background image

Droga Czytelniczko!

 

W sierpniu jeszcze cieszymy się wakacjami, lecz juŜ 

uświadamiamy sobie bliskie nadejście jesieni. Taka juŜ jest kolej 
rzeczy, Ŝe większość z nas, zamiast Ŝyć chwilą teraźniejszą, wybiega 
myślą w przyszłość.

 

Nie warto martwić się na zapas, lepiej nauczyć się przeciwdziałać 

napadom smutku. Wierzę, Ŝe sięgasz po nasze ksiąŜki, zwłaszcza te I 
serii ROMANS, poniewaŜ są skutecznym lekarstwem na zły humor

 

Oto moje propozycje na ten miesiąc:

 

Dziedzictwo - opowieść o trojaczkach, które odziedziczyły duŜy 

majątek, lecz by go otrzymać, musiały spełnić pewne warunki. W 
sierpniu poznasz Abby, o pozostałych siostrach przeczytasz w 
październiku i grudniu.

 

Krew nie woda - chociaŜ wszyscy zgadzamy się z tym 

twierdzeniem, czasami o nim zapominamy. RównieŜ Sophie 
popełniła ten błąd.

 

Pan biznesmen szuka Ŝony - historia, jakich mało. Nie co dzień 

bowiem obcy męŜczyzna proponuje nam małŜeństwo, a to właśnie 
przydarzyło się Lindsay.

 

Nasza broń kobieca - romans niani z pracodawcą. Banalne? Nic 

podobnego, bo Fennia jest nadzwyczaj oryginalną dziewczyną. 
KsiąŜka o miłosnych perypetiach jej kuzynki. Astry, ukaŜe się w 
listopadzie.

 

Widzę tylko ciebie, Tajemnicza milionerka (Duo) - poznasz 

Sophie i Melody, którym Ŝycie nie poskąpiło trosk. Pierwsza z nich 
marzy o wybrnięciu z kłopotów finansowych, druga zaś... chciałaby 
być choć trochę biedniejsza.

 

ś

yczę miłej lektury!

 

GraŜyna Ordęga

 

Harleąuin. KaŜda chwila moŜe być niezwykła.

 

Czekamy na listy!

 

Nasz adres:

 

Arlekin - Wydawnictwo Harleąuin Enterprises Sp. o.o.

 

00-975 Warszawa 12, skrytka pocztowa 21

 

Jessica Steele

 

Nasza bro

ń

 kobieca

 

A

HARLEOJJIN

*

 

Toronto 

 Nowy Jork • Londyn

 

Amsterdam • Ateny • Budapeszt 

 Hamburg

 

Madryt • Mediolan • Pary

Ŝ

 

Sydney • Sztokholm • Tokio • Warszawa

 

background image

Tytuł oryginału: 
Bachelor in Need

 

Pierwsze wydanie: Hariequin 
Romanc*. 2000

 

Redaktor serii: 
Gra

Ŝ

yna Ord

ę

ga

 

Korekta: Janina 
Szrajer Gra

Ŝ

yna 

Ord

ę

ga

 

© 2000 by Jessica Steele

 

© forthe Polish edition by Arlekin -Wydawnictwo Harlequin

 

Enterprises sp. z o.o„ Warszawa 2002

 

Wszystkie prawa zastrze

Ŝ

one, ł

ą

cznie z prawem reprodukcji 

cz

ęś

ci lub cało

ś

ci dzieła w jakiejkolwiek formie.

 

Wydanie niniejsze zostało opublikowane w porozumieniu z 
Hartequin Enterprises II B.V.

 

Wszystkie postacie w tej ksi

ąŜ

ce s

ą

 fikcyjne. Jakiekolwiek 

podobie

ń

stwo do osób rzeczywistych - 

Ŝ

ywych czy umarłych 

- jest całkowicie przypadkowe.

 

Znak firmowy wydawnictwa Hariequin

 

i znak serii Harlequin Romans s

ą

 zastrze

Ŝ

one.

 

Skład i łamanie: Studio Q

 

Printed in Spain by Litografia Roses, Barcelona

 

ISBN 83-238-0253-X 

Indeks 360325 

ROMANS - 628

 

ROZDZIAŁ  PIERWSZY

 

Fennia  kolejny  raz  spojrzała  na  zegarek.  JuŜ  siódma! 

Gdzie oni się podziewali? Czasami  spóźniali  się, ale  nigdy 
aŜ  tyle.  Lucie,  dwuipółletnia  córeczka  państwa  Todd,  była 
oczkiem w głowie swoich rodziców. Mariannę i Harvey pra-
cowali  wprawdzie  do  późna,  zawsze  jednak  któreś  z  nich 
wyskakiwało na chwilę, by odebrać córkę. 

Kate  Young,  szefowa  Ŝłobka,  która  dobro  swoich  pod-

opiecznych przedkładała nad wszystko, umówiła się z rodzi-
cami, Ŝe dzieci będą odbierane najpóźniej o pół do siódmej. 
UwaŜała, Ŝe jeśli ktoś nie jest  w stanie odebrać dziecka do 
tej godziny, to powinien poszukać innego miejsca dla swej 

pociechy. 

-

 

Fennia! - zawołała z kuchni Kate. 

-

 

Co się stało? - Wzięła dziewczynkę na ręce i wbiegła 

do kuchni. 

-

 

Zadzwonili  ze  szkoły  Jonathana,  miał  jakiś  wypadek 

w czasie meczu rugby. Muszę lecieć, poradzisz sobie sama? 

-

 

Oczywiście  -  odparła  Fennia  pewnym  głosem,  choć 

czuła narastający niepokój. 

Spojrzała na Lucie. Dziecko zaczynało się mazać. Wzięła 

je na ręce, podała ulubionego misia i utuliła. Gdyby odebrano 

je tak jak zwykle, zapewne byłoby teraz kąpane i szykowane 

do snu. 

background image

JESSICA STEELE

 

Faktycznie,  gdy  tylko  Fennia  połoŜyła  Lucie  do 

łóŜeczka, dziewczynka natychmiast zasnęła. 

Podeszła do okna i zaczęła nerwowo wyglądać. Nie wie-

działa, czy Kate, wychodząc w pośpiechu, zostawiła klucze 
do gabinetu, gdzie przechowywana była dokumentacja Ŝłob-
ka. Gdyby udało jej się tam dostać, mogłaby sprawdzić, gdzie 
pracują Toddowie i zadzwonić tam. 

Wróciła do pokoju i spojrzała na śpiącą Lucie. Mała wy-

glądała teraz jak aniołek i w niczym nie przypominała diab-
lątka, którym w istocie była. 

-  Tak, juŜ wiem! - Fennia przypomniała sobie, gdzie kie 

dyś  spotkała  rodziców  małej.  Państwo  Todd  byli  dynamicz 
nymi,  młodymi  ludźmi,  pracującymi  w  jednej  z  międzynaro 
dowych agencji reklamowych. Tylko jak się ona nazywała? 

W  tym  momencie  na  podjazd  wjechał  duŜy,  elegancki, 

czarny  samochód.  Ucieszona,  podeszła  do okna,  lecz  mina 
natychmiast  jej  zrzedła.  Wysoki,  dobrze  zbudowany,  trzy-
dziestoparoletni męŜczyzna, który właśnie wysiadł z auta, z 
całą pewnością nie był Harveyem Toddem. 

-

 

Słucham - zapytała chłodno Fennia, otwierając drzwi i 

wzrokiem  natykając  się  na  dwoje  pięknych,  niebieskosza-
rych oczu. 

-

 

Pani tu pracuje? - zapytał nieznajomy, ze zdziwieniem 

patrząc  na  bardzo  wysoką,  brązowooką  dziewczynę  o  kru-
czoczarnych włosach. 

Nie wiedziała, kim jest ten męŜczyzna ani czego chce, a 

jego  ogłada  i  atrakcyjny  wygląd  nie  robiły  na  niej  wraŜenia. 
ZdąŜyła się juŜ przyzwyczaić do tego, Ŝe niektórzy tatusiowie 
uwaŜali się za bóstwa, zawsze i wszędzie szukali swojej szan-
sy, a ich sposób bycia był więcej niŜ przyjacielski. 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

7

 

-

 

Nie jest pan ojcem Ŝadnego z  naszych podopiecznych, 

prawda?  -  Fennia  postanowiła  nie  odpowiadać  na  jego  py-

tanie. 

-

 

Nic mi na ten temat nie wiadomo - odparł z szerokim 

uśmiechem. 

Gdy posłała mu surowe spojrzenie, spowaŜniał, lecz 

w oczach nadal błyskały diabelskie ogniki. 

-

 

Jestem  stryjem  Lucie  Todd.  Czy  dzwoniono  do  pani, 

Ŝ

eby powiedzieć, Ŝe po nią przyjadę? 

-

 

Stryjem Lucie? - powtórzyła Fennia i uchyliła szerzej 

drzwi. 

-

 

Jej tata jest moim bratem. 

-

 

Proszę, niech pan wejdzie - zaprosiła go do środka. Coś 

ją jednak zaniepokoiło. 

-  A więc przyjechał pan po Lucie... - zagaiła w nadziei, 

Ŝ

e zdoła się czegoś więcej dowiedzieć. 

-

 

Zdaje się, Ŝe jest ostatnim dzieckiem w Ŝłobku. 

-

 

A jej rodzice? Dlaczego oni się nie zjawili? 

-

 

Mieli wypadek. PowaŜny wypadek... 

Serce  Fennii  zamarło.  Przypomniała  sobie,  jak  zareago-

wały  z  kuzynką  Astrą,  gdy  ich  krewna  Yancie  padła  ofiarą 
samochodowej katastrofy. Na szczęście Yancie szybko doszła 
do siebie, ale pierwsze godziny po odebraniu wiadomości 

były straszne. 

-

 

Tak  mi  przykro  -  powiedziała  Fennia,  a  jej  wcześniej-

szy chłód i dystans gdzieś się ulotniły. - Czy odnieśli powaŜ-

ne obraŜenia? 

-

 

Jeszcze  dokładnie  nie  wiadomo,  ale  nie  wygląda  to 

dobrze. - Powaga w jego głosie na tle wcześniejszej lekkości 
sprawiła, Ŝe Fennia pomyślała, iŜ ma przed sobą człowieka 

6

 

background image

8

 

JESSICA STEELE

 

ukrywającego  swoje  prawdziwe  uczucia.  MęŜczyznę,  który 
swoje  cierpienia,  bo  chyba  musiał  teraz  cierpieć,  ukrywał 
przed całym światem. 

-

 

Jak rozumiem, oboje odnieśli obraŜenia? - spytała Fen-

nia miękko. Czy Mariannę teŜ...? 

-

 

Jechali  razem  na  spotkanie  z  klientem  -  wyjaśnił.  -

Zderzyli się z cięŜarówką. 

-

 

Kto  pana  zawiadomił?  Policja?  -  Fennia  nie  bardzo 

wiedziała, co powiedzieć. 

-

 

Tak.  Wprawdzie  nie  było  mnie  w  biurze,  ale  mój  asy-

stent zadzwonił do mnie na telefon komórkowy. Natychmiast 
pojechałem  do  szpitala,  ale oboje byli  nieprzytomni.  Potem 
zadzwoniłem do biura i okazało się, Ŝe ktoś z agencji rekla-
mowej  Frost  and  Fletcher  chciał  się  ze  mną  skontaktować, 

Ŝ

eby mi przypomnieć o małej. 

-

 

A pan o niej zapomniał? - zapytała Fennia, na co męŜ-

czyzna zareagował ostrym spojrzeniem. - Przepraszam,  miał 
pan co innego na głowie. 

-

 

Byłem  pewien,  Ŝe  opiekuje  się  nią  niania,  a  gdy  oka-

zało  się,  Ŝe  jest  inaczej,  musiałem  ustalić,  o  jaki  Ŝłobek 
chodzi,  co  zajęło  mi  sporo  czasu.  A  właśnie,  gdzie  jest 
mała? - zapytał tonem sugerującym, Ŝe ma ochotę skończyć 
tę rozmowę. 

Fennia  zaprowadziła  męŜczyznę  do  pokoiku,  w  którym 

spała  Lucie.  Pochyliła  się  nad  małą,  a  dziecko  otworzyło 
oczka. 

-  Tatuś? - spytała dziewczynka nieprzytomnie. 
Fennia natychmiast się zorientowała, Ŝe Lucie równieŜ nie 

zna tego człowieka. 

-  Śpij, kochanie - uspokoiła ją, i gdy tylko mała zamknę- 

NASZA BROŃ  KOBIECA

 

ła oczka, chwyciła nieznajomego za łokieć i 
wyprowadziła 

pokoju. 

-

 

Kim pan jest? - spytała stanowczym głosem. 

-

 

JuŜ pani mówiłem! - wypalił w taki sposób, by nie miała 

wątpliwości, Ŝe nie podoba mu się jej ton. 

-

 

Oczekuję wyjaśnień - odparła stanowczo. - Widzę 

przecieŜ, Ŝe Lucie nie rozpoznaje pana! 

-  Nie dziwi mnie to. Widziałem ją moŜe cztery... góra 

pięć razy. 

-  A zatem nie jest pan zbyt blisko ze swoim bratem? 

- dociekała Fennia. 

-  Owszem, jesteśmy blisko, tylko cięŜko pracujemy,  więc 

rzadko mamy okazję się widzieć. Często jednak do siebie 

d/.wonimy. 

-  Taka rodzinna miłość na odległość? 

-  Proszę sobie darować len sarkazm - powiedział oschle 

i podał Fennii wizytówkę. 

Bez  cienia  zainteresowania  przeczytała  jej  treść.  Jegar 

Urquart, prezes tej słynnej, wielkiej korporacji Global Com-
munications? CóŜ, nierzadko spotyka się tak waŜne osobisto-

ś

ci, pomyślała Fennia i juŜ miała oddać wizytówkę  właści-

cielowi, ale coś ją tknęło. 

-

 

Nazywa się pan Jegar Urquart? 

-  Tak. 

-

 

A pana brat nazywa się Todd? 

-

 

Jesteśmy przyrodnim rodzeństwem. Co za pech, Ŝe 

akurat dziś Kate nie mogła zostać dłuŜej. 

Co robić? Co robić? - myślała gorączkowo. Mówi, Ŝe są 
przyrodnimi braćmi i przedstawia się jako stryj Lucie Todd... 

-  Jest pan starszy od Harveya - powiedziała dla zyskania 

9

 

background image

10

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

11

 

 

na  czasie.  -  Harvey  Todd  ma  najwyŜej  dwadzieścia  sześć 
lat... 

-

 

Między  nami  jest  dziesięć  lat  róŜnicy.  Mama  roz-

wiodła  się  z  moim  ojcem,  po  czym  ponownie  wyszła  za 
mąŜ  i  urodziła  Harveya.  Proszę  mnie  posłuchać,  miałem 
dziś  cięŜki  dzień,  który  wcale  jeszcze  się  nie  skończył. 
Wezmę Lucie i... 

-

 

Nie! 

-  Nie? - Jegar Urquart zaczynał wpadać w gniew. 
Fennia nic nie mogła na to poradzić. Faktycznie, jeśli ten 

męŜczyzna mówił prawdę, to bez wątpienia miał dzisiaj bar-
dzo cięŜki dzień, dopóki jednak nie zdoła potwierdzić jego 
słów, pod Ŝadnym pozorem nie odda mu dziecka. Tylko czy 
on o tej porze zdoła udowodnić swoją toŜsamość? 

Nie czekając na jej zgodę, nieznajomy zrobił krok w stro-

nę pokoju, w którym spała Lucie. 

-

 

Czy zastanę w domu pańską Ŝonę? - rzuciła w pośpie-

chu. Zdawała sobie sprawę, Ŝe jeśli ten człowiek zdecyduje 
się uŜyć siły fizycznej, będzie bezradna. 

-

 

Nie mam Ŝony! 

-

 

A partnerkę? 

-

 

Nie jestem  w  Ŝadnym  trwałym  związku  -  odparł ziry-

towany,  po  czym  zrobił  kolejny  krok  w  stronę  pokoju  do 
leŜakowania. 

-

 

Nie! - zaprotestowała. - Nie mogę oddać panu Lucie. 

Nie wolno mi jej spuścić z oka. Odpowiadam za... 

Fennia przerwała, jako Ŝe nieznajomy zatrzymał się, spoj-

rzał na nią uwaŜnie, a na jego twarzy znów pojawił się ów 
tajemniczy uśmiech, któremu tak bardzo nie ufała. 

-  Proszę zatem pojechać z nami - zaproponował Jegar 

Urquart i z rozbawieniem zaczął się przyglądać, jak Fennia 

ze zdziwienia otwiera buzię. 

-

 

Nie mogę się na to zgodzić! - zaprotestowała. Zauwa-

Ŝ

yła,  Ŝe  jego  wzrok  na  chwilę  spoczął  na  jej  dłoniach,  na 

których nie było obrączki. 

-

 

Czeka na panią partner? 

-

 

Nie, ale... 

-

 

Nie ma Ŝadnego „ale". Niech pani zadzwoni do mamy 

i powie... 

- Nie  mieszkam  z  matką!  -  wypaliła,  czując  jednak,  Ŝe 

jej opór słabnie. Nie miała Ŝadnego rozsądnego pomysłu, 
jak 
inaczej  rozwiązać  tę  sytuację.  Dodała  więc  tylko:  -  Ale 
Lucie 
jedzie w moim samochodzie. 

Uśmiechnął się tryumfująco, a Fennia spakowała wszyst- 

ko co, mogło się przydać Lucie w ciągu najbliŜszej doby. 

Następnie wręczyła mu torbę i wzięła przenośny fotelik ze 

ś

piącą dziewczynką, nie pozwalając się w tym wyręczyć Ur- 

quartowi. 

Bardzo  eleganckie  miejsce,  pomyślała,  gdy  zajechali 

pod jego dom. Tym razem pozwoliła mu nieść śpiącą małą, 
jako  Ŝe  od  garaŜu  do  wejścia  było  kilkanaście  metrów. 
Wreszcie weszli do luksusowego apartamentu na ostatnim 

piętrze. 

-

 

Czy  ma  pan  stałą  pomoc  domową?  -  spytała  Fennia. 

gdyŜ wszędzie panował nieskazitelny porządek. 

-

 

Panią Swann, od poniedziałku do piątku. Zostaje pani 

na noc, rzecz jasna? 

Fennia  nie  miała  tego  w  planie,  lecz  poniewaŜ  i  tak  juŜ 

przegrała  bitwę,  przewoŜąc  tu  małą,  więc  dalszy  opór  nic 
miał sensu. Jedyne, co jej pozostało, to nie spuszczać Lucie 

background image

12

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ  KOBIECA

 

13

 

 

z oka. Mogła wprawdzie zabrać ją do cioci Delii, przyrodniej 
siostry mamy, ale nie wydawało jej się to dobrym pomysłem. 
Ciocia miała juŜ swoje lata, a ten mały diabełek, Lucie, po-
trafił niejednemu zajść za skórę... Astra? TeŜ nie, bo potrze-
bowała spokoju, by pracować. MoŜe więc mama? Tę moŜli-
wość wykluczyła najszybciej. Po pierwsze nie znosiła dzieci 
i zaszła  w  ciąŜę tylko dlatego, by  nie być  gorszą od  swoich 
sióstr,  a  po  drugie  Fennia  i  jej  matka  od  dawna  przestały 
nawet ze sobą rozmawiać. 

ZauwaŜyła,  Ŝe  Jegar  Urquart  uwaŜnie  się  jej  przygląda. 

Zaproponował,  by  została  na  noc,  bo  oczywiście  nie  miał 
zielonego  pojęcia,  jak  naleŜy  opiekować  się  dziećmi.  W 
gruncie rzeczy Fennia po prostu spadła mu z nieba. 

-

 

PokaŜę pani sypialnie - zarządził Jegar. - A swoją dro-

gą, ma pani jakieś imię? 

-

 

Fennia  Massey  -  odparła  i  pomaszerowała  za  nim. 

Pierwsza z sypialni miała dwa łóŜka. - Ta będzie w sam raz 
- zadecydowała, spoglądając na niego spod oka. 

-

 

Nadal mi pani nie ufa, prawda? - zapytał. 

Ku  swemu  zdumieniu  uświadomiła  sobie  jednak,  Ŝe  jest 

akurat odwrotnie. 

-

 

Nie, skądŜe - odparła szczerze. - Chodzi o to, Ŝe gdy-

by  Lucie  w  nocy się obudziła, bardzo by się przestraszyła, 
nie widząc przy sobie znajomej twarzy. 

-

 

Jest pani bystra - skomentował z uśmiechem. 

-

 

Nie Ŝyczę sobie osobistych uwag, panie Urąuart - od-

paliła z miejsca 

-

 

Nastroszyła się pani jak kotka, lecz zapewniam panią, 

Ŝ

e nic jej nie grozi. MoŜe pani schować pazurki. 

-

 

Nie uwaŜa pan, Ŝe jest w tej chwili parę waŜniejszych 

spraw  do  zrobienia?  Proszę  sobie  darować  te  puste  poga-

wędki. 

-

 

Wracam do szpitala - odparł powaŜnie, a po uśmiechu 

nie zostało nawet śladu. - Potrzebne pani jedzenie dla dziec-
ka? Czy mam coś kupić? 

-

 

Mała zjadła kolację w Ŝłobku. 

Pokazał  jej,  gdzie  jest  czysta  pościel,  i  wyszedł.  Fennia 

odetchnęła z ulgą. 

Dochodziła  dziewiąta.  Lucie  spała  smacznie  w  łóŜku 

przytulona do swego ukochanego misia. Fennia zrobiła sobie 
herbatę t postanowiła zadzwonić do Kate. 

-  Mogło  być  gorzej  -  wyjaśniła  Kate.  -  Jonathan  złamał 

wprawdzie obojczyk, ale to wszystko. Miał duŜo szczęścia, 
Ie nie stracił zębów - dodała z ulgą. - A co u ciebie? Miałaś 
jakieś problemy po moim wyjściu? 

-

 

Rodzice Lucie Todd mieli wypadek. Przyjechał po nią 

jej stryj czy wuj... 

-

 

Jegar Urąuart? - W głosie Kate słychać było podekscy-

towanie. 

-

 

Tak,  właśnie  u  niego jestem.  Pojechał  z powrotem  do 

szpitala, więc... 

-

 

...zostałaś  w  roli  opiekunki  do  dziecka.  To  bardzo 

uprzejme z twojej strony. - Kate była pełna uznania, dlatego 
teŜ Fennia nie przyznała się, Ŝe zachowała się wobec Jegara 
Urquarta  cokolwiek  obcesowo.  -  A  co  z  Mariannę  i  Harle-
yem? Wszystko w porządku? 

Fennia przekazała jej wszystkie informacje, choć nie było 

tego wiele, a następnie zadzwoniła do kuzynki, Ŝeby powie-
dzieć, co się stało i Ŝe nie wróci na noc. 

- Przyjadę i przywiozę ci coś do spania - zaproponowała 

background image

JESSICA STEELE

 

natychmiast Astra, ale Fennia, wiedząc, jak bardzo jest 

zajęta, nie chciała jej fatygować. 

-

 

Jegar Urquart ma szafę pełną koszul, więc w jednej się 

prześpię, a drugą  włoŜę do pracy. Wepchnę ją w spodnie i 
będzie dobrze. 

-

 

Skoro jesteś pewna, Ŝe dasz sobie radę... 

-

 

A dlaczego miałabym sobie nie dać? 

Po tej rozmowie Fennia spenetrowała lodówkę i przygo-

towała  sobie  kanapki. Po namyśle zrobiła ich trochę  więcej, 
przewidując, Ŝe Jegar Urquart pewnie teŜ nie jadł tego dnia 
obiadu. 

Po  kolacji  sprawdziła,  czy  Lucie  dobrze  śpi,  po  czym 

weszła  do  sąsiadującej  z  sypialnią  łazienki,  gdzie  znalazła 
ręcznik, szczoteczkę do zębów i pastę. By jednak nie budzić 
dziecka  odgłosami  kąpieli,  postanowiła  skorzystać  z  drugiej 
łazienki, przylegającej do innej sypialni. Przeprała bieliznę 
i wskoczyła pod prysznic. 

W głowie kłębiły jej się róŜne myśli. Wychodząc dziś rano 

z mieszkania Astry, postanowiła, Ŝe jeszcze raz wybierze się 
do matki i spróbuje naprawić zepsute stosunki. A niech tam, 
do  trzech  razy  sztuka!  -  pomyślała.  Czwartej  próby  nie  bę-
dzie,  przynajmniej  na  razie...  Jednak  wydarzenia  związane 
z małą Lucie pokrzyŜowały te plany. 

AŜ do BoŜego Narodzenia Fennia mieszkała z matką, jed-

nak wszystko runęło w gruzach, gdy pojawił się Bruce Per-
cival,  wdowiec  po  jednej  Ŝonie,  a  rozwodnik  po  drugiej, 
obecnie przyjaciel mamy. Wzdrygnęła się z obrzydzenia na 
wspomnienie,  jak  ten  odraŜający  typ  obłapił  ją  spoconymi 
rękoma i na siłę próbował pocałować, a gdy nagle wkroczyła 
matka, natychmiast ochłonął i całą winę zrzucił na Fennię, 

NASZA BROŃ  KOBIECA

 

15

 

która jakoby miała się na niego rzucić w wiadomych zamia-

rach! Wstrętny typ! 

- Portio, czy naprawdę muszę być na to naraŜony? Twoja 
córka ma cokolwiek dziwne obyczaje. Nagle zebrało jej się 
na amory z narzeczonym własnej matki! 

Fennia  była  przekonana,  Ŝe  jej  matka  nie  da  wiary  pomó-
wieniom przyjaciela, i nawet nie zamierzała się bronić, tylko 
z niesmakiem patrzyła na miotającego się facecika. Niestety, 
ku jej przeraŜeniu, Portia Cavendish potraktowała ją jak wy-
ną  ladacznicę,  dybiącą  na  wspaniałego  Bruce'a,  i  kazała  jej 
natychmiast  wynosić  się  z  domu.  Duma  nie  pozwoliła 
Fennii  podjąć  dyskusji  na  ten  temat,  i  to  w  obecności  tego 
odraŜającego typka, wiec zabrała najpotrzebniejsze rzeczy i 
pojechała  na  noc  do  cioci  Delii,  a  następnego  dnia  wprowa-
dziła się do Astry. 

Nie mając ochoty juŜ dłuŜej roztrząsać tej okropnej histo-

rii. Fennia skupiła się na dzisiejszych wydarzeniach... i nagle 
uświadomiła sobie, Ŝe myśli o Jegarze Urquarcie. Musiał się 
bardzo przejąć bratem i bratową, pomyślała, i zrobiło się jej 
go szkoda. śeby tylko wieści ze szpitala były pomyślne... 

Był  bardzo  przystojny  i...  O  czym  ja  myślę?!  -  skarciła 

się i uciekła w bezpieczniejsze, czyli rodzinne rejony. Wró-
ciła myślami do Astry i Yancie. 

Yancie,  Astra  i  Fennia. Trzy  kuzynki  i  równolatki zara-

zem.  Urodziły  się  nawet  w  tym  samym  miesiącu!  Córki 
trzech sióstr, poczęte i urodzone chyba dla kobiecej próŜno-

ś

ci, bo dla miłości z całą pewnością nie. 

Gdy tylko nieco podrosły, natychmiast zostały wysłane do 

szkoły z internatem. Dorastały razem i kochały się jak sio-
stry. Gdy jedna z nich doznała krzywdy, cierpiały wszystkie. 

14

 

background image

16

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

17

 

 

Wzajemnie  wynagradzały  sobie  brak  rodzicielskich  uczuć, 
bo  ich  matki...  no  cóŜ...  miały  kompletnego  bzika  na  pun-
kcie  pieniędzy  i  męŜczyzn.  Wprawdzie  szanowne  matrony 
zwały  to  szlachetną  zapobiegliwością  i  nowoczesną  bez-
pruderyjnością,  lecz  ich  córki  szybko  zdefiniowały  to  jako 
chciwość i rozwiązłość. 

Dziewczęta,  przeraŜone  tymi  wzorcami,  gdy  skończyły 

czternaście  lat,  złoŜyły  uroczyste  śluby  czystości.  Nigdy, 
przenigdy  tkwiąca  w  ich  genach  trucizna  lubieŜności  nie 
obudzi się, a swoje dziewictwo kaŜda z nich złoŜy w darze 
tylko temu jedynemu, właściwemu męŜczyźnie. 

Fennia, co warto podkreślić, z dochowaniem tych ślubów 

nigdy nie miała problemów i w jakiś szczególny sposób swe-
go  wianka  strzec  nie  musiała.  Wprawdzie  była  na  kilku, 
nazwijmy to, eksperymentalnych randkach, a takŜe parę razy 
zdarzało się jej przyjąć zaproszenie na bardzo śmiałe imprezy 
towarzyskie, to nigdy nie poczuła najmniejszej potrzeby, by 
przekroczyć  pewne  granice.  Całym  swym  jestestwem  prze-
czyła  wszelkiemu  promiskuityzmowi*.  Była  beznadziejnie 
wstrzemięźliwa i śmiesznie wybredna w wyborze partnerów, 
co czyniło wielce prawdopodobnym, iŜ na zawsze pozostanie 
samotna. I. o dziwo, wcale nie cierpiała z tego powodu. Me-
sko-damskie wyczyny jej matki oraz ciotek Ursuli i Imogen 
sprawiły,  Ŝe  zupełnie  nie  interesowały  ją  związki  z  męŜczy-
znami. 

Inna sprawa, Ŝe Yancie powiedziała niedawno, iŜ w ogóle 

nie warto zastanawiać się nad takimi sprawami. 

- Bo gdy się zakochacie - mówiła - ale tak naprawdę 

* Promiskuityzm - bezładne, przypadkowe stosunki płciowe (przyp. red).

 

 

akochacie, to nawet do głowy wam nie przyjdzie, Ŝeby 
zachowywać  się  jak  nasze  matki.  Odkryjecie  nagle  - 
przekonywała  -  Ŝe  chcecie,  by  trzymał  was  w 
ramionach ten jeden, jedyny i nikt inny. 

Znów przypomniał jej się Jegar Urquart. Jednak nie zdziwi to 
jej  to,  Ŝe  o  nim  pomyślała.  Wypadek  rodziców  Lucie, 
poznanie  Jegara  Urquarta,  wraŜenie,  jakie  na  niej  wywarł, 
robiąc tak wiele dla zapewnienia bezpieczeństwa swojej bra-
tanicy,  wreszcie  sam  pobyt  w  jego  domu,  wszystko  to  wy-
kraczało  poza  rutynowy  bieg  zwyczajnych  wydarzeń. 
Wyszła  spod  prysznica  i  wytarła  się.  Jej  myśli  znów  po-
wędrowały w stronę matki. Wydawało jej się, Ŝe w zeszłym 
tygodniu, na weselu Yancie, coś się zmieniło w jej stosunku 
do  niej.  Wszystko  wskazywało  na  to,  Ŝe  związek  z  tym  dra-
niem Bruce'em Percivalem naleŜał juŜ do przeszłości, a jego 
miejsce zajął niejaki Joseph Price. 

Bardzo  jej  zaleŜało,  Ŝeby  Yancie  mogła  w  pełni  cieszyć 

się  tym  szczególnym  dniem,  by  najmniejszy  szczegół  nie 
zakłócił podniosłej, zarazem radosnej atmosfery. W związku z 
tym  Fennia  postanowiła,  Ŝe  odpowie  na  kaŜdy,  choćby 
najmniejszy  uśmiech  matki,  skierowany  w  jej  .stronę.  Ku  jej 
radości  Portia  Cavendish  sama  pozdrowiła  córkę,  a  nawet 
wyraziła  podziw  dla  klasycznego  piękna  jej  szkarłatnej  su-
kienki  druhny.  Fennia  odnotowała  ten  fakt  w  pamięci, 
później  jednak,  podobnie  zresztą  jak  druga  z  druhen,  Astra, 
zbyt była zaaferowana całym wydarzeniem, by zwracać uwagę 
na kogokolwiek prócz Yancie i jej ukochanego, Thomsona. 

Rozmarzona  westchnęła  na  wspomnienie  tego  szczegól-

nego spojrzenia, jakim Thomson omiatał swoją Yancie. Fen- 

z

background image

 

JESSICA STEELE

 

nia  była  pewna,  Ŝe  jej  kuzynka  będzie  szczęśliwa  z  tym 

męŜczyzną.  Bez  wątpienia  Thomson  kochał  Yancie  równie 
mocno, jak Yancie kochała jego. 

Zdała  sobie  sprawę,  Ŝe  jest  bardzo  zmęczona.  Powinna 

jak najprędzej się połoŜyć, by następnego dnia być w pełni 
sił.  Coś  jej  bowiem  mówiło,  Ŝe  Lucie  zbudzi  się  bardzo 
wcześnie. 

PoniewaŜ nadal nie miała w czym spać, więc owinęła się 

ręcznikiem  i  wyszła  z  łazienki.  Przechodząc  obok  sypialni, 
wsunęła głowę do środka. Mała spała spokojnie, toteŜ bez-
szelestnie poszła w stronę garderoby. ZauwaŜyła, Ŝe w kuch-
ni pali się światło, choć była pewna, Ŝe je zgasiła. No cóŜ, 
jak widać, jednak nie zrobiła tego. 

Przechyliła  się  przez  próg  kuchni  i  wyciągnęła  rękę,  by 

wymacać  kontakt,  poniewaŜ  jednak  nie  mogła  go  znaleźć, 
weszła do środka. Jej nagiemu ramieniu, a polem wyłaniają-
cej się zza drzwi reszcie, przyglądała się para niebieskosza-
rych oczu. 

-  O! - krzyknęła piskliwie, po czym spurpurowiała. 
Jegar  Urquart  przyglądał  jej  się  ze  szczerym  zaciekawie-

niem,  i  tylko  on  sam  mógłby  powiedzieć,  co  było  bardziej 
interesujące: jej rumieniec, szczupłe ramiona, czy moŜe dłu-
gie, zgrabne nogi, dotąd starannie przykryte spodniami. 

-

 

Nie...  nie  słyszałam,  jak  pan  wchodził  -  wyjąkała 

zmieszana Fennia. 

-

 

Słysząc, Ŝe mała śpi, starałem się zachowywać jak naj-

ciszej - odparł. 

-

 

To bardzo miło z pana strony. - Fennia próbowała wy-

paść moŜliwie najbardziej oficjalnie, marząc tylko o tym, by 
czmychnąć stąd jak najprędzej. 

NASZA BROŃ  KOBIECA

 

19

 

-  A mnie było bardzo miło, gdy znalazłem zrobione przez 

pumą kanapki. - Jego oczy się śmiały. 

Wzruszyła ramionami. Ręcznik był na swoim miejscu, 
mimo to na wszelki wypadek przycisnęła go mocniej nagim 
ramieniem. - A co z państwem Todd? - Nim stąd wyjdzie, 
powinna 

zadać to pytanie. -  Gdy zjawiłem się w szpitalu, Harveya 
właśnie wieziono na operację. Odzyskał przytomność i od 
razu pytał o Ŝonę. -  Widział pan ją? 

-  Tak. Nic jeszcze nie wiadomo na pewno, ale lekarze 
podejrzewają powaŜny uraz kręgosłupa. -  Biedna Mariannę 
- szepnęła Fennia. -  A tu wszystko w porządku? - zapytał 
Jegar. 

-  Wszystko gra - zapewniła. 

Wobec  tragedii,  jaka  spotkała  rodziców  Lucie,  fakt,  Ŝe 

stała  półnaga  przed  obcym  męŜczyzną,  nagle  stracił  za 
znaczeniu. 

-

 

Sprawdzała mnie pani? 

-

 

PrzecieŜ zaufałam panu! - zaprotestowała, cała w pur-

purze. 

-    To  do  kogo  pani  dzwoniła?  -  drąŜył,  najwyraźniej 

przekonany, Ŝe gdy w grę wchodziło dobro dziecka, Fennia 
za-chowa wszystkie środki ostroŜności. 

-  Proszę  pana,  wcześniej  nie  mogłam  sprawdzić,  czy  fa 

ktycznie jest pan tym, za kogo się podaje, dlatego Ŝe Kate, 

szefowa Ŝłobka, musiała wcześniej wyjść. Zadzwonili ze 

szkoły, Ŝe Jonathan, jej syn, miał wypadek w czasie meczu. 
A  ja  nie  mogłam  dostać  się  do  gabinetu...  -  Wiedziała,  Ŝe 
plecie głupoty, znów jednak dotarło do niej, jak skąpo jest 

18

 

background image

20

 

JESSICA STEELE

 

 

odziana.  -  Więc  zadzwoniłam  do  niej,  to  znaczy...  jak  pan 
wyszedł, to zadzwoniłam, Ŝeby zapytać, czy z Jo... Jonatha-
nem... 

-

 

I co z nim? - zapytał łagodnie. 

-

 

Ma złamany obojczyk, poza tym wszystko w porządku. 

W kaŜdym razie kiedy powiedziałam Kate, Ŝe państwo Todd 
mieli  wypadek  i  Ŝe  przyjechał  po  nią  wujek,  a  raczej  stry-
jek... to Kate sama wymieniła pańskie nazwisko. Więc cho-
ciaŜ rzeczywiście nie ma pana na liście osób uprawnionych 
do odbierania Lucie, to Mariannę albo Harvey musieli kiedyś 
o panu wspomnieć. 

-

 

Fennio, nie musi się pani tak strasznie przy mnie dener-

wować - oświadczył, gdy wreszcie skończyła tę swoją papla-
ninę. 

-

 

Jestem  panu  wdzięczna  za  wyrozumiałość.  Idę  spać. 

Dobranoc - powiedziała i wyszła z kuchni. 

Była wściekła. Dobre sobie! ,3idulko, nie musisz się tak 

strasznie  denerwować"  -  przedrzeźniała  go  w  myślach. 
Szkoda,  Ŝe  nie  dodał:  „Maleńka,  moŜesz  sobie  paradować 
nawet nago, i tak nie zwróciłbym na to najmniejszej uwagi". 

Fennia weszła do garderoby i zdjęła z wieszaka najlepszą, 

jak jej się wydawało, z koszul. Była juŜ w łóŜku, wciąŜ po-
irytowana i zła, gdy nagle przyszło otrzeźwienie. O czym, na 
miłość boską, ona myśli?! PrzecieŜ gdyby się komuś z tego 
zwierzyła,  kaŜdy,  dosłownie  kaŜdy,  powiedziałby,  Ŝe  zaleŜy 
jej na tym, by się podobać Jegarowi. CzyŜ to nie jest po prostu 

ś

mieszne? 

ROZDZIAŁ  DRUGI

 

Tak jak przypuszczała, Lucie obudziła się, gdy tylko zro-się 
jasno. Był piękny, majowy dzień, lecz dla Fennii zaczął się 
zbyt wcześnie, by mogła docenić jego urodę. 

-  Mamo!  -  krzyknęło  niezadowolone  dziecko  i  Fennia 

juŜ była w pełni obudzona. Jednak Lucie nie było ani w łóŜ 
ku, ani w pokoju. 

Znalazła ją w salonie i od razu wzięła na ręce. 

-  Dzień  dobry,  jak  się  masz  kochanie?  -  Ucałowała 

dziewczynkę w główkę. 

Hałas  w  sąsiednim  pokoju  sprawił,  Ŝe  obie  postanowiły 

do niego zajrzeć. Na jego środku stał pan domu, w koszuli i 
skarpetkach,  za  to  bez  spodni.  Widok  jego  silnych  nóg 
przypomniał Fennii, Ŝe koszula, którą ma na sobie, zakrywa 
niewiele  więcej  i  poczuła  się  bardzo  nieswojo.  W  dodatku 
w  pewnym  momencie,  gdy  musiała  się  schylić  do  Lucie, 
koszula  powędrowała  do  góry,  co  nie  uszło  czujnej  uwagi 
Jegara.  Natychmiast  jednak  z  lekka  dziki,  pierwotny  błysk 
oka  przesłonił  spokojnym,  nobliwym  spojrzeniem,  dając 
Fennii do zrozumienia, Ŝe nie musi wpadać w panikę. 

