background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

Autor: J. R. R. Tolkien
Tytul: Turambar i Foalóke

Z "NF" 9-10/96
     
   - Wszyscy zebrali się tu tłumnie, by posłuchać 
historii Turambara i Foalóke - powiedział Eltas - ulubionej 
legendy ludzi, mówiącej o dawnych dniach, jeszcze sprzed 
Bitwy o Tasarinan, kiedy to ludzie po raz pierwszy 
wkroczyli w ciemne kotliny Hisilóme. 
   Do dziś ludzie opowiadają sobie wiele podobnych 
historii, a jeszcze częściej czynili to w przeszłości, 
szczególnie w tych królestwach Północy, które niegdyś 
poznałem. Być moŜe wspomnę tu o innych wojownikach i o 
takich sprawach, które nie naleŜą do tej pradawnej 
legendy, ale to, co wam opowiem, jest prawdziwą i smutną 
historią, jaką usłyszałem na długo przedtem, zanim 
przemierzyłem Olóre Malle przed upadkiem Gondolinu. 
   W owych czasach mój lud zamieszkiwał w jednej z 
kotlin Hisilóme. Ziemię tę ludzie nazywali w swoich 
językach Aryadorem, choć oni sami osiedlili się z dala od 
wybrzeŜy Asgon. Ich siedziby mieściły się nie opodal 
szczytów Gór śelaznych i olbrzymich, pełnych wyniosłych 
drzew lasów. Mój ojciec powiadał, Ŝe wielu spośród naszych 
przodków na własne oczy widziało złe poczwary Melka, a 
niektórzy ugięli się nawet przed ich potęgą. PoniewaŜ zaś 
nasze plemię całym sercem nienawidziło owych stworzeń złego 
Valara, często powtarzaliśmy sobie opowieść o Turambarze i 
Foalóke, tyle Ŝe uŜywając raczej imion gnomijskich: Turumart 
i Fuithlug.  
   Wiedzcie więc, Ŝe przed Bitwą Rozpaczy oraz klęską 
Noldolian Ŝył tam władca ludzi imieniem Úrin, który na 
wezwanie gnomów, u boku Ilkorindów, wyruszył wraz ze swym 
ludem przeciwko Melkowi. śony i dzieci jego wojowników 
pozostały wszelako w leśnej krainie, wśród nich zaś była 
Mavwin, Ŝona Úrina. Razem z nią pozostał teŜ syn wodza, 
zbyt mały, by brać udział w walce. Imię tego chłopca we 
wszystkich językach brzmiało Turin, choć jego matkę 
Eldarowie zwali Mavoine. 
   Úrin i jego druŜyna nie uciekli z pola bitwy, tak jak 
uczyniła to większość ludzi, i wielu z nich zginęło, 
walcząc do ostatka. Sam Úrin dostał się do niewoli. 
Spośród Noldolian, którzy takŜe brali udział w bitwie, 
wszyscy zostali zabici, wzięci do niewoli lub teŜ uciekli 
- z jednym wszakŜe wyjątkiem, bowiem Turondo (Turgon), 
wraz ze swym oddziałem, zdołał wyrwać się z okrąŜenia. 
Jego ucieczka oznaczała, Ŝe Melk nie odniósł
całkowitego zwycięstwa, pragnął więc odkryć, dokąd 
podąŜyli uciekinierzy. Nie udało mu się to jednak - jego 
szpiedzy wrócili z niczym. śadne teŜ tortury zadane 
schwytanym Noldolianom nie zdołały skłonić ich do zdrady. 
   Wiedząc przeto, Ŝe elfy z Kôru niewiele dbają o 
ludzi, traktując z obawą i podejrzliwością ich 
nieporadność i niezdarność, postanowił zmusić Úrina, by 
jako szpieg udał się na poszukiwania Turonda. Jednak ani 
groźby, ani tortury czy teŜ obietnice nagrody nie 
przekonały jeńca. 
   - Rób ze mną, co chcesz, ale nie namówisz mnie, bym 
spełnił twą niegodną prośbę, wrogu bogów i ludzi.  
   - Z pewnością nie zlecę ci juŜ Ŝadnej pracy do 
wykonania - odparł ze złością Melko - ani do niczego nie 
będę cię zmuszał. Siedź tutaj i patrz na moje uczynki, 
choć wiem, Ŝe nie będą ci się one podobały. Nie zdołasz
jednak nic zrobić, by mnie powstrzymać. 
   By pogrąŜyć w rozpaczy Úrina Nieugiętego, wymyślił 
następującą torturę: zaprowadziwszy go wysoko w góry, 
stanął obok i rzucił na niego samego oraz na jego lud 
przeraŜające zaklęcia Valarów, które miały sprowadzić na 

Strona 1

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

nich niedolę i śmierć z Ŝalu. Úrin musiał bezradnie 
patrzeć, jaki los spotyka jego Ŝonę i dzieci, nie mogąc 
przyjść im z pomocą, gdyŜ czary trzymały go w górach. 
   - Historia Turina, twego syna, będzie wyciskała łzy z 
oczu wszystkim elfom i ludziom, ilekroć zbiorą się, by 
opowiadać sobie legendy - powiedział Melko. 
   - Przynajmniej jednak - odparł Úrin - nikt nie będzie 
litował się nad nim, Ŝe ma ojca tchórza. 
   Po bitwie Mavwin udała się we łzach do Hithlum, czy 
teŜ Dor Lómin, gdzie z rozkazu Melka musieli teraz 
zamieszkać wszyscy ludzie, wyjąwszy kilku, którzy wciąŜ 
błąkali się wolni z dala od tych miejsc. Tam właśnie, 
kiedy jej mąŜ wciąŜ pozostawał w niewoli u Melka, a Turin 
był jeszcze małym chłopcem, wydała na świat Nienóri. 
Zrozpaczona Mavwin nie wiedziała, jak wykarmi dwójkę 
dzieci, bowiem rycerze Úrina zginęli w walce, a 
mieszkający w pobliŜu obcy ludzie nie wiedzieli, Ŝe jest 
ona wielką władczynią i nie kwapili się do pomocy. Kraina, 
do której ich wygnano, była przy tym ciemna i niegościnna. 
   Legenda głosi, Ŝe Úrin był przyjacielem elfów, czym 
róŜnił się od wielu przedstawicieli swego rodu. Szczególną 
sympatią darzył Egnora, elfa z zielonych lasów, 
gnomijskiego myśliwego. Znał teŜ jego syna, Berena 
Ermabweda, któremu przez wzgląd na swego potomka, Damroda, 
wyświadczył kiedyś przysługę. Pamięć o tym, co Beren 
Jednoręki uczynił w zamku Tinwelinta, wciąŜ była w Dor 
Lómin Ŝywa. Kiedy Mavwin usłyszała o tym, nie wiedząc, co 
innego mogłaby zrobić, postanowiła wysłać Turina na dwór 
Tinwelinta, błagając, by przez wzgląd na pamięć Úrina i 
Berena, syna Egnora wychował osieroconego chłopca. 
   Gorzkie było to rozstanie i Turin długo płakał, nie 
chcąc zostawiać matki. Była to pierwsza z wielu złych 
chwil, jakie czekały go w Ŝyciu. W końcu jął niechętnie 
szykować się do podróŜy, w której towarzyszyć miało mu 
dwóch starców ze świty jego ojca, Úrina. 
   Po smutnym poŜegnaniu cała trójka skierowała się ku 
ciemnym wzgórzom, pozostawiając za sobą skryty wśród drzew 
mały domek Mavwin, tak Ŝe wkrótce przesłonięte łzami oczy 
Turina nie mogły go juŜ dojrzeć. 
   - O matko moja! - zawołał, kiedy Mavwin mogła jeszcze 
usłyszeć go z oddali. - Czy kiedyś do ciebie powrócę? 
   Wiedział jednak, Ŝe rozdziela ich przekleństwo Melka. 
   Długa, nuŜąca i nader niepewna była droga wiodąca 
przez ciemne wzgórza Hithlum ku wielkim lasom Odległej 
Krainy, gdzie w tym czasie miał swą siedzibę król 
Tinwelint. Turin, syn Úrina, był pierwszym, który 
przemierzył ten szlak, po nim zaś niewielu miało jeszcze 
odwagę nań wstąpić. Choć znajdowali się z dala od 
Angabandi, Turinowi i jego towarzyszom groziło wielkie 
niebezpieczeństwo ze strony wilków i włóczących się tu 
orków, bowiem władza Melka sięgała aŜ po królestwa 
Północy. Prześladowani złymi czarami, często gubili drogę 
i bezradnie błąkali się przez wiele dni. W końcu jednak, 
dzięki opiece Valarów, zdołali pokonać ów szlak, choć 
niewykluczone, Ŝe pomógł im sam Melko, gdyŜ 
później Turin nieraz Ŝałował, Ŝe nie zgubił się jako 
dziecko w tych ciemnych lasach. 
   Za górami zabłądzili zupełnie, aŜ w końcu, 
pozbawionych poŜywienia i bliskich śmierci głodowej, 
znalazł ich wędrujący przez las myśliwy z plemienia 
leśnych elfów. Łowcę tego, ze względu na jego ogromną 
posturę, zwano Belegiem. Przez ciemną, bezludną knieję 
krętymi ścieŜkami przyprowadził on przybyszów nad brzeg 
ocienionego strumienia, gdzie znajdowała się brama do grot 
zamku Tinwelinta. Przez wzgląd na pamięć Úrina Nieugiętego 
król przyjął ich dobrze, kiedy zaś usłyszał o przyjaźni 
Úrina z Berenem Jednorękim oraz o cięŜkim połoŜeniu 
Mavwin, serce ścisnął mu Ŝal i postanowił spełnić jej 

Strona 2

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

Ŝyczenie. 
   - Zamieszkaj, synu Úrina - powiedział do Turina - w 
moim skrytym wśród lasu zamku, nie jako dworzanin, lecz 
jako me drugie dziecko, ja zaś postaram się, byś posiadł 
całą wiedzę, zarówno moją, jak i Gwendheling. 
   Kiedy towarzysze Turina odpoczęli naleŜycie po 
podróŜy, młodszy z nich udał się w drogę powrotną, pragnął 
bowiem do śmierci słuŜyć Ŝonie Úrina. Tym razem jednak 
eskortowały go elfy, które nie szczędziły wysiłków, by 
podróŜował wygodnie. Miał przekazać Mavwin od Tinwelinta 
następujące słowa: 
   - Wiedz, Ŝono Úrina Nieugiętego, iŜ to nie miłość do 
Melka ani strach przed nim, ale mądrość mego serca i los 
zesłany przez Valarów sprawiły, Ŝe nie wziąłem z mym ludem 
udziału w Bitwie Nieprzeliczonych Łez. Mogłem więc 
udzielić bezpiecznego schronienia wszystkim, którzy, 
lękając się zła, zdołali odnaleźć wiodące do mojego zamku 
tajemne szlaki. Nie istnieje chyba inny bastion opierający 
się bucie śelaznego Valara, bo choć ludzie powiadają, Ŝe 
Turgon nie został zabity, nie wiadomo, czy to prawda i czy 
uda mu się uciec z niewoli. Wychowam zatem Turina jakby 
był moim własnym dzieckiem aŜ osiągnie wiek, w którym 
będzie mógł zostać twoim następcą. Wówczas, jeśli taka 
będzie jego wola, odejdzie. 
   Poprosił takŜe Mavwin, aby - jeŜeli tylko zdoła 
znieść trudy podróŜy - takŜe przybyła na jego dwór i Ŝyła 
na nim w pokoju. Władczyni nie przyjęła wszakŜe tego 
zaproszenia, zarówno dlatego, Ŝe nie chciała rozstawać się 
z maleńką córeczką, Nienóri, jak równieŜ dlatego, Ŝe 
wolała biedować wśród ludzi, niŜ Ŝyć wygodnie jako ubogi 
krewny na dworze leśnych elfów. MoŜliwe teŜ, Ŝe 
przywiązała się do tego miejsca, gdzie Úrin pozostawił ją, 
wyruszając na wielką wojnę. WciąŜ bowiem Ŝywiła nadzieję 
na jego powrót, jako Ŝe Ŝadni wysłannicy, przynoszący 
smutne wieści z pola bitwy, nie twierdzili z całą 
pewnością, Ŝe jej mąŜ nie Ŝyje. Powiadali tylko, Ŝe nikt 
nie wie, co się z nim stało. Łudziła się tą nadzieją, mimo 
iŜ upłynęły juŜ lata, odkąd zadano w tej walce ostatni 
cios. Często jednak tęskniła później za Turinem i być 
moŜe, kiedy Nienóri podrosła na tyle, aby wytrzymać 
podróŜ, odłoŜyłaby na bok swą dumę i powędrowała przez 
wzgórza, gdyby nie to, Ŝe potęga i magia Melka uczyniły je 
nie do przebycia. Zły Ainur uwięził bowiem wszystkich 
ludzi w Hithlum i zabijał tych, którzy ośmielali się wyjść 
poza jej granice. 
   Wróćmy jednak do Turina i tego, co działo się z nim w 
siedzibie Tinwelinta. Razem z nim zamieszkał tam Gumlin, 
starzec eskortujący go podczas podróŜy z Hithlum, który 
nie miał ani sił, ani chęci, aby wracać do swojej 
władczyni. Wiele radości zaznał syn Úrina w gościnie u 
leśnych elfów, choć nigdy nie ukoił tęsknoty za Mavwin. 
Jego silne ciało oraz bohaterskie czyny przysporzyły mu 
chwały w całym królestwie Tinwelinta, pomimo Ŝe był 
milczącym, ponurym chłopcem, który z trudem zaskarbiał 
sobie sympatię i któremu rzadko sprzyjało szczęście: 
osiągnął tylko nieliczne z rzeczy, jakich pragnął, i 
wielokrotnie jego starania nie bywały uwieńczone sukcesem. 
Nic nie napawało go jednakŜe takim Ŝalem jak to, Ŝe odkąd 
droga przez góry stała się niemoŜliwa do przebycia, 
przestali doń docierać wysłannicy matki. Siedem lat miał 
Turin, kiedy przybył do leśnych elfów. Przez następne 
siedem stale otrzymywał wieści od matki: wiedział, Ŝe jego 
siostra wyrosła na wiotką, śliczną dziewczynę i Ŝe Mavwin 
Ŝyje spokojnie w Hithlum. A potem nowiny przestały 
nadchodzić. Lata płynęły, a do zamku króla elfów nie 
zawitał Ŝaden posłaniec od Ŝony Úrina. 
   Aby ukoić swój Ŝal i przepełniający serce gniew, a 
takŜe pamiętając o klęsce Úrina i jego druŜyny w bitwie z 

Strona 3

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

Melkiem, Turin przestawał zawsze z najbardziej walecznymi 
wojownikami Tinwelinta i jeszcze na długo, zanim osiągnął 
wiek męski, odnosił rany w potyczkach z orkami, 
bezustannie grasującymi  na granicy królestwa elfów, stale 
zagraŜając ich bezpieczeństwu. Zaprawdę tylko dzięki jego 
męstwu plemię to w ciągu tych lat uniknęło wielu krzywd ze 
strony Melka. Kiedy zabrakło tego obrońcy, zły Valar, 
srodze nękający leśne elfy, uczyniłby z nich zapewne swych 
niewolników, gdyby nie wielkie i przeraŜające wydarzenia, 
które sprawiły, iŜ zapomniał o narodzie Tinwelinta. 
   Na zamku króla Ŝył pewien elf zwany Orgofem, będący - 
podobnie jak wielu innych dworzan - Ilkorindem, w którego 
Ŝyłach płynęła krew gnomów. Poprzez matkę był spokrewniony 
z samym władcą. Cieszył się teŜ jego łaską, poniewaŜ był 
znakomitym myśliwym i odwaŜnym wojownikiem. śyczliwość, 
jaką okazywał mu król, sprawiała jednak, Ŝe zachowywał się 
zarozumiale i nie liczył się ze słowami. Do niczego nie 
przykładał teŜ tak wielkiej wagi, jak do pięknych strojów, 
klejnotów oraz złotych i srebrnych ozdób - zawsze ubierał 
się wyjątkowo wytwornie. Ciągle przemierzający odległe 
lasy i pustkowia Turin zupełnie nie dbał o strój ani 
wygląd, dlatego teŜ Orgof, ilekroć zdarzyło im się 
zasiadać razem w królewskiej radzie, drwił zeń 
bezlitośnie. Turin nigdy nie odpowiadał ani słowem na te 
docinki. W gruncie rzeczy rzadko zwracał uwagę na to, co 
doń mówiono. Jego skryte w cieniu krzaczastych brwi oczy 
zawsze patrzyły w dal, jakby dostrzegał jakieś odległe 
rzeczy i słyszał dobiegające z lasów, nieuchwytne dla 
innych, dźwięki. 
   Niekiedy Turin zasiadał z królem do stołu - zdarzyło 
się to równieŜ w dwunastą rocznicę dnia, kiedy poprzez łzy 
po raz ostatni spoglądał na stojącą w drzwiach chaty, 
zapłakaną Mavwin, która patrzyła za swym odchodzącym 
synem, póki całkiem nie zniknął jej z oczu wśród drzew. 
Syn Úrina był tego dnia smutny i z rzadka tylko udzielał 
grzecznych odpowiedzi siedzącym obok niego biesiadnikim, w 
tym równieŜ Orgofowi. 
   Ów głupiec nie dawał mu jednak spokoju, śmiejąc się z 
jego postrzępionego stroju oraz potarganych włosów. W 
końcu wyciągnął złoty grzebień i próbował ofiarować go 
Turinowi, który w ogóle nie zwrócił na to uwagi. Wtedy 
Orgof, dobrze juŜ pijany, rzekł: 
   - Zapewne nie wiesz nawet, jak uŜywa się grzebienia! 
Powinieneś wrócić do matki, Ŝeby cię tego nauczyła. Chyba 
Ŝe kobiety z Hithlum są równie brzydkie jak ich synowie i 
równie mało dbają o swój wygląd. 
   Słowa obraŜające Mavwin ugodziły zbolałe serce 
Turina, który zapłonął nagłym gniewem. Chwycił stojący na 
stole złoty puchar i rzucił nim z całej siły w twarz 
Orgofa. 
   - Powściągnij swój język, głupcze, i nie odzywaj się 
więcej - warknął. 
   CięŜkie naczynie zmiaŜdŜyło twarz elfa, który runął 
na ziemię, uderzając głową w kamienną posadzkę i 
pociągając za sobą cały zastawiony stół. Zaiste, tak jak 
Ŝyczył sobie tego Turin, Orgof nie miał się juŜ więcej 
odezwać: był martwy. 
   Wszyscy w milczeniu podnieśli się ze swoich miejsc 
zaś syn Úrina, popatrzywszy w przeraŜeniu na ciało Orgofa
oraz na własne, splamione winem dłonie, obrócił się i 
wyszedł w mrok nocy. Krewni Orgofa sięgnęli po broń i 
wysunęli ją do połowy z pochew. Szybko schowali ją jednak 
z powrotem, bowiem król, utkwiwszy kamienne spojrzenie w 
martwym elfie, nie dał przyzwolenia na walkę. Na 
jego obliczu malowało się bezbrzeŜne zdumienie. 
   Turin tymczasem umył ręce w płynącym przed bramą 
strumieniu i zapłakał: 
   - Oto jakie przekleństwo na mnie ciąŜy! Wszystko, co 

