background image

Ślub w małym drewnianym kościółku

Na szczyt wzgórza wspinaliśmy się stromą, kamienistą drogą, ale teraz 

wydostaliśmy się już na wygodną ścieżkę prowadzącą przez młody, świerkowy las.

Wziąłem Joannę za rękę i szliśmy w milczeniu, dosyć od siebie daleko, połączeni 

tylko   dłońmi. Nie wiem, o czym Joanna myślała, ja myślałem o czymś, czego nie 

chciałbym jej powiedzieć. Wyobraziłem sobie mianowicie, że jesteśmy   już 

małżeństwem, i zrobiło mi się smutno, gdyż   uczułem, że odeszło od nas coś, co 

już nigdy do nas   nie wróci. Jakby pozbawiono nas swobody wyboru i odebrano 

nam nasze pierwsze i najważniejsze   prawo, prawo dobrowolności naszego 

związku,   i odtąd będziemy już musieli żyć i robić wszystko   pod przymusem. 

Odebrano nam? Nie, gorzej, to my   sami pozbawiliśmy się tego prawa, godząc się 

na   ślub przed ołtarzem, to my sami nałożyliśmy na siebie pęta, których nie 

będziemy już mogli nigdy zerwać. Puściłem rękę Joanny, udając, że sięgam po   

chusteczkę, gdyż nagle przeraziłem się, że Joanna   w jakiś sposób mogłaby się 

dowiedzieć o tym, co   ja myślę. A przecież ja w tej chwili niczego bardziej   nie 

pragnąłem, niż wziąć z nią ślub, to znaczy związać się z tą właśnie kobietą na 

zawsze!

Tydzień temu, po wizycie u księdza Suchowol-skiego, napisałem do Joanny 

list. Czekałem bardzo długo na odpowiedź, dopiero wczoraj dostałem   kartkę, na 

której było tylko jedno zdanie, że Joanna przyjeżdża i prosi, abym, jeśli mogę, 

czekał na   nią o dziesiątej rano na stacji. Potem jechaliśmy furmanką, 

siedzieliśmy koło siebie na wysokim, twardym siedzeniu okrytym szorstkim, 

samodziałowym   kocem. W nogach leżała mała, żółta walizka Joanny.   Przed 

sobą mieliśmy zgarbione plecy furmana   w przefarbowanym na brązowo płaszczu

wojskowym. Kiedy wóz wyjechał za miasto, przestał trząść   na kocich łbach, a 

konie powoli zaczęły wspinać   się na górkę, wziąłem Joannę za rękę i 

popatrzyłem na jej twarz. Joanna nie odwróciła do mnie głowy, nawet nie 

uśmiechnęła się; może tylko jej usta   się uśmiechnęły. Podniosła nieco głowę i 

wciągnęła nozdrzami zapach unoszący się nad zagonem   kwitnącego łubinu, 

który właśnie mijaliśmy. Spytałem:

-Joanno, powiedz, przywiozłaś metrykę, kenkartę i dowód zameldowania?

-Nie...

background image

-          Dlaczego, kochana, nie przywiozłaś?

-          Przywiozłam, przywiozłam - odpowiedziała   Joanna 

zniecierpliwionym tonem, jakby się na mnie   o coś gniewała.

Furmanka zatrzymała się przed krzywym gankiem wspartym na dwóch 

słupkach. Wyskoczyłem i po chwili wróciłem z paczką owiniętą papierem   

pakunkowym i przewiązaną sznurkiem. Położyłem   paczkę koło walizki Joanny, 

konie zaraz ruszyły.

-          Co masz w tej paczce? - spytała Joanna.

-          Kura - zabita, oskubana, sprawiona, tylko włożyć do rondla. Na 

jutro. Na przyjęcie weselne... -powiedziałem Joannie na ucho, żeby furman nie   

słyszał.

