background image

 
 

Rozdział 15 

ALL IS SETTLED 

I WSZYSTKO JASNE 

 
 
 

Jak  każdego  dnia  o  tej  porze,  na  korytarzu  panował  harmider. 

Kate,  trzymając  prawą  dłoń  na ramieniu  plecaka,  dążyła  pewnie w  stronę 
klasy, w której za kilkanaście minut odbyć się miały zajęcia z astrofizyki. 
Próbując  przebić  się  przez  tłum,  rzuciła  przelotne  spojrzenie  w  korytarz 
po prawej stronie, gdzie ktoś, śmiejąc się, zapiszczał tak przeraźliwie, że 
nie sposób było nie zwrócić na to uwagi. Szybko jednak odwróciła wzrok, 
wypatrując na horyzoncie swoich znajomych. A szczególnie jednego. 
 

Chris musiał być już wewnątrz budynku. Jego Chrysler znajdował 

się  na  szkolnym  parkingu,  jeszcze  zanim  pojawiła  się  tam  Kate.  Ku  jej 
radości,  obok  czekało  puste  miejsce,  co  oczywiście  postanowiła  jak  naj-
szybciej  wykorzystać.  Wiedziała,  że  w  ten  sposób  ponownie  będą  wręcz 
zmuszeni  do  tego,  by  po  zakończonych  zajęciach  iść  razem  na  tę  samą 
część parkingu i że ponownie staną przed szansą do dyskusji o samocho-
dach, co w ostatnich miesiącach życia Kate miało dla niej wyjątkowo duże 
znaczenie. 
 

Dziewczyna  zbliżyła  się  do  rzędu  szafek,  w  których  uczniowie 

szkoły  przechowywali  książki  i  ubrania,  ponownie  spoglądając  w  stronę 
wejścia  do  sali,  gdzie  spodziewała  się  niebawem  spotkać  swoich  znajo-
mych. A szczególnie jednego. 
 

Wkładając do plecaka potrzebny na dzisiejsze zajęcia podręcznik, 

uporządkowała jeszcze leżące na półce wyżej drobiazgi. Były tam między 
innymi  okulary  przeciwsłoneczne  (kolejne  z  pośród  posiadanych  przez 
Kate, gdyż te najbardziej lubiane zawieszone były właśnie na wycięciu jej 
białej koszulki), kilka zeszytów i zestaw przyrządów geometrycznych. 
 

W końcu zamknęła jasnozielone drzwiczki. Już chciała ruszać da-

lej, lecz spostrzegła, że tuż obok niej, ukrywając się za dotychczas otwartą 
szafką, stoi Brian. Trzymając ręce wsunięte do kieszeni spodni, oczekiwał 
na jej spojrzenie. Była zaskoczona błyskawicznym pojawieniem się chłopa-

background image

 

ka w jej pobliżu, tym bardziej  że udało mu się to zrobić całkowicie bez-
szelestnie. 
 

Uśmiechnął się nieśmiało, opierając prawe ramię o jedną z szafek. 

 

- Cześć - powiedział cicho. 

 

-  Cześć  -  odrzekła  Kate  chłodnym  tonem,  po  czym  zajrzała  do 

plecaka, by upewnić się, że ma już wszystko, czego potrzebuje na najbliż-
sze zajęcia. 
 

Brian zastanawiał się, od czego zacząć rozmowę tak, by znów nie 

rozwścieczyć  swojej  przyjaciółki.  Najpierw  chciał  mówić  o  samochodach, 
ale  szybko  doszedł  do  wniosku,  że  jednak  to  może  być  drażliwy  temat. 
Kate pomyśli, że znów chce skrytykować jej pasję. Później wpadł na to, by 
pogadać o niedzielnych występach. Działo się sporo, więc omówienie tego 
wszystkiego mogłoby być bardzo  absorbujące. Przy okazji mógłby wyko-
rzystać pewien stary jak świat chwyt, który działa właściwie na każdego. 
 

- Świetnie wypadłaś w niedzielę. To był chyba twój najlepszy wy-

stęp jak do tej pory - komplementował, uśmiechając się słodko. 
 

- No wiesz, - zaczęła Kate, zarzucając plecak na ramię. - ja wła-

ściwie  nie  występowałam,  tylko  zapowiadałam  występy,  więc  takie  po-
chwały  powinny  być  raczej  skierowane  do  innych  osób,  na  przykład  do 
ciebie. 
 

-  Daj  spokój,  no  przecież  wiesz,  o  czym  mówię  -  rzekł  Brian, 

przybliżając się nieznacznie do dziewczyny. - Można by patrzeć i słuchać 
cię  godzinami.  Byłbym  najszczęśliwszym  człowiekiem  na  ziemi,  gdybym 
tylko miał taką możliwość. 
 

-  Wątpię,  czy  inni  są  tego  samego  zdania.  Według  mnie,  twoja 

ocena jest mocno subiektywna. 
 

Po  tych  słowach  Kate  odwróciła  się  płynnie,  a  następnie  ruszyła  

w stronę wejścia do klasy. Brian natychmiast podążył za nią. 
 

- Kate...- rzekł, chwytając ją delikatnie za łokieć. - Poczekaj, pro-

szę.  
 

Dziewczyna zatrzymała się, spoglądając na jego twarz uważnie. 

 

- Porozmawiajmy chwilę - poprosił. - Usiądźmy - dodał, wskazu-

jąc na znajdujący się po lewej  stronie  podokiennik. - Kate, chciałbym cię 
przeprosić. Byłem ostatnio nieznośny. 
 

-  Niestety  to  prawda  -  potwierdziła  nastolatka,  uśmiechając  się 

chyłkiem. 

background image

 

 

-  Nie  gniewaj  się  na  mnie.  Wiesz  przecież,  że  to  dlatego,  że  się  

o ciebie martwię. 
 

- Wiem. 

 

- Ale obiecuję, że nie będę się już więcej wtrącał do twoich spraw. 

 

- Skąd nagle takie postanowienie? 

 

- No cóż, uświadomiłem sobie, że nie mam takiego prawa, chyba 

że sama mi na to pozwolisz. Stąd właśnie moja prośba. Kate, byłem mar-
nym przyjacielem, bo krytykowałem cię, nie wiedząc tak  właściwie, za co 
cię  krytykuję.  Chciałbym,  żebyś  mnie  wtajemniczyła  we  wszystko,  co  ro-
bisz.  Może  się  nawet  okazać,  że  zupełnie niepotrzebnie  się  bałem. Może 
to wszystko wcale nie jest aż tak niebezpieczne, jak mi się wydaje. Nigdy 
nawet nie widziałem twojego samochodu... no wiesz, tego BMW. 
 

- W takim razie po zajęciach zabieram cię do mojego domu. Bę-

dziesz się mógł naoglądać do woli. 
 

- Trzymasz go tak po prostu w garażu obok domu? Myślałem, że 

musi być ukryty w jakiejś specjalnej kryjówce. 
 

-  Nie,  to  nie  jest  konieczne,  choć  rzeczywiście  -  w  najbliższym 

czasie to może się zmienić. 
 

- Dlaczego?  

 

- Brian, powoli - powiedziała Kate, uśmiechając się do niego przy-

jaźnie. - Nie wszystko naraz. Tego jest zdecydowanie za dużo, żeby dało 
się wytłumaczyć w kilka chwil. Zaczniemy od samochodu, a potem przej-
dziemy do kolejnych spraw.  
 

Kończąc wypowiedź, dziewczyna spojrzała za siebie. Choć rozmo-

wa z jej przyjacielem była całkiem udana, myślała o tym, by jak najszybciej 
znaleźć się w klasie.  
 

Brian również rzucił szybkie spojrzenie w tamtą stronę. Domyślał 

się, co tak bardzo ją tam ciągnie. Albo właściwie - kto.  
 

Między  Kate  a  Chrisem  działo  się  coś  poważnego.  Nie  tylko  to 

widział, ale również czuł. Jako, co prawda nie do końca zaakceptowany, ale 
jednak jej chłopak, miał pewnego rodzaju szósty zmysł, który pozwalał mu 
wykrywać  zagrożenie  w  postaci  innych  adoratorów  jego  ukochanej.  Wła-
śnie  dlatego  bardzo  szybko  zorientował  się,  że  Chris  może  być  proble-
mem. Mimo to postanowił nie robić Kate wyrzutów ani nie atakować swo-
jego rywala, bo w ten sposób mógłby tylko pogorszyć swoją sytuację. Zde-
cydowanie  rozsądniej  będzie  delikatnie  i  bezkonfliktowo  przekonać 
dziewczynę, że to on jest lepszym kandydatem na jej partnera.  

background image

 

 

- Dziękuję, że zgodziłaś się ze mną porozmawiać - rzekł, chwyta-

jąc  ją  za  dłoń.  -  Mam nadzieję,  że  dasz  mi  drugą  szansę  i  będę  ci  mógł 
pokazać, że wcale nie jestem taki nudny i zrzędliwy. 
 

- W ogóle tak o tobie nie myślę. No dobra... jesteś trochę zrzędli-

wy - powiedziała Kate, uśmiechając się. - ale to na szczęście nie jest stała 
cecha twojego charakteru. A co do „wtajemniczania" cię do moich spraw, 
to zawsze wydawało mi się, że po prostu nie jesteś tym zainteresowany.  
 

-  Bo  nie  byłem  zainteresowany  albo,  dokładniej  mówiąc,  nawet 

bałem się być zainteresowany. Raczej modliłem się o to, żebyś wreszcie to 
wszystko rzuciła. I właśnie na tym polegał mój błąd. 
 

- Niestety, mój kolego, nie jestem w stanie tego rzucić, ale skoro 

postanowiłeś się z tym pogodzić, to chyba jesteśmy na dobrej drodze. 
 

Brian pochylił się, by pocałować Kate w policzek. Dziewczyna od-

powiedziała mu pięknym uśmiechem.  
 

- Jesteśmy w szkole, chciałabym przypomnieć.   

 

-  Myślałem,  że  zwrócisz  mi  uwagę  o  to,  że  w  ogóle  śmiałem  cię 

pocałować, a nie dlatego, że zrobiłem to w szkole.  
 

-  Chodźmy  już  do  sali.  Zostały  nam  dwie  minuty  -  rzekła  Kate, 

podnosząc się z parapetu i jednocześnie pociągając Briana za rękę.  
 

Idąc  przed  nim,  puściła  w  końcu  jego  dłoń  i  chowając  okulary 

przeciwsłoneczne do przedniego przedziału plecaka, weszła do klasy.  
 

W  środku  większość  osób, siedząc  w  swoich  ławkach,  oczekiwała 

już  na rozpoczęcie  zajęć. Wśród  nich  Jack,  który  pamiętając  najwyraźniej  
o tym, że w dzisiejszym rozkładzie  zajęć nie ma matematyki, wręcz pro-
mieniał  ze  szczęścia.  To  właśnie  on  jako  pierwszy  przywitał  się  z  wcho-
dzącymi  do  sali  osobami.  Machając  do  nich,  zapraszał,  by  się  do  niego 
zbliżyły.  
 

To z kolei zwróciło uwagę siedzącego obok niego chłopaka. Chris 

podniósł wzrok znad długopisu, którym się bawił, spoglądając od razu na 
Kate. Uśmiechnął się do niej, lecz równie szybko dostrzegł podążającego 
za  nią  Briana,  co  nieco  zgasiło  jego  dotychczasową  radość.  Przyjrzał  się 
swojemu  rywalowi,  próbując  ukryć  niezadowolenie  wynikające  z  jego 
obecności. 
 

Para zatrzymała się obok ławki, przy której siedzieli obaj chłopcy. 

 

- Cześć, widzę, że Jack postanowił  już nigdy cię nie opuszczać  - 

rzekła Kate do Chrisa. 

background image

 

 

- Cześć - odpowiedział. - Nie będę ukrywał, że bardzo mi to od-

powiada.  Chyba  każdy  nowy  członek  jakiejś  społeczności  chciałby  zostać 
tak miło przywitany. 
 

- Jeśli chodzi o miłe przywitania - zaczął Brian. - to najmocniej cię 

przepraszam, jestem straszną gapą, nie przedstawiłem ci się jeszcze. Je-
stem Brian. Fajnie, że do nas dołączyłeś - powiedział, wyciągając dłoń do 
Chrisa. 
 

- Dziękuję - odrzekł, ściskając ją. - Na początku trochę się bałem. 

Wiecie, nowa szkoła, a właściwie to całkowicie nowe otoczenie, trzeba się 
jakoś  zaaklimatyzować  i  tak  dalej...  Ale  teraz,  po  tym  czasie,  który  już  
z wami spędziłem, jestem przekonany, że wszystko będzie OK. 
 

-  Przeżyłam  dokładnie  to  samo  półtora  roku  temu  -  oświadczyła 

Kate.  
 

- No i ja w zasadzie też - dodał Brian.  

 

- Naprawdę, ty też? - zaciekawił się Chris. - To, że Kate nie jest ze 

Stanów Zjednoczonych już wiem, ale o tobie jeszcze nie słyszałem. Z dru-
giej  strony  zauważyłem,  że  masz  taki  jakby  nie  do  końca  amerykański 
akcent.  Szczególnie  dobrze  było  to  słychać,  kiedy  grałeś  hiszpańskiego 
króla. Myślałem nawet, że to może jest taka naumyślna stylizacja, ale teraz 
też to słyszę. Skąd w takim razie jesteś? 
 

-  Może  naprowadzę  cię  poprzez  miasto.  Urodziłem  się  w  Milton 

niedaleko Oksfordu. 
 

-  Super.  Planujesz  kiedyś  wrócić  i  iść  na  studia  na  tamtejszym 

uniwersytecie?  
 

- Nie, raczej nie. Za bardzo się przywiązałem do życia tutaj. Poza 

tym nie sądzę, żebym był na tyle zdolny, by się tam dostać. 
 

- Słyszałem już kiedyś, że mają kosmiczne wymagania. To prawda, 

że tak trudno się dostać? 
 

-  Pewnie  po  części  jest  to  uzależnione  od  tego,  na  jaki  kierunek 

chcesz iść, ale tak - bardzo trudno jest się dostać. 
 

