background image

MARGIT SANDEMO

KOBIETA NA BRZEGU

SAGA O LUDZIACH LODU

Tom XXXIV

background image

ROZDZIAŁ I

Tak wiele niebezpieczeństw czyhało na Ludzi Lodu.

Ze względu na swoje liczne powiązania ze światem zarówno rzeczywistym, jak i tym 

niedostępnym   dla   przeciętnych   śmiertelników   byli   rodem   szczególnie   narażonym   na 

nieszczęścia.

Największe zagrożenie stanowił, rzecz jasna, ich własny przodek, Tengel Zły.  Nie 

tylko jednak to; było jeszcze mnóstwo innych spraw, ponurych i groźnych, których należało 

się bać.

Gdzieś daleko w ciemnym lesie kryło się coś strasznego i czekało. Czekało na jednego 

z Ludzi Lodu, na jakiegoś członka tej rodziny.

Przez długie lata złe trwało w leśnej głuszy w nadziei, że wkrótce jego czas nadejdzie. 

Trwało   i   śniło   o   odwecie,   o   nigdy   nie   spełnionej   wendecie.   Za   niewybaczalne   postępki 

przodków. Za zniewagę, która musi zostać pomszczona.

W   najgłębszym   mateczniku   kryło   się   mętne   jeziorko,   niemal   całkiem   zarośnięte, 

zamulona sadzawka, cuchnąca od kryjącego się w jej głębi zła.

Było rzeczą prawie niemożliwą, by ów osławiony ród Ludzi Lodu zdołał odnaleźć 

właśnie to miejsce w leśnej gęstwinie...

A jednak tak się właśnie stało.

Sto   piętnaście   lat   minęło   od   niesłychanego   upokorzenia,   jakiego   doznała   pewna 

ludzka istota. Wiele, wiele set lat od chwili, gdy pierwszy straszny czyn został popełniony, 

ów czyn, który stał się początkiem wszystkiego...

I   wtedy   Ludzie   Lodu   jeszcze   nie   byli   w   to   zamieszani,   w   każdym   razie   nie   od 

początku. To przypadek, który przydarzył się mniej więcej sto lat temu, wplątał w te sprawy 

jednego z nich i uczynił go potężnym mścicielem, karzącym ramieniem sprawiedliwości.

A oto teraz, w roku 1912, kolejny z Ludzi Lodu udał się w tamte strony, nie tyle  

zresztą z potrzeby, co z ciekawości. I był to ten właśnie człowiek, na którego czyhało okrutne 

zło.

Andre, syn Benedikte i Sandera, nie przejawiał szczególnej chęci do nauki, akurat pod 

tym względem nie wybijał się wśród Ludzi Lodu. Benedikte napełniało to smutkiem, zresztą 

odpowiedzialnością   obarczała   siebie,   bo   przecież   w   rodzinie   Sandera   byli   uczeni   i 

profesorowie różnych specjalności.

„Cóż za głupstwa!” kwitował to zwykle jej mąż. „Czy to wśród Ludzi Lodu brak 

utalentowanych osób? A poza tym czy każdy musi być wyjątkowo inteligentny? To snobizm, 

background image

wiem o tym  dobrze, wielokrotnie mogłem się o tym  przekonać w środowisku, w którym 

dorastałem. Nasz Andre to wspaniały chłopak. Jeśli interesują go automobile i inne motory, 

pozwól mu na to! Jestem dumny z mojego syna, a ty nie?”

Owszem,   Benedikte   też   była   dumna   z   Andre,   nikt   nie   mógł   mieć   co   do   tego 

najmniejszych wątpliwości. W tej sytuacji marne świadectwa szkolne chłopca schowano w 

głębokiej szufladzie i pozwolono mu zajmować się czym chce.

W   1912   z  roku,   kiedy   Andre  skończył   dwadzieścia   lat,   na   świecie   nie   działo   się 

najlepiej.   Stosunki   pomiędzy   pięcioma   mocarstwami   Europy:   Anglią,   Francją,   Rosją, 

monarchią   austro-węgierską   i   Niemcami   stawały   się   coraz   bardziej   napięte.   W   Norwegii 

jednak   panował   względny   spokój.   Wystarczało   problemów   z   tym,   jak   kierować   dość 

surowym norweskim narodem. Tyle spraw wymagało wsparcia po blisko sześciu wiekach 

obcej dominacji. Przemysł, rolnictwo, rybołówstwo, rzemiosło chylące się ku upadkowi, a 

ponadto ruchy kobiece i związkowe, utworzenie monopolu spirytusowego, sprawy religii i 

języka, oświata, partie polityczne, kultura, opieka nad dziećmi... Tysiące nici trzeba powiązać 

i   spleść,   zanim   powstanie   nowoczesne   społeczeństwo.   Na   szczęście   świeżo   odzyskana 

niepodległość budziła w Norwegach gorące uczucia patriotyczne.

W   Lipowej   Alei   także   robiono   wiele,   by   przyczynić   się   do   budowy   dobrze 

zorganizowanego państwa. Ludzie Lodu jednak zawsze żyli w pewnym sensie na uboczu. 

Mieli oni swoje dziedzictwo,  o którym  z obcymi  rozmawiali  raczej  niechętnie,  i to było 

przyczyną ich społecznej izolacji. Nie dlatego, by sądzili, że są może gorsi od innych, nie, 

myśleli  o sobie raczej  jako o dzieciach  nieszczęścia.  Choć zawsze byli  bardzo dumni  ze 

swojego pochodzenia, to dokuczało im przeświadczenie, iż nie do końca są przez otoczenie 

akceptowani. W tym akurat mocno przesadzali, bo Ludzie Lodu cieszyli się zawsze opinią 

porządnych i honorowych, choć cokolwiek ekscentrycznych.

Żyli z taką opinią od dawna.

Andre   często   myślał   o   słowach   Imrego.   O   tym,   że   to   on,   Andre,   będzie   musiał 

odnaleźć obciążonego dziedzictwem kuzyna ze swojego pokolenia. Czasami zastanawiał się, 

czy przypadkiem nie on sam jest tym dotkniętym, zawsze jednak dochodził do wniosku, że to 

raczej  wykluczone.  Te same  podejrzenia  żywił  niekiedy w odniesieniu  do Christy,  małej 

córeczki  Vanji, ale zbyt  rzadko miał  okazję obserwować dziewczynkę,  bo niestety Frank 

bardzo stanowczo egzekwował swoje ojcowskie prawa. Jedyną szczególną cechą Christy było 

nieznaczne rozszczepienie języka, ponadto była to istota tak ludzka, że nikomu nie przyszłoby 

do głowy, iż jej ojcem może być demon.

A już najmniej Frankowi...

background image

Bywało, że członkowie rodu złościli się na niego. Wiedzieli, że wystarczyłoby parę 

słów, by uśmiercić jego ojcowską radość i dumę. Ale, oczywiście, nikt nigdy takich słów nie 

wypowiadał. Żal im było Franka. Wciąż było im go bardzo żal. I nie można zaprzeczyć, że 

bardzo dobrze wychowuje dziewczynkę.

Natomiast Vetle, syn Christoffera i Marit, był przez Andre poddawany nieustannym 

gruntownym studiom. Chłopiec miał teraz dziesięć lat i wyrastał na prawdziwego łobuziaka z 

głową pełną zaskakujących pomysłów. Ale żeby należał do wybranych lub obciążonych? Nie, 

nie na to nie wskazywało. Andre musiał się powstrzymać przed ostatecznym osądem.

Któregoś dnia poszedł w końcu z tymi problemami do swojej matki Benedikte i do 

dziadka Henninga, których uważał za najważniejsze osoby w rodzinie.

Był  mroźny wieczór późnej zimy.  Wszyscy troje drżeli z zimna, bo kaflowy piec, 

mimo że palono w nim przez cały dzień, nie był w stanie ogrzać starego salonu w Lipowej 

Alei. Wilgotny chłód wciskał się bezlitośnie przez nieszczelne futryny okien. Jedyną pociechę 

stanowiła gorąca herbata i świeże pszenne bułeczki upieczone przez Benedikte.

- Długo obserwowałem i analizowałem charaktery nas trojga - powiedział Andre. - 

Christy, Vetlego i swój własny. Głowę bym dał, że żadne z nas nie jest ani wybrane, ani 

obciążone.

- Kogo podejrzewałeś najbardziej? - zapytała Benedikte.

- Vetlego. Przyglądałem mu się przez wiele lat przy każdej okazji, zadawałem pytania 

dotyczące spraw parapsychologicznych, zastawiałem na niego różne pułapki, ale naprawdę 

niczego nie odkryłem.

- Do jakich konkluzji doszedłeś? - spytał Henning.

Andre maczał bułeczkę w gorącej herbacie, aż masło się rozpuściło i na powierzchni 

płynu ukazały się oka tłuszczu.

- Prawdopodobnie do takich samych jak wy - powiedział w końcu.

Przez chwilę wszyscy troje siedzieli w milczeniu. Jakby nie mieli odwagi mierzyć się 

z tym nowym problemem.

Pierwsza odezwała się Benedikte.

-   Ta   kobieta   na   brzegu,   którą   Vanja   spotkała   trzynaście   lat   temu   nad   fiordem 

Trondheim. Ona urodziła przecież jakieś dziwne dziecko.

- Które posiadało wiele cech Ludzi Lodu - westchnął Henning. - Tak, ja też wiele o 

tym myślałem. Kobieta lub ojciec dziecka, któreś z nich mogło być naszym krewnym.

Spoglądali po sobie niespokojnie.

- W takim razie wiemy, o kogo to może chodzić.

background image

- Dziecko jest potomkiem Christera Gripa - mruknął Andre.

- Tak - potwierdził Henning. - Jakoś dotychczas nie słyszeliśmy nic ani o nim, ani o 

jego ewentualnej rodzinie. Ale to możliwe.

- W takim razie możemy mieć mnóstwo krewnych - westchnęła Benedikte.

-   Niekoniecznie.   Ludzie   Lodu   nigdy   nie   miewali   zbyt   wiele   dzieci.   Jedynak,   to 

najbardziej typowe.

Benedikte próbowała analizować sytuację:

- Przyjrzyjmy się faktom. Christer Grip miał dwa lub trzy lata, kiedy zaginął w roku... 

Który to był rok? Tysiąc siedemset siedemdziesiąty siódmy? No, w każdym razie coś koło 

tego. Zabrał go pewien bogaty człowiek, który pojechał gdzieś w okolice Sztokholmu. Wielki 

dystans, zarówno w czasie, jak i w przestrzeni dzieli od niego biedną dziewczynę z wybrzeża 

fiordu Trondheim.

Henning rzekł w zamyśleniu:

- Gdybyś miał szukać, Andre, to nie powinieneś zaczynać od Christera Gripa i jego 

czasów. Wtedy bowiem podjęto wszelkie możliwe próby odnalezienia chłopca.

Andre skinął głową.

-   Oczywiście.   Należy   zacząć   od   kobiety   znad   fjordu   i   dopiero   potem   próbować 

odnaleźć i rozsupłać jej rodzinne powiązania i wszystkie wątki wiodące w przeszłość. Ale 

zbyt daleko mnie to chyba nie zaprowadzi.

- Tego się właśnie boję. Jedyne, co o niej wiemy, to to, że miała na imię Petra i że 

została opuszczona przez wszystkich.

Andre wstał.

- Zaczekajcie, przyniosę książkę, w której Vanja spisała swoją opowieść.

- Bardzo dobrze.

Andre wrócił po chwili z ciężkim tomem, częścią kroniki rodu.

- Zaraz zobaczymy - mówił, przewracając karty. - Vanja naprawdę ładnie pisała.

- Och, Vanja - westchnęła Benedikte. - Moja mała siostrzyczka, dla której mogliśmy 

zrobić tak niewiele!

- Wierzę, że teraz jest jej dobrze - rzekł Henning spokojnie. - A wtedy, gdy spotkała 

Petrę na brzegu fjordu Trondheim, musiała mieć chyba z piętnaście lat. Vanja, oczywiście.

-   Tak   -   potwierdził   Andre.   -   To   było   w   roku   tysiąc   osiemset   dziewięćdziesiątym 

dziewiątym. To znaczy trzynaście lat temu. Petra miała wtedy siedemnaście lat.

- Biedne dziecko - westchnęła znowu Benedikte.

Andre czytał:

background image

„Petra była miłą, prostą i naiwną dziewczyną. Naiwną w najlepszym znaczeniu tego 

słowa. Musiała zejść na złą drogę bardzo wcześnie. Pierwsze dziecko zostało jej odebrane. Do 

przy...   Nie   udało   mi   się   zrozumieć,   co   chciała   powiedzieć.   Petra   miała   zawsze   opinię 

dziewczyny lekkich obyczajów, ale ojciec dziecka, żonaty mężczyzna że skłonnościami da 

młodych niewinnych panienek, chodził na swobodzie. Co więcej, jak mi w zaufaniu szepnął 

jeden z urzędników, ten człowiek był uważany za prawdziwego uwodziciela i cieszył  się 

powodzeniem u pań.

Ojcem   drugiego   dziecka   Petry   był   pewien   młody   chłopak,   który   pracował   w 

miejscowej hucie żelaza. Rodzice nie pozwolili mu jednak na małżeństwo z dziewczyną o tak 

złej opinii”.

-   Mój   Boże   -   mruknęła   Benedikte.   -   Zawsze   ci   moraliści!   Cóż   oni   wiedzą   o 

człowieku?

Andre czytał dalej zapiski Vanji:

„Nie udało mi się dowiedzieć zbyt wiele na temat Petry ani od niej samej, ani ad tych, 

z   którymi   miałam   do   czynienia   później.   Nazywała   się   Petra   Olsdatter   i   urodziła   się   w 

dzielnicy   Bakklandet   w   Trondheim.   Matka   pochodziła,   zdaje   się,   z   dobrej   rodziny,   lecz 

zmarła młodo. Ojciec natomiast z czasem stał się kompletnym pijaczyną, który pozwalał, by 

dzieci chodziły głodne i obdarte. Na wiadomość o tym, że Petra spodziewa się pierwszego 

dziecka,   wpadł   we   wściekłość   i   wypędził   ją   z   domu.   Później   już   nigdy   nikt   się   nią   nie 

zaopiekował”.

- Mój Boże - szeptała Benedikte. - O mój Boże!

-   Och,   nie   tak   znowu   dużo   tych   informacji,   od   których   można   by   rozpocząć 

poszukiwania - westchnął Henning. - Ale trochę jednak masz. Po śmierci Petry odbywały się 

przecież jakieś przesłuchania, musi więc być protokół policyjny czy coś w tym rodzaju. Tam 

pewnie znajdziesz dokładniejsze wskazówki.

- Ja też o tym myślałem - przyznał Andre. - To znaczy uważacie, że powinienem 

pojechać?

Benedikte   i   Henning   patrzyli   na   niego.   Andre   był   przystojnym   młodzieńcem   o 

ciemnoblond włosach i spoglądających ufnie oczach. W dzieciństwie wiele wskazywało na to, 

że będzie bardzo pięknym chłopcem, później jednak rysy się wyostrzyły i pogłębiły, on sam 

stał się jakiś trochę kanciasty i w sumie bardziej przypominał Benedikte niż Sandera. Ale 

ogólne wrażenie było bardzo dobre. Gęste, ciemne brwi, pełne usta i nos, który może mógłby 

być bardziej kształtny, ale który znakomicie pasował do całości. Dłonie Andre miał duże i 

ciepłe, w ogóle w jego postaci było coś niezwykle spokojnego. Zaufanie, to pierwsze uczucie, 

background image

jakiego   się   doznawało   patrząc   na   Andre.   I   było   to   uczucie   jak   najbardziej   słuszne.   W 

przeciwieństwie do Vetlego, który nie wydawał się taki poważny.

- Uważam, że powinieneś jechać, i to jak najszybciej - oświadczył Henning.

- Tak, myślę, że powinieneś to zrobić - poparła ojca Benedikte.

Młody człowiek sprawiał wrażenie zadowolonego. Przygoda wabiła.

- Pojedziesz chyba pociągiem? - zapytał Henning.

Andre zwlekał z odpowiedzią.

- Ja... Nie wiem. Mam trochę oszczędności...

Matka Andre natychmiast pojęła, o co chodzi.

- Automobil? Czy też samochód, jak się teraz mówi.

- Tylko że one są strasznie drogie - pospieszył Andre z wyjaśnieniem.

Henning i Benedikte spojrzeli po sobie.

- Czy naprawdę umiesz  dobrze prowadzić?  - spytał  dziadek. - Automobile  jeżdżą 

bardzo szybko, wiesz o tym. Mówi się, że nawet wiele kilometrów na godzinę.

- Jeździłem kiedyś na próbę samochodem Christoffera - odparł Andre. - To żadna 

sztuka. Mógłbym chyba poprosić go o pożyczenie.

- Nie, to nie jest wyjście - zaprotestował Henning. - Christofferowi jest on potrzebny. 

Poza tym samochód to nie zabawka. Nie, ja także mam parę groszy oszczędności i twoja 

mama   pewnie   też.   Co   ty   na   to,   Benedikte?   Może   pomożemy   chłopcu   urzeczywistnić 

marzenia?

- Najpierw powinniśmy chyba porozmawiać z jego ojcem - odparła Benedikte. - Ale 

Sander także bardzo się interesuje automobilami, więc...

Andre spoglądał to na jedno, to na drugie z coraz szerszym i coraz radośniejszym 

uśmiechem.

Wkrótce   potem   Andre   podróżował   swoim   nowiutkim   automobilem   przez   Sor-

Trondelag.   Kiedy   ruszał,   maszyna   była   piękna   i   błyszcząca.   Teraz   ledwie   można   było 

odróżnić kolor lakieru, a silnik charczał bardziej niż stare kościelne organy. Dwa razy w 

czasie jazdy skończyła się benzyna - za każdym razem bardzo daleko od jakiejkolwiek stacji 

paliw - i szofer musiał przez wiele kilometrów pchać swój piękny pojazd.

Teraz jednak zbliżał się do celu.

Auto, jak Andre lubił nazywać maszynę, było fordem prościutko z Fabryki. Karoseria 

była wysoka, czarna, otwarta, tylko nad przednim siedzeniem miała daszek. Wnętrze obite 

czarną skórą, lśniącą i elegancką. Samochód wyposażono w duże reflektory i pneumatyczne 

opony, a także trąbkę, której Andre używał zdaje się trochę zbyt chętnie. Zwłaszcza gdy na 

background image

drodze pojawiały się młode dziewczęta...

Był nieprawdopodobnie dumny z tego cudu techniki, choć dzielił go ze swoim ojcem. 

Ta   podróż   do   Trondheim   stanowiła   dziewiczą   wyprawę   zarówno   dla   niego,   jak   i   dla 

samochodu. Zresztą w całej Norwegii jeździło wówczas wszystkiego nie więcej niż pięćset 

aut,   skoro   więc   aż   dwa   z   nich   należały   do   Ludzi   Lodu,   można   powiedzieć,   że   rodzina 

wyposażona była wyjątkowo.

W   ciągu   pierwszych   godzin   za   kierownicą   Andre   śpiewał   głośno,   by   dać   upust 

rozsadzającej go radości. Czuł się jak król, jak niepodległy władca tej drogi!

Z czasem jednak przycichł; nie zawsze droga była gładka i równa. Niekiedy była po 

prostu marna, a nawet zgoła nie do przebycia. A poza tym wciąż towarzyszył mu lęk, że 

będzie musiał stanąć z powodu braku benzyny. Raz czy dwa zatrzymała go jakaś usterka 

silnika, ale wtedy bardzo się przydały techniczne zdolności chłopca. Znajdował się wśród 

pustkowi, niedaleko gór Dovru, i sam naprawił uszkodzenie. Jak to pewność siebie dodaje sił!

Z przyjemnością też stwierdzał, jak wielką sensację wywołuje na wiejskich drogach.

Sor-Trondelag...

Dolina Ludzi Lodu.

Nie, tej doliny szukał nie będzie. Andre nie odczuwał żadnej potrzeby jej oglądania. 

Zwłaszcza po opowiadaniu Vanji, kiedy stamtąd wróciła. Wszyscy członkowie Ludzi Lodu 

powinni  się  trzymać   z  daleka  od  tego   miejsca  do  czasu...   Do  czasu,   gdy  pojawi  się  ten 

właściwy.

Ale, oczywiście, Andre spoglądał ku zachodowi. Czy to mogłoby być tam? Albo tam?

Nie dostrzegał jednak gór dostatecznie wysokich.

Pierwsze,   czym   zajął   się   w   Trondheim,   to   znalezienie   odpowiedniego   hotelu. 

Ponieważ   posiadał   samochód   -   nieważne,   że   teraz   zakurzony   -  to   mimo   młodego   wieku 

traktowany był z największymi rewerencjami, wszyscy kłaniali mu się głęboko i uśmiechali 

uprzejmie, dostał też bardzo dobry pokój. W ciągu całej podróży Andre przekonywał się z 

coraz większym zachwytem, ile pożytku płynie z posiadania samochodu, i to nie tylko na 

drogach. Samochód określa status. Ponadto Benedikte zatroszczyła się, by syn był elegancko 

ubrany, co jeszcze potęgowało znakomite wrażenie. Budząca zaufanie postać Andre i jego 

otwarte spojrzenie dokonywały reszty.

Nikomu zresztą nie musiał wyjaśniać, że ma dopiero dwadzieścia łat.

Wziął   kąpiel   w   dużym   pokoju   kąpielowym   znajdującym   się   na   końcu   korytarza. 

Łaźnia miała drewnianą podłogę i wyposażona była w wysoką wannę na lwich nogach; woda 

w rurach gulgotała przejmująco. Andre przebrał się w świeże ubranie i zjadł lunch w niemal 

background image

pustej hotelowej restauracji. Na podium w odległym kącie przygrywało amatorskie trio, a 

liście bujnych palm łaskotały muzyków po głowach. Z ponurymi twarzami znęcali się nad 

jakimś wiedeńskim walcem, granym w przeraźliwie rozwlekłym tempie. Kiedy Andre wszedł 

do lokalu, podjęli próbę zagrania czegoś bardziej młodzieżowego, lecz on nigdy nie słyszał 

niczego równie żałosnego jak te ich ragtime'y, zwłaszcza jeśli chodzi o rytm.

Po lunchu, naprawdę bardzo smacznym, zapytał o drogę do magistratu i tym samym 

rozpoczął   poszukiwania   informacji   o   Petrze   Olsdatter   lub   też   o   jej   dziecku   martwo 

urodzonym.  Stracił trochę czasu krążąc po gmachu,  od pokoju do pokoju, nim dotarł do 

właściwego   biura.   Przyjęła   go   tam   ubrana   na   czarno   pani   zapięta   wysoko   pod   szyję   i   z 

lorgnon zawieszonym na łańcuszku. Andre, darzący respektem wszystkie kobiety, które mają 

odwagę pracować zawodowo, zwrócił się do niej bardzo uprzejmie, co jej się najwyraźniej 

spodobało.

- Poszukuję swojej dalekiej krewnej - wyjaśnił. - Żeby trafić na jej ślad, powinienem, 

jak sądzę, zapoznać się z wynikami dochodzenia, jakie sąd w Trondheim przeprowadził w 

roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątym dziewiątym.

- Aha. A czego dotyczyło to dochodzenie?

- Czternastego lipca tamtego roku pewna młoda dziewczyna, Petra Olsdatter, odebrała 

sobie życie nad brzegiem fiordu. Była przy tym moja kuzynka, która starała się uratować nie 

narodzone jeszcze dziecko samobójczyni, ale jej się to nie udało. Owa Petra zdołała przed 

śmiercią wypowiedzieć kilka słów, które świadczą, że dziecko mogło być potomkiem naszego 

rodu.

Dama, osoba w nieokreślonym wieku, bez słowa zabrała się do kartkowania starych 

protokółów.

- Ale oni przecież zmarli. Oboje, czy tak?

- Tak. No, a ja muszę wyjaśnić różne sprawy, bo rzecz dotyczy spadku - skłamał 

Andre. Może zresztą to wcale nie było kłamstwo, ba przecież naprawdę w grę wchodziło 

dziedzictwo. Dziedzictwo zła. - Muszę stwierdzić, czy nie było innych krewnych. Krótko 

mówiąc, muszę odtworzyć drzewo genealogiczne samobójczyni i jej dziecka.

Pani   znalazła   chyba   właściwy   protokół,   bo   przeczytała   kilka   zdań   z   jakiegoś 

dokumentu, a potem popatrzyła badawczo na swego gościa. Z wyrazu jej twarzy rozpoznał, 

co ją tak dziwi: Czy to możliwe, by ten świetnie ubrany,  kulturalny młody człowiek był 

krewnym tak nieszczęsnej i nisko upadłej istoty, jaką bez wątpienia była Petra Olsdatter?

Andre odpowiedział na pytanie, którego urzędniczka głośno nie wypowiedziała:

- Nie zawsze kierujemy swoim losem.

background image

- To prawda - szepnęła ubrana na czarno pani. - Ale może chciałby pan przeczytać 

sam?

- Dziękuję bardzo, chętnie.

- Proszę usiąść tam przy stoliku pod oknem. Chciałabym tylko, żeby pan nie wynosił 

dokumentów z pokoju.

- To oczywiste. A czy mogę robić notatki?

- Naturalnie!

Andre   spędził   sporo   czasu   w   teł   dużej   sali,   gdzie   słychać   było   jedynie   chrobot 

stalówek po papierze lub od czasu do czasu jakieś zadawane półgłosem pytania nielicznych 

interesantów. Uważnie śledził całą długą i tragiczną historię. Doznawał dziwnego i smutnego 

uczucia, czytając wielokrotnie wymieniane w protokóle imię Vanji.

Większość opisywanych tu spraw znał już przedtem, ale uważnie poszukiwał nowych 

informacji, jakiegoś punktu zaczepienia dla siebie.

Znalazł   na   przykład   ostatni   adres   Petry.   A   także   adres   domu   jej   dzieciństwa, 

Wspaniale!  A co najważniejsze, w protokole znajdowało się nazwisko ojca dziecka.  Egil 

Holmsen. Był też jego ówczesny adres. A nawet notatka, że Petra już dawniej zeszła na złą 

drogę. „Zadała się z jednym z najznakomitszych obywateli miasta”, zapisano w urzędowych 

papierach. Andre skrzywił się. Ale, rzecz oczywista, nazwiska owego znakomitego obywatela 

nie   ujawniono.   To   zresztą   nieistotne,   to   nie   tego   dziecko   mogło   być   obciążonym 

dziedzictwem potomkiem Ludzi Lodu.

Andre musiał odszukać ojca drugiego dziecka. Zatem dla jego sprawy ważny był Egil 

Holmsen. No i krewni Petry. Bo przecież to ona mogła przekazać dziedzictwo.

Jeśli jeszcze jacyś krewni istnieją.

Trzeba będzie cofnąć się w przeszłość aż do osiemnastego stulecia. Wydawało mu się 

to   zadaniem   wprost   niemożliwym   do   wykonania.   No,   w   każdym   razie   trzeba   będzie   się 

cofnąć do początku wieku dziewiętnastego. Bo jeśli Christer Grip urodził się w 1774 roku, to 

musiał żyć jeszcze jakiś czas w następnym stuleciu.

Drgnął na dźwięk głosu ubranej na czarno damy i wtedy uświadomił sobie, że od 

dłuższego czasu siedzi i patrzy w okno.

- Przepraszam - bąknął. - Nie usłyszałem, jak...

- Znalazł pan coś? - zapytała.

Mimo czarnego ubrania i pełnego rezerwy wyrazu twarzy było w niej coś niezwykle 

pociągającego.   Coś   w   głosie   czy   może   w   ruchach?   Nie,   głos   miała   szorstki,   a   ruchy 

zamaszyste, bez wdzięku. Zaczął przyglądać się jej uważnie. Zgadywał, ile może mieć lat. 

background image

Coś pomiędzy czterdzieści a pięćdziesiąt. Prawdopodobnie niezamężna. Szaroblond włosy 

były trochę za bardzo ściągnięte i upięte z tyłu głowy w zbyt ciasny kok. Rysy nie wyróżniały 

się   pod   żadnym   względem.   Dość   ładne,   ale   wiek   zaczynał   dawać   o   sobie   znać   w 

zmarszczkach wokół oczu i wyraźnych zagłębieniach przy kącikach ust. Dwa razy nikt by się 

za nią nie obejrzał.

- Dziękuję pani - odparł. - Znalazłem kilka adresów, które będę musiał sprawdzić.

Głos urzędniczki nie bardzo pasował do słów, gdy powiedziała:

- Gdybym mogła się w czymś przydać, to...

- Bardzo dziękuję, ale nie chciałbym obciążać pani moimi kłopotami.

Skrzywiła się lekko.

- Ech, moja praca zawodowa nie jest specjalnie podniecająca.

Więc było w niej sporo ludzkich uczuć mimo tego chłodu i rezerwy w zachowaniu?

- W takim razie - uśmiechnął się - w takim razie rzeczywiście miałbym pytanie...

- Bardzo proszę!

Andre pokazał jej swoje notatki, które przywiózł z domu.

-   Proszę   spojrzeć.   Napisano   tutaj,   że   Petra   wspomniała   coś   o   swoim   pierwszym 

dziecku. „Do przy...” Co by to mogło znaczyć?

Kobieta ożywiła się.

- Bez wątpienia znaczy to: do przytułku.

- A co to takiego?

- Dom dla dzieci pozbawionych opieki. Miejsce otoczone złą sławą. Szczerze mówiąc 

nie   wiem,   czy   to   w   dalszym   ciągu   u   nas   egzystuje,   bo   dużo   się   mówiło,   że   należy   je 

zlikwidować. Teraz takie miejsca nazywa się domami dziecka, ale stara nazwa „przytułek” 

jeszcze się zachowała jak smutna, lepka, przypominająca złe czasy etykieta. Ale tutaj widzę 

błąd - zauważyła.

- Tak? Gdzie?

Wodziła palcem wskazującym po notatkach Andre przywiezionych z Lipowej Alei.

- Tutaj zostało napisane, że Petra Olsdatter miała w chwili śmierci siedemnaście lat.

- Tak właśnie powiedziała mojej kuzynce.

-   Ale   z   protokołów   sądowych   wynika,   że   urodziła   się   w   roku   tysiąc   osiemset 

osiemdziesiątym.

Andre przyjrzał się uważniej zapiskom.

- Tak, rzeczywiście! W takim razie musiała mieć dziewiętnaście lat. Była umierająca, 

gdy rozmawiała z moją kuzynką, mogła mówić niewyraźnie. Albo fakty jej się myliły. Tak, 

background image

mnie się także zdawało, że to straszne, by siedemnastoletnia dziewczyna mogła mieć już 

dwoje dzieci.  Dziękuję pani za zwrócenie mi  uwagi. Ja zresztą  spostrzegłem  jeszcze coś 

innego w protokóle. Otóż podczas przesłuchań ktoś, chyba jakiś krewny, mówił o medalionie, 

który Petra jakoby miała posiadać. Ale tego medalionu nigdzie nie znaleziono.

-   To   interesujące   -   stwierdziła   urzędniczka.   -   No   tak,   medalion   może   się   łatwo 

zapodziać.

- Wielka szkoda - westchnął Andre. - Taki medalion mógłby nam wiele wyjaśnić.

Uświadomił   sobie,   że   powiedział   „nam”,   i   speszony   pospiesznie   zapytał   o   adres 

dawnego przytułku. Zaraz go też otrzymał.

Podziękował za wszelką pomoc i opuścił budynek magistratu.

Tego dnia miał jeszcze czas na jedną wizytę. Wybrał, rzecz jasna, rodzinny dom Petry 

Olsdatter w Bakklandet.

Kiedy wędrował po starej dzielnicy Trondheim, gdy przekraczał most - piechotą, bo 

nie bardzo wierzył, by automobil zdołał się przecisnąć przez wąskie zaułki - rozmyślał o tym, 

że pewnej nocy, przed wieloma setkami lat błądziła po tych ulicach młoda Silje. Samotna, 

wylękniona, przemarznięta i bezdomna. A w tym samym czasie Charlotta Meiden starała się 

wyjść poza miejskie mury z nowo narodzonym dzieciątkiem. Tej samej nocy Silje spotkała i 

Tengela, i małą Sol, i Heminga Zabójcę Wójta.

To musiała być niesamowita noc!

Noc, gdy ważyły się losy Ludzi Lodu, gdy kładziono podwaliny pod nowy rozdział 

dziejów tego rodu. Owa noc dała początek nowym pokoleniom, które miały podjąć walkę ze 

złem, bo nie chciały dalej pozostawać na usługach Tengela Złego.

Andre rozmyślał nad tym, co by powiedziała Silje i wszyscy, którzy przeżyli tamtą 

noc, gdyby wiedzieli, co stało się później z Ludźmi Lodu. Gdyby znali wszystkie niełatwe ich 

losy.

Tengel Dobry wie...

Ale minęło już bardzo wiele czasu, odkąd po raz ostatni dał o sobie znać. Kiedy do gry 

wkroczył   Lucyfer,   przodkowie   Ludzi   Lodu   złożyli   odpowiedzialność   za   ród   w   ręce 

potomków czarnego anioła. Na Marco. A teraz także na Imrego.

Marco   powiedział   jednak,   że   współpracuje   z   przodkami   rodu.   Tengel   Dobry   wie 

zatem o wszystkim, co się dzieje.

Na wspomnienie Marca Andre doznał ukłucia w sercu. Tak bardzo mu go brakowało, 

lecz   Marco   nie   chciał   już   więcej   rodziny   odwiedzać.   Zresztą   postarzał   się   bardzo.   Jego 

miejsce zajął Imre, taki jasny i łagodny.

background image

Imre jednak tylko raz pokazał się w Lipowej Alei. Tego jasnego poranka, gdy stanął w 

drzwiach z nowo narodzoną Christą w ramionach. Później nic o nim nie słyszeli.

Z drugiej jednak strony trzeba powiedzieć, że życie płynęło im teraz spokojnie. Nie 

musieli odwoływać się do pomocy istot nadprzyrodzonych.

Andre znalazł się w ponurej, przygnębiającej dzielnicy nędzy i poczuł, że serce mu się 

kraje. Jeśli to tutaj ojciec Petry...

Ale nie było tak źle. Biedę osłaniały małe, stosunkowo dobrze utrzymane domy. Bez 

trudu odnalazł właściwy adres.

Kilka razy głęboko wciągnął powietrze i zastukał kołatką.

Słyszał, że na wewnętrznym podwórzu bawią się dzieci. Na dźwięk kołatki ich głosy 

umilkły.   Po   chwili   dały   się   słyszeć   pospieszne   kroki   i   brama,   nie   bez   trudu,   została 

otworzona.

Przyglądało mu się z ciekawością czworo czy pięcioro malców. Niezbyt czystych, z 

niezbyt dokładnie wytartymi nosami.

- Dzień dobry - powiedział Andre uprzejmie. - Czy mieszka tu ktoś, kto ma na imię 

Ola lub Ole?

Dzieci wpatrywały się w niego jeszcze bardziej uparcie.

Gdzieś w głębi podwórza skrzypnęły jakieś drzwi i głos kobiecy zawołał:

- Co się stało, dzieci? Kto to przyszedł?

Malcy bez słowa, z ociąganiem wpuścili Andre na dziedziniec. Poszedł ku drzwiom, 

w których stała kobieta o potarganych włosach z wiadrem i ścierką w rękach.

Uprzejmie powtórzył swoje pytanie.

- Ole? Nie mieszka tu żaden Ole - odparła niechętnie. - Ani żaden Ola.

- I nigdy nikt o tym imieniu nie mieszkał?

Kobieta ściągnęła brwi. Była strasznie wychudzona i nędzna. Zdaje się, że sprawą jej 

honoru było utrzymanie wokół siebie porządku i tylko to ją interesowało.

- Mieszkał, ale bardzo dawno temu - powiedziała zdecydowanie.

- Musiało to być...

Andre liczył pospiesznie. Kiedy to się mogło wydarzyć? Kiedy ojciec Petry wyrzucił 

córkę z domu? W roku 1899 miała siedemnaście, nie, nie, dziewiętnaście lat. Jeśli pierwsze 

dziecko urodziła kilka lat wcześniej? Och, mój Boże, to niemożliwe, siedemnastolatka nie 

mogła przecież mieć kilkuletniego dziecka, bo musiałaby je urodzić w wieku czternastu lat. 

Czyli   że   zostałoby   poczęte,   gdy   matka   miała   zaledwie   trzynaście...   Nie,   to   brzmi   zbyt 

okropnie, oczywiście Petra miała dziewiętnaście łat, kiedy spotkały się z Vanją!

background image

Zajęty obliczeniami milczał przez chwilę. W końcu jednak powiedział:

- To musiało być około roku tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego siódmego.

Kobieta zastanawiała się.

- No tak, to by się mogło zgadzać - przyznała. - Mieszkał tu wtedy Ole Knudsen, ale to 

było przede mną.

- Gdzie... on jest teraz?

- Umarł.

O, do diabła, pomyślał Andre. Głośno zaś rzekł:

- A jego rodzina?

- Nic o nikim nie wiem. Ale niech no pan zaczeka!

Przejmującym głosem krzyknęła w głąb domu:

- Mama, czy Ole Knudsen miał jakąś rodzinę?

Z domu dało się słyszeć niewyraźne piszczenie. Kobieta w drzwiach „tłumaczyła”:

- Miał córkę. Ale przydarzyło jej się nieszczęście.

- Tak, wiem - potwierdził  Andre. - Dziękuję bardzo. Czy ona była  jego jedynym 

dzieckiem?

Kolejne pytanie w głąb mieszkania. Odpowiedź nadeszła natychmiast.

Kobieta w progu odwróciła się w stronę przybysza.

- Matka mówi, że miał jeszcze syna, ale on umarł na zołzę.

Cóż to mogła być za choroba, Andre nie wiedział. Myślał, że to dotyczy jedynie koni.

- Już jako dorosły?

Kolejna wymiana zdań z progu w głąb mieszkania i na powrót.

- Nie, miał nie więcej niż szesnaście lat. Biedny chłopiec.

Andre nie odważył się już zapytać, czy Ole Knudsen miał jakieś rodzeństwo. Jego 

informatorka sprawiała już wrażenie poirytowanej. Zamiast pytać, wyjął więc portfel i podał 

jej banknot z podziękowaniem za „nieocenione wiadomości”, jak się wyraził. Teraz mógłby 

pytać  o więcej, bo kobieta wyglądała  na chętniejszą do rozmowy,  ale musiał przemyśleć 

wszystko, czego się dowiedział, poprosił zatem o pozwolenie przyjścia tu ponownie, gdyby 

chciał   jeszcze   o   coś   zapytać.   Pozwolenie,   oczywiście,   otrzymał,   i   to   poparte   ukłonem 

rozmówczyni.

Dzieci, które otaczały go dotychczas ciasnym kręgiem, pomknęły teraz na wyścigi, 

żeby przed nim dopaść bramy i otworzyć na oścież. Dał za to każdemu po miedziaku.

Wyrobił sobie chyba bardzo dobrą opinię w tym podwórzu.

Tego dnia nie był już w stanie zrobić nic więcej. Wrócił do hotelu i zabrał się do 

background image

sporządzania listy spraw, które powinien załatwić jutro.

Położył się wcześnie. Nadal odczuwał trudy podróży, szumiało mu w głowie, toteż 

zasnął natychmiast jak kamień.

Nette Mikalsrud otworzyła drzwi do swego małego mieszkanka. Jak zwykle ogarnęła 

ją uczucie zadomowienia na widok staromodnego wnętrza. Mieszkała tu razem z matką przez 

ostatnie trzydzieści lat. Teraz matka już nie żyła i Nette mieszkała sama.

Właściwie miała na imię Antonette, ale jakoś nigdy nie zdołała tego imienia polubić. 

Kiedy   więc   już   we   wczesnym   dzieciństwie   zaczęto   do   niej   mówić   Nette,   przyjęła   to   z 

wdzięcznością.

Była bardzo ładnym i przez wszystkich kochanym dzieckiem. Kiedy jednak ojciec 

zmarł, matka dosłownie uczepiła się jedynej córki i zdusiła swoją zaborczością jej marzenia o 

romantycznym młodym mężczyźnie wyznającym jej na kolanach miłość.

Materialna   strona   życia   po   śmierci   ojca   okazała   się   dla   obu   samotnych   kobiet 

prawdziwą   katastrofą.   Coś  trzeba   było   robić,   więc   Nette   postarała   się   o  jedyną   możliwą 

posadę, jaką jej zaproponowano w gminie.  Matka zareagowała  na to histerycznie:  młoda 

dziewczyna z dobrej rodziny nie pracuje zawodowo, a już w żadnym razie nie wykonuje tak 

nędznej pracy. I co ona, matka, ma robić, gdy Nette będzie całe dnie spędzała poza domem?

Powinnaś   pracować   w   domu,   odparła   córka   roztropnie.   Ktoś   i   tę   pracę   musi 

wykonywać. Ale to przecież zawsze robiła Nette! No, to może mama znajdzie sobie jakąś 

pracę poza domem i będzie zarabiać na życie, proponowała córka chłodno. Nie, nie, cóż za 

pomysł! Starsza pani była wstrząśnięta.

Z   czasem   jednak   sprawy   zaczęły   się   układać.   Nette   była   bystra   i   inteligentna,   a 

trzeźwa młoda kobieta zasługuje na poważniejsze zajęcie niż bieganie na posyłki i parzenie 

kawy   dla   magistrackich   urzędników.   Otrzymała   lepszą   posadę,   matka   była   zachwycona 

ilością pieniędzy, jakie córka zaczęła przynosić do domu.

Lata mijały. Nette awansowała. Matka zachorowała i umarła.

To właśnie tego dnia Nette uświadomiła sobie, jakie puste jest jej życie.

W   zamyśleniu   zdjęła   ogromny   kapelusz   ozdobiony   sztucznymi   owocami.   Po   raz 

pierwszy od dawna uważnie przejrzała się w lustrze.

Naprawdę   wyglądała   staro   z   tym   lorgnon   dyndającym   na   łańcuszku!   Powinna   się 

postarać o okulary w futerale, które mogłaby nosić w kieszeni, tak byłoby lepiej. I włosy...

Rozpięła   je   ostrożnie   obiema   rękami.   Delikatnie   ujęła   swój   wysoki   kołnierzyk, 

odsunęła go lekko od szyi.

Okropne!   Okropne   było   to,   co   widziała   w   lustrze,   ta   podstarzała   kobieta   tak 

background image

kompletnie pozbawiona wdzięku.

Pospiesznie zabrała się do przygotowania jedzenia, a potem powycierała wszystkie 

kurze w swoim malutkim mieszkanku.

background image

ROZDZIAŁ II

Na razie Andre nie posunął się ani o krok, jeśli chodzi o drzewo genealogiczne Petry 

Olsdatter. Postanowił wobec tego porozmawiać z Egilem Holmsenem, ojcem dziecka.

Adres znalazł w magistracie.

Na nieszczęście dla Andre Egil Holmsen ożenił się i gościa przyjęła w domu młoda 

żona. Spódnic matki trzymało się kurczowo dwoje małych dzieci, a trzecie było w drodze. To 

kłopotliwa sprawa rozdrapywać dawną ranę, jaką z pewnością była historia z Petrą. Po prostu 

nie mógł tego zrobić. Powiedział zatem, że poszukuje informacji na temat swoich krewnych i 

dlatego chciałby porozmawiać z jej mężem. Czy zastał go w domu?

Kobieta wyglądała na okropnie ciekawą i cokolwiek przestraszoną, wyjaśniła, że mąż 

poszedł do pracy w hucie żelaza.

Wciąż tam pracuje, pomyślał Andre. Tak, tak, niezła praca i popłatna, trzeba jej się 

trzymać rękami i nogami. Bo jeśli raz się straci, można nowej długo nie znaleźć.

- Czy on jest tam zarządcą? - spytał Andre, bo przecież przez trzynaście lat człowiek 

powinien chyba awansować.

Kobieta uśmiechnęła się blado.

- Zarządcą? Nie. Dlaczego miałby być zarządcą? Stoi przy piecu, rzecz jasna; zawsze 

był wytapiaczem.

A zatem żadnego postępu w życiu Egila Holmsena. Nie, wtedy gdy Petra oczekiwała 

dziecka, też nie wykazał żadnej inicjatywy. Nie zachował się specjalnie po męsku, ograniczył 

się tylko do spłodzenia potomka. Tego dokonał, to prawda, ale potem? Podporządkował się 

woli rodziców. Nazwał Petrę ulicznicą...

Andre   nie   umiał   w   sobie   wykrzesać   żadnych   cieplejszych   uczuć   do   tego   Egila 

Holmsena.

Uznał, że najlepiej będzie odszukać go w miejscu pracy, młoda żona nie powinna 

cierpieć z powodu dawnych grzechów męża; a może braku woli, czy jak to nazwać?

Miał szczęście, bo w hucie trafił akurat na przerwę śniadaniową i mógł z Egilem 

Holmsenem   odejść   na   bok.   Stał   przed   nim   spocony,   umorusany,   wymazany   smarami 

ciemnowłosy mężczyzna, który bez wątpienia musiał się podobać kobietom; była w nim jakaś 

nonszalancja, nawet jakby trochę bezczelności. Jakby żadna sprawa na tym świecie nie była 

warta jego zainteresowania. Że trudno się wzbogacić na pracy w odlewni żelaza, Andre mógł 

się przekonać już w domu Holmsena, ale coś jednak można było chyba zrobić, żeby...

Nie, Andre nie ma przecież prawa osądzać innych.

background image

Tylko   że   tego   Egila   Holmsena   zdecydowanie   nie   lubił.   I   może   dlatego   gdy 

przedstawiał sprawę, z którą tu przybył, jego głos brzmiał bardziej agresywnie, niżby Andre 

sobie życzył.

Gdy w najogólniejszych zarysach wyjaśnił, czego rzecz dotyczy, powiedział:

- Wiele wskazuje na to, że dziecko, które urodziła Petra Olsdatter, należało do mojego 

rodu. Muszę stwierdzić, jak było w istocie, dlatego chciałbym wiedzieć więcej o pochodzeniu 

i pana, i Petry.

-   A   to   dlaczego?   -   zapytał   Egil   z   pozoru   obojętnie,   ale   w   jego   głosie   brzmiało 

zniecierpliwienie.

- Ze względu na spadek - oświadczył Andre krótko.

W   oczach   Egila   Holmsena   pojawił   się   błysk.   Pierwsza   oznaka   jakiegoś   życia 

wewnętrznego, pomyślał Andre.

- Co to za spadek?

-   Nie   mam   prawa   niczego   wyjaśniać   -   odparł   Andre.   -   Moim   obowiązkiem   jest 

odnaleźć spadkobierców.

Już   dawno   miał   okazję   się   przekonać,   że   możliwość   odziedziczenia   pieniędzy 

rozwiązuje języki nawet najbardziej milkliwym osobnikom.

Teraz hutnik spoglądał na niego niemal z zainteresowaniem.

- Jak się pan dowie, kto jest, a kto nie jest spadkobiercą?

Andre dobrze pojmował wątpliwości tamtego.

- Dziecko Petry miało pewne fizyczne cechy, takie, jakie zdarzają się tylko w naszym 

rodzie. Czy pozwoli pan, że zadam kilka pytań dotyczących pańskiego pochodzenia?

- Tak, tak - zgodził się mężczyzna zdumiewająco skwapliwie.

Z notatnikiem w dłoni Andre przystąpił do zadawania pytań:

- Jak nazywają się pańscy rodzice i gdzie mieszkają?

Odpowiedzi   padły   nieoczekiwanie   szybko,   Holmsen   nie   zamierzał   stawiać   oporu. 

Choć nazwiska nic mu nie mówiły, Andre zapisał je starannie, adresy także. Zresztą ojciec już 

nie żył, została tylko matka.

- A wasi dziadkowie? Jak oni się nazywali?

Tym razem Holmsen sprawiał wrażenie lekko zirytowanego.

- Cholera, czy mam pamiętać takie rzeczy? Ale zaraz, dziadek nazywał się Gudbrand.

- Wasza matka będzie to wiedziała na pewno?

- Możliwe. Czy my jesteśmy krewnymi, pan i ja?

-   Tego   nie   mogę   jeszcze   powiedzieć.   Żeby   wszystko   wyjaśnić,   muszę   cofnąć   się 

background image

daleko w przeszłość.

- Czy spadek jest tego wart?

Andre szczerze sobie nie życzył być krewnym tego całego Holmsena.

- Czy jest wart? W przeciwnym razie nigdy bym się nie zdecydował na tak męczącą 

podróż.

Wyglądało   na   to,   że   odpowiedź   usatysfakcjonowała   Egila.   Przebiegły   uśmiech 

rozjaśnił jego usmolone oblicze.

- Dobrze, niech pan spyta moją matkę. Ona z pewnością wie więcej.

- Dziękuję. Zaraz się do niej wybiorę. A ma pan jakieś rodzeństwo, które może też coś 

wie o rodzinie?

- Rodzeństwo... - zachichotał Egil. - Mam. Jedenaście sztuk. Ale oni nic nie wiedzą. 

Trzeba pytać matkę!

Jedenaścioro rodzeństwa...? I troje własnych dzieci, a to dopiero początek!

Już   teraz,   w   ten   wczesny   ranek   na   ulicy   w   Trondheim,   pośród   śmieci   i   brudu 

fabrycznej   dzielnicy,   Andre   miał   pewność,   że   Egil   Holmsen   nie   wchodzi   w   rachubę. 

Członkowie Ludzi Lodu nie miewali po dwanaścioro dzieci. Obiecał jednak wysłuchać, co 

może mieć do powiedzenia matka Egila.

- Czy Petra wspominała coś o swojej rodzinie? O rodzicach czy innych krewnych?

Egil gapił się na niego niechętnie. Najwyraźniej nie życzył sobie żadnej konkurencji 

do spadku.

- Nie, Petra o niczym nie mówiła. Zresztą my ze sobą prawie nie rozmawialiśmy.

No tak, Andre mógł się tego spodziewać. Może Petra chciała rozmawiać, nigdy się już 

tego nie dowiemy. Ale taki typ jak ten Holmsen nie traci czasu na głupstwa.

Andre był człowiekiem dobrze wychowanym. Teraz jednak miał ochotę wymierzyć 

siarczysty policzek stojącemu przed nim drabowi.

Cóż, kiedy takich rzeczy się nie robi...

Z   ulgą   ruszył   w   kierunku   centrum   miasta.   Odpychający   Egil   Holmsen   został 

wyeliminowany jako krewny Ludzi Lodu. Pozostała tylko sama Petra.

Kto mógłby wiedzieć o niej coś więcej?

Miał wrażenie, że kiedy próbuje odnaleźć kolejny wątek, jakąś nić, która pozwoliłaby 

mu rozwiązać zagadkę, chwyta w dłonie jedynie powietrze.

Kto znał Petrę?

Pierwszy kochanek?

Mało prawdopodobne, by ten człowiek miał mu coś do powiedzenia.

background image

Zatopiony   w   niewesołych   myślach   Andre   wszedł   do   biura,   które   odwiedził   już 

poprzedniego dnia.

Dama za barierką poznała go natychmiast.

- No i jak idą sprawy? - zapytała.

- Kręcę się w miejscu - przyznał Andre i opowiedział, co robił i do jakich wniosków 

doszedł.

-   W   takim   razie   nie   widzę   innego   wyjścia   jak   zbadanie   ksiąg   parafialnych   - 

oświadczyła urzędniczka.

Andre skinął głową.

- Tak, ja też o tym myślałem.

- Biuro parafialne jest dzisiaj zamknięte. Otworzą dopiero jutro po jedenastej. Ale ja 

przejrzałam to i owo w archiwach magistrackich. Mam nadzieję, że nie weźmie mi pan tego 

za złe?

- Skąd? Oczywiście, że nie. Dziękuję.

Przyjrzał   się   uważniej   swojej   rozmówczyni.   Wprost   nie   rozpoznawał   w   niej   tej 

kobiety,   którą   widział   poprzedniego   dnia.   Coś   się   w   niej   odmieniło.   Może   włosy?   Albo 

suknia? A poza tym nie miała lorgnon.

- Znalazła pani coś ciekawego? - zapytał.

- Owszem, rozmawiałam z kimś, kto znał Olę Knudsena.

- Ojca Petry? Wspaniale!

- Jest w tej rodzinie wiele osób, które chyba mogłyby panu dostarczyć informacji o 

Petrze.

W   głowie   Andre   zadźwięczał   ostrzegawczy   dzwonek.   Wiele   osób,   to   nie   brzmi 

dobrze.

- To krewni ze strony ojca czy matki Petry?

- Ze strony ojca. Rodzeństwo Oli Knudsena nie żyje, tak powiedział mój rozmówca. 

Ale żyją ich liczne dzieci, to znaczy kuzynowie i kuzynki Petry.

Andre wciągnął głęboko powietrze.

- W takim razie należy od razu wyeliminować Olę Knudsena. On nie może być moim 

krewnym.

Zdumiona urzędniczka uniosła brwi.

Wytłumaczył jej zakłopotany:

- W naszej rodzinie przychodzi na świat niewiele dzieci. Przeważnie małżeństwo ma 

jedno dziecko, czasami zdarzy się dwoje. Tylko jeden jedyny raz przyszła na świat trójka i to 

background image

była już prawdziwa orgia.

- Zupełnie wyjątkowa cecha rodzinna!

- Ja też tak uważam. Ale tak właśnie jest i nic nie można na to poradzić.

- A zatem uważa pan, panie Brink, że jeśli Petra jest pańską krewną, to jest nią w linii 

matki?

- Zdecydowanie tak!

Urzędniczka zastanawiała się przez moment.

- Musimy wobec tego dowiedzieć się nazwiska żony tego Knudsena. Powinno się 

znajdować w księgach parafialnych. Tylko że jakieś piętnaście lat temu mieliśmy tu pożar, 

spłonął   dom   parafialny,   w   którym   mieściły   się   archiwa.   Część   dokumentów   uległa 

zniszczeniu. Nie wiem, czy były tam też księgi parafialne. Poza tym to chyba nikt nie wie nic 

o żonie Knudsena, bo ona zmarła wcześnie, a na dodatek nie pochodziła stąd.

-   To   bardzo   uprzejme   z   pani   strony,   że   poświęca   pani   tyle   czasu   i   uwagi   moim 

sprawom. Jestem szczerze wdzięczny.

- O, doprawdy, to drobiazg. I mogę panu towarzyszyć do biura parafii. Wyjdziemy 

tylnymi drzwiami, bo wciąż ktoś tu przychodzi, także po godzinach urzędowania.

Andre poszedł za nią krętymi korytarzami starego magistrackiego budynku.

-   Poza   tym   przyjrzałam   się   jeszcze   innym   sprawom   -   mówiła   po   drodze   pełna 

życzliwości   urzędniczka.   -   Wiem,   kto   był   ojcem   pierwszego   dziecka   Petry.   Ale   pana   to 

pewnie nie interesuje

- On sam właściwie nie. Tylko że on może wiedzieć o Petrze coś, co by mi ułatwiło 

poszukiwania. Pani jest aniołem, panno... Och, a ja nie znam nawet pani nazwiska!

- Mikalsrud. Nazywam się Nette Mikalsrud.

Przystanęła na pustym korytarzu i szepnęła konfidencjonalnie:

- To jest Theodor Brandstedt, znany polityk. Kieruje miejską oświatą i ma ambicje 

ubiegania się o fotel burmistrza. Co najmniej burmistrza! Znam go bardzo dobrze i szczerze 

powiem, że byłam tym odkryciem dość... zaskoczona.

- Zaszokowana?

Wahała się przez chwilę.

- Owszem. Muszę powiedzieć, że tak.

- A ów informator, tak dobrze we wszystkim zorientowany... Kim on jest?

- To mój przełożony. Bardzo porządny człowiek. Tylko żonę ma straszną plotkarę. 

Dlatego wie tak dużo.

Szli   rozmawiając   i   wkrótce   znaleźli   się   w   kancelarii   parafialnej,   gdzie   młody 

background image

pracownik wysłuchał ich prośby.

Było jednak tak, jak Andre się obawiał. Powiedzenie o złośliwości rzeczy martwych 

potwierdziło się i tutaj. Te właśnie księgi parafialne, o które mu chodziło, spłonęły. Zostały 

tylko sztywne okładki i po parę nadpalonych dokumentów.

Znaleźli się znowu w punkcie wyjścia. Przygnębiony Andre podziękował i wyszli.

Dziwna kobieta, myślał z uśmiechem o swojej towarzyszce. Taka chętna do pomocy, 

na   pierwszy   rzut   oka   bym   jej   o   to   nie   podejrzewał.   Winien   jej   jestem   wdzięczność. 

Powinienem jej coś ofiarować. Może bombonierkę? Albo kwiaty? Pieniędzy by z pewnością 

nie   przyjęła,   zresztą   i   nie   bardzo   mnie   na   nie   stać.   Podróż   jest   kosztowniejsza,   niż 

przypuszczałem.

W  hotelu  czekał  na  niego  gruby  list.  Przesyłka   z  domu.  Jeszcze  przed  wyjazdem 

uzgodnili, w którym hotelu się zatrzyma, żeby w razie czego łatwo było nawiązać kontakt.

W kopercie znajdował się rękopis, gęsto zapisane kartki, nie całkiem nowe, co było 

widać z daleka. I niewielka paczuszka. A przy niej list od jego matki, Benedikte.

Kochany Synu! Zaraz po Twoim wyjeździe szukałam czegoś pośród starych skarbów 

Ludzi Lodu i znalazłam coś, o czego istnieniu nie miałam pojęcia. Papiery znajdowały się 

razem z rzeczami Vanji, myślę więc, że należały właśnie do niej.

Przeczytałam uważnie cały rękopis. Bardzo interesujące, uważam, że powinieneś się z 

tym zapoznać. Może w tych zapiskach znajdziesz jakieś wskazówki? Popatrz uważnie na 

drugą stronę, znajdziesz tam notatki Vanji.

Andre   spojrzał   tam   naturalnie   natychmiast.   Vanja   zanotowała   swoim   ładnym 

charakterem:

Te   rzeczy   zostały   znalezione   w   nędznym   pokoiku   Petry   Olsdatter.   Ponieważ 

kuzynowie   i   kuzyni   zmarłej   zaciekle   walczyli   o   wszystko,   co   po   niej   zostało,   zabrałam 

papiery, zanim ktokolwiek je zobaczył. Składam je razem ze skarbem Ludzi Lodu, znalazłam 

w nich bowiem zdumiewające  powiązania  z naszą rodziną.  Vanja Lind z Ludzi Lodu, 6 

czerwca 1900 roku.

Fantastyczne,   myślał   Andre   uszczęśliwiony.   Nareszcie   coś   konkretnego,   coś,   co 

należało do Petry. Może to będzie właściwy trop?

Ostrożnie otworzył małą paczuszkę.

Wypadł z niej medalion.

Ten sam, którego tak poszukiwano.

Rzeczywiście,   klejnocik   wyglądał   na   kosztowny.   W   każdym   razie   wystarczająco 

kosztowny, by ktoś, kto niczego nie posiadał, gotów był o niego walczyć.

background image

Ostrożnie,   bardzo   ostrożnie   Andre   próbował   otworzyć   spore   serduszko   ze   złota. 

Musiało  jednak być  od dawna nie otwierane, stary zamek  nie puszczał. Andre pociągnął 

mocniej. Na próżno. W końcu musiał podważyć kopertę medalionu czubkiem noża.

Włosy. Śliczny blond lok. Dziecinne włoski.

Na odwrocie wieczka zostały wygrawerowane jakieś litery. Andre podniósł medalion 

do światła, by lepiej widzieć.

Półgłosem odczytywał inskrypcję:

„Petra Eriksd. Nordlade Iezg”. Literki były małe, ozdobne.

Petra? 1829? To nie ta sama Petra, oczywiście, że nie. Ta urodziła się w roku 1980. To 

powszechny zwyczaj, że dziewczynkom nadaje się imię babki.

Ten,   do   kogo   należał   lok,   musiał   być   w   roku   1829   bardzo   małym   dzieckiem.   I 

pochodził   z   dobrej   rodziny,   bo   przecież   nie   każdy   mógł   posiadać   taki   medalion.   Zatem 

właścicielką musiała być babka Petry ze strony matki, bo wszystko wskazuje na to, że to ona 

pochodziła z dobrej rodziny. Zaś ojciec tej babki, jak widać, miał na imię Erik. Erik Nordlade.

Nareszcie jakiś ślad i to, zdaje się, wyjątkowo dobry. Powinien powiadomić o tym 

swoją dobrowolną pomocnicę.

Ale   że   też   Vanja   nie   poinformowała   rodziny   w   Lipowej   Alei   o   tych   rzeczach! 

Zapomniała, oczywiście. Vanja zawsze miała tyle spraw na głowie. Teraz wiadomo, że to ów 

demon zajmował wszystkie jej myśli.

Znowu   przypomniał   sobie   panią   z   magistratu.   Rzeczywiście,   niezwykła   kobieta. 

Sprawia  wrażenie  surowej   i  nieprzystępnej,   a  w  gruncie   rzeczy  jest  niezwykle  dobrym   i 

uczynnym  człowiekiem.  Bardzo się cieszył,  że ma  w niej  sojusznika. Potrzebował  kogoś 

takiego w tym obcym mieście.