Potem przejechaliśmy wysoki, grabowy las i na skraju lasu zatrzymaliśmy 

się przed domem, w którym mieszkałem. Zjedliśmy barszcz i ziemniaki ze   

skwarkami. Na stole postawiłem flakon z kwitnącą   gałązką kasztana. Joannie 

bardzo się ten kwiat kasztana podobał, prawie cały czas rozmawialiśmy   o 

roślinach i drzewach. Po obiedzie zmywaliśmy talerze i garnki, potem Joanna na 

godzinę położyła   się - a teraz właśnie idziemy do Ustkowa. Las skończył się, 

przed nami są łąki i pola schodzące   w dolinę rzeki płynącej wśród drzew. Po 

drugiej   stronie rzeki widać wieś zanurzoną w kwitnących   biało sadach, a 

trochę z boku, na małym pagórku,   drewniany kościółek otoczony lipami, których

korony wznoszą się wyżej dachu i prawie zupełnie   go zakrywają. Przystajemy na 

chwilę i patrzymy na   krajobraz, który rozpościera się u naszych stóp. Mówię 

doJoanny:

-          Popatrz, tam, w dole, między drzewami, leży   Ustków. A trochę w 

lewo, prawie niewidoczny, bo   zasłonięty także drzewami, jest właśnie ten mały,   

drewniany kościółek, o którym ci pisałem.

-          Tak - powiedziała Joanna - ale to jeszcze dosyć daleko.

-          Nie, niedaleko. Teraz już cały czas z górki,   będziemy tam za 

kwadrans.

Zbiegliśmy na przełaj przez łąkę, potem szliśmy jarem, pod baldachimem 

drzew, których gałęzie przeświecające słońcem stykały się nad naszymi głowami. 

Było tu chłodno i trochę mroczno, ze stromych   brzegów jaru ściekały strużki 

rdzawej wody. Do wsi   było już niedaleko, oddzielała nas od niej tylko rzeka. 

Stanęliśmy na jej brzegu: woda była czysta, ale   trochę wezbrana i dość szeroko 

background image

rozlana.

-          Nie ma mostu? - spytała Joanna.

-Jest, ale kilometr wyżej, trzeba by obchodzić. Wezmę cię na barana i 

przeniosę. Mam na sobie   kąpielówki, zresztą tu wszędzie płytko, najwyżej do   

kolan.

-          Mogę przecież zdjąć pantofle i pończochy   i przejść - powiedziała 

Joanna.

-          Nie, przeniosę cię na drugą stronę.

-          Przesąd? - spytała Joanna.

-          Ach, nie! Mówiłaś przecież, że jesteś trochę   przeziębiona.

-          Byłam, głupstwo. Mogę przejść.

-          Nie, bo woda jeszcze bardzo zimna.

Usiadłem, zdjąłem trzewiki, skarpety i spodnie.

Potem wziąłem Joannę na barana. Woda była rzeczywiście zimna. Szedłem 

powoli, trzymałem się krawędzi usianego twardym żwirem brodu, ale czasem 

zapadałem się do pół uda. Joanna trzymała   mnie rękami za szyję i obejmowała 

w pasie nogami. Czułem jej ciało na swoich plecach.

-          Ciężko ci? - spytała.

-          Nie. Ale chyba trochę przytyłaś? - powiedziałem, żeby jej zrobić 

przyjemność, bo Joanna zawsze   była zdania, że ma za mało kobiecą figurę.

-          Może, bo nie ma teraz w ogóle mięsa i mama   codziennie na obiad 

robi kluski. Już mi nosem   wyłażą.

Na drugim brzegu usiedliśmy na mojej marynarce, żeby mi nogi obeschły, i 

zapaliliśmy papierosa. Powiedziałem:

-          Najgorsze już mamy poza sobą. - Joanna spojrzała na mnie. 

Dodałem więc po chwili, aby nie było   wątpliwości, że mam na myśli przejście 

przez rzekę: - Wrócimy naokoło, przez most. A jutro albo   pojutrze przyjdziemy tu

na ryby, dobrze?

-          Dobrze, jak będzie pogoda. Tu jest dosyć ładnie. A ryby są?

-          Są duże klenie. Tam w prawo, za zakrętem,   jest kilka bardzo 

głębokich miejsc. Weźmiemy ze   sobą coś do jedzenia i picia i możemy tam być 

cały   dzień.

