background image

 

Laurie Paige 

Kochanka z charakterem 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

Maya Ramirez wciągnęła do płuc świeże, orzeźwiające powietrze, 

po  czym  westchnęła  głęboko.  Może  nie  była  najszczęśliwszą  kobietą 

na  świecie  -  w  ciągu  ostatnich  ośmiu  miesięcy  zbyt  wiele 

niepokojących  rzeczy  wydarzyło  się  na  ranczu  Coltonów  -  ale 

przynajmniej bez lęku patrzyła w przyszłość. 

Łagodna klacz,  zwana Rudą  ze  względu na  rdzawy  kolor  sierści, 

zastrzygła nerwowo uchem. Maya poklepała ją po szyi i rozejrzała się 

dookoła,  podziwiając  piękne  krajobrazy.  Przez  pierwszy  tydzień 

lutego  na  północnym  wybrzeżu  Kalifornii  pogoda  nie  dopisywała: 

było  chłodno  i  deszczowo.  Ale  wreszcie  nastała  upragniona  zmiana: 

chmury znikły, niebo przybrało jednolity odcień błękitu, a temperatura 

w cieniu dochodziła niemal do dwudziestu stopni. 

W  tak piękny,  słoneczny  dzień  wszystko  wydawało  się  możliwe. 

Prawie  wszystko,  poprawiła  się  w  myślach  Maya,  odpędzając  od 

siebie  pszczołę.  Bzycząc  cicho,  owad  poleciał  w  stronę  pola 

obsianego  rubinem,  który  powoli  zaczynał  kwitnąć  na  biało,  żółto  i 

niebiesko. 

-  Zobaczcie,  sokół!  -  zawołał  dziesięcioletni  Joe  Colton  Junior, 

wskazując na skały ciągnące się wzdłuż zachodniej granicy rancza. 

-  Gdzie?  Gdzie?  -  dopytywał  się  młodszy  o  dwa  lata  Teddy 

Colton; zadarł głowę, ale żadnego sokoła nie dojrzał. 

- Ojej, ty śle... - Starszy chłopiec popatrzył na Mayę i zreflektował 

się. - Tam, nad sosnami. 

background image

Maya pogroziła mu palcem, po czym uśmiechnęła się przyjaźnie. 

Nie  pozwalała  swoim  podopiecznym  używać  wyzwisk  ani 

przekleństw.  Chociaż  jako  niania  zatrudniona  była  od  niedawna, 

opiekowała  się  chłopcami  od  samego  początku;  miała  szesnaście  lat, 

kiedy  pani  Colton  po  raz pierwszy  zabrała ją  z  sobą  do  luksusowego 

kurortu,  aby  zajęła  się  małym  Joem,  który  liczył  wówczas  zaledwie 

kilka miesięcy. Od tamtej pory minęło dziesięć lat. 

Maya  ponownie  westchnęła.  Zdziwiła  się,  czując  pieczenie  pod 

powiekami. Po chwili wróciła myślami do przeszłości. Czas płynął tak 

szybko,  a  zarazem  tak  wolno.  Po  ukończeniu  szkoły  średniej 

rozpoczęła  studia  metodą  korespondencyjną,  czyli  przez  Internet. 

Mieszkała  z  rodzicami  na  terenie  posiadłości  Coltonów;  pomagała 

matce w prowadzeniu domu, a kiedy pani Colton urodziła Teddy'ego, 

coraz częściej opiekowała się dwójką maluchów. 

W  zeszłym  miesiącu  Meredith  Colton  poprosiła  ją,  aby 

zamieszkała  w  głównej  rezydencji  i  przyjęła  posadę  opiekunki 

chłopców. Ich niani, jak to określiła. Maya zgodziła się; potrzebowała 

pieniędzy.  Znów  odpędziła  sprzed  twarzy  pszczołę.  Kilka  kolejnych 

spostrzegła  na  końskiej  grzywie.  Jedna  usiadła  zwierzęciu  na  uchu. 

Klacz potrząsnęła gwałtownie łbem. 

-  Możemy  się  pościgać?  -  spytał  Teddy,  wpatrując  się  w  Mayę 

błagalnym wzrokiem. 

Skinęła głową. 

background image

- Dobrze, tym bardziej że jakoś dużo tu pszczół. Nie odpędzajcie 

ich,  bo  się  rozzłoszczą.  Po  prostu  odwróćcie  się  i  jedźcie  w  stronę 

stajni, a one same odlecą. 

Chłopcy  posłusznie  wykonali  polecenie.  Kiedy  odjechali  kilka 

metrów,  Maya  pociągnęła  lekko  wodze.  Klacz  wymachiwała 

nerwowo  ogonem.  Po  chwili  obróciła  się  i  ruszyła  przed  siebie, 

najpierw stępem, potem kłusem. 

Maya  popatrzyła  na  pędzących  przed  nią  chłopców,  którzy 

pokrzykiwali  wesoło.  Pochyliła  się  nieco  do  przodu  i  zaciskając 

mocniej kolana, usiłowała zmusić klacz do galopu. Nie dała rady. No 

trudno,  pomyślała,  ściągając  wodze.  Koń  zwolnił  do  stępa,  a  ona 

odprężyła się. 

Zbliżając  się  do  padoku,  klacz  znów  zaczęła  potrząsać  łbem  i 

wymachiwać ogonem. Maya poklepała ją po szyi. 

- No, Ruda, co się dzieje? - spytała. - Pszczoły dawno odlecia... 

Nie  dokończyła.  Klacz  zarżała  głośno,  podrzuciła  głowę  i  nagle, 

bez  uprzedzenia,  puściła  się  szaleńczym  galopem  w  kierunku  stajni. 

Maya z całej siły chwyciła się łęku; na myśl, że może spaść, ogarnęło 

ją  śmiertelne  przerażenie.  Raptowny  przypływ  adrenaliny  sprawił,  że 

wstąpiła  w  nią  siła.  Uniosła  się  w  strzemionach;  jej  uda  pełniły 

funkcję  resorów  absorbujących  wstrząsy.  Usiłowała  ściągnąć  wodze, 

zmusić klacz,  by  zwolniła  tempo,  ale  zwierzę  gnało  na  oślep,  głuche 

na rozkazy jeźdźca. 

Kilkadziesiąt metrów dalej widziała, jak chłopcy zeskakują z koni 

i przyglądają się jej ze zdziwieniem. A potem zobaczyła, jak na konia, 

background image

którego  Joe  zwolnił,  wskakuje  jakiś  mężczyzna  i  gna  jej  naprzeciw. 

Nagle,  jakieś  piętnaście  metrów  przed  nią,  wyrosło  ogrodzenie. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  klacz  obarczona  siodłem  i  jeźdźcem  nigdy 

nie pokona tej przeszkody. 

-  Prrr!  -  zawołała  wystraszona  i  jeszcze  mocniej  pociągnęła 

wodze, chcąc zmusić spanikowane zwierzę do skrętu. 

Słysząc  za  sobą  tętent  kopyt,  obejrzała  się  przez  ramię. 

Mężczyzna,  który  dosiadł  wierzchowca  Joego,  był  tuż  za  nią.  Trzy 

sekundy później konie pędziły jeden przy drugim, niemal ocierając się 

bokami. 

- Wysuń nogi ze strzemion! - krzyknął mężczyzna. - Złapię cię! 

Zrobiła,  jak  mówił,  a  on  wyciągnął  ręce;  po  chwili  była  w  jego 

ramionach.  Szarpnął  wodze.  Wierzchowiec  skręcił;  biegł  wzdłuż 

ogrodzenia.  Biorąc  z  niego  przykład,  Ruda  również  skręciła. 

Mężczyzna  nakazał  swojemu  koniowi,  aby  zwolnił.  W  ciszy,  jaka 

nastała, słychać było jedynie sapanie zwierząt i ludzi. 

Ramiona  mężczyzny  otaczały  Mayę  ciasno.  Czuła  się  w  nich 

bezpieczna.  Jakby  po  długiej  podróży  wreszcie  dotarła  do  celu,  do 

ukochanego domu. 

- Cholera jasna, co ci strzeliło do głowy?! - ryknął Drake Colton. - 

Galopem? W twoim stanie? 

W  popołudniowym  słońcu  jego  piwne  oczy  błyszczały  złością. 

Romantyczna iluzja pękła niczym bańka mydlana. 

- Rudą chyba użądliła pszczoła - odparła Maya. - W ucho. 

background image

Teraz,  gdy  minęło  niebezpieczeństwo,  miała  ochotę  wybuchnąć 

płaczem.  Drake trzymał  ją  w  żelaznym  uchwycie.  Oddychała ciężko, 

wciąż  nie  mogąc  dojść  do  siebie.  Serce  jej  łomotało,  a  spojrzenie 

Drake'a,  który  nie  spuszczał  z  niej  oczu,  przyprawiało  ją  o  dreszcze. 

Usiłowała odepchnąć się, uwolnić od jego ciała, od złości, jaka w nim 

kipiała. Nie mogła. Miał w sobie coś, jakąś siłę czy  witalność, której 

nie potrafiła się oprzeć. 

-  Możesz  mnie  zestawić  -  rzekła,  starając  się  zignorować 

wewnętrzny głos, który  głośno się temu sprzeciwiał. - Teraz już dam 

sobie radę. 

Nie  odpowiedział  i  nie  zastosował  się  do  jej  życzeń,  a  ją  naszły 

wspomnienia. Przypomniała sobie, jak godzinami leżała w ramionach 

Drake'a, jak jego ręce błądziły po jej ciele, a uśmiech rozjaśniał jego 

twarz.  Zamknęła  oczy  i  na  moment  pogrążyła  się  w  marzeniach.  W 

marzeniach,  które  -  jak  dobrze  wiedziała  -  nie  miały  szansy  się 

spełnić. 

Wkrótce  dotarli  do  stajni.  Tam  Drake  powoli  opuścił  Mayę  na 

ziemię, po czym sam zsiadł z konia. 

- Teddy. Joe... odprowadźcie konie - poprosił swoich braci. 

Chłopcy podeszli bliżej,  wyraźnie  zaniepokojeni całym  zajściem, 

i chwycili wodze, lecz nie ruszyli się z miejsca. Patrzyli to na Drake'a, 

to na swoją nianię, jakby bali się zostawić ich samych. 

- Nie zrobię jej krzywdy - zapewnił ich ochrypłym głosem Drake, 

po czym dodał cicho, tak by tylko ona słyszała: - Chociaż mam ochotę 

spuścić ci lanie. 

background image

-  Powiedźcie  Riverowi,  żeby  obejrzał  ucho  Rudej  -  poleciła 

chłopcom  Maya,  nie  zwracając  uwagi  na  wypowiedzianą  szeptem 

groźbę. - Chyba coś ją ukąsiło. 

Marzenia, jakim przez chwilę się oddawała, prysły,  znikł strach i 

potrzeba płaczu; ogarnął ją dziwny spokój. Wiedziała, że ten moment 

kiedyś nadejdzie. Ale nie spodziewała się, że nastanie tak szybko. Nie 

była przygotowana do konfrontacji... 

Kiedy  chłopcy  skierowali  się  z  końmi  do  stajni,  Drake  odwrócił 

się twarzą do Mai. Na widok jej gęstych lśniących włosów, czarnych 

oczu,  ognistego  spojrzenia,  a  przede  wszystkim  wielkiego  brzucha 

poczuł niemal fizyczny ból. 

- To w którym jesteś miesiącu? - warknął gniewnie. 

A  przecież  nie  tak  zamierzał  rozpocząć  tę  rozmowę.  Kiedy  pół 

godziny  temu  przyjechał  na  farmę,  chciał  w  sposób  spokojny  i 

racjonalny podejść do problemu ciąży i ojcostwa. 

- Co cię to obchodzi? - spytała tak cicho, że z trudem ją usłyszał. 

Po  czym  odwróciła  się  na  pięcie  i  odeszła.  Zostawiła  go  przed 

stajnią,  spoconego,  zdyszanego,  przepełnionego  goryczą,  a  zarazem 

tkliwością. 

 

Stała  namydlona  pod  prysznicem,  czekając,  by  strumień  wody 

omył  ją  od  stóp  do  głów.  Kilka  minut  później  wyszła  z  kabiny. 

Zaczęła się wycierać, kiedy nagle usłyszała pukanie do drzwi. 

- Chwileczkę! 

background image

Ogarnął ją strach, może nie tak paniczny strach jak wcześniej, ale 

na  pewno  strach.  Zastanawiała  się,  po  jakie  licho  Drake  wrócił  na 

ranczo. Wprawdzie tu jest jego dom, lecz... 

W  ciągu  kilku  ostatnich  miesięcy  zmieniły  się  nie  tylko  jej 

kształty;  również  jej  nastrój  podlegał  nieustannym  zmianom.  Na 

przykład dziś po południu - to był istny koszmar. Kiedy Drake trzymał 

ją w objęciach, pilnując, aby nie spadła z konia i nie wyrządziła sobie 

krzywdy, czuła cały wachlarz emocji: tęsknotę, radość, smutek, żal. 

Ich  serca  biły  jednym  rytmem.  Tak  jak  zeszłego  lata.  Ale  lato 

minęło.  Potem  minęła  jesień,  a  on  wciąż  nie  dawał  znaku  życia.  Nic 

dziwnego,  że  zaskoczył  ją  jego  nieoczekiwany  powrót.  Sądziła,  że 

kiedy  Drake  ponownie  zawita  w  domu,  ona  już  dawno  będzie 

mieszkała gdzie indziej. 

„W moim życiu nie ma miejsca na żonę i rodzinę". Tak napisał w 

krótkim  liście  pożegnalnym.  Przeszył  ją  ból,  równie  intensywny  co 

tamtego  ranka,  gdy  przeczytała  słowa  Drake'a.  Ale  nie  miała  czasu, 

żeby  się  nad  sobą  roztkliwiać.  Wciągnęła  szlafrok,  owinęła 

ręcznikiem mokre włosy. Ręce jej drżały. 

- Maya...? 

Odetchnęła  z  ulgą.  Głos  za  drzwiami  należał  do  jej  matki.  Inez 

Ramirez  od  niepamiętnych  czasów  była  gospodynią  Coltonów.  Z 

kolei jej mąż, a ojciec Mai, zajmował się ogrodem i otaczającym dom 

terenem. 

- Wejdź, mamo. Drzwi są otwarte. 

Inez weszła do środka i uważnie przyjrzała się córce. 

background image

- Teddy powiedział, że o mało nie spadłaś z konia. 

- Ruda puściła się galopem i nie chciała słuchać żadnych poleceń. 

Chyba  ją  pszczoła  użądliła.  Ale  na  szczęście  nic  się  nie  stało.  Drake 

wybawił mnie z opresji. - Uśmiechnęła się, próbując rozwiać niepokój 

widoczny w oczach matki. 

- Wiem. Aha, podobno River znalazł żądło i wyciągnął je Rudej z 

ucha.  -  Zamknąwszy  drzwi,  Inez  podeszła  do  córki  i  przytknęła  rękę 

do jej czoła. - Nie kręci ci się w głowie? Nic cię nie boli? 

- Nic a nic. Naprawdę dobrze się czuję. 

Matka zignorowała zapewnienia córki. 

-  Może  powinnaś  udać  się  do  lekarza?  Mogę  cię  podrzucić  do 

miasta... 

-  Dzięki,  mamo,  ale  naprawdę  nie  trzeba.  Jestem  umówiona  na 

comiesięczną wizytę we wtorek. To tylko dwa dni. Nie chcę zawracać 

lekarzowi głowy w niedzielę. 

Inez poddała się. 

-  No  dobrze.  Ale  gdybyś  poczuła  się  gorzej,  natychmiast  mnie 

wołaj. Albo gdyby odeszły ci wody. 

- Zawołam. Na pewno - obiecała Maya. 

Odprowadziła  matkę  wzrokiem  do  drzwi,  a  potem  przez  chwilę 

nasłuchiwała  jej  kroków.  Inez  wróciła  do  kuchni,  aby  przygotować 

Coltonom  ich  wieczorny  posiłek.  Kiedy  powiedziała  rodzicom,  że 

spodziewa  się  dziecka,  nie  mogli  w  to  uwierzyć.  Ale  kiedy  minął 

pierwszy  szok,  zachowali  się  cudownie.  Nie  czynili  jej  żadnych 

background image

wymówek,  po  prostu  z  góry  założyli,  że  wkrótce  poślubi  Andy'ego 

Martina, który w miejscowej szkole średniej uczył matematyki.  

Kolejny, chyba jeszcze większy szok przeżyli, kiedy im wyznała, 

że Andy, z którym widywała się od kilku miesięcy, nie jest ojcem jej 

dziecka. Andy był jej przyjacielem, a nie kochankiem. Nigdy ze sobą 

nie spali. 

Delikatnie pogładziła się po brzuchu. Miała nadzieję, że Drake nie 

dowie się, iż od ośmiu miesięcy nosi w łonie jego dziecko. Cofnęła się 

myślami do lata, do pogodnych, słonecznych dni, gwiaździstych nocy 

i  dzikiej,  niepohamowanej  namiętności,  jakiej  oboje  dali  się  ponieść. 

Kochali się w jej łóżku, w jego łóżku, w stajni i w stodole. 

Po  tym,  jak  kilka  razy  zatańczyli  z  sobą  na  przyjęciu 

urodzinowym  jego  ojca,  Drake  wymknął  się  do  Prosperino,  małego 

miasteczka,  w  którym  zaopatrywali  się  okoliczni  ranczerzy  oraz 

turyści z rozmieszczonych wzdłuż wybrzeża pensjonatów. Wrócił pół 

godziny później. Widząc jego ogniste spojrzenie, Maya domyśliła się, 

co było celem wyjazdu: kupno prezerwatyw. 

Ale  nie  kochali  się  tej  nocy.  Podczas  wznoszenia  toastu  za 

zdrowie  solenizanta  ktoś  strzelił  do  patriarchy  rodu.  Zrobił  się 

straszliwy  tumult.  Do  późnych  godzin  nocnych  policjanci  krążyli  po 

terenie, szukali dowodów,  wszystkim obecnym na przyjęciu gościom 

zadawali dziesiątki pytań. Przed świtem nikt nie poszedł spać. 

Ale były inne noce. 

- Wszystkim się zajmę - przyrzekł, zanim wziął ją w objęcia. - O 

nic się nie martw. 

background image

Uwierzyła mu. Zaufała. Śmiać jej się chciało na myśl o tym, jaka 

była głupia i łatwowierna! I kiedy indziej może by się roześmiała, ale 

dziś  była  raczej  w  nastroju  do  płaczu.  A  na  łzy  nie  mogła  sobie 

pozwolić. Co jak co, ale nie pokaże się rodzicom z zaczerwienionymi 

oczami, dość mieli przez nią zmartwień. 

Zaciskając  zęby,  wyjęła  z  szafy  ubranie.  Posiłki  jadała  w  kuchni 

razem  z  innymi  pracownikami  rancza.  Jak  powiedział  ktoś  mądry: 

życie  toczy  się  dalej.  Nie  musiała  się  obawiać,  że  spotka  Drake'a. 

Coltonowie i ich przyjaciele zazwyczaj spożywali posiłki w elegancko 

urządzonej jadalni lub w oranżerii oddzielającej salon od patia. Drake 

oczywiście jadał z nimi, a nie w kuchni. 

Wysuszywszy  włosy,  zaczesała  je  do  tyłu  i  spięła  klamrami,  po 

czym  udała  się  do  pokoju  swoich  dwóch  podopiecznych,  by 

sprawdzić,  czy  są  gotowi  do  kolacji.  Chłopcy  jadali  ze  służbą;  tylko 

wtedy,  kiedy  matka  chciała  się  nimi  pochwalić,  zapraszano  ich  do 

rodzinnego  stołu.  Maya  nie  miała  najlepszej  opinii  o  swojej 

pracodawczyni, ale nigdy głośno nie komentowała jej zachowania. 

Coltonowie  nie  tylko  płacili  jej  pensję,  ale  również  opłacali 

studia.  Specjalizowała  się  w  nauczaniu  początkowym  dzieci.  Liczyła 

na  to,  że  za  kilka  miesięcy  uzyska  dyplom,  a  wtedy  wraz  ze  swoim 

maleństwem opuści ranczo i rozpocznie samodzielne życie. 

Kiedy  tylko  pomyślała  o  wyjeździe,  zakłuło  ją  serce.  Wiedziała, 

że  rodzice  będą  za  nią  bardzo  tęsknić,  podobnie  jak  Joe  Junior  i 

Teddy.  Jej  również  będzie  ich  brakowało.  Miała  jednak  dwadzieścia 

sześć lat; nadszedł czas, aby uniezależniła się od rodziny. 

background image

Kiedy  weszła  z  chłopcami  do  kuchni,  przy  stole  zapadło 

milczenie. Maya rozejrzała się zdziwiona po twarzach siedzących przy 

stole  osób.  I  nagle  zobaczyła  twarz  tego  jednego  człowieka,  którego 

najbardziej w świecie pragnęła uniknąć. 

- Co ty tu robisz? 

Czując  na  sobie  wzrok  zebranych,  oblała  się  rumieńcem.  Rany 

boskie,  przecież  Drake  należy  do  rodziny  Coltonów.  Wolno  mu  było 

przebywać  w  każdej  części  domu  i  jeść  wszędzie,  gdzie  miał  na  to 

ochotę. 

- Czekam na braci - odparł, nie zrażony jej tonem. - Chciałem im 

podziękować za pomoc dziś po południu. 

- Jaka tam pomoc? - powiedział Joe, wzruszając ramionami. - To 

ty uratowałeś Mayę. 

-  No  właśnie  -  poparł  go  Teddy.  -  Gnałeś  na  złamanie  karku. 

Nauczysz mnie tak dosiadać konia? Bez użycia strzemion? 

Drake  roześmiał  się  wesoło.  Biel  jego  zębów  kontrastowała  z 

brązem opalonej skóry. 

-  Sam  się  nauczysz.  Musisz  tylko  podrosnąć  z  dziesięć  czy 

piętnaście centymetrów. 

Chłopcy,  którzy  podobnie  jak  wszyscy  mężczyźni  w  rodzinie 

Coltonów  byli  chudzi  i  wysocy,  usiedli  po  obu  stronach  swojego 

starszego brata. Patrzyli na niego z miłością i podziwem. 

Drake  wstał  i  wyciągnął  dla  Mai krzesło  obok  Teddy'ego.  Kiedy 

ponownie  zajął  miejsce  przy  stole,  chłopcy  jeden  przez  drugiego 

zaczęli zasypywać go pytaniami. 

background image

- Dokąd cię tym razem wysłali? 

- Do Ameryki Południowej. 

- Ale ci zazdroszczę - oznajmił Teddy. 

-  Nie  masz  czego.  -  Drake  poczochrał  go  po  głowie.  -  Było 

potwornie  gorąco,  latały  komary  wielkości  gołębi,  a  mnie  do 

przeprawy  przez  góry  dano  chyba  najbardziej  kościstego  osła  pod 

słońcem. 

Podczas  posiłku  Drake  zabawiał  wszystkich  śmiesznymi 

anegdotami; ani razu nie wspomniał o niebezpieczeństwach, z jakimi 

wiąże się jego praca w elitarnej jednostce komandosów. Słuchając go, 

Maya zastanawiała się, jakie nowe blizny pokrywają jego skórę. 

Przed  oczami  stanęło  jej  nagie  umięśnione  ciało  Drake'a.  W 

zeszłym  roku  pieściła  je,  dotykała,  badała;  odkryła  każdy  pieprzyk, 

każdy  najdrobniejszy  defekt  urody,  każdą  szramę  świadczącą  o  tym, 

jak niebezpieczną wykonywał pracę. 

„W moim życiu nie ma miejsca..." 

Kochał się z nią czule i namiętnie, a nad ranem, gdy ona jeszcze 

spała, śniąc o cudownej przyszłości, o rodzinie, dzieciach, wspólnych 

radościach  i  smutkach,  napisał  te  słowa.  Stół  w  kuchni  nagle  stał  się 

zamazany.  Największym  wysiłkiem  woli  Maya  zapanowała  nad 

łzami.  

Osiem  miesięcy  temu,  kiedy  minął  pierwszy  szok,  przysięgła 

sobie,  że  nie  będzie  płakała  w  obecności  innych;  nikt  nie  może 

widzieć jej rozpaczy. Jadła kolację, nie czując smaku potraw.  Ilekroć 

nad pełną jasnych loków głową Teddy'ego napotykała wzrok Drake'a, 

background image

przeszywał  ją  dreszcz.  Obecność  dawnego  kochanka  nie  wróżyła  nic 

dobrego. 

 

Drake stał w ciemnym pokoju i patrzył w okna sypialni po drugiej 

stronie patia. W okna sypialni, która kiedyś należała do niego, a którą 

dziś  zajmowała  Maya.  Ponownie  zalała  go  fala  emocji.  Żądza,  złość, 

rozpacz,  frustracja,  samotność.  W  ciągu  ostatnich  ośmiu  miesięcy 

poznał  wszystkie  te  uczucia;  nachodziły  go  o  różnych  porach  dnia  i 

nocy,  nawet  wtedy,  gdy  przedzierał  się  przez  gorącą  amazońską 

dżunglę i powinien myśleć wyłącznie o czekającym go zadaniu. 

Miał  do  wykonania  ważną  misję:  odbić  z  rąk  miejscowych 

handlarzy narkotyków amerykańskiego dyplomatę przetrzymywanego 

w ich górskiej kryjówce. Podczas przeprawy przez dżunglę o mało nie 

stracił  dwóch  świetnych  żołnierzy,  ale  dzięki  Bogu  cała  akcja 

zakończyła się sukcesem.  

Raptem zakłuło go biodro, tam, gdzie znaczyła je nowa blizna po 

ranie  postrzałowej.  Miał  szczęście.  Gdyby  kula  przeszła  dwa 

centymetry  bliżej,  roztrzaskałaby  mu  kość  miednicy.  A  wtedy  nigdy 

nie wydostałby się z dżungli. 

Roześmiał  się  ponuro.  Tak,  wiódł  zaczarowane  życie.  Można 

nawet  powiedzieć,  że  był  w  czepku  urodzony.  Miał  tylko  jeden 

problem, a była nim Maya. Kiedy zobaczył ją na rozpędzonym koniu, 

z  przerażenia  włosy  stanęły  mu  dęba.  Niewiele  się  zastanawiając, 

wskoczył  na  wierzchowca,  z  którego  zsiadł  Joe,  i  pognał  jej  na 

background image

ratunek. Dopiero kiedy była bezpieczna w jego ramionach, opuścił go 

strach. 

Bezpieczna? W jego ramionach? Jej zaokrąglony brzuch wyraźnie 

wskazywał  na  to,  że  osiem  miesięcy  temu  nie  zadbał  o  jej 

bezpieczeństwo.  Przypomniał  sobie  list,  który  zostawił  na  szafce 

nocnej. Co za ironia losu! Napisał, że w jego życiu nie ma miejsca na 

żonę;  zbyt  wiele  czasu  przebywa  poza  domem,  wykonując  pracę, 

która wiąże się z ryzykiem... 

No  tak.  A  czy  teraz  znalazłoby  się  miejsce?  Dla  żony  i  dla 

dziecka?  Potrząsnął  głową.  Nie  umiał  odpowiedzieć  na  to  pytanie. 

Wpatrując się  w okno po drugiej stronie patia, zacisnął zęby. Chwilę 

później  skierował  się  do  wyjścia.  Najwyższa  pora,  aby  odbyli  z  sobą 

poważną  rozmowę.  Przeszedłszy  do  drugiego  skrzydła  domu,  skręcił 

w długi korytarz; kilka kroków dalej zatrzymał się i zastukał do drzwi. 

Słysząc pukanie, Maya podskoczyła nerwowo. 

- A zmęczeni za karę nie zaznają odpoczynku - mruknęła, siląc się 

na dowcip, który bynajmniej nie poprawił jej humoru. 

Po  kolacji  dopilnowała,  aby  chłopcy  odrobili  lekcje,  a  potem, 

kiedy  leżeli  w  łóżkach,  przeczytała  im  rozdział  z  powieści 

przygodowej.  Meredith  Colton  nalegała,  aby  najpóźniej  o  dziewiątej 

w  pokoju  jej  synów  gaszono  światło.  Maya  starała  się  tego 

przestrzegać. Niezastosowanie się do życzeń pani domu groziło  ostrą 

reprymendą. 

Wracając do  swojego  pokoju,  niemal  spodziewała  się  zastać  tam 

Drake'a. Odetchnęła z ulgą, kiedy okazało się, że w środku nikogo nie 

background image

ma.  Przez  godzinę  przeglądała,  a  raczej  usiłowała  przejrzeć  książkę, 

którą musiała opanować do egzaminu. Niestety, nie była w stanie się 

skupić. Parę minut po dziesiątej zaczęła szykować się do snu.  

Oczywiście  powinna  była  się  domyślić,  że  Drake  nie  da  jej 

spokoju.  Coltonów  cechował  upór;  zawsze  usiłowali  dopiąć  swego. 

Drake  nie  należał  do  wyjątków.  Trudno, pomyślała,  poradzi  sobie.  Z 

większymi  problemami  dawała  sobie  radę  w  życiu.  Z  porzuceniem 

przez kochanka, ze znalezieniem listu, z odkryciem, że jest  w ciąży i 

koniecznością powiadomienia  o  tym  swoich  rodziców.  Cóż  gorszego 

mogłoby ją jeszcze spotkać? 

Ścisnąwszy się mocniej paskiem od szlafroka, podeszła do drzwi. 

Biorąc głęboki oddech, nacisnęła klamkę i wyjrzała na korytarz. 

- Muszę z tobą porozmawiać - oznajmił szeptem Drake. 

Miała ochotę zatrzasnąć mu drzwi przed nosem i przekręcić klucz 

w zamku. Ale pewnie i tak potrafiłby je otworzyć. W końcu mieszkał 

w  tym  pokoju  całymi  latami,  dopóki  nie  wstąpił  do  sił  specjalnych  i 

nie wyruszył w świat. 

Zeszłego  lata,  kiedy  leżeli  przytuleni,  opowiadał  jej  o  swoim 

dzieciństwie,  o  młodzieńczych  eskapadach,  o  tym,  jak  w  nocy 

zakradał się z powrotem do łóżka, cicho, na palcach, tak by nikogo nie 

obudzić,  o  potężnym  laniu,  jakie  kiedyś  oberwał  od  ojca,  o  reakcji 

matki, która długo po tym wydarzeniu nie mogła dojść do siebie. Tak 

bardzo  wzruszyły  go  łzy  matki,  że  przestał  wagarować  i  zaczął 

przykładać się do nauki. 

background image

Teraz nie mieszkał już w Hacienda de Alegria - Domu Radości - 

czasem tylko wpadał z wizytą. Był gościem u siebie. 

Zrobiło się jej go żal. Zaskoczona własną reakcją, cofnęła się dwa 

kroki.  Drake  wszedł  do  pokoju  i  zamknął  za  sobą  drzwi.  W 

przyćmionym świetle jego oczy mierzyły ją od stóp do głów. 

- Dobrze się czujesz? -spytał cicho. 

- Świetnie - burknęła. 

Zmarszczył gniewnie czoło. Rozdrażnił go jej ton. 

-  Tylko  kretynka  wsiadałaby  na  konia,  będąc  w  tak 

zaawansowanej ciąży. 

- Lekarz powiedział, że mam żyć normalnie, robić wszystko co do 

tej pory - odparła butnie. Jakim prawem się do niej wtrąca? - Więc jak 

zwykle wybrałam się z chłopcami na przejażdżkę... 

-  Głupio  postąpiłaś.  Gdyby  koń  cię  zrzucił...  -  Urwał.  Oczami 

wyobraźni  zobaczył  ją  leżącą  nieruchomo  na  ziemi,  obolałą,  może 

umierającą... - Psiakrew! - zdenerwował się. - Jeśli nie chcesz myśleć 

o  sobie,  pomyśl  o  nim.  -  Wskazał  ręką  jej  brzuch.  -  Niedługo 

zostaniesz matką. Troska o zdrowie dziecka jest twoim obowiązkiem. 

Odsunęła się. 

-  Doskonale  wiem,  jakie  mam  obowiązki  -  rzekła  chłodno, 

siadając na starym fotelu bujanym. 

Drake podszedł do biurka i wyciągnął krzesło; spocząwszy na nim 

okrakiem,  bez  słowa  wpatrywał  się  w  kobietę,  z  którą  przyjechał  się 

zobaczyć.  O  tym,  że  Maya  jest  w  ciąży,  dowiedział  się  listownie  od 

ojca. 

background image

Wrócił wspomnieniami do poprzedniej wizyty na ranczu. To było 

w czerwcu ubiegłego roku. Poprosił w pracy o dwa tygodnie urlopu i 

przyjechał,  aby  wraz  z  innymi  uczestniczyć  w  przyjęciu  wydanym  z 

okazji sześćdziesiątych urodzin ojca. 

Tamten  pobyt  na  zawsze  zapadł  mu  w  pamięć.  Z  dwóch 

powodów.  Po  pierwsze  dlatego,  że  ktoś  usiłował  zabić  Joego.  A  po 

drugie  dlatego,  że  kochał  się  z  tą  piękną  czarnowłosą  istotą,  która 

teraz przyglądała mu się z taką niechęcią. 

- Inez powiedziała mi, że to co najmniej ósmy miesiąc - dodał. 

Maya wytrzeszczyła oczy. 

- Rozmawiałeś z moją matką? 

-  Owszem.  Skoro  ty  nie  chciałaś  mi  nic  zdradzić,  udałem  się  do 

jedynej  osoby,  o  której  wiedziałem,  że  powie  mi  prawdę.  Na  miłość 

boską, dlaczego do mnie nie napisałaś? - spytał, zmieniając taktykę. 

- A ty? Dlaczego nie napisałeś? 

Cios był celny. I bolesny. 

-  Bo...  większość  czasu  krążyłem  po  różnych  bezdrożach...  - 

zaczął  się  usprawiedliwiać,  ale  sam  słyszał,  jak  żałośnie  brzmi  jego 

wymówka. 

Maya  wbiła  w  niego  wzrok,  po  czym  zdegustowana  odwróciła 

spojrzenie.  Widział,  że  mu  nie  wierzy.  Znali  się  od  dziecka,  razem 

dorastali na ranczu, lecz ni stąd, ni zowąd Drake uzmysłowił sobie, że 

nie  umiałby  nakreślić  jej  portretu  psychologicznego.  Był  trzy  lata  od 

niej starszy, wiele podróżował po świecie, ona zaś całe życie spędziła 

background image

w  Kalifornii,  głównie  w  Prosperino  i  na  terenie  posiadłości  jego 

rodziców.  

Więc dlaczego nagle  wydało mu się, że z nich dwojga Maya jest 

starsza  i  dojrzalsza?  To  ciąża  ją  zmieniła.  Zbliżające  się 

macierzyństwo. Miała nie tylko nabrzmiałe piersi i wystający brzuch, 

ale  i  znacznie  większą  samoświadomość.  Wyczuwał  w  niej  jakąś 

pierwotną  mądrość,  nieobecną  u  młodej  niewinnej  dziewczyny,  w 

której się zakochał i którą porzucił. 

- Zadania, jakie wykonuję, często są bardzo niebezpieczne - rzekł, 

próbując się wytłumaczyć. - Przemieszczam się z miejsca na miejsce. 

To żadne życie dla... Napisałem ci o tym w liście, który zostawiłem. 

- Ufałam ci. 

Te  dwa  proste  słowa  niemal  zburzyły  spokój,  jaki  z  trudem 

udawało  mu  się  zachować.  Tak,  zawiódł  jej  zaufanie.  Wyjechał  bez 

pożegnania,  jak  tchórz.  Często  zastanawiał  się  nad  swoim 

postępowaniem.  Gryzły  go  wyrzuty  sumienia,  ale  przecież  nie  miał 

wyjścia. Komandos żyje na krawędzi; rodzaj wykonywanej pracy nie 

pozwala mu mieć normalnego domu i rodziny. 

Wstał z krzesła i wsunąwszy ręce do kieszeni, zaczął chodzić tam 

i z powrotem, od okna do drzwi. 

- Dziecko wszystko zmienia. 

- Ono nie jest twoje. 

Zatrzymał  się  przed  fotelem  bujanym,  niepewny,  czy  dobrze 

usłyszał.  Maya  również  wstała.  Przez  chwilę  patrzyła  mu  prosto  w 

oczy. 

background image

- To nie jest twoje dziecko - powtórzyła. 

Cisza  brzęczała  im  w  uszach,  jakby  dookoła  krążył  rój 

rozdrażnionych pszczół. Tkwili naprzeciwko siebie bez ruchu, niczym 

dwa posągi. Potem Maya uśmiechnęła się - nie z radości i nie dlatego, 

by  cokolwiek  ją  ucieszyło.  Po  prostu  zdała  sobie  sprawę  z  absurdu 

całej sytuacji. 

Tak, zdecydowanie sprawiała wrażenie osoby dojrzałej, znużonej 

życiem.  Ten  jej  stosunek  do  świata  dziwił  Drake'a  znacznie  bardziej 

niż to, że nie zawiadomiła go o ciąży. Przywołał w pamięci rozmowę, 

jaką odbył z matką Mai i raptem skojarzył nazwisko: Andy Martin. 

- A czyje? - spytał. - Andy'ego Martina? 

- Mama ci tak powiedziała? 

- Tak. 

Maya uniosła dumnie brodę. 

- Pomyliła się. Dziecko jest moje. Wyłącznie moje. 

Często stykał się z ludźmi upartymi, zdesperowanymi, którzy nie 

chcą słuchać głosu rozsądku. Znalazł się w impasie. 

-  No  jasne  -  burknął.  -  Niepokalane  poczęcie.  -  Na  moment 

zamilkł, po czym kontynuował spokojniejszym tonem: - Posłuchaj, to 

naprawdę nie ma sensu. Przyjechałem tu, żeby poznać prawdę. Zależy 

mi na tym. 

- A skąd... skąd wiedziałeś...? 

- Że jesteś w ciąży? Od mojego ojca. Napisał mi, że spodziewasz 

się  dziecka;  radził,  abym  wpadł  na  ranczo  i  uporządkował  swoje 

sprawy. 

background image

-  Uporządkował  swoje  sprawy  -  powtórzyła  cicho.  -  Wy, 

Coltonowie, lubicie, żeby wszystko stało na swoim miejscu, prawda? 

Miał ochotę zacisnąć ręce na jej szyi i ją udusić. Albo przytknąć 

usta  do  jej  ust  i  całować  tak  długo,  aż  zacznie  odwzajemniać  jego 

pocałunki.  Tak  jak  ubiegłego  lata.  Na  myśl  o  ubiegłym  lecie  zrobiło 

mu  się  gorąco.  Wtedy,  w  czerwcu,  Maya  pałała  do  niego  takim 

samym  pożądaniem,  co  on  do  niej.  Była  ponętna,  zmysłowa,  a 

zarazem niewinna. Pełna żaru, a zarazem słodyczy. 

- Wiesz, że tak nie jest. Chyba mnie znasz - powiedział. 

Z jego głosu przebijał głód, tęsknota za tym, co było, pragnienie, 

aby  wskrzesić  dawne  namiętności.  Odruchowo  podniosła  rękę  do 

dekoltu  i  zacisnęła  na  połach  szlafroka,  jakby  bała  się,  że  Drake  nie 

powściągnie  żądz  i  w  napadzie  niekontrolowanej  pasji  zerwie  z  niej 

ubranie. 

- Tak myślisz? - spytała. - Bo mnie się wydaje, że ani ja ciebie nie 

znam, ani ty mnie. 

Smutek wyzierający z jej oczu poruszył w nim jakąś czułą strunę. 

Przypomniał sobie młodą, pełną zapału dziewczynę, która opowiadała 

mu  o  swoich  planach:  po  zdobyciu  dyplomu  zamierzała  uczyć  w 

szkole  w  Prosperino,  z  czasem  zaś  chciała  rozwinąć  własny  interes  i 

pracować  z  trudnymi  dziećmi  na  Hopechest  Ranch.  Właśnie  ta  jej 

optymistyczna  wizja  przyszłości  sprawiła,  że  napisał  list,  który 

zostawił jej na szafce nocnej. Wiedział, że takiej przyszłości, jaką ona 

sobie wyobrażała, nie mógłby z nią dzielić. 

Nieoczekiwanie ruszył do wyjścia. 

background image

- Masz rację - powiedział. - Może rzeczywiście się nie znamy, co 

nie  znaczy,  że  dawniej  też  tak  było.  -  Przyjrzał  się  jej  uważnie.  - 

Twoja  mama  prosiła,  żeby  cię  nie  denerwować.  Ale  mylisz  się,  jeśli 

sądzisz, że nie wrócę do tematu dziecka. 

Zamknął za sobą drzwi, po czym wyszedł na zewnątrz i skierował 

się ku schodom, które prowadziły w dół na plażę. 

 

Dochodziła północ. Maya krążyła po niedużej sypialni, pocierając 

plecy.  Dlaczego  tak  bolą?  Może  jednak  zaszkodziła  jej  dzisiejsza 

przejażdżka  konna?  Potrząsnęła  głową,  starając  się  odpędzić  uczucie 

lęku i samotności. A także tęsknoty; odkąd Drake zacisnął wokół niej 

swe  silne  ramiona,  nie  była  w  stanie  skupić  się  na  niczym  innym. 

Zastanawiała  się,  ile  musi  minąć  czasu,  zanim  zapomni  te  wspaniałe 

chwile, jaki przeżyli razem ubiegłego lata? Rok? Pięć lat? Wieczność? 

Od kilku tygodni cierpiała na bezsenność; ponieważ - ze względu 

na plecy - nie mogła siedzieć długo w fotelu, wiele godzin spędzała na 

dreptaniu  tam  i  z  powrotem.  Nie  bała  się  przyszłości,  wierzyła,  że 

potrafi  zadbać  o  siebie  i  o  dziecko,  ale  czasami  zdarzało  się,  tak  jak 

tego wieczoru, że odwaga i pewność siebie ją opuszczały. 

Drake  stanowił  komplikację,  jakiej  nie  brała  wcześniej  pod 

uwagę.  Po  tym,  jak  ją  porzucił,  zostawiając  jedynie  list  z 

wyjaśnieniem, że nie jest gotów na założenie rodziny, postanowiła nie 

informować  go  o  swojej  ciąży.  Nie  sądziła,  aby  ta  sprawa  jakoś 

szczególnie  go  zainteresowała.  Na  wspomnienie  tamtego  poranka, 

kiedy  otworzyła  oczy  i  znalazła  na  szafce  list,  znów  poczuła 

background image

dojmujący  ból.  Tak  ostry,  że  aż  miała  ochotę  wyć.  Zacisnęła  zęby. 

Wiedziała,  że  potrafi  go  znieść.  W  ciągu  ostatnich  ośmiu  miesięcy 

przekonała się o tym niejednokrotnie. 

Usiadłszy  w  fotelu,  pochyliła  się  do  przodu,  by  odciążyć  plecy. 

Nie  ma  wyjścia  -  musi  powiedzieć  Drake'owi  prawdę.  Chyba  że 

znajdzie  sposób,  aby  ją  przed  nim  ukryć.    Podniosła  słuchawkę  i 

wykręciła  numer  do  Los  Angeles.  Po  kilku  dzwonkach  na  drugim 

końcu linii odezwał się kobiecy głos. 

-  Lana?  Tu  Maya.  Chciałam  cię  o  coś  zapytać.  Jesteś  sama? 

Możesz swobodnie rozmawiać? 

-  Moja  mała  siostrzyczka!  Tak,  kochanie,  jestem  sama.  Właśnie 

dałam  pacjentce  lekarstwo  i  zamierzałam  położyć  się  spać.  O  co 

chodzi? 

Maya wzięła głęboki oddech. 

-  Drake  Colton  przyjechał  do  domu.  Ojciec  zawiadomił  go  o...  - 

zawahała się - o... 

- O twojej ciąży? - podsunęła Lana. 

-  No  właśnie.  Słuchaj,  wiem,  że  badanie  DNA  wykazałoby,  kto 

jest  ojcem  dziecka,  ale  czy  bez  zgody  matki  ktoś  mógłby...  hm,  na 

przykład pobrać niemowlęciu krew do badania? 

- Drake chce ci odebrać dziecko? - spytała z oburzeniem Lana. 

- Nie, skądże! On nawet nie wie, że jest ojcem. Nikomu poza tobą 

tego nie zdradziłam. Ale... ale podejrzewa, że może nim być. 

- Że może nim być?!  -  Lana nie kryła złości. -  A to drań! Co on 

sobie myśli? Że z iloma facetami naraz romansowałaś? 

background image

-  Nieważne,  co  myśli.  Odpowiedz  na  moje  pytanie.  Co  z 

badaniem DNA? Czy ojciec ma prawo... 

-  Posłuchaj,  myszko.  Jestem  pielęgniarką,  a  nie  prawnikiem,  ale 

wydaje mi się, że tak. Że ojciec ma prawo. Wystarczy, że zgłosi się do 

sądu, a sąd wyda odpowiedni nakaz... 

- Psiakrew. Coltonów stać na najlepszych prawników na świecie. 

- Maya westchnęła głośno.  

Czuła  się  zmęczona  zarówno  fizycznie,  jak  i  psychicznie. 

Cierpliwie  słuchała  zapewnień  siostry,  że  to  jej,  jako  matce, 

przysługuje  prawo  do  opieki  nad  dzieckiem.  Po  kilku  minutach 

pożegnała się z Laną i odwiesiła słuchawkę. Przyszłość nagle wydała 

jej się bardzo ponura. 

Zaczęła czynić sobie wyrzuty. Jak mogła być tak nierozsądna, tak 

głupia?  Dlaczego  uległa  Drake'owi?  W  ostatnich  miesiącach  tysiące 

razy  zadawała  sobie  te  pytania.  Znała  na  nie  odpowiedź.  Po  prostu 

zakochała się. Żyła w świecie iluzji. 

Przebudzenie  okazało  się  wyjątkowo  brutalne.  Uśmiechnęła  się 

smętnie na myśl o tym, jaką była niepoprawną romantyczką. Patrzyła 

na  świat  przez  różowe  okulary,  nie  dostrzegając,  że  pomiędzy 

marzeniami  a  rzeczywistością  istnieje  ogromna  przepaść.  Miłość  to 

marzenie,  a  bolące  plecy  i  niemożność  znalezienia  wygodnej  pozycji 

do spania to rzeczywistość. Drake Colton to też rzeczywistość. 

W  przeciwieństwie  do  jej  starego  przyjaciela  Andy'ego  Martina, 

Drake ani razu nie wspomniał o małżeństwie. Ciekawa była, jak by się 

zachował,  gdyby  mu  powiedziała,  że  to  z  nim  zaszła  w  ciążę: 

background image

poprosiłby  ją  o  rękę,  obiecał  łożyć  na  dziecko  czy  usiłował  go  jej 

zabrać?  Nie  wiedziała,  co  Drake  rozumie  przez  „uporządkowanie" 

swoich  spraw.  Znała  go  od  dzieciństwa,  lecz  mimo  to  nie  potrafiła 

odgadnąć, co mu chodzi po głowie ani jakie ma zamiary. 

Wypuszczając  głośno  powietrze,  podniosła  się  z  fotela  i  znów 

zaczęła krążyć po pokoju. 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Ręce  trzymał  w  kieszeniach  spodni,  ramiona  miał  lekko 

zgarbione.  Wiatr  znad  oceanu  ucichł,  było  więc  dużo  cieplej,  niż  się 

spodziewał. Wędrował kamienistą plażą, od czasu do czasu potykając 

się o przysypany piaskiem głaz. Zawieszony na niebie księżyc co rusz 

przysłaniały chmury, lecz Drake nie potrzebował światła. Tam, dokąd 

szedł,  do  swojej  dawnej  kryjówki  u  podnóża  skał,  prowadził  go 

instynkt. 

Usiadł  na  skraju  pieczary  i  potarł  dłońmi  twarz.  Uwielbiał  to 

miejsce. Właśnie tu, w tej pieczarze, spędzał z rodzeństwem całe dni. 

Tu odbywały się zabawy w piratów. Tu opowiadali sobie sekrety. I tu 

niecały rok temu kochał się z Mayą.  

Ciemność  ponownie  wdarła  się  do  jego  duszy.  Nie  umiał  z  nią 

walczyć.  Przygnębienie  towarzyszyło  mu  niemal  przez  całe  życie  - 

odkąd  jego  brat  bliźniak  zginął  pod  kołami  samochodu.  Po  plecach 

przebiegł mu dreszcz, a po chwili ból ścisnął go za serce, ból równie 

ostry  i  piekący  jak  ten,  który  poczuł  w  amazońskiej  dżungli,  kiedy 

trafiła go kula. 

background image

-  Drake,  rodzice  zabraniają  nam  jeździć  po  szosie!  -  zawołał 

Michael. 

Drake  nie  zatrzymał  się;  dalej  pedałował  pod  górę,  za  którą 

ciągnęła się droga. 

- Chodź! - krzyknął przez ramię do brata. - Poszukamy grotów po 

drugiej stronie szosy. Przy strumyku. 

- Tata złoi nam skórę, jak się dowie. 

- A kto mu powie? Bo ja nie. No chodź, tchórzu! Za kilka minut 

wrócimy. 

Ojciec  nie  złoił  im  skóry.  Jadący  na  Drakiem  Michael  nie 

zauważył  samochodu,  który  wyłonił  się  zza  zakrętu.  Drake  wrzasnął 

do  brata,  żeby  uważał  i  czym  prędzej  skręcił  na  pobocze.  Michael 

przyglądał  mu  się  zdziwiony.  Nie  rozumiał,  co  się  dzieje.  Samochód 

zobaczył dosłownie ułamek sekundy przed zderzeniem. 

Drake  jęknął  żałośnie.  Siedział  bez  ruchu,  wpatrując  się  w 

rozhukane  fale  zalewające  brzeg.  Miał  wrażenie,  że  chcą  go 

dosięgnąć, ukarać. Ojciec długo mu tłumaczył, że nie ponosi winy za 

śmierć brata. Psycholog, którego  ojciec poprosił o pomoc, mówił mu 

to  samo.  Na  zdrowy  rozum  wiedział,  że  mają  rację.  Przecież  nie 

chciał, by bratu stała się krzywda. I nie on prowadził samochód.  

Ale  w  głębi  serca...  Po  prostu  nieustannie  dręczyły  go  wyrzuty 

sumienia. We śnie ciągle wołał: „Uważaj, Michael!". Niestety, zawsze 

kończyło się tak samo. 

Poderwał  się  na  nogi.  Siedząc  tu, tylko  pogrążał  się  w  rozpaczy. 

Wróciwszy  do  domu, na moment przystanął  na  patio.  W  pokoju  Mai 

background image

wciąż  paliło  się  światło.  Na  tle  zaciągniętej  zasłony  ujrzał 

przesuwający  się  cień.  Maya  nie  śpi?  O  tej  porze?  Nagle  cień 

zatrzymał się i pochylił do przodu. Drake nie miał wątpliwości: Maya 

zwija się z bólu! Ogarnęła go panika. Niewiele się namyślając, rzucił 

się pędem w stronę jej drzwi. Wpadł do środka bez pukania. 

- Co ci jest? Jak się czujesz? Zaczął się poród? 

Z trudem wyprostowała się. Popatrzyła na niego, jakby urwał się z 

księżyca. 

- Nie, nie zaczął się. Wyjdź stąd. 

Odgarnąwszy włosy za uszy, ponownie przytknęła ręce do pleców 

i zrobiła parę kroków w kierunku łóżka. 

Raptem Drake doznał olśnienia. 

- Bolą cię plecy, prawda? 

Nie odpowiedziała. 

- Zostań tu - rzekł, jakby zamierzała gdzieś odejść. - Zaraz wrócę. 

Obejrzała się za siebie - chciała mu powiedzieć, żeby nie wracał, 

ani  teraz,  ani  nigdy,  żeby  zostawił  ją  w  spokoju  -  ale  zobaczyła 

jedynie drzwi. Drake'a już nie było. Spojrzawszy na zegar, przeraziła 

się.  Kobieta  w  jej  stanie  powinna  się  porządnie  wysypiać!  Zdjęła 

pośpiesznie szlafrok, wsunęła się do łóżka, po czym zgasiła lampkę. 

Leżąc  na  boku,  z  nogą  zgiętą  w  kolanie  -  była  to  dla  niej 

najwygodniejsza pozycja - zamknęła oczy i próbowała  zmusić się do 

snu.  Liczyła  barany.  Doszła  do  trzystu,  kiedy  drzwi  się  otworzyły  i 

światło ponownie zalało sypialnię. 

- Czego tu szukasz? - warknęła. 

background image

- Przyniosłem maść - odparł. - Nie ruszaj się. Posmaruję ci plecy. 

Poderwała się. Zdumienie malowało się w jej oczach. 

- Co? Czyś ty oszalał? Nie zgadzam się! 

Wiedziała, że prędzej umrze, niż pokaże mu się w koszuli nocnej 

opinającej brzuch wielkości piłki plażowej.  

Ściągnął z niej kołdrę i usiadł na krawędzi łóżka. 

- To ci pomoże zasnąć - powiedział. 

- Jest prawie pierwsza w nocy. 

- No właśnie. Powinnaś dawno spać. 

Delikatnie  naciskając  jej  ramię,  zmusił  ją,  żeby  się  położyła. 

Następnie otworzył słoik. Po pokoju rozeszła się ostra woń maści dla 

koni.  Po  chwili  ramiączka  koszuli  nocnej  znalazły  się  na  wysokości 

łokci Mai. 

- Rozbierz się do pasa... 

- Nie! - krzyknęła przerażona. 

Czuła  żar  bijący  od  jego  ciała,  pamiętała  jego  dotyk,  pieszczoty, 

pamiętała,  jak  strasznie  za  nim  tęskniła,  jak  bardzo  go  pragnęła... 

Zmiana  pozycji  nie  była  najlepszym  pomysłem.  Jedwabna  koszula 

zsunęła  się.  Nagle  Maya  zorientowała  się,  że  piersi  ma  na  wierzchu. 

Zakryła je pośpiesznie i wtuliła się w materac. 

- O, świetnie - pochwalił Drake. 

Poczuła  dotyk  jego  ręki  na  swoim  nagim  ramieniu.  Wolno 

rozsmarowywał  maść  po  jej  szyi,  łopatkach,  lędźwiach.  Ponieważ 

zdawała  sobie  sprawę,  że  Drake  nie  odejdzie,  dopóki  nie  zrobi  tego, 

co postanowił, więcej już nie protestowała; leżała bez ruchu, spięta, z 

background image

zaciśniętymi  ustami,  poddając  się  masażowi.  Ilekroć  jednak  wsuwał 

dłoń pod jej koszulę, nerwowo podskakiwała. 

- Spokojnie - szepnął ochrypłym głosem. 

Zeszłego  lata  takim  samym  niskim,  zmysłowym  głosem  szeptał 

jej  do  ucha  czułości  i  namawiał  do  wyzbycia  się  wszelkich 

zahamowań.  Obiema  rękami  gładził  jej  plecy,  dokładnie  wcierając 

maść.  Koszula  osuwała  się  niżej  i  niżej.  Z  początku  zabieg  był  dość 

bolesny,  lecz  mimo  to  przynosił  ulgę.  Maya  zamknęła  oczy.  Ból 

powoli zaczął ustępować. Westchnęła z ulgą; po raz pierwszy od kilku 

tygodni napięcie w mięśniach znikło. 

Drake przysunął się bliżej. 

- Jeszcze trochę - powiedział cicho. - To naprawdę działa... 

Mijały  minuty.  W  pokoju  panowała  cisza  jak  makiem  zasiał. 

Palce  Drake'a  dokonywały  cudów.  Ich  kojący  ucisk  sprawił,  że 

sztywność  mięśni  całkowicie  ustąpiła.  Maya  zasnęła;  odprężona  i 

zrelaksowana, odpłynęła w krainę snu. 

Nie  przerywał  masażu.  Chociaż  wiedział,  że  ból  znikł,  nie  umiał 

zmusić się do tego, aby wstać i odejść. Rozkoszował się jej bliskością. 