-

 

Jest... - rozpoczął, ale Lucie w tej samej chwili wrzas-

nęła: 

-

 

Socek! 

background image

22

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

23

 

 

-

 

Proszę!  -  Fennia  bez  dodatkowych  wyjaśnień  podała 

zdumionemu Jegarowi bratanicę. 

-

 

Ale... ale  -  zaczął  się bezradnie jąkać. Wyglądał teraz 

tak komicznie, Ŝe Fennia od razu poczuta się lepiej. 

-

 

Pańska bratanica domaga się soku. 

-

 

Nie wiem, czy jest w lodówce. A nie moŜe być mleko? 

-

 

Socek! - Lucie stanowczo ponowiła Ŝądanie. 

Jegar,  całkiem  zbity  z  pantałyku,  podjął  jednak  błyska-

wiczne działanie. Oddał dziecko piastunce, po czym pobiegł 
do kuchni. Fennia poszła za nim. Ku ich wielkiemu zadowo-
leniu, w lodówce był jeszcze kartonik soku. 

Lucie odzyskała dobry humor, gdy tylko zobaczyła, Ŝe do 

kubka nalewają jej „socku". Fennia posadziła ją na kuchen-
nym stole, co  małej bardzo przypadło do gustu. Jegar  miał 
mniej zadowoloną minę, być moŜe dlatego, Ŝe Fennia popro-
siła  go  o  zostanie  z  małą,  jako  Ŝe  sama  postanowiła  wziąć 
prysznic. 

-  Fennia!  -  zawołał  za  nią,  ale  zignorowała  jego  pełen 

rozpaczy krzyk. 

Wzięła jednak najszybszy prysznic w Ŝyciu. Prócz szmin-

ki i pudru nie miała ze sobą Ŝadnych kosmetyków, ale nawet 
i tych nie uŜyła, zresztą jej zdrowa, gładka skóra tak napra-
wdę nie potrzebowała tego rodzaju wsparcia. 

Zwykle o tej porze czuła się świetnie, naładowana energią 

i  ciekawa  nowego  pracowitego  dnia,  teraz jednak  było  ina-
czej.  W  ciągu  zaledwie  paru  godzin  obcy  facet  dwukrotnie 
widział ją ledwie co odzianą, i choć sam specjalnie się tym 
nie przejmował, ona nie czuta się z tym dobrze. Na szczęście 
zaraz poŜegna się z Jegarem  Urquartem i  więcej juŜ go nie 
ujrzy. 

Popędziła do kuchni. 

-  Jestem,  zanim  zaczęło  panu  mnie  brakować  -  powie-

działa Ŝartem. Widać było, Ŝe poczuł ulgę, a zarazem uwaŜ-
nie przyjrzał się strojowi Fennii. - Mam nadzieję, Ŝe nie jest 
to pana ukochana koszula - dodała roześmiana. 

Jegar bez słowa wyszedł z kuchni i poszedł do łazienki. 

Fennia wykąpała i ubrała Lucie, a potem wróciła z nią do 

kuchni, Ŝeby przyrządzić dla małej kaszkę. 

Gdy Lucie ponownie zapytała o mamę, wyjaśniła jej, Ŝe 

oboje rodzice są teraz chorzy, ale znajdują się pod dobrą opieką I 
niedługo będzie mogła się z nimi zobaczyć. W trakcie tej roz-
mowy  w  kuchni zjawił się Jegar. Był  w garniturze i z teczką. 
Wyglądało na to, Ŝe ma zamiar wyjść z domu bez śniadania 

- Dzwoniłem do szpitala - oznajmił. - Niedługo będę 

mógł się z nimi zobaczyć. - Najwyraźniej w trosce o 
spokój 

małej celowo nie uŜył imion brata i bratowej. 

-  Proszę im powiedzieć, Ŝe z Lucie wszystko w porządku 

- odparła. - Sądzę, Ŝe warto by było pomyśleć o niani. 
Oczy- 

wiście dzisiaj zawiozę ją do Ŝłobka, ale... Jegar 

zmarszczył czoło i spojrzał na zegarek, po czym zniknął 
na chwilę, by zaraz znów się pojawić z kompletem kluczy 
w ręku. 

-  Czy mógłbym prosić, Ŝeby dziś takŜe przywiozła pani 

Lucie ze Ŝłobka do domu? 

W  pierwszym  odruchu  chciała  odmówić,  bo  instynkt  jej 

podpowiadał,  Ŝe  przy  tym  męŜczyźnie  powinna  być czujna, 
poniewaŜ on moŜe ją zranić. 

  Ale tam, do licha! - ofuknęła się. Zachowuję się jak na-

stoletnia idiotka. Spędziłam z nim pod jednym dachem noc, 
widział mnie prawie nagą, i nic się nie stało! 

background image

24

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

25

 

 

Tyle  tylko,  Ŝe  w  tej  sytuacji  nie  poŜegna  się  z  nim  na 

zawsze... 

-  Oczywiście,  nie  ma  problemu  -  odparła  z  uśmiechem, 

ignorując rozpaczliwy krzyk instynktu. Musi pomóc Jegaro-
wi, i tak miał dość kłopotów z bratem i bratową. 

W Ŝłobku wszystko toczyło się normalnym trybem i pod-

czas leŜakowania Fennia wyrwała się po zakupy. Poza tym, 
co niezbędne, nabyła teŜ zabawki i ulubione łakocie Lucie, 
by  osłodzić  jej  rozłąkę  z  rodzicami.  Fennia  układała  teŜ  w 
głowie  listę  wskazówek,  które  przekaŜe  niani,  bo  dziew-
czynka  nie  była  łatwym  dzieckiem  i  by  uniknąć  kłopotów, 
naleŜało z nią umiejętnie postępować. 

Gdy wieczorem zajeŜdŜała pod dom Jegara Urąuarta, dziew-

czynka spała juŜ na dobre. Fennia zaniosła fotelik z małą do 
windy i wjechała na ostatnie piętro. Przed drzwiami apartamentu 
zawahała się chwilę, nim nacisnęła dzwonek. Nikt nie otwierał, 
a  więc  niani  nie  było  w  domu.  Chcąc  nie  chcąc  wyjęła  z 
torebki klucze, które Jegar dał jej tego dnia rano. 

Wolała, by niania zdąŜyła wieczorem zapoznać się z Lu-

cie, niestety dziewczynka była tak zmęczona, Ŝe Fennia mu-
siała połoŜyć ją spać. 

Pozostało jej tylko czekać. Przejrzała tytuły ksiąŜek, po-

rozglądała się po domu, a przede wszystkim się nudziła. Czu-
ła  się  w  tym  mieszkaniu  obco  i  nie  na  miejscu.  Nie  zaczęła 
nawet nic czytać, bo w kaŜdej chwili mógł zjawić się gospo-
darz lub niania. 

Wreszcie uznała, Ŝe powinna coś zjeść, i gdy zaczęła robić 

kanapki,  spostrzegła,  Ŝe  mimowolnie  szykuje  kolację  dla 
dwóch  osób.  Robiła  właśnie  czwartą  kanapkę  z  pastą  łoso-
siową, gdy zjawił się Jegar. 

- Jadłeś coś? - spytała od razu. Wszysdco inne mogło 

w tej chwili poczekać. 

-  Chyba nie - odparł po chwili zastanowienia. -  To idź 
umyć ręce - poinstruowała go, na co on radośnie się 
uśmiechnął. - To znaczy... zrobiłam kilka kanapek, wiec 
jeśli chcesz... - poprawiła się zakłopotana, a potem prawie 
wybuchła śmiechem. Reakcja Jegara pokazała jej, Ŝe popeł-
niła nie tyle gafę, co drobną śmiesznostkę, wynikłą z częste-
go obcowania z dziećmi, a poza tym jego beztroski uśmiech 
natychmiast zmył z jego twarzy zmęczenie. Jegar 
posłusznie umył ręce w kuchni, ona zaś postawiła na stole 
talerzyki i kubki, a potem zasiadła za stołem. -  Jak się czują 
Harvey i Mariannę? - zapytała. 

-  Od  wczoraj  jest  wielka  poprawa.  Wszystko  wskazuje 
na  to,  ze  operacja  Harveya  się  udała,  niemniej  oboje 
czeka 
długa  droga,  zanim  wrócą  do  zdrowia.  NajwaŜniejsze 
jednak, 

Ŝ

e zagroŜenie Ŝycia minęło. 

   Jasne. A czy Mariannę odzyskała świadomość? -  Tak, 
rozmawiałem równieŜ z nią. Bardzo martwią się o Lucie, 
ale Mariannę zupełnie się uspokoiła, gdy jej powie-
działem, Ŝe to ty się nią zajmujesz. Wygląda na to, Ŝe 

mała w domu bez przerwy o tobie opowiadała, chociaŜ 
zrozumie-nie jej języka przekracza moje moŜliwości. 

-  Nie wymiguj się, tylko szybko naucz się dziecięcej 

mowy. 

- Jasne, bo nieprędko wypuszczą ich ze szpitala. To moŜe 

być kwestia nawet dwóch miesięcy. 

-

 

AŜ tak długo? - Dopiero teraz zaczynała rozumieć, jak 

powaŜnych musieli doznać obraŜeń. 

-

 

Mariannę najpierw zostanie przeniesiona na oddział. 

background image

 

26

 

JESSICA

 

STEELE

 

w którym zajmują się leczeniem urazów kręgosłupa, a potem 
czekają długa rehabilitacja, natomiast Harvey będzie musiał 
przejść jeszcze kilka operacji. 

-  Jegar, tak mi przykro! 

Uśmiechnął  się  do  niej  z  wdzięcznością.  Jej  serdeczne, 

ciepłe współczucie było mu bardzo potrzebne. 

-

 

W kaŜdym razie najwaŜniejsze, Ŝe lekarze przestali się 

martwić o ich Ŝycie. 

-

 

Tak, to prawda. 

-

 

Musimy  zrobić  wszystko,  Ŝeby  pomóc  im  wrócić  do 

zdrowia - oświadczył. 

Nie bardzo rozumiała tę liczbę mnogą. „Musimy"? 

-

 

Więc  nie  zatrudniłeś  niani?  -  spytała  oskarŜycielskim 

tonem. 

-

 

Jesteś zbyt inteligentna i przenikliwa, Ŝeby całe Ŝycie 

niańczyć cudze dzieci - powiedział ze śmiechem. 

-

 

Uprzejmości  zostaw  na  później.  Znalazłeś  nianię  czy 

nie? 

-

 

Próbowałem... 

-

 

Ale nie znalazłeś? 

-

 

Nie złość się - poprosił najbardziej czarującym głosem, 

na jaki go było stać. Nie pomagało. 

-

 

Nie  złoszczę  się  -  odparła  juŜ  całkiem  spokojnie,  po 

czym  dokończyła  kanapkę.  Następnie  wstała  od  stołu  i 
oświadczyła: - Po prostu jadę do domu. 

-

 

Fennio  -  poprosił  miękko.  -  Nie  utrudniaj  dodatkowo 

sytuacji, naprawdę robię, co w mojej mocy... 

-

 

Więc słucham. 

-

 

Naprawdę chciałem przyjąć nianię, ale potem pojecha-

łem do szpitala i Mariannę poczuła tak wielką ulgę, gdy 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

dowiedziała się, Ŝe to ty zajmujesz się małą... Bez 

przerwy powtarzała, Ŝe Lucie czuje się przy tobie dobrze i 

co by to byłogdyby nagle znalazła się pośród obcych ludzi. 

Zastanawialiśmy się... - Przerwał i spojrzał na Fennię. - 

OtóŜ zastanawialiśmy się, czy zgodziłabyś się przyjąć taką 
pracę - zakończył z pełną powagą. -  Ale ja juŜ mam pracę! 

-  Wiem, wiem, ale Lucie przepada za tobą i czuje się przy 
tobie bezpiecznie. Wystarczająco mocno przeŜywa nieobec-
ność rodziców, a teraz ty jeszcze chcesz zniknąć. 

Co robić? Co robić? - zastanawiała się gorączkowo. Tak 
bardzo chciała pomóc w tej sytuacji... Jednak coś ją po-
wstrzymywało, czegoś się bała... tylko czego, na miłość bo-
tka! PrzecieŜ nie odpowiedzialności za małe dziecko, bo 
akurat w tym była bardzo dobra... więc? -  A czy nie ma 
kogoś, kto mógłby się zająć małą? MoŜe jakaś krewna? 
Mariannę musi mieć... Mariannę nie ma nikogo. 

-  A moŜe twoja matka? 

-    Mieszka  za  granicą  z  moim  ojczymem,  no  i  ma 

kłopoty ze zdrowiem. 

Fennia  czuła,  Ŝe  trudno  jej  będzie  odmówić,  zresztą  nie 

wiedziała, dlaczego nie miałaby się tego podjąć. 

Postanowiła jednak uściślić pewne sprawy. 

-  A więc uwaŜasz, Ŝe powinnam tu zostawać na noc? 
- przerwała milczenie. - Czyli, inaczej mówiąc, 
zamieszkać 

z tobą? 

-

 

Wiele kobiet dałoby  wszystko za taką szansę - odparł 

tonem triumfującego Cezara. 

-

 

CóŜ za skromność - skomentowała z gryzącą ironią. 

27

 

background image

28

 

JESS1CA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

29

 

 

- Ale wracając do tematu, wspomniałeś o kilku miesiącach' 
Miałabym tu spędzać noce... 

-

 

Tak byłoby najwygodniej, bo inaczej miałabyś dodat 

kowy kłopot. 

-

 

Pozwoliłbyś, Ŝebym wzięła małą i się wyniosła? - spy-

tała, choć znała juŜ odpowiedź. Jegar. choć z bratem konta-
ktował się głównie telefonicznie, jak to sam wyznał, kochał 
i czuł się odpowiedzialny za swoich najbliŜszych. 

-

 

W Ŝadnym wypadku! Teraz tu jest dom Lucie. Po prostu 

wieczorami byś  wychodziła, a rankami  wracała, zaś  w razie 
nocnych kłopotów z małą wzywałbym ciebie. Byłoby to bar-
dzo uciąŜliwe, nie sądzisz? 

-

 

Masz rację - przyznała Fennia i poczuła, Ŝe zaczyna go 

lubić. - Mieszkam z kuzynką, to nieprawdopodobny mozgo-
wiec... 

-

 

Jest neurochirurgiem? 

-

 

Jesteś niemoŜliwy - roześmiała się. 

-

 

Wszystkie mi to mówią - odparł. 

Fennia  przyjrzała  się  jego  ustom.  Pięknie  zarysowane, 

unosiły się nieco w kącikach, gdy się uśmiechał. 

-

 

A  więc  tak...  -  zaczęła.  -  Mam  pracę,  którą  kocham  i 

której nie zamierzam rzucić... 

-

 

Wiec? 

-

 

Więc  codziennie,  od  poniedziałku  do  piątku,  będę 

zabierała Lucie do Ŝłobka. Po pracy będziemy tu wracać, w 
weekendy  takŜe  będę  tu  nocować.  Oczywiście  mała  będzie 
wymyta, nakarmiona i dopieszczona. Ty będziesz zastępował 
jej ojca. Masz jakieś pytania? 

Rozbawił  go  jej  dyrektorski  ton,  więc  zareagował 

uśmie-szkiem, lecz Fennia w ogóle się tym nie przejęła. 

 

-

 

Zapowiada się niezła zabawa - stwierdził. 

-

 

Będziesz  się  musiał  sporo  nauczyć  -  powiedziała,  i 

zaraz dotarła do niej dwuznaczność jego odpowiedzi. -I nie 

Ŝ

yczę sobie Ŝadnych flirtów - dodała niepewnym 

głosem. czując, Ŝe znów powiedziała coś głupiego. Prze-

cieŜ dopiero co sama uznała, Ŝe pod tym dachem nic jej nie 
grozi! Mocno się zaczerwieniła i miała ochotę zapaść się 
pod ziemię. 

-  Nie  ma  obawy,  Fennio.  Szczerze  mówiąc,  nie  jesteś 

w moim typie. 

Do zobaczenia. - Wstała, mocno zirytowana jego pew- 

nością siebie. Do diabła z nim! - Wcale nie chcę być w two 
im typie. 

-

 

Dokąd się wybierasz? - Jegar zerwał się na równe nogi. 

-

 

PrzecieŜ  nie  mogę  wciąŜ  paradować  w  twoich  koszu-

lach. Jadę do domu po moje rzeczy. 

-

 

Zostawiasz mnie z Lucie? - spytał ze strachem, co Fen-

nii od razu polepszyło nastrój. - A jeśli się obudzi? 

-

 

Będzie chciała siusiu albo soku. Poradzisz sobie, jesteś 

juŜ duŜym chłopcem - rzuciła ze śmiechem. 

-

 

Szybko  wrócisz? - zapytał  gorączkowo. Wyglądał  na-

prawdę komicznie. Potentat, który na co dzień obracał milio-
namii. w obecności małego dziecka stawał się zupełnie bez-
radny. - Na pewno wrócisz? 

 

-

 

Nie zostawiłabym z tobą na dłuŜej nawet chomika -

roześmiała się, co Jegar skwitował raczej ponurą miną. 

-

 

Masz czas, Ŝeby napić się kawy? - spytała Astra, gdy 

Fennia szybko wszystko jej zrelacjonowała. 

-

 

Raczej nie - odparła - bo biedny stryjaszek wprost nie 

 

background image

30

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ  KOBIECA

 

31

 

 

moŜe się doczekać mojego powrotu. - Obie się roześmiały, 

po czym Fennia zaczęła się pakować. 

Była  pewna,  ze  Jegar  po  kilku  dniach  praktyki  zacząłby 

sobie  doskonale  radzić  z  małą,  musiałby  tylko  przełamać 
swoje kawalerskie nawyki i opory. W oczywisty sposób do-
bro dziecka bardzo leŜało mu na sercu. Bez wahania przyjął 
dziewczynkę i jej opiekunkę pod swój dach, choć oczywiście 
mógł  znaleźć  wygodniejsze  rozwiązanie,  choćby  nianię  z 
własnym  mieszkaniem.  Wiele  kobiet  za  odpowiednią  opłatą 
chętnie  by  się  na  to  zgodziło.  PoniewaŜ  jednak  byłoby  to 
niekorzystne dla Lucie, z góry odrzucił takie rozwiązanie. 

Wychodząc  od  Astry,  patrzyła  na  tę  sytuację  juŜ  z  wię-

kszym optymizmem. 

-

 

Wszystko w porządku? - spytała Jegara od progu. 

-

 

Tak - odparł, ale widać było, jak wielki cięŜar spadł mu 

z serca. - MoŜe zrobić ci drinka? - Choć w ten sposób chciał 
okazać, Ŝe gotów jest jej nieba przychylić. 

-

 

Mamy  waŜniejsze  sprawy  na  głowie  -  powiedziała, 

ucinając  towarzyskie  zakusy  Jegara.  -  Potrzebne  są  ubrania 
dla Lucie, wiec musisz dostać się do domu Toddów. Poza tym 
mała powinna mieć pokój dla siebie, a ja sąsiadujący z nim. 

Szybko uzgodnili wszystkie szczegóły i Fennia połoŜyła 

się spać. 

Następnego dnia był piątek. Wieczorem Lucie ani myślała o 

zaśnięciu, tylko chciała się bawić, więc Fennia, która za-

mierzała się rozpakować, poprosiła małą, by jej „pomogła" w 

tym zajęciu. Najpierw jednak wykąpała dziewczynkę, by 

natychmiast, gdy tylko zrobi się śpiąca, połoŜyć ją do łóŜka, 

Faktycznie, po mnie więcej dwudziestu minutach „pomaga-

nia", Lucie zasnąła. Fennia połoŜyła przy niej misia i wyszła 

z pokoju, zostawiając uchylone drzwi, by w razie czego usły-
szeć małą. 

Kończyła układać ubrania w szafie w swoim pokoju, gdy 

usłyszała zgrzytnięcie kluczy w drzwiach. 

-

 

Dobry  wieczór  -  przywitała  Jegara.  -  Widzę,  Ŝe  przy-

wiozłeś rzeczy małej - ucieszyła się i odebrała od niego wa-
lizkę. - A co z Harveyem i Mariannę? - spytała i poszła za 
nim do stołowego. 

-

 

Nie  widziałem  Harveya,  bo  akurat  był  operowany. 

Wstawili  mu  stalowe  pręty  w  nogi.  Szczegółów  jednak  nie 
znam. 

-

 

Biedny Harvey! A co z Mariannę? 

-

 

W  zasadzie  bez  zmian,  chociaŜ  próbowała  Ŝartować. 

Zadawała takŜe tysiące pytań na temat Lucie. Czy je? Czy 
ma  ze  sobą  swego  ukochanego  misia?  Czy...  -  przerwał  i 
uśmiechnął się. - Gdy cię zobaczy, obsypie cię pocałunkami, 
jest ci bardzo wdzięczna... 

-

 

Miło  mi  -  odparła.  -  Pani  Swann  zrobiła  wspaniały 

pasztet. Masz na niego ochotę? 

-

 

Jestem  umówiony  na  kolację.  Wpadłem  tylko  na  mo-

ment. Zaraz muszę... 

-

 

Chwileczkę!  -  Zatrzymała  go,  zanim  zdąŜył  zrobić 

krok. - Nie tak to sobie wyobraŜałam - oświadczyła sucho. 

Był zdumiony jej reakcją. Nerwowo spojrzał na zegarek 
i mruknął: 

-

 

Doprawdy? Pewnie spieszy się na randkę, 

pomyślała Fennia. 
-

 

Spędziłam z Lucie cały dzień. Teraz twoja kolej. 

-  Moja  kolej?!  -  zapytał,  jakby  nie  wierzył  swoim 

uszom. - PrzecieŜ ci płacę, Ŝebyś była z Lucie! 

background image

32

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

33

 

 

-

 

Co  się  tyczy  faktów,  nie  zapłaciłeś  mi  ani  grosza,  co 

więcej, nawet nie rozmawialiśmy na ten temat 

-

 

Ale ci zapłacę. Chyba nie masz co do tego wątpliwości? 

Tak, jeszcze nie mówiliśmy o twoim wynagrodzeniu, ale... - 
Sięgnął po portfel i zaczął w nim szperać. 

Pennia nie była zdumiona. Była uraŜona! 

-

 

Daj sobie spokój! - zareagowała ostro. - Nie potrzebuję 

twoich pieniędzy! 

-

 

Nie potrzebujesz? 

-

 

Nie! - potwierdziła z przekonaniem. 

-

 

Chyba  nie  sądzisz,  Ŝe  pozwolę,  abyś  zajmowała  się 

Lucie za darmo. - Wyraźnie spuścił z tonu. 

-  Doszliśmy do sedna sprawy, Jegar. Ja nie muszę zajmo 

wać się Lucie, ale ty - tak! 

Mruknął pod nosem coś nieparlamentarnego. 

-

 

Chyba  nie  podejrzewasz,  Ŝe  przez  najbliŜsze  trzy  mie-

siące będę ślęczał po nocach z małą? 

-

 

Trzy  miesiące?!  -  wybuchła  Fennia.  -  Wcześniej  mó-

wiłeś o dwóch! 

-

 

Tak to wstępnie oceniali lekarze, teraz jednak, gdy Har-

veyowi zrobiono dodatkowe badania, zmienili zdanie. A Ma-
riannę...  Co  tu  duŜo  mówić,  oboje  są  porządnie  pogrucho-
tani. 

-

 

Rozumiem,  sytuacja  jest  jeszcze  powaŜniejsza,  niŜ  to 

początkowo  wyglądało.  Bardzo  mi  Ŝal  Toddów...  Dobra. 
PoniewaŜ dzisiaj jesteś umówiony, więc w porządku, idź, a ja 
zostanę z Lucie. Będziemy mieć wolne wieczory na zmianę, 
raz  ty,  raz  ja.  Oczywiście  jutro  ja  mam  wolne  -  dodała  dla 
pełnej jasności. 

Słuchał jej z uniesioną ze zdumienia brwią, jakby nie 

wierzył własnym uszom. Fennia przypuszczała, Ŝe w podob-
ny sposób po raz ostatni zwracano się do niego, gdy był w 
szkole średniej, ale nie zamierzała roztkliwiać się nad panem 
prezesem i pozostała nieugięta. 

-  Ale  jutro...  -  próbował  protestować,  lecz  ku  jej  zdzi 

wieniu  zabrzmiało  to  dziwnie  nieśmiało.  Wyraźnie  nie  za 
mierzał iść z nią na udry. - A co, masz jutro randkę? - zmie 
nił taktykę. 

Nie miała, lecz to nie jego sprawa. 

-  Nie  tylko  ty  masz  prawo  umawiać  się  na  randki  -  od 

parła. 

Jego  spojrzenie  wyraźnie  powiedziało,  Ŝe  przynajmniej 

w tej chwili nie uwaŜa Fennii za swoją najbliŜszą przyjaciół-
kę,  po  czym  ruszył  do  łazienki.  Rozległ  się  szum  wody. 
Casanovą brał szybki prysznic. 

Fennia długo nie mogła zasnąć tej nocy. bo wciąŜ myślała 

o Jegarze Urquarcie. Chciał jej płacić! Impertynent! Nie po-
trzebowała tych pieniędzy. Miała własne, odziedziczone po 
ojcu. a takŜe zarobione cięŜką pracą. 

Jej ojciec zmarł na zawał, gdy miała osiem lat. pozostawił 

jednak  wcale  pokaźną  sumkę,  do  podziału  dla  niej,  swego 
jedynego dziecka, i jej matki. Fennia dostała te pieniądze w 
dniu  dwudziestych  pierwszych  urodzin,  prawie  rok  temu. 
Była niezaleŜna finansowo. 

Choć nigdy nie zaznała niedostatku, wiedziała, jak cięŜko 

trzeba pracować, by zarobić parę funtów, i znała smak zwią-
zanej  z  tym  satysfakcji.  Natomiast  jej  matka,  choć  sowicie 
wyposaŜona przez ojca Fennii, niedługo po owdowieniu wy-
szła za mąŜ za bardzo zamoŜnego Edwarda Cavendisha. Zre-
sztą Fennia była przekonana, Ŝe Edward pojawił się w jej 

 

background image

34

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

35

 

 

Ŝ

yciu, gdy ojciec jeszcze Ŝył... W kaŜdym razie Portia szyb-

ko  /nudziła  się  drugim  męŜem  i  rozwiodła  się,  by  związać 
się z kimś innym, tym razem juŜ bez ślubu. 

Fennia z wzajemnością bardzo polubiła Edwarda Caven-

disha i po ukończeniu szkoły spotkała się z nim. Wprawd/.ic 
nie  powiedziała  mu,  Ŝe  czuje  się  niechciana  w  domu,  ale 
wcale nie musiała, bo Edward wiedział o tym. Wiedział teŜ, 
jak trudno jest  wytrzymać z kimś, kto stale krytykuje swych 
bliskich, co było ulubionym zajęciem Portii. 

-

 

Pójdź do pracy - poradził jej. 

-

 

UwaŜasz,  Ŝe  powinnam  powiedzieć  o  tym  matce?  A 

moŜe  ty  jej  powiesz?  -  spytała,  bo  z  niepojętych  przyczyn 
Portia. podobnie zresztą jak jej siostry, Ursula i Imogen, były 
przeciwne temu, by ich córki zarabiały na siebie. 

-

 

A  najlepiej  zacznij  jednocześnie  studia,  tak  jak  twoja 

kuzynka Astra. Choćbyś co noc ślęczała nad ksiąŜkami, twoja 
matka i tak będzie myślała, Ŝe wiecznie chodzisz na imprezy, 
bo studia kojarzą się jej z nieustającą balangą. Dzięki temu 
da ci spokój i przestanie ci mówić, Ŝe marnujesz Ŝycie. 

Problem tkwił jednak w tym, Ŝe Fennia nie miała pojęcia, 

jaki fakultet powinna wybrać. 

-

 

Zapisz się na mój kierunek - zachęcała ją Astra. 

-

 

Sama nie wiem... - wahała się Fennia. 

-

 

Nie  musisz  przecieŜ  chodzić  na  wszystkie  przedmioty. 

Zapisz się na kurs biznesu i na zajęcia komputerowe. Finanse 

moŜesz sobie na razie odpuścić. 

-

 

Pewnie, Ŝe tak - wtórowała jej Yancie. - Masz głowę 

nie od parady. 

-  Ale- nie laką jak Astra - odparła Fennia. -  

Takiej to nie ma nikt - roześmiała się Yancie. 

Fennia z podziwem myślała o tym, z jaką łatwością Astra 

przechodziła  przez  studia,  gdy  nagle  uświadomiła  sobie,  Ŝe 
Jegar jest juŜ w domu. W pierwszej chwili chciała spojrzeć 
na zegarek, ale zrezygnowała z tego. PrzecieŜ nie obchodziło 
jej,  o  której  wraca  i  czy  w  ogóle  wraca.  Odwróciła  się  do 
ś

ciany i wreszcie usnęła. 

Lucie  obudziła  się  bardzo  wcześnie.  Fennia  otworzyła 

oczy i instynktownie spojrzała  w stronę łóŜka dziecka. Było 
puste.  Zadowolona,  Ŝe  wreszcie  moŜe  na  siebie  włoŜyć  to, 
co  lubi,  narzuciła  podomkę  i  wyszła  z  pokoju,  by  poszukać 
małej. 

Nie musiała daleko szukać. Drzwi do pokoju, który słuŜył   ' 

panu domu za gabinet, były otwarte. Gdy zajrzała do środka, 
Lucie właśnie starała się dosięgnąć klawiatury komputera, 
stojącej na potęŜnym, antycznym biurku. 

Fennia znała kogoś, kto z pewnością nie byłby zadowo-

lony,  widząc  jak  psotne  paluszki  dotykają  drogiego  sprzętu, 
toteŜ natychmiast zainterweniowała. 

-  Dzień  dobry,  kochanie  -  zwróciła  się  do  Lucie,  lecz 

zanim zdąŜyła ją wziąć za rączkę, poczuła, Ŝe w pokoju jest 
jeszcze ktoś. 

Zamierzała  miło  przywitać  się  z  Jegarem,  jednak  ten 

uprzedził ją warknięciem: 

-

 

Do diabła- a co wy tu robicie? 

-

 

Widzę, Ŝe wstałeś dzisiaj z łóŜka lewą nogą - z miejsca 

odparowała Fennia. 

Spojrzał groźnie w jej brązowe oczy, a potem na małą. 

-  Do  mojego  gabinetu  wstęp  surowo  wzbroniony!  Na 

twardym dysku, a takŜe na dyskietkach i na płytach, zapisane 
są efekty wielu miesięcy pracy. 

background image

36

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

37

 

 

-  Przestań  gderać,  Jegar  -  przywołała  go  do  porządku, 

a  gdy  stanął  jak  wryty,  podała  mu  Lucie.  -  Wymyśl  lepiej, 
dokąd dziś zabierzesz swoją bratanicę. 

-  Ja?! - krzyknął w panice 
Fennia od razu odzyskała wigor. 

-

 

Pracuję za darmo, pamiętasz? - przypomniała mu słod-

kim głosem. 

-

 

Pozwól sobie zapłacić - nalegał. 

-

 

Mowy nie ma! Zresztą to córka twego brata, więc się 

nie wymiguj. 

-

 

Przyrodniego - poprawił ją. 

-

 

Wszystko  jedno  -  parsknęła.  -  Jak  pewnie  juŜ  zauwa-

Ŝ

yłeś,  Lucie  wprost  roznosi  energia,  więc  trzeba  zająć  ją 

czymś, co ją naprawdę zainteresuje, bo inaczej... 

-

 

Urządzi nam piekło? 

-

 

Zaczynasz się uczyć. 

 

-

 

MoŜe być zoo? - spytał po namyśle. 

-

 

Weźcie  ze  sobą  jabłka,  banany  i  marchewki.  W  wy-

dzielonych  zagrodach  znajdują  się  zwierzęta,  na  przykład 
osły  i  kozy,  które  wolno  karmić,  a  dzieciaki  za  tym  prze-
padają - poinstruowała go, po czym oddała się kontemplacji 
uroków  dnia,  który  nareszcie  miała  spędzić  w  samotności. 
Jednak  Jegar  miał  inny,  i  według  niego  znacznie  lepszy 
pomysł. 

-

 

Chodź  z  nami  -  powiedział,  a  jego  głos  przybrał  bła-

galne  nuty.  Gdy  zaś  Fennia  złośliwie  zwlekała  z  odpowie-

dzią, pokornie dodał: - Proszę! 

-  Dobrze - zgodziła się po długiej chwili i, nie mogąc 

juŜ dluŜej zachować powagi, roześmiała się. 

-  Kobieto pod twą słodkością jad kryje się zdradliwy... 

-  wyskandował z ponurą miną, lecz w jego oczach zalśniły 
wesołe iskierki, 

-  To  nasza  broń  kobieca  -  spointowała,  na  co  razem  wy 

buchli śmiechem. 

Wizyta w zoo zaczęła się udanie. Miło było patrzeć, jak 

Lucie  przygląda  się  zwierzętom  okrągłymi  ze  zdziwienia 
oczyma. Przez pierwszą godzinę była aniołkiem, później jed-
nak  zaŜądała,  Ŝeby  Jegar  niósł  ją  na  barana,  a  prawdziwe 
kłopoty  zaczęły  się  przed  klatką  z  gorylami,  skąd  za  Ŝadne 
skarby  nie chciała  się ruszyć.  Po upływie  następnej godziny 
ekscherubinek przekształcił się w potwora. Mała wrzeszczała 
dosłownie bez przerwy. 

-

 

Co jej się stało, do stu tysięcy diabłów? - spytał Jegar. 

-

 

Zmęczyła się, więc jest wściekła - odparła. 

-

 

Za chwilę ją zamorduję. - Jegar teŜ był zmęczony tasz-

czeniem Lucie na plecach. - Co zrobimy z tym fantem? 

 

-

 

Znajdziemy jakieś miejsce, gdzie będzie moŜna odpo-
Trzymaj ją mocno i chodu! 

-

 

Będzie się tak darła, dopóki nie odpocznie? 

-

 

Nie bez przyczyny mówi się o „strasznych dwulatkach" 

-  wyjaśniła, po czym wzięła małą z ramion Jegara. 

-  A co byś powiedziała na lody? - Fennia zniŜyła się do 

niepedagogicznej łapówki, ale zrobiło jej się Ŝal małej. Być 
moŜe tęskniła za rodzicami, i stąd jej zły nastrój. 

Po  zjedzeniu  lodów  Lucie  od  razu  wrócił  dobry  humor. 

Jegarowi niestety nie. 

-

 

Nigdy nie będę miał dzieci - powiedział ponuro. 

-

 

Akurat, na pewno zostaniesz tatusiem. Mogę cię zresztą 

background image

38

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BRON KOBIECA

 

39

 

 

zapewnić, Ŝe bardziej nieznośne juŜ nie bywają. Co innego 
dorośli... 

W jednej z restauracyjek w okolicy zoo zjedli lunch, pod-

czas którego Jegar przekonał się, Ŝe jak na swój wiek Lucie 
bardzo ładnie zachowuje się przy stole. 

-

 

Ś

wietnie się z nią dogadujesz - w pewnej chwili skom-

plementował Fennię. 

-

 

Spędzamy ze sobą duŜo czasu - odparła, nie wiedząc, 

Ŝ

e właśnie pomogła mu poruszyć draŜliwy temat. 

-

 

Czy nie mogłabyś zająć się Lucie przez resztę popołud-

nia, a ja w tym czasie pojechałbym do szpitala? 

-

 

Oczywiście - zgodziła się bez zastanowienia. 

-

 

Chyba  zaczynam  cię  poznawać,  Fennio  Massey.  -  Zaj-

rzał jej głęboko w oczy. 

 

-

 

Nie licz na to - powiedziała chłodno. 

-

 

Jesteś  bardzo  miłą  osobą  -  dodał,  nie  zraŜony  jej  re-

akcją. 

Przyjrzała  mu  się  uwaŜnie.  Próbował  z  nią  flirtować? 

Chyba nie. PoniewaŜ jednak nie wiedziała wiele o flirtowa-
niu, wzięła ową „miłą osobę" za dobrą monetę. 

-  To  prawda  -  odpowiedziała  z  uśmiechem.  -  Ale  to  ty 

zostajesz z Lucie wieczorem. 

Jeśli sądziła, Ŝe popsuje mu tym nastrój, myliła się, bo 

tylko się uśmiechnął. 

Niedługo potem wrócili do domu. Jegar pojechał do szpi-

tala,  a  Fennia  ułoŜyła  małą  do  popołudniowej  drzemki. 

Chwilę po tym zadzwoniła ciocia Delia. 

-  Masz  dla  mnie  jakąś  niezwykłą  propozycję  spędzenia 

dzisiejszego  wieczoru?  -  spytała  Ŝartem  przyrodnią  siostrę 

swojej matki. 

-  Przyjdź do mnie na kolację. O siódmej. 

Nim Jegar wrócił do domu, Fennia zdąŜyła nakarmić ma-

łą, trochę się z nią pobawić, wykąpać i ubrać w piŜamkę. Z 
antologią  bajek  pod  pachą  wzięła  Lucie  i  poszła  przywitać 
się z Jegarem. 

-

 

Co nowego? - zainteresowała się. 

-

 

Jest postęp, bardzo niewielki, ale jest. Uśmiechnęła się 

ze współczuciem, po czym wręczyła mu 

ksiąŜkę i spytała: 

-  Czy mógłbyś przeczytać Lucie jakąś bajkę? A ja w tym 

czasie przygotuję się do wyjścia. 

Z wyrazu jego twarzy było widać, Ŝe to ostatnia rzecz, na 

jaką miał teraz ochotę. 

-

 

Naprawdę zostawisz mnie samego? Nie wiem, czy Lu-

cie i ja to przeŜyjemy, 

-

 

Jak juŜ nic nie będzie pomagało, to w zamraŜalniku są 

lody - odparła ze śmiechem. 

-

 

Obawiam się, Ŝe zapas lodów skończy się kwadrans po 

twoim wyjściu. A potem co? - zaŜartował. 

Fennia  weszła  do  łazienki.  Wzięła  prysznic,  zrobiła  deli-

katny  makijaŜ  i  wyszczotkowała  włosy.  WłoŜyła  czerwoną 
jedwabną sukienkę, chwyciła torebkę i była gotowa do wyj-

ś

cia. Przechodząc obok sypialni Lucie, słyszała Jegara, który 

usypiał  małą.  Mimo  tego,  Ŝe  dziecko  juŜ  spało,  przytulone 
do  swego  ukochanego  misia,  Jegar  nadal  czytał,  pewnie  w 
obawie, Ŝe mała się zaraz obudzi. 

Fennia zajrzała do sypialni. Wyglądał Ŝałośnie, jednak gdy 

ją zauwaŜył, uśmiechnął się. 

-

 

Fennio, ja naprawdę jestem cały w nerwach. 

-

 

Spokojnie, będzie spała do rana. 

background image

40

 

JESSICA STEELE

 

-  A jeśli się obudzi? Jeśli wpadnie w panikę, Ŝe ciebie nie 

ma i zacznie płakać? Co wtedy zrobię? 

Zrobiło jej się go Ŝal. Chciała nawet zrezygnować z wyj-

ś

cia, ale nie mogła, bo chodziło o honor. Zasugerowała mu 

przecieŜ, Ŝe wybiera się na randkę. I co, miałaby się przyznać, 

Ŝ

e nie czeka na nią Ŝaden facet? 

-  Zost... - zaczęła - ... zobaczę, moŜe uda mi się wrócić 

wcześniej. Mam nadzieję, Ŝe ty teŜ byś to dla mnie zrobił. 

