background image

 

David W. Barber 

 

Bach, Beethoven i inne 

chłopaki, 

 

czyli historia muzyki wyłożona wreszcie jak należy 

 

 

Tłumaczyła: Barbara Świderska 

Adamantan, 2003 

background image

PODZIĘKOWANIA 

 

 

Kiedy studiowałem muzykę na Uniwersytecie Królewskim (możecie wierzyć albo nie, 

zdobyłem tytuł magistra ze specjalizacją w dziedzinie wokalistyki i historii muzyki), pewnego 

dnia jeden z moich profesorów historii muzyki dyskretnie wziął mnie na bok i powiedział mi, 

że  choć  moja  praca  jest  dobra,  to  „zbyt  łatwo  daję  się  odwieść  od  tematu  rzeczom 

nieistotnym”. Ta książka, jak sądzę, tylko potwierdzi ów sąd. 

Chciałbym  podkreślić,  że  wszystkie  informacje  historyczne tu zawarte są prawdziwe 

(no  może  prawie  wszystkie).  Kiedy  Bach  wyjeżdżał  z  Kóthen  do  Lipska  naprawdę  miał 

jedenaście lnianych koszul „w praniu”. Jeśli mi nie wierzycie, możecie sobie sprawdzić sami. 

Paru  moich  pełnych  dobrych  intencji  byłych  przyjaciół,  czytając  rękopis  w  fazie 

przygotowań,  uznało,  że  przypisy  niepotrzebnie  rozpraszają  uwagę.  Jeśli  wy  też  macie  ten 

problem,  opuśćcie,  bardzo  proszę,  wszystkie  przypisy.  Ostrzegam  was  jednak,  że  stracicie 

wiele  (Alternatywnie:  możecie  czytać  tylko  przypisy,  opuszczając  główny  tekst.  Róbcie  jak 

uważacie.). 

Dziękuję  przyjaciołom  i  krewnym  za  moralne  wsparcie  i  cierpliwe  znoszenie  moich 

historiokomicznych  wędrówek  i  nielogiczności,  a  także  Geoffowi  i  Jacky  Savage  z  „Sound 

And Vision” oraz Dave’owi Donaldowi za jego ilustracje i ekspertyzę. 

Bardzo  cieszy  mnie  to  rocznicowe  wydanie  po  dziesięciu  latach,  dające  możliwość 

poprawienia wielu drobnych błędów - mam nadzieję, że bez wprowadzania nowych. 

 

DWB Kingston 1986, Toronto 1996 

background image

PIŁKA W GRZE 

 

 

MUZYKA DAWNA 

 

Choć  już  starożytni grecy  mieli to i owo do powiedzenia na temat muzyki* [*Platon 

uważał  ją  -  chociaż  nie  bez  zastrzeżeń  -  za  całkiem  dobry  pomysł.]  a  przedtem  człowiek 

prehistoryczny,  wyruszając  co  rano  ze  swojej  jaskini,  prawdopodobnie  nucił  jakiś  rodzaj 

pieśni  o  polowaniu  na  mamuty,  historia  muzyki  -  taka,  jaką  znamy  -  rozpoczyna  się 

zazwyczaj od chorału gregoriańskiego, zgodnie z teorią, że gdzieś musi się zacząć. 

Zdarzyło  się  tak:  pewnego  ranka,  w  szóstym  wieku  czy  coś  koło  tego,  garstka 

chłopaków  z  miejscowego  klasztoru  zebrała  się  na  codziennym  porannym  nabożeństwie. 

Jeden z mnichów położył się poprzedniego wieczora bardzo późno, tłumacząc fragment listu 

świętego  Pawła  do  Efezjan  czy  coś  w  tym  rodzaju  i  zasnął  w  samym  środku  nabożeństwa. 

Aby  ukryć  przed  opatem  jego  chrapanie,  kilku  innych  mnichów  zaczęło  śpiewać  wersety 

psalmu przeznaczonego na ten dzień. Narodziło się śpiewanie psalmów. 

W rzeczywistości nie ma jakichkolwiek dowodów podtrzymujących tę teorię. Ma ona 

jednak  co  najmniej  taki  sam  sens,  jak  to,  co  rozpowiadał  papież  Grzegorz.  Mówił,  że  z 

Niebios  sfrunęła  gołębica,  usiadła  na  jego  ramieniu  i  podyktowała  mu  wszystkie  chorały 

prosto  do  ucha.  Wierzcie,  w  co  wam  się  podoba.  W  każdym  razie,  do  około  dziewiątego 

wieku  zasady  śpiewu  gregoriańskiego  przyjęły  się  jako  rodzaj  klasztornego  ceremoniału, 

dyktującego  mnichom  co  śpiewać,  kiedy  i  jak  długo.  Guido  z  Arezzo  pomyślał  sobie,  że 

skrybom  przepisującym  muzykę  byłoby  dużo  łatwiej,  gdyby  mieli  linie,  które  by  ich 

prowadziły.* [*Przedtem różnie bywało.] 

Gdyby  pomyślał  jeszcze  trochę,  mógłby  dojść  do  sławy  i  majątku,  wynajdując 

książeczki  do  kolorowania.  Guido  był  zdolnym  facetem,  ale  miał  złą  opinię  o  śpiewakach. 

Twierdził,  że  są  „najgłupszymi  ludźmi  naszych  czasów”.*  [*Po  łacinie  brzmi  to  jakby 

grzeczniej: Temporibus nostris super omnes hominesfatui sunt cantores.

O  mnichach też  miał do powiedzenia  parę  niemiłych rzeczy.  Uważał,  że spędzają za 

dużo  czasu,  usiłując  śpiewać,  a  za  mało  studiując  Pismo.  Ciągle  miał  o  coś  pretensje. 

Najbardziej  znany  jest  jako  wynalazca  „Ręki  Gwidona”,  czyli  zabawnego  rysuneczku  ręki, 

całej pokrytej różnymi zawijasami. Twierdził, że studiując owe zawijasy, można zapamiętać 

nuty każdego modus, w jakim utrzymany jest śpiew gregoriański* [*Bez paniki: modi to tak 

naprawdę coś w rodzaju skal.]  W dzisiejszych czasach  najbardziej  gorliwi  muzycy  wieszają 

background image

sobie na ścianie plakaty z „Ręką Gwidona”, żeby sprawić bardziej uczone wrażenie. 

Mnisi dzielili dzień na następujące po sobie Godziny, które nazywano także Oficjum. 

Każda z godzin  miała swoją własną  muzykę,  która była codziennie śpiewana. Było to ściśle 

skodyfikowane.  Jeśli  chodziło  o  śpiewanie,  niczego  nie  pozostawiano  przypadkowi.  Chorał 

gregoriański śpiewany  był w trzech różnych stylach,  zależnie od tego,  ile  nut przypadało na 

każdą  sylabę  tekstu.  Jeśli  tylko  jedna,  nazywano  go  sylabicznym;  jeśli  dwie  lub  trzy  - 

neumatycznym.*  [*Albo  pneumatycznym,  bo  pochłaniał  więcej  powietrza.]  Jeśli  było  tyle 

nut, że zapominało się, jakie słowo jest śpiewane, był to styl melizmatyczny. 

W końcu niektóre odcinki melizmatyczne stały się tak skomplikowane, że ktoś wpadł 

na pomysł, aby z powrotem opatrzyć je słowami. Czasem słów nie było już od tak dawna, że 

nikt  nie  pamiętał,  o  czym  właściwie  śpiewa,  i  nowe  słowa  niewiele  miały  wspólnego  z 

oryginalnym tekstem. Te nowe teksty znane były jako tropy - i były całkiem fajne - do czasu, 

gdy jakiś nudziarz nie zakazał ich na Soborze Trydenckim w XVI wieku. 

Od  ludzi,  którzy  nawykli  do  późniejszych  stylów  muzycznych,  śpiew  gregoriański 

wymaga pewnego osłuchania. Dźwięk śpiewających jedną linię melodyczną męskich głosów 

brzmi  nieco  podobnie  do  brzęczenia  roju  pszczół.  Ale  jest  to  naprawdę  bardzo  piękna 

muzyka,  jeśli  dacie  jej  szansę.*  [*I  jeszcze  w  dodatku  pożyteczna.  Czas,  jaki  zajmuje 

zaśpiewanie  Miserere  (Psalm  51)  to  dokładnie  tyle,  ile  trzeba,  aby  zaparzyć  filiżankę 

herbaty.] Kobiety miały z chorałem gregoriańskim niewiele do czynienia. Zajmowali się nim 

głównie  mężczyźni.  Jeśli  koniecznie  chcecie  znaleźć  kogoś,  na  kogo  można  zwalić  winę  za 

ten  stan  rzeczy,  to  jest  to  święty  Paweł.  W  swoim  pierwszym  liście  do  Koryntian  pisze: 

Mulieres in  ecciesiis taceant albo  „Niech wasze  kobiety  siedzą  cicho w kościele”.  Wszyscy 

zrozumieli go zbyt dosłownie. 

Chorał  gregoriański  przekształcił  się  w  coś,  co  nazywa  się  organum,  które  było 

ostatnim krzykiem mody od dziewiątego do dwunastego wieku. W swojej najprostszej postaci 

polegało ono na śpiewaniu tej samej melodii gregoriańskiej co mnich siedzący koło ciebie, ale 

w  interwale  doskonałym  kwarty  lub  kwinty.*  [*Nie  warto  wyjaśniać,  dlaczego  kwarty  i 

kwinty są doskonałe.  Po prostu wierzcie  mi  na słowo.]  Jest to trudniejsze do wykonania niż 

się  wydaje  i  wymaga  odpowiedniego  rodzaju  koncentracji,  w  czym  mnisi  są  szczególnie 

dobrzy. 

Kunsztowne organum zostało rozwinięte w wyrafinowaną  formę sztuki przez dwóch 

kompozytorów z paryskiej katedry Notre Dame w XII i XIII wieku: Leonina i jego następcę, 

Perotina. Zebrali oni swoje utwory w wielkiej księdze, zwanej Magnus Liber.* [*Co znaczy 

po łacinie „wielka księga”.] 

background image

Większość  tego,  co  wiemy  o  muzyce  Leonina  i  Perotina,  pochodzi  z  traktatu 

napisanego  przez  anonimowego  Anglika,  około  roku  1280.  Różni  się  on  od  wszystkich 

innych  anonimów  tym,  że  ma  imię.  No,  może  coś  w  rodzaju  imienia,  żeby  odróżnić  go  od 

wszystkich  innych  anonimowych  pisarzy,  nazywa  się  go  Anonimem  IV.*  [*Anonimowie  z 

numerami od I do III nigdy się specjalnie nie liczyli.] Ze wszystkich Anonimów żyjących w 

ciągu kilku stuleci Anonim IV jest jedynym, którego imię wszyscy pamiętają. Jego mamusia, 

kimkolwiek jest, musi być bardzo dumna. 

Jedną  z  najważniejszych  cech  motetu*  [*Motet  -  forma  wielogłosowego  utworu 

religijnego,  powstała  w  XIII  w.,  często  z  różnymi  tekstami  dla  poszczególnych  głosów  - 

przyp. red.] szkoły Notre Dame jest użycie schematów rytmicznych czyli modi* [*Uważajcie: 

to  nie  to  samo  co  dawne  modi  gregoriańskie.]  Całe  kariery  akademickie  opierały  się  na 

próbach odpowiedzi na pytanie, czy melodie Perotina idą: dumtidum czy ndumtidum. Była to 

dla  niektórych  kwestia  życia  lub  śmierci.  Dwaj  francuscy  muzykolodzy,  Beck  i  Aubry, 

posunęli  się  aż  do  tego,  że  dla  rozwiązania  tej  kwestii  stoczyli  w  roku  1910  pojedynek  na 

szpady.  Odtąd  muzykologia  nie  widziała  niczego  równie  ekscytującego.*  [*Aubry  przegrał. 

Umarł ze wstydu albo od ran kłutych albo od obu tych rzeczy naraz.] 

A tymczasem, kiedy cała ta religijna muzyka dalej się rozwijała, trubadurzy i truwerzy 

zajmowali  się  śpiewaniem  pikantniejszych  pieśni  o  prawdziwej  miłości  i  dobrym  winie.  I  o 

tym, o  ile  jedna rzecz  jest  lepsza w towarzystwie drugiej. Odróżnienie trubadura od truwera 

jest  prawie  niemożliwe.  I  nie  pozwólcie  nikomu  wmówić  sobie,  że  jest  inaczej.  Trubadurzy 

mieli skłonność do wałęsania się po południowej Francji i podróżowania na północ. Truwerzy 

wałęsali się na północy i wędrowali na południe. Poza tym prawie niczym się nie różnią. 

Najważniejszą  rzeczą,  o  jakiej  trzeba  było  pamiętać,  jeśli  się  było  trubadurem*, 

[*Albo  truwerem.]  było  śpiewanie  płynącej  z  głębi  serca  pieśni  o  tym,  jak  bardzo  kochasz 

kobietę  twoich  marzeń:  jak  cudowne  są  jej  włosy,  jak  piękne  jej  oczy  i  cera,  jak  bardzo 

pragniesz  ją  pocałować  -  coś  w  tym  guście.  Ty  i  obiekt  twojej  miłości  jesteście  dla  siebie 

przeznaczeni. Nigdy dotąd nie widziano tak prawdziwej miłości. Jeśli tylko mógłbyś pozbyć 

się męża, wszystko byłoby idealne.* [*Zawsze jest jakiś hak.] 

Do  XIV  wieku  ta  tradycja  śpiewania  o  nieodwzajemnionej  miłości  rozrosła  się  w 

prawdziwy  przemysł,  niemal  dorównujący  dzisiejszej  muzyce  pop.  Wszyscy  komponowali 

płaczliwe  pieśni  o  utraconej  miłości  i  okrutnych  pięknościach.  Pomiędzy  atakami  płaczu 

zdołali zapisać nieco muzyki w fantazyjnych rękopisach w kształcie serca.* [*Uważali, że to 

fajnie  wygląda.]  Dwudziestowieczni  potomkowie  tych  kompozytorów  tworzą  dla  firm 

produkujących pocztówki świąteczne. 

background image

TERAZ

 

NARESZCIE DOKĄDŚ DOCHODZIMY 

 

 

JOSQUIN 

 

Josquin  Desprez  -  jak  pisze  jeden  z  historyków  -  „wyłania  się  z  mgły”  w  latach 

sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych XV wieku w Mediolanie. Musiał wyłonić się z mgły, 

żeby zobaczyć, co pisze. 

Josquin urodził się około roku 1440 w Pikardii i prawdopodobnie studiował muzykę u 

Okeghema.  Okeghem  był  w  swoich  czasach  grubą  rybą,  ale  dzisiaj  bardziej  cenimy 

Josquina.*  [*Tak  to  bywa.  Subtelne,  nieprawdaż?]  Poza  tym  wiemy  o  życiu  Josquina 

niewiele. Dużo podróżował pracując jako śpiewak i kompozytor dla papieży, królów i innych 

ważniaków w Mediolanie i Rzymie, a także dla króla francuskiego Ludwika XII. 

Josquin  miał  opinię  upartego  -  był  jednym  z  owych  błyskotliwych,  ale  kapryśnych 

typów.  Kiedy  książę  Ferrary  rozważał  kandydaturę  Josquina  na  stanowisko  dworskiego 

kompozytora, książęcy sekretarz radził by zamiast niego zaangażować Isaaca. Isaac, twierdził 

sekretarz,  o  wiele  lepiej  odnosi  się  do  ludzi,  a  komponuje  dużo  szybciej.  Nie  lepiej,  lecz 

prędzej.  Poza  tym  Josquin  chciał  dwieście  dukatów,  a  Isaac  gotów  był  pracować  za  sto 

dwadzieścia. W każdym razie, pracę dostał Josquin. Właśnie dlatego fajnie jest być księciem: 

można  poprosić  o  radę,  a  potem  ją  zignorować.  Josquin  miał  także  poczucie  humoru  i 

skłonność  do  figli.  Kiedy  znudziło  mu  się  czekanie  na  obiecaną  przez  króla  Francji 

podwyżkę,  skomponował  motet  do  tekstu:  „Pamiętaj  o  słowie  danym  słudze  Twemu”. 

Ludwik zrozumiał aluzję i Josquin dostał swoje pieniądze, po czym skomponował inny motet: 

„Panie,  postąpiłeś  łaskawie  w  stosunku  do  sługi  Twego”.*  [*Renesansowy  odpowiednik 

notatek  służbowych]  Komponowanie  motetów  stanowiło  dla  Josquina  rodzaj  notatek 

służbowych. 

Wydaje  się,  że  Josquin  miał  jakąś  obsesję  na  punkcie  pieniędzy.*  [*Bierze  się  to  z 

pracy.  Obsesja,  nie  pieniądze.]  Jedną  z  jego  najlepszych  chansons  jest  Faulte  d’argent 

opowiadająca  o  tym,  jak  okropnie  jest  być  bez  grosza.  „Jeśli  tak  powiadam  -  mówi  tekst 

Josquina - to dlatego, że wiem”. 

Popularną  w  tamtych  czasach  techniką  kompozytorską  było  budowanie  mszy  czy 

motetu  wokół  melodii  cantusfirmus,  czyli  śpiewu  stałego.  Bywało,  że  cantusfirmus  (dla 

przyjaciół  -  C.F.)  brano  z  chorału  gregoriańskiego  albo  jakiejś  innej  dobrze  znanej  melodii 

tamtych  czasów.  Spróbujcie  sobie  wyobrazić  całą  mszę  opartą  o  Pije  Kuba  do  Jakuba,  a 

background image

będziecie mieli o tym wyobrażenie. Jedną z najpopularniejszych melodii C.F. była L’Homme 

arme,  rzecz  o  człowieku  z  mieczem  w  dłoni.*  [*Jeśli  posłuchacie  uważnie,  usłyszycie,  że 

brzmi ona bardzo podobnie do Orkiestry Klubu Samotnych serc sierżanta Peppera Beatlesów. 

Poważnie.]  W  tamtych  czasach  było  się  nikim,  jeśli  się  nie  skomponowało  przynajmniej 

jednej mszy L’Homme arme. Josquin skomponował dwie, na wszelki wypadek. 

Kompozytor  poczuł  się  wreszcie  zmęczony  wędrówkami  i  w  ostatnich  latach  życia 

powrócił do swojej Pikardii. Zmarł w roku 1521, zostawiwszy otwartą drogę kompozytorom, 

znanym jako „generacja postjosquinowska

. Należą do nich Nicolas Gombert, Adrian Willaert 

i  Clemens  non  Papa.  Powód,  dla  którego  ten  ostatni  ma  tak  niezwykły  przydomek,  nie  jest 

całkiem  zrozumiały.  Prawdopodobnie  jednak  nie  ma  to  nic  wspólnego  z  jego  zdolnościami 

rozrodczymi* [*„Non papa” oznacza „nie papież”; istnieje teoria, że kompozytora nazywano 

tak, żeby się nie mylił z aktualnie panującą głową Kościoła - papieżem Klemensem - przyp. 

tłum.] 

 

 

PALESTRINA 

 

Być  może  wprawi  was  w  zakłopotanie  wiadomość,  że  Palestrina  to  nie  osoba,  ale 

miejsce.  Kompozytor  nazywał  się  właściwie  Giovanni  Pieriuigi  da  Palestrina.  W  różnych 

okresach  znany  był  też  jako  Joannes  Petrus  Aloysius  Praenestinus,  Joannes  Praenestinus, 

Giovanni  da  Penestrina,  Geo  Pietro  Luigi  da  Pallestrina,  Gianetti  Palestrina,  Gianetto  del 

Palestino,  Gio  Petralosis  Pranestrino  i  Gianetto  Palestrina.  W  tych  okolicznościach  czy 

Palestrina to miejsce czy osoba wydaje się najmniejszym problemem. 

Urodził  się około roku 1525 w małym domku przy Via Cecconi w wiosce Palestrina 

koło  Rzymu  jako  syn  Santo  Pierluigiego  i  jego  żony  Palme.  Jego  babka  ze  strony  ojca 

umierając  zostawiła  mu  materac  i  trochę  sprzętów  kuchennych.  Jednak  nie  przydały  mu  się 

one zbytnio, ponieważ miał dopiero dwa lata. 

Gianetto (jak go wtedy nazywano) - szczęśliwy, wesoły dzieciak - został ministrantem 

i śpiewał w miejscowym chórze. Kiedy miał dwanaście lat, powędrował do Rzymu, do szkoły 

chóralnej,  gdzie uczył  się podstaw kompozycji  i  plucia.  Mając  lat dwadzieścia,  dostał  swoją 

pierwszą  pracę  -  organisty  w  rodzinnym  mieście.  Ożenił  się  z  dziewczyną  nazwiskiem 

Lucrezia  Gori,  której  ojciec  akurat  umarł,  zostawiwszy  jej  trochę  pieniędzy.*  [*Szczęśliwi 

małżonkowie  odziedziczyli  także  dom,  winnicę,  trochę  łąk  i  osła  maści  kasztanowatej.]  W 

końcu przydał mu się materac po babci. 

background image

Niedługo  potem  Giovanni  Maria  del  Monte,  biskup  Palestriny,  został  papieżem 

Juliuszem III i przeniósł się do Rzymu. Juliusz okazał uznanie dla lokalnego talentu, mianując 

Palestrinę szefem chóru u świętego Piotra.* [*To pokazuje, że zawsze trzeba być miłym dla 

ludzi, na wszelki wypadek.] 

Płacono  mu  za  to  sześć  scudi  miesięcznie.  Znaczyłoby  to  dla  nas  znacznie  więcej, 

gdybyśmy wiedzieli, ile jeden scudo był wart, ale nie wiemy.* [*Była to równowartość około 

jednej  średniowiecznej  korony,  jeśli  koniecznie  chcecie  wiedzieć.]  Palestrinę  zrobiono 

później  śpiewakiem  chóru  pontyfikalnego,  chociaż  nie  miał  zbyt  dobrego  głosu*  [*Był 

kiepski,  nawet  jak  na  tenora.]  Jego  pensja  została  podwyższona  do  dziesięciu  scudi  na 

miesiąc.*  [*Nie zawsze płacono  mu w scudi. Pewnego razu za prowadzenie chóru  w  innym 

kościele dostał dwa kozły.] 

Juliusz  III  umarł  w  1555  roku  i  został  zastąpiony  przez  papieża  Marcelego  II,  który 

panował zaledwie trzy tygodnie. Zmarł nagle, kiedy nie posłużyło mu coś, co zjadł.* [*I nie 

nazywajcie  tego  trucizną.  To  bardzo  brzydko!]  Marceli  II  nie  byłby  wart  wzmianki,  gdyby 

Palestrina  nie  zadedykował  mu  swojej  Missa  Papae  Marcelli,  w  pojedynkę  ratując  przez  to 

przyszłość  muzyki.  No  cóż,  tak  przynajmniej  twierdzi  biograf  Giuseppe  Baini;  a  kimże 

jesteśmy, żeby się z nim spierać? 

Zdaje  się,  że  muzyka  religijna  tamtych  czasów  stała  się  nieco  przekombinowana. 

Nowy papież. Paweł IV, wezwał więc do jej odnowy. Kompozytorzy wykorzystywali sprośne 

piosenki  jako podstawę dla  swoich utworów religijnych.  Najgorsze ze wszystkiego było  zaś 

to,  że  nie  dawało  się  zrozumieć  słów.  Podobno  niektórzy  co  bardziej  konserwatywni 

kardynałowie  chcieli  zupełnie  zlikwidować  polifonię  i  powrócić  do  źródeł,  czyli  do  chorału 

gregoriańskiego.  Palestrina  pokazał  im  Missa  Papae  Marcelli  i  zdołał  ich  przekonać,  że 

niektóre utwory mogą być całkiem przyzwoite. Najwyraźniej, kardynałowie ulegli perswazji. 

Palestrina nie był bynajmniej typowym bujającym w obłokach muzykiem. Przeciwnie, 

był  obdarzonym  sporym  sprytem  człowiekiem  interesu,  dorabiającym  sprzedawaniem 

Kościołowi  beczek  mszalnego  wina.  Natomiast  oszczędzanie  nie  było  jego  mocną  stroną. 

Kiedy  zmarł  nagle  jego  syn,  Angelo,  kompozytor  musiał  się  zapożyczyć,  żeby  oddać  posag 

panny młodej, który zdążył już przepuścić. 

Żonę  Palestriny  zabrała  w  roku  1580  katastrofalna  w  skutkach  epidemia  grypy. 

Pogrążyło to kompozytora  w wielkim  smutku.  Przez  jakiś czas rozważał  myśl o porzuceniu 

muzyki i zostaniu księdzem. Ogolił już sobie nawet głowę, ale potem zmienił zamiary. Ożenił 

się z bogatą wdową, Virginią Dormuli, i przejął interes futrzarski i skórzany po jej zmarłym 

mężu,  dzierżącym  monopol na zaopatrywanie dworu papieskiego w skóry gronostajowe.  Na 

background image

szczęście nie miał powołania do celibatu. 

Palestrina  wszedł  w  spółkę  z  młodym  terminatorem  sklepowym  i  we  dwóch 

opanowali  cały  rynek.  Żona  Palestriny  też  była  nie  w  ciemię  bita.  Zainwestowała  we 

wspomniany  interes  500  scudi,  które  potem  wycofała  i  -  pożyczyła  Palestrinie  na  osiem 

procent. Była właścicielką czterech domów, które wynajmowała spokojnym lokatorom. 

Palestrina  był  bardzo  zajęty.  Rano  prowadził  skład  futrzarski  i  przepychał  toalety 

swoich  lokatorów;  po  południu  komponował  motety  i  msze.  Jakimś  cudem  znalazł  czas  na 

skomponowanie  aż  dziewięćdziesięciu  trzech  mszy  i  pięciuset  motetów,  nie  wspominając  o 

czterech  księgach  madrygałów  i  o  utworach  religijnych  różnego  rodzaju.*  [*Madrygały 

okazały  się  później  dla  niego  wielce  kłopotliwe,  ponieważ  wszyscy  oczekiwali,  że  będzie 

stanowił  wzór  mistrza  muzyki  religijnej.  Przyznając,  że  to on  je  napisał,  powiedział  potem: 

„rumienię się i żałuję”. No cóż, był wtedy młody.] 

Ale jego wydajność to jeszcze nic w porównaniu z ogromną liczbą dzieł - prawie 2000 

- skomponowanych przez jego współczesnego, Orlanda di Lasso.* [*Albo inaczej Rolanda de 

Lassus, albo... - och nie, nie przechodźmy przez to jeszcze raz.] 

Urodził  się  w  Belgii  w  roku  1530,  czy  coś  koło  tego  i  miał  tak  piękny  głos,  że  był 

trzykrotnie porywany przez rywalizujące ze sobą chóry. Lasso radził sobie świetnie. Zawsze 

zdołał  urządzić  się  tak,  że  angażowali  go  bogaci  panowie,  z  którymi  mógł  w  wielkim  stylu 

podróżować  po  całej  Europie.  Pewnego  razu,  gdy  władze  kościelne  organizowały  uroczystą 

procesję po ulicach Monachium, cała ciżba prawie się rozpierzchła, kiedy zaczęło zanosić się 

na  deszcz.  Gdy  tylko  chór  zaczął  śpiewać  utwór  Lassa,  chmury  się  rozstąpiły  i  zaświeciło 

słońce.  Od  tego  czasu  utwór ten  śpiewano  na  wszelki  wypadek  w  czasie  każdej  procesji  na 

świeżym powietrzu. 

Lasso  cieszył  się  olbrzymią  popularnością  jako  kompozytor,  a  jego  muzyka 

rozbrzmiewała  w  najlepszych  miejscach.*  [*Charles  Burney  był  chyba  po  prostu  zazdrosny 

mówiąc, że w porównaniu z Palestriną „Lasso był karłem na szczudłach”.] Choć w młodości 

człowiek ten był dość zepsuty, w późniejszych latach się ustatkował i przestał pisać sprośne 

piosenki.  Pod  koniec  życia  pomieszało  mu  się  w  głowie.  Nie  rozpoznawał  własnej  żony  i 

bełkotał niewyraźnie. 

Jeśli chodzi o pobożność, to trudno przebić Tomasa Luisa da Victoria, hiszpańskiego 

kompozytora  z  tego  samego  okresu.  Był  on  jednocześnie  księdzem.  Nie  przestawał 

powtarzać,  że  ma  zamiar  porzucić  komponowanie  i  poświęcić  się  kontemplowaniu  rzeczy 

wyższych.  Jednak  jakoś  nigdy  mu  się  to  nie  udało.*

 

[*Być  może  nie  ma  wyższych  rzeczy.] 

Zanim  powrócił  do  Hiszpanii,  studiował  w  Rzymie,  i  darzył  Palestrinę  takim  podziwem,  że 

background image

nawet zaczął naśladować jego sposób ubierania się i przycinania brody. 

Victoria nie był jedynym, który podziwiał Palestrinę, w swoich czasach bardziej nawet 

poważanego  niż  większość  muzyków  dzisiaj.  Zaledwie  dwa  lata  przed  jego  śmiercią  grupa 

kompozytorów zebrała się i wydrukowała kilka utworów dedykowanych Palestrinie, którego 

nazwali  „oceanem  wiedzy  muzycznej

.  Przyznali,  że  w  porównaniu  z  nim  są  zaledwie 

„rzekami, których życie związane jest z morzem”. Palestrina był mile połechtany, ale musiał 

ich poprosić, by przestali, nim zanadto przemoczy nogi. 

Zmarł  w  roku  1594  i  został  pochowany  na  cmentarzu  św.  Piotra.  Przez te  wszystkie 

lata renowacji,  i w ogóle, zapomniano, w którym dokładnie grobie leży, ale on ciągle gdzieś 

tam jest i podlega dekompozycji. 

 

 

GESUALDO 

 

W powszechnej historii muzyki Don Carlo Gesualdo nie jest jakąś szczególnie ważną 

postacią.  Z  drugiej  strony,  jest  godny  uwagi  dla  dwóch  powodów:  jest  jedynym  sławnym 

muzykiem  będącym  arystokratą  z  krwi  i  kości,  i  jednocześnie  jedynym  (o  którym  wiemy), 

który  zamordował  swoją  żonę.  Kilku  muzyków  zostało  zamordowanych*  [*Ktoś  mógłby 

powiedzieć, że nie tylu ilu powinno było.], ale Gesualdo to jedyny, który sam jest mordercą. 

Poza tym jego muzyka jest osobliwa. Nawet dobre nuty brzmią dziwnie. Złe są straszne. 

Gesualdo urodził się w roku 1560 we włoskiej rodzinie arystokratycznej. Był księciem 

Venosy, hrabią Consy, panem Gesualdo, markizem Laino; miał oprócz tego całą masę innych 

górnolotnie  brzmiących  tytułów.*  [*Chociaż  jego  żona  nazywała  go  zupełnie  inaczej.]  Stan 

kawalerski wydawał się o wiele zabawniejszy. Drzewo genealogiczne jego rodu sięga czasów 

sprzed  Karola  Wielkiego.  Jego  przodkowie  mieli  w  zwyczaju  albo  walczyć  w  rozmaitych 

wojnach, albo zostawać biskupami. Nie wierzyli w półśrodki. 

Gesualdo  dorastał  w  wielkim  dostatku.  Jako  młody  człowiek  nade  wszystko  lubił 

wymykać  się  z  rodzinnego  zamku  koło  Neapolu  i  z  grupą  przyjaciół  śpiewać  całą  noc 

madrygały. Przeszkadzało to sąsiadom, ale ponieważ był księciem, nikt nie śmiał się skarżyć. 

Zabawa  skończyła się w roku 1585.  Starszy  brat Gesualda,  Luigi,  umarł zostawiając 

mu dziedziczenie rodowego nazwiska. Oznaczało to konieczność ożenku - coś, do czego nie 

był  entuzjastycznie  nastawiony.  Gesualdo  poślubił  kuzynkę.  Donnę  Marię  d’Avaios,  która 

mając  lat  25,  zdążyła  już  wyjść  za  mąż  dwukrotnie.  Powinno  mu  to  było  dać  nieco  do 

myślenia.  Uroczystości weselne  były  huczne  i ciągnęły  się przez wiele dni.  Wszyscy wypili 

background image

za dużo, a Gesualdo i jego kumple śpiewali fałszywie do białego rana. 

Przez  kilka  lat  małżeństwo  układało  się  dobrze.  W  każdym  razie  na  tyle  dobrze,  że 

doczekało się  syna.  Jednak dość szybko Donna  Maria zaczęła czuć  się dotknięta  faktem, że 

mąż  bardziej  interesuje  się  komponowaniem  madrygałów,  niż  nią.  Zaczęła  spędzać  czas  w 

towarzystwie  niejakiego  Fabrizio  Carafy,  księcia  i  hrabiego  obdarzonego  ognistym 

temperamentem.  Stale  znajdowali  pretekst,  żeby  jak  najczęściej  przebywać  razem  i  bardzo 

szybko  znaleźli  się  na  językach.*  [*Carafa  też  był  samotny.  Jego  żona  była  fanatyczką 

religijną i miała skłonność do nocnych krzyków. Nie dawało mu to spać.] 

Wieść  o  romansie  dotarła  w  końcu  do  Gesualda,  który  wymienił  wszystkie  zamki  w 

drzwiach do pałacu. Nie na długo to poskutkowało. Donna Maria kazała dorobić nowe klucze 

i dała je Carafie. Wreszcie, pewnego październikowego dnia, Gesualdo oświadczył żonie, że 

udaje  się  na  polowanie  i  urządził  wielkie  przedstawienie,  pozorując  odjazd.  Oznajmił,  żeby 

nie oczekiwała go w domu na noc. Donna Maria umiała wykorzystać nadarzającą się okazję, 

zaprosiła więc Carafę, żeby wpadł. Powiedziała, że potrzebuje dużego, silnego mężczyzny do 

otwierania słoików z dżemem, czy coś w tym rodzaju. 

