie wyje? Jakieś takie juuuu, juuu... z przerwami.

7.33.  Chyba  mam  coś  z głową!  Jak  mogłam  nastawić  budzik?!  To,  co  się  dzieje 

w mojej nieszczęsnej głowie — niepotrzebnie ją uniosłam — to horror! To niewyobra-
żalnie gigantyczny kac! Muszę się czegoś napić, bo czuję się jak smok wawelski po po-
żarciu szewczyka, czy kogo on tam pożarł, nafaszerowanego prochem! Byle bez bąbel-
ków, bo eksploduję!

7.35. Wydawało mi się, że zmierzam prosto do lodówki — jeśli tę paradę omsknięć, 

wygibasów, osunięć i potknięć można określić jako „zmierzam prosto”...

— Oraz liczba zakrętów się nie zgadza — mówię do siebie zdecydowanie i łapię 

pion  przy  ścianie.  Teraz  muszę  sprawdzić,  z której  strony  nadejdzie  kot...  — Wacek! 
Wacek! Kici, kici! — wołam słodko.

— Czy nie możesz jeszcze trochę pospać, kochanie? — słyszę głos. Męski głos.
— Co jest, do cholery?! Kto się wprowadził do mojego domu? — Odważnie ruszam 

w kierunku głosu, obciągając do dołu wyjątkowo kusą koszulkę... Dlaczego ja mam na 
sobie męską koszulę...?

— Czy my się znamy? — pytam wściekła.
— Nie wygłupiaj się, Brygida. Bądź człowiekiem i daj pospać.

7.45. Ja chyba umarłam. I to wszystko to już nie jest moje życie. W każdym razie 

na  kanapie  śpi  Konrad.  Podeszłam  po  cichutku,  na  paluszkach.  Zgadza  się,  Konrad. 
O Boże! A przecież zasługuję na wszystko, co najlepsze!

7.47. Kurde! Nie wiem, gdzie jestem!

background image

50

51

Wyszłam  najciszej,  jak  tylko  mogłam.  Usiadłam  na  podłodze  w kuchni.  Zaraz, 

zaraz...  Zaraz  sobie  wszystko  przypomnę,  niech  tylko  skończą  walić  te  afrykańskie 
bębny w mojej głowie. Zresztą całkiem modne w tym sezonie. Według mojego tygodni-
ka... Była jakaś Gabrysia z 4 c, a może to nie ona. Próbowałam jej wytłumaczyć, że mar-
chewka na głowie jest okolicznościowa, bo normalnie...

Ale nie zdążyłam, bo ktoś mi wrzasnął w ucho:
— Hej! To ja!
Właścicielka głosu była pewnie przekonana, że radosnym stwierdzeniem „to ja” od-

słoni przede mną największe tajemnice — od swojej tożsamości poczynając, a na szcze-
gółowej historii naszej przyjaźni kończąc.

Sorry! Nie mam zielonego pojęcia, kim jest właścicielka małej czarnej z różowymi 

dodatkami i makijażem à la Alexis oraz opalenizną z solarium.

— Hej — odpowiadam ostrożnie.
— Nie pamiętasz mnie, Brygida? To ja, Kasia! — Uśmiecha się promiennie.
W naszej klasie było pięć Kaś! Mój mózg wykonuje bardzo skomplikowaną opera-

cję. Na szczęście ona sama skraca te męki.

— Kasia Górecka — prawie wykrzykuje.
Jezu! Przecież Kasia Górecka miała zostać zakonnicą! A ta laska przede mną jest 

chyba przedstawicielką zakonu Pameli Andersen. Coś się strasznie porąbało!

— Jak się miewasz? — pytam niepewnym głosem.
— Cudownie! Gram w serialu. A co u ciebie?
— Och, wiesz, pracuję w znanej redakcji — mówię lekko, z pewną dozą nonszalan-

cji.

— Super! — krzyczy i odpływa za ręką, która niecierpliwie pociągają w gęstniejący 

tłum. — Pogadamy! — słyszę jak przez mgłę...

— Jasne, że pogadamy! O tym, że jestem kobietą samodzielną, niezależną, która zna 

się na ochronie środowiska, gaszeniu afrykańskich lasów itd. — mruczę do siebie, bo jej 
już dawno nie ma. — Może pogadamy...

Wchodzę do auli. Uderza mnie specyficzny zapach (zawsze byłam „węchowcem”) 

mieszaniny perfum, wód kolońskich i swojskiej stęchlizny, która po dziesięciu latach 
jeszcze się utrwaliła. Próbuję za wszelką cenę przepchać się do sekcji 4 a. Tam są moi 
i tam jest moje miejsce.

„To ma być Bal Absolwentów?” — pomyślałam. To znaczy, że pora umierać.
— Zatańczysz?
— Jasne — odpowiadam.
Nie mam wyjścia. Wyrósł nieoczekiwanie przede mną i po prostu mnie zaskoczył. 

Nie mam bladego pojęcia, kto to jest! Ale nie to jest najważniejsze! Ten facet w ogóle nie 
tańczy! On nie wie, co to jest taniec! Wygina się jak paragraf, szarpie mnie na wszystkie 
strony, depcze boleśnie po palcach i nawet tego nie zauważa!

background image

50

51

Kiedyś już coś podobnego przeżyłam... Próbuję przebić się przez mgłę pamięci... Już 

wiem! Konrad! To było na jakiejś strasznej dyskotece, o której usilnie starałam się za-
pomnieć.

Coś zaszeleściło nieprzyjemnie w moim uchu.
— Gubisz rytm, kochanie. Musisz nad tym popracować.
Osłupiałam na sekundę. Ja? Ja muszę popracować? Czułam, jak poziom adrenaliny 

podnosi się prawie do granic możliwości. Byłam pewna, że za chwilę eksploduję, że za-
cznę krzyczeć: „Ty zarozumiały baranie, całe życie miażdżyłeś mi palce swoimi ciężkimi 
buciskami...”

— Brygida! Tysiąc lat! Zauważyłem, jak wchodzisz, i pomyślałem, że pierwszego 

szampana musimy wypić „za naszą przyjaźń z dawnych lat”.

— Tomek!
— Poznaj moją żonę — to jest Basia. Basiu — to jest Brygida. Najbardziej odlotowa 

panienka w naszej budzie!

— Ciągle jeszcze „panienka”? — z rozbrajającym uśmiechem pyta Basia.
— Kochanie — z wyrzutem mruczy Tomek.
„A niech ci będzie zołzo” — myślę nawet życzliwie o tej Basi, bo za chwilę siedzimy 

z Tomkiem  przy  stoliku  pogrążeni  w „naszych”  sprawach  i plotkach. Wypiliśmy  trzy 
lampki szampana, jedną po drugiej, i nawet nie zauważyliśmy, kiedy Basia i Konrad za-
częli tańczyć.

„No, to ci się trafiło, Basiu” — zdążyłam pomyśleć i utonęłam w ramionach face-

ta, z którym stanowiłam jedno. Przynajmniej w tańcu. Uwielbiałam z nim tańczyć. Tak 
jak dziesięć lat temu, dookoła nas zrobiło się pusto. Był tylko on i ja! Boże! Jak ja dawno 
nie tańczyłam. Wszystko, co było po drodze, to tylko nędzna namiastka! Zapomniałam 
o całym świecie... Znów byłam dziewczyną w sukience w kwiatki, w olbrzymim kape-
luszu przystrojonym gałązkami kwitnącej wiśni... Kochałam Tomka jak kiedyś, i on tulił 
mnie tak, jakby nie było tych dziesięciu lat, które nas dzieliły. Nie wiem, dlaczego wów-
czas się rozstaliśmy. Może nie byliśmy na tyle dorośli, żeby rozmawiać o otaczającym 
nas świecie bez uwzględniania opcji politycznych naszych ojców: lekarza — antykomu-
nisty i inżyniera — byłego już komunisty. Teraz wiem, że mogłabym pójść za nim na 
koniec świata. Zakończyliśmy taniec żegnani brawami całej sali. Ale kiedy wróciliśmy 
wreszcie do stolika, Basia była nadąsana, a Konrad prawie obrażony. Kiedy Basia i To-
mek znikli gdzieś w okolicy bufetu (niezły pretekst: „Jestem ciągle głodna, jak to ko-
bieta w ciąży” — syknęła jadowicie), Konrad zaczął robić mi wyrzuty. Nie mogłam zro-
zumieć, o co chodzi. O to, że tańczyłam? O to, że się przytulałam? „Chyba zwariował” 
— pomyślałam. „A co on za jeden?”

— Nic nie rozumiesz! — krzyczał prawie. — Dla każdego mężczyzny taniec to gra 

wstępna!

background image

53

„O mój Boże!” — pomyślałam. „Jeśli taniec z tobą miał być grą, to...” — Ciarki prze-

szły mi po plecach.

— Nie wiesz, ile dla mnie znaczysz — plótł jak poparzony Konrad.
— Ciekawe, ile? — syknęłam i próbowałam wstać. W tym momencie zupełnie nie-

oczekiwanie wpadł na mnie Olo, najbardziej zakręcony facet, jakiego w życiu widzia-
łam. Porwał mnie do tańca, nie pytając Konrada o zgodę. „A niby dlaczego miał pytać?” 
— wykrzykiwałam buńczucznie w duchu, rozważając jednocześnie dość hańbiącą sytu-
ację. Przecież nikt nie zachowałby się tak jak Olo, gdybym była z mężem albo z narze-
czonym.

„Kurde! Dlaczego tak jest?” — myślałam rozpaczliwie od momentu, kiedy musia-

łam trzymać Ola za ręce, bo nieustannie wędrowały w te miejsca na moich plecach, po-
niżej dekoltu, gdzie sukienki już nie było, i jednocześnie wysłuchiwać jego opowieści 
o tym, że rozwodzi się z żoną. Drugą.

To  nawet  nie  było  nieprzyjemne.  Powiedzmy,  że  było  miłe  do  momentu,  w któ-

rym jego słynny zegarek — zdążył opowiedzieć całą historię zegarka odziedziczonego 
po  ojcu  — podczas  jakiegoś  intensywnego  boogie-woogie  wpadł  za  dekolt  sukienki. 
To znaczy — za dekolt z tyłu, na plecach. Próbowałam sama poradzić sobie z odcze-
pieniem zegarka... Szarpnęłam i zegarek był uratowany. Gorzej było z suknią. „Gorzej” 
— to delikatnie powiedziane. Było źle. Właściwie było fatalnie. Prawdę mówiąc, było 
tak, że teraz mogłam już tylko umrzeć. Suknia — wziąwszy pod uwagę szamotaninę 
z Olem — była w strzępach.

„Niech żywi nie tracą nadziei”. Szybko wypiłam kilka kieliszków wina i chyba coś 

jeszcze, żeby zapomnieć o tym, że to nie moja suknia jest w strzępach, tylko pożyczona 
od Ani. Ktoś spinał mi suknię szczęśliwie znalezioną agraą, aby nie opadła ze mnie 
zupełnie.

8.47. Obudziłam się z głową na stole i nie mogłam sobie przypomnieć, jak się zna-

lazłam w mieszkaniu Konrada.

background image

53

Ciągle niedziela

9.00. Wiem już, że jestem w mieszkaniu Konrada, tego od gry wstępnej. Nie wiem 

tylko, czy dopuściłam do niej czy nie! I najgorsze jest to, że nie wiem, jak się dowie-
dzieć!

9.10. Nie wiem, jak się stąd wydostać, i nie wiem, w co się ubrać! Gdybym nałożyła 

podartą sukienkę, której dekolt kończył się już zdecydowanie poniżej pośladków (jej 
projektant to chyba gej, bo tylko oni potrafią tak zaprojektować ekscentryczną suknię, 
która na dodatek ma ciąg dalszy!), ściągnęłabym na siebie klątwę śpieszących do ko-
ścioła porządnych ludzi, którzy nie łajdaczą się po balach. Ja chcę do wanny! Do mojej 
wanny! Łzy płyną mi ciurkiem, ale nie szlocham, nie pociągam nosem, żeby nie obu-
dzić tego faceta, z którym nic mnie nie łączy! Na stole w kuchni zostawiam wizytów-
kę, ze starannie zamazanym numerem mojego telefonu, na której napisałam: „Dziękuję 
za nocleg! Z braku własnej, nadającej się do użycia garderoby, rekwiruję Twoją koszulę. 
Jakoś Ci ją oddam”. Straszna pustka zagwizdała we mnie po napisaniu tych słów...

9.15. Wymykam się boso na korytarz. Bezszelestnie zamykam za sobą drzwi i wkła-

dam pantofle. Nie mogę nawet zamówić taksówki przez moją komórkę, bo nie znam 
adresu.

9.20. Ukrywam się w bramie. Na dźwięk nadjeżdżającego samochodu wyskakuję 

z bramy i... szybko chowam się z powrotem, bo to nie taksówka. Po przeciwnej stronie 
ulicy zebrał się spory tłumek, który z zainteresowaniem obserwuje tę moją coraz bar-
dziej chaotyczną choreografię. Pod koszulą Konrada zamotałam sobie na biodrach po-
życzoną suknię Ani, która zresztą opadła wdzięcznie, kiedy wyskoczyłam kolejny raz 
z wrzaskiem: „Halo! Taxi!?” Tak wołają w filmach wszystkie zdesperowane dziewczyny. 
Tylko kto ich słucha?!

9.22. Wskakuję do taksówki, podaję adres i zamykam oczy. Nie chcę widzieć obser-

wującego mnie w lusterku kierowcy.

background image

54

55

9.38. Nie jest źle. Dojeżdżam do domu.

9.40. Jest źle. Przed domem stoi pani Lodzia spod dziesiątki — lat siedemdziesiąt. 

Właśnie wracała z kościoła i zobaczyła zatrzymującą się pod blokiem taksówkę.

— Wychodzę za mąż, kochaniutka! — piszczy radośnie na mój widok. — To już 

piąty raz! — dodaje z dumą.

No i proszę mi powiedzieć, czy istnieje sprawiedliwość na tym świecie? Jedni mają 

po pięciu mężów, a inni wcale! Tak dla celów statystycznych chciałabym wiedzieć, ilu 
ich miała moja sąsiadka, będąc przed trzydziestką. Zabrakło mi odwagi, żeby zapytać. 
Wiem, że powinnam się cieszyć szczęściem pani Lodzi, ale nie mogę! Jestem totalnie 
zdruzgotana.

— Czy nie podwiewa pani za bardzo, kochaniutka? — mówi pani Łodzią zatroska-

nym głosem i patrzy na koszulę, która ledwo zakrywa mi pupę. — Trzeba dbać o jajniki 
— dodaje z miną eksperta i oddala się z godnością.

9.42. Dopadam windy. Pusta. Jestem bezpieczna. Kiedy zatrzymuje się na trzecim, 

zza drzwi słyszę miauczenie Wacka. Ręce mi się trzęsą jak złodziejowi, nie mogę zna-
leźć kluczy. Wysypuję zawartość torebki na wycieraczkę: pomadka, kredka, róż, perfu-
my, tusz, puder, zapasowa para rajstop i cała masa zapisanych serwetek... Co ja zrobiłam 
z kluczami? Musiałam zatrzasnąć drzwi, kiedy wybiegłam wczoraj spóźniona. A może 
są u Konrada? O nie! Za żadne skarby świata tam nie wrócę! Wolę resztę życia spędzić 
na wycieraczce pod własnymi drzwiami.

— Całuję rączki szanownej pani — mlasnęło mi nagle nad uchem.
— Boże! Ale mnie pan przestraszył! — To nasz cięć, pan Janek z parteru! Skąd się 

tu wziął o tej porze!

— Tak rano na spacerek? A może już ze spacerku? — Przygląda mi się z obleśnym 

uśmiechem.

— Wie pan, w Polsce to już nawet nie można sobie postać pod własnymi drzwiami, 

bo od razu znajdzie się ktoś, kto wsadza nos w nie swoje sprawy — staram się mówić 
spokojnie.

— Nie mamy kluczyków, co? — Jakby nie słyszał tego, co powiedziałam. — Mam 

kumpla, jest akurat u mnie... Otworzy wszystko!

— Nie, dziękuję! — prawie krzyczę.
— Jak szanowna pani sobie życzy — odchodzi, mrucząc. — Otworzyłby na cacy, 

bez śladów widocznych okiem policji...

— Dobrze, już dobrze — mówię szeptem, ale o dziwo, on słyszy. — Niech otwiera.
— Do usług szanownej pani. Sekundka i wracam.

background image

54

55

9.50. Leżę w wannie.

10.05. Leżę w wannie i myślę.

10.17. Leżę w wannie i myślę, że jestem kompletną kretynką.

10.20. Nieoczekiwanie wróciła mi pamięć. Tak. Jestem kretynką!
Jedną  ręką  trzymałam  rozerwaną  sukienkę,  drugą  — szklaneczkę  z jakimś  alko-

holem. Być może była to whisky. Ewa — moja najlepsza koleżanka z budy, która mnie 
jakoś  w tym  obłędnym  tłumie  odnalazła  — pokazywała  zdjęcia:  Ewcia  na Akropolu, 
Ewcia  w Delfach...  Nic  nie  widziałam,  bo  wszystko  rozmazywało  się  tak,  jakby  jakiś 
oszołom specjalnie nie ustawił ostrości.

I kiedy już byłyśmy z Ewcią mocno zaangażowane w tę turystykę światową — którą 

jedni mają we wspomnieniach i na zdjęciach, a inni w planach na przyszłość — do na-
szego stolika przytoczyła się (ona zawsze się „przytaczała” takim rozchwianym, pozor-
nie lekkim, kaczkowatym krokiem) Baśka.

Była obrzydliwą lizuską i wszyscy wiedzieli, że kabluje. Teraz szła do nas z brzu-

chem pod brodę. Byłam bliska załamania.

— Chyba mu zapłaciła! — szepnęła Ewa.
— Komu? — spytałam.
— Temu, kto odważył się zrobić jej dziecko. — Ewa była czasami bezlitosna.
— Może ją kocha — próbowałam ratować sytuację, ponieważ Baśka zbliżała się nie-

uchronnie.

— Kto? Ten, którego szantażuje, żeby się z nią ożenił? — Nie wiem, skąd miała takie 

informacje. — Ale się nie ożenił i nie ożeni! — Zaśmiała się złośliwie.

Baśka oparła brzuch o moje krzesło.
— Tak, tak, Brydziu — mruknęła ze zjadliwą satysfakcją — dzieci należy rodzić, 

zanim się skończy trzydzieści pięć lat.

— Jesteś złośliwa, Baśka! — nie wytrzymałam. — Do trzydziestu pięciu brakuje mi 

jeszcze siedmiu lat!

— Nie szkodzi — odparła z promiennym uśmiechem, zadowolona, że mnie spro-

wokowała — ja za kilka dni urodzę drugie. — Poklepała się po gigantycznym obiekcie 
swojej dumy.

— Biedne dzieci — szepnęła Ewa. — Każde będzie miało innego tatusia, a w rezul-

tacie żadnego.

Nagle Ewa zerwała się i pobiegła do wyjścia. Za chwilę stanęła przed nami, cała roz-

promieniona, trzymając pod rękę faceta, którego już gdzieś widziałam...

— To mój narzeczony — mówiła z przejęciem — doktor Piotr Larnecki. Nie mógł 

być wcześniej, bo miał dyżur w szpitalu.

background image

57

— O Boże! — jęknęłam. — Tylko nie to, błagam! Tylko nie lekarz mamy!
Z  rąk  wyleciała  mi  szklaneczka  z whisky,  a ja  zatoczyłam  się  wprost  w ramiona 

Konrada. Teraz naprawdę było mi wszystko jedno.

— Słuchaj — wybełkotałam — zabierz mnie stąd natychmiast.

10.30. Kurde! Jestem skompromitowana:
— przespałam się z facetem, do którego czuję — delikatnie mówiąc — niechęć;
— w dodatku nic nie pamiętam;
— jakiś podejrzany typ otworzył bez kluczy drzwi mojego mieszkania;
— w dodatku za moim przyzwoleniem;
— zniszczyłam kompletnie sukienkę;
— w dodatku nie moją;
— głowa za chwilę mi eksploduje;
— w dodatku to moja głowa.

10.40. Rzucam się na łóżko i ryczę jak małe dziecko.

background image

57

24 września, poniedziałek

9.00.  Pracę  zaczęłam  punktualnie  i w dobrej  formie.  Nic  dziwnego,  spałam  pięt-

naście godzin. Żadnego „moralniaka”! Nic z tych rzeczy! Tylko nad moim łóżkiem za-
miast hasła „Zasługuję na wszystko, co najlepsze” pojawiło się nowe — „Nikt nie jest do-
skonały!” Czasami trzeba przegrać wiele potyczek, aby wygrać wielką bitwę! Tak ma-
wiał Napoleon. Zastanawiam się, czy jest najlepszym autorytetem, bo w końcu przegrał 
wszystko.

9.15. Pora do pracy! — mruczę do siebie, ale w trybie rozkazującym. OK!
OK! Najpierw przegląd inwentarza w celu zbadania, czy czegoś się nie domyślają:
1. Pani Zuzia — sekretarka szefa, sporo starsza od reszty towarzystwa. Stara się nam 

matkować,  ale  dyskretnie,  nie  nachalnie.  Nie  cierpi  komputerów,  potrafi  puścić  wią-
zankę i wrzeszczeć, jeśli ją zawiodą. Uśmiecha się, kiedy przechodzę obok jej biurka. 
Czasami, w tajemnicy, ratuje sytuację i odpowiada na listy czytelniczek.

2.  Wojtek  — szef  działu  reportażu,  miły  facet,  ale  żonaty.  Poza  wielkim  sercem 

ma równie wielkie królicze zęby i obsesję na punkcie damskich pośladków. Poklepuje 
każdą, jeśli tylko nadarzy się okazja, i zaraz wrzeszczy: „Tylko nie krzycz, że cię molestu-
ję!” Próbował właśnie mnie klepnąć, ale bez specjalnych intencji — tak jak zwykle.

3. Paweł — zastępca naczelnego, pracoholik i okrutny zgred. Wiecznie niezadowo-

lony,  ciągle  wytyka  innym  ich  wady.  Spisany  na  straty  stary  kawaler!  Chociaż  ostat-
nio dosyć poważnie atakuje go Dorota z działu marketingu. Ucieka przed nią jak przed 
inwazją  Marsjan!  Zdarzają  mu  się  czasami  napady  fantastycznego  poczucia  humoru 
i wtedy można go jeść łyżkami. Generalnie jest w porzo...

4. Monika — szef działu kultury, młodsza ode mnie o dwa lata. Spokojna, opanowa-

na, przewidująca sytuację, wyciągała mnie kilkakrotnie z niemałych opresji. Teraz nic 
nie wskazuje na to, żeby była czymś zaniepokojona.

5. Brygida — szef działu zdrowie, moda i uroda. Aha! To ja. Ja się nie liczę.
Wszyscy pracują w skupieniu. Nikt nie ma ochoty na dyskusje, nikt o nic nie pyta. 

A to znaczy, że nikt nic nie wie o mojej kompromitacji. Nie jest źle!

background image

58

59

9.20. Sprawdzam swoją pocztę elektroniczną. Trzy nowe wiadomości. Pierwsza od 

Magdy, która pyta, dlaczego nie dotarłam do mamy na niedzielny obiad? Pyta, jakby za-
pomniała, co było parę lat temu, kiedy ona miała Bal Absolwentów w swojej budzie.

Otwieram następnego e-maila. Nie mam pojęcia od kogo...
„To była cudowna noc! Co powiesz na replay? Odpisz. Konrad”.

9.25. Cała drętwieję, nie mogę oderwać oczu od monitora. Robi mi się słabo, na 

przemian to gorąco, to zimno. Jakim cudem? Skąd ma mój adres? Boże! Czego ja jesz-
cze nie pamiętam?!

9.30. Nawet nie wiem, jak znalazłam się w toalecie. Stoję pochylona nad umywal-

ką, z głową wciśniętą w ramiona. Chce mi się wymiotować. Po mojej durnej głowie plą-
czą się jakieś głupawe hasła, które mają przywrócić stan równowagi. Gucio! Niczego nie 
przywracają!

9.50. Drzwi toalety uchylają się i widzę przerażone oczy Moniki.
— Wszystko w porządku? — pyta dziwnie niepewnym głosem. — Brygida... Wojtek 

szukał czegoś na twoim biurku... Wszyscy już wiedzą!

— Cholera! Kurde! Kurde! — Walę pięściami w umywalkę. — Zostawiłam otwartą 

skrzynkę!

9.55. Wpadam do swojego boksu. Jestem wściekła! Wrzeszczę o pogwałceniu prawa 

do  prywatności  i tajności  korespondencji.  O łamaniu  konstytucji.  Wojtek  patrzy  na 
mnie jak na żabę. Nic nie rozumie! Bąka jakieś „przepraszam”, ale uważa, że nic się nie 
stało! Nic się nie stało!? Nie mogę uwierzyć! Opadam zrezygnowana na krzesło. Chce 
mi się wyć.

9.57. Nade mną staje Paweł i mówi spokojnym, trzeźwym głosem, jakby to było 

oczywiste:

— Nie należy korzystać z firmowego komputera do celów prywatnych.
— Pocałuj mnie w dupę, ty zakichany pracusiu! Nikt cię nie pytał o zdanie! — wy-

bucham i natychmiast tego żałuję. Jak mogłam się tak idiotycznie zachować?! Przecież 
on ma rację! — Przepraszam, Paweł! Nie chciałam... Paweł, proszę cię! Okropnie mi 
przykro... — Rzeczywiście czuję się strasznie! Łzy płyną mi po policzkach. Teraz jestem 
wściekła na siebie. Nienawidzę tak się zachowywać. Nienawidzę sytuacji, w których nie 
potrafię zapanować nad swoimi emocjami. Nienawidzę własnej agresji, która krzywdzi 
innych. Niestety, najczęściej jest tak, że zanim zdążę się opanować, już narozrabiam.

background image

58

59

12.30. Siedzę z nosem w komputerze. Pracuję bardzo szybko, co rzadko mi się zda-

rza. W redakcji atmosfera gęsta, że siekierę można powiesić.

—  Brygida!  Do  cholery!  Czuję  się  jak  szmata.  — Wojtek  nie  wytrzymuje.  — To 

wszystko przeze mnie. W ramach pokuty zapraszam cię do Pizza Hut i przysięgam, że 
nie popuszczę, dopóki mi nie przebaczysz!

Rzucam szybkie spojrzenie na Monikę i widzę, że się uśmiecha.
—  Zastanowię  się  — mówię  ugodowo  — ale  pod  warunkiem,  że  zabierzemy 

Monikę i Pawła jako środki łagodzące.

Paweł oponował, zapierał się o biurko, ale uwiesiłam mu się na szyi i zmiękł.

13.00. Upływ czasu i najlepsza w mieście pizza koją zszargane nerwy. Atmosfera 

ulega zdecydowanej poprawie, i to tak dalece, że Wojtek zaczyna opowiadać swoje ulu-
bione  dowcipy  o blondynkach.  Nawet  ja  w końcu  zrozumiałam  ten  o reklamówce. 
Znowu jesteśmy zgraną paczką.

Nagle Paweł zaczyna coś opowiadać... O blondynce, która leciała samolotem i zajęła 

miejsce w business class. Podchodzi do niej stewardesa i mówi:

— Proszę zabrać swój bagaż podręczny i przesiąść się. Pani wykupiła bilet w klasie 

turystycznej.

— No to co? — pyta blondynka.
— Wykupiła pani bilet w klasie turystycznej, a to jest business class.
— No to co? — pyta blondynka.
— No to musi się pani przesiąść do klasy turystycznej.
— Dlaczego, skoro jest mi tu dobrze? — pyta blondynka.
— Ponieważ to jest business class, a pani... — zaczyna tłumaczyć kolejny raz stewar-

desa, po czym macha ręką i znika w kabinie pilotów.

