background image

ALFRED HITCHCOCK

TAJEMNICA 

JEZIORA DUCHÓW

 

PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW

(Przełożyła: ANNA IWAŃSKA)

background image

Kilka słów od Alfreda Hitchcocka

Czy zaciekawiłby Was wrak statku, który zatonął przed ponad stu laty? A piraci, wymarłe 

miasto i wyspa upiornych zjaw? Jeśli tak, to wybraliście właściwą książkę. Z tym wszystkim 
bowiem zetkną się jej bohaterowie, Trzej Detektywi.

W razie gdybyście dotychczas jeszcze ich nie poznali, pozwólcie, że Wam ich przedstawię. 

Przywódcą zespołu jest Jupiter Jones, chłopiec z pewną nadwagą. Można by nawet powiedzieć, 
że jest wręcz otyły. Niezależnie jednak od swej tuszy, Jupiter jest geniuszem logicznej dedukcji. 
Wysoki, muskularny Pete Crenshaw jest Drugim Detektywem. Często zrazu przeciwstawia się 
szalonym zamierzeniom Jupitera, ale w obliczu niebezpieczeństwa można na niego liczyć w stu 
procentach.   Trzeci   członek   zespołu   to   Bob   Andrews,   do   którego   obowiązków   należy 
gromadzenie   dokumentacji   i   dokonywanie   analiz.   Jest   drobniejszy   i   słabszy   od   dwóch 
pozostałych, ale nie ustępuje im odwagą.

Wszyscy trzej mieszkają w Rocky Beach — małym kalifornijskim mieście, położonym na 

wybrzeżu oceanu, o kilkanaście kilometrów od Hollywoodu. Główną siedzibą detektywów jest 
stara   przyczepa   kempingowa,   ukryta   na   terenie   składu   złomu   Jonesa.   Jest   to   przedziwna 
rupieciarnia,   która   należy   do   wujostwa   Jupitera,   cioci   Matyldy   i   wujka   Tytusa.   A   w   owej 
przyczepie   chłopcy   opracowali   plany   przechytrzenia   najbardziej   przebiegłych   złoczyńców   i 
rozwiązali najbardziej skomplikowane zagadki kryminalne.

Tym razem detektywi będą musieli rozwiązać liczącą już sto lat szaradę. Jaki sekret zawiera 

w sobie pożółkły list oraz odnaleziony po wielu latach dziennik pewnego marynarza? Czy w 
sztormową noc, dawno temu, rzeczywiście uratowano z tonącego statku skarb piratów? Kim jest 
tajemniczy   człowiek,   który   zdaje   się   śledzić   chłopców,   szukających   miejsca   ukrycia   tego 
skarbu?

Przed   Trzema   Detektywami   stoi   zadanie   rozszyfrowania   zagadkowego   przesłania, 

pozostawionego przez nieżyjącego,  i odkrycie  tajemnicy Phantom Lake. Muszą ją nie tylko 
odkryć, ale dokonać tego na czas!

Czy trzej młodzi detektywi podołają temu zadaniu? Zabierzcie się do czytania, a dowiecie się 

tego.

Alfred Hitchcock

background image

ROZDZIAŁ 1

Stara skrzynia

— Ach! — wykrzyknął Bob Andrews. — To prawdziwy sztylet malajski!
Oczy mu błyszczały, kiedy pokazywał swym przyjaciołom, Jupiterowi Jonesowi i Pete’owi 

Crenshawowi, faliste ostrze długiego noża.

Chłopcy zwiedzali właśnie muzeum, położone przy drodze o parę kilometrów na północ od 

ich rodzinnego Rocky Beach. Pete pomacał ostrożnie ostrze krysu i zadrżał. Jupiter z mądrą 
miną skinął głową.

— W dawnych czasach wiele statków kursowało między Kalifornią a Indiami Wschodnimi 

— powiedział. — Liczne eksponaty tego muzeum pochodzą ze Wschodu.

Pete i Bob westchnęli cicho, kiedy Jupe zaczął swój wykład. Ich zażywny przyjaciel znał 

wiele interesujących faktów, ale dzieląc się nimi, miał zwyczaj nieznośnie się puszyć.

Ciocia Matylda przerwała jego wywody, wołając z drugiego końca sali:
— Bardziej interesuje mnie w tej chwili, dokąd idą te eksponaty, niż skąd przyszły, Jupiterze! 

Przestańcie próżnować, obiboki, i bierzcie się do ładowania ciężarówki.

— Tak, ciociu Matyldo — powiedział Jupe potulnie.
Muzeum   dla   turystów,   które   specjalizowało   się   w   reliktach   dawnych   morskich   wypraw, 

kończyło   działalność.   Ciocia   Matylda   i   wujek   Tytus   nabywali   jego   małą   kolekcję,   żeby   ją 
wystawić   na   sprzedaż   w   swoim   składzie   złomu   —   najbardziej   eleganckiej   rupieciarni   na 
Zachodnim Wybrzeżu.

Skład prowadziła w gruncie rzeczy ciocia Matylda, gdyż wujek Tytus wolał rozjeżdżać się w 

poszukiwaniu interesującego towaru. Wysoka, postawna, miała ostry język, ale w gruncie rzeczy 
była   pogodną  i dobroduszną  kobietą.   Widok  chłopców  wzbudzał  w niej   jednak  tylko  jedno 
pragnienie: żeby natychmiast zagonić ich do pracy! Jupiter, który wychowywał się u wujostwa, 
starał się schodzić jej z drogi. On i jego przyjaciele mieli mnóstwo własnych ważnych zajęć w 
związku z prowadzoną agencją detektywistyczną: Trzej Detektywi. Dzisiejszego ranka jednak 
ciocia Matylda przyłapała ich i nie udało im się wymigać od pracy. Co gorsza, spotkało ich to 
zaraz pierwszego dnia zimowych ferii świątecznych.

Wzdychając, chłopcy zabrali się do wynoszenia rzeczy na dwór, gdzie podawali je Hansowi, 

jednemu z dwóch krzepkich braci wywodzących  się z Bawarii, którzy pracowali w składzie 
złomu.   Hans   ładował   wszystko   na   ciężarówkę   i   na   widok   ponurych   min   chłopców   zaczął 
złośliwie   pogwizdywać   związaną   z   Bożym   Narodzeniem   piosenkę   „Jingle   Bells”.   Ciocia 
Matylda przyglądała się im wszystkim przez chwilę, po czym poszła do właściciela muzeum, 
pana Acresa, by sporządzić inwentarz.

Po jego ukończeniu ciocia Matylda przyszła na zapiecze pomóc chłopcom w pakowaniu, a 

pan Acres udał się do sali muzealnej, gdzie pojawił się właśnie jakiś zwiedzający. Po chwili z 
zaplecza dobiegł czyjś podniesiony głos:

— Nic mnie nie obchodzi, komu pan to przyrzekł!
— Ależ, proszę pana... — zaczął pan Acres uspokajająco.
— To jest moje! — wrzeszczał tamten. — Chcę to natychmiast odzyskać!
Jego głos był szorstki i chrapliwy, brzmiała w nim nuta pogróżki. Ciocia Matylda pospieszyła 

do sali, chłopcy ruszyli za nią. Gdy weszli, pan Acres mówił właśnie:

— Przykro mi, ale sprzedałem wszystko składowi złomu pana Jonesa. Wszystko bez wyjątku.

background image

Opierał   się   na   rzeźbionej   skrzyni   orientalnej   z   drewna   tekowego,   z   bogato   zdobionymi, 

mosiężnymi   okuciami.   Przed   nim   stał   niski   mężczyzna   z   gęstą   czarną   brodą.   Miał   ciemne, 
błyszczące, głęboko osadzone oczy i spaloną słońcem, wysmaganą wiatrami twarz. Nosił grubą, 
marynarską   kurtkę,   ciemnoniebieskie   spodnie   z   poszerzanymi   u   dołu   nogawkami   czapkę 
marynarki handlowej, z wyblakłym, mosiężnym sznurem. Patrzył na pana Acresa spode łba.

—   Ja   stanowię   wyjątek,   słyszy   pan?   —   wycedził.   —   Skrzynia   jest   moja   własnością   i 

zamierzam ją stąd zabrać. Ostrzegam pana...

Pan Acres najeżył się.
— Teraz proszę mnie posłuchać, mój panie!...
— Na imię mi Jim — warknął nieznajomy. — Nazywają mnie Java Jim i przywiozłem tę 

skrzynię z daleka. Kryje w sobie niebezpieczeństwo, słyszysz, człowieku?

Chłopcy przełknęli głośno ślinę. Java Jim zwrócił na nich swe błyszczące oczy i zaklął pod 

nosem:

—   Czego   tu   chcecie,   smarkacze?   Spływać   mi   stąd   zaraz,   słyszycie?!   Starsza   pani   też. 

Wynocha stąd! Wszyscy!

Jupiter rzucił szybkie spojrzenie na ciocię Matyldę i stłumił uśmiech. Twarz cioci miała kolor 

buraka.

— Co?! — huknęła. — Coś ty do mnie powiedział, ty brodaty klaunie?! Gdybym nie była  

damą, wyrzuciłabym cię stąd własnoręcznie!

Marynarz, zaskoczony furią postawnej kobiety, zaczął się cofać.
— Popełnił pan gafę, panie Java Jim — powiedział pan Acres uśmiechem. — Ta pani jest 

właścicielką składu złomu. Skrzynia należy teraz do niej.

Java Jim zamrugał oczami.
— Ja... tego, przepraszam panią. Mam wybuchowy charakter. Naprawdę przepraszam, nie 

chciałem nikogo urazić. Chyba za długo przebywałem na morzu z samymi mężczyznami. Więc 
kiedy wreszcie znalazłem moją skrzynię, straciłem głowę.

Cała   wściekłość   zdawała   się   go   opuszczać.   Ciocia   Matylda   uspokoiła   się   także,   równie 

szybko jak przedtem wybuchła. Wskazała brodą orientalną skrzynię, którą otoczyli chłopcy.

— Jeśli to jest pańskie, to skąd się tutaj wzięło?
— Ukradziono mi ją, proszę pani — odparł Java Jim. — Jacyś dranie ściągnęli mi ją prosto ze 

statku,   kiedy   zawinęliśmy   do   San   Francisco   dwa   tygodnie   temu.   Sprzedali   ją   później 
handlarzowi starzyzną, ale nim zdążyłem do niego dotrzeć, wysłał ją tutaj, więc przyjechałem po 
nią.

— W takim razie... — zaczęła ciocia Matylda z wolna.
Tymczasem Bob, który otworzył skrzynię, wskazał na wewnętrzną stronę wieka.
— Tu jest nazwa „Argyll Queen”. Czy tak się nazywa pański statek?
— Nie, chłopcze. To bardzo stara skrzynia. Pewnie przeszła już przez wiele rąk. Ten napis 

widniał na wieku, kiedy kupiłem skrzynię w Singapurze.

— Rzeczywiście, dostałem tę skrzynię dopiero wczoraj, pani Jones — odezwał się pan Acres. 

— Z San Francisco,  od Walta  Baskinsa. Mam z  nim umowę  na wszystkie  interesujące  dla 
miejscowego muzeum obiekty. Zapomniałem ją unieważnić, kiedy zdecydowałem się wyprzedać 
muzeum.

— Jestem gotów zapłacić przyzwoitą cenę — wtrącił szybko marynarz.
— Przypuszczam, że skrzynia się panu należy — powiedziała ciocia Matylda. — Może pan 

zwrócić panu Acresowi sumę, którą za nią zapłacił...

Nagle coś zaczęło furkotać we wnętrzu skrzyni.

background image

— Co... — Bob spojrzał na nią uważnie.
Rozległ się ostry trzask, coś błysnęło... krótki ostry sztylet przeleciał ze świstem tuż koło ucha 

Jupitera i utkwił w ścianie!

background image

ROZDZIAŁ 2

Dawne i nowe niebezpieczeństwa

Wszyscy zastygli na długą chwilę. Wbity w ścianę sztylet dygotał.
Ciocia Matylda podeszła wreszcie do Jupitera.
— Nic ci się nie stało?
Jupe pokręcił głową i opadł wyczerpany na ławę. Sztylet niemal otarł się o jego ucho!
— Kto tym rzucił? — pan Acres wzburzony zaczął się rozglądać dookoła.
— Tylko mnie o to nie posądzajcie! — krzyknął Java Jim.
— N...nikt n.. .nie rzucił — wyjąkał Bob. — To wyskoczyło samo ze skrzyni!
Pan Acres podszedł do skrzyni i zajrzał do środka.
—   Mój   Boże!   Tu   jest   skrytka   w   dnie!   Otwarta!   Bob   musiał   spowodować   uruchomienie 

otwierającego mechanizmu.

— A przy otwarciu zwolniła się sprężyna, na której był umieszczony sztylet — dodał Bob. — 

To jest pułapka sprężynowa!

— Na tego, kto znajdzie skrytkę! — dokończył Pete.
Ciocia Matylda natarła na Javę Jima:
— Jeśli to pańska robota, każę...
— Nic nie wiedziałem o tej pułapce! — krzyknął marynarz.
— Nie — odezwał się nagle Jupiter. Rumieniec wrócił mu już na policzki. Wstał i wyciągnął 

sztylet   ze   ściany.   —   To   sztylet   orientalny,   prawdopodobnie   wschodnioindyjski.   Mogę   się 
założyć, że pułapka została wmontowana sto lat temu przez piratów z Indii Wschodnich!

— O rany! — powiedział Pete.
— Przez piratów? — zdziwił się Bob.
Jupiter z błyskiem w oku podszedł do skrzyni pochylił się nad mechanizmem sprężynowym 

skrytki. Tryumfująco skinął głową.

— Zobaczcie! Sprężyna i uchwyt są ręcznej roboty, bardzo już zardzewiały. Zdecydowanie 

stary   wyrób.   To   jest   typowa   wschodnioindyjska   pułapka   sprężynowa   dla   zabezpieczenia 
ukrytych kosztowności. Być może robota piratów z Jawy lub Malajów!

— Jawa jak Java Jim! — zawołał Bob.
Wszyscy patrzyli na brodatego marynarza.
— Zaraz, zaraz, to przecież tylko moje przezwisko — bronił się Java Jim. — Nadano mi je, 

bo mieszkałem przez jakiś czas na Jawie. Nic nie wiem o żadnych piratach!

— Ja nawet nie wiem, gdzie leży Jawa — jęknął Pete.
— To taka duża wyspa w Indonezji — wyjaśnił Jupiter. — Podobnie jak Sumatra, Nowa 

Gwinea,   Borneo,   Celebes   i   tysiąc   mniejszych   wysp.   Indonezja   jest   teraz   niepodległa,   ale 
przedtem była kolonią, nazywano ją holenderskimi Indiami Wschodnimi. Kiedyś składało się na 
nie   całe   mnóstwo   małych   księstw,   zwanych   sułtanatami.   Rządzili   nimi   sułtani,   którzy   w 
większości byli piratami.

— Jak Sinobrody? — zapytał Pete. — Pływali na okrętach z armatami, z trupią czaszką na 

banderze i tak dalej?

—   Niezupełnie,   Pete   —   odpowiedział   Jupiter   nieco   protekcjonalnym   tonem.   —   Tym 

wszystkim   znamionowali   się   piraci   z   Zachodu.   Sinobrody   był   Anglikiem,   jak   wiadomo. 
Wschodnioindyjscy piraci nie mieli dużych okrętów ani flag z trupią czaszką, i mieli bardzo 

background image

niewiele armat. Czaili się na setkach indonezyjskich wysp, w małych wioskach, w rozlewiskach 
rzek,   i  wypływali   z   tych   kryjówek   na   niewielkich   łodziach,   a   nawet   tratwach   i   atakowali 
europejskie i amerykańskie statki, wdzierając się na nie całą chmarą. Z Zachodu przybywały 
statki   handlowe   po   pieprz   i   inne   przyprawy,   po   cynę,   herbatę   i   chińskie   jedwabie.   Wiozły 
wyroby na sprzedaż oraz liczne sakwy złota i srebra na zakup orientalnych produktów. Piraci 
grabili monety i broń. Załogi naszych statków rewanżowały się czasem i napadały piratów w ich 
kryjówkach.   Ci   bronili   się   na   różne   sposoby,   między   innymi   przy   pomocy   takich   pułapek 
umieszczanych w skrzyniach z dobytkiem.

— To znaczy, że nasi żeglarze kradli z powrotem to, co złupili piraci — powiedział Bob. — 

Czy myślisz, Jupe, że ta pułapka datuje się z tamtych czasów?

— Jestem tego  pewien. Chociaż...  — dodał  w zamyśleniu  — powiadają, że małe  bandy 

piratów wciąż jeszcze grasują na odległych wyspach.

— Jupe, patrz! — zawołał Pete. Grzebał starej skrzyni i wyciągnął teraz mały, błyszczący 

przedmiot. — Pierścień! Leżał w skrytce!

— Jest tam może coś jeszcze? — zaciekawił się Bob.
Java Jim odepchnął Pete’a i pochylił się nad skrzynią.
— Zaraz się zobaczy. Nie, mamy psie szczęście, nie ma nic więcej!
Jupiter wziął pierścień od Pete’a. Miał zawiły, orientalny wzór wyryty w metalu, który mógł 

być złotem lub mosiądzem, i czerwony, połyskujący kamień pośrodku.

— Prawdziwy, Jupe? — zapytał Pete.
— Nie wiem. Możliwe. W Indiach mają dużo złota i klejnotów, ale mają też dużo sztucznej 

biżuterii.   Różne   świecidełka   sprzedawane   są   przez   miejscowych   Europejczykom,   którzy   nie 
mogli się na nich poznać.

Java Jim sięgnął po pierścień.
— Prawdziwy czy fałszywy, należy do mnie, mój chłopcze. Skrzynia została ukradziona mnie 

i   wszystko,   co   się   w   niej   znajduje,   jest   moje.   Proszę   mi   podać   cenę,   jaką   pan   zapłacił 
antykwariuszowi, zwracam ją zaraz i zabieram, co moje.

— Dobrze, zobaczymy... — zaczęła ciocia Matylda.
Jupiter szybko wpadł jej w słowo:
— Nie wiemy, czy to jego skrzynia, ciociu. Nie ma na niej jego nazwiska. Wiemy tylko to, co 

nam powiedział.

— Zarzucasz mi kłamstwo, chłopcze? — warknął Java Jim.
— Proszę nam okazać rachunek poświadczający zakup — powiedział Jupiter śmiało. — Lub 

przedstawić świadka, który widział, jak kupował pan skrzynię albo, że pan miał ją na statku.

— Wszyscy marynarze z mojego statku widzieli skrzynię! Co ty...
— Wobec tego — przerwał Jupe stanowczo — proponuję, żebyśmy przechowali skrzynię w 

składzie złomu i przyrzekli nie sprzedać jej przez tydzień, a pan w tym czasie dostarczy nam 
dowód, że jest pańską własnością. Jestem pewien, że może pan obyć się bez niej przez te parę 
dni.

— To uczciwa propozycja — odezwał się pan Acres.
Java Jim patrzył na nich z wściekłością.
—   Mam   tego   dość,   do   diabła!   Zabieram,   co   moje,   a   wy   tylko   spróbujcie   mi   w   tym 

przeszkodzić! — Przystąpił groźnie do Jupe’a. —Zwróć mi zaraz ten pierścień. Dawaj mi go!

Jupe zaczął się cofać w stronę drzwi.
— Czekaj no, ty... — krzyknęła ciocia Matylda.
— Zamknij się, do diabła! — warknął Java Jim.

background image

W   otwartych   drzwiach   muzeum   pojawił   się   ogromny   cień.   Po   chwili   na   progu   stanął 

barczysty, jasnowłosy pomocnik Jonesów, Hans.

— Nie będziesz się w ten sposób odzywał do cioci Matyldy — powiedział. — Przeproś!
— On chce zabrać Jupiterowi pierścień i ukraść tę skrzynię! —wykrzyknął Bob.
— Trzymaj go, Hans! — zawtórował mu Jupiter.
— Mam go! — Hans ruszył na marynarza.
Java Jim zaklął, pchnął pana Acresa pod nogi Hansowi i pobiegł na zaplecze muzeum.
— Łapać go! — wrzasnął Pete.
Hans potknął się o pana Acresa, zatoczył się i wpadł na chłopców. Nim zdążyli się pozbierać, 

Java Jim uciekł tylnymi drzwiami. Usłyszeli warkot ostro ruszającego samochodu. Gdy wybiegli 
na dwór, samochód znikał już za stromym wzgórzem, wokół którego szosa zataczała łuk.

— Baba z wozu, koniom lżej — powiedziała ciocia Matylda. —Teraz możemy spokojnie 

skończyć załadunek.

— Ciekawe, dlaczego mu tak zależało na tej skrzyni? — zadumał się Bob.
— Jestem pewna, że ocenił ją jako coś wartościowego i próbował ukraść — skwitowała 

sprawę ciocia Matylda. — Bierzcie się do roboty, chłopcy. I tak będziemy musieli zrobić dwa 
kursy, za jednym razem nie zdołamy przewieźć wszystkiego.

Godzinę później ciężarówka była wypełniona po brzegi. Ciocia Matylda wsiadła do szoferki z 

Hansem, a chłopcy z pomocą pana Acresa wcisnęli się na platformę ciężarówki. Jupe zamyślił 
się głęboko.

—  Panie  Acres  —  odezwał   się  z  wolna   —  mówił  pan,   że  kupiec   z  San  Francisco,   pan 

Baskins,   przesłał   panu   tę   skrzynię,   ponieważ   stanowiła   interesujący   obiekt   dla   lokalnego 
muzeum. Dlaczego?

— Dlatego, Jupiterze,  że statek  „Argyll  Queen”,  którego nazwa jest widoczna na wieku, 

zatonął sto lat temu u wybrzeży Rocky Beach. Od czasu do czasu pojawiają się w sprzedaży 
różne małe przedmioty z tego statku, skupuję je i wystawiam w muzeum.

— Tak, oczywiście — przypomniał sobie Jupe. — Duży statek z osprzętem rejowym, który 

rozbił się na rafie w roku 1870.

Ciężarówka ruszyła i chłopcy przycupnęli. Jupiter był nadal pogrążony w myślach, więc Bob 

i   Pete   zajęli   się   rozmową,   popatrując   na   uciekający   krajobraz.   Powoli   Pete   stawał   się 
niespokojny. Gdy ciężarówka wjeżdżała już do składu złomu, przysunął się do Jupe’a.

— Ktoś za nami jechał, Jupe! Przez całą drogę posuwał się za nami zielony volkswagen, 

który właśnie skręcił w tę ulicę!

Chłopcy   zeskoczyli   czym   prędzej   z   ciężarówki   i   wrócili   spiesznie   do   bramy   wjazdowej. 

Zielony volkswagen stał po drugiej stronie ulicy. Nim jednak zdążyli się przyjrzeć kierowcy, ten 
ruszył i oddalił się z piskiem opon.

— O rany! Czy myślicie, że to był Java Jim? — zapytał Pete.
— Być może — odpowiedział Jupe. — Ale spod muzeum pojechał w przeciwnym kierunku.
— Może ktoś jeszcze chciałby zdobyć tę starą skrzynię — podsunął Bob.
— Albo też interesuje się wrakiem „Argyll Queen” — powiedział Jupiter. Węszył tajemnicę i 

oczy mu pojaśniały. — To może być sprawa dla Trzech Detektywów! Musimy...

— A więc znów was przyłapałam! — ciocia Matylda pojawiła się nagle za ich plecami. — Ta 

ciężarówka sama się nie rozładuje. Do roboty, chłopcy!

Wrócili potulnie do ciężarówki i zabrali się do rozładunku. Tajemnica starej skrzyni musi 

poczekać!

background image

ROZDZIAŁ 3

Katastrofa „Argyll Queen”

Nim rozładowali ciężarówkę, minęło południe. Ciocia Matylda udała się do domu po drugiej 

stronie ulicy, żeby przygotować obiad. Chłopcy otoczyli natychmiast starą skrzynię.

— Obejrzyjmy ją sobie dokładnie w Kwaterze Głównej — powiedział Jupiter. — Zanieście ją 

tam. Mam jeszcze coś do zrobienia.

Pobiegł gdzieś, zostawiając Boba i Pete’a z ciężką skrzynią. westchnieniem dźwignęli ją i 

zataszczyli do pracowni Jupe’a, leżącej pod gołym niebem w narożniku placu składowego. Za 
warsztatem pracowni znajdowało się wejście do Tunelu Drugiego, czyli dużej karbowanej rury, 
która biegła pod górami rupieci do sekretnej siedziby Trzech Detektywów. Stanowiła ją stara, 
uszkodzona   przyczepa   kempingowa,   wyporządzona   odpowiednio   przez   chłopców.   Otulona 
starannie   ułożonymi   stertami   złomu   była   niewidoczna   z   zewnątrz.   Wewnątrz   mieściła 
nowoczesne biuro z biurkiem, maszyną do pisania, magnetofonem i telefonem, a także ciemnią 
fotograficzną   i  laboratorium.  Był   tu  także  peryskop,  przez  który chłopcy obserwowali  teren 
składu ponad stertami złomu oraz różnego rodzaju ekwipunek detektywistyczny, w większości 
zmajstrowany przez Jupitera.

Ale w najbardziej przemyślnym urządzeniu Kwatery Głównej kryła się też duża wada. Bob i 

Pete zdali sobie z niej sprawę, kiedy przywlekli skrzynię pod Tunel Drugi.

— Jest za duża, żeby się mogła przebić przez wejście do tunelu! —jęknął Pete.
Usiedli na skrzyni, patrząc na siebie bezradnie.
— Wszystkie wejścia wymierzyliśmy na nas samych — powiedział Bob smętnie. — Założę 

się, że skrzynia nie przeciśnie się przez żadne z nich!

Właśnie w tym momencie z Tunelu Drugiego wygramolił się Jupe z wielce podekscytowaną 

miną. Bob i Pete przedstawili problem związany ze skrzynią.

—   Hm...   —   Jupiter   mierzył   wzrokiem   wąskie   wejście   do   tunelu.   —Powinienem   o   tym 

pomyśleć. Może da się ją wnieść przez Łatwe Wejście Trzecie.

Był   to   najprostszy   sposób   dostania   się   do   przyczepy.   Duże,   dębowe   drzwi   otwierał 

zardzewiały klucz, ukryty w pojemniku z innymi zardzewiałymi przedmiotami, a dalej krótki 
pasaż prowadził do właściwego wejścia do przyczepy, umieszczonego w jej bocznej ścianie.

— Lepiej zmierzmy najpierw drzwi przyczepy — powiedział Bob.
— Zanim otworzymy to wejście, musimy poczekać, aż nikogo nie będzie w składzie — dodał 

Jupiter. — Chłopaki, odkryłem tymczasem, że cała historia Javy Jima jest kłamstwem!

— Rany, Jupe, jak ci się udało to odkryć? — zdziwił się Pete.
— Zatelefonowałem do handlarza starzyzną w San Francisco, pana Baskinsa. Żaden marynarz 

nie sprzedał mu skrzyni, dostał ją z innego sklepu z używanymi rzeczami w Santa Barbara! Oni 
zaś kupili ją od jakiejś kobiety sześć miesięcy temu!

— Coś takiego! — wykrzyknął Pete. — Może Java Jim nie jest w ogóle marynarzem?
— Trafna uwaga — przytaknął poważnie Jupiter. — Marynarska kurtka i poszerzane spodnie 

mogły   być   tylko   przebraniem.   W   dodatku   niezbyt   dobrym.   Ten   strój   był   za   gruby   jak   na 
południową Kalifornię. Nawet w grudniu.

— Nie mógł wiedzieć, że się na nas natknie — zauważył Bob. — Poza tym w okresie Bożego 

Narodzenia ranki i wieczory są chłodne.

—   To   prawda   —   przyznał   Jupiter.   —   Natomiast   Java   Jim   był   wczoraj   w   sklepie   pana 

background image

Baskinsa   tylko,   że   opowiedział   zupełnie   inną   historię!   Twierdził,   że   jego   siostra   sprzedała 
skrzynię pod jego nieobecność i on chce ją teraz odkupić!

— Dlaczego potem zmienił tę historyjkę? — zdziwił się Pete.
— Prawdopodobnie myślał, że w ten sposób łatwiej nas przekona, żebyśmy zwrócili skrzynię 

— powiedział Jupiter. — Ale to, co mówił panu Baskinsowi, dowodzi jednego: wiedział, że 
skrzynię sprzedała sześć miesięcy temu kobieta! Tyle że dowiedział się o tym niedawno albo też 
dawniej wcale tej skrzyni nie szukał.

— Dlaczego tak bardzo mu na niej zależy? — zastanawiał się Bob. — Przecież to tylko pusta 

skrzynia.

— Był w niej pierścień — zauważył Pete. — Może przedstawiał jakąś szczególną wartość.
—   Ale   był   tam   tylko   jeden   pierścień,   a   Java   Jim   nawet   nie   wiedział   o   nim,   póki   nie 

odkryliśmy skrytki — powiedział Jupe.

— Może wiedział, że coś w skrzyni było — podsunął Pete.
— A może zależy mu na niej dlatego, że pochodzi z „Argyll Queen”? Być może wydobyto ją 

z samego wraka!

Oczy Jupitera błyszczały w specjalny sposób, który oznaczał, że chłopiec wpadł już na trop 

tajemnicy.

— Myślisz, Jupe, że Javę Jima interesuje statek, który zatonął sto lat temu? — powiedział 

Bob z powątpiewaniem

— Dlaczego miałby go interesować? — Pete przyłączył się do tych wątpliwości.
— Nie wiem — przyznał Jupe. — Ale posłuchajcie: skrzynia zawierała tylko ukryty sztylet i 

pierścień   oraz   wymalowaną   na   wieku   nazwę   statku.   Myślę,   że   powinniśmy   zbadać   historię 
„Argyll Queen”.

— Towarzystwo Historyczne powinno mieć jakieś materiały na ten temat — powiedział Bob.
Pete przybrał zmartwioną minę.
— Muszę pójść z mamą na zakupy świąteczne i pomóc w czymś tam tacie.
— A ja muszę pojechać po resztę rzeczy do muzeum, więc chyba musisz to załatwić sam, 

Bob — powiedział Jupe.

— Chętnie — zgodził się Bob. Zbieranie informacji i tak należało do jego obowiązków.
Niebawem rozległy się nawołujące chłopców okrzyki cioci Matyldy.

Po obiedzie mama posłała Boba po dodatkowy zestaw światełek na choinkę dopiero, więc po 

trzeciej wsiadł wreszcie na rower i pojechał do Towarzystwa Historycznego. Siwowłosa pani za 
biurkiem uśmiechnęła się, gdy przedłożył jej sprawę.

—   „Argyll   Queen,   młody   człowieku?   Ależ   tak.   Myślę,   że   mamy   na   jej   temat   sporo 

materiałów. Statek rozbił się i zatonął, co wznieciło w swoim czasie wielkie zamieszanie. Jak 
zawsze w takich razach, rozeszły się pogłoski o skarbie.