Rozbrzmiał dźwięk dzwonka. Do klasy weszło jeszcze kilka osób. 

Wśród nich była zawsze piękna, elegancka i roześmiana Jessica. Pomachała 
swoim  znajomym,  a  następnie  usiadła  w  ławce  tuż  obok  znacznie  mniej 
szalonej i, co za tym idzie, znacznie mniej widocznej Rose. 
 

-  Dla  pewności  zapytam  jeszcze  ciebie,  Jack  -  zaczął  ponownie 

Chris. - Jesteś stąd? 

background image

 

 

-  No  właściwie  to  nie.  W  dzieciństwie  mieszkałem  w  Rapid  City  

w Dakocie. 
 

- Chyba pora się rozstać - rzekł Brian, wstając z krzesła. - Trzeba 

zająć swoje stanowisko - dodał, mówiąc z przesadnie idealnym, brytyjskim 
akcentem, po czym udał się w stronę swojej ławki. 
 

-  Racja  -  zgodziła  się  Kate,  również  się  podnosząc.  -  Pogadamy 

jeszcze na następnej przerwie - dodała, uśmiechając się do Chrisa czaru-
jąco, a następnie nieśpiesznie się odwracając, ruszyła za Brianem. 
 

- I jeszcze na następnej - dopowiedział szybko Jack. 

 

- No tak tak, oczywiście - odrzekła dziewczyna, będąc już odwró-

cona do niego plecami.  
 

-  Mam  nadzieję,  że nie uraziłem  go  tą uwagą  o  akcencie  -  rzekł 

szeptem Chris. 
 

- Nie, na pewno nie - stwierdził Jack, któremu nie spieszyło się do 

opuszczania nowego kolegi.  - Brian nie jest zbyt drażliwy, nawet jeśli na 
takiego wygląda. Poza tym, co to za obraza? Kate też nie ma typowo ame-
rykańskiego akcentu, ale muszę przyznać, że jest niesamowity - ekscyto-
wał się chłopak. 
 

Chris spojrzał na niego ze zdziwieniem. "Czyżby Jack również był 

zakochany w Kate? Właściwie nie byłoby w tym nic dziwnego. Przecież nie 
tylko jej akcent jest niesamowity..." 
 
 

*** 

 
 

 

Gdy Thomas dotarł do domu, była już prawie ósma rano. Pozosta-

wiając swój wóz w garażu, ruszył  szybko do środka. Podejrzewał, że Mia 
wciąż śpi, dlatego otworzył drzwi możliwie jak najciszej, a następnie od-
kładając  klucze  na  znajdującą  się  przy  wyjściu  szafkę,  udał  się  w  stronę 
sypialni. 
 

Naciskając na klamkę, zajrzał dyskretnie do wnętrza pomieszcze-

nia.  Uśmiechnął  się,  widząc  swoją  ukochaną.  Natychmiast  poczuł  nieod-
partą chęć, by się do niej zbliżyć, przytulić i pocałować. Było mu jednak żal 
przerywać  jej  sen,  dlatego  cieszył  się  jej  widokiem  jeszcze  przez  chwilę,  
a potem zamknął drzwi i wrócił do salonu. 

background image

 

 

Kilkanaście  kolejnych  minut  spędził  na  rozpakowywaniu  bagaży, 

po  które  uprzednio  musiał  się  udać  do  swojego  BMW.  Wszystkie  rzeczy 
posegregował,  a  następnie  odniósł  w  odpowiednie  dla  nich  miejsca.  Po-
nownie  ucieszył  się  z  faktu,  że  do  łazienki  prowadzi  wejście  również  
z salonu. W ten sposób nie musiał przechodzić przez sypialnię, co mogło-
by przecież zbudzić Mię. 
 

W torbie pozostały już tylko ubrania, które powinny się znaleźć nie 

gdzie indziej, jak właśnie w szafie w sypialni. Dlatego z ich wypakowaniem 
postanowił na razie zaczekać. 
 

Zasiadając ponownie na kanapie, odsunął zamek kieszeni znajdu-

jącej się głęboko we wnętrzu torby. Wyciągnął z niej nieduże, kwadratowe, 
czarne pudełeczko. Oglądał je przez chwilę, uśmiechając się sam do sie-
bie, a potem znów ukrył w tym samym miejscu. 
 

Rozmyślał teraz o swoim życiu i o tym, jak będzie ono wyglądało 

w przyszłości. Był przede wszystkim nieprawdopodobnie dumny z tego, że 
jest partnerem takiej kobiety jak Mia i marzył o tym, by to szczęście trwało 
już wiecznie. 
 

Był  również  zadowolony  ze  swojego  zespołu.  Zarówno  z  kierow-

ców, którzy wraz ze Skorpionami wypędzili z Palmont ugrupowanie Enva-
hisseura, jak i z tych, którzy będąc tutaj w Rockport, doprowadzili do po-
wstania nowej Czarnej Listy. 
 

Po  wielu  latach  trwania  w  bezsensownym  związku,  po  niezliczo-

nych  pojedynkach  ze  znienawidzonymi  rywalami,  wreszcie  wszystko  za-
częło się układać. 
 

Niewątpliwie  jest  to  zasługa  samego  Thomasa,  który  ciężko  pra-

cował  i  znosił  wiele  upokorzeń,  by  najpierw  odzyskać  niesprawiedliwe 
odebrany samochód, a potem w Palmont ostatecznie rozprawić się z Da-
riusem. Przetrwał to wszystko i pokazał, że jego przeciwnicy jedynie uda-
wali,  że  są  lepsi.  Bali  się  jednocześnie,  że  ich  rzeczywiste  umiejętności 
zostaną zdemaskowane. Kłamali, używali podstępu i posługiwali się inny-
mi  ludźmi,  by  go  zatrzymać.  Właśnie  dlatego  zwycięstwo  wymagało  nie 
tyle pokonania ich na drodze, co obłupania z tej skorupy mistrza, który nie 
powinien  nawet  zawracać  sobie  głowy  wyścigami  z  tak  mało  znaczącym 
kierowcą jak Thomas. 
 

W  oczekiwaniu  aż  Mia  się  obudzi,  mężczyzna  ponownie  udał  się 

do garażu. Najpierw sprawdził poziom oleju, a potem starł cienką warstwę 
kurzu osiadłego na karoserii. Po kilku innych drobnych czynnościach ma-

background image

 

jących na celu sprawdzenie stanu wozu, zajrzał do jego wnętrza, by wydo-
być stamtąd ściągniętą jeszcze na kilkadziesiąt kilometrów przed wjazdem 
do Rockport skórzaną kurtkę. 
 

Wychodząc  za  bramę,  dostrzegł  Nikki  idącą  chodnikiem  wzdłuż 

swojego  domu.  Ciągnęła  za  sobą  niedużą,  czerwoną  walizkę  na  kółkach. 
Również go zauważając, radośnie się uśmiechnęła i pomachała mu, a na-
stępnie weszła do środka. 
 

Po  chwili  kierowca  biało-niebieskiego  BMW  ponownie  znalazł  się  

w salonie. Kładąc kurtkę na kanapie, ruszył do kuchni, by nieco uszczuplić 
zawartość  lodówki.  Postanowił  bowiem  przygotować  śniadanie,  dla  siebie  
i dla Mii, z nadzieją, że dziewczyna już niedługo się obudzi. 
 

Po przygotowaniu wszystkich składników, na talerzu zdążyły zna-

leźć się zaledwie dwie w pełni gotowe kanapki, kiedy prawie bezszelestnie 
uchyliły się drzwi sypialni. 
 

Mia  wyjrzała  przez  nie  niepewnie,  poszukując  źródła  słyszanych 

dźwięków. Thomas spojrzał w jej stronę, udzielając odpowiedzi na trapią-
ce ją pytanie. 
 

- Nie bój się, kochanie. To tylko ja - rzekł, uśmiechając się szero-

ko. 
 

Dziewczyna przemieściła się powoli do salonu, nadal nie do końca 

wierząc w to, co widzi. „Przecież jeszcze nie piątek". 
 

-  Nie  miałem  w  Palmont  już  nic  do  roboty,  więc  postanowiłem 

wrócić wcześniej - dodał, robiąc dwa kroki w jej stronę. 
 

Jego  ukochana  rozbudziła  się  już  na  tyle,  by  wreszcie  odbierać 

rzeczywistość  bez  sennych  zakłóceń.  Uśmiechnęła  się  więc,  a  następnie 
płynnym ruchem zbliżyła i zawiesiła na szyi Thomasa. 
 

- Bardzo się cieszę, że jesteś  - powiedziała, mocno się do niego 

przytulając. 
 

- Ja też się cieszę, że znów jestem przy tobie - odrzekł, obejmując 

ją w talii. - Tęskniłem za tobą. 
 

- Więc w Palmont już wszystko się poukładało? 

 

- Tak, słońce, wszystko się poukładało. Teraz czas zająć się tutej-

szymi sprawami - powiedział, ujmując jej twarz w dłonie, a następnie po-
całował ją namiętnie w usta. 
 

- Od czego chciałbyś zacząć? - zapytała po chwili, modulując ton 

swojej wypowiedzi w nieco sugestywny sposób. 

background image

 

 

Thomas  odpowiedział  jej  porozumiewawczym  uśmiechem,  po 

czym ponowne ją do siebie przyciągając, rzekł: 
 

- Właściwie to planowałem sobie, że pierwsza rzecz, którą zrobię 

po  powrocie,  będzie  ściśle  związana  z  tobą,  ale  nie  obraź  się,  kochanie, 
myślę, że jak najszybciej trzeba wyjaśnić sprawę Czarnej Listy, a przyjem-
ności pozostawić sobie na później. 
 

- Z tego, co mówisz, wnioskuję, że masz wobec mnie jakieś po-

ważniejsze zamiary. 
 

-  No  cóż,  nie  widzieliśmy  się  przez  kilka  tygodni.  Miło  by  było 

spędzić ze sobą trochę czasu. I mam tu oczywiście na myśli czas spędzony 
tylko we dwoje, bez żadnego dodatkowego towarzystwa. 
 

- Domyślam się, ale podobnie jak ty, uważam, że trzeba jak naj-

szybciej załatwić niektóre sprawy. Tylko zastanawiam się, czy aby na pew-
no Czarna Lista jest na pierwszym miejscu. Możliwe, że jeszcze wcześniej 
będziemy musieli zabrać samochody z kryjówki w Wilmington. 
 

-  Dlaczego?  Coś  się  stało?  Albo  poczekaj  chwilkę.  Zaraz  mi 

wszystko opowiesz - powiedział Thomas, ruszając w stronę kuchni. 
 

Po  kilku  sekundach  ponownie  znalazł  się  obok  Mii,  wręczając  jej 

talerzyk z kanapkami. 
 

-  Proszę,  to  dla  ciebie.  A  teraz  usiądźmy  sobie  i  słucham.  O  co 

chodzi? 
 

- Chwileczkę, kochany. Jechałeś tu całą noc. Pewnie jesteś głodny. 

Chyba ty powinieneś je zjeść. 
 

- No dobrze, to daj mi jedną. Co z tym Wilmington? 

 

-  Ale  spokojnie,  bo  chyba  za  bardzo  się  nakręciłeś.  Nic  się  nie 

stało. Po prostu Cross powiedział, że zbliża się sezon na transportowanie 
różnych  towarów.  Jedne  będą  przywożone  do  tamtejszych  magazynów, 
inne z nich wywożone gdzieś indziej. Ogólnie będzie duży ruch. Ktoś nad-
gorliwy mógłby się zainteresować naszym hangarem. Tym bardziej że od 
czasu  do  czasu  zarządzająca  nimi  spółka  razem  z  policją  przeprowadza 
kontrole mające na celu udaremnianie nielegalnych transportów narkoty-
ków. Co prawda właściciel danego budynku może się nie zgodzić na kon-
trolę, ale to zawsze wzbudza podejrzenia. 
 

-  Ile  mamy  czasu?  -  zapytał  Thomas,  przełykając  uprzednio  kęs 

jedzonej kanapki. 

background image

10 

 

 

- Cross obiecał, że da nam znać, kiedy będzie się zbliżać kontrola, 

ale jeśli chodzi o rozpoczęcie przewozu towarów, to mamy najwyżej kilka-
naście dni. 
 

- Uff, myślałem, że musimy się z stamtąd zabierać jeszcze w tym 

tygodniu.  Rzeczywiście,  sam  się  niepotrzebnie  nakręciłem  -  odetchnął 
Thomas. - Chociaż z drugiej strony... 
 

- Co, kochanie? 

 

- Uważam, że i tak powinniśmy zabrać nasze zabawki z Wilming-

ton,  zanim  na  serio  zajmiemy  się  Czarną  Listą.  Dopóki  policja  nie  zdaje 
sobie sprawy z mojej obecności tutaj, nie będzie aż tak skora do wysyłania 
na miasto patroli. Później możemy mieć poważny problem z cichym prze-
transportowaniem wozów, nawet w nocy. Nasza kryjówka w Rosewood jest 
już gotowa, prawda? - zapytał, uśmiechając się czarująco. 
 

- Oczywiście. Chwaliłam ci się tym już kilka dni temu. 

 

- W takim razie zajmiemy się przeniesieniem wozów jeszcze dzi-

siaj. 
 

- Ojej, dlaczego tak bardzo się śpieszysz? - dziwiła się Mia. 

 

-  Z  dwóch  powodów.  Trzeba  jak  najszybciej  odciążyć  Kate.  Nie 

możemy  pozwalać  na  to,  żeby  znajdowała  się  na  liście  zaledwie  sześciu 
kierowców z nakazem natychmiastowego zatrzymania. Albo musi zniknąć 
z  tej  listy  zastąpiona  innymi,  bardziej  ciekawymi  dla  policji  kierowcami, 
albo przynajmniej ich liczba musi znacznie się zwiększyć. 
 

-  Zgadzam  się  z  tobą.  Co  prawda  Kate  podjęła  decyzję,  że  chce 

być  częścią  Czarnej  Listy,  ale  na  pewno  nie  miała  w  planach  stawać  się 
jednym z jej głównych filarów. A jaki jest drugi powód? 
 

