background image

Stosy kłamstw o Inkwizycji 

Obraz Świętej Inkwizycji, pokutujący w potocznej świadomości i bezustannie 
ugruntowywany przez media, ma tyle samo wspólnego z historyczną prawdą, ile 

Księstwo Mołdawii z serialu "Dynastia" z prawdziwą Mołdawią. 
O Świętej Inkwizycji słyszał każdy. Przy dziesiątkach okazji przywołuje się ją jako 

symbol najstraszliwszego w dziejach cywilizacji masowego prześladowania, 

fanatyzmu i kontroli myśli. Liczni autorzy każą nam widzieć w niej historyczny 
pierwowzór hitleryzmu i stalinizmu. Każda napaść na Kościół i religię katolicką 

obowiązkowo zawiera odwołanie do jakoby powszechnie znanych, a nie 
odpokutowanych zbrodni Świętego Officjum. O owych enigmatycznych zbrodniach 

przypomina bez przerwy - ale i bez konkretów - prasa, filmy, literatura. Nawet 
pornografia z lubością wyżywa się w kojarzeniu tortur z lochami Inkwizycji i 

zakapturzonymi mnichami. 

Kto by jednak chciał ową najczarniejszą z legend skonfrontować z dziełami 
historyków - nawet tych nie kryjących swej niechęci do Kościoła i religii - przeżyje 

głębokie zdumienie, że wszystko było inaczej. Znajomość choćby tylko 
podstawowych faktów każe stwierdzić, że cała ta wymyślona w ostatnich stuleciach 

legenda okrutnej, fanatycznej i zbrodniczej Inkwizycji ma tyle wspólnego z 

historyczną prawdą, ile księstwo Mołdawii z serialu "Dynastia" z istniejącym 
naprawdę państwem o takiej nazwie. 

Nie twierdzimy tu, że Inkwizycja nie istniała ani że poszczególni jej sędziowie nie 
dopuszczali się postępków, z dzisiejszego punktu widzenia, godnych głębokiego 

ubolewania. Niektóre fakty z dziejów Inkwizycji, wyrwane z historycznego kontekstu, 

budzą w dzisiejszym człowieku zrozumiały odruch sprzeciwu. Kłamstwo czarnej 
legendy opiera się jednak na całkowitym przeinaczeniu historycznego tła i proporcji. 

W istocie bowiem, jak piszą Jean i Guy Testasowie, na tle ogólnie panujących 
obyczajów Inkwizycja była najbardziej obiektywną instytucją swej epoki. 

O wydarzeniach sprzed wieków nie można wyrokować nie znając mentalności 

czasów, w których miały miejsce, ani wypadków, które do nich doprowadziły. 
Potoczna wiedza o Inkwizycji, ukształtowana przez osiemnastowiecznych, 

fanatycznych antyklerykałów i rozbudowana przez ich następców, opiera się właśnie 
na oderwanych faktach, przeinaczanych, wyolbrzymianych i obudowywanych całkiem 

fantastycznymi hipotezami. Co istotne, czarnej legendy Inkwizycji nie tworzyli 

historycy, nawet najbardziej stronniczy. 
Autorytetami od okrzyczanych zbrodni Świętego Officjum stali się głównie pisarze i 

scenarzyści, których nikt nigdy nie próbował rozliczać z rzetelności czy obiektywizmu. 
Czym w ogóle była Inkwizycja? Czarna legenda każe widzieć w niej coś na kształt 

kościelnej tajnej policji, stojącej ponad prawem i dysponującej nieograniczonymi 

prerogatywami do więzienia, torturowania i mordowania kogo tylko jej się spodobało. 
W istocie zaś Inkwizycja powołana została w chwili ogarniającego Europę kryzysu 

społecznego właśnie po to, aby położyć kres szerzącemu się bezprawiu, i, lepiej lub 
gorzej, zadanie owo wypełniła, oszczędzając staremu kontynentowi wielu krwawych 

zawieruch. 
Współczesnemu człowiekowi sam fakt potępiania przez Kościół herezji i zwalczania 

