background image

Anne McAllister 

Tydzień na Santorini 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Dzięki Bogu, jeszcze tylko jedno wzniesienie. 

Martha dostrzegła dom widoczny nad kamiennymi 
schodami wijącymi się w kierunku portu. Gdy 
zeszła na ląd na Santorini, poczuła, że jest w domu. 
Zapomniała tylko uprzedzić zajmującą się domem 
Ariele, że przyjeżdża, nikt więc się jej nie spodzie­
wał. Bardzo zależało jej na samotności. Była zmę­
czona i wlokła ciężką sznurowaną torbę spakowa­
ną na powrót do Nowego Jorku a nie na spontanicz­
ną, desperacką ucieczkę do Grecji. 

Ponownie spojrzała w górę. W blasku letniego 

skwaru mury dwupiętrowego, białego, pokrytego 
stiukiem domu wyglądały niemal jak miraż. Gdy­

by nie brak pieniędzy po wczorajszym kupnie 
biletu lotniczego z Nowego Jorku, mogłaby mieć 
wrażenie, że śni. 

To było wczoraj? Tak krótko? Wydawało się, 

jakby minęły wieki od chwili, gdy radośnie i ocho­

czo pokonywała schody do mieszkania swojego 
chłopaka, Juliana. Nie mogła się doczekać jego 
zabójczego uśmiechu, otwartych ramion, które 
chwycą ją i uniosą z radości, kiedy oznajmi mu, że 

background image

6 ANNE MCALLISTER 

już wraca na stałe, że ukończyła malowanie murali 

w Charleston, że podczas rozłąki podjęła decyzję. 
Była już gotowa, by dzielić z nim łóżko. 

Otworzyła drzwi, wzywając go. Usłyszawszy 

szum prysznica, pomyślała, że będzie to najod­

powiedniejsza chwila, by dowieść mu swą goto­
wość do miłosnych chwil, których tak się domagał. 

Strąciła ze stóp sandały, zdjęła koszulę i ot­

wierając drzwi łazienki, zaczęła zsuwać spódnicę. 
Wtedy spostrzegła, że Julian nie jest sam. 

Zaparowana szyba skrywała sylwetki dwóch 

postaci, Juliana oraz brunetki o zaokrąglonych 
kształtach i delikatnej opaleniźnie. Byli nadzy, 
w objęciach. Martha stała wbita w ziemię, widząc, 

jak jej fantazje, sny i nadzieje rozpadają się na 

kawałki. 

Julian poczuł chłodny powiew i spojrzał w górę. 

Przetarł ręką szybę, by spojrzeć prosto w jej zdu­
mione oczy. Martha stała nieruchomo, patrząc, jak 
nieświadoma niczego kobieta ociera się o niego. 
Julian na chwilę zamknął oczy, po czym otworzył 

je ponownie, by znów spotkać jej spojrzenie. Tym 

razem mniej zdumione, a bardziej wyzywające. 

Podciągając spódnicę i zakrywając własną na­

gość, Martha odwróciła się. Jej serce biło mocno, 
ale nie na tyle, by zagłuszyć trzask zamykanych 
drzwi. 

Zbiegła ze schodów, rozpaczliwie pragnąc do­

stać się na ulicę, wmieszać w tłum obojętnych, 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 7 

nieświadomych jej poniżenia ludzi. Dla nich nic 
się nie zmieniło. A jej świat stanął na głowie. 

Mieszkając przez miesiąc w Charleston, wiele 

myślała o Julianie, o ich związku i czy on jest Tym 
Jedynym. Nie chciała się spieszyć, nie miała zamia­
ru wskakiwać z nim do łóżka tylko dlatego, że był 
miły, uroczy, seksowny i chciał się z nią przespać. 

Jej siostra Cristina zbyt często przez to prze­

chodziła. Martha wołała być pewna, zanim zdecy­
duje się na tak intymny krok. I pięknie na tym 

wyszła. Jak już była pewna swoich uczuć, on 
znalazł sobie inną. 

Nie mogła z nim zostać. Nie mogła też zmusić 

się, by pozostać w Nowym Jorku. Mimo dziesięciu 
milionów mieszkańców, dla nich dwojga nie było 

tu miejsca. Musiała wyjechać. 

Mogła zwrócić się do wielu osób - do rodziców 

mieszkających na Long Island, do brata Eliasa 
w Brooklynie, do brata Petera na Hawajach, nawet 
do Cristiny, choć nigdy by tego nie zrobiła. Jedyną 
osobą w rodzinie, do której nie mogła uciec, był jej 
brat bliźniak, Lukas, który zawsze podróżował 

- tym razem chyba po Nowej Zelandii, choć nikt 

tak naprawdę nie wiedział. Jednak Martha nie 
chciała teraz ich widzieć, nie chciała ich współ­
czucia. Dlatego przyjechała na Santorini. 

Nie uciekała od domu. Urodzili się tu jej rodzice 

i dziadkowie. Nadal miała Santorini głęboko w ser­
cu. Jej dom wciąż tu był. 

background image

8 ANNE MCALLISTER 

Pierwsze i najlepsze wspomnienia to czas spę­

dzony w domu położonym na zboczu jednego ze 
wzgórz z widokiem na Morze Egejskie. Jej rodzice 
przeprowadzali się wielokrotnie, jednak nigdzie 
nie czuła się tak dobrze jak na Santorini. 

Od chwili gdy stanęła na rozpalonym chodniku 

i spojrzała na rząd białych, skąpanych w słońcu 
domów, wiedziała, że wszystko dąży ku lepszemu. 
Tu mogła złapać oddech, mogła być sobą, mogła 
zacząć od początku. 

Nie była na Santorini od stycznia, kiedy przyje­

chała tu z rodzicami na tydzień. Wtedy było nawet 
chłodno. Teraz, w środku lata, panował upał. Wy­
cieńczona i mokra od potu Martha chwyciła torbę 
i zaczęła ją dalej ciągnąć krętą, wąską uliczką. 

Dom będzie pusty, lodówka odłączona, a szafki 

opróżnione. Będzie musiała zrobić zakupy i coś 
ugotować, ale to nie miało znaczenia. Dobrze, że 
oderwie się od ostatnich wydarzeń. Zaangażowa­
nie się w życie wyspy odwróci jej uwagę od 

przeszłości i pozwoli jej stanąć na nogi i zrobić 
nowe plany na przyszłość. Miała przynajmniej 
taką nadzieję. 

- Andrea nic dla mnie nie znaczy - powiedział 

Julian, jak gdyby Martha miała po prostu zaakcep­
tować fakt, że kochał się z inną kobietą. 

- Jasne. Nie ma sprawy - odpowiedziała cierp­

ko. - Na pewno miło będzie jej to słyszeć. 

- A co mam powiedzieć? - zapytał ostro, za-

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 9 

mieniając cierpienie we wzburzenie. - To ty nigdy 
nie chciałaś iść ze mną do łóżka. 

To nie był odpowiedni czas, by powiedzieć mu, 

że to właśnie chciała zmienić. 

- I bardzo dobrze, że tego nie zrobiłam - wyce­

dziła. 

- Jesteś zimna. Gdybyś choć czasem okazała 

odrobinę namiętności... 

- Chcesz namiętności? Pokażę ci namiętność! 

- Cisnęła telefon komórkowy przez okno tak­

sówki. 

Pokonała ostatnie stopnie dzielące ją od furtki 

prowadzącej do ogrodu otoczonego murem i scho­

dów w stronę domu. Była wyczerpana. Chciała 
się napić czegoś zimnego, wziąć prysznic i zdrze­
mnąć się. 

Otworzyła furtkę i weszła na posesję. Pergola 

pokryta jasnoczerwoną i fioletową bugenwillą rzu­
cała pierwszy cień od początku jej wspinaczki. 
Martha zamknęła furtkę, po czym oparła się o ścia­
nę, by napawać się chłodem i ciszą. Pierwszy raz od 
chwili gdy otworzyła drzwi łazienki Juliana, rozpa­
czliwa potrzeba ucieczki nieco przygasła. Ogarnął 

ją spokój. Zwolniła oddech i odzyskała równowa­

gę. Przejechała ręką po białym, szorstkim, kamien­
nym murze, który wydawał się mocny i solidny. 

Po chwili wyprostowała się, chwyciła torbę 

i ponownie zaczęła ciągnąć ją po ostatnich już 
krętych stopniach. Dotarłszy na górę, wyłowiła 

background image

10 ANNE MCALLISTER 

z kieszeni klucze, które wręczył jej ojciec w dwu­
dzieste piąte urodziny. Każde z rodzeństwa miało 
swój komplet. 

Martha podziękowała w duszy ojcu, przekręca­

jąc klucz i otwierając ciężkie drewniane drzwi. 

Przedpokój wyłożony terakotą był chłodny i prze­
wiewny. Zdziwiła się, gdy zobaczyła pootwierane 
frontowe okna i powiewające firanki. Nikt chyba 
nie spodziewał się, że przyjedzie. Niemożliwe, 
żeby Julian zadzwonił do jej rodziców. Za chwilę 

jednak przy drzwiach dostrzegła parę męskich 

sandałów. Jej serce przyspieszyło z radości. 

- Lukas? 

To musiał być on. Nikt inny nie przyjechałby tu 

tak nagle. Tylko Lukas był do tego zdolny. Jeżeli 
mogłaby teraz z kimś rozmawiać, Lukas był jedy­
ną taką osobą. Zawsze był jej bratnią duszą. Za­

wsze ją rozumiał, współczuł jej i dzięki niemu nie 
miała poczucia, że wszyscy mężczyźni są tak kosz­
marni jak Julian Reeves. 

- Luke? - Ożywiona zdjęła buty i ruszyła 

w stronę kuchni, gdy usłyszała kroki w sypialni na 
piętrze. Odwróciła się pełna nadziei. 

Po schodach schodził szczupły mężczyzna 

o ciemnej karnacji i potarganych kruczoczarnych 

włosach. Miał kanciastą twarz. Jeżeli urodę Juliana 
można było porównać do połyskującego, wypole­
rowanego marmuru, ten mężczyzna wyglądał ni­
czym nieociosany granit. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

11 

Musiał być jednym ze znajomych Eliasa. Na 

oko miał około trzydziestu paru lat, tyle ile jej 

najstarszy brat. Czyżby Elias dał mu klucz i po­
zwolił się tu rozgościć? Do tego zdolny byłby 
raczej jej uroczy, choć nieodpowiedzialny ojciec, 
a nie surowy, ciężko pracujący Elias. Zresztą nie 
była pewna, czy on w ogóle miał znajomych. 

Ten mężczyzna nie wyglądał jednak na takiego, 

który miałby cierpliwość do jej ojca. Aeolus An-
tonides uwielbiał golf, jachty i obiady zakrapiane 
martini - jaśniejszą stronę cywilizacji, jak po­
wiadał. 

Martha nie odniosłaby słowa „cywilizacja" do 

osoby schodzącej właśnie po schodach. Mężczyz­
na zatrzymał się. Patrzył na nią z wyraźną nie­
chęcią. 

- Kim, do diabła, jesteś? - zapytał, po czym 

zaskoczył ją skinieniem głowy w stronę drzwi. 
- To bez znaczenia. Proszę wyjść. 

Wyjść? Ona miała wyjść?! 
- Chwileczkę - powiedziała, patrząc mu prosto 

w oczy. Przynajmniej mówił po angielsku. Nawet 
z amerykańskim akcentem. Musiał być jednym ze 
znajomych Eliasa. - To nie ja stąd wyjdę! 

To on był intruzem. To był jej dom. Nie miał 

prawa tak stać z rękami opartymi na biodrach, 
patrząc na nią jak na natręta. I nie było siły na 

świecie, która zabroniłaby jej wejścia do własnego 
domu, napicia się zimnego napoju i drzemki. 

background image

12 

ANNE MCALLISTER 

- Przepraszam. - Chciała go ominąć, idąc 

w kierunku kuchni. 

Jednak mężczyzna stanął jej na drodze. 
- Co ty robisz? 
- Chcę się napić - odrzekła. - Umieram z prag­

nienia. Proszę mnie przepuścić. 

Nie ruszył się. 
- Chwileczkę - powiedziała. - Kim ty jesteś? 

Czy to Elias dał ci klucz? 

Mężczyzna zmarszczył brwi. 
- Kim jest Elias? - Pokręcił głową, a kosmyki 

jego rozczochranych włosów opadły na mocno 

opaloną twarz. - Nie wiem, o kim mówisz. Jak tu 

weszłaś? - zapytał podejrzliwie. 

- Użyłam klucza. Ja tu mieszkam. 
- Nie żartuj! 
- Co prawda nie na stałe - przyznała Martha 

- ale mogę, kiedy tylko zechcę. Nazywam się 
Martha Antonides. To dom mojej rodziny. 

Dla mężczyzny wszystko stało się jasne. 

- Już nie - odparł radośnie. - Teraz należy do 

mnie. 

- Słucham?! - Chyba się przesłyszała. Może to 

udar słoneczny. 

- Co znaczy: już nie? Kim, do diabła, jesteś? 
- Theo Savas. 
Nic jej to nie mówiło. Skierowała na niego 

obojętne spojrzenie. 

- I co z tego? 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 13 

- To już jest mój dom. 
- Nie - rzekła stanowczo Martha, pewna tego, 

co mówi. -Przykro mi, ale nie. Nie wiem, jaki dom 
należy do ciebie, ale na pewno nie ten. To jest nasz 
dom od pokoleń. 

- Był. Przykro mi - spokojnie powiedział Theo 

i nie wyglądał, jakby było mu choć trochę przykro. 
Był równie uradowany i spokojny jak Julian, gdy 

poinformował ją, że to z jej winy brał prysznic 
z inną kobietą. 

- Udowodnij to! 
- Oczywiście. - Theo Savas lekko wzruszył 

ramionami, po czym odwrócił się i poszedł do 

dawnego gabinetu, choć ojciec zbyt często tam nie 

pracował. 

Patrzyła, jak otwiera szufladę w biurku i z teczki 

wyjmuje jakiś dokument. Wrócił i podał jej, a po­
tem cofnął się, obserwując jej reakcję. 

To była umowa zawarta między jej ojcem a nie-

jakim Socratesem Savasem. 

- To mój ojciec - powiedział, zanim zdążyła 

zapytać. 

Martha coraz bardziej zaciskała wargi, czytając 

dokument. To była najgłupsza rzecz, jaką kiedyko­
lwiek widziała. 

- Tu chodzi o rozgrywkę golfa? - zapytała 

z oburzeniem. 

Dokument mówił coś o zwycięzcy rozgrywki 

golfa mającym prawo do wytypowania prezesa 

background image

14 ANNE MCALLISTER 

Antonides Marine International, spółki założonej 
przez jej pradziadka, niemal doprowadzonej do 
ruiny przez ojca i uratowanej od bankructwa przez 
Eliasa. 

- Czytaj dalej. 
- Co twój ojciec ma wspólnego z naszą spółką? 

- zapytała, dalej czytając z coraz większym niedo­
wierzaniem. 

- Twój ojciec sprzedał mu czterdzieści procent 

udziałów. 

Martha uniosła głowę. Chciała zaprzeczyć, 

przecież ojciec nigdy by tak nie postąpił, 

Jednak mógł tak postąpić, żeby udowodnić sy­

nowi, że Aeolus Antonides nie jest karykaturą 
biznesmena. 

Martha ze złości zacisnęła dłonie. 

- Przegrał rozgrywkę golfa - powiedziała 

przez zęby. Widziała to zapisane czarno na białym. 

Theo Savas jedynie lekko skinął głową i czekał. 

Dalsza część dokumentu była jeszcze dziwniejsza. 
Golf to nie było wszystko. Mowa była o wyścigu 
żaglówek, ukochanej „Argo" jej ojca przeciw „Pe­

nelope" Socratesa Savasa. Zwycięzca wyścigu 
miał. wygrać dom na wyspie drugiego. 

- Wygrałem - dodał Savas. 

Martha nie mogła złapać tchu. Stała osłupiała, 

nie dowierzając temu, co zobaczyła. Jak ojciec 
mógł założyć się o ich rodzinny dom, w zamian za 

jakąś letnią chatkę na jednej z wysp stanu Maine? 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

15 

Z furią podała dokument mężczyźnie, który stał 
obok z triumfującym uśmiechem. 

- To jakiś absurd! 
- Też tak sądzę - zgodził się Theo Savas. - Ale 

legalny. Wygrałem wyścig, wygrałem więc też 
i dom. Dlatego też, panno Antonides, wydaje mi 

się, że to pani musi wyjść. 

Nie po to wydała na bilet ostatnie pieniądze 

i uciekła od jednego głupiego, pyszałkowatego 
mężczyzny, by pomiatał nią następny. Spojrzała 

Savasowi prosto w oczy. 

- Nie - odparła. 
- Co to znaczy: nie? - Zabrzmiało to tak, jakby 

nikt wcześniej mu się nie sprzeciwił. 

Martha wzruszyła ramionami. 
- Nie zrozumiałeś? To duży dom. Nie będę się 

narzucać. - Mówiąc to, podniosła torbę, powoli go 
minęła i ruszyła po schodach na piętro. 

- Chwileczkę! - Złapał ją za rękę, ale wyrwała 

się i szła dalej. 

- Nie możesz tu zostać! 
- Oczywiście, że mogę. 
- Nie potrzebuję towarzystwa - stwierdził, idąc 

za nią. 

- Trudno. - Doszła do pokoju, który zawsze 

dzieliła z siostrą Cristiną. Otworzyła drzwi, po 
czym odwróciła się, by stawić mu czoło. 

- Co zrobisz? Wyrzucisz mnie? 

Może dom nie należał już do jej rodziny, ale 

background image

16 

ANNE MCALLISTER 

w sypialni były jej meble i książki. Uniosła głowę, 
patrząc wyzywająco i czekając na jego reakcję. 
Zacisnął dłonie w pięści. Była niemal pewna, że 
słyszała zgrzyt zębów. Theo Savas jednak jej nie 
dotknął. Po chwili powiedział: 

- Jest tu mnóstwo hoteli. 
- Me stać mnie. 
- Zapłacę. 
- Nie ma mowy. Nie pozwolę, by wszyscy na 

Santorini myśleli, że jestem utrzymanką. 

Czym innym było podjęcie decyzji o pójściu do 

łóżka z Julianem. Naiwnie myślała, że go kocha. 
Czymś zupełnie innym było pozwolenie, by ten 

mężczyzna płacił za jej pokój hotelowy. Turyści 
pewnie by nie zauważyli, ale Martha była tu na tyle 

zadomowiona, że wywołałaby skandal wśród plot­

kujących staruszek. 

- A nie będą tak myśleć, jak zostaniesz u mnie? 

- Uniósł brew. 

- Oczywiście, że nie. To jest... To był mój dom 

- poprawiła się z goryczą. 

- Dobrze. - Theo Savas wzruszył ramionami. 

- Zadzwoń do ojca. On zapłaci za hotel. 

- Nie! - Nikt z rodziny nie wiedział, że ona tu 

jest, chciała, by tak zostało. Ostatnią rzeczą, której 

pragnęła, to przyznanie się do porażki. 

- Jak chcesz. Ale lepiej coś wymyśl, bo nie 

chcę cię tu widzieć. 

- Ale... 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 17 

- Nie. - Był nieugięty. - Mam już dość. Żad­

nych kobiet. Mam ich po dziurki w nosie. 

Martha zmrużyła oczy. 
- Więc... wolisz mężczyzn? - Szkoda. Pomy­

ślała, że jego wspaniałe geny niestety się zmar­

nują. 

- Wcale nie! - Skrzywił się, po czym prze­

czesał ręką włosy. - Po prostu mam dosyć bycia 

bez przerwy dręczonym. 

Martha ponownie na niego spojrzała, po czym 

skłamała lekceważąco: 

- Nie jesteś taki boski. 
- Nigdy nie twierdziłem, że jestem. To przez to 

cholerne pismo i całe zamieszanie z „najseksow-
niejszymi mężczyznami świata"! 

Martha parsknęła śmiechem. 
- Czyżby? A ty miałeś niby być kim? Najsek-

sowniejszym piratem? Gburem? 

- Żeglarzem. - Martha uniosła brwi. Theo lek­

ko zirytowany wzruszył ramionami. - Cały ten 
ranking to bzdura. Ale wszystkie te kobiety nie 

chcą tego przyjąć do wiadomości i wydaje im się, 
że są dla mnie stworzone! 

Jego udręczony wzrok rozbawił Marthę. 

- Dlatego też nie mam zamiaru przebywać tu 

z jakąś smarkatą nastolatką - stwierdził, czym 
natychmiast zmazał uśmiech z jej twarzy. 

- Smarkatą nastolatką? - oburzyła się. - Mam 

dwadzieścia cztery lata! 

background image

18 

ANNE MCALLISTER 

- Czyli wszystko się zgadza. - Najwyraźniej jej 

wiek nie zrobił na nim wrażenia. 

Martha miała dosyć bycia traktowaną jak mała 

dziewczynka. Wszyscy w rodzinie, poza Lukasem, 
zawsze wmawiali jej, że jest za młoda, że po­
trzebuje, by ktoś się nią zajął. 

- A może uciekasz od mężczyzny? 
- Od nikogo nie uciekam! - odparła gwałtow­

nie. - Po prostu... potrzebuję wakacji. Skończyłam 
pracę i postanowiłam troszkę odpocząć. - W pew­
nym sensie była to prawda. - Choć bardzo miło mi 

się tu rozmawia, jestem zmęczona. Nie sypiam 

w samolotach i nie zmrużyłam oka przez półtorej 

doby. Muszę się położyć. 

Martha odwróciła się i weszła do sypialni. Od 

razu rzuciła się na miękkie łóżko, głęboko wes­
tchnęła. 

Theo stał, milcząc przez dłuższą chwilę. W koń­

cu rzekł: 

- W porządku, wyśpij się. Ja idę popływać. 

Wrócę wieczorem, dziecino - ostrzegł ją. - A kie­
dy wrócę, ciebie ma tu nie być. 

Wychodząc z domu, Theo mamrotał coś pod 

nosem. Wkrótce dotarł do swojej żaglówki. Nikt 
na Santorini chyba nie czytał tego idiotycznego 
artykułu. Kobiety z nim flirtowały, ale przynaj­
mniej nie wchodziły mu w życie z butami. A tu 
nagle coś takiego! 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 19 

Lubił kobiety, nawet bardzo, ale wolał rolę 

łowcy, a nie ofiary. Od chwili publikacji tego 
nieszczęsnego artykułu czuł się niczym jeleń na 

polowaniu. Całe hordy kobiet uganiające się za 
nim przez ostatnie pół roku były nie do wytrzyma­
nia. On sam by nie uwierzył, gdyby tego nie 

doświadczył. 

Miał nadzieję, że to szybko minie. Kiedy wrócił 

do Nowego Jorku, na długo przed wygranym dla 
ojca wyścigiem, specjalnie unikał wizyt w rodzin­
nym domu na Long Island. Kochał swoją matkę, 
ale nie miał zamiaru znosić jej wkładu w cały ten 
bałagan, którym było jego życie. Zawsze mąciła, 

twierdząc, że tylko się troszczy. 

W przypadku artykułu doskonale wiedział, co 

by powiedziała. 

- Ożeń się, a problemy same się rozwiążą. 
Ale Theo wiedział, że to nieprawda. Już raz był 

żonaty. Problemy tylko narosły. Z wiekiem zmąd­
rzał i wiedział już, że związek małżeński nie jest 
mu pisany. Bardzo dobrze czuł się w swojej roli, 
dopóki kobiety rozumiały zasady. 

Na szczęście pani podróżniczka zrozumiała, 

że tu nie zostanie. Może nawet nie czytała ar­
tykułu, ale i tak nie chciał, żeby coś sobie przy­
padkiem wymyśliła. Było mu jej żal, że pokonała 
długą trasę na darmo, ale na Santorini było wiele 

pensjonatów. Cóż z tego, że nie wszystkie ofe­
rowały komfort domowego ciepełka, do którego 

background image

20 ANNE MCALLISTER 

przywykła. Trudno. Jak jej się nie podoba, to niech 
wraca, skąd przybyła. 

Powiew wiatru przyspieszył żaglówkę. Wypły­

wając na pełne morze, wszystkie zmartwienia zo­
stawił w porcie. 

Gdy wrócił, zapadł już zmrok. Wszystkie przy­

brzeżne tawerny były rozświetlone, muzyka dobie­

gała z pobliskich klubów i kafejek. Nabrzeże pełne 
było turystów i miejscowych, którzy rozbawieni 
nocną atmosferą wyspy śmiali się, śpiewali i tań­
czyli. 

Theo szedł, uśmiechając się. Odzyskał równo­

wagę. Wracał do domu z nadzieją na zimne piwo, 
prysznic i łóżko. Wspiął się po schodach do drzwi, 
gdy nagle zamarł - w oknie zobaczył Marthę 
przechodzącą w kierunku kuchni. 

Spokój i dobry nastrój wyparowały. Kilkoma 

susami pokonał ostatnie schody i wszedł do domu. 

- Słuchaj! Chyba ci powiedziałem... 
- Theo! - Z salonu dobiegł zmysłowy głos 

o lekkim skandynawskim akcencie. 

Odwrócił się. Ujrzał wysoką szczupłą blondynkę 

biegnącą ku niemu z otwartymi ramionami. Kiedyś 

sądził, że jest to marzenie każdego mężczyzny. 

- Agnetta? - Nawet Martha Antonides nie 

wzbudzała w nim takiej niechęci jak Agnetta 
Carlsson. 

Natychmiast usłyszał kolejny okrzyk. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 21 

- Theo! - Podobnie jak poprzedniczka, druga 

kobieta podbiegła, by go objąć. 

Theo złapał ją, zanim jej się to udało. 

- Pamiętasz mnie? Jestem Cassandra - wyjaś­

niła radośnie. - Pamiętasz, Cassie, córka twojej 
matki chrzestnej! 

Theo poznał ją, nie dopuścił jednak do rados­

nego obściskiwania i pocałunków. 

- Twoja matka nas przysłała. Fajnie, prawda? 

- powiedziała wesoło, tym samym potwierdzając 

jego największą obawę. 

- Ale po co? - Wiedział, że zabrzmiało to 

oschle, ale nie miał zamiaru ukrywać niezadowo­
lenia. Cassie jednak była niewzruszona. 

- Twierdziła, że musisz się rozerwać. No i ma­

my cię chronić. Uważa, że za dużo czasu poświę­
casz pływaniu, a tytuł najseksowniejszego żegla­
rza świata sprowadził ci na głowę za dużo kobiet. 