- Chłopaki już są na nowej Czarnej Liście, ja jeszcze nie. Trzeba to 

szybko naprawić - rzekł Thomas z chytrym uśmiechem. 
 

- W porządku. Weźmiemy się do roboty, ale najpierw może cho-

ciaż zjedzmy porządne śniadanie - powiedziała Mia, podnosząc się z ka-
napy. - Poczekaj chwilę, pójdę się ubrać - dodała, poprawiając ubrany na 
siebie szlafrok. 
 

-  Dobrze,  moje  słońce.  Chciałbym  tylko  zaznaczyć,  że  nie  prze-

szkadza  mi,  kiedy  jesteś  rozebrana  -  odpowiedział, sugestywnie  mierząc 
ją wzrokiem. 
 

Dziewczyna  zaśmiała  się  głośno,  znikając  po  chwili  za  drzwiami 

łazienki. 

background image

11 

 

 

Thomas  ponownie  udał  się  do  kuchni,  by  dokończyć  rozpoczęte 

wcześniej dzieło robienia kanapek z nadzieją, że tym razem uda mu się to 
zrobić, nim Mia znajdzie się w salonie. 
 

Kilkanaście  minut  później  dziewczyna  wyszła  z  sypialni,  ubrana 

już,  z  wyrazem  twarzy  istnie  grobowym.  Spojrzała  na  Thomasa  smutno, 
zawieszając się w miejscu i nie mogąc wyartykułować choćby jednego sło-
wa, które wskazywałoby na powód jej nagłej zmiany nastroju. 
 

- Co się stało? - zapytał Thomas z przejęciem w głosie. 

 

- Przypomniałam sobie, że muszę ci powiedzieć coś bardzo waż-

nego. 
 

- Oj, to brzmi groźnie. 

 

Mia  ruszyła  wolnym  krokiem  w  stronę  stołu  znajdującego  się  

w  kuchennej  części  pomieszczenia.  Siadając  przy  nim,  podparła  pięścią 
policzek, a następnie rzekła poważnie:  
 

- Chodzi o Clarence'a. 

 

- O Clarence'a, powiadasz... Co z nim? 

 

- To stało się w niedzielę... Powiedział mi, że... mnie kocha. 

 

Thomas  odłożył  albo  właściwiej  byłoby  powiedzieć  -  upuścił  - 

kanapkę, którą pięć sekund wcześniej podniósł z talerza. Powoli przekręcił 
głowę, zawieszając wzrok na twarzy Mii. Patrzył na nią wyraźnie powięk-
szonymi oczami, zapominając już chyba nawet o mruganiu. Przez dłuższą 
chwilę nie był w stanie nic powiedzieć. Dopiero jej przeciągłe westchnienie 
sprowadziło go na ziemię. 
 

- Dobrze, że nie zdążyłem ugryźć tej kanapki, bo na pewno bym 

się  nią  udławił.  Czy  powiedział  ci  przy  okazji,  co  go  skłoniło  do  takiego 
wyznania? Czyżby doszedł do wniosku, że skoro nie ma mnie w Rockport, 
to może się czuć bezkarnie i próbować cię uwieść? Jest jednak  nadal tak 
samo  aroganckim  typem  jak  dawniej.  Jak  to  w  ogóle  wyglądało?  Tak  po 
prostu podszedł do ciebie i powiedział „Hej, Mia, chciałbym ci powiedzieć, 
że cię kocham”? 
 

- Nie. Byliśmy w kryjówce w Rosewood. Miała tam wtedy być rów-

nież Kate, ale coś jej wypadło, więc zjawił się tylko Clarence. Od początku 
spotkania zachowywał się dość... - Mia skrzywiła się, jakby patrząc na coś 
wyjątkowo obrzydliwego. - dziwnie. Sama nie wiedziałam, co mam o tym 
myśleć,  aż  w  końcu  kiedy  obgadaliśmy  wszystkie  sprawy,  podszedł  do 
mnie i na pożegnanie pocałował mnie w policzek. 

background image

12 

 

 

Thomas wciągnął głośno powietrze, jednocześnie mocno zaciska-

jąc  dłonie  na  krawędziach  stołu.  Choć  usilnie  próbował  zapanować  nad 
swoim ciałem, nietrudno było zauważyć, że targa nim coraz potężniejsze 
uczucie gniewu. 
 

- Zareagowałam dość żywiołowo, może nawet zbyt żywiołowo, bo 

trochę go poddusiłam. Zapytałam go, dlaczego to zrobił, a on na to, że nie 
miał nic złego na myśli, a później, wychodząc już z kryjówki, powiedział, 
że mnie kocha. 
 

- Kocha cię... dureń. A przy okazji kocha też Nikki - mówił z pasją 

w głosie Thomas. - Według mnie wcale nie zareagowałaś zbyt żywiołowo. 
Trzeba było go udusić albo przynajmniej obić mu mordę aż do krwi. Skur-
wiel... Mia, błagam cię, nie daj mu się zwieść. On kłamie. To typowy kobie-
ciarz, nie potrafi kochać. 
 

- Nie musisz mi tego mówić, Thomas, ja doskonale wiem, jaki on 

jest. I nie bój się - rzekła dziewczyna, kładąc dłoń na jego policzku. - Je-
stem twoja i ani Clarence, ani żaden inny mężczyzna nie da rady nas roz-
dzielić. 
 

- Co do tego nie mam żadnych wątpliwości, ale to i tak nie zmie-

nia faktu, że typ pozwala sobie na zbyt wiele. Całowania w policzek mu się 
zachciało... Coś mi się wydaje, że przy najbliższej okazji ja też go pocałuję 
w policzek i to tak, że już na zawsze zapamięta, że nie  wolno mu się do 
ciebie zbliżać. 

 
 

*** 

 

 
 

Gdy brama garażu otwarła się, Kate wjechała do środka, parkując 

czerwonym Chevroletem obok swojego drugiego wozu.  
 

-  O  mój  Boże,  jaka  fura!  -  głośno  rzekł  wysiadający  z  kabrioletu 

Brian. - Jak się robi coś takiego? - zachwycał się, oglądając ze wszystkich 
stron poszukiwane przez policję BMW. - Niesamowite… 
 

- Ale co jak się robi? - zapytała Kate, śmiejąc się ze swojego przy-

jaciela. 
 

- Takie wzory i napisy. To jakaś maszyna maluje czy człowiek? 

 

-  Napisy,  jak  ty  to  nazywasz,  to  naklejki,  więc  należy  przypusz-

czać, że robi je maszyna, ale te czarno-białe wzory to już dzieło człowie-

background image

13 

 

ka.  Zresztą  bardzo  konkretnego  człowieka.  To  ten,  który  według  ciebie, 
wybrał sobie najgorsze możliwe warunki pogodowe na podróż do domu. 
 

- A, tak, Sal, pamiętam - odrzekł chłopak, nadal krążąc energicz-

nie wokół sportowego wozu. 
 

- Widzę, że pierwsze wrażenie jest dobre. W takim razie proponu-

ję, żebyś teraz wsiadł za kierownicę. 
 

-  Naprawdę,  mogę?  -  zapytał  z  zaskoczeniem,  przemieszczając 

się na lewą stronę wozu. 
 

- A dlaczego miałbyś nie móc? Oczywiście. 

 

- Super... - rzekł sam do siebie niemalże szeptem, po czym chwy-

tając delikatnie klamkę, powoli otwarł drzwi kierowcy. 
 

Od kiedy zjawił się w sąsiadującym z domem Kate garażu, każde-

mu jego ruchowi towarzyszyła ciekawość i ekscytacja. Chwilami odczuwał 
też lęk, podobny do tego, który pojawia się, gdy spotykamy kogoś ważne-
go. Zastanawiamy się wtedy, czy wszystko pójdzie tak jak trzeba, czy do-
brze  się  zaprezentujemy  i  czy  niczego  nie  popsujemy  jakąś  nieuważną 
wypowiedzią. 
 

Brian  odczuwał  dzisiaj  ten  rodzaj  lęku  już  po  raz  drugi  -  przed 

rozpoczęciem  zajęć  w  szkole,  kiedy  rozmawiał  z  Kate  i  teraz,  oglądając,  
a nawet mogąc wsiąść do jej BMW.  
 

Wiedział, że to nie jest taki zwykły samochód, że dla niej to tro-

feum, świętość, wóz, któremu poświęciła bardzo wiele czasu i który w ten 
sposób staje się czymś niezastąpionym. 
 

Dlatego  właśnie  czuł  się  wyróżniony,  mogąc  zasiąść  za  jego  kie-

rownicą. Zrobił to bardzo ostrożnie. Rozglądając się z podziwem po wnę-
trzu, położył w końcu obie dłonie na kierownicy. 
 

- A teraz uruchom silnik - rzekła Kate, wyciągając do niego dłoń, 

w  której  trzymała  klucz.  -  Tylko  najpierw  sprawdź,  czy  na  pewno  jest 
wrzucony luz. 
 

Brian  spojrzał  na  nią  z  zaskoczeniem.  Trwał  w  bezruchu  niczym 

sparaliżowany.  Dopiero  po  dłuższej  chwili,  drżącą  ręką,  wziął  go  od 
dziewczyny, a następnie zachowując się równie ostrożnie jak dotychczas, 
włożył  do  stacyjki.  Stosując  się  do  jej  rady,  wcisnął  sprzęgło  i  sprawdził 
bieg, a następnie przekręcił kluczyk.  
 

Spod  maski  wydobyło  się  przyjemne  mruczenie.  Był  to  dźwięk, 

który zachwycał nie tylko Kate, ale, jak się teraz okazuje, Briana również. 
 

Dziewczyna szybko uświadomiła sobie, że mimo lęku, który wyda-

background image

14 

 

je się być naturalny dla każdego, kto po raz pierwszy zasiada za kierowni-
cą takiego wozu, jej przyjaciel jest pod ogromnie pozytywnym wrażeniem. 
Postanowiła  jednak  nie  poprzestawać  na  dotychczasowym  pokazie,  lecz 
wykorzystać  jego  zaangażowanie  w  sprawę  i  „wtajemniczyć”  go  jeszcze 
bardziej. 
 

-  Teraz  naciśnij  gaz,  ale  najdelikatniej  jak  tylko  możesz,  inaczej 

ryk  silnika  usłyszy  pół  San  Pedro  -  powiedziała  właścicielka  wozu.  -  
A przynajmniej moja mama na pewno. 
 

Brian  kilkakrotnie  zwiększył  obroty  silnika,  jednak,  jak  zalecała 

Kate,  zrobił  to  z  nad  wyraz  dużym  wyczuciem.  Głęboko  w  jego  umyśle 
kiełkowała  chęć,  by  wcisnąć  pedał  gazu  aż  do  ziemi,  ale  wiedział,  że  to 
rzeczywiście  mogłoby  ściągnąć  uwagę  znajdujących  się  w  pobliżu  domu 
ludzi, a co gorsze - nadszarpnąć kondycję niektórych podzespołów samo-
chodu. 
 

- Świetne uczucie - podsumował chłopak z satysfakcją, naciskając 

na akcelerator po raz ostatni. 
 

- Już teraz twierdzisz, że to świetne uczucie, choć na razie pozna-

łeś  zaledwie  mały  ułamek  możliwości  tego  wozu.  Jeżeli  kiedyś  się  na  to 
zdecydujesz,  będziesz  mógł  wyjechać  nim  na  miasto.  Wtedy  naprawdę 
zrozumiesz, jakie emocje towarzyszą mi podczas jego prowadzenia. 
 

- Jeśli tylko nie zmusisz mnie od razu do pokonywania światowe-

go rekordu prędkości, to chętnie się zgodzę - rzekł żartobliwie Brian, wy-
siadając z BMW. 
 

- Spokojnie, nie będę. Problemem jest raczej inna kwestia. Zanim 

zdecydujesz  się  pokazać  tym  wozem  na  ulicach,  musisz  wiedzieć  jedną 
rzecz. 
 

- Jaką? - zapytał Brian, ponownie na niego spoglądając. 

 

- Zaczęliśmy już o tym rozmawiać przed zajęciami. Powiedziałam, 

że pewnie już niedługo będzie trzeba go ukrywać w jakimś innym miejscu. 
Trzymanie go w garażu obok domu może być zbyt niebezpieczne, bo wi-
dzisz… poszukuje go policja - rzekła poważnie nastolatka. 
 

-  Nie  jestem  tym  jakoś  szczególnie  zaskoczony.  Skoro  to  wóz, 

który  pojawia  się  regularnie  na  nielegalnych  imprezach  wyścigowych,  to 
policja musi go poszukiwać. 
 

- Owszem, ale to już nie jest jeden z wielu wozów, które widzi się 

na  imprezach  wyścigowych.  Ostatnio  trafiłam  na  tak  zwaną  Czarną  Listę 
najbardziej poszukiwanych kierowców. 

background image

15 

 

 

- Czarną Listę? - zdziwił się Brian. 

 

-  Tak.  To  spis  kierowców,  który  aktualnie  obejmuje  Rockport  

i jego okolice, w tym San Pedro. 
 

- Ile osób jest na tej liście? 

 

- W tej chwili tylko sześć. 

 

- Ups… to trochę… kiepsko - stwierdził chłopak. - Dlaczego aku-

rat ty na nią trafiłaś? Przecież na terenie całego stanu jest pełno wyścigow-
ców. 
 

- Tak, ale nie każdy z nich obraca się w takim towarzystwie jak ja 

- rzekła Kate. - Pozwól, że wytłumaczę ci wszystko od początku - dodała. 
- Kilka lat temu w Rockport powstała Czarna Lista, na której znajdowali się 
kierowcy  mający  nakaz  zatrzymania  nie  tylko  w  Kalifornii,  ale  w  całym 
kraju. Policja robiła wszystko, by ich zatrzymać. W końcu się udało. Z wy-
jątkiem  Thomasa,  wszyscy  trafili  do  więzienia.  Wtedy,  naturalnie  rzecz 
biorąc,  lista  przestała  istnieć.  W  ostatnim  czasie  odkryto  jednak,  że  nie-
którzy  wyścigowcy  znajdujący  się  już  na  wolności,  ponownie  zajmują  się 
nielegalnymi  wyścigami.  Między  innymi  dawne  numery  jeden,  dwa  i  trzy 
wśród najbardziej poszukiwanych - Clarence Callahan, Toru Sato i Ronald 
McCrea - moi zespołowi znajomi. 
 