Za chwilę pojawia się kapitan, pochyla się nad blondynką i szepcze jej coś do ucha. 

Blondynka zrywa się jak poparzona, chwyta swój bagaż i szybko przenosi się do klasy 
turystycznej.

Stewardesa patrzy oniemiała.
— Przez dziesięć minut bez skutku namawiałam tę idiotkę — wydusza w końcu. 

— Co pan jej powiedział, kapitanie?

— Nic nadzwyczajnego. Powiedziałem, że trzy rzędy przed nią, dwa za nią i ten, 

w którym ona siedzi, nie lądują we Frankfurcie.

Patrzymy  na  siebie  kompletnie  zaskoczeni.  Paweł  nigdy  w życiu  nie  opowiadał 

dowcipów! To pierwszy dowcip, jaki usłyszeliśmy w jego wykonaniu. Jesteśmy w szo-
ku! Nikt się nie śmieje.

— Co z wami? — pyta Paweł. — Przecież to dobry dowcip!
Eksplodujemy  śmiechem. A raczej  dopada  nas  tak  zwana  głupawka. Wojtek  do-

staje czkawki, Monika płacze, a ja krztuszę się kawałkiem „sycylijskiej”. Prawie umie-

background image

61

ram z braku powietrza. Pomaga dopiero silne uderzenie Wojtka. Kawałek, którym się 
zakrztusiłam, wpada prosto do kawy Pawła. Znowu zaczynamy się śmiać jak opętani. 
W tym momencie przy naszym stoliku pojawia się Dorota. Jest wzburzona.

—  A więc  tu  się  ukrywacie!  — mówi  piskliwym,  podniesionym  głosem  i celuje 

w Pawła palcem zakończonym ciemnoczerwonym pazurem. Nic nie jest w stanie nas 
powstrzymać. Znowu wybuchamy śmiechem. Z głupawką już tak jest. Dorota wybiega 
z pizzerii.

— Coś ty jej zrobił, chłopie?! — Wojtek leży na stoliku i wyje. — Zwariowała na 

twoim punkcie. Zastanów się, to niezły kąsek! Lepszy niż ten, który wpadł ci do kawy.

Paweł przestaje się śmiać. Jest wyraźnie zakłopotany.

background image

61

25 września, wtorek

11.15. Patrzę tępym wzrokiem w monitor komputera i nie bardzo wiem, co czytam. 

Dzisiaj rano obudziłam się opętana myślą: ja chcę mieć dziecko! Będzie mnie kochać 
bezinteresownie — nie tak jak faceci — i będzie śliczne. A ja będę wychodzić na spa-
cery z nowoczesnym, granatowym wózkiem i słuchać westchnień: „Ach, jaki piękny ten 
pani synek!” albo: „Jaka śliczna córeczka i jaka podobna do pani!” Będę kupować roz-
koszne ubranka — oczywiście w zgodzie z najnowszą modą — i przestanę pielgrzymo-
wać po sklepach z ciuchami dla mnie i dołować się, że w nic się nie mieszczę. To świetny 
pomysł! Że też wcześniej na to nie wpadłam. Muszę nad tym popracować!

11.40. Już wiem: Jeremy! Czytaj: Dżeremi! Hm... po polsku Jarema. Tak, syn będzie 

miał na imię Jeremy! A córeczka — Marysia. Czy wolałabym mieć córeczkę czy synka? 
To bardzo poważny problem. Zastanowię się.

13.20. W przerwie na lunch weszłam do sklepu i oglądałam soczki, dania w słoicz-

kach, śliniaczki, talerzyki w słoniki i misie. Jak ten świat się zmienił! Kiedyś posiadanie 
dziecka wiązało się z godzinami zmarnowanymi w kuchni: gotowaniem, wyciskaniem, 
ucieraniem, przecieraniem, zmywaniem itd. Teraz dzięki postępowi technicznemu tyle 
problemów zostało rozwiązanych. Tylko skąd ja wezmę ojca?!

15.30. Dziecko  musi  mieć  ojca!  Co  za  nieszczęście,  że  ludzie  nie  rozmnażają  się 

przez podział...

15.35. Ale przecież istnieje zapłodnienie pozaustrojowe! Wybiera się tatusia o od-

powiednim  poziomie  inteligencji,  budowie,  kolorze  oczu...  Moje  dziecko  musi  mieć 
oczka niebieskie. I musi być geniuszem matematycznym, żeby mogło zostać słynnym 
informatykiem... Albo i geniuszem matematycznym, i artystą! Nie lubię rozwiązań po-
łowicznych.

16.05. No tak, ale to wszystko kosztuje! Te ciuszki, pieluszki, zabawki. Kiedy dziecko 

podrośnie, trzeba będzie kupić mu laptopa. Magda powiedziała, że w dzisiejszych cza-
sach to już dwulatek musi mieć laptopa, żeby się rozwijał, bo inaczej nie sprosta wyzwa-

background image

niom społeczeństwa informatycznego. To ciekawe, bo jej Kuba nie miał. Zbliża się czas 
kultury informatycznej, a mnie nie stać na nowy komputer dla siebie! Do mojego to 
trzeba węgla dosypać i korbką zakręcić, żeby podliczył najprostszy słupek.

16.12. A tycie? Przecież w ciąży się tyje! A potem nie da się schudnąć. Już teraz nie 

mogę zrzucić zbędnych czterech kilogramów. Może adopcja?

16.13. Tylko czy dadzą zaadoptować dziecko samotnej, pracującej kobiecie z emo-

cjonalnymi odchyłami od normy? Wątpliwe.

16.15. Ale ja muszę mieć kogoś, kto będzie mnie kochał! Wacek, jak każdy kot, łazi 

własnymi drogami, głównie po parapetach na trzecim piętrze. Takie życie bez miłości 
zupełnie nie ma sensu.

16.16. Monika znów dostała SMS-a. Jestem pewna, że od swojego chłopaka, bo chi-

chocze jak małolata. Na pewno napisał, co z nią zrobi po powrocie z pracy...

16.17. Wiem! Kupię sobie psa. Będzie mnie kochał bardziej niż Wacek, który jednak 

jest trochę wredny. Pies może jeść suchą karmę, spać obok mojego łóżka w sypialni.

16.21. A co ze spacerami? Przecież pracuję od rana do wieczora i nie mogę sobie 

pozwolić na urywanie się z pracy, żeby wyjść z pieskiem... A jak będzie padał deszcz?... 
Pies to jednak zbyt duży obowiązek. Nie pasuje do mojego nieustabilizowanego trybu 
życia.

17.03.  Eureka!  Trochę  to  trwało,  ale  znalazłam  idealne  rozwiązanie.  Kupię  sobie 

rybkę! Będzie na mnie zawsze czekać w swojej szklanej kuli, nie będę musiała jej wy-
prowadzać na siusiu, Wacek będzie miał się na co pogapić, nigdy się nie obrazi, a na do-
datek przyniesie mi pieniądze. Tak mówią specjaliści od feng-shui.

19.02.  Ledwo  zdążyłam!  Już  zamykali  sklep  akwarystyczny,  ale  przemiły  sprze-

dawca był gotów poświęcić mi trochę czasu, bylebym tylko nie wyszła z pustymi ręko-
ma. Teraz wracam do domu z nowym towarzyszem życia. Ma na imię Filip i jest bojow-
nikiem!

background image

26 września, środa

6.00 rano. Wacek zżarł bojownika!

background image

65

26 września od szóstej rano, środa

12.30. Wszyscy poszli na lunch, a ja siedzę przed komputerem. Mam potworne wy-

rzuty sumienia, że skazałam bojownika na pożarcie. Mowy nie ma o jakimkolwiek je-
dzeniu. Nic bym nie przełknęła.

13.00.  Cały  czas  myślę  o tym,  że  każde  stworzenie  rodzaju  męskiego  jest  diabła 

warte. Bezduszni i nieodpowiedzialni faceci!

13.30. Jestem już ostatecznie przekonana, że Wacia nie zżarłaby Filipinki!

14.00. Jednak by zżarła. Gdyby na przykład podczas balu okazało się, że chce jej 

odbić najprzystojniejszego wolnego lekarza w tej części Europy.

15.00. No i dlaczego ten cholerny matiz nie chce zapalić?! Bo też jest rodzaju mę-

skiego. Spóźnię się na spotkanie z lekarzem, który wynalazł nową metodę leczenia cel-
lulitis. Szkoda, że to nie doktor Larnecki. I tak w to nie wierzę, ale Paweł mówi, że trzeba 
o tym  pogadać,  bo  wiele  naszych  słuchaczek  ma „wstydliwy  problem  cellulitis”.  Nie 
wiem, dlaczego alkoholizm nie jest wstydliwym problemem, a cellulitis jest!

15.15. O taksówce nie ma co marzyć. Pojadę tramwajem. Będzie szybciej i taniej.

15.25. Jakaś bezczelna małolata ustępuje mi miejsca w tramwaju. No nie! Świat się 

kończy! To fakt, że ta marchewka na głowie, która zdążyła już lekko sfioletowieć, wyjąt-
kowo mnie postarza, ale żeby aż do tego stopnia? A może ja znowu przytyłam i ta głu-
pia małolata myśli, że jestem w ciąży? Chyba rzeczywiście z tym wychowaniem seksu-
alnym w szkołach nie jest najlepiej, skoro małolaty nie odróżniają lekkiego zaokrągle-
nia od ciąży. Beznadziejna ta dzisiejsza młodzież. I źle wychowana.

15.30. Co ja myślałam, kiedy miałam 10, 12 lat, o takich staruchach, które skończyły 

28? No właśnie — staruchy!

15.35. Od jutra biorę się za siebie, i to ostro!

background image

65

27 września, czwartek

6.15. Budzę się ze złego snu cała zlana zimnym potem. Śniło mi się, że moje wszyst-

kie kapelusze zjadły mole. Te słomkowe na plażę też. We wszystkich były równiutkie, 
jednakowej wielkości dziury. Z jednej zaczęła wyłazić szara, oślizgła ryba, która rosła 
i rosła. Wiedziałam, że muszę przed nią uciekać, ale nie mogłam ruszyć się z miejsca. 
W ostatniej chwili odpaliłam jak pershing i to, co mnie ścigało, zostało daleko w ty-
le. Czułam się bezpieczna do momentu, gdy zauważyłam, że piasek, po którym biegnę, 
składa się z ziarenek przypominających główki niemowlaków. One rosły, a ja je depta-
łam. Zaczęłam krzyczeć, bo nie mogłam się zatrzymać, i ciągle deptałam i deptałam!

6.20.  Sięgam  po  telefon  i drżącymi  rękami  wybieram  numer  mamy.  Do  licha! 

Dlaczego tak długo nie odbiera?! Może coś jej się stało i trzeba dzwonić po pogotowie 
albo straż pożarną?! Kiedy już jestem bliska zrobienia strasznego zamieszania, chcąc 
zaangażować wszystkie najważniejsze służby ratownicze w całym kraju, słyszę zaspany 
głos mojej mamy:

— Słuuuuchaaaam!
— Mamo, czy ty mnie kochasz?! — krzyczę z desperacją.
— Kto mówi?
— Nie mówi, tylko krzyczy!
— Jeśli to jakiś żart...
— Mamo, to ja! Brygida! Powiedz, czy ty mnie kochasz? Niczego więcej nie chcę!
— Brygida?! Jezus, Maria! Gdzie jesteś? Co ci się stało, dziecko? Dobrze się czu-

jesz?

—  Mamo,  przestań  pytać,  tylko  odpowiedz  na  pytanie:  czy  ty  mnie  kochasz? 

Proszę!

— Oczywiście, że cię kocham, ale co się stało? Jest środek nocy, a ty dzwonisz...

6.30. Nie czekałam na ciąg dalszy. Odłożyłam słuchawkę. Mama mnie kocha. Mama 

mnie kocha! Jakoś wcale nie jest mi z tym lepiej. Co to znaczy, że mama mnie kocha? 
Jak mnie kocha?

background image

66

67

6.35. Nakładam walkmana, puszczam swoją ukochaną Shinead O’Connor i biorę 

gorącą  kąpiel.  Śpiewam  i płaczę  z moją  najcudowniejszą  idolką.  Kocham  jej  głos,  jej 
muzykę. Wszystko inne naprawdę nie ma znaczenia, zwłaszcza o szóstej rano! Nawet to, 
że kot Wacek pożarł rybkę bojownika o imieniu Filip!

6.50.  Z letargu  — w wannie  pełnej  piany  — budzi  mnie  dotyk  czyjejś  dłoni. 

Otwieram oczy i... aaaaaaa! — krzyczę albo krzyczę i otwieram oczy — nie pamiętam, 
w jakiej kolejności. Nade mną pochyla się wielka, strasznie potargana głowa mamy!

Obie krzyczymy, obie jesteśmy przerażone i żadna z nas nie rozumie, co się dzieje.

6.55. Okazuje  się,  że  mamę  tak  przeraził  mój  telefon  o świcie,  że  zadzwoniła  do 

Magdy  i zmusiła  ją  do  wygrzebania  się  z cieplutkiego  łóżka.  Z objęć  jej  ukochanego, 
między nami mówiąc, beznadziejnego męża. Ale musiała mieć cykora! Całe szczęście, że 
dałam jej klucze do mojego mieszkania, bo postawiłaby cały dom na nogi!

7.00. Mama poszła do kuchni zaparzyć kawę. Ja wyłażę z wanny. Magda bezczelnie 

mnie taksuje i szepcze:

— Modliłam się tylko, żebyś była sama.
— Właściwie miałyście ogromne szczęście — prawie krzyczę, bo mam ochotę ją 

zabić.  — Bardzo  rzadko  sypiam  sama!  Mam  kalendarzyk  wypełniony  po  brzegi!  Do 
końca przyszłego roku! Każda noc z innym facetem!

— Brygidko, to jest przypadek kliniczny i chyba musisz skorzystać z pomocy psy-

chiatry!  — mówi  obrażona  moim  wybuchem  Magda.  Na  szczęście  wkracza  mama 
z kawą i to ucina dalszą rozmowę, jeśli tak można nazwać tę wymianę zdań.

7.30. Magda wychodzi. Odkąd Kuba poszedł do szkoły, ma jeszcze mniej wolnego 

czasu niż przedtem. Nie chodzimy już na wspólne obiady czy kolacyjki. Szkoda. Muszę 
nad tym popracować, zamiast wydzierać się na nią w przypływie ataku histerii. Bo koń-
czy się tak, że w ogóle się nie rozumiemy.

Może rzeczywiście tak bardzo absorbuje ją praca w Desie? A może...?

7.40. Mama drąży:
— Możesz mi chyba powiedzieć, co się stało? Teraz, kiedy nie ma już Magdy?
Przecież nie mogę jej powiedzieć, bo natychmiast da ogłoszenie do gazety, że jej 

mądra i piękna córka jest nieszczęśliwa i poszukuje jakiegokolwiek mężczyzny, którego 
mogłaby zatrzymać na dłużej.

7.50. Ubieram się.

background image

66

67

— Wiesz, w twoim wieku miałam już Magdę i byłam w ciąży z tobą — oznajmia 

mama z niewinną miną.

— Fantastycznie!
— Ja nie żartuję. Powinnaś mieć dziecko. Oczywiście najpierw jakiegoś męża.
— Dzieci to nie tylko miłość, mamo. Dzieci to przede wszystkim kłopoty, prawda?
— No, jest trochę kłopotów, ale...
— A co by było, gdybym miała dziewczynkę, na przykład Marysię? Zamartwiałabym 

się, że nie będzie mogła znaleźć męża, prawda?

— W końcu zawsze jakiś się znajdzie — odpowiada bez szczególnej nadziei mama.
— A gdybym miała chłopca, na przykład Jeremy’ego? Nie mam pojęcia, jak się wy-

chowuje chłopców!

— A cóż to za okropne imię: Jeremy! Nie możesz mi tego zrobić! Nigdy się na to 

nie zgodzę!

— No właśnie! Generalnie jest ciężko, prawda?
—  To  są  w ogóle  okropne  czasy,  moje  dziecko  — mówi  mama,  dopijając  kawę. 

— Kobiety ciężko pracują. Zbyt ciężko! Wszystko dlatego, że myślą jedynie o zrobieniu 
kariery. Są mało kobiece i wiele na tym tracą. A w ogóle — przyznasz mi rację, mam na-
dzieję — mają poprzewracane w głowach i same nie wiedzą, czego chcą. Dlatego męż-
czyźni się ich boją i uciekają, gdzie pieprz rośnie!

— Ja z całą pewnością wiem, czego chcę.
— To interesujące. — Podniosła wysoko brwi.
— Chcę nie spóźnić się do pracy, a to znaczy, że za pięć minut trzeba wyjść, bo prze-

cież najpierw muszę odwieźć cię do domu.

— Nie musisz — mówi, cedząc słowa. — Człowiek zrywa się w środku nocy, pędzi 

na ratunek po to, żeby usłyszeć, jak wielkim problemem jest odwiezienie do domu sta-
rej matki!

8.20. Korek!

8.30. Cholerny korek!

8.40. Cholernie piekielny korek czasami udaje się pokonać, jadąc slalomem.

8.50. Jesteśmy pod domem mamy. Teraz dopiero zwróciło moją uwagę to, że przez 

całą  drogę  mama  nie  odezwała  się  ani  słowem.  Jest  dziwnie  blada.  Bardzo  powoli 
otwiera drzwi, wysiada i pochyla się nad szybą. Wygląda na kompletnie zdruzgotaną.

— Nigdy więcej nie wsiądę do tego samochodu, jeśli będziesz jeździła w ten sposób! 

— cedzi słowa cicho i powoli. — Cudem uniknęłyśmy śmierci chyba z siedem razy.

background image

69

A potem odwraca się, przygarbiona i nagle stara. Zrobiło mi się strasznie głupio. 

Wyskoczyłam z samochodu, objęłam ją i mocno się przytuliłam.

— Dziękuję, że przyjechałaś, mamo! To znaczy, że mnie kochasz!
Mama  objęła  mnie  i pogładziła  po  policzku.  Zrobiło  mi  się  ciepło  i bezpiecznie. 

Jestem szczęśliwa! Niech szlag trafi wszystkich facetów!

— Nigdy nie zgodzę się na imię Jeremy — powiedziała słodkim głosikiem.

background image

69

28 września, piątek

16.00.  Dzisiaj  wyjątkowo  wcześnie  wróciłam  z redakcji.  Przygotowałam  sobie 

pachnącą ziołami kąpiel i leżę w wannie.

16.10. Leżę w wannie i nie mam żadnego planu na weekend. Nie wiem, gdzie iść na 

randkę, w czym iść na randkę, a przede wszystkim — z kim iść na randkę.

16.12. Chyba zrezygnuję z randki i „wyjątkowo” zostanę w domu. OK! Mogę zostać, 

tylko jak wytłumaczę to mojemu ciału, w którym hormony buzują jak szalone i które 
kusi mnie wizją namiętnych chwil z zabójczo przystojnym mężczyzną? Muszę wobec 
tego jakoś wytłumaczyć swojemu biednemu ciału, że chwilowo nie ma w pobliżu żad-
nych zniewalających osobników płci przeciwnej, którzy mieliby na mnie ochotę, a ja nie 
będę przecież zadowalać się nielojalnymi sąsiadami czy lekarzami, którzy mają narze-
czone. A i jedni, i drudzy powinni leżeć u mych stóp!

16.20. Dość tego! Dzisiaj oddam się relaksowi i rozrywce. Może nawet coś przeczy-

tam. I żadnego użalania się nad sobą!

18.20. Siedzę w pokoju i beczę. Naprawdę włożyłam wiele wysiłku w to, żeby się 

nie rozkleić. Ale dlaczego zamiast siedzieć w kinie u boku jakiegoś przystojniaka, siedzę 
przed telewizorem z pilotem w ręku? Dlaczego zamiast przytulać się do owłosionego 
torsu jakiegoś supermana, zagłaskuję na śmierć wyrywającego się Wacka? Już mu nawet 
wybaczyłam to, że pożarł rybkę, która miała zaspokoić moją szaloną potrzebę bycia ko-
chaną, a dla niego była jedynie urozmaiceniem menu...

18.25. Dzwonek do drzwi. Pędzę do przedpokoju, zapominając o środkach ostroż-

ności. Patrzę przez wizjer — na wycieraczce stoi Konrad! Przecież nie zostawiłam mu 
adresu, nie odpisałam na e-mail...

Udam, że nie ma mnie w domu...
Puk, puk, puk...
—  Brygi,  otwórz!  Słyszałem,  jak  biegniesz  do  drzwi  — wydziera  się,  myśląc,  że 

mówi teatralnym szeptem.

background image

71

Brygi?! Co za kretyński skrót!
— Kto tam? — gram na zwłokę.
— Święty Mikołaj. Otwórz, chcę porozmawiać.
Panie Boże, musiałeś mnie źle zrozumieć. Nie miałam na myśli Konrada, prosząc 

Cię o towarzystwo na wieczór.

— Jak tu trafiłeś? — pytam, otwierając zamaszyście drzwi.
— Istnieją książki telefoniczne! Musiałem przyjść, chociaż rozszyfrowałem, nieste-

ty, twoje intencje wobec mojej osoby...

— Skoro więc rozszyfrowałeś?!
—  ...bo  zostawiłaś  u mnie  coś,  a poza  tym  zapomniałaś  odesłać  mi  koszulę. 

— Uśmiechnął się dwuznacznie i wyciągnął z kieszeni kurtki biustonosz. Mój biusto-
nosz!

— Dzięki! — wrzasnęłam, wyrywając mu stanik. Czułam, jak moje policzki zaczy-

nają płonąć.

— Płakałaś? — zapytał Konrad. Wydawało mi się, że bardziej szyderczo niż współ-

czująco.

— Nie. Mam kłopoty ze szkłami kontaktowymi.
— Nigdy nie nosiłaś okularów. Od kiedy masz wadę wzroku?
„Od momentu, kiedy zatańczyłam z tobą na Balu Absolwentów!” — miałam ochotę 

wrzasnąć, ale zamiast tego powiedziałam łagodnym głosem, który mnie samą wpędził 
w zdumienie:

— Od niedawna.

18.30.  To,  co  robię  teraz,  nie  mieści  się  w głowie!  Nawet  mojej!  Rzucam  się 

Konradowi na szyję i zaczynam go namiętnie całować.

Konrad sztywnieje i odsuwa mnie gwałtownie.
— Co ci się stało, Brygida? Tamtej nocy po balu nie pozwoliłaś się nawet dotknąć!
Oniemiałam.
— Naprawdę? Powtórz to!
— Powtarzam: nie pozwoliłaś się dotknąć! Darłaś się tak, że o mało nie ściągnęłaś 

mi policji na kark.

— Konrad, czy możesz coś dla mnie zrobić?
— Wszystko, co chcesz...
— Strasznie cię przepraszam, stary. Weź swoją koszulę, jest wyprana, i zostaw mnie 

samą. OK? Muszę znowu w sobie zamieszkać.

—  Nic  nie  rozumiem  — mówi  Konrad,  patrząc  na  mnie  dziwnie.  — Jak  chcesz. 

— A potem bardzo szybko zamyka za sobą drzwi, zabierając raz na zawsze dręczący 
mnie obraz własnej kompromitacji.

background image

71

29 września, sobota

7.30. Telefon. Zrzucam z nocnego stolika szklankę z wodą mineralną, niegazowa-

ną, którą trzeba mieć pod ręką, kiedy poczuje się pragnienie; książkę Tekturowy samolot 
Stasiuka; budzik nastawiony na 9.30 (bo to przecież sobota), który zaczął dzwonić jak 
oszalały, mimo że to dopiero 7.30, czyli pora mojego codziennego wstawania do pracy 
— kurde! może jednak nie przestawiłam budzika?! No nie, niemożliwe! — notes i dłu-
gopis, gdyby mi coś przyszło do głowy; pustą miseczkę po kremie karmelowym, który 
znakomicie poprawia samopoczucie tuż przed zaśnięciem; i pluszowego kangurka can-
goo,  z którym  sypiam  od  czasu,  kiedy  postanowiłam  uczyć  się  języka  niemieckiego 
z książeczek dla dzieci, żeby zrozumieć, z czego śmieją się Niemcy w niemieckich pro-
gramach. Wszystko to runęło z hukiem na podłogę, a ja złapałam komórkę dosłownie 
w locie, chroniąc ją przed upadkiem.

— Halo?
— Myśmy, proszę pani, byli umówieni dzisiaj na odbiór węża...
— To chyba pomyłka — mówię zbyt mało zdecydowanym głosem.
— Jaka pomyłka?! Jaka pomyłka?! Kolega już jedzie z klatką i wężem.
— Proszę pana, ja nie wiem, o co chodzi. W każdym razie...
— Co mi tu pani kit wciska, że nie wie, o co chodzi?! O węża chodzi! Kolega zaraz 

u pani będzie.

— Proszę pana! — krzyczę wściekła. — Ja nie zamawiałam żadnego węża! Żmii też 

nie! Niech pan się nie waży przywozić tego paskudztwa do mojego domu! A w ogóle to 
pod jaki numer telefonu pan dzwoni?!

— Co mnie szanowna pani będziesz sprawdzać! Chyba wiem, gdzie dzwonię. Towar 

zamówiony, będzie dostarczony. To jest uczciwa firma, nie? Ostatecznie numer mogę 
podać: O [też mi odkrycie, w ręku trzymam komórkę] 608 23 40 79 — skanduje cyfry.

—  Przykro  mi,  proszę  pana,  ale  to  nie  jest  numer  mojego  telefonu  — mówię  ze 

zjadliwą satysfakcją — a to znaczy, że nie zamawiałam żadnego węża, a żmii tym bar-
dziej!

Rozłączam się i natychmiast wybieram numer 0 608 23 40 79.
Niestety, zajęty. Próbuję jeszcze raz — zajęty. Jeszcze raz — zajęty. Zbieram z pod-

łogi notes i długopis, ostrożnie lawirując wśród rozbitego szkła, zapisuję numer, żeby 

background image

72

73

zadzwonić później, kiedy nie cierpiące zwłoki sprawy związane z nabyciem węża zo-
staną pozytywnie załatwione przez właściciela podanego numeru telefonu komórko-
wego.

7.50. Od dłuższego czasu patrzę na kartkę z zapisanym numerem telefonu komór-

kowego: 0 608 23 40 79 i odnoszę wrażenie, że nie jest mi on całkiem obcy. Cholera! 
Czyj to może być numer?

Zapisuję go ponownie, tym razem jednak w systemie trójkowym: 0 608 234 079.
To jest mój numer! Kto by się tego spodziewał?! Proszę bardzo, jestem gotowa po-

nieść  wszelkie  konsekwencje  niezapamiętywania  numerów  w systemie  dwójkowym. 
Na swoje usprawiedliwienie — mogę podać go wyrwana ze snu w środku nocy, pod 
warunkiem jednak, że w systemie trójkowym. Dwójkowy przerasta moje możliwości. 
Węży jednak z całą pewnością nie zamawiałam! Nie zamawiałam i nie chcę ich widzieć 
w moim domu!

8.00. Przykrywam głowę kołdrą z nadzieją, że jeśli nawet przez pomyłkę przyjadą, 

żeby mi wcisnąć węża, to i tak nie usłyszę, a po drugie skoro jest sobota, to mam prawo 
pospać do południa.

11.50. Telefon. Wszystko, co było do zrzucenia na moim nocnym stoliku, leży już na 

podłodze. Mówię więc całkiem spokojnie:

— Słucham.
— Brygida? Nie obudziłem cię?
— A skąd! Nie śpię już od siódmej trzydzieści, kiedy zaproponowali mi węża...
— Brygida? Jesteś pewna, że wszystko w porządku?
— Jasne! Tyle, że numer telefonu się nie zgadzał. To znaczy w systemie trójkowym 

był OK! A kto mówi?