Tej  nocy  Gesualdo  potajemnie  powrócił  do  pałacu  i  przyłapał  swoją  żonę  z 

kochankiem w łóżku.* [*Carafa był wówczas ubrany w nocną koszulę Donny Marii. Białą, z 

czarnym koronkowym kołnierzem  i  mankietami.  Ja tego nie zmyślam,  naprawdę.]  Zastrzelił 

ich oboje, a potem - dla pewności - kilkakrotnie przebił nożem. Historyk Cecil Gray zgadza 

się  z  angielskim  eseistą  Quinceyem,  że  morderstwo  powinno  być  postrzegane  jako  dzieło 

sztuki.  Gray  przyznaje  Gesualdowi  punkty  za  pistolety  i  szpadę,  ale  mówi,  że  powinien  był 

kilka  razy  uderzyć  ją  kijem.  „Kilka  mocnych  uderzeń  pałką  -  powiada  -  wprowadza 

urozmaicenie, wyrazistość i dodaje uroku”. 

Po morderstwie Gesualdo zaniepokoił się, że ludzie - na przykład rodzina jego żony - 

mogą  mieć  do  niego  pretensje,  uciekł  więc  do  swego  rodzinnego  zamku  i  ściął  wszystkie 

okoliczne  drzewa,  żeby  nikt  nie  mógł  się  do  niego  podkraść.  Martwił  się  nie  bez  powodu: 

zamordowany  książę  miał  bratanka,  który  pewnego  razu  zabił  mnicha  uderzeniem  w  głowę 

tylko za to, że ów trochę za głośno recytował wiersz. 

Gesualdo zabił nie tylko swoją żonę i jej kochanka, ale także ich małego synka, drugie 

dziecko swej żony. Zauważył bowiem, że chłopiec wygląda znajomo, ale nie jest podobny do 

niego.  W  paroksyzmie  gniewu  wsadził  dziecko  do  kołyski  zawieszonej  na  sznurach 

uczepionych u sufitu i zakołysał je na śmierć.* [*Potem z tego powodu dręczyło go poczucie 

winy,  więc  kazał  zbudować  klasztor  w  tej  okolicy.  Wtedy  poczuł  się  lepiej.]  Nie  trzeba 

mówić,  że  morderstwa  stały  się  przyczyną  wielu  plotek.  Wszyscy  poeci  pisali  o  tym 

background image

wydarzeniu, ale raczej trzymali stronę żony, nie Gesualda. Twierdzili, że przesadził. 

W  kilka  lat  później  znowu  się  ożenił.  Jego  drugą  żoną  była  Donna  Eleonora  d’Este, 

która  go  przeżyła.  Ale  ich  małżeństwo  nie  było  usłane  różami.  Gesualdo  mógł  tego  nie 

wiedzieć,  ale  Donna  Eleonora  miała  prawdopodobnie  romans  z  kardynałem  Allesandro 

d’Este,  który  nie  tylko  był  człowiekiem  Kościoła,  ale  jeszcze  na  dodatek  jej  przyrodnim 

bratem. (Pewnie sobie myślał, że i tak nie mogą powiesić go dwa razy.) 

Po  swoim  powtórnym  ożenku  Gesualdo  spędzał  większość  czasu  na  dworze  księcia 

Ferrary,  którego  -  jak  jego  przodków  -  cieszył  widok  wałęsających  się  dookoła  muzyków  i 

kompozytorów. Na dworze w Ferrarze bawili tak sławni kompozytorzy jak Josquin des Prez, 

Orlando  di  Lasso,  Cipriano  de  Rore,  Obrecht,  Marenzio  i  inni.  Przebywał  tu  kilka  lat 

Palestrina i nawet John Dowland wpadł kiedyś z wizytą. 

Gesualdo  opublikował  swoją  pierwszą  księgę  madrygałów  pod  pseudonimem 

Gioseppe Pilonij, ale teraz zaczął drukować pod własnym nazwiskiem. Być może fakt, że był 

słynnym mordercą, wpływał na zwiększenie sprzedaży.* [*Gray zauważa, że duża część jego 

kompozycji powstała  już po morderstwie.  Stwierdza,  że muzyka była  bardziej odpowiednim 

środkiem  wyrazu]  Łącznie  opublikował  sześć  ksiąg  madrygałów,  prawie  wszystkie 

charakteryzują śmiałe  i  niezwykłe  następstwa harmoniczne.*  [*Kompozytor  Igor  Strawiński 

nazwał go „dziwakiem chromatyzmów”.] 

Być  może  osobliwe  harmonie  Gesualda  mają  coś  wspólnego  z  jego  nieustannymi 

dolegliwościami  jelitowymi.  Jak  pisze  w  roku  1632  niejaki  Don  Ferrante  della  Mara, 

Gesualdo nie  był  w stanie się wypróżnić,  jeśli  „przynajmniej dziesięciu  lub dwunastu  ludzi, 

których  trzymał  specjalnie  w  tym  celu,  nie  biło  go  gwałtownie  trzy  razy  na  dzień,  podczas 

której  to  operacji  miał  zwyczaj  radośnie  się  uśmiechać”.  To  jak  się  wydaje  wszystko 

wyjaśnia. 

background image

PARU

 

ANGLIKÓW 

 

 

BYRD 

 

William  Byrd  (1543-1623)  był  kompozytorem  żyjącym  w  czasach  elżbietańskich  i 

jako taki miał trudności z ortografią: przejawiał skłonność do umieszczania Wielkich Liter w 

Najdziwniejszych  Miejscach.*

 

[*Wszelkie  błędy  ortograficzne,  na  jakie  natraficie,  nie  są 

pomyłkami  niżej  podpisanego  autora,  ale  wynikiem  pracowitego  przepisywania.]  Stolicą 

Anglii był jednak, podobnie jak dzisiaj, Londyn, w którym Byrd spędził szmat czasu. 

Nie wiadomo nic o rodzicach Byrda, ale rozsądnie byłoby przypuszczać, że  miał  ich 

wymaganą  liczbę,  po  jednym  każdej  płci.  Dzieciństwo  spędził  w  Lincolnshire,  gdzie  jego 

ojciec  był,  być  może,  autentycznym  Kłusownikiem  z  Lincolnshire.  Ponieważ  w  wieku  lat 

dwudziestu Byrd był już tytularnym organistą katedry w Lincoln, mamy prawo przypuszczać, 

że  przedtem  pobierał  gdzieś  lekcje  muzyki.  W  innym  wypadku  nie  utrzymałby  się  na  tej 

posadzie  tak  długo,  to  znaczy  jakieś  10  lat.*

 

[*Chyba  że,  cała  parana  była  niemuzykalna. 

Notowano takie przypadki.] 

Później Byrd  udał się do Londynu  i został Gentelman of the Chapel  Royal.* [*Czyli 

muzykiem kapeli królewskiej.] Na dodatek on i inny kompozytor - jego nauczyciel, Thomas 

Tallis (przepraszam, ale naprawdę nie ma dość czasu, żeby powiedzieć o nim więcej) - mieli 

zagwarantowany  przez  królową  Elżbietę  monopol  na  drukowanie  muzyki.  Dawało  im  to 

wyłączne  prawo  publikowania  wszelkiej  muzyki  „czy  to  granej,  czy  śpiewanej”  w 

jakimkolwiek języku. 

Tallis i Byrd byli nie tylko jedynymi posiadaczami przywileju na drukowanie muzyki, 

lecz także jedynymi, którym wolno było drukować papier nutowy, na którym muzykę pisano. 

Innymi  słowy,  opanowali  cały  rynek.  Współcześni  kompozytorzy,  mający  trudności  z 

publikacją swoich utworów, dobrze by zrobili, mając tę taktykę na uwadze. 

Elżbieta  kochała  muzykę;  jeden  z  ówczesnych  biografów  powiedział:  „Śpiewa 

zupełnie  wyjątkowo,  zarówno  głosem,  jak  i  rękoma”.  Musiał  to  być  język  migowy.  Część 

utworów  Byrda  przeznaczona  była  do  wykonywania  w  domu  przez  ludzi,  którzy  rozglądali 

się za czymś, co można by robić po obiedzie. Szarad jeszcze nie wynaleziono. I nawet gdyby 

istniała  telewizja,  nie  byłoby  w  niej  nic  godnego  oglądania,  z  wyjątkiem  może  inscenizacji 

Wojny Dwóch Róż, ówczesnej wersji Pucharu  Róży.  W przypadku madrygałów, każdy głos 

drukowany  był  osobno  albo  wszystkie  partie  drukowano  na  jednej  karcie,  ale  w  różnych 

background image

kierunkach  zgodnie  z  ruchem  wskazówek  zegara,  tak,  że  wszyscy  mogli  śpiewać  siedząc 

wokół  stołu.*  [*Kiedy  im  się  znudziło,  mogli  zagrać  w  brydża.]  Ponieważ  jedynie  w 

przypadku  najbardziej  zręcznych  gospodarzy  można  było  liczyć  na  zgromadzenie  na 

proszonej kolacji odpowiedniej liczby głosów wokalnych, utwory te często były przeznaczone 

do  wykonywania  przez  „głosy  albo  viole”.*  [*czasem  voices  or  viols  -  glosy  lub  wiole  - 

często vile voices - ohydne głosy.] W ten sposób każda z partii wokalnych mogła być grana na 

instrumencie smyczkowym, choć wtedy trudno było czasem zrozumieć słowa. Jeśli wszyscy 

grali i nikt nie śpiewał, stawało się to niemożliwe. 

Popularność śpiewania madrygałów wzrosła w Anglii po opublikowaniu w roku 1588 

obszernego  zbioru  utworów  tego  rodzaju,  przeważnie  włoskiego  pochodzenia,  pod  tytułem 

Musica  Transalpina.  Wspominam  o  tym  interesującym  fakcie,  ponieważ  żadna  historia 

angielskiej muzyki renesansowej nie byłaby bez tego faktu kompletna, a poza tym lubią o to 

pytać na egzaminach.* [*Nie ostrzegałem was, że będzie egzamin?] 

Większość  kompozycji  Byrda  napisana  została  z  myślą  o  wykonaniu  w  czasie 

nabożeństw (obu wyznań; Byrd nie był grymaśny), przeważają więc w nich utwory wokalne. 

Ktoś błędnie wykombinował, że im dłużej śpiewa chór, tym krótsze jest kazanie. Uważano, że 

to korzyść dla wszystkich, z wyjątkiem może księdza. 

Chociaż Byrd  znany  jest głównie ze swojej  muzyki religijnej,  powinno się pamiętać, 

że  napisał  także  mały  zabawny  madrygał  Suzanna  Fayre  Sometime  Assaulted  Was  By  Two 

Old  Men  Desiring  Of  Her  Cause*  [*Zuzanna  napastowana  przez  dwu  starców],  który  jest 

właśnie  o  tym,  co  macie  na  myśli.  Kiedy  się  zaśpiewa  tytuł,  jest  się  już  prawie  w  połowie 

utworu.  Choć jedną z głównych cech  madrygału  jest zdolność  malowania  muzyką obrazu, o 

którym opowiadają słowa, ten akurat nie jest - całe szczęście - dobrym tego przykładem. 

 

 

CLARKE 

 

Jeremiah Clarke (1670?-1707)* [*Znak zapytania przy jego dacie urodzenia oznacza, 

że nie jest całkiem pewne, w którym roku się urodził. Jego mama musiała pamiętać, ale nikt 

nie pomyślał żeby ją o to zapytać.], którego daty życia podawane są przeważnie w nawiasach, 

żeby nie uciekły, był prawie współczesnym Henryego Purcella. Był organistą w katedrze św. 

Pawła  w  Londynie  i  pamiętany  jest  jako  ten,  który  skomponował  Trumpet  Voluntary 

Purcella* [*Voluntary oznacza,  że  nie trzeba tego grać,  jeśli  się  nie  ma ochoty.] To znaczy, 

właśnie  on  w  rzeczywistości  je  skomponował,  ale  wielu  -  myśląc,  że  jest  jak  na  niego  za 

background image

dobre  -  przypisywało  je  Purcellowi.  Wydaje  się  to  nie  fair,  nawet  w  czasach,  gdy  nie  było 

jeszcze  praw  autorskich  i  honorariów.*  [*Ale  nie  honorów.  Te  były  na  swoim  miejscu.] 

Utwór  znany  jest też jako Marsz Księcia Danii, chociaż  jest niemożliwe,  by to książę Danii 

go skomponował. 

Clarke  zakochał  się  nieszczęśliwie  w  jednej  z  pań  ze  swojej  parafii.  Był  tak 

zrozpaczony,  że  popełnił  samobójstwo.  Niezdolny  do  wyboru  pomiędzy  utopieniem  się  a 

powieszeniem, rzucił monetę. Moneta utknęła sztorcem w błocie, więc wrócił do domu i się 

zastrzelił. 

 

 

PURCELL 

 

Henry  Purcell  urodził  się  prawdopodobnie  w  roku  1659.*  [*Urodził  się  na  pewno; 

prawdopodobnie  zdarzyło  się  to  w  roku  1659.]  Jak  to  bywa  z  wieloma  innymi 

kompozytorami,  szczególnie  dawnymi,  dane  dotyczące  życia  Purcella  są  niepewne.  Jednak 

przynajmniej to jedno wydaje się nie budzić wątpliwości:  na imię miała Frances i wyszła za 

niego. 

Purcell  jest  powszechnie  uważany  za  największego  kompozytora  angielskiego  od 

czasów  Williama  Byrda  (chociaż  nikt  nie  pytał  Byrda,  co  o  tym  wszystkim  sądzi).  Na 

szczęście  dla  Henry

ego,  kiedy  się  urodził,  Byrd  nie  żył  już  od  paru  lat,  toteż  nie  doszło 

między nimi do bezpośredniej konfrontacji. (Byrd - jako umarły - był także mniej skłonny do 

obrażania się.) Szkoda, że nie wiemy, kiedy obchodził urodziny, ale nie można zwalać winy 

na  urzędnika  stanu  cywilnego.  Skąd  miał  wiedzieć,  że  ten  mały  chłopiec  wyrośnie  na 

największego angielskiego kompozytora? Wyglądał całkiem jak inne małe berbecie, darł się i 

ślinił  w  swoim  beciku.  W  dzisiejszych  czasach,  na  wszelki  wypadek,  sporządza  się 

dokładniejsze  zapisy.*  [*Chociaż  nie  zarejestrowano  daty  urodzin  Purcella,  po  wielokroć 

rejestrowano jego muzykę. Zerknijcie tylko do katalogu Schwanna.] 

Henry  był  synem  Thomasa  Purcella  i  miał  wujka  Henry’ego  -  obaj  byli  muzykami. 

Muzykiem  był  również  jego  brat,  Daniel.  Chyba,  że  Thomas  był  jego  wujem,  a  w  tym 

przypadku  jego  ojcem  był  Henry.*  [*Nikomu  jednak  nie  przyszło  do  głowy  nazywać  go 

Henrym Purcellem II.] Nie był to pierwszy przypadek w historii, kiedy kilku członków jednej 

rodziny było muzykami. Za czasów J. S. Bacha wymknęło się to zupełnie spod kontroli. 

Purcell  rozpoczął  swoją  muzyczną  karierę  jako  chłopiec,  śpiewając  w  Chapel  Royal 

Był  członkiem  chóru.*  [*Jako  taki  był  upoważniony  do  noszenia  liberii,  w  której  skład 

background image

wchodził  „płaszcz  z  surowego  szkarłatnego  materiału,  podszyty  aksamitem.]  Chórzystami  z 

Chapel  Royal kierował kapitan  Cooke, którego nie należy  mylić z tym kapitanem  Cookiem, 

który był kimś zupełnie innym.* [*Dostojnicy udający się do Kaplicy Królewskiej w nadziei 

usłyszenia  pieprznych  marynarskich  kawałków  byliby  tak  samo  rozczarowani,  jak  ci,  co 

wyruszyliby  na  pokładzie  Endeavour,  statku  Cooka,  oczekując,  że  słuchać  będą  pobożnych 

psalmów.] 

Cooke  (ten  od  muzyki)  nie  miał  łatwego  życia,  ponieważ  restauracja  dopiero  się 

zaczęła  i  dokoła  panował  straszny  bałagan.  Za  czasów  Cromwella  nie  wolno  było  uprawiać 

muzyki i wszyscy trochę wyszli z wprawy. Jeden z pisarzy posuwa się aż do stwierdzenia, że 

„nie  było  ani  jednego  chłopca  [...]  zdolnego  z  łatwością  zaśpiewać  swoją  partię”.*  [*To  z 

pewnością  niesprawiedliwe.  Musiał  być przynajmniej  jeden -  gdziekolwiek.] Żeby zapewnić 

odpowiedni poziom Chapel Royal, Cooke wysłał poszukiwaczy talentów, by przeczesali cały 

kraj,  podebrali  obiecujących  małych  chłopców  innym  chórom.  Inne  chóry  nie  były 

zachwycone, ale król uważał, że to świetnie. 

Po kilku latach śpiewania Purcell otrzymał pracę jako terminator, będący „opiekunem, 

budowniczym,  naprawiaczem,  konserwatorem  i  stroicielem  regałów,  organów,  wirginałów, 

fletów i fletów prostych oraz wszystkich w ogóle instrumentów dętych”.* [*Dali mu tę pracę, 

kiedy stracił głos, przechodząc mutację. Być może uważano, że do tego właśnie najlepiej się 

nadaje.]  Ten  tytuł  robił  wrażenie,  choć  był  raczej  rozwlekły.  Purcell,  można  przypuszczać, 

skrócił go na coś bardziej poręcznego, w rodzaju „Królewski Budowniczy Instrumentów” czy 

„Henio Złota Rączka”. Później został mianowany kompozytorem dla królewskich skrzypiec* 

[*Same  nie  umiały  komponować.],  a  jeszcze  później  zrobiono  go  organistą  w  Opactwie 

Westminsterskim. 

W  roku  1682  Purcell  został  mianowany  Gentelman  of  the  Chapel  Royal.  Śpiewał  i 

altem i basem. Było to bardzo kłopotliwe dla tych, co stali obok niego. Kiedy właśnie ledwo 

przyzwyczaili  się  do  jego  altu,  on  śpiewał  nagle  niską,  basową  nutę.  Szeroko  zakrojone 

badania  muzykologiczne  dowiodły,  że  prawdopodobnie  nie  próbował  śpiewać  obydwoma 

głosami  jednocześnie.  Jako  dodatek  do  zasadniczej  pensji  dżentelmeni  dostawali  roczną 

premię.  Pierwotnie  były  to  trzy  jelenie,  ale  potem  zamieniono  je  na  określoną  kwotę 

pieniędzy, łatwiejszą do podzielenia między trzydziestu dwóch ludzi.* [*Coraz trudniej było 

o jelenia.] Purcell był na ogół dobrze opłacany za różne usługi świadczone królowi. Do jego 

obowiązków  należało  również  komponowanie  muzyki  uświetniającej  koronacje,  śluby, 

urodziny* [*Musiała  już chyba w tym rozdziale  być  mowa o urodzinach?], oraz przyjazdy  i 

odjazdy Ważnych Osobistości.* [*Ciągle zawracano mu głowę pisaniem Ód na Przyjazd albo 

background image

Odjazd. Czasem miał ochotę, żeby sobie po prostu pojechali i dali mu święty spokój.] 

Komponował  także  ody  do  świętej  Cecylii,  patronki  muzyki.  Spodziewał  się,  że 

przyniesie  mu to szczęście,  i  miał rację.  Nawet  jeśli  często płacono  mu z  funduszu Tajnych 

Służb,  nie znaczy to wcale, że był szpiegiem.* [*Trudno go sobie wyobrazić z pistoletem w 

mankiecie,  albo  przemycającego  zaszyfrowaną  wiadomość  w  jednym  z  anthemów.]  Jeden  z 

historyków stwierdził,  że w ostatnich  latach życia „muzyka teatralna  nie przestawała płynąć 

spod pióra Purcella”. Możemy go sobie wyobrazić siedzącego wygodnie przy swoim biurku z 

piórem,  z  którego  skapuje  atrament,  i  kartkami  niezapisanego  papieru,  porozrzucanymi 

dookoła,  by  wchłaniały  to  wszystko,  i  mającego  nadzieję,  że  chociaż  część  będzie  na  tyle 

czytelna, by dała się wykorzystać w Dioklecjanie czy Fairy Queen. 

Na  dodatek  tak  długo,  jak  długo  królowa  Maria  miewała  urodziny,  Purcell  musiał 

komponować  dla  niej  Ody  Urodzinowe.  Wreszcie  powiedziała,  że  ma  dość,  i  umarła.  Żeby 

okazać jej swoją wdzięczność, Purcell napisał Muzykę żałobną dla Królowej Marii.* [*Choć 

nie była w stanie (leżąc nieżywa) w pełni jej docenić] 

Muzyka  obejmowała  kilka  anthemów,  czyli  kościelnych  utworów  chóralnych  z 

akompaniamentem żałobnych trąbek. Nie wiadomo dokładnie, dlaczego trąbki były żałobne. 

Być  może opłakiwały  fakt, że wcale nie  były trąbkami,  a puzonami (nikt nie chce,  aby  jego 

nazwisko było źle wydrukowane w programie) W każdym razie, chcąc pokazać, że nigdy nie 

można  być  pewnym,  czy  jakiś  utwór  nie  przyda  się  po  raz  drugi,  Purcell  umarł  już  w  rok 

później. Ten sam utwór wykonano na jego własnym pogrzebie, choć nikt nawet nie pomyślał, 

by  zatytułować  go  Muzyka  Żałobna  dla  Henry  Purcella.*  [*Nie  znajdował  się  doprawdy  w 

dużo lepszym niż królowa położeniu, aby podziwiać muzykę. Ale on już ją słyszał.] 

Umarł 21 listopada 1695 roku, w wigilię dnia świętej Cecylii. Niektórzy uważają, że 

był zakłopotany, ponieważ nie skończył ody na ten rok, i śmierć była jedyną wymówką, jaka 

mu przyszła do głowy. Inna legenda o jego śmierci mówi, że pewnego dnia wrócił późno do 

domu, po paru drinkach z chłopakami. Żona nie pozwoliła mu wejść, na skutek czego dostał 

zapalenia  płuc  i  umarł.  Świetna  historia,  ale  to  nie  był  Purcell.  To  był  Maurice  Greene. 

Greene  był  niezłym  kompozytorem,  ale  zabrakło  mu  odrobinę,  by  został  zapamiętany,  więc 

wydaje  się  nie  w  porządku  odbieranie  mu  tego  jedynego  momentu  chwały.  Wiemy,  że  nie 

chodzi  o  Purcella,  ponieważ  intensywne  badania  wykazały,  że  listopad  był  tego  roku 

szczególnie  łagodny.  To  jest  właśnie  kłopot  z  muzykologią:  jakiś  mądrala  zawsze  odkopie 

raporty o pogodzie i popsuje zabawę. 

background image

BAROK 

 

 

MONTEVERDI 

 

Koniec  epoki  renesansu  i  początek  baroku  miał  miejsce  25  marca  1600  roku  o 

czwartej  po  południu.  Żadna  inna  historia  muzyki  nie  miała  dotychczas  odwagi  oświadczyć 

tego  w  tak  stanowczy  sposób.  Chciałbym  w  tym  miejscu  odnotować  ten  fakt  i  wyjaśnić 

wszelkie zastarzałe nieporozumienia. Renesans pętał się jeszcze przez kilka dekad po Anglii, 

ale  na kontynencie europejskim  nie pozostał  już po nim żaden ślad.*  [*Anglicy  zawsze byli 

nieco opóźnieni. Nowe prądy potrzebowały czasem i pięćdziesięciu lat, żeby pokonać kanał.] 

Publiczność  zmęczyło  słuchanie  ciągle  tej  samej,  starej  polifonii,  tak  zwanej  ars 

perfecta, czyli „sztuki doskonałej”, którą można znaleźć w muzyce Josquina, Palestriny i całej 

reszty.  Chcieli  czegoś  nowego.  A  kompozytorzy  byli  pełni  dobrej  woli,  by  im  to  dać, 

ponieważ i tak skończyły im się rzeczy, które mogli powiedzieć starym językiem. 

Claudio Monteverdi był jedną z głównych postaci owego przejścia od starego stylu do 

nowego.  Stary  styl  określał  jako  „pierwszą  praktykę”.  Swój  nowy  styl  muzyczny  nazwał 

„drugą  praktyką”,  i  mówił  wszystkim,  że  lada  dzień  napisze  książkę,  w  której  wyjaśni 

wszystko  o  swoich  poglądach  na  te  sprawy.*  [*Tak  naprawdę,  to  nigdy  nie  zdołał  tego 

zrobić.] 

Monteverdi  urodził  się  w  1567  roku  w  Cremonie,  małym  mieście  w  północnych 

Włoszech. Cremona była przyjemnym miejscem do życia: duże i pełne uroku domy, szerokie 

i proste ulice. Jednak jeśli chodzi o muzykę, było tam trochę nudno, nawet w przybliżeniu nie 

tak  ciekawie,  jak  w  Mantui,  Ferrarze  albo  Wenecji.  Ojciec  Monteverdiego,  tak  jak  potem 

Haendla, był cyrulikiem-chirurgiem, później zaś został lekarzem. 

Prawdopodobnie  Monteverdi  stawiał  swoje  pierwsze  muzyczne  kroki,  śpiewając  w 

kremońskiej  katedrze.  Muzycy  kościelni  nie  cieszyli  się  takim  prestiżem,  jak  ci  z  dworów 

królewskich,  ale  stali  wyżej  na  drabinie  społecznej  niż  miejscy  muzykanci  albo  piffari, 

których  praca  polegała  na  chodzeniu  za  burmistrzem  i  dęciu  w  trąby,  kiedy  ten  miał 

powiedzieć coś ważnego, przeciąć wstęgę, czy coś w tym rodzaju. 

Monteverdi musiał uczyć się dobrze, ponieważ wydał swoją pierwszą księgę motetów, 

kiedy  miał  zaledwie  piętnaście  lat.  Były  to  motety  trzygłosowe,  czyli  nie  tak  trudne  do 

napisania  jak  czterogłosowe,  ale  i  tak  było  się  czym  pochwalić.  W  ciągu  pięciu  lat,  zanim 

ukończył  dwudziesty  rok  życia,  opublikował  pięć  ksiąg  motetów  i  madrygałów.  Napisane 

background image

były one w  starym  stylu.  Ale  Monteverdi dopiero  się rozgrzewał. Stawało się oczywiste,  że 

Cremona jest za mała dla jego talentu. 

I tak w roku 1591 spakował torbę i wyruszył do Mantui, gdzie został kompozytorem 

na  dworze  księcia  Vincenzo  Gonzagi.  Ojciec  Vinzenza,  Guglielmo  był  szczodrym 

protektorem sztuki, a jego dwór przyciągał najlepszych muzyków i artystów z całej Europy. 

Vincenzo nawet w połowie nie  był takim człowiekiem,  jak  jego ojciec,  przynajmniej 

jeśli  chodzi  o  docenianie  dobrej  muzyki.  Właściwie  był  to  kawał  łajdaka,  kobieciarz  i 

hazardzista. Kiedy znudził się swoją pierwszą żoną, rozwiódł się z nią pod pretekstem, że jest 

„zdeformowana”.  Nie  sprecyzował,  jak.  Jej  rodzina  odparowała,  że  sam  jest  starym 

impotentem.  Wtedy  Vincenzo  zaproponował,  żeby  sprawdzono  jego  męskość  na  dowolnej 

dziewicy z Wenecji.* [*Najwyraźniej dziewice z Mantui nie były dość dobre dla niego. Albo 

nie było już ani jednej.] Z jakiegoś powodu całej sprawy zaniechano. 

Pomimo  swoich  wad  Vincenzo  lubił  muzykę,  nawet  jeśli  traktował  ją  tylko  jako 

sposób  na  zaimponowanie  swoim  kochankom.  Pewnego  razu  zaplanował  wielki  spektakl 

muzyczny, z kostiumami, fantazyjnymi tkaninami i mnóstwem dobrego jedzenia, tylko po to, 

żeby przypodobać się swojej hiszpańskiej kochance, Agnese d’Argotti. Całe przedsięwzięcie 

jednak  odwołano,  kiedy  dama  oświadczyła,  że  ten  pomysł  ją  nudzi.  Monteverdi  bez 

wytchnienia  pilnie  komponował  dla  Vincenza.  W  każdy  piątek  w  Wielkiej  Sali  Lustrzanej 

odbywał się koncert. W 1592 roku Vincenzo poprowadził swoją armię przez Alpy, by pomóc 

Austrii  odeprzeć  atak  Turków.  Monteverdi  dołączył  do  wyprawy,  choć  bez  zbytniego 

entuzjazmu.  Jednak  walka  zrobiła  na  nim  tak  duże  wrażenie,  że  wiele  lat  później  napisał 

księgę madrygałów wojennych. 

Irytacja  Monteverdiego  brała  się  między  innymi  stąd,  że  musiał  z  własnej  kieszeni 

opłacić  część  kosztów  podróży.  W  dzisiejszych  czasach  wydatki  tego  rodzaju  zostałyby 

uznane za uzasadnione i odpisane od podatku. 

W  1600  roku  teoretyk  muzyki  Giovanni  Artusi  opublikował  atak  na  nową  muzykę, 

którą  uznał  za  kompletnie  niezrozumiałą.  Artusi  ubolewał,  że  nowocześni  kompozytorzy 

łamią  wszelkie  niepodważalne  dotąd  zasady,  uświęcone  trwającą  od  wieków  tradycją.* 

[*Czyż to nie brzmi znajomo?] 

Choć nie wymienił wyraźnie nazwiska Monteverdiego, dla wszystkich było oczywiste 

o  kogo  chodzi.  Monteverdi  zdawał  się  tym  nie  przejmować;  dalej  komponował  tak  samo. 

Kilka lat później Artusi przypuścił drugi atak, tym razem publikując nazwiska. 

Monteverdi  nie  miał  zamiaru  się  poddawać.  Przeciwnie.  Posunął  się  do  stworzenia 

całkiem  nowego  stylu  muzycznego,  który  dał  początek  operze.  Jego  dramma  per  musica  z 

background image

roku 1607 Orfeo może być uznana za pierwszą prawdziwą operę, choć sam pomysł pochodzi 

z  wcześniejszych  pism  Vincenzo  Galilei  (ojca  astronoma  Galileusza),  który  był  mistrzem 

tego, co sam nazywał stile rappresentativo, stylem przedstawiającym. Galilei był przekonany, 

że  ów  styl  kompozytorski  stanowi  powrót  do  muzyki  starożytnych  Greków.  Nie  miał  na  tę 

teorię dowodów, ponieważ nie ma wskazówek co do brzmienia muzyki greckiej. Ale pomysł 

robił wrażenie. 

Rok 1607 był pomyślny z innych względów: Włosi zaczęli właśnie pojmować zasady 

właściwego posługiwania się widelcami. Szło ku dobremu. 

1610 rok był dla  Monteverdiego przełomowy. Trafiła  mu się gratka: posada maestro 

di  capella  w  bazylice  św.  Marka,  największym  i  najbogatszym  kościele  Wenecji.  Dostawał 

300 dukatów rocznie, czyli więcej niż dotąd widział przez całe życie i o 100 dukatów więcej 

niż poprzedni maestro. 

Miał  dużo  pracy.  Kierował  chórem,  złożonym  z  około  50  śpiewaków  i 

instrumentalistów,  a  także  musiał  skomponować  i  przygotować  muzykę  na  około  40 

głównych  świąt  kościelnych  rocznie.  Wenecjanie  potrafili  świętować.*  [*W  święto 

Wniebowstąpienia  grupa  dostojników  wypływała  na  morze  w  bucintoro,  czyli  barce  doży  i 

rzucała  do  wody  wielki  weselny  pierścień  symbolizujący  zaślubiny  Wenecji  z  morzem.] 

Wszyscy przyjeżdżali do Wenecji, żeby się bawić - była takim ówczesnym Las Vegas. 

Monteverdi  lubił  swoją  nową  pracę,  która  dawała  mu  możliwość  tworzenia  i  stały 

dochód.  Kiedy  książę  Mantui  zaoferował  mu  z  powrotem  jego  dawną  posadę,  Monteverdi 

natychmiast  odmówił.*  [*Z  grubsza  tłumacząc  z  włoskiego,  jego  odpowiedź  brzmiała: 

„Chyba  się  zgrywasz!”]  Bardzo  słusznie  zrobił,  nie  wróciwszy  do  Mantui.  Niedługo  potem 

członkowie rodziny Gonzagów i armia cesarska pokłócili się o to, kto ma sprawować kontrolę 

nad  księstwem.  Całe  miasto  zostało  splądrowane,  a  żołnierze  przywlekli  do  niego  zarazę. 

Przestało to być fajne miejsce. 

Monteverdi  uniknął  zarazy,  ale  w  końcu  umarł  ze  starości  w  wieku  lat 

siedemdziesięciu pięciu. Miejski urzędnik pomylił się, wpisując jego wiek do aktu zgonu, ale 

było to tak dawno temu, że nie robi to żadnej różnicy. 

 

 

VIVALDI 

 

Antonio Vivaldi (1678-1742) uważany jest za jednego z największych kompozytorów 

włoskich epoki baroku. Cieszył się sławą, poważaniem i żył dostatnio przez większość swego 

background image

życia, ale umarł jako biedak. Bywa i tak. 

Vivaldi mógłby poczuć się urażony określaniem go jako Włocha, ponieważ urodził się 

i  mieszkał  w  Wenecji.  W  tych  czasach  była  ona  niezależnym  miastem-państwem,  a  więc 

formalnie  rzecz  biorąc,  Vivaldi  był  Wenecjaninem,  nie  Włochem.  Podkreślanie  różnicy 

pomiędzy Wenecjanami a Włochami to sport, w którym można być naprawdę dobrym tylko 

wtedy, jeśli się jest Wenecjaninem. Dziś sztuka ta znajduje się w stanie upadku. 