-  Oczywiście! - skłamał bez najmniejszej Ŝenady. 
Uśmiechnęła się kwaśno i wyszła. 

Fennia z ochotą poszła na spotkanie z ciocią Delią, cho-

ciaŜ niedawno  widziały się  na ślubie  Yancie. Wspominały, 
jak pięknie wyglądała panna młoda i jak ona i Thomson wy-
dawali się szczęśliwi, wyjeŜdŜając w podróŜ poślubną. 

Potem Fennia opowiedziała ciotce o Lucie Todd i o tym, 

co stało się z jej rodzicami. 

-

 

Zostawiłaś  dziewczynkę  z  tym  męŜczyzną,  który  nie 

ma zielonego pojęcia o dzieciach? - upewniła się Delia Al-

ford. 

-

 

Zajmie się nią znacznie sumienniej niŜ ktoś, kto zna się 

na tym, ale kieruje się rutyną. 

-

 

Musi być kompletnie spanikowany. 

-

 

I  to jak.  Rozumiesz, ciociu, Ŝe  w  tej  sytuacji  nie będę 

długo siedzieć? 

-

 

Znając cię, kochanie, nie mogę się nadziwić, Ŝe zostałaś 

aŜ tak długo. 

-

 

Jesteś kochana - odparła, pocałowała ją na poŜegnanie 

i wyszła. 

Przed  dziesiątą  była  juŜ  z  powrotem.  Cicho  weszła  do 

ś

rodka lecz Jegar natychmiast się pojawił, Ŝeby się z nią 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

41

 

przywitać. Jego wzrok spoczął na jej długich, zgrabnych 
nogach, wyłaniających się spod czerwonej sukienki. 

-

 

Wyglądasz  tak  wspaniale,  a  on  pozwolił  ci  się  urwać 

tak szybko? Co za... 

-

 

Miałeś jakieś  kłopoty?  - przerwała  mu  szybko, tłumiąc 

poczucie winy. Nienawidziła kłamstw. 

-

 

Co  prawda  wyostrzyły  mi  się  zmysły  od  nieustannego 

obserwowania i nasłuchiwania, ale poza tym wszystko w po-
rządku.  Jednego  tylko  nie  wiem:  wprawdzie  wyszłaś  dziś 
wieczorem, ale szybko wróciłaś. Czy w takim razie liczy się 
to jako całe wyjście? 

Co prawda zrobiłam to dla ciebie, ale niech ci będzie. 

Jegar uśmiechnął się zabójczo, lecz Fennia to zignoro 
wała. 

-

 

Przyjmując, Ŝe zrobiłaś to dla mnie oraz Ŝe nie zasługuję 

na to... - Najwyraźniej świetnie się bawił. 

-

 

Czy mógłbyś wreszcie bez owijania w bawełnę powie-

dzieć, o co ci chodzi? 

-

 

Nie wierzę, Ŝe jesteś choćby w połowie tak twarda, za 

jaką próbujesz uchodzić. 

-

 

Jegar, nie igraj z ogniem, bo się sparzysz. 

-

 

Pewnie  uznasz,  Ŝe  mam  tupet,  a  nawet  Ŝe  jestem  bez-

czelny, ale dziś wieczorem jest imprezka, na którą chciałbym 
się wybrać... 

Teraz? O tej porze, kiedy przyzwoici ludzie szykują się do 

snu? Kto jednak powiedział, Ŝe Jegar do takowych naleŜał? 

-

 

JuŜ się z nią umówiłeś? 

-

 

Jeśli  sprawia  ci  to  duŜą  przykrość,  to  mogę  się  z  nią 

spotkać kiedy indziej. 

CóŜ za arogancja! Jakaś nieszczęsna kobieta z utęsknie- 

background image

42

 

JESSICA STEELE

 

 

niem czeka na randkę, a ten drań powiada, Ŝe moŜe się z nią 
zobaczyć  kiedy  indziej!  I  do  tego  ta  obłudna  delikatność: 
.Jeśli  sprawiam  ci  tym  duŜą  przykrość".  Dla  mnie  moŜesz 
zniknąć na całą noc! - warknęła w duchu. 

To  śmieszne,  ale  nagle  poczuła  smutek,  a  nawet...  za-

zdrość? Nie, to przecieŜ absurd! 

-  Masz  moje  błogosławieństwo  -  przemówiła,  przerywa-

jąc milczenie. - Tylko postaraj się być cicho, gdy wrócisz - 
dodała jakby od niechcenia. 

Godzinę później przewracała się w łóŜku z boku na bok, 

nie mogąc zasnąć. Wydawało jej się, Ŝe komuś takiemu jak 
ona, kto w tak niewielkim stopniu interesuje się płcią prze-
ciwną,  nie  powinno  być  aŜ  tak  przykro  z  powodu  randki 
Jegara. 

ROZDZIAŁ TRZECI

 

Fennia obudziła się wcześnie rano. W świetle dnia chciało 

jej się śmiać z tego, Ŝe poprzedniego wieczoru cierpiała z po-
wodu  randki pana domu.  Zresztą,  wcale  nie  cierpiała,  tylko 
była  wściekła,  Ŝe  Jegar  zrobił  sobie  wychodne,  gdy  tak  na-
prawdę to był jej wolny wieczór. 

Powtarzała to sobie do skutku, i wreszcie uwierzyła w to 

wyjaśnienie. Weszła do pokoju Lucie, która teŜ juŜ się obu-
dziła. 

-

 

Dzień dobry, maleńka. 

-

 

Piciu! - powiedziała dziewczynka i obdarowała Fennię 

uroczym uśmiechem. Dzień zaczął się wiec miłym akcentem. 

Fennia i Lucie pomaszerowały do kuchni, gdzie wkrótce 

dołączył  do  nich  Jegar.  Na  jego  twarzy  widać  było  ślady 
uroków nocy, wzrok miał błędny. 

-

 

Czy  musicie  uŜywać  tej  piekielnej  maszyny?  -  Z  ob-

rzydzeniem spojrzał na sokowirówkę. 

-

 

Rycerze  nocy,  by  rano  nie  cierpieć,  powinni  zafundo-

wać sobie sprzęt z wyciszaczem hałasu - odpowiedziała po-
godnie,  patrząc  na  jego  wymizerowane  oblicze.  -  Piciu?  -
spytała,  z  rozbawieniem  obserwując,  jak  szare  komórki  Je-
gara z trudem budzą się do Ŝycia. 

-

 

Podwójny z lodem - odparł, na tyle juŜ rozbudzony, Ŝe 

zdołał zareagować Ŝarcikiem. 

background image

44

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

45

 

 

Po  śniadaniu  wyszła  z  Lucie  na  dwór. W  czasie  spaceru 

zastanawiała się, czy Jegar nie dokonał nadinterpretacji umo-
wy,  uznając,  Ŝe  Fennia  będzie  się  zajmowała  dzieckiem  w 
czasie  weekendów.  Osobiście  uwaŜała,  Ŝe  powinien  być  to 
obowiązek Jegara. 

Starał się, to prawda. Codziennie jeździł do szpitala, po-

zwolił teŜ na dezorganizację swojego Ŝycia, byle tylko Fen-
nia, a nie jakaś obca osoba zajmowała się Lucie. Na pewno 
nie  był  więc  egoistą  i  chciał  jak  najlepiej  dla  innych,  choć 
równocześnie starał się jak najwięcej wytargować dla siebie. 
Fennia uśmiechnęła się. Taka próba sił była nawet zabawna. 

Gdy  wychodziły  z  domu,  Jegar.  mimo  niewyspania,  na-

tychmiast zabrał się do pracy. No cóŜ, przyjmując pod swój 
dach  bratanicę,  bardzo  skomplikował  sobie  Ŝycie.  Fennia 
postanowiła  dać  mu  jak  najwięcej  czasu  na  pracę,  dlatego 
wróciły dopiero po czterech godzinach. 

-

 

Stęskniłeś się za nami, prawda? - spytała przy wejściu. 

-

 

Było bardzo cicho - odparł dyplomatycznie. 

-

 

Gdzie  w  niedzielę jadasz lunch? -  spytała z ciekawo-

ś

ci, bo i tak zamierzała przygotować coś w domu dla całej 

trójki. 

-

 

Zapraszam  najfajniejszą z  moich dziewczyn do restau-

racji - odparł, spoglądając Fennii w oczy. - Ale dziś mam aŜ 
dwie najfajniejsze dziewczyny, więc zabieram was obie. 

Fennia poczuła, Ŝe serce jej zadrŜało. Co, do diabła? Jegar 

mógł sobie mieć cały tabun „najfajniejszych dziewczyn", a 
jej  i  tak  nic  do  tego.  Nie  powinna  wyjść  na  zazdrosną 
idiotkę, za wszelką cenę musi nad sobą zapanować. 

Szybko  zaprowadziła  Lucie  do  łazienki,  Ŝeby  jej  umyć 

rączki i buzię oraz przygotować do wyjścia. 

Mała  nie  miała  apetytu  i  zjadła  niewiele,  dlatego  Fennia 

uwaŜnie jej się przyglądała. Wiedziała, Ŝe maluchy potrafią 
się  rozchorować  dosłownie  w  ciągu  godziny.  Miała  jednak 
nadzieję, Ŝe dziewczynka  za  bardzo  się  sforsowała  podczas 
porannego spaceru i była tylko zmęczona. 

Po lunchu Jegar odwiózł je do domu i pojechał do szpitala. 

Fennia przyszykowała dla  małej spanie  w  salonie  na  sofie, 
bo Lucie marudziła i nie chciała iść do swojego pokoju. Gdy 
zasnęła, Fennia dotknęła jej czoła. Nie miała gorączki, moŜe 
co najwyŜej lekki stan podgorączkowy. 

Po  przebudzeniu  Lucie  kleiła  się  do  Fennii  i  nadal  nie 

chciała jeść, ale Fennia zbytnio się tym nie przejęła. Niektóre 
dzieci  tracą  na  pewien  czas  apetyt  i  nie  oznacza  to  jeszcze 
choroby. 

Lucie  bawiła  się  spokojnie  aŜ  do  wieczora,  kiedy  przy-

szedł czas na sen. Fennia uśpiła ją bajką i wyszła z pokoju. 

Wzięła się za sprzątanie w kuchni, kiedy zjawił się Jegar. 

-

 

Jak Mariannę i Harvey? - spytała. 

-

 

Powoli  dochodzą  do  siebie.  Na  prośbę  lekarzy  Harvey 

wsiał dziś nawet z łóŜka. 

-

 

To świetnie. - Uśmiechnęła się, a gdy odpowiedział jej 

tym  samym,  nagle  poczuła  się  onieśmielona.  Niesamowite! 
Co się z nią dzieje? - Zrobić ci coś do jedzenia? - spytała i 
odwróciła się, Ŝeby ukryć zaŜenowanie. 

-

 

Uhm... 

Z jakiegoś powodu to jego „Uhm" wydało jej się dziwne. 

-

 

Chcesz mi coś powiedzieć, tylko nie wiesz, jak to zro-

bić? Zgadłam? 

-

 

A czy potrafisz zachować się racjonalnie? 

-

 

A czy zwykłam zachowywać się jak szalona? 

background image

46

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

47

 

 

-  Wiec dobrze. Owszem, wyszedłem wczoraj wieczorem, 

ale  ty  teŜ  wyszłaś.  Czy  w  związku  z  tym  wykopiesz  topór 
wojenny, gdybym urwał się i dziś?  

Ach więc to dlatego tak enigmatycznie odpowiedział, gdy 

mu zaproponowała wspólny posiłek. 

-  Jak  rozumiem,  juŜ  się  umówiłeś  z  „najfajniejszą  dziew 

czyną" na  kolację,  więc  nie będę złośliwie rzucać ci  kłód pod 
nogi.  -  Okrasiła  to  wyniosłym  uśmiechem,  natomiast  Jegar 
wyraźnie ucieszył się z takiego obrotu rzeczy. - A przy okazji, 
Lucie nie powinna iść jutro do Ŝłobka. To nic powaŜnego, ma 
tylko lekką temperaturę. U małych dzieci zdarza się to często. 

-

 

Jesteś pewna, Ŝe powaŜnie się nie rozchoruje? 

-

 

Raczej jej to nie grozi, ale ma teraz obniŜoną odporność 

i nie powinna stykać się z innymi dziećmi. 

-

 

Co ja bym zrobił bez ciebie. Cudownie, Ŝe jesteś z nami 

- powiedział miękko. 

-

 

Oszczędź  sobie  tych  uprzejmości  -  ucięła,  z  trudem 

kryjąc złość. - Rzecz w tym, Ŝe będziesz musiał wziąć w pra-

cy wolny dzień. 

Uśmiech błyskawicznie znikł mu z twarzy. 

-

 

Wolny dzień?! - Jegar wyglądał, jakby dostał obuchem 

w łeb. 

-

 

Jako jedyny opiekun dziecka masz do tego prawo - wy-

jaśniła mu. 

 

-

 

Ale  ja  mam  jutro  kilka  bardzo  waŜnych  spotkań.  Nie 

mogę  ich  odwołać!  -  przekonywał,  lecz  poniewaŜ  Fennia 
była jak  z  kamienia,  szybko otrząsnął  się  z  szoku  i  zmienił 
taktykę. - OkaŜ mi odrobinę dobroci - zaczął się łasić. 

-

 

Dobroć... czy nie za wiele wymagasz ode mnie? - od-

parła ze śmiechem. 

 

-

 

Pod cudną postacią zło czai się krwawe... 

-

 

No  dobrze,  niech  ci  będzie  -  mruknęła.  -  A  teraz  idź 

juŜ na tę kolację. 

Gdy wyszedł, Fennia z energią, która nie wiedzieć czemu 

podobna była furii, zabrała się za sprzątanie. 

Następnego  ranka  Lucie  zaczęła  głośno  domagać  się 

mamy.  Fennia  rozumiała,  co  dziewczynka  przeŜywa  i  bar-
dzo jej współczuła. Z uwagi jednak na to, Ŝe mała nie była 
całkiem  zdrowa,  nie  mogła  wysłać  jej  z  Jegarem  do  szpi-
tala. To byłoby zbyt ryzykowne. 

Jegar wyszedł do pracy wcześnie, a Fennia zadzwoniła do 

Kate,  Ŝeby  wyjaśnić  sytuację.  Poczuła  ulgę,  gdyŜ  szefowa 
odniosła się do sprawy z pełnym zrozumieniem. 

-  Przez  kilka  dni  potrzymaj  małą  w  domu.  Chorujcie 

zdrowo i wracajcie szybko - zakończyła ciepło Kate. 

Było dopiero pół do dziewiątej, a Lucie juŜ się pokładała 

i  cały  czas  chodziła  za  Fennia.  Na  szczęście  o  dziewiątej 
przyszła  pani  Swann,  gosposia  Jegara.  Okazało  się,  Ŝe  zna 
się na dzieciach i świetnie sobie daje radę z małą. 

-  Pan Jegar opowiedział mi o tobie przez telefon, ale nie 

wspomniał, Ŝe jesteś taką śliczną dziewczynką. 

Lucie chciała co prawda, Ŝeby Fennia ją cały czas nosiła 

na rękach, była jednak zauroczona szczupłą, miłą panią. Koło 
jedenastej  mała  ucięła  sobie  drzemkę,  a  po  obudzeniu,  ku 
uciesze obu kobiet, apetyt jej wrócił i zabrała się za pałaszo-
wanie lunchu. Pani Swann wyszła około południa, a dziew-
czynka znów zasnęła na przeszło godzinę. Po przebudzeniu 
była juŜ zupełnie zdrowa. 

Wypoczęta i pełna energii, Lucie przeszła samą siebie, i 

gdy wreszcie, po długich namowach, połoŜyła się do łóŜka 

background image

48

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ  KOBIECA

 

49

 

 

i zasnęła, Fennia uznała, Ŝe dziś naprawdę naleŜy jej się wol-

ny wieczór. 

Postanowiła,  Ŝe  wpadnie  do  Astry,  wzięła  więc  prysznic, 

załoŜyła jedwabną bluzkę i dŜinsy oraz zrobiła makijaŜ. Za-
częła się czesać, gdy usłyszała szczęk klucza w zamku. Z nie-
wiadomego powodu serce znów jej zadrŜało i ponownie po-
czuła dziwne, do niedawna zupełnie jej nie znane onieśmie-
lenie. AleŜ ze mnie idiotka! - skarciła się w duchu. 

Jegar  był  w  salonie  i  właśnie  nalewał  sobie  szklaneczkę 

whisky. Spojrzał na Fcnnię. Jego wzrok powędrował wzdłuŜ 
jej nóg aŜ po samą górę i spoczął na kruczoczarnych włosach. 
Fennia zamarła. Jegar zajrzał jej w oczy, a następnie zawiesił 
wzrok na jej ustach. Milczeli. 

-

 

Piciu?  -  zapytał  niespodziewanie, a  Fennia roześmiała 

się. - Mam na myśli szkocką - dodał. 

-

 

Nie, dzięki. - Potrząsnęła głową. - Tobie teŜ odradzam 

kolejnego drinka - zasugerowała delikatnie. Jej brew uniosła 
się. Jak zawsze, gdy dziewczyna wygłaszała reprymendę. - 
Bo to ty dziś zostajesz z małą. 

Spojrzał na nią i  westchnął. Wyjątkowo ją to rozbawiło. 

Co, u licha, jest w nim takiego, co wywołuje w niej tak dziw-
ne reakcje? 

-  Rozumiem,  Ŝe  z  małą  juŜ  wszystko  w  porządku,  bo 

inaczej nie ruszałabyś się stąd na krok. Mam rację? 

Fennia  zrozumiała,  Ŝe  musi  tego  faceta  trzymać  na  dys-

tans, bo zaczynał zbyt dobrze ją rozumieć, podczas gdy ona 
nie potrafiła go przeniknąć i wciąŜ ją zaskakiwał. 

-  Lucie jest juŜ zdrowa, ale na wszelki wypadek jeszcze 

jutro  zatrzymam  ją  w  domu,  A  przy  okazji,  pani  Swann 

ś

wietnie sobie z nią radzi. 

 

-

 

Doprawdy? - zainteresował się. 

-

 

Gdybyś w panice nie wymógł na mnie, bym tu została, 

pani Swann świetnie mogłaby mnie zastąpić. 

-  Och, moja droga, czy oglądałaś się ostatnio w lustrze? 
Patrzyła na niego tępym wzrokiem. Nie rozumiała, o co 

mu chodzi, zaatakowała więc na ślepo: 

-  A co, moŜe nie zgodziłam się ci pomóc? 
Jego  spojrzenie  omiotło  jej  aksamitną  skórę  i  regularne 

rysy twarzy. 

-  Jestem  estetą  i  zwłaszcza  podczas  śniadania  wolę  pa 

trzeć na ciebie - oświecił ją. 

Jej serce znów zadrŜało, a umysł pogrąŜył się w chaosie, 

bo Fennia znalazła się na zupełnie sobie nie znanym gruncie. 
Mruknęła więc tylko błyskotliwie: 

-Hę? 

-

 

Jesteś bardzo piękna - wyjaśnił jej. 

-

 

Hola, hola, panie Urquart! śarty sobie ze mnie stroisz? 

- wreszcie oprzytomniawszy, warknęła gniewnie. 

Jegar studiował jej surową i pełną oburzenia twarz. 

-  Nie ośmieliłbym się. 

Fennia obróciła się na pięcie i wyszła. 

-  Mówię szczerą prawdę! - zdąŜył jeszcze krzyknąć do 

jej znikających pleców. 

Astry nie było w domu, więc Fennia zrobiła sobie kawę 

i  usiadła  w  kuchni.  Była  na  siebie  zła,  bo  wręcz  obsesyjnie 
myślała o Jegarze. 

Zaczęła się krzątać, zrobiła inspekcję lodówki i przyrzą-

dziła  lasagne  dla  Astry...  Wszystko  na  nic,  bo  wciąŜ  tylko 
Jegar i Jegar. 

background image

50

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

51

 

 

Była wściekła na siebie. Z drugiej jednak strony mieszkali 

pod  jednym  dachem  i  coraz  lepiej  się  poznawali,  nic  więc 
dziwnego, Ŝe ją intrygował. Tym bardziej, Ŝe na pewno nie 
był  banalnym  facetem.  Przystojny  jak  diabli,  bystry,  inteli-
gentny.. . no i uroczy, kiedy tylko tego chciał. A kiedy indziej 
do przesady ostry, gdy ją i Lucie wyrzucił ze swojego gabi-
netu. RównieŜ trochę egoista i manipulant, sprytnie zabiega-
jący o wieczorne wyjścia kosztem Fennii. Ale przede wszyst-
kim człowiek dobry, dla najbliŜszych zdolny do poświęceń. 

No i potrafił sprawić, Ŝe czuła się przy nim pobudzona i 

pełna Ŝycia. 

Pobudzona?  Pełna  Ŝycia?  Na  miłość  boską,  o  czym  ona 

myśli? 

Przypomniała  sobie,  jak  jej  powiedział,  Ŝe  jest  bardzo 

piękna i oczy jej zwilgotniały. A potem dodał, Ŝe nie ośmie-
liłby się z niej Ŝartować. No cóŜ, pewnie bał się jej reakcji, 
bo się przekonał, Ŝe Fennia potrafi być bardzo uszczypliwa. 
W  to  akurat  mogła  uwierzyć.  Ale  zachwyty  nad  jej  urodą? 
Wierutna  bzdura,  fałszywy  komplement!  Fennia  absolutnie 
nie  uwaŜała  się  za  piękność,  co  najwyŜej  za  niebrzydką 
dziewczynę, domyślała się jednak, Ŝe gdy kogoś się naprawdę 
pragnie,  wtedy  patrzy  się  na  niego  przez  róŜowe  okulary. 
Mogła więc uchodzić za piękność, ale tylko w oczach męŜ-
czyzny,  któremu  bardzo  na  niej  zaleŜało.  A  wtedy,  choćby 
była  bardzo  oporna  i  złośliwa,  taki  ktoś  zrobiłby  wszystko, 
aby ją zdobyć. 

A poniewaŜ tak  wcale się nie działo,  wniosek jest jeden: 

Jegar absolutnie jej nie pragnął. 

No cóŜ, w gruncie rzeczy to dobrze... 

Spojrzała na zegarek. Dochodziła dziesiąta. Astra zapew- 

ne je kolację z klientem i prowadzi trudne, biznesowe roz-
mowy. 

Wróciła do domu o jedenastej i od razu zajrzała do Lucie. 

Jej  łóŜko było puste! Była  zła  na  siebie, Ŝe  na  tak długo 

wyszła z domu. Mała wyspała się w ciągu dnia i teraz pewnie 
marudziła.  Ruszyła  na  jej  poszukiwania  i  nagle  zauwaŜyła 
otwarte na ościeŜ i jasno oświetlone drzwi salonu. 

Stanęła w progu i ujrzała arcyciekawy obrazek. Na kana-

pie siedział Jegar w towarzystwie niezwykle eleganckiej, do-
biegającej  trzydziestki  blondynki,  a  między  nimi  siedziała 
panna Lucie i głośno domagała się przeczytania bajeczki. 

Fennia  zamierzała  zapytać,  czy  moŜe  się  przyłączyć  do 

wspólnej zabawy, lecz blondyna ją uprzedziła; 

-  Nareszcie  wróciła  niania!  - W jej  głosie  była zarówno 

ulga, jak ów specyficzny, pełen  wyŜszości ton, przeznaczony 
jedynie dla słuŜby. 

Och ty! Poczekaj! Fennia dziarsko wkroczyła do środka. 

-

 

A co panna Todd robi o tej porze  w salonie? - powie-

działa z uśmiechem do małej. 

-

 

Cie  mlecko.  -  Lucie  bardzo  się  ucieszyła  na  widok 

starej znajomej. 

-

 

Zrozumiałem! - triumfalnie zawołał Jegar i zerwał się, 

by  obsłuŜyć  małą,  natomiast  jego  znajoma  demonstracyjnie 
ignorowała zarówno Lucie, jak i Fennię. 

Charmaine  Rhodes  nie  zaszczyciła  jej  nawet  podaniem 

ręki,  co  Fenia  skwitowała  kpiącym  uśmiechem,  natomiast 
Jegar przedstawił Fennię jako osobę, wobec której miał wielki 
dług wdzięczności. Mimo to panna Rhodes nadal traktowała 
ją  jak  powietrze,  raz  tylko  obrzuciwszy  ją  zimnym, 
odpychającym spojrzeniem. Lecz Fennia miała to w nosie. 

background image

52

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

53

 

 

Nieraz juŜ spotykała takie zarozumiale osoby i uwaŜała, Ŝe 
to one miały problem z samooceną, nie zaś ona. 

Wiele  teŜ  powiedział  Fennii  sposób,  w  jaki  ta  kobieta 

interesowała  się  obrazami  młodych  i  nie  zawsze  znanych 
twórców,  które  wisiały  na  ścianach  salonu. Pytała  o  nazwi-
ska, nazwy galerii, w których zostały kupione i oczywiście 
o  ceny,  natomiast  nie  miała  nic  do  powiedzenia  na  temat 
samych dzieł. Był to dla niej taki sam handlowy towar, jak 
proszek do prania czy materiały budowlane, a nie twory du-
cha  i  talentu.  Ta  ponad  wszelkie  wyobraŜenie  zarozumiała 
damulka na dodatek jest jeszcze potwornie chciwa, z niesma-
kiem pomyślała Fennia. 

Wreszcie Jegar zaproponował, Ŝe odwiezie Charmaine do 

domu,  a  gdy  wyszli,  Fennia  z  ulgą  odetchnęła.  Zapakowała 
Lucie do łóŜka i sama teŜ się połoŜyła. 

Jegar wrócił po kilkunastu minutach, tak więc odwiezienie 

blondynki  nie  zajęło  mu  zbyt  wiele  czasu.  Fennia  dobrze 
spała tej nocy. 

Następnego ranka spotkali się w kuchni. Jegar był zamy-

ś

lony, a nawet zatroskany, przy tym co i rusz zerkał na Fen-

nię, jednak milczał. 

-

 

O co chodzi? - spytała, gdy znów napotkała jego smut-

ne, niebieskoszare spojrzenie. 

-

 

Nie  powiedziałaś,  gdzie  wczoraj  byłaś  -  powiedział 

oskarŜycielskim tonem. 

-

 

Och,  przepraszam  -  odparła  bez  mrugnięcia  oka.  -

Masz rację, nasza współpraca przebiegałaby sprawniej, gdy-
byśmy  się  nawzajem  informowali,  gdzie  które  z  nas  akurat 
przebywa,  tak  jak  to  się  dzieje  w  dobrze  zorganizowanej 
Firmie. Trzeba to zmienić - dodała z napuszonym przekona- 

niem, dla wzmocnienia efektu okraszając swe słowa drwią-
cym spojrzeniem. 

Jegar na moment utkwił w niej lodowaty wzrok, po czym 

bez słowa wyszedł. 

Ki  diabeł?  -  pomyślała  Fennia  i  powtórzyła  to,  gdy  pan 

domu po powrocie z pracy bez słowa zamknął się w swoim 
gabinecie. Siedział tam murem do późna, mimo Ŝe miał prze-
cieŜ wychodne. 

Gdy następnego wieczoru Fennia wróciła z Lucie ze Ŝłob-

ka, zadzwonił telefon. Podniosła słuchawkę. 

-

 

Zapewne rozmawiam z panią Fennia Massey - usłyszała 

miły  głos.  -  Mówi  mama  Jegara.  Jesteśmy  pani  bardzo 
wdzięczni  za  pomoc  przy  Lucie.  Jegar  dzwoni  do  nas  regu-
larnie z informacjami o Harveyu i Mariannę, więc teraz dla 
odmiany odezwałam sieja. 

-

 

Niestety nie ma go w domu - odparła. 

-

 

Nie szkodzi. Jak się miewa nasza słodka Lucie? 

I  tak  przegadały  prawie  godzinę.  Fennia  bardzo  polubiła 

starszą panią. 

Lucie  leŜała juŜ  w  łóŜku,  gdy  wrócił  Jegar.  Znów  poma-

szerował prosto do swojego gabinetu. 

Powinna  powiadomić  Jegara  o  telefonie  mamy,  było  to 

takie oczywiste i proste, a jednak...  nie  miała odwagi zastu-
kać do jego pokoju. Co się z nią działo? CzyŜby znów stała 
się płochliwą nastolatką? Zresztą nawet w tamtych latach nie 
brakowało jej śmiałości. A teraz? Co w nią wstąpiło? 

Po kwadransie wzięła się w garść i z dwiema filiŜankami 

kawy na tacy dziarsko wymaszerowała z kuchni. Zastukała 
do gabinetu i weszła do środka. 

-  Pomyślałam, Ŝe masz ochotę na kawę. 

background image

54

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ KOBIECA

 

55

 

 

-  To  bardzo  miło  z  twojej  strony.  -  Odwrócił  się  znad 

komputera i spojrzał na nią, a Fennia poczuła, Ŝe znów  go 
lubi. 

Tak naprawdę nie byli w stanie wojny, tylko ich kontakty 

uległy pewnemu ochłodzeniu. 

-

 

Dzwoniła  twoja  mama  z  Seszeli...  -  Gdy  w  jego 

wzroku zamigotał strach, dodała szybko: - U niej wszystko 
w  porządku,  po  prostu  chciała  z  tobą  porozmawiać.  W 
twoim  zastępstwie  ucięłam  sobie  z  nią  bardzo  miłą  po-
gawędkę.  Oczywiście  przy  okazji  obgadałyśmy  ciebie. 
Twoja mama się martwi, Ŝe zbyt cięŜko pracujesz - zakoń-
czyła swobodnie. 

-

 

Jak to  mamuśka.  A ty leŜ uwaŜasz, Ŝe jestem pracoho-

likiem? - zapytał z miłym uśmiechem, a Fennii nagle zrobiło 
się bardzo miło. 

-

 

Oczywiście, Ŝe tak, ale dzięki temu nie  masz czasu na 

głupstwa. - Roześmiała się. - Zresztą w ogóle nie rozumiem, 
w  jakim  celu  codziennie  bywasz  w  biurze.  PrzecieŜ  mając 
komputer  i  wszystkie  potrzebne  programy,  Internet  oraz  te-
lefon,  mógłbyś  stąd  zarządzać  firmą,  a  wychodzić  tylko  na 
konieczne spotkania. W kaŜdym razie ja bym tak to zorgani-
zowała,  oczywiście  dobierając  sobie  godnych  zaufania  asy-
stentów.  -  Fennia  zapalała  się  coraz  bardziej.  -  Internet  i 
komputer dają tak niesamowite moŜliwości... 

 

-

 

Znasz się na komputerach? 

-

 

Jasne! - Wzruszyła ramionami. 

No  cóŜ,  moŜe  i  Jegar  cenił  w  niej  umiejętność  postępo-

wania z dwulatką, lecz jeśli chodzi o nowoczesną technikę, 
wyraźnie miał ją za matoła. Czas  wyprowadzić szanownego 
pana prezesa z błędu! 

 

-

 

Jesteś  sławnym  hackerem?  -  zaŜartował  z  wyŜyn  mę-

skiej wszechwiedzy, czym tylko dolał oliwy do ognia. 

-

 

Nie, ale w mojej szkole dla grzecznych panienek kiedyś 

pokazano nam zdjęcie komputera. 

Roześmiał się. 

-

 

Dobra,  powiedz  prawdę.  Uwierz  mi,  nie  jestem  męską 

szowinistyczną świnią. 

-

 

Czasami  ci  się  to  zdarza.  Ale  niech  będzie,  powiem. 

Skończyłam  kurs  komputerowy  dla  zaawansowanych  i  po-
tem przez rok pracowałam w tej branŜy. 

-

 

W  takim  razie,  co  robisz  w  Ŝłobku?  -  spytał  z  auten-

tycznym zdumieniem. 

Sprawa była dość skomplikowana. Portia ciosała jej kołki 

na głowie, by zwolniła się z biura, bowiem uwaŜała, Ŝe praca 
hańbi  Fennię,  jako  Ŝe  dla  prawdziwej  kobiety  jedynym 
ź

ródłem  dostatku  powinien  być  bogaty  mąŜ  lub  kochanek. 

Wtedy  zatrudniła  się  w  Ŝłobku,  czego  jej  matka  nie  uznała 
juŜ  za  pracę,  lecz  za  wdzięczne  dziewczęce  hobby.  Wszak 
lady Di, nim została księŜną, przez jakiś czas była przedszko-
lanką... Niemniej Fennia uwielbiała swoje obecne zajęcie. 

-

 

Prawda jest taka, Ŝe wolę pracę w Ŝłobku niŜ w biurze. 

-

 

Rzeczywiście masz świetny kontakt z dziećmi, a w kaŜ-

dym razie z Lucie. 

-

 

Ona jest zupełnie niekłopotliwym dzieckiem - zapew-

niła go. 

-

 

Niekłopotliwym?  -  spytał  z  niedowierzaniem.  -  A  ten 

występ w zoo? 

-

 

Normalka,  kaŜdemu  dziecku  się  to  zdarza,  A  kiedy 

tam-tego  wieczoru  zostałeś  z  nią  sam,  teŜ  dała  ci  do 
wiwatu 

- spytała z uśmiechem. 

background image

56

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

57

 

 

-

 

Nie,  lecz była  w  wybitnie  towarzyskim  nastroju.  Roz-

mawiam  sobie  przez  telefon,  a  tu  jakaś  mała  rączka  łapie 
mnie  za  palec,  a  potem  młoda  dama  z  pluszowym  niedź-
wiadkiem pakuje mi się na kolana. Uznałem, Ŝe zapowiada 
się długi wieczór, więc poprosiłem Charmaine, Ŝeby  wzięła 
taksówkę i jak najprędzej do mnie przyjechała. 

-

 

Nie wierzyłeś, Ŝe sam dasz sobie radę? 

-

 

Jestem prostym samcem, który nie zna się na dzieciach, 

ale okazało  się,  Ŝe  Charmaine  w  tych  sprawach jest jeszcze 
gorsza ode mnie. Zupełnie nie  wie, jak postępować z takim 
maluchem. Co innego ty. - W jego głosie zabrzmiał szczery 
podziw. 

Stłumiła drŜenie serca i postanowiła zrewanŜować się mi-

łym słowem o pannie Rhodes, nic jednak nie zdołała wymy-

ś

lić. Jak bowiem ciepło mówić o Królowej Śniegu? 

-  Charmaine ma na pewno inne zalety - mruknęła wresz 

cie z lekkim przekąsem. 

Jednak on wziął jej słowa za dobrą monetę i szczerze, choć 

zarazem z lekka dwuznacznie  się  uśmiechnął, czym  sprawił 
Fennii naprawdę duŜą przykrość. No cóŜ, zrozumiała, o ja-
kich walorach zimnej piękności pomyślał Jegar... 

-  Jeśli twoją przyjaciółkę zirytowało zachowanie  małej, 

to  ty,  jako  uznany  znawca  kobiet,  na  pewno  wiedziałeś,  jak 
poprawić  jej  humor  -  dodała  Fennia  z  zupełnie  juŜ  jawną 
uszczypliwością. 

Przypatrzył jej się uwaŜnie. 

-  Jaki  tam  ze  mnie  znawca,  gdy  z  tobą  ponoszę  same 

poraŜki, choć naprawdę się staram. 

Odebrało  jej  mowę.  To  było  jak  grom  z  jasnego  nieba. 

Rychło się jednak pozbierała. 

 

-

 

Nie  ze  mną  takie  numery,  Urquart.  Mówiłam  ci,  Ŝad-

nych  flirtów.  Twoje  zachowanie  kaŜdy  sąd  w  tym  kraju  uz-
nałby za molestowanie seksualne. 

-

 

To ciekawe... 

-

 

Co  mianowicie?  -  Naprawdę  była  wściekła.  -  To.  Ŝe 

nie padłam ci jeszcze do stóp? 

-

 

A jednak coś tam osiągnąłem. Nie jestem ci obojętny. 

- Jegar uśmiechnął się z triumfem,      

Bezczelny  typek!  -  pomyślała  ze  złością.  Próbuje  ją  roz-

wścieczyć,  by  odpłacić  za  złośliwy  przytyk  o  „znawcy  ko-
biet". Miała juŜ dosyć tej nieprzyjemnej rozmowy. 

-  Jutro wieczorem jestem umówiona. Chciałabym wyjść 

o siódmej. Byłabym wdzięczna, gdybyś się zjawił o tej godzinie. 

Jegar nie odpowiadał, a drwiący uśmieszek nagle zgasł na 

jego  ustach.  To juŜ  coś,  ucieszyła  się  i  mszyła  do  swojego 
pokoju. 

Fennia starannie szykowała się na swoją „randkę". No cóŜ, 

wszelkie  pozory  musiały  być  zachowane,  dlatego  włoŜyła 
elegancką  i  dyskretnie  seksowną  sukienkę  w  bananowym 
kolorze. Lucie przyzwyczaiła się juŜ do stryjaszka, zostawia-
ła więc ją z czystym sumieniem. 

Jegar przyszedł do domu piętnaście po siódmej i Fennia 

darowała mu tak niewielkie spóźnienie. Przez chwilę jej się 
przyglądał  z  wyraźną  aprobatą,  widać  jednak  było,  Ŝe  jest 
w kiepskim nastroju. 

-

 

Czy powiesz mi, jak cię moŜna będzie złapać? 

-

 

Dasz sobie radę - odparła. - Nie wiem jeszcze, w jakim 

lokalu zjemy kolacje, bo to ma być niespodzianka - łgała jak 
z nut. 

background image

58

 

JESSICA STEELE

 

-  Nie  wracaj  zbyt  późno  -  powiedział  na  poŜegnanie. 

- Muszę jutro bardzo wcześnie wstać. 

Roześmiała się perliście. 

-  Bidulek!  Zapowiada  się  szampański  ubaw,  wiec  sam 

rozumiesz... 

Tylko  spojrzał  na  nią  tak  jakoś  dziwnie,  czym  sprawił 

Fennii naprawdę duŜą frajdę. 

Astra ucieszyła się na jej widok. 

-  Przyszła  kartka  od  Yancie.  -  Jej  długie,  rude  włosy 

opadały swobodnie na ramiona, a z zielonych oczu biła wiel 
ka radość. 

Fermi  a  wzięła  od  niej  pocztówkę,  na  której  było  tylko 

jedno słowo: Cudownie!!! 

-  Och, Astro - westchnęła Fennia. - To takie wspaniałe, 

Ŝ

e  Yancie  jest  zakochana  w  męŜczyźnie,  któremu  moŜe 

w pełni zaufać. 

-

 

NaleŜało się jej po tym wszystkim, co przeszła... - po-

wiedziała Astra. 

-

 

Po tych wszystkich latach, kiedy bałyśmy się, Ŝe geny 

naszych matek zdominują nasze Ŝycie - przyznała Fennia. 

-

 

Jeszcze nie wiadomo, co będzie dalej - rzuciła z niepo-

kojem  Astra.  -  To  się  zawsze  moŜe  zdarzyć...  W  kaŜdym 
razie zostałyśmy we dwie i musimy się trzymać. Romanse i 
przelotne  przygody  wykluczone.  MałŜeństwo  albo  nic!  Zre-
sztą czuję, Ŝe pisane jest mi owo „nic". 

-

 

Ja równieŜ optuję za staropanieństwem - zgodziła się z 

nią  Fennia.  -  Nie  sądzę,  Ŝeby  istniał  męŜczyzna,  którego 
chciałabym poślubić. - l nagle mignął jej obraz Jegara. Ki 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

59

 

diabeł? Była naprawdę wściekła na siebie - Napijesz się ka-
wy? - szybko spytała kuzynkę. 

-  Chętnie. 

Rozmowa zeszła na temat, który bardzo je poruszał, mia-

nowicie nowych facetów nieokiełznanych  w swej kobiecości 
rodzicielek. 