— Brygida, nie wiem, czy już się obudziłaś... Jeśli nie, mogę zadzwonić później, ale 

chciałbym przed poniedziałkowym kolegium obgadać z tobą pewne szczegóły twojego 
wywiadu z tym lekarzem, który odkrył nową metodę leczenia cellulitis, bo uważam, że 
zbyt optymistyczne prognozy mogą wprowadzić w błąd nasze czytelniczki i łudzić je 
nieuzasadnioną nadzieją...

— Paweł? To ty?
— Ja.
— To nie mogłeś od razu powiedzieć, że nie jesteś facetem od węży, żmij i innych 

płazów?!

— Mogłem, ale przecież o to nie pytałaś!
— Jasne.

background image

72

73

— Słuchaj, żeby nie było obsuwy na poniedziałkowym kolegium, musimy spotkać 

się dzisiaj i porozmawiać. Jeśli nie znajdziesz przekonywających argumentów, twój wy-
wiad spadnie. Takie są zasady gry, wiesz o tym. Mogę wpaść do ciebie, tylko powiedz, 
o której będziesz wolna.

To bardzo śmieszne: „o której będziesz wolna”. W ogóle nie interesowały mnie za-

sady gry ani wywiad, ani to, że spadnie. Niech spada! Miałam swoje zdanie i było ono 
negatywne — nie ma skutecznego środka na definitywne wyleczenie cellulitis. Jedyny 
sposób — trzeba go zaakceptować!!!

W  tej  chwili  nie  miało  to  najmniejszego  znaczenia.  Bo  teraz  chciałam  krzyczeć: 

„Cały czas jestem wolna! Każdego dnia jestem wolna! W nocy też! W każdej sekundzie 
jestem wolna! Tylko nikt się tym kompletnie nie interesuje!”

Ale przecież nie mogłam tego wykrzyczeć Pawłowi, koledze z pracy.
— OK! Wpadnij do mnie na herbatkę po południu, około siedemnastej. Pogadamy 

— powiedziałam, siląc się na obojętność.

Odłożyłam komórkę z przeświadczeniem, że stało się coś bardzo ważnego, czego 

ja kompletnie nie rozumiem. Paweł zadzwonił, żeby ochronić mnie przed ewentualną 
wpadką! Wcześniej nikt nigdy tak się w stosunku do mnie nie zachowywał. Ale afera!

12.30. Od pół godziny siedzę w łazience. Kręcę włosy, robię makijaż, przymierzam 

kolejne kreacje i nagle poraża mnie myśl: muszę przecież czymś podjąć tego mężczyznę, 
który w końcu jest moim kolegą z pracy!

12.40. Przygotuję coś, co rzuci go na kolana. To nic, że tylko koleżeńsko-redakcyj-

ne. Zawsze jednak — kolana!

13.00. Przerzucam wszystkie książki kucharskie i wszystkie przepisy kulinarne. No, 

powiedzmy sobie prawdę — tylko te łatwe i mniej pracochłonne.

13.10.  Yesss!  Śliwkowy  placek  babuni!  Takiego  nie  jadł  nigdy  w życiu!  Bo  tylko 

moja babcia umiała upiec tak wspaniały placek ze śliwkami. Dobrze, że zapisałam sobie 
kiedyś wszystko, co trzeba zrobić krok po kroku.

15.30. Ratunku! Ratunku! Wrzeszczę, ile sił w płucach, zbiegając po schodach, ale 

nie zapominam jednocześnie o naciskaniu wszystkich napotkanych po drodze dzwon-
ków do mieszkań. Prawą ręką podtrzymuję mikser, bo jak puszczam, to on ciągnie mi 
głowę w dół i wyrywa włosy. W takiej chwili człowiek nie myśli o tak zwanych konwe-
nansach.

background image

74

75

Sąsiedzi wyskakiwali jak sardynki z puszki, ze zdumieniem konstatując, że ta zimna, 

zdystansowana młoda dama na szpilkach oszalała, czego koronnym dowodem jest nie-
konwencjonalny „stroik” na głowie! Korytarze na kilku piętrach szumiały pytaniami: 
„Co się stało? Czy to jakiś napad? Czy ktoś już dzwonił na pogotowie? Trzeba wezwać 
policję!”

Nie zdawałam sobie sprawy, że mam tylu sąsiadów. Wytoczył się nawet na wpół 

nagi cięć Janek z parteru, o którym wszyscy wiedzą, że bije żonę, a w dodatku nikomu 
się nie kłania.

Po cholerę do niego dzwoniłam? Ale czy w takim stanie można wiedzieć, do kogo 

się dzwoni?!

„Ja chyba zwariowałam” — przemknęło przez moją obolałą głowę. Do jakich nie-

przewidywalnych zachowań zdolny jest człowiek w sytuacjach ekstremalnych?

W  pewnym  momencie  uświadomiłam  sobie,  że  przyciskam  dzwonek  sąsiadów 

uznawanych  w bloku  za  głuchoniemych.  Chciałam  już  popędzić  dalej,  kiedy  drzwi 
nagle się otworzyły.

— Czy coś się pani stało? — zapytał rozkosznie słodkim głosem siwy starszy pan.
—  Nie  mogę  wyjąć  trzepaczek  od  miksera!  — Łzy  płynęły  mi  z oczu  ciurkiem. 

— Czy mógłby pan nacisnąć ten zielony przycisk za moim uchem, o tu, z boku? Tylko 
ostrożnie, bo to strasznie boli!... Wyrywa mi włosy!...

— Spokojnie, dziecko. — Och, jakiż on ma piękny głos! — Po prostu coś się zablo-

kowało.

— Życie mi się zablokowało, proszę pana!
— A? — Poprawił w uchu aparacik słuchowy, ale jednocześnie puścił mikser ucze-

piony moich włosów i moja głowa poleciała gwałtownie w dół.

— Daj pan. Może ja spróbuję? — wyrwał się nagle uczynny cięć Janek.
—  Nie  trzeba!  — rzekł  z tryumfalnym  błyskiem  w oku  starszy  pan,  wyszarpując 

z rąk Janka rzeczony mikser. — Niebezpieczeństwo zagrażające młodej damie zostało 
zażegnane.

Gapie wstrzymali oddech. Jednym sprawnym szarpnięciem starszy pan sprawił, że 

wprawdzie zostałam oswobodzona od miksera, ale ciągle sterczały mi z głowy, chyba 
niezbyt typowe, lokówki!

Gapie, nie zauważywszy śladów krwi, co znaczyło, że lwy nie przystąpiły do akcji, 

uznali widowisko za skończone i skierowali się w stronę swoich bezpiecznych miesz-
kań. Na ich twarzach można było dostrzec uśmiechy ulgi i zadowolenia, że tym razem 
obyło się bez rzezi.

— Nic tak nie cieszy, jak cudze nieszczęście, co nie? — szepnął mi do ucha pan 

Janek, a ja natychmiast znalazłam się w oparach nie przetrawionego alkoholu.

background image

74

75

Starszy  pan  zaprosił  mnie  na  herbatę.  Zamknął  drzwi. Wprawdzie  byłam  uwol-

niona od miksera, ale dwie trzepaczki do ubijania piany nadal sterczały na mojej gło-
wie. Urocza, filigranowa żona starszego pana zapytała, jak to się stało.

— To miało być ciasto dla gości. No, dla jednego gościa — bełkotałam, próbując 

jednocześnie  wyplątać  trzepaczki  miksera  ze  swoich  włosów.  — Ubijałam  białka  na 
sztywną pianę, kiedy spadł mi na podłogę przepis na placek ze śliwkami. Zapomniałam 
wcześniej związać włosy i wystarczył moment. Schyliłam się i mnie wciągnęło...

W tym momencie szarpnęłam z całej siły i wiedziałam już, że oznacza to pozba-

wienie się znacznej ilości włosów. Uwolniona wreszcie od tych cholernych trzepaczek, 
które trzymałam w ręku jak wojenne trofeum, rozglądałam się w poszukiwaniu lustra.

— Lustro jest z tyłu, za panią, moje dziecko — powiedziała urocza starsza pani.
Obejrzałam się i moim oczom ukazał się całkiem łysy placek na skórze, o nieregu-

larnym kształcie. Był na tyle widoczny, że moi wybawcy nie potrzebowali nawet oku-
larów, aby go zobaczyć. W ich oczach malowało się zdziwienie, podczas gdy moje bły-
skawicznie napełniły się łzami. Tym razem nie z bólu, a z rozpaczy. Byłam autentycznie 
przerażona. Złapałam swój „włosożerny” sprzęt i wybiegłam spłakana, ledwie wydusiw-
szy: „Dziękuję”.

17.00. Dzwonek do drzwi. Paweł. Zdążyłam się jako tako doprowadzić do porząd-

ku. Mieszkanie także. Ciasta śliwkowego nie będzie. Będzie za to kompot. Otwieram. 
Paweł przygląda mi się uważnie.

— Jakaś nowa fryzura?
— Niezupełnie. — Czuję, jak łzy znowu zbierają mi się pod powiekami.
— Wiesz, ja się specjalnie na modzie nie znam, ale ładnie.
Z pewnością powiedział tak tylko przez grzeczność albo żeby podtrzymać mnie na 

duchu, bo nie podejrzewam go o zamiłowanie do ekstrawagancji. To, co miałam na gło-
wie, czytaj: fryzura maskująca — było bardzo ekstrawaganckie.

17.10. Dzwonek do drzwi. Paweł stał bliżej, więc otworzył. Ja wycofałam się na bez-

pieczne pozycje, czyli do kuchni.

Po chwili Paweł stał już obok mnie z trzepaczką od miksera w ręce.
— Słuchaj, Brygida, czy taki starszy siwy pan pożyczał od ciebie mikser?
— Mmmm... — mruknęłam nieczytelnie.
— Przyniósł tylko jedną trzepaczkę. Będzie ci go oddawał na raty?

17.15. To, co w tym momencie huknęło, odwróciło na szczęście uwagę Pawła i od 

miksera, i od mojej fryzury. Podszedł do okna.

— Co się tam dzieje?

background image

77

— Nic nadzwyczajnego. Z budynku vis-á-vis już trzeci miesiąc, dzień po dniu, wy-

sypują rękawem przez okna gruz. Oczywiście do kontenera, dlatego tak wali.

— Trzeci miesiąc? Ile można naprodukować gruzu w tak małym budynku?
—  Nie  wiem.  Zaczynam  podejrzewać,  że  oni  dowożą  ten  gruz  z drugiej  strony 

i zrzucają z naszej z hukiem, żebyśmy się nie nudzili.

20.00. Z Pawłem chyba nie można się nudzić. Poprawiliśmy ten mój wywiad bez 

żadnych  problemów  i bez  emocji.  On  naprawdę  się  na  tym  zna. A potem  gadaliśmy 
i gadaliśmy, popijając wino na zmianę z kompotem, który Pawłowi bardzo smakował. 
Opowiedziałam mu o wężu i trójkowym systemie numerów telefonicznych. Popłakał 
się  ze  śmiechu.  Żałuję,  że  nie  miałam  nic  na  kolację,  ale  przecież  ja  się  odchudzam, 
a z placka wyszły nici. Może zostałby jeszcze dłużej, zamiast pędzić pod pretekstem za-
łatwienia jakiejś sprawy z rodzicami. Słyszałam przecież, jak burczało mu w żołądku, ale 
nie mogłam mu proponować zupy kapuścianej. Pomyślałby, że zwariowałam.

20.10. Paweł jest super! Ma śliczne oczy. Szkoda, że nie jest moim chłopakiem.

20.15. Dlaczego Paweł nie jest moim chłopakiem?! Przystojny, wysoki, niegłupi...

20.20. Paweł nie jest moim chłopakiem, ponieważ tata ostrzegał: „Pamiętaj, żad-

nych flirtów w pracy, Brygidko!” Nie jestem pewna, czy miał rację.

background image

77

30 września, niedziela

16.00. Stan psychiczny, dno wklęsłe! Przed chwilą dzwoniła mama i urządziła aferę, 

że nie przyjechałam do niej na obiad. Chyba jest tępa! Ciągle nie może zrozumieć, że nie 
jadam obiadów! Przynajmniej na razie.

16.15.  Jestem  być  może  niesprawiedliwa  w stosunku  do  mamy,  ale  dzisiaj  mam 

dzień użalania się wyłącznie nad swoim nędznym losem i jak widzę kogoś z uśmiechem 
na twarzy, kto jeszcze w dodatku jest szczupły, to wszystkie wnętrzności się we mnie 
przewracają. Na szczęście nikogo nie widzę, bo cały dzień siedzę sama (to już chyba tra-
dycja), oglądam wszystkie seriale, jakie dziś nadają, i wcinam kapuścianą zupę. Katuję 
się tą zupą już trzeci dzień, ale warto, bo za następne trzy moja figura będzie smukła 
i wiotka, jak prezydenta RP, który też się podobno kapuścianą zupą odchudza — faceci 
będą padać u mych stóp jak muchy!

16.30. Kiedy zamykam oczy, to widzę kapustę. A dziś w nocy śniło mi się, że han-

dluję zieleniną w warzywniaku.

16.45. Najgorsze jest to, że ciągle jestem głodna, mimo że już nie wytrzymałam i za-

gęściłam  sobie  kapuściankę  kolankami.  To  mój  ulubiony  makaron. Wsypałam  tylko 
dwie garstki, no bo jak dieta, to dieta. Muszę być twarda. Wytrwam. Chyba...

17.00. Wacek, jak to kot, patrzy na mnie (i na moją zupę) z politowaniem. Mnie też 

jest siebie żal, ale wczoraj wieczorem, po wyjściu Pawła, kiedy studiowałam w lustrze ze 
wszystkich stron swoją anatomię, odkryłam przyczynę mojego braku powodzenia u fa-
cetów — nadgryzł mnie ząb czasu. Za grube uda, obwisłe pośladki, prawdziwy hipo-
potam... W końcu, jakkolwiek by patrzeć, to już ćwierć wieku z hakiem na karku. Lat 
— 28, wzrost — 168, waga — 62, w porywach do 63. Straszne!

17.20. Kochany Wacek! On jeden się o mnie troszczy. Właśnie wrócił z przechadzki 

po gzymsie wzdłuż okien i przyniósł mi upolowanego w czyjejś kuchni schabowego.

background image

78

17.30. Dzwonię do wszystkich sąsiadów na moim piętrze, ale nikt nie przyznaje się 

do kotleta. Czuję się jak idiotka, maszerując z tym schabowym w garści od drzwi do 
drzwi. Ale jestem z siebie dumna, bo zwyciężyła we mnie uczciwość nad głodem. Przy 
okazji dowiedziałam się, że pod trzydziestym czwartym mieszka ktoś nowy. Poszłam 
sprawdzić, chociaż to nie na moim piętrze. Jest całkiem seksowny. Szkoda tylko, że zo-
baczył mnie już dziś, a nie za trzy dni, po kapuścianej diecie. Wtedy na pewno przy-
znałby się do schabowego, nawet gdyby nie był jego. I to bez względu na piętro. Mam 
jakieś dziwne uczucie, że już go gdzieś widziałam.

18.00. Moje przyjaciółki to obrzydliwe, egoistyczne potwory. Nawet nie zadzwonią. 

Założę się, że obściskują się Bóg wie z kim i Bóg wie gdzie! (No, może Iwona nie, bo jest 
w ciąży i ma męża, a Ewa — właściwie też wiadomo z kim — doktorem Larneckim!) 
A ja cierpię, bo dłużej nie mogę już znieść świadomości, że ten rumiany, grubiutki ko-
tlecik jest obecny w moim domu! Nie mam już siły walczyć ze sobą, postanowiłam więc 
położyć się do łóżka i przespać głód.

18.15. Rumiany, grubiutki kotlecik był pyszny! Podzieliłam się sprawiedliwie z Wac-

kiem. Zasłużył na to.

18.20. Miałam chyba niedyspozycję psychiczną albo chwilową pomroczność, skoro 

pomyślałam o położeniu się do łóżka w niedzielny wieczór. To jakieś nieporozumie-
nie.

18.25.  Ale  co  można  robić  w niedzielny  wieczór  poza  oglądaniem  telewizji? 

Wyrzuciłam  wszystko  z torby  w poszukiwaniu  programu  telewizyjnego  i znalazłam 
darmową  wejściówkę,  którą  dostałam  na  dzisiejszą  premierę  w Multikinie.  Szkoda 
tylko, że jedną. Ale jak się jest po podwójnej przecenie, to już nawet bilety dają wyłącz-
nie pojedyncze i na dostawiane krzesełko. Gdyby nawet dali dwa, nie miałabym prze-
cież z kim pójść!

18.30. Nie zawracaj głowy, Brygido, tylko się pospiesz. Seans zaczyna się o siód-

mej.

18.35. Cholera, gdzie mogłam wsadzić różowe kabaretki?
...Może znajdę jakiś wolny fotel i wygodnie sobie usiądę. I kiedy tak już będę sobie 

siedziała, przyjdzie spóźniony, wysoki, kulturalny, samotny, odrobinę roztargniony bru-
net...

Aha! I powie, że to miejsce tydzień temu zarezerwowała mu narzeczona!

background image

78

18.50. Dociskam gaz do dechy. Żeby tylko było miejsce do parkowania w pobliżu 

kina.  Jest!  Mam  nadzieję,  że  nikt  nie  zauważy  oczek  w rajstopach.  Kabaretki  gdzieś 
wcięło.

21.00. Po wyjściu z kina same przyjemności: założyli mi blokadę na koło, nie mo-

głam złapać taksówki, na dodatek zaczęło padać. Jakby nie dość tego, że pomyliłam se-
anse — ten, kto wymyślił, że jedno kino ma mieć osiem sal, musi za to odpowiedzieć! 
— to wylądowałam nie na premierowej projekcji, a na jakimś idiotycznym filmie o trzy-
dziestoletniej, samotnej, obżerającej się czekoladą i pralinkami dziewczynie, która jest 
na permanentnej diecie, walczy z przynajmniej dwoma nałogami naraz, ma wieczny ba-
łagan w domu i w głowie, która nieustannie czeka na swojego księcia, a jej najlepszym 
przyjacielem jest gej!!! I jeszcze bohaterka miała na imię Bridget!

21.05. Chryste! Przecież to o mnie!!!

background image

80

81

1 października, poniedziałek

9.40. Wreszcie jestem. Po skandalach związanych z wykupieniem samochodu od 

Straży  Miejskiej  — zabawa  od  7.30  +ogołocenie  kieszeni  z zaskórniaków  — jestem 
w redakcji gotowa na odparcie każdego ataku. Paweł też jest, ale jakiś taki dziwnie za-
troskany. Nawet nie pyta, dlaczego się spóźniłam 40 minut. W końcu ile można pytać, 
prawda? Podchodzi do mojego biurka (a jednak będzie kazanie) i pyta:

— Jak mama?
Nic nie rozumiem. Skąd ta nagła troska o moją mamę? Podbiega Monika i pod pre-

tekstem podania mi jakichś papierów odciąga mnie gwałtownie na bok.

— Właśnie odwiozłaś mamę do szpitala — szepcze bardzo podekscytowana.
— Ja? Nie mogłam jej odwieźć, bo założyli mi blokadę na koło i od rana...
— To wersja dla Pawła, kretynko! Nie rób takiej głupiej miny.
Zaczynam rozumieć. Ale czemu mama? Mniejsza z tym. Kochana Monika. Zawsze 

mnie ratuje z tarapatów. Rzucam jej dziękczynne spojrzenie i zabieram się do pracy. Za 
chwilę kolegium.

Szybka korekta artykułu o seksie po czterdziestce, po pięćdziesiątce, po sześćdzie-

siątce... itd. Myślę, że spokojnie można dojść do setki. Ciągle tylko o tym. Zrób to rano, 
zrób to wieczorem, zrób to zamiast... Niedobrze mi się robi!

12.30. Ledwo zdążyłam po tej strasznej nasiadówie, zwanej szumnie burzą mózgów, 

usiąść przed komputerem — podchodzi Paweł.

— Dzwonią ze szpitala — mówi z wyraźną troską.
— OK, Paweł, sorry, nigdy więcej, obiecuję...
— Co ty wygadujesz? — obrusza się. — Biegnij, lekarz czeka!
Teraz już kompletnie zwariowałam. Nic nie rozumiem. Podnoszę słuchawkę pełna 

najgorszych przeczuć.

— Słucham, Brygida Janoska.
— Tu doktor Larnecki. Dzwoniłem do pani mamy, ale nie odbiera telefonu. Ponieważ 

zostawiła mi pani numer na wszelki wypadek, dzwonię do pani. Musimy powtórzyć ba-
dania. Wyniki są, niestety, nie najlepsze. Musimy mieć pewność przed podjęciem decy-
zji. Proszę przywieźć mamę jeszcze dzisiaj. Najlepiej za godzinę. Będę na panie czekał.

background image

80

81

Nogi się pode mną ugięły i musiałam złapać się krzesła.
— Dobrze. Będę z mamą za godzinę — wykrztusiłam szeptem.
Wybiegam do toalety. Monika za mną. Jest przerażona.
— Wybacz, nie chciałam, skąd mogłam wiedzieć!... Nigdy więcej, nigdy więcej nie 

zrobię czegoś takiego! Boże, co ja narobiłam?! — biadoli.

Nie mogę pozbierać myśli. Gdyby to było coś poważnego, na pewno zadzwoniłaby 

Ewa... Bzdura, dlaczego miałaby dzwonić? Nikt nie lubi być posłańcem złych wiadomo-
ści! Zresztą czy lekarze zwierzają się narzeczonym z przypadłości swoich pacjentów?!

13.00. Jesteśmy w szpitalu. Mama dziwnie spokojna. Nie domyśla się niczego. Mówi, 

że to nic poważnego, że podejrzewają zwyrodnienie stawów, ale od tego się nie umiera. 
Zabierają mamę na badania. CZEKAM!

13.10. Obserwuję życie szpitalnego korytarza i nagle zaczynam się modlić: „Boże, 

dziękuję Ci, że jestem zdrowa. Przynajmniej na ciele, bo czy także na umyśle — tego już 
nie jestem tak bardzo pewna”.

Nagle poraża mnie myśl: czy lekarz zadzwoniłby osobiście, gdyby chodziło o zwy-

rodnienie stawów?

CZEKAM!

13.30. Tylko spokojnie. Mam straszną ochotę na papierosa, ale przecież nie palę 

od ośmiu miesięcy. Myśl o pożądaniu papierosa też mnie przeraża. Zaczynam wpadać 
w panikę. Dlaczego to tak długo trwa? Co można badać przez pół godziny?!

13.50. Aaaa! Wrzeszczę na cały szpital i zrywam się jak poparzona, bo ktoś dotknął 

mojego ramienia.

— Proszę się uspokoić. — Słyszę łagodny, męski głos. — Doktor Larnecki. My się 

chyba znamy, prawda?

— Nie!! To znaczy, być może! — Nie wiem, co powiedzieć, ale mam nadzieję, że nie 

pamięta upiornego Balu Absolwentów i mojej totalnej kompromitacji.

— Rzeczywiście, trudno to nazwać znajomością — nieoczekiwanie zgadza się ze 

mną.

— No, właśnie! Spotkaliśmy się najwyżej przelotnie — mówię z nadzieją w głosie.
— Wielka szkoda, że tylko przelotnie. — Patrzy na moje włosy. — Ma pani fascy-

nujące włosy. Najpierw były niebieską burzą a la Einstein, a potem marchewkową fe-
erią, czy tak?

— No, właśnie! — Przytakuję jak idiotka i myślę, że jednak, niestety, pamięta. Robi 

mi się bardzo gorąco. — Ale nie sądzę, aby wzywał mnie pan tutaj po to, żeby rozma-

background image

82

wiać o moich fascynujących włosach — desperacko zdobywam się na odwagę. „Wielka 
szkoda, że tylko przelotnie! Palant!” Naturalnie, że nic nie powiem Ewie.

— Przepraszam za niezręczną poufałość. — Uśmiechnął się zniewalająco i właści-

wie mnie załatwił. — Wyniki zaraz będą. Proszę do mojego gabinetu. Pani mama po-
winna już tam być.

— Za chwilę, dobrze? — Odwracam się na pięcie i pędzę do toalety, żeby ochłonąć 

i doprowadzić się do porządku.

Patrzę  w lustro  i myślę: „Boże,  Boże!  Dlaczego  jestem  taką  kompletną  kretynką, 

która nie odróżnia żartu od dosadności, serdecznego zainteresowania od nachalnego 
podrywu?! I wystawiam durne kolce jak mały jeż na środku autostrady przed nadjeż-
dżającym tirem”.

14.00.  Wracam.  Modlę  się,  żeby  mama  już  była.  Jest!  Odczuwam  ogromną  ulgę. 

Myślę, że taką może odczuwać niemowlak przystawiony do piersi matki po kilku go-
dzinach samotnej niepewności w łóżeczku. Dlaczego nikt mnie nie odciął od pępowi-
ny, do jasnej cholery?!

— To moja młodsza córka — ćwierka mama rozkosznym głosem — już ją panu 

doktorowi przedstawiałam. Podobna do mnie, prawda?

Co jest? Nie widzę żadnych symptomów choroby. Za to słyszę prawie szeptem do-

dane:

— I całkowicie wolna, ha, ha, ha! — śmieje się moja rzekomo ciężko chora matka.
Kluska z powrotem wraca do gardła, a nogi tracą pewność siebie.
— Nie dziwię się, że jest pani dumna z córki. — Mam wrażenie, że oboje prowa-

dzą jakąś grę, której reguły uknuli już dawno. — Czy pani też miała takie piękne włosy? 
— Uśmiecha się łobuzersko, ale nie do mnie, tylko do mojej matki. Mam tego dość. 
Jestem wściekła.

— Bardzo przepraszam, panie doktorze, ale ja muszę wracać do redakcji. Byłabym 

wdzięczna, gdyby zechciał mi pan powiedzieć, co dolega mojej mamie.

— Na szczęście — nic! — Śmieje się jak z dobrego kawału. — W laboratorium po-

mylono nazwiska. Tak jak się spodziewałem, dzisiejsze wyniki zupełnie wykluczyły po-
wody do obaw. Z pani mamą jest wszystko w porządku — powiedział to takim tonem, 
jakby chciał dać do zrozumienia, że ze mną niekoniecznie.

14.20. Z ulgą opuszczam gabinet doktora Larneckiego, najprzystojniejszego lekarza 

w tej części Europy, który jest narzeczonym mojej najlepszej koleżanki z liceum i nie 
pamięta niczego poza moimi niekonwencjonalnymi fryzurami!

14.25.  Siedzimy  już  w samochodzie,  gdy  nagle  słyszę  rozmarzony  głos  mojej 

mamy:

background image

82

— Cudowny człowiek!
Wpadam w szał. Zaczynam krzyczeć, że tak nie można, że nie ma prawa tak mnie 

wystawiać, że to nie jest w porządku... Nagle milknę. Mama aż odpięła pasy, żeby móc 
lepiej mnie widzieć. Spodziewała się tego?

—  Mamo  — mówię  wolno  i bardzo  spokojnie  — popatrz  mi  prosto  w oczy. 

I powiedz,  czy  ta  „pomyłka”  w laboratorium  nie  była  przypadkiem  sprawką  pani 
Tereski i twoją?

— Coś podobnego! — wykrzykuje mama i z powrotem zapina pasy.
Mama doskonale udaje oburzenie, ale mnie nie oszuka.
— Zrobiłyście to?! Nie mogę uwierzyć! Naprawdę to zrobiłyście?
Mama odwraca głowę w stronę szyby, udając, że pasy się pokręciły i trzeba je zapiąć 

jeszcze raz. Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać.

background image

84

Ciągle poniedziałek

15.00.  Odstawiłam  mamę  do  domu.  Nie  miałyśmy  specjalnie  ochoty  przedłużać 

spotkania, tym bardziej że od pewnego momentu — milczącego. Nie, niczego nie mia-
łam jej za złe. Nawet imponowało mi to, że zdobyła się na „czyn tak szalony!” Wiem 
przecież, że to z miłości do córki, która nie potrafi sobie ułożyć życia.