ich usiłuje się przedstawić jako rzecz z gruntu naganną, jak gdyby pierwowzór 

totalitarnych tendencji do tłumienia wolności myśli. Zapomina się przy tym, że religia 
chrześcijańska stanowiła w państwach średniowiecznych podstawę społecznego ładu, 

background image

równie niekwestionowaną, jak dzisiaj demokracja i prawa obywatela. W przypadku 

większości herezji zakwestionowanie owej ideologicznej podstawy było środkiem 
służącym walce z ustrojem. Atak na dogmaty wiary zbiegał się nierozdzielnie z 

atakiem na króla lub feudalnego pana, towarzyszyły mu zawsze żądania natury 

politycznej, zazwyczaj także odwieczny postulat wszelkich rewolucji, aby 
wymordować bogatych i rozdzielić ich mienie między biednych - czyli samych 

heretyków. W formie sporów religijnych znajdowały ujście konflikty o podłożu 
ekonomicznym lub narodowościowym, i to one właśnie nadawały tym konfliktom 

temperaturę prowadzącą do okrucieństw. 

Trzeba wyjątkowo złej woli, by kwestionować fakt, iż Kościół wczesnego 
średniowiecza był wobec herezji bardzo wyrozumiały. 

Jego reakcją na rozmaite nauczania, kwestionujące ustalenia Kościoła, były z reguły 
dyskusje, polemiki i synody, na których w świetle Pisma Świętego starano się znaleźć 

prawdziwe rozwiązanie spornych kwestii. Interwencje władz świeckich zdarzały się 
sporadycznie, zazwyczaj wtedy, gdy pojawiało się realne niebezpieczeństwo rozbicia 

jedności kościoła, co zagrażałoby także państwu. 

Atmosfera wieku XII różniła się jednak zasadniczo od stuleci poprzednich. Przede 
wszystkim, nad chrześcijańską Europą zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo Islamu. 

Prowadzona z nim walka i ruch krucjatowy oraz związana z tym spirala obustronnych 
wojennych okrucieństw w ciągu kilku pokoleń pogrzebały średniowieczną tolerancję. 

Zarazem stopniowe przemiany ekonomiczne zachwiały wewnętrznym pokojem, 

pchając zubożałe tłumy do rewolt, a feudałów do wyniszczających wojen domowych. 
Było to stulecie nie notowanych od czasu wielkiej wędrówki ludów społecznych 

napięć, dzikich okrucieństw i obłędnych nierzadko ideologii, pragnących przewrócić 
świat do góry nogami. 

Głoszenie takich ideologii spotykało się, z oczywistych względów, z ostrą reakcją 

zagrożonych władców. Pod hasłem walki z herezją stosowali oni coraz okrutniejsze 
represje. Z drugiej strony, oskarżenie o herezję było dobrym sposobem zniszczenia 

przeciwnika lub wymówienia posłuszeństwa feudalnemu suwerenowi. Herezja stała 
się powszechnie nadużywanym orężem w politycznych rozgrywkach, często 

pretekstem do zwykłych grabieży. Tradycyjnie wyrokowanie o herezji leżało w 

kompetencjach biskupów, ale szybko przestało to wystarczać - lokalni dostojnicy 
Kościoła byli nazbyt często zastraszani lub korumpowani przez feudałów. 

Powołanie systemu obiektywnych sądów, podlegających bezpośrednio papieżowi, 
władnych ustalać, co rzeczywiście jest herezją, a co nie, było w tej sytuacji jedyną 

możliwością przeciwstawienia się ogarniającemu Europę chaosowi. Nieprzypadkowo 

w dekrecie Papieża Grzegorza IX, określającym zasady funkcjonowania trybunałów 
inkwizycyjnych, czytamy iż jednym z ich podstawowych celów ma być 

niedopuszczenie do karania za herezję osób niewinnych. 
Jedną z charakterystycznych cech antykatolickiej propagandy jest wybielanie 

wszystkich historycznych przeciwników Kościoła Rzymskiego. Człowiekowi 

dzisiejszemu podsuwa się prostacki, czarno - biały obraz historii. Wszyscy, którzy 
kiedykolwiek z jakichkolwiek pozycji zwalczali katolicyzm, obsadzani są w nim w roli 

szlachetnych idealistów, prześladowanych za śmiałość myślenia przez fanatyczny, 
żądny władzy i kierowany wyłącznie chęcią ugruntowania swej pozycji kler. 