To głupie i żenujące, że nie zapytał wcześniej, jak się nazywa, dopiero teraz... Nette 

Mikalsrud... Powinien przedyskutować z nią wiele spraw. Może nawet jeszcze tego wieczora.

Tylko czy mógł naruszać spokój jej prywatnego życia?

A zresztą on też nie miał  czasu. Kiedy upora się ze sprawami,  które miał  dzisiaj 

załatwić, powinien przeczytać ów rękopis, który należał do Petry. Nie sądził, że akurat ta 

historia  może   mieć  jakieś  specjalne  znaczenie,   ale  interesowało   go wszystko,  co  w jakiś 

sposób dotyczyło nieszczęsnej dziewczyny. Tak niewiele znalazł faktów, na których mógł się 

oprzeć.

Przede wszystkim jednak chciał odwiedzić osławiony przytułek.

Nette Mikalsrud siedziała w swoim biurze pogrążona w myślach. Na szczęście nie 

pojawił się tego dnia żaden interesant z prośbą o pomoc, mogła więc rozmyślać przez nikogo 

background image

nie niepokojona.

Przygotowała   sobie   nawet   pióro   i   papier.   Policzki   jej   płonęły   z   chęci   pomagania 

młodemu przybyszowi z południa, układała w myślach zdania listu. W końcu zabrała się do 

pisania:

Wielce Szanowny Panie Brandstedt.

Prowadzę   na   ramach   moich   zajęć   służbowych   ważną   pracę   nad   wyjaśnieniem 

pochodzenia Petry Olsdatter i w związku z tym zwracam się do Pana z prośbą o łaskawą 

pomoc.

Sprawa rozpatrywana jest, rzecz jasna, z jak najdalej posuniętą dyskrecją, zajmuję się 

nią wyłącznie ja. Mój klient nie zna żadnych szczegółów.

Interesowałoby   mnie   wszystko,   co   Petra   Olsdatter   mogła   Szanownemu   Panu 

powiedzieć o swoim pochodzeniu. Sprawa dotyczy mianowicie spadku. Nie jest wykluczone, 

że Petra należała do bardzo zamożnej rodziny i jej córka mogłaby odziedziczyć pewną sumę, 

której na razie nie wymienię.

Korzystam z drogi korespondencyjnej, nie chciałabym bowiem niepokoić Pana ani w 

domu, ani z biurze. Dyskrecja jest sprawą honoru.

W nadziei na szybką odpowiedź kreślę się z najwyższym szacunkiem.

Antonette Mikalsrud.

No! Wygląda to nieźle.

Po chwili wahania pani Nette napisała taki sam list do ojca drugiego dziecka Petry. Do 

Egila Holmsena. Wyobrażała sobie, że temu człowiekowi łatwiej będzie się wypowiedzieć w 

liście, niż rozmawiać twarzą w twarz z Andre Brinkiem z Ludzi Lodu.

Zaadresowała koperty i poszła na pocztę. Tam zadbała, by oba listy zostały doręczone 

następnego dnia.

Nareszcie się na coś przydam, pomyślała z uśmiechem. Mój klient z pewnością będzie 

ze mnie zadowolony.

„Mój klient”. To bardzo dobre określenie. Posłużyła się nim w obu listach.

Dom   dziecka   nie   wyglądał   specjalnie   zachęcająco.   Dziecięce   głosy   huczały   w 

wielkich salach o nagich ścianach. Na spotkanie Andre wyszła jakaś surowa, starsza, siwa 

pani, w sztywnym, nakrochmalonym fartuchu. Najwyraźniej nie zamierzała wprowadzać go 

dalej, mieli rozmawiać w przedpokoju. Stał więc na okropnie zniszczonym progu i palcem 

wskazującym wodził po głębokim nacięciu na futrynie drzwi. Nacięcia robiły dzieci, których 

niezliczone gromady przeszły przez ten dom. Samotne, osierocone dzieci, poddane surowej 

dyscyplinie, którą dorośli cenią tak wysoko.

background image

Pod   badawczym   wzrokiem   przełożonej   Andre   sam   poczuł   się   jak   takie   samotne 

dziecko.

- Córka Petry Olsdatter? Tak, wiem, kto to był. Niech jej Bóg odpuści.

- Co pani mówi? Czy ona umarła?

Przełożona patrzyła mu uporczywie w oczy.

- Umarła? Nie, skąd, ona żyje! Można nawet powiedzieć: używa życia, ta mała bestia.

Andre słuchał zaszokowany.

- Ale to przecież jeszcze dziecko! Gdzie ona się teraz podziewa?

-   Mali   nie   jest   już  dzieckiem.   Ma  osiemnaście   lat.   Znajdzie   ją   pan  na   ulicy.   My 

umywamy   ręce.   Zrobiliśmy   wszystko,   co   w   naszej   mocy,   by   wychować   ją   na   uczciwą, 

bogobojną kobietę, ale na nią nic nie miało wpływu.

Zbyt wiele informacji spadło naraz na głowę Andrego.

- Chwileczkę, może gdyby pani zechciała opowiedzieć mi po kolei. Mówi pani, że ona 

ma osiemnaście lat. Ale to chyba nie może być prawda. Ona...

- Petra Olsdatter miała czternaście lat, gdy urodziła Mali.

Andre oniemiał. Czternaście lat? Biedne, nieszczęsne dziecko!

Straszny gniew na ojca dziecka, Theodora Brandstedta, narastał w nim niczym sycząca 

wulkaniczna lawa. I na Olę Knudsena, który miał sumienie wyrzucić swoją czternastoletnią 

córkę z domu.

Najgorsze ze wszystkiego było jednak to, iż - jak wszystko na to wskazuje - córkę 

Petry spotkał ten sam los. Na ulicy? O, dobry Boże!

Ale wiek się zgadzał. Mali ma osiemnaście lat, to prawda.

Opanował się.

- Czy mógłbym otrzymać możliwie jak najwięcej informacji na temat tej dziewczyny? 

O jej dalszych krewnych. Właśnie jej rodzina interesuje mnie najbardziej. Czy zostały tu po 

niej jakieś papiery?

Przełożona   zaczęła   przekładać   dokumenty   przechowywane   w   starej   szkatułce   z 

ciemnego drewna.

- Przejrzę, co tu jest.

Po chwili znalazła to, czego szukała. Podała Andremu, żeby sobie sam przeczytał. Nie 

było tego wiele.

„Mali, córka Petry Olsdatter. Ojciec nieznany. Urodzona i lutego 1894 roku. W chwili 

przyjęcia do ochronki dziecko miało na sobie koszulkę, kaftanik i pieluchę. Było zawinięte w 

wełniany kocyk.   Niczego  więcej   nie  posiadało.  Trzeba   je  było   odebrać  siłą  matce,   która 

background image

mieszkała   w   szopie   na   drzewo.   Mali   była   zdrowa,   żadnych   zakaźnych   chorób   nie 

stwierdzono”.

To wszystko.

Nawet nazwiska brakło.

Andre westchnął i podziękował za pomoc.  Chciał  dowiedzieć się czegoś więcej o 

życiu Mali w tym domu, chciał zapytać, czy nie wydarzyło się nic szczególnego, czy nie 

chorowała i temu podobne, ale ktoś wołał przełożoną i wizyta musiała się zakończyć.

Na ulicy! Trzeba było odebrać dziecko siłą. Biedna mała Petra!

Choć   Mali   z   pewnością   niewiele   będzie   mu   mogła   pomóc,   chciał   ją   zobaczyć, 

porozmawiać z nią. Jeśli Petra pochodziła z Ludzi Lodu, to Mali również. W takim razie 

Andre miał obowiązek się nią zająć.

Ogarnął go jednak niepokój. Nie będzie mu łatwo z tą prawdopodobnie dość dziką 

dziewczyną.

Trudno,   Mali   musi   poczekać.   On   sam   powinien   teraz   zjeść   obiad,   a   potem   musi 

przeczytać tę historię, która tak zainteresowała i Vanję, i Benedikte.

Właściwie powinien też odwiedzić Theodora Brandstedta, ale na razie nie był w stanie 

tego zrobić.

W   hotelowej   recepcji  czekała   na  niego   karteczka.  Od  Nette   Mikalsrud.  Karteczka 

zawierała   krótką   informację:   „Matka   Petry   miała   na   imię   Gerd.   Pozdrowienia.   Nette 

Mikalsrud”.

Dzięki,   moja   zdolna   pomocnico,   pomyślał.   Kawałek   po   kawałku   rozwiążemy 

wspólnie ten rebus.

Po   obiedzie   Andre   poszedł   do   swego   pokoju.   Zdjął   buty   i   w   ubraniu   ułożył   się 

wygodnie na łóżku. Oparł się na poduszkach i wziął notatki. Był to gruby plik zapisanych 

ręcznie   arkusików   powiązanych   niezdarnie   jasnoniebieską   jedwabną   wstążką.   Zarówno 

wstążka, jak i papier wyglądały na bardzo stare.

Nie było tytułu, natomiast na pierwszej stronie znajdowała się informacja wypisana 

tym samym starannym pismem, co cały manuskrypt.

„Niniejsze zostało spisane przez Gerd Svensdatter anno 1875, pod dyktando matki, 

Petry Eriksdatter Nordlade”.

Gerd... matka Petry młodszej. Ta, która miała po-chodzie z dobrej, kulturalnej rodziny. 

Owszem, charakter pisma mógł na to wskazywać.

I Petra Eriksdatter Nordlade. Babka. To ona była właścicielką medalionu.

Linia rodu zaczynała się zarysowywać. Ale czy o tę właśnie rodzinę chodzi? I czy ta 

background image

linia prowadzi do Christera Gripa?

Trudno to jeszcze ocenić.

Andre zaczął czytać i szybko zorientował się, że autorka była osobą wykształconą, a 

poza tym posiadała pewien talent poetycki.

Ale dlaczego, na Boga, wyszła za mąż za takiego prostaka jak Ole Knudsen?

Musiał być w młodości przystojnym, czarującym i sympatycznym młodzieńcem. Co 

Andre   mógł   na   ten   temat   wiedzieć?   Później   wyrzucił   z   domu   czternastoletnią   córkę,   bo 

przydarzyło jej się nieszczęście, i tego Andre nigdy mu nie wybaczy.

Jak najszybciej spojrzał na adnotację Vanji po drugiej stronie: „Składam je razem ze 

skarbami Ludzi Lodu, znalazłam w nich bowiem zdumiewające powiązania z naszą rodziną. 

Vanja Lind z Ludzi Lodu, 6 czerwca 1900 roku”.

On jednak dotychczas nie znalazł niczego, co by łączyło medalion i manuskrypt z 

Ludźmi Lodu.

Ale przecież nie zaczął jeszcze czytać.

Nie tracąc czasu, zabrał się do dzieła.

background image

ROZDZIAŁ III

„Tam, gdzie dolina porasta lasem, a łąki się kończą, główny szlak drogi zamazuje się i 

w końcu schodzi na manowce. Jeśli mimo to chcesz tym szlakiem podążać dalej, duch twój 

traci   wszelkie   oparcie   w   rzeczywistości,   oddala   się   od   jasnego   dnia,   od   światła,   od 

człowieczego bytu.

Droga, którą, jak ci się zdawało, szedłeś, zanika, rozpada się na wiele wątłych ścieżek, 

gdzie słoneczne światło igra z cieniem i wabi wędrowca, lecz biada ci, jeśli którejś z tych 

dróżek zaufasz. Łatwo zawieść cię może ku mokradłom i oparzeliskom, co ugną się pod twoją 

stopą i pochłoną cię na wieki wieków. Może niektóre z nich wiodą ku skalnym urwiskom, 

czekającym   na   zbłąkanie   dzieci,   które   samotnie   gnają   bydło   na   pastwiska   lub   wyszły   o 

brzasku nazbierać mchu i chrustu? Być może. A być może też jedna z tych błędnych dróżek 

doprowadzi  cię  do najciemniejszej  głuszy,  do samego  jądra boru, do tego miejsca,  które 

wspominane bywa jedynie szeptem, przy płonącym na kominku ogniu w jesienne wieczory.

Wszyscy   mieszkańcy   zagród   w   dolinach   znali   tę   opowieść.   Każdy   mógłby   długo 

mówić o sprawach, które kiedyś wydarzyły się gdzieś za dziesiątą górą. Dużo czasu upłynęło 

od tamtych wydarzeń, ale wciąż trwały w ludzkiej pamięci, w każdej wiosce, we wszystkich 

chatach, niesamowite, budzące grozę a zarazem pociągające, powtarzane o szarej godzinie: 

opowieści o dziewicach z Vargaby.

Nikt dokładnie nie wie, gdzie to Vargaby leżało. A ci, którzy kiedyś znali legendę, 

pomarli i odeszli w zapomnienie.

Aż kiedyś - zdaje mi się, że to było wtedy, gdy w Szwecji panował trzeci lub czwarty 

król z rodu Wazów - zdarzyło się, że trzej jeźdźcy przybyli do lesistej doliny rzeki Alv. Byli 

zmęczeni,   wszyscy   trzej,   siąpił   zimny   deszcz   i   wędrowcy   z   niepokojem   myśleli   o 

nadchodzącej nocy.

- Trzeba się rozejrzeć za jakąś zagrodą - powiedział jeden z nich, wysoki mężczyzna o 

władczym spojrzeniu. Nazwisko nosił wojownicze, Diderik Swerd [Sverd, w jęz. szwedzkim 

znaczy: miecz (przyp. tłum.).], a jego powołaniem były kobiety i wojaczka, i może czasami 

puchar wina na wzmocnienie w jakiejś gospodzie.

Drugi był nieduży i chudy, lecz jego faryzeuszowskie oczy płonęły świętym ogniem, 

zdolne   wypatrzyć   najmniejszy   grzech   w   duszy   bliźniego.   Właśnie   został   wyświęcony   na 

księdza i ożywiała go chęć służenia jedynie swemu powołaniu. Człowiek niedużego wzrostu i 

z trudem nawiązujący kontakty z bliźnimi zazwyczaj wybiera sobie zawód, który daje władzę. 

Jak   brzmiało   jego   prawdziwe   nazwisko,   nikt   nie   wiedział.   On   sam   prezentował   siebie 

background image

imieniem Natan. I jako ten biblijny Natan starał się napominać oraz pouczać, bezustannie 

rozprawiał o spalonej słońcem Gehennie, czekającej na grzeszników.

Skinął tylko nieznacznie głową na propozycję swojego towarzysza, bo czyż nie jest 

wolą Pana, by kapłani znajdowali jak najlepsze warunki? A tego dnia pogoda była raczej dla 

psów niż dla sług bożych.

Wymienionym   dwóm   podróżnym   towarzyszył   trzeci.   Młodzieniec   tak   dokładnie 

ukryty pod peleryną i szerokim rondem kapelusza, że widać było jedynie pałające oczy. Imię, 

którym się przedstawił, brzmiało Havgrim. I niczego więcej się o nim nie dowiedzieli.

Najbliższa zagroda okazała się zamożna, wabiła podróżnych nadzieją na posiłek i sen 

oraz możliwością wysuszenia pod dachem przemoczonej odzieży. Wjechali na dziedziniec i 

zostali przyjęci życzliwie, konie znalazły miejsce w stajni, mężczyzn natomiast zaproszono 

do ciepłej, zasobnej izby.

- Pokój temu domowi - pozdrowił Natan.

- Bóg zapłać - mruknął gospodarz, a jego żona skłoniła się w milczeniu. - Co was 

wygnało na drogę, panowie, w taki deszczowy wieczór? - zapytał gospodarz.

Pierwszy odpowiedział kapłan:

- Zostałem powołany, by służyć Panu na pogańskich pustkowiach Harjedalen. Moja 

droga wiedzie do Sveg.

-   Ja   zaś   podróżuję   do   Trondheim   jako   posłaniec   królewski   -   oświadczył   Diderik 

Swerd.   -   Niepokorni   Norwegowie   burzą   się,   słyszeć   nie   chcą   o   duńskiej   władzy   i 

oświadczają, że mogą rządzić się sami. Król Gustaw prosił mnie, bym się zorientował, jakie 

nastroje panują wśród chłopów w Trandelag, skoro i tak wybierałem się w te strony. Pan 

Natan   i   ja   spotkaliśmy   się   w   Mora,   a   ponieważ   było   nam   po   drodze,   przystaliśmy   do 

kompanii”.

Andre przestał czytać i zastanawiał się. Cóż to za dziwny rękopis. Co w nim jest starą 

opowieścią, a co zostało stworzone przez Gerd, matkę Petry? Od początku całość opowiadana 

jest z wyraźnym talentem literackim, nagle jednak narracja się załamuje, jakby autorka nie 

była już w stanie utrzymać odpowiedniego rytmu. Uderzyło go też, że na początku napisała: 

„A ci, którzy kiedyś znali legendę, pomarli i odeszli w zapomnienie”. Skąd więc ona sama 

znała opowieść? Stworzyła ją od nowa, czy też było tak, jak napisała, że saga jest swego 

rodzaju ustnym dziedzictwem po matce?

Andre,   rzecz   jasna,   pilnie   śledził,   czy   nie   znajdzie   czegoś,   o   czym   wspomniały   i 

Vanja,  i   Benedikte,  czegoś,  co   mogłoby  mieć   związek   z  Ludźmi  Lodu.  Na  razie  jednak 

niczego takiego nie było oprócz nazwy „Trondheim”. Czy Diderik Swerd mógł mieć coś 

background image

wspólnego z rodziną Petry, skoro jechał do Trondelag?

Zobaczymy, trzeba czytać dalej.

„Gospodarz skierował pytający wzrok na trzeciego przybysza.

-   Ach,   ten   tutaj   -   rzekł   Diderik   z   lekceważeniem.   -   Jego   znalazłem   po   drodze. 

Pozbawiony pana pachołek, który był na wojnie w Europie jako żołnierz zaciężny.  Teraz 

mnie ochrania, bo nie jest bezpiecznie podróżować samotnie po bezdrożach.

Chłop   raz   jeszcze   przyjrzał   im   się   uważnie   i   rzekł   swoim   trudno   zrozumiałym 

dialektem:

- Moi panowie, skoro, jak słyszę, wybieracie się do Trondheim i do Sveg, to zawróćcie 

do Moraj, stamtąd kierujcie się na północ! Zabrnęliście na prawdziwe bezdroża, tu czekają 

was tylko odludzia i okrężne szlaki albo bagna i knieje.

- Wiemy, że najlepsza jest droga północna - przyznał Diderik. - Ale ja świadomie 

chciałem jechać przez tę dolinę. Moi przodkowie pochodzili z Alvdalen i już od dwóch dni 

rozpytuję wszędzie o kolebkę rodu, choć jak dotychczas bez rezultatu.

-   Ja   zaś   pragnę   wykorzystać   czas   podróży,   by   głosić   słowo   Boże   zbłąkanym 

duszyczkom na pustkowiach - dodał ksiądz Natan. - Ale przemawiałem do głuchych uszu w 

ostatnich   dniach.   Ludzie   nie   chcą   słuchać   o   karze   boskiej   za   grzechy   i   nie   myślą   o 

nawróceniu. Nie chcą też słuchać o mękach piekielnych, bo, jak powiadają, życie na ziemi 

jest wystarczającą męką.

-   Dlaczego   zatem   nie   mówić   im   o   Bożej   dobroci   i   o   tym,   że   Pan   wynagrodzi 

wszystkich, którzy za nim pójdą? - zapytał chłop.

- Oni na to nie zasługują - uciął kapłan. - Dopiero kiedy padną na twarze i będą się wić 

ze strachu przed straszną karą boską, kiedy będą błagać o odpuszczenie grzechów, dopiero 

wtedy będę mógł im mówić o raju.

Gospodarz  nie   powiedział  nic   więcej,  lecz   jego  poruszające   się  nerwowo  nozdrza 

świadczyły   wymownie   o   tym,   co   myśli.   Znowu   spojrzał   pospiesznie   na   trzeciego   z 

przybyłych, który usiadł w mroku, daleko od pieca. Nie był to człowiek stary, raczej zbyt 

młody, by mieć już za sobą wojaczkę na krwawych polach bitewnych Europy. Z jego twarzy 

trudno   było   wyczytać   cokolwiek.   Młody,   postawny   człowiek   o   rzęsach   tak   gęstych   i 

ciemnych, że w ich oprawie jego piwne oczy zdawały się niemal jasne.

Diderik   Swerd   miał   jaśniejszą   karnację,   włosy   popielatoblond   i   zmysłowe   wargi; 

sprawiał wrażenie jakieś dziesięć lat starszego od swego pomocnika. Ubrany był jak przystoi 

człowiekowi króla, nosił wysokie buty, koronkowy kołnierz i mankiety, krótka kurtka uszyta 

była z aksamitu”.

background image

Andre ponownie odłożył  manuskrypt.  Jakim  sposobem autorka  mogła  wiedzieć  to 

wszystko? Nawet szczegóły dotyczące wyglądu! Nie, wiele opisów to po prostu wytwór jej 

wyobraźni. O takich sprawach legendy na ogół nie mówią. Teraz jednak nikt nie byłby w 

stanie stwierdzić, co pochodzi z legendy, a co stworzyła autorka.

Nabierał   coraz   większego   przekonania,   że   autorka   rękopisu   sama   bardzo   lubiła 

opowiadać. A wśród Ludzi Lodu wielu było obdarzonych talentem literackim. Czy to znak, że 

miała ona w sobie krew Ludzi Lodu?

Była to bardzo niepewna i słabo uargumentowana hipoteza, lecz Andre rozważał ją z 

przyjemnością. I nabierał coraz większej ochoty, by czytać dalej.

„- A jak macie zamiar dotrzeć do Sveg z doliny Osterdalelven? - zapytał chłop.

- Drogą. Prosto stąd.

- Nie, nie - zaprotestował gospodarz potrząsając głową, jakby chciał ich ostrzec. - Nie 

wolno panom jechać tą drogą. To narażanie życia. Naprawdę powinniście zawrócić do Mora, 

póki jeszcze nie jest za późno, i przestać myśleć o lasach rozciągających się pomiędzy naszą 

doliną a Harjedalen! Nikt żywy stamtąd nie wyjdzie.

- Babskie gadanie! My mielibyśmy się bać? Dwóch wojskowych i kapłan? Myślicie, 

że lękamy się wilków? Albo niedźwiedzi?

Milcząca dotąd gospodyni spojrzała nań surowo.

- Są tam inne sprawy, których należy się lękać, panie.

- Rozbójnicy?

- Nie ma żadnych rozbójników.

- No, to gdybyście mieli ochotę straszyć nas jakimiś wodnicami albo pokutującymi 

duszami, czy czymś takim, to możecie dać sobie spokój. Nie jesteśmy przesądni. A w razie 

czego mamy ze sobą kapłana.

W ten sposób czcigodny Diderik Swerd zdradził się, że myśl o upiorach w zasnutej 

mgłą krainie na granicy bagien i rzeczywistości nie była mu tak całkiem obca.

-   Kapłan   może   być   potrzebny   -   powiedziała   gospodyni.   -   Ale   panien   wodnych 

możecie się nie bać, nie będą się wam naprzykrzać.

- W porządku. Czego tedy powinniśmy się wystrzegać? Chcielibyśmy wiedzieć, żeby 

nie domyślać się Bóg wie czego.

- Możecie panowie zabłądzić, zejść na manowce - oświadczył krótko gospodarz.

- To nas nie przeraża. Nie jesteśmy wszak dziećmi.

Chłop nie pozwolił sobie przerwać. Mówił dalej tym swoim dialektem Alvsdal, choć 

starał się, by jego mowa brzmiała jak najbardziej zrozumiale dla obcych.

background image

- To są okolice, gdzie rządzą czary. My sami niechętnie zapuszczamy się w tutejsze 

lasy. Bo chociaż człowiek myśli, że dobrze zna wszystkie ścieżki, to i tak jakaś niewidoczna 

siła potrafi zepchnąć wędrowca na szlak, którym nikt nie powinien chodzić.

- Będziemy się kierować podług słońca i obserwować drzewa.

- W głębi lasu nie dostrzeżecie słońca. Wiatr też tam nie dociera, a na pniach drzew 

nie ma żadnych znaków.

Gospodyni wstała i teraz, gdy zwracała się do swego męża, już nie dbała o to, by obcy 

ją rozumieli, mówiła swoim dialektem, jednym z najtrudniejszych w Szwecji. Powiedziała mu 

mianowicie, że znowu zaczęło padać i że ona musi pójść do obory obrządzić bydło. Goście 

jednak nie pojęli z tego ani słowa.

Chłop skinął głową i kobieta wyszła.

Rozmowa urwała się na chwilę. Diderik Swerd przeciągał się na ławie. Ogień z pieca 

przyjemnie grzał mu nogi, skarpety zdążyły przeschnąć i odzyskał czucie w stopach. A były 

to stopy brzydkie, kanciaste, z powykrzywianymi paluchami, teraz także brudne, ale dobrze 

służyły swojemu panu w nie kończących się marszach, podczas bitew oraz w ciągu długich 

godzin samotnej warty.

Diderik   powoli   zapadał   w   drzemkę,   gdy   nagle   nad   jego   uchem   rozległ   się   ostry, 

nieprzyjemny głos pastora:

- No i co tam jest takiego strasznego w tym lesie?

Chłop wlepił w niego oczy.

- Czy wy naprawdę nigdy nie słyszeliście o dziewicach z Vargaby?

- Nie, a cóż to takiego? - zawołał Diderik Swerd. - Słowo >>dziewice<< dla mnie 

brzmi podniecająco. Jakie one są? Młode i pulchne?

- Od tych dziewic powinni się ichmościowie trzymać z daleka jeśli wam życie drogie. 

One nie są dla zwyczajnych śmiertelników.

- A zatem jednak strachy i czary?

- Może. A może i nie. Vargaby istnieje naprawdę, a i dziewice z pewnością tam mają. 

Ale nikt, kto stamtąd nie pochodzi, z dobrej woli tam nie pójdzie.

Pastor z irytacją wydmuchiwał powietrze przez nos.

- No nie, tym razem to już wystarczy! Proszę nam wyraźnie powiedzieć, o co chodzi. 

Czy w lasach jest jakaś osada?

- Pasterskie szałasy można napotkać wszędzie - zjeżył się chłop. - Osady pewnie też. 

Ale żadna nie jest taka jak ta.

- Byłeś tam kiedy?, - spytał bez ceregieli posłaniec króla Gustawa.

background image

- Widziałem osadę, to prawda. Jest bardzo ładna.

Otoczona lasami...

- Duża?

- Broń Boże! Osiem czy dziesięć zagród, stłoczonych blisko siebie, nic więcej.

- Muszą się tam chyba żenić ze sobą bliscy krewni. Znasz ludzi z tej osady?

- Nie. Jak panowie słyszycie  po naszej  mowie,  wsie w tej okolicy leżą  od siebie 

daleko.

- No dobrze. Ale dlaczego z tą osadą coś jest nie w porządku?

Gospodarz   rozsiadł   się   wygodniej.   Ogień   w   piecu   strzelał   co   chwila   jasnym 

płomieniem, oświetlając pięknie rzeźbione szafy, cynowe naczynia na półkach i łoże w kącie. 

Do bogatego domu trafili.

- To pewnie tylko legenda - rzekł gospodarz. - Ale odnosimy się do niej z respektem.

- No to opowiedzże nam - nalegał Diderik Swerd, a lekceważące rozbawienie w jego 

głosie nie uszło uwagi chłopa.

Poza kręgiem zgromadzonych przy ogniu siedział w cieniu trzeci z podróżnych i nie 

odzywał się ani słowem. Jakby w ten sposób chciał podkreślić swój niższy status, a jeszcze 

bardziej pogardliwy stosunek Diderika Swerda do siebie.

Gospodarz zaczął nareszcie swoją opowieść:

- Miało się to jakoby wydarzyć w czasach, kiedy Dalarna nawracana była na wiarę 

chrześcijańską. Waszmościowie powinni wiedzieć, że Dalarneńczycy nie chcieli przyjmować 

nowej wiary dobrowolnie. I, rzecz jasna, pogańskie przesądy były najbardziej zakorzenione 

właśnie w odległych osadach na pustkowiach.

- O, tak, nietrudno mi w to uwierzyć - rzekł pastor z nienawiścią”.

Andre uśmiechnął się mimo woli.

Mamy więc nową legendę opowiadaną w ramach innej legendy. Nieźle! Wydarzenia 

cofają się jeszcze bardziej w czasie. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że mi się to wszystko nie 

pomiesza i zdołam prześledzić akcję we właściwym porządku.

Sprawa interesowała go jednak coraz bardziej. Ogromnie był też ciekaw, co się stało 

w Vargaby.

„ - Przybyli tedy wysłańcy Pana do Vargaby, niosąc krzyż i psałterz, a tam panowało 

pogaństwo bardziej zatwardziałe, niż sobie to można wyobrazić - opowiadał chłop.

Jego małżonka wróciła właśnie do izby i słyszała ostatnie słowa.

- Uff - skrzywiła się niechętnie. - A jednak chcesz o tym gadać, ojciec?

- Chcieliśmy się dowiedzieć wszystkiego - odparł pastor gniewnie. - Domyślam się, że 

background image

wydarzenia mogły mieć miejsce gdzieś na początku dwunastego stulecia. Wiadomo bowiem, 

że   odległe   rejony   Dalarna   i   Harjedalen   długo   stawiały   opór   chrześcijaństwu.   Przeklęci 

poganie!

- Nie nasza rzecz sądzić, jak tam było - rzekł gospodarz pojednawczo. - W każdym 

razie utrzymała się tam władza feudalna. Jeden chłop był właścicielem niemal całej wsi, a 

pozostali byli jego podwładnymi, traktował ich jak niewolników. Nazywał się podobno Vret 

Joar Jonsson. Potężny to był mąż. Włosy i zarost otaczały niby chmura jego twarz jak wyciętą 

w   kamieniu.   Vret   Joar   Jonsson   miał   jedną   przypadłość,   czy   też   można   by   powiedzieć: 

namiętność. Kochał dziewice.

- O, a któż ich nie kocha? - zachichotał obleśnie Diderik.

- Możliwe, ale Vret Joar kochał je na swój sposób. Składał je w ofierze pogańskim 

bóstwom. Freyowi, bogowi płodności. Albo Frei, bogini urodzaju.

- Co takiego? Jak to: składał w ofierze?

- Jak tu siedzę, to prawda. Co roku składał na ołtarzu krwawą ofiarę i co roku ginęła 

jedna dziewica.

- Ależ to potworne! - wykrzyknął pastor.

- Oczywiście. Vret nie był w stanie sam zaznać rozkoszy z kobietą, dlatego ofiarami 

starał się przekupić bogów, odzyskać męską siłę”.

I to napisała kobieta w osiemnastym wieku, pomyślał Andre. Ta Gerd, matka Petry, 

musiała być nie byle jaką osobowością. Zanim powrócił do czytania, musiał zapalić światło, 

bo niepostrzeżenie pokój zaczął pogrążać się w mroku. Początkowo zresztą Andre sądził, że 

pismo jest takie niewyraźne, w końcu jednak zauważył, że to dzień ma się ku końcowi.

„No, gospodarzu, chyba przesadzacie - rzekł pastor - takie opowieści może były dobre 

w pradawnych czasach, ale nie w naszej erze.

- Waszmościowie słyszeli naszą mowę i wiedzą, jak trudno ją zrozumieć. A przecież 

my mieszkamy nad rzeką i wcale nie jesteśmy tu tak bardzo oddzieleni od świata. Czy nic 

można sobie wyobrazić, jakimi zamkniętymi  rejonami były samotne osady w lasach parę 

wieków temu? Ludzkie zwyczaje i bojaźń boża niełatwo torowały sobie drogę do leśnych i 

górskich   pustkowi   Alvdalen.   Mieszkańcy   poszczególnych   osad   prawie   się   ze   sobą   nie 

widywali. I ledwie się domyślali, że poza granicą lasów istnieje jakiś inny świat. Niewiele 

wiedzieli o sąsiedniej wsi. Jeszcze teraz, w osiemnastym wieku, Vargaby i inne małe osady z 

pustkowi   są   całkowicie   odcięte   od   ludzkiej   wspólnoty.   Na   takiej   glebie   mogą   rozkwitać 

najrozmaitsze mroczne rytuały.

Diderik sprawiał wrażenie zamyślonego.

background image

- Owszem, to mi się wydaje zrozumiałe. Ale to była niewielka osada! Jakim sposobem 

Vret Joar zdobywał tak wiele dziewic, żeby co roku składać ofiarę?

- O, nie było ich tak wiele. Cała ta sprawa z ofiarami trwała zaledwie jakieś cztery czy 

pięć lat, aż doszło do ponurego końca.

- Tak? I co się stało?

- Nie potrzebuję chyba zapewniać, że Vret Joat był człowiekiem znienawidzonym. 

Nienawidzili go wszyscy, ale jeszcze bardziej się go bali. Miał on syna, który urodził się w 

czasach, gdy Joar był jeszcze w stanie wziąć kobietę w objęcia. Wychowywał go na swego 

następcę we wszystkim, także w swym pogańskim procederze. Dopóki pozostanie w okolicy 

choć jedna dziewica, bogowie mogą liczyć na ofiarę...

Wszakże złego człowieka wcześnie dosięgła kara! Los Vreta Joara Jonssona był nie do 

pozazdroszczenia.   Nocami   nie   zaznawał   odpoczynku.   Pomordowane   dziewice   noc   w  noc 

nawiedzały we śnie swego prześladowcę.

- Wyrzuty nieczystego sumienia - potwierdził pastor.

- Ale nie na tym koniec! Ludzie powiadają, że one naprawdę przychodziły. Że dusze 

niewinnych dziewic zadręczały go niemal na śmierć. Pozostały jednak duchami i naprawdę 

uśmiercić   go   nie   mogły.   Dlatego   pojawiały   się   przeważnie   w   snach,   dręczyły   go   i 

prześladowały bez umiaru. A zresztą Joar przysięgał na wszystko w świecie, że często nie 

spał i widywał je na jawie.

- Moim zdaniem to okrutniejsza kara niż śmierć - westchnął Diderik. - Powiedz mi... 

W jaki sposób dokonywano ofiary? Czy palono je na stosie?

- Nie, nie, ludzie mówili, że bóg Freyra swoją siedzibę w lesie, nad małym jeziorkiem. 

Dziewice były wpychane do wody. Przez mężczyzn uzbrojonych w dzidy.

Pastor jęknął ze zgrozy.

- Czy nie prościej byłoby przebić dzidami Vreta Joara? - zastanawiał się Diderik.

- Nie mogli tego zrobić. Joar miał strażników. Kilku zaufanych ludzi, którzy chętnie 

służyli bogatemu panu.

- Historia się powtarza - mruknął Diderik Swerd.

- Owszem, tak bywa! Zresztą to głównie strażnicy wpędzali do wody nieszczęsne 

dziewczęta. Tylko że nie było ich zbyt wielu, zatem krewni i przyjaciele wybranej panny, być 

może młodzi chłopcy, którzy marzyli właśnie o niej, zmuszani byli do udzielania pomocy. 

Trzeba   waszmościom   wiedzieć,   że   wiara   w   starych   bogów   była   głęboka,   ludzie   się   ich 

okropnie bali, zwłaszcza że tak mało wiedzieli o świecie zewnętrznym. Wielu chyba w ogóle 

nie miało pojęcia, że istnieje jakiś świat poza granicami Vargaby. Co zatem mogli zrobić? 

background image

Otóż w czasie gdy kapłani prawdziwego Boga przenikali coraz głębiej w lasy Dalarna ze 

swoją świętą misją, zdarzyło się któregoś roku, że jeden ze strażników Vreta Joara zakochał 

się   w   dziewicy   przeznaczonej   na   ofiarę.   Jako   młody   i   niewiele   rozumiejący   chłopiec 

podziwiał Joara i chciał mu służyć. Teraz gorzko tego żałował. Próbował uciec razem w 

dziewczyną, która chyba w tym czasie dziewicą przestała już być, ale go złapano. Panna 

jednak zdołała ujść pogoni i bardzo długo błąkała się po okolicznych lasach. W końcu dotarła 

do ludzi tutaj, w Alvdalen, i urodziła syna. Żyła potem jeszcze tylko przez osiem lat. Dziecko 

zostało samo i cierpiało nędzę. W jakiś czas potem chłopak opuścił wieś i myślę, że umarł 

gdzieś z głodu.

- No, a ów strażnik? Kochanek dziewczyny?

- Och, z nim rozprawili się krótko. Wszyscy pozostali strażnicy i syn tyrana, Vret 

Matts, otoczyli nieszczęśnika i dosłownie roznieśli na dzidach.

Słuchaczy przeniknął dreszcz.

- Dziewczyna  była  jedną z trzech sióstr. Najstarsza została złożona w ofierze  rok 

wcześniej, natomiast trzecia, najmłodsza, miała niezwykle silny charakter. Wiedziała, że za 

rok   przyjdzie   kolej   na   nią,   ale   nie   to   było   głównym   powodem   jej   decyzji.   Postanowiła 

mianowicie zabić tyrana. Chciała to zrobić z żalu po siostrach i aby ochronić wszystkie małe 

dziewczynki dorastające we wsi. Wiedziała przecież, że po niej nadejdzie kolej i na nie...

W piecu przygasało i gospodyni raz po raz dokładała jałowcowych gałązek, ogień 

trzaskał i syczał. Gdy płomienie znowu strzeliły w górę, gospodyni odwróciła się i popatrzyła 

na   twarze   gości:   cyniczną   i   rozbawioną   Diderika   Swerda,   Fanatyczną   Natana   i 

nieprzeniknioną tego trzeciego”.

Gerd znowu daje się ponieść literackiej pasji, myślał Andre z uśmiechem. Ta Gerd, 

która napisała, to... Czy była żoną Olego Knudsena, kiedy spisywała legendę?

To chyba niemożliwe. Przypominała mu siostry Bronte, angielskie pisarki. Zamknięte 

w sobie, stłamszone i samotne istoty, obdarzone siłami twórczymi, których nic nie było w 

stanie zgasić. Gerd zdecydowała się tworzyć, snuć literacką opowieść na bardzo niepewnych 

podstawach. Wkładała w usta postaci repliki, wyobrażała sobie i opisywała, jak wyglądali 

ludzie i ich otoczenie.

Niewątpliwie jednak w każdej opowieści istnieje jądro prawdy. To przecież nie była 

wymyślona historia. Dziewice z Vargaby istniały naprawdę, a już przynajmniej legenda o 

nich.

Twórczy   talent   autorki   stworzył   jedynie   detale,   nieistotne   szczegóły.   Andre 

zastanawiał się, czy Gerd miała zamiar napisać książkę na podstawie legendy. Zeszyt, który 

background image

trzymał w ręce, był zbyt cienki, historia zbyt krótka na prawdziwą powieść. Czy to jednak nie 

jest grzech wszystkich początkujących pisarzy, że ich utwory nie są wystarczająco długie?

Może nawet wysłała swój utwór do jakiegoś wydawnictwa? I może odesłano jej z 

odmową? Nie, nie uważał, by miała tyle odwagi.

„Gospodarz, który czekał, aż żona dołoży do ognia, podjął znowu opowieść:

- Mait, bo tak dziewczyna miała na imię, zdołała zwabić Vreta Joara Jonssona nad 

jeziorko; przekonała go, iż ukazał jej się bóg Frey i powiedział, że chciałby porozmawiać 

osobiście z Vretem Joarem.

Gospodarz zniżył głos.

- Powiadano, że posążek boga Freya, który wyrzeźbiono w drewnie, miał być jakoby 

taki, no... dość...

- Ojciec! - upomniała go żona. - Nie mówi się o takich rzeczach!

-   Nie,   nie,   chętnie   posłuchamy   -   zaprotestował   Diderik   i   pochylił   się   ku 

opowiadającemu z obleśnym, pełnym oczekiwania uśmieszkiem.

- E, no - wahał się chłop. Najwyraźniej nie wiedział, kogo słuchać. - No, panowie 

wiedzą   przecież,   jak   obdarowany   był   bóg   Frey.   Bóg   płodności   i   w   ogóle.   A   posążek   z 

Vargaby miał podobno być tak wyposażony pod względem męskim, że... No już, już, matko, 

już nic więcej nie powiem. W każdym razie kiedy Vret Joar Jonsson poszedł nad jeziorko, bez 

broni, z lasu wyszła  Mait z nożem w ręce, by zamordować  ciemiężyciela  wsi. Popełniła 

jednak błąd, bo postanowiła mu wygarnąć wszystko, co leżało jej na sercu, zaczęła krzyczeć, 

jakim jest on potwornym wyrzutkiem i draniem. Vret Joar, nie czekając na dalszy rozwój 

wypadków, zaczął po prostu uciekać w las, bo uzbrojona Mait córka Branta nie była osobą, z 

którą można by sobie żartować. Dziewczyna pognała za nim, a ponieważ była młodsza i 

szybsza, więc mało brakowało, a byłaby go złapała. Los jednak sprawił, że akurat w tym 

czasie lasem w stronę Vargaby szli pobożni kapłani; właśnie okrążali jeziorko.

Vret   Joar   słyszał,   oczywiście,   wiele   o   nowej   wierze,   coraz   bardziej   umacniającej 

swoje wpływy w kraju. Nie był nią zachwycony, ale w tej chwili dostrzegł w niej ratunek. 

Zaczął wzywać pomocy, oskarżając Mait córkę Branta, że jest czarownicą, która chce rzucić 

na niego urok. Bo to akurat wiedział, że dla nowej religii czary i przesądy były największym 

paskudztwem. Jeden z apostołów dał znak swoim towarzyszom i zanim Mait zdążyła  się 

zorientować,   co   się   dzieje,   została   w   imię   Boże   zadźgana   nożem   jako   groźna 

>>czarownica<<.

Vret Joar zabrał swoich wybawców do Vargaby przysięgając, że jest wyznawcą nowej 

wiary. Wkrótce jednak słudzy Boży dowiedzieli się o ponurych grzechach obciążających jego 

background image

sumienie.   Krwawe   ofiary   z   ludzi,   to   przecież   prawdziwy   kult   Baala!   I   wtedy   to   ludzie 

apostoła przepędzili ze wsi w lasy Vreta Joara Jonssona i jego syna Vreta Mattsa Jonssona, 

wymordowawszy przedtem po kolei strażników i wasali tyrana. Rozprawa była bezlitosna i 

brutalna,   mimo   wszystko   jednak   ojciec   i   syn   zdołali   dotrzeć   do   ludzi.   Dla   Vreta   Joara 

ucieczka przez lasy była zbyt wielkim wysiłkiem i zmarł na rękach syna nad brzegiem Siljan. 

Wiadomo  też,  co stało się z Vretem Mattsem.  Włóczył  się po wsiach,  pił, łajdaczył  się, 

głodował. Umarł dość młodo.

- A Vargaby?

- Cóż, tam apostołowie starali się żelazną ręką nakłonić ludzi do nowej wiary. A gdy 

im się to nie udało, spalili większość domów w tej >>twierdzy pogaństwa<< i ludzie musieli 

budować je na nowo. Słudzy Boży poszli natomiast przez góry do Harjedalen.

W izbie zaległa cisza.

- I oni nadal tam mieszkają? - zapytał Diderik cierpko.

- W Vargaby? Mieszkają. Raz do roku widujemy paru z nich w kościele. Przemykają 

w milczeniu i cisi stają gdzieś z tyłu, za innymi, a po nabożeństwie natychmiast wracają do 

swoich ukrytych za lasami łąk.

- No więc... Jeszcze przecież nie powiedziałeś nam, co takiego strasznego kryje się w 

tutejszych lasach?

Chłop uniósł głowę.

- Jeszczeście tego nie pojęli, panie? Dziewice z Vargaby wciąż tułają się po okolicy! 

Mieszkańcy osady są wolni, oni nie widują upiorów. Jednak obcy, który zabłądzi w lesie... 

Jakieś siły poprowadzą go ukrytymi ścieżkami do Vargaby.

Diderik wydął wargi.

- A to dlaczego?

- Bowiem dziewice nadal poszukują Vreta Joara Jonssona i pewnie też jego syna. 

Przede  wszystkim   jednak  Joara.   Skąd   duchy  miałyby  wiedzieć,  że   człowiek   zmarł  przed 

setkami lat? Nadal szukają opanowane żądzą zemsty. Specjalnie zaciekła jest podobno Mait 

córka   Branta,   ale   jej   siostry   też   nie   należą   do   miłosiernych.   Inne   dziewczynki,   te,   które 

zostały złożone w ofierze jako pierwsze, znalazły, zdaje się, pokój wieczny. Teraz już się ich 

nie widuje.

- Ale one nie mogą nic zrobić żywym?

- W sensie fizycznym nie, ale mogą ich tak wystraszyć, że nigdy nie znajdą wyjścia z 

lasu.

- Zdarzyło się już kiedyś coś takiego? Że ktoś nie odnalazł drogi, nie wyszedł z lasu?

background image

- Tego nie wiem. To przecież wszystko może być jedynie legendą, podaniem. My 

jednak na wszelki wypadek nigdy się nie zapuszczamy w tamte strony.

Pan Natan odetchnął głęboko.

- Muszę powiedzieć, że to niezwykle wyrazista i szczegółowa opowieść. Nawet może 

trochę zbyt dokładna. Skąd można wiedzieć aż tyle? Zwłaszcza jeśli nigdy się tam nie było. I 

jeśli nikt żywy stamtąd nie wrócił.

- O, tak - zgodził się gospodarz. - Z pewnością w ciągu tych stuleci wiele zostało 

dodane do opowieści lub poprawione.

- Myślę, że tak - oświadczył Diderik. - No i co, moi towarzysze? Przestraszyliście się?

- Ja nie - odparł kapłan. - Bóg jest ze mną.

- A ty, Havgrim? Wahasz się?

Młody człowiek potrząsnął głową.

-   Znakomicie   -   rzekł   Diderik   Swerd.   -   Drogi   gospodarzu,   serdeczne   dzięki   za 

rozrywkę.   Jesteś   bardzo   dobrym   narratorem   i   tworzysz   piękne   historie.   My   jednak   nie 

zawrócimy w długą drogę do Mora. Wyśpimy się w nocy,  a potem pojedziemy dalej ku 

pustkowiom Harjedalen.

Chłop westchnął.

- Rozumiem, że nie mogę panów zatrzymać. W takim razie nasza pasterka wyruszy z 

wami, żeby pokazać wam przynajmniej pierwszy odcinek drogi. Nikt nie zna lasu lepiej niż 

ona, a poza tym jej nigdy żadne nadprzyrodzone istoty nie niepokoiły. Matko, sprowadziłabyś 

tu naszą małą pasterkę?

- Pasterkę kóz? Dziewczynę? - zapytał Diderik z obleśnym uśmiechem. - Nie może 

być lepszego towarzystwa dla pełnych życia mężczyzn!

Chłop ani drgnął. Czekał, aż żona przyprowadzi pasterkę.

Na   widok   przybyłej   panu   Diderikowi   opadła   szczęka.   Stanowczo   nie   była   to 

najbardziej   pożądana   towarzyszka   dla   mężczyzny   jego   pokroju!   Miała   co   najmniej 

sześćdziesiąt lat, była pokrzywiona i pomarszczona po długim, pełnym trudu życiu, zmęczona 

nieustannym lękiem o powierzone jej bydło i samotnością w pełnych dzikiego zwierza lasach.

- To jest Barbro - przedstawił gospodarz. - Rozumiem, że panowie spodziewali się 

kogoś młodszego, bo przecież zwykle najmłodsze pasterki zajmują się kozami, lecz Barbro 

robiła   to   przez   całe   swoje   życie.   Była   małą   sierotką,   kiedy,   zdaje   się,   że   było   to   przed 

wiekami,   przyszła   do   domu   mojego   ojca.   Jesteś   pewna,   Barbro,   że   zdołasz   bezpiecznie 

przeprowadzić panów przez lasy koło Vargaby tak, żeby znaleźli się na drodze do Lillhardal i 

Sveg?

background image

- Pewnie, że przeprowadzę - oświadczyła stara i potem wygłaszała pospiesznie jakieś 

formułki, z których goście nie rozumieli ani słowa.

- Nie, nie, chwileczkę - zaprotestował Diderik. - Musimy mieć przewodnika, którego 

będziemy rozumieli.

- Wybaczcie mi, panie - rzekła Barbro. - Kiedyś przez rok służyłam u siostry mojego 

gospodarza, która wyszła za mąż i mieszka w Gagnef. Wciąż jeszcze pamiętam tamtejszą 

dziwaczną mowę.

Dziwaczną   dla   niej,   lecz   dla   nich   zrozumiałą.   Choć   nie   był   to   najczystszy   język 

szwedzki, niewątpliwie byli w stanie się z nią porozumieć.

- No dobrze - westchnął Diderik zadowolony, wciąż jednak z tym lekko pogardliwym 

błyskiem w oczach, podkreślającym dystans, jaki dzielił go od niżej stojących gospodarzy. - 

W takim razie mówimy wszystkim dobranoc i udajemy się na spoczynek. Mógłbym chyba 

zażądać, żeby mi jakaś służąca wygrzała łóżko, ale dzisiaj jestem już zanadto zmęczony. Jutro 

wstajemy o wschodzie słońca.

Chłop   skinął   głową.   Odprowadzał   wzrokiem   także   dwóch   pozostałych   gości,   gdy 

podnosili się z miejsc i szli za Diderikiem do sypialni w innym budynku. Kiedy go mijali, 

napotkał wzrok najmłodszego. Było to spojrzenie pełne sympatii i zrozumienia. Dowodziło, 

że Havgrim orientował się w zawiłościach ludzkich uczuć. O tym, że wiedział, kto spośród 

zebranych w tej izbie ma najszlachetniejszy charakter.

To spojrzenie wzruszyło gospodarza i przepełniło go wdzięcznością”.

Jakaś   grupa   nowo   przybyłych   gości   hałasowała   na   korytarzu   za   drzwiami   pokoju 

Andre. Odłożył rękopis i czekał, aż się to uspokoi.

Na dworze świecił księżyc i rzucał zimną poświatę na podłogę hotelowego pokoju. 

Andre wstał i zaciągnął zasłony.

Czekał jakieś pół godziny, a kiedy na korytarzu znowu zapanowała cisza, wrócił do 

czytania.

background image

ROZDZIAŁ IV

Mała Kajsa wypędziła bydło na pastwisko i siedziała teraz na skłonie porośniętego 

rzadkim lasem wzgórza spoglądając w dół na pasące się zwierzęta. Krowy zwykle trzymały 

się blisko niej, owce natomiast  były  kłopotliwe.  Zawsze  chciały tego,  co znajdowało się 

trochę dalej. Na szczęście teraz pokładły się i przeżuwały to, czego zdążyły od rana naskubać. 

To była najspokojniejsza chwila dnia, do której młoda pasterka zawsze tęskniła.

Obok niej na ziemi leżał duży kij, który miała dla obrony przed dzikimi zwierzętami, a 

także róg, którym powinna wzywać pomocy, gdyby groziło jej prawdziwe niebezpieczeństwo. 

Strach   nigdy   jej   nie   opuszczał,   jak   zresztą   wszystkich   małych   pastuszków.   Poznała   go 

pierwszego dnia, gdy została wysłana sama ze zwierzętami do lasu, i tak już zostało. Miała 

wówczas siedem lat. Teraz skończyła już chyba osiemnaście, choć nie była tego taka całkiem 

pewna, bowiem w Vargaby nie przywiązywano szczególnej wagi do rachuby czasu. Dni i lata 

płynęły w przemiennym rytmie pór roku i ciężkiej pracy. Kto by miał czas liczyć mijające 

dni, skoro najważniejszą sprawą było bronić się przed głodem i zimnem?

Oczy dziewczyny były rozmarzone, co się ostatnio zdarzało bardzo często.

Wiele zagród we wsi świeciło pustkami po zarazie, która nawiedziła Vargaby przed 

pięcioma laty. Kajsa nie bardzo umiałaby powiedzieć, co to była za choroba. Jakaś biegunka, 

która zabrała niemal połowę wszystkich mieszkańców osady. Dom Era Nilsa popadał w ruinę, 

a nie było nikogo, kto by się o niego zatroszczył. Dom Era Andersa już się całkiem zapadł, 

belki  dachowe tworzyły  rumowisko,  porośnięte  chwastami.  Obora  Olego Branta  stała się 

siedliskiem sów, które pohukiwały groźnie po nocach.

Od czasu zarazy nie było w osadzie ani jednego młodego mężczyzny.

Początkowo   Kajsa   nie   rozumiała   trapiącej   ją   tęsknoty,   tego   wciąż   rosnącego   i 

umacniającego się pragnienia, które zdawało się rozrywać jej duszę na strzępy. Stawała na 

wzgórzu i spoglądała w dolinę, gdzie płynęła rzeka. Zabierz mnie ze sobą, prosiła cichutko. 

Weź mnie stąd i zaprowadź do miejsc, które wabią z oddali.

Prosiła dorosłych, by jej pozwolili opuścić Vargaby. Chciała poznać nowych ludzi, tak 

jej się wydawało. Chciała zobaczyć nowe okolice. Myślała, że za tym właśnie tęskni.

Teraz jednak rozumiała więcej.

Podczas ostatniego Bożego Narodzenia znalazła się w kościele w Alvdalen. Widziała 

tam młodych mężczyzn i chłopców w swoim wieku. Stali po drugiej stronie kościelnej nawy. 

Wtedy zrozumiała, czego tak rozpaczliwie pragnie jej skołatane serce.

Pojęła, że tęskni do innego człowieka, do kogoś bliskiego, kto stanowiłby dla niej 

background image

oparcie. Do kogoś, kto zaspokoiłby jej potrzebę czułości i któremu ona mogłaby okazywać 

czułość. Kto wziąłby ją w ramiona i kto by ugasił trawiący jej ciało ogień, uwolnił ją od męki, 

która z roku na rok stawała się coraz bardziej nieznośna.

Niczym lunatyczka próbowała kilka razy opuścić Vargaby na własną rękę, chciała 

dojść do ludzi. Zawsze jednak zawracano ją z drogi i karano za niedopuszczalne pomysły.

Teraz już zrezygnowała.

Kajsa wiedziała, że nie jest w swojej tęsknocie osamotniona. Kjerstin z sąsiedniej 

zagrody na przykład. Najpiękniejsza i najłagodniejsza istota we wsi. Była kilka lat starsza niż 

Kajsa i często rano miewała czerwone, zapuchnięte oczy. Kjerstin jednak nigdy by się nie 

odważyła   uciec   z   Vargaby.   Takich   rzeczy   się   po   prostu   nie   robi,   a   poza   tym   świat   jest 

bezlitosny,   pełen   niebezpieczeństw   czyhających   na   młodą   dziewczynę.   Kjerstin   bała   się 

wszystkiego i przestrzegała niepisanych praw, jakie mieszkańcy Vargaby ustanowili w ciągu 

stuleci.   Ani   ona,   ani   Kajsa   nie   rozumiały,   że   było   wśród   tych   praw   wiele   zasad 

niedorzecznych, bo przecież nie znały innego życia. Wierzyły więc, że każdego roku należy 

wrzucić po kawałku wszelkiego rodzaju jedzenia do leśnego jeziorka, by zapewnić dobre 

zbiory. Nikt już nie wiedział, dlaczego tak trzeba, po prostu robiono to i już. Albo każdego 

wieczoru, kiedy zamykano bydło na noc, trzeba było wypowiadać wiele dziwnych formułek i 

pluć na próg obory, by strachy albo jeszcze co gorszego nie dostało się do środka. Każda 

praca, jaką podejmowano, wymagała odrębnych rytuałów. Nowo narodzone dziecko trzeba 

było włożyć na chwilę do dziupli drzewa rosnącego koło źródła...

Tyle rzeczy należało wiedzieć, tylu zwyczajów przestrzegać, lecz dla dziewcząt były 

to sprawy naturalne. Sądziły, że wszędzie na świecie jest podobnie.

Świat zdawał się taki ogromny! Widać to było wyraźnie, kiedy się weszło na Wielką 

Górę. Jedno wzgórze za drugim majaczyło w oddali na tle sinoniebieskich lasów. A daleko, 

daleko na horyzoncie połyskiwało wielkie jezioro. Jezioro Orsa, tak je nazywano. Ale nikt z 

Vargaby nigdy tak daleko nie zaszedł.

Kajsa zastanawiała się często, czy tam, w tych dzikich borach, także żyją ludzie. Była 

w Alvdalen i mogła się przekonać, że tam mieszka ich wielu. Początkowo nie mogła w to 

uwierzyć,  wtedy jednak była dzieckiem. I wtedy jej świat ograniczał się do lasów wokół 

Vargaby. Teraz wiedziała więcej. Więc może w tamtych odległych dolinach także znajdowały 

się osady? Choć dość trudno było w to uwierzyć. Aż tak dużo ludzi z pewnością na świecie 

nie ma!

Stary Ols Erik twierdził  co prawda, że ludzie  mieszkają  jeszcze dalej, również w 

miejscach, których stąd nie widać. Ale to chyba tylko takie gadanie, bo w takim razie ci 

background image

ludzie musieliby mieszkać na zewnątrz, poza granicami świata!

Kajsa drgnęła. Ktoś wołał jej imię. Ze złością!

Zerwała się i pobiegła w dół. To Britta, która mieszkała w domu pod lasem. Britta 

była dokładnie w jej wieku, no, może nawet trochę młodsza. Była jednak bardzo impulsywna 

i nieobliczalna. I silna. Nie taka jak Kajsa, co to marzy z otwartymi oczyma.

- Jak ty pilnujesz bydła, Kajsa? - krzyczała rozgniewana Britta. - Cielęta wróciły na 

podwórze!

Przestraszona Kajsa rozglądała się za zwierzętami. Kozy zniknęły, cielęta także. Tylko 

krowy pasły się spokojnie.

- Chodź tu zaraz! - wołała Britta. - Poszukamy kóz.

Kiedy chodziły po lesie, nawołując, Kajsa myślała o Britcie. Zastanawiała się, czy ona 

także tęskni. O, z pewnością! Kajsa nie raz dostrzegała niepokój w jej spojrzeniu. Britta 

jednak wiedziała, czego chce. Była o głowę wyższa od przyjaciółki, miała lśniące, ciemne 

włosy i niemal agresywne oczy. Przyjemnie było na nią patrzeć, bo poruszała się z wdziękiem 

i pewnością siebie, długonoga o szczupłej talii. Na twarzy jednak nie była taka ładna jak na 

przykład Kjerstin. Ale też z Kjerstin mało kto mógł się równać.

Kajsa  miała   włosy  jasne,  splecione  w  warkocze,   oczy  niebieskie  i   uśmiechała  się 

nieśmiało. Mama powiedziała, że Kajsa jest śliczną małą dziewczynką. Ale matki pewnie 

zawsze tak mówią o swoich dzieciach.

Mama... Nie było już mamy. Taty też nie. Nie przeżyli zarazy i teraz Kajsa mieszkała 

u siostry mamy. Nie było jej tam źle, ale często tęskniła do rodziców i do własnego domu.

Britta szła szybkim, stanowczym krokiem, wciąż za-gniewana. Kajsa podążała za nią z 

poczuciem winy.

Obie   dziewczyny   były,   rzecz   jasna,   spokrewnione   ze   sobą.   Tak   jak   wszyscy   w 

Vargaby. Ale Ers Nils pilnował porządku, jeśli chodzi o małżeństwa. Dobrze wiedział, kto z 

kim może się ożenić, jaki stopień pokrewieństwa ich łączy.  Dawniej tak bardzo tego nie 

przestrzegano,   ale   rezultaty   małżeństw   pomiędzy   zbyt   bliskimi   krewnymi   były   straszne. 

Dzięki temu Nilsowi uniknięto wielu nieszczęść. Tylko że Nils też nie przeżył zarazy. Zresztą 

dla trzech panien nie było w Vargaby chłopców, więc i tak pokrewieństwo straciło znaczenie.

Na myśl o tej sytuacji Kajsa doznawała bolesnego uczucia w sercu.

Ona sama znajdowała się jak gdyby pośrodku pomiędzy skrytą, zalęknioną Kjerstin, 

która apatycznie przyjmowała swój gorzki los, bo i tak nigdy nie odważyłaby się na żadne 

działanie, a obdarzoną siłą woli, energiczną Brittą. Kajsa była marzycielką. Żyła nadzieją, że 

kiedyś   zdoła   jakoś   rozwiązać   problem   swojej   samotności,   lecz   nie   podejmowała   prawie 

background image

żadnych wysiłków, by do tego doprowadzić, jeśli nie liczyć dwóch prób ucieczki.

Na ulicy przed hotelem rozległy się jakieś hałasy i Andre wstał, żeby zobaczyć, o co 

chodzi. Rozsunął zasłony.

Na dworze zapadły już ciemności, zapalono uliczne latarnie.

Dwóch   pijanych   mężczyzn   zataczało   się   na   chodniku   tuż   pod   jego   oknem. 