To prawda, ale po co w takim razie przysłała 

kolejne? A do tego Agnettę Carlsson! Przecież 
nawet jej nie znała! 

Cassandra najwyraźniej czytała w myślach, po­

nieważ od razu dodała: 

- Przez ostatni rok pracowałam jako modelka 

i ostatnio wiele czasu spędziłyśmy z Agnettą. Za­

przyjaźniłyśmy się. Agnetta przyłączyła się do 
mnie, kiedy wybierałam się na obiad do twojej 
matki. Chciała ją poznać, bo się przyjaźniliście. 

Theo inaczej by to ujął. Rzeczywiście, w zeszłym 

background image

22 

ANNE MCALLISTER 

roku poznał szwedzką modelkę Agnettę Carlsson 
podczas regat w Marsylii. Była tam na sesji zdję­
ciowej z jakimś Australijczykiem. Tamten się upił 
i szybko o niej zapomniał. 

Agnetta jednak nie była długo sama. Znalazła 

sobie kogoś dużo ciekawszego do towarzystwa. 
Theo również był zainteresowany nowo poznaną 

kobietą. 

Zawsze lubił kobiety, szczególnie te o blond 

włosach i kobiecych kształtach. Tamtej nocy byli 

sobą oczarowani. Mimo wszystko Theo sądził, że 

jasno wyraził, co go interesuje, a co nie. 

- Jesteś tu bez żadnych ukrytych zamiarów? 

- zapytał wprost. 

- Ależ oczywiście! - Parokrotnie zatrzepotała 

długimi rzęsami, po czym podeszła do niego i deli-
katnie pocałowała. Agnetta była piękną i zabawną 
kobietą, i oczywiście wspaniałą w łóżku. 

Przez około miesiąc byli tematem dla prasy 

brukowej, która uwielbiała o nich pisać. Aż w pew­
nym momencie dziennikarze, jak i sama Agnetta, 
zaczęli pisać o ślubie. Agnetta za każdym razem, 

gdy o to pytał, zaprzeczała, jakoby to ona rozpo­
wszechniała takie plotki. W pewnym momencie 

jednak oznajmiła mu, że jest w ciąży. 

- W ciąży? - Trudno mu było w to uwierzyć, 

jako że był mężczyzną ostrożnym i odpowiedzial­

nym. Poprosił ją o zrobienie testu ciążowego i wi­
zytę u lekarza. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTOR1NI 23 

- Nie wierzysz mi! - stwierdziła oskarży-

cielsko. 

Wiara nie miała tu nic do rzeczy. Nie był 

jej mężem. Gdyby w grę wchodziło dziecko, 

zmieniłby to. Lecz by tak się stało, musiał się 
upewnić. Agnetta wpadła w histerię. Rzucała bu­
tami, płakała i krzyczała. Theo był jednak nie­
wzruszony. 

- Niedługo i tak się dowiemy. Mamy mnóstwo 

czasu. 

Po dwóch tygodniach błagań, płaczu i hektolit­

rów łez nadeszło długo oczekiwane oznajmienie. 

- Myślałam, że jestem w ciąży... Spóźniał mi 

się okres... To wszystko dlatego, że tak się prze­

jmuję i denerwuję naszym związkiem! 

- Nie chciałbym, żebyś żyła w stresie - odparł. 
- Więc i tak się ze mną ożenisz? - Natychmiast 

pojaśniała i objęła go. 

- Nie. Najlepiej będzie, jak zniknę z twojego 

życia. 

Tak też postąpił. Teraz uśmiechała się do niego 

z wyrachowaniem, patrząc znad ramion Cassie. 

- Twoja matka złożyła nam cudowną propozy­

cję: odwiedźcie go w nowym domu! Miło ze strony 

tej dziewczyny, Marli... Nie, nie, Marthy, że nas 
wpuściła. Pomogła nam wnieść torby. Była bardzo 
pomocna. 

- Czyżby? - Theo zmarszczył brwi. 

Chciał ją udusić. Cholerna Martha Antonides! 

background image

24 ANNE MCALLISTER 

Wiedziała, że nie chce nikogo widzieć. Szczegól­
nie dwóch rozochoconych kobiet. 

- Powiedziała, że na pewno nie będziesz miał 

nic przeciwko, bo przecież rodzinny dom jest po 
to, by się nim dzielić - dodała Cassie. 

- Tak powiedziała? - Miarka się przebrała. 

Theo zacisnął szczęki, po czym warknął: - Gdzie 
ona jest? 

- W kuchni. Robi nam coś do jedzenia - od­

powiedziała Agnetta z uśmiechem, kierując wzrok 
ku kuchni. 

Theo spojrzał w tę samą stronę, spotykając 

się z szerokim uśmiechem Marthy machającej 
do niego palcami. Gdyby tylko wzrok mógł za­

bijać, pomyślał. 

Rozpromieniona Martha podeszła do nich, nio­

sąc talerz z pieczywem, serem i oliwkami. 

- Wiedziałam, że towarzystwo sprawi ci ra­

dość. - Skonfrontowała jego mordercze spojrzenie 
z własnym. - Bardzo miło ze strony twojej matki, 
że pomyślała o samotnym synu w domu, który 

mógłby tętnić życiem i gościnnością, z której tak 

słyną Grecy. 

- Myślałem, że słyniemy z wojen - odparł 

stanowczo. 

- W takim razie i z tego, i z tego - powiedziała, 

uśmiechając się do Cassie i Agnetty. - Potyczki 
z przyjaciółmi mogą sprawić równie dużą radość, 

jak potyczki z wrogiem, nie sądzi pan? 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 25 

- Na pewno niebawem się dowiemy. - Theo 

wyrwał jej talerz z rąk. - Czy mogę zamienić z tobą 

słowo? 

- Nie wydaje... 

- Nie musi - poinformował ją, po czym po­

prowadził w kierunku sypialni. 

- Theo! Ja nie... 

Kiedy ponownie zaczęła protestować, uciszył ją 

w jedyny znany mu sposób. Przycisnął swoje usta 

do jej warg i krótkim korytarzem poprowadził do 

swojej sypialni. Jej wściekłe spojrzenie spotkało 

się z jego uśmiechem. 

- W miłości i na wojnie wszystkie chwyty 

dozwolone, skarbie. 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

- Co ty wyprawiasz? - Martha wyrwała się 

z jego uścisku. Starała się unikać jego spojrzenia. 
Była wściekła. 

Rozejrzała się po pokoju. Znajdowali się w sy­

pialni rodziców. Pomieszczenie jednak nie przy­
pominało już tego znanego jej z czasów dziecińst­
wa. Białe ściany i ciemne meble zdradzały męski 

charakter wystroju. Pokój należał już do mężczyz­

ny, który przeszywał ją spojrzeniem. 

- Przejdźmy do rzeczy, panno Antonides. Dla­

czego wpuściłaś do domu obce osoby? 

- Dla ciebie nie są obce. 
- Cassandra powiedziała, że przysłała je two­

ja matka. Twierdziła, że są twoimi przyjaciół­

kami. 

- Dla ciebie były obce. Doskonale wiesz, że nie 

życzę sobie, by kręciły się tu jakieś osoby! - rzekł 
gniewnie Theo. 

- Wiem, co powiedziałeś! Ale to znajome two­

jej matki. Nie przyjechały tu w związku z ar­

tykułem. Jeżeli chcesz, by wyjechały, proszę ba­
rdzo, wyrzuć je! 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 27 

- Dobrze wiesz, że nie mogę. 
- Dlaczego? - Martha uniosła brwi ze zdzi­

wienia. 

- Twoja matka także jest Greczynką. I także 

nie wie, że tu jesteś, prawda? - odrzekł. 

- To nie to samo. 
- A jednak matki lubią się mieszać w sprawy 

swoich dzieci. Doskonale wiedzą, co dla nich 

najlepsze. - Zacisnął pięści. 

Martha bacznie go obserwowała. 
- A co jest dla ciebie najlepsze? 

- Żona - wymamrotał. - Matka twierdzi, że 

wszystkie panny zostawią mnie w spokoju, kiedy 

się ustatkuję. Ale myli się. A na pewno co do 

jednej. 

- Co do której? - Według Marthy widok żadnej 

z nich szczególnie go nie ucieszył. 

- Agnetty. 
Ach, rzeczywiście, pomyślała. Istotnie Agnetta 

była nieco zaniepokojona jej obecnością w tym 

domu. Dopytywała się, kim jest. 

- Chyba macie wspólną przeszłość - rzekła 

łagodnie. 

- Przeszłość to dobre słowo. To nie trwało 

długo. - Włożył ręce do kieszeni. - I już się 
skończyło. 

- Najwyraźniej nie dla niej. 
- Mogłaś powiedzieć, że mnie nie będzie. Prze­

cież wiedziałaś, że nikogo tu nie chcę! 

background image

28 ANNE MCALLISTER 

- Owszem, wiedziałam, ale pomyślałam, że 

zrobię ci na złość za wcześniejszą scenę - rzekła, 
po czym uśmiechnęła się pogodnie. 

- Wielkie dzięki - odparł gorzko. Przeczesał 

ręką włosy. 

Jest niesamowitym mężczyzną, pomyślała, 

wciąż pamiętając pocałunek sprzed paru minut. 
Pocałunki Juliana nie mogły się z nim równać. 

Theo krążył po pokoju. Po chwili zatrzymał się 

po drugiej stronie. 

- Od kiedy one są na wyspie? 
- Chyba od tygodnia. Cassandra mówiła, że 

chciały zrobić sobie tydzień urlopu przed sesją 
zdjęciową w Marsylii. Gdy zadzwoniła do domu, 
okazało się, że wasze matki się spotkały i wpadły 
na wspaniały pomysł, by dziewczyny pana od­
wiedziły... 

Rozumiem - powiedział ponuro. - Zostają tu 

tydzień. Więc i ty tu tyle zostaniesz. 

- Ja? - Martha była zaskoczona. - Ale sam 

powiedziałeś, że... 

- Mówiłaś, że chcesz zostać. One będą mogły 

zostać tylko pod warunkiem, że ty też. Musisz 

jedynie udawać moją dziewczynę. 

- Słucham?! 
- Ani Cassandra, ani tym bardziej Agnetta nie 

będą mnie napastować, skoro w domu jest już 
kobieta. 

- Ja... 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

29 

- A kiedy one wyjadą, ty także wyjedziesz. 

Martha wbiła w niego wzrok. 
- Ale ja mam samolot za trzy tygodnie! 
- Więc wykorzystaj tydzień na znalezienie no­

wego lokum. Nie widzę w tym problemu. 

On nie, pomyślała. Wyglądał na obrzydliwie 

zadowolonego z siebie. 

- Dlaczego miałabym się zgodzić? - zapytała 

w końcu. 

- Nie masz gdzie spać, jesteś zdesperowana 

i bez grosza. - Uśmiechnął się. 

Tym jednym zdaniem ujął całą prawdę. I tak nie 

była przekonana do jego pomysłu. Musiała zebrać 
myśli. 

- Opowiedz mi o tej wspólnej przeszłości 

z Agnettą. 

Theo nie miał na to najmniejszej ochoty, jednak 

widząc nieustępliwy wzrok Marthy, zaczął opo­
wiadać o kulisach romansu. W pewnym momencie 
Martha mu przerwała. 

- Nie chciałeś brnąć w poważny związek, a ona 

tak. Chyba nie planowała cię porwać i zmusić do 

ślubu? 

- Niemal - odrzekł. Potarł dłonią kark. - Kilka 

tygodni spędziliśmy razem, a następnie pojawiła 

się u mnie i oznajmiła, że jest w ciąży! 

- Więc co zrobiłeś? Wręczyłeś plik gotówki, 

żeby zajęła się tym problemem? 

Theo zacisnął szczęki. 

background image

30 ANNE MCALLISTER 

- Nigdy bym tak nie postąpił. Poza tym nie była 

w ciąży. 

- Ale sam powiedziałeś, że... 
- Powiedziała, że jest w ciąży. Kłamała. Ale 

pewnie pomyślała, że się z nią ożenię. - Wyglądał 
na wściekłego, a jeżeli to, co mówił, było prawdą, 
Martha była w stanie wyobrazić sobie, czemu czuł 

do Agnetty niechęć. 

- Jak się dowiedziałeś? 
- Nie jestem idiotą - warknął. - Zawsze jestem 

ostrożny. Jednak istnieje szansa, że coś mogło 
się wydarzyć. Powiedziałem więc, że poczekamy 
i zobaczymy. Po pewnym czasie przecież i tak 
się okaże, czy mówi prawdę, czy nie. Nie była 
zadowolona. Dużo płakała, mówiła, że jestem bez 
serca. 

To akurat Martha była sobie w stanie wyob­

razić. 

- W ogóle mnie to nie ruszało. 

To także. 

- Ale kiedy zorientowała się, że nie ożenię się 

z nią, jeżeli ona nie udowodni mi, że jest w ciąży, 
nagle odkryła, że tylko okres jej się spóźnił. 
- Theo westchnął, ponownie przeżywając całą 

sytuację. - Tłumaczyła to stresem związanym 

z kierunkiem, w którym podążał nasz związek. 
A nigdzie nie podążał. Teraz też nie. A ty tego 
dopilnujesz. 

- Ale... 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 31 

- Zostaniesz tu i dopilnujesz, żeby Agnetta 

i Cassandra wiedziały, że w moim życiu jest już 

jedna kobieta. 

- Ale... 
- Chcesz tu mieszkać? Możesz zostać tu jako 

moja oddana dziewczyna. Jasne? - Ciemne oczy 
Theo były skierowane prosto na nią. 

- Miałabym... zostać w tym domu? - spytała 

ostrożnie. 

- W tym pokoju - wyjaśnił. 
Rozejrzała się. Było tu tylko jedno łóżko. Theo 

najwyraźniej czytał w jej myślach, bo śledząc jej 
spojrzenie, rzekł: 

- Nie oczekuję, żebyś... 

Jednak Martha myślała już o czym innym. 

- Czy te artykuły były prawdziwe? 
- Słucham? - Spojrzał na nią, jakby straciła 

rozum. 

- Zastanawiałam się, skąd wiedzieli, że jesteś 

najseksowniejszym żeglarzem świata. Prowadzili 
badania? 

- Skąd niby mam to wiedzieć?! - Theo wy­

rzucił ręce do góry. - Poza tym to nie twoje 
zmartwienie. Ty masz tylko mieszkać w moim 
pokoju i spać w moim łóżku. Nic więcej... 

- Żadnego romansowania? 
- Nie. 
- A jeżeli będę miała na to ochotę? 

. - Co?! 

background image

32 ANNE MCALLISTER 

- Jesteś najseksowniejszym żeglarzem świata, 

więc jeżeli dziesiątki kobiet starają się... 

Theo pokręcił głową. 

- Jesteś stuknięta. 
- Być może. Ale prawda jest taka, że tak jak ja 

nie chcesz się angażować. Mówimy tylko o fig­

lowaniu. Zażywam pigułki antykoncepcyjne, więc 

nie będzie problemów. To czemu nie? - Spojrzała 
na niego wyzywająco. 

Theo nic nie mówił. 

- Oto moje warunki. 
Po kolejnej dłuższej chwili wspólnego milcze­

nia Theo wyprostował się. 

- Wyjaśnijmy to sobie. Zostaniesz tu na ty­

dzień, pod warunkiem że pójdziemy do łóżka bez 
żadnych zobowiązań. 

- Dobrze. Ale chcę tu zostać trzy tygodnie. 

Mówiłam już, że mój samolot odlatuje za trzy 
tygodnie. Do tego czasu chcę zostać... i przeżyć 
dziki seks. 

Tu nie chodziło o rodzinę czy o Juliana. Tu 

chodziło o nią. Miała dwadzieścia cztery lata, 
a całe życie była chroniona i niańczona. Do wczo­
raj wszystko w tym życiu się układało. Zawsze 
wydawało jej się, że znajdzie trwałą miłość, poró­
wnywalną do tej, jaka łączyła jej rodziców. Kiedy 
więc poznała Juliana, miała nadzieję, że to on jest 

tym jedynym. Już pierwszej nocy chciał jej to 
udowodnić. Odmówiła. Oczywiście, bardzo tego 

background image

TYDZIEŃ NA SĄNTORINI 

33 

pragnęła, ale tylko kiedy sama byłaby na ten krok 
gotowa. W jej mniemaniu miłość i seks były ele­
mentami nierozłącznymi. Cóż za naiwność! Naj­
wyraźniej seks z miłością nie musiał mieć nic 
wspólnego. 

Theo stał z szeroko otwartymi oczyma. W pew­

nym momencie przytaknął, kąciki ust uniosły się 
lekko, formując uśmiech. 

- Cokolwiek sobie życzysz, kotku. Trzy tygo­

dnie bez zobowiązań. Dziki seks. Bez Agnetty, 
Cassandry i spiskującej matki -powiedział z ogro­

mną satysfakcją. - Chyba ubiliśmy niezły interes. 

Agnetta przysunęła się do niego na tyle blisko, 

by każdy ruch zmusił go do dotknięcia jej ciała. 
Podobała mu się jej determinacja i wytrwałość. 

Stali oparci o ścianę dachu. On nie zdejmował 

wzroku z powoli tonącego słońca. 

- Martha nie jest do końca w twoim typie, 

prawda? - zapytała Agnetta. 

Theo wrócił w myślach do kolacji. Podziwiał 

Marthę za przygotowanie jej z resztek jedzenia, 
które znalazła w szafkach, z warzyw i ryb kupio­
nych na bazarze. Po posiłku sprzątnęła i zmyła 
naczynia. Nie chciała pomocy. Rzeczywiście było 
w niej coś, co odróżniało ją od pozostałych dwóch 
pań. Nie była tak infantylna jak Cassie, która 
nalegała na wyjście do miasta, do licznych knajp 
i klubów, nie była też zmysłowa i wymagająca jak 

background image

34 

ANNE MCALLISTER 

Agnetta. Przy posiłku była duszą towarzystwa, 

śmiała się i żartowała. Trochę jak jego młodsza 
siostra, Tallie. Martha nie była w jego stylu. 

- Nie, nie jest - zgodził się, a za chwilę spojrzał 

na Agnettę z uśmiechem. - Dlatego ją lubię. 

Agnetta szturchnęła go żartobliwie łokciem 

w bok. 

- A więc to nie na poważnie? 
- Jak zawsze. 
Zacisnęła wargi na wspomnienie przeszłości. 
- Ona o tym wie? 
- Tak - odparł Theo zgodnie z prawdą. - Zgo­

dziła się. Dobrze się rozumiemy. 

- Czyżby? Proszę, proszę. 
- A cóż to niby ma znaczyć? - zdziwił się. 

- Uważaj, jest inna niż ja - wyjaśniła. 
- Na szczęście. 
Agnetta skrzywiła się. 
- Chyba nie masz mi wciąż za złe...? 
- Nie interesuje mnie to. 
Agnetta wyglądała na lekko zirytowaną. Wzru­

szyła ramionami. 

- Tylko cię ostrzegam. Nie zrań jej. 
- Nie zranię - odrzekł. 
- Jesteś łajdakiem bez serca, wiesz o tym? 
- Nie, Agnetto, jestem realistą. Zresztą Martha 

też. Nie martw się o nią. - Odsunął się od ściany. 
- A teraz, jeżeli już zobaczyłaś, co chciałaś, może 

zejdźmy na dół. Robi się późno. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 35 

Agnetta spojrzała na niego z niedowierzaniem. 

Zaśmiała się. 

- Nie żartuj. Przecież dobrze wiesz, że życie 

dopiero teraz się tu zaczyna. Chodź, zobaczymy, 

jak kwitnie. - Próbowała chwycić go za rękę. 

Jednak Theo cofnął dłoń. 

- Nie mam ochoty, ale ty idź. - Odwrócił się 

i ruszył w kierunku schodów. Martha miała wy­

starczająco długą przerwę. Właśnie teraz potrze­

bował jej pomocy. - Dam ci klucz. 

- Klucz? 

- Ja i Martha zostajemy. Mamy inne plany na 

wieczór. 

- Jakie plany? - Agnetta wyglądała na lekko 

rozdrażnioną. 

Theo uniósł brew i uśmiechnął się szyderczo. 

- Zgadnij. 

Co tak długo robią na dachu? - myślała Mar­

tha, chowając patelnię w szafce i wieszając ręcz­

nik na haczyku przy kuchence. Nie powinno zbyt­

nio jej to obchodzić, ale gdyby nie chciał, pan 

Najseksowniejszy Żeglarz nie musiał tak łatwo 

zgadzać się na wspólne oglądanie zachodu słońca 

na dachu. Mógł przecież pomóc przy sprzątaniu 

po kolacji. 

Ale nie pomógł. Powiedział tylko: 

- Pewnie, że pójdę z tobą na dach. Nie będzie­

my przeszkadzać w kuchni. 

background image

36 ANNE MCALLISTER 

Ciekawe, co tam robią? Martha trzasnęła kolej­

nymi drzwiczkami szafki. 

Do diabła z nim. Ona na pewno nie będzie 

biegła na górę, by go bronić. Jeżeli jej uległ, to 

niech sam się martwi. To jego sprawa, z kim sypia. 

Ale jeżeli wydaje mu się, że zaciągnie do łóżka 

Agnettę, podczas gdy ona tam będzie spać, to się 

grubo myli. 

Martha przeciągnęła się, czując jeszcze zmę­

czenie po międzykontynentalnym locie. Dzisiej­

szy sen przerwała jej wizyta Cassie i Agnetty. 

Teraz marzyła tylko o prysznicu i łóżku. 

Spojrzała tęsknym wzrokiem w kierunku swojej 

dawnej sypialni. Jednak tam Theo ulokował no­

wych gości. Jej torbę zaniósł do swojego pokoju, 

gdy ona przygotowywała jedzenie. 

Łazienka niewiele miała śladów po poprzednich 

mieszkańcach. Kafelki nadal były te same, ale 

różowe ściany już przemalowano. Były białe. No­

we ręczniki miały barwę błękitnego morza. Mus­

nęła jeden z nich, po czym odkręciła ciepłą wodę 

i zdjęła z siebie ubranie. 

W lustrze zobaczyła odbicie swojego ciała. Na 

pewno całkiem innego niż ciało Agnetty. Jej bio­

dra były szersze, a piersi pełniejsze. Dużo peł­

niejsze. Nie chciała o tym myśleć. Weszła pod 

prysznic. 

Pierwszy raz od ponad doby czuła, że opada 

z niej napięcie związane z przykrymi wydarzenia-

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 37 

mi poprzedniego dnia. Rozmasowała ramiona, by 
rozluźnić mięśnie. Odetchnęła z ulgą. Chwyciła 
mydło z parapetu i namydliła ręce. 

Po kilku minutach odprężającej kąpieli chciała 

zakręcić wodę. 

- Zaczekaj. 

Krzyknęła i poślizgnęła się. Odwróciwszy się, 

zobaczyła przed sobą ciemne oczy opalonego, 
męskiego i nagiego Theo Savasa. 

Z uśmiechem złapał ją i pomógł stanąć na 

nogach. 

- C-co ty tu robisz? 
- Pomyślałem, że możemy zacząć ten dziki 

seks. 

Martha przełknęła ślinę. Czuła, że serce bije jej 

coraz mocniej. Trzęsła się, ale nie z zimna. Wzięła 
głęboki oddech. Położyła dłonie na torsie Theo. 

- Czemu nie? 
Theo delikatnie dotykał jej ciała. Czuła, jak 

delikatnie mydli ją, gładząc boki, uda i stopy. 
Jego ręce wędrowały po plecach. Każdy ruch 

Martha starała się traktować jak lekcję, chciała 
potem odtworzyć każdy jego krok. Jednak było 
to coraz trudniejsze. W pewnym momencie za­

gubiła się pod wpływem magii, jakiej dokonywały 

jego palce. 

- Theeeo... 
- Ciii... Oddaj się chwili - wyszeptał. 

Jego palce powoli i zmysłowo znów zaczęły 

background image

38 ANNE MCALLISTER 

podążać w górę, delikatnie kręcąc pętelki w okoli­

cy kolan i masując uda. Całował ją. 

Jeszcze wyżej. 

Martha zadrżała. Jej nogi nie były już nawet 

z waty. Były jak woda. Desperacko szukała wspar­

cia. Złapała go za ramiona. 

Theo spojrzał na nią lekko uśmiechnięty. Jego 

ręce ponownie zaczęły wędrować. Martha nie mo­

gła nacieszyć się jego dotykiem. Chciała stać nie­

ruchomo, ale ciało mówiło co innego. 

- Cudownie... - wyszeptał, wstając. 

Pocałował ją. Jednak słowo to nie oddawało 

tego, co jej ciało przeżyło dzięki jego dłoniom 

i ustom. Było zbyt płytkie. Nie potrafiła tego 

opisać. 

Wrażenia były zbyt silne, przyjemność i pożą­

danie za duże. Czuła się bezpiecznie. Czuła się... 

Nie, nie kochana. Nawet tego nie chciała. Co 

innego z Julianem. Ale to już przeszłość. Dostała 

nauczkę. Seks to seks. I może być niesamowity. 

Lekko się uśmiechnęła i wtuliła w ramiona Theo. 

- I jak? - Uniósł brew. Na twarzy pojawił się 

uśmiech samozadowolenia. 

Doskonale wiedziała, że jego arogancja jest na 

tyle duża, że nie musiała go przekonywać o cudow­

ności ostatnich minut. 

- Nieźle. 

- Nieźle? - Był wyraźnie oburzony. 

Martha uśmiechnęła się. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 39 

- W sumie było całkiem miło. 
- Pewnie - mruknął. - Zobaczmy, jak ty sobie 

poradzisz. - Zakręcił wodę i wyszedł spod prysz­
nica. 

Martha mogła dokładniej przyjrzeć się jego 

wysportowanemu ciału. 

Ciągle była w niego wpatrzona, kiedy zaczął ją 

wycierać. 

- Poradzę sobie - odparła szybko. 
- Jasne. - Przesiał jej uśmiech, jakby wiedział, 

że nie będzie to dla niej takie proste. 

Przez ręcznik wyczuła jego trzęsące się ręce. 

Muskał ją delikatnie, choć jej ciało było prawie 
suche. 

- Moja kolej - powiedziała nagle. 
Zdjęła drugi-ręcznik z haczyka i zaczęła gładzić 

jego ramiona; Ręcznik był miękki, a błękitna bar­

wa tylko intensyfikowała opaleniznę. 

Theo napiął mięśnie, kiedy Martha zaczęła po­

dążać w dół. Obserwowała jego reakcje na naj­
mniejszy nawet dotyk. Nigdy z Julianem czegoś 
takiego nie robiła. Ba, nawet o tym nie myślała. 