W taki wyidealizowany, krańcowo odmienny od prawdy sposób przedstawia się 
zwłaszcza sektę Katarów, zwanych również Albigensami, głównego wroga Kościoła u 

zarania Inkwizycji i bezpośrednią przyczynę jej powołania. Doktryna Katarów 

background image

zakładała generalne potępienie dla świata, a nade wszystko dla ciała ludzkiego. Świat 

był bowiem według "doskonałych" dziełem szatana, seks i prokreacja - najgorszą z 
możliwych zbrodnią, spędzanie płodu uczynkiem zalecanym, a jedyną drogą ratunku 

dla grzeszników "oczyszczenie" przez rytualną śmierć głodową (osoby wskazane 

przez katarskich przywódców zamurowywano w głodowym bunkrze, zupełnie tak, jak 
czynili to kilka wieków później hitlerowcy). Sekciarze dopuszczali się na katolikach, a 

zwłaszcza na duchownych, masowych morderstw, które burzyły krew współczesnych. 
I choć jest faktem, że potem dorównały im z nawiązką okrucieństwa pacyfikujących 

Prowansję wojsk krzyżowych - złożonych głównie z od pokoleń śmiertelnie z 

południowcami skłóconych Normanów - to robienie z Albigensów niewinnych 
owieczek jest doprawdy absurdem. 

Chęć wywołania u współczesnych odrazy i jednostronnego potępienia dla Kościoła 
Rzymskiego każe także przemilczać prawdę o charakterze ruchów reformacyjnych i 

ich przywódcach. Raczej nie wspomina się o chorobliwej nienawiści Lutra do Żydów, 
o jego licznych wezwaniach do pogromów oraz pismach, w których snuł plany 

całkowitego wyniszczenia i wypędzenia z Europy wyznawców judaizmu. Nie 

wspomina się o charakterystycznej i dla niego, i Jana Kalwina obsesji ścigania 
czarownic. Co więcej, z wyjątkową perfidią przypisuje się "polowania na czarownice" 

właśnie Inkwizycji, co jest wierutną bzdurą. 
To fakt, że przed sądami inkwizycyjnymi stawali ludzie oskarżeni o czary. Kilkakrotnie 

nawet, zwłaszcza w późniejszym czasie, zapadały w takich sprawach wyroki 

skazujące. Częściej jednak Inkwizycja uniewinniała podejrzanych i powściągała 
zapędy ludności; w jednym z procesów w Hiszpanii trybunał inkwizycyjny przyjął 

nawet wykładnię, na mocy której złożenie oskarżenia o czary mogło zostać uznane za 
herezję - co na długie lata zlikwidowało tam problem czarownic. W istocie właśnie 

historia renesansowych "polowań na czarownice" może być dowodem, że istnienie 

Inkwizycji zapobiegło stoczeniu się krajów katolickich w otchłań zbiorowej histerii i 
masowych morderstw, jak to się stało w tej części Europy, gdzie podobnej wyższej 

instancji zabrakło. Według szacunków Briana B. Levacka, zawartych w książce 
"Polowanie na czarownice w Europie", w wieku XVI w całej Europie spalono za czary 

około 300 tysięcy osób, głównie kobiet. Dwie trzecie z nich zginęło w protestanckich 

Niemczech, a około 70 tysięcy w oderwanej od Kościoła Anglii. 
Jeśli szuka się w historii prawdy, nie amunicji do kampanii propagandowych, trzeba 

zwrócić uwagę na fakt, że Inkwizycja w większości wypadków działała w atmosferze 
antykatolickiego terroru, wojny, broniąc tradycyjnego porządku przed ewidentnie 

zbrodniczymi rewolucjami. Nie od rzeczy jest pamiętać, że wielu inkwizytorów 

poniosło męczeńską śmierć, niektórzy z rąk heretyckich powstańców, inni z polecenia 
władców, dla których ci nieprzekupni i niezależni sędziowie byli często przeszkodą. 