Wyobraziłem sobie, jak tam wygląda: szeroka, spokojna toń wody, sucha, 

piaszczysta łąka porośnięta mmiankiem i macierzanką, topole i sosny. Było   tam 

background image

tak ładnie, że doznałem aż jakiegoś przykrego   uczucia niepokoju i zagrożenia - 

jakby teraz, gdy   na świecie jest wojna, w pięknie czaiło się jakieś   

niezrozumiałe, straszliwe niebezpieczeństwo. Joanna patrzyła w tamtą stronę. 

Powiedziałem:

-          Tam jest naprawdę bardzo ładnie.

Joanna odwróciła głowę, spojrzała na mnie i uśmiechnęła się. Wstaliśmy i 

ruszyliśmy dalej.   Przeszliśmy przez wieś, tak spokojną, jakby nieza-mieszkaną. 

W ogrodach, przed oknami domów,   kwitły bzy. W sadach, wśród zieleniejących, 

okwit-łych już wiśni i czereśni, jabłonie i grusze wyglądały jak białe bukiety. Na 

drodze było pusto,   w piasku grzebały się kury i wróble, zza płotów odzywały się 

czasem psy znudzonymi głosami, na od-czepnego. Skręciliśmy z drogi w prawo, w 

krótką   aleję lipową. Na końcu alei stał kościół i wyglądał   nie jak zbudowany 

przez ludzi, ale jakby wyrósł   sam, jak wyrasta grzyb spod ziemi, pod drzewem.   

Nabożeństwo jeszcze nie skończyło się, gromada   ludzi stała na zewnątrz, 

zwrócona twarzami w stronę otwartych szeroko wrót kościoła i wpatrzona   w jego

ciemne, migocące żółtymi światłami wnętrze. Minęliśmy kościół i usiedliśmy pod 

omszałym,   kamiennym murkiem, na stercie dębowych bali. Po   drugiej stronie 

drogi, naprzeciw kościoła, stała   murowana, obrośnięta dzikim winem plebania. 

Powiedziałem:

- Poczekamy tu na księdza Suchowolskiego. Zobaczymy go, jak będzie 

wracał, i wtedy pójdziemy.

Słońce zachodziło za górę i zaczynało kłaść wielki cień na pola, ale tu, gdzie 

siedzieliśmy, świeciło   jeszcze i było jasno jak w południe. Pachniały słodko   

jakieś kwiaty - jaśminy, a może kwitnące żółto na   kościelnym murku 

rozchodniki? Z kościoła słychać   stłumione dźwięki organów, potem organy 

milkną   i rozlega się bardzo cicho dźwięk, jakby po śniegu   biegł koń, ciągnąc za 

sobą bezgłośnie sanie, pobrzękując tylko janczarkami. Potem nastaje zupełna 

cisza i po chwili, przy wtórze basów organowych,   rozlega się pieśń:

Do Twej dążym kaplicy,

Co z brzegu czeka nas.

Wśród wichrów, nawałnicy,

W pochmurny, słotny czas...

Nie patrzę na Joannę, przymykam oczy, mówię:

― Wiesz, źle jakoś dzisiaj spałem.

background image

Joanna nie odzywa się. Myślę o czymś, czego nie chciałbym jej powiedzieć. 

To coś byłoby dosyć   trudno wyrazić słowami. Chodzi o jakieś uczucie,   trzeba by

było dużo mówić, żeby je wypowiedzieć.   W tym spokoju, w kwitnieniu, w 

zapachach, dźwiękach - było coś ponad miarę szczęścia, jakiego   wolno nam 

zaznać w kraju, który był w niewoli.

*

Gospodyni księdza Suchowolskiego wprowadziła nas, poprosiła, abyśmy 

usiedli, i powiedziała, że   ksiądz proboszcz zaraz przyjdzie. Stała chwilę   z 

rękami opartymi na wysokiej poręczy odsuniętego nieco od stołu krzesła, na 

którym pewnie siadywał ksiądz Suchowolski. Gospodyni była wysoka, chuda, 

miała ciemne włosy i czarne, blisko siebie osadzone oczy. Spytała, którędy szliśmy

i czy   widzieliśmy, jak pięknie tego roku kwitną w Ust-kowie bzy. Potem wyszła, 

zostawiając nas samych.   Siedzieliśmy koło siebie przy długim stole nakrytym 

białą, kratkowaną ceratą. W każdej kratce była   mała, bladoliliowa różyczka. 