15.30. Stoję w korku. Dzwonię do redakcji i pytam Pawła, czy jest sens, żebym prze-

bijała się przez miasto w godzinach szczytu.

— Nie ma — powiedział krótko. — Czy wszystko w porządku?
— Mam nadzieję, że tak.
— To jedź do domu. Może uda ci się jutro przyjechać wcześniej i rzucić okiem na 

kilka nowych artykułów. Zostawię na twoim biurku.

—  Chętnie  — odpowiedziałam  głosem  osoby  torturowanej,  której  pierwsze  pło-

mienie zaczynają lizać stopy.

15.40.  Stoję  w korku  i zastanawiam  się,  jaką  specjalizację  ma  doktor  Larnecki. 

Ortopeda? Chirurg? Jeśli chirurg, to być może postawił taką diagnozę: tej starzejącej się 
pannie należy wyciąć koło ratunkowe na biodrach, fryzurę i mamę!

16.00.  Prawie  wczołguję  się  do  swojego  mieszkania. Wacek  miaucząc,  ociera  się 

o moje  nogi.  Otwieram  lodówkę  — pusta.  Nakładam  Wackowi  na  miseczkę  resztkę 
Whiskasa. Resztkę resztki.

16.10. Muszę zrobić jakieś zakupy. Dlaczego nie załatwiłam tego po drodze? Bo my-

ślałam o doktorze Larneckim. Zanim wpadnę w obsesję i zacznę układać sobie w my-
ślach szczęśliwe, dostatnie i zdrowe życie z narzeczonym mojej najlepszej szkolnej ko-
leżanki, napiję się koniaczku.

16.15. Trochę za wcześnie na koniaczek. No, to zaparzę sobie herbatę.

16.20. Drobiazgowa kontrola kuchennych szafek. Raport końcowy brzmi: zero her-

baty, zero cukru, zero chleba. A to znaczy: zero wszystkiego!

background image

84

16.35. Jestem w pobliskim supermarkecie. Do chleba dotrę za jakąś godzinę, mija-

jąc po drodze kosmetyki, ciuchy, naczynia i telewizory. Może tym razem uda się prze-
mknąć obok, udając, że mnie nie interesują. Kosmetyki, nie telewizory!

17.00.  Nie  udało  się.  W koszyku  leży  już  zestaw  pierwszej  pomocy  do  włosów 

w składzie:

1.  szampon koloryzujący (oby na cywilizowany kolor),
2.  szampon do włosów po farbowaniu,
3.  odżywka do włosów po farbowaniu,
4.  specjalna odżywka w ampułkach (była promocja: przy zakupie zestawu otrzy-

muje się dodatkową ampułkę gratis; szkoda, że nie perukę na wypadek, gdyby 
po kuracji wypadły wszystkie włosy), a także kaseta wideo z kilkoma odcin-
kami Ostrego dyżuru (obrona przed obsesją wyraźnie słabnie) oraz kieliszki do 
koniaczku. Idealnie się złożyło, bo nie będę musiała pić z literatki.

Stoję  w gigantycznej  kolejce  do  kasy  zadowolona,  bo  koszyk  prawie  zapełniony. 

Jego spożywczą zawartością mogłabym nakarmić pułk wojska. Ale lubię kupować, żeby 
mieć. Nie, żeby jeść, bo przecież się odchudzam. Konsekwencje są takie, że co zajrzę do 
lodówki, to pusta, a nie przypominam sobie wizyty pułku wojska.

17.30. Wykładam wszystko na taśmę. Kasjerka z kolczykami ogromnymi jak koła 

młyńskie przesuwa kody paskowe, patrząc na mnie podejrzliwie. Niestety, właściciele 
kolorowych włosów zwracają na siebie uwagę. Sprawnie pakuję zakupy do sześciu, nie 
— jednak  do  siedmiu  dużych  reklamówek  i z dziką  satysfakcją  wręczam  tej  nieufnej 
kwoce moją kartę Maestro.

Ona robi jakieś sztuczki i po chwili patrzy na mnie wzrokiem bazyliszka, który wie, 

że za chwilę pożre swoją ofiarę, ale trochę mu jej żal.

— Karta jest zablokowana, nieczynna — oświadcza lodowatym głosem.
Koła młyńskie w jej uszach osiągają rozmiary kosmiczne, a kolejka, w której sta-

łam, ba — sąsiednie także — zastygają w bezruchu. Czuję na sobie tysiące świdrujących 
oczu. W mojej głowie w ułamku sekundy przetacza się burza. Rozpatruję różne scena-
riusze: zapadnięcie się pod ziemię albo zakupy na koszt firmy. Ani jedno, ani drugie nie 
wchodzi w rachubę.

Mężczyzna stojący przy sąsiedniej kasie odwraca się nagle.
O!  Doktor  Larnecki  robi  zakupy  tam,  gdzie  ja...  Jak  to  miło,  prawda?  Zauważył 

mnie. Podchodzi... Jest coraz bliżej... To nawet dobrze, bo zaraz zemdleję i będzie musiał 
mnie cucić... Mam nadzieję, że zrobi to fachowo...

Osuwając się na ziemię, słyszę:
— Ile wynosi rachunek tej pani?

background image

86

Ciągle poniedziałek.

Nieźle zaczął się ten tydzień

19.00. Telefon dzwoni, kot miauczy, dziecko Wietnamczyków jeżdżąc chodzikiem 

po moim suficie, masakruje mi głowę.

A co się stanie z moją głową, kiedy będą mieli siedmioro dzieci? Na razie mają troje. 

Tak się tylko zastanawiam, przecież nie jestem rasistką!

Zaczynam wyłapywać jakieś inne dźwięki. 
— Dobrze, kochanie. Przyjedź najszybciej, jak możesz. Może powinnaś zostać z nią 

do rana. Jest skrajnie wyczerpana. A dzisiaj jeszcze ta historia z jej matką...

— Oczywiście, że powinna wziąć urlop.
— Naturalnie, żyje przecież w permanentnym stresie. Na dodatek kompletnie sa-

motna.

— No, tak. Ale kot nie może być partnerem na życie!
— To dobry pomysł. Porozmawiaj z nią. Sądzę, że to poważniejsza sprawa.
— Zabierz z apteczki to, co powiedziałem. Zapisałaś dokładnie?
Odniosłam niejasne wrażenie, że ta rozmowa dotyczy mojej osoby. Nie wiedzia-

łam tylko dlaczego. Podniosłam głowę i zobaczyłam wszystkie torby z zakupami oparte 
o ścianę w przedpokoju. Wacek drapał je łapami, próbując dostać się do środka. Niczym 
nie  wzruszony  doktor  Larnecki  wielkimi  krokami  pokonywał  przestrzeń:  kuchnia, 
przedpokój, salon i z powrotem. Ja leżałam na moim łóżku. W ubraniu! Bluzkę miałam 
rozpiętą. Stanik też... Co za świnia! Gwałtownie usiadłam na łóżku.

— Co pan tu robi?! — Starałam się nadać mojemu głosowi groźny ton. — Proszę 

natychmiast stąd wyjść!

— Uspokój się, dziecko...
— Natychmiast proszę wyjść z mojego mieszkania! Nie spodziewałam się, że jest 

pan zdolny do tego, żeby wykorzystać zasłabnięcie...

— Brygidko — powiedział najłagodniejszym głosem, jaki słyszałam i jakiego mo-

głabym słuchać do końca swoich dni — przywiozłem cię do twojego domu karetką po-
gotowia, ponieważ zemdlałaś i długo nie mogłem cię docucić, a w szpitalu nie ma ani 
pół wolnego łóżka. Wniesiono cię na noszach do mieszkania, zbadał cię lekarz z pogo-

background image

86

towia, dostałaś zastrzyk. Wszystko masz zapisane w karcie. Proszę. Ale właściwie wydaje 
się, że jesteś zdrowa. Za chwilę przyjedzie Ewa i na wszelki wypadek zostanie z tobą do 
rana.

„Dlaczego nie pan, doktorze?” — pomyślałam, ale głośno wyjąkałam:
— Kot jest głodny.
— Dobrze, zaraz dostanie jeść. Poleż sobie przez trzy dni w łóżku. Mam wrażenie, 

że jesteś potężnie przemęczona. Wypisałem ci zwolnienie. Musisz je potwierdzić u swo-
jego lekarza pierwszego kontaktu.

— A mama?
—  Do  niej  nie  będę  dzwonił,  mogłaby  się  niepotrzebnie  zmartwić.  Na  razie  nie 

dzieje  się  nic  złego.  Jeśli  będziesz  miała  ochotę,  zadzwonisz  do  niej  sama,  prawda? 
— Wkładał płaszcz. — Poczekam jeszcze chwilę na Ewę i pojadę do szpitala. Mam dzi-
siaj nocny dyżur i jestem już sakramencko spóźniony.

— Panie doktorze... zachowałam się jak przygłup...
—  Mam  na  imię  Piotr,  wiesz  przecież,  prawda?  — Uśmiechnął  się  i popędził  do 

drzwi, bo właśnie ktoś dzwonił.

Nie  ktoś,  tylko  Ewa.  Poszeptali  coś  w korytarzu.  Cmok,  cmok.  Zgrzytnął  zamek. 

W drzwiach mojej sypialni stanęła Ewa.

— Super wyglądasz, Brygidko — powiedziała. — Dawno nie widziałam cię w tak 

dobrej formie!

Nagle zaczęłyśmy się śmiać jak wariatki, jak za dawnych szkolnych czasów. Od razu 

poczułam się lepiej. Właściwie, całkiem dobrze. Chciałam wstać z łóżka, ale Ewa po-
zwoliła mi pójść tylko do łazienki, szybko się umyć, włożyć piżamę. Oczywiście za dużą 
o dwa numery, męską! Przez ten czas nakarmiła Wacka i zaparzyła herbatę. Dla mnie 
ziołową,  melisę.  Dla  siebie  zieloną. Wcisnęła  mi  w garść  jakieś  dwie  malutkie  table-
teczki.

—  No,  dziewczynko  — powiedziała  — wypij  to,  a potem  będziemy  gawędzić 

o wszystkich ważnych sprawach. Jeśli będziesz miała ochotę, oczywiście. Jeśli nie, mo-
żesz natychmiast zasnąć i odespać wszystkie zarwane noce.

— Na szczęście mam double-bed — ziewnęłam ostentacyjnie. — Pościel jest w sza-

fie na dole. Wyjmij sobie — powiedziałam, udając, że zasypiam.

Zdecydowanie nie miałam w tej chwili nastroju na pogawędki z Ewą.

background image

88

89

Nie wiem, jaki to dzień, jeśli to w ogóle dzień (później okazało się, że wtorek, 2 paź-

dziernika). Nie wiem nawet, czy śpię, czy wszystko to dzieje się na jawie.

Siedzę przed telewizorem i oglądam teleturniej. Na trzy pierwsze pytania odpowia-

dam bezbłędnie. Może sama powinnam wystąpić w takim programie? A gdyby na przy-
kład zapytali mnie o jakiś wzór chemiczny albo rzekę na Borneo? Narobiłabym strasz-
nego wstydu sobie i mamie, która uważa, że włożyła mnóstwo wysiłku w moją eduka-
cję.

Szóste pytanie — nie wiem! Dlaczego nie wiem? Bo dotyczyło największych miło-

ści w literaturze świata! Prawidłowa odpowiedź brzmiała: Romeo i Julia.

— Przegrałaś! — krzyczy na mnie jakiś karzeł prowadzący program. — To było py-

tanie podchwytliwe! Nie ma miejsca na miłość w dzisiejszych czasach! Odpadasz!

— Jak to: nie ma miejsca na miłość?! — beczę, a karzeł przybliża do mnie swoją ob-

leśną twarz i tuż przy moim nosie wybucha śmiechem.

Chyba się budzę, być może tylko na chwilę. Słyszę z oddali buczącą lodówkę, a tuż 

obok pomrukującego, chrapiącego Wacka, który wpakował się do mojego łóżka.

Nie ma nic piękniejszego i bardziej banalnego, nieprzyzwoicie kiczowatego, jak za-

chód słońca nad morzem. I plaża. Leżę na plaży.

Po plaży zawsze spaceruje jakaś para o zachodzie słońca. Trzymając się za ręce!
On jest sam i nikogo nie trzyma za rękę. Zbliża się do mnie, jest już bardzo blisko, 

zrywa ze mnie kostium kąpielowy i każe towarzyszyć sobie w spacerze.

„W  pobliżu  mojego  bloku  nie  ma  plaży  — myślę  gorączkowo  — jak  również 

w moim mieście ani w tej części kraju, i na dodatek ciągle pada, nie ma więc mowy 
o spacerach”.

Dzwoni telefon. Chyba trzeba wstawać... Niedobrze, nie umiem przekonać samej 

siebie, że to naprawdę zwykły dzień i nie ma żadnej taryfy ulgowej na plażę.

Słyszę, jak ktoś udając mnie, rozmawia przez telefon. A może to ja?
— Halo?
— Cześć, Brygidko. — Magda używa zdrobnienia mojego imienia tylko wtedy, gdy 

czegoś  ode  mnie  oczekuje.  — Jak  się  miewasz?  — Oho!  Musi  jej  naprawdę  zależeć. 
Czuję, jak zwija się w supełek. Postanawiam jej pomóc.

background image

88

89

— Czy coś się stało?
— Zapisałam się na kurs wizażu.
— I...?!
— Wiesz, muszę wreszcie zacząć w siebie inwestować, czyli znaleźć trochę czasu 

dla siebie. Michał poleciał wczoraj na miesiąc do Australii, nie popilnowałabyś Kuby? 
Wiesz, żeby lekcje odrobił i tak dalej. Tylko we czwartki wieczorem. Proszę! A ja będę 
mogła skończyć ten kurs i może w przyszłości przestanę zajmować się skupowaniem 
antyków i namawianiem nadzianych kretynów, żeby ze snobizmu coś kupili!

Rozumiem  sytuację  mojej  siostry,  ale  ja  i rozwrzeszczany,  rozpuszczony  Kubuś! 

Nie!!!

— OK! — mruczę, wydając na siebie wyrok. W końcu to przecież moja rodzona sio-

stra prosi mnie o pomoc.

W tym momencie słyszę stanowczy głos Ewy:
— Brygida?! Oddaj mi, proszę, telefon.
I prawie szeptem mówi do słuchawki kilka słów.
— Właśnie umówiłam się z siostrą...
— Z nikim się nie umówiłaś.
— Czy to znaczy, że moja siostra nie dzwoniła?
— Dzwoniła, ale na nic nie jesteś umówiona.
— A Kubuś?
— Kubuś wykończy cię w ciągu piętnastu minut. Jeśli chcesz jako tako funkcjono-

wać, to musisz odpocząć przynajmniej przez kilka dni. Musisz być asertywna i nie na 
wszystko się zgadzać! Rozumiesz?

— Która godzina?
— Dwunasta.
— W nocy?
— Nie. W samo południe.
— Boże, od kilku godzin powinnam być w redakcji!
— Ale nie jesteś. Zadzwoniłam do twojego szefa i powiedziałam, że jesteś chora.
— Boże, przecież wyrzucą mnie z pracy! — Zerwałam się łóżka. — U nas nie wolno 

chorować!

— Jak człowiek jest chory, to jest chory. Bez względu na to, gdzie pracuje! — oświad-

czyła stanowczo Ewa. — Wracaj do łóżka! Powiedziałam, że masz zwolnienie na trzy 
dni.

— Obawiam się, że to, co zrobiłaś, Ewo, nie zadziała na moją korzyść — stwier-

dziłam i przykryłam się kołdrą aż po czubek głowy. Pierwszy raz w życiu nie miałam 
ochoty z nią rozmawiać.

Po kilku godzinach obudził mnie zapach gotowanego rosołu i cudownie aroma-

tycznych przypraw.

background image

90

91

Ewa podała mi obiad do łóżka. Czułam się głupio. Przecież jestem zdrowa, a Ewa 

powinna być na uczelni albo zajmować się swoim życiem. Czyli doktorem Larneckim. 
Bardzo, ale to bardzo nie chciałam, żeby się nim zajmowała. Toteż kiedy zapytała o moje 
życie intymne (to była nowość, bo choć byłyśmy bardzo dobrymi koleżankami, nigdy 
nie dotykałyśmy tego tematu), zapaliły się wszystkie ostrzegawcze światełka w mojej 
głowie.

— Jest OK — powiedziałam.
— Co jest OK? — zapytała niewinnie.
— No, że nie jest źle.
— Ale z czym?
— W ogóle z życiem.
— Brygida, przestań się wygłupiać. Jesteś sama, nie masz faceta, nie masz domu, nie 

masz nikogo bliskiego. A kot to nie jest partner, zapamiętaj sobie!

— To mój problem! — krzyknęłam, nagle dotknięta do żywego.
— Niekoniecznie. Jak wyobrażasz sobie dalej swoje życie?
— Nic na siłę! Myślę, że w końcu znajdę jakiegoś faceta, który zatrzyma się przy 

mnie dłużej niż przez pięć minut. I będzie to ktoś, kogo na pewno będę akceptowała! 
A także, co jest oczywiste, on będzie akceptował wszystkie moje wariactwa!

— Masz kogoś na oku?
— Może...
— Brygida, nie oszukuj się...
— Ewo, a gdybym ci powiedziała, że moim ideałem jest twój narzeczony, to jak byś 

zareagowała?

— Zastanowiłabym się...
— Nad czym? Czy warto go kochać? Warto! Czy warto mieć z nim dzieci? Warto! 

Czy warto zostawić dla niego wszystko, łącznie z karierą zawodową, choćby tylko po to, 
aby rodzić mu te dzieci, stworzyć rodzinę i dom? Warto! Czy warto pójść z nim na ko-
niec świata, jak mówiły nasze babcie? Warto! No i co? O co jeszcze chcesz mnie zapy-
tać? Czy zakochałam się w nim? Jeszcze nie. Ale mogłabym! Jeśli chcesz go zatrzymać, 
jeśli chcesz być z nim na zawsze, to zrób coś szybko, bo za chwilę może być za późno!

— Zastanawiam się...
— Jasne! Ewa, podobno to ty miałaś zadawać mi pytania, które uleczą moją chorą 

duszę w cudowny sposób. Teraz ja mówię do ciebie. Dziewczynko! Ze mną wszystko 
jest OK! Natomiast ty musisz szybko wracać do domu i czekać na niego. Bo może po-
jawić się pielęgniarka albo pacjentka z niewinnym bukiecikiem fiołków, który zniszczy 
twój świat!

— Brygida?! — Patrzyła na mnie oczami ogromniejącymi z przerażenia i niepew-

ności. Wiedziałam, że go kocha i że jest bezradna. — Czy ty to mówisz poważnie? — Jej 
głos drżał.

background image

90

91

— Tak. Wracaj szybko do domu, ja sobie poradzę. To ty jesteś zagrożona, ponieważ 

nigdy nie przyszło ci do głowy, że taka sytuacja byłaby w ogóle możliwa, prawda?

— Dziękuję ci, Brygida. — Ewa była spłoszona i zagubiona.
Wstałam, nałożyłam szlafrok i zapytałam, jaki jest dzień tygodnia.
— Wtorek,  wpół  do  piątej.  Bardzo  długo  spałaś  — powiedziała  Ewa,  pakując  do 

małej torby podróżnej swoje rzeczy. — Brygida, tu masz leki, które Piotr zalecił. I bardzo 
cię proszę, zostań jeszcze przynajmniej jutro w domu, dobrze?

— Postaram się, ale niczego nie obiecuję — odparłam, sama dziwiąc się swojej sta-

nowczości.

„To po tych tableteczkach tak dobrze śpię” — pomyślałam.
Wkrótce trzasnęły drzwi, za którymi zniknęła Ewa, moja najlepsza koleżanka ze 

szkoły, bardziej zagubiona niż ja z całą moją samotnością i drobnym inwentarzem.

Najważniejsze jest to, że miałam poczucie dobrze spełnionego obowiązku. Do pew-

nego momentu, powiedzmy! Bo dlaczego to ona ma mieć doktora Larneckiego, a nie ja? 
Trzeba było odbić jej tego Larneckiego! I pójść za nim na koniec świata!

Ty  głupia  blondynko!  Nie  pomoże  ci  malowanie  włosów  na  dowolnie  wybrany 

kolor! Do końca życia pozostaniesz tylko blondynką!

17.00. Zjadłam małe co nieco. Jajecznicę na boczku i pomidorach. Mniam! Dobrze, 

że wczoraj zrobiłam zakupy, bo chorowanie przy pustej lodówce byłoby równoznaczne 
ze śmiercią głodową. Właściwie zakupy zrobił doktor Larnecki. Piotr... Moje dwa we-
wnętrzne demony dopadły mnie:

— Przestań o nim myśleć, Brygido, bo to się źle skończy!
— Tylko przez chwilkę.
— To może być zgubna chwilka!
— No to mniej niż chwilkę. Wyobraźmy sobie, że to nieprawda, że zostałam wnie-

siona na noszach. To sam Piotr wniósł mnie na własnych rękach? A ja tuliłam się do 
niego i nieświadomie rozchylałam usta do pocałunku...

— Już to widzę, jak cię wnosi, uginając się pod ciężarem sześćdziesięciu czterech ki-

logramów plus bezwładność!

— To wszystko przez te kalorie!

17.30. Leżę w łóżku i myślę o tych przeklętych kaloriach. Sądzę, że kalorie to takie 

małe robaczki. Właśnie czuję, jak pełzają po moim ciele. Każda szuka miejsca na zbu-
dowanie igloo z komórek tłuszczowych.

17.40.  Telefon.  Dzwoni  Paweł,  żeby  zapytać,  jak  się  czuję,  czy  może  trzeba  mi 

w czymś pomóc, przynieść jakieś owoce, nie powinnam martwić się kolejnym nume-

background image

92

rem, on za mnie przygotuje te trzy artykuły, zrobi korektę, właśnie siedzą dzisiaj tro-
chę dłużej, może kotu trzeba kupić coś do jedzenia, Monika pozdrawia, pyta, czy nie 
wpaść, uszy do góry, musisz odpocząć, Wojtek też pozdrawia i pani Zuzia, i wszyscy, za-
dzwonimy do ciebie jutro, ale gdybyś czegoś potrzebowała — poza spokojem — dzwoń. 
OK!

18.00. Zaszyłam się w łazience. Postawiłam na stołku miseczkę z mieszanką orze-

chowo-rodzynkowo-migdałową.  Pycha!  Zrobiłam  sobie  eksperymentalny  makijaż, 
który  sprawił,  że  moje  rzęsy  przypominają  wachlarze  upstrzone  gdzieniegdzie  mro-
wiem tłustych perełek, a usta wyglądają jak splecione ze sobą dżdżownice. Generalnie 
prezentuję się ponętnie. Moje pulchne paluszki mają zadziwiająco szerokie spektrum 
działania  w dziedzinie  zdobywania  pokarmu.  Pewnie  w poprzednim  wcieleniu  były 
prosiaczkiem  tropiącym  trufle.  Miseczka  pusta,  po  pysznej  mieszance  ani  okruszka! 
Badam pojemność swojego żołądka. Jestem chyba jakimś przedziwnym odkurzaczem, 
wiecznie nienasyconym.

18.30. Postanowiłam nauczyć się medytować. Ponoć należy w tym celu starać się 

oddychać kolanem. To chyba nie jest dobra metoda, gdyż za każdym razem, kiedy pró-
buję się na tym skupić, dopadają mnie upiorne wizje. Widzę, jak moje ciało astralne 
fruwa pod nieboskłonem, na którym zamiast słońca połyskuje gigantyczna rzepka ko-
lanowa spowita w tiul i satynę... Stop medytacjom!

19.00.  Na  starość  zostanę  bajkopisarką.  Będę  się  odżywiać  mielonymi  kotletami 

z sosem  grzybowym  i demoralizować  młode  niewinne  duszyczki  baśniami  o brutal-
nych krasnoludach skrytobójcach, którzy seksualnie ciemiężą swoje branki. Co ja bre-
dzę?! Na pomoc! Zwariowałam! Jeszcze trochę i wyląduję w psychiatryku.

19.30. Telefon. Dzwoni Ewa, pyta, czy wszystko w porządku, czy chcę, żeby przyje-

chała do mnie, czy wzięłam lekarstwa, dziękuje mi za ostrzeżenie, wiedziała, że na mnie 
się nie zawiedzie, że Piotr pozdrawia, że w przyszłym tygodniu muszę zrobić wszystkie 
podstawowe badania, że u niego w klinice będzie najprościej, że teraz powinnam mieć 
trochę spokoju i odpocząć. OK!

20.00. Telefon. Dzwoni Magda, że tak się wyrwała z tym Kubusiem, zresztą zrezy-

gnowała z tego kursu wizażu, bo po co jej to, dlaczego jakaś Ewa wyrwała mi słuchaw-
kę, dlaczego nie mogłam z nią rozmawiać, czy wszystko jest w porządku, gdybym cze-
goś potrzebowała, to mogę na nią liczyć, że ostatnio nie najlepiej wyglądałam, powin-
nam mieć trochę spokoju i odpocząć. OK!

background image

92

20.20. Telefon. Dzwoni mama, że dzwoniła do niej Magda zaniepokojona moim za-

chowaniem, czy na pewno wszystko jest w porządku, czy nie jestem przypadkiem chora, 
jeśli tak, to natychmiast mam do niej przyjechać, ona się mną zaopiekuje, nie może jed-
nak zostawić Luli (olbrzymia dobermanka), jeśli już postanowiłam jutro nie pójść do 
pracy — chyba wiem, co robię — to może podrzuci mi po drodze, jadąc do fryzjerki, ja-
kieś kolorowe magazyny, żebym zobaczyła, co się nosi, bo ostatnio rzeczywiście wyglą-
dam jak strach na wróble, ten mój tygodnik kobiecy jest niezły, ale... a w ogóle powin-
nam gdzieś wyjechać w jakimś dobrym towarzystwie, żeby trochę odpocząć. OK!

21.00. Jestem nieludzko zmęczona. Nie chce mi się nawet oglądać telewizji.
Kładę się do łóżka — o tej porze, to skandal! — z nadzieją, że przyśnią mi się pulch-

niutkie, barokowe aniołki podparte tłustymi rączkami na chmurce. Takie z Rafaela.

background image

94

95

3 października, środa

10.00. Już dawno tak długo i tak dobrze nie spałam. Rany! Nie muszę iść do pracy! 

Czuję się jak na wagarach i jest super! Dzisiejszy dzień spędzę na:

—  podlewaniu  kwiatków  (sztuk  trzy),  o których  od  dwóch  tygodni  zapominam. 

Może się okazać, że nie mam już czego podlewać;

— sprzątaniu mieszkania — tu na pewno nie okaże się, że nie mam już czego sprzą-

tać;

—  czytaniu  kolorowych  magazynów,  którymi  przed  chwilą  zarzuciła  mnie  moja 

mama, twierdząc, że wyglądam gorzej niż strach na wróble.

10.40. Wszystkie kwiatki nadal żyją, chociaż jednym opiekuje się Wacek. W sumie 

nie wiem, które z nas dwojga ma gorszy stosunek do roślin.

10.55. Zaczynam sprzątać kuchnię, próbując zeskrobać z lodówki coś czerwonego 

i klejącego się.

11.15. Zmiatam z kredensu okruszki w ilościach wystarczających na nowy boche-

nek chleba.

11.25. Odkrywam nowe przestrzenie w szaach po wyrzuceniu czternastu pustych 

opakowań  po:  ryżu,  czekoladkach,  kawie,  wafelkach,  makaronie,  kakao  i produktach 
bliżej nie znanych.

11.50. Szoruję łazienkę za pomocą nowego, rewelacyjnego środka, którego połowę 

zawartości wlałam do miski. Może dlatego wszystko jest w cudownej pianie?

12.15. Opanowałam pianę, która próbowała wymknąć się spod kontroli. Łazienka 

lśni!