Obróciła go, by powoli wytrzeć jego plecy. 

- Ja to zrobię - powiedział. 
- Nie. Teraz moja kolej. - Za nic nie miała 

zamiaru zmarnować takiej okazji. 

Odwrócił się. Miał szerokie plecy. Zaintrygo­

wał ją brak linii opalenizny na jego ciele. Wiele 
rzeczy intrygowało ją w Theo Savasie. 

background image

40 ANNE MCALLISTER 

Wycierała go wzdłuż pleców, pośladków i dłu­

gich, umięśnionych nóg. Nie dziwiła się już, że 

okrzyknięto go najseksowniejszym żeglarzem. 

Pochyliła się i powoli gładziła jego nogi. 

W górę i w dół. Przejechała ręcznikiem wzdłuż 

jego ud. 

- Odwróć się - poinstruowała go. 

- Chyba wystarczy - powiedział. 

Nagle odrzucił ręcznik na bok i wziął ją na ręce, 

po czym wyniósł z łazienki prosto do łóżka. 

Poczuła ulgę, że wszystkie ślady po jej rodzi­

cach zniknęły z pokoju. Nie czułaby się dobrze, 

idąc z Theo do ich łóżka. 

Pokój oświetlał blask księżyca wpadający przez 

otwarte okno. Theo położył się na boku obok 

niej. Nachylił się i zaczął całować jej ucho, szyję 

i ramię. 

Jej krew znów wrzała, a pożądanie narastało. 

Chciała go dotknąć, ale nie miała odwagi. 

- Dotknij mnie - powiedział. 

Najpierw dotknęła go lekko, niepewnie ucząc 

się konturów jego ciała. 

Jak przy nowym fresku musiała rozpoznać po­

wierzchnię, jak przyjmuje farbę, jakie barwy za­

stosować. Dotykała, skubała, głaskała, uczyła się 

jego reakcji. Mruczał, napinał mięśnie. Zagryzał 

wargi. Pożądał jej. 

Martha nie chciała, by kontrolował pragnienia. 

Chciała, by całkowicie się zatracił, jak ona pod 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 41 

prysznicem. Chciała dać mu tyle przyjemności, ile 

on jej. 

Theo położył się na niej, wsunął między jej nogi 

i... oboje zamarli. 

Opór jej ciała zmroził go. Po chwili jego twarz 

zdradziła desperację, nie mógł już się opanować. 

Wiedziała, że nie może przestać, nawet jeśliby 

chciał. Było już za późno. 

Drżąc, wstał po chwili z łóżka. Patrzył na nią 

wściekły. 

- Co ty zrobiłaś?! 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

- Jesteś dziewicą! 

Martha odgarnęła włosy, spojrzała mu prosto 

w oczy i rzekła: 

- Już nie. - Miała spokojny głos, jakby nic się 

nie stało. 

Chciał ją udusić. 

- Wiesz, co mam na myśli! - krzyknął. 

Schylił się i zapalił boczną lampkę, by móc ją 

ujrzeć w pełnym świetle. Martha zamrugała, usiad­

ła na łóżku, zakrywając się prześcieradłem. Czyż­

by ze wstydu? - pomyślał Theo. Pod prysznicem 

na pewno nie była wstydliwa, w łóżku też nie. 

Wręcz zachęcała go do dotyku, w pełni mu się 

oddając. Do diabla, sama go dotykała. 

Patrzyła na niego jak na wariata. Jakby to, że 

oddała mu się przed chwilą, nie miało znaczenia. 

- Skłamałaś! 

- Wcale nie! - odparła, podnosząc się jeszcze 

wyżej. 

- Właśnie, że tak! Mówiłaś, że chcesz mieć 

trzy tygodnie dzikiego seksu! 

- I co w tym złego? 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 43 

- Jesteś dziewicą! Byłaś dziewicą! - poprawił 

się ze złością. 

- A dziewice nie mogą przeżyć dzikiego seksu? 
Zawahał się, po czym odparł: 
- Nie! Nie mogą! Nie mogą przychodzić do 

mężczyzn, których nawet nie znają! Nie mogą 

ich... uwodzić! 

- Nie uwiodłam cię. To ty mnie uwiodłeś. 
- Chyba... 
- Tak. To ty wymyśliłeś; żebyśmy udawali 

związek. To ty chciałeś kłamać. 

Theo zacisnął zęby. 

- To nie to samo. 
- Oczywiście, że nie, ponieważ ja nie skłama­

łam. Robiłam tylko to, czego ty chciałeś. Tylko 

naprawdę. Poza tym nadal chcę dotrzymać nasze­
go układu. 

Spojrzał na nią. Podniosła brodę i spotkała jego 

wzrok. Po chwili odwróciła głowę. 

- Jesteś wariatką. - Musiała nią być. Kobiety 

tak po prostu nie tracą dziewictwa. 

Theo zmarszczył brwi, próbując znaleźć od­

powiedź. Próbując ją rozgryźć. Bez skutku. Nic nie 
mówiła, unikała jego spojrzenia. 

Przeczesał ręką włosy. Był nadal poruszony 

całym zajściem. W końcu zapytał: 

- Dlaczego? 

Spoglądając na niego przelotnie, odparła: 

- Dlaczego nie? 

background image

44 ANNE MCALLISTER 

Jej obojętny wyraz twarzy kryl głębsze emocje. 

Co kryje Martha Antonides? 

Westchnął i włożył czystą parę bokserek. Po 

chwili usiadł w fotelu i rzekł ze spokojem: 

- Porozmawiajmy o tym. 

- Nie ma o czym. - Podciągnęła kolana pod 

brodę i objęła je rękami. Patrzyła w dal. Jakby 

starała się przed czymś uchronić. 

Theo bacznie się jej przyglądał. Myśl, że była 

bardzo młoda i bezbronna jednocześnie, martwiła 

go i złościła. Nie lubił komplikacji. A Martha 

Antonides stawała się najbardziej skomplikowaną 

kobietą, jaką poznał. 

Westchnął. 

- Dobrze. Chciałaś więc stracić dziewictwo dla 

kilku chwil nic nieznaczącego seksu? 

Szybko odwróciła głowę. 

- Dla mnie coś znaczył! - Zacisnęła palce na 

pościeli. 

Po chwili dotarł do niej wydźwięk wypowie­

dzianych słów. 

- Oczywiście, masz rację, W pewnym sensie 

nic dla mnie nie znaczył. To w końcu tylko seks! 

Nie miał nic wspólnego z miłością i z uczu­

ciem. Chciałam tylko... - Spojrzała mu prosto 

w oczy, po czym powiedziała: - Wiedziałam, co 

robię. 

Wierzył jej. Najwidoczniej już wszystko miała 

poukładane. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

45 

- Bardzo się cieszę. Ale ja nadal nie wiem, co 

robiłaś, a też brałem w tym udział. Może więc mi 

wszystko wyjaśnisz? 

Martha milczała. 

Jak Theo miał jej uwierzyć, że była niewin­

na? 

W końcu, nie patrząc na niego, powiedziała 

niskim tonem: 

- Pomyślałam, że przyszedł czas, żeby dowie­

dzieć się, o co cały ten zamęt. 

- Zamęt? - zdziwił się. 

- W seksie - odparła zniecierpliwiona. - Cze­

mu jest taki ważny. 

- Rozumiem. 

Tak naprawdę nie miał pojęcia, o co jej chodzi. 

To, co mówiła, nie miało dla niego sensu. 

- Mów dalej - zachęcił ją. Może teraz coś się 

wyjaśni. 

- Czemu jest ważniejszy niż związki... 

Wyraźnie wyczuwał jakiś podtekst. Przez chwi­

lę ich spojrzenia spotkały się, ale za chwilę Martha 

skierowała wzrok za okno. 

- A jest? 

- Oczywiście! Przecież nie chcesz związku! 

Sam tak powiedziałeś. 

- Ale ja nie jestem wszystkimi. 

- Ale tak się zachowujesz! - Zaczęła mru­

gać. 

Chyba nie zamierza płakać? 

background image

46 ANNE MCALLISTER 

Theo wstał z fotela i usiadł obok niej. 

- Posłuchaj. Nie wiem, co się stało, ale nie 

warto przez to płakać. 

Martha pociągała nosem i znów zamrugała. 

- Nie płaczę. 
- Jasne. - Patrzył, jak łza spływa jej po twarzy. 
- Zamknij się! Nie znoszę tego! 

Odrzuciła pościel i zaczęła schodzić z łóżka. 

Theo złapał ją za delikatną, ciepłą rękę. Poczuł 
znów, że jej pragnie, walczył z tym. 

- Poczekaj! Gdzie idziesz? 

Przez moment stawiała opór. Po chwili usiadła 

i zanurzyła twarz w kołdrze. 

- Tak lepiej - powiedział, wciąż ją trzymając. 

Spojrzała na niego znad kołdry. 

- Nie płaczę, nie jest tego wart - rzekła sta­

nowczo. 

W końcu jakieś konkrety. 

- Nie jest - powiedział Theo. 
Ktokolwiek, kto potraktował ją tak, że była 

gotowa wskoczyć do łóżka z pierwszym lepszym 
facetem, musiał być potworem. 

- Rzucił cię? 

Pociągnęła nosem. 

- Niezupełnie. To znaczy, można tak powie­

dzieć. Jestem taka głupia... 

To prawda, pomyślał. 

- Powiedz, co się stało. 
Gdyby powiedziała mu, że to nie jego sprawa, 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

47 

nie zdziwiłby się. Ale chciał wiedzieć. Jego złość 

ustępowała. 

Martha patrzyła na niego wtulona w pościel. 

Theo cierpliwie czekał. W końcu rzekła: 

- Miałam chłopaka. A raczej... tak mi się wyda­

wało. Byliśmy ze sobą od początku roku. W No­

wym Jorku. Tam mieszkam, chyba że wyjeżdżam 

do pracy. 

- Do pracy? - Starał się wyobrazić sobie, jaką 

wykonuje pracę, która wymaga podróży. Nie była 

modelką, nie wyglądała też na silną i stanowczą 

kobietę interesów. 

- Maluję freski. Zwykle w Nowym Jorku, ale 

nie zawsze. Czasem mam zlecenie w innym mie­

ście. Przez ostatni miesiąc byłam w Karolinie 

Południowej. Przez cały czas myślałam o powrocie 

do Juliana. 

- Czyli twojego chłopaka. 

- Byłego, jak się okazało. On chciał... - za­

wstydziła się - chciał tego, co większość facetów. 

- Seksu. 

- Tak. - Martha skinęła głową. - Od razu na 

pierwszej randce. Ale ja nie chciałam. Nie wierzę 

w to... Nie wierzyłam. 

- Potem ci się odmieniło? - zapytał oschle. 

Spojrzała na niego z wrogością. 

- Tak, ale wcześniej, kiedy byłam z Julianem, 

wydawało mi się, że seks jest częścią miłości, 

powinien być jej przejawem. I tylko tym. 

background image

48 ANNE MCALLISTER 

- Może nim być - odparł. - I wyrażeniem 

miłości. 

Niełatwo przyszło mu wymówienie słowa „mi­

łość". Ale kiedyś też w nią wierzył. Znał w końcu 

małżeństwo swoich rodziców. Byli już po ślubie 

trzydzieści pięć lat. Musieli uprawiać seks. Dowo­

dem tego był on i czworo jego rodzeństwa. 

- Wiem, że może. Ale czasem nie ma z nią nic 

wspólnego. 

- Oczywiście, że nie. Ale czemu mnie nie 

uprzedziłaś? - Theo był zły, że teraz będzie go 

oskarżać. - Powiedziałaś... 

- Nie mówię o nas. Mówię o cholernym Julia­

nie. Byłam poza domem przez miesiąc i tęskniłam 

za nim. Prawie co wieczór dzwoniłam. Czasem go 

nie zastawałam, bo pracował do późna... Przynaj­

mniej tak mówił - dodała po chwili, zdając sobie 

sprawę, że mogło być i inne wyjaśnienie jego 

nieobecności. 

- Jest prawnikiem. Myślałam, że go kocham, 

tęskniłam za nim. Poczułam, że rozłąka może 

pomóc budować uczucie. Ale najwyraźniej działa 

też na odwrót. 

- Co z oczu... 

- To z serca - dokończyła. - Tak to działało 

w przypadku Juliana. - Znowu pociągnęła nosem. 

- Skończyłam malowidło prawie tydzień wcześ­

niej. Pracowałam intensywnie, żeby tylko móc 

skończyć przed terminem. Bardzo chciałam do 

background image

TYDZIEŃ NA SANTOR1NI 49 

niego wrócić. Chciałam mu zrobić niespodziankę, 

powiedzieć, że się zdecydowałam. Że jestem go­

towa... 

Nie musiała kończyć. Theo wiedział, czego się 

spodziewać. 

- Kiedy przyjechałam, był pod prysznicem... 

z inną. 

Theo wyobraził sobie, jaki to musiał być dla niej 

cios. Wciąż ją bolało. Spojrzała na niego i wyłus­

kała uśmiech przez łzy. Ale nie umiała ukryć 

rozczarowania. 

- Cholerny Julian - wycedził. 

Czym innym jest przypadkowy seks z kobietą, 

jeśli oboje znają warunki, a czym innym zwodze­

nie kogoś obietnicami stałego związku i przelotne 

romanse na boku. 

- Dobrze, że z nim nie jesteś. 

- Wiem. 

- Zapomnij o nim - doradził jej. 

- Właśnie to chciałam zrobić. 

- Słucham? - Spojrzał na nią. 

Uśmiechnęła się bezradnie. 

- Dziki seks... 

- Myślałaś, że zapomnisz o nim, robiąc to samo 

co on? 

- Czemu nie? 

- Bo to szaleństwo! Nie można iść z kimś do 

łóżka, żeby zapomnieć o kimś innym. - Bardzo 

chciał nią wstrząsnąć. 

background image

50 ANNE MCALLISTER 

- Czemu nie? - Wyglądała na zaciekawioną, 

jakby rzeczywiście nie wiedziała. 

- Bo... bo... po prostu nie! 
Zerwał się na równe nogi i zaczął krążyć po 

pokoju. Starał się dobrać odpowiednie słowa, żeby 

jej wytłumaczyć, jak idiotycznie postąpiła. 

Jak oni postąpili. Tylko że on nie wiedział, co 

robi. To on był tu ofiarą! On był wykorzystany! 

Martha poruszyła się na łóżku. 

- Byłeś... bardzo dobry... Chyba - powiedziała 

cicho. 

Odwrócił się. 

- Co? 
Był dobry? Chyba? Niezła pochwała. 

Złapał się za głowę. 
- Dziękuję bardzo. Dobrze wiedzieć, że mam 

twoje uznanie. W końcu jesteś bardzo doświad­

czona! 

Martha jednak, zamiast skulić się ze wstydu, 

usiadła prosto. W pewnym sensie wyrzucenie 
z siebie całej historii dodało jej siły. 

- Masz rację, nie mam doświadczenia. Ale... 

byłam pod wrażeniem. - Uniosła głowę, gotowa 

odeprzeć atak. 

- Dziękuję bardzo - odparł z sarkazmem. 

Theo nie wiedział, jak to robiła. W jednej chwili 

wzbudzała w nim współczucie i niemal troskę, 
w innej złość, a w jeszcze innej doprowadzała go 
do szału. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTOR1NI 51 

Martha uśmiechnęła się słodko. 
- Nie ma za co. 
Chciał ją wyrzucić z sypialni. Ale przede wszys­

tkim chciał rzucić na łóżko i kochać się z nią. Tym 
razem wolno, delikatnie, tak jak to powinno być za 
pierwszym razem. 

Cholera! 
Zacisnął pięści i skierował się w stronę drzwi. 

- Pójdę spać na kanapie. 
- Nie możesz! Chciałeś, żeby myślały, że jes­

tem twoją dziewczyną! 

- Tak! Właśnie mieliśmy naszą pierwszą kłót­

nię! Więc idę spać na kanapie. 

Złapała go za rękę. 
- Nie! Proszę cię, wiem, że jesteś na mnie zły. 

Nie powinnam była, przepraszam... 

Wzruszył ramionami. 
- W porządku. - Chciał uwolnić się z jej uścis­

ku, jednak nie puściła. 

- Na pewno? - nalegała. 
- Tak. Głupio postąpiłaś, ale rozumiem, że cię 

sprowokowałem... 

- Tak. - Nadal trzymała go za rękę. - Zostań. 

- Spojrzała na niego. 

- Tutaj? 

Miałby z nią po tym wszystkim dzielić łóżko? 

Kiedy już wiedział, jak słodko się z nią kocha? Jak 
chętnie reaguje? Jak drży, wije się pod jego doty­
kiem? Theo zamknął oczy i zacisnął zęby. 

background image

52 

ANNE MCALLISTER 

- Nie musisz już się ze mną kochać - rzekła 

szybko, zupełnie nie rozumiejąc jego wahania. 

- Zapomnijmy o wszystkim. 

Theo spojrzał na nią z niedowierzaniem. 

- Zapomnijmy? 
Nigdy nie zapomni. 

Martha skinęła głową. 

- Oczywiście. Jeśli tego chcesz. 

Theo nie miał pojęcia, czego chce. Jego spokoj­

ne dotąd życie bardzo się skomplikowało. 

- Albo... możemy to powtórzyć - dodała, wi­

dząc, że milczy. 

Theo zamarł zdumiony. 

- Skoro już wiesz... 
- Hm. - Chciał dać do zrozumienia, że teraz na 

pewno już wie. 

Martha jednak nie zrozumiała. 

- Och, dobrze! -powiedziała wesoło, splatając 

palce z jego palcami i prowadząc go z powrotem 

do łóżka. - Jest jeszcze tyle rzeczy, których chcę 
się nauczyć. 

Wiedziała, że nie miał zamiaru jej uczyć. Był 

wściekły. Miał do tego prawo - w końcu bezwstyd­
nie go wykorzystała. Ale była pewna, że mu się po­
dobało. A teraz, po tym, jak sytuacja się uspokoiła, 
bardzo zależało jej na tym, by to wszytko powtórzyć. 

Seks z Theo był niesamowity. Odkryła przy nim 

rzeczy, których nie była świadoma. Odkrywała 

background image

TYDZIEŃ NA SANTOR1NI 53 

swoje ciało, jego ciało. Było miło i chciała więcej. 

Szczerze mówiąc, nigdy nie przeżyłaby takich 

chwil z Julianem. 

Chciała kontynuować naukę. 

Tym razem Theo się nie śpieszył. 

Ułożył ją na plecach. Sam położył się obok 

i podparł głowę na ręku. Druga ręka rozpoczęła 

uczenie się jej ciała, pobudzała pragnienie. Obser­

wował ją, gdy ręka gładziła jej ramię, biodro, 

pośladki, z każdą chwilą coraz bardziej rozpalając 

w niej ogień. 

Martha, chcąc się zrewanżować, chciała go do­

tknąć, jednak Theo zatrzymał ją. 

- Dostaniesz swoją szansę - obiecał. - Ale ten 

czas należy do ciebie. 

Nie miała zamiaru się kłócić. Na dziś starczy 

kłótni. 

Wiła się pod jego dotykiem. 

- Theo... - szeptała. - Proszę, chodź do mnie, 

teraz! 

Uśmiechnął się. Nie śpieszył się ze spełnieniem 

jej prośby. 

- Theo! 

- Mmm. - Poruszył się, a Martha wydała z sie­

bie jęk ulgi, kiedy w końcu wsunął się między jej 

uda. - Będę ostrożny... 

Był cały spięty, kiedy zamknął oczy, by pójść 

dalej. Martha chciała więcej. Chwyciła go za bio­

dra i przyciągnęła ku sobie. 

background image

5

ANNE MCALLISTER 

Otworzył oczy. 

- Co ty... 
- Taaak - wyjęczała, gdy poczuła, jak ją wype­

łnia. 

Znalazła jego spojrzenie, uśmiechnęła się. Za­

częła się poruszać. A kiedy powtórzyła to kolejny 
raz, tym razem bardziej ochoczo, Theo odpowie­
dział. Poruszał się całym ciałem. W niej. Z nią. 

Rytmicznie. 

Dla Marthy było to jak morze, jak rosnąca siła 

fali ciągnącej ją na sam szczyt. Przez chwilę po­
czuła, że lata. Coraz wyżej, szybciej... 

Poczuła to. Theo też to poczuł. Wpadła w wir 

kolorów, świat zaczął się kręcić. A gdy znów 
odzyskała oddech, wiedziała, że mężczyzna przy 
niej przeżył to samo. Uśmiechnęła się, zadowolo­
na, że czuje bicie jego serca. Objęła go mocno, ręce 
splatając na jego wilgotnych plecach. Czuła, jak 
się trzęsie. Theo odetchnął. 

Nie był ciężki. Był dobrze zbudowany. Przy 

nim czuła się bezpiecznie. 

Nie mogła myśleć. Mogła tylko podziwiać i czuć. 
- Och... 

Theo uniósł głowę i spojrzał jej w oczy. 

- Co to znaczy? Znowu „bardzo dobrze"? 
Martha pokręciła głową. 
- Nie. Nie dobrze. Fenomenalnie - odparła 

szczęśliwa. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 55 

Fenomenalnie. 

Theo leżał obok Marthy, a w głowie wirowały 

mu myśli. Nie miał pojęcia, że ten dzień dopro­

wadzi do takiego finału. Nigdy nie chciał iść 

z dziewicą do łóżka. Bał się zobowiązań. Dziewice 

zawsze chcą ślubu, a ślub dla niego nie wchodzi 

w rachubę. 

Martha nie chciała ślubu, chciała tylko pozbyć 

się złych wspomnień. Raczej złego wspomnienia. 

Cholerny Julian. 

Nawet go nie znał, a już go nie cierpiał. Chociaż 

może powinien być mu wdzięczny. 

Gdyby nie on, Martha nigdy by tu nie przy­

jechała. 

Wtuliła się w niego, odwracając twarz ku jego 

ramionom. Theo poczuł kolejny przypływ prag­

nienia. 

Bał się jednak, że dla Marthy będzie to znak. 

Nie chciał, żeby obudziła się rano z jakimikol­

wiek oczekiwaniami wobec niego. Lepiej więc 

będzie, jak pójdzie spać. 

Martha odkryła, że romanse nie muszą być 

wyrachowane, rozgrywane na zimno, bez emocji. 

Jej taki nie był. 

Kiedy obudziła się rano, bała się wstydu i po­

czucia winy. Nic takiego nie nastąpiło. 

Leżała sama w jego łóżku. Ranne słońce grzało 

ją na zewnątrz i w środku. Czuła się bardzo 

background image

56 ANNE MCALLISTER 

zmysłowa. Pragnęła go przy sobie. Tęskniła za 
nim. 

Choć go prawie nie znała, dowiedziała się o nim 

kilku rzeczy. 

I chciała wiedzieć więcej. 

Nie angażuj się, ostrzegała samą siebie. 
Z drugiej strony to nie jest zaangażowanie. To 

ona ustalała zasady. To ona chciała seksu, ona 

wiedziała, jaka jest umowa. 

Na pewno nie chciała cierpieć ze względu na 

wygórowane oczekiwania, jak to miało miejsce 
z Julianem. 

Od Theo nie chciała niczego. 
To przelotny romans, oboje zdawali sobie z tego 

sprawę. 

- Właśnie - powiedziała na głos. - Ciesz się 

więc, póki trwa. 

Leniwie rozejrzała się po pokoju. 
Cieszyła się, że światło dzienne nie odsłoniło 

jakichś niewidocznych nocą śladów po jej rodzicach. 

Przeciągnęła się. Czuła się, jakby przesadziła 

z gimnastyką. 

Theo był fantastyczny. Co więcej, troskliwy, 

czego się po nim nie spodziewała. 

Martha wzięła szybki prysznic i ubrała się. 
Przez cały czas rozmyślała o minionej nocy 

i o Theo. 

Myślami już była przy kolejnym wieczorze. 

Chciała powtórzyć te emocje i doznania. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

57 

Gdy miała właśnie nacisnąć klamkę u drzwi 

sypialni, zawahała się. 

A jeżeli Theo nie podziela jej entuzjazmu? Co 

zrobi, jeżeli spojrzy na nią obojętnie? 

Jeśli postanowi, że Agnetta albo Cassie będą 

lepszą partią? 

Tysiące myśli przeszło jej przez głowę. 

Nie mogła przecież chować się w sypialni cały 

dzień. Przynajmniej spędziła z nim jedną noc. 

Otworzyła drzwi. 

- Jesteś w końcu - powiedział Theo. 
Bosy, ubrany w płócienne szorty i błękitną 

koszulkę, uśmiechał się do niej z kuchni. Agnetta 
i Cassie, tak jak i ona, nie mogły oderwać wzroku 
od jego seksownego ciała. Jednak Theo patrzył 
tylko na nią. 

- Powiedziałem im, że musisz odespać ró­

żnicę czasu. - Słowa zabrzmiały bardzo nie­
winnie, jednak oboje wiedzieli, że nie różnica 
czasu była powodem jej długiego snu. Jego spo­

jrzenie wszystkim zdradziło, kto był za to od­

powiedzialny. 

Oczywiście chodziło mu o zademonstrowanie 

powagi ich związku, ale przecież to, co mówił, to 
prawda. 

Uśmiechnął się. 
- Chodź, zjesz z nami. Aggie zrobiła śniadanie. 
Agnetta uśmiechnęła się do Marthy. 
- Tak, chodź. Widzę, że lubisz sobie podjeść. 

background image

58 ANNE MCALLISTER 

- Oceniając po krągłościach, wydawało jej się, że 

Martha je zdecydowanie za dużo. 

- Dziękuję, miło z twojej strony - uśmiechnęła 

się Martha. - Jak spędziłyście wieczór? - Poczęs­

towała się omletem. 

Theo pochylił się ku niej i pocałował ją. 

Martha niemal upuściła talerz. 

- Ostrożnie - rzekł, łapiąc go i odkładając na 

stół. 

Wysunął dla niej krzesło, co zdziwiło wszystkie 

panie. 

- Chodziłyśmy po klubach - zachichotała Cas-

sie. - Było wspaniale. Dziś musicie pójść z nami. 

- Tak - szybko dodała Agnetta. - Jest tu kilka 

niezwykłych miejsc, ale znalazłyśmy jeden mały, 

uroczy lokal. Grają tam niezłą muzykę. Spodoba ci 

się, Theo... 

- Nie interesuje mnie to - przerwał jej. 

Pochylił się nad Marthą i wyszeptał jej do ucha: 

- Mam w planach ciekawsze rzeczy. 