— O skarbie?! — wykrzyknął Bob.
— Tak, o złocie, klejnotach i tak dalej. Myślę, że niewiele w tym było prawdy. Przyniosę ci te 

materiały.

Bob   z   rosnącym   podnieceniem   czekał   w   głównej   sali   Towarzystwa   Historycznego. 

Siwowłosa pani wróciła z wielkim pudłem na akta.

— Niestety, materiały nie są posegregowane.
Bob spiesznie zabrał wszystko do jednej z małych czytelni. Nikogo tu nie było. Usiadł przy 

długim stole i otworzył pudło.

Włosy zjeżyły mu się na widok papierów, broszur, małych książeczek, wycinków z gazet i 

background image

magazynów, upchanych bezładnie. Sięgnął z westchnieniem po pierwszy z brzegu artykuł, gdy 
nagle ktoś powiedział za jego plecami:

— Obawiam się, że dnia ci nie starczy na przeczytanie tego wszystkiego.
Bob   obejrzał   się   wystraszony.   Za   nim   stał   drobny   mężczyzna   w   staromodnym   czarnym 

ubraniu, z kieszonki jego kamizelki zwisała dewizka. Miał okrągłą różową twarz, nosił okulary 
bez oprawek. Uśmiechał się do Boba. Jego głos był głęboki, ale brzmiał przyjaźnie.

—   Profesor   Shay   z   Towarzystwa   Historycznego.   Pani   Rutheford   powiedziała   mi,   że 

interesujesz   się   katastrofą   statku   „Argyll   Queen”.   Staramy   się   rozbudzać   zainteresowania 
historyczne wśród młodzieży. Jeśli chciałbyś poznać tylko podstawowe fakty, może mógłbym ci 
zaoszczędzić długich godzin czytania.

— Zna pan historię „Argyll Queen”?
— To nie moja dziedzina. Pracuję tutaj od niedawna, ale jeden z naszych współpracowników 

przygotowuje opracowanie dziejów statku. Wiele się już od niego dowiedziałem. A co ty już 
wiesz na temat tego statku, młodzieńcze?

— Wiem, że „Argyll Queen” była dużym żaglowcem z osprzętem rejowym, że zatonęła u 

wybrzeży Rocky Beach w roku 1870 i że mówiono, iż wiozła jakieś skarby!

Profesor roześmiał się.
— Pogłoski o skarbie powstają wokół każdego statku, który zatonął, mój chłopcze. Ale data 

się zgadza.

Profesor usiadł naprzeciw Boba.
— Statek handlowy „Argyll Queen” pochodzący z Glasgow w Szkocji, był trójmasztowcem z 

pełnym osprzętem i przewoził korzenie i cynę do Indii Wschodnich. Wyruszył z San Francisco 
w drogę powrotną do Szkocji, a kiedy płynął na południe, na Cape Horn, sztorm zepchnął go z 
kursu. W ciemną grudniową noc uderzył w rafę niedaleko brzegu.

Sztorm był potworny i tylko niewielu marynarzom udało się ocalić. Większość załogi utonęła 

natychmiast. Dzięki przypadkowi „Argyll Queen” nie poszła od razu na dno. Przeżyli ci, którzy 
pozostali na niej do końca. Między innymi kapitan, który opuszcza statek ostatni.

— Ale skarbu na statku nie było?
—   Wątpię,   chłopcze.   „Queen”   zatonęła   na   stosunkowo   płytkich   wodach   i   nurkowie 

przeszukiwali wrak zarówno wtedy, jak i wielokrotnie później. Nawet dziś od czasu do czasu 
ktoś nurkuje w pogoni za skarbem. Jedyne jednak, co kiedykolwiek znaleziono, to kilka monet z 
tamtych czasów. — Profesor potrząsnął głową. — Nie, pogłoski o skarbie powstały z powodu 
innej tragedii, która wydarzyła się niedługo potem i zdaje się mieć związek z „Argyll Queen”.

— Co to za inna tragedia, panie profesorze?
— Jeden z ocalonych, szkocki marynarz nazwiskiem Angus Gunn, osiedlił się w pobliżu 

Rocky Beach. W roku 1872 został zamordowany przez czterech mężczyzn. Wszystkich czterech 
morderców zabito w pościgu, nim zdążyli wyjawić powód zbrodni. Ale jednym z morderców był 
kapitan „Argyll Queen” i ludzie byli pewni, że chodziło o coś, co Gunn zabrał ze statku, być 
może właśnie o jakiś skarb. Latami przeszukiwano wrak okrętu, wybrzeże, każdy metr ziemi 
należącej do Gunna, ale nie znaleziono niczego.

Angus   Gunn,   podobnie   jak   wielu   żeglarzy,   prowadził   dziennik.   Tak   się   złożyło,   że   jego 

potomkowie ofiarowali ostatnio dziennik naszemu Towarzystwu jako pomoc do opracowania 
historii statku. W 1872 roku przeczytał dziennik szeryf, a rodzina Gunna wertowała go przez lata 
w poszukiwaniu jakiejś wzmianki o skarbie. Wszystko na próżno. Nawet jeśli istniał jakiś skarb i 
jeśli zagarnął go Gunn, jego dziennik nie zawiera w tej mierze żadnej wskazówki.

Bob zmarszczył czoło.

background image

— Panie profesorze, a czy ten rzekomy skarb miał pochodzić z Indii Wschodnich?
— Tak, rozeszły się wtedy pogłoski, że chodziło o skarby piratów. Dlaczego pytasz? Czy 

wiesz coś o tym, mój drogi?

— Mhm... nie... — wyjąkał Bob. — Byłem tylko ciekaw.
— Aha — profesor Shay uśmiechnął się. — A czy mogę zapytać, dlaczego interesuje cię 

„Argyll Queen”?

— Bo my... my się po prostu tym interesujemy. Z powodu... wypracowania szkolnego — 

odpowiedział Bob nieprzekonywająco.

— Oczywiście, to bardzo dobry temat.
— Przepraszam, panie profesorze, a czy mógłbym zobaczyć ten dziennik i nowe opracowanie 

historii „Argyll Queen”?

Profesor przymrużył oko.
— Potrzebne ci to do szkolnego wypracowania, co? Oczywiście, mój drogi, zaraz wszystko 

dostaniesz, a jeśli odkryjesz w tym coś nowego, umieścimy twoje nazwisko w przygotowywanej 
nowej publikacji.

Odszedł   z  uśmiechem,   a  po  paru  minutach   pani  Rutheford   przyniosła   cienki  manuskrypt 

zatytułowany: „Katastrofa statku Argyll Queen”. Bob zabrał się do czytania obłożonego ceratą 
zeszytu.

Zmierzchało,   kiedy   Bob   zajechał   na   tyły   składu   złomu.   Skład   otoczony   był   jaskrawo 

kolorowym płotem. Pokrywały go malowidła wykonane przez miejscowych artystów. Na całej 
tylnej części ogrodzenia rozciągało się malowidło obrazujące pożar San Francisco w roku 1906.

Bob   jechał   powoli   wzdłuż   płotu,   po   czym   zatrzymał   się   o   jakieś   piętnaście   metrów   od 

narożnika. W tym miejscu na pierwszym planie wymalowany był piesek patrzący smutno na 
swój   palący   się   dom.   Detektywi   nazwali   pieska   Korsarzem.   Bob   wyłuskał   z   deski   sęk, 
stanowiący jedno oko Korsarza, wsunął przez otwór palec i zwolnił haczyk. Trzy deski płotu 
przesunęły się w górę i Bob wprowadził rower do środka. Była to Czerwona Furtka Korsarza, 
jedno z sekretnych wejść do składu.

Za furtką znajdowało się przejście na wprost Kwatery Głównej, ukryte wśród stert złomu, ale 

Bob zdecydował się zajrzeć najpierw do pracowni. Prowadząc rower do frontowej części składu, 
zobaczył Pete’a, który nadchodził właśnie przez główną bramę.

— Tato kazał mi pracować całe popołudnie — wzdychał Pete. —Też mi ferie świąteczne! Już 

bym chyba wolał chodzić do szkoły.

Razem poszli do pracowni, osłoniętej stertami złomu. Jupe’a zastali nad orientalną skrzynią. 

Oglądał ją w świetle lampy umieszczonej nad warsztatem. Kiedy Bob zaczął opowiadać, czego 
dowiedział się w Towarzystwie Historycznym, Jupiter przerwał mu machnięciem dłoni.

—   Zaczekaj   chwilkę   —   wykrzyknął   podniesionym   z   emocji   głosem.   —   Ponownie 

przebadałem całą skrzynię — i zobacz, co tam znalazłem!

To   mówiąc,   potrząsnął   trzymanym   w   ręku,   zatłuszczonym   zeszytem,   przypominającym 

dziennik, który Bob dopiero co studiował w Towarzystwie Historycznym Wyciągnął więc teraz 
po niego rękę.

— Ja to wezmę! — rozległ się nagle chrapliwy głos.
W wejściu do pracowni stał Java Jim i patrzył na nich groźnie.

background image

ROZDZIAŁ 4

Drugi zeszyt dziennika

Jupiter skoczył w tył, pod stertę złomu. Pete i Bob zastygli tam, gdzie stali.
Java Jim ruszył groźnie na Jupe’a, który kurczowo przyciskał do piersi oprawiony w ceratę 

zeszyt.

— Pete! — krzyknął. — Plan Numer Jeden!
Java Jim odwrócił się szybko do Pete’a i Boba. Jego ciemne oczy jarzyły się w wysmaganej 

wiatrami twarzy.

— Tylko bez sztuczek, dzieciaki! Ostrzegam!
Twarde spojrzenie marynarza zdawało się przygważdżać ich do miejsca. Patrzył na nich przez 

chwilę, jakby ostrzegając przed wykonaniem jakiegoś ruchu. Bob i Pete głośno przełknęli ślinę. 
Java Jim uśmiechnął się złośliwie i odwrócił z powrotem do Jupe’a.

— Teraz daj mi ten zeszyt, chłopcze.
— Jesteś kłamcą i złodziejem! — krzyknął Jupiter, cofając się kolistymi ruchami w głąb 

pracowni.

Java Jim roześmiał się.
— Złodziejem?  A może jestem kimś o wiele gorszym?  Licz się z tym,  chłopcze! Dawaj 

zeszyt!

Postępował za Jupiterem, który nie przestawał się cofać, dopóki marynarz nie znalazł się tuż 

przy jednej ze stert złomu, zwrócony do niej plecami. Bob i Pete przesunęli się nieznacznie za 
Javę Jima.

— Teraz, chłopaki! — krzyknął Jupe.
Bob   i   Pete   schylili   się   i   błyskawicznym   ruchem   wyciągnęli   dwie   długie   deski   spod 

spiętrzonych za plecami marynarza rupieci. Java Jim odwrócił się, klnąc, ale było już za późno!

— Aaaach!
Bob i Pete odskoczyli na bok, a w tym momencie lawina różnych odpadków zwaliła się na 

Javę Jima! Runęły na niego jakieś deski, sprężyny z łóżek, połamane krzesła, zwoje podartych 
dywanów. Wierzgał, bił rękami, starał się osłonić i uciec równocześnie.

Bob i Pete, szeroko uśmiechnięci, przyglądali się tej scenie, ale Jupe ich ponaglił.
— Zwiewamy! — wrzasnął.
Potykając się o rozrzucone rupiecie, wybiegli z pracowni i pognali do biura składu, przed 

którym   Hans   zdejmował   właśnie   ostatnią   część   ładunku   z   ciężarówki.   Za   sobą   słyszeli 
szamotaninę i przekleństwa Javy Jima.

— Hans! — krzyknął Pete. — Java Jim jest na terenie składu. Napadł tam na nas!
— Co? — spytał potężny Bawarczyk. — Dobra, zobaczmy!
Ruszyli spiesznie w stronę pracowni. Nie słychać już było szurania i trzasków przerzucanego 

złomu. W półmroku zobaczyli jakąś niską sylwetkę. Ktoś wypadł z pracowni i pobiegł w stronę 
tylnego płotu.

— Tamtędy ucieka! — wrzasnął Pete.
— Coś trzyma w ręku! — krzyczał Bob. — Zeszyt! Jupe, musiałeś go upuścić!
— Nie, to niemożliwe — jęknął Pete.
Hans wykrzyknął:
— Złapiemy go przy płocie, chłopcy!

background image

— Nie damy rady — zawołał Jupiter. — Patrzcie, jest już przy Czerwonej Furtce Korsarza! 

Musiał widzieć, jak któryś z was tamtędy wchodził.

— Już przez nią przechodzi! — lamentował Bob.
Zwiększyli tempo pościgu. Ale kiedy wypadli przez Czerwoną Furtkę Korsarza na ulicę, po 

Javie Jimie nie było śladu!

— Zielony volkswagen! — wskazał Pete.
Mały zielony samochód dodał gazu i znikł za rogiem.
— Uciekł — jęknął Bob.
— Przykro mi, ale nic wam już nie grozi, a ja muszę wracać do pracy — powiedział Hans. — 

Już prawie pora na kolację.

Chłopcy   wrócili   do   pracowni.   Z   ponurymi   minami   oglądali   bałagan,   jaki   spowodowało 

uruchomienie pułapki.

—   Teraz   będziemy   musieli   ułożyć   to   wszystko   z   powrotem,   a   Javy   Jima   i   tak   nie 

przyskrzyniliśmy — narzekał Pete. — Uciekł z zeszytem.

— Uciekł — przytaknął Jupe — ale bez zeszytu!
Uśmiechając   się,   sięgnął   za   koszulę   i   wyciągnął   cienki   zwój   papierów.   Był   to   zeszyt! 

Brakowało tylko okładki.

— Kiedy go znalazłem, kartki i tak odrywały się już od oprawy — wyjaśnił z uśmiechem. — 

Po moim okrzyku Plan Numer Jeden Java Jim odwrócił się do was, a ja wtedy wyjąłem kartki, 
wsunąłem je sobie za koszulę. Okładkę podrzuciłem w widoczne miejsce. Była dość gruba, żeby 
Java Jim mógł ją wziąć za cały zeszyt. Dał się nabrać i uciekł z pustą, ceratową okładką!

Pete rozpromienił się.
— To się nazywa szybko myśleć, Jupe.
— Naprawdę szybko — zawtórował mu Bob.
—   W   pośpiechu   oko   zawodzi   —   powiedział   Jupiter   z   zadowoleniem.   —   Zwłaszcza   o 

zmierzchu. Ale mówiąc serio, myślę, że Java Jim powiedział nam coś, czego wcale nie zamierzał 
ujawnić.

— Co takiego nam powiedział, Jupe? — zdziwił się Bob. .
— Że chodzi mu o coś więcej niż o orientalną skrzynię. Czy zauważyliście, że nawet nie 

próbował jej zabrać, ani też nie domagał się zwrotu pierścienia?

— Rzeczywiście! — wykrzyknął Pete. Chciał wziąć tylko zeszyt, który ty znalazłeś!
— Jakby wiedział, że on był w skrzyni — dodał Bob.
— Albo jakby co najmniej się spodziewał, że on tam będzie — powiedział Jupiter. — Myślę, 

że od początku chodziło mu nie o skrzynię, tylko o ten zeszyt.

— Ale jaki zeszyt może być aż tak ważny? — zapytał Pete.
— Ten zeszyt jest dziennikiem, Pete — odparł Jupiter. — Rodzajem pamiętnika. Zawiera 

notatki z codziennych zajść i poczynań. Ja...

— Dziennik? — wpadł mu w słowo Bob. — O rany! Przecież ja właśnie czytałem dziennik 

jednego z tych, którzy przeżyli katastrofę „Argyll Queen”.

Zrelacjonował wszystko, co zaszło w Towarzystwie Historycznym.
— W manuskrypcie  nowej publikacji nie było  nic istotnego poza tym,  co powiedział mi 

profesor Shay, a dziennik opisywał, co działo się w życiu Angusa Gunna przez okres około 
dwóch lat. Gunn pisał o zatonięciu statku, o tym, jak dopłynął łodzią na brzeg o świcie, kiedy 
sztorm przycichł, i o swoich wędrówkach po Kalifornii w poszukiwaniu miejsca, które by mu się 
spodobało i w którym by wybudował dom.

— Nic nie było o skarbie? — zapytał Pete.

background image

Bob potrząsnął głową.
— Nic też o kapitanie, ani o tym, żeby mu groziło jakieś niebezpieczeństwo. Pisał tylko o 

tym, jak budował dom. Strasznie to nudne.

Ale Jupiter był odmiennego zdania.
—   Chłopaki,   ten   dziennik   znalazłem   między   ściankami   skrzyni.   Widzicie,   obudowa   jest 

podwójna, od wewnątrz powłoka jest cienka, od zewnątrz masywna, prawdopodobnie po to, 
żeby   łatwiej   zamontować   skrytkę   albo   też,   żeby   uczynić   skrzynię   wodoszczelną.   Oglądając 
skrzynię, potrząsnąłem nią, a wtedy usłyszałem lekkie grzechotanie. Przyjrzałem się uważnie 
wnętrzu i zauważyłem, że w jedną ściankę wstawiono kawałek drewna, różnego od reszty. Miało 
trochę inny kolor i odmienne słoje. Wstawkę tę wykonano dawno temu. Wyjąłem, więc tę łatę, 
wcisnąłem w szparę wieszak i wyciągnąłem obłożony ceratą zeszyt!

— Czy myślisz, Jupe, że ktoś go tam schował? — zapytał Pete.
— Nie. Myślę, że ścianka była przez jakiś czas dziurawa i dziennik wpadł tam przypadkowo. 

Potem ktoś naprawił skrzynię i pozostawił dziennik w szparze, nie wiedząc o tym.

— Ale Java Jim domyślał się, że dziennik jest w skrzyni — podjął Pete. — Skąd mu to  

przyszło do głowy?

Jupe podał dziennik Bobowi.
— Przeczytaj stronę tytułową.
Bob podszedł do warsztatu i w świetle lampy przeczytał:
— „Angus Gunn, Phantom Lake, Kalifornia, 29 października 1872”.
— Ależ to ten sam człowiek, który napisał tamten dziennik! Rozbitek z „Argyll Queen”!
— Na jakiej dacie kończy się tamten dziennik, Bob? — zapytał Jupiter.
Bob wyjął swoje notatki.
—   Zaraz   zobaczę,   poczekaj...   Ostatnia   data   to   28   października   1872!   To   jest   ten   sam 

dziennik! Jego dalszy ciąg, którego nikt nigdy nie widział!

— Może tutaj Gunn pisze o skarbie? — spytał niecierpliwie Pete.
— Nie — Bob potrząsnął przecząco głową. — Nie ma też ani słowa o kapitanie. Po prostu 

pamiętnik, jak ten, który czytał Bob. Go Gunn robił, gdzie spał i to wszystko.

— Więc dlaczego Java Jim tak bardzo chce go dostać? — zastanowił się Pete. — Myślicie, że 

wciąż idzie tropem tych starych pogłosek?

— Może wcale nie chodzi mu o dziennik — powiedział Bob.
Jupiter był pogrążony w myślach.
— Bob — odezwał się — mówiłeś, że pierwszy zeszyt dziennika podarowała Towarzystwu 

Historycznemu rodzina Gunna niedawno?

— Tak. Ach, to znaczy...
— Że wciąż mieszkają w sąsiedztwie — dokończył Jupiter. —Chodźmy, chłopaki!
Wsunął   się   do   Tunelu   Pierwszego.   Tunel   kończył   się   pod   klapą   w   podłodze   Kwatery 

Głównej. Wgramolili się do swojego biura, a Jupe wziął się zaraz do książki telefonicznej.

— Jest. Pani Angus Gunn, Phantom Lake, Road 4! Dawaj naszą mapę, Pete.
Jupe pochylił się nad mapą, Bob zaś w tym czasie obłożył na nowo kartki dziennika. W końcu 

Jupe wykrzyknął:

— To tutaj w górach! Około pięciu kilometrów na wschód — uśmiechał się promiennie. — 

Jutro, chłopaki, wsiadamy na rowery i jedziemy z wizytą do pani Gunn!

background image

ROZDZIAŁ 5

Atak!

Następnego dnia, gdy chłopcy wyruszyli ze składu złomu, poranek był zimny. Zanim jednak 

dotarli do bocznej drogi górskiej, zrobiło się gorąco.

— To tutaj — powiedział Pete, ocierając pot z czoła. — Phantom Lake Road. Biegnie prosto 

w góry.

— Stromo — jęknął Jupiter. — Trzeba będzie prowadzić rowery. Chodźmy.
Pchali rowery pod górę smołowanej drogi, wijącej się wśród wysokich drzew. Obok płynęła 

mała   rzeka,   pełna   teraz   wartkiej   wody,   wchłanianej   niemal   natychmiast   przez   drzewa, 
porastające suche góry.

— Ciekaw jestem, skąd się wzięła nazwa Phantom Lake — odezwał się Bob. — Nigdy nie 

słyszałem o żadnym jeziorze w naszych górach.

Jupe zmarszczył czoło.
— Faktycznie, Bob, to dziwne.
— Zdarzają się tu różne zbiorniki wodne — zauważył Pete.
— Żaden nie nazywa się Phantom Lake i nie...
Bob urwał na odgłos nadjeżdżającego z góry auta. Jechało szybko, słyszeli pisk opon na 

zakrętach na długo przedtem, nim zobaczyli samochód. Wreszcie ukazał się i pędził prosto na 
nich.

— To zielony volkswagen! — wrzasnął Pete.
— Czy to Java Jim?! — krzyknął Bob.
— Szybko! Kryć się! — zawołał Jupe.
Rzucili   rowery   na   pobocze   i   skoczyli   w   krzaki.   Mały   samochód   przemknął   obok   nich   i 

zahamował z piskiem. Wyskoczył kierowca i zaczął biec ku nim.

— Hej! — wołał. — Dzieciaki! Zatrzymajcie się!
To nie był Java Jim. Mężczyzna wprawdzie również był niski, ale szczuplejszy i młodszy, 

miał wielkie wąsy i dziko zmierzwione, ciemne włosy. Cały ubrany był na czarno. Biegł ku 
chłopcom, widzieli jego czarne, błyszczące oczy.

— Czego tu chcecie, dzieci...?
Chłopcy cofnęli się, a Pete krzyknął:
— Uciekamy!
Zaczęli pędzić skrajem drogi. Młody człowiek zawołał ich ponownie pobiegł za nimi. Skręcili 

w zarośla.

— Kto... kto to jest, Jupe? — wysapał Bob.
— Na razie wiejmy, potem będziemy gadać! — krzyknął Pete.
— Może powinniśmy się zatrzymać i porozmawiać z...
Jupiter nie zdążył dokończyć zdania, gdy w lesie rozległ się nowy odgłos — tętent kopyt 

galopującego konia.  Chłopcy przystanęli.  Po prawej  stronie drogi, spomiędzy drzew wypadł 
jeździec. W jego ręce połyskiwało coś długiego.

— Co... co to? — wyjąkał Pete.
— Patrzcie! — krzyknął Jupiter.
Jeździec minął ich łukiem i galopował w stronę zielonego volkswagena. Młody człowiek ze 

zmierzwioną czupryną  zawrócił już i pędził teraz w stronę swojego samochodu. Dopadł go, 

background image

wsiadł i ruszył ostro w tumanie kurzu. Jeździec galopował za nim kilkanaście metrów, potem 
powściągnął konia i skierował się galopem ku chłopcom.

Osadził   konia   w   miejscu   i   obrzucił   ich   piorunującym   spojrzeniem.   Był   niski,   tęgi,   miał 

szorstką czerwoną twarz i płomienne niebieskie oczy. Nosił tweedową kurtkę i obcisłe spodnie w 
szkocką kratę. Błyszczący przedmiot w jego ręce okazał się długą, ciężką szpadą z gardą.

— Ale my... — zaczął wyjaśniać Jupiter.
— Milczeć! — ryknął jeździec. — Nie wiem jeszcze, co wy i ten starszy od was chuligan tu 

robicie, ale z pewnością się tego dowiem!

Pete wybuchnął zapalczywie:
— My nie jesteśmy tu z...
— Możesz wygadywać swoje kłamstwa na policji! Teraz marsz!
— Ależ, proszę pana, my... — zaczął Jupiter.
— Marsz, powiedziałem!
Machnął  groźnie  szpadą  i  puścił  konia  prosto  na  chłopców.  Cofnęli  się  i  pomaszerowali 

posłusznie w górę drogi.

Po dziesięciu minutach droga osiągnęła grzbiet i zaczęła opadać w zalesioną dolinę, otoczoną 

skalistymi   górami.   Na   dnie   doliny   widać   było   staw,   wąski   i   nie   dłuższy   niż   dwa   boiska 
futbolowe,   a   na   nim   pagórkowatą   wysepkę,   porośniętą   sosnami.   Stało   na   niej   coś,   co 
przypominało latarnię morską — wysoki słup z latarnią na szczycie. W wąskim kanale między 
wyspą a lądem ułożono szereg kamieni, umożliwiających dostanie się na nią bez brodzenia w 
wodzie.

— To ma być jezioro? — prychnął Pete.
— Nie gadać! — warknął jeździec. — Dalej, na dół!
Chłopcy szli spiesznie w dół drogi pod palącym słońcem. Po chwili Pete szepnął:
— Też mi jezioro! To zwykła kałuża!
U podnóża góry droga zataczała łuk i za jej zakrętem ukazał się dom. Usytuowany wysoko 

nad stawem, był duży, trójkondygnacyjny, wykonany z kamienia obłożonego nie wygładzonym 
tynkiem. Pośrodku budynku wznosiła się kwadratowa wieża, zwieńczona blankami, co nadawało 
mu   dziwny,   nietutejszy   charakter.   Po   obu   stronach   wieży   rozkładały   się   skrzydła   domu   o 
mansardowych oknach. Oplatająca ściany winorośl nie łagodziła surowości stylu.

— O rany! — wykrzyknął Pete z cicha. — Ten dom wygląda raczej na fortecę! Z wieży 

widać wrogów w promieniu paru kilometrów.

— Rzeczywiście, to dziwny dom. Zupełnie nie pasuje do tej okolicy — szepnął Jupiter.
Krępy jeździec zsiadł z konia.
— Wchodźcie do środka!
Weszli do obszernego holu. Na krytych boazerią ścianach wisiały kilimy, stara broń, głowy 

łosi i jeleni. Drewnianą podłogę pokrywał wyblakły perski dywan. Wszystko było już wiekowe i 
zniszczone. Mężczyzna zagonił ich szpadą do ogromnego pokoju, wypełnionego masywnymi, 
zabytkowymi meblami. Było tu chłodno, mimo że w wielkim kominku płonął ogień.

Na fotelu przy kominku siedziała drobna kobieta. Stał przy niej rudowłosy chłopiec wzrostu 

Boba. Podobnie jak jeździec nosił wąskie kraciaste spodnie.

— Złapałeś go, Rory! — wykrzyknął.
—   Jego   nie   —   odparł   jeździec.   —   Łobuz   uciekł   samochodem.   Ale   zgarnąłem   jego 

wspólników.

— Ależ, Rory, to przecież mali chłopcy! — zawołała kobieta. —Doprawdy nie mogą...
— Zło nie musi się pojawiać przy pełnym wzroście, Floro Gunn. Do diabelskich sprawek są 

background image

dość dorośli.

Rory skinął na rudowłosego chłopca.
— Zatelefonuj na policję, Cluny, i raz na zawsze wyjaśnimy sprawę tych wszystkich włamań.
Jupiter nastawił uszu.
— Czy ten człowiek z volkswagena włamał się tutaj, proszę pana? A co zabrał?
Rory roześmiał się.
— Pytacie, jakbyście nie wiedzieli!
— Bo nie wiemy! — wybuchnął Pete. — Nigdy nie widzieliśmy tego człowieka! Ale znamy 

ten samochód, bo nas śledził.

—   Wybraliśmy   się   tutaj,   żeby   porozmawiać   z   panią,   pani   Gunn   —   powiedział   Jupiter 

spokojnie — a kiedy byliśmy już blisko pani domu, minął nas ten człowiek w volkswagenie. 
Zatrzymał   samochód,   wyskoczył  z  niego   i   zaczął   nas   gonić.   Nazywam   się   Jupiter   Jones, 
mieszkam przy składzie złomu Jonesa w Rocky Beach, a to są moi przyjaciele: Bob Andrews i 
Pete Crenshaw. Na drodze zostały nasze rowery, które stanowią dowód, że nie przyjechaliśmy 
tutaj z tym człowiekiem.

— Flora, powinnaś natychmiast porozumieć się z policją...
— Uspokój się, Rory — przerwała mu kobieta. — Jestem Flora Gunn, chłopcy; to jest mój 

syn, Cluny, a to mój kuzyn, Rory McNab. Czy mogę wiedzieć, dlaczego chcieliście się ze mną 
zobaczyć?

— Z powodu skrzyni, proszę pani! — wystrzelił Bob.
— Nasz skład złomu zakupił starą skrzynię orientalnego pochodzenia — wyjaśnił Jupiter. — 

Wypisana   jest   na   niej   nazwa   „Argyll   Queen”,   sądzimy   więc,   że   należała   do   pani   przodka, 
Angusa   Gunna.   Od   kiedy   weszliśmy   w   posiadanie   tej   skrzyni,   zachodzą   różne   tajemnicze 
zdarzenia. Gdyby zechciała pani powiedzieć nam, co ten człowiek z volkswagena zabrał z pani 
domu, może pomogłoby to nam znaleźć jakieś ich wyjaśnienie.

Pani Gunn zawahała się.
— Prawdę mówiąc, chłopcy, nie wziął niczego. Za każdym razem dzieje się to samo. Ktoś 

włamuje   się   do   domu,   szpera   wśród   rzeczy,   które   zostały   po   pradziadku   Angusie,   i   nigdy 
niczego nie zabiera.

— Niczego? — powtórzył Pete z rozczarowaniem.
— Powiedziała pani za każdym razem. Ile było ostatnio tych włamań? — zapytał Jupiter.
— Aż pięć, niestety, w ciągu ostatnich sześciu miesięcy.
— Zawsze grzebią w rzeczach starego Angusa! — wtrącił się rudowłosy Cluny. — Myślę, że 

chcą znaleźć...

— Skarb — dokończył Bob.
— Mamo, oni też myślą, że włamywacze szukają skarbu! — wykrzyknął Cluny.
Pani Gunn uśmiechnęła się.
— Ta stara legenda okazała  się już dawno temu  bezpodstawna, chłopcy.  Cluny ma  zbyt 

wybujałą wyobraźnię.

—   Niekoniecznie   musi   to   być   legenda   bezpodstawna,   proszę   pani   —   odparł   Jupiter   i 

opowiedział o Javie Jimie i jego zainteresowaniu orientalną skrzynią. Pokazał też znaleziony w 
skrytce pierścień.