12.25. Odkurzam dywan w pokoju, odkrywając jego prawdziwy wzór spod sierści 

Wacka.

background image

94

95

12.40. Układam wszystko to, co w dziwnych i trudnych do wyjaśnienia okoliczno-

ściach zmieniło miejsce swojego pobytu. Na przykład skarpetkę, która nie wiadomo 
dlaczego znalazła się na półkach z książkami.

13.00. Ze szklanką soku pomarańczowego, na który w pełni zasłużyłam, zabieram 

się do przeglądania kolorowych magazynów i podjęcia kwestii stracha na wróble. Kiedy 
rano mama wpadła z tą stertą i popatrzyła na mnie tak, jakby zobaczyła dziką istotę 
z buszu, poczułam się urażona. Teraz nabieram coraz większego przekonania, że uwagi 
mamy nie były pozbawione racji.

13.30.  Stoję  w łazience  przed  lustrem,  z jakimś  kolorowym  magazynem  w garści 

i wgapiam się w swoje szlachetne oblicze. Coś ściemniają! Ja robię makijaż, żeby zatu-
szować krostki, plamki, sińce pod oczami — a o tym w gazetach w ogóle nie ma mowy. 
Mowa jest natomiast o makijażach podkreślających urodę! Dlaczego nigdy nie zwró-
ciłam  na  to  uwagi,  przeglądając „moje”  pismo?  Krostki,  plamki  i sińce  powinny  być 
na tym etapie już dawno zlikwidowane dzięki stu rodzajom maści, toników, kremów 
i maseczek. A ja cały czas żyłam w nieświadomości! No, tak, szewc bez butów chodzi! 
Niestety, nowo zdobyta czy dopiero teraz uświadomiona wiedza zamiast mnie oświecić 
i uszczęśliwić, wpędziła mnie w popłoch. A stało się to z dwóch powodów:

— po pierwsze, musiałabym nie jeść, nie płacić rachunków i chodzić wszędzie pie-

szo, żeby było mnie stać na stosowanie się do cennych rad;

— po drugie, musiałabym mieć większe mieszkanie, żeby pomieścić wszystkie nie-

zbędne produkty, które pozwoliłyby mi normalnie żyć.

I nie chodzi tu tylko o makijaż i cerę. Właściwie całe moje życie wydaje się błędne:
— nie mam ciuchów na każdą okazję;
— nie stosuję cudownych diet, do których posiłki trzeba przygotowywać pół dnia, 

i to z produktów, których nazwy widzę po raz pierwszy na oczy (co innego moja uko-
chana — znienawidzona zupa kapuściana, która starcza mi na trzy dni);

— mieszkanie mam urządzone w stylu doszczętnie profanującym feng-shui, łącznie 

ze ścianami w nieodpowiednim kolorze;

— nie dbam wystarczająco o stopy, paznokcie, dłonie oraz łokcie, do których ist-

nieje chyba jeszcze więcej kosmetyków niż do twarzy;

— piję herbatę w nieodpowiednim kolorze;
— bezwstydnie obnoszę swój cellulitis po ulicy, zamiast leżeć plackiem w gabinecie 

kosmetycznym zawinięta w srebrną folię jak kanapka;

— włosy właściwie powinny owinąć się wokół szyi i udusić mnie za to, jak je trak-

tuję;

— nie mam ani jednego bibelotu, książki, płyty czy flakonika perfum, które są po-

lecane przez specjalistów albo gwiazdy ekranu;

background image

96

— piorę majtki w nieodpowiednim proszku;
— mój horoskop zwykły, chiński, celtycki oraz biorytm są niekorzystne;
— no i wreszcie NIE MAM MĘŻCZYZNY!!!
Czuję się tak, jakbym już nie żyła. Jak ja mam się po tych wszystkich rewelacjach 

pozbierać? Może naprawdę powinnam pójść do psychiatry. Nie, najpierw napiszę ano-
nimowo, z prośbą o poradę, do kącika psychologicznego w moim tygodniku dla kobiet. 
Albo od razu pójdę do pani Zuzi, żeby z nią pogadać, bo ona udziela czytelniczkom lep-
szych rad niż ta zarozumiała psycholog, która wpada do nas na chałturę.

16.00. Z depresyjnego otępienia wyrywa mnie dźwięk telefonu. Mama!
— No i co, słoneczko? Podoba ci się ten zielony sweterek z wrześniowego „Twojego 

Stylu”? Prawda, że śliczny? — świergocze.

Jak ona dała sobie radę po lekturze tego wszystkiego? A może od lat — tylko ja 

o tym nic nie wiem — przestrzega tych wszystkich zaleceń? Chyba powinnam udać 
się  na  terapię  dla  Anonimowych  Kobiet  Nieprzystosowanych  do  Nowoczesnego 
Społeczeństwa.

— Halo, słoneczko! Dlaczego się nie odzywasz?!
— Mamo, nie mam kremu przeciw zmarszczkom, żelu na rozstępy ani odpowied-

nio wyprofilowanego fotela. Nie zrobiłam w tym tygodniu peelingu ani płukanki. Pójdę 
do piekła! — Wybucham płaczem, wyliczając wszystkie braki i niedociągnięcia mojego 
życia.

Tym razem mama się nie odzywa.
— Posłuchaj — mówię głosem zdesperowanej osoby, która chce skoczyć z trzyna-

stego piętra. — Nie jestem bizneswoman, mam za duży telefon komórkowy, złe oświe-
tlenie w łazience i nie mam faceta — wyliczam dalej, chlipiąc.

— A, więc o to chodzi! — odkrywa Amerykę. — Kochanie, nadeszły trudne czasy 

dla kobiet. Musisz wziąć sprawy w swoje ręce! — Oto jej bojowa pointa.

— Co masz na myśli? — pytam ostrożnie, wycierając nos.
— Zrób listę wszystkich mężczyzn godnych zainteresowania, wpisz obok ich wady 

i zalety, no i startuj do tego, który wypadnie najlepiej!

— Wszystkich trzech? W tym jeden zajęty przez koleżankę?!
Cisza. A swoją drogą, moja mama i takie słownictwo: „startuj”, „na kogo wypad-

nie!”

— Wiesz, Brygido, nigdy ci tego nie mówiłam, ale do twojego ojca też musiałam za-

brać się sama. Przez jego chorobliwą nieśmiałość miałybyście z Magdą zupełnie innego 
tatusia. Na szczęście wkroczyłam w to zdecydowanie i...

—  Czy  to  znaczy,  że  ta  cała  historia,  jak  ratował  cię,  kiedy  topiłaś  się  na 

Mazurach...

background image

96

— ...oczywiście jest bzdurą! Zawsze świetnie pływałam. Ojciec większość tamtych 

wakacji spędził na pomoście albo za drzewem, podglądając mnie pływającą jak ryba 
w jeziorze. Kiedy wychodziłam z wody, on pędził z powrotem do pensjonatu. Pewnego 
dnia miałam już tego dosyć i zaczęłam wrzeszczeć, że złapał mnie kurcz. On wskoczył 
do wody na ratunek, a ja zapytałam niewinnie: „Popływamy?”

— Aha! Mhm... Dzięki, mamo, za radę.
— Pamiętaj, Brygida: lista, kandydat i do ataku!
— Lista, kandydat i do ataku! — powtórzyłam.
Moja mama zdecydowanie powinna zapisać się do jakiejś partii.
Przy najbliższej okazji zrobię listę kandydatów na mężczyznę mojego życia.

background image

98

99

4 października, czwartek

7.00. Obudziłam się sama. Sama! Och, wydarzeniem nie jest to, że w łóżku nie mia-

łam żadnego faceta — to niestety, stan permanentny nie tylko każdego ranka, ale i każ-
dego wieczora. „Obudziłam się sama” znaczy, że nie zdążył zadzwonić budzik. To ma 
kolosalne znaczenie, bo może właśnie dzisiaj uda mi się nie spóźnić. Wczoraj, kiedy 
Paweł do mnie zadzwonił, zapisałam w notesie: „Ważny Autor — może będę z nim dłu-
żej współpracowała”.

Paweł powiedział, że nie wypada się spóźniać i że jeżeli uda mi się go namówić 

na pisanie powieści w cotygodniowych odcinkach (Sienkiewicz też pisał w odcinkach 
i dostał Nobla), to szef obiecał specjalną premię.

Pomyślałam, że jeśli rzeczywiście dostałabym nagrodę, to może pojechałabym na 

jakąś fajną zagraniczną wycieczkę. Marzę o Paryżu. Czuję, że to miasto dla mnie.

7.30. Chyba jednak się spóźnię. Nie wiem, jak to się stało, ale znów przysnęłam i nie 

usłyszałam budzika. Będzie afera! Zrywam się i biegnę do łazienki. Co za szczęście, że 
nie mieszkam z żadnym facetem, który blokowałby mi łazienkę przez cały ranek!

8.17. Nie wiem, jak to zrobiłam, ale już siedzę w samochodzie. Trzy minuty przed 

czasem. Wygląda na to, że zdążę!

8.35. Wiem już, że nie zdążę. Na poprzednim skrzyżowaniu czułam, że coś jest nie 

tak z samochodem. Dodawałam gazu, a on nie dość, że słabo jechał, to jeszcze kołysał 
się na boki i coś szarpało kierownicą.

Kiedy stałam na światłach, jakiś wstrętny typ z volkswagena odkręcił szybę i krzyk-

nął:

— Nie żal ci tego koła? A w ogóle, to kto ci dał prawo jazdy, ofiaro?!
Nie skomentowałam tego chamstwa. Zjechałam na trawnik i zaczęłam się zastana-

wiać, co zrobić z tym kołem. W anegdotach o blondynkach jest tak, że jak blondynka 
staje obok zepsutego samochodu, to natychmiast ustawia się kolejka facetów, którzy pa-
łają dziką żądzą, aby jej pomóc w naprawie. W moim przypadku było natomiast tak, że 
przez pierwsze dziesięć minut zainteresowała się mną jedynie straż miejska, ostrzega-

background image

98

99

jąc, że za parkowanie na trawniku grozi mi mandat. I żeby ta straż miejska była chociaż 
męska! Skąd! Dwie dziewczyny, które powiedziały, że nie mają nawet prawa jazdy oraz 
bladego pojęcia o samochodach. Jak szybko przyszły, tak szybko poszły.

8.45. Nie wiem, gdzie jest koło zapasowe. Obejrzałam cały samochód i nie mogę 

go znaleźć (później dowiedziałam się, że jest ukryte pod spodem i wyciąga się je, krę-
cąc śrubą zainstalowaną w bagażniku). Najgorsze jest to, że wieczorem włączyłam ko-
mórkę, żeby się ładowała, i rano z pośpiechu zapomniałam ją zabrać. Nie mogę więc za-
dzwonić ani do Pawła, ani po pomoc drogową. Co z tego, że Magda nakleiła mi na desce 
rozdzielczej kartkę z numerem pomocy drogowej napisanym ogromnymi cyframi?! Co 
z tego, skoro nie mogę zadzwonić, bo nie mam telefonu? Zastanawiam się, czy te duże 
cyfry mają sugerować, że jestem dzieckiem czy że jestem niedorozwinięta. Mam nadzie-
ję, że ani jedno, ani drugie, tylko życzliwe: „Brygidko, nie jesteś sama, pomoc drogowa 
jest po to, żeby ci pomóc, jak sama nazwa wskazuje”.

9.00. Jestem pewna, że w tej chwili Paweł zastanawia się, czy wylać mnie z pracy, 

zanim dogadam się z Autorem, który mógłby z dużym sukcesem dla obu stron zawrzeć 
z nami długoletnią umowę, czy zaraz po tym, jak to zrobię.

9.05. Jest facet! Elegancki, superprzystojny, na dodatek w bmw. Zatrzymał się i od 

razu zaczął mnie podrywać. Że niby nie wie, czy może mi pomóc, czy w ogóle powinien 
angażować się w pomaganie takiej pięknej kobiecie, bo co powie mój mężczyzna, kiedy 
się dowie, że jakiś obcy wymieniał mi koło. „Co on pieprzy?” — pomyślałam. Byłam tak 
zdenerwowana, że jak głupia wypaliłam, że nie mam żadnego mężczyzny. Przez chwilę 
patrzył na mnie nieufnie, po czym powiedział ze złośliwym uśmiechem:

—  Jeśli  tak  atrakcyjna  dziewczyna  jest  sama,  to  coś  musi  być  nie  w porządku! 

Lesba?!

Wsiadł w tę swoją beemkę i odjechał. Gdybym mogła, to bym go zabiła!

9.10. To ja zostanę zabita i umrę w wymyślnych torturach zadawanych mi przez 

Pawła. Ten Autor mógł wyciągnąć redakcję z dołka, na co wszyscy liczyli. Paweł zapro-
ponował, żebym to ja poprowadziła negocjacje, bo znam się na literaturze i na pewno 
mi się uda. Dostałam naprawdę odpowiedzialne zadanie! A ja tu sterczę jak ostatnia pa-
lancica! Tak się wściekłam na Bonda z bmw, że z całej siły uderzyłam pięścią w dach sa-
mochodu. W dachu zrobiło się małe wgniecenie, a ja sparaliżowana stresem dopiero po 
chwili poczułam, że boli mnie ręka.

9.15. Powrót Bonda! A już zaczęłam się rozglądać za taksówką. Widocznie ruszyło 

go sumienie i zawrócił na najbliższym skrzyżowaniu. Udaję, że go nie widzę. Ja patrzę 

background image

101

w niebo, a on zmienia mi koło. Po chwili wyciąga telefon i podsuwa mi pod nos. Ciągle 
się do niego nie odzywam, ale biorę telefon i dzwonię do Pawła. Chwała Bogu, jeszcze 
mnie nie wylał. Tylko dlatego, że Autor się spóźnia.

9.28. Bond zmienił koło, zabrał komórkę i pojechał. Zdążyłam tylko bąknąć:
— Dziękuję.
Ależ ja jestem sakramencko głupia! Taki facet! A ja nawet nie wiem, jak się nazywa 

ani jaki ma numer telefonu!

9.29. Bóg czuwa nad głupimi. Bond zostawił mi wizytówkę na desce rozdzielczej.

9.30. Pędzę do pracy, łamiąc wszystkie przepisy ruchu drogowego. Na szczęście nie 

było glin.

9.50.  Nienawidzę  Pawła!  Zakładał,  że  się  spóźnię,  i umówił  mnie  z Autorem  na 

dziesiątą. Kochany Paweł! Zawsze mówiłam, że jest w porzo...

17.30. Wróciłam do domu. Zmęczona, ale strasznie z siebie dumna. Autor jest mój 

i jest szansa, że współpraca przyniesie fantastyczne efekty. Yesss!

18.00. Nakarmiłam Wacka, zjadłam małe co nieco i wyszykowałam się jak na rand-

kę. Dzwonię do Bonda — przecież po to zostawił wizytówkę. Telefon wyłączony albo 
poza zasięgiem.

18.15. Telefon wyłączony albo poza zasięgiem.

18.40. Telefon wyłączony albo poza zasięgiem. Otworzyłam butelkę wina i wypi-

łam lampeczkę.

19.00. Telefon wyłączony albo poza zasięgiem. Druga lampeczka.

19.30. Telefon wyłączony albo poza zasięgiem. Włączam telewizor, żeby obejrzeć 

„Wiadomości”. Trzecia lampeczka.

20.00. Telefon wyłączony albo poza zasięgiem. Butelka pusta. Zawsze mogę otwo-

rzyć następną.

23.00. Zupełnie zapomniałam o tableteczkach od doktora Larneckiego i zasypiam 

nieszczęśliwa, bo nikt mnie nie kocha.

background image

101

5 października, piątek

7.00. Za oknem szaro, pada deszcz i jest ohydnie. Pędzę do łazienki. Wacek plą-

cze  mi  się  pod  nogami,  demonstrując  swoje  niezadowolenie,  że  nie  zajęłam  się  naj-
pierw jego pustymi miseczkami. Wreszcie z godnością wkracza do łazienki, wskakuje 
na wannę i przygląda się, jak próbuję jednocześnie myć zęby i czesać włosy.

7.20. Szafa! Oczywiście spódnica, o której myślałam, myjąc zęby, leży na samym 

dnie szafy i jest tak wygnieciona, jakby służyła za posłanie Wackowi. Chyba nawet jesz-
cze z koleżanką.

A  tyle  razy  obiecywałam  sobie,  że  wszystko  uprasuję  i przygotuję  poprzedniego 

wieczoru. W rezultacie żelazko stoi nie używane od miesięcy, a ja ćwiczę wariant: swe-
terki i spodnie, które się nie gniotą.

Jak to robią dziewczyny, które codziennie przychodzą do pracy w innej, odprasowa-

nej bluzce, dopracowanej fryzurze, nie mówiąc już o makijażu, a jeszcze męża nakarmią 
i dziecko do przedszkola odprowadzą — pozostanie dla mnie na zawsze tajemnicą. Nie 
nadaję się do małżeństwa. Już wiem, sytuację rozwiązałby związek partnerski — każde 
z nas prowadzi taki tryb życia, jaki mu się podoba, bez prawa ingerencji w życie tego 
drugiego, a od czasu do czasu robimy sobie przyjemności. Dlaczego tylko „od czasu do 
czasu”? Chyba nie najlepiej to wykombinowałam.

7.30. Z zamyślenia wyrywa mnie Wacek ocierający się o moje nogi. Kurczę! Późno, 

a jeszcze muszę mu dać jedzenie.

— A nie mogłeś sobie od rana jakiegoś kotlecika upolować, mój kochany kotku?
Wacek miauczy negatywnie. Chyba nie mógł.

9.10. Udało mi się prawie nie spóźnić. Pani Zuzia zerknęła tylko dyskretnie na ze-

garek. Nawet nie pytała, co się stało. A przecież naprawdę może mi kiedyś strzelić rura 
w łazience — tylko kto w to uwierzy?

9.30. Koło mojego biurka przesunęła się jak cień Dorota. Chyba w poszukiwaniu 

Pawła. O! Ta to się nigdy nie spóźnia i od rana ma tysiące loczków ufryzowanych na 
głowie.

background image

— Ten sweterek już chyba wczoraj widziałam, kiedy szłaś na spotkanie z naszym 

Autorem — szepnęła. — Ładny, chociaż bardzo podobny do tego sprzed kilku dni.

Zołza! Nienawidzę perfekcyjnych, zorganizowanych kobiet.

16.40. Wychodzę z redakcji. Paweł, który idzie ze mną na parking, pyta z troską 

w głosie, czy już na pewno dobrze się czuję i czy może mi w czymś pomóc.

— Dzięki — odpowiadam. — Przepraszam, Paweł, ale się śpieszę. Obiecałam mamie, 

że oddam jej film do wywołania, taki z naszych zeszłorocznych świąt. Wrzuciłam go do 
szuflady i dopiero w zeszłym tygodniu sobie o nim przypomniałam. Zdjęcia są super 
i mama chciała dodatkowe odbitki z trzech klatek. No i wczoraj po nie pojechałam, ale 
zrobili nie te, co trzeba.

— Trzeba było im podać numerki wybranych klatek — powiedział Paweł.
— Przecież podałam. Dlatego się wkurzyłam, że prostych trzech zdjęć nie potrafią 

odbić, i kazałam jeszcze raz zrobić odbitki według podanych przeze mnie numerków.

— A co robisz jutro? — zapytał, tak jakoś przeciągając słowa.
—  Iwona  zaprosiła  mnie  na  weekend  do  ich  chatki  na  kurzej  łapce  za  miastem. 

Zamykają sezon letni na działce.

— No to hej! Do zobaczenia w poniedziałek.
— Hej!

17.15. Jestem w zakładzie fotograficznym. Odebrałam zdjęcia, wyjmuję je z koperty 

i nie wierzę własnym oczom! Znowu nie te zdjęcia, na dodatek zrobili te same co wczo-
raj! Teraz naprawdę się wkurzyłam. Wieczorem mama znowu zadzwoni i zapyta o zdję-
cia. Już słyszę jej głosik: „Brygida, kochanie, co się z tobą dzieje. Na tobie już zupełnie 
nie można polegać. Pomału przestaję się dziwić, że nie potrafisz ułożyć sobie życia”.

— Proszę pana — mówię spokojnym głosem, choć poziom adrenaliny podnosi mi 

się niebezpiecznie — prosiłam wczoraj, żeby pan zrobił odbitki zdjęć numer jedenaście, 
szesnaście i dwadzieścia trzy. A co mi pan dał w kopercie?

Wziął ode mnie film i spokojnie, klatka po klatce, zaczął go przeglądać. Popatrzył na 

mnie jak na idiotkę i powiedział:

— To są zdjęcia numer jedenaście, szesnaście i dwadzieścia trzy.
Teraz ja wzięłam film, zaczęłam go przeglądać i nogi się pode mną ugięły. Szepnęłam 

najciszej, jak mogłam:

— Przepraszam. Proszę teraz zrobić zdjęcia numer dwanaście, siedemnaście i dwa-

dzieścia cztery.

Zapłaciłam i szybko wyszłam. Jadę do domu wyprasować wszystkie bluzki i spód-

nice. Może nawet wypastuję buty.

background image

6 października, sobota

9.00. Telefon. Dzwoni Iwona, że są już pod domem i czekają na mnie.
— Już wychodzę! — krzyczę w słuchawkę, wrzucając do torby kosmetyczkę, piżamę 

Krainą pozytywek Tomasza Małyszka, okrutną, męską powieść o zbrodni bez motywu. 
Jednocześnie próbuję wyszarpnąć z włosów lokówki. Wacek plącze mi się pod nogami 
i strasznie przeszkadza. Aha, muszę jeszcze wyciągnąć suszarkę do włosów z kontaktu, 
wyjąć z lodówki jedzenie dla Wacka i przełożyć do miseczki, wyrzucić żwirek i nasypać 
świeży. Już. Całe szczęście, że drzwi się nie zatrzasnęły, kiedy biegłam do zsypu, bo klu-
cze zostały oczywiście na stole.

9.10. Co oni robią z tą windą?! Przyciskam i przyciskam, a tu nic. Ktoś gdzieś bloku-

je. O Boże! Kot! Rzucam się do drzwi mojego mieszkania, otwieram trzy zamki anywła-
maniowe, wpadam do kuchni i wyciągam przerażonego Wacka z lodówki.

— Wacek, ty kochany debilu, jak możesz włazić do lodówki, kiedy ja się śpieszę?! 

— Prawie płakałam, pocierając go ręcznikiem, żeby się rozgrzał. Dobrze, że zauważy-
łam go kątem oka, kiedy wyjmowałam rybę, chociaż pomyślałam, że tylko mi się wy-
dawało.

9.20.  Przesadziłaś,  Brygida  — powiedział  Bartek,  mąż  Iwony,  kiedy  trzasnęłam 

drzwiami ich samochodu.

— Sorry, nie chciałam tak trzasnąć.
—  Przesadziłaś  nie  z trzaskaniem,  ale  z grzebaniem  się  — wyjaśnił.  — Jak  długo 

można na ciebie czekać — powiedział z wyrzutem.

— Strasznie was przepraszam, ale musiałam wyjąć kota z lodówki.
Popatrzyli na siebie i nie odezwali się już ani słowem. „Zanosi się na to, że będzie 

miło” — pomyślałam.

9.40. Chce mi się płakać. Moja torba z piżamą, zmianą bielizny, ciepłym swetrem 

i wszystkimi akcesoriami została w domu.

background image

104

7 października, niedziela

17.00. Wacek ma nadęty pyszczek, bo opuściłam go na 32 godziny! Wskoczył na pa-

rapet i udaje, że mnie nie widzi.

— Chodź tu, wariacie, opowiem ci, jak było.
Wacek  nie  jest  zainteresowany.  A było  rewe...!  Wczoraj  wieczorem  rozpaliliśmy 

grilla i piekliśmy różne pyszności: kiełbaski, szaszłyki, udka z kurczaka itd. Piliśmy wino 
albo piwo (to panowie w liczbie trzech). Ja byłam oczywiście bez pary. Miał, co praw-
da, przyjechać jakiś kolega Bartka i wystąpić w roli mojego towarzysza, ale zadzwonił 
straszliwie wkurzony, że nie może trafić, więc wraca do Poznania. Lepiej, że nie przyje-
chał, skoro taka ofiara. Między nami mówiąc, ja też bym nie trafiła, ale przecież nie je-
stem mężczyzną, prawda?

Potem  panowie  rozpalili  ognisko,  jako  że  paniom  zrobiło  się  zimno.  Dobrze,  że 

Iwona dała mi swój polar, bo umarłabym z zimna. Siedzieliśmy blisko ognia, piliśmy 
wino albo piwo i opowiadaliśmy sobie różne śmieszne historie. Taki konkurs. Najlepsza 
była Anka, siostra Bartka, która jest nauczycielką.

Wyjęła swój telefon komórkowy i powiedziała:
— To będzie historia pewnego SMS-a, którego dostałam od Jaśka.
Jasiek to jej narzeczony.
Jasiek rzucił się na nią z krzykiem:
— Anka, proszę, nie!!!
— Wyluzuj się, Jasiek! — śmiała się Anka. — Uwaga, czytam: „Kocham Cię od A do 

Z, z uwzględnieniem ą, ę, ć, ź, ń, ale najbardziej kocham Twój przecinek!”

Ryknęliśmy śmiechem.
—  Cicho!  — zawołała  Anka.  — To  dopiero  początek  historii.  Następnego  dnia 

w szkole dyrektorka zrobiła mi niespodziewaną wizytację na lekcji polskiego. Przyszła, 
świecąc  tym  swoim  drucikiem  na  zębach.  Kto  to  widział,  żeby  w tym  wieku  dbać 
o zgryz?!

— Pani Kubiak, proszę kontynuować — powiedziała bez cienia zachęty i posadziła 

swój kwadratowy tyłek w ostatniej ławce.

— Dzisiaj poznamy imiesłów przysłówkowy, który oznacza czynność lub stan to-

warzyszący tej czynności, na przykład „czytając, uczę się” — zapowiedziałam temat.

background image

104

Potem napisałam na tablicy parę przykładów i poprosiłam uczniów o podanie wła-

snych. Zgłosił się Adam Biedrzycki, któremu wróżę przyszłość w Chippendalesach.

— Patrząc na panią, oczekuję — powiedział, spoglądając mi prosto w oczy.
Dyrektorka  głośno  chrząknęła.  Postanowiłam  przywołać  na  odsiecz  Małgosię 

Wolską, którą każdy prezydent mógłby śmiało uczynić swoim rzecznikiem prasowym.

— Czytając Chłopów, poznasz wiele ciekawych rysów życia ludu — wyrecytowała 

Małgosia, a ja zapisałam to zdanie na tablicy.

Potem  miałam  swój  niezwykle  interesujący  wykład,  ubarwiony  wypowiedziami 

uczniów, cytatami z literatury i filmów współczesnych. Cud, miód i kultura. Dyrektorka 
nie mogła się do niczego przyczepić.

Po lekcji, kiedy zostałyśmy już same, podeszła do mnie z tym swoim rusztowaniem 

w jamie ustnej.

— Gratuluję, pani Kubiak, świetnie... Ale co u pani z przecinkiem?
Zbladłam, a następnie spurpurowiałam jak kisiel „Słodka chwilka” dr Oetkera.
— Słucham?
— Zapomniała pani o przecinku. Proszę spojrzeć na tablicę, tutaj i tutaj. Przecinka 

nie można lekceważyć, bo wszyscy poniesiemy konsekwencje. Do pani należy wyjaśnie-
nie uczniom, do czego służy przecinek i kiedy się go używa. Inaczej obleją egzamin doj-
rzałości. Czy pani wie, że taki niepozorny przecinek może przeszkodzić młodemu czło-
wiekowi w karierze? — zakończyła relację Anka.

Teraz już wyliśmy tak, że rozszczekały się wszystkie psy w okolicy.
Dzisiaj na pożegnanie panowie, zataczając się ze śmiechu, chórem wrzasnęli:
— Dbajcie dziewczynki o swoje przecinki!