Po chwili dodał: 

- Musimy ruszać. 

Ruszać? Gdzie? 

- Martha maluje. Zabieram ją na morze, żeby 

trochę poszkicowała. 

- Naprawdę? - Cassie wyglądała na zacieka­

wioną. 

- W rzeczy samej - odparł Theo z kamienną 

twarzą. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

59 

- Jestem pewna, że będziesz dziś dużo szkico­

wać - rzekła Agnetta. 

Theo tylko uniósł brwi i przysiadł obok Marthy, 

by patrzeć, jak je. 

Wiedziała, że to tylko gra. Nie miało to z nią nic 

wspólnego. Mimo to nie potrafiła wyprzeć z pa­
mięci zeszłej nocy. 

Uśmiechnęła się do niego. Poczęstowała go 

grzanką. 

- Jak długo was nie będzie? - spytała Agnetta, 

kiedy Martha już skończyła i opłukała talerz. 

- Cały dzień - szybko odpowiedział Theo. 
- Przygotuję kolację - rzekła Agnetta. 
- Nie czekajcie na nas. Raczej nie zdążymy. 

Ale jak nie chcecie gotować, na pewno znajdziecie 

coś na mieście. - Uśmiechnął się serdecznie, umy­
ślnie nie podchwytując jej aluzji. 

Agnetta, gdyby mogła, zabiłaby go wzrokiem. 
- Nie miałam zamiaru gotować. Pomyślałam 

tylko, że możemy spędzić razem wieczór. 

Theo wzruszył ramionami. 

- Przykro mi. Mamy inne plany. - Otworzył 

drzwi, chwycił Marthę za rękę i porwał ze sobą. 

- Bawcie się dobrze! - zawołał przez ramię. 

- Pa! Wy też! - odrzekła Cassie, machając. 
Agnetta skrzywiła się. 
Południowe słońce przygrzewało, kiedy Theo 

i Martha zmierzali ku miastu w dół po krętych 

schodach. 

background image

60 

ANNE MCALLISTER 

Martha oczekiwała, że teraz, skoro byli poza 

domem, Theo puści jej dłoń. Jednak jego palce 

pozostawały mocno splecione z jej palcami. 

Była zaskoczona. Julian zawsze wyznawał za­

sadę ograniczonego wyrażania uczuć w miejscach 

publicznych. To dotyczyło pocałunków, objęć, ale 

także i zwykłego trzymania za rękę. 

Theo nie miał takich oporów. Chyba że świetnie 

grał. 

W końcu oboje grali, nawet jeżeli ostatnia noc 

była najwspanialszą w jej życiu. 

Nie miała zamiaru się przejmować, ale nie 

chciała też przerywać tej zabawy. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

- Nie wzięłam przyborów! 

Martha zatrzymała się. Chciała wrócić do do­

mu. 

- Nie musisz nic rysować - oznajmił Theo. 

Szkicowanie pierwsze przyszło mu do głowy 

jako wymówka na całodniowe żeglowanie bez 

pozostałych dwóch pań. 

- Co w takim razie będę robić cały dzień? 

- zapytała. 

- Na pewno coś wymyślimy. - Uśmiechnął się 

szeroko. 

Martha zarumieniła się lekko. 

- Ale... 

- No, chodź, jestem pewien, że znajdziemy ci 

jakiś szkicownik. 

Theo wiedział, że nic oprócz Marthy nie było 

mu dziś potrzebne. 

Cały ranek czekał, by była przy nim. Nawet 

chciał z nią zostać w łóżku, ale wiedział, że skoń­

czyłoby się to podobnie jak zeszłej nocy. 

Poza tym była zmęczona podróżą i nowymi 

doświadczeniami. Jednak pragnął jej tak bardzo 

background image

62 

ANNE MCALLISTER 

jak w nocy. Miał nadzieję, że Martha odwzajem­

niała to pragnienie. 

- Muszę dziś coś narysować. Agnetta na pewno 

będzie chciała obejrzeć moje prace - powiedziała 

Martha, błądząc myślami gdzie indziej. 

- Ona doskonale wie, czym będziemy się za­

jmować. Nie jest tak niewinna - odpowiedział 

Theo. 

- Ale Cassie chyba tak. 

- Tak myślisz? - Każdy, kto zadawał się 

z Agnettą, nie może mieć czystego sumienia. 

- Przecież przysłała ją twoja matka. A nie 

przysyłałaby ci chyba zepsutej dziewczyny - wy-

dedukowała Martha. 

- Wręcz przeciwnie. Ale dlaczego w takim 

razie zadaje się z Agnettą? - Theo starał się sam 

odpowiedzieć na to pytanie. 

Martha wzruszyła ramionami. 

- Pracowały razem podczas sesji. Cassie wspo­

mniała o przyjeździe do ciebie, więc Agnetta się 

przyłączyła. A Cassie jest zbyt grzeczna, żeby się 

nie zgodzić. 

Theo spojrzał na Marthę z szacunkiem. Dlacze­

go on sam na to nie wpadł? Teraz, skoro przed­

stawiła mu sprawę w ten sposób, wszystko wydało 

się logiczne. 

- Może powinniśmy byli zabrać ją, żeby 

Agnetta nie zepsuła jej do reszty - zasugerowała 

Martha. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 63 

- Nie. - W tej kwestii Theo był nieustępliwy. 

- Poza tym, kto powiedział, że my jej nie ze­

psujemy? 

Martha szturchnęła go żartobliwie. Theo uśmie­

chnął się i objął ją. 

- Zobacz, fresk! 

- Niezupełnie. To graffiti -powiedziała. - Bar­

dziej uniwersalne. Większość graffiti jest kosz­

marna, choć część całkiem dobra. Malują je głów­

nie zdesperowane dzieciaki, które szukają swojego 

głosu. 

- A ty malowałaś graffiti w poszukiwaniu swo­

jego głosu? 

Martha pokręciła głową. 

- Za dobrze się prowadziłam. Zresztą, tak stra­

sznie mi nie zależało. Nie byłam zdesperowana. 

Mogę powiedzieć, że miałam wtedy wszystko, 

czego potrzebowałam. Albo przynajmniej tak mi 

się wydawało. Ale teraz rozumiem tych, którzy 

szukają. 

Ponownie spojrzała na mur. 

Theo zastanawiał się, czy teraz była zdespero­

wana. Czy może próbowała tylko poukładać swój 

świat, który stanął na głowie. 

Pamiętał, jak sam przeszedł przez podobny etap 

z Jill. Tylko że on przepłynął samotnie dookoła 

świata. 

Martha nie była na coś takiego gotowa. Po­

trzebowała ludzi... i jego. 

background image

64 

ANNE MCALLISTER 

Ta myśl go zaskoczyła. Zatrzymał się. 
Wcale go nie potrzebowała ani on jej. Po prostu 

było mu jej żal. Była miłą dziewczyną. Nie chciał 
patrzeć, jak cierpi. I tyle. 

Współczucie to jedno, a angażowanie się to co 

innego. Nic oprócz seksu ich nie łączy. 

- Chodźmy, nie traćmy czasu - powiedział 

nagle i zacieśnił uścisk na jej dłoni. 

Chciał skupić się na zaplanowanych na ten 

dzień wydarzeniach. 

Kiedy doszli do sklepu, Martha wybrała szkico-

wnik, pastele, węgiel i miękki ołówek. Zastana­
wiała się nad farbami wodnymi, ale Theo niecierp­
liwił się coraz bardziej. 

- Skończyłaś już? 
- Słucham? Mmm, tak... To powinno wystar­

czyć - powiedziała zadowolona. 

Theo patrzył na jej zakupy zdegustowany. Jeże­

li miała zamiar użyć wszystkich przyborów, które 
kupiła, nie oderwie się od szkicowania cały dzień. 

Nie chciał się kłócić i tracić kolejnych cennych 

minut. 

Wziął od niej torbę z zakupami. 

- Poniosę. 
Martha zdziwiła się. 
- Co? Jesteś feministką, która koniecznie musi 

nieść swoją torbę? - zapytał. 

- Nie, proszę bardzo. Rób, co chcesz - odparła. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

65 

- Dobrze. - Po czym ponownie chwycił ją za 

rękę. 

Martha spojrzała na niego. 

Wzruszył ramionami. 

- Przecież powiedziałaś, że mogę robić, co 

zechcę. 

Poprowadził ją do portu. 

- Żeglowałaś kiedyś? 

- Tak. Jednak już dawno nie byłam na morzu. 

W razie czego krzycz, jak zrobię coś nie tak. 

Miałby na nią krzyczeć? Coś nowego. Żadna 

kobieta nic takiego mu nie powiedziała. 

- O to się nie martw... 

Spacer z Marthą po mieście był czymś zupełnie 

innym niż spacer samotny. Gdy szedł sam, mógł 

liczyć na liczne spojrzenia pięknych młodych ko­

biet, połykających go wzrokiem. 

Teraz ludzie pozdrawiali Marthę, niektórzy na­

wet uśmiechnęli się do niego, z czym wcześniej 

raczej się nie spotykał. 

Pewien właściciel sklepu z winami gwizdnął 

i krzyknął coś po grecku. 

Martha zaczerwieniła się. 

- Kto to? - Theo zmarszczył brwi. 

- Costas, kolega brata. Ignoruj go - mruknęła. 

- Co powiedział? 

- Nie mówisz po grecku? - zapytała z ulgą. 

- Nie. 

- Nic ważnego. 

background image

66 ANNE MCALLISTER 

- Podobno lubisz mówić prawdę. 

Żeby się upewnić, że Costas rozumie, kto tu 

rządzi, Theo posłał mu zabójcze spojrzenie i szy­

derczy uśmiech, po czym położył rękę na ramio­

nach Marthy. 

- Jeśli będziesz tak robił, wszyscy pomyślą, że 

jesteśmy razem. 

- Niech myślą. - To było miłe uczucie. - My 

wiemy, jaki jest układ. To chyba nie jest dla ciebie 

problem? 

- Nie. - Spojrzała na niego i uśmiechnęła się. 

- To dobrze. Będą po prostu mieli o czym 

mówić. 

- Zabrałeś coś do jedzenia? 

- Jedzenia? - Do głowy mu to nie przyszło. 

- Jeżeli mamy spędzić na łodzi cały dzień, 

potrzebujemy jedzenia. Przynajmniej ja. 

- Dobrze, chodź. Obok jest sklep. 

Martha wybierała żywność tak jak przybory do 

szkicowania. 

- Na pewno zgłodnieję podczas żeglugi - po­

wiedziała z uśmiechem. 

Słowo „żegluga" wypowiedziała tak, jakby 

miała zupełnie inne plany na spędzenie czasu na 

wodzie. 

- Na pewno - odparł Theo, pomagając jej 

wejść na łódź. 

To było jak sen. Idylla. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

67 

Prawdziwy świat pracy, rachunków, Cassie 

i Agnetty, i Juliana nie istniał. 

Byli tylko ona i Theo. W ich prywatnym 

świecie. 

Martha zapomniała, jak bardzo kiedyś lubiła 

żeglować. Czuć wiatr we włosach i promienie 

słońca na twarzy. I jego rękę na ramieniu, podczas 

gdy pokazywał jej, jak sterować łodzią. 

Płynęli wzdłuż wyspy, aż przycumowali w ma­

łej zatoczce, gdzie Martha miała zamiar szki­

cować. 

- Później - powiedział Theo. - Popływajmy. 

Wskoczyli do wody. Pływali, nurkowali, bawili 

się. 

Po pewnym czasie zmęczeni dopłynęli do brze­

gu. Zabrali ze sobą pieczywo, oliwki i wino. Theo 

podawał jej do ust winogrona i truskawki, Martha 

oblizywała jego place. Pili razem z tej samej 

butelki. 

Całowali się. 

Pocałunki Theo odurzały bardziej niż wino. 

Jego dotyk był delikatny, namiętny, podniecający. 

Kochali się. Martha wmawiała sobie, że to tylko 

seks, żadnych zobowiązań. Ale to nie działało. To 

nie był zwykły seks. To był seks z Theo. 

Zgoda, nie miała zbyt dużego doświadczenia 

w tej dziedzinie, ale to niemożliwe, żeby ktokol­

wiek inny robił z nią to, co on. 

Theo sprawiał, że jęczała i wykrzykiwała jego 

background image

68 ANNE MCALLISTER 

imię. Dzięki niemu śmiała się. Pozwalał jej od­

krywać każdy centymetr swojego ciała. Pozwalał 

się malować. 

- Tylko małe graffiti - obiecała. - Nie ruszaj 

się. 

- Potem moja kolej? 

Posłusznie leżał, podczas gdy Martha malo­

wała jego nogi, świdrując pędzlem w okolicy 

kolan. 

- Już miałeś swoją kolej. - Zamoczyła pędzel 

w farbie i zaczęła malować drugą nogę. 

W czerwieni pisała słowa „wspaniały" i „go­

rący". 

- Martha... - wyszeptał. 

- Odwróć się. 

Przez chwilę leżał bez ruchu, nawet nie od­

dychał, po czym powoli przewrócił się na plecy. 

- Zobacz, co zrobiłaś. 

Widziała. Uśmiechnęła się. 

Ponownie zanurzyła pędzel w farbie. Namalo­

wała kreskę biegnącą wzdłuż jego klatki piersio­

wej, dokoła biodra, niżej. 

- Martha! Co ty wyprawiasz? 

- Chcę ci tylko pokazać, co czuję. 

- Pozwól mi pokazać, co ja czuję! - Chwycił ją 

i posadził na sobie. 

Nie skończyła malowidła. 

To był niezapomniany dzień. 

Dwa kolejne także. Aż do końca tygodnia. Żeg-

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 69 

lowali, spacerowali, chodzili na zakupy, gotowali, 
śmiali się. Kochali się. 

Patrząc z zewnątrz, trudno było pomyśleć, że 

nie są parą. 

Ale przez ostatnich kilka dni uczucie zaczęło 

rozwijać się szybko. 

Już nie chodziło o Agnettę czy Juliana. 
Chodziło o Theo. 

- Jutro wyjeżdżamy - powiedziała Agnetta 

w piątek rano. 

Theo siedział niewzruszony na kanapie z gazetą 

w ręku. Nie czytał jej. 

Ciągle wspominał dzisiejszy poranek, jak trud­

no było mu wstać, jak wtulał się w Marthę i upajał 

się jej zapachem. 

Uniósł wzrok. 

- Słucham? - zapytał. 
- Powiedziałam, że jutro wyjeżdżamy, a przez 

cały prawie tydzień cię nie widywałam. 

Theo chciał jej powiedzieć, że właśnie o to mu 

chodziło, choć i tak pewnie zdawała sobie z tego 
sprawę. 

Odrzucił gazetę. 

- Masz rację. Powinniśmy spędzić trochę czasu 

razem. 

Agnetta otworzyła szerzej oczy. Uśmiechnęła 

się szeroko. 

- Naprawdę? Wiedziałam, że się nie oprzesz! 

background image

70 ANNE MCALLISTER 

- Powiem Marcie, że ty i Cassie idziecie z nami 

- powiedział szybko, wstając. 

- Musisz mówić Marcie? 
- Oczywiście! W czwórkę będziemy się świet­

nie bawić. 

Przynajmniej tak to miało wyglądać. Agnetta 

i Cassie nie miały prawa sądzić, że mógłby inte­
resować się którąkolwiek z nich. Oboje z Marthą 
dbali o to przez cały tydzień. 

Agnetta zaproponowała pożegnalną kolację. 
Przez następne dwie godziny Theo cierpiał, nie 

mogąc dotknąć Marthy. 

- Boli mnie głowa - powiedział w końcu. 

- Muszę wracać do domu. 

- Oczywiście, wracajmy - rzekła Agnetta. 

- Biedny Theo... 

- Biedny Theo - dodała Cassie. 
- Jeśli boli cię głowa, najlepiej będzie, jak 

odpoczniesz - powiedziała Martha, gdy już dotarli 
do domu. 

- Nie. Ty mi pomożesz - odparł. 
Pomogła. 

Theo całą noc leżał, rozmyślając. 
Martwił się, że nie może oderwać od niej wzro­

ku, że nie może przestać jej dotykać. Nie chodziło 
tylko o seks, ale też ó miejsca, które chciał jej 
pokazać, rzeczy, które chciał jej powiedzieć. 

Zmartwił się też ostatnimi jej słowami, zanim 

odwróciła się na bok i zasnęła w jego ramionach. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 71 

- Było cudownie. Ty jesteś cudowny. Nie mo­

gę się doczekać, aż one wyjadą i będziemy mieć 
tylko siebie nawzajem. 

Obudziła się sama. Theo odprowadził Agnettę 

i Cassie na prom. 

Martha zaspała. Teraz przynajmniej miała czas 

na szybki prysznic. 

Przygotowała śniadanie, zanim Theo wrócił. 

Piękny początek najbliższych dwóch tygodni, po­
myślała. Prawie jak zabawa w dom. 

Theo otworzył drzwi. 

- Cześć! Przygotowałam śniadanie. Mogę zro­

bić omlet, jeśli chcesz. 

- Nie, dziękuję - odparł. 
Pojawił się w drzwiach kuchni, szczupły i opa­

lony. Martha poczuła przypływ radości na sam 

jego widok. 

- Przepraszam, że zaspałam - powiedziała 

z uśmiechem. - Wszystko się udało? 

- Tak. - Nie uśmiechnął się, nie wszedł nawet 

do kuchni. 

- Może coś przekąsisz? Naleję ci kawy. 
- Dziękuję, już jadłem. - Zabrzmiało to oschle. 
- To tylko kawa... 
- Nie trzeba. 
- To nie kło... 
- Nie mam czasu - powiedział nagle. - Zaraz 

wychodzę. 

background image

72 ANNE MCALLISTER 

Martha prawie upuściła dzbanek. Poczuła zim­

ny dreszcz. 

Gdzie się podział jego urok, jego uśmiech, 

dotyk, pocałunki? Miłość? 

A może to jednak by! tylko seks? 
Niemożliwe! Przecież nie mógł tylko udawać! 
Ale przecież nic jej nie powiedział. 
Jedynie na pytanie, czy są przyjaciółmi, odparł: 
- Oczywiście. 
Ale teraz na pewno nie zachowywał się po 

przyjacielsku. 

- W Newport jest łódź, której muszę się przy­

jrzeć. 

- Dziś? - Coś wspominał o łodzi w Newport, 

ale nie mówił, że to pilne. - Dlaczego dziś? 

- Nie ma sensu się tu kręcić. Agnetta wyjechała 

przekonana o naszym związku. - Skinął głową 
w jej kierunku, dodając: - Dobrze się spisałaś. 

To wszystko? 

- Jestem ci wdzięczny. 
Wydawało jej się, że trochę się zawahał. Chyba 

że słyszała tylko to, co chciała. 

Przełknęła ślinę. 
- Nie ma za co - odpowiedziała, ciesząc się, że 

się nie rozkleiła. - Wszystko zgodnie z umową. 

Ich spojrzenia się spotkały. 
Theo skinął głową. 

- W porządku. Wszystko jasne. 
- Teraz mnie wyrzucisz? 

background image

TYDZIEŃ NA SANTOR1NI 73 

- Nie. Umawialiśmy się, że zostaniesz tu przez 

trzy tygodnie. Zostań, jak długo chcesz. Ja znikam 

- powiedział, po czym się odwrócił. - Muszę się 

spakować. 

Nie poszła za nim. Po co? 

Powiedział już przecież wszystko, poza tym, że 

jest głupia, że się w nim zakochała. 

Ale nie musiał jej tego mówić. Sama wiedziała. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Zaproszenie na ślub pojawiło się znikąd. Theo 

przyjął zasadę, że gdy pojawiał się elegancko 

zapieczętowany list, on sam uciekał na drugi ko­

niec świata. 

Taka poczta najczęściej zapowiadała koniecz­

ność spotkania się z rodzicami, którzy, a w szcze­

gólności matka, z dużym zapałem szukali mu 

żony. 

Kiedy miał już wyrzucić list do kosza, odwrócił 

kopertę i ku swojemu zaskoczeniu ujrzał, że jest on 

nadany przez rodziców. Szybko go otworzył. 

Przed jego oczami ukazało się zaproszenie na ślub 

młodszej siostry, Thalii Anastasii. 

Tallie? Mała Tallie wychodzi za mąż? 

Ostatni raz widział ją pół roku temu w No­

wym Jorku, gdy pojechał oglądać łódź w New­

port. 

Cieszyła się wtedy z nowej posady prezesa 

firmy marynistycznej, którą „wygrał" jej ojciec na 

polu golfowym. Ale przede wszystkim cieszyła się 

z nowego związku. 

Theo przyjrzał się uważniej nazwisku wybrańca 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 75 

siostrzyczki. Jego żołądek przewrócił się do góry 
nogami. 

Elias Aneas Antonides? 
Tak, nie pomylił się. Imię i nazwisko widniały 

czarno na białym. 

W pierwszą sobotę lutego oboje z Tallie mieli 

stanąć na ślubnym kobiercu. Tallie i brat Marthy. 

Martha. Samo imię wywołało lawinę wspo­

mnień. 

Przeżył z nią w lipcu piękne chwile, zanim 

wypłynął z Santorini. 

Ale to był tylko tydzień. Przelotny romans. 

Owszem, namiętny i zmysłowy, ale krótki. Prze­
cież oboje tego chcieli. 

Nagle uświadomił sobie, że on i Martha będą 

częścią jednej rodziny. Przecież siłą rzeczy raz na 

jakiś czas będą musieli się widywać. 

Może to i dobrze. Był ciekaw, jak ona sobie 

radzi, czym się zajmuje, czy przypadkiem nie 

wróciła do tego kretyna, który ją zdradził. 

Jego myśli zaczęły błądzić. 
Przypomniał sobie, jak wrócił na Santorini, za­

nim minęły trzy tygodnie Marthy. Szybko uporał 
się z łodzią w Newport. Nie mógł się doczekać 
spotkania z nią. 

Myślał, że ją zaskoczy, chwyci w ramiona, 

zaniesie do sypialni... 

Dom był zamknięty. Martha zostawiła klucze 

w sklepie, gdzie pracował Costas. 

background image

76 ANNE MCALLISTER 

- Dziewczyna cię rzuciła, co? - powiedział 

Costas, nie ukrywając satysfakcji. 

Theo nie odpowiedział. Wziął tylko klucze. 

- Wróciła do Nowego Jorku. Powiedziała, że tu 

jest pięknie, ale musi wrócić do codzienności - do­

dał Costas. 

Z Julianem? 

Theo zgniótł zaproszenie w dłoni i wyrzucił. 

Tyle go obchodziło, co zrobiła Martha. I tyle 

go to będzie obchodzić za miesiąc, na ślubie 

Tallie. 

- Jesteś zbyt blada - stwierdziła Cristina, lust­

rując Marthę badawczo. - To panna młoda ma 

być blada. Twoim jedynym zadaniem jest pilno­

wanie księgi gości i proszenie o wpis. To nic 

takiego! 

- To prawda - odpowiedziała. Poprawiła wło­

sy, czekając na tyłach kościoła na rozpoczęcie 

ceremonii. - Nie martw się, poradzę sobie. 

Chciała mieć spotkanie z Theo już za sobą. 

Oczywiście nikt z rodziny nie wiedział o jej znajo­

mości z przyszłym szwagrem Eliasa. Tym bardziej 

nie zdawali sobie sprawy z ich upojnego tygodnia 

na Santorini. 

Och, jaką miała nadzieję, że Theo nie przybę­

dzie. Jednak Tallie rozwiała ją zeszłego wieczora 

na próbie. 

- Wszyscy już są. Tylko Theo jeszcze nie do-

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 77 

tarł z Nowej Zelandii - radośnie odpowiedziała na 

pytanie o obecność rodziny. 

- Jak miło... - wymruczała Martha. 

Rzeczywiście, Theo wspominał coś o Nowej 

Zelandii, zachwalał tamtejszy spokój. Miał tam 

przyjaciół. Lubił tam być, szczególnie ze względu 

na dystans, który dzielił go od rodziców. 

- Theo jest moim ulubionym bratem - kon­

tynuowała Tallie. 

Martha nie lubiła dużych ceremonii, choć dziś 

chciała, by przybyło jak najwięcej osób. Mogła się 

wtopić w tłum. Może nawet uda jej się uniknąć 

tego spotkania. 

- Już czas, chodźmy. - Cristina pociągnęła 

Marthę za sobą. 

To był piękny ślub. Połączenie greckich tradycji 

z nieco nowszymi amerykańskimi obyczajami. 

Było romantycznie i wzruszająco. Pełna gama 

kolorów, muzyka i piękne słowa. 

Jednak Martha wzrokiem przeczesywała tłum 

w poszukiwaniu Theo. Zastanawiała się, czy go 

pozna, czy jej wspomnienia nie uległy zatarciu. 

Może już nie był tak zabójczo przystojny. 

A jednak był. 

Serce podeszło jej do gardła. Siedział po drugiej 

stronie kościoła schowany w tłumie. 

Patrzył wprost na nią. 

Ich spojrzenia na chwilę się spotkały. 

background image

78 ANNE MCALLISTER 

Wyglądała piękniej, niż pamiętał. Nagle wróciły 

wszystkie wspomnienia. Cudowne chwile, sprzecz­
ki, jej upór, jej namiętność. 

Skinął głową w jej kierunku, jednak Martha się 

odwróciła, jakby udawała, że się nie znają. Theo 
wychylił się, by zobaczyć ją spoza ogromnego 

kapelusza cioci Ophelii. Ciocia odwróciła się, dra­
piąc go po twarzy dekoracją kapelusza. 

- Czy coś się stało? - zapytała z greckim ak­

centem. 

Po chwili odwróciła się też jego matka. 

- Nie, nie. Wydawało mi się tylko, że zobaczy­

łem kogoś znajomego - odparł Theo. 

Ponownie skierował swój wzrok na młodą parę. 

Ełias był ponury, podczas gdy Tallie promieniała 

szczęściem. 

Martha też niegdyś promieniała. 
Theo walczył z pokusą odwrócenia się do niej 

ponownie. 

Wyglądała zdumiewająco. Jej ciemne włosy, 

duże oczy, zaczerwienione policzki przyciągały 

uwagę. 

Jeszcze raz odchylił się do tyłu. Zobaczył ją. 

Siedziała za masywnym mężczyzną, który 

w znacznym stopniu ją zasłaniał. Miała na sobie 

czerwoną sukienkę. Na jej oparciu spoczywała 

ręka innego mężczyzny. 

To chyba nie ten cholerny Julian? 
Zacisnął pięści i zamruczał pod nosem. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 79 

- Na pewno wszystko w porządku? Może jesteś 

zmęczony? 