Naprzeciw nas, na   ścianie, wisiał wielki, czarny krzyż z Chrystusem   

pomalowanym lakierem na biało. Z otwartej szeroko rany w boku, z rąk, nóg i 

spod cierniowej korony Chrystusa ciekła czerwona krew. Na innej   ścianie wisiały

oprawione w złote ramki fotografie z seminarium duchownego, 2 misji i wizytacji  

parafii przez biskupa. Między oknami wychodzącymi na ogród stał przy ścianie 

wysoki, oszklony   zegar z okrągłą, srebrną tarczą, dwoma ciężarkami na 

łańcuszkach i wahadłem, które kiwało się   powoli na boki, jakby 2 trudem 

pokonując siłę własnego bezwładu, i zdawało się, że za chwilę stanie.   Ale zegar 

szedł, tykał twardo i głośno i nie spóźniał się. Dochodziła siódma. Milczeliśmy 

oboje   2 Joanną. W pokoju było mroczno i jakoś obco, ale   pomyślałem, że ślub 

będziemy przecież brać nie   tu, lecz w małym drewnianym kościółku pachnącym 

cedrem i ziołami. Taki ślub będzie dla nas,   niewierzących, czymś zupełnie 

możliwym do przyjęcia. Pomyślałem też, że niepotrzebnie się martwiłem. Po ślubie

nic się przecież nie zmieni. To się   dokona jakby poza nami, nie dotykając 

naszych   uczuć, nie niszcząc ich ani nie zmieniając. Nawet   gdyby się to miało 

stać dzisiaj, zaraz, za chwilę, nic   się w nas i w naszych uczuciach nie zmieni. 

Ksiądz   Suchowolski mówił, że świadkowie to głupstwo,   dwie osoby zawsze się 

na probostwie znajdą. Próbowałem sobie wyobrazić, co będziemy robić, jak   

wrócimy do domu. Trzeba jeszcze dzisiaj nastawić   kurę, bo nie wiadomo, ile się 

będzie gotować. Jutro się cłogotuje. Mam trochę pszennej mąki, spróbujemy 

background image

zrobić słodką bułkę. Będzie zabawa, nawet   gdyby pieczywo się nie udało. Mam 

też herbatę, do   której się nie przyznawałem, jest zawinięta   w staniol i w 

pergamin, będzie tego na dwa zaparzenia. Albo na jedno, ale takie, że będzie 

wiadomo, że to herbata.

Skrzypnęły drzwi i, rozchylając portierę, wszedł ksiądz Suchowolski. Podał 

nam na przywitanie dłoń,   uśmiechnął się porozumiewawczo najpierw do mnie,   

potem do Joanny, i usiadł na tym właśnie odsuniętym nieco przez gospodynię 

krześle. Powiedział,   zwracając się do Joanny:

-          No, jakąż pani miała podróż?

-          Niezłą, tylko był okropny ścisk i prawie całą   drogę stałam.

-          Takie to teraz podróże. Kto nie musi jeździć,   to najlepiej robi, 

siedząc w domu. Ale pogody   mamy piękne, prawda? Cieplutko, w nocy 

przelatują drobne deszczyki, wszystko rośnie i kwitnie,   jak złoto!

Ksiądz Suchowolski mówiąc o niewygodach podróży, miał minę poważną, 

nawet smutną, ale   kiedy przeszedł na pogodę, jego twarz rozjaśniła   się i 

promieniowała radością. Szukałem w myśli   sposobu naprowadzenia rozmowy na

temat ślubu,   a w ogóle to nie wiedziałem, co mówić, zacząłem   więc bąkać:

-          Naprawdę piękna pogoda. Będzie tego roku   dużo owocu, jabłonie 

bardzo ładnie kwitną.