-  Łoł…  -  wydobył  z  siebie  szeptem  Brian.  -  Wiedziałem,  że  kie-

rowcy z twojego zespołu mają… swego rodzaju… reputację, ale nigdy nie 
przypuściłbym, że byli poszukiwani w całym kraju - dodał już głośniej. - 
Skoro byli aż tak słynni, to podejrzewam, że Thomas jako ten ostatni naj-
bardziej  poszukiwany,  w  dodatku  nigdy  nieschwytany,  jest  nawet  silniej-
szym wabikiem na policję. 
 

-  Zgadza  się.  Co  prawda  jeszcze  do  niedawna  podejrzewano,  że 

cały czas jest w Palmont, ale zdaje się, że teraz już są na właściwym tro-
pie. 
 

- No dobrze, ale nadal nie do końca rozumiem, jak to się stało, że 

ty jesteś na tej liście. 
 

- W sobotę byłam z Clarencem na zlocie na Paseo del Mar. Plano-

waliśmy porozmawiać z dwoma kierowcami, którzy są z kolei dość popu-
larni tu, w San Pedro. Nagle pojawiła się policja. Wszyscy zaczęli uciekać. 
Tak się wszystko poukładało, że ja, Clarence i ci dwaj wyścigowcy uciekali-
śmy razem. Potrzebowaliśmy pomocy, więc po niedługim czasie do pości-
gu włączyli się również Toru i Ronald. Policja najwyraźniej wszystko sobie 
przemyślała,  poukładała  i  tak  doszli  do  wniosku,  że  muszą  reaktywować 

background image

16 

 

Czarną Listę. Od razu wpisali na nią, co jest zresztą bardzo logiczne, daw-
nych  najbardziej  poszukiwanych,  dwie  gwiazdy  z  San  Pedro,  no  i  mnie  - 
kierowcę, który niewątpliwie jest z nimi wszystkimi jakoś powiązany. 
 

- Pech - podsumował krótko Brian. - Równie dobrze mógł być tam 

z nimi ktoś inny. 
 

- Pech, a może szczęście - powiedziała Kate, uśmiechając się ta-

jemniczo. 
 

- Szczęście? - zapytał chłopak, czując się zaskoczony tym stwier-

dzeniem. 
 

-  Może  nie  jestem  jeszcze  taką  sławą,  jak  kiedyś  Clarence  i jego 

kumple, ale teraz właśnie stoję przed taką szansą. 
 

- Ty naprawdę chcesz mieć poważne problemy - rzekł Brian, lecz 

w jego tonie nie krył się nawet ślad potępienia dla poczynań przyjaciółki. - 
Nie boisz się? 
 

- Oczywiście, że się boję, ale wiem też, że bardzo często jest tak, 

że  to,  czego  się  obawiamy,  z  czasem  okazuje  się  całkowicie  niegroźne. 
Czy  ty  jeszcze  przed  kilkunastoma  minutami  nie  bałeś  się  chociażby 
wsiąść do mojego wozu? 
 

-  Bałem  się.  Chyba  sama  widziałaś,  że  uruchamiając  silnik,  trzą-

słem się jak galaretka - zaśmiał się Brian. - I masz rację. Teraz strach już 
minął. 
 

- Właśnie dlatego mam zamiar zaryzykować… 

 

Rozmowę nastolatków przerwał dźwięk  wskazujący na otrzymaną 

wiadomość tekstową. 
 

Kate wyciągnęła swoją Nokię 9300i z kieszeni spodni, a następnie 

spoglądając na wyświetlacz, odczytała wiadomość: 
 
 

Od: Thomas 

 

Treść:  Cześć.  Jestem  już  w  Rockport.  Jeśli  możesz,  przyjedź  

 

o szóstej do Wilmington. Musimy całym zespołem jak najszybciej 

 

zająć się kilkoma sprawami. Mam też do ciebie prośbę. Może się 

 

okazać,  że  będę  dziś  potrzebował  twojej  pomocy.  Jeśli  się  tak 

 

stanie,  na  pewno  szybko  się  zorientujesz,  co  możesz  dla  mnie 

 

zrobić ;) Do zobaczenia! 

 

 

- Coś się stało? - zainteresował się Brian, widząc, że jego przyja-

ciółka jest nadzwyczaj zaaferowana czytanym SMS-em. 

background image

17 

 

 

-  Nie…  to  znaczy  właściwie  tak.  Thomas  jest  już  w  Rockport  - 

odpowiedziała z wyraźną radością. 
 

- Więc pewnie chcesz jechać się z nim spotkać? 

 

- Nie, teraz nie. Zbieramy się całym zespołem o szóstej. 

 

-  Tak  swoją  drogą…  chciałbym  go  kiedyś  poznać  -  rzekł  towa-

rzysz Kate, uśmiechając się przekonująco. 
 

-  Naprawdę?  -  zdziwiła  się  dziewczyna.  -  Jeśli  tak,  to  nie  widzę 

przeszkód.  Może  nie  zabiorę  cię na  dzisiejsze  zebranie,  bo  zdaje  się,  że 
będziemy  tam  prowadzili  wyjątkowo  poważne  rozmowy,  ale  kiedyś… 
Obiecuję  ci,  że  jeśli  tylko  będziesz  sobie  tego  życzył,  na  pewno  was  ze 
sobą poznam. 
 

- Dziękuje, Kate. 

 

- Nie. To ja dziękuję tobie. Za to, że zrozumiałeś i zaakceptowałeś 

moją pasję. 
 

- Powinienem był to zrobić już dawno temu, ale bałem się. Teraz 

widzę,  że  niepotrzebnie,  bo  z  czasem  to,  czego  się  tak  bardzo  boimy, 
przestaje być straszne - powiedział Brian, powtarzając i jednocześnie zga-
dzając się ze wcześniejszym stwierdzeniem Kate. 
 
 

*** 

 
 

 

Hangar w Wilmington konsekwentnie wypełniał się kolejnymi kie-

rowcami oraz ich wozami. 
 

Jako  pierwsi  na  miejscu  spotkania  znaleźli  się  naturalnie  Thomas  

i Mia. Otworzyli wrota, a następnie udali się do jego wnętrza, by oczekiwać 
na przybycie pozostałych. 
 

Niedługo potem dołączyła do nich Kate. Wysiadając energicznie ze 

swojego BMW, natychmiast ruszyła w stronę Thomasa.  
 

Uśmiechając się do siebie, mocno uścisnęli sobie dłonie.  

 

-  Bardzo  się  cieszę,  że  już  wróciłeś  -  oświadczyła  nastolatka.  - 

Trochę się nam nudziło bez ciebie. 
 

-  No  nie  wiem,  nie  wiem...  Podobno  nieźle  narozrabialiście  pod 

moją nieobecność - odpowiedział mężczyzna, śmiejąc się. 
 

- Ależ skąd. To nie była żadna rozróba. Może policja tak to ocenia, 

ale ja nie. Stać mnie na dużo więcej. 

background image

18 

 

 

- Domyślam się. Jednak, jak widzisz, dla policji to już było wystar-

czające, by umieścić cię na Czarnej Liście. 
 

W  czasie  trwania  rozmowy  Thomasa  i  Kate,  w  garażu  zjawiły  się 

dwa wozy - czarny Mercedes SLR oraz żółto-zielony Aston Martin. 
 

Ich kierowcy wygramolili się na zewnątrz, szybko podchodząc do 

Thomasa. 
 

-  Witamy  ponownie  w  Rockport!  -  rzekł  głośno  Ronnie,  ściskając 

jego dłoń. 
 

-  W  Palmont  już  wszystko  w  porządku?  -  zapytał  Toru,  również 

witając się poprzez podanie ręki, a także jego zwyczajowy ukłon. 
 

Thomas odwzajemnił ten gest, po czym odpowiedział: 

 

-  Tak,  sprawa  tajemniczego  zespołu  została  definitywnie  wyja-

śniona i zakończona. 
 

-  To  świetnie  -  podsumował  Japończyk.  -  Teraz,  jak  przypusz-

czam, będziesz mógł skupić się na tutejszych sprawach. 
 

-  Zdecydowanie  tak.  I  mam  zamiar  zacząć  już  od  dzisiaj.  Kiedy 

wszyscy się zjawią, powiem, jakie są plany na najbliższe kilka godzin. Tak 
swoją drogą, gdzie zgubiliście waszego przyjaciela Clarence'a? 
 

-  Nie  mamy  zielonego  pojęcia.  Wybył  gdzieś  z  rana.  Nic  nie  po-

wiedział. W ogóle... jakiś dziwny jest ostatnio. 
 

-  Pewnie  znowu  wyrwało  go  do  Nikki,  no  bo  przecież  gdzie  by 

indziej - stwierdził Ronnie. 
 

W  międzyczasie  Kate  oddaliła  się  od  rozmawiających  mężczyzn. 

Zatrzymała się obok niezidentyfikowanego wozu Vica, który już od ponad 
miesiąca zaparkowany był w tym samym miejscu  - tuż przy lewej ścianie 
hangaru. Pojazd wciąż oczekiwał na przejrzenie i udokumentowanie spo-
sobu jego skonstruowania, lecz pod nawałem innych, ważniejszych spraw, 
zupełnie o nim zapomniano. 
 

Chyba nawet sam właściciel przestał się nim interesować, bo nigdy 

nie dzwonił ani do Thomasa, ani do Mii, by zapytać, kiedy będzie mógł go 
odebrać. Dlatego właśnie, pokryty grubą warstwą kurzu, wciąż przebywał 
w kryjówce Smoków. 
 

Z  chwilowego  braku  lepszego  zajęcia,  dziewczyna  postanowiła 

dokładniej  mu  się  przyjrzeć.  Zaczęła  od  silnika,  który  w  normalnych  wa-
runkach  znajdować  powinien  się  pod  maską,  a  w  tym  przypadku  umiej-
scowiony został raczej obok niej. 

background image

19 

 

 

- Nie było go u Nikki - odpowiedział Thomas. - Większość czasu 

spędziła u nas, więc nie mogli się spotkać. 
 

- To ja już sam nie wiem... - powiedział z rezygnacją Toru. 

 

- Nikki była u was w domu? - zapytał z niedowierzaniem Ronnie. - 

Ja myślałem, że wy jej tam w życiu nie wpuścicie. Grzeczna była chociaż? 
 

- Bardzo grzeczna - oświadczyła Mia. - Przyszła, zapukała i kultu-

ralnie zapytała, czy może sobie z nami pogadać. W rezultacie rozmawiali-
śmy ponad trzy godziny. Dowiedziałam się już chyba wszystkiego, czego 
do tej pory nie wiedziałam jeszcze o Palmont. 
 

- Łoł, aż trudno w to uwierzyć - zaśmiał się właściciel Astona. 

 

- Chyba po prostu jest dzisiaj w dobrym humorze - podsumował 

Thomas. 
 

- Albo coś kombinuje. Ja bym uważał. 

 

- Oj, dobra już, przestań szukać dziury w całym - skarcił kumpla 

Toru. 
 

- No co? Po prostu mówię, co myślę i tyle. 

 

Kate  zaśmiała  się,  słysząc  ostatnie  słowa  Ronniego.  Oczywiście 

sama była podobnego zdania - jakkolwiek niewinnie zachowuje się Nikki, 
zawsze trzeba na nią uważać. 
 

Kolejne minuty upływały, a dwie „najbardziej podejrzane" i jedno-

cześnie najbardziej wyczekiwane osoby wciąż były nieobecne.  
 

Thomas  odczuwał  coraz  większe  zirytowanie.  Kręcił  się  bez  celu, 

co chwilę spoglądając nerwowo na zegarek. 
 

W  międzyczasie  Ronnie  postanowił  poprawić  sobie  nieco  humor  

(a przy okazji może też innym), dlatego udał się w stronę swojego wozu,  
a następnie zaglądając do jego wnętrza, włączył muzykę. 
 

Ponieważ  hangar  był  naprawdę  duży,  a  obecni  w  nim  kierowcy 

znajdowali  się  w  różnych  jego  częściach,  rytmicznie  rozbrzmiewające 
dźwięki docierały wyraźnie tylko do niektórych. 
 

W końcu, tuż przy bramie wjazdowej, zaparkował bordowo-czarny 

Ford GT.  
 

Wbrew podejrzeniom Thomasa, który spojrzał teraz w tamtą stro-

nę,  z  wozu  wyłoniła  się  jedynie  Nikki.  Po  Clarensie  nadal  nie  było  nawet 
śladu. 
 

Kobieta rozejrzała się szybko po hali, wyraźnie czegoś lub kogoś 

szukając. W końcu zawiesiła wzrok na swoim celu. Uśmiechnęła się tajem-

background image

20 

 

niczo, a następnie wykonując głową kilka ruchów, które rozbujały jej zwią-
zane w długi kucyk włosy, ruszyła pewnie przed siebie. 
 

Tak właśnie płynąc eleganckim, a jednocześnie potężnym krokiem, 

poprawiła  jeszcze  pasek  swojego  czarnego  płaszcza,  a  potem,  jakby  od 
niechcenia, spojrzała w prawo. 
 

Stali tam Thomas i Mia. 

 

- Cześć jeszcze raz - rzekła do nich, nie zwalniając kroku nawet 

na milisekundę. 
 

Chwilę później odwróciła głowę w drugą stronę. Tam z kolei znaj-

dowali się Toru i Ronnie.  
 

Ten  pierwszy  przywitał  ją skinieniem  głowy,  na  co  szybko  odpo-

wiedziała podniesioną dłonią i wesołym uśmiechem. 
 

Drugi z mężczyzn przyglądał się jej tylko z dziwnym, nieco drwią-

cym wyrazem twarzy, dlatego też po prostu go zignorowała. 
 