Kiedy  urodził  się  mały  Antonio,  akuszerka,  która  przyjmowała  poród,  od  razu  go 

ochrzciła.  Nie  była  wcale  pewna  czy  dziecko  wyżyje,  a  chciała  mu  dać  jakąś  szansę  u 

świętego Piotra. Przeżył, ale pozostał chorowity do końca życia. 

Jego  ojciec,  Gianbattista,  był  cyrulikiem  i  do  tego  utalentowanym  skrzypkiem, 

natomiast matka, Camilla, córką zwyczajnego krawca. Vivaldi miał trzy siostry i dwóch braci, 

którzy  nieustannie  popadali  w  jakieś  tarapaty.*  [*Jego  brat,  Francesco,  został  skazany  na 

banicję za przedrzeźnianie jakiejś grubej ryby. 

Vivaldi uczył się na księdza i w końcu nim został, choć przebrnięcie przez wszystkie 

stopnie  święceń  kapłańskich  zabrało  mu  prawie  dziesięć  lat.  Nawet  gdy  otrzymał  pełne 

święcenia, rzadko odprawiał mszę. Twierdził, że uniemożliwia mu to słabe zdrowie - cierpiał 

na astmę. Niektórzy biografowie wolą wierzyć, że nigdy nie był w stanie odprawić całej mszy 

za  jednym  zamachem,  ponieważ  zawsze  pędził  do  zakrystii,  by  zanotować  jakiś  temat 

muzyczny,  który  właśnie  przyszedł  mu  do  głowy.  Kilku  biografów  wyznaje  także  teorię 

głoszącą, że był wysoko postawiony w weneckim podziemiu kryminalnym. Nie ma potrzeby 

traktować  jej  poważnie.  Z  powodu  koloru  włosów  Vivaldi  nosił  przydomek  Il  prete  rosso 

(rudy ksiądz). Dzisiaj pewnie nazywano by go Marchewką. 

Większość życia spędził jako nauczyciel skrzypiec w Ospedale della Pieta, szkole dla 

osieroconych  dziewcząt.  Pieta  została  zbudowana  w  roku  1348,  jako  jedna  z  czterech  w 

mieście  instytucji  charytatywnych  dla  podrzutków,  sierot  i  innych  dzieci  bez  środków  do 

życia. Musiało być dużo tych nieboraków, ponieważ przez kilka stuleci, zanim Vivaldi zaczął 

tu uczyć,  budynek  był kilkakrotnie rozbudowywany. Pieta przeznaczona  była wyłącznie dla 

dziewcząt i młodych kobiet, z których wiele było nieślubnymi córkami kochanek i konkubin 

ludzi  bogatych  i  wpływowych.  Sierociniec  otaczał  wysoki  kamienny  mur  z  żelazną  bramą. 

Obok  niej  znajdowała  się  niewielka  nisza  w  ścianie,  akurat  taka,  żeby  zmieściło  się  w  niej 

niemowlę. Każdego ranka odźwierny sprawdzał, co nowego przybyło. Brama opatrzona była 

także  dużym  szyldem,  ostrzegającym  każdego,  że  wolno  mu  zostawić  tylko  takie  dziecko, 

którym naprawdę nie może zająć się sam. 

Większość  swoich  utworów  Vivaldi  skomponował  dla  wychowanek  z  sierocińca,  w 

background image

którym  powstała  orkiestra  słynna  na  całą  Europę.  W  każdą  niedzielę  orkiestra  Piety  dawała 

koncert w wypełnionej po brzegi kaplicy. Ponieważ koncert odbywał się w kościele, oklaski 

były zabronione. Publiczność okazywała więc swoje uznanie, kaszląc i głośno wydmuchując 

nosy. Niektóre z sierot osiągnęły dzięki swoim muzycznym zdolnościom niemałą sławę. 

Sam  Vivaldi  miał  opinię  dobrego  skrzypka  i  kompozytora.  Ucząc  w  Ospedale  della 

Pieta  grał  także  na  skrzypcach  w  orkiestrze  operowej  i  czasem  zastępował,  jako  dyrygent, 

kierownika  muzycznego  sierocińca,  Francesco  Gaspariniego,  który  miał  w  zwyczaju  znikać 

od czasu do czasu.* [*Pewnego dnia, w 1713 roku wziął urlop i już nigdy nie wrócił.] 

Wenecja  w  czasach  Vivaldiego  była  miejscem  niezwykle  ekscytującym.  Muzyka 

rozbrzmiewała  wszędzie:  na  rynku  melodie  wygwizdywał  nawet  najbiedniejszy  szewc  czy 

sprzedawca owoców. Gondolierzy zaczynali śpiewać na najmniejszą zachętę. Wenecjanie byli 

osobliwymi  ludźmi:  nade  wszystko  uwielbiali  wydawać  duże  sumy  na  drogie  i  wymyślnie 

uszyte  ubrania.  Omijali  surowe  prawa,  ograniczające  liczbę  dni  w  roku,  w  które  wolno  się 

było przebierać. W roku 1732 uchwalono prawo zakazujące zbyt luksusowych wachlarzy.  W 

1750  wydano  przepis  mówiący,  że  odwiedzające  się  panie  nie  mają  prawa  podawać 

poczęstunku za więcej niż jednego dukata. 

Niemniej  jednak  co  roku tłumy  zjeżdżały  się  do  miasta,  by  wziąć  udział  w  słynnym 

karnawale.  Królowie  i  królowe,  książęta,  księżne  i  inni  przedstawiciele  europejskiej 

arystokracji  przybywali  z  wizytą,  chodzili  na  przyjęcia,  koncerty  i  przedstawienia  operowe. 

Kiedy  Fryderyk  IV,  król  Danii  i  Norwegii,  odwiedził  Wenecję  w  karnawale  roku  1708,  dla 

uniknięcia  wszystkich  tych  ukłonów  i  podlizywania  się,  jakie  zazwyczaj  znosić  muszą 

królowie,  przedstawiał  się  wszystkim  jako  hrabia  Olenburg.  Był  tak  oczarowany  urodą 

Wenecjanek, że woził z sobą dwanaście miniaturowych portretów swoich faworyt. Następca 

tronu  Rosji  i  jego  żona  swoją  wizytą  wywołali  w  mieście  niemałe  poruszenie  odmówiwszy 

zapłacenia połowy rachunku hotelowego. 

W  roku  1713  Vivaldi  zwrócił  się  ku  pisaniu  oper,  z  których  czterdzieści  dziewięć 

zachowało  się  do  naszych  czasów.  Jego  pierwszą  operą  był  Ottone  in  villa  z  librettem 

Domenico Lallego. (Naprawdę Lalli nazywał się Sebastiano Biancardi, ale zmienił nazwisko 

opuściwszy  Neapol,  kiedy  oskarżono  go  o  defraudację.)  Wszystkie  one  powstały  w  latach 

1713-1739,  co  daje  średnią  mniej  więcej  dwu  oper  rocznie.*  [*Sam  Vivaldi  twierdził,  że 

napisał dziewięćdziesiąt cztery opery, tak więc ten wynik może ulec zmianie.] 

Rekord stanowiła opera Manilo: została skomponowana zaledwie w pięć dni. Vivaldi 

informuje o tym na stronie tytułowej. Maestro chwalił się kiedyś, że komponuje szybciej, niż 

kopista  jest  w  stanie  przepisywać.  Oszczędzał  czas  stosując  skróty.  W  rękopisie  jednego  z 

background image

jego  koncertów  skrzypcowych  przestał  w  pewnym  momencie  wypisywać  figuracyjną  partię 

basu; opatrzył napisany wcześniej fragment komentarzem: dla tępaków. 

Chodzenie  na  XVIII-wieczną  operę  wenecką  było  zdecydowanie  bardziej  zabawne, 

jeśli było się bogatym. Bogaci siedzieli w prywatnych lożach, gdzie mogli uprawiać hazard  i 

ucztować. Świetnie się bawili, rzucając pestki pomarańczy i plując na ludzi pod nimi, często 

po  to,  by  pogasić  im  świece.  Śpiewacy  operowi  stanowili  dla  kompozytora  oddzielny 

problem. Na przykład słynny kastrat Luigi Marchesi upierał się, by zawsze - bez względu na 

to,  kogo  gra  i  w  jakiej  operze  -  pojawiać  się  na  scenie  po  raz  pierwszy,  stojąc  na  szczycie 

wzgórza. Nie było dla niego ważne, czy w fabule opery w ogóle potrzebne jest wzgórze. Albo 

dostawał pagórek, albo nie  śpiewał.  Przystrojony  w hełm z pióropuszem, zbrojny w szpadę, 

tarczę  i  lancę  wchodził,  śpiewając  arię  Mia  speranza  io  pur  vorrei,  którą  kompozytor 

Giuseppe Sarti napisał specjalnie dla niego. 

Choć  opery  Vivaldiego  były  w  jego  czasach  bardzo  popularne  i  choć  skomponował 

także sporo muzyki religijnej, dziś pamięta się o nim przede wszystkim dla jego koncertów, z 

których większość przeznaczona jest na skrzypce i orkiestrę. Najbardziej znane spośród nich 

są  Cztery  pory  roku.  Nawet  ci,  którzy  nie  lubią  muzyki  poważnej,  lubią  Cztery  pory  roku 

Vivaldiego, więc coś w tym musi być. 

Ogółem  Vivaldi  skomponował  około  czterystu  pięćdziesięciu  koncertów  tego  czy 

innego rodzaju. Ludzie, którzy uważają, że w jego muzyce jest za dużo powtórzeń twierdzą, 

że  napisał  ten  sam  koncert  czterysta  pięćdziesiąt  razy.  Nie  jest  to  całkiem  sprawiedliwe: 

napisał dwa koncerty, każdy dwieście dwadzieścia pięć razy. 

 

 

BACH 

 

Prawie wszyscy w rodzinie Bachów byli dobrymi muzykami, ale nikt nie dorównywał 

Johannowi  Sebastianowi.  Jeśli  się  chce,  można  prześledzić  genealogię  rodziny  Bachów  aż 

pięć generacji wstecz. I tak jednak nie znajdzie się nikogo, kto przebił J. S. Różni członkowie 

klanu  Bachów  byli  organistami,  miejskimi  muzykantami  i  instrumentalistami  w  Turyngii, 

małym  państewku  we  wschodniej  części  tego,  co  teraz  jest  Niemcami.  Turyngia  była 

kompletnie zalana Bachami-muzykami. 

Prapradziadek  Johanna  Sebastiana,  stary  Veit  Bach,  był  młynarzem.  Lubił  grać  na 

lutni,  gdy  młyńskie  kamienie  zasypywały  podłogę  mąką.  J.  S.  powiedział  później,  że  być 

może  pomagało  mu  to  w  zachowywaniu  rytmu.  Ojciec  Johanna  Sebastiana,  Johann 

background image

Ambrosius,  ożenił  się  z  Elżbietą  Lammerhirt  pochodzącą  z  rodziny  dobrze  prosperujących 

futrzarzy  i  mistyków na pół etatu.  Johann  Ambrosius  miał  brata  bliźniaka o  imieniu  Johann 

Christoph. Byli do siebie tak podobni, że nawet własne żony nie mogły ich odróżnić. Johann 

Ambrosius  (albo  ktoś,  kto  wyglądał  identycznie  jak  on)  i  Elżbieta  mieli  trzech  synów: 

Johanna Christopha, Johanna Jakoba i Johanna Sebastiana. 

Johann  Sebastian  urodził  się  21  marca  1685  roku  i  został  ochrzczony  w  dwa  dni 

później w małym kościele świętego Jerzego w Eisenach. Według ostatnich doniesień, kościół 

wciąż  jeszcze  stoi,  a  obecny  pastor  nadal  wspomina  to  historyczne  wydarzenie,  chrzcząc 

kolejne niemowlęta w tej samej chrzcielnicy. Być może wyobraża sobie, że wywrze to wpływ 

na ich życie. 

W  wieku  lat  ośmiu  Johann  Sebastian  został  wysłany  do  szkoły,  gdzie  szło  mu 

znacznie  lepiej  niż  jego  bratu  Johannowi  Jacobowi.  Dobrze  śpiewał  i  był  jednym  z  tych 

uczniów,  co  zawsze  na  wszystko  mają  odpowiedź.  Prawdopodobnie  nikt  go  za  bardzo  nie 

lubił. Jego matka umarła, gdy miał lat dziewięć, ojciec - rok później, toteż Sebastiana wysłano 

do  małego  miasteczka  Ohrdurf,  by  zamieszkał  ze  starszym  bratem,  Johannem  Christophem, 

organistą, uczniem Johanna Pachelbela - tego samego, który napisał sławny Kanon. Ponieważ 

brakowało  pieniędzy,  wkrótce  zadecydowano  o  wysłaniu  małego  Sebastiana  do  szkoły 

chóralnej  u  św.  Michała  w  Lineburgu.  Jej  reguła  stanowiła,  że  śpiewacy  mają  być 

„potomkami  biednych  ludzi,  bez  środków  do  życia,  ale  posiadającymi  dobre  głosy”. 

Wyglądało na to, że chłopak kwalifikuje się pod każdym względem. Nie pozostało mu więc 

nic innego, jak wyruszyć. 

Szkoła płaciła za jego czesne, pokój i wyżywienie, dawała mu także świece i drewno 

na  opał.  Przechodząc  mutację,  Sebastian,  jak  powiadają,  przez  tydzień  mówił  i  śpiewał 

oktawami.  Musiał  to  być  interesujący  efekt,  ale  się  nie  utrzymał.  W  każdym  razie  później 

nadal go zatrudniano - grał na skrzypcach, altówce i organach. Jednym ze sposobów, w jaki 

Bach uczył się muzyki było kopiowanie utworów poprzedników. W czasach szkolnych robił 

tego  bardzo  dużo.  Dziś  nazwalibyśmy  takie  postępowanie  plagiatem,  ale  wtedy  musiało  to 

być  OK.  Ponieważ  nie  wynaleziono  jeszcze  kserokopiarek,  zmuszony  był  wszystko 

przepisywać  ręcznie.  Historyk  Cecil  Gray  mówi:  „Wchłonął  wszystkie  style,  zamiast  zostać 

wchłoniętym przez nie”.  Karl Geiringer wyraża podobną: „Młody Sebastian chłonął wszelką 

naukę z taką łatwością, jak gąbka chłonie wodę”. 

Przez  jakiś  czas  Bach  studiował  w  Luneburgu  organy  u  Georga  Bohma,  który  był 

uczniem  J.  A.  Reinkena.  Bach  przeszedł  piechotą  trzydzieści  mil  do  Hamburga,  żeby 

posłuchać  gry  Reinkena.*  [*Jak  się  wkrótce  przekonacie,  była  to  tylko  rozgrzewka  przed 

background image

wielkim maratonem do Lubeki.] 

Przybywszy  do  Hamburga  Bach  był  głodny  i  zmęczony  długim  marszem,  nie  miał 

jednak  pieniędzy  na  posiłek.  Jak  sam  opowiada,  siedział  właśnie  przed  gospodą,  dumając  o 

swoich sprawach i o jedzeniu, rozcierając zmęczone stopy, gdy z otwartego okna wyrzucono 

dwie śledziowe głowy. I  jakby tego nie było dość, każda z nich nadziana duńskim dukatem. 

No i co wy na to? 

Po  wyczerpujących  studiach  i  wchłonięciu  wszystkiego,  co  było  do  wchłonięcia 

nadszedł czas, by podjąć jakąś stałą pracę. Jego pierwszą posadą było stanowisko organisty i 

dyrygenta chóru  małego kościoła św.  Bonifacego w Arnstadt.  Chórzyści,  sami  chłopcy,  byli 

marnymi  śpiewakami,  za  to  nieźle  chuliganili.  Młody  Bach  z  trudem  utrzymywał  porządek. 

Nie pomagał mu w tym jego krewki temperament. Zdarzyło się nawet, że wdał się w uliczną 

awanturę  z  jednym  ze  swoich  chórzystów,  niejakim  Geyersbachem,  który  nazwał  go 

„parszywym  psem”.*  [*Bach  sam  był  sobie  winien.  Wcześniej  nazwał  Geyersbacha 

Zippelfagottist, beczącym fagocistą.] 

Nieco  później  Bach  poprosił  o  pozwolenie  na  podróż  do  Lubeki,  by  posłuchać  gry 

Dietricha Buxtehudego, wielkiego duńskiego organisty.  Nie odniesiono się do tego pomysłu 

entuzjastycznie, ale dano mu cztery tygodnie urlopu. Wyruszył, znowu na piechotę.* [*Może 

miał  nadzieję  na  powtórzenie  się  numeru  z  monetą  w  rybiej  głowie.]  Tym  razem  było  to 

ponad dwieście mil, ale jakoś zdołał je pokonać. 

Bach  spędzał  w  Lubece  cudowne  chwile  i  był  do  głębi  poruszony  grą  Buxtehudego. 

Ponieważ  ów  myślał  o  emeryturze,  zaproponował  swoją  posadę  Bachowi,  który  miał  wtedy 

dwadzieścia lat. Był w tym jednak pewien hak - Bach musiałby poślubić córkę Buxtehudego, 

Annę  Margretę,  która  dobiegała  trzydziestki.*  [*Była  to  transakcja  wiązana.  Wiem,  wiem, 

umieracie z ciekawości: praca (i córka) dostała się w końcu człowiekowi nazwiskiem Johann 

Christian Schieferdecker.] 

Buxtehudemu wydawało się to całkiem rozsądne, ponieważ zrobił dokładnie to samo, 

aby przejąć tę posadę od swojego poprzednika, Franza Tundera. Jednak Bach nie był równie 

entuzjastycznie  nastawiony  do tej  oferty.  Powiedział,  że  dziękuje,  ale  nie.  Dwaj  inni  wielcy 

muzycy  tych  czasów  -  Johann  Mattheson  i  Jerzy  Fryderyk  Haendel  -  także  odrzucili  tę 

propozycję  pracy  i  małżeństwa.  Nie  o  ten  rodzaj  dodatków  do  pensji  im  chodziło.  Tak  czy 

owak,  kompozytor  spędził  w  Lubece  cztery  miesiące.  Kiedy  powrócił  do  Arnstadt,  władze 

kościelne  były  łagodnie  mówiąc,  zagniewane.  Co  więcej,  Bach  wrócił  z  mnóstwem 

ekstrawaganckich pomysłów, i zaczął grać kościelne chorały z wieloma dodatkowymi nutami 

i  ozdobnikami.  Irytowało  to  parafian,  ponieważ  nie  byli  w  stanie  usłyszeć  melodii.  Kazano 

background image

mu dać sobie z tym spokój i grać prosto. Tak też zrobił. Grał na złość zbyt prosto. 

Bacha  nie  skusiła  córka  Buxtehudego,  ponieważ  miał  na  oku  kogoś,  kto  mieszkał 

bliżej. Całkiem blisko,  jeśli chodzi o ścisłość. Nazywała się Maria Barbara Bach i była jego 

kuzynką drugiego stopnia ze strony ojca. Była sierotą, mieszkała ze swoją ciotką i wujem w 

domu  zwanym  „Pod  Złotą  Koroną”.  Bach  jakiś  czas  też  tam  mieszkał  i  w  ten  sposób  się 

poznali.  W każdym razie  było to wygodne.  Śliczna  jak pączek róży Maria Barbara  śpiewała 

pięknym sopranem. Władze kościelne od razu zauważyły, że tych dwoje spędza razem nieco 

za  dużo  czasu  na  chórze  organowym.  Wprawdzie  ćwiczyli  tylko  swoje  utwory,  ale  rzeczy 

tego rodzaju denerwują ludzi kościoła. 

Biorąc to wszystko pod uwagę, Bach zdecydował, że byłoby dobrze przeprowadzić się 

gdzie  indziej.  Pobrali  się  i  przenieśli  do  Mihlhausen,  gdzie  Bach  dostał  nową  posadę.  Jego 

pensja wynosiła teraz 85 guldenów na rok plus „trzy miary zboża, dwie wiązki drewna - jedną 

buku, jedną dębu albo osiki - i sześć wiązek chrustu, dostarczane pod drzwi”. Po ślubie młode 

małżeństwo zostało wsparte finansowo spadkiem po Tobiaszu Lammerhircie, wuju Bacha ze 

strony matki. Czternaście lat później, w roku 1721, kiedy umarła Maria Barbara i Bach miał 

się ożenić ponownie, otrzymał spadek po wdowie po Tobiaszu Lammerhircie. 

Sprawy  w  Muhlhausen  nie  układały  się  jednak  najlepiej.  Władze  kościelne,  jak  się 

okazało,  było  to  grono  zgorzkniałych  staruchów,  którzy  nie  znali  się  na  żartach.  Nie  minął 

rok, a Bach przyjął posadę nadwornego organisty Wilhelma Ernsta, „Jego Książęcej i Jaśnie 

Oświeconej  Wysokości  Saksonii-Weimaru.  Książę  zaoferował  Bachowi  podwojenie  jego 

poprzedniej pensji  i kompozytor zapytał:  „Od kiedy  mam zacząć?” Zawierający dymisję  list 

Bacha  do  władz  kościelnych  w  Muhlhausen  zaczyna  się  tak:  „Wasza  Magnificencjo, 

Szanowni  i  Uczeni  Panowie,  Najłaskawsi  Protektorzy  i  Szlachetnie  Urodzeni  Panowie”.* 

[*Nie chciał nikogo pominąć.] Potem jest gorzej. 

Książę był dobrym człowiekiem, choć nieco surowym. Wszyscy musieli gasić światła 

o ósmej wieczorem (latem o dziewiątej), miał także zwyczaj pytać, wybranych na chybił trafił 

służących,  o temat kazania kapelana.  Chciał  się upewnić,  czy przypadkiem  nie spali.  Książę 

kochał  muzykę  i  organy  w  Weimarze  były  całkiem  dobre,  ale  pierwszą  rzeczą,  którą  Bach 

zrobił było zainstalowanie nowego rejestru dzwonków. Odtąd były jeszcze lepsze. 

Lata  ćwiczeń,  nie  wspominając  już  o  pieszych  wędrówkach,  uczyniły  z  Bacha 

fantastycznego  organistę.  Gdy  pewnego  razu  grał  koncert  na  dworze  w  Kassel,  wykonał 

kunsztowne solo pedałowe tak znakomicie, że następca tronu zdjął z palca pierścień i dał mu 

go  w  prezencie.  Jeden  z  obserwatorów  tak  to  skomentował:  „Jeśli  tylko  dzięki 

umiejętnościom  swoich  nóg  zasłużył  na  taki  dar,  to  cóż ofiarowałby  mu  książę,  gdyby  użył 

background image

również  swoich  rąk?”*  [*Być  może  na  księciu  łatwo  było  zrobić  wrażenie.  Pewnie  dawał 

pierścień każdemu, kto akurat przechodził.] 

Mimo to Bach do końca pozostał tak samo skromnym człowiekiem, jakim był zawsze. 

Pewnego  razu,  kiedy  ktoś  prawił  mu  komplementy  na  temat  jego  gry,  powiedział:  „To 

naprawdę  nic  takiego.  Trzeba  tylko  uderzać  odpowiednie  nuty  w  odpowiednim  czasie,  a 

instrument  gra  sam.  Jemu  łatwo  to  było  mówić.*  [*Historyk,  dr  Charles  Bumey  mówi,  że 

Bach posługiwał się czasem trzymanym w ustach kijkiem, żeby uderzyć klawisz, którego nie 

mógł nacisnąć żadną z rąk.] 

Mniej  więcej  w  tym  czasie  zaprzyjaźnił  się  z  Johannem  Gottfriedem  Waltherem, 

organistą i leksykografem.* [*Byli kuzynami. Matka Walthera pochodziła z Lammerhirtów.] 

Wygrał  także  publiczny  muzyczny  pojedynek  z  wielkim  francuskim  wirtuozem,  Louisem 

Marchandem,  który  w  ogóle  się  nie  pokazał.  Przypomniał  sobie  nagle,  że  ma  jakąś  ważną 

sprawę poza miastem. Wiecie, jak to jest. 

Bach  spędził w  Weimarze prawie dziesięć  lat,  lecz potem uznał,  że czas  się stamtąd 

ruszyć.  Stary  książę  pokłócił  się  ze  swoim  bratankiem,  a  kompozytor  tkwił  pomiędzy  nimi. 

Przyjął  więc  pracę  na  dworze  księcia  Leopolda  Anhalt-Kóthen.  Bach  rozstał  się  ze  swoim 

pracodawcą  w  nie  najlepszych  stosunkach.  Spędził  prawie  miesiąc  w  areszcie  za  „zbyt 

uporczywe  domaganie  się  dymisji”.  Przebywając  za  kratkami,  skomponował  czterdzieści 

sześć preludiów chorałowych, tak więc nie był to zupełnie stracony czas. 

W Kóthen miał Bach siedemnastoosobową orkiestrę, która dostarczała mu zajęcia jako 

kompozytorowi.  Dworscy  introligatorzy  musieli  wreszcie  poprosić  go,  żeby  zwolnił, 

ponieważ nie mogli za nim nadążyć. Skomponował też niewielki zbiorek utworów z myślą o 

kształceniu  swego  syna.  Wilhelma  Friedemanna.*  [*Chłopiec,  jak  powiadają,  był  bardzo 

zdolny, zupełnie jak tata. Historycy wiedzą o tym, ponieważ miał zwyczaj bazgrać na swoich 

szkolnych książkach. Może po prostu mu się nudziło.] Można by traktować dzieci Bacha jako 

jego kuzynów drugiego stopnia, młodszych o jedno pokolenie. Ale może nie jest to najlepszy 

pomysł. 

Bach ubiegał się o stanowisko organisty w Jakobkirche w Hamburgu. I chociaż olśnił 

sędziów  swoją  grą,  nie  chcieli  dać  mu  posady,  jeśli  nie  złoży  sporej  „darowizny”  na  rzecz 

kościoła.  Odmówił  i  praca  dostała  się  trzeciorzędnemu  organiście,  Johannowi  Joachimowi 

Heitmannowi,  który  akurat  miał  na  zbyciu  4000  marek.*  [*Tego  samego  oczekiwano  od 

starających się o posadę miejskiego cukiernika.] 

Później  Bach  skomponował  cykl  sześciu  koncertów,  który  przesłał  jako  dar 

Christianowi  Ludwigowi,  margrabiemu  Brandenburgii.*  [*O  wielu  margrabiach  dziś  już  się 

background image

nie pamięta. Zastanawiam się, dlaczego?] Bardzo porządnie przepisał partyturę, przewiązał ją 

ładną wstążką i wysłał. Margrabia podziękował mu uprzejmie, ale prawdopodobnie nigdy nie 

otworzył pakunku. Nie miał orkiestry, toteż nie bardzo zależało mu na posiadaniu prywatnej 

muzyki. I w końcu o takie myślenie nam chodzi. 

Po  śmierci  Marii  Barbary  Bach  ożenił  się  powtórnie,  tym  razem  z  Anną  Magdaleną 

Wulcken, która mając lat dwadzieścia była o szesnaście młodsza od niego. Była bardzo dobrą 

śpiewaczką,  a ponadto świetnie przepisywała  nuty. Przepisywała rękopisy  męża  i po  jakimś 

czasie  jej  pismo  zaczęło  wyglądać  tak,  jak  jego.  Może  sama  napisała  część  utworów...  kto 

wie? 

Szef  Bacha,  książę  Leopold,  także  ożenił  się  w  tym  czasie,  ale  nie  miał  takiego 

szczęścia.  Jego  nową  żoną  została  kuzynka,  księżniczka  Anhalt-Bernberg,  która  uważała 

muzykę za marnowanie czasu. Lubiła za to robótki ręczne, ale to jednak nie to samo. I tak w 

roku 1723 Bach i jego nowa żona zapakowali swój dobytek i dzieciaki (w tym czasie było ich 

siedmioro: czterech chłopców i trzy dziewczynki) i przenieśli się do Lipska, gdzie Bach został 

mianowany kantorem i dyrektorem muzycznym Thomasschule. Jego dobytek stanowiło sześć 

klawesynów, lutnia i parę innych instrumentów, kilka lichtarzy, dwa srebrne dzbanki do kawy 

- jeden duży, drugi mały - srebrny dzbanek do herbaty i meble różnego rodzaju. Miał też trzy 

różne płaszcze (jedwabny był,  jak mówił, nieco zniszczony)  i jedenaście lnianych koszul „w 

praniu”. Prawdopodobnie odebrał je, zanim opuścił miasto. 

Do  obowiązków  Bacha  w  szkole  św.  Tomasza  należało  uczenie  chłopców  muzyki, 

łaciny  i gramatyki oraz prowadzenie statecznego i spokojnego życia.  Do prowadzenia  lekcji 

łaciny wynajął zastępcę nazwiskiem Petzoldt* [*Nie mogę powiedzieć, żebym miał mu to za 

złe.]  Bach  był  w  Lipsku  bardzo  zajęty.  Kiedy  nie  musztrował  małych  chłopców,  poświęcał 

czas pisaniu:  skomponował trzysta kantat, Mszę h-moll i wielką Pasję według św. Mateusza, 

(jeśli chcecie,  możemy też wspomnieć o Pasji według świętego Jana). W wolnych chwilach 

komponował  też  inne  rzeczy.  Nie  opuścił  go  dawny  temperament:  kiedy  władze 

uniwersyteckie  odrzuciły  jego  podanie,  w  którym  wyraził  gotowość  napisania 

okolicznościowego utworu, i dały to zlecenie człowiekowi nazwiskiem Gorner, Bach rzucił w 

niego swoją peruką i powiedział, że ów lepiej by zrobił, gdyby został szewcem. Pensja Bacha 

w szkole wynosiła 700 talarów rocznie, plus dodatkowe wynagrodzenie za prowadzenie chóru 

podczas pogrzebów.* [*W liście do swego przyjaciela, Erdmanna, Bach utyskiwał, że ludzie 

w Lipsku nie umierają na tyle licznie, by zapewnić mu przyzwoite utrzymanie.] 

Stary rektor szkoły zmarł i został zastąpiony przez Johanna Augusta Ernestiego. Był to 

jeden  z  owych  postępowych  facetów,  co  to  nie  troszczą  się  specjalnie  o  muzykę.  Miał 

background image

zwyczaj  nazywać  chłopców  ze  szkolnej  orkiestry  „knajpianymi  grajkami”,  co  nie  wpływało 

dobrze na ich morale. Bach spędzał coraz więcej czasu na podróżowaniu po całym kraju, jako 

wymówkę podając opiniowanie nowych organów. 

W ostatnich latach życia był prawie niewidomy i bardzo podupadł na zdrowiu. Był w 

stanie  zanotować  jeszcze  tylko  pierwszych  239  taktów  ostatniej  fugi  ze  Sztuki  fugi, 

najbardziej  zadziwiającej  i  skomplikowanej  kompozycji  fugowanej,  jaką  kiedykolwiek 

napisano. Angielski okulista, John Taylor, podjął próbę zoperowania jego oczu, ale nie dało to 

dobrych  rezultatów:  operacja  uczyniła  go  kompletnie  niewidomym.  Niespodziewanie,  18 

lipca 1750 roku, wzrok Bacha cudem powrócił, kompozytor dostał jednak ataku apopleksji.* 

[*Prawdopodobnie zobaczył rachunki od lekarza.] Zmarł w 10 dni później. 

Anna  Magdalena  nie  wyszła  powtórnie  za  mąż  i  próbowała  wyżyć  za  nędzną  rentę. 

Umarła jako handlarka na lipskiej ulicy. 

Wilhelm Friedemann nieźle się spisywał jako kompozytor i solista-wirtuoz. Jedno ze 

źródeł mówi, że „miał pięknie ukształtowaną dłoń o długich palcach”. 

Carl  Philipp  Emanuel  pracował  dla  Fryderyka  Wielkiego,  króla  Prus.  Fryderyk  lubił 

grać na flecie, ale dość swobodnie traktował tempo. C. P. E. grał swoje i siedział cicho. Bądź 

co bądź, Fryderyk był królem. 

Johann Christian przeniósł się do Londynu i komponował opery. 

Byli i  inni Bachowie, ale żaden z nich nie osiągnął zbyt wiele.  Wnuk Bacha, Johann 

Sebastian  II,  był  malarzem,  ale  to  by  było  na  tyle.  W  maju  roku  1871,  jak  pisze  historyk 

Stanford Terry, „krew Bacha przestała płynąć w żyłach śmiertelników”. 

 

 

HAENDEL 

 

Gdyby  ktokolwiek  przypuszczał,  że  z  Haendla  wyrośnie  tak  wielki  kompozytor,  być 

może wiedzielibyśmy więcej o pierwszych latach jego życia. Niestety, nikt wtedy nie zwracał 

na niego większej uwagi.* [*Następnym razem będziemy mądrzejsi. Niektórzy ludzie już tacy 

są.] 

Jerzy  Fryderyk  Haendel  urodził  się  w  1685  roku  w  niewielkim  mieście  Halle,  w 

Saksonii. Jeśli pojedziecie dziś do Halle, znajdziecie tam dom z tabliczką „Miejsce urodzenia 

Haendla”. Haendel urodził się w domu obok. 

Jego dziadek,  Valentin Haendel przeprowadził się do Halle około roku 1600 i został 

oficjalnym  miejskim kontrolerem  wagi chleba.  Jego ojciec,  Georg  (czyli też Jerzy), który w 

background image

chwili narodzin chłopca miał sześćdziesiąt dwa lata, był znanym cyrulikiem i chirurgiem. To 

nad  wyraz  użyteczna  kombinacja  zawodów,  chociaż  klienci  musieli  być  ostrożni,  prosząc 

Georga,  żeby  uciął  trochę  na  górze  i  po  bokach.  Ale  przynajmniej  jeśli  zaciął  kogoś  przy 

goleniu, wiedział, jak go zszyć z powrotem. Pewnego razu usunął część ostrza noża chłopcu, 

który  połknął  go  półtora  roku  wcześniej.  Georg  po  prostu  zawiązał  na  odłamku  pętlę  ze 

sznurka i pociągnął. Chłopiec zdobył sławę jako Rudolf Połykacz Szpad. 