Wykrzykiwali coś głośno, aż portier hotelowy wyszedł, żeby ich przepędzić. Wtedy na ulicy 

ukazała   się   młoda   kobieta   ubrana   z   krzykliwą   elegancją   i   skierowała   się   ku   pijanym, 

pochodzącym najwyraźniej z wyższych klas. Zachwyceni widokiem dziewczyny, ruszyli w 

jej stronę, chwiali się przy tym niebezpiecznie. W końcu jeden, chcąc złapać dziewczynę, 

stracił   równowagę,   a   ponieważ   ona   uskoczyła   w   bok,   upadł   i   wylądował   z   twarzą   w 

rynsztoku.  Kompan  i dziewczyna  wybuchnęli  radosnym  śmiechem.  W końcu dziewczyna 

odeszła z tym mniej pijanym.

Andre nie mógł się pozbyć natrętnej myśli: Czy to przypadkiem nie jest Mali, córka 

Petry? Sprawiała jednak wrażenie zbyt doświadczonej, zbyt pewnej siebie. Trudno, Andre nie 

miał teraz czasu się nią zajmować.

Wrócił do łóżka i wkrótce znalazł się znowu w odległej przeszłości. W rozległych 

lasach koło Vargaby...

Britta szła bardzo szybko. Prychnęła na Kajsę, żeby jej nie deptała po piętach, ale 

gdzie indziej szukała zbłąkanych kóz. Wystarczy przecież, że będą się słyszały!

Położywszy uszy po sobie Kajsa powlokła się w inną stronę.

Dzień był ponury. Chmury wisiały tak nisko, że okrywały szczyty najwyższych sosen. 

Cały   las   zdawał   się   mokry,   powietrze   było   zgniłe,   a   z   niewidocznych   czubków   drzew 

krzyczały wrony, przenikliwie i ponuro.

Kajsa   słyszała   pełen   irytacji   głos   Britty,   wołającej   kozy.   Ona   sama   pokrzykiwała 

także, lecz bez większego przekonania. Chętnie użyłaby rogu, ale wtedy zleciałaby się cała 

wieś w przekonaniu, że napadł na nią jakiś dziki zwierz. To by się dobrze dla Kajsy nie 

skończyło!

Reniferowy mech uginał się pod jej stopami. Weszła do jaśniejszej części lasu, gdzie 

rosły piękne, wysokie sosny. Widoczność była tu znacznie lepsza, ale kóz nigdzie ani śladu. 

Zawróciła więc i ponownie weszła w mroczną gęstwinę.

Czy dziewczęta będą musiały czekać z zamążpójściem, dopóki mali chłopcy ze wsi 

nie dorosną? Było ich czterech, od sześciu do dziesięciu lat. Nie, Kajsa nie miała ochoty 

czekać na żadnego z nich. Jej przyjaciółki z pewnością także nie. Kiedy pomyślała o tych 

chudych małych chłopaczkach, mówiących cieniutkimi głosikami, bawiących się na wiejskiej 

background image

drodze, myśl o czekaniu na nich wydała jej się przerażająca i zarazem śmieszna. Nie, nic 

takiego nie powinno jej nawet przychodzić do głowy!

Ale   jaki   one   wszystkie   trzy   miały   wybór?   We   wsi   było   jeszcze   kilku   starszych 

wdowców. Nikogo więcej.

Sytuacja była tak rozpaczliwa, że Kajsa mogłaby płakać w głos.

Las zdawał się dzisiaj jakiś dziwny. Jakby obcy. Kajsa znała, rzecz jasna, legendę a 

dziewicach z Vargaby, ale nikt z jej znajomych nigdy niczego nie widział. I nikt chyba już nie 

wierzył  w stare opowieści,  że obcy mogli  zostać sprowadzeni  na manowce  przez zmarłe 

dawno  temu   dziewice.   To   przecież   oczywiste   wymysły,   może   rozpowiadane   po  to,   żeby 

zepsuć opinię tej osadzie tak, by nikt nigdy nie chciał tu przyjechać? A to by była wielka 

szkoda...

Dziś jednak w lesie panował jakiś osobliwy nastrój. Nigdy czegoś podobnego nie 

doznawała, jakby niepokój, napięcie, oczekiwanie. Znad jeziorka niósł się ponury krzyk nura, 

ale do tego pasterze i pasterki z Vargaby byli przyzwyczajeni.

Przystanęła i nasłuchiwała. Z oddali dochodził głos Britty nieustannie przywołującej 

kozy, poza tym jednak panowała taka cisza, że słychać było szelest spadającej w dół sosnowej 

szyszki. Nagle ogarnął ją przejmujący smutek, który chyba nie pochodził od niej samej, lecz 

od tych  istot, które żyły tu przed setkami lat. Jakby nadal znajdowały się w jej pobliżu, 

samotne, zrozpaczone, nieszczęśliwe.

Dziewice z Vargaby?

Nie,   cóż   za   głupstwa!   To   nastrój   tego   dnia,   ten   ponury,   pełen   melancholii   las   i 

samotność tak wpływają na jej myśli.

Była jednak przyzwyczajona...

Rozległ się głośny krzyk Britty.

- Kajsa! - niosło się pośród mokrych koron drzew. - One są tutaj! Znalazłam kozy!

Niesamowity nastrój prysł. Z uczuciem ulgi Kajsa pobiegła w stronę, skąd dochodziło 

wołanie. W połowie drogi spotkała śliczną Kjerstin.

- Mama się o was niepokoi - powiedziała Kjerstin. - Britta wyszła z domu tak dawno 

temu.

- To moja wina - tłumaczyła Kajsa. - Nie dopilnowałam kóz i gdzieś mi zginęły.

- Cielęta też. Wróciły do domu.

- Wiem o tym - rzekła Kajsa z poczuciem winy. - Widziałaś krowy?

- Widziałam. Leżą na polanie. Ale nie powinny na tak długo zostawać same.

- Pójdziesz ich popilnować?

background image

- Chętnie.

Kjerstin przystanęła.

- Wiesz, Kajsa, ja tego nie rozumiem. Takie mam jakieś dziwne wrażenie, jakby tu 

wszędzie w lesie znajdowali się ladzie. Albo...

Zawahała się, więc Kajsa dokończyła:

- Albo nie ludzie, prawda?

- No właśnie! Dokładnie to miałam na myśli. Boję się, Kajsa. Nie wiem, czy odważę 

się zostać sama z krowami.

- To idź do Britty zamiast mnie, a ja wrócę do krów. Britta jest tam na górze, dopiero 

co słyszałam jej wołanie. Myślę, że nie jest teraz do mnie specjalnie przyjaźnie usposobiona, 

więc chętnie się z tobą zamienię.

Kjerstin uśmiechnęła się, ale był to blady i niespokojny uśmiech. Potem się rozstały.

Kajsa   przystanęła.   Jeszcze   raz   doznała   tego   wrażenia,   a   było   ono   tak   silne,   że 

zakręciło jej się w głowie.

Co się dzisiaj dzieje z tym lasem? zastanawiała się przerażona. To dziwne napięcie, to 

trudne do określenia podniecenie, ta... złość?

Otrząsnęła się z nieprzyjemnych myśli i pobiegła zobaczyć, co się dzieje z krowami.

Jechali z Rot do Klitten, a potem mieli przed sobą już tylko lasy. Mijali oczywiście od 

czasu do czasu jakieś pastwiska, lecz były one puste, ani zwierząt, ani ludzi po niedawnej 

zarazie.

Najpierw   podróżowali   przez   majestatyczne   bory   sosnowe.   Widne,   prześwietlone   i 

jeszcze jaśniejsze od srebrzystobiałych porostów.

Ponieważ zarówno Diderik Swerd, jak i pan Natan uważali się za zbyt godnych, by 

proponować podwodę starej babie, to Havgrim wziął przewodniczkę na swego wierzchowca. 

Nieźle do siebie pasują, myślał Diderik, zarówno ze względu na niskie pochodzenie, jak też i 

na mizerny wygląd obojga.

Niezbyt wygodnie się jechało, mając przed sobą kościstą i powykrzywianą Barbro, 

lecz Havgrim jak zwykle nie skarżył się ani słowem.

Jechali na przedzie, bo przecież Barbro miała wskazywać drogę. Na razie nie mieli 

żadnych   kłopotów.   Z   pewnością   siebie   prowadziła   ich   przez   zdradliwe   bagna   i   strome 

wzgórza, przez strumienie i gęste bory. Widywali rozległe mokradła, na których to tu, to tam 

rosły   samotne,   wysmagane   wiatrem   sosny,   mijali   skalne   urwiska,   gdzie   zostały   tylko 

ogołocone z gałęzi pnie drzew, jakie tam kiedyś rosły. Być może szalał tu kiedyś pożar albo 

susza panowała któregoś lata. Okazało się, że natura na północ od Osterdalelven jest bardzo 

background image

zróżnicowana.

Koło   południa,   gdy   byli   już   bliżej   Harjedalen   niż   Alvdalen,   trzej   mężczyźni 

zauważyli, że stara robi się jakaś niespokojna. Znajdowali się teraz na polanie, w terenie 

pokrytym trudnym do przebycia mieszanym lasem, a światło tego dnia było jakieś mroczne, 

od ciemnych chmur czy też mgły, nie wiadomo jak to nazwać, wiszącej nisko nad ziemią, 

rozciągającej się nad mokradłami i przepływającej pomiędzy drzewami.

- Co to znaczy, kobieto? - warknął Diderik ostrzej niż zamierzał. - Zabłądziłaś?

- Niech Bóg broni - odparła Barbro dumnie. - Chodziłam tędy z bydełkiem niezliczoną 

ilość razy. Szlak prowadzi daleko od wsi, którą panowie chcieliby ominąć.

- My byśmy chcieli? - zapytał  Diderik. - To nie my boimy się tej osady, to twój 

gospodarz nas tak uparcie straszył.

- I bardzo dobrze zrobił. Ja wiem o tych sprawach więcej niż on, chociaż te tam... 

dziewice mnie zawsze dawały spokój.

Pastor prychnął.

- No dobrze. W takim razie co cię niepokoi? - zapytał Diderik przewodniczkę.

- Prowadziłam panów właściwą drogą, jestem tego pewna. Nie mogło być inaczej, bo 

tu, w obrębie wielu mil, nie ma innych szlaków. Ale teraz nie poznaję okolicy. Ten wielki 

kamień, tam... Nie powinno go tu być. A ścieżka, którą od dawna jechaliśmy?  Gdzie się 

podziała? Przecież tu teraz nie ma żadnej ścieżki!

- Jakieś pół godziny temu rozdzieliła się na dwoje - rzekł Havgrim.

Barbro popatrzyła na niego przestraszona.

- Rozdzieliła się na dwoje? Nie zauważyłam. To niemożliwe. Nie w tym miejscu, 

wiem to na pewno!

- Ale tak właśnie się stało - zapewniał Diderik. - A ty wybrałaś źle. Musimy zawrócić.

Barbro rozejrzała się dookoła.

- Myślę, ojcze Natanie, że powinien ojciec zacząć się teraz modlić za nas wszystkich - 

wymamrotała.

-   Nie   bądź   przesądna,   kobieto!   Po   prosto   źle   zapamiętałaś   drogę,   nic   więcej. 

Zaczynasz się starzeć i pamięć cię zawodzi.

W oczach starej dostrzegali upór.

- Nikt nie ma takiej pamięci jak ja, moi panowie. A tu jest coś nie tak, jak powinno 

być.

- Nonsens - rzekł Diderik. - Wystarczy, że cofniemy się do miejsca, gdzie ścieżka się 

rozdzieliła...

background image

- Cii... - przerwał mu pan Natan. - Co to było?

Zaczęli wszyscy nasłuchiwać. Szarobiała mgła krążyła nad ich głowami i przesłaniała 

wierzchołki drzew.

- To nur - powiedział Havgrim. - Jakiś wyjątkowo wielki nur.

Barbro, która siedziała tuż przy nim, słyszała jego głos, jakby się dobywał z głębokiej 

studni. Zwróciła uwagę, że posługuje się dialektem sztokholmskim.

- Nie - zaprotestował Diderik. - To człowiek. Głos człowieka wzywającego pomocy.

- Nury naprawdę często tak krzyczą - uspokoiła go Barbro. - To był ptak.

-   Muszę   przyznać,   że   do   złudzenia   przypomina   głos   człowieka   -   rzekł   pastor   z 

wahaniem.

Diderik   był   podniecony.   Twarz   okolona   wypielęgnowaną   blond   brodą   nabrała 

rumieńców.

- Czyż nie słyszycie? Wołająca wykrzykuje jakieś imię, ale nie mogę zrozumieć jakie. 

Chodźcie! Musimy się tam dostać!

- Konno tam nie dotrzemy - powiedział pastor tym swoim zawsze lekko zirytowanym 

tonem, jakby cierpiał na chroniczny nieżyt żołądka. - Tam jest tylko bagno. I nie dajmy się 

zwabić niedorzecznym przywidzeniom. Oczywiście, że to ptak.

Diderik Swerd już jednak zeskoczył z siodła.

- Konie zostawimy tutaj. Barbro ich popilnuje.

- Ja też zostaję - oświadczył Havgrim. - Nie możemy zostawić kobiety samej z końmi 

bez żadnej ochrony w takiej głuszy. Tu można by się spodziewać nawet niedźwiedzia.

-   W   porządku.   W   takim   razie   pójdziemy   obaj   z   ojcem   Natanem.   Zresztą   zaraz 

wrócimy.

Gdy odeszli,  zapadła  grobowa cisza. Żadne  z dwojga pozostałych  nie było  akurat 

szczególnie rozmowne.

Na koniec Barbro oświadczyła:

- Nie czuję się dzisiaj za dobrze w lesie.

- Ja też nie - przyznał Havgrim. - Przytłacza mnie ta nieznośna cisza.

Barbro rozumiała,  co chciał  powiedzieć,  bo przecież  wciąż  słyszeli  oddalające się 

głosy ojca Natana i Diderika Swerda. I wielki nur raz po raz ponawiał swoje osobliwe, pełne 

skargi wołanie.

- Pojęcia nie mam, jak ktoś może to uznać za głos kobiety - powiedziała Barbro. - Bo 

przecież mówił >>ona<<, prawda?

- Ja też to słyszałem - potwierdził Havgrim krótko.

background image

- A skąd to pochodzicie, mój panie? - zainteresowała się Barbro.

-   Nie   nazywaj   mnie   panem   -   uśmiechnął   się   cierpko.   -   A   pochodzę   z   okolic 

Sztokholmu. Tyle tylko że już dawno stamtąd wyjechałem. Od tamtej pory zjechałem niemal 

cały świat.

Nie wyglądał na kogoś, kto zdołał objechać aż tak wiele, był na to zbyt młody.

- A dlaczego to jeździliście tyle?

- Szukałem. Na moim rodzie ciąży taki przymus. Nieugaszona potrzeba poszukiwania.

- To brzmi strasznie!

- Nie, źle się wyraziłem. To nie jest nieugaszona potrzeba. Kiedyś znajdziemy to, 

czego szukamy. Ja jestem to winien mojemu ojcu za wszystko, co dla mnie zrobił.

W tym miejscu, na marginesie, Benedikte postawiła znak zapytania. Andre rozpoznał 

kolor jej atramentu. Zastanawiał się, o co mogło jej chodzić.

Barbro skinęła głową, choć nie wiedziała, czego to Havgrim poszukuje. Może miał na 

myśli szczęście?

Rozejrzała się zmartwiona.

- Tyle czasu to zabiera. Miałam zamiar wrócić do domu przed zmierzchem.

- To daleko, zwłaszcza na piechotę.

- Przywykłam. Ale Ćmoka to bym spotkać nie chciała.

Havgrim uśmiechnął się pod nosem.

-   Słyszałem,   że   byłaś   przez   rok   w   Gagnef   Przejeżdżaliśmy   tamtędy   i   też   nam 

opowiadali o Ćmoku. Widzę, że poznałaś tamtejsze wierzenia.

Ćmok   to   istota   czy   może   raczej   symbol.   Symbol   ciemności   i   wszystkich 

nadprzyrodzonych   istot,   które   wychodzą   z   ukrycia   po   zmroku.   Ćmok   nie   ma   konkretnej 

postaci. Każdy może go sobie wyobrażać zgodnie z własną fantazją.

Barbro cieszyła się, że spotkała kogoś, kto rozumie jej niepokój.

- Postaram się, żebyś w odpowiednim czasie zawróciła - obiecał.

Przewodniczka poczuła się bezpieczna.

- Posłuchajcie - rzekła. - Ptak ucichł.

- Nasi pewnie już tam doszli i stwierdzili, że to tylko nur.

- No to wkrótce wrócą do nas. Szczerze mówiąc, nie mamy czasu na takie wycieczki.

Havgrim rozejrzał się. Chmury zeszły jeszcze niżej, przesłoniły zbocza wzgórz, miał 

wrażenie, że oboje z Barbro stoją w wielkiej sali o jakby wełnistym, szarym suficie.

- Właściwie gdzie my jesteśmy?

- O, żebym to ja wiedziała! Nie znam tych okolic. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby...

background image

Nie dokończyła zdania. Zresztą wcale nie musiała. Havgrim i tak wiedział, co chciała 

powiedzieć.

Dwaj   mężczyźni   przedzierali   się   przez   gęsty   las.   Wszędzie   wokół   było   mokro   i 

nieprzyjemnie; marzyli, żeby ponownie znaleźć się na końskich grzbietach.

Nagle Diderik Swerd przystanął.

- Proszę posłuchać! Ona znowu krzyczy! Słyszy pan chyba, że ona woła jakieś imię?

Pastor był blady, miał bardzo niepewną minę. Skinął głową.

- Tak, słyszę. Jezu Chryste, uwolnij nas od tej zbłąkanej duszy!

Diderik Swerd nie był w stanie ruszyć się z miejsca. Wsłuchiwał się jak zaczarowany 

w to niesamowite wołanie. Żałosny, ponury głos krzyczał coś, co brzmiało: >>Vret Joar! Vret 

Joooar!<<

- Nie! - wykrztusił przerażony. - To musi być halucynacja.

Pastor słyszał natomiast wyraźnie, że głos woła raz po raz: >>Panie Natan! Panie 

Nataaan!<<

Żaden jednak nie miał odwagi powiedzieć, co słyszy.

- Może nie powinniśmy tam chodzić? - zastanawiał się Diderik.

Pan Natan otrząsnął się z wrażenia.

-   Nie   powinniśmy   się   lękać   wysłanników   Szatana!   Tę   sprawę   powinniśmy   jak 

najszybciej wyjaśnić.

Stanowczym   krokiem   ruszył   przed   siebie   i   panu   Diderikowi   nie   pozostawało   nic 

więcej, jak pójść za nim. Nagle przystanęli. Wołania umilkły.

Byli przemoczeni aż do pasa, lecz po chwili ruszyli dalej. Przed nimi z mgły wyłaniał 

się powoli ponury widok. Pojedyncze, na wpół uschnięte  drzewa otaczały leśne jeziorko, 

które leżało pośrodku lasu niczym szare, załzawione oko. Nieoczekiwanie zauważyli ścieżkę 

wiodącą do jeziora, można nawet powiedzieć, że było to coś więcej niż ścieżka, raczej droga, 

najwyraźniej rzadko uczęszczana, ale dość szeroka i widoczna.

Po tafli jeziora pływały trzy ptaki. Kiedy pod stopą pastora trzasnęła sucha gałąź, 

przestraszone, zniknęły pod wodą.

- O ile się znam na ornitologii, to są to wielkie nury - mruknął Diderik. - Mimo 

wszystko popełniliśmy błąd!

- Chyba tak!

Każdy z nich czuł zimny dreszcz strachu pełzający po plecach, lecz nie chciał pokazać 

towarzyszowi, co myśli. A myśleli obaj, że miejsce jest okropne i niesamowite w jakiś trudny 

do określenia sposób. Nie tylko odludzie i ponura przyroda powodowała to wrażenie. Było tu 

background image

coś, czego nie umieli zdefiniować, co jednak wyczuwali każdym nerwem, każdą komórką 

ciała. Zdawało im się, że gdyby się odwrócili, mogliby napotkać zimne, upiorne spojrzenie 

oczu, które nie istnieją, zobaczyliby tę, czy tych, którzy wołali! Nie odzywali się jednak ani 

słowem, szli po prostu ze wzrokiem utkwionym przed siebie i zastanawiali się, czy zdołają się 

stąd wydostać. Najchętniej zasłoniliby uszy dłońmi, zacisnęli powieki i na oślep biegli do 

koni, jeśli taki szaleńczy bieg w ogóle byłby możliwy.

- Co to jest tam dalej? - zapytał pastor.

-   Nie   mamy   czasu,   żeby   to   badać,   musimy   wracać   jak   najszybciej   -   odparł   pan 

Diderik.

Pan   Natan   nie   miał   jednak   dość   odwagi,   by   właśnie   teraz   zawrócić,   bo   odnosił 

wrażenie, że oni są za nim i zmuszają go, by szedł naprzód. Chciał zyskać na czasie, zebrać 

siły.

- Muszę zobaczyć - powiedział krótko.

Poszli   obaj.   Zobaczyli   bezkształtny,   porośnięty   mchem   stos   czegoś,   co   raczej   nie 

należało do natury. Cokolwiek to było, musiało zostać stworzone przez człowieka.

Pan   Natan   pochylił   się   nad   wzgórkiem.   Wypielęgnowanymi   rękami   człowieka   z 

lepszych sfer grzebał ostrożnie w ziemi.

Diderik Swerd przyglądał mu się z irytacją. Nagle gwałtownym ruchem wyrwał wielki 

pęk trawy i mchu.

Las trwał teraz w ciszy. Żadnego znaku, że mogą się tu gdzieś czaić niewidzialne 

istoty. Las zdawał się wstrzymywać dech.

W miejscu, z którego pan Diderik zerwał darń, ukazało się jakieś rzeźbione drewno, 

sczerniałe od ognia, ale bardzo dobrze zachowane w bagiennym  podłożu. Diderik zerwał 

jeszcze jeden kawałek darni.

- W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego! - wykrztusił pastor. - To przecież posążek 

bożka! Porąbany i w kawałkach, ale najprawdziwszy. To jakiś pogański ołtarz!

- A więc legenda mówi prawdę - szepnął Diderik. Teraz on zbladł z wrażenia. - W 

każdym razie jeśli chodzi o historyczne fakty. Opowieści o duchach pojawiły się później i nie 

mają nic wspólnego z rzeczywistością.

Widok   pogańskiego   bożka   przywrócił   im   zdolność   trzeźwego   myślenia.   Widzieli, 

oczywiście,   że   posążek   przedstawia   Freya.   Niezdarnie   wyrzeźbione   rysy   twarzy   nic   nie 

mówiły, nie miały zresztą żadnego znaczenia, poza tym tak były nadgryzione zębem czasu, że 

mogłyby przedstawiać wszystko jedno kogo, ale wśród resztek i części, które leżały przed 

nimi w jasnym świetle dnia, znajdował się też członek, który nie mógł należeć do żadnego 

background image

innego boga, jedynie do boga płodności. Z grymasem niechęci pan Natan odwrócił głowę.

Diderik Swerd nie był aż tak wrażliwy. Chichotał obleśnie, wziął osławiony członek 

bożka do ręki i oglądał go dokładnie.

- To dopiero posag! - mruczał pod nosem.

Pan Natan zwrócił się do niego gwałtownie:

- Proszę tego nie dotykać! Lepi się do tego wszelkie najgorsze paskudztwo. To jest 

przeklęte, czy pan nie rozumie?

Diderik natychmiast odrzucił od siebie kawałek drewna, jakby się oparzył. Ruszyli z 

powrotem tą samą drogą, którą przyszli. Żaden nie pojmował, jak to się stało, że aż tak ulegli 

niesamowitemu nastrojowi tego miejsca.

Milczenie przerwał Natan.

- Powinienem był  odmówić modlitwy i pobłogosławić miejsce, resztki przeklętego 

ołtarza i to, co kiedyś było samym jądrem pogaństwa. Ale jest tak, jak pan mówi, panie 

Diderik: nie mamy czasu do stracenia! Musimy jechać dalej, bo niedługo się ściemni!

Diderik zgadzał się z nim z całego serca.

- I ta nieszczęsna kobieta powinna jeszcze dzisiaj wrócić do domu.

- Oczywiście!

Brodzili przez bagno po kolana w wodzie. Szli w milczeniu, żaden nie chciał głośno 

wypowiedzieć tego, o czym obaj myśleli, podejrzenia, a szczerze mówiąc pewności, w jakim 

to mianowicie miejscu się znaleźli.

Starannie unikali patrzenia na siebie nawzajem. Nie chcieli ujawniać niepokoju, który 

obu dręczył. Chcieli się od niego uwolnić.

Andre odetchnął głęboko. Uświadomił sobie teraz, że od bardzo dawna wstrzymuje 

oddech. Zapomniał właściwie, po co czyta tę opowieść, zastanawiał się tylko, czy podróżni 

dotarli nad jeziorko w Vargaby.

Tak,   to   było   to   jeziorko!   Kiedy   stwierdził,   że   rozumował   właściwie,   odczuł 

zadowolenie.

Całe Trondheim pogrążone było w nocnej ciszy. Andre rozebrał się i położył do łóżka, 

nie mógł przecież całą noc tak leżeć w ubraniu na pościeli.

Spojrzał na zegarek. Ponieważ odczytywanie rękopisu zajmowało dużo czasu, zeszło 

mu na tym wiele godzin. Ale nie chciał jeszcze się poddać, chciał się przekonać, dlaczego 

Vanja i Benedikte tak bardzo chciały, żeby przeczytał ten manuskrypt.

Coś musi się za tym kryć. Andre po prostu płonął z ciekawości.

background image

ROZDZIAŁ V

- Powinni już być z powrotem - powiedziała Barbro i skuliła się obejmując rękami 

kolana.

Havgrim spoglądał ze współczuciem na jej wychudłe ramiona i całą kaleką sylwetkę. 

Życie w biedzie i niedostatku, ciężka praca i samotność, wszystko to odbiło się fatalnie na jej 

organizmie.

Uniósł głowę.

- Posłuchaj! Tym razem to nie ptak. Ale też i nie nasi panowie.

- Masz rację - zgodziła się Barbro po chwili nasłuchiwania. - To jakieś dziewczyny 

przywołujące kozy i owce. Tak, kozy. Poznaję po sposobie, w jaki to robią. Trzeba panu 

wiedzieć, że jest różnica w przywoływaniu kóz i owiec.

Havgrim kiwał głową.

- Nie spodziewałem się, że spotkamy tu ludzi - mruknął.

- Naprawdę? - zapytała Barbro i spojrzała mu w oczy. - W ciągu ostatniej godziny też 

nie?

Głęboko wciągnął powietrze.

- Trudno zaprzeczać, wiemy przecież oboje, gdzie się znajdujemy, prawda?

- Oczywiście, ale proszę się nie bać. >>One<< nigdy mi nic złego nie zrobiły.  A 

mieszkańcy osady to gościnni, pracowici chłopi. Muchy by nie skrzywdzili.

- Powiadasz, że tobie >>one<< nic złego nigdy nie zrobiły, ale ty jesteś bezbronną 

kobietą o czystym sumieniu. My jednak jesteśmy mężczyznami. Co z nami się stanie?

Wzruszyła ramionami.

- Myślę, że nic. Nie trzeba wierzyć w przesądy i gusła. To tylko takie gadanie, nic 

więcej. Historie, żeby straszyć łatwowiernych.

Mówiła tak, jakby chciała przekonać samą siebie.

Nawoływania przybliżały się. Słyszeli czyste młode głosy,  cudownie rzeczywiste i 

ziemskie w tej ponurej i przerażającej atmosferze.

- Idą w naszą stronę - stwierdził Havgrim.

W   lesie   na   zboczu   można   było   widzieć   białe   nieduże   plamy,   turlały   się   niczym 

koraliki w dół po kamienistym zboczu. Kozy popędzane przez dwie młode dziewczyny.

Jednocześnie po przeciwnej stronie wyłoniło się z lasu dwóch mężczyzn. Na widok 

kóz i dziewcząt stanęli jak wryci.

Pasterki stanęły także. Spoglądały na obcych, zebranych w dole na polance, ujęły się 

background image

za ręce, jakby chciały dodać sobie nawzajem odwagi, i nie spuszczały wzroku z przybyszów.

- A niech mnie d... - zaczął Diderik, ale przypomniał sobie o obecności duchownego i 

zamilkł. - Tamta, z oczyma jak gwiazdy... To prawdziwe zjawisko!

Miał na myśli  Kjerstin, tę nieśmiałą i spokojną. W jego oczach pojawił się błysk 

podniecenia i zadowolenia zarazem, który Havgrim pojmował bezbłędnie.

Usłyszeli głębsze tony dzwonków i z lasu wyłoniło się stado krów, a za nimi jeszcze 

jedna dziewczyna. Ona także była niezwykle pociągająca.

-   Wygląda   na   to,   że   w   Vargaby   nadal   mają   bardzo   ładne   dziewice   -   powiedział 

Diderik, bo nikt już nie żywił wątpliwości, gdzie się znaleźli.

Słysząc jego słowa pan Natan drgnął i jakby się skulił. Diderik pojął, że wyraził się 

niewłaściwie. Ale wszystkie trzy panny były bez wątpienia z tego świata. Policzki miały 

zarumienione od biegania po lesie, we włosach sosnowe szpilki, a przyspieszone oddechy i 

onieśmielenie dodawały im wdzięku. Naprawdę przyjemnie było na nie patrzeć.

Minęło   sporo   czasu,   zanim   padły   pierwsze   słowa.   Ten,   który   miał   najwięcej 

doświadczenia   w   uwodzicielskim   gadaniu,   zajęty   był   teraz   obserwowaniem   trzech 

nieznajomych. Oczywiście od pierwszej chwili wiedział, którą wybierze na początek, ale i 

dwie pozostałe zasługiwały na uwagę. Na przykład ta z opadającą na czoło grzywką, jasnymi 

warkoczami,   z   tym   rozmarzonym,   tęsknym   spojrzeniem...   Stanowiła   z   pewnością   łatwą 

zdobycz. Albo tamta wysoka, taka dumna! Wyglądała na najmłodszą, lecz odważnie patrzyła 

obcym w oczy. Tę najtrudniej byłoby sobie podporządkować. Ale Diderik znał się na rzeczy i 

takie zadanie  go bawiło. Dlaczego mieliby na złamanie karku pędzić  do Harjedalen i do 

Norwegii? Dlaczego by nie zostać tu jakiś czas i nie wziąć tego, co samo wchodzi w ręce?

Kajsa czuła, że kręci jej się w głowie, kiedy tak stała i przyglądała się obcym. Ludzie 

tutaj?   W   jej   lesie?   Jakaś   stara   kobieta,   kapłan,   poznawała   to   po   kołnierzyku   i   czarnym 

płaszczu, pastor kościoła w Alvdal też się tak ubierał. I jeszcze jacyś dwaj panowie, obaj dość 

młodzi. Jeden sprawiał wrażenie człowieka obdarzonego poczuciem humoru, w jego oczach 

pojawiały się wesołe błyski, bardzo przystojny mężczyzna o jasnych włosach i brodzie. Drugi 

natomiast, jeszcze młodszy, budził w niej lęk. Miała wrażenie, że stara się ukryć swoje myśli i 

uczucia pod kamiennym wyrazem twarzy. Jakiż był urodziwy, z tymi czarnymi włosami przy 

jasnych oczach! Chociaż, prawdę powiedziawszy, wydawał jej się okropnie nieprzystępny!

Drobna   starsza   kobiecina   wyglądała   sympatycznie.   Obcy   mieli   aż   trzy   konie. 

Pomyśleć, że ktoś może być taki bogaty!

Czy powinna zawrócić i uciec w las? Zabrać ze sobą swoje towarzyszki i biec co tchu 

do domu? Z trudem się opanowywała, bo nogi drżały w przemożnej chęci ucieczki. Czuła, że 

background image

dzieje się coś niebezpiecznego,  nie mogły tak tutaj stać wszystkie  trzy.  Coś trudnego do 

określenia zatrzymywało ją w miejscu, a jednocześnie serce przepełniał jakiś nowy, nie znany 

dotychczas lęk.

Chociaż, czy taki całkiem nowy i nie znany? To był ten sam lęk, który odczuwała od 

samego rana. Że las jest zaczarowany. Że wszystko stało się inne i przerażające.

Zdawało jej się, że stoją tak i patrzą na siebie od niepamiętnych  czasów, choć w 

rzeczywistości minęła co najwyżej minuta, aż Kjerstin przerażona krzyknęła i zaczęła uciekać 

co   sił   w   nogach.   Widok   obcych   był   czymś   strasznym   dla   dziewczyny,   która   nigdy   nie 

odważyła się nawet pójść do kościoła w Alvdalen i która nigdy nie widziała niczego poza 

Vargaby i bezkresnymi lasami wokół osady. Natrętne, niedwuznaczne spojrzenia Diderika 

Swerda   przerażały   ją   śmiertelnie.   Nie   rozumiała   ich,   wiedziała   jedynie,   że   są   bardzo 

niebezpieczne.

Jej zachowanie sprawiło, że również Kajsa rzuciła się do ucieczki. Nie zastanawiając 

się nad tym, co robi, pomknęła w dół po zboczu niczym ścigane zwierzę.

- Hej, zaczekajcie! - krzyknął za nimi władczy męski głos. One jednak uznały, że głos 

ten brzmi groźnie, i uciekały jeszcze szybciej.

Britta stała niezdecydowana.

-   Sami   do   tego   doprowadziliście!   -   powiedziała   z   naganą   do   ludzi   stojących   na 

polanie. - Dopilnujcie tu moich bydląt, to ja spróbuję sprowadzić dziewczyny z powrotem.

I ona także zniknęła we mgle, która coraz szczelniej otulała ziemię.

- Cóż za dialekt! - zawołał Diderik. - Mimo wszystko można zrozumieć. Chodźcie, 

moi panowie. Musimy uspokoić te biedaczki.

Wskoczył na konia, pastor poszedł za jego przykładem. Havgrim wahał się.

-   Idź   i   ty   -   powiedziała   Barbro.   -   Dziewczęta   będą   potrzebowały   wsparcia 

przyzwoitego człowieka.

-   Pan   Natan   przecież   pojechał.   A   poza   tym   czy   mogę   cię   tu   zostawić   samą   ze 

zwierzętami?

- Myślę, że wszystkie drapieżniki rozpierzchły się przerażone - odparła. - Pospiesz się, 

będziesz im potrzebny.

Skinął głową i wskoczył na siodło.

Barbro   patrzyła   w   ślad   za   nim,   ale   wkrótce   i   on   zniknął   we   mgle.   Kobieta   z 

rozgoryczeniem potrząsała głową. Powinnaś byłaś siedzieć w domu, Barbro! Ty, która tyle 

wiesz o starym podaniu. I która znasz jego dalszy ciąg. Powinnaś być mądrzejsza!

Wyprostowała swoje zgarbione plecy. I jeżeli się za bardzo nie mylę, myślała, to jest 

background image

tu ktoś jeszcze, kto zna dalszy ciąg...

W gęstej mgle trzej mężczyźni rozeszli się na różne strony.

Diderik  Swerd  prowadził   konia  w górę  po zboczu,   ale  nie  widział   żadnego  śladu 

dziewcząt. Niech to diabli, one znają ten las na wylot. Ale znajdzie je, nie da za wygraną! 

Chciał   je   zobaczyć!   Przede   wszystkim   tę   niesłychanie   piękną,   która   uciekła   pierwsza. 

Spłoszona jak łania. I tamtą małą z tańczącymi warkoczami także...

Po chwili wstrzymał konia. Zobaczył coś przed sobą. Coś się poruszało. Zatrzymał się 

i wytężył słuch.

Znajdował   się   w   niewielkiej   kotlinie,   reniferowy   mech   porastał   tu   zbocza   i   pnie 

rzadko rosnących, prostych sosen. Mgła, a może to nisko wiszące chmury, przepływała nad 

ziemią, tworząc dziwne, czasami wręcz niesamowite formacje pomiędzy sosnami.

Coś tam chyba jest... Tam, na prawo od niego, otulone zasłoną mgły tak szczelnie, że 

nie mógł rozróżnić, co to. Zwierzęta? Ludzkie istoty? Dziewczęta?

Nie, dziewczęta nie były ubrane tak jak te dziwne, trudne do określenia cienie. Ich 

proste sukienki były kolorowe, nosiły też pasiaste fartuchy i barwne chusty na ramionach.

Ten   czy  też   ci,   którzy   ukrywali   się   przed   nim,   musieli   mieć   na   sobie   odzienie   z 

brązowych lub szarych skór, włosy powiewały na wietrze...

A może się po prostu mylił? Potrząsnął głową, by odzyskać ostrość wzroku. Obraz 

zniknął. Widocznie powykrzywiane drzewa sprawiły, że coś mu się przywidziało.

Wielki nur odezwał się znowu. Czyżby Diderik znajdował się w pobliżu jeziora? Nie, 

to niemożliwe. Jezioro jest dokładnie w odwrotnym kierunku. I wtedy znowu głos zawołał 

kogoś po imieniu. Diderik westchnął. Jeśli to nur, pomyślał, to może i ja jestem ptakiem. 

Założyłbym się o własną duszę, że to głos kobiecy. >>Vret Joooar!<< niosło się po lesie.

Nagle   rozległ   się   głuchy   dźwięk,   jakby   coś   ciężkiego   spadło   z   łoskotem,   ale   tak 

głośno, że i Diderik, i koń drgnęli przestraszeni. Tym razem to na pewno był ptak, ale jego 

krzyk brzmiał jak złowieszczy chichot.

Potem znowu zaległa cisza.

A jednak daleko we mgle coś się poruszało i z głębi lasu znowu nadeszło to żałosne 

wołanie jak jakieś nierzeczywiste, pozaziemskie echo.

Żeby tak pan Natan tutaj był!

Nie zastanawiając się Diderik zawrócił konia i pognał na łeb na szyję do miejsca 

spotkania.

Pan Natan już wrócił. Był blady, usta zaciskał tak, że została tylko cienka kreska, i nie 

chciał nic powiedzieć.

background image

To Havgrim odnalazł dziewczęta. Dwie młodsze starały się uspokoić Kjerstin, która 

siedziała skulona na mchu i szlochała rozpaczliwie. Kiedy Havgrim nadjechał, próbowała 

uciec, ale przyjaciółki ją powstrzymały.

Zeskoczył z konia.

- Nie bójcie się, nie chcemy zrobić wam nic złego - rzekł krótko, a w jego oczach nie 

było   wrogości.   Wrogości   chyba   w   nich   nigdy   nie   było,   czasami   stawały   się   tylko 

nieprzeniknione, żeby nikt nie mógł dostrzec, co dzieje się w duszy Havgrima. - Chodźcie 

teraz ze mną na polanę, inni tam na nas czekają i tam też są wasze zwierzęta - przekonywał. - 

Panienka, która wygląda na bardzo zmęczoną, może jechać w siodle. Ja konia poprowadzę za 

uzdę.

Kjerstin przyjrzała mu się zapłakanymi oczyma i uznała, że można mu zaufać. Pomógł 

jej dosiąść konia i wszyscy czworo mogli jechać. To znaczy jechała tylko Kjerstin; Kajsa i 

Britta rywalizowały o to, która pójdzie bliżej Havgrima, bo obie poczuły do niego sympatię.

-   Naprawdę,   nie   jesteśmy   takie   głupie,   jak   to   może   mogło   wynikać   z   naszego 

zachowania - tłumaczyła Britta trochę niepewnie. - Ale dzisiaj wszystko jest takie dziwne. 

Sama się wystraszyłam!

Co miało chyba oznaczać, że na ogół Britta nie należy do tych, co boją się ciemności 

lub obcych podróżnych.

- Rozumiem, co masz na myśli - rzekł Havgrim swoim głębokim głosem. - O tym 

samym rozmawialiśmy jadąc przez las.

- No właśnie, nam się zdawało, że nie jesteśmy same w lesie. Okazuje się, że nie 

byłyśmy - zakończyła z chichotem.

Havgrim uśmiechnął się pod nosem. Kajsa nie mówiła nic. Starała się nadążać za 

Havgrimem, z przyjemnością patrzyła na jego duże buty obok swoich małych stóp. Od czasu 

do czasu spoglądała na niego nieśmiało i kilka razy stwierdziła, że i on przygląda jej się z 

uwagą.

- Czy myśmy się już kiedyś nie spotkali? - zapytał w końcu, gdy Britta na chwilę 

umilkła.

- No, jeśli pan był w kościele w Alvdalen w ostatnie Boże Narodzenie, to mogliśmy 

się widzieć - odparła Kajsa.

- To dziwne! Zdawało mi się, jakby... Jakby...

- Mnie też - potwierdziła spokojnie.

Kajsa   zastanawiała   się,   czy   mówiłby   to   samo,   gdyby   wiedział,   co   ona   chciała 

powiedzieć: >>Zdawało mi się, jakbym znalazła się... w domu!<<

background image

Przyglądała się jego ręce wspierającej Kjerstin. A Kjerstin patrzyła w dół na niego 

swoimi   wielkimi,   zdziwionymi   i   jakby   wygłodniałymi   oczyma   i   nagle   Kajsa   doznała 

dziwnego, dotychczas jej nie znanego uczucia: To była piekąca zazdrość!

Zazdrość to uczucie bardzo złożone, może zawierać w sobie wiele bardzo różnych 

doznań.   Smutek,   skrępowanie,   wściekłość,   nikczemność,   zranioną   dumę,   żądzę   władzy, 

gniew, pragnienie zemsty... Można wymieniać jeszcze długo, od wielkiej szlachetności aż do 

największej podłości.

W sercu Kajsy zazdrość dopiero kiełkowała, bo przecież znała tego mężczyznę ledwie 

kilkadziesiąt minut, natomiast Kjerstin znała przez całe swoje życie. Dlatego bardzo szybko 

zdołała stłumić w sobie paskudne uczucia i niemal przebaczyć Kjerstin tę radość, że może 

siedzieć w siodle i czuć dotyk dłoni Havgrima na swojej ręce.

Britcie usta się nie zamykały, jakby chciała zaimponować obcemu tym nieprzerwanym 

potokiem słów. Mówiła, że goście muszą pojechać z nimi do wsi, do rodziców, przywitać się. 

O bardzo dziś brzydkiej pogodzie i o tym, jak pięknie tu zazwyczaj bywa. Wcisnęła się teraz 

pomiędzy Kajsę i Havgrima, lecz Kajsie to nie przeszkadzało. Była głęboko przejęta tym 

spotkaniem, lecz spokojna, jeśli taki paradoks w ogóle jest możliwy, cieszyła się, że on jest 

tuż   obok,   młody   mężczyzna   o   płonących,   melancholijnych   oczach   i   zmysłowych   ustach, 

mężczyzna o silnych rękach, podtrzymujących inną dziewczynę, który jednak od czasu do 

czasu spogląda na Kajsę, co wzrusza ją tak bardzo, że aż traci dech.

Wkrótce znaleźli się na polanie, gdzie oczekiwano ich z niepokojem, i Britta ukłoniła 

się głęboko panu Diderikowi, a później księdzu z piękną brodą. Kjerstin i Kajsa zrobiły to 

samo.

Jakie to wszystko dziwne, myślała Kajsa. To najmłodsza z nas trzech jest najbardziej 

śmiała i pewna siebie, a najstarsza jest też najbardziej nieśmiała. Ja znajduję się pośrodku. 

Jestem przeciętna.

Akurat teraz nie miała ochoty być przeciętną. Chciała być kimś, kto zwraca na siebie 

uwagę. Kto jest podziwiany i kogo się lubi. Nie była jednak ani taka śliczna jak Kjerstin, ani 

taka bystra jak Britta. Czy było w niej coś interesującego?

Bardzo wiele, ale miała jeszcze za mało lat, żeby zdawać sobie z tego sprawę.

Twarz eleganckiego pana rozjaśniła się w uśmiechu.

-   Witajcie,   moje   damy!   Jak   to   wspaniale,   że   panie   wróciły,   ponieważ   nie   bardzo 

wiemy, gdzieśmy się znaleźli. Poszliśmy złą drogą i zabłądziliśmy.

Zarówno Havgrim i Barbro, jak i duchowny zareagowali z irytacją na jego słowa. Czy 

naprawdę trzeba wspominać tę nieprzyjemną legendę?

background image

Pastor   popatrzył   surowo   na   dziewczęta   i   zapytał,   czy   zostały   ochrzczone   w   imię 

Chrystusa. Kajsa nie była tego taka pewna, lecz Britta odparła z przekonaniem, że owszem, 

wszystkie trzy są ochrzczone.

Tylko że Britta często mówiła to, co właśnie wydawało jej się wygodne!

Kajsa zwróciła uwagę na jej niemal agresywny ton, kiedy rozmawiała z duchownym. 

Jakby   nie   mogła   go   znieść.   A   i   pastor   zaciskał   gniewnie   wargi   i   przyglądał   jej   się 

nieprzychylnym wzrokiem.

Kjerstin   natomiast   jak   zauroczona   wpatrywała   się   w   pełnego   godności   Diderika. 

Możesz   sobie   na   niego   patrzeć,   pomyślała   Kajsa   ze   złością,   ale   nie   musisz   już   trzymać 

>>mojego<<  gościa za rękę, to już naprawdę nie jest potrzebne. Wszystkich  byś  chciała 

zagarnąć dla siebie czy jak?

Kajsa   zdała   sobie   sprawę,   że   jest   w   bardzo   nieprzyjemnym   nastroju.   Odczuwała 

gwałtowną awersję do dwóch pozostałych mężczyzn, do duchownego i tego wyniosłego pana, 

choć było to całkowicie bezpodstawne. Naprawdę najzupełniej bezpodstawne!

Britta powtórzyła propozycję, by podróżni wstąpili do wsi, zrobiło się bowiem późne 

popołudnie i do wieczora i tak już by daleko nie zajechali. Niedawno niedźwiedź napadł na 

starego człowieka, kilka mil na północ od osady, i tylko cudem człowiek ów uszedł z życiem.

Diderik pospiesznie wymienił spojrzenia ze swoimi towarzyszami podróży i dziękując 

przyjął zaproszenie. Nawet stara Barbro sprawiała wrażenie, że takie rozwiązanie przyjmuje z 

ulgą. W ten sposób uniknie spotkania z Ćmokiem. A poza tym ona nigdy się Vargaby nie 

bała.

Kiedy szli długim rzędem przez las, najpierw dziewczęta, potem jeźdźcy, a na końcu 

zwierzęta, Kajsa znowu wyobraziła sobie, że coś wokół nich krąży, coś, czego nie powinno 

być.   Pośród ukrytych   we  mgle  koron  drzew  rozlegało  się  głuche,   żałosne  zawodzenie,   a 

porośnięty mchem stok zdawał się drżeć pod ciężarem końskich kopyt, ziemia uginała się i po 

chwili powracała do dawnego położenia. Ona sama była przyjemnie podniecona na myśl o 

tym, że za jej plecami jedzie mężczyzna, który zaproponował jej, żeby usiadła przed nim na 

koniu, a któremu ona z niewiadomego powodu odmówiła.

Las się skończył i wyszli na niebywale piękną, rozległą polanę, porośniętą trawą i 

usianą   mnóstwem   kwiatów,   które   teraz   pochylały   główki   w   wilgotnym   powietrzu.   Przed 

oczyma podróżnych rozciągał się widok na Vargaby, rozłożoną na niewielkich wzgórzach 

starą osadę. Małe domki tuliły się do siebie. Kajsa żałowała, że goście nie widzą tego w 

słonecznym   blasku,   bo   była   bardzo   dumna   ze   swojej   rodzinnej   wsi.   Uważała,   że 

piękniejszego miejsca nie ma na ziemi. I chociaż Kajsa nie widziała nic więcej oprócz Rot i 

background image

Alvdalen,   chyba   miała   rację.   Vargaby   było   niewypowiedzianie   pięknym   miejscem, 

prawdziwą osadą z baśni.

Podróżni zatrzymali wierzchowce.

- Bóg mi świadkiem, żem się tego nie spodziewał - szepnął Diderik.

Uszczęśliwiona   Kajsa   usłyszała   w   jego   głosie   szczery   zachwyt,   serce   zabiło   jej 

radośnie,   a   oczy   promieniały.   Dopóki   nie   napotkała   zamyślonego   spojrzenia   Havgrima. 

Wtedy spuściła wzrok. Nie odjeżdżaj, prosiła w duchu. Zostań tutaj, nadaj mojemu życiu treść 

i sens! Przecież nawet nie zdążymy się lepiej nawzajem poznać. Jak tu będzie po waszym 

odjeździe? Sto razy bardziej pusto niż dotychczas!

To była nieznośna myśl.

Miała wrażenie, że wszystkie nieszczęścia świata nagle zwaliły się jej na ramiona.

Kiedy zdumienie i zaskoczenie mieszkańców wsi na widok obcych ustąpiło, gości 

zaproszono   na   posiłek   złożony   z   zimnego   zsiadłego   mleka   i   żytnich   podpłomyków   ze 

złociście żółtym masłem i kozim serem. Kjerstin stała onieśmielona we drzwiach ojcowskiej 

izby, w której wokół stołu zasiedli przybysze. To właśnie jej ojciec był teraz starszym w 

Vargaby, od czasu kiedy jego poprzednika zabrała zaraza.

Diderik rozkoszował się ciepłem izby i odpoczywał. A zatem jest was tak niewielu, 

myślał. Garść zaledwie. Ale za to jakie tu macie panny! Te trzy, które spotkaliśmy w lesie.

Pragnienie uwodzenia dziewic odezwało się w nim z całą siłą. Zbyt wiele markietanek 

i zbyt wiele chętnych, zanadto jak na niego doświadczonych służących spotykał w ostatnich 

czasach. Teraz znowu trafia mu się coś całkiem nietkniętego!

Posłał   Kjerstin   spojrzenie,   którego   żadna   z   zebranych   w   izbie   kobiet   nie   mogła 

zrozumieć niewłaściwie. Kjerstin jednak była całkowicie niedoświadczona, przyjmowała jego 

zainteresowanie  z pokorą i oddaniem.  I jeśli za czymś  tęskniła w swojej dotychczasowej 

samotności, to właśnie za takim spojrzeniem mężczyzny. Zarumieniona ze wstydu i radości 

wybiegła z domu. Kajsa i Britta wymieniły pełne niepokoju spojrzenia.

Diderik zwrócił się do gospodarza domu:

- Prawdziwie piękna wieś, to Vargaby.

Ojciec Kjerstin odparł:

- Zmagamy się z lasem. To wieczna walka. Nieustannie, podstępnie las podpełza w 

stronę osady. Gdybyśmy się nie bronili, wkrótce pochłonąłby całą wieś.

Kjerstin wróciła i ponownie stanęła na progu.

- Wasz koń okulał, mój panie - zwrócił uwagę gospodarz.

- Tak, zauważyłem - potwierdził Diderik. - Myślę, że dobrze by mu zrobiła chwila 

background image

odpoczynku.

Wzrok gościa nieustannie krążył wokół postaci Kjerstin.

- Pustych domów u nas pod dostatkiem. Możecie zostać tu przez parę dni.

- Nie mówimy nie - odparł Diderik. W jego oczach pojawił się jakiś szelmowski błysk. 

- Skorzystamy z okazji. Ostrzegano nas przed dziewicami z Vargaby, ja jednak uważam, że są 

one niebywale pociągające.

Twarz gospodarza pociemniała.

-   Ach,   tak,   ta   legenda   przyczyniła   nam   wiele   szkody.   To   takie   niesprawiedliwe! 

Jesteśmy zwyczajnymi, pracowitymi chłopami i nikomu nie życzymy źle. Ale ludzie unikają 

nas jak zarazy. Naprawdę bez powodu!

Diderik   pojął,   że   zachował   się   nietaktownie,   i   próbował   to   jakoś   załagodzić, 

rozpływając się w pochwałach i zachwytach, czym jeszcze pogarszał sprawę.

Przerwał mu pastor.

- Skoro już mowa o tym, co uchodzi - powiedział cierpko - to nie zauważyłem u was 

domu Bożego. Jak to jest?

- Nie możecie żądać, panie Natanie, by ta garstka ludzi zbudowała sobie kościół - 

wtrącił Diderik.

- Pan Natan? - powtórzył ojciec Kjerstin zdumiony. - To nadzwyczajne! To wasze 

prawdziwe imię, ojcze duchowny?

- Co w tym takiego nadzwyczajnego? - warknął pastor.

- Ów apostoł, który w swoim czasie przybył do Vargaby i położył kres ofiarom z 

dziewic, ale później spalił wieś, też miał na imię Natan albo Natael.

- Coś takiego! - zachichotał Diderik szyderczo.

- Ten przypadek nietrudno wytłumaczyć - uciął duchowny cierpko. - Natan był tak 

wielkim sługą Bożym, że wszyscy chcielibyśmy go naśladować. Jednakże ja mam wam do 

powiedzenia   co   innego.   Mieszkańcy   wsi   powinni   wysłuchać   słowa   Bożego.   Tedy,   skoro 

wszyscy są zebrani, wygłoszę krótkie kazanie.

- Będziemy wam wdzięczni, panie.

Kajsa siedziała z bólem w sercu. Jej ciemnowłosy przybysz zbyt jawnie i zbyt często 

wodził oczyma za Kjerstin wciąż stojącą przy drzwiach. No pewnie, czyż mogłam oczekiwać 

czego innego, myślała rozgoryczona. Kjerstin jest przecież taka piękna. A poza tym miła i 

dobra, i jest też starsza ode mnie. Ona zasługuje na najlepszego.

Czasami naprawdę trudno jest być szlachetnym.

Britta i ona pobiegły na wieś zawołać wszystkich, którzy jeszcze siedzieli w swoich 

background image

domach   i   spoza   firanek   wypatrywali   niebezpiecznych   przybyszów.   W   drodze   powrotnej 

dziewczęta natknęły się na Havgrima, który wyszedł odetchnąć świeżym powietrzem. Wtedy 

Kajsa pomyślała, że chciał je spotkać, i serce zabiło jej jak szalone, a w głowie poczuła szum.

Britta przystanęła wyczekująco.

-   Czy   mogłybyście   być   tak   dobre   i   mieć   oko   na   waszą   przyjaciółkę?   -   poprosił 

pospiesznie cichym szeptem. - Mój chlebodawca i towarzysz podróży nie spuszcza z niej 

wzroku,   a   nie   cieszy   się   on   najlepszą   opinią.   Nie   chciałbym,   żeby   zrobił   krzywdę   tej 

biedaczce. Wy obie jesteście rozsądne i trzeźwo patrzycie na świat, musicie się zatroszczyć, 

żeby on nie sprowadził jej na manowce.

Kajsa poczuła, że świat wiruje wokół niej ze zdumienia. Rozsądne i trzeźwo patrzące 

na świat? Britta owszem, ale ona? Czy to miał być komplement, czy...? I o co mu chodziło z 

tą troską o Kjerstin? Czy miał na myśli tylko jej dobro, czy też może sam chciał ją zdobyć?

Przyrzekły obie mieć oczy i uszy otwarte; Britta z wyrazem stanowczości we wzroku, 

który mógł obiecywać wiele.

Pan Natan wygłosił kazanie, w którym aż buzował ogień piekielny, a przestraszonym 

mieszkańcom wsi zdawało się, że czują w powietrzu zapach siarki. Kajsa, która uważała, że 

proboszcz   kościoła   w   Alvdalen   jest   bardzo   surowym   kapłanem,   lecz   sprawiedliwym   i   z 

gruntu dobrym, była wstrząśnięta fanatyzmem pana Natana.

Co chciał osiągnąć tym krzykiem? Dlaczego ich tak bardzo nienawidzi?

Vargaby   jest   przeklęte,   grzmiał   kapłan.   Jego   mieszkańcy   to   szatański   pomiot   i 

pachołkowie pogańskich bożków. Bo czyż sam nie widział nad jeziorem figury Freya? Czyż 

demony nie wabiły go w głąb lasu?  Rozpalał  się coraz  bardziej  i bardziej, i mimo  woli 

ujawniał,   co   go   spotkało   po   drodze.   Jakieś   mgliste   postacie,   na   wpół   widoczne,   chciały 

porwać jego duszę, był jednak dla nich zbyt silny i za bardzo bogobojny! Kobiecy demon z 

potarganymi włosami i w pospolitej sukni leżał na ziemi, a na ciele widoczne były ślady cięć 

mieczem. Omam. Szatański omam! Przesądni, wierzący w gusła ludzie w Alvdalen chcieli 

mu wmówić, że setki lat temu pewien apostoł zamordował tam czarownicę. Bez wątpienia 

widzenie zesłał sam diabeł, by wciągnąć go w swoje sieci; diabeł chciał, by ksiądz uwierzył w 

to, co widzi, i w swoim ogromnym miłosierdziu próbował pomóc nieszczęsnej kobiecie, a 

tym samym  znalazł się we władaniu Szatana. Pan Natan jednak przejrzał ich wszystkich. 

Uniósł w górę srebrny krzyż, wypowiedział stosowne zaklęcia i widzenie zniknęło.

- My nigdy niczego nie widzieliśmy - rozległ się czysty głos Britty.

-   Zamilcz,   dziewczyno!   -   upomniał   ją   szeptem   ojciec   Kjerstin.   -   Nie   podawaj   w 

wątpliwość słów kapłana!

background image

-   Ale   my   przecież   naprawdę   nigdy   niczego   nie   widzieliśmy!   On   nie   ma   prawa 

niszczyć naszego lasu tylko dlatego, że sam boi się ciemności!

Britta była jedną z tych kobiet, które zaszłyby daleko, gdyby mogły studiować. Ale 

nawet nie znała takiego słowa, cóż dopiero mówić o nauce!

Pastor wpatrywał się w nią wytrzeszczonymi oczyma.

- Nigdyście tu nie widzieli tego ohydztwa, które was otacza, bo sami jesteście częścią 

zła. Powinienem postąpić tak, jak należy w takich okolicznościach, i spalić gniazdo zepsucia.

- Znalazł się już taki, który kiedyś tak właśnie zrobił - odcięła się Britta. - To był zły 

postępek, z niego płynie wszelkie zło, które wy, obcy, tu dostrzegacie.

Kajsa słyszała w jej głosie powstrzymywany płacz. Była wstrząśnięta odwagą Britty, a 

jednocześnie podziwiała przyjaciółkę.

Pan Natan uniósł rękę, jakby chciał uderzyć dziewczynę albo rzucić na nią klątwę, 

zaraz się jednak rozmyślił i zaczął grzmieć na wszystkich zebranych:

-   Ukorzcie   się!   Ukorzcie   się   wszyscy,   powiadam   wam!   Albowiem   w   dzień   sądu 

znajdziecie się wśród przeklętych. Karząca ręka Pana zepchnie was w ogień piekielny!

Jakaś stara kobieta zaczęła płakać.

Britta wstała i poszła do drzwi.

-   Jeśli   w   ten   sposób   prowadzicie   dusze   do   Pana,   to   musi   on   mieć   ich   niewiele. 

Proboszcz w Alvdalen mówi, że Pan jest miłością i wybaczeniem. Wy zaś, panie Natan, 

rozkoszujecie się własnymi słowami i władzą, jaką macie nad nami. Bóg Ojciec wcale was 

nie obchodzi.

- Dziwka! - rzekł pan Natan, a jego przerażający głos brzmiał lodowato. Przemawiał 

stanowczo, ale spokojnie, jak zawsze, kiedy zwracał się do grzeszników. - Wracaj na swoje 

miejsce!

Britta nie zamierzała posłuchać.

- Ja w was nie wierzę! Ja wierzę w Boga.

- Ja jestem Bogiem!

Teraz dziewczyna zaczęła się powoli odwracać. Patrzyła duchownemu w oczy.

- Właśnie słyszę - powiedziała szyderczo i wyszła z chaty.

Pan Natan był pąsowy na twarzy.

- To znaczy, chciałem powiedzieć, że jestem jego zastępcą na ziemi! - krzyknął, ale 

Britty już nie było.

Duchowny stracił panowanie nad sobą i wybiegł za nią na podwórze.

-  Natychmiast   wrócisz  do  izby,   ukorzysz   się i  publicznie  będziesz   mnie  błagać   o 

background image

przebaczenie! Bo jak nie, to wyklnę cię, przepędzę z kościoła, ty... czarownico!

Britta spoglądała na niego spokojnie, choć płacz dławił ją w gardle.

- A nie chcielibyście zabić czarownicy? Raz już się tak stało, można to powtórzyć!

Wtedy   pan   Natan   się   opanował.   Legenda!   Ręce   mu   dygotały,   kiedy   je   bezradnie 

opuścił.   Wrócił   do   izby   i   teraz   przemawiał   już   nieco   bardziej   umiarkowanym   tonem. 

Postępował,   rzecz   jasna,   niekonsekwentnie,   bo   wszystkie   te   wydarzenia   wytrąciły   go   z 

równowagi, ale słuchający wierni woleli go takim.

Gdy kazanie dobiegło końca, ludzie się rozeszli. Dziewczęta odprowadziły gości do 

dobrze utrzymanego drewnianego domu, który stał pusty. Barbro miała tam spać w alkierzu, a 

mężczyźni w dużej izbie.

Mgła nad łąkami zgęstniała, widać to było wyraźnie, kiedy tak szli pomiędzy domami 

w mistycznym,  przytłumionym blasku letniego wieczoru. Kajsa czuła się rozbita. Kjerstin 

była taka śliczna, Britta miała taką silną osobowość. Kajsa kompletnie ginęła na tle tych dwu. 