Jednym z głównych elementów czarnej legendy jest podkreślanie rzekomego 
okrucieństwa Inkwizycji. 

Sugeruje się, jakoby Inkwizycja znała tylko jeden wyrok - śmierć na stosie, i jakoby 

szafowała nim bez umiaru. Sugeruje się, że całe postępowanie sądowe Inkwizycji 
oparte było na wyrafinowanych torturach. Twierdzi się wreszcie, że Inkwizytorami 

byli ludzie o sadystycznych skłonnościach, fanatyczni mordercy i psychopaci, 
ogarnięci manią zabijania. 

Do jakiego stopnia jest to sprzeczne z prawdą, najlepiej świadczą zaczerpnięte z 
opracowań historycznych liczby. Bernard Gui, jeden z ulubionych szwarccharakterów 

antyinkwizycyjnej literatury, jako Inkwizytor Tuluzy w latach 1307 - 1323 wydawał 

background image

średnio jeden wyrok śmierci na sto rozpatrywanych spraw (ściślej biorąc, była to 

decyzja o przekazaniu oskarżonego sądowi świeckiemu, albowiem Inkwizycja sama 
wyroków śmierci ferować wówczas nie miała prawa). Działo się to w samym sercu 

nieformalnego "państwa" Albigensów, jeszcze wówczas aktywnych. Ten fakt dość 

słabo przystaje do owego fanatyka, ogarniętego manią tropienia i palenia na stosie 
sług szatana, jakiego znamy z kart "Imienia Róży" Umberto Eco. 

Równie zaskakująco w porównaniu z czarną legendą wyglądają zapisane w 
dokumentach efekty działalności okrzyczanej szczególnie okrutną i bezwzględną 

Inkwizycji Hiszpańskiej. Ustalenie dokładnych danych dla całej Hiszpanii jest rzeczą 

sporną, istnieją bowiem źródła dawne, choć o kilkaset lat późniejsze od Torquemady, 
szacujące liczbę spalonych na stosie przez Inkwizycję - w ciągu całej jej 

kilkusetletniej działalności - nawet na trzydzieści tysięcy. Jest to największa z 
kiedykolwiek rzuconych liczb; wymienia ją Juan Antonio Llorente, historyk 

zdecydowanie niechętny Kościołowi, nie wskazując jednak żadnych konkretnych 
źródeł tych danych. Nawet jeśli przyjąć tę liczbę bezkrytycznie, jak uczyniła to część 

dawniejszych historyków, wydaje się ona stosunkowo skromna w porównaniu z 

osiągnięciami choćby republikańskich władz tejże Hiszpanii, które w czteroleciu 1936-
39 zdążyły zgładzić ponad sześćdziesiąt tysięcy obywateli za takie zbrodnie, jak 

arystokratyczne urodzenie, zbyt duży majątek, zbyt wysokie wykształcenie bądź śluby 
zakonne. 

Zupełnie inny jednak obraz wyłania się, kiedy sięgniemy do fragmentarycznie 

zachowanych źródeł z epoki. W uważanym za szczególnie "gorący" hiszpańskim 
okręgu Bajadoz w ciągu 1O6 lat (1493-1599) skazano na stos... 20 osób. Podobne 

liczby zawierają dokumenty z innych archiwów. Według dzisiejszych szacunków, 
sporządzanych na podstawie źródeł z epoki, na ok. 50 tys. procesów, jakie odbyły się 

przed trybunałami inkwizycyjnymi w całym kraju w latach 1560-1700 wydano mniej 

niż 500 wyroków śmierci - około jeden na sto. 
Okres wcześniejszy, od roku 1484 do 1560, budzi więcej rozbieżności. Najbardziej 

niekorzystne dla Torquemady szacunki historyków mówią o stu tysiącach procesów i 
około dwóch tysiącach wydanych wyroków śmierci (ich wykonywanie, o czym za 

chwilę, nie jest jednak wcale pewną sprawą). 