21.00. To jednak cudowne mieć dom tylko dla siebie.

background image

106

107

8 października, poniedziałek

8.45. Dzień zaczął się średnio pomyślnie. To znaczy właściwie nie wiem, bo wpraw-

dzie znowu zaspałam, ale w drodze do pracy usłyszałam w radiu horoskop na dzisiaj: 
„Czeka cię miła niespodzianka”.

9.10. Siedzę przy komputerze i skracam artykuł o nowej generacji leków odchudza-

jących. Nawet mnie to wciągnęło.

9.30. Telefon. Mama! A prosiłam, żeby nie dzwoniła do redakcji! No dobrze, przyje-

chała do mnie w środku nocy, czyli nad ranem, żebym wiedziała, że mnie kocha. Niech 
będzie.

9.30 i 23 sekundy. Nie mogę otrząsnąć się z szoku! To jest po prostu niemożliwe. 

Moja mama rozmawiała ze mną przez telefon — a raczej mówiła do mnie przez tele-
fon — tylko 23 sekundy! To, co powiedziała, jest również niewiarygodne: „Mam do cie-
bie prośbę”. Niczego nie żąda, nie każe, tylko ma prośbę. To znaczy, że wkrótce nastąpi 
koniec świata. Zaprosiła mnie na lunch do mojego ulubionego chińskiego baru. Chyba 
nie mam dzisiaj urodzin?

12.30. Siedzę z mamą w moim ulubionym chińskim barze, jem moją ulubioną sa-

łatkę i nagle słyszę, jak mama mówi tym swoim najsłodszym głosem, który zapowiada 
nadejście tornado:

— Wiesz, słoneczko, jadę do sanatorium. Wyobraź sobie, że doktor Larnecki był tak 

miły i załatwił mi Kudowę Zdrój.

Poczułam mrowienie na karku: doktor Larnecki kazał mi się zgłosić na badania do 

jego kliniki. Nie mogę się tam nigdy w życiu pokazać, bo przecież wtedy w znacznym 
stopniu symulowałam. I wydaje mi się, że on w końcu się tego domyślił. Zemdlałam 
na chwilę, to prawda. W tych marketach zawsze robi mi się niedobrze po półgodzinie. 
Nie wiem, czy to sprawa oświetlenia czy wentylacji, a wówczas jeszcze dodatkowo ten 
skandal z kartą. Ale gdy on usiłował mnie docucić, to ja już dawno byłam „docucona”. 
Później znów zrobiło mi się słabo, kiedy zobaczyłam karetkę pogotowia pod marketem, 
a ja miałam nadzieję, że on sam odwiezie mnie do domu i... Wyłączyłam się na chwilę 
i nie słuchałam tego, co mówi moja mama. I to był błąd!

background image

106

107

— Oczywiście, zgodzisz się, prawda? — Zaglądała mi w oczy. — Przecież to tylko 

trzy tygodnie.

— Na co mam się zgodzić? — zapytałam.
— No, zaopiekujesz się Lula.
— Lula?! — Aż podskoczyłam na krześle, powodując paniczną ucieczkę na zaple-

cze Chińczyka niosącego chyba z pięć talerzy jednocześnie. Huk rozbijającego się o po-
sadzkę porcelitu był dowodem na to, że odniosłam sukces. — Ja? Ja mam zaopiekować 
się tym wielkim potworem z paszczą pełną zębów?

— To nie potwór, tylko dobermanka — powiedziała mama już prawie obrażonym 

głosem. — Poza tym ona za tobą przepada.

— Nie mogę, mamo. Zrobiłabym dla ciebie wszystko, naprawdę, ale ja pracuję od 

rana do wieczora. Nie mam czasu, żeby ją wyprowadzać.

— Przecież to żaden problem. Wstaniesz po prostu pół godziny wcześniej i wyj-

dziesz  z Lula  na  spacer,  a przy  okazji  kupisz  sobie  świeżutkie  bułeczki  na  śniadanie. 
Taka jesteś blada, moje dziecko, codzienny spacer dobrze ci zrobi. — W mig potrafiła 
znaleźć rozwiązanie każdego problemu.

— Gdybym potrafiła wstawać pół godziny wcześniej, nie spóźniałabym się noto-

rycznie do pracy — zauważyłam trzeźwo. — A może Magda? — szepnęłam ze słabnącą 
nadzieją w głosie, żałując natychmiast, że mi to przyszło do głowy, ponieważ mama po-
patrzyła na mnie z takim wyrzutem, że powinnam zostać unicestwiona w ułamku se-
kundy.

— Przecież wiesz, że Kubuś jest uczulony na sierść.
— Ale ja mam kota! — Złapałam się ostatniej deski ratunku. — Wacek wpadnie 

w stresy.

— Bzdura. Lula bardzo lubi koty — mówiła niczym nie zrażona.
„Uhm — pomyślałam — szczególnie w charakterze zwierzyny łownej”.
— Kiedy wyjeżdżasz? — spytałam już właściwie pokonana.
— Dzisiaj. — Rozpromieniła się. — Mam pociąg za trzy godziny. Rozumiem, że bę-

dziesz mogła pojechać po Lulę już teraz.

— Mamo, ale ja wracam jeszcze do pracy. — Byłam przerażona.
— Och, to żaden problem. Lula posiedzi w samochodzie, bardzo to lubi. Jak żył oj-

ciec...

— Mamo, nie mam już czasu.
— Chciałam tylko powiedzieć, że Lula spokojnie może poczekać na ciebie w samo-

chodzie. Będziesz miała pewność, że nikt nie ukradnie ci lusterek.

14.05. Ja z powrotem w redakcji, Lula w moim samochodzie.

background image

108

109

14.15. Pewnie teraz zżera tapicerkę. W końcu to służbowy samochód. Boże! Czy 

uchyliłam szybę?

14.18. Na parkingu: Lula śpi, szyba uchylona.

15.07.  Pewnie  już  się  obudziła  i z nudów  rwie  na  strzępy  moją  nową  spódnicę, 

którą zostawiłam z tyłu na siedzeniu.

15.10. Na parkingu: Lula śpi, spódnicę mam na sobie.

16.03. Czemu ona tak śpi i śpi? Może chora? Może powinnam natychmiast poje-

chać z nią do weterynarza? Mama nigdy nie wybaczyłaby mi, gdyby Luli stało się coś 
złego.

16.05. Wstaję i siadam. Wszyscy się na mnie gapią.

16.15. Nie mogę piąty raz zbiegać na parking. I tak budzę ogólne zainteresowanie.

16.17. Trudno. Niech myślą, że zwariowałam. I tak nie mogę się na niczym skupić.

16.20. Chwała Bogu — śpi.

17.30. Ratunku!!! Siedzę na krawężniku i nie wiem, co robić. Lula nie chce mnie 

wpuścić  do  samochodu.  Warczy  i pokazuje  zęby,  kiedy  się  zbliżam.  Dlaczego  moja 
matka nie kupiła ratlerka albo pudla, tylko to wielkie bydlę?

17.47. Bez zmian. Lula w samochodzie, ja na krawężniku.

18.00. Lula zżera największy czekoladowy baton, jaki udało mi się zdobyć w pobli-

skim kiosku, a ja — z sercem w piętach — siadam za kierownicą.

19.00. Człowiek całe życie się uczy. Moje dzisiejsze cztery odkrycia:
1. Lula lubi czekoladowe batony i jazdę samochodem;
2. Lula lubi moje łóżko;
3. Zbankrutuję na batony, bo nic poza słodyczami na nią nie działa — ani łagodna 

perswazja (tę przyjmuje wzgardliwym milczeniem), ani stanowcze „złaź!” (to potrakto-
wała z uwagą, ale się nie zastosowała), ani podniesiony głos (efekt: ostrzegawcze wark-
nięcie). Myślę, że wobec takiej postawy mojej podopiecznej, czeka mnie upojna noc 
w fotelu. Jutro z całą pewnością nie zdążę do pracy i nikt na pewno mi nie uwierzy, że 
to z powodu psa;

background image

108

109

4. Lula nie lubi Wacka, a Wacek nie lubi Luli.
Trzy rozkoszne tygodnie dopiero się rozpoczęły!

20.07. Od trzech minut Lula stoi pod drzwiami i szczeka. Czego ona może chcieć, 

na litość boską? Wacek wybrał wolność na parapecie po zewnętrznej stronie okna. Żeby 
tylko nie popełnił samobójstwa!

20.09.  Aha!  Spacer!  Psy  wychodzą  na  spacer,  a przy  okazji  załatwiają  swoje  po-

trzeby fizjologiczne.

20.15. Nigdy nie przypuszczałam, że psy mają tyle siły. Nie mogę pojąć, jak moja 

drobna  i szczupła  mama  daje  sobie  z nią  radę.  Ledwie  zdążyłam  wyjść  przed  klatkę, 
Lula zobaczyła kota. Takiego bezpańskiego dachowca. I poniosła jak koń! Co ja mówię 
— jak rumak ognisty! (Przecież Lula lubi koty! Ha, ha, ha!) W jednej chwili górna po-
łowa mojego ciała poleciała do przodu, a dolna wrosła z zaskoczenia w ziemię. Przede 
mną wyłoniła się nieoczekiwanie wielka kałuża pełna brudnej zawiesiny i już widzia-
łam, jak w niej ląduję, gdy nagle poczułam silne szarpnięcie za ramię. I nie było ono 
spowodowane przez Lulę. Poczułam coś jeszcze: najnowszą linię zapachową Calvina 
Kleina. Yesss! Od dawna nic mnie tak nie zwalało z nóg! No, chyba że za chwilę zrobi 
to Lula.

— Niechże pani uważa. — Głos był wyraźnie zirytowany. — Psa trzeba trzymać na 

krótkiej smyczy.

Obejrzałam  się  i chyba  rozdziawiłam  usta.  Przede  mną  stał  ten  niewiarygodnie 

przystojny facet spod trzydziestego czwartego. I był wyraźnie na mnie zły!

— Przepraszam — bąkałam, jakby mi rozum odebrało. — To nie mój pies. Muszę 

się nim opiekować przez trzy tygodnie i dopiero pierwszy raz wyszłam na spacer — pa-
plałam tak przez chwilę, bo nie mogłam oderwać od niego oczu, a oczy miałam już od 
paru chwil pełne łez. — Aha! Dziękuję, że uratował mnie pan od upadku. Byłabym „ko-
bietą upadłą”, gdyby nie pan — siliłam się na dowcip.

Przyjrzał mi się uważnie, podał chusteczkę, żebym wytarła oczy.
„O rany!” — pomyślałam. „Rhett Butler!”
On powiedział bardzo spokojnie:
—  Idę  z Brutusem  na  spacer  do  parku,  bo  pies  musi  się  wybiegać.  Idzie  pani 

z nami?

Dopiero  teraz  zauważyłam,  że  nie  jest  sam.  Przy  jego  nodze  siedział  doberman 

i z daleka, dyskretnie obwąchiwał Lulę.

— Jasne, że idę! — wykrzyknęłam może zbyt radośnie i zbyt głośno, a pomyślałam: 

„Choćby nawet na koniec świata, ale nie musisz o tym wiedzieć”.

background image

111

— Nauczę panią, jak prowadzić psa na smyczy.

21.15. Umówiliśmy  się  na  jutro.  Nie  mogę  pojąć,  jak  to  się  stało,  że  do  tej  pory 

nie miałam psa. Lula jest cudowna! Gdyby nie ona, mogłabym go nigdy nie spotkać. 
A jednak byłam pewna, że gdzieś go już widziałam.

21.30. Wszystko się zgadza — spotkała mnie dzisiaj niespodzianka. Mam psa, po-

znałam Daniela (Boże! To imię prześladowało mnie od dawna) i na razie wszystko jest 
na dobrej drodze. Chyba zacznę wierzyć w horoskopy. Aha! Zapomniałabym — Daniel 
jest weterynarzem.

23.15. Lula i ja kładziemy się spać. Odniosłam niemały sukces; nie ukrywam, że za 

pomocą ciasteczek w czekoladzie. Ja śpię w swoim łóżku, a Lula śpi w przedpokoju.

23.30. Drobna poprawka — Lula zjadła ciastka i śpi w moim łóżku, a ja w przed-

pokoju.

23.50. Uzyskałyśmy konsensus — obie śpimy w moim łóżku.

background image

111

9 października, wtorek

4.25.  Kurde!  Co  to  za  hałasy?!  Że  też  ludzie  w blokach  trzymają  psy! Wiadomo 

przecież, że to katorga dla psów. Biedne zwierzę szczeka i szczeka. Gdzie są ci z Towa-
rzystwa Opieki nad Zwierzętami?! Zaraz znajdę numer w książce telefonicznej, tylko 
wstanę...

4.26. Już wstaję, ale tej pani, co wali szczotką w mój sufit, nie zamawiałam! Czego 

ona chce, do cholery, ode mnie?! Przecież ja nie mam psa!

4.27. Lula! Dlaczego tak się drzesz!?

4.45. Na pewno zachoruję na zapalenie płuc. Na piżamę nałożyłam tylko kurtkę 

i wyszłam z tym potworem na nocny spacer.

4.50. Mam dreszcze. Dziękuję ci, mamo! Nie powiedziałaś, że z psem trzeba wycho-

dzić także w nocy!

5.55. Obudziłam się z koszmarnego snu, zlana zimnym potem i przerażona!

5.56.  Niestety,  to  nie  był  sen!  Mieszkanie  zdemolowane. Wacek  siedzi  na  mojej 

nowej lampie z IKEI i groźnie prycha. Lula obchodzi go dookoła i obszczekuje cała na-
jeżona. Ktoś wali w sufit, a może w podłogę. I ja mam tak żyć przez trzy tygodnie?!

6.00. Zrezygnowana wracam do łóżka, walkmen na uszy... może jeszcze zasnę.

7.00. Przeklęty budzik wyrywa mnie z cudownego snu. Byłam z NIM! Właśnie pa-

dliśmy  na  dywan,  gorączkowo  ściągając  z siebie  nawzajem  części  zbędnej  garderoby, 
właśnie zagarnęły mnie silne, męskie ramiona i poddałam usta jego namiętnym po-
całunkom... mmm... jak rozkosznie... czuję jego oddech na swojej szyi... I ten cholerny 
budzik!!! A może to nie był sen? Obok wyczuwam coś ciepłego i na pewno nie jest to 
moja  noga!  Słyszę  czyjś  oddech...  Natychmiast  uruchamiam  śpiące  jeszcze  szare  ko-

background image

112

mórki — no, nie! Żadnego faceta na noc nie zapraszałyśmy, krzyczą zaspane szare ko-
mórki! Otwieram oczy i widzę jakiś wielki, wilgotny nos spychający moją głowę z łóż-
ka, jakiś wielki jęzor z głośnym mlaskaniem oblizuje moje uszy i szyję.

— Lula! — wrzeszczę i wyskakuję z łóżka. To się nazywa: „Pies ci mordę lizał!” No, 

nieźle — w moim łóżku z jednej strony leży Lula, a z drugiej Wacek! Co mu odbiło? 
Przecież nigdy ze mną nie spał!

7.15. Prysznic, makijaż, szklanka przedwczorajszej kapuścianki — brrr! Co za świń-

stwo! Hej! Zwierzaki! Nie wyżerać sobie nawzajem z misek!

8.00. Właściwie jestem gotowa. Jeszcze tylko spacerek z Lulą. Szybko wokół bloku. 

Siusiu, kupka i do domu.

8.15. Cichutko  zamykam  drzwi.  Przekręcam  klucze  w trzech  antywłamaniowych 

zamkach, naciskam przycisk windy. Rozlega się potworny skowyt, jakby kogoś obdzie-
rali ze skóry. Towarzyszy mu brzęk tłuczonego szkła. A już prawie byłam w windzie. 
Wysiadam i pędzę otwierać te moje trzy antywłamaniowe zamki.

8.20. Nie mam wyjścia. Wacek zostaje. Lulę zabieram ze sobą.

8.40. Lula robi wrażenie, gdy stoimy na światłach. Nie ma kierowcy, który nie wy-

chyliłby się, żeby na nią spojrzeć.

9.00. Parking przed siedzibą redakcji. Uchylam szybę w samochodzie i wysiadam. 

Lula jest wyraźnie niezadowolona, że ją zostawiam.

9.20. Monika informuje mnie o zbiegowisku wokół mojego samochodu.

9.23. Wybiegam na parking. Lula wyje, drapie, piszczy, rzuca się z jednego siedze-

nia na drugie. Otwieram samochód. Lula wypada jak szalona, jak dożywotniak, którego 
nieoczekiwanie ułaskawili. Cholera! Zapomniałam smyczy!

10.00. Nie mogę już złapać ani oddechu, ani Luli. Ona uznała, że to świetna zaba-

wa. Przypada na przednie łapy, pozwala mi podejść do siebie blisko, a kiedy wyciągam 
do niej rękę, wyskakuje gwałtownie do góry, jakby była puszkiem, po prostu puszkiem! 
I zwiewa w radosnych podskokach.

10.20. Ciągle nie tracę nadziei, że uda mi się namówić Lulę na powrót do samocho-

du. Zjadła już chyba z dziesięć batonów, a na tego położonego na przynętę w samocho-
dzie nawet nie spojrzała. Jestem wściekła!

background image

112

10.30. Podjeżdża Paweł, który miał dzisiaj jakieś sprawy do załatwienia w drukarni. 

Przygląda się przez chwilę wyczynom Luli i mojej bezradności, a potem pyta, jak wabi 
się mój pies.

— Lula — mówię zrezygnowana — ale to nie mój pies.
— Lula, do nogi — Paweł wydaje krótką, ostrą komendę. 
Lula posłusznie podchodzi. Siada, a potem waruje. 
Oniemiałam!  To  nieujarzmione  stworzenie  zostało  błyskawicznie  okiełznane.  Po 

chwili Lula siedzi już w moim samochodzie. Potulna i wyraźnie śpiąca. Nic dziwnego, 
po takich harcach!

— Paweł, nie wiem, co mam robić — usprawiedliwiam się. — Mama mi ją podrzu-

ciła i pojechała do sanatorium. Na trzy tygodnie. Za trzy tygodnie ja już nie będę żyła, 
rozumiesz — chlipię, a tusz mi się rozmazuje po policzkach.

— Uchyl jej na razie okno, potem coś wymyślimy.
„Potem coś wymyślimy” — tłucze się po mojej głowie przez resztę godzin w pracy. 

Może uda mi się pozbyć Luli.

16.30. Paweł mówi, że rozmawiał z rodzicami i zgodzili się „przechować” Lulę do 

czasu powrotu mojej mamy z sanatorium. Trudno mi uwierzyć, że ktoś dobrowolnie 
może skazać się na taką mękę. Rodzice Pawła twierdzą, że świetnie sobie z Lulą pora-
dzą, bo zawsze mieli w domu psy.

„Zbyt piękne, żeby było prawdziwe” — myślę, a jednocześnie trochę żałuję rozsta-

nia z Lulą, bo nie będę miała pretekstu do spacerów z Danielem.

18.00.  Paweł  zaprasza  mnie  na  obiad.  Teraz,  kiedy  pozbyłam  się  Luli,  jest  mi 

wszystko jedno.

18.15. Idziemy pieszo do ulubionej restauracji Pawła. Rozmawiamy, nagle tak in-

aczej,  nagle  tak  zwyczajnie.  Paweł  mówi,  jakiej  muzyki  słucha,  jakie  książki  czyta! 
Opowiada o swoich ulubionych miejscach w Poznaniu... Paweł! Zawsze wiedziałam, że 
jesteś w porzo... ale aż tak? Paweł kupuje mi różę i mówi, że dawno już chciał mnie za-
prosić i tak po prostu pogadać, ale jakoś nie było okazji.

22.00. Paweł odprowadza mnie do redakcji. No, nie! Nie bankietowaliśmy całą noc. 

Na parkingu stoi mój matiz, więc muszę go zabrać, bo jutro nie miałabym czym przy-
jechać do pracy. Idziemy pieszo prawie przez cały Poznań. Trochę mi zimno i Paweł 
mnie przytula. Tak zwyczajnie, bez zobowiązań. Opowiada i opowiada, a ja go ciągle 
słucham.

Gdyby nie to, że znów przypomniał mi się tata: „Miejsce pracy nie jest miejscem do 

flirtów. Zapamiętaj, córeczko...” Zapamiętałam, cholera!

background image

114

115

10 października, środa

7.00.  Jak  cudownie  rano  wstać.  Właściwie  żałuję,  że  nie  ma  Luli.  Może  kupię 

Wackowi jakiegoś małego pieska do towarzystwa? A ja będę miała pretekst do spacer-
ków!

7.15. Żadnych psów! I tak mam problemy z rozpoczęciem dnia. Dobrze jest, jak 

jest.

8.15.  Wybiegam  z domu  naprawdę  radosna.  Przed  blokiem  poślizgnęłam  się  na 

psich kupkach i wyrżnęłam jak długa. Bardzo malownicza poza! Obcas złamany i oczko 
w rajstopach. Same sukcesy!

8.20. Drugi prysznic tego dnia. Nic nie zdążę zrobić z włosami. Naturalne strąki na 

głowie i siniak na kolanie wyglądają bardzo „atrakcyjnie”.

8.30. Nie mam się w co ubrać. Wacek schował się w szafie z ciuchami i wszystko 

jest w kocich kudłach. Zepsuło mi się żelazko od dawna nie używane i cały prąd z niego 
„wyszedł”. Boże drogi, gdzie jest mężczyzna mojego życia, który potrafi żelazko napra-
wić? Przecież ja jestem tylko małą blondynką, nie mogę znać się na wszystkim.

8.40. Włożyłam dżinsy (dopięłam je na leżąco) i obcisły sweterek. Przez cały dzień 

będę musiała chodzić z wciągniętym brzuchem. Trudno! Pozytywna strona tej drama-
tycznej sytuacji — zrezygnuję z lunchu. I będę chuda.

8.50. Gdyby nie chłodna jesień, przerzuciłabym się na rower. Trzeba pamiętać wio-

sną, żeby jeździć do pracy na rowerze! Przynajmniej ominie człowieka stanie w tych 
upiornych  korkach.  Chociaż  czasami  jest  miło  nawet  w korku.  Na  przykład  teraz 
— ten brunet na pasie obok uśmiecha się do mnie tajemniczo. Ja też się uśmiecham. 
Obiecująco!

9.15. Już wiem, dlaczego ten brunet się uśmiechał. Zapomniałam zdjąć czepek ką-

pielowy. Pani Zuzia mało z krzesła nie spadła, jak mnie zobaczyła. Nawet na zegarek 
nie spojrzała, tylko zapytała, czy wybieram się na zawody pływackie. Bardzo, bardzo 
śmieszne!

11.00. Zadzwoniła mama z Kudowy. Znowu do redakcji, a prosiłam... Bawi się cu-

downie i biega na wieczorki zapoznawcze. Zapytała, czy mogę wysłać jej trochę gotów-

background image

114

115

ki, bo nie wzięła swojej karty kredytowej. Co ona robi z pieniędzmi? Przecież to wczasy 
lecznicze, a nie ekskluzywna wycieczka na Kanary. Ja też chcę do sanatorium!

14.00. Zmieniłam zdanie. Nie chcę do sanatorium. Ja chcę na Kanary!
Na dworze leje, na moim biurku czwarta kawa (cerę szlag trafi) i cała tona papierów. 

Na szczęście lubię swoją pracę.

16.00. Paweł podchodzi do mojego biurka tak cicho, że podskakuję na krześle, kiedy 

dotyka mojego ramienia.

— Czy możemy porozmawiać? — pyta jakoś tak niepewnie.
— Jasne. — Wstaję i wychodzimy na korytarz. Mam złe przeczucia. — Co się stało? 

— pytam.

— Nic się nie stało, tylko Lula zdemolowała mieszkanie rodziców... Mówią, że jest 

bardzo miła, ale tęskni za tobą i dlatego tak szaleje. Oni dłużej już nie wytrzymają.

— A mieli tyle psów!
— A mieli tyle psów — powtarza Paweł. — Nie mogę zrozumieć, jak to możliwe. 

Mówiłaś przecież, że to nie twój pies, tylko twojej mamy...

— No właśnie!
— To dlaczego tak tęskni za tobą?
— Powiem ci prawdę, Paweł. Ja myślę, że to jest po prostu niewyobrażalnie rozpusz-

czony egzemplarz, któremu ja ze strachu i bezradności ulegałam, karmiąc go czekola-
dowymi batonami. I ten potwór uznał, że tak ma być! Nie ma rady, muszę zabrać Lulę 
do siebie.

— Jak sobie poradzisz?
— Nie wiem.
— Czy mogę ci jakoś pomóc?
— Już mi pomogłeś, dzięki. Teraz sama muszę stawić czoło bestii.
— Jeśli chcesz, to wpadnę do ciebie wieczorem. Może we dwójkę jakoś sobie z nią 

poradzimy.

— OK! — W rezultacie pojechaliśmy po Lulę razem.

18.00. Odebraliśmy Lulę od rodziców Pawła. Przepraszali, uśmiechali się. Ja też.

18.10. Nie mogę prowadzić samochodu, ponieważ Lula zwala się na mnie całym 

swoim  wielkim  cielskiem  i wylizuje  mnie  tak,  jakbym  przez  miesiąc  nie  miała  się 
w czym umyć. Nawet mruknięciem nie dała do zrozumienia, że skandalem jest brak ba-
loników! Paweł siedzi wbity w fotel i nie może się ruszyć. Kiedy, przez przypadek, wy-
ciąga rękę w moją stronę, Lula pokazuje zęby i paskudnie warczy.

background image

116

20.00. Wychodzimy  z Lula  na  spacer.  Do  licha!  Nigdy  bym  nie  pomyślała,  że  za 

Pawłem będą się oglądać wszystkie panny w wieku rozrodczym. A on w ogóle nie zwra-
cał na nie uwagi! Szedł obok mnie, prowadząc Lulę na smyczy, cały pachnący feromo-
nami i Hugo Bossem, a w dodatku, jak przystało na szefa działu w babskim piśmie, był 
świetnie zorientowany w literaturze kobiecej.

Zachwycał się Polką Gretkowskiej, choć wcześniej za nią nie przepadał. Nie zachwy-

cał się anatomią stanu błogosławionego, ale rzeczywistością kobiety, która oczekuje na-
rodzin dziecka. Rzeczywistością tu i tam!

Wzruszyło mnie to, co mówił, ponieważ oznaczało, że gotów był przyjąć na siebie 

odpowiedzialność za życie nowego, małego, bezradnego człowieka i za bezpieczeństwo 
kobiety, która tego człowieka na świat wydaje! Och, chyba się trochę zagalopowałam.

21.15. Wróciliśmy do domu, włączyłam Coltrane for Lovers, włożyłam odjazdową 

kieckę (wprawdzie nie na tę porę roku, ale wyglądałam w niej super).

Paweł otwiera wino — dzisiaj australijskie „Kangaroo” — ja nakładam spaghetti.
Paweł zauważa, że wyglądam seksownie, ja dolewam wino.
— Pyszne, prawda? — pytam.
— Fantastyczne! — wykrzykuje z autentycznym zachwytem. — A gdzie masz to ze-

psute żelazko, Brygida?

— Jakie żelazko?
—  Mówiłaś  przecież,  że  zepsuło  ci  się  żelazko  i nie  możesz  wyprasować  bluzki. 

Powiedziałaś nawet, że na gwałt potrzebny ci prawdziwy mężczyzna, który by to że-
lazko zreperował. — Śmieje się. — Jestem więc i pytam, gdzie żelazko?

— Jesus Christ! Ale mnie zaskoczyłeś! Żelazko! — Pomyślałam, że zwariował, o co 

chodzi z tym żelazkiem? Wyciągnęłam z szafy zdezelowany sprzęt, położyłam na stole 
i zaczęłam kombinować, jak zmienić sytuację na swoją korzyść.