Zbliżając się już do obiektu swojego zainteresowania, zatrzymała 

się, pytając: 
 

- Wiadomo wreszcie, jak ten dziwak jest poskładany? 

 

Kate  ze  zdziwieniem  podniosła  głowę  znad  silnika  granatowej... 

własności Vica. Zupełnie nie dostrzegła momentu, w którym Nikki zjawiła 
się  w  hangarze.  Z  powodu  muzyki  wydobywającej  się  z  wozu  Ronniego, 
nie usłyszała również jej kroków. 
 

-  Cześć.  Właśnie  próbuję  się  w  tym  zorientować,  ale  kiepsko  mi 

idzie - odrzekła ze szczerym uśmiechem właścicielka stojącego nieopodal 
limonkowego BMW. - Myślę natomiast, że tobie pójdzie to dużo lepiej. 
 

-  No  nie  wiem  -  powiedziała  Nikki,  zbliżając  się  o  kolejne  dwa 

kroki do swojej rozmówczyni.  - Będąc w Palmont, myślałam o tym wozie 
kilka razy i nadal nie rozumiem, co ten cały Vic miał na myśli, budując go. 
 

- Czy chociaż on sam wie, co miał na myśli... - zaśmiała się Kate. 

 

- Pewnie nie. 

 

Po tych słowach Nikki umilkła, patrząc tylko na nią badawczo. 

 

Nastolatka  nieco  tym  zdziwiona,  przyjrzała  się  swojemu  ubraniu, 

które mogła niechcący poplamić smarem lub olejem pochodzącym z gra-
natowego wozu.  
 

Najpierw sprawdziła baseballową, czarną bluzę z białymi rękawa-

mi, a później niebieskie, jeansowe spodnie. Nigdzie nie dostrzegła nawet 
najmniejszej plamki. 

background image

21 

 

 

W końcu pomyślała, że może chodzić o twarz, a tego już niestety 

nie dało się sprawdzić inaczej, jak tylko pytając: 
 

- Jestem gdzieś brudna czy coś? 

 

- Nie. 

 

- Nie? To dlaczego tak na mnie patrzysz? 

 

- A tak sobie po prostu patrzę - odpowiedziała, śmiejąc się, Nikki. 

 

- Aha... 

 

- Nie gniewaj się. Czasami zdarza mi się tak zawiesić. Szczególnie 

kiedy się nad czymś zastanawiam. 
 

-  Absolutnie  się  nie  gniewam.  A  mogę  zapytać...  nad  czym  się 

zastanawiałaś? 
 

- Nad tym, czy uwierzysz mi, kiedy powiem ci, że stęskniłam się 

za tobą i że dobrze znów cię widzieć. 
 

-  Naprawdę  aż  tak  mnie  lubisz?  -  zdziwiła  się  Kate.  -  Nie  wiem, 

czy na to zasługuję - dodała z nieśmiałym uśmiechem. - Możliwe, że tobie 
również będzie trudno w to uwierzyć, ale cieszę się, że wróciłaś. 
 

- Obiecałam ci to. Pamiętasz? 

 

- Pamiętam. 

 

- Nikki, rozmawiałaś może dzisiaj z Clarencem? - zapytał Thomas, 

który pojawił się nagle obok nich. 
 

Kobieta spojrzała na niego z ukosa, próbując ukryć niezadowole-

nie z przerwanej rozmowy. 
 

- Nie, a co? 

 

- Zastanawiam się, gdzie jest. 

 

- Chłopaki nie wiedzą? 

 

- Nie. Ostatni raz wiedzieli go rano. 

 

- Cóż, ja też niestety nie pomogę ci w tej sprawie. 

 

W bramie hangaru rozległ się nagle warczący dźwięk silnika. 

 

- No i widzisz, twój problem sam się już rozwiązał - dodała Nikki, 

patrząc na wjeżdżającego do kryjówki Forda Mustanga. 
 

Niebawem mężczyzna wyłonił się ze swojego wozu, od razu ner-

wowo spoglądając na Mię, a później na Thomasa. 
 

Zamykając drzwi Mustanga, odwrócił się w stronę swoich kumpli. 

Przywitał ich poprzez podniesienie ręki, ruszając następnie ku wciąż stoją-
cej obok Kate Nikki. 
 

Zatrzymując się przed nią, rzekł z uśmiechem: 

 

- Cześć. Jak się masz? 

background image

22 

 

 

- Dobrze, dziękuję. A ty? 

 

- Teraz, kiedy już wreszcie cię zobaczyłem, znacznie lepiej. 

 

Nikki zaśmiała się głośno, po czym, jak wyuczona, zawiesiła się na 

jego szyi. 
 

Kate,  patrząc  na  to  z  odległości  nie  większej  niż  metr,  pokręciła 

głową z dezaprobatą. Spojrzała porozumiewawczo w stronę Ronniego. On 
również  obserwował  obściskującą  się  parę  z  dziwnym,  wyrażającym  po-
wstrzymywany wybuch śmiechu, wyrazem twarzy. 
 

Później  wzrok,  zupełnie  nieświadomie,  przeniosła  na  Thomasa. 

Jego  reakcja  na  tę  „scenę"  była  dokładnie  odwrotna.  Mocno  zaciśnięta 
szczęka  i  poszerzone,  rozognione  źrenice  wskazywały  na  skrajne  ziryto-
wanie. 
 

Nastolatka  była  tym  nieco  zaskoczona.  Wcześniej,  gdy  Clarence  

i Nikki bawili się w aktorstwo, podobnie jak Ronnie, śmiał się z tego albo, 
co zdarzało się jeszcze częściej - całkowicie to ignorował. Teraz natomiast 
wyraźnie go to rozgniewało. 
 

W końcu kierowca Mustanga odsunął się od Nikki, po raz kolejny 

podejrzliwie patrząc na lidera Smoków. 
 

Ten  jednak  w  porę  zmienił  minę  i  odpowiadając  mu  przyjaznym 

spojrzeniem, wyciągnął do niego dłoń. 
 

Clarence  ucieszył  się  z  tego  niezmiernie,  lecz  podchodząc  bliżej, 

nie zdążył nawet zareagować, a już znalazł się na podłodze. 
 

Potężny cios wymierzony w lewy policzek w ćwierć sekundy zwalił 

go z nóg. Spowodował też tak silne zaćmienie, że w oczach mieniły mu się 
naprzemiennie tylko całkowita ciemność i rażące, białe światło. 
 

Po  wyrwaniu  się  ze  wstępnego  szoku,  Toru  i  Ronnie  ruszyli  na 

pomoc przyjacielowi, jednak już po kilku krokach stanęli jak wryci przera-
żeni pojawieniem się na ich drodze Kate. 
 

Nastolatka  szybko  zorientowała  się,  jaką  pomoc  miał  na  myśli 

Thomas,  pisząc  do  niej  rano  wiadomość.  Właśnie  dlatego  natychmiast 
ogrodziła go od zbliżających się kumpli Razora, powstrzymując ich jedno-
cześnie słowami: 
 

- Nie radzę. 

 

Mężczyźni, mając w pamięci to, jak szybko i skutecznie poradziła 

sobie z ludźmi Minga, nie przesunęli się dalej nawet o centymetr. 
 

Chwilę  później,  najwyraźniej  również  pokonując  już  zdziwienie, 

zareagowała Nikki. Spojrzała na Thomasa surowo, krzycząc: 

background image

23 

 

 

- Co ty wyprawiasz?! Dlaczego go uderzyłeś?! 

 

- A ty się nie wtrącaj - odpowiedział jej, jednocześnie grożąc pal-

cem. 
 

Mężczyzna  przez  dłuższą  chwilę  krążył  wokół  swojej  ofiary,  ob-

serwując uważnie każdy jej nieporadny ruch. Po chwili zapytał: 
 

- Wiesz, za co dostałeś? 

 

- Tak, wiem - odpowiedział niewyraźnie Clarence. 

 

- No proszę, czyli przynajmniej zdajesz sobie sprawę, że źle zro-

biłeś. 
 

- Wytłumaczy mi ktoś wreszcie, o co tu chodzi, do cholery?  - nie 

dawała za wygraną Nikki. 
 

- Powiedziałem ci coś! - krzyknął gniewnie Thomas. - Zamknij się 

i przestań udawać idiotkę. Na pewno doskonale wiesz, co zrobił kilka dni 
temu. Przecież macie taką dobrą wymianę informacji... 
 

Wszyscy zamarli w bezruchu, słuchając z ciekawością i jednocze-

śnie  przerażeniem.  Owszem  -  Nikki  wiedziała,  dlaczego  jej  były  chłopak 
jest tak wściekły, ale dla innych ta sprawa wciąż pozostawała zagadką. 
 

- W ogóle to tak mnie oboje denerwujecie, że już dawno powinie-

nem  się  was  stąd  pozbyć  -  kontynuował  Thomas.  -  ale  macie  szczęście. 
Mia ma rację, mówiąc, że jesteście potrzebni w zespole. Tylko i wyłącznie 
dzięki temu, że udało się jej mnie do tego przekonać, zostaniecie - mówił, 
nadal  krążąc  wokół  już  bardziej  przytomnego  Clarence'a.  -  A  tobie  - 
zwrócił się do niego. - lepiej, żeby takie rzeczy więcej się nie zdarzały. 
 

- Nie miałem złych intencji, ale mimo wszystko, obiecuję się pil-

nować - odpowiedział mężczyzna, nadal pozostając na ziemi. 
 

- Bardzo dobrze. A teraz wstawaj. Mamy przed sobą sporo roboty 

- rzekł Thomas, a następnie wyciągnął do niego dłoń. 
 

Clarence  skorzystał  z  jego  pomocy,  a  stojąc  już  na  równych  no-

gach, zapytał spokojnie: 
 

- Od czego zaczynamy? 

 

- Od przeprowadzki do Rosewood. Samochody wracają do właści-

wej kryjówki. 
 

- Znów wezwiesz lawetę? 

 

- Już wezwałem. Dwie. Pojawią się tu niebawem. 

 

- A co jest w następnej kolejności? 

background image

24 

 

 

-  Trzeba  zrobić  porządek  z  Czarną  Listą.  Jeszcze  dzisiaj  w  nocy 

wyjeżdżamy  wszyscy  na  miasto.  Będziemy  hałasować  tak  długo,  aż  zjawi 
się śmigłowiec i jednostki stanowe. 
 

-  Poprzez  słowo  „wszyscy"  masz,  jak  się  domyślam,  na  myśli  te 

osoby, które chcą na tej liście się znajdować, prawda? - zapytała Nikki. 
 

-  Zgadza  się.  Czemu  pytasz?  Czyżbyś  nie  chciała  brać  w  tym 

udziału? 
 

- Nie chodzi o mnie. Nie wiem, czy wziąłeś to pod uwagę, ale jest 

środek tygodnia. Kate jutro rano musi być w szkole. Czy ten „wielki hałas" 
nie mógłby być zorganizowany w piątek albo w sobotę? 
 

- Bez urazy, Kate - zwrócił się teraz do niej Thomas. - ale zrobi-

łem to naumyślnie. 
 

- Jak to? Dlaczego? - zdziwiła się dziewczyna. 

 

- Wiem, że postanowiłaś jednak być na Czarnej Liście, ale musisz 

pamiętać,  że  to  bardzo  niebezpieczne.  Powinnaś  odpuścić,  przynajmniej 
na  razie,  tym  bardziej,  że  dziś  zrobi  się  spory  bałagan.  Nie  możesz  być 
znowu w to zamieszana. 
 

-  Rzeczywiście,  Thomas  ma  rację  -  stwierdziła  Nikki.  -  Lepiej, 

żeby policja nie interesowała się tobą aż tak bardzo. 
 

- Nie odpuszczę tego - oświadczyła Kate. - I tak nie uda się po-

godzić  bycia  na  Czarnej  Liście  z  ciągłym  ukrywaniem.  Trzeba  się  na  coś 
zdecydować i mimo niebezpieczeństwa, wybieram jednak Czarną Listę. 
 

- Jesteś tego całkowicie pewna? - zapytał Thomas. 

 

-  Tak,  a  to,  że  wyruszymy  na  miasto  w  nocy  wcale  mi  nie  prze-

szkadza. Myślę, że to nawet lepiej. Kto podejrzewałby, że ktoś, kto wcze-
śnie rano musi być w szkole, w nocy ucieka przed policyjnymi pościgami 
albo bierze udział w nielegalnych wyścigach samochodowych? Przecież to 
kompletne wariactwo - zaśmiała się dziewczyna. - Przeżyłam już coś po-
dobnego w niedzielę, więc dam radę jeszcze raz. 
 

- No dobrze. Skoro taką podjęłaś decyzję... pozostaje mi się tylko 

cieszyć - powiedział lider Smoków. - A teraz jeszcze ostatnie ustalenia. Na 
Czarnej Liście oprócz nas znaleźć się mają bracia de Silva, Frankie Bonds, 
a  i  pewnie  Joe  byłby  zainteresowany.  Musimy  im  wszystkim  dać  znać  
o naszych planach. Jeśli się zdecydują, będą mogli pojechać dzisiaj razem 
z nami. A jeśli chodzi o Joe, to najlepiej gdyby pojawił się tutaj już niedłu-
go. Najwyższa pora, by dowiedział się, że wciąż mam jego Vipera i wyje-

background image

25 

 

chał  nim  stąd  osobiście.  Zawsze  to  jeden  wóz  mniej  do  transportowania 
lawetą - zakończył z uśmiechem Thomas. 
 

- Ech, szkoda, że od razu go ze sobą nie zabrałem - rzekł Claren-

ce. - Widziałem się z nim jeszcze dwadzieścia minut temu. Pojadę po nie-
go. 
 

- OK. Tylko przyjdźcie możliwie jak najszybciej. 

 

-  Jasne  -  odpowiedział  mężczyzna,  kierując  się  już  do  swojego 

wozu. 
 

Na  drodze  do  Mustanga  znajdowali  się  jego  kumple.  Gdy  znalazł 

się już zaledwie trzy kroki od nich, Ronnie zapytał cicho: 
 

- Za co on ci tak przyłożył? 