Wymamrotał coś wściekle. Jego matka odwró­

ciła się ponownie. 

Co ona wyprawia? Chyba nie wróciła do tego 

kretyna? Jak cała ceremonia się skończy, znajdzie 

ją i dowie się, o co chodzi. 

Ponownie pochylił się, by przyjrzeć się blon­

dynowi towarzyszącemu Marcie. 

- Au! - Matka szturchnęła go mocno w bok. 

- Theo! Na litość boską...! - szepnęła. 

Ojciec też się odwrócił. 

Theo posłusznie usiadł w ławce, by przeczekać 

całą ceremonię. 

Martha była odpowiedzialna za księgę gości. 

Siedziała w ukryciu i niełatwo ją było rozpoznać. 

Niewiele też widziała. 

Była pewna szansa, że nie zobaczy Theo ani że 

on nie zobaczy jej. 

Może wcale nie chciał jej spotkać? 

Byłoby to logiczne po tym, jak się zachował pół 

roku temu. Gdyby choć trochę mu na niej zależało, 

nie wyjeżdżałby tak nagle. Najwyraźniej nie zale­

żało mu wcale. 

Miała nadzieję, że tak było. Miała też nadzieję, 

że Theo nie będzie miał cierpliwości ani ochoty 

stać w kolejce, by wpisać się do księgi. 

Co prawda Tallie bardzo zależało na tym, 

background image

80 

ANNE MCALLISTER 

by każdy się wpisał. Poprosiła też kolegę z uczelni, 

ślicznego Garretta o blond włosach, by robił 

zdjęcia. 

Theo się nie pojawił. 

Zjawili się wszyscy jego bracia: fizyk George, 

aktor Demetrios i leśnik Yiannis. Przyszło też 

wielu innych członków rodziny Savasów. Jednak 

Theo nie przyszedł. 

Wesele się rozpoczęło, a Martha postanowiła 

czuwać na stanowisku. Miała nadzieję, że siedząc 

tu, może uda jej się uniknąć Theo. 

Zaczęły się toasty. Drużba Eliasa, Peter, wy­

głosił piękną mowę. Na koniec odwrócił się do 

pary młodej i uniósł kieliszek. 

- Wasze zdrowie. Za miłość... i niespodzianki! 

Wszyscy zaczęli się śmiać. Rozległy się brawa. 

Martha uśmiechnęła się szeroko, uniosła swój kie­

liszek, stuknęła o kieliszek Garretta i szybko wypi­

ła szampana. 

W pewnym momencie wstał Theo. W czarnym 

garniturze i śnieżnobiałej koszuli wyglądał za­

bójczo. 

- Gdyby rozdawali nagrody za najdłuższy dys­

tans przebyty na ślub, pewnie bym wygrał - uśmie­

chnął się lekko. 

Martha pamiętała ten uśmiech. Był łagodny 

i delikatny. 

- ...Ale dla takiej chwili przejechałbym cały 

świat. Nie powiem nic wielkiego. Na pewno nie 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 81 

udzielę wam rad. Po prostu życzę wam szczęścia. 
Tallie, Eliasie. - Uniósł kieliszek. - Teraz i na 
zawsze. 

Martha przechyliła lekko kieliszek i rozlała 

szampana. 

- Wszystko w porządku? - zapytał Garrett, 

wycierając plamę. 

- Tak, tak. Jestem nieco roztargniona... 
Na szczęście nikt nic nie zauważył. Orkiestra 

zaczęła grać. Elias i Tallie zatańczyli pierwszy 
taniec. 

Martha ponownie starała się odnaleźć wzro­

kiem Theo. Pojawiła się Cristina. 

- Zmienić cię? 
- Tak, dzięki - powiedziała z ulgą Martha. 

- Przejmij stery. Muszę iść... 

- Zatańcz ze mną. - Obie panie odwróciły się, 

by ujrzeć wyciągniętą rękę Theo. 

Uśmiech zniknął już z jego twarzy. Znów wy­

glądał arogancko, twardy jak skała, jak za pierw­
szym razem, gdy go poznała. 

Martha nie odpowiedziała. 

- Znacie się? - zapytała Cristina. 

Theo nie zwrócił na nią uwagi. Ponowił żądanie. 

- Zatańcz ze mną. 
Władczy ton sprowadził ją na ziemię. 
- Miło cię znów widzieć. 
- Najwyraźniej się znacie - skomentowała Cri­

stina, widząc iskrzenie w ich oczach. 

background image

82 

ANNE MCALLISTER 

- Witaj -powiedział Theo, nadal nie zwracając 

uwagi na Cristinę. 

- Ładny toast. 
- Dziękuję. - Wciąż trzymał wyciągniętą rękę. 
- Tallie mówiła, że byłeś w Nowej Zelandii. 
- Byłem. Porozmawiamy podczas tańca. - Nie 

dał się wciągnąć w rozmowę. 

- Nie, dziękuję, 
- Czemu nie? 
- Nie mam ochoty. - Wzruszyła ramionami. 
Theo zmarszczył brwi. 
- Od kiedy? Uwielbiałaś tańczyć. 
Przeszedł dookoła stołu, chwycił ją i postawił na 

nogi. 

Martha miała na sobie czerwoną sukienkę pod­

kreślającą piersi, pełniejsze niż wtedy, na San-
torini. Gdy spojrzał niżej, dostrzegł niewielką wy­

pukłość jej brzucha. 

Zamarł. Sekundy mijały, a muzyka grała. Cris­

tina przyglądała im się z boku, na pewno wyob­
rażając sobie różne rzeczy. 

- Dobrze. Zatańczmy - powiedziała nagle Ma­

rtha. 

Kilka miesięcy temu tańczyli wtuleni w siebie, 

a teraz ich ruchy przypominały taniec robotów. 

Niczego więcej się nie spodziewała. 

- Więc opowiedz mi o Nowej Zelandii. 
- Do diabla z Nową Zelandią! Jak mogłaś do 

niego wrócić? 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 83 

Martha potknęła się. 

- Słucham? 

Theo był wyraźnie wściekły. 

- O czym ty mówisz? 

Theo skinął głową w kierunku Garretta. 

- O twoim kochanku. Nie masz wstydu? 
- Wypraszam sobie! - odparła, nieprzypadko­

wo nadeptując na jego stopę. 

- Czekał na ciebie, aż wrócisz, czy może sam 

przyjechał? Chyba że to ty do niego pojechałaś? 

- Do kogo? 
- Do tego cholernego Juliana! 

Martha się zatrzymała. 

- To nie jest Julian. 

- Jak to nie? - Jego ton nieco złagodniał. 
- Na świecie jest wielu blondynów. Nie wi­

działam się z Julianem od zerwania. Już dawno 
o nim nie myślę. 

Theo był coraz bardziej zaskoczony. Nie wie­

dział, co powiedzieć. 

- Więc kim jest...? 
- To Garrett Jakiś tam. Kolega z uczelni twojej 

siostry. Powinieneś częściej bywać w domu. Może 

byś się bardziej orientował co do jej znajomych 
- odparła. 

Theo spojrzał na Marthę uważnie, trzymając ją 

w tańcu, po czym zapytał: 

- Więc to jego...? - Skierował wzrok na jej 

lekko wystający brzuch. 

background image

84 

ANNE MCALLISTER 

- Nie. Nie jego - odparła spokojnie, choć sta-

nowczo. 

- W takim razie... - Nie był w stanie skończyć. 

Przełknął ślinę, uświadamiając już sobie to, co 
oczywiste. 

Muzyka umilkła, a młoda para zakończyła wy­

stęp długim, namiętnym pocałunkiem. 

- Jest moje? - zapytał Theo. 
- Tak. To chłopiec. Ma w połowie twoje geny, 

ale jest moim dzieckiem - odpowiedziała z lekkim 
uśmiechem. 

Wyrwała się z jego uścisku, odwróciła i z unie­

sioną głową wyszła z sali. 

Wyszła na zewnątrz i przycupnęła na kładce 

przystani klubu żeglarskiego. Zimowy chłód był 
zbyt słaby, by ostudzić gorącą temperaturę spot-
kania z Theo. Dochodziły ją dźwięki zabawy, 

śpiewu i tańca. Przede wszystkim jednak docho-

dził ją dźwięk zbliżających się kroków. 

Może to był on. Miała taką nadzieję. Chciała, 

żeby ją znalazł. Chciała odpowiedzieć na jego 
pytania. Chciała uwolnić go od odpowiedzial­
ności. 

Kroki zatrzymały się tuż za nią. 

- Czemu mi nic nie powiedziałaś? 
Zaskoczona pytaniem spojrzała mu w oczy i od-

parła: 

- Nie sądziłam, że będziesz chciał wiedzieć. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

85 

Rzeczywiście, wyglądał, jakby nie chciał wie­

dzieć. Tęskniła za Theo, którego znała, którego 

pokochała. Jednak wiedziała już, że tamten Theo 

nie istniał. 

Ten był jej obcy. Był tylko ojcem jej dziecka. 

Musiała być opanowana i działać racjonalnie. 

- Dlaczego przyszło ci do głowy coś tak głu­

piego?! 

Martha wstała, odwróciła się i odparła spo­

kojnie: 

- Chodź, przejdźmy się po plaży. - Nikt ich 

tam nie usłyszy. Będzie mógł się wykrzyczeć. 

W pierwszej chwili Theo nie miał zamiaru iść. 

Jednak włożywszy obojętnie ręce do kieszeni, 

rzekł tylko: 

- Jak chcesz. 

Kiedy zeszli na plażę, Theo położył swoje buty 

na schodach. 

Gdy Martha zaczęła nieść swoje, chwycił je 

i odrzucił na bok. 

- Pewnie chciałbyś wiedzieć, jak do tego do­

szło - zaczęła. 

- Doskonale wiem, jak do tego doszło! Pamię­

tam też, jak mówiłaś, że bierzesz pigułki! - odparł 

oschle. 

- Bo brałam. Nie okłamałam cię. Byłam ostro­

żna i działałam zgodnie z zaleceniami. Ale naj­

wyraźniej zmiana strefy czasowej rozregulowała 

mój organizm. 

background image

86 

ANNE MCALLISTER 

- Najwyraźniej - wymamrotał. 

- No i stało się - dokończyła. 

Nie miała zamiaru przepraszać. Na początku 

sama przeżyła wstrząs, jednak z czasem zaczęła się 

cieszyć. Theo i tak tego nie zrozumie. 

- Nie martw się. Nic mi nie będzie. 

- Oczywiście, że nie - powiedział ku jej za­

skoczeniu. 

Spojrzała na niego uważnie. 

- Pobierzemy się. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

- Słucham? - zapytała Martha z niedowierza­

niem. 

- Powiedziałem, że się pobierzemy. - Ton 

był szorstki i surowy. Nie brzmiał jak typowe 
oświadczyny. 

- Nie bądź śmieszny! 

Takiego obrotu sprawy Martha nie przewidziała 

w żadnym ze swoich scenariuszy. 

- Jak to śmieszny? To najrozsądniejsza rzecz! 
- Nie. Ludzie już nie pobierają się dla dzieci, 

Theo. 

- No, nie zawsze, ale w tych okolicznościach... 
- Ale ty nie chcesz ślubu! Nie chcesz obciążeń 

i zobowiązań! Tak powiedziałeś! 

- Ale to - zaczął, kierując palec w stronę jej 

brzucha -jest zobowiązanie! 

- Więc cię z niego zwalniam! - powiedziała 

stanowczo. - Niech ci już nie zaprząta głowy! 

- Nie zaprząta...? - Theo wpatrywał się w nią 

zaskoczony. - Jak niby miałbym o czymś takim 
zapomnieć? 

- To coś, Theo, to dziecko. Moje dziecko! 

background image

88 ANNE MCALLISTER 

- Moje też! 
- Nie chcesz dzieci. Już to mówiłeś. A my damy 

sobie radę. Nie martw się. - Próbowała odejść, ale 
trzymał ją zbyt mocno, by mogła się wyrwać. 

- Nie martwię się. Zaopiekuję się wami. Pobie­

rzemy się, do diabła! 

- Nie, nie pobierzemy! 

Patrzyli sobie prosto w oczy, każde przekonane 

o słuszności swojego postępowania i mocno ob­
stające przy własnym zdaniu. 

- Nie chcę wychodzić za mąż z rozsądku. Zro­

bię to tylko z jednej ważnej przyczyny. 

- To jest ważna przyczyna! 
- Nie, Theo. Z miłości. A miłość - pogładziła 

ręką brzuch - nie ma nic wspólnego z tym... 

Theo nie oponował. Jedynie kopnął piasek. 

- Do licha, Martho! Bądź rozsądna! 
- Jestem. Nie chcę ślubu bez miłości. Ty nie 

chcesz go w ogóle. Robisz tylko to, co powinieneś. 

Nie martw się więc nami. Dziękuję za propozycję, 

ale nie skorzystam. 

- Martha... 
- Nie, Theo! Nic z tego! 

Jak mogła mu odmówić? Theo nie mógł w to 

uwierzyć. Nie mógł uwierzyć w to, co stało się tego 
dnia. Dziecko, oświadczyny. Odmowa Marthy. 
Był porażony. I z każdą chwilą coraz bardziej 
zdenerwowany. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 89 

- Hej! Co ty tam robisz? - Theo odwrócił się 

i ujrzał swojego brata George'a machającego do 

niego z klubowej przystani. - Mama mówi, że 
masz się stawić na parkiecie w tej chwili! 

Nic nie powiedziawszy, Theo machnął ręką, co 

skłoniło brata, by podejść. 

- Czemu się tu chowasz? 

Theo nie był w stanie odpowiedzieć. Sytuacja 

sprzed chwili odjęła mu mowę. 

- Nie możesz tu siedzieć. Mama widziała, jak 

wychodzisz. Na sali jest mnóstwo dziewczyn, 
a mama chce każdej zapewnić partnera. Demetrios 
i ja nie damy sobie rady, a Yiannis ma swoją 
dziewczynę. Chodź. 

- Nie tańczę - zadeklarował Theo. 
- Powiedz to mamie - powiedział George i po­

pchnął Theo przez klubowe drzwi na salę weselną. 
- Stoi tam. 

Patrzyła w ich kierunku mrożącym wzrokiem. 

Theo jednak przeczesywał spojrzeniem salę w po­
szukiwaniu Marthy. Na próżno. 

Kapela zaczęła grać kolejną piosenkę, pary tłu­

mnie ruszyły w stronę parkietu. 

- Theo - zaczęła matka, podchodząc z boku. 

- Co się z tobą dzieje? 

- Szukam kogoś. - Gdzie się ta Martha podziała? 
- Zatańcz z ciotką Ophelią - poleciła matka, 

wskazując kapelusz udekorowany owocowymi 
ozdobami. 

background image

90 ANNE MCALLISTER 

Theo posłusznie wykonał polecenie. Co praw­

da, wystający z kapelusza banan niemal pozbawił 
go oka, ale przynajmniej ciotka nie stąpała mu po 

palcach. 

- Jeżeli szukasz tej ślicznej siostrzyczki pana 

młodego, to przed chwilą wyszła. 

- Jak to? - Theo potknął się i nastąpił na stopę 

cioci. 

- Wyszła - powtórzyła ciocia, wzruszając ra­

mionami i rzucając mu wymowne spojrzenie. 

- Skąd ciocia...? 
- Mam oczy, chłopcze. Tańczyłeś z nią. Tylko 

z nią. Poszedłeś jej szukać. Spacerowaliście po 

plaży. Mogła się przez ciebie przeziębić! 

- Sama tam wyszła. Do niczego jej nie zmu­

szałem. 

- Ale mogłeś ją tu przyprowadzić. Była skost­

niała i roztrzęsiona, gdy wróciła. 

- Gdzie poszła? - Nie miał zamiaru przekony­

wać ciotki, że nie zdawał sobie z tego sprawy. 

- Nie wiem. Pewnie gdzieś, gdzie jest ciepło. 

Biedne dziecko. Czy jest twoje? 

- Co? - Theo był poruszony i pytaniem, i od­

powiedzią, której powinien udzielić. 

Ciotka Ophelia uniosła oczy, po czym poklepa­

ła go po ramieniu. 

- Powinieneś ją znaleźć i zrobić, co do ciebie 

należy, chłopcze. 

- Niech mi ciocia wierzy, staram się! 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

91 

Marthy nigdzie nie było. Nie miał pojęcia, gdzie 

mogła się podziać. Nie chciał robić zamieszania. 
I tak ją znajdzie. Jak nie dziś, to jutro. Miał swoje 

sposoby. 

- Theo, kochanie, zatańcz! - zawołała matka. 

Theo nie chciał tańczyć. Jego świat zwariował. 

Jedyne, czego teraz chciał, to wyjść. 

- Theo! Theo, dokąd idziesz? - Matka mogła 

tylko patrzeć, jak Theo wspina się po schodach 

i znika za drzwiami. Nawet się nie odwrócił. 

Martha go nie kocha. Trudno. I tak się z nią 

ożeni. 

Jak tylko Martha weszła na salę, zobaczyła 

Marka, męża Cristiny. Nie znali się za dobrze, ale 
może to i lepiej. Byli rodziną, więc musiał jej 
pomóc. 

- Zawieź mnie do domu, proszę. 
- Jesteś pewna? 
- Tak. Chcę pojechać do domu. - Nie była 

niczego bardziej pewna. 

- Powiem tylko Cristinie. 
- Powiesz jej, jak wrócisz. Nie chcę martwić 

rodziców. To zajmie mi tylko parę chwil. Za­
biorę swoje rzeczy z domu, potem dam sobie 
radę. 

Zauważyła Theo wychylającego się na wszyst­

kie strony. 

- Chodźmy. - Złapała Marka za rękę. 

background image

92 

ANNE MCALLISTER 

Zakłopotany całą sytuacją przytrzymał jej 

drzwi. 

- W porządku. Jak chcesz. 

Nigdzie jej nie było. W pewnym momencie 

Theo zdecydował się podejść do Cristiny. Jednak 

na pytanie, czy widziała Marthę, jedynie pokręciła 
głową. 

- Nie. Ale jak ją spotkam, powiem, że jej 

szukasz - powiedziała z szerokim, wymownym 

uśmiechem. 

- Powiedz jej, że sam ją znajdę - wycedził 

przez zęby. 

Ale nie teraz. Bóg jeden wie, co by jej powie­

dział, gdyby ją teraz znalazł. 

Wyszedł. Wsiadł do samochodu i z piskiem 

opon wyjechał z parkingu na autostradę. Mandat za 
prędkość nie poprawi mi nastroju, pomyślał. 

Jechał wzdłuż wybrzeża. Niebo było coraz cie­

mniejsze. W pewnym momencie zatrzymał się 
i wbił oczy w szarość oceanu. 

Morze zawsze było jego wytchnieniem. Jednak 

teraz nawet spokój wielkiej wody nie pomagał mu 
wrócić do siebie. 

Przychodząc na ślub, zdawał sobie sprawę, że 

pewnie zobaczy Marthę. Minęło już sześć miesię­
cy, a wciąż nie mógł wymazać jej z pamięci. 
Innych dziewczyn, z którymi miał romanse, nie był 

w stanie sobie nawet przypomnieć. Martha jednak 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 93 

cały czas była obecna w jego świadomości. Ciągle 
o niej myślał. 

Nie powinien był wracać na Santorini. Gdyby 

wypłynął i nie wrócił, byłoby inaczej. Nie czułby 

się tak źle. Co i tak nie zmieniłoby tego, że była 

w ciąży. Powinien czuć się fatalnie, a było zupeł­
nie inaczej. Czuł, że odżywa. Był zły, że Martha 

odrzuciła jego oświadczyny. Bardzo chciał ją 

przekonać, że to najrozsądniejsza rzecz, jaką mo­
gą zrobić. 

Z jego rozważań wybudziły go czerwono-nie-

bieskie światła migające tuż za nim. Theo podciąg­
nął się w fotelu i otworzył okno, gdy podszedł 
policjant. 

- Problemy z wozem? 
- Tylko rozmyślam. 
Policjant rzucił mu krzywe spojrzenie, po czym 

poprosił o dokumenty. 

- Dużo pan wypił? 
- Niewiele. - Na szczęście. 
- Proszę wracać do domu. Jutro wszystko się 

ułoży - poradził stróż prawa. 

Theo miał nadzieję, że tak będzie. Jednak nie 

chciał wracać do domu, ponieważ w tym przypad­
ku był nim wynajęty pokój w motelu nieopodal sali 
weselnej. Wynajął więc pokój w innym motelu. 
Łóżko było twarde, woda letnia, a szyby dzwoniły 
całą noc. Theo nie zmrużył oka. W głowie przeży­
wał tylko miniony dzień. 

background image

94 ANNE MCALLISTER 

Dlaczego mu nic nie powiedziała? Mogła napi­

sać. Powinna była napisać! Czemu myślała, że mu 

nie zależało na dziecku? Przecież cholernie mu 

zależało! 

Nie spał całą noc. Wstał nieprzytomny. Jedyną 

rzeczą, jaką chciał zrobić, było odnalezienie Mar-

thy i powiedzenie jej tego. Przecież obecnej sytua­

cji i tej z Agnettą nie można porównywać! 

Małżeństwo. Dziecko powinno mieć oboje ro­

dziców. A oni tak naprawdę byli cudowną parą. Na 

Santorini. 

Co z tego, że go nie kochała? 

I tak się zgodzi na ślub. 

Tylko musi ją najpierw odnaleźć. 

Szukał wszędzie. Przewertował książkę telefo­

niczną, dzwonił do biur spółki Antonides Marine. 

Zostało mu jedynie osobiście stawić się w domu 

rodziców Marthy. 

Bardzo chciał tego uniknąć, ale tylko ten krok 

mu pozostał. 

Dom Antonidesów, wykonany z kamienia i dre­

wna, przypominał angielski dworek. To pokolenie 

mieszkańców Long Island lubowało się w tym 

stylu. 

Theo zadzwonił do drzwi, po czym przestępując 

z nogi na nogę, czekał na przyjęcie. Nie był pe­

wien, czy po przegranym zeszłorocznym wyści­

gu i utracie domu na Santorini Aeolus Antonides 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

95 

ucieszy się na jego widok. Pomyślał, że jeśli będzie 
trzeba, to odda ten cholerny dom. 

W pewnym momencie drzwi się otworzyły. Na

progu pojawił się półnagi mężczyzna, w którym 

Theo rozpoznał Lukasa, bliźniaka Marthy. 

- O co chodzi? - zapytał zaspany Lukas. 
- Chcę rozmawiać z Marthą. 

- Czyżby? Niby po co? - Był widocznie roz­

drażniony wczesną pobudką. 

- To sprawa między mną a Marthą. 
- To ty jesteś tatusiem? - Lukas obdarował go 

wzrokiem potępiającym. 

Theo napiął się i wyprostował. 

- Tak - odparł. 
- Najwyższa pora na decyzję, nie uważasz? Co 

masz zamiar z tym zrobić? 

- Chcę rozmawiać z Marthą, a nie z tobą - po­

wiedział stanowczo. 

Twardy ton gościa zdziwił Lukasa. 

- Chwileczkę - zaczął. 
- Teraz. 
Lukas założył ręce na piersi i oparł się o framu­

gę drzwi. Na jego twarzy pojawił się triumfalny 

uśmiech. 

- Nie mogę. Nie ma jej tu. 
- To daj mi jej adres - zażądał Theo. 
- Nie znam go. Mam jej e-mail. 

- Chcę z nią rozmawiać osobiście! Teraz, tutaj! 

Chcę się z nią ożenić! 

background image

96 ANNE MCALLISTER 

Lukas otworzył szeroko oczy. 

- Tak? A od kiedy? 
- Od kiedy dowiedziałem się o dziecku. Od 

wczoraj - odparł Theo. 

- Nie wiedziałeś? - Lukas wydawał się zdzi­

wiony, choć po chwili zastanowienia dodał: - Mo­

głeś nie wiedzieć. To cała Martha. Ona wie o two­
ich zamiarach? 

- Oczywiście, że wie. 
- A! To wyjaśnia, dlaczego wyjechała. Zo­

stawiła kartkę. Nie została nawet na dzisiej­
szym otwieraniu prezentów. - Lukas ponow­

nie ziewnął, przeciągnął się i podrapał po gło­
wie. 

- Nie chce za ciebie wyjść, prawda? 
- Rozważamy to - odparł Theo. - Ktoś musi 

mieć jej adres. Może matka? 

- Sprawdzę w jej notesie - powiedział leniwie 

Lukas. 

- Jakbyś mógł... 

Theo bardzo powstrzymywał się przed udusze­

niem Lukasa. W końcu zabicie jej brata mogłoby 

skomplikować jego starania. 

- Wchodź. 
Dom rodziców Marthy był pełen ciepła. Theo 

oczami wyobraźni widział ją, jak w nim dorastała. 
Pełno w nim było ciemnego drewna, solidnych 
ciężkich mebli, obrazów i książek. Rodzinny port­

ret na ścianie sięgał czasów jej wczesnego dziecin-

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 97 

stwa. Przypomniał sobie ich igraszki na wyspie. 

Nie mógł powstrzymać uśmiechu. 

W międzyczasie Lukas wertował karki w note­

sie mamy. 

- Jest. - Uniósł brwi zaskoczony tym, co prze­

czytał. - Popatrz, popatrz. Mieszka na Park. 

- Park Avenue? - Czyżby malowanie murali 

było dziś tak bardzo dochodowe? 

- Nie, nie. Park Street. Miejscowość Butte. 
- Gdzie to jest? 

- W stanie Montana. 

Odludna Montana. Tu Martha czuła się jak 

w raju. Odległe, dzikie i niedostępne miejsce. To tu 
tak naprawdę rozpoczęła nowe życie po fatalnej 

pomyłce, jaką był pobyt na Santorini. Jakaż była 

głupia, żeby zadurzyć się w facecie, który po 

tygodniu bliskości nawet nie odwrócił się na do 
widzenia. 

Nowy Jork nie był w stanie pomóc jej oderwać 

się od przykrych wspomnień. Wsiadła do samolotu 

na Santorini, w desperacji szukając ucieczki. 
W pewnym sensie pomógł jej w tym mężczyzna, 
który siedział obok. Spencer Tyack był młody, 
opalony, szczupły i przystojny, na co Martha 
w ogóle nie zwracała uwagi. Od razu dostrzegł 
ślady łez spływających po jej twarzy. 

- Nie lubię patrzeć, jak kobieta płacze - rzekł, 

podając jej chusteczkę. 

background image

98 

ANNE MCALLISTER 

Spencer próbował rozbawić ją rozmową. Mart­

ha próbowała słuchać. Cały czas jednak jej myśli 
wędrowały do Theo. Miłość przeplatała się z nie­
nawiścią. W końcu, zalewając się łzami, opowie­
działa mu całą historię. 