Nawet jeśli uznamy te dane za prawdziwe, trzeba pamiętać, iż - znowu - inkwizycja 
działała tutaj w warunkach podwójnej wojny, bowiem działaniom zbrojnym na 

granicach towarzyszyły bardzo silne, mające właściwie znamiona wojny domowej, 
napięcia etniczne. Inkwizycja Hiszpańska, odmiennie niż w innych krajach, została 

wmontowana w państwowy system sprawiedliwości i na polecenie królowej Izabelli 

zajmowała się nie tylko wykrywaniem sprzyjających Maurom agentur wśród 
żydowskich conversos (które, wbrew twierdzeniom niektórych propagandystów, 

faktycznie istniały), ale także sądzeniem części przestępstw kryminalnych. Przed 
trybunałami zreorganizowanej przez Torquemadę Inkwizycji stawiani byli złodzieje 

kościołów, koniokradzi, sodomici czy mordercy, których, co trzeba uwzględnić, spora 

liczba znajduje się zapewne wśród skazańców. 
Bardzo dokładne dane zachowały się natomiast co do hiszpańskiej części "Nowego 

Świata", gdzie, wedle legendy, inkwizytorzy mieli towarzyszyć okrutnym zdobywcom i 
z krzyżem w ręku dokonywać na Indianach krwawych masakr oraz palić ich na 

stosach. W istocie np. w Meksyku pomiędzy rokiem 1574 a 1715 odbyło się... 39 
egzekucji. 

Właściwych proporcji nabierają te liczby dopiero na tle realiów epoki, w której - 

background image

wedle osławionego prawa Magdeburskiego - każdy sąd grodzki, złożony z 

najzupełniej przypadkowych mieszczuchów i zadającego męki "mistrza", mógł 
wymierzyć 21 rodzajów "kwalifikowanej" (tj. połączonej ze specjalnymi torturami) 

śmierci za przestępstwa takie, jak kradzież czy cudzołóstwo. W Strasburgu w samym 

tylko październiku 1582 skazano na stos 134 czarownice - dokładnie dwa razy więcej, 
niż wynosi zsumowana liczba ofiar pięciu największych auto da f, w dziejach 

Inkwizycji Hiszpańskiej. W księgach miejskich Genewy znajdujemy zapis, iż w 1545 
Kalwin kazał tam spalić za czary - bez żadnego sądu - 31 osób. 

Do dziś zachowały się zapiski niektórych Inkwizytorów, których antykatolicka 

propaganda wykreowała na potwory w ludzkich skórach. Z owych zapisków wyzierają 
jednak sylwetki nie zbrodniarzy, ale sędziów, pragnących przede wszystkim ustalić 

prawdę. 
W swoim podręczniku dla inkwizytorów wspomniany już Bernard Gui uczy, że 

Inkwizytor powinien "zawsze zachować spokój, nie dać się ponieść złości ani 
oburzeniu... powinien nie zatwardzać swego serca i nie odmawiać zmniejszenia albo 

złagodzenia kary zależnie od towarzyszących okoliczności... W przypadkach 

wątpliwych powinien być ostrożny, powinien wysłuchiwać, dyskutować i badać, aby 
dojść cierpliwie do światła prawdy". 

Równie nie przystają do otaczającej autora legendy zachowane zapiski 
znienawidzonego Tomasza Torquemady. Zredagowane przez niego Instrukcje pełne 

są napomnień, aby sędziowie nie ulegali gniewowi ani łatwym uproszczeniom, aby 

pamiętali o miłosierdziu i o tym, że ich celem jest zwalczanie grzechu, nie 
grzeszników. 

Na takich wskazówkach raczej nie wychowywali się fanatyczni zbrodniarze. Niechętni 
religii historycy zazwyczaj wszystkie te wskazania odsuwają na bok, z lekceważącą 

kwalifikacją "hipokryzja". Po cóż jednak miałby Torquemada udawać w swoich 

prywatnych, w ogóle nie przeznaczonych dla niczyich oczu zapiskach, które pełne są 
podobnych myśli? Przed kim odgrywałby komedię, żyjąc w ascezie i przeznaczając 

cały majątek na wsparcie dla ubogich - w tym często dla rodzin osób skazanych 
przez jego trybunały? Przed swymi współczesnymi na pewno niczego odgrywać nie 

musiał, a trudno podejrzewać, by przewidział encyklopedystów, oświeceniowy 

antyklerykalizm i dzisiejszą antykatolicką propagandę. 
O ile wyłaniające się ze źródeł postacie inkwizytorów zdumiewają, to przyjrzenie się 

procedurom pracy trybunałów inkwizycyjnych w zestawieniu z czarną legendą wręcz 
szokuje. 