 

- Nieważne - odrzekł szorstko właściciel samochodu. 

 

- Bardzo ważne - stwierdził Toru, próbując go jeszcze zatrzymać. 

 

- Porozmawiamy o tym później, OK? 

 

- W porządku. 

 

Po tej krótkiej rozmowie Clarence wyjechał z hangaru, a następnie 

ruszył na wschód, pozostawiając za sobą chmurę unoszącego się kurzu. 
 

- O co tu chodzi? - zastanawiał się Ronnie, spoglądając ukradkiem 

na już zdecydowanie mniej rozwścieczonego Thomasa. 
 

- Podejrzewam, że Clarence podwalał się do Mii - rzekł cicho To-

ru. 
 

- No co ty... Przecież on ewidentnie leci na Nikki. 

 

- A czy jedno stoi na przeszkodzie drugiemu? 

 

- No... w sumie nie - zgodził się Ronnie. 

 

Kilkanaście  minut  później  przed  wjazdem  do  hangaru  zjawiły  się 

zamówione przez Thomasa lawety. 
 

Podobnie jak poprzednim razem, tak i teraz samochody ukrywane 

były pod ogromnymi, czarnymi płachtami. 
 

Kiedy  pierwszy  z  transportów  został  przygotowany,  razem  z  nim 

do  Rosewood  udała  się  Mia.  Jadąc  za  lawetą  swoją  Mazdą,  nadzorowała 
trasę  przejazdu.  Później,  będąc  już  na  miejscu,  otworzyła  główną  bramę 
kryjówki,  dzięki  czemu  wozy  znalazły  się  na  specjalnie  przygotowanych 
dla nich miejscach. 
 

W  międzyczasie  do  w  połowie  opustoszałego  już  hangaru  wrócił 

Clarence. Tak jak życzył sobie Thomas, w kryjówce znalazł się również Joe. 
 

Mężczyzna był oczywiście niezwykle zadowolony z niespodzianki, 

którą zrobił mu lider Smoków. Bardzo szybko i bardzo chętnie zasiadł za 

background image

26 

 

kierownicą  swojego  dawnego  wozu,  a  kiedy  już  ostatni  z  samochodów 
znalazł się na lawecie, kierowcy opuścili hangar, udając się w stronę Rose-
wood. 
 

Dwie godziny później, gdy zapadła już całkowita ciemność, wszy-

scy wyścigowcy zainteresowani udziałem w rywalizacji Czarnej Listy zebrali 
się w głównym pomieszczeniu odnowionej kryjówki. 
 

Wśród nich znajdowali się Frankie Bonds, a także bracia de Silva, 

którzy  z  największą  chyba  pasją  wychwalali,  jak  świetnie  urządziły  się 
Smoki. 
 

-  Przepiękny  macie  ten  klub.  Mamy  nadzieję,  że  będziemy  mogli 

częściej tutaj gościć. 
 

-  Oczywiście.  Zawsze  będziecie  mile  widziani  -  zapewniał  ich 

Thomas. 
 

Wkrótce kierowcy wyjechali z klubu. 

 

Jadąc w niekończącej się kolumnie wozów, kierowali się na wschód 

- ku granicy Rockport i San Pedro. W ten sposób chcieli odciągnąć uwagę 
policji od Rosewood i jednocześnie pokazać, że są ugrupowaniem wyści-
gowców, które nie ogranicza się tylko do jednego miasta, ale prawdopo-
dobnie już niedługo będzie sławne w całym stanie. 
 

Thomas, jako prowadzący drużynę, zatrzymał się na skrzyżowaniu 

West Anaheim Street z Oregon Avenue. Obok jego BMW ustawiły się rów-
nież wozy Ronniego i Kate. 
 

-  Kto  pierwszy  po  drugiej  stronie  mostu?  -  zapytał  z  radością  

w głosie poprzez zespołowy komunikator. 
 

- Jasne - ucieszył się kierowca Astona. 

 

- Na zielonym? - zapytała Kate. 

 

- Na zielonym - potwierdził lider Smoków. 

 

-  Zaraz,  zaraz,  a  my?  -  zapytała  Nikki  w  imieniu  swoim  i  innych 

wyścigowców znajdujących się z tyłu. 
 

- Oczywiście też możecie się ścigać - odrzekł Thomas. - Chociaż 

wątpię, żebyście mogli coś zdziałać, startując z drugiej albo trzeciej linii. 
 

- A to się jeszcze okaże… 

 

- Nikki wam zaraz pokaże, jak się jeździ - zaśmiał się Ronnie. 

 

- A ty nie cwaniakuj  tam z przodu, bo ciebie wezmę jako pierw-

szego - odgrażała się kobieta. 
 

W  końcu  nad  ulicą  zapaliło  się  zielone  światło.  Szarańcza  wozów 

wyrwała do przodu, pozostawiając za sobą liczne ślady spalonej gumy. 

background image

27 

 

 

Na prowadzeniu trzymały się wozy, które ruszyły z pierwszej linii. 

Najszybszym  z  nich  wydawał  się  być  Thomas,  jednak  Kate  i  Ronnie  nie 
dawali za wygraną. Jadąc slalomem pomiędzy poruszającymi się pojedyn-
czo po moście autami, próbowali zrównać się z liderem zespołu. 
 

Właścicielka limonkowego BMW wjechała na jego pas, zmniejszając 

tym samym opór powietrza. Szybko go dogoniła i redukując bieg, ponow-
nie zmieniła tor jazdy, by go wyprzedzić. 
 

Ronnie  próbował  być  równie  sprytny,  jednak  okazało  się,  że  na 

tylnym  zderzaku  ma  już  Forda  Nikki.  Kobieta  prawie  najechała  na  jego 
Astona,  gdy  w  ostatniej  chwili  odbiła  w  prawo  i  podobnie  jak  wcześniej 
Kate, znalazła się za BMW Thomasa. 
 

Ten spodziewał się, że zaraz i on zostanie wyprzedzony, tym bar-

dziej, że Nikki to specjalistka w draftingu - nie tylko jako prowadzący, ale 
również prowadzony. 
 

Próbując ją więc oszukać, zjechał gwałtownie na inny pas, lecz już 

za  późno.  Nikki  osiągając  maksymalną  prędkość,  w  ten  sposób  została 
tylko dodatkowo przez niego wystrzelona. 
 

Wysuwając się przed obu panów, jej celem była teraz Kate. 

 

Dziewczyna spojrzała w boczne lusterko. Ford GT zbliżał się do jej 

wozu  tak  błyskawicznie,  że  chyba  już  tylko  rakieta  kosmiczna  byłaby  
w stanie poruszać się szybciej. Z drugiej strony… w tym pojedynku może 
sprawdzić się odpowiednia strategia. 
 

Kate,  wymijając  kolejnego  uczestnika  ruchu  drogowego,  płynnie 

wykonanym skrętem zjechała na inny pas. W ten sposób pozostawiła Nikki 
wolną drogę, by dać się wyprzedzić. 
 

Kobieta chętnie z tego skorzystała, ciesząc się ze zdobytego pro-

wadzenia. 
 

- I było tyle gadać, Ronnie? - zapytała. 

 

- Jeszcze mogę cię dogonić - odpowiedział. 

 

- Czekam. 

 

Niebawem właścicielka BMW, zupełnie niewinnie, tak po prostu po 

raz kolejny wymijając jadące mostem auta, znalazła się na pasie Nikki. 
 

Przez  chwilę  utrzymywała  się  w  około  pięćdziesięciometrowym 

dystansie, jednak wiedząc świetnie, że koniec mostu zbliża się nieuchron-
nie, przyspieszyła, by skorzystać ze strumienia zmniejszonego oporu po-
wietrza ciągnącego się za Fordem. 

background image

28 

 

 

Gdy limonkowy wóz zaczął w lusterkach stawać się coraz większy  

i wyraźniejszy, Nikki zorientowała się, że została przechytrzona. 
 

- Ty przebiegła bestio! - krzyknęła, śmiejąc się. 

 

-  Pa,  pa,  Nikki.  Dzięki  za drafting!  -  odpowiedziała radośnie  na-

stolatka. 
 

BMW  wyprzedziło  Forda  na  kilkadziesiąt  metrów  przez  końcem 

mostu, nie pozostawiając już najmniejszych szans na kontratak. 
 

- Ha ha ha - śmiał się głośno Ronnie. - No cóż, Nikki, przykro mi, 

ale  wychodzi  na  to,  że  nie  jesteś  tą  najbardziej  cwaną  osobą  w  naszym 
zespole. 
 

- Nawet nie wiesz, jak bardzo się cieszę, że ty też nią nie jesteś. 

 

- Gratulacje, Kate - odezwał się Thomas. - Po raz kolejny pokazu-

jesz, że nie ma z tobą żartów. 
 

- Dzięki - odpowiedziała dziewczyna, zatrzymując się właśnie na 

pierwszym skrzyżowaniu za mostem. - Gdzie jedziemy teraz? 
 

- Dwie albo trzy przecznice dalej powinien być taki nieduży par-

king po lewej stronie. Tam zrobimy sobie zlot. 
 

Kilka  chwil  później  wyścigowcy  ponownie  ruszyli  przed  siebie, 

zatrważająco hałasując wszyscy silnikami swoich wozów. 
 

- O, proszę, Santa Fé Avenue. - Ucieszyła się Nikki, gdy kolumna 

zbliżała się do kolejnego już skrzyżowania. - Czy to przypadkiem nie ten 
parking? - zapytała, patrząc na nieduży plac znajdujący się tuż przy ulicy. 
 

- Tak, to tutaj - potwierdził Thomas. - Skręcamy. 

 

Na parkingu nie było nawet jednego auta. Nie mając już od kilku-

nastu miesięcy żadnego właściciela ani budynku, do którego byłby przypi-
sany, od rana do wieczora świecił pustkami. W nocy, naturalnie rzecz bio-
rąc, tym bardziej nie należało się tu kogokolwiek spodziewać. 
 

Dlatego  właśnie  członkowie  zespołu  Smoków  mieli  teraz  wolną 

rękę,  by  dowolnie  korzystać  ze  znajdującej  się  tutaj  przestrzeni.  Ustawili 
się więc w rzędach, po dwóch przeciwnych stronach placu. 
 

W  jednym  z  nich  znalazły  się  czarne  Chevrolety  braci  de  Silva, 

Viper Joe i Mustang Clarence’a. W drugim rzędzie - odrobinę liczniejszym 
- zaparkowali Frankie, Thomas, Mia, Kate, Nikki, Toru i Ronnie. 
 

Kierowcy opuścili swoje wozy, zbierając się na środku wokół Tho-

masa. 
 

- Tutaj będziemy mieli bazę - zaczął. - Musimy cały czas przeby-

wać  w  jednym  miejscu,  żeby  ułatwić  policji  szybkie  znalezienie  nas.  Nie 

background image

29 

 

będziemy jednak  siedzieć bezczynnie, tylko i wyłącznie czekając, aż ktoś 
zgłosi  nasz  zlot.  To  mogłoby  być  niewystarczające,  żeby  zwabić  choćby 
jeden radiowóz. Urządzimy sobie zawody drag. W stronę mostu i z powro-
tem. 
 

-  Świetnie  - ucieszył  się jeden  z  bliźniaków.  -  Jeśli  założymy,  że 

ścigamy  się  do  ostatniego  skrzyżowania  przed  wjazdem  na  most,  to  bę-
dzie akurat jakieś czterysta metrów. 
 

-  Pojedynki  jeden  na  jeden,  czy  dwa  na  dwa?  -  zapytał  drugi  

z nich. 
 

- Jak  komu pasuje. Dzisiejsze wyścigi mają  przede wszystkim na 

celu  zwabienie  policji.  Jeśli  jednak  ktoś  ma  pragnienie  pościgać  się  na 
poważnie, to nie widzę przeszkód. 
 

- W takim razie my z bratem zaraz wyjeżdżamy na ulicę. Kto chce 

sobie z nami pojeździć, to zapraszamy. 
 

-  Ja  się  zgłaszam.  Trzeba  się  trochę  rozruszać  -  powiedział  Joe, 

strzelając  kośćmi  w  palcach  dłoni.  -  I  przede  wszystkim  zobaczyć,  czy 
wciąż pamiętam, jak jeździ się tym potworem  - dodał, spoglądając z za-
dowoleniem na zielonego Vipera. 
 

- Ja też się chętnie przejadę - oświadczył Clarence. 

 

-  No  to  mamy  już  komplet  do  pierwszej  rundki  -  podsumował  

z ekscytacją jeden z de Silvów. 
 

Umówieni kierowcy wyjechali na ulicę, ustawiając się na skrzyżo-

waniu.  Wkrótce  wypruli  w  stronę  mostu  prowadzącego  do  północno-
zachodniej części Rockport. 
 

Reszta  wyścigowców  obserwowała  ich  start  z  parkingu.  Nie  było 

żadnych niespodzianek - najszybciej po trójpasmowej, prostej ulicy poru-
szali się właściciele czarnych Chevroletów.  
 

Trudno  było  jednak  określić,  czy  równie  skuteczni  byli,  zbliżając 

się  już  do  linii  mety. A  może  Joe  lub  Clarence’owi  udało  się  ich  wyprze-
dzić? Niestety z perspektywy osób pozostających na placu nie było możli-
we odpowiedzenie sobie na to pytanie. 
 

- Mam nadzieję, że nie narobisz sobie jakichś problemów w szkole 

-  powiedziała  niespodziewanie  Nikki,  zatrzymując  się  obok  obserwującej 
wyścig Kate. 
 

- A dlaczego miałabym mieć jakieś problemy w szkole? - zapytała 

ze zdziwieniem nastolatka. 

background image

30 

 

 

-  Ja  wiem,  że  jednodniowa  nieobecność  to  jeszcze  nie  koniec 

świata, ale gdybyś miała jakiś test, czy ważne zajęcia… 
 

- Nie, nie, spokojnie. Poza tym mam zamiar być w szkole. 

 

- Naprawdę? Przecież będziesz się przewracać ze zmęczenia. 