Ojciec  Haendla  nie  interesował  się  muzyką,  więc  uważał,  że  jego  syn  też  nie 

powinien.*  [*W  muzyce  roi  się  od  ludzi,  którzy  mogli  zostać  prawnikami.  Zdaje  się,  że  to 

typowy  przypadek.]  Chciał,  żeby  chłopak  został  prawnikiem  i  do  czegoś  w  życiu  doszedł. 

Jego  matka,  Dorothea,  była  bardziej  tolerancyjna,  i  jak  głosi  wieść,  przeszmuglowała  do 

domu  mały,  cichy  instrument  klawiszowy,  zwany  klawikordem,  aby  chłopiec  mógł  w  nocy 

ćwiczyć na strychu, kiedy ojciec już spał. Ta historyjka jest zbyt piękna, aby była prawdziwa. 

Jeśli pytacie mnie o zdanie, sądzę, że wymyślił ją sam Haendel.* [*Według niektórych wersji, 

to ciotka Anna podarowała mu instrument. Ale po co komplikować sprawy?] 

Pewnego  dnia,  kiedy  miał  około  dziesięciu  lat,  pomaszerował  z  ojcem  do  pałacu 

księcia,  który  życzył  sobie  więcej  loków  i  małego  podstrzyżenia  z  tyłu.  Kiedy  ojciec  zajęty 

był  cięciem,  chłopiec  zawędrował  do  kaplicy,  gdzie  stały  organy.  Zapominając  o  dobrych 

manierach,  zaczął  grać  jeden  z  utworów  wyćwiczonych  na  strychu.  Na  szczęście  książę  się 

nie  pogniewał,  przeciwnie  -  obiecał  ojcu  lekcje  muzyki  dla  chłopca.  I  tak  Jerzy  Fryderyk 

zaczął się uczyć gry na organach u człowieka nazwiskiem Zachau. 

Haendel  zapisał  się  na  uniwersytet  w  Halle  w  wieku  siedemnastu  lat,  by  studiować 

prawo.  Jego ojciec  zmarł  w  tym  samym  roku,  ale  Jerzy  Fryderyk  i  tak  kontynuował  studia, 

choć  nie  miał  do  tego  serca.  Żeby  nie  wiem  co,  i  tak  wolał  koncerty  od  kodycyli.  Ale 

powinniście  zobaczyć  jego  testament.  Jest  w  nim  więcej  kodycyli  niż  możecie  sobie 

wyobrazić.  Był  to  jednak  miły  gest  w  stosunku  do  staruszka.  Mimo  to  dość  szybko  i 

skwapliwie skorzystał Haendel z szansy objęcia posady organisty katedry w Halle i porzucił 

szkołę.  Grywał  tam  zresztą  już  wcześniej,  i  to  wielokrotnie,  kiedy  tamtejszy  organista 

pojawiał się zbyt pijany, żeby grać. 

Przed rokiem 1703 Haendel opuścił  Halle dla wielkiego  miasta,  jakim  był Hamburg. 

Utrzymywał  się  z  grania  drugich  skrzypiec  w  orkiestrze  operowej  i  prywatnych  lekcji. 

Haendla  nie  satysfakcjonowało  granie  drugich  skrzypiec  gdziekolwiek.  Ale  to  dawało 

utrzymanie.* [*Pamiętacie? To samo przytrafiło się Bachowi. Może lepiej nie pytać.] 

Zaprzyjaźnił  się  z  Johannem  Matthesonem  i  obaj  pojechali  do  Lubeki,  by  poznać 

Dietricha Buxtehudego, wielkiego duńskiego organistę.  Obu  im  zaproponował swoją posadę 

background image

w  zamian  za  poślubienie  córki.  Odpowiedzieli,  że  pomyślą  o  tym,  i  w  pośpiechu  opuścili 

miasto. 

Haendel  i Mattheson pokłócili się  strasznie pewnego razu i postanowili rozstrzygnąć 

spór  za pomocą pojedynku  na rapiery.  Cios Matthesona  mógł  mieć poważne konsekwencje, 

ale jego szpada zatrzymała się na guziku płaszcza Haendla. Potem spór został załagodzony i 

znowu byli przyjaciółmi, ale Haendel zaczął odtąd nosić płaszcze z bardzo dużymi guzikami. 

Jego  pierwsze  dwie  opery  zostały  wystawione  w  Hamburgu:  odniosły  umiarkowany 

sukces.  Kompozytor  wiedział  jednak,  że  jeśli  chce  tworzyć  wielką  operę,  musi  udać  się  do 

Włoch.  Uczynił to w roku 1706, choć nie  jest  jasne,  skąd wziął pieniądze,  żeby  sobie  na to 

pozwolić. 

Większą  część  roku  1707  spędził  w  Rzymie,  chociaż  nie  wystawiano  tam  żadnych 

oper. Papież  ich zakazał,  jako nieprzyzwoitych  i  bluźnierczych. Mimo braku  oper  Haendel  i 

tak  dobrze  się  bawił,  biorąc  udział  w  licznych  wydarzeniach  muzycznych  i  bywając  na 

przyjęciach poznał wszystkich wybitnych kompozytorów włoskich owych czasów, takich jak 

Archangelo Corelli i obaj Scarlatti - Alessandro i jego syn, Domenico. 

Haendel i młody Scarlatti rywalizowali o miano lepszego wirtuoza. Scarlatti wygrał na 

klawesynie,  ale Haendel  nie dał  mu  szansy  na organach, tak więc skończyło  się  na remisie. 

Przez  jakiś  czas  Jerzy  Fryderyk  bawił  się  w  turystę.  Wybrał  się  do  Wenecji.  W  1709  roku 

wystawiono  tam  jego  operę  Agrippina.  Publiczność  była  nią  tak  zachwycona,  że  zaczęła 

wołać: Viva il caro Sassone, co znaczy Niech żyje kochany Saksończyk. Haendel był na fali i 

wiedział  o  tym.  Łącznie  spędził  we  Włoszech  około  trzech  lat.  Oprócz  oper  skomponował 

niemal sto kantat i trochę muzyki kościelnej. No i dobrze się bawił. 

W  1710  roku  przyjął  posadę  kapelmistrza  u  elektora  Hanoweru.  Dostał  tę  pracę, 

ponieważ  znał  kogoś,  kto  znał  kogoś.*  [*Tak  samo  jest  i  dzisiaj.]  Po  kilku  miesiącach 

poprosił o urlop, żeby pojechać do Londynu. Po drodze, przejeżdżając przez Halle, wpadł do 

swojej mamy, która kazała mu zabrać czyste skarpetki i napisać do domu, kiedy tylko będzie 

miał okazję. 

W  Anglii  stał  się  jeszcze  większą  gwiazdą,  niż  był  we  Włoszech.  Londyńczycy 

przyjęli go z wielkim entuzjazmem. Od czasu śmierci Purcella w 1695 roku nie mieli żadnego 

naprawdę porywającego kompozytora, więc przybył w samą porę. Z okazji swojej pierwszej 

wizyty  w  Londynie  skomponował  operę  Rinaldo,  uwielbianą  przez  tłumy.  Całe  obszerne 

fragmenty  Rinalda  zaczerpnięte  zostały  z  Agrippiny,  wcześniejszej  opery  Haendla,  i  z  kilku 

oratoriów,  ale  słuchacze  tego  nie  wiedzieli.  A  Haendel  nie  miał  zamiaru  ich  o  tym 

informować.*  [*Haendel  często  zapożyczał  swoją  własną  muzykę.  Później  stał  się  nieco 

background image

bardziej zachłanny i zaczął podkradać także od innych kompozytorów]. 

Jedną z atrakcji Rinalda było zastosowanie fletów prostych, które naśladowały śpiew 

ptaków.  A  na  wypadek,  gdyby  nie  zostało  to  właściwie  zrozumiane,  w  czasie  każdego 

przedstawienia  wypuszczano  na  scenę  kilka  żywych  wróbli.  Chwyty  tego  rodzaju  są  w 

porządku,  dopóki  nie  wymkną  się  spod  kontroli.*  [*W  jednej  z  jego  późniejszych  oper 

występowały  żywe  niedźwiedzie.]  W  końcu  Haendel  uświadomił  sobie,  że  lepiej  będzie 

dotrzymać słowa i powrócić do pracy w Hanowerze, chociaż wcale nie miał na to ochoty. W 

porównaniu z Londynem życie na dworze hanowerskim było nudne. W ciągu niespełna roku 

przekonał elektora, by znowu puścił go do Londynu, obiecując wrócić w „rozsądnym” czasie. 

Jego pierwsza wizyta w Londynie trwała siedem miesięcy. Ta druga prawie pięćdziesiąt lat. 

Skomponował  parę  oper  na  sezon  1712,  a  także  odę  na  urodziny  królowej  Anny, 

będącą  jego  pierwszym  utworem  do  tekstu  angielskiego.  Wprawdzie  nie  znał  jeszcze  zbyt 

dobrze języka, ale pracował z wielkim zapałem. 

W  roku  1713  Owen  MacSwiney,  dyrektor  teatru  Haymarket,  opuścił  miasto  ze 

wszystkimi pieniędzmi uzyskanymi za operę Haendla, Teseo. Położyło się to cieniem na ich 

stosunkach. 

W  roku  1714  zmarła  królowa  Anna  i  szef  Haendla,  elektor  Hanoweru  (co  za 

niespodzianka!)  został  królem  Anglii,  Jerzym  I.  Nie  potrafił  powiedzieć  ani  słowa  po 

angielsku,  ale  zdawało  się  to  nie  przeszkadzać  nikomu,  a  już  najmniej  jemu.  Nigdy  nie 

wiedział, o czym jest właśnie mowa, ale to nie był warunek otrzymania posady. 

Wielu  sądzi,  że  Jerzy  był  zły  na  Haendla,  za  to  że  od  niego  zwiał.  Krąży  więc 

historyjka,  o  tym,  jak  to  Haendel  skomponował  suitę  orkiestrową,  znaną  jako  Water  Music 

(Muzyka na wodzie), żeby powrócić do łask króla. Jerzy wcale nie był zły. Przeciwnie. Jedną 

z pierwszych rzeczy, jakie zrobił, kiedy tylko przybył do Anglii,  było przyznanie Haendlowi 

podwyżki.  Zaszczycił  także  swą  obecnością  przedstawienie  jego  opery  Rinaldo.  Był  niby  w 

przebraniu,  ale  przyprowadził  jedną  ze  swoich  ulubionych  kochanek  i  oboje  szczebiotali 

przez cały czas po niemiecku, więc wszyscy wiedzieli, kim jest.* [*Wiecie,  jak to jest: traci 

się poczucie czasu.] 

Nie  ma  wątpliwości,  że  Jerzemu  podobała  się  Muzyka  na  wodzie,  którą  Haendel 

skomponował na osobliwą królewską wycieczkę po Tamizie. Król i jego przyjaciele płynęli w 

dół rzeki, jedząc i pijąc, podczas gdy kompozytor z pięćdziesięcioma muzykami płynął obok 

nich na innej barce, grając muzykę taneczną. Królowi Muzyka tak bardzo przypadła do gustu, 

że  musiano  mu  ją  zagrać  trzy  razy.  Był  to  olbrzymi  sukces,  chociaż  grający  nieco  się 

zamoczyli. 

background image

Haendel przeniósł się na jakiś czas do Middlesex, gdzie przebywał jako gość Jamesa 

Brydgesa, księcia Chandos. Chandos był skarbnikiem armii królowej Anny podczas wojny o 

sukcesję  hiszpańską  i  jakimś trafem po  jej zakończeniu  był  sporo bogatszy  niż  na początku. 

Wydał  fortunę  na  budowę  wielkiego  domu,  zwanego  Cannons,  w  którym  było  mnóstwo 

gościnnych  pokoi.  W  czasie  swojego  tam  pobytu  Haendel  skomponował  jedenaście 

kościelnych  anthemów,  znanych  teraz  jako  Chandos  Anthems.  Anegdota  głosi,  że  pewnego 

razu  podczas  burzy  Haendel  schronił  się  w  wiejskiej  kuźni,  a  potem  skomponował  cykl 

wariacji  na  temat  melodii  gwizdanej  przez  „Muzykalnego  Kowala”.  Możecie  w  to  wierzyć, 

jeśli chcecie. 

W  roku  1719  grupa  arystokratów  założyła  Królewską  Akademię  Muzyki  i  poprosiła 

Haendla,  by  został  jej  dyrektorem  muzycznym.  Chcieli  wykonywać  wielkie  opery.  Jerzy 

Fryderyk  pojechał  więc  do  Europy  zaangażować  śpiewaków.  Zajrzał  też  do  Halle  zobaczyć 

się  z  matką.  Słysząc,  że  Haendel  jest  w  mieście,  Bach  przewędrował  dwadzieścia  mil  z 

Lipska, by się z nim zobaczyć, ale kiedy przybył, Haendel właśnie był wyjechał. 

Opera  w  XVIII  wieku  była  całkiem  inna  niż  dzisiejsza.  Publiczność  nawet  nie 

udawała,  że  słucha  muzyki.  Przychodzono  tam  w  celach  towarzyskich,  by  pograć  w  karty, 

jeść i flirtować z kim się miało ochotę. Śpiewacy też nie byli lepsi. Mieli zwyczaj włączania 

do akcji swoich ulubionych arii, nawet jeśli pochodziły z innej opery. 

Główna  rola  kobieca  (nazywana  prima  donna)  śpiewana  była  zazwyczaj  przez 

sopranistkę.  Główną  partię  męską  grał  przeważnie  kastrat  pochodzący  z  Włoch,  gdzie 

specjalizowali się w operacjach tego rodzaju i mieli ostrzejsze noże. Nazywany był on primo 

uomo.  Tenorów  wykorzystywano  rzadko,  i  nigdy  w  ważnych  rolach.  Muzyka  składała  się 

głównie z arii, około trzydziestu, w formie da capo z wbudowaną powtórką. To tak, jakby się 

miało zagwarantowany bis. 

Akademia Królewska została otwarta w 1720 roku i Haendel energicznie zabrał się do 

pracy,  komponując  jedną operę po drugiej.  Publiczność stworzyła rywalizację  między  nim  a 

innym  kompozytorem,  Bononcinim.  To  było  jednak  nic  w  porównaniu  z  walką  o  palmę 

pierwszeństwa dwu głównych sopranów, Cuzzoni i Faustiny. 

Haendel  przywiózł  Cuzzoni  z  Włoch.  Była  nieco  kapryśna,  ale  miała  cudowny  głos. 

Horace Walpole opisuje ją jako małą i przysadzistą. Kiedy pewnego razu nie zgodziła się ze 

sposobem, w jaki Haendel kazał jej śpiewać arię, ten trzymał ją za oknem, póki nie podzieliła 

jego punktu widzenia. 

Przez  cały  czas  miał  kłopoty  ze  śpiewakami.  Kiedy  tenor  nazwiskiem  Gordon 

zagroził,  że wskoczy  na  jego klawesyn,  kompozytor odpowiedział:  „Uprzedź  mnie kiedy,  to 

background image

dam ogłoszenie. Więcej ludzi przyjdzie zobaczyć jak skaczesz, niż posłuchać, jak śpiewasz”. 

To mu zamknęło gębę. 

Aby  przyciągnąć  większe  tłumy.  Akademia  sprowadziła  inny  sopran,  śpiewaczkę 

nazwiskiem Faustina. Jej rywalizacja z Cuzzoni doszła do absurdu. W jednej z oper Haendel 

musiał  skomponować dwie arie,  po jednej dla każdej z pań, z  jednakową  liczbą  nut, tak,  by 

nie  uchybić  żadnej  z  nich.  Współzawodnictwo  osiągnęło  apogeum  w  roku  1727,  w  czasie 

przedstawienia  opery  Bononciniego  Astianatto.  Poszczególne  frakcje  publiczności 

wygwizdywały  przeciwniczkę,  aplauzem  reagując  na  swoją  faworytkę.  Widownia  rozgrzała 

się  do tego  stopnia,  że  wybuchła  walka,  której  towarzyszyła  bójka  na  scenie  -  dwa  soprany 

walczyły na zęby i paznokcie. Niektórzy traktują rozrywkę bardzo poważnie. 

W tym samym roku Jerzy I zmarł, zjadłszy za dużo melonów; jego sukcesorem został 

Jerzy  II.*  [*Jerzy  II  nie  był  lepszy.  Zmarł  siedząc  w  toalecie.]  Na  jego  koronację  Haendel 

skomponował anthem Zadok The Priest* [*Kapłan Zadok], który od tej pory wykonuje się na 

każdej koronacji. Ale Jerzy dostał go jako pierwszy. 

W  roku  1729  Haendel  odbył  drugą  podróż  do  Włoch  w  poszukiwaniu  dobrych 

śpiewaków i powrócił z sopranistką nazwiskiem Anna Maria Strada del Po. Pozostała ona w 

stosunku  do  niego  lojalna,  nawet  wtedy,  kiedy  interesy  szły  źle  i  kiedy  inni  jego  śpiewacy 

zdezerterowali  do  konkurencyjnego  teatru  operowego  -  The  Opera  of  the  Nobility. 

Spekulowano,  że  Haendel  i  Strada  mogli  mieć  romans,  ale  nie  znajduję  dowodów 

podtrzymujących  tę  teorię.  W  rzeczywistości  niewiele  wiadomo  o  jego  życiu  uczuciowym. 

Nie  ożenił  się  nigdy,  chociaż  zdawał  gustować  w  towarzystwie  kobiet.  (Była  taka,  z  którą 

podróżował po Europie  jako  młody człowiek,  ale zapomniałem  nazwiska). Historyk Stanley 

Sadie  tak  to  ujmuje:  „Kompozytor,  który  potrafił  portretować  kobiety  w  swojej  muzyce  w 

sposób tak żywy, jak robił to Haendel, nie mógł być w tej kwestii całkowitym ignorantem w 

realnym życiu”. Taktownie powiedziane. 

W  jakimś  miejscu  każdej  dyskusji  o  Haendlu  musi  pojawić  się  jego  oratorium 

Mesjasz. Oratorium było dla Haendla użyteczną ucieczką od problemów związanych z operą. 

Pod wieloma względami  muzyka jest taka sama,  ale odpadają wszystkie kłopoty związane z 

dekoracjami,  kostiumami  i  ruchem  scenicznym.  Na  ogół  oratorium  jest  o  wiele  tańsze  w 

produkcji  niż  opera,  co  musiało  przemawiać  do  jego  zmysłu  do  interesów.*  [*Do  opery 

zniechęcały go także okropne libretta. Punktem kulminacyjnym Serse, na przykład, jest pieśń 

miłosna głównego bohatera skierowana do drzewa.] 

Mesjasz powstał w ciągu zaledwie trzech tygodni. To szybko, ale do rekordu daleko, 

nawet  jak  na  niego.*  [*Operę  Faramondo  skomponował  w  dziewięć  dni.  To  dopiero 

background image

świadczy o jego możliwościach.] Libretto skompilował Charles Jennens - dobry librecista, ale 

też rozrzutny  fircyk.  Miał  specjalnego służącego,  którego zadaniem  było zbieranie skorupek 

po ostrygach, które Jennens rozrzucał wszędzie, gdziekolwiek przechodził. 

W drodze na dublińską premierę Mesjasza Haendel zatrzymał się na krótko w Chester 

i zebrał grupę  śpiewaków,  żeby  przećwiczyć kilka  nowych chórów.  Jeden z  basów,  drukarz 

nazwiskiem Janson narobił tyle błędów, że Haendel wściekł się na niego: „Zdawało mi się, że 

mówił pan, iż umie czytać nuty a Vista”. „Tak, proszę Pana, umiem” - odpowiedział Johnson 

- „ale nie prima Vista”. Mesjasz został po raz pierwszy wykonany w 1742 roku dla siedmiuset 

osób  upchniętych  w  teatrze  zdolnym  pomieścić  sześćset.  W  anonsach  proszono  panie  o 

ubranie się w spódnice bez krynolin, a panów - o pozostawienie szpad w domu, by zajmowali 

mniej miejsca. Był to olbrzymi sukces, powtórzony później w Londynie, gdzie Haendel odtąd 

co rok używał Mesjasza do hucznego zamykania sezonu. 

Jerzy  Fryderyk  był  oczywiście  ekspertem  od  wielkiej,  efektownej  muzyki.  Pewnego 

razu powiedział do kompozytora Glucka: „Anglicy lubią to, do czego mogą wybijać takt, od 

czego  pękają  im  bębenki  w  uszach”.*  [*Musimy  jednak  pamiętać,  że  Haendel  powiedział 

kiedyś o Glucku: „wie o kontrapunkcie nie więcej niż mój kucharz”.] 

Jak  każdy  może  wam  opowiedzieć,  król  był  tak  poruszony  pierwszym  londyńskim 

wykonaniem oratorium Alleluja, że aż wstał, dając tym samym początek idiotycznej tradycji, 

która trwa do dzisiaj. Osobiście sądzę, że przysnął i nagłe tutti poderwało go na nogi. Jeśli już 

mówimy o „mocnym uderzeniu”, to wspomnieć tu trzeba o Royal Fireworks Music (Muzyce 

Królewskich Ogni Sztucznych) Haendla. Król wydał wielkie przyjęcie z ogniami sztucznymi 

i skomponowaną do nich muzyką. Jednak specjalny podest podtrzymujący fajerwerki stanął w 

ogniu i wszystko wybuchło za wcześnie. Potem spadł deszcz. Kiedy dym się rozwiał, okazało 

się, że jest dwóch zabitych i setki rannych. Ale muzyka była ładna. 

W  tych  czasach  Haendel  zestarzał  się,  bardzo  utył  i  zaczął  ślepnąć.  Jego  wzrok 

pogorszył  się  jeszcze  po  operacji  przeprowadzonej  przez  Johna  Taylora,  który  zasługuje  na 

miejsce w historii, zrujnowawszy wzrok dwu największych kompozytorów tej epoki, Bacha i 

Haendla, a także historyka Edwarda Gibbona. 

Haendel  umarł  w  Wielki  Piątek  1759  roku  i  został  pogrzebany  w  Opactwie 

Westminsterskim,  pośród  poetów.  Pomyślicie  pewnie,  że  biorąc  pod  uwagę  ilość  utworów, 

jakie  skomponował,  ktoś  powinien  był  pomyśleć  o  wykonaniu  jednego  z  nich  podczas 

pogrzebu.  Tymczasem  muzykę  żałobną  skomponował  William  Croft.  Haendel  zemścił  się 

później.  Crofta  nikt  już  dzisiaj  nie  słucha.  Dużo  można  osiągnąć,  kiedy  się  człowiek 

naprawdę postara! 

background image
background image

KILKA KLASYCZNYCH PRZYKŁADÓW 

 

 

HAYDN 

 

Haydn nie miał ani błyskotliwej indywidualności Mozarta, ani posępnej, romantycznej 

pasji Beethovena. Był raczej typem ze średniej kadry kierowniczej. 

Jako  młody  człowiek  mieszkał  kilka  lat  w  Wiedniu,  usiłując  związać  koniec  z 

końcem, ale większość swojego życia - prawie pięćdziesiąt lat - spędził na tej samej posadzie, 

dającej  mu  możliwość  tworzenia  i  finansowe  zabezpieczenie.  Był  o  dwadzieścia  cztery  lata 

starszy  od  Mozarta,  a  jednak  przeżył  go  o  osiemnaście  lat.  I  do  ostatnich  lat  życia,  w 

przeciwieństwie  do  Beethovena,  cieszył  się  dobrym  zdrowiem.  Mieszkał  na  poddaszu,  i  w 

ogóle. Ostatni okres życia spędził na zasłużonej, spokojnej emeryturze, otoczony wygodą i z 

prywatnym  zapasem  swego  ulubionego  wina,  tokaju.  Umarł  w  roku  1809,  w  wieku 

siedemdziesięciu  siedmiu  lat,  ze  sporą  sumką  odłożoną  w  banku  i  garderobą  pełną  ładnych 

ubrań. Byłby jeszcze szczęśliwszy, gdyby jego życie uczuciowe ułożyło się lepiej. 

Haydn urodził się w roku 1732 w rodzinie prostych wieśniaków w małej austriackiej 

miejscowości Rohrau, niedaleko granicy węgierskiej.  Jego ojciec  był kołodziejem w drugim 

pokoleniu,  jego  matka  zaś  -  kucharką.  Ochrzcili  swojego  syna  Franz  Joseph,  ale  w  domu 

nazywali  go  Sepperl.  Jako  chłopiec  był  dobrze  ułożony  i  czysty.  Lubił  udawać,  że  gra  na 

skrzypcach wziąwszy dwa kawałki drewna na opał. Był to jednak dopiero początek. 

Kiedy  miał  sześć  lat  przeniósł  się  do  kuzyna,  nauczyciela  z  pobliskiego  miasta 

Hainburg.  Kuzyn  ów,  Franek,  był  człowiekiem  surowym,  przeświadczonym,  że  uczniowie 

mogą nauczyć się wszystkiego, jeśli tylko bija się ich dostatecznie często. Haydn nauczył się 

od niego przynajmniej tyle, by przyjęto go jako chórzystę do katedry św. Stefana w Wiedniu. 

Przesłuchał go kierownik chóru, Georg Reutter, który przekupywał go czereśniami i nauczył 

jak  się  śpiewa  tryl.  Dużo  później  Haydn  powiedział,  że  nigdy  już  nie  mógł  słuchając  tryli 

pozbyć się myśli o smaku czereśni. 

Mały Haydn był dobrym śpiewakiem, ale nieco psotnym. W końcu doigrał się - jeden 

z  kawałów  kosztował  go  utratę  miejsca.  Obciął  warkoczyk  chłopcu  stojącemu  przed  nim  i 

Reutter  wywalił go z chóru. Stało się to w samą  porę: rozpoczynał  mutację  i zaczynano coś 

przebąkiwać  o  kastracji.  Został  więc  sam  na  sam  ze  swymi  siedemnastoma  latami,  trzema 

zniszczonymi koszulami, obszarpanym płaszczem i bez grosza przy duszy. 

Przez  następnych  parę  lat  prowadził  cygańskie  życie  jednego  z  wielu  ulicznych 

background image

wiedeńskich  grajków.  Poza  tym  zarabiał  trochę  lekcjami  muzyki,  akurat  tyle,  by  opłacić 

komorne  za  maciupeńkie  poddasze  przy  Michaelerplatz.  Późną  nocą  studiował  utwory 

fortepianowe Carla Philippa Emanuela Bacha i komponował własne. 

Pierwszy  wielki przełom  nastąpił, kiedy wraz z kilkoma kolegami wykonał serenadę 

pod  domem  Johanna  Josepha  Kurza,  aktora  i  mima,  od  jego  najsłynniejszej  roli  zwanego 

powszechnie  Kurz-Bernardon.  Bernardon  to  rodzaj  postaci  komediowej,  prostaczek  znany 

także  jako  Hanswurst.  Kurz  zamówił  u  Haydna  muzykę  do  opery  komicznej  Der  krumme 

Teufel  (Garbaty  Diabeł).  Haydn  dostał  za  nią  dwadzieścia  pięć  dukatów,  co  pozwoliło  mu 

poczuć  się  bardzo  bogatym.  Potem  jego  sprawy  zaczęły  wyglądać  coraz  lepiej.  Dworski 

poeta, Metastasio, mieszkał w tym samym domu w nieco ładniejszym mieszkaniu. To poprzez 

niego  poznali  się  Haydn  i  Niccola  Porpora,  słynny  nauczyciel  śpiewu  i  kompozytor.  Haydn 

został jego akompaniatorem i lokajem. Porpora nauczył go nie tylko podstaw kompozycji, ale 

także czyszczenia butów i aksamitnego płaszcza. 

Mniej  więcej  w  tym  czasie  Haydn  zakochał  się  do  szaleństwa  w  jednej  ze  swoich 

uczennic, ślicznej młodej pannie, Therese Keller, córce perukarza. Chciał się z nią żenić, ale 

ona postanowiła zostać mniszką. Kiedy w roku 1756 wstępowała do klasztoru, skomponował 

na tę ceremonię niewielki koncert organowy na dowód iż nie żywi urazy. Jako rodzaj nagrody 

pocieszenia, ojciec Teresy zaproponował mu poślubienie jej starszej siostry, Anny Marii. Ona 

miała  lat  trzydzieści  jeden,  on  dwadzieścia  osiem.  Zbyt  przybity,  by  jasno  myśleć,  wyraził 

zgodę. Pożałował tego: Anna Maria była brzydka, kłótliwa i okazała się fatalną gospodynią. 

Niedługo  po  ślubie  przeżyła  odrodzenie  religijne  i  spędzała  całe  godziny  na  rozmowach  z 

duchownymi, którzy odwiedzali  ich dom. Najgorsze ze wszystkiego było to, że zupełnie nie 

miała  uznania  dla  niego  jako  muzyka.  Nie  obchodziło  jej,  czy  jest  szewcem,  czy 

kompozytorem. Używała jego rękopisów do wykładania blach do ciasta, albo cięła papier na 

papiloty. Jak na ironię, Teresa wkrótce opuściła klasztor. Ale wtedy było już za późno. 

Haydn miał na swoje cierpienia proste antidotum: wałęsał się tu i ówdzie. Powiedział 

później, że nie robi sobie z tego powodu wielkich wyrzutów, ponieważ jego żona nie mogła 

mieć  dzieci.*  [*Nie  jestem  pewien,  czy  nadążam  za  jego  rozumowaniem,  ale  nie  mogę 

powiedzieć,  żebym  go  potępiał.]  Najpierw  zakochał  się  w  śpiewaczce.  Nazywała  się  Luiga 

Polzelli. Oboje nie przestawali żywić nadziei, że jej mąż i jego żona umrą. Jej mąż, owszem, 

umarł, ale żona Haydna żyła,  jak  na złość, aż do roku 1800, kiedy on  miał  już sześćdziesiąt 

osiem  lat.  Polzelli  wyszła  tymczasem  za  kogoś  innego.  Drugą  miłością  Haydna  -  poznał  ją 

podczas  wizyty  w  Londynie  -  była  również  śpiewaczka,  Rebecca  Schroeter.  Były  też 

prawdopodobnie inne. 

background image

Dzięki  swojej  znajomości  z  Porporą,  Haydn  dostał  niebawem  pracę  kompozytora  na 

dworze  czeskiego  arystokraty,  hrabiego  Morzina.  Następnie  zaproponowano  mu  posadę,  na 

której  pozostał  do  końca  życia  -  nadwornego  kompozytora  i  kapelmistrza  węgierskiego 

arystokraty, księcia Paula Antona Esterhazy’ego. 

Paul Anton nie pożył długo. Wkrótce zastąpił go brat, Nicolaus  Wspaniały. Nicolaus 

był  miłym  człowiekiem  i  niezłym  muzykiem,  nawet  jeśli  miał  skłonność  do  przesadnie 

strojnego  przyodziewku.*  [*Na  Goethem  szczególne  wrażenie  zrobił  jego  wyszukany, 

ozdobiony  diamentami  mundur  huzarski.]  Uniform  Haydna  był  mniej  wyszukany:  niebieski 

ze złotymi ozdobami. Później zmienił go na czerwony ze złotymi ozdobami. 

Nicolaus  lubił  grać  na  instrumencie  zwanym  barytonem,  będącym  skrzyżowaniem 

wiolonczeli  z  gitarą.  Nikt  już  go  dzisiaj  nie  buduje.  Ale  jeśli  mielibyście  chęć  nauczyć  się 

grać na barytonie, wiedząc, że to Haydn napisał na niego około stu sześćdziesięciu utworów 

kameralnych, to powinno to zapewnić wam zajęcie na jakiś czas. 

Niezadowolony  z  rodzinnego  pałacu  w  Eisenstadt,  Nicolaus  postanowił  zbudować 

sobie  nowy,  letni  zamek,  który  nazwał  Esterhaza.  Kazał  postawić  go  na  bagnach,  na 

kompletnym odludziu, albowiem bardzo lubił polować na kaczki. Esterhaza była wspaniałym 

miejscem,  ale  Haydn  i  jego  muzycy  niechętnie  tkwili  na  tym  dzikim  bagnisku,  z  dala  od 

Wiednia,  nie wspominając  już o żonach  i  mężach.  Kwatery  były przeważnie  jednoosobowe. 

Haydn miał do dyspozycji jeden z kilku apartamentów, z pokojem dla żony, choć nie spędzał 

z nią więcej czasu, niż musiał. 

Niechęć  do  tkwienia  na  odludziu  skłoniła  Haydna  do  napisania  jednej  z  jego 

najbardziej znanych symfonii - nr 45, fis-moll, znanej jako Pożegnalna. Cały dowcip polegał 

na  tym,  że  pod  koniec  części  finałowej,  kiedy  partie  poszczególnych  instrumentów  kolejno 

milkną,  każdy  z  muzyków  gasił  swoją  świecę  i  opuszczał  scenę.  Wreszcie  zostało  tylko 

dwóch skrzypków, Haydn i Luigi Tomasini. Nicolaus pojął aluzję i następnego dnia wszyscy 

zabrali się do pakowania walizek. 

Kompozycje  Haydna  mają  więcej  przydomków  niż  dzieła  jakiegokolwiek  innego 

kompozytora w historii muzyki. Kiedy się weźmie pod uwagę fakt, że napisał, na przykład, co 

najmniej  dwadzieścia  dwie  symfonie  w  tonacji  D-dur,  przydatność  przydomków  staje  się 

zrozumiała. Łącznie napisał około stu siedmiu symfonii, tuzin mszy, pięćdziesiąt dwie sonaty 

fortepianowe  i  osiemdziesiąt  cztery  kwartety  smyczkowe.  Musiał  mieć  coś,  co  w  nocy 

trzymało go poza domem. 