Chciała głośno krzyczeć w beznadziejnej desperacji: >>Ja istnieję! Spójrz na mnie! Niczego 

nie potrafię, nie ma we mnie niczego interesującego, ale jestem! Mam gorące serce, pełne 

współczucia i wyrozumiałości dla wszystkich żywych istot, i jest we mnie mnóstwo czułości i 

oddania, którym mogłabym cię obdarzyć!<<

To ostatnie jednak miały też obie kuzynki, i Kjerstin, i Britta.

Był to, oczywiście, jedynie przypadek, ale Havgrim przez jakiś czas szedł obok Kajsy. 

Żadne nie mówiło nic, lecz to nie miało znaczenia. Kajsa była tak przeniknięta czarownym 

nastrojem tego wieczoru, że z trudem chwytała oddech.

Trudno   powiedzieć,   jak   do   tego   doszło,   ale   w   pustym   budynku,   przyjemnie 

pachnącym starym drewnem i jałowcowymi gałązkami, wywiązała się bardzo interesująca 

rozmowa i dziewczęta zwlekały z powrotem do domu. Wszyscy rozsiedli się, gdzie kto mógł, 

po kolei   opowiadali  o  swoim  życiu.   Czegoś takiego  dziewczęta  nigdy nie  doświadczyły. 

Trwały w nie znanej im dotychczas egzaltacji, gotowe w każdej chwili wybuchnąć płaczem. Z 

oddali,   znad   jeziora   dochodził   krzyk   nura.   Dla   nich   to   było   normalne,   dziwiły   się   więc 

przerażeniu w oczach gości. Nur to przecież nie jest ptak, którego należałoby się bać!

Kajet wysunął się z ręki Andre, leżącego w hotelowym łóżku w Trondheim. W ciągu 

ostatnich kilkunastu minut powieki opadały mu ciężko na oczy i musiał się boleśnie szczypać, 

by nie zasnąć. Teraz nie był już w stanie dłużej walczyć ze snem. Musiał odłożyć rękopis i 

zgasić lampę. Przedtem jednak spojrzał na zegarek. Czwarta rano! A przecież w ciągu dnia 

czeka na niego tyle spraw!

Wciąż jeszcze nie pojmował, co wspólnego z Ludźmi Lodu ma opowieść o dziewicach 

background image

z   Vargaby.   Gdyby   jednak   był   w   stanie   przeczytać   jeszcze   jedną   jedyną   stroniczkę, 

dowiedziałby się, co ich łączy. A przynajmniej mógłby się domyślać, o co w tym wszystkim 

chodziło.

background image

ROZDZIAŁ VI

Andre   obudził   się   wcześnie.   Miał   wrażenie,   że   jego   ciało   samo   nakłania   go   do 

aktywności, jakby mówiło: Dość już tego spania, musisz przeczytać do końca manuskrypt, 

zanim podejmiesz badania zakrojone na szerszą skalę.

Ponieważ pozostawało jeszcze sporo czasu do śniadania, ubrał się i usiadł wygodnie w 

fotelu przy oknie. Z zewnątrz dochodził  rytmiczny stukot końskich kopyt  na kamiennym 

bruku, zgrzyt tramwajów i rozmowy robotników zamiatających trotuar. Poza tym panowała 

cisza, taka, jaką można odczuwać tylko o brzasku. Mgła była gęsta, Andre nie widział więc 

nic oprócz zarysu domów po drugiej stronie ulicy.

Otworzył zeszyt i powrócił do lektury. Musiał się cofnąć o kilka stronic, by zrozumieć 

dokładnie   to,   czego   w   nocy   jego   zmęczony   umysł   już   nie   przyjmował   do   wiadomości. 

Odszukał miejsce, w którym wczoraj stracił wątek.

Wszyscy odczuwali potrzebę mówienia. Jedynie pan Natan zachowywał milczenie. 

Usiadł   w   mrocznym   kącie,   możliwie   jak   najdalej   od   Britty.   Widocznie   pojmował,   że   tę 

dziewczynę może ukarać chłostą lub pręgierzem, może ją wykląć, może ją nawet spalić na 

stosie, lecz pokonać jej nie zdoła. Na to było zbyt wiele mrocznych cieni w jego bojaźni 

bożej, na to ona zbyt dobrze go przejrzała.

To musiała być gorzka świadomość dla kogoś, kto uważał się za wybranego sługę 

Pana.

Diderik, jakby zupełnie przypadkowo, położył rękę na ławie za plecami Kjerstin. Jego 

kciuk   poruszał   się   tam   i   z   powrotem,   dotykając   leciutko   jej   biodra,   co   wprawiało   ją   w 

oszołomienie i przerażenie zarazem.

To właśnie Diderik powiedział:

- Barbro, dawałaś do zrozumienia, że lepiej niż twój chlebodawca znasz legendę o 

dziewicach?

- Myślę, że są tu jeszcze inni, którzy lepiej ją znają, nie tylko ja - odparła z naciskiem.

Po chwili milczenia, gdy zebrani zdawali się czekać, że ktoś potwierdzi jej słowa, lecz 

nic takiego nie nastąpiło, pan Diderik odezwał się znowu:

- W takim razie opowiedz nam, co wiesz.

- Może nie warto wspominać takich spraw tutaj.

- Owszem, opowiadaj!

Kajsa spojrzała ukradkiem na Havgrima i w mroku napotkała jego wzrok. Czyżby 

dostrzegła   uśmiech   na   jego   twarzy?   Nie   miała   odwagi   uwierzyć.   Wprawdzie   to   Britta 

background image

siedziała obok niego, lecz Kajsa się tym nie martwiła. Britta była za młoda, by żywić inne 

uczucia do Havgrima niż wdzięczność i dumę, że nazwał ją rozsądną i trzeźwą.

A może Britta wcale nie jest za młoda? Och, nie, nie wolno znowu pozwolić, żeby 

wątpliwości doszły do głosu!

Jakie to zresztą wszystko ma znaczenie? Obcy i tak jutro wyjadą!

Wyjadą? Och, jaki żal, jaka tu zapanuje pustka! Nie, nie jedź dalej! Nie pozostawiaj 

mnie na całe długie życie z tym wspomnieniem jednej jedynej chwili, z tym snem o pewnym 

letnim wieczorze we wczesnej młodości!

Barbro powiedziała bardzo wolno:

- Ja wiem tylko, co się stało z synem strażnika i średniej z sióstr.

Diderik szukał w pamięci.

-   Aha,   to   ta,   której   udało   się   dotrzeć   do   ludzi,   podczas   gdy   strażnik   zapłacił   za 

ucieczkę życiem - rzekł w końcu z ledwo dostrzegalną ironią. - No dobrze, więc co się stało z 

tym małym bękartem?

- Jak słyszeliśmy, chłopiec miał osiem lat, kiedy matka umarła. Tylko że ona przez 

cały czas wbijała mu do głowy myśl o zemście. A panowie wiedzą, jak taka myśl może się 

wryć w umysł i serce dziecka.

- Tak. To pozostaje w nim na zawsze - potwierdził Diderik. - Mów dalej!

- Chłopiec dorósł i opuścił Alvdalen. Wiedział bowiem, że Vret Joar Jonsson zginął 

nad Siljan, lecz jego syn nadal żyje. Wprawdzie chłopiec nigdy nie odnalazł owego Vreta 

Mattsa Joarssona, lecz sam się ożenił i został ojcem. Swemu najstarszemu synowi przekazał 

wiedzę o tym, jakiego strasznego przestępstwa wobec ich rodu dopuścił się Joar i jego syn...

- No tak, teraz rozumiem - kiwał głową Diderik. - Zemsta  stała się obowiązkiem 

przekazywanym z pokolenia na pokolenie. Honorowym długiem, wendetą, jeśli można użyć 

obcego słowa. Interesujące! Wiesz, jak się to wszystko zakończyło?

-   Myślę,   że   tak   -   odparła   Barbro.   -   Minęło   wiele   czasu,   ale   potomek   tamtej 

dziewczyny   odnalazł   potomka   Vreta   Joara.   My  jednak   nie   usłyszeliśmy   jeszcze   pańskiej 

historii, panie Dideriku. Pański ród pochodzi z tych stron, prawda?

- Tak, toteż poszukuję wszelkich śladów. Chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o 

moich przodkach, ponieważ wydaje mi się, że mój ród wydał wielkich rycerzy, a może nawet 

królów. Moje wrodzone zdolności do panowania i dominowania nad innymi o tym świadczą. 

I mój autorytet. Posunąłem się już w badaniach dość daleko. Przeprowadzałem wywiady, 

studiowałem dokumenty,  księgi parafialne  i temu  podobne. Doszedłem aż do roku tysiąc 

trzysta siedemdziesiątego, kiedy to niejaki Knuts Per Olsson, handlarz skór, przybywa do 

background image

Uppsali.   Nazwisko   wskazuje   wyraźnie,   że   pochodził   z   Dalarna,   a   pewne   informacje 

pochodzące ze starych kontraktów handlowych dowodzą, że być może mieszkał w Rattvik. A 

tam odkryłem - jeśli to naprawdę był on - że jego ojciec pochodził z Oxberg albo z okolic 

Alvdalen. I na tym ślad się urywa. Dalej już nic nie wiadomo.

Barbro skinęła głową.

- A ty, Havgrim? Skąd się wzięło to twoje niezwykłe imię?

Havgrim uśmiechnął się. Kajsa musiała stłumić w sobie gwałtowną chęć, by podejść i 

usiąść przy nim. Jestem śmieszna, pomyślała. Pierwszy lepszy mężczyzna, który pojawił się 

na mojej drodze!

W Havgrimie było jednak coś szczególnego.

- To mój ojciec tak mnie ochrzcił - powiedział i spojrzał na Kajsę. Naprawdę tak 

zrobił! O szczęście, nie rozerwij mego serca na kawałki!

Havgrim mówił dalej:

- Ojciec przypłynął z Rugen do Szwecji po długim pobycie za granicą. Kiedy wrócił 

do   domu,   ja   miałem   trzy   lata   i   ojciec   nadał   mi   imię   Havgrim   [„Hav”   w   językach 

skandynawskich znaczy „morze”, natomiast „grim” to stare nordyckie słowo na oznaczenie 

brzydoty   (przyp.   tłum).],   ponieważ   zakochał   się   w   morzu   i   ponieważ   uważał,   że   jestem 

małym brzydactwem, zupełnie niepodobnym do niego. W tym miejscu Benedikte lub Vanja 

postawiła na marginesie wiele wykrzykników. Ktoś dopisał maleńkimi literkami: „Któż to 

chrzci trzyletnie dzieci?”

Jakieś wspomnienie poruszyło się w pamięci Andre, ale zaraz powrócił do przerwanej 

lektury i nie zastanawiał się nad tym.

- Brzydactwo, ty? W takim razie musiałeś się bardzo zmienić od tamtych czasów - 

rzekła Barbro z powagą, a wszyscy zebrani się uśmiechnęli. Wszyscy z wyjątkiem pastora, 

który w dalszym ciągu siedział nadąsany w kącie i z niechęcią badał swoje sumienie. Czy 

jego stosunek do powołania kapłańskiego jest właściwy?

Przeklęta dziewczyna! Przeklęta wieś! Chciał odejść stąd jak najszybciej.

- Czy w twojej rodzinie wszyscy mężczyźni  są zawodowymi  wojakami?  - zapytał 

Diderik Havgrima.

-   Nie.   Ojciec   był   kupcem,   dorobił   się   majątku   za   granicą.   Nie.   My   jesteśmy 

poszukiwaczami.

Diderik uśmiechał się pogardliwie.

- Czego tak poszukujecie? Bogactwa? Czy tak zwanego szczęścia?

- Poszukujemy przestępcy, proszę pana.

background image

- Ach, tak?

Barbro wtrąciła pospiesznie:

-   Powiedzcie   mi...   Nigdy   tak   do   końca   nie   opowiedzieliście,   jak   to   się   stało,   że 

wszyscy trzej się spotkaliście i podróżujecie razem. Czy to pan, panie Dideriku, znalazł... ?

- Nie - przerwał Diderik. - To Havgrim zwrócił się do mnie. Pojawił się w jakiejś 

gospodzie wkrótce po tym, jak opuściłem zamek w Sztokholmie. Zaczęliśmy rozmawiać i 

powiedział mi, że jest zaciężnym żołnierzem i że teraz nie ma zajęcia. Myślałem co prawda, 

że   wygląda   zbyt   młodo   jak   na   doświadczonego   wojaka,   ale...   Kto   pierwszy   wystąpił   z 

propozycją, już nie pamiętam, lecz zatrudniłem go jako pomocnika i eskortę...

Diderik umilkł na chwilę i zamyślił się, a potem mówił dalej:

- Potrzebowałem kogoś do ochrony podczas niebezpiecznej podróży przez pustkowia 

do Norwegii.

Znowu umilkł, zamyślony.

- A pan Natan? Gdzie jego spotkaliście? - spytała Barbro.

- W Mora, już mówiłem. Stał na rynku i miotał groźby na przerażonych słuchaczy, 

straszył ich ogniem piekielnym za okropne grzechy, jakich się dopuszczają. Taki był przejęty 

swoją rolą, że zapomniał o bożym świecie. To był pomysł Havgrima, żeby go zabrać w dalszą 

drogę, i wszystkim trzem ten pomysł się spodobał.

Pastor odezwał się gniewnie, niezadowolony, że mu przeszkadzają.

-   Tak,   i   to   Havgrim   wymyślił,   że   powinienem   przybrać   imię   Natan   na   pamiątkę 

biblijnego proroka. Wydawało mi się to odpowiednie, ale teraz...?

Diderik wyprostował się groźnie.

- Posłuchaj no, Havgrim... !

Drzwi się otworzyły i do izby wszedł ojciec Kjerstin.

-   A   co   to   za   obyczaje,   żeby   panny   siedziały   w   męskiej   sypialni?   -   zapytał   z 

hamowanym gniewem.

- Wszystko jest, jak się należy, mój panie. Ja tu jestem i mam baczenie na dziewczęta - 

uspokajała go Barbro, a Diderik pospiesznie cofnął rękę, która teraz obejmowała już talię 

Kjerstin.

- Możliwe, ale to nie uchodzi. Wracać do domu, panny! Natychmiast!

Wszystkie trzy wstały potulnie. Havgrim odprowadził wychodzących, a kiedy ojciec 

Kjerstin poszedł przodem z córką i z Brittą, Havgrim zdołał zamienić z Kajsą kilka słów pod 

osłoną ciemnej, letniej nocy. Ujął jej rękę i przytrzymał, a Kajsa zapomniała oddychać.

- Chciałbym,  żebyśmy mieli trochę więcej czasu na rozmowę, żebyśmy  mogli się 

background image

lepiej poznać - szepnął pospiesznie.

Kajsa spojrzała na jego twarz, ledwie widoczną w tej mistycznej nocnej poświacie. 

Widziała zaledwie kontury, nic więcej. Zmarszczyła brwi.

- Wiesz, mam wrażenie, jakbym już kiedyś cię widziała.

-   Bo   tak   było!   Diderik   Swerd   zamierza   zostać   tutaj,   dopóki   koń   nie   wydobrzeje. 

Zobaczymy się jutro?

- Och, tak - szepnęła Kajsa przejęta, a kiedy on musnął jej policzek opuszkami palców, 

zadrżała na całym ciele. Bez słowa pobiegła za tamtymi.

Przed   domem   ciotki   przystanęła   i   nasłuchiwała.   Głos   Britty   niósł   się   pośród 

zabudowań. Las jednak trwał w ciszy, jakby wyczekiwał, jakby zastanawiał się nad jakąś 

zagadką, tak się przynajmniej Kajsie zdawało.

Teraz Andre był niemal pewien, że wie, co tak bardzo zajmowało Benedikte i Vanję. 

Oszałamiająca myśl! Musiał jak najszybciej czytać dalej, żeby to potwierdzić.

Miasto   zaczynało   się   budzić.   Andre   zszedł   do   jadalni,   ale   tak   bardzo   chciał   się 

dowiedzieć, czy rozumuje właściwie i czy jest na tropie do rozwiązania zagadki, że siedział 

przy stole z łyżką w jednej ręce, a manuskryptem w drugiej. Od czasu do czasu nie trafiał w 

talerz i z hałasem przesuwał łyżką po blacie, jakby chciał zaczerpnąć kaszy wprost ze stołu. 

Zawstydzony odwracał wzrok, gdy zdumieni goście zaczynali mu się przyglądać.

Czytał przez cały czas przy śniadaniu i kontynuował lekturę wchodząc po schodach. 

Czasu miał już niewiele, wkrótce powinien wyjść do miasta, gdzie czekało na niego tak wiele 

spraw.

Powrócił   na   swój   fotel   pod   oknem,   a   kiedy   weszła   pokojówka,   by   posprzątać, 

odprawił ją czym prędzej, żeby móc czytać w spokoju.

Andre był czarującym młodym człowiekiem, pokojówka dygnęła więc z uśmiechem i 

zapewniła, że wszystko jest w porządku.

Diderik   Swerd   postanowił   rozmówić   się   kategorycznie   ze   swoim   tajemniczym 

towarzyszem  podróży.  I porozmawiać  o jego zachowaniu wobec pastora. To przecież  on 

wpadł na pomysł, żeby pastor im towarzyszył i żeby przybrał imię właśnie Natan. I o tym, że 

Havgrim poszukuje przestępcy...

Dziś jednak Diderik był zanadto zmęczony. Myśli wirowały w głowie, ale na niczym 

nie mógł się skupić. Denerwowało go też, że pokrzyżowano jego plany, kiedy już tak dobrze 

mu   szło   ze   śliczną   Kjerstin.   Chociaż   dzisiejszego   wieczora   i   tak   pewnie   niczego   by  nie 

uzyskał. Najlepiej poczekać do jutra. Diderik Swerd zgasł niczym świeca, gdy tylko zdążył 

przyłożyć głowę do okrycia ze skór, pod którym przyjemnie chrzęściła słoma w sienniku.

background image

Noc miał jednak ciężką. Nie żeby się budził, to by jeszcze nie było nic strasznego! 

Nie, dręczyły go jakieś okropne sny, nie mające końca, które wysysały z niego wszystkie siły. 

Można by przypuszczać, że śnił o dziewicach z Vargaby, ale nie. Przeciągały przed jego 

oczyma długie szeregi tych wszystkich nieszczęśliwych dziewcząt, które skrzywdził i które 

teraz   były   bezlitosne,   nie   chciały   go   opuścić.   Wszystkie   przemienione   w   senne   mary, 

potworne,   uwodzicielskie,   nieubłagane.   Dlaczego?   zastanawiał   się  Diderik.   Rzucał   się   na 

łóżku,   jęczał   i   krzyczał   przez   sen.   Dlaczego   one   mnie   tak   dręczą?   Uszczęśliwiałem   je 

przecież.

A może to sam siebie uszczęśliwiałem?

Nędzne szczęście w takim razie.

Chcę się stąd wydostać, jak najdalej od tego!

Ale nie był w stanie się obudzić.

Nur na jeziorze krzyczał tak strasznie.

A może ptak był tylko w jego śnie? Nur nie krzyczy przecież w środku ciemnej nocy?

Wiedział zbyt mało o ptakach, by sobie odpowiedzieć na to pytanie.

Przeklęte ptaszyska!

Następnego   ranka   Kajsa,   upominana   stanowczo,   by   lepiej   niż   wczoraj   pilnowała 

inwentarza, została wysłana na pastwisko. Było jeszcze tak wcześnie, że mgła nad rzeką nie 

zrzedła, a na trawie leżała szara rosa.

Starała się nie odchodzić zbyt daleko od wsi. Na wypadek, gdyby zdarzyło się, że ktoś 

będzie się zastanawiał, gdzie Kajsa się podziewa...

Kajsa  nic  na  to   nie  mogła  poradzić,  trochę  się  bała  tego   milczącego   Havgrima   z 

poprzedniego wieczora. Było w nim coś przerażającego... Kim on właściwie jest? Czy już go 

kiedyś widziała? Nie mogła tego zrozumieć, mimo że twarz wydawała jej się znajoma i mimo 

że od początku czuła do niego zaufanie.

I cała ta rozmowa o dziewicach z Vargaby!

Skuliła się ze strachu, kiedy usłyszała za sobą kroki. To on, pomyślała, napięta niczym 

cięciwa łuku. Gorąco uderzyło jej do głowy, policzki zarumieniły się. Co ja mam zrobić, co 

powiedzieć?

Kiedy się jednak odwróciła, zobaczyła, że zbliża się do niej stara Barbro. Kajsa nie 

umiałaby powiedzieć, czy przyjęła to z ulgą, czy z rozczarowaniem. Pewnie i jedno, i drugie.

Barbro wyjaśniła, że przyszła popilnować, jak się wyraziła, małej pasterki. Pan Natan 

podjął się, choć trzeba powiedzieć, że niechętnie, opieki nad Kjerstin. Niebezpiecznie zrobiło 

się teraz dla młodych dziewcząt w tutejszych lasach, zresztą we wsi też, odkąd zjawili się 

background image

twardzi, bezwzględni mężczyźni. Kajsa poczuła, że jest jej przykro z powodu tych słów. Ona 

miała inny pogląd. Przynajmniej jeśli chodzi o Havgrima.

Długo siedziały obie z Barbro na pniu zwalonej brzozy i rozmawiały. Padały słowa o 

samotności i tęsknocie. O nowo obudzonej tęsknocie jednej i o zgasłej tęsknocie drugiej. 

Barbro  powtarzała  w  myśli   błagalne  prośby  do  młodej  dziewczyny:  >>Nie   zrób  tak,   jak 

postąpiłam ja, nie przegraj swojego życia, bo zostanie ci tylko pustka i samotność, do końca!

<<   Głośno   jednak   powiedzieć   tego   nie   mogła.   Nie   mogła   popychać   dziewczyny   w   tę 

ryzykowną przygodę z młodym nieznajomym...

Kajsa powoli uświadamiała sobie, że ktoś stoi niedaleko i patrzy na nią. Szeptem 

zwierzyła się ze swego odkrycia Barbro.

- Masz rację. On jest tam już od dłuższego czasu. Pewnie rozczarowało go to, że mnie 

tu zastał. Chcesz, żebym sobie poszła? I tak już powinnam wracać do wsi.

Kajsa chwyciła ją za rękę.

- Nie, nie odchodź jeszcze!

Nie miała odwagi odwrócić głowy. Wkrótce usłyszała za sobą głos Havgrima:

- Wygląda  na  to, że prowadzicie  bardzo interesującą  rozmowę.  Czy mógłbym  się 

przyłączyć?

Otrzymał, oczywiście, pozwolenie i usiadł jak najbliżej Kajsy. Spokojnie i naturalnie, 

jakby należeli do siebie. Doznała tak wielu uczuć naraz, że zaczęła drżeć.

Początkowo   żadne   nie   znajdowało   słów   i   wszyscy   milczeli.   Kajsa   ponownie 

kompletnie straciła dar mowy, jak zawsze w jego obecności. Siedzieli po prostu w ciszy, 

wszyscy troje i spoglądali na krajobraz.

Słońce znajdowało się już wysoko na niebie i wyglądało poza cienką warstwą chmur 

jak matowa tarcza. Nad bagniskiem przesuwały się mgły, przypominając jakiś taniec elfów, 

przy samej ziemi tuman był bardzo gęsty, nieco wyżej wyłaniały się z niego zielonożółte 

krzewy i gałęzie drzew. Czarne bagno nadawało dolnym warstwom mgły bure, nieprzyjemne 

zabarwienie. Wszystko wyglądało nienaturalnie, dziwnie i strasznie tego ranka w tym tak 

dobrze znajomym lesie Kajsy. Pojawił się jakiś obcy element, nie znana zła siła opadła na 

ziemię i nieustannie dawała o sobie znać.

Tym   bardziej   dobrze   było   mieć   Barbro   po   jednej   stronie   i   Havgrima   po   drugiej. 

Spontanicznie poszukała jego ręki, lecz w tej samej chwili uświadomiła sobie swoją śmiałość 

i   cofnęła   się   zawstydzona.   On   tymczasem   ze   spokojem   ujął   jej   dłoń   i   mocno   uścisnął. 

Spojrzała na niego, ale kiedy napotkała jego wzrok, musiała spuścić oczy. Zdążyła jednak 

wyczytać tam wiele sympatii i zrozumienia.

background image

Nie zdążyli nawet zacząć rozmowy, gdy w lesie rozległy się nawoływania. Hej, hej! 

niosło się wśród drzew. Głos brzmiał niespokojnie, lękliwie.

- To ojciec Kjerstin - powiedziała Kajsa i wstała. - Hej! Tutaj jesteśmy!

Dał się słyszeć  trzask łamanych  gałązek  i wkrótce  ukazał  się gospodarz Vargaby. 

Biegł. Z jego twarzy bił niepokój.

- Nie widzieliście Kjerstin? Ona poszła do lasu z tym... z tym...

- Co takiego? - zawołał Havgrim. - Pastor miał przecież pilnować, żeby jej się nic nie 

stało.

- Pastor! - prychnął chłop. - Pastor zamknął się z Brittą w jednym pokoju i próbuje jej 

zaszczepić bojaźń bożą.

- Ja wiem przynajmniej, gdzie Diderik Swerd się wybierał, ale dziewczyny nigdzie nie 

widziałem.

- Dokąd on poszedł?

- Do tej małej stodółki, którą macie koło...

- Idziemy! - zawołał ojciec Kjerstin i wszyscy ruszyli za nim. Gospodarz wyjaśnił, że 

to niedaleko, więc można na chwilę zostawić inwentarz bez opieki.

- Las jest dzisiaj jak zaczarowany - mamrotał chłop od nosem.

- To prawda - przyznał Havgrim. - Ale trzeba powiedzieć, że jest tu u was bardzo 

ładnie!

-   Uroda   okolicy   nie   pomaga   nam,   niestety,   w   codziennych   kłopotach.   Ostatnio 

zdecydowaliśmy, że chyba dłużej nie będziemy walczyć. Nasze dziewczęta też powinny mieć 

szansę   na   spotkanie   rówieśników,   a   poza   tym   zostało   nas   już   tak   niewiele.   Przed   zimą 

przeprowadzimy się w dolinę.

Kajsa jeszcze o tym nie słyszała. Przemknęło jej przez myśl, że przybycie obcych 

miało jakiś wpływ na tę decyzję. Dorośli we wsi nareszcie zwrócili uwagę na samotność 

dziewcząt.

Ale, rzecz jasna, nie był to jedyny powód. Bezlitośnie trudne życie na pustkowiach 

stawało się już zbyt dokuczliwe dla tej garstki ostatnich mieszkańców osady.

Wyprowadzić się z Vargaby? Czy Kajsa by tego chciała?

Zbliżali się do stodoły, zbudowanej na niewielkiej łące. Gospodarz zawołał córkę po 

imieniu i wtedy ze środka doszły ich odgłosy szamotaniny i gwałtowne szepty, a po chwili 

zaległa grobowa cisza. Potem znowu usłyszeli, że w stodole trwa walka.

Havgrim i gospodarz pobiegli w tamtą stronę, ale nim zdążyli wejść, na progu ukazała 

się Kjerstin z potarganymi włosami, ubraniem w nieładzie i wyrazem przerażenia na twarzy. 

background image

Z rozpaczliwym szlochem rzuciła się ojcu na szyję.

- Chcę wracać do domu - wykrztusiła piskliwie.

Diderik wyszedł ze stodoły z uniesioną ręką, jakby chciał uspokoić przybyłych.

- Powoli, powoli - rzekł jowialnie. - Nic złego się nie zdarzyło. Jestem człowiekiem 

honoru. Nawet jeśli kobieta bywa czasami zbyt chętna, nigdy by mi nie przyszło do głowy, 

żeby wykorzystać sytuację.

- Ty przeklęty diable! - ryknął ojciec Kjerstin. - Coś ty jej zrobił? Myślisz, że nie 

widziałem, jak pospiesznie zapinałeś spodnie?

- Nic się nie stało, ojcze - szepnęła Kjerstin. - Ale dziękuję wam, że przyszliście.

Havgrim był tak wściekły, że ledwie był w stanie mówić.

- Człowiek honoru! Czy to przystoi człowiekowi honoru obarczać winą dziewczynę? 

Ja nie jestem ślepy i dobrze widziałem, coście robili przez całą drogę ze Sztokholmu tutaj!

Diderik zmienił ton na agresywny.

- Ty przybłędo, ty chcesz mnie pouczać? Myślisz może, że nie wiem, kim ty jesteś? 

Szukasz przestępcy! Ciągniesz tu Bogu ducha winnego księdza, zmuszasz go, by przyjął imię 

apostoła, który tu kiedyś wymierzał karę, a wszystko dlatego, że nie udało ci się odnaleźć 

potomka   Vreta   Joara   Jonssona,   na   którym   chciałeś   się   mścić.   Po   to   zmusiłeś   biednego 

księdza, żeby...

- Ja go odnalazłem.

Diderik zamilkł.

- Potomka Vreta Joara?

- Tak.

- Domyślam się, że jesteś jednym z późnych potomków tamtego mściwego strażnika. 

Ale nie pojmuję, jak można nosić w sercu setki lat żądzę zemsty za takie głupstwo. To jakaś 

choroba!

- Krwawa ofiara z dziewic to nie jest głupstwo. Zwłaszcza że wcale nie należy do 

przeszłości.   Gdybyśmy   wam   nie   przeszkodzili,   sami   byliście   bliscy   popełnienia   tego 

okropnego czynu.

- Głupie gadanie!

- Czy myślicie, że Kjerstin byłaby w stanie żyć dalej, gdyby udało się wam zaspokoić 

swoją żądzę i gdybyście potem odwrócili się obojętnie i poszli w swoją stronę? Czyż nie 

zamierzaliście poświęcić życia Kjerstin, by zaspokoić swoją żądzę?

Atmosfera wokół stała się napięta, jakby zanosiło się na burzę. Nur znowu krzyczał 

złowieszczo.

background image

- Słyszycie? - szepnął Diderik, a wszyscy spostrzegli, że jest blady jak ściana. - Ta 

kobieta znowu krzyczy! Wyraźnie woła: >>Vret Joar!<<

- Słyszymy głos nura na jeziorze, nic więcej - odparł gospodarz.

Havgrim rzekł spokojnie:

- Tak, na koniec znalazłem potomka Vreta Joara Jonssona. Mój ojciec zdołał posunąć 

się   w   swoich   poszukiwaniach   bardzo   daleko.   Dowiedzieliśmy   się,   że   ów   potomek   jest 

wojskowym, wobec tego ja zostałem wysłany na wojnę. Tam go jednak nie znalazłem.

- No i jak wam się udało trafić na jego ślad? - zapytała Barbro cicho.

Havgrim odwrócił się ku niej.

- Przez wszystkie  lata  znaliśmy punkt wyjścia. Wiedzieliśmy,  kim był  Vret Matts 

Joarsson, syn Joara, a potem syn Mattsa i tak dalej. W pewnym miejscu jednak ślady się 

urywały.  Stało się to za sprawą pewnego człowieka z Rattvik.  Wyjechał ze swojej wsi i 

zupełnie nie było wiadomo, gdzie go szukać. Wszyscy z mojej rodziny trafiali w pustkę.

- Rattvik? - zapytał Diderik. - Wiesz może, jak on się nazywał?

- Wiem. Knuts Per Olsson.

Świat   zawirował   Diderikowi   w   oczach.   On   sam   doprowadził   przecież   drzewo 

genealogiczne swojego rodu do pewnego handlarza skór nazwiskiem Knuts Per Olsson, który 

przybył do Uppsali, prawdopodobnie z Rattvik.

- Czy to znaczy, że ty odtworzyłeś pokrewieństwo aż do...

- Tak. Do Vreta Joara Jonssona. To był ten wasz >>królewski<< przodek, panie.

- Ty przeklęty... - zaczął Diderik i ruszył na Havgrima. - To ty nas tu przyprowadziłeś! 

To ty zmusiłeś pastora, żeby...

- Tak, przyznaję, że jego sprowadziłem tu ze względu na podobieństwo. Kiedy tak stał 

na rynku w Mora, wydał mi się tak samo ślepo fanatyczny i karzący jak ów apostoł Natan, 

który w swoim czasie pojmał najmłodszą z sióstr, Mait, i przebił ją mieczem jako czarownicę. 

Tylko dlatego, że miała więcej odwagi niż inne kobiety.

- Dobry Boże - szepnęła Barbro wstrząśnięta. - A jeśli i tym razem pastor zamorduje 

małą Brittę?

- Nie sądzę - uspokoił ją Havgrim. - Wczoraj  wieczorem dostał od niej porządną 

nauczkę. Będzie jednak próbował złamać ją moralnie.

- To mu się nie uda - rzekła Kajsa spokojnie. - Nie z Brittą.

- Ja też tak myślę - potwierdził z uśmiechem ojciec Kjerstin.

- Ale dlaczego nas tu przyciągnąłeś? - dopytywał się Diderik.

- Ponieważ nie jestem zwolennikiem gwałtu. W dzieciństwie złożyłem ojcu świętą 

background image

przysięgę - w podzięce za to, co on dla mnie zrobił - że będę próbował się zemścić na jakimś 

potomku   Vreta   Joara.   Istnieje   was   wielu,   gdy   tymczasem   ród   strażnika   wygasł   wraz   ze 

śmiercią mego ojca. Los chciał, że trafiliśmy na waszą linię, panie.

W tym miejscu znowu na marginesie znajdowało się wiele wykrzykników. Andre ze 

zrozumieniem kiwał głową.

Havgrim mówił dalej:

-   Kiedy   dorosłem,   pojąłem,   jakie   to   wszystko   niemądre.   Chodzi   mi   o   to,   że 

potomkowie nie odpowiadają za przestępstwa swoich przodków ani za całe zło, jakie panuje 

na świecie. Potem jednak spotkałem was osobiście, panie Diderik. Śledziliśmy was od dawna, 

panie, i znaliśmy dobrze wasz charakter. Jest on znacznie lepszy od charakteru Vreta Joara. 

Zatem   ubiegłego   lata   pojechałem   do   Dalarna   i   odszukałem   Vargaby.   Niedaleko   osady 

napotkałem   małą   pasterkę   kóz,   która   spała   na   polance   w   blasku   słońca,   gdy  tymczasem 

zwierzęta  rozbiegły  się na wszystkie  strony.  Zebrałem  je znowu wszystkie,  a potem,  nie 

budząc śpiącej, pochyliłem się nad nią i podziwiałem jej śliczną twarzyczkę. W pewnej chwili 

otworzyła   oczy,   lecz   nie   sądzę,   by   się   całkiem   obudziła.   Teraz   wiesz,   Kajsa,   dlaczego 

wydawało ci się, że mnie poznajesz. Myślałaś pewnie, że ja jestem kimś, w kogo wcielił się 

duch tamtego stróża Vreta Joara, a ty sama jesteś wcieleniem średniej z sióstr?

- Naprawdę całkiem poważnie się tego bałam - uśmiechnęła się Kajsa onieśmielona. - 

I że Britta jest najmłodszą siostrą, Mait, która została zamordowana przez apostoła Natana.

- A Kjerstin byłaby najstarszą z sióstr. Tą, która została złożona w ofierze po to, by 

Vret   Joar   mógł   odzyskać   swoją   męską   sprawność   -   uzupełnił   Havgrim   i   popatrzył   na 

Diderika.

Ten prychnął tylko ze złością. Havgrim ciągnął dalej swoją opowieść.

-   Nie   pokazałem   się   ludziom   we   wsi,   nikt   nie   wiedział,   że   byłem   w   okolicy, 

wyjechałem bezzwłocznie. Kiedy jednak dowiedziałem się, że pan, Dideriku Swerd, wybiera 

się do Trondheim, zrozumiałem, że czas nadszedł. Tak, to ja zatroszczyłem się o to, byśmy 

znaleźli się właśnie w Alvdalen. A potem kierowałem konie w stronę Vargaby, oszukałem 

Barbro, sprawiłem, by uwierzyła, że to ona wybrała niewłaściwą ścieżkę. Przyznaję też, że 

przestraszyłem was, panie Dideriku, kiedyście błądzili samo-tnie we mgle po lesie. Byłem tu 

już przecież dawniej i wiedziałem, że żadnych upiorów w lesie nie ma, że wszystko to tylko 

ludowe przesądy i gadanie. Musiałem więc sam coś wymyślić. I pan widział jakąś niewyraźną 

sylwetkę, prawda?

- A czemu to miało służyć? - syknął Diderik.

- Obiecałem mojemu ojcu, że dopełnię zemsty, i nie mogę obietnicy nie dotrzymać. 

background image

Chciałem jednak w bezkrwawy sposób przerwać tę szaloną, bezsensowną pogoń z pokolenia 

na pokolenie. Nie umarliście przecież ze strachu, panie Diderik. Mam jednak nadzieję, że się 

teraz zastanowicie nad swoim życiem i zachowaniem.

Słuchacze zrozumieli, co Havgrim ma na myśli. Choć znali Diderika Swerda zaledwie 

niecałą dobę, domyślali się, jaki jest jego stosunek do życia i że ma on naprawdę nieciekawy 

charakter.

- Ty, ty... - syknął Diderik i, jak krnąbrne dziecko, kopnął czubkiem buta kępę trawy. - 

Oszalałeś chyba! Co to za idiotyczne pomysły na temat zemsty?

- Owszem, przyznaję, że pan jest z pewnością niewinny. Ale mój ojciec postępował 

tak jak jego przodkowie. On był ostatnim z rodu strażnika i ze względu na zdrowie nie był w 

stanie   wypełnić   swojej   powinności.   Ja   byłem   jego   jedyną   nadzieją,   której   się   trzymał,   i 

dlatego od najmłodszych lat wpajał mi tę myśl.

W tym miejscu margines znowu był zapisany wykrzyknikami i słowami w rodzaju: 

„Uwaga!”, postawionymi przez Vanję i przez Benedikte. Andre poznawał to po charakterze 

pisma. Kiwał głową, zgadzał się bowiem z nimi w pełni, sam był coraz bardziej podniecony 

tym, czego się dowiadywał.

Właściwie powinien był już wychodzić do miasta, ale zostało tak niewiele tekstu, że 

postanowił doczytać do końca.

- Jest pan jednak wolny, panie Diderik - oświadczył Havgrim. - Nic złego się panu nie 

stanie.   Jak   powiedziałem,   ja   nie   posługuję   się   gwałtem.   Tylko   że   nie   będę   już   panu 

towarzyszył do Norwegii. Postanowiłem zostać tutaj i lepiej poznać mieszkańców Vargaby, a 

jedną osobę chciałbym poznać bardzo dobrze. W przeciwieństwie bowiem do was, panie, ja 

nie rozpoczynam znajomości w łóżku i nie zrywam jej zaraz potem. Uważam, że miłość jest 

piękna tylko wtedy, gdy obie strony mają do siebie zaufanie i są w stanie dać sobie nawzajem 

poczucie bezpieczeństwa.

Diderik odwrócił się z szyderczym parsknięciem.

-   Zamierzasz   tedy   mnie   zdradzić?   Chcesz,   żebym   sam   podróżował   przez   te 

niebezpieczne lasy, bo ty musisz zostać z jakąś wiejską dziewuchą? Dobrze, zostań! Dam 

sobie radę bez takiego faryzeusza jak ty. Zresztą jest ze mną kapłan.

- No właśnie - odparł Havgrim spokojnie. - Wy dwaj pochodzicie przecież z wyższej 

sfery. Dla was tacy ludzie jak my się nie liczą.

Wiele par oczu spojrzało na niego sceptycznie, gdy mówił te słowa. Czy Havgrim 

naprawdę był tak niskiego rodu, jak udawał? W jego postawie, zachowaniu, w całej postaci 

ujawniała się jakaś wrodzona szlachetność.

background image

Na ich zdziwienie odpowiedział uśmiechem.

Ruszyli w stronę wsi; brnęli przez wysoką, poruszaną wiatrem trawę. Biedna Kjerstin 

szła z bólem w sercu i pustką w piersi. Dokonała niewłaściwego wyboru, ale czyż miała jakiś 

wybór? Havgrim przecież nigdy nawet na nią tak naprawdę nie spojrzał.

Teraz Andre był już zupełnie pewien, kim naprawdę jest Havgrim. Ale dowody? Tych 

nadal brakowało.

Czy dostarczą mu ich ostatnie stronice manuskryptu?

Jedno wiedział bowiem na pewno: Gerd, ta, która spisała opowieść, a która otrzymała 

informacje od swojej matki... Gerd opowiadała o własnej rodzinie. Być może jej matka znała 

tę historię od swojej, która z kolei...

Andre wiedział już, co powinien zrobić.

Najpierw jednak chciał przeczytać opowieść do końca.

background image

ROZDZIAŁ VII

Kiedy już raz mieszkańcy Vargaby zdecydowali przenieść się do Alvdalen, nie chcieli 

zwlekać z przeprowadzką. Uważali, że należy działać szybko, by przywiązanie do miejsca i 

obawa przed nowym nie sprawiła, że zmienią zdanie. Wszyscy zaś zgadzali się co do tego, że 

kolejnej   zimy   na   nieurodzajnych   pustkowiach   ta   garstka   pozostałych   jeszcze   przy   życiu 

mieszkańców Vargaby nie przetrwa. W Alvdalen także po ostatniej zarazie wiele domów 

świeciło pustkami i można było w nich zamieszkać. Barbro dobrze wiedziała, że tamtejsi 

ludzie będą wdzięczni, jeśli ktoś jeszcze u nich zamieszka.

Dlatego właśnie postanowiono, że ona i Havgrim przeprowadzą się także.

Pakowanie postępowało w ogromnym tempie. Nikt nie pozostawiał sobie czasu na 

rozmyślania. Rozmowy na temat opuszczenia osady prowadzili od wielu lat, nikt jednak nie 

miał   dość   siły,   by   podjąć   decyzję   i   zachęcić   innych   do   tego   samego,   ostateczne 

rozstrzygnięcie   odkładano   z   roku   na   rok.   Mimo   nędzy   i   głodu,   mimo   mroźnych   zim   i 

strasznych chorób ludzie kochali przecież swoją rodzinną wieś.

Havgrim pomógł Kajsie zapakować dobytek ciotki w juki. Podróż w dolinę nie będzie 

łatwa, przecież o żadnej drodze dla ruchu kołowego nie było tu nawet mowy. Większość 

bagażu   ludzie   musieli   dźwigać   sami,  tylko   część   można  było   złożyć   na  grzbiety  dużych 

zwierząt.

Wyszli za dom, żeby pozbierać znajdujące się tam narzędzia. Kajsa przystanęła przed 

niewielką grządką, na której rosły jakieś kwiatki wokół młodego drzewka. Grządka należała 

do sąsiedniej zagrody, do rodzinnej zagrody dziewczyny.

- Tata posadził to drzewko na krótko przed swoją śmiercią - szepnęła. - A mama 

zasiała kwiatki. Ja... Nie mogę tego tak po prostu zostawić!

Havgrim bardzo się bał momentów takich jak ten. Chwil, gdy Kajsa będzie musiała 

przystanąć i zastanowić się.

- Będziesz przecież mogła przyjeżdżać tu w lecie - powiedział łagodnie. - Vargaby 

leży niedaleko...

Łzy trysnęły z oczu dziewczyny.

- Przychodzić tutaj, gdzie nikogo nie będzie? Puste domy, podwórza zarośnięte trawą, 

las coraz bliżej osady? Nie, to by było najgorsze ze wszystkiego.

Wtedy Havgrim objął ją czule.

- Kajsa, tam w dolinie zaczniemy nowe życie. Wiem, że pierwsze dni będą trudne. 

Zerwanie zawsze sprawia ból, człowiek pozostawia przecież część samego siebie na dawnym 

background image

miejscu. Prawie każdemu na ziemi danym jest przeżyć taki smutek, ale to mija, zapewniam 

cię.

Jak słodko było w jego ramionach! Kajsa niemal zapomniała o swoim żalu i głęboko 

wciągała jego zapach, cudowny, ciepły zapach mężczyzny.

- Tutaj będzie nam dobrze, Kajsa - szeptał. - Tutaj, na trawie. Usiądź, nikt nas nie 

zobaczy.

Usiedli pod obsypaną kwiatami wiśnią, wokół kwitły rumianki, dzwoneczki i mniszki. 

Havgrim przygarnął Kajsę mocno do siebie.

- Ty pewnie sobie myślisz, że bardzo szybko zacząłem ci okazywać uczucia, prawda? 

Ale nie powinnaś zapominać, że widziałem cię już w ubiegłym roku i że od tamtej pory nie 

przestawałem o tobie myśleć. Nawet gdyby nie ta głupia historia z Diderikiem Swerdem, i tak 

bym tu wrócił latem. Żeby spotkać cię znowu.

Kajsa   była   w   podniosłym   nastroju.   Uważała   jednak,   że   mimo   wszystko   powinna 

zwrócić mu uwagę.

- Kjerstin jest taka ładna, ładniejsza ode mnie. A Britta taka mądra i pewna siebie.

- Ale ty jesteś Kajsa - uśmiechnął się Havgrim, gładząc z czułością jej włosy. - I dla 

mnie to jest najważniejsze.

Kajsa,   która   nie   była   przyzwyczajona,   by   ją   podziwiano,   promieniała   niczym 

słoneczko. Uśmiechała się szeroko, od ucha do ucha. Dłoń Havgrima głaszcząca jej policzek 

przyprawiała ją o zawrót głowy,  była naprawdę bliska utraty świadomości, więc zapytała 

pospiesznie:

- Mówiłeś, że w lesie nie ma duchów i ja się z tobą zgadzam, ale przecież pastor 

widział na bagnach jakąś kobietę ze śladami ran od miecza. Kto to mógł być?

Havgrim uśmiechnął się.

- Czy nie zauważyłaś, że nasz dobrodziej należy do ludzi, którzy chętnie i mocno 

przesadzają? Taki ma charakter, bardzo lubi wszystko wyolbrzymiać i dramatyzować.

- Nie przypuszczałam, że duchowny może być taki - odparła.

- Ja także nie. Ale żyjemy w czasach, gdy duchowieństwo uważa, że ludzi trzeba 

straszyć   piekłem   i   nieustannie   upominać.   A  wtedy   tacy   jak   Natan   mają   wielkie   pole   do 

popisu. Być księdzem, znaczy zajmować najwyższą pozycję w parafii; to daje władzę i prawo 

pouczania   innych.   Mierne,   nikczemne   osobowości   chętnie   korzystają   z   takiej   okazji,   by 

poprawić sobie samopoczucie, wywyższać się nad innych i odgrywać rolę lepszych, niż w 

gruncie rzeczy są.

Ułożył Kajsę na trawie i przyglądał się jej twarzy. Serce dziewczyny biło jak szalone, 

background image

patrzyła mu w oczy przestraszona, jakby była pisklęciem spoglądającym w oczy węża.

-   Jeszcze   mi   nie   powiedziałaś,   co   o   mnie   myślisz,   Kajsa   -   szepnął   niepewnie.   - 

Przyszedłem tu nie proszony, wdarłem się w twoje życie, a nawet nie wiem, czy ty naprawdę 

tego chcesz.

- Czy ja tego chcę? - zawołała wzburzona. - Czy ty myślisz, że panu Diderikowi 

pozwoliłabym   na   coś   takiego?   To   prawda,   że   od   dawna   marzyłam   o   kimś,   dla   kogo 

mogłabym zrobić wszystko, ale teraz wiem, że to nie mógłby być każdy. To musi być ktoś 

wyjątkowy, ktoś, kto by umiał...

- Dokończ! Powiedz, co chciałaś powiedzieć!

Odwróciła twarz.

- Ktoś, kto by umiał ugasić moją gorącą tęsknotę. Wypełnić moją samotność. Kto by 

spełniał wszystkie moje pragnienia, a jest ich wiele i są bardzo różne. Nie każdy mógłby to 

uczynić.

- A ja? Myślisz, że ja bym mógł?

Nie chciała odpowiedzieć.

- Kajsa, ty wiesz, że jesteś mi droższa niż moje własne życie. Odpowiedz mi: Czy 

mógłbym to być ja?

Skinęła tylko głową. Była tak onieśmielona, że nie mogła mówić.

Wtedy Havgrim ją pocałował. Długo i mocno.

Kajsa głęboko wciągnęła powietrze.

-   Myślę,   że   jedno   z   moich   największych   marzeń   jest   bliższe   spełnienia,   niż   się 

spodziewałam - szepnęła.

- Tak - potwierdził Havgrim. - Mnie też się tak wydaje. Chodź! Nie wszyscy jeszcze 

spakowali swoje rzeczy. Pomożemy im!

Wstali pospiesznie. Patrzyli teraz na siebie jakby innymi oczyma. Kąciki ust obojga 

zaczęły  drżeć  i  naraz  wybuchnęli   śmiechem.  Uszczęśliwiony  Havgrim  przytulił   Kajsę na 

króciutką chwilę, czule i serdecznie, a potem pobiegli pomagać innym.

Okazało się jednak, że nie są specjalnie potrzebni. Każdy sam starał się zebrać swoje 

rzeczy, w skupieniu i bez obcych spojrzeń.

- Chciałbym jeszcze popatrzeć na jezioro - powiedział Havgrim, gdy stali przez chwilę 

i czuli się zbędni.

- Tam jest dość nieprzyjemnie - wahała się Kajsa.

- Pan Natan opowiadał o znalezisku, jakiego dokonał - wyjaśnił Havgrim. - Podobno 

znalazł figurkę pogańskiego bożka.

background image

Kajsa zmarszczyła czoło.

- Chciałabym ją zobaczyć.

Trzymając się za ręce poszli do lasu.

-   Bardzo   się   cieszę,   że   nie   chciałeś   się   mścić   na   panu   Dideriku   -   powiedziała 

dziewczyna.

- To nie była moja zemsta - odparł Havgrim. - To nie dotyczy mojego rodu.

- Co chcesz przez to powiedzieć? - zdziwiła się.

- To mój ojciec uważał zemstę za swój obowiązek - odparł Havgrim nie odrywając 

wzroku od ziemi, by nie potknąć się na sterczących wszędzie korzeniach. Akurat tutaj las rósł 

gęsty i ciemny, promienie słońca nie docierały do ścieżki. - Wiesz, mój ojciec był ostatnim z 

rodu.   Nie   miał   dzieci,   więc   wziął   mnie   na   wychowanie.   Właściwie   to   najpierw   dostał 

dziewczynkę,   ale   uważał,   że   kobieta   nie   bardzo   się   nadaje   na   mściciela.   Jak   młoda 

dziewczyna,   na   przykład,   miałaby   szukać   potomków   Vreta   Joara?   Dlatego   w   tajemnicy 

wymienił  moją siostrę na mnie.  Opowiedział  mi  o tym,  kiedy znajdował się już na łożu 

śmierci. Powiedział też, że pochodzę z dobrej rodziny, bo oboje z siostrą mieliśmy na sobie 

ładne   ubrania,   kiedy   nas   znaleziono   porzuconych   na   skraju   drogi.   Nasza   matka   została 

zamordowana przez bandytów.

- Jakie to straszne - szepnęła Kajsa.

No! Nareszcie wiemy, jak to było, myślał Andre zadowolony. Vanja i moja mama 

miały rację.

Teraz nie mogło już być żadnych wątpliwości.  Havgrim to Christer Grip, zaginiony 

potomek Ludzi Lodu!  Wcale więc nie było przypadkiem, że Petra urodziła zniekształcone 

dziecko, dziecko z najbardziej charakterystyczną cechą obciążonych potomków Ludzi Lodu: 

z okropnymi, spiczastymi barkami.

W   dalszym   ciągu   jednak   potrzebował   potwierdzenia,   potrzebował   dowodów.   Co 

więcej, musiał ustalić, czy nie ma innych potomków Havgrima. Gałąź Petry wygasła...

Nie! Nie wygasła! Petra miała przecież jeszcze jedno dziecko. Mali!

Co nie przeszkadza, że mogą istnieć także inni, dzieci i wnukowie wcześniejszych 

generacji po Christerze-Havgrimie. I właśnie Andre miał obowiązek to wyjaśnić. A do tego 

celu wiodła tylko jedna droga: Powinien pojechać do Alvdalen!

Niech to licho porwie! Skąd wziąć na to środki? Benzyna jest droga, a on nie planował 

przecież podróży dalej niż do Trondheim i z powrotem.

Znalazł się w potrzasku.

Bezradny sięgnął po manuskrypt, żeby przeczytać ostatnie stronice.

background image

Doszli do małego, śródleśnego jeziorka mieniącego się połyskliwie pod drzewami.

- O, popatrz! - zawołała Kajsa. - Ktoś tu był i rozkopał wzgórek, który znajdował się 

tu zawsze, odkąd pamiętam.

- Myślę, że właśnie tam leży posążek Freya - powiedział Havgrim.

Podeszli bliżej i przyglądali się uważnie.

- Uff! - jęknęła Kajsa. - Ohyda!

-   To   tylko   klocek   drewna   -   uspokajał   ją   Havgrim.   -   W   tamtych   czasach   jednak 

wierzono szczerze we władzę pogańskich bóstw nad ludźmi. Wiesz, nie podoba mi się to 

miejsce - mówił dalej Havgrim rozglądając się niepewnie dokoła. - Mam wrażenie, że ktoś się 

tu czai, leży i czeka.

Zamyślona   Kajsa   jakby   mimo   woli   podniosła   jeden   z   rozrzuconych   kawałków 

zbutwiałego drewna.

Havgrim krzyknął przerażony:

- Nie dotykaj  tego! Ojciec Natan powiedział, że to przeklęte szczątki! Śmiertelnie 

niebezpieczne!

Odrzuciła w popłochu drewno jak oparzona i patrzyła na Havgrima, który już zdążył 

się opanować i żałował wybuchu.

- Ech, przepraszam, nie powinienem był. To oczywiście tylko przesądy. Udzielił mi 

się ten dziwnie nieprzyjemny nastrój, jaki panuje nad jeziorem, wybacz mi!

Kajsa czuła się źle.

- Jak tu dzisiaj okropnie! Masz rację, jakby ktoś leżał w ukryciu i czekał. Ale na co?

- Nie wiem - odparł Havgrim niechętnie. - Chodź, idziemy stąd!

W drodze powrotnej usłyszeli w górze szum skrzydeł i zobaczyli, jak trzy wielkie 

ptaki, zapewne nury, siadają na wodzie.

- One czują się tu jak w domu - powiedziała Kajsa.

Havgrim milczał. Myślał o nurach i o ich żałosnych nawoływaniach tego dnia, gdy 

trzej podróżni przybyli do Vargaby.

Kiedy wszyscy spakowali swój dobytek, nadszedł czas, by pożegnać się z Diderikiem 

Swerdem i ojcem Natanem, którzy udawali się na północ. Ojciec Natan nie zdołał pokonać 

Britty ani się z nią pogodzić. Można to było poznać po lodowato zimnych spojrzeniach, jakie 

tych dwoje sobie od czasu do czasu posyłało.

- To prawdziwa ulga wyjeżdżać z tego opuszczonego przez Boga miejsca - oświadczył 

ksiądz nieprzejednany.

Ojciec Kjerstin zwrócił się do niego nieśmiało:

background image

-   Chcieliśmy   już   dawno   prosić   ojca...   Czy   zechciałby   ojciec   być   tak   łaskawy   i 

pobłogosławił naszą ukochaną rodzinną wieś, a zwłaszcza jezioro? Wiemy co prawda, że 

żadne upiory nie straszą po tutejszych lasach, ale wiemy też, że wiele niewinnych dziewcząt 

spoczywa w grobach nad jeziorem. One nigdy nie zostały pochowane w poświęconej ziemi, 

nie otrzymały błogosławieństwa. Zechcecie to uczynić, ojcze Natanie?

Pastor przybrał bardzo surową minę.

-   Czyż   mam   nadużywać   słowa   Bożego?   Mam   błogosławić   miejsca,   gdzie   leżą 

czciciele Baala? Nigdy w życiu! Miejsce nad jeziorem jest przeklęte!

Pan Natan za nic nie chciał pokazać, że boi się okolic jeziora, i pragnął jak najszybciej 

opuścić osadę.

- Ale dziewice były przecież niewinne... - próbował go przekonywać gospodarz.

- Niewinne? A czyż one nie były pogankami tak samo, jak ich prześladowcy?

- Osadę jednak mógłby pastor pobłogosławić?

- Najsłuszniej bym postąpił, gdybym spalił tę osadę, w której wydarzyło się tyle zła i 

ohydy.  To by był prawdziwie dobry uczynek dla Pana! U was samych, którzy żyjecie tu 

dzisiaj, także nie odnalazłem prawdziwej bojaźni Bożej. Tedy żegnajcie! Mówiłem wam o 

waszych grzechach, ale wy w waszej pysze nie chcieliście się ukorzyć!

Wtedy ojciec Kjerstin pochylił głowę i dał znak innym. Po chwili długa karawana 

wyruszyła z Vargaby. Britta nie wyrzekła ani słowa. Powiedziała już dostatecznie dużo na 

temat, co sądzi o kapłańskim powołaniu pana Natana.

Dwaj podróżni stali jeszcze przez jakiś czas na drodze między domami.

- Ruszamy? - zapytał w końcu duchowny.

-   Zaczekaj   -   powstrzymał   go   Diderik.   -   Oni   nie   mogli   przecież   zabrać   ze   sobą 

wszystkiego. To niemożliwe. Przeszukajmy zatem obejścia, może znajdziemy rzeczy, które 

mogłyby się nam przydać!

- Macie rację, panie. To, co zostało, należy do nas.

Zaczęli szukać. Wkrótce ułożyli na drodze spory stos znalezionych przedmiotów.

Byli każdy w innym domu, kiedy zdali sobie sprawę, że w osadzie panuje niezwykła 

cisza.

Zanosi się na wichurę, pomyślał Diderik. Tak cicho bywa tylko przed burzą.

Natan tymczasem kręcił się w kółko po swoim domu i mamrotał pod nosem wściekłe 

przekleństwa. Na Brittę, na ludzi ze wsi, na pogaństwo.

- Powinno się to wszystko spalić, zetrzeć z powierzchni ziemi!

Podniecał się coraz bardziej i bardziej.

background image

- Ja tego dokonam! - zawołał wreszcie.

Chwycił z paleniska żarzącą się jeszcze głownię i wyniósł ją na dwór.

- Teraz podłożę ogień pod całe to paskudztwo! - zawołał do Diderika, który wyszedł z 

jakimiś drobiazgami w ręku. - Postąpię tak, jak kiedyś chciał postąpić apostoł Natan, ale mu 

przeszkodzono!

Podłożył głownię pod drewniany narożnik domu.

- A teraz ruszajmy! Zabierzmy wszystkie nasze rzeczy i w drogę!

W tej samej chwili zerwał się gwałtowny wiatr. Poryw wichru rozrzucił przedmioty 

złożone na drodze, płomienie u narożnika domu strzeliły w górę z głośnym trzaskiem. Konie 

zarżały przerażone i rzuciły się do galopu za tamtymi, którzy odeszli już daleko w stronę 

Alvdalen   i   nie   mogli   zobaczyć,   co   dzieje   się   za   nimi.   Zdumieni   starali   się   uspokoić 

wierzchowce bez jeźdźców, zabrali je potem ze sobą, żeby się nimi zaopiekować, bo może 

właściciele zechcą się po nie kiedyś zgłosić?

Ale Diderik Swerd nie miał czasu myśleć o koniach. Wykrzykiwał coś, co trudno było 

zrozumieć, i uciekał śmiertelnie przerażony na łąki, a potem do lasu, na północ. Pan Natan zaś 

zaplątał się w sutannę i rymnął jak długi na ziemię. Kiedy się w końcu pozbierał, zobaczył ku 

swemu przerażeniu, że wicher kręci diabelskiego młynka pośrodku osady i przenosi ogień od 

jednego budynku do drugiego. Cała wieś stała w pożodze, płomienie strzelały w niebo. Las 

był bezpieczny, bo łąki oddzielały go od osady, ale droga do lasu została odcięta.

Pan Natan krzyczał i krzyczał, miotał się to w jedną, to w drugą stronę, ale nie było 

nikogo, kto mógłby go usłyszeć. Dławił go dym, krzyki przechodziły w kaszel, potem w 

żałosne zawodzenie, w końcu i to ucichło.

Diderik Swerd dyszał ciężko. Biegł i biegł, dopóki sił mu starczyło. Nic jednak nie 

wskazywało, by ogień miał dosięgnąć lasu. Był zatem uratowany. Uratowany i z pewnością 

zdoła obronić się przed dzikimi zwierzętami, bo przecież był uzbrojony. Co prawda tylko w 

białą   broń,  ale   jednak.   Złościła  go  utrata  konia,   ale   niech   no  tylko  dotrze  do  Lillhardal, 

natychmiast zdobędzie nowego.

Zobaczył ścieżkę. Znakomicie, w takim razie wydobędzie się stąd.

Jaki   niesamowity   jest   ten   las!   Jakby   dyszał   jakimś   stłumionym   podnieceniem. 

Potworne! Ale też Diderik nie przywykł do samotnych wędrówek po lasach.

Czy to jakieś szepty? Pośród drzew i nad ziemią? Czy to jakieś głosy mamroczą coś 

tak cicho, że nie można nic zrozumieć?