-

 

Matka rozstała się z ostatnim kochankiem - powiedziała 

Astra  -  ale  szybko  ukoiła  swój  Ŝal  w  innych  ramionach.  A 
jak tam ciocia Portia? 

-

 

Nie  mówiłam  ci  o  rym  do  tej  pory,  bo  to  taka  okropna 

historia...  Kochanek  mamy,  taki  obleśny  typek,  zaczął  się  do 
mnie przystawiać, i wtedy mama weszła do pokoju. Wyobraź 
sobie,  Ŝe  ten  drań oskarŜył  mnie, jakobym  się  na  niego rzu-
ciła! Doszło do potwornej awantury, i w rezultacie zostałam 
wyrzucona  z  domu.  Dlatego poprosiłam  cię, byś  mnie  przy-
jęła pod swój dach... 

-

 

Mój BoŜe... - Astra tylko tak zdołała to skomentować. 

-

 

Nie  rozmawiałyśmy  ze  sobą  do  ślubu  Yancie,  jednak 

lody nieco juŜ puściły, tym bardziej Ŝe mama rozstała sicz tą 
kreaturą.  Oczywiście  niedługo  była  sama...  Myślisz,  Ŝe  po-
winnam pierwsza wyciągnąć rękę do zgody? 

-

 

Tyle  razy  juŜ  cię  zraniła,  ale  to  przechodzi  wszelkie 

pojęcie. Własną córkę wyrzucić na bruk! Ale wiem, Ŝe dopóki 
się  z  nią  nie  pogodzisz,  będziesz  się  tym  gryzła...  No  cóŜ, 
nasze mamuśki to skończone egoistki i nic na to nie poradzi-
my. Jesteśmy na szczęście juŜ dorosłe i moŜemy na to patrzeć 
z dystansem. Nie odmienimy ich, lecz to jednak nasze matki, 
Nie zapominaj o rym. 

-

 

Jak zwykle masz rację. - Fennia spojrzała na zegarek - 

O rany! Jak późno! 

background image

60

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

61

 

 

-

 

Nie zdąŜyłaś przed północą. Kopciuszku? - zaŜartowała 

Astra  i  teŜ  spojrzała  na  zegarek.  Faktycznie,  było  juŜ  po 
dwunastej. - Naprawdę musisz wracać? 

-

 

Tak będzie lepiej. Lucie co prawda nie budzi się w nocy, 

ale wstaje z kurami, a Jegar... - Zawahała się. 

-

 

Lubisz go, prawda? 

-

 

Raczej tak, a jak pokazuje rogi, szybko go pacyfikuję. 

Gdy tylko przekroczyła próg, natychmiast spostrzegła, Ŝe 

cały  dom  stoi  na  głowie.  Jegar  był  jeszcze  na  nogach,  wy-
pachniony i ubrany w świeŜą koszulę, choć juŜ bez spodni. 
W jednej dłoni trzymał misia, a w drugiej rączkę Lucie. Mała 
cała we łzach, domagała się mamy. 

-  Och, moja maleńka! - Fennia wzięła ją na ręce i utuliła. 

-

 

Mamusia czuje się coraz lepiej - zapewniła ją, co jednak 

nie odniosło Ŝadnego skutku. Wtedy wpadła na inny pomysł. 
-

 

Kochanie, czy przestaniesz płakać i będziesz dzielna, jeśli 

ci  obiecam,  Ŝe  jutro  poproszę  pana  doktora,  aby  pozwolił 
zobaczyć ci się z mamą? 

Dziecko westchnęło, /achlipało, po czym ucałowało swo-

ją  opiekunkę.  Fennia  wiedziała,  Ŝe  widok  mamy  unierucho-
mionej na szpitalnym łóŜku niósł z sobą pewne ryzyko, lecz 
z  drugiej  strony  dziewczynka  coraz  bardziej  cierpiała  z  po-
wodu rozłąki. 

Gdy  wyczerpana  płaczem  Lucie  szybko  zasnęła,  Fennia 

postanowiła naradzić się z Jegarem na temat wizyty w szpi-
talu.  NaleŜało  przygotować  się  na  wszelkie  ewentualności, 
bowiem mała mogła róŜnie zareagować. Tym niemniej Fen-
nia uwaŜała, Ŝe spotkanie córki z mamą jest konieczne. 

Jegar czekał na nią w kuchni. 

 

-

 

Zdaje  się,  Ŝe  miałaś  bardzo  miły  wieczór  -  rzucił  nie-

przyjemnym tonem. 

-

 

Było  super!  -  odparła  z  uśmiechem.  Nie  zamierzała 

przejmować się jego fochami. 

Dziwne, Ŝe w ogóle wróciłaś, a nie zostałaś tam na noc! 

No cóŜ, nastała pora, by przywołać do porządku szanow 
nego pana Urquarta. 

-  Miałam  taki  zamiar...  -  Fennia  słodko  westchnęła 

i marzycielsko zmruŜyła oczy. - Niestety musiałabym wstać 
o  nieludzkiej  porze,  by  zdąŜyć  po  Lucie,  a  to  takie  nieprzy 
jemne. .. 

Jegar tylko patrzył na nią wrogo\ 

-  Ale  nie  o  tym  chciałam  mówić  -  dodała  po  chwili.  - 

Kiedy wybierasz się do szpitala? Bo w tej sytuacji koniecznie 
powinieneś zabrać ze sobą Lucie. 

-  Wielka  mi  rewelacja.  Sam  wpadłem  na  ten  pomysł  - 

warknął. 

-  JakŜeby inaczej, przecieŜ jesteś najmądrzejszy na świe 

cie  -  odcięła  się  i  wyszła  z  kuchni.  Tylko  ze  względu  na 
ś

piącą Lucie nie trzasnęła drzwiami. 

Była tak wściekła na Jegara, Ŝe długo nie mogła zasnąć. 

Naprawdę  miała  dość  tego  faceta.  Marzyła  tylko  o  tym,  by 
Mariannę i Harvey jak najszybciej doszli do zdrowia i zajęli 
się córką. A wtedy Fennia wyfrunie stąd, Ŝe tylko się będzie 
za nią kurzyło! 

background image

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

63

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY

 

Lucie po nocnych harcach spała długo i słodko, lecz Fen-

nii  nie  było  to  dane,  bo  o  bladym  świcie  obudził  ją  Jegar. 
Zastukał do drzwi i wszedł do środka. Fennia otworzyła oczy 
i ujrzała go przy swym łóŜku. Spojrzała na budzik. 

-  Co tu robisz? Jeszcze prawie noc... 

Spojrzał na nią  w taki sposób, Ŝe przestała rozumieć, jak 

przed kilkoma godzinami mógł doprowadzić ją do szewskiej 
pasji. 

-

 

Chciałem cię uprzedzić, Ŝe dziś wrócę później - powie-

dział łagodnie. 

-

 

Aha - mruknęła. - A miałam mieć dwa wieczory wolne 

pod rząd. Zapomniałeś? 

-

 

Nie,  nie  zapomniałem,  ale  moŜe  się  zamienimy?  Czy 

teŜ juŜ coś zaplanowałaś? 

Poczuła  się  głupio,  rozmawiając  z  nim  na  leŜąco,  więc 

usiadła.  Na  nieszczęście  przygniotła  koszulę  i  ściągnęła  ra-
miączko, odsłaniając prawie całą pierś. Szybko doprowadziła 
się  do  porządku,  ale  i  tak  bardzo  się  speszyła.  Być  moŜe 
jednak Jegar niczego nie zauwaŜył... 

Podniosła  głowę.  Niestety,  mina Jegara  mówiła  sama  za 

siebie. Zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Podszedł i usiadł 
na krawędzi łóŜka. 

-  Powiedz... dlaczego mnie oszukujesz? - zapytał. 

 

-

 

Słucham? - Była naprawdę zdumiona. O czym on mó-

wił? Zarzucał jej kłamstwo? 

-

 

Nie  jesteś  przyzwyczajona  do  obecności  męŜczyzn  w 

swojej sypialni... 

-

 

CzyŜby? Skąd ci coś takiego przyszło do głowy? - rzu-

ciła z wymuszoną swobodą. 

-

 

Ten rumieniec mówi sam za siebie. 

-

 

Kiedy cię okłamałam? - próbowała zmienić temat. 

-

 

Na przykład wtedy, gdy wmawiałaś mi, Ŝe zamierzałaś 

spędzić noc poza domem. 

-

 

Lepiej idź juŜ do pracy. Jesteś zanadto ciekawy, a za to 

ląduje się w piekle - zbyła go z lekkim uśmieszkiem. 

-  No dobra, idę. - Spojrzał na nią wesoło. 

Atmosfera nieco zelŜała. Fennia pomyślała, Ŝe być moŜe 

była dla Jegara zbyt surowa. 

-

 

Mówiłeś,  Ŝe  późno  wrócisz...  Będziesz  pracował,  czy 

masz jakieś spotkanie towarzyskie? 

-

 

Pracuję. A ty masz dziś randkę? 

-

 

Trudno, odwołam. Powiem, Ŝe dziś nie  mam czasu. - 

Czy  ona  zawsze  musi  łgać  przy  tym  facecie?  -  ZdąŜysz 
jeszcze coś zjeść? - umknęła w bezpieczniejszy temat. - Zo-
stawię ci garnek z zupą w mikrofalówce. 

Jegar juŜ się nie śmiał, tylko uwaŜnie jej się przyglądał. 

No tak, wykazała o niego nadmierną troskę. To błąd! Jeszcze 
gotów pomyśleć, Ŝe zaleŜy jej na nim. 

Wreszcie sobie poszedł. 

Cały  dzień  dręczył  ją  problem  zupy.  Była  na  siebie 

wściekła. Ale cóŜ, słówko się rzekło... ugotowała więc rosół, 

Wieczorem, po połoŜeniu Lucie spać, Fennię op 

dziwny niepokój. Nie da się ukryć, Ŝe niecierpliwił 

background image

64

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

65

 

 

dała  Jegara,  który  jednak  wrócił  dopiero  po  północy.  Nie 
wierzyła, ze pracował do tej pory. Rozgoryczona, nie przy-
witała się z nim, tylko udała, Ŝe śpi. 

Rano  nabrała  pewności,  Ŝe  jej  podejrzenia  były  słuszne. 

Jegar nie harował do późna, tylko się bawił na jakiejś miłej 
kolacyjce.  Dowód  był  oczywisty:  nawet  nie  zajrzał  do  mi-
krofalówki, w której stała zupa. 

Miała tego dosyć. Ona się o niego troszczy, a on  ma to 

w  nosie.  W  końcu  jest  trzydziestoparoletnim  facetem,  który 
sam świetnie potrafi o siebie zadbać. Gdyby nie Lucie, na-
tychmiast by się stąd wyniosła. 

W tym momencie pojawiła się mała i poprosiła o „socek". 

Fennia  zdąŜyła  ją  umyć,  nakarmić  i  napoić,  zanim  Jegar 
wstał. 

-  Zostań chwilę z Lucie - poprosiła i szybko pobiegła się 

wykąpać. 

Gdy  wróciła,  zastała  Jegara  na  rozmowie  z  bratanicą,  a 

właściwie  na  próbie  rozmowy,  bo  stryjaszek  ni  w  ząb  nie 
rozumiał małej. 

-  Chce,  Ŝebyś  poszedł  z  nią  odwiedzić  rodziców  -  prze 

tłumaczyła  Fennia.  -  Obiecałam  jej to i  powinieneś  się  zgo 
dzić. Zresztą rozmawialiśmy juŜ o tym. 

Jegar spojrzał na nią niepewnie. 

-  MoŜe byś poszła z nami... - mruknął z ociąganiem. 
Dobre sobie, pomyślała ze złością. JuŜ miała mu ostro 

odmówić, ale spojrzała na małą. Było jasne, Ŝe dziewczynka 
bardzo tego pragnie. 

-  Zgadzam  się  ze  względu  na  Lucie  -  odpowiedziała  po 

woli. - Nie chcę, Ŝeby miała jeszcze jeden powód do łez. 

A łez nie brakowało tego dnia, bo gdy poszli do szpitala. 

wylało się ich całe morze. Mariannę płakała, Lucie szlochała, 
a  Fennia  ukradkiem  ocierała  z  policzków  słone  kropelki. 
Harvey,  który  na  wózku  przyjechał  do  sali  Ŝony,  teŜ  miał 
dziwnie zamglone spojrzenie. 

Gdy  mała  wreszcie  się  uspokoiła,  Fennia  zostawiła  ich 

samych,  by  mogli  pogadać  w  gronie  rodzinnym,  i  poszła 
przejść się po ogrodzie. 

Po tej wizycie przyszły następne, i Lucie wreszcie przy-

wykła, Ŝe mama nie wraca z nimi do domu. 

Mijał  tydzień  za  tygodniem.  Fennia  radykalnie  zmieniła 

taktykę  i  Jegar  mógł  liczyć  co  najwyŜej  na  to,  Ŝe zrobi  mu 
kawę, i to tylko wtedy, gdy szykowała ją równieŜ dla siebie. 
Skończyły się dobre czasy, Ŝadnych kanapek, o zupkach juŜ 
nie wspomniawszy. Zimny wychów, i tyle. śadnej zabawy 
w dom. 

Natomiast Lucie juŜ zupełnie przyzwyczaiła się do stryjka 

Jegara, dzięki czemu Fennia niektóre noce spędzała u Astry, 
choć nie robiła tego zbyt często. Godnym odnotowania jest 
równieŜ fakt, Ŝe dwa razy, gdy późnym wieczorem wróciła 
do domu, zastała Jegara w damskim towarzystwie. 

ś

yczyła  mu  szczęścia.  On  w  swoje  wolne  wieczory  wy-

chodził i wracał bardzo późno, lub zamykał się w gabinecie 
i pracował prawie do świtu. 

W poniedziałek Fennia poszła z ciocią Delią do teatru, a 

w środę umówiła się na kolację z Astrą. Były to bardzo miłe 
spotkania, jednak Fennia czuła, Ŝe w ten sposób tylko odwle-
ka to, co powinna zrobić juŜ dawno, czyli spróbować pogo-
dzić się z matką. 

- Do trzech razy sztuka - powiedziała Astrze. - CóŜ naj-

wyŜej zatrzaśnie mi drzwi przed nosem. 

background image

66

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

67

 

 

-

 

Wiem, Ŝe ciągle o tym  myślisz,  więc zrób to jak naj-

szybciej - poparła ją Astra. 

-

 

Jasne - podjęła decyzję Fennia. 

Wróciła  do  apartamentu  Jegara  z  mocnym  postanowie-

niem, Ŝe pojedzie do matki w swój następny wolny wieczór. 
W mieszkaniu panowała cisza. Jegara nie było w gabinecie, 
w salonie nie grasował Ŝaden stwór w rodzaju Charmaine. 

-

 

Zaparzyłem  kawę.  - Jegar  niespodziewanie  wyszedł z 

kuchni. 

-

 

Dziękuję  -  odmówiła  uprzejmie.  -  Pójdę  juŜ  spać.  Do-

branoc. 

Chwilę później,  w łóŜku, poczuła, Ŝe chętnie pogawędzi-

łaby  sobie z nim przy kawie.  Wiedziała, Ŝe taka zabawa  w 
dom  nie  miała  sensu,  jednak  unikanie  się  i  omijanie  teŜ  nie 
było najmądrzejszym rozwiązaniem. Z tą myślą zasnęła. 

PoniewaŜ  jej  matka  przywiązywała  olbrzymią  wagę  do 

wyglądu, Fennia dołoŜyła wszelkich starań, Ŝeby w piątkowy 
wieczór zaprezentować się jak najlepiej. Poszła do fryzjera, 
zrobiła manikiur, umalowała się nie tak delikatnie jak zazwy-
czaj. Nie chciała dać matce pretekstu do jakichkolwiek kąś-
liwych  uwag,  które  doprowadziłyby  do  kolejnej  kłótni.  By 
tego uniknąć, musiała wyglądać jak modelka na wybiegu. I 
tak teŜ się stało. 

Gdy wrócił Jegar, rzuciła mu na powitanie: 

-

 

Jak minął dzień? - Natychmiast się skarciła, zabrzmiało 

to bowiem zbyt osobiście. 

-

 

Widzę,  Ŝe  znów  się  gdzieś  wybierasz?  -  UwaŜnie  zlu-

strował jej dwuczęściowy kostium i wysokie obcasy. 

-

 

Wiesz,  jak  to  jest  -  odparła  enigmatycznie  i  uśmiech-

nęła się chłodno. 

 

-

 

Często widujesz się z tym facetem? 

-

 

A skąd wiesz, Ŝe spotykam się z jednym męŜczyzną? 

Nigdy mu nie powie, jak naprawdę wyglądają jej, jandkf. 

Zresztą, gdyby chciała, miałaby z kim się umówić. Choćby 
ten miły, samotny tatuś jednego z jej podopiecznych. Nawet 
próbował, ale się nie zgodziła. 

Jegar  spojrzał  na  nią  uwaŜnie,  a  potem,  sam  o  tym  nie 

wiedząc, powiedział jej największy komplement: 

-  Ty nie zaliczasz kolejnych facetów, bo to absolutnie nie 

w  twoim  stylu.  Z  natury  jesteś  monogamistką.  Uczciwa, 
wierna i oddana. 

Fennia patrzyła na niego z niedowierzaniem i z podziwem 

zarazem. Miała łzy w oczach. Przejrzał ją do głębi, dotknął 
jej największego kompleksu. Pragnęła być właśnie taka, jak 
ją określił, za nic nie chciała upodobnić się do swojej matki! 
Wolałaby juŜ umrzeć, 

-

 

Doprawdy? - spytała z zaciśniętym gardłem. 

-

 

CzyŜby miało to dla ciebie jakieś szczególne znaczenie? 

- Gwałtowna reakcja Fennii wyraźnie go zaintrygowała. 

Nie  mogła  dalej  drąŜyć  tego  tematu,  bo  musiałaby  się 

całkiem odsłonić przed Jegarem. 

-  Do zobaczenia! - poŜegnała się i szybko wyszła. 
Jadąc do matki, cały czas myślała, co tak naprawdę sądzi 

o niej Jegar. Wprawdzie niewiele ją to obchodziło, ale cóŜ... 
wciąŜ się nad tym zastanawiała. 

Wreszcie znalazła się pod drzwiami mieszkania Porui Ca-

vendish. 

-  Mogłaś  najpierw  zadzwonić!  -  lodowatym  głosem 

przywitała ją przez domofon matka. 

Poprzednim razem, gdy do niej zadzwoniła, Portia rzuciła 

background image

68

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ KOBIECA

 

69

 

 

słuchawkę,  lecz  Fennia  nie  przypomniała  jej  o  tym,  wszak 
przybyła tu z pokojową misją. 

-

 

Zjawiłam się nie w porę? - spytała. 

-

 

Zaraz przyjdzie do mnie Joseph, ale mogę z tobą chwilę 

pogadać. 

Usadowiły się w salonie. 

-

 

Zmieniłaś  zasłony  -  zauwaŜyła  Fennia,  zastanawiając 

się, czy matka wreszcie przyjmie do wiadomości, Ŝe zacho-
wanie  jej  byłego  faceta,  Bruce'a  Percivala,  było  po  prostu 
odraŜające. - Jak Ŝyjesz? - spytała. 

-

 

A jak ja mogę Ŝyć? - odpowiedziała Portia pytaniem. - 

Dbam  o  siebie.  -  Ciemnowłosa jak jej  córka,  mimo  swoich 
pięćdziesięciu jeden lat, nadal mogła uchodzić za piękność. 
No  cóŜ,  jedynym  jej  zajęciem,  oczywiście  poza  randkami, 
była zaŜarta walka z bezlitosnym działaniem czasu. 

Zaległa nieprzyjemna cisza. Fennia uświadomiła sobie, Ŝe 

choć po skończeniu szkoły z internatem mieszkała z matką 
aŜ cztery lata, to wystarczyło tylko pięć miesięcy rozłąki, by 
ostatecznie uznała, Ŝe juŜ nigdy nie wróci pod ten dach. 

-

 

A co u Josepha? - próbowała podtrzymać pogawędkę. 

-

 

A dlaczego pytasz? - zareagowała ostro Portia. 

-

 

Bez  Ŝadnego  powodu  -  westchnęła.  -  Chciałam  być 

uprzejma. 

-

 

Odnoszę wraŜenie, Ŝe za bardzo interesujesz się moimi 

przyjaciółmi - powiedziała oskarŜycielskim tonem Portia. 

-

 

AleŜ, mamo! - krzyknęła Fennia i natychmiast ugryzła 

się  w  język.  Wiedziała,  Ŝe  nie  tędy  droga.  No  cóŜ,  znów 
musiała  uciec  się  do  łgarstwa,  co  od  pewnego  czasu  robiła 
nałogowo.  -  Mam  swojego  faceta  i  zapewniam  cię,  Ŝe  nie 
muszę poŜyczać sobie twoich. 

 

-

 

Powinnaś to podpisać własną krwią! - Portia uśmiech-

nęła się złośliwie, było jednak widać, jak bardzo jest zdumio-
na oświadczeniem córki. 

-

 

Zresztą juŜ  wcześniej  miałam  kilku  chłopaków.  - Fen-

nia konsekwentnie tworzyła swój nowy Ŝyciorys. 

-

 

To ciekawe, bo jak tu mieszkałaś, jedynymi facetami, 

do  których  dzwoniłaś,  byli  twoi  koledzy,  których  poznałaś 
jeszcze w piaskownicy. 

Fennia  westchnęła cięŜko, bo  matka  mówiła  szczerą pra-

wdę. Jak wybrnąć z sytuacji? 

-

 

Kto późno zaczyna, ten późno kończy - dziarsko zaŜar-

towała. 

-

 

Co  to  za  facet?  -  spytała  matka.  Oho,  zaraz  zaŜąda 

bliskiego  spotkania  trzeciego  stopnia,  przestraszyła  się 
Fennia. 

-

 

Nie znasz go - odparła. 

Jedyne nazwisko, jakie przyszło jej do głowy, to oczywi-

ś

cie Urquart. Ale Jegar, który jak diabeł święconej wody bał 

się bliŜszych związków i programowo fruwał z kwiatka na 
kwiatek, pękłby chyba ze śmiechu, gdyby się dowiedział, Ŝe 
występuje w roli narzeczonego panny Massey. 

-

 

Poznałaś go przez Yancie albo Astrę? - przypierała ją 

do muru matka. 

-

 

W  tej  chwili  nie  mieszkam  z  Astrą...  -  Fennia  despe-

racko starała się zmienić temat. 

 

-

 

A więc z Delią?! - Matka była śmiertelnie skłócona ze 

swoją przyrodnią siostrą. 

-

 

Nie. Mieszkam teraz w dobrej dzielnicy, w apartamen-

towcu... 

Zadzwonił dzwonek u drzwi i matka natychmiast straciła 

background image

70

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

71

 

 

zainteresowanie sprawami swojej córki. No cóŜ, audiencja 
dobiegała końca. 

Portia wróciła do salonu w towarzystwie Josepha Price'a, 

nie była juŜ jędzowatą babą, tylko rozkoszna nastolatką. 

-

 

Znasz moją córkę Fennię, Josephie? Poznaliście się na 

ś

lubie mojej siostrzenicy. 

-

 

A  tak  -  przyznał  siwowłosy  męŜczyzna.  -  I  wciąŜ  nie 

mogę uwierzyć, Ŝe masz córkę w tym wieku, Kaczuszko! 

Kaczuszka!  Ale  obciach!  -  pomyślała  Fennia  i  stłumiła 

chichot. Jej matka teŜ nie była szczęśliwa. 

-

 

Ale juŜ późno! - Fennia spojrzała na zegarek. Po skoń-

czonej audiencji etykieta nakazywała dyskretny odwrót. 

-

 

Fennia próbuje zdobyć' męŜczyznę - bez cienia zaŜeno-

wania poinformowała przyjaciela Portia. - Nie kaŜ mu wiecznie 
czekać - zwróciła się do córki. 

Wracała do apartamentu Jegara w poczuciu, Ŝe udało jej 

się nieco skruszyć lody między nią a matką, jednak nic czuła 
się z tego powodu ani odrobinę szczęśliwsza. Ich wzajemne 
stosunki stały się bardziej poprawne niŜ kiedykolwiek przed-
tem, ale cóŜ. w kontaktach z bliskimi przecieŜ nie o popraw-
ność  chodzi,  a  o  prawdziwą  bliskość.  A  one  z  matką  były 
sobie zupełnie obce i Ŝadna dyplomacja tego nie zmieni. 

Jegara  zastała  w  kuchni,  właśnie  robił  sobie  kawę.  Cho-

ciaŜ ostatnio między nimi róŜnie się układało, Fennia bardzo 
potrzebowała przyjaznej duszy. 

- Zrób i dla mnie - poprosiła. 
Spojrzał jej w oczy i wyczytał w nich smutek. Nie w ta-

kim nastroju wraca się z miłej randki. 

Usiadła za stołem i podziękowała za kawę. Zastanowił ją 

pełen powagi wyraz twarzy Jegara. 

-  Co się stało? - zapytał. - Gdzie podziała się ta radosna 

i  pełna  Ŝycia  dziewczyna,  która  wyszła  stąd  przed  dwiema 
godzinami? 

Fennia poczuła, Ŝe musi się wziąć w garść. 

-

 

Gdzieś tu ciągle jest - odparła i spróbowała się uśmiech-

nąć, jednak bez powodzenia. 

-

 

Wróciłaś  wcześniej,  niŜ  się  spodziewałem.  Randka  się 

nie udała? Czy on... 

-

 

Nie,  nie!  -  zaprzeczyła,  nie  wiedząc  zresztą,  co  do-

kładnie  miał  na  myśli.  ZauwaŜyła  jednak,  Ŝe  twarz  Jegara 
przybiera niepokojąco groźny  wyraz.  - Nie  miałam randki. 
Widzisz... 

-

 

Nie byłaś na randce? 

-

 

Pojechałam zobaczyć się z matką -  wyznała, czerwie-

niąc się ze wstydu. 

-

 

Z matką? 

To zaszło za daleko, pomyślała. 

-

 

Tak, z matką. Matka to taka kobieta, Ŝona ojca... 

Zamiast się obrazić, serdecznie się uśmiechnął. 
-

 

Moja mała Fennio... 

-

 

Metr dziewięćdziesiąt na obcasach to mało? 

-

 

Dla mnie jesteś mała. 

-

 

Bo siedzę. 

-  Dobrze,  niech  ci  będzie,  Ŝe  jestem  drań,  łajdak  i  nie 

wiem co tam jeszcze o mnie myślisz, czy moŜesz mi jednak 
powiedzieć, jak się ma twoja matka? 

Zacisnęła  usta.  Co  w  nim  jest  takiego,  Ŝe  jednocześnie 

wzbudza niechęć i sprawia, Ŝe chce się jej śmiać? Tym razem 
jednak się nie roześmiała. Chciał się dowiedzieć, jak się mie-
wa jej matka. Jest w formie, cisnęło jej się na usta, gdy 

background image

72

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

73

 

 

przypomniała sobie swoją rodzicielkę, jak mizdrzyła się do 
narzeczonego. 

-

 

Dobrze - odparła w końcu i sięgnęła po kawę. 

-

 

Rozumiem, Ŝe zobaczyłaś się z nią z jakiegoś szczegól-

nego powodu. 

Fennia zdumiała się. 

-

 

Skąd wie... 

-

 

Mam taki szczególny dar - rzucił beztrosko. 

-

 

Członkowie  rad  nadzorczych  muszą  cię  za  to  ubó-

stwiać! Mam rację? 

-

 

ś

eńska  część'  z  pewnością  -  zgodził  się  i  Fennia  juŜ 

chciała kąśliwie to skomentować, ale tylko się roześmiała. - 
Tak  juŜ  lepiej  -  powiedział.  -  A  teraz  wyznaj,  co  takiego 
zrobiła ci matka, Ŝe jesteś w kiepskim nastroju? 

-

 

Nie masz prawa tego ode mnie Ŝądać - zaprotestowała 

z mocą. 

-

 

Mam prawo oczekiwać*, Ŝe opiekunka mojej bratanicy 

będzie  uśmiechnięta  i pełna  energii,  a  nie  siedzieć z  nosem 
spuszczonym na kwintę. 

-

 

Skoro koniecznie chcesz wiedzieć, mieszkałam z matką 

aŜ do BoŜego Narodzenia. Wtedy zaŜądała, Ŝebym się wy-
niosła. Pojechałam do niej w nadziei, Ŝe uda mi się naprawić 
nasze kontakty. 

-

 

I co, udało ci się? 

-

 

Chyba tak. 

-

 

Mówisz to bez przekonania... 

Rozmowa  z  matką  świadczyła  chyba  o  tym,  Ŝe  i  ona 

chciała  coś  zmienić.  A  Ŝe  nie  była  taką  matką,  jaką  Fennia 
pragnęłaby mieć, to juŜ nie jej wina. Ona teŜ nie postępowała 
w Ŝyciu tak, jakby sobie tego Ŝyczyła Portia. 

 

-

 

Jestem  o  tym  przekonana.  Wezmę  kawę  do  swojego 

pokoju. 

-

 

Dlaczego pani Massey zaŜądała, Ŝebyś się wyniosła? 

-

 

Pani  Cavendish  -  sprostowała  Fennia.  -  Mój  ojciec 

umarł, kiedy byłam mała i matka ponownie wyszła za mąŜ. 

-

 

Czy ma to jakiś związek z twoim ojczymem? 

-

 

Nie,  absolutnie  Ŝadnego!  -  zaprotestowała  gorąco.  -

Mój ojczym i ja jesteśmy przyjaciółmi. Bardzo go lubię i sza-
nuję. - Nagle zerwała się na równe nogi. - Idę spać! - oznaj-
miła zdecydowanie. 

Tyle tylko, Ŝe Jegar teŜ się poderwał i stanął w drzwiach 

do  kuchni.  Gdy  zrobiła  krok,  ani  drgnął,  Mimo  swoich  stu 
dziewięćdziesięciu centymetrów na obcasach, Fennia poczu-
ła się... małą dziewczynką. 

-

 

Czy  twój  ojczym  starał  się  powstrzymać  twoją  matkę 

przed  tym  karygodnym  czynem?  Tak  postąpiłby  prawdziwy 
przyjaciel. 

-

 

Są  ze  sobą  rozwiedzeni  -  odparła  chłodno.  Bardzo 

chciała, Ŝeby Jegar dał jej wreszcie święty spokój. 

-

 

Nie  pojmuję,  jaką  zbrodnię  musiałabyś  popełnić,  Ŝeby 

rodzona matka wyrzuciła cię z domu - powiedział miękko. 

Bardzo  tego  nie  chciała,  lecz  nagle  słowa  same  zaczęły 

płynąć jej z ust. Nie potrafiła powstrzymać potoku zwierzeń. 

-  W  święta  BoŜego  Narodzenia  matka  zaprosiła  na  kola 

cję  swojego  przyjaciela.  Pod  jemiołą,  niby  po  przyjacielsku, 
zaczął mnie całować". Nie tak niewinnie, w policzek, tylko 
w  usta. Nie  mogłam go powstrzymać, bo uŜył siły. -  Fennia 
zrobiła się śmiertelnie blada i aŜ wzdrygnęła się z obrzydze 
nia  na  to  wspomnienie.  -  Wtedy  weszła  matka,  a  ten  drań 
mnie oskarŜył, Ŝe cały czas go prowokowałam i w końcu 

background image

74

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ  KOBIECA

 

75

 

 

zmusiłam go do tego pocałunku. - Fennia czuła, Ŝe za chwilę 
się rozpłacze. - I moja matka uwierzyła jemu, a nie mnie. 

Powiedziała mu wszystko, nie było nic do dodania. Prag-

nęła  tylko  paść  na  łóŜko  i  popłakać  w  poduszkę,  by  ukoić 
skołataną duszę. Zrobiła krok do przodu, lecz Jegar znów ani 
drgnął. Nagłe poczuła jego dłoń na podbródku. Nie chciała 
mu  spojrzeć  w  oczy.  Bała  się  jego  komentarza.  Jednak  on 
delikatnie  uniósł jej głowę do  góry  i ich spojrzenia spotkały 
się na chwilę. 

- To juŜ  minęło,  Fen - powiedział, po czym, jakby była 

to  najbardziej  naturalna  rzecz  pod  słońcem,  wziął  ją  w  ra-
miona. 

Serce waliło jej jak oszalałe, cała drŜała. Zdumiewało ją 

i to, co się działo, i to, Ŝe nie próbowała się temu oprzeć. 

Nagle  poczuła  wszechogarniający,  błogi  spokój.  W  ra-

mionach Jegara, z głową wtuloną w jego tors. czuła się naj-
szczęśliwszą kobietą na świecie. 

Pragnęła, by nigdy się to nie skończyło, jednak po chwili 

do głosu doszedł rozsądek. Niechętnie uwolniła się z objęć i 
próbowała cofnąć. 

Jegar zwolnił uścisk, chociaŜ jedną ręką nadal ją obejmo-

wał. Spojrzała do góry. Pochylił głowę, po czym delikatnie 
ją pocałował. Fennia zamarła w bezruchu. Dotyk jego ust był 
tak niesamowity, cudowny, uzdrawiający. Nie odepchnęła go, 
nie opierała się, nie zaprotestowała. Całe jej ciało przebiegł 
dreszcz. 

Jegar delikatnie przerwał pocałunek, a gdy zdjął z jej ple-

ców dłoń, Fennia zaczęła uświadamiać sobie, co właściwie 
się stało. 

- Jeśli chciałeś sprawić, bym poczuła się lepiej, to ci się 

udało - wykrztusiła przez zaciśnięte gardło i szybko dodała: 
- Dobranoc. 

Pospiesznie opuściła kuchnię. 

Czekały ją długie nocne rozmyślania. O matce, o jej do-

mu, który dzisiaj stał się dla Fermi i całkiem juŜ obcym miej-
scem, wreszcie o Jegarze. 

Nie chciała mu się zwierzać z przykrej historii z eksnarze-

czonym matki, a jednak to zrobiła. I dzięki temu poczuła się 
lepiej. 

Tylko dlaczego  w jego ramionach zaznała takiego  ukoje-

nia?  No  cóŜ,  ona  oyła  w  stresie,  a  on  okazał  się  Ŝyczliwą 
duszą... 

Zachował się jak prawdziwy przyjaciel. I tak właśnie po-

winno  być!  Do  tej  pory  toczyli  cichą  wojnę,  a  to  był  błąd. 
Wystarczyła  cieplejsza  chwila...  jak  to  między  przyjaciół-
mi...  i  nagle  Ŝycie  stało  się  piękniejsze.  Mieszkali  pod  jed-
nym dachem, razem opiekowali się Lucie i nie powinni być 
dla siebie obcymi ludźmi. 

1 chyba juŜ nie byli! Zwierzyła mu się ze swoich trosk, a 

on  jej  cierpliwie  wysłuchał  i  podniósł  na  duchu...  a  nawet 
przytulił po przyjacielsku... terapeutycznie... pocałował... 

Po  przyjacielsku?  Terapeutycznie?  -  zastanawiała  się  w 

półśnie, i nagle same oczy jej się zamknęły. NajwaŜniejsze, 

Ŝ

e  wreszcie  zostaliśmy  przyjaciółmi,  zdąŜyła  jeszcze 

pomyśleć i odpłynęła w słodkie, senne marzenia. 

Następnego dnia, gdy Fennia  otworzyła oczy,  ujrzała nad 

sobą  uśmiechniętą,  niebieskooką  dziewczynkę.  Cała  rozpro-
mieniona,  wzięła  małą  do  kuchni.  Pełna  ciepłych  uczuć  do 
Jegara, postanowiła zrezygnować z elektrycznej wyciskarki 
i własnoręcznie przygotowała sok z kilku pomarańczy. 

background image

76

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

77

 

 

Po  paru  minutach  dołączył  do  nich  Jegar.  Podała  mu 

szklankę soku ze świeŜo wyciśniętych owoców. 

-

 

Powinienem cię całować częściej! - powiedział, zado-

wolony, Ŝe jest taka miła. 

-

 

Zalecałabym  raczej  co  innego  -  odparła,  a  na  osłodę 

uśmiechnęła się ciepło. Po przyjacielsku. 

Po śniadaniu Fennia zabrała Lucie na spacer, a Jegar po-

szedł  popracować  w  swoim  gabinecie.  Umówili  się,  Ŝe 
wcześniej niŜ zwykle zjedzą lekki lunch, by Lucie mogła się 
trochę przespać, a potem we trójkę pojadą do Harveya i Ma-
riannę. 

Gdy Fennia połoŜyła małą do łóŜka, rozległ się dzwonek. 

Jegar  otworzył  drzwi  i  zaprosił  kogoś  do  środka,  a  Fennia 
postanowiła się nie narzucać i zamknęła się w swoim pokoju. 

Nagle pojawił się u niej Jegar. 

-

 

Jest tu twoja matka - oznajmił powaŜnie. 

-

 

Moja matka?! To nie głupi Ŝart? - Była bardzo zdener-

wowana. 

-

 

Przedstawiła  się  jako  Portia  Cavendish  -  rozwiał  jej 

wątpliwości. 

-

 

Ale  skąd  ona  wiedziała...  -  PrzecieŜ  nie  podała  matce 

tego adresu. 

-

 

Ach. Fennio kochanie! - zawołała Portia, gdy jej córka 

weszła do salonu. 

Fennia ze zdziwienia uniosła brwi, nie pamiętała bowiem, 

by matka kiedykolwiek nazwała ją tak pieszczotliwie. 

-

 

Czy  coś  się  stało?  -  spytała  mocno  skonsternowana 

Fennia. 

-

 

A dlaczego miałoby się coś stać? - spytała Portia. - Czy 

nie mogę tak po prostu odwiedzić swojej córki? 

Fennia powstrzymała się od komentarza, który sam cisnął 

się jej na usta, lecz schowała się za dobrymi manierami i za-
pytała: 

-

 

Czy mogę ci zaproponować kawę lub herbatę? 

-

 

Nie dziękuję, córeczko, zaraz muszę lecieć, bo jestem 

umówiona - odparła Portia. 

Jegar stał bez słowa, przypatrując się obu kobietom. 
-  Przepraszam,  z  tego  wszystkiego  zapomniałam  was  so 

bie  przedstawić.  -  Fennia  znów  przypomniała  sobie  o  do 
brym  wychowaniu.  -  Mamo,  to  Jegar  Urquart,  a  to  moja 
mama, Portia Cavendish. 

Fennia usiadła obok maiki. 

-

 

Mieszkam tu... - zaczęła, ale matka jej przerwała. 

-

 

Wiem,  kochanie.  -  Portia  słodko  uśmiechnęła  się  do 

przystojnego  gospodarza.  -  Mówiłaś,  Ŝe  masz  przyjaciela, 
nie powiedziałaś tylko, Ŝe z nim mieszkasz. 

Fennia nie wiedziała, co ją bardziej peszyło, kokieteryjne 

zachowanie matki w stosunku do Jegara, czy jej podejrzenie, 

Ŝ

e Fennia jest jego kochanką. 

-

 

Mamo, ja... - zaczęła, ale tym razem przerwał jej Jegar. 

-

 

Fennia  lubi  mieć  swoje  małe  sekrety  -  powiedział,  w 

oczywisty  sposób  dając  Portii  do  zrozumienia,  Ŝe  łączy  ich 
coś więcej niŜ przyjaźń. 

Fennia miała ochotę rąbnąć go w łeb. Jakim prawem za-

bawiał się w taki sposób? 

-  Jegar  i  ja...  -  Fennia  wiedziała,  Ŝe  jeśli  teraz  nie  wy 

jaśni wszystkiego, sprawa będzie nie do odkręcenia. 

W tej jednak chwili, taszcząc pod pachą misia, do pokoju 

wkroczyła Lucie. 