- To chyba jakiś kretyn -powiedział Spencer, 

kiedy dobrnęła do końca. - Nie wiem, czemu się 
tak przejmujesz. Zapomnisz o nim. 

Martha też nie wiedziała. Ale prawdziwej miło­

ści nie sposób zrozumieć. 

- Czym się zajmujesz? 
- M-maluję freski - odparła, łkając. 
Zaczęli rozmawiać. Gdy dolecieli do Nowego 

Jorku, Spencer wręczył jej wizytówkę. Spencer 
Tyack. Deweloper nieruchomości. 

Na pożegnanie dodał: 
- Daj znać, jeżeli kiedyś będziesz chciała na­

malować coś w Montanie. 

Trzy tygodnie później stała na Park Street z wy­

pełnioną torbą. 

- Nie lubisz chyba zbyt długo przebywać w je­

dnym miejscu - żartobliwie zauważył Spencer, 
kiedy odbierał ją z przystanku autobusowego. 

- Rzeczywiście - odparła w podobnym tonie 

Martha. 

W Nowym Jorku nie mogła sobie znaleźć miejs­

ca. Wspomnienia bolały. Chciała przede wszyst­

kim uciec przed wścibską rodziną, która zadawała 
za dużo pytań. Musiała zacząć wszystko od nowa. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 99 

Chwyciła więc torbę, spakowała najpotrzeb­

niejsze rzeczy i wsiadła do autokaru jadącego do 

Butte. 

- Chciałabym namalować mural w Montanie 

- powiedziała, kiedy Spencer odbierał ją z przy­

stanku. 

- Witaj na pokładzie - odparł, uśmiechając się 

szeroko. 

Witaj na pokładzie.

 Pokład od razu skojarzył jej 

się z morzem. Z Theo. Uświadomiła sobie, że 

jeszcze trochę czasu musi minąć, zanim o nim 

zapomni. 

Znalazła sobie mieszkanie w wyremontowa­

nym domu w stylu wiktoriańskim. Było przytulne. 

Jednak widok z okna nie przypadłby do gustu 

Theo. 

Znowu on. 

Miejscowa restauracja poprosiła ją o pomalo­

wanie ściany. Była to pizzeria, więc pomyślała, że 

to pewnie coś w klimacie Toskanii, może Wenecji. 

- Nie, nie. Zależy nam teraz na czymś bar­

dziej... greckim - poprosił właściciel. 

Martha miała dość myślenia o Grekach. 

Nie przywykła do samotnego mieszkania. Łat­

wo nawiązywała znajomości, była otoczona przy­

jaciółmi, jednak pod koniec dnia zmuszona była do 

powrotu do pustego mieszkania. Pies byłby świet­

nym towarzyszem. Martha miała już dość męż­

czyzn. Nie ufała już swojemu instynktowi. 

background image

1 0 0 ANNE MCALLISTER 

W schronisku tego dnia nie było dużych fut­

rzaków. Było kilka owczarków i shih tzu. No i był 
Ted. Pięcioletni francuski buldog, którego właś­
cicielka zmarła. 

- Chodź, Ted. Idziemy do domu - powiedziała 

nowemu przyjacielowi, wyciągając do niego ręce. 

Od tej pory byli nierozłączni. Ona go karmiła 

najróżniejszymi przysmakami, a on w zamian ofe­
rował jej swą nieograniczoną miłość. Ted natchnął 

ją też do pomalowania murów schroniska, co od 

razu zwróciło uwagę mieszkańców. 

Reputacja Marthy i Teda rosła. Zaczęła uczyć 

w szkole plastyki. Pomalowała prawdziwie włoską 
restaurację, jej irlandzkie koniczyny zdobiły wnęt­
rze lokalnego pubu. Pracę zleciło jej także miejs­

cowe muzeum i lotnisko. 

W tej chwili pracowała nad ilustrowaną historią 

miasta w audytorium teatru przy Park Street. Zle­
cenie to fascynowało ją. Właśnie o tym zresztą 
mówił Spencer w samolocie. To było istne wy­
zwanie. 

Czymś niemal niewykonalnym było natomiast 

zapomnieć o Theo. 

W końcu była z nim w ciąży. 
Parę tygodni po przyjeździe do Butte miała 

nieustanne nudności. Nigdy wcześniej nie choro­
wała, poszła więc do lekarza. Gdy dowiedziała się 

o przyczynach swojego samopoczucia, zdrętwiała. 

- Nie ma się czym przejmować. To tylko po-

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

101 

ranne mdłości. Niedługo miną - stwierdził wyraź­
nie rozpromieniony lekarz. 

- Poranne mdłości? Ale... ale do tego trzeba 

być w ciąży! - zaprotestowała Martha. 

- Oczywiście! Pani nic nie podejrzewała? 

Oczywiście, że nie. Przecież regularnie brała 

pigułki. 

Lekarz powiedział jej to, co później przekazała 

Theo. Czy chciała tego, czy też nie, zawsze coś 
będzie ją z Theo łączyć. Choć on i tak nie będzie 
się tym przejmował. Prawdopodobnie nawet zapo­
mniał, jak ona się nazywa. 

Jej dzieło było ogromne. Zajmowało prawie trzy 

ściany teatru. W pracy pomagali jej uczniowie, 
a mimo to wyglądało na to, że nigdy nie skończą. 
W międzyczasie brzuch stawał się coraz bardziej 

widoczny i Martha zastanawiała się, czy skończą 
do czasu, gdy już nie będzie w stanie skakać po 
rusztowaniach. 

Pewnego dnia przyszedł Spencer i poinformo­

wał ją, że dzieło musi być w miarę skończone na 
przyjazd pewnej trupy aktorskiej. Dał jej sześć 
tygodni. 

- To chyba jakiś żart? - zapytała, z góry znając 

odpowiedź. 

- Powiedz swoim pomocnikom, żeby trochę 

przyśpieszyli - odpowiedział z szerokim uśmie­

chem. 

Martha miała w perspektywie dwa terminy. 

background image

102 

ANNE MCALLISTER 

Jeden, który zbliżał się już za ponad miesiąc, 

i drugi, który też niebawem miał nastąpić. 

Nie mogła jednak zapomnieć o Theo. O ich 

ponownym spotkaniu. Ku jej zaskoczeniu, zacho­
wał się, jak należało. Jednak ona odmówiła. Kropka. 

- Jak było? - pytanie Spencera wyrwało ją 

z rozmyślań. 

- Twierdzi, że powinniśmy się pobrać - odpar­

ła ponuro. 

- Serio? - Spencer uniósł brwi, po czym dodał 

wesoło: - To kiedy wesele? 

Martha spojrzała na niego z niedowierzaniem. 
- Chyba nie myślisz, że się zgodziłam? 

- Czemu nie? Przecież myślałem, że go ko­

chasz. 

Ta uwaga nie była nawet warta jej odpowiedzi. 

Wróciła do malowania. 

- Widzę, że odmówiłaś. 
- Owszem - odpowiedziała, nie przerywając 

pracy. Jego drętwe zaręczyny wciąż przyspieszały 
bicie jej serca. 

- I co powiedział? 
- Coś o rozsądku, że to jedyne wyjście - wyce­

dziła. 

- Chyba cię nie przekonał. 
Odwróciła się, rozchlapując farbę. 

- Ożeniłbyś się z kimś bez miłości? 

Spencer wytarł z twarzy krople farby i wzruszył 

ramionami. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 0 3 

- Może. 
Martha wpatrywała się w niego wielkimi ocza­

mi. 

- Jak to? 
- Nie wiem. Może. Zresztą nie o mnie tu cho­

dzi, tylko o ciebie i tego... jak-mu-tam? 

- Nie wychodzę za niego - zapewniła go. 
- I dobrze. Nie będziesz musiała tracić czasu na 

ślub. Sadie organizuje przyjęcie po występie trupy. 
Będzie rada miasta, wszyscy ważniacy, samorzą­
dowcy, potencjalni inwestorzy. Będą chcieli spot­

kać się z aktorami i wszystkimi artystami. Z tobą 
i twoją grupą wandali też - stwierdził, odnosząc się 
do działalności graffiti niektórych jej uczniów. 

- Przyjdziemy - odparła Martha. - Muszę wra­

cać do pracy. 

- Idę. Muszę dziś złapać samolot, a zaczyna 

prószyć. 

- Gdzie cię tym razem niesie? 
- Do Los Angeles, potem na Hawaje, Tahiti, 

Fidżi, Pago Pago - wyliczył. - Nie zaznam chyba 
spokoju. Tylko za nikogo nie wychodź, jak mnie 
nie będzie! 

- Nie ma obaw! - obiecała. 

Miała nadzieję, że Theo nie pojawi się w jej 

życiu bardzo długo. 

Marzec był wyjątkowo obfity w śnieg. 
Martha skupiła się na swojej pracy w teatrze. 

background image

1 0 4 ANNE MCALLISTER 

Poza tym lekcje, szkoła rodzenia, zakupy i spacer 
z psem. Żyła w swoim małym świecie. 

Dziś przyszła do teatru wcześniej, bo wtorki 

miała wolne od zajęć w szkole. Trupa teatralna 
miała przyjechać za dwa tygodnie. Dziecko nie­

ustannie rosło. Inna sprawa, że nie chciała, by 

Spencer wrócił z wyjazdu i zastał niedokończony 
fresk. Sadie powiedziała jej, że dzwonił z Pago 

Pago i że wróci lada dzień. 

- Ja uciekam. Nie chcę, by znalazł mi jeszcze 

więcej pracy, jak wróci - stwierdziła, zamykając 
drzwi do biura. 

Martha sama chętnie by poszła, ale uczniowie 

mogli w każdej chwili się pojawić. Ich praca, która 
polegała na malowaniu scen z przeszłości ich 
przodków utrwalonych na zdjęciach, wszystkim 
się podobała. Tylko Dustin nie widział w tym 
zajęciu nic wspaniałego. 

Dustin malował graffiti, zresztą całkiem dobrze. 

Obecnie zajmował się malowaniem chińskiego 

portretu ślubnego swoich dziadków. Przynajmniej 
robił to wtedy, kiedy się pojawiał. Długo Marcie 
zajęło przekonanie go do tego przedsięwzięcia. 
Kiedy w końcu przyniósł zdjęcie i rzucił od nie­
chcenia na stół, Martha była zachwycona: 

- O tak! Właśnie o coś takiego mi chodzi. 

Jednak za każdym razem, gdy później patrzyła 

na ten obrazek, przypominał jej się ślub jej brata 
i Tallie Savas. Od razu wracały wspomnienia. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

105 

Theo. 

Zawsze w końcu pojawiał się w jej myślach. 
Martha wspięła się po drabinie, by stawić czoło 

reminiscencjom. Gdy zaczęła malować tam, gdzie 
Dustin nie skończył, jej myśli o ślubie zaczęły 
znikać. Uwagę skupiła na młodej parze na zdjęciu, 
która przybyła tu ponad sto lat temu. Do terenów 
o wiele bardziej obcych im niż jej samej. 

Za chwilę pewnie przyjdą dzieciaki albo Spen­

cer. Nie miało to znaczenia. Zgłodniała, ale w swo­
im stanie nie chciała zbyt często skakać po rusz­
towaniu. Zaraz kogoś wykorzysta do przyniesienia 

jej jedzenia. Chyba że poprosi Teda. 

Około godziny drugiej w końcu ktoś otworzył 

frontowe drzwi i zaczął wspinać się po schodach. 
Zbyt cicho jak na studenta. Pewnie Spencer, pomy­
ślała uradowana Martha. W końcu coś zjem. 

- Nie przychodź bez jedzenia! Umieram z gło­

du! - krzyknęła z góry. 

Kroki na chwilę zatrzymały się, po czym ruszy­

ły dalej. 

- Mówię poważnie! 

Cisza. Nagle ktoś zawrócił i wyszedł z teatru. 

- Świetnie, Ted. Dostaniemy obiad - powie­

działa Martha, zwracając się do kompana, który 
oszczędzając energię, ledwie uniósł jedną po­
wiekę. 

Dwadzieścia minut później drzwi ponownie się 

otworzyły. Kroki poprzedzał zapach babeczki 

background image

106 

ANNE MCALLISTER 

z mięsem, dania przywiezionego tu przez korn-

walijskich górników. Marcie zaczęła cieknąć ślin­

ka. Odwróciła się w kierunku drzwi. 

- Jak się cieszę, że cię widzę! 

- Miło mi to słyszeć - odparł rozbawiony głos. 

Uśmiech zniknął Marcie z twarzy. 

Theo patrzył na nią, stojąc w drzwiach. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

- To ty! - Zbladła. 
- Na litość boską! Zejdź stamtąd! - krzyknął 

zaniepokojony, widząc Marthę na trzęsącym się 
rusztowaniu. 

Ruszył w jej stronę, kiedy ni stąd ni zowąd wysko­

czył na niego jakiś czarny futrzak, wydając z siebie 
gardłowe dźwięki ledwie przypominające szczek. 

Theo odskoczył. 

- Co to jest? 
- To mój pies - odparła Martha. - Nie próbuj 

nawet go skrzywdzić! 

- Pies? Ładny! Tylko nie wiem, kto kogo chce 

tu skrzywdzić. 

- Tylko stara się mnie bronić. 
- To go przywołaj, przecież cię nie skrzywdzę. 

- A bardzo by chciał, chociażby za to bezmyślne 

skakanie po rusztowaniu. 

Rany, jak przytyła przez te dwa tygodnie. A mo­

że to jego subiektywne odczucie... 

Theo ponownie ruszył w jej stronę. Niski war­

kot podążał jednak za nim. A raczej za torebką, 
którą trzymał w ręku. 

background image

108 

ANNE MCALLISTER 

- Chcesz trochę?-zapytał, kucając i pokazując 

ją psu. 

- Nie, nie chce! - ostro zareagowała Martha. 

Ted jednak nie dawał za wygraną. Nie spuszczał 

wzroku z przysmaków schowanych w folii. 

- Ted! Przestań! 
- Ted? - z uśmiechem zapytał Theo. 
- To imię nadane przez pierwszą właścicielkę, 

która była fanką Teda Williamsa. -Niech sobie nie 

schlebia, pomyślała Martha. 

- Masz, Ted. - Otworzył torebkę i wyjął pach­

nącą babeczkę z mięsem. 

- Przestań! - zawołała Martha. 
- To zejdź. 
- Nie zejdę - upierała się. 
Jednak kolejne kawałki mięsa rzucone Tedowi 

zmusiły ją do zmiany zdania. 

Theo uspokoił się dopiero wtedy, gdy stanęła 

na ziemi. 

- Co ty tu robisz? - Oparła ręce na biodrach. 
- A gdzie miałbym być? 
- Na jakimś oceanie, ale nie tutaj! 
- Ty tu jesteś - odpowiedział. 
- To nie ma... 
- Ma znaczenie. Ty tu jesteś, więc ja też. 

Gdyby mógł, od razu by ją zabrał, ale zna­

jąc Marthę, nie dałaby zbyt łatwo za wygraną. 

Dlatego potrzebował czasu, żeby przekonać ją do 

swoich racji. Przede wszystkim jednak chciał 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 0 9 

usiąść i zjeść coś, zanim jej pies wszystko po­
chłonie. 

- Kupiłem to niedaleko. To jest... - zaczął 

niepewnie. 

- Wiem, co to. To jest pyszne. Dzięki! - wes­

tchnęła. Znał te jej westchnienia. 

- Nie ma za co - odparł. 

Obserwował ją, jak wyjmuje kawałki ciasta, 

rozwija z folii i zaczyna skubać. Tak samo skubała 

jego palce. 

Ted szczeknął, by się przypomnieć. 

- Nie martw się, ty też dostaniesz. Tylko 

usiądę. - Martha siadła na materacu opartym 
o ścianę. 

Theo miał nadzieję, że przysiadzie koło niej, 

jednak Ted go wyprzedził. Zostało mu tylko spo­

cząć naprzeciwko. 

Oprócz dużego brzucha, Martha była całkiem 

chuda, nawet zbyt chuda. 

- Co ty ze sobą zrobiłaś? - zapytał. 
- O czym mówisz? - odpowiedziała wyraźnie 

zdziwiona pytaniem. 

- Jesteś chuda jak patyk! Poza brzuchem, oczy­

wiście - dodał. 

- Dziękuję ci bardzo - odparła, posyłając mu 

zimne spojrzenie. 

- Nie zrozum mnie źle. Nie wyglądasz naj­

gorzej. 

- Miło mi. 

background image

110 

ANNE MCALLISTER 

- Tylko wyglądasz na trochę... zmęczoną. Pe­

wnie niewiele jesz, skaczesz po rusztowaniach... 
Możesz spaść w każdej chwili! No i ta przeprowa­
dzka do Montany! Co ty sobie myślałaś? - mówił 
głośno, niemal krzyczał. 

Był na nią wściekły. Dwa tygodnie spędził, 

zastanawiając się nad swoim życiem, zanim do 
niej przyjechał. Ona na niego nawet nie patrzyła. 
Tylko oblizała ze smakiem palce. 

- Też się cieszę, że cię znów widzę, Theo. 
Doprowadzała go do szału. Targały nim najróż­

niejsze emocje. 

Podróż go wykończyła. Przesiadał się z samolo­

tu do autobusu, potem do samochodu. Pierwszy raz 

jechał w śniegu. I to jakim! 

- Dlaczego Montana? 
- Podoba mi się tu. 
- Nigdy wcześniej tu nie byłaś. - Wiedział to 

od Lukasa. 

- Co z tego? Teraz tu jestem. 
- Ale czemu? - To nie miało sensu. 
Zjadła babeczkę i przez chwilę milczała. W pe­

wnym momencie spojrzała na niego i z uśmiechem 
rzekła: 

- Może wolałam brak oceanu? 

Theo zacisnął szczęki. 

- Tak naprawdę to nie miało z tobą nic wspól­

nego - dodała. - Chciałam tylko zacząć wszystko 
od nowa. Sama. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 1 1 

Theo doskonale ją rozumiał. Czuł to samo. 

- To nie miało też nic wspólnego z dzieckiem. 

Nawet nie wiedziałam, że jestem w ciąży, kiedy tu 
przyjechałam. Pomyślałam, że czas już stanąć na 
nogi. A Spencer powiedział, że jak... 

- Kim jest Spencer? - zapytał Theo. 
Marthę zdziwił jego ton. 
- Przyjacielem. 
- Jakim przyjacielem? 
- Nie twoja sprawa - urwała. 
Nic nie powiedział. Nie chciał wyjść na za­

zdrośnika, bo przecież na pewno zazdrosny nie 
był. Martwił się tylko, żeby nie popełniła ja­
kiegoś głupstwa, jak z Julianem. Może ten Spen­
cer był podobny. Jednak Theo postanowił zmie­
nić ton. 

- Więc on cię zaprosił? 
- Nie. Po prostu powiedział, że gdybym była 

przejazdem, to żebym do niego zajrzała. Więc tak 
zrobiłam. 

Theo starał się nie stracić opanowania. 

- Więc dlatego mi odmówiłaś. - Nie chciał, 

żeby zabrzmiało to jak pytanie. 

- Już ci powiedziałam, dlaczego za ciebie nie 

wyjdę - powiedziała, jakby to nie miało żadnego 
znaczenia. 

A miało! Chciała wyjść za mąż z miłości, a po­

wiedziała, że go nie kocha! Gdzie się podziała ta 
uległa Martha z Santorini? 

background image

112 

ANNE MCALLISTER 

Z drugiej strony była trochę uparta. Gdyby nie 

ona, do niczego przecież między nimi by nie 

doszło. Nie byłoby dotyków, pocałunków i prag­

nienia. 

Martha z zadowoleniem jadła babeczki, nawet 

na chwilę nie patrząc na swojego gościa. 

- Nie przyjechałem tu tylko po to, byś trak­

towała mnie jak powietrze. 

- Trudno - odparła niewzruszenie. 

Theo zdawał sobie sprawę z trudności zadania, 

jakie go czeka. Trochę czasu będzie go to kosz­

towało, ale w końcu ją przekona. Tylko jak? Kłót­

nia niczego nie rozwiąże. Wstał i zaczął krążyć po 

pomieszczeniu. Teraz tak naprawdę mógł mu się 

przyjrzeć. 

Sala nie była duża. Scena przysłonięta grubą, 

aksamitną kurtyną znajdowała się przy tylnej ścia­

nie. Pozostałe były zamalowane czy zamalowywa­

ne przez Marthę i jej pomocników. Niektóre frag­

menty były skończone, inne dopiero zaczęte. Theo 

zastanawiał się, dlaczego zaczynała malować coś 

nowego, zanim skończyła poprzednią część. Czyż­

by z nudy? 

- Co to jest? - starał się, by zabrzmiało to 

neutralnie. 

- To historia miasta zebrana ze zdjęć miesz­

kańców. Każdy z moich uczniów maluje jeden 

fragment. Ja staram się je łączyć. 

- Masz uczniów? 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 1 3 

- Uczę w liceum trzy dni w tygodniu na pół 

etatu. Mam utalentowane dzieciaki. 

- Żartujesz. - Theo wpatrywał się w nią. 
- Ani trochę. Razem z kuratorem i szkołą za­

warliśmy umowę, żeby wciągnąć ich w prace 
społeczne, na przykład malowanie murali. - Wska­
zała ręką na przeciwną ścianę. - To na przykład 
dzieło Jeremy'ego. Przede wszystkim maluje spra­

yami, ale z pędzlem też sobie radzi. 

Wyglądało to całkiem nieźle, tylko że jego nie 

obchodził Jeremy czy jego graficiarskie wybryki. 
Jednak gdy wsłuchał się w sposób jej opowiadania, 

pierwszy raz od dawna dostrzegł w niej kobietę 
z Santorini. Pełną zapału i pasji. 

- Mam też nadzieję, że uda nam się wystawić 

niektóre z jego prac na letniej wystawie. Może 
też wywiesimy część w galerii na parterze. - Za­
myśliła się. - To jednak ambitne plany. Teraz 

musimy uchronić go przed przestępczymi zapę­

dami. - Odwróciła się i zaczęła wchodzić po 
drabinie. 

- Hej! - Theo podbiegł, by ją zatrzymać, ale na 

jego drodze ponownie stanął Ted i wyszczerzył 

zęby. 

- Dałem ci jeść, do cholery... 
- Nie mów tak do niego - powiedziała Mar­

tha, nie odwracając się. - Jak chcesz, możesz 

sobie iść. 

- Nigdzie nie pójdę. 

background image

114 

ANNE MCALLISTER 

- Twoja sprawa - rzuciła przez ramię. 

Theo usiadł na materacu pod rusztowaniem 

i zawiesił na niej wzrok. Minęło siedem miesięcy, 
odkąd, nie licząc wesela, delektował się jej wido­

kiem. Nieraz wracał wspomnieniami do wspól­

nych upojnych chwil na plaży, na łodzi i w jego 
łóżku. 

Czasem starał się zapomnieć, jednak było to 

niemożliwe. Martha Antonides zapisała się w jego 
pamięci na zawsze. 

Tego dnia miała na sobie gruby wełniany sweter 

i równie grube czarne spodnie. Nie przeszkadzało 
mu, że tak naprawdę nie wie, gdzie kończy się 

ubranie, a zaczyna sama Martha. 

Oczami wyobraźni widział, jak zdejmuje jej 

sweter i delikatnie bada jej nowe krąglości. Nigdy 

wcześniej nie wydawało mu się, że kobieta w ciąży 
może go pociągać. A jednak, jego ciało nie mogło 
kłamać. 

Zdawał sobie sprawę, że Martha wie, że jest 

obserwowana. Inaczej się ruszała, niczym na po­

kaz, raz na jakiś czas zerkając przez ramię, jakby 
upewniała się, czy on nadal tam jest. 

Theo siedział cały czas w tym samym miejscu. 

Z niepokojem przyglądał się Marcie pracującej 
na wysokości. Co prawda rusztowanie wydawało 
się stabilne, ale gdyby nie ten nerwowy i szyb­

ki kudłacz, nie pozwoliłby jej tam w ogóle wcho­
dzić. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

115 

- Aha! - Martha odwróciła się nagle. - Ted nie 

był na spacerze. Wyprowadzisz go? 

- Słucham? - Poderwał się. Chyba nie poprosi­

ła go o... 

- Wyprowadź Teda - powtórzyła, potwier­

dzając jego obawy. - Powinnam była to zrobić 

przed jedzeniem, ale skoro już tu weszłam... 
- Machnęła ręką, a rusztowanie zachwiało się 
pod nią. 

- Przestań! - krzyknął Theo. - Zaraz spad­

niesz! 

Martha znieruchomiała. Theo miał ochotę ściąg­

nąć ją na ziemię. 

- Nie bój się. Już się przyzwyczaiłam. Nic mi 

nie grozi. Wyprowadzisz go czy nie? 

Theo od razu chciał odmówić, ale zgoda mogła 

ją trochę zmiękczyć. 

Spojrzał krzywo na psa. 

- Jeśli się go boisz... - zaczęła Martha. 
- Nie boję się. Pomyślałem, że to ja mogę go 

wystraszyć. W końcu mnie nie zna. 

- Aha... - Martha uniosła oczy. - Myślę, że Ted 

da sobie radę. - Po chwili wzruszyła ramionami 
i rzekła: - Dobrze. Sama to zrobię. - Odłożyła 

pędzel i zaczęła szykować się do zejścia. 

- Cholera! Prosiłem cię, żebyś się nie ruszała! 

- Theo ruszył w jej stronę. 

Ted ponownie stanął mu na drodze, szczerząc 

kły. 

background image

116 ANNE MCALLISTER 

- Ale Ted... 

Theo poderwał swoją kurtkę. 

- Dobrze. Ja go wezmę. 
~ Będziesz musiał przekopać mu dróżkę... i od­

garnąć miejsce. 

- Słucham? - zapytał z niedowierzaniem. 

Martha uśmiechnęła się szczerze. 
- Jest malutki. 
Racja, był malutki. Theo posłał mu kolejne 

mordercze spojrzenie. 

- Smycz leży na stole,. a łopata stoi przy 

drzwiach - wskazała Martha, po czym dodała: 
- Miłej zabawy! 

Theo spojrzał na nią ze złością, podniósł smycz 

i podszedł z nią do psa. Zdumiewające, ale Ted 

posłusznie czekał, merdając ogonem. Theo przy­
piął smycz do obroży i ruszył do drzwi. 