Strona 4

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

uczynię, jest złe, a teraz na dodatek muszę uciekać z domu 
mego przybranego ojca! Stanę się banitą, gdyŜ moje ręce 
splamione są krwią. Nigdy więcej nie zobaczę juŜ tych, 
których kocham. 
   Nie ośmielił się wrócić do Hithlum, z obawy, Ŝe jego 
nieszczęsny postępek napełni smutkiem matkę, lękał się 
teŜ, Ŝe w ten sposób ściągnąłby na swój lud gniew elfów. 
Odszedł więc w dal, a kiedy dworzanie króla jęli go 
szukać, okazało się, Ŝe nigdzie nie mogą go znaleźć. 
   Nie zamierzali jednak zrobić mu krzywdy, choć on sam 
o tym nie wiedział, poniewaŜ Tinwelint i większość jego 
poddanych, pomimo Ŝalu wybaczyli mu ów zły postępek. 
Wszyscy widzieli, jak długo Turin znosił spokojnie 
zaczepki Orgofa, odpowiadając uprzejmością na jego 
niewybredne Ŝarty. A przecieŜ wielokrotnie czuł się nimi 
upokorzony, gdyŜ poŜerany zazdrością elf nie przebierał w 
słowach, pragnąc mu dokuczyć. NajbliŜszych krewnych Orgofa 
od szukania zemsty powstrzymywał zaś strach przed 
Tinwelintem oraz liczne dary ofiarowane im przez króla. 
   Turin wszelako sądził, Ŝe wszyscy zwrócili się 
przeciwko niemu, a Tinwelint stał się jego wrogiem, 
dlatego teŜ odszedł aŜ ku najodleglejszym krańcom leśnego 
królestwa. Jadł to, co sam upolował, znakomicie strzelał 
bowiem z łuku, choć nie mógł się pod tym względem równać z 
elfami. PrzewyŜszał ich za to w umiejętności walki na 
miecze. Z czasem dołączyło doń kilka dzikich duchów, 
pośród nich znajdował się Beleg, myśliwy, który 
później miał ocalić Ŝycie Gumlinowi i Turinowi. Wiele 
przygód przeŜyli wspólnie elf Beleg i Turin - człowiek. 
Dziś nie opowiada się juŜ o tych wydarzeniach, ani nawet 
się ich nie pamięta, ale niegdyś śpiewano o nich wiele 
pieśni. Wraz z goblinami i dzikimi zwierzętami zapuszczali 
się niekiedy obaj w odległe, nieznane elfom regiony, a ich 
wyprawy i polowania szybko stały się sławne wśród orków i 
elfów. Tinwelint zapewne dowiedziałby się więc szybko, 
dokąd odszedł Turin, gdyby nie pewna rozpaczliwa potyczka, 
jaką oddział Turina stoczył z trzykrotnie liczebniejszą 
gromadą orków. Wszyscy towarzysze Turina, wyjąwszy Belega, 
zginęli. Beleg, choć ranny, zdołał wyrwać się z okrąŜenia, 
natomiast Turin został pojmany i związany, Melko rozkazał 
bowiem, aby sprowadzono go doń Ŝywego. Mieszkając w zamku 
Linwego, gdzie królowa wróŜka Gwendheling rozsnuła tak 
potęŜne czary, Ŝe pochodzić mogły one tylko z Valinoru 
(gdzie rzeczywiście dawno temu nauczyła się ich), Turin 
zniknął złemu Ainurowi z oczu, sprawiając, Ŝe Ŝył on w 
lęku przed wypełnieniem się dawnej przepowiedni. Melko 
zamierzał na oczach Úrina poddać Turina okrutnym torturom. 
Úrin jednak wezwał z Zachodu na pomoc Valarów, bowiem 
Eldarowie z Kôru - owe napotkane po drodze gnomy - 
nauczyli go, jak moŜna się z nimi porozumieć. Jego modły 
dotarły więc, choć nikt nie wie jak, do Manwego S(lima, na 
szczyt Taniquetilu, Góry Świata. Mimo to Turin odbył 
straszliwą, długą podróŜ pod straŜą bezlitosnych orków. 
Długa była ta droga, wędrowali bowiem szlakiem, który 
wśród ciemnych wzgórz wiódł ku ziemiom, gdzie wzniesienia 
stawały się jeszcze wyŜsze i bardziej ponure, a ich 
szczyty skrywały czarne mgły. Nazywano je Angorodin lub 
Górami śelaznymi i znajdowały się one w pobliŜu 
najbardziej wysuniętych na północ umocnień twierdzy 
śelaznych Wzgórz. Była to najstraszliwsza ze wszystkich 
siedzib i tam właśnie zdąŜali orkowie z więźniem i łupami 
zdobytymi podczas walki. 
   Wiedzcie wszelako, Ŝe w owych czasach Hithlum i 
Krainy Zewnętrzne pełne były dzikich elfów i wolnych 
Noldolian, którzy ocaleli po bitwie i znuŜeni błąkali się 
po tych ziemiach, kryjąc się w jaskiniach i leśnych 
ostępach. Melko ścigał ich jednak niestrudzenie, ilekroć 
zaś udawało mu się któregoś z nich pojmać, czynił zeń 

Strona 5

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

swojego niewolnika. Orkowie, smoki i złe wróŜki wciąŜ 
tropili ich po lasach, tak więc Ŝycie elfów pełne było 
lęku i znoju. Wkrótce ci, którzy nie zawędrowali w końcu 
do królestwa Tinwelinta lub do tajemnej twierdzy w 
kamiennym mieście Gondolinie zostali wymordowani lub 
wzięci do niewoli. 
   Noldolianie takŜe ulegli działaniu złej magii Melka i 
błąkali się jak w strasznym śnie, wypełniając jego 
straszliwe rozkazy, znajdowali się bowiem w mocy czaru 
bezdennego lęku i czuli, Ŝe cały czas z daleka spoczywa na 
nich wzrok złego Ainura. Często jednak elfy - zarówno te 
wolne jak i zniewolone - słyszały w strumieniach głos 
Ulma. Dobiegał ich on takŜe znad brzegu morza, gdzie wody 
Sirionu mieszały się z falami oceanu. Działo się tak 
dlatego, Ŝe spośród wszystkich Valarów to właśnie Ulmo 
wciąŜ darzył ich największą miłością i zamierzał przy ich 
pomocy pokonać zło Melka. Wspominając błogosławieństwo 
Valinoru, potrafili oni na chwilę uwolnić się od strachu i 
spełniać dobre uczynki, pomagając elfom i ludziom w walce 
z Władcą śelaza. 
   Beleg, elfijski myśliwy, gdy tylko zagoiły się jego 
rany - co nie trwało długo, szybko bowiem przychodził do 
zdrowia - wyruszył na poszukiwania Turina. Pognał w ślad 
za orkami i dzięki swym umiejętnościom odnalazł szlak, 
którym podąŜyli - mimo Ŝe gobliny potrafiły stąpać po 
ziemi niezwykle ostroŜnie i lekko. Wkrótce pozostawił za 
sobą znane mu ziemie, gdyŜ z miłości do Turina gotów był 
okazać większą odwagę niŜ inni członkowie jego leśnego 
ludu, choć dziś nikt nie potrafi juŜ powiedzieć, jak 
głęboki był w owych dniach strach zasiany przez Melka w 
sercach ludzi i elfów. Beleg zgubił się jednak w 
ciemności, bowiem olbrzymie sosny rosły tak gęsto, Ŝe nikt 
prócz goblinów nie umiał znaleźć wśród nich drogi. I choć 
oczy orków potrafiły przenikać najgłębszy mrok, nawet im 
zdarzało się pobłądzić w tej krainie, zwanej przez 
Noldolian Taurfuinem, Lasem Nocy. Spostrzegłszy, Ŝe zgubił 
drogę, Beleg oparł się o potęŜne drzewo i słuchał 
szumiącego wśród wierzchołków drzew wiatru. Szmer nocnego 
powietrza i skrzypienie gałęzi brzmiały tak Ŝałośnie i 
złowróŜbnie, Ŝe serce elfa ogarnął lęk. 
   Nagle zauwaŜył w oddali słabe światło, jakby gdzieś 
na gałęzi zabłysnął maleńki robaczek świętojański. 
Pomyślawszy, Ŝe w miejscu takim jak to nie spotyka się 
jednak robaczków, ruszył ku światełku. Wiedzcie zaś, Ŝe 
Noldolianie, którzy w Valinorze posiedli sztukę wytapiania 
metali i wytwarzania klejnotów, byli dla Melka 
najcenniejszymi niewolnikami, dlatego teŜ nigdy nie 
pozwalał on im oddalać się zbyt daleko od swojej siedziby. 
Elfy te miały małe, dziwne, zrobione ze srebra lub 
kryształu latareczki, wewnątrz których płonęły wieczne, 
błękitne ogniki. To, jak się je wytwarzało, stanowiło 
sekret twórców klejnotów i tajemnicy tej nie zdradzili oni 
nawet Melkowi, choć Ainur zmusił ich do tego, by zrobili 
dlań wiele klejnotów i magicznych światełek. 
   Dzięki tym lampkom Noldolianie mogli wędrować nocami 
i rzadko gubili drogę, jeśli tylko choć raz wcześniej ją 
przemierzyli. Podkradłszy się bliŜej, Beleg ujrzał jednego 
z gnomów, śpiącego na leśnym poszyciu pod wielką sosną. 
Nad głową elfa wciąŜ jarzyła się błękitna latarenka. Gdy 
myśliwy obudził go, przestraszony elf wyznał, iŜ jest 
pochodzącym z pradawnego rodu gnomów zbiegiem z kopalni 
Melka i zwie się Flinding bo-Dhuilin.  Spotkanie z wolnym 
Noldolianinem ogromnie go uradowało i opowiedział mu o 
przygodach, jakie przeŜył po ucieczce z niewoli u Melka.  
   - Kiedy sądziłem, Ŝe jestem juŜ wolny, okazało się, 
Ŝe nieświadomie wkroczyłem nocą w sam środek obozowiska 
orków, którzy na szczęście spali. Mieli mnóstwo łupów i 
prowadzili ze sobą wiele pojmanych elfów. Jeden z jeńców, 

Strona 6

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

mocniej niŜ inni związany, przez cały czas miotał 
przekleństwa pod adresem Melka, wzywając przy tym imienia 
Úrina i Mavwin. Uciekłem stamtąd czym prędzej, zdumiony, 
bowiem któŜ spośród niewolników Ainura nie słyszał o 
Úrinie Nieugiętym, który jako jedyny z ludzi przeciwstawił 
się Melkowi i teraz, skuty łańcuchami, cierpi męki? 
   - AleŜ to Turin, przybrany syn Tinwelinta! - 
wykrzyknął Beleg. - Jest synem Úrina i to właśnie jego 
szukam juŜ od tak dawna! Zaprowadź mnie do tego obozu, synu 
Duilina, a wnet go uwolnię.  
   - Mów ciszej, Belegu - odrzekł przestraszony 
Flinding. - Orkowie mają uszy jak koty. Choć od obozu tego 
dzieli nas zaledwie dzień drogi, niewykluczone teŜ, Ŝe 
został on juŜ zwinięty, a sługi Melka wyruszyły w dalszą 
wędrówkę. 
   Usłyszawszy wszelako od Belega historię Turina, mimo 
strachu zgodził się zaprowadzić do niego elfa i na długo 
przedtem, zanim blade światło wschodzącego słońca 
przedarło się przez gęste korony drzew, obaj byli juŜ w 
drodze, odnajdując szlak dzięki migotliwemu światełku 
latarenki Flindinga. Okazało się teŜ, Ŝe choć orkowie 
podjęli juŜ na nowo swój marsz, obrali teraz inny 
kierunek, obawiając się bowiem ucieczki swego więźnia, 
skierowali się ku innemu miejscu, gdzie drzewa nie rosły 
tak gęsto i wędrówka była o wiele łatwiejsza. Wieczorem, 
zanim jeszcze Beleg i jego towarzysz dotarli do miejsca 
dawnego obozowiska, usłyszeli z daleka wrzaski i rubaszne 
śpiewy. Rozbrzmiewały one coraz bliŜej i ledwie elfy 
zdąŜyły się ukryć, przemaszerowała obok nich gromada 
orków. Ich dowódcy jechali na małych konikach. Do jednego 
z nich przywiązano powrozem Turina. Jeniec musiał iść 
szybko, gdyŜ inaczej zwierzę wlokłoby go za sobą. Beleg i 
Flinding podąŜyli bezszelestnie za orkami, kryjąc się 
wśród drzew, aŜ zapadł zmierzch i słudzy Melka rozbili 
obóz. Kiedy ucichły wszystkie odgłosy, prócz jęków 
pojmanych więźniów, Flinding zakrył światełko swej lampy i 
obaj z Belegiem podkradli się bliŜej. Gobliny spały 
twardo, nie miały bowiem we zwyczaju podsycać przez noc 
ognia ani trzymać wart. UwaŜali, Ŝe rolę straŜników 
świetnie pełnią potęŜne wilki, których hordy towarzyszyły 
zawsze ich wyprawom, tak jak ludziom towarzyszyły psy. 
Bestie te nigdy nie sypiały w nocy, ich oczy lśniły wśród 
drzew jak czerwone ogniki. Flinding był przeraŜony, ale 
Beleg nakazał mu iść za sobą. Tak długo krąŜyli między 
wilkami, aŜ w końcu znaleźli nie strzeŜoną przez nie 
ścieŜkę. Szczęśliwie łaska Valarów sprawiła, Ŝe Turin 
leŜał w pobliŜu tego miejsca, z dala od innych jeńców, tak 
Ŝe Beleg mógł przekraść się ku niemu nie zauwaŜony. JuŜ 
zamierzał przeciąć krępujące przyjaciela więzy, kiedy 
zorientował się, Ŝe zgubił nóŜ, który zawsze nosił u boku. 
Nie miał takŜe ze sobą miecza, zostawił go bowiem z dala 
od obozu, by nie przeszkadzał mu w bezszelestnym skradaniu 
się. Nie mając odwagi wracać po nóŜ, Beleg i Flinding obaj 
bardzo silni, dźwignęli śpiącego człowieka i wynieśli go z 
obozu. Uznano to później za wielki wyczyn, bowiem tylko 
nielicznym udawało się zmylić wilcze straŜe goblinów i 
wtargnąć do ich obozowiska. 
   PoniewaŜ jednak Turin był człowiekiem potęŜnej 
budowy, elfy nie mogły dźwigać go zbyt daleko. ZłoŜyły 
tedy śpiącego wśród drzew, nie opodal obozu, Beleg zaś, 
odnalazłszy miecz, przeciął pęta przyjaciela. Najpierw 
uwolnił jego ręce, kiedy zaś pochylił się, by przeciąć 
powróz krępujący mu nogi, potknął się w ciemnościach, 
nieopatrznie nastąpił na stopy śpiącego i obudził go. 
PrzeraŜony Turin, widząc w mroku pochyloną nad sobą postać 
z mieczem, pewien był, Ŝe to któryś z orków pragnie go 
zabić lub poddać torturom. Gobliny czyniły to często - 
kłując więźnia noŜami lub raniąc dzidami. Turin, czując, 

Strona 7

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

Ŝe ma wolne ręce, runął całym cięŜarem ciała na Belega, 
który ogłuszony, nie mogąc dobyć głosu, przewrócił się na 
ziemię. Zanim Flinding spostrzegł, co się dzieje, Turin 
pochwycił miecz i poderŜnął nim gardło elfa, miotając przy 
tym głośne przekleństwa pod adresem goblinów i krzycząc, 
Ŝe jeśli spróbują go zabić, posmakują najpierw ciosów jego 
miecza. Turin był bowiem pewien, Ŝe wciąŜ znajduje się 
wśród wrogów, nie myślał o ucieczce i chciał tylko drogo 
sprzedać swoje Ŝycie. Rzucił się tedy na Flindinga, lecz 
gnom zdołał odskoczyć, upuszczając przy tym swą latarenkę, 
z której w tym momencie spadła zasłona i blade światło 
rozproszyło mrok. PrzeraŜony elf w języku gnomijskim 
zaczął błagać Turina, aŜeby powściągnął swój gniew i nie 
zabijał przyjaciół. JednakŜe Ŝadne słowa nie były juŜ w 
tym momencie potrzebne, w świetle latarenki Turin 
dostrzegł bowiem twarz leŜącego u jego stóp Belega i przez 
chwilę stał jak skamieniały. Jego twarz przybrała taki 
wyraz, Ŝe Flinding nie śmiał się odezwać. Zresztą nie 
pragnął nic mówić: on takŜe wstrząśnięty był tym, jaki los 
spotkał Belega. W obozie zapanowało poruszenie, gdyŜ krzyk 
Turina obudził gobliny. 
   - Orkowie ruszą zaraz w pościg za nami - zawołał elf, 
ale zdjęty rozpaczą człowiek nie odpowiedział mu. Dopiero 
gdy Flinding potrząsnął jego ramieniem, nakazując, by 
uciekał, bo inaczej zginie, Turin zrobił to, co mu 
polecono, choć poruszał się jakby we śnie. Nim odeszli, 
pochylił się jeszcze nad ciałem Belega i ucałował 
przyjaciela w usta. 
   Turin kroczył posłusznie za Flindingiem aŜ wreszcie 
zgubili pogoń i mogli zatrzymać się na odpoczynek. Dopiero 
wtedy Flinding opowiedział Turinowi o swym spotkaniu z 
Belegiem. Wiele łez wylał człowiek z Ŝalu za swym 
towarzyszem. Było to juŜ trzecie nieszczęście, jakie nań 
spadło, zaś ślady cierpienia, jakiego doznawał, na zawsze 
miały juŜ pozostać w jego sercu. Długo wędrował u boku 
Flindinga, nie dbając, dokąd zmierza, i gdyby nie pomoc 
gnoma, nie raz dostałby się do niewoli lub zabłądził, ani 
na chwilę bowiem nie mógł oderwać myśli od martwej twarzy 
Belega, który zginął z jego ręki, przecinając więzy 
krępujące przyjaciela. 
   W tym czasie, mimo Ŝe Turin był jeszcze bardzo młody, 
jego włosy całkowicie posiwiały. Długo trwała ta wędrówka 
człowieka i Noldolianina. Mając magiczną lampę, mogli 
podróŜować nocą, w dzień zaszywając się w bezpiecznych 
kryjówkach, dzięki czemu przedarli się przez wzgórza i 
orkowie nie wpadli na ich trop. 
   