Pani Gunn obejrzała go.
— To właśnie znaleźliście?
— Niech zobaczę — Rory McNab wyjął jej pierścień z ręki. —Phi, mosiądz i czerwone 

szkiełko!  Stary  Angus  miał   pudło pełne   takiej   tandety.  Jesteście   głupcami!   Ludzie  w kółko 

background image

czytają dziennik starego Angusa i od stu lat szukają skarbu! Bez skutku!

Pani Gunn westchnęła.
— Rory ma rację, chłopcy. Dziennik starego Angusa mógł zawierać jedyną wskazówkę, gdzie 

szukać skarbu, ale nikt nigdy tej wskazówki nie odnalazł. Obawiam się, że to wszystko nonsens.

— Chyba  że nikt nigdy nie czytał  właściwego dziennika — powiedział Jupiter i wyjął z 

kieszeni kurtki cienki zeszyt.

W pokoju zaległa cisza.

background image

ROZDZIAŁ 6

Głos z przeszłości

— To chyba dalsza część dziennika! — wykrzyknął Cluny.
— Co to za podstęp? — warknął Rory.
Pani   Gunn   wzięła   od   Jupe’a   cienki   zeszyt.   Przewróciła   powoli   kilka   stron   i   wróciła   do 

pierwszej.

— Nie ma tu żadnego podstępu, Rory. To jest bez wątpienia pisma starego Angusa i jego 

podpis. Skąd to macie, chłopcy?

Jupiter opowiedział, jak znalazł dziennik między ściankami skrzyni.
— Ten, kto zreperował wewnętrzną ściankę, nie zauważył zeszytu w szparze i nie wiedział o 

skrytce.  Gdyby   ją  wtedy  otworzył,  sprężyna   by  się  zwolniła  i   pułapka  nie   zadziałałaby  już 
więcej.

Pani Gunn pokiwała głową.
— Tak, przypominam sobie teraz tę orientalną skrzynię. Sprzedałam ją przed laty, po śmierci 

męża. Musiałam się wtedy wyrzec sporej liczby rzeczy starego Angusa, żeby związać koniec z 
końcem. Niestety, nie powodzi się nam dobrze, a i utrzymanie tego domu kosztuje dużo. Dawno 
byśmy go stracili, gdyby nie pomoc i ciężka praca Rory’ego.

— Nie stracisz domu, Floro — mruknął Rory. — Bajki o skarbie nie są ci potrzebne.
— Dalsza część dziennika to nie bajka, panie McNab — powiedział Jupiter.
—   Mów   mi   Rory,   chłopcze.   Jeśli   Flora   tak   mówi,   przyznaję,   że   wasz   dziennik   jest 

autentyczny. Ale to nie jest poważniejszy dowód na istnienie skarbu od bajania głupców.

— Ale, Rory — wykrzyknął Cluny — jest przecież jeszcze ten list!
— Jaki list? — zapytał Jupiter.
Rory zignorował jego pytanie. Oczy mu się zwęziły.
— Przeczytajmy lepiej ten dziennik. Podaj mi go, Cluny.
Chłopiec wziął zeszyt od matki i podał go Rory’emu. Usiedli razem na długiej ławie przed 

tlącym się ogniem i zabrali się do czytania. Pani Gunn odezwała się w zamyśleniu:

— Tak, skoro istniał drugi zeszyt dziennika, musiał znajdować się właśnie w tej skrzyni. Mój 

mąż mówił mi, że jego dziadek, syn Angusa, znalazł w niej pierwszy zeszyt. Dziadek Gunn 
wierzył w istnienie skarbu i uważał, że wskazówka zawarta jest właśnie w dzienniku starego 
Angusa. Ale jego syn, ojciec mojego męża, twierdził, że dziennik nie daje na ten temat żadnej 
wskazówki, a skarb jest tylko legendą.

— Dlaczego dziadek Gunn tak uważał? — zapytał Bob.
— Wchodzi tu w grę ten list. Pradziadek Angus... — pani Gunn urwała i uśmiechnęła się. — 

Może powinnam zacząć od początku. Co wiecie o starym Angusie, chłopcy?

Opowiedzieli to, czego się dowiedzieli o zatonięciu „Argyll Queen” i zamordowaniu Angusa 

Gunna w 1872 roku.

— Jeśli czytaliście manuskrypt i opracowania, które przygotowuje Towarzystwo Historyczne, 

znacie   prawie   całą   historię   tej   sprawy.   Powtórzyłam   Towarzystwu   wszystko,   czego 
dowiedziałam się od męża. Po zatonięciu okrętu Angus wędrował po Kalifornii, póki nie znalazł 
tej doliny. Przypominała mu ona jego rodzinne strony, górzystą Szkocję. Zwłaszcza ze względu 
na ten staw z wyspą. W Szkocji siedziba Gunnów usytuowana jest nad brzegiem długiej zatoki 
zwanej Phantom Loch, czyli Jezioro Duchów. Znajduje się na nim wyspa, którą łączy z brzegiem 

background image

jakby łańcuch ułożony z wielkich kamieni, nazywanych Stąpnięciami Widma. Naszą wysepkę na 
stawie również łączy z lądem szereg ułożonych w wodzie wystających nad jej powierzchnię 
kamieni.

— A więc Angus odtworzył tutaj szkocką siedzibę Gunnów! — wykrzyknął Jupiter. — Teraz 

rozumiem, dlaczego wywiera ona takie dziwne wrażenie!

— Słusznie, Jupiterze — przytaknęła pani Gunn. — Pierwotnie siedzibę zbudowano w roku 

1352, zwano ją wtedy zamkiem, ponieważ stanowiła wyłącznie warowną twierdzę. W owych 
czasach dom musiał służyć do obrony. Dom-wieżę rozbudowano i przebudowywano przez lata, 
aż stał się tym, co odtworzono tutaj. Oryginalna budowla wchłonęła pozostałości zamku, choć 
straciła charakter obronny. Stara wieża okazała się przydatna w siedemnastym wieku, kiedy to 
Gunnowie zaczęli wyprawiać się w zamorskie rejsy. Ich żony wypatrywały z niej powracających 
statków.

— Przypomina mi to wdowią ścieżkę w Nowej Anglii — wtrącił Bob.
— Ale co z tym listem, proszę pani? — niecierpliwił się Pete.
— Po znalezieniu doliny ze stawem, który tak przypominał mu rodzinne strony, Angus zabrał 

się do budowy domu. Budowa trwała niemal dwa lata, wreszcie posłał po żonę i syna. Ale gdy ci 
dotarli tu miesiąc później, Angus już nie żył, zabici zostali także jego mordercy. Żona Angusa, 
Laura, znalazła list adresowany do siebie, ukryty w staroświeckim przyrządzie do grzania łóżka.

— Przyrząd, którego chyba nikt poza jego żoną nie miał prawa używać! — powiedział Jupe z 

zadowoleniem.

— Syn Angusa był tego samego zdania — przytaknęła pani Gunn.
— Kiedy zaczęły  się  rozprzestrzeniać  pogłoski  o  skarbie,   nabrał  pewności,  że  list  został 

napisany po to, by wskazać miejsce, gdzie ukryty jest skarb. Angus zdaje się w nim odsyłać do 
swego dziennika, ale dziadek Gunn nigdy nie znalazł tam żadnej wskazówki na ten temat.

— Czy możemy zobaczyć ten list? — nalegał Pete.
— Oczywiście, mam go w albumie w mojej sypialni.
— Czyli  nie przechowuje pani listu wraz z innymi  rzeczami starego Angusa? — zapytał 

Jupiter.

— Nie, nigdy go tam nie przechowywałam.
Wyszła z pokoju i po chwili wróciła z albumem. Chłopcy otoczyli ją, żeby odczytać stary, 

pożółkły list:

Droga Lauro!
Będziesz tu wkrótce, ale lękam się, że jestem stale obserwowany Muszę pisać te ostatnie  

ważne słowa ze świadomością, że mogą je odczytać czyjeś inne oczy.

Pamiętaj, że cię kochałem i przyrzekłem dać ci złote życie. Miej w pamięci to, co kochałem w  

domu,   i   sekret   jeziora.   Idź   za   moim   ostatnim   kursem,   przepatrz   to,   co   w   ciągu   moich   dni  
zbudowałem dla ciebie. Doszukaj się sekretu w lustrze.

Chłopcy popatrzyli na siebie. Po chwili przeczytali list ponownie.
— Według słów mojego męża, dziadek Gunn uważał, że sformułowanie „złote życie” odnosi 

się do skarbu, który Angus zostawił Laurze — powiedziała pani Gunn. — Kierując się ostatnim 
zdaniem, przeszukał w tym domu wszystko, co odbijało się w lustrze. Kiedy nic nie znalazł, 
uznał, że wskazówka musi być zawarta w dzienniku Angusa ze względu na zdanie w liście: 
„Przepatrz, co w ciągu moich dni zbudowałem dla ciebie”. Ale żadnej wskazówki nigdy nie 
znalazł.

background image

— Ponieważ nie miał drugiego zeszytu dziennika — odparł Jupiter. — List mówi. ,,Idź za 

moim  ostatnim  kursem”.  Kurs w marynarskim języku  znaczy kierunek, drogę, jaką odbywa 
statek.   Inaczej   mówiąc,   Angus   poleca   Laurze   prześledzić   w   poszukiwaniu   wskazówki   jego 
ostatnie poczynania, a o tych poczynaniach pisze on w drugim zeszycie dziennika. Obejmuje on 
okres ostatnich dwóch miesięcy przed napisaniem listu. Co Angus robił w tym czasie?

Rory parsknął pogardliwie, rzucił dziennik na podłogę.
— Ani słowa o żadnym skarbie! Pisze tu tylko, dokąd poszedł i co zrobił, żeby zbudować 

Laurze niespodziankę.

— Ja też nie znajduję w tym dzienniku żadnej wskazówki co do skarbu — potwierdził Cluny 

ze smutkiem.

— Ja również nie mogłem jej znaleźć — przyznał Jupiter. —Ale... proszę pani, co w starym 

rodzinnym domu Angus kochał szczególnie i co to jest sekret Phantom Loch?

— Nie mam pojęcia, co kochał, Jupiterze, a sekret Phantom Loch to bardzo stara szkocka 

legenda. Głosiła ona, że w mgliste, zimowe poranki pojawiało się widmo jednego z przodków 
Gunnów.  Stało   na  stromej   skale,  wypatrując   wroga.  Ów  praszczur  Gunnów  został   podobno 
zabity w dziewiątym wieku przez wikingów i odtąd strzeże domu przed następnym najazdem. 
Legenda o duchu dała nazwę jezioru.

— A więc mamy na dokładkę do bajek o skarbie opowieści o duchach — burknął Rory.
— Dla Javy Jima skarb nie jest wcale bajką! — krzyknął Pete zapalczywie.
— Ani dla faceta z zielonego volkswagena — dodał Bob.
— A co mają znaczyć te wszystkie włamania? — wtórował im Cluny.
Rory popadł w ponure milczenie. Po chwili Jupiter zwrócił się do pani Gunn:
— Czy dużo osób zna treść listu i pierwszego zeszytu dziennika?
— W ciągu tych lat wielu musiało je czytać, Jupiterze.
— To by więc wyjaśniło włamania. Java Jim musiał wiedzieć o liście i o tym, że odsyła on po 

wskazówkę do dziennika. Między ostatnim zapisem  w  pierwszym  zeszycie  dziennika a datą 
śmierci Angusa minęły dwa miesiące. Java Jim domyślił się prawdopodobnie, że gdzieś musi 
znajdować się drugi zeszyt dziennika, i włamał się żeby go odszukać.

— No to jest kolejnym głupcem — mruknął Rory.
— Wcale tak nie uważam — Odparł Jupe — Proszę zobaczyć, co Angus napisał w liście: 

„Muszę pisać te ostatnie ważne słowa ze świadomością, że mogą je odczytać czyjeś inne oczy”. 
Ułożył więc szaradę, którą, jak myślał, Laura zdoła rozwiązać. Jestem przekonany, że Angus 
istotnie ukrył skarb i można go odnaleźć, rozwiązując tę szaradę, kierując się danymi zawartymi 
w drugim zeszycie dziennika!

Bob, Pete i Cluny poparli go ochoczo.
— Być może, Jupiterze — zgodziła się z nimi pani Gunn.
— W jaki jednak sposób my moglibyśmy rozwiązać tę szaradę, skoro Laura nie dała sobie z 

nią rady. A szarada była przecież dla niej przeznaczona.

— My ją rozwiążemy, proszę pani! — wykrzyknął Bob.
— Rozwiązaliśmy już masę zagadek i tajemnic — dodał Pete.
Jupiter wyprostował się godnie.
— Tak się składa, proszę pani, że wyjaśnianie tajemnic i rozwiązywanie zagadek jest naszym 

profesjonalnym zajęciem.

Wyjął z kieszeni wizytówkę Trzech Detektywów i podał pani Gunn. Cluny czytał nad jej 

ramieniem i otworzył szeroko oczy.

background image

TRZEJ DETEKTYWI

Badamy wszystko 

???

Pierwszy Detektyw . . . . . . . . Jupiter Jones

Drugi Detektyw . . . . . . . . . Pete Crenshaw 

Dokumentacja i analizy . . . . . Bob Andrews

Rory   złapał   wizytówkę   i   wlepił   w   nią   wzrok.   Spoglądał   na   chłopców   podejrzliwie.   Nie 

zwracając na niego uwagi, Jupiter wyrzekł z powagą:

— Pragniemy ofiarować pani nasze usługi.
— Jak najbardziej — poparł go Pete.
— Pozwól im spróbować, mamo! — nalegał Cluny. — Ja im pomogę!
Pani Gunn uśmiechnęła się.
— Dobrze. A jeśli znajdziecie skarb, z pewnością on nam się przyda.
— Hura! — wykrzyknęli równocześnie Bob, Pete i Cluny.
Pani Gunn roześmiała się.
— A co powiecie teraz na mały poczęstunek? Łowcy skarbów powinni nabrać sił.
Rory rzucił wizytówkę detektywów na ławę, obok pani Gunn i skrzywił się podejrzliwie.
— To jakiś podstęp, Floro!
— Nie sądzę, Rory.
— W każdym razie ja umywam od tego ręce — powiedział Rory ze złością i zamaszystym  

krokiem opuścił pokój.

background image

ROZDZIAŁ 7

Wymarłe miasto

Zaraz po drugim śniadaniu Rory McNab mruknął pod nosem, że musi nazrywać gałęzi z 

przydrożnych sosen na świąteczną dekorację, wyszedł z domu. Chłopcy wrócili z panią Gunn do 
salonu i zabrali się do studiowania drugiego zeszytu dziennika.

—   Zauważcie,   chłopaki   —   powiedział   Jupiter   —   ze   to   nie   jest   to,   co   nazywamy 

pamiętnikiem. Angus nie notuje swoich myśli, nie pisze o planach, ani właściwie niczego nie 
opisuje.   W   większości   jego   zapiski   są   krótkie,   jedno-   lub   dwuzdaniowe.   Na   przykład: 
„Pracowałem dzisiaj na podwórzu” albo: „Zobaczyłem orła”. Przypomina to książkę pokładową: 
same fakty, pozbawione komentarzy.

— Pierwszy zeszyt dziennika też jest taki — wtrącił Bob.
— Większość zapisów nic nam więc nie mówi — ciągnął Jupe. — Ale Angus napisał w 

liście, żeby iść jego kursem i czytać, co zbudował w ciągu swoich dni. Nie chciał, żeby Laura 
czytała o wszystkim, co robił, albo tylko dokąd się udał i co budował.

Cluny zajrzał do dziennika.
— Pierwszy zapis dotyczy właśnie tego: „Dziś zacząłem pracować nad niespodzianką dla 

Laury. Najpierw udaję się do Powder Gulch po ludzi i tarcicę na śluzę”.

— A więc coś budował! — wykrzyknął Pete.
— Tak jak pisze w liście — przytaknął Jupe. — Co dalej, Cluny?
Rudzielec przerzucił kilka stron.
— Nic nie notuje przez dwa tygodnie. Tylko małe uwagi, jak: „widziałem jastrzębia” i tym 

podobne. Potem udał się na wyspę.

— Proszę pani, co to było, ta niespodzianka dla Laury? — zapytał Jupiter.
— Nie mamy pojęcia. Może jakieś meble?
— Pomyślimy nad tym później — zdecydował Jupe. — Ludzie i drewno na śluzę. Śluza służy 

do zatrzymania wody. Górnicy budowali śluzy służące do wypłukiwania złota z rudy. Cluny, czy 
w Phantom Lake jest jakaś kopalnia?

— Nigdy o niczym takim nie słyszałem. Chodzi ci o kopalnię złota?
— Może Angus budował kopalnię potajemnie? — podchwycił Pete.
— Możliwe — zgodził się Jupiter. — Ale czuję, że to nas nie prowadzi do rozwiązania. 

Angus powiedział, żeby iść jego kursem, jakby wskazówka znajdowała się tam, gdzie on był. 
Chłopaki, jedziemy do Powder Gulch.

— Czy to jest gdzieś w pobliżu? — zapytał Pete.
— O dwa kilometry stąd, tą samą szosą — powiedział Cluny.
— Dziwię się, że o nim nie wiesz, Pete — skarcił go Jupiter. —Jest to raczej sławne miejsce. 

Czytałem o tym. To...

Bob wpadł mu w słowo:
— No pewnie! To stare wymarłe miasto!
— W.. wymarłe miasto? — wyjąkał Pete. — I my mamy tam jechać?
— Musimy — oświadczył Jupe i wstał. — Jedziemy natychmiast!

Odrapany   drogowskaz   z   napisem:   „Powder   Gulch”   wskazywał   wąską,   bitą   drogę.   Po 

dziesięciu minutach jazdy chłopcy zobaczyli położone w dole wymarłe miasto.

background image

Zatrzymali   się,   żeby   mu   się   przyjrzeć.   Zrujnowane   stare   chaty   rozrzucone   były   wzdłuż 

wyschniętego   koryta   rzeki,   a   przy   jedynej   ulicy   stały   odrapane   budynki   o   wysokich, 
fałszowanych frontonach. Na jednym z nich widniał napis: „Saloon” na innym wyraźne litery 
głosiły: Sklep wielobranżowy. Przysadzisty, ceglany budynek był więzieniem. Dalej stała kuźnia 
i stajnia koni pod wynajem. Na samym końcu ulicy, u podnóża gór, brama prowadziła do kopalni 
złota, wokół której niegdyś wyrosło miasto.

— Złoża zostały wybrane około roku 1890 i wtedy miasto wymarło — tłumaczył Jupiter. — 

Potem na rzece zbudowano tamę, żeby stworzyć zbiornik wodny.

Pete westchnął.
— Co tu możemy znaleźć po stu latach, Jupe?
— Nie wiem — odparł Jupiter. — Jestem jednak pewien, że Angus Gunn chciał, żeby Laura 

się tu wybrała. Może wydawano tu jakąś gazetę i uda nam się znaleźć gdzieś jej redakcję?

— Może zachowało się nawet stare archiwum gazety? — powiedział Bob.
— Mam nadzieję, że ta wyprawa się źle nie skończy — mruknął Pete.
— Chodźmy! — ponaglał Jupe.
Zjechali w dół, na skraj wymarłego miasta i... stanęli jak wryci! Wstępu broniła zamknięta 

brama. Całe miasto było ogrodzone siatką!

— Płot szczelnie otacza całe miasto! — wykrzyknął Cluny. — A te napisy na budynkach 

wyglądają na świeżo malowane. Czy myślicie, że ktoś tu znowu zamieszkał?

— N...nie wiem — wyjąkał Jupe.
Nasłuchiwali jakichś odgłosów życia w mieście, ale w Powder Gulch zalegała złowieszcza 

cisza.

— Chyba musimy przedostać się przez płot — powiedział w końcu Jupe.
Zsiedli z rowerów i zaczęli się cicho wspinać po siatce ogrodzenia. Kilka chwil później stali 

już po drugiej stronie, patrząc w głąb zapiaszczonej ulicy.

— Pete, ty i Bob przeszukacie budynki po lewej stronie ulicy — powiedział Jupiter nerwowo. 

— Cluny i ja pojedziemy do więzienia i stajni po prawej, a potem do kopalni. Starajcie się 
wypatrywać wszystkiego, co może się wiązać z Angusem Gunnem i drewnem na śluzę.

Bob i Pete kiwnęli głowami i skierowali się do sklepu wielobranżowego. Weszli na palcach 

do środka i stanęli na progu zdumieni. Sklep wyglądał, jakby cofnęli się w czasie o sto lat! Półki 
były   pełne   rozmaitych   artykułów.   Niskie,   mroczne   pomieszczenie   wypełniały   beczki   z 
suszonymi  jabłkami  i mąką,  narzędzia,  skórzane  uprzęże.  Na ścianach wisiały staroświeckie 
strzelby, które błyszczały jak nowe. Długa lada lśniła czystością i nową politurą!

— Może rzeczywiście ktoś tu mieszka — powiedział Bob cicho.
— A.. ale nie dzisiejsi ludzie — wyjąkał Pete. — Tu wszystko wygląda jak sto lat temu. To 

jest sklep dla... dla duchów!

Bob skinął nerwowo głową.
— Tak tu musiało kiedyś wyglądać. Jakby... jakby nikt stąd nigdy nie odszedł. Nawet... Patrz, 

Pete! Na ladzie leży stary rejestr!

Z   ociąganiem   podeszli   do   lady.   Stara   księga   była   otwarta.   Strony   wypełniały   kolumny 

nazwisk, przy każdym spis zamówionych towarów. Bob drżącą ręką obrócił kartki do daty 29 
października 1872. Pete odczytał:

— Angus Gunn, Phantom Lake — 200 desek na śluzę z podporami; 2 beczki mąki; 1 beczka 

wołowiny; 4 skrzynki suszonej fasoli.

Pete otworzył szeroko oczy.
— Rany, on nakupił jedzenia dla całej armii!

background image

— Musiał żywić ludzi, których tu najął — powiedział Bob. — Pewnie ich było dużo. Widzisz 

coś jeszcze?

Pete potrząsnął głową.
— Tutaj nie.
Wyszli szybko z tajemniczego sklepu. Obok był saloon.
— W tamtych czasach bar stanowił centrum życia miasta — powiedział Bob. — Wszyscy się 

w   nim   spotykali,   można   tam   było   zostawić   dla   kogoś   wiadomość.   Angus   prawdopodobnie 
wstąpił wtedy do baru.

Bar   był   dużą,   ciemną   izbą,   na   końcu   której   znajdowały   się   drzwi   wiodące   do   pokoi 

sypialnych.   Po   lewej   zobaczyli   bogato   zdobione   pianino,   czyste   i   lśniące.   Za   długim, 
wypolerowanym   barem   stały   rzędy   pełnych   butelek.   W   głębi   okrągły   stół   zastawiony   był 
flaszkami   i   napełnionymi   do   połowy   szklankami.   Wśród   nich   rozrzucone   były   karty,   jakby 
właśnie toczyła się partia pokera.

— Wszystko... tutaj wygląda podobnie jak w tamtym sklepie — powiedział zaniepokojonym 

tonem Pete. — Jakby górnicy wciąż tu byli, tylko wyszli na chwilę i...

Nie skończył zdania. Bar wypełnił się nagie gwarem licznych głosów! Pianino zaczęło grać 

skoczną melodię, choć nikt przy nim nie siedział! Zabrzęczały szklanki i butelki. Izbą wstrząsały 
krzyki   pijących.   Przy   stole   z   partią   pokera   coś   trzasnęło   i...   ktoś   niby   cień   podniósł   się   z 
krzesła...

— Stać, przybysze! — groźnie powiedział tubalny głos.
Ciemna, widmowa postać trzymała w obu widmowych rękach pistolety!
— Duch — wrzasnął Pete. — Uciekajmy, Bob!
Wybiegli ze starego saloonu na łeb, na szyję. Niewidzialny tłum krzyczał za nimi i pianino 

wciąż grało. Pędzili szaleńczo przed siebie, ku wejściu do kopalni.

Długi   tunel   kopalni   był   oświetlony!   Biegli   w   dół   spadzistego   szybu,   póki   nie   zobaczyli 

Jupitera i Cluny’ego.

— Jupe! Duch nas zaatakował w... — Pete urwał.
Stali zapatrzeni w głąb mrocznego szybu. Dobiegał stamtąd odgłos kapiącej wody, szczęk 

jakiegoś   mechanizmu   i   dziki,   niemal   szaleńczy   śmiech.   Potem   nastąpił   strzał,   pocisk   jakby 
świsnął tuż koło nich i odbił się echem w tunelu za nimi.

— C...co t...to, Jupe? — wyjąkał Bob.
Jupe przełknął z trudem ślinę.
— J.. ja nie wiem. Weszliśmy tu i… i... on do nas strzelił!
Teraz dopiero Bob i Pete zobaczyli, że nie dalej niż sześć metrów przed nimi, w mrocznym 

szybie, stał brodaty górnik, w czerwonej wełnianej koszuli, spodniach z koźlej skóry, wysokich 
butach i mierzył do nich ze starej strzelby.

— Wiemy, jak się rozprawiać z gwałcicielami prawa! — huknął, a jego głos rozniósł się 

echem.

Roześmiał się szyderczo, podniósł strzelbę do ramienia i pociągnął za cyngiel!

background image

ROZDZIAŁ 8

Duch przychodzi z odsieczą

Strzelba wypaliła prosto w chłopców! Następny strzał padł bezpośrednio po pierwszym!
Blady jak ściana Pete zamknął oczy.
— Czy... czy mnie trafił? — jęknął.
Otworzył oczy i spojrzał na przyjaciół. Wszyscy byli bladzi jak śmierć.
— Chybił! — wykrzyknął Bob.
— On... on nas tylko straszy — wyjąkał Cluny.
— Ale co on... — zaczął Pete.
Brodata   zjawa   roześmiała   się   znowu   dziko,   ponownie   podniosła   strzelbę   i   krzyknęła 

szyderczo:

— My wiemy, jak się rozprawiać z gwałcicielami prawa!
I ponownie pociągnął za spust.
Dwa strzały huknęły jeden po drugim.
— Znowu chybił — krzyknął Cluny. Posunął się o krok naprzód, wpatrując się w brodatego 

górnika. — Czego od nas chcesz?

— Czekaj, Cluny! — zawołał nagle Jupiter. — Popatrzcie tylko!
Wszyscy wbili z lękiem wzrok w starego górnika. Z głębi kopalni wciąż dobiegał szum wody 

i warkot jakiejś maszynerii. Po dłuższej chwili dało się słyszeć ciche stuknięcie, a potem klekot. 
Górnik roześmiał się i znanym ruchem podniósł strzelbę.

— My wiemy, jak się rozprawiać z gwałcicielami prawa! — huknął i nacisnął spust. Padły 

dwa strzały i... znowu spudłował.

— To manekin, taka mechaniczna kukła — Jupiter wybuchnął śmiechem. — Chłopaki, to jest 

po prostu automat! Z nagraniem w środku. To, co słyszymy, to tylko taśma!

— O rany! — wykrzyknął nagle Bob. — Co za dureń ze mnie! Teraz sobie przypominam, że 

czytałem o tym w gazecie. Remontują Powder Gulch i robią z tego miasta atrakcję dla turystów! 
Będą organizować przejażdżki konne i pokaz westernowy, będzie się ukazywał duch. To dlatego 
postawili ogrodzenie.

— Oczywiście — powiedział Jupiter zasępiony. — Ja też czytałem o tym jakiś czas temu.
Pete podszedł do starego górnika i dotknął palcem jego twarzy.
— Plastyk. Ale wygląda jak prawdziwy. Pewnie nasz duch w barze to też manekin. Umieją je 

teraz robić!

— Wyglądają jak żywe — przyznał Jupe. — Ale mamy na głowie inne sprawy. Czy któryś z 

was dostrzegł coś, co by nas naprowadziło na plany Angusa Gunna?

Bob powiedział mu o księdze zamówień w sklepie i o dużym zakupie Angusa.
— Zwoził żywność dla wielu pracowników albo też na dłuższy okres trwania budowy — 

rozważał Jupiter. — Wiemy więc, że to, co budował dla Laury, wymagało dużej pracy. Ale nadal 
nie wiemy, co takiego budował i gdzie — otworzył stary dziennik. — Pod datą 29 października 
widnieje notatka zbyt krótka, żeby mogła być pomocna.

— Nie przeszukaliśmy baru — powiedział Pete.
— To nic, wrócimy tam zaraz. — Jupiter zamknął dziennik. —Potem jeszcze zajrzymy do 

więzienia. Ówczesny szeryf mógł zostawić jakąś kartotekę. Rozejrzymy się też, czy nie uda nam 
się znaleźć redakcji gazety.

background image

Ruszyli z powrotem do wyjścia. Bob i Pete dostrzegli tym razem parę rzeczy, które uszły ich 

uwagi, gdy wbiegali do środka. W szybie stały rzędem odnowione wózki górnicze, leżały tam 
też   jakieś   narzędzia,   a   całości   dopełniał   jeszcze   jeden   manekin   —   górnik   z   czarną   brodą   i 
kilofem w ręce.

Pete uśmiechnął się.
—   Ludzie,   te   plastykowe   kukły   wyglądają   naprawdę   jak   żywe!   Ten   z   kilofem   sprawia 

wrażenie, jakby...

Czarnobrody   górnik   wypuścił   z   ręki   kilof,   doskoczył   do   Jupitera,   wyrwał   mu   dziennik 

Angusa i wybiegł z kopalni.

— Java Jim! — zdumiał się Bob.
Stali bez ruchu, zaskoczeni nagłą przemianą manekina. Jupiter otrząsnął się pierwszy.
— Zabrał mi dziennik! Łapać go!
Z tupotem pobiegli słabo oświetlonym szybem. Wypadli wreszcie na ulicę zalaną gorącym 

słońcem popołudnia.

— Patrzcie tam! — krzyknął Cluny.
Przysadzisty marynarz odbiegł już daleko, gnał jak opętany.
— Stój, ty złodzieju! — wrzasnął Pete.
— Łapać złodzieja! — krzyczał Cluny.
Java Jim obejrzał się i zarechotał. Przebiegał właśnie koło baru, kiedy na progu pojawiła się 

widmowa postać w czerni, z pistoletami w obu rękach!

— To nasz duch! — wykrzyknął Pete.
Java Jim zobaczył groźną, jakby powstałą z grobu postać w drzwiach baru. Rzucił się w bok z 

okrzykiem, potknął o starą uprząż końską i rozłożył się jak długi. Dziennik wypadł mu z ręki. 
Pozbierał się szybko, próbował biec dalej i znowu się potknął.

— To złodziej! — wrzasnął Pete. — Łap go!
Duch spojrzał w stronę chłopców, po czym zszedł po stopniach na drewniany chodnik ulicy i 

skierował się do Javy Jima. Jego pistolety zabłysnęły w słońcu. Java Jim nie czekał. Schronił się 
za budynki,  dobiegł do ogrodzenia, wdrapał się na nie i znikł wśród gęstych, wyschniętych 
zarośli, rosnących wzdłuż koryta rzeki.