Skórę  miała  równie  gładką  i  miękką,  jak  w  jego  wspomnieniach, 

włosy  lśniące,  ciało  ponętne.  Emanowała  żarem.  Tak,  tylko  Maya 

potrafiła  go  rozgrzać,  stopić  ten  sopel  lodu,  jaki  tkwił  w  nim,  odkąd 

samochód potrącił Michaela. 

Po  kolejnych  kilku  minutach  zakręcił  wieczko,  odstawił  słoik  z 

maścią  na  szafkę,  po  czym  zgasił  światło  i  wyciągnął  się  obok  na 

łóżku.  Przez  szparę  w  zasłonie  wpadały  srebrzyste  promienie 

background image

księżyca. Leżał bez ruchu, wpatrzony w sufit. Rozmyślał o tym, że w 

sąsiednim  pokoju  mały  Teddy  śpi  w  łóżku,  które  kiedyś  należało  do 

jego bliźniaka. 

Ubiegłego  lata,  trzymając  Mayę  w  ramionach,  opowiedział  jej  o 

tamtym koszmarnym  wypadku, o tym, jak do niego doszło,  że to on, 

Drake, nalegał, aby przejechać kawałek szosą, o wyrzutach sumienia, 

jakie go nieustannie dręczą. To on powinien był zginąć, a nie Michael. 

Maya nie przerywała mu; słuchała w milczeniu, a kiedy skończył, tak 

długo pieściła go i całowała, aż zapomniał o przeszłości. 

Prawdę mówiąc, oboje zapomnieli nie tylko o przeszłości, ale i o 

teraźniejszości:  pogrążeni  w  rozkoszy,  nie  pomyśleli  o  tak  ważnej 

sprawie  jak  zabezpieczenie  przed  ciążą.  Nie  przyszło  mu  do  głowy, 

czym taka nieokiełznana namiętność może się skończyć. Jakoś nigdy 

nie zastanawiał się nad potomstwem. 

Objął  Mayę  w  pasie  i  oparł  rękę  na  jej  twardym,  wystającym 

brzuchu. Ku swojemu zdumieniu poczuł, jak coś napiera na jego dłoń, 

a  potem  kilka  razy  w  nią  uderza.  Kiedy  uświadomił  sobie,  co  się 

dzieje,  ogarnęło  go  dziwne  wzruszenie.  W  brzuchu  Mai  tkwi  żywa 

istota! Prawdziwe dziecko! Zdrowe i rozbrykane. 

Instynktownie  wiedział,  że  to  on  je  spłodził.  I  miał  wrażenie,  że 

dziecko  też  o  tym  wie.  Że  kopiąc  nóżką,  chce  się  z  nim  przywitać, 

powiedzieć:  „Cześć,  tato.  Fajnie,  że  przyjechałeś  do  domu". 

Wydawało  mu  się,  że  syn  lub  córka  porozumiewa  się  z  nim 

telepatycznie. 

background image

-  Wiem,  drobiażdżku  -  wyszeptał.  -  Gdybyśmy  tylko  zdołali 

przekonać  twoją  mamusię,  aby  wyznała  nam  prawdę,  coś  byśmy 

razem wymyślili. 

Maya  poruszyła  się  we  śnie  i  zamruczała  coś  cichutko.  Czując 

dziwne  kłucie  w  sercu,  Drake  dźwignął  się  z  łóżka.  Delikatnie,  by 

przypadkiem  Mai  nie  zbudzić,  podciągnął  ramiączka  jej  koszuli,  a 

następnie  zakrył  ją  kołdrą.  Jeszcze  przez  chwilę  przyglądał  się  jej  z 

tęsknotą w oczach, w końcu odwrócił się i opuścił pokój. 

We  własnym  łóżku  usiłował  obmyślić  najbardziej  skuteczną 

strategię.  Między  innymi  dlatego  wszystkie  misje,  na  które  jeździł, 

kończyły  się  sukcesem  -  bo  zawsze  dokładnie  opracowywał  plan 

działania, z góry starał się przewidzieć, jakie może napotkać trudności 

i  w  jaki  sposób  należy  je  rozwiązać.  Tak  samo  zamierzał  postąpić  z 

Mayą. Najpierw tylko musi się dowiedzieć, co ją dręczy. Oczywiście 

miała  prawo  być  zła,  że  wyjechał  bez  pożegnania  i  nie  dawał  znaku 

życia, ale podejrzewał, iż w tym wszystkim chodzi o coś więcej. 

Maya  obudziła  chłopców,  przygotowała  dla  nich  śniadanie  i  jak 

zwykle  wyprawiła  ich  do  szkoły.  Życie  toczyło  się  dalej.  Starała  się 

pilnować,  aby  nic  nie  zakłóciło  rytmu  dnia,  bo  wtedy  pani  Meredith 

wpadała  w  szał.  Słysząc  dochodzący  z  salonu  szum  odkurzacza, 

zorientowała się, w której części domu przebywa jej matka. Ogromną 

rezydencję  Coltonów  sprzątano  dwa  razy  w  tygodniu.  Latem  i  na 

jesieni  robiono  generalne  porządki.  Tak  samo  jak  w  domu 

Ramirezów. 

background image

Weszła  do  kuchni.  Nie  pomyliła  się  -  Inez  zajęta  była  gdzie 

indziej.  W  powietrzu  unosił  się  zapach  smażonego  boczku,  pewnie 

ktoś  jadł  jajecznicę,  i  wstawionej  do  piekarnika  pieczeni.  Nie  była 

głodna,  ale  z  powodu  dziecka  przyrządziła  sobie  dwie  grzanki. 

Postawiła je na stole, obok szklankę mleka oraz kubek kawy. 

Podnosiła  do  ust  drugą  grzankę,  kiedy  drzwi  prowadzące  do 

ogrodu  się  otworzyły  i  w  kuchni  pojawił  się  Drake.  W  starych 

spranych  dżinsach  wpuszczonych  w  kowbojskie  buty,  jasnej 

dżinsowej koszuli i dżinsowej kurtce wyglądał piekielnie pociągająco. 

Wraz z nim do kuchni przywędrował zapach drzew, traw i koni. 

Nalawszy do kubka kawy, podszedł do stołu. Kiedy usiadł, Mayę 

uderzył  w  nozdrza  jeszcze  jeden  zapach:  wody  kolońskiej. 

Natychmiast przypomniały się jej długie spacery po plaży, rozmowy, 

przejażdżki  konne,  szukanie  z  chłopcami  grotów,  zbieranie  w  lesie 

jagód, a nocami... 

Otrząsnąwszy się, z cichym jękiem wróciła do rzeczywistości. To 

nie  ma  sensu.  Wspomnienia  sprawiają  ból,  a  w  jaskrawym  świetle 

dnia sny i marzenia się ulatniają. 

- Co ci jest? - spytał zaniepokojony. 

Popatrzyła  na  niego.  I  w  tym  samym  momencie  uświadomiła 

sobie, że popełniła błąd, ale było  za  późno. Siedzieli tak, mierząc się 

wzrokiem, przez dobrą minutę. W oczach Drake'a widziała dziesiątki 

pytań,  na  które  nie  mogła  i  nie  chciała  odpowiedzieć.  Wreszcie 

odwróciła spojrzenie. 

- Nic - odparła. 

background image

Skłamała.  Marzyła  o  tym,  żeby  Drake  wziął  ją  w  ramiona  i 

zapewnił  o  swojej  miłości.  Chciała  zapomnieć  o  troskach  i 

niepokojach, jakie towarzyszyły jej od paru miesięcy, o zaskoczeniu i 

dezaprobacie,  jakie  pojawiały  się  na  twarzach  przyjaciół  i  sąsiadów, 

kiedy dowiadywali się o ciąży. Pragnęła rzeczy niemożliwych. 

Uśmiechnęła się w duchu. Co ona sobie w ogóle wyobrażała? Że 

w  niej,  córce  gospodyni  i  ogrodnika,  zakocha  się  mężczyzna  z 

potężnego klanu Coltonów? 

- Powiedz, o czym myślisz - poprosił Drake. 

Pokręciła głową. 

- O niczym. 

Wypiła  kolejny  łyk  kawy.  Odstawiwszy  kubek,  podniosła 

szklankę;  resztką  mleka  popiła  witaminy.  Bluzka  na  jej  brzuchu 

poruszyła  się.  Maya  na  moment  zamarła;  czekała,  aż  dziecko 

przestanie  kopać.  Czasem  kopało  tak  energicznie,  że  trudno  to  było 

wytrzymać. 

- Rusza się? - Drake utkwił wzrok w jej brzuchu. 

- Tak. 

Nie zniechęcił go jej ton. 

-  Mogę?  -  spytał  i  nie  czekając  na  pozwolenie,  przyłożył  dłoń. 

Zrobiło się jej gorąco, jakby swoim dotykiem rozpalił w niej ogień. - 

Wczoraj w nocy kopnęło mnie w rękę - oznajmił. 

- Co? Kiedy? 

-  Jak  zasnęłaś.  Trzymałem  rękę  na  twoim  brzuchu.  Poczułem 

kilka kopnięć. 

background image

Rozciągnął  usta  w  uśmiechu,  ukazując  rząd  pięknych  zębów, 

których biel kontrastowała z opalenizną twarzy. Wyglądał bosko. Jak 

Tom  Cruise,  kiedy  posyłał  z  ekranu  swój  słynny  zniewalający 

uśmiech.  Nic  dziwnego,  że  kobiety  za  nimi  szalały.  Za  Drakiem  i  za 

Cruise'em.  A  ona  niczym  się  od  nich  nie  różniła.  Kochała  się  w 

Drake'u Coltonie niemal całe życie.  

Któregoś roku - miała wtedy siedemnaście lat, a on przyjechał do 

domu podczas przerwy semestralnej - wydawało jej się, że też coś do 

niej  czuje.  Ale  potem  wystraszył  się  i  do  końca  pobytu  starał  się  jej 

unikać. Cierpiała, ale czas leczył rany; po paru miesiącach pogodziła 

się z faktem, iż jej marzenia o wspólnej przyszłości z Drakiem nigdy 

się nie spełnią. Wiedziała, że teraz też sobie poradzi, choć tym razem 

sytuacja była znacznie bardziej skomplikowana. 

- Nie rób tego - powiedziała, strącając z brzucha jego dłoń. 

Wyprostował się i nie spuszczając oczu z jej twarzy, podniósł do 

ust parujący kubek. 

- Znasz płeć dziecka? - spytał po chwili. 

Cisza  zdawała  się  ciągnąć  w  nieskończoność.  Wreszcie  Maya 

odchrząknęła, przeczyszczając gardło. 

- Dziewczynka - odparła szeptem. - Tak wykazało USG. 

Skinął  z  powagą  głową.  Nie  umiała  poznać,  czy  jest  to  wyraz 

aprobaty,  czy  niezadowolenia.  Przestań,  zganiła  się  w  myślach. 

Dlaczego miałby się cieszyć czy smucić? Po pierwsze, nie wie, że to 

on  jest  ojcem,  a  po  drugie,  w  liście,  który  zostawił  przed  wyjazdem, 

background image

wyraźnie  dał  do  zrozumienia,  że  nie  planuje  zakładać  rodziny. 

Przynajmniej nie z nią, Mayą Ramirez. 

- Masz zdjęcie? 

- Tak. 

-  Może  mi  je  kiedyś  pokażesz...  -  W  jego  głosie  pobrzmiewała 

nuta zadumy. - Powiedz: wybrałaś już imię? 

Poczuła ucisk w sercu. 

- Marissa - odparła. - Marissa Ramirez. 

Na  ułamek  sekundy  jego  twarz  sposępniała.  Potem  jednak 

uśmiech wypłynął mu na wargi. 

- Hm, Marissa... Podoba mi się. Jeśli dopisze jej szczęście, może 

wyrośnie na tak piękną kobietę, jak jej mama. 

Przez  chwilę  pieścił  ją  oczami.  Jego  spojrzenie  zdawało  się 

obiecywać wszystko, o czym kiedykolwiek marzyła. Ale wiedziała, że 

to  złudzenie.  Bojąc  się,  że  za  moment  wyleje  na  siebie  kawę,  drżącą 

ręką odstawiła kubek. 

- Muszę się uczyć - rzekła. 

Odsunąwszy krzesło, podeszła do ekspresu, dolała sobie kawy, po 

czym udała się do swojego pokoju. Nie wychyliła stamtąd nosa aż do 

obiadu.  

Słysząc,  jak  domownicy  schodzą  się  do  jadalni,  wiedziała,  że 

powinna się wyłonić. Jeżeli tego nie zrobi, matka, którą niepokoił jej 

brak  apetytu,  na  pewno  przyjdzie  sprawdzić,  co  się  dzieje.  Biorąc 

głęboki oddech, Maya otworzyła drzwi i ruszyła do kuchni. Drake'a na 

szczęście tam nie było. 

background image

- Pomóc ci, mamo? 

Inez  skinęła  głową.  Do  wyłożonego  płócienną  serwetką  koszyka 

wrzuciła stos domowej roboty tortilli. 

-  Zanieś  do  jadalni  -  poleciła  córce.  -  A  przy  okazji  zobacz,  czy 

nie zabraknie salsy. 

Duma  nie  pozwoliła  Mai  odmówić.  Bądź  co  bądź  sama 

zaproponowała pomoc. A nie musiała; nikt jej o to nie prosił. No cóż, 

pomyślała,  człowiek  całe  życie  się  uczy.  Drugi  raz  nie  popełni  tego 

błędu. 

- Aha, weź jeszcze masło - dodała Inez. 

Zamieszawszy  w  garnku,  skosztowała  danie,  po  czym  dosypała 

przypraw. 

Maya  położyła  pół  kostki  masła  na  porcelanowym  talerzyku, 

chwyciła  koszyk  z  plackami i  skierowała  się  do  jadalni. Może  Drake 

ma inne zajęcia, może pojechał do miasta, może... 

Niestety,  los  jej  nie  sprzyjał.  Drake  z  ojcem  siedzieli  przy  stole, 

pogrążeni w rozmowie. Na jej widok przerwali w pół słowa. Po chwili 

Joe wstał z ciepłym uśmiechem na twarzy. 

- Pięknie wyglądasz, Mayu. - Zerknął na syna. - Kobieta w ciąży 

po prostu rozkwita. Nie sądzisz, chłopcze? 

- To prawda - przyznał Drake zmysłowym głosem. 

Oblała  się  rumieńcem.  Podejrzewała,  że  kolorem  przypomina 

świeżo ugotowanego homara. 

-  Nie  chciałem  cię  peszyć,  kochanie  -  powiedział  cicho  Joe 

Colton. - Przepraszam. 

background image

W  jego  spojrzeniu  było  tyle  ciepła  i  przyjaźni,  że  miała  ochotę 

oprzeć głowę na jego ramieniu i wybuchnąć płaczem. 

- Nie, nic... nic się nie stało - wydukała. 

Po  chwili  odważyła  się  spojrzeć  na  Drake'a.  Wyraz  twarzy  miał 

neutralny; nie zdradzał żadnych emocji. 

- Mama prosiła, żebym wam to przyniosła... 

Postawiła  koszyk  z  plackami  i  talerzyk  z  masłem  na  stole  koło 

mężczyzn,  po  czym  sprawdziwszy,  ile  w  salaterce  zostało  salsy, 

wróciła pośpiesznie do kuchni. 

- Jeszcze to. - Inez podała jej półmisek burritos. - Gdybyś była tak 

miła...  Muszę  przygotować  resztę  jedzenia,  bo  dziewczyna,  którą 

wynajęłam do pomocy, nie raczyła się pojawić. 

Mayę  ogarnęły  wyrzuty  sumienia.  Gdyby  nie  Drake,  mogłaby 

odciążyć  mamę  w  kuchni,  zamiast  cały  dzień  ukrywać  się  w  swoim 

pokoju.  Wprawdzie  zamierzała  się  uczyć,  gdyż  pod  koniec  miesiąca 

czekał ją egzamin, ale oczywiście w ogóle nie była w stanie skupić się 

na nauce. 

Zaniosła do jadalni burritos. Z sympatii do Joego, który uwielbiał 

ostre  potrawy,  Inez  często  serwowała  meksykańskie  dania,  mimo  że 

Meredith  ich  nie  znosiła.  Postawiwszy  półmisek  na  stole,  Maya 

ponownie udała się do kuchni. Po chwili wróciła do jadalni z ryżem i 

fasolą.  Rozejrzała  się,  sprawdzając,  czy  wszystko  jest  na  swoim 

miejscu i po raz trzeci skierowała się do drzwi. 

Chociaż nie patrzyła na Drake'a, to jednak za każdym razem, gdy 

wchodziła lub wychodziła, czuła na sobie jego wzrok. 

background image

- Przysiądź się do nas, Mayu - poprosił Joe. 

Z  wrażenia  stanęła  jak  wryta;  nie  potrafiła  wykonać  kroku. 

Wreszcie  pokręciła  energicznie  głową.  Zdając  sobie  sprawę,  że 

zachowuje  się  jak  dzikuska,  spróbowała  się  uśmiechnąć  i  grzecznie 

odmówić.  Nie  zdążyła.  Drake  wysunął  dla  niej  krzesło,  a  Joe 

delikatnie ujął ją za łokieć i zaczął prowadzić do stołu. 

- Skoro pan nalega... - powiedziała. - Ale tylko na chwilę. 

Joe patrzył na nią przyjaźnie i ze zrozumieniem, co zaś się tyczy 

Drake'a... nie była pewna. W jego spojrzeniu kryło się coś więcej, ale 

co? 

- Jak twoje studia? - spytał starszy Colton. 

Podsunął jej półmisek. Nałożyła sobie na talerz burrito, gospodarz 

nałożył dwa. 

-  Dobrze,  dziękuję.  Trafiłam  na  listę  wyróżnionych  studentów  - 

pochwaliła się. 

- Podobnie jak rok temu. - Joe uśmiechnął się z aprobatą, po czym 

podał półmisek synowi. 

Na  talerzu  Drake'a  wylądowały  cztery  burritos.  Nie  mieściło  jej 

się  w  głowie,  jak  można tyle  jeść  i być  tak  szczupłym.  Zeszłego  lata 

głośno wyraziła zdziwienie. 

-  To  dlatego,  że  dużo  myślę  -  odparł,  szczerząc  zęby.  -  I  dużo 

czasu  spędzam  w  ruchu.  -  Po  czym  zgarnął  ją  w  ramiona  i  znów 

zaczął spalać kalorie. 

Na  wspomnienie  tamtych  chwil  zarumieniła  się  po  czubki  uszu. 

Czym prędzej wrzuciła na talerz trochę ryżu i fasoli. Podała miseczki 

background image

dalej.  Siedziała  na  wprost  Drake'a,  wiec  za  każdym  razem,  gdy 

podnosiła oczy, napotykała jego wzrok. 

Do  jadalni  weszła  Meredith  Colton,  wnosząc  z  sobą  zapach 

drogich  perfum.  Nie  zwracając  uwagi  na  Mayę,  skrzywiła  się  z 

niesmakiem na widok jedzenia, następnie poinformowawszy męża, że 

jest  umówiona  na  lunch  w  mieście,  skierowała  się  ku  drzwiom.  Na 

syna nawet nie spojrzała. 

Mai  żal  było  Drake'a  i  jego  rodzeństwa.  Zresztą  trudno  było  im 

nie  współczuć.  Jej  własna  matka  uwielbiała  dzieci  i  szczodrze 

okazywała  im  miłość.  Matka  Drake'a  zaś  miewała  okresy,  kiedy 

interesowała  się  poczynaniami  swoich  dwóch  najmłodszych  pociech, 

ale  resztę  dzieci  traktowała  jak  powietrze.  Maya  nie  potrafiła  tego 

zrozumieć,  tym  bardziej  że  kiedyś  pani  Colton  zachowywała  się 

całkiem  inaczej:  była  pogodna,  roześmiana,  lubiła  chodzić  z  mężem 

na spacery po plaży i szaleć z dziećmi w ogrodzie. 

Drake  odprowadził  matkę  wzrokiem  do  drzwi.  Z  jego  oczu 

wyzierała  tęsknota.  Przez  chwilę  wyglądał  jak  mały  chłopiec,  który 

pragnie, by go przytulono, pogłaskano po głowie. Parę sekund później 

jego  spojrzenie  znów  stało  się  nieprzeniknione.  Z  małego  chłopca 

ponownie  przeistoczył  się  w  mężczyznę,  silnego,  odważnego, 

zdeterminowanego. W człowieka, któremu dowództwo sił specjalnych 

powierzało  najbardziej  niebezpieczne  misje.  Odpowiadało  mu  takie 

życie.  Kochał  wyzwania,  lubił  igrać  ze  śmiercią.  Nie  bał  się  jej, 

przeciwnie, stale próbował się z nią zmierzyć. 

background image

Przepełniona smutkiem, Maya jadła pośpiesznie. Przypuszczalnie 

Drake nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, ale tkwiło w nim... może 

nie pragnienie śmierci; nie, na pewno nic aż tak drastycznego, raczej 

jakiś  głęboko  zakorzeniony  mrok,  jakaś  niemal  odwieczna  boleść, 

której nigdy nie zdołał pokonać. 

-  Ciekaw  jestem  twojej  opinii  na  temat  Hopechest  Ranch  - 

kontynuował  Joe,  kiedy  drzwi  za  żoną  się  zamknęły.  -  Sądzisz,  że  to 

ma sens? Że dzieci naprawdę czegoś się tam uczą? 

-  Och,  tak!  -  zawołała.  -  To  fantastyczne  miejsce  i  cieszy  się 

doskonałą opinią. Program nauczania jest znakomity. Przynajmniej ja 

tak  uważam  -  dodała  szybko;  nie  chciała  wypaść  na  osobę 

zarozumiałą. 

- To dobrze, bo w tym roku zamierzam przekazać dyrekcji więcej 

pieniędzy. 

- Przydadzą się. Z roku na rok trafia tam coraz więcej dzieci. 

-  Hm.  -  Gospodarz  domu  na  moment  się  zamyślił.  -  Drake...  - 

zwrócił  się  do  syna.  -  Nie  wybrałbyś  się  do  Hopechest,  co?  Może 

przyszedłby  ci  do  głowy  jakiś  pomysł.  Zobaczyłbyś,  czego  im 

potrzeba. Może stajnię należy wyremontować? Albo zbudować nową? 

A może warto postawić większy budynek mieszkalny? 

- Zorientuję się, tato - obiecał Drake. 

- Świetnie. 

Wzruszyła  Mayę  duma  w  oczach  ojca,  gdy  patrzył  na  syna,  i 

zaufanie,  jakim  go  darzył.  Pomyślała  sobie,  że  Drake'owi  potrzebna 

background image

jest  czułość,  uznanie;  powinien  wiedzieć,  że  nie  tylko  w  pracy  go 

cenią. 

Starczy! - nakazała sobie w duchu. Drake na pewno od nikogo nie 

oczekiwał troski, współczucia czy litości. Był dorosłym mężczyzną. A 

ktoś taki jak ona, przeżywający huśtawkę emocjonalną, naprawdę nie 

nadaje  się  ani na doradcę,  ani na pocieszyciela.  Zapamiętaj  to  raz  na 

zawsze, Mayu Ramirez. Nie wtrącaj się; oszczędzisz sobie nerwów, a 

innym powodów do irytacji. 

Ale do życia swojego dziecka zamierzała się wtrącać. Zamierzała 

troszczyć  się  o  córkę,  służyć  jej  wsparciem,  radą,  rozpieszczać  ją  i 

otaczać miłością. 

Westchnęła głośno. 

- Jak się dziś czujesz? - spytał Drake, patrząc jej prosto w oczy. 

Starszy  z  Coltonów  również  wbił  w  nią  spojrzenie.  Czekali  na 

odpowiedź. 

- Dobrze - odparła cicho. 

- Plecy cię już nie bolą? 

Pytanie wydało jej się szalenie intymne. Czuła, jak na jej policzki 

znów występują rumieńce. 

- Już nie. - Odsunęła krzesło od stołu. - Przepraszam. Obiecałam, 

że niedługo wpadnę do Hopechest. 

Chwyciła  talerz  z  prawie  nietkniętym  posiłkiem  i  uciekła  z 

jadalni. 

- Niewiele zjadłaś - zauważyła Inez w kuchni. 

background image

- Wystarczająco dużo. Muszę lecieć, mamuś. - Cmoknęła matkę w 

policzek. - Kocham cię. 

- Ja ciebie też, myszko - rzekła Inez, z zatroskaniem przyglądając 

się córce. 

Przez  całą  drogę  na  ranczo,  gdzie  mieścił  się  sierociniec,  Maya 

czyniła sobie wyrzuty. Nie chciała okłamywać rodziców ani sprawiać 

im bólu. Martwili się o nią. Zrobiliby  wszystko, aby była szczęśliwa. 

Nie mogła im jednak powiedzieć, że  to Drake jest ojcem jej dziecka. 

Drake,  który  nie  chce  mieć  żony,  rodziny  ani  jakichkolwiek 

zobowiązań.  Ilekroć  odtwarzała  w  myślach  treść  jego  listu 

pożegnalnego,  dojmujący  ból  ściskał  ją  za  serce.  Te  wszystkie 

pieszczoty,  pocałunki,  czułe  słowa  nic  nie  znaczyły.  Nic  a  nic.  Ale 

przecież nie składał jej wówczas żadnych obietnic... 

Starając  się  zapomnieć  o  kłopotach, skręciła  na  teren  Hopechest. 

Mieszkały tu dzieciaki pokrzywdzone przez los. W porównaniu z nimi 

wiodła lekkie, beztroskie życie. 

-  Dzień  dobry,  panno  Ramirez!  -  zawołał  Johnny  Collins, 

podbiegając do samochodu i wyciągając ręce po książki. Nie pozwalał 

jej nic nosić. 

- Dzień dobry, Johnny. 

Czternastoletni  Johnny  był  jednym  z  jej  ulubieńców.  Matka 

uciekła  z  domu,  kiedy  syn  miał  kilka  lat.  Po  odejściu  żony  ojciec 

zaczął  zaglądać  do  kieliszka.  Wkrótce  cały  czas  chodził  pijany.  Nikt 

mu nie chciał dać pracy. Johnny dodał sobie parę lat i zatrudnił się w 

barze szybkiej obsługi. 

background image

- Przeczytałeś książkę, którą ci zadałam w zeszłym tygodniu? 

Skinął głową. 

-  Tak  jak  mi  pani  radziła,  zapisywałem  na  kartce  słowa,  których 

nie znałem, i przed przystąpieniem do nowego rozdziału sprawdzałem 

je w słowniku. 

-  Brawo.  -  Weszli  do  sali,  w  której  udzielała  prywatnych  lekcji 

uczniom mającym największe trudności z nauką. - Sprawdziłam twoją 

klasówkę.  Świetnie  wypadłeś,  Johnny.  Jestem  pod  wrażeniem.  - 

Należała mu się pochwała. 

Oczy  chłopca  rozbłysły  radością.  Zauważyła  na  jego  źrenicach 

małe  złociste  punkciki.  Takie  same  złociste  punkciki  miał  Drake, 

kiedy patrzył pod słońce. 

-  No  dobrze,  a  teraz  pokaż  listę  słów  -  poprosiła,  siadając  przy 

biurku. 

Przez  dwie  godziny  pracowała  najpierw  z  Johnnym,  potem  z 

grupą  uczniów  trochę  bardziej  od  niego  zaawansowanych.  O  trzeciej 

po  południu  wróciła  do  domu,  by  zająć  się  dwójką  najmłodszych 

Coltonów:  przypilnować,  aby  coś  zjedli  i  sprawdzić,  czy  odrobili 

lekcje. Pani Meredith miała bzika na tym punkcie. 

Kiedy  dojechała  na  miejsce,  Drake  pracował  na  wybiegu  z 

młodym  wałachem.  Przez  kilka  minut  stała  przy  samochodzie, 

obserwując  mężczyznę  i  konia.  Widząc  cierpliwość  Drake'a, 

delikatność, wrażliwość, a zarazem stanowczość, pomyślała sobie, że 

byłby znakomitym nauczycielem. Gdyby kiedykolwiek w przyszłości 

chciał poświęcić czas dzieciakom w Hopechest... 

background image

Znów  się  zagalopowała.  Drake  naprawdę  nie  potrzebuje  jej  rad, 

co  ma  robić  ze  swoim  życiem,  kiedy  znudzą  mu  się  niebezpieczne 

misje,  podczas  których  może  zginąć.  Był  dorosły  i  sam  najlepiej 

wiedział, czym się chce zająć. 

Akurat zamierzała ruszyć do domu, kiedy stanął przy ogrodzeniu, 

twarzą w jej stronę. Skinął na powitanie głową, po czym przez dłuższą 

chwilę  przyglądał  się  w  milczeniu,  tak  jak  wcześniej  przy  stole  w 

jadalni.  W  jego  oczach  była  zachęta,  problem  w  tym,  że  ona,  Maya, 

nie potrafiła odczytać, do czego. 

Dziecko, wyczuwając jej niepokój, obudziło się i zaczęło wiercić. 

Speszona, odwróciła się i poczłapała do domu. 

- Maya, chodź z nami! - zawołał Joe Junior, kiedy pojawiła się w 

drzwiach. - Drake pokaże nam, jak się rzuca lassem. 

-  Za  kilka  lat  będziemy  mistrzami  rodeo!  -  poinformował  ją 

Teddy. 

- Ciszej - upomniała ich. - Nie jesteśmy w lesie. 

Udała  się  do  swojego  pokoju;  chłopcy  za  nią.  Położywszy  na 

krześle  torbę  z  książkami,  zdjęła  skórzane  pantofle  i  włożyła 

tenisówki. 

- A lekcje? - spytała. - Odrobione? 

Obiecali, że odrobią przed kolacją. Jeśli trzeba będzie, zrezygnują 

z oglądania telewizji. 

- W porządku. 

-  Możemy?  Zgadzasz  się?  -  Joe  popatrzył  na  nią  z 

niedowierzaniem, po czym wydał z siebie dziki okrzyk radości. 

background image

Po chwili, przypomniawszy sobie, że nie są w lesie, zasłonił ręką 

usta.  Uśmiechając  się  szeroko,  skinął  na  Teddy'ego  i  wybiegł  z 

pokoju. 

Maya  poczuła  ukłucie  w  sercu.  Drake  był  idealnym  starszym 

bratem.  Widać  było,  że  uwielbia  tych  dwóch  urwisów.  To  dobrze, 

pomyślała; potrzebowali miłości i aprobaty nie tylko od niej, także od 

swoich  bliskich.  Matka  chłopców...  cóż,  na  pewno  ich  kocha,  ale 

miewa tak zmienne nastroje, że... Po prostu jej zachowanie jest trudne 

do przewidzenia.  

Ojciec też ich kocha, ale ma w sobie jakiś głęboko zakorzeniony 

smutek,  który  chłopcy  instynktownie  wyczuwają.  Dlatego  przy  ojcu 

stają się poważni i zgaszeni. Zresztą senior rodu nie poświęcał synom 

zbyt  wiele  czasu;  zajmowały  go  problemy,  które  od  kilku  miesięcy 

trapiły rodzinę: a to strzelanina w ogrodzie, a to tajemnicze zniknięcie 

Emily. 

Z Drakiem chłopcy mogli poszaleć. Wszyscy na tym korzystali: i 

oni,  bo  przepadali  za  jego  towarzystwem,  i  on,  bo  dobrze  mu  robiła 

ich  obecność.  Czuł  się  szczęśliwy,  potrzebny,  doceniany.  Ale 

właściwie co ją obchodzi samopoczucie Drake'a? 

Chwyciwszy cienką kurtkę, ruszyła na dwór. Pani Meredith płaci 

jej za to, aby miała na oku swoich podopiecznych i pilnowała, by nie 

przydarzyło im się nic złego. Na środku padoku zobaczyła dwa kozły 

do  rżnięcia  drewna;  w  każdym  tkwiła  miotła  udająca  końską  szyję  i 

łeb.  Naprzeciw  „koni"  stał  Drake,  który  demonstrował  chłopcom 

background image

prawidłowy  sposób  trzymania  lassa.  Wyglądało  to  tak  zabawnie,  że 

mimo woli parsknęła śmiechem. 

Obejrzał się przez ramię. 

-  Twój  śmiech  czyni  dzień  piękniejszym  i  pogodniejszym  - 

oznajmił. 

Chłopcy  popatrzyli  to  na  nią,  to  na  starszego  brata  i  wreszcie  na 

siebie.  Zaczęli  rechotać,  po  chwili  jednak  przestali;  mieli  ważniejsze 

sprawy na głowie. 

- Tak dobrze? Co, Drake? - spytał Joe. 

Maya  oparła  się  o  ogrodzenie  i  obserwowała,  jak  Drake  uczy 

braci  wywijania  lassem.  Stali  ze  dwa  metry  od  kozła.  Joe,  jako 

starszy,  szybciej  pojął,  o  co  chodzi.  Drake  kazał  mu  się  cofnąć  pięć 

kroków i czekać; sam zaczął ćwiczyć z Teddym. Pracował z nim tak 

długo, dopóki Teddy również nie opanował rzutu z dwóch metrów. 

Mniej więcej po godzinie Maya zawołała: 

- Jeszcze dziesięć minut, kochani! Potem wracamy do domu! 

- I co robimy? - spytał Drake. 

Jego głęboki głos i lubieżny wzrok przejęły ją dreszczem. 

- Odrabiamy lekcje - odparła. 

Chłopcy  zaczęli  protestować,  ale  Drake  przywołał  ich  do 

porządku. 

-  Wszystkie  zajęcia  trzeba  planować  i  przestrzegać  ustalonego 

czasu  -  oznajmił.  -  Tak  postępuje  każdy  żołnierz,  a  zwłaszcza 

komandos.  Mieliście  lekcję  rzucania  lassem,  a  teraz  pora  przejść  do 

następnego punktu programu. Prawda, pani profesor? 

background image

- Prawda - poparła go zaskoczona. 

- No to jazda stąd! - rozkazał braciom. 

Zszedł  z  padoku,  zabierając  z  sobą  rewizyty.  Joe  z  Teddym 

wspięli się na ogrodzenie i zeskoczyli po drugiej stronie, tuż koło Mai. 

-  Drake  naprawdę  jest  w  tym  dobry  -  oznajmił  Joe.  -  Gdyby 

chciał, mógłby być mistrzem rodeo. 

- Ja nim zostanę - postanowił Teddy. 

Joe pchnął go na ogrodzenie. 

-Akurat! 

- Zobaczysz! 

-  Spokojnie,  chłopcy.  Znacie  zasady,  prawda?  Po  pierwsze,  nie 

kłócimy się, tylko dyskutujemy. A po drugie, nie wolno nikogo dźgać 

czy  popychać.  Za  karę,  Joe,  pójdziesz  do  łóżka  dziesięć  minut 

wcześniej. 

- Ale ja nie... 

Chłopiec  zamierzał  się  sprzeciwić,  lecz  w  tym  momencie 

Meredith  otworzyła  drzwi  i  zmierzyła  całą  trójkę  gniewnym 

spojrzeniem. 

- Proszę natychmiast ściszyć głosy - rozkazała. 

- Tak jest, mamusiu - powiedzieli razem bracia. 

Maya  miała  ochotę  przyłączyć  się  do  nich  i  skulić  pod  siebie 

ogon.  Powstrzymała  się  w  ostatniej  chwili.  Mniej  więcej  rok  temu 

uświadomiła sobie, że jeżeli nie chce, aby Meredith patrzyła na nią z 

góry, nie może okazywać strachu czy uległości. 

background image

-  Czy  chłopcy  odrobili  już  lekcje?  -  spytała  ich  matka,  groźnie 

marszcząc brwi. 

-  Nie,  właśnie  idą  -  odparła  Maya.  -  Przed  chwilą  skończyli 

zajęcia z Drakiem. Uczył ich rzucania lassem. To doskonałe ćwiczenie 

wyrabiające  koordynację  wzrokowo-ruchową  -  dodała  tonem 

nauczycielki, która wie. co jest dobre dla jej uczniów.  

Uśmiechnęła  się  z  fałszywą  pewnością  siebie,  modląc  się  w 

duchu,  by  Meredith  nie  zbeształa  jej  w  obecności  dzieci.  Chłopcy 

zwykle brali jej stronę i wtedy wszyscy troje musieli słuchać długiego 

wykładu. Na szczęście Meredith skinęła głową i zawróciła do salonu, 

aby zamienić słowo z mężem. 

Maya odetchnęła z ulgą, po czym zagoniła chłopców do swojego 

pokoju,  gdzie  zazwyczaj  odrabiali  lekcje.  Kiedy  zobaczyła,  że  wzięli 

się  do  pracy,  zdjęła  z  półki  własne  książki  na  temat  fizycznego  i 

emocjonalnego rozwoju dzieci w wieku od czterech do dwunastu lat i 

zaczęła czytać. 

 

Drake ściągnął ubranie, wskoczył pod prysznic, potem ubrał się i 

udał  pośpiesznie  do  kuchni.  Wsunął  głowę  za  drzwi,  ale  Mai  nie 

zastał. 

- Gdzie... - Zamierzał o nią spytać, ale w ostatniej chwili zmienił 

decyzję. - Gdzie są chłopcy? 

Inez  Ramirez,  wieloletnia  gospodyni,  przyjaciółka  i  powiernica 

Coltonów, przyglądała mu się bez słowa przez kilka ciągnących się w 

nieskończoność sekund, po czym oznajmiła: 

background image

-  Maya  zaniosła  im  kolację  do  pokoju.  Jeszcze  nie  skończyli 

odrabiać lekcji. 

Szkoda, pomyślał, starając się ukryć rozczarowanie. Dawno temu 

przekonał  się  -  podobnie  jak  wszystkie  dzieciaki  na  ranczu  -  że  Inez 

potrafi czytać w cudzych myślach. Zawsze wyczuwała, kiedy któreś z 

nich  coś przeskrobało;  wchodzili  do domu  jak  gdyby  nigdy  nic,  a jej 

wystarczył  jeden  rzut  oka.  Kiedy  teraz  mierzyła  go  wzrokiem,  miał 

wrażenie,  że  przenika  go  na  wylot:  wie  nie  tylko  o  ubiegłorocznych 

schadzkach, ale również  o tym, że codziennie w nocy Maya jawi mu 

się w snach. 

-  Dzięki,  Inez  -  powiedział,  po  czym  skierował  się  do  salonu,  w 

którym wcześniej zauważył rodziców. 

Znalazłszy się w zasięgu ich głosów, przystanął za drzwiami. 

- Och, doprawdy, Joe - oznajmiła zirytowanym tonem Meredith. - 

Przecież  to  tylko  parę  tysięcy.  Myślałby  kto,  że  proszę  cię  o 

oszczędności całego życia. 

- Masz własne konto, na które co miesiąc wpłacam pokaźną sumę, 

oraz własne karty kredytowe. Swoje rachunki płać swoimi kartami. 

-  Ale  znaczna  część  tych  rachunków  jest  za  twoje  przyjęcie 

urodzinowe! 

Joe 

prychnął 

pogardliwie. 

Jego 

reakcja 

zaskoczyła 

podsłuchującego  za  drzwiami  syna:  jeszcze  nigdy  nie  słyszał,  aby 

ojciec zwracał się do żony w sposób tak sarkastyczny. 

- Które zapamiętamy do końca życia, prawda, kochanie? 

background image

- Faktycznie, nie należało ono do zbyt udanych - przyznała cicho 

Meredith.  -  Nawet  nie  wiesz,  jak  bardzo  się  wtedy  wystraszyłam. 

Mogłeś zginąć albo zostać ranny. 

Drake czekał na odpowiedź ojca, ale ten milczał. Po chwili rozległ 

się  stukot  obcasów.  Meredith  oddaliła  się  korytarzem  do  swojego 

pokoju. Trzasnęły drzwi. 

Mniej  więcej  po  minucie  Drake  wyłonił  się  z  jadalni.  Ojciec  stał 

przy oknie, z kamiennym wyrazem twarzy wpatrując się z zapadający 

mrok.  Na  odgłos  kroków  obejrzał  się  przez  ramię  i  uśmiechnął  do 

syna. Drake'owi serce zabiło mocniej. Bez względu na kłopoty, troski 

czy  zmartwienia,  Joe  zawsze  miał  czas  dla  dzieci,  zarówno  dla 

swoich,  jak  i  przybranych,  którym  ofiarował  uczucie  i  dach  nad 

głową.  

Podziwiał tę cechę swojego ojca i starał się brać z niego przykład; 

oczywiście  własnych  dzieci  nie  miał,  ale  przynajmniej  młodszym 

braciom zawsze próbował poświęcić jak najwięcej uwagi. 

- Jak leci, synu? 

- Dobrze, tato - odparł, po czym nagle urwał. - Chociaż nie, wcale 

nie tak dobrze. Nie potrafię dogadać się z Mayą. 

Joe uniósł pytająco brwi. 

-  Nie  chce  mi  powiedzieć,  kto  jest  ojcem  dziecka  -  przyznał 

Drake. 

- Napijesz się koniaku? - spytał ojciec. 

- Chętnie. 

background image

Ojciec  podszedł  do  barku,  podał  synowi  kieliszek  i  usiadł  w 

fotelu.  Drake  zajął  miejsce  na  kanapie.  Dotyk  skóry  i  jej  zapach 

podziałały na niego kojąco. 

- To takie ważne? To znaczy, kto jest ojcem? 

Drake wytrzeszczył ze zdziwienia oczy. 

-  Bardzo  -  odparł.  -  Bo  jeśli...  jeśli  okaże  się,  że  ja,  wówczas 

chciałbym postąpić, jak należy. 

-  A  jeśli  nie  ty?  Czy  to  coś  zmienia?  Wiesz,  Joego  Juniora 

znaleźliśmy  z  twoją  mamą  na  wycieraczce.  Zaadoptowaliśmy  go  i 

wychowujemy jak własnego syna. 

Drake pokiwał z namysłem głową. Już nawet nie pamiętał, że jego 

mały braciszek to podrzutek. 

- Gdyby nic cię z Mayą nie łączyło, przypuszczam, że na wieść o 

jej ciąży nie przyjeżdżałbyś do domu, prawda? 

Drake napotkał wzrok ojca. 

- Prawda. Podejrzewam, że to moje dziecko. Jestem niemal w stu 

procentach  pewien.  Ale  ona  nie  chce  tego  potwierdzić.  -  Westchnął 

zrezygnowany. 

- Prosiłeś ją o rękę? - spytał Joe. 

Drake uśmiechnął się pod nosem. 

- O takich sprawach jeszcze nie rozmawialiśmy. 

- Aha, czyli nie bardzo zależy ci na małżeństwie? 

W  pytaniu  ojca  Drake  wyczuł  lekką  ironię.  Starał  się  opanować 

falę emocji, jaka go zalała. 

background image

-  Nie  planowałem  się  żenić  ani  zakładać  rodziny.  Wiodę  mało 

ustabilizowane życie. 

- Mało ustabilizowane, za to dość niebezpieczne - stwierdził Joe. - 

Jednakże  kobiety  i  dzieci  radzą  sobie,  kiedy  ich  mężowie  i  ojcowie 

spędzają dłuższy czas poza domem. Rodzina nie musi cierpieć z tego 

powodu. Jeżeli mąż z żoną się kochają... 

Drake wiedział, że ojciec próbuje go zmusić do spojrzenia w głąb 

siebie, przeanalizowania swoich uczuć wobec Mai. Zmrużywszy oczy, 

popatrzył  w  okno.  Niebo  było  stalowoszare,  drzewa  kołysały  się  na 

wietrze. W jego duszy panował identyczny mrok. Czasem na moment 

znikał, coś go rozpraszało, ale potem znów wracał.  

Maya  zaś  była  jak  słońce,  promienna,  ciepła,  uśmiechnięta. 

Symbolizowała  jasność,  dobroć,  szczęście,  wszystko  to,  do  czego  on 

dążył, lecz co zawsze pozostawało poza jego zasięgiem. 

- Kolacja! - zawołała z drugiego pokoju Inez. 

Joe uważnie obserwował twarz syna. Drake był mężczyzną z krwi 

i  kości.  Potrzebował  tego,  co  każdy  mężczyzna:  seksu,  ale  również 

miłości.  Życie  w  pojedynkę,  bez  drugiej  osoby,  jakby  mijało  się  z 

celem; wydawało się puste i ponure. Wzdychając cicho, wstał z fotela 

i ruszył do jadalni, gdzie powoli zbierała się reszta rodziny.  

Zajął miejsce u szczytu stołu, Drake po jego lewej ręce. Po prawej 

usiedli River z Sophie, która też spodziewała się dziecka. Joe nie mógł 

się  już  doczekać  swojego  pierwszego  wnuka.  Podobał  mu  się  dom, 

który River zaprojektował i zbudował, ale lubił, kiedy młodzi wpadali 

z wizytą na lunch lub kolację. 

background image

Meredith skinęła na powitanie do córki i synów, po czym usiadła 

naprzeciwko  męża.  Joe  zadumał  się.  Wcześniej,  w  salonie,  miał 

wielką  ochotę  wyjawić  Drake'owi,  że  to  nie  on  spłodził  Teddy'ego, 

którego  przecież  kochał  jak  własnego  syna.  Ale  nic  nie  powiedział. 

Zresztą takie rzeczy powinny pozostać między małżonkami. Owszem, 

Meredith go zdradziła, owszem, zmieniła się prawie nie do poznania, 

ale mimo to wciąż była jego żoną i matką jego dzieci. A że najbardziej 

z  nich  wszystkich  kochała  Joego  Juniora  i  Teddy'ego,  to  już  inna 

sprawa. 

Przepełnił  go  smutek.  W  przeciwieństwie  do  Drake'a,  który 

walczył  sam  z  sobą,  usiłując  zgłębić  stan  swoich  uczuć  wobec  Mai, 

on,  Joe,  od  samego  początku  wiedział,  czego  pragnie.  Meredith 

również  nie  miała  żadnych  wątpliwości.  Zakochali  się  w  sobie  od 

pierwszego wejrzenia. Ale gdzie się podziała ta miłość? 

 

Opuściwszy  gabinet  lekarski,  Maya  odetchnęła  z  ulgą.  Zarówno 

ona  sama,  jak  i  malutka  Marissa  cieszyły  się  doskonałym  zdrowiem. 

Na  szczęście  szalona  jazda  na  koniu  nie  zaszkodziła  dziecku. 

Wycofując się z ruchliwego parkingu przy klinice, o mało nie zderzyła 

się z Peggy Honeywell,  właścicielką pensjonatu „Honeywell  House". 

Pomachała  do  niej  przyjaźnie  i  odczekała,  aż  droga  będzie  wolna. 

Rozglądając  się  uważnie,  aby  nie  spowodować  kraksy,  skręciła  w 

prawo.  Załatwiła  kilka  sprawunków,  po  czym  pojechała  do 

miejscowej szkoły średniej. 

Andy'ego Martina zastała w jednej z sal lekcyjnych. 

background image

- Jak leci? - spytał, omiatając wzrokiem jej zaokrągloną figurę. 

Miała  wrażenie,  że  w  ostatnim  czasie  wszyscy  z  wielkim 

zainteresowaniem  śledzą  zmiany  dokonujące  się  w  jej  wyglądzie. 

Czasem  czuła  się  jak  wyrzucony  na  plażę  wieloryb,  wokół  którego 

gromadzi  się  tłum  zatroskanych  gapiów  chcących  pomóc,  lecz  nie 

wiedzących, jak to zrobić. 

-  Świetnie  -  odparła.  Postawiwszy  na  biurku  torbę,  wyjęła  z  niej 

kilka  kartek.  -  Oto  ostatnie  testy  Johnny'ego.  Rzuć  na  nie  okiem, 

dobrze?  Obawiam  się,  że  nie  bardzo  nadaję  się  na  nauczyciela 

matematyki... 

Przez  kilka  minut  Andy  przeglądał  zadania;  przy  złych 

odpowiedziach pisał na marginesach jakieś uwagi. Od czasu do czasu 

mruczał  coś  pod  nosem.  Maya  czekała  cierpliwie.  Reakcja  Andy'ego 

napawała  ją  optymizmem.  Johnny,  podobnie  jak  większość  dzieci, 

które  wychowują  się  same,  był  bystrym  chłopcem.  Odznaczał  się 

sprytem  i  inteligencją,  ale  nigdy  nie  posiadł  tak  podstawowych 

umiejętności jak czytanie, pisanie czy dodawanie. 

- No dobrze. - Andy odłożył kartki na bok. - Przygotuję specjalne 

zestawy ćwiczeń, które pomogą chłopakowi w miarę szybko nadrobić 

zaległości. 

- Naprawdę? - ucieszyła się. 

-  Może  wpadłbym  do  Hopechest  w  sobotę  rano?  Odpowiada  ci? 

Chciałbym  najpierw  sprawdzić  parę  innych  rzeczy,  na  przykład,  jak 

Johnny  sobie  radzi  z  czytaniem,  z  rozumieniem  trudniejszych  słów 

czy rozwiązywaniem innego rodzaju zadań... 

background image

-  Och,  Andy,  to  by  było  cudownie.  Dziękuję.  Nawet  nie  wiesz, 

jaki  ciężar  spadł  mi  z  serca.  Wydaje  mi  się,  że  w  Johnnym  drzemie 

ogromny potencjał intelektualny. Jeśli mu pomożemy nadrobić braki, 

za kilka lat chłopak będzie miał szansę dostać się na studia... 

-  Kto  wie?  -  Andy  spojrzał  na  zegarek.  -  Nie  jesteś  głodna?  Nie 

wybrałabyś się na wczesną kolację? 

Kiedy  zorientowała  się,  że  jest  w  ciąży,  zerwała  z  Andym 

wszelkie  kontakty.  Wykręcała  się  nawet  wtedy,  gdy  zapraszał  ją  na 

spacer.  Z  kolei  kiedy  on  usłyszał  o  jej  ciąży,  natychmiast 

zaproponował jej małżeństwo. W dodatku o nic nie pytał. 

W  przeciwieństwie  do  Drake'a,  który  chciał  wiedzieć,  kiedy 

dokładnie  zaszła  w  ciążę  i  z  kim!  Nigdy  mu  tego  nie  wybaczy. 

Współczuła  mu  z  powodu  śmierci  brata  i  problemów  nękających 

rodzinę, ale wobec niej zachował się nieładnie. 

- Chyba nie, Andy. Dziękuję. 

- Podobno Drake Colton wrócił do domu... 

Przez  chwilę  wpatrywała  się  w  tablicę;  nie  chciała  okłamywać 

przyjaciela,  a  jednocześnie  trudno  jej  było  pogodzić  się  z  myślą,  że 

okazała się tak łatwowierna. 

- Chyba przyjechał na urlop - mruknęła. 

- Mayu... 

Poderwała się na równe nogi i uśmiechnęła szeroko. 

-  Muszę  już  lecieć.  Chłopcy  zostali  sami;  pewnie  całkiem 

zapomnieli o odrabianiu lekcji. 

Andy odprowadził ją do samochodu i otworzył drzwi. 

background image

- Jestem twoim przyjacielem - powiedział, ujmując ją za łokieć. - 

Pamiętaj o tym. 

Pokiwała  smętnie  głową.  Naprawdę  nie  chciała  sprawić  mu 

przykrości. 

-  Możesz  do  mnie  przyjść  lub  zadzwonić,  kiedy  tylko  zechcesz. 

Żeby  pogadać,  pośmiać  się,  popłakać.  O  każdej  porze  dnia  i  nocy. 

Dobrze? 

- Dzięki, Andy. 

Cmoknęła  go  w  policzek,  po  czym  wsiadła  do  samochodu  i 

szybko  odjechała.  Bała  się,  że  jeszcze  chwila,  a  zacznie  beczeć.  Na 

środku  ulicy!  Tego  tylko  brakowało.  Cale  miasteczko  huczałoby  od 

plotek. 

Pociągnąwszy  raz  czy  drugi  nosem,  zaczęła  myśleć  o  tym,  co  ją 

jeszcze dziś czeka. Przed pójściem spać musi dokończyć esej i wysłać 

go e-mailem do swojego profesora. Ale zanim zabierze się do pisania, 

musi najpierw sprawdzić, czy chłopcy  odrobili lekcje, potem zagonić 

ich do łóżka. 

Boże, ależ jest zmęczona! I znów bolą ją plecy. A oprócz pleców 

nogi.  Przez  chwilę  zastanawiała  się,  czym  sobie  na  to  zasłużyła.  Co 

takiego zrobiła, że los ją tak pokarał? 

- Byłam głupia - odpowiedziała sama sobie. - I zakochałam się w 

niewłaściwym mężczyźnie - dodała smutno. 

Zaparkowała  przed  domem  i  powoli  wygramoliła  się  z 

samochodu.  Przez  kilka  następnych  godzin  nie  miała  chwili 

wytchnienia. Sprawdziła, czy Joe  z  Teddym odrobili lekcje, pomogła 

background image

matce  przygotować  kolację  i  nakryć  do  stołu,  przypilnowała,  by  o 

dziewiątej  chłopcy  leżeli  wykąpani  w  łóżkach,  potem  zasiadła  do 

własnej pracy. 

Drake'a widziała w przelocie. Przyjrzał się jej uważnie, ale nic nie 

powiedział.  A co tam! - pomyślała,  wkładając świeżą koszulę nocną; 

nie  muszą  rozmawiać.  Nie  załamie  się  z  tego  powodu.  Skoro  nie 

załamała się, kiedy wyjechał, zostawiając jej list... 

Rozległo się ciche pukanie do drzwi. 

- Nie dzisiaj! - zawołała. 

W uchylonych drzwiach pojawiła się głowa Drake'a. 

-  Tego  już  za  wiele!  Od  dziś  będę  zamykać  się  na  klucz  - 

oznajmiła gniewnie. 

- Dlaczego? Czyżby ustawiała się kolejka chętnych? 

-  Czy  muszę  słuchać  tych  zniewag?  -  spytała,  wznosząc  oczy  do 

nieba.  Po  chwili  przeniosła  spojrzenie  na  intruza.  -  Nie  muszę!  Więc 

wyjdź, zanim zacznę krzyczeć. 

Popatrzył  na  nią  ze  skruchą  w  oczach.  Przez  moment  wahał  się, 

niepewny, czy ma wyjść, czy może jednak zostać, po czym tak jak to 

miał w zwyczaju, usiadł okrakiem na krześle. 

- Widziałem cię dzisiaj w miasteczku. 

- Co z tego? 

- Całowałaś się z jakimś facetem na ulicy. Co jest grane? 

Ściągnęła brwi. 

- Nie mam najmniejszego pojęcia, o czym mówisz. 

background image

- Spotykacie się? - spytał, a kiedy zdumiona wytrzeszczyła oczy, 

dodał: - Czy to coś poważnego? 

Wreszcie zrozumiała, kogo Drake ma na myśli. 

- Andy to mój stary kumpel - rzekła. 

- To był Andy? - zdziwił się. - Nie poznałem go. 

- Bo ostatni raz widzieliście się w szkole. Od tamtej pory minęły 

lata.  A  ludzie  się  zmieniają.  Dorastają.  Przynajmniej  niektórzy  - 

dorzuciła kąśliwie. 

-  Uważasz,  że  ja  nie?  -  Roześmiał  się,  nic  sobie  nie  robiąc  z  jej 

złośliwości. 

Dziecko  fiknęło  koziołka.  Maya  syknęła  i  przyłożyła  rękę  do 

brzucha.  Bała  się,  że  jak  tak  dalej  pójdzie,  nie  dotrwa  do 

wyznaczonego terminu porodu. 

- Wezmę maść - zaproponował Drake. 

- Nie... 

Zanim  zdążyła  zaprotestować,  sięgnął  po  słoik.  Otwierając  go, 

śmiał się cicho. 

- Co cię tak rozbawiło? - spytała. 

Czuła się gruba, niezdarna i traciła cierpliwość. 

-  Ciekawe,  co  sobie  o  nas  pomyśli  naszą  córka,  jak  tak  w  kółko 

będziemy cię smarować maścią dla koni. 