   
   Miejscem, do którego zmierzał Flinding, były ukryte w 
górach jaskinie, połoŜone nad wpadającym do rzeki Sirion 
strumieniem. Wejście do grot przesłaniała wysoka trawa i 
drzewa, strzegły go takŜe zaklęcia rzucone przez 
niedobitki oddziałów, które mieszkały w tych pieczarach. 
Dzięki nim stały się naprawdę silną twierdzą. Stanowiła 
ona nie tylko schronienie dla zbiegłych niewolników Melka, 
ale takŜe kontynuowano tu, choć nieporadnie i bez 
większego powodzenia, tradycje dawnej sztuki i rzemiosła 
Noldolian. 
   Potajemnie wykuwano całkiem dobrą broń, a niekiedy 
wytwarzano takŜe piękne, zbytkowne przedmioty. Kobiety 
przędły i tkały, zaś ilekroć w głębi góry udało się 
znaleźć złoto, w promieniach sekretnego światła wytapiano 
wspaniałe naczynia, ponad którymi śpiewano cicho dawne 
pieśni. Mieszkańcy pieczar uciekali jednak zawsze przed 
orkami i nigdy, o ile nie byli do tego zmuszeni, nie 
wydawali im bitwy - chyba Ŝe groziło im znalezienie się w 
pułapce, z której nikt nie wyszedłby Ŝywy. Dzięki temu 
Ŝadne słuchy o jaskiniach nie doszły do uszu Melka i Ainur 

Strona 8

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

nie podejrzewał nawet, jak liczny lud w nich Ŝyje. 
   Flinding dobrze znał to miejsce, zanim bowiem dostał 
się w niewolę u orków, był jednym z mieszkańców jaskiń. 
Mimo to, upewniwszy się, Ŝe pościg został daleko w tyle, 
długo krąŜył po okolicy, aby straŜnicy Rodothlimów (bo tak 
zwał się ten Ŝyjący w pieczarach lud) zdołali ostrzec 
swych pobratymców o przybyciu gości. Elfy mogły dzięki 
temu ukryć się przed nimi i zamknąć odrzwia grot by obcy 
nie wypatrzyli ich siedziby. Obawiali się oni bowiem i nie 
ufali obcym, gdyŜ czasy w których Ŝyli, udzieliły im 
wyjątkowo gorzkiej lekcji. 
   Flinding i Turin ośmielili się wreszcie zbliŜyć do 
bram jaskiń. Kiedy Rodothlimowie zorientowali się, Ŝe 
przybysze znają do nich drogę, wysłali straŜe, które 
pojmały intruzów i przywiodły ich przed oblicze władcy, 
Orodretha. Wolni Noldolianie bali się bowiem jak ognia 
tych spośród swoich rodaków, którzy zaznali niewoli, gdyŜ 
pod wpływem strachu, tortur i czarów stawali się oni 
często zdolni do największej zdrady. Tak więc i w ten 
sposób zemściły się złe uczynki Noldolian pod Cópas 
Alqalunten. Gnomy nie dowierzały teraz gnomom, 
przeklinając dzień, kiedy po raz pierwszy posłuchały 
podszeptów Melka, Ŝałując, Ŝe opuściły błogosławione 
królestwo Valinoru. 
   Kiedy Orodreth usłyszał opowieść Flindinga i upewnił się, 
Ŝe jest ona prawdziwa, z radością powitał przybyszów, choć 
gnom był tak zmieniony niewolą, Ŝe niewielu przyjaciół 
zdołało go rozpoznać. Ze względu na Flindinga Orodreth 
wysłuchał takŜe opowieści Turina i jego serce zmiękło, gdy 
dowiedział się, Ŝe jest on synem Úrina, tego samego, którego 
imię miało nigdy nie zostać zapomniane wśród gnomów. Polecił 
tedy przybyłym, aby ślubowali mu wierność i pozostali w jego 
pieczarach. Tak oto Turin zamieszkał wraz z Flindingiem bo-
Dhuilinem wśród elfów i często bronił ich, zabijając przy 
tym wielu orków.  Przez wdzięczność leśny lud nauczył go 
wielu umiejętności, bowiem wiedza, jaką elfy posiadły w 
Valinorze, wciąŜ Ŝyła w ich sercach. Dzięki temu górowali 
mądrością nawet nad Eldarami, którzy nigdy nie spoglądali na 
błogosławione twarze bogów.  
   W pieczarach Ŝyła pewna bardzo piękna panna imieniem 
Failivrin. Jej ojcem był Galweg, gnom, który bardzo 
polubił Turina i często słuŜył mu pomocą. Siedząc przy 
ogniu, opowiadał mu liczne legendy, zaś serce Failivrin 
biło Ŝywiej za kaŜdym razem, gdy człowiek przekraczał próg 
ich domu. Często siedząc w półmroku zastanawiała się 
zafrasowana, jakiŜ to cięŜar leŜy mu na sercu; Turin 
bowiem, nie mogąc zapomnieć o śmierci Belega, nigdy nie 
bywał wesół. Nie odwzajemniał uczuć Failivrin, choć bardzo 
ją lubił, siebie uwaŜał zaś za człowieka wyjętego spod 
prawa, który musi dźwigać ciąŜące na nim brzemię. 
Dziewczyna popadała przez to w coraz większe 
przygnębienie. Często potajemnie płakała, a wszystkich 
dziwiła jej blada, niemal przezroczysta, delikatna twarz i 
lśniące od łez jasne oczy. 
   Pewnego razu gromady orków i innych potworów Melka 
przywędrowały w pobliŜe jaskiń Orodretha i mimo czaru, 
który wzbraniał intruzom przekraczania strumienia, 
mieszkańcy grot przestali czuć się bezpiecznie. Powiadają, 
Ŝe Melko nie miał pojęcia o tym, Ŝe Turin zamieszkał wśród 
Rodothlimów i Ŝe to nie ze względu na niego niepokoił ów 
lud. Sprawiła to raczej stale rosnąca siła potworów, które 
zaczęły zapuszczać się w coraz odleglejsze regiony. 
Niestety znów dało o sobie znać zaślepienie i od dawna 
prześladujący Turina pech. 
   Z kaŜdym dniem wodzowie Rodothlimów stawali się coraz 
bardziej posępni, a sny, które ich nawiedzały, 
radziły, by opuścili w sekrecie swą siedzibę i pośpiesznie 
wyruszyli na poszukiwanie Turgona, on bowiem jedyny mógł 

Strona 9

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

ocalić gnomy. Wieczorami nad strumieniem dawały się teŜ 
słyszeć dziwne szepty i ci, którzy potrafili je zrozumieć, 
twierdzili, Ŝe przepowiadają one to samo, co sny. Jeden 
tylko Turin, który, wsławiwszy się licznymi bohaterskimi 
czynami, takŜe naleŜał do rady plemienia, starał się 
rozwiewać ich lęki, ufny we własne siły gorąco pragnął 
bowiem wojny z bestiami Melka. 
   - Mamy wspaniałą broń - przekonywał - i najwyŜszy juŜ 
czas obmyć ją we krwi naszych wrogów. Pamiętajcie o Bitwie 
Nieprzeliczonych Łez i nie zapomnijcie, Ŝe wasi bliscy, 
którzy w niej polegli, nawet nie próbowali uciekać, 
walcząc do końca. 
   Mimo mądrości i rozwagi innych członków rady, 
sprzeciwiających się planom Turina, jego słowa natchnęły 
otuchą wiele elfów, budząc nadzieję w sercach tych, którzy 
ze smutkiem myśleli o opuszczeniu miejsca, gdzie tak 
dobrze i spokojnie Ŝyło im się dotąd. Turin prosił 
Orodretha o miecz, jako Ŝe od zabójstwa Belega ani razu 
nie trzymał w ręku tej broni, zadowalając się jedynie 
potęŜną pałką. Władca polecił więc, by wykuto dlań wielki 
miecz. Magiczne zaklęcia sprawiły, Ŝe był on całkowicie 
czarny, a na krawędziach - tak ostrych, jak ostra moŜe być 
tylko stal gnomów - połyskiwał srebrnym blaskiem. Skryty w 
czarnej pochwie zawisł u pasa Turina, który nazwał go 
Gurtholfinem, Berłem Śmierci. Powiadano, Ŝe broń ta często 
sama z własnej woli wskakiwała synowi Úrina do rąk, a 
zdarzało się nawet, Ŝe przemawiała doń ludzkim głosem. Z 
tym to mieczem przemierzał Turin wzgórza, bezlitośnie 
zadając śmierć sługom Melka, a Czarny Miecz Rodothlimów 
stał się wkrótce dla orków straszliwym symbolem. Nie 
upłynęło wiele czasu, a rycerzowi udało się odegnać od 
jaskiń Orodetha całe zło. Wtenczas teŜ zyskał on wśród 
gnomów nowe miano: Mormagli lub Mormakil, które w ich 
mowie oznaczało (czarny miecz). 
   Im bardziej zaś rosła sława Turina, tym większą 
miłością darzyła go Failivrin. Kiedy ktoś próbował 
występować przeciw niemu, zawsze stawała w jego obronie i 
szukała dlań usprawiedliwień, on zaś traktował ją 
nadzwyczaj dwornie i ciepło, powiadając, Ŝe oto w krainie 
elfów znalazł piękną siostrę. Czyny Turina sprawiły 
jednakŜe, iŜ nikt nie chciał juŜ słuchać dawnej Rady 
Rodothlimów i jej członkowie nie mogli zapobiec temu, Ŝe 
siedziba plemienia stała się szeroko znana i w końcu 
dowiedział się o niej takŜe Melko. Wielu Noldolian 
uciekało teraz z niewoli Ainura, by wstąpić w szeregi 
Orodretha, Turin zaś cieszył się wśród nich wszystkich 
wielkim powaŜaniem. Były to dni wielkiej szczęśliwości: 
elfy mogły opuszczać swoje kryjówki i bezpiecznie wychodzić 
z domów, wiele z nich chełpiło się nawet, Ŝe oto Noldolianie 
zostali ocaleni, nie wiedziano bowiem, Ŝe Melko zbiera 
potajemnie wielką armię. Wkrótce zaś nastąpił niespodziewany 
atak i choć gnomy w wielkim pośpiechu zbierały swoje 
zastępy, nie na wiele się to jednak zdało, gdyŜ nie były w 
stanie obronić się przed jadącymi na grzbietach wilków 
orkami. Wśród wojowników Melka był teŜ wielki, ziejący 
ogniem i dymem potwór o łuskach z polerowanego brązu. Zwał 
się Glorund. Wszyscy Rodothlimowie zginęli lub dostali się 
do niewoli podczas tej bitwy, musieli bowiem ulec ogromnej 
przewadze wroga.  Była to najboleśniejsza poraŜka, jakiej 
doświadczyli oni od czasu Nínin-Udathriol. Orodreth został 
powaŜnie ranny. Turin wyniósł go z pola bitwy jeszcze zanim 
się ona zakończyła i przy pomocy lekko rannego Flindinga 
zabrał z powrotem do pieczar.  
   Tam władca skonał, przeklinając Turina za to, Ŝe 
przez niego nie posłuchał mądrej rady plemienia. Napełniło 
to serce wojownika wielką goryczą, nie pragnął bowiem 
przywieść do zguby ludu, za którego bezpieczeństwo czuł 
się odpowiedzialny. Pozostawiwszy martwego wodza, 

Strona 10

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

Turin udał się do siedziby Galwega, gdzie zastał gorzko 
płaczącą Failivrin, która otrzymała właśnie wiadomość o 
śmierci ojca. Turin próbował ją pocieszyć, ona zaś, 
zrozpaczona zagładą swego ludu, złoŜyła mu głowę na piersi 
i objęła go za szyję. Serce męŜczyzny zabiło gwałtownie, 
oto bowiem uświadomił sobie jak gorąco kochał tę piękną 
dziewczynę. Nie czas było jednak na miłosne wyznania. Z 
całego jaskiniowego ludu ocalał tylko on i Flinding, jeśli 
nie liczyć kilku starców i umierających z ran męŜczyzn, 
zaś orkowie opuścili juŜ pole bitwy i ruszyli w pogoń za 
Turinem. 
   Stanął tedy Marmagli przy wejściu do jaskini, z 
Gurtholfinem w ręku, mając u boku Flindinga. Orkowie 
rzucili się ku jaskiniom, grabiąc wszystko, co wpadło im w 
ręce. Nie zdołali jednak wedrzeć się do strzeŜonej przez 
Turina siedziby Galwega. Przypuścili na nią atak, ale 
jedynym skutkiem były liczne trupy orków, ścielące 
się u stóp nieugiętego wojownika. Wtenczas słudzy Melka 
wezwali na pomoc oddział łuczników, który począł razić 
Turina tak potęŜnym gradem strzał, Ŝe nawet jego zbroja - 
a podobnie jak gnomy lubił on zbroję i zawsze ją nosił - 
okazała się niedostateczną ochroną i rycerz został cięŜko 
ranny. W tej samej chwili śmierć dosięgła takŜe trafionego 
w oko Flindinga. I tak miał on szczęście, Ŝe nie zginął z 
rąk wielkiego smoka, który nagle pojawił się przed nimi, 
nakazując łucznikom, by przestali strzelać. Potem zaś 
podmuchem swego oddechu odsunął Turina sprzed wejścia do 
pieczary i unieruchomił go spojrzeniem. 
   Wielkie smoki były najpotworniejszymi i najdzikszymi 
istotami stworzonymi przez Melka i tylko Balrogowie mogli 
równać się z nimi siłą. Posiadały równieŜ ogromną wiedzę: 
powiadano, Ŝe znały wszystkie języki bogów i ludzi, ptaków 
i zwierząt, a ich uszy potrafiły zrozumieć szept Valarów i 
Melka, jeśli nawet nigdy wcześniej ich nie słyszały. 
Niewielu ludzi zdołało dokonać czynu tak wielkiego jak 
zabicie smoka, nikt teŜ, na kogo padła choć kropla ich 
krwi, nie pozostał Ŝywym, była to bowiem trucizna zdolna 
zabić wszystkich poza najsilniejszymi. Podobnie jak ich 
władca, stwory te gorąco poŜądały złota i pięknych 
przedmiotów, choć nie umiały ani ich uŜywać, ani nawet się 
nimi cieszyć. 
   Taki właśnie był równieŜ ów lóke (tym bowiem mianem 
Eldarowie określali stwory Melka) nakłaniający orków, by 
zabili, kogo zechcą, resztę zaś wzięli do niewoli. Wkrótce 
przed jaskiniami zebrał się tłum zrozpaczonych kobiet, 
dziewcząt i dzieci, zaś wszystkie największe skarby, które 
wyniesiono z siedziby Rodothlimów, leŜały teraz w słońcu 
przed bramą. Potwór pilnował ich osobiście, nie pozwalając 
nikomu tknąć ich choćby palcem. Nikt nie śmiał 
przeciwstawić się smokowi, nikt teŜ, nawet gdyby chciał, 
nie mógłby tego uczynić. 
   PrzeraŜona Failivrin wyciągnęła ku Turinowi ramiona, 
on jednak znajdował się juŜ we władaniu smoczego zaklęcia, 
które bestia rzucała za pomocą swego wzroku. Gdy bowiem 
smok spojrzał komuś w oczy, ten nieruchomiał tak, jakby 
obrócono go w kamień, całkowicie tracąc własną wolę. Turin 
takŜe nie był więc w stanie się poruszyć, choć nadal 
zachował zdolność widzenia i słyszenia. 
   Glorund tymczasem drwił z wojownika, mówiąc, Ŝe 
rzucił on swój miecz, nie mając odwagi bić się w obronie 
przyjaciół. Istotnie broń, wysunąwszy się z bezwładnej 
ręki, leŜała teraz u stóp Turina. Wkrótce gobliny zaczęły 
szykować się do drogi: musiały zaprowadzić tłum 
niewolników do swojego władcy. Serce pękało Turinowi z 
Ŝalu na ten widok, ale cóŜ mógł zrobić? Blada twarzyczka 
Failivrin znikała juŜ w oddali, kiedy do jego uszu 
doleciało wołanie dziewczyny: 
   - Gdzie twoje serce, Turinie Mormakilu? O ukochany, 

Strona 11

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

czy naprawdę mnie opuściłeś? 
   Na te słowa w sercu rycerza wezbrał taki gniew, Ŝe 
nawet zaklęcia smoka nie były w stanie go powstrzymać. Z 
głośnym krzykiem sięgnął po leŜący u stóp miecz i byłby 
zadał nim potworowi śmiertelny cios, ale ten zionął 
ogniem, tamując oddech w piersi wojownika. Turin posiniał, 
jakby miał za chwilę umrzeć, i zemdlał. 
   Upłynęło duŜo czasu, nim odzyskał przytomność. Kiedy 
otworzył oczy, leŜał w słońcu przed wejściem do jaskini, a 
jego głowa spoczywała na stosie złota. 
   - Ciekaw byłem, czy pozbawiłem cię Ŝycia, czy nie, 
Turinie Mormakilu, którego niegdyś nazywano dzielnym - 
odezwał się smok. 
   - Nie szydź ze mnie, nędzny robaku - odrzekł 
wojownik, przypominając sobie, w jak tragicznej znalazł 
się sytuacji. - Dobrze wiesz, jak bardzo pragnąłbym 
umrzeć. Pewnie zresztą właśnie dlatego mnie nie zabiłeś. 
   - Wiedz, Turinie, synu Úrina - ciągnął smok - Ŝe zły 
los jest z tobą nieodłącznie związany i Ŝe dokądkolwiek 
się udasz, będzie ci on towarzyszył. Istotnie nie 
zamordowałem cię tylko dlatego, Ŝe w ten sposób uniknąłbyś 
wielu gorzkich nieszczęść i straszliwego losu. 
   Słysząc te słowa Turin zerwał się na nogi i uwaŜając, 
by nie spojrzeć w groźne oczy bestii, uniósł swój miecz. 
   - Od tej pory nikt juŜ, póki Ŝyję, nie będzie nazywał 
mnie Turinem - krzyknął. - Oto nadaję sobie nowe imię, a 
brzmi ono Turambar! 
   To nowe imię znaczyło: Zwycięzca Losu. W języku 
gnomijskim brzmiało ono Turumart. Wypowiedziawszy te 
słowa, po raz drugi natarł na smoka. Zamierzał zmusić 
bestię do zadania mu śmierci, by w ten sposób pokonać 
ciąŜące nad nim fatum, ale potwór tylko się roześmiał. 
   - Ty głupcze! - powiedział. - Gdybym chciał, zabiłbym 
cię juŜ dawno. A jeśli tylko zapragnę, moje oczy mogą 
zamienić cię w głaz. Odejdź, Turambarze, Zwycięzco Losu, i 
czekaj aŜ dopełni się twoje przeznaczenie. Nie unikniesz 
tego. 
   Turambar był tak oszalały ze wstydu i gniewu, Ŝe, być 
moŜe, zadałby sobie samemu śmierć - choć nie miał nadziei, 
Ŝe jego duch uniknie niewoli w ponurych mrokach Mandosu 
lub wkroczy na piękne ścieŜki Valinoru - ale nagle 
stanęła mu przed oczami blada twarzyczka Failivrin. 
Pochylił głowę, a jego myśl poszybowała w ślad za nią 
poprzez lasy. Och, poszedłby za nią wszędzie, choćby do 
Angamandi i śelaznych Wzgórz, nawet gdyby podczas tej 
wędrówki dosięgnąć go miała śmierć, a umierając cierpiałby 
potworne męki. Aby ocalić Failivrin i odnaleźć szczęście, 
gotów był na kaŜde ryzyko, ale nie w ten sposób dane mu 
było zasłuŜyć na imię, które właśnie przybrał. Zresztą 
czytający w jego myślach smok nie pozwoliłby mu tak łatwo 
uniknąć przeznaczenia. 
   - Posłuchaj mnie, synu Úrina - powiedział. - W sercu 
zawsze byłeś tchórzem i oszukiwałeś wszystkich, chełpiąc 
się swoją odwagą. Czy uwaŜasz, Ŝe szlachetnie byłoby 
wyruszyć w ślad za panną obcego plemienia, nie dbając o 
to, Ŝe własny twój ród cierpi potworne męki? Wiedz bowiem, 
Ŝe Mavwin, która takŜe cię kocha, niecierpliwie wygląda 
twego powrotu. Choć dawno juŜ osiągnąłeś wiek męski, na 
próŜno wypatruje spadkobiercy. Nie wie, biedaczka, Ŝe jej 
syn jest wyjętym spod prawa zbrodniarzem, o rękach 
splamionych krwią swoich braci. Ludzie źle się z nią 
obchodzą, a i orkowie często napadają na Hithlum, tak więc 
ona sama, a takŜe jej córka, a twoja siostra, Nienóri, 
Ŝyją w ciągłym lęku. 
   śal wielki i wstyd ogarnęły Turambara, bowiem w 
kłamstwach potwora kryło się ziarenko prawdy, a przy tym 
rzucany przez oczy smoka czar sprawił, Ŝe wojownik 
uwierzył w kaŜde jego słowo. Ponownie odezwało się w nim 