Nawet jeśli jego małżeństwo okazało się katastrofą, miał pełno rzeczy, z których mógł 

być  zadowolony.  Był  szanowany  przez  swych  współczesnych,  nie  wyłączając  Mozarta  i 

background image

Beethovena,  którzy u niego studiowali.* [*Od  Beethovena przyjmował  symboliczną opłatę i 

pozwalał  mu  płacić  za  kawę,  kiedy  razem  wychodzili.]  Członkowie  jego orkiestry  nazywali 

go Papa. Miał krótkie, grube nogi i wielki nos oraz poczucie humoru ze skłonnością do figli.* 

[*Uważał  za  dość  zabawne,  kiedy  w  czasie  lekcji,  w  chwili  odwracania  strony  hrabinie 

Morzin rozpięła się bluzka.] 

Gdy  zmarł  w  1809  roku,  wyprawiono  mu  skromny  pogrzeb,  ponieważ  Austria  była 

dość zajęta najazdem wojsk Napoleona. Paru studentów medycyny ukradło czaszkę Haydna. 

Ukryli  ją  w  małej  czarnej  szkatułce,  wyściełanej  białym  jedwabiem.  Chcieli  studiować 

wypukłości na jego głowie. 

W  roku  1829,  a  więc  dwanaście  lat  po  śmierci  Haydna  książę  Nicolaus  Esterhazy 

kazał  ekshumować  ciało.  Ale  się  wściekł,  kiedy  zobaczył,  że  nie  ma  głowy!  W  końcu 

wyśledził  złodziei  i  zażądał  jej  zwrotu.  Podarowali  czaszkę  Haydna  Wiedeńskiemu 

Towarzystwu  Muzycznemu,  a  księciu  dali  w  zamian  inną.  Dopiero  w  1954  roku  głowa 

Haydna została pochowana z resztą jego ciała. Poza tym był to raczej pozbierany facet. 

 

 

MOZART 

 

Mozart to po prostu wymyślony przez boga sposób na to, żebyśmy wszyscy czuli się 

niewiele  warci.  Ilekroć  skomponujesz  utwór,  o  którym  myślisz,  że  jest  szczególnie  dobry, 

podcina  ci  skrzydła  myśl,  że  Mozart  prawdopodobnie  skomponował  lepszy  mając  dziewięć 

lat. 

27 stycznia 1756 roku był dniem jakich wiele, aż do godziny ósmej wieczorem, kiedy 

Leopoldowi i Annie Marii Mozart, w małym mieszkaniu na trzecim piętrze, wynajmowanym 

od  sklepikarza,  narodziło  się  największe  muzyczne  cudo  wszechczasów.  Imię  dziecka 

brzmiało Johannes Chrysostomus Wolfgangus Theophilus, ale on wolał Wolfgang Amadeus.* 

[*zmienił Theophilus na Amadeus, oba z nich oznaczają „Bogumił”.] 

Mały Wolfgang nie od początku był aż tak wybitny. W rzeczywistości przez pierwsze 

trzy lata życia był dość zwyczajny: siusiał w majtki, bawił się nóżką i ślinił się jak każde inne 

małe  dziecko.  Mniej  więcej  do  czwartego  roku  życia  był  kompletnym  próżniakiem  -  nie 

skomponował  ani  jednej  nuty  i  prawie  wcale  nie  grał  na  klawesynie.  W  wieku  lat  pięciu 

zakasał  rękawy  i  zabrał  się  do  poważnej  roboty.  Został  cudownym  dzieckiem  w  grze  na 

instrumentach  klawiszowych  i  zaczął  komponować  proste  utwory.  Dźwięk  trąbki  solo 

sprawiał, że z wrzaskiem wybiegał z pokoju. Nie należał też raczej do miłośników fletu. 

background image

W  wieku  dziewięciu  lat  napisał  pierwszy  utwór  chóralny,  znajdujący  się  obecnie  w 

British Museum. Jest to kompozycja do tekstu wersu z Psalmu 46 - Bóg jest naszą ucieczką i 

mocą.* [*Kto by się spierał? Można wybaczyć Mozartowi, że nazwał ten utwór madrygałem. 

Był  mały  i  musiał  się  jeszcze  wiele  nauczyć.]  Z  napisaniem  pierwszej  opery.  La  Finta 

Semplice wstrzymał się do dwunastego roku życia. Od tego momentu już nie można go było 

powstrzymać.  W  swoim  krótkim,  trzydziestosześcioletnim  życiu  Mozart  skomponował  pół 

tuzina  oper  będących  arcydziełami  i  parę  innych,  dwadzieścia  jeden  koncertów 

fortepianowych, dwadzieścia cztery kwartety smyczkowe, siedemnaście mszy, wiele różnego 

rodzaju  utworów  kameralnych  i  koncertów  na  inne  instrumenty  oraz  czterdzieści  jeden 

symfonii.* [*Może tych symfonii było o kilka więcej lub mniej. Nie będę się czepiał.] 

Dlaczego Mozart był takim rekordzistą? Bardziej niż ktokolwiek inny odpowiedzialny 

jest  za  taki  stan  rzeczy  jego  ojciec:  Leopold  bez  przerwy  gderał  i  rugał  swego  syna, 

przykazywał  ciężko pracować, zarabiać pieniądze  i  nade  wszystko nie  wałęsać  się z  innymi 

muzykami.  Ale  Mozarta  nie  interesowała  ciężka  praca:  chciał  się  dobrze  bawić.*  [*Leo 

uważał, że muzycy nie mają klasy. Może i miał rację.] 

Nie ma wątpliwości, że już małego Mozarta prześladowały natręctwa. Kiedy uczył się 

matematyki  cały  pokój  -  ściany,  podłogi,  meble  -  zasmarowany  był  cyframi  pisanymi 

kawałkiem  kredy.*  [*Jego  rodzice  powinni  się  cieszyć,  że  żyli  przed  wynalezieniem 

flamastrów.] Przyczyną jego nerwowości były nieustanne trasy koncertowe, jakie odbywał ze 

swoją  starszą  siostrą,  Anną  Marią,  znaną  jako  Nannerl.  Leopold  obwoził  swoje  dzieci,  jako 

grające  cuda,  po  wszystkich  dworach  arystokratycznych  i  wielkich  miastach  Europy.* 

[*Oboje  mieli  po  siedem  lat.]  W  czasie  wizyty  na  francuskim  dworze  królewskim  Mozart 

oświadczył się Marii Antoninie. Odrzuciła go. 

W czasie wizyty w Rzymie - miał wówczas czternaście lat - zapisał partyturę Miserere 

Allegriego,  usłyszawszy  je  tylko  raz,  śpiewane  przez  chór  w  Kaplicy  Sykstyńskiej.  Papież 

zabronił kopiowania partytury, ale nie powstrzymało to Mozarta. Mendelssohn powtórzył ten 

sam wyczyn siedemdziesiąt lat później, w wieku dwudziestu jeden lat. 

W  1782  roku,  całkowicie  wbrew  woli  ojca,  Mozart  ożenił  się  z  Konstancją  Weber, 

córką właścicielki pensjonatu, w którym mieszkał, a której starsza siostra, Alojza, wcześniej 

go  porzuciła.  Ojciec  uważał,  że  żadna  z  panien  Weber  nie  jest  dość  dobra  dla  jego  syna. 

Mozart, romantyczny jak zawsze, pisał o Konstancji w liście do niego: „Nie jest brzydka, ale 

nie  jest  też  pięknością.  Nie  jest  błyskotliwa,  ale  ma  dość  zdrowego  rozsądku,  by  podołać 

obowiązkom żony i matki”. 

Konstancja  była zupełnie tak samo nieodpowiedzialna  jak  jej  niedojrzały  małżonek  i 

background image

ich gospodarstwo było jednym wielkim bałaganem. W ciągu dziewięciu lat pobytu w Wiedniu 

przeprowadzali  się  jedenaście  razy.  Plotkowano,  że  oboje  flirtowali  na  boku,  mimo  to  byli 

zakochani i szczęśliwi. I tylko to się liczy. 

Jakiś  czas  Mozart  pracował  na  dworze  arcybiskupa  Salzburga,  aż  do  dnia,  kiedy 

potraktował arogancko jego zarządcę, który wykopał Mozarta ze stanowiska - i to dosłownie, 

w  całym  tego  słowa  znaczeniu,  prosto  w  siedzenie.  Pozycję  w  domu  arcybiskupa  zajmował 

taką, jak każdy  inny służący; kompozytorzy  nie  byli uważani za kogoś lepszego od lokajów 

czy  pokojówek.  W  liście  do  ojca  Mozart  objaśnia  etykietę,  obowiązującą  podczas  obiadu: 

„Nota bene, dwaj lokaje siedzą u szczytu stołu, ale przynajmniej dostałem miejsce wyższe niż 

kucharze”. 

Część  problemów  Mozarta  brała  się  stąd,  że  był  nieokrzesany  i  pozbawiony  taktu, 

szczególnie  w  wydawaniu  opinii  o  kolegach  kompozytorach,  ale  nie  tylko  -  zarówno  w 

listach, jak i osobiście. Kiedy zmarł francuski filozof Wolter, Mozart napisał: „Ten bezbożnik 

i arcyłajdak Wolter wykitował jak pies, jak bydlę. Oto jego nagroda”. Ludzie zazwyczaj czują 

się  dotknięci  komentarzami  tego  rodzaju.*  [*Bywał  także  sprośny.  Lektura  jego  listów  do 

kuzynki, Marii Anny Tekli, przyprawiłaby was o rumieńce.] 

Mozart  stale  borykał  się  z  kłopotami  finansowymi,  częściowo  dlatego,  że  za  wiele 

zamówień  i koncertów nie płacono  mu gotówką, lecz  podarkami.  „Ani grosza,  tylko piękny 

złoty  zegarek”  pisze  w  jednym  z  listów.  „W  podróży  potrzeba  pieniędzy,  a  ja,  powiem  ci, 

mam  teraz  pięć  złotych  zegarków”.  Często  pożyczał  pieniądze  od  przyjaciela,  Michaela 

Puchburga, któremu zdaje się nie przeszkadzało, że nigdy ich nie oddawał. 

Posada na dworze cesarza Franciszka Józefa przynosiła Mozartowi osiemset guldenów 

rocznie. To więcej niż zarabiał jego ojciec, ale znacznie mniej niż dwa tysiące, które dostawał 

Gluck.  Ale  Gluck  więcej  pracował.  Obowiązki  kompozytorskie  Mozarta  wobec  cesarza  nie 

należały do nadmiernych. Mawiał o swojej pensji: „zbyt wysoka za to, co zrobiłem, ale zbyt 

niska za to, co mógłbym zrobić”. 

Wiele  z  jego  utworów  powstało  na  specjalne  okazje  albo  w  darze  dla  przyjaciół. 

Napisał  na  przykład  serenadę  na  ślub  córki  Sigmunda  Haffnera,  zamożnego  salzburskiego 

burmistrza.*  [*Haffner  rokrocznie  wypłacał  arcybiskupowi  okrągłą  sumkę,  by  uniknąć 

sprawdzania  swoich  ksiąg  rachunkowych.]  Znaczna  część  tych  utworów  nie  przyniosła  mu 

wiele  pieniędzy,  jeśli  w  ogóle  jakieś.  Ale  doprawdy,  sam  był  sobie  winien:  pił  za  dużo  i 

znaczne kwoty przegrywał w karty i w bilard. Z obu powodów tkwił w nędzy. 

Wszyscy  lubią  myśleć,  że  Mozart  umarł  bez  grosza  i  został  pochowany  z 

bezimiennymi  biedakami.  To  nie  do  końca  prawda.  Zostawił  bowiem  długi,  a  jego  żona 

background image

załatwiła  zwykły  pogrzeb,  żeby  zmniejszyć  koszta.  Po  jego  śmierci  żona  stała  się  bardzo 

obrotna  w  interesach.  Sprawowała  troskliwą  opiekę  nad  jego  rękopisami  i  dbała  o  ich 

publikację. Wyszła potem za dyplomatę i muzyka amatora, Georga Nikolausa Nissena, który 

jest  autorem  biografii  wielkiego  kompozytora.*  [*Na  nagrobku  Nissena  napisane  jest:  „Tu 

leży mąż wdowy po Mozarcie”. Oto tytuł do sławy.] 

Konstancja  robiła  także  co  mogła,  by  bronić  reputacji  Mozarta.  Kiedy  poczuła  się 

dotknięta kilkoma komentarzami na jego temat, uczynionymi przez Schlichtegrolla, wykupiła 

cały nakład książki i usunęła obraźliwe fragmenty. Było też wiele gadania o tym,  że Mozart 

został otruty przez Salieriego, rywalizującego z nim kompozytora. Jeśli chcecie, możecie w to 

wierzyć.  Znajdziecie  się  w  doborowym  towarzystwie:  Puszkina  i  Rimskiego-Korsakowa, 

którzy  poświęcili  operę  całej  tej  historii.  Ja  też  chciałbym  w  to  wierzyć.  Naprawdę  bym 

chciał. To świetna historia. 

Mozart  był  objawieniem  i  geniuszem.  Stanowił  wzór  dla  tych  wszystkich,  którzy 

przyszli  po  nim.  Zaczął  młodo,  narobił  dużo  hałasu  i  umarł  wystarczająco  wcześnie,  aby 

wszyscy  mogli  lamentować  nad  jego  niezrealizowanymi  możliwościami.  Każdy  z  was,  kto 

chce  być  uznany  za  objawienie  i  geniusza  powinien  pójść  za  jego  przykładem.* 

[*Angielskiemu kompozytorowi Williamowi Crotchowi niewiele brakowało do ideału, jakim 

był  Mozart.  Urodził  się  w  1775  roku,  był  cudownym  dzieckiem  koncertującym  w  wieku 

trzech lat a pełnoprawnym profesorem został mając dwadzieścia dwa lata. Pierwsze oratorium 

napisał  jako  czternastolatek.  Umarł  w  roku  1847  w  podeszłym  wieku  lat  siedemdziesięciu 

dwóch, z upływem czasu stając się kimś o wiele mniej godnym uwagi.] 

Mozart  był  niski  -  trochę  ponad  metr  sześćdziesiąt  -  mało  atrakcyjny,  arogancki, 

wybuchowy i nieodpowiedzialny. Ale był geniuszem, który komponował chwytającą za serce 

muzykę. Muzykę, która do dziś jest wielbiona, choć wieki upłynęły od jego śmierci. Dowodzi 

to, że grzeczność to nie wszystko. 

background image

ROMANTYCY 

 

 

BEETHOVEN 

 

Spośród  wszystkich  wielkich  kompozytorów  Beethoven  był  tym,  któremu 

prawdopodobnie  narodziło  się  najwięcej  epokowych  myśli.  Był  kapryśny,  zrzędliwy, 

arogancki  i często zachowywał  się obraźliwie.  Ale umiał też być ciepły,  czuły  i dobrotliwy. 

Trzeba było tylko wpaść na niego w odpowiedniej chwili. 

Ludwig  van  Beethoven  urodził  się  16  grudnia  1770  roku  w  Bonn,  w  małym  domku 

przy  Bonngasse.  Jego  rodzina  przeprowadziła  się  niebawem  do  większego  domu  przy 

pobliskiej Rheingasse.* [*Nawet sam Beethovem długo myślał, że urodził się w 1772 roku.] 

Dziadek  Beethovena  był  kapelmistrzem  elektora  w  Bonn  i  dobrze  prosperującym 

handlarzem  win.  Jego  ojciec  był  zaledwie  przeciętnym  muzykiem  i,  przykro  mi  to 

powiedzieć, pijakiem. Ogromnie pragnął, żeby chłopiec okazał się cudownym dzieckiem, jak 

Mozart.  Mały  Ludwig  zaczął  pobierać  lekcje  fortepianu  w  bardzo  młodym  wieku,  był  tak 

mały,  że  musiał  stać  na  fortepianowym  stołku,  żeby  dosięgnąć  klawiszy.  Ojciec  mówił 

wszystkim, że syn ma dwa lata mniej, żeby wydawał się bardziej utalentowany. 

Beethoven  był  niechlujnym  chłopcem,  takim,  co  to  zawsze  zapomina  umyć  się  za 

uszami.  Opuścił  szkołę  w  wieku  lat  jedenastu  i  do  szesnastego  roku  życia  pracował  jako 

nadworny  organista  elektora.  Zaczął  już  komponować  niewielkie  utwory  i  jak  szatan  czytał 

nuty.* [*Jego dworską liberię stanowiły: „morskozielony surdut, zielone spodnie do kolan, ze 

sprzączkami, pończochy z białego lub czarnego jedwabiu, buty z czarnymi kokardami”.] 

W  1792  roku  przeniósł  się  do  Wiednia,  gdzie  przez  krótki  czas  pobierał  lekcje  u 

Haydna,  Albrechtsbergera  i  Salieriego.  Był  zbyt  uparty,  by  się  wiele  nauczyć  od 

któregokolwiek z nich. Johann Schenk poprawiał ćwiczenia Beethovena, zanim ten pokazał je 

Haydnowi,  co oszczędziło  mu nieco zakłopotania. Jako koncertujący pianista Beethoven był 

bardzo  modny  w  wiedeńskim  towarzystwie,  nawet  jeśli  nie  miał  należytych  manier. 

Arystokracja oczekiwała od niego uniżoności i spodziewała się, że będzie znał swoje miejsce. 

Beethoven, owszem, znał je, tylko że nie było to miejsce, o którym oni myśleli. Pewnego razu 

zbeształ  swego  chlebodawcę,  księcia  Lichnowskiego,  rzucając  uwagę:  „Są  i  będą  tysiące 

książąt. Jest tylko jeden Beethoven”. Kiedy chciał - czyli prawie zawsze - potrafił być bardzo 

uparty. Jeśli nie miał odpowiedniego nastroju, nie chciał grać, nawet jeśli się go błagało - jak 

to  uczyniła  hrabina  Thun  -  na  kolanach.*  [*Ale,  jak  zauważa  Frau  von  Bemhardt,  „hrabina 

background image

Thun była bardzo ekscentryczną kobietą”.] 

Był  zbyt  zajęty  myśleniem  o  wielkiej  muzyce,  żeby  przejmować  się  konwenansami. 

Kiedy pewnego razu skrzypek Ignaz Schuppanzigh uskarżał się na szczególnie trudne miejsce 

w  jednym  z  kwartetów  smyczkowych  Beethovena,  ten  wykrzyknął  do  niego:  „Nie  mogę 

myśleć  o  twoich  nędznych  skrzypcach,  kiedy  rozmawiam  z  moim  Bogiem”.  Miał  ochrypły 

śmiech i zwyczaj spluwania, ilekroć przyszła mu na to ochota. Jak można się spodziewać po 

człowieku o tak gwałtownym temperamencie, Beethoven miał duże problemy z utrzymaniem 

służących. Po prostu nie byli w stanie z nim wytrzymać.* [*Na przykład 16 maja 1820 roku 

wyrzucił  pomoc  kuchenną,  którą  najął  17  kwietnia.  Pokojówka,  którą  najął  1  lipca,  uciekła 

28] 

Równie  słabo  się  dogadywał  z  właścicielami  mieszkań,  więc  musiał  zmieniać  je  co 

kilka  miesięcy.*  [*Jeden  z  gospodarzy  w  Baden  bardzo  był  rad,  mając  Beethovena  za 

lokatora. Po jego wyprowadzce sprzedał na licytacji zasłony zabazgrane nutami.] 

Był strasznie niechlujny. Baron de Tremont przysięga, że w czasie jednej z jego wizyt 

u  Beethovena  widział  pod  fortepianem  pełen  nocnik.  A  kiedy  Beethoven  przychodził  z 

wizytą, dobrze było pochować co lepszą porcelanę. Często upuszczał różne rzeczy. Nie lepiej 

zachowywał  się  w  restauracjach.  Wychodził  nie  zapłaciwszy  rachunku  albo  -  nieobecny 

duchem - płacił za posiłek, którego nie zamawiał. Gryzmolił nuty na serwetkach, obrusach  i 

kartach  dań.  Pewnego  razu tak rozzłościł  się  na  kelnera,  że  rzucił  w  niego  swoim  daniem  z 

cielęciny w sosie. Lubił ryby, ale jego ulubionymi daniami były jajecznica w zupie chlebowej 

albo pełna miska  makaronu z parmezanem. Lubił też mocną kawę, zawsze z sześćdziesięciu 

ziarenek  na  filiżankę.*  [*Z  Beethovenem  nigdy  nic  nie  było  wiadomo.  Starannie  je  liczył, 

żadne tam pięćdziesiąt dziewięć czy sześćdziesiąt jeden.] 

Nie wolno nam tracić z oczu tego, co czyni Beethovena tak wielkim. Mógł sobie być 

gburem  i  niechlujem,  ale  był  genialnym  kompozytorem.*  [*Wielkość  to  czasem  kwestia 

dyskusyjna.  Alfred  Einstein  w  swojej  książce  Wielkość  w  muzyce  trafia  w  sedno,  pytając: 

„Czy Fryderyk Wielki był wielki?” No właśnie. Był?] 

Napisał  dziewięć  symfonii,  pięć  koncertów  fortepianowych,  szesnaście  kwartetów 

smyczkowych, dziesięć sonat skrzypcowych i pięć wiolonczelowych, trzydzieści dwie sonaty 

na  fortepian,  dwie  msze,  muzyki  kameralnej  więcej  niż  jestem  w  stanie  wymienić  i  duet  na 

dwoje  okularów  obbiigato.*  [*Nie  jestem  pewien,  czy  chodziło  o  okulary  altowe  w  G  czy 

barytonowe w C.] 

Napisał  jedną  operę,  Fidelio  i  cztery  uwertury,  które  ją  rozpoczynają.  Pierwsze  trzy 

były próbne i nazywane są teraz Uwerturami Leonom, żeby się nie pomyliło. Wiemy, że był 

background image

wielkim  kompozytorem,  ponieważ  miał  bardzo  duży  mózg.  I  jak  to  zauważył  Wagner, 

ponieważ był on zamknięty w tak grubej czaszce.* [*Jak to elokwentnie ujęto w autopsji, jego 

mózg „zawierał mniejszą niż normalnie ilość wody. Zwoje zdawały się dwukrotnie głębsze  i 

liczniejsze niż zazwyczaj”. Coś to musiało oznaczać.] 

Beethoven nie ożenił się nigdy, chociaż lubił flirtować, a jego przyjaciel twierdził, że 

stale  był  w  kimś  zakochany.*  [*Pewnego  razu  chwalił  się,  że  najdłuższe  z  tych  zauroczeń 

trwało siedem miesięcy.] Być może, w przeciwieństwie do Bacha, Griega czy Strawińskiego, 

nie  miał  w  rodzinie  żadnej  kuzynki  na  wydaniu.  Oświadczył  się  Magdalenie  Willman, 

śpiewaczce wiedeńskiej opery dworskiej,  ale odmówiła  mu, ponieważ  „był taki  brzydki  i  na 

wpół  pomylony”.  I  dobrze  się  stało:  Beethoven  cierpiał  na  syfilis.*  [*Nie  wspominając  o 

chronicznych zaparciach - na przemian z biegunką - tyfusie i obrzękach.] 

Nie sposób nazwać go wysokim, śniadym i przystojnym. No dobrze, był przynajmniej 

śniady. Miał zdrowe zęby, przeszywające oczy i surową twarz z dziobami po ospie. Mierzył 

trochę ponad metr sześćdziesiąt.* [*Sytuuje go to bezpośrednio obok Mozarta - ok. 163 cm, 

Schuberta ok. 155 cm, Wagnera ok. 165 cm, Schonberga ok. 163 cm i Strawińskiego ok. 160 

cm - innych WIELKICH geniuszy.] 

Kiedy  zmarł  jego  brat  Kasper,  Beethoven  stoczył  długą  sądową  batalię  ze  swoją 

bratową,  Johanną,  o opiekę  nad  ich synem,  a  swoim  bratankiem,  Karlem.  Chciał dobrze dla 

chłopca,  bo  z  pewnością  niczego  dobrego  nie  powiedziałby  o  Johannie,  która  jego  zdaniem 

nie  nadawała  się  do  roli  matki.*  [*Kiedy  był  uprzejmy,  nazywał  ją  Królową  Nocy.  Nie 

powtórzę, jak jeszcze potrafił ją nazwać.] Lata sądowej bitwy odcisnęły na nim swoje piętno; 

jedyne co był w stanie skomponować w owym czasie,  to dwa koncerty wiolonczelowe,  trzy 

sonaty  fortepianowe (w  tym sonata Hammerklavier)  i cykl pieśni An  die ferne Geliebte (Do 

dalekiej ukochanej). Nic wartego wzmianki. 

Największą tragedią Beethovena była oczywiście jego postępująca głuchota. Zaczął ją 

zauważać  około trzydziestki, a przed pięćdziesiątką całkowicie utracił  słuch. Z  upływem  lat 

zrywał coraz więcej strun w swoim fortepianie, tłukąc w klawisze, żeby usłyszeć dźwięki. W 

końcu kompletnie usunął się w cień i umarł w 1827 roku. Anselm Huttenbrenner, czuwający 

przy  jego  łożu  opowiadał,  że  w  ostatnich  chwilach  życia  Beethoven  przebudził  się  ze 

śpiączki,  by  wznieść  gniewną  pięść  ku  niebiosom.  Nastąpiło  dramatyczne  uderzenie  gromu, 

zalśniła  błyskawica  i wielki kompozytor skonał.* [*Nie powinniśmy  bez zastrzeżeń wierzyć 

relacji  Huttenbrennera.  W  końcu  to  właśnie  on  zgubił  dwie  ostatnie  części  Symfonii 

niedokończonej Schuberta.] 

W  czasie  pogrzebu  Beethovena  dwudziestotysięczny  tłum  wyległ  na  ulice,  by  oddać 

background image

mu  ostatni  hołd.  Wśród  niosących  trumnę  byli  Schubert  i  Hummel.*  [*Luigi  Lablache, 

operowy  bas,  który  śpiewał  na  pogrzebie,  żegnał  w  ten  sposób  także  Haydna  i  Chopina. 

Górowałby nad Beethovenem. Miał dwa metry wzrostu.] 

Historycy  muzyki  mają  skłonność  do  romantycznego  idealizowania  postaci 

Beethovena, ukazując geniusza borykającego się z tragedią głuchoty. Ja wolę myśleć o nim, 

kiedy  odkładał  na  bok  komponowanie  wspaniałej  muzyki,  by  zwymyślać  arystokratę  albo 

cisnąć talerzem w głowę kelnera. 

 

 

WAGNER 

 

Muzykę  Wagnera  albo  się  lubi,  albo  nie.  Dla  niektórych  opera  wagnerowska  -  jako 

synteza muzyki i dramatu - jest najwyższą formą sztuki. Dla innych są to tylko trwające całą 

wieczność  wrzaski  jakichś  grubasów  po  niemiecku.  Ja  osobiście  przychylam  się  do  zdania 

Rossiniego,  który powiedział, że  „Wagner  ma dobre  momenty,  ale słabe kwadranse”.*  [*To 

mniej więcej podsumowuje problem.] 

W  1813  roku  w  Lipsku  Johannie  i  Carlowi  Fridrichowi  Wagnerom  urodziło  się 

dziecko,  które  nazwano  Wilhelm  Richard,  ale  Wilhelma  przyszły  kompozytor  szybko  się 

pozbył.*  [*Z powodów bliżej znanych tylko jego rodzicom w  latach chłopięcych wołano na 

niego  Kozak.]  Sześć  miesięcy  po  narodzinach  dziecka  pierwszy  mąż  Johanny  zmarł,  a  ona 

wydała się powtórnie za mąż, za aktora - Ludwiga Geyera.* [*Ludwig był - jak to nazywają - 

długoletnim przyjacielem rodziny. Mały Richard był do niego dziwnie podobny.] Przez jakiś 

czas,  jeszcze  w  dzieciństwie,  Richard  używał  nazwiska  Geyer,  ale  potem  zmienił  je  z 

powrotem na Wagner. 

Jako chłopiec Wagner bywał czasem kłopotliwy. Co kilka nocy budził się wrzeszcząc, 

ile sił w płucach, aby wszyscy wiedzieli, że nadal tu jest.* [*Śpiewacy w jego operach robią 

to  samo.]  Szkołą  nie  przejmował  się  zbytnio  i  bez  przerwy  wagarował.  Pewnego  dnia 

zawiadomiono rodziców, iż nie pokazywał się na lekcjach przez sześć  miesięcy,  i uprzejmie 

poproszono, żeby powiedzieli mu, jeśli go zobaczą, by nie spodziewał się promocji. 

W  tych  czasach  Wagner  zamierzał  zostać  sławnym  poetą  albo  dramatopisarzem. 

Pierwsza  sztuka  -  zatytułowana  Leubald  -  którą  napisał  mając  czternaście  lat  czy  coś  koło 

tego,  sprawiła  mu  pewne  kłopoty.  Ponieważ  w  czwartym  akcie  uśmierconych  zostało 

czterdziestu dwóch bohaterów,  aby  jakoś zakończyć  fabułę,  zmuszony  był  większość z  nich 

ponownie  wprowadzić  na  scenę  w  charakterze  duchów.  Wagner  nie  pokazał  swego 

background image

pierwszego dzieła nikomu, poza siostrą Cecylią. 

W  wieku  piętnastu  lat  Wagner  po  raz  pierwszy  usłyszał  Dziewiątą  Symfonię 

Beethovena.  Zrobiła  na  nim  ogromne  wrażenie.  Od  tej  chwili  postanowił  zostać  wielkim 

kompozytorem, równie wielkim jak Beethoven.* [*Wagner był przekonany, że Beethoven był 

największym  muzycznym  geniuszem,  jaki  kiedykolwiek  się  narodził,  właśnie  z  powodu 

grubej czaszki. No cóż, on to uważał za logiczne.] 

Wśród  pierwszych  kompozycji  Wagnera  znalazła  się  uwertura  koncertowa.  Aby 

instrumenty  mu  się  nie  myliły,  napisał  partyturę  różnymi  kolorami  atramentu:  smyczki  -  na 

czerwono,  dęte  drewniane  -  na  zielono,  blachę  i  perkusję  -  na  czarno.  Pierwsze  wykonanie 

było katastrofą, ponieważ cała publiczność chichotała z powodu kotła.* [*Inwencja Wagnera 

została poważnie ograniczona, kiedy skończył mu się zielony atrament.] 

Wagner wstąpił na Uniwersytet Lipski, gdzie przodował w piciu i grach hazardowych, 

nieco  ubocznie  traktując  wyzywanie  wszystkich  dookoła  na  pojedynki  na  szpady.  Pewnego 

razu  przegrał  całą  rentę  swojej  matki,  ale  na  szczęście  odzyskał  ją  z  powrotem,  stawiając 

wszystko na jedną kartę. Nie został na uniwersytecie długo: porzucił go, kiedy okazało się, że 

oczekują od niego także chodzenia na zajęcia.* [*W których nigdy nie brał udziału.] 

Pomimo katastrofy jego uwertury i choć nie grał dobrze na żadnym instrumencie (był 

lichym pianistą  i kiepsko śpiewał),  powierzono  mu kierowanie  małym teatrem operowym w 

Magdeburgu, gdzie poznał swą przyszłą żonę, śpiewaczkę Minnę Planer. 

Pierwsze wykonanie opery Wagnera miało miejsce w Magdeburgu w roku 1836. Das 

Liebesverbot,  oparta  na  Miarce  za  miarkę  Szekspira,  nie  odniosła  spektakularnego  sukcesu: 

odbyły się zaledwie dwa przedstawienia. Pierwszego wieczoru śpiewający główną rolę męską 

tenor zapomniał większość swojej partii i schował się za wielkim boa z piór, mając nadzieję, 

że  to  pomoże.*  [*To  się  nigdy  nie  sprawdza.]  Drugiego  wieczoru  przedstawienie  zrobiło 

całkowitą  klapę.  Zazdrosny  mąż  pierwszej  sopranistki  wtargnął  za  kulisy  i  walnął  drugiego 

tenora pięścią w nos, myśląc, że ów ma romans z jego żoną. Kiedy śpiewaczka próbowała go 

powstrzymać,  oberwała  także,  po  czym  padła  zemdlona.  Gorzej  już  być  nie  mogło,  do tego 

wszystkiego  uciekł  z  domu  pies  Wagnera,  pudel.*  [*Wagner  trzymał  psy  przez  całe  życie. 

Przez jego dom przewinęły się dwa czarne pudle - Speck i Dreck, kilka nowofunlandów, dwa 

spaniele: Peps i Fips; kilka terierów i szpic zwany Putzi.] 

W obliczu niepowodzenia opery i dla uniknięcia spłacenia rosnących długów, Wagner 

i  Minna  uciekli  się  do  taktyki,  którą  jeszcze  wielokrotnie  mieli  się  posłużyć:  w  pośpiechu 

opuścili miasto. Pragnąc utrzymać jak największą odległość pomiędzy sobą a rozgniewanymi 

wierzycielami, pożeglowali do Francji i zamieszkali w Paryżu, gdzie Wagner zarabiał harując 

background image

dla pewnego wydawcy muzycznego. Niektórzy muzykolodzy uważają, że podróż statkiem do 

Francji  mogła zainspirować go do skomponowania opery Derfliegende Hollander (Holender 

Tułacz).*  [*Albo  po  prostu  dostał  tylko  morskiej  choroby.]  Holender  i  wcześniejsza  opera, 

Rienzi,  zostały  przyjęte  przychylnie,  toteż  Wagnerowi  zaproponowano  pracę  drugiego 

Kapellmeistra  Opery  Drezdeńskiej.  Musiał  tylko obiecać,  że  nie  będzie  się  wtrącał  do tego, 

jak wykonują Mozarta i inne standardy. 