-  Pan ma dziecko! - zawołała Portia. 

background image

78

 

JESSICA STEELE

 

 

Jegar  nie  zaprotestował,  świetnie  się  bawiąc  tą  sytuacją. 

Lucie podeszła do Portii i podała jej misia. 

-  Misio  cacy...  a  to  baba...  -  Lucie  uśmiechnęła  się  do 

Portii. 

Wreszcie i Fennia miała swoją chwilę zabawy. Portia za-

wsze czuła cichy uraz do córki, Ŝe ta z kaŜdym rokiem robiła 
się  starsza,  aŜ  wreszcie  wyrosła  na  kobietę,  czym  obnaŜała 
wiek swej matki, a tu jakieś wstrętne dziewuszyszko nazwało 
ją babcią... Nie mogło być' większej obrazy! 

-  Muszę  lecieć

-

,  spóźnię  się!  -  Portia  gwałtownie  pode 

rwała się z kanapy, zupełnie ignorując dziecko. 

Fennia  wzięła  Lucie  na  ręce  i  powiedziała jedyną  rzecz, 

jaka w tych okolicznościach miała sens. 

-  Odprowadzę cię do drzwi, mamo. 

Gdy  wróciła  do  salonu,  Jegar  siedział  ciągle  w  tym  sa-

mym  miejscu.  Wcale  się  nie  uśmiechał,  miał  wręcz  ponury 
wyraz  twarzy.  Widocznie  nie  myślał  juŜ  o  tym,  co  zaszło 
podczas wizyty matki. Rozumiała jednak, Ŝe wiele będzie mu 
musiała wyjaśnić. 

ROZDZIAŁ PIĄTY

 

Na  szczęście  wyjaśnienia  musiały  poczekać.  Lucie  była 

tak podniecona zbliŜającą się wizytą  u rodziców, Ŝe  mowy 
nie było, by  choć  na chwilę  przysnęła.  Wreszcie ruszyli  do 
szpitala,  a  jedyne  słowa,  jakie  wypowiedzieli,  adresowane 
były do małej. 

Szczęśliwie okazało się ze uraz kręgosłupa Mariannę nie 

jest aŜ tak powaŜny, jak początkowo przypuszczano. MałŜon-
kowie  szybko  wracali  do  zdrowia  i  wreszcie  powiało  pra-
wdziwym optymizmem. Tak jak poprzednio Fennia zostawi-
ła ich samych, by mogli pobyć w gronie rodzinnym. 

Dzień  był  piękny,  więc  powędrowała  do  przyszpitalnego 

ogrodu. Usiadła na ławce i zaczęła się zastanawiać, co stało 
się  przyczyną  niespodziewanej  wizyty  matki.  Do  tej  pory 
Portia  w  ogóle  nie  interesowała  się  losem  córki,  dlaczego 
więc teraz ją odszukała? Zastanawiała się teŜ, jak to wszystko 
wytłumaczy Jegarowi. I wtedy właśnie spostrzegła, Ŝe on stoi 
obok niej. 

-

 

Wracamy? - spytała, choć wiedziała, Ŝe daleko jeszcze 

do końca odwiedzin. 

-

 

Nie - odparł i usiadł koło niej. - Ale musimy powaŜnie 

porozmawiać. 

-

 

A o czym? - palnęła z głupia frant, 

-

 

Mam wraŜenie, Ŝe zataiłaś swoje prawdziwe zamiary 

background image

80

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

81

 

 

wobec mnie. Prawda zaś jest taka. Ŝe próbujesz mnie złowić 
na męŜa. 

Dosłownie  ją  zamurowało,  a  gdy  juŜ  doszła  do  siebie, 

zaatakowała z furią: 

-

 

Ty  egoistyczny,  zapatrzony  w  siebie  bubku!  OtóŜ 

wiedz, Ŝe ani mi przez myśl nie przeszło, by „złowić cię na 
męŜa", jak to subtelnie byłeś łaskaw określić. A jeśli chcesz 
wiedzieć, nie poślubiłabym cię nawet wtedy, gdybyś mi ofia-
rował góry złota! - I Ŝeby nie było Ŝadnych wątpliwości, po 
sekundzie dodała: - Baran! 

-

 

Skoro tak, to dlaczego powiedziałaś matce, Ŝe jestem twoim 

facetem? - Jej wybuch nie zrobił na nim większego wraŜenia. 

-

 

Nie powiedziałam, Ŝe to ty jesteś moim facetem. Poin-

formowałam tylko, Ŝe kogoś mam. 

-  A kogo? 

-

 

A co cię to obchodzi? 

-

 

Nikogo nie masz. 

-

 

Zamknij się! Nie muszę się przed tobą tłumaczyć! 

-

 

To powiedz, kto to jest. 

-

 

Nie twoja sprawa! 

-

 

Gdy się z kimś jest, z reguły wie o tym wiełe osób, więc 

to Ŝadna tajemnica. 

-

 

Nie znasz go! - odpaliła, ale jej furia, jak szybko przy-

szła,  tak  szybko  minęła.  Fennia  westchnęła.  -  To  nie  takie 
proste... - Jak mogła mu się przyznać, Ŝe nie ma nikogo? -
Ja... - zawahała się. 

-

 

Dokończ - zaŜądał, choć jego głos nie brzmiał juŜ tak 

agresywnie. 

-

 

Mówiłam ci juŜ... no wiesz, chodzi o tę historię z by-

łym facetem mojej matki... 

 

-

 

A co ma piernik do wiatraka? 

-

 

Tylko tyle, Ŝe wybrałam się wczoraj do niej, Ŝeby za-

wrzeć  pokój,  no  i  wymyśliłam  tego  chłopaka,  Ŝeby  matka 
wiedziała... 

-

 

ś

e nie interesuje cię jej facet? 

-

 

Tak - odparła krótko. 

-

 

I twoja matka wyciągnęła na tej podstawie wniosek, Ŝe 

to ja jestem tym facetem? 

Fennia skinęła głową. 

-  A nie pomyślałaś, Ŝe gdy powiesz jej, gdzie mieszkasz, 

twoja  matka  zechce  przyjechać  i  to  sprawdzić,  a  widząc 
mnie. właśnie tak sobie pomyśli? 

-  Nie, nie pomyślałam. - Znów wezbrała w niej złość. 
Ale ja jej wcale nie powiedziałam, gdzie mieszkam! 

-

 

Chcesz powiedzieć, Ŝe twoja matka chodziła od drzwi 

do drzwi, aŜ cię znalazła? - zadrwił 

-

 

Nie mam pojęcia, ty palancie! - odcięła się wściekle. - 

Nie  powiedziałam  jej,  gdzie  mieszkam,  tylko  Ŝe  się  wypro-
wadziłam!  Zresztą to ty nalegałeś, Ŝebym zamieszkała u cie-
bie,  więc teraz się nie  wściekaj! - 1 znów złość jej pr/es/ła 
równie  nieoczekiwanie,  jak  wcześniej  ją  ogarnęła.  -  Twój 
adres podałam cioci Delii i kuzynce Astrze. Moja matka mu-
siała się z nimi skontaktować. 

Jegar  przyjął  wprawdzie  jej  odpowiedź  jako  logiczną  i 

wiarogodną, a mimo to zapytał: 

-

 

Czy moŜesz mi powiedzieć, po co twoja matka chciała 

się z tobą zobaczyć? 

-

 

Nie miałam okazji jej o to zapytać! Zresztą to nie twoja 

sprawa. 

-

 

Powiedz, czy twoja matka nie lubi dzieci? - Oczywi- 

background image

82

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

83

 

 

ś

cie zauwaŜy), Ŝe Portia natychmiast się wyniosła, gdy tylko 

pojawiła się Lucie. 

-  Nie  wszyscy  lubią  dzieci  -  odparła  Fennia  dyploma 

tycznie. - A skoro juŜ o nich mowa, jedno z nas musi pójść 
po  Lucie.  Toddowie  mogą  potrzebować  pomocy.  -  Ku  jej 
zdziwieniu, Jegar zgodził się przerwać rozmowę. 

Gdy wrócili do domu, Fennia starała się nie wchodzić mu 

w  drogę,  bo  jego  bliska  obecność  nagle  stała  się  trudna  do 
zniesienia. Oczywiście wciąŜ o nim myślała, co i rusz zacis-
kając  pięści.  Naprawdę  zalazł  jej  /a  skórę!  Co  w  nim  jest 
takiego? Dotąd jeszcze nikt tak bardzo jej nie zdenerwował. 

W  niedzielę  próbowała  zadzwonić  do  ciotki  Delii  i  do 

Astry,  ale  Ŝadnej  z  nich  nie  zastała.  Oczywiście  nie  miała 
pretensji, Ŝe jedna z nich podała matce jej adres, jednak dzi-
wiło ją, iŜ nie została o tym powiadomiona. Musiała to wy-
jaśnić. 

W poniedziałek rano Fennia powiedziała Jegarowi: 

-

 

Mam zamiar wybrać się dziś wieczorem do matki. Chcę 

jej wszystko wyjaśnić. 

-

 

A co tu jest do wyjaśnienia? - zapytał. 

-

 

Jak to co? Chcę jej powiedzieć prawdę o nas. 

-

 

Szczerze mówiąc, nie interesuje mnie to. 

-

 

Nie  pochlebiaj  sobie!  -  odparła  i  uśmiechnęła  się  do 

Lucie. - PołoŜę małą, pojadę do matki i powiem jej. Ŝe ty i ja 
wcale nie jesteśmy parą, no i Ŝe... 

-

 

Nie sądzisz, Ŝe zabrzmi to trochę dziwnie? 

-

 

A niby dlaczego? 

-

 

Ty i ja, - Jegar  wzruszył ramionami.  - A  wiec  miesz-

kasz ze mną pod jednym dachem i w tym samym czasie masz 
chłopaka. - Jegar nonszalancko oparł się o blat. - W kaŜdym 

bądź razie musiałby to być bardzo wyrozumiały facet - dodał 
kpiąco. 

Nie  pomyślała  o  tym.  Jednak  nie  zniosłaby  sytuacji,  w 

której musiałaby przyznać się matce, Ŝe wciąŜ jest sama jak 
palec. Westchnęła cięŜko. 

-  Masz  rację,  wyglądałoby  to  dziwnie.  -  Spojrzała  na 

niego z ukosa. - To ja juŜ nie wiem. co mam zrobić, Ŝebyś... 
-  Uśmiech, który nagle pojawił się na jego twarzy, sprawił, 

Ŝ

e przerwała. - O co chodzi? 

-

 

Jeśli  faktycznie  chcesz  mi  sprawić  przyjemność...  -

Znieruchomiała. - To mogłabyś... - Upił łyk kawy. 

-

 

Co? - Nagle wspomniała tamten wspaniały pocałunek. 

-  Jeśli wpadłeś na diabelski pornysł, abym... 

-

 

AleŜ,  Fennio,  co  za  nieprzystojne  myśli  chodzą  ci  po 

głowie! - zadrwił. 

-

 

A zatem? - Nie ustępowała. 

-

 

Mogłabyś zostać dziś i jutro wieczorem z małą, bo mam 

kilka osobistych spraw do załatwienia? 

Babsztyl!  Na  pewno  jakiś  babsztyl!  -  pomyślała  Fennia. 

Nie  była  zadowolona,  ale  nie  miała  wyboru,  bo  pomysł  z 
matką przecieŜ upadł. 

-

 

I  nie  będziesz  miał  nic  przeciwko  temu,  Ŝeby  moja 

matka przez jakiś czas myślała, Ŝe ty i ja... Ŝe my...? 

-

 

Będzie o tym plotkować? 

-

 

Niestety, tego nie unikniemy. 

-

 

Nie  szkodzi,  jakoś  sobie  z  tym  poradzę.  -  Przechodząc 

obok Fcnnii, pogłaskał ją po brodzie, po czym wyszedł 2 kuchni, 
wciąŜ się uśmiechając. 

-

 

Mam nadzieję, Ŝe nie będziesz tego Ŝałował! - zawołała 

za nim. 

background image

84

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

85

 

 

Było  jej  przykro,  Ŝe  Jegar  ma  zamiar  urwać  się  na  dwa 

kolejne  wieczory.  Poza  wszystkim,  powinien  więcej  czasu 
poświęcać swojej bratanicy. Tak, chodzi o dobro Lucie. W 
tym rzecz. 

-

 

Czy twoja matka skontaktowała się z tobą? - zapytała 

Kate, gdy tylko Fennia zjawiła się w pracy. 

-

 

W sobotę przyjechała prosto do Jegara. - odparła Fen-

nia ponuro. 

-

 

O rany! - roześmiała się Kate, po czym opowiedziała 

jej, jak Portia nieomal siłą wyciągnęła z niej adres, twierdząc, 

Ŝ

e musi zobaczyć się z córką. 

Nareszcie  wszystko  stało  się  jasne.  Dobroduszna  Kate 

wiedziała, Ŝe Fennia chce pogodzić się z matką i z rados*cią 
starała  się  w  tym  pomóc.  Gdy  tylko  Portia  dostała  adres, 
natychmiast zorientowała się, w jak bardzo drogiej dzielnicy 
zamieszkała jej córka i postanowiła udzielić jej reprymendy, 

Ŝ

e niepotrzebnie trwoni odziedziczony majątek na luksusowy 

apartament. Rzecz jasna ona, Portia Cavendish, wydałaby te 
pieniądze mądrzej. 

Niestety,  nie  mogła  podzielić  się  z  Jegarem  informacją, 

w jaki sposób matka zdobyła jego adres, bo buszował gdzieś 
po  mieście.  Wrócił  dobrze  po  pierwszej  w  nocy  i  Fennia 
miała nadzieję, Ŝe za swoje grzechy zapłaci bólem głowy. 

Rano zastanawiała się, co za bies w nią wstąpił, Ŝe tak źle 

zaczęła mu Ŝyczyć. Nigdy taka nie była! No cóŜ, widocznie 
Jegar Urquart miał na nią fatalny wpływ i dlatego zmieniła 
się  na  gorsze.  Pod  względem  logiki  temu  wyjaśnieniu  nie 
sposób było cokolwiek zarzucić. 

Uporawszy  się  z  tym  problemem,  zajrzała  do  Lucie,  nie 

było jej jednak w pokoju. Wtedy usłyszała, Ŝe w gabinecie 

Jegara  ktoś  wali  w  klawiaturę  komputera.  Szybko  tam  po-
mknęła, spodziewając się najgorszego. Święty gabinet pana 
domu! 

Drzwi były otwarte, komputer włączony, a Lucie stała na 

krześle i bębniła w klawiaturę. 

-  Witaj,  kochanie  -  powiedziała  do  małej,  zamknęła  dys 

kietkę i szybko ją wyjęła, Lucie nie mogła dokończyć dzieła 
zniszczenia. 

Mała  spojrzała  na  ekran,  potem  na  Fennię,  a  następnie 

wyciągnęła rączkę po dyskietkę. 

-  Znajdziemy sobie inną, mój skarbie. 

Ze  stojącego  na  biurku  pudełka  wzięła  dyskietkę  bez  na 

lepki  i  włoŜyła  ją  do  stacji.  Jednak  Lucie  miała  juŜ  na  co 
innego ochotę.

 

-  Misio - oznajmiła i wybiegła z gabinetu. 

Fennia  została  jeszcze  chwilę,  by  wyłączyć  komputer, 

gdy jednak spojrzała na ekran, wprost ją zamurowało. Dys-
kietka  wcale  nie  była  pusta,  lecz  zawierała  najbardziej 
poufne dane. 

-  Co ty tu robisz, do jasnej cholery?! 

Jegar,  odziany  jedynie  w  slipy  i  koszulę,  jak  tornado 

wpadł  do  gabinetu.  Gdy  tylko  spojrzał  na  ekran,  w  jego 
oczach zabłysła Ŝądza krwi. 

-

 

Zajmuję się twoją bratanicą! - wypaliła ze złością. Nie 

zwracając na nią uwagi, odsunął ją od komputera, wyjął 
dyskietkę ze stacji i schował do kieszeni koszuli. 
-

 

Ostrzegałem cię, Ŝebyś tu nie wchodziła. 

- Więc mnie zastrzel! - syknęła. - To nie moja wina, Ŝe 
Lucie lubi się bawić komputerem. 

-  Jakoś jej tu nie widzę! 

background image

86

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

87

 

 

-

 

Mam to w nosie! Znalazłam ją, gdy bawiła się kompu-

terem. MoŜesz sobie wierzyć bądź nie wierzyć, ale tak było. 

-

 

Chcesz  powiedzieć,  Ŝe  mała  obudziła  się.  przyczłapała 

tutaj, otworzyła drzwi i pomyślała sobie: „O, komputer, po-
bawię się...". 

-

 

Musiałeś zostawić otwarte drzwi! 

-

 

I tymi swoimi paluszkami włączyła komputer... 

-

 

Gdybyś widział, do czego zdolne są inne dzieci w tym 

wieku... 

-

 

Włączenie  komputera  to  pestka?  -  Wyraźnie  jej  nie 

wierzył.. 

-

 

Mogła oswoić się z komputerem przy Harveyu. Pewnie 

brał ją na kolana, gdy pracował, albo teŜ grali w jakieś gry... 

-

 

I dzięki temu  wiedziała, Ŝe trzeba wybrać tę konkretną 

dyskietkę i włoŜyć ją do stacji? 

-

 

Ja ją  wybrałam!  -  przyznała  się  Fennia.  -  Jest  nieopi-

sana,  a  ja  wolałam  uŜyć  czystej,  a  nie  takiej,  która  zawiera 
waŜne pliki, 

-

 

ZałoŜę się, Ŝe wie... 

-

 

Skąd  mogłam  wiedzieć,  Ŝe  zawiera  szczegóły  twojej 

oferty dla Lomax Mortimer Trading? 

-

 

Przeczytałaś  to?  -  Jego  podbródek  zadrŜał.  Po  chwili 

jednak  wściekłość  zaczęła  ustępować  przeraŜeniu.  Jegar 
uświadomił sobie, Ŝe robiąc uŜytek z tych informacji, Fennia 
moŜe mu powaŜnie zaszkodzić. 

-

 

Dlaczego się dziwisz, Ŝe mnie to zaciekawiło? 

-

 

Znasz się na biznesie! 

-

 

Jeśli chcesz, to mnie pozwij do sądu! 

-

 

Piśnij choćby słowo o tym, co tu przeczytałaś, a popa-

miętasz! - zagroził z morderczą powagą. 

 

-

 

Tylko spróbuj mi coś zrobić! - odcięła się, dając popis 

brawury. 

-

 

Ostrzegam cię! - Ścisnął bardzo mocno jej ramię i nie 

wiadomo, do czego by jeszcze doszło, gdyby do gabinetu nie 
weszła Lucie. 

Dziecko spojrzało na jedno i na drugie, po czym zwróciło 

się do wujka: 

-  Dafenibuzi. 

Gdy zwolnił uścisk i napięcie trochę opadło, Fennia wy-

buchła śmiechem, lecz Jegar nadal zionął złością. 

-

 

Wygląda  na  to,  Ŝe  jej  rodzice  w  bardzo  ładny  sposób 

kończą kłótnie - powiedziała. 

-

 

To znaczy? - warknął,     i 

-

 

Lucie powiedziała: „Daj Fennii buzi". 

Rzucił jej tylko wściekłe spojrzenie, po czym stanął przy 

di zwiach, jednoznacznie dając do zrozumienia, Ŝe wraz z Lu-
^ 10 mają opuścić gabinet. Fennia bezzwłocznie wyszła, a Je-
gar za nią. 

Mimo śmiechu, jakim zakończył się ten niemiły incydent, 

ma myślała o tym zdarzeniu przez resztę dnia. Zachowanie 

Jegara bardzo ją przestraszyło. Jeśli ta oferta dla Lomax 

Mortimer Trading faktycznie zawierała aŜ. tak poufne dane, 

ego zostawił dyskietkę, która je zawierała, w pudełku I 

czystymi dyskietkami? AleŜ tak, nagle zrozumiała, przecieŜ 

ijlepszc miejsce, by ją ukryć, bo przecieŜ nikt by jej tam 

/ukał. Bardzo sprytne. Wiedziała jedno: to, Ŝe te dane były 

wprost bezcenne dla urencji, zrozumiałby nawet kompletny 

idiota. 

Przez następnych kilka dni Fennia starała się nie wchodzić 

background image

JESSICA STEELE

 

Jegarowi w drogę, on równieŜ omijał ją szerokim łukiem. 

Ich  wzajemne  kontakty  ograniczyły  się  do  wymiany 
niezbędnych komunikatów. 

Pod  koniec  tygodnia  Fennia  poczuła,  Ŝe  powinna  wyje-

chać gdzieś na weekend, by spokojnie przemyśleć parę spraw. 
Chciała  zapytać  Jegara  o  to,  czy  poradzi  sobie  sam  przez 
sobotę i niedzielę. Lucie czuła się przy nim zupełnie swobod-
nie, na przykład uwielbiała wdrapywać się mu na kolana, gdy 
czytał gazetę. 

Mała spała juŜ, gdy w piątek wieczór wrócił z pracy. Fen-

nia odczekała, aŜ weźmie prysznic, po czym wyszła ze swego 
pokoju, Ŝeby z nim porozmawiać. Zastała go w salonie. 

-  Chciałabym  zamienić  z  tobą  kilka  słów  -  zaczęła  bez 

zbędnych wstępów. 

Wstał  i  uprzejmie  wskazał  fotel.  Przyglądał  jej  się  przy 

tym bardzo uwaŜnie. 

Fennia  zaczęła  się  zbierać  w  sobie,  Ŝeby  go  poprosić  o 

dwa wolne dni. Nie, nie prosić, tylko oznajmić, Ŝe wyjeŜdŜa 
na weekend. 

Jegar wysłuchał jej, po czym uśmiechnął się rozbrajająco. 

-  Jeśli chcesz odejść z tej pracy, to niestety nie mogę się 

zgodzić. 

Nie, nie zamierzała zrezygnować z opieki nad Lucie. Zro-

biło  jej  się  wręcz  smutno  na  samą  myśl,  Ŝe  miałaby  stąd 
odejść i... nigdy juŜ go nie zobaczyć. 

-

 

Tak naprawdę... 

-

 

Nienawidzisz mnie za to, jak się ostatnio zachowałem 

w gabinecie? 

-

 

Czy to przeprosiny? 

-

 

Bez ciebie będę zgubiony, Fennio. 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

89

 

-  Nie sądzisz, Ŝe nam obojgu dobrze by zrobiło, gdyby 

zaczeło nam siebie brakować? - Nieprawdopodobne! CóŜ 
za 

wzruszający ton! - WyjeŜdŜam jutro - przywołała się do 
po- 

rządku. 

Spodziewała się, Ŝe zapyta: „O której?" albo: 

„Kiedy wra-casz?". Lecz nic z tych rzeczy, natomiast 
usłyszała: -  Z kim jedziesz? 

-  Zapewniam cię, Ŝe mogę wyjechać na weekend o włas- 
nych siłach - wyjaśniła, z trudem kryjąc zdumienie. 

-  Aha. 

-

 

Mógłbyś' wyraŜać się jaśniej? 

-

 

Rozumiem, Ŝe masz mnie dosyć i chcesz ode mnie od-

począć? 
-

 

Czytasz w moich myślach - potwierdziła. 

-

 

Wiem, zachowałem się jak brutal, i w związku z tym 

nie  powinienem  mieć  do ciebie  teraz  pretensji,  Ŝe  chcesz 
się 

gdzię urwać na dzień albo dwa? 

-

 

A co, nie jest tak? 

-

 

Jutro wieczorem zaprosiłem parę osób na kolację - odparł. 

Wysoki, przystojny, uśmiechnięty; w pewien sposób za- 

jczy. Do licha! O czym ja myślę?! 

-

 

I chcesz, bym w tym czasie zajęła się małą? 

-

 

Lucie jest przyzwyczajona do  gości, bo jej rodzice nie 

są  odludkami,  i  wcale  nie  wymaga  specjalnej  opieki. 
Chciał-bym, Ŝebyś mi towarzyszyła. 
-

 

Skąd ten oryginalny pomysł, Jegarze? - spytała z prze- 

-

 

Do  jednego  z  moich  gości,  Nevill'a  Armitage'a,  bar-

dzo powaŜnego biznesmena, przyjechał z niespodziewaną 
wizytą brat. Powiedziałem mu, Ŝeby zabrał go ze sobą. 

88

 

background image

90

 

JESSICA STEELE

 

-

 

Miałabym  wiec  towarzyszyć  bratu  powaŜnego  biznes-

mena? - spytała z lekkim przekąsem. 

-

 

Stół  wyglądałby  bardziej  elegancko,  gdyby  siedziała 

przy nim parzysta liczba osób. 

-

 

Zawracasz sobie głowę parzystą liczbą osób przy stole? 

Nie wierzę. - Fennia była wyraźnie rozbawiona. 

Jego spojrzenie zatrzymało się na jej roześmianych ustach, 

po czym powędrowało w stronę równic roześmianych oczu. 

-

 

Powiedz, Ŝe się zgadzasz - nalegał. 

-

 

Mam się zgodzić na towarzyszenie powaŜnemu i, z du-

Ŝ

ym prawdopodobieństwem, nudnemu facetowi? 

-

 

Pospieszę ci na ratunek, jeśli sama nie będziesz dawała 

rady - obiecał. 

-

 

Trzymam cię za słowo - zgodziła się. 

Ross Armitage wcale nie był nudny. Młodszy o dziesięć 

lat od swego brata, okazał się inteligentnym i wesołym kom-
panem. 

Fennia miała na sobie długą sukienkę z czarnej krepy, bez 

rękawów i ze stójką. Wyglądała w niej naprawdę dobrze, co 
Ross często podkreślał. A gdy ujrzała Charmaine Rhodes w 
fantastycznej, supermodnej złoto-czarnej kreacji, poczuła w 
sobie ducha rywalizacji. 

Fennia bawiła się naprawdę dobrze. Polubiła znajomych 

Jegara, a z Nancy Enstone dogadała się, Ŝe choć w róŜnych 
latach, ale skończyły tę samą szkołę. 

By nieco spacyfikować Rossa, który wyraźnie próbował 

ją zawłaszczyć, wciągnęła do rozmowy Vana Enstone"a, który 
w  pewnej  chwili  wrócił  do  tematu  szkoły,  którą  skończyły 
Fennia i jego Ŝona. 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

91

 

-  Dobrze wspominasz tamte lata? - zapyta! i uśmiechnął 

się miło. 

Fennia teŜ się do niego uśmiechnęła. Wydał jej się sym-

patyczny.  A czy dobrze  wspomina tamte czasy? W kaŜdym 
bądź razie w szkole było jej lepiej niŜ w domu. 

-

 

Byłam tam z moimi dwiema kuzynkami. Panowała taka 

rodzinna atmosfera - odparła i spojrzała na Jegara, który sie-
dział po drugiej stronie stołu, lecz włączył się do rozmowy. 

-

 

Ile lat spędziłaś w tej szkole? - zapytał. 

-

 

Jedenaście. 

-

 

Biedna  dziewczyna  -  skomentował  jej  wypowiedź 

Ross. - To znaczy, Ŝe opuściłaś dom w wieku, gdy miałaś... 
siedem lat, prawda? 

Wielkie  dzięki!  Absolutnie  nie  Ŝyczyła  sobie,  Ŝeby  jej 

szkolne lata stały się tematem publicznej rozmowy. Ross, jak 
się zorientowała, miał coś wspólnego z giełdą. 

-  Zawsze  mnie  ciekawiło,  czy  gra  na  giełdzie  jest  tak 

stresująca, jak się powszechnie uwaŜa - zmieniła temat. 

Ross zaczął zasypywać ją szczegółami dotyczącymi swo-

jej pracy, gdy do rozmowy wtrąciła się Isla Armitage: 

-  Czy twoim zdaniem warto kupować akcje Lomax Mor- 

timer? Pomyślałam, Ŝe... 

Fennia  jak  gdyby  nigdy  nic  rozejrzała  się  wokół  stołu. 

Odnalazła  wzrok  Jegara,  który  równieŜ  zachowywał  całko-
wicie beznamiętny wyraz twarzy. Jej spojrzenie powędrowa-
ło teraz w stronę Neville'a Armitage'a. Nie miała pojęcia, co 
Ross  doradził  Ŝonie  Neville'a,  wiedziała  za  to  z  całkowitą 
pewnością, Ŝe jeśli teraz piśnie choć słowo o ofercie Jegara, 
której zarysy  niechcący poznała, to konsekwencje będą po-
waŜne. 

background image

JESSICA STEELE

 

Po paru chwilach goście przenieśli się do salonu, by  w 

wygodnych  fotelach  wypić  kawę  lub  drinka.  Fennia 
pomyślała, Ŝe to dobry moment, by sprawdzić, czy Lucie się 
nie  obudziła.  Zajrzała  do  pokoju,  ale  dziewczynka  spała 
spokojnie.  Gdy  wracała  korytarzem,  natknęła  się  na  Rossa 
Armitage'a, który wyszedł jej szukać. 

-

 

Sądziłem, Ŝe się zgubiłaś - powiedział miękko. 

-

 

Sprawdzałam  tylko,  czy  Lucie  się  nie  obudziła  -  od-

rzekła z uśmiechem. 

-

 

Chciałbym, by ktoś taki jak ty zajrzał do mnie w nocy... 

-  Powiedział to głosem, który w jego mniemaniu brzmiał jak 
najbardziej  uwodzicielska  muzyka,  co  do  tego  Fennia  nie 
miała Ŝadnych wątpliwości. 

-

 

Nie  zajmuję  się  opieką  nad  dorosłymi  -  odparła  naj-

grzeczniej, jak potrafiła. W końcu obydwoje byli tu gośćmi. 

-

 

Nie chciałabyś mnie utulić w łóŜeczku albo dać buzi na 

dobranoc? - spytał. 

-

 

Niespecjalnie - odparła, siląc się na spokój, ale czuła, 

Ŝ

e dobre wychowanie wkrótce moŜe ją opuścić. 

-

 

A moŜe juŜ teraz pocałowałabyś mnie na dobranoc? 

-  Przechylił ku niej głowę. 

-  Do cholery, natychmiast się uspokój! Co za bałwan! 

-  Fennia szybko się od niego odsunęła. 

-  To wprost niewiarogodne! - krzyknął zdumiony Ross. 
Naprawdę był zaskoczony. Fennia nie mogła tego pojąć. 

Zachowywał się tak, jakby wszystkie kobiety marzyły tylko 
o tym, by znaleźć się w jego łóŜku... Co za becwał! Spojrzała 
na niego ze wstrętem. 

Jednak nie zraŜony niczym Ross nadal napierał na Fennię, 

usiłując przyciągnąć ją do siebie. 

NASZA BROŃ  KOBIECA

 

93

 

-

 

Łapy przy sobie! - warknęła i odskoczyła do tyłu. 

-

 

ś

artujesz? - Ross nadal nie rozumiał. 

-

 

Nie, a ty wychodzisz! - usłyszał zza swoich pleców 

nowczy głos Jegara. Ross pospiesznie cofnął ręce. 

-  Neville i Isla właśnie się Ŝegnają - mówił dalej Jegar. 

Stanął obok Fennii i delikatnie ujął jej dłonie. - Wszystko 

w porządku? - spytał łagodnie. 

Fennia szybko się pozbierała, co przyszło jej tym łatwiej, 

Ŝ

e  miała  obok  siebie  Jegara.  Uśmiechnęła  się  do  niego  i 

po-wiedziała: 

-  Lucie śpi dobrze. 

Ross wreszcie się zmył pod pretekstem, Ŝe musi poszukać 

bra

ta

 

-  Czy  ktoś  juŜ  kiedyś  ci  mówił,  Ŝe jesteś  niesamowita? 

- zapytał Jegar. 

Uznała,  Ŝe  stara  się  jej  tylko  pomóc  zapomnieć  o  przy-

krym incydencie. 

-  Nie zaczynaj! - ostrzegła go. 

Zaśmiał się, po czym uniósł jej dłoń i pocałował. 

-  Widzę, Ŝe juŜ w pełni doszłaś do siebie. 

W  duchu  zgodziła  się  z  nim.  Nie  miała  tylko  pojęcia 

dlaczego jej serce wali, jakby chciało wyskoczyć z piersi, 
Dlaczego cała drŜy... 

-  Pójdę poŜegnać się z Neville'em i Islą. - Wyswobodzi- 

ła dłoń. 

Armitage'ów  juŜ  nie  było,  a  Nancy  i  Van  Enstone'owie 
zaproponowali  Charmaine,  Ŝe  podwiozą  ją  do  domu. 
Fennia  odwróciła  głowę,  gdy  Charmaine  nadstawiła 
Jegarowi poli-czek do pocałowania. 

92

 

background image

JESSICA STEELE

 

Chwilę po nich ekipa od cateringu odjechała i zostali z 

Je-garem sami. Fennia nagle poczuła się onieśmielona. 

-

 

Pozmywam kieliszki. - Chciała zostać sama. 

-

 

Zostaw to do jutra. 

-

 

Tak? A jak twoja brataniczka rano powypija to, co w 

nich zostało? I co zrobisz? 

-  Ach, ta twoja zapobiegliwość - mruknął z podziwem. 
Nareszcie dom opustoszał. Wprawdzie Jegar poczłapał za 

Fennią do kuchni i pomagał jej we wszystkim, ale czuła się 
zmęczona.  Pogasili  światła  w  całym  domu,  a  w  końcu 
znaleźli się pod drzwiami sypialni Fennii. 

-  Dziękuję ci za ten wieczór - powiedział Jegar. 
-

 

To ja ci powinnam podziękować, było  wspaniale  - od-

parła szczerze Fennia. 

-

 

Mimo Ŝe  Ross  Armitage okazał się durniem,  który  nie 

rozumie, co się do niego mówi? 

-

 

Och, wypił o jednego drinka za duŜo. Ale tak naprawdę 

to miły człowiek - powiedziała taktownie. 

-

 

Chcesz powiedzieć, Ŝe niepotrzebnie przyszedłem ci z 

odsieczą? 

-

 

Poradziłabym  sobie  sama  -  odparła,  gdy  jednak  spo-

strzegła,  Ŝe  nos  opada  mu  na  kwintę,  szybko  dodała:  -  Ale 
dobrze, Ŝe byłeś. 

-

 

Fennio Massey, kobieto o niespotykanej wraŜliwości i 

wielkim harcie ducha... 

-

 

Dobra, dobra! - przerwała mu zdecydowanie. 

-

 

Kobieto,  która  potrafi  dochować  tajemnicy  -  ciągnął 

niezraŜony. 

-

 

Bałeś się, Ŝe coś palnę? 

-

 

Nie dość, Ŝe niczego nie palnęłaś, to nawet powieka ci 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

95

 

nie drgnęła, gdy padła nazwa Lomax Mortimer. - Spojrzał 
na nią czule. 

-  CzyŜbym aŜ tak wiele zyskała w twoich oczach? - spy- 

tała.  -  Jeszcze  we  wtorek  oskarŜałeś  mnie  o  szpiegostwo 
przemysłowe... 

Jegar połoŜył dłonie na jej ramionach, co na Fennii zrobiło 

wprost piorunujące wraŜenie. 

-  Daj spokój. Zawsze miałem o tobie dobre zdanie - po 

wiedział z naciskiem. 

Wiedziała, Ŝe pragnie ją pocałować. Stała i nie mogła się 

poruszyć, a serce waliło jej jak oszalałe. 

Poczuła  jego  usta  na  swoich.  Były  ciepłe  i  delikatne.  A 

potem  nagle  stały  się  Ŝarliwe  i  gorące.  Och,  jak  dobrze 
wtulić  się  w  tego  męŜczyznę,  czuć  jego  ciało,  i  całować. 
całować... 

1  gdy  Jegar  próbował  się  cofnąć,  przywarła  do  niego  jesz-
cze  mocniej.  Wtedy  przerwał  pocałunek  i  spojrzał  jej  w 
oczy. Uśmiechnął się przy tym ciepło. 

Następny pocałunek sprawił, Ŝe poczuła się bliska rozkoszy. 
Był  gorętszy,  jakby  nią  zawładnął.  Gdy  Jegar  przestał  ją 
całować, nie bardzo wiedziała, co się dzieje. 

-  Chciałabym...  to  znaczy  -  chrząknęła,  bo  zaschło  jej 

w  gardle  z  wraŜenia.  Tak  naprawdę  chciała  tylko  jednego. 
Chciała  go  pocałować!  -  Pójdę  się  połoŜyć  -  powiedziała 
i  nagle  spurpurowiała.  -  Do...  do  siebie  -jąkała  się.  -  Do 
licha,  dlaczego  Lucie  nie  zapłacze?  Wtedy  byłabym  urato 
wana - sapnęła z desperacją. 

Jegar zaśmiał się i wypuścił ją z objęć. 
-  Zamiast niej, ja cię uratuję. śyczę ci miłych snów, Fen- 

nio. - Cofnął się o krok. 

94

 

background image

96

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

97

 

 

Fennia zamierzała pójść do swojej sypialni, lecz nie wie-

dzieć czemu, nie ruszyła się z miejsca. Nie sposób teŜ ustalić, 
jak  do  tego  doszło,  Ŝe  po  chwili  znów  tonęła  w  ramionach 
Jegara. 

KaŜdy  następny  pocałunek,  a  było  ich  wiele,  Fennia 

przyjmowała z coraz większą radością. Czuła je juŜ nie tylko 
na ustach, lecz takŜe na policzkach, na szyi, wzdłuŜ dekoltu 
sukienki.  Gdy  zaś  na  swych  ramionach,  a  potem  piersiach, 
poczuła męskie dłonie, ogarnął ją prawdziwy płomień. 

Skoro jest tak cudownie, dlaczego ma być to zakazane? - 

tłumiła  rozpaczliwy  krzyk  sumienia  i  poczucia  przyzwoi-
tości. Skutecznie. 

JuŜ byli w jej sypialni, a niecierpliwe palce rozpinały za-

mek  sukienki.  Co  to?  Sukienka  spłynęła  juŜ  na  podłogę,  a 
usta Jegara zachłannie wpiły się w wargi Fennii. 

-

 

Ty drŜysz - szepnął. 

-

 

Tak...  ja...  to  znaczy...  to  normalne  -  odparła  nieprzy-

tomnie, czuła bowiem, Ŝe znalazła się na progu niewysłowio-
nego szczęścia. 

-

 

Jesteś taka piękna - zachwycił się i pocałował jej piersi, 

niespokojnie  falujące  pod  mocno  wyciętym,  czarnym  sta-
niczkiem. 

Tak,  pragnęła  tego  męŜczyzny,  i  nie  było  juŜ  od  tego 

odwrotu. Dotąd nie znała tego uczucia, lecz teraz wypełniło 
ją całą. 

Gdy  jednak  Jegar  zaczął  rozpinać  jej  stanik,  ogarnęła  ją 

panika. Jeszcze chwila, a będzie zupełnie naga, i  wtedy... i 
wtedy juŜ nie oprze się pokusie. Stanie się kochanką Jegara. 
Występną, rozpustną kobietą. Jak jej matka. 

-  Jegar... - szepnęła i wyrwała mu się z ramion. 

Jak miała mu to wytłumaczyć? Jak w takiej chwili opo-

wiedzieć o wszystkich lękach i obawach? O obronie przed 

matczynym stylem Ŝycia, przed jej mentalnością i całym sy-

stemem wartości? O panicznym strachu, by nie przewaŜyły 

jej geny? I wreszcie o uroczystych panieńskich ślubach, zło-

Ŝ

onych wraz z Astrą i Yancie? Nagle z sąsiedniego pokoju 

dobiegł płacz Lucie. 

-    Rozwiązanie  jak  z  kiepskiego  filmu  -  zawołała 

Fennia,  podniosła  z  podłogi  sukienkę  i  wybiegła  z  sypialni, 
zostawiając Jegara z zawiedzioną miną. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

 

Gdy  uspokoiła  małą  i  wróciła  do  siebie,  Jegara  juŜ  nie 

było.  Co  ciekawe,  nie  wiedziała,  czy  się  tym  cieszyć,  czy 
martwić. 