Strona 12

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

pragnienie, by znów ujrzeć matkę i siostrzyczkę, której 
ani razu nie widział od dzieciństwa. I choć serce 
pękało mu z Ŝalu nad losem Failivrin, schował miecz do 
pochwy i ruszył w kierunku Dor Lómin. A mądrze przecieŜ 
powiada się: "Nie ma takiej rzeczy, dla której warto by 
zapomnieć o przyjaciołach, i nie wierz nikomu, kto radzi 
ci tak postąpić". Opuszczenie Failivrin w 
niebezpieczeństwie, którego sam był świadkiem, sprowadziło 
bowiem wielkie nieszczęście zarówno na niego, jak i na 
wszystko, co kochał. Odchodził sprzed jaskini z sercem 
targanym sprzecznymi uczuciami, smok zaś z rozkoszą 
wpatrywał się w leŜący przed nim stos złotych przedmiotów. 
Wieść o tym wielkim skarbie przed jaskinią nad brzegiem 
strumienia rozniosła się szeroko, wszyscy wiedzieli 
jednak, Ŝe pilnuje go straszliwa bestia, z której nozdrzy, 
nawet gdy zasypiała, wydobywały się kłęby trującego dymu. 
Czarne myśli lęgły się teŜ w głowie potwora, gdy czekał on 
na owoce, jakie wydadzą jego nikczemne i sprytne kłamstwa. 
   Długą podróŜ odbył Turambar, nim w końcu odnalazł 
domostwo swej matki, które opuścił jako dziecko. Ku 
wielkiemu zdziwieniu ujrzał wszakŜe, Ŝe dom nie ma dachu, 
a niepielęgnowany od dawna ogród zarósł chwastami. Serce 
zamarło w nim z obawy, od ludzi mieszkających w pobliŜu 
dowiedział się jednak, Ŝe Mavwin przeniosła się kilka lat 
wcześniej do niezbyt odległej, wielkiej i zamoŜnej 
siedziby, bowiem ten region Hisilóme był nadzwyczaj Ŝyzny 
i moŜna tu było uprawiać pola lub wypasać trzody. W czasie 
mrocznych dni, jakie nastały po wielkiej bitwie, tylko 
nieliczni mieli odwagę mieszkać na pustkowiu lub 
zapuszczać się w lasy, by polować i łowić ryby. Większość
obawiała się takiego Ŝycia i do nich naleŜał teŜ ród, 
zamieszkujący nie opodal wód Asgon, gdzie później narodził 
się Tuor, syn Pelega. 
   Usłyszawszy to wszystko, Turambar zdumiał się 
niepomiernie i jął wypytywać, czy region ów nawiedzają 
orkowie i inne straszliwe sługi Melka, jednak ci, z 
którymi rozmawiał, potrząsali tylko głowami, twierdząc, Ŝe 
stworzenia te nigdy nie zapuszczają się zbyt daleko w głąb 
Hisilóme. 
   - Jeśli Ŝyczysz sobie spotkania z orkami, panie, 
musisz udać się na wzgórza, które leŜą poza naszą krainą. 
Niedługo będziesz ich szukał. Nawet najostroŜniejsi z nas 
nie mogą przedrzeć się przez te wzniesienia, tak gęsto 
rozstawili tam swe warty. Pełno ich takŜe w pobliŜu 
skalistych bram Krainy Cienia, gdzie na zawsze uwięziono 
Dzieci Ludzi. Powiadają, Ŝe to z woli Melka te
stwory nie niepokoją nas tutaj. Ale, ale... ty sam, 
panie, przychodzisz, zdaje się, z daleka. To znaczy, Ŝe - 
jak juŜ od dawna podejrzewaliśmy - istnieje droga, którą 
moŜna przedostać się do innych krain. 
   To pytanie wprawiło Turambara w zakłopotanie, zaczął 
teŜ wątpić, czy smok powiedział mu prawdę. Z nadzieją w 
sercu podąŜył jednak ku nowej siedzibie matki, nie 
zwaŜając na to, Ŝe ci, których pytał o drogę, przyglądali 
mu się dziwnym wzrokiem. Mieli zaiste po temu powód, choć 
bowiem byli ciekawi, kim jest, budził w nich taki lęk, Ŝe 
wzdragali się przed rozmową z nim. Działo się tak za 
sprawą jego leśnego stroju, długich włosów oraz wychudłej, 
jakby ściągniętej nieukojonym bólem twarzy, w której pod 
ciemnymi brwiami jarzyły się czarne oczy. Jeszcze większą 
ciekawość budziła złota obroŜa, którą miał na szyi, oraz 
potęŜny miecz u boku. Choć nikt nie ośmielił się go o to 
pytać, przybysz nazywał siebie Turambarem, synem lasu,
co wydawało im się jeszcze dziwniejsze. 
   Kiedy jednak Turin dotarł do pięknego domu, który 
miał być siedzibą Mavwin, okazało się, Ŝe nikt w nim juŜ 
nie mieszka. Ogrody zarosła wysoka trawa, w oborze nie 
było bydła, w stajniach koni, a okoliczne pastwiska były 

Strona 13

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

ciche i puste. Tylko jaskółki, gnieŜdŜące pod belkami 
dachu, hałasowały tak bardzo, jakby juŜ teraz szykowały 
się do jesiennego odlotu. Stanąwszy na progu rzeźbionych 
drzwi Turambar zapłakał. ZauwaŜył to ktoś przechodzący 
obok i podszedł, by zapytać o powód jego smutku. 
   - CięŜko jest synowi, który od wielu lat nie widział 
matki, znaleźć rodzinny dom cichy i opuszczony - odparł 
Turambar. - Szczególnie jeśli, Ŝeby doń powrócić, 
przedrzeć się musiał przez niebezpieczne, pełne orków 
wzgórza. 
   - Wygląda to na podstęp Melka. W domu tym 
rzeczywiście mieszkała Władczyni Mavwin, Ŝona Úrina, 
jednak potajemnie i w wielkim pośpiechu dwa lata temu 
opuściła tę siedzibę. Ludzie powiadają, Ŝe razem ze swą 
córką Nienóri wyruszyła, by szukać zaginionego syna, ale 
ja nie znam jej losów. Podobnie jak inni wiem natomiast, 
choć wstyd mi o tym mówić, Ŝe opiekę nad całym swym 
dobytkiem powierzyła niejakiemu Broddzie. Jest on Ŝonaty z 
kobietą z jej rodu, więc moŜe dlatego mu zaufała? Po jej 
odejściu, za zgodą tutejszych ludzi, został on władcą tego 
regionu, poniewaŜ zaś Mavwin długo nie wracała, dołączył 
jej stada i pola do swoich, wypalając na zadach zwierząt 
własne znaki i pozwalając, Ŝeby ta siedziba popadła w 
ruinę. Ludziom się to nie podoba, ale nic nie mówią, gdyŜ 
Brodda zyskał tu wielkie wpływy. 
   Usłyszawszy to wszystko, Turambar jął błagać 
nieznajomego, by zaprowadził go do domu Broddy, ten zaś 
spełnił jego prośbę. Nim doszli do siedziby nowego władcy, 
zapadła noc i mieszkańcy domu schodzili się właśnie na 
kolację. Liczna zaiste była kompania, która zasiadła przy 
stołach, choć brakowało tu Ŝony gospodarza Airin. Nie 
lubiła ona podobnych uczt, jako Ŝe zawsze wypijano podczas 
nich zbyt duŜo wina, śpiewano sprośne piosenki, co często 
kończyło się kłótniami i bójkami. Stojąc u bram domostwa, 
Turambar płonął z gniewu, bowiem słowa nieznajomego 
napełniły jego serce wielką goryczą. 
   Na jego pukanie natychmiast otwarto bramy i pan domu, 
widząc nieznajomego, niezwłocznie posadził go za stołem, 
kaŜąc nalać mu wina i podać mięsiwo. Turin jednak nie 
chciał pić ani jeść, widząc zaś jego ponure spojrzenie, 
zdumieni biesiadnicy zapytali, kim jest. 
   - Jestem Turambar, syn lasu - odrzekł przybysz, 
stając u szczytu stołu, naprzeciwko miejsca, gdzie 
zasiadał Brodda. 
   Rozległy się śmiechy, które jednak zaraz umilkły. 
Oczy Turina pałały gniewem. 
   - CzegóŜ zatem chcesz ode mnie, synu lasu? - zapytał 
gospodarz. 
   - Przybywam, władco, by odpłacić ci za zarządzanie 
cudzymi dobrami. 
   Po tych słowach zapadła cisza, ale po chwili pan domu 
odezwał się znowu: 
   - KimŜe jesteś? - zapytał. 
   W odpowiedzi Turambar podszedł do Broddy i nim zdąŜył 
się on choćby poruszyć, wyciągnął Gurtholona i śmignął 
nim, odcinając władcy głowę. 
   - Tak umiera bogaty człowiek, który kradnie ubogi 
dobytek wdowy - zawołał. - Ludzie nie zawsze umierają w 
dzikich lasach, ja zaś jestem synem Úrina. Wróciłem do 
domu, do moich bliskich, ale miast nich zastałem tylko 
zrujnowane mury i puste pola. 
   Wybuchła wielka wrzawa, bo choć rozumiano jak wielki 
smutek dźwiga w sercu przybysz, to jednak czyn jego uznawano 
za okrutny i niesprawiedliwy. Byli wszakŜe i tacy, którzy 
nie chcieli sięgać po broń, uwaŜali bowiem, Ŝe Brodda był 
złodziejem i dostał to, na co zasłuŜył. Większość zebranych 
jednak dobyła mieczy i natarła na Turambara, który z trudem 
radził sobie z tak licznymi przeciwnikami. Podczas tej walki 

Strona 14

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

zginął teŜ rycerz imieniem Orlin. Niecodzienne hałasy 
zaniepokoiły Airin, która z rozwianym włosem, przeraŜona, 
zeszła do sali biesiadnej. Na jej widok wojownicy 
zaprzestali walki. Wielkie przeraŜenie zdjęło Airin, gdy 
zobaczyła, co uczynił Turin, ten zaś, zmieszany, odwrócił 
wzrok, nie mając odwagi spojrzeć jej w oczy. Jego gniew 
ostygł, a on sam poczuł się nagle słaby i chory.  
   - Nie Ŝałuj, synu Úrina, mnie, lecz samego siebie - 
powiedziała Airin, wysłuchawszy całej historii. - Nasz pan 
był surowym, okrutnym i niesprawiedliwym władcą, 
znajdziesz więc niejedno na swoją obronę. Pamiętaj jednak, 
Ŝe zamordowałeś go przy stole, będąc gościem w jego domu, 
i Ŝe zabiłeś takŜe Orlina, którego matka jest twoją 
krewną. Jaki więc powinien czekać cię los? 
   Po tych słowach zapadła cisza, a potem odezwały się 
liczne głosy: 
   - Śmierć! Śmierć! Śmierć! 
   - Nie byłoby to w zgodzie z prawami tej krainy - 
sprzeciwiła się Airin. - Brodda nie zasłuŜył wprawdzie na 
śmierć, ale jego zabójca działał pod wpływem gniewu. Orlin 
zaś zginął podczas walki - nasz gość tylko się przed nim 
bronił. Choć oczywiście nie usprawiedliwia to faktu, Ŝe 
wtargnął tu podczas uczty... Myślę, Ŝe najlepiej będzie, 
jeśli kaŜemy mu szybko stąd odejść i zaŜądamy, by nigdy 
więcej nie postawił stopy na naszej ziemi - pod groźbą, Ŝe 
jeśli złamie ów zakaz, kaŜdy będzie miał prawo zabić go 
jak psa. Ziemia zaś i dobytek, którymi w imieniu Úrina 
zarządzał Brodda, oddane zostaną Mavwin i Nienóri, o ile 
kiedykolwiek powrócą jeszcze do nas. Jednak nawet wtedy 
Turin, syn Úrina, nie będzie mógł odziedziczyć ani skrawka 
pól swego ojca. 
   Ten wyrok wydał się sprawiedliwy wszystkim prócz 
samego Turambara i tylko nieliczni dziwili się, Ŝe Airin, 
choć zamordowano jej męŜa, tak łagodnie obeszła się z 
zabójcą. Nikt nie miał jednak pojęcia, jak cięŜkie było 
jej Ŝycie u boku Broddy. Turambar wszelako rzucił swój 
miecz i prosił wojowników, by go zabili. Oni jednak nie 
chcieli tego zrobić przez wzgląd na Airin, którą bardzo 
powaŜali. Sama zaś władczyni okazała Turinowi łaskę, 
litowała się bowiem nad Mavwin. Miała nadzieję, Ŝe matka i 
syn jeszcze się spotkają i cieszyła się, Ŝe swym wyrokiem 
ugasiła zarówno gniew swych domowników, jak i ocaliła Ŝycie 
Turambara. 
   - Daję ci trzy dni - powiedziała do przybysza - na 
opuszczenie tych ziem. 
   - Och, gdybym mógł oczyścić się z jego krwi - odrzekł 
Turambar, opuszczając miecz. Kiedy wychodził w mrok nocy, 
w głębi serca wiedział juŜ, Ŝe nigdy więcej nie ujrzy 
Mavwin ani nikogo z tych, których kochał. Spragniony był 
wieści o matce i siostrze, ale odchodząc poprzez wzgórza 
wiedział jedynie, iŜ być moŜe wciąŜ szukają go one w 
lasach Odległych Krain. 
   O drodze powrotnej Turambara nie wiadomo nic prócz 
tego, Ŝe jego Ŝal jeszcze się pogłębił, a serce stało się 
martwe. Długą odbył podróŜ, nim w końcu, daleko za rzeką 
Rodothlimów, natknął się na polujących w lasach ludzi. 
Niektórzy z nich byli dworzanami Úrina lub ich synami, 
którzy błąkali się po tej krainie od czasu Bitwy Łez. 
Turambar dołączył do nich i na tyle, na ile potrafił, 
rozpoczął nowe Ŝycie. Ludzie ci mieszkali nie opodal 
Sirionu i porośniętych trawą wzgórz, ciągnących się nad 
środkowym biegiem rzeki. Było to nieugięte plemię, które 
nie poddało się Melkowi, i Turambar zyskał sobie wśród 
nich wielki szacunek. 
   
   Powinniście teŜ wiedzieć, Ŝe Ŝycie Mavwin wcale nie 
wyglądało tak, jak Foalóke opisał to Turinowi. Mieszkała 
spokojnie wśród ludu tych ziem, który otaczał ją wielką 

Strona 15

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

czcią, i tylko jej Ŝal po stracie syna stawał się z latami 
coraz głębszy. śadni wysłannicy nie przynosili juŜ wieści 
o nim i jedyną pociechę stanowiła dla Mavwin Nienóri, 
która wyrosła na piękną i smukłą pannę. W czasie, kiedy 
Turin opuszczał dwór Tinwelinta, miała juŜ dwanaście 
lat, była wysoka i nader urodziwa. 
   Legendy nie mówią, jak wiele czasu spędził Turambar 
wśród Rodothlimów, ale był z nimi tak długo, Ŝe Nienóri 
zdąŜyła wyrosnąć z wieku dziewczęcego i stanęła u progu 
dojrzałości. Obie z matką często rozmawiały o zaginionym 
Turinie. TakŜe na dworze Tinwelinta wciąŜ Ŝywa była pamięć 
o tym wojowniku, nadal mieszkał tam teŜ bardzo stary juŜ 
teraz Gumlin, który opiekował się małym Turinem podczas 
jego pierwszej podróŜy ku Odległym Krainom. Choć włosy na 
jego głowie stały się juŜ całkiem białe, a wiek przygarbił 
mu plecy, tęsknił on gorąco, by choć raz ujrzeć jeszcze 
ludzi i swą władczynię, Mavwin. Wiele lat czekać musiał, 
nim w końcu doszły go słuchy o wygnaniu z gór orków i 
innych sług Melka, co znaczyło, Ŝe droga, która tak długo 
pozostawała dla ludzi i elfów zamknięta, teraz stanęła 
otworem. W tym czasie Melko nie wcielił jeszcze w Ŝycie 
swego straszliwego planu zgładzenia plemienia Rodothlimów 
oraz zniszczenia pobliskich siedzib gnomów, które 
odnaleźli jego szpiedzy, i ludzie zamieszkujący te 
ziemie cieszyli się wolnością - choć być moŜe, gdyby 
wiedzieli, co ich czeka, ich radość byłaby mniejsza. 
   Gumlin padł tedy na kolana przed Tinwelintem, 
błagając go, by pozwolił mu wrócić do ojczyzny. Chciał 
zobaczyć dawną władczynię, zanim śmierć powiedzie go ku 
komnatom Mandosu, o ile Mavwin nie powędrowała tam juŜ 
przed nim. Król przystał na to, przydzielając 
starcowi dwóch wojowników, którzy mieli strzec go w 
drodze, i cała trójka wyruszyła w cięŜką podróŜ, była 
bowiem późna zima, a Gumlin nie chciał nawet słyszeć o 
czekaniu do wiosny. 
   Kiedy zbliŜyli się do tego regionu Hisilóme, gdzie 
mieszkała Mavwin, spadł, jak to często bywało na tych 
terenach wczesną wiosną, gęsty śnieg. Utrudniał on 
wędrówkę i w końcu wyczerpany Gumlin tak opadł z sił, Ŝe 
zemdlał, zaś jego towarzysze, szukając pomocy, zapukali - 
sami o tym nie wiedząc - do drzwi Mavwin. Jej słudzy 
przenieśli starca do domu, gdzie Gumlin szybko doszedł do 
siebie, a kiedy rozpoznał władczynię, serce wypełniła mu 
radość. 
   Opowiedział Mavwin o wszystkim, co wydarzyło się na 
dworze Tinwelinta, póki zaś mówił o dzielności Turina, jej 
twarz jaśniała szczęściem, zasmuciła się jednak głęboko na 
wieść, z jakiego powodu odszedł z zamku Linwego. 
Odprawiwszy Gumlina, zapłakała gorzko nad nieszczęściem 
syna. Od dawna zastanawiała się, czemu Turin - o ile Ŝył i 
dorósł do wieku męskiego - nie powrócił do niej, choć 
często z przeraŜeniem myślała teŜ, Ŝe gdyby uległ tej 
pokusie, wędrując przez wzgórza, naraziłby się na 
straszliwe niebezpieczeństwo. Prawda okazała się wszelako 
jeszcze gorsza od jej obaw i nawet Nienóri nie znalazła 
słów, by pocieszyć zrozpaczoną matkę. 
   Pogoda była tak zła, Ŝe wojownicy Tinwelinta, którzy 
towarzyszyli Gumlinowi w drodze, postanowili pozostać w 
gościnie u Mavwin aŜ do wiosny, nim zaś ona nadeszła, 
starzec umarł. 
   Władczyni udała się do wodzów kilku zamieszkujących w 
okolicy plemion i, opowiedziawszy im o losie Turina, 
poprosiła o pomoc. Oni jednak wyśmiali ją, twierdząc, Ŝe 
zbyt powaŜnie potraktowała paplaninę umierającego starca i 
Ŝe rozpacz zmąciła jej umysł. Według nich głupotą byłoby 
szukać wśród wzgórz człowieka, który zaginął przed wielu 
laty. 
   - Nie damy ludzi ani koni na taką wyprawę, mimo Ŝe 