- Nic sobie nie pomyśli. Zostaw mnie. Daj mi święty spokój. 

-  Przykro  mi,  nie  mogę  -  oznajmił  stanowczo.  -  Połóż  się.  - 

Wskazał ręką łóżko. 

background image

Westchnęła zrezygnowana i dźwignąwszy się z fotela, przeszła do 

łóżka. Było jej wszystko jedno, jak wygląda. Drake i tak nie zamierza 

się na nią rzucić. Przecież go nie pociąga. Ni stąd, ni zowąd zalała ją 

fala  wspomnień  i  łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  Osiem  miesięcy  temu 

obsypywał  ją  pieszczotami,  całował,  szeptał  do  ucha  czułe  słówka, 

zapewniał o miłości. A potem nagle wyjechał. 

- Co ci jest? - spytał łagodnie. 

Potrząsnęła  głową.  Może  te  czułe  słówka  co  innego  znaczyły? 

Może  tylko  jej  się  wydawało,  że  Drake  ją  kocha?  Może  mówiąc  o 

miłości, miał na myśli sympatię, pożądanie, chęć bycia blisko drugiej 

osoby i przeżycia razem paru wspaniałych chwil?  

Ale  nie.  Na  pewno  nic  sobie  nie  ubzdurała.  Kochał  ją.  Widziała 

to, kiedy na nią patrzył; czuła, kiedy ją pieścił. 

- Nic. 

Położyła  się  na  chłodnym  prześcieradle  i  zgiąwszy  nogę  w 

kolanie,  przewróciła  się  na  bok.  Z  taką  samą  sprawnością,  jaką 

wykazał się poprzedniego wieczoru, rozsmarował jej po plecach maść. 

Najpierw  znikł  ból,  potem  napięcie  w  mięśniach.  Powolne  ruchy  rąk 

miały  działania  usypiające.  Maya  raz  po  raz  zapadała  w  krótką 

drzemkę. 

- Jesteś piękna - szepnął w którymś momencie. 

- Jeśli się lubi kaszaloty... 

Roześmiawszy  się  cicho,  odstawił  słoik  na  stół,  po  czym 

przysunął dłonie do jej wystającego brzucha. 

- Pozwól się dotknąć. Proszę cię. Obróć się do mnie przodem. 

background image

Mówił  tak  błagalnym  tonem,  z  taką  pokorą  w  głosie,  że  nie 

umiała mu odmówić. Z jego pomocą przewróciła się na drugi bok. Z 

wyrazem  najwyższego  skupienia  na  twarzy  wpatrywał  się  w  jej 

brzuch, od czasu do czasu delikatnie go gładząc. 

-  To  istny  cud  -  powiedział,  kiedy  wiercące  się  w  jej  brzuchu 

maleństwo kopnęło go piętą w rękę. 

-  Masz  rację  -  przyznała  niemal  bezgłośnie,  jakby  nie  chciała 

burzyć nastroju powagi. 

Nie  mogła  oderwać  od  Drake'a  oczu.  Tak  bardzo  go  pragnęła. 

Gdyby  tylko  ją  kochał!  Gdyby  chciał  mieć  żonę,  rodzinę!  Byliby 

razem tacy szczęśliwi! 

-  Wprost  niewiarygodne,  że  potrafimy  stworzyć  coś  tak 

wspaniałego. Nigdy wcześniej nie myślałem o dzieciach... 

W  milczeniu  słuchała,  jak  z  zachwytem  i  przejęciem  powtarza 

słowa  o  cudzie  narodzin.  Podniósł  głowę  i  napotkał  jej  pytające 

spojrzenie.  Gdy  jego  twarz  rozjaśnił  ciepły  uśmiech,  Mayę  ogarnął 

błogi  spokój.  Ręce  Drake'a  gładziły  jej  osłonięty  jedwabną  koszulą 

brzuch. Razem, w ciszy, dumali nad tajemnicą poczęcia. Wiedziała, że 

do końca życia zapamięta tę chwilę. 

Łzy  wezbrały jej pod powiekami. Zamknęła oczy, aby Drake nie 

widział, że płacze. 

- Mayu... - przerwał milczenie. - Powinniśmy się pobrać. I to jak 

najszybciej. Zanim jeszcze dziecko się urodzi. 

background image

Jaka  romantyczna  propozycja,  pomyślała  ironicznie;  w  skali  od 

jednego do dziesięciu przyznała jej jeden punkt. Zła na siebie za to, że 

znów była gotowa ulec wdziękom Drake'a, odepchnęła jego dłoń. 

-  Na  miłość  boską,  a  to  dlaczego?  -  spytała,  usiłując  zachować 

spokój i rozsądek. - Dziecko jest wyłącznie moją odpowiedzialnością. 

Nie musisz się nami przejmować. 

Spodziewała  się  gniewnej  riposty,  ale  pomyliła  się.  Przez  kilka 

sekund  wpatrywał  się  w  nią  w  milczeniu.  W  jego  ciemnych  oczach 

migotały złociste iskierki. 

-  Ale  się  przejmuję  -  rzekł  w  końcu.  -  Stworzyliśmy  razem  to 

życie... 

- Nieprawda. 

Wziął głęboki oddech, po czym wolno wypuścił powietrze. 

- Co by wykazały testy DNA? 

Opuściła wzrok. 

-  Nie  wyjdę  za  mąż  tylko  po  to,  aby  dać  córce  twoje  nazwisko  - 

oznajmiła. - Nazwisku Ramirez niczego nie można zarzucić. Noszę je 

z dumą. 

-  I  słusznie.  Twoi  rodzice  to  jedni  z  najszlachetniejszych  ludzi, 

jakich znam. Ale mówimy teraz o dziecku. O naszym dziecku - dodał 

cicho, ponownie przysuwając dłonie do jej brzucha. 

-  Nie  słyszałeś,  co  powiedziałam?  Marissa  jest  wyłącznie  moim 

problemem i moją odpowiedzialnością. 

Tym razem jego oczy rozbłysły gniewnie. 

background image

-  Za  kogo  mnie  masz?  Naprawdę  aż  tak  nisko  mnie  cenisz,  że 

zamiast  przyjąć  moją  propozycję,  wolisz  napomnieć  o  tym,  co  nas 

łączyło? 

- Sama nie wiem - szepnęła. 

Czuła  się  rozdarta.  Z  jednej  strony  dniami  i  nocami  marzyła  o 

Drake'u,  z  drugiej  strony  rozsądek  podpowiadał  jej,  aby  nie  robiła 

sobie nadziei. 

Po jej słowach Drake zamarł bez ruchu; patrzył na nią tak, jakby 

nie  wierzył  własnym  uszom.  W  tym  momencie  zreflektowała  się,  że 

wyrządziła mu ogromną przykrość. 

- Przepraszam - powiedziała szybko. - Nie o to... Po prostu chcę, 

żeby moja córka była szczęśliwa. Wymuszone małżeństwo nie wydaje 

mi się najlepszym rozwiązaniem. 

-  Nikt  na  mnie  nie  naciska.  Szedłbym  do  ołtarza  z  własnej 

nieprzymuszonej woli - zapewnił ją. 

Niewiele to pomogło,  ona i tak wiedziała swoje. Oświadczył się, 

bo  był  człowiekiem  honoru.  Świetnie.  Ona  jednak  nie  zamierzała 

przyjąć  oświadczyn.  Może  z  czasem  pokochałby  dziecko,  ale  ją, 

Mayę, znienawidziłby za to, że go uwięziła w klatce, której od lat się 

wystrzegał. 

-  W  liście  pożegnalnym  napisałeś,  że  w  twoim  życiu  nie  ma 

miejsca na żonę - przypomniała mu. 

-  Człowiek  w  stresie  wygaduje  różne  głupoty.  Przepraszam,  że 

wyjechałem  wtedy  bez  pożegnania.  Ale  otrzymałem  wiadomość 

telefoniczną, że jestem pilnie potrzebny i mam natychmiast wracać do 

background image

bazy.  Powinienem  był  cię  obudzić,  a  nie  wymykać  się,  kiedy  spałaś. 

Zachowałem się kretyńsko. Jak tchórz. 

Sprawiał  wrażenie,  jakby  mu  rzeczywiście  było  przykro.  Nie 

wiedziała, co powiedzieć. Nic mądrego nie przychodziło jej do głowy. 

Nie zamierzała się jednak nad nim litować. Westchnęła ciężko.  

Jego  twarz  złagodniała.  Zgasiwszy  światło,  pochylił  się  nad 

łóżkiem. 

- Jeszcze nie skończyliśmy tej rozmowy - rzekł. - Zanim wyjadę z 

domu, powiesz mi całą prawdę. Musimy wszystko dokładnie omówić 

i ustalić, co dalej. 

Oknem  wpadały  promienie  księżyca;  w  pokoju  panował  łagodny 

srebrzysty  półcień.  Maya  z  uwagą  przyglądała  się  Drake'owi. 

Wyczuwała  w  nim  głęboko  skrywany  smutek,  mrok,  którego  nic  nie 

jest w stanie rozproszyć.  

I  nagle  zrozumiała, czego  od  niego  pragnie.  Oczywiście  uczucia, 

ale  nie  tylko.  Ważniejsza  była  radość.  Chciała,  by  Drake  był 

szczęśliwy  w  miłości,  by  miłość  płynęła  z  potrzeby  serca,  z  chęci 

dawania i dzielenia się, a nie z obowiązku. 

Delikatnie przyłożył palce do jej powiek. 

- Śpij - szepnął. 

Po chwili już go nie było. W pokoju zrobiło się pusto; w jej sercu 

również.  Nawet  dziecko  przestało  kopać,  jakby  jego  także  zasmuciło 

zniknięcie tatusia. 

 

 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

W  środę  rano,  nie  czekając,  aż  Inez  wyłoni  się  z  jednego  z 

pomieszczeń,  które  akurat  sprzątała,  Joe  Colton  sam  otworzył  drzwi. 

Na  zewnątrz,  z  ponurym  wyrazem  twarzy,  stał  Thaddeus  Law, 

miejscowy detektyw zajmujący się sprawą ubiegłorocznej strzelaniny, 

jaka  miała  miejsce  podczas  przyjęcia  z  okazji  sześćdziesiątych 

urodzin gospodarza. 

Joe instynktownie nastawił się na złe wieści. 

-  Wejdź,  Thad  -  powiedział,  zapraszającym  gestem  wskazując 

swój gabinet. - Napijesz się kawy? 

Detektyw  liczył  około  trzydziestu  pięciu  lat,  ale  wyglądał 

znacznie starzej, jak człowiek ciężko doświadczony przez los. Śmierć 

żony  w  wypadku  samolotowym  i  trudy  związane  z  samodzielnym 

wychowywaniem małej córki na pewno przysporzyły mu zmarszczek. 

Ale niedawno ożenił się po raz drugi, z Heather McGrath, która była 

osobistą  sekretarką  Joego,  a  zarazem  córką  jego  przybranego  brata 

Petera  McGratha.  Może  więc  w  życiu  detektywa  wreszcie  znów 

zaświeciło słońce. 

- Z przyjemnością - odparł. Zdjąwszy kapelusz, usiadł na krześle. 

- Co za paskudna pogoda. Zimno i deszcz. Gdybym mógł, najchętniej 

cały dzień spędziłbym przy kominku. 

Skinął  głową  na  murowany  kominek,  w  którym  strzelały 

płomienie ognia. 

- Zapowiadali wczoraj, że w nocy nadciągnie kolejny zimny front. 

- Joe podniósł termos i nalał kawy do dwóch kubków. Na widok syna, 

background image

który przystanął w drzwiach, sięgnął po trzeci kubek. - Wejdź, Drake. 

Znasz Thaddeusa, prawda? 

- Oczywiście. 

Drake  uścisnął  dłoń  gościa;  wziąwszy  kubek,  usiadł  obok  na 

krześle. 

- Masz jakieś wiadomości? 

- Owszem - odparł detektyw, po czym zwrócił się do Joego: - Czy 

twoja żona jest w domu? 

Joe  nie  zdziwił  się,  że  detektyw  pyta  o  Meredith.  Po  nieudanym 

zamachu  na  jego  życie  policja  przesłuchiwała  ją  przez  wiele  godzin. 

Meredith była główną podejrzaną. Gdyby mu kiedyś powiedziano, że 

żona  pragnie  jego  śmierci,  popukałby  się  w  czoło.  Sam  pomysł 

wydałby  mu  się  absurdalny.  Ale  teraz...  prawdę  mówiąc,  sam  nie 

wiedział, czego się może po niej spodziewać. 

- Zaraz ją poproszę - rzekł, podnosząc słuchawkę telefonu. 

Głos  miała  zaspany;  nawet  nie  starała  się  ukryć  irytacji.  Joe 

wyjaśnił  żonie,  że  Thaddeus  chciałby  się  z  nią  zobaczyć.  Przez 

dobrych kilkanaście sekund Meredith milczała, wreszcie oznajmiła, że 

potrzebuje  pięciu  minut,  by  się  ubrać.  Siląc  się  na  uśmiech,  Joe 

powiadomił gościa, że Meredith pojawi się za dwadzieścia minut. 

Pomylił  się  o  kwadrans.  Weszła  do  gabinetu,  ciągnąc  za  sobą 

zapach drogich perfum, które dostała od męża na Gwiazdkę. Miała na 

sobie  eleganckie  czarne  spodnie  i  czarną  górę.  Wszystkie  jej  stroje 

kosztowały majątek i odznaczały się  elegancją. Bezpowrotnie minęły 

background image

czasy,  kiedy  ubrana  w  dżinsy  i  tenisówki  biegała  roześmiana  po 

ogrodzie, namawiając dzieci i męża, aby spróbowali ją złapać. 

- Kawy? - spytał Joe, usiłując odpędzić wspomnienia, które coraz 

częściej go nachodziły. 

Dzieci dorastały, opuszczały dom, zakładały rodziny. Nieciekawie 

zapowiadała się jesień życia: smutno, pusto, samotnie. 

-  Poproszę  -  rzekła  Meredith.  Pogardliwym  wzrokiem  zmierzyła 

Thaddeusa Lawa. - Co pana sprowadza? Ma pan jakieś wiadomości o 

Emily? 

-  Nie,  proszę  pani  -  odparł  uprzejmie  detektyw.  -  Przybywam  w 

innej sprawie. 

Ani powaga w głosie gościa, ani jego imponująca postura zdawały 

się  nie  robić  na  Meredith  najmniejszego  wrażenia.  Przyjęła  od  męża 

filiżankę kawy i usiadłszy  wdzięcznie na dwuosobowej sofie, uniosła 

pytająco  brwi.  Z  jej  zachowania  przebijały  wrogość  i  chłód.  Joe 

obserwował  żonę  z  zawstydzeniem.  Dawna  Meredith,  kobieta,  którą 

wciąż pamiętał i za którą tęsknił, była ciepła, wylewna, przyjazna. 

-  Pani Colton, czy  orientuje  się pani,  gdzie  obecnie  przebywa  jej 

siostra bliźniaczka? 

Meredith, 

zaskoczona 

pytaniem, 

odstawiła 

filiżankę 

na 

spodeczek,  rozlewając  kawę  po  stoliku  i  dywanie.  Przez  chwilę 

wpatrywała  się  w  detektywa  z  przerażeniem  na  twarzy,  potem 

przerażenie ustąpiło miejsca wściekłości. 

- Jakim prawem grzebie pan w mojej przeszłości? - spytała ostro, 

ignorując jego pytanie. 

background image

- Dokładnie sprawdzamy życiorysy wszystkich osób, które mogły 

mieć  powód,  żeby  popełnić  zbrodnię  -  wyjaśnił  spokojnie  Law.  -  Z 

naszych  informacji  wynika,  że  pani  matka  urodziła  dwójkę  dzieci, 

bliźniaczki Meredith i Patsy. Sprawdzając dalej, odkryliśmy, że Patsy 

Portman  została  skazana  na  karę  pozbawienia  wolności  za 

morderstwo.  W  wieku  osiemnastu  lat  zabiła  mężczyznę,  który  był 

ojcem jej dziecka. 

- Dobry Boże! - zawołał Joe, zszokowany wiadomością. 

Odruchowo  chwycił  garść  serwetek  i  zaczął  wycierać  rozlaną  na 

stoliku  kawę.  Dziesiątki  myśli  krążyły  mu  po  głowie.  Nagle  zerknął 

na  Drake'a;  zrobiło  mu  się  go  żal.  To  straszne,  kiedy  dzieci  tracą 

zaufanie  do  rodziców.  On  sam  od  dawna  nie  miał  już  żadnych 

złudzeń, że Meredith się zmieni, ale... 

Nie było czasu, żeby się nad tym teraz zastanawiać. Zresztą Drake 

był  dorosłym  mężczyzną,  który  niejedno  w  życiu  widział.  Kolejny 

kłopot czy zmartwienie nie załamie go. 

- Później - kontynuował detektyw - przeniesiono ją do zakładu... - 

tu zrobił wymowną przerwę - dla psychicznie chorych. 

Joe wciągnął głośno powietrze. 

-  Mamo,  to  prawda?  -  spytał  z  niedowierzaniem  Drake,  usiłując 

cokolwiek z tego zrozumieć. 

Obejrzawszy  się  przez  ramię,  popatrzył  zaniepokojony  na  ojca, 

jakby bał się, czy pod wpływem tych zaskakujących rewelacji Joe nie 

dostanie  zawału.  Ojciec  stał  przygarbiony,  ze  zrezygnowaną  miną, 

background image

jakby  już  na nic dobrego  w  życiu  nie  liczył.  Drake  jeszcze  nigdy  nie 

widział go w takim stanie. 

- Jeśli nawet, to co? - warknęła Meredith, mierząc syna gniewnym 

spojrzeniem. - To nie ma ze mną nic wspólnego! 

Drake  pokręcił  smutno  głową.  Zdał  sobie  sprawę,  że  informacje 

policji są dokładne i rzetelne; nie był to zły sen, z którego wszyscy za 

chwilę mieli się obudzić. 

-  Gdzie  ona  jest,  ta  siostra,  o  której  nigdy  nikomu  nie 

wspomniałaś? - zapytał Joe. 

Widać  było,  że  z  trudem  panuje  nad  emocjami.  Nagle  Meredith 

nie wytrzymała napięcia; załamała się. 

- Nie żyje! - Zakryła rękami twarz. - Od lat nie żyje. 

Ojciec  z  synem  popatrzyli  na  detektywa,  czekając  na 

potwierdzenie. Ten wzruszył ramionami. 

-  Pani  Colton,  czy  ma  pani  jakiekolwiek  potwierdzenie  jej 

śmierci?  Akt  zgonu,  dokumenty  ze  szpitala,  zaświadczenie  o 

pogrzebie, cokolwiek? 

Meredith  opuściła  ręce.  Sprawiała  wrażenie  osoby  chorej, 

obłąkanej,  która  lada  moment  rzuci  się  z  pazurami  na  wroga,  by 

rozorać  mu  twarz.  W  jej  oczach  płonął  jakiś  dziki  blask.  Po  chwili 

uśmiechnęła się triumfalnie. 

- Tak, przypomniałam sobie! - Poderwała się na nogi. - Mam list z 

kliniki  St.  James.  Zaraz  go  przyniosę.  Całe  szczęście,  że  go  nie 

wyrzuciłam... 

background image

Wybiegła  z  gabinetu.  Na  wszelki  wypadek  detektyw  postanowił 

dotrzymać  jej  towarzystwa.  Drake  zerknął  na  ojca.  Po  chwili  obaj 

pognali  za  detektywem.  Patrzyli  mu  przez  ramię,  kiedy  wyjmował  z 

koperty list, na którym figurowała nazwa kliniki. List zawierał wyrazy 

współczucia z powodu śmierci Patsy Portman. 

Nadawca wspominał o kłopotach zdrowotnych Patsy, o jej chorej 

psychice;  miał  nadzieję,  że  tam,  dokąd  się  przeniosła,  będzie  wiodła 

szczęśliwsze  życie  niż  na  ziemi.  Zgodnie  z  życzeniem  zmarłej,  jej 

ciało zostało poddane kremacji, a prochy rozrzucone nad Pacyfikiem. 

-  Miała  do  mnie  pretensje  -  wyznała  Meredith,  kiedy  unieśli 

wzrok  znad  listu.  -  Podczas  procesu  nie  chciałam  kłamać  w  jej 

obronie. Potraktowała to jako zdradę. 

-  Dlaczego  nigdy  nam,  a  przynajmniej  mnie,  nie  wspomniałaś  o 

siostrze? - spytał Joe. 

-  Patsy  błagała  mnie  o  to.  Po  kilku  miesiącach  pobytu  w  klinice 

poprosiła  rodzinę,  aby  wymazać  ją  z  pamięci.  Aby  zapomnieć  o  jej 

istnieniu. Twierdziła, że... że jest zerem, śmieciem, że... 

Zatkawszy  cicho,  Meredith  wyciągnęła  rękę,  jakby  chciała  się 

czegoś  przytrzymać.  Drake  złapał  matkę,  zanim  osunęła  się  na 

podłogę. 

- Połóż ją na łóżku - polecił mu Joe. - Zaraz się nią zajmę. 

-  Muszę  zachować  ten  list  -  oznajmił  detektyw,  zwracając  się  do 

Joego. - Dołączyć go do akt. 

background image

Skinieniem  głowy  Joe  wyraził  zgodę,  po  czym  przykrył  żonę 

ciepłym  kocem.  Drake  zamoczył  w  łazience  ręcznik  i  umieścił  go na 

czole matki. 

- Zawołam Inez. 

-  Dobry  pomysł  -  poparł  go  ojciec.  -  Chciałbym  jeszcze 

porozmawiać z Thaddeusem. 

Parę  minut  później,  po  uzyskaniu  dalszych  informacji  od 

detektywa, Drake udał się do sypialni, by uporządkować myśli. Jedna 

rzecz nie ulegała wątpliwości: w ostatnim czasie wszystkie przyjazdy 

do domu obfitowały w niespodzianki. 

Po dokładnym zastanowieniu się podjął decyzję. Upewniwszy się, 

że  matka  wciąż  leży,  a  Inez  siedzi  na  fotelu  przy  łóżku,  wrócił  do 

siebie.  Na  wschodnim  wybrzeżu  minęło  południe.  Sięgnąwszy  po 

telefon,  wykręcił  numer  kancelarii  w  Waszyngtonie.  Po  pierwszym 

dzwonku  słuchawkę  podniosła  żona,  a  zarazem  asystentka  Randa 

Coltona. 

- Lucy? Mówi Drake. Zastałem brata? 

- Cześć, Drake. Już cię łączę. 

Lubił swoją nową bratową. Nie traciła czasu na czcze pogaduszki 

i  bezsensowne  pytania.  Po  chwili  na  drugim  końcu  linii  usłyszał 

znajomy głos. 

- Hej, stary! Skąd dzwonisz? 

-  Z  naszego  kochanego  domu  -  odparł  Drake.  -  Wiesz,  dzięki 

policji poznaliśmy dziś z ojcem pewną długo skrywaną tajemnicę. 

- Tak? Jaką? 

background image

- Okazuje się, że nasza matka jest osobą niesłychanie dyskretną i 

dotrzymującą  przyrzeczeń.  -  Opowiedział  Randowi  o  wizycie 

detektywa, o rewelacjach na temat siostry bliźniaczki, o liście z kliniki 

St.  James  informującym  o  śmierci  Patsy  Portman,  i  zasłabnięciu 

matki. - I co ty na to? - spytał. 

- To ja przysłałem ojcu list, że Emily jest cała i zdrowa - oznajmił 

Rand. 

Wiadomość ta lekko zbiła Drake'a z tropu. Jednakże znając brata, 

wiedział,  że  między  tymi  dwoma  sprawami  musi  istnieć  jakiś 

związek. 

- Rozmawiałeś z nią? 

-  Tak.  Prosiła,  żebym  nie  zdradzał  jej  miejsca  pobytu. 

Powiedziałbym ci, ale... ale nie chcę przez telefon. 

-  Słusznie.  -  Drake  przyznał  mu  rację.  -  W  tym  momencie  do 

nikogo nie mam zaufania. 

-  Słuchaj,  stary.  Pamiętasz,  jak  Em  upierała  się  przed  laty,  że  na 

miejscu wypadku były dwie mamusie, dobra i zła? 

Po plecach Drake'a przeszedł dreszcz. 

- Pamiętam. 

- Najnowsze rewelacje by to potwierdzały. 

Drake zaklął po nosem. 

- Psiakrew! Wierzyć się nie chce, że... - urwał.  

Bo nagle pomysł, że ktoś podszywa się pod ich matkę, wcale nie 

wydał mu się tak szalony i nierealny, jak by się mogło wydawać. 

background image

-  Sytuacja  jak  z  kiepskiego  filmu,  prawda?  -  spytał  po  chwili 

Rand.- Dwie siostry. Bliźniaczki. Jedna dobra, druga zła. 

- Czyli co? Uwierzyłeś Emily? 

Rand westchnął głośno. 

- Nie do końca. Ale poprosiłem Austina McGratha, aby pogrzebał 

w przeszłości mamy. 

-  Rany  boskie,  Rand!  Wiedziałeś  i  nie  pisnąłeś  słówka?  -  Nic 

dziwnego, pomyślał Drake, że po wysłuchaniu jego relacji brat wcale 

nie sprawiał wrażenia zaskoczonego. - Wiedziałeś  o bliźniaczce i o... 

o morderstwie? 

-  A  także  o  zakładzie  dla  obłąkanych  -  potwierdził  Rand.  -  Tę 

informację  akurat  Lucy  odkryła.  Wprawdzie  miałem  trochę  więcej 

czasu  niż  ty  i  ojciec,  żeby  się  ze  wszystkim  oswoić,  ale  wierz  mi, 

byłem równie zszokowany jak wy. Prosiłem Austina, żeby spróbował 

dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o  Patsy  Portman,  na  razie  jednak  nie 

trafił  na  żaden  ślad.  Jeśli  Patsy  rzeczywiście  nie  żyje,  dalsze 

poszukiwania nie mają sensu. 

- Jeżeli nie żyje? 

Rand odpowiedział dopiero po dłuższej chwili: 

-  A  może  to  mama  nie  żyje?  Może  Patsy  się  pod  nią  podszyła, 

może  zajęła  jej  miejsce?  To  by  pasowało  do  wersji  o  dwóch 

mamusiach, której Emily tak kurczowo się trzyma. 

Teraz z kolei Drake milczał przez kilka sekund. 

- Wiesz, co by to znaczyło? - spytał wreszcie. 

- Wiem. Że mama została zamordowana. 

background image

- To szaleństwo! Przez dziesięć lat żylibyśmy z jej sobowtórem? I 

nikt z nas by się nie zorientował? Nawet ojciec? Nie, to się w głowie 

nie mieści. 

-  Niby  masz  rację,  ale...  podejrzewam,  że  rodzice  od  lat  ze  sobą 

nie  sypiają.  Już  nawet  nie  kojarzę,  kiedy  urządzili  dwie  oddzielne 

sypialnie. 

-  Na  pewno  przed  narodzinami  Teddy'ego.  Pamiętam,  że 

przyjechałem  do  domu  na  ferie  i  byłem  tym  faktem  mocno 

zbulwersowany. - Drake ponownie zaklął. 

-  Ja  też  -  przyznał  Rand.  -  Nie  mogłem  tego  pojąć.  W  każdym 

razie  wszystkie  te  najnowsze  informacje  wałkujemy  z  Lucy  na 

okrągło. Wydaje nam się, że Em wpadła na jakiś trop, ale nie wiemy 

jaki. 

- Jeśli się nie mylę, bliźnięta jednojajowe mają identyczne DNA, 

prawda? 

-  Zgadza  się.  Testy  nic  nie  wykażą.  Chyba  że  jedno  z  bliźniąt 

chorowało  na  coś,  na  co  drugie  nie  chorowało  i  w  jego  krwi 

wytworzyły się przeciwciała. 

Przez godzinę snuli różne hipotezy i domysły, w końcu doszli do 

wniosku, że potrzebują więcej danych. Bez tego ani rusz. 

- Odezwij się, jak Austin odkryje coś nowego - poprosił Drake. - 

A ja cię będę informował, co się dzieje w domu. 

- W porządku. 

-  Wiesz,  co  mi  nie  daje  spokoju?  Niepewność.  Cały  czas  się 

zastanawiam,  o  co  w  tym  wszystkim  chodzi.  Czy  ta  kobieta,  ta 

background image

okrutna  bliźniaczka,  podszywa  się  pod  naszą  mamę?  Czy  to  ona 

spowodowała  tamten  wypadek  przed  laty?  Czy  zabiła  prawdziwą 

Meredith, ukryła ciało, a sama zajęła jej miejsce? 

-  Emily  święcie  w  to  wierzy  -  odparł  Rand.  -  W  dodatku uważa, 

że  osoba  podająca  się  za  naszą  matkę  wynajęła  płatnego  mordercę, 

aby  teraz  zgładził  ją,  ponieważ  była  świadkiem  tamtego  zdarzenia  i 

jako jedyna powątpiewa w tożsamość Meredith. Zdaniem Em ten sam 

człowiek, który czyha na jej życie, został wynajęty do zabicia ojca. 

Drake przymknął na moment powieki i potarł palcami nos. 

- Chryste! Cała ta sprawa staje się coraz bardziej komplikuje. 

-  To  prawda...  Drake?  Bądź  czujny,  dobrze?  -  Ostrzeżenie  w 

głosie brata przejęło go dreszczem. - Jak długo masz zamiar zostać na 

ranczu? 

- Prosiłem o dwumiesięczny urlop. W razie konieczności mogę go 

przedłużyć. Wiesz, że Maya jest w ciąży? 

-  Ojciec  mi  wspomniał  -  przyznał  z  rozbawieniem  Rand.  - 

Wybacz, braciszku, za niedyskretne pytanie, ale czy to twoje dziecko? 

-  Tak  sądzę,  ona  jednak  odmawia  odpowiedzi  na  ten  temat. 

Kobiety potrafią być strasznie uparte. 

- Zamierzacie się pobrać? 

- Nie wiem. Proponowałem małżeństwo. Ona uważa, że byłby to 

błąd. 

Przypomniał  sobie  pogodną,  uśmiechniętą  Mayę  sprzed  ośmiu 

miesięcy i natychmiast poczuł dojmujący ból. 

background image

- Potrafię to zrozumieć - powiedział ze śmiechem Rand. - Słuchaj, 

przekaż  jej  ode  mnie,  żeby  się  nie  wygłupiała.  Chcę,  żeby  dziecko, 

mój bratanek lub bratanica, dorastało w normalnej rodzinie. 

-  Bratanica.  Tak  wykazało  badanie  USG.  No  dobrze,  przekażę 

Mai twoje dobre rady, a ty pozdrów ode mnie Lucy i Maksa. 

Rand  obiecał,  że  nie  zapomni,  po  czym  bracia  rozłączyli  się. 

Drake wciągnął kurtkę i wyszedł na dwór.  Liczył na to, że spacer po 

plaży  pomoże  mu  oczyścić  umysł.  Niebo  było  zasnute  chmurami, 

powietrze zimne, przesiąknięte wilgocią. Opadającym zboczem ruszył 

w stronę skał, wokół których unosiła się gęsta mgła.  

Przy schodach prowadzących w dół na plażę omal nie potknął się 

o siedzącą postać. 

- Cholera jasna! - wyrwało mu się. 

-  Ojej,  przepraszam.  Nie  słyszałam  wcale  twoich  kroków  - 

powiedziała Maya, owijając się ciaśniej wełnianym szalem. 

Serce zabiło mu mocniej. Usiadł obok niej na górnym stopniu. 

- Nic ci nie jest? 

-  Nic.  Chciałam  odetchnąć  świeżym  powietrzem  i  chwilę  pobyć 

sama...  -  Urwała,  jakby  obawiając  się,  że  jej  potrzeba  samotności 

może zostać niewłaściwie odczytana. 

-  Ja  też.  Mam  potworny  mętlik  w  głowie.  Tyle  spraw  muszę 

przemyśleć, uporządkować... 

Zaczęła się podnosić. 

- W takim razie... 

Chwycił ją za ramię. 

background image

- Nie odchodź. Chciałbym cię o coś spytać. 

Jej  piękne  czarne  oczy  popatrzyły  na  niego  podejrzliwie.  Kiedyś 

patrzyły ufnie. Ale to było dawno temu. Od tego czasu minęły wieki. 

- Całe życie znasz moją rodzinę... 

- Owszem. 

-  Czy  na  przestrzeni  lat  zauważyłaś  różnicę  w  zachowaniu  mojej 

matki? Czy bardzo się zmieniła? 

Przez  chwilę  Maya  przyglądała  mu  się  w  milczeniu,  po  czym 

wbiła wzrok w kłębiące się nad wodą opary mgły. 

- Każdy z wiekiem się zmienia - odparła. 

Prychnął niecierpliwie. 

- Wiem, ale na ogół zmiany są drobne. System wartości pozostaje 

taki  sam,  podobnie  jak  usposobienie.  A  ja  pytam  o  głębsze  zmiany 

dotyczące charakteru, postępowania... 

- A ty jak uważasz? Widzisz zmiany? 

Zamyślił się. 

-  Widzę  -  przyznał.  -  Kiedy  byłem  dzieckiem,  mama  jeździła 

konno,  bawiła  się  z  nami  w  ogrodzie,  urządzała  pikniki.  Później... 

wydaje  mi  się,  że  przestała.  Ale  sam  nie  wiem.  Póki  studiowałem, 

przyjeżdżałem tu tylko na ferie, potem też bardziej byłem gościem niż 

domownikiem. 

Maya pokiwała głową. 

-  Dawniej  twoja  mama  rzeczywiście  wydawała  się  milsza, 

bardziej przyjazna. Ale Lana i ja niewiele spędzałyśmy z wami czasu; 

rodzice  nie  pozwalali  nam  pałętać  się  po  waszym  domu.  Zresztą 

background image

dzieliły  nas  zbyt  duże  różnice  wieku,  aby  dochodziło  do  wspólnych 

gier czy zabaw. 

- Jeśli nie liczyć meczów baseballowych - przypomniał jej Drake. 

- Ściągaliśmy wszystkich, żeby utworzyć dwie drużyny. Nieźle sobie 

radziłaś. Jak na dziewczynę. 

Obdarzyła go uśmiechem, po czym przeniosła wzrok na morze. 

-  Oczywiście  jako  osoba  dorosła,  w  dodatku  na  pensji  u  twojej 

mamy,  inaczej  na  wszystko  patrzę  niż  wtedy,  gdy  byłam  dzieckiem. 

Coltonowie  są  bogaci,  wpływowi,  mają  pozycję...  -  Wzruszyła 

ramionami. 

- Naprawdę takie masz o nas zdanie? Uważasz, że jesteśmy bandą 

snobów? 

Rumieniec okrasił jej policzki. 

-  Ależ  skąd!  -  oburzyła  się.  -  Twój  ojciec  jest  wspaniałym 

człowiekiem.  Nigdy  na  nikogo  nie  spojrzał  z  góry,  każdego  traktuje 

jak przyjaciela. 

-  Jednakże  tego  samego  nie  da  się  powiedzieć  o  mamie?  -  Gdy 

milczała, dodał: - A o mnie? Jak mnie widzisz? 

Wysunął  rękę  i  pogładził  jej  włosy.  Były  mokre  od  wiszącej  w 

powietrzu mgły. Miał ochotę wziąć Mayę  w ramiona, zamknąć oczy, 

zapomnieć  o  bożym  świecie,  o  kłopotach  nękających  jego  rodzinę. 

Ale  ona,  Maya,  stanowiła  cząstkę  tych  kłopotów.  Najwyższym 

wysiłkiem woli zmusił się, aby cofnąć rękę. 

Obróciwszy się, popatrzyła mu prosto w oczy. 

background image

-  Jak  kogoś,  kto  idzie  wytyczoną  przez  siebie  drogą.  Sam,  nie 

oglądając się na innych. 

-  Samotność  bywa  czasem  męcząca  -  przyznał  cicho,  zaskakując 

zarówno siebie, jak i ją. 

Ponownie  wyciągnął rękę i delikatnie obrysował palcem owal jej 

twarzy. Usta miała pełne. Tak bardzo go kusiły... 

- Mayu... 

Rozmowa  z  detektywem  odcisnęła  na  nim  piętno.  Potrzebował 

bliskości, czułości, dobrego słowa. 

- Nie, proszę cię - szepnęła. - Nie rób tego... 

Nie  umiał  się  powstrzymać.  Wsunął  rękę  w  jej  włosy  i 

przyciągnął ją do siebie. Ogień, jaki w niego wstąpił, zaczął rozjaśniać 

mrok w jego duszy, topić panujący w niej chłód. Powoli ogarnęło go 

pragnienie  wyrwania  się  z  klatki,  w  której  tkwił  od  lat.  Ale  czy 

człowiek  pogrążony  w  przeszłości  ma  prawo  myśleć  o  przyszłości? 

Czy... 

- Czego? - spytał cicho. - Nie pragnąć cię? Nie pożądać? Łatwiej 

byłoby mi odciąć sobie rękę, niż zapomnieć o tobie. Wciąż pamiętam 

ubiegłe lato. Chcę, żeby wróciło. Żeby było tak jak wtedy. 

Pokręciła  głową  i  odwróciła  twarz.  Drżącymi  palcami  ujął  ją  za 

brodę.  Oczy  lśniły  jej  od  łez.  Zacisnąwszy  powieki,  siedziała  bez 

ruchu,  jakby  nie  miała  dokąd  uciec.  Jakby  była  uwięziona  między 

morską tonią a piekłem. 

Uświadomił sobie, że piekło reprezentuje on, Drake. 

- Boże - jęknął cicho. - Nie chciałem cię skrzywdzić. 

background image

-  Nie  skrzywdziłeś.  Po  prostu...  ja  sobie  wyobrażałam  nie 

wiadomo co. Niepotrzebnie się łudziłam. 

Próbowała odwrócić wzrok. Ale Drake wciąż trzymał ją za brodę 

i  nie  puszczał.  Nie  zamierzał  pozwolić,  aby  Maya  wstała  i  odeszła. 

Muszą porozmawiać, wyjaśnić sobie wszystko. 

-  Spisałem  testament  -  oświadczył.  -  Wszystko  zapisałem  tobie  i 

dziecku.  Mam  trochę  własnych  oszczędności,  no  i  są  pieniądze  z 

funduszu  powierniczego,  jaki  rodzice  ustanowili  dla  każdego  ze 

swoich potomków. 

Osiągnął cel: przykuł jej uwagę. 

- Nie chcę twoich pieniędzy! - zawołała gniewnie. - Jak śmiesz... 

Jak  w  ogóle  mogłeś  pomyśleć!  Pieniądze  niczego  nie...  -  Z  trudem 

zapanowała  nad  złością.  -  Nie  potrzebuję  twojego  wsparcia.  Sama 

potrafię o siebie zadbać. O siebie i Marissę. 

Była tak piękna, kiedy się wściekała, że nie mógł się pohamować. 

Pocałował ją. 

Czuł się tak, jakby umierał, a ona była tchnieniem życia. Niemal 

bał  się  ją  puścić,  bez  niej  czekała  go  śmierć.  Kiedy  wstała,  wstał 

razem z nią. Nie przerywał pocałunku. Objąwszy ją w pasie, czuł, jak 

ich  dziecko  energicznie  wymachuje  nóżkami.  Cieszy  się  czy 

protestuje? Tego nie umiał powiedzieć, lecz tak czy owak przepełniały 

go radość i duma. 

Maya  stała  bez  ruchu.  A  potem...  wydawało  mu  się,  że  śni,  ale 

nie...  odprężyła  się  i  oparła  dłonie  na  jego  piersi.  Wcale  nie  po  to, 

żeby  go  odepchnąć!  Zacisnął  mocniej  ramiona.  Tęsknił  za  nią  od 

background image

ośmiu  miesięcy.  I  wreszcie,  bez  wyrzutów  sumienia,  mógł 

rozkoszować się jej dotykiem, pocałunkami. 

Z początku chciała się sprzeciwić, ale wiedziała, że to nic nie da. 

Mężczyzną,  który  tuli  ją  do  piersi,  jest  Drake.  Drake,  który  stanowił 

nierozerwalną  część  jej  życia,  Drake,  o  którym  śniła  codziennie  i  z 

którym  -  chyba  niesłusznie  -  wiązała  w  myślach  swoją  przyszłość. 

Czuła, że jej pragnie.  I ona pragnęła jego.  Zbyt  wiele ich łączyło, by 

potrafili  przejść  koło  siebie  obojętnie.  Ale  czy  pożądanie  wystarczy? 

Czy na nim można budować wspólne życie? 

Brakowało  jej  jego  silnych  ramion,  ognia,  spojrzeń  i  dotyków, 

które  rozpalały  ją  do  czerwoności.  Opierając  się  o  ogrodzenie, 

rozkoszowała  się  pocałunkami.  Wkrótce  jednak  ogarnął  ją  smutek. 

Zdała  sobie  bowiem  sprawę,  że  pożądanie  to  za  mało.  Nawet  miłość 

Drake'a by jej nie zadowoliła. Aby mogli być razem, musiałby wpierw 

oczyścić duszę z dziwnego mroku, jaki ją okrywał. Musiałby wyłonić 

się z ciemności na światło dnia. Musiałby z nadzieją i radością patrzeć 

w przyszłość. 

Łzy  wezbrały  jej  pod  powiekami.  Tak  bardzo  chciała,  by  znów 

zaczął żyć pełnią życia, by pokonał wewnętrzne demony. By zrobił to 

dla siebie, dla niej i ich córeczki. 

-  Wyjdź  za  mnie  -  szepnął,  patrząc  jej  w  oczy,  jakby  chciał  ją 

zahipnotyzować i zmusić do uległości. 

Potrząsnęła głową. 

- Nie mogę. 

- Dlaczego? Dlaczego, psiakość? 

background image

- Bo ty też powinieneś tego chcieć. 

- Chcę. 

- Tak w głębi duszy? Wątpię, Drake. 

Chwycił ją za ramiona, jakby zamierzał nią potrząsnąć. 

-  Jeśli  nie  dla  siebie,  zróbmy  to  chociaż  dla  niej  -  powiedział. 

Rozpaczliwie szukał jakichś argumentów. 

Patrzyła na niego z powagą, bez słowa, a on czuł, jak serce pęka 

mu z bólu. 

-  Przecież  mnie  pragniesz  -  rzekł,  sięgając  pod  szal  i  lekko 

zaciskając dłonie na jej nabrzmiałych piersiach. 

Nie umiała kłamać, zresztą nie widziała powodu. 

-  To  prawda  -  przyznała.  -  Ale  czasem  człowiek  pragnie  więcej, 

niż druga osoba może dać. 

-  Na  przykład?  -  spytał,  całą  uwagę  miał  jednak:  skupioną  na 

zmianach, jakim uległy poszczególne części jej ciała. 

- Sama nie wiem -  odparła, wciągając z sykiem powietrze, kiedy 

ujął jej pierś. Poczuła, jak znów trawi ją ogień. 

Bał  się.  Jeszcze  na  żadnej  kobiecie  tak  bardzo  mu  nie  zależało. 

Dlatego  tak  ochoczo  uciekł  w  zeszłym  roku.  Pojechał  na 

niebezpieczną 

misję. 

Kiedy 

opracowywał 

strategię, 

kiedy 

koncentrował  się  na  pracy,  udawało  mu  się  nie  myśleć  o  Mai.  Ale 

potem w nocy wszystko znów wracało. 

-  Przy  tobie  nie  potrafię  się  skupić  -  rzekł.  -  Staję  się 

rozkojarzony. W mojej pracy to niedopuszczalne. 

- W życiu brak skupienia też bywa ryzykowny. 

background image

Faktycznie,  pomyślał.  Nagle  uzmysłowił  sobie,  że  pod  wieloma 

względami Maya zna go lepiej niż on sam siebie. 

- Tak. Zawsze powinno się wszystko dokładnie planować. 

Pogłaskała go po policzku. 

-  Biedny  Drake.  Czasem  trzeba  odpuścić.  Bo  życie  to  nie  tylko 

strategia, to również uczucia. 

Zmarszczył  czoło;  w  jego  oczach  pojawiło  się  zmieszanie, 

niepewność.  Maya  uśmiechnęła  się  ze  smutkiem.  Nie  wiedziała,  jak 

Drake ma tego dokonać, ale wiedziała ponad wszelką wątpliwość, że 

musi  uporać  się  z  samym  sobą  i  własnymi  problemami,  zanim  się 

ożeni i założy rodzinę. 

Opuścił rękę. 

- Wracaj do domu - szepnął. - Idź, bo jeszcze chwila, a porwę cię 

do pieczary na brzegu plaży. 

- Nie porwiesz. Znam cię. Nie zrobiłbyś nic wbrew mojej woli. 

- Może nie musiałbym. Może  znalazłbym sposób, aby przekonać 

cię... 

Pokręciła przecząco głową. 

- Jeżeli przyjdę do ciebie, uczynię to z własnego wyboru. Przecież 

wiesz, że innej sytuacji byś nie zaakceptował. 

- I tu się mylisz. 

- Odnajdź swoją duszę, Drake. A potem przyjdź do mnie i podziel 

się swoim sercem. - Uśmiechnęła się smutno. 

Delikatnie przytknęła usta do jego warg, tym gestem zapewniając 

go o swojej miłości, która - właśnie dziś to sobie uświadomiła - nigdy 

background image

nie wygasła, po czym odwróciła się i ruszyła schodami do ogrodu. Nie 

zatrzymując  się  nigdzie  po  drodze,  udała  się  prosto  do  siebie.  Jeżeli 

zamierza  samotnie  wychowywać  dziecko,  musi  zdać  egzaminy  i 

otrzymać dyplom. 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

-  Jedziesz  do  miasta?  -  spytał  Drake,  patrząc  na  Inez,  która 

wyszedłszy z domu, usiłowała wciągnąć kurtkę. 

Odkąd  pamiętał,  w  każdy  czwartkowy  poranek  wyruszała  do 

Prosperino  po  cotygodniowe  zakupy.  Jak  zwykle  obdarzyła  go 

serdecznym uśmiechem. Z miejsca poczuł się lepiej. 

- Tak - odparła. - Kończy się jedzenie. A tak się składa, że w tym 

domu wszyscy się uparli, żeby jadać kilka razy dziennie. 

Drake zarechotał pod nosem i przytrzymał Inez kurtkę. 

- Podrzucisz mnie? 

Zmierzyła  go  wzrokiem,  po  czym  skinęła  głową,  nie  pytając  o 

starego  jeepa,  który  wzbudzał  powszechny  zachwyt.  Razem  przeszli 

do zaparkowanego nieopodal kilkuletniego kombi. 

- Musimy poczekać na Mayę - oznajmiła Inez. - Ma parę spraw do 

załatwienia w mieście, no i obiecała mi pomóc z zakupami. 

Serce  zabiło  mu  tak  mocno,  jakby  chciało  wyskoczyć  z  piersi. 

Miał  ochotę  zawyć  z  radości.  Z  trudem  zapanował  nad  emocjami. 

Obejrzawszy się przez ramię, zobaczył, jak Maya wyłania się z domu i 

- widząc go w samochodzie - przystaje niepewnie.  

background image

Mimo  dzielącej  ich  odległości  wyczuł  jej  niechęć.  Po  chwili 

wzięła  się  w  garść  i  ruszyła  przed  siebie.  Kiedy  podeszła  bliżej, 

wysiadł i otworzył jej drzwi. 

- Twój rydwan czeka - powiedział. 

Podziękowała skinieniem głowy i wsunęła się na siedzenie. Drake 

usiadł przy niej. 

- Co tu robisz? - spytała, kiedy zatrzasnął drzwi. 

- Prosił, żeby podrzucić go do miasta - wyjaśniła córce Inez. 

-  Zapnij  się  -  powiedział  Drake,  opuszczając  niżej  pas 

bezpieczeństwa,  tak  by  nie  uciskał  Mai  brzucha.  Z  trudem 

powstrzymał się, żeby go nie pogłaskać. 

Przez  całą  drogę  Inez  nie  zamykały  się  usta.  Maya  natomiast  w 

ogóle się nie odzywała; siedziała milcząca i naburmuszona. Drake od 

czasu do czasu wtrącał coś do monologu  Inez, ale nie potrafił skupić 

się  na  tym,  co  gospodyni  mówi.  Lewym  ramieniem  stykał  się  z 

prawym ramieniem Mai; promieniował od niej niesamowity żar. 

Wczoraj  wieczorem,  kiedy  wróciła  do  swojego  pokoju,  krążył 

niespokojnie  po  domu,  rozmyślając  o  tym,  co  mu  powiedziała  na 

schodach. Żeby odnalazł swoją duszę. Świetnie. Ale jak ma to zrobić? 

Gdzie ma jej szukać? Czy tkwi schowana w mroku, który wypełnia go 

od  wewnątrz?  Jeśli  tak,  wolał  się  tam  nie  zagłębiać.  Mrok  skrywa 

bolesne wspomnienia. 

Czując  się  nieszczęśliwy,  odtrącony,  o  północy  wsiadł  w 

samochód  i  pojechał  do  miasteczka.  Wypił  dwa...  no  dobrze,  może 

trzy  lub  cztery  piwa.  Wychodząc  z  baru,  natknął  się  w  drzwiach  na 

background image

Thaddeusa Lawa. Detektyw najwyraźniej uznał, że Drake wypił kilka 

piw za dużo, bo uparł się, że odwiezie go na ranczo. 

Nagle  przyszło  mu  do  głowy,  że  może  Maya  wie  o  jego  nocnej 

eskapadzie i dlatego spogląda na niego z dezaprobatą. 

-  Wczoraj  w  nocy  wpadłem  na  godzinę  do  miasteczka  -  rzekł, 

obserwując  jej  reakcję.  -  Chciałem  z  dala  od  domu  przemyśleć  parę 

spraw. 

-  Słyszałam  -  oznajmiła  Inez,  widząc,  że  jej  córka  nie  zamierza 

skomentować  jego  wypowiedzi.  -  Heather  wspomniała,  że  Thaddeus 

odwiózł  cię  do  domu.  Wiedziałam,  że  będziesz  chciał  wrócić  po 

samochód,  dlatego  nie  zdziwiłam  się,  kiedy  poprosiłeś,  żeby  cię 

podrzucić do miasta. 

Maya akurat nakrywała do stołu  w jadalni, kiedy obok w salonie 

Heather,  żona  Thaddeusa  i  asystentka  Joego,  spytała  żartem  Drake'a, 

czy go głowa nie boli po  wczorajszym pijaństwie. Nie twoja sprawa, 

pomyślała,  układając  sztućce;  mimo  to  zaniepokoiło  ją,  że  po  kilku 

piwach chciał usiąść za kierownicą. 

- Potknąłem się przy drzwiach, więc poczciwy Thad uznał, że nie 

mogę  prowadzić  -  wyjaśnił  z  lekkim  rozbawieniem  Drake.  -  Nie 

sądziłem,  że  facet  jest  tak  uparty.  W  każdym  razie  prościej  było  mu 

ustąpić, niż się z nim bić. 

- Thaddeus z natury jest niezwykle opiekuńczy - stwierdziła Inez. 

- A odkąd ożenił się z Heather, tym bardziej mu zależy na rozwikłaniu 

kłopotów nękających rodzinę Coltonów. - Na moment zamilkła. - Za 

background image

główny cel postawił sobie odnalezienie Emily. Swoją drogą, ja też się 

o nią martwię. Przecież to jeszcze dziecko. 

Maya  poczuła,  jak  Drake  napina  mięśnie,  a  potem  świadomie 

próbuje się odprężyć. Po chwili jednak przyznał Inez rację, zarówno w 

kwestii detektywa, jak i zniknięcia Emily. 

Maya zerknęła na niego ukradkiem. Napotkał jej wzrok, po czym 

wyjrzał  przez  okno.  Nie  sprawiał  wrażenia  zbyt  przejętego  losem 

siostry,  co  było  zupełnie  nie  w  jego  stylu.  Podobnie  jak  detektyw, 

Drake  również  był  niezwykle  opiekuńczym  człowiekiem,  o 

wszystkich  zawsze  się  martwił,  a  przecież  Emily  miała  zaledwie 

dwadzieścia  lat.  Opuściła  ranczo  tak  jak  stała,  niczego  z  sobą  nie 

wzięła. 

Nagle Maya doznała olśnienia. 

- Ty coś wiesz, prawda? - zapytała. 

-  Wiem,  że  Emily  nic  nie  zagraża.  Rozmawiałem  wczoraj  z 

Randem. 

- Rand jest z nią w kontakcie? 

Przez  chwilę  Drake  nic  nie  mówił.  Jego  milczenie  Maya 

potraktowała  jako  brak  zaufania  do  niej  i  do  Inez.  Zrobiło  się  jej 

przykro.  Niepotrzebnie,  bo  kilka  sekund  później  postanowił  wyjawić 

im prawdę. 

-  Sama  do  niego  zadzwoniła.  Rand  poprosił  Austina  McGratha, 

żeby zajął się tą sprawą. 

- Czyli wierzysz... wierzycie w wersję Emily o dwóch matkach? - 

spytała z wahaniem Inez. 

background image

- A ty? Wierzysz? 

Maya  przeniosła  spojrzenie  z  matki  na  Drake'a  i  z  powrotem  na 

matkę;  uświadomiła  sobie,  że  oboje  wiedzą  więcej  niż  ona  na  temat 

dziwnych  zdarzeń,  jakie  miały  miejsce  w  ciągu  ostatnich  miesięcy. 

Ona  w  tym  czasie  była  skupiona  na  sobie,  na  swojej  ciąży,  swoich 

tęsknotach, marzeniach, żalach. 

Inez długo zastanawiała się nad odpowiedzią. 

- Ludzie zmieniają się, ale... - urwała zakłopotana. 

- Ale w przypadku mamy zmiana jest zbyt wielka? - dokończył za 

nią Drake. 

- No właśnie. Trudno jednak cokolwiek definitywnie stwierdzić. 

Maya zadumała się; wypowiedzi Drake'a i to, co Emily mówiła o 

dwóch matkach, które widziała po wypadku... Hm. 

-  Żeby  przez  tyle  lat  udawać  kogoś  innego...  Musiałaby  mieć 

siostrę  bliźniaczkę  i  w  dodatku być do  niej kubek  w  kubek  podobna. 

Bo inaczej jak by zdołała oszukać własnego męża i dzieci? 

- W tym problem, że miała siostrę bliźniaczkę - oznajmił Drake. - 

Taką  wiadomość  przekazał  nam  wczoraj  Thaddeus.  Mama  nie 

zaprzecza, ale pokazała list, z którego wynika, że siostra od dawna nie 

żyje. 

Ta informacja zaskoczyła Mayę. No proszę! Kto by to pomyślał? 

- I nigdy nikomu o niej nie mówiła? 

- Nigdy. 

- Tym większy musi to być dla was szok - rzekła ze współczuciem 

Inez. 

background image

Maya  nie  wiedziała,  co  o  tym  wszystkim  sądzić.  Po  prostu  nie 

mieściło  się  jej  to  w  głowie.  Jak  to  możliwe,  aby  mąż  nie  rozpoznał 

żony albo żeby dzieci nie zorientowały się, że kobieta, która się nimi 

zajmuje, nie jest ich matką? 

- Bardzo dziwna to sytuacja - przyznał Drake, zerkając na brzuch 

Mai. - Jeszcze jedna zagadka do rozwiązania. 

Jeszcze  jedna?  Maya  ugryzła  się  w  język.  Nie  chciała  się  kłócić, 

zwłaszcza  przy  matce.  Jeżeli  zagadką  nazywał  jej  ciążę,  jeżeli  miał 

jakiekolwiek  wątpliwości,  kto  jest  ojcem  dziecka,  oznacza  to,  że  nie 

jest gotów spojrzeć prawdzie w oczy i przyjąć na siebie obowiązków 

rodzicielskich. 