Przez przypadek książka Johna Graya Marsjanie i Wenusjanki w sypialni znalazła się 

w moich rękach i przez przypadek otworzyła się sama na rozdziale: „Zmywanie naczyń 
jako wspaniała gra wstępna”. Dodało mi to nieco otuchy.

— Paweł, czy mógłbyś mi pomóc w zmywaniu? — zapytałam słodko i już wyobra-

ziłam sobie tę scenę: on zmywa — ja wycieram, on podaje — ja odbieram, on mnie do-
tyka — ja...

— Pozwól mi skończyć najpierw to, co zacząłem. Później pozmywamy, dobrze?
Cholera! Ktoś mówił, że prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczy-

na, ale jak kończy. No, dobra!

Musiałam  jednak  zająć  się  czymś,  poszłam  więc  do  kuchni  zmywać  naczynia! 

Szkoda tylko, że ofiarą mojej frustracji padła babcina salaterka w aniołki.

Żelazko okazało się szalenie skomplikowane, może nawet bardziej niż ja w okresie 

PMS.

background image

116

Paweł się nie poddawał.
— Jeśli jesteś strasznie zmęczona, to się kładź — powiedział przez zaciśnięte zęby. 

— Ja muszę to dzisiaj zrobić. Nie spocznę, póki nie skończę.

Ja też myślałam, że muszę to dzisiaj zrobić!

23.30. Kontroluję sytuację — Paweł reperuje żelazko. 23.35. Paweł naprawia mik-

ser.

23. 45. Paweł oświadcza, że skończył prace naprawcze, sprzęt działa. Ja nie.

23.50. Paweł mówi: „Dobranoc”, ja mówię: „Dziękuję”. Paweł wychodzi.

23.55. Słaniam się na nogach, ale muszę o siebie zadbać: po peelingu z otrąb, ma-

seczka z siemienia lnianego. Na włosy mały słoiczek majonezu light (tak zrobiła Julia 
Roberts w jednym z filmów) i pełny relaks ze Stingiem w tle.

0.10. Dzwonek do drzwi. Paweł.
— Co się stało? — Zapomniałam, co mam na twarzy i na włosach.
— Nie mogę złapać żadnej taksówki.

1.15. Kochaliśmy się ponad godzinę. Czyżby na Pawła tak podziałało siemię lniane 

z majonezem?

Kobiety są nieprzewidywalne, ale mężczyźni jeszcze bardziej.

background image

118

119

11 października, czwartek

8.00. Wyprowadzam Lulę na spacer. Załóżmy, że można to tak nazwać, ponieważ to 

ja jestem wyprowadzana. Lula, która nie przepada za windą, jak się dzisiaj okazało, tak 
ciągnie mnie w dół po schodach, że przeskakuję po dwa stopnie, żeby tylko nie wypu-
ścić smyczy. Dobrze, że to tylko trzy piętra!

Przemknęłam  jak  pershing  obok  jakiegoś  faceta,  który  powiedział  mi:  „Dzień 

dobry”. Nie zdążyłam mu odpowiedzieć, bo już byłam piętro niżej. Na parterze pomy-
ślałam, że to mógł być doktor od zwierząt, czyli Daniel spod trzydziestego czwartego.

8.05. Nigdy nie byłam zwolenniczką joggingu. Nawet podczas intensywnej kuracji 

odchudzającej. Teraz wiem, że miałam rację. Kiedy Lula sika, a nawet zamierza zrobić 
coś więcej, ja nareszcie mam szansę na złapanie oddechu.

8.07. Widzę, że Lula jest zdrowa — słyszę tuż nad uchem. — Taka przemiana ma-

terii!

Czuję, jak oblewa mnie purpura. Szkoda, że nie królewska! Obok stoi mój wetery-

narz. Żałuję, że nie schowałam się za drzewo.

— Proszę się nie wstydzić, przynajmniej z powodu załatwiania potrzeb naturalnych 

przez psa. Wstydzić się pani powinna z powodu wystawienia mnie do wiatru — robił 
mi wyrzuty tym swoim obłędnie podniecającym głosem. — Czekałem na wspólny spa-
cer przez dwa wieczory...

— Bardzo przepraszam, ale wczoraj Lula... to znaczy mikser. Chociaż nie! Najpierw 

jednak żelazko, bo z żelazka „wyszedł” prąd. — Nie miałam pojęcia, co bredzę, ale wie-
działam, że za chwilę zaczną mi płonąć włosy, bo już nie miało mi co spurpurowieć. 
I wiedziałam, że on wie, że ja kręcę! Czy wiedział jeszcze coś? Czy to widać?! Na szczę-
ście Lula rzuciła się na papierek po baloniku i prawie mnie przewróciła.

— Widzę, że pani bardzo się śpieszy — zażartował, a ja głupia nie kupiłam tego 

żartu.

— Właśnie! — Chwyciłam się tego pośpiechu jak tonący deski. — Już powinnam 

siedzieć w samochodzie, żeby nie wpaść w korki! — krzyknęłam tuż przed wpadnię-
ciem na srebrny świerk, który nagle stanął na mojej drodze...

background image

118

119

— Jeśli będzie pani miała z Lula jakieś kłopoty, przypominam, że mieszkam pod 

trzydziestym czwartym! — odkrzyknął.

Daniel zniknął na parkingu, a ja stanęłam oko w oko z dozorczynią z sąsiedniego 

bloku.

—  No,  wie  pani!  To  zupełny  skandal,  żeby  łamać  świerki  przed  Bożym 

Narodzeniem!

Wcale  nie  była  grubą  babą  zawiniętą  brudnym  fartuchem.  Była  młodą  kobietą 

w dżinsach i patrzyła na mnie z politowaniem.

Postanowiłam zniknąć z jej pola widzenia tak szybko, jak to tylko możliwe.

8.20. Jadę, co ja mówię, pędzę do pracy! Wyjątkowo trafiam dzisiaj na zieloną falę. 

Usiłuję myśleć o tym, że mam nadzieję, że Lula nie pożre mieszkania, a tak naprawdę 
myślę: „Cholera!  To  nie  jest  w porządku!  Dlaczego  spotkałam  dzisiaj  rano  Daniela?! 
Dlaczego akurat dzisiaj?!”

I zaraz potem: „Co mam zrobić z Pawłem? Kochałam się z nim, był moim pierw-

szym mężczyzną po bardzo długim okresie wyposzczenia i było mi dobrze... Nie odlo-
towo, ale naprawdę dobrze...” Później pomyślę o tym, co czuję do Pawła.

19.30. Dalej nie wiem, co czuję do Pawła, nie miałam czasu o tym pomyśleć, ponie-

waż dzisiaj był sądny dzień. Ktoś pomylił materiały do kolejnego numeru naszego tygo-
dnika. Oczywiście, nikt się nie przyznał, ale solidarnie postanowiliśmy ratować sytuację, 
zamiast ścigać winnego. Prawdę mówiąc, ten pomysł rzucił Paweł. Mówiłam, że Paweł 
jest w porzo... Ale zasuwaliśmy tak, że nawet nie było czasu na lunch. Wychodzę wresz-
cie z redakcji. Paweł musi jeszcze zostać.

20.00.  Robię  szybkie  zakupy  w pobliskim  markecie. Whiskas  dla Wacka,  Happy 

Dog, przysmak w kiszce z folii dla Luli. Dla siebie, z mocnym postanowieniem błyska-
wicznego odchudzania, wybieram muesli, marchewkę i wodę mineralną. Mam moty-
wację. Dzisiaj, kiedy Paweł pytał, czy zgodzę się zostać ze wszystkimi dłużej, objął mnie 
i... pomyślałam, że wolałabym nie mieć w talii tego, co tam mam. Pozostaje mi tylko na-
dzieja, że w nocy, po ciemku Paweł nie zwrócił na „to” uwagi.

Nieoczekiwanie na półkach z odzieżą zauważam kraciaste poncho — mmm... Jutro 

rano  na  spacerze  wyglądałabym  odjazdowo  i Daniel...  Poncho  kupione.  Niestety,  już 
przy wyjściu z marketu ulegam smakowitemu zapachowi pieczonych kurczaków i za-
mykając oczy, kupuję przez przypadek największe udko.

20.30. Przed wejściem do bloku kontroluję sytuację. Zza toreb i pakunków widzę 

światło na szóstym piętrze w oknie Daniela. Jest w domu. „Przystojny domator o znie-
walającym głosie pozna młodą, wolną, nie musi być mądra...”

background image

120

121

Windą wjeżdżam na swoje trzecie piętro.
— Czołem, zwierzaki, mam dla was przysmaki — wołam już od progu. Nikt nie od-

powiada.

„Zjadły się nawzajem” — myślę z przerażeniem. Po chwili jednak pojawia się Wacek 

z antenką  ogona  utrzymującą  się  idealnie  w pionie.  Ociera  się  o moje  nogi  i mruczy 
kocie pacierze.

— Gdzie Lula? — pytam, ale zazdrosny Wacek nie odpowiada.
„OK — myślę — szybki spacerek z Lula, a potem jedzonko”.

20.45. Lula nie ma ochoty na spacerek; szybkie siusiu i ciągnie mnie do domu. Co 

jej się stało?

20.55. Wacek zjada swoje przysmaki. Lula leży w najdalszym kącie kuchni pod ławą 

i nie chce wyjść. Patrzy tępo w ścianę i w ogóle nie reaguje na moje wołanie. Chyba się 
na mnie obraziła albo wpadła w depresję z powodu samotności. A co ja mam powie-
dzieć?! Podsunęłam jej pod nos miskę z przysmakiem Happy Dog — nie robi to na niej 
żadnego wrażenia. Zastanawiam się, czy powinnam zadzwonić do mamy, żeby zapytać, 
o co chodzi i co robić w takiej sytuacji.

21.00. Jeszcze trochę poczekam, żeby nie siać paniki, a poza tym sama jestem tak 

głodna,  że  ssie  mnie  aż  do  pięt.  Chrupiący  kurczak,  jak  zakazany  owoc,  leży  przede 
mną na talerzu. O pokuso! Wypijam szklankę wody, zjadam dwie marchewki. Okazują 
się miękkie jak kapcie. Brrr! Świństwo! Z takim asekuracyjnym podkładem dopadam 
wreszcie  smakowitego  udka.  Spod  ławy  wyczołguje  się  Lula  i obwąchuje  mój  talerz. 
Oczka ma całkiem bystre, bez śladu depresji.

— Fe! Nie dam ci. Masz swoją miskę. — Obrażona Lula znowu włazi pod ławę.

21.15. Jeszcze tylko łyk zielonej herbaty. Ogarnia mnie błogość. Na krześle obok 

leży nowe poncho. Wkładam je przez głowę i wychodzę do przedpokoju, żeby przejrzeć 
się w lustrze. Wyglądam bosko! Odlot! Nagle z zachwytów nad sobą wyrywa mnie char-
kot i rzężenie dochodzące z kuchni.

— Lula! — Wpadam, potykając się o zdziwionego Wacka. — Jak mogłaś?!
Lula dławi się kością kurczaka, którą ściągnęła ze stołu, ślepia wyłażą jej z orbit. 

Prawie rozdzieram jej pysk, ale nie mogę dosięgnąć kości. Lula trzęsie się z przerażenia 
i ślina kapie jej z mordki.

— Boże! Ona za chwilę się udusi! — Nie mam czasu czekac na windę. Pędzę po 

schodach na szóste piętro i krzyczę na wszystkie korytarze:

— Daniel! Daniel! Na pomoc! Ona zaraz umrze!

background image

120

121

Walę w drzwi pięściami — wylegli oczywiście wszyscy sąsiedzi. Kiedy Daniel otwie-

ra, nie muszę nic mówić. Pędzi po schodach w dół na złamanie karku, ja za nim.

— Państwo się rozejdzie — słyszę głos pana Janka, naszego ciecia, który pojawił się, 

jakby spod ziemi. — To taka nowa zabawa. Najpierw ona goni jego, potem on goni ją. 
Ha, ha, ha!

„Kretyn” — zdążyłam pomyśleć, dopadając drzwi.

21.35. Kość szczęśliwie usunięta. Są na to specjalne chwyty. Pacjent leży w moim 

łóżku. My z Danielem siedzimy na dywanie obok łóżka. Czerwone wino rozładowuje 
stres. Rozmawiamy...

22.00. To znaczy Daniel mówi, a ja słucham. Patrzę na niego z zachwytem i wcale 

tego  nie  ukrywam.  Opowiada  o podróżach,  o zwierzętach  i motylach,  które  uwiel-
bia. Opowiada o Afryce, o Kapsztadzie, gdzie pracował przez kilka lat. Ha! Olśnienie! 
Taksówkarz  z kindersztubą!  Ale  nie  zdradzam  się  nawet  mrugnięciem  oka!  Kocha 
Afrykę i tęskni za nią... A ja słucham i słucham, mogłabym słuchać przez całe życie.

23.00. To on wstaje pierwszy. Patrzy na mnie przez chwilę.
— Niezła z ciebie laska, Brygidko! — mówi żartobliwie — Śpij dobrze. Jutro za pięt-

naście ósma na spacerze. Wstaniesz?

— Jasne! — Boże! Co zrobić, żeby jeszcze nie wychodził?
Dzwoni telefon. Nie odbieram.
— Odbierz, Brygidko, to raczej do ciebie. — Mruga znacząco i całuje mnie w poli-

czek. Po cichu zamyka drzwi.

— Halo? — Mógłby teraz zadzwonić prezydent Stanów Zjednoczonych z propozy-

cją zwiedzania Białego Domu i zupełnie by mnie to nie ruszyło!

— Brygida? Chcę ci powiedzieć, że dzisiaj cały dzień o tobie myślałem — mówi 

Paweł zmęczonym głosem.

— Ja też — odpowiadam machinalnie i myślę: „Daniel, Daniel, gdzieś ty się ucho-

wał, że cię żadna dziewczyna nie porwała?”

— Brygida? Słyszysz mnie? Dlaczego się nie odzywasz?
—  Padam  ze  zmęczenia.  Lula  dała  taki  popis,  że  mało  nie  umarłam  ze  strachu, 

a ona z zadławienia. Jutro ci opowiem. Dobranoc. — Nawet nie czekam na to, co powie. 
Odkładam słuchawkę.

23.10. Rzeczywiście słaniam się na nogach. No, bądźmy szczerzy, nie tylko ze zmę-

czenia. Ale zanim położę się spać, muszę coś sprawdzić. Przewracam do góry nogami 
całą bibliotekę. Szukam książki Horoskop na każdy dzień roku.

background image

123

23.30. Książkę znajduję na balkonie pod doniczką. Ciekawe, kto ją tam położył?

23.35. Czytam horoskop Daniela, który jest spod znaku Skorpiona: „...jest człowie-

kiem poważnym i głębokim, wywierającym ogromny wpływ na otoczenie. W młodości 
przeżywa  okresy  niepokoju,  lecz  po  trzydziestym  roku  życia  może  nastąpić  zmiana 
dzięki małżeństwu, które najczęściej bywa pomyślne”.

23.45. Czytam horoskop Daniela jeszcze raz.

23.55.  Horoskop  Daniela  umiem  na  pamięć.  Dla  pewności  powtórzę,  żeby  się 

utrwalił.

0.10.  Zasypiam  na  samym  skrawku  łóżka,  patrząc  z czułością  na  pochrapującą 

Lulę.

Nad moją głową miękko i bezszelestnie przelatują różowe motyle... Nagle na hory-

zoncie pojawia się kobieca postać. Zbliża się do mnie. Teraz już rozpoznaję bez trudu 
— to moja mama. Ubrana cała na biało, w rękawiczkach, w kapeluszu z ogromnym ron-
dem i siatką na motyle. To nie ja jestem obiektem jej zainteresowania, lecz fruwający 
nad łąką motyl. Największy okaz pazia królowej, jaki można sobie wyobrazić. Motyl 
rozpaczliwie ucieka, mama jest jednak szybsza. Z wielką wprawą, jakby zajmowała się 
tym przez całe życie, zarzuca na niego siatkę i już po chwili, trzymając w palcach, ogląda 
go uważnie ze wszystkich stron. Potem z triumfalnym uśmiechem kładzie go na mojej 
poduszce.

— Jest twój, córeczko — szepcze mi do ucha.

background image

123

12 października, piątek

8.15. Budzi mnie słońce i szczekanie Luli. Łapię w locie spadający budzik. Co jest, 

do cholery?! Dlaczego nie zadzwonił? Do licha! Przespałam poranną randkę!

8.25. Błyskawiczna toaleta. Ubierając się, myślę gorączkowo, dlaczego Daniel nie za-

dzwonił, kiedy przechodził z Brutusem obok moich drzwi? A dlaczego właściwie miał 
przechodzić, skoro Brutus nie boi się windy? A może Daniel jest taki rozmowny i od-
ważny tylko po winie: „Niezła z ciebie laska, Brygidko”, a rano, jak otrzeźwiał, to się po 
prostu wystraszył... A może Daniel ma gdzieś jakąś narzeczoną, nic o niej nie mówił, 
bo ja nie pytałam, ale jak mogłam pytać?! Trochę kultury, prawda? A może jest gejem? 
Niemożliwe, zdradziłby się jakimś słowem albo gestem. Czy zawsze muszę się tak wko-
pać? Czy już nic nigdy nie zdarzy się w moim życiu tak po prostu zwyczajnie i normal-
nie?

8.35. Koniec rozmyślań, nie będę się nad sobą rozczulać.

8.45. Wychodzę z Lula na spacer. Otwieram drzwi, a wtedy wypada jakaś koperta, 

którą ta wredna Lula natychmiast porywa i nie chce oddać, a ja nie mam pod ręką żad-
nego balonika. Zresztą nie mogę zastanawiać się nad batonami, bo Lula runęła już w dół, 
jakby marzyła o wpisaniu jej rekordu w pokonywaniu schodów do Księgi Guinnessa. 
Ja oczywiście frunęłam za nią, czasem nie wyrabiając na zakrętach. Jeśli będzie się tak 
działo kilka razy dziennie, to moje ramiona i biodra zaczną, wkrótce przypominać doj-
rzałą śliwkę. Dobrze, że nie mieszkam na dziesiątym piętrze.

8.55.  Jedynym  sposobem  na  odebranie  Luli  obślinionej  koperty  jest  zastosowa-

nie patyczka. Znalazłam na szczęście duży patyk. Krzyknęłam: „Lula! Aport!” (nauczył 
mnie tego Daniel na pierwszym wspólnym spacerze z naszymi psami) i rzuciłam naj-
dalej, jak mogłam, z nadzieją, że wypuści z pyska list. A skąd! Pognała, powiewając białą 
kopertą. Ja za nią. Lula uznała to za nową zabawę. Dopadła patyka, ale nie złapała go, 
tylko nie rozstając się z kopertą, zlokalizowała przeciwnika, czyli mnie. Poczekała, aż 
podejdę na wyciągnięcie ręki, podskoczyła radośnie i popędziła przed siebie. Znowu 

background image

124

125

rzuciłam patyk, krzycząc: „Lula! Aport!” Jeśli ta zabawa będzie trwała tak długo, aż Lula 
się zmęczy, to proszę wezwać do mnie karetkę reanimacyjną gdzieś w okolicy ukaza-
nia się pierwszej gwiazdki na niebie! Na szczęście na horyzoncie pokazał się przystojny 
jamnik i Lula wykazując wielkie nim zainteresowanie, wypluła kopertę.

9.00. Zasapana dopadłam koperty zagrzebanej wśród złotych liści i wyjęłam mocno 

sfatygowany list.

„Hej, Brygidko. Nie chciałem Cię budzić. Byłem na spacerze z Brutusem bardzo 

wczesnym rankiem, ponieważ dostałem e-maila, że na dzisiaj wyznaczono spotkanie 
z przedstawicielami pewnej niemieckiej firmy farmaceutycznej testującej nowy lek na 
psi reumatyzm. Rozumiesz, że muszę na tym spotkaniu być. Nie wiem, jak długo po-
trwa, być może nawet cały dzień. Spotkajmy się zatem jutro, OK? W przerwie zadzwo-
nię, to się jeszcze umówimy. Dziękuję za wczorajszy wieczór. Daniel”.

9.15. Lula hasała po trawnikach, uganiając się za jamnikiem, który przy niej nie 

miał żadnych szans, lądował więc co chwila z nosem w jakiejś rabatce z przekwitłymi 
kwiatami. Właścicielka jamnika była wściekła, na mnie także, że nie reaguję na zacho-
wanie Luli, ale jak mogłam reagować, skoro czytałam jeden z najpiękniejszych listów 
świata!

Biegnę do domu, rozdając uśmiechy całemu światu.

9.20. Już na klatce schodowej słyszę telefon. W pośpiechu próbuję otworzyć drzwi, 

plącząc trzy klucze od moich trzech antywłamaniowych zamków. W końcu dopadam 
telefonu.

—  Halo?  — wołam  radośnie,  ale  to  tylko  Paweł.  Dzwoni  z redakcji  z zapyta-

niem, dlaczego mnie tam jeszcze nie ma. Uruchamiam myślenie na szybkich obrotach 
— przecież dzisiaj jest ten wyjątkowy dzień, kiedy nie musiałam być w redakcji. Tak po-
wiedział wczoraj szef.

— No, powiedział, to prawda. — Paweł jest rozczarowany. — Myślałem jednak, że 

wpadniesz, że się spotkamy, że pójdziemy razem na obiad... Wczoraj, kiedy zadzwoni-
łem, dziwnie się zachowywałaś. Tak jakbyś nie miała ochoty na rozmowę ze mną. Co 
się dzieje, Brygida?

— Naprawdę nic. Lula wczoraj o mało nie zadławiła się kością kurczaka, potrzebna 

była interwencja weterynarza.

— Szkoda, że nie zadzwoniłaś, mógłbym ci w czymś pomóc.
— No, nie, Paweł. Przecież nie jesteś weterynarzem!
— Rzeczywiście — powiedział zrezygnowanym głosem, a ja nawet tego nie zauwa-

żyłam, ponieważ myślałam o kimś, kto właśnie weterynarzem był.

background image

124

125

— A dzisiaj rano zadzwoniła Magda, wiesz, moja siostra — starałam się być wiary-

godna. — Ma jakieś problemy ze swoim mężem, więc muszę do niej pojechać i wystą-
pić w roli pocieszycielki. Rozumiesz?

— Jasne. Zadzwonię jutro. Gdybyś zmieniła plany, jestem pod komórką.
— OK!

11.40. Telefon. Mama. Żeby się dowiedzieć, jak się czuje Lula i żeby razem ze mną 

obliczyć, czy na pewno wystarczy jej pieniędzy do końca turnusu. Oczywiście tych pie-
niędzy, które ja jej wysłałam.

12.20. Telefon. Daniel. Czuję, jak miękną mi kolana.
— Brygida? Wczoraj było bardzo miło — mówi głosem Żebrowskiego z płyty Lubię, 

kiedy kobieta... Osuwam się po ścianie na podłogę i usiłuję ze wszystkich sił opanować 
drżenie głosu.

— Ja też myślę, że było super. Te twoje opowieści o Afryce...
— Wiesz co, myślę, jeśli nie masz nic przeciwko temu, że wstąpię do ciebie, wracając 

z tego spotkania, i razem wymyślimy jakąś restaurację na jutrzejszy wieczór. A potem 
pójdziemy z psami na spacer. Chcesz?

— Jasne. O której będziesz?
— A tego właśnie nie wiem. Zadzwonię.

12.25. Rzuciłam  się  do  lustra.  Policzki  mi  płonęły.  Na  głowie  miałam  siano.  Nie 

mam się w co ubrać! Nie zdążę! Nie zdążę! A może? Jeśli tylko nikt już nie zadzwoni 
i nie będzie zawracał mi głowy:

— mama, żeby wysłać jej kolejną kasę,
— siostra, żeby zaopiekować się jej synem,
— Paweł, żeby namówić mnie na randkę,
— któraś z moich przyjaciółek, żeby zaprosić mnie na cały weekend.
Mama nie zadzwoni, bo dzwoniła pół godziny temu. (Jezu, mówię, jakbym nie znała 

własnej matki! Ona jest w stanie dzwonić co pięć minut, żeby wymusić to, czego chce). 
Magda wyjechała z Kubusiem do koleżanki w góry. Ze spotkania z Pawłem już się wy-
kręciłam. Nie jest źle.

16.30. To niewiarygodne, ile czasu zajmuje kobiecie doprowadzenie się do stanu 

używalności. Na głowie mam turban, skonstruowany z pomarańczowego ręcznika we 
fioletowe  kwiaty,  na  twarzy  różową  malinową  maseczkę,  na  sobie  niebieski  szlafrok, 
a na nogach zielone plastry do depilacji. I proszę nie zwracać mi uwagi, że poszcze-
gólne elementy tej kompozycji kolorystycznej gryzą się ze sobą. Sama ostatnio widzia-

background image

126

127

łam w telewizji relację z pokazu mody w Paryżu, podczas którego modelki demonstro-
wały kreacje właśnie tak skomponowane kolorystycznie. Tyle, że ja nie mam zamiaru 
pokazywać się publicznie.

16.35. Może nie mam zamiaru, ale właśnie ktoś dzwoni do drzwi. Podchodzę po ci-

chutku i sprawdzam, kto to.

16. 35 i 20 sekund. Prawie się udało, gdyby nie to, że potykam się o Wacka i nie-

wiele brakowało, a wylądowałabym na wieszaku.

16.35 i 25 sekund. Potykam się o buty i ląduję na wieszaku, rozpaczliwie chwytając 

się wszystkiego, co na nim wisi.

16.35 i 30 sekund. Razem z wieszakiem ląduję na drzwiach, czemu towarzyszy do-

nośny huk. Przygniatam Wacka, który drze się, jakby rozum stracił. Zwabiona hałasem 
Lula wpada na mnie i z wyraźnym zadowoleniem zlizuje z moich policzków malinową 
maseczkę. W tej sytuacji trudno udawać, że nikogo nie ma w domu.

16.36. Jakoś się pozbierałam i wyglądam przez wizjer. Na wycieraczce stoi Daniel. 

Ma dziwną minę. Miałby jeszcze dziwniejszą, gdyby mnie zobaczył.

— Kto tam? — pytam niewinnie.
— Daniel — odpowiada ostrożnie. — Otwórz, Brygida.
— Sorry, nie mogę ci otworzyć, bo... łapię mysz. Wiesz, nie chcę, żeby uciekła. Przed 

chwilą prawie ją miałam, ale właśnie mi uciekła...

— Mysz? W naszym bloku?
— To domowa mysz! — Pójdę do piekła za łgarstwo.
— Wydawało mi się, Brygido, że masz kota...
— Oczywiście, że mam Wacka, ale chodzi o to, żeby on jej nie zżarł. To jest mysz 

mojej siostry, która wyjechała na weekend...

— Opiekujesz się zwierzętami całej rodziny?
— Tak, to znaczy... Słuchaj, Danielu, zaraz do ciebie wpadnę, tylko muszę złapać tę 

mysz, zanim zrobi to Wacek. OK?

— OK — odpowiada znowu ostrożnie i wcale mu się nie dziwię. Właściwie to dzi-

wię się, że w ogóle odpowiada.

16.38. Biegnę do łazienki, o nic się nie potykając. Zastanawiające!

16.40.  Zmywam  różową  packę  z twarzy  i zrywam  jednocześnie  plastry  z nóg, 

wrzeszcząc przy tym wniebogłosy z bólu.

background image

126

127

16.45. Ściągam turban, suszę włosy i zastanawiam się, na co zamienię szlafrok.

16.55. Wkładam obcisłą bluzkę, obcisłe dżinsy oraz obcisłe skarpetki.

17.00. Czuję się jak larwa jedwabnika w kokonie, mam wypieki na twarzy od su-

szarki, a włosy naelektryzowane, jakbym sama się podłączyła do prądu. Trudno!

17.05.  Jadę  windą  na  szóste  pod  numer  trzydziesty  czwarty  kłamać  i się  ośmie-

szać.