Podczas  bezsennych  godzin  Fennia  analizowała,  minuta 

po minucie, ostatnie wydarzenia. Zastanawiała się, jak Jegar 
odebrał  jej  namiętność  przeplataną  z  wahaniem.  Czy  zamie-
rzał  naciskać  na  nią,  czy  teŜ  decyzję  pozostawiał  jej?  Od-
szedł,  gdy  ona  pobiegła  do  Lucie.  Zrobił  tak,  bo  był  juŜ 
znudzony i rozczarowany, czy teŜ uczynił tak z szacunku dla 
Fennii? 

Były to pytania bez odpowiedzi, ale wiedziała jedno: za-

kochała się.  Nie pragnęła  tego uczucia, lecz  gdy spadło na 
nią,  nic  juŜ  nie  mogła  poradzić.  Jest  zakochaną  kobietą...  i 
chciałaby być nią do końca swych dni. 

Zrozumiała teŜ, dlaczego ostatnio czuła się tak okropnie. 

Wszystko  przez  Jegara.  Kochała  go,  lecz  nie  wiedziała,  co 
on do niej czuje. Oczywiście na pewno jej poŜądał, lecz to 
jeszcze nie miłość. Przynajmniej tyle Fennia wiedziała o Ŝy-
ciu. Dobre i to. 

Jegar pragnął wielu kobiet, które ochoczo wstępowały do 

jego  haremu.  Był  młody,  przystojny,  pełen  uroku,  miał  pie-
niądze i władzę. Najpiękniejsze kobiety nie potrafiły mu się 
oprzeć, równieŜ Fennia prawie mu uległa... 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

99

 

Lecz to juŜ nigdy się nie powtórzy. Nie dołączy do tego 

haremu. bo nie pozwoli jej na to duma. Fennia zrozumiała 
teŜ ostatecznie, Ŝe jest zupełnie inna niŜ jej mama i nie 
grozi jej seksualne rozpasanie. Gdy Ross 
Armitage dobierał się do niej, czuła  wstręt i obrzydzenie, 
natomiast  w  ramionach  Jegara  przeŜywała  najwspanialsze 
uniesienia. 

Bo 

kochała 

tego 

męŜczyznę. 

Jest 

stuprocentową 

monogamistką i tylko przy tym jednym jedynym 

przeistacza sie w kobietę namiętną, a reszta rodzaju 
męskiego mogłaby dla niej w ogóle nie istnieć. Tylko Ŝe 
zakochała się w Jegarze Urąuarcie, który wcale 

monogamistą nie był, tylko wręcz przeciwnie. A ona za 

Ŝ

ad-ne skarby świata nie zostanie jedną z jego panienek. 

Był wczesny ranek. Wyszła z sypialni, Ŝeby zajrzeć do 

Lucie.  PoniewaŜ  dziewczynka  spała  jak  aniołek,  Fennia 
poszła do kuchni, by zaparzyć sobie herbaty. 

-  O! - krzyknęła i zrobiła się karminowa. 

Nie przyszło jej do głowy, Ŝe Jegar mógł juŜ być na 

nogach. Ale był i dumał nad kubkiem herbaty. TeŜ nie mógł 

zasnąć, lecz na pewno zupełnie / innych powodów niŜ 

ona. 

W kaŜdym razie w milczeniu uwaŜnie się jej 

przypatrywał. 

-  Tak łatwo się czerwienię - rzuciła nerwowo, coraz bar- 
dziej zmieszana. 

Uśmiechnął się, a Fennia zadrŜała. Co on, do diabła, knu-

je? - zastanawiała się nerwowo. 

-  Czy jesteś dziewicą? - Wszystkiego się spodziewała, 

tylko nic tego. 

-  Co to ma... co ciebie to... - Zupełnie się zaplątała, lecz 
po sekundzie jako tako doszła do siebie. - Jesteś pewien, 

Ŝ

kuchnia to właściwe miejsce do zadawania takich pytań? 

background image

JESSICA STEELE

 

Jegar  świetnie  się,  bawił.  Wstał,  wyjął  z  kredensu 

filiŜankę,  napełnił  herbatą  i  postawi!  przed  nią.  Fennia 
usiadła przy stole i czekała, co będzie dalej. 

-  Jesteś"? - powtórzył delikatnie, a przy tym lekko Ŝartob 

liwie. 

Tak.  kochała  tego  faceta,  ale  wyraźnie  przesadził.  Jakim 

prawem wypytywał ją o najbardziej intymne sprawy? 

-

 

Nie twoja sprawa! - warknęła. - Władca haremu, poŜal 

się BoŜe. To, Ŝe nie rzuciłam się na ciebie z radosnym pis-
kiem, od razu ma oznaczać, Ŝe jestem dziewicą? Zarozumiały 
samiec! A moŜe po prostu nie miałam na ciebie ochoty? Nie 
przyszło ci to do głowy? 

-

 

Nie - odparł spokojnie. - Bo miałaś. 

Jej policzki zapłonęły Ŝywym ogniem. Tylko nie to! - po-

myślała w panice. 

-  A to, Ŝe się teraz czerwienię, wcale nie znaczy, Ŝe się 

tego wstydzę... 

Ale ze mnie idiotka! - zawyła w duchu. 

-

 

Fennio, daj spokój. JuŜ odpowiedziałaś na moje pyta-

nie, prawda? 

-

 

Uffff - sapnęła wściekle. 

-

 

Powiedz mi, dlaczego? 

-

 

Co  dlaczego?  -  warknęła,  jedynie  w  agresji  widząc 

swój ratunek. 

-  Dlaczego nie zdecydowałaś się na eksperyment? 
CóŜ za tupet! Co za arogancja! I za grosz delikatności. 

Eksperyment! A niech go... 

-  Jegar, wczorajszy wieczór to zamknięta karta. śadnych 

aluzji,  Ŝadnych  komentarzy...  -  powiedziała  przez  zaciśnięte 
wargi. 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

101

 

-

 

MoŜe  jednak  ponowimy  próbę?  -  zapytał  całkowicie 

uźniony. 

-

 

Panie Urquart, przypominam, Ŝe jest pan moim praco-

dawcą, dlatego oczekuję, Ŝe będzie się pan zachowywał 
wła-ściwie.  -  Z  jej  oczu  posypały  się  zimne  skry.  - 
Opiekuję się 

Lucie i tylko dlatego tu jestem - dodała. - Nawet o tym nie 

myśl! - zakończyła łamiącym się głosem. 

-  Ale myślę. 

-  Więc sobie myśl, ale daj mi święty spokój - powiedzia- 

ła ostro. - To nie ma sensu. Jestem tu z powodu Lucie i mu- 

sisz pamiętać, Ŝe tylko to się liczy. śadnych tam... takich... 

Odwróciła głowę, bo nagle zwilgotniały jej oczy. PrzecieŜ 
marzyła o „tam... takich...". 

Długo na nią patrzył, zanim powiedział: 

-  Jesteś bez serca, ale muszę się z tobą zgodzić. MoŜemy 

milo wspólnie spędzać czas, ale najwaŜniejsza jest Lucie. 

- To  znaczy,  Ŝe  gdyby  coś  się  między  nami  zdarzyło, 

stałoby  się  to  z  jej  szkodą?  Tak  uwaŜasz?  śadnych 
przygód? 

-  wyrwało  jej  się  z  głębi  zbolałego  serca,  lecz  przy 

komplet-nie  uśpionym  rozumie.  -  Co  ja  mówię?!  - 
zreflektowała  się.  CzyŜby  jednak  była  rozpustną  kobietą?  - 
Nie  interesują  mnie  Ŝadne  przygody!  -  krzyknęła.  -  Nigdy 
ich nie miałam i... 

-  Dzięki, Fennio. 

-

 

Za co mi dzię... - No tak, ostatecznie potwierdziła, Ŝe 

jest dziewicą. A niech to! - Chciałam tylko powiedzieć, Ŝe 
w  ogóle  nie  myślę  o  tych  sprawach!  -  rzuciła  z  pasją  i  do 
kolekcji dodała następne łgarstwo. 

-

 

A to dlaczego, Fennio? - zapytał łagodnie. 

-

 

CzyŜby w tym domu był to obowiązkowy temat? - od-

parowała z gryzącą ironią. 

100

 

background image

JESSICA STEELE

 

Patrzył  na  nią  z  wielkim  zainteresowaniem. 

Naprawdę byt zaintrygowany i skory do dalszej dyskusji. 

-

 

Nie jesteś ciekawa, jak to jest 7 

-

 

MoŜesz przestać? - syknęła. 

-

 

Seks nie jest niczym złym. 

-

 

TeŜ  mi  coś!  A  czy  ja  twierdzę  inaczej?  -  krzyknęła 

buńczucznie... i nagle zerwała się, by uciec z kuchni. 

Lecz Jegar stanął jej na drodze. 

-

 

Fennio, porozmawiajmy powaŜnie. Powinnaś sobie od-

powiedzieć  na  kilka  istotnych  pytań.  Jak  sądzę,  wszystko 
zaczęło się od tego, Ŝe w tak młodym wieku zamknięto cię 
w tym internacie... 

-

 

Nie wiesz, o czym mówisz! - odparła gniewnie. - Mo-

Ŝ

esz mnie przepuścić? 

-

 

Nie. 

Spojrzawszy na jego mocarną postać, uznała, Ŝe nie będzie 

się kompromitować zbędną szarpaniną, i gniewnie rukając, 
z królewską godnością na powrót zasiadła za stołem. 

Ku jej niezadowoleniu Jegar usiadł obok niej. 

-

 

Fennio, zrozum, nie chcę ani obraŜać, ani drwić z cie-

bie, myślę jednak, Ŝe powinnaś zastanowić się nad pewnymi 
sprawami,  które  bardzo  przeszkadzają  ci  w  Ŝyciu.  OtóŜ  je-
stem przekonany, Ŝe lata szkolne, ten cholerny internat, czyli 
właściwie wieloletnie więzienie, spowodowały, Ŝe powstały 
w tobie powaŜne zahamowania i negatywne uprzedzenia. 

-

 

Nie mam Ŝadnych zahamowań i nie jestem nienormal-

na,  jak  to  pewnie  juŜ  sobie  wydedukowateś.  Reprezentujesz 
ciasne, egoistyczne poglądy, bo wszystkich osądzasz według 
siebie,  moŜe  jednak  przyjmiesz  do  wiadomości,  ze  osoby, 
które nie interesują się. . tymi sprawami... wcale nie są 

103

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

dewiantami, tylko starają się Ŝyć po swojemu. A co, 

moŜe nie wolno? 

-  AleŜ wolno, wolno, i wcale nie mówiłem o dewiacjach, 

tylko...

 

-  Musisz teŜ wiedzieć - przerwała mu ostro - Ŝe moje 

dwie kuzynki... 

-

 

Całą waszą trójkę, gdy miałyście siedem lat, zamknięto 

w tym piekielnym więzieniu? 

-

 

Owszem, i wcale nie było to więzienie, tylko naprawdę 

dobra szkoła. 

-  Twoje kuzynki mają takie same poglądy? 
Posłała mu wściekłe spojrzenie. 

-  Przestań! Szkoła nie ma z tym nic wspólnego. Wieki 
temu postanowiłyśmy, Ŝe nie będziemy się wdawać w 

Ŝ

adne 

przelotne i przypadkowe związki, ot co. 

-  Skoro więc to nie szkoła tak was ukształtowała, musiał 

to zrobić dom - stwierdził Jegar. 

Poczuła  panikę,  bo  Jegar  był  coraz  bliŜej  odkrycia  jej 

najbardziej strzeŜonej tajemnicy. 

-

 

Nie Ŝyczę sobie rozmów na ten temat! - warknęła. 

-

 

Fennio, czego się boisz? 

Czuła, Ŝe za chwilę coś mu zrobi. Na przykład palnie w ten 

zarozumiały i zbyt dociekliwy łeb. 

-  Niczego  się  nie  boję!  -1  to  była  prawda,  bo  ostatecz 

nie  stwierdziła,  Ŝe  jest  monogamistką  i  rozpasanie  jej  nie 
grozi.  Nie  chciała  jednak,  by  Jegar,  mimo  Ŝe  go  kochała, 
zbyt głęboko wnikał w jej pilnie strzeŜone sekrety. Nie 

była  jeszcze  na  to  gotowa.  Niemniej  cała  złość  juŜ  jej 
minęła.  -  Proszę  cię,  Jegar,  nie  mówmy  o  tym  -  powie-
działa błagalnym tonem. 

102

 

background image

104

 

JESSICA STEELE

 

-

 

Wybacz, nie chciałem cię zranić - poprosił delikatnie. a 

ona uwierzyła mu, i nagle poczuła się zupełnie rozbrojona. 

-

 

Nie  zraniłeś  mnie.  tylko...  dorastałam  w  przekonaniu, 

Ŝ

e mogę być naznaczona skazą rozpusty, więc... 

-

 

Rozpusty?!  Ty?  -  Był  wprost  oszołomiony.  -  Skąd  w 

tobie, na Boga, takie absurdalne podejrzenie? 

-

 

Dlaczego absurdalne? Mogłam przecieŜ spotykać się z 

facetami w czasie moich wolnych wieczorów. 

-

 

Fennio, juŜ to  ustaliliśmy, Ŝe  nie  naleŜysz do tego typu 

kobiet.  Sam  zresztą  wiem,  jak  zachowujesz  się  w  obecności 
męŜczyzn. 

-

 

Jeśli  chodzi  ci  o  wczorajszy  wieczór,  to  nie  był  on... 

no... typowy... - wydukała. 

-

 

Posłuchaj,  trzech  męŜczyzn  pragnęło  twojego  towarzy-

stwa, bo ich zauroczyłaś... co przy twojej niezwykłej urodzie 
i uroku nie jest niczym dziwnym... a jednak Ŝony tych face-
tów nie czuły się ani zagroŜone, ani nawet zaniepokojone. 

Komplement  sprawił  jej  wielką  radość,  zarazem  jednak 

wzbudził  czujność.  Nie  zamierzała  nabierać  się  na  gładkie 
słówka. 

-

 

Nigdy  bym  sobie  nie  pozwoliła  na  Ŝadne  niestosowne 

zachowanie  wobec  nich  -  odparła.  -  ChociaŜ  nie  wszyscy 
byli Ŝonaci. 

-

 

O ile mnie pamięć nie myli, nie chciałaś flirtować rów-

nieŜ / Rossem Armitage'em, a on był wolny. 

-

 

UwaŜasz, Ŝe nie potrafię flirtować? - oburzyła się, na-

gle dotknięta w swej kobiecej dumie. Tak jakby do tej pory, 
na  mocy  ślubów  panieńskich,  konsekwentnie  nie  odrzucała 
całej tej sfery Ŝycia... 

-

 

Jesteś czarującą i budzącą namiętność kobietą - odparł 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

105

 

spokojnie. - Wcale nie musisz flirtować, by łamać męskie 

Jegar bawił się z nią jak kot z myszką. Miała juŜ tego 

dosyć. Fcnnia sapnęła gniewnie, a potem mruknęła: 

-  Pójdę sprawdzić, co z Lucie. 

Nim jednak zdąŜyła wykonać jakikolwiek ruch, Jegar po-

łoŜył rękę nu jej ramieniu i zatrzymał ją. 

-

 

Nie skończyliśmy rozmawiać. 

-

 

Ja juŜ skończyłam - odparła, po czym niezwykle wy-

niośle spojrzała z góry na jego dłoń. 

Jednak Jegar, wielce ubawiony tą teatralną sztuczką, nie 

cofnął ręki. 

-  Z kim skontaktowała się twoja matka, by zdobyć ten 

adres? Z twoją kuzynką czy z ciotką? Wiedziała, Ŝe 
sprytnie zmienił temat, by ją zatrzymać. 

-  Z Ŝadną z nich. Moja matka zadzwoniła do Katc Young, 

szefowej Ŝłobka. 

Zabrał dłoń, więc Fennia wstała. 
-  Czy po wizycie matki kontaktowałaś się z nią w jaki 

kolwiek sposób? 

-  Nic, ostatni raz widzieliśmy ją razem - odparta niepewnie. 
Do czego on zmierzał? I kim dla niej był? Przyjacielem? 

Partnerem? A moŜe rywalem? 

-

 

Twoja matka ma teraz nowego faceta? 

-

 

A co tobie do tego? - Pytanie było nietaktowne, więc 

powiedź nie musiała być grzeczna. 
-

 

Jest atrakcyjną kobietą - ciągnął niezraŜony - i podej-

wam, Ŝe ma wielu facetów. 
-

 

Nie wszystkich w tym samym czasie. Ale jeśli chcesz, 

mogę ci dać jej telefon - dodała z przekąsem. 

background image

106

 

JESSICA STEELE

 

-  Och, Fennio.. - Jegar połoŜył ręce na jej ramionach. 

-  To twoja matka, czy raczej jej stosunek do męŜczyzn, tak 
fatalnie  wpłynął  na  twoje  Ŝycie.  Zostałaś  skrzywdzona,  do 
znałaś trwałego urazu... 

Zamarła w bezruchu. Odkrył jej najbardziej bolesną taje-

mnicę, lecz wcale nie czuła się z tym źle. Wręcz przeciwnie 

-  cudownie.  Pragnęła  przytulić  się  do  niego  i  wypłakać 
wszystkie gorzkie Ŝale... ale nie mogła tak postąpić. Musiała 
być lojalna wobec matki. 

-  Pozwól mi wyjść - poprosiła miękko. 

Nie posłuchał jej, tylko przyciągnął ją do siebie. Nie była 

w stanie tego znieść. Kochała go i czuła się taka słaba... 

-

 

Nie! - zaprotestowała, gdy jego głowa zbliŜyła się. Nie 

mogła zdradzić się ze swoją miłością, a gdyby poczuła jego 
usta... - Nie! - powtórzyła w panice i wyrwała się. 

-

 

Chciałem tylko... - powiedział niepewnie. 

-

 

Nie...  nie  dotykaj  mnie!  -  krzyknęła.  Patrzyła  na  niego 

wzburzona.  -  Nigdy!  -  syknęła,  gdy  wydawało  jej  się,  Ŝe 
znów chce ją przytulić. 

Jegar zrobił krok w tył. 

-

 

Próbowałem tylko... 

-

 

Daj sobie spokój - odcięła się jak osa. 

Oczy  zwęziły  mu  się  w  wąskie  szparki,  Fennia  spodzie-

wała się szybkiej, celnej riposty, tymczasem to, co usłyszała, 
zarazem uspokoiło ją, jak oblało bolesnym chłodem: 

-  MoŜesz  mi  wierzyć,  Fennio,  nie  zrobię  tego.  Nigdy. 

- Powiedziawszy to, Jegar wyszedł. 

Fennia miała o czym myśleć, bowiem z własnej winy zna-

lazła  się  w  potrzasku.  Pragnęła  Jegara  i  w  jego  ramionach 
czuła się cudownie, lecz jednocześnie taka bliskość groziła, 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

107

 

Ŝ

e zdradzi się ze swoją miłością, a na to, przy jego 

niezaanga- 

Ŝ

owaniu, nie pozwalała jej duma. Z drugiej strony, odpycha- 

ją go tak gwałtownie, zapewne uznana została za histerycz- 

ke, za osobę głęboko zaburzoną w sferze seksu, czyli 

innymi 

BO 

Fennia wiedziała juŜ, Ŝe jest najzdrowszą pod słońcem 

i zdolną do prawdziwej namiętności monogamistką. Tyle tyl- 

ko Ŝe jej ukochany wcale nie był nią zainteresowany... 

Kolejne dni potwierdzały te podejrzenia, bowiem Jegar, 

jeśli nawet nie znikał na pół nocy, to przyprowadzał do domu 

swoje 

zdohycze. 

Raz zaprosił na intymny wieczór Carlę, rozchichotaną 

brunetkę, kiedy indziej króliczkiem tygodnia została Davina, 

rudowłosa włosa bogini, szybko zastąpiona przez Miriam, 

stylizu-jącą się na intelektualistkę blondynkę z wielkim 

biustem, Ponadto w roli pogotowia ratunkowego czuwała 

Charmaine Rhodes, zawsze gotowa na wezwanie. Trzeba 

jednak przyznąć, ze przyjaciółki Jegara nigdy nie zostawały 

na noc. W czasie tych wizyt Fennia zamykała się w pokoju, 

ucie-kajac w lekturę. Niestety, bywała wówczas tak 

wściekła, Ŝe niewiele rozumiała z tego, co czytała. 

Zdesperowana, rozwaŜała nawet pomysł, by samej zacząć 

chodzić  na  randki,  gdy  jednak  pomyślała,  Ŝe  musiałaby 
się  mizrzyć  do  jakiegoś  faceta,  który  nic  dla  niej  nie 
znaczy, szybko zrezygnowała. 

Minęły dwa tygodnie od ich pamiętnej rozmowy w kuch-

ni, kiedy to z taką stanowczością zakazała Jegarowi  wszel-
kich intymniejszych gestów, a on przystał na to. Dziewczyną 
wieczoru była sławetna Charmaine Rhodes. 

background image

JESSICA STEELE

 

Fennia  patrzyła  przez  okno  swojej  sypialni.  Była  w 

fatalnym nastroju i ze wstrętem odrzucała wszelkie domysły* 
czy  Charmaine zdołała juŜ okiełznać  współczesne  wcielenie 
Casanovy,  czyli  szanownego  pana  Urquarta,  gdy  usłyszała 
pukanie do drzwi. 

-  Telefon do ciebie, dzwoni Ross Armitage - powiedział 

z kamienną twarzą Jegar. - Jeśli chcesz, mogę go spławić. 

Oczywiście nie paliła się do rozmowy z tym prostakiem, 

powzięła jednak diabelski zamiar. 

-  W salonie masz gościa, czy mogę więc odebrać w two 

im  gabinecie?  -  spytała,  i  natychmiast  skorzystała  z  okazji 
do drobnej uszczypliwości: - Czy teŜ nadal jest to dla mnie 
zakazany teren? 

Posłał jej ponure spojrzenie i poprowadził za sobą, jakby 

sama  nie  znała  drogi.  Nie  dość  na  tym,  łamiąc  wszelkie 
konwenanse, nie zostawił jej samej, tylko murem tkwił przy 
biurku,  przysłuchując  się  rozmowie.  Nie  mogło  być  lepiej, 
ucieszyła się Fennia. 

-

 

Czy  wybaczyłaś  mi  moje  zbyt  obcesowe  zachowanie 

w czasie tamtej kolacji? - zapytał Ross 

-

 

No  cóŜ,  jeśli  szczerze  błagasz  o  wybaczenie...  -  Za-

ś

miała się perliście. 

-

 

Padam  ci  do  nóg  i  Ŝarliwie  błagam...  -  Wyraźnie  na-

brał  wiatru  w  Ŝagle.  -  Czy  w  ramach  przeprosin  przyjmiesz 
zaproszenie na kolację? - JuŜ był pełen męskiej buty, a w je-
go głosie zabrzmiał uwodzicielski ton zdobywcy. 

-

 

To znaczy, Ŝe jesteś w Londynie? 

-

 

PrzyjeŜdŜam  jutro  na  kilka  dni.  Powiedz,  Ŝe  się  zga-

dzasz  i  pozwolisz  mi  się  zrehabilitować.  -  Niby  prosił,  ale 
sprawę uwaŜał za załatwioną. 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

109

 

Oczywiście zamierzała go spławić, dopiekając przy tym 
solidnie. lecz najwaŜniejsze było to, by udało się jej załatwić 
inną sprawę. 

-

 

A gdzie chciałbyś mnie zaprosić? - zaświergotała. 

-

 

Do „Ritza". 

-

 

Wiesz, Ross, jest pewien problem... A nawet dwa. 

-

 

O co chodzi? 

-  Nie obraź się, bo naprawdę cię lubię, ale „Ritz" to 

elegancki lokal, wiec z twoimi manierami nie powinieneś 

się 

tam pokazywać. Co innego, gdybyś zaprosił mnie na lunch 

do baru... A po długie, najbliŜsze wieczory mam zajęte, bo 

zarezerwowałam je dla kogoś innego. 

Podczas pierwszej części jej przemowy Jegar radośnie sie 
uśmiechał, jednak pod koniec mina mu zrzedła. Udało się! 
Wreszcie jest górą! 

Natomiast Ross był w szoku. 

-

 

Do diabła, Fennio, czy nie za wiele sobie... 

-

 

ś

egnaj, Ross. śyczę miłego pobytu w Londynie. - Od-

łoŜyła słuchawkę. 

-

 

Z kim się umówiłaś? - spytał Jegar, nim zdąŜyła choćby 

mrugnąć. 

TeŜ pytanie! 

-

 

Czy ja wtrącam się w twoje Ŝycie uczuciowe? 

-

 

Nie sądzę, byś takowe posiadała - warknął mało kultu-

ralnie. 

-

 

CzyŜbyś  był  ze  szkoły  pana  Armitage'a?  -  roześmiała 

się  kpiąco,  choć  wprost  dusiła  się  ze  złości.  -  Ale  skoro 
pytasz... No cóŜ, uznałam, Ŝe jestem juŜ duŜą dziewczynką 
i  najwyŜsza  pora,  bym  trochę  poeksperymentowała...  Oczy-
wiście poza domem. 

108

 

background image

110

 

JESSICA STEELE

 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

111

 

 

Nic nie odpowiedział, spojrzał tylko gniewnie i pomknął 

do swojej Charmaine. 

Fennia  juŜ  miała  opuścić  gabinet,  gdy  nagle  uświado-

miła sobie, Ŝe dla ratowania twarzy będzie musiała następ-
nego  dnia  wyjść  na  cały  wieczór.  Zadzwoniła  więc  do 
Astry. 

-

 

Co robisz jutro wieczorem? - spytała kuzynkę. 

-

 

Przychodzi  do  mnie  matka.  Ale  jeśli  musisz  pogadać, 

spróbuję przełoŜyć jej wizytę na inny termin. 

-

 

Nie, to bez sensu  - powiedziała Fennia.  - Odezwę się 

do ciebie w tygodniu. Jeśli będziesz wolna, to wyskoczymy 
na miasto. 

Następnie zadzwoniła do ciotki Delii, ale ta z kolei była 

zaproszona na posiedzenie jakiegoś komitetu. 

-

 

MoŜesz wpaść koło dziesiątej, jeśli to dla ciebie nie za 

późno - zaproponowała. 

-

 

Nie, ciociu, będziesz zmęczona. MoŜe innym razem... 

-

 

Wszystko w porządku, moje dziecko? Masz jakieś kło-

poty? 

-

 

Nie, nic powaŜnego - uspokoiła ją Fennia. 

Jej mały kłopocik polegał na tym, Ŝe jak idiotka zakochała 

się  w  facecie,  który  z  powodu  swych  licznych  przygód  mi-
łosnych nie miał czasu zakochać się w niej. 

Tak  więc  nie  pozostało  jej  nic  innego,  jak  samą  siebie 

zabrać do kina lub zaprosić na kolację, bowiem pozostać w 
domu  absolutnie  nie  mogła.  Samotna  w  kinie  lub  w  restau-
racji ... Wzdrygnęła się. No cóŜ, Ŝycie czasami bywa okropne 
i okrutne... 

Chwyciła za słuchawkę i wystukała inny numer. 

-  Domyślam się, Ŝe twój kalendarz pęka w szwach i nie 

ma  mowy  o  tym,  Ŝebyś  zabrał  swoją  ukochaną 

kuzynkę  na  kolację?  -  zapytała  cioteczno-przyrodniego 
brata, Greville'a. 

Tobie, Fennio, nigdy bym nie odmówił - odparł Gre- 

ville. - Znasz mnie i wiesz, Ŝe uwielbiam towarzystwo piek 
nych kobiet. Jutro wieczorem ci odpowiada? 

Kochany, niezawodny Greville. Wszystkie trzy zawsze 

mogły na nim polegać. Fennia szczerze Ŝyczyła mu szczęścia. 

choć o to było trudno, bo właśnie lizał rany po fatalnym 

małŜeństwie i bardzo przykrym rozwodzie, wskutek czego 

zraził się do stałych związków. 

-  Co my byśmy bez ciebie zrobiły, Greville? 

-

 

ś

yłybyście dalej - odparł. - Zadzwonię do ciebie o pół 

do ósmej, zgoda? 

-

 

Ale ja juŜ nie mieszkam u Astry. 

-

 

Tak, wiem, Ŝe opiekujesz się dzieckiem, którego rodzice 

mieli wypadek i mieszkasz u jego stryjka, zgadza się? 

-  Zgadza się. Powiedz, dokąd się wybierzemy, to spotka- 

my się na miejscu. 

-

 

Mowy  nie  ma.  Przyjadę  po  ciebie.  Wiesz  dobrze,  Ŝe 

jestem staromodny. 

-

 

Nawet nic stuknęła ci czterdziestka! 

-

 

Powiesz mi wreszcie, gdzie mieszkasz? 

Podała kuzynowi adres, po czym wyszła z gabinetu, pro-
gramowo ignorując wesołe śmiechy Jegara i Charmaine, 
dochodzące z salonu. 

Następnego  dnia  Fennia  oschle  przypomniała  Jegarowi, 

ze  to ona  ma  dzisiaj  wychodne  i dodała  równie  oficjalnym 
tonem: 

-  Byłabym  wdzięczna,  gdybyś  wrócił  najpóźniej  kwa 

drans po siódmej. 

background image

112

 

JESSICA STEELE

 

-

 

Wychodzisz gdzieś? 

-

 

O pół do ósmej przyjadą po mnie. - Fennia nie zamie-

rzała wdawać się w Ŝadne szczegóły. 

-

 

Mhm  -  padła  lakoniczna  odpowiedź,  po  czym  Jegar 

zabrał teczkę i wyszedł. 

Jegar wrócił koło siódmej i zamknął się w gabinecie, wi-

docznie więc nie był ciekaw tajemniczych „onych". W tym 
czasie  Fennia  szykowała  się  do  wyjścia.  Jej  cioteczny  brat, 
Greville,  byl  wysokim,  przystojnym  męŜczyzną,  z  którym 
miło było się pokazać na  mieście. Lucie spała spokojnie w 
łóŜeczku,  ale  nawet  gdyby  się  obudziła,  była  juŜ  na  tyle 
przyzwyczajona do stryjka, Ŝe w takich przypadkach albo go 
przywoływała, lub z miśkiem pod pachą ruszała na jego po-
szukiwania. 

U drzwi rozległ się dzwonek. Fennia wzięła torebkę i wy-

szła do przedpokoju, lecz Jegar panterzymi susami uprzedził 
ją  i  pierwszy  dopadł  do  drzwi.  Nim  jednak  je  otworzył,  ob-
rzucił  ją  badawczym  spojrzeniem.  Długa,  prosta  sukienka, 
czarne, lśniące  włosy i piękna twarz... Wyczuła, Ŝe robi na 
nim wraŜenie. Była pewna, Ŝe usłyszy jakiś komplement, lecz 
Jegar tylko sucho zapytał: 

-

 

O której wrócisz? 

-

 

Nie czekaj na mnie - rzuciła sarkastycznie. 

-

 

Wolę sam sprawdzić, czy dom jest dobrze zamknięty na 

noc, dlatego muszę wiedzieć, kiedy będziesz. 

Fennia prawie parsknęła śmiechem, bo jakoś do tej pory 

nie bawił się w nocnego stróŜa. 

-  Dobra, w trzy minuty poŜrę kolację i biegiem wrócę do 

domu. A jak nie dam rady, poproszę, Ŝeby mi zapakowali na 
wynos. 

NASZA  BROŃ  KOBIECA

 

113

 

Poczęstował  ją  mało  przyjaznym  spojrzeniem  i  wreszcie 

otworzył drzwi. 

Na widok swego kuzyna Fennia natychmiast uśmiechnęła 

sie alodko, a Grevilłe w lot pojął, o co chodzi. Mimo to 

chciała jak najprędzej się ulotnić, by przez przypadek nie 

wyszło na jaw, Ŝe ten przystojny facet jest jej krewnym, co 

byłoby prawdziwą katastrofą. Jednak dobre maniery nie po-

zwalały na błyskawiczną rejteradę. 

-  Poznajcie się. Pan Greville Alford, pan Jegar Urquart 

- dokonała prezentacji. 

MęŜczyźni uścisnęli sobie dłonie, a potem Greville zwró-

cił się do Fennii: 

-

 

Witaj,  kochanie.  -  Jak  to  miał  w  zwyczaju,  objął  ją  i 

pocałował w policzek. 

-

 

MoŜe wypijemy drinka? - zapytał Jegar. 

- Byłoby miło, ale mamy zarezerwowany stolik w „Sa- 

voyu" - odparł Greville uprzejmie i ciepło spojrzał na 
Fen- 

nię - Gotowa? Odpowiedziała uśmiechem, po czym 

przemaszerowała obok Jegara. starając się nie przesadzić z 
oznakami triumfu, bo wtedy naraziłaby się na śmieszność. 

Greville zabrał ją oczywiście nie do „Savoyu", ale do 

miłej. kameralnej restauracyjki. 

-  Co tam słychać w wielkim świecie? - spytała Fennia. 

-  Wreszcie  się  jakoś  pozbierałem...  -  Uśmiechnął  się 

smutno.  -  A  jeśli  chodzi  o  sprawy  zawodowe...  -  Greville 
był członkiem rady nadzorczej Addison Kirk Group, firmy, 
której prezesem był Thomson  Wakefield, świeŜo poślubiony 
maŜ  Yancie.  -  Mieliśmy  ostatnio  spore  zamieszanie,  bo 
wyraźnie odczuliśmy brak Thomsona. 

background image

114

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

115

 

 

-

 

Dostałyśmy z Astrą kartkę od Yancie. 

-

 

Ja teŜ. Mama równieŜ. Yancie pisała, Ŝe jest rewelacyj-

nie, prawda? 

-

 

Tak  -  Fennia  westchnęła.  -  MałŜeństwo  z  właściwą 

osobą musi być cudowne. Pamiętaj o tym, Greville. Wiem. 
co przeŜyłeś, ale jestem pewna, Ŝe spotkasz kogoś, kto będzie 
na ciebie zasługiwał - dodała miękko. 

-

 

Tak  uwaŜasz?  -  Popadł  w  sceptyczną  zadumę.  Miał 

ogromne powodzenie u kobiet, ale tak bardzo się sparzył, Ŝe 
wszystkie  ewentualne  kandydatki  na  Ŝony  lub  stałe  kochanki 
trzymał na dystans. 

-

 

Jesteś tak fantastycznym facetem, Ŝe nie uchowasz się 

długo  na  wolności.  Rozejrzyj  się  wokół,  świat  jest  pełen 
miłości  i  nie  warto  od  tego  uciekać.  Wreszcie  spotkasz  tę 
jedną,  jedyną,  która  na  pewno  będzie  kobietą  wyjątkową. 
Zawładnie  tobą,  choćbyś  się  bronił  rękoma  i  nogami,  ale  i 
tak  w  końcu  się  poddasz.  -  Zamyśliła  się  głęboko,  aŜ 
wreszcie  dodała,  jakby  oznajmiała  największą  tajemnicę 
kosmosu:  -  Greville,  bo  tak  naprawdę  liczy  się  tylko  ma-
łość. Uwierz mi. 

Spojrzał na nią uwaŜnie. 

-  Trafiona, zatopiona? 

No i wygadałam się! - pomyślała Fennia. 

-

 

Uhm... - Nagle posmutniała. 

-

 

To bolesne doświadczenie? 

-

 

Tak, bo on jakoś nie zauwaŜył, Ŝe jestem wyjątkowa. 

-

 

ZauwaŜy... 

-

 

Marne szanse. - Nie chciała o tym dłuŜej mówić. - To 

jak sobie radzicie bez Thomsona? 

ś

ałosna próba zmiany tematu... PrzecieŜ Greville, męŜ- 

czyzna inteligentny i przenikliwy, na pewno juŜ się 

domyślił, kto złamał serce jego ukochanej siostrzyczce. 

-  Jakoś  sobie  radzimy  -  odparł  i  do  końca  kolacji  nie 

nawiązał juŜ do bolesnego tematu, tylko ze wszystkich sił 

starał się rozbawić Fennię. co mu się zresztą udało. Gdy 

około jedenastej zajechali pod apartament Jegara. Fennia 
bardzo była wdzięczna kuzynowi za miły wieczór. 
Naprawdę tego potrzebowała. 

Greviłle wszedł z nią do budynku, objął ją i pocałował na 

poŜegnanie. 

-  Dzwoń do mnie o kaŜdej porze dnia i nocy - zawołał, 

gdy wsiadała do windy. 

Fennia nie zdąŜyła jeszcze dojechać na ostatnie piętro, a 

juŜ myślała o Jegarze, 

Gdy tylko weszła do mieszkania, natychmiast pojawił się 

w  przedpokoju. Stłumiła poryw serca i standardowo zapytała 
o Lucie. 

Jednak jej chłodne powitanie  okazało się ciepłym  zefir-

kiem wobec arktycznego lodu, jaki bił z głosu Jegara. 

-  Nie zaprosiłaś pana Alforda na kawę? 

Fennia nagle zrozumiała, Ŝe ma dosyć tej zabawy w na-
stroje i  miny.  Postanowiła szybko zakończyć rozmowę i 
pójść do siebie. 

-  Nie chciałam naduŜywać twojej gościnności. 
Niestety, gdy tylko ruszyła z miejsca, Jegar złapał ją za ramię 

i zawlókł do salonu. Tam wreszcie z wściekłym piskiem zdołała 
strząsnąć z siebie jego rękę. Jegar miał w oczach mord. 
Szykowała się awantura, jakiej świat nie widział. 

- A ty uwaŜasz, Ŝe wszystko jest w porządku? - zapytał 

z poraŜającą pogardą. 

background image

116

 

JESSICA STEELE

 

- O czym ty mówisz? 

- Wprost  nie  do  wiary!  -  eksplodował.  -  Naprawdę  nic 

wiesz? A więc ci powiem! - ryknął. - Byłaś u niego! 

Miała  tego  dosyć.  Na  co  ten  facet  sobie  pozwalał?  Ale 

dobrze, sam się o to doprasza. 

-  To  wprawdzie  nie  twoja  sprawa,  lecz  skoro  jesteś  tak 

bardzo  wścibski...  Oczywiście,  Ŝe  byłam  u  niego.  Nie  pierw 
szy i nie ostatni raz. 

O  rany,  będzie  cięŜko!  -  pomyślała,  patrząc  na  Jegara. 

który  wyglądał  jak  bokser  przed  zadaniem  /nokautującego 
ciosu. 

-

 

A co na to jego Ŝona? - wycedził. 

-

 

Greville jest rozwiedziony. 

-

 

Od jak dawna go znasz? - Najwyraźniej nie spodziewał 

się takiej odpowiedzi. 

-

 

Za wiele chciałbyś wiedzieć. To nie twoja sprawa. 

-

 

Owszem, moja. On tu przyszedł, chociaŜ go nie zaprą 

szałem, natomiast ty, chociaŜ twoje miejsce jest tutaj, byłaś 
gdzie indziej! 

-

 

Bzdura!  -  warknęła.  -  Miałam  wychodne, a przy  Lucie 

dyŜurowałeś  ty.  I  zapamiętaj  sobie,  to  ja  decyduję  o  tym, 
gdzie  jest  moje  miejsce.  Tobie  nic  do  tego.  -  Widziała  po 
jego  oczach,  Ŝe  ma  wielką  ochotę  na  dalszą  kłótnię,  lec/ 
Fennia  miała  juŜ  naprawdę  dosyć.  -  Przestań  zachowywać 
się jak idiota i daj mi święty spokój. Idę do łóŜka. 

Lecz on znów schwycił ją za ramiona. 