Kilka  razy  wciągnęła  głęboko  powietrze,  starając  się  odzyskać 

równowagę psychiczną i oddechem ukoić ból. Po chwili położyła rękę 

na brzuchu i zaczęła w myślach zapewniać córeczkę, że ją kocha i już 

nie  może  się  jej  doczekać.  Podskoczyła  zaskoczona,  kiedy  Drake 

zakrył  ręką  jej  dłoń.  Wpatrywał  się  w  nią  ze  smutkiem  w  oczach, 

jakby błagał o wybaczenie. Odwróciła wzrok. 

Po  dotarciu  do  miasteczka  rozeszli  się  każdy  w  swoją  stronę. 

Maya  załatwiła  własne  sprawunki,  po  czym  udała  się  do  sklepu,  w 

którym  umówiła  się  z  matką.  Pierwszą  osobą,  którą  tam  zobaczyła, 

był Drake; gawędząc przyjaźnie z Inez, pomagał jej przenosić torby z 

zakupami  do  kombi.  Musiała  przyznać,  że  Drake  nigdy  się  nie 

wywyższał,  nie  traktował  jej  rodziców  jak  służących,  nie  dawał  im 

odczuć, że są gorsi od Coltonów. Była mu za to wdzięczna.  

background image

Doceniała  też  fakt,  że  nie  upił  się  poprzedniego  wieczoru.  Nie 

potrafiłaby  żyć  z  pijakiem.  Oczywiście  były  to  takie  teoretyczne 

rozważania,  bo  przecież  żyć  z  Drakiem  nie  zamierzała.  Ślub  z  nim 

absolutnie  nie  wchodzi  w  grę.  Za  kilka  dni  czy  tygodni  Drake  wróci 

do swoich niebezpiecznych misji, zapomni o niej i dziecku. Sumienie 

zaś  będzie  miał  czyste,  bo  -  jakby  na  to  nie  patrzeć  -  postąpił 

szlachetnie, proponując jej małżeństwo. 

Przyłożyła  ręce  do  krzyża.  Jeszcze  tylko  miesiąc,  a  potem 

wszystko  znów  wróci  na  właściwe  tory.  Oczy  ją  piekły,  ale  na 

szczęście  udało  jej  się  pohamować  łzy.  Huśtawka  nastrojów, 

płaczliwość...  Miała  nadzieję,  że  to  minie,  kiedy  wreszcie  urodzi 

dziecko. 

-  Jedź  ze  mną  -  poprosił  Drake,  przerywając  jej  rozmyślania.  - 

Moim samochodem. 

- Ale ja muszę od razu wracać do domu. Niedługo mam egzamin 

i... 

- Pojedziemy prosto na ranczo - obiecał. 

Zanim zdołała się wykręcić, zobaczyła, jak Inez wsiada do kombi 

i odjeżdża. Nie pozostało jej nic innego, jak przyjąć ofertę Drake'a. 

- Zdaje się, że nie mam wyboru... 

-  Nie  gniewaj  się  na  matkę.  Obiecałem  jej,  że  cię  zabiorę. 

Chciałbym z tobą poroz... 

- Nie mam ci nic do powiedzenia - przerwała mu. 

- Przynajmniej mnie wysłuchaj. 

background image

Z  determinacją  na  twarzy  ujął  Mayę  za  łokieć  i  poprowadził  do 

jeepa. Otworzywszy drzwi, pomógł jej wsiąść. Znów naszła ją ochota 

na płacz. Wpatrywała się prosto przed siebie. Nic nie mówiła.  

Drake również milczał. 

-  Rozmawiałem  z  twoim  ojcem  -  oznajmił  po  kilku  minutach.  - 

Dałem mu kopię mojego testamentu. Na wszelki wypadek, gdyby coś 

mi się stało. 

Na myśl o tym, że coś złego mogłoby mu się przydarzyć, przeszył 

ją ostry ból. 

- Nie stanie się - rzekła ochryple. - Jesteś ostrożny. 

Roześmiał się cierpko. 

- Nie zawsze. Twoja ciąża to najlepszy przykład. 

W aucie zapanowała cisza. 

- Mayu, wiem, że dziecko jest moje - rzekł łagodnie. 

-  Nie  rozumiem,  skąd ta pewność!  -  zirytowała  się.  -  W  zeszłym 

roku, zanim przyjechałeś na ranczo, spotykałam się z kimś innym. A 

po twoim wyjeździe... może miałam dziesiątki kochanków! 

- Może, ale dziewictwo straciłaś ze mną. 

- Skąd wiesz? 

- Wiem. Twój brak doświadczenia był rozczulający. 

Zarumieniła się po linię włosów. 

Drake  skręcił  z  szosy  w  podjazd  prowadzący  na  teren  rancza. 

Zatrzymał samochód przy kępie wawrzynów i wierzb, które rosły przy 

wyschniętym strumyku. 

background image

- Drżałaś na całym ciele - kontynuował, kładąc ramię na oparciu 

siedzenia. - Ja również. 

Posłała  mu  błagalne  spojrzenie  -  nie  chciała  wracać  pamięcią  do 

tamtych cudownych chwil - ale Drake nie miał zamiaru się uciszyć. 

- Nigdy wcześniej nie kochałem się z żadną kobietą... 

- Akurat! - prychnęła. 

Starała  się  zignorować  tęsknotę  przebijającą  z  jego  głosu.  Miała 

nauczkę. Drugi raz nie ulegnie jego wdziękom. 

-  Owszem,  uprawiałem  seks  -  rzekł  szorstkim  tonem.  -  Istnieje 

jednak  kolosalna  różnica  między  miłością  a  seksem.  Tego,  co  razem 

doświadczyliśmy, nigdy wcześniej nie zaznałem. 

-  Przestań.  -  Zacisnęła  dłonie  w  pięści.  -  Naprawdę  nie  musisz 

tego mówić. 

-  Muszę  -  powiedział  cicho.  -  Sprawiłem  ci  ból,  pytając,  kiedy 

dokładnie  zaszłaś  w  ciążę.  Wiedziałem,  że  dziecko  jest  moje...  po 

prostu chciałem to usłyszeć od ciebie. Mężczyźni tacy już są; czasem 

potrzebują potwierdzenia. 

Potrząsnęła gwałtownie głową. 

- Nie dziwię się, że daliśmy początek nowemu życiu - ciągnął, nie 

zwracając  uwagi  na  jej  protesty.  -  Coś  musiało  się  zrodzić  z  tak 

wielkiego  uczucia  jak  nasze.  I  wcale  nie  żałuję  tego,  co  się  stało. 

Jedynie przykro mi z powodu wstydu, jakiego musiałaś się... 

Napadła na niego z furią. 

-  Jakie  to  banalne,  prawda?  Służąca  idzie  do  łóżka  z  paniczem  i 

zachodzi  w  ciążę.  Historia  jak  z  kiepskiego  filmu.  -  Wzięła  głęboki 

background image

oddech.  -  Może  jestem  służącą,  a  raczej  córką  służącej,  ale  nie 

wstydzę się tego, co zrobiłam. Bo nie działałam z wyrachowania, lecz 

z... 

- Z miłości - dokończył za nią, kiedy urwała, przerażona tym, że o 

mało się nie zdradziła. 

-  To  było  szaleństwo,  a  nie  miłość  -  oznajmiła  stanowczo.  - 

Zwykłe szaleństwo. 

Jego oczy zdawały się mówić, że wie lepiej. 

-  Proszę  cię,  nie  złość  się  na  mnie.  Chciałbym  jedynie,  abyś 

wiedziała,  że  nie  zamierzam  się  niczego  wypierać.  To  dziecko  jest 

moje. I przysięgam, że uczynię wszystko, aby naszej córce niczego nie 

brakowało. 

Ból,  który  zagnieździł  się  w  jej  sercu,  gdy  przeczytała 

pozostawiony przez Drake'a list, odrobinę zelżał. 

- I nigdy, przenigdy, nie opowiadaj mi bzdur o służącej i paniczu - 

dodał,  marszcząc  groźnie  czoło.  -  To,  kim  jesteśmy  i  kim  są  nasi 

rodzice,  nigdy  nie  miało  najmniejszego  znaczenia.  I  nie  sądzę,  aby 

kiedykolwiek mogło mieć. 

- Wiem. Przepraszam. To było głupie z mojej strony. 

Zaskoczył ją, szczerząc zęby w uśmiechu. Po chwili położył rękę 

na jej ramieniu. 

-  No  dobrze,  poczyniliśmy  drobne  postępy.  Może  na  razie 

poprzestańmy na tym, zanim znów coś zepsujemy. 

Wciąż  uśmiechając  się  od  ucha  do  ucha,  przekręcił  kluczyk  w 

stacyjce  i  podjechał  pod  dom.  Wysiadłszy  z  jeepa,  Maya  udała  się 

background image

pośpiesznie  do  swojego  pokoju  i  włączyła  komputer.  Dokończyła 

pisanie  eseju,  uważnie  go  przeczytała,  zredagowała  tekst,  po  czym 

wysłała  pocztą  elektroniczną  do  swego  opiekuna,  który  prowadził 

wykłady  na  uniwersytecie  w  San  Francisco.  Następnie  przeszła  z 

podręcznikiem  do  oranżerii;  przejrzawszy  kolejny  rozdział,  zapełniła 

kilka stron notatkami. 

Zmęczona,  odłożyła  książkę  na  bok,  wyciągnęła  się  na  leżaku  i 

zamknęła  oczy.  Wkrótce  zapadła  w  drzemkę.  Wciąż  spała,  kiedy  tuż 

przed  trzecią  w  oranżerii  pojawił  się  Drake.  Usiadł  na  miękkiej, 

wygodnej  sofie  i  pijąc  świeżo  zaparzoną  kawę,  przyglądał  się  Mai. 

Brwi  miała  lekko  ściągnięte,  czoło  zmarszczone,  jakby  niepokoiły  ją 

własne sny. 

Sny...  dziwna  to  rzecz.  Jego  też  nękały.  Najczęściej  śniły  mu  się 

niemowlęta  oraz  samochody,  które  z  piskiem  opon  wypadały  zza 

zakrętu,  rozjeżdżając  kobiety  i  dzieci.  Oczywiście  nietrudno 

odgadnąć,  skąd  się  brały.  Tchórz.  Tak,  zdawał  sobie  sprawę  z 

własnego tchórzostwa. Łatwiej mu było stanąć naprzeciw uzbrojonego 

wroga,  niż  zrobić  to,  czego  oczekiwała  od  niego  Maya:  odnaleźć 

swoją duszę, a potem podzielić się swym sercem. 

Wyciągnąwszy  się  na  sofie,  zaczął  dumać  o  tym,  jak by  to  było, 

gdyby  się  pobrali.  Codziennie  po  pracy  wracałby  do  domu. 

Codziennie  całowałby  Mayę,  przytulał  ją, każdej  nocy  kochaliby  się, 

szeptali do ucha czułości. Hm... 

Ocknęła się ze snu i półprzytomnym  wzrokiem rozejrzała wkoło. 

Obok  na  sofie  zobaczyła  Drake'a,  który  w  tej  samej  chwili  co  ona 

background image

otworzył  oczy.  Uświadomiła  sobie,  że  podczas  gdy  spała  na  leżaku, 

on drzemał metr dalej. 

- Maya! - krzyknął po raz drugi Teddy. 

- Tu jestem! - zawołała, podnosząc się z leżaka. 

Do oranżerii wpadli dwaj najmłodsi Coltonowie. 

-  Cześć,  Drake.  Może  byś  poćwiczył  z  nami  rzucanie  lassem?  - 

spytał Joe Junior. 

-  Nie  dzisiaj  -  odparła  szybko  Maya,  zanim  Drake  zdążył 

zareagować. - Zdaje się, chłopcy, że macie coś dla mnie? 

Teddy całkiem ochoczo wręczył jej kartkę z ocenami za pierwsze 

półrocze, jego brat natomiast z dobrą minutę szukał swojej w plecaku. 

Kiedy w końcu Maya rzuciła na nią okiem, zrozumiała, skąd ten brak 

entuzjazmu. 

- Och, Joe! - westchnęła głośno. 

Zwiesił nisko głowę. 

-  Jakoś  nie  najlepiej  mi  poszło  na  sprawdzianie  z  matmy  - 

powiedział. - Pomyliły mi się procenty. 

Maya poczuła, jak ciarki przechodzą jej po plecach. Wiedziała, że 

Meredith  wścieknie  się,  kiedy  na  cenzurce  syna  zobaczy  ocenę 

zaledwie  dostateczną.  Uważała,  że  chłopcy  powinni  przynosić  do 

domu piątki, od biedy czwórki z plusem. 

-  W  takim  razie  musimy  nad  nimi  popracować  -  oznajmiła, 

spoglądając  na  starszego  ze  swoich  dwóch  podopiecznych.  - 

Przyniosłeś z sobą pytania? 

- Tak... To co, pewnie mam się przebrać i wziąć do nauki? 

background image

- Dobry pomysł. 

- A ja mogę zostać z Drakiem? - spytał Teddy. 

- Lepiej dotrzymaj bratu towarzystwa - powiedział Drake. - Mam 

dziś  mnóstwo  pracy.  A  rzuty  lassem  poćwiczymy  w  weekend.  Jeśli 

Maya wyrazi zgodę... 

W  holu  rozległ  się  odgłos  kroków.  Ciarki  ponownie  przebiegły 

Mai po plecach. 

-  Chłopcy  już  wrócili?  -  spytała  Meredith,  przekraczając  próg 

oranżerii.  

Na  widok  swoich  najmłodszych  pociech  uśmiechnęła  się 

promiennie i rozwarła ramiona. 

- No, na co czekacie? Dacie mamusi buziaka? Czy może jesteście 

za duzi, aby publicznie okazywać matce czułość? 

Maya  odsunęła  się  na  tok.  Bez  słowa  obserwowała  scenkę 

powitalną,  potem  słuchała,  jak  chłopcy  opowiadają,  co  robili  w 

szkole. 

-  Czy  to  nie  dziś  były  oceny  semestralne?  -  spytała  nagle 

Meredith. 

Joe  z  Teddym  powoli  skradali  się  w  stronę  drzwi;  najwyraźniej 

mieli  nadzieję,  że  uda  im  się  wymknąć  z  oranżerii,  zanim  matka 

zobaczy ich stopnie. 

-  Idźcie  się  przebrać,  a  ja  zaraz  do  was  dojdę.  Najpierw  chcę 

porozmawiać z waszą nianią. 

background image

Usiadłszy, wyciągnęła rękę po kartki z ocenami. Maya podała je, 

a  chłopcy,  wymieniając  między  sobą  porozumiewawcze  spojrzenia, 

pognali do swojego pokoju. 

Wstrzymując  oddech,  Maya  czekała,  aż  pani  Colton  zapozna  się 

ze stopniami synów. 

-  A  cóż  to?  -  warknęła  gniewnie  Meredith.  -  Dostateczny?  W 

ogóle co to za ocena? 

-  Joe  twierdzi,  że  miał  problemy  z  rozwiązywaniem  zadań  z 

procentami. Popracujemy nad nimi podczas weekendu i... 

Meredith cisnęła kartki na stolik. 

-  Płacę  ci  za  to,  żebyś  pilnowała,  czy  odrabiają  lekcje  i  czy  je 

rozumieją. 

-  Przykro  mi...  -  Maya  starała  się  zachować  spokojny,  neutralny 

ton. - Obiecuję, że w ten weekend... 

-  Mówiłam  mężowi,  że  zatrudnianie  osoby  nie  mającej 

odpowiednich  kwalifikacji  i  doświadczenia  to  błąd,  ale  on  się  uparł. 

Nalegał,  żeby  dać  ci  szansę,  bo  potrzebujesz  pieniędzy.  Nie  dość,  że 

płacimy twoim rodzicom, i to całkiem niemało, to jeszcze... 

- Mamo - przerwał jej Drake. - Każdemu, kto pracuje, należy się 

wynagrodzenie.  A  Maya  zajmuje  się  chłopakami,  odkąd  pamiętam. 

Wyręczała  cię,  kiedy  sama  jeszcze  była  dzieckiem.  Moim  zdaniem, 

doskonale wywiązuje się z powierzonego jej zadania. 

Meredith zmierzyła syna zimnym wzrokiem. 

background image

-  Odkąd  to  znasz  się  na  wychowywaniu  dzieci?  Czyżby  w 

marynarce przygotowywano komandosów nie tylko do wykonywania 

tajnych misji, ale również do opieki nad dziećmi? 

Pogardliwym  spojrzeniem  powiodła  po  zaokrąglonym  brzuchu 

Mai. Ta, zarumieniwszy się po czubki uszu, zerknęła na Drake'a, który 

przyglądał się matce z ledwo skrywaną niechęcią.  

Zdumiało ją, jak bardzo matka i syn są do siebie podobni. Oboje 

mieli  ciemnoblond  włosy  ze  złocistymi  pasemkami;  pasemka  na 

głowie  Drake'a  powstały  od  słońca,  te  na  głowie  Meredith  -  w 

eleganckim  salonie  fryzjerskim.  Oboje  też  mieli  takie  same  w 

kształcie  piwne  oczy,  w  których  -  gdy  stali  twarzą  do  słońca  - 

migotały małe złote punkciki. 

Teraz,  chociaż  w  obojgu  wrzała  wściekłość,  starali  się 

pohamować  emocje;  i  faktycznie,  ziało  od  nich  przejmującym 

chłodem. Maya aż się wzdrygnęła. 

-  Dawno  temu  kobieta,  którą  kochałem  i  bardzo  podziwiałem, 

uczyła mnie dobroci - powiedział cicho Drake. 

W oczach Meredith pojawił się błysk nienawiści; po chwili zgasł. 

-  Jakiż  wspaniałym  miejscem  byłby  nasz  świat,  gdyby  ludzie 

więcej  jej  sobie  okazywali,  prawda?  -  spytała  głosem  ociekającym 

ironią, po czym opuściła oranżerię. 

-  Powinnam  zajrzeć  do  chłopców  -  rzekła  Maya,  kierując  się  w 

stronę północnego skrzydła domu. 

Drake dopadł ją w dwóch susach. 

- Przepraszam - powiedział, delikatnie ujmując ją za łokieć. 

background image

- Za co? 

Jego  dotyk,  ciepły  i  czuły,  ukoił  ból,  jaki  sprawiły  jej  przykre 

słowa Meredith Colton. Miała ochotę przytulić się do Drake'a, szukać 

pocieszenia  w  jego  ramionach.  Ale  bała  się;  wiedziała,  do  czego  to 

może  doprowadzić.  Pragnęła  go  z  całego  serca,  chciała  zapomnieć  o 

przeszłości,  znów  cieszyć  się  jego  bliskością.  Westchnęła  w  duchu. 

Tak, to szaleństwo. 

Uśmiechnął się smutno, jakby ironicznie. 

-  Nie  jestem  pewien  -  odparł.  -  Chyba  za  moją  mamę.  Za  jej 

obcesowość i niewrażliwość. 

- Nie przejmuj się. Jestem do tego przyzwyczajona. Ona... wydaje 

mi  się,  że  nie  chciała  być  nieuprzejma.  Po  prostu  martwi  się  o 

chłopców. 

Drake opuścił dłoń, a Mai natychmiast zrobiło się zimno. 

-  Nie  pozwolę,  aby  ktokolwiek,  świadomie  lub  niezamierzenie, 

obrażał ciebie i nasze dziecko. 

-  Ojej  -  zmartwiła  się.  -  Nie  chcę,  żebyś  z  mojego  powodu  psuł 

sobie stosunki z rodziną. Rodzina to rzecz święta. 

- Teraz moją rodziną jest Marissa. 

Jego  stanowczość  i  determinacja  całkiem  zbiły  ją  z  tropu.  W 

oczach  Drake  widziała  smutek  i  mrok,  ale  również  troskę  -  troskę  o 

los ich nie narodzonego dziecka.  

Ze  strachu,  że  się  zaraz  roztkliwi,  Maya  pośpieszyła  korytarzem 

do  pokoju  swoich  dwóch  podopiecznych.  Chciała  sprawdzić,  co 

porabiają  i  dać  chwilę  wytchnienia  swemu  skołowanemu  sercu.  Bała 

background image

się,  że  jeśli  dalej  będzie  wpatrywać  się  Drake'owi  w  oczy,  zrobi  coś 

bardzo  głupiego:  na  przykład  rzuci  mu  się  na  szyję  i  zacznie  błagać, 

by  nie  wyjeżdżał.  W  tym  momencie  zgodziłaby  się  na  wszystko, 

wyszłaby za niego za mąż, spełniła każde jego życzenie. 

Przynajmniej  jedno  z  nas  powinno  twardo  stąpać  po  ziemi, 

powiedziała  sama  do  siebie,  kiedy  chłopcy  już  spali,  a  ona,  jak  co 

wieczór, krążyła po pokoju, trzymając się za obolały krzyż.  Ale było 

to  niesamowicie  trudne,  bo  marzyła  tylko  o  tym,  aby  wziął  ją  w 

ramiona i schronił przed światem, któremu przestała ufać. 

 

W  Missisipi  kobieta,  która  przedstawiała  się  wszystkim  jako 

Louise  Smith,  a  która  dawniej  znana  była  jako  Patsy  Portman, 

podskoczyła  nerwowo.  Gdzieś  niedaleko  znów  rozległ  się  trzask 

piorunów. Louise wstała z łóżka, a ponieważ była chłodna lutowa noc 

i  dookoła  szalała  burza,  sięgnęła  po  ciepły  szlafrok.  Tak  ubrana 

podeszła do drzwi. Otworzywszy je, wyjrzała na zewnątrz.  

W tym momencie uświadomiła sobie, że to był sen, ten sam, który 

nachodził  ją  od  pewnego  czasu  -  sen  o  dziecku  rozpaczliwie 

wołającym o pomoc. Wydawał się tak prawdziwy! 

Drżącą ręką zamknęła drzwi i opadła na stojący nieopodal fotel.  

Kim  jesteś?  Dziesiątki  razy  zadawała  sobie  to  pytanie,  ale  nie 

potrafiła znaleźć na nie odpowiedzi. W głowie miała mętlik, obrazy i 

myśli kłębiły się niczym opary mgły. Wiedziała tylko, że kiedyś w jej 

życiu było dziecko, które w jakiś sposób - ale jaki? - zawiodła, a także 

ciemnowłosy mężczyzna, fontanna oraz chwile nieopisanej radości. 

background image

Zakrywając dłońmi twarz, zaczęła szlochać. 

-  Już  nie  mogę  -  szeptała.  -  Dłużej  nie  wytrzymam.  Nie 

wytrzymam. 

Nazajutrz rano powtórzyła te słowa Marcie Wilkes, lekarce, która 

pomagała  jej  odzyskać  pamięć.  Z  początku  łączyły  je  relacje  lekarz-

pacjent,  ale  później  zaprzyjaźniły  się.  Martha  była  cudowną  kobietą, 

Murzynką, która dorastała w straszliwej biedzie, a której determinacja, 

aby  osiągnąć  coś  w  życiu,  była  dla  Louise  nieustającym  źródłem 

natchnienia. 

- Odpuść sobie - poradziła jej Martha. 

- Tak po prostu? 

- Tak. Czasem umysł domaga się odpoczynku. Wydaje mi się, że 

tak  się  dzieje  w  twoim  wypadku.  Zdarza  się,  że  pacjentowi,  który 

zwalnia rytm i nie stara się robić nic na siłę, otwierają się jakieś klapki 

i nagle wszystko sobie przypomina. Może z tobą też tak będzie. 

-  Wiesz,  Martho,  co  mnie  najbardziej  przeraża?  Że  ktoś 

potrzebuje  mojej  pomocy,  a  ja  jestem  całkowicie  bezradna. 

Wczorajszy  sen  różnił  się  od  poprzednich.  To  już  nie  była  mała 

dziewczynka,  lecz  dorosła  kobieta.  Ale  ona  nadal  się  czegoś  boi. 

Czegoś lub kogoś. 

Martha pokiwała głową. 

-  To  normalne.  Twój  umysł  próbuje  się  dostosować  do  upływu 

czasu. W końcu minęło wiele lat, odkąd ją widziałaś. 

-  Mam  wrażenie,  że  to  moja  córka.  Czasem  widzę  ją  jak  przez 

mgłę,  a  kiedy  indziej  bardzo  wyraźnie.  Ma  rude  włosy,  niebieskie 

background image

oczy  i  dołeczki  w  policzkach.  W  jednym  ze  snów  mówiła  do  mnie 

„mamusiu". 

- A ten brunet? 

Louise westchnęła ciężko. 

-  Nie  wiem  -  odparła.  -  Ale  ilekroć  się  pojawia,  ogarnia  mnie 

wewnętrzny spokój; jestem szczęśliwa. Śni mi się również  wspaniały 

dom,  piękny  ogród  z  fontanną,  bezchmurne  niebo,  słońce.  Moja 

wersja raju - dokończyła ze śmiechem. 

- Odpuść sobie - powtórzyła Martha. 

- Chyba będę musiała, bo inaczej zwariuję. Ale wiesz, czasami mi 

się  wydaje,  że  jestem  tak  blisko.  Że  jeszcze  chwila,  a  zaraz  sobie 

wszystko  przypomnę.  Na  przykład  wczoraj  podczas  burzy. 

Otworzyłam  drzwi  pewna,  że  zobaczę  tę  dziewczynkę...  tę  kobietę. 

Niestety. Dlaczego, Martho? Dlaczego nic nie pamiętam? 

-  Jak  chcesz,  możemy  jeszcze  raz  spróbować  hipnozy  - 

zaproponowała lekarka, ale w jej głosie pobrzmiewało wahanie. 

- Jakoś nie potrafię przeskoczyć tego dnia, kiedy obudziłam się w 

klinice w Kalifornii. Nie wiem, skąd się tam wzięłam, skoro... 

Martha potrząsnęła głową. 

-  W  zeszłym  tygodniu przeglądałam  twoje  wyniki.  Szkoda,  że  te 

dawne zniszczył pożar, ale i tak doszłam do jednego wniosku. 

Louise popatrzyła pytająco na lekarkę. 

-  Bez  względu  na  to,  co  ci  dolegało  w  przeszłości,  dziś  już  nie 

cierpisz  na  żadne  rozdwojenie  jaźni  ani  wieloraką  osobowość. 

Owszem,  masz  amnezję,  poza  tym  jednak  należysz  do  najbardziej 

background image

zrównoważonych  osób,  jakie  znam.  Czasem  się  zastanawiam,  czy 

twoi rodzice nie mieli dwóch córek, jednej chorej psychicznie, drugiej 

całkowicie zdrowej. 

Louise uśmiechnęła się ironicznie. 

- A którą z nich jestem ja? 

-  Tą  zdrową,  kochanie  -  zapewniła  ją  Martha.  -  To  nie  ulega 

wątpliwości.  Swoją  drogą  ciekawe,  czy  moja  teoria  o  bliźniaczkach 

może być prawdziwa... 

- Jeśli nawet mam lub miałam siostrę, nigdy mi się nie śniła. 

-  Szkoda,  że  stare  dokumenty  spłonęły.  Dużo  mogłybyśmy  się  z 

nich dowiedzieć. Gdybyśmy na przykład miały pewność, że urodziłaś 

się  pięćdziesiąt  dwa  lata  temu  w  Kalifornii,  wtedy  łatwiej  byłoby 

znaleźć jakieś informacje o twojej rodzinie. 

-  To  dziwne,  prawda?  Że  nawet  tego  nie  pamiętam.  Ani  daty 

urodzenia, ani miejsca... 

-  Cierpliwości.  Nie  musimy  się  spieszyć.  Czas  jest  naszym 

sprzymierzeńcem. 

- No a ta ruda dziewczynka? Wczoraj wieczorem miałam uczucie, 

jakby jej zostało już bardzo niewiele czasu. 

-  Na  razie  musimy  zająć  się  tobą  -  oznajmiła  lekarka.  - 

Chciałabym,  abyś  świadomie  próbowała  się  powstrzymać  przed 

rozmyślaniem  o  przeszłości.  Masz  się  odprężyć,  wypocząć...  Co  się 

dzieje z tym facetem, z którym się spotykałaś? 

-  Nadal  się  widujemy,  ale  to  tylko  przyjaciel.  Zresztą  nie  mając 

przeszłości, nie wiem, czy mogę mieć jakąkolwiek przyszłość. 

background image

- Och, nie wygaduj bzdur. Życie toczy się naprzód. Wspomnienia 

lub ich brak nie mogą decydować o tym, co z nami będzie. 

W  drodze  do  domu  Louise  przyznała  lekarce  rację:  faktycznie 

trzeba  patrzeć  w  przyszłość,  a  nie  stale  oglądać  się  wstecz.  W  głębi 

duszy wiedziała jednak, że kiedyś w jej życiu był mężczyzna, którego 

kochała do szaleństwa. I bardzo chciała go sobie przypomnieć. 

-  Błagam,  wróć  do  mnie  -  zwróciła  się  do  swojego 

ciemnowłosego kochanka z przeszłości. 

A nagle zadźwięczały jej w głowie słowa Marthy, aby nie myślała 

o tym, co było. 

-  No  dobrze,  nie  wracaj  -  szepnęła,  zapinając  kurtkę,  bo  na 

zewnątrz hulał wiatr. 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

-  Nie  ma  czasu  na  ćwiczenie  rzutów  lassem  -  powiedziała  w 

sobotę rano Maya. - Lada moment zjawi się pan Martin. 

Chłopcy  popatrzyli  na  nią  z  pretensją  w  oczach.  Od  wstania 

zachowywali się jak nieznośne, rozpieszczone bachory. Nieczęsto im 

się  to  zdarzało,  zwykle  wtedy,  gdy  Meredith  zamieniała  się  w  czułą, 

kochającą mamusię, która na wszystko pozwala swym pociechom.  

Tak  było  wczoraj.  Najpierw  wspaniałomyślnie  zgodziła  się,  aby 

chłopcy zjedli po kolacji podwójny deser, a potem - przeciwstawiając 

się  Mai,  która  kazała  im  szykować  się  spać  -  pozwoliła  synom 

obejrzeć  w  telewizji  film.  Film  kończył  się  dość  późno,  w  dodatku 

zupełnie nie nadawał się dla dzieci. 

background image

-  Pójdę  spytać  mamusię  -  oznajmił  Joe  Junior  takim  tonem,  że 

Maya miała ochotę mocno nim potrząsnąć. 

-  Mamusia  wyjechała  na  weekend  do  przyjaciół  -  poinformował 

go ojciec, który razem z Drakiem wyłonił się z gabinetu - Radzę wam 

słuchać  się  Mai.  Chyba  że  wolicie  mieć  tygodniowy  szlaban  na 

oglądanie telewizji? 

Chłopcy natychmiast przestali marudzić. 

- Nie, tatusiu. Już będziemy grzeczni. 

Z zewnątrz doleciał odgłos podjeżdżającego pod dom samochodu. 

Maya odetchnęła z ulgą. 

- To pewnie Andy. Joe, Teddy... pouczymy się w moim pokoju. 

- Czy jak skończą lekcje, mogą poćwiczyć ze mną rzuty lassem? - 

spytał Drake. 

Maya napotkała jego wzrok. 

- Oczywiście. Jeżeli będą mieli ochotę. 

- Hura! - ucieszyli się najmłodsi Coltonowie. 

Przy  Drake'u  Maya  czuła  się  spięta  i  skrępowana.  Ale  nic 

dziwnego;  bądź  co  bądź  nie  miała  doświadczenia,  jak  należy 

traktować dawnego kochanka. Odwróciwszy się, poczłapała  w stronę 

holu, podczas  gdy  jej  dwaj podopieczni  ruszyli  do  sali  lekcyjnej.  Joe 

Senior  z  surowym  wyrazem  twarzy  odprowadził  synów  wzrokiem, 

Drake natomiast pośpieszył za Mayą. 

Przez chwilę, jedną krótką szaloną chwilę, chciała, żeby  wziął ją 

w  ramiona  i...  i  nic  więcej.  Po  prostu,  żeby  ją  mocno  przytulił  do 

background image

piersi. Oczy znów zaszły jej łzami. Idąc na oślep, o mało nie potknęła 

się na schodach.  

Drake  natychmiast  złapał  ją  w  objęcia.  Poczuła  się  tak,  jakby  po 

długiej,  najeżonej  niebezpieczeństwami  wędrówce  wreszcie  znalazła 

cudowną przystań. Zamknęła oczy. Ogarnęła ją tęsknota, smutek, żal i 

tysiące innych emocji. 

- Mayu... - szepnął, chyba równie nieszczęśliwy jak ona. 

Otarła  dyskretnie  łzy  i  spojrzała  Drake'owi  w  oczy.  To  był  błąd. 

Albowiem zobaczyła w nich szlachetność, wrażliwość i rozpacz, którą 

skrywał, udając pewnego siebie twardziela. Serce łomotało jej o żebra, 

wywołując  ból  podobny  do  tego,  jaki  czuła,  gdy  słuchała  opowieści 

Drake'a o śmierci jego brata bliźniaka. 

- Mayu... - powtórzył. 

Drżącą  ręką  pogładziła  go  po  ramieniu.  Nieopodal  rozległ  się 

odgłos zatrzaskiwanych drzwi. Maya podskoczyła nerwowo, po czym 

odsunęła  się.  Twarz  Andy'ego  rozpromieniła  się  na  jej  widok,  po 

chwili  jednak  ujrzał  Drake'a.  Zacisnąwszy  usta,  skinął  uprzejmie 

głową, choć w gruncie rzeczy miał ochotę dać mu w zęby. 

- Witaj, Drake. 

- Andy Martin, prawda? - spytał równie uprzejmym tonem Drake. 

- Tak. Dawnośmy się nie widzieli. 

-  Od  szkoły  średniej.  Jeśli  mnie  pamięć  nie  myli,  byłeś  dwa  lata 

niżej. 

- Trzy. Chodziłem z Mayą do jednej klasy. 

background image

-  Przepraszam...  -  przerwała  im  Maya.  Nie  spuszczała  oczu  z 

Andy'ego; na Drake'a w ogóle nie patrzyła. - Miałeś czas przygotować 

kilka zadań dla Johnny'ego? 

-  Tak.  Zaraz  je  przyniosę...  -  Zawahał  się.  -  Dzwoniła  do  mnie 

pani Colton. Podobno jej synowie potrzebują korepetycji? 

- Tak. Joemu kiepsko poszedł test z matematyki. Może  w soboty 

mógłbyś również i z nimi popracować? 

-  Pani  Colton  juz  to  ze  mną  uzgodniła  -  odrzekł  Andy  i 

uśmiechnął się przepraszająco. 

Maya  odwzajemniła  uśmiech;  chciała  pokazać  Andy'emu,  że  nic 

się  nie  stało,  w  końcu  matka  ma  prawo  nie  informować  o  swoich 

posunięciach osoby zatrudnionej do opieki nad dziećmi. 

- Kto to jest Johnny? - zainteresował się Drake. 

-  Jeden  z  dzieciaków  na  Hopechest  Ranch  -  odparł  Andy.  -  Od 

czasu do czasu pomagam Mai w jego edukacji. 

Maya  opowiedziała  Drake'owi  o  Johnnym  Collinsie,  o  swoich 

obawach i nadziejach z nim związanych. 

-  A  może  przyjeżdżałby  tu  w  soboty?  -  zaproponował  Drake.  - 

Rano  uczyłby  się  z  chłopcami,  a  po  południu,  gdyby  miał  ochotę, 

mógłby ćwiczyć z nimi rzucanie lassem. 

Maya zadumała się. 

-  To  świetny  pomysł  -  przyznała  po  chwili.  -  Sukcesy  w  jednej 

dziedzinie  sprawiają,  że  człowiek  nabiera  pewności  siebie  w  innych 

dziedzinach. Johnny jest niezwykle sprawny  fizycznie, ma doskonałą 

koordynację ruchową, więc rzuty lassem powinien szybko opanować. 

background image

- Świetnie. Możemy zacząć już dzisiaj. Jeżeli... 

-  Zadzwonię  do  Hopechest  -  przerwała  mu  Maya.  -  Tylko 

najpierw  zaprowadzę  Andy'ego  do  naszych  ancymonków.  Jesteś 

gotów? - spytała gościa. 

Cofnął się do samochodu po teczkę, po czym ruszył  za Mayą do 

pokoju,  w  którym  czekali  jego  dwaj  uczniowie.  Chłopcy  przywitali 

nowego korepetytora mało entuzjastycznie. 

Zostawiając ich samych, Maya zamknęła za sobą drzwi. Marzyła 

o  tym,  aby  choć  na  kilka  godzin  zdjęto  z  niej  ciężar 

odpowiedzialności.  Zazwyczaj  nie  przeszkadzała  jej  praca  przez 

siedem dni w tygodniu, ale dziś potrzebowała samotności; chciała się 

wyciszyć, zastanowić nad tym, co wciąż czuje do Drake'a. Serce biło 

jej  mocniej  za  każdym  razem,  gdy  się  pojawiał.  Tak  dalej  być  nie 

może. Powinna coś zrobić, przemówić sobie do rozsądku. 

Z  telefonu  w  kuchni  zadzwoniła  do  Hopechest,  by  spytać,  czy 

może zabrać Johnny'ego na cały dzień. Uzyskawszy zgodę, pomyślała 

sobie,  że  powinna  zawiadomić  Drake'a.  Znalazła  go  na  dworze,  na 

padoku.  Nagromadzoną  energię,  jak  zwykle,  wydatkował  w  ruchu; 

dzisiejszego poranka trenował ze złocistym wałachem. 

Jego pracę obserwował  wsparty o  ogrodzenie River James, który 

pracował  na  ranczu  jako  opiekun  zwierząt.  River,  przybrany  syn 

Joego i Meredith, od roku był szwagrem Drake'a. Zeszłego lata ożenił 

się z Sophie, będącą wówczas w pierwszych miesiącach ciąży. Nagle 

ogarnęło  Mayę  pragnienie,  aby  porozmawiać  z  Sophie,  poprosić ją  o 

background image

radę.  Wiedziała  jednak,  że  musi  sama  zdecydować  o  swojej 

przyszłości. 

- Świetnie sobie radzi ze zwierzętami - oznajmił River. 

- Jak wszyscy Coltonowie. Mają to we krwi - rzekła. 

Przez  moment  zastanawiała  się,  jakie  cechy  charakteru  Marissa 

odziedziczy po ojcu, ale tego typu rozważania były zbyt bolesne.  

- Jak Ruda? Z uchem wszystko dobrze? 

-  Tak,  o  całej  przygodzie  pewnie  już  zapomniała.  -  Popatrzył  na 

Mayę  z  zatroskaniem  w  oczach.  -  A  ty?  Jak  się  czujesz  po  tej 

szaleńczej jeździe? 

- W porządku. Na szczęście nic złego się nie stało. 

Odruchowo  przeniosła  wzrok  na  swojego  wybawcę.  W  siodle 

prezentował się  wspaniale i sprawiał wrażenie szczęśliwego. Czy był 

równie  szczęśliwy,  kiedy  z  bronią  w  ręku  przedzierał  się  przez 

dżunglę? Kiedy z narażeniem własnego życia odbijał zakładników? 

Czasem  gdy  ktoś  bliski  ginie,  świadek  zdarzenia  do  końca  życia 

boryka  się  z  wyrzutami  sumienia.  Czy  dlatego  Drake  wybrał  jeden  z 

najbardziej niebezpiecznych zawodów na świecie? Bo nie potrafił się 

uporać 

dręczącym 

poczuciem 

winy? 

Czy 

czuł 

się 

współodpowiedzialny za śmierć brata? 

Chwilę później podjechał do ogrodzenia. 

-  To  doskonały  wierzchowiec  -  oznajmił,  zwracając  się  do 

szwagra. - Prawdziwy dżentelmen. 

- To prawda - przyznał River. - No dobrze, teraz ja się nim zajmę, 

a ty pogadaj z Mayą. Chyba ma ci coś do powiedzenia. 

background image

Maya  popatrzyła  na  niego  pytająco,  on  jednak  błysnął  zębami  w 

uśmiechu i przeskoczył na drugą stronę płotu. Drake podał mu wodze, 

po  czym  zrobił  to  samo  co  River,  tyle  że  w  przeciwnym  kierunku. 

Kilka sekund później stał koło Mai, spoglądając na nią wyczekująco. 

-  Umówiłam  się,  że  w  weekendy  Johnny  będzie  przyjeżdżał  na 

ranczo. Dziś jednak musisz go sam odebrać... 

- Jedź ze mną. 

- Gdzie? 

-  Do  Hopechest.  Nawet  nie  wiem,  jak  ten  młodzian  wygląda.  A 

jemu też będzie raźniej. 

- Nie powinnam zostawiać chłopców samych. 

Ironiczny uśmiech wykrzywił Drake'owi usta. 

-  Przez  najbliższą  godzinę  będą  pod  okiem  twojego  przyjaciela 

korepetytora. Czasu nam wystarczy. 

Chciała spytać: na co? Ale powstrzymała się. Po sposobie, w jaki 

mierzył ją wzrokiem, wiedziała, że nadal jej pożąda, ale wiedziała też, 

że  nie  ma  się  czego  obawiać.  Tylko  ktoś  niespełna  rozumu  mógłby 

próbować  ją  uwieść.  Wyglądała  jak  wielki,  nadmuchany  balon.  I  tak 

się czuła. 

- Bolą cię plecy? - spytał, gdy westchnęła. 

Potrząsnęła przecząco głową. 

- W takim razie jedziemy. 

Zawahała się. 

-  Muszę  uprzedzić  Andy'ego.  I  mamę.  Strasznie  się  o  mnie 

martwi. 

background image

- Jak my wszyscy - szepnął Drake, kiedy odeszła kilka kroków. 

Obejrzała się przez ramię, po czym bez słowa ruszyła do kuchni. 

Powiedziała  Inez,  dokąd  się  wybiera  i  poprosiła,  aby  zawiadomiła 

Andy'ego,  gdyby  o  nią  pytał.  Parę  minut  później  siedziała  w  jeepie, 

który  Drake  kupił  przed  laty  i  gruntownie  wyremontował.  Prawdę 

mówiąc,  zdumiało  ją,  że  nie  kupił  sobie  jakiegoś  modnego 

sportowego autka. 

- Minął prawie tydzień, odkąd jesteś w domu - zauważyła ni stąd, 

ni zowąd. 

- Co? Zastanawiasz się, kiedy zamierzam wyjechać? 

- Owszem. 

Wzruszył ramionami. 

-  Mam  dwa  miesiące  urlopu  -  odparł.  -  Który  w  razie  potrzeby 

mogę przedłużyć. 

- W przeszłości wpadałeś do domu na tydzień, najwyżej dwa. 

-  Ale  w  przeszłości  nie  musiałem  przekonywać  do  swoich  racji 

ciężarnej kobiety - rzekł takim tonem, jakby to wszystko wyjaśniało. 

- Teraz też nie musisz. 

- Oj, muszę. - Roześmiał się cicho. 

Nie  chciał  sprawić  jej  przykrości,  ale  ona  nerwy  miała  w 

strzępach. 

- Przestań - poprosiła, połykając łzy. 

- Oczywiście. Przepraszam. 

Nie rozumiała tego, co się z nią dzieje, tęsknoty, pożądania, jakie 

Drake  nadal  w  niej  budził,  pragnienia,  by  znaleźć  się  w  jego 

background image

objęciach.  Resztę  drogi  do  Hopechest  pokonali  w  milczeniu.  Johnny 

czekał  na  werandzie  przed  biurem  kierownika.  Dokonawszy 

prezentacji, Maya weszła do środka. Każdy, kto zabierał dziecko poza 

teren  Hopechest,  musiał  się  wpisać  do  specjalnej  księgi.  Pięć  minut 

później ponownie zajęła miejsce w jeepie. 

-  Dzięki,  że  pan  mnie  zabiera.  -  Oczy  Johnny'ego  lśniły  z 

przejęcia. - Tu by mnie tylko zagonili do roboty... 

-  Och,  my  też  cię  zagonimy  -  oznajmił  Drake.  -  Obiecałem 

Riverowi, że podczas tego weekendu wyczyścimy mu stajnię. Brakuje 

mu  ludzi  do  pomocy,  odkąd  jego  dwóch  najlepszych  pracowników, 

facet  i  dziewczyna,  zakochało  się  w  sobie  i  uciekło.  -  Pokręcił  z 

uśmiechem  głową.  -  Ot,  do  czego  prowadzi  równouprawnienie. 

Dawniej, kiedy kowbojami byli tylko mężczyźni, takie rzeczy się nie 

zdarzały. 

Maya siedziała prosto, starając się nie dotykać Drake'a, ale było to 

niemożliwe;  na  wybojach  czy  zakrętach  siłą  rzeczy  ocierała  się  o 

ramię, biodro czy udo. Kiedy dojechali na miejsce, niemal wypchnęła 

Johnny'ego z jeepa, tak bardzo było jej spieszno, aby samej wysiąść.  

W  kuchni  przedstawiła  chłopca  swojej  matce.  Inez  przygotowała 

poczęstunek:  szklankę  mleka  i  ciepłe  bułeczki  o  smaku 

cynamonowym.  Dopiero  gdy  Johnny  się  posilił,  Maya  zaprowadziła 

go  do  pokoju,  w  którym  Andy  pomagał  w  matematyce  najmłodszym 

Coltonom. Uspokoiła się. Praca z dziećmi zawsze miała na nią kojące 

działanie.  

background image

W południe czuła się już normalnie, odprężona, zrelaksowana. To 

się oczywiście zmieniło, gdy po zakończeniu lekcji przeszli w piątkę, 

ona,  Andy  i  ich  trzej  uczniowie,  do  kuchni  na  lunch.  Tam  czekał  na 

nich Drake. 

-  Drake!  -  zawołał  Teddy,  tak  uradowany  na  widok  starszego 

brata,  że  Mayę  ze  wzruszenia  aż  ścisnęło  coś  w  gardle.  -  Zabierzesz 

nas  po  lunchu  na  padok?  Johnny  też  spróbuje  porzucać  lassem, 

prawda, Johnny? - Popatrzył na swojego nowego przyjaciela. 

- Ciszej. Nie jesteśmy w lesie - upomniała chłopca Maya. 

- Godzina zabawy z lassem, potem dwie godziny sprzątania stajni 

- oznajmił Drake, szczerząc zęby od ucha do ucha. 

Boże,  jaki  on  przystojny,  pomyślała  Maya.  I  zaraz  się  skarciła. 

Okropne  były  te  jej  zmiany  nastroju.  To  wpatrywała  się  w  Drake'a  z 

uwielbieniem, to znów chciała uciec od niego jak najdalej. Próbowała 

się  pocieszyć,  że  kiedy  urodzi  dziecko  i  obroni  dyplom,  wtedy 

zamieszka  gdzie  indziej  i  będzie  panią  samej  siebie.  Na  myśl  o 

wyjeździe  z rancza od razu posmutniała. Ale czując na sobie uważne 

spojrzenie  Drake'a,  rozciągnęła  usta  w  uśmiechu  i  przystąpiła  do 

nakładania jedzenia na talerze.  

Ilekroć  na  nią  patrzył,  serce  biło  mu  mocniej.  Zauważył,  z  jaką 

swobodą  rozmawia  z  Andym  Martinem,  natomiast  wyraźnie  unikała 

jego  wzroku.  Powoli  narastała  w  nim  złość.  Chciał  ją  porwać,  mieć 

wyłącznie  dla  siebie.  Przeszkadzała  mu  nie  tylko  sympatia,  z  jaką 

odnosiła  się  do  Andy'ego,  ale  również  to,  że  kilkunastoletni  Johnny 

background image

wodził za nią rozmiłowanym wzrokiem, a Joe i Teddy rywalizowali o 

jej względy niczym dwa psiaki, które chcą, by je pogłaskać. 

W milczeniu obserwował towarzystwo przy stole. Miał wrażenie, 

jakby  byli  rodziną,  on  zaś  intruzem  lub  outsiderem.  Poza  jednym 

cudownym  tygodniem  w  zeszłym  roku  właściwie  zawsze  czuł  się 

samotny, tylko nie zawsze zdawał sobie z tego sprawę. 

Po  lunchu  chłopcy  ruszyli  biegiem  na  dwór,  by  wytaszczyć  na 

środek zagrody kozły do rżnięcia drewna. Buzie im się nie zamykały; 

podnieceni,  opowiadali  nowemu  przyjacielowi,  jak  się  trzyma  lasso. 

Drake  wyszedł  za  chłopcami,  świadom,  że  Maya  z  Andym  pewnie 

nawet nie zauważyli jego zniknięcia. 

Po  wyjściu  z  domu  wciągnął  głęboko  powietrze.  Co  się  z  tobą 

dzieje,  stary?  -  pytał  sam  siebie.  Nie  lubił  chaosu  ani  niespodzianek. 

Zawsze wszystko miał zaplanowane. Do dnia, w którym otrzymał list 

od ojca powiadamiający go o ciąży Mai. 

Usłyszawszy  za  sobą  głosy,  odwrócił  się.  Maya  odprowadzała 

Andy'ego  do  samochodu.  Przez  chwilę  stali  koło  siebie,  omawiając 

dzisiejszą  lekcję  i  czyniąc  plany  na  następny  weekend.  Niewiele  się 

namyślając, podszedł kilka kroków. Nawet na niego nie spojrzeli. 

-  Spotkajmy  się  w  środę  w  miasteczku  -  zaproponował  Andy.  - 

Ustalimy dokładny rozkład zajęć dla całej trójki. 

- Dobry pomysł - ucieszyła się Maya. 

Na  jego,  Drake'a,  propozycje,  nigdy  tak  entuzjastycznie  nie 

reagowała.  

Podszedł jeszcze bliżej. 

background image

- Skoro jesteś w trakcie robienia planów na przyszłość, może byś 

również ustaliła datę ślubu? 

Andy milczał, Maya również - po prostu oniemiała ze zdumienia. 

W  ciszy,  jaka  nastała,  Drake  słyszał  szum  gałęzi  kołyszących  się  na 

wietrze, odległe krzyki chłopców, którzy dotarli już do zagrody, oraz 

łomot  własnego  serca,  które  usiłowało  mu  powiedzieć,  że  zachował 

się jak idiota.  

Sam  o  tym  wiedział.  Zanim  jeszcze  otworzył  usta,  był  świadom, 

że  powinien  ugryźć  się  w  język.  Zamierzał  przeprosić  Mayę,  Andy 

jednak nie dał mu dojść do słowa. 

- Jeśli natychmiast jej nie przeprosisz, wybiję ci zęby - zagroził. 

Drake  parsknął  śmiechem;  wyobraził  sobie chudego  nauczyciela, 

który  rzuca  się  z  pięściami  na  umięśnionego,  znającego  sztuki  walki 

komandosa. 

- Ty? Ty mi wybijesz zęby? 

Andy oblał się rumieńcem, ale przyjął pozycję bojową: zgiął nogi 

w kolanach i uniósł dłonie zaciśnięte w pięści. Drake z przyjemnością 

czekał na to, co będzie dalej. Miał w sobie zbyt wiele nagromadzonej 

energii. 

Andy ruszył do ataku. Po chwili jednym  zwinnym ruchem został 

powalony  na  ziemię.  Satysfakcja,  jaką  Drake  poczuł,  trwała  krótko. 

Uświadomił sobie, że popełnił błąd taktyczny, gdy zobaczył, jak Maya 

pochyla  się  nad  leżącym  mężczyzną,  a  potem  patrzy  na  niego  z 

wyrzutem w oczach. 

- Ty brutalu! 

background image

-  Przecież  nie  wyrządziłem  mu  krzywdy  -  powiedział,  bo  sama 

zdawała się tego nie zauważać. - Zresztą to on mnie zaatakował. 

Wyprostowała się i oparła ręce na biodrach. 

- Może. Ale ty go sprowokowałeś. 

Wyglądała  tak  słodko  i  rozkosznie,  że  o  mało  jej  nie  pocałował. 

Najwyższym  wysiłkiem  woli  zdołał  się  powstrzymać.  Nie  doceniła 

tego,  podobnie  jak  tego,  że  nie  przetrącił  jej  głupiemu  przyjacielowi 

karku. 

- Bo... - Usiłował szybko coś wymyślić. - Bo on cię dotykał. 

- Dotykał?! - krzyknęła zirytowana. - Na miłość boską! Zejdź mi z 

oczu! 

I  tak  zrobił.  Uraziła  jego  dumę.  Nie  zamierzał  z  nią  dalej 

dyskutować.  Powłócząc  nogami,  skierował  się  z  powrotem  do  domu. 

Tak  jak  się  spodziewał,  Inez  była  w  kuchni.  Nalawszy  sobie  kubek 

gorącej  kawy,  przysiadł  na  stołku  przy  końcu  blatu  i  patrzył  w 

milczeniu, jak matka Mai przygotowuje rybę na kolację. 

- Problemy? - spytała. 

Skinął głową. 

-  Chodzi  o  Mayę  -  rzekł  przybity.  -  Po  prostu  nic  nie  idzie  po 

mojej myśli. 

Sądził,  że  będzie  mu  wdzięczna,  bądź  co  bądź  przyjechał  do 

domu, aby się nią zająć i zatroszczyć o przyszłość ich dziecka. A ona 

co?  Zamiast  się  ucieszyć  i  mu  podziękować,  zareagowała  na  jego 

przyjazd furią. 

- W ogóle jej nie rozumiem - mruknął pod nosem. 

background image

Inez posmarowała masłem filety. 

-  Kobiety  w  ciąży  często  zachowują  się  w  sposób 

nieprzewidywalny. 

- To prawda - przyznał ponuro. 

Nie mógł zapomnieć, że Maya nazwała go brutalem. 

-  Wszystko  przez  hormony  -  ciągnęła  Inez.  -  Nawet  sobie  nie 

wyobrażasz, co one wyczyniają z ciałem i psychiką przyszłej matki. 

Znów  pokiwał  głową.  Trochę  jednak  sobie  wyobrażał.  Pamiętał 

przecież  szczupłą,  idealnie  zbudowaną  Mayę  sprzed  roku.  Dzisiejsza 

miała znacznie pełniejszą figurę i duży zaokrąglony brzuch. Ale to w 

niczym nie przeszkadzało. Nadal jej pożądał. 

Pod wieloma względami wydawała mu się bardziej zmysłowa niż 

dawniej. Dziecko, które nosiła w swoim łonie, świadczyło o szalonej 

namiętności,  jaka  ich  łączyła.  Tak,  z  Mayą  przeżył  chwile  szczęścia, 

jakiego nigdy wcześniej nie zaznał. 

- Jedno wiem na pewno - podjęła po kilku sekundach Inez. - Moja 

córka nigdy nie oddałaby się mężczyźnie, którego by nie kochała. 

Drake poczuł bolesny ucisk w piersi. 

- Wydają się sobie bardzo bliscy. Maya i Andy. 

- Andy to jej serdeczny przyjaciel. - Inez obtoczyła filety w tartej 

bułce  zmieszanej  z  tartym  serem,  po  czym  ułożyła  je  na  blasze.  - 

Dobrze, jak kochankowie są również przyjaciółmi. 

-  Andy  nie  jest  jej  kochankiem!  -  zaprotestował  gwałtownie 

Drake. 

- Ktoś nim był. 

background image

Zrobiło  mu  się  wstyd.  Tym  bardziej  że  Inez  stwierdziła  jedynie 

fakt oczywisty. 

- Przepraszam. Jesteś jej matką. Nie powinienem był... 

-  Matka  musi  przeciąć  przysłowiową  pępowinę,  kiedy  jej  córka 

staje się kobietą. Mimo to niełatwo patrzeć w milczeniu, gdy dziecko 

popełnia  błędy.  -  Posłała  mu  uśmiech,  mądry,  lecz  jakże  smutny.  - 

Przekonasz się o tym, kiedy będziesz miał własną córkę. 

- Marissę. Tak jej Maya zamierza dać na imię. 

- Bardzo ładnie - pochwaliła Inez. 

Zniżywszy  wzrok,  popatrzył  na  swoją  dłoń;  kilka  dni  temu 

trzymał  ją  na  brzuchu  śpiącej  Mai,  a  maleństwo  kopało  go,  jakby 

cieszyło się z jego powrotu do domu. Nagle ujrzał przed oczami twarz 

Michaela.  Skonfundowany,  potrząsnął  głową.  W  jego  duszy  znów 

zagnieździł się mrok. 