-          Tak, ma pan rację, pięknie kwitną tego roku   - podjął ksiądz 

Suchowolski z ożywieniem -i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie nornice.   U mnie,

proszę państwa - zupełna katastrofa. Posadziłem zeszłego roku na jesieni 

dwadzieścia   cztery, całkiem dokładnie: dwadzieścia pięć jabłoni,   wyborowych, 

od Śląskiego, siedem „starkingów”,   po sześć „jonathanów”, „pięknej z Boskop” i 

„królowej renet”. Dwuletnie, młode, zdrowe, drzewko w drzewko jak malowanie. 

Posadziłem, okręciłem słomą, żeby zające nie pogryzły kory, pomodliłem się, 

czekam. No i tego roku, wcześnie,   pięknie zakwitły. Kwiat duży, zdrowy - aż się   

śmieje. Ale po niejakim czasie, proszę państwa,   patrzę ja - co to? Kwiat więdnie, 

nie zawiązuje,   schnie, opada. I tak po kolei, jedno drzewko, drugie, trzecie, 

dziesiąte. Kiż diabeł? Oglądam, chucham, dmucham, podlewam. Aż w zeszłym 

tygodniu przyjechał do mnie z sąsiedztwa ksiądz Wo-rytko, zawołany ogrodnik i 

sadownik, mówi:   „Ksiądz zobaczy”. Pociągnął pierwsze drzewko   z brzegu za 

pieniek - i wyciągnął z ziemi patyk!   Bez korzeni, na końcu ogryziony kłykieć. I 

tak   wszystkie drzewka. Nornice, proszę państwa, nornice. Zjadły to, co 

background image

najważniejsze - korzeń, którym   drzewko wrasta w naszą ziemię, trzyma się jej, 

pije   z niej wodę, odżywia się, aby rosnąć, kwitnąć   i rodzić. Tak, proszę 

państwa.

W czasie kiedy ksiądz Suchowolski namiętnie oskarżał żyjące pod ziemią 

stworzenia, które zniszczyły mu młody sad, zegar wybił szybko cztery   razy, a 

potem powoli, głębokim basem, godzinę   siódmą. Ksiądz Suchowolski zamilkł, 

złożył ręce   i oparł je na ceracie. Jego twarz, przedtem wzburzona i zacięta, 

uspokoiła się teraz i złagodniała.   Uśmiechnął się do nas i nareszcie spytał:

- No więc z czym do mnie, mili państwo, przychodzicie?

- Narzeczona przywiozła metrykę i wszystko to, o czym ksiądz mówił, jak 

byłem poprzednim razem.

Udało mi się sformułować nieźle to zdanie, tylko słowo „narzeczona” nie 

chciało mi jakoś przejść przez usta. Nigdy w ten sposób przed nikim ani   przed 

samym sobą Joanny nie nazywałem. To słowo wydawało mi się dziecinne, dobre 

do zabawy   w narzeczeństwo i śluby, które się bierze, mając lat   sześć czy 

siedem, w ogródku, wśród kwitnących   krzaków, przed ołtarzem umajonym 

kwiatami powoju i kaczeńcami wetkniętymi w słoiki po musztardzie. Ksiądz 

Suchowolski wyciągnął obie ręce   przez stół w stronę Joanny. Joanna otworzyła 

torebkę, wyjęła papiery i podała księdzu Suchowolskie-mu. Rozłożył je przed sobą

na stole i czytał. Uprzytomniłem sobie w tej chwili śmieszną rzecz - że taki   ślub 

w ogródku brałem, mając lat siedem, moją narzeczoną była młodsza ode mnie o 

rok, ale w sprawach ślubów bardzo oblatana Małgosia, córka organisty. Ołtarz 

zrobiliśmy ze skrzynki przykrytej   białą serwetką z frędzlami, zwędzoną przez 

Małgosię z kredensu. Nad ołtarzem wisiał krzyż z dwóch   patyczków związanych 

łodygą trawy. Pamiętam, że   w czasie ślubu znaleźliśmy pod krzakiem dzikiego   

bzu coś, co odwróciło naszą uwagę - nie wiem już,   co to było - jakieś gniazdko 

ptaka, a może po prostu zdechłą mysz, i ślub zamienił się w jakąś inną   zabawę, 

jak to bywa tylko w dzieciństwie albo we   śnie. Uczułem, jak wraz z tym 

wspomnieniem przepłynęło przeze mnie dziwne, ciepłe uczucie związane z jakimś 

naiwnym przeżyciem erotycznym   z tamtych czasów, być może nawet, że 

uśmiechnąłem się sam do siębie. Ksiądz Suchowolski oglądał   bardzo dokładnie, 

po kolei, papiery, potem złożył   ostrożnie metrykę, bo była trochę naddarta i 

poprze-cierana na zgięciach, i powiedział:

-          No, pięknie.

background image

-          To, proszę księdza, kiedy mamy przyjść? -spytałem.

-          A to już od państwa zależy. Ale przedtem trzeba   załatwić takie 

rzeczy: uzyskać w kurii dyspensę od   przedkładania pełnej metryki urodzenia dla

pana,   czyli zgodę na zawarcie ślubu na podstawie wyciągu metrykalnego. To 

będzie, jak sądzę, załatwione   szybko i pozytywnie, zważywszy, że urodził się pan 

na tak zwanych terenach wschodnich, praktycznie   w tej chwili niedostępnych. 

Trzeba też będzie uzyskać zgodę dla panny młodej na zawarcie przez nią   ślubu 

poza jej miejscem zamieszkania, ale to także   zwykła formalność. Następnie damy

na zapowiedzi,   a za trzy tygodnie spowiedź, komunia - i dam państwu ślub - 

zakończył ksiądz Suchowolski wesoło.

-          Trzy tygodnie?! - spytałem o wiele za głośno,   prawie krzyknąłem.

-          Tak. Chodzi o wyeliminowanie ewentualnych   przeszkód...

-          Żadne przeszkody nie istnieją!

-          Chcę w to wierzyć, ale takie są zwyczaje   w naszym Kościele - i 

Kościół ma rację, gdyż pośpiech jest złym doradcą tam, gdzie chodzi o tak   ważny

akt, jak związek na całe życie. - Ksiądz Suchowolski powiedział to surowym 

tonem i skarcił   mnie wzrokiem.

-          Przecież tydzień temu ksiądz powiedział, że

będziemy mogli wziąć ślub za dwa dni! Że to wszystko da się załatwić od 

ręki!

-          Powiedziałem, ale nazajutrz opadły mnie wątpliwości i aby się 

upewnić, pojechałem do kurii.   Okazało się, że nie udzielamy już dyspensy od   

zapowiedzi. Trzeba też załatwić to wszystko, o czym   mówiłem, gdyż życie 

Kościoła powraca do pewnych koniecznych norm.

-          Ale, proszę księdza, wojna jeszcze się nie skończyła. Jakżeż można 

mówić o normalizacji - kiedy   wszyscy żyjemy w kraju podbitym przez wroga,   

okupowanym, w państwie wymazanym z mapy   i wyjętym spod prawa? Wszyscy 

jesteśmy zagrożeni, jest bardzo wiele ludzi, którzy nie mogą mieszkać tam, gdzie 

mieszkali, i zajmować się tym, czym   by chcieli. Ludzie kryją się, uciekają przed 

prześladowaniem, aresztowaniem, wywiezieniem, rozstrzelaniem. Ja na przykład, 

proszę księdza, nie   wiem, gdzie będę za trzy tygodnie, ale na pewno   nie w 

Ustkowie. Nie będziemy mogli przyjść do   księdza za trzy tygodnie po prostu 

dlatego, że będziemy zbyt daleko!

W tym, co powiedziałem, musiało być coś rozpaczliwie głupiego. 

background image

Zagalopowałem się! Spostrzegłem, że Joanna i ksiądz Suchowolski dziwnie na 

mnie patrzą, ale nie wiedziałem, o czym myślą.   Ksiądz Suchowolski spytał:

-          Wyjeżdża pan?

-Tak, wyjeżdżam.