 

- Nic z tych rzeczy. Jestem bardzo wytrzymałym człowiekiem. Nie 

martw się o mnie. 
 

- Skoro tak mówisz… Gratuluję wygranego wyścigu. 

 

- Dziękuję. Udało mi się cię przechytrzyć - cieszyła się Kate. 

 

-  Tak  właśnie  jest  w wyścigach.  Trzeba  mieć  nie  tylko  talent,  ale 

być też sprytnym. 
 

Do rozmawiającej dwójki zbliżył się Thomas. 

 

-  Nikki,  przepraszam  za  swoje  zachowanie  w  Wilmington  -  rzekł 

bez  zbędnego  wstępu.  -  Byłem  zdenerwowany,  trochę  mnie  poniosło. 
Strasznie chamsko się do ciebie odezwałem. Naprawdę, przepraszam, nie 
chciałem cię urazić - tłumaczył się, patrząc na nią oczami wręcz błagają-
cymi o litość. 
 

- Nie gniewam się - odpowiedziała krótko. 

 

- Na pewno? 

 

- Tak, na pewno. 

 

Thomas uśmiechnął się, z ulgą wypuszczając powietrze z ust. 

 

- To świetnie - podsumował, po czym ponownie udał się w stronę 

swojego wozu. 
 

Kiedy oddalił się wystarczająco daleko, Nikki powiedziała: 

 

- Rzeczywiście jest trochę chamski. Już drugi raz dzisiaj przerwał 

nam rozmowę - zaśmiała się. 
 

-  Tym  razem  można  wybaczyć.  Przeprosiny  to  ważny  powód  - 

stwierdziła Kate. - Czy ty masz jakieś szczegółowe informacje, za co mógł 
przyłożył Clarence’owi? 
 

-  Nie  wiem,  czy  to  są  szczegółowe  informacje,  ale  mam  mocne 

podejrzenia.  Podobno  miał  w  niedzielę  trochę…  niefortunne  pożegnanie  
z Mią. 
 

- „Niefortunne”, mówisz? 

 

- Pocałował ją w policzek, czy coś takiego, a ona potężnie się o to 

wkurzyła. 
 

Na  skrzyżowaniu  koło  parkingu  ponownie  zjawiły  się  wozy  braci 

de Silva, Joe i Clarence’a. 

background image

31 

 

 

- Zrywne mają te furki - rzekła Nikki, patrząc na dwa identyczne 

Chevrolety Chevelle - ale można je pokonać. Nawet na tym czterystume-
trowym odcinku. 
 

- Naprawdę? - zainteresowała się tym stwierdzeniem Kate. - Pew-

nie draftując? 
 

-  To  też,  ale  można  to  zrobić  również  w  pojedynkę.  Myślę  teraz  

o  twoim  wozie.  Ma  odpowiednio  skonstruowany  silnik  i  sprzęgło,  a  przy 
tym butlę z podtlenkiem, który bardzo skutecznie podnosi obroty na ni-
skich biegach. Możesz wyrwać ze startu równie szybko jak oni. 
 

- Powiesz mi, jak to zrobić? 

 

-  Jasne.  Jeśli  tylko  zdecydujesz  się  na  pojedynek  z  nimi,  pojadę 

razem z tobą i będę cię instruować z miejsca pasażera. 
 

Gdy ścigający się przed chwilą mężczyźni zjechali na parking, Kate 

natychmiast udała się w ich stronę, by zapytać o miejsce w kolejnej run-
dzie. 
 

-  Możesz  jechać  za  mnie  -  rzekł  Clarence.  -  Ty,  Joe,  ścigaj  się 

dalej. Nie potrafiłbym odebrać ci przyjemności z jazdy świeżo odzyskanym 
wozem. Poza tym, mnie zupełnie nie idzie. Szkoda nawet marnować ener-
gię. 
 

Już  podczas  wyjazdu  na  ulicę,  Nikki  zaczęła  tłumaczyć,  na  czym 

polega jej pomysł: 
 

-  Te  Chevrolety  mają  potężne  silniki,  choć  z  drugiej  strony  nie 

powinniśmy popadać w przesadę. Mogą mieć najwyżej siedem lub siedem  
i  pół  tysiąca  obrotów  na  minutę.  Twój  silnik  ma  obecnie  sześć  tysięcy 
osiemset  obrotów  na  minutę.  Niewiele  ci  do  nich  brakuje,  a  w  dodatku 
możesz to zadrobić odrobiną podtlenku. 
 

- No dobra, to co mam robić? 

 

- Przede wszystkim odblokuj już dopływ gazu z butli. 

 

- W porządku - rzekła Kate, przesuwając odpowiedni suwak. 

 

-  Lewa  ręka  cały  czas  na  kierownicy.  Musisz  pilnować  kciukiem 

aktywatora,  bo  będzie  to  trzeba  robić  bardzo  szybko.  Prawa  ręka  na  le-
warku. 
 

- Co dalej? 

 

- Teraz wykorzystany twój styl ruszania. Będzie w tym przypadku 

bardzo skuteczny. Kiedy włączy się żółte światło, puszczaj płynnie sprzę-
gło do tego momentu, aż przód maksymalnie się uniesie, a drganie całego 
wozu będzie go już prawie wyrywało z miejsca. Kiedy natomiast zobaczysz 

background image

32 

 

zielone  światło, wciśnij  gaz  prawie  do  samego  końca i  jednocześnie  użyj 
podtlenku. Przytrzymaj aktywator mniej więcej przez sekundę. 
 

- Dlaczego gaz tylko PRAWIE do samego końca? 

 

-  Bo  zamiast  od  razu  wyrwać  do  przodu,  będziesz  palić  gumę. 

Posłuchaj jeszcze raz. Gaz i aktywator podtlenku jednocześnie. Na jedynce 
ten zabieg spowoduje, że po bardzo krótkiej chwili będzie trzeba zmienić 
bieg. Później możesz już wciskać gaz do ziemi. Po każdej zmianie używaj 
też  podtlenku.  Wyciągaj  obrony  ponad  sześć  tysięcy  i  znowu  zmieniaj 
bieg. 
 

- Co z wysokimi biegami? 

 

- Użyj drugiej  butli albo skorzystaj  z tej, tylko wtedy dłużej wci-

skając aktywator. 
 

- No dobra, chyba już wiem, co i jak. 

 

Na  ulicę  wyjechali  pozostali  kierowcy.  Wszyscy  ustawili  się  obok 

siebie, oczekując na znak do startu. 
 

Zapaliło się żółte światło. Kate płynnym ruchem podnosiła nogę ze 

sprzęgła,  pamiętając  jednocześnie  o  innych  czynnościach,  które  zaraz 
będzie musiała wykonać. 
 

W końcu, gdy zapaliło się zielone, wcisnęła gaz i aktywator  pod-

tlenku.  Jej  auto  wyleciało  ze  startu  nawet  szybciej  niż  czarne  Chevrolety. 
Tracąc  odrobinę  na  przyczepności,  przejechało  kilkanaście  metrów  deli-
katnym slalomem, choć na szczęście w ogóle nie ponosząc strat na przy-
spieszeniu. 
 

Nastolatka  wbiła  kolejny  bieg.  Używanie  podtlenku  wywoływało 

głośny świst. Wyciąganie ponadsześciotysięcznych obrotów silnika powo-
dowało przenikliwe jego warczenie. Wóz coraz szybciej pruł przed siebie. 
 

Jadąc już na piątce, obroty rosły powoli, dlatego Kate użyła dopły-

wu dopalacza z drugiej butli. 
 

-  Czekaj  na  sześć  i  pół  tysiąca  obrotów  i  dopiero  zmień  bieg  - 

poleciła Nikki. 
 

- Przecież spalę silnik. 

 

- Nie spalisz. Trzymaj, inaczej mogą cię jeszcze dogonić. 

 

Nikki obserwowała w lusterkach, gdzie znajdują się bracia de Silva. 

Równie często spoglądała też na deskę rozdzielczą pędzącego na pierw-
szej pozycji BMW. 
 

- Są bardzo blisko. Trzymaj jeszcze na piątce. 

 

- Jest już sześć tysięcy trzysta. 

background image

33 

 

 

- Wciąż się rozpędzasz, trzymaj. 

 

Silnik BMW już nie tylko warczał, ale wręcz wył. Samochody braci 

de  Silva  coraz  wyraźniej  zostawały  z  tyłu.  Ich  kierowcy  wyciągnęli  z  nich 
już wszystko. 
 

- I teraz, sześć! - krzyknęła Nikki. 

 

Kate  zręcznie  wcisnęła  sprzęgło,  błyskawicznie  zmieniła  bieg  

i  ponownie  nacisnęła  na  pedał  gazu.  Użyła  jeszcze  dopływu  podtlenku  
z drugiej, wysokobiegowej butli i już  po krótkiej chwili przekroczyła linię 
ostatniego skrzyżowania znajdującego się przed mostem. 
 

De Silvowie przegrali o dobre dwie lub nawet trzy sekundy. 

 

- Jest! - krzyknęła Kate, nawracając BMW ślizgiem. 

 

- Brawo! - pochwaliła ją Nikki. - Widzisz, udało się! 

 

- Mój Boże, wydawało mi się, że ten biedny silnik zaraz wyskoczy 

spod maski, a ty mówisz „Trzymaj jeszcze na piątce”. A gdyby jednak się 
spalił? 
 

- Nie ma szans. Silnik w twoim wozie jest dokładnie taki sam jak 

ty. 
 

- To znaczy? 

 

- Bardzo wytrwały - zaśmiała się Nikki. 

 

Kierowcy wrócili na parking. Wszyscy podchodzili do Kate, by po-

gratulować jej zwycięstwa nad legendarnymi drag-mistrzami  - braćmi de 
Silva. 
 

Oni również pogratulowali właścicielce BMW, choć wyraźnie zasko-

czeni  byli  jej  wyczynem.  Pokonanie  ich  w  wyścigach na  czterysta  metrów 
nie udało się nikomu już od kilku lat. Teraz okazało się nagle, że istnieje 
taki kierowca i taki wóz, które są w stanie skutecznie z nimi konkurować. 
 

Gdy  grono  gratulujących  i  podziwiających  już  nieco  się  przerze-

dziło, Nikki podeszła do Kate, mówiąc: 
 

- Drugi wyścig dzisiaj wygrany. 

 

- Zasadniczo zarówno teraz, jak i wcześniej udało mi się to zrobić 

dzięki tobie. 
 

- Właśnie na taki wniosek liczyłam. 

 

Właścicielka  BMW  nie  odpowiedziała,  nie  wiedząc,  do  czego  wła-

ściwie  dąży  jej  rozmówczyni.  Przyglądała  się  jej  tylko  z  poważną  miną, 
czekając na kontynuację tej tajemniczej wypowiedzi. 

background image

34 

 

 

- Jeżeli mi tylko na to pozwolisz, nauczę cię jeszcze wielu rzeczy. 

Trzymaj się tylko blisko mnie  - dodała prawie szeptem, po czym wsiadła 
do swojego wozu. 
 

Kate  doznała  delikatnego  szoku.  Stojąc  bez  ruchu,  zastanawiała 

się nad zachowaniem Nikki. „Zna się na ogromie rzeczy związanych z me-
chaniką i tuningiem. Drafting i inne techniki stosowane podczas wyścigów 
ma w jednym palcu. Dlaczego nie korzysta z tej wiedzy, by pomóc sobie? 
Dlaczego to ze mnie robi zwycięzcę? Zresztą już nie pierwszy raz…” 
 

Przemyślenia  nastolatki  nie  trwały  jednak  długo.  Z  oddali  roz-

brzmiewać zaczęły policyjne syreny. 
 

-  Chyba  wreszcie  będziemy  mieli  towarzystwo!  -  krzyknął  Tho-

mas. - Wszyscy do samochodów! 
 

Wkrótce  obok  parkingu  zjawiły  się  trzy  radiowozy.  Wyścigowcy 

wyjechali  szybko  na  ulicę, kierując  się  w  głąb  miasta.  Jednostki  policyjne 
ruszyły za nimi. 
 

Przejeżdżając przez kolejne skrzyżowania łączące różne przeczni-

ce  z  Santa  Fé  Avenue,  kierowcy  sukcesywnie  zbliżali  się  do  Los  Angeles. 
Wiedzieli bowiem, że robienie bałaganu w centrum stanu najszybciej ścią-
gnie na nich uwagę policji, a może nawet telewizji. 
 

Bycie członkiem Czarnej Listy wiąże się nie tylko z pościgami, ale 

również ze swego rodzaju sławą, którą najszybciej budują właśnie media. 
 

Do  ścigających  kolumnę  sportowych  wozów  dołączały  kolejne 

jednostki. Wśród nich ciężkie SUV-y i najnowsze Dodge Chargery. Gnały za 
wyścigowcami, utrzymując się w bliskiej odległości. 
 

Ci  jednak  nadal  oczekiwali  na  śmigłowiec,  który  biorąc  udział  

w  akcji,  zawsze  jest  najbardziej  precyzyjny  w  przekazywaniu  do  centrali 
informacji o pościgu. 
 

Thomasowi i jego wspólnikom zależało na tym, by ich wozy zosta-

ły  dokładnie  opisane,  a  tym  samym  zdemaskowane  jako  należące  do 
członków dawnej Czarnej Listy. Tylko w ten sposób mogli doprowadzić do 
pełnego jej odrodzenia. 
 

Kolejne minuty mijały, a zamiast helikoptera, na ulicach pojawiało 

się  coraz  więcej  różnego  rodzaju  radiowozów.  Niektóre  z  nich  po  prostu 
dołączały do pościgu, inne starały się blokować drogę. 
 

Wszystkie te działania szły jednak na nic. Pędząc przez miasto tak 

liczną  grupą,  wyścigowcy  nie  obawiali  się  nawet  rozstawianych  blokad. 
Będąc jak jeden, wielki czołg, zmuszali do zjazdu ze swojej drogi nie tylko 

background image

35 

 

zwykłych  cywili,  ale  też  samą  policję.  Nikt  nie  chciałby  się  zderzyć  z  tak 
ogromną  i  rozpędzoną  masą.  Oznaczałoby  to  przecież  natychmiastową 
śmierć. 
 