Chłopcy zbliżyli się biegiem do ducha. W dziennym świetle okazał się po prostu mężczyzną 

w czarnym, kowbojskim stroju. Jupiter podniósł upuszczony przez Javę Jima dziennik.

— Nie powinniście tu wchodzić, chłopcy — powiedział duch. —Wytłumaczcie mi, o co tu 

chodzi, i oddajcie mi tę książkę, jeśli stanowi własność miasta.

— Nie, to moje, proszę pana — odparł Jupe. — Przepraszamy, że weszliśmy przez płot, ale 

prowadzimy pewne dochodzenie, a nie wiedzieliśmy, że ktoś tu jest.

Wyjaśnił  następnie,  że  starają  się ustalić,  jakie  sprawy  załatwiał  Angus Gunn w Powder 

Gulch.

— Napędził nam pan niezłego stracha — dodał.
Duch uśmiechnął się.
— Postanowiłem wypróbować na was nasze urządzenia. Sprawuję pieczę nad tym miastem. 

— Potarł namysłem brodę. — Angus Gunn, mówicie? Może będę mógł wam pomóc. Mam u 
siebie w biurze stare księgi. Jeśli wasz Angus Gunn coś w tym mieście załatwiał, powinno to być 
odnotowane w księgach handlowych lub urzędowych.

Przeszli przez bar do małego biura. Dozorca otworzył szafkę z aktami.
— Wszystkie nazwiska ze starych ksiąg zostały w ramach prac restauracyjnych wypisane 

alfabetycznie i opatrzone informacjami. Zobaczymy, czy mamy tu coś o Gunnie.

background image

Odszukał nazwisko i pokiwał głową.
— Są tylko dwie informacje. O tych zakupach w sklepie, które widzieliście, i o anonsie w 

miejscowej   gazecie   z   roku   1872,   że   poszukuje   górników   do   krótkoterminowej   pracy.   To 
wszystko.

— Nic z tego nie wynika — jęknął Pete. — My...
Przerwały mu nawoływania z ulicy.
— Halo, chłopcy! Cluny! Hej, chodźcie tutaj!
— To Rory!
Przeszli szybko przez bar. Stał przed nim Rory McNab w towarzystwie pana, z którym Bob 

rozmawiał   w   Towarzystwie   Historycznym   —   profesora   Shay’a.   Mały,   krągłolicy   profesor 
podszedł do chłopców.

— Napędziliście nam strachu! Natknąłem się na pana McNaba przed bramą, powiedział mi, 

że pewnie tu jesteście, i rzeczywiście znaleźliśmy wasze rowery. Zlękliśmy się, że coś się wam 
stało.

— Weszliście tu bez pozwolenia! — naparł na nich Rory. — Wiedziałem, że napytacie sobie 

biedy. Dlatego pojechałem za wami.

—   Nic   im   się   nie   stało,   panie   McNab   —   powiedział   dozorca.   —   Może   pana   profesora 

zainteresują wrażenia, jakie na chłopcach wywarły nasze efekty techniczne? Profesor Shay jest 
naszym doradcą historycznym. Towarzystwo uczestniczy w pracach restauracyjnych.

— Tak, pomówimy o tym później! — Oczy profesora błyszczały za okularami. Machnął 

dozorcy ręką na pożegnanie i zgarnąwszy chłopców, ruszył przed siebie. — Co z tym drugim 
zeszytem   dzienników,   chłopcy?   To   wy   go   znaleźliście?   Myślicie,   że   skarb   naprawdę   może 
istnieć? Co by to było za odkrycie! Opowiedzcie mi wszystko!

Jupiter opowiedział o drugim zeszycie  i o zainteresowaniu nim Javy Jima. Profesor Shay 

poczerwieniał.

— Co?! — wykrzyknął. — Ten... ten człowiek! Java Jim, tak mówicie? I on właśnie stara się 

ukraść skarb Gunna? Na pewno chce wszystko zagarnąć i sprzedawać po trochu. To niesłychane! 
Przecież   ten   skarb   może   mieć   bezcenną   wartość   historyczną!   Zachowany   w   całości   skarb 
piratów   wschodnioindyjskich!   Muzeum   naszego   Towarzystwa   stałoby   się   sławne.   Żadnej 
wskazówki jednak tu nie znaleźliście?

— Właściwie — zaczął Jupiter z wolna — dowiedzieliśmy się tylko, że niespodzianka, którą 

Angus Gunn szykował dla żony, wymagała dużej pracy.

— Tak, rozumiem, ale nie tutaj się ona dokonywała, tylko w Phantom Lake! Jestem w tej 

dziedzinie  ekspertem.   Może  zdołam  wpatrzeć   coś, co  wy przeoczyliście,   chłopcy.  Wrzućcie 
rowery do mojego samochodu, pojedziemy razem do Phantom Lake. Utrata tego skarbu na rzecz 
Javy Jima byłaby zbrodnią!

— Z pana to jest następny głupiec! — fuknął Rory.
— Co tam pan może  o tym  wiedzieć, panie McNab. Myślę, że chłopcy mają rację. No, 

wrzucajcie rowery do bagażnika, szybko!

Brama była teraz otwarta. Chłopcy złożyli rowery za tylnym siedzeniem kombi profesora. 

Rory ruszył w stronę swojego samochodu, ścigany zaintrygowanym spojrzeniem Jupitera.

background image

ROZDZIAŁ 9

Tajemnicze światło

Do późnego popołudnia profesor Shay przewędrował z chłopcami całą dolinę i dolną część 

wzgórz.   Obejrzeli   dzięki   temu   Phantom   Lake   ze   wszystkich   możliwych   punktów 
obserwacyjnych. Okrążyli też z podekscytowanym profesorem trzykrotnie dom i nie znaleźli 
absolutnie niczego!

Zasiedli wreszcie w ostatnich promieniach słońca na tarasie. Pani Gunn patrzyła na nich ze 

współczuciem. Rory palił fajkę i uśmiechał się złośliwie.

— Nic tu nie ma — mówił profesor Shay zdeprymowany. — Angus Gunn nie zbudował nic 

oprócz domu, a ten przeszukiwano już wielokrotnie w ciągu tych lat. Nigdzie też nie ma śladu po 
tym drewnie zakupionym na śluzę.

Rory roześmiał się.
— Wszyscy macie źle w głowie! Nawet gdyby Angus zbudował coś z tego drewna, dawno by 

się to rozpadło. A jeśli kiedyś miał jakiś skarb, w co wątpię, to go teraz nie znajdziecie.

— Znajdziemy! — krzyknął Bob.
— Ależ oczywiście — powiedziała pani Gunn, patrząc surowo na Rory’ego. — Być może 

skarb nie okaże się prawdziwym skarbem, ale jestem pewna, że coś znajdziecie.

— Mamo, mówisz jakbyś również nie wierzyła w istnienie skarbu! — zmartwił się Cluny.
Jupiter przeczytał raz jeszcze list starego Angusa.
— Gdybyśmy tylko znali więcej szczegółów! Jestem przekonany, że klucz do zagadki gdzieś 

się tu kryje i to od dawna. Ciekawe byłoby się dowiedzieć na przykład, co Angus uważał za 
szczególnie bliskie i drogie w swoim domu.

Pani Gunn potrząsnęła głową.
— W tym  czasie,  kiedy przepatrywaliście  okolicę,  przeczytałam  większość listów Laury. 

Pisze w nich wiele o miłości Gunnów do ich ziemi w Szkocji, o wspaniałym widoku na wąskie 
jezioro. Nie ma jednak wzmianki o żadnym konkretnym obiekcie, Jupiterze.

— Sprawa wygląda dosyć beznadziejnie — powiedział profesor Shay.
— Przyznaję, że problem wydaje się bardzo trudny — zgodził się Jupiter z westchnieniem.
— Nie zamierzasz chyba zrezygnować, Jupe?! — wykrzyknął Cluny.
— O, nie znasz Jupe’a! On się dopiero rozgrzewa do walki! —pocieszył go Pete.
— Nie miałabym żalu, chłopcy, gdybyście dali za wygraną — powiedziała pani Gunn.
— Nie sądzę, żebyśmy już musieli rezygnować — odparł Jupiter. — Stary Angus nie zostawił 

konkretnej wskazówki, a my postawiliśmy dopiero pierwszy krok na drodze poszukiwań. Teraz 
czas na krok drugi.

Otworzył dziennik Angusa.
— Następny istotny,  jak się zdaje, zapis pochodzi z 11 listopada 1872 roku: „Tego dnia 

popłynąłem   na   wyspę   cyprysów.   Mało   nie   zatonąłem   na   południowym   zachodzie   i   pełnym 
morzu ze względu na ładunek w łodzi. Wielmożny pan na wyspie zgodził się na moją propozycję 
i w południe wróciłem do domu bardzo zadowolony. Praca nad prezentem dla Laury posuwa się 
dobrze”. Dalsze zapisy przez okres mniej więcej tygodnia dotyczą codziennych zajęć koło domu.

— Jupe! On pisze, że łódź była czymś wyładowana — zauważył Pete.
— Tak — kiwnął głową Jupiter. — Ta wyspa być może udzieli nam odpowiedzi.
— Tylko gdzie to jest? — zapytał Cluny. — Nigdy nie słyszałem o żadnej wyspie cyprysów.

background image

— Ja też nie — przyznał Jupe. — A ty, Pete?
Pete, który był jedynym w tym gronie żeglarzem i znał okoliczne wody, zajrzał do dziennika 

Angusa.

— Myślę, że to nie jest nazwa wyspy. Ona może w ogóle nie mieć dziś żadnej nazwy albo też 

i dawniej nazwy nie miała. Wszystkie duże wyspy na tym kanale miały kiedyś nazwy, więc to 
jest pewnie jakaś mała wysepka, położona niedaleko wybrzeża. Musi się znajdować gdzieś tu 
blisko, skoro Angus dopłynął tam i wrócił w pół dnia. Wygląda na to, że należała do jakiejś 
rodziny i że rosną na niej cyprysy. Poszukam jej.

— Jeszcze dziś ustal, gdzie się znajduje — powiedział Jupiter. — Jutro tam popłyniemy!
— Wybiorę się z wami — oznajmił profesor Shay żywo. — Mam niedużą łódź, a jeśli to 

niedaleko, możemy się nią zabrać wszyscy.

Rory wstał.
— Widma, duchy, wyspy bez nazw, człowiek nieżywy od stu lat! Wszyscy powariowaliście!
Zszedł z tarasu, a pani Gunn potrząsnęła głową z uśmiechem.
— Nie przejmujcie się zbytnio Rorym. Jest porywczy i nie uznaje rzeczy niepraktycznych, ale 

to naprawdę dobry człowiek. Po śmierci męża było nam ciężko, a Rory starał się przez cały 
zeszły rok, żeby nasze życie było łatwiejsze. Myślę, że teraz jest zmęczony po podróży.

— Podróży? — zapytał ostro Jupe. — Czy Rory dokądś wyjeżdżał, proszę pani?
— Tak, trzy dni spędził w Santa Barbara. Pojechał tam sprzedać nasze zbiory awokado. 

Wrócił dopiero zeszłego wieczoru.

Jupiter spochmurniał.
— Kim właściwie jest Rory, proszę pani? Przebywa tu dopiero od roku, prawda?
— To daleki kuzyn mojego męża. Przyjechał ze Szkocji z wizytą i został, żeby nam pomóc. 

To człowiek dumny i uparty, nie przyjmuje ode mnie zapłaty. Pracuje u nas za mieszkanie i 
utrzymanie, jak członek rodziny.

Jupiter podniósł się i skinął na Boba i Pete’a.
— Musimy już iść do domu. Robi się późno.
— Odwiozę was — zaoferował się profesor Shay.
Rowery znajdowały się już w samochodzie profesora, ruszyli więc bitą drogą w dół, do szosy.
— Panie profesorze — odezwał się w pewnym momencie Jupe — jedno mnie zastanawia. 

Skąd Java Jim tyle wie o Gunnach, o liście do Laury na przykład?

— Nie wiem, Jupiterze. Oczywiście o skarbie rozprawiano dość powszechnie, ale twój Java 

Jim  nie  wydaje   się człowiekiem   tutejszym.   Być   może  jest  potomkiem  któregoś  z  ocalałych 
członków załogi „Argyll Queen”. Może nawet samego kapitana?

— Pewnie! To by wyjaśniało sprawę — powiedział Bob.
— Chyba tak — zgodził się Jupiter w zamyśleniu.
Kiedy wysiadali pod składem złomu, zostało im jeszcze pół godziny do kolacji. Przeczołgali 

się przez Tunel Drugi do Kwatery Głównej.

— Jupe — zagadnął Pete — a właściwie, skąd możemy wiedzieć, czy stary Angus potajemnie 

nie budował w Phantom Lake kopalni?

— Kto wie, Pete. Ale po to, żeby ją znaleźć, potrzebujemy konkretnej wskazówki. Poza tym, 

co by z nią miała wspólnego szkocka legenda o widmie? Albo lustro?

— Pani Gunn mówiła, że to szkockie widmo miało jakoby strzec jeziora przed wikingami — 

powiedział Bob. — Może to właśnie miał Angus na myśli. Widmo wpatruje się w wodę, bo 
skarb ukryty jest w stawie!

— To też jest możliwe — przyznał Jupe. — Wciąż jednak potrzebna nam jest wskazówka, 

background image

żeby wiedzieć, gdzie dokładnie ten skarb jest ukryty. — Zamilkł na chwilę. — Czy słyszeliście, 
co pani Gunn mówiła o Rorym?

— Pewnie — odpowiedział Pete. — Jest jej pomocny, ciężko u niej pracuje.
— I ma wybuchowy charakter — dodał Bob. — To ci dopiero nowina!
— Podobnie jak ta, że przez trzy poprzednie dni nie było go w Phantom Lake! — powiedział 

Jupe. — A to oznacza, że mógł się znaleźć w Rocky Beach wczoraj, kiedy zaatakował nas Java 
Jim, oraz że mógł być w muzeum, a dzień wcześniej w San Francisco!

— Chcesz powiedzieć, że może pozostawać w zmowie z Javą Jimem i że obaj chcą odnaleźć i 

wykraść skarb? — zapytał Bob.

— Tak, on z pewnością wie wszystko o liście, o Phantom Lake. Mógł też się dowiedzieć, co 

ze starych przedmiotów pani Gunn uprzednio sprzedała.

— Tak, mógł — powiedział Jupiter posępnie. — Pete, chciałbym,  żebyś  dziś wieczorem 

odszukał wyspę cyprysów. Spotkamy się jutro wszyscy przy łodzi profesora Shay’a.

Po kolacji Jupiter wraz z ciocią Matyldą i wujkiem Tytusem przystrajał choinkę. O dziesiątej 

zadzwonił telefon. Odezwał się Pete:

— Jupe, to jest wyspa Cabrillo. W roku 1872 należała do starej rodziny o tym nazwisku. Jest 

porośnięta cyprysami. Leży o niecałe dwa kilometry od wybrzeża, a o trzy od naszej zatoki.

— Świetnie, Pete!
Jupiter odłożył słuchawkę i udał się na górę do swego pokoju. Nie zapalając światła, podszedł 

do okna, żeby popatrzeć na dekoracje świąteczne zdobiące Rocky Beach. Przy wielu domach 
jarzyły się kolorowe światełka.

Właśnie zamierzał odwrócić się od okna, gdy jego uwagę przykuł słaby błysk. Natężył wzrok 

i po chwili zobaczył w tym samym miejscu ponowny błysk, a po nim kolejny. Zaintrygowany 
wpatrywał   się   w   mrok   za   oknem.   Tam,   skąd   dochodziły   błyski,   nie   było   żadnego   domu. 
Pojawiały się one ciągle, raz za razem. Jupe nagle sobie uświadomił, skąd dochodzą — ze składu 
złomu, dokładnie z miejsca, gdzie była ukryta Kwatera Główna! Światło rozbłyskiwało w jej 
wnętrzu i wydobywało się na zewnątrz przez okienko w dachu przyczepy!

Jupiter zbiegł szybko po schodach i przemknął się na drugą stronę ulicy. Frontowa brama 

składu była należycie zamknięta. Dobiegł do narożnika płotu, przy którym po drugiej stronie 
ogrodzenia mieściła się jego pracownia. Znajdowało się tu kolejne sekretne wejście na teren 
składu — dwie obluzowane, pomalowane na zielono deski.

Ostrożnie wśliznął się przez Zieloną  Furtkę Numer Jeden do pracowni. Błyski  ustały.  W 

pobliżu Tunelu Drugiego nikogo nie było. Jupe skradał się wśród stert rupieci do Wejścia Numer 
Trzy.

Stare drzwi były wyłamane, a za nimi drzwiczki przyczepy stały otworem!
Jupiter wszedł do wnętrza i zobaczył, że dziennik Angusa Gunna leży na biurku tak, jak go 

zostawił   jest   otwarty  na   ostatniej   stronie.   Wtedy  zrozumiał,   co  powodowało   błyski   —  ktoś 
włamał się do Kwatery Głównej i sfotografował dziennik!

Jupiter zaklinował drzwi Wejścia Trzeciego i ruszył wolnym krokiem do domu. Teraz więc 

ktoś jeszcze znał ostatni kurs Angusa Gunna!

background image

ROZDZIAŁ 10

Widmo

Kiedy Pete, Bob i Jupiter jechali na rowerach do przystani, nad zatoką Rocky Beach wisiała 

mgła. Cluny czekał już na nich przy łodzi profesora Shay’a. Drżący w chłodzie wilgotnego 
poranka, uśmiechnął się szeroko na widok detektywów.

— Rozmyślałem całą noc — zawołał — i jestem pewien, że ładunkiem łodzi Angusa był 

skarb! Znajdziemy go dzisiaj!

— Ja również jestem dobrej myśli — przyznał Jupiter. — Powinno...
W tej samej chwili z piskiem opon podjechał do nich samochód profesora Shay’a. Profesor 

wysiadł i żwawo podbiegł do chłopców.

— Przepraszam was za spóźnienie, ale mieliśmy kłopoty w Towarzystwie Historycznym. 

Ktoś się tam włamał i usiłował ukraść dokumenty związane z „Argyll Queen”! Zauważono, że 
nosił czarną brodę!

— Java Jim! — wykrzyknęli Pete i Bob równocześnie.
Profesor Shay skinął głową.
— Wszystko na to wskazuje.
— Ale dlaczego chciał te dokumenty wykraść? — dziwił się Cluny.
— Wszyscy przecież znają historię „Argyll Queen”.
— Ale też wszyscy mogli w niej coś przeoczyć — zauważył Jupe. I opowiedział o intruzie, 

który zeszłego wieczoru sfotografował dziennik w ich Kwaterze Głównej.

— A więc Java Jim ma teraz dziennik Angusa! — wykrzyknął profesor Shay. — Mógł już 

nas   wyprzedzić   i   dotrzeć   do   wyspy!   —   Utkwił   wzrok   w   spowijającej   ocean   mgle.   —   Jak 
myślicie, chłopcy — dodał — czy możemy wypłynąć przy takiej pogodzie? 

Pete skinął głową.
— W pasie przybrzeżnym widoczność jest dobra. Mgła gęstnieje dopiero dalej, a pańska łódź 

jest duża i mocna.

— Wobec tego nie traćmy czasu!
Weszli   na   liczącą   blisko   dziesięć   metrów   długości   żaglówkę,   profesor   zapuścił   silnik 

napędzający łódź przy bezwietrznej pogodzie. Po chwili wypłynęli z zatoki. Pete objął ster i 
wziął kurs na północ, również profesor Shay i pozostali chłopcy stłoczyli  się w kabinie. W 
porannym, grudniowym chłodzie nawet grube swetry nie chroniły ich przed zimnem.

— Do roku 1890 wyspa Cabrillo nie miała nazwy — wyjaśniał Pete. — Potem nazwano ją tak 

od nazwiska właścicieli. To naprawdę mała wyspa, obecnie nie zamieszkana. Od naszej strony 
znajduje się mała zatoczka.

Wiatr był słaby, więc Pete nie wygasił motoru. Siedzieli milcząc w kabinie, aż Pete zawołał:
— Już ją widać!
O kilometr przed nimi majaczyła we mgle mała, górzysta wyspa. W miarę jak podpływali 

bliżej, coraz bardziej widoczne stawały się porastające ją cyprysy. Spoza jednego z dwu wzgórz 
wyspy wystrzelał wysoki komin. Ponura i skalista, wysepka przybierała we mgle kształty wręcz 
upiorne. Poza wyspą mgła gęstniała, tworząc jakby nieprzeniknioną ścianę, odgradzającą morze.

Pete wprowadził żaglówkę do osłoniętej zatoczki. Przycumowali łódź do starej, przegniłej kei 

i wspięli się na brzeg. Stanęli, rozglądając się po nagim, skalistym lądzie. Tu i ówdzie rosły 
stare, karłowate cyprysy. Wiatry poskręcały je w groteskowe kształty.

background image

— O rany, a jakim to cudem moglibyśmy ten skarb odnaleźć, jeśli Angus rzeczywiście go tu 

zakopał? Mógł to przecież zrobić w każdym miejscu! — zasępił się Bob.

— Nie, Bob, zastanawiałem się nad tym wczoraj wieczorem — powiedział Jupe. — Jestem 

przekonany, że nie zakopał skarbu. Po pierwsze, wiedział, że kapitan „Argyll Queen” depcze mu 
po piętach i świeżo skopana ziemia łatwo wskazałaby miejsce, gdzie się skarb znajduje. Po 
drugie, chciał, żeby Laura skarb znalazła, a już po paru miesiącach każdy znak byłby zatarty. 
Nie, myślę, że ukrył skarb w jakimś specjalnym miejscu, które oznakował symbolem, łatwo 
rozpoznawalnym dla Laury. To oznakowanie musiało być czymś odpornym, czymś, co przetrwa 
długo, bo nie mógł być pewien, ile czasu zajmie jej odszukanie tego miejsca.

— Angus mógł coś tutaj dla Laury zbudować — podsunął Cluny.
— Może kupił tu na wyspie jakiś kawałek ziemi jako niespodziankę?
— Tak, myślałem o tym — przytaknął Jupiter. — Będziemy poszukiwać jakiejś budowli z 

tarcicy albo jakiegoś znaku, który kojarzy się z Gunnami.

— Dziennik mówi, żeby iść kursem Angusa i przepatrzyć, co zbudował w czasie swych dni 

— powiedział Bob. — Te słowa stanowią ogólną wskazówkę. Potem Angus pisze o widmie i 
lustrze. To też mogą być jakieś znaki.

—   Właśnie   —   podchwycił   Jupiter.   —   Pisze   też,   że   przedstawił   pewną   propozycję 

właścicielowi wyspy. Mogło chodzić o ukrycie tutaj czegoś. Najpierw więc zajrzymy do domu, 
którego komin tam widać. Może zachowały się jakieś stare dokumenty?

Wspięli się na przełęcz  między dwoma  wzgórzami  i zeszli w osłoniętą kotlinę.  Stał tam 

wysoki komin i... nie było niczego poza tym! Z całej budowli został tylko komin z masywnym, 
kamiennym kominkiem, otoczony nagim, skalistym gruntem.

—   Nie   ma   już   tego   domu   —   westchnął   Pete.   —   Przepadła   szansa   znalezienia   jakichś 

dokumentów czy też lustra.

— Patrzcie! — wskazał Bob.
Kamienna   płyta   pośrodku   paleniska   kominka   obsypana   była   dokoła   świeżą   ziemią.   Płyta 

musiała być podniesiona, a następnie opuszczona z powrotem.

— Ktoś tu był przed nami! — wykrzyknął profesor Shay. — Sądząc po tej świeżości śladu, 

był tu całkiem niedawno.

Rozglądali się zaniepokojeni po niegościnnych wzgórzach z poskręcanymi cyprysami. Tylko 

smugi mgły snuły się przez nie, żywego ducha nigdzie nie było widać.

— Zobaczmy, co jest pod tą płytą — powiedział Bob.
Odsunęli wraz z Pete’em ciężki kamień. Pod spodem było puste zagłębienie.
— Nic tu nie ma — oznajmił Pete. — I nie wydaje mi się, żeby kiedykolwiek coś tu mogło 

być. Ziemia w tym dole jest sucha i sypka i nie ma na niej żadnych śladów.

— Ale ktoś myślał, że może coś tu znajdzie — powiedział Jupe.
— Popatrzcie, oczyścił całe palenisko, żeby dokopać się do płyty.
— W zatoczce, do której dopłynęliśmy, nie było innej łodzi, ale dalej, za cyplem, widać było 

małą plażę — dorzucił Pete.

— Rozdzielmy się i przeszukajmy ten teren! — zdecydował profesor Shay. — Tylko bądźcie 

ostrożni. Ja przejdę przez środek wyspy. Jeśli kogoś zauważycie, krzyczcie i biegnijcie do mnie.

— Rozglądajcie się jednocześnie za jakimś znakiem albo charakterystycznym miejscem — 

dodał Jupiter. — Jaskinią, stertą kamieni lub oznakowaniem wyrytym w skale.

Wszyscy przytaknęli nerwowo. Rozciągnęli się w linię od krańca do krańca małej wysepki i 

ruszyli   na   północ.   W   gęstniejącej   mgle   stracili   się   nawzajem   z   oczu.   Maszerujący   lewym 
skrajem Cluny widział tylko Pete’a.

background image

Cluny piął się w górę najbardziej na zachód wysuniętego stoku wzgórza. Po lewej miał morze 

i gęstą mgłę. Jej pasma gęstniały wokół niego tak, że w końcu nie mógł już Pete’a dojrzeć. 
Zdenerwowany, wypatrując tajemniczego nieznajomego i wsłuchując się w najlżejsze odgłosy, 
źle obliczył krok, upadł i osunął się w dół w lawinie drobnych kamieni.

— Aaach! — jęknął. Pozbierał się i... zamarł!
Spoza   kłębów   mgły   patrzyła   na   niego   ze   wzniesienia   widmowa   postać.   Z   diabelskiej, 

spiczastej twarzy sterczał zakrzywiony nos, a jedno tylko, olbrzymie oko wpatrywało się bystro 
w chłopca!

— Widmo! — krzyknął C luny. — Ratunku!
Widmo ruszyło ku niemu, wyciągając długą, bezkształtną rękę!

background image

ROZDZIAŁ 11

Intruz

— Ratunku! Na pomoc! — wołał Cluny, osłaniając się przed straszliwym widmem.
Z mgły wyłonił się zdyszany Pete.
— Co się dzieje?!
— Widmo! Tam! — wskazał Cluny.
Pete przełknął głośno ślinę i cofnął się na widok dziwacznej postaci. Jedyne  oko widma 

zwróciło się teraz ku niemu.

Po chwili nadbiegł profesor Shay, a po nim zasapany Jupiter i Bob. Stali wszyscy, zapatrzeni 

w widmową postać, gdy wskutek nagłego podmuchu mgła się przerzedziła.

— To jest drzewo! — wykrzyknął Bob.
— To jeden z tych poskręcanych cyprysów! — wtórował mu profesor Shay.
Garbate widmo było po prostu skarłowaciałym, pogiętym pniem drzewa, z którego gałęzie 

sterczały niczym wyciągnięte ręce. Głowę stanowił zdeformowany konar na czubku drzewa, z 
dziuplą pośrodku. Pasma przesuwającej się mgły stwarzały wrażenie, że dziupla jest żywym, 
kierującym się w różne strony okiem.

— Ojej! — sapnął Cluny z ulgą. — To wyglądało naprawdę jak widmo.
Jupiter wykrzyknął nagle:
— Chłopaki! To rzeczywiście jest widmo! Nie widzicie? To musi być znak pozostawiony 

przez Angusa!

— Znak? — powtórzył Pete.
— Naprawdę tak myślisz, Jupe? — zapytał Bob.
Oczy profesora zwęziły się za okularami.
— Na Boga, Jupiter może mieć rację! Szukajcie kryjówki pod tym drzewem, chłopcy! Tutaj 

być może ukryto skarb!

— Będę szukał na lewo od drzewa! — zawołał Cluny.
— A ja biorę prawą stronę! — przyłączył się Bob.
—   Wspinaj   się   nad   drzewo,   Jupiterze   —   powiedział   profesor.   —   Ja   obszukam   podnóże 

wzgórza.

Ruszyli  na poszukiwanie, jedynie Pete pozostał na miejscu. Spojrzał na prawo, potem na 

lewo, za siebie i w górę.

— Chłopaki — powiedział z wolna.
Nie usłyszeli go. Zajęci byli grzebaniem w ziemi i przesuwaniem kamieni leżących wokół 

drzewa. Profesor Shay badał podnóże, posługując się długim kijem.

— Chłopaki — powtórzył Pete — myślę, że tu niczego nie znajdziecie.
Jupiter przestał rozgrzebywać ziemię.
— Co? Dlaczego, Pete?
— Lepiej byś nam pomógł szukać! — zawołał Cluny.
Pete potrząsnął głową.
— Nie myślę, żeby Angus wybrał to drzewo na znak.
— Co ty opowiadasz, Pete? — burknął profesor. — Chodź, pomóż nam!
— Popatrzcie tam — Pete wskazał w prawo. — Wyżej, na stoku. Wydaje mi się, że tam stoją  

dwa następne widma!

background image

We mgle majaczyły dwa drzewa o widmowych kształtach.
— A tam widać dalsze trzy! — wskazał za siebie.
W miarę jak wiatr rozwiewał mgłę, ukazywało się coraz więcej poskręcanych drzew. Przestali 

rozgrzebywać ziemię. Profesor Shay jęknął i odrzucił kij.

— Wszędzie tu rosną cyprysy i wszystkie wyglądają jak widma!
Jupiter kiwał smutno głową.
— Pete ma rację. Zbyt wiele rośnie tutaj drzew-widm, żeby Angus wybrał któreś jako znak. 

Chyba że...

— Że co, Jupe? — ponaglał go Pete.
— Chyba że Angus jednak zrobił błąd i wybrał jedno z drzew na oznaczenie miejsca ukrycia 

skarbu. Przekopanie wszystkich dookoła zajęłoby kilka miesięcy, a moglibyśmy i tak niczego nie 
znaleźć!

— Niestety, ponieśliśmy porażkę, chłopcy — powiedział profesor Shay.
— Tak, jeśli rzeczywiście Angus ukrył skarb na wyspie — przytaknął Jupe. — Ale...
Urwał, gdyż nagle po zboczu potoczyła się lawina drobnych i większych kamieni. Spojrzeli w 

górę. Mgła rozwiała się niemal zupełnie, a na szczycie wzgórza wyraźnie ujrzeli ludzką postać.