17.07. O! Daniel ma na drzwiach kołatkę z pyskiem wilczura. Wczoraj jej nie za-

uważyłam. Wybieram sposób tradycyjny i dzwonię do drzwi.

—  Jak  mysz?  — pyta  Daniel,  otwierając.  Ma  na  sobie  bluzę  z wielkim  kotem. 

Przemknęło mi przez głowę, że może powinnam się ewakuować.

— Jak my... Aaa! Mysz! Muszę powiedzieć ci prawdę o tej myszy. — Nagle postana-

wiam nie kłamać i nie wylądować w piekle.

— W każdym razie uganianie się za myszami wyraźnie ci służy, bo wyglądasz re-

welacyjnie.

Powiedział to takim głosem, że w ułamku sekundy zmieniła się chemia całego mo-

jego organizmu.

Opowiedziałam  Danielowi,  że  wcale  nie  goniłam  myszy,  tylko...  sprzątałam  po 

Wacku,  który  nasikał  w przedpokoju.  Idąc  do  drzwi,  poślizgnęłam  się  i zahaczyłam 
o wieszak. Nie chciałam powiedzieć mu prawdy, kiedy stał pod drzwiami, żeby nie po-
myślał sobie, że źle wychowałam swojego kota. Wydawało mi się, że Daniela niespecjal-
nie interesowała prawdziwa przyczyna mojego dziwnego zachowania. Od dawna nikt 
nie patrzył na mnie z taką czułością.

17.30. Siedzimy na podłodze, pijemy wino, jemy sery, które Daniel ułożył na wiel-

kiej  desce,  i wymieniamy  wszystkie  znane  nam  restauracje,  w których  warto  byłoby 
jutro zjeść kolację.

18.00. Siedzimy na podłodze, oparci o kanapę, i całujemy się, żeby przypieczętować 

zgodę na kolację w restauracji „Pod Aniołem”. Jest bosko!

18.20. Całujemy się. Daniel całuje tak, że można oszaleć. Nigdy w życiu nie byłam 

tak podniecona! Może zrobić ze mną wszystko, co tylko zechce.

18.30. Chyba nie zechciał, bo nagle mówi, że nie możemy dręczyć zwierząt. Musimy 

szybko wyjść na spacer.

background image

128

129

19.30.  Wracamy  ze  spaceru,  każde  do  swojego  mieszkania.  Tak  jakoś  wyszło! 

Miałam nadzieję, że spędzimy ten wieczór razem albo u niego, albo u mnie. Ale nie, 
Daniel  ma  jeszcze  jakieś  sprawy  do  załatwienia,  związane  z dzisiejszym  spotkaniem 
z niemieckimi farmaceutami.

19.40. Włączyłam telewizor, ale nie rozumiem ani jednego słowa. Nie wiem, jak 

wytrzymam do jutrzejszego wieczoru. Cały czas myślę o tym, co powiedział Daniel na 
spacerze z psami. A raczej, co chciał powiedzieć, pytając, czy już tak przywiązałam się 
do towarzystwa psa, że po powrocie mamy, kiedy oddam jej Lulę, chciałabym mieć in-
nego psa?

Zapytałam, dlaczego o to pyta. Zrobił tylko tajemniczą minę.
Mam chaos w głowie. Albo chce mi kupić w prezencie, na przykład pod choinkę, 

jakiegoś pieska, żebyśmy mogli wychodzić razem na spacery. Albo chce, żebyśmy za-
mieszkali razem i wówczas Brutus będzie naszym wspólnym psem. Albo już postrada-
łam zmysły, albo stanie się to za chwilę. Przecież nie powiedział niczego, co mogłoby 
mnie upoważnić do wyciągania takich wniosków. To po co o to pytał?! Jestem nienor-
malna!

20.00. Przypomniałam sobie dobrą radę mojej mamy: „Zrób listę wszystkich męż-

czyzn godnych zainteresowania, wpisz obok ich nazwisk wady i zalety, no i startuj do 
tego, który wypadnie najlepiej. Weź wreszcie sprawy w swoje ręce”. Mama rzadko miewa 
dobre rady, ale ta jest wyjątkiem, który potwierdza regułę.

20.05. Siedzę w kuchni przy stole, popijam zieloną herbatkę i robię listę kandyda-

tów na mężczyznę mojego życia:

kandydat: Paweł

za

przeciw

•  jest mną zainteresowany

•  kochałam się z nim

•  było nieźle

•  jest dobry i czuły

•  i mądry

•  lubię go, gdy mam dzień 

kokietki

•  jest odrobinę niższy ode 

mnie

•  nie wiem, czy go lubię, 

kiedy nie mam dnia 

kokietki

•  nie wiem, kim jest 

naprawdę

background image

128

129

kandydat: Piotr Larnecki

za

przeciw

•  jest przystojny 

•  ma ciepły głos 

•  dobrze wygląda w kitlu 

•  jest świetnym lekarzem 

•  ma  narzeczoną  Ewę,  która 

jest moją przyjaciółką

kandydat: Marek — sąsiad

za

przeciw

•  jest sympatyczny

•  przystojny

•  blisko mieszka 

•  ma żonę Anię

kandydat: Daniel

za

przeciw

•  jest przystojny 

•  ma piękne oczy i głos 

•  wspaniale opowiada 

•  zabawny, sympatyczny 

•  duże poczucie humoru 

•  chyba 

jest 

mną 

zainteresowany

•  na pewno świetnie wygląda 

w kitlu 

•  uwielbiam się z nim całowa 

?

kandydat: Wacek

za

przeciw

•  mieszka ze mną 

•  je mi z ręki 

•  daje się przytulić

•  kradnie dla mnie kotlety

•  jest kotem

kandydat: Kuba z serialu 

Na dobre i na złe

za

przeciw

•  ma poczucie humoru 

•  oraz  przystojną  twarz  Artura 

Żmijewskiego

•  dobrze wygląda w kitlu

•  tak naprawdę nie istnieje

Bilans:

•  mam wyraźną skłonność do kitli,
•  najlepszym kandydatem jest Daniel Stocki,
•  tuż za Danielem plasuje się Wacek.

background image

130

131

21.30. Pierwszy etap planu wykonany pomyślnie! Teraz tylko startować, skoro już 

wiem do kogo.

21.33. Cholera! Przecież już od miesiąca wiem do kogo, tylko nie wiem jak! Czy to, 

co działo się dzisiaj, można uznać za początek? W takich pismach jak moje i wielu in-
nych są specjaliści, którzy mają tysiące doskonałych rad, ale mogę się założyć, że sami 
nigdy by z nich nie skorzystali.

21.35. Jestem w kropce.

21.40. Nadal jestem w kropce.

21.45. Ciągle jestem w kropce.

21.50. Jestem w łazience.

22.00. Teraz jestem w nowej, obrzydliwie obcisłej, małej czarnej, której nie powin-

nam  nakładać,  ponieważ  demaskuje  nadmiar  czegoś  na  biodrach,  czyli  moje  słynne 
koło ratunkowe.

22.05. Stoję pod drzwiami Daniela i czuję się kretyńsko.

22.07. Godzę się ze swoim losem i dzwonię.

22.08. Dzwonię jeszcze raz. Nikt nie szczeka ani nie otwiera.

22.09. To niemożliwe, że Daniela nie ma, kiedy przyszła do niego miłość.

22.10. Trzaśniecie drzwiami windy i Brutus wita mnie radośnie, pozostawiając na 

małej czarnej, zbyt obcisłej, błotne ślady łap.

22.12. Daniel przygląda mi się uważnie i pyta, czy coś się stało. Próbuję mu wy-

tłumaczyć,  co  robię  pod  jego  drzwiami  w eleganckiej  sukience,  ale  sądząc  po  minie 
Daniela, nie wypadłam chyba zbyt przekonywająco. Też bym nie uwierzyła, gdyby jakiś 
facet wystrojony w garnitur przyszedł do mnie po cukier.

22.15. Siedzę w pokoju gościnnym Daniela, całym w kolorze srebrny metalik, i cze-

kam na kawę. Wyobrażam sobie, że jest gejem, ma żonę i dziecko, trzy kochanki i za-
borczą  narzeczoną.  Z tych  przyjemnych  i optymistycznych  wizji  wyrywa  mnie  głos 
Daniela wrzeszczącego z kuchni:

background image

130

131

— Ze śmietanką czy bez?
— Bez — odwrzaskuję, jakby mieszkanie miało ze sto pięćdziesiąt metrów, a nie 

sześćdziesiąt osiem.

Daniel przynosi kawę. Ależ on jest wysoki...
— A więc, droga Brygido — mówi, zabawnie przekrzywiając głowę — jak się miewa 

Wacek? — Czuję, że ze mnie kpi.

— Świetnie — odpowiadam niepewnym głosem.
— Myślisz, że polubi Brutusa?
— Myślę, że tak. — W mojej głowie kompletne szaleństwo. Do czego on zmierza? 

Brygida, weź się w garść! Przyszłaś tu polować, a nie wpadać w pułapki! Czuję się jak 
niedoświadczona piętnastolatka. Choć teraz piętnastolatki są pewnie właśnie bardziej 
doświadczone niż ja, stara prawie trzydziestka.

— Dlaczego pytasz, czy Wacek polubi Brutusa? — Głos mi się trzęsie. Zaraz ze-

mdleję albo ucieknę.

— Wracając ze spaceru, pukałem do ciebie. Chcieliśmy cię z Brutusem odwiedzić.
Potrzebuję kilku chwil, żeby ochłonąć i zrozumieć, co on do mnie powiedział.
„Powiedział tylko tyle, kretynko, że chciał cię odwiedzić razem ze swoim psem. Nic 

więcej”. — To mój wewnętrzny głos.

— Zrobiło mi się przykro, że cię nie zastałem. — Daniel pocałował mnie delikatnie 

w czubek nosa. — Dobrze, że przyszłaś po cukier, Brygido Janoska.

Zdążyłam tylko pomyśleć, co pomyśli o mnie Wacek, kiedy nie wrócę na noc do 

domu, i poddałam się najczulszym pieszczotom, najrozkoszniejszym pocałunkom. To 
był odlot.

Daniel powoli rozpinał suwak sukienki na plecach. Ja zdejmowałam z niego bluzę. 

Tę z kotem.

Zadzwonił telefon.
— Odbierz, to chyba do ciebie — zażartowałam. Poturlaliśmy się po podłodze do 

telefonu razem, bo nie mogliśmy się z siebie rozplatać. Daniel podniósł słuchawkę i za 
chwilę powiedział coś po niemiecku. Cholera, za późno zaczęłam się uczyć tego języka 
i nic nie rozumiałam. A poza tym prysł cudowny nastrój.

— Przepraszam cię, maleństwo [nikt tak do mnie nigdy nie mówił], moi niemieccy 

znajomi mają jakieś drobne kłopoty. Muszę im pomóc.

— Teraz? — zapytałam bez sensu.
—  Teraz.  Spotkamy się jutro  o osiemnastej  u ciebie. OK? I zjemy kolację w „Pod 

Aniołem”.

Robił wszystko jednocześnie — ubierał się w pośpiechu, zapinał moją suknię i cało-

wał mnie w kark. Całował tak, że jęknęłam:

— Danielu, musisz?

background image

133

—  Muszę,  maleństwo.  — Wyjmował  z szuflady  jakieś  dokumenty  i papiery. 

— Brygidko, mam do ciebie prośbę. Czy Brutus mógłby zostać u ciebie do jutra? Po 
prostu nie wiem, ile mi to zajmie czasu. Mogę wrócić za dwie godziny, a mogę i za dzie-
sięć. Ale na pewno zdążę przed naszym spotkaniem.

— Oczywiście, nie ma problemu — powiedziałam odruchowo, zanim się zastano-

wiłam.

— Strasznie, ale to strasznie cię lubię — przyciągnął mnie do siebie, objął i poca-

łował tak, że znowu ziemia zaczęła mi się usuwać spod stóp. Złapał kurtkę, podał mi 
smycz dziwnie niespokojnego Brutusa i prawie wybiegł na klatkę. Zamknął drzwi na 
jeden zamek i wcisnął mi w garść klucze.

— Właściwie  mogę  ci  je  zostawić,  przecież  i tak  najpierw  przyjdę  do  ciebie  po 

Brutusa.

22.45. Zjechaliśmy windą trzy piętra i stanęliśmy pod moimi drzwiami.
— Wybacz, Brygidko — wyszeptał i zniknął.

22.50. Leżę na łóżku, na tym skrawku, który zostawiła mi Lula. Nawet się nie roze-

brałam.

— Dlaczego, dlaczego tylko mnie coś takiego musiało się przydarzyć!? Czy świat 

może się aż tak zmienić w ciągu pół godziny?

Walę pięściami w poduszkę. Lula przesuwa się w bezpieczniejsze miejsce. Łzy płyną 

mi nieprzerwanym strumieniem i szlocham tak, że Lula zaczyna wyć. Po chwili przyłą-
cza się do niej Brutus. Z obawy, żeby sąsiedzi nie wezwali straży pożarnej, sądząc, że to 
alarm, muszę przestać płakać. Świat jest podły!

background image

133

13 października, sobota

9.00. Chciałam pospać dłużej, bo miałam całą noc zmarnowaną, ale Lula jak to Lula 

jest bezwzględna. Zaczęła mnie spychać z mojego własnego łóżka. I to nie na podłogę, 
a na Brutusa, który spał grzecznie na dywaniku. Właśnie wróciliśmy ze spaceru, na któ-
rym Lula zachowywała się tak, jakby nagle otrzymała dyplom szkoły angielskiej dla do-
brze urodzonych panienek, i zastanawiam się, czy jeszcze na chwilę nie wskoczyć do 
łóżka. Muszę przecież jakoś wyglądać wieczorem. Wyłączyłam telefon i postanowiłam 
się nie mazgaić, tylko „nabrać urody przez sen” — jak mówi mama.

11.00. A co będzie, jeśli wieczorem znowu zadzwonią jacyś Niemcy ze swoimi pro-

blemami i Daniel będzie musiał odwołać naszą pierwszą wspólną kolację?

„Nie wywołuj wilka z lasu, Brygido Janoska! Myśl pozytywnie!”
Czego  ja  nie  robiłam,  żeby  myśleć  pozytywnie!  Przystrzygłam  sobie  grzywkę. 

Niestety, trochę krzywo i kiedy próbowałam ją wyrównać, zrobiła się chyba ciut za krót-
ka. Ale za to kolor udało mi się tym razem osiągnąć super! Jasna, czysta miedź. Nikt się 
nie domyśli, że jestem blondynką.

13.00. Cała zawartość mojej szafy leży przed szafą, to znaczy na podłodze. Brutus 

i Lula walczą o moją starą bluzę. A niech się zwierzątka nacieszą. Zwyciężyła, oczywi-
ście, Lula, która wyrwała bluzę, ale Wacek był najmądrzejszy, bo wskoczył na nią i jeź-
dził po całym pokoju na gapę. Zabawa była przednia, dopóki z półek nie zaczęły spa-
dać  książki.  A wszystko,  co  stało  na  komodzie,  było  w poważnym  stopniu  zagrożo-
ne. Musiałam szybko napełnić miseczki jedzeniem, żeby choć na chwilę odwrócić ich 
uwagę od wspaniałej „zabaweczki”. Do ciężkich zniszczeń nie doszło, a podłogę miałam 
wyfroterowaną jak nigdy.

15.00. Wróciłam z drugiego uroczego spaceru z psami. Ciekawe, dlaczego Daniel 

do tej pory się nie odezwał. Ależ jestem kretynka! Przecież wyłączyłam wszystkie tele-
fony!

15.05. Nawijam włosy na papiloty (dawno tego nie robiłam) i słyszę okropne bur-

czenie w żołądku. Nie jadłam śniadania, nie jadłam obiadu, podgryzam tylko chrupki 

background image

134

135

chlebek,  żeby nie  paść  z głodu przed  wieczorem. Ale jeśli cokolwiek mnie  skusi,  nie 
zmieszczę się w czarne skórzane spodnie, które już od ubiegłego roku są za ciasne.

15.10. Sprawdzę. Tak — są za ciasne. Próbuję je dopiąć, leżąc na podłodze. Próbuję 

na plecach, próbuję na boku. Nic z tego.

15.20. Siedzę na podłodze i grzebię w kupie szmat.
„Po co ja tyle tego trzymam, przecież i tak nie będę nosiła tych bluzeczek, tych swe-

terków. Trzeba połowę szafy zapakować i oddać na PCK” — myślę racjonalnie.

Automatycznie segreguję i odkładam na bok to, czego już na pewno nie będę nosić. 

Powiedzmy, że z niektórych rzeczy wyrosłam. Przy okazji znalazłam różową skórzaną 
kurteczkę, o której zupełnie zapomniałam. Jest wprawdzie bardzo obcisła, ale suwak się 
dopina i wyglądam w niej cholernie seksownie. Dobrze, że mam niezły biust. Do niej 
włożę tę nową, wrzosową spódnicę z dołem obciętym ukośnie. Coś mnie napadło i ku-
piłam z przeświadczeniem, że nigdy jej nie nałożę. I zielone body. Wyglądam super! No, 
pomijając papiloty. Ale przecież zdejmę, zanim przyjdzie Daniel. Mam nadzieję, że nie 
zapomnę.

16.57. Coś podobnego! Nigdy nie zdarzyło mi się być ubraną na godzinę przed wyj-

ściem. Jeszcze tylko makijaż. Dlaczego Daniel nie dzwoni? Mógł choćby wysłać SMS-a. 
Rzeczywiście różowoseledynowy w tym sezonie jest wymarzony. Stoję przed lustrem 
w łazience i wyjątkowo starannie tuszuję rzęsy, żeby wyglądały na dwa razy dłuższe, niż 
są w rzeczywistości. Odruchowo włączam radio.

— Program Trzeciiiii — śpiewają jakieś muzykalne panienki.
— Jest siedemnasta. Słuchają państwo Trójki. Serwis informacyjny. Zaczynamy od 

wiadomości  z ostatniej  chwili.  Dzisiaj  nad  ranem  na  przejściu  granicznym  w Kołba-
skowie polscy celnicy zatrzymali dwóch obywateli niemieckich podróżujących samo-
chodem bmw z berlińską rejestracją. Samochód nafaszerowany był amfetaminą ukrytą 
w opakowaniach lekarstwa przeznaczonego do leczenia psiego reumatyzmu.

„Zwariowali — pomyślałam — plątać w to jeszcze Bogu ducha winne stworzenia”.
— Policja poszukuje trzeciego członka przemytniczego gangu, obywatela polskiego, 

Daniela S., lekarza weterynarii.

— Niech jeszcze powiedzą, że cholernie przystojnego i że całuje tak jak nikt. Co ja 

bredzę?! — Nagle poczułam, jak miękną mi kolana.

Dopiero teraz zaczęłam składać w całość wszystko to, co wydarzyło się wczoraj.
— Nie, niemożliwe! Zwykła zbieżność imion, pierwszej litery nazwiska i zawodu 

— próbowałam sobie wmawiać.

„A  jednak?”  — szeptał  mój  wewnętrzny  głos. „Te  telefony?  Te  nagłe  wyjścia?  Ta 

ucieczka wieczorem?”

background image

134

135

— Ależ ja jestem naiwna! Oczywiście, że to była ucieczka! Podrzucił mi przecież 

Brutusa! Biedny pies. Co ja teraz z nim zrobię? A klucze? Co mam zrobić z kluczami do 
jego mieszkania?

„Wyrzuć. Nikt przecież nie wie, że je tobie zostawił”.
— Nie. Bez sensu. Panikuję niepotrzebnie. Na pewno zjawi się o osiemnastej, tak 

jak obiecał.

Zaczęłam co parę minut sprawdzać zegar. Nigdy w życiu nie przeżyłam tak długiej 

godziny. Kiedy wskazówki zegara zbliżały się nieuchronnie do godziny 18.00, dostałam 
dreszczy. Dzwonek u drzwi nie dzwonił. Milczały telefony, a mnie trzęsło tak, jakbym 
dostała gwałtownego ataku febry. Nie mogę powstrzymać szczękania zębami.

18.05. Rozbieram się szybko i wskakuję do wanny. Biorę gorącą kąpiel. Telefon mil-

czy. Dzwonek u drzwi także.

18.15. Trzasnęły drzwi od windy. Zawinięta tylko w ręcznik biegnę wyjrzeć przez 

wizjer. Na korytarzu pusto.

18.30. Siedzę w kuchni przy stole, mam na sobie moją ulubioną męską piżamę, za 

dużą o dwa numery, i sączę drinka. Nie, dzisiaj nie wino. Piję czystą wódkę (której nie 
cierpię) z sokiem pomarańczowym. Wyjęłam oliwki, kroję sobie kosteczki ementalera 
i próbuję udawać, że czuję się świetnie. Łzy, razem ze starannie zrobionym makijażem, 
kapią mi do szklaneczki.

19.00. „Fakty”. Jest. Przejście graniczne. Celnik mówi, że podejrzane wydawało mu 

się to, że te same opakowania leków widział parę miesięcy temu przewożone przez gra-
nicę w drugą stronę, czyli do Polski. Wypijam drugiego drinka.

19.30.  „Wiadomości”.  Przejście  graniczne.  Zbliżenie  na  niemieckie  numery  reje-

stracyjne samochodu. Wyraźnie widać wgłębienie od stuknięcia. Coś mi się nie zga-
dza. Ja przecież znam ten samochód. To ta sama beemka, która stała zaparkowana na 
moim miejscu jakiś miesiąc temu i ja w nią wjechałam, bo się zamyśliłam. Tylko wtedy 
na pewno była na polskich numerach. Pomyślałam wtedy: „Co za dupek stanął na moim 
miejscu”. Teraz już wiem, co za...! Nie, nie mogę tak myśleć o Danielu. Co ja mam zro-
bić? Nie mogę pójść na policję i powiedzieć: 

— To są klucze do mieszkania tego faceta od amfy, to jest jego pies, a ja całowałam 

się z nim do nieprzytomności jeszcze wczoraj wieczorem i marzyłam o tym, żeby mnie 
przeleciał!

background image

136

20.00. Chciałam wypić jeszcze jednego drinka, ale pomyślałam, że nie mogę wyjść 

na spacer z psami w stanie wskazującym na spożycie. Przynajmniej nie w takim stop-
niu. Lula i Brutus siedziały już zgodnie pod drzwiami.

Włożyłam dres na piżamę, na papilotach zamotałam ogromną chustę — nie wiem, 

dlaczego nie chciało mi się ich zdejmować — wcisnęłam się w pikowaną kurtkę i wy-
szłam, prowadząc potulne psy na smyczach. Wydawało mi się, że na spacerze wymyślę 
jakieś genialne wyjście z tej kryminalnej sytuacji.

Spojrzałam w okna Daniela. Były ciemne. Nie wymyśliłam nic, ale ciągle nie wie-

rzyłam, że to on. Może ktoś go próbuje wrobić. Obserwowałam uważnie całe osiedle. 
Spokój. Nic się nie działo. A czego oczekiwałam? Obławy? Radiowozów? Psów tropią-
cych? Wróciłam  do  domu  dopiero  wtedy,  kiedy  zęby  zaczęły  mi  szczękać  jak  kasta-
niety.

21.00. Jeszcze jedna gorąca kąpiel, jeszcze jeden drink. Przypominam sobie wszyst-

kie słowa Daniela i dopiero teraz w pełni rozumiem ich znaczenie.

21.30. Moje rozmyślania przerywa potworny łomot do drzwi.
„To już koniec! Idą po mnie!” — myślę i po cichutku podchodzę do drzwi, za któ-

rymi coś dziwnie głośno. Zerkam przez wizjer. Widzę Ankę... Co ona tu robi o tej porze? 
Coś jednak musiało się wydarzyć. Otwieram.

Rozbawiona Anka „wtacza się”, udając pijaną, do mojego mieszkania. Za nią Marek. 

Daniel?!  Nie,  jakiś  inny  mężczyzna,  równie  wysoki.  Ewa  i doktor  Larnecki?!  To  już 
chyba koniec świata!

— Co jesteś taka przerażona, Brygido? — śmieje się Ewa. — Mamy małą „zakłado-

wą” imprezkę u Marków i przyszliśmy cię zaprosić. Tak strasznie cię obgadywaliśmy, że 
Antek koniecznie chciał cię poznać. Brygido — to jest Antek, mój kolega z pracy. Antku 
— to jest Brygida, moja najlepsza koleżanka ze szkoły — dokonała prezentacji.

— Ewka, ale skąd ty u Marka? — Nie mogłam się w tym wszystkim połapać.
— Pracujemy z Markiem już od jakiegoś czasu. To on był obiektem moich wes-

tchnień,  nie  pamiętasz,  opowiadałam  ci.  Ale Ania  była  lepsza,  na  mnie  w ogóle  nie 
zwracał uwagi.

— Za co jestem mu dozgonnie wdzięczny, bo zostałaś dla mnie. — Piotr przytulił ją 

i popatrzył na mnie. — Znowu widzę na twojej głowie jakieś dzieło sztuki. Świetna fry-
zura — roześmiał się życzliwie.

— Zróbcie sobie drinki — powiedziałam, znikając w łazience.

22.00. Pozbyłam się papilotów, ale nadal jestem w mojej ulubionej piżamie. Piję, nie 

wiem już którego drinka, i jest mi wszystko jedno.

background image

136

22.15. Antek przygląda mi się dość natarczywie. Trochę mnie to irytuje, ale staram 

się być miłą gospodynią. Zresztą zaraz przenosimy się do Marków. Przez głośny gwar 
ledwo usłyszałam brzęczyk domofonu. Rzuciłam się w stronę drzwi. Kto to może być? 
Paweł! Przechodził i zobaczył światło. Jak to: przechodził? O tej porze? Po co? Mieszka 
na drugim końcu miasta. Paweł jest zaskoczony obecnością tylu gości. Antek zaczyna się 
wygłupiać i opowiada, że szukał tej piżamy, ale nie miał pojęcia, że zostawił ją u mnie. 
Pawła na chwilę zamurowało. Patrzy na mnie z takim wyrzutem... Wychodzi, delikat-
nie  zamykając  drzwi  za  sobą.  Krzyczę,  że  to  moja  piżama,  że  zawsze  spałam  w mę-
skich piżamach! Ogarnia mnie furia! Za dużo emocji jak na jeden dzień. Wyrzucam 
wszystkich. Antek przeprasza, nic nie rozumie, wydawało mu się, że to świetny kawał. 
Ewa przytula mnie i uspokaja, Marek mruczy coś pod nosem. Za dużo już... za dużo... 
Zamykam drzwi i zaczynam płakać, jak mała dziewczynka. Ciągle widzę beznadziejnie 
smutne oczy Pawła. Boże, co ja nawyprawiałam przez ostatnie dni! Jest mi źle, okrop-
nie ciężko.

22.40.  Psy  się  wreszcie  uspokoiły.  Wacek  wylazł  z szafy,  gdzie  ma  swój  azyl. 

Wydawało mi się... Nie, teraz słyszę wyraźnie. Ktoś delikatnie puka do drzwi. Moje serce 
zaczyna walić jak oszalałe. Uchylam drzwi.

— Paweł!
— Mam taką samą — mówi i przytula mnie.
— Ale uwierz mi...
— Wiem, że to twoja piżama. Rozmawiałem przed chwilą z Antkiem. Powiedział, że 

poznaliście się pół godziny temu.

— Ale... — Nie wiem, o czym chciałam mu powiedzieć. O tym, że mnie kontroluje? 

O tym, że jest zazdrosny i że to jest trochę przyjemne, a trochę niepokojące? Na razie 
nie mogłam nic powiedzieć, bo Paweł przyciągnął mnie mocno do siebie i całował. Nie 
tak jak Daniel. Nikt nie całował tak jak on. Trudno.

— Paweł. Muszę ci powiedzieć coś bardzo ważnego...
— Powiedz.
— Jesteś mi bardzo potrzebny.
— Ty mnie też, maleństwo.