Kierowcy wciąż jechali na północ, jednak znajdując się już nieopo-

dal Los Angeles, postanowili nie wjeżdżać do miasta, a krążyć wokół nie-
go. 
 

Z  czasem  pojawił  się  upragniony  śmigłowiec.  I  to  nie  jeden.  Ma-

szyny zmieniały się co jakiś czas, najwyraźniej starając się za wszelką cenę 
zachować nieprzerwaną, powietrzną kontrolę nad pościgiem. 
 

Odkryto już zapewne, że biorą w nim udział nie byle jacy kierowcy, 

a sami „Najbardziej Poszukiwani” i ich najbliżsi współpracownicy. 
 
 

*** 

 
 
 

Cross  odłożył  dokumenty  na  bok,  wystawiając  nogi  na  biurko. 

Odetchnął, przeciągając się leniwie w fotelu. 
 

Wreszcie udało mu się uporać z papierkową robotą. Czasami nie-

nawidził  swojej  pracy  za  to,  że  musi  się  tym  zajmować,  jednak  wtedy 
przypominał sobie szybko, że robi to wszystko po to, by móc łapać i wy-
mierzać  sprawiedliwość  wobec  kolejnych  przestępców.  Ta  myśl  wciąż  go 
napędzała. 
 

Do  jego  pokoiku  wpadł  nagle  komendant  rockporckiego  komisa-

riatu. Policjant ściągnął szybko nogi z biurka, jednak jego przełożony zdą-
żył już wszystko zarejestrować. Nie skomentował jednak tego zachowania, 
rzucając jedynie na biurko kolejną stertę dokumentów. 
 

- Koniec wakacji, Cross. Myślę, że te akta bardzo cię zainteresują. 

 

-  Od  kilkudziesięciu  miesięcy  nie  robię  już  praktycznie  niczego 

innego  poza  oglądaniem  akt.  Powiem  szczerze,  że  żadne  z  nich  jakoś 
szczególnie mnie nie porwały. Co jest takiego wyjątkowego w tych? - za-
pytał sierżant, wskazując na czarną okładkę, w której umieszczono około 
trzydziestu kartek białego papieru. 
 

- Sam zobacz. 

 

Policjant  chwycił  więc  w  dłonie  akta,  otwierając  je  od  razu  na 

pierwszej stronie. Jego oczy powiększyły się nagle. 

background image

36 

 

 

-  No  właśnie…  -  rzekł  komendant.  -  Wychodzi  na  to,  że  mamy  

w okolicy nie tylko Callahana, Sato i McCrea, ale również samego Thomasa 
Spidowskiego. 
 

- Jakie są rozkazy? 

 

-  Departament  Stanowy  postanowił  ponownie  powołać  Czarną 

Listę. Tym razem jednak będzie ona obejmować nie tylko nasze miastecz-
ko,  ale  cały  stan.  Znajdzie  się  również  na  niej  większa  liczba  kierowców. 
Mimo  to,  jak  sam  widzisz,  Spidowskiego  od  razu  wpisano  na  pierwszą 
pozycję. 
 

-  Nie  dziwię  się.  Ma  nakaz  zatrzymania  w  całym  kraju  -  rzekł 

Cross, kartkując dalej trzymane w dłoniach dokumenty. - Co to za gość na 
drugiej pozycji? 
 

- Nie mamy jego nazwiska, ale wiadomo, że jest liderem nieduże-

go, jednak bardzo popularnego zespołu wyścigowego w Los Angeles. Na-
zywają  się  Shark’s  Shakers  albo  w  skrócie  po  prostu  Sharks.  To  około 
dwudziestopięcioletni mężczyzna będący właścicielem czerwonego Mitsu-
bishi  Lancera  Evolution  VIII.  Blondyn,  dość  wysoki,  szczupły.  Bardzo  do-
brze jeździ i chyba jeszcze lepiej umyka przed radiowozami. Zgłoszony do 
bazy poszukiwanych już kilka lat temu. 
 

-  Poszukiwany  już  od  kilku  lat,  ale  wciąż  bez  ustalonego  nazwi-

ska? - dziwił się Cross. 
 

- Bardzo dobrze się kryje. 

 

- No tak… Callahan na trzeciej pozycji? Przecież odsiedział swoje. 

 

- Owszem, ale lista została zaktualizowała dzisiaj rano, a według 

tejże  aktualizacji,  nasz  drogi  Razor  ponownie  zasłużył  sobie  na  natych-
miastowe zatrzymanie. 
 

- Tak bardzo już zdążył narozrabiać? 

 

-  Tak,  i  nie  tylko  on.  Dzisiaj  w  nocy  przez  kilka  godzin  ścigano 

Spidowskiego, Callahana, Sato, McCrea, Joe Vegę, bliźniaków de Silva z San 
Pedro  i  jeszcze  kilku  innych  kierowców.  Wszyscy  oni  jeździli  w  jednym 
konwoju. Na sto procent założyli jakąś wspólną grupę - emocjonował się 
komendant. - Sprawdź wszystkie pozycje na Czarnej Liście, a odnajdziesz 
przynajmniej szczątkowe informacje na temat każdego z nich. 
 

Z  równie  dużą  ciekawością,  jak  i  strachem,  Cross  kontynuował 

przeglądanie  dokumentów.  Sprawdzał  każdą  pozycję  w  poszukiwaniu in-
formacji o Mii. Bał się, że policja mogła już odkryć jej tożsamość. W końcu 

background image

37 

 

jeździ swoim dawnym wozem. Pokojarzenie tych faktów nie powinno być 
dla nikogo trudne. 
 

Czwarta, piąta, szósta i siódma pozycja na liście - ludzie z zespo-

łu  Thomasa,  ale  na  szczęście  nie  Mia.  Osiem  -  jakiś  typ  z  Los  Angeles. 
Dziewięć i dziesięć - de Silvowie. Jedenaście - kierowca niezidentyfikowa-
ny,  wóz:  zielono-czarno-białe  BMW  Z4  M  Coupé.  Dwanaście  -  kierowca 
niezidentyfikowany, wóz: granatowe Mitsubishi Lancer Evolution VIII. Trzy-
naście  -  kierowca  niezidentyfikowany,  wóz:  bordowo-czarno-biały  Ford 
GT.  Czternaście  -  kierowca  niezidentyfikowany,  wóz:  czerwona  Mazda  
RX-8, zarejestrowana kiedyś w spisie wozów należących do Departamentu 
Policji w Rockport. 
 

-  To  jest  dziwny  przypadek  -  powiedział  komendant,  widząc,  że 

Cross  również  zatrzymał  się  teraz  przy  tej  pozycji.  - Ktoś  nie  tak  dawno 
temu wykupił ten wóz z  naszego parkingu. Oczywiście teraz okazuje się, 
że  dane  nabywcy  są  fałszywe,  więc  nie  mamy  szans  dowiedzieć  się,  kto  
i po co kupił to auto. Jedno jest pewne - jego kierowca jest teraz częścią 
tego  wielkiego  przedsięwzięcia,  które  prawdopodobnie  nadzorowane  jest 
przez Spidowskiego albo Callahana. Swoją drogą… przecież oni chyba się 
nigdy  nie  lubili.  Przynajmniej  takie  docierały  do  mnie  plotki.  Zresztą,  to 
bez znaczenia. 
 

Cross  milczał.  Bał  się  powiedzieć  choćby  jedno  zdanie.  Za  dużo 

wiedział. Coś mogłoby mu się niechcący wymsknąć. Zarówno na temat Mii, 
jak i relacji pomiędzy Thomasem a Clarencem. 
 

- Z pozycją trzynastą też jest mały problem. Podobno ten wóz jest 

bardzo dobrze znany w stanie Nowy Meksyk. Pewnie to jakiś znajomy Spi-
dowskiego, ale mimo współpracy z tamtejszym departamentem, wciąż nie 
mamy dokładnych informacji o kierowcy. 
 

Cross  je  miał,  ale  nadal  milczał.  Patrzył  tylko  w  ciągnącą  się 

znacznie dalej listę poszukiwanych kierowców. 
 

- Co tak nic nie mówisz, Nathan? 

 

-  Przepraszam,  panie  komendancie,  po  prostu  zastanawiam  się 

nad tym wszystkim. 
 

- Nie będę ukrywał - jest się nad czym zastanawiać - zgodził się 

policjant. - Sporo tu niespodzianek i zagadek. Ogólnie rzecz biorąc, mamy 
spory problem. Może ty to lubisz, ale ja te trzy lata temu miałem już ser-
decznie dosyć tych wszystkich wyścigowców. Jeśli znowu będzie się trzeba 
nimi zajmować, chyba się wykończę - narzekał. 

background image

38 

 

 

-  Niech  się  pan  nie  martwi.  Przynajmniej  znowu  będziemy  mieli 

lepsze pensje - pocieszył przełożonego Cross. 
 
 

*** 

 
 
 

- Nie sądziłem, że tak sprawnie wam to pójdzie - rzekł policjant, 

rozmawiając z Thomasem i Mią w ich domu. 
 

- My też nie. Dobrze, że postanowiłeś nas wtajemniczyć w szcze-

gółowe plany policji - odpowiedział mężczyzna. 
 

-  Z  tego,  co  udało  mi  się  dowiedzieć,  i  tak  powstanie  osobna, 

mniejsza lista dla Rockport, ale to nie zmienia faktu, że teraz, po waszej 
wczorajszej reklamie pod Los Angeles, będzie was ścigać policja z całego 
stanu. 
 

- Świetnie - podsumował z radością Thomas. 

 

- A jak pozostałe sprawy, np. odnowiona kryjówka? 

 

-  Samochody  są  już  na  miejscu.  Pamiętam  jednak,  co  mi  powie-

działeś. Z większymi akcjami trzeba zaczekać, aż wyniesie się stąd komi-
sariat. 
 

-  To  już  niebawem  -  odrzekł  Cross,  upijając  kolejny  łyk  kawy.  -  

A  tymczasem  lepiej  rzeczywiście  uważać.  Szczególnie  teraz,  kiedy  już 
wiedzą o waszej obecności. 
 

- A jeśli już jesteśmy przy Czarnej Liście, to będziemy potrzebo-

wali twojej pomocy - powiedziała Mia. 
 

- Słucham, co mogę dla was zrobić? 

 

- Potrzebujemy dostępu do aktualnej bazy danych policji. Mógłbyś 

kiedyś  pożyczyć  nam  na  kilkanaście  minut  swojego  nowego  Smart  
Displaya? 
 

-  No  pewnie,  ale  nie  potrzebujecie  przypadkiem  jakiegoś  stałego 

punktu dostępu? 
 

-  Owszem,  i  właśnie  do  tego  jest  nam  potrzebne  na  parę  chwil 

twoje urządzenie. 
 

- Ale co wam to da? 

 

- Kate skopiuje adres bazy danych na inne urządzenie i to z niego 

będziemy już później korzystać. 

background image

39 

 

 

- Ach… ta wasza hakerka Kate… No dobrze, powiedziecie mi tyl-

ko,  kiedy  przywieść  do  was  to  ustrojstwo  -  zgodził  się  policjant.  -  Przy 
okazji  przypomniała  mi  się  jedna  rzecz.  Na  razie  policja  nie  podejrzewa, 
że  to  ty  jeździsz  tą  Mazdą  wykupioną  kiedyś  z  departamentu.  Nie  wiem, 
jakim  sposobem  jeszcze  na  to  nie  wpadli,  bo  przecież  wydaje  się,  że  to 
najbardziej  oczywisty  trop.  Tak  czy  inaczej,  masz  na  razie  czyste  konto. 
To znaczy… jesteś na Czarnej  Liście, ale nikt nie wie, że to ty.  Podobnie  
z resztą ma się sprawa w przypadku Kate i Nikki. 
 

- Nikki też? - zdziwił się Thomas. - Przecież ona ma całą kartote-

kę w Nowym Meksyku. 
 

- Też mnie to zaskoczyło - przyznał policjant. - Wychodzi na to, 

że komunikacja pomiędzy poszczególnymi departamentami jest całkowicie 
nieudolna. 
 

-  Jak  oni  chcą  prowadzić  te  notowania,  jeśli  sami  nie  wiedzą,  

z  jakimi  kierowcami  mają  do  czynienia…  -  skrytykował  Thomas,  kręcąc 
głową. 
 

- A że tak zapytam z ciekawości. Słyszałem, że goniło was wczoraj 

pół  Los  Angeles.  Jakim  sposobem  udało  się  wam  w  końcu  pozbyć  tego 
pościgu? 
 

-  Po  prostu  każdy  pojechał  w  swoją  stronę  -  odrzekła  z  uśmie-

chem  Mia.  -  Rozdzielając  się,  zmusiliśmy  ich,  żeby  i  oni  się  rozdzielili. 
Wtedy  już  całkiem  się  pogubili  i  było  po  sprawie.  - dodała,  unosząc  fili-
żankę w kawą do ust. 
 

- Moment - powiedział głośno Cross, patrząc na jej dłoń. - Co ty 

tam masz za białe świecidełko na tej ręce? 
 

Thomas uśmiechnął się nieśmiało, spoglądając porozumiewawczo 

na Mię. 
 

Dziewczyna  wyciągnęła  lewą  rękę  do  policjanta,  by  ten  mógł  do-

kładniej przyjrzeć się interesującemu go obiektowi. 
 

Ten  ujął  ją  delikatnie,  patrząc  z  radosnym  uśmiechem  na  biały 

brylancik  w  kształcie  kwiatu  lilii,  który  przymocowany  był  do  złotej  ob-
rączki znajdującej się na palcu Mii. 
 

- Więc decyzja jest już podjęta? - zapytał, patrząc z zachwytem na 

pierścionek. 
 

- Tak - odpowiedział radośnie Thomas. - Planujemy wziąć ślub. 

 

-  Widzę,  Thomas,  że  wytrwale  dążysz  do  tego,  by  wszystko  

w twoim życiu było jasne i przejrzyste.