Wagner energicznie zabrał się do pracy nad dwiema innymi operami, Tannhauserem i 

Lohengrinem.  Pierwsze  wykonanie  Tannhausera,  które  miało  miejsce  w  1845  roku,  poszło 

dobrze,  ale  pozostawiło  publiczność  raczej  oszołomioną.*  [*Podobnie  jest  dzisiaj.]  Była  to 

jednak  dopiero  rozgrzewka.  Prawdziwe  zmieszanie  miało  nastąpić  niebawem.  Wagner  na 

krótko  dał  się  porwać  ruchowi  rewolucyjnemu.  Pisał  gniewne  rozprawy  demaskujące 

kapitalizm.* [*Może myślał, że byłby to sposób na wymazanie własnych długów.] 

Kiedy jednak rewolucja została stłumiona, uciekł do Weimaru, gdzie zaopiekował się 

nim pianista i kompozytor Franz Liszt.* [*Nie wspominając już o jego córce Cosimie. Ale o 

tym później.] Okres fascynacji socjalizmem nie trwał u Wagnera zbyt długo i po kilku latach 

pisał  już  o  „wulgarnym  samolubstwie  mas”.  Niezależnie  od  komponowania,  Wagner  pisał 

eseje i diatryby na cały szereg tematów, o większości których nie miał zielonego pojęcia. Był 

więc  ten  kawałek  o  czaszce  Beethovena,  a  także  trochę  niewybaczalnych  oszczerstw  pod 

adresem Żydów.* [*Adolf Hitler uważał, że Wagner jest cudowny. Daje wam to chyba jakieś 

pojęcie?] 

W późniejszych latach zaczął wychwalać zalety wegetarianizmu. Gdybyśmy wszyscy 

przestali  jeść  mięso  i spożywali tylko jarzyny  i owoce - twierdził -  świat stałby się  lepszym 

miejscem.*  [*Uważał,  że  wszyscy  powinniśmy  przenieść  się  do  stref  podzwrotnikowych, 

gdzie  łatwiej  jest  stosować  wegetarianizm.]  „Brzegi  jezior  w  północnej  Kanadzie  -  pisał 

Wagner - roją się od wegetariańskich panter i tygrysów”.* [*Jeśli pod koniec XIX wieku żyły 

w Kanadzie jakieś wegetariańskie pantery i tygrysy, to już wyginęły.] 

Jednak eseje Wagnera to nic w porównaniu z jego wkładem w rozwój opery. Doznał 

olśnienia, że wszelka wielka sztuka musi czerpać inspirację z mitologii przedchrześcijańskiej, 

zabrał  się do tworzenia epickiej sagi,  łączącej  muzykę  i dramat w  jedno dzieło  sztuki, które 

nazwał  Gesamtkunstwerk.  Teorie  Wagnera  znalazły  zastosowanie  w  jego  cyklu  operowym 

Der  Ring  des  Nibelungen  (Pierścień  Nibelunga),  składającym  się  z  czterech  oper.* 

[*Odnotujmy tylko, że są to Das Rheingold (Złoto Renu), Die Walkure (Walkiria), Siegfried 

(Zygfryd)  i  Gotterdammerung  (Zmierzch  bogów).]  Zrobił  sobie  przerwę  w  środku,  żeby 

skomponować  Tristana  i  Izoldę,  ale  nie  warto  o  tym  wspominać.  Wszystkie  cztery  opery 

background image

cyklu opowiadają historię magicznego pierścienia, o który wszyscy walczą. Jest on strzeżony 

przez Córy Renu, a kradnie go karzeł Alberich. Właściwie to prawie wszyscy próbują ukraść 

pierścień: Fafner, olbrzym wyglądający jak smok, Wotan, władca bogów, Mime, inny karzeł, 

i Zygfryd, zuchwały bohater. 

Rodowód Zygfryda,  podobnie  jak samego Wagnera, jest dość zawiły,  ponieważ  jego 

matka i ojciec, Zyglinda i Zygmund byli parą bliźniąt. Cała sprawa staje się jeszcze bardziej 

skomplikowana, gdy do akcji włącza  się Brunhilda i cała reszta. Ale ja raczej nie będę w to 

wnikał.  Opery  należące  do  cyklu  trwają  łącznie  dwadzieścia  dwie  godziny.*  [*Całkowita 

produkcja Wagnera to sześćdziesiąt jeden godzin muzyki komponowanej w pięćdziesiąt trzy 

lata, czyli nieco ponad godzina rocznie. Nie tak źle, jeśli się na nią spojrzy od tej strony.] Jako 

część  swojej  teorii  Gesamtkunstwerk,  Wagner  rozwinął  styl  kompozytorski  zwany 

„niekończącą  się  melodią”.  Stworzył  leitmotiv  (motyw  przewodni),  czyli  krótką  melodię 

symbolizującą  każdą  ważną  postać  i  wiele  scenicznych  rekwizytów  pojawiających  się  w 

dramacie.  Jest  więc  motyw  Zygfryda,  pierścienia,  miecza  i  tak  dalej  -  łącznie 

dziewięćdziesiąt. Leitmotw pomaga publiczności wyobrazić sobie, co dzieje się na scenie. To 

dość  istotne,  jeśli  się  kupiło  tańsze  miejsce  z  tyłu  i  nie  można  się  zorientować o  co  chodzi. 

Claude  Debussy  uważał,  że  leitmotywy  są  głupie,  mówiąc:  „System  leitmotywów  przywodzi 

na  myśl  świat  nieszkodliwych  szaleńców,  którzy  śpiewając  wymieniają  między  sobą  bilety 

wizytowe”. 

Skoro mowa o nieszkodliwych  szaleńcach,  to  Wagner  dostał większość pieniędzy  na 

budowę  swej  ogromnej  opery  w  Bayreuth  od  Szalonego  Króla,  Ludwika  Bawarskiego. 

Ludwik  nazywany  był  szalonym  dla  wielu  powodów,  z  których  tylko  jednym  było  danie 

Wagnerowi tylu pieniędzy. 

Stosunek  Wagnera  do  małżeństwa  był,  powiedzmy  to  sobie  bez  ogródek,  daleki  od 

ideału.  Zawsze  musiała  się  znaleźć  jakaś  kobieta,  którą  -  przynajmniej  przez  jakiś  czas  - 

uważał  za  bardziej  interesującą  od  swojej  żony,  Minny.  Przez  te  wszystkie  lata  spędził 

wieczór czy dwa z Matyldą Wesendonk (której mąż, Otto, i tak finansował wystawianie jego 

oper),  Julią  Schwabe,  Judith  Gaultier.*  [*Kiedy  miał  sześćdziesiąt  trzy  lata,  a  ona 

dwadzieścia  cztery,  próbował  zrobić  na  niej  wrażenie  wspinając  się  na  drzewo.  Musiało 

zadziałać.] I oczywiście Cosimą Liszt.* [*Aha, jeszcze z jej siostrą, Blandine. Idę o zakład, że 

nawet  się  nie  zarumienił.]  O  większości  tych  kobiet  (i  o  innych)  opowiada  w  swojej 

autobiografii, Mein Leben (Moje życie), którą podyktował Cosimie. 

Ona  sama  też  stanowiła  ciekawy  przypadek:  Cosima  była  również  nieślubnym 

dzieckiem, środkowym z trójki, jaką urodziła Lisztowi Marie d’Agoult, która później zaczęła 

background image

pisać powieści pod pseudonimem Daniel Stern. Kiedy przyszła na świat Cosima, Marie była 

jeszcze żoną hrabiego Charlesa d’Agoult, ale to tylko szczegół. Zresztą hrabia w większości 

przypadków  nie  był  pewien  ojcostwa.  Rozwiązał  ten  problem,  nazywając  wszystkie  dzieci 

„dziećmi  mojej  żony”.  Cosima,  którą  nazywano  Bocianem,  wyszła  za  Hansa  von  Buelowa, 

znakomitego pianistę i dyrygenta. Był on wielkim orędownikiem muzyki Wagnera i pozostał 

nim  nawet  wtedy,  kiedy  dowiedział  się,  że  kompozytor  i  jego  żona  są,  no  cóż...  bardzo 

dobrymi przyjaciółmi.*  [*Córka  urodziła się w 1865 roku i otrzymała  imię Izolda.  Czyż nie 

oryginalnie?] 

Wagner i Cosima mieli jeszcze dwoje dzieci, Ewę i Zygfryda. Przy ostatnim nawet się 

pobrali. Von Buelow natomiast po drugim dziecku miał  już dość. Zainteresował się  muzyką 

Brahmsa,  który  był  kawalerem.*  [*Brahms  miał  prawdopodobnie  romans  z  wdową  po 

Robercie Schumannie, Klarą. Nie wnikajmy w to jednak.] 

Wagner odniósł zdecydowany sukces i w latach poprzedzających swą śmierć - zmarł 

w 1883 roku -  w pełni ulegał  swojemu zamiłowaniu do  luksusu.  Lwia część Parsifala, jego 

ostatniej  opery,  powstała  po  wielogodzinnym  wylegiwaniu  się  w  gorącej,  perfumowanej 

kąpieli.  Jego zamówienia  na wytworne ubrania  z  satyny,  jedwabiu  i  futra  poddawały próbie 

talent  jego szwaczki.  Szczególnie  lubił  „blady  i delikatny odcień różu”.  „Wrażliwość  moich 

zmysłów  jest  niezwykle  wyostrzona,  intensywna  i  żarłoczna”  -  napisał.*  [*Gdyby  Freud 

spotkał  Wagnera,  byłby  to  dla  niego  wielki  dzień.  Ale  działo  się  to  jeszcze  zanim  Freud 

naprawdę  wystartował.]  „Musi  ona  znaleźć  ujście  w  ten  czy  inny  sposób,  skoro  moim 

postanowieniem  jest  śród  pełnej  udręki  pracy,  powołać  do  życia  nieistniejący  świat”.* 

[*Oddajmy jednak ostatnie słowo Fryderykowi Nietzchemu. „Czy Wagner w ogóle jest istotą 

ludzką? Czy nie jest on raczej chorobą?” Dobre pytanie. Pewien francuski recenzent nazwał 

opery Wagnera „muzyką obłąkanego eunucha”.] 

W porządku. Bo mimo wszystko, co znaczy kilka par różowej bielizny w porównaniu 

z  dwudziestoma  dwoma  godzinami  Pierścienia?  Czy  naprawdę  chcecie,  żebym  na  to 

odpowiedział? 

 

 

BRAHMS 

 

Wszyscy znają Brahmsa; tę Kołysankę napisał właśnie on. Ale bądźmy sprawiedliwi, 

było  tego  więcej.  Napisał  także  Requiem.  Jeśli  chcecie  zrobić  wrażenie  na  przyjaciołach,  to 

możecie napomknąć o jego Kołysance jako o Wiegenlied, opus 49 nr 4.* [*Jak mogliście się 

background image

spodziewać, Brahms skomponował swoje opus 49 niedługo po tym, jak skończył opus 48 i na 

krótko  przed  rozpoczęciem  opusu  50.  Był  bardzo  zdyscyplinowany.]  Jeśli  macie  przyjaciół, 

na których takie rzeczy robią wrażenie, to powinno im się spodobać. 

Johannes Brahms urodził się w roku 1833 w Hamburgu, gdzie w tym czasie mieszkali 

jego rodzice.  Jego ojciec,  Jakob,  był kontrabasistą,  aczkolwiek  mało wybitnym.  Jego  matka, 

Christine,  była  szwaczką.  Kiedy  wyszła  za  Jakoba,  miała  czterdzieści  jeden  lat  -  o 

siedemnaście więcej niż mąż. Nie stanowili dobranej pary. Młody Johannes pobierał pierwsze 

lekcje muzyki u swojego ojca. Chociaż i matka także mogła się przyczynić do talentu, z jakim 

wplatał  skomplikowane  linie  melodyczne  w  tkaninę  muzyki.*  [*Była  kulawa,  co  mogłoby 

wyjaśniać jego zamiłowanie do synkopowanych rytmów.] 

Kiedy  Brahms  dorastał,  pieniędzy  bezustannie  brakowało.  Już  jako  młody  chłopiec 

uzupełniał dochody rodziny, grając na fortepianie w jednym z owych obskurnych barów czy 

tawern  w  portowej  dzielnicy.  Nie  przepadał  za  tym  zajęciem,  ale  przynosiło  ono  dochód.* 

[*Później grywał tam, gdzie przychodziła lepsza klientela.] 

Choć  większość  z  nas  wyobraża  go  sobie  takim,  jaki  był  w  starszym  wieku  - 

zaniedbanego,  z  bujną  białą  brodą,  długimi  siwymi  włosami  i  w  workowatym  ubraniu  - 

prawdą  jest,  że  był  kiedyś  szczupłym,  niebieskookim  blondynem,  uchodzącym  za  całkiem 

przystojnego. Oto świadectwo tego, do czego może dojść, jeśli się pali za dużo tanich cygar. 

Brahms nigdy się nie ożenił, chociaż raz brakowało niewiele. Wszystkie te lata grania 

na  pianinie  w  portowych  burdelach  odcisnęły  głębokie  piętno  na  jego  młodym  umyśle; 

obawiam się, że to właśnie był powód jego lekceważącego stosunku do kobiet. Wiele źródeł 

utrzymuje, że większość jego kłopotów wzięła się stąd, iż przeszedł mutację dopiero w wieku 

dwudziestu  czterech  lat.  Kobietą,  z  którą  niemal  się  ożenił,  była  śpiewaczka  o  imieniu 

Agathe.  Zaręczyli się  nieoficjalnie,  ale Brahms  zrejterował w ostatniej chwili,  mówiąc  jej  w 

panice: „Kocham cię, ale okowy to nie dla mnie”. 

Mimo  że  Brahms  urodził  się  w  Hamburgu  i  przez  jakiś  czas  pracował  w  Lipsku,  to 

większość  życia  spędził  w  Wiedniu.  Ostatnie  dwadzieścia  sześć  lat  życia  spędził  w  tym 

samym  mieszkaniu.  Albo  je  lubił,  albo  był  zbyt  leniwy,  żeby  się  przeprowadzać.  Jadał 

zazwyczaj w swojej ulubionej piwiarni: Czerwonym Jeżu. 

To w Wiedniu młody Brahms poznał Roberta Schumanna i jego żonę, Klarę. W tych 

czasach  Schumanna  zaczynały  prześladować  jakieś  dziwne  dźwięki.  W  jednym  ze  swoich 

nielicznych  lepszych  dni  napisał  entuzjastyczny  esej  do  swego  dawnego  czasopisma 

muzycznego,  traktujący  o  tym,  jak  cudowna  jest  muzyka  Brahmsa.  Brahms  tymczasem 

zakochał się w jego żonie. 

background image

Wielu  współczesnych  mu  kompozytorów  nie  doceniało  go,  ponieważ  pozostał  przy 

staromodnych  klasycznych  formach.  Nie  poszukiwał  też  nowych  technik  kompozytorskich, 

jak to robił Wagner. Brahms jednak uważał, że to, co było dobre dla Beethovena, jest dobre i 

dla  niego.  Zwolennicy  Wagnera  sądzili  jednak,  że  powinien  był  poszerzać  horyzonty.  Jego 

symfonie potrzebowały ich zdaniem, paru potężnych wagnerowskich tub. W moich książkach 

Brahms  występuje  jako  jeden  z  największych  kompozytorów,  jacy  kiedykolwiek  żyli, 

ponieważ nie pisał oper. Każdy, kto unika oper, nie może być całkiem do niczego. 

To  dyrygent  Hans  von  Bilow  zaliczył  Brahmsa  do  „Trzech  B”,  wraz  z  Bachem  i 

Beethovenem.*  [*Von  Bilow  uznawał  Pierwszą  Symfonię  Brahmsa  za  „Dziesiątą 

Beethovena”. Był świetny w układaniu zgrabnych powiedzonek.] 

Dzisiaj wydaje się to dość rozsądne, ale w czasach Brahmsa uwaga ta wywołała spore 

poruszenie.  Nie  ma  zgody  co  do  tego,  kto  powinien  zostać  uznany  za  czwarte  „B”,  jeśli  w 

ogóle  jest  ktoś  taki.*  [*Czy  zwróciliście  kiedykolwiek  uwagę  na  to,  jak  wielu  sławnych 

kompozytorów ma nazwiska zaczynające się na B? Binchois, Byrd, Buxtehude, Bach, Benda, 

Boccherini, Beethoven, Bałakiriew, Borodin, Beriioz, Bruckner, Bizet, Bartok, Britten, Berg, 

Bernstein, Berio, Boulez i oczywiście Samuel Barber. Uważam, że to ogromnie inspirujące.] 

background image

NA SKRZYDŁACH PIEŚNI 

 

 

SCHUBERT 

 

Z jakiegoś powodu wiele osób ma kłopot z odróżnieniem Schuberta i Schumanna. W 

rzeczywistości  jest  to  dość  proste:  Schubert  to  ten  mały,  pękaty  z  kręconymi  ciemnymi 

włosami  i  małymi okularami w drucianych oprawkach. Schumann  był wyższy  i ożenił  się  z 

Klarą. 

Ale  odróżnienie  ich  muzyki,  to  już  całkiem  inna  historia,  która  pochłania  całe  lata 

studiów.  Obaj  kompozytorzy  żyli  w  pierwszej  połowie  XIX  wieku  i  pisali  Lieder,  co  jest 

liczbą  mnogą  od  słowa  Lied,  oznaczającego  po  niemiecku  „pieśń”.  Pisano  je  na  śpiew  z 

akompaniamentem  fortepianu.  Większość  z  nich  to  pieśni  miłosne  o  różach,  młynach, 

strumieniach i innych ślicznych rzeczach. Ale trafiają się i takie o złośliwych duchach leśnych 

i złamanych sercach, a także o innych aspektach życia, których raczej bym nie zgłębiał. 

Franz  Peter  Schubert  urodził  się  w  1797  roku  w Wiedniu  w  małej  dzielnicy,  zwanej 

Himmelpfortgrund,  jako  dwunaste  z  czternaściorga  dzieci.*  [*Jego  najstarszy  brat,  Ignaz, 

przyszedł na świat zaledwie dwa miesiące po ślubie rodziców. Ten temat rzadko poruszano w 

rozmowach  przy  stole.]  Jego  ojciec  był  nauczycielem  i  prowadził  prywatną  szkołę.  Będąc 

małym  chłopcem,  Schubert  śpiewał  w  Królewskim  Seminarium.  Wolno  mu  tam  było  nosić 

fajny  mundur  z  trójgraniastym  kapeluszem.*  [*Gdyby  Schubert  był  naprawdę  dobry,  mógł 

pomyśleć  o  napisaniu  baletu  o  swoim  trójgraniastym  kapeluszu.  Ale  temat  ten  musiał 

poczekać aż do roku 1919, kiedy zajął się nim Manuel de Falla.] 

Mały Franz był cudownym dzieckiem i w wieku lat jedenastu rozpoczął lekcje teorii i 

kompozycji  u  Antonia  Salieriego.* [*Pamiętacie  może:  to ten,  co  nie  otruł  Mozarta.]  Kiedy 

był starszy, uczył przez jakiś czas w szkole swojego ojca, ale po czterech latach nie mógł już 

dłużej  znieść  sali  pełnej  wrzeszczących  bachorów.  Porzucił  nauczanie  i  zaczął  prowadzić 

życie kompozytora, związanego się z cyganerią artystyczną. Był w tym naprawdę dobry. 

Każdego  ranka,  jeśli  tylko  nie  miał  zbyt  dużego  kaca,  komponował  pieśni,  muzykę 

kameralną,  symfonie  i  opery  do  kiepskich  librett.  Popołudniami  wałęsał  się  po  wiedeńskich 

kawiarniach,  jedząc  Sachertorte  i  gawędząc  z  przyjaciółmi.  Większość  stanowili  muzycy  i 

poeci  oraz  cała  ta  podejrzana  zbieranina.  Wieczorami  spędzano  czas  na  piciu  i  dalszych 

rozmowach o doniosłości sztuk w ogólnym porządku rzeczy. Następnego zaś ranka wstawał z 

chęcią  robienia  tego  wszystkiego  od  początku.  Było  to  proste  życie,  które  go  zupełnie 

background image

zadowalało.  Oczywiście,  zawsze  brakowało  mu  gotówki.  Przyjaciele  nazywali  go 

Schwammerl czyli Grzybkiem. 

Jak wszyscy artyści w ciągu wieków, Schubert czuł, że to, co robi jest ogromnie, ale to 

ogromnie ważne. „Państwo powinno mnie utrzymywać” powiedział kiedyś. „Przyszedłem na 

świat wyłącznie po to, żeby komponować”.* [*Wielu innych uważało podobnie. Zdaje się, że 

ten  problem  jest  nieśmiertelny.]  Raz  nawet  próbował,  bez  przekonania,  podjąć  stałą  pracę, 

grając na fortepianie w teatrze operowym, czy coś w tym rodzaju. Stałej posady nigdy jednak 

nie utrzymał dłużej. Z jednego powodu - punktualność nie była jego mocną stroną. 

Schubert nigdy się nie ożenił. Był prawdopodobnie zbyt zajęty. Owszem, zakochiwał 

się, ale był bardzo nieśmiały. Jego pierwszą miłością była Therese Grob. Wyszła za piekarza. 

Przez  jakiś  czas  Schubert  uczył  gry  na  fortepianie  dwie  córki  węgierskiego  szlachcica. 

Uważał,  że  starsza  jest  ładna,  a poza tym  lubił  flirtować ze służącą owego szlachcica,  która 

nazywała się Pepi Pockelhofer.* [*Gdzieś po drodze złapał syfilis, ale nie jestem pewien, od 

kogo. Wypadły mu wszystkie włosy, ale w końcu odrosły.] 

Schubert nie był popularny w swoich czasach, chociaż jego przyjaciele zbierali się od 

czasu do czasu na wieczornych koncertach w całości poświęconych jego muzyce. Koncerty te 

nazywano Schubertiadami.* [*Albo Schubertiaden, jeśli wolicie po niemiecku.] Dał w życiu 

tylko  jeden  publiczny  koncert,  o  którym  gazety  ledwie  wspomniały,  będąc  pod  wrażeniem 

niedawnego  wiedeńskiego  występu  wirtuoza  skrzypiec  Nicolo  Paganiniego.  Paganini  był 

bardziej interesujący, ponieważ zaprzedał duszę diabłu. 

Schubert  nie  miał  raczej  szczęścia  do  wydawców.  Kiedy  wysłał  kopię  swojej  pieśni 

Erikonig  (Król  elfów)  do  jednego  z  nich,  ten  zwrócił  ją  jedynemu  Franzowi  Schubertowi 

jakiego  znał,  trzeciorzędnemu  kompozytorowi  z  Drezna.  Ów  drugi  Schubert  przysłał  w 

odpowiedzi  nieuprzejmy  list  z  żądaniem,  żeby  mu  nie  zawracano  głowy  takim  „nędznym 

towarem”. Niewiele kompozycji Schuberta zostało opublikowanych za jego życia, a te, które 

spotkało  to  szczęście,  nie  sprzedawały  się  dobrze.*  [*Za  to  już  pierwszego  dnia  sprzedano 

1800  egzemplarzy  podręcznika  gry  na  fortepianie  Johanna  Nepomuka  Hummla.  Ludzie 

wiedzieli, czego chcą.] 

Biorąc  pod  uwagę,  jak  krótko  żył  Schubert  -  zmarł  w  roku  1828,  mając  trzydzieści 

jeden  lat  -  stwierdzić  należy,  że  wyprodukował  zadziwiająco  dużo  muzyki:  dziewięć 

symfonii*  [*Dogonił  Beethovena,  ale  go  nie  wyprzedził.],  dziewiętnaście  kwartetów 

smyczkowych,  dziesięć  oper,  całą  masę  sonat  fortepianowych,  najrozmaitsze  utwory 

kameralne  i  ponad  sześćset  pieśni.  Był  prawdopodobnie  jedynym,  który  szybkością  pisania 

dorównał  Mozartowi.*  [*Schumann  powiedział,  że  melodie  Schuberta  są  pełne 

background image

skoncentrowanego, lirycznego szaleństwa. Może wam się to na coś przyda.] 

Dla  jakichś  powodów  uwertura,  którą  napisał  do  swej  opery  Die  Zauberharfe,  jest 

obecnie  znana  jako  uwertura  Do  Rozamundy,  całkiem  innego  utworu.  Nie  próbujcie  tego 

zrozumieć, to nie ma sensu. Jak na ironię, jego najsłynniejszym dziełem jest symfonia, której 

nigdy nie dokończył.* [*Osiągnięcie sławy w ten sposób jest trudniejsze,  niż wam się zdaje. 

W przeciwnym razie wielu kompozytorów byłoby bardziej sławnych, niż są.] Nikt nie wie na 

pewno,  dlaczego  nie  skomponował  zakończenia,  choć  jest  na  ten  temat  mnóstwo  teorii. 

Niektórzy  myślą,  że  Schubert  dokończyłby  dzieła,  gdyby  miał  czas.  Z  drugiej  strony,  może 

nie miał więcej pomysłów? 

W  czasie  swojej  ostatniej  choroby  przykuty  do  łóżka  Schubert  stał  się  pożeraczem 

książek  i  wielbicielem  powieści  Jamesa  Fenimorea  Coopera.  Jego  ulubioną  był  Ostatni 

Mohikanin. 

Schumann odkrył rękopis Dziewiątej Symfonii Schuberta w domu jego brata, w stercie 

nut na fortepianie. Nigdy nie był zbyt schludny. 

ROBERT SCHUMANN 

 

Nie był nawet w przybliżeniu postacią tak interesującą jak Schubert, choć i jego życie 

obfitowało w różne ciekawe momenty. Kiedy nie szperał w papierach Schuberta, poszukując 

zaginionych symfonii, zajmował się komponowaniem swojej własnej muzyki. 

Urodził  się  w  roku  1810  w  Zwickau.  Jego  ojciec  był  księgarzem  i  na  całe  życie 

zaszczepił mu miłość do literatury. Po niegodnym uwagi dzieciństwie,  już jako młodzieniec, 

udał się do Lipska, by studiować prawo. Taki był cel, choć większość czasu spędzał chodząc 

na koncerty, ćwicząc na fortepianie i paląc cygara. Lubił też piwo. 

W  wieku  dwudziestu  lat  zaczął  studiować  grę  na  fortepianie  u  Friedricha  Wiecka, 

którego  jedenastoletnia  córka,  Klara,  była  już  świetną,  koncertującą  pianistką  i  najmilszą 

dziewczynką, jaką można sobie wyobrazić. Schumann przeprowadził się do domu Wiecków, 

by być bliżej swego nauczyciela.* [*Czy wy nie chcielibyście mieszkać w tym samym domu, 

co wasz nauczyciel fortepianu? Ja bym nie chciał.] 

Początki  Schumanna  były  obiecujące  i  Wieck  uznał,  że  ma  on  wielki  talent.  Jednak 

jego  karierę,  jako  koncertującego  pianisty,  spotkał  przykry  koniec  po  tym,  jak  chcąc 

wzmocnić  palce  prawej  ręki,  wynalazł  rodzaj  uprzęży,  urządzenie,  które  trwale  okaleczyło 

dwa z jego palców. Z tego powodu zepsuł mu się także charakter pisma.* [*Naukowcy nie są 

zgodni co do tego, które z jego palców dotknięte były paraliżem. Niech się spierają. Dostarcza 

to  pożywki  uczonym  muzycznym  czasopismom.]  Ale  przecież  chciał  dobrze.*  [*Jednym  z 

background image

lekarstw przepisanych Schumannowi przez najlepszych lekarzy było moczenie chorej ręki we 

wnętrznościach  świeżo  ubitego  zwierzęcia.  Nie  sprecyzowali  jakiego.]  Schumann  był  także 

krótkowidzem  i  miał  lęk  wysokości,  co  wykluczało  go  z  listy  poborowych.  Zawsze,  kiedy 

tylko było to możliwe, mieszkał na parterze. 

W Klarze zakochał się nie od razu. Przede wszystkim była jeszcze za mała. Durzył się 

raczej  w  innej  uczennicy  Wiecka,  niejakiej  Ernestynie  von  Fricken.  Była  pulchna  i 

sympatyczna  -  chociaż,  jak  powiadają,  żaden  intelektualny  cud.  Wydaje  się,  że  jego 

entuzjazm  dla  niej  osłabł,  kiedy  odkrył,  że  nie  jest  baronówną,  a  jedynie  nieślubną  córką 

niezamężnej szwagierki barona. Pech. 

Poszczególne  części  jego  cyklu  fortepianowego  Karnawał  oparte  są  na  temacie 

wywodzącym się z nazwy miasta, gdzie mieszkała rodzina Ernestyny.* [*Opinie o Karnawale 

były podzielone: Liszt zaliczał go do największych kiedykolwiek napisanych dzieł. Z drugiej 

strony,  Chopin  uważał,  że  to  słaba  muzyka.]  Schumann  zawsze  lubił  wyprowadzać  zręczne 

tematy  muzyczne  ze  słów.*  [*Średniowieczna  nazwa  tego  pomysłu  brzmi:  soggetto  cavato, 

gdybyście chcieli wiedzieć.] 

Jego  pierwszy  opublikowany  utwór.  Wariacje  ABEGG  zostały  napisane  dla  córki 

pewnej rodziny z Mannheim która  nosiła  nazwisko Abegg,  oczywiście.  Kompozycja została 

opublikowana  w  1830  roku  przez  Friedricha  Kistnera,  „wydawcę,  który  -  jak  zanotował 

Schumann  w  swoim  dzienniku  -  jest  oszustem,  co  oświadczam  dla  potomności  i  dla  dobra 

wszystkich  innych  kompozytorów”.  Zdaje  się,  że  łączyła  ich  typowa  relacja  kompozytor-

wydawca. 

W tym czasie Schumann i Klara doszli do wniosku, że są w sobie szalenie zakochani i 

stworzeni  dla  siebie.  Zaczęli  jak  opętani  pisać  listy,  w  tę  i  z  powrotem.  Ojciec  Klary 

sprzeciwiał się zawzięcie. Nazywał Schumanna nicponiem i pijakiem i starał się nie dopuścić 

do  małżeństwa.*  [*Istnieje  cała  teoria  na  temat  tego,  że  Schumann  miał  syfilis,  któremu 

przypisywano  również  odpowiedzialność  za  jego  okaleczoną  rękę  i  inne  rzeczy.]  Powinien 

był  wiedzieć,  jakie  są  dzieci:  im  więcej  im  się  czegoś  zakazuje,  tym  większą  mają  na  to 

ochotę.  W  listopadzie  1835  roku  Schumann  po  raz  pierwszy  pocałował  Klarę.  Zapisał  to  w 

swoim dzienniku, żeby nie zapomnieć. Ona miała lat szesnaście, on dwadzieścia pięć. 

Wieck  nadal  był  przeciwny  ich  związkowi,  ale  zakochani  mało  o  to  dbali.  W  końcu 

wnieśli  sprawę  do  sądu  i  w  roku  1849  sędzia  zezwolił  im  na  ślub.  Byli  bardzo  szczęśliwi  i 

mieli ośmioro dzieci. 

Choć Schumann odnosił sukcesy jako kompozytor i krytyk, nie był utalentowany jako 

dyrygent. Zazwyczaj po prostu w oszołomieniu machał ramionami.* [*W czym przypominał 

background image

większość dyrygentów, których oglądaliście. Wydaje się jednak, że jego sposób machania był 

gorszy.]  Przy  pewnej  pamiętnej  okazji  nie  przestał  taktować,  kiedy  utwór  już  się  skończył. 

Uważa się to za niewłaściwe. 

Jako kompozytor  najlepiej znany  jest ze swoich  utworów fortepianowych, takich  jak 

Karnawał,  Papillons  (Motyle)  i  Koncert  fortepianowy  a-moll.  Napisał  ponad  dwieście 

pięćdziesiąt pieśni. W późniejszych latach skomponował cztery symfonie i nieudaną operę. 

Przez  wiele  lat  Schumann  działał  jako  krytyk  muzyczny.  Założył  własną  muzyczną 

gazetę,  której  był  wydawcą.  Jest  to  sposób  trafny  jak  żaden  inny,  by  zapewnić  sobie 

możliwość  publikacji  własnych  tekstów.  Pisał  pod  dwoma  pseudonimami:  Florestan  i 

Euzebiusz. Jako Florestan był wylewny i przesadnie entuzjastyczny; jako Euzebiusz - bardziej 

wyważony  w  opiniach.  Jego  najsłynniejsza  uwaga  jako  krytyka  dotyczyła  pierwszego 

wrażenia,  jakie wywarła na  nim  muzyka Fryderyka Chopina.  Powiedział:  Panowie,  czapki z 

głów, oto geniusz! Brzmiało to świetnie i opinię tego rodzaju w dzisiejszych czasach Chopin 

umieściłby na okładce swojego pierwszego albumu. 

Wydaje  się,  że  literacki  pomysł  pisania  pod  dwoma  pseudonimami  naraz  zakłócił 

Schumannowi właściwą ocenę stanu rzeczy. Miał pewne trudności z odróżnieniem fantazji od 

rzeczywistości: dwie części Karnawału dedykowane są Florestanowi i Euzebiuszowi. 

Pod  koniec  życia  kłopoty  Schumanna  z  postrzeganiem  rzeczywistości  przybrały  na 

sile.  Słyszał  dziwne  głosy  i  różne  hałasy,  mówił,  że  duchy  Schuberta  i  Mendelssohna 

przychodzą  do  niego,  by  dyktować  mu  tematy  muzyczne.  Czasem  twierdził,  że  jest  ścigany 

przez tygrysy i hieny. 