-  Wykonuję  bardzo  niebezpieczną  pracę  -  rzekł,  próbując  się 

usprawiedliwić.  -  Miejsca,  w  których  przebywam,  nie  nadają  się  dla 

żony i dziecka. 

-  Kobiety  nie  znają  strachu.  Od  zarania  dziejów  wszędzie 

towarzyszą  swoim  mężom  -  oznajmiła  lekko karcącym  tonem  Inez.  - 

Może to tobie brakuje odwagi? 

-  Ktoś  musi  być  realistą,  trzeźwo  oceniać  sytuację  -  powiedział. 

Toczył walkę z samym sobą. 

- Maya należy do osób bardzo trzeźwo myślących. 

- Bo ja wiem? 

background image

Podejrzewał, że wbrew temu, co się jej wydaje, Inez wcale nie zna 

swojej  córki.  Skinąwszy  na  pożegnanie  głową,  wyszedł  z  kuchni  i 

skierował się do zagrody. Potrzebował ruchu; rozpierała go energia. 

Maya,  jak  zwykle  nie  zważając  na  swój  stan,  siedziała  na 

najwyższej żerdzi ogrodzenia. 

- Nie spadnij - wycedził przez zęby, przeskakując na drugą stronę. 

-  Nie  ma  obawy  -  rzekła  bezbarwnym  tonem,  który  świadczył  o 

tym, że wciąż jest na niego wściekła. 

- Chcecie spróbować z konia? - zwrócił się do chłopców. 

Joe  z  Teddym  zareagowali  entuzjastycznie.  Johnny  nic  nie 

powiedział.  Nadzorując  siodłanie  trzech  spokojnych  kuców,  Drake 

przyglądał się nastolatkowi. Johnny robił dokładnie to samo co Teddy 

i Joe, lecz palce miał sztywniejsze, ruchy mniej skoordynowane. Koń, 

którego mu przydzielono, sam wziął do pyska wędzidło i sam wsunął 

łeb w uzdę. 

- Pamiętajcie, żeby skrzyżować wodze - polecił Drake. 

Pokazał,  o  co  mu  chodzi,  po  czym  zademonstrował,  jak  jednym 

płynnym  ruchem  wsiada  się  na  konia.  Uświadomił  sobie,  że  to 

pierwszy  kontakt  Johnny'ego  z  końmi.  Chłopiec  posłusznie 

wykonywał  wszystkie  polecenia.  Kiedy  siedział  w  siodle,  trzymając 

wodze w jednej ręce, Drake pokiwał głową z aprobatą. 

-  Jak  tylko  zarzucicie  lasso,  musicie  cofnąć  się,  żeby  lina  była 

mocno  napięta.  Następnie  zeskakujecie  z  konia  i nie puszczając  liny, 

podbiegacie  do  złapanego  zwierzęcia.  W  naszym  przypadku  jest  to 

kozioł do rżnięcia drewna, ale pamiętajcie, że prawdziwy kowboj ma 

background image

do  czynienia  z  prawdziwym  bykiem  czy  cielakiem,  który  próbuje  się 

uwolnić. 

Czując na sobie spojrzenie Mai, tłumaczył chłopcom, co robią źle, 

pokazywał prawidłowy sposób wykonywania kolejnych czynności i z 

satysfakcją  patrzył,  jak  coraz  lepiej  sobie  radzą.  Maya  miała  rację: 

Johnny uczył się szybko i odznaczał się dużą inteligencją. Może jakiś 

uniwersytet  przyznałby  mu  stypendium  sportowe?  Pogada  później  o 

tym z Mayą. 

Kiedy skończyli ćwiczenia z lassem, poszedł do swojego pokoju, 

by  wykąpać  się  przed  kolacją.  I  gdy  ociekający  wodą  stał  pod 

prysznicem,  nagle  coś  go  tknęło:  Maya  przestała  mu  ufać.  W  liście, 

który jej zostawił zeszłego lata, napisał, że wiedzie nieustabilizowane 

życie, a to wyklucza możliwość założenia rodziny. Wyjaśnił, dlaczego 

musi wyjechać i dlaczego nie może jej ze sobą zabrać. 

No, dlaczego, Drake? Dlaczego? 

Pytanie  dźwięczało  mu  w  głowie.  Czuł  się  osaczony,  złapany  w 

pułapkę.  Cholera  jasna,  przecież  wszystko  dokładnie  wyłuszczył. 

Prowadził  zupełnie  inny  tryb  życia  niż  normalni  faceci.  Nie  mógł 

zapewnić kobiecie poczucia bezpieczeństwa, a tym bardziej planować 

swojej przyszłości. 

Dlaczego? 

Z powodu misji, na które go wysyłano. Nigdy nie miał pewności, 

czy wróci cały i zdrowy, ba, czy w ogóle zdoła powrócić. Obiecał zaś 

sobie,  że  nie  pozwoli,  aby  ktokolwiek  go  opłakiwał  i  cierpiał,  jeżeli 

zginie.  

background image

Tak jak on cierpiał po śmierci swojego brata? 

Może.  Nie  umiał  na  to  odpowiedzieć.  Po  prostu  uważał,  że 

mężczyzna  wykonujący  tak  niebezpieczną  pracę  nie  powinien  mieć 

żony i dzieci. Ale dziecko jest już w drodze. A Maya... 

Na  myśl  o  tym,  jak  czule  go  wita,  gdy  wraca  skonany  z  misji, 

zrobiło mu się gorąco. 

Raptem  poczuł  dojmujący  ból  w  biodrze,  tam,  gdzie  go  trafiła 

ostatnia  kula.  W  tym  tkwił  cały  problem.  Że  z  którejś  kolejnej  misji 

może nie wrócić. Wtedy rodzina, którą zostawi, pogrąży się w piekle 

rozpaczy.  W  rozpaczy  i  mroku,  które  on  tak dobrze  znał,  Które  stale 

mu towarzyszyły i  od których udało  mu się wyzwolić zaledwie kilka 

razy w zeszłym roku, kiedy kochał się z Mayą. 

Zalała  go  fala  wspomnień. Miał pretensje  do  siebie,  że  tak  podle 

postąpił. Wykorzystał Mayę. Nie powinien był  rozpalać  w niej ognia 

czy  domagać  się  miłości,  skoro  nie  zamierzał  jej  odwzajemniać. 

Psiakrew!  Kotłowały się  w nim różne  emocje. Wiedział,  że musi coś 

zrobić. Pójść do Mai, porozmawiać z nią, powiedzieć, że... że co? 

Że  facet  bez  przyszłości  nie  ma  prawa  angażować  się  w 

jakikolwiek  stały  związek.  Powinien  jej  to  wytłumaczyć.  Nawet 

gdyby miałoby to oznaczać, że... 

Nie!  Pomysł,  że  Maya  mogłaby  się  związać  z  innym,  jest nie do 

przyjęcia.  Po  prostu  muszą  dojść  do  porozumienia.  Od  tego  zależy 

przyszłość  ich  dziecka.  Marissy.  Tak,  powinni  przede  wszystkim 

myśleć o Marissie. 

 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Maya  przejrzała  pośpiesznie  stos  notatek.  W  porządku,  niczego 

nie  brakuje.  Ale  czy  na  pewno?  Znów  zaczęła  kartkować  strony.  Na 

pewno.  Boże,  jest  kłębkiem  nerwów.  Dziś  zdaje  ważny  egzamin, 

ostatni  w  semestrze.  Z  innych  zajęć  ocenę  wystawiano  na  podstawie 

referatu  czy  krótkiego  eseju,  jednakże  seminarium  poświęcone 

metodom  badania  osobowości  małego  dziecka  kończył  trudny 

egzamin pisemny, który niejednokrotnie trwał nawet i trzy godziny. 

Zamknąwszy  skoroszyt,  wsunęła  go  do  płóciennej  torby;  obok 

wrzuciła  butelkę  wody  mineralnej  i  paczkę  krakersów  z  serem. 

Następnie  skierowała  się  do  kuchni  poprosić  matkę,  aby  trzymała  za 

nią  kciuki.  W  kuchni  zastała  Drake'a.  Skinęła  mu na powitanie  tylko 

dlatego, że była dobrze wychowana. 

-  Mamo,  powinnam  wrócić  przed  dziewiątą.  Chłopcom 

zostawiłam dokładne instrukcje. Przed kolacją odrabiają lekcje, potem 

przez godzinę oglądają telewizję, tym razem Teddy wybiera program. 

Przed  pójściem  spać,  przez  pół  godziny,  Joe  czyta  na  głos  dowolny 

fragment z jednej z książek na biurku. 

- Pamiętam, kochanie - powiedziała Inez, mieszając sos w garnku. 

-  Kiedy  Joe  skończy,  wtedy  ja  obojgu  czytam  rozdział  z  książki 

Teddy'ego. O dziewiątej gaszę światło. 

- Dokąd się wybierasz? - zainteresował się Drake. 

- Do San Francisco - odparła niechętnie. 

- Maya jedzie na egzamin - wyjaśniła Inez, spoglądając na córkę z 

zatroskaniem.  -  Nie  podoba  mi  się,  że  tyle  godzin  będziesz  sama  za 

background image

kierownicą. Meteorolodzy  zapowiadają burzę.  A  jeśli  coś  się  zepsuje 

w samochodzie albo... 

- Nic się nie zepsuje - zapewniła matkę Maya. 

-  Powietrze  może  ujść  z  opony,  droga  może  być  nieprzejezdna. 

Zdarza się, zwłaszcza o tej porze roku, że podczas gwałtownych ulew 

osuwają  się  zbocza.  Jeśli  zacznie  padać,  nie  wracaj  do  domu. 

Przenocuj w mieście. 

- Od miesiąca nie spadła kropla. Przestań się martwić, mamo. Nic 

mi nie będzie. 

- Trzymaj. - Inez podała córce plastikową torbę. - Przygotowałam 

ci coś do jedzenia. Na wszelki wypadek. 

Kręcąc z rezygnacją głową, Maya wsunęła pakunek do torby obok 

skoroszytu i butelki z wodą, po czym cmoknąwszy matkę w policzek, 

ruszyła do drzwi. Drake poderwał się i poszedł za nią. Niemal deptał 

jej po piętach. 

- Czego chcesz? - spytała, przystając. 

- Zamierzasz jechać tym swoim gratem? 

- Owszem - odparła zaskoczona. 

- Wykluczone! 

- Słucham? 

- Zawiozę cię. Tylko nie kłóć się ze mną - ostrzegł, zanim zdążyła 

się sprzeciwić. - Bo to nic nie da. 

- Nie potrzebuję kierowcy. 

- Proszę cię... 

background image

Może  gdyby  nie  popatrzyła  mu  w  oczy,  zdołałaby  postawić  na 

swoim.  Ale  popatrzyła.  I  zobaczyła  w  nich  wyraz  determinacji, 

zatroskania,  a  także  głęboko  skrywanego  smutku,  który  zdawał  się 

nigdy go nie opuszczać. 

-  Naprawdę  nie  musisz  -  rzekła,  starając  się  przemówić  mu  do 

rozsądku. 

- Wiem. Ale niepokoiłbym się o ciebie. 

To  jedno  zdanie  zmiękczyło  jej  serce.  Nie  do  końca przekonana, 

czy  słusznie  postępuje,  przeszła  z  nim  do  jego  świeżo 

wyremontowanego jeepa. Kiedy opuścili teren rancza, powoli zaczęła 

się odprężać. 

- Miło podziwiać krajobrazy zamiast wpatrywać się w szosę. 

Zerknął na nią spod oka. 

- To prawda. 

Wybrał  szybszą  drogę.  Zamiast  malowniczą  szosą  ciągnącą  się 

wzdłuż  wybrzeża, pojechali krętą drogą przez góry, która prowadziła 

do autostrady. Mimo to podróż trwała kilka godzin. Prawie wcale się 

do siebie nie odzywali, ale to im nie przeszkadzało. Dochodziło wpół 

do dwunastej, kiedy dołączyli do sznura pojazdów sunących mostem o 

nazwie Złote Wrota. Niebo było zasnute chmurami, miasto zaś okryte 

mgłą, którą chłodny wiatr przywiewał znad Pacyfiku. 

- Zjedzmy lunch w jednej z knajpek na przystani - zaproponował 

Drake. 

-  Wolałabym  jechać  na  uniwersytet.  Chcę  jeszcze  raz  przejrzeć 

notatki. 

background image

- W porządku. Mów tylko, gdzie mam skręcać. 

Słuchając jej wskazówek, wkrótce dowiózł ją na miejsce. Parking 

jak  zwykle  był  zapchany,  ale  po  paru  minutach  udało  im  się  znaleźć 

kawałek  wolnej przestrzeni. Maya skierowała się prosto do budynku, 

w którym miał się odbyć egzamin. Tam przysiadła w cichym kącie. 

-  Zanudzisz  się  na  śmierć  -  powiedziała  do  Drake'a.  -  Egzamin 

skończy się pewnie koło czwartej. 

- Nie szkodzi, mam książkę. Nie wiesz, czy gdzieś w pobliżu jest 

jakaś stołówka czy kawiarnia? 

Maya wyciągnęła torbę z jedzeniem, którą Inez dała jej na drogę. 

-  Mama  wyposażyła  mnie  tak,  jakbym  miała  spędzić  tydzień  na 

bezludnej wyspie. Poczęstujesz się? 

-  Chętnie.  Kupię  nam  coś  do  picia.  -  Wskazał  stojący  w  holu 

automat z zimnymi napojami. 

Ruszył  przed  siebie  sprężystym  krokiem.  Maya  nie  mogła 

oderwać od niego oczu. Ubiegłego lata posłuchała głosu serca. Głupio 

postąpiła,  lecz  przysięgła  sobie,  że  drugi  raz  tego  błędu  nie  popełni. 

Nawet gdyby jej znów udowodnił, jakim jest wspaniałym facetem. 

A  że  był,  nie  ulegało  wątpliwości.  Podczas  weekendu  mnóstwo 

czasu  poświęcił  Johnny'emu  i  swoim  młodszym  braciom;  ćwiczyli 

razem w zagrodzie, sprzątali stajnię, rozmawiali. Lubił dzieci i potrafił 

znaleźć  z  nimi  wspólny  język.  W  dodatku  miał  do  nich  anielską 

cierpliwość.  Dzięki  temu,  że  się  nimi  zajmował,  mogła  lepiej 

przygotować się do egzaminu. Oczywiście starała się być w pobliżu i 

mieć chłopców na oku, by nie podpaść Meredith. 

background image

Położywszy  rękę  na  brzuchu,  zaczęła  się  zastanawiać,  jakim 

Drake byłby ojcem. Stanowczym i wymagającym, czy pobłażliwym i 

wyrozumiałym?  Czułym  i  kochającym,  czy  chłodnym  i  na  dystans? 

Czy rozpieszczałby Marissę podczas krótkich wizyt w domu, a resztę 

czasu nawet o niej nie pamiętał? A ona, Maya? Gdyby się pobrali, czy 

przeistoczyłaby się w zrzędzącą jędzę? Czy suszyłaby mu głowę, żeby 

zmienił  pracę?  Czy  ciągle  by  się  denerwowała,  gdy  wyjeżdżałby  na 

misję? A gdyby z którejś nie wrócił, co wtedy? 

Martwiła ją ta ciemna strona jego duszy, która stale pchała go w 

objęcia  śmierci,  zmuszała  do  ustawicznego  podejmowania  ryzyka.  A 

przecież  nie  był  ryzykantem  ani  poszukiwaczem  przygód.  Był 

normalnym 

człowiekiem, 

mającym 

głębokie 

poczucie 

sprawiedliwości i potrafiącym odróżnić dobro od zła. 

W tym tkwił problem. Gotów był się z nią ożenić, bo uważał, że 

wypada, że to jego psi obowiązek. Że musi naprawić krzywdę, jaką jej 

wyrządził.  Po  prostu  taką  miał  naturę.  I  między  innymi  dlatego  go 

kochała. Tęskniła za nim, odkąd wyjechał. Tęskniła i czekała na jakąś 

wiadomość.  Drake  jednak  ani  razu  nie  dał  znaku  życia.  Nic  więc 

dziwnego,  że  kiedy  przekonała  się,  że  jest  w  ciąży,  nie  napisała  do 

niego. Duma jej na to nie pozwoliła. 

„W  moim  życiu  nie  ma  miejsca  na  żonę  i  rodzinę".  To  jedno 

zdanie  na  zawsze  wryło  się  w  jej  serce.  Wcześniej  Drake  opowiadał 

jej  o  sobie,  mówił  o  miłości,  zapewniał  o  uczuciu,  a  potem 

niespodziewane zniknął, zostawiając list na szafce nocnej. Zrobiło się 

jej  żal  młodej,  ufnej  dziewczyny,  którą  była  przed  rokiem.  Aż 

background image

wzdrygnęła  się  na  wspomnienie  tamtego  ranka,  kiedy  obudziła  się 

sama w łóżku i zobaczyła leżący obok list... 

- Proszę. - Drake podał jej puszkę z napojem i słomkę. 

Ciekaw  był,  gdzie  odpłynęła  myślami.  Ogarnęła  go  zazdrość. 

Pragnął  ją  mieć  całą  dla  siebie,  wiedzieć,  co  robi  i  o  czym  marzy  o 

każdej porze  dnia i nocy.  Z  drugiej  strony  rozum  mówił  mu, aby  dał 

jej  spokój.  Aby  przypomniał  sobie,  dlaczego  nie  powinni  się  wiązać. 

Ale było już za późno. 

Kiedy  tak  patrzył  na  jej  zaokrąglony  brzuch,  czuł  straszliwą 

tęsknotę.  Sam  do  końca  nie  był  pewien,  za  czym.  Za  namiętnością, 

jaka  połączyła  ich  zeszłego  roku?  Owszem.  Za  tym,  aby  ponownie 

zdobyć  jej  zaufanie?  Tak.  Za  jej  miłością?  Zawsze  wcześniej  unikał 

myślenia  o  takich  sprawach  jak  dom  i  rodzina.  Wiedział,  że  nie  jest 

mu to pisane. Uświadomił to sobie dawno temu, zanim jeszcze został 

komandosem. Przecież za nic w świecie nie chciał jej skrzywdzić... 

A jednak skrzywdził. I musi ponieść tego konsekwencje. 

Wiele lat temu, kiedy siedemnastoletnia Maya przeistoczyła się z 

roztrzepanej  dziewczynki  w  młodą  atrakcyjną  kobietę,  oczarowany 

wodził  za  nią  wzrokiem.  Ale  zwyciężył  rozum.  Rozum  kazał  mu 

wyjechać. I tak też zrobił. Szkoda, że nie posłuchał rozumu w czerwcu 

ubiegłego  roku.  Teraz  jest  za  późno.  Ponownie  skierował  na  Mayę 

wzrok.  Jadła,  przeglądając  notatki.  Ręce  jej  drżały.  Nie  znosiła 

egzaminów. 

Zdał sobie sprawę, jak wiele ich łączy. Zrozumiał, że bez względu 

na to, czy Maya zgodzi się go poślubić, czy nie, on musi zatroszczyć 

background image

się  o  nią  i  Marissę.  Dlatego  też  -  na  wypadek  gdyby  nie  wrócił  z 

kolejnej  misji  -  wszystkie  swoje  dobra  doczesne,  oszczędności, 

pieniądze  z  ubezpieczenia,  cały  fundusz  powierniczy,  zapisał  jej  w 

testamencie.  

Nie  patrząc  na  to,  co  wkłada  do  ust,  zjadł  kanapkę,  kilka 

marchewek,  jabłko.  Oczami  wyobraźni  widział  duże  piwne  oczy  i 

buzię, podobną do Mai, ale młodszą, dziecięcą, na której malował się 

wyraz  ufności.  Chciał  wyjaśnić  temu  dziecku,  na  czym  polega  praca 

komandosa,  z  jakim  wiąże  się  ryzykiem,  ale  wszystkie  argumenty 

wydawały mu się błahe i mało przekonujące. Może więc było w jego 

życiu miejsce na coś więcej niż praca i obowiązki ... 

Zobaczył,  że  Maya  siedzi  z  zaciśniętymi  powiekami.  Usta  się  jej 

poruszały. W skupieniu powtarzała materiał. 

- Daj notatki. Przepytam cię. 

Podała;  brak  sprzeciwu  najlepiej  świadczył  o  tym,  jaka  jest 

przejęta  egzaminem.  Przez  półtorej  godziny  zadawał  pytania;  na 

wszystkie odpowiadała wyczerpująco. 

- Zdasz bez problemu - oznajmił. 

- Oby. 

Uśmiechnął  się  pod  nosem,  słysząc  jej  pełen  obaw  ton.  Zawsze 

była  świetną  uczennicą,  z  entuzjazmem  podchodzącą  do  nauki.  Z 

takim samym zapałem podchodziła również do miłości; pragnęła dać 

z siebie wszystko, poznać wszystkie odcienie rozkoszy. 

Odruchowo  pochylił  się  i  na  moment  przywarł  ustami  do  jej 

miękkich, pełnych warg. 

background image

- Powodzenia - szepnął. 

- Dzięki. 

Wzięła  kilka  głębokich  oddechów,  by  się  uspokoić,  po  czym 

zgarnąwszy  notatki,  ruszyła  na  koniec  korytarza,  gdzie  w  wejściu  do 

auli tłoczyli się studenci. Drake wyciągnął z kieszeni książkę na temat 

działań  marynarki  podczas  kilku  poprzednich  wojen  i  przystąpił  do 

czytania. Po dwóch rozdziałach odłożył książkę na bok. Nie mógł się 

skupić, cały czas wracał myślami do Mai i do dziecka. Czy ich córka 

wyjdzie  kiedyś  za  mąż,  będzie  miała  własne  dzieci?  Czy  będzie  ją 

widywał? Czy... 

Na dworze rozszalała się burza; lało jak z cebra, wiał silny wiatr. 

Przy  takiej  pogodzie  droga  przez  góry  byłaby  ryzykowna.  O  trzeciej 

zadzwonił  do  Inez  i  dowiedział  się,  że  w  Prosperino  również 

intensywnie pada. 

- W takim razie chyba zostaniemy na noc - rzekł. - Może jutro się 

przejaśni. 

-  Dobry  pomysł  -  poparła  go  gospodyni.  -  Jazda  podczas  burzy 

jest zbyt niebezpieczna. 

Zarezerwował  dwa  pokoje  w  hotelu  nad  zatoką.  Miał  drobne 

wyrzuty  sumienia,  ale  przecież  ani  nie  zamawiał  burzy,  ani  jej  nie 

spowodował.  Nawet  Inez  ucieszyła  się,  że  w  taką  pogodę  Maya  nie 

będzie  wracała  do  domu.  Tak,  nocleg  w  San  Francisco  to  rozsądne 

wyjście. O tym, co będzie dalej, wolał nie myśleć. 

background image

Maya wręczyła zapisane strony stojącej przy drzwiach asystentce 

profesora,  po  czym  wyszła  z  auli,  szczęśliwa,  że  egzamin  ma  już  za 

sobą. 

- No i jak poszło? - spytał Drake. 

Stał z rękami w kieszeniach, niedbale oparty o ścianę. 

-  Dobrze  -  odparła,  odwracając  wzrok.  -  Ojej,  pada  -  rzekła 

zdziwiona,  jakby  dopiero  teraz  zauważyła  trwającą  od  kilku  godzin 

burzę. 

-  Ano  pada.  Drogi  mogą  być  miejscami  nieprzejezdne. 

Rozmawiałem z Inez. Powiedziałem jej, że zostaniemy na noc. 

Maya przycisnęła płócienną torbę do piersi. 

- Tak chyba faktycznie będzie lepiej. 

Starała  się  ukryć  podekscytowanie.  Chciała  zostać  w  San 

Francisco, spędzić z Drakiem kilka godzin sam na sam.  

Kilka godzin? Całą noc! 

Ruszyli  do  auta.  Był  uprzejmy,  opiekuńczy,  wskazywał  kałuże, 

które  lepiej  omijać,  po  prostu  zachowywał  się  jak  dżentelmen.  Ale 

jego  oczy...  one  mówiły  własnym  językiem.  O  tym,  co  ich  kiedyś 

łączyło, o nie spełnionych marzeniach. 

Z  hotelu,  który  znajdował  się  w  dzielnicy  turystycznej,  rozciągał 

się wspaniały widok na zatokę, na wyspę Alcatraz i most Złote Wrota, 

który teraz, w strugach deszczu, był prawie niewidoczny. Pokoje mieli 

na siedemnastym piętrze; drzwi dzieliła szerokość korytarza. 

- Może być? - spytał Drake, kiedy zostali sami. 

background image

Przez  chwilę  spoglądała  na  zatokę,  potem  popatrzyła  w  dół  na 

ulicę pełną wracających z pracy ludzi. 

- Tak, oczywiście. 

Podszedł do okna, przy którym stała. 

- Co tam widzisz takiego ciekawego? 

- Nic. Ulicę. Ale wygląda jak na obrazie, szara, zamazana, z szarą 

i zamazaną zatoką w tle. 

-  Niedługo  będzie  całkiem  pusta.  Urzędnicy  wrócą  do  domu, 

turyści do hotelu... 

Wciągnęła  głęboko  powietrze,  wdychając  zapach  wody 

kolońskiej. Jaka szkoda, pomyślała, że tak się potoczyły ich losy. Och, 

przestań! Dorośnij! - skarciła się w duchu.  

Z jej piersi wyrwało się westchnienie. 

- Zmęczona? - zapytał cicho. 

Podniósł ręce i zaczął masować jej ramiona, łopatki, kark. Czuła, 

jak  napięcie  ją  opuszcza.  Nie  protestowała.  Może  powinna  była,  ale 

bardzo się jej nie chciało. Zresztą jakie to ma teraz znaczenie? 

Drake. Chłopiec, którego uwielbiała, mężczyzna, którego kochała 

wielką  prawdziwą  miłością.  Człowiek  obdarzony  ogromnym 

poczuciem odpowiedzialności i potrzebą odkupienia winy za grzechy, 

których  nie  popełnił.  Wielkoduszny,  wyrozumiały  dla  innych,  srogi  i 

surowy  dla  siebie.  Odwróciła  się  przodem.  Nie  potrafiła  dłużej 

ukrywać swoich uczuć. Ani przed nim, ani przed sobą. 

Przełknął ślinę, po czym delikatnie pogładził Mayę po policzku. 

background image

-  Całymi  miesiącami  o  tym  marzyłem  -  rzekł.  -  Że  będziemy 

razem, ty i ja, że będę cię dotykał... 

- Mogliśmy być razem. 

- Czasem wciąż wydaje mi się to możliwe. 

- Ale nie jest. 

- Na pewno? 

Z oczu wyzierała mu tęsknota. Z trudem panował nad emocjami. 

Wystarczyłoby słowo, drobny nacisk... 

- Muszę odpocząć. 

Opuścił rękę i cofnął się dwa kroki. 

- Oczywiście. Przepraszam. A co z kolacją? Wolisz zjeść tu czy w 

mieście? 

Restauracja  hotelowa  mieściła  się  na  ostatnim  piętrze.  Maya 

lubiła podziwiać stamtąd widoki. 

-  Tu.  Uwielbiam  ten  lokal.  Czuję  się  w  nim  tak,  jakbym  była  na 

czubku świata. 

- A zatem o siódmej? 

- Doskonale. 

Rozmawiali jak dwoje ludzi, którzy dopiero się poznali, a nie jak 

dawni kochankowie, którzy starają się zapanować nad pożądaniem.  

Po chwili Drake skinął głową i wyszedł do swojego pokoju. Maya 

dalej  stała  przy  oknie,  wpatrując  się  w  rozmyty  krajobraz.  O  niczym 

nie myślała. Czekała - na coś lub na kogoś. Położywszy się na łóżku, 

zamknęła  oczy.  Była  zmęczona,  bardzo  zmęczona.  Nawet  nie 

próbowała walczyć z sennością. 

background image

Ze  zdziwieniem  zauważyła,  że  w  restauracji  panuje  spory  ruch. 

Jedną stronę sali zajmowała duża, dość hałaśliwa grupa biesiadników. 

Na  szczęście  stolik,  do  którego  zaprowadzono  ją  i  Drake'a,  stał  w 

cichej wnęce, przy oknie z widokiem na zatokę. 

- Spałaś? 

- Jak zabita. Ku własnemu zdumieniu. 

Pokiwał głową. 

-  Byłaś  wyczerpana.  Zresztą  odkąd  pamiętam,  zawsze 

przeżywałaś  wszystkie  klasówki  i  egzaminy.  I  zawsze  je  śpiewająco 

zdawałaś. 

Już chciała się sprzeciwić, ale po chwili wzruszyła ramionami. 

- To tylko świadczy o moim braku pewności siebie. O strachu, że 

zawiodę, że wypadnę poniżej oczekiwań. 

- Ręczę ci, że jeszcze nigdy nikogo nie zawiodłaś - powiedział  z 

uśmiechem. 

Niby  rozmawiali  o  nauce  i  egzaminach,  ale  w  głosie  Drake'a 

wyczuwała jakiś podtekst. 

Kilka  minut  później  koło  ich  stolika  przeszła  atrakcyjna  para. 

Kobieta,  ubrana  w  wąskie  czarne  spodnie  i  opiętą  czarną  górę,  miała 

figurę modelki. Maya popatrzyła na swoje granatowe spodnie i luźną, 

przypominającą  namiot  bluzkę.  Ciekawa  była,  czy  kiedykolwiek 

odzyska dawne kształty. 

-  Siedząc  tu,  człowiek  ma  wrażenie,  jakby  był  na  wyspie  - 

powiedział  Drake,  zmieniając  temat.  -  Albo  w  jakimś  dziwnym 

background image

miejscu  zawieszonym  między  ziemią  a  niebem.  Te  samochody 

jeżdżące w dole wyglądają jak odległe pojazdy kosmiczne, prawda? 

-  Masz  rację.  -  Maya  włączyła  się  do  zabawy.  -  A  my 

przebywamy na stacji kosmicznej, która krąży po orbicie. 

-  Ładny  ten  nasz  wszechświat...  -  W  jego  głosie  dźwięczała 

obietnica. 

Po  plecach  przebiegł  ją  dreszcz.  Wiedziała,  że  musi  wziąć  się  w 

garść. Na szczęście na stole pojawiły się przystawki. Wreszcie mogła 

się  skoncentrować  na  jedzeniu,  nie  myśleć  o  obietnicach,  nie 

doszukiwać się niuansów i dwuznaczności. Z jednej strony chciała, by 

posiłek skończył się jak najszybciej, z drugiej marzyła o tym, by trwał 

jak najdłużej. Zdawała sobie jednak sprawę, że nic nie trwa wiecznie. 

-  Masz taką  poważną  minę.  O  czym  myślisz?  -  spytał,  nawet  nie 

patrząc na danie, które kelner przed nim postawił. 

Nabrała na widelec kawałek ryby. 

- Że mniej więcej za trzy miesiące czekają mnie kolejne egzaminy 

- odparła lekkim tonem. 

- Marissa będzie już na świecie. 

Uśmiech na jej twarzy nieco przygasł. 

- Tak, to prawda. 

- Jak sobie poradzisz? 

- Noworodki przesypiają większość dnia. Będę małą brała z sobą 

na zajęcia. 

- Zamierzasz karmić ją piersią? 

- Chciałabym. Podobno tak jest lepiej dla dziecka. 

background image

- Dobrze. Cieszę się - rzekł z powagą. 

Popełniła  błąd:  spojrzała  mu  w  oczy.  I  niemal  rozpłakała  się, 

widząc  w  nich  wyraz  przeraźliwej  samotności.  Opuściła  wzrok.  Nie 

mogła sobie pozwolić na sentymenty. 

Kelner zabrał puste talerze. 

-  Chciałabym  wrócić  do  pokoju  -  oznajmiła.  Na  deser  nie  miała 

ochoty. 

Drake poprosił o rachunek. 

Kiedy  zjeżdżali  na  siedemnaste  piętro,  Maya  oparła  się  o  ścianę. 

Czuła  na  sobie  brzemię  odpowiedzialności.  Czy  poradzi  sobie  z 

wychowaniem dziecka? Wiedziała, że wystarczy jedno słowo i Drake 

natychmiast przejmie ster: zaproponuje małżeństwo, weźmie na siebie 

część trosk i obowiązków. 

Ale  duma  nie  pozwalała  jej  przystać  na  takie  rozwiązanie.  Sama 

się w to  wpakowała, więc nie powinna szukać pomocy u innych. Jak 

sobie  pościelisz,  tak  się  wyśpisz.  Podziękowawszy  Drake'owi  za 

kolację, weszła do swojego pokoju i zamknęła drzwi. Stała bez ruchu, 

nasłuchując.  Czuła  obecność  Drake'a  na  korytarzu.  Po  chwili 

skierował się do pokoju naprzeciwko. 

Odetchnęła z ulgą. Odwróciwszy się, zobaczyła, że na łóżku leży 

biały  szlafrok  frotte  oraz  koszula  nocna.  W  łazience  zaś  znalazła 

niedużą  kosmetyczkę  z  podstawowymi  przyborami  do  kąpieli. 

Domyśliła się, że to wszystko zawdzięcza Drake'owi. Umywszy zęby, 

rozebrała  się,  po  czym  wciągnęła  koszulę  nocną  i  wsunęła  się  do 

łóżka.  

background image

W telewizji nadawano jakiś stary film; zwykle przy takich szybko 

zasypiała,  tym  razem  jednak  leżała  spięta  i  pobudzona.  Minęła 

dziewiąta,  dziesiąta,  jedenasta.  Usiadła  na  łóżku  i  włączyła  lampę. 

Może  znajdzie  coś  do  czytania?  Przejrzała  pismo  zachwalające  uroki 

San Francisco, potem wbiła wzrok w okno. Deszcz monotonnie bębnił 

o  szybę.  Pomyślała  sobie,  że  nie  ma  nic  gorszego  niż  niemożność 

zaśnięcia w pokoju hotelowym, zwłaszcza podczas deszczu. 

Nagle rozległo się ciche pukanie. 

- Mayu, śpisz? 

Włożyła szlafrok i otworzyła drzwi. 

- Co się stało? 

Wszedł do środka. 

- Bolą cię plecy? 

- A na dworze świeci słońce? - odparła, udając rozbawienie. 

- Połóż się. Zrobię ci masaż. 

- To niezbyt dobry pomysł, Drake. 

Znieruchomiał,  uważnie  się  jej  przypatrując.  Nie  była  w  stanie 

ukryć strachu, rozpaczy, tęsknoty. Jej postanowienie, że będzie silna i 

niezłomna, topniało z sekundy na sekundę. 

- Mayu... - szepnął. - Ja tego nie planowałem. 

Potrząsnęła bezradnie głową. 

- To szaleństwo... tak bardzo pragnąć... potrzebować bliskości... 

Z  jej  oczu  wyczytał  więcej,  niż  zamierzała  zdradzić;  oprócz 

uporu,  odwagi  i  wytrwałości  dojrzał  również  lęk,  wahanie, 

niepewność.  Zadziwiła  go  jej  ogromna  odwaga,  chęć  polegania 

background image

wyłącznie  na  sobie.  Wiedział,  że  nie  powinien  czynić  obietnic. 

Zawsze przecież może zdarzyć się coś niespodziewanego. Ale... 

- Nie mogę ci ofiarować tego, na czym ci najbardziej zależy. - Nie 

chciał jej okłamywać. - Jestem, jaki jestem. 

Postąpiła krok w jego stronę. 

-  Zależy  mi  na  tobie.  To  ciebie  pragnę  i  potrzebuję  -  wyznała.  - 

Tyle że sam o tym nie wiesz. 

Zmarszczył  czoło.  Objęła  go  za  szyję;  głowę  położyła  na  jego 

klatce  piersiowej.  Zawahał  się,  ale  po  chwili  zacisnął  wokół  niej 

ramiona. Westchnęła głośno, szczęśliwa i zmęczona. 

- Kochaj mnie. 

- Chcę tego. Nie masz pojęcia, jak bardzo. 

Podprowadził  ją  do  łóżka;  za  nic  w  świecie  by  się  teraz  nie 

wycofał,  nawet  gdyby  rano  musiał  stanąć  przed  plutonem 

egzekucyjnym.  Pociągnęła  za  pasek.  Drake  zsunął  jej  z  ramion 

szlafrok  i  rzucił  go  na  fotel.  Serce  waliło  mu  jak  szalone.  Maya, 

kobieta jego marzeń. Piękna, ponętna Maya. 

- Daj mi na siebie popatrzeć. 

Nie  zaprotestowała,  kiedy  zacisnął  rękę  na  jej  koszuli.  Po  chwili 

stała  zupełnie  naga.  Uklęknąwszy,  przytulił  policzek  do  jej  brzucha. 

Myślał o tym, że wspólnie stworzyli ten cud, tę małą kruszynę, która 

niedługo pojawi się na świecie. 

- Połóż się. 

background image

Posłusznie  wyciągnęła  się  na  łóżku.  Nie  potrafili  oderwać  od 

siebie spojrzenia. Ona, oparta o poduszki, patrzyła, jak on się rozbiera, 

on, rozbierając się, pożerał ją wzrokiem. 

Zadrżała.  Nie  mogła  się  go  doczekać.  To  był  Drake,  jej  Drake, 

mężczyzna,  którego  kochała  całe  życie.  Wiedziała,  że  za  dzisiejszy 

wieczór  przyjdzie  jej  zapłacić  wysoką  cenę,  ale  trudno;  chciała  tego. 

Gdy  tylko  zbliżył  się  do  łóżka,  opuściły  ją  lęki  i  wątpliwości; 

odleciały niczym stado spłoszonych ptaków. 

- Jesteś taka piękna... 

Uśmiechnęła  się.  Przesadzał,  ale  nic  nie  powiedziała.  Po  chwili 

ujął w dłonie jej piersi. 

- Są inne. Nie tylko większe, nie tylko ciężkie, ale... 

- Ciemniejsze - rzekła, bo brodawki, dawniej jasnoróżowe, miały 

obecnie kolor wiśni. - Czytałam, że to normalne. 

Pogładził ją czule po policzku. 

-  Jesteś  pewna,  że  możemy  się  kochać?  -  spytał.  -  Że  to 

bezpieczne? Dla was obu? 

- Tak. Byleby tylko... - Zaczerwieniła się. 

- Będę delikatny - obiecał. 

I  dotrzymał  słowa.  Ale  i  w  niej,  i  w  nim  narastała  namiętność. 

Oddechy mieli coraz bardziej przyśpieszone... 

-  Drake?  Co  to?  -  spytała  nagle,  wyczuwając  coś,  jakąś 

nierówność, której wcześniej nie pamiętała. 

- Nic - mruknął, nie odrywając rąk od jej piersi. 

background image

Odepchnęła go i przewróciła na bok. Chcąc nie chcąc, musiał jej 

pokazać  swój  nowy  nabytek.  Aż  syknęła  na  widok  blizny  ciągnącej 

się wzdłuż biodra. 

- Byłeś ranny! 

Wzruszył  lekceważąco  ramionami.  Taką  miał  pracę.  Gdyby 

siedział za biurkiem, nie odnosiłby ran. 

Łzy podeszły jej do oczu. 

- To pamiątka po ostatniej misji? 

-  Tak.  -  Uśmiechnął  się  rozbrajająco,  chcąc  rozwiać  jej  obawy.  - 

Ale  jak  wiesz,  te  „pamiątki"  nigdy  nie  miały  wpływu  na  moją 

potencję. 

Gładził  ją  zmysłowo  po  udzie.  Zacisnęła  rękę  na  jego  dłoni  i 

przysunęła sobie do ust. 

- Nie zniosłabym, gdybyś zginął. Cierpiałabym do końca życia. 

Nachmurzył się. Nic nie mówił. Ona jednak patrzyła mu w prosto 

oczy;  nie  zamierzała  dać  się  zastraszyć.  Kocham  cię.  Miała  te  słowa 

na końcu języka. Nie wypowiedziała ich na głos, ale i nie próbowała 

się  przed  nimi  bronić.  Bo  faktycznie  kochała  go.  Był  miłością  jej 

życia. 

-  Zamykasz  się  -  szepnęła.  -  Izolujesz.  Nikogo  do  siebie  nie 

chcesz dopuścić. Jeżeli jednak akceptujesz moje ciało, musisz również 

zaakceptować moje uczucia. 

- Nie mogę. Ja nie... 

Przytknęła palec do jego warg. 

background image

-  Uważasz,  że  nie  masz  nic  do  zaoferowania?  Masz.  Siebie.  Nie 

mówię  o  bohaterze,  który  walczy  z  wrogiem  i  wybawia  z  opresji 

niewinnych  ludzi.  Mówię  o  człowieku,  który  ma  wielkie  serce,  jest 

czuły,  troskliwy,  delikatny.  Obserwowałam  cię  z  chłopcami. Masz  w 

sobie  tak  ogromne  pokłady  dobroci,  Drake.  Dlaczego  tego  nie 

widzisz? 

Czuł się coraz bardziej spięty. W pokoju nastała głęboka cisza. 

- Mylisz się, Mayu - powiedział w końcu. - Ja jestem tylko twoim 

słabym odbiciem. - Nie pozwolił sobie przerwać. - To ty jesteś dobra. 

Reprezentujesz  to  wszystko,  o  co  ja  walczę,  kiedy  stawiam  czoło 

niebezpieczeństwu. 

Łzy ścisnęły ją za gardło. 

- Tamto się teraz nie liczy. - Starała się go pocieszyć. - Liczy się 

tylko dzisiejszy  wieczór. Daj mi ten wieczór, Drake, a o jutro się nie 

martw. 

- Nie mogę ci nic obiecać. 

Potrząsnęła  głową;  nie  zamierzała  tego  słuchać.  Wypuścił  z  płuc 

powietrze, następnie zaczął całować czubki jej palców. 

-  Przy  tobie,  słodka  Mayu,  marzę  o  rzeczach  niemożliwych.  O 

cudach, które nie mogą się spełnić. 

-  Mogą.  -  Przytuliła  się  mocno, pragnąc  osłonić  go przed  bólem, 

do  którego  za  nic  w  świecie  nie  chciał  się  przyznać.  -  Kochaj  mnie, 

Drake. Tak bardzo cię pragnę. 

background image

Tylko  chwilę  się  wahał,  po  czym  przywarł  ustami  do  jej  ust. 

Oboje  zapomnieli  o  problemach;  pozwolili,  by  zawładnęło  nimi 

pożądanie. 

- Czy mam coś włożyć? 

- Co? - zdziwiła się. 

Popatrzył jej w oczy. 

-  Nie  wiem.  Może  czułabyś  się  pewniej,  gdybym  użył 

prezerwatywy? 

- Teraz? Po co? - spytała zaskoczona. 

-  Jesteś  taka  niewinna.  -  Pokręcił  głową.  -  Nie  boisz  się,  że 

mógłbym  cię  czymś  zarazić?  -  Nie  czekając  na  odpowiedź, 

kontynuował:  -  Oczywiście  nie  zarażę.  Odkąd  się  rozstaliśmy,  nie 

byłem z żadną kobietą. 

- Ja też z nikim nie byłam. 

-  Nie  musiałaś  mi  tego  mówić.  -  Zawahał  się.  -  Jestem  jedynym 

mężczyzną, z którym spałaś? 

Milczała. 

- Powiedz - poprosił cicho. 

Pragnął  to  usłyszeć  z  jej  ust.  Potwierdzenia  i  zapewnienia. 

Zamknęła oczy. 

- Co chcesz usłyszeć? 

- Nic. Cieszę się, że tu jesteś. Mamy przed sobą całą noc. 

I  to  było  ważne.  Nie  plany,  strategie,  kalkulacje  czy  drogi 

ucieczki, lecz on, ona i to, co ich łączy. Wiła się, jęczała z rozkoszy, a 

background image

on całował ją tak, jakby od tego  zależało jego życie. Jakby dziś miał 

nastąpić koniec świata. Ponure wspomnienia odleciały.  

Tylko Maya potrafiła to sprawić. 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Deszcz  padał  przez  całą  noc;  rano  wciąż  siąpił.  W  drodze 

powrotnej  niewiele  w  samochodzie  rozmawiali.  Maya  siedziała 

zamyślona.  Nagle  przyszło  jej  do  głowy,  że  nazwa  Hacienda  de 

Alegria nie bardzo pasuje do posiadłości Coltonów, albowiem radość 

całkiem zniknęła z ich życia. 

- Jakie to smutne... - zaczęła. 

Drake oderwał na moment wzrok od szarej, ponurej szosy. 

- Co? - zapytał. 

Wraz z nastaniem poranka przyszło opamiętanie. Znów trzeźwym 

okiem  patrzyli  na  siebie  i  na  rzeczywistość.  Wczorajsze  miłosne 

uniesienia  stanowiły  wytchnienie,  jednorazową  ucieczkę  przed  prozą 

życia. 

-  Że  wszystko  musi  się  zmieniać.  Na  przykład  twoi  rodzice...  - 

Ucichła, jakby nagle zdała sobie sprawę, że może nie jest to najlepszy 

temat do rozmowy.  

- Nie sądzę, aby byli ze sobą szczęśliwi. 

-  Mają  mnóstwo  zmartwień.  Najpierw  strzelanina,  potem 

porwanie, śledztwo, ciągłe wizyty policji... 

- Podobno kłopoty powinny zbliżać do siebie ludzi. 

Maya zignorowała ironiczny ton. 

background image

-  Różnie  to  bywa.  Jednych  zbliżają,  innych  oddalają.  Ale  nie  ma 

się  czemu  dziwić.  Wydaje  mi  się,  że  nawet  gdy  nic  złego  się  nie 

dzieje, utrzymanie małżeństwa jest rzeczą niesłychanie trudną. 

Przez kilka minut jechali w ciszy. 

- Parę razy usiłowałem to  wczoraj powiedzieć, ale mi nie dałaś - 

oznajmił w końcu Drake. - Uważam, że powinniśmy spróbować. 

- Czego? Małżeństwa? 

- Tak. Przez wzgląd na Marissę. 

- To nie fair - zaprotestowała. 

- A co jest fair? 

Przeszkadzała jej nuta rezygnacji w jego głosie. 

- Posłuchaj, Drake. Dziecko potrzebuje poczucia bezpieczeństwa. 

Mała wyczułaby, gdybyśmy byli nieszczęśliwi. Zrobiłby się jej mętlik 

w głowie. 

-  Dlaczego  zakładasz,  że  bylibyśmy  nieszczęśliwi?  Wczoraj 

przeżyliśmy razem fantastyczny wieczór. 

Na  samo  wspomnienie  przeszył  ją  dreszcz.  To  była  magia,  te 

pocałunki,  delikatne  pieszczoty,  leciutkie  muśnięcia.  Tak,  wczoraj 

byli  szczęśliwi.  Lecz  z  nastaniem  świtu  znów  się  pojawił  chłód  i 

dystans. Na tym polegał cały problem: gdy zaczynał się dzień, niczym 

fala przypływu wracały troski i kłopoty. 

Pragnęła pocieszyć Drake'a, zapewnić, że wszystko się ułoży, ale 

nie  umiała.  Komplikacje  wydawały  się  jej  nie  do  pokonania. 

Wiedziała,  że  wystarczy,  aby  szepnęła  jedno  słowo,  a  Drake 

background image

natychmiast przystąpi do działania. Do południa byliby mężem i żoną. 

Ale potem co? Czy w ich życiu zagościłaby radość, uśmiech, pogoda?  

Serce  waliło  jej  jak  młotem.  Łączyła  ich  szalona  namiętność, 

łączyło  również  dziecko.  Czy  na  dziecku  i  namiętności  można 

zbudować trwały i szczęśliwy związek? Nie miała pojęcia, a nie lubiła 

ryzyka. 

-  Chyba  milej  myśleć  o  tym,  jak  mogłoby  być  wspaniale,  niż  na 

własnej skórze poznać smak porażki. 

- To prawda - przyznał. 

Nie mogła znieść smutku w jego głosie. 

-  Ale  moi  rodzice  są  złym  przykładem  -  kontynuował.  -  Popatrz 

na swoich. Kochają się, mimo upływu tylu lat. Nigdy nie  widziałem, 

aby kiedykolwiek krzywo na siebie spojrzeli, nie mówiąc już o jakichś 

kłótniach. 

Nie zdołała powściągnąć uśmiechu. 

-  Z  kłótniami  to  przesada,  w  końcu  nie  są  święci.  Raz  tatuś 

skrytykował sos, że jest za ostry. Mama chwyciła miskę i cisnęła ją do 

kosza  na  śmieci.  Nie  odzywali  się  do  siebie  przez  cały  posiłek. 

Później,  kiedy  Lana  i  ja  leżałyśmy  już  w  łóżkach,  słyszałyśmy,  jak 

chichoczą wesoło. 

Drake oderwał wzrok od szosy. 

- Pogodzili się. Dali sobie buzi i puścili urazy w niepamięć - rzekł 

ochrypłym głosem. 

Patrzył  na  nią  tak  jak  wczoraj.  Jakby  chciał  zapamiętać  każdy 

centymetr jej ciała. 

background image

-  A  my,  Mayu?  -  spytał  cicho.  -  Czy  wczoraj  my  też  się 

pogodziliśmy? 

Pytanie zbiło ją z tropu. 

- Nie byliśmy skłóceni - odparła. 

- Wiesz, o co mi chodzi. 

- O twoje wyrzuty sumienia? 

Zamyślił się. 

-  Tak.  Jak  by  nie  było,  wyjechałem.  Zostałaś  sama.  I  sama 

musiałaś  stawić  wszystkiemu  czoło.  Swoim  rodzicom,  moim, 

miasteczku... 

-  To  teraz  nie  ma  znaczenia.  -  Wzruszyła  ramionami.  - 

Przekonałam  się,  że  jestem  silna  i  trudno  mnie  złamać.  Każdy  dzień 

przynosi nowe wyzwania... 

- A czy z każdym dniem jest coraz łatwiej? 

-  Tak  -  odrzekła,  uświadamiając  sobie,  że  to  prawda.  Przyjrzała 

się  profilowi  Drake'a.  Czuła,  że  pytanie  ma  drugie  dno.  -  Co  cię 

niepokoi,  Drake?  Chodzi  ci  o  mnie?  Jeśli  tak,  to  naprawdę  nie  masz 

powodu do obaw. Dam sobie radę, nawet gdybym nie miała nikogo do 

pomocy.  Od  dziesięciu  lat  systematycznie  oszczędzam.  Trochę  się 

tego  uzbierało.  A  kiedy  uzyskam  dyplom,  bez  trudu  znajdę  pracę. 

Może  nie  dorobię  się  fortuny,  ale  zapewnię  Marissie  w  miarę 

dostatnie życie. 

- A jeżeli będę chciał ci pomóc? 

- Jak? Przysyłając pieniądze? 

- Chociażby. 

background image

-  Dziecko  potrzebuje  czegoś  więcej.  Same  pieniądze  nie 

wystarczą. 

- Jestem gotów być pełnoetatowym ojcem. I mężem. 

Przełknęła ślinę. 

-  To  znaczy,  że  ja  i  Marissa  możemy  z  tobą  zamieszkać? 

Wszędzie z tobą jeździć? 

-  Nie  bardzo...  -  zaczął,  po  czym  urwał.  Jego  przystojną  twarz 

wykrzywił  grymas.  -  Zrozum,  jeżdżę  w  niebezpieczne  rejony  świata. 

Czasem siedzę tam przez wiele miesięcy. 

- A inni? Też jeżdżą sami, bez rodzin? 

- Różnie to bywa. 

- Ale ty byś swojej rodziny nie zabierał? 

Potwierdził skinieniem głowy. 

-  Facetowi,  z  którym  współpracowałem,  terroryści  wysadzili  w 

powietrze dom. Naprawdę lepiej, żeby żony i dzieci nie towarzyszyły 

nam podczas misji. 

-  Słusznie.  Jak  to  ująłeś  w  liście  sprzed  prawie  roku:  w  twoim 

życiu nie ma miejsca na rodzinę - rzekła, starając się nie pokazać, jak 

bardzo zabolały ją te słowa. 

Przez kilka minut nie odzywał się. 

-  Tak  mi  się  wydawało  -  oznajmił  w  końcu.  -  Ale  teraz  musimy 

myśleć o dziecku. 

- Marissa jest moja, Drake. Nie próbuj mi jej odebrać. Wciąż mam 

ten  list,  nie  wyrzuciłam  go.  Jeśli  trzeba  będzie,  przedstawię  go  w 

sądzie. 

background image

Zamiast złości poczuł tkliwość. 

-  Bronisz  małej  jak  lwica  swego  lwiątka  -  powiedział  cicho.  - 

Nawet  do  głowy  mi  nie  przyszło,  żeby  was  rozdzielać.  Ty  i  Marissa 

stanowicie nierozłączną całość. 

Nie  będąc  pewna,  jak  zareagować,  zamilkła.  Dumała  nad  tym,  o 

czym przed chwilą rozmawiali. Czyżby jednak zaślepiała ją pycha? W 

przeszłości  Inez  często  mówiła  jej  o  zgubnych  skutkach  nadmiernej 

buty.  Ale  nie  chciała  wychodzić  za  mąż  tylko  z  powodu  dziecka. 

Marzyła o prawdziwym ślubie, o wielkiej miłości, o wspólnym domu i 

wspólnym życiu. Drake zaś żeniłby się z poczucia obowiązku. To jej 

nie  wystarczało.  Wiedziała  też,  że  prędzej  czy  później  przestałoby 

wystarczać i jemu. 

Dotarli  na  ranczo  tuż  po  jedenastej.  Zanim  wysiedli  z  jeepa, 

zobaczyli, jak mimo siąpiącego deszczu kilka osób wybiega z domu i 

rozjeżdża się w różne strony. 

- Coś się stało - mruknął Drake. 

Ledwo weszli, w drzwiach gabinetu pojawił się Joe. 

- Drake! Jak dobrze, że już wróciłeś. 

- Co się dzieje? 

Z salonu wyłoniła się Meredith. 

- Joe Junior znikł. Rano, kiedy Inez poszła go obudzić, łóżko było 

puste. 

Skierowała  wzrok  na  Drake'a,  potem  na  Mayę  i  wreszcie  na 

swojego męża. Maya zacisnęła zęby; wiedziała, co zaraz nastąpi. 

background image

- Nie widzę powodu - ciągnęła lodowatym tonem Meredith - żeby 

płacić pensję komuś, kto lekceważy swoje obowiązki. 

- Co się stało? - spytał ponownie Drake. 

Joe Senior posłał żonie gniewne spojrzenie. 

- Za karę, że rozmawiał wczoraj przy stole, wysłano go do pokoju 

- wyjaśnił synowi. 

Meredith  odwróciła  się  na  pięcie  i  bez  słowa  udała  do  salonu. 

Przypuszczalnie  chłopcom  pozwolono  jeść  kolację  z  dorosłymi, 

domyśliła się Maya. I przypuszczalnie starszy z nich naraził się matce. 

Stała, wpatrując się w płynące po szybie krople deszczu, podczas gdy 

Drake wyciągnął mapę i słuchał, jak ojciec tłumaczy mu, które tereny 

zostały już przeszukane. 

- Chyba wiem, gdzie mógł się ukryć - powiedziała. 

Obaj mężczyźni podnieśli wzrok. 

-  Jakiś  czas  temu  pokazałam  chłopcom  moją  dawną  kryjówkę. 

Niedaleko  tej  nabrzeżnej  pieczary.  Jest  tam  taka  skała  w  kształcie 

potężnego  jaja.  Wystarczy  się  pod  nią  wczołgać,  a  dalej  jest  pełno 

miejsca.  Można  swobodnie  się  poruszać.  Jako  dziecko  lubiłam  tam 

przesiadywać. Wyobrażałam sobie, że jestem księżniczką na zamku... 

- Sprawdzę - oznajmił Drake, kierując się do drzwi. 

- Pójdę z tobą... 

- Nie - zaprotestowali zgodnie ojciec i syn. 