— Jeszcze jeden cyprys! — roześmiał się Cluny.
— Przecież drzewo nie wywołuje lawiny — zauważył Jupiter.
— Chyba żeby umiało chodzić! — dorzucił żartobliwie Pete.
—   A   to   coś   umie!   —   wykrzyknął   profesor   Shay.   —   To   nie   jest   drzewo-widmo,   tylko 

człowiek! Hej, ty tam! Stój!

Nieznajomy znikł jednak nagle za grzbietem wzgórza. Dobiegł ich tylko tupot jego stóp.
— Szybko, chłopcy! — krzyknął profesor. — Trzeba go złapać!
Pędem ruszył w górę stoku. Chłopcy za nim. Ze szczytu wzgórza ujrzeli w oddali sylwetkę 

biegnącego. Zataczał łuk ponad zatoczką.

— Pewnie tam ma łódź! — wysapał profesor. — Odetniemy mu drogę!
Zawrócili w dół stoku do małej zatoki. Pete i Cluny wyprzedzili pozostałych i dopadli zatoki 

w parę minut. Nieznajomego jednak nie było nigdzie widać.

— Tam jest! — krzyknął  Jupe, który nie zdążył  jeszcze  zbiec  ze zbocza i miał  stamtąd 

rozleglejszy widok. — Tam po lewej!

Uciekający znikał właśnie za wzniesieniem po północnej stronie zatoki. Pete i Cluny puścili 

się za nim. Bob i profesor Shay pobiegli łukiem ku wzniesieniu. Daleko w tyle za nimi podążał 
zasapany Jupiter.

Profesor Shay i Bob pierwsi dotarli na szczyt wzniesienia. Zaraz po nich znaleźli się na nim 

Pete i Cluny. W dole rozciągała się krótka, wąska plaża. Uciekający siedział już w motorówce. 
Odbijając od brzegu, spojrzał za siebie i wtedy zobaczyli jego twarz.

— To jest człowiek z zielonego volkswagena! — wykrzyknął Bob. Profesor Shay wpatrywał 

się w szczupłego młodzieńca o zmierzwionej czuprynie.

— Ależ to Stebbins! Stój, ty łobuzie!
Motorówka oddalała się szybko od brzegu.
— Łotr! — ryknął profesor. — Wracamy do łodzi!
Puścili się biegiem do zatoki. Po drodze spotkali zziajanego Jupe’a, który wciąż wdrapywał 

się pod górę. Korpulentny przywódca detektywów popatrzył na nich z rozpaczą, kiedy go mijali, 
biegnąc w przeciwnym kierunku.

— Już nie mogę — jęknął zawracając.
Zanim Jupe dotarł wreszcie do zatoki, zdążyli odwiązać żaglówkę i uruchomić silnik, a Pete 

background image

czekał gotów przy sterze. W chwili, gdy Jupe rzucił się ciężko na pokład, Pete włączył bieg i 
wyprowadził szybko łódź na pełne morze. Motorówka była o paręset metrów przed nimi.

— Dodaj gazu, Pete! Łap go! — przynaglał  profesor Shay,  potrząsając pięścią w stronę 

motorówki. — Stebbins, ty złodzieju!

Zdyszany Jupiter wykrztusił:
— Pan go zna, profesorze? Tego młodego człowieka z volkswagena? Kto to jest?
—   To   Stebbins,   mój   dawny   asystent   —   w   głosie   profesora   był   gniew.   —   Absolwent 

uniwersytetu w Ruxton, biedak, któremu starałem się pomóc. Ale on mnie okradł! Usiłował 
sprzedać wartościowe eksponaty z miejskiego muzeum. Musiałem go zwolnić, a sąd wlepił mu 
rok więzienia!

Motorówka wyprzedzała ich już znacznie, niemal o kilometr.
— Nigdy go nie dogonimy. Nasza łódź jest zbyt wolna — powiedział Pete.
Profesor Shay patrzył z wściekłością za malejącą w dali motorówką.
— Zastanawiałeś się, Jupiterze, skąd Java Jim wie tyle o skarbie i Gunnach. Masz odpowiedź! 

Przypominam sobie, że Stebbins żywo się interesował katastrofą „Argyll Queen” i Angusem 
Gunnem! Pewnie teraz uciekł z więzienia albo też zwolniono go warunkowo. I wrócił na dawny 
trop. Najpewniej działa ręka w rękę z Javą Jimem! To jest niebezpieczny kryminalista!

— To on musiał sfotografować dziennik Angusa w Kwaterze Głównej — powiedział Bob.
— Tak — zgodził się Jupe. — Stąd się dowiedział o wyspie. Ale nie znalazł na niej niczego. 

W przeciwnym razie nie zostałby tam, żeby nas obserwować.

— My też niczego nie znaleźliśmy — zauważył Bob.
Przygnębieni, milczeli przez resztę drogi. Profesor Shay wciąż wypatrywał motorówki, która 

znikła już im z oczu. Nie zobaczyli jej też na przystani, kiedy do niej przybili i oczywiście nie 
było już ani śladu po Stebbinsie i jego zielonym volkswagenie.

— Powinienem natychmiast zgłosić tego drania policji — powiedział profesor gniewnie. — 

Przecież włamał się do waszego biura.

— Tak naprawdę to go nie widziałem, proszę pana — zauważył Jupiter.
— Ale wiesz, że to był on. Mogę przynajmniej ostrzec policję o poczynaniach tego młodego 

szubrawca.

— Co za dzień! — westchnął Pete. — Przestępca nam się wymknął, nie udało się znaleźć 

skarbu...

Profesor potrząsnął głową z namysłem.
— Przykro mi, chłopcy, ale sprawa wygląda beznadziejnie. Sto lat to szmat czasu.
— Muszę przyznać, że robimy małe postępy — zgodził się Jupiter.
— Wciąż jeszcze zostały w dzienniku zapisy z ponad miesiąca, koledzy! Nie rezygnujcie 

jeszcze! — prosił Cluny.

— Wy możecie  pewnie kontynuować  poszukiwania, ale  ja muszę  was, niestety,  opuścić, 

chłopcy — powiedział profesor ze smutkiem. — Nie mogę zaniedbywać pracy. Ale będę bardzo 
rad, kiedy się dowiem o waszych odkryciach.

Odprowadzany wzrokiem chłopców, odszedł do swego samochodu. Tylko Cluny patrzył z 

nadzieją na detektywów.

— Jupe, nie dajemy za wygraną, co? — zapytał Pete.
— Chodźmy teraz wszyscy na obiad — odpowiedział Jupiter z niewesołą miną. — Chcę 

trochę pomyśleć. Potem pojedziemy do Phantom Lake i postanowimy, co robić dalej.

Westchnął i dodał:
— Coś mi się w tej sprawie wymyka z rąk.

background image

Zgnębieni chłopcy wsiedli na rowery i ruszyli do domu.

background image

ROZDZIAŁ 12

Nowe niebezpieczeństwo

Bob kończył właśnie obiad, gdy mama zawołała, że dzwoni Jupiter.
— Uważam, że przyjęliśmy zupełnie mylną koncepcję, Bob — oznajmił Jupe z ożywieniem. 

— Otwiera mi się zupełnie nowe spojrzenie na zagadkę starego Angusa.

Bob uśmiechnął się. Tym razem nie drażniły go słowa przyjaciela. To był znowu dawny Jupe, 

zniechęcenie całkowicie znikło z jego głosu.

— Przychodź zaraz do składu — polecił Jupiter. — Mam pewien plan!
Bob odłożył słuchawkę i poszedł po rower.
Kiedy wjechał na dziedziniec składu złomu, Jupiter i Pete stali już z Hansem przy pikapie. 

Jupe kazał mu załadować rower na platformę, po czym wspięli się na nią wszyscy trzej, Hans 
wsiadł do szoferki i ruszyli.

— Powiedziałem  wujkowi Tytusowi,  zresztą zgodnie z prawdą, że pani Gunn ma  trochę 

starych rzeczy do sprzedania — wyjaśnił Jupiter, ale nie dodał ani słowa więcej. Pete i Bob 
wiedzieli, że nie ma co go wypytywać. Jupe nigdy nie wyjawiał swych odkryć i dedukcji, dopóki 
nie uznał, że nadszedł właściwy czas.

Cluny oczekiwał ich na stopniach domu. Jupiter powiedział, że chciałby porozmawiać z jego 

mamą.  Cluny zaprowadził  ich do stojącej za domem starej szopy,  zbudowanej z kamienia  i 
drewna.   Pani   Gunn   zajęta   była   przesadzaniem   hibiskusa   do   wielkiej   donicy,   wyciosanej   z 
sekwoi.

— Proszę pani — Jupiter przystąpił do wyjaśniania powodu wizyty — założyliśmy, że Angus 

przewoził łodzią ładunek stąd na wyspę. Przeczytałem jednak zapis w dzienniku ponownie i 
jestem teraz przekonany, że było wręcz odwrotnie: przewiózł coś z wyspy tutaj! Czy domyśla się 
pani, co to mogło być?

Pani Gunn uśmiechnęła się.
—   Mój   Boże,   Jupiterze,   skąd   ja   mogę   to   wiedzieć?   Nie   było   mnie   tutaj   wtedy,   a   od 

wielmożnego pana Cabrillo mógł kupić mnóstwo rzeczy.

Jupiter skinął głową, jakby z góry oczekiwał takiej odpowiedzi.
— Proszę o tym pomyśleć. Wpadłem na zupełnie nową interpretację słów Angusa. Mówi „idź 

za moim ostatnim kursem, przepatrz, co w ciągu moich dni zbudowałem dla ciebie” — dni, nie 
dzień! Sądzę, że miał na myśli wszystkie swoje ostatnie wyprawy.  Dopiero to wszystko, co 
wtedy robił, złoży się w jakąś sensowną całość, jak  w  zagadce-składance. Musimy najpierw 
zebrać te wszystkie elementy!

— Och! — wykrzyknął Pete. — To by wyjaśniało, dlaczego ani wymarłe miasto, ani wyspa 

nie przyniosły nam żadnego rozwiązania!

— Więc jaki jest nasz następny krok, Jupe? — zapytał Cluny.
— Mamy przed sobą dwa kroki. — Jupiter wyciągnął dziennik. —21 listopada 1872 Angus 

zapisał: „Wiadomość od braci Ortegów, że moje zamówienie jest gotowe. Będę potrzebował 
dużego wozu”. A następnego dnia zanotował: „Wróciłem z Rocky Beach z moim zamrowieniem 
złożonym Ortegom. Wykonali świetną pracę. Wszystko dokładnie na wymiar, istny cud w tym 
surowym nowym kraju!” Potem, aż do następnej wyprawy, zapisuje tylko zwykłe lakoniczne 
uwagi, głównie o postępach w pracy.  Ale są też dwie zastanawiające notatki: „23 listopada. 
Zauważyłem dwóch obcych w okolicy. Żeglarze”. — odczytał Jupiter. — I 28 listopada: „Obcy 

background image

odeszli. Jak myślę, donieść kapitanowi”.

— Wtedy musiał zauważyć, że jest obserwowany — powiedział Bob.
Jupiter skinął głową.
— Mogę go sobie wyobrazić, samotnego tutaj i czekającego na przybycie żony z synem. Nie 

mógł stąd uciec, był zresztą po prostu zmęczony ciągłym uciekaniem. Być może przeczuwał, że 
nie zdoła się wymknąć, więc postanowił ukryć skarb. Nie miał wiele czasu, więc wykorzystał to, 
co budował dla Laury, jako wskazówkę dla niej o miejscu ukrycia skarbu.

— Mówiłeś, że odbył jeszcze jedną podróż — przypomniał Cluny.
— Tak, 5 grudnia zapisał: „Do Santa Barbara po ostatni fragment niespodzianki dla Laury. 

Znalazłem ładną rzecz i nabyłem ją tanio, bo niedawno ogień strawił warsztat. Tak to tragedia 
jednego   człowieka   staje  się   korzyścią   dla   drugiego!”   Zastanawiam   się,   czy   Angus  nie   miał 
również na myśli katastrofy „Argyll Queen” i swojego skarbu?

Jupiter zamknął dziennik.
— Wczoraj wieczorem udało mi się ustalić, czym zajmowali się bracia Ortegowie. Mieli 

powszechnie znany w Rocky Beach skład cegieł i kamienia budowlanego. Angus kupił więc u 
nich budulec. Firma „Materiały Budowlane Ortegów” wciąż istnieje, może mają tam swoje stare 
księgi.

— Więc jedźmy do nich! — zawołał Cluny.
— Tak, ale równocześnie trzeba też pojechać do Santa Barbara. Wiemy,  że Stebbins ma 

fotokopię dziennika, musimy się spieszyć. Rozdzielimy się. Bob i Pete pojadą do firmy Ortegów 
w Rocky Beach, a Cluny ze mną — do Santa Barbara. Hans nas tam zawiezie. Jeśli zdołamy 
ustalić, co Angus tam kupił, Cluny będzie wiedział, gdzie to coś się znajduje.

— Czy wujek Tytus zgodzi się, żeby Hans tam z wami pojechał? —zapytał Bob.
— Jeśli powiemy, że to przysługa dla pani Gunn, to się zgodzi. — Jupiter uśmiechnął się mile 

i   zwrócił   do   mamy   Cluny’ego:   —   Czy   zechciałaby   pani   sprzedać   nam   trochę   tych   starych 
przedmiotów i poprosić Hansa o podwiezienie syna do Santa Barbara?

Pani Gunn roześmiała się.
— Przebiegła sztuka z ciebie, młodzieńcze! Dobrze, zgoda. Mam kilka rzeczy, które mogą się 

spodobać twemu wujkowi. Ale stawiam jeden warunek: zaniesiecie mi tego hibiskusa przed 
dom, chłopcy. Zamierzałam zawołać Rory’ego, ale skoro już tu jesteście...

— Oczywiście! — zgodził się Jupe szybko. — Do roboty, chłopaki.
Wielka donica z pnia sekwoi była bardzo ciężka. Odszukali w szopie dwie deski i ustawili ją 

na nich. Każdy z chłopców ujął jeden koniec deski i zataszczyli hibiskusa na frontowe schody. 
Właśnie ustawiali donicę na miejscu, gdy nadjechał samochód profesora Shay’a.

—   Przyjechałem   was   ostrzec,   chłopcy   —   zawołał   profesor,   wysiadając   spiesznie.   — 

Zgłosiłem   Stebbinsa   policji,   a   komendant   posterunku,   Reynolds,   sprawdził   kartotekę   tego 
łobuza. Zwolniono go warunkowo z więzienia sześć miesięcy temu. Włamanie do waszego biura 
jest pogwałceniem przepisów zwolnienia! Stebbins o tym wie i może być bardzo niebezpieczny. 
Jeśli go złapią, trafi z powrotem do więzienia!

— Sześć miesięcy temu? — powtórzył Pete. — Jupe, właśnie wtedy zaczęły się włamania do 

tego domu!

— Tak, masz rację. Myślę... — Jupiter urwał i rozglądając się czujnie, pociągnął nosem. — 

Chłopaki, czujecie?

Z kolei Pete pociągnął nosem.
— Dym! Coś się pali!
— Tam, za domem! — krzyknął Cluny.

background image

Okrążyli pędem dom. Ze starej szopy wydobywały się kłęby dymu.
— Pożar! — krzyknęła pani Gunn.
Jupiter nerwowo obmacywał wszystkie kieszenie. Popatrzył na swoje ręce, jakby zdumiony, 

że nic w nich nie ma. Oczy rozszerzyły mu się przerażeniem.

— Dziennik! — krzyknął z rozpaczą. — Odłożyłem go na bok, kiedy przenosiliśmy donicę! 

Na pewno został w szopie!

background image

ROZDZIAŁ 13

Szalony pościg

Podbiegli do szopy. Dym wokół niej zgęstniał, ale na zewnątrz nie było widać płomieni. 

Kamienne ściany nie chciały poddać się ogniowi.

— Pali się tylko drewno w środku! — krzyknął Pete.
Cluny pierwszy ruszył do ataku z gaśnicą. Pete i Bob zdarli z siebie kurtki i weszli za nim 

ostrożnie do szopy.

— Płonie tylko sterta drewna! — zawołał Cluny.
Jupiter, pani Gunn i profesor Shay zostali na zewnątrz, słuchając syku gaszonego ognia i 

uderzeń kurtek, którymi trzej młodzi strażacy starali się zdusić płomienie. Po chwili dym się 
przerzedził, aż w końcu rozwiał zupełnie. Pete wyszedł z szopy, dzierżąc tryumfalnie dziennik 
Angusa.

— Tylko się trochę osmalił, Jupe! To prawdziwe szczęście, bo był bardzo blisko ognia.
Jupiter wyjął mu z ręki zeszyt i upewnił się, czy kartki są całe.
Nagle usłyszeli, że ktoś ku nim biegnie. To był Rory! Krzyczał wskazując ręką szopę.
— Ucieka! Tam, za szopą! Widziałem go! Głuptasy, obserwował was jeszcze minutę temu.
— Spróbujmy go dogonić! — krzyknął profesor Shay.
Pędzili przez dolinę za szopą ku gęstym zaroślom i drzewom na jej skraju. Rory prowadził 

pościg.

— O tam! — wołał. — Tam, między drzewami! Biegnie do głównej drogi!
Rozbiegli się wśród drzew, przedzierając się przez gęste krzaki. Profesor Shay odbił w prawo, 

chcąc zagrodzić drogę podpalaczowi. Rory znajdował się gdzieś w przodzie. Pozostający w tyle 
Bob i Jupiter zatrzymali się na chwilę, żeby się rozejrzeć w gąszczu pod szarozielonymi dębami.

Zapadła nagle cisza, jakby wszyscy goniący zastygli w bezruchu i nasłuchiwali. Ktoś gdzieś 

przed nimi mruknął, że łajdak się chowa. Jupiter i Bob ostrożnie ruszyli przed siebie. Uszli może 
pięćdziesiąt metrów w cienistym lesie, kiedy coś trzasnęło w poszyciu.

— Bob! — szepnął Jupiter, wpatrując się w krzewy.
Wtem usłyszał tuż obok okrzyk, ktoś skoczył na niego i zwalił go z nóg. Szamotali się wśród 

krzyków:

— Mam go! Chłopaki! Mam go!
— Ratunku!
— Pete! — wrzasnął Bob. — To my! Złapałeś Jupe’a!
— Co? — Jupiter mrugnął oczami, patrząc na siedzącego na nim okrakiem Pete’a.
— Och! Myślałem... To jest, słyszałem... — zmieszał się Pete.
— Złaź ze mnie! — Jupiter podniósł się z wysiłkiem i zaczął się otrzepywać — Postaraj się 

najpierw spojrzeć, nim na kogoś skoczysz.

Pete uśmiechnął się.
— No, ty też myślałeś, że to podpalacz, przyznaj się!
— Ludzie, ale to było zabawne! — śmiał się Bob.
Kiedy   dołączył   do   nich   profesor   oraz   Rory   i   Cluny,   śmiali   się   już   wszyscy   chłopcy   z 

wyjątkiem  Pete’a.  Ale profesorowi nie  było  wcale  do śmiechu.  Jego różowa, okrągła  twarz 
nabrała w napadzie złości wyglądu wręcz komicznego. Rory również popatrywał na chłopców 
spode łba.

background image

— Niech to diabli — zaklął. — Uciekł, ale widziałem go wyraźnie. To był ten Java Jim, taki, 

jak go opisaliście.

— To był Stebbins, McNab — powiedział profesor Shay — ja go dobrze widziałem...
— Co pan tam widział, człowieku! — przerwał mu szorstko Rory.
— Miał brodę i marynarskie ubranie, takie, o jakim chłopcy mówili.
— Miał wąsy, chce pan powiedzieć — upierał się profesor. — Te czarne włosy musiały 

pana...

— Myśli pan, że nie poznałbym Stebbinsa, gdybym go zobaczył?
— Ale... — zaczął profesor, w końcu jednak rozmyślił się. — Pewnie się mylę. Pan go lepiej 

widział.

— Pewnie, że widziałem. Nie mam żadnych wątpliwości.
— No to nie ma czasu do stracenia! — powiedział Jupe nagląco. — Jeśli Java Jim usiłował 

zniszczyć  dziennik  Angusa, może  to oznaczać  tylko  jedno: że zdobył  wszystkie  informacje, 
potrzebne do odnalezienia skarbu! Musimy działać szybko. Chodźmy!

Ruszył przodem przez gęste zarośla w stronę domu. Pani Gunn oczekiwała ich niecierpliwie. 

Na   widok   całego   tego   zamieszania   Hans   wysiadł   z   pikapa   i   wraz   z   nią   czekał   na   rozwój 
wydarzeń.

— Uciekł, wandal — mruknął Pory. — Złapałbym go, gdybym wcześniej wyszedł z domu.
— To pan był w domu, panie McNab? — zapytał Jupiter.
— Ano w domu, chłopcze. Jak poczułem dym, to wyszedłem.
— To podpalenie należy zgłosić policji — powiedział profesor Shay. — Muszę już wracać. 

Przyjechałem  tylko  po to, żeby was ostrzec przed Stebbinsem.  Mogę po drodze wstąpić na 
posterunek, żeby powiadomić policję o Javie Jimie i o całej tej oburzającej historii.

— Tak, lepiej to zrobić — szorstki głos Rory’ego przybrał ton wstrzemięźliwie przyjacielski. 

— Powinienem przeprosić was, chłopcy. Nie żebym uwierzył, że tu jest jakiś skarb, ale widać 
nie tylko wy uważacie, że jest. Niebezpieczny człowiek, ten Java Jim — potrząsnął głową. — To 
zadanie dla policji. Nie dla was, chłopcy.

Profesor Shay skinął głową.
— Zgadzam się z tym. Niestety, chłopcy.
— Być może... — zaczęła niepewnie pani Gunn.
— Żadne niebezpieczeństwo nam nie grozi, proszę pani — powiedział szybko Jupiter. — Jest 

zupełnie   oczywiste,   że   Java   Jim   ma   już   wszystko,   czego   mu   trzeba.   Nie   próbował   nas 
zaatakować, a Stebbins uciekł przed nami z wyspy. Chodzi im tylko o skarb, a naszym zadaniem 
jest znaleźć go przed nimi! Bob i Pete są ostrożni, a Cluny i ja będziemy z Hansem.

— Mnie się to nadal nie podoba — upierał się Rory.
— Jestem pewna, że chłopcy będą rozważni. Są dostatecznie duzi — powiedziała pani Gunn 

spokojnie.

— Dzięki, mamo! — rozpromienił się Cluny.
Profesor Shay uśmiechnął się.
—   Ja   również   ufam   ich   rozsądkowi,   proszę   pani.   No,   na   mnie   czas.   Będziecie   mnie 

informować o wszystkim, prawda, chłopcy?

Wsiadł do samochodu i odjechał. Rory z ociąganiem pomógł Hansowi załadować wybrane 

przez panią Gunn rzeczy. Potem podszedł do starego forda pani Gunn.

— Wy wszyscy możecie czas marnować, ale ja nie mogę — gderał. — Ogień zniszczył mały 

generator w szopie. Trzeba go naprawić.

Wycofał forda pod osmaloną szopę, a Pete i Bob ściągnęli swoje rowery z pikapa.

background image

— Miejcie oczy i uszy otwarte — upomniał ich Jupe, gdy wyruszyli do Rocky Beach. — To 

są dwa końcowe etapy ostatniego kursu Angusa!

Po czym wspiął się wraz z Clunym do szoferki i Hans ruszył na północ, do Santa Barbara.

background image

ROZDZIAŁ 14

Znowu Java Jim

Jupiter siedział w pikapie jak na szpilkach.
— Prędzej, Hans — ponaglał. — Musimy tam być pierwsi!
— Dojedziemy na czas, Jupe — uspokajał go Hans łagodnie. — Kto się nadmiernie spieszy, 

może nie dojechać w ogóle.

Jupiter odchylił głowę na oparcie fotela i zagryzł wargi. Cluny, który przeglądał dziennik 

Angusa, zwrócił się do niego z kwaśną miną:

— Jupe, właśnie zauważyłem, że Angus w ogóle nie pisze, dokąd się udał w Santa Barbara. 

Jak możemy znaleźć to miejsce?

— Santa Barbara to duże miasto — mruknął Hans.
— Dość duże, żeby posiadać dobrze zorganizowane archiwum miejskie — powiedział Jupiter 

z zadowoleniem. — Angus podał nam jeden ważny fakt, który powinien nas zaprowadzić do 
miejsca, do którego się udał.

— Jaki fakt? — zapytał Cluny.
— Pisze, że zakupił coś w zakładzie, niedawno częściowo zniszczonym przez ogień! W roku 

1872 Santa Barbara była na tyle mała, że miejscowa gazeta z pewnością informowała o każdym 
pożarze!

Wczesnym   popołudniem   przedzierali   się   już   przez   rozległe   przedmieścia   Santa   Barbara. 

Redakcja lokalnej gazety „Sun-Press” mieściła się w pseudomauretańskim budynku przy Dela 
Guena   Plaza.   Recepcjonista   skierował   chłopców   do  pana   Pidgeona   urzędującego   na  drugim 
piętrze. Był to szczupły, uśmiechnięty mężczyzna.

— W roku 1872? — powiedział. — Nie, nasze pismo jeszcze nie istniało. Wychodziła tu 

wtedy inna lokalna gazeta i masz rację, młody człowieku, pisano by w niej o pożarze.

— Gdzie możemy znaleźć archiwum tamtej gazety? — zapytał Jupiter.
—   Wszystkie   jej   dokumenty   my   przejęliśmy,   ale,   niestety,   kartoteki   sprzed   1960   roku 

przepadły w czasie trzęsienia ziemi i pożaru.

Jupiter jęknął.
— Wszystkie, proszę pana?
— Niestety. — Redaktor zastanawiał się chwilę. — Ale może istnieje jakaś szansa. Znam 

pewnego starego dziennikarza, który współpracował z tą gazetą ponad sześćdziesiąt lat temu. 
Zdaje się, że posiada swoje prywatne archiwum tejże gazety. To takie jego hobby.

— Czy on nadal mieszka w Santa Barbara? — ożywił się Jupe.
— Z pewnością. — Pan Pidgeon otworzył mały notatnik na biurku. — Nazywa się Jesse 

Widmer i mieszka przy ulicy Anacapa pod numerem 1600. Jestem pewien, że chętnie z wami 
porozmawia.

Wsiedli do pikapa i pojechali pod podany adres. Numerem 1600 oznaczony był mały ceglany 

domek  stojący w oficynie  większego budynku,  na końcu długiego chodnika.  Hans został w 
samochodzie, a Jupiter i Cluny poszli spiesznie ścieżką. Nagle Jupe zatrzymał się.

Gdzieś trzasnęły drzwi i zza małego domu usłyszeli szybki tupot.
— Jupe, zobacz! — wskazał Cluny.
Frontowe drzwi domku stały otworem. Z wnętrza słychać było słabe wołanie:
— Na pomoc! — I trochę głośniej: — Ratunku!

background image

— Coś się tam stało! — krzyknął  Jupiter i obaj z Clunym  puścili  się biegiem  w stronę 

budynku.

Hans wyskoczył z szoferki i pognał za nimi.
Wbiegli przez frontowe drzwi wprost do małego schludnego pokoju. Okalały go półki pełne 

książek. Na ścianach wisiały oprawione tytułowe strony starych gazet.

— Ratunku! Na pomoc!
Wołanie dochodziło z drugiego pokoju, po lewej stronie. Był to gabinet zawalony stertami 

wiekowych gazet i czasopism. Na biurku stała maszyna do pisania, obok złożone w pudełku, 
zapisane kartki.

Na podłodze leżał stary człowiek. Zwrócił ku nim oczy. Z ust ciekła mu strużka krwi, na 

policzku miał świeżą ranę.

— Mein Gott — powiedział Hans. Podniósł delikatnie staruszka i usadowił w fotelu. Cluny 

przyniósł szklankę wody. Stary pan wypił ją łapczywie..

— Brodaty mężczyzna — powiedział — Z blizną na twarzy. W marynarskiej kurtce. Kim... 

kim wy jesteście?

— Java Jim! — wykrzyknął Cluny.
Jupiter wyjaśnił, kim są i dlaczego tu przyszli.
— Pan Pidgeon z „Sun-Press” skierował nas do pana. Jeśli to pan nazywa się Jesse Widmer 

— zakończył.

Staruszek skinął głową.
— Tak, to ja. Java Jim, powiadacie? Ten człowiek, który na mnie napadł?
Pan Widmer wziął głęboki oddech; Hans opatrzył mu ranę na twarzy i uśmiechał się do niego 

krzepiąco, zapewniając, że rana nie jest poważna.

— Jego nie skierowała tutaj redakcja „Sun-Press” — odpowiedział wreszcie. — Po prostu 

wpakował mi się do domu. Chodziło mu o pożar jakiegoś sklepu, mniej więcej w listopadzie 
1872. Mówicie, że ten brodacz szuka skarbu z „Argyll Queen”? Czy jakiś skarb w ogóle istnieje?

— A pana interesuje zaginiony skarb z „Argyll Queen”? — zapytał Cluny.
Pan Wid mer skinął głową.
— Interesowałem się tym długi czas. Badałem tę sprawę przez całe lata. Zebrałem sporo 

wycinków na ten temat w moim prywatnym archiwum.

— I o tym pan opowiedział Javie Jimowi? — zapytał Jupiter.
— Nie. Nie podobał mi  się. Kiedy mu odmówiłem  wszelkich informacji, uderzył  mnie i 

zaczął sam przerzucać papiery. Pewnie znalazł to, czego szukał, bo sobie poszedł. Zabrał jakieś 
wycinki z gazet.

Jupiter jęknął.
— Wziął pańskie wycinki? Co w nich było? To bardzo ważne, proszę pana.
Jesse Widmer potrząsnął głową:
— Nie wiem, ale mogę to ustalić, jeśli chcecie. Mam wszystkie wycinki na mikrofilmie. 

Podaj mi to pudełko, chłopcze.

Cluny wziął z biurka długie, wąskie pudło i wręczył panu Widmerowi. Ten pogrzebał w nim 

chwilę i wyciągnął jeden z mikrofilmów.

— Tu jest rok 1872. Włóż to do czytnika. Tam stoi.
Jupiter usiadł przed wizjerem i zaczął odczytywać kolejne wycinki, począwszy od września.
— Tu jest coś! — wykrzyknął. — 15 listopada! „»Wright i Synowie« Kupiectwo Okrętowe, 

uległo poważnemu pożarowi. Ogień strawił magazyn.” To musi być to!

— Co to jest kupiectwo okrętowe? — zapytał Cluny.

background image

— Sklep detaliczny z artykułami zaopatrzenia okrętów — wyjaśnił Jupiter.
— „Wright i Synowie”? Ten sklep wciąż istnieje — powiedział pan Widmer. — Znajduje się 

tu, w pobliżu zatoki.

— Chodźmy tam, szybko! — ponaglał Cluny.
— Myślę, że najpierw trzeba wezwać doktora do pana Widmera — powiedział Hans.
Stary pan potrząsnął głową.
— Nie, nie trzeba. Czuję się dobrze. Sam zatelefonuję do mojego lekarza. Wy schwytajcie 

tego brodacza. To będzie dla mnie najlepsze lekarstwo. Idźcie już, idźcie!