Wspominaliśmy już tutaj o dominującym w renesansowej Europie prawie 

magdeburskim, wyjątkowo okrutnym, znającym jeden jedyny dowód - przyznanie się 
oskarżonego do winy, i jeden jedyny sposób zdobycia tegoż dowodu - tortury. Proces 

przed zwyczajnym, świeckim sądem czasów renesansu w ogromnej większości 
przypadków był sprawdzianem odporności podejrzanego na ból. Chronić go mogło 

tylko wysokie urodzenie lub przynależność do grup mających własne sądy (jak np. 

wojskowi). Zwykły plebejusz, aby zostać uznanym za niewinnego, musiał wytrzymać 
pięciokrotne "palenia", czyli tortury. Nawiasem mówiąc, stąd pozostałe do dziś w 

polszczyźnie powiedzenie "pal go sześć" - w ustach prowadzącego przesłuchanie 
oznaczało to ostatnią, szóstą kolejkę tortur, po której już bez dalszych indagacji 

wypuszczano podejrzanego na wolność. 
W wypadku sądów inkwizycyjnych, żaden z ich sędziów nie miał wątpliwości, że jego 

celem nie jest skłonienie oskarżonego, by się przyznał, ale ustalanie prawdy. Stąd 

background image

Inkwizycja przywróciła szereg instytucji nie znanych Europie od czasów antycznych 

oraz dodała szereg nowych, przejętych później przez sądy świeckie i uważanych dziś 
za nieodłączny warunek wolności obywatelskich. 

I tak, oskarżony przed trybunałem inkwizycyjnym nie tylko mógł, ale na stanowcze 

polecenie Grzegorza IX musiał korzystać z usług obrońcy - zawodowego prawnika. 
Wyrok wydawał wprawdzie zawodowy sędzia, ale miał w tym obowiązek 

konsultowania się z liczącą od kilku do dwudziestu osób ławą przysięgłych, którą 
instrukcje Świętego Officjum nakazywały wybierać spośród najbardziej szanowanych 

miejscowych obywateli. A wreszcie, innowacja wręcz rewolucyjna - oskarżonemu i 

jego obrońcy sąd miał obowiązek udostępnić wszystkie zebrane dowody winy, wraz z 
podaniem nazwisk zeznających przeciwko oskarżonemu świadków. Mówiąc 

nawiasem, tym ostatnim groziły bardzo surowe - do śmierci włącznie - kary w 
wypadku udowodnienia fałszywych oskarżeń. 

Od połowy wieku XIII inkwizytorom wolno było posyłać skazańca na tortury, 
instrukcje jednak wyraźnie zabraniały uwzględniania wydobytego na torturach 

zeznania jako materiału dowodowego, stąd w praktyce nie korzystano z tej 

możliwości zbyt często. Zupełną nowością w historii była przyjęta właśnie przez 
Inkwizycję zasada, iż człowiek niepoczytalny nie może być sądzony ani karany. Stąd 

wymogiem sądu była rozpoczynająca przewód obdukcja lekarska. Dokonujący jej 
medyk mógł, stwierdziwszy zły stan zdrowia, zabronić stosowania tortur, a 

stwierdzenie choroby psychicznej podsądnego automatycznie uwalniało go od 

wszelkiej odpowiedzialności. 
Uniknąć kary można było zresztą także na wiele innych sposobów; instrukcje 

Inkwizycji przewidywały różnorakie formy łagodzenia wyroków i amnestii. Jeszcze w 
ostatniej chwili przed egzekucją skazany mógł publicznie ukorzyć się i uniknąć stosu. 