-

 

Dopiero z niego wyszłaś, prawda? Z łóŜka tego kocha-

sia?  -  wybuchnął  z  niepohamowaną  furią.  -  I  co,  wyleczył 
twoje zahamowania? 

-

 

Ty bezczelna świnio! - krzyknęła. - Świętoszek się 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

117

 

znalazł. Sam jesteś Ŝałosny kochaś! Przyjrzyj się najpierw 
sbie, a potem osądzaj innych. Dureń i cham! 

W bojowym szale z całej siły kopnęła go w goleń, a Jegar 

puścił jej ramiona, złapał się za nogę i jęknął. No cóŜ, Fennia 
nie  była  eteryczną  mimozą,  tylko  silną  i  wysportowaną 
dziewczyną, więc uderzenie do symbolicznych nie naleŜało, 
I  mimo  Ŝe  /.  natury  nie  lubowała  siew  sadystycznych 
prakty-kach, okrzyk bólu, który dobiegł jej uszu, stał się dla 
niej nąjpiękniejszą melodią. Zastanawiała się przez chwilę, 
czy  dla  równego  rachunku  nie  dołoŜyć  w  drugi  goleń,  ale 
uznała, Ŝe będzie dosyć. 

Dumnie wyprostowana ruszyła ku drzwiom, lecz Jegar juŜ 

się zdołał pozbierać i znów ją przytrzymał. 

-

 

Dlaczego? Ty... 

-

 

Nie  waŜ  się  dokończyć  -  zasyczała.  -  l  natychmiast 

mnie puść. 

W jego oczach płonęła Ŝądza zemsty. Uderzy mnie? - po-

myślała w popłochu. Nic, to nie było w jego stylu. On za-
mierzał siłą ją pocałować i w ten sposób poniŜyć. 

-  Ani się waŜ! - krzyknęła. 

-  To ty zaczęłaś! - odpowiedział, choć było to wierutne 

łgarstwo. 

Pochylił głowę, szukał jej ust. 
A w niej wszystko krzyczało „Nie!'\ Jak on śmiał miłosną 

pieszczotę zamieniać w akt zemsty? Dlaczego tak wszystko 

brukał? Zachowywał się po prostu jak bydlak. Wściekłość 

i gorzki płacz rozrywały jej duszę. To było takie poniŜające 

i obrzydliwe. 

Zaczęła się rozpaczliwie szarpać, lecz Jegar nie ustępował. 

-  Ty draniu, nie daruję ci tego. Zabiję cię! 

background image

JESSICA STEELE

 

Nadal  nic  do  niego  nic  docierało.  Zapamiętały  w 

swej złości, nie zwalniał uścisku. 

Wreszcie, kompletnie wyczerpana, szepnęła: 

-  Jegar, nie rób mi tego... 

Nagle spojrzał na jej bladą twarz i pełne smutku oczy... i 

przeraził sic. 

-  Fennio,  wybacz...  -  Słowa  uwięzły  mu  w  gardle.  -  Nie 

wiem,  co  mnie  naszło,  nigdy  dotąd...  -  kajał  się  szczerze. 
- Błagam, wybacz mi... 

Głęboko  zawstydzony  i  pełen  pogardy  dla  siebie,  chciał 

odejść. On, kulturalny i wykształcony męŜczyzna, uwaŜający 
siebie za człowieka mądrego i subtelnego, zachował się jak 
prostacki brutal. Co w niego wstąpiło? Nigdy sobie tego nie 
daruje. 

Ruszył ku drzwiom. I nagle usłyszał: 

-  JuŜ  dobrze,  Jegar.  Nic  się  nie  stało.  Tylko  trochę  kule 

jesz... Jak noga? 

Podeszła do niego i jakoś tak spontanicznie, zupełnie bez-

wiednie, musnęła ustami jego wargi. A potem on ją delikatnie 
pocałował. 

Wtedy odsunęli się od siebie, z zaciekawieniem zerkając 

jedno  na  drugie.  I  nagle,  nim  zdołali  cokolwiek  pomyśleć, 
znów wpadli sobie w ramiona, szczodrze obdarzając się po-
całunkami. 

-  Fennio! - szepnął. 

Przywarł  do  niej  silniej.  Odpowiedziała  z  namiętnością, 

jakiej  nigdy  nie  spodziewała  się  doświadczyć.  Pragnęła 
Jegara. 

Poczuła jego palce na zamku sukienki. 

-  Chcesz? - zapytał. 

NASZA BRON KOBIECA

 

119

 

-  Tak... - Przymknęła oczy. 

Nawet się nie spostrzegła, gdy jej sukienka wylądowała 
na podłodze. Jegar wziął ją na ręce. Gdy uniosła 
powieki, 

prawie nadzy leŜeli na jej łóŜku. 

Bała  się,  lecz  za  nic  nie  zrezygnowałaby  z  tego,  co  za 
chwilę miało ją spotkać. 

-

 

Och, Jegar - jęknęła z rozkoszy. 

-

 

Nie będziemy się spieszyć, najdroŜsza - szepnął. 

Czuła, Ŝe tego właśnie chce, jej ciało było rozpalone, jej 
zmysły szalały, tylko... gdy Jegar połoŜył się na niej... 
nagle 

znieruchomiała. 

-  Nie denerwuj się, moja piękna. Powiedz tylko słowo, 

a przerwiemy... - Czule modulował głos. 

Ale jej nie było juŜ tak dobrze. Jegar odnosił się do niej 

jak psychoterapeuta do swojej pacjentki. A przecieŜ ona wca-
te nic była zablokowana i pragnęła być traktowana jak czuła, 
namiętna kobieta! 

-  Nie  denerwuję  się.  -  Poczuła,  Ŝe  powinna  to  powie- 

dzieć. - Nie chcę tego przerywać - wyznała i pocałowała go. 

Jegar Ŝarliwie odpowiedział na tę pieszczotę i Fennia za-

pomniała o wszystkich obawach. 

Nadzy, byli juŜ tylko o krok od spełnienia. Instynktownie 

dopasowy  wała  się  do  jego  ciała,  drŜąca  w  oczekiwaniu, 
coraz blizsza pełnego wyzwolenia... Jeszcze chwila, a... 

Nagle poczuła paniczny lęk. Jej ciało wciąŜ pragnęło mi-

łości, lecz duszę Fennii ogarnął mrok. Kochała Jegara, prag-
nęła być jego kobietą, ale on nie darzył jej miłością. To było 
tylko  chwilowe  poŜądanie.  Jaką  więc  miała  teraz  odegrać 
rolę? Przelotnej kochanki? Wykorzystanej panienki? 

Odwróciła głowę. 

118

 

background image

120

 

JESSICA STEELE

 

 

-

 

Co się stało, najdroŜsza? 

-

 

Och, Jegar, sama juŜ nie wiem... PomóŜ mi, proszę! 

-  zawołała rozpaczliwie. Pragnęła go tak bardzo... ale mu 
siałaby się wyrzec samej siebie... 

-

 

Fennio, powiedz, proszę, chcesz tego czy nie? 

-

 

Tak - powiedziała cicho, lecz jasne było, Ŝe kłamie. 

-  Znienawidzisz mnie! - zaszlochała. 

Myślała,  Ŝe  ją  pocałuje,  utuli,  uspokoi...  przybliŜył  usta 

do jej warg... I nagle wszedł w nią. 

Och, nie przeŜyła rozkoszy, tylko trochę bólu i obezwład-

niającą pustkę. Jegar spojrzał w jej smutne, rozŜalone oczy. 
na jej nie łaknące juŜ miłości ciało. 

Szybko się z niej zsunął i usiadł na krawędzi łóŜka. Fennia 

teŜ się uniosła. Miała przed sobą jego nagie plecy. 

-  Jegar, ja cię... - Nie potrafiła wyznać, Ŝe go kocha. - Ja 

cię... pragnę. 

Zerwał się na równe nogi i stanął przy drzwiach. 

-  Fennio, nie moŜesz mnie mieć, dopóki nie wyzwolisz 

się ze swoich zahamowań - powiedział tylko i wyszedł. 

ROZDZIAŁ SIÓDMY

 

Po kilku  godzinach,  w  czasie  których drobiazgowo anali-

zowała  wydarzenia  ostatniego  wieczoru,  Fennia  wreszcie  na 
krótko  zasnęła.  Obudziła  ją  cicha  krzątanina,  a  więc  Jegar 
Jest juŜ na nogach. Nie, nie chciała go widzieć. Nie była na 
to jeszcze gotowa. 

Wreszcie, gdy wyszedł do pracy, podniosła się z łóŜka. 

Ten  wtorek  wydawał  jej  się  najdłuŜszym  dniem  w  Ŝyciu. 
CŜuła się fatalnie, rozdygotana i skora do płaczu. WciąŜ wra-
cały wspomnienia z ostatniej nocy. 

-

 

Wszystko w porządku? - zapytała Kate. 

-

 

Tak - mruknęła. 

Nie chciała, by Kate cokolwiek spostrzegła, nie zniosłaby 

jej troski. Musiała teŜ wyćwiczyć obojętny wyraz twarzy, by 
Jegar nie zorientował się, w jakim stanie ducha jest Fennia. 
Zresztą, czy  w ogóle się tym  zainteresuje? PrzecieŜ mu  na 
niej nie zaleŜy... 

Pełna  niepokoju  wróciła  do  domu.  Czekając  na  Jegara, 

czuła się jak w pułapce. Nie wiedziała, gdzie się skryć, byle 
tylko nie natknąć się na niego. 

A jeśli znów pójdzie na jakąś uroczą kolacyjkę? Lub przy-

wlecze do domu następną kochanicę? Z wściekłości zacisnę-
ła pięści... i nagle zrozumiała, Ŝe jest zazdrosna. To uczucie 

background image

JESSICA STEELE

 

wprost ją rozsadzało. Nigdy jeszcze czegoś takiego nie 

doświadczyła. 

By nie zwariować, zajęła się praniem, i wtedy usłyszała, 

Ŝ

e otwierają się wejściowe drzwi. 

Po krokach poznała, Ŝe poszedł do kuchni. A więc szukał 

jej. Pomyślała, Ŝe to śmieszne, tak się przed nim chować. 

Chwilę później Jegar zjawił się w pralni i spojrzał na nią 

lodowato. Wyglądał jak oficer śledczy, twardy, bezwzględny, 
okrutny. W jego oczach dostrzegła jakieś straszliwe oskarŜe-
nie. Przeraziła się nie na Ŝarty. O co tu chodzi? No dobrze, 
ta  noc  z  jej  winy  wypadła  fatalnie,  więc  mógł  być  na  nią 
zły...  ale  on  jej  nienawidził!  Zbladła,  a  potem  zrobiła  się 
purpurowa. 

-

 

A więc się przyznajesz - rzucił oschle. 

-

 

Ja...  ja...  -  No  cóŜ,  przejrzał  ją.  Zrozumiał,  Ŝe  go  ko-

cha,  lecz  wcale  nie  pragnął  jej  miłości.  Taką  więc  zbrodnię 
popełniła...  -  Nie...  nie  chciałam,  Ŝebyś  się  o  tym  dowie-
dział.  -  Dlaczego  tłumaczy  się  ze  swych  uczuć?  To  takie 
poniŜające. 

-

 

Jasne nieba! - ryknął. - A więc to prawda. 

-

 

A  czy  jest  sens  się  wypierać?  -  szepnęła.  -  PrzecieŜ  i 

tak wszystkiego się domyśliłeś... 

-

 

1  zaskoczyło  cię  to,  prawda?  Myślałaś,  Ŝe  uda  się  to 

wszystko rozegrać po cichu i durny Urquart w niczym się nic 
zorientuje?!  Ale  pomyliłaś  się.  Ta  słodka,  czysta  i  niczym 
nieskalana  panna  Fennia  Massey,  tak  inna  od  wszystkich 
kobiet, po prostu wzór cnót! Późno bo późno, ale wreszcie 
cię przejrzałem. Jesteś wyrachowaną, zimną Ŝmiją. 

Nagle zaczęła się zastanawiać, czy Jegar nie oszalał. O co 

tu chodzi? Bo przecieŜ nie o nieudany seks... Nie będzie się 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

123

 

jednak nad tym zastanawiać. To nie miało Ŝadnego sensu. 
Dumnie uniosła głowę. 

-  Kiedy mam się wyprowadzić? - rzuciła oschle, by nie- 

co oprzytomniał. 

-

 

Natychmiast znikaj z moich oczu. 

Tego się nie spodziewała. 
-

 

A co zrobisz z Lucie? - Musiała zadać to pytanie. 

-

 

Nie twoje zmartwienie - warknął. Pogarda biła z jego 

oczu, a przecieŜ łączyły ich intymne 

chwile... Fennia juŜ nic cierpiała, tylko była wściekła. 
JuŜ nie kochała, tylko nienawidziła. 

A niech cię diabli, Jegar! Zachowujesz się jak psycho- 

tyk i pewnie nim jesteś. śałuję, Ŝe cię poznałam, nic gorsze 

go nie mogło mnie spotkać. Proszę cię tylko o jedno, nie 

wyŜywaj się na Lucie, a swoje frustracje przelej na worek 

treningowy. I to ty znikaj z moich oczu! - Z uniesioną głową 

ruszyła do wyjścia. 

Lecz na drodze stanął jej Jegar. 
-

 

Hola, nie tak prędko. Musimy jeszcze porozmawiać o  

pieniądzach. 

-

 

Wypchaj się! Nie wezmę od ciebie ani centa za opiekę 

nad Lucie. 

-

 

Jasne, kto by się oglądał na takie marne grosze, gdy ktoś 

Inny daje grube tysiące. No, tak dla ciekawości, ile ci zapła- 

cił? - syknął z pogardą. - Gadaj, i to juŜ! 

Spojrzała na niego półprzytomnie... i nagle zrozumiała. 

Jegar  wcale  nie  był  teŜ  wściekły  za  to,  Ŝe  się  w  nim 

zakocha-11  On  ją  oskarŜał  o  jakieś  machinacje  finansowe. 
Był  więc  małym,  wietrzącym  wszędzie  spiski,  pętakiem. 
Tacy  ludzie,  K  swoją  chorą  podejrzliwością,  potrafią  zatruć 
wszystko wo- 

122

 

background image

124

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ  KOBIECA

 

125

 

 

kół  siebie  i  naleŜy  się  ich  wystrzegać  jak  zarazy.  Ze  teŜ 
wcześniej na to nie wpadła... 

-

 

MoŜe wreszcie wyjaśnisz mi, o co ci chodzi? - zapy 

lała spokojnie. - Więc niby kto i za co obdarował mnie 
fortuną? 

-

 

Oczywiście  nigdy  nie  słyszałaś  o  Addison  Kirk 

Group?! - Jego sarkazm był wręcz poraŜający. 

-

 

Addison  Kirk?  Jasne,  Ŝe  o  nich  słyszałam!  -  odparła 

najspokojniej  w  świecie.  Bądź  co  bądź  mąŜ  Yancie  był  tam 
przewodniczącym rady nadzorczej, a Greville... 

-

 

Lomax Mortimer Trading teŜ nie jest ci obce? Do diab-

ła, gdy juŜ cię zdemaskow ałem, chód raz moŜesz być uczciwa 
i przyznać się do wszystkiego. 

Uczciwa? Do czego on pije? Jakich to malwersacji mia-

łaby dokonać? To śmieszne i straszne zarazem. 

-

 

Zawsze byłam w stosunku do ciebie uczciwa! 

-

 

Jak cholera! 

-

 

A co ja takiego zrobiłam? I co ma wspólnego Addison 

Kirk z  Lomax Mortimer? -  Chciała  wreszcie zrozumieć,  w 
czym rzecz. - Nie miałam teŜ pojęcia, Ŝe coś ciebie łączy z 
Addison Kirk. 

-

 

Bo nic nie łączy. Do dzisiaj wiedziałem tylko, Ŝe taka 

firma istnieje oraz to, Ŝe działamy w zupełnie innych sekto-
rach rynku. 

-

 

Chcesz powiedzieć, Ŝe właśnie dzisiaj Addison Kirk i 

twoja firma się połączyły? 

-

 

Aha. próbujemy odgrywać słodką idiotkę... - skomen-

tował  ironicznie,  zaraz  jednak  zmienił  ton.  -  Doskonale 
wiesz, Ŝe dziś moja firma zaczęła walczyć z Addison Kirk! 

-

 

AleŜ, Jegar. nie mam o tym zielonego pojęcia. 

 

-

 

Tak samo jak nie wiedziałaś, Ŝe przygotowuję ofertę dla 

Lomax Mortimer i jak nie poznałaś jej szczegółów... 

-

 

Chodzi ci o tę dyskietkę, którą niechcący dałam Lucie 

do zabawy? 

-

 

Tak,  właśnie  o  tę  dyskietkę.  Skopiowałaś  ją  całą,  czy 

tylko niektóre pliki?! - Ryczał jak ranny lew. - Kiedy wpad- 

łaś na pomysł, by pohandlować z Addison? 

-

 

Podejrzewasz, Ŝe ja... Ŝe Addison... 

-

 

Znasz  się  przecieŜ  na  tym,  bo  przeszłaś  odpowiednie 

szkolenie. Musiał być to kurs dla baaardzo zaawansowanych. 
No  cóŜ,  sprytnie  wykorzystałaś  wypadek  mojego  brata... 
Niczym dŜuma wkradłaś się pod mój dach. Miałaś naprawdę 
piekielne szczęście! 

-

 

Jak widać, zupełnie co innego rozumiemy pod słowem 

„szczęście"  -  zadrwiła.  -  Dobra,  Jegar,  wreszcie  mi  to  wy-
jaśnij. Czy to znaczy, Ŝe Addison Kirk złoŜył konkurencyjną 
ofertę Lomax Mortimer? 

-

 

Nawet nie o to chodzi, Ŝe inna firma w tajemnicy przed 

wszystkimi szykowała się do konkursu i zgłosiła swoją ofertę 
dokładnie tego samego dnia co my. Rzecz w tym, Ŝe propo-
zycja Addison jest tak podobna do mojej, Ŝe po prostu musiał 
być przeciek. 

-

 

Sugerujesz, Ŝe ja to zrobiłam? 

-

 

Ja nie sugeruję, ja wiem! Jedynie garstka ludzi, których 

znam od lat i wiem, Ŝe mogę im ufać, wiedziała o szczegó-
łach mojej oferty. Ty byłaś jedynym  niesprawdzonym czło-
wiekiem w moim obozie. 

-

 

Dzięki! - warknęła. 

Nie zamierzała zostać w tym domu ani sekundy dłuŜej. 

background image

126

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

127

 

 

garem postanowiła zmyć z siebie podejrzenie o szpiegostwo, 
Nie chciała, by tak o niej myślał przez resztę Ŝycia... 

-

 

Tylko na tej podstawie, Ŝe wcześniej mnie nie znałeś, 

uznałeś, Ŝe jestem nowym wcieleniem Maty Hari? 

-

 

Mam więcej dowodów. 

-

 

To, Ŝe znam się na komputerach? KaŜdy licealista po-

trafi tyle, co ja... 

-

 

Ale licealiści nic umawiają się na randki z Greville'em 

Alfordem,  który,  dziwnym  trafem,  jest  w  radzie  nadzorczej 
Addison KM. 

Nie miała zamiaru mu wyjaśniać, Ŝe Alford jest jej bratem 

ciotecznym, i Ŝe to wcale nie była randka... 

-

 

Ciekawy jestem, ile ci zapłacił za wykradzenie danych'.' 

- wycedził. 

-

 

To  tajemnica  handlowa  -  zadrwiła,  choć  była  bliska 

płaczu. Jak on mógł tak o niej myśleć? 

-

 

A  więc  przyznajesz  się,  Ŝe  ci  zapłacił...  -  Jegar  zrobił 

krok  w  jej  stronę.  -  No  tak,  miałem  rację.  -  Jej  milczenie 
wziął za ostateczne przyznanie się do winy. 

-

 

Idź" do diabła! Takiego drania j durnia jeszcze nie spot-

kałam. 

Uniosła dumnie głowę. Wcale nie czuła się przegrana. Tc 

Jegar pogrąŜył się w chaosie niskich, brudnych podejrzeń, na-
tomiast ona ma czyste sumienie. I tylko ono jej pozostało... 

Poszła do swojego pokoju. 

Czy  to  ten  sam  człowiek,  w  którego  ramionach  leŜała 

zaledwie  wczoraj  wieczorem?  Jak  mogła  się  tak  pomylić? 
Tłumiąc łzy. zaczęła zbierać swoje rzeczy. 

Gdy z walizką i kluczami  wyszła do przedpokoju, z tru-

dem się powstrzymała, by nie zajrzeć do Lucie. 

Jegar juŜ czekał na nią przed drzwiami, a gdy podeszła do 
nich, otworzył je szeroko. To było jak wbicie noŜa w serce. 
Fennia niedbałym ruchem rzuciła klucze na stolik. 

Dopiero  w  sobotę  doszła  do  siebie,  ale  i  tak  Jegar  stale 

pojawiał się w jej myślach. Nie dawało jej spokoju, jak mógł 
coś takiego o niej pomyśleć. 

Gdy opuściła apartament, długo jeszcze siedziała w samo-

chodzie i  nie  mogła uwierzyć, Ŝe to. co się  wydarzyło,  nie 
Jest tylko koszmarnym snem. Gdy  w końcu trochę się uspo-
koiła, była juŜ noc. 

Instynkt  podpowiadał  jej,  Ŝe  nie  powinna  być  sama.  W 

pierwszym  odruchu  chciała  pojechać  do  cioci  Delii,  bo 
zawsze  lądowała  u  niej,  gdy  pokłóciła  się  z  matką.  Teraz 
jednak zranił ją potwór  w ludzkiej skórze i ciocia Delia nie-
wiele mogła pomóc na takie cierpienie. 

Postanowiła pojechać do Astry. 

-  Fennia!  -  zawołała  Astra  na  widok  kuzynki.  -  Co  się 

stało? Wyglądasz fatalnie... 

-  Nie wiem, czy sama wyszłam, czy zostałam wyrzucona, 

nnia starała się Ŝartować. - Chyba jednak... zostałam... 

wyrzucona. - Rozpłakała się. 

-  Jak  on  śmiał?  -  krzyknęła  Astra,  natychmiast  biorąc 

stronę Fennii. Objęła ją ramieniem i posadziła na kanapie. 

-

 

Co on sobie wyobraŜa! JuŜ ja z nim porozmawiam... 

-

 

sapnęła wściekle. 

 

-

 

Och, Astro! - Fennia starała się uśmiechnąć. - PrzecieŜ 

nawet nie wiesz, które z nas zawiniło. 

-

 

Na pewno nie ty - powiedziała z mocą. - Chcesz mi o 

tym opowiedzieć? 

background image

128

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ  KOBIKC A

 

129

 

 

-

 

On  jest  skończoną  świnią...  A  co  gorsza...  ja  go  na-

prawdę kocham. 

-

 

Rety! Ty teŜ jesteś zakochana? To jakaś epidemia! - za-

wołała Astra, myśląc o Yancie. 

-

 

Zakochana  bez  wzajemności.  On  jest  odporny  na  mi-

łość,  chyba  jest  na  nią  zaszczepiony...  -  odpowiedziała 
smutno Fennia. 

-

 

KaŜda  szczepionka  kiedyś  przestaje  działać  -  odparła 

Astra. 

-

 

Po  tym,  o  co  mnie  oskarŜył,  chciałabym,  Ŝeby  ta  cho 

roba  przybrała  najgroźniejszą  postać.  Wtedy  przyczołgałby 
się  tu  i  na  kolanach  błagał  mnie  o  przebaczenie!  Dopiero 
bym  dała  mu  popalić...  -  rozmarzyła  się,  a  zaraz  potem  jej 
oczy niebezpiecznie się zaszkliły. 

Następnego dnia Fennia, jadąc do pracy, zastanawiała się. 

co  /robi, jeśli  wpadnie  na  Jegara,  gdy  przywiezie  Lucie  do 
Ŝ

łobka.  Nic  takiego  jednak  się  nie  stało,  bo  jego  asystem 

zadzwonił do Kate i poinformował, Ŝe  w najbliŜszym czasie 
mała nie będzie chodziła do Ŝłobka. Poprosił jednak o zatrzy-
manie  miejsca.  Na  koniec,  w  imieniu  szefa  oraz  państwa 
Todd,  wyraził  uznanie  dla  profesjonalizmu  i  zaangaŜowania 
personelu. 

Fennii zrobiło się przykro, Ŝe nie zobaczy Lucie, bo na-

prawdę się do niej przywiązała. 

Po powrocie do domu jedynym pocieszeniem była rozmo 

wa z Astrą. 

-

 

Czy  powiedziałaś,  Ŝe  Greville  jest  twoim  bratem  cio-

tecznym? - spytała kuzynka. 

-

 

A ty byś mu powiedziała? 

-

 

Nigdy w Ŝyciu! 

Wkrótce  Fennia  przekonała  się,  Ŝe  noce  są  jeszcze  gor-

sze  od  dni,  bo  samotność  skłaniała  do  rozmyślań.  Przede 
wszystkim  na  temat  Jegara.  Wspominała  nie  tylko  złe,  ale 
równieŜ  te  dobre  chwile,  gdy  był  czarujący  i  sprawiał,  Ŝe 
sie śmiała i czuła się szczęśliwa. A przede wszystkim, gdy 
ją całował... 

Ale co z tego, Ŝe było tak cudownie, skoro wzgardził jej 

uczuciem? 

W gorzkich rozpamięty waniach odkryła, Ŝe dla niej jedy-

nym prawdziwym sensem Ŝycia moŜe być tylko miłość. Nie-
stety, dla niego najwaŜniejsza była praca... 

Nagle coś ją olśniło. Wszystkie gorzkie słowa, jakie skie-

rował do niej Jegar, dotyczyły domniemanej afery szpiego-
wskiej, nie zaś uczuć. MoŜe więc... 

Chwyciła  za  słuchawkę.  Powie  mu,  Ŝe  Greville  jest  jej 

kuzynem, a nie facetem, który płacił jej za informacje. 

Tylko  co  to  zmieni?  Jegar  nagłe  jej  nie  pokocha,  a 

Greville  nadal  pozostanie  przedstawicielem  konkurencyjnej 
firmy... Zaś Lucie ma juŜ na pewno nową nianię i Fennia do 
niczego juŜ nie jest potrzebna. 

Szkoda, Ŝe nie usłyszy jego głosu... OdłoŜyła słuchawkę. 

Następne dni były takie same: praca, pogawędka z Astrą, 

I  cały  czas  Jegar,  Jegar,  Jegar...  Fennia  czuła,  Ŝe  musi  się 
choć na trochę gdzieś wyrwać. 

-

 

Wybierzesz się ze mną do cioci Delii? - spytała Astrę. 

-

 

Nie  widziałam  jej  od  wieków  i  bardzo  bym  chciała... 

ale... nie mogę. 

-  Masz pilną robotę? 

Tak...  przeproś  ją  w  moim  imieniu.  Na  pewno 

niedługo się do niej wybiorę. 

background image

JESSICA STEELE

 

Był  cudowny,  słoneczny  letni  dzień.  Delia  jak 

zwykle przyjęła Fennię z radością. 

-  MoŜe wypijemy herbatę w ogrodzie? Mam teŜ wspa- 

niałe ciasteczka, zaraz wszystko przygotuję. 

Gdy juŜ zasiadły wśród drzew i kwiatów, ciocia spytała 

-

 

Widziałaś się ostatnio z Astrą? 

-

 

Znów z nią mieszkam. 

-

 

Rodzice tej małej juŜ wrócili ze szpitala? 

-

 

Nie, tylko pokłóciłam się ze stryjkiem Lucie i uznał, Ŝe 

poradzi sobie beze mnie. 

Delia AIford przyjrzała się uwaŜnie siostrzenicy. Fennia wie 

działa, Ŝe ciocia jest mądrą kobietą i potrafi duŜo zrozumieć bez 
słów, wyczytać smutek z oczu i dociec jego przyczyn... Jednak 
ciocia taktownie powstrzymała się od komentarza. 

-

 

Mam nadzieję, Ŝe mała da mu nieźle w kość - powie 

działa tylko z uśmiechem. 

-

 

TeŜ na to liczę - roześmiała się Fennia. 

Ucięły  sobie  miłą, rodzinną pogawędkę. Obie z  utęsknie 

niem oczekiwały powrotu Yancie i Thomsona z podróŜy po-

ś

lubnej. 

-

 

Byłoby cudownie ją zobaczyć - powiedziała Fennia. 

-

 

Zobaczymy Yancie, jeśli uda nam  się choć na chwile 

odciągnąć ją od męŜa - uśmiechnęła się Delia. 

Nagle do rozmowy włączyła się trzecia osoba. 

-

 

O kim plotkujecie? 

-

 

Greville!  -  zawołała  z  radością  Delia,  -  Skąd  się  tu 

wziąłeś? 

-

 

Musicie zdrowo kogoś obgadywać, bo nawet nie za u 

waŜyłyście, jak przyszedłem. Pochylił siei pocałował matkę w 
policzek. - Witaj, Fennio. 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

131

 

-

 

Miło cię widzieć - uśmiechnęła się. 

-

 

Przynieś sobie z kuchni filiŜankę - zaordynowała sta-

nowczo Delia. 

-

 

Wolę zimne piwo, bo straszny dzisiaj upał. 

Gdy wrócił, oznajmił, Ŝe dzwoni ciotka Ursula, która ko-

niecznie chce się dowiedzieć, kiedy przyleci Yancie. 

-

 

To zabawne! Chce ode mnie się dowiedzieć, kiedy wra-

ca  jej  córka!  -  Delia  złapała  się  za  głowę.  -  Nie  mogłeś  jej 
powiedzieć? 

-

 

Mogłem, bo wiem, Ŝe Thomson musi być w biurze w 

następny wtorek - odparł Greville. - Ale nie lubię rozmawiać 
z  ciotką  Ursulą.  Biedny  Thomson,  będzie  miał  słodką 
tesciową. 

-

 

Współczuć  trzeba  Yancie.  Teściowa  to  teściowa,  ale 

mieć  taką  matkę,  to  dopiero  pech  -  odparła  Delia  i  jak  na 

ś

ciecie poszła porozmawiać z przyrodnią siostrą. 

- Jak twoje sprawy? - spytał serdecznie Greville, gdy 

zostali sami. 

-  Wyprowadziłam się i znów mieszkam z Astrą - powie- 
działa wprost. 
-

 

Och, siostrzyczko, byłaś na tyle dzielna, by z nim zer-

kać? - zapytał miękko. 

-

 

Domyśliłeś, Ŝe to był... 

-

 

Urquart? Tak. domyśliłem się. Nadal boli? 

-

 

Wcale  nie  byłam  dzielna  -  przyznała  się.  -  Strasznie 

się pokłóciliśmy i gdybym się sama nie wyprowadziła, to by 
mnie wyrzucił... 

-

 

Wyrzucił?!  -  Greville  aŜ  podskoczył  na  krześle.  -  Do 

cholery, niech no tylko go spotkam, od razu skopię mu ty... 
znaczy obiję mu gębę! 

130

 

background image

132

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

133

 

 

Fennia  roześmiała  się.  Wiedziała,  Ŝe  jej  zrównowaŜony 

kuzyn, gdy chodziło o najbliŜszych, byłby do tego zdolny. 

-

 

Greville...  -  Fennia  poczuła,  Ŝe  musi  poruszyć  ten 

przykry temat. - Ta oferta dla Lomax Mortimer Trading.,. - 
Wzięła głęboki oddech. - Czy... 

-

 

Skąd o tym  wiesz? - Greville  popatrzył z  najwyŜszym 

zdumieniem. - Mów wszystko, co ci się obiło o uszy. 

Fennia poczuła się nieswojo. Wkroczyła na grząski teren 

Mogła  popełnić  jakąś  niedyskrecję,  a  mimo  wszystko  nic 
chciała zdradzać  sekretów Jegara. Jednak zamierzała  wyjaś-
nić tę sprawę. 

-

 

Czy to ma coś wspólnego z Urquartem i Global Com-

munications? - naciskał Greville. 

-

 

A więc wiesz, Ŝe Jegar jest szefem tej firmy. 

-  Tak, od wtorku, gdy z troski o ciebie postanowiłem go 

sprawdzić.  Przy  okazji  dowiedziałem  się,  Ŝe  nasze  firmy 
walczą  o  ten  sam  kontrakt.  -  Uśmiechnął  się  do  niej  zachę-
cająco. - U nas, w Addison Kirk, mamy ludzi, którzy zajmują 
się  poszukiwaniem  nowych  moŜliwości  inwestowania  i 
dokonywania fuzji. 

-

 

Czy chcesz powiedzieć, Ŝe ktoś samodzielnie wpadł n.i 

pomysł złoŜenia oferty dla Lomax Mortimer? - spytała. 

-

 

Samodzielnie? Nie rozumiem... 

-

 

To znaczy bez szpiegowania... 

-

 

Szpiegowania?! - Spojrzał na nią z wielką powagą. -O 

czym ty mówisz, Fen? - Nagle zrozumiał wszystko. -O mój 
BoŜe! A więc Urquart jest przekonany, Ŝe sprzedałaś nam te 
informacje! - wykrzyknął. 

-

 

No cóŜ, sama sobie napytałam biedy - przyznała Fen 

nia, nieświadomie biorąc Jegara w obronę. - Przez przypa 

dek otworzyłam dyskietkę z tą ofertą, a potem okazało się, 
te wasze propozycje dla Lomax Mortimer Trading są prawie 
identyczne. 

Greville zastanawiał się przez dłuŜszą chwilę. 
-  UwaŜnie  penetrujemy  rynek  i  często  korzystamy 

z  poufnych  informacji,  wyszukując  projekty,  które  są  do 
wygrania,  ale  nigdy  nie  posuwamy  się  do  szpiegostwa 
-  wyjaśnił  powaŜnie.  -  Global  dowiedział  się  o  naszej 
ofercie  dokładnie  w  tym  samym  czasie,  co  my  o  jego.  To 
normalne,  Ŝe  dwie,  albo  i  więcej  firm  startuje  do  tego 
samego  przetargu,  o  czym  twój  przyjaciel  Urąuart  dobrze 
wie,  bo  takie  są  reguły  gry.  Tak  więc  czysty  przypadek 
sprawił,  Ŝe  staliśmy  się  konkurentami,  a  to,  Ŝe  nasze  wy 
liczenia  i  szacunki  okazały  się  podobne,  tylko  dobrze 

ś

wiadczy o profesjonalizmie obu firm. 

\    -  Czysty  przypadek?  -  upewniała  się  Fennia.  -  Chcesz 
powiedzieć', Ŝe nie było przecieku informacji? 

-

 

Nie było i Urquart dobrze o tym wie. 

-

 

Skoro  o  tym  wie...  -  Fennia  potrząsnęła  głową  z  nie-

dowierzaniem - ... to dlaczego tak na mnie naskoczył? 

-

 

Rozumiem, Ŝe  nie było ci zbyt  miło, ale pewnie ode-

brałaś to tak dramatycznie z osobistych powodów. 

Fennia znów poczuła się fatalnie. Skoro Jegar wiedział, Ŝe 

dwie firmy mogą zaproponować zbliŜone warunki i nie ma 
w  tym  nic  dziwnego,  to  awantura,  którą  jej  zrobił,  musiała 
mieć inną przyczynę.  A zatem  wiedział, Ŝe ona  go kocha  i 
właśnie  dlatego  wyrzucił  ją  z  domu.  Tak  bardzo  nie  chciał 
jej miłości... 

-  Nie  dopuszczę,  by  Urąuart  obwiniał  cię  o  coś,  czego 

nie zrobiłaś, a jak cię znam, nawet nie byłabyś w stanie! 

background image

134

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ  KOBIECA

 

135

 

 

-  Greville  zdenerwował  się  ponownie.  -  Zadzwonię  do 
niego 
i powiem mu, co o nim myślę! 

-

 

Nie rób tego, bo umrę ze wstydu! 

-

 

Do diabła, to on powinien się wstydzić! Nie dopuszczę, 

byś cierpiała z jego powodu. Urąuart musi wiedzieć, Ŝe. 

-  Przerwał, bo spostrzegł wracającą Delię. 

-  Proszę cię, Greville, nie rób tego - błagała Fennia. - Tu 

prawda,  zaleŜy  mi  na  Jegarze,  ale  nie  chcę  być  z  człowie 
kiem, który ma mnie za złodziejkę i oszustkę... 

Fennia,  by  choć  przez  jakiś  czas  nie  zadręczać  swoich 

najbliŜszych ponurym nastrojem, postanowiła wybrać się za 
miasto. 

Lunch zjadła w przytulnej, wiejskiej gospodzie, nacieszy 

ła się pięknem letniego dnia na wsi i ruszyła w powrotni) 
drogę do Londynu. W poniedziałek musiała być wcześniej 
w pracy, gdyŜ jedna z pracownic wyjeŜdŜała na urlop i Fen-
nia obiecała ją zastąpić. 

Od domu Astry dzieliło ją zaledwie pół godziny drogi, ale 

zatrzymała się na stacji benzynowej, by nabrać paliwa. Nagle 
ze  złością  spostrzegła,  Ŝe  przy  sąsiednim  dystrybutorze  tan-
kuje Charmaine Rhodes. Poczuła niemiłe ukłucie zazdrości 

Czuła na sobie spojrzenie Charmaine, ale nie zamierzała 

choćby się przywitać, bo nienawidziła tej wyniosłej i zimnej 
kobiety. Jednak, ku jej zdziwieniu, panna Rhodes podeszła 
do  niej.  Po  jej  minie  natychmiast  zorientowała  się,  Ŝe  nic 
miłego z pewnością nie usłyszy. Nie pomyliła się. 

-  Co,  znalazłaś  inną  pracę?  -  spytała  Charmaine  ironicz 

nie, nie kryjąc pogardy. 

Fennia poczuła, jakby ktoś grzebał noŜem w otwartej ra 

nie. Najwyraźniej Charmaine musiała coś słyszeć od Jegara. 
Ta myśl sprawiła jej ból. 

-

 

Nie  wiedziałam,  Ŝe  szukam  innej  pracy  -  odparła 

chłodno Fennia. 

-

 

Pewnie przeŜywasz teraz cięŜkie chwile, skoro nie do-

stałaś referencji - szydziła dalej Charmaine. 

-

 

CzyŜbyś wiedziała coś, o czym ja nie wiem? - Fennia 

spojrzała na nią drwiąco. 

-  Wiem, Ŝe Jegar cię wywalił - syknęła Charmaine. 
Serce Fennii znów ścisnęło się z bólu, bo przecieŜ Jegar 

tak naprawdę nigdy jej nie zatrudnił. 

-  Naprawdę niewiele wiesz - odparła chłodno. 
-

 

Niańką  moŜe  być  prawie  kaŜda  -  rzuciła  pogardliwie 

blondynka. 

-

 

Nie  byłam  wyłącznie  opiekunką  do  dziecka  -  odparła 

Fennia. Wiedziała, Ŝe moŜe powiedzieć wszystko, bo Char-
maine i tak tego nie powtórzy Jegarowi. 

-

 

A więc byłaś jego... kochanką. - Charmaine popatrzyła 

na nią z wściekłością. - Połączyło was łóŜko? 

-

 

I było nawet nieźle. - Fennia spojrzała wyzywająco na 

Charmaine, To był celny strzał. Jasnowłosy potwór mruknął 
tylko  coś  pod  nosem  i  szybko  się  wycofał.  Fennia  jednak 
wcale nie cieszyła się ze zwycięstwa. 

Przez cały wieczór zastanawiała się, czy dobrze zrobiła, 

opowiadając  Charmaine  takie  głupoty,  jednak  doszła  do 
wniosku, Ŝe ta kobieta jest zbyt wyrachowana, by wspomnieć 
Jegarowi o tym spotkaniu. 