- To zbyt niebezpieczne - wyjaśnił Joe. - Widoczność jest niemal 

zerowa, a głazy są śliskie. 

Oczywiście mieli rację. Pokiwała głową. 

background image

- No dobrze. Bądź ostrożny, Drake. 

Była  wyraźnie  zdenerwowana;  niepokoiła  się  zarówno  o  niego, 

jak i o małego uciekiniera. Nigdy nie chciał, by ktokolwiek się o niego 

martwił; dlatego wiódł życie samotnika. Ale Maya nic sobie z tego nie 

robiła. A on w głębi duszy cieszył się, widząc jej zatroskanie. 

- Będę - obiecał. 

Włożywszy  nieprzemakalny  płaszcz,  zbiegł  schodami  na  plażę. 

Brzeg  morza  był  zasnuty  gęstą  mleczną  mgłą.  Drake  ruszył  truchtem 

w  stronę  pieczary.  Uważnie  rozglądał  się  wokoło.  Podczas  burz 

zdarzało się, że przybrzeżne skały osuwały się ku morzu. 

- Joe! - wołał raz po raz. - Joe! 

Nie było żadnej odpowiedzi. 

Odnalazłszy skałę w kształcie jaja, położył się na mokrym piachu 

i  wczołgał  pod  nią.  Zobaczył  sporych  rozmiarów  niszę.  Joe  leżał 

zwinięty na kocu, pogrążony w głębokim śnie. 

- Hej! - Drake potrząsnął brata za ramię. 

-  Co?  -  Chłopiec poderwał  się  i  popatrzył  wokół  nieprzytomnym 

wzrokiem. Na widok Drake'a odetchnął z ulgą. - Ach, to ty. 

- Owszem, ja. Pora wracać do domu. 

Joe odsunął się od wyciągniętej w swoim kierunku ręki. 

- Nie chcę. 

-  Wiem,  stary,  ale  prędzej  czy  później  będziesz  musiał.  Maya 

strasznie się o ciebie martwi. 

- Powinna być wczoraj z nami, w domu - oznajmił z pretensją w 

głosie chłopiec. Warga mu zadrżała, oczy się zaszkliły. 

background image

- Chodź. Ona na ciebie czeka. 

Drake wysunął się na zewnątrz i otrzepał z piachu. Po chwili spod 

skały  wyłonił  się  Joe.  Z  całej  siły  objął  brata  w  pasie.  Zaskoczył  -  i 

wzruszył - Drake'a ten prosty gest. W sumie niewiele czasu spędzał ze 

swoim młodszym rodzeństwem, ale i z Joem, i z Teddym czuł bliską 

więź. Było mu ich żal. Miał wrażenie, może mylne, ale chyba nie, że 

jego własne dzieciństwo było znacznie szczęśliwsze i weselsze. Wiele 

zmieniło się w ciągu ostatnich dziesięciu lat. 

Wrócili  razem  do  domu.  Meredith  chwyciła  Joego  w  ramiona; 

całowała go, tuliła do siebie, płakała. Drake z zafascynowaniem, lecz i 

pewną  dozą  cynizmu  obserwował  scenę  powitania  matki  -  jeśli 

Meredith  faktycznie  była  ich  matką  -  z  synem.  Przy  okazji  musi 

spytać  Mayę,  czy  czytała  coś  na  temat  ludzi  cierpiących  na 

rozdwojenie osobowości. Z drugiej strony może powinien uwierzyć w 

wersję głoszoną najpierw przez Emily, a teraz również i przez Randa, 

o  siostrach  bliźniaczkach.  W  wersję,  która  wydawała  mu  się  coraz 

bardziej prawdopodobna. 

Kiedy Meredith wreszcie go puściła, Joe podszedł do Mai. 

- Przepraszam - odezwał się zawstydzony. 

Odgarnęła mu włosy z czoła. 

-  Przeprosiny  należą  się  rodzicom  -  poinstruowała  delikatnie 

chłopca. - Bardzo się denerwowali. 

Joe  posłusznie  obrócił  się  twarzą  do  ojca  i  matki.  Widząc  to, 

Drake  uśmiechnął  się  pod  nosem.  Mimo  różnych  zawirowań  i 

przeciwności losu, ci dwaj, Joe i Teddy, jeszcze  wyrosną na ludzi. A 

background image

wszystko  dzięki  Mai,  dobrej,  uczciwej,  kochającej  Mai,  do  której 

mieli pełne zaufanie. 

Nagle poczuł straszliwą pustkę. Maya. Będzie mu jej brakowało... 

-  Mamo,  tato,  bardzo  was  przepraszam  za  to,  co  zrobiłem  - 

powiedział Joe Junior. 

- No, ja myślę! -  oznajmiła gniewnie Meredith. - Zachowałeś się 

jak  głupi,  nieodpowiedzialny  szczeniak.  Myśmy  tu  umierali  z 

niepokoju, a ty... 

-  Przypuszczam,  że  Joe  to  wszystko  wie,  Meredith  -  rzekł  Joe 

Senior, po czym zwrócił się do syna: - Wykąp się, chłopcze, a potem 

poproś Inez o coś do jedzenia. Po lunchu podrzucę cię do szkoły. 

Chłopiec wybiegł z pokoju. Maya pośpieszyła za nim. 

- Pomogę mu. 

Drake odprowadził ją wzrokiem. Nie dziwił się, że wolała odejść. 

Meredith potrafiła być bardzo nieprzyjemna. 

-  Mam  wiadomość  od  Thaddeusa  Lawa...  -  kontynuował  Joe 

Senior, obejmując spojrzeniem zarówno żonę, jak i starszego syna. 

- Jaką? - spytała Meredith. - Na temat Patsy? 

Joe skinął głową. 

-  Przed  laty  w  klinice  wybuchł  pożar.  Wzniecił  go  jeden  z 

pacjentów.  Spaliły  się  wszystkie  dokumenty.  Obecny  szef  kliniki  nie 

znał Patsy, ale uważa, że list, który ci przysłano w sprawie jej śmierci, 

jest autentyczny. Musimy więc faktycznie przyjąć, że Patsy nie żyje, a 

jej prochy zostały rozrzucone nad Pacyfikiem. 

background image

-  Chyba  nie  sądzisz,  że  sfingowała  własną  śmierć!  -  oznajmiła  z 

oburzeniem Meredith. 

Drake nie spuszczał wzroku z twarzy matki. Była spięta. Jej oczy, 

które  były  tego  samego  koloru  i  kształtu  co  jego  własne,  błyszczały 

gorączkowo.  Dawno  temu  współpracował  z  człowiekiem,  który 

rozbrajał  bomby.  Facet  był  uosobieniem  spokoju  i  opanowania. 

Któregoś  dnia  ten  zawsze  spokojny  i  opanowany  człowiek  nie 

wytrzymał; zagroził, że wszystkich w stołówce wysadzi w powietrze. 

Na  szczęście  jakoś  udało  się  go  wyprowadzić.  Z  ludzką  psychiką 

czasem dzieją się dziwne rzeczy. 

-  Niczego  takiego  nie  sugeruję  -  powiedział  Joe.  -  Chodzi  mi 

jedynie o to, że jeśli Patsy nie żyje, sprawy się nieco komplikują. 

- Nic się nie komplikuje! Niech się policja od nas odczepi! Wtedy 

wszystko wróci do normy! 

Z rękami zaciśniętymi w pięści maszerowała tam i z powrotem po 

pokoju. Drake westchnął. Nie rozumiał tej kobiety. Kiedyś przed laty 

była  czułą,  troskliwą  matką,  a  dziś...  Nie  wątpił,  że  autentycznie 

cieszyła  się,  kiedy  odnalazł  Joego  i  przyprowadził  go  do  domu,  ale 

całe jej późniejsze zachowanie... 

-  Dwie  strzelaniny  i  porwanie  nazywasz  normą?  -  spytał 

ironicznie Joe. 

Meredith  prychnęła  ze  zniecierpliwieniem  i  opuściła  salon. 

Odgłos  jej  kroków  niósł  się  kilkanaście  sekund,  po  czym  nastąpiło 

głośne  trzaśnięcie  drzwiami.  Joe  Senior  wpatrywał  się  smętnie  w 

background image

okno.  Drake  zastanawiał  się,  co  ma  zrobić:  czy  dyskretnie  się 

wycofać, czy zagaić rozmowę. 

- Dziękuję, że odnalazłeś małego. 

- Okazało się to dziecinnie proste. Wystarczyło zastosować się do 

wskazówek Mai. 

Joe uśmiechnął się. 

- Dziewczyna świetnie sobie radzi z dziećmi. A jak jej poszło na 

egzaminie? 

-  Myślę,  że  zdała  na  piątkę.  Ale  jak  zwykle  była  potwornie 

zdenerwowana. 

- Rozmawialiście o przyszłości? - spytał ojciec. 

- Trochę. Mam nadzieję, że dojdziemy do porozumienia. 

-  Rodzina  to  ważna  i  pożyteczna  rzecz.  U  boku  żony  mąż 

przeżywa swoje najszczęśliwsze lata. 

- Lub najsmutniejsze, jeśli małżeństwo nie należy do udanych. 

Popatrzyli sobie w oczy. 

- Tak - przyznał Joe. - Wtedy życie zamienia się w piekło. 

 

Patsy odpięła brylantowe kolczyki i wrzuciwszy je do szkatułki - 

do  szkatułki  należącej  do  Meredith  -  zatrzasnęła  wieczko. 

Nienawidziła  tego  życia:  Joego,  domu  tak  daleko  od  miasta  i  jego 

atrakcji, gospodyni i jej wszystkowidzących oczu. Nie rozumiała, jak 

Meredith mogła tu wytrzymać. No ale poczciwa, powszechnie lubiana 

Meredith pewnie była zachwycona takim życiem. 

background image

Siedząc  przy  biurku,  Patsy  zerknęła  na  piętrzące  się  rachunki. 

Miała więcej wydatków, niż się Joemu śniło. Detektywi nie pracują za 

darmo,  a  ona  musiała  wynająć  kilku:  Silasa  Pike'a,  który  obiecał 

załatwić  Emily,  drugiego,  który  poszukiwał  prawdziwej  Meredith 

Colton, oraz trzeciego, który miał odnaleźć jej ukochaną córkę Jewell. 

Jewell, którą Ellis Mayfair zabrał, kiedy ona, Patsy Portman, spała po 

porodzie. Drań nie chciał powiedzieć, gdzie ukrył maleństwo, dlatego 

musiała go zabić. 

Głupi  Pike.  Kosztował  ją  majątek.  Może  zdołałaby  wydusić 

więcej forsy z Grahama? Pewnie nie. Szkoda, że pieniądze zapłacone 

porywaczom  są  znakowane,  czyli  całkiem  bezużyteczne.  Nie  mogła 

ryzykować,  bo  jeszcze  się  wszystko  wyda.  Przez  moment  uderzała 

paznokciami  o  blat  biurka,  po  czym  skrzywiła  się  z  niesmakiem. 

Psiakrew!  Musi jechać  do  San  Francisco.  Paznokcie  i  włosy  miała  w 

opłakanym  stanie,  a  w  pobliskim  Prosperino  nie  było  ani  jednej 

kompetentnej fryzjerki czy kosmetyczki. 

Kiedy  odnajdzie  córkę,  wtedy  wszyscy,  ona,  Jewell,  Teddy  i  Joe 

Junior, przeprowadzą się do  Los  Angeles.  Tak, jak tylko  odziedziczy 

fortunę Joego Seniora... Nie zmienił testamentu. Nie miała co do tego 

żadnych wątpliwości.  

I dobrze. Niechby tylko spróbował! Potrzebowała pieniędzy, żeby 

zapewnić swoim dzieciom dostatnie życie. Jej maleństwa! Kochały ją. 

Dzieci  zawsze  kochają  matkę.  Nawet  bachory  Meredith  kochały  ją, 

jakby to ona wydała je na świat.  

Parsknęła śmiechem. Ale jest sprytna! Wszystkich nabrała. 

background image

Jednakże  coraz  trudniej  radziła  sobie  z  Joem.  Urodzenie 

Teddy'ego  było  błędem.  Ale  skąd  mogła  wiedzieć,  że  po 

zachorowaniu  na  świnkę  Joe  stał  się  bezpłodny?  Z  drugiej  strony, 

dzięki  Teddy'emu  miała  haka  na  Grahama,  więc  może  dobrze  się 

stało, że zaszła wtedy w ciążę. 

Cierpliwości,  pocieszała  się.  Już  niedługo  wszystko  się  skończy. 

Z korzyścią dla niej. Najpierw tylko Pike musi załatwić Emily, a Joe 

odstawić  kitę.  Niczego  więcej  jej  nie  trzeba.  Z  fortuną  Coltonów, 

otoczona trójką kochających dzieci, będzie najszczęśliwszą kobietą na 

świecie. Zamknęła oczy i oddała się marzeniom. 

 

Drake  chodził  bez  celu  po  ciemnym  polu.  Od  rana  atmosfera  w 

domu  była  napięta.  Wieczorem  podczas  kolacji  rodzice  nie  odezwali 

się  do  siebie  słowem.  Maya  kolację  zjadła  z  chłopcami  w  swoim 

pokoju. Drake postanowił się jej nie narzucać. Towarzyszył przy stole 

rodzicom, potem wyszedł na dwór, żeby udać się na długi spacer. Nie 

mógł wytrzymać w domu. 

Przystanął  na  widok  majaczących  zarysów  wiejskiego  kościółka, 

do  którego  uczęszczał  przed  laty.  Pod  wpływem  impulsu  skręcił  w 

jego  stronę.  Na  tyłach  budynku  zobaczył  nieduży  cmentarz. 

Pchnąwszy  starą  żelazną  bramę,  wszedł  do  środka.  Serce  biło  mu 

mocno.  Nie  zatrzymując  się,  minął  stare  groby  i  dotarł  do  nowszej 

części ciągnącej się wzdłuż szosy. 

Nie  był  tu  od  lat.  Kiedyś  przychodził  z  matką  w  każdą  rocznicę 

śmierci  brata,  by  położyć  kwiaty  na  jego  grobie.  „Michael  Colton. 

background image

Ukochany  syn  i  brat".  Słowo  „brat"  zostało  dodane  specjalnie  dla 

niego.  On  wiedział,  jak  bardzo  go  kochałeś,  powtarzała  mu  matka. 

„Uważaj,  Michael!"  Krzyknął  za  późno.  Nie  zdołał  w  porę  ostrzec 

swego brata. A żadne prośby czy modlitwy nie zdołały tchnąć życia w 

jego leżące na ziemi bezwładne ciało. 

Usiadł  na  zimnej,  wilgotnej  ławce  i  oparłszy  łokcie  o  uda, 

wpatrywał  się  w  nagrobek.  Jakaś  cząstka  jego  samego  też  tu  była 

pochowana, razem z bratem, za którym wciąż tęsknił. 

- Michael - szepnął. - Zostanę ojcem. 

Nie  miał  pojęcia,  dlaczego  to  powiedział.  Czuł  wewnętrzną 

potrzebę podzielenia się z bratem wiadomością, ale nie o to chodziło. 

Po  prostu  musiał  zrozumieć  pewne  rzeczy,  znaleźć  odpowiedzi  na 

kilka pytań. 

-  Pamiętasz  Mayę?  -  kontynuował.  -  Miała  osiem  lat,  kiedy 

zginąłeś. 

Gdyby żył dzisiaj, czy kochałby ją? Tak jak on, Drake, ją kocha? 

- Kocham ją - szepnął. 

To  wyznanie  sprawiło  mu  ból.  Jeszcze  bardziej  bolała  go 

świadomość,  że  jego  uczucie  jest  odwzajemnione.  Nie  zasługiwał  na 

miłość.  Dlatego  osiem  miesięcy  temu  uciekł.  Inez  ma  rację.  Brakuje 

mu odwagi.  

Miłość  wiąże  się  z  ryzykiem,  ale  przekonał  się,  że  znacznie 

łatwiej mu jest narażać życie niż serce. Jakiż bywa pożytek z miłości? 

-  usłyszał  wewnętrzny  glos  i  znów  poczuł  wyrzuty  sumienia.  Czy 

miłość  potrafi uchronić  człowieka  przed  rozpędzonym  samochodem? 

background image

Czy  obroni  go  przed  niespodziewanymi  zrządzeniami  losu?  Czy 

zatem nie byłoby lepiej dla Mai i Marissy, aby trzymał się od nich na 

dystans? 

Znad wody wiał zimny wiatr. Kołysząc gałęziami drzew, smętnie 

zawodził. Drake miał ochotę mu zawtórować. 

-  Ona  mi  jest  potrzebna  -  wyznał  cicho.  -  Bez  niej  życie  nie  ma 

sensu. 

Starał  się  być  obiektywny,  nie  myśleć  o  sobie.  Dotychczas 

zachowywał  się  samolubnie,  nie  zastanawiał  nad  tym,  co  ona  czuje. 

Ponownie przeszył  go ból. O ileż byłoby prościej, gdyby nie trzymał 

jej w ramionach, nie pieścił, nie gładził po brzuchu... 

Wspomnienia napierały coraz mocniej, szukały dla siebie miejsca 

w jego sercu, spychały w odległy kąt wspomnienia dawniejsze. Nagle 

zrozumiał,  że  jeśli  zaprzepaści  szansę,  druga  może  się  nie  pojawić. 

Samotności, która stale mu towarzyszyła, już nikt nigdy nie zapełni. 

Sfrustrowany, przerażony, bezsilny, nie mogąc sobie poradzić ani 

z  przeszłością,  ani  z  przyszłością,  wstał  z  ławki  i  ruszył  z  powrotem 

do  domu.  Wpadł  do  kuchni  zdyszany,  jakby  uciekał  przed  sforą 

piekielnych bestii. Lub własnych myśli, co na jedno wychodziło. 

-  Napijesz  się  ciepłego  mleka?  -  spytała  Inez.  -  Właśnie 

podgrzewam  dla  Mai.  Pali  się  u  niej  światło.  Pewnie  biedaczka  nie 

może zasnąć. Marco też cierpi na bezsenność. Szklanka mleka zawsze 

pomaga. 

Mąż  Inez  należał  do  najbardziej  pogodnych,  cierpliwych  ludzi, 

jakich Drake kiedykolwiek spotkał w życiu. 

background image

- A jakież to on może przeżywać rozterki duchowe? - zdumiał się. 

-  Nie  znam  drugiej  tak  dobrej  i  niewinnej  osoby,  jak  on.  No,  może 

jedną znam - dodał, myśląc o Mai. 

Uśmiechając się pod nosem, gospodyni nalała mleka do szklanki i 

postawiła ją koło Drake'a. 

-  Kto  jest  bez  grzechu,  niech  pierwszy  rzuci  kamieniem  - 

powiedziała  cicho.  -  Wszyscy  mamy  wady  i  słabości.  Ale  trzeba 

nauczyć  się  przebaczać  sobie.  Jest to  jedna  z najtrudniejszych  rzeczy 

na świecie. Drugą najtrudniejszą jest uwolnienie się od przeszłości. 

Odgarnęła  mu  włosy  z  czoła,  tak  jak  wcześniej  Maya  odgarnęła 

włosy z czoła Joego Juniora. Drake przełknął ślinę, po czym podniósł 

do ust szklankę. 

-  A  jeśli  przeszłość  tkwi  w  tobie?  Jeżeli  nie  puszcza,  nie  chce 

odpłynąć? 

Gospodyni potrząsnęła głową. 

-  Sami  dokonujemy  wyboru.  W  każdej  sekundzie  naszego  życia. 

Wybieramy  ścieżki,  którymi  podążamy.  Problem  w  tym,  aby  mądrze 

wybierać. - Nalała drugą szklankę mleka. - Zaniesiesz to Mai? 

Był  wzruszony  dobrocią  Inez,  jej  rozsądkiem  i  zaufaniem,  jakim 

go  darzyła.  Chociaż  wiedziała,  że  Maya  nosi  w  łonie  jego  dziecko, 

nigdy  nie  czyniła  mu  żadnych  wyrzutów.  Ani  ona,  ani  Marco. 

Wierzyli, że nie skrzywdzi ich córki. 

Zaufanie...  Dziwna  to  rzecz.  Michael  ruszył  za  nim  na  rowerze, 

wierząc,  że  bezpiecznie  dotrą  do  celu.  Maya  kochała  się  z  nim, 

wierząc, że wszystko będzie dobrze. I co? Dokąd ich to zaprowadziło? 

background image

Wybór. Bardziej lub mniej słuszny. 

Podniósł  ze  stołu  szklankę  z  mlekiem.  Wiedział,  co  musi  zrobić. 

Ale czy zdoła przekonać Mayę, że tak będzie najlepiej? 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

Jęcząc  cicho,  niemal  zgięła  się  wpół.  Aż  pociemniało  jej  przed 

oczami.  Nie  zważając  na  dyskomfort  matki,  dziecko  bez  przerwy 

wierciło  się  i  wykonywało  nowe  ewolucje,  po  których  ból  narastał. 

Termin  porodu  był  wyznaczony  na  dziesiątego  marca,  ale 

podejrzewała, że tak długo nie dotrwa. 

- O Jezu! 

Wciągnęła gwałtownie powietrze, czując, jak mała piąstka z całej 

siły  wali  ją  w  krzyż.  Zaczęła  masować  obolałe  miejsce.  Nic  nie 

pomagało. 

Puk, puk. 

Skrzywiła się. Dochodziła północ. Tylko jedna osoba pukałaby do 

drzwi o tak późnej porze. Dziecko cofnęło piąstkę; ból nieco zelżał. 

- Mayu? 

- Wejdź - powiedziała zrezygnowanym tonem. 

Może dłonie Drake'a znów dokonają cudu, może sprawcą, że ból 

całkiem  minie,  bała  się  jednak,  że  w  tym  momencie  nie  zdzierży 

silnego zapachu końskiej maści. 

- Twoja mama prosiła, żebym ci to przyniósł - oznajmił, podając 

jej szklankę. 

background image

Pociągnąwszy  łyk,  usiadła  w  fotelu  bujanym.  Ręka  lekko  jej 

drżała. 

- Dzięki. 

Nie  spuszczając  z  Mai  wzroku,  wysunął  krzesło  sprzed  biurka  i 

usiadł  na  nim  okrakiem.  Nie  uśmiechnęła  się;  nawet  nie  miała  siły 

udawać, że dobrze się czuje. 

- Co się dzieje? 

Potrząsnęła  głową,  że  nic  i  ponownie  zbliżyła  szklankę  do  ust. 

Zdaniem matki, ciepłe mleko było lekiem nie tylko na bezsenność, ale 

na wszystkie bolączki świata. Zanim jeszcze wypiła łyk, znów targnął 

nią  ból.  Odstawiwszy  na  bok  szklankę,  pochyliła  się,  chcąc  choć 

trochę  sobie  ulżyć.  Spomiędzy  jej  zaciśniętych  zębów  wydobył  się 

stłumiony jęk. Ustał, gdy wstrzymała oddech. 

- Mayu? - Drake poderwał się na równe nogi i delikatnie ujął ją za 

ramię. - Co się dzieje? 

- Nic. Puść - wyszeptała z trudem. 

Ucisk przybierał na sile, rozsadzał ją od wewnątrz. 

- Dziecko? - Kucnął przed nią. - Poród się zaczyna? 

- Za wcześnie - wydusiła. Nagle ból ustąpił. Wciągnęła powietrze, 

raz,  drugi,  trzeci.  Oddychała  głęboko,  korzystając  z  tego,  że  przez 

chwilę  nic  jej  nie  dolega.  -  Jest  jeszcze  za  wcześnie  na  poród  - 

wyjaśniła. - Do wyznaczonego terminu zostały mi dwadzieścia cztery 

dni. 

Drake wyszczerzył zęby. 

- Z tego, co wiem, dzieci nie zawsze przestrzegają terminów. 

background image

-  Już  raz  coś  takiego  przeżyłam.  A  przynajmniej  coś  w  miarę 

podobnego  -  poprawiła  się,  bo  poprzednim  razem  ból  był  znacznie 

słabszy. - To fałszywy alarm. 

-  Aha.  -  Drake  usiadł  z  powrotem  na  krześle.  -  Mogę  ci  jakoś 

pomóc? Może zrobić ci masaż? 

- Dzięki, ale dziś nie mam ochoty. 

Czuła się dziwnie niespokojna. Korciło ją, by wstać, pokręcić się 

po  pokoju.  Zamiast  tego  wypiła  pół  szklanki  mleka.  W  przeszłości 

mleko zawsze działało na nią kojąco. Z sykiem wciągnęła powietrze. 

Znów  przeszył  ją  ból,  umiejscowiony  niżej  niż  poprzedni  i  znacznie 

bardziej intensywny. Miała wrażenie, jakby ten ucisk, który rozsadzał 

ją od środka, z każdą sekundą stawał się mocniejszy. 

Drake przysiadł na podłodze i chwycił Mayę za ręce. 

- Trzymaj się mnie. 

Skinęła głową. Nie była w stanie nic powiedzieć. Ból przeszywał 

ją na wskroś. Zamknąwszy oczy, z całej siły ściskała dłoń Drake'a. 

- Uff! 

Wszystko  znów  wróciło  do  normy.  Koszmar  się  skończył. 

Odchyliła się w fotelu i przez moment dyszała z wysiłku. Twarz miała 

zlaną potem. 

- Jakie to dziwne - szepnęła. 

- Poczekaj. 

Poczuła,  jak  Drake  uwalnia  rękę  z  jej  uścisku.  Chwilę  później 

otworzył  drzwi  łazienki,  odkręcił  kran.  Nim  się  zorientowała,  co 

zamierza,  był  już  z  powrotem.  Przyciskał  jej  do  czoła  chłodny, 

background image

wilgotny  ręcznik,  ocierał  pot  z  twarzy.  Zabrawszy  mu  ręcznik, 

przetarła sobie szyję i kark. 

-  Ile  czasu  może  trwać  taki  fałszywy  alarm?  -  spytał  Drake, 

przysuwając bliżej krzesło. 

- Nie mam pojęcia - przyznała. 

Siedziała  spięta,  jakby  na  coś czekała.  Czas mijał. Minuta, dwie, 

trzy,  cztery,  pięć...  Kolejne  skurcze.  Pochyliła  się,  obiema  rękami 

ściskając wilgotny ręcznik. 

- Spokojnie, maleńka - szepnął Drake. - Spokojnie... 

- Boże, jak to boli. 

Dyszała ciężko, jęczała, kołysała się w przód i w tył, modląc się w 

duchu o chwilę wytchnienia. 

- Drake... 

- Słucham? 

- Czy mógłbyś... pójść po moją mamę? 

- Oczywiście. Za momencik. Jak tylko skończą się skurcze. 

Zabrawszy Mai ręcznik, wytarł jej czoło, a potem własne. 

-  Myślisz,  że  to  już?  -  spytał,  kiedy  znów  mogła  normalnie 

oddychać. 

Była blada i wyczerpana. Ogarnęła go trwoga. Wykonywał różne 

niebezpieczne rzeczy w swoim życiu, ale w sprawach porodu czuł się 

całkiem  niekompetentny.  Bał  się  zostawić  Mayę,  a  zarazem  bał  się 

zostać z nią sam na sam. 

- Może powinienem wezwać pogotowie...? 

background image

-  Nie.  Sprowadź  moją  mamę.  Proszę  cię.  -  Popatrzyła  na  niego 

błagalnie.  -  Ojej!  -  Ponownie  syknęła  z  bólu.  Pochyliwszy  się  do 

przodu, objęła rękami kolana. 

Drake  wybiegł  z  pokoju,  dopadł  do  drzwi  frontowych  i  ile  sił  w 

nogach  pognał  w  stronę  niedużego  domku,  w  którym  mieszkała 

gospodyni z mężem. W połowie drogi uzmysłowił sobie, że powinien 

był  skorzystać  z  telefonu.  Przeklinając  pod  nosem,  przyśpieszył 

kroku. Dotarłszy na miejsce, zaczął walić pięścią w drzwi i wydzierać 

się na całe gardło.  

Wewnątrz  zapaliło  się  światło.  Po  chwili  w  progu  domu  stanęli 

małżonkowie Ramirez, Marco ze strzelbą w dłoni. Drake wcale się nie 

zdziwił  na  widok  broni.  Postąpiłby  tak  samo,  gdyby  w  środku  nocy 

jakiś szaleniec wydzierał się pod jego domem. 

- Maya? - spytała natychmiast Inez. 

Drake skinął głową. 

-  Prosiła,  żebyś  przyszła.  Ma  skurcze,  ale  twierdzi,  że  to  jeszcze 

nie poród. 

Gospodyni znikła wewnątrz. Marco odwiesił strzelbę. 

- Nie sądziłem, że ta pukawka jeszcze działa - powiedział Drake. 

-  Bo  nie  działa.  Chwyciłem  ją,  bo  była  pod  ręką  -  wyjaśnił 

ogrodnik, uśmiechając się z zażenowaniem. - Nie wiedziałem, kto się 

tak dobija, więc... - Wzruszył ramionami. 

-  No  tak.  Przepraszam  za  hałas.  Po  prostu  wystraszyłem  się 

Maya... 

- Lepiej wróć do niej. Matka i ja zaraz przyjdziemy. 

background image

Drake'owi  nie  trzeba  było  tego  dwa  razy  powtarzać.  Ile  sił  w 

nogach  pognał  z  powrotem  do  głównego  budynku.  W  całym  domu 

paliły  się  dwa  światła;  jedno  w  kuchni,  które  zawsze  zostawiano 

włączone  na  noc,  drugie  w  zachodnim  skrzydle.  Właśnie  tam  się 

skierował. 

Kiedy  wpadł do sypialni, zobaczył, że Maya ma kolejne skurcze. 

Stanął  przed  nią  i  ujął  ją  za  ręce.  Poczuł,  jak  wbija  mu  w  dłoń 

paznokcie.  

Cierpiała,  a  on  był  sprawcą  jej  bólu.  Nie  potrafił  pogodzić  się  z 

tym faktem. Czuł się winny, a jednocześnie bezradny. 

- Co mam robić? Jak ci ulżyć? 

- Trzy...trzymaj mnie - wysapała. 

Usłyszał pisk opon, a po chwili dochodzący z holu kobiecy głos. 

Odetchnął z ulgą. Skurcze ustały, uścisk Mai zelżał. 

Odsunął się na bok, robiąc miejsce dla Inez. 

La nińa? - spytała Inez. 

Si - odparła Maya. Najwyraźniej uwierzyła w to, że rodzi. 

Marissa  nie  przejmowała  się  żadnymi  terminami.  Zamierzała 

przyjść na świat właśnie dziś. 

- Musimy cię zawieźć do szpitala - powiedziała Inez. 

- Nie zdążymy, mamo. Już się zaczęło. 

- Już? - przeraził się Drake. - Jesteś pewna? 

- Tak. - Maya spojrzała na matkę. - Przepraszam... 

- Nie masz za co - oznajmiła  Inez. -  Od początku świata kobiety 

wydają na  świat potomstwo.  Drake, zadzwoń  po pogotowie.  Marco  - 

background image

zwróciła  się  do  męża,  który  stał  w  drzwiach.  -  W  szafie  w  kuchni 

znajdziesz żelazko. Przynieś je. Żar wysterylizuje prześcieradła. 

Drake odwiesił słuchawkę. 

- Co teraz? - spytał. 

-  Pomóż  Mai  przejść  do  łóżka  -  poleciła  mu  Inez.  -  Zdejmij  jej 

buty. Swoje też. Usiądź koło niej... 

- Mamo! - oburzyła się ciężarna. 

-  Będzie  ci  wygodniej  -  wyjaśniła  Inez.  Pomogła  córce  położyć 

się  na  łóżku,  po  czym  kazała  Drake'owi  uklęknąć  za  nią.  -  Wysuń 

ręce, żeby miała za bo chwycić. 

Drake  zajął  pozycję  u  wezgłowia  i  oplótłszy  Mayę  ramionami, 

delikatnie  położył  dłonie  na  jej  brzuchu.  I  nagle  ze  zdumieniem 

poczuł, jak coś przetacza się wewnątrz jej brzucha, coś jakby potężna 

fala. 

-  Możesz  sapać,  ile  chcesz  -  powiedziała  Inez.  -  Sapać,  dyszeć, 

krzyczeć. To nic wstydliwego. Rodzenie dzieci to ciężka praca. 

- Wiem - rzekła Maya, z trudem łapiąc oddech. 

Słyszała,  jak  Drake  dyszy.  Opierała  się  o  niego,  a  on  swoimi 

silnymi ramionami podtrzymywał ją w pozycji półsiedzącej. 

-  Świetnie  ci  idzie  -  pochwaliła  córkę  Inez.  -  Właśnie  odeszły 

wody. Już niedługo... 

Maya  poddała  się;  nie  próbowała  walczyć  z  bólem.  Sapała, 

zgrzytała zębami, jęczała; ilekroć trzeba było - parła.  

Drake pomagał jej zarówno podczas skurczy, które coraz bardziej 

przybierały na sile, jak i w przerwach, które trwały coraz krócej. 

background image

-  Przyj,  kochanie  -  zachęcała  Inez.  -  Jeszcze  trochę.  Już  widać 

główkę. 

Drake  dyszał  wraz  z  Mayą.  Kiedy  wstrzymywała  oddech,  on 

również  to  robił,  a  kiedy  parła,  odruchowo  także  parł.  Wspólnymi 

siłami starali się wydać na świat swoje dziecko. 

- A teraz mocno! - poleciła Inez. 

Wreszcie  Marissa  wyśliznęła  się  z  łona  matki  i  wpadła  prosto  w 

oczekujące ręce swej babci. Ręce na szczęście bardzo kompetentne. A 

gdy z ust małej wydobył się krzyk, Drake odetchnął z ulgą. 

- Udało nam się - szepnął do Mai, całując ją w spoconą skroń. 

Na jej usta wypełzł triumfalny uśmiech. 

-  No,  malutka...  -  Inez  wytarła  niemowlę  ręcznikiem,  po  czym 

podsunęła je Drake'owi - przywitaj się z tatusiem. 

Usiadłszy na krawędzi łóżka, Drake wyciągnął ręce. Przez chwilę 

tkwił  bez  ruchu,  spoglądając  w  wielkie  niebieskie  oczy  swojej  córki. 

Płacz nagle ustał. Dziewczynka wpatrywała się w twarz ojca. 

-  Jeszcze  raz,  kochanie  -  powiedziała  Inez  do  Mai.  -  Trzeba 

wydalić łożysko. A ty... - zwróciła się do Drake'a - może byś pohuśtał 

maleństwo? 

Drake  przesiadł  się  na  fotel  bujany.  Uprzątnąwszy  ceratę  i 

ręczniki,  Inez  umyła  Mayę  i  pomogła  jej  włożyć  czystą  koszulę. 

Następnie uczesała córkę i odgarnęła jej włosy za uszy. 

- Drake, przedstaw malutką jej matce. A potem... posiedzisz z nią, 

żeby Maya mogła się zdrzemnąć? 

background image

Skinął  głową  i  ponownie  zajął  miejsce  na  łóżku.  Podając  Mai 

niemowlę,  czuł  dławiący  ucisk  w  gardle.  Marissa  była  taka 

drobniutka, taka ufna! 

Zaufanie.  Tak  łatwo  było  je  zawieść.  Przez  ułamek  sekundy 

korciło go, by wybiec z pokoju, uciec od tych kobiet, ich wiary w to, 

że  życie  jest  piękne,  że  wszystko  się  dobrze  ułoży,  że  jutro  świat 

wciąż będzie istniał.  

Zdał  sobie  jednak  sprawę,  że  nie  ma  dokąd  uciec.  Od  dziesięciu 

lat  jeździ  po  różnych  krajach  i  różnych  kontynentach.  Duchy 

przeszłości  wszędzie  mu  towarzyszą.  Dokonywanie  wyboru?  Jakiego 

wyboru? Wspomnienia go prześladowały. Nie potrafił ani uwolnić się 

od przeszłości, ani jej zmienić. 

Zaprowadziwszy  porządek  w  sypialni,  Inez  skierowała  się  ku 

drzwiom. W korytarzu zamieniła parę słów z mężem. Okazało się, że 

Marco nie mógł znaleźć w kuchni żelazka. Inez poinformowała go, że 

nie  jest  już  ono  potrzebne;  mają  wspaniałą  wnuczkę.  Tak,  dopiero 

jutro  będzie  ją  mógł  zobaczyć.  W  miarę  jak  oddalali  się  korytarzem, 

ich głosy stawały się coraz cichsze. 

Maya uniosła ręcznik, odkrywając nagie ciałko. 

-  Drake,  podaj  mi  pieluchę.  Leżą  w  dolnej  szufladzie.  - 

Westchnęła błogo. - Boże, jaka ona śliczna. 

Skinął głową. Z dumą, a zarazem pokorą patrzył na swoją malutką 

córeczkę,  jakby  nie  dowierzał,  że  on,  Drake  Colton,  mógł  stworzyć 

coś tak niezwykłego. Maya  założyła  małej pieluszkę, potem on ubrał 

background image

Marissę  w  śpioszki.  Ruchy  miał  niezdarne,  ale  maleństwu  to  nie 

przeszkadzało. 

- Nasza córeczka - rzekł wzruszony, patrząc Mai w oczy. 

Maya wzięła głęboki oddech. 

- Tak, nasza - szepnęła w końcu, po raz pierwszy przyznając, że to 

on  jest  ojcem.  -  Drake,  w  szafie  stoi  kosz.  Gdybyś  mógł  go  wyjąć. 

Malutka chyba zasnęła. 

Postawił kosz przy łóżku. Maya ułożyła w nim dziecko, przykryła 

je  różowo-białym  kocykiem,  a  na  wierzchu  położyła  kołderkę  w 

różyczki. 

- Ta mała istotka.... to prawdziwy cud - powiedział Drake głosem 

ochrypłym ze wzruszenia. 

Maya  uśmiechnęła  się  zadowolona.  Zdławiwszy  ziewnięcie, 

oparła  się  o  poduszkę.  Przez  chwilę  obserwował  ją  w  milczeniu; 

wiedział, że jest zmęczona i potrzebuje snu. 

- Poślubisz mnie? - spytał cicho, gładząc ją lekko po policzku. 

Już prawie zasypiała. 

- Dla dobra dziecka? - spytała, otwierając oczy. 

- Dla dobra nas wszystkich - odparł. - Razem stworzyliśmy nowe 

życie. Ona... Marissa potrzebuje nas oboje. I ja was obie potrzebuję. 

Cisza,  jaka  zapanowała  w  pokoju,  zdawała  się  ciągnąć  w 

nieskończoność. Wreszcie Maya pokiwała wolno głową. 

- Może masz rację - szepnęła. 

- Na pewno. Wierz mi, tak będzie najlepiej. Dla naszej córki. I dla 

nas. 

background image

Przysiągł  sobie  w  duchu,  że  będzie  najwspanialszym  ojcem  i 

mężem  na  świecie.  Wynagrodzi  Mai  to,  że  opuścił  ją,  kiedy  go 

najbardziej potrzebowała. 

-  Musimy  się  zastanowić  -  rzekła.  -  Może  rano  dojdziemy  do 

innych wniosków... 

Widząc  wyraz  zatroskania  w  jej  pięknych  piwnych  oczach,  nie 

nalegał  na  definitywną  odpowiedź.  Po  prostu  uniósł  jej  dłoń  do  ust  i 

złożył na niej pocałunek. 

-  Zobaczysz,  wszystko  będzie  dobrze.  A  teraz  śpij.  Nasza  córka 

potrzebuje wypoczętej mamy. 

Usiadł w fotelu bujanym. Z nogami opartymi o łóżko, przez kilka 

minut  obserwował  dwie  śpiące  postaci.  W  jego  sercu  zagościła 

błogość,  jakiej  nie  czuł  od  lat.  Wiedział,  że  wraz  z  pojawieniem  się 

Marissy całe jego życie ulegnie zmianie. 

 

W  oddali  rozległo  się  wycie  karetki.  Ze  snu  wyrwał  Mayę  obcy 

dźwięk.  Natychmiast  zorientowała  się,  skąd  pochodzi.  Dziecko! 

Uśmiechając się do niej czule, Drake wyjął niemowlę z łóżeczka. 

- Dzień dobry, mamusiu - powiedział wesoło. - Zdaje się, że nasza 

córka  jest bardzo  głodna.  Pielęgniarka  przyniosła  jej  butelkę  z  ciepłą 

wodą,  ale  maleństwo  wyraźnie  liczy  na  coś  innego.  Widać,  że  ma 

charakterek. 

- Czy...? 

-  Nie  martw  się.  Wszystko  w  porządku.  Chcesz  się  najpierw 

umyć? 

background image

Skinąwszy głową, wstała z łóżka i podreptała do łazienki. Umyła 

się pośpiesznie. Kiedy wróciła do pokoju, Drake chodził od drzwi do 

okna, tuląc do piersi płaczącą kruszynę. 

Od  kilku  godzin  przebywali  w  szpitalu,  w  wygodnym 

jednoosobowym pokoju. Od razu po przyjeździe matka i córka zostały 

zbadane przez lekarza. Obie znajdowały się w doskonałym stanie. 

Maya usiadła wygodnie w fotelu i wyciągnęła ręce. Kiedy Drake 

podał  jej  zawiniątko,  rozpięła  bluzkę,  stanik,  po  czym  -  tak  jak  ją 

uczono  -  potarła  delikatnie  brodawką  o  buzię  maleństwa.  Marissa, 

wydając  śmieszne  dźwięki,  poruszała  komicznie  głową,  szukając 

źródła pokarmu. 

Drake zaśmiał się. 

- Trzeba się najpierw przyssać - poradził córce. 

Po  chwili  Marissa  odgadła,  o  co  chodzi,  i  zaczęła  ssać  tak 

łapczywie, jakby od dawna nic nie jadła. 

- No! - mruknął z satysfakcją jej ojciec. 

Maya odprężyła się. Pierwsze doświadczenie z karmieniem miała 

za  sobą;  wcale  nie  okazało  się  tak  trudne,  jak  się  obawiała.  Kiedy 

dziecko  zasnęło  najedzone,  Drake  też  postanowił  coś  zjeść.  Zostawił 

mamę z córką w pokoju, a sam udał się do bufetu. Pół godziny później 

był z powrotem u Mai. 

Jakiś czas później zajrzała do nich pielęgniarka. 

-  Jaka  piękna  dziewczynka!  Trzy  kilo  wagi,  czterdzieści  osiem 

centymetrów wzrostu... Jadła już? 

- Tak - odparł Drake. 

background image

Kobieta  popatrzyła  na  świeżo  upieczonych  rodziców  i  skinęła  z 

powagą  głową.  Zmierzyła  Mai  temperaturę,  ciśnienie,  obejrzała 

dziecko, zapisała wyniki. Godzinę po niej zjawił się lekarz. 

- Co? Nie mogłyśmy się doczekać rozwiązania? - Uśmiechnął się 

do Mai, po czym zerknął na Drake’a. - Cześć, Drake. Wciąż służysz w 

siłach specjalnych? 

- Na razie jeszcze tak. 

Drake  zauważył  zdziwione  spojrzenie  Mai,  ale  nie  było  to 

odpowiednie miejsce ani pora, aby tłumaczyć jej, do jakich doszedł w 

nocy wniosków. 

Zbadawszy  matkę  i  dziecko,  lekarz  poinformował  Mayę,  że  obie 

mogą wracać do domu. 

-  Musimy  tylko  wypełnić  formularze...  -  W  puste  rubryki  wpisał 

datę urodzin, wagę i wzrost dziecka. - Jak się mała będzie nazywać? 

- Marissa Joy... - zaczęła Maya, po czym urwała. 

- Colton - dokończył Drake. - Marissa Joy Colton. 

Na twarzy Mai zakwitł rumieniec, Drake zaś poczuł, jak rozsadza 

go duma. Marissa. Jego dziecko. Jego córka. On i Maya dali jej życie. 

Wkrótce po dwunastej opuścili szpital. W drodze do domu Drake 

przystanął w pobliskiej kawiarence. 

-  Dwie  zupy,  dwie  sałatki  i  dwa  kawałki  szarlotki  -  poprosił, 

pamiętając,  że  właśnie  to  Maya  zamówiła,  kiedy  byli  tu  ostatnim 

razem. - Aha, i jeszcze dwie szklanki mleka. 

- Mayu, to twoje dziecko? - spytała kelnerka, kiedy postawił kosz 

z niemowlęciem na krześle. 

background image

- Moje. 

- Ojej! Mogę zobaczyć? 

- Tak, ale nie podnoś jej. Jest jeszcze za mała, aby brać ją na ręce. 

- Oczywiście. Margaret! Chodź zobacz córeczkę Mai! -  zawołała 

do  innej  kobiety,  która  wyszła  z  kuchni,  wycierając  ściereczką  białe 

od mąki ręce. - Jak ma na imię? 

- Marissa Joy. 

-  Ale  śliczniutka!  -  zapiała  starsza  z  kelnerek,  zaglądając  do 

kosza. - I jaka malutka... Kiedy się urodziła? 

- Mniej więcej dwanaście godzin temu - odpowiedział Drake. Nie 

potrafił ukryć dumy w głosie. 

Kobieta wbiła wzrok w towarzysza Mai. 

- Drake Colton, prawda? 

- Tak. 

Zmrużywszy  oczy,  przyjrzała  mu  się  dokładnie,  po  czym 

przeniosła  wzrok  na  dziecko.  Czekał  na  kolejne  pytanie,  ona  jednak 

pokiwała głową i uśmiechnęła się znacząco, jakby dokonała wielkiego 

odkrycia. 

Maya  ponownie  zarumieniła  się  po  czubki  uszu.  Drake  mrugnął 

do  niej porozumiewawczo.  Gdyby  nie  była  taka uparta,  już  kilka dni 

temu mogliby wziąć ślub. Właściwie to czuł się żonaty. Bądź co bądź 

był  ojcem Marissy, a z Mayą musiał jedynie sformalizować związek. 

Zamierzał przekonać ją, aby zrobić to jak najszybciej. 

background image

- Przyjechałem do domu, żeby powitać córkę - oznajmił. Zależało 

mu  na  tym,  aby  nie  było  żadnych  wątpliwości,  czyim  Marissa  jest 

dzieckiem. - I żeby ożenić się z jej mamą. 

Obie  kelnerki  wytrzeszczyły  oczy.  Zadowolony  z  siebie, 

uśmiechnął  się  szeroko,  po  czym  zerknął  na  Mayę.  Siedziała 

zamyślona.  Czyżby  była  smutna?  A  przecież  tak  bardzo  pragnął  jej 

szczęścia. 

- O czym dumasz? - spytał, kiedy znów jechali samochodem. 

- O tobie - przyznała po chwili. - W szpitalu, kiedy lekarz spytał, 

czy  wciąż  służysz  w  siłach  specjalnych,  odpowiedziałeś:  „Na  razie 

jeszcze tak". Jak mam to rozumieć? 

- Po zakończeniu służby chcę zrezygnować z wojska. 

- Nie wierzę! 

-  Ależ  tak.  -  Uśmiechnął  się,  rozbawiony  jej  reakcją.  -  Jako 

człowiek  żonaty  chcę  znaleźć  pracę,  która  pozwoli  mi  spędzać 

wieczory z rodziną. 

- Nie wierzę - powtórzyła, kręcąc głową. - To ci się nigdy nie uda. 

- W jej głosie pobrzmiewała nuta paniki. 

-  Oczywiście,  że  się  uda.  -  Nie  umiał  odgadnąć,  co  ją  tak 

przeraziło.  -  Nie  martw  się.  Nie  zostaniemy  bez  grosza  przy  duszy. 

Pewna firma w Dolinie Krzemowej wielokrotnie zwracała się do mnie 

z propozycją... 

-  Nie!  -  zawołała  Maya.  -  Nie  wyjdę  za  ciebie.  Nie  chcę  w  ten 

sposób! 

- Dlaczego? - Z trudem panował nad emocjami. 

background image

- Bo mnie znienawidzisz. Będziesz nieszczęśliwy. I ja też. 

Wreszcie  zrozumiał,  o  co  chodzi:  pomysł  poślubienia  go  był  dla 

Mai wstrętny.  A zatem mylił się. Może  go pożądała, ale nie kochała. 

Łączyła ich namiętność, lecz nie miłość. 

Zaskoczony  tym  odkryciem,  przez  resztę  drogi  nie  odezwał  się 

słowem.  Przyszłość  jawiła  mu  się  ponuro.  Samotność  już  go  nie 

pociągała. Ale pewnie na nią zasłużył. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

- Jest tak piękna jak jej mama - oznajmił Joe Colton. 

Trzymając swą trzydniową wnuczkę w ramionach, usiadł w fotelu 

naprzeciwko  Sophie,  która  też  wkrótce  miała  urodzić  dziecko. 

Marissa, która pojawiła się trzy tygodnie przed czasem, była pierwszą 

przedstawicielką  najmłodszego  pokolenia  Coltonów.  A  właściwie 

pierwszą,  w  której  żyłach  płynęła  krew  Coltonów.  Poza  nią  był 

jeszcze Maks, syn Lucy, żony Randa. 

-  Wnuki...  -  kontynuował  po  chwili  senior  rodu.  -  Swoim 

widokiem  niech  cieszą  nasze  oczy  i  radują  nasze  serca.  Niech  rosną 

duże, zdrowe, piękne i szczęśliwe. 

W  oku  starszego  pana  zakręciła  się  łza.  Zerkając na  zaokrąglony 

brzuch  Sophie,  Maya  uświadomiła  sobie,  że  w  czerwcu  ubiegłego 

roku na ranczu rozkwitała miłość; ona zaszła w ciążę  z Drakiem, zaś 

najstarsza  córka  Coltonów  -  z  Riverem  Jamesem,  ich  przybranym 

synem.  Wielokrotnie  marzyła  o  tym,  by  zaprzyjaźnić  się  z  Sophie, 

ale... Jakoś nie było to łatwe, zwłaszcza odkąd Meredith zatrudniła ją 

background image

do  opieki  nad  dwójką  najmłodszych  Coltonów.  Miała  być  służącą,  a 

nie towarzyszką zabaw jej córek. 

Od  małego  natomiast  uwielbiała  Drake'a.  Później,  kiedy  miała 

siedemnaście  lat,  a  on  przyjechał  do  domu  podczas  przerwy 

międzysemestralnej,  nagle  zaiskrzyło  między  nimi.  Ponownie 

zaiskrzyło  latem  ubiegłego  roku.  Wróciła  myślami  do  letnich 

miesięcy. Wtedy po raz pierwszy w życiu tak naprawdę się zakochała. 

I wtedy na przyjęciu urodzinowym ktoś usiłował zastrzelić Joego.  

A teraz... teraz ona, Maya Ramirez, córka gospodyni i ogrodnika, 

jest matką pierwszej wnuczki w rodzinie Coltonów. Wczoraj Marissa 

smacznie  spala  w  ramionach  jednych  dziadków,  dziś  w  ramionach 

drugiego  dziadka  -  dziadka  Joego.  Siedzieli  w  oranżerii,  gdzie  było 

ciepło  i  pogodnie,  mimo  że  lutowe  słońce  z  trudem  przebijało  się 

przez  zawieszone  nad  Pacyfikiem  chmury.  W  nocy  spodziewano  się 

opadów deszczu. 

Drake  z  Riverem  przeszli  do  stajni  obejrzeć  chorego  konia, 

którego  przypuszczalnie  trzeba  będzie  uśpić.  Życie  i  śmierć, 

pomyślała Maya. Ktoś się rodzi, ktoś umiera. Ogarnął ją smutek. 

- Owszem, niech nas radują. - Sophie roześmiała się wesoło. - Ale 

czy muszą nas tak strasznie kopać? Dlaczego ona to robi? 

-  Ty  z  kolei  płakałaś  nocami  -  poinformował  ją  ojciec.  -  Twoja 

mama i ja ciągle chodziliśmy niewyspani. 

Maya  zamknęła  oczy.  Zazdrościła  Sophie  i  Riverowi.  Kilka 

miesięcy  ternu  wzięli  ślub;  byli  zakochani  i  razem  snuli  plany  na 

przyszłość.  Zaś  ona  i  Drake!..  Po  powrocie  ze  szpitala,  spięci  i  źli, 

background image

rozeszli się do swoich pokoi. On nalegał na małżeństwo, ale przecież 

wcale  tego  nie  chciał;  robił  to  wyłącznie  z  poczucia  obowiązku. 

Dlatego odrzuciła jego ofertę. 

Zamiast  wspólnie  planować przyszłość,  sam uznał, co  będzie dla 

nich  najlepsze.  Niczego  z  nią  nie  konsultował.  Po  prostu  podjął 

decyzję,  a  następnie  powiadomił  ją,  co  zamierza  uczynić.  Była 

oburzona. Nie tak powinien wyglądać układ partnerski. Małżeństwo to 

sztuka  kompromisu.  Nikt  nie  powinien  poświęcać  wszystkiego  dla 

drugiej  osoby.  Owszem,  należy  dawać,  ale  i  brać.  Tego  Drake 

najwyraźniej nie rozumiał. 

Westchnęła głośno. 

- Jesteś zmęczona? - spytał Joe. - Wyciągnij się i zdrzemnij. Ja się 

małą zajmę. 

-  Korzystaj,  Mayu,  póki  możesz  -  poradziła  jej  Sophie.  -  I 

pamiętaj: im większe dziecko, tym większe problemy. River już teraz 

martwi się o takie rzeczy jak randki i późne powroty do domu... 

Joe  z  Maya  wybuchnęli  śmiechem.  W  tej  samej  chwili  w 

drzwiach ukazał się Drake z Riverem. 

- Co was tak rozbawiło? - spytał Drake, siadając koło Mai. 

-  Zastanawiałyśmy  się,  do  której  naszym  córkom  wolno  będzie 

przebywać poza domem, kiedy już zaczną chodzić na randki - odparła 

Sophie. 

-  Marissa  na pewno  nie  będzie  chodziła  na  żadne  randki,  dopóki 

nie  skończy  dwudziestu  jeden  lat  -  powiedział  Drake,  wywołując 

kolejną salwę śmiechu. 

background image

-  Słusznie  -  poparł  go  River.  -  Oszalałbym,  gdyby  moja  córka 

włóczyła się po nocy z facetem, którego dobrze bym nie znał. 

Sophie wywróciła oczy do nieba. 

-  Tylko  patrzeć,  jak  zaczną  szukać  dla  swoich  pociech 

odpowiednich mężów. 

Maya  spojrzała  na  Drake'a.  Mrużąc  oczy,  przyglądał  się  jej 

uważnie.  Miała  wrażenie,  że  szuka  odpowiedzi  na  gnębiące  go 

pytania,  których  nie  wypowiadał  na  głos.  Wydawał  się  znacznie 

bardziej spokojny i pogodzony z losem niż przedtem. 

- Pójdę do siebie - rzekła, wstając.  

Marzyła  o  tym,  aby  wreszcie  uporządkować  swoje  życie, 

rozwikłać  cały  ten  galimatias.  Zabrawszy  Joemu  Marissę,  skierowała 

się  do  wyjścia.  Ledwo  doszła  do  swojego  pokoju,  kiedy  rozległo  się 

pukanie. 

Nie czekając na żadne „proszę", Drake nacisnął klamkę. 

-  Tak  ci  było  spieszno  uciec  ode  mnie,  że  nie  wzięłaś  kosza  - 

rzekł, stawiając nosidełko koło łóżka Mai. 

Maya  zmieniła  córce  pieluszkę,  po  czym  usiadła  w  fotelu 

bujanym  i  odpięła  bluzkę.  Nie  spuszczała  oczu  z  Drake'a,  który  stał 

przy oknie, wpatrując się w przysłonięte chmurami szczyty gór. 

-  Nie  uciekałam  od  ciebie.  -  Postanowiła  wyznać  mu  prawdę.  - 

Raczej od siebie. Od swoich marzeń. 

Obrócił się do niej twarzą. Nic nie mówił, ale jego oczy płonęły w 

blasku  lampy,  którą  włączyła,  żeby  rozproszyć  panujący  w  pokoju 

mrok. 

background image

- Obserwując Sophie i Rivera - kontynuowała - pomyślałam sobie, 

jak by to było miło, gdybyśmy też byli rodziną. 