Jupiter   wahał   się   tylko   chwilę.   Uśmiechnął   się   w   podzięce   do   pana   Widmera   i   wyszli 

spiesznie. Pojechali do zatoki i odnaleźli staroświecki sklep „Wright i Synowie” w bocznej ulicy, 
niemal tuż nad wodą.

W sklepie przywitał ich starszy pan:
— Czym mogę służyć?
— Czy ma pan księgi handlowe z 1872 roku? — wystrzelił Cluny.
— Staramy się dowiedzieć... — zaczął tłumaczyć Jupiter.
— Jeśli jesteście kumplami tego brodatego łotra, który tu był przed chwilą, wynoście się 

natychmiast! — ostro przerwał mu starszy pan.

— To  nie  jest  nasz  przyjaciel,  proszę  pana  —  odparł  Jupiter   i  wyjaśnił  pokrótce,  czego 

szukają.

— Angus Gunn, co? A więc tak jak powiedziałem temu bezczelnemu typowi, trzęsienie ziemi 

zniszczyło nasze stare księgi.

Jupiter poczuł się zdruzgotany.
— Więc nie ma sposobu, żeby się dowiedzieć, co Angus Gunn kupił tutaj w 1872 roku?
Starszy pan potrząsnął głową.
—   Chociaż   może...   poczekajcie   tutaj.   Pogrzebię   w   naszym   magazynie.   Potrwa   to   pięć, 

dziesięć minut.

Wspiął się po paru stopniach do drzwi z napisem „Pomieszczenia prywatne”, otworzył je i 

znikł za nimi.

Hans, rozmiłowany podobnie jak wujek Tytus w oryginalnych starociach, zaczął rozglądać się 

po   sklepie.   Cluny   podszedł   do   modelu   statku   na   wystawie,   a   Jupe   czekał   niecierpliwie   na 
miejscu. Nagle Cluny spojrzał przez szybę wystawową i wytrzeszczył oczy.

— Jupe! — szepnął nagląco.
Jupiter poczuł się do niego szybko.
— Co się stało?
— Ktoś tam stał i obserwował sklep.
— Gdzie? — Jupiter szukał wzrokiem.
— Na samym końcu ulicy! Kiedy patrzyłem na niego, schował się za róg ostatniego budynku. 

Może to był Java Jim?!

Jupiter   spojrzał   w  głąb   sklepu.   Starszy  pan   jeszcze   nie   wrócił,   Hans   był   zaabsorbowany 

starym zegarem okrętowym. Jupe skinął na Cluny’ego i wyszli ze sklepu.

— Zobaczymy. Może uda nam się go znaleźć.
Szli w stronę zatoki, trzymając się blisko ścian budynków i rozglądając się bacznie. Na końcu 

ulicy wyjrzeli ostrożnie za róg. Cluny wykrzyknął z cicha:

— Jupe! Popatrz! Zielony volkswagen!
Mały   samochód   stał   po   przeciwnej   stronie   szerokiego   bulwaru   nad   zatoką.   Dalej,   poza 

samochodem niski, wąsaty młodzieniec szybkim krokiem przechodził przez mokry piasek ku 

background image

wyciągniętej na skraj plaży drewnianej barce.

— To nie jest Java Jim. To Stebbins! — powiedział Jupe.
Obserwowali młodego człowieka, póki nie zniknął za zagrzebaną częściowo w piasku barką. 

Widzieli, że kiedy wchodził za barkę, jego usta poruszały się, jakby coś do kogoś mówił.

— Spotyka się tam z kimś, Cluny.
— Może z Javą Jimem?
— Idź za mną — powiedział Jupe zawzięcie.
Dowódca detektywów przeszedł przez szeroki bulwar i zbliżał się do barki od strony burty.
— Jeśli Stebbins rozmawiał tam z Javą Jimem, może uda się nam ich podsłuchać — szepnął. 

— Dowiemy się w ten sposób, co planują. Chciałbym też wiedzieć, jak Java Jim trafił do Jesse’a 
Widmera.

Przyłożył palce do ust, gdy stanęli przy barce i nasłuchiwał z natężeniem. Ale z drugiej strony 

barki nie dobiegał żaden dźwięk.

— To za daleko — szepnął Cluny. — Spróbujmy wyjrzeć na drugą stronę.
— Nie. Możemy wpaść na nich. Zakradniemy się górą.
Jupiter wskazał drabinę, przymocowaną do burty barki. Mieli trochę trudności ze wspinaniem 

się po niej, ponieważ plaża opadała w stronę wody i barka była przechylona. Wreszcie Jupe 
dźwignął się jakoś przez burtę. Cluny za nim. Szli na palcach, trzymając się blisko siebie, gdy 
nagle przegniłe deski pokładu zapadły się pod nimi z trzaskiem. Spadli jak kamienie w czarną 
otchłań!

— Uff! — sapnął Jupiter, gdy wylądowali w czymś miękkim i mokrym.
— Stare worki — wystękał Cluny. — Spadliśmy na stertę worków!
Zagrzebani   w   workach   odzyskiwali   powoli   oddech,   po   czym   zeszli   ze   sterty,   stanęli   na 

pochyłej podłodze i rozejrzeli się dookoła. Znaleźli się w ładowni barki, ciemnej i wilgotnej, dno 
miała na wpół przegniłe. Trochę światła wpadało przez szczeliny w burtach i przez postrzępioną 
dziurę w pokrywie luku, przez którą wpadli. Znajdowała się ponad trzy metry nad ich głowami!

— Poszukaj czegoś, po czym można by się wspiąć — powiedział Jupe.
Obeszli wokół oślizgłą ładownię. Poza stertą worków nie było w niej nic; ani skrzynek, ani 

desek, ani lin, ani drabin! Coś małego czmychnęło w ciemny kąt. Szczur!

Cluny spojrzał na Jupitera.
— Nie ma stąd wyjścia, Jupe.
— Sprawdźmy jeszcze raz! Od początku do końca!
Przeszli całą długość spadzistej  podłogi i zatrzymali  się na skraju zalegającej  tam wody. 

Jupiter przełknął głośno ślinę.

—   Cluny,   spójrz   na   ściany.   Ślady   po   wodzie   sięgają   wysoko.   W   czasie   przypływu   ta 

nieszczelna ładownia prawie kompletnie wypełnia się wodą!

Wrócili biegiem pod dziurę w luku.
— Zacznijmy wołać! — krzyknął Cluny.
Wtem otwór nad nimi przesłonił cień i po chwili pojawiła się w nim twarz. Młoda, wąsata 

twarz!

— Nie zdzierajcie sobie gardeł — powiedział Stebbins ponuro. — Nikt tu zimą nie zachodzi a 

na bulwarze jest za duży ruch samochodowy, żeby was ktoś usłyszał.

Chłopcy bez słowa patrzyli w błyszczące oczy kierowcy zielonego volkswagena.
— Chcę z wami porozmawiać, dzieciaki — powiedział Stebbins.

background image

ROZDZIAŁ 15

Parę słów za dużo

Bob i Pete dojechali do składu materiałów budowlanych Ortegów wczesnym popołudniem. 

Smagły mężczyzna ładował cegły na ciężarówkę. Kiedy powiedzieli mu, że mają kilka pytań 
dotyczących dawnych właścicieli, braci Ortegów, otarł pot z czoła i uśmiechnął się szeroko.

— Ach, ci sławni bracia Ortegowie! Najlepsi za dawnych czasów kamieniarze w Kalifornii. 

Jeden z nich był moim pradziadkiem. Jestem Emilio Ortega — westchnął ciężko. — Teraz ja 
jestem najlepszym w całym stanie kamieniarzem, ale nikt już nie potrzebuje dobrze obrobionych 
kamieni. Są zbyt drogie.

— Więc pan wszystko wie o dawnych braciach Ortegach? — zapytał Bob.
— Pewnie. Co chcecie wiedzieć, muchachos?
— 22 listopada 1872 roku sprzedali Angusowi Gunnowi ładunek czegoś. Chcemy wiedzieć, 

co to było.

— Caramba! — wykrzyknął Emilio Ortega. — Chcecie wiedzieć, co ktoś kupił w 1872 roku? 

Ponad sto lat temu?

— To zbyt dawno? — zmartwił się Pete.
— Nie będzie pan mógł nam pomóc? — zapytał Bob z zawodem.
— Ponad sto lat! — powtórzył Ortega ze zgrozą, po czym roześmiał się i puścił do nich oko. 

— Pewnie, że mogę wam pomóc! Ortegowie mają najlepszą księgowość w stanie Kalifornia. 
Chodźcie za mną.

Zaprowadził ich do biura składu i wziął się do przetrząsania drewnianych szafek na akta. 

Spośród pożółkłych teczek w głębi szafki wyciągnął w końcu jedną, zdmuchnął z niej kurz i 
położył z uśmiechem na biurku.

— Mówicie, że zakupu dokonano 22 listopada. Angus Gunn? Dobra, zobaczymy, co tu... o, 

jest!   „Angus   Gunn.   Phantom   Lake.   Specjalne   zamówienie:   tona   ciętego   granitu.   Zapłacone 
gotówką i odebrane”.

— Tona  granitu   — powtórzył  Pete.  —  Ale  jakiego  granitu?  To  znaczy,  jakiego  rodzaju 

kamieni?

Pan Ortega potrząsnął głową.
— Tego tu nie ma. Zapisano tylko wagę kamieni. To było zamówienie specjalne i po cenie 

sądząc, nie były to po prostu zwykłe kamienie. Tyle można wywnioskować.

— Jakiego rodzaju zamówienia specjalne składano w owych czasach, proszę pana? — zapytał 

Bob. — Co to w ogóle było zamówienie specjalne?

— Hm — pan Ortega podrapał się w brodę. — Może to oznaczać, że chodziło o coś więcej 

niż o zwykłe kamienie, wybrane z naszego kamieniołomu. Może miały mieć określoną wielkość 
lub   kształt   albo   jakieś   specjalne   wykończenie.   Mogły   być   poddane   szczególnej   obróbce   po 
wydobyciu z kamieniołomu. Ale cena jest za niska jak na polerowany kamień. Czy ten Angus 
Gunn wybudował może jakąś wykładaną kamieniami ścieżkę?

— Ścieżkę? — zdziwił się Pete.
— W tamtych czasach wykładano ścieżki kamieniami. Dużymi, płaskimi kamieniami.
— Nic nam o tym nie wiadomo — powiedział Bob.
— Więc mogły to być rozmaite kamienie, duże albo małe. Na ściany domu, fundamenty, bruk 

albo coś tam jeszcze. — pan Ortega wzruszył ramionami. — Czy to ważne, jakie miały rozmiary 

background image

i kształt, chłopcy?

— Tak, proszę pana! — odpowiedzieli zgodnie.
Pan Ortega skinął głową.
—   Okay,   na   rachunku   jest   numer   zamówienia.   Kamień   pochodził   pewnie   ze   starego 

kamieniołomu na wzgórzach. Nie korzystamy z niego teraz zbyt często, ale trzymamy tam stróża 
i to stare zamówienie może wciąż znajdować się w jego biurze.

— O rany! — wykrzyknął Bob. — Czy możemy się tam wybrać?
— Oczywiście. — Pan Ortega wytłumaczył, gdzie znajduje się kamieniołom.
—  Ależ   to   tylko   parę   kilometrów   za   Phantom   Lake   —  ucieszył   się  Bob.   —  Po   drodze 

wstąpimy zobaczyć, czy Jupe i Cluny już wrócili.

W tym jednak czasie Jupe i Cluny wpatrywali się w wąsatą twarz Stebbinsa, spoglądającego 

na nich przez dziurę w pokładzie barki.

— Nie mamy zamiaru z tobą rozmawiać! — zawołał Cluny odważnie. — Wiemy, kim jesteś!
Na twarzy Stebbinsa pojawił się niepokój.
— Co wiecie?
— Wiemy, że jesteś złodziejem i że profesor Shay posłał cię do więzienia — powiedział 

Jupiter zapalczywie. — Wiemy też, że w pogoni za skarbem Angusa Gunna złamałeś reguły 
warunkowego zwolnienia!

— Policja też o tym wie! — dodał Cluny.
Stebbins   odwrócił   głowę   i   rozejrzał   się   wokół.   Potem   znowu   skierował   na   nich   uważne 

spojrzenie.

— A więc to wam powiedział profesor Shay? Jak doszło do tego, że z nim współpracujecie, 

chłopcy?

— On współpracuje z nami — skorygował Jupiter. — To my znaleźliśmy drugi dziennik 

Angusa. Ten, który sfotografowałeś!

— Wy znaleźliście... — Stebbins zawahał się. — Czego dowiedzieliście się w tym sklepie?
— Myślisz, że ci powiemy? — zawołał Cluny.
— Dlaczego nie zapytasz swojego wspólnika, Javy Jima? — odparował Jupe.
— Java Jim? Co wiecie o nim, dzieciaki?
— Wiemy, że obaj chcecie zagarnąć skarb! — krzyknął Cluny. — Ale nie uda się wam! 

Pokonamy was...

—   Pokonacie   nas   w   poszukiwaniach?   —   wpadł   mu   w   słowa   Stebbins.   —   A   więc   nie 

znaleźliście jeszcze skarbu. Profesor Shay również nie wie, gdzie on jest. Ale myślicie, że Java 
Jim wie.

— Może Java Jim nie mówi ci wszystkiego — zauważył Jupiter i uśmiechnął się. — Trudno o 

honor wśród złodziei, Stebbins!

—   Złodzieje?   Jeśli   wam   powiem...   —   Stebbins   urwał   i   potrząsnął   głową.   —   Nie,   nie 

uwierzylibyście moim słowom...

Urwał znowu i wpatrywał się w nich przez chwilę. Nagle w jego oczach pojawił się błysk.
— Było was czterech. Gdzie są tamci dwaj?
— Chciałbyś to wiedzieć, co! — krzyknął Cluny.
Jupiter roześmiał się.
— A nie mówiliśmy, że cię ubiegniemy?!
— Ubiegniecie... — powtórzył Stebbins i nagle się uśmiechnął. — Więc wy dwaj jesteście na 

ostatnim etapie, tak? Tamci dwaj są w składzie Ortegów! Dzięki, chłopcy!

Jupiter jęknął. Niechcący powiedział Stebbinsowi, gdzie są Bob i Pete! Młody wąsacz patrzył 

background image

na  niego   chwilę  z   uśmiechem,  po  czym   znikł.   Słyszeli   jego  kroki,   kiedy  przechodził   przez 
pokład barki, zeskoczył z niej na piasek i oddalił się szybko.

Zamknięci w ładowni, Jupiter i Cluny patrzyli, jak woda podpełza coraz bliżej. Nie było jak 

się stąd wydostać. Zaczęli krzyczeć.

Bob   i   Pete   wrócili   do   Phantom   Lake   późnym   popołudniem.   Pani   Gunn   wyszła   im   na 

spotkanie.

— Nie, Jupiter i Cluny nie wrócili jeszcze — odpowiedziała na ich pytanie.
Powtórzyli jej, czego się dowiedzieli w składzie Ortegów.
— Tona specjalnych kamieni? — zdziwiła się pani Gunn. — Do czego, na Boga? Może na 

fundamenty tego domu?

— Nie, proszę pani. Dom był już wtedy zbudowany — powiedział Pete.
— Czy może wie pani o jakiejś innej budowli z kamienia, gdzieś tutaj? — zapytał Bob.
Pani Gunn zastanawiała się przez chwilę i potrząsnęła głową.
— Absolutnie nic nie przychodzi mi na myśl.
— Musi coś być! — upierał się Pete. — Stary Angus coś musiał...
Urwał, gdyż na drodze pojawił się samochód. Może pikap? Niebawem okazało się, że jest to 

stary ford pani Gunn. Zatrzymał się przed domem. Wysiadł Rory, wynosząc mały generator.

— Nie ma rzetelnej roboty w dzisiejszych czasach — gderał. — Całe popołudnie musiałem 

czekać na naprawę!

— Rory, czy przypominasz sobie, żeby tu było coś z kamienia? —zapytała pani Gunn. — 

Budowla, na której trzeba całej tony kamieni?

— Z kamienia? — Rory zmarszczył czoło. — Całej tony tego?
Bob i Pete powiedzieli mu o zamówieniach Angusa.
— Nic takiego sobie nie przypominam. Mówicie, że w kamieniołomie mogą powiedzieć coś 

więcej o kształcie i rozmiarach tych kamieni? — spytał Rory.

Bob skinął głową.
— Tylko że robi się późno. Na rowerach nie zajedziemy tam przed zmrokiem.
— Zawiozę was — zaoferował się Rory. — Muszę pojechać po coś w tamtą stronę. Podrzucę 

was na miejsce, a wrócicie sobie na rowerach.

Było wciąż jasno, kiedy Rory wysadził ich pod głównym wejściem do starego kamieniołomu 

i odjechał.

Kamieniołom był głębokim, rozległym wykopem o średnicy co najmniej dwustu metrów, na 

którego   dnie   stała   woda.   Wszędzie   wokół   sterczały   kamienie,   połyskując   w   promieniach 
zachodzącego   słońca.   Zbocze   góry   nad   dołem   było   pocięte   szeregiem   biegnących   łukiem 
tarasów   przypominających   schody.   Przeciwległy   koniec   kamieniołomu   odbiegał   od   stoku, 
przecinało go tylko na kilka tarasów-stopni. Na najmniejszym z nich znajdowała się kamienna 
chata, a przed nią stała zaparkowana ciężarówka. W chacie paliło się światło.

— Dozorca jest jeszcze! — powiedział Pete.
Zeszli na dolny taras i ruszyli w stronę chaty. Nie uszli jeszcze połowy drogi, gdy w chacie 

zgasło światło, wyszedł z niej jakiś człowiek i wsiadł do ciężarówki. Zaczęli krzyczeć:

— Hej! Proszę pana!
Ale   tamten   był   za   daleko   i   warkot   silnika   zagłuszył   ich   wołanie.   Puścili   się   biegiem. 

Ciężarówka wyjechała  już jednak na drogę nad kamieniołomem  i się oddaliła.  Gdy dopadli 
chaty, zastali drzwi zamknięte głucho na kłódkę.

— Za późno — jęknął Pete.

background image

Bob oglądał chatę. Miała cztery okna z okiennicami zablokowanymi od zewnątrz grubymi 

deskami, wsuniętymi w uchwyty.

— Może uda nam się jakoś dostać do środka i znaleźć to zamówienie. Pan Ortega wie, że tu 

jesteśmy.

Pete odblokował okiennicę.
— Bob! Okno nie jest zamknięte!
— Mamy szczęście. Włazimy.
Wdrapali   się   przez   okno   do   wnętrza   chaty.   Znaleźli   się   w   biurze   zastawionym   starymi, 

drewnianymi  meblami. Pete podszedł do szafek na akta i odszukał tę, która była oznaczona 
kartką:   „1870—1990”.   Otworzył   ją,   przerzucił   kilka   teczek   i   wyciągnął   jedną   z   datą   1872. 
Położył ją na biurku i obaj z Bobem pochylili się nad nią.

Na zewnątrz rozległy się ciche kroki.
— Co to? — Bob odwrócił się szybko do okna.
Otwarta okiennica zamknęła się z trzaskiem. Usłyszeli szuranie deski, wsuwanej w uchwyty. 

Następnie kroki oddaliły się spiesznie.

Byli uwięzieni!

background image

ROZDZIAŁ 16

Wieczorne hałasy

Ostatnie promienie słońca padały skośnie przez postrzępioną dziurę w pokrywie luku. Jupiter 

i Cluny ochrypli od krzyku. Usiedli pod ociekającą wilgocią ścianą w górnym końcu barki i 
patrzyli, jak woda przypływu powoli zbliża się do nich.

— Jak myślisz, Jupe, ile czasu nam zostało? — zapytał Cluny cicho.
— Może jeszcze ze dwie godziny. Ktoś nas niedługo znajdzie.
— Jak dotąd, nikt nas nie usłyszał — powiedział zgnębionym głosem Cluny.
— W końcu przecież nas usłyszą. Hans na pewno nas szuka już od dawna.
— Ale on nie wie, że jesteśmy w barce. Nigdy tu nie zajrzy!
— Za parę minut zaczniemy znowu krzyczeć. Ktoś nas na pewno usłyszy.
— Tak, pewnie — powiedział Cluny z powątpiewaniem.
Minęło parę minut, ale Jupiter nie zaczął krzyczeć. Wpatrywał się w coś z namysłem.
— Cluny — odezwał się wreszcie — widzisz tę szafkę? Jest wprawdzie przybita do ściany, 

może jednak uda nam się ją oderwać. Drewno już zbutwiało.

Cluny potrząsnął głową.
— Za niska. Nie sięgniemy z niej do otworu.
— Nie zamierzam się po niej wspinać. Jeśli ją oderwiemy od ściany i płasko ułożymy, może 

się utrzymać na wodzie, a my podpłyniemy na niej do otworu!

Obaj zerwali się z miejsca i brodząc w wodzie, dobrnęli do szatki. Była dobudowana do 

ściany ładowni i przybita  gwoździami  do podłogi. Nerwowo rozglądali  się za czymś,  czym 
dałoby się ją podważyć.

Nad głowami chłopców zadudniły raptem ciężkie krok,. Ktoś szedł przez pokład wolno i 

ostrożnie, jakby się skradał.

— Jupe! — wykrzyknął Cluny. — Ktoś...
—   Ciii!   —   uciszył   go   Jupiter.   —   Nie   wiadomo,   kto   to   jest.   Od   dłuższego   czasu   nie 

krzyczeliśmy. Nikt nie mógł nas słyszeć i przyjść teraz z pomocą.

Cluny   kiwnął   głową.   Obaj   wstrzymali   oddech   i   nasłuchiwali.   Ciężkie   kroki   zbliżały   się 

ostrożnie do wyłamanych desek w pokrywie luku. Potem umilkły i zapadła cisza.

— Jupiter! Cluny! — rozległo się wreszcie wołanie. To był Hans!
— Hans! — wrzasnął Jupiter. — Tu jesteśmy, na dole! — Dobrnęli pod otwór w górze.
— Wyciągnij nas stąd! — wołał Cluny.
— Zaraz, poczekajcie — odpowiedział Hans.
Odszedł, a po chwili usłyszeli odgłosy wyłamywanego drewna. Zaraz potem przez otwór 

wsunęła się drabina oderwana z burty barki. Jupiter i Cluny wdrapali się czym prędzej na pokład.

— Co za radość cię widzieć, Hans! — wykrzyknął Cluny.
— Wszędzie was szukałem po waszym zniknięciu ze sklepu — powiedział Hans poważnie. 

— Nie powinniście się oddalać beze mnie.

— Jak nas znalazłeś? — zapytał Jupiter.
— Najpierw szukałem po ulicach, lodziarniach, gdzie się dało. Potem wróciłem do sklepu, 

gdzie spotkałem chłopca, który mi powiedział, że was widział na barce.

— Jakiś chłopiec widział nas na barce? — zdziwił się Cluny.
— Właśnie — przytaknął Jupiter w zamyśleniu. — Czy został tam, w sklepie?

background image

— Nie, poszedł sobie. — Aha, pan Wright ma dla was wiadomość. Rozmawiał ze swoim 

ojcem, zupełnym staruszkiem. Ten mu powiedział, że nie ma możliwości, żeby dowiedzieć się, 
co Angus Gunn kupił w roku 1872, ale że da się tę rzecz odszukać w domu Gunnów.

— W jaki sposób? — zapylał Jupe z ożywieniem.
—   Mówił,   że   w   tamtych   czasach   każdy   artykuł   w   ich   sklepie   był   opatrzony   mosiężną 

tabliczką,   na   której   było   wygrawerowane:   „Wright   i   Synowie”.   Musicie   tylko   poszukać 
przedmiotu z taką tabliczką.

— Jedziemy więc do domu szukać! — naglił Cluny.
— I to szybko — zgodził się Jupiter. — Właśnie sobie przypomniałem. Stebbins wie, dokąd 

pojechali Pete i Bob! Może im grozi niebezpieczeństwo!

Kiedy Hans zatrzymał  pikapa na podjeździe, w oknie domu Gunnów jarzyła  się choinka. 

Jupiter i Cluny pobiegli do środka. Hans ruszył za nimi wolnym krokiem i najpierw poszedł 
zatelefonować   do   wujka   Tytusa.   Pani   Gunn   siedziała   sama   w   salonie.   Ogień   na   kominku 
rozpędzał wieczorny chłód.

— Mamo! — zawołał Cluny od progu. — Czy mamy w domu coś opatrzonego mosiężną 

tabliczką „Wright i Synowie”?

Wyjaśnił następnie, czego dowiedzieli się w Santa Barbara.
— A więc nie udało się wam dowiedzieć, co tam kupił stary Angus.
— Pani Gunn ściągnęła brwi. — Mówisz o przedmiocie z mosiężną tabliczką? Na wielu 

starych rzeczach Angusa są mosiężne tabliczki. To było ogólnie przyjęte w dawnych czasach. 
Ale nie przypominam sobie niczego od „Wrighta i Synów”.

— Wysil pamięć, mamo, proszę! — nalegał Cluny.
— Czy Bob i Pete już wrócili? — zapytał Jupiter.
— Tak. Wrócili powiedzieć mi, że Angus kupił u Ortegów tonę granitowych kamieni. Nie 

dowiedzieli się jednak, jakiego rodzaju były te kamienie, jakie miały kształty i rozmiary, więc 
Rory zawiózł ich do kamieniołomu Ortegów i pojechał dalej w jakiejś sprawie. Ale.,.

— Nie wrócili jeszcze stamtąd? — przerwał jej Jupiter, spoglądając na zegar. Była prawie 

siódma.

— Ani oni, ani Rory. Ale...
Nagle rozległ się dziwny hałas. Dobiegał gdzieś z oddali, za domem. Hans wszedł właśnie do 

salonu i przystanął, nasłuchując.

Odgłos brzmiał jak walenie młotem. Głęboki huk żelaza uderzającego w kamień.
—   Słyszeliście?!   —   wykrzyknęła   pani   Gunn.   —   O   tym   starałam   się   wam   powiedzieć, 

chłopcy. Słyszę te odgłosy niemal od godziny. Jestem nimi zaniepokojona. Co to może być?

— Brzmi to tak, jakby ktoś rozwalał ścianę — powiedział Hans.
Ale nikt tu nie mieszka w pobliżu. Nic tam nie ma, poza... — pani Gunn urwała.
— Poza czym, mamo? — zapytał Cluny. — Ja nigdy nie widziałem nic po tamtej stronie.
— Może nigdy jej nie zauważyłeś. Stoi tam stara wędzarnia. Nie używano jej od czasów, 

kiedy twój ojciec był dzieckiem. Zdążyłam o niej zupełnie zapomnieć.

— Wędzarnia? Kamienna wędzarnia? — zapytał Jupiter.
— Chyba tak. Kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy, była obrośnięta winoroślą i nigdy się jej 

bliżej nie przyglądałam.

— Hans, weź latarnię z pikapa! — zawołał Jupiter.
Hans   przyniósł   latarnię,   a   pani   Gunn   poprowadziła   ich   zarośniętą   ścieżką   przez   zarośla. 

Wieczór był zimny, jak to bywa w grudniu w Kalifornii. Szli ścieżką dobry kilometr, aż dotarli 

background image

do starej drewnianej chaty.

— Za czasów dziadka Gunna mieszkali tu pracownicy — objaśniła pani Gunn. — Dlatego 

wędzarnię postawiono w jej pobliżu.

— Czy zbudował ją stary Angus, proszę pani? — zapytał Jupiter.
— Nie jestem pewna. Myślę, że raczej dziadek Gunn, syn Angusa — przystanęła, próbując 

dojrzeć coś w ciemnościach. — Wędzarnia powinna być gdzieś tutaj.

Nie było już słychać walenia młotem. Pani Gunn skręciła ze ścieżki między krzewy, które 

były zdeptane i połamane. Przedzierali się przez nie do wędzarni, ale... znaleźli tylko  stertę 
kamieni!

— Ktoś ją zburzył! — wykrzyknęła pani Gunn.
— Ktoś szukał w niej skarbu! — wtórował jej Cluny.
— Myślę, że to robota Stebbinsa — powiedział Jupiter. — Może także Javy Jima. Obaj mogli 

godziny temu wrócić z Santa Barbara. Skąd się dowiedzieli o tej wędzarni?

Hans podniósł leżący na ziemi młot kowalski.
— Rękojeść wciąż ciepła — mruknął.
Nasłuchiwali   z   natężeniem,   ale   żaden   dźwięk   nie   zakłócał   już   wieczornej   ciszy.   Jupe   w 

świetle latarni oglądał uważnie ruinę wędzarni.

—Ściany były zbudowane z solidnego kamienia —mówił z wolna. — Sądząc po wyglądzie 

cegieł   ogniotrwałych   w   palenisku   i   w   nim   nic   nie   ukryto.   Wszędzie   tu   pełno   pająków.   — 
Rozejrzał się dookoła. — Nie ma żadnych śladów, które by wskazywały, że stąd coś wyciągano.

Cluny myszkował wśród rozrzuconych kamieni.
— Jupe, na jednym kamieniu jest jakiś napis!
Hans podszedł z latarnią. Jupe starł pył z kamienia i odczytał: „C. Gunn 1883”.
— To dziadek — powiedziała pani Gunn. — Na imię miał również Cluny.
Jupiter uśmiechnął się.
— Więc to nie stary Angus zbudował wędzarnię. Skarb nie mógł tu być ukryty. Zabieramy się 

stąd.

Na podjeździe obok pikapa zastali samochód profesora Shay’a. Sam profesor stał na schodach 

domu, drżąc z zimna w swym lekkim ubraniu.

— Za zimno dziś jak na Kalifornię — powiedział z uśmiechem. — Przyjechałem zapytać, 

czyście się dowiedzieli czegoś dzisiaj, chłopcy. Opowiedzcie mi szybko.

W   ciepłym   salonie,   z   buzującym   na   kominku   ogniem   i   choinką,   Jupiter   opowiedział   o 

wyprawie do Santa Barbara.

— Chodziło o jakiś przedmiot opatrzony mosiężną tabliczką? A Java Jim i Stebbins byli tam 

obaj? — dumał profesor. — Czy znaleźliście już tę tabliczkę?

— Jeszcze nie — odpowiedział Cluny. — Właściwie nie zaczęliśmy nawet szukać.
—  Czekamy   wciąż   na   Boba   i  Pete’a.   —  Jupiter   opowiedział   o   ich   wyprawie   do  składu 

Ortegów i spojrzał z niepokojem na zegar. — Rory ich tam zawiózł, ale... O! Przyjechali!

Na podjeździe zatrzymał się stary ford. Wysiadł Rory i zacierając ręce, szedł do frontowych 

drzwi. Był sam.