Strona 16

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

wszyscy mamy dla ciebie, pani, wiele szacunku i miłości - 
powiedzieli. 
   Mavwin odeszła tedy ze łzami, nie złorzeczyła 
wszelako tym, co jej odmówili, gdyŜ od początku niewielką 
miała nadzieję, Ŝe spełnią jej prośbę. Wiedziała teŜ, Ŝe w 
ich słowach kryło się sporo racji. PoniewaŜ jednak 
powzięty plan nie dawał jej spokoju, nakazała elfom, które 
towarzyszyły Gumlinowi, a teraz zbierały się do drogi 
powrotnej, by poprowadziły ją do swego władcy. Początkowo 
wojownicy próbowali odwieść władczynię od tego pomysłu, 
twierdząc, Ŝe zbyt trudna jest to wyprawa dla kobiety, ale 
ona nie zwaŜała na ich słowa. Ubłagała tylko swą 
przyjaciółkę, imieniem Airin Faiglindra, długowłosą Ŝonę 
Broddy, moŜnego i wpływowego władcy tych ziem, aby wraz z 
męŜem zaopiekowała się jej córką i majątkiem. Airin nie 
trzeba było do tego długo namawiać. Mając jej słowo, Ŝe 
zajmie się zarówno dzieckiem jak i dobytkiem, Mavwin 
poszła poŜegnać się z Nienóri. Tym razem jednak sprawy 
potoczyły się inaczej niŜ sądziła, dziewczyna bowiem 
odrzekła: 
   - Albo odejdziemy stąd razem, matko, albo będziesz 
musiała tu zostać. 
   śadna siła nie zdołała zmusić jej do zmiany zdania, w 
końcu więc obie wyruszyły w drogę, choć elfy obawiały się, 
Ŝe matka i córka mogą nie wytrzymać trudów podróŜy. 
Okazało się jednak, Ŝe po srogiej zimie nastąpiła bardzo 
ciepła wiosna i wbrew obawom wojowników cała czwórka 
szczęśliwie przemierzyła góry, nie trapiona w ciągu 
długiej podróŜy niczym prócz pragnienia i głodu. 
   Znalazłszy się w końcu przed obliczem Tinwelinta, 
Mavwin rzuciła mu się do stóp i wybuchnęła płaczem, 
błagając, aby wybaczył Turinowi i ze względu na nią oraz 
Nienóri udzielił jej pomocy. Tinwelint kazał jej wstać i 
usiąść obok królowej Gwedheling. 
   - Dawno juŜ wybaczyliśmy twemu synowi i po wielokroć 
próbowaliśmy go odnaleźć - powiedział. - Nie wyjąłem go 
spod prawa ani nie nakazałem opuścić mego królestwa - 
wygnały go stąd jedynie wyrzuty sumienia i rozgoryczenie. 
Myślę, Ŝe odszedłszy ku dzikim ostępom, zginął tam z rąk 
sług Melka lub teŜ dostał się w niewolę orków. 
   Mavwin ponownie zalała się łzami i raz jeszcze 
poprosiła króla o pomoc. 
   - Uchodzę sobie nogi do kolan, wędrując po lasach, 
jeśli tylko prowadzić mnie będzie nadzieja, Ŝe u kresu 
drogi ujrzę Turina, syna mego ukochanego Úrina - 
oświadczyła. 
   Tinwelint odrzekł jednak, Ŝe nie wie, dokąd, prócz 
Angamandi, mogłaby udać się na poszukiwania, a tam, mimo 
iŜ serce przepełnia mu współczucie dla bliskich Úrina, nie 
odwaŜy się wysłać Ŝadnego ze swych poddanych. Zaiste, król 
uwaŜał, Ŝe postępuje słusznie i jedyną pomocą, jaką chciał 
okazać zrozpaczonej matce, było skłonienie jej, by 
porzuciła szalone i śmiertelnie niebezpieczne plany. 
Usłyszawszy jego odpowiedź, Mavwin nie wyrzekła ani słowa 
więcej, lecz wyruszyła w lasy, nie pozwalając, by 
towarzyszył jej ktokolwiek prócz Nienóri. 
   Lud Tinwelinta litował się wszelako nad obiema 
kobietami i strzegł ich potajemnie, wielokrotnie - choć o 
tym nie wiedziały - nie dopuszczając do tego, by stała im 
się jakaś krzywda. Wkrótce wszyscy przywykli do widoku 
błąkających się po kniei matki i córki i współczuli im w 
ich niedoli, przeklinając z nienawiścią Melka oraz jego 
złe uczynki. Wiele miesięcy błąkała się Mavwin po lasach, 
aŜ pewnego razu natknęła się na gromadę wędrownych gnomów, 
od których usłyszała o losie Rodothlimów i o tym, Ŝe wśród 
tego właśnie plemienia Ŝył jej syn. Opowiedziano jej takŜe 
o splądrowaniu ich siedzib przez zastępy Melka oraz o 
smoku Glorundzie, wieść o tym wszystkim rozniosła się 

Strona 17

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

bowiem szeroko i ludzie powtarzali ją sobie z ust do ust. 
Dowiedziała się teŜ władczyni, Ŝe Turin nie nosił juŜ 
dawnego imienia, lecz zwano go Marmakilem, dzikim męŜem, 
który uciekł z dworu Tinwelinta, a potem wymknął się z 
niewoli orków. 
   Napełniło to serce matki nadzieją, która jednak 
szybko zgasła, bowiem Noldolianie nie sądzili, by 
ktokolwiek - prócz zabranych do Angamandi jeńców - uszedł 
z Ŝyciem z rzezi w jaskiniach. Mimo to Mavwin powróciła do 
zamku króla i błagała, by rozkazał swym zastępom zabić 
Foalók(go. Sądziła, Ŝe jej syn moŜe Ŝyć w niewoli u smoka 
i elfy zdołają go z niej oswobodzić. Była pewna, Ŝe 
dzielność wojowników wystarczy, aby pokonać potwora i 
pomścić zło, które wyrządził. Miała przy tym nadzieję, Ŝe 
w godzinie śmierci bestia wyzna, co stało się z Turinem, 
bowiem jej syna rzeczywiście nie było juŜ w pobliŜu jaskiń 
Rodothlimów. Niewiele dbała władczyni o strzeŜone przez 
smoka bogactwa, lecz duŜo mówiła o nich Tinwelintowi, 
powtarzając wszystko, co usłyszała od Noldolian. Ubogi, 
Ŝyjący w lasach lud Tinwelinta, tak jak wszyscy Eldarowie 
kochał piękne i kunsztowne przedmioty, złoto, srebro i 
drogocenne kamienie. Sam król takŜe tęsknił za bogactwami, 
niewiele posiadał bowiem klejnotów, choć wśród tych, które 
miał, był wspaniały Silmaril, za jaki wielu władców 
oddałoby wszelkie inne skarby. 
   - W tym akurat mogę ci pomóc, nieugięta Mavwin - 
odrzekł tedy Tinwelint. - Powiadam ci jednak otwarcie, Ŝe 
nie mam nadziei na uwolnienie Turina. Nawet jeśli 
wcześniej wierzyłbym, Ŝe on Ŝyje, twoja opowieść 
odebrałaby mi resztki złudzeń. Prawdą jest jednakowoŜ, iŜ 
pragnę i potrzebuję bogactw, które mogę zdobyć dzięki tej 
wyprawie. Połowa z nich, przez pamięć o Turinie i Úrinie, 
będzie naleŜała do ciebie i twej córki. 
   - Nie chcę Ŝadnych łupów - odrzekła Mavwin. - Daj mi 
tylko dach nad głową na tę noc i zwróć mojego syna. 
   - Nie mogę niestety spełnić tej ostatniej prośby - 
westchnął Tinwelint. - Jestem bowiem jedynie królem 
leśnych elfów, a nie Valarem z zachodnich wysp. 
   Zebrał tedy król swoich wojowników oraz myśliwych i 
wydał im rozkazy. Imię Foalók(go było im juŜ znane i wielu 
potrafiło wskazać miejsce, gdzie bestia ta zamieszkiwała. 
Jednak na dźwięk imienia potwora nawet najdzielniejsi z 
nich kamienieli ze strachu, podobnie jak bezbrzeŜnym 
lękiem napełniała ich myśl o zbliŜeniu się do jego 
siedziby. Jaskinie Rodothlimów, choć nie znajdowały się 
blisko, nie leŜały teŜ zbyt daleko od królestwa 
Tinwelinta, dlatego teŜ król rozkazał, by Mavwin i Nienóri 
pozostały razem z nim w jego zamku. 
   - Moi wojownicy wyruszą, aby walczyć ze smokiem, 
potem zaś dokładnie opowiedzą nam, jak przebiegała bitwa i 
co znaleźli w siedzibie potwora. 
   - Postąpimy wedle twego rozkazu - odrzekli rycerze, 
choć w ich oczach czaił się strach. 
   - Zaiste, niechaj Nienóri pozostanie z twą Ŝoną 
Gwendheling - zgodziła się Mavwin - ja jednak, poniewaŜ 
wszystko mi jedno, czy będę Ŝyć, czy umrę, wyruszę razem z 
wojownikami, aby zobaczyć smoka i odnaleźć syna. 
   Roześmiał się Tinwelint na te słowa, Nienóri jednak, 
która wiedziala, Ŝe matka wcale nie Ŝartuje, jęła błagać 
ją, by odstąpiła od swego zamiaru. Mavwin pozostała 
nieugięta, lękała się bowiem, Ŝe królewskie zastępy ogarnie
strach i w ten sposób zaprzepaszczona zostanie ostatnia 
szansa na ocalenie Turina. 
   - Wiem, Ŝe twe słowa wypływają li tylko z troski o 
mnie - odrzekła władcy - ale daj mi konia i ostry nóŜ, 
którym w razie potrzeby będę mogła sama zadać sobie 
śmierć, i pozwól jechać z twoimi Ŝołnierzami. 
   Zdziwiły się elfy, słysząc to Ŝądanie, bo chociaŜ 

Strona 18

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

Ŝony i córki ludzi cechowała w owym czasie nie lada 
odwaga, i choć długo zachowywały one siły i młodość, 
pragnienie Mavwin zakrawało na szaleństwo. 
   W jeszcze większe zdumienie wprawiła jednak 
wojowników Nienóri, która, widząc upór matki, rzekła: 
   - W takim razie ja takŜe pojadę z Mavwin, bo czyŜ 
wyprawa moŜe być trudniejsza dla mnie, córki Úrina, niŜ 
dla niej? 
   Gwendheling oświadczyła wówczas, Ŝe nigdy się na to 
nie zgodzi, była bowiem wróŜką i przewidywała, jak 
skończyć się moŜe walka z potworem. 
   Mavwin wszelako nie chciała pogodzić się z tym i 
zapewne opuściłaby w gniewie zamek Tinwelinta i skryłaby 
się w lesie, gdyby Nienóri nie chwyciła jej za suknię i 
nie zatrzymała. Po długich namowach Ŝona Úrina zgodziła 
się w końcu na to, by obie z córką towarzyszyły wysłanemu 
przez króla potęŜnemu zastępowi elfów tylko do granic 
królestwa, gdzie mieszkała bestia, i tam pozostały, z 
daleka przyglądając się walce ze smokiem. Elfy zapewniły 
ją, Ŝe jest tam odpowiednie wzniesienie, z wierzchołka 
którego potajemnie moŜna obserwować siedzibę potwora, co 
same często czyniły. 
   W końcu wojownicy, wziąwszy ze sobą najlepsze konie, 
wyruszyli w drogę. Choć leśne elfy posiadały niewiele 
rumaków, takŜe dla Mavwin i Nienóri znalazły się 
wierzchowce. Obie kobiety jechały na czele kawalkady, 
budząc powszechny podziw swą dzielnością, choć one same 
nie widziały w tym nic nadzwyczajnego. Całe plemię Úrina - 
zarówno chłopcy jak i dziewczęta - potrafiło od 
najmłodszych lat jeździć konno, nic więc dziwnego, Ŝe 
nauczyła się tego takŜe wychowana wśród tego ludu Nienóri. 

   Po wielu dniach podróŜy wędrowcy znaleźli się w 
miejscu, które było niegdyś piękną krainą, teraz jednakŜe 
przemieniło się w jałową pustynię. Przecinała je rwąca 
rzeka, a jej koryto wieńczyła z jednej strony porośnięta 
drzewami wysoka skarpa. Na drugim brzegu rozciągała się 
rozległa Ŝyzna równina, zaś tuŜ za skarpą wznosiły się 
potęŜne wzgórza. AŜ po odległe jaskinie Rodothlimów 
ciągnęła się natomiast spustoszona ziemia, pełna zwalonych 
lub uschniętych drzew, czarnych wrzosowisk i wielkich 
szczelin, wyŜłobionych przez czołgającego się potwora. 
   Wiele smoków, mniej lub bardziej potęŜnych, wypuścił 
na wolność Melko, zaś nawet najmniejsze z nich znacznie 
przewyŜszały wielkością ówczesnych ludzi. Miały one 
podobne węŜom i Ŝmijom zimne ciała, a niektóre posiadały 
nawet skrzydła, szumiące głośno podczas lotu. 
NajpotęŜniejsze potwory nie miały jednak skrzydeł: były 
cięŜkie, powolne i zionęły ogniem. Iskry tryskały nawet 
spomiędzy łusek ich pancerza. Były to smoki zachłanne i 
Ŝarłoczne, mające umiejętność czynienia największego zła. 
Do takich właśnie naleŜał Foalóke, który wszystkie 
miejsca, gdzie się pojawiał, obracał w jałową pustynię. Od 
czasu wymordowania Rodothlimów zrobił się jeszcze 
potęŜniejszy i zgromadził jeszcze większe skarby. Stało 
się tak za sprawą zniewolonych przez bestię ludzi, elfów, 
a nawet orków, którzy przynosili mu jedzenie oraz oddawali 
zdobyte łupy. 
   Wojownicy, mimo Ŝe ze zgrozą patrzyli na to miejsce, 
jęli, nie tracąc czasu, przygotowywać się do bitwy. 
Pociągnąwszy losy, wybrali teŜ jednego, by ten udał się z 
Nienóri i Mavwin na wzniesienie, skąd kobiety obserwować 
miały walkę. LeŜało ono poza granicami spustoszonych ziem i 
porośnięte było drzewami, zaś na jego szczyt wiodły ukryte w 
gęstwinie ścieŜki. Kiedy ta trójka zdąŜała ku wzniesieniu, 
reszta wojowników zakradła się do jaskiń, by pozostawić tam 
spocone ze strachu konie. Chwilę potem ze swej nory wypełzł 
Foalóke.  Tak jak miał to we zwyczaju, zsunął się ze skarpy 

Strona 19

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

ku strumieniowi i połoŜył w poprzek jego koryta. Wokół 
natychmiast rozniósł się potworny smród, a z ziemi powstała 
gęsta mgła, która sprawiła, Ŝe wojownicy stracili się 
nawzajem z oczu. Oszołomieni odorem, poczęli się nawoływać, 
zdradzając przed bestią swą obecność. Słysząc ich krzyki, 
smok zaśmiał się głośno, a śmiech jego był dźwiękiem tak 
straszliwym, Ŝe zagubione we mgle elfy rzuciły się do 
ucieczki. Jeszcze większa panika ogarnęła je zaś w chwili, 
kiedy okazało się, Ŝe nie mogą znaleźć swoich koni.  
   Usłyszawszy z daleka krzyki i widząc unoszącą się 
znad rzeki mgłę, Nienóri powróciła wraz z matką do 
miejsca, gdzie poŜegnały się z wojownikami, i tam, zdjęte 
wielkim niepokojem, czekały na rozstrzygnięcie walki. 
Niespodziewanie jednak wzgórze, na którym stały, spowiła gęsta 
mgła i w tym samym momencie przemknął obok nich tabun 
oszalałych ze strachu koni. Gnane lękiem, przegalopowały 
przez wzgórze, tratując kopytami strzegącego kobiet elfa, 
który próbował pochwycić za uzdę jedno ze zwierząt. Ku 
przeraŜeniu Mavwin i Nienóri Ŝaden wierzchowiec nie niósł 
na grzbiecie wojownika. Wkrótce rumaki zniknęły w gęstym 
lesie, kobiety zaś pozostały na wzgórzu samotne i 
bezradne. Znalazły się zaiste w wielkim niebezpieczeństwie 
i długo błądziły we mgle, nie wiedząc, gdzie są, ani nie 
napotykając Ŝadnego rycerza. Przez pewien czas słyszały 
tylko w oddali zduszone okrzyki strachu, potem zaś 
wszystko umilkło. Przytuliły się do siebie, nie mając 
pojęcia, w którą stronę powinny pójść, kiedy nagle nad ich 
głowami zaświeciło słońce, a w sercach na nowo rozbłysła
nadzieja. Wkrótce opary rozwiały się i powietrze na powrót 
stało się przejrzyste. Dopiero wtedy kobiety ujrzały, Ŝe 
znajdują się nie opodal rzeki, nad którą wciąŜ unosiła się 
para, jakby jej wody wrzały. Matka i córka spostrzegły teŜ 
leŜącego w poprzek koryta i spoglądającego na nie potwora. 

   Smok nie przemówił ni słowem, ani się nie poruszył, 
ale patrzył na Mavwin i Nienóri tak długo, aŜ obie 
poczuły, Ŝe nogi uginają się pod nimi, a umysły zaćmiewają. 
Ostatnim wysiłkiem woli Nienóri wyzwoliła się na 
chwilę spod jego wpływu. 
   - Czegokolwiek chcesz od nas, węŜu Melka, powiedz nam 
o tym prędko, wiedz bowiem, Ŝe nie przybyłyśmy tu ani dla 
ciebie, ani dla twego złota. Szukamy jedynie Turina, który 
tu niegdyś mieszkał. 
   - Kłamiesz! - ryknął potwór głosem tak potęŜnym, Ŝe 
zatrzęsła się ziemia. - Z radością powitałybyście moją 
śmierć i z przyjemnością ta banda tchórzy, która teraz 
błąka się po lesie, rzuciłaby się na mnie, Ŝeby mnie 
zabić. Głupcy, kłamcy i tchórze! Jak mogliście myśleć, Ŝe 
uda wam się uśmiercić Glorunda Foalók(go, który - zanim 
jeszcze jego potęga wzrosła - zabił całe zastępy 
Rodothlimów wraz z ich władcą Orodrethem. 
   - JednakŜe Turin uniknął śmierci i wciąŜ znajduje się 
w twojej niewoli - powiedziała dziewczyna, choć nie miała 
nadziei na to, Ŝe jej brat Ŝyje. 
   - Znam imiona wszystkich, którzy mieszkali w tych 
podziemiach, zanim objąłem nad nimi władzę, i powiadam ci, 
Ŝe nikt o takim imieniu nie odszedł stąd Ŝywy. 
   W ten sposób nawet dumne oświadczenie Turina obróciło 
się przeciw niemu, smoki uwielbiały bowiem w ten sposób 
bawić się słowami.
   - A więc mój syn został zabity w tym strasznym 
miejscu - rzekła Mavwin. 
   - Tu właśnie imię Turina na zawsze zniknęło z 
powierzchni ziemi - potwierdził smok - ale nie płacz, 
kobieto, było to bowiem imię tchórza, który zdradził 
swoich przyjaciół! 
   - Zamilknij, wstrętna bestio! - krzyknęła Mavwin. - 
Zapłacisz jeszcze za to, Ŝe lŜysz zmarłego, zabójco mego 