To śmieszne! Nie powinien ulegać wpływom tych zmyślonych historii o dziewicach z 

Vargaby!   Havgrim   przyznał   przecież,   że   to   on   sam   wymyślił   te   wszystkie   straszliwe 

background image

opowieści. A poza tym Diderik znajdował się już daleko od Vargaby. Tak daleko ich władza 

nie mogła sięgać, a ścieżka, którą podążał, była prosta i wyraźna.

Zdumiewające jednak, jak daleko niesie się zapach dymu! I nawet jakby od czasu do 

czasu się potęgował...

Diderik przystanął raptownie. Przeklęte nury! Czy one są wszędzie? >>Vret Joar!<<, 

nawoływały raz za razem, mógłby przysiąc na własną duszę!

Ten las... Na szczęście nie było tak mglisto jak poprzednim razem, dzisiaj jednak 

wszędzie  zalega   dym  i  przesłania   widok.  Widocznie  wiatr  go  tu  nawiewa   tak  daleko  na 

północ. Diderik dotarł do jakiejś polany, jedynej w tym ciemnym, pełnym krzewów i zarośli 

lesie, zdecydowanie ruszył...

Dumny   pan   zaczął   głośno   przełykać   ślinę.   Znajdował   się   nad   jakimś   jeziorkiem. 

Jezior, mniejszych i większych, było w tej okolicy mnóstwo. Ale nie... Nie tak wiele takich, 

nad którymi znajdowałyby się tajemnicze wzgórki porośnięte trawą, z niezwykłą zawartością 

stworzoną przez człowieka. Z posążkiem pogańskiego bożka.

Jeziorko czekało wiele setek lat. Czekało na konkretnego człowieka. Na kata dziewic, 

Vreta Joara Jonssona. Ale jezioro nie może przecież wiedzieć, że ludzie umierają ani że na ich 

miejsce przychodzą nowi. Nowi mężczyźni z krwi Vreta Joara. Płynie w nich ta sama krew, 

mają te same charaktery.

Zapach tej samej krwi...

-   To   niemożliwe,   nie   mogę   znajdować   się   w   tym   samym   miejscu   -   mamrotał 

przerażony. - Nie zbaczałem przecież ze ścieżki!

>>Ścieżka, która sprowadza obcych na manowce...<<

Przepełniony lękiem i wściekłością przedzierał się przez las. Tym  razem w stronę 

Alvdalen. Norwegia może poczekać.

Wkrótce potem znowu usłyszał wołanie: >>Vret Joooar!<< i stwierdził, że ponownie 

znalazł się nad brzegiem jeziora.

Szlochając, jęcząc i przeklinając przedzierał się przez pełen szeptów i niepokoju las. 

Szept narastał, potęgował się, nabierał mocy sztormu, raz czy dwa rozległy się znane już 

chrapliwe   chichoty,   które   przeraziły   go   tak,   że   mało   nie   przypłacił   tego   życiem.   Z 

największym trudem zdołał przekonać sam siebie, że to krzyk ptaka. Szedł wciąż naprzód. 

Wszystko wokół zaczynało ciemnieć. Zapadała noc.

Diderik Swerd parł jednak przed siebie, szedł po omacku, potykał się w ciemnościach. 

Muszę stąd wyjść! Muszę wygrać! Muszę, muszę!

Teraz   jestem   już   daleko   od   tego   przeklętego   miejsca.   A   jednak   wygrałem! 

background image

Zwyciężyłem!

Nagle poczuł, że ziemia zaczyna się uginać pod jego stopami. Machał rękami, lecz 

wciąż zapadał się w błoto, w jakąś maź. Leśne jeziorko! O Boże, to nie może być prawda! 

Znowu to jeziorko? W głuchej wściekłości zaczął wrzeszczeć:

- Zapłacisz mi za to, Havgrim! Krwawa zemsta nie dobiegła jeszcze końca! Ja ci 

pokażę...

Maziste   błoto   wciągało   go   coraz   głębiej.   Głos   przemieniał   się   w   rozpaczliwe 

gulgotanie. Diderik największym wysiłkiem wychynął nieco na powierzchnię, ale tylko na 

ułamek sekundy; potem znowu błotnista, lepka ciecz zaczęła wsysać go w głąb, po każdym 

okrzyku przerażenia głębiej.

Wkrótce zostało już tylko kilka kręgów na wodzie.

Nad jeziorkiem zaległa cisza. Po chwili stadko nurów zerwało się i odleciało gdzieś 

ponad drzewami.

W lesie zapanował spokój. Nieskończony, głęboki spokój, jak po trwającej setki lat 

udręce.

Dziewice z Vargaby znalazły ukojenie.

W Alvdalen przybysze z Vargaby zostali przyjęci serdecznie i życzliwie. Zajął się 

nimi  gospodarz  Barbro i  ulokował wszystkich  w licznych  budynkach  w swoim  obejściu, 

dopóki nie znajdą stałych mieszkań.

Kajsa, śmiertelnie zmęczona, siedziała w jakiejś izbie, przytulona do Havgrima.

- Jak dobrze jest wiedzieć, że nigdy nie było ani źdźbła prawdy w opowieściach o 

żądnych zemsty dziewicach z Vargaby - szepnęła. - Tak się cieszę, że rozwiałeś te niemądre 

plotki!

Havgrim uśmiechnął się i przygarnął ją do siebie. Delikatnie ucałował jej czoło, ale w 

uśmiechu było sporo goryczy.

Miał przejmującą wizję czegoś strasznego. Widział płonącą w lasach wieś. I nędzną 

śmierć Natana.

Widział jeszcze okropniejszy los Diderika. Jego szaloną ucieczkę przez las. Jeziorko. 

Ptaki...

Havgrim drżał. Nie pierwszy raz miał tego rodzaju wizję. I jak wielokrotnie przedtem 

zaczął się zastanawiać, kim naprawdę jest. Sierotą znalezioną na drodze, podobno dzieckiem 

z dobrej rodziny? Przybrany ojciec nigdy nie chciał wyjawić żadnych szczegółów. A może po 

prostu ich nie znał?

Kajsa i Havgrim przeżyli wiele szczęśliwych lat w Alvdalen. Opowiedzieli tę historię 

background image

swojej córce Dorotei, która wyszła za mąż za Norwega. Nazywał się Erik Nordlade i był w 

Alvdalen kupcem. W późniejszych latach Kajsa i Havgrim mieli jeszcze syna, ale jego losy 

nie potoczyły się tak szczęśliwie.

Córka Erika Nordlade, Petra Eriksdatter, była moją matką. I to ona opowiedziała mi 

historię dziewic z Vargaby. Uważam za swój obowiązek spisanie opowieści, zanim rozpłynie 

się w ludzkiej pamięci i zaginie na zawsze. Nie jestem osobą wykształconą, a poza tym 

kobietą, zatem nie wypada mi zajmować się pisarstwem, lecz nie ma nikogo innego, kto 

mógłby utrwalić tę ponurą historię z dawnych czasów. Notatki przekażę w spadku mojej 

córce, Petrze, tak by ona mogła ją także opowiedzieć swoim dzieciom.

Przykro tylko, że mamy tak mało dzieci, wszystkie kobiety w mojej rodzinie. Mam 

nadzieję, że moja córka i syn będą pod tym względem szczęśliwsi niż my.  Trondheim w 

listopadzie 1882 roku. Gerd Svensdatter.

Andre   odetchnął.  Teraz   ta   część   drzewa   genealogicznego   rysowała   mu   się   dość 

wyraźnie. Spróbował to naszkicować.

Christer Grip Kajsa

z Ludzi Lodu z Vargaby

(Havgrim) - ur. 1779

ur. 1774 |

- | |

Erik Nordlade Dorotea Syn urodzony

z Trondelag - Havgrimsdatter później

| ur. ok 1800

|

Petra Eriksdatter

Nordlade - Sven

ur. 1821 |

|

Gerd Ole

Svensdatter - Knudsen

|

|

Petra Olsdatter - Syn zmarły

1880 - 1899 w młodości

|

background image

|

Mali - Martwo urodzone

ur. 1894 dziecko 1899

Tym się teraz powinien kierować. Gdzieniegdzie widniały puste miejsca. Syn, którego 

urodziła   Kajsa   w   dojrzałym   wieku,   powinien   mieć   potomstwo.   Dorotea   Havgrimsdatter 

mogła   mieć   więcej   dzieci,   o   których   tu   nie   wspomniano,   podobnie   zresztą   jak   Petra 

Eriksdatter Nordlade, ta od medalionu z lokiem włosów w środku.

A sam medalion? Skąd się wziął i jakie były jego dzieje?

Ciekawe byłoby się tego dowiedzieć.

A zatem cała historia o Vargaby została wymyślona! Nie przez Gerd Svensdatter, 

oczywiście, lecz przez rodziców jej babki, Kajsę i Havgrima-Christera. Nic dziwnego, że 

Gerd sprawiała wrażenie tak dobrze poinformowanej, nawet jeśli chodzi o dialogi, których 

przecież nie mogła znać.

Ale to nie ona to wszystko wymyśliła. Ona otrzymała tę opowieść w spadku.

Andre nie miał już czasu dłużej nad tym  rozmyślać. Teraz musiał iść do miasta i 

działać. Działać możliwie jak najskuteczniej!

Przede wszystkim chciał odwiedzić swoją przyjaciółkę z magistratu.

background image

ROZDZIAŁ VIII

Nette Mikalsrud coraz niespokojniej spoglądała na zegar. Czuła ssanie w żołądku, 

dokuczliwsze z każdą upływającą minutą.

Dzień pracy dobiegał końca, a jej młody znajomy się nie pokazał. Czy w ogóle nie 

zamierzał   już   przychodzić?   A   miałby   jej   z   pewnością   tak   wiele   nowych   rzeczy   do 

opowiedzenia!   Taka  była  ciekawa,   czego  się  dowiedział!  Niedzielna   bluzka  z  koronkami 

wyglądała już dość nieświeżo. Panna Sylvestersen z sąsiedniego biura zwróciła uwagę, jak 

elegancko Nette dziś wygląda. Idzie może po pracy na jakiś pogrzeb? I czy nowa fryzura nie 

jest zbyt ekstrawagancka dla osoby w jej wieku?

Nette odpowiadała coś półgębkiem pomiędzy jednym a drugim łykiem kawy. Panna 

Sylvestersen   chcąc   nie   chcąc   zamilkła,   pojęcia   nie   miała,   jak   to   jest,   kiedy   poważnego 

człowieka dotyka szaleństwo.

Absolutne,   beznadziejne   szaleństwo,   całkowicie   lekceważące   głos   rozsądku!   Pani 

Nette była na to zupełnie nieprzygotowana, a przez to kompletnie bezbronna. Wstydziła się 

okropnie,   a   zarazem   wszystkie   jej   zmysły   przepełniała   nieznana   radość.   Jakby   po   raz 

pierwszy w swoim samotnym życiu odczuwała, że i ona żyje. Była w stanie uczynić wszystko 

dla swego nowego przyjaciela. Tyle tylko, że on się nigdy o tym nie powinien dowiedzieć!

O, nie! To by była najgorsza rzecz, jaką Nette mogła sobie wyobrazić. Cóż on by na to 

powiedział? Co by sobie pomyślał? Prawdopodobnie patrzyłby na nią wystraszony,  bąkał 

słowa zakłopotania i wycofał się pospiesznie.

Nie! Nigdy!

Tyle radości sprawiał jej fakt, że może pomagać, że jest dla niego kimś ważnym, 

przyjaciółką. Najlepszą przyjaciółką, jaką kiedykolwiek mógł mieć.

Ale czas mijał, a on nie nadchodził.

I po prostu już nie przyjdzie. Właściwie nie zwrócił na nią wcale uwagi i po wyjściu z 

magistratu zapomniał o spotkaniu.

Tymczasem na pół godziny przed zamknięciem do biura wkroczył Andre i dłonie pani 

Nette zaczęły lekko drżeć, a ona sama bardzo się starała ukryć radosny uśmiech; policzki jej 

płonęły tak, że musiała pochylić głowę, z niepokojem myślała, czy fryzura jest w porządku i 

czy bluzka się nie pogniotła.

Andre śmiał się do niej radośnie.

-   Jak   to   dobrze,   że   jeszcze   panią   zastałem,   panno   Mikalsrud!   Spóźniłem   się,   bo 

musiałem najpierw przeczytać pewne bardzo ważne opowiadanie.

background image

Tłumaczy, dlaczego się spóźnił! Bał się, że już jej nie zastanie!

Żeby tylko panna Sylvestersen teraz nie przyszła!

Albo wprost przeciwnie, żeby tak panna Sylvestersen teraz weszła i zobaczyła mojego 

fantastycznego przyjaciela. Bo on jest moim przyjacielem! To do mnie się teraz tak śmieje. 

Wiem, że jest ode mnie dwadzieścia pięć lat młodszy, ale też i nie w ten sposób on mnie 

interesuje. Chciałabym tylko okazać mu moją... moją...

Pani Nette nie była w stanie dokończyć tej myśli. Miłość, to zbyt wielkie słowo.

- Ja także znalazłam to i owo - powiedziała onieśmielona.

- Naprawdę? To cudownie! Mam pani tyle do opowiedzenia! Czy zechciałaby pani 

uczynić mi ten honor i zjeść ze mną obiad w hotelowej restauracji?

Nette doznała zawrotu głowy. Obiad? Z nim? On zaprasza ją na obiad w hotelowej 

restauracji Ileż to będzie plotek, gadania. Myśl o tym napełniała ją przyjemnym, a zarazem 

nieprzyjemnym   uczuciem.   Bo   przecież   nie   wszystkie   komentarze   będą   przychylne.   Stara 

panna poluje na młodzika! Z drugiej jednak strony układ był dość bezpieczny. Większość 

ludzi   nie   widzi   nic   niestosownego   w   tym,   że   dwudziestoletni   młodzieniec   przyjaźnie 

rozmawia z czterdziestopięcioletnią kobietą.

W   którymś   momencie   tej   gonitwy   myśli   musiała   jednak   powiedzieć:   „Dziękuję, 

bardzo chętnie”, bo Andre z radosnym uśmiechem mówił:

- Wspaniale! W takim razie przyjdę po panią do domu o siódmej wieczorem.

Mój Boże, a ona włożyła świąteczną bluzkę do pracy! W co się ubierze na wieczór?

U niej w domu! Zabierze ją z domu! Boże, sąsiedzi! Z pewnością wszyscy wylegną do 

okien albo będą patrzeć przez uchylone drzwi.

- Bardzo dziękuję - zdołała wykrztusić. - Jak powiedziałam, mam kilka interesujących 

obserwacji.

- Świetnie! A czego dotyczą.

-   Przede   wszystkim   napisałam   listy   do   kilku   osób,   które   mogą   posiadać   pewne 

wiadomości...

Andre zadowolony skinął głową i czekał na dalszy ciąg.

- A poza tym nazwisko Nordlade.

- Tak! - zawołał z ożywieniem. - Skąd ono pochodzi? Z Trondheim?

- Nie. Ale spotkałam kogoś, kto je rozpoznał. Podobno w Gaudalen jest zagroda, która 

się tak właśnie nazywa.

Andre zastanowił się na chwilę.

- Czy jeśli się stąd jedzie do Szwecji, to nie trzeba mijać tego Gaudalen?

background image

- Zależy dokąd do Szwecji się jedzie.

- Do Alvdalen.

Myśli Nette krążyły gorączkowo.

- Jeśli pamiętam, to Alvdalen znajduje się w Dalarna...

- Tak, zgadza się.

- W takim razie powinno się jechać przez Gaudalen. Ale nie mogę gwarantować za 

jakość dróg. Natrafił pan na jakiś ślad?

- Nawet na bardzo dobry ślad! Dzięki tej opowieści, o której pani mówiłem. Najgorsze 

jest jednak to, że koniecznie muszę tam pojechać. A to będą dodatkowe koszty, benzyna, 

noclegi i tak dalej, nie bardzo mnie na to stać. Więc tę podróż muszę odłożyć na inną okazję. 

Szkoda, bo jestem już tak blisko, no ale...

-   Bardzo   chętnie   pożyczę   panu   potrzebną   sumę!   -   zawołała   Nette,   zanim   zdążyła 

pomyśleć.

Spojrzał na nią zakłopotany.

- Mowy nie ma!

-   Ale   dlaczego?   Bardzo   mnie   pan   zainteresował   sprawami   swojej   rodziny.   Mam 

pewne oszczędności, szczerze mówiąc przeznaczone na przyzwoity pogrzeb. A na razie nie 

mam zamiaru jeszcze umierać - uśmiechnęła się nerwowo.

- O, Boże uchowaj! Na to mamy jeszcze czas!

Andre pomyślał ze smutkiem, jak wielu samotnych ludzi żyje bardzo skromnie po to, 

by oszczędzić na godny pogrzeb. Ale nietrudno było ich zrozumieć, gdy się choć raz widziało 

pogrzeb na koszt kasy zapomogowej. Nędza tych uroczystości była upokarzająca.

Nette   przyglądała   mu   się   wyczekująco.   We   wzroku   malowało   się   pragnienie 

pomagania bliźniemu w potrzebie, zrobienia czegoś ważnego dla innych. Przecież nie mógł 

odmówić jej tej radości.

- W takim razie bardzo dziękuję - uśmiechnął się, a Nette rozpromieniła się i obiecała 

wstąpić do banku po wyjściu z biura.

Andre podał jej swój domowy adres, na wszelki wypadek, a po tej peszącej oboje 

formalności rzekł:

- Dowiedziałem się także, jak ma na imię córka Petry.

- Aha, ta z domu dziecka? Spotkał ją pan?

- Nie, już tam nie mieszka. Wygląda, niestety, na to, że ona... - skrępowany zniżył głos 

-... że ona wyszła na ulicę.

- O mój Boże, jakie to smutne!

background image

Jej współczucie było dla Andre pociechą.

Powiedział z ożywieniem:

- Spróbuję, oczywiście, odnaleźć ją, powiedzieć jej, że jest moją kuzynką i postarać się 

naprostować jej życie, jeśli to będzie możliwe.

- To bardzo szlachetne z pańskiej strony. Ale czy to znaczy, że ma pan pewność, iż 

jest ona pańską krewną?

-   Jestem   o   tym   przekonany.   Powinienem   ponadto   próbować   odszukać   innych 

ewentualnych kuzynów, dla naszego rodu to bardzo istotne, byśmy trzymali się razem, ale 

akurat teraz córka Petry jest najważniejsza.

- Jak ona ma  na imię?  - zapytała  Nette  cicho  z wyraźną  sympatią  dla tej  młodej 

upadłej istoty.

- Mali. I myślę, że nazywa się Knudsen, po ojcu Petry... Co się stało?

Nette zmrużyła oczy.

- Mali? To nie jest pospolite imię. Mali Knudsen powiada pan? W takim razie ja ją 

chyba znam. Policja ma często do niej pretensje za awantury na ulicy.

- O mój Boże, wygląda mi ona na prawdziwie nieokiełznaną młodą osobę!

W głosie Nette słychać było powstrzymywany śmiech.

- Tak, rzeczywiście. Ale ona nie jest taka, jak pan myśli. To prawda, że Mali Knudsen 

wychodzi na ulicę, ale nie ma w tym nic złego. Wprost przeciwnie.

- Nie rozumiem.

Nette pochyliła się ku niemu i szepnęła rozbawiona:

- Mali Knudsen jest bojowniczką o prawa kobiet. Jej ideałem jest emancypacja.

- Boże drogi! - jęknął Andre.

W tym czasie tak zwane feministki walczyły o powszechne prawo głosu dla kobiet i, 

żeby je wysłuchano, często sięgały po dość drastyczne środki. Coś mu mówiło, że młoda Mali 

może być osobą o niełatwym usposobieniu.

Ale...   Oczywiście   z   ogromną   ulgą   przyjął   do   wiadomości,   że   nie   jest,   jak 

przypuszczał, po prostu dziewczyną uliczną. To by było najgorsze.

I takie zaskakujące w odniesieniu do kogoś z Ludzi Lodu.

- Zdawało mi się, że Norwegia jest bardzo postępowym krajem i że kobiety mają 

prawo głosu.

- Tylko w niektórych gminach. Powszechnego prawa głosu nie mamy. Akurat teraz 

sprawa jest znowu rozpatrywana w Stortingu. Mam nadzieję, że zasiadający w parlamencie 

mężczyźni podejmą rozsądne decyzje.

background image

Andre spoglądał na nią spad oka. Czyżby i w tym przypadku miał do czynienia z 

feministką?   Jeśli   tak,   to   jednak   z   przedstawicielką   tych   spokojniejszych   bojowniczek   o 

równouprawnienie.

Nette zwlekała. Nie chciała się narzucać.

- Ja... Za kilkanaście minut skończę pracę. Gdyby pan chciał, mogłabym  pokazać, 

gdzie   można  zastać  Mali  Knudsen.   Nie  wiem  wprawdzie,   gdzie   ona  mieszka,  ale   często 

widuje się ją na rynku.

- Bardzo dziękuję. To takie uprzejme z pani strony.

- Przynajmniej tyle mogę zrobić.

Andre zaczął się cicho śmiać sam do siebie. Pani Nette przyglądała mu się zdziwiona.

- Przyszło mi do głowy, że nie jestem chyba zbyt eleganckim mężczyzną. Zapraszam 

na obiad, a potem muszę pożyczać pieniądze od mojej damy.

„Moja dama”! Jak to ładnie brzmi!

Andre znowu się roześmiał:

- Ale na obiad mnie stać, zapewniam panią!

Nette odpowiedziała uśmiechem. Czuła, że to, co ją łączy z tym młodym człowiekiem, 

to prawdziwa przyjaźń.

Andre opowiedział jej w skrócie o medalionie i manuskrypcie, jaki dostał z domu.

- Opowieść została spisana przez matkę Petry, Gerd. W tej chwili nie będzie pani 

miała czasu, żeby to wszystko przeczytać, ale bardzo bym chciał, żeby pani chociaż przejrzała 

notatki. Zwłaszcza zakończenie. Wyjaśnię wieczorem, dlaczego mi tak na tym zależy.

Z wielkim przejęciem wzięła od niego manuskrypt i zapewniła, że będzie go strzec jak 

oka w głowie. Andre zaczekał, aż Nette uprzątnie swoje biurko, po czym oboje wyszli. Przy 

wejściu zderzyli  się z panną Sylvestersen, która usunęła się na bok, ale gdy schodzili po 

schodach, podążała krok w krok za nimi. Nette nie przerywała rozmowy, zwracała się do 

Andre dość poufale i wciąż czuła na plecach świdrujące, lodowate spojrzenie tamtej.

Ta plotkara musiała sobie teraz skojarzyć fryzurę i świąteczną bluzkę Nette z wizytą 

tego młodzieńca. Ale niech sobie myśli co chce.

I nagle zrobiło jej się żal panny Sylvestersen. Samotna kobieta, mająca pewnie jakieś 

swoje skryte marzenia, które nigdy się nie spełnią. Czyż można się z kogoś takiego śmiać lub 

nad nim triumfować? Nette przecież sama najlepiej wiedziała, jak to jest. I, szczerze mówiąc, 

życzyła   swojej   złośliwej   koleżance   takiego   przyjaciela   albo   w   ogóle   jakiegokolwiek 

przyjaciela. Naprawdę chciała dzielić się swoim szczęściem z innymi.

Zjawił się oto ktoś, dla kogo mogła zrobić wszystko i nie żądać niczego w zamian.

background image

Jej serce przepełniała radość.

Na rynku rzeczywiście kręciło się kilka pań w wojowniczych nastrojach i rozklejało 

plakaty. Andre natychmiast rozpoznał Mali - po jej młodym wieku, a także po chropawym, 

zdradzającym   brak   wykształcenia   głosie,   który   wykrzykiwał   niezbyt   piękne   słowa   pod 

adresem mężczyzn, nienawidzących kobiet.

- To ona - powiedziała Nette. - Ta skromnie ubrana.

-   Tak,   domyśliłem   się.   Zechciałaby   pani   mnie   przedstawić?   W   przeciwnym   razie 

gotowa pomyśleć, że mam jakieś niecne zamiary.

Kiedy podeszli, Mali spojrzała na nich agresywnie. Na moment w jej oczach pojawił 

się lęk, ale poznała Nette i uspokoiła się.

- Dzień dobry, Mali - przywitała się urzędniczka. - Czy mogę ci przedstawić pana 

Andre Brinka? To twój krewny i chciałby z tobą porozmawiać.

- Krewny? Ja nie mam żadnych krewnych - odparła dziewczyna stanowczo.

Przy   bliższym   poznaniu   Mali   zyskiwała.   Pod   nędzną   oprawą,   pod   zniszczonym 

ubraniem   wyczuwało   się   coś   sympatycznego.   Ładne   rysy,   zgrabna   sylwetka;   włosom 

przydałoby się więcej starania, ale w oczach czaił się jakiś wyraz bezradności, którego nie 

zdołała pokryć agresywnym zachowaniem.

Nim zdążył się odezwać, zawołała:

- Tylko mi nie mów, że jesteś moim bratem lub coś w tym rodzaju.

- Nie, nie - uśmiechnął się Andre. - Ale zdaje mi się, że znalazłem dość wiarygodne 

dowody, że twoja zmarła matka i ja pochodzimy z tej samej rodziny. Bardzo bym chciał z 

tobą porozmawiać. Myślisz, że da się to jakoś zorganizować?

Przyglądała mu się niepewnie, a potem przeniosła wzrok na swoje bardzo zniszczone 

buty.

- No, może - rzekła przeciągle. - Tylko że ja nie spotykam się z ludźmi z pańskiej 

sfery...

- Nie mów do mnie pan. Jesteśmy przecież chyba rówieśnikami.

Odwróciła wzrok.

- Może moglibyśmy znaleźć miejsce w parku, niedaleko katedry. Tam są ławki.

- A nie chciałabyś czegoś zjeść?

Mali popatrzyła na swoje ubranie, po czym wybuchnęła głośnym i niezbyt szczerym 

śmiechem.

- Gdzie ty właściwie mieszkasz? - zapytała Nette.

- Guzik cię to obchodzi!

background image

- Nie mam zamiaru cię przesłuchiwać. Jeśli nie chcesz, to nie odpowiadaj.

Wyraz agresji w oczach Mali złagodniał.

- A tam! Sypiam na skrzyni w starej szopie w porcie.

- Pomyślimy także i o mieszkaniu - powiedział Andre. - Najpierw jednak musimy 

porozmawiać.

- W takim razie ja was zostawiam - rzekła Nette. - Spotkamy się o siódmej, tak?

Andre potwierdził i pożegnali się.

- Nie wstydzisz się chodzić po ulicy z kimś takim jak ja? - zapytała Mali zaczepnie, 

kiedy szli przez rynek w kierunku katedry.

-   Dlaczego,   na   Boga,   miałbym   się   wstydzić?   -   zdziwił   się   Andre.   Chciał   jeszcze 

dodać: „Przecież i tak nikt mnie tutaj nie zna”, ale w porę się powstrzymał.

Mali   prychnęła   tylko   w   odpowiedzi.   Znaleźli   wygodną   ławkę   pod   wysokim, 

rozłożystym drzewem.

- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie, czy nie jesteś głodna - przypomniał Andre.

- Szczerze mówiąc wciąż jestem głodna. Zdążyłam się przyzwyczaić.

Andre zobaczył po drugiej stronie ulicy piekarenkę.

- Poczekaj tutaj - poprosił. - Ja też zgłodniałem.

Nie chciało mu się jeść, ale uznał, że dzielenie się bułkami i mlekiem, które kupił, 

stworzy swego rodzaju poczucie wspólnoty.

Mali była głodna jak wilk, nie umiała tego ukryć. Kiedy już zjedli prawie wszystko, 

powiedziała ostro:

- No? Czego ode mnie chcesz? Nie mogę tu siedzieć cały dzień. Inne dziewczyny 

gotowe pomyśleć, że je zdradziłam.

Andre miał pewne kłopoty z połączeniem jej prostego, nawet wulgarnego zachowania 

z walką o równouprawnienie kobiet, ale akurat teraz nie bardzo miał czas rozpytywać o jej 

ideały i cele.

Zaczął więc mówić o najważniejszym.

- Wszystko wskazuje na to, że twoja matka, a więc tym samym także i ty, należycie do 

niezwykłego rodu. A tak się składa, że dla nas jest sprawą bardzo ważną, byśmy zawsze 

trzymali się razem. Nasza rodzina bardzo chętnie przyjmuje nowych członków. Takich jak ty.

- Nic z tego nie rozumiem.

- Wcale też tego nie oczekuję. Ale twoja matka...

- Nie nazywaj jej moją matką! Ona się mną w ogóle nie przejmowała.

- A ja wiem, że było inaczej. Miała zaledwie czternaście lat, kiedy się urodziłaś. Twój 

background image

ojciec ją rzucił i musiała mieszkać razem z tobą w starej szopie. Kiedy ludzie przyszli, żeby 

cię   zabrać   do   ciepłego   i   suchego   domu,   musieli   cię   odebrać   jej   siłą.   I   nigdy   potem   nie 

pozwolono jej cię odwiedzić.

Mali odwróciła głowę.

Jej szczupłe, dziewczęce ramiona skuliły się bezradnie.

- Pięć lal później urodziła drugie dziecko. Przypadkiem moja kuzynka znajdowała się 

w pobliżu, gdy twoja matka, Petra, odebrała sobie życie. Moja kuzynka próbowała uratować 

przynajmniej   nie   narodzone   jeszcze   dziecko,   ale   ono   już   było   martwe.   Było   to   dziecko 

poważnie zdeformowane, ale właśnie takie dzieci przychodzą dość często na świat w naszej 

rodzinie. Wszystko  stało się na brzegu fjordu, niedaleko Trondheim,  trzynaście  lat temu. 

Teraz ja przyjechałem tutaj, żeby odnaleźć jakieś ślady i dowody mogące potwierdzić, że 

Petra pochodziła z Ludzi Lodu. Wierzę, że mi się to udało. Dowiedziałem się też o tobie i nie 

mam wątpliwości, że jesteś naszą krewną.

Dziewczyna zwróciła się w jego stronę.

- Jak powiedziałeś? Jak nazywa się ten ród? - zapytała mrużąc oczy.

- Ludzie Lodu.

- Co to za ludzie?

- O, to bardzo długa historia. Jeśli będziesz chciała i zdołasz wysłuchać, to ci ją kiedyś 

opowiem. Ale to innym razem, bo na dziś wieczór zaprosiłem pannę Mikalsrud na obiad. 

Bardzo mi pomogła w poszukiwaniu innych członków Ludzi Lodu.

- Dlaczego jest takie ważne, byśmy trzymali się razem?

Dostrzegł to jej niepewne „byśmy” i bardzo go to ucieszyło. To znaczy, że Mali mu 

wierzy!

- Wynika to z naszej historii. Jutro, niestety, też nie będę mógł ci jej opowiedzieć, bo 

muszę pojechać do Alvdalen.

- Do Alvdalen? Do Szwecji? Na Boga, jakim sposobem zamierzasz się tam dostać?

- Mam samochód.

- Co? - Mali otworzyła usta. - Powiedz mi, czy wy, Ludzie Lodu, jesteście bardzo 

bogaci?

Andre wzruszył ramionami.

- Specjalnie bogaci to nie, ale dajemy sobie radę.

- A wiesz co? Ja to pluję na pieniądze! Ja mam coś, w co wierzę, a wtedy pieniądze 

nie mają żadnego znaczenia.

- Oczywiście. A ta twoja idea to prawo głosu dla kobiet, tak?

background image

- O, ja walczę  o dużo więcej. Chcę walczyć  o sprawy kobiet,  przemawiać  w ich 

imieniu,   bo   umiem   to   robić!   Gdybyś   widział   to,   co   ja,   ile   jest   niesprawiedliwości,   ile 

wykorzystywania kobiet i dziewcząt, to byś się nie dziwił. Zresztą, co mi tam, możesz nie 

wierzyć! Ja i tak swoje wiem.

- Ależ ja ci wierzę, Mali! Nie wszyscy mężczyźni są ślepi na krzywdę kobiet. Ale 

zanim zajmiemy się innymi sprawami, musimy znaleźć ci jakiś dach nad głową i postarać się 

o porządne ubranie.

- Nie. Najpierw chcę się dowiedzieć czegoś więcej o tych, no jak tam, o tych Ludziach 

Lodu. Jest w nich coś dziwnego, powiadasz. A co takiego? I skąd wiesz, że martwo urodzone 

dziecko było jednym z was?

- No wiesz, to był twój brat albo siostra. A u Ludzi Lodu w każdym pokoleniu rodzi 

się jedno dziecko obdarzone szczególnymi cechami, zresztą bardzo różnymi. Niektóre z nich 

mają szerokie, spiczasto zakończone barki. Matki tych dzieci zwykle umierają przy porodzie.

- Jezu! I ten mały miał właśnie takie ramiona?

- Dlatego zrodziło się podejrzenie, że to dziecko i twoja matka, i ty także pochodzicie 

od   jednego   z   potomków   Ludzi   Lodu,   który   jako   mały   chłopiec   zaginął   w   roku   tysiąc 

siedemset siedemdziesiątym siódmym.

- Ale przecież równie dobrze to ojciec tego zdeformowanego dziecka mógł pochodzić 

z Ludzi Lodu! - zawołała Mali.

Andre   pochwalił   jej   inteligencję,   co   najwyraźniej   sprawiło   jej   przyjemność. 

Uświadomił   sobie,   że   Mali   zaczyna   go   akceptować,   mimo   że   jest   przedstawicielem 

podejrzanego rodu męskiego.

- Interesowałem się rodziną tego człowieka - wyjaśnił. - Widzisz, on miał jedenaścioro 

rodzeństwa, a Ludzie Lodu miewają niewiele dzieci.

Mali zachichotała.

- Czy to jedna z tych szczególnych cech tej rodziny?

- Tak. A drugą jest to, że rodzą się dotknięci, jak my ich nazywamy, ludzie obdarzeni 

wielkimi zdolnościami paranormalnymi. Ponadnaturalnymi - poprawił się, żeby Mali lepiej 

zrozumiała.

Mali rozpromieniła się.

- Coś takiego to bym chciała mieć!

Andre zapytał ostrożnie:

- A nigdy niczego takiego u siebie nie zauważyłaś? Bo nawet normalni potomkowie 

Ludzi Lodu bywają często bardziej wrażliwi, więcej potrafią niż zwyczajni ludzie.

background image

Mali zastanawiała się przez chwilę.

-   Niech   mnie   licho!   -  wykrzyknęła   w   końcu.  -   Pewnie,   że   zauważyłam!   Przecież 

zawsze   wiedziałam,   kiedy   wychowawczyni   przyjdzie   na   inspekcję,   i   mogłam   zawczasu 

ostrzec inne dziewczyny.

- No więc widzisz - kiwał głową Andre. - Wiesz, ponieważ w moim pokoleniu nie 

urodził się nikt obciążony, musieliśmy zacząć szukać bliższych informacji o tej kobiecie z 

brzegu. Musieliśmy się dowiedzieć, czy jej dziecko było dotknięte. I wygląda na to, że tak 

właśnie jest. Muszę tylko pojechać do Alvdalen, żeby to potwierdzić.

- A nie mogłabym pojechać z tobą? - zawołała impulsywnie. - Nie ze względu na 

samochód, ale dlatego, że ja też jestem z Ludzi Lodu. Coś mi  mówi,  że pochodzę z tej 

rodziny.

- Ja też jestem tego pewien - uśmiechnął się Andre. Nie powiedział ani słowa na temat 

jej wyglądu ani że nie będzie pasować do eleganckiego samochodu. - Skoro i tak nie masz 

gdzie mieszkać, to najlepiej będzie, jeśli pojedziesz ze mną.

- Och, dziękuję! - wykrzyknęła i rzuciła mu się na szyję. Andre trochę się zaniepokoił, 

bo jej włosy przesłoniły mu twarz, opadały na ramiona. A jeśli ona ma wszy...?

Nie bardzo był pewien, czy dobrze robi, zabierając ją w podróż; ale teraz nie miałby 

już serca, żeby jej tę radość odebrać.

Nette   poszła   do   banku   i   kazała   sobie   wypłacić   taką   sumę,   że   zdziwiony   kasjer 

przyglądał jej się podejrzliwie. Co tam, mogę przecież wpłacić ponownie, jeśli się okaże, że 

wzięłam za dużo, pomyślała. Nie mogła przynieść za mało! Wszystko da się załatwić!

Teraz pozostawała jeszcze sprawa stroju na wieczór. Najładniejsza bluzka była  po 

całym dniu nieświeża, a suknie, które wisiały w szafie, wyglądały żałośnie, były niemodne i 

znoszone. Wahała się przez chwilę, a potem skierowała w stronę eleganckiego magazynu 

przy ulicy Biskupiej.

Po   długim,   bardzo   długim   czasie   wyszła   stamtąd   z   dużym   pakietem   pod   pachą. 

Przepełniała   ją   radość,   czuła   się   podniecona   i   frywolna.   Pomyśleć,   że   kupiła   gotową 

wizytową suknię! Nigdy przedtem tego nie robiła, zawsze szyła suknie i dla siebie, i dla 

matki. Ale dzisiaj jest przecież wielki dzień!

Kiedy   mijała   katedrę,   spostrzegła,   że   jej   młodzi   znajomi   siedzą   na   ławce   pod 

drzewem. Na moment przystanęła, nie chciała, by zobaczyli ten jej płaski pakiet, który aż 

nadto wymownie świadczył o jej stosunku do dzisiejszego zaproszenia. Nie mogła jednak się 

wycofać, to by wyglądało okropnie. Nieco speszona poszła więc dalej.

- Wciąż jeszcze tu siedzicie? - zapytała wesoło.

background image

Andre na jej widok wstał.

- A czy pani nie mogłaby usiąść z nami na chwilkę, panno Mikalsrud?

Właściwie nie miała czasu i właściwie wypadało podziękować i odmówić, ale ona, nie 

bacząc na nic, powiedziała: oczywiście, i usiadła.

Andre opowiadał, co oboje z Mali uzgodnili, i o tym,  że Mali pojedzie z nim do 

Alvdalen. Nette starała się przełknąć uczucie rozczarowania.

-   Ale   w   takim   razie   Mali   będzie   potrzebne   podróżne   ubranie   -   powiedziała   tak 

życzliwie jak tylko umiała.

- Możliwe - burknęła Mali cierpko. - Tylko skąd je wziąć?

- Mam propozycję - uśmiechnęła się Nette. - Pójdziemy zaraz do magazynu, z którego 

dopiero   co   wyszłam,   i   tam   coś   kupimy.   Musimy   się   pospieszyć,   żeby   zdążyć   przed 

zamknięciem.

Mali przyglądała się jej z niechęcią.

- Czy pani rozum straciła? Przecież ja nie mam czym zapłacić!

- Mogę ci pożyczyć. Wiem, że oddasz, kiedy będziesz miała.

- Jezu! - westchnęła Mali. Najwyraźniej było to najczęściej przez nią używane słowo. - 

No to chodźmy! Oczywiście, że oddam dług.

- Musimy ci też znaleźć jakieś miejsce na noc - przypomniał Andre.

- Może w Hospicjum? - zaproponowała Nette. - Warunki są tam bardzo skromne, ale 

jest czysto.

- O, to już chyba oni mogą się bać, że im tam napaskudzę - uśmiechnęła się Mali 

niepewnie.

Nette zastanawiała się przez chwilę, a potem powiedziała:

- Gdybyś chciała się trochę ogarnąć po tym mieszkaniu w szopie, wykąpać się i umyć 

włosy, a także wyrzucić to brudne ubranie, zanim pójdziesz do Hospicjum, możesz to zrobić u 

mnie. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, oczywiście.

-   Jezu!   Czy   naprawdę   na   ziemi   są   anioły?   Jasne,   że   chciałabym   się   wykąpać!   I 

przeczesać włosy gęstym  grzebieniem. Nie, przepraszam,  wszy to ja nie mam.  Siostry w 

przytułku bardzo pilnowały.

Andre zrozumiał pytanie, które posyłało mu spojrzenie Nette: „Czy ona też pójdzie do 

restauracji na obiad?” brzmiało to pytanie. We wzroku Nette dostrzegł bezradność i niepokój.

W tej sytuacji Andre rzekł stanowczo:

- No więc postanowione, Mali. Pójdziesz teraz z panną Mikalsrud, a potem udasz się 

do Hospicjum. My z panną Mikalsrud mamy do omówienia kilka spraw dziś wieczorem. 

background image

Przyjdę po ciebie jutro rano, powiedzmy o ósmej. Nie będzie za wcześnie?

- Nie, skąd. Ale to oczywiście ja przyjdę do hotelu, będę czekać punkt ósma. Jeśli o 

mnie chodzi, to moglibyśmy wyjechać nawet wcześniej.

- Myślę, że wcześniej nie podają śniadania w hotelu - uśmiechnął się Andre. - No 

świetnie. W takim razie o ósmej. W drodze do Szwecji opowiem ci o Ludziach Lodu. Do 

widzenia!

Obie jego nowe przyjaciółki zniknęły za rogiem. Różniły się od siebie niczym dzień i 

noc.   Błogosławiona   panna   Mikalsrud,   pomyślał.   Lepszej   pomocnicy   nie   mógłby   sobie 

wymarzyć!

A Mali jest bardzo ładna i miła. Jak nie oszlifowany diament, chropowaty, o ostrych 

kantach. Nieoczekiwanie zapragnął poznać, jak by ten diament wyglądał po oszlifowaniu.

Jego   podróż   śladami   potomków   Christera   Gripa   zdawała   się   być   owocna   ponad 

wszelkie oczekiwanie.

Tak rozmyślał Andre podążając w stronę hotelu.

Jeszcze nie wiedział, w co wciągnął obie swoje przyjaciółki.

Niebezpieczeństwa czaiły się jeszcze w ukryciu.

Ale nie szuka się bezkarnie potomstwa Christera Gripa.

background image

ROZDZIAŁ IX

Nette siedziała na swojej starej i zniszczonej, ale ulubionej kanapie i nie bez smutku 

przyglądała się Mali, która, świeżo wykąpana, z mokrymi  jeszcze włosami krygowała się 

przed   lustrem.   Sama   Nette   nie   miała   na   razie   czasu   przymierzyć   swojej   nowej   sukni,   a 

należałoby   przy   niej   co   nieco   poprawić;   nie   miała   też   czasu   zajrzeć   do   rękopisu,   który 

powierzył jej Andre.

- Dokonałyśmy dobrego wyboru, prawda? - pytała Mali zaróżowiona na twarzy, pełna 

podziwu dla swojej prostej sukienki z ładnej bawełny w drobne kwiatki na niebieskim tle.

- Owszem - potwierdziła z uśmiechem Nette. - Znakomicie pasuje dla takiej młodej 

dziewczyny jak ty. Świeża i przewiewna, a przy tym nie będzie się zbyt szybko brudzić.

- No właśnie, bo przecież wiesz, ja muszę być przygotowana na każdą pogodę. Nie co 

dzień będę nocować w Hospicjum.

- Myślę, że pan Andre Brink z Ludzi Lodu pomoże ci się jakoś urządzić, jeśli uzna, że 

naprawdę jesteś jego kuzynką.

- Tak uważasz? On jest dosyć  przystojny,  no nie? - dodała Mali przyglądając się 

odbiciu swojej twarzy w lustrze.

Nette poczuła ukłucie w sercu.

- Owszem, jest „dosyć przystojny”. To bardzo sympatyczny młody człowiek.

Mali odwróciła się do niej gwałtownie.

- Macie się spotkać dzisiaj wieczorem, no nie?

- Tak. Pan Andre zaprosił mnie na obiad do hotelowej restauracji.

Nie była w stanie zapanować nad swoim głosem, w którym wyraźnie zabrzmiała nuta 

dumy.

- Obiad w hotelu! Jezu, ale z ciebie szczęściara! W co się ubierzesz?

Nette wstała z kanapy.

- Dzisiaj kupiłam suknię - powiedziała ożywiona i przyniosła pakiet. - Chciałabyś 

zobaczyć?

- Pewnie!

Nette ostrożnie, niemal z szacunkiem rozwinęła błyszczący papier i wyjęła bardzo 

piękną   jedwabną   suknię   koloru   kości   słoniowej   z   bufiastymi   rękawami,   ozdobioną 

koronkami.

- Oj! - jęknęła Mali zachwycona. - Wybierasz się na bal?

Nette ogarnęły wątpliwości.

background image

- Myślisz, że jest zbyt strojna? Ale ja nie mam nic innego...

- Uważam, że powinnaś ją włożyć - oświadczyła Mali stanowczo. Nie była głupia, 

tylko po prostu nie miała wykształcenia, ale na ludzkich uczuciach znała się znakomicie. - 

Nie mogłabyś mieć nic lepszego na obiad w hotelowej restauracji! Przymierz suknię, żebym 

mogła zobaczyć, jak się w niej prezentujesz!

- Najpierw powinnam się chyba wykąpać i ułożyć włosy.

- Masz rację. Zabrałam ci tyle czasu! To dla mnie typowe, myślę tylko o sobie...

- Wcale nie. Ale może chciałabyś, żebym ci pomogła upiąć włosy?

- Nie, dziękuję. Robię to bardzo zręcznie sama - powiedziała Mali. Ujęła swoje długie, 

ciemne włosy, podobne do końskiej grzywy, owinęła je kilka razy wokół dłoni, sięgnęła po 

szpilki i po chwili upięła nad karkiem bardzo staranny kok.

- Coś takiego! - roześmiała się Nette. - Poszło ci znakomicie! Ale to właściwie grzech 

ukrywać takie piękne włosy w ten sposób.

-   Gdybym   je   nosiła   rozpuszczone,   to   posterunkowy   mógłby   mnie   zamknąć   jako 

ulicznicę - stwierdziła Mali trzeźwo. - A tego to naprawdę nie chcę! Można o mnie mówić, co 

się chce, ale ulicznicą nie jestem!

- Nikt cię chyba o to nie podejrzewa - rzekła Nette spokojnie.

- Owszem, są tacy. W przytułku wychowawczyni ciągle grzebała w moich rzeczach, 

żeby   zobaczyć,   czy   nie   znajdzie   czegoś   „podejrzanego”.   Jakichś   pieniędzy   w  pończosze, 

grzesznej bielizny czy czegoś w tym rodzaju. O, do diabła, jak ja ci zazdroszczę tego obiadu!

Tego ci jednak nie odstąpię, pomyślała Nette, dając dziewczynie pieniądze na nocleg. 

Czy myślisz, że ja ci nie zazdroszczę podróży do Alvdalen?

I twojej młodości! Ach, moja droga, gdybym tak mogła się z tobą zamienić...!

Andre przyjechał, żeby zabrać ją do restauracji, i wszyscy sąsiedzi pootwierali drzwi 

na oścież. Nette usłyszała wiele komplementów na temat sukni i fryzury; troszkę było jej 

przykro, że płaszczyk ma taki stary i zniszczony, ale nie odważyła się na kupno nowego. 

Musiała zachować pieniądze na podróż młodych do Szwecji. Andre przyjechał, oczywiście, 

samochodem   i   samotna   Nette   Mikalsrud   przeżyła   moment   wielkiego   wzruszenia,   gdy 

pomagał jej wsiąść, a ze wszystkich okien spoglądali na nią ukryci za firankami sąsiedzi.

Po   drodze   podała   mu   dyskretnie   kopertę   zawierającą   prawie   wszystkie   jej 

oszczędności.   Brakowało   tylko   niewielkiej   sumy,   którą   musiała   zostawić   w   banku,   by 

zachować konto. Zakupy,  jej własne i Mali, poważnie naruszyły  kasę, ale jednak zostało 

jeszcze tyle, że starczyłoby na podróż do Sztokholmu, i to dwa razy tam i z powrotem, gdyby 

się to miało okazać niezbędne!

background image

Andre, skrępowany, podziękował i obiecał zwrócić dług najszybciej jak to możliwe.

Jaki cudowny wieczór spędziła pani Nette! Usłużni kelnerzy, którzy spełniali każde 

ich życzenie, wspaniałe wino, które leciutko szumiało w głowie, wyszukane jedzenie i Andre, 

który   sprawiał   wrażenie,   że   naprawdę   dobrze   się   czuje   w   jej   towarzystwie.   Prowadzili 

swobodną rozmowę, opowiadali wesołe anegdoty i zdarzenia z własnego życia, a wkrótce 

rozmowa zeszła na sprawy, dla których Andre przyjechał do Trondheim.

W tym mniej więcej punkcie porzucili, ku wielkiej radości Nette, wszystkie tytuły.

- Mówiłaś, że podjęłaś pewne kroki pod moją nieobecność - przypomniał Andre.

- Owszem, wysłałam listy do kilku osób, które powinny być zorientowane w sprawach 

dotyczących Petry Olsdatter. A poza tym, jak mówiłam, dowiedziałam się co nieco na temat 

nazwiska Nordlade i...No właściwie to już wszystko. A ty?

- A ja dostałem ów medalion, który jutro oddam Mali, bo oczywiście należy do niej. A 

druga, niezwykle interesująca sprawa, to manuskrypt. Zajrzałaś do niego?

Z żalem potrząsnęła głową.

- Niestety, rzuciłam tylko okiem na samo zakończenie, na więcej nie miałam czasu. 

Mali była przecież u mnie.

- Tak, to prawda.

- Chciałbyś pewnie mieć zapiski ze sobą, kiedy pojedziesz do Alvdalen?

Zastanowił się.

- Tak. Chyba tak. Ale może uda ci się przejrzeć je jeszcze dziś wieczorem? Wstąpię 

jutro   rano   do   ciebie   do   biura   i   odbiorę   manuskrypt.   Bardzo   bym   chciał,   żebyś   go   jak 

najszybciej przeczytała.

- Dziękuję ci, chętnie to zrobię - obiecała, ba pochlebiało jej zaufanie Andre. - Z tych 

fragmentów, które zdążyłam przejrzeć, wynika, że ten... Havgrim, tak miał na imię? Że ten 

Havgrim jest dla twojego rodu kimś ważnym?

-   On   należał   do   mojego   rodu!   -   zapewnił   Andre.   -   Ale   nie   mam   na   to   żadnych 

konkretnych dowodów. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko je znaleźć. A później 

wyjaśnić, czy nie ma tu gdzieś jeszcze innych naszych krewnych.

-   Rozumiem.   I  domyślam   się,  że   wypełnienie   tego   zadania   jest  dla   ciebie   bardzo 

ważne.

- Nawet nie wiesz, jak bardzo. Muszę ci wyjaśnić, że na naszym rodzie ciąży od setek 

lat straszne brzemię. Teraz nie ma czasu na szczegóły, musielibyśmy tu siedzieć i rozmawiać 

przez wiele godzin. Ale to brzemię sprawia, że powinniśmy trzymać się razem, a kiedyś w 

osiemnastym wieku zdarzyło się, że jeden z Ludzi Lodu zaginął. I właśnie teraz ja natrafiłem 

background image

na ślad jego potomstwa. Wszystko to będę musiał wyjaśnić Mali jutro w samochodzie. Wedle 

wszelkiego prawdopodobieństwa ona jest jedną z nas. Zajmie nam to z pewnością większą 

część podróży. Historia naszego rodu jest niezwykła i tak skomplikowana, że obcy nie bardzo 

chcą w nią wierzyć.

Nette znowu poczuła ukłucie w sercu. „Obcy”, to tym razem była ona. Mali natomiast 

należała do rodziny.

Samotność otaczała ją niczym gęsta mgła. Mogła się była przyzwyczaić, że dla innych 

ludzi jest obca. I chyba się przyzwyczaiła, aż tu nagle, w ciągu ostatnich dni, świadomość 

tego stała się znowu boleśnie dokuczliwa.

Wspaniały wieczór dobiegał końca. To ona dała znak, że pora wracać, mówiąc:

- Jutro czeka cię długa podróż. Potrzebujesz wypoczynku.

Ona sama mogłaby siedzieć do rana w tym hotelowym saloniku, dokąd przenieśli się 

po obiedzie. Ale piękna przygoda była definitywnie zakończona. Andre odwiózł ją do domu, 

uścisnął jej rękę na pożegnanie i podziękował za naprawdę wspaniały wieczór.

Nette nie mogła sobie nawet przypomnieć, o czym mówili. Była tak podniecona, że 

wszystkie wspomnienia uleciały.

Samochód odjechał. Rozmarzona Nette poszła po schodach na górę.

Wyjęła   klucz.   Mruczała   coś   pod   nosem   niezadowolona,   bo   miała   kłopoty   z 

odnalezieniem dziurki. Ale też na klatce było ciemno choć oko wykol. Żarówka musiała się 

przepalić.

Nareszcie!   Otworzyła   drzwi,   żeby   wejść.   W   tym   samym   momencie   kątem   oka 

zauważyła jakiś ruch na zewnątrz.

Ktoś skrada się po schodach?

Nic więcej nie zdążyła pomyśleć, bo głowę przeszyła jej bolesna błyskawica, a potem 

zaległa ciemność.

Nieprzytomna Nette została przeciągnięta przez drzwi swego mieszkania i porzucona 

na podłodze w przedpokoju. Drzwi zostały zamknięte od zewnątrz, a klucz wyjęty z zamka.

Pospieszne kroki zadudniły na schodach.

Andre wyszedł z hotelu na ulicę punktualnie o godzinie ósmej rano. Mali czekała już 

na niego z promiennym wzrokiem. Czysta, starannie uczesana, w swojej błękitnej kwiecistej 

sukience   i   podróżnym   żakiecikiem   na   ręce.   Wyglądała   niezwykle   młodo   i   świeżo.   I 

wojowniczo. Nędza, która legła u podstaw jej agresji wobec społeczeństwa, nie dała się po 

prostu zmyć odrobiną wody.

- Hej! - powiedziała z nieśmiałym uśmiechem.

background image

- Hej, wiosenny kwiatuszku! - przywitał ją Andre. - No? Wyspałaś się?

- Czy myślisz, że takie poobijane ciało jak moje może spać w miękkiej, luksusowej 

pościeli? Nie spałam dobrze, naprawdę. Czułam się jak kogut w wielkim kurniku.

Dosyć dziwne porównanie, pomyślał Andre, prowadząc ją do samochodu. Ale to dla 

niej, zdaje się, typowe.

- Jak się udał obiad? - zapytała z kolei Mali swoim nieco ostrym głosem.

- Ach, to był bardzo przyjemny wieczór - odparł. - Nette Mikalsrud jest naprawdę 

sympatyczną osobą.

- Jedyna  ludzka  istota w tym  całym  gminnym  maglu  - powiedziała  Mali cierpko. 

Nagle przystanęła.

- Co? To naprawdę twój samochód?

Samochód został starannie wymyty i odzyskał blask. Chłopiec hotelowy polerował go 

przez cały dzień.

-   Mój   -   powiedział   Andre,   nawet   nie   próbując   ukryć   dumy.   -   To   naprawdę   mój 

samochód. Mój i mojego ojca. Każdy z nas posiada połowę. Ja tę piękną i błyszczącą, a ojciec 

środek, to, czego nie widać.

- Ale środek też z pewnością jest ważny - rzekła Mali tak przejęta, że nie zrozumiała 

żartu. Obchodziła samochód w kółko, nie mogąc oderwać od niego oczu. - Wiesz, czuję, że 

naprawdę należę do twojej rodziny! - oświadczyła ze śmiechem.

- Oczywiście, że należysz, ale nie myśl, że jesteśmy milionerami!

Spojrzała na niego ze złością.

- Do diabła, uważasz, że zależy mi na pieniądzach? Jak się do tego wsiada?

Pomógł jej usadowić się na miejscu obok kierowcy.

- Panie Jezu! - szeptała Mali przejęta. - Co za widok! Jakbym posiadała cały świat!

Wydała  z siebie przenikliwy krzyk  radości, który z pewnością zbudził  wszystkich 

śpiących jeszcze gości hotelowych. Andre włączył silnik i samochód potoczył się w dół ulicy.

Kiedy okrążali rynek, Mali trzymała się kurczowo i wrzeszczała z radości.

- Musimy jeszcze wstąpić do biura Nette! - zawołał Andre, żeby ją przekrzyczeć. - 

Mam od niej odebrać ważne papiery.

Nette jednak w biurze nie było. Nikt nie wiedział dlaczego. Panna Mikalsrud opuściła 

dotychczas tylko dwa dni podczas wszystkich lat pracy w magistracie. Raz, kiedy umarła jej 

matka, i drugi raz, kiedy matkę chowano.

- Może wypiła za dużo wina? - powiedziała Mali złośliwie, gdy wyszli na ulicę.

- Nie, Nette piła bardzo umiarkowanie.

background image

- Musiała zaspać.

- Sądzę, że ona nie należy do ludzi, którzy mogą zaspać.

- Nie. Ale też nie należy do ludzi, którzy chodzą po restauracjach - powiedziała Mali. - 

Widocznie nawet tego było jej za wiele. Musisz koniecznie mieć te papiery?

Andre poczuł się nieprzyjemnie.

- Niekoniecznie. Wiem przecież, co w nich jest. A zresztą ten manuskrypt jest twój. 

Dostaniesz goi jeszcze mały medalion, który należał do twojej matki. Nie, papiery nie są mi 

potrzebne, ale...

Wahał się.

- Nie chcesz wyjechać, dopóki się z nią nie zobaczysz, prawda?

- No właśnie. Czy możemy poświęcić trochę czasu i pojechać do niej, żeby zobaczyć, 

co się stało?

- Zasuwaj! - oświadczyła Mali, a Andre pomyślał, że będzie musiał popracować nad 

jej językiem. Nie powinna wyrażać się tak prostacko.

Chociaż czy to jego sprawa?

Ale z drugiej strony, jeśli to nie jest jego sprawa, to czyja? Mali jest przecież całkiem 

sama na świecie.

- No, i jak się czujesz jako osoba, która odnalazła rodzinę? - zapytał przyjaźnie.

Roześmiała się głośno i niezbyt elegancko.

- O, chciałabym poznać was lepiej, zbliżyć  się do was po pierwszych ceregielach. 

Jesteśmy na miejscu, ona tu mieszka - powiedziała, kiedy Andre zatrzymał samochód.

Weszli na górę i zapukali do drzwi.

Nikt nie otwierał.

Spoglądali po sobie niepewnie.

- Czyżby nie było jej w domu? - zapytał Andre.

- Nie wygląda na to.

- Nie słyszy nas? Może jest chora?

Andre zapukał mocniej, a Mali wołała Nette po imieniu. Na piętrze niżej jakieś drzwi 

otworzyły się szeroko i pokazały się sylwetki ciekawskich. Wtedy Mali krzyknęła:

- Wynoś się stąd, przeklęty podglądaczu! Nie masz tu nic do roboty!

- Ależ, Mali - jęknął Andre wstrząśnięty.

- Nie mogę znieść tych cholernych bab. Wszędzie ich pełno!

Drzwi na dole zatrzasnęły się z hałasem.

Andre ujął klamkę, ale mieszkanie Nette było zamknięte na klucz.

background image

- I co teraz zrobimy? - zastanawiał się.

- Z pewnością wyszła na chwilę załatwić jakąś sprawę - uspokajała Mali.

- Chyba masz rację. Powinniśmy już iść, czeka nas dzisiaj daleka droga.

Mimo to nie mógł się zdecydować, wciąż nie pojmował, co się mogło stać.

- Spójrz tutaj - powiedziała Mali, pochylając się nad podłogą. - Mówisz, że nie była 

pijana?

Nić w kolorze kości słoniowej zaczepiła się o drzazgę w zniszczonym progu. Andre 

podniósł ją i poszedł do okna.

- Nette miała wczoraj na sobie suknię takiego właśnie koloru. Co to, na Boga...?

- Lecę po dozorcę! - zawołała Mali. - To jest czynszowa kamienica, więc...

Zniknęła na schodach, zanim zdążyła dokończyć.

Drzwi naprzeciwko uchyliły się i na korytarz wyjrzała para ciekawskich oczu. Andre 

czekał, nie mógł zrozumieć, co się takiego mogło stać. Martwiło go to bardzo, ale nic nie 

mógł wymyślić. Wszystko było takie zagadkowe i niepojęte.

Wkrótce na dole rozległ się stanowczy głos Mali, a potem kroki dwojga ludzi idących 

po   schodach.   Mali   przyprowadziła   milczącego,   melancholijnego   człowieka,   który   skinął 

głową w stronę Andre i wsunął klucz do zamka.

W przedpokoju nie było nikogo, ale na podłodze zauważyli ślady krwi. Andre zawołał 

w głąb mieszkania.

Zdawało im się, że słyszą stamtąd cichy głos, pobiegli zatem do salonu, czyściutkiego 

i wysprzątanego, jak można było oczekiwać w mieszkaniu Nette. Zajrzeli do kuchni, lecz tam 

także nie było nikogo. Zatrzymali się przed jeszcze jednymi zamkniętymi drzwiami.

- Wejdź, Mali - mruknął Andre.

Mali zapukała i uchyliła ostrożnie.

- Ona jest tutaj - rzekła ochrypłym głosem. - Chodź!

Nette   leżała   na   łóżku,   wciąż   ubrana   w   wieczorową   suknię.   Była   trupio   blada,   na 

głowie miała mokry ręcznik z plamami krwi.