-  Czas do domu - powiedziała Kate, gdy pół godziny po 

skończeniu dyŜuru Fennia nadal tkwiła na posterunku. 

background image

136

 

JESS1CA STEELE

 

 

Wyszła wreszcie ze Ŝłobka i ruszyła do domu. Po drodze 

wstąpiła  do  supermarketu,  dzięki  czemu  udało  jej  się  zająć 
czymś myśli. 

Lecz  i  tak  wciąŜ  się  zastanawiała,  czy  Jegar  spędzi dzi-

siejszy wieczór z Charmaine, Carla, Miriam, czy teŜ z Davi 
ną? Z którą z nich? 

A moŜe niania ma wychodne i musiał zostać z Lucie? 

Nagle rozległ się dzwonek u drzwi. 

Astra  zapomniała  kluczy?  NiemoŜliwe.  Musiała  to  być 

któraś  z  wesołych  mamusiek.  Fennia  przykleiła  do  twarzy 
standardowy  uśmiech,  otworzyła  drzwi,  po  czym  niemal  je 
zatrzasnęła. 

Momentalnie  zrobiła  się  czerwona  jak  pomidor.  Tylko 

jeden człowiek mógł wywołać u niej taką reakcję. 

-

 

Co ty tutaj robisz? - Przez chwilę wydawało jej się, Ŝe 

od ciągłego myślenia o tym facecie dostała halucynacji. 

-

 

Przyszedłem się z tobą zobaczyć - odparł najspokojniej 

w świecie Jegar. 

Nie dostała halucynacji. 

ROZDZIAŁ ÓSMY

 

-  Yyy  -  zdołała  tylko  wykrztusić.  Nie  mogła  przecieŜ 

powiedzieć, Ŝe wprost szaleje ze szczęścia. Wreszcie nieco 
się opanowała. - Czy z Lucie wszystko w porządku? 

-  Mała  tęskni  za  tobą,  ale  poza  tym  nic  się  nie  dzieje. 

Zajęła  się  nią  pani  Swann.  a  od  środy  moja  matka,  która 
wróciła  do  Anglii.  Ona  i  jej  mąŜ  zatrzymali  się  u  mnie  na 
jakiś czas. 

Ucieszyła się, bo w takim wypadku Jegar nie moŜe teraz    

zapraszać swoich kochanek do siebie... A jeśli którąś z nich 

przedstawił swojej matce? Nie, dość tego mazgajstwa, pomyślała 

Fennia. Z tym facetem trzeba twardo, nie moŜna po-I zwolić, 

by wciąŜ był z siebie taki zadowolony. 

-

 

Oczywiście przyszedłeś po to, Ŝeby mnie przeprosić. 

-

 

Tak, ale musisz mnie wpuścić. 

A  więc  właściwie  juŜ  ją  przeprosił  i  to  powinno  wystar-

czyć. NaleŜało teraz chłodno podziękować i zatrzasnąć  mu 
drzwi  przed  nosem  drzwi.  Ale  nie  zrobiła  tego.  To  tyle  w 
kwestii twardego postępowania. 

-  Greville chce się z tobą zobaczyć - powiedziała tylko. 

Mimo jej błagań, kuzyn stanowczo obstawał przy tym zamia- 

e i nic nie mogło go powstrzymać. - A po co, u licha, Alford 
miałby się ze mną spotkać? spytał ostro. 

background image

138

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

139

 

 

-

 

Myślałam,  Ŝe  przyszedłeś  tu,  aby  mnie  przeprosić.  -

Uśmiechnęła  się  w  duchu,  bo  wzmianka  o  Greville'u  na-
tychmiast wyprowadziła go z równowagi. 

-

 

Czy mogę wejść? - Wyraźnie starał się stłumić złość. 

-

 

Jestem pewna, Ŝe nie zajmie nam to wiele czasu - po-

wiedziała i wpuściła go środka. Przeszli do salonu. 

-

 

Ładnie tu. 

-

 

Mieszkam z moją siostrą cioteczną. - Spojrzała na nie-

go  uwaŜnie.  -  Musiałeś  się  widzieć  z  Greville'em,  skoro 
znasz  ten  adres.  -  Fennia  była  pewna,  Ŝe  sama  mu  go  nie 
podała. 

-

 

To Alford wie, Ŝe tu mieszkasz? Nadal się z nim spoty-

kasz? - W jego głosie pobrzmiewały agresywne nuty. 

I to mają być przeprosiny? 

-

 

Skąd masz ten adres? 

-

 

Chciałem  się  z  tobą  zobaczyć,  więc  zadzwoniłem  do 

Ŝ

łobka. 

Usiedli na przeciwległych końcach długiej kanapy. 

-

 

Kate tak po prostu dała ci ten adres? - zdziwiła się. 

-

 

Bardzo  niechętnie,  na  początku  chciała  mi  dać  tylko 

twój telefon - odparł. 

-

 

To ci nie wystarczyło? 

Jegar potrząsnął przecząco głową. 

-  Powiedziałem,  Ŝe  popełniłem  wielki  błąd  i  muszę  cię 

osobiście przeprosić. 

O rany, „wielki błąd"! AŜ tyle się nie spodziewała. 

-

 

Pewnie Kate usiłowała zawiadomić  mnie o tym telefo-

nicznie, ale dopiero wróciłam z zakupów. 

-

 

Spodziewasz się kogoś na kolacji? 

-  Powiedziałeś,  Ŝe  popełniłeś  wielki  błąd...  -  Fennia 

z naciskiem wróciła do najwaŜniejszego tematu. 

Jegar spojrzał na nią i wreszcie się uśmiechnął. Poczuła 

się tak jakoś... dobrze. 

-

 

Wiem,  Ŝe  zachowałem  się  jak  świnia  i  chociaŜ  zdaję 

sobie sprawę, Ŝe na to nie zasługuję, to proszę cię, byś przy-
jęła moje przeprosiny. 

-

 

Zrozumiałeś, Ŝe się pomyliłeś, oskarŜając mnie o kra-

dzieŜ informacji? - spytała. 

-

 

Och,  Fennio  -  powiedział  miękko.  -  Tak  fatalnie  się 

pomyliłem... 

-

 

Kto ci to uświadomił? 

-

 

Wiedziałem o tym od początku. 

-

 

Co?!  -  Była  naprawdę  zdumiona.  -  To  zabawne,  bo 

wtedy odniosłam inne wraŜenie... 

-

 

Fennio...  wtedy...  -  Przez  głowę  przelatywało  mu  tyle 

myśli.  -  Tak  dziwnie  ze  mną  rozmawiałaś...  a  ja  nie  byłem 
pewien, czy mogę ci ufać... 

-

 

Zaraz, zaraz. A teraz nagle juŜ mi ufasz? 

-

 

Tak.  Zresztą  w  głębi  duszy  zawsze  ci  ufałem.  Zwątpi-

łem przez krótką chwilę, szarpały mną tak silne emocje, Ŝe 
po prostu straciłem zdrowy rozsądek. 

Było jej naprawdę miło... i tylko miło. Wyjaśnili przykre 

nieporozumienie,  i  tyle,  bo  miłość  nadal  pozostanie  tam, 
gdzie jej miejsce: w sercu i marzeniach Fennii. 

-  Skoro juŜ mnie nie podejrzewasz, to ci wybaczam - po 

wiedziała  i  zerwała  się  na  równe  nogi.  Z  widocznym  ociąga 
niem  zrobiła  krok  w  stronę  drzwi,  gotowa  się  z  nim  poŜeg 
nać. Chciała, by został dłuŜej, lecz  w tej sytuacji  nie  miało 
to sensu. 

background image

140

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

141

 

 

Podeszli do drzwi, Jegar połoŜył dłoń na klamce... ale jej 

nie nacisnął. 

-  A  tak  przy  okazji...  -  Uśmiechnął  się.  -  Dlaczego  po 

wiedziałaś Charmaine, Ŝe jesteśmy kochankami? 

Patrzyła na niego przeraŜona. No cóŜ, wkopała się. 

-

 

Myś...  myślałam, Ŝe ci tego  nie powtórzy  - przyznała 

się wreszcie. 

-

 

Rzuciła  mi  to  w  twarz,  gdy  jej  oświadczyłem,  Ŝe  nie 

będę się z nią więcej spotykał. 

Czyli jeden powód do zazdrości mniej. Ale co z pozosta-

łymi? 

-

 

Biedaku,  ale  przecieŜ  nie  zostałeś  sam,  bo  masz  tyle 

innych pocieszycielek... - Nie mogła sobie darować tej usz-
czypliwości. 

-

 

Zerwałem ze wszystkimi. - Uśmiechnął się. 

-

 

Co ty powiesz! - ironizowała. 

-

 

Fennio! Tak bardzo mi cię brakowało! 

Odwróciła wzrok, by nie widział jej oczu i nic wyczytał 

z nich prawdy. 

-

 

Dobrze ci tak, skoro mnie wyrzuciłeś. - Starała się po-

wiedzieć to ostro, ale jej nie wyszło. 

-

 

Jak mogłem cię wyrzucić, skoro nigdy nie pozwoliłaś, 

bym ci płacił? 

-

 

Charmaine Rhodes twierdziła, Ŝe mnie wylałeś. Musia-

ła wiedzieć to od ciebie. 

-

 

Nigdy  z  nią  o  tobie  nie  rozmawiałem,  wymyśliła  to 

sama... Ale zaraz, czy naprawdę jej powiedziałaś, Ŝe byliśmy 
kochankami? 

-

 

Czy  dobrze  usłyszałam,  Ŝe  zerwałeś  ze  wszystkimi 

przyjaciółkami? - Grała na czas. 

 

-

 

Tak,  to  szczera prawda  -  odparł bez  wahania.  -  Więc 

dlaczego tak powiedziałaś? 

-

 

Bo... bo mnie o to spytała. Starała się mnie upokorzyć 

- broniła się Fennia. - Zresztą nie zraniłam jej uczuć, bo ona 
wcale cię nie kocha. 

-

 

Wiem o tym i w ogóle mnie to nie obchodzi - odparł i 

uśmiechnął się czarująco. 

-

 

Czy to znaczy, Ŝe wybierasz tylko takie kobiety, które 

cię nie kochają? Bo tak jest prościej, nie groŜą Ŝadne kom-
plikacje  ani  kłopoty?  -  Wiedziała,  Ŝe  stąpa  po  niepewnym 
gruncie, lecz musiała zadać to pytanie. 

-

 

A komu potrzebne takie kłopoty? - odparł. 

-

 

Rozumiem. CóŜ, miło, Ŝe się fatygowałeś, aby mnie oso-

biście  przeprosić,  ale  mogłeś  załatwić  to  telefonicznie.  -  Po-
nownie ruszyła do drzwi. - Zaraz, a jak Harvey i Mariannę? 

-

 

Szybko  wracają  do  zdrowia  -  odpowiedział,  lecz  ku 

utrapieniu Fennii nadal nie zbierał się do wyjścia. - Harveya 
prawdopodobnie  wypuszczą  w  tym  tygodniu,  a  Mariannę, 
chociaŜ  nadal  porusza  się  na  wózku,  stawia  juŜ  pierwsze 
kroki. 

-

 

Tak się cieszę- odparła szczerze. - Czy jest jeszcze coś, 

o czym chciałbyś ze mną pomówić? 

Nagle się speszył, co w jego przypadku było czymś wielce 

niezwykłym. 

-

 

Owszem, jest jeszcze coś... 

-

 

Ach tak? - RównieŜ poczuła się nieswojo. Coś wisiało 

w powietrzu. 

-

 

Rzadko  bywam  w  takiej  sytuacji  -  powiedział  jednym 

tchem. - Tak naprawdę nigdy dotąd... 

-  Co to za sytuacja? - spytała zaintrygowana. Nieba by 

background image

142

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

143

 

 

mu przychyliła, tyle tylko, Ŝe zupełnie nie wiedziała, o co mu 
chodzi. - Czy mogę ci jakoś pomóc? 

-  Tak, i to bardzo. Po prostu usiądź i wysłuchaj mnie. 
Znów wiec znaleźli się w salonie i zajęli tę samą kanapę. 

-

 

Nie chodziło ci zatem tylko o to, Ŝeby mnie przeprosić 

-  powiedziała  z  lekkim  zawodem  w  głosie.  -  Masz  jeszcze 
do mnie jakiś interes. 

-

 

Musiałem cię przeprosić, bo tak nakazywało mi sumie-

nie, natomiast to, Ŝe mi wybaczyłaś, pozwala mi przejść do 
głównego celu mojej wizyty. 

-

 

Chodzi o to, Ŝebym znów zajęła się Lucie? - Bo o cóŜ 

by innego? Fennia spuściła nos na kwintę. 

-

 

Bywały chwile, gdy strasznie mnie irytowałaś. 

-

 

A więc nie chcesz, bym wróciła i zajęła się Lucie? 

-

 

To nie ma nic wspólnego z Lucie, Charmaine Rhodes, 

Harveyem i Mariannę, ani nikim innym. Bo to dotyczy nas, 
Fennio, i tylko nas. 

-

 

Nas?! Jakich „nas"? 

 

-

 

Nie masz zamiaru ułatwiać mi zadania? A 

powinna? 
-

 

Zupełnie nie wiem, o co ci chodzi - odparła chłodno. 

-

 

Nie sadzisz, Ŝe między nami coś jest? 

Przyszedł do jej domu, by z niej drwić? 
-

 

Nie! - wypaliła. 

Lecz Jegar się nie poddawał. 
-  Długie godziny zastanawiałem się nad kaŜdym słowem, 

gestem,  spojrzeniem,  które  padły  między  nami,  i  właśnie 
dlatego ci nie wierzę. 

Ona teŜ spędziła wiele godzin na tym samym... 

-  MoŜesz... moŜesz to jakoś bliŜej... uzasadnić? 

-  Jasne!  -  podjął z  zapałem.  -  Fennio,  obsesyjnie  myśla 

łem o tym, co powiedziałaś, gdy opuszczałaś mój dom: „A 
czy jest sens się wypierać?". Wreszcie gdy stłumiłem w sobie 
zazdrość i zacząłem logiczniej myśleć... 

Był zazdrosny? Fennia myślała, Ŝe śni. 

-  ...  to  zrozumiałem,  Ŝe  oskarŜając  cię  o  to  wszystko, 

popełniłem  wielki  błąd.  Jednego  nie  mogłem  tylko  zrozu 
mieć.  Dlaczego  od  początku  nie  próbowałaś  zaprzeczyć,  ja 
koś się bronić, a tylko spytałaś, czy jest sens się wypierać... 
W końcu zrozumiałem. KaŜde z nas mówiło o czymś innym! 

-  Ja... to znaczy... - Nie wiedziała, co powiedzieć, lecz 

.  Jegar nie dał jej czasu na Ŝadne wykręty. 

-

 

O czym więc mówiłaś, skoro nie wiedziałaś, Ŝe chodzi 

mi o ofertę dla Lomax Mortimer? 

-

 

A kto by to pamiętał? Tyle czasu juŜ minęło... 

-  Zaledwie sześć dni, przypominam. Nic, Fennio. 

musisz 
,   wymyślić inną odpowiedź. I bez Ŝadnych matactw. 

TeŜ mi coś! Ogarnął ją tak silny gniew, Ŝe straciła całą I 

czujność. 

-

 

Skoro jesteś taki mądry, to ty mi powiedz! 

-

 

Skoro  nalegasz....  -  Z  radością  skorzystał  z  okazji.  -

Będzie  to  co  prawda  spekulacja  na  temat  twoich  myśli  i 
uczuć, ale mam nadzieję, Ŝe bardzo bliska prawdy. 

-

 

ś

yczę  powodzenia  -  próbowała  ironizować,  lecz  on  to 

zignorował. 

-

 

Wszystko  zaczęło  się  tego  feralnego  dnia,  kiedy  mój 

brat z Ŝoną mieli wypadek... 

-

 

Co się zaczęło? 

-

 

Nie przychodzi mi to łatwo, Fennio. Proszę, nie prze-

rywaj mi. 

 

background image

144

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

145

 

 

-

 

O rany, ty się denerwujesz! - zawołała. 

-

 

Wracając do tematu, tego feralnego dnia zostałem opie-

kunem dziecka, co o dziwo przyszło mi bez większego trudu. 
Poznałem teŜ nadzwyczajnej urody pracownicę Ŝłobka, która 
jeszcze tego samego dnia zamieszkała ze mną. 

-

 

ś

adnych komplementów - fukneła. 

-

 

Mówię  tylko szczerą prawdę  - odparł, po czym  wziął 

jej dłoń. - Natychmiast się zorientowałem, Ŝe świetnie sobie 
radzisz z moją bratanicą, więc naturalną rzeczą było, Ŝe czę-
sto o tobie myślałem. 

-

 

Naprawdę... czasem o mnie myślałeś? 

-

 

Właściwie to bez przerwy - wyznał. 

-

 

No tak... mieszkałam u ciebie... więc nic w tym dziw-

nego, Ŝe nieraz... 

-

 

Jak równieŜ nie ma co się dziwić, Ŝe do furii doprowa-

dzały mnie twoje wieczorne wyjścia. 

-

 

Jasne, bo musiałeś sam zostawać z Lucie. 

-

 

Nie o to chodzi. DraŜniło mnie, Ŝe spotykasz się z in-

nym facetem. 

-

 

Próbujesz mi wmówić, Ŝe byłeś zazdrosny? 

-

 

Zazdrosny? AleŜ skąd! - ironizował. - Tylko cały czas 

nerwowo spoglądałem na zegarek i zastanawiałem się, gdzie 
jesteś oraz z kim jesteś i co robisz. Fennio, strasznie mi cię 
brakowało! Ale najgorsze miało dopiero nadejść. 

-

 

Najgorsze? 

-

 

Nagle odkryłem, Ŝe wcale nie chcę wychodzić wieczo-

rami z domu. 

Spojrzała na niego. Na jego twarzy rysowało się wielkie 

napięcie. Poczuła, Ŝe musi mu teraz jakoś pomóc, zachęcić... 

-  Mów dalej - szepnęła. - Chcę tego słuchać. 

W nagrodę poczuła ciepły dotyk jego ust na policzku. 
-

 

Fennio.  moja  słodka,  naprawdę  mam  mówić  dalej? 

Więc dobrze. Pamiętam, to było w piątek, usłyszałem, Ŝe juŜ 
nie  śpisz  i  przyszedłem  do  twojego  pokoju,  Ŝeby  ci  powie-
dzieć, Ŝe późno wrócę z pracy. Nagle poczułem, Ŝe mam w 
nosie  firmę.  Cały  dzień  zastanawiałem  się,  co  mnie  tak 
urzekło. I wiesz co? Poczułem domowe ciepło i przestraszy-
łem się tego. 

-

 

Strach przed utratą wolności... 

-

 

Dlatego  zacząłem  wiec  zapraszać  do  domu  nowych 

przyjaciół. 

-

 

Przyjaciółki - poprawiła. 

-

 

Tak... Wyskakiwałem teŜ wieczorami do miasta. 

-

 

Zacząłeś się bać? 

-

 

Nie  da  się  ukryć  -  odparł  Jegar.  -  Zwłaszcza  tamtego 

wieczoru, kiedy pojechałaś spotkać  się z  matką. Gdy  wróci-
łaś, byłem pewien, Ŝe to jakiś facet cię skrzywdził, i marzy-
łem juŜ tylko o jednym: by dać mu solidny wycisk. 

Pamiętała  ten  wieczór.  To  właśnie  wtedy  pojęła,  Ŝe  go 

kocha. 

-  Nie zawsze wszystko od razu rozumiemy... - mruknęła 

wymijająco. 

Jegar  przyjrzał  jej  się  uwaŜnie,  po  czym  wziął  głęboki 

oddech. 

-

 

Czy to właściwa chwila, Ŝeby wyznać ci, Ŝe cię szaleń-

czo kocham? 

-

 

O! - zawołała Fennia. 

-

 

Spokojnie!  Nie  wpadaj  w  panikę!  Pragnę  twojego 

szczęścia i chcę, byś dostawała ode  mnie samo dobro - za-
pewnił solennie. - Wiem, jak bardzo skrzywdziła cię matka 

background image

146

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ  KOBIECA

 

147

 

 

i  jak  bardzo  się  boisz,  by  nie  być  taka,  jak  ona.  Dlatego... 
kryjesz w sobie pewne lęki... ale nic się nie bój. Kocham cię, 
Fennio.  Kocham  cię  z  całego  serca.  I  poradzimy  sobie  z 
twoimi kłopotami. 

-  Och, Jegar! - Kochał ją! Kochał ją! - Nie... nie sądzę, 

bym miała wielki problem. Owszem, jestem trochę nieśmiała 
w stosunku do męŜczyzn... Ale przezwycięŜyłam juŜ ten strach, 
który towarzyszył mi tyle lat. Naprawdę mnie kochasz? 

-  Kocham cię całym sobą - zapewnił szczerze. 
Fennia wstrzymała oddech i spojrzała w jego niebiskosza- 

re oczy. 

-

 

Skoro  tak,  to  coś  ci  powiem...  To  prawda,  nadal  je-

stem...  trochę  nieśmiała...  ale  dzięki  tobie  juŜ  się  nie  boję, 

Ŝ

e mogę się okazać... rozwiązła. 

-

 

Rozwiązła?! Ty? NiemoŜliwe! Ale dlaczego dzięki mnie? 

-

 

Dzięki tobie wiem z całą pewnością, Ŝe jestem i zawsze 

będę zatwardziałą monogamistką. 

Spojrzał na nią ponurym wzrokiem. 

-

 

Chcesz powiedzieć, Ŝe choć jesteś monogamiczna, to ja 

nie jestem tym jednym jedynym? 

-

 

Dlaczego tak sądzisz? 

-

 

Przestań  się  ze  mną  bawić  w  kotka  i  myszkę,  Fennio. 

Powiadasz, Ŝe nie masz innych problemów, z wyjątkiem te-
go,  który  wiąŜe  się  z  twoją  niewinnością.  Ale  ten  akurat 
problem rozwiązać moŜe tylko ten jeden jedyny męŜczyzna. 
-  Jegar  całkiem  pobladł.  -  Skoro  więc  mnie  odtrąciłaś,  gdy 
zaczęliśmy się kochać, więc jest oczywiste, Ŝe to nie ja jestem 
tym  męŜczyzną.  -  Wziął  kolejny  głęboki  oddech.  -  OtóŜ 
chcę, byś wiedziała, Fennio Massey, Ŝe jesteś moja i Ŝe... 

-

 

Oczywiście, Ŝe jestem twoja - wtrąciła pospiesznie. - 

Jeśli  dasz  mi  dojść  do  słowa,  to  ci  wytłumaczę,  Ŝe...  -  Za-
wahała się, lecz Jegar natychmiast ją ponaglił: 

-  To mi to wytłumacz! 

Zrobiła to w jedyny moŜliwy sposób. 

-

 

Kocham cię - powiedziała cicho i poczuła jego dłonie 

na ramionach. 

-

 

Mów dalej! 

-

 

Kocham  cię  -  powtórzyła  nieśmiało.  -  I  tamtej  nocy, 

gdy  byliśmy  tak  blisko,  nagle  zrozumiałam,  Ŝe  nie  ma  dla 
mnie  nic  waŜniejszego  na  świecie,  niŜ  kochać  się  z  tobą. 
Dlaczego? Bo moje serce naleŜało do ciebie. Lecz twoje serce 
nie  biło  dla  mnie,  więc  czym  byłoby  dla  ciebie  to  nasze 
kochanie? Zwyczajną przygodą, czyli niczym. - Poczuła, Ŝe 
ją obejmuje. - l nie mogłam... po prostu nie mogłam... 

-

 

Och,  Fennio,  moja  najdroŜsza,  najmilsza,  najukochań-

sza! - Przytulał ją z całej siły. - Naprawdę mnie kochasz? 

-

 

Z całego serca. 

Ich  usta  zetknęły  się.  JakŜe  cudowny  był  ten  delikatny 

pocałunek... 

-  Powiedz, od kiedy wiesz, Ŝe mnie kochasz? - zapytał. 
Uśmiechnęła się. 
-

 

Od samego początku coś dziwnego zaczęło się ze mną 

dziać.  Zamyślałam  się,  denerwowało  mnie,  Ŝe  nie  wracasz 
do późnej nocy... oczywiście nie byłam zazdrosna... 

-

 

Byłaś, byłaś... 

-

 

Patrzcie go, jak się napuszył. 

-

 

Uwielbiam cię taką, ale mów dalej. 

-

 

Niekiedy  bywało  tak,  Ŝe  nie  mogłam  przestać  o  tobie 

myśleć. Zwłaszcza raz czułam się bardzo nieszczęśliwa z po-
wodu twojej randki. 

background image

 

JESSICA STEELE

 

-  Nie  chcę,  byś  kiedykolwiek  w  przyszłości  była 

nie 
szczęśliwa - zamruczał, a potem pocałował ją z czułością. 

W  jego  ramionach  zapomniała  o  całym  bólu,  którego 

wcześniej doznała. 

-

 

O... o czym to rozmawialiśmy? 

-

 

Mówiłaś  mi,  kiedy  zrozumiałaś,  Ŝe  mnie  kochasz  -

przypomniał,  a  następnie,  jakby  od  wieków  tego  nie  robił, 
pocałował ją ponownie. 

-

 

A  tak...  -  Próbowała  rozjaśnić  oszalały  z  miłości 

umysł. - Zrozumiałam to w niedzielę rano, po tym przyjęciu. 

-

 

Ty  mnie  kochałaś,  a  ja  unieszczęśliwiłem  cię  jeszcze 

bardziej, ściągając cały tabun bab - kajał się. 

-

 

Taka juŜ natura podrywacza - mruknęła. 

-

 

Byłego. 

-

 

Mam  nadzieję.  -  Westchnęła.  -  A  kiedy  ty  się  zorien-

towałeś? 

-

 

Ze  kompletnie  zwariowałem  na  twoim  punkcie?  Naj-

pierw poczułem poŜądanie. Tak silne, Ŝe czasami bałem się 
wrócić  wcześniej  do  domu,  bo  chciałem  mieć  pewność,  Ŝe 
będziesz juŜ spała. O tym, Ŝe cię kocham, nie wiedziałem aŜ 
do ostatniego wtorku... 

-

 

To  było  wtedy...  -  zaczęła,  lecz  nie  musiała  mu  tego 

przypominać. 

-

 

Następnego dnia rano, po tym jak wyglądałaś absolut-

nie rewelacyjnie, wychodząc z tym facetem, to znaczy z Al-
fordem.  Cały  czas  zastanawiałem  się,  gdzie  jesteście  i  co 
robicie. Nie znałem wtedy tego łobuza i nie wiedziałem, jak 
z nim postąpić. 

-

 

I dlatego byłeś w takim złym nastroju, gdy wróciłam? 

-

 

W złym nastroju? Byłem wściekły! W środku się we 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

149

 

mnie gotowało. Oprócz gniewu, kłębiły się we mnie takŜe 
inne uczucia, o których nie chciałem wiedzieć. 

-

 

A jednak wreszcie uspokoiłeś się... 

-

 

Bo  wziąłem  cię  w  ramiona.  Byłaś  taka  słodka,  taka 

kochana.  To  wtedy,  gdy  zostawiłem  cię  samą  w  sypialni, 
pojąłem, Ŝe cię kocham. Nie mogłem się doczekać rana, Ŝeby 
przyjść i cię zobaczyć. 

-

 

Ale nie przyszedłeś. 

-

 

Powinienem był, ale wiem o tym dopiero teraz. Wtedy, 

jeszcze nim przyszedł ranek, zacząłem się strasznie denerwo-
wać.  Zresztą  byłem  juŜ  pod  twymi  drzwiami,  ale  ogarnęły 
mnie  wątpliwości.  A  jeśli  mnie  nie  kochasz?  Czy  w  ogóle 
miałem  prawo  myśleć,  Ŝe  jest  inaczej?  PrzecieŜ  niespełna 
osiem godzin wcześniej byłaś z innym męŜczyzną. Więc po-
szedłem do pracy. 

-

 

I dowiedziałeś się, Ŝe Addison Kirk złoŜył bardzo po-

dobną ofertę, po czym odkrywszy, Ŝe Greville jest u nich w 
radzie  nadzorczej,  połączyłeś  jedno  z  drugim  i  wyszło  ci 
najgorsze. 

-

 

Zazdrość  niekiedy  wyczynia  z  ludźmi  takie  rzeczy... 

W kaŜdym razie, nim dotarłem do domu, byłem juŜ oszalały 
i  ślepy  z  zazdrości.  Kobieta,  którą  pokochałem,  okrutnie 
mnie zdradziła! Po raz pierwszy w Ŝyciu zdarzyło mi się coś 
takiego.  Nie  byłem  w  stanie  trzeźwo  myśleć,  choć  wtedy 
wszystko wydawało mi się jasne. W kaŜdym razie, nim zdo-
łałem ochłonąć, juŜ było po wszystkim. TY odeszłaś, a ja nie 
miałem pojęcia, jak poprosić cię o przebaczenie. 

-

 

Dowiedziałeś się, Ŝe nikomu nie powiedziałam o twojej 

ofercie? 

-

 

Bardzo szybko. Poczułem się okropnie. 

148

 

background image

 

JESSICA STEELE

 

-

 

Nie  obwiniaj  się  tak  bardzo.  -  Uśmiechnęła  się.  - 

PrzecieŜ z początku nie zaprzeczyłam twoim oskarŜeniom. 

-

 

To dlatego, Ŝe nie  wiedziałaś, o czym mówię. ChociaŜ 

muszę  przyznać,  Ŝe  zrozumiałem  twoje  przyznanie  się  do 
winy zupełnie opacznie. 

-

 

Byłam pewna, Ŝe domyślasz się moich uczuć. To o mi-

łości myślałam, mówiąc, Ŝe nie ma sensu się wypierać. 

-

 

Gdybym  wtedy  to  wiedział...  No  cóŜ,  stało  się.  Ale 

wiesz,  kiedy  nabrałem  nadziei  na  lepsze jutro?  Gdy  dowie-
działem  się,  Ŝe  ty,  która  tak  bardzo  bałaś  się  posądzenia  o 
rozwiązłość,  wyznałaś  Charmaine  Rhodes,  Ŝe  byliśmy  ko-
chankami.  Uznałem,  Ŝe  o  innym  męŜczyźnie  byś  tego  nie 
powiedziała. 

-

 

I  dlatego  dzisiaj  przyszedłeś?  śeby  się  utwierdzić  w 

tym przekonaniu? 

-

 

Nie miałem innego  wyjścia. Czułem, Ŝe jeśli tego nie 

zrobię,  to  zwariuję.  Tak  bardzo  mi  cię  brakowało.  Nie 
mogłem  spać,  nie  mogłem  jeść,  pracować...  Musiałem  cię 
zobaczyć!  -  Niebieskoszare  oczy  spojrzały  nagle  na  nią  ze 

ś

miertelną powagą. - Fennio, czy moglibyśmy się pobrać? 

Pobrać? Serce waliło jej z mocą pioruna. 

-

 

Myślę, Ŝe zupełnie nieźle trafiłeś - odpowiedziała swo-

bodnie,  a  raczej  tak  miało  to  zabrzmieć.  -  Jak  wiesz,  mam 
pogodne  usposobienie.  Znaczy  się,  na  ogół,  chyba  Ŝe  taki 
jeden facet mnie zdenerwuje... Poza tym potrafię przyrządzić 
pyszny omlet... i mam własne pieniądze. 

-

 

Masz pieniądze? Nie musisz pracować? 

-

 

W  zeszłym  roku  dostałam  całkiem  pokaźny  spadek  po 

ojcu. 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

151

 

-

 

To dobrze, ale zatrzymaj je. Mam tyle, Ŝe starczy dla 

nas obojga. Pobierzmy się jak najszybciej. 

-

 

Mówisz powaŜnie? - spytała zdumiona. 

-

 

Nigdy w Ŝyciu nie byłem równie powaŜny jak teraz. Z 

całego  serca  pragnę,  Ŝebyś  za  mnie  wyszła.  A  skoro  się 
zgodziłaś... 

-

 

Zgodziłam się? 

-

 

Oczywiście, Ŝe tak. Proszę, powiedz, Ŝe tak. 

-

 

Tak - odparła wreszcie. 

Jegar krzyknął radośnie, objął ją i pocałował. Potem 
długo na nią patrzył, aŜ wreszcie zapytał: 

-

 

Mówiłem  ci  juŜ,  Ŝe  zerwałem  wszystkie  związki  z  ko-

bietami? 

-

 

Teraz  więc  kolej  na  mnie?  -  zagadnęła  lekko.  -  Jak 

rozumiem, mam pozbyć się wszystkich facetów? 

-

 

O  ile  nie  Ŝyczysz  im  nagłej  śmierci...  -  Miał  to  być 

Ŝ

art,  ale  nie  do  końca  nim  był.  -  Do  dziś  nie  mogę  pojąć, 

dlaczego Rossa Armitage'a nie zrzuciłem ze schodów. 

-

 

Nie powinniśmy zachowywać się jak troglodyci. 

-

 

To  samo  sobie  powiedziałem,  ale  znów  zostałem  wy-

stawiony na próbę, gdy zobaczyłem, w jaki sposób obejmuje 
cię i całuje ten cały Alford. W dodatku w ogóle nie protesto-
wałaś. Zerwiesz z nim wszelkie kontakty, mam nadzieję. 

-

 

AleŜ, Jegar, to niemoŜliwe! Greville to mój... 

-

 

Co za „twój", do diabła?! 

Fennia  roześmiała  się,  lecz  Jegarowi  wcale  nie  było  do 

ś

miechu. 

-  Mój kuzyn. Greville jest synem przyrodniej siostry  mo 

jej  matki.  Znam  go  od  dziecka  i  traktuję  jak  ukochanego 
starszego brata. 

150

 

background image

152

 

JESSICA STEELE

 

NASZA BROŃ KOBIECA

 

153

 

 

-

 

Na... naprawdę? 

-

 

Oczywiście! A kto pospieszył mi z pomocą i zaprosił 

na kolację po jednej z naszych awanturek? Kiedy to subtelnie 
uznałeś, Ŝe w ogóle nie mam Ŝycia emocjonalnego... 

-

 

Wiesz co? ZasłuŜyłem na te katusze zazdrości... 

-

 

Oj, i to bardzo. - Fennia pocałowała Jegara. 

-  Nadal do końca nie wierzę, Ŝe się zgodziłaś za mnie wyjść. 
Uśmiechnęła się. 

-

 

Powiedz mi, czy  w tej sytuacji mogę zaprosić Grevil-

le'a na nasz ślub? 

-

 

Dla mnie jest waŜne tylko to, byś ty się na nim pojawiła, 

a  kto  poza  tym  będzie,  guzik  mnie  obchodzi  -  zamruczał  i 
znów ją pocałował. 

-

 

Och, Fen, wyglądasz absolutnie cudownie! - zawołała 

Yancie, zrobiwszy krok do tyłu, by razem z Astrą przyjrzeć 
się sukience ślubnej kuzynki. 

Fennia spojrzała w lustro i nerwowo się uśmiechnęła. Je-

gar nie chciał czekać ze ślubem ani chwili dłuŜej, niŜ to było 
konieczne.  Ona zresztą  teŜ  nie,  toteŜ ostatnie  dwa  tygodnie 
przeŜyła w zawrotnym tempie, Ŝeby ze wszystkim zdąŜyć na 
czas. Musiała kupić wspaniałą, zwiewną suknię ślubną, a tak-

Ŝ

e odpowiednie sukienki dla swych kuzynek, Yancie i Astry, 

oraz załatwić masę innych spraw, 

-

 

Jak  stoimy  z  czasem?  -  spytała  Fennia.  -  Nie  chcę  się 

spóźnić. 

-

 

Wiem,  co  czujesz  -  roześmiała  się  Yancie.  -  Jegar  co 

prawda  siedzi  jak  na  rozŜarzonych  węglach,  ale  wystarczy 
spojrzeć,  jak  na  ciebie  patrzy,  by  mieć  pewność,  Ŝe  gotów 
jest czekać całe wieki, bylebyś w końcu go uszczęśliwiła. 

Otworzyły się drzwi, w których stanął Greville. 
-

 

Jesteście gotowe? - Spojrzał na Yancie i Astrę. - Wyglą-

dacie  wspaniale  -  dodał  z  niekłamanym  zachwytem,  a  potem 
zwrócił się do panny młodej: -ly zaś, kochanie, wyglądasz tak 
cudownie, Ŝe brak mi słów, by to wyrazić. Twój ojciec byłby 
z ciebie dumny. 

-

 

Nie  mów  tak, bo  się  wszystkie rozpłaczemy  i rozmaŜe 

nam się makijaŜ - skarciła go Astra i spojrzała na Fennię. 

-

 

To  chodźcie  juŜ.  Aha,  Edward  juŜ  czeka  -  powiedział 

Greville. 

Astra i Yancie delikatnie, Ŝeby nie pomiąć sukni, uścisnę-

ły siostrę. 

-  Do zobaczenia w kościele. 

Chwilę  później  Fennia  przyjechała  do  kościoła  w  towa-

rzystwie Edwarda Cavendisha, człowieka, którego nadal tra-
ktowała  jak  ojczyma.  Wózek  inwalidzki  stojący  przed  wej-
ś

ciem wskazywał, Ŝe Mariannę Todd zdołała o własnych si-

łach wejść do środka. 

Fennia  była  okropnie  zdenerwowana.  Astra  i  Yancie 

sprawdzały,  czy  wszystko  jest  na  swoim  miejscu.  Zagrały 
organy i panna młoda, prowadzona przez Edwarda, ruszyła 
w stronę ołtarza. Za nią krok w krok podąŜały Astra i Yancie. 

Czekało  na  nich  dwóch  męŜczyzn.  Pierwszym  był  Harvey 

Todd, który miał się juŜ na tyle dobrze, Ŝe mógł być świadkiem 
swego brata, drugim zaś wysoki, niezwykle przystojny męŜczy-
zna, Jegar Urąuart, męŜczyzna, którego całym sercem kochała. 

-

 

Dzięki  Bogu,  jesteś.  Dzisiejszy  ranek  trwał  dla  mnie 

przynajmniej ze sto lat - szepnął do niej. 

-

 

Dla mnie teŜ. 

-

 

Fennio, wyglądasz tak pięknie... 

background image

154

 

JESSICA STEELE

 

Nie była  w  stanie  nic  powiedzieć. Mogła  tylko  na  niego 

patrzeć, ale jej pełne  najgłębszej  miłości  spojrzenie  wystar-
czało za najpiękniejsze słowa. Ksiądz uśmiechnął się do nich, 
po czym dał znak do rozpoczęcia ceremonii. 

Fennia drŜała na całym ciele, lecz gdy Jegar ujął jej dłoń, 

po czym spojrzał w oczy, od razu poczuła się pewniej. 

Niedługo potem stali przed wejściem do kościoła, a dzień 

był  piękny,  słoneczny.  Goście  zaczęli  im  gratulować,  ktoś 
sypnął ryŜem, a fotograf robił mnóstwo zdjęć. 

-

 

Wszystko w porządku, kochanie? - zapytał czule Jegar. 

-

 

Och tak, najdroŜszy - westchnęła. 

Uścisnął delikatnie jej ramiona i, patrząc jej w oczy, po-

wiedział: 

-  Zapamiętaj ten dzień, Fennio Urąuart. To dzień, w którym 

uczyniłaś mnie najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. 

Uśmiechnęła się do niego. 

-

 

W  takim  razie  dobrze,  Ŝe  jednak  przyszłam.  -  Roze-

ś

mieli się oboje, aŜ nagle Fennia poczuła w swojej ręce ma-

lutką dłoń. Spojrzała w dół. Jasne loczki i uśmiech od ucha 
do ucha. To Lucie wyrwała się tacie, bo bardzo chciała być 
teraz blisko niej. 

-

 

Dafenibuzi - zwróciła się do wujka. 

"tym razem Jegar nie musiał czekać na przetłumaczenie. 

ś

arliwie pocałował Ŝonę.