- Możemy. Proponowałam ci to. 

Dziecko  głośno  ssało;  po  kilku  minutach  zasnęło  z  ustami 

zaciśniętymi  na  piersi  matki.  Kiedy  Maya  się  poruszyła,  otworzyło 

ślepka i znów zaczęło ssać. 

Zobaczyła,  że  Drake  przygląda  się  im  w  milczeniu;  z  jego 

spojrzenia wyzierał ból. 

- Drake... - szepnęła. 

- Przestań! - warknął. - Nie chcę twojej litości. 

- A moją miłość? 

Zamurowało go. 

- To znaczy... 

- Że cię kocham. Od zawsze. Odkąd tylko pamiętam

- Więc dlaczego... - Nie potrafił dokończyć. 

- Dlaczego nie chcę cię poślubić? 

- No właśnie. 

Popatrzyła mu prosto w oczy. 

-  Bo  moja  miłość  nie  wystarczy.  Ja  też  chcę  być  kochana.  Nie 

chcę dzielić cię z Michaelem. 

Poderwał  głowę.  Na  jego  twarzy  odmalowało  się  zaskoczenie  i 

złość,  po  chwili  jednak  ukrył  emocje  pod  maską  chłodnego 

opanowania. 

- Co, do diabła, przez to rozumiesz? 

- Nie chcę dzielić cię z przeszłością. 

background image

Podjęła  ryzyko.  Weszła  na  grząski  teren.  I  wiedziała,  że  albo 

pójdzie na dno, albo Drake wyciągnie do niej rękę. To było tak proste, 

a zarazem tak skomplikowane. 

Roześmiał się cierpko. 

- Każdy ma wspomnienia. To nieodłączna część nas samych. Nie 

sposób ich z siebie wyrzucić. 

-  Wiem.  Chodzi  mi  o  to,  że  nadal  żyjesz:  przeszłością,  chwilą, 

kiedy Michael potrącony przez samochód umierał, a ty nie mogłeś mu 

pomoc.  Uznałeś,  że  to  twoja  wina.  -  Na  moment  zamilkła.  -  Nie 

pomyślałeś  o  tym,  że  okazujesz  Michaelowi  brak  szacunku?  Kiedy 

bierzesz  winę  na  siebie,  to  tak,  jakbyś  stwierdzał,  że  Michael  był 

bezwolnym głupkiem pozbawionym własnego rozumu. 

Siedziała na fotelu, kołysząc dziecko w ramionach, zupełnie jakby 

prowadziła  z  Drakiem  normalną  rozmowę  na  neutralny  temat.  Bała 

się. Zdawała sobie sprawę, że może wszystko popsuć, ale uważała, że 

gra warta jest świeczki. 

- Ruszył za mną - wyszeptał Drake. Mówił tak cicho, że ledwo go 

słyszała.  -  Nazwałem  go  tchórzem.  Więc  przejechał  na  drugą  stronę 

szosy. 

-  Na  jego  miejscu  zachowałbyś  się  tak  samo  -  powiedziała 

łagodnie.  -  Byliście  dziećmi.  Dzieci  nie  zastanawiają  się  nad 

konsekwencjami.  Naprawdę  nie  potrafisz  wybaczyć  dziecku,  które 

popełniło błąd? 

Zacisnął dłonie. Na twarzy miał wypisane cierpienie. 

background image

- Nie wyobrażasz sobie, co to znaczy żyć z wyrzutami sumienia - 

rzekł.  -  Ze  świadomością  bólu,  jaki  przysporzyło  się  rodzinie.  Z 

niekończącym się poczuciem osamotnienia. 

Miała ochotę rozpłakać się, pohamowała jednak łzy. 

- Chcę ciebie całego, Drake. Żebyś był z nami, ze mną i Marissą. 

Żebyś z własnej nieprzymuszonej woli ofiarował nam swoją miłość. 

- Postaram się - obiecał ochrypłym głosem. 

Wiedziała, że nie może się poddać; walczyła o ich przyszłość. 

-  Nie  interesuje  mnie  namiastka  prawdziwego  uczucia.  Chcę 

wszystko  albo  nic.  Wybór  należy  do  ciebie.  Albo  ja,  Marissa  i 

wspólna  przyszłość,  albo  Michael  i  przeszłość  pełna  bólu  oraz 

wyrzutów  sumienia.  -  Wzięła  głęboki  oddech.  -  Sam  musisz 

zdecydować. 

Dyszał jak po biegu. Ale od przeszłości nie sposób uciec. Trzeba 

ją zaakceptować, nauczyć się z nią żyć. Czy Maya zbyt wiele od niego 

wymaga? 

-  Nie  umiem  zapomnieć  przeszłości  -  rzekł  ponuro.  -  Jak  jesteś 

taka mądra, powiedz mi, co mam zrobić. 

Potrząsnęła głową; nie potrafiła mu pomóc. 

-  Zachowujesz  się  podobnie  jak  ten  psycholog,  do  którego 

wysyłano  mnie  po  śmierci  Michaela.  Wydaje  ci  się,  że  wszystko 

wiesz,  a  to  nieprawda.  Nic  nie  wiesz.  Nie  przeżyłaś  śmierci  brata.  - 

Skierował się ku wyjściu. 

-  Ja  też  kochałam  Michaela  -  rzekła  cicho.  - Myślę,  że  oszalałby 

na punkcie naszej córeczki. 

background image

Drake na moment przystanął, po chwili jednak wyszedł z pokoju, 

zamykając za sobą drzwi. 

Maya  bujała  się  w  fotelu,  tuląc  do  siebie  śpiące  niemowlę. 

Zaczęła  się  zastanawiać.  Może  popełniła  błąd?  Może  powinna 

zaakceptować  Drake'a  takiego,  jakim  jest?  Nie  wymagać  od  niego 

rzeczy  niemożliwych?  Może  powinna  go  poślubić,  a  dopiero  potem 

siłą swojej miłości sprawić, aby wyzwolił się od przeszłości? 

Z drugiej strony czuła, że jeżeli mają być małżeństwem, to Drake 

sam  musi  się  ze  wszystkim  uporać.  Ryzykowała.  Tak  jak  on,  gdy 

wyjeżdżał z misją. 

-  Wróci  do  nas.  Zobaczysz  -  szepnęła  do  dziecka,  starając  się 

odpędzić ponure myśli. 

Z  zadumy  wyrwał  ją  dzwonek  telefonu.  Pogrążona  w  smutku, 

niechętnie podniosła słuchawkę. 

-  Hej,  Mayu.  Mówi  twoja  starsza  siostra.  Kiedy  zamierzałaś  mi 

powiedzieć, że wreszcie zostałam ciotką? 

- Ojej, chciałam zadzwonić, ale... Przepraszam. 

- W porządku, nic się nie stało. Jak się miewa moja siostrzenica? 

- Dobrze. Śpi jak aniołek. I jest niebywale piękna. 

- Oczywiście. Jakżeby mogło być inaczej? - spytała ze śmiechem 

Lana. Po chwili spoważniała. - Jak Drake się na wszystko zapatruje? 

Maya westchnęła. 

- Uważa, że powinniśmy się pobrać. 

Wyjaśniła siostrze sytuację. Ta słuchała, nie przerywając. Dopiero 

gdy Maya skończyła, sama też westchnęła. 

background image

-  Niedługo  przyjadę  do  domu  -  obiecała.  -  Moja  pacjentka  czuje 

się  coraz  lepiej.  Wprowadziła  się  do  siostry.  Jej  córka  mieszka 

niedaleko. Pielęgniarka środowiskowa zagląda do niej codziennie... W 

każdym razie, zanim się obejrzysz, wrócę do Prosperino. Tymczasem 

gdybyś czegoś potrzebowała, natychmiast dzwoń. Dobrze? 

- Dobrze - przyrzekła Maya. 

Odwiesiła  słuchawkę.  Czuła  się  straszliwie  samotna.  Po  chwili 

Marissa  zamlaskała  przez  sen.  Maya  uśmiechnęła  się;  maleństwo, 

które  trzymała  w  ramionach,  w  cudowny  sposób  podnosiło  ją  na 

duchu. 

 

Drake ocknął się z drzemki. Wiedział, że coś mu się śniło, ale nie 

pamiętał  co.  Nie  próbował  sobie  przypomnieć.  Zazwyczaj  były  to 

koszmary.  Wstawszy  z  łóżka,  ruszył  do  salonu.  Nie  zastał  tam  ojca. 

Nie było go też w gabinecie ani w oranżerii. Lecz z okna w oranżerii 

ujrzał Joego na patio, zajętego naprawą fontanny.  

Wciągnął kurtkę i wyszedł zaproponować pomoc. 

-  Coś  szwankuje?  -  spytał,  zbliżywszy  się  na  odległość  dwóch 

kroków. 

Starszy  mężczyzna  poderwał  głowę  i  uśmiechnął  się  przyjaźnie. 

Ciekawe,  pomyślał  Drake,  o  czym  on  tak  duma,  kiedy  pracuje  w 

samotności.  Po  chwili  sam  sobie  odpowiedział.  O  problemach 

rodzinnych. W oczach ojca widział z trudem skrywany niepokój. Miał 

wrażenie, jakby patrzył w głąb własnej duszy. 

background image

-  Nie,  nic nie  szwankuje  -  odparł  Joe  Senior.  -  Tak  sobie  dłubię. 

Starsi  panowie  lubią  wynajdować  sobie  coś  do  roboty,  inaczej 

umarliby z nudów. 

-  Aha!  Nareszcie  wiem,  co  mnie  czeka  na  starość  -  oznajmił  ze 

śmiechem Drake. 

Podniósłszy z ziemi zakończony siatką pręt, zaczął wydobywać z 

fontanny  zeschłe  liście,  ojciec  tymczasem  oczyścił  otwór,  z  którego 

wydobywa się woda. 

- To co? Odkręcamy? - spytał Joe. 

- Pewnie. 

Strumyk trysnął w górę, ze dwa metry nad ziemią zatoczył łuk, po 

czym  łagodnie  opadł  do  okrągłego  zbiornika,  w  którym  leniwie 

pływały złote rybki. 

-  Robi  się  coraz  chłodniej  -  zauważył  starszy  pan.  -  Na  wieczór 

zapowiadają  deszcz.  -  Podniósłszy  głowę,  popatrzył  na  chmury 

zasnuwające popołudniowe niebo. 

- Aha - mruknął Drake. 

Myślami  był  przy  Mai,  dziecku  i  zmianach,  jakie  pod  wpływem 

paru  minut  szaleństwa  i  zapomnienia  mogą  dokonać  się  w  życiu 

człowieka.  W  życiu  kilku  osób,  poprawił  się  szybko.  Jego,  Mai,  ich 

córki.  A  nawet  w  życiu  Joego  i  Meredith. Bądź  co bądź  Marissa  jest 

ich wnuczką. 

Joe przysiadł na skraju fontanny. Drake oparł nogę o otaczający ją 

murek i przez chwilę spoglądał w milczeniu na szary ocean. 

background image

-  Sporządziłem  kodycyl  -  oznajmił  nagle  starszy  pan.  -  Tak,  by 

mój testament objął również Marissę. 

-  Nie  musiałeś,  tato.  Wszystko,  co  mam,  zapisałem  Mai.  Pod 

względem finansowym obie będą zabezpieczone.  

- Nie musiałem, ale chciałem. Oboje chcieliśmy - poprawił się. - 

Twoja matka i ja. 

Drake  ugryzł  się  w  język.  Po  co  miał  ojcu  sprawiać  przykrość? 

Podejrzewał,  że  matka  nigdy  nie  zaakceptuje  Marissy.  Większość 

czasu  zachowywała  się  tak,  jakby  nie  akceptowała  żadnych  swoich 

dzieci. No, może poza dwojgiem najmłodszych. 

-  Nie  posiadaliśmy  się  z  radości,  kiedy  ty  i  Michael  się 

urodziliście  -  ciągnął  ojciec,  wracając  myślami  do  własnych 

wspomnień.  -  Byliście  tacy  śliczni.  I  tacy  mądrzy.  Rand  miał  wtedy 

dwa  latka,  ciągle  zaglądał  do  waszego  łóżeczka...  Rozpierała  nas 

duma.  A  kiedy  urodziła  się  Sophie,  a  po niej  Amber,  wydawało  nam 

się, że niczego więcej nie trzeba nam do szczęścia. 

- A potem dzieci dorosły - stwierdził Drake z nutą ironii w głosie. 

Joe pokiwał smętnie głową. 

-  Cóż,  życie  toczy  się  dalej,  choć  nie  zawsze  tak,  jak  byśmy 

chcieli. 

- To prawda. Na przykład Maya upiera się iść własną drogą. 

Starszy  pan  przyjrzał  się  uważnie  synowi.  Wiedział,  że  w  tym 

dobrym,  wrażliwym  człowieku,  który  czasem  przywdziewa  maskę 

twardziela, tkwi mały nieszczęśliwy  chłopiec obarczony straszliwymi 

wyrzutami sumienia. 

background image

Drake zawsze był najbardziej dojrzałym i poważnym spośród jego 

dzieci;  od  małego  czuł  się  odpowiedzialny  za  pozostałych  członków 

rodziny. Śmierć brata zostawiła na nim niezatarte piętno. 

- Nie da się zmusić drugiego człowieka, aby postępował zgodnie z 

naszą  wolą  -  powiedział  cicho,  niemal  wbrew  sobie  porównując 

dawną  Meredith  z  tą  dziwną  obcą  kobietą,  która  teraz  mieszkała  w 

jego domu. 

- Nie zamierzam Mai do niczego zmuszać, ale mamy dziecko. Nie 

wolno  nam  o  tym  zapominać.  Nie  chcę  być  nieobecnym  rodzicem, 

który widuje się z córką od święta. 

- Dzieci potrzebują i ojca, i matki. 

- No właśnie. Ale kiedy powiedziałem Mai, że chcę zrezygnować 

z  wojska  i  znaleźć  normalną  pracę,  wściekła  się  na  mnie.  Nie 

podobało jej się, że bez konsultacji nią podejmuję tak ważne decyzje. 

Joe  powściągnął  uśmiech.  Drake,  jak  to  mężczyzna,  uważał,  że 

wszystko wie najlepiej. 

-  Z  tego  wniosek,  że  Maya  ma  własne  poglądy  na  temat 

małżeństwa i tego, jak powinno wyglądać. 

- Owszem - przyznał Drake. - Jest uparta jak osioł. 

Tym razem Joe nie zdołał powstrzymać uśmiechu. 

-  Pamiętam  kłótnię  z  twoją  mamą.  To  było  dawno  temu.  Nawet 

nie  pamiętam,  co  przeskrobaliście.  W  każdym  razie  wysłałem  was 

spać  bez  kolacji.  Meredith  uważała,  że  nie  wolno  dzieci  karać 

odmawianiem im jedzenia. 

- No i na czym stanęło? 

background image

- Na tym, że nikt nie dostał kolacji. 

- Nikt? 

- Nikt. Jedzenie, oznajmiła twoja matka, to podstawowa potrzeba 

każdego człowieka. Podobnie jak miłość. Jeżeli pozbawiamy jej część 

rodziny, pozostała część również będzie jej pozbawiona. 

- Pamiętam. - Drake'owi  zrobiło się  ciepło na duszy.  -  W środku 

nocy urządziliśmy wspaniałą wyżerkę. 

-  Tak.  Kiedy  nakryliśmy  się  na  tym,  jak  oboje  ukradkiem 

zanosimy wam jedzenie, uznaliśmy, że to nie ma najmniejszego sensu. 

Połączyliśmy  siły  i  zwołaliśmy  was  na  dół  na  wielkie  nocne 

obżarstwo. 

Joe odetchnął z ulgą, słysząc śmiech syna. Najbardziej na świecie 

pragnął  szczęścia  swoich  dzieci,  ale  na  razie  tylko  Rand  i  Sophie 

założyli  rodzinę.  Z  drugiej  strony  małżeństwo  nie  zawsze  musi 

oznaczać radość i idyllę.  

Często dumał nad tym, w którym momencie jego własne zaczęło 

się psuć. Czy wtedy, gdy Meredith oznajmiła, że jest w ciąży, a potem 

urodziła  Teddy'ego?  Nie,  wcześniej,  bo  przecież  musiała  mieć 

kochanka,  aby  zajść  w  ciążę.  Przed  oczami  stanął  mu  obraz 

Teddy'ego;  niebieskie  oczy  i  złociste  loki  chłopca  nieodparcie 

przywodziły Joemu na myśl jego brata Grahama.  

Przełknął  ślinę.  Chyba  jego  cudowna  ukochana  Meredith  nie 

przespałaby  się  ze  swoim  szwagrem?  Ale  z  kimś  się  przespała. 

Zdradziła go. Chcąc nie chcąc, musiał się z tym pogodzić. 

background image

- Nie można stale rozpamiętywać rzeczy przykrych czy bolesnych 

- powiedział do Drake'a. - Musisz wybaczyć Mai, że nie powiadomiła 

cię o ciąży. Czasem duma staje na przeszkodzie... 

-  Nie  o  to  chodzi,  tato.  Ona  twierdzi,  że  żyję  przeszłością,  a 

przecież  to  nieprawda.  Cały  czas  myślę  o  przyszłości,  próbuję 

zapewnić jej i dziecku dom. Sądziłem, że się ucieszy, a ona... - Urwał. 

Przypomniały  mu  się  słowa  Mai,  aby  najpierw  odnalazł  swoją 

duszę, a dopiero potem podzielił się sercem. 

-  Kobiety  nie  lubią,  jak  się  za  nie  podejmuje  decyzje  -  rzekł 

ojciec, próbując go pocieszyć. - Porozmawiaj z nią. A jeżeli poważnie 

myślisz o wystąpieniu z wojska, bez trudu znajdziesz pracę w Colton 

Enterprises. 

-  Dzięki,  tato.  -  Drake  uśmiechnął  się.  -  Wiesz,  jakoś nie  umiem 

się  pozbierać.  Przyjechałem  do  domu  szóstego.  Liczyłem  na  to,  że 

siódmego  będę  żonaty.  Minęło  dwanaście  dni.  Mam  już  córkę,  ale 

wciąż jestem kawalerem. 

- Ale zależy wam na sobie? 

-  Tak.  Z  całą  pewnością.  Po  prostu  inaczej  zapatrujemy  się  na 

niektóre sprawy. Na przyszłość. 

-  Porozmawiaj  z  nią  -  powtórzył  Joe.  -  O  szczęście  trzeba 

walczyć.  Nie  pozwól,  aby  ci  umknęło,  zwłaszcza  gdy  jest  na 

wyciągnięcie ręki. 

- Spokojna głowa, nie pozwolę - zapewnił ojca Drake. 

Ta  rozmowa  podniosła  go  na  duchu.  Miał  z  Mayą  dziecko;  w 

dodatku  przyznała,  że  go  kocha;  jakby  tego  było  mało,  łączyła  ich 

background image

namiętność.  Musiał  jedynie  przemówić  jej  do  rozsądku,  wyjaśnić,  że 

resztę życia powinni spędzić razem. 

-  Zaczyna  padać  -  oznajmił  Joe.  -  Chodźmy  do  środka.  Za  kilka 

minut  mam  telekonferencję  z  Peterem  i  Emmettem.  Emmett  chce, 

żebyśmy  zwiększyli  wydobycie  ropy,  a  Peter  jest  zdania,  że  to  nie 

najlepszy pomysł, zważywszy na nadprodukcję w krajach OPEC. 

- Na twoim miejscu słuchałbym Petera. 

-  Tak,  to  dobry  człowiek  -  przyznał  Joe,  otwierając  drzwi 

oranżerii. 

Przeszli  do  gabinetu  na  kieliszek  koniaku.  Rozpaliwszy  ogień  w 

kominku,  Drake  wyciągnął  się  w  fotelu.  Wkrótce  drobna  mżawka 

zamieniła się w potężną ulewę. 

 

Louise  Smith  obudziła  się  zalana  łzami.  Na  zewnątrz  szalała 

burza,  tak  jak  i  poprzedniej  nocy,  kiedy  dręczyły  ją  koszmary.  Ale 

tym  razem  nie  widziała  we  śnie  małej,  rudej  dziewczynki,  tylko 

dwóch malutkich chłopczyków, podobnych do siebie jak dwie krople 

wody.  Bliźniacy.  Podświadomie  czuła,  że  jest  ich  matką.  Lekarze 

mówili jej, że przynajmniej raz w życiu rodziła. 

Boże, gdzie są jej dzieci? 

Kołysała się na łóżku, przerażona i nieszczęśliwa. Nie mogła tego 

dłużej  znieść.  Musi  poznać  swoją  przeszłość  i,  bez  względu  na  ból, 

stawić  czoło  choćby  najokrutniejszej  prawdzie.  Maleństwa...  jej 

synowie. Biedne zagubione dzieci. Potrzebują jej. Mój Boże... 

- Boże, błagam - szepnęła. - Moje dzieci, mój mąż... 

background image

Przytknęła  rękę  do  ust,  nagle  bowiem  ujrzała  przed  oczami 

sylwetkę  ciemnowłosego  mężczyzny.  Na  jego  twarzy  malowała  się 

rozpacz. Wiedziała, że go sobie nie przyśniła. Był prawdziwy. Tak jak 

bliźniacy  i  ruda  dziewczynka.  A  zatem...  Tak,  kiedyś  musiała  mieć 

męża, dom, dzieci. Kiedyś kochała i była kochana. 

- Gdzie jesteście? Gdzie was szukać? - załkała. 

Odpowiedziało  jej  wycie  wiatru.  Strugi  deszczu  spływały  po 

oknach.  Miała  wrażenie,  jakby  świat  z  nią  płakał,  podzielał  jej 

rozpacz. 

- Boże, pomóż mi ich odnaleźć! 

Bała  się,  że  stoi  na  krawędzi  przepaści;  że  lada  moment  znów 

pochłonie  ją  mrok  i  szaleństwo,  z  którego  tak  długo  nie  umiała  się 

wyrwać.  A  wtedy,  błąkając  się  po  omacku,  nigdy  nie  pozna  prawdy, 

nie odnajdzie miłości, którą ktoś ją kiedyś darzył. 

Mąż.  Bliźniacy.  Rudowłosa  dziewczynka,  która  teraz  jest  młodą 

kobietą.  Twarze  innych  ludzi,  zarówno  dzieci,  jak  i  dorosłych.  Są 

sobie  potrzebni  -  ona  im,  a  oni  jej.  Grozi  im  wielkie 

niebezpieczeństwo. Czuła to. Tak, tylko ona może ich uratować. 

- Błagam! Ojcze wszechmogący, pomóż im! Pomóż nam! 

Błyskawica rozdarła niebo, a po chwili grzmot piorunu wstrząsnął 

budynkiem. 

- Joe! - zawołała nagle. 

Ale odgłosy burzy zagłuszyły jej krzyk. 

 

 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

W poniedziałek, sześć dni po urodzeniu Marissy, Maya podjęła na 

nowo  swoje  obowiązki.  Wyprawiwszy  Joego  i  jego  młodszego  brata 

do  szkoły,  przeczytała  rozdział  z  książki  poświęconej  niemowlakom, 

potem zdrzemnęła się. Po lunchu włożyła córkę do kosza i wyszła na 

dwór, zamierzając udać się do Hopechest Ranch. 

Przed domem natknęła się na Drake'a. 

- Jedźmy razem - zaproponował. - Obiecałem ojcu, że rozejrzę się 

po terenie i zobaczę, co tam można usprawnić. 

-  Powinieneś  pogadać  z  Amber.  Ona  najlepiej  zna  sytuację 

finansową sierocińca i wie, czego dzieciakom najbardziej potrzeba. 

- Dobry pomysł. - Pomógł Mai wsiąść do jeepa, po czym podał jej 

małą. - A ty masz jakieś sugestie? 

Tych  Mai  nie  brakowało.  Hopechest  spełniało  wiele  ważnych 

funkcji:  po  części  było  domem  dla  osieroconych  dzieci,  po  części 

zakładem  poprawczym,  a  jednocześnie  szkołą  dla  młodzieży  ciężko 

doświadczonej przez los. 

- Potrzeba właściwie wszystkiego... - Prawie nie zauważyła, kiedy 

zaparkował  blisko  sali,  w  której  prowadziła  lekcje.  -  Najbardziej 

książek. Dzieciaki powinny czytać o innych dzieciach z biednych lub 

rozbitych rodzin, które pokonują liczne przeszkody i w końcu odnoszą 

w  życiu  sukces.  Potrzeba  również  kredy,  węgla,  brystolu,  farb. 

Przydałyby  się  też  zeszyty  z  zadaniami  do  matematyki.  No  i 

wspaniale byłoby mieć programy komputerowe dla samouków. 

- Żaden problem. 

background image

Usta  się  jej  nie  zamykały,  odkąd  wsiadła  do  samochodu.  Teraz, 

widząc  pobłażliwy  uśmiech  na  twarzy  Drake'a,  zamilkła  speszona. 

Przeszli razem do sali lekcyjnej. Kosz ze śpiącym dzieckiem postawili 

na biurku. 

-  Pójdę  pogadać  z  kierownikiem  ośrodka.  A  po  ciebie  wpadnę  o 

trzeciej. Dobrze? - spytał Drake. 

Unikając  jego  spojrzenia,  skinęła  głową.  Udawała,  że  jest  zajęta 

rozkładaniem na biurku różnych papierów. 

W drzwiach Drake spotkał Johnny'ego. Przywitali się przyjaźnie i 

umówili  na  weekend.  Maya  westchnęła.  Musiała  przyznać,  że  Drake 

ma  wspaniały  kontakt  z  młodzieżą.  Był  człowiekiem,  z  którego 

Johnny i dwaj młodsi Coltonowie śmiało mogli brać przykład. Wręcz 

powinni dążyć do tego, aby być tacy jak on. 

No,  może  nie  całkiem  tacy,  pomyślała.  Lepiej  aby  nie 

rozpamiętywali  smutnych  wydarzeń  z  przeszłości.  Zwłaszcza  Johnny 

powinien  zapomnieć  o  dawnych  wybrykach  i  skoncentrować  się  na 

przyszłości. 

-  Jak  sobie  poradziłeś  z  zadaniami  od  pana  Martina?  -  spytała, 

wyciągając z torby nową powieść. 

- Dobrze. - Johnny uśmiechnął się z zadowoleniem. 

Najwyraźniej zadania nie sprawiły mu większych trudności. 

- To pani dziecko? - Pochylił się nad śpiącym niemowlęciem. 

- Tak. Przedstawiam ci Marissę Joy... Colton. - Zawahała się, ale 

po  chwili  uświadomiła  sobie,  że  przecież  nie  zamierza  robić  z  tego 

tajemnicy. - Drake jest jej ojcem. 

background image

- Chcecie się pobrać? 

Podejrzewała, że pytań może być więcej, ale nie była pewna, czy 

na wszystkie chce odpowiadać. 

-  Rozmawialiśmy  na  temat  małżeństwa  -  odparła  zgodnie  z 

prawdą.  -  Trudno  podjąć  decyzję.  Drake  jest  komandosem.  Często 

dostaje  niebezpieczne  misje.  Jeździ  po  całym  świecie,  w  miejsca,  do 

których nie mógłby zabrać żony i dziecka. 

-  Mogłaby  pani  mieszkać  tu,  a  on  przyjeżdżałby  po  zakończonej 

misji. Miałem kumpla, którego tata służył w marynarce. Całe miesiące 

spędzał poza domem. Kumpel nawet się z tego cieszył. Przynajmniej 

rzadziej od starego obrywał. 

Nie tyle słowa Johnny'ego, ile ton jego wypowiedzi przejął Mayę 

dreszczem.  To  cud,  że  w  tym  szalonym  świecie  dzieciaki  wyrastają 

czasem  na  uczciwych,  porządnych  ludzi.  Na  przykład  Johnny  -  był 

dobrym, mądrym, wesołym chłopcem. Całe szczęście, że ojciec pijak 

nie zniszczył w nim tych cech. 

-  Niektórzy  powinni chodzić na  kursy  samokontroli  -  stwierdziła 

ironicznie. 

Johnny wytrzeszczył oczy. 

-  A  są  takie?  Czego  to  ludzie  nie  wymyślą!  Ale  wie  pani,  ja  to 

bym  chciał  studiować  na  prawdziwym  uniwersytecie.  Oczywiście  w 

trakcie  musiałbym  zarabiać  na  utrzymanie,  tak  jak  pani.  Tyle  że 

wolałbym być kowbojem niż opiekunką do dzieci. 

Czuła,  jak  rozpiera  ją  radość.  Tego  najbardziej  pragnie  każdy 

nauczyciel:  zaszczepić  w  dzieciach  zamiłowanie  do  nauki.  W 

background image

sprawach zawodowych dokonała słusznego wyboru. Gorzej było z jej 

życiem  prywatnym;  tu  panował  chaos.  Czasem  tak  bardzo  pragnęła 

zignorować głos rozsądku i słuchać jedynie głosu serca. 

- No, bierzmy się do pracy - powiedziała cicho. - Przyniosłam ci 

nową 

książkę. 

Bohaterowie 

przeżywają 

ciekawą 

przygodę. 

Chciałabym,  żebyś  zwrócił  uwagę,  jak  zmienia  się  ich  charakter,  ich 

sposób postrzegania świata. 

Przez kolejne dwie godziny prowadziła lekcje. Johnny faktycznie 

odrobił zadania domowe i był świetnie przygotowany. Pochwaliła go. 

-  A  następnym  razem  wymyślę  coś  o  wiele  trudniejszego  - 

obiecała. 

-  Strasznie  jest  pani  groźna,  pani  profesor  -  powiedział  Drake, 

wchodząc do sali. 

- Oj, groźna - przyznał ze śmiechem Johnny. 

Wziął  z  biurka  książkę  o  trójce  dzieci,  których  los  rozdziela  z 

rodzicami  i  którzy  wspólnymi  siłami,  nigdy  nie  tracąc  nadziei, 

odnajdują drogę do domu. 

Zaraz  po  wyjściu  Johnny'ego  obudziła  się  Marissa  i  zaczęła 

domagać się jedzenia. 

- Jak często ją karmisz? - spytał Drake. 

-  Na  żądanie.  Tak  będzie  przez  miesiąc,  półtora,  a  potem 

zamierzam ustalić jakiś porządek. Nie wiem tylko, czy mi się uda. 

Wyjęła  dziecko  z  kosza,  rozpięła  bluzkę,  wysunęła  ze  stanika 

pierś.  Mała  zaczęła  ssać,  jak  zwykle  dość  głośno.  Mniej  więcej  po 

minucie  zasnęła.  Maya  obudziła  ją  lekkim  głaskaniem  po  policzku. 

background image

Sytuacja  powtórzyła  się  kilka  razy.  Za  każdym  razem,  gdy  Marissa 

zasypiała, Maya ją budziła. 

- Może już nie jest głodna? 

-  Skoro  domagała  się  jedzenia,  niech  je.  Dzieciaki  często 

zaspokajają  pierwszy  głód,  potem  zasypiają  i  za  chwilę  znów  chcą 

jeść. 

- Cwaniaki. 

-  Mam  szczęście,  że  mogę  ją  z  sobą  wszędzie  zabierać.  To 

straszne,  kiedy  matka  musi  na  kilka  godzin  dziennie  rozstawać  się  z 

takim maleństwem. 

Drake pokiwał z namysłem głową. 

-  Chciałbym,  abyś  mi  pokazała  parę  rzeczy.  Żebym  umiał  się 

zajmować małą, kiedy będzie ze mną mieszkała. 

Maya zaniemówiła z wrażenia. 

- Co... co przez to rozumiesz? - spytała w końcu. 

- To chyba normalne, że podczas wakacji i niektórych świąt dzieci 

przebywają u ojców? 

-  Owszem.  -  Czuła  ucisk  w  gardle.  -  Chciałbyś  tego?  Żeby 

Marissa pomieszkiwała  u  ciebie?  Dziecko  to duża  odpowiedzialność. 

Nie mógłbyś nigdzie... - Urwała. W głowie miała mętlik. 

- Wiem. 

Skończyła karmienie. Drogę do domu odbyli w milczeniu. 

-  Drake!  -  zawołał  Teddy  na  widok  starszego  brata.  -  Możemy 

poćwiczyć rzuty lassem? 

- A lekcje odrobiliście? - spytała Maya. 

background image

- Dlaczego zawsze musimy najpierw odrobić jakieś głupie lekcje? 

- Joe Junior był wyraźnie niepocieszony. 

-  Z  powodu  słabych  ocen  z  matematyki  -  odparł  Drake.  -  Poza 

tym nie mam teraz czasu. Chcę, żeby Maya pokazała mi, jak się kąpie 

Marissę, więc o ćwiczeniach z lassem pogadamy później. 

Joe wytrzeszczył z niedowierzaniem oczy. 

- Będziesz kąpał Marissę? Przecież to niemowlę! 

-  W  dodatku  dziewczyna  -  dorzucił  Teddy,  jakby  był 

zdegustowany tym faktem. 

-  Tak  się  składa,  że  lubię  dziewczyny  -  oznajmił  Drake.  - 

Zwłaszcza gdy są tak ładne, jak ich mamy. 

Maya  spuściła  wzrok,  speszona  jawnym  zachwytem  w  oczach 

Drake'a, i czym prędzej skierowała się do sypialni. 

- Możemy popatrzeć? - spytał Teddy. - Może moglibyśmy się na 

coś przydać... 

- No dobrze, chodźcie. 

Napełniła  wodą  plastikową  wanienkę,  po  czym  poleciła  swoim 

trzem  pomocnikom,  aby  zanurzyli  łokcie  i  sprawdzili,  czy  woda  nie 

jest za gorąca. 

-  Moim  zdaniem  jest  w  sam  raz  -  oznajmił  Joe.  Pozostali  dwaj 

pokiwali zgodnie głowami.  

Następnie  rozebrała  niemowlę,  tłumacząc,  jak  się  z  nim 

obchodzić. 

background image

-  Lewą  rękę  wsuwamy  pod  główkę  i  przytrzymujemy  za  lewe 

ramionko,  tak  by  maleństwo  nie  wyśliznęło  się,  kiedy  jest  mokre  i 

namydlone. 

- No co, panowie? Poradzimy sobie? - spytał Drake. 

- No jasne - odparli pewnymi siebie głosami. 

Maya, nie do końca przekonana, czy słusznie postępuje, usiadła w 

fotelu  bujanym  i  przez  otwarte  drzwi  łazienki  obserwowała 

poczynania trójki Coltonów. Śmiejąc się, chichocząc i wydając sobie 

nawzajem  polecenia,  umyli  Marissę,  delikatnie  wytarli,  posypali 

pudrem, ubrali. 

Drake  okazał  się  niezwykle  kompetentny.  Ale  nic  dziwnego. 

Przez  sześć  dni  niemal  nie  odstępował  Mai  na  krok,  uważnie  śledził 

jej wszystkie poczynania. Czuła się niemal tak, jakby był jej mężem. 

Ale nie był... 

Zaczęła  rozmyślać  o  przyszłości.  To  dobrze,  że  nie  zamierza 

odwrócić  się  od  córki,  że  chce,  by  spędzała  z  nim  święta  i  wakacje. 

Może  faktycznie  dojrzał  do  założenia  rodziny?  Może  miał  rację, 

zarzucając jej przesadny upór? 

Usiadłszy  przy  biurku,  sprawdziła  pocztę  elektroniczną, 

odsłuchała  wiadomości  nagrane  na  sekretarkę,  rzuciła  okiem  na 

zeszyty swoich dwóch podopiecznych. Skończyła mniej więcej w tym 

samym  czasie,  co  panowie  zakończyli  kąpanie  Marissy.  Malutka 

popatrzyła  na  matkę  mądrymi  oczami,  po  czym  zamknęła  ślepka  i 

zasnęła. 

background image

- Aniołek z niej - oświadczył Drake, spoglądając na swoje śpiące 

dziecko. 

- To prawda. 

- Mayu, czy ja też byłem aniołkiem? - chciał wiedzieć Teddy. 

-  Ty?  -  Pytanie  rozbawiło  Mayę.  -  Przez  pierwszy  miesiąc 

płakałeś. Każdej nocy. Przez całą noc. 

Chłopiec parsknął śmiechem. 

- A Joe? 

-  Joe  od  początku  wyczuwał,  że  trafił  do  dobrego  domu.  Prawie 

nigdy  nie  płakał.  Ale  jak  już  zaczął,  to  potrafił  wyć  godzinami.  - 

Wskazała  głową  drugi  koniec  pokoju.  -  No  dobrze,  bierzcie  się  do 

odrabiania lekcji. 

Posłusznie  zajęli  miejsca  przy  stole  i  otworzyli  książki.  Drake 

usiadł w fotelu bujanym i zaczął czytać artykuł na temat obowiązków 

rodzicielskich.  Maya  pogrążyła  się  w  lekturze  książki  o  dorastaniu 

dzieci. 

 

Taki  sielski  obrazek  ujrzała  Meredith,  kiedy  pół  godziny  później 

wparowała do pokoju. 

- Proszę, proszę, co za miła rodzinna scenka! 

Maya  uśmiechnęła  się,  ignorując  sarkazm  w  głosie  swej 

pracodawczyni. Nie było sensu okazywać irytacji czy niezadowolenia. 

- No, moje kochane niedźwiadki - ciągnęła Meredith. - Nie dacie 

mamie buziaka? 

background image

Chłopcy poderwali się od stołu i rzucili w objęcia matki, która ich 

wyściskała  i  wycałowała.  Każdemu  wręczyła  torebkę  cukierków  i 

pozwoliła  je  zjeść.  Maya  chciała  powiedzieć,  że  za  niecałe  dwie 

godziny będzie kolacja, ale ugryzła się w język. 

Od  czasu  przyjęcia,  na  którym  ktoś  usiłował  zabić  jej  męża, 

Meredith  wydawała  się  jeszcze  bardziej  niecierpliwa,  nieprzyjemna  i 

rozkojarzona  niż  zwykle.  Ale,  pomyślała  sobie  Maya,  może  to  nic 

dziwnego. Bądź co bądź strzelano do jej męża. 

Joe  Senior  piastował  kiedyś  stanowisko  senatora.  Poza  tym 

dorobił  się  majątku  na  wydobyciu  ropy.  Tacy  ludzie,  choćby  byli  do 

rany  przyłóż,  zawsze  mają  wrogów.  Inni  po  prostu  zazdroszczą  im 

szczęścia. 

Nagle  Mayę  coś  tknęło.  Właściwie  to  Meredith  sprawiała 

wrażenie,  jakby  była  zazdrosna.  Nie,  nie  o  kobiety,  bo  mąż  jej  nie 

zdradzał,  ale  o  uczucia  dzieci  względem  ojca.  Bardzo  dziwne... 

Przypomniała  sobie  rozmowę,  jaką  odbyła  z  Drakiem  na  temat  jego 

matki. Przeszył ją dreszcz.  

Kiedy  o  wpół  do  dziesiątej  Maya  weszła  do  salonu,  Drake  -  z 

niemowlęciem  na  rękach  -  rozmawiał  ze  swoim  ojcem.  Obiecał 

popilnować  dziecka,  aby  ona  mogła  w  tym  czasie  zagonić  chłopców 

do łóżka. 

- Przepraszam... - Przystanęła niepewnie. - Pomyślałam, że ułożę 

małą do snu... 

background image

- Wejdź, Mayu. Przysiądź się do nas na moment. My, mężczyźni, 

potrzebujemy towarzystwa kobiet, żeby całkiem nie zdziczeć, prawda, 

synu? 

- Absolutnie, ojcze - odparł z uśmiechem Drake. 

Zmierzył ją od stóp do głów, a ona oblała się rumieńcem. Dziś po 

raz  pierwszy  od  dawna  znów  czuła  się  atrakcyjna.  Miała  na  sobie 

długą  spódnicę  oraz  czerwono-czarną  górę,  strój,  w  którym  zawsze 

dobrze wyglądała, a w który nie mieściła się od pięciu miesięcy. 

Usiadła na fotelu i westchnęła głośno. 

- Zmęczona? - spytał Joe. 

Zawahała  się,  jakby  wstydziła  się  przyznać  do  własnej  słabości, 

ale po chwili skinęła głową. 

- Najdłużej małej zdarzyło się przespać w jednym ciągu tylko trzy 

godziny.  Nie  sądziłam,  że  kilkakrotne  wstawanie  w  nocy  może 

człowieka tak wykończyć. 

W  ostatnim  tygodniu  często  się  zastanawiała  nad  tym,  jak  sobie 

radziła  jej  mama,  zajmując  się  wielkim  domem  Coltonów, 

przygotowując  im  posiłki,  sprzątając  własny  dom,  troszcząc  się  o 

męża  i  dwójkę  dzieci.  W  swoich  wspomnieniach  widziała 

uśmiechniętą, niestrudzoną kobietę, która rzadko traciła humor i nigdy 

nie narzekała na nawał pracy. 

Nagle  wystraszyła  się:  skoro  przyznała  się  do  zmęczenia  i 

niewyspania,  czy  Joe  nie  pomyśli  sobie,  że  ona,  Maya,  zaniedbuje 

obowiązki wobec jego synów. 

background image

-  Joe  Junior  i  Teddy...  nie  spodziewałam  się,  że  tak  wspaniale 

przyjmą  Marissę.  Pomagają  mi  przy  niej,  bez  protestu  odrabiają 

lekcje, zachowują się bez zarzutu. 

-  To  dobrze.  Gdyby  zaczęli  ci  sprawiać  kłopoty,  masz  mi 

natychmiast  o  tym  powiedzieć.  -  Starszy  mężczyzna  z  namysłem 

spoglądał na ciemne patio. 

-  Wiesz,  tato,  Maya  powinna  mieć  wolne  weekendy  -  oznajmił 

nagle  Drake.  -  Pracuje  siedem  dni  w  tygodniu.  To  chyba  wbrew 

prawu. Związki zawodowe miałyby coś do powiedzenia. 

-  Faktycznie.  -  Ojciec  zmrużył  oczy.  -  Mayu,  bardzo  cię 

przepraszam. Mam tyle rzeczy na głowie, że po prostu... 

-  Nic  nie  szkodzi  -  zapewniła  go.  -  Jakoś  sobie  radzę.  Czasem 

mama  mi  pomaga.  Oczywiście  jeśli  nie  jest  zajęta  sprzątaniem  lub 

gotowaniem. Albo tata, jeśli akurat nie pracuje w ogrodzie. 

Raptem  zdała  sobie  sprawę,  że  cała  rodzina  zarabia  na  swoje 

utrzymanie  u  Coltonów.  Rzecz  jasna,  nikt  nikogo  do  niczego  nie 

zmuszał.  Rodzice  mieli  oferty  innej  pracy,  czasem  nawet  goście 

Coltonów  próbowali  ich  podkupić,  oferując  wyższą  pensję  i  lepsze 

warunki  mieszkaniowe,  ale  Inez  i  Marco  Ramirezowie  pozostali 

wierni Joemu i Meredith. 

- Rodzina to rzecz najważniejsza - mruknął Joe. - Zawsze można 

liczyć na jej pomoc, wsparcie... 

Popatrzyła  na  Drake'a.  Z  jego  oczu  wyzierał  smutek.  Zapragnęła 

go pocieszyć, ukoić jego ból. 

background image

- Byłeś przy mnie, kiedy Marissa się rodziła - powiedziała cicho. - 

Pomagałeś.... 

- Ale nie było mnie, kiedy chodziłaś z brzuchem. 

- To nie twoja wina. O niczym nie wiedziałeś. Powinnam była cię 

zawiadomić, a ja... 

Urwała.  Tak  bardzo  go  kochała.  Był  uczciwym,  porządnym 

człowiekiem,  ale  również  delikatnym,  dobrym,  troskliwym,  który 

bardzo  poważnie  traktował  swoje  obowiązki.  Może  tamtego  dnia, 

kiedy  zobaczyła  pozostawiony  przez  niego  list,  zachowała  się  jak 

egoistka,  myśląc  wyłącznie  o  sobie.  „Nie  ma  w  moim  życiu  miejsca 

na żonę i rodzinę".  

Nie  ma  miejsca  na  żonę,  było  miejsce  na  kochankę.  Tak  to 

odczytała.  Słowa  te  nadal  sprawiały  jej  ból.  Potrząsnęła  głową. 

Niczego  nie  żałowała.  Ma  cudowną  córkę.  Gdyby  była  pewna,  że 

Drake  ją  kocha,  przyjęłaby  jego  oświadczyny  i  razem  staraliby  się 

pokonać  duchy  przeszłości.  Nie  chciała  jednak  być  dla  niego 

kolejnym ciężarem. Czymś, co spędza sen z powiek. Małżeństwo jako 

zadośćuczynienie zupełnie jej nie interesowało. 

Myśląc  o  tym  wszystkim,  miała  ochotę  położyć  głowę  na 

kolanach  i  rozpłakać  się  jak  dziecko.  Oczywiście  nie  zrobiła  tego. 

Siedziała z uśmiechem przyklejonym do list, słuchając, jak mężczyźni 

dyskutują na temat różnych skomplikowanych koligacji rodzinnych. 

Mniej  więcej  pół  godziny  później  obudziła  się  Marissa. 

Przeciągnęła się i zaczęła szukać matczynej piersi. Nie znalazłszy jej, 

wykrzywiła buzię w podkówkę i rozpłakała się żałośnie. 

background image

- Trzymaj, mamusiu - powiedział Drake, podchodząc z dzieckiem 

do Mai. - Teraz twoja kolej. 

Maya wstała, zamierzając udać się do swojego pokoju, ale Joe dał 

jej znak, aby z powrotem usiadła. 

- To takie piękne... matka z dzieckiem przy piersi. Ze wzruszenia 

zawsze odbiera mi głos. 

-  Mnie  też  -  przyznał  Drake.  -  To  niesamowite,  jak  takie 

maleństwo zmienia nasze nastawienie do życia. 

Maya  rozpięła  bluzkę.  Marissa  uspokoiła  się  jak  za  dotknięciem 

czarodziejskiej  różdżki.  Kiedy  najadła  się,  Drake  położył  ją  sobie  na 

kolanach i delikatnie poklepał po plecach. 

-  Najlepiej  się  jej  odbija  w  tej  pozycji  -  tonem  znawcy  wyjaśnił 

swojemu ojcu. 

- Michael też wolał ten sposób, ty zaś lubiłeś być oparty o ramię, 

żeby  móc  obserwować,  co  się  dzieje.  Przyglądałeś  się  każdemu,  kto 

wchodził  do  pokoju.  Jak  ci  się  dana  osoba  nie  podobała,  płakałeś, 

dopóki nie wyszła. 

Maya roześmiała się wesoło. 

- Słyszysz, maleńka? - Drake popatrzył na córkę. - Oni śmieją się 

z twojego tatusia. 

Po  chwili  wstał.  Oddając  dziecko  matce,  niechcący  otarł  się 

palcem  o  jej  pierś.  Maya  poczuła,  jak  żar  rozchodzi  się  po  całym  jej 

ciele. Drake też musiał to poczuć, bo odskoczył jak oparzony. 

- Przepraszam - szepnął. 

background image

Rumieniąc się po uszy, pokręciła głową, jakby go informowała, że 

nic się nie stało. 

-  No  dobrze,  kochani...  -  Joe  podniósł  się  z  fotela.  -  Musicie  mi 

wybaczyć.  To  był  długi,  męczący  dzień,  a  przed  pójściem  spać 

powinienem jeszcze przejrzeć kilka dokumentów. 

Zostali  sami.  Czy  o  to  chodziło  starszemu  panu?  Bała  się, 

zarówno  własnych  emocji,  jak  i  reakcji  Drake'a.  Nie  chciała  jednak 

zachowywać  się  jak  płocha  nastolatka,  która  salwuje  się  ucieczką. 

Przysunęła dziecko do drugiej piersi, aby dokończyć karmienie. 

-  Chciałbym  móc  cię  dotykać,  nie  przepraszając  -  powiedział 

nagle Drake. 

Zaskoczyły ją te słowa. 

- Nie rozumiem... 

-  Jako  twój  mąż  nie  musiałbym  cię  przepraszać,  gdybym 

niechcący otarł się o ciebie, prawda? 

Nastała cisza. Dopiero po chwili, gdy mała przyssała się do piersi, 

Maya pokiwała głową. 

- Długo zastanawiałaś się nad odpowiedzią - mruknął. 

-  Nie  byłam  pewna,  co  powiedzieć.  Bo  nawet  gdybyśmy  byli 

małżeństwem,  nie  wiem,  jakie  mielibyśmy  względem  siebie  prawa  - 

przyznała. 

-  Takie  same,  jak  wszystkie  małżeństwa.  -  Zamyślił  się.  -  Lubię 

patrzeć,  jak  karmisz  piersią.  Przypomina  mi  się,  jak  cię  pieściłem  i 

całowałem. Wiem, że na razie nie możemy się kochać, że musi minąć 

ileś czasu od porodu... 

background image

Zdumiona jego szczerością, zmarszczyła groźnie czoło. 

- W ogóle nie zamierzam się z tobą kochać, Drake. Wybij to sobie 

z głowy. 

Wcale  nie  żartowała.  W  głębi  duszy  jednak  wiedziała,  że  gdyby 

wziął  ją  w  ramiona  i  przytulił,  nie  miałaby  siły  ani  ochoty,  aby  się 

wyrywać. 

-  Nie  wybiję.  Prędzej  czy  później  zostaniesz  moją  żoną.  Nasza 

córka zasługuje na to, aby wychowywać się w normalnym domu, mieć 

ojca, matkę, a także rodzeństwo. 

- Chyba oszalałeś! Naprawdę sądzisz, że ja... że my... 

- Tak. Na pewno. 

Otworzyła  szeroko  oczy.  Nie  była  w  stanie  wydobyć  z  siebie 

słowa. 

-  Przekonasz  się  -  kontynuował.  -  Zbyt  wiele  nas  łączy.  Emocje, 

namiętność.  Potrzebujemy  się,  pragniemy.  Tylko  dlatego,  że  nie 

potrafię  zapomnieć  o  przeszłości,  chcesz  mnie  trzymać  na  dystans. 

Uważasz, że to sprawiedliwe? Mayu... 

Opuściła głowę; nie wiedziała, co powiedzieć. 

- Możemy razem budować przyszłość, razem wychowywać naszą 

córkę. - Na moment zamilkł. - Pragnę mieć więcej dzieci. Z tobą. Nie 

wyobrażam sobie życia z jakąkolwiek inną kobietą. 

- Przestań, Drake. 

- Ale to prawda. Jesteś moją przyszłością. Bez ciebie... po prostu 

zginę.  Jestem  zmęczony  mrokiem,  który  mnie  otacza.  Pragnę  ciebie, 

background image

twojej  jasności,  miłości,  uśmiechu,  pogody  ducha.  W  zamian  jestem 

gotów obiecać ci wszystko. 

Poczuła ucisk w gardle. 

- Cóż to? Nowy, potulny Drake? - spytała lekko drżącym głosem. 

- Czy to ten sam człowiek, którego znamy i kochamy? 

Ujął ją za brodę i zmusił, by spojrzała mu w oczy. 

-  Ten  sam  -  odparł  z  powagą.  -  Mamy  piękną  córkę.  Może  to 

starczy na początek? 

- Może. 

- Więc zgadzasz się? Wyjdziesz za mnie? 

- Nie mogę. Chciałabym, ale nie mogę. Coś mnie powstrzymuje. 

Nie umiem tego wytłumaczyć. 

- W porządku. - Westchnął. - Muszę wykonać zadanie, którego się 

podjąłem. To mi zajmie mniej więcej pół roku. W tym czasie możemy 

się  zastanawiać,  co  dalej,  robić  plany  na  przyszłość.  Będę  do  ciebie 

dzwonił, pisał... Dobrze? 

Skinęła głową, choć nie była pewna, na co się zgadza. 

- A do wyjazdu chcę się cieszyć tobą i Marissą, towarzyszyć wam 

na każdym kroku. 

Ponownie  skinęła  głową.  Miłość  jest  znacznie  silniejszym 

uczuciem  niż  duma  czy  strach.  Maya  wiedziała,  że  musi  podjąć 

ryzyko; nie może zaprzepaścić szansy na szczęście. 

Drake przycisnął rękę do serca. 

- Ona się zgadza! - zawołał ze śmiechem. - Chyba śnię! 

background image

Również  się  roześmiała.  Może  nie  będzie  tak  źle?  -  pomyślała. 

Może zdołają razem ułożyć sobie życie? 

 

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

-  Gdzie  jesteś?  -  spytała  Patsy  Portman,  która  od  dziesięciu  lat 

przedstawiała  się  jako  Meredith  Colton.  -  Najwyższy  czas,  abyś  się 

odezwał. 

- Jestem w Redding - odparł Silas Pike. - Mam wiadomość. Chce 

ją pani usłyszeć? 

- Oczywiście, że chcę! Znalazłeś Emily? 

- Nie całkiem... 

Patsy Portman prychnęła zniecierpliwiona. 

- Nie dostaniesz grosza więcej! Nie... 

- Niech się pani nie piekli, tylko da mi dokończyć. Nie znalazłem 

Emily,  za  to  rozmawiałem  z  kierowcą  ciężarówki,  który  zabrał  ją 

autostopem. 

- I co? 

- Podwiózł ją do Wyoming. 

- Przecież podejrzewaliśmy, że tam pojechała. 

Silas, wyraźnie z siebie zadowolony, zarechotał. 

-  No  właśnie.  Podejrzewaliśmy.  A  teraz  mamy  dowody.  Paru 

facetów  z  przydrożnej  knajpy  uczęszczanej  przez  kierowców 

ciężarówek pamięta, jak pytała o miasteczko Needle Creek. 

Dreszcz przebiegł Patsy po krzyżu. 

background image

-  Nettle,  Pike,  nie  Needle!  -  Całkiem  zapomniała  o  farmie 

McGrathów,  na  której  Joe  dorastał.  Nigdy  tam  nie  była  i  oczywiście 

nie  wybierała  się.  W  porównaniu  z  Nettle  Creek  Prosperino  było 

metropolią! - Pewnie ukrywa się u swojego wuja Petera. 

- Pewnie tak. Czyli nie pozostało mi nic innego, jak pojechać do 

tej wiochy zabitej deskami, odnaleźć posiadłość McGrathów, i mamy 

dziewczynę. 

-  To  na  co  czekasz?  -  syknęła  Patsy.  -  Jedź.  I  to  natychmiast. 

Sprawy nie wyglądają najlepiej. 

Detektyw  obiecał  zadzwonić  za  trzy  dni.  Kiedy  się  rozłączyli, 

Patsy  schowała  komórkę  do  kieszeni.  Aparat  nastawiony  był  na 

wibracje;  dźwięk  miał  wyłączony,  toteż  nikt  z  domowników  nie 

słyszał,  gdy  ktoś  do  niej  telefonował.  Nawet  Joe  nie  wiedział  o 

istnieniu tej komórki. Kupiła ją na fałszywe nazwisko. 

Szczęśliwa,  że  udało  jej  się  oszukać  męża  i  jego  wiernych 

sprzymierzeńców  -  Petera  McGratha,  jego  córkę  Heather,  która 

poślubiła  tego  wścibskiego  detektywa  Thaddeusa  Lawa,  oraz  tłumek 

dzieci  Joego  -  zaczęła  tańczyć  po  pokoju.  Po  paru  minutach, 

rozładowawszy  nadmiar  energii,  ponownie  zaczęła  analizować 

sytuację. 

Pozostawienie  Emily  przy  życiu  było  błędem.  Dziesięć  lat  temu, 

kiedy  zepchnęła  prowadzony  przez  Meredith  samochód  do  rowu, 

powinna  była  walnąć  czymś  dziewczynkę  w  łeb.  Pozbyłaby  się 

kłopotu  jednym  ruchem.  Wtedy  jednak  musiała  zająć  się  Meredith. 

Nie  mogła  jej  po  prostu  zabić  i pochować  -  gdyby  ktoś  odkrył  ciało, 

background image

mogłoby  wyjść  na  jaw,  że  zmarła  to  prawdziwa  Meredith  Colton. 