Strona 20

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

syna! 
   - W twoich słowach powinno być mniej dumy - odrzekł 
potwór - jeśli obie z córką chcecie uniknąć tortur. 
   - O przeklęty! - zawołała władczyni. - Nie boję się 
ciebie! Zadaj mi swe tortury, weź mnie w niewolę! Ja sama 
pragnę śmierci! Pozwól jednakŜe mej córce, Nienóri, 
powrócić do ludzkich siedzib. Przybyła tu tylko ze względu 
na mnie, nie wiedząc nic o celu naszej podróŜy. 
   - Nie próbuj mnie oszukać, kobieto - zadrwił smok. - 
Prędzej zatrzymałbym twoją córkę, ciebie zaś zabił lub 
odesłał tam, skąd przyszłaś, ale tak się składa, Ŝe nie 
potrzebuję Ŝadnej z was. - Mówiąc te słowa otworzył
szeroko swoje złe oczy. Mavwin i Nienóri zadrŜały pod tym 
spojrzeniem i w tej samej chwili ich umysły osłabły.
Miały wraŜenie, Ŝe czołgają się bezkresnym, ciemnym 
tunelem, nie mogąc odnaleźć się nawzajem, a na ich wołanie 
odpowiada tylko słabe echo. 
   Po pewnym czasie - choć sama nie wiedziała jak długim 
- Nienóri uświadomiła sobie, Ŝe nie znajduje się juŜ nad 
rzeką, w spustoszonej przez Foalókego krainie, lecz w 
gęstym lesie. Zapadał właśnie zmierzch, ona zaś czuła się 
tak, jakby zbudziła się z koszmarnego snu, którego wszakŜe 
w Ŝaden sposób nie mogła sobie przypomnieć. Mimo to nie 
opuszczał jej strach. Długi czas błąkała się wśród drzew, 
tylko dzięki czarom ocalając Ŝycie, cierpiała bowiem 
straszliwy głód i pragnienie. Na szczęście było lato, 
inaczej zamarzłaby na śmierć w podartej szacie i 
zniszczonych, dziurawych trzewikach. Często płakała 
znuŜona, nie wiedząc, w którą stronę się udać. 
   Pewnego dnia ujrzała na polanie leśnej gromadę istot, 
które wydały jej się ludźmi. Wycieńczona głodem podeszła 
bliŜej, Ŝeby im się przyjrzeć i dopiero wtedy spostrzegła, 
Ŝe byli to członkowie groźnego i niegodziwego plemienia, 
Ŝyjącego w tutejszych lasach. Wszyscy mieli złe twarze, zaś 
ich śmiech brzmiał jak pocieranie kamieniem o metal.  
Uzbrojeni byli w zakrzywione miecze i rogowe łuki.  
Dziewczynę zdjął na ten widok paniczny lęk, choć nie miała 
pojęcia, Ŝe obserwuje właśnie orków, bowiem nigdy wcześniej 
nie widziała Ŝadnej istoty naleŜącej do tego złego rodu. 
PrzeraŜona rzuciła się do ucieczki, spostrzeŜono ją jednak i 
jeden z wojowników posłał za nią strzałę, która utkwiła w 
pniu drzewa tuŜ obok jej głowy. Inni, widząc, Ŝe uciekającą 
istotą jest młoda i piękna dziewczyna, krzycząc i wyjąc 
rzucili się w pogoń. Nienóri biegła tak szybko, na ile tylko 
pozwalały jej gęsto rosnące drzewa, wkrótce wszelako opadła 
z sił. Pościg był tuŜ za nią i wydawało się, Ŝe nic juŜ nie 
uchroni jej przed straszliwą niewolą, kiedy nagle, jakby w 
odpowiedzi na jej rozpaczliwy krzyk, pojawił się obrońca.  
   Jego czarne, posiwiałe włosy były w nieładzie, zaś na 
bladej twarzy odcisnął swe piętno wielki smutek. W dłoni 
dzierŜył miecz o czarnym ostrzu. Bez chwili wahania 
nieznajomy wojownik - niewiele robiąc sobie ze 
świszczących w powietrzu strzał - zaatakował orków, 
zabijając pięciu z nich, a resztę zmuszając do ucieczki. 
   Nienóri łkając usiadła na kamieniu. Strach i znuŜenie 
na moment odebrały jej głos. Wybawca stał przez ten czas 
obok, ze zdumieniem patrząc na tę piękną dziewczynę, która 
samotnie błąkała się po lesie. 
   - Skąd przychodzisz, miła panno? - zapytał w końcu. - 
Jak ci na imię? 
   - Nie wiem - szepnęła w odpowiedzi Nienóri. - Mam 
wraŜenie, Ŝe znajduję się bardzo daleko od mojego domu i 
ludu, i Ŝe spotkało mnie wiele złych rzeczy, ale jakieś 
chmury przesłaniają mi pamięć tak, Ŝe nie mam pojęcia, 
skąd się tu wzięłam ani dokąd podąŜam. - Mówiąc to, na 
nowo zalała się łzami. 
   - W takim razie nazwę cię Níniel, małą panną we łzach 
- rzekł nieznajomy. 

Strona 21

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

   - Nie, ja nie nazywam się Níniel! - zawołała 
dziewczyna, unosząc twarz i patrząc nań ze zdumieniem. 
Niczego więcej nie zdołała sobie jednak przypomnieć. - A 
ty, kimŜe jesteś, leśny wojowniku? - zapytała przez łzy. 
   - Nazywam się Turambar i nie mam domu, ni krewnych, 
ani nawet przeszłości, o której mógłbym myśleć - odrzekł 
męŜczyzna. - Jestem wiecznym wędrowcem. 
   Kiedy podawał swe imię, w Nienóri znowu odezwało się 
jakieś zamglone wspomnienie. 
   - Otrzyj łzy, Níniel - powiedział po chwili Turambar 
- jesteś juŜ bowiem bezpieczna. Zamieszkasz wraz ze mną 
wśród niewielkiego, leśnego plemienia, mającego śliczną 
siedzibę na polanie wśród drzew. Nasze domostwo znajduje 
się wprawdzie daleko stąd, ale szczęśliwie dziś właśnie 
wybraliśmy się na polowanie. Ponadto chcieliśmy stoczyć 
kilka potyczek z orkami, staramy się bowiem trzymać te złe 
istoty z dala od naszej kryjówki. 
   Nie mając innego wyboru, Níniel (bo tak zawsze juŜ 
zwracał się do niej Turambar, a i ona nauczyła się wkrótce 
nazywać siebie tym imieniem) udała się z wojownikiem do 
jego towarzyszy. Odnalazłszy ich, rycerz posadził ją przed 
sobą na koniu i cała gromada pośpiesznie opuściła tę 
nawiedzaną przez orków krainę. 
   Kiedy Turambar zakończył swą potyczkę ze sługami 
Melka, było juŜ południe, mimo to zdąŜyli ujechać szmat 
drogi, nim wczesnym wieczorem powtórnie zatrzymali się na 
popas. Słońce chyliło się juŜ ku zachodowi i Níniel miała 
wraŜenie, Ŝe w lesie zrobiło się jaśniej i nie jest on juŜ 
tak gęsty jak poprzednio. Zniknęło takŜe wraŜenie, Ŝe wokół
czai się zło. Wkrótce rozbito na polanie obóz, oświetlony 
przebijającym się przez korony drzew blaskiem gwiazd. 
Otulona licznymi derkami, które miały chronić ją przed 
chłodem, Níniel ułoŜyła się do snu. Od dawna juŜ nie spała 
tak spokojnie jak owej nocy, kiedy lekki wietrzyk muskał 
jej twarz. W tym czasie Turambar z przejęciem opowiadał 
towarzyszom o spotkaniu z dziewczyną i zastanawiał się, 
skąd wzięła się ona wśród kniei i kto rzucił na nią ów 
czar niepamięci. 
   Ich podróŜ trwała jeszcze wiele dni, aŜ w końcu, znuŜeni, 
stanęli pewnego południa nad brzegiem leśnego strumienia. 
Posuwając się z jego biegiem, wkrótce dotarli do miejsca, 
gdzie mogli się przeprawić na drugi brzeg. Był to płytki 
bród, ze skałami wystającymi nad powierzchnię wody, choć tuŜ 
obok potok tworzył potęŜny, wpadający do niewielkiego 
jeziorka wodospad.  
   - Jesteśmy juŜ blisko domu - powiedział Turambar, 
wskazując to miejsce. - Przed nami wodospad i Srebrna 
Czara. 
   Níniel nie popatrzyła jednak na spływającą wodę, nie 
wiadomo czemu zdjął ją bowiem nagły lęk.  Wkrótce znaleźli 
się na stoku wzgórza, gdzie rosło zaledwie kilka drzew - 
między innymi stary dąb o potęŜnym pniu. U jego stóp 
ścieliła się miękka trawa, rozległa polana wykarczowana 
została bowiem juŜ wiele lat temu.  Pośrodku stało tu kilka 
dostatnich, drewnianych domów, otoczonych ogrodami i sadami. 
Jeden z budynków zdobiły dziwne, prymitywne rzeźby oraz 
klomby kwitnących kwiatów i to właśnie ku niemu poprowadził 
gościa Turambar.  
   - Oto moja siedziba - powiedział. - Chciałem, Ŝebyś w 
niej zamieszkała, pomyślałem jednak, Ŝe będziesz się 
czuła samotna. W sąsiedztwie jest wszelako sporo domostw, 
gdzie Ŝyją kobiety i dziewczyny, tak Ŝe na pewno 
znajdziemy miejsce, gdzie będzie ci lepiej. 
   Tak oto Nienóri pozostała wśród mieszkańców lasu 
znajdując gościnę w domu Bethosa, potęŜnie zbudowanego 
męŜczyzny, który w czasie Bitwy Nieprzeliczonych Łez był 
jeszcze małym chłopcem i dzięki temu ocalił Ŝycie. Jego Ŝoną 
była panna z rodu Noldolian, jak powiadają legendy, bardzo 

Strona 22

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

piękna, podobnie jak piękni byli jego synowie i córki - z 
wyjątkiem najstarszego, Tamara Kulawego.  
   Z biegiem czasu Turambar gorąco pokochał Níniel, 
podobnie jak pokochał ją cały leśny lud, tak słodką bowiem 
i miłą miała naturę. Gdzieś w głębi duszy stale jednak 
czuła dziwny smutek - zachowywała się tak, jakby 
wiedziała, Ŝe lada moment odnajdzie to, co zgubiła. 
   - Oby Valarowie - modlił się leśny lud - zdjęli z 
Níniel zaklęcie, w którego mocy się znajduje. 
   Mimo to dziewczyna była szczęśliwa, mieszkając w domu 
Bethosa, a Ŝe z kaŜdym dniem stawała się piękniejsza, 
wkrótce Tamar Kulawy zapłonął ku niej gorącą, nie 
odwzajemnioną miłością. 
   Zaś w Ŝyciu Turambara na nowo zagościła radość, a 
gorycz zmalała, odsunięta w niepamięć przez wypełniającą 
serce miłość. Miał nadzieję, Ŝe na zawsze uwolnił się od 
prześladującego go fatum i zamierzał w spokoju, otoczony 
dziećmi, doŜyć starości w leśnej chacie. Pragnął bowiem 
poślubić Níniel, ona jednak, mając go za gwałtownego, 
dzikiego człowieka, starała się unikać spotkań. Nie dawała 
mu przy tym Ŝadnej opowiedzi, w głębi serca czując, iŜ 
Ŝywi doń głęboką miłość. Lękała się o niego, gdy się 
oddalał, i cieszyła się widząc, Ŝe jest w pobliŜu. 
   Obyczajem leśnego ludu było posłuszeństwo wobec 
wodza, którego wojownicy sami wybierali spośród 
najdzielniejszych ze swego grona. DzierŜył on władzę 
aŜ do chwili, kiedy z własnej woli zapragnął ją oddać - 
chyba Ŝe zachorował, zestarzał się lub został zabity. W 
owym czasie wodzem plemienia był Bethos. Niestety, wkrótce 
poniósł on śmierć w walce - mimo podeszłego wieku często 
bowiem opuszczał wraz z wojownikami swoją ziemię, 
wyruszając ku obcym, niebezpiecznym krainom. Trzeba było 
tedy wybrać nowego przywódcę i po namyśle uczyniono nim 
Turambara. Wiedziano, Ŝe pochodzi on z wielkiego rodu i 
jest synem Úrina, a ponadto zyskał sobie wielkie uznanie 
śmiałym buntem przeciwko Melkowi. Mimo młodego wieku 
dzięki swym czynom - dalekim wędrówkom i Ŝyciu wśród elfów 
- zdobył znaczny autorytet i uchodził za mędrca. 
   Widząc miłość wodza do Níniel i sądząc, Ŝe dziewczyna 
takŜe odwzajemnia jego uczucie, członkowie plemienia 
oczekiwali rychłego ślubu, nie było bowiem powodu, Ŝeby z 
tym zwlekać. Wkrótce Níniel zgodziła się zostać Ŝoną 
Turambara. Wyprawiono im huczne wesele i Níniel, jako 
władczyni leśnego ludu, przeniosła się do domu męŜa. 
Wielkie było szczęście obojga, choć serce kobiety 
zamierało czasem z trwogi, jakby nawiedzało ją jakieś złe 
przeczucie. Turambar śmiał się jednak z jej obaw. 
   - Jak to dobrze, Ŝe zmieniłem imię - powtarzał sobie. - 
Dzięki temu pokonałem okowy przeznaczenia! 
   Przeszłość pozostała za nim i nawet z Níniel rzadko 
rozmawiał o minionych wydarzeniach. Czasem wspominał tylko 
ojca, matkę i nieznaną siostrę, co jakoś zawsze wprawiało 
jego Ŝonę w przygnębienie. Nigdy jednak nic nie mówił 
o swej ucieczce z zamku Tinwelinta, o śmierci Belega i 
powrocie do Hisilóme, zaś wspomnienie o Failivrin kryło 
się gdzieś zapomniane na dnie jego serca. 
   Níniel wciąŜ nie potrafiła powiedzieć mu nic o swojej 
przeszłości - ilekroć o nią wypytywał, twarz Ŝony 
przyoblekał smutek, jakby przypominał jej o jakimś koszmarnym 
śnie. W gruncie rzeczy Turambar nie przywiązywał jednak 
wagi do tego, skąd się wywodziła i kim była niegdyś jego 
ukochana. 
   Spokojnie płynęło teraz ich Ŝycie, nie wiedzieli 
wszelako, Ŝe Tamar Kulawy wędrował po lasach, wyrzekając, 
jak zły i niesprawiedliwy jest świat. WciąŜ gorąco kochał 
Níniel i w Ŝaden sposób nie potrafił zapomnieć o swojej 
miłości. W owym zaś czasie Foalóke urósł w siłę i, 
podporządkowawszy sobie liczne zastępy Noldolian i orków, 

Strona 23

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

rozmyślał nad rozszerzeniem swojej władzy. W tamtych 
czasach jemu podobne bestie panowały w wielu miejscach 
ziemi, zgodnie z wolą Melka rządząc swymi straszliwymi 
królestwami. Wojownicy Glorunda nękali tedy ciągle elfy 
Tinwelinta, a w końcu dotarli takŜe do lasów i polan, 
które tak bardzo ukochał lud Turambara. 
   Leśne plemię nie uciekło jednak ze swej krainy, lecz 
odwaŜnie rozprawiło się z wrogami. Gniew wielki ogarnął 
Glorunda, kiedy przyniesiono mu wieści o mieszkających 
daleko nad rzeką dzielnych ludziach, których jego zastępy 
nie zdołały podbić. Podobno mimo całej posiadanej przezeń 
wiedzy o złych czarach nie miał pojęcia, gdzie zniknęli 
Turambar i Nienóri. Wydawało się, Ŝe na tę krótką chwilę 
szczęście uśmiechnęło się do syna Úrina. Jego lud rósł w 
siłę i bogacił się, przybywało doń teŜ wielu uciekinierów 
z najdalszych zakątków Hisilóme. Coraz więcej drogocennych 
przedmiotów spoczywało w jego skarbcu, zaś wszystkie bitwy 
kończyły się jego zwycięstwem. Turambar i Níniel Ŝyli 
teraz jak król i królowa, a na leśnych polanach 
rozbrzmiewały radosne pieśni. Wkrótce teŜ władczyni 
poczęła dziecko. 
   O tym wszystkim szpiedzy Foalókego donieśli swemu 
panu, smok zaś zapałał straszliwym gniewem. Słowa o 
kosztownościach tak rozpaliły jego chciwość, Ŝe wezwał 
straŜe, którymi dowodził krasnolud M(m, i powierzywszy 
ich opiece swe domostwo oraz skarby, opuścił legowisko i 
ruszył poprzez strumienie do lasu. Wieść o jego wyprawie 
szybko dotarła do Turambara, on jednak nie przejął się 
tym, bowiem jaskinię potwora dzieliła od siedziby leśnych 
ludzi wielka odległość. W Níniel jednak serce zamierało z 
niepokoju, choć sama nie wiedziała, czemu ogarnęło ją 
takie przeraŜenie. Rzadko się teraz uśmiechała, co nie 
uszło uwagi jej męŜa i wielce go zasmuciło. 
   Foalóke podąŜał zaś przez knieje, przemierzając 
skryte w leśnej gęstwinie ścieŜki, aŜ pewnego dnia zastęp 
leśnych ludzi natknął się na niego przypadkiem, kiedy 
potwór spał wśród powalonych drzew. Kilku rycerzy 
oszołomił dym buchający z nozdrzy smoka i potwór ich 
zabił, ale dwóm udało się uciec i czym prędzej zanieśli 
swemu panu wieść o przybyciu bestii do granic ich 
królestwa. Przekazawszy tę nowinę, zemdleni padli u stóp 
Turambara. 
   Smok spoczął w głębokiej dolinie, nie opodal której 
wznosiło się niewielkie wzgórze. Choć górowało ono nad 
lasami, samo było całkiem łyse. Z tego miejsca Foalóke 
mógł obserwować krainę, zniszczoną juŜ jego przejściem. 
Widział stamtąd takŜe strumień, dzielący go od 
siedzib leśnego plemienia. Płynął on bardzo blisko 
wzniesienia, na którym ulokował się Foalóke. Był to wąski 
potok, którego brzegi porastał gęsty las. Turambar 
zamierzał wybrać spośród swych zastępów najdzielniejszych 
wojowników i przekonać się, czy przy ich pomocy zdoła 
podkraść się niepostrzeŜenie do bestii i pokonać ją z 
zaskoczenia, w tym tylko widział nadzieję
na zabicie Foalókego. Nie chciał, by ta 
druŜyna była zbyt liczna - reszta Ŝołnierzy miała pilnować 
ich siedziby na wypadek, gdyby w ślad za swym władcą 
przybyły tu takŜe bandy orków. Te obawy okazały się jednak 
płonne, jako Ŝe Foalóke - ufny swej wszechpotęŜnej mocy - 
wybrał się na tę wyprawę zupełnie sam. 
   Kiedy Turambar gotował się do drogi, Níniel zaczęła 
go błagać, by zabrał ją ze sobą. Zgodził się na to, kochał 
ją bowiem wielce i myślał, Ŝe jeśli polegnie w walce z 
bestią, nikt z jego ludzi nie będzie juŜ bezpieczny, 
lepiej zatem, by ukochana zginęła od razu z rąk męŜa czy 
któregoś z jego wojowników, niŜ miałaby cierpieć męki w 
niewoli potwora. 
   Turambar i Níniel, bo pod takimi imionami znał ich 