Ksiądz Suchowolski rozłożył bezradnie ręce, potem powiedział:

-Jeśli państwo wytrwacie w postanowieniu zawarcia ślubu - to prędzej czy 

później spotkamy się. Jeśli nie ze mną, to z którymś z moich kolegów,   kapłanów,

i za jego pośrednictwem weźmiecie   ślub przed tym samym Bogiem. Nasz kraj jest

wielki, ale w każdym zakątku znajdzie się kościół   i parafia. - Ksiądz Suchowolski

wyciągnął przed   siebie ręce i trzymał je tak, jakby chciał pokazać,   że droga do 

ołtarza będzie stać dla nas zawsze   otworem. Zapanowała cisza, w której dwa 

uderzenia zegara rozległy się niespodziewanie jak dwa   wystrzały.

-          O ósmej godzina policyjna - powiedziała Joanna.

Trudno było wymyślić w tej chwili coś mądrzejszego i bardziej realnego.

-          Prawda, prawda. A państwo teraz dokąd? -ksiądz Suchowolski 

popatrzył na Joannę. Jego oczy   były ciemne i podobnie osadzone jak oczy 

gospodyni.

-Wracamy do Karczy.

-          Spokojnie, powolutku, nie śpiesząc się - za pół   godziny będziecie - 

powiedział ksiądz Suchowolski radośnie, jakby ucieszony tym, że może udzielić 

nam pomyślnej nareszcie i ścisłej jednocześnie   informacji. Wstał od stołu, 

odprowadził nas do drzwi   i wyciągnął na pożegnanie obie ręce. - Z Bogiem,   

drodzy państwo, idźcie z Bogiem!

W sionce minęliśmy się z gospodynią księdza, niosła w rękach zapaloną 

lampę naftową, wielką,   okrytą jasnozieloną umbrą. Powiedzieliśmy gospodyni 

„dobranoc” i wyszliśmy na dwór.

Tam, w pokoju, panował mrok, ale tu, mimo że

już po zachodzie słońca, jest jeszcze widno jak w dzień. Niebo jest 

przeźroczyste, całe świeci jasno jak wielka lampa. Mijamy okryty drzewami 

kościół, pachnący więdnącymi kwiatami i kadzidłem,   skręcamy drogą w prawo, 

na most. Idziemy w milczeniu, na moście przystajemy. Opieramy ręce na   

balustradzie i patrzymy na rzekę. Z góry, z zadrzewionego wąwozu, zawiewa lekki,

chłodny i wilgotny wiatr. Joanna oparła nogę na belce, na krawędzi mostu. Patrzę

na pantofel Joanny, tak mi znajomy i bliski, że mam dla niego jakiś bardzo 

background image

dziwny   rodzaj zainteresowania, a nawet uczucia - i dopiero teraz widzę, że 

Joanna przyszyła do pantofla   brakujący guziczek, trochę inny i nieco większy 

od   tamtego, zgubionego, ale bardzo podobny. Widzę   także, że pończocha na 

nodze Joanny jest w dwóch   miejscach pocerowana bardzo drobnym ściegiem   i 

starannie dobranym jedwabiem - i nagle robi mi   się okropnie głupio i smutno. 

Głupio, smutno   i ogarnia mnie uczucie wstydu. Nie, to wcale nie   z tego 

powodu, że namówiłem Joannę, która była   zawsze niechętna naszemu ślubowi, 

a teraz, kiedy się zgodziła, to nic z tego nie wyszło, a więc   jakbym ją nabrał. Nie, 

wcale o tym nie myślę, nie   myślę o niczym. Czuję tylko, że z moich oczu   

wypłynęły łzy. Stało się to bez mojej wiedzy, niechcący, bez powodu, tak 

zwyczajnie, jak wypływa strumień ze źródła. Zaciskam powieki i odwracam głowę.

Czuję na swojej ręce dotknięcie dłoni   Joanny. Joanna mówi:

- Chodźmy, jest już późno.

Idziemy w milczeniu. Joanna trzyma mnie za rękę

i czasem lekko ściska moją dłoń. Wiem, że Joanna nie chce mi niczego 

specjalnego powiedzieć, to   znaczy tylko, że ona jest, istnieje, że jesteśmy ze   

sobą złączeni i że spędzimy razem, być może jeszcze dzisiaj spokojną, noc.