- Może jakoś nam się uda - powiedział, bar­

dziej do siebie niż na głos. - W międzyczasie nie 
wygłupiaj się na tych rusztowaniach. 

Martha nie bała się, że spadnie. Tak napraw­

dę jedyną chwilą, która mogła się tak skończyć, 

był moment, gdy zobaczyła Theo w drzwiach 
teatru. 

Co on tu robił? Na pewno nie chciał się już 

oświadczać. Znała go i wiedziała, że z czasem 
musiał odstąpić od tego pomysłu. 

Chyba nie chciał rościć sobie prawa do dziecka! 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 1 7 

Sama myśl o tym wywołała lawinę obaw w jej 

głowie. 

- Nie może tego zrobić! - powiedziała. 
Jej glos się trząsł. W obliczu wielkości sali był 

niemal niesłyszalny. 

Jak niby to sobie wyobraża? Że wychowa go 

na żaglówce? Chciała się uśmiechnąć, ale nie 
mogła. 

Musiała się uspokoić, zanim Theo wróci z Te­

dem. 

Theo nie chciał się wiązać, ale nie chciał też 

mieć zobowiązań. Dziecko było dużym zobowią­
zaniem. 

Martha miała nadzieję, że wytrzyma jego pobyt 

do końca dnia, po czym szczęśliwie odeśle go do 
domu. 

Czy już nigdy nie wyprze Theo ze swej świado­

mości? Niemal mdlała, gdy ich palce spotykały się, 

gdy sięgali razem po babeczki. 

Jakże chciała go objąć, być objętą, czuć się 

bezpiecznie... 

Tylko że przy Theo nikt nie mógł czuć się 

bezpiecznie. Był idealnym partnerem do przelot­
nego romansu i nic więcej. 

Musiała mu się oprzeć. Jeżeli nie przyjechał 

tu walczyć o dziecko, to chciał upewnić się, że 

spokojnie może odjechać, nie oglądając się za 
siebie. 

Chyba że Cristina wszystko wygadała i teraz 

background image

118 

ANNE MCALLISTER 

rodziny Savasow i Antonidesów wiedzą, kto jest 
ojcem jej dziecka. Może więc presja rodziców 
skłoniła go do oświadczyn. Tak, pewnie tak było. 

Martha nie miała zamiaru go uwiązywać, sko­

ro jej nie kochał. Wzięła kilka głębokich wde­
chów według zaleceń instruktorki w szkole ro­
dzenia. 

W tym momencie drzwi na dole otworzyły się 

z impetem i do teatru wpadło kilkoro nastolatków. 
Jak zawsze głośno gadali, marudzili, skarżyli się. 
Może jak Theo przyjdzie i zobaczy, co się tu 
dzieje, szybko ucieknie. 

Jednak kiedy na sali pojawił się przystojny 

nieznajomy, a do tego prowadził na smyczy 

ukochanego psa ich nauczycielki, wszyscy za­
milkli. 

- Kto to? - zapytał Jeremy. 
- Skąd ma Teda? - dodał Dustin. 

Stephen bacznie go obserwował, a Clare wyma­

mrotała pod nosem: 

- Nie wiem, kim jest, ale biorę go. 
Martha szybko przedstawiła jej gościa: 
- To jest Theo Savas, mój... znajomy. Zatrzy­

mał się przejazdem. 

- Tak? - zapytał Austin, nie ukrywając niedo­

wierzania. - Przyjechał w środku zamieci? A niby 
dokąd jedzie? 

- Nieważne - powiedziała, po czym klasnęła 

w dłonie. - Zabieramy się do pracy. Nie mamy 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 1 9 

dużo czasu. Dustin, trochę popracowałam nad two­

ją częścią, ale resztę musisz skończyć. Dzięki 

- skierowała wzrok ku Theo. 

- Nie ma sprawy - odparł. 
Jeremy i Dustin zaczęli rzucać w siebie pa­

pierem. 

- To twoi grafficiarze? - zapytał. 
- Są bardzo utalentowani - odpowiedziała Ma­

rtha. - Wymagają tylko nieco dyscypliny. 

- Hej - Theo zwrócił się do Dustina. - To ty 

malujesz ten portret weselny? 

- Tak, a bo co? 
- A ty te kopalnie? - Spojrzał na Jeremy'ego. 
- A ma pan jakiś problem? 
- Nie, murale są świetne, tylko trochę martwię 

się o waszą panią, która siedzi na tych rusztowa­

niach. 

- Chwileczkę! - zaprotestowała Martha. 

Jednak Theo nie zwrócił na nią uwagi. 

- Nie powinna tam być bez zabezpieczenia. Jej 

poczucie równowagi trochę się zmieniło, jeśli wie­
cie, o co mi chodzi. 

- Nic mi nie będzie - denerwowała się Martha. 

- Wiem, co robię! 

- Też o tym pomyślałem - powiedział Jeremy. 
- Ale powiedz to pani - dodał Dustin. - Nic jej 

nie zmusi, żeby zeszła. 

- Chce zdążyć przed przedstawieniem - Clare 

stanęła w obronie Marthy. 

background image

1 2 0 ANNE MCALLISTER 

- A co jeszcze trzeba zrobić? 
Każdy powiedział, co mu zostało. Nikt nie 

chciał, by Martha skakała na wysokości. Co dzi­
wne, oferowali sobie wzajemnie pomoc, co nie­
często się zdarza. 

- Cieszę się, że wszyscy chcecie pracować. 

Doceniam to - powiedziała Martha. - Ale napraw­
dę nie musicie się o mnie martwić. 

- Musimy - wtrącił ostro Theo. - I cieszę się, 

że dzieciaki to zauważyły. - Wszyscy odwrócili się 
w jego stronę. 

- A pan... ma jakieś, no., konkretne zamiary? 

- zapytał Dustin. 

- Bardzo konkretne. 
- Wobec pani Antonides? - dociekał Stephen. 
Martha błagała w duchu, żeby Theo nic nie 

powiedział. 

- Tak. - Theo spojrzał wprost na jej brzuch. 

- To moje dziecko. 

Stephen podrapał się po głowie, Jeremy nie 

był pewien, czy mu wierzyć. Dustin się napiął 
i zapytał: 

- To dlaczego dopiero teraz się pan pojawia? 

Theo był trochę zdziwiony pytaniem. Jednak 

zamiast pouczać młodziaka o niewtrącaniu nosa 
w nie swoje sprawy odpowiedział: 

- Nie wiedziałem o nim. Byłem w Grecji. Mar­

tha... Pani Antonides była tutaj. Widziałem ją 

dopiero parę tygodni temu na weselu. Wtedy się 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 2 1 

dowiedziałem. Zanim tu przyjechałem, musiałem 

uporządkować swoje życie. 

Zanim Martha mogła cokolwiek powiedzieć, 

wszyscy odwrócili się w jej kierunku, a Dustin 
zapytał: 

- Nic pani mu nie powiedziała? 
- No... Był w Grecji a ja nie wiedziałam, gdzie 

go szukać - starała się znaleźć właściwe usprawie­
dliwienie. 

- W Grecji nie ma poczty? - nalegał Stephen. 
- Telefonu? - dodał Jeremy. 
- To ma być odpowiedzialne zachowanie? 

- Dustin skrzywił twarz. 

- Na litość boską! To nie wasza sprawa! - Mar­

tha chciała ich wszystkich udusić. - Tylko między 
mną a Theo... panem Savasem. Nie powinien był 
zaczynać tematu. 

- Ale jeśli to jego dziecko, to ma prawo się 

martwić - powiedział Jeremy. 

- I być tutaj - dodał Dustin, po czym równie 

skrzywiony jak przed chwilą zapytał Theo: - Ma 

pan zamiar tu zostać? 

- Tak - odparł Theo, a w tym samym czasie 

Martha krzyknęła: 

- Nie! 

Czwórka nastolatków spojrzała na siebie 

z uśmiechem, po czym Jeremy, pokazując kciuk, 
stwierdził: 

- Zapowiada się bardzo ciekawy spektakl. 

background image

122 ANNE MCALLISTER 

Martha doskonale wiedziała, że nie ma szans 

w dyskusji z pięciorgiem osób, z których czworo 
miało być po jej stronie! Postanowiła nic nie 
mówić. Jej uczniowie nie powinni się wtrącać. 
A Theo i tak niedługo wyjedzie. Była tego pewna. 

Tylko że Theo chyba nie miał zamiaru nigdzie 

jechać. Pomagał chłopcom ustawiać rzutnik, 

z którego wyświetlane były zdjęcia według ich 
wskazówek. Tych samych ona udzielała wcześ­
niej im. 

- Niech się pani nie denerwuje - szepnęła 

Clare, przypatrując się malującej Marcie, która 

próbowała powstrzymać złość. - Oni chcą dobrze. 

- Hm. - Na nic więcej nie było Marthy stać. 
- On na pewno chce dobrze - kontynuowała 

Clare, najwyraźniej mówiąc o Theo. - Jest na­

prawdę ładny. 

Martha dalej nakładała farbę. Clare odwróciła 

się, by obserwować, jak Theo lekko przemieszcza 
się po rusztowaniu. 

Zbliżała się szósta, gdy skończyli. Co dziwne, 

żadne z dzieciaków nie ścigało się do drzwi, jak to 
zwykle bywało. Theo rozmawiał z Dustinem o ło­

dziach, a Jeremy i Stephen przysłuchiwali się im. 
Jednak cały czas pracowali. 

- Zbieramy się - powiedziała Martha piąty raz. 

- Jestem pod wrażeniem. Dobrze się dziś spisaliś­

cie. Ale nie przesadzajcie. Zachowajcie trochę 
entuzjazmu na jutro. Kończymy. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 2 3 

Uczniowie w końcu odłożyli pędzle i niechętnie 

zeszli na dół. 

- Wybieramy się na pizzę - powiedział Jere­

my. - Pójdą państwo z nami? 

Ona i Theo. Dziwne, że mimo dobrych ukła­

dów, jakie miała ze swoimi pomocnikami, nigdy 
wcześniej nie zaprosili jej na pizzę po malo­
waniu. 

- On pewnie pójdzie. - Martha kiwnęła głową 

w stronę Theo rozmawiającego z Dustinem. - Ja 

jestem zmęczona. Pójdę do domu się położyć, Ale 

dziękuję. 

- Nie ma sprawy - odparł Jeremy, po czym 

podbiegł do Theo. Zauważyła tylko, że ten po­

kręcił głową, ale powiedział też coś, co rozbawiło 
chłopców. Potem przybili piątki. 

- To do jutra! - krzyknął Jeremy, wychodząc. 
Zostali tylko ona i on. I Ted, na szczęście. 
- Idziemy? - zapytał Theo. 
- Idę do domu. Sama. 
- Odprowadzę cię. 
- Nie. 
- Mogę cię śledzić. 
Jest do tego zdolny, pomyślała. 
- Jak chcesz - odparła. 
Przypięła Tedowi smycz, włożyła kurtkę, szalik 

i rękawiczki, po czym zeszła po schodach. Theo 
otworzył jej drzwi i odebrał łopatę. 

- Potrzebuję jej! 

background image

124 

ANNE MCALLISTER 

- Podwiozę cię. 
- Nie musisz... 
- Daj spokój, Martho. Jeśli się nie zgodzisz, 

wrzucę cię do samochodu silą. 

Spojrzała na niego. Był ucieleśnieniem spokoju 

i cierpliwości. Zwróciła się do Teda: 

- Bierz go! 

Theo uśmiechnął się tylko. 

- Nic mi nie zrobi. Rozumiemy się. 
Martha przymrużyła oczy. 
- Jak to? Wcześniej się go bałeś. 
- Nie bałem się. Musiałem go poznać. 

- Uśmiechnął się szeroko. 

Mrugnął, wyjmując z kieszeni kurtki torebkę 

psich przysmaków. Ted zaszczekał radośnie. 

- Chodźmy - zaśmiał się, po czym przekopał 

dróżkę do samochodu. 

Otworzył drzwi i zaprosił ich do środka. Gdy 

sam wsiadł, odwrócił się i zapytał: 

- Dokąd jedziemy? 
Martha odpowiedziała niechętnie i opisała 

drogę do swojego domu. Przejechali przez po­
kryte śniegiem miasto na tle odległych białych 
gór. 

- To ten dom na rogu. 

Martha wskazała trzypiętrowy wiktoriański 

dom. Jej mieszkanie znajdowało się na drugim 

piętrze. Było małe, ale przytulne z dwoma sypial­
niami, salonem i kuchnią. Widok z okna wychodził 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 2 5 

na miasto i dekoracje świąteczne zawieszone nad 
ulicami. 

- Ładnie tu. Przytulnie - powiedział Theo 

wbrew jej oczekiwaniom. 

- Co zjesz na kolację? - zapytał, wchodząc 

za nią. 

- To, co mi zostało z wczoraj. Zupa, tuńczyk. 

Wystarczy tylko dla mnie, przykro mi. - Jednak jej 
mina nie robiła takiego wrażenia. 

Theo zignorował ją. 

- Co my tu mamy... - Zdjął kurtkę i zaczął 

przeszukiwać kuchenne szafki. 

Martha nie miała już siły protestować. Powie­

działa tylko: 

- Proszę bardzo, życzę szczęścia. 
Zdjęła z siebie zimowy strój, powiesiła na kalo­

ryferze, po czym udała się na spoczynek w fotelu. 
Zamknęła oczy. 

Parę minut później otworzyła je gwałtownie, 

gdy poczuła, jak ktoś unosi jej stopy i kładzie 
na podnóżku. 

- Nie bój się - łagodnie powiedział Theo. 
Znów zamknęła oczy. Nie bądź miła, pomyś­

lała, trudniej będzie ci się przeciwstawić. 

Pochylił się nad nią i musnął wargami jej włosy. 
Niech cię szlag, Theo! 
Zacisnęła pięści. Nienawidziła go za przypo­

mnienie jej tego, czego już nie mogła mieć. 

Co gorsza, jej pies obronny nawet nie warknął, 

background image

1 2 6 ANNE MCALLISTER 

by ostrzec o zbliżającym się niebezpieczeństwie. 

Leżał na podłodze i obserwował poczynania Theo, 

który rozmrażał mięso w mikrofalówce, otwierał 

puszki i szukał przypraw. Na Santorini nigdy nie 

gotował. Uważał, że to może wysyłać mylne su­

gestie. 

Wyglądał bardzo kusząco. Martha starała się 

nie patrzeć. Chwyciła książkę o rozwoju dziecka, 

którą wypożyczyła z biblioteki, jednak jej uwagę 

przykuwał szczupły brunet w kuchni. 

- Jedzmy - powiedział w końcu. 

Danie było proste. Spaghetti z mięsem i grzyba­

mi, z sałatką. Wszystkie składniki znajdowały się 

w domu. 

Martha postanowiła zjeść i nabrać siły na poty­

czkę, po której miała nadzieję odesłać go do domu. 

Jadła bez słowa. Theo natomiast cały czas opo­

wiadał jej o łodzi, którą kupił w Newport, kiedy ją 

opuścił. 

- Spodobałaby ci się. 

Nie odpowiedziała. 

Zaczął mówić też o wyścigach, w których brał 

udział. 

Nie reagowała. Nie powiedziała też nic, kiedy 

opowiadał o Nowej Zelandii. 

- Spodobałaby ci się. 

- Tu mi się podoba - odparła stanowczo. 

Theo nawet nie starał się jej przekonać. 

- Jeszcze? - zapytał, kiedy skończyła. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

127 

- Nie, dziękuję. Było... bardzo dobre - powie­

działa szczerze. 

Niech wie, że mówi, co myśli. 
Wstała, by wynieść naczynia, jednak Theo po­

derwał się i zabrał je z jej rąk. 

- Ty gotowałeś, ja pozmywam. - Zregenero­

wała siły po kolacji. Była gotowa stoczyć bitwę. 

Theo wzruszył ramionami. 

- W porządku. Wyprowadzę Teda. 
Martha niemal upuściła talerze. 
- Musi wyjść, prawda? 
- Tak, ale... 
- Nie możesz wychodzić w taką pogodę, Mar-

tho. 

- Więc przygwoźdź mnie do ziemi dla pewno­

ści - odburknęła. 

- To dobry pomysł - powiedział z uśmiechem 

Theo. 

- Nie. 
Zaśmiał się i chwycił kurtkę. Przekupiwszy 

Teda smakołykiem, założył mu smycz i wyszli. 

Gdy została sama, starała się dojść do siebie. 
Jak wrócą, odbierze Theo smycz na progu 

i podziękuje za troskę. Powie też, że będzie 

miał pełną swobodę w utrzymywaniu kontaktów 
z synem. 

Dokładnie przećwiczyła sobie w głowię tę roz­

mowę. Sprzątnęła ze stołu i pozmywała. Po chwili 
usłyszała kroki na schodach. 

background image

1 2 8 ANNE MCALLISTER 

Gdy weszli, nie mogła powstrzymać uśmiechu. 

I Theo, i Ted byli niemal od stóp do głów w śniegu. 
Wyglądali uroczo. 

Była tak ujęta widokiem, że drzwi zamknęły się, 

zanim zdążyła wyjąć mu z ręki smycz. 

- Dobrze się bawiliście? - zapytała grzecznie. 

Theo z uśmiechem na twarzy odparł: 

- Nie najgorzej. Były trudne momenty, ale 

docieramy się, prawda, Teddy, druhu? 

Teddy? Druhu? 

- Wabi się Ted - zauważyła oschle. - Nie mu­

sicie się docierać. 

- Pewnie, że tak - stwierdził Theo, strzepując 

z kurtki śnieg. 

- Nie zdejmuj kurtki. 
- Dlaczego? Coś się stało? - zapytał z paniką 

w głosie. - Chyba nie rodzisz? 

- Oczywiście, że nie. Chcę ci tylko oszczędzić 

kłopotu, skoro i tak zaraz ją włożysz i wyjdziesz. 

- Nigdzie nie idę - powiedział, jakby było to 

oczywiste. 

Zdjął kurtkę, powiesił ją na krześle. 
Martha chwyciła ją i cisnęła w jego stronę. 
- Co znaczy: nie wyjdę? Wyjdziesz i to zaraz! 
Theo pokręcił głową, usiadł na podnóżku i za­

czął zdejmować buty. 

- Nigdzie nie idę. Przykro mi. Zostaję. 
- Nie możesz! Nie pozwoliłam ci! - Machała 

w jego stronę kurtką niczym czerwoną płachtą. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 2 9 

Theo jedynie uniósł głowę i uśmiechnął się 

szyderczo. 

- Czyż to nie zabawne, że na Santorini odbyliś­

my podobną rozmowę? 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

- Nie możesz tego zrobić! - Martha była prze­

rażona. 

- Ty postąpiłaś tak samo. - Theo wzruszył 

ramionami. 

- To było co innego! 

Theo delektował się chwilą. 

- Nie miałaś się gdzie zatrzymać i nie przy­

jmowałaś odmowy. Ja też. 

- Ale ja cię tu nie chcę! 

- Czułem się podobnie. Ale z tego co pamię­

tam i tak zrobiłaś, co chciałaś. Skończyło się 

chyba dobrze. Teraz też możemy się kochać 

- dodał. 

- Nic z tego! 

- Na to wygląda - odparł z wymuszonym spo­

kojem. - Ale nie pozbędziesz się mnie. Wyjdziesz 

za mnie. Nie po to przejechałem taki kawał drogi, 

żeby teraz wracać, bo ty jesteś uparta jak osioł. 

- Ja uparta? To ty nie dajesz za wygraną! To ty 

się nie poddajesz! I nie wyjdę za ciebie! 

Theo nie oponował, tylko pozwolił jej się wy­

krzyczeć. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 3 1 

- Straszysz Teda - zauważył, kiedy Martha 

krążyła po pokoju w furii. 

- Nie bałby się, gdyby cię tu nie było! 
- Martwi się o ciebie - spokojnie powiedział 

Theo. - Zaniedbujesz go. 

- To absolutne kłamstwo! 
- A wyprowadziłabyś go dziś wieczorem? 
- Oczywiście. 
- Więc prawdopodobnie wywinęłabyś orła na 

lodzie jak ja. 

Zamarła. 

- Przewróciłeś się? 

Theo wzruszył ramionami. 
Wylądował na pośladkach. Nic się nie stało. 
- Nic wielkiego. Nie zmienia to faktu, że to ty 

mogłaś się przewrócić. A Ted pewnie nie wniósłby 

cię z powrotem na górę. 

- Dałabym sobie radę. - Odrzuciła jego troskę. 

- Poza tym wiem, gdzie na chodniku leży lód. 

- Niesamowity masz wzrok. Ciekawe, jak 

przenika przez dwadzieścia centymetrów śniegu? 

Czemu się ze mną kłócisz, Martho? Nie chcę cię 
skrzywdzić. Chcę dla ciebie jak najlepiej! 

Założyła ręce na piersi. 

- I chcesz się ze mną ożenić. 
- A cóż w tym złego? Nosisz moje dziecko! 

Nie odwrócę się od mojego dziecka! 

Zacisnęła szczęki i przymrużyła oczy. 

- Nie wyjdę za mąż bez miłości, wiesz o tym. 

skan i przerobienie anula43

background image

132 ANNE MCALLISTER 

Przecież go nie kochała. Już ten temat przerobił. 

Ożenił się z miłości z dwudziestokilkuletnią Jill. 
Po pewnym czasie rzuciła go i jego wielkie 
uczucie. 

- Miłość jest przereklamowana - stwierdził. 
Wymienili ogniste spojrzenia. 
W pewnym momencie Martha stwierdziła: 
- Jak uważasz. - Odwróciła się. - Idę spać. 

Jutro zakończą potyczkę. Theo był gotowy na 

długą bitwę. 

- Gdzie mam spać? 
- Na pewno nie ze mną! - rzuciła przez ramię, 

kierując się w stronę sypialni. - Śpij na kanapie. 

- A druga sypialnia? 
Zobaczył ją, gdy przygotowywał kolację. Miał 

to być pokój dziecięcy. Stała już tam kołyska, 
łóżko też. 

Przez chwilę Martha nie odpowiadała. 
- W porządku. Na tę jedną noc. Potem wyje­

dziesz. Nie martw się, nie oczekuję od ciebie 
niczego. Nigdy cię o nic nie poproszę. 

- Nic nie rozumiesz - odparł ze spokojem, choć 

w środku płonął. - Ja tu zostaję. Dziś, jutro, tak 

długo, aż za mnie wyjdziesz. 

Podeszła do niego tak blisko, że dzieliły ich 

tylko centymetry. 

Jej twarz była bez wyrazu. 

- Idź spać - powiedziała. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 3 3 

Martha miała nadzieję, że Theo w końcu da za 

wygraną. Co żeglarz może robić w Montanie? 
Zadawała sobie to pytanie dzień po dniu, a Theo 
nie wyjeżdżał. 

Co rano wstawał przed nią, wyprowadzał psa, 

robił jej śniadanie, do którego zjedzenia ją niemal 
zmuszał z dużą satysfakcją. Uparł się, że będzie ją 
wozić do szkoły i z powrotem. Nawet zamontował 
barierki na rusztowaniu, bo wiedział, że i tak 
będzie po nim chodzić. 

Nawet jej uczniowie zaczęli skakać wokół niej. 

Nie protestowała. Czuła, że jest coraz słabsza, więc 
posłusznie wykonywała polecenia Theo. Te barie­
rki to nawet całkiem dobry pomysł, pomyślała, 
choć nigdy tego na głos nie mówiła. 

Theo w jej uczniach miał sojuszników. To jego 

zaczęli słuchać, nie jej. Tak naprawdę sprzyjało 
mu coraz więcej osób. 

Sadie, asystentka Spencera, twierdziła, że jest 

po prostu boski. Pauline, Grace i Lucille, osiem-

dziesięcioparoletnie mieszkanki Butte, trzepotały 
na jego widok rzęsami. Clare, gdy tylko dowie­
działa się z Internetu o jego tytule najseksowniej-
szego żeglarza, sprowadziła kilkanaście nowych 

pomocnic do pracy przy muralu. 

Martha była mu wdzięczna za pomoc. 
Cholerny Theo. 
Z każdym dniem, przy całej determinacji, by mu 

się oprzeć, wiedziała, że nadal go kocha. Chciała, 

background image

134 ANNE MCALLISTER 

by i on ją pokochał. Theo co dzień jej gotował, co 
dzień wyprowadzał Teda na spacer, jednak dwa 
magiczne słowa nie padły z jego ust. 

Theo starał się ją zrozumieć. Poznał wszystkich 

jej znajomych, co więcej, nawet ich polubił. Zresz­

tą oni go chyba też. 

Gotował, wyprowadzał jej psa, odśnieżał chod­

nik. Jednak Martha była nieugięta. To nie miało 

sensu. Czy wydawało jej się, że ją opuści i pozwoli 
samej wychowywać dziecko? 

Czy tak miał postąpić? 
Oczywiście, że nie. 

Jednak przekonanie o tym Marthy było trudniej­

sze, niż zakładał. Pewnie by mu się udało, gdyby 
zaciągnął ją do łóżka. Tak, z pewnością. 

Problem w tym, że Martha nie miała najmniej­

szego zamiaru tego zrobić. 

Czyżby dlatego, że była w ciąży? Czy kobiety 

w ciąży nie lubią się kochać? 

Mural został skończony w samą porę. Tego 

wieczoru przyjechała trupa teatralna. 

Przez ostatnie parę dni teatr wyglądał jak mro­

wisko. Ustawianie krzeseł, oświetlenia, przygoto­
wanie galerii na dole. Dziesiątki osób biegały w tę 
i z powrotem. 

Jednak wszyscy goście, gdy tylko wejdą, jako 

pierwszy zobaczą murał. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORIN1 

135 

Theo miał być swoistą atrakcją wieczoru. Nie 

miał jakiegoś specjalnego zadania. Po prostu się 
wprosił. Dzięki niemu bilety sprzedawały się jak 
gorące bułeczki. Matki uczniów, Grace, Lucille 
i ich znajome z domu opieki, wszyscy chcieli 
zobaczyć jej przyjaciela. 

Gdy rano zadzwonił telefon, nie miała pojęcia, 

kto w mieście do niej jeszcze nie dzwonił. To był 
Spencer. 

- Podwiózłbym cię, ale słyszałem, że już się 

z kimś umówiłaś. 

- Nie umówiłam się. To Theo - powiedziała 

przez zęby. 

- Sadie mi wspomniała. Jak się sprawa roz­

wija? - zapytał bez większej ciekawości. 

- Chce się ze mną ożenić. 
- Mówimy o tym samym facecie, przez którego 

płakałaś, wracając do Stanów? - przypomniał jej. 