Strona 24

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

leśny lud, wyruszyli tedy na czele doborowego zastępu 
rycerzy ku pagórkowi, gdzie spoczywał smok. Dzielił ich od 
tego miejsca zaledwie dzień drogi. Za nimi zaś, wbrew 
radom i rozkazom wodza, wyruszył tłumnie leśny lud - w 
gromadzie tej nie zabrakło nawet kobiet i dzieci. 
Niektórych pchała tam nieprzeparta ciekawość, chcieli 
bowiem zobaczyć, jak wyglądać będzie wielka walka, 
pozostali wybrali się tylko dlatego, Ŝe szli tam inni, nie 
zastanawiając się nad tym, co robią, ani nie wyobraŜając 
sobie, co takiego ujrzą. Wędrowali w niezbyt wielkiej 
odległości za zastępem Turambara, wojownicy bowiem 
posuwali się naprzód bardzo powoli i ostroŜnie. Jadąc u 
boku męŜa, Níniel wydawała się weselsza niŜ kiedykolwiek, 
co napawało otuchą serca wojowników. Gdy jednak zbliŜyli 
się do pagórka, na nowo ogarnęło ją przygnębienie, choć 
miejsce, do którego przybyli, okazało się nadzwyczaj 
piękne. 
   Głębokim wąwozem płynął tu ten sam głęboki strumień, 
który w dalszym swym biegu wił się nie opodal legowiska 
smoka. Jego chłodne, spływające z gór wody przecinały 
ziemie zamieszkałe przez leśny lud i wielkim wodospadem 
spływały ku łąkom, gdzie wśród traw sterczały wypolerowane 
przez wodę szare kamienie. W tym właśnie miejscu 
znajdowało się jeziorko, nazywane Srebrną Czarą. Mijając 
je, Turambar, po raz pierwszy, odkąd ocalił Níniel, 
zatęsknił za domem. Wodospad huczał melodyjnie, 
rozpryskując srebrną pianę i Ŝłobiąc w skale coraz głębszą 
nieckę. Wokół rosły drzewa i krzewy, które nie zasłaniały 
jednak słońca, zaś u szczytu wodospadu rozciągała się 
otwarta polana, gdzie wśród zielonej trawy kwitły kępy 
kwiecia. Było to ulubione miejsce wojowników Turambara. 
   Tu niespodziewanie Níniel wybuchnęła płaczem, 
błagając Turambara, by nie kusił losu, lecz uciekł wraz z 
nią i swym ludem do jakichś odległych krain. 
   - Ani ja, ani ty, ukochana Níniel, nie umrzemy 
dzisiaj - odrzekł na to jej mąŜ, sam nie wiedząc, jak 
prorocze są to słowa - a jutro teŜ nie dosięgnie nas zło 
smoka ani miecze wrogów. 
   Níniel uspokoiła się i otarła łzy. Odpocząwszy nieco, 
poczęli wspinać się na zbocze góry. Z jej szczytu widać 
było szeroki pas powalonych drzew i zrytej ziemi, 
czarnej i spalonej. Po obu stronach owego pasa knieja 
pozostała jednak nietknięta i tylko w oddali, nad brzegiem 
wąwozu, którym płynęła rzeka, unosiła się cienka struŜka 
czarnego dymu. 
   - To tam leŜy bestia - orzekli wojownicy. 
   Na szczycie wzgórza odbyto długą naradę, rycerze 
obawiali się bowiem otwarcie zaatakować smoka, 
niezaleŜnie od tego, czy bestia spałaby wówczas, czy nie. 
Widząc ich przeraŜenie, Turambar udzielił im pewnej rady, 
którą skwapliwie przyjęto. 
   - Prawdę rzekliście, myśliwi z lasu - powiedział - iŜ 
ani w dzień, ani w nocy ludzie nie zdołają zaskoczyć tego 
sługi Melka, poniewaŜ zaś spustoszył on ziemię wokół swego 
legowiska, nikomu teŜ nie uda się podejść doń 
niepostrzeŜenie. Postanowiłem więc, Ŝe wraz z tymi, którzy 
znajdą na to w sercu dość odwagi, podkradnę się między 
skałami do stóp wodospadu i tam, korytem strumienia, 
dotrę jak najbliŜej smoka. Trzeba będzie wspiąć 
się na zbocze wąwozu i poczekać, jestem bowiem pewien, Ŝe 
Foalóke nie pozostanie długo w tym miejscu, lecz wyruszy 
ku naszym siedzibom. A wtedy będzie musiał albo 
przekroczyć ów głęboki strumień, albo nadłoŜyć sporo 
drogi, poniewaŜ z powodu swego ogromu nie zdoła podąŜać wąwozem. 
Zapewne zechce przedostać się na drugi brzeg - dla 
wielkiego Foalókego ze złotych jaskiń ów wąwóz jest 
przecieŜ niczym więcej jak tylko głębokim rowem z płynącą 
na dnie wodą. Gdyby jednak podąŜył innym szlakiem, kilku z 

Strona 25

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

was będzie musiało zwabić go z powrotem do strumienia, tak 
abyśmy my, ukryci na jego brzegu, mogli zaatakować bestię 
z dołu. Wiedzcie teŜ, Ŝe pancerz owego straszliwego 
potwora jest na brzuchu bardzo słaby. 
   Natychmiast z szeregów wystąpiło sześciu rycerzy, 
gotowych podąŜyć razem z Turambarem. Widząc to, wódz rzekł 
drwiąco, iŜ spodziewał się, Ŝe ma w swym zastępie więcej 
niŜ sześciu dzielnych ludzi, nie pozwolił juŜ jednak 
przyłączyć się do siebie nikomu z tych, co zawstydzeni 
jego słowy takŜe wystąpili z szeregu. Uznał bowiem, Ŝe 
lepiej mieć przy sobie sześciu naprawdę nieulękłych 
wojowników niŜ większy zastęp tych, co nie są pewni swojej 
odwagi. 
   Późnym popołudniem Turambar ucałował Níniel na 
poŜegnanie. Serce kobiety ścisnęło się z Ŝalu i obawy, 
kiedy spoglądała jak jej mąŜ, wraz z sześcioma 
towarzyszami, podąŜa ku Srebrnej Czarze i wspina się na 
zbocze wzgórza ponad wodospadem. Kiedy zniknęli jej z 
oczu, gorzkimi słowy poczęła czynić wyrzuty tym, którym 
zabrakło odwagi, oni zaś milczeli zawstydzeni, odwracając 
wzrok ku legowisku smoka. Níniel usiadła nad wodą i 
patrzyła przed siebie, choć jednak umierała z niepokoju, 
nie płakała. 
   Nie było obok niej nikogo prócz Tamara. Wbrew 
rozkazom podąŜył on w ślad za druŜyną wodza, którego Ŝonę 
pokochał od pierwszej chwili, gdy ujrzał ją w domu Bethosa 
i, zanim poślubiła Turambara, marzył o tym, by ją zdobyć. 
Tamar był od urodzenia kaleką, jednak dzięki szlachetności 
i mądrości zdołał zdobyć sobie szacunek nawet w plemieniu, 
gdzie siła stanowiła dla męŜczyzny największy powód do 
dumy. Kaleka dzierŜył teraz miecz i choć inni kpili zeń, 
był szczęśliwy, mogąc strzec Níniel, mimo Ŝe ona sama nie 
zwracała nań uwagi. 
   Tymczasem Turambar, przekroczywszy z wielkim trudem 
skaliste koryto rzeki, dotarł tam, gdzie zamierzał, i z 
wielkim wysiłkiem począł wspinać się na zbocze wąwozu. TuŜ 
nad jego krawędzią leŜały powalone drzewa, nie opodal zaś 
słychać było chrapliwy oddech bestii. Na ten dźwięk 
niektórych z jego towarzyszy ogarnął strach. 
   Zapadła juŜ noc i tylko tam, gdzie spoczywała bestia, 
pojawiały się dziwne błyski. Przy kaŜdym ruchu potwora 
powietrze wypełniał teŜ głośny świst i kiedy nastał 
ranek, Turambar spostrzegł, Ŝe u jego boku pozostało 
zaledwie trzech wojowników. Począł przeklinać tchórzostwo 
tych, co go opuścili, historia wszakŜe milczy o tym, co 
stało się z owymi zdrajcami. 
   Jak przewidywał dzielny wódz, smok opuścił legowisko 
i, doczołgawszy się wolno do krawędzi strumienia, nie 
ruszył jego korytem, lecz szukać począł miejsca, gdzie 
mógłby ponad nim przejść i podąŜyć ku domostwom leśnego 
ludu. PrzeraŜająca była to wędrówka, ziemia drŜała bowiem 
pod cięŜarem jego ciała, aŜ towarzysze Turambara 
lękali się, Ŝe wznoszące się nad ich głowami drzewa, 
których listowie szumiało, poruszane oddechem potwora, 
zostaną wyrwane z korzeniami i runą wprost w wody potoku. 
Jednak dzięki osłonie, jaką stanowiło zbocze wąwozu, 
Ŝadnemu z wojowników Turambara nic się nie stało. 
   W końcu smok dotarł nad krawędź parowu. Na widok jego 
przeraŜającej głowy i rozdziawionej paszczy, które widzieli 
teraz jak na dłoni, rycerzy ogarnął lęk. Bali się takŜe, Ŝe 
zostaną zauwaŜeni, okazało się bowiem, Ŝe Foalóke nie 
zamierzał przeprawiać się ponad strumieniem w najwęŜszym i 
najpłytszym jego miejscu (gdzie Turambar postanowił zastawić 
pułapkę), lecz udał się nieco niŜej. Wojownicy czym prędzej 
podąŜyli jego śladem. Kiedy jednak na powrót znaleźli się w 
pobliŜu potwora, buchał odeń tak straszliwy Ŝar i smród, Ŝe 
tym razem towarzyszom Turambara nie starczyło odwagi, by 
wspiąć się na zbocze wąwozu. Rozgniewany wódz bliski był juŜ 

Strona 26

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

zwrócenia przeciw nim ostrza swego miecza, gdy w popłochu 
rzucili się do ucieczki. Musiał więc sam pokonać skalną 
ścianę. Oszołomiony odorem i gorącem, chwytając się 
krzewów, zdołał podejść niepostrzeŜenie do bestii. Wówczas, 
poczekawszy, aŜ Foalóke odsłoni nie chronione łuską 
podbrzusze, uniósł Gurtholfina i z całej siły, aŜ po 
rękojeść, wbił czarne, magiczne ostrze Rodothlimów w ciało 
smoka. Śmiertelny skowyt targnął lasem, a wszyscy, którzy go 
posłyszeli, zamarli z przeraŜenia.  
   Potwór upadł, wijąc się z bólu i powalając przy tym 
rosnące w pobliŜu drzewa. Kiedy dosięgnął go cios Turambara, 
znajdował się juŜ niemal na drugim brzegu, leŜał więc teraz 
na zboczu wąwozu, bijąc w ziemię ogonem i rycząc tak 
straszliwie, Ŝe nawet najodwaŜniejsi ludzie pobledli, gotowi 
rzucić się do ucieczki. Czekające w oddali plemię sądziło, 
Ŝe słyszy odgłosy bitwy, jaka rozgorzała między siedmioma 
wojownikami: Turambarem i jego towarzyszami. Niewielką teŜ 
mieli nadzieję zobaczyć jeszcze kiedykolwiek swych 
pobratymców Ŝywych. TakŜe serce Níniel zamarło na dźwięk 
tego głosu, zaś trzej tchórze, którzy opuścili wodza i teraz 
z oddali przyglądali się jego poczynaniom, w popłochu 
uciekli z powrotem do wodospadu. Turambar tymczasem, 
wyczerpany, blady i drŜący, przywarł do zbocza wąwozu.  
   W końcu przeraŜające wycie ucichło i w powietrze 
wzbił się ogromny słup dymu. Glorund umierał. Wtedy to 
Turambar wyszedł śmiało ze swego ukrycia, aby wyciągnąć z 
ciała bestii swój miecz - nie zdołał wyjąć go od razu, a 
cenił Gurtholfina bardziej niŜ jakąkolwiek inną broń. Smok 
leŜał na boku, ze sterczącym z brzucha Ŝelazem, i kiedy 
wojownik zbliŜył się do niego, jeszcze oddychał.  
   Mimo to Turambar, wsparłszy się stopą o cielsko 
bestii, szarpnął z całej siły za rękojeść Gurtholfina i 
wyciągnął go z wnętrzności smoka. 
   - Znowu się spotykamy, Glorundzie - powiedział z 
triumfem. - Ty i ja, Turambar, którego niegdyś zwano 
odwaŜnym. 
   Ledwie jednak wypowiedział te słowa, z rany trysnęła 
mu na rękę trująca krew potwora. Palący ból sprawił, Ŝe 
Turambar krzyknął. Wtenczas umierający Foalóke otworzył 
oczy i popatrzył na prześladowcę. Pod wpływem jego wzroku 
rycerz padł zemdlony, wypuszczając z ręki magiczny miecz. 
   Cały dzień upłynął, a na szczyt wzgórza nie dotarły 
Ŝadne wieści z pola bitwy. Nie mogąc dłuŜej znieść 
dręczącego ją niepokoju, Níniel podniosła się, zamierzając 
opuścić polanę nad wodospadem. Tamar Kulawy zatrzymał ją 
jednak. 
   - Co masz zamiar uczynić? - zapytał. 
   - Odnaleźć mego męŜa i umrzeć u jego boku - odrzekła 
- sądzę bowiem, Ŝe spotkała go śmierć. 
   Choć Tamar przekonywał ją, by tego nie czyniła, nie 
zdołał jej powstrzymać, i gdy tylko zapadł wieczór, piękna 
władczyni podąŜyła przez las. Tamar natychmiast ruszył jej 
śladem. Widząc to, Níniel na oślep rzuciła się biegiem 
pomiędzy drzewa, drąc ubranie i kalecząc twarz o wystające 
gałęzie, miała bowiem nadzieję, Ŝe kulawemu rycerzowi nie 
uda się jej dogonić. Las ogarnęła noc i choć wokół 
panowała cisza, Tamar umierał z niepokoju, Ŝe coś złego 
moŜe przytrafić się jego ukochanej. Przeklinając własną 
słabość, z goryczą w sercu, tak szybko, jak tylko mógł, 
podąŜał śladem dziewczyny. Straciwszy ją z oczu, 
przypadkiem zbłądził w tę część lasu, gdzie potwór 
rozegrał ostatnią w swym Ŝyciu bitwę. Tamar nie wiedział o 
tym, co się stało, choć inni członkowie plemienia 
obserwowali całe zdarzenie ze wzgórza. Na szczęście, 
wędrując często po terenach leŜących z dala od 
jego wioski, poznał tę okolicę i wkrótce trafił na skraj 
ziemi zrytej i spustoszonej przez wijącego się w agonii 
Foalókego. Ukryty w gęstych chaszczach obejrzał w jasnym 

Strona 27

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

świetle księŜyca to miejsce i domyślił się przebiegu 
walki. 
   Níniel, która znalazła się tu zaledwie chwilę 
wcześniej, wiedziona miłością wyszła z lasu bez lęku i
znalazła Turambara, który zemdlony, leŜał z uschniętą ręką 
obok swego miecza. Nie zwracając uwagi na spoczywającą 
obok olbrzymią bestię, uklękła przy męŜu i płacząc 
ucałowała jego twarz. Czym prędzej wyjęła teŜ pudełeczko z 
zabraną z domu maścią i posmarowała nią rękę Turambara. Ów 
lek wzięła ze sobą na wszelki wypadek, Ŝeby leczyć rany 
wojownikom. 
   Turambar jednak nie poruszył się ani nie obudził, gdy 
go dotknęła. Níniel zalała się łzami, przekonana, Ŝe mąŜ 
jej z pewnością nie Ŝyje. 
   - O Turambarze, mój panie, zbudź się. Groźny smok
sczezł, a ja jestem obok ciebie - błagała z nadzieją. 
   Wszelako jej słowa obudziły nie męŜa, lecz umierającą 
bestię. Straszliwy potwór zwrócił ku kobiecie oczy, po 
czym, zamykając je juŜ na zawsze, przemówił: 
   - Witaj Nienóri, córko Mavwin. Widzę, Ŝe sprawiłem ci 
radość, pozwalając w końcu, po nuŜących poszukiwaniach, 
odnaleźć twego brata. Stał się teraz wielkim wojownikiem, 
który potrafi urządzać zasadzki na swoich wrogów. 
   Nienóri patrzyła zdumiona na potwora, póki wraz z 
jego śmiercią nie prysł rzucony na nią czar i nie wróciła 
jej pamięć. Wszystkie minione wydarzenia stanęły jej teraz 
wyraźnie przed oczyma - pamiętała nawet to, co miało 
miejsce, zanim po raz pierwszy spotkała Foalókego. Serce 
zamarło jej z trwogi. Zerwała się na nogi i spojrzała na 
Turambara. 
   - Tak więc twój los dopełnił się w końcu - 
powiedziała głośno. - Dobrze, Ŝe nie Ŝyjesz, nieszczęsny 
wodzu! 
   Wypowiedziawszy te słowa, przepełniona rozpaczą nad 
swym losem, rzuciła się do ucieczki, jak szalona biegnąc, 
gdzie ją oczy poniosą. 
   Ze ściśniętym z Ŝalu sercem Tamar podąŜył za nią, 
choć bowiem nie dbał o to, co spotkało Turambara, los 
Nienóri budził jego litość. Wkrótce strumień zagrodził 
dziewczynie drogę, skręciła więc i ruszyła wzdłuŜ jego 
krętego koryta, przez skalistą, pustą ziemię, aŜ w końcu 
dotarła z powrotem na polanę ponad ryczącym wodospadem. W 
tej samej chwili przez korony drzew przebiło się pierwsze 
szare światło dnia.  
   - Dokąd to płyniecie, leśne wody? - zawołała Nienóri, 
zatrzymując się nad krawędzią urwiska. - Czy weźmiecie ze 
sobą Nienóri, córkę Úrina, dziecko nieszczęścia? O, białe 
piany! Czy zdołacie mnie obmyć? Głębokie muszą być odmęty,
aby zmyły z mego serca pamięć tego przekleństwa. Zanieście 
mnie w dal, ku falom bezgranicznego morza! 
   To rzekłszy, rzuciła się prosto w pieniącą się wśród 
skał toń wodospadu. W tym samym momencie na niebie wzeszło 
słońce, oświetlając toń huczącą jękliwie nad martwym 
ciałem Nienóri. 
   Widząc zaś, co się stało, Tamar, któremu słoneczne 
promienie wydały się nagle czarne i ponure, pognał co tchu 
na szczyt wzgórza, gdzie zgromadził się cały lud. Byli tam 
równieŜ trzej wojownicy, którzy, opuściwszy Turambara, 
opowiadali teraz innym o tym, jak zginął smok.  Właśnie 
kończyli swoją historię, kiedy kaleki rycerz stanął 
niespodziewanie przed zebranymi. Wyraz jego twarzy mówił sam 
za siebie.  
   - Nasz wódz nie Ŝyje - rozległy się wokół szepty. 
   - A co stało się z małą Níniel? - pytali inni. 
   - Posłuchaj mnie, mój ludu - krzyknął na to Tamar - a 
potem powiedz, czyś słyszał kiedykolwiek o podobnej, 
równie straszliwej niedoli. Smok nie Ŝyje, ale obok jego 
ciała spoczywa takŜe martwy Turambar, ten sam, którego 

Strona 28

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

niegdyś zwano Turinem, synem Úrina. I dobrze, Ŝe jest 
martwy, bardzo dobrze. 
   Gdy to rzekł, tłum zaszemrał, a niektórzy orzekli, Ŝe 
Tamar musi być szalony. On jednak, nie zwaŜając na nic, 
ciągnął dalej: 
   - Wiedzcie teŜ, Ŝe Níniel, którą wszyscy kochaliście, 
a która memu sercu była droŜsza niŜ wszystko inne, takŜe 
nie Ŝyje. Huczy nad nią spieniona toń wodospadu, rzuciła 
się bowiem w jego wody. Nie chciała więcej oglądać blasku 
dnia. Taki oto skutek przyniósł zły czar, tak wypełnił się 
straszny los rodu Úrina, bowiem ta, którą zwaliście 
Níniel, nosiła w rzeczywistości imię Nienóri i była córką 
Úrina. Dowiedziawszy się o tym, wolała umrzeć. Pierwej 
jednak wyznała swą tajemnicę dzikiej kniei, a ja 
posłyszałem echo tych słów. 
   Serca wszystkich zastygły z Ŝalu i przeraŜenia na tę 
wieść, nikt jednak nie odwaŜył się podąŜyć ku miejscu, 
gdzie piękna władczyni odebrała sobie Ŝycie, wiedziano 
bowiem, Ŝe wciąŜ krąŜy tam jeszcze duch smutku. 
   Słuchając słów Tamara, trzej tchórze, którzy opuścili 
Turambara, poczuli głębokie wyrzuty sumienia i odłączywszy 
się od tłumu wyruszyli, by odszukać ciało swego wodza. Ku 
ich wielkiemu zdumieniu znaleźli go jednak Ŝywego, gdyŜ 
wraz ze śmiercią smoka ocknął się on z omdlenia. Wraz ze 
świadomością powrócił wszelako takŜe ból. 
   - Níniel! - zawołał Turambar, gdy trzej wojownicy 
zbliŜyli się do niego. Na dźwięk tego imienia rycerze 
odwrócili twarze zdjęci Ŝalem i lękiem, nie mieli bowiem 
odwagi spojrzeć wodzowi w oczy. 
   Bez słowa dźwignęli go z ziemi, on zaś przez chwilę 
radował się odniesionym nad smokiem zwycięstwem. 
   - Widzę, Ŝe ktoś opatrzył mi ranę - rzekł 
niespodziewanie, spoglądając na swoją rękę. - Jak 
myślicie, któŜ to był? 
   Rycerze jednak, domyślając się prawdy, nie 
odpowiedzieli. Dwaj z nich ostroŜnie nieśli rannego i 
wyczerpanego walką wodza, jeden zaś pomknął przodem, by 
zanieść innym radosną wieść, Ŝe władca Ŝyje. Ludzie jednak 
nie wiedzieli, czy powinni się z tego cieszyć, i kiedy 
Turambar znalazł się między nimi, odwracali oczy, by nie 
dostrzegł w nich łez. Nikt nie miał odwagi powiedzieć mu 
prawdy, choć on ani na chwilę nie przestawał pytać o Ŝonę. 