— Gdzie jest Bob i Pete? — zapytała pani Gunn, gdy wszedł do salonu.
— Pewnie tam, gdzie ich zostawiłem. W kamieniołomie — burknął Rory i zwrócił się do 

Cluny’ego: — No i co, powiodło się poszukiwanie wiatru w polu?

Nie zrażony Cluny opowiedział mu, czego się w tym mieście dowiedzieli.
— Ale nie zaczęliśmy szukać czegoś opatrzonego taką tabliczką, bo Bob i Pete dotąd nie 

wrócili. Poza tym ktoś zburzył starą wędzarnię — zakończył.

background image

— Jaką wędzarnię? A tak, zapomniałem o niej — Rory spojrzał na zegar. — Ci chłopcy 

jeszcze nie przyszli? Powinni wrócić już dobrą godzinę temu.

— To była kamienna wędzarnia? — zainteresował się profesor Shay. — Ale przecież nikt nie 

mógł wiedzieć, że Angus zwiózł tutaj tonę kamieni. Chyba że...

— Że ten ktoś rozmawiał z Pete’em i Bobem — dokończył Cluny.
— Albo też był  u Ortegów — dodał Jupiter i opowiedział,  jak wygadał się nieopatrznie 

Stebbinsowi. — Najbardziej niepokoi mnie to, że Stebbins i Java Jim mogli się dowiedzieć 
również o kamieniołomie. Któryś z nich mógł się tam udać za Pete’em i Bobem!

— Co?! — profesor Shay zerwał się z miejsca — Bob i Pete mogą być  teraz w tęgich 

opałach, mogło im się nawet coś stać! Spieszmy się!

Wszyscy wybiegli czym prędzej z domu.

background image

ROZDZIAŁ 17

Ostatnia wskazówka

Stary   kamieniołom   srebrzył   się   w   zimnym   świetle   gwiazd,   jego   dno   zaś   tonęło   w 

przepastnych   ciemnościach.   Zaparkowali   samochody   przed   wejściem,   przy   którym   Rory 
zostawił Boba i Pete’a. Nigdzie nie było widać żadnego światła.

— Poszukajmy jakichś śladów — powiedział Jupiter.
Rozejrzeli się po wierzchołku kamieniołomu. Wkrótce Rory znalazł rowery.
— Tam, gdzie je zostawiłem — zauważył ponuro. — Musieli zejść do kamieniołomu. Jakby 

się wybrali dokądś indziej, to by je zabrali.

Ostrożnie   schodzili   po   kamiennych   tarasach,   które   w   świetle   ich   latarek   wyglądały   jak 

gigantyczne schody. Po powierzchni wody, na dnie wykopu przesuwały się fantastyczne refleksy 
światła. Profesor Shay popatrzył na wodę u ich stóp i wzdrygnął się.

— Jeśli się obsunęli tam, w dół...
— Proszę tego nawet nie mówić, profesorze — powiedział Cluny drżącym głosem.
Jupiter   szukał   na   wysokiej   skalnej   ścianie   z   drugiej   strony   tarasu   kredowych   znaków 

zapytania — symboli detektywów. Żadnego nie zobaczył.

— Jeśli byli śledzeni, nie wiedzieli o tym — powiedział. —W przeciwnym razie zostawiliby 

znaki zapytania, żeby mi wskazać swoją drogę ucieczki. Zawsze mamy przy sobie kredę.

— Nie jestem pewien, czy to dobry znak, Jupiterze. Mogli zostać zaskoczeni — zauważył 

profesor Shay.

Nikt nie odpowiedział na tę ponurą uwagę. Maszerowali w milczeniu tarasem w połowie 

wysokości kamieniołomu.  Kierowali światła latarek  i latarni w dół i w górę. Widzieli  tylko 
kamienne stopnie, skręcone, stare drzewa, wyrastające ze szczelin skalnych i sterty obsuniętych 
kamieni.

Małe zwierzątka przemykały gdzieś w  ciemnościach. Dwukrotnie wąż przeciął im drogę i 

wśliznął się pod kamienie Z drzewa zerwał się duży ptak i pofrunął ciężko w górę kamieniołomu 
Był to ptak-łowca, pewnie sowa uszatka w pogoni za zdobyczą.

Wciąż nie znaleźli ani śladu Boba i Pete’a, nie usłyszeli żadnego dźwięku poza odgłosami 

wydawanymi przez zwierzęta. Okrążyli niemal cały kamieniołom, nim wreszcie usłyszeli jakieś 
odmienne dźwięki!

— Słyszycie? — spytał Hans szeptem.
Coś metalowego pobrzękiwało niedaleko przed nimi.
— Widzicie coś? — zapytał cichutko Cluny.
— Nie — wymamrotał profesor Shay.
Teraz usłyszeli tarcie drewnem o metal i o inne drewno.
— Patrzcie tam! — wykrzyknął Jupiter z cicha. — Tam na dole jest chata!
Wskutek podniecenia bezwiednie podniósł głos. Przy chacie rozległ się łoskot, a potem ktoś 

zaczął biec. Rory oświetlił latarką drobną sylwetkę, zmierzającą szybko do stojącego w pobliżu, 
małego samochodu.

— To Stebbins! — krzyknął profesor Shay. — Nie dajcie mu tym razem uciec!
— Bob! Pete! — wołał Jupiter.
— Odciąć mu drogę, głupcy! — wściekał się Rory.
— Stebbins! Stój! — wrzeszczał profesor Shay.

background image

Szczupły młodzieniec dopadł już swego volkswagena, wskoczył  za kierownicę i ruszył  z 

impetem. Oddalił się bitą drogą, nim zdążyli dobiec w pobliże chaty.

— Uciekł! — lamentował profesor. — Uciekł, drań!
Jupiter nie martwił się o Stebbinsa.
— Gdzie są Bob i Pete? Co on z nimi zrobił?
Cluny z trudem przełykał ślinę. Hans i profesor milczeli. Jupe wpatrywał się w ciemności.
— Bob! Pete! — krzyczał i jego głos rozchodził się upiornym echem wśród wysokich ścian 

kamieniołomu.

Echo powtarzało bez końca krzyki Jupe’a, gdy wtem odpowiedziało mu inne wołanie.
Wszyscy zastygli.
— To oni! — wykrzyknął Cluny.
— Jupe! — powtórzyło się wołanie. — Jesteśmy tu, we wnętrzu chaty!
— Patrzcie! W chacie pali się światło! — spostrzegł profesor Shay.
Wokół jej drzwi i okien pojawiły się nagle obwódki światła. Jupe opuścił się na taras, na 

którym stała chata. Pozostali poszli w jego ślady. Pobiegł do drzwi i zaczął szarpać kłódkę.

— Frontowe okno, Jupe! — wrzasnął Pete. — Odblokuj okiennicę!
Rory skoczył do okna, wyciągnął deskę z uchwytów i otworzył okiennicę na oścież. W oknie 

ukazały się uśmiechnięte twarze Boba i Pete’a.

— O rany! — powiedział Pete. — Już myśleliśmy, że utknęliśmy tu na całą noc albo dłużej!
—   Ktoś   usiłował   się   tu   dostać!   —   wtórował   mu   Bob.   —   Dlatego   zgasiliśmy   światło. 

Najpierw próbował rozbić kłódkę, potem zaczął wyciągać deskę z okiennicy.

— To ten łajdak Stebbins! — wykrzyknął profesor Shay.
— Tak, to on musiał was tu zamknąć — stwierdził Rory. — Teraz wrócił, nie wiedzieć po 

kiego licha, ale go przepłoszyliśmy.

— Wychodźcie chłopcy — powiedział Hans.
Bob potrząsnął głową.
— Nie, najpierw wejdźcie tu, do środka. Odkryliśmy ostatnią wskazówkę!
W podnieceniu gramolili się wszyscy przez okno. Hans ledwie się przez nie przecisnął. Gdy 

znaleźli się wreszcie w małym biurze, Bob i Pete wskazali otwarty segregator na biurku.

— „Specjalne zamówienie numer 143” — czytał głośno Jupiter. —„Dla A. Gunna przesłać do 

składu dziesięć kwadratowych, równo przyciętych kamieni, granit”.

Jupiter spojrzał na pozostałych.
— Dziesięć kwadratowych kamieni?
—   Po   sto   kilo   każdy   —   powiedział   Pete.   —   Razem   tona.   Co   Angus   chciał   zrobić   z 

dziesięcioma dużymi kamieniami? Zbudować z nich jakiś monument?

Jupiter potrząsnął głową zdezorientowany.
— W Phantom Lake nie ma żadnego monumentu — powiedział Rory.
— Może go postawił gdzie indziej? — rozważał profesor Shay.
— Może zbudował Laurze pomnik w jakimś mieście — podsunął Cluny.
— Nie — powiedział Jupiter z namysłem. — Jestem przekonany, że niespodzianka dla Laury 

znajduje się gdzieś w Phantom Lake. Z tego, co Angus napisał w dzienniku, nie wynika nic 
innego. Zawsze wracał do domu pracować nad niespodzianką dla Laury.

— Wobec tego, chłopcy, to, co zbudował, jest gdzieś ukryte — zadecydował profesor. — Nie 

może być inaczej. Ukrył to tak sprytnie, że nikt się na to nigdy nie natknął.

— Albo — odezwał się Bob — jest to coś tak oczywistego, że po prostu nie zwróciliśmy na 

to uwagi! Przypomina mi się opowiadanie Poego o skradzionym  liście. Mogliśmy cały czas 

background image

patrzeć na to i nie widzieć, bo znajdowało się tuż pod naszym nosem!

—  Z pewnością jest jeszcze coś, czego nie wiemy — powiedział gorzko profesor Shay.
— Wiem jedno — rzekł na to Pete. — Jest późno i jestem głodny. Chodźmy do domu coś 

zjeść.

Wszyscy się roześmiali.
— Chodźmy wszyscy do mnie — zaprosił Cluny. — Zatelefonujecie do rodziców, koledzy. 

Mama nam zrobi świetną kolację, a my w tym czasie przystąpimy do rozwiązania zagadki!

—   To   rozsądna   propozycja   —   uśmiechnął   się   profesor   Shay.   —Czy   pani   Gunn   zechce 

również nakarmić podstarzałego łowcę skarbów?

—   Na   pewno   zechce,   panie   profesorze   —   odparł   Cluny.   Wrócili   tarasami   do   wyjścia   i 

pozostawionych  przy  nim  samochodów i  rowerów. Bob  i  Pete  załadowali   swoje rowery  do 
pikapa i usadowili się w nim wraz z Jupe’em i Clunym. Kiedy już ruszali, Pete powiedział:

—   Wiem   jeszcze   jedną   rzecz,   Jupe.   Mówiłeś,   że   ta   sprawa   to   jak   zagadka-składanka. 

Wszystkie elementy razem dają odpowiedź. No to teraz mamy już te elementy. Trzeba je tylko 
złożyć do kupy!

background image

ROZDZIAŁ 18

Jupiter wie!

Pani Gunn dopilnowała tego, by jej goście najpierw zjedli spokojnie kolację. Dopiero potem 

przeszli do salonu porozmawiać o sprawie. Profesor Shay zaczął krążyć po pokoju.

— Musimy rozwiązać tę zagadkę, chłopcy, bo Stebbins i Java Jim ukradną nam skarb sprzed 

nosa. Jest teraz jasne, że pracują do spółki.

— Nie mamy na to dowodu, panie profesorze — powiedział Jupiter z namysłem. — Ale 

zgadzam   się,   że   zagadkę   rozwiązać   trzeba.   Znamy   wszystkie   jej   fragmenty,   dziennik   i   list 
Angusa, a jestem pewien, że Angus tak ułożył swoją szaradę, żeby Laura mogła ją rozwiązać.

— Tak — zgodził się Rory. — Tu ci przyznam rację. To jest zagadka dla osoby, która żyła 

przed stu laty. Staraliście się, chłopcy, ją rozwiązać, ale mówiłem od początku, że ona jest dziś 
nie do rozwiązania.

—   Tak   mówisz,   jakbyś   nie   chciał,   żebyśmy   znaleźli   skarb,   Rory!   —zawołał   Cluny 

zapalczywie.

— No to go znajdź i niech już raz będzie temu wszystkiemu koniec! — powiedział Rory 

ponuro.

Jupiter położył sobie list Angusa na kolanach i otworzył dziennik. Bob, Pete i Cluny skupili 

się wokół niego.

—   Mamy   więc   wszystkie   cztery   etapy   ostatniego   kursu   Angusa,   wszystkie   dni,   które 

zbudowały niespodziankę dla Laury — podsumował Jupe. — Teraz musimy ustalić, na co nam 
wskazują i jak się to ma do sekretu Phantom Lake, czyli do legendy o widmie. Musimy się 
przekonać, co lustro ma z tym wszystkim wspólnego.

Pete westchnął.
— Tak, tak, zostało nam tylko parę drobiazgów do wyjaśnienia.
Jupe ciągnął dalej, ignorując żart Drugiego Detektywa.
— Po pierwsze, Angus udał się do Powder Gulch po deski na śluzę, podpory i po górników. 

Sądząc z ilości jedzenia, które kupił, miał dla górników dużą pracę do wykonania. Po drugie, 
popłynął na wyspę Cabrillo, zaproponował coś właścicielowi i ten się na to zgodził. Wrócił z 
wyspy z jakimś ładunkiem. Po trzecie, kupił dziesięć stukilowych kamieni od braci Ortegów i 
przetransportował je tutaj. Po czwarte, pojechał do Santa Barbara kupić u „Wrighta i Synów” 
ostatni fragment niespodzianki dla Laury. Było to coś, co niemal na pewno można znaleźć na 
statku, ponieważ tylko takie rzeczy sprzedawali „Wright i Synowie” w tamtych czasach. Jest to 
przedmiot opatrzony mosiężną tabliczką z nazwą sklepu.

Rory zaśmiał się ze swojego miejsca przy oknie.
— Złóżcie to wszystko razem i ruszajcie dalej, gońcie widmo, co go nawet w tym kraju nie 

ma! A jak już złapiecie waszego ducha, powiedzcie mu, żeby się przejrzał w lustrze!

Bob poczerwieniał.
— Rany, to naprawdę brzmi jak...
Pani Gunn ściągnęła brwi i zwróciła się do Jupitera:
— Kiedyście byli w kamieniołomie, przeszukałam dom, ale nie znalazłam niczego z tabliczką 

od „Wrighta i Synów”. Zupełnie nie wiem, co to mogło być.

Jupiter potrząsnął głową ze smutkiem.
— Cokolwiek by to miało być, jestem przekonany, że wszystkie zakupy Angusa składają się 

background image

na   jedną   całość.   Wszystkie   razem   tworzą   ową   niespodziankę   dla   Laury.   Zgodnie   z   listem 
Angusa, wiąże się ona z tym, co szczególnie lubił w domu. Tylko co to mogło być?

— Coś dużego — powiedział Cluny z nadzieją.
— Co Angus zrobił z tą tarcicą? Gdzie ona jest? — zapytał profesor Shay.
— A kamienie? — dodał Bob. — Gdzie je umieścił? Takie duże kamienie trudno ukryć.
—   Słuchajcie!   —   zawołał   Pete.   —   Co   górnicy   umieją   robić   najlepiej?   Jupe,   ty   zawsze 

powtarzasz:  myślcie o najprostszym  wyjaśnieniu.  Górnicy najlepiej  umieją kopać! Wykopali 
jakąś dużą dziurę, użyli drewna i kamieni na wzmocnienie jej ścian! Może zbudowali podziemną 
komnatę?

Profesor Shay przestał chodzić tam i z powrotem po pokoju.
— Dużą dziurę? W ziemi?
— Czemu nie? — zapytał Pete. — To by było dobre miejsce na ukrycie skarbu. Może Angus 

kupił u „Wrighta i Synów” mosiężną klamkę albo latarnię do oświetlania komnaty?

— Ale co by mu było potrzebne z wyspy Cabrillo? — zapytał Jupiter. — Poza wszystkim, nie 

wydaje mi się, żeby ukryta komnata była wielką niespodzianką dla Laury. Pamiętaj, że Angus 
najpierw planował niespodziankę, a potem ukrył w niej skarb.

Profesor Shay stał bez ruchu aż do momentu, gdy Pete powiedział o dużej dziurze w ziemi. 

Teraz podszedł do okna, przy którym siedział Rory.

— Czy widział pan gdzieś coś, co by wskazywało na istnienie takiej komnaty, McNab?
— Nie, nigdy — mruknął Rany — To brednie!
Profesor   patrzył   przez   okno   na   mały   staw   i   ciemne   drzewa.   Nagle   odwrócił   się   z 

błyszczącymi oczami.

— Na Boga, myślę, że Pete ma rację! Górzysta Szkocja jest pełna ukrytych jaskiń i grot. List 

mówi, żeby pamiętać, co Angus szczególnie kochał w Szkocji, a pani, pani Gunn, nie wie, co to 
było. Może była to...

— Sekretna podziemna grota, w której spotykali się z Laurą  w  młodości! — wpadł mu w 

słowa Jupiter. — Grota, o której tylko Laura mogła wiedzieć!

— I którą Angus odtworzył tutaj — podjął profesor. — Z wyspy Cabrillo mógł przywieźć 

stare hiszpańskie meble i dywany do ukrytej groty!

— A także lustro! — dodał Bob.
Profesor Shay przytaknął w uniesieniu.
— Myślę, że znaleźliśmy rozwiązanie, chłopcy! Grota jest najwidoczniej dobrze ukryta, a 

wejście do niej prawdopodobnie zarosło chwastami i krzewami przez sto lat. Ale je znajdziemy! 
Jutro z samego rana zaczniemy przeczesywać każdy centymetr Phantom Lake!

— Zacznijmy jeszcze dzisiaj! — wykrzyknął Pete. — Mamy przecież latarki.
Profesor Shay potrząsnął głową.
— Z pewnością wiele po ciemku nie znajdziemy. Poza tym wszyscy jesteśmy zmęczeni. Po 

dobrze przespanej nocy będziemy dużo sprawniejsi.

— Skarb nie ucieknie, chłopcy. Cluny powinien iść do łóżka natychmiast — powiedziała 

zdecydowanie pani Gunn.

— Ale Stebbins pewnie się tu kręci! I Java Jim też! — protestował Cluny.
— Wątpię,  żeby im udało  się coś znaleźć  po nocy — pocieszył  go profesor. — Trzeba 

zaryzykować zwłokę do rana, chłopcy, jeśli w ogóle można mówić o jakimś ryzyku.

Chłopcy z ociąganiem przyznali mu rację. Wiedzieli, że decyzja profesora jest słuszna, ale 

czekanie przez całą noc wydawało się takie długie!

— Czuję, że i tak nie będziemy dobrze spać — powiedział Pete.

background image

— Rozmyślajcie więc o wszystkich możliwych sposobach ukrycia tej podziemnej komnaty — 

odparł profesor Shay. — A jutro spotkamy się tutaj i zabierzemy do poszukiwań.

— Szukajcie sobie beze mnie — powiedział Rany apatycznie. — Mam dość tych nonsensów.
Profesor Shay odjechał pierwszy. Pete, Bob i Jupiter pomogli Hansowi załadować meble, 

wybrane przez panią Gunn dla wujka Tytusa. Potem wspięli się wszyscy trzej na tył pikapa i 
ruszyli do Rocky Beach.

Jechali jakiś czas w milczeniu. Wreszcie Jupiter zapytał:
— Jak byście oznaczyli wejście do takiej podziemnej komnaty?
Pete się zastanowił.
—   Może   układając   jeden   na   drugim   część   tych   dużych   kamieni.   Tak,   żeby   wszystko 

wyglądało naturalnie, ale Laurze dało do myślenia.

— Albo zasadziłbym drzewo — powiedział Bob. — Jakiś specjalny gatunek, który mają w 

Szkocji.

— Tak, to możliwe, Bob — przyznał Jupe.
— A może to było lustro! — wykrzyknął Pete. — Umieszczone na ziemi lub drzewie tak, 

żeby Laura mogła je zobaczyć z określonego miejsca!

— Na przykład z okna, przy którym siadywała w domu — podjął Jupiter. — Albo ze szczytu 

wieży!

— O rany! — wykrzyknął Bob. — Każde z tych przypuszczeń jest możliwe i założę się, Jupe, 

że któreś jest słuszne!

Jupiter skinął głową, spoglądając na pierwsze zabudowania Rocky Beach.
— Tylko jedno nie daje mi spokoju — powiedział z wolna — Angus mówi w liście, żeby 

pamiętać o tajemnicy Phantom Lake, czyli  o widmie, które czuwa nad jeziorem. Nie widzę 
związku ukrytej groty z tą legendą.

— Może zobaczymy, jaki ma związek, jak ją znajdziemy — zauważył Pete.
— Tak, prawdopodobnie masz rację — zgodził się Jupiter.
Hans odwiózł Boba i Pete’a do ich domów i pojechał do składu złomu. Jupiter był  zbyt 

podekscytowany,   żeby  pójść spać.  Zrobił   sobie  gorącą   czekoladę   i  opowiedział  wujostwu  o 
wydarzeniach dnia. Po wysłuchaniu go wujek Tytus poszedł obejrzeć, co Hans przywiózł od 
pani  Gunn.  Ciocia  Matylda  stwierdziła  z   pełnym   przekonaniem,  że   ukryta  podziemna   grota 
stanowi świetne rozwiązanie zagadki.

— Jestem pewna, że rano ją znajdziecie. A teraz marsz do łóżka młody człowieku. Myślisz o 

wiele lepiej, kiedy jesteś wypoczęty. Zmykaj!

Jupiter   długo   leżał   bezszelestnie,   patrząc   na   świąteczne   światła   Rocky   Beach   za   oknem. 

Wreszcie  zaczął  zapadać  w sen wśród rozmyślań  o ukrytej  komnacie,  wielkich  kamieniach, 
drewnie na śluzę, wyspie Cabrillo, na którą Angus popłynął po...

Nagle usiadł na łóżku, wyprostowany jak struna! Mrugał oczami, wciąż na wpół przytomny. 

Za oknem było ciemno, ale zegarek wskazywał ósmą rano. Z dachu dobiegało równomierne 
bębnienie i uprzytomnił sobie, że pada ulewny deszcz.

Ale nie przejmował się tym. Siedział zapatrzony w upojeniu w przeciwległą ścianę. Znał już 

rozwiązanie zagadki Angusa Gunna.

background image

ROZDZIAŁ 19

Zagadka rozwiązana

Jupiter ubrał się i zatelefonował do Boba i Pete’a. Poprosił, żeby przyszli za piętnaście minut 

do składu. Znalazł już rozwiązanie!

— Co za ciemniak ze mnie — mówił — powinienem dawno się tego domyślić. Pospieszcie 

się!

Potem zatelefonował do Phantom Lake.
— Myślę, że wiem, gdzie jest skarb, Cluny — oznajmił zaspanemu chłopcu. — Weź kilof, 

łopatę i płaszcz przeciwdeszczowy i czekaj na nas. Hans nas przywiezie.

Zbiegł na dół do kuchni i zjadł szybko talerz płatków zbożowych. Dopijał właśnie mleko, 

kiedy zadzwonił telefon. Dzwonił profesor Shay.

— Jupiter? Leżałem w łóżku bezsennie i myślałem o tej ukrytej komnacie. Przyszło mi na 

myśl, w jaki sposób Angus mógł oznaczyć miejsce, gdzie ją zbudował! Widmo...

— Nie ma żadnej ukrytej komnaty, profesorze — przerwał mu Jupiter. — Jestem pewien, że 

znalazłem rozwiązanie!

— Co? Więc to nie jest żaden ukryty pokój? Tylko co? Mów, Jupiterze!
— Powiem panu na miejscu. Proszę się z nami spotkać nad jeziorem.
— Ubieram się natychmiast!
Dziesięć minut później Trzej Detektywi stali już, ociekając deszczem na placu składu złomu. 

Pete i Bob z trudem panowali nad sobą. Gdy tylko podjechał Hans ciężarówką, wspięli się na 
krytą platformę i napadli Jupe’a.

— Jakie masz rozwiązanie?!
— Gadaj!
— Dobrze — powiedział  Jupiter z irytującym  uśmiechem.  — Zasnąłem,  a teoria  ukrytej 

komnaty   nie   dawała   mi   we   śnie   spokoju.   Musiało   mi   się   nagle   przypomnieć   to,   co   Bob 
powiedział wczoraj w drodze powrotnej do domu i wtedy wszystko zrozumiałem!

Pete jęknął, podskakując od wstrząsów ciężarówki.
— A co takiego Bob powiedział?
— Powiedział — zaczął Jupe uroczyście, folgując swemu zamiłowaniu do dramatyzowania 

— że być  może  Angus zasadził  jakiś specjalny gatunek drzewa w Phantom Lake. I jest to 
dokładnie to, co Angus zrobił!

— Posadził jakieś specjalne drzewo? — zdumiał się Pete.
— Nie takie, jakie znał ze Szkocji, jak myślał Bob, ale takie, które by nasunęło Laurze myśl o 

rodzinnym domu. Popłynął na wyspę Cabrillo i kupił jeden z tych poskręcanych cyprysów, które 
wyglądają jak widma! Zaszczepił widmo w Phantom Lake!

— O rany! — wykrzyknął Bob. — Zostało nam tylko odszukanie w Phantom Lake cyprysa!
— Ale gdzie szukać? — zmartwił się Pete. — Tam są całe hektary porośnięte drzewami.
—   Dowiesz   się   tego   z   reszty   szarady.   —   Jupe   promieniał.   —   Pomyślcie   raz   jeszcze   o 

wszystkich jej elementach. Pierwszy: górnicy i tarcica na śluzę z Powder Gulch. Miałeś, Pete, 
absolutnie rację. Górnicy najlepiej umieją kopać i wykopali istotnie wielką dziurę. Jeśli chodzi o 
drzewo na śluzę, jest tylko jedna istotna rzecz, którą kompletnie przeoczyliśmy. Dlaczego Angus 
potrzebował właśnie takiej tarcicy? Nie zwykłego drewna czy desek na oszalowanie, takie jak w 
kopalni, ale właśnie drewna na śluzę?

background image

Pete westchnął.
— Dlaczego, Jupe?
— Ponieważ takie deski są specjalnie wyprofilowane i tak do siebie dopasowane, żeby nie 

przepuszczały wody! Śluza w czymś zatrzymuje wodę, a Angus jej użył, żeby wodę od czegoś 
odciąć!

Bob otworzył szeroko oczy.
— Od czego, Jupe?
— Od dużej, długiej dziury, którą kazał wykopać górnikom. Na czas trwania robót trzeba 

było   utrzymać   tę   dziurę   suchą.   Następnie   kupił   dziesięć   wielkich   kamieni   i   zrobił   z   nich 
przejście. Na wyspie Cabrillo kupił cyprys, a u „Wrighta i Synów” latarnię okrętową!

— Wyspa na stawie! — wykrzyknęli Bob i Pete równocześnie.
— Tak jest! —— tryumfował Jupiter. — Angus zbudował małą wyspę w Phantom Lake! To 

była ta niespodzianka dla Laury. Wszyscy myśleli, że stary Angus znalazł po prostu staw z 
wyspą,  przypominający jezioro w jego rodzinnych  stronach. Ale tak nie było.  On tę wyspę 
zbudował. Pierwotnie znajdował się tam pewnie jakiś mały półwysep, wcinający się w staw. 
Angus postawił po obu jego stronach zapory z tarcicy i przekopał przezeń kanał. Wpuścił potem 
ponownie wodę do przekopu i ułożył w niej dziesięć wielkich kamieni, imitujących „Stąpnięcia 
Widma”. W taki sposób powstała wyspa. Latarnię od „Wrighta i Synów” umieścił na słupie, co 
miało przypominać latarnię morską, i odtworzył legendę o widmie, zasadzając skręcony cyprys.

— I tak oto zbudował miniaturę tego, co kochał w domu, czyli widok na jezioro. To był jego 

prezent — niespodzianka dla Laury.

— Jupiter przerwał dla nabrania oddechu. — Później, kiedy pojawił się kapitan z „Argyll 

Queen” z towarzyszami, Angus wykorzystał wyspę na miejsce ukrycia skarbu. Jako wskazówkę 
zostawił list i drugi dziennik.

Bob i Pete milczeli w podziwie dla szarady mądrze ułożonej przez Angusa i sprytnego jej 

rozwiązania przez Jupitera.

— Czy nikt się nie zorientował, że wyspa została sztucznie utworzona? — zapytał wreszcie 

Bob.

— Nikt, poza Angusem i górnikami, którzy ją odcięli od lądu — odparł Jupiter. — Do pracy 

w kopalniach najmowali się w tym czasie głównie włóczędzy, nieraz zbiegowie. Do czasu, gdy 
wszyscy   zaczęli   poszukiwać   ukrytego   skarbu,   większość   zatrudnionych   przy   tych   pracach 
wyniosła się prawdopodobnie gdzie indziej. Rodzina Angusa uznała, że wyspa jest naturalna, a o 
najęciu górników nie wiedzieli, bo nigdy nie czytali drugiego dziennika.

— Dopiero my znaleźliśmy dziennik, a teraz odnajdziemy skarb! —zakończył Pete.
— Jestem tego zupełnie pewien — stwierdził Jupiter.
— Jedna tylko rzecz pozostaje dla mnie niejasna — powiedział Bob. — Co miał Angus na 

myśli pisząc, żeby dostrzec sekret w lustrze?

— Może chodziło mu o staw, o lustro wody? — podsunął Pete.
— Myślę, że mogę to także wyjaśnić — Powiedział Jupiter. — Ale najpierw chcę pójść nad 

staw...

Tymczasem ciężarówka skręciła już na boczną drogę do Phantom Lake  i  w tym momencie 

Hans zahamował gwałtownie. Chłopców rzuciło do tyłu. Pozbierali się i zeskoczyli z ciężarówki. 
Hans zdążył już wysiąść i biegł teraz drogą.

Dojechali   do   ostatniego   zakrętu,   domu   nie   było   więc   jeszcze   widać.   Za   kępą   sosen,   na 

żwirowym  poboczu drogi, stał samochód  profesora Shay’a. Przednie drzwi były  otwarte, na 
skraju fotela siedział profesor.

background image

Obok stał Cluny i pochylał się nad nim.
Hans dobiegł do samochodu.
— Czy coś się panu stało, profesorze?
— Chy... chyba wszystko w porządku — profesor obmacywał sobie szczękę. Gdy nadbiegli 

chłopcy, powiedział: — To był Java Jim! Parę minut temu, jechałem właśnie do Phantom Lake i 
go zobaczyłem. Próbowałem go zatrzymać, ale mnie uderzył i uciekł między drzewa!

— Java Jim? Nie mamy więc ani chwili do stracenia! — wykrzyknął Jupiter — Cluny, bierz 

narzędzia, szybko!

background image

ROZDZIAŁ 20

Sekret w lustrze

Pani Gunn popatrywała za nimi, maszerującymi w deszczu nad staw. Hans i profesor Shay 

nieśli ze sobą narzędzia.