- Płakałam, bo chciałam, by kochał mnie tak 

jak ja jego. Ale Theo mnie nie kocha. Ożeniłbyś się 

z kimś bez miłości? 

- Pewnie - odparł bez wahania. - Z rozsądku. 
Martha odłożyła słuchawkę. Wszyscy mężczy­

źni są tacy sami, pomyślała. 

W tym samym momencie otworzyły się drzwi 

i z porannego spaceru wrócili Theo i Ted. Znowu 
obsypani śniegiem. 

Theo był tak przystojny, że ledwie mogła mu się 

oprzeć. 

background image

1 3 6 ANNE MCALLISTER 

— Witaj, piękna - powiedział, patrząc na nią tak 

jak to miał w zwyczaju na Santorini, zanim chwy­

tał ją w ramiona. 

Teraz stał przed nią uśmiechnięty, przystojny 

i grzeczny. Wcale nie zakochany. 

To przez niego cierpiała. 
- Nie jestem piękna i dobrze o tym wiesz! 

- wykrzyknęła i odwróciwszy się, pobiegła do 
pokoju. 

Trzasnęła drzwiami. 

Theo zdawał sobie sprawę z tego, że Marthą 

rządzą hormony. Dowiedział się tego z jej książek 
o macierzyństwie. Wszelkie próby przekonania 

jej do swojego zdania były skazane na niepo­

wodzenie, ponieważ krzyczała, płakała lub trza­

skała drzwiami. 

Zostało mu tylko przytakiwać i niezależnie od 

tego postępować po swojemu, czyli dbać i trosz­
czyć się o nią. 

Gdy dojechali do teatru w dniu przedstawienia, 

sala była niemal pełna. Theo uspokajał ją w domu 

przed wyjściem i doprowadził do teatru mimo jej 

zapewnień, że sobie poradzi. Kiedy tylko zajęli 
miejsca, światła zgasły. 

Ludzie byli zachwyceni sztuką. Być może słu­

sznie. Trudno było mu to ocenić. Nie mógł się 
skupić. 

Liczyła się tylko Martha. W trakcie występu 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 3 7 

położył rękę na oparciu jej fotela i dłonią objął 
ramię. Gdyby tylko jej wzrok zabijał, leżałby 
trupem. 

Theo jednak nie zabrał ręki do końca spektaklu 

i owacji. 

Gdy brawa umilkły, Theo i Martha zostali oto­

czeni. Pojawili się nawet Dustin i Jeremy z ma­
mami. 

- Przyszła pani podziwiać mural? - Theo zapy­

tał mamę Austina, chcąc zwrócić uwagę na pracę, 

jaką włożyła Martha w naukę jej syna. 

- Tak - odparła, nie patrząc nawet w stronę 

obrazu. - Chciałam też spotkać pana. - Uśmiech­
nęła się. - Zobaczyć, czy jest pan odpowiedni dla 
pani Marthy. 

- Raczej tak! - wtrąciła Grace Tredinnick, sto­

jąc na czele zastępu tuzina starszych mieszkanek 

Butte. - To jest mężczyzna, o którym wam mówi­
łam. To on uszczęśliwi naszą Marthę. 

- Czyżby? - badawczo spoglądały na Theo. 

Po chwili odpowiadał na pytania o swoje po­

chodzenie, zawód i zainteresowania. 

W pewnym momencie Theo stracił Marthę 

z oczu. Po chwili dostrzegł ją po drugiej stronie 
sali, na której znajdowało się czterysta osób. 

Uśmiechnął się do siebie, gdy dostrzegł, że 

Martha rozmawia ze Spencerem Tyackiem i innym 
mężczyzną ubranym w beżowe spodnie i skórzaną 
kurtkę. 

background image

138 

ANNE MCALLISTER 

Spencer nie wyglądał na faceta, dla którego 

Martha przemierzyła pół Ameryki. 

Nagle, w toku rozmowy, mężczyzna w skórze 

objął Marthę. 

Theo grzecznie przerwał Grace w pół słowa 

i rozpoczął przepychankę w tłumie, by dotrzeć na 
drugą stronę sali. Martha znowu zniknęła mu 
z oczu. 

- Hej, Theo! - zawołał Dustin, pojawiając się 

z boku. 

Theo odwrócił się, ale nadal wzrokiem przemie­

rzał pomieszczenie. 

- Cześć. Nie widziałeś gdzieś Mar... to jest pani 

Antonides? 

- Właśnie chciałem ci powiedzieć, że siedzi na 

korytarzu na ławce. Może chciałbyś... 

Theo nie dał mu skończyć. 

- Tak, dzięki - powiedział i zaczął z powrotem 

przepychać się w drugą stronę. 

Martha rzeczywiście siedziała na korytarzu. 
Dookoła kręciły się dziesiątki ludzi, jednak nikt 

już nie rozmawiał z Marthą. 

Oparła głowę o ścianę i zamknęła oczy. 

- Hej - powiedział na tyle głośno, by usłyszała 

go w zgiełku. 

Otworzyła oczy. 

- O, cześć. Przepraszam. - Wyprostowała się. 
- Wszystko w porządku? 
Przytaknęła. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 3 9 

- Tylko trochę bolą mnie stopy. Nie powinnam 

była wkładać butów na wysokich obcasach. 

- Nie ruszaj się. Idę po płaszcz. 
- Naprawdę nic mi nie jest. 
- Jasne. 
Według wcześniejszych założeń nie dyskuto­

wał. Poszedł do szatni, odebrał płaszcze i wrócił. 

Martha siedziała w tej samej pozycji. 
- Chodź, jedziemy do domu. 
- Ale... 
Złapał ją za rękę i pomógł wstać. Włożył jej 

kurtkę jak dziecku, co w jej obecnym stanie nie 
było dalekie od prawdy. Trzymając się pod rękę, 
powoli ruszyli ku schodom. 

Theo spojrzał na jej buty. 

- Zdejmij je. 
- Słucham? 
Theo ukląkł i delikatnie zsunął buty z jej nóg. 
- Jak teraz wyjdę na dwór? Moje nogi są tak 

opuchnięte, że buty już nie wejdą. 

- Damy sobie radę - odparł, wkładając jej 

pantofle do kieszeni kurtki. 

Gdy tylko doszli do drzwi, Theo wziął ją na 

ręce. 

- Rozglądaj się, czy przed nami nie ma lodu, 

żebyśmy nie upadli - polecił i ruszył w stronę 

samochodu zaparkowanego przecznicę dalej. 

Martha najwyraźniej wolała teraz współpraco­

wać, niż się sprzeciwiać. Trzymała go kurczowo za 

background image

140 

ANNE MCALLISTER 

ramię, rozglądając się czujnie. Theo w tym czasie 
napawał się widokiem jej rozwianych na twarzy 
włosów. 

Gdy doszli do samochodu, wydawało się, że 

oboje są nieco rozczarowani. 

- Dzięki. 
- Cala przyjemność po mojej stronie - odparł 

Theo. 

Gdy dojechali do domu, wniósł ją jedynie po 

schodach, ponieważ Martha z uporem nalegała, że 

resztę drogi przejdzie sama. 

- Usiądź - polecił jej, gdy weszli w końcu do 

mieszkania. 

- Trzeba wyprowadzić Teda - powiedziała. 
- Później. - Theo zdjął kurtkę, po czym przy­

siadł obok niej i położył sobie jej stopy na kolanach. 

- Co robisz? 
- Masuję ci stopy. Powinienem przyłożyć do 

nich lód. 

- To może powinnam była iść sama. 
- Wyglądają strasznie. Czemu nic nie powie­

działaś...? 

- Nie jest tak źle. Może nie powinnam była 

wkładać tych butów, ale chciałam wyglądać... 
dobrze. 

- Wyglądałaś pięknie! Ale teraz musisz za to 

płacić. - Przytrzymał jej rękę próbującą go ode­
pchnąć i kontynuował masaż. - Trochę lepiej? 
- zapytał z satysfakcją. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 4 1 

- Owszem - odparła obojętnie. - Bardzo mi­

lo, ale jeśli chcesz pomóc, to Ted musi iść na 
spacer. 

Spojrzał na nią i spochmurniał. 

Na Santorini była niczym otwarta księga. Teraz 

nie wiedział nic. 

Gdy nie udało mu się nic wyczytać z jej oczu, 

wstał. 

Spojrzał na psa. 

- Chodź, Ted. Martha już nas tu nie chce. 
Nie wiedział, jak bardzo się myli. 

Pół godziny później Martha obudziła się w jego 

ramionach. Niósł ją do sypialni. 

Delikatnie położył ją na łóżku, dotykał i głaskał. 
Kochał ją. Tak, to było jak miłość. 
Theo ukląkł przy łóżku i uniósł jej sukienkę. 
- Podnieś ręce. 
Posłusznie podniosła je i poczuła, jak sukienka 

delikatnie zsuwa się przez głowę. 

Poczuła lekki chłód i spojrzała na Theo. 
- Nie tego się spodziewałeś? - zapytała, wy­

czuwając jego zaskoczenie zmianami, jakie zaszły 
w jej ciele od ich ostatniego intymnego zbliżenia. 

- Jesteś piękna - powiedział, nie spuszczając 

z niej wzroku. 

- To nie czas dzikiego seksu, Theo - odparła 

nonszalancko. 

- Wiem. - Oderwał od niej wzrok, zobaczył jej 

background image

142 

ANNE MCALLISTER 

koszulę nocną i podał jej, pytając: - Pomasowac ci 
plecy? Poczujesz się lepiej. 

Martha zmrużyła oczy. 

- Tylko masaż? 
- Przysięgam - obiecał, trzymając rękę na 

sercu. 

Jak mogła odmówić, skoro sama bardzo tego 

chciała. 

- Dobrze. 
Uśmiechnął się szeroko. W jednej chwili zdjął 

z siebie sweter, koszulę i spodnie. 

- Theo! Powiedziałeś, że to tylko masaż! 
- Jak najbardziej - zapewnił i wślizgnął się pod 

kołdrę. 

- Theo! - próbowała jeszcze protestować. 
Jednak jego palce już wędrowały wzdłuż kręgo­

słupa, łopatek i żeber. Po chwili rytmicznie maso­

wały obolałe mięśnie pleców. 

To było cudowne... 
Martha powoli się odprężała. Po chwili zasnęła. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Theo był dziesięć, piętnaście minut za wcześ­

nie. Czekał przed szkołą w samochodzie. Ze zde­
nerwowania stukał palcami w kierownicę. 

Zawsze tak się czuł przed regatami. Miał ze 

sobą w kopercie akt urodzenia, wyrok rozwodowy 
i pieniądze. 

W Montanie nie ma okresu oczekiwania. Jak 

tylko wydana jest zgoda, można przeprowadzić 

ceremonię. Theo umówił się już z sędzią. 

Musieli tylko wstąpić do mieszkania po akt 

urodzenia Marthy, pojechać do sądu, odebrać po­
zwolenie, wypowiedzieć przysięgę i po sprawie. 

W końcu wyszła. 
Wyskoczył jej naprzeciw, odebrał torbę i do­

prowadził do samochodu. Nie sprzeciwiała się. 
Pozwalała mu troszczyć się o nią. 

Uśmiechnął się do siebie, wioząc ją w kierunku 

domu. 

- To dziwne uczucie nie musieć malować - po­

wiedziała, wspinając się po schodach. 

- Na pewno znajdziemy ci jakieś inne zajęcie 

- rzucił w jej kierunku kolejny uśmiech. 

background image

1 4 4 ANNE MCALLISTER 

Był teraz wyjątkowo cichy. 
- Idź po akt urodzenia - rzucił. 
Zatrzymała się. 
- Co? 

- Masz go chyba, prawda? 
- Tak, ale... 
- Świetnie. Weź go więc i jedziemy. - Spojrzał 

na zegarek. - Musimy tam być o drugiej. 

- Ale gdzie? - Poczuła, jak nogi się pod nią 

uginają. 

Usiadła na schodach. 
Theo zawahał się. Jednak z czarującym uśmie­

chem najseksowniejszego żeglarza świata odparł: 

- W sądzie. Żeby się pobrać. 
Jak dobrze, że siedziała. Jak to pięknie za­

brzmiało. Ale jednocześnie czegoś brakowało, jak­
by Theo przeskoczył parę pól do przodu. 

- Dlaczego? - zapytała po chwili. 
- Jak to: dlaczego? Na litość boską, dobrze 

wiesz dlaczego! 

- Ze względu na dziecko... 
- Tak, oczywiście. Dziecko też. Ale przede 

wszystkim dlatego, że stanowimy rodzinę! 

Nadal nie powiedział najważniejszego. Pokrę­

ciła głową. 

- Czy tobie w ogóle na mnie zależy? 

Theo spojrzał na nią. 

- Oczywiście, że tak! Gdyby tak nie było, nie 

przyjechałbym... - Przeczesał ręką włosy. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

145 

- Wiem, że zależy ci na dziecku. Ale... -zawa­

hała się na moment - co ze mną? 

Spojrzał na nią ponownie. 

- Oczywiście, że mi na tobie zależy. 
- Zależy. - Ale to nie miłość... 

Siedziała, zaciskając dłonie na kolanach. Nie 

wiedziała, czy zadać mu to pytanie, czy nie. 

- Rozumiem, Theo. Ale... czy ty mnie ko­

chasz? 

Zesztywniał. Zacisnął szczęki. 
- Przecież ci się oświadczyłem, prawda? 
Martha spuściła głowę. 

- Tak - powiedziała cicho. - Ale to nie jest' 

miłość, Theo... Nie tego chcę... 

Nie wiedział, co powiedzieć. 
- Kocham cię, Theo. Nie wiem, jak to się stało 

i kiedy. Chyba jeszcze na Santorini. Myślałam... 
miałam nadzieję - poprawiła się - że i ty mnie 
kochasz. Albo z czasem pokochasz... Najwyraź­

niej się myliłam... 

Theo nawet się nie poruszył. Mimo to Martha 

kontynuowała: 

- Nie mogłam uwierzyć, że mnie zostawiłeś. 

Czekałam i czekałam, myśląc, że wrócisz. Ale 

potem okazało się, że wszystko, co mówiłeś, było 
prawdą. - Zaczęła walczyć ze łzami, choć wie­
działa, że ich nie powstrzyma. - Wyświadczyłeś 
mi przysługę, pozwalając uświadomić sobie, że 
muszę dorosnąć i stanąć na własnych nogach. 

background image

1 4 6 ANNE MCALLISTER 

Osiągnęłam to z niewielką pomocą przyjaciół 

- uśmiechnęła się lekko. 

Wiedziała, że najgorsze już za nią. 

- Dzięki za propozycję. To bardzo miło z two­

jej strony. I nie martw się, poradzę sobie z tym, że 

mnie nie kochasz... 

- Martha... 
- Nic już nie mów. Nie mogę tego już ciąg­

nąć, Theo. Nie możesz już tu ze mną mieszkać. 
- Wstała, po czym mijając go, przeszła do sy­
pialni. Spakowała jego rzeczy i przekazała mu 
torbę. 

- Proszę. Idź już. 
Mijały sekundy, a on stał bez ruchu, patrząc na 

nią ciemnymi oczami. 

Nigdy nie zapomni tego spojrzenia. 
Po chwili skinął głową, chwycił torbę i wyszedł. 

Nawet na nią nie spojrzał. Zszedł po schodach 

i wsiadł do wypożyczonego samochodu. Między 
siedzeniami zobaczył kopertę. Zgniótł ją i cisnął 
za siebie. Chciał już tylko wyjechać. Miała rację, 
że sobie bez niego da radę. W końcu nie była tu 
sama. 

Gdy dojechał na lotnisko, w biurze wypożyczal­

ni samochodów zwrócił wóz, po czym poszedł 
kupić bilet. 

Zostawił Marthę na Santorini. Tym razem było 

tak samo, więc da sobie radę. 

Odebrał bilet i kartę pokładową. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 4 7 

- Proszę przejść przez kontrolę do hali odlo­

tów. Bramka będzie otwarta za pół godziny. 

Znajdował się na małym, regionalnym lotnisku. 

Wszyscy byli przyjaźni i rozmowni. Jednak Theo 
nie miał ochoty rozmawiać. Przeszedł przez kont­
rolę, odebrał drobne i włożył buty. 

- Zapraszamy ponownie! - usłyszał. 
Jednak nie zamierzał tu wracać. Poszedł w kie­

runku hali odlotów, gdzie zobaczył malowidło 
Marthy. Nigdy go wcześniej nie widział, jednak 
rozpoznał w nim jej artystyczną duszę. 

Fresk przedstawiał historię podróży. Widać 

na nim było ludzi na wieży Eiffla, Chińskim 
Murze i w Alpach. Inni przemierzali dżunglę 

amazońską. 

Po drugiej stronie hali widać było ośnieżonego 

Big Bena i Tower Bridge. Obok znajdowały się 
Machu Piechu i opera w Sydney. Wiele innych 
charakterystycznych miejsc i budowli widniało 
wokół całego pomieszczenia. 

Theo stał wpatrzony w dzieło. Gdy dotarł do 

obrazu Santorini, podszedł bliżej. 

Zawarła na nim każdy drobny szczegół. Wo­

dząc palcem wzdłuż linii domów, po chwili dotarł 
do swojego - jej - domu. 

Uchwyciła nawet czerwone kwiaty pnące się 

w górę muru i młodą, szczupłą kobietę stojącą przy 

oknie. Kobietę trzymającą na rękach dziecko. 

- Martha... - wyszeptał. 

background image

148 

ANNE MCALLISTER 

Wszyscy na obrazie byli szczęśliwi, tylko nie 

ona. Patrzyła przez okno tęsknym wzrokiem. Cze­
kałam, myśląc, że wrócisz. 

Przecież wrócił. Wrócił na Santorini. Zrozu­

miał już, że po nią. Nigdy jej tego nie powie­
dział. 

Wzrok kobiety skierowany był na morze. Na 

samotnego Theo w swojej żaglówce. 

Ból był coraz większy. Theo zrozumiał, że 

dość miał już samotności. Był już pewny swoich 
uczuć. 

Tylko czy znajdzie odwagę, by je wyrazić? 

Do Marthy powoli docierała świadomość tego, 

co zrobiła. Myślała, że będzie lepiej, gdy wszystko 
mu powie. Wprost. 

Jednak ciche kroki Theo schodzące po schodach 

i dźwięk zamykających się drzwi jedynie wzmogły 
gorycz. 

Próbowała się czymś zająć. 
Zabrała Teda na spacer, jednak on wolał space­

ry z Theo, energiczne i wesołe. 

- Lepiej nie będzie - powiedziała mu po po­

wrocie. - Theo wyjechał. Lepiej do tego przy­
wyknij. 

Mimo wielkiej niechęci jadła zupę. Dla dziecka. 
Przekupiła też Teda przysmakiem. Ona sama 

przynajmniej nie dała się kupić. 

Nagle zadzwonił telefon. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 4 9 

- Pani Antonides? Mówi sierżant Mallon. Pa­

mięta mnie pani? 

Oczywiście, że pamiętała, przecież wczoraj roz­

mawiali. Nie daj Boże Dustin albo Jeremy coś 
znowu wymyślili. 

- Chciałbym, żeby przyjechała pani do mnie na 

posterunek. 

- Już jadę! 
Dała Tedowi resztę zupy, po czym włożyła buty 

i kurtkę. 

Chciała chłopców zwymyślać za to, że musi 

przez nich narażać zdrowie. Ale choć przez chwilę 
nie będzie myślała o Theo. 

Wkrótce dotarła na miejsce. Przedstawiła się 

oficerowi dyżurnemu, który chwycił za telefon 
i gdzieś zadzwonił. 

Za chwilę zszedł sierżant Mallon. Uśmiechnął 

się niepewnie. 

- Dziękuję, że pani przyszła. 
- Oczywiście. Dziękuję za telefon. Nie wierzę, 

że znów coś zbroili. Myślałam, że wyprostowali 

swoje ścieżki... 

Sierżant zaprowadził ją do aresztu. 

- Mówi pani o Dustine i Jeremym? To nie 

o nich teraz chodzi. 

- Więc o kogo...? 

Policjant otworzył jedną z cel i wskazał na 

mężczyznę siedzącego przy ścianie po drugiej 

stronie pomieszczenia. 

background image

1 5 0 ANNE MCALLISTER 

- O tego pana. 
- Theo? - Martha nie mogła ukryć zdziwienia. 

Spojrzał na nią, poważny i blady. Nie uśmie­

chnął się. 

- Co się stało? Co ty tu...? 
- Zniszczył mienie publiczne - wtrącił sier­

żant. 

- Jak to zniszczył? 
- Tak jak inni. Farbą w sprayu. Proszę popat­

rzeć. - Otworzył drzwi i korytarzem zaprowadził 

ją do innego pomieszczenia z oknami. 

- Trudno tu cokolwiek w nocy zobaczyć, ale 

jak się wyjdzie na dwór lub zgasi światło, można 

zobaczyć bardzo wyraźnie. 

Rzeczywiście. Na ścianie budynku naprzeciw­

ko widniało nieudolne dwumetrowe graffiti: 
THEO KOCHA MARTHĘ. 

- Powiedział, że może pani zapłaci za niego 

kaucję. 

Martha nie mogła oderwać wzroku od napisu, 

nawet gdy łzy zaczęły spływać jej po policz­
kach. 

Po chwili oderwała się od szyby, pociągając 

nosem i ocierając łzy. 

- Może zapłacę. 

Theo bał się, że drzwi się już nie otworzą, że nie 

wróci. Jednak Martha pojawiła się znowu, tym ra­
zem uśmiechnięta, opuchnięta od płaczu. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI  1 5 1 

- Nie płacz. Nie chciałem, żebyś płakała. 
- Ale ja chcę płakać! - Podbiegła i rzuciła mu 

ręce na szyję. 

Theo objął ją mocno, pocałował i zanurzył 

twarz w jej włosach. Bardzo jej potrzebował. 

- Popłaczesz, jak wrócimy do domu. Chcę stąd 

iść. 

- Powinnam cię tu zostawić na noc - po­

wiedziała Martha, śmiejąc się i płacząc jedno­
cześnie. - Myślałam, że to Dustin i Jeremy. 
Chciałam ich zabić. Teraz mogę zabić ciebie. 

- Nie zrobisz tego - powiedział z pewnością. 

Objął ją, kiedy sierżant Mallon otworzył drzwi. 

- Może pan wyjść. Kontaktujemy się z właś­

cicielem. Jeżeli się zgodzi, wystarczy, że odmaluje 

pan ścianę. 

- Oczywiście - obiecał Theo. 
- No nie wiem - wtrąciła się Martha. - Może 

wolałabym, żeby to tam zostało. 

Theo skrzywił się. 

- Z drugiej strony... może nauczysz się mi to 

mówić. 

Theo musnął ustami jej wargi. 

- Może się nauczę. 

Nauczył się jeszcze tego wieczoru. Niełatwo 

mu to przyszło. Wyjaśnił jej sytuację z Jill. 

- Byłem młody. Miałem dziewiętnaście lat. 

Ona dwadzieścia siedem. Kochała się w kimś 

background image

1 5 2 ANNE MCALLISTER 

innym. Też był żeglarzem i nie chciał żadnych 
zobowiązań. Wypłynął na morze i miesiąc później 
znaleźli jego łódź. 

- O, Boże - wyszeptała Martha. 
Leżała obok niego, trzymając go blisko. Słucha­

jąc, zaczynała rozumieć go na nowo. 

- Wydawało mi się, że go zastąpię. A ona była 

samotna i myślała, że nam się uda. Może ten 
związek i tak był skazany na porażkę, ale w pew­

nym momencie on wrócił po nią i dowiedział się, 
że się pobraliśmy. 

- Nie zginął? 
- Nie. Przeżył. Przez sześć miesięcy starał się 

wrócić do Sydney, gotowy żyć z kobietą, którą 
zostawił. A ona nadal go kochała. 

- Pozwoliłeś jej odejść? 
- Cóż mogłem zrobić? Potem nie chciałem już 

się wiązać. Do chwili, kiedy ty się pojawiłaś. 
Sprawiłaś, że zacząłem pragnąć rzeczy, o jakich 
dawno nie myślałem. Nawet bardziej niż to było 

z Jill. To mnie przeraziło. Dlatego wyjechałem. 

Martha oparła głowę na dłoni i spojrzała na 

niego. 

- Dlatego wyjechałeś? 
- Nie chciałem się wiązać. Ale wróciłem. 
- Wróciłeś? Kiedy? 
- Parę dni przed twoim planowanym wyjaz­

dem. Chciałem cię... zaskoczyć. Zobaczyć. Nie 

wiem. 

background image

TYDZIEŃ NA SANTORINI 

153 

Po chwili milczenia zapytał: 

- A teraz za mnie wyjdziesz? 
- Wyjdę - obiecała. - Jesteś moją miłością 

i radością. 

Edward Martin Savas urodził się cztery tygo­

dnie później. 

- Ed i Ted - powiedział Theo radośnie. Tego 

dnia do szpitala przyszedł dość późno, przynosząc 
mnóstwo paczek. - Będą nierozłączni. 

'- Chcesz mu dać takie imię ze względu na psa? 

- Martha zaśmiała się. 

Uśmiechając się, Theo wzruszył ramionami 

i rzekł: 

- Przynajmniej Ted nie niszczy mienia pub­

licznego. No, w każdym razie nieczęsto. - Pochylił 
się i mocno ucałował żonę. - Mnie jest wszystko 

jedno. A ty jak uważasz? 

- Podoba mi się! Zdejmij kurtkę i zostań 

z nami. 

- Za chwilkę. Zobacz, co przyniosłem. 
Lucille i jej koleżanki zrobiły dziecku tuzin 

sweterków i uszyły kołderkę. Dustin, Jeremy i Cla­
re przysłali projekt obrazu, który chcieli namalo­
wać dziecku nad kołyską. 

Spencer pochwalił się tytułem własności do 

dziesięciu hektarów ziemi w Elk Park, a Ted 

podarował pudełko psich przysmaków. 

Oczywiście rodziny Antonidesów i Savasów 

background image

1 5 4 ANNE MCALLISTER 

przesyłały całusy i uściski, niebawem doślą pa­

czki. 

- Jest naszym błogosławieństwem - powie­

działa Martha, tuląc malucha. Jego obecność przy­

wróciła jej mężczyznę, którego kochała bardziej 

niż kogokolwiek na świecie. - Jesteśmy szczęśliwą 

rodziną - dodała, po czym przytuliła Theo. 

- O nas mówi - wyszeptał Theo. - Prawda, 

kolego? 

Dziecko cichutko westchnęło. 

KONIEC