- Ja... nie mogę... - wykrztusiła.

- Leż spokojnie! - zawołał Andre i ujął ją za rękę. - Co się stało?

Nette przesłoniła dłonią twarz i jęknęła zbolałym głosem.

- Nie wiem. Wczoraj wieczorem... Ktoś był na schodach. Napadł na mnie. Straciłam 

przytomność. Ocknęłam się w nocy, na podłodze... Jakoś udało mi się dotrzeć do łóżka. Nie 

byłam w stanie...

- Oczywiście - szepnął Andre. - Zaraz sprowadzę lekarza.

background image

- Nie, już mi lepiej. Właściwie czuję się już zupełnie nieźle.

- Ale nie wyglądasz dobrze.

Zwrócił się do dozorcy.

- Jest tu w pobliżu jakiś doktor?

- Jest, w domu obok.

- Przyprowadź go tutaj. Natychmiast! A ty, Mali, pomóż się Nette przebrać. Tylko 

ostrożnie. Niewykluczone, że ona ma wstrząs mózgu. Ja zaczekam w salonie.

Mali skinęła głową i Andre wyszedł.

Wygląda na to, że będzie to podróż z przeszkodami, pomyślał. Bogu dzięki, że nikt na 

nas nie czeka.

Gdy dozorca wrócił z lekarzem i z policjantem, którego wezwał z własnej inicjatywy, 

Nette miała już na sobie swoje codzienne ubranie, Mali pomogła jej się umyć i uczesać, a 

sama posprzątała w pokoju. Młodej osobie zdawało się sprawiać przyjemność to, że może być 

przydatna.

Doktor zbadał Nette Mikalsrud, a policjant zadał w tym czasie kilka podstawowych 

pytań. Andre i Mali mogliby już właściwie pojechać, ale nie robili tego. Chcieli poczekać, aż 

wszystko się wyjaśni.

Nie, Nette nie ma wrogów. Nie, nic z mieszkania nie zginęło. Tylko klucz zniknął.

Wtedty dozorca poinformował, że dzieci znalazły dziś rano jakiś klucz i że to był 

właśnie klucz od mieszkania  pani Mikalsrud. Leżał na dole, przy drzwiach wejściowych. 

Nette otrzymała go z powrotem.

Policjant   pisał   i   pisał.   Doktor   oświadczył,   że   Nette   nie   powinna   przez   kilka   dni 

chodzić do pracy.

- Ale ja nie mogę... - zaprotestowała. - Ja nigdy przedtem...

- Nikt nie jest niezastąpiony - przerwał jej doktor. - Na razie nic nie wskazuje na 

wstrząs mózgu. Jest pani w szoku, najzupełniej oczywistym po tym, co się stało, i dlatego ma 

pani problemy z poruszaniem się. Powinna pani odpocząć przez kilka dni, oderwać się od 

pracy.

- To znaczy, że mam tu leżeć i rozpamiętywać to, co się stało? Taka perspektywa 

wydaje mi się najgorsza.

Przerwał im Andre.

- W żadnym razie nie chciałbym zostawić tu panny Mikalsrud samej. Nie wiemy, 

dlaczego została napadnięta, więc nie wiemy też, czy atak się nie powtórzy.

- To prawda - poparł go policjant.

background image

-   Panna   Mali   i   ja   musimy   dziś   wyjechać   i   nie   możemy   opiekować   się   chorą.   W 

żadnym jednak razie nie chciałbym zostawić jej samej. Co by pan powiedział na to, doktorze, 

żeby   panna   Mikalsrud   pojechała   z   nami?   Myśli   pan,   że   zniosłaby   dłuższą   podróż 

samochodem?

Lekarz popatrzył na niego zamyślony.

- Czy to pański samochód stoi tam na ulicy?

- Tak.

- Wygląda na bardzo wygodny. No i jak powiedziałem: Cios trafił na tyle nisko, że nie 

spowodował wstrząsu mózgu. Ale co na to sama panna Mikalsrud?

- Pojechałabym bardzo chętnie.

- Będziesz mogła siedzieć z tyłu, oparta na poduszkach, wygodnie - przekonywał ją 

Andre ożywiony. - Czy to nie najlepsze rozwiązanie? - zwrócił się do policjanta i do lekarza.

Obaj kiwali głowami na znak, że i oni tak sądzą.

- To nawet bardzo dobrze, że panna Mikalsrud zniknie na jakiś czas z niebezpiecznej 

strefy - powiedział policjant. - A my tymczasem poszperamy tu trochę.

Nette uśmiechała się blado.

Mali   nie   powiedziała   ani   słowa.   Ja   w   każdym   razie   będę   siedziała   na   przedzie, 

pocieszała się w duchu.

Znaleźli się w Gaudalen.

Pogoda   była   wspaniała,   nie   mogli   sobie   wymarzyć   lepszej.  Tylko   że,   oczywiście, 

wyjechali z Trondheim zbyt późno. Andre domyślał się, że tego dnia do Alvdalen nie dojadą.

To zaś komplikowało sytuację. Gdzie przenocują? Tereny przygraniczne przeważnie 

porastały lasy, osady ludzkie zdarzały się rzadko i były niewielkie. On nie wiedział o żadnej 

gospodzie w tej okolicy, panie też nie.

Droga wiła się malowniczo wśród lasów i pokrytych kwieciem skalnych rozpadlin, 

wśród kwitnących łąk i zarośli. Poniżej drogi płynęła rzeka, Gaula.

Trakt nie był może zbyt równy, lecz uroda krajobrazu wynagradzała niewygodę.

Mali entuzjastycznie zachwycała się wszystkim.

Zachwyt Nette nie był aż tak wielki. Samochód podskakiwał na wybojach, ból rozbitej 

głowy stawał się powoli tak intensywny,  że prawie nie do zniesienia. Ale nie chciała się 

skarżyć. Zabrali ją przecież ze sobą, bo się o nią martwili. I choć słuchała szczebiotu Mali i 

wesołych odpowiedzi Andre z zazdrością, że nie może w tym uczestniczyć, to wiedziała, że 

myślą o niej z troską.

Andre zatrzymał się niedaleko samotnej zagrody, tuż przy drodze.

background image

- Może tu powinniśmy zapytać o Nordlade?

Panie uznały, że to dobry pomysł. Andre wyskoczył z samochodu i poszedł ścieżką ku 

obejściu.

Mali odwróciła się.

- Jest ci tam wygodnie?

-   Dziękuję,   bardzo   wygodnie   -   uśmiechnęła   się   Nette   blado.   -   Ale   mimo   tych 

wszystkich poduszek zdrętwiałam jak drewno.

- Ja też. A poza tym powinnam zejść nad rzekę, w te zarośla. Pójdziesz ze mną?

Dzięki ci, Panie, za takie bezceremonialne dziewczęta, pomyślała Nette. Ta sprawa 

bowiem martwiła ją już od dawna.

Pomagając sobie nawzajem, zeszły w dół, na brzeg rzeki.

Najgorsze, że ona jest taka sympatyczna,  myślała Nette, kiedy wracały,  każda zza 

swojego krzaka. Chciałabym jej nie lubić, chciałabym być zazdrosna, ale nie umiem. Jedyne, 

co odczuwam, to smutek i żal. Ona ma szanse zdobyć jego serce. Ja nie.

Ale ja mogę wiele dla niego zrobić. Mieć w nim przyjaciela. Pomagać mu na różne 

sposoby.   Właściwie  to  przyjaźń   jest  cenniejszym  uczuciem,  bo  trwa  dłużej  niż  przelotne 

zakochanie.

Próby pocieszania się na niewiele jednak się zdały. Mimo wszystko odczuwała ból.

Andre wrócił do samochodu równocześnie z paniami.

- Minęliśmy już Nordlade - oświadczył. - Ujechaliśmy jakieś dziesięć kilometrów za 

daleko. Jak uważacie? Powinniśmy zawrócić, czy załatwimy tę sprawę w drodze powrotnej?

Nette spoglądała na słońce.

- Zaczyna się robić późno.

- Tak - zgodziła się Mali. - Jedziemy dalej!

- Ja też tak myślałem - uśmiechnął się Andre. - Ale jeśli panie zechciałyby na mnie 

zaczekać, to pójdę za waszym przykładem.

Zniknął w zaroślach nad rzeką.

Wkrótce wszyscy wrócili na swoje miejsca w samochodzie.

-   Jeśli   wszyscy   się   wysiusiali,   to   możemy   chyba   wyruszyć   w   dalszą   drogę   - 

oświadczyła Mali.

- Mali! Tak nie wypada! - upomniała ją Nette, ale cała trójka wybuchnęła śmiechem.

Mali była w znakomitym humorze i śpiewała podczas jazdy. Repertuar nie był zanadto 

wyrafinowany i Andre musiał w końcu przerwać koncert.

Nette powiedziała:

background image

- Nie miałam możności zajrzeć do tego manuskryptu. Nasza podróż napotyka tysiące 

przeszkód.

- No właśnie, a ja obiecałem Mali, że jej po drodze opowiem o Ludziach Lodu. Skoro 

jedziemy wszyscy, to opowiem wam obu. Ale uprzedzam, to będzie bardzo długa historia.

- To będzie też długa podróż - powiedziała Mali. - A skoro nie chcecie słuchać mojego 

wytwornego repertuaru, to możemy posłuchać opowieści.

Andre i Nette roześmiali się. Mali umiała znaleźć słowa, które świadczyły, że mimo 

braku wykształcenia ma w sobie sporo delikatności, a także sporo poczucia humoru.

-   Byłoby   wspaniale,   gdybyś   chciał   opowiedzieć,   Andre   -   potwierdziła   Nette,   z 

przyjemnością wymawiając jego imię. - A przy okazji, czyście zwrócili uwagę, że przez całą 

drogę nie spotkaliśmy ani jednego samochodu?

- Owszem, ale to chyba nic dziwnego na tych wiejskich drogach - odrzekł Andre. - Po 

drodze z Christianii do Trondheim też spotkałem ich niewiele. Za to tutaj spotykamy więcej 

fur.

- O, niestety! - prychnęła Mali.

Te konne wozy stanowiły dla nich poważny problem.  A szczerze  mówiąc,  to oni 

stanowili poważny problem dla woźniców. Trzeba było dużo czasu, żeby przestraszony przez 

samochód koń się uspokoił. Drogi też nie były obliczone ani na ruch samochodowy, ani na 

wyprzedzanie się pojazdów. Często bywało, że musieli kilometrami wlec się jak ślimak za 

jakąś furą, nim znalazło się szersze miejsce, w którym mogli przejechać obok wystraszonego 

konia i rozwścieczonego gospodarza.

Andre zaczął opowiadać. Najpierw chciał przedstawić dzieje Ludzi Lodu, rzecz jasna, 

bardzo zwięźle, w najogólniejszym zarysie. Uważał, że Nette również zasługuje na to, by 

poznać tę Historię, mimo że nie należy do rodu.

Jeśli jednak sądził, że obie jego towarzyszki będą uśmiechać się sceptycznie, słuchając 

o tych wszystkich ponadnaturalnych zjawiskach, to się bardzo mylił. Być może sprawiało to 

jego własne przekonanie o prawdziwości wszystkiego, o czym opowiadał, jego własna wiara, 

lecz obie panie słuchały z najwyższą uwagą i w skupieniu, czasami tylko rozlegał się okrzyk 

niedowierzania   lub   przerażenia,   gdy   mówił   o   jakichś   szczególnie   dramatycznych 

wydarzeniach.

Mali wielokrotnie przerywała:

- Jezu, czy ja też jestem z Ludzi Lodu?

Nette zaś siedziała w milczeniu i pragnęła także być jedną z nich.

- Zaczynam pojmować, dlaczego taką ważną sprawą było odszukanie Christera Gripa i 

background image

jego potomstwa - rzekła, gdy Andre zbliżał się powoli do końca długiej opowieści.

- Tak - potwierdził. - Spójrzcie, jak tu ładnie!

Znajdowali się teraz w głębi terenów leśnych, a okolica stawała się coraz bardziej 

pofałdowana. Andre kontynuował swoją opowieść:

- Musimy wiedzieć, czy w tej gałęzi rodu nie ma dotkniętych lub obciążonych. To jest 

ważne także dlatego, że na wypadek, gdyby Tengel Zły miał się przebudzić, my musimy 

trzymać się razem. A poza tym tyle innych niebezpieczeństw czyha na Ludzi Lodu!

Nawet sobie nie zdawał sprawy, jak dalece pod tym względem ma rację.

-   No,   a   teraz   mogę   przejść   do   manuskryptu,   który   spisała   babka   Mali,   Gerd 

Svensdatter - oświadczył. - Jesteście w stanie wysłuchać jeszcze i tej opowieści?

- Jesteśmy! Oczywiście, że tak! - wołały jedna przez drugą.

Przy każdym ruchu Nette odczuwała nieznośne rwanie w karku, a ból głowy był już 

tak intensywny, że wzrok jej się mącił. Nie chciała jednak stracić ani fragmentu opowiadania.

Andre opowiedział wszystko tak dokładnie, jak zapamiętał, całą historię o dziewicach 

z Vargaby.

-   Szkoda,   że   nie   czytacie   tego   same   -   westchnął.   -   Moja   opowieść   jest   sucha   i 

nieciekawa. Musicie obie wrócić jeszcze raz do manuskryptu. Zwłaszcza że on jest twój, 

Mali.

Ach, dla mnie z pewnością nie będzie żadnego „jeszcze raz”, pomyślała Nette. Jestem 

osobą postronną, a podróż wkrótce się skończy.

Obie uważnie słuchały legendy o dziewicach z Vargaby. Kiedy Andre skończył, długo 

milczały, chciały wchłonąć w siebie wszystko, pojąć do końca znaczenie legendy. Zaczynał 

zapadać zmierzch, las stawał się ponury.

Opowieść z odległej przeszłości napełniła wszystkich smutkiem i melancholią. Nastrój 

w grupie był jednak nadal znakomity. Nette nie dawała poznać, jak bardzo cierpi z powodu 

bólu głowy, a Andre nawet słowem nie wspomniał, jak bardzo jest głodny.

Pierwsza dała za wygraną Mali.

-   Czy   nie   zbliżamy   się   do   jakiejś   osady?   Zdrętwiałam   jak   kłoda   drewna   od   tego 

siedzenia w samochodzie, a poza tym głodna jestem jak wilk.

- Chyba wszystkim dolega to samo - mruknął Andre. - Gdybyśmy niedługo znaleźli 

jakieś miejsce, w którym można by się zatrzymać na noc, nie będę miał nic przeciwko temu. 

Wkrótce będziemy też potrzebować benzyny.

Mali zadrżała.

-   To   by   było   straszne,   gdyby   zabrakło   benzyny   i   przyszło   nam   siedzieć   w   nocy 

background image

pośrodku czarnego lasu. A potem resztę drogi pokonywać piechotą.

- Zdaje mi się, że widzę w oddali jakieś zabudowania - powiedziała Nette po chwili.

Tak rzeczywiście było i wkrótce wjechali do centrum niewielkiej osady.

- Hura! - wrzasnął Andre. - Ale gdzie my właściwie jesteśmy?

Zapytali pierwszego napotkanego człowieka. No tak, znajdowali się w Roros.

- Mój Boże - westchnął Andre. - Z Więc i tutaj w końcu dotarłem!

- A może należałoby zaopatrzyć się w mapę? - poradziła Nette.

- Ta, którą mam, nie obejmuje terenów tak daleko na wschód. Znajdziemy teraz jakiś 

nocleg i tam wypytamy o dalszą drogę.

Wszyscy byli zgodni, że tak właśnie należy zrobić. Znaleźli prostą, lecz wygodną i 

czystą gospodę. Panie zaproponowały, że wezmą wspólny pokój, żeby Andre nie musiał tyle 

płacić.

Raczej Nette, pomyślał Andre. Ale przecież ona otrzyma zwrot swoich pieniędzy do 

ostatniego grosika, nieoceniona przyjaciółka i pomocnica!

Podano im obiad w bardzo prosto urządzonej izbie jadalnej, duże porcje gulaszu z 

chlebem. Nic takiego, co można by uzupełnić butelką wina, choć bardzo dobre. Domowej 

roboty piwo też smakowało wybornie.

- Nette, ty jesteś kredowobiała! - zmartwił się Andre.

- O, nic strasznego - odparła lekko. - Po prostu lekki ból głowy.

- Lekki ból głowy? Wprawdzie pytałem cię od czasu do czasu, jak się czujesz, ale 

powinienem mieć więcej rozumu i wiedzieć, że bardzo cierpisz, nie zadowalać się twoimi: 

„Dziękuję, dobrze”. Droga przyjaciółko, musisz się czuć okropnie, widzę przecież, że każdy 

ruch   głowy   sprawia   ci   ból!   Mali,   czy   możesz   przynieść   moją   apteczkę?   Jest   w   bocznej 

kieszeni walizki. A z boku leży mały pakiet. Przynieś także i to. Proszę, to klucz do mojego 

pokoju.

Mali pobiegła bez zwłoki, szczerze pragnąc pomóc Nette i dumna, że Andre ma tyle 

zaufania dla wychowanki domu dziecka.

Gdy tylko zniknęła, Andre ujął ręce Nette.

- Tak mi przykro z powodu mojej lekkomyślności - powiedział serdecznie.

- Ależ skąd, jesteś bardzo miły - próbowała protestować.

- Nie, zbyt wiele uwagi zwracałem na prowadzenie samochodu i na drogę, a zbyt mało 

na twoje samopoczucie. A tyle  jest spraw, o których  powinienem z tobą porozmawiać, o 

Alvdalen i o Mali. W tylu sprawach chciałbym cię prosić o radę.

Nette poczuła ciepło w sercu ze szczęścia. A więc ona ma dla niego znaczenie! On jej 

background image

potrzebuje!

Nie   zdążyli   jednak   porozmawiać   o   niczym   więcej,   bo   w   drzwiach   stanęła   Mali, 

wymachując przyniesionymi rzeczami.

- Spieszyłam się jak mogłam - rzekła zdyszana. - Żebyś nie pomyślał, że grzebię w 

twoich rzeczach.

- Nigdy by mi nic takiego nie przyszło do głowy - powiedział Andre.

- Możliwe, ale innym zawsze przychodziło - odparła Mali. - Zaufanie to nie jest to, 

czym człowieka rozpieszczają w domu dziecka.

Andre i Nette wymienili współczujące spojrzenia.

- Wiesz co, Andre - powiedziała znowu Mali i klepnęła go w ramię, aż się zgiął. - Ty 

jesteś pierwszym przedstawicielem rodu męskiego, do którego ja mam zaufanie. No, ale też 

my jesteśmy kuzynami!

Nie miał sumienia wyjaśniać tej małej bojowniczce o prawa kobiet, jak odległe jest to 

ich pokrewieństwo. Trzeba by się cofnąć aż do Tancreda Paladina, by znaleźć wspólnego 

przodka.

Vetle   jest   znacznie   bliższym   kuzynem   Mali.   To   jest   pokrewieństwo...   liczył 

pospiesznie   w   pamięci.   No,   też   nie   takie   bliskie,   Vetle   i   Mali   są   kuzynami   w   szóstym 

pokoleniu.

Najważniejsze jednak, że wszyscy pochodzą z Ludzi Lodu. Tylko to się liczy. Jeśli, 

oczywiście, Andre się nie myli w swoich teoriach na temat Havgrima, czyli Christera Gripa. 

Wciąż przecież nie ma na to żadnego dowodu.

Tylko bardzo głębokie przeświadczenie, oparte na przeczuciu.

- Oooch! - westchnęła Mali zadowolona. - Nigdy w życiu nie było mi tak dobrze!

Andre i Nette rozumieli to znakomicie.

- I tak będzie dalej, no nie?

Andre uśmiechał się, podając proszek przeciwko bólowi głowy Nette, która zażyła 

lekarstwo z wdzięcznością.

- Co masz na myśli? Z czym będzie tak dalej? Z podróżą? To by chyba było zanadto 

męczące. Ale jeśli mówisz o zaufaniu, to potwierdzam z radością. Dalej też tak będzie! Nette, 

czy otrzymałaś odpowiedź na swoje listy? Te w sprawie Petry.

- Nie. To chyba jeszcze za wcześnie.

- Czy to są ludzie, których znasz?

- I tak, i nie. To ojcowie dzieci Petry. Oni powinni wiedzieć o niej najwięcej, bo komu 

się dziewczyna może zwierzyć, jeśli nie bliskiemu mężczyźnie?

background image

- Czy to także mój ojciec? Chcesz powiedzieć, że wiesz, kim jest mój ojciec?

- To jest tajemnica bardzo dobrze w magistracie strzeżona, ale myślałam, Mali, że ty o 

tym wiesz.

- Ja? Gdyby tylko wychowawczyni  albo ktoś inny w przytułku o tym wiedział, to 

możesz być pewna, że ja też bym się dowiedziała. Nie. Oni nie mieli o niczym pojęcia.

- O mój Boże - zdumiała się Nette. - Kiedy ja zapytałam mojego przełożonego, kto 

może być twoim ojcem, sprawiał wrażenie bardzo zakłopotanego i powierzył mi tę informację 

w   największym   zaufaniu.   Ale   ja   myślałam,   że   źródłem   informacji   jest   jego   żona,   znana 

plotkara. Wygląda jednak na to, że jest inaczej. Bo gdyby ona o tym wiedziała, całe miasto 

byłoby   natychmiast   poinformowane.   W   takim   razie   o   sprawie   wie   tylko   kilka   osób   w 

magistracie? Nigdy bym nie sądziła, że to możliwe.

- Dobra, no ale kim on jest? Powiedz w końcu - domagała się Mali niecierpliwie.

Oni jednak nie mieli dla niej czasu.

- Mówiłaś mi to - zwrócił się Andre da Nette marszcząc czoło. - I to, co znajduje się w 

papierach,  które Vanja przywiozła  z Trondheim...  Jego nazwisko nigdzie  tam nie zostało 

wymienione. Tylko to, że był człowiekiem dobrze urodzonym i że miał pociąg do kobiet. 

Vanji szepnął o tym jakiś służący w największym zaufaniu... - Andre potrząsnął głową. - 

Wysłałaś do niego list przedwczoraj? A drugi list wysłałaś do tego, jak mu tam... On się 

nazywa Egil Holmsen, prawda? Ojciec dziecka, które uradziło się martwe.

- Tak. Jego nazwisko znajduje się w raporcie. Nietrudno było je odnaleźć.

-   Listy   zawierające   dynamit   -   powiedział   Andre   w   zamyśleniu.   -   A   potem   się 

zastanawiasz, kto mógł cię zaatakować!

Nette pobladła jeszcze bardziej.

- Myślisz, że to... jeden z ojców dzieci Petry?

- Oczywiście! Dla żadnego z nich nie jest zabawne, żeby mu przypominano grzechy 

wobec Petry Olsdatter.

- Nazywasz mnie grzechem? - syknęła Mali.

- Nie, nie, przepraszam. Miałem na myśli punkt widzenia tych panów. Oni są przecież 

żonaci. I jeden, i drugi.

- Tak. A ojciec Mali ożenił się z bardzo bogatą panną i z dobrego domu.

-   Co?   -   rozgniewała   się   Mali.   -   Siedzicie   tu   naprzeciwko   mnie   i   próbujecie   mi 

wmówić, że jestem córką... mordercy? No, bo przecież on o mało nie zabił Nette!

- Uspokój się - powiedział Andre. - Po pierwsze, to mógł równie dobrze być ten drugi, 

Egil Holmsen. Wyglądał mi on na kogoś, kto jest zdolny do wszystkiego. Teraz jednak myślę, 

background image

że najlepiej zrobimy opuszczając tę salę. Jedno z nas, nie chciałbym wskazywać palcem, 

zaczyna   mówić   zbyt   głośno.   Zapraszam   panie   do   mojego   pokoju.   Tam   będziemy   mogli 

porozmawiać!

Rozlokowali się jakoś w ciasnym hotelowym pokoiku, Nette na krześle, Andre na 

skraju łóżka, a Mali po prostu na podłodze. Andre dokończył przerwaną myśl:

- Bogu dzięki, że wyjechałaś z nami, Nette. To była niesłychanie ryzykowna decyzja z 

tymi listami, czy ty tego nie rozumiesz?

Czuła się skarcona i zbierało jej się na płacz. Andre ją upomniał!

- Zaznaczyłam, rzecz jasna, że zapewniam jak najdalej idącą dyskrecję.

- Tym gorzej! Poinformowałaś ich, że tylko ty wiesz o listach. I że w takim razie łatwo 

można ci zamknąć usta.

Mali była przygnębiona.

- Czy ktoś zechciałby być tak dobry i powiedzieć mi nareszcie, kto jest moim ojcem?

- Żebyś po powrocie do Trondheim mogła pójść prosto do jego domu i nawymyślać 

mu? - zapytał Andre chłodno. - Uspokój się. Dowiesz się o wszystkim, jeśli tylko okażesz się 

godna zaufania.

Mali prychnęła ze złością, ale dała za wygraną. Uświadomiła sobie chyba, że właśnie 

to zrobiłaby najchętniej: Nawymyślałaby publicznie temu człowiekowi i może nawet rozbiła 

jego rodzinę swymi oskarżeniami.

Andre wyjął mały pakiecik.

- Mali, to należy do ciebie. Jest to medalion, który twoja matka odziedziczyła  po 

babce. Myślę, że możemy przestać się zajmować ojcami dzieci, a przyjrzeć się temu, żeby 

trochę uspokoić wzburzone uczucia.

Mali z uroczystą miną rozwijała paczuszkę.

-   Jaki   piękny!   -   zawołała,   unosząc   w   górę   łańcuszek   z   medalionem.   -   Ale...   On 

wygląda na prawdziwy!

-   Masz   rację,   to   prawdziwe   złoto   -   potwierdził   Andre.   -   Nordlade   musiało   być 

bogatym dworem. Bo nie sądzę, żeby twoja babka dziedziczyła medalion po swojej matce. 

Dorotea pochodziła przecież z Alvdalen, była córką Havgrima i Kajsy z Vargaby. Nie stać ich 

było na taki klejnot.

Nette zastanawiała się nad czymś w skupieniu.

- Przypominam sobie tę wieś, którą mijaliśmy po drodze - powiedziała po chwili. - Tę 

wieś, gdzie jakoby ma się znajdować dwór Nordlade. To nie była zamożna okolica!

- No, ja też pamiętam - potwierdziła Mali. - Jakieś nędzne, na wpół zapadłe ruiny nad 

background image

rzeką, no nie? I w górze, na halach.

Mali mocowała się z zameczkiem medalionu, poprosiła nawet Andre o nóż i w końcu 

otworzyła. Zdumiona wpatrywała się w leżący tam lok włosów.

- Moja prababka miała dużo jaśniejsze włosy niż ja, jak widzę. Na wieczku jest jakiś 

napis... „Petra Eriks. Nordlade, 1829”. No tak. Chyba rzeczywiście jest mój. Ten medalion.

- Oczywiście, że jest twój - potwierdziła Nette. - I jest niezwykle piękny.

Mali znowu wzięła nóż i czubkiem stukała lekko w krawędź medalionu.

- Wygląda mi na to, że tam jest jeszcze drugie wnętrze pod tym, w którym są włosy.

- Możemy zobaczyć? - zapytał Andre.

Trzy głowy pochyliły się nad maleńkim przedmiotem. Nette nie widziała prawie nic, 

ale nie chciała się do tego przyznać. W żadnym razie nie chciała używać lorgnon.

- Rzeczywiście - stwierdził Andre. - Przegródka, w której ulokowano włosy, to tylko 

połowa medalionu.

Złota płytka pod włosami ustąpiła pod naciskiem noża, a kiedy ją wyjęli, zobaczyli 

drugą część wnętrza medalionu.

- Co to? - szepnęła Mali. - Co to jest?

Nette ściągnęła brwi.

- Maleńki kawałeczek jakiegoś... korzenia? Czy to możliwe?

Drobne,   kosmate   korzonki   porastały   ciemnobrązowy   równo   odcięty   kawałek 

dziwnego korzenia - krótką, wąską odnóżkę.

Andre gwałtownie chwycił medalion i przyciągnął do siebie. Panie ze zdumieniem 

przyglądały się jego rozgorączkowanej twarzy. Po chwili odłożył klejnocik i wstał.

- Nie dotykajcie tego - powiedział bez tchu. - Nie ruszajcie medalionu! Zaczekajcie 

chwileczkę!

Otworzył walizkę i wyjął z niej sporą paczkę.

- Moja matka uznała, że powinienem wziąć to ze sobą. Uważałem, że to śmieszne, ale, 

Bogu dzięki, zabrałem.

Ostrożnie wydobył z paczki jakiś dziwaczny przedmiot.

- Matko Boska, co to takiego? - zawołała Mali.

- Alrauna - odparł Andre. - Amulet, który chroni Ludzi Lodu. Opowiadałem wam o 

nim.

- Co? Masz alraunę przy sobie? Nie mówiłeś.

Przysunął amulet do medalionu, ostrożnie i wolniutko, porównywał...

- Jezu! - zawołała Mali półgłosem. - Pasuje! Ten mały został odcięty od większego! W 

background image

tym miejscu.

Andre wstał i długo głęboko oddychał.

- Twoja prababka odziedziczyła medalion po swoim dziadku, Havgrimie. To znaczy 

po Christerze Gripie! Tu na stole leży dowód! Witaj wśród Ludzi Lodu, Mali!

background image

ROZDZIAŁ X

Następnego ranka, kiedy szli do samochodu, Mali zapytała:

- Andre, czy musimy jechać do Alvdalen teraz, kiedy masz już pewne dowody?

-  Musimy.  I  jest  to  nawet  bardziej   potrzebne  niż  kredyko1wiek  przedtem.  Trzeba 

odszukać   ewentualnych   innych   potomków   Christera   Gripa.   A   co,   chciałabyś   wracać   do 

domu?

- Do domu? Ja? To znaczy dokąd? Nie, chcę jechać do Alvdalen.

- A ty, Nette?

- Oczywiście, że też chcę tam jechać. To wszystko jest niezwykłe!

- Prawda? I ja tak myślę. A jak tam twoja głowa?

- Dziękuję. Dużo lepiej!

- I wyglądasz znacznie lepiej. Spałaś dobrze?

- Owszem, znakomicie!

Nette nie mogła przecież powiedzieć, że leżała długo, bardzo długo i płakała tak, że 

głowa rozbolała ją jeszcze bardziej. Płakała nad swoim gorzkim losem. Nad tym, że oddanie 

dla młodego przyjaciela rosło z każdą godziną i stawało się coraz bardziej nieznośną udręką. 

A przecież wiedziała aż za dobrze, że to sprawa absolutnie beznadziejna.

Nie odczuwała, broń Boże, seksualnego pociągu do Andre. Nie, jej uczucia były dużo 

bardziej subtelne. Te uczucia, które może mogłyby być nazwane miłością, wyrażały się w 

bolesnej potrzebie służenia mu, sprawiania mu radości, poświęcenia wreszcie, wszystko dla 

niego, co tylko zechce.

I będzie to robić, jak długo Andre jest wolny. Ale jeśli on się zakocha, na przykład w 

takiej dziewczynie jak Mali, to co wtedy? Nette stanie się najzupełniej niepotrzebna, zbędna, 

będzie przeszkadzać. Sprawiało jej to taki ból, że nie mogła zasnąć.

Mimo wszystko rano czuła się wypoczęta. Reakcja nadejdzie z pewnością później, w 

ciągu dnia, ale wtedy Nette będzie siedzieć, jak przystało starej pannie, na tylnym siedzeniu i 

będzie mogła drzemać, nie słuchając, o czym młodzi rozmawiają.

Andre ją jednak zaskoczył.

- Skoro czujesz się lepiej, to uważam, że teraz twoja kolej, by jechać na przedzie, 

Nette. Mam nadzieję, że Mali się zgodzi?

-   No   jasne!   -   prychnęła   dziewczyna.   -   Ale   tylko   przez   pierwsze   dwadzieścia 

kilometrów, dopóki nie zatrzymamy się na odpoczynek. Potem zamiana!

- O, nie, nie! - zaprotestował Andre.

background image

- Pewnie że nie, żartowałam tylko. Oczywiście, że Nette powinna siedzieć z przodu. 

Mną się nie przejmujcie, gotowa jestem się poświęcić.

- Przestań udawać cierpiętnicę, nikogo na to nie nabierzesz - roześmiał się Andre.

Ruszyli w dobrych nastrojach.

Dzień   był   równie   piękny   jak   poprzedni,   drogi   jednak   na   pograniczu   Norwegii   i 

Szwecji   prawie   nie   nadawały   się   do   jazdy.   Momentami   podróżni   niepokoili   się   całkiem 

poważnie,   że   będą   musieli   zawrócić,   za   każdym   razem   jakoś   im   się   udawało   pokonać 

przeszkody, zawsze jednak z uczuciem, że palą za sobą wszystkie mosty.

Kiedy było już tak źle, że wspólnymi siłami musieli wyciągać samochód z błota, Mali 

powiedziała:

- Tylko pamiętajcie, że wracać też będziemy tą samą drogą!

- Umiesz dodawać człowiekowi otuchy, nie ma co - mruknął Andre, próbując oczyścić 

ubłocone buty i ubranie.

W końcu jednak - cud nad cudy! - po południu dotarli do Alvdalen. Znaleźli miejsce 

do spania, zjedli obiad i zaczęli przepytywać o rodzinę Havgrima. Każde z trojga ruszyło w 

innym kierunku, żeby odszukać kogoś, kto mógłby coś więcej powiedzieć o przybyszach z 

Vargaby.

Na   koniec   spotkali   się   ponownie   w   gospodzie   i   usiedli,   żeby   porozmawiać.   Tym 

razem w pokoju Mali.

- No? - zapytał Andre. - Dowiedziałyście się czegoś?

Okazało się, że wysiłki wszystkich trojga przyniosły ten sam rezultat: W Alvdalen nie 

było   obecnie   żadnych   potomków   Kajsy  i   Havgrima,   a   jedyną   osobą,   która   mogłaby   coś 

wiedzieć o Vargaby, jest pewna staruszka imieniem Britta-Stina, wnuczka tamtej Britty z 

Vargaby. Problem polega na tym, że Britta-Stina spędza lato na górskim pastwisku. A to 

kawałek drogi od wsi.

- Pójdziemy tam jutro - zdecydował Andre. - Nette, jeśli będziesz się czuła źle, nie 

musisz chodzić.

- Ale ja bym bardzo chciała - powiedziała pospiesznie. - Jeśli, oczywiście, nie będę 

przeszkadzać!

Uśmiechnął się do niej serdecznie, takim uśmiechem, który zawiera w sobie poczucie 

wspólnoty i wzajemnego zrozumienia i który trafia wprost do serca. Nette odpowiedziała 

takim samym uśmiechem, a Andre pogładził ją leciutko po policzku.

Tego wieczora była tak przejęta, że już tylko dlatego nie mogła zasnąć. Jej organizm 

jednak był bardzo wyczerpany i potrzebował odpoczynku, tak że w końcu sen ją zmorzył.

background image

Jak życie człowieka może się do tego stopnia zmienić w tak krótkim czasie? To była 

ostatnia myśl, jaka przyszła jej do głowy. Byłam przecież na swój sposób szczęśliwa. Udało 

mi się, w mojej samotności, uzyskać jakąś formę spokojnego szczęścia. I oto zjawia się taki 

młokos,   który ma   jeszcze  mleko   pod nosem,   i  wywraca  wszystko  do  góry nogami!   Czy 

przynajmniej   nie   mógłby   tego   zrobić   ktoś   w   moim   wieku?   Wtedy   mogłabym   chociaż 

zachować marzenia, a tak to nie mam nic.

Mali także przewracała się długo w łóżku i rozmyślała  m ogromnej  zmianie, jaką 

Andre spowodował w jej nędznym życiu. Żeby tak jeszcze te wszystkie wspaniałe nowości 

mogły   przetrwać!   Dostałam   wszystko   naraz,   myślała.   Jeszcze   parę   dni   temu   musiała   się 

troszczyć, gdzie będzie spać w nocy i co włoży do ust następnego ranka. A teraz? Wykąpana, 

ładnie   uczesana,   jakież   to   cudowne   uczucie!   Dostała   ubranie   godne   człowieka,   a   co 

ważniejsze,   zyskała   przyjaciół,   dobrych,   wspaniałych   ludzi.   I,   najcudowniejsze   ze 

wszystkiego, znalazła rodzinę, do której należy!

Ludzie Lodu...

Mali z płonącymi policzkami słuchała opowieści o tych niezwykłych ludziach, którzy 

są   jej   krewnymi.   Jakież   to   wszystko   zdumiewające!   Ile   niewiarygodnych   wydarzeń! 

Ponadnaturalne zjawiska, demony,  czarne anioły, źródła złego i źródła dobrego, Ludzie z 

Bagnisk, szary ludek...

Obciążeni i wybrani.

Jej własny brat lub siostra, to dziecko, które urodziło się martwe, było obciążone.

Może ona sama też ma jakieś ponadnaturalne zdolności?

Zaczęła się zastanawiać. Starała się sięgać pamięcią jak najdalej w przeszłość.

Nie,   chyba   nigdy   nie   przeżyła   nic   bardziej   niezwykłego   niż   zazwyczaj   ludzie 

przeżywają. Każdy przecież ma takie zdarzenia, kiedy myśli: „Jakie to dziwne, ale przecież 

wiedziałem, zanim się to stało...”

Przypadek, nic więcej. Chociaż, może jednak przeczuwała więcej niż inni?

Najważniejsze w opowiadaniu Andre było to, że Ludzie Lodu tak się trzymają razem.

I teraz ona także należy do tej rodziny.

Nawet nie zauważyła, że od czasu do czasu ociera łzy z oczu. Łzy rozpierającego 

szczęścia   i   żalu   nad   losem   matki.   Biednej   Petry,   której   Mali   nigdy   nie   poznała.   I   którą 

nienawidziła przez całe swoje życie, bo czuła się zdradzona i porzucona, nie chciana i nie 

kochana.

Teraz wiedziała, jak było naprawdę.

Matka powinna była się dowiedzieć, że należy do Ludzi Lodu. Ale nie zdążyła.

background image

Mali rozmyślała  nad dolą Petry.  Wypędzona,  samotna,  spragniona więzi z innymi 

ludźmi, bezbronna ofiara pozbawionych sumienia mężczyzn, którzy niczego nie rozumieją.

Mali nie była taka jak matka. Mali była twarda, jej nie mogła zgubić sympatia dla 

mężczyzn, zbyt wiele widziała czynionego przez nich zła.

Andre...?

Spotkanie z nim to dla niej wielkie doświadczenie. Kulturalny, delikatny, życzliwy i 

wyrozumiały mężczyzna. Tego dotychczas nie znała.

Starała się myśleć o czym innym. Andre wkrótce zniknie z jej życia, nie powinna się 

do niego przywiązywać.

Zawsze była  osobą samodzielną. Samotna, lecz silna. Dziewczyny z ruchu obrony 

kobiet obdarzały ją zaufaniem. Język miała cięty, to prawda, czasami wyrażała się wulgarnie, 

ale wzbudzała respekt mimo młodego wieku. Nie bała się nikogo i niczego. Nieugięta wobec 

gminnych zarozumialców i głupich biurokratów.

Jakie to dziwne, że teraz podróżuje ż jedną z tych urzędniczek, z którymi  zawsze 

wojowała! Ale Nette Mikalsrud należy do wyjątków, rzeczowa i stanowcza, można się z nią 

dogadać.   Prawdopodobnie   nie   podziela   idei   Mali,   ponieważ   reprezentuje   władzę,   ale   jest 

człowiekiem honoru.

A teraz zostały przyjaciółkami. Bardzo przyjemne uczucie!

Andre zasnął prawdopodobnie pierwszy z całej trójki, jak to człowiek o czystym  i 

ufnym  sercu, którego  troski nie  sięgają dalej  niż  do jutrzejszego dnia:  czy odnajdą  starą 

Brittę-Stinę i czy ona będzie mogła dodać coś do ich wiedzy o potomstwie Havgrima.

Andre uważał,  że ma  bardzo miłe  towarzyszki  podróży,  i nie zastanawiał  się nad 

stanem ich uczuć. Był młody i stosownie do wieku naiwny.

Zatem Arv Grip dał swoim dzieciom kawałeczek alrauny,  zapewne jako ochronny 

amulet.   Jak   widać,   na   niewiele   się   to   zdało.   Andre   rozmyślał   przez   chwilę   o   napadzie 

rozbójników na  żonę Arva, Vibeke  i jego dwoje małych  dzieci.  Vibeke  i niańka  zostały 

zamordowane, dzieci natomiast porzucone na drodze. Dziewczynka znalazła się w Bergqvara, 

a później odnalazła ojca. O chłopcu zaś wiedziano tylko tyle, że zabrał go jakiś bogaty pan.

Teraz okazało się, że był to człowiek pałający żądzą zemsty na potomkach Vreta Joara 

Jonssona. Chłopiec, Christer Grip, którego przybrany ojciec ochrzcił imieniem Havgrim, jako 

dorosły człowiek odnalazł prawnuka Vreta, Diderika Swerda. Razem znaleźli się w Vargaby, 

miejscu, gdzie miała być dopełniona wendeta. Christer-Havgrim nie był jednak człowiekiem 

gwałtownym. Diderik padł niejako „z własnej ręki” dziewice z Vargaby zemściły się na nim i 

na jego towarzyszu, księdzu Natanie.

background image

W końcu Christer Grip znalazł szczęście u boku Kajsy z Vargaby. Więc może jednak 

mimo wszystko kawałek alrauny spełnił swoje zadanie?

Ale Petrę, która była jego ostatnią właścicielką, amulet zawiódł. Andre ciekaw był 

także, jak się powiodło tym kobietom, które go posiadały przed Petrą. Jej matka, Gerd, nie 

była, jak się zdaje, szczęśliwa. Miała prawdziwy talent literacki, a wyszła za mąż za prostaka i 

umarła młodo. A co z matką Gerd, Petrą Eriksdatter Nordlade, i z jej matką, Doroteą, córką 

Havgrima?

Z tymi pytaniami Andre zasnął. Być może jutrzejszy dzień przyniesie odpowiedź.

Następny   ranek   wstał   równie   piękny   jak   dwa   poprzednie.   Tylko   że   wiało 

niemiłosiernie, kiedy troje wędrowców najpierw jechało samochodem, a potem wspinało się 

mozolnie przez las na górskie pastwisko ponad Alvdalen. Drogi były tu teraz lepsze niż w 

czasach Vargaby, wkrótce musieli jednak opuścić szeroki trakt i posuwać się w górę ścieżką 

wśród zarośli, która miała ich zaprowadzić do szałasu Britty-Stiny. Otrzymali szczegółowe 

informacje i gospodarze z Alvdalen zapewniali, że w żadnym razie nie mogą zabłądzić. Tylko 

że to daleko, powinni o tym pamiętać!

Mali miała nowiutkie buty, więc prędzej czy później musiały jej się porobić pęcherze 

na   nogach.   Nette   zaś   ubolewała,   że   nie   ma   prawdziwego   sportowego   stroju   ani   nawet 

kostiumu odpowiedniego na taką podróż. Znakomicie, że kupiła nową suknię na obiad w 

hotelu,   któż   jednak   mógł   przypuszczać,   że   magistracka   urzędniczka   wyprawi   się   w   taką 

drogę? W czarnej, długiej spódnicy i obcisłej bluzce było jej okropnie gorąco, a fakt, że 

wzięła   płaszcz,   wcale   nie   poprawiał   sytuacji.   Uważała,   że   to   absolutnie   niezbędne,   ale 

męczyła się strasznie. W tej drodze przez las płaszcz był dosłownie i w przenośni ciężarem.

- Jesteście pewni, że idziemy we właściwym kierunku? - zapytała Mali zdyszana, gdy 

słońce osiągało swój najwyższy punkt na niebie. - Myślę, że powinniśmy już być na miejscu.

- Pamiętaj, że to daleko - upomniał Andre.

Byli spoceni, przewiani wiatrem i w najwyższym stopniu utrudzeni. Kanapki, które 

zjedli po drodze, nie na długo starczyły i wszystkim trojgu dokuczał głód.

Mali stwierdziła ponuro:

-   Moim   zdaniem   nasza   sytuacja   przypomina   wędrówkę   tamtych   trzech   mężczyzn 

sprzed   ponad  stu  lat  i  ich  przewodniczki,  starej  Barbro.  Oni  też  nie   wiedzieli,   gdzie  się 

znajdują.

-   Nonsens   -   obruszył   się   Andre.   -   Przede   wszystkim   my   nie   jesteśmy   w   pobliżu 

Vargaby.

- A skąd ta pewność? Czy wiesz, gdzie się znajdowała Vargaby?

background image

Andre spuścił z tonu.

- Nno nie, ale myślę, że gdzieś znacznie bardziej na wschód.

- O, tam widzę jakąś budowlę! - zawołała Nette. - To górski szałas!

- Och - westchnął Andre z ulgą. - Mam nadzieję, że są tam ludzie. Jeśli nie Britta-

Stina, to przynajmniej ktoś, kto wie, gdzie jej szukać.

Trafili  jednak  dobrze. W szałasie  mieszkała  tylko  staruszka i  jedna bardzo  młoda 

dziewczyna.   Z   radością   przyjęły   niespodziewanych   gości,   zwłaszcza   tak,   ich   zdaniem, 

wytwornych. Dziewczyna natychmiast nakryła do poczęstunku, podała wszystko, co miały w 

szałasie najlepszego. Britta-Stina usiadła na stołku, z fajką w bezzębnych ustach, i nie miała 

absolutnie   nic   przeciwko   temu,   by   odpowiadać   na   pytania   gości.   Wprawdzie   nie   mogła 

spamiętać takich rzeczy jak to, gdzie schowała woreczek z tabaką albo czy wyniosła śmieci, 

ale jeśli chodzi o dawne czasy, to pamięć miała jasną jak kryształ.

- O, pewnie, że pamiętam Havgrima! - popiskiwała z radością. - Za czasów mojego 

dzieciństwa był już bardzo stary, ale przystojny został do końca! Nikt nie powie wam nic 

innego! Szkoda tylko, że tak młodo owdowiał.

„W   późniejszych   latach   Kajsa   i   Havgrim   mieli   jeszcze   syna,   ale   jego   losy   nie 

potoczyły się tak szczczęśliwie”.

- Owdowiał? - zapytał Andre. - Czy to się stało już za waszej pamięci, matko Britto-

Stino?

-   Tak.   Owdowiał   w   dwudziestym   roku.   Ja   się   co   prawda   urodziłam   w   osiemset 

dwudziestym  ósmym,  ale ludzie wciąż dużo o tym  gadali. Moja babka Britta pochodziła 

przecież z Vargaby i znaliśmy ich bardzo dobrze.

Andre odważył się zgadywać:

- Czy ona... czy Kajsa... umarła przy porodzie?

Staruszka spojrzała na niego zdumiona.

- Tak! Naprawdę tak było! Strasznie ciężki poród, ludzie długo o tym gadali. Urodziła 

chłopca i to on odebrał jej życie. Widzisz, on nie był zbudowany tak jak się należy.

- Miał szerokie, spiczaste ramiona, prawda?

- Tak ludzie gadali. Ale skąd ty o tym wiesz?

- Trzeba wam wiedzieć, matko, że ja pochodzę z tego samego rodu co Havgrim. Ciąży 

nad nami przekleństwo, że niektóre dzieci rodzą się takie, jak mówicie, i odbierają życie 

swoim  nieszczęsnym  matkom.  Nasza Mali,  tutaj... Jej matka  też urodziła  takie  dziecko  i 

skończyło się tak samo źle. Ale co się stało z tamtym chłopcem?

Stara kobieta spuściła wzrok.

background image

- Podobno akuszerka go udusiła zaraz po urodzeniu.

Wiecie, podmieniec. Czary.

- Jesteście pewni, matko Britto-Stino, że chłopiec nie przeżył?

Staruszka   całkowicie   straciła   poczucie   czasu,   pogrążyła   się   we   wspomnieniach   z 

młodości i nie słyszała, co się do niej mówi.

- To musiało tak być, moja babka zawsze to powtarzała. Kajsa i Havgrim nie mogli 

dobrze skończyć, bo oni dotykali pogańskiego bożka.

- Tego posążka nad jeziorem? - zapytał Andre próbując przywrócić Brittę-Stinę do 

rzeczywistości. - Posążka boga Freya?

- Pogański bożek był  przeklęty - mówiła  staruszka, nadal pogrążona we własnym 

świecie. - A oni go dotykali. Kajsa go dotykała. I kara jej nie ominęła. Urodziła odmieńca i 

sama musiała umrzeć. To straszna śmierć! Zemsta pogańskiego bożka!

- To nie było tak - próbował jej wytłumaczyć Andre. - Tak jak mówiłem, to cecha 

naszego rodu. To przekleństwo, które nad nami ciąży.

Staruszka nie słyszała jego słów. Łapczywie ssała fajkę, a jej myśli krążyły gdzieś w 

przeszłości, wzrok miała rozmarzony i pełen smutku.

I Nette, i Mali czuły się dość marnie. Nette pocieszała się myślą, że tak daleko jak się 

dało przyjechali w góry samochodem. Dotarli autem aż do drogi na Lillhardal, skąd dalej 

prowadziły już tylko całkiem nieprzejezdne dróżki. To naprawdę była pociecha wiedzieć, że 

samochód   tam   stoi   i   czeka   na   nich.   Nie   będą   musieli   na   własnych   nogach   pokonać   tej 

niewiarygodnie długiej drogi do Alvdalen.

Mali rozglądała się ciekawie po maleńkim wnętrzu szałasu. Wszystko było dla niej 

nowe i podniecające. Ona, która nigdy nie widziała niczego poza przytułkiem dla dzieci i 

nędznymi   dzielnicami   Trondheim,   przeżywała   wielką   przygodę.   Znalazła   się   daleko,   w 

nieznanym kraju, na prawdziwym odludziu. Nigdy przedtem nie była tak blisko natury.

Jakież więc znaczenie mogło mieć to, że była obolała na całym ciele, a poocierane 

stopy piekły przy każdym ruchu?

Andre jeszcze raz ponowił próbę.

- Jesteście pewni, matko, że dziecko nie przeżyło?

Staruszka ocknęła się nareszcie i popatrzyła na niego przytomniej.

- Żebym tak z tego miejsca nie wstała! Akuszerka została postawiona przed sądem za 

dzieciobójstwo, ale ją uwolnili, kiedy opowiedziała, jak dziecko wyglądało.

W takim razie ten chłopiec nie mógł zostawić dziedzica, myślał Andre, użalając się 

nad Kajsą z Vargaby, która miała niespełna czterdzieści lat, kiedy musiała umrzeć.

background image

- No, a wdowiec, Havgrim, nie ożenił się drugi raz? - zapytał.

- Nie, nigdy tego nie zrobił.

- To znaczy, że nie miał już więcej dzieci. Tylko jedną córkę, Doroteę?

- Zgadza się. A ona wkrótce opuściła Alvdalen.

- Wyszła za mąż za Norwega, prawda? Erika Nordlade z Trondelag?

- Jak ty to wszystko dobrze wiesz! Aż dziw!

- Staram się przecież odnaleźć członków mojej własnej rodziny.

-   Co   prawda,   to   prawda,   rozumiem   cię.   No   tak,   Dorotea   wyprowadziła   się   do 

Norwegii.

- Nie wiecie, dokąd dokładnie?

- Jakieś nowiny się przecież słyszało od czasu do czasu. I ona przyjechała kiedyś w 

odwiedziny do ojca Havgrima, sama to pamiętam. Miała ze sobą obie córki.

Andre   podskoczył   tak   gwałtownie,   że   o   mało   nie   przewrócił   stołka,   na   którym 

siedział.

- Co? Dwie córki?

O piekło i szatani, pomyślał zgnębiony. Czy nie będzie końca tym poszukiwaniom? 

To znaczy, że więcej jest takich, którzy mają w sobie krew Ludzi Lodu?

- Ja pamiętam nawet, jak dziewczynki miały na imię. I obie były bardzo ładne. Starszą 

wołali Emma. Druga była o cztery lata młodsza i miała na imię Petra.

Petrę Eriksdatter Nordlade Andre znał. Ale Emma była kimś całkowicie nowym. Mali 

spoglądała na niego pytająco.

- Będziemy szukać we dworze Nordlade - mruknął. - Czy ten dwór znajduje się w 

Gaudalen, matko Britto-Stino? Wiecie coś o tym?

- Coś jakby mi majaczyło, chyba słyszałam tę nazwę. Ale potem stary Havgrim umarł 

i córka Dorotea nie przyjeżdżała już więcej w odwiedziny. Tak to ród zniknął z Alvdalen...

W małym  szałasie panował przytulny mrok.  Pachniało oborą i świeżym  mlekiem, 

serem, jałowcem i wygrzanym drewnem. Bardzo miłe miejsce do odpoczynku i nabrania sił. 

Na zewnątrz całymi kilometrami rozciągały się lasy, okrywały ciemnym płaszczem ziemię i 

gdzieś daleko na horyzoncie łączyły się w z niebem. W górach panował niewypowiedziany 

spokój.

- Teraz mam jeszcze tylko jedno pytanie - powiedział Andre. - Vargaby.

Smutny uśmiech przemknął po pokrytej zmarszczkami twarzy staruszki.

- Tej wsi już nie ma. Wszystko porósł las.

- Czy to daleko stąd?

background image

- Pewnie, że daleko. Ale nie pytaj mnie, gdzie to jest, bo nie wiem. Moja babka i 

jeszcze kilka osób pojechali tam kiedyś konno kilka lat po przeprowadzce. Zobaczyli tylko 

zwęglone resztki  domów,  porośnięte  trawą, krzewami  i młodymi  drzewkami.  Musiał tam 

kiedyś wybuchnąć pożar i strawił wszystko.

- Tak właśnie było - przytakiwał Andre.

- Tak, tak. Havgrim twierdził nawet, że wie, kiedy to było, bo on umiał przeczuwać 

takie rzeczy. Śniło mu się raz, że to jakiś ksiądz podłożył ogień i potem sam spłonął pośród 

palących się domów. A inny zły człowiek, imieniem Swerd czy jakoś tak, utonął w jeziorku. 

Sen był tak wyraźny, że Havgrim mógłby przysiąc, iż to wszystko wydarzyło się naprawdę. 

No i wieś była rzeczywiście spalona.

- Owszem, Havgrim mógł równie dobrze przeżyć we śnie wszystko, co się stało, bo on 

należał do mojego rodu, a wielu naszych krewnych ma dar jasnowidzenia. Myślicie więc, 

matko, że nie znajdziemy już Vargaby?

- Tak myślę. I żadne niebezpieczeństwo nikomu tam nie grozi.

- Wiem. Dziewice z Vargaby znalazły już przecież spokój wieczny.

- Otóż to. A wszystko to tylko stara legenda, nie ma się czym przejmować.

Podróżni   chcieli   wrócić   do   gospody,   nim   zapadnie   zmierzch,   podziękowali   więc 

serdecznie za gościnność i cenne informacje. Podziękowali też za nocleg ofiarowywany im 

przez staruszkę. W małym szałasie miejsca było niewiele, a poza tym powinni jak najszybciej 

wracać do Norwegii. Nie mogli za bardzo przedłużać podróży.

Do   wieczora   zostało   jeszcze   trochę   czasu,   jeśli   się   pospieszą,   wrócą   na   czas   do 

Alvdalen.

Pożegnali się więc i ruszyli w drogę powrotną.

Zapomnieli, że wieje tak strasznie. Pod koronami wysokich sosen wiało tak samo jak 

poprzednio  na  otwartych  przestrzeniach.   Udręczona   Mali  zasłaniała  uszy  rękami,  a  Nette 

owinęła   głowę   szalem,   który   dotychczas   miała   na   ramionach.   Musiała   wyglądać   mało 

urodziwie, była o tym przekonana, ale inaczej uszy bolały ją nieznośnie.

- No i znowu dowiedzieliśmy się czegoś nowego - westchnęła Mali.

-  Owszem  -  roześmiał   się Andre  gorzko. -  Emma   Eriksdatter   Nordlade...   Kolejna 

kobieta z Ludzi Lodu, którą trzeba odnaleźć.

- Odpowiedź znajdziesz z pewnością we dworze Nordlade - pocieszała Nette. - Ona 

urodziła się w roku tysiąc osiemset dwudziestym piątym, niecałe sto lat temu. Ktoś musi o 

niej pamiętać.

- Pewnie - dodał szyderczo Andre. - I o tym, że miała mnóstwo dzieci. A każde z tych  

background image

dzieci miało wiele swoich dzieci, które z kolei...

- Przesadzasz! - przerwała mu Mali przytomnie. - Ludzie Lodu nie rozmnażają się 

przecież jak króliki. To prawdziwe błogosławieństwo, że rodzi ich się tak niewielu!

- W tym przypadku, tak! A zatem nocujemy w Alvdalen i jutro raniutko ruszamy z 

powrotem, dobrze?

- Oczywiście - zgodziła się Nette. - Zatrzymamy się tylko w Gaudalen i odszukamy 

dwór Nordlade.

- Jeśli i on nie został zrównany z ziemią - westchnął Andre. - Tylko tego by nam 

brakowało.

- Zdumiewające, ile ty masz w sobie optymizmu - powiedziała Mali szyderczo i wtedy 

Andre uśmiechnął się do swoich towarzyszek podróży.

Stopy Mali bolały coraz bardziej, o czym nieustannie mówiła. Cierpienie w cichości 

ducha nie należało do jej cnót. Było natomiast cnotą Nette. Nie doszła jeszcze do siebie po 

napadzie, całe ciało ją bolało, a już najbardziej tył głowy. Każdy krok odczuwała dotkliwie, a 

poza tym nie była przyzwyczajona do wędrówek po górach i lasach, w nierównym terenie, ale 

nie skarżyła się ani słowem. Starała się nie zostawać z tyłu, choć chciało jej się krzyczeć ze 

zmęczenia i udręki.

Andre rozejrzał się wokół.

- Czy nie powinniśmy już być przy tej drodze wiodącej z północy na południe? - 

zapytał zdenerwowany.

- Powinniśmy, i to dawno temu - odparła Mali ponuro.

- Zdaje mi  się, że  poszliśmy za  daleko  na wschód - rzekła  Nette.  - Ale przecież 

trzymaliśmy się ścieżki.

- Nie. Chyba tylko źle oceniamy czas i odległość - uspokajał Andre. - Musimy się 

pospieszyć, bo dzień wyraźnie ma się ku końcowi. Czy wy też wyczuwacie tę atmosferę 

zbliżającego się końca?

Las   stawał   się   coraz   gęstszy.   Wyszli   już   z   sosnowego   boru   i   znajdowali   się   w 

mieszanym lesie. Światła też było mniej, widzieli drogę, ale nastrój był nieprzyjemny, zimny 

dreszcz przenikał od czasu do czasu podróżnych. Wiatr szumiał głucho w koronach drzew 

nad ich głowami, czasami tak głośno, że przypominał grzmot. Na dole, pod osłoną drzew, 

było ciszej, ale niesamowicie.

Nagle Mali przystanęła.

- O, do licha... - zaczęła. - Gdzie się podziała ścieżka?

Wszyscy wpatrywali się w ziemię. Andre szeptał cicho:

background image

„Tam, gdzie dolina porasta lasem, a łąki się kończą, główny szlak drogi zamazuje się i 

w końcu schodzi na manowce. Jeśli mimo to chcesz tym szlakiem podążać dalej, duch twój 

traci wszelkie oparcie w...” Nie!

- Owszem - powiedziała Mali bezdźwięcznie.

Andre mówił dalej:

„  Droga, którą,   jak  ci  się zdawało,   szedłeś,  zanika,  rozpada  się  na  wiele  wątłych 

ścieżek... lecz biada ci, jeśli którejś z tych dróżek zaufasz... A być może też jedna z tych 

błędnych dróżek doprowadzi cię do najciemniejszej głuszy, do samego jądra boru, do tego 

miejsca, które wspominane bywa tylko...” Nie, do licha, nie chcę ciągnąć tego dalej !

- Nie chcesz dalej cytować? Czy dalej iść? - zapytała Nette.

Mali jednak poszła przodem.

- Tu! Tu znowu jest ścieżka!

Z wahaniem, z uczuciem, że dzieje się coś nieprzyjemnego, ruszyli dalej.

- Ścieżka prowadzi dziwnie daleko od nas - powie. działa Nette cicho, jakby się bała, 

że echo, odbite od skał zechce jej odpowiedzieć.

„- Nikt dokładnie  nie  wie, gdzie  to Vargaby leżało”  - zacytował  znowu Andre. - 

Nawet stara Britta-Stina tego nie wiedziała. Nikt żywy tam nie chodzi.

- Osada zniknęła z powierzchni ziemi - dodała Mali. - Możemy przejść to miejsce tam 

i z powrotem i niczego nie zauważymy.

- W każdym razie to i tak nie było tutaj - ucięła Nette. - Skierujmy się bardziej na 

południe,   to   prędzej   czy   później   dojdziemy   do   Osterdalen,   a   tam   już   leży   Alvdalen   i 

mieszkają ludzie, i... Co to było?

- Puchacz - odparł Andre. - Krzyk brzmi okropnie, ale ptak jest niegroźny.