— Bądźcie ostrożni! — zawołała. — I starajcie się nie przemoczyć!
Chłopcy skinęli głowami i zanurzyli  się spiesznie w zarośla obrastające staw. W wąskim 

kanale   stawu   połyskiwały   obmyte   deszczem   „Stąpnięcia   Widma”.   Przemierzyli   je   susami   i 
stanęli na maleńkiej, porosłej sosnami wyspie. Miała nie więcej jak trzysta metrów szerokości, 
wznosiły się na niej dwa pagórki kilkumetrowej wysokości.

— Legenda mówi, że widmo z wysokiej skały wypatruje jeziora wikingów — powiedział 

Jupiter. — Skręcony cyprys  powinien więc zostać zasadzony w jakimś wysokim punkcie na 
skraju wyspy!

Obrzeżem   wyspy   dotarli   aż   na   jej   drugi   koniec.   Deszcz   spływał   po   ich   płaszczach   i 

kapeluszach,   pojedyncze   krople   ściekały   im   wzdłuż   szyi   po   plecach.   Wspięli   się   na   małe 
wzgórze, na którym stał słup z zawieszoną na nim latarnią. Pete przyjrzał się jej z bliska.

— Jupe miał rację! Do latarni przytwierdzona jest mosiężna tabliczka z napisem „Wright i 

Synowie”!

— Poszukajmy teraz cyprysa — ponaglał Jupiter. — Nie musimy daleko szukać.
— Tam jest! — wykrzyknął profesor Shay.
Mały, skręcony cyprys, identyczny jak te, które oglądali na wyspie Cabrillo, rósł o jakieś pięć 

metrów   od   słupa   z  latarnią.   Wśród   deszczu   przypominał   zupełnie   widmo   z   sękatą   głową   i 
długimi,   chudymi   ramionami,   wyciągniętymi   w   stronę   wody.   Stał   tu,   cierpliwie   wypatrując 
nadciągających wikingów.

Pete obejrzał się na dom, stojący na wprost wykopanego przez Angusa kanału.
— Patrzcie. Cyprys jest kompletnie schowany za większymi krzewami. Nic dziwnego, że go 

nigdy nie zauważyliśmy, patrząc od strony domu.

Jupiter skinął głową.
—   Prawdopodobnie   wtedy,   kiedy   go   Angus   zasadził,   był   doskonale   widoczny,   ale   te 

karłowate cyprysy rosną bardzo wolno. Pewnie nawet metra mu nie przybyło przez te sto lat, w 
czasie których inne drzewa wzbiły się wysoko.

— Mniejsza z tym, Jupe! Bierzmy się do kopania! — zawołał Pete.
Bob rozglądał się wokół cyprysa.
— Javy Jima nie było tu jeszcze. Nie ma żadnych śladów.
Cluny wziął kilof od Hansa.
— Chodź, Pete. Przekopiemy wokół...
— Nie — przerwał mu Jupiter. — Tutaj nie będziemy kopać.
Wszyscy patrzyli na niego.
— Przecież list mówi, żeby pamiętać o tajemnicy Phantom Lake. To musi znaczyć, żeby 

szukać tam, gdzie jest widmo — powiedział profesor Shay.

— List mówi także „zobacz sekret w lustrze” — przypomniał mu Jupiter. — Angus chciał 

powiedzieć, żeby patrzeć na odbicie widma w lustrze.

— Tu nie ma żadnego lustra, Jupe — zauważył Pete.
— Nie, Angus nie rozumiał tego polecenia dosłownie. Chodziło mu o to, żeby zobaczyć 

background image

sekret jak w lustrze. Lustro wszystko odwraca! Dawał więc do zrozumienia, żeby odwrócić 
widmo   w  celu  znalezienia  skarbu!  — Jupe spojrzał   na  stare,  karłowate  drzewo.  — Widmo 
spogląda i wskazuje na staw. Musimy je więc odwrócić i szukać skarbu w kierunku przeciwnym 
do   jego   wyciągniętych   rąk!   Przechodząc   od   słów   do   czynów,   Jupiter   stanął   przed   małym 
cyprysem i patrzył z tego punktu wzdłuż cienkiej, wyciągniętej jak ramię gałęzi. Bob stanął obok 
niego.

— Wiele nie zobaczymy w tym deszczu — powiedział. — Za ciemno dzisiaj.
— Daj mi latarkę, Cluny — zawołał Jupiter.
Cluny podał mu silną latarkę, Jupe zapalił ją i przyłożył do gałęzi. Jasny snop światła padł 

poprzez smugi deszczu na płaską połać gęstego poszycia. Jupiter skoczył w tym kierunku.

— Chodźcie szybko wszyscy! — zawołał.
Zbiegli   ze   wzgórza   na   jego   płaskie   podnóże.   Teren   był   gęsto   zarośnięty   i   pozbawiony 

wszelkich   charakterystycznych   punktów.   Nie   było   tu   żadnego   miejsca,   gdzie   miałby   być 
zakopany skarb. Niczego, co by się rzucało w oczy... aż do tej chwili!

Stali jak wryci, wpatrując się w powyrywane krzewy i ziejącą wśród nich dziurę!
— Już go nie ma! — krzyknął Cluny.
— Ktoś domyślił się wszystkiego przed tobą, Jupe — jęczał Pete.
Profesor Shay pochylił się i podniósł z ziemi mosiężny guzik.
— Java Jim! Dlatego mnie uderzył i uciekł. Już miał skarb!
— Trzeba natychmiast zawiadomić policję! — powiedział Hans.
Pobiegli   szybko   po   „Stąpnięciach   Widma”   do   domu.   Jupiter   poprosił   panią   Gunn,   żeby 

zatelefonowała   na   posterunek   policji   w   Rocky   Beach   i   dała   znać   jego   komendantowi, 
Reynoldsowi, że Trzej Detektywi potrzebują pomocy. Trzeba zatrzymać Javę Jima!

— My pójdziemy tam, gdzie pana zaatakował, profesorze. Może odnajdziemy jakiś trop!
Gdy tylko znaleźli się na poboczu drogi za zakrętem, gdzie stał samochód profesora Shay’a, 

zaczęli przeszukiwać, w świetle latarek, teren wokół. Na żwirze przy samochodzie nie znaleźli 
żadnych śladów. Profesor wskazał miejsce trochę bardziej oddalone. Tam, w wilgotnej ziemi, 
widniały odciski butów. Przecinały błotniste miejsce, kierując się wprost na szosę. Profesor 
westchnął.

— Musiał mieć przy szosie samochód. Uciekł, chłopcy!
Jupiter przypatrywał się śladom.
— Są bardzo płytkie. Czy Java Jim niósł coś, kiedy go pan zobaczył?
— Nie, Jupiterze. Widocznie miał już skarb w samochodzie i tylko po coś wrócił. Obawiam 

się, że już go nie znajdziemy.

— Być może — powiedział Jupiter z wolna, idąc z powrotem do samochodu profesora. Nagle 

przystanął i rozejrzał się. — Gdzie jest Rory?

— Rory? — powtórzył Cluny. — Nie widziałem go od rana. Lubi wczesne przechadzki.
W oczach Jupitera pojawił się błysk.
— Cluny, mówiłeś, że Rory pracuje u was dopiero od roku. Jak on się tutaj w ogóle znalazł?
— N.. no, zjawił się po prostu pewnego dnia z listem od naszych znajomych ze Szkocji. 

Wiedział wszystko o naszej rodzinie i o dawnej siedzibie.

— Każdy mógł się tego dowiedzieć! — powiedział Pete zdecydowanie. — Jupe, czy myślisz, 

że Rory współdziała z Javą Jimem? A może to on jest Javą Jimem?

— Jest tego samego wzrostu i tuszy. Od początku starał się nas powstrzymać od poszukiwań 

Ilekroć Java Jim usiłował odebrać nam dziennik Angusa, Rory przebywał poza Phantom Lake. 
W wymarłym mieście zjawił się zadziwiająco szybko po ucieczce Javy Jima!

background image

— Wiedział, że jesteśmy w kamieniołomie bo sam nas tam zawiózł — przyłączył się Bob. — 

On pierwszy usłyszał od nas o owej tonie kamieni. Mógł nas zamknąć w chacie i pojechać do 
Phantom Lake żeby zburzyć wędzarnię. Nie miał jeszcze pojęcia, jak duże były te kamienie!

— Ale myśmy widzieli Stebbinsa przy tej chacie — powiedział profesor Shay.
— Tak — zgodził się Jupiter — ale Stebbins usiłował rozbić kłódkę na drzwiach. Gdyby to 

on zamknął Boba i Pete’a, wiedziałby, że nie weszli do chaty drzwiami. I...

Jupiter urwał i zamyślił się.
— Chłopaki, czy kiedy ścigaliśmy wczoraj podpalacza, któryś z was go faktycznie widział? 

— zapytał wreszcie.

Chłopcy wymienili spojrzenia. Żaden nikogo nie widział!
— Ścigaliśmy go, bo Rory powiedział, że widział Javę Jima — mówił dalej Jupe — ale 

zastanawiam się teraz, czy to prawda. Czy w ogóle widział kogokolwiek?

— Chcesz więc powiedzieć, że to Rory podłożył ogień w szopie, a potem udawał, że widzi 

Javę Jima, bo sam jest Javą Jimem? —zapytał Bob.

— Profesor Shay też widział uciekającego — wtrącił Cluny.
— I myślał,  że to Stebbins — powiedział Jupiter. — Panie profesorze, czy rzeczywiście 

widział pan kogoś uciekającego po pożarze, czy tylko zdawało się panu, że kogoś widzi?

—   Stebbins   wciąż   zaprzątał   moje   myśli   —   odparł   profesor   z   wolna.   —   Ale   teraz 

uświadamiam sobie, że istotnie nikogo nie widziałem! Rory twierdził, że to był Java Jim, ja 
jednak widziałem.., to znaczy myślałem, że widzę Stebbinsa.

— To Rory jest złodziejem! — wykrzyknął Pete. — Rory wziął...
— A co takiego Rory ukradł? — zagrzmiał czyjś głos.
Z deszczu wyłonił się Rory i patrzył na nich wściekle.
— Uch! — Jupiter przełknął głośno ślinę i oparł się ciężko o maskę samochodu profesora. 

Latarka wypadła mu z ręki. Schylił się, żeby ją podnieść.

— Hans! — krzyknął ostro profesor Shay. — Trzymaj Rory’ego, żeby nie uciekł!
Jupiter podniósł się. Na jego twarzy malował się dziwny wyraz. Położył ponownie rękę na 

masce samochodu profesora.

— Nie, Hans — powiedział nagle. — To nie Rory. Myliłem się.

background image

ROZDZIAŁ 21

Skarb z „Argyll Queen”

Hans patrzył na Jupe’a z wahaniem.
— Nie odstępuj Rory’ego, Hans! — rozkazał profesor Shay. — O czym ty mówisz, Jupiterze? 

Właśnie udowodniłeś, że to Rory...

— On nas zamknął w kamieniołomie, Jupe! — wykrzyknął Pete.
— On podłożył ogień w szopie i rozwalił wędzarnię! — wykrzyknął Pete.
Rory zbladł nagle.
— Co? Przepraszam, ale...
— Nigdzie nie pójdziesz — Hans ujął go mocno za ramię.
Jupiter potrząsnął głową.
— Rory podpalił szopę, zamknął w chacie Boba i Pete’a i przeszukał wędzarnię. Starał się 

przeszkodzić w znalezieniu skarbu. Ale nie on jest Javą Jimem i nie on zabrał skarb.

— Mówisz więc, że to Java Jim i Stebbins? — zapytał profesor.
— Java Jim tak, ale nie Stebbins — odparł Jupiter. — Stebbins nie chce skarbu. Myślę, że w 

pewnej   mierze   starał   się   nam   pomóc.   Kiedy   się   włamał   do   Kwatery   Głównej,   nie   ukradł 
dziennika   Angusa,   co   udaremniłoby   nam   dalsze   poszukiwania.   Sfotografował   go   tylko.   Co 
najważniejsze, zawsze widzieliśmy Stebbinsa po natknięciu się najpierw na Javę Jima. On śledził 
zarówno Javę Jima, jak i nas! Myślę, że w Santa Barbara chciał tylko porozmawiać z nami, ale 
go   wystraszyliśmy.   Sądzę,   że   to   on   wysłał   tamtego   chłopca   z   baru   do   Hansa,   żeby   go 
zawiadomić, że jesteśmy uwięzieni w barce. A kiedy widzieliśmy go w kamieniołomie, usiłował 
uwolnić Boba i Pete’a.

— Uważasz więc, że Java Jim działał sam? — zapytał Pete.
— Tak i nie, Pete — odparł cicho Jupiter.
— Co przez to rozumiesz, Jupe? — zdziwił się Cluny. — Jak mógł...
—   Java   Jim   jest   dziwnym   człowiekiem   —   przerwał   mu   Jupiter.   —   Zdaje   się   być 

cudzoziemcem, a jednak świetnie zna te strony. Zjawił się w składzie złomu zaraz po pobycie 
Boba w Towarzystwie Historycznym. Z niewiadomych powodów włamał się do Towarzystwa w 
dniu   naszej   wyprawy   na   wyspę   Cabrillo.   W   Santa   Barbara   nie   szukał,   jak   my,   starych 
dokumentów   w   „Sun-Press”,   ale   poszedł   wprost   do   pana   Widmera.   Skąd   wiedział   o   jego 
prywatnym archiwum?

— Słusznie! — wykrzyknął Bob. — Skąd wiedział?
— Wiedział o panu Widmerze, ponieważ jest znawcą historii naszego regionu — Jupiter 

patrzył teraz w oczy profesorowi Shay’owi. —Nie tylko Rory zjawił się w wymarłym mieście 
zaraz   po   ucieczce   Javy   Jima.   Pan   również,   profesorze!   Profesor   Shay   jest   uczonym 
specjalizującym się w lokalnej historii i jest Javą Jimem! On ukradł skarb dzisiejszego rana!

Profesor Shay roześmiał się.
— Wolne żarty, Jupiterze! Nie czuję się dotknięty tym podejrzeniem, mój chłopcze, mylisz 

się jednak całkowicie. Zresztą, jestem o wiele za mały, żeby być tym bandytą.

—   Nie,   proszę   pana,   jest   pan   tylko   szczuplejszy.   Gruba,   marynarska   kurtka   wyrównała 

różnicę.

— A jak zdołałem ukraść rano skarb, leżąc w łóżku w domu?
—   Zeszłego   wieczoru,   kiedy   Pete   wpadł   na   pomysł   z   dziurą   w   ziemi,   dostrzegł   pan 

background image

rozwiązanie zagadki, nim ja je zobaczyłem. Wrócił pan nad ranem do Phantom Lake i znalazł 
skarb,   prawdopodobnie   w   ten   sam   sposób,   co   ja,   przykładając   latarkę   do   gałęzi   cyprysa. 
Przechodząc ze skarbem koło domu Gunnów, usłyszał pan telefon. Podkradł się pan blisko i 
podsłuchiwał, żeby się upewnić, czy rozmowa telefoniczna nie okaże się dla pana niebezpieczna. 
Wtedy   właśnie   usłyszał   pan,   jak   Cluny   powtórzył,   że   mamy   rozwiązanie   i   że   zaraz 
przyjedziemy. Gdyby pan uciekł a my znaleźlibyśmy pustą dziurę, podejrzenie mogło skierować 
się później na pana. Ale jeśli stworzyłby pan pozory, że mityczny Java Jim zabrał skarb i uciekł, 
nikt by pana nigdy o nic nie podejrzewał. Policja szukałaby Javy Jima! Wśliznął się pan więc nie 
zauważony do domu, zatelefonował do mnie, udając, że dzwoni od siebie i następnie oczekiwał 
pan nas przy drodze. Sam pan zrobił te ślady w błocie i wmówił nam, że to Java Jim pana 
zaatakował.

Wszyscy   patrzyli   teraz   na   profesora.   W   oddali   rozległy   się   syreny.   Samochód   policyjny 

nadjeżdżał szosą.

Profesor Shay uśmiechnął się.
— Potrafisz to wszystko udowodnić, chłopcze?
— Tak, proszę pana ponieważ popełnił pan duży błąd. Powiedział pan o ósmej rano, że jest u 

siebie w domu, a potem, że przyjechał tu krótko przed nam. Lało dziś jak z cebra długo przed 
ósmą.

— Padało? — profesor roześmiał się. — Nie widzę...
— Ziemia pod pańskim samochodem jest sucha, a silnik samochodu jest zupełnie zimny. 

Musiał pan przyjechać grubo przed ósmą.

Profesor   wydał   okrzyk   wściekłości,   odwrócił   się   i   zaczął   biec   w   stronę   szosy.   Syrena 

policyjna wyła już na drodze. Shay zboczył w stronę drzew. Wtem z mokrych zarośli wynurzyła 
się  drobna  sylwetka   i  skoczyła   na  profesora.  Rozpoczęła   się  szamotanina,   a  w  tym  samym 
momencie   nadjechał   samochód   policyjny   i   zatrzymał   się   na   poboczu.   Dwaj   policjanci 
pochwycili walczących.

Chłopcy, Hans i Rory podbiegli do samochodu policyjnego. Komendant Reynolds z wyrazem 

zdumienia na twarzy wpatrywał się w profesora i... Stebbinsa!

— Co się tu dzieje, chłopcy? — Czy ten młody człowiek, który się bił z profesorem Shay’em, 

to Stebbins? Czy to on jest złodziejem?

— Jestem Stebbins, ale nie ja jestem złodziejem, lecz Shay! —wykrzyknął młodzieniec z 

bujną czupryną.

— On ma rację, komendancie — powiedział Jupiter. — Złodziejem jest profesor Shay!
Wyjaśnił komendantowi, jak odkrył tę prawdę.
— Przypuszczam, że Stebbins nigdy złodziejem nie był — dodał. — Zapewne dawno temu 

odkrył zamiary profesora, ten zaś sfabrykował przeciw niemu fałszywe oskarżenie, żeby się go 
pozbyć.

— To prawda! — przytaknął Stebbins. — Kiedy zwolniono mnie warunkowo z więzienia, 

wróciłem tu, żeby udowodnić swoją niewinność, i dlatego śledziłem profesora.

— Jeśli zabrał pan skarb, profesorze — powiedział surowo komendant — radzę powiedzieć 

nam od razu, gdzie on się znajduje. Ułatwi pan sobie tylko sprawę.

Profesor Shay wzruszył ramionami.
— Zgoda. Jupiter wygrał. Pod tylnym siedzeniem mojego samochodu jest zagłębienie. Tam 

znajdziecie wszystko.

Wrócili do samochodu profesora Shay’a, po czym dwaj policjanci podnieśli tylne siedzenie. 

Wyciągnęli następnie marynarską kurtkę i czapkę, zabłocone wysokie buty, grube spodnie i... 

background image

maskę z czarną brodą, blizną i włosami!

— Po prostu wciągał to wszystko na głowę — powiedział komendant Reynolds. — Wkładał 

czapkę, kurtkę, zmieniał głos i był Javą Jimem!

Ale   nikt   go   nie   słuchał.   Stali,   wpatrzeni   w   to,   co   znajdowało   się   pod   przebraniem:   w 

połyskującą   masę   kosztowności.   Były   tam   pierścienie,   bransolety,   naszyjniki,   wysadzane 
klejnotami sztylety i kasetki, złote monety. Łup wschodnioindyjskich piratów, skarb zrabowany 
z licznych statków i osad!

— O rany! — wykrzyknął Pete. — To musi być warte miliony!
— Fantastyczne — powiedział Rory.
Nagle profesor Shay wybuchnął:
—   To   moje,   słyszycie?!   —   krzyczał.   —   Nie   jestem   złodziejem!   Angus   był   złodziejem! 

Ukradł to moim przodkom! Ja jestem potomkiem kapitana „Argyll Queen”!

— O tym zadecyduje sąd — powiedział komendant Reynolds stanowczym tonem. — Wątpię, 

żeby mógł pan po stu latach poprzeć dowodami swoje roszczenia. Zresztą, pański kapitan też to 
ukradł piratom. A oni pierwsi wszystko to innym ukradli. Moim zdaniem, skarb należy teraz do 
pani Gunn. Być  może nie jest pan w pełni tego słowa złodziejem, ale i tak pójdzie pan do 
więzienia za włamywanie się do cudzych domów i czynne znieważanie ludzi!

— A także za fałszywe oskarżenia wobec Stebbinsa! — dodał Bob.
Komendant skinął głową.
— Zabierzcie go!
Odprowadzono profesora Shay’a do samochodu policyjnego. Pozostali wraz z komendantem 

Reynoldsem poszli do domu Gunnów po skrzynkę na kosztowności, które komendant musiał na 
razie   zatrzymać   jako   dowód   rzeczowy.   Podekscytowany   Cluny   opowiedział   matce,   co   się 
zdarzyło. Pani Gunn była oszołomiona.

— A więc skarb istniał i wyście go znaleźli? — pytała. — Nie mogę w to uwierzyć.
— Tak, mamo, i skarb jest nasz! Jesteśmy bogaci!
Pani Gunn uśmiechnęła się.
—   To   się   okaże.   Ale   przede   wszystkim,   dziękuję   wam,   chłopcy.   Jesteście   doprawdy 

świetnymi detektywami!

Chłopcy promienieli ze szczęścia.
— Jupe — zaczął Pete z wolna — nie mogę jednego zrozumieć. Profesor Shay był Javą 

Jimem i od początku chciał dobrać się do skarbu przed nami, ale ty twierdzisz, że to Rory 
podpalił   szopę,   zamknął   nas   w   kamieniołomie   i   robił   wszystko,   żeby   nam   przeszkodzić. 
Dlaczego?

Jupiter uśmiechnął się szeroko.
— Nie jestem pewien, Pete, ale chyba moje domysły są słuszne. Myślę, że Rory chciałby się 

ożenić z panią Gunn i obawia się, że ona go nie zechce, kiedy się stanie bogata!

Pani Gunn spojrzała na Rory’ego ze zdziwieniem. Hardy Szkot poczerwieniał jak burak.
— Ależ Rory — uśmiechnęła się pani Gunn — nigdy bym się tego nie domyśliła.
Wszyscy uśmiechali się do niego. Rory spłonął jeszcze głębszym rumieńcem.

background image

ROZDZIAŁ 22

Alfred Hitchcock gratuluje

Alfred Hitchcock patrzył na Trzech Detektywów w zadziwieniu.
—   Niewiarygodne.   Skarb   przetrwał   sto   lat,   a   wy   znaleźliście   go,   pokonując   niesłychane 

trudności!

Chłopcy siedzieli w salonie znanego reżysera, co stało się już tradycyjnym obrządkiem na 

zakończenie każdej sprawy prowadzonej przez młodocianych detektywów. Pan Hitchcock był 
ich   przyjacielem   i   mistrzem.   Przynosili   mu   sprawozdania   Boba   z   kolejnych   przygód, 
dyskutowali nad nimi, a pan Hitchcock opatrywał je wstępem.

— Prezentowanie tej sprawy będzie dla mnie prawdziwą przyjemnością — powiedział.
— Dziękujemy panu i pragniemy się czymś zrewanżować — odparł Jupiter z powagą. Schylił 

się   do   leżącej   na   podłodze   torby   i   wydobył   z   niej   zdobny   klejnotami   sztylet   malajski.   — 
Otrzymaliśmy to od pani Gunn jako nagrodę. Broń z pirackiego skarbu do pańskiej kolekcji.

— Dzięki, Jupiterze. Dodam to do galerii pamiątek prowadzonych przez was spraw. Ale czy 

zostało coś jeszcze dla was?

— O tak. Pani Gunn podarowała nam również pierścień, który znaleźliśmy w skrytce skrzyni. 

Okazał się dosyć wartościowy.

—   To   dobrze.   Powiedzcie   mi   teraz   coś   więcej   o   profesorze   Shay’u.   Czy   istotnie   jest 

potomkiem kapitana „Argyll Queen”?

— Tak, to prawda — odparł Jupiter. — Jest też naprawdę historykiem i był w młodości 

marynarzem. Te oba zainteresowania, historią i morzem, skłoniły go do studiów nad dziejami 
własnej rodziny, dzięki czemu odkrył legendę o skarbie Gunna. Podjął pracę w naszym regionie, 
żeby wszcząć poszukiwania skarbu piratów. Stebbins zorientował się w jego poczynaniach, więc 
Shay spreparował przeciw niemu fałszywe oskarżenie i posłał go do więzienia. Kiedy pani Gunn 
podarowała Towarzystwu Historycznemu pierwszy zeszyt dziennika Angusa, Shay zorientował 
się, że brak w nim zapisów z ostatnich dwu miesięcy życia Angusa, tak jak podejrzewałem. 
Domyślił się, że gdzieś musi się znajdować drugi zeszyt dziennika. Wielokrotnie włamywał się 
do   domu   Gunnów   i   przeszukiwał   dobytek   Angusa.   Wytropił   też   rzeczy,   które   pani   Gunn 
sprzedała. Kiedy spóźnił się z przechwyceniem starej skrzyni w San Francisco, przybył w ślad za 
nią do tutejszego muzeum i tam natknął się na nas. Właściciel muzeum, pan Acres, znał go, a 
profesor   nie   życzył   sobie,   by   ktokolwiek   domyślił   się,   że   chce   zagarnąć   skarb,   użył   więc 
przebrania   Javy   Jima.   Stworzył   tę   postać   od   chwili   pojawienia   się   skrzyni,   bojąc   się 
zdemaskowania.

Kiedy przyłączył się do nas w poszukiwaniach — ciągnął Jupiter — tak dalece chciał nas 

przekonać o istnieniu Javy Jima, że zmyślił historię o jego rzekomym włamaniu do Towarzystwa 
Historycznego. To był błąd, gdyż z chwilą kiedy się domyśliłem, że Shay może być złodziejem, 
ta historia wydała mi się oczywistym kłamstwem. Java Jim nie miał żadnego powodu włamywać 
się do Towarzystwa Historycznego.

—   To   typowe   dla   przestępcy   —   wtrącił   pan   Hitchcock.   —   Nadmiernie   się   stara   być 

przebiegły.

—   Profesor   Shay   nie   jest   prawdziwym   przestępcą   —   powiedział   Bob.   —   Zaślepiła   go 

chciwość   i   teraz   swojego   czynu   żałuje.   Pani   Gunn   uznała,   że   istotnie   ma   on   podstawy   do 
pewnych  roszczeń i chce oddać profesorowi jedną trzecią  skarbu. Shay opłaci z tego swoją 

background image

obronę w procesie. Większą część skarbu pani Gunn ofiarowała Towarzystwu Historycznemu, 
dla wzbogacenia jego zbiorów.

— Pani Gunn jest doprawdy wspaniałomyślną osobą — zauważył reżyser. — Może profesor 

Shay się zmieni na lepsze. Czy grozi mu więzienie?

— Ani pani Gunn, ani my nie wnosimy oskarżeń — odpowiedział Jupiter. — Włamań do 

domu Gunnów nie można udowodnić. Będzie jednak sądzony za swoje najgorsze uczynki, to jest 
za krzywoprzysięstwo i oszustwo kryminalne przy oskarżeniu Stebbinsa.

Pan Hitchcock skinął głową.
— Więc Stebbins śledził profesora, starając się udowodnić swoją niewinność?
—   Tak   jest   i   za   wszelką   cenę   chciał   się   dowiedzieć,   co   też   profesor   wie   o   skarbie   — 

powiedział Pete. — Widział go, jak uciekał z ceratową okładką ze składu złomu w przebraniu 
Javy Jima i jak później tę okładkę wyrzucił. Zobaczył, że jest pusta, ale domyślił się, że musi 
istnieć drugi zeszyt  dziennika. Nie wiedział jeszcze, że my go mamy.  Dlatego próbował go 
szukać w Phantom Lake. Rory zobaczył go i przegonił.

—   Mogę   się   domyślić,   co   nastąpiło   dalej   —   wtrącił   reżyser.   —   Stebbins   widział   was, 

chłopcy, z dziennikiem. Żeby wiedzieć, jak rozwinie się sytuacja, sfotografował ten dziennik. 
Naprawdę chciał wam pomóc, ale obawiał się, że uwierzycie raczej profesorowi niż jemu.

— Tak dokładnie było — przytaknął Bob. — Stebbins wiedział, że wierzymy w każde słowo 

profesora   Shay’a.   Chodził   więc   za   nami,   żywiąc   nadzieję,   że   znajdzie   przeciw   niemu   jakiś 
dowód, przy okazji pomagając nam w trudnych sytuacjach.

—   Stebbins   jest   wolny   od   wszelkich   zarzutów   i   odzyskał   pracę   w   Towarzystwie 

Historycznym! — dodał Jupiter.

— Wspaniale! — ucieszył się pan Hitchcock. — A co z romantycznym Rorym?
— No więc — Jupiter uśmiechnął się — przyznał, że chce poślubić panią Gunn. Starał się 

nam przeszkodzić z obawy, że ona nie zechce takiego biedaka jak on.

— A co na to mówi pani Gunn? — zapytał reżyser.
— Powiedziała, że się namyśli — zachichotał Pete.
— To znaczy, że powie tak — stwierdził pan Hitchcock. — Świetnie się spisaliście, chłopcy. 

Gratuluję!

Podnieśli się, gotowi do wyjścia, gdy pan Hitchcock zatrzymał ich.
— Twoje dedukcyjne rozumowanie, Jupe, było znakomite, ale uderzyło mnie jedno. Można 

znaleźć inne wyjaśnienie, dlaczego ziemia pod samochodem profesora Shay’a była sucha. Mógł, 
na   przykład,   zatrzymać   się   w   tym   samym   miejscu   przedtem   Java   Jim,   a   przy   deszczowej 
pogodzie silnik stygnie szybko.

— To prawda — przyznał Jupiter. — Ale kiedy się domyśliłem, że profesor Shay i Java Jim 

to ta sama osoba, przypomniał mi się gorszy błąd profesora.

— Co takiego?
— Kiedy Rory podpalił szopę, udawał potem, że widzi uciekającego Javę Jima. Profesor 

upierał się jednak, że to był Stebbins. Oczywiście nie widział nikogo, ale kłócił się z Rorym 
zawzięcie. Wiedział bowiem...

— Że Rory nie mógł widzieć Javy Jima — dokończył pan Hitchcock. — Sam był przecież 

Javą Jimem!

— Tak — uśmiechnął się Jupiter. — To samo potknięcie omal mu się nie przydarzyło w 

chwilę przed tym, jak zauważyłem, że pod jego samochodem było sucho. Musiał więc być Javą 
Jimem!

Po wyjściu   chłopców  pan  Hitchcock  zapalił  cygaro  i  w zamyśleniu  patrzył   na  widok za 

background image

oknem. Odczuwał coś w rodzaju współczucia dla każdego przestępcy, któremu przyjdzie się 
zmierzyć z Jupiterem Jonesem!