Po samobójczej  próbie,  kiedy to rzucił  się do Renu,  dobrowolnie dał  się  zamknąć w 

zakładzie  dla  obłąkanych,  gdzie  przeżył  ostatnie  lata  życia.  Umarł  w  1856  roku.  Często 

dokuczliwie rozbrzmiewał  mu w uszach ciągły dźwięk a.*  [*Bedrich Smetana napisał, że w 

ostatnich  latach  swojej  głuchoty  słyszał  często  pierwszy  przewrót  akordu  As-dur, 

rozbrzmiewający w bardzo wysokim rejestrze. Zdarzało się to co wieczór pomiędzy szóstą a 

siódmą regularnie jak w zegarku.] 

Mimo wszystko musicie przyznać, że napisał trochę świetnej  muzyki. I co z tego, że 

był  czasem  zwariowany?  Musimy  tolerować  odrobinę  szaleństwa,  jest  ono  siłą  napędową 

twórczego ducha. 

background image

NADCHODZĄ ROSJANIE 

 

 

POTĘŻNA GROMADKA 

 

Ruś  weszła  do  zachodniej  historii  muzyki  w  X  wieku,  kiedy  Włodzimierz,  książę 

kijowski,  zadecydował,  że  wszyscy  mają  zostać  chrześcijanami.*  [*Wysłuchał  relacji  o 

ceremoniach  w  Bizancjum  i  był  pod  wrażeniem  kadzideł  i  dzwonów.]  Przedtem  Rusinów 

interesowały wyłącznie własne pieśni ludowe. Kościół, kiedy już powstał, muzyką ludową się 

nie  zajmował.  Władze  kościelne  uważały,  że  to  pusta  rozrywka.  Wreszcie,  w  1636  roku, 

sprawy  nabrzmiały  do tego stopnia,  że głowa kościoła,  patriarcha Józef, zakazał wszelkiego 

muzykowania  po  domach.  W  Moskwie  spalono  w  wielkim  ognisku  pięćdziesiąt  fur 

instrumentów.  Resztki  wrzucono  do  rzeki.  Chłopi  myśleli,  że  to  zabawa:  stali  dookoła  i 

kibicowali.  Te  rzeczy  są  dość  kosztowne,  jak  wiecie.*  [*Nie  przypuszczam,  żeby  rozumieli 

co jest grane z tymi instrumentami] 

Jakiś  czas  potem.  Piotr  Wielki  oświadczył,  że  muzyka  mimo  wszystko  nie  jest  taka 

zła. I stworzył orkiestrę wojskową, by na nowo puścić sprawy w ruch. Jego córka, cesarzowa 

Elżbieta,  lubiła operę, chociaż jej służący musieli chodzić od domu do domu, żeby nakłonić 

szlachtę  do  wizyty  w  teatrze.  W  czasach  Katarzyny  Wielkiej  nakłanianie  przestało  być 

potrzebne.  Katarzyna  szczególnie  lubiła  francuską  operę  komiczną.*  [*Wszystko  inne  ją 

nudziło.] 

Pierwszym godnym wzmianki rosyjskim kompozytorem jest Michał Glinka: wszyscy 

przed nim - to modele próbne. Glinka postanowił stworzyć naprawdę rosyjski styl muzyczny. 

Zdawał  sobie  sprawę,  że  tym,  co  Rosjanie  robią  chyba  najlepiej,  jest  śpiewanie  pieśni 

ludowych.  Na  nich  więc  oparł  większość  swoich  utworów.  Tym  razem  nikt  niczego  nie 

podpalił ani nie wrzucił do rzeki. 

Najbardziej znanymi utworami Glinki są jego dwie opery: Życie za cara oraz Rusłan i 

Ludmiła. Żadna z  nich  nie została zanadto dobrze oceniona podczas pierwszego wykonania. 

Życie za cara spotkało się z przyjęciem, które w najlepszym razie określić można jako letnie. 

Być może problem polegał po części na tym, że Glinka najpierw  napisał uwerturę, a później 

dopiero  operę.  W  ten  sposób  daleko  się  nie  zajedzie.*  [*Konstanty  Bachturin  był  pijany, 

pisząc zarys fabuły, co prawdopodobnie nie pomogło sprawie. Wyobrażacie sobie?] 

Z  Rusłanem  było  jeszcze  gorzej.  Na  pierwszym  przedstawieniu  gwizdali  nawet 

niektórzy śpiewacy i członkowie orkiestry.* [*W najlepszych kręgach tak się nie postępuje.] 

background image

Glinka  był  słabowitym  dzieckiem  i  leniwym  dorosłym.  Jako  płaczliwy  romantyk 

zakochiwał się mniej więcej co kilka tygodni. Jest jednak uważany za ojca muzyki rosyjskiej, 

cóż więc mogę powiedzieć? 

Kompozytorem,  który  naprawdę  dał  niezależność  muzyce  rosyjskiej,  był  Milij 

Bałakiriew,  urodzony  w  1837  roku  w  Niżnym  Nowogrodzie.  Był  krępy,  miał  wielką, 

kwadratową głowę, gruby kark i zezowate, małe oczka. Większą część życia przepracował na 

rządowej  posadzie.

 

Bałakiriew  zebrał  wokół  siebie  grupę  młodych  kompozytorów,  którzy 

uważali,  że  muzyka  rosyjska  jest  czymś  najwspanialszym  od  czasu  wynalezienia  krojonego 

chleba.  Byli  to  Cesar  Cui,  Aleksander  Borodin,  Mikołaj  Rimski-Korsakow  i  Modest 

Musorgski.  Zbierali  się  całą  piątką  w  domu  Bałakiriewa  i  do  rana  rozprawiali  o  muzyce. 

Znani  są  jako  Potężna  Gromadka.  We  Francji  mówi  się  o  nich  Les  Cinq  (Grupa  pięciu).* 

[*Nie  mylić  z  Les  Six  (Grupa  sześciu).]  Po rosyjsku  nazywają  się  Moguczaja  Kuczka,  czyli 

właśnie Potężna Gromadka. 

Potężna Gromadka gorąco popierała muzykę rosyjską i głośno o tym mówiła. Jeśli byś 

się  z  nimi  nie  zgodził,  nie  mógłbyś  być  ich  przyjacielem.  Wygadywali  złośliwości  o 

Czajkowskim i Antonie Rubinsteinie, których brzmienie uznawali za zbyt mało rosyjskie, by 

się  mogło  podobać.*  [*Bałakiriew  nazwał  kiedyś  Rubinsteina  idiotą.  Równie  grzecznie 

wyrażał się prawie zawsze.] 

Cui  był  synem  napoleońskiego  oficera.  Jego  ojciec  został  w  Rosji,  kiedy  jego 

towarzysze  sobie  poszli.  Miał  trzech  synów,  których  nazwał  Cezar,  Aleksander  i  Napoleon. 

Kariera  wojskowa  wydawała  się  dla  nich  nieunikniona.  Cui  dorastał  w  biedzie  i  przez  całe 

życie pozostał oszczędny, by nie powiedzieć skąpy. Jego wyobrażenie o wystawnym podjęciu 

kogoś sprowadzało się do poczęstowania go herbatą z konfiturą. 

Chociaż  był  kompozytorem,  większą  rolę  odegrał  jako  dziennikarz  broniący 

narodowej muzyki rosyjskiej, którą pisali jego przyjaciele. (Opera Cui Ratcliff miała w roku 

1869 siedem przyzwoitych wykonań, ale ósme było tak fatalne, że następnego dnia autor sam 

skrytykował  je  w  gazecie.)  W  końcu  Cui  został  wyniesiony  do  godności  generała  armii 

rosyjskiej. Dożył sędziwego wieku osiemdziesięciu trzech lat i aż do końca nauczał strategii 

wojskowej i sztuki fortyfikacji. Jeśli pytacie mnie, jak wymawia się jego nazwisko, nie mogę 

wam pomóc. Radźcie sobie sami. 

Musorgski  pochodził  z  bogatej  szlacheckiej  rodziny,  której  korzenie  sięgały 

trzydziestu dwóch pokoleń i pierwszej ruskiej dynastii. Swoje nazwisko zawsze wymawiał z 

akcentem  na  pierwszej  sylabie.  Nikt  inny  go  nie  słuchał  i  dziś  wszyscy  mówią  zwyczajnie 

Musorgski, co dla nas brzmi poprawnie. Jakiś czas służył w wojsku jako porucznik, a potem 

background image

objął ciepłą posadkę w ministerstwie transportu. 

Był  zawsze  bardzo  przywiązany  do  matki,  przeżył  więc  ciężko  jej  śmierć.  Zaczął 

spędzać  wiele  czasu  z  jej  najlepszą  przyjaciółką,  kobietą  posuniętą  w  latach.  Nie  jestem 

całkiem pewien, czy ich stosunki były tak do końca zdrowe. Z pewnością dostarczały ludziom 

tematu do rozmów. Przezywano go Modinka. Cui zawsze tak na niego mówił. 

Najbardziej  znanym utworem Musorgskiego są Obrazki  z  wystawy. Skomponował  je 

na  fortepian,  nie  zdając  sobie  sprawy,  że  znacznie  częściej  słuchane  będą  w  wykonaniu 

wielkiej  orkiestry  symfonicznej.  Napisał  też  Borysa  Godunowa  i  jeszcze  jedną  operę,  a 

umierając  pozostawił  dwie  inne  niedokończone.  Umarł  dość  nieoczekiwanie  w  wieku 

czterdziestu  jeden  lat,  wypiwszy  o  wiele  za  dużo.*

 

[*Przykro  mi  to  mówić,  ale  był  to  jego 

stały zwyczaj.] 

Rimski-Korsakow - służył w marynarce wojennej i pewnego razu, jako mały chłopiec, 

spadł - dla nabrania wprawy - z masztu okrętowego.* [*Opowiadał, że maszt miał wysokość 

siedmiu pięter, ale mógł trochę przesadzić.] Był dość młody, kiedy Bałakiriew wprowadził go 

do  swojej  grupy  i  na  zawsze  pozostał  jego  protegowanym.  Podczas  kiedy  inni  zajęci  byli 

gadaniem, Rimski-Korsakow naprawdę zabrał się do komponowania. Jeśli nie dorastaliście na 

innej planecie, musieliście słyszeć jego suitę Szecherezada, a może także i Kaprys hiszpański. 

Jego  opera  Mozart  i  Salieri  w  znacznej  mierze  ponosi  odpowiedzialność  za  utrwalenie 

legendy,  która  głosi,  że  Mozart  został  zamordowany  przez  swojego  zazdrosnego  rywala. 

Napisał około jedenastu innych oper, ale ich tytuły wyleciały mi z pamięci.  Jedna z nich ma 

niewygodny  tytuł  Bajka  o  carze  Sałtanie,  jego  synu  sławnym  i  potężnym  Gwidonie 

Sałtanowiczu i pięknej księżniczce łabędzi. Mógł zgłosić ten tytuł do konkursu na Najdłuższy 

Tytuł  Operowy, ale  nie  jestem pewien, czy to zrobił.*  [*Jeśliby tak  jednak zrobił,  to trudno 

sobie wyobrazić, by mógł nie wygrać.] Jedyne, co wszyscy znają z tego utworu, to fragment 

trzeciego aktu, nazywany Lotem trzmiela. 

Borodin  -  urodził  się  jako  nieślubne  dziecko,  nie  miał  jednak  zwyczaju  o  tym 

wspominać.  Jego  ojciec,  książę  Luka  Gedeonoszwili,  zawsze  powtarzał,  że  ma  zamiar 

poślubić  jego  matkę,  ale  jakoś  zapomniał.  Borodin  dorastał  uważając  się  za  dziewczynkę  i 

zawsze mówił do swojej mamy „ciociu”, ale poza tym miał normalne dzieciństwo. Kilka razy 

próbował  wysadzić  dom  w  powietrze,  ponieważ  jego  matka  popełniła  błąd,  kupując  mu 

„Małego  chemika”.*  [*To  nigdy  nie  jest  mądry  prezent  dla  dziecka.]

 

Został  w  końcu 

doktorem  medycyny  i  pełnoetatowym  profesorem  chemii.*  [*Jego  Badania  fluorku  benzolu 

były wielkim przebojem roku 1863.] Muzykę traktował jako hobby. 

Pociesza mnie,  i być może wy także usłyszycie to z radością, że Borodin jako młody 

background image

człowiek był bardzo niezgrabny w stosunku do kobiet. Jednego razu pokazał dziewczynie, z 

którą  się  umówił,  szafkę  na  bieliznę,  ponieważ  nie  mógł  myśleć  o  niczym  innym.*  [*Jej 

reakcja nie została odnotowana. Pewnie powiedziała mu, że jest ładna.] Później poprawił się i 

miał  jednocześnie żonę  i kochankę.  Pisał do żony długie  listy,  w których opowiadał  jej,  jak 

bardzo kocha swoją kochankę. Pewnie nie miała wielkiej ochoty tego słuchać. 

Najlepiej  znanym  utworem  Borodina  jest  opera  Kniaź  Igor,  którą  po  jego  śmierci 

dokończył  Rimski-Korsakow.  Tańce  Połowieckie  z  II  aktu  są  często  grane  do  dziś.  Napisał 

także  cykl  wariacji  na  Pałeczki  do  jedzenia.*  [*Pałeczki  do  jedzenia  opublikowano  po  raz 

pierwszy w Glasgow, jeśli chcecie wiedzieć.] 

Z  upływem  lat  członkowie  Potężnej  Gromadki  stopniowo  oddalali  się  od  siebie; 

pomału czar prysł. Rimski-Korsakow, Borodin i Bałakiriew zmarli na atak serca. To trzech z 

pięciu,  czyli  sześćdziesiąt  procent.  Powiedziałbym,  że  to  raczej  wysoki  odsetek.  Zanadto 

przejmowali się przyszłością muzyki rosyjskiej.* [*Przynajmniej wy się nie przejmujcie.] 

Biednego  starego  Bałakiriewa  spotkał  najsmutniejszy  koniec.  Stał  się  bardzo 

zabobonny i prawie codziennie naradzał się z wróżbitami. Zrezygnował z czerwonego mięsa, 

a jadał tylko śnięte ryby. Nie pytajcie mnie, dlaczego. 

 

 

CZAJKOWSKI 

 

Czajkowski był jednym z tych mazgajowatych, uczuciowych facetów. Nade wszystko 

lubił porządnie sobie popłakać. Jeśli nie mógł płakać, pochlipywał. Sprawiało to, że czuł się 

lepiej.  Piotr  Iljicz  zawsze  był  wrażliwym  chłopcem.  Najdrobniejsza  wymówka  uczyniona 

przez nianię powodowała, że nadąsany zmykał do kąta.* [*Miała na imię Fanny.] Nazywała 

go porcelanowym dzieckiem.* [*Pewnie czasem nazywała go mniej życzliwie. Nie zostało to 

jednak zanotowane.] Dorósłszy, Czajkowski uczynił z fochów całą sztukę: został mistrzem w 

obrażaniu się. Jego muzyka też jest dość płaczliwa. 

Lekcje  gry  na  fortepianie  rozpoczął  w  wieku  siedmiu  lat,  uległszy  fascynacji 

pozytywką, grającą fragmenty Don Giovanniego Mozarta. Był to początek jego trwającej całe 

życie miłości do muzyki tego kompozytora.* [*Mozart grany na pozytywce  brzmi  lepiej niż 

jakikolwiek inny kompozytor.] 

Czajkowski  studiował  prawo  i  był  jakiś  czas  zatrudniony  jako  prawnik  na  rządowej 

posadzie. Doskonalił na niej umiejętność wyglądania na zajętego, podczas gdy robił niewiele. 

Poważne  studia  muzyczne  podjął  dopiero  po  dwudziestym  pierwszym  roku  życia.  Zaczął 

background image

późno, ale powetował to sobie. Wyznał kiedyś, że nim rozpoczął studia u Antona Rubinsteina 

w Konserwatorium Petersburskim nie wiedział nawet, ile symfonii skomponował Beethoven. 

Pierwszym  utworem,  który  zamówiono  u  Czajkowskiego,  była  mała  uwertura  na 

temat hymnu duńskiego. Napisał ją dla rosyjskiego księcia i jego duńskiej narzeczonej. Dostał 

za  to  parę  wysadzanych  drogimi  kamieniami  spinek  do  mankietów,  które  natychmiast 

sprzedał  koledze  ze  studiów.*  [*Było  to  jedno  z  jego  najbłyskotliwszych  posunięć 

finansowych. Zazwyczaj po prostu trwonił pieniądze.] 

Choć  zdobył  sławę  jako  kompozytor,  nigdy  nie  został  dobrym  dyrygentem,  nawet 

swojej własnej muzyki. Zawsze był bardzo nerwowy i przejmował go chorobliwy strach, że w 

środku utworu odpadnie mu głowa. Podpierał ją więc lewą ręką i dyrygował tylko prawą. 

W  latach  1872-1876  był  krytykiem  muzycznym  Gazety  Moskiewskiej,  ale  nie 

powinniśmy  czynić  mu  z  tego  zarzutu.  Wypowiadał  zdecydowane  sądy  o  innych 

kompozytorach: uważał, że Wagner jest nudny, Bach - taki sobie, a Heandel - trzeciorzędny. 

Miał  także  nieco  zastrzeżeń  w  stosunku  do  Beethovena.  Lubił  Brahmsa  jako  człowieka,  ale 

nienawidził jego muzyki.* [*„Czy Brahms jest głęboki?” - pytał. W porównaniu z czym?] 

Życie uczuciowe Czajkowskiego było, by rzec bez ogródek, pogmatwane. Jako młody 

człowiek  żywił  przekonanie,  że  jest  zakochany  w  śpiewaczce  operowej,  sopranie  Desiree 

Artot,  ale  mylił  się.  Posunął  się  nawet  do  tego,  że  poślubił  młodą  niewiastę,  Antoninę 

Miliukową.* [*„Powinienem podjąć poważny wysiłek,  by kogoś legalnie poślubić” -  napisał 

do  brata,  Modesta.]  Nie  brzmi  to  zbyt  romantycznie.*  [*Nie  powinien  był  zawracać  sobie 

głowy.]  Małżeństwo od  początku  do  końca  okazało  się  katastrofą  i  trwało  dziewięć  tygodni 

(To ledwie dość czasu, by rozpakować prezenty ślubne.). 

W  ataku  depresji  próbował  popełnić  samobójstwo.  Zanurzył  się  w  Newie,  mając 

nadzieję, że złapie zapalenie płuc. Tylko się przeziębił, gdybyście chcieli wiedzieć. Antonina, 

po tym jak ją opuścił, miała na pęczki kochanków i przynajmniej jedno dziecko. Spotkawszy 

się po latach, ucięli sobie miłą pogawędkę. Zmarła w domu dla obłąkanych. 

Mimo wszystko ów rok 1877 okazał się pomyślny. Czajkowski otrzymał list od swojej 

wielbicielki, Nadieżdy von Meck, czterdziestosześcioletniej wdowy z jedenaściorgiem dzieci 

i taką  ilością pieniędzy,  że sama  nie wiedziała,  co z nimi robić.  Pomyślała  sobie,  że  byłoby 

fajnie mieć swojego własnego kompozytora. Postanowiła zatem, że będzie regularnie wysyłać 

Czajkowskiemu  pensję,  aby  cały  swój  czas  mógł  poświęcić  komponowaniu.  Postawiła 

jedyny,  raczej  ekscentryczny  warunek:  mieli  się  nigdy  nie  spotkać.  Przez  czternaście  lat 

pisywali  do  siebie,  nigdy  jednak  nie  widzieli  się  osobiście.  (Tak  naprawdę,  to  raz 

przypadkiem  wpadli  na  siebie.  Oboje  jednak  uciekli,  zbyt  zakłopotani,  by  cokolwiek 

background image

powiedzieć. Tak więc to się nie liczy).* [*Poprosił ją nawet o rękę, ale mamusia powiedziała, 

że nie jest dla niej dość dobry. Jako młody człowiek Claude Debussy uczył fortepianu córkę 

pani von Meck.] 

Czajkowski był płodnym kompozytorem. Dziś jest najlepiej znany ze swoich późnych 

symfonii*  [Myśleliście,  że  zapomnę  o  uwerturze  Rok  1812?  To  ta  z  armatami.]  i  muzyki 

baletowej  (Jezioro  łabędzie,  Śpiąca  królewna  i  Dziadek  do  orzechów).  Pisał  muzykę 

kameralną  i  inne  jeszcze  utwory  orkiestrowe,  w  tym  słynny  Koncert  fortepianowy  b-moll. 

Który  Anton  Rubinstein  nazwał  niewykonalnym  ujrzawszy  partyturę  po  raz  pierwszy.* 

[*Zmienił  zdanie,  kiedy  utwór  zdobył  popularność  Anton  Rubinstein  nie  był  kimś,  kto 

przepuściłby dobrą okazję.] Za swoje najlepsze dzieło uważał VI Symfonię (Patetyczną). 

Tylko dwie z  jego ośmiu oper  naprawdę weszły  do repertuaru  - Eugeniusz Oniegin  i 

Dama  Pikowa.  Kowal  Wakuła  nie  był  nigdy  wielkim  hitem,  nawet  po tym,  jak  Czajkowski 

zmienił tytuł na Buty* [*Ani wtedy, gdy zrobił to ponownie, tym razem na Kaprysy Oksany.

Porzucił  pracę  nad  wcześniejszą  operą  Mandragora.  Libretto  było  za  głupie.  Zmiana  tytułu 

nie  wystarczyła.  Jego  pierwsza  opera,  Oprycznik,  opowiada  o  tajnej  policji  z  czasów  Iwana 

Groźnego.  Nie  jest  dziś  często  wykonywana.  Tajna  policja  była  w  Związku  Radzieckim 

tematem drażliwym i nawet teraz budzi podejrzenia. 

Czajkowski*  [*W  krajach  anglosaskich  jego  nazwisko  pisze  się  Tchaikowsky, 

Chaikovsky,  albo  nawet  Chaikovski.  Jest  to  nic  więcej,  jak  dodawanie  niepotrzebnej  pracy 

bibliotekarzom.  Ja  osobiście  nie  chcę  mieć  z  tym  nic  wspólnego.]  zmarł  w  1893  roku  jako 

człowiek sławny, którego muzyka cieszy się powodzeniem. Ni mniej ni więcej, taki autorytet, 

jak encyklopedia Grove’a w swojej ostatniej edycji  informuje,  że zażył truciznę,  by uniknąć 

skandalu,  jakim  mogło  stać  się  ujawnienie  romansu  z  bratankiem  pewnego  wpływowego 

arystokraty.  Grove  twierdzi,  że  historyjka  o  tym,  jakoby  umarł  na  cholerę,  napiwszy  się 

surowej wody to kompletne pomyje. Nie będę się spierał z ekspertami. 

background image

ŚMIESZNIE KRÓTKA HISTORIA OPERY 

 

 

OPERA 

 

Zawsze  będą  istnieli  ludzie,  którzy  uważają,  że  opera  reprezentuje  najwyższe 

osiągnięcie  artystyczne  w  muzyce.  Uważają  tak,  ponieważ  myślą,  że  wszyscy  inni  też  tak 

myślą.*  [*Psychologia  nazywa  to  mentalnością  tłumu.]  Opera  jest  liczbą  mnogą  od 

łacińskiego opus, co znaczy  „praca”  i to właśnie się odczuwa słuchając opery.*  [*Niektórzy 

myślą,  że  liczba  mnoga  od  opus  powinna  brzmieć  opusy.  Dla  pewnych  ludzi  nie  ma  żadnej 

nadziei.]  Tak  naprawdę,  to  całą  winę  ponosi  Monteverdi.  Gdyby  w  1607  roku  nie  napisał 

dramatu muzycznego Orfeo, całe to operowe szaleństwo być może nigdy by się nie zaczęło.* 

[*Są i tacy, którzy czynią odpowiedzialnym Vinzenza Galilei i jego szajkę Camerata, ale byli 

oni jedynie wspólnikami. I to nieobecnymi na miejscu przestępstwa.] 

Raz się pojawiwszy, opera stała się ostatnim krzykiem mody. Kościół w Rzymie robił 

co mógł, by powstrzymać jej rozwój. Uważał, że zamiast pisać opery, kompozytorzy powinni 

skupić całą energię na tworzeniu oratoriów. Podziałało, ale tylko na jakiś czas.* [*Oratorium 

jest operą bez dekoracji, kostiumów i akcji. Jest więc dużo tańsze do wystawienia, ale nawet 

w połowie nie tak zabawne.] 

W  XVII  i  XVIII  wieku  istniały  dwa  typy  opery:  opera  seria  i  opera  buffa,  inaczej 

mówiąc  opera  poważna  i  komiczna.  Śpiewacy  operowi  zdobywali  ogromną  popularność  i 

wielkie  wpływy  zarówno  w  dziedzinie  muzyki,  jak  i  polityki,  a  najpopularniejszym  głosem 

tych czasów we Włoszech był castrato. Mali chłopcy z obiecującymi głosami byli poddawani 

przemianie  w  castrati  czy  tego  chcieli,  czy  nie.*  [*Medyczna  nazwa  tej  operacji  brzmi: 

usunięcie  gruczołów  płciowych.  Chcieliście,  to  wiecie.]  W  XVIII  wiecznych  Włoszech  los 

ten przypadł w udziale około czterem tysiącom chłopców, z których większość do niczego nie 

doszła.  Chyba  największym  i  najsłynniejszym  z  castrati  był  Carlo  Broschi,  znany  jako 

Farinelli. Zapędził w kozi róg większość swoich współczesnych, zarówno płci męskiej,  jak i 

żeńskiej.*  [*Może  dlatego,  że  poza  ćwiczeniem  nie  miał  nic  lepszego  do  roboty.]  Został 

nadwornym śpiewakiem króla  hiszpańskiego Filipa V.  Co wieczór  śpiewał  mu do snu.  Król 

wolał to niż bajkę na dobranoc. 

Niezwykle  popularna  opera  buffa  wyrosła  z  krótkich,  komicznych  sztuk  z  muzyką, 

nazywanych intermezzi. Wykonywano je pomiędzy aktami dłuższych, poważnych oper. Jedną 

z  najpopularniejszych  była  La  serva  padrona  (Służąca  panią)  Giovanniego  Battisty 

background image

Pergolesiego. Żadna szanująca się historia opery (a ta książka z pewnością nią jest) nie byłaby 

kompletna, gdyby pominęła ten utwór. 

Tymczasem  we  Francji  Jean  Baptiste  Lully,  w  takich  dziełach  jak  Alceste  i 

Bellerophon, połączył dramat muzyczny i balet, tworząc francuski typ opery. Jego obiecująca 

kariera  została  nagle  przerwana  w  1687  roku,  kiedy  zmarł,  uderzywszy  się  w  palec  u  nogi. 

Lully  miał  zwyczaj wybijać takt, ciężką  laską uderzając o podłogę.  Wyobraźcie tylko sobie: 

pewnego  dnia,  dyrygując  Te  Deum  dla  króla,  walnął  się  w  palec  tak  mocno,  że  wdała  się 

gangrena.* [*Właściwie było to zakażenie krwi.] 

Anglia  na  dobrą  sprawę  nigdy  nie  stworzyła  własnego  typu  opery,  chociaż  Henry 

Purcell w Dydonie i Eneaszu sprawdził się całkiem dobrze. Anglików zadowalał import opery 

włoskiej.  Często  robili  to  za  nich  naturalizowani  cudzoziemcy,  tacy  jak  Haendel.*  [*By 

dowiedzieć  się  czegoś  więcej  o  operach  Haendla,  przeczytajcie,  proszę,  rozdział  jemu 

poświęcony, zawarty w tej książce. Nie chce mi się powtarzać tego samego dwa razy.] 

Jedynym  oryginalnie  angielskim  wkładem  w  rozwój  opery  jest  maska,  dramat 

poetycki,  któremu  towarzyszy  muzyka.  Maska  Thomasa  Aine’a,  Alfred,  napisana  w  1741 

roku,  zawiera  pieśń,  która  znana  jest  obecnie  jako  Rule  Britannia.  Inny  angielski  wariant 

opery,  zwany  operą  balladową  jest  w  rzeczywistości  zbiorem  popularnych  melodii 

ukradzionych z  innych oper  i opatrzonych nowymi  słowami. Opera żebracza (The Beggar’s 

Opera)  Johna  Gay’a  jest  tego  najsłynniejszym  przykładem.  Prawa  autorskie  były  w  XVIII 

wieku traktowane znacznie swobodniej, więc chociaż wielu mu groziło, Gay nigdy nie stracił 

ani grosza w żadnym procesie.* [*Za to jedna z piosenek z Opery żebraczej, Mack the Knife, 

Mackie  Majcher),  stała  się  standardem  jazzowym.  Od  jej  wykonawców  Gay  nie  dostaje  ani 

grosza tantiem. Dobrze mu tak.] 

Wielkie  zmiany  przyniosło  pojawienie  się  kolejnego  niemieckiego  kompozytora, 

Christopha  Willibalda  Glucka,  który  doszedł  do  wniosku,  że  utrwalona  tradycja  opery 

włoskiej  jest  jawną  kpiną  z  realizmu  intrygi  dramatycznej.  Złościła  go  aria  da  capo  ze  swą 

wbudowaną  powtórką  i  pozbawionymi  umiaru  kadencjami,  które  wprowadzano  po  to,  by 

pozwolić zabłysnąć śpiewakom.* [*W petycji przedstawionej kierownictwu Opery Paryskiej 

przez  grupę  śpiewaków  włoskich  żądano,  by  kadencja  trwała  „siedem  minut  i  trzydzieści 

sześć sekund, bez nabierania oddechu”.] 

Jego  pierwszym  wielkim  sukcesem  była  nowa  wersja  starogreckiego  mitu,  który  po 

raz  pierwszy  opracował  Monteverdi.  Prawykonanie  Orfeusza  i  Eurydyki  Glucka  miało 

miejsce w 1762 roku, potem - w roku 1767 - wystawiono Alcestę. Kolejny wielki tryumf miał 

miejsce w roku 1774, w czasie paryskiego wykonania Ifigenii  w Aulidzie. Położyło ono kres 

background image

długotrwałej  kłótni  dzielącej  Paryż  na  tych,  co  woleli  francuską  opera  comique  i 

zwolenników włoskiej opera buffa, co nazwano „wojną buffonistów z antybuffonistami”. 

Wojna  buffonistów  z  antybuffonistami  była  tylko  jedną  z  wielu,  które  uczyniły 

studiowanie  historii  opery  zajęciem  tak  ciekawym.  Haendel  uważał,  że  Gluck  wie  o 

kontrapunkcie  nie  więcej  niż  jego  kucharz,  a  poeta  Franz  Grillparzer  powiedział  o  Wolnym 

Strzelcu  (Der  Freischutz)  Carla  Marii  von  Webera:  „Ta  opera  może  się  podobać  jedynie 

głupcom  albo  idiotom,  albo  uczonym  mędrkom,  albo  ulicznym  rabusiom  czy  mordercom”. 

Ale  jedną  z  najsławniejszych  była  katastrofa  premiery  Cyrulika  Sewilskiego  (Il  Barbiere  di 

Siviglia) Gioacchino Rossiniego. 

Rossini  skomponował  swojego Cyrulika w 1816  roku,  w nieco ponad dwa tygodnie. 

Ponieważ  czasu  było  mało,  zapożyczył  intrygę  z  historii,  którą  wcześniej  wykorzystał  w 

swojej  operze  Giovanni  Paisiello.*  [*Rossini  pożyczył  też  trochę  muzyki.]  Ten,  co  nie 

powinno  nikogo  dziwić,  był  raczej  wściekły.  Wysłał  więc  grupę  wiernych  przyjaciół,  by 

zakłócili premierowy wieczór. Ci zatem gwizdali, syczeli i rzucali na scenę różne przedmioty. 

Zabawy  tego  rodzaju  wyprowadzają  śpiewaków  z  równowagi.  Jeden  z  nich  potknął  się  o 

swoją  szatę,  inny  zerwał  strunę  w  gitarze,  jeszcze  inny  wypadł  przez  zapadnię.  Wtedy  ktoś 

wypuścił na scenę kota. Opera skończyła się.  W sumie okazała się jeszcze śmieszniejsza niż 

było  to  intencją  Rossiniego.  Drugiego  wieczora  było  spokojniej:  ani  śladu  kota.  Potem 

Paisiello nie miał już szans.* [*Garściami także czerpał ze swoich własnych, wcześniejszych 

utworów,  i  to  było  w  porządku.  Miał  w  czym  wybierać:  pomiędzy  rokiem  1810  a  1824 

skomponował trzydzieści dwie opery. W Polsce prawdziwym fanatykiem operowym jest ten, 

kto  wysłuchawszy  całej  uwertury  do  Cyrulika  Sewilskiego,  nie  pomyśli  ani  razu  o  audycji 

„Sześćdziesiąt minut na godzinę” - przyp. tłum.] 

Rossini  to  jeden  z  najpopularniejszych  włoskich  kompozytorów  operowych  swoich 

czasów.  Był tak  sławny, że przeszedł  na emeryturę  w wieku trzydziestu siedmiu  lat  i resztę 

swego  długiego  życia  (umarł  w  1868  roku,  mając  lat  siedemdziesiąt  sześć)  poświęcił 

przyjemnościom  bycia  kucharzem-smakoszem  i  bon  vivantem.  Bardzo  utył,  ale  się  tym  nie 

przejmował. 

Był płodnym  i  niezwykle szybko pracującym kompozytorem,  który  najlepiej tworzył 

pod  presją.  Uwerturę  do  Sroki  złodziejki  napisał  w  roku  1817,  dzień  przed  premierą. 

Impresario zamknął go w pokoju na piętrze, a na straży postawił czterech osiłków, którzy stali 

nad Rossinim, kiedy komponował. Jak tylko skończył stronę, jeden ze strażników wyrzucał ją 

przez  okno  -  wprost  do  rąk  kopisty,  czekającego  na  dole.  Mieli  przykazane  wyrzucić 

Rossiniego,  gdyby  nie  skończył  na  czas.  Jego  ostatnią  operą  był  Wilhelm  Tell,  napisany  w 

background image

1829 roku. 