Wpadła na genialny plan. 

Meredith,  zszokowana  po  wypadku,  nie  wiedziała,  co  się  z  nią 

dzieje,  kiedy  Patsy  zawiozła  ją  do  kliniki,  w  której  sama  dawniej 

przebywała.  Do  kliniki  dla  psychicznie  chorych  przestępców. 

Wszystko szło po jej myśli. No, może jedynie poza ciążą i urodzeniem 

Teddy'ego.  W  każdym  razie  krok  po  kroku  realizowała  swój  plan  aż 

do  dnia  sześćdziesiątych  urodzin  Joego.  Tego  dnia,  na  przyjęciu  w 

ogrodzie, jakiś bałwan strzelił do Joego i pomieszał jej szyki! Joe stał 

z  kieliszkiem  szampana  -  zawierającym  specjalny  dodatek 

przygotowany  przez  nią  -  kiedy  ktoś  strzelił  i  chybił!  Joe  upuścił 

kieliszek, nie zdążywszy nawet zamoczyć ust. 

Emily  zaś  nie  zostawiła  jej  wyboru.  Tej  kretynce  ciągle  śnił  się 

wypadek sprzed dziesięciu lat. W dodatku bez przerwy upierała się, że 

na  miejscu  zdarzenia  były  dwie  mamusie.  W  tej  sytuacji  było  tylko 

jedno  wyjście.  Dlatego  ona,  Patsy,  w  końcu  wynajęła  Silasa  Pike'a  i 

zleciła  mu  zabójstwo.  Wszystkie  te  kłopoty  sprawiły,  że  nie  miała 

czasu obmyślić nowego sposobu pozbycia się Joego ani skupić się na 

szukaniu swojej ukochanej Jewell.  

Zamierzała  też  rozejrzeć  się  za  własnym  domem.  Może  w  San 

Francisco? Widziała piękne rezydencje usytuowane nad samą zatoką. 

Dzielnica  Pacific  Heights  też  jej  odpowiadała.  Kusiłaby  ją  Lombard, 

reklamowana  jako  najbardziej  kręta  ulica  na  świecie,  gdyby  nie  te 

tłumy turystów. Nob Hill, dzielnica popularna jeszcze kilka lat temu, 

teraz była całkiem niemodna. 

background image

Wzdychając  ciężko,  Patsy  usiadła  na  fotelu  obitym  atłasową 

tkaniną.  Tak.  jej  życie  jest  stanowczo  zbyt  skomplikowane.  Słusznie 

robiła,  starając  się  je  uprościć.  O  ileż  będzie  przyjemniej,  kiedy 

wreszcie  pozbędzie  się  Joego  i  Emily.  No  i  oczywiście  Silasa  Pike'a. 

Zaczęła się głośno śmiać. 

 

Emily  Blair  Colton  stała  przed  lustrem,  wpatrując  się  w  swoje 

rude  włosy.  Może  powinna  przefarbować  się  na  inny  kolor,  żeby 

trudniej  ją  było  odnaleźć?  Sympatyczny  kierowca,  z  którym  zabrała 

się do Wyoming, pewnie pamiętał, że wiózł rudą dziewczynę, ale czy 

umiałby ją komukolwiek wskazać, gdyby miała teraz blond fryzurę? 

Odwróciwszy  się  od  lustra,  zaczęła  przemierzać  pokój.  Czyżby 

popadła  w  paranoję?  Może  łobuz,  który  usiłował  ją  zamordować, 

działał  w  pojedynkę?  Może  nie  miał  nic  wspólnego  ze  zdarzeniem 

sprzed  dziesięciu  lat,  ze  snami, które  budziły  ją  w  nocy,  a  właściwie 

nie  snami,  bo  to  nie  były  sny,  tylko  wspomnienia?  Tamtego  dnia 

wyraźnie  widziała  dwie  matki,  jedną  oszołomioną,  trzymającą  się  za 

rozciętą  głowę,  drugą  szeroko  uśmiechniętą,  prowadzącą  tę  pierwszą 

do samochodu, który chwilę wcześniej zepchnął ich auto do rowu. 

Więcej  nie  pamiętała.  Zemdlała  na  skutek  odniesionych  ran. 

Kiedy  ocknęła  się  w  szpitalu,  zobaczyła  już  tylko  jedną  Meredith. 

Wszyscy jej tłumaczyli, że miała halucynacje. W każdym razie matka 

już nigdy nie nazwała jej Wróbelkiem. Nawet nie pamiętała, że sama 

dała  jej  taki  przydomek.  Nie  była  to  jedyna  zmiana.  Zmian  było 

znacznie więcej, ale bardziej je czuła, niż umiała opisać. Może dlatego 

background image

nie  potrafiła  przekonać  rodziny,  że  tamtego  dnia  stało  się  coś 

dziwnego. Że jakaś obca kobieta zajęła miejsce ich matki. 

Uwierzyła  jej  tylko  jedna  osoba  -  Liza  Colton,  jej  siostra 

stryjeczna,  a  zarazem  najlepsza  przyjaciółka.  Niedawno  zdołała 

przekonać  również  Randa,  który  zwrócił  się  do  Austina  McGratha, 

aby  ten  poszperał  w  przeszłości  ich  matki.  Matki?  Dobre  sobie!  Dla 

Emily była to kobieta z dręczących ją koszmarów. Kobieta bliźniaczo 

podobna do prawdziwej Meredith Colton. 

Ból  przeszył  jej  serce.  Gdzie  się  podziewa  ta  dobra,  czuła 

Meredith,  która  adoptowała  ją  przed  laty,  ratując  przed  samotnością, 

strachem,  sieroctwem?  Bez  względu  na  cenę,  zamierzała  poznać 

prawdę.  Zadzwoni  dziś  do  Randa.  Może  Austin  zdobył  jakieś 

informacje?  Włożywszy  ciepłe  palto,  Emily  wyszła  do  pracy.  Jako 

kelnerka  nie  zarabiała  dużo,  ale  przynajmniej  starczało  jej  na 

mieszkanie. Tu, w Keyhole, czuła się w miarę bezpieczna. 

Rand  proponował,  aby  zamieszkała  u  niego,  bała  się  jednak,  że 

tam  bez  trudu  odnajdzie  ją  jej  niedoszły  zabójca.  Podobno  ktoś 

odebrał  okup,  który  Joe  za  nią  wpłacił.  Ale  kto?  Trzeba  mieć  spory 

tupet,  żeby  domagać  się  pieniędzy,  kiedy  nie  doszło  do  żadnego 

porwania.  Ciekawe,  co  sobie  taki  „porywacz"  myślał?  Czy  działał 

sam, czy może na zlecenie fałszywej Meredith? 

Tylnymi  drzwiami  weszła  do  kawiarni  i  powiesiła  na  wieszaku 

palto. Kiedy to się wszystko wreszcie zakończy? Kiedy będzie mogła 

wrócić do domu, zacząć żyć jak normalny człowiek? 

Na stołku przy barze siedział miejscowy policjant, Toby Atkins. 

background image

- Cześć - powiedział, odstawiając filiżankę z kawą. 

Był to młody przystojny blondyn, wysoki i dobrze zbudowany, o 

ujmującym, chłopięcym uśmiechu. Właśnie dzięki Toby'emu czuła się 

tu  bezpiecznie,  choć  prawdę  mówiąc,  trochę  jej  przeszkadzało  jego 

zainteresowanie.  Żadne  romanse  czy  bliższe  znajomości  nie 

wchodziły  na  razie  w  grę.  Miała  ważniejsze  sprawy  na  głowie,  na 

przykład: jak nie dać się zabić. 

 

Wszedłszy  do  kuchni,  Drake  zobaczył  Mayę  i  Inez;  pochylone 

nad  stołem  przygotowywały  posiłek.  Zazdrościł  Ramirezom;  matkę  i 

córkę łączyła prawdziwa bliskość, serdeczność, autentyczna sympatia, 

coś, czego sam od własnej matki nie doświadczał od wielu lat.  

Na  myśl  o  Meredith  przebiegł  go  dreszcz.  Miał  złe  przeczucie. 

Nie  był  pewien,  czy  dawniej  też  je  miewał,  czy  dopiero  od  czasu 

rozmowy  z  Randem.  Wczoraj  też  rozmawiali.  Niestety,  Austin 

niczego  nowego  się  nie  dowiedział.  Dziś  była  środa,  pierwszy  dzień 

marca. Na ranczo przybył szóstego lutego, prawie miesiąc temu.  

Maya.  Co  za  uparte  stworzenie!  Nie  chciała  wyjść  za  niego  za 

mąż,  a  on  ilekroć  ją  widział,  miał  ochotę  całować  ją  do  utraty  tchu. 

Fakt  narodzin  dziecka  zmienił  jego  nastawienie  do  wielu  spraw. 

Wprawdzie  duchy  przeszłości  nie  znikły,  co  rusz  o  sobie 

przypominały,  ale  gdy  teraz  wracał  do  domu,  do  swoich  dziewczyn, 

krok miał bardziej sprężysty, energiczny. 

-  Idę się przebrać - oznajmił pracującym kobietom. - Zobaczymy 

się na lunchu. 

background image

- Dobrze. - Maya odprowadziła go wzrokiem. 

-  Zobaczysz,  wszystko  się  jeszcze  ułoży  -  powiedziała 

niespodziewanie jej matka. 

- Tak myślisz? - Nie bardzo w to wierzyła. 

Wtem  przez  system  monitorujący  zainstalowany  w  sypialni 

usłyszała  kwilenie  dziecka;  zostawiwszy  Inez  w  kuchni,  pobiegła 

sprawdzić,  co  się  dzieje.  Marissa  płakała  podczas  zmiany  pieluszki; 

przestała dopiero wtedy, gdy Maya usiadła w fotelu i zaczęła do niej 

czule przemawiać. Był chłodny pogodny dzień. Tęskniła za latem, za 

gorącymi promieniami słońca. Kiedyś marzyła o tym, aby w czerwcu, 

najpiękniejszym miesiącu roku, wziąć ślub. Uśmiechnęła się w duchu. 

Ech, marzenia! Zamiast panną młodą została młodą mamą. 

Nakarmiwszy  Marissę,  położyła  ją  z  powrotem  do  kosza.  Marco 

znalazł  na  strychu  starą  kołyskę.  Postanowił  ją  odnowić  i  pociągnąć 

świeżą  warstwą  farby.  Niedługo  będziesz  miała  śliczne  łóżeczko, 

szepnęła do córki. Za parę dni.  

Zaczęła  się  zastanawiać,  co  będzie  za  miesiąc;  czy  cokolwiek 

zmieni  się  w  życiu  jej,  Drake'a  i  ich  dziecka.  Drake  niemal  nie 

odstępował  jej  na  krok;  nosił  małą  na  rękach,  kąpał  ją,  przewijał.  I 

sprawiał  wrażenie  szczęśliwego,  jakby  powoli  wychodził  z  mroku, 

który od lat go spowijał. 

-  Mamo,  zostawiam  włączony  mikrofon  -  powiedziała  przez 

interkom  do  Inez.  -  Idę  pokazać  pani  Meredith  rozwiązane  przez 

Joego  zadania  z  matematyki.  Gdyby  Marissa  się  obudziła,  zawołaj 

mnie. 

background image

Kiedy usłyszała zapewnienie, by się o nic nie martwiła, podniosła 

z  biurka  papiery  i  skierowała  się  do  wyjścia.  Bała  się  spotkania  z 

pracodawczynią;  nigdy  nie  wiedziała,  w  jakim  ta  będzie  humorze. 

Akurat zbliżała się do południowego skrzydła domu, kiedy zobaczyła, 

jak Drake wślizguje się do pokoju swojej matki.  

Zwolniła  kroku.  Nie  była  pewna,  czy  powinna  przeszkadzać. 

Jednakże  Meredith  wyraźnie  prosiła  o  codzienne  sprawozdania  z 

postępów Joego w matematyce. Podeszła do drzwi. Po chwili wahania 

zastukała.  Odpowiedziała  jej  cisza.  Zastukała  ponownie.  Znów  bez 

odpowiedzi.  Zorientowała  się,  że  Drake  zakradł  się  do  pokoju  matki 

pod jej nieobecność. Nacisnęła klamkę. 

- Co robisz? - spytała cicho. 

Grzebał w szufladzie biurka. Na jej widok uśmiechnął się. 

- Przyłapałaś mnie na gorącym uczynku. Widocznie się starzeję. - 

Wzruszył  ramionami.  -  A  pytanie  co  robię,  chyba  nie  wymaga 

odpowiedzi. Po prostu buszuję w rzeczach matki. 

- Po co? 

- Może zabrakło mi dolara na lody i pomyślałem, że tu znajdę? 

- Akurat! 

- Nie wierzysz? 

- Nie. Czego szukasz, Drake? Gdzie jest Meredith? 

- Pojechała do San Francisco. A ja szukam wskazówek. 

Położyła zeszyt z zadaniami do matematyki, sprawdzonymi przez 

nauczycielkę Joego, na biurku swojej pracodawczyni. 

- Jakich? 

background image

- Jakichkolwiek. Sam nie wiem - przyznał. 

- Drake, czy to ma coś wspólnego z... 

- Poczekaj chwilę. Skończę i pogadamy. 

Przejrzał dokładnie biurko, sprawdził, czy nie ma w nim ukrytych 

schowków, po czym zerknął do szuflady, w której Meredith trzymała 

rachunki;  aż  zagwizdał  na  widok  sum,  jakie  była  winna  różnym 

osobom. Następnie tak samo starannie przejrzał resztę pokoju. 

- Niczego nie ma - oznajmił w końcu. - Idziemy. 

Wziął ją za łokieć i poprowadził do swojego pokoju. Przestraszyła 

się.  Spędziła  tam  wiele  cudownych  chwil.  Bała  się,  że  wspomnienia 

odżyją w jej pamięci. Ale było za późno. 

Zamknąwszy drzwi, oparł się o nie. 

- Droga ucieczki odcięta - zażartował. 

- Czego tam szukałeś? - spytała. 

- Dowodów na to, że Meredith Colton nie jest moją matką. Że nie 

jest tą osobą, za którą się podaje. 

Przypomniała  sobie  poprzednią  rozmowę,  kiedy  spytał  ją,  czy 

zauważyła jakieś zmiany u Meredith. Wspomniał wtedy, że Meredith 

miała  siostrę  bliźniaczkę,  która  zmarła  przed  wieloma  laty.  Czyżby 

podejrzewał, że... 

- Chyba nie myślisz... - zaczęła. - Chyba nie sądzisz, że... 

- Że co? 

- Że jej siostra... Nie, to niedorzeczne! 

background image

-  Czy  ja  wiem?  -  Zaczął  chodzić  tam  i  z  powrotem  po  pokoju.  - 

Zastanów  się,  kiedy  zmienił  się  charakter  mamy,  jej  osobowość.  Od 

razu po wypadku.  

- Wtedy, kiedy Emily widziała dwie mamusie. 

- No właśnie! 

- Rozmawiałeś o tym z Sophie lub Amber? 

- Tylko z Randem. Sama powiedziałaś, że to niedorzeczne. 

- Co nie znaczy, że nie jest prawdą. 

- Więc nie masz mnie za szaleńca? 

- Absolutnie nie - odparła bez wahania. 

-  Dziękuję.  A  z  drugiej  strony...  jak  to  możliwe,  żebyśmy  przez 

dziesięć lat byli ślepi i niczego nie zauważyli? 

Jeśli 

Meredith 

ma 

siostrę, 

jeśli 

są 

bliźniaczkami 

jednojajowymi...  -  Na  moment  umilkła.  -  Inteligentny  oszust  potrafi 

niepostrzeżenie  przeobrazić  się  w  dowolną  postać.  Oni  są  jak 

kameleony,  przyjmują  barwy  ochronne,  wtapiają  się  w  otoczenie. 

Drake, co mogę zrobić? Jak mogę ci pomóc? 

- Po prostu bądź przy mnie - szepnął. 

Przysunąwszy  się  bliżej,  wsunął  ręce  w  jej  włosy.  Wiedziała,  do 

czego zamierza, mimo to nie ruszyła się z miejsca. Przywarł ustami do 

jej ust. 

Drake. Ukochany Drake. 

Zarzuciła mu ręce na szyję. Przypomniało się jej ubiegłe lato, ich 

pierwszy  pocałunek,  towarzysząca  mu  tkliwość,  nieśmiałość, 

niepewność, lecz i pożądanie. 

background image

-  Potrzebuję  cię.  -  Przytulił  jej  głowę  do  swojej  piersi.  -  Tak 

bardzo  cię  pragnę.  Lecz  ból,  który  we  mnie  tkwi... nie umiem  się  go 

pozbyć. - Głos drżał mu ze wzruszenia. 

- Nie chcę go powiększać, Drake. Chcę, żebyś był szczęśliwy. 

Ujmując  jej  twarz  w  swoje  dłonie,  pokrył  ją  setkami  drobnych 

pocałunków. 

- Ty jesteś moim szczęściem. 

Potrząsnęła  głową.  W  jego  duszy  wciąż  czaił  się  mrok.  Objęła 

Drake'a  z  całej  siły,  jakby  swym  ciepłem  i  miłością  pragnęła 

rozpędzić chmury, które zawisły nad nim po śmierci brata. 

- Mayu, tak bardzo za tobą tęskniłem... 

-  To  nie  ma  sensu  -  szepnęła,  gładząc  go  po  szyi.  -  Musimy 

pomyśleć, zastanowić się... 

Popatrzył na nią zbolałym wzrokiem. 

- Może w tym tkwi cały problem? - spytał. - Że za dużo myślimy? 

Nie chcę myśleć, chcę cię tulić, dotykać... 

- Drake, ja nie... 

- Ciii, nic nie mów. Błagam. 

I  gdy  tak  stała  w  jego  ramionach,  czuła,  jak  żal  i  nagromadzona 

gorycz  rozpływają  się.  Uniosła  twarz.  Pocałunek  przepełnił  ją 

błogością.  Odwzajemniła  go,  zaspokajając  własne  pragnienia  i 

tęsknoty. 

- Pamiętam, jak jęczałaś cichutko - szepnął jej do ucha. - Czasem 

budzę  się  w  nocy,  bo  wydaje  mi  się,  że  słyszę  twój  głos,  a  potem 

uświadamiam  sobie,  że  to  tylko  sen.  Bez  przerwy  o  tobie  myślę. 

background image

Kiedy  rozstawiam  namiot  w  dżungli,  kiedy  odbywam  ćwiczenia  na 

pustyni, kiedy skaczę ze spadochronem. Zawsze i wszędzie. 

Zadrżała. 

- To było piękne, Drake. To, co nas łączyło. Piękne, szalone, ale 

nieprawdziwe. 

- Mylisz się. Daliśmy początek nowemu życiu. Mamy dziecko. 

- Zachowaliśmy się nieostrożnie. To się nie może powtórzyć. 

Zębami rozpiął guzik u jej bluzki, potem drugi. 

- Masz rację. Ale kiedy trzymam cię w ramionach, zapominam o 

rozsądku. Liczy się tylko ta chwila. 

Opadli  na  łóżko.  Drake  rozpiął  do  końca  bluzkę,  zsunął  ją  z  jej 

ramion. 

- Chcę cię czuć. Masz taką aksamitną skórę... 

Nie  pozostała  dłużna.  Drżącymi  rękami  pomogła  mu  zdjąć  starą 

flanelową  koszulę.  Po  chwili  leżeli  przytuleni,  zwróceni  do  siebie 

twarzami. 

-  Pamiętasz?  -  szepnął.  -  Tak  leżeliśmy  po  naszym  pierwszym 

razie. 

- Tak, pamiętam - odparła, zagubiona we  wspomnieniach. - Było 

cudownie... 

- Magicznie. 

- Też to czułeś? 

- Magię? Nadal czuję. 

- Ja też. 

background image

Podparłszy  się  na  łokciu,  opuszkiem  palca  zaczął  rysować  kółka 

na jej piersi. Po chwili na staniku pojawiły się dwie wilgotne plamki. 

Drake  odpiął  stanik.  Na  prawej  brodawce  osiadła  kropelka  mleka. 

Przysunął się i delikatnie ją zlizał. 

-  Źródło  życia  -  szepnął.  -  Tkwi  w  tobie.  Nic  dziwnego,  że 

stworzyliśmy dziecko. 

Odgarnęła mu włosy z czoła. 

- W tobie też tkwi. Dziecko jest naszym wspólnym dziełem. 

- Wiem. Wciąż nie mogę w to uwierzyć. 

- Uwierz. Masz w sobie pokłady ciepła i dobroci. 

Pokręcił głową, jakby nic z tego nie rozumiał. 

- Gdzie ty to widzisz? - spytał. - Bo ja tylko widzę mrok. 

Przytuliła go do siebie, pragnąc go pocieszyć. 

- Ty i malutka... - szepnął. - Jesteście jedynym jasnym punktem w 

mym życiu. 

Leżeli  objęci.  Pół  godziny.  Godzinę.  Dwie.  Pieścił  ją,  całował, 

dotykał,  szeptał  do  ucha  czułości,  jakby  nie  mógł  się  nacieszyć  jej 

bliskością. W jego oczach zagościł spokój. 

- Musimy się pobrać. 

- Nie teraz. 

- A kiedy? - spytał. 

- Nie wiem. 

-  Zobaczysz,  uda  nam  się.  -  W  jego  głosie  brzmiała  pewność 

siebie. 

Maya pokręciła głową. 

background image

- Nie jesteś jeszcze gotowy. 

- Obiecaj mi coś - poprosił. 

- Co? 

-  Że  za  pół  roku,  bez  względu  na  to,  czy  będę  gotowy  czy  nie, 

zostaniesz moją żoną. 

Starała się zignorować rozpaczliwe bicie swego serca. 

- Zgoda. Jeśli wtedy poprosisz mnie o rękę... 

- Powiemy rodzicom, że się zaręczyliśmy? 

- Wolałabym nie - odparła, nie do końca wierząc, że za pół  roku 

będą małżeństwem. 

Przez  chwilę  milczał,  po  czym  zerwał  się  z  łóżka  i  wyciągnął 

rękę, by pomóc jej wstaćUbrawszy się, opuścili pokój. 

- Jeśli chodzi o twoją mamę... - zaczęła Maya. - Mam przeczucie, 

że wkrótce się wszystko wyjaśni. Ktoś, może Austin, może Thaddeus, 

znajdzie  wskazówkę,  którą  reszta  z  nas  przeoczyła.  Wtedy  poznamy 

prawdę. 

Maya  pchnęła  drzwi  do  swojej  sypialni.  Inez  siedziała  w  fotelu 

bujanym,  trzymając Marissę  na  rękach.  Śpiewała  wnuczce  kołysankę 

po hiszpańsku. 

- Jest grzeczna jak aniołek - powiedziała, dźwigając się z fotela. 

Drake wziął od niej córkę i zajął zwolnione miejsce. 

- Kołysanie dziecka... to takie kojące, prawda? 

Inez  przeniosła  wzrok  z  Drake'a  na  Mayę  i  uśmiechnęła  się 

szeroko. 

- Bardzo - rzekła, kierując się do wyjścia. 

background image

Maya  dostrzegła  swoje  odbicie  w  lustrze.  Potargane  włosy, 

rozmazana szminka, zaróżowione policzki. 

- O Boże! - jęknęła. 

- Wyglądasz jak kobieta, którą namiętnie całowano - powiedział z 

zadowoleniem Drake. 

Widząc  jego  zmierzwioną  fryzurę  i  rozpiętą  do  połowy  koszulę, 

pomyślała sobie: a ty jak mężczyzna namiętnie całowany. 

-  Dokąd  to  nas  doprowadzi,  Drake?  -  spytała,  wypowiadając  na 

głos swoje wahania. 

- Do ołtarza, moja droga. 

 

ROZDZIAŁ TRZYNASTY 

Maya otworzyła oczy i przeciągnęła się. Dawno nie czuła się tak 

wypoczęta. I tak szczęśliwa. Ostatni weekend spędzili w trójkę. Drake 

towarzyszył  jej  na  każdym  kroku.  Kilka  razy  objął  ją,  pocałował, 

przytulił.  Wiele  czasu  poświęcał  na  zabawę  z  Marissą.  Był  miły, 

uczynny,  roześmiany.  Wspaniały  kochanek  i  czuły  ojciec  -  takiej 

kombinacji trudno się oprzeć. 

Wyjrzała  przez  okno.  Zaskoczona  zobaczyła  błękit  nieba.  Boże, 

nastał  poranek!  Przespała  całą  noc!  Zrzuciwszy  kołdrę,  zerwała  się  z 

łóżka.  Marissa  smacznie  spała.  Wyglądała  tak  niewinnie.  Po  raz 

pierwszy  od  urodzenia  nie  domagała  się  karmienia  o  piątej  rano. 

Czując,  że  piersi  ma  nabrzmiałe  od  mleka,  Maya  skierowała  się  do 

łazienki.  Umyła  się,  ubrała, po  czym  ruszyła  do  kuchni.  Serce  zabiło 

jej mocniej na widok Drake'a. 

background image

Prócz  niego  w  kuchni  zastała  Inez  i  nową  dziewczynę,  którą  na 

kilka dni wynajęto do pomocy. Miała na imię Elaine; była studentką, 

która postanowiła  przerwać  na  rok  studia i  w  tym  czasie  pozwiedzać 

kraj. Po północnej Kalifornii podróżowała pierwszy raz w życiu. 

-  Witamy  w  naszej  części  świata  -  powiedziała  Maya,  nalewając 

sobie kubek kawy i szklankę mleka. 

-  Dzięki.  Drake  opowiadał  mi  o  waszym  wspaniałym  wybrzeżu. 

Podobno najlepiej widać je z szosy stanowej, tyle że ta szosa jest dość 

kręta... 

Długonoga,  opalona,  bez  makijażu,  z  jasnymi  włosami 

sięgającymi  pupy,  wyglądała  tak,  jakby  całe  życie  mieszkała  w 

Kalifornii.  Ale  mówiła  z  typowo  południowym  akcentem.  Nic 

dziwnego: pochodziła z Kentucky. 

Słuchając  barwnych  opowieści  swej  rówieśniczki,  która  tyle  w 

życiu  widziała  i  tak  wiele  przeżyła,  Maya  poczuła  się  jak 

prowincjuszka. Ona sama najdalej na południu była w San Francisco, 

a najdalej na północy -  w  Ashland w stanie Oregon, dokąd pojechała 

na  festiwal  szekspirowski.  Raz  też  z  rodzicami  wybrała  się  na 

całodniową wycieczkę do Crater Lake. To było właściwie wszystko. 

Kiedy  Inez  opuściła  kuchnię,  Maya  poczuła  się  jak  piąte  koło  u 

wozu. Drake z zainteresowaniem słuchał opowieści Elaine, śmiał się z 

jej  przygód,  a  potem,  na  jej  prośbę,  opowiedział  o  paru  własnych 

podróżach  do  różnych  egzotycznych  zakątków  świata.  Gadali  jak 

dwoje starych przyjaciół, którzy nie widzieli się od lat. 

background image

Maya  zjadła  połówkę  bajgla;  na  nic  więcej  nie  miała  ochoty.  Po 

paru  minutach  wstała  od  stołu,  umieściła  brudne  naczynia  w 

zmywarce  i  wróciła  do  swojego  pokoju.  Tam  klapnęła  w  fotelu  i, 

chcąc  nie  chcąc,  spojrzała  prawdzie  w  oczy.  Była  zazdrosna  o  tę 

młodą  beztroską  kobietę,  która  przemieszczała  się  z  miejsca  na 

miejsce, wierząc, że wszędzie sobie poradzi. 

Przycisnęła rękę do nabrzmiałych, obolałych piersi. Ona sama nie 

czuła  się  ani  młoda,  ani  beztroska.  Już  jako  nastolatka  zarabiała  na 

życie,  opiekując  się  dwoma  najmłodszymi  Coltonami.  Podeszła  do 

śpiącej  córeczki.  Kiedy  kobieta  zostaje  matką,  jej  system  wartości 

ulega  zmianie.  To  na  niej  spoczywa  ciężar  odpowiedzialności. 

Wprawdzie  Drake  gotów  był  przejąć  część  obowiązków  na  siebie, 

ale...  

Cóż,  sama  sobie  jest  winna.  Gdyby  go  posłuchała,  byliby  już 

małżeństwem. Czy  wtedy patrzyłaby  bez zazdrości na śliczną Elaine, 

wolną i beztroską, która robi, co jej się żywnie podoba? 

„Nie ma w moim życiu miejsca na żonę..." 

Przełknęła łzy. Nie było miejsca na nią, Mayę Ramirez, ale to nie 

znaczy,  że  kiedyś,  w  bliżej  nieokreślonej  przyszłości,  Drake  nie 

spotka  jakiejś  ponętnej,  inteligentnej  Elaine,  którą  będzie  chciał 

poślubić. 

Pukanie do drzwi wyrwało ją z zadumy. 

- Proszę! 

Wsunął głowę do środka i przyjrzał się jej uważnie. 

background image

-  Co  się  stało?  -  Zerknął  na  dziecko.  -  Z  Marissą  wszystko  w 

porządku? 

-  Tak.  Ja  tylko...  -  Nie  wiedziała,  jaki  podać  mu  powód  swojej 

nieszczęśliwej  miny.  -  Po  prostu  stoję  i  się  nad  sobą  użalam  - 

przyznała po chwili. 

- Dlaczego? - spytał zdumiony. 

Wzruszyła ramionami; 

- Bo miło jest podróżować, wciąż poznawać nowych ludzi... 

Pogłaskał ją czule po twarzy. 

-  Jesteś  inna,  Mayu.  Tu  jest  twoje  miejsce.  Podejrzewam,  że 

rodzice Elaine strasznie się o nią martwią. Ona zaś, jak sama wyznała, 

rzadko  do  nich  dzwoni.  Nie  przychodzi  jej  to  do  głowy.  Ty  byś  tak 

nigdy nie postąpiła. 

Przypomniała  sobie,  że  on,  podobnie  jak  Elaine,  przez  kilka 

miesięcy nie dzwonił ani nie pisał. Ogarnął ją jeszcze większy smutek. 

Podobno  osoba  zakochana  ma  ochotę  śmiać  się,  tańczyć.  A  ona? 

Latem  ubiegłego  roku  była  wesoła  i  beztroska,  żyła  chwilą  obecną, 

podziwiała  księżyc  na  niebie.  Teraz  ponosi  konsekwencje  swej 

beztroski.  Ma  córkę,  której  za  nic  by  nikomu  nie  oddała,  ale  i 

obowiązki. 

Drake delikatnie obrysował palcem jej usta. 

-  Słuchając  Elaine,  zrozumiałem,  że  ona  nawet  nie  zdaje  sobie 

sprawy  z  własnego  egoizmu.  To  tak  jak  ja.  Wydawało  mi  się,  że 

postąpiłem szlachetnie, odchodząc od ciebie, ale teraz sam nie wiem... 

- Może to był słuszny krok? 

background image

-  Chyba  po  prostu  stchórzyłem.  -  Na  moment  zamilkł.  -  Wiesz, 

Elaine  oblała  egzaminy  i  rodzice  są  na  nią  wściekli.  Zamiast  stawić 

czoło  problemom,  ruszyła  w  świat.  Może  ja  też  wolałem  uciec,  żeby 

nie myśleć o swoich słabościach i porażkach. 

Zmarszczyła czoło. 

- O jakich porażkach? Odnosisz same sukcesy... 

-  Nieprawda.  Zawiodłem  cię.  To  moja  wielka  porażka.  Straciłem 

twoje zaufanie. Kiedy mnie potrzebowałaś, byłem daleko. - Roześmiał 

się  gorzko.  -  W  tym  jestem  dobry.  Innych  pakuję  w  kłopoty,  a  sam 

umykam. 

-  Nie  jestem  dzieckiem,  Drake.  Wiedziałam,  na  co  się  decyduję. 

Nie uwiodłeś mnie, do niczego nie zmuszałeś. To nie twoja wina, że... 

-  Jak  to  nie  moja?!  -  zdenerwował  się.  -  Kochałem  się  z  tobą,  a 

potem dałem nogę, zostawiając pożegnalny list. Wiedziałem, że duma 

nie  pozwoli  ci  się  za  mną  uganiać.  Że  to  będzie  koniec  naszego 

romansu. Chciałem go zakończyć. 

Odwróciła  się.  Nie  potrafiła  na  niego  patrzeć,  gdy  rozrywał  jej 

serce na strzępy. 

- Uważałem, że tak będzie lepiej - dodał smętnie. - Myliłem się. 

- Teraz to nie ma znaczenia - powiedziała zmęczona. 

Nie  zamierzała  czynić  mu  wyrzutów.  Skoro  nie  mogła  być 

szczęśliwa, nie było sensu kontynuować dyskusji. 

-  Dla  mnie  ma.  Chcę  ci  wszystko  wynagrodzić.  Chcę,  żeby  było 

jak dawniej. Jak w czerwcu ubiegłego roku. 

Ból był nie do wytrzymania. Potrząsnęła głową. 

background image

-  To  niemożliwe,  Drake.  Nie  można  cofnąć  czasu.  -  Popatrzyła 

mu prosto w oczy. - Tego się nie da zrobić. 

Zacisnął zęby. Jego oczy płonęły. Nie zamierzał pogodzić się z jej 

decyzją. 

- Masz rację, nie możemy cofnąć czasu - przyznał - ale możemy 

razem iść naprzód. Musimy. Mamy dziecko, które potrzebuje zarówno 

ojca, jak i matki. 

-  Możesz  uczestniczyć  w  jej  życiu.  Nie  będę  wam  zabraniała 

kontaktów. 

Zaczął  krążyć  po  pokoju,  jakby  usiłował  przetrawić  to,  co  przed 

chwilą powiedziała. Wreszcie stanął przy drzwiach. 

-  Zatem  nie  potrafisz  mi  wybaczyć?  Liczyłem  na  to.  Zawsze 

miałaś  wielkie  serce...  -  Zamilkł.  -  Wiesz,  co  mnie  najbardziej  boli? 

To,  że  zawiodłem  akurat  ciebie,  mojego  najlepszego  przyjaciela. 

Nigdy sobie tego nie daruję. 

Zanim się spostrzegła, wyszedł z pokoju. Cicho jak duch. 

Wzięła głęboki oddech; nie była pewna, na czym stoją ani jak się 

sytuacja  dalej  rozwinie.  Ale  na  razie  nie  miała  czasu  się  nad  tym 

zastanawiać.  Bolesny  ucisk  w  piersiach  przypomniał  jej,  że  powinna 

nakarmić Marissę. Pochyliła się nad koszem. 

- Hej, malutka. Chodź do mamusi na rączki. 

Podnosząc  córkę,  zorientowała  się,  że  coś  jest  nie  tak.  Dziecko 

było  rozgrzane,  skórę  miało  parzącą  w  dotyku.  Otworzyło  oczy,  ale 

niemrawo, jakby było mu wszystko jedno, co się z nim stanie. 

background image

Maya  chwyciła  leżący  na  komodzie  termometr  i  przyłożyła 

maleństwu  do  policzka.  Przerażona,  przycisnęła  Marissę  do  piersi  i 

rzuciła  się  do  drzwi.  W  czasie,  gdy  kłóciła  się  z  Drakiem,  ich  córka 

leżała chora! 

- Drake! - Wybiegła na zewnątrz. - Drake, poczekaj! 

Szedł  przez  ogród  w  stronę  schodów  prowadzących  w  dół  ku 

plaży.  Nie  zatrzymał  się.  Silny  wiatr  zagłuszył  jej  słowa.  Tuląc  do 

siebie dziecko, przyśpieszyła kroku.  

Po chwili gnała niesiona strachem. 

- Drake! 

Odwrócił się. Ujrzawszy ją, zaczął biec w jej stronę. 

- Marissa... - wysapała. - Ma gorączkę. 

- Ile? 

- Czterdzieści stopni. Musimy jechać do szpitala. 

Skinął  głową.  Ruszyli  pędem  do  jeepa.  Drake  dobiegł  pierwszy. 

Przytrzymał drzwi; kiedy Maya  wsiadła, zatrzasnął je i czym prędzej 

usiadł za kierownicą. 

- Dlaczego mi nie powiedziałaś, że jest chora? - spytał z pretensją 

w głosie. 

-  Nie  wiedziałam  -  przyznała.  -  Myślałam,  że  po  prostu  śpi. 

Zazwyczaj  o  piątej  chce  jeść,  ale  dziś  nie  domagała  się  karmienia. 

Kiedy  wyszedłeś,  postanowiłam  ją  obudzić  i  dopiero  wtedy 

zobaczyłam... 

- Mogła złapać jakąś infekcję... 

background image

-  Chyba  nie.  Wczoraj  wieczorem  nic  jej  nie  dolegało.  Niewiele 

jadła,  ale...  Cholera,  już  wtedy  mogła  mieć  gorączkę,  a  ja  nie 

zauważyłam. Powinnam była sprawdzić jej temperaturę. A najpóźniej 

dziś rano, kiedy zobaczyłam, że wciąż śpi. Powinnam... 

- Przestań się zadręczać. Ja też niczego nie zauważyłem. 

Resztę drogi milczała. Drake usiłował ją pocieszyć; tłumaczył jej, 

że niczemu nie jest winna, ale nie przyjmowała tego do  wiadomości. 

Powinna była się zorientować, że małej coś dolega. 

- Zapalenie gardła - oznajmił lekarz. - Niemowlętom temperatura 

potrafi  błyskawicznie  wzrosnąć.  Ale  proszę  się  nie  martwić,  waszej 

córeczce  nic  nie  będzie.  Możecie  ją  państwo  zabrać  do  domu,  jak 

tylko  wypełnimy  wszystkie  druczki.  Pielęgniarka  da  wam  środek  na 

obniżenie gorączki. Tak na wszelki wypadek... 

Maya  słuchała,  nie  odrywając  oczu  od  córki.  Kiedy  dotarli  do 

szpitala,  pediatra  Marissy  akurat  robił  obchód.  Zbadał  dziecko, 

pokiwał mądrze głową, po czym kazał podłączyć małą do kroplówki. 

Wyglądało  to  dość  przerażająco  -  wielka  aparatura  przy  tak  małym 

ciałku.  W  południe  lekarz  ponownie  zbadał  dziecko  i  oznajmił 

zaniepokojonym rodzicom, że mogą je zabrać do domu. 

- Dziękujemy - powiedział Drake. 

Po  chwili  zostali  sami  w  pokoju.  Drugie  łóżeczko  stało  puste. 

Maya siedziała przy Marissie, z ręką wsuniętą pomiędzy pręty łóżka. 

Gładziła córkę, która instynktownie, przez sen, ściskała palec matki. 

background image

- Pierwszy raz leży tak... nieruchomo - szepnęła Maya. - Wygląda 

niemal jakby... jakby... - Słowa „jakby nie żyła" nie chciały jej przejść 

przez gardło. 

- Po prostu odpoczywa. Nic jej nie będzie. 

- Boże! - Maya na moment zamknęła oczy. - Powinnam była coś 

wczoraj  zauważyć.  Nie  miała  apetytu.  Pewnie  bolało  ją  przy 

przełykaniu, a ja... 

Otoczył ją ramieniem. 

- Przestań. Jesteśmy tylko ludźmi, a ludzie, jak wiadomo, bywają 

omylni  -  stwierdził,  ale  widział,  że  żadne  argumenty  do  niej  nie 

trafiają. 

-  Mogła  umrzeć  -  kontynuowała  Maya.  -  A  ja  bym  nawet  nie 

zauważyła. Zżerała mnie zazdrość. Myślałam o tobie śmiejącym się z 

Elaine i... 

- Mój głuptasie! Nie wiesz, że jesteś jedyną kobietą, na której mi 

zależy?  Że  żadna  inna  ci  nie  dorównuje?  Że  poza  tobą  żadna  się  nie 

liczy? 

Potrząsnęła głową. 

Zmusił  się,  by  spojrzeć  prawdzie  w  oczy.  Bał  się  miłości, 

ponieważ  wiedział,  jak  to  jest,  kiedy  się  kogoś  kocha,  kiedy  się 

wspólnie  snuje  plany  na  przyszłość  i  ma  się  wspólne  marzenia,  a 

potem  nagle  zostaje  się  samemu.  Ból  jest  nie  do  wytrzymania.  Tak, 

zakochał  się  w  Mai,  ale  stchórzył.  Odrzucił  szansę  na  szczęście,  bo 

przerażała go myśl o utracie jej miłości. 

- Wybacz mi - szepnął. - Błagam, wybacz mi. 

background image

Popatrzyła  na  niego  zdumiona.  Nie  wiedziała,  o  co  mu  chodzi. 

Zanim zdążyła o cokolwiek spytać, do pokoju weszła pielęgniarka. 

-  Potrzebuję  podpisu  -  rzekła  z  uśmiechem,  wręczając  Drake'owi 

formularze,  po  czym  pochyliła  się  nad  łóżeczkiem  Marissy.  -  Jaka 

śliczna dziewczynka. I pewnie grzeczna? 

- Bardzo - potwierdziła Maya. - Prawie w ogóle nie płacze. 

W drodze powrotnej na ranczo Maya nie odzywała się, jedynie od 

czasu  do  czasu  wzdychała  głośno.  Drake  zerknął  na  nią  raz  i  drugi; 

wiedział  jednak,  że  nie  jest  to  odpowiedni  moment  na  prowadzenie 

rozmowy. 

Dojechawszy  na  miejsce,  wniósł  dziecko  do  pokoju  Mai.  Bez 

słowa patrzył, jak Maya układa Marissę do kosza, a kosz przesuwa w 

stronę  biurka.  Następnie  opuściła  żaluzję,  tak  by  słońce  nie  wpadało 

do środka. 

- Zrobię nam kawy - zaproponował. 

Na  widok  Elaine,  która  pod  czujnym  okiem  Inez  obierała 

ziemniaki,  przypomniał  sobie,  że  ani  on,  ani  Maya  nic  od  rana  nie 

jedli.  Wyjaśnił  Inez,  co  się  stało  i  że  właśnie  wrócili  ze  szpitala. 

Gospodyni  natychmiast  postawiła  na  tacy  miskę  z  owocami,  a  obok 

talerz z kanapkami. 

-  Powiedz  Mai,  żeby  się  nie  martwiła  się  o  chłopców.  Zajmę  się 

nimi, kiedy wrócą ze szkoły. 

-  Dzięki,  Inez.  -  Wrócił  pośpiesznie  do  sypialni.  -  Przyniosłem 

kanapki. 

Maya wciąż kręciła się przy koszu Marissy. 

background image

- Nie jestem głodna. 

Zrobił miejsce na biurku, postawił tacę, po czym wziąwszy Mayę 

za łokieć, posadził ją w fotelu i wręczył kanapkę. 

- Jedz. Musisz produkować mleko. 

Popatrzyła na niego zagniewanym wzrokiem. 

-  Mówisz  tak,  jakbym  była  krową  -  warknęła,  ale  posłusznie 

zaczęła jeść. 

Po posiłku wystawił tacę na korytarz - zazwyczaj odniósłby ją do 

kuchni,  ale  dziś  miał  ważniejsze  sprawy  na  głowie.  Chciał  odbyć  z 

Mayą  poważną  rozmowę.  Siedziała  przy  biurku.  Włosy  miała 

zaczesane do tyłu - elastyczna opaska przytrzymywała je na miejscu - 

twarz czystą, pozbawioną śladu makijażu. 

-  Jesteś  najpiękniejszą  kobietą,  jaką  znam  -  zaczął,  przysuwając 

drugie krzesło. - Na ogół w okresie dojrzewania dziewczynki tyją albo 

chudną, mają trądzik, włosy im się przetłuszczają, a ty, sam nie wiem 

kiedy,  z  uroczego  dziecka  przeistoczyłaś  się  w  młodą  atrakcyjną 

kobietę. 

Spojrzała  na  niego,  jakby  oszalał,  po  czym  przeniosła  wzrok  na 

dziecko. 

-  Dokładnie  pamiętam  moment,  kiedy  zauważyłem  zmianę  - 

ciągnął.  -  Miałaś  wtedy  siedemnaście  lat.  Przyjechałem  do  domu, 

zobaczyłem cię i do końca pobytu przewracałem się w nocy na łóżku. 

Na  szczęście  całymi  dniami  opiekowałaś  się  Teddym  i  Joem,  bo 

gdybym dorwał cię samą, chyba nie zdołałbym się oprzeć... 

background image

Urwał.  Obraz  siedemnastoletniej  Mai  zlał  się  w  jego 

wspomnieniach  z  obrazem  nieco  starszej  Mai  -  tej,  którą  ujrzał  rok 

temu  na  przyjęciu  z  okazji  sześćdziesiątych  urodzin  Joego.  Miała  na 

sobie  białą  sukienkę,  biały  koronkowy  żakiet  i  jasnoczerwone 

różyczki we włosach.  

Serce zabiło mu mocniej. Pamiętał ten moment. Wyszedł na patio, 

a  ona  układała  kwiaty  w  wazonach  wokół  wielkiego  tortu 

urodzinowego. Popatrzył na nią - i wiedział. Już wtedy wiedział. 

- Zeszłego lata... 

Opuściła głowę, żeby ukryć swoje oczy. Często tak robiła, gdy nie 

chciała, by ktoś czytał w jej myślach. 

-  Zeszłego  lata  nie  dałem  rady  -  kontynuował.  -  Sprawa  była 

beznadziejna.  Od  pierwszej  chwili  wiedziałem,  co  się  stanie.  I  nie 

pomyliłem się. 

Przygryzła wargę. 

-  Przestań,  Drake.  Nie  przypominaj  mi,  jakie  popełniliśmy 

głupstwo. 

- To nie było głupstwo, Mayu - sprzeciwił się.  -  To było piękne, 

magiczne przeżycie. Coś, co musiało się stać. Coś, co było nam pisane 

w gwiazdach. 

Westchnęła.  Oczywiście  miał  rację.  Nawet  gdyby  z  góry 

wiedziała,  jak  się  wszystko  zakończy  -  że  Drake  wyjedzie  bez 

pożegnania, że zostawi jej list, a ona miesiąc później odkryje, że jest 

w  ciąży  -  nie  zrezygnowałaby  z  tych  kilku  wspólnie  spędzonych 

tygodni, z jego gorących pocałunków, namiętnych pieszczot, miłości. 

background image

Przysunął bliżej krzesło, tak by ich kolana się stykały. 

-  Jestem  w  domu  od  miesiąca.  Przyjechałem  z  nastawieniem,  że 

za dzień, najwyżej dwa, będę żonatym mężczyzną. Wszystko miałem 

dokładnie zaplanowane. - Roześmiał się cierpko. - Zorientowałem się, 

że mój plan może wziąć w łeb, kiedy zobaczyłem cię na rozpędzonym 

koniu. I faktycznie. Nic nie poszło po mojej myśli. 

- Drake, muszę się pouczyć - przerwała mu. 

- Przecież zdałaś ostatni egzamin. 

- Wiem. Ale nie chcę się z tobą kłócić. 

-  Więc  nie  kłóć  się.  Po  prostu  wysłuchaj  mnie.  Miałaś  rację, 

twierdząc,  że  nie  potrafię  uwolnić  się  od  przeszłości.  Pogodziłem  się 

ze śmiercią Michaela, bo musiałem, ale cały czas o nim myślę. Gnębią 

mnie wyrzuty sumienia. Odzywają się zwłaszcza wtedy, gdy... 

- Gdy jesteś bliski znalezienia szczęścia - powiedziała, intuicyjnie 

odgadując prawdę. 

- Tak. Zeszłego roku, kiedy byliśmy razem... Jeszcze nigdy się tak 

nie czułem. Dlatego spanikowałem i uciekłem. 

Ból ścisnął ją za serce. 

- Przeżyłam szok. Obudziłam się, myśląc, że leżysz obok, a ciebie 

nie było. 

-  Mówiłem  sobie,  że  chcę  ci  oszczędzić  bólu,  ale  to  siebie 

chroniłem. Gdybym cię stracił... Gdybyś pojechała ze mną i coś by ci 

się stało... nie mogłem ryzykować. - Wyciągnął rękę i pogładził ją po 

policzku. - Podczas tej wizyty w domu jednego się nauczyłem. Trzeba 

zdać  się  na  los.  Można  mieć  marzenia,  można  snuć  plany,  ale 

background image

wszystkiego  nie  da  się  przewidzieć,  na  przykład,  że  użądli  cię 

pszczoła, że dziecko ci zachoruje... 

Słuchała  ze  smutkiem;  wiedziała,  co  usiłuje  jej  powiedzieć  -  że 

nie  mogą  być  razem.  Ale  nie  musiał  mówić,  sama  miała  tego 

świadomość. 

-  Albo  że  się  zakochasz  -  dodał  cicho.  -  Mój  los  został 

rozstrzygnięty  w  zeszłym  roku,  kiedy  wyszedłem  na  patio  i 

zobaczyłem ciebie. Od tamtej pory towarzyszysz mi stale i wszędzie. 

Jesteś przy mnie, gdy brnę przez puszczę, gdy przeprawiam się przez 

morza i góry. Noszę cię w sercu... 

-  Drake,  proszę  cię,  nie  tłumacz  mi.  Wiem,  że  znów  musisz 

wyjechać... 

Padł przed nią na kolana i objął ją w pasie. 

- Nie muszę. Już nigdy cię nie opuszczę. Jeśli tylko dasz mi drugą 

szansę.  -  Popatrzył  jej  głęboko  w  oczy.  -  Potrzebuję  cię,  Mayu.  Jako 

przyjaciółkę,  jako  powiernicę,  jako  żonę.  Proszę  cię,  dziel  ze  mną 

życie. Buduj ze mną przyszłość. 

Nie  wiedziała,  co  się  zmieniło,  ale  czuła,  że  coś  jest  inaczej  niż 

dawniej.  W  oczach  Drake'a  wciąż  czaił  się  smutek,  lecz  teraz 

przyćmiewała go nadzieja. 

-  Wyzwoliłem  się  od  duchów  przeszłości  -  oznajmił, 

odpowiadając  na  pytanie,  które  wyczytał  w  jej  spojrzeniu.  - 

Powinienem był to zrobić dawno temu. 

- Ale jak...? 

background image

- Kiedy zaczęłaś obwiniać się za chorobę Marissy, uświadomiłem 

sobie, jakie to głupie. Człowiek nie jest odpowiedzialny za wszystko, 

co  spotyka  jego  bliskich.  Siedząc  w  szpitalu,  zdałem  sobie  również 

sprawę  z  czegoś  innego.  To  nie  była  moja  wina,  że  na  widok 

pędzącego  samochodu  zjechałem  z  szosy.  Zadziałał  instynkt.  A 

Michael, zamiast zwiać, zdrętwiał. Stał jak sparaliżowany. 

Widząc straszliwe cierpienie w jego oczach, Maya zrozumiała, że 

Drake  wreszcie  żegna  się  z  bratem.  Pochyliwszy  się,  przytuliła  jego 

głowę do piersi. 

-  Nie  zjechał  na  pobocze.  Dureń  stał  wpatrzony  w  samochód, 

który  pędził  prosto  na  niego.  Chyba...  chyba  nigdy  mu  tego  nie 

wybaczyłem. Tego, że umarł. 

-  Zawsze  byliście  razem  -  szepnęła.  -  A  nagle  zostałeś  sam.  - 

Wyobraziła sobie, jak bardzo musiała mu doskwierać samotność. 

- No właśnie. - Przełknął ślinę, po czym wskazał głową dziecięce 

łóżeczko.  -  Daliśmy  jej  życie.  Ona  jest  naszą  przyszłością,  twoją  i 

moją. Razem stanowimy jedność. Rodzinę. Pragnę mieć więcej dzieci, 

ale głównie pragnę być z tobą. 

Drżącymi  rękami  ujęła  jego  twarz.  W  oczach  Drake'a  migotały 

złociste punkciki. Wiedziała, że mówi prawdę. 

-  Kocham  cię  z  całego  serca.  Ponad  życie.  Proszę  cię,  Mayu, 

wyjdź za mnie. Udowodnię ci, że jesteś dla mnie wszystkim. 

Chciała. Tak strasznie tego chciała! 

- A co z twoją pracą? 

background image

-  Jeśli  zamieszkasz  ze  mną  w  domku  na  terenie  bazy,  będziemy 

mieli  pół  roku  na  podjęcie  różnych  decyzji.  Dasz  radę  dokończyć 

studia korespondencyjnie? 

- Tak. Jedynie na końcowy egzamin muszę stawić się osobiście. 

- W porządku. Na egzamin dowiozę cię do San Francisco choćby 

ze wschodniego wybrzeża. To co? Bierzemy ślub? 

Skinęła  głową,  zbyt  wzruszona,  by  cokolwiek  z  siebie  wydusić. 

Drake  roześmiał  się  cicho,  po  czym  poderwał  się  na  nogi  i 

chwyciwszy  Mayę  na  ręce,  zaczął  tańczyć  z  nią  po  pokoju.  Kiedy 

zakręciło  mu  się  w  głowie,  opadł  na  fotel,  który  zaskrzypiał  głośno, 

jakby protestując przeciwko takiemu traktowaniu. 

- Kocham cię, maleńka. 

- Ja ciebie też. - Przytuliła się mocno. - Zawsze cię kochałam. 

- Szczęściarz ze mnie! 

Całowali  się  jak  para  nastolatków,  do  utraty  tchu.  Podniecenie 

wzrastało, gdy wtem rozległ się cichutki pisk, a po chwili potężny ryk. 

- Nasza przyszłość przemówiła - oznajmił ze śmiechem Drake. 

Maya zmieniła Marissie pieluszkę, a gdy Drake w zapraszającym 

geście  rozwarł  ramiona,  usiadła  mu  z  dzieckiem  na  kolanach.  W 

milczeniu patrzyli, jak mała ssie. Maya od czasu do czasu zerkała na 

mężczyznę,  którego  od  tylu  lat  kochała.  Wiedziała,  że  napotkają  na 

swojej  drodze  przeszkody,  że  pojawią  się  chwile  trudne,  ale  że  w 

sumie czeka ich wspaniała przyszłość. 

background image

-  Uda  nam  się  -  powiedział,  jakby  czytał  w  jej  myślach.  - 

Przeszłość  jest  ważna;  z  niej  czerpiemy  naukę  na  przyszłość.  Ale 

najważniejsza jest teraźniejszość i przyszłość. 

Czuł,  jak  Maya  odpręża  się,  a  potem  zapada  w  sen.  Marissa  też 

spała, posapując cichutko. Siedział szczęśliwy, wpatrzony w okno.  

Wtem  na  ścieżce  prowadzącej  do  strumyka,  nad  którym  spędził 

niejedno  letnie  popołudnie,  zobaczył  chłopca  na  rowerze;  do  tylnego 

błotnika  przyczepiona  była  wędka.  Zdumiony  wyprostował  się  na 

fotelu i wytężył wzrok. 

Chłopiec  zatrzymał  się  na  szczycie  wzgórza  i  wolno  odwrócił. 

Drake  znieruchomiał.  Chłopiec  uśmiechnął  się;  w  jego  oczach 

migotały  złociste  punkciki,  ciemne  włosy  powiewały  na  wietrze. 

Pomachawszy do Drake'a, wsiadł z powrotem na rower i popedałował 

dalej; chwilę później znikł za wzgórzem. 

Drake poczuł ucisk w gardle. 

- Do widzenia, smyku - szepnął. - Miłego wędkowania. 

- Co? - spytała sennie Maya. 

- Nic. Kocham cię. 

Przytuliwszy  ją  mocno,  poczuł,  jak  znikają  jego  tęsknoty,  lęki  i 

niepewności,  a  miłość  Mai  przenika  go  na  wskroś,  wypełniając  jego 

serce i duszę. 

Wierzchem  dłoni  przetarł  łzy.  Przyszłość  Michaela  była  tam  za 

wzgórzami;  przyszłość  jego,  Drake,  była  tu,  z  ukochaną  kobietą  i 

ukochaną córeczką. 

Właśnie o takiej przyszłości marzył.