Porzucili wijącą się, niepewną ścieżkę, którą coraz trudniej było się posuwać, i ruszyli 

na przełaj w kierunku południowym. Uważali, że teraz zabłądzić już nie mogą.

Nie zauważyli, kiedy dokonała się odmiana. Ale szli teraz bardzo ostrożnie, niemal na 

palcach, nasłuchiwali, choć niczego słychać nie było, i trwali w przekonaniu, że nie wszystko 

jest tak jak powinno.

Otworzyło się przed nimi coś na kształt polanki. Choć może polanka to zbyt duże 

słowo, po prostu kilka niezbyt  wysokich  wzgórków porośniętych  niższą niż w głębi lasu 

trawą. Krajobraz jak z dziwnego snu, który pociągał, a zarazem przerażał.

- No, myślę, żeśmy tu mimo wszystko dotarli - mruknęła Mali.

- Jakim sposobem, na Boga, mogłoby się to stać? - zapytał Andre.

- A dlaczego nie? Nikt przecież nie wiedział, gdzie...

background image

- No dobrze, dobrze - przerwał zirytowany. - W każdym razie musimy przejść przez to 

miejsce i iść dalej.

Weszli do niskiego lasu, czy może raczej w zarośla, gdzie drzewa stały rzadko niczym 

zabłąkane olbrzymy. Gdy trójka wędrowców dotarła mniej więcej do centrum tego dziwnego 

terenu, Nette przystanęła i wpatrywała się w ziemię. Andre i Mali podeszli do niej. Było już 

prawie szaro.

- Czy to nie jest kamienny fundament? - zapytała Nette ochryple.

- W  dawnych  czasach  w Dalarna  nie  budowało  się takich  fundamentów  - wtrącił 

Andre. - Domy stawiano na czterech narożnych słupach dla ochrony przed gryzoniami.

Mali kopnęła kopczyk ziemi, na którym stała.

- Zwęglone - oświadczyła lakonicznie. - Możesz sobie mówić, co chcesz, Andre, ale ja 

stoję pośrodku Vargaby!

background image

ROZDZIAŁ XI

Zapach tamtej krwi.

Zapach tej samej krwi. Ten ram ród.

Czekanie.   Czekanie,   sowicie   wynagrodzone.   Ów   znienawidzony,   tak   długo 

wyczekiwany zapach właśnie tej krwi!

Rok za rokiem. Cierpliwie. Pewność, że któregoś dnia to się musi zdarzyć. I oto czas 

się dopełnił.

Zapach. Zapach tej samej krwi.

Wszystkich   troje   przeniknął   zimny   dreszcz.   I   nie   miało   to   nic   wspólnego   z 

gwałtownymi porywami wiatru.

Andre rozejrzał się wokół. Patrzył na falujący, przyginany do ziemi las, słuchał, jak 

wicher zawodzi swoją żałosną, głuchą pieśń. Patrzył na niebo, które przywdziało wieczorną 

szatę w mrocznych barwach, i na ziemię pod nim, opustoszałą i wymarłą, i zdjął go strach 

przed   nadchodzącą   ciemnością.   Patrzył   na   nieskończoną   miękkość   tego,   co   kiedyś   było 

kwitnącą łąką.

Poczuł skurcz w sercu i głęboki smutek na myśl o tych, którzy tu kiedyś żyli, a którzy 

teraz są już tylko niejasnymi cieniami we wspomnieniach zaledwie garstki ludzi.

-   Bardzo   tu   ładnie   -   powiedział.   -   Dokładnie   tak,   jak   Kajsa   opowiadała   kiedyś 

Havgrimowi. Myślę, Mali, że masz rację. To jest Vargaby! To nie może być nic innego.

- Ale jakim sposobem, do cholery, się tu znaleźliśmy?

- Czy mogłabyś być taka dobra i nie przeklinać akurat tutaj? - zapytała Nette, wbrew 

swojej woli wzruszona.

- „Akurat tutaj” nikt chyba nie został pochowany - zaprotestowała Mali buntowniczo.

- Nikt, oprócz życia i marzeń wielu pokoleń ludzi - powiedział Andre. - I oprócz 

jednego księdza, który spłonął żywcem.

- Tak, to prawda. On tu został. Uff, całe to miejsce jest dla mnie okropne, żeby nie 

wiem jak było ładne.

- To zmierzch tworzy tę atmosferę - próbowała wyjaśnić Nette.

Zapach krwi. Tej przeklętej krwi.

Długie czekanie.

Bardzo długie.

Koniec czekania.

- Co teraz zrobimy? - zapytała Mali.

background image

- Jak najszybciej wrócimy do domu - odparł Andre. - Do Alvdalen. Tylko gdzie ono 

leży? Jak doszliśmy tutaj?

Nette wyglądała na zmartwioną.

- Ja nie jestem przesądna, ale wiecie, teraz mam wrażenie, że to wszystko było celowe. 

Że nasze kroki kierowały się tu jakby same z siebie.

- Albo że kierowała nimi czyjaś wola. Ścieżka, która wiedzie na bezdroża... - mruknął 

Andre.

- Głupie gadanie! - zaprotestowała Mali. - To przecież dziewice z Vargaby wabiły 

ludzi na bezdroża. A one spoczęły w spokoju. Zemściły się.

-   Tak,   oczywiście   -   wycofała   się   Nette.   -   To   po   prostu   przypadek,   że   się   tutaj 

znaleźliśmy. Chodźmy stąd jak najszybciej. Już się prawie ściemniło!

Wszyscy podzielali jej zdanie. Przez chwilę dyskutowali, w którą stronę powinni się 

udać, a  potem szybko  pobiegli  w dół,  ku południowi, a  tym  samym  ku Alvdalen.  Mrok 

gęstniał i wiatr zawodził w koronach drzew tak głośno, że ledwie słyszeli nawzajem swoje 

głosy.

Kiedy znaleźli się w gęstym lesie, zwolnili tempo.

- Tutaj jest już całkiem ciemno.

- I las taki nieprzebyty.

- A ziemia błotnista!

- Tędy wiodła kiedyś ścieżka - powiedział Andre. - Wydeptana w czarnej bagiennej 

ziemi, w cieniu drzew. O, do diabła! Tu nic nie widać!

- Stop! - zawołała Nette i zatrzymała się. - Teren jest taki błotnisty, że... Jeśli nie 

będziemy uważać, wejdziemy wprost do jakiegoś trzęsawiska.

- To nie trzęsawisko - zaprotestował Andre grobowym głosem. - To niemal całkiem 

zarośnięte jeziorko!

- Jezu - szepnęła Mali. - Tamto jeziorko.

- Ale wielkie nury zniknęły - powiedziała Nette stłumionym głosem. - Patrzcie tam, 

tam jest ten wzgórek, o którym mowa w manuskrypcie! To musi być...

- Posążek bożka - dokończyła Mali. - Posążek Freya. Mam ochotę na niego popatrzeć. 

Chcę zobaczyć, czy naprawdę jest taki...

- Nie, nie idź tam - prosił Andre.

Mali odwróciła się do niego.

- A co, jesteś przesądny?

- Oczywiście, że nie! Ale nie mamy czasu.

background image

- Przecież i tak musimy tamtędy przejść. Chodźcie!

Nette stała bez ruchu, wstrzymując oddech.

- Zaczekaj, Mali, zdawało mi się...

Mali obejrzała się przez ramię.

- Co ci się zdawało?

- Chodźmy stąd - mruknęła Nette.

- Nie. Co ci się zdawało?

- Ja... widziałam coś w wodzie.

-   W   wodzie?   Jeziorko   jest   przecież   prawie   kompletnie   zarośnięte.   Została   tylko 

niewielka kałuża pośrodku.

- Czarna, śmierdząca kałuża - dodał Andre. - Co tam zobaczyłaś, Nette?

- Nic. Coś się tam poruszyło, tak mi się przynajmniej zdawało. Pod liśćmi wodnych 

lilii.

- Nie podchodźcie za blisko brzegu! - ostrzegał Andre. - Zobaczyłaś pewnie jakąś żabę 

- dodał.

- To nie żaba - burknęła Nette ze złością. I zaraz potem krzyknęła przerażona: - Mali!

Andre krzyczał razem z nią:

- Uważaj, Mali! Wracaj!

Dziewczyna   doszła   do   wzgórka,   który   od   początku   ją   interesował,   i   stała   teraz 

pomiędzy nim a jeziorkiem. Odwróciła się i napotkała ich przerażone spojrzenia, a potem 

spojrzała na jeziorko i wrzasnęła przejmująco.

W wodzie coś było.

Coś się poruszało w czarnej głębinie pomiędzy splątanymi łodygami wodnych lilii, 

coś, co próbowało wydostać się na powierzchnię wody i wyraźnie kierowało się właśnie w 

stronę Mali.

Andre odrzucił niewielką torbę, którą niósł na ramieniu, i skoczył ku wodzie, żeby 

odepchnąć   Mali   od   brzegu.   Dziewczyna   skuliła   się,   chciała   wycofać,   ale   była   jak 

sparaliżowana ze strachu i zdumienia; nie mogła się ruszyć. Nette oszołomiona wpatrywała 

się w to coś, co wyłaziło z wody, oślizgłe, zielonobrunatne, budzące grozę.

Wstrętna łapa, na wpół przegniła, wyciągała się do Mali, do jej nóg i nagle, zanim 

ktokolwiek zdążył zareagować, błyskawicznym ruchem zacisnęła się na kostce dziewczyny i 

poczęła ciągnąć ją w dół.

Mali upadła na plecy i powoli się ześlizgiwała, wkrótce byłaby się znalazła w wodzie, 

gdyby Andre nie zdążył w ostatniej sekundzie złapać jej ręki. Potwór z jeziora był taki silny, 

background image

że pociągnął za sobą również Andre, który jednak zdołał uchwycić się jakiegoś młodego 

drzewka i skutecznie stawiał opór.

Mali   wrzeszczała   jak   szalona;   wodny   potwór,   który   znowu   wychynął   ponad 

powierzchnię błotnistej wody, ryczał upiornie i próbował złapać dziewczynę za drugą nogę.

Nette stała jak porażona, wpatrywała się w potwora, który teraz wydobył się ponad 

błotnistą maź aż do pasa. Kiedyś był to z pewnością mężczyzna o długich blond włosach, 

które dziś zwisały w mokrych, pozlepianych kosmykach nad budzącą obrzydzenie twarzą o 

zamazanych rysach, z wyraźnymi śladami rozkładu. Wodniste oczy wlepiały się z nienawiścią 

w Mali, która uświadamiała sobie, jak niewielkie ma możliwości ratunku. Wątły pień już 

długo nie utrzyma jej i Andre, drzewko pochyliło się nisko nad jeziorkiem i wyglądało na to, 

że Andre lada moment straci oparcie. A wtedy Mali będzie zgubiona i Andre prawdopodobnie 

też.

- Nette! - wrzasnął Andre z całych sił, by przekrzyczeć  ryki  upiora i rozpaczliwe 

wołanie Mali. - W mojej torbie Nette! Tam jest alrauna! Unieś ją nad upiorem! Szybko!

Nette   zdołała   jakoś   odwinąć   amulet,   choć   ręce   dygotały   jej   jak   w   febrze.   Krzyki 

tamtych brzmiały ogłuszająco, upiór miał niebywale silny głos, jego ryk niósł się po lesie z 

siłą gromu. Pospiesznie wydobyła dziwny korzeń.

- Co mam z tym robić? Co mam powiedzieć? - wołała do Andre. - Czy to bożek Frey, 

tam w wodzie?

- Nie, nie, musisz tylko...

- Czy to Vret Joar? Powinnam znać jego imię.

- Nie, to Diderik Swerd. On chce złapać... O mój Boże, dłużej nie utrzymam drzewka! 

On chce złapać kogoś z rodu Havgrima. Podnieś alraunę i zaklinaj go, bo wrócił do świata 

zmarłych, zresztą mów, co chcesz! Tylko spiesz się!

Nette próbowała się opanować. Las wokół trwał jak wymarły. O Boże, myślała, to nie 

może dziać się naprawdę. Ja śnię. Wystarczy, że się przewrócę na drugi bok, a zły sen...

Przenikliwe, rozdzierające serce krzyki Mali przywróciły ją do rzeczywistości. Ów 

niepojęty  potwór  pełzł  po  błotnistym   brzegu,  coraz  bliżej   nieszczęsnej  dziewczyny.  Mali 

kurczowo,   obiema   rękami,   ściskała   rękę   Andre,   ale   druga   jego   ręka...   druga   ręka   coraz 

wyraźniej zsuwała się ze słabiutkiego pnia drzewa.

Nette  głęboko   wciągała  powietrze,  by nie   stracić   przytomności;  po  chwili  uniosła 

alraunę nad wstrętną zjawą, która, wijąc się, próbowała wyjść  z wypełniającego  jeziorko 

błocka. Drżącymi rękami unosiła przypominający ludzką postać korzeń nad piekielną zjawą i 

modliła się do swojego Boga, do Jezusa Chrystusa, jedynej świętej mocy, jaką znała.

background image

Zdawało się przez chwilę, że siły potwora słabną, lecz tylko odrobinę. Mali zdążyła 

jednak uchwycić mocniej rękę Andre, a on sam też podciągnął się wyżej i pewniej objął pień 

drzewka. Jakie to było drzewo, o sękatym, choć giętkim pniu, Nette nie umiałaby powiedzieć. 

Zresztą co to miało za znaczenie, po prostu jakieś drzewo rosnące w pobliżu wody, może 

olcha, może jaki inny gatunek, to naprawdę całkiem obojętne; ważny był jedynie fakt, że 

stanowiło ostatnią szansę ratunku i dla Mali, i dla Andre. Bo to przecież oczywiste, że Andre 

dziewczyny nie opuści w takiej sytuacji. Gdyby się to okazało niezbędne, pójdzie z nią pod 

wodę i tam będzie próbował ją ratować.

Nette oblewał zimny pot. Słyszała, jak serce jej wali, pochyliła się nad gotowym do 

skoku potworem w sadzawce i z alrauną wyciągniętą najdalej jak mogła odmawiała Ojcze 

nasz.

To wyraźnie powstrzymywało zjawę, lecz jej nie wypłoszyło.

I wtedy zrozpaczony Andre zawołał:

- Alrauno, ty, która towarzyszyłaś nam przez tyle stuleci... Ty wiesz, że ani ja, ani 

Mali nie należymy do wybranych, ale błagam cię, pomóż nam! Zrób, co możesz!

Nette   uważała,   że   to   dziwne   przemawiać   do   martwego   przedmiotu,   ale   była   tak 

wstrząśnięta tym, co się działo wokół niej, że gotowa była zaakceptować wszystko.

- Och, żebym tak umiał zaklinać! - żałował Andre.

Nette też tego nie umiała. Nie umiała w ogóle nic, była osobą postronną. Jedyne, co 

mogła zrobić, to trzymać w górze ów niezwykły korzeń i modlić się.

Alrauna powstrzymała upiora, ale nic więcej. Jego potworne, trudne do zniesienia ryki 

grzmiały w lesie. Było jasne, że nie są w stanie na dłużej nad nim zapanować. Bo przecież 

Nette nie może stać przez całą wieczność z uniesioną do góry alrauną.

Andre spróbował ponownie:

- Alrauno! Nasi przodkowie nie mogą nas usłyszeć, bo nie należymy do wybranych 

ani do obciążonych. Lecz Mali pochodzi z Ludzi Lodu i ja dopiero co ją odnalazłem; nie daj 

jej zginąć w łapach jakiegoś nędznego upiora! Bądź miłosierna! Wstaw się za nią, wstaw się 

za nami u naszych przodków!

Nette była tak zdumiona jego niezwykłymi słowami, że zaczęła mu się przyglądać i na 

moment jej koncentracja zelżała. Oślizgły potwór, który kiedyś był człowiekiem; wykorzystał 

moment nieuwagi Andre i Nette i znowu zaczął wyłazić na brzeg. Mali zawyła z przerażenia.

Wtedy oczy Nette rozszerzyły się jeszcze bardziej. Wciąż stała wyciągając alraunę 

ponad   wodą,   ale   gdy  na   moment   odwróciła   wzrok  od   potwora,  zobaczyła,   że   na   brzegu 

jeziorka, najzupełniej z niczego, wyłoniły się trzy postacie.

background image

Stały w wieczornym  mroku, trzy dziwaczne postacie z pradawnych  czasów. Nette 

widziała   ogromnego   mężczyznę   o   wyraźnie   mongolskich   rysach,   obok   niego   zaś   drobną 

kobietę, cudownie piękną, o rysach i nordyckich, i mongolskich. Widziała, że mężczyzna 

uniósł ręce i wnętrze dłoni skierował ku jezioru, gdzie potwór wciąż usiłował wyleźć na 

brzeg. Rozbrzmiały dziwne, śpiewne słowa, gdy ów mężczyzna  o orientalnym  wyglądzie 

zaczął wypowiadać zaklęcia. I Nette natychmiast pojęła, co on czyni.

Ostatnia   wyłoniła   się   z   nicości   młoda   kobieta,   czarodziejsko   piękna,   z   jakimś 

diabelskim błyskiem w oczach. Podeszła do brzegu, do upiora, i z szyderczym  śmiechem 

trąciła go nogą.

- Posłuchaj no, ty nędzny, oślizgły głupku, strzeż się słów Mara, bo mają one siłę 

unicestwiającą. Powinieneś był nigdy nie wychylać łba z tej swojej śmierdzącej kałuży!

Budzący   grozę   potwór,   który   nadal   ściskał   nogę   Mali,   patrzył   na   kobietę   z 

głupkowatym wyrazem na obrzydliwej, obgniłej twarzy. Chcąc nie chcąc puścił zdobycz i 

zaczął się zsuwać do zielonkawej, śmierdzącej wody.

- O nie, nie! - zawołała kobieta. - Poczekaj, poczekaj, nie wymigasz się tak łatwo!

Uczyniła   lekki   ruch   ręką   i   potwór   zatrzymał   się   w   pół   drogi.   Mali   już   dawno 

odskoczyła jak najdalej, Andre siedział przy niej w kucki i podtrzymując ją, patrzył bez słowa 

na to, co działo się nad wodą. Nette opuściła rękę z alrauną, podświadomie cofnęła się parę 

kroków w tył, ale nie była w stanie oderwać oczu od widowiska na brzegu.

Zaklinający mężczyzna zszedł niżej nad wodę. Mówił coraz głośniej, w końcu jego 

głos grzmiał ponad lasem, a troje śmiertelników widziało, jak skóra, włosy i ciało upiora 

zaczynają znikać, odsłaniając białe kości, aż w końcu został już tylko sam szkielet. Wtedy 

niższa z kobiet wylała  z niedużej  butelki  kilka  kropel jakiegoś płynu  na kości, po czym 

rozpłynęły się one w nicość.

Kobieta o szelmowskim uśmiechu zwróciła się do trojga śmiertelników:

-   Nadszedł   kres   wendety,   dobiegła   końca.   Teraz   nie   ma   już   nikogo   z   jego   rodu, 

możesz czuć się bezpieczna, Mali.

Kobieta z butelką podeszła tymczasem do brzegu i wylała kilka kropel płynu na gęste, 

śmierdzące   błoto.   Jak   za   dotknięciem   czarodziejskiej   różdżki   jeziorko   wypełniło   się 

krystalicznie   czystą   wodą,   rośliny   zostały   oczyszczone   ze   szlamu,   a   z   brzegu   zginęły 

wszystkie chwasty i trujące zielsko, które obrastało dotychczas jezioro złych upiorów.

Teraz stało się ono znowu czystym, połyskliwym oczkiem w lesie.

Nette oddychała z drżeniem, uświadomiła sobie, że od bardzo dawna wstrzymywała 

oddech.

background image

Przybysze z zaświatów nie zbliżali się do śmiertelników, ale młoda wesoła kobieta 

powiedziała:

- Witaj wśród Ludzi Lodu, Mali! - Pokazała ręką na swoich towarzyszy i dodała: - 

Spójrz, to są twoi najbliżsi krewni pośród grupy przodków opiekujących się rodziną na ziemi. 

To Shira i Mar z dalekiego Taran-gai. Nikt z rodu nie jest im bliższy niż ty. Ja sama, jak się 

pewnie   domyśliliście,   jestem   Sol   szalona.   Zawsze   chcę   być   tam,   gdzie   można   trochę 

podrażnić jakieś małe obrzydlistwa, jak ten tutaj.

Mali i Andre podnieśli się z ziemi. Bardzo uprzejmie pozdrawiali swoich przodków.

- Ale jest chyba ktoś, kto jest jeszcze bliższy Mali niż Mar i Shira - powiedział Andre. 

- Mam na myśli Tulę. Ona nie chciała z wami przyjść?

Tamci spoważnieli i posmutnieli.

- Tuli nie ma z nami w grupie Tengela Dobrego - wyjaśniła Sol.

- Ja myślałem, że Tula była bardzo dobra?

- Była. Ale potem poszła własną drogą. Nie znamy jej losów.

- Tak, oczywiście, Tulę zabrały demony - mruknął Andre. - Tula poszła przecież na 

spotkanie demonów do Grastensholm i zniknęła bez śladu razem z nimi.

- No, ale teraz pewnie chcielibyście się stąd wydostać? - zapytała Sol.

- I to jak najszybciej - odparł Andre. - Tylko że my niezupełnie wiemy, jak się tu 

znaleźliśmy.

Sol uśmiechnęła się tajemniczo.

- Myślę, że możecie liczyć na przewodnika.

Zwrócili głowy w stronę, w którą patrzyła Sol, i zobaczyli, że brzegiem jeziora idzie 

ku nim jakiś mężczyzna.

Andre rozjaśnił się w promiennym uśmiechu.

- Imre! - zawołał radośnie. - Jak dawno cię nie widziałem!

Jasnowłosy,   niezwykle   urodziwy   młodzieniec   uśmiechnął   się   także.   Ku   swemu 

wielkiemu zdziwieniu Andre i jego towarzyszki stwierdzili, że trzy duchy witają Imrego z 

najwyższym szacunkiem. Sol skłoniła się głęboko, a dwoje pozostałych najpierw skierowało 

palce do czoła, a potem ku ziemi, co było wyrazem głębokiego respektu.

Imre szczególnie uroczyście powitał Shirę, która najwyraźniej była mu równa rangą. 

Potem zwrócił się do Nette.

Jego łagodny głos był dla niej niczym balsam:

-   Dziękuję   ci   za   nieocenioną   pomoc!   Nigdy   ci   tego   nie   zapomnimy.   Ale   teraz 

ruszajmy. Idźcie za mną, bo noc zapada!

background image

Andre odwrócił się, by podziękować i pożegnać duchy, ale ich już nie było, rozpłynęły 

się w powietrzu. Oszołomieni ludzie pozbierali swoje porozrzucane dokoła rzeczy,  Andre 

pogładził  w  podzięce  alraunę  i   zapakował   ją  ostrożnie  do  torby,  po  czym  wszyscy   troje 

ruszyli za Imrem, który był już daleko przed nimi na ścieżce.

Było tak, jak Imre mówił: Noc już zapadła. Choć jednak szedł pospiesznie, nawet na 

moment nie tracili go z oczu, bo cała jego postać jaśniała delikatnym, ciepłym blaskiem.

Zapomnieli   o   wszystkich   swoich   udrękach,   pęcherzach,   bolących   mięśniach   i 

przerażeniu,   po   prostu   szli   nie   ociągając   się   za   przewodnikiem.   Szybko   i   w   milczeniu 

odnajdywali drogę przez wysokie piaszczyste wzgórki, leśne pogorzeliska i błotniste doliny.

Nagle Andre przystanął.

- Nie widzę go - szepnął spłoszony.

- Ja też nie, ale to chyba nie szkodzi - powiedziała Mali. - Bo spójrz tam! Co widzisz 

na tle nocnego nieba?

- Samochód! - zawołali Nette i Andre jednocześnie i ostatni kawałek drogi dzielący 

ich od auta przebyli biegiem.

- O, mój kochany samochodziku! - cieszył się Andre - Nigdy nie byłeś mi tak drogi 

jak dziś.

- Ale nie podziękowaliśmy naszemu fantastycznemu przewodnikowi - zmartwiła się 

Nette.

- Nigdy nie pytamy, kiedy Imre przyjdzie ani kiedy nas opuści - wyjaśnił Andre. - On 

wie, że jesteśmy mu wdzięczni.

Nette   popadła   w   zadumę.   „Nigdy   ci   tego   nie   zapomnimy”,   powiedział   jej   Imre. 

„Dziękuję ci za nieocenioną pomoc. Nigdy ci tego nie zapomnimy!”

- Wskakujcie, dziewczyny! Wracamy do ludzi!

W samochodzie siedzieli milczący, każde po swojemu próbowało zrozumieć, co się 

stało; reflektory skąpym światłem ledwie rozjaśniały wyboistą drogę przed nimi. Co z tego, że 

trzęsło   i   rzucało   okropnie?   Cóż   znaczą   takie   drobiazgi   w   porównaniu   z   okropnymi 

doświadczeniami, jakie dopiero co były ich udziałem!

- I pomyśleć, że ja należę do Ludzi Lodu - westchnęła Mali na koniec. - Oczywiście 

wierzyłam we wszystko, co o nich opowiadałeś, Andre, ale nie myślałam, że są tacy... tacy 

specjalni!

- Ja sam jestem wstrząśnięty - przyznał Andre. - Wiecie, zwyczajni członkowie Ludzi 

Lodu, tacy jak ja i ty, Mali, właściwie nie miewają kontaktów z przodkami. O ile wiem, 

dotychczas zdarzyło się to zaledwie kilkakrotnie. A jeszcze rzadziej bywa, że ktoś postronny 

background image

może ich zobaczyć. Ale ty, Nette, widziałaś ich, prawda?

- Oczywiście, że widziałam - powiedziała stanowczo blada jak ściana. - Są bardzo 

piękni. I niezwykli.

- O, tak! Ale nigdy bym się nie spodziewał, że ich spotkam. Trzeba powiedzieć, że 

przyszli w odpowiednim momencie!

- Co prawda, to prawda - westchnęła Mali.

Nagle ta pyskata dziewczyna wybuchnęła głośnym płaczem. Nette, która od dawna 

czuła bolesny ucisk w gardle, natychmiast poszła w jej ślady.

Andre zatrzymał samochód.

-   No   już,   już   dobrze,   moje   drogie.   Rozumiem   was   bardzo   dobrze.   Sam   miałbym 

ochotę się rozpłakać. Tego naprawdę było trochę za wiele.

- Tak - szlochała Mali. - Kiedy się to wszystko działo, nie mogłam myśleć o niczym, 

tylko się bałam. Ale teraz...

-   No   właśnie.   Reakcja.   Ona   zawsze   nadchodzi,   to   pewne   jak   amen   w   pacierzu. 

Spójrzcie na moje dłonie.

W nocnym mroku wyciągnął przed siebie ręce. Dygotały jak w febrze.

Nette wytarła nos i powiedziała stłumionym głosem:

- To było po prostu niewiarygodne! Takie niewiarygodne, że ja... Nie wierzę, że to 

widziałam. Ja śniłam, powiedzcie, że tylko śniłam!

- W takim razie wszyscy śniliśmy ten sam sen - chlipnęła Mali. - I ja nawet nie miałam 

czasu wam podziękować. Dziękuję wam z całego serca! Obojgu!

- I wszystkim czworgu waszym przodkom - dodała Nette.

- Imre nie jest jednym z przodków - wyjaśnił Andre. - On żyje współcześnie. Teraz!

- Tak? No to skąd on przyszedł? I ten... blask!

- Imre pochodzi z rodu czarnego anioła.

- Taki jasny blondyn?

- Kolor włosów nie ma tu nic do rzeczy. I nikt nie pyta Imrego dlaczego ani skąd, ani 

dokąd. Czarne anioły są najpotężniejszymi sojusznikami Ludzi Lodu. Imre pochodzi z rodu 

zapoczątkowanego związkiem samego Lucyfera z pewną ziemianką, Sagą z Ludzi Lodu. Ale 

wiemy bardzo niewiele o tych jasnych aniołach, które zostały strącone do otchłani.

Andre pożyczył Mali chusteczkę do nosa. Po chwili samochód ruszył w dalszą drogę.

- Zauważyłam, że duchy odnosiły się do niego z wielkim szacunkiem - powiedziała 

Mali.

- Ja też - potwierdziła Nette. - On natomiast szczególnie uprzejmie powitał tą drobną 

background image

egzotyczną kobietę.

- Shirę, tak - zgodził się Andre. - Jej pozycja jest wyjątkowa. Shira jest największym 

wrogiem Tengela Złego, jeśli dobrze rozumiem.

Mali zamyśliła się.

- Wygląda na ta, że ten Tengel Zły jest dosyć osamotniony - powiedziała po chwili.

- On? Nie! - zaprotestował Andre. - On może zmobilizować niezliczone złe moce! I 

nic   nie   wiemy   o   tym,   co   dzieje   się   ze   złymi   dotkniętymi   dziedzictwem   Ludzi   Lodu   po 

śmierci. Mogą spoczywać w swoich grobach jak inni zmarli, ale mogą też gromadzić się przy 

Tengelu Złym i czekać, aż będzie ich potrzebował.

- Wydawało mi się, że mówiłeś, iż złe moce odcięły się od niego?

- One się go boją, a to coś całkiem innego. Ponieważ on reprezentuje samo zło, zło 

jako   pierwotną   siłę.   On   napił   się   ze   źródła   zła,   z   ciemnego   źródła,   i   przez   to   stał   się 

najsilniejszym i najpotężniejszym ze wszystkich złych potęg. To, że złe moce trzymają się na 

dystans od niego, nie oznacza wcale, że nie posłuchają, kiedy je wezwie.

- Demony Nocy także? - zapytała Mali.

- Nie, one nie. Imre opowiadał nam, że dzięki Vanji, Tamlinowi i dwóm czarnym 

aniołom Demony Nocy wyrwały się spod władzy Tengela. Znajdują się teraz pod ochroną 

Lucyfera i Tengel nie może im nic zrobić.

- A Demony Wichru?

-   One   nienawidzą   Tengela,   ale   nie   wiemy,   jak   dalece   są   w   stanie   stawiać   opór 

naszemu złemu przodkowi, gdyby się obudził.

Nette zaśmiała się nerwowo.

- Najgorsze jest to, że ja wierzę we wszystko, co mówisz. I że dałabym wiele za to, by 

być jedną z Ludzi Lodu.

-   Mogłabyś   wyjść   za   mąż   za   kogoś   z   naszej   rodziny   -   uśmiechnął   się   Andre 

dobrodusznie. - Tyle tylko że na razie nie ma nikogo do wzięcia.

Owszem,   ty   jesteś,   pomyślała.   Tylko   że   ty   mnie   nie   bierzesz   pod   uwagę   jako 

ewentualnej kandydatki. I właściwie dlaczego miałbyś to robić?

Popatrzyła   na   nocne   niebo,   które   daleko   na   wschodzie   zaczęło   przybierać 

złocistopomarańczową barwę; linia horyzontu stała się wyraźnie widoczna. Silny wiatr wciąż 

szarpał korony drzew.

Było zimno i nieprzyjemnie.

- Chyba dzisiaj wrócę do moich biurowych obowiązków - mruknęła przygnębiona.

background image

ROZDZIAŁ XII

Droga powrotna.

Następnego   dnia,   po   niezwykle   męczącej   podróży   w   deszcz   po   bezdrożach   i 

rozmokłych, wyboistych traktach, odnaleźli w końcu dwór Nordlade w Gaudalen.

Widzieli dwór z daleka, wysoko na zboczu góry, jakby zawieszony w powietrzu. Nie 

wyglądał specjalnie imponująco, ale ku wielkiej radości wędrowców z komina domu unosił 

się dym. A zatem Nordlade było wciąż zamieszkane.

- Odważymy się w tym deszczu wspinać pod górę? - zapytała Mali.

- Musimy - odparł Andre. - Po doświadczeniach z Vargaby nie boisz się już chyba 

zwykłych śmiertelników?

- Wszędzie wokół widzę duchy - mruknęła ponuro.

- Owszem, zauważyłem to rano w gospodzie. Tak podejrzliwie przyglądałaś się pani 

przy sąsiednim stoliku, jakbyś oczekiwała, że za chwilę uniesie się w powietrze i zacznie 

piać.

- To prawda, ale sam powiedz, czy nie była trupio blada?

- Cóż za głupstwa! A poza tym  bądź tak dobra i nie nazywaj  naszych  przodków 

duchami.

- Uff, nie. Ja tak nigdy o nich nie myślałam - przyznała Nette.

- Ja też nie - rzekła Mali. - Teraz miałam na myśli jedynie to obrzydliwe paskudztwo, 

wypełzające z błota. Dlaczego on chciał złapać właśnie mnie? Dlaczego nie wyciągał łap po 

ciebie, Andre? Czy to miało może coś wspólnego z tym, że dotknęłam figurki bożka?

-   Nic   podobnego,   to   przecież   tylko   kawałek   przegniłego   drewna.   (Andre   miał 

szczęście, że jego słów nie słyszał jakiś miłośnik starożytności). - Nie, on chciał cię złapać 

dlatego, że jesteś prawnuczką Havgrima. Mnie nie łączy z wami takie bliskie pokrewieństwo. 

Ale był na najlepszej drodze, żeby i mnie wciągnąć w głębinę. Byłaś niezwykle odważna, 

Nette, że stałaś na brzegu z alrauną, a nie uciekłaś stamtąd.

- To by mi nigdy do głowy nie przyszło.

- Stanowimy niezły triumwirat - powiedziała Mali i ujęła oboje przyjaciół za ręce. Tak 

złączeni przebyli ostatni kawałek drogi dzielący ich od domu w Nordlade.

- Wiesz, Mali, nie przestaje mnie zdumiewać twoja znajomość obcych słów - rzekł 

Andre.

-   Człowiek   nie   musi   być   idiotą   tylko   dlatego,   że   się   wychowywał   w   przytułku   - 

odcięła się Mali. - A poza tym ja się staram, w każdej sytuacji można się czegoś nauczyć, a ja  

background image

bardzo lubię wiedzieć. I niech sobie mężczyźni gadają co chcą o kurzych móżdżkach kobiet i 

o tym, że nadajemy się co najwyżej do łóżka. To świadczy jedynie o głupocie panów, a nie 

naszej.

- Wybacz mi - prosił Andre teatralnym  głosem. - Wybacz mi, że jestem zaledwie 

mężczyzną!

-   O,   tak   właśnie   powinniście   się   do   nas   zwracać   -   stwierdziła   Mali,   chichocząc 

zadowolona.

Znaleźli się przed drzwiami. Nie musieli stukać, bo w progu stanął gospodarz. W 

podkoszulku i spodniach na szelkach, nie ogolony, tłusty, nie wyglądał zbyt apetycznie.

- On nie może być moim krewnym - szepnęła Mali zdławionym głosem.

I oczywiście nie był. Nazywał się wprawdzie Nordlade, ale w tamtych czasach nie 

było   przecież   niczym   niezwykłym,   że   rodziny   przyjmowały   nazwiska   od   miejsca 

zamieszkania.

- Nie, Erik Nordlade? On mieszkał tu bardzo dawno temu - odpowiadał chłop wolno 

na pytanie Andre. - Oni musieli opuścić dwór i wtedy kupił go mój dziadek. Tak że ja jestem 

tutaj trzecim pokoleniem.

W głosie chłopa brzmiała duma, choć chyba nie bardzo miał do tego powody, bo 

gospodarstwo wyglądało na podupadłe i zaniedbane.

- W porządku. My chcieliśmy się właściwie dowiedzieć tylko, czy Erik Nordlade miał 

jakichś spadkobierców.

Chłop mrugał przestraszony.

- Moja rodzina kupiła gospodarstwo uczciwie. Żadnych spadkobierców do spłacenia 

ani nikogo takiego nie było. I siedzimy tu od trzeciego pokolenia.

- Mnie nie chodzi o spadkobierców dworu, po prostu o potomstwo Erika. Podobno on 

miał dwie córki.

- Erik Nordlade?

- Tak - potwierdził Andre, tracąc powoli cierpliwość.

Chłop drapał się po głowie z takim zapamiętaniem, że łupież sypał mu się na ramiona 

jak śnieg.

- No, miał... pewnie, że miał, co miał nie mieć? Jak to one się nazywały? Jedna to 

chyba Dorotea...?

- Nie, to była jego żona.

- A tak, tak, niech no pomyślę. Córki...?

- Może jest tu kto inny, kto lepiej pamięta rodzinę?

background image

Chłop się rozgniewał. On pamięta najlepiej. Nikt mu nie odbierze tego honoru!

- Emma była jedna! I Petra.

- Owszem, te imiona wydają mi się znajome - powiedział Andre, by nie denerwować 

gospodarza jeszcze bardziej. - Znaliście je?

-   Nie.   Wyjechały   ze   wsi   za   młodu.   Petra   wyszła   za   jakiegoś   faceta   z   miasta.   Z 

Trondheim. Zdaje mi się, że było mu Sven. A Emma...?

- No! - niecierpliwił się Andre, gdy chłop zwlekał nazbyt długo.

Obie   panie   też   niespokojnie   przestępowały   z   nogi   na   nogę.   Przypomni   sobie 

gospodarz coś nareszcie, czy nie? Bo jeśli nie, to będzie bardzo trudno odnaleźć tę nikomu nie 

znaną Emmę i jej ewentualne potomstwo.

- Emma, tak... - usłyszeli w końcu. - Wyszła za mąż, ona też. Za dobrego człowieka. 

Chociaż on też pochodził z miasta.

- Miała jakieś dzieci?

- Emma?

- Tak.

Chłop myślał z takim wysiłkiem, że zaczął sapać.

- Nie, nie pamiętam. Sam byłem wtedy dzieckiem.

- A nie pamiętacie imienia tego człowieka, za którego Emma się wydała?

- Pewnie! Każda miała swoje dzieci.

Rozmowa   zaczynała   przybierać   charakter   dialogu   dziada   z   babą,   coś   w   rodzaju 

ludowej pogwarki: „Gdzie idziecie, Bartoszu? - Mam indyki w koszu.” Andre domyślił się, że 

mózg chłopa przyswoił sobie właśnie poprzednie pytanie.

- Zatem one obie, i Emma, i Petra miały dzieci.

- Pewnie! Alem słyszał, że niedużo. Dziwne, nie? Nas było w domu trzynaścioro.

- Ale imion tych dzieci to pewnie nie pamiętacie, co? Tyle czasu minęło.

To właśnie był najlepszy bodziec dla gospodarza. Obrócił się na progu, wiercił się 

przez   chwilę,   żeby   znaleźć   najwygodniejszą   pozycję,   po   czym   oparł   plecy   o   futrynę,   aż 

trzasnęło.

- Co bym nie miał pamiętać? Przecie, że pamiętam! Petra miała dziewczynkę i było jej 

Gerd. A Emma... Jej chłopak miał na imię Knut!

Co za triumf! Tego się już prawie nikt nie spodziewał.

- Znakomicie! - pochwalił Andre, a panie bąkały jakieś słowa uznania, wciąż stojąc w 

siąpiącym   deszczu.   Chłop   najwyraźniej   nie   zamierzał   prosić   do   środka.   Prawdopodobnie 

panował tam okropny bałagan. Zresztą oni też nie odczuwali wielkiego pragnienia wejścia do 

background image

tej izby, chcieli otrzymać odpowiedzi na swoje pytania i jak najrychlej wrócić do Trondheim.

- A imię męża?

Chłop gapił się głupawo. Czy nigdy nie przestaną pytać, ci dziwni przybysze, którzy 

uczepili się i nie dają mu spokoju przed jego własnymi drzwiami?

- Już przecie mówiłem! Sven.

- To był mąż Petty. A my pytamy o męża Emmy. Ojca Knuta.

Nieszczęsny spuścił oczy w głębokiej koncentracji.

- A ten... To jakoś tak dziwacznie. O, Broms! Nazywał się Broms. Rymarz.

- Serdeczne dzięki za nieocenioną pomoc! Gdybyśmy jeszcze znali jego imię, to już 

by było naprawdę wspaniale.

Chłop znowu się rozgniewał.

- Sven! Przecie mówię!

Wyglądało na to, że trzeba zaczynać od nowa.

- To znaczy mąż Petry nazywał się Sven Broms, tak?

- Tak - odparł chłop takim tonem, jakby miał do czynienia z idiotami.

Andre nie był już właściwie w stanie pytać o nic więcej, ale przecież musiał.

- A mąż Emmy? Ktoś, kto ma taką pamięć jak wy, musi przecież pamiętać!

Niemal słyszeli trzaski pod czaszką chłopa, tak ciężko pracował jego mózg.

- Mąż Emmy...? No, to było tak... Chłopak miał na imię Knut... A mąż... No tak! 

Skogsrud! To był Erling Skogsrud!

- Najserdeczniej dziękuję - powiedział Andre i naprawdę mówił to szczerze.

Otworzył portmonetkę i wyjął z niej monetę.

- To jest dla nas takie ważne, że chciałbym... Niech mi będzie wolno...

- Nie, nie mogę nic brać za coś takiego... - bąkał chłop, ale wyraźnie wyciągał rękę. 

Andre wsunął mu pieniądz, jeszcze raz podziękował, po czym wszyscy troje zaczęli schodzić 

po śliskim zboczu do samochodu.

Andre poprosił, by panie zdjęły mokre okrycia, i troskliwie otulił Nette podróżnym 

pledem. Nie była pewna, czy powinna się tym wzruszyć, czy też poczuć jak wymagająca 

opieki staruszka. Zdjęła szal z głowy i w ramach rewanżu osuszyła nim włosy Andre. A może 

chciała się zemścić?

Mali wyglądała wprost bezwstydnie świeżo i młodo, żaden deszcz nie był w stanie nic 

jej zrobić.

Kiedy  Andre  otulał   Nette,   przypadkiem   dotknął   nieostrożnie  jej  głowy,  a  ona   nie 

zdołała powstrzymać bolesnego jęku. Andre patrzył na nią przestraszony.

background image

- Jak to naprawdę jest z twoją głową, Nette? - zapytał niespokojnie.

- „Głowę miała słabą, ale za to serce... serce szczerozłote” - zacytowała Runeberga. - 

Nie, szczerze mówiąc, to już wszystko dobrze. Nie mam zawrotów ani nic takiego, tylko ten 

wielki guz z tyłu.

Uścisnął jej dłoń z serdecznym, pospiesznym uśmiechem.

- Dobrze wiemy, Nette, że serce masz złote.

Te słowa zapamiętała na długo i cieszyła się nimi przez cały czas, gdy w ulewnym 

deszczu jechali do Trondheim.

Nie   chcieli   nigdzie   więcej   nocować   po   drodze,   było   więc   już   bardzo   późno,   gdy 

nareszcie samochód wjechał na opustoszałe ulice Trondheim. Mali miała spać u Nette, która 

nie czuła się całkiem bezpieczna w swoim mieszkaniu; napastnik mógł uderzyć po raz drugi.

- Myślę jednak, że jutro pójdę do pracy - powiedziała Nette, kiedy żegnali się z Andre. 

- Czuję się nieźle, a nie chciałabym stracić posady.

- W takim razie przyjdę do ciebie jutro rano do biura - zaproponował Andre.

- I ja także - dołączyła się Mali. - Powiedzmy o dziesiątej. I razem zastanowimy się, 

jak odnaleźć brakujących potomków Ludzi Lodu.

- Postanowione - zgodził się Andre. - I dziękuję za nadzwyczaj przyjemną podróż!

- My tobie też serdecznie dziękujemy! - zawołały panie równocześnie.

Andre  pojechał   do  hotelu   w dość  ponurym  nastroju.  Miał   swoje   zmartwienia.   Na 

przykład, co zrobi z bezdomną Mali?

Pewnie   to   samo,   co   Ludzie   Lodu   zawsze   w   takich   sytuacjach   robili.   Zabierali 

mianowicie tych, którym się nie powiodło, ze sobą do domu, do Lipowej Alei. Będzie się 

musiał nad tym zastanowić.

A Nette? Wprawdzie nie miał żadnych praw do jej życia, ale ona sprawiała wrażenie 

takiej... osamotnionej na tym świecie. Takiej opuszczonej.

Nie, ze zmęczenia w głowie mu się mąciło. Na wystawie u zegarmistrza zobaczył 

duży zegar. Wpół do czwartej. Co też hotelowy portier sobie pomyśli?

Uznał jednak zaraz, że wszyscy portierzy świata mogą sobie myśleć, co im się żywnie 

podoba.

Z uczuciem wielkiej ulgi wszedł do swego pokoju i najchętniej rzuciłby się na łóżko w 

ubraniu i w butach, jakoś jednak udało mu  się z grubsza rozebrać i wsunąć pod kołdrę. 

Siedział   za   kierownicą   przez   dziewiętnaście   godzin.   Naprawdę   trochę   dużo   jak   na   jeden 

dzień! Kierowca powinien być bardziej odpowiedzialny!

Rano spał tak długo, że mało brakowało, a byłby się spóźnił na spotkanie umówione w 

background image

biurze Nette. Gdy wbiegł zdyszany do magistratu, Mali już tam była.

- Jezu! - krzyknęła na jego widok. - Jeszcze tylko brakuje ci filiżanki z poranną kawą 

w ręce i krzywo pozapinanej marynarki.

- Jesteś bliska prawdy - odparł z uśmiechem. - Okropnie zaspałem.

- Czuj się usprawiedliwiony - powiedziała Nette. - My już zdążyłyśmy się zabrać do 

detektywistycznej pracy i nawet mamy pewne sukcesy.

Na   moment   poczuł   się   dotknięty,   że   chciały   coś   robić   bez   niego.   Ale   przecież 

poszukiwania były w równym stopniu jego sprawą, co i Mali, Nette natomiast tak już była 

włączona we wszystko, że i ona mogła prowadzić badania na własną rękę.

- No i coście znalazły? - zapytał z dość powściągliwym uśmiechem.

-   Okazało   się   na   przykład,   że   wielu   ludzi   pamięta   warsztat   rymarza   Bromsa. 

Znajdował się niedaleko stąd. Rymarz miał prawdopodobnie tylko jedną córkę, Gerd.

- Która później została moją babką - wyjaśniła Mali triumfująco. - Babka Gerd miała 

dwoje dzieci, ale jedno zmarło wcześnie, a córka Petra urodziła mnie i tamto, które umarło.

- No! - podsumował Andre. - W takim razie wypełniliśmy wszystkie białe plamy w 

twoim  drzewie  genealogicznym,  Mali.  Teraz  pozostaje  tylko   odtworzyć  linię   Emmy.   Jak 

wiemy,  wyszła za mąż za Erlinga Skogsruda, który pochodził z Trondheim. I mieli syna 

imieniem Knut. Bardzo dobrze, przynajmniej mamy od czego zacząć.

- Biuro parafialne jest dzisiaj otwarte - wyjaśniła Nette. - Możemy więc tam pójść i 

dowiedzieć się, co i jak.

- Nie, teraz moja kolej dokonać jakiegoś odkrycia. - oświadczył  Andre nie bardzo 

zadowolony. - Wy zostaniecie tutaj. I ty, i Mali!

Zachowuję się śmiesznie, myślał po drodze. Jak obrażone dziecko!

W   biurze   parafialnym   przyjęto   go   życzliwie   i   udzielono   wszelkiej   pomocy,   lecz 

rezultaty   dociekań   były   mizerne.   Owszem,   niejaki   Erling   Skogsrud   i   jego   żona   Emma 

Eriksdatter Nordlade mieszkali w Trondheim. Ich syn miał na imię Knut. Erling zmarł w roku 

1876, Emma w 1880. Syn urodził się w 1850, wyjechał z Trondheim w 1870.

Dokąd?

Do Christianii, ale adresu nie podał. Adres rodziców w Trondheim? Nieznany.

Ślad   się   urywał.   Knut   wyjechał   jako   dwudziestolatek,   z   pewnością   więc   nie   był 

jeszcze żonaty? Nie, żadnych wzmianek na ten temat.

Tak   więc   wątek   rozpływał   się   w   powietrzu.   Knut   Skogsrud,   po   raz   ostatni 

wspomniany   w   roku   1870,   znajduje   się   pewnie   gdzieś   w   południowej   Norwegii, 

prawdopodobnie w Christianii.

background image

I jest to potomek Ludzi Lodu.

Andre  wrócił   do pań  i  opowiedział   im  o tym.   Poszukiwania   na razie   trzeba   było 

przerwać.

Wszyscy troje spoglądali na siebie przygnębieni.

- Jest jeszcze jedna sprawa - powiedział Andre.

Panie zdążyły zaledwie spojrzeć na niego pytająco, ale on nie miał czasu niczego 

wyjaśnić, bo do biura wkroczył znajomy policjant i przerwał ich rozmowę w pół słowa.

- O, jak widzę, panna Mikalsrud wróciła do pracy - mruknął. - Mieli państwo dobrą 

podróż?

- Dziękujemy, wspaniałą - odpowiedziała Nette i była to, oczywiście, prawda, choć z 

pewnymi zastrzeżeniami.

- I dwoje młodych państwa mamy tu także - ucieszył się policjant. - To bardzo dobrze. 

Możemy od razu przystąpić do rzeczy. Zbadaliśmy dokładnie okoliczności napadu na pannę 

Mikalsrud i nie znaleźliśmy niczego, dosłownie niczego, co mogłoby nas naprowadzić na ślad 

sprawcy.  Czy państwo także nie mają żadnych przypuszczeń? Może jakiś ukrywający się 

wróg?

Nette rzuciła pospieszne spojrzenie w stronę Mali i zawahała się. Czy powinna mówić 

przy niej?

Tymczasem odezwał się Andre:

-   Właśnie   chciałem   porozmawiać   z   paniami   na   temat   napadu,   kiedy   pan   wszedł. 

Dyskutowaliśmy nad tą sprawą w czasie podróży i chyba rzeczywiście znaleźliśmy punkt 

zaczepienia.

- Tak? Proszę mówić!

Tym razem Andre się zawahał.

- Ale to rzecz w najwyższym stopniu poufna...

- Rozumiem. Ściany mogą mieć uszy. Panno Mikalsrud, czy jest tu jakieś miejsce, 

gdzie moglibyśmy porozmawiać swobodnie?

- Mamy obok maleńki pokoik. Tylko że tam jest bardzo ciasno.

- Hm... A nie mogliby państwo przyjść na komisariat? Wszyscy troje.

- Dowiem się tylko, czy mogę wyjść z biura. Przełożony powinien wiedzieć.

Nette Mikalsrud stała się taka lekkomyślna ostatnimi czasy. Ona, która zawsze była 

najsolidniejszą pracownicą w całym magistracie!

Wkrótce potem siedzieli wszyscy w biurze komisarza. Był to bardzo sympatyczny 

mężczyzna. Silnie zbudowany i okrągły, patrzył na ludzkie ułomności z wyrozumieniem. Ale 

background image

potrafił też być nieustępliwy, zwłaszcza w zetknięciu z cynicznym złem.

- A zatem słucham.

Po dłuższym milczeniu, kiedy zastanawiano się, kto powinien pierwszy zabrać głos, 

odezwała się Mali:

- Właściwie to tu chodzi o mnie.

- To mnie nie dziwi - mruknął komisarz. - My oboje mieliśmy już okoliczność, że tak 

powiem...

- Ale tym razem to nie jest sprawa demonstracji czy czegoś nagannego. To się odnosi 

do mojego pochodzenia.

Komisarz   rozsiadł   się   wygodniej   w   fotelu   i   patrzył   na   nią   wyczekująco,   lecz   i   z 

odrobiną   agresji.   Najwyraźniej   przywykł,   że   z   jej   strony   można   się   spodziewać   różnych 

zachowań.

Wtrącił się Andre:

- To ja wywołałem całe to zamieszanie. Przyjechałem do Trondheim w poszukiwaniu 

krewnych i na razie odnalazłem Mali, a także trafiłem na ślad jej młodszego brata lub siostry. 

Muszę wiedzieć, kim są ich ojcowie.

- Rozumiem - oświadczył komisarz, lecz mina jego wskazywała, że rozumie raczej 

niewiele.

- Matką obojga była Petra Olsdatter. Wiedziałem zresztą o tym od początku, bo wie 

pan, kiedy przyszło na świat to martwe dziecko, brat albo siostra Mali, była przy tym moja 

kuzynka i stąd się dowiedzieliśmy,  że ono należało do naszej rodziny.  Poznaliśmy to po 

pewnych   cechach.   I   teraz   jest   sprawą   bardzo   ważną,   by   ustalić,   co   się   dzieje   z   innymi 

członkami rodu, jacy jeszcze żyją. Nie ma ich zresztą wielu.

- Podział majątku?

- No... można tak powiedzieć. Zresztą do Alvdalen pojechaliśmy właśnie po to, by 

odnaleźć krewnych Petry.

- I znaleźliście ich?

-   Owszem   -   potwierdził   Andre   krótko.   -   Ale   zanim   wyjechaliśmy,   pani   Nette 

Mikalsrud wysłała kilka listów. Do ojców obojga dzieci.

Komisarz zmarszczył brwi.

- Chwileczkę! Przypominam sobie historię tej Petry Olsdatter, która wiele lat temu 

odebrała sobie życie na brzegu fiordu. To była twoja matka, Mali?

- Jasne. Wszyscy o tym wiedzą.

- Nie byłbym taki pewny - powiedział komisarz z przekąsem. - Przecież dopiero w 

background image

ostatnich miesiącach stałaś się znana i... sławna.

- Tak. Bo przedtem byłam po prostu anonimowym dzieckiem z przytułku - odcięła się 

Mali.

Andre ciągnął dalej swoją opowieść:

- Jak powiedziałem, to moja kuzynka znalazła Petrę na brzegu, próbowała pomóc jej i 

dziecku.   Tym   sposobem   zostało   odkryte   podobieństwo   dziecka   do   naszego   rodu.   W   tej 

sprawie trudno się pomylić.

Komisarz spoglądał w okno.

- Niezwykle piękna dziewczyna. Miała na imię Tanja, jeśli pamiętam?

- Vanja. Zmarła wiele lat temu.

- Jaka szkoda - westchnął komisarz. - Dlaczego jednak szuka pan krewnych akurat 

teraz?

-   Odnaleźliśmy   właśnie   pewne   informacje   w   papierach,   które   zostały   po   Vanji. 

Wskazywały one na Alvdalen.

- Ach, tak. No, ale na czym to stanęliśmy?  Panna Mikalsrud wysłała listy do obu 

ojców. Rozumiem, że mówicie państwo o ojcu zmarłego dziecka i o ojcu Mali?

- Właśnie.

- Ale co wspólnego z tą sprawą ma ojciec Mali? On nie jest waszym krewnym.

Teraz Nette zabrała głos.

- Nie, ale wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze nic o pochodzeniu Petry. Chciałam więc 

zapytać tych panów, czy może ona im coś o sobie opowiadała. To głupie z mojej strony, 

przyznaję, ale...

- Dobrze, a jak pani została włączona do sprawy?

Odpowiedział Andre:

- Ja zwróciłem się do panny Mikalsrud i ona okazała mi nieocenioną pomoc. Bez niej 

niewiele bym zdziałał (Nette pokraśniała, ale w sercu poczuła jakiś nieokreślony żal). Dzięki 

niej odnalazłem Mali. I...

- Ja także jestem z Ludzi Lodu - przerwała Mali z dumą. - Moja matka pochodziła z tej 

rodziny.

- Z Ludzi Lodu? - zapytał komisarz, przyglądając im się w zdumieniu.

- Tak. Nasz ród tak się właśnie nazywa - rzekł Andre, jakby przepraszając, że mówi to 

dopiero teraz.

- Ludzie Lodu... Ludzie Lodu... ja już gdzieś słyszałem to nazwisko!

- Przez kilka stuleci ród mieszkał w Sor-Trondelag.

background image

-   O,   no   jasne!   -   zawołał   olśniony.   -   Widziałem   nazwisko   w   starych   protokółach 

sądowych!

- To i tam się znajdujemy? - uśmiechnął się Andre krzywo.

- Pamiętam, była jakaś sprawa z człowiekiem, który was zdradził.

- Heming Zabójca Wójta?

- Tak się nazywał? Możliwe. I żandarmi wycięli wszystkich.

- Z wyjątkiem jednej małej rodziny. To właśnie byli moi przodkowie.

W oczach komisarza pojawił się wesoły błysk.

- Tam podobno były same wiedźmy i czarownicy, cała rodzina?

- No, nie cała. Ale powinien pan poznać moją matkę - powiedział Andre z uśmiechem. 

- Ona ma naprawdę niezwykłe talenty w wielu dziedzinach.

- Na szczęście w naszych czasach nie musi się już obawiać, że zostanie spalona na 

stosie. A zatem, panno Mikalstud, co pani właściwie w tych listach napisała?

Nette zaczęła szperać w torebce.

- Zdaje mi się, że mam... Tak, mam brudnopis! Proszę bardzo!

Komisarz wziął podawany mu notesik i czytał głośno:

„Prowadzę   w   ramach   moich   zajęć   służbowych   ważną   pracę   nad   wyjaśnieniem 

pochodzenia Petry Olsdatter i w związku z tym zwracam się do Pana z prośbą o łaskawą 

pomoc.

Sprawa rozpatrywana jest, rzecz jasna, z jak najdalej posuniętą dyskrecją, zajmuję się 

nią wyłącznie ja. Mój klient nie zna żadnych szczegółów...”

Komisarz spojrzał pytająco na swoich gości i Nette pospieszyła z odpowiedzią.

- Andre... To znaczy, pan Brink, nie wiedział nic o tych listach, a ja uważałam, że 

adresatom wyda się to bezpieczniejsze.

- Bezpieczniejsze? - mruknął komisarz. - Dla adresatów rzeczywiście! Ale dla pani to 

bomba z opóźnionym zapłonem, panno Mikalsrud!

- Tak, pan Brink powiedział to samo.

Komisarz czytał dalej:

„Interesowałoby   mnie   wszystko,   co   Petra   Olsdatter   mogła   Szanownemu   Panu 

powiedzieć o swoim pochodzeniu. Sprawa dotyczy mianowicie spadku...”

Dalej komisarz już tylko mamrotał pod nosem, pospiesznie przeleciał kilka wierszy, a 

potem znowu podniósł głos:

„Korzystam z drogi korespondencyjnej, nie chciałabym  bowiem niepokoić Pana w 

domu, ani w biurze. Dyskrecja jest sprawą honoru.

background image

W   nadziei   na   szybką   odpowiedź   kreślę   się   z   najwyższym   szacunkiem.   Antonette 

Mikalsrud.”

- To nie było zbyt mądre - oświadczył komisarz szczerze. - Pani po prostu aż się prosi, 

żeby zamknąć pani usta na zawsze.

Nette wyglądała na tak skruszoną i zawstydzoną, że komisarz zrezygnował z dalszych 

wyrzutów.

-   No,   dobrze   -   powiedział   znacznie   łagodniejszym   głosem.   -   Zrobiła   pani   bardzo 

wiele, że odnalazła ojców obojga dzieci. Kim są ci bandyci?

Nette starała się zachowywać jak rzeczowa, konkretna urzędniczka magistracka, jaką 

przecież do niedawna była.

- Jeden z nich, ojciec martwego noworodka, był znany od początku. Drugi natomiast, 

ojciec Mali... O nim trudniej mówić. Dowiedziałam się prawdy od jednej z tych niewielu 

osób, które znają jego nazwisko.

Komisarz przysunął fotel do biurka i wziął pióro.

- Czy mogę usłyszeć te nazwiska?

- Ojcem noworodka był niejaki Egil Holmsen.

Komisarz zapisał.

- Tak, to słyszałem. Prawdopodobnie podczas dochodzenia w sprawie śmierci Petry. A 

drugi?

Nette wahała się.

Mali pochyliła się w jej stronę.

- No! Ja też bym chciała usłyszeć.

Komisarz spojrzał na nią pospiesznie, a potem znowu na Nette.

- Ja nie wiem, czy... mogę to powiedzieć - rzekła Nette ledwie dosłyszalnie.

- Ja to zrobię! - rzekł Andre. - I tym sposobem panna Mikalsrud uniknie posądzenia o 

rozsiewanie plotek. Jego nazwisko brzmi: Theodor Brandstedt.

- Co? - jęknął komisarz i wypuścił pióro z ręki.

- Co takiego? - wrzasnęła Mali. - Ten przeklęty zadufek? On miałby być moim ojcem? 

Ten obleśny stręczyciel!

- No, no - uspokajał ją komisarz, ale wszyscy widzieli, że tak naprawdę to się z nią 

zgadza. - Brandstedt? - pytał z niedowierzaniem. - Nasz przyszły burmistrz? Nie mówi pan 

tego poważnie!

Nette wyglądała na zmartwioną, ale nie powiedziała nic.

Komisarz w zamyśleniu pocierał brodę.

background image

- Tak, tak, ten pan cieszył się kiedyś opinią uwodziciela. Ale to było dawno, zanim 

jeszcze się ożenił i zanim piękna żona nie przytarła mu rogów. Ale żeby z czternastoletnią 

dziewczynką? To przecież... kryminał! To karalne! A poza tym on już wtedy był żonaty!

- Tytuł burmistrza ulatuje z wiatrem - rzekł Andre lakonicznie.

Komisarz skinął głową.