Byli też i inni włoscy kompozytorzy operowi. Donizetti jest całkiem w porządku, jeśli 

tylko lubicie sceny szaleństwa. Ale kolejnym naprawdę wielkim kompozytorem jest Giuseppe 

Verdi.* [*Tak przynajmniej nazywał go jego ojciec. Na świadectwie chrztu zapisano: Joseph 

Fortuninus  Franciscus  Verdi.  Miał  siostrę,  którą  ich  ojciec,  w  przebłysku  oryginalności, 

nazwał  Giuseppą.]  Poważany  historyk  muzyki,  Donald  Jay  Grout,  dokonał  podsumowania 

wkładu  Verdiego  w  historię  muzyki,  stwierdzając:  „Verdi  jest  jedynym  wybitnym 

kompozytorem  w  historii,  który  był  jednocześnie  dobrze  prosperującym  rolnikiem”.*  [*Nie 

jestem pewien, co uprawiał, ale cokolwiek to było, był w tym dobry.] 

Kiedy  nie  zajmował  się  uprawą  ogrodu,  Verdi  znalazł  czas  na  napisanie  dwudziestu 

sześciu  oper,  w  tym  takich  przebojów,  jak  Traviata  i  Aida.  Mógłby  czegoś  nauczyć  się  od 

Rossiniego;  poproszono  go  o  skomponowanie  Aidy  na  uroczystości  związane  z  otwarciem 

Kanału  Sueskiego,  które  miało  miejsce  w  1869  roku.  Nie  całkiem  dotrzymał  terminu.* 

[*Potrzebował  kogoś,  kto  by  mu  zagroził,  że  wyrzuci  go  przez  okno.]  Jedno  łączy  go  z 

Rossinim:  wieczór  premiery  Traviaty  w  1853  roku  okazał  się  katastrofą.  Publiczność  była 

zaszokowana,  widząc  operę  wykonywaną  we  współczesnych  ubraniach.  Do  tego  tenor  się 

przeziębił i prawie nie mógł śpiewać. Trudno się też było powstrzymać od śmiechu na widok 

korpulentnej sopranistki grającej bohaterkę usychającą na gruźlicę.* [*Istnieje długa tradycja 

obarczonych  nadwagą  śpiewaczek  operowych:  Marietta  Alboni,  popularna  wykonawczyni 

oper  Rossiniego,  przytyła  tak  bardzo,  że  nie  była  w  stanie  poruszać  się  po  scenie. 

Zdecydowała się na karierę koncertową. Śpiewała siedząc w wielkim fotelu.] 

Ileż jeszcze zostało do powiedzenia o operze - o wiele więcej, niż mam na to miejsca. 

Nie doszedłem nawet do Belliniego, Pucciniego czy żadnego innego, nie wspominając już o 

Hektorze  Berliozie,  Richardzie  Straussie  czy  którymś  ze  współczesnych  kompozytorów 

operowych, takich jak Alban Berg czy Igor Strawiński.

 

Moją ulubioną operą współczesną jest 

Oswobodzenie  Tezeusza,  dzieło  skomponowane  przez  francuskiego  kompozytora  Dariusa 

Milhaud  w  1928.  Trwa  ono  około  siedmiu  minut.  Z  dziesięciominutową  przerwą  jestem  w 

stanie  wytrzymać.*  [*Wrocławskie  przedsiębiorstwo  gazownicze  wystąpiło  o  sądowy  zakaz 

wystawiania  opery  Paula  Hindemitha  Neues  vom  Tage,  w  której  bohaterka  śpiewa  o 

wyższości ogrzewania elektrycznego nad gazowym. Przedsiębiorstwo uważało, że szkodzi to 

jego interesom.] 

background image

BAŁAGAN

 

W KTÓRYM

 

TKWIMY

 

TERAZ 

 

 

STRAWIŃSKI 

 

Strawiński  wystartował z wielkim  hukiem, ale z upływem  lat,  stawał się coraz  mniej 

kontrowersyjny. Może po prostu przyzwyczailiśmy się do niego. 

Urodził  się  w  1882  roku  i  dorastał  w  Sankt  Petersburgu,  gdzie  jego  ojciec  był 

śpiewakiem  operowym.  Jego  najwcześniejszym  wspomnieniem  z  dzieciństwa  był,  jak 

opowiadał,  osobliwy  odgłos  rytmicznego  mlaskania,  jakie  dobywało  się  z  ust  starego 

rosyjskiego  wieśniaka.*  [*Były  to,  należy  przypuszczać,  obluzowane  sztuczne  szczęki.] 

Zaczął  brać  lekcje  fortepianu,  harmonii  i  kontrapunktu.*  [*Harmonię  uznał  za  nudną,  ale 

kontrapunkt polubił.] 

Studiował prawo na Uniwersytecie w Petersburgu, bardziej po to, by przypodobać się 

rodzicom, niż z jakiegokolwiek innego powodu. Tak naprawdę chciał zostać kompozytorem. 

Pokazał  kilka  swoich  wczesnych  kompozycji  Rimskiemu-Korsakowowi,  który  został  jego 

nauczycielem.*  [*Starszy  kompozytor  taktownie  doradził  Strawińskiemu  kontynuowanie 

studiów]  Kiedy  Rimski-Korsakow  zmarł  w  1908  roku,  Strawiński  skomponował  utwór 

żałobny ku jego czci. Ktoś zapodział go gdzieś w czasie rewolucji. 

Strawiński już w młodości odniósł wielki sukces, komponując muzykę dla Les Ballets 

Russes  (Balety  Rosyjskie)  Siergieja  Diagilewa.  Pierwszy  był  Ognisty  Ptak,  ale  prawdziwa 

niespodzianka nastąpiła przy drugim - Pietruszce, który publiczność przywitała gwizdaniem i 

syczeniem.*  [*Strawiński  nie  był  w  stanie  tego  zrozumieć;  przecież  próba  kostiumowa 

wypadła tak dobrze!] 

Pierwsze  wykonanie  Święta  Wiosny  w  1913  roku  stało  się  jednym  z  największych 

skandali w historii muzyki. Od gwizdów i syków aż huczało. Zaraz potem wybuchły bójki  i 

wkrótce na widowni zrobił się jeszcze większy chaos niż na scenie. Strawiński miał szczęście, 

że  wyszedł  z  tego  cało.  Powiedział  później,  że  poruszenie  spowodowane  było  nie  tyle  jego 

muzyką,  co  „gestami,  zbyt  śmiałymi  i  wyuzdanymi,  które  wykonywał  Niżyński,  w 

przekonaniu,  że  wobec  erotycznego  tematu  wszystko  jest  dozwolone.  Nie  ma  potrzeby 

przenosić  całości  zasług  na  tancerza.  Strawiński  był  zbyt  skromny.*  [*Strawiński  był 

atakowany  ze  wszystkich  stron.  Kiedy  Pablo  Picasso  namalował  jego  portret,  pojawiły  się 

kłopoty z jego odprawieniem na granicy, ponieważ urzędnicy myśleli, że jest to rodzaj mapy 

albo szyfrowanego diagramu.] 

background image

Potem  jego  muzyka  stała  się  mniej  prowokacyjna,  jako  że  zmienił  styl  na 

„neoklasyczny; później flirtował z serializmem.* [*Jean Baptiste Lully skomponował Koncert 

dla  Królewskiej  Sypialni,  ale  to  nie  to  samo.]  Od  przypadku  do  przypadku  pisywał  także 

pojedyncze  utwory,  jak  jazzowy  koncert  klarnetowy  dla  orkiestry  Wody’ego  Hermana  czy 

taniec dla cyrku  Ringling Brothers. Pierwsze wykonanie zostało zapowiedziane następująco: 

„Pięćdziesiąt  słoni  i  pięćdziesiąt  pięknych  dziewcząt  w  Niezwykłym  Choreograficznym 

Wyczynie.*  [*Flirtowanie  z  serializmem  -  to  jak  zabawa  dynamitem.]  Można  spokojnie 

powiedzieć, że Strawiński jest jedynym kompozytorem w historii muzyki, który napisał polkę 

dla stada słoni.* [*Widok pięćdziesięciu słoni w różowych baletowych spódniczkach musiał 

być  niezły.  Słoń  jest  jedynym  zwierzęciem,  które  można  nauczyć  stania  na  głowie.  Jest  też 

jedynym  z  czterema  kolanami,  a  jednak  nie  umie  skakać.]  To  nie  żart:  choreografię 

przygotował George Balanchine. Strawiński nigdy nie widział baletu, ale później spotkał się z 

Bessie, pierwszą z gruboskórych, i uścisnął jej nogę. 

Przez  całe  lata  krytycy  byli  dla  Strawińskiego  raczej  nieuprzejmi.  Pisząc  o  jego 

utworze poświęconym pamięci Debussyego, krytyk Ernest Newmann stwierdził: „Nie miałem 

pojęcia, że Strawiński aż tak nie znosi Debussy’ego. Gdyby moje wspomnienia o przyjacielu 

były tak bolesne, jak wydają się wspomnienia Strawińskiego o Debussym, to próbowałbym o 

nim  zapomnieć.  Inny  krytyk  określił  jeden  z  utworów  jako  „tryumf  muzycznej  tępoty  nad 

literacką  siłą  tekstu  [...]  Jedynym  dźwiękiem,  jaki  dodawał  mi  sił,  był  odgłos  nakręcania 

zegarka przez upartego sąsiada. 

W  końcu  Strawiński  przeprowadził  się  do  Kalifornii  i  został  obywatelem 

amerykańskim.  Pewnego  razu  policja  bostońska  chciała  ukarać  go  studolarową  grzywną  za 

jego aranżację Gwiaździstego sztandaru.* [*Oto co go spotkało, kiedy próbował być patriotą.] 

Często  pisał  muzykę  na  jakimkolwiek  skrawku  papieru,  który  miał  pod  ręką: 

serwetkach, kopertach czy restauracyjnym menu.* [*Zabranie go na obiad mogło być ciężką 

próbą nerwów.] Do snu  lubił się ubierać w zniszczony,  stary zielony  beret, a swoją  muzykę 

porównał kiedyś do własnego nosa: „Nikt nie będzie krytykował kogoś lub czegoś, co działa - 

powiedział. - Nos nie jest zrobiony, nos po prostu jest. Tak jak moja sztuka”. No cóż, jest to 

jakiś sposób spojrzenia na sprawę. 

 

 

SCHONBERG 

 

„Naprawdę  nie  powinniśmy  zwalać  wszystkiego  na  Schonberga.  Jego  zdaniem, 

background image

niczego  nie  był  winien:  „Jestem  niewolnikiem  wewnętrznej  siły,  silniejszej  niż  moje 

wykształcenie”  -  powiedział  pewnego  razu.  A  kiedy  indziej  stwierdził:  „Jestem  tylko 

przekaźnikiem pewnej idei. Idea jest niczym prąd elektryczny w powietrzu. Może pochodzić 

z  Jowisza  -  z  kosmosu  -  to  nie  jest  dowiedzione!”*  [*Wdowa  po  Albanie  Bergu,  jednym  z 

uczniów Schonberga, twierdziła, że Berg regularnie rozmawia z nią zza grobu, przekazując jej 

instrukcje dotyczące jego opery Lulu. Ludzie bywają różni.] 

Arnold  Schonberg  nie  zawsze  był  radioodbiornikiem  w  ludzkim  ciele  odbierającym 

muzyczne transmisje z Jowisza. Według wszelkich dostępnych danych, jego dzieciństwo było 

dość zwyczajne.

 

Jako dorosły był niski, łysiejący i miał duże, wyłupiaste oczy. Może za dużo 

czytał. 

Schónberg  urodził  się  w  Wiedniu  w  1874  roku.  Zaczął  brać  lekcje  skrzypiec,  mając 

osiem lat. Kiedy opuścił szkołę, przez krótki czas pracował w banku, ale to nie skończyło się 

dobrze.  Zaczął  komponować  sam,  bez  przygotowania.  Był  właściwie  samoukiem,  jeśli 

pominąć  krótki  okres,  kiedy  studiował  kontrapunkt  u  Aleksandra  von  Zemlinskiego.  Ożenił 

się z siostrą Zemlinskiego, Matyldą, a więc lekcje, tak czy inaczej, na coś się przydały. 

Jako  młody  człowiek,  Schonberg  lubił  wałęsać  się  po  wiedeńskich  kawiarniach,  pić 

espresso i dyskutować o muzyce Wagnera z intelektualistami, których tam spotykał. Od czasu 

do  czasu  podejmował  się  orkiestrowania  muzyki  dla  miejscowej  operetki.  Nie  przepadał 

specjalnie za tą pracą, ale potrzebował pieniędzy. 

Nazwisko  Schonberg  bywa  pisane  Schoenberg.  On  sam  jednak  nie  przejmował  się 

językowymi  problemami  dotyczącymi  swojego  nazwiska.  Był  zbyt  zajęty  rozmyślaniem  o 

tym,  jak  zrewolucjonizować  język  muzyki.  Zaczął  w  sposób  dość  prosty,  pisząc  w 

wyszukanym, silnie schromatyzowanym stylu, wyrosłym z dzieł Mahlera. Posunął się jednak 

dalej, rozciągając granice tonalności poza punkt krytyczny. Kiedy rozwiał się dym, struktury 

tonalne,  będące  rezultatem  całych  wieków  ewolucji,  leżały  w  gruzach  na  podłodze,  a 

Schonberg stał pośród ruin. Nie był to przyjemny widok. 

System  kompozytorski  rozwinięty  przez  Schonberga,  a  później  kontynuowany  przez 

jego  uczniów,  Albana  Berga  i  Antona  von  Weberna  został  nazwany  serializmem  albo 

dodekafonią. Dwanaście dźwięków, na jakie składa się oktawa, jest tu poukładanych w serie, 

nazywane  też  szeregami  dźwiękowymi,  z  których  rozwijany  jest  cały  materiał  melodyczny 

utworu.  Dalej  wyjaśnienia  stają  się  zbyt  ezoteryczne.*  [*Schonberg  ubolewał  przez  całe 

życie, że nikt go nie rozumie. Mnie to nie dziwi.] 

Muzyka  Schonberga  od  samego  początku  była  przez  publiczność  koncertową 

traktowana  z  dezaprobatą  i  witana  drwinami.  W  czasie  pierwszego  wykonania  jego  zbioru 

background image

pieśni,  w  roku  1900,  na  widowni  doszło  do  walki  na  pięści.  W  czasie  premiery  Symfonii 

Kameralnej wielu słuchaczy opuściło wcześniej salę, robiąc po drodze straszny hałas. Walili 

pięściami w krzesła, głośno gwizdali i szydzili. 

Przed  następnym  koncertem  Schonberg  kazał  wydrukować  adresowaną  do 

publiczności  uwagę,  mówiącą,  że  wykupienie  biletu  upoważnia  do  siedzenia  cicho  i 

słuchania, a nie do wyrażania opinii o muzyce. Nie poprawiło to sytuacji. Bójka na jednym z 

koncertów  znalazła  swój  epilog  w  sądzie,  a  lekarz  zeznający  w  obronie  oskarżonych 

stwierdził,  że  wielu  słuchaczy  wykazywało  wyraźne  oznaki  nerwicy,  będące  następstwem 

słuchania muzyki. 

26  grudnia  1934  to  pamiętna  data:  w  Suicie  Gdur  na  smyczki  Schonberg  napisał 

pierwsze od dwudziestu siedmiu lat oznaczenie tonacji, aby pokazać, że nie zapomniał, po co 

one są. 

Przez jakiś czas jego hobby było malarstwo, a za młodu eksperymentował z maszyną 

do pisania nut. Poza tym niewiele było w stanie oderwać go od powziętej samozwańczo misji 

-  emancypacji  dysonansu.  Traktował  tę  misję  bardzo  poważnie:  „Jest  moim  historycznym 

obowiązkiem - powiedział - czynić to, co nakazuje mi moje przeznaczenie”. No cóż, człowiek 

robi to, co musi. 

background image

ANGIELSCY WIEJSCY OGRODNICY 

 

 

WILLAMS 

 

Ralph Vaughan  Williams siedział  sobie pewnego ranka,  nie robiąc nic szczególnego, 

kiedy przyszło mu do głowy, że byłoby fajnie odrodzić muzykę angielską, której ostatnio nie 

najlepiej się wiodło. 

W  roku  1903,  a  nawet  wcześniej,  już  od  śmierci  Purcella  w  roku  1695,  los 

angielskiego  kompozytora  prezentował  się  raczej  ponuro.  Och,  możecie  wymienić  parę 

nazwisk - Wesley, Walmisley i cała reszta - ale spędzali oni większość czasu, wałęsając się w 

pobliżu  katedr.  Możecie  też  próbować  zrobić  na  mnie  wrażenie  Deliusem  i  Elgarem,  ale 

będzie to tylko bluff. 

Vaughan  Williams  uznał,  że  najlepszą  drogą  postępowania  będzie  powrót  do 

angielskich  pieśni  ludowych.  Oznaczało  to  wielogodzinne  wędrówki  godzinami  po 

wrzosowiskach  i  moczarach.  On  i  Gustav  Holst  mieli  zwyczaj  robić  to  całymi  dniami, 

zbierając pieśni  ludowe,  ballady  i  wiejskie piosenki, które  znajdowali  leżące sobie w  lesie  i 

porozrzucane po wiejskich łąkach. 

W końcu Vaughan Williams zebrał około ośmiuset takich melodii. Ponieważ byłby to 

wielki  wstyd  pozwolić  im  się  zmarnować,  często  wykorzystywał  je  w  swoich  utworach,  by 

dodać im rustykalnego uroku. Czasem sam wymyślał melodyjki, które brzmiały jak piosenki 

ludowe. Była to jego ulubiona rozrywka, której ciągle się oddawał, żeby nie wyjść z wprawy. 

Jak  to  ujmuje  jeden  z  biografów:  „Przesiąkł  sam  tymi  modelami  melodycznymi  i 

specyficznymi rytmami”. 

Vaughan Williams urodził się w 1872 roku w Gloucester, ale dorastał w Surrey. Jego 

rodzina żyła w dostatku, co bardzo ułatwiło mu utrzymanie się z komponowania. W rodzinie 

ze  strony  ojca  było  bardzo  wielu  prawników,  ale  jego  ojciec  był  anglikańskim  wikarym. 

Matka  była  córką  Josepha  Wedgwooda.  Ponieważ  była  także  siostrzenicą  Karola  Darwina, 

ewolucjonisty, i żoną pastora, można sobie wyobrazić jak wyglądały ich rozmowy przy stole. 

Jeden  z  największych kłopotów z Vaughanem  Williamsem  polega  na tym, że  nie wiadomo, 

jak go nazywać. Jego prapradziadek nosił zwyczajne nazwisko Williams. Vaughan, zdaje się, 

dołączyło gdzieś po drodze. Wszyscy teraz nazywają kompozytora: Vaughan Williams,  i nie 

mam  zamiaru  sprzeciwiać  się  temu  trendowi.  No  i  jeszcze  problem  z  jego  imieniem,  które 

wygląda  jak  Ralph,  ale  prawdopodobnie  powinno  być  wymawiane:  Rejf.*  [*Nie 

background image

zapominajcie, że jest to naród, który „Gloucester” wymawia jak „Gloster”.] 

Jakkolwiek  się  nazywał,  wcześnie  rozwinął  się  u  niego  talent  muzyczny.  Swój 

pierwszy  utwór  skomponował  w  wieku  sześciu  lat  -  była  to  czterotaktowa  melodyjka  na 

fortepian, The Robin’s nest. Potem  nic  już  nie  było w stanie go powstrzymać.  Komponował 

muzykę  chóralną,  pieśni  solowe,  utwory  religijne,  suity  pieśni  ludowych.  Dodajmy  do  tego 

dziewięć symfonii.* [*Znowu ta magiczna cyfra] No cóż, to było wczesne dzieło i sześć oper. 

Kiedy miał dziesięć lat, napisał operę lalkową, pod tytułem Kalosze szczęścia. 

Wielu  kompozytorów  rozpoczyna  karierę  bardzo  błyskotliwie,  a  starzejąc  się  -  traci 

animusz. Vaughan Williams przeciwnie: wiele swoich najlepszych utworów napisał w wieku, 

w którym  większość kompozytorów zajmuje się  już tylko polerowaniem sztucznych szczęk. 

Swoją  ostatnią,  dziewiątą  symfonię  skomponował  mając  osiemdziesiąt  sześć  lat,  na  krótko 

przed śmiercią w 1958 roku. 

Wędrówki z czasów młodości musiały być dobre dla zdrowia, nie wspominając już o 

nadzwyczaj szczęśliwych kaloszach. 

 

 

BRITTEN 

 

Benjamin  Britten  nie  napisał  utworu  o  kaloszach,  za  to  włączył  część  pod  tytułem 

Slung Mugs do swojej muzyki teatralnej, Noye’s Fludde. Urodził się w 1913 roku. Jako młody 

człowiek wyruszył by pozbierać pieśni ludowe, które Vaughan Williams pozostawił niedbale 

porozrzucane dookoła. Podnosił je, szorował szczotką i umieszczał w swoich utworach. Czuł 

się  wtedy  lepiej.  Napisał  też  trzynaście  oper,  w  tym  Petera  Grimesa,  która  opowiada  o 

rybaku, i Alberta Herringa* [*Śledzia - przyp. tłum.], który nie ma w ogóle nic wspólnego z 

rybą.* [*Ryby występują też w Billy Bud. Akcja toczy się na morzu i tak też czasem czuje się 

publiczność po wysłuchaniu tego utworu.] 

Britten  często  nazywany  jest  drugim  Purcellem.*  [*Brzmi  to  dość  efektownie.] 

Szczęśliwy Albert Herring, który nie ma zbiegiem okoliczności, nic wspólnego z rybą urodził 

się  22  listopada,  w  dzień  świętej  Cecylii,  patronki  muzyki.  Purcell  zmarł  w  wigilię  dnia 

świętej Cecylii, a więc Britten urodził się zaraz następnego dnia, tylko dwieście osiemnaście 

lat  później.  Niektórzy  przypisują  temu  wielkie  znaczenie.  Bo  ostatecznie,  cóż  to  jest  tych 

marnych dwieście osiemnaście lat? 

Britten zmarł w roku 1976, a przedtem został lordem Brittenem i Wielkim Nestorem 

Muzyki  Angielskiej.  Stanowisko  to  jest  aktualnie  wolne.  Tylko  poważne  kandydatury  będą 

background image

rozpatrywane. 

 

 

IVES 

 

Charles  Ives  (1874-1954)  jest  w  muzyce  tym,  czym  w  filozofii  był  Henry  David 

Thoreau: absolutnym indywidualistą, niezależnym i obdarzonym silną wolą. Nie przejmował 

się  tym,  co  inni  myślą  o  jego  muzyce.  Komponował  po  prostu  tak,  jak  chciał.  Oczywiście, 

bardzo  pomocny  był  fakt,  że  nie  próbował  zarabiać  na  życie  jako  kompozytor.  Większość 

dorosłego życia spędził w Nowym Jorku, gdzie pracował jako agent ubezpieczeniowy. Ożenił 

się  z  panną  Harmony  Twichell  i  wiódł  szczęśliwe  życie  przedstawiciela  klasy  średniej. 

Komponował  tylko  wieczorami  i  w  weekendy.  W  soboty  chodził  czasem  do  miejscowej 

piwiarni i grał ragtime’y na fortepianie. 

Swoje  niezależne  usposobienie  odziedziczył  po  ojcu,  Georgu  Ivesie.  Ives  senior  był 

najmłodszym  kapelmistrzem armii Unii w czasie  wojny  secesyjnej. Pewnego razu,  w czasie 

burzy  z  piorunami,  przesiedział  prawie  całą  noc  na  dworze,  słuchając  dźwięku  dzwonu  z 

pobliskiego  kościoła.  Resztę  nocy  spędził  na  poszukiwaniu  tego  dźwięku  w  swoim 

fortepianie. Nie było go tam. 

George  był  autorem  wynalazku,  który  nazwał  maszyną  ćwierćtonową.  Był  to  aparat 

opatrzony  dwudziestoma  czterema  skrzypcowymi  strunami  oraz  zestawem  ciężarków  i 

krążków.  Komponował  na  owej  maszynie  ćwierćtonowe  melodie  i  kazał  je  sobie  śpiewać 

małemu  Charlesowi.  Ives  powiedział,  że  ojciec  później  „zaprzestał  tej  praktyki,  chyba,  że 

miała to być kara”. Inna jego ulubiona zabawa polegała na tym, że kazał Charlesowi śpiewać 

jakąś popularną piosenkę - powiedzmy Swanee River - w określonej tonacji, podczas gdy sam 

akompaniował mu w innej. Powiadał, że chce w ten sposób rozwijać uszy chłopca. 

Charles Ives kontynuował naukę na Yale University, gdzie jego nauczycielem muzyki 

został Horatio Parker, znany kompozytor. Ives lubił Parkera, chociaż w porównaniu z ojcem 

był  jedynie  konserwatywnym  starym  nudziarzem.  Jego  szkolne  akta  pokazują,  że  był 

zaledwie  przeciętnym  studentem  w  przedmiotach  innych  niż  muzyka.*  [*Najgorsze  stopnie 

miał  z  francuskiego.]  W  Yale  Ives  spędzał  czas  bardzo  przyjemnie:  był  najlepszym 

miotaczem  w  drużynie  baseballowej,  która  pokonała  studentów  pierwszego  roku.  Potem 

organizował  drużynę  piłki  nożnej.  Komponował  nie  tylko  własną  „poważną”  muzykę,  ale 

także  marsze  dla  szkolnej  orkiestry  i  muzykę  do  wodewilowych  przedstawień  studenckich 

korporacji. Skomponował łącznie pięć symfonii i kilka dużych utworów orkiestrowych, dwie 

background image

sonaty fortepianowe, około dwustu pieśni i wiele innych utworów, wszystkie dość dziwaczne. 

Jak na ironię, poślubił kobietę o imieniu Harmony. 

Jako kompozytor tak dalece wyprzedził swoje czasy, że nawet dzisiaj wielu słuchaczy 

nie rozumie, o co mu chodzi. Swoją filozofię podsumował dość zgrabnie, pisząc: „Mój Boże, 

a cóż dźwięk ma wspólnego z muzyką? 

background image

DOKĄD

 

DALEJ? 

 

 

CAGE 

 

John Cage był enfant terrible muzyki awangardowej. To jedyne określenie, które jest 

w stanie adekwatnie go opisać. 

Co  można  powiedzieć  o  muzyce  Cage’a?  Zgodnie  z  jego  własnym,  filozoficznym 

podejściem do komponowania,  mógłbym równie  dobrze nie powiedzieć  niczego.  „Nie  mam 

nic do powiedzenia - twierdził tajemniczo - ale mówię to, i to jest poezja”. Rozumiecie? 

Cage urodził się w 1912 roku w Los Angeles. Zawsze był gadułą. Mając siedemnaście 

lat  wygrał  konkurs  krasomówczy,  a  rok  później  wygłosił  pożegnalne  przemówienie  na 

zakończenie szkoły średniej. Rzucił college po dwóch latach i przez następne trzy wędrował 

po Europie. Powróciwszy do Kalifornii, utrzymywał się pracując w przedziwnych zawodach, 

w  tym  ogrodnika  i  introligatora.*  [*Wraz  z  trzema  innymi  introligatorami  stworzył  kwartet 

perkusyjny.]  Wygłaszał  także  odczyty  o  sztuce  nowoczesnej  i  muzyce  współczesnej  dla 

kalifornijskich  gospodyń  domowych.  Studiował  u  wielu  nauczycieli,  w  tym  u  Arnolda 

Schonberga, który powiedział, że Cage nie ma poczucia harmonii. 

Z  powodu  swoich  poszukiwań  na  polu  muzyki  aleatorycznej,  czyli  opartej  na 

przypadku,  został  nazwany  „apostołem  indeterminizmu  w  muzyce”.  Jako  kompozytor  był 

bardziej zdeterminowany niż większość jego kompozycji. Dla określenia sposobu wykonania 

utworu  zaczął  wykorzystywać  rzuty  monetą,  kostką  i  chińskim  I  Ching*  [*Nie  jest  to 

całkowicie  nowe.  Mozart  napisał  cykl  walców  wymagających  rzucania  kostką.  To  samo 

zrobili  Haydn  i  C.  P.  E.  Bach.]  Jego  kompozycja  z  1951  roku,  Imaginary  Landscape  Nr  4 

(Pejzaż wyobraźni), przeznaczona jest na dwanaście odbiorników radiowych nastawionych na 

różne stacje wybrane za pomocą rzutu monetą. 

Około 1940 roku Cage wymyślił coś, co nazwał preparowanym fortepianem. Chodziło 

o  fortepian  nafaszerowany  różnego  rodzaju  przedmiotami,  które  umieszczał  na  strunach, 

zmieniając w ten sposób dźwięk  instrumentu.  Uzyskanie  najlepszego efektu zajęło  mu  jakiś 

czas. Najpierw próbował z półmiskiem do ciasta, ale ciągle się przesuwał. Wtedy pomyślał o 

gwoździach,  te  jednak  stale  wpadały  pod  struny.  Wreszcie  uznał,  że  najlepsze  będą  śruby  i 

wkręty,  choć  używał  też  innych  przedmiotów,  takich  jak  gumowe  uszczelki  do  okien  i 

skrawki  papieru.*  [*Wcześniejszy  utwór.  Credo  In  Us,  na  czterech  perkusistów  i  radio 

zawiera cenną wskazówkę dla wykonawców, którym radzi unikać „dzienników radiowych w 

background image

czasie krajowych lub międzynarodowych katastrof”. Dzieci, nie próbujcie tego w domu!] 

Jego  pierwszym  utworem  na  fortepian  preparowany  była  suita  taneczna  Bacchanale. 

Charakterystyczne dla  muzyki Cage’a  jest występowanie  nietypowych  instrumentów lub  ich 

nietypowych zestawień. Jego utwór Living Room Music wymaga czterech wykonawców partii 

rytmicznych  wykorzystujących  „wszelkiego  rodzaju  sprzęty  domowe  lub  elementy 

architektoniczne”, takie jak książki, czasopisma, meble, ściany - cokolwiek. 

Aby wykonać utwór Music for Carillon  Nr 1, podziurkował, w sposób przypadkowy 

taśmę  perforowaną,  która  steruje  urządzeniem  wprawiającym  w  ruch  dzwony.  Branches 

przeznaczone  są  na  perkusyjne  warzywa  (nieperkusyjne  się  nie  nadają),  łącznie  z 

grzechotkami  ze  strąków  i  amplifikowanymi  kolcami  kaktusa.  W  Iniets  czterech 

wykonawców dmie w muszle, a tło dźwiękowe tworzą płonące sosnowe szyszki.* [*Jeśli nie 

chcecie  używać  odgłosu  prawdziwych  płonących  sosnowych  szyszek,  Cage  proponuje, 

żebyście odtworzyli go z taśmy, dostępnej w każdym lepszym archiwum nagrań.] 

Cage był innowatorem w wielu różnych dziedzinach. Jako jeden z pierwszych urządził 

mieszkanie na strychu nowojorskiego domu towarowego, co obecnie jest bardzo modne. Jego 

apartament  został  opisany  w  numerze  Junior  Harper’s  Bazaar  z  czerwca  z  1946  roku. 

Wiedział więcej na temat grzybów niż wy i ja razem wzięci, i w 1962 roku założył dla siebie i 

innych miłośników grzybów Nowojorskie Towarzystwo Mikologiczne. Powiedział kiedyś, że 

gdyby mógł zacząć wszystko od początku, zostałby raczej botanikiem. 

29  sierpnia  1952  był  historycznym  dniem  muzyki  współczesnej:  w  Woodstock,  stan 

Nowy Jork, David Tudor, przyjaciel kompozytora, po raz pierwszy wykonał jego utwór 4’33. 

W  utworze  tym,  po  raz  pierwszy  wykonanym  na  fortepianie  -  choć  przeznaczony  jest  na 

jakikolwiek instrument lub zespół, wykonawca po prostu siedzi w ciszy przez cztery minuty i 

trzydzieści  trzy  sekundy.  Ukazuje  to  wiarę  Cage

a,  że  w  dziedzinie  formy  włączenie  ciszy 

jako  podstawowego  elementu  utworu  jest  „jedynym  nowym  pomysłem  od  czasów 

Beethovena”.  Cisza  nie  jest  nigdy  całkowita  -  powiada  Cage.  Stale  otaczają  nas  dźwięki: 

wiatr, ptaki, ruch drogowy, nasz własny oddech czy cokolwiek innego. „Muzyką, którą wolę, 

bardziej  nawet  niż  moją  własną  czy  kogokolwiek  innego  -  powiedział  kiedyś  -  jest  to,  co 

słyszymy po prostu siedząc cicho”.* [*Dla porównania: „59 1/2” na instrument smyczkowy, 

32’57.9864”  i  „34’46.776”  dla  pianisty,  „26/499”  na  instrument  smyczkowy  i  „27/10.554” 

dla perkusisty. W 1962 roku napisał „4’33 Nr 2”, znane także jako „OW”. To bardzo proste.] 

Zmarł w 1992 roku w Nowym Jorku. Może z powodu hałasu, jaki tam panuje. 

Dlatego  posiedźmy  cicho  jakieś  cztery  i  pół  minuty  rozmyślając  o  wkładzie,  jaki 

wniósł Cage do rozwoju muzyki. 

background image
background image

CODA 

 

 

A zatem kończymy już nasze rozważania o historii muzyki. Można było powiedzieć o 

wiele  więcej,  stale  też  wiele  się  dzieje,  ale  i  nam  jest  potrzebna  perspektywa  czasowa. 

Porozmawiajmy o tym za sto lat.