   - Gdzie jest moja Níniel? - zwrócił się do tych, 
którzy stali najbliŜej. - Myślałem, Ŝe znajdę ją na tej 
polanie. Jeśli jednak wróciła do domu, dobrze się stało... 
- Słysząc te słowa, ludzie nie potrafili juŜ dłuŜej 
pohamować płaczu, widząc zaś ich rozpacz, Turambar zerwał 
się na nogi i zawołał: - Czy macie dla mnie złe wieści? 
Mówcie, mówcie! Nie dręczcie mnie dłuŜej. 
   - Níniel nie Ŝyje, mój władco - szepnął tedy jeden z 
rycerzy, Turambar zaś zapłakał gorzko, przeklinając 
Valarów i swój zły los. 
   - Wpadła do wodospadu nad Srebrną Czarą i zabiła się 
- dodał ktoś inny. 
   - Sama rzuciła się w jego toń - mruknął cicho Tamar, 
który dotąd stał z boku, milcząc. Turambar jednak usłyszał 
jego słowa. 
   - Mów, co wiesz, kulasie - krzyknął, chwytając kalekę 
za gardło. - Co znaczą twoje głupie szepty? Mów, bo wyrwę 
ci język! 
   śal zalał serce Tamara, bowiem mówienie o rzeczach, 
które widział i słyszał, oraz o swej długiej, 
beznadziejnej miłości do Níniel sprawiało mu wielki ból. 
Wraz z Ŝalem zaś w jego sercu pojawił się takŜe gniew na 
Turambara. 
   - Dziewczyna, którą znalazłeś w lesie - powiedział, 
odpychając trzymającą go dłoń - dostała od ciebie 

Strona 29

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

Ŝartobliwe imię: Níniel, panna we łzach. JednakŜe zły był 
to Ŝart, bowiem kiedy oszalała z przeraŜenia rzuciła się w 
wody wodospadu, przeklinając swój los i pragnąc nigdy 
więcej cię juŜ nie oglądać, nazywała siebie innym 
imieniem. Umierając rzekła, Ŝe zwie się Nienóri i jest 
córką Úrina, dzieckiem nieszczęścia. Nawet huczące wody 
Srebrnej Czary nie zdołają zagłuszyć opowieści o łzach 
Níniel. 
   - Kłamiesz, nędzny synu Bethosa! - ryknął Turambar, 
ponownie rzucając się do gardła Tamarowi. 
   - Nie, przeklęty! - odrzekł Tamar. - Tak powiedział 
smok Glorund i Níniel wiedziała, Ŝe to prawda! 
   - W takim razie idź razem ze swoim Glorundem do 
Mandosu! - warknął Turambar i nim ktokolwiek spośród 
zebranych zdołał go powstrzymać, zatopił miecz w sercu 
kaleki, po czym zerwał się i pobiegł przed siebie, 
krzycząc: - On kłamał! Kłamał! 
   Teraz jednak, kiedy minęło zaślepienie, w głębi serca 
wiedział, Ŝe Tamar mówił prawdę. 
   Zostawiwszy swój lud na polanie, Turambar błąkał się 
bez celu po lesie, wzywając imienia Níniel, drzewa zaś 
odpowiadały mu posępnym echem. W końcu, kiedy na niebie 
świeciło popołudniowe słońce, nieświadom dokąd zmierza, 
zawędrował na powrót nad Srebrną Czarę. Nikt z poddanych 
nie śmiał podąŜyć tam za nim. Nagle drzewa wokół zaczęły 
usychać i choć był środek lata, w podmuchach wiatru 
zaszeleściły martwe, jesienne liście. Trawa i kwiaty 
zwiędły, a szmer wodospadu był smutniejszy niŜ łzy wylane 
nad śmiercią pięknej Nienóri, córki Úrina, która rzuciła 
się w jego toń. ZnuŜony Turambar stał tu dłuŜszy czas, w 
końcu zaś wyciągnął swój miecz i rzekł: 
   - Bądź pozdrowiony, Gurtholfinie, bestio śmierci. 
Jesteś zgubą wszystkich ludzi i chętnie wypiłbyś z nich 
Ŝycie, nie uznajesz bowiem Ŝadnej władzy ani wiary prócz 
ręki, która cię dzierŜy - jeśli tylko jest wystarczająco 
silna. Tylko ty mi teraz zostałeś - zabij mnie więc i zrób 
to szybko, bowiem Ŝycie moje jest przekleństwem. Wszystkie 
moje dnie naznaczone były nieszczęściem, wszystkie uczynki 
były złe, a wszystko, co kochałem, umarło. 
   - Chętnie to uczynię - odrzekł Gurtholfin - krew jest 
bowiem krwią, twoja zaś moŜe okazać się nie mniej słodka 
niŜ ta, którą poiłeś mnie dotąd. 
   Wtenczas Turambar rzucił się na klingę miecza i 
ciemne ostrze odebrało mu Ŝycie. 
   Jego lud odnalazł go później i usypał nad jego ciałem 
wielki kurhan. Ktoś wyszukał teŜ wypolerowany przez wodę 
kamień i wyrył na nim dziwne znaki, jakie niegdyś pokazał 
im sam Turambar, który nauczył się ich w jaskiniach 
Rodothlimów. Układały się one w napis: 
   
   Turambar, zabójca smoka Glorunda, 
   który był takŜe Turinem Mormakilem, 
   synem Úrina z lasu 
   
   Pod spodem umieszczono jeszcze jedno słowo: "Níniel" 
(lub dziecię łez), choć jej ciała nie było tutaj i nikt 
nie wiedział, gdzie huczące wody pochowały piękną 
dziewczynę. 
   Tu Eltas przerwał swą opowieść, a wszyscy, którzy go 
słuchali, mieli łzy w oczach. 
   - Tak, to smutna historia - dodał po chwili z 
westchnieniem. - Po dziś dzień napełnia ona Ŝalem ludzkie 
serca, bo choć w tych czasach działo się wiele złych 
rzeczy, rzadko knowania Melka wydawały aŜ tak okrutne 
owoce. Sam nigdy nie słyszałem smutniejszej opowieści. 
   Wszyscy chcieli jednak wiedzieć, co stało się z 
Mavwin i Úrinem, przeto Eltas wkrótce znowu zabrał głos. 
   - O Mavwin nie przetrwało tak wiele legend, jak o jej 

Strona 30

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

synu, Turinie Turambarze, niektóre zaś fakty przeczą sobie 
nawzajem. Wiedzcie jednak, Ŝe po tych wszystkich 
wydarzeniach leśny lud nie miał juŜ ochoty wracać do 
swoich domostw i zamieszkał w innych leśnych dolinach, 
choć niektórzy, ogarnięci smutkiem, wciąŜ odwiedzali 
miejsce, gdzie niegdyś Ŝyli. Pewnego dnia ktoś z plemienia 
natknął się w pobliŜu wodospadu na wędrującą przez las 
starą kobietę i na jej prośbę odczytał wyryty w kamieniu 
napis na kopcu, a takŜe opowiedział historię Turambara i 
Níniel. Słuchając jego słów, kobieta nie odezwała się ani 
słowem i nawet nie drgnęła. 
   - Wszyscy ludzie ronią łzy i serce im się kraje, gdy 
słuchają tej opowieści - powiedział na zakończenie ów 
człowiek. 
   - Zaiste smutek wypełnia i moje serce - odrzekła na 
to kobieta - jestem bowiem Mavwin, matka tych, których tu 
pochowano. 
   - To jeszcze nie koniec tej smutnej historii - rzekł 
jej rozmówca, ale Mavwin nie chciała go juŜ słuchać. 
Podniosła się i poszła przez las, płacząc z rozpaczy. 
Wędrowała długi czas, aŜ w końcu dotarła do miejsca, skąd 
leśny lud odszedł, by więcej tam nie powrócić. Nikt nie 
wie jednak, czy naprawdę była to Mavwin, czy teŜ jej duch, 
który targany wielkim Ŝalem nie mógł spokojnie pozostać w 
Mandosie. 
   Powiadają, Ŝe poprzez czary Melka Úrin ujrzał 
wszystkie te straszne wydarzenia, Ainur chciał go bowiem 
skłonić w ten sposób do podporządkowania się jego woli. 
Nic jednak nie wskórał. Kiedy zaś los Turina i Níniel 
dopełnił się, zły Valar wpadł na pomysł, by wykorzystać 
ich ojca w inny, bardziej przebiegły sposób. W tym celu 
uwolnił go z wieloletniej niewoli, uprzednio jednak 
powiedział mu wiele złych rzeczy o elfach, szczególnie zaś 
o Tinwelincie, którego oskarŜał o słabość i 
tchórzostwo. 
   - Nigdy nie mogłem zrozumieć - rzekł - jak tak mądrzy 
ludzie mogli zaufać przyjaźni elfów i zgłupiawszy do tego 
stopnia, by przeciwstawić się mojej potędze, pomnoŜyli 
jeszcze swoje szaleństwo, szukając pomocy wśród gnomów lub 
legendarnego ludu. Lecz, Úrinie, gdyby nie tchórzliwe 
serce Tinwelinta z lasu, moje plany by się nie powiodły i 
Nienóri Ŝyłaby dalej, a twa Ŝona, Mavwin, nie wylewałaby 
łez, lecz byłaby szczęśliwa, Ŝe odnalazła syna. Idź więc, 
głupcze, i wypij piwo, jakiego nawarzyły ci zaprzyjaźnione 
z tobą elfy. 
   Przytłoczony wiekiem Úrin, nie niepokojony przez 
nikogo, odszedł tedy w smutku z królestwa Melka ku lepszym 
krainom, ani na chwilę jednak nie przestawał myśleć o tym, 
co usłyszał od Ainura. Gęsta sieć utkana zarówno z prawdy 
jak i kłamstwa zasnuła swym ciemnym welonem jego serce, 
napełniając je goryczą. Wkrótce dołączył do niego zastęp 
dzikich elfów, wyjętych spod prawa istot, które 
wygnano z ich plemion, by Ŝyły lub zginęły wśród wzgórz. 
Úrin zaprowadził je do jaskiń Rodothlimów, skąd po śmierci 
Glorunda odeszli juŜ orkowie. Mieszkał tam teraz tylko 
jeden nieszczęsny krasnolud, który siadywał na stercie 
złota, śpiewając sobie ponure pieśni o zaklęciach. Nikt 
nie niepokoił go tutaj, strach przed Foalókem przetrwał 
bowiem długo i ludzie obawiali się nawet krąŜącego po tych 
okolicach ducha Glorunda. Kiedy jednak oddział Úrina 
zbliŜył się do grot, krasnolud stanął przed wejściem do 
jaskini, w której kiedyś mieszkał Galweg, i zawołał: 
   - Czego chcecie ode mnie, wyjęte spod prawa elfy ze 
wzgórz? 
   - Przyszliśmy zabrać to, co nie naleŜy do ciebie - 
odrzekł Úrin. 
   - Nie sądziłem, Úrinie - powiedział na to krasnolud, 
którego imię brzmiało M(m - Ŝe ujrzę cię kiedykolwiek 

Strona 31

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

wśród takich rozbójników. Usłuchaj słów M(ma sieroty i 
odejdź stąd nie dotykając tego złota, jakby było ono niczym 
więcej niŜ tylko jadowitymi płomieniami. Wiedz bowiem, iŜ 
Glorund wylegiwał się na nim tak wiele lat, Ŝe przesiąkło 
ono złem Melka i teraz nie przyniesie juŜ szczęścia 
Ŝadnemu człowiekowi ani elfowi. Tylko ja jeden, krasnolud 
M(m, potrafię go strzec, związałem je bowiem ze sobą za 
pomocą wielu ciemnych zaklęć. 
   Úrin nie przejął się tymi słowami, ale jego 
towarzyszy ogarnął gniew. Przywódca kazał im więc zabrać 
cały skarb, zaś M(m patrzył na to, nie ruszając się z 
miejsca, cały czas miotał jednak na przybyszów straszliwe 
przekleństwa. Nie mogąc tego znieść, Úrin rzucił się nań z 
mieczem, mówiąc: 
   - Przyszliśmy, by zabrać tylko to, co nie było twoją 
własnością, ale za twe słowa odbierzemy ci takŜe to, co do 
ciebie naleŜy - twoje Ŝycie. 
   - Elfy i ludzie poŜałują twego postępku - odrzekł 
umierający krasnolud - zabójstwo Mîma sprawi bowiem, Ŝe 
śmierć będzie szła krok w krok za tym złotem, tak długo, 
póki pozostanie ono na ziemi - za kaŜdą, choćby 
najdrobniejszą jego częścią. 
   Úrin zadrŜał, słysząc te słowa, ale jego zastęp 
wybuchnął tylko śmiechem. 
   Úrin próbował nakłonić swych wojowników, by zanieśli 
ów skarb do siedziby Tinwelinta, a kiedy wzbraniali się 
przed tym, rzekł: 
   - CzyŜbyście się stali tacy sami jak smoki Melka, 
które potrafią tylko leŜeć na złocie, nie znając Ŝadnej 
innej radości? Jeśli zaniesiecie ów skarb temu hojnemu 
królowi, będziecie wieść w jego zamku Ŝycie słodsze niŜ 
to, jakie czekałoby was w pustych lasach, nawet gdybyście 
posiedli całe złoto Valinoru. 
   Tak naprawdę jednak jego serce zwróciło się przeciw 
Tinwelintowi i miał nadzieję, Ŝe za pomocą przeklętego 
bogactwa dokona na nim swej zemsty. Stos kosztowności był 
tak wielki, Ŝe elfy ledwie były w stanie go unieść, 
powiadają więc, Ŝe część skarbu pozostała w lesie, część 
zaś zgubiono po drodze do siedziby Tinwelinta. 
Gdziekolwiek zaś udawali się ci, którzy dźwigali złoto, 
szło za nimi zło. 
   W końcu objuczony kosztownościami zastęp dotarł do 
mostu przed zamkiem Tinwelinta. 
   - Powiedzcie królowi - rzekł Úrin straŜnikom, którzy 
ich zatrzymali - Ŝe Úrin Nieugięty chce przekazać mu dary. 

   Wkrótce wniesiono tedy cały, ukryty w workach i 
skrzyniach z surowego drewna, skarb do pieczar króla, 
Tinwelint zaś z radością i zdumieniem powitał w swym domu 
nieoczekiwanego gościa, okazując mu wielki szacunek. 
PoniewaŜ jednak serce Úrina pozostało zaślepione doznawanymi 
przez lata mękami oraz kłamstwami Melka, rzekł on: 
   - Nie trzeba mi, królu, gładkich słów, zdradź mi 
jeno, gdzie jest moja Ŝona Mavwin, i powiedz, czy wiesz, 
jaką śmiercią umarła moja córka Nienóri? 
   Tinwelint zapewnił go wszelako, Ŝe nie zna odpowiedzi 
na te pytania. 
   Úrin opowiedział mu tedy, jaki los spotkał jego 
bliskich. Ta smutna historia głęboko poruszyła zarówno 
króla, jak i jego dworzan. Wszyscy gorąco współczuli 
gościowi, on jednak rzekł: 
   - Gdybyście mieli choć tyle serca co najgorszy z 
ludzi, moi bliscy nadal by Ŝyli. Nadszedł wszakŜe czas, 
Ŝebyście zapłacili za tę bandę nędzników, którzy wyruszyli 
przeciwko smokowi Glorundowi, a potem, uciekłszy, 
zostawili Mavwin i Nienóri na jego łasce. Popatrz, królu, 
przychylnym okiem na mój dar, myślę bowiem, Ŝe pragnienie 
złota jest wszystkim, co nosisz w sercu. 

Strona 32

background image

Tolkien J.R.R.- Turambar i Toaloke

   Wówczas to wojownicy rozsypali skarb u stóp króla i 
cały dwór zastygł ze zdumienia i podziwu. Towarzysze Úrina 
zrozumieli jednak, co ma nastąpić, i nie byli tym 
zachwyceni. 
   - Popatrzcie na skarb Glorunda - powiedział ich wódz. 
- Jego zdobycie okupione zostało śmiercią Nienóri i krwią 
Turina, zabójcy smoka. Weź je, królu, i ciesz się, Ŝe 
dzielni ludzie uczynili cię bogatym. 
   Tych słów Úrina Tinwelint nie mógł juŜ słuchać 
spokojnie. 
   - Co masz na myśli, synu człowieczy, i o cóŜ takiego 
mnie oskarŜasz? Długo wychowywałem twojego syna i 
wybaczyłem mu złe uczynki, których się dopuścił. A potem 
udzieliłem pomocy twej Ŝonie, mimo Ŝe ona, opętana dziką 
Ŝądzą, nie chciała słuchać moich rad. To Melko cię 
nienawidzi, a nie ja. Co to ma wspólnego ze mną? I jakim 
prawem nieokrzesany człowiek z ludzkiego plemienia śmie 
stawiać zarzuty królowi Eldalian? ZwaŜ, Ŝe moje Ŝycie w 
Palisorze zaczęło się na długo przedtem, zanim na ziemi 
pojawił się pierwszy człowiek. Odejdź, Úrinie, opętało cię 
bowiem zło Melka. I zabierz ze sobą swoje skarby! 
   Tak rzekł Tinwelint, który nie zamierzał jednak mścić 
się na gościu za jego słowa - choć łatwo mógł go zabić lub 
rzucić nań czar - pamiętał bowiem, jak dzielnie walczył on 
niegdyś po stronie Eldarów. 
   Úrin odszedł więc, nie tknąwszy jednak złota, i na 
starość powrócił do Hisilóme, gdzie zmarł wśród ludzi. 
Nigdy nie zapomniano wszelako o jego słowach, które 
zasiały wzajemną nieufność między elfami a ludźmi. 
Powiadają, Ŝe po śmierci Úrina jego cień błąkał się po 
lasach, szukając Mavwin, i oba duchy długo jeszcze 
nawiedzały ziemie nad wodospadem i Srebrną Czarą, 
opłakując swoje dzieci. Elfy z Kôru twierdziły, Ŝe w końcu 
Úrin i Mavwin powędrowali do Mandosu, okazało się jednak, 
Ŝe nie znaleźli tam ani Nienóri ani Turina. Stało się tak 
dlatego, Ŝe choć Turambar podąŜył za siostrą ciemnymi 
ścieŜkami aŜ do bram Fui nie zostały im jednak otworzone, 
podobnie jak nie wpuścił ich do swej siedziby Vef(ntur. 
Modlitwy Úrina i Mavwin dotarły jednak w końcu nawet do 
Manwego i bogowie, ulitowawszy się nad nieszczęsnym losem 
Turina i Nienóri, pozwolili im przybyć do Fôs'Almir, 
jeziora płomieni, tak jak przed wiekami, jeszcze przed 
pierwszym wschodem słońca, uczyniła to Urwendi i jej 
towarzyszki. Płomienne fale zmyły z nich pamięć o 
wszelkich nieszczęściach i dzieci Úrina zamieszkały jako 
jaśni Valarowie wśród błogosławionych istot, darząc się 
nawzajem piękną, braterską i siostrzaną miłością. Zaiste 
więc podczas Wielkiego Zniszczenia Turambar stał będzie u 
boku Fionwego, zaś Melko i jego smoki przeklną miecz 
Mormokila. 
   Tymi słowy Eltas zakończył swą opowieść i nikt juŜ 
nie Ŝądał, by mówił dalej. 

                          PrzełoŜyła Magda Pietrzak-Merta   

Strona 33