- To znaczy, że Egila Holmsena możemy sobie darować - powiedział.

- W zasadzie tak - potwierdził Andre. - Ale on też mógł się bać, by historia z Petrą nie  

dotarła do uszu jego żony. Nie wiemy przecież, ile jej powiedział.

- Hmm. Mogę go wezwać i przesłuchać... Ale bardziej prawdopodobne wydaje mi się, 

że to Brandstedt! Proszę pomyśleć, co by to było, gdyby jego żona się dowiedziała! No i tytuł  

burmistrza... Rozpustnik...

Komisarz pogrążył się w nieprzyjemnych myślach.

- Nie chcę mieć ojca mordercy - bąkała Mali na pół z płaczem. - Diabli z nim, niech 

go piekło pochłonie, ale ja nie chcę mieć wrodzonych kryminalnych skłonności. To przeklęta 

stara świnia!

Tym razem nikt jej nie upominał.

-   Gdzie   można   spotkać   tego   Brandstedta?   -   zapytał   komisarz   z   nieprzyjemnym 

grymasem na twarzy.

- Prawdopodobnie jest teraz w swoim biurze - powiedziała Nette.

Policjant westchnął.

- Gdybym  tak mógł  posłać  tam kogoś innego. Ale nie  ma  kogo... Nasz inspektor 

grywa z nim w brydża... Nigdy nie pójdzie!

- A nie może pan wezwać tutaj tego cholernego łobuza? - zapytała Mali, która już nie 

starała się powstrzymać łez. - Niechby się tu dowiedział, kim jest i co o nim myślimy!

- O, tak, ładnie bym  wyglądał! A co będzie, jeśli on się okaże niewinny?  Wtedy 

poznamy   pewnego   policjanta,   wyrzuconego   z   pracy.   I   pewną   urzędniczkę   magistracką 

pozbawioną środków do życia.

- Pan komisarz ma, niestety, rację - westchnęła Nette.

Policjant wsparł się o biurko i ciężko podniósł się z miejsca. Jakby na jego barkach 

złożono wszystkie troski świata.

- Chodźmy! Pójdziemy do ratusza, a po drodze zastanowimy się, co z tym robić. - Po 

chwili dodał z nadzieją w głosie: - A może należałoby zacząć od Egila Holmsena?

Owa nadzieja zgasła natychmiast, gdy tylko weszli do wielkiego hallu w budynku 

administracji   miejskiej.   Powitał   ich   tam   wspomniany   Egil   z   twarzą   ponurą   jak   gradowa 

background image

chmura. Gdy ich tylko zobaczył, rzucił się ku Nette, wymachując jakimś listem.

- Aha, w końcu się pani pokazała! Czekam tu na panią każdziutkiego dnia. Czy to pani 

wysłała to paskudztwo? A to, jak się domyślam, ten cały „klient”?

Łypnął groźnie w stronę Andre.

Wszyscy stali pośrodku hallu.

- To ja - oświadczyła Nette, starając się zachować surową minę, ale nietrudno było 

spostrzec, że cała drży.

- To niech się pani dowie, że nie pozwolę wysyłać takich listów do mojego domu! I 

tak miałem szczęście, że nie wpadł w ręce żony. Nie o to chodzi, że to tajemnica, ona wie 

wszystko o Petrze. Ale zmartwiłaby się tym bardzo, cierpiałaby, a ona naprawdę sobie na to 

nie zasłużyła! - Potem, już łagodniejszym tonem, zapytał Andre: - No i jak tam ze spadkiem? 

To ja należę do rodziny?

- Niestety - odparł Andre. - To Petra. Udało nam się wyjaśnić związki rodzinne.

Egil Holmsen znowu się rozsierdził.

- A nie mówiłem? Wszędzie podstęp i oszustwo! To do czego w takim razie miał 

służyć ten list? Przeklęte snoby!

Z furią ruszył w stronę drzwi i nikt go nie zatrzymywał.

- Ten w każdym razie napastnikiem nie jest - stwierdził komisarz. - On gra w otwarte 

karty.

Zatem pozostawał jedynie Theodor Brandstedt. Komisarz jednak wciąż nie wiedział, 

jak sobie z nim poradzić.

Minę   miał   niepewną;   wszyscy  współczuli  mu   szczerze.   Naprawdę  nie  było   czego 

zazdrościć.

background image

ROZDZIAŁ XIII

Zakłopotani stali w hallu, nie mogąc się na nic zdecydować.

- Idziemy na górę, wszyscy czworo! - postanowił w końcu Andre.

Nette ogarnęły poważne wątpliwości.

- Trudno coś takiego nazwać dyskretnym działaniem.

- E, co tam! - mruknął komisarz, który za nic nie chciał zostać sam z „wpływową 

osobistością”.   -   Wszyscy   są   przecież   sprawą   żywotnie   zainteresowani.   W   końcu   lepiej 

załatwić to tutaj, niż odwiedzać go w domu. Idziemy!

Ruszyli, dosłownie ciągnąc za sobą nogi, po wysokich schodach. Nikt nie wykazywał 

entuzjazmu, a już najmniej Mali.

Brandstedt miał sekretarkę, u której należało zamówić audiencję.

- Owszem - skinęła łaskawie głową. - To będzie możliwe za jakieś dziesięć minut.

Czas   oczekiwania   upływał   w   kompletnej   ciszy.   W   sekretariacie   były   tylko   trzy 

miejsca do siedzenia, więc Andre stał, oparty o ścianę.

Mnóstwo strasznych myśli kłębiło się w głowach oczekujących. Najchętniej uciekliby 

stąd. Może najbardziej obciążone sumienie miał komisarz, który nie załatwiał tej delikatnej 

sprawy sam, lecz ciągnął za sobą gromadę cywilów, a w dodatku próbował się ukryć za ich 

plecami.   Ale   komisarz   bał   się   Brandstedta   i   nie   był   pod   tym   względem   w   Trondheim 

odosobniony.

Policjant zatęsknił nagle do domu, do swego wygodnego fotela i pysznego obiadu, 

przygotowanego przez siostrę.

W końcu „wielki” ukazał się w drzwiach sekretariatu wraz z innym panem, którego 

protekcjonalnie   poklepywał   po   plecach.   Potem   zwrócił   się   ku   oczekującym   z   szerokim 

uśmiechem kandydata na burmistrza, który próbuje oczarować swoich przyszłych wyborców.

- Oho! - zawołał jowialnie. - A cóż to za zgromadzenie? Czym mogę państwu służyć? 

Proszę, proszę do mojej małej dziupli.

Ta jego „mała dziupla” miała rozmiary sporej sali balowej. Mali przyglądała mu się 

ponuro spod oka. Był  to w dalszym  ciągu bardzo przystojny mężczyzna  z tym  szerokim 

uśmiechem  i   dodającymi  mu   urody  szpakowatymi   bokobrodami.   Spod  krzaczastych   brwi 

spoglądały przenikliwe,  piwne oczy.  Zadbany,  dobrze ubrany,  swobodny i pewien siebie. 

Człowiek sukcesu!

- Słucham zatem, o co chodzi?

Usiadł za ogromnym biurkiem. Komisarza i Nette traktował jak swoich podwładnych, 

background image

Mali, którą znał z różnych zajść ulicznych, kompletnie ignorował. Z takimi ludźmi nie zwykł 

był mieć do czynienia. Jedynie Andre budził w nim niepewność, ale, choć dobrze ubrany i 

najwyraźniej z lepszego środowiska, to przecież wyglądał zbyt młodo, żeby się z nim liczyć.

Pan Brandstedt uznał, że ma nad całym towarzystwem znaczną przewagę.

Komisarz niepewnie miął czapkę w dłoniach.

- Jest pewna taka nieprzyjemna sprawa, panie Brandstedt...

- Tak? Słucham. Czy któreś z państwa znalazło się w kłopotach? Panna Mali Knudsen 

pewnie, jak zwykle?

- Nie, to nie to... Panie Brandstedt, otrzymał pan list, prawda?

Człowiek za biurkiem zmarszczył brwi.

- Ja dostaję bardzo dużo listów.

- Tak, ale ten był poniekąd wyjątkowy. Obecna tu panna Mikalsrud zwróciła się do 

pana z pytaniem.

Brwi zmarszczyły się ponownie. Mocno.

- Nie pamiętam. Cóż to za pytanie?

Komisarz głośno przełknął ślinę.

- W sprawie... Petry Olsdatter.

Policzki pana Brandstedta zrobiły się czerwone.

- Co takiego?

W jego głosie pobrzmiewała groźba. Lepiej mieć się na baczności!

Nette zebrała się na odwagę i wyjąkała:

-   Potrzebowaliśmy   informacji   na   temat   pochodzenia   Petry   Olsdatter,   musieliśmy 

odtworzyć jej drzewo genealogiczne. Nie mieliśmy skąd ich wziąć i dlatego zwróciliśmy się 

do pana.

Mała żyłka na skroni pana Brandstedta zaczęła drgać nerwowo.

- A co ja miałbym wiedzieć o tej... Petrze Olsdatter?

Teraz wystąpił komisarz.

-   No,   przecież   ona   była   kiedyś   z   panem   związana.   I   ten   związek   miał   wiadome 

następstwa.

Zaatakowany najpierw chciał  protestować, ale potem uznał,  że przewaga jest zbyt 

znaczna. Wybuchnął więc gromkim śmiechem.

- Państwo wiedzą pewnie, jak to bywa w młodości. Człowiek może wdać się w to i 

owo...

- Nie był pan wtedy taki młody, panie Brandstedt. Skończył pan niedawno pięćdziesiąt 

background image

lat, czyż nie? A obecna tu Mali ma osiemnaście.

„Wielki   człowiek”   wyglądał   tak,   jak   by   mu   plasterek   cytryny   utkwił   w   gardle. 

Sztywny z wrażenia patrzył na dziewczynę.

- Mali? Mali Knudsen? No, wiecie, państwo! Próbujecie mi wmówić, że... nie, to 

naprawdę przesada! Ja miałbym się przyznawać do takiej dziadówki?

-  Dokładnie  to  samo   powiedziałam  przed  chwilą   o tobie,  ty przeklęty  staruchu!  - 

syknęła   Mali   urażona   do   żywego.   -   Nie   życzę   sobie   mieć   za   ojca   uwodziciela   dzieci   i 

mordercy. Nie chcę mieć z tobą do czynienia i tylko tyle chciałam ci powiedzieć! Przez całe 

życie marzyłam o ojcu myślałam, że on umarł, ale że był wspaniałym człowiekiem! A ty 

jesteś po prostu starą świnią!

Zaczęli się poważnie obawiać, czy Theodor Brandstedt nie dostanie apopleksji. Zrobił 

się purpurowosiny.

- No, dość! Wystarczy!  - wykrztusił. - Więcej nie zamierzam znosić. Morderca? I 

kogóż to zamordowałem jeśli wolno zapytać?

- Panna Mali może trochę przesadziła - zaczął komisarz niepewnie. - Ale jest faktem, 

że panna Mikalsrud została napadnięta z powodu tych listów.

- Listów?

- Tak, bo był jeszcze jeden. Do innego kochanka Petry, z którym także miała dziecko, 

pięć lat później.

- No, to z pewnością był on!

- Nie, on pokazał nam list z własnej inicjatywy. Nieprzymuszony.

- Ale ja nie dostałem żadnego listu! Nie takiego tu nie przyszło.

- Wysłałam go pod prywatny adres - szepnęła Nette, przestraszona. - Uważałam, że 

tak będzie bardziej dyskretnie.

Urzędnik przypominał rozjuszonego byka.

- Cała ta sprawa została załatwiona w tak nieporadny i głupi sposób, że powinna sobie 

pani poszukać innej pracy, panno Mikalsrud. I to natychmiast! Dlaczego, na Boga, miałbym 

chcieć zamordować kogoś z powodu jakiejś młodzieńczej historii miłosnej?

Komisarz rzekł spokojnie:

- Miał pan wtedy blisko trzydzieści lat, panie Brandstedt. A Petra Olsdatter zaledwie 

czternaście.

Twarz tamtego zmieniała zabarwienie, od purpurowego po trupio blady,  niczym  u 

kobiety dręczonej  dolegliwościami   wieku przejściowego.  Nagle  drzwi  się otworzyły  i  do 

pokoju dosłownie wpłynęła bardzo elegancka dama, tłumacząc coś przez ramię przestraszonej 

background image

sekretarce.

- To nic takiego, proszę pani. Chcę tylko zamienić dwa słowa z moim mężem. Muszę 

go poprosić o trochę pieniędzy, rozumie pani!

Pani ze śmiechem zwróciła się do męża:

- Theodorze, byłam właśnie w mieście i zobaczyłam naprawdę cudowne...

Zamilkła   i   patrzyła   na   zgromadzonych   w   gabinecie   obcych.   Przenosiła   wzrok   z 

komisarza na Nette, potem na Andre i Mali, i znowu na Nette.

Jej reakcja była zdumiewająca. Jęknęła przeciągle i oparła się o biurko, jakby się bała, 

że zemdleje, ale jakoś udało jej się opanować.

- Nie wiedziałam, że masz gości - Powiedziała.

Mąż rzucił się, by ją wesprzeć, z drugiej strony podbiegł Andre, lecz pani odsunęła 

obu.

- To tylko  lekki zawrót głowy - wyjaśniła  z udaną swobodą. - Theodorze, wrócę 

później, kiedy już skończysz z tymi...

Ostatnie słowo zamarło jej na wargach, z najwyższym  trudem odwróciła się, żeby 

wyjść. Ręką wciąż opierała się o biurko.

- Nie, nie, proszę zaczekać, pani Brandstedt - poprosił komisarz spokojnie. - Miałbym 

do pani jedno pytanie.

- Pytanie? Do mojej żony? - zdziwił się Brandstedt, a wszyscy widzieli, jak bardzo się 

przestraszył, że żona może poznać jego małą „aferę” z Petrą Olsdatter.

-  Tak.  Do pańskiej  żony -  potwierdził   komisarz   tym  samym  spokojnym,  lecz   nie 

wróżącym nic dobrego tonem. - Bo pan stanowczo zaprzecza, panie Brandstedt, by dostał 

jakikolwiek list od panny Mikalsrud?

- Mogę przysiąc.

- A list był adresowany do domu. Proszę mi powiedzieć, czy u państwa czyta  się 

cudze listy?

- Oczywiście, że nie! - oświadczyła pani Brandstedt urażona, gdy tymczasem jej mąż 

zaczął z nieco innej beczki:

- My nie mamy przed sobą żadnych tajemnic...

Przerwał speszony.

Spoglądał pytająco na żonę, jakby zrodziły się w nim podejrzenia.

Komisarz powiedział chłodno:

- Otwieranie cudzych listów może niekiedy być karalne, pani Brandstedt. W każdych 

jednak okolicznościach jest to niegodny i podły postępek.

background image

Pani drgnęła na słowo „podły” jak ukąszona.

- Ależ, Arna! - zaczął Brandstedt.

- Zamilcz! - ucięła ostro. - Nie masz najmniejszego prawa mnie upominać. Chciałam 

ratować ciebie.

- I siebie, pani Brandstedt - dodał komisarz. - Zabieram oboje państwa na komisariat. 

Jedno oskarżam o usiłowanie morderstwa, a drugie o niemoralny postępek wobec nieletniej.

Spoza głośnych protestów obojga dał się słyszeć głos Mali:

- No, Bogu dzięki, że przynajmniej nie jestem córką mordercy. Tylko łobuza. Chociaż 

to prawie na jedno wychodzi.

Rozwścieczona podbiegła do Brandstedta i z całej siły kopnęła go w łydkę.

- To za moją matkę! - syknęła i ruszyła ku wyjściu, a z oczu strumieniem popłynęły jej 

łzy.

Brandstedt z jękiem skakał na jednej nodze.

Andre i Nette poszli za Mali.

W  mieście   wybuchł,   rzecz  jasna,  straszliwy skandal.  Ludzie   łapczywie   rzucali   się 

każdego ranka na gazety, które rozpisywały się o sprawie szeroko. Bo tak to już jest, że jeśli 

się komuś bogatszemu, odnoszącemu większe niż my sukcesy, powinie noga, odczuwamy 

szczery triumf.

Andre pozwolił sobie na telefon do domu.

- Witaj, mamo! - wołał w słuchawkę do Benedikte. - Zadanie wypełnione!

Musiał mówić bardzo głośno, bo zdawało się, jakby gdzieś na linii dudnił ogromny 

wodospad.

- No i jak ci poszło? - słyszał z bardzo daleka głos matki.

-   W   porządku!   To   był   Christer   Grip.   I...   mamo,   czy   ja   mogę   przywieźć   ze   sobą 

potomka...?

- Wyjaśnij to dokładniej!

- Ona jest ostatnia z linii Christera. Nie ma gdzie mieszkać, nie ma rodziny, nic!

- Ile ma lat?

- Osiemnaście.

- Aha - powiedziała Benedikte.

Andre usiłował się oburzyć.

- Tu nie ma żadnego „aha”, mamo. Ale bardzo się ze sobą zaprzyjaźniliśmy. Czy ona 

może do nas przyjechać? Ona jest bardzo rasowa.

Nie umiałby powiedzieć, dlaczego wyraził się akurat tak. Na ogół przecież nikt nie 

background image

używa takich słów, kiedy mowa o młodych damach. To chyba ostatnie, co przyjść może na 

myśl. Mali była jednak inna niż zazwyczaj młode damy bywają. Była, delikatnie mówiąc, 

trochę nieogładzona.

- Tak, oczywiście - zgodziła się Benedikte. - Miejsca mamy przecież dość.

-   Wspaniale!   Bardzo   dziękuję!   I...   mamo,   ja   musiałem   pożyczyć   pewną   sumę 

pieniędzy. Na podróż do Alvdalen.

- To i tam dotarłeś? A duży jest ten dług?

Andre wymienił sumę i opowiedział matce o Nette, która tak bardzo mu pomogła.

-   O  wszystkim   opowiem   dokładniej   w  domu   -  krzyczał   w  słuchawkę.   -   Teraz   to 

wszystko tonie w wodospadzie.

- W wodospadzie?

- W telefonie, chciałem powiedzieć. Pozdrów wszystkich! Za kilka dni będziemy w 

domu, Mali i ja.

Odłożył słuchawkę z uśmiechem zadowolenia. Jak dobrze usłyszeć znowu głos matki! 

Zdawało mu się, jakby ją po raz ostatni widział strasznie dawno temu. A tak naprawdę minęło 

zaledwie kilka dni.

Dziwne! Tyle się wydarzyło w tym czasie!

Ostatnie   doby   w   Trondheim   Mali   spędziła   w   tym   samym   hotelu   co   Andre. 

Wiadomość, że została zaproszona do Lipowej Alei, przyjęła z umiarkowaną radością. Bo 

człowiek na ogół nie czuje się zbyt pewnie, kiedy ma zamieszkać w obcym miejscu, u obcych 

ludzi. Andre przekonywał ją jednak, że wszystko ułoży się znakomicie. A poza tym Mali ma 

przecież jego, Andre, którego zdążyła dobrze poznać.

Tak, oczywiście, ale... Uśmiech Mali był trochę niepewny.

- Co takiego, Mali? Czy coś cię trapi?

Ostatniego popołudnia w Trondheim stali przy samochodzie i Mali czubkiem buta 

wierciła dołek w ziemi; mieli zamiar wyjechać następnego dnia wcześnie rano. Mali uparcie 

wpatrywała się w swój but.

- Ja... Chciałabym zobaczyć grób Petry Olsdatter. Zanim wyjadę z Trondheim.

- Ależ oczywiście! - zgodził się Andre wzruszony. - Zatem będziemy musieli pójść do 

Nette i dowiedzieć się, gdzie ten grób jest.

Gdy weszli do biura, zastali tam komisarza, przyszedł po jakieś informacje w sprawie 

żony Brandstedta. Nette na ich widok rozpromieniła się niczym słoneczko.

Ale grób? Oj, to nie będzie łatwe. Petra nie miała żadnych bliskich krewnych, pytanie 

więc, czy w ogóle jej grób jeszcze istnieje.

background image

- Ja jestem bliską krewną - oświadczyła Mali stanowczo. - I znajdziesz ten grób, Nette, 

nawet gdyby to miała być ostatnia rzecz, jaką w życiu zrobisz!

- Brzmi to naprawdę groźnie - uśmiechnęła się Nette.

- Ale poczekajcie tutaj, pójdę i popytam  wśród pracowników magistratu.  Ktoś się 

przecież musi zajmować cmentarzami i tym podobnie.

Nie pojęli, co miałoby znaczyć to „i tym podobnie”, ale to w końcu nieistotne.

- A zatem opuszcza pan Trondheim, panie Brink? - zapytał komisarz. - No, tak, tak, 

można powiedzieć, że wywołuje pan wysokie fale wokół siebie!

- O, trzeba było widzieć, jakie fale wywołaliśmy w szwedzkich lasach!

- Chyba nie będę się specjalnie dowiadywał - odparł komisarz nie bez złośliwości.

Nette wróciła i wyjaśniła, gdzie spoczywa Petra. Dała im też plan cmentarza i adres 

kobiety, opiekującej się grobami.

Andre stał przez chwilę w milczeniu.

- A więc tak, Nette - rzekł wolno. - Wyjeżdżamy jutro o świcie, więc dziś musimy 

wcześnie iść spać. Zatem... chyba musimy się pożegnać już teraz.

Nette spuściła wzrok. Nagle nie była w stanie powiedzieć ani słowa.

Andre uśmiechał się.

- W co ja was wciągnąłem, moje panie! Jedna o mało nie została zamordowana, a 

drugiej o mało jakiś upiór nie utopił w błotnistej mazi! Co wy sobie o mnie pomyślicie?

Wtedy Nette spojrzała na niego i z przerażeniem zobaczył, że biedaczka ma w oczach 

łzy. Podszedł do niej i objął serdecznie. Przez dłuższą chwilę nie byli w stanie powiedzieć ani 

słowa.

A potem Andre z twarzą przytuloną do jej ramienia wyszeptał:

- Jesteś najlepszym przyjacielem, jakiego kiedykolwiek miałem! Dbaj o siebie, Nette, 

najlepiej jak potrafisz. A pieniądze otrzymasz natychmiast, jak tylko wrócę do domu.

Nie obchodzą mnie pieniądze! chciała wykrzyknąć. Ale nie powiedziała nic.

- Będę pisał - obiecał.

Nie, nie, nie rób tego! Nie rozdrapuj  starych  ran! Pozwól mi  uporać się jakoś ze 

smutkiem, jaki po sobie zostawiasz!

- I bardzo cię proszę, żebyś i ty pisała - mówił dalej Andre, wypuszczając Nette z 

objęć. - Chcę wiedzieć, jak ci się powodzi. Obiecujesz?

- Tak - szepnęła cichutko, prawie niedosłyszalnie.

Mali   także   uściskała   ją   serdecznie,   gwałtownie,   jak   to   ona,   i   podziękowała   za 

wszystkie piękne chwile, które razem przeżyły.

background image

W końcu wyszli.

Nette westchnęła głęboko i powróciła do komisarza.

- O co to pan pytał?

Mali chciała pójść prosto na cmentarz, zatem Andre wszedł do kwiaciarni, kupił duży 

bukiet kwiatów i wazon.

Długo błądzili wśród grobów, Mali z planem w ręku, i szukali.

- To musi być gdzieś tutaj - mówił Andre, próbując spoglądać na plan przez jej ramię.

- Tak. Z planu wygląda, że...

Czytali   nagrobne   napisy.   Pomiędzy   dwoma   grobami   znajdował   się   pas   ziemi 

zarośniętej trawą i chwastami.

- To tutaj - szepnęła Mali żałośnie. - I nic nie ma. Ani kamienia, ani kwiatka, nic. 

Samotna w życiu, zapomniana po śmierci...

Andre poczuł ucisk w gardle.

- Jeśli chcesz, możemy zamówić dla niej nagrobek.

Odwróciła się ku niemu gwałtownie.

- Och, dziękuję ci, oczywiście, że chcę! Ja sama nie mam pieniędzy, ale oddam ci, 

wszystko, co do grosika, w przyszłości.

Skinął głową i wziął wazon, żeby przynieść wody do kwiatów. Kiedy wrócił, Mali 

wciąż wpatrywała się w grób.

Nieobecna   myślami   wzięła   wazon   i   ułożyła   kwiaty.   Andre   tymczasem   wygrzebał 

niewielki dołek, w którym ustawili bukiet.

Wstali. Dla Andre było czymś całkiem nowym widzieć tę niepokorną dziewczynę w 

takim stanie. Słyszał jej ciche słowa:

-  Dziękuję ci,  mamo!   Dziękuję, że  dałaś  mi   życie!  Nie  żyłaś   na  próżno. Ja  będę 

walczyć dalej, obiecuję ci. Ja oddam, oddam im tak, że popamiętają, ci panowie stworzenia! - 

Nie odwracając głowy, z plecami wciąż dumnie wyprostowanymi, powiedziała do Andre: - 

Wiem, co powinno być napisane na nagrobku: „Tu spoczywa Petra, Olsdatter z Ludzi Lodu”

- Świetnie,  Mali - pochwalił Andre. - „Kobieta na brzegu” otrzyma  to, co jej się 

należy. Nazwisko i tożsamość.

Nadszedł wieczór. Nette wróciła do swego pustego mieszkania. Usiadła na krawędzi 

łóżka i ręce splotła na podołku. Na drzwiach szafy w dalszym ciągu wisiała piękna suknia. 

Jak szyderstwo, myślała Nette.

Będzie pisał, tak powiedział... Ja nie chcę, żebyś pisał, ale wiem, że będę czekać na 

twoje listy każdego dnia, o każdej godzinie. I każdego dnia, kiedy list nie przyjdzie, umrze 

background image

jakaś cząstka mnie.

Wstała  i   zdjęła  suknię.  Ze   smutkiem  gładziła   miękką  tkaninę.  Tyle  radości...   Ten 

cudowny wieczór. Jak wspaniale im się ze sobą rozmawiało! Jego najlepszy przyjaciel, tak 

powiedział. Ona jest jego najlepszym przyjacielem.

Drzazga u dołu sukni. Plamy na spódnicy. Suknia symbolizowała też w jakiś sposób 

ten brutalny napad, i cały ból, fizyczny i psychiczny, który się z tym wiązał. Człowiek, który 

jej nie lubił. Który nienawidził jej tak bardzo, że chciał ją uśmiercić...

- A któż pragnie, żebym żyła? - zapytała bezbarwnym głosem, który zabrzmiał głucho 

w pustym pokoju.

Choć Nette zawsze bardzo dbała o porządek, tym razem wzięła suknię i nie zważając 

na rozdarcia ani na plamy, powiesiła ją w szafie.

Niech sobie wisi. Nigdy więcej nie będzie potrzebna.

Zamyślona wyjęła z szuflady lorgnon i położyła na stole, żeby jutro nie zapomnieć. 

Szkła nie dodają jej urody, ale obywanie się bez nich jest bardzo niepraktyczne.

Wieczorna modlitwa Nette tego dnia była inna niż zazwyczaj:

-   Boże   -   szeptała   w   ciemności   z   rękami   złożonymi   tak   jak   zawsze   od   czasów 

dzieciństwa. - Boże, pomóż mi przeżyć! Pomóż mi powrócić do mojej dawnej... pustki!

Tydzień później Nette odwiedziła lekarza. Tego samego, który ją badał po napadzie.

- Ja... bardzo źle sypiam - skarżyła się. - Czy mogłabym dostać jakieś proszki?

Doktor przyjrzał się jej zaczerwienionym oczom, sinym podkówkom pod oczami.

- Widzę - powiedział. - To oczywiście następstwa napadu. Myślę, że powinna pani 

zażywać coś uspokajającego, panno Mikalsrud. Tylko lekarstwo, jakie pani zapisuję, jest dość 

silne, proszę brać jeden proszek wieczorem! Nie więcej!

Nette kiwała głową. Serce biło jej niespokojnie. Dobrze, że będzie miała to lekarstwo, 

w każdej chwili może je zażyć.

background image

ROZDZIAŁ XIV

Andre i Mali zbliżali się do kresu podróży. Wszystko układało się znakomicie, jeśli 

nie   liczyć   kilku   kontrowersji,   bo   Mali,   oczywiście,   często   wygłaszała   własne   poglądy   i 

narzucała je stanowczo, momentami nawet dość agresywnie.

Teraz głowę miała pełną planów na przyszłość.

- Christiania! Jakież możliwości, Andre! Będę mogła spotkać te naprawdę wielkie 

emancypantki...

- A cóż to znowu za słowa? - drażnił się z nią Andre.

- Co chcesz? Jak miałyby się, twoim zdaniem, nazywać?

- Dlaczego nie bojowniczki o prawa kobiet?

- Myślisz, że tak jest krócej? - złościła się. - To mogę tak mówić.

- Więc nie straciłaś zapału do walki?

-   Nie   mogę   zdradzić   Sprawy   tylko   dlatego,   że   spotkałam   jednego   przyzwoitego 

mężczyznę.

- Bardzo ci dziękuję.

- Miałam na myśli naszego komisarza - chichotała Mali złośliwie i oboje zaczęli się 

popychać i boksować. Mało brakowało, a wjechaliby do rowu.

- Tym wszystkim zawziętym babom na ogół trudno znaleźć męża - oświadczył Andre, 

gdy się znowu uspokoili.

-   Phi!   -   Mali   wydęła   wargi.   -   A   ty   myślisz,   że   to   jedyne   i   największe   marzenie 

wszystkich dziewcząt. Wy, mężczyźni, jesteście tacy zarozumiali, że aż mdli! - Po chwili 

dodała poważnie: - Ale ja myślę, że nigdy za mąż nie wyjdę.

- Tak tylko mówisz. Ale co będzie, jeśli nagle doznasz olśnienia!

- Olśnienia tobą? Nie, nie, żadnych olśnień! Widziałam zbyt wiele podłości i cierpień 

w małżeństwach, żeby samej próbować. Ja mam niesłychanie wysokie wymagania.

- Ja także - powiedział Andre. - Małżeństwo powinno być prawdziwym związkiem, w 

przeciwnym razie lepiej machnąć na to ręką. Wierność jest, moim zdaniem, najważniejsza. 

Czy zatem myślisz o związkach bez ślubu?

Podskoczyła oburzona.

- O, nie, nie, na miłość poczekam do czasu, gdy wyjdę za mąż!

- Tylko że dwie sekundy temu oświadczyłaś, iż absolutnie zamierzasz dokonać życia 

jako stara panna, nie pamiętasz?

Uświadomiła sobie niekonsekwencję i ze złością szturchnęła go w kark.

background image

- Wolałbym nie mieć w samochodzie wojowniczo usposobionej amazonki! - zawołał. - 

Cały będę w siniakach.

- Phi! - wydęła usta Mali, a on, nie wiadomo dlaczego, uznał to za przeprosiny.

- No dobrze - rzekł Andre. - W takim razie nie ma sensu cię uwodzić, prawda?

- To jest pytanie niegodne ciebie - burknęła.

- Masz rację, wycofuję je.

Mali patrzyła na niego spod oka. Czy naprawdę chciała, żeby się wycofał?

Ze złością odsunęła się ku drzwiom samochodu.

- Ech, życie moje - westchnęła ciężko.

Nette otrzymała pocztę. Pieniądze, które Andre i Mali od niej pożyczyli, a do tego 

niezwykle miły list.

Najdroższa Przyjaciółko!

Serdeczne dzięki za wszystko, co razem przeżyliśmy! To naprawdę coś wspaniałego 

poznać takiego człowieka jak Ty, Nette. Oto Twoje pieniądze, bardzo dziękuję za pożyczkę, 

mam nadzieję, że nie musiałaś czekać zbyt długo na zwrot.

Mali pozdrawia Cię z całego serca. Wygląda na to, że dobrze się czuje w naszym 

domu. Próbujemy tu delikatnie, lecz stanowczo, trochę spiłować kanty jej charakteru, ale i tak 

większość czaru spędza na kłótniach z moim dziesięcioletnim kuzynem Vetle. Oboje są tak 

samo uparci i nieustępliwi. Sprawiają wrażenie równolatków.

Ja   ze   swej   strony   odkryłem,   że   naprawdę   lubię   Mali,   Nette.   I   może   nawet   moje 

uczucia dla niej są silniejsze, niż się spodziewałem. Tobie, mojej prawdziwej przyjaciółce, 

mogę   się   zwierzyć.   Od   początku   przecież   rozmawiało   nam   się   tak   dobrze.   Znakomicie 

rozumiesz   sprawy,   o   których   innym   ludziom   nawet   bym   się   nie   odważył   wspomnieć. 

Oczywiście Mali też nie mówię o tym, jak to naprawdę ze mną jest, jaka stała mi się bliska, 

bo chcę najpierw być pewien, że jej to do mnie nie zrazi. A Mali, jak to Mali, przeważnie 

prawi mi złośliwości, zaczepia i wymyśla mi niekiedy grubym słowem, kiedy sprawy nie idą 

po jej myśli i oskarża mnie, ponieważ jestem mężczyzną!

Czy on nie zauważył, jak Mali jest nim zainteresowana? zastanawiała się Nette czując, 

że   węzeł   w   gardle   zaciska   się   coraz   bardziej.   Ból   i   uczucie   pustki   w   piersi   także   się 

potęgowały.

Dlaczego on jej o tym wszystkim pisze? Dlaczego jej się zwierza? Czy on niczego nie 

rozumie?

Chyba Mali ma rację: Mężczyźni nie pojmują nic a nic.

Obojętnie, z ponurą miną przekładała stos banknotów, które przyniósł listonosz. Dla 

background image

niej równie dobrze mogły to być kawałki gazetowego papieru.

Bała się, że ból w piersi zadławi ją albo rozerwie na kawałki. Powoli, powłócząc 

nogami, podeszła do lustra.

Jak ja wyglądam,  pomyślała.  Przecież ja jestem stara! Wszystkie czterdzieści pięć 

moich lat mam wypisane na twarzy, w rysach, w mimice, we włosach, w postawie. A oprawa 

oczu? Boże święty!  Nic dziwnego, że panna Sylvestersen  komentowała  to akurat dzisiaj! 

Dawała   do   zrozumienia,   że   cierpię   z   powodu   zawiedzionej   miłości...   „Pilnuj,   szewcze, 

kopyta” - powiedziała. Co za złośliwość! Czy ona myśli, że ja naprawdę pragnę tego, co 

przecież jest absolutnie niemożliwe?

Wzięła ponownie list ze stołu i czytała dalej:

Przeprowadziliśmy,   rzecz   jasna,   gruntowne   poszukiwania   kogoś   o   nazwisku 

Skogsrud, ale to beznadziejna sprawa. Wszystko co wiemy,  to że pewien Knut Skogsrud 

czterdzieści   dwa   lata   temu   przybył   do   Christianii   lub   w   jej   okolice.   Przestudiowaliśmy 

wszystkie księgi parafialne, bez rezultatu. Może był jakimś wędrownym kupcem albo miał 

inne powody, by się nigdzie nie rejestrować. Ale... po prostu trzeba szukać dalej.

List   kończył   się   mnóstwem   przyjaznych   słów   pod   jej   adresem   i   prośbą   o   rychłą 

odpowiedź.

No, tak, będzie musiała przynajmniej potwierdzić, że otrzymała pieniądze.

Usiadła   zaraz,   by   napisać   serdeczną   odpowiedź.   Jest   przecież   jego   najlepszą 

przyjaciółką.   Najlepsza   przyjaciółka!   To   bardzo   piękne,   to   naprawdę   wielka   pociecha, 

pomyśleć, że wybrał właśnie mnie na najlepszego przyjaciela, to przecież...

Nie!

Odłożyła pióro. W tej chwili nie była w stanie pisać, czuła, że nie potrafi napisać 

imienia Mali. To było bardzo nieprzyjemne odkrycie, dziewczyna nic przecież nie jest temu 

winna, że ona też lubi Andre, to odczuwali z pewnością wszyscy, którzy zetknęli się z nim 

bliżej,   a   właśnie   Mali   miała   wszelkie   prawo   zdobyć   jego   wzajemność.   Nette   natomiast 

takiego prawa nie miała, mogła się co najwyżej ośmieszyć!

Stanęła przy oknie i rękami uciskała żołądek, próbowała stłumić płacz, ale łzy płynęły 

znowu tak jak każdego dnia, odkąd on odjechał.

Zmęczenie niczym ciężkie okrycie przygniatało jej barki. Podeszła do nocnego stolika 

i wysunęła szufladkę. Wyjęła pudełeczko z tabletkami i ułożyła białe krążki w długim szeregu 

na blacie stolika.

W nocy?

Czy ma się to stać dziś w nocy?

background image

Nie,   jutro   będę   potrzebna   starej   matce   Hanzynie.   Muszę   wesprzeć   ją   w   walce   z 

nieprzejednanymi biurokratami. Trzeba poczekać na taki dzień, kiedy będę całkiem wolna.

O Boże, Ty, który kierujesz ludzkimi uczuciami, dlaczego mi to zrobiłeś? Czyż nie 

mogłeś pamiętać, że mam czterdzieści pięć lat, a on jest zaledwie młodym chłopcem? Za co 

chciałeś mnie ukarać tą udręką?

Nie chcę tego uczucia! Nie prosiłam Cię o nie! Na co komu taka miłość, niemożliwa 

do spełnienia, śmieszna miłość, z której cały świat by szydził, gdyby się o niej dowiedział?

Nie mogę znieść już więcej!

Następnego   dnia   załatwiła   wszystko   dla   matki   Hanzyny.   Pracowała   rutynowo,   z 

życzliwością   dla   ludzi,   lecz   całkowicie   nieobecna   duchem.   Ból   w   sercu   był   bardziej 

dokuczliwy niż kiedykolwiek przedtem.

Czy nigdy nie będzie temu końca?

Nie,   wiedziała,  że   nieprędko.   Ten,  kto  raz   znalazł   się  w  kręgu  magicznego  czaru 

Andre Brinka, nigdy się z tego nie otrząśnie. To było z pewnością też i jego przekleństwo, że 

wciąż musiał innych w ten sposób ranić. Tylko że to nie jego wina. On nie marzył po nocach, 

by panna Antonette Mikalsrud zapałała do niego takim afektem. I nie może się o tym nigdy 

dowiedzieć!

Tej nocy śnił jej się Imre. Widziała jego mieniące się oczy. „Nie zapomnieliśmy o 

tobie” - powiedział. - „Wszystko będzie dobrze”.

W drodze z pracy do domu spotkała komisarza, który tak bardzo im pomógł. Zdarzało 

się już i wcześniej, że spotykali się na ulicy, wymieniali wtedy pozdrowienia, czasem kilka 

słów o pogodzie.

Dzisiaj komisarz ją zatrzymał.

- Panno Mikalsrud, wiele rozmyślałem o podróży państwa do Szwecji. Właściwie co 

się tam takiego wydarzyło?

Nette zwlekała z odpowiedzią.

- O, naprawdę bardzo wiele. Wiele niepojętego.

- Mój raport byłby niepełny bez opisu tej podróży - powiedział. Sprawiał wrażenie, 

jakby nie najlepiej się czuł sam z sobą. - Czy pani... nie zechciałaby mi o tym opowiedzieć?

-   Eeeech...   to...   wie   pan...   No   dobrze,   mogę   to   oczywiście   zrobić.   Ale,   jak 

powiedziałam, to wszystko brzmi jak baśń.

- Jakoś to zniosę. Czy mogłaby mi to pani opowiedzieć teraz?

- Tutaj? Na ulicy?

- Nie, nie. Ale jeśli pani jeszcze nie jadła obiadu, to moglibyśmy pójść tutaj, do takiej 

background image

jednej knajpki, w której czasem bywam, i zjeść co nieco. Ja zapraszam, rzecz jasna!

Cóż było robić.

- Dobrze, dziękuję.

Restauracja prezentowała się znacznie skromniej niż tamta w hotelu, w której Nette 

jadła obiad z Andre. Początkowo czuła się trochę dziwnie w otoczeniu gromady piwoszów, 

wkrótce jednak stwierdziła, że zachowują się nienagannie. Jedzenie natomiast było smaczne i 

obfite. Takie, o jakim się mówi: domowe. Naprawdę trudno się uskarżać.

Komisarz zaproponował szklankę piwa, ale odmówiła. Czysta woda wystarczy.

Kiedy zaczęła opowiadać, wyjął zeszyt i notował.

- To dla potrzeb raportu - wyjaśnił.

Wkrótce jednak zapomniał o raporcie i słuchał, nie dowierzając, z na wpół otwartymi 

ustami. Czy panna Mikalsrud robi sobie z niego żarty? Nie, nic na to nie wskazywało.

Trzeba panu wiedzieć, Alfredzie (zwracali się do siebie po imieniu, choć „ty” jeszcze 

nie mówili, to by było zbyt poufałe), że to są Ludzie Lodu. Ten ród przeżywa sprawy, o 

których inni nie mają nawet pojęcia. To najbardziej zdumiewające zjawisko, jakie w życiu 

widziałam.

- „Same wiedźmy i czarownicy” - przypomniał Alfred w zamyśleniu. - Młody pan 

Brink też wspominał, że jego matka ma trochę... czarodziejskich umiejętności.

Na dźwięk imienia Andre znowu ten przeklęty ból przeszył serce Nette. Miała tylko 

nadzieję, że nie można było tego po niej poznać, ale uczucie było tak przejmujące, że aż się 

skurczyła.

- Wierzę w to, co pani mówi, Nette - rzekł Alfred. - Pani by przecież nie przyszło do 

głowy kpić sobie z policjanta.

- Absolutnie nie - rzekła urażona. A potem opowiadała dalej. Alfred od dawna już nic 

nie notował. Nette odnosiła wrażenie, że raport ma dla niego mniejsze znaczenie. A może po 

prostu nie miał odwagi utrwalać na piśmie tej opowieści o dziewicach i pannach wodnych?

Dawno   już   się   najedli,   stół   został   uprzątnięty,   a   oni   wciąż   rozmawiali,   teraz   o 

własnych   sprawach.   Alfred   mówił,   że   jest   wdowcem.   Dom   prowadzi   mu   siostra,   która 

mieszka   niedaleko.   Ma   dwoje  dorosłych   dzieci   i   wnuki,  o   których   opowiadał   przez   całe 

dwadzieścia   minut.   Po   śmierci   żony,   która   zmarła   przed   rokiem,   wszystkie   swoje 

zainteresowania przeniósł na pracę.

Nette nie miała aż tak wiele do powiedzenia. Starannie unikała mówienia o ostatnim 

okresie, bo ryzykowała, że znowu się rozpłacze. Największe wydarzenia w jej życiu to była 

tragiczna   choroba   i   śmierć   matki,   w   pracy   zaś   awans   na   odpowiedzialne   stanowisko   w 

background image

magistracie po tym, gdy rząd podjął decyzję, by także kobiety miały dostęp do ważnych służb 

państwowych. Nie do wszystkich, oczywiście, ale jednak. Sprawy wojskowe, kościelne, a 

także stanowiska ministerialne nadal pozostawały zarezerwowane wyłącznie dla mężczyzn. 

Ten postęp kobiety zawdzięczały w dużej mierze  pochodzącej  z Trondheim  działaczce  o 

równouprawnienie, Frederice Marie Qvam.

W tym miejscu Nette z sympatią pomyślała o Mali, która miała odwagę uczestniczyć 

w ulicznych demonstracjach w obronie praw kobiet.

Trzeba jednak przyznać, że historia życia Nette brzmiała dość nieciekawie.

Podziękowali sobie nawzajem serdecznie za miłą rozmowę i poszli każde do swoich 

spraw.

- Spotkamy się pewnie znowu niebawem - powiedział Alfred na odchodnym.

Nette powoli zdejmowała płaszcz w swoim przedpokoju.

Cóż to za maniery, myślała o swoim niedawnym rozmówcy. Jaki brak kultury!

Co prawda miły człowiek i pełen dobrej woli, ale sądził, że Brahms to nazwa kropli na 

kaszel,   po   jedzeniu   bez   żenady   używał   wykałaczki,   a   w   salonie   nie   bardzo   umiał   się 

zachować.

No, jeśli o to chodzi, to Nette też nie czuła się tam zbyt swobodnie!

Natomiast Andre, tak, on był jak stworzony do światowego życia!

Ból powrócił.

Opowiadać o wnukach przez całe dwadzieścia minut!

Ładnie i czysto ubrany, ale kawałkiem chleba wyciera sos z talerza.

Barbarzyństwo!

Rozpoczęty list do Andre leżał na stole jak wyrzut sumienia. Dzisiaj też nie była w 

stanie go dokończyć.

Przeczytała  raz jeszcze list od niego, potem dzisiejszą gazetę  od deski do deski i 

uznała, że dzień dobiegł końca. Udało się jej go przeżyć, a raczej przetrwać.

Siedząc na łóżku w ciepłej, flanelowej koszuli znowu popadła w zadumę...

Wyjęła z szuflady pudełeczko i ponownie układała tabletki rzędem na stoliku. Jedną 

za drugą, powoli, metodycznie.

Benedikte uważała, że zaangażowanie Mali w walkę o prawa dla kobiet jest trochę 

zbyt gwałtowne. Wobec tego pewnego dnia zabrała ją ze sobą do Christianii i obie poszły na 

zebranie Narodowej Rady Kobiet Norweskich.

-   To   jest   samo   centrum   norweskich   feministek   -   tłumaczyła   młodej   kuzynce   po 

drodze.  -  Myślę,  że   powinnaś   nawiązać   z  nimi  kontakty,  zresztą  ja  bym   się  też  do  was 

background image

przyłączyła, jeśli mi pozwolicie.

- Więc i ty uważasz, że walka jest konieczna?

- Naturalnie! Tylko widzisz, u nas w domu nigdy jakby takiego problemu nie było. 

Mężczyźni i kobiety są traktowani na równi, są całkiem po prostu ludźmi. A kiedy jakiś 

mężczyzna   mnie   próbuje   traktować   lekceważąco,   traktuję   to   jako   przejaw   głupoty   tego 

grubianina i już. Ale oczywiście wiem, że to bardzo osobisty punkt widzenia, zdaję sobie 

sprawę, jak cierpi tysiące kobiet. Wiem, że są dręczone ponad wszelkie wyobrażenie. Więc 

całkowicie się zgadzam z feministkami. Zresztą mnie samej też by się przydało wyjść czasem 

z domu, spotkać się z ludźmi, zaangażować trochę w sprawy publiczne. Ty wiesz, że my, 

Ludzie Lodu, mamy skłonność do życia jak gdyby na granicy rzeczywistości i świata cieni.

- Mnie się wydaje, że wasze życie jest fantastyczne i podniecające - odparła Mali.

- Teraz jest to także twoje życie - powiedziała Benedikte. - Jesteś jedną z nas.

Mali westchnęła przejęta.

W przestronnym lokalu związku kobiet Mali mogła porozmawiać z doświadczonymi 

działaczkami   organizacji   i   została   przedstawiona   największym.   Ginie   Krog,   teraz   już 

staruszce,   która   jednak   nadal   pełniła   funkcję   przewodniczącej   Narodowej   Rady   Kobiet 

Norweskich. I jej zastępczyni Frederice Marie Qvam, która powiedziała, że to bardzo miło 

spotkać młodą bratnią duszę z rodzinnego miasta, z Trondheim. Mali z uwagą słuchała tej 

kobiety o gorącym  sercu i starała się nie uronić ani słowa. Och, jak wiele się tego dnia 

nauczyła!

W   drodze   powrotnej   długo   siedziała   w   pociągu   nie   mówiąc   ani   słowa.   W   końcu 

westchnęła.

- Ale one są zamężne, prawie wszystkie!

- A dlaczego nie miałyby być?

- No, chyba tak, ale w naszej grupie, która urządzała uliczne demonstracje, nie było 

ani jednej mężatki. Mężczyzn trzeba nienawidzić i starać się ich zgnieść, wdeptać w ziemię, 

takie było nasze główne przesłanie.

Benedikte nie wiedziała, jak się do tego odnieść.

-   Myślę,   że...   trafiłaś   do   niewłaściwej   grupy,   moje   drogie   dziecko.   Istnieje   sporo 

bardzo agresywnych feministek, które niszczą to, co inne już osiągnęły. One po prostu nie 

cierpią mężczyzn i dlatego tak się zachowują.

- Co chcesz przez to powiedzieć?

- No, że są kobiety, które lubią... kobiety.

- Co? Myślisz, że ja się zadawałam z takimi?

background image

- Jeśli nawet, to nie powinnaś ich potępiać. Nikt nie może być odpowiedzialny za to, 

że taki został stworzony. Ale one też powinny akceptować mężczyzn, nie muszą od razu ich 

nienawidzić.

Mali siedziała w milczeniu.

- Chyba byłam głupia i naiwna - westchnęła na koniec.

- Wcale nie!

-   Owszem!   Na   dzisiejszym   spotkaniu   natomiast   dowiedziałam   się   bardzo   wiele   o 

łagodności. O tym, że niczego się nie osiągnie krzykiem i agresją, potępianiem mężczyzn w 

czambuł. - A potem dodała ni stąd, ni zowąd: - W stosunku do Andre też zachowywałam się 

bardzo głupio.

Benedikte nie odważyła się prosić o bliższe wyjaśnienia, skoro dotyczyło to jej syna.

-   Andre   jest   wspaniały   -   ciągnęła   Mali   dalej   swój   monolog,   przerywany   bardzo 

długimi pauzami. - Kiedy się teraz nad tym zastanawiam...

Koła pociągu stukały rytmicznie o szyny.

- Taki był słodki i nieśmiały... - uśmiechnęła się Mali.

Benedikte   uśmiechała   się   także   i   starała   się,   żeby   to   wyglądało   jak   najbardziej 

neutralnie.

- Pogłaskał mnie po włosach i powiedział, że...

Łzy stanęły jej w oczach.

- Że chciałby się mną opiekować. Przez całe życie.

Ciężka łza spadła z rzęs i potoczyła się w dół po policzku.

- A ja...

Głęboki szloch.

- A ja odepchnęłam go i powiedziałam, że nie potrzebuję niczyjej opieki. I że... nie 

życzę sobie takich manier.

Otarła pospiesznie łzy i powiedziała niecierpliwie:

- Do diabła, jak ten pociąg się wlecze! Zupełnie inaczej podróżuje się samochodem z 

Andre!

Korytarzem przechodził właśnie konduktor i Mali zawołała:

- Nie można by się tak zatroszczyć, żeby leniwy maszynista uniósł zadek i dołożył 

więcej węgla?

Benedikte westchnęła. Diamenty bywają twarde. Trzeba wiele czasu, by oszlifować 

wszystkie kanty.

Każdego dnia w drodze do pracy i z powrotem Nette musiała przechodzić koło hotelu 

background image

i za każdym razem doznawała ukłucia w sercu z tęsknoty za widokiem otwartej, fascynującej 

twarzy Andre, za jego jasnym uśmiechem i oczyma pełnymi niezwykłego ciepła. Te oczy tak 

cudownie promieniały na jej widok, jakby Nette znaczyła dla niego najwięcej na świecie.

Jak   można   zapomnieć   takiego   mężczyznę?   Nawet   jeśli   jest   on   całkowicie   poza 

zasięgiem kobiety, i ze względu na dzielącą ich odległość, i warstwę społeczną, a przede 

wszystkim ze względu na wiek?

Przemogła się w końcu i dokończyła list do Andre, pełen zachwytów i podziękowań 

za piękne razem spędzone chwile. Imienia Mali jednak napisać jeszcze nie mogła, kiedy 

musiała o niej wspomnieć, wyraziła się „nasza przyjaciółka”.

Później   pisanie   listów   do   niego   stało   się   łatwiejsze.   Korespondencja   krążyła   dość 

żywo i oboje mieli sobie wiele do powiedzenia.

Andre  donosił,   że  otwiera   warsztat   samochodowy,   wyglądało,   że  będzie  to   niezły 

interes, bowiem samochodów w Norwegii wciąż przybywało i stacje napraw stawały się coraz 

bardziej potrzebne. Wykorzystano dla tego celu starą kuźnię w Lipowej Alei, Andre sam 

naprawiał auta, brudząc się przy tym niemiłosiernie, ale bardzo polubił swoją pracę.

Nette   miała   spore   trudności,   żeby   wyobrazić   sobie   tego   wypielęgnowanego, 

znakomicie   ubranego   Andre   na   ziemi   pod   samochodem.   Ale...   dlaczego   nie?   Jest   on 

właściwie typem, który pasuje wszędzie i nadaje się do wszystkiego, kocha samochody, a 

snobem nigdy nie był.

Nawet nie zdawała sobie sprawy,  że w jej listach coraz częściej pojawia się imię 

Alfred. Andre pisał, iż bardzo się cieszy, że Nette i komisarz tak często się spotykają.

Tak, bo zdumiewająco często spotykała teraz Alfreda, i w drodze do pracy, i wracając 

do domu. I zawsze zamieniali przynajmniej kilka słów, przeważnie jednak rozmawiali dość 

długo, w zależności od tego, ile czasu miała Nette. Panna Sylvestersen bywała teraz bardzo 

niezadowolona i używała takich określeń, jak: „uganianie się za chłopami” albo „podstarzałe 

straszydła, którym się wydaje Bóg wie co”.

Nette natomiast kwitła, co z dnia na dzień stawało się wyraźniejsze. Nadal używała 

lorgnon, bo Alfred też nie mógł odczytać drobnych liter, sprawiła sobie tylko modniejsze. I 

już nie cierpiała tak bardzo przechodząc koło hotelu ani na widok młodych dziewcząt, czy 

zwłaszcza młodych par.

Od czasu do czasu chodziła na cmentarz, na grób Petry Olsdatter, doglądała pracy przy 

ustawianiu nagrobka, a potem przynosiła kwiaty. Posadziła też przy grobie ozdobny krzew. 

Andre pisał, że Mali jest jej za to bardzo wdzięczna. Donosił też, że rękopis Gerd posłali do 

pewnego wydawnictwa, ale zwrócono im go z adnotacją, że to wymyślona i zbyt przesadzona 

background image

historia. A przecież wydawca nie znał dalszego ciągu...

Nette i Alfred siadywali często w parku koło katedry, pod okrytymi jesienną szatą 

drzewami, i rozmawiali o życiowych problemach. Wtedy czuła, że los zesłał jej prawdziwego 

i godnego zaufania przyjaciela. Żaden raport o podróży do Szwecji nigdy nie został napisany, 

nikt też zresztą o niego nie pytał. Ostatnio Nette, zdumiona własną odwagą, zaprosiła Alfreda 

do siebie na kawę, po mszy w najbliższą niedzielę, bo akurat wtedy nie miał służby.

W rewanżu za tamten obiad, wyjaśniła z surową miną. Nette miała raczej wątpliwości, 

czy Alfred pójdzie do kościoła, ale zaproszenie na kawę przyjął od razu.

Będę musiała  upiec coś smacznego,  myślała.  Może babeczki migdałowe,  domową 

specjalność? Nie, to się tak okropnie kruszy, Alfred byłby skrępowany i niezręcznie starał się 

strząsnąć okruchy z kamizelki. Trzeba zrobić co innego. Może słodkie bułeczki? I miała w 

domu trochę likieru... Czy panowie pijają likier? Nieoczekiwanie nadszedł kolejny list od 

Andre, a wraz z nim piękne zaproszenie:

Profesor   Sander   Brink   wraz   z   małżonką   Benedikte   mają   zaszczyt   zaprosić   pannę 

Antonette Mikalsrud na ślub swojego syna Andre Brinka z Ludzi Lodu z panną Mali Knudsen 

z Ludzi Lodu.

I tak dalej.

Andre napisał kilka słów na osobnym arkusiku:

Włóż tę śliczną suknię, którą miałaś wtedy na obiedzie. Wyglądałaś w niej czarująco, 

Nette! I, jeśli nadal spotykasz się z komisarzem Alfredem, to i jego serdecznie zapraszamy na 

ślub, on jest przecież, „jednym z nas”. Mam szczerą nadzieję, że przyjedziesz.

Nette długo stała pogrążona w myślach.

Wciąż jeszcze odczuwała leciutki skurcz serca. Po co narażać się na więcej? Po co 

rozdrapywać stare rany?

Następnego dnia pokazała zaproszenie i list Alfredowi.

-   Sama   nie   wiem,   czy   chcę   jechać   -   powiedziała   niepewnie.   -   Nie   wiem,   czy 

dostałabym wolne. A poza tym to długa podróż. I kosztowna. Dobrze mi tu, w Trondheim.

Alfred przyglądał jej się uważnie, ale wzrok Nette skierowany był na jakiś odległy cel.

- No, a ja bym bardzo chętnie pojechał - oświadczył, bo domyślał się, że Nette chce, 

tylko nie może się zdecydować. - Ale jakby to wyglądało, gdybym się tam wybrał bez ciebie?

Nette rozpromieniła się.

- W takim razie jedziemy!

Wróciła do domu i wyjęła z szafy suknię. Uszkodzenia da się naprawić, nic nie będzie 

widać. I trzeba uprać. Dobrze by też było dodać jakąś ciemniejszą szarfę albo pasek. Nie 

background image

można przecież konkurować z bielą sukni panny młodej!

Wesele było niezwykle piękne. Nikt się chyba nigdy nie spodziewał, że Mali może 

być taką łagodną i nieśmiałą panną młodą! Wpatrywała się jak urzeczona w swojego Andre, 

który natychmiast pojął, że tę łagodność w oczach Mali uda się zachować na dłużej.

Nette popłakała się w kościele, ale to nie zwróciło niczyjej uwagi, bo inne panie też 

roniły łzy.

Uspokój   się   nareszcie,   moje   głupie   serce,   strofowała   się.   Andre   zostanie   twoim 

przyjacielem na całe życie. A czyż  podróż tutaj w towarzystwie  Alfreda nie była  wielką 

przyjemnością?

Była. Tak naprawdę to Nette nie czuła się równie dobrze od czasu owego obiadu z 

Andre.   Kiedy   więc   Mali,   po   ceremonii   w  kościele,   uściskała   ją   serdecznie,   Nette   mogła 

odpowiedzieć tym samym i z całego serca życzyć jej szczęścia. Płynące z oczu łzy nie miały 

już najmniejszego znaczenia.

Rok 1913 był przełomowy w życiu Mali.

Kobiety  norweskie  otrzymały   wtedy  prawo  głosu,  tym  samym   Norwegia  stała   się 

pierwszym niepodległym  państwem, które to prawo kobietom przyznało. Mali świętowała 

sukces w gronie najwybitniejszych uczestniczek ruchu kobiecego. Niezapomniany dzień dla 

młodej działaczki społecznej!

Z Trondheim przyszło zaproszenie na skromny ślub Nette i Alfreda. Andre oczywiście 

pojechał, lecz Mali nie mogła. Była właśnie w siódmym miesiącu ciąży i nie powinna była 

opuszczać domu. Pojechała natomiast Benedikte, która bardzo się zaprzyjaźniła z Nette w 

czasie ślubu Mali i Andre. Uważała zresztą, że powinna się trochę rozerwać, a Nette jej 

obecność   sprawiła   ogromną   radość.   Panna   Sylvestersen,   choć   zaproszona,   jak   wszyscy 

pracownicy magistratu, nie przyszła na ślub. Miała podobno powiedzieć, że małżeństwo „na 

starość” jest czymś bezwstydnym. Nette bardzo to sobie wzięła do serca, ale wszyscy inni 

byli dla niej bardzo mili, ślub wypadł naprawdę okazale i uroczyście.

A potem... Trudno wprost opisać, jak Nette troszczyła się o Alfreda! Przygotowywała 

mu najwymyślniejsze jedzenie, zajmowała jego ubraniem, zaprowadziła go nawet na koncert, 

gdzie biedaczyna zasnął, była najwspanialszą i najczulszą żoną. Zaprzyjaźniła się też z jego 

dziećmi i była z nich niebywale dumna; nie przestawała dziękować Bogu w wieczornych 

pacierzach, że ją tak szczodrze obdarował na stare lata. I tylko czasem przychodziło jej do 

głowy, że może to Imre z Ludzi Lodu...

O miłości - jeśli widzieć ją jako uniesienia, radosne wzloty i bolesne upadki - może 

nie należałoby tu mówić. Nette miała już swoje bolesne doświadczenie i nie chciała tego 

background image

powtarzać. Natomiast w swoim późnym małżeństwie znalazła wszystko, za czym w życiu 

tęskniła: czułość, oddanie, przyjaźń i wzajemne zrozumienie, a to nie są złe podstawy dla 

budowy szczęścia. Ona i Alfred mieli sobie mnóstwo do ofiarowania.

Andre i Benedikte wrócili na czas do domu, zanim Mali musiała się udać do nowej 

kliniki dla kobiet, do której powstania sama się przyczyniła.

Urodziła tam Rikarda, wspaniałego chłopca, w którego żyłach  płynęła krew Ludzi 

Lodu zarówno ze strony ojca, jak i ze strony matki.

Wspaniały rok, myślała Mali, a wraz z nią cała rodzina.

Ale, niestety, nadszedł rok 1914 i na świecie zapanował chaos.

Groźba katastrofy zawisła nie tylko nad Ludźmi Lodu, lecz także nad całą ludzkością.

Wkrótce   jeden   z   potomków   Ludzi   Lodu   będzie   musiał   przejść   prawdziwą   próbę 

ogniową.