Tę ostatnią karę stosowano jednak rzadko. Trybunały wymierzały głównie rozmaite 

kary kanoniczne, nakładały grzywny, nakazywały noszenie znaków hańby, wreszcie 
udział w "obrzędzie pojednania" - auto da f,. Wiele przeinaczeń dotyczących 

Inkwizycji Hiszpańskiej opiera się na kłamliwym utożsamieniu tego ostatniego 
obrzędu ze spaleniem na stosie. W istocie w większości wypadków miał on charakter 

całkowicie bezkrwawy - jego punktem kulminacyjnym było zapalenie... świec, 

trzymanych przez wyznających swe winy nawróconych heretyków. Gdy przyjęło się 
łączyć auto da fe z quemadero (stosem), liczba spalonych stanowiła z reguły kilka 

procent ogólnej liczby pokutników; w dużych auto da fe z udziałem ponad stu 
skazanych, bywało ich kilku, bardzo rzadko kilkunastu. Wystarczyło jednak, dzięki 

prymitywnej manipulacji słownikowej, utożsamić zapisane w dokumentach liczby 

uczestników auto da fe z liczbą spalonych na stosie, a już liczba rzekomych ofiar 
"inkwizycyjnego terroru" została w potocznej świadomości pomnożona 

kilkunastokrotnie. 
Przymierzmy wiedzę, którą na temat Inkwizycji dysponujemy, do tła epoki. Do rzezi, 

jakie w tym czasie urządzali katolikom Henryk VIII lub Cromwell (Robert Steel w 

szanowanym dziele Social England pisze wręcz: "W Anglii liczba powieszonych za 
herezję przewyższa trzydzieści do czterdziestu razy analogiczne dane dla działalności 

Inkwizycji Hiszpańskiej"). Do morderstw dokonywanych przez Luteran i Hugenotów, 
do praktyki ówczesnego prawa karnego. Nawet szczególnie ponoć "krwawa" 

Inkwizycja Hiszpańska prezentuje się na ich tle niezwykle skromnie. Tym bardziej, że 
przecież Inkwizycja w większości wypadków spełniała zadanie, dla którego ją 

powołano - ocaliła spójność i byt katolickich królestw, zapobiegła wielu rewolucjom, 

background image

rzeziom, wojnom domowym i masowym zbrodniom. Trzeba o tym koniecznie 

pamiętać, zanim przystąpi się do wyliczania w jej dziejach rzeczy, których człowiek 
dwudziestego wieku nie akceptuje. 

Tym bardziej trudno o jakiekolwiek porównanie działalności Inkwizycji ze zbrodniami 

Rewolucji Francuskiej, kiedy to tylko w ciągu dwóch lat (1792 - 94) zamordowano 
36.000 ludzi, w tym 12.000 bez żadnego w ogóle wyroku sądowego. Trudno znaleźć 

jakiekolwiek proporcje pomiędzy działalnością Inkwizycji a krwawą pacyfikacją 
katolickiej Wandei, czy ze zbrodniami Komuny Paryskiej, nie mówiąc już o stu 

kilkudziesięciu milionach ofiar dwudziestowiecznego komunizmu. 

Mimo to nie słyszy się jakoś, aby komuś, kto odwołuje się do idei praw człowieka i 
obywatela, do wolności, równości i braterstwa, do sprawiedliwości społecznej albo 

republikanizmu, kazano wstydzić się i bić w piersi za owe miliony grobów, jakie po 
sobie te idee pozostawiły. Natomiast kilkuset skazanych przez Inkwizycję Hiszpańską, 

w cudowny sposób pomnożonych do dziesiątek, a nawet już setek (!) tysięcy, jest 
bezustannie przywołanych jako argument przeciwko katolicyzmowi i przy każdej 

okazji opatrywanych żądaniem jakichś specjalnych ekspiacji oraz pokut. 

Ten stan rzeczy będzie się utrzymywał tak długo, jak długo pozwolimy naszym 
współczesnym trwać w historycznej ignorancji na ten temat. Przekazanie im prawdy 

o Inkwizycji i położenie kresu czarnej legendzie pozostaje wielkim zadaniem dla 
historyków i publicystów. 

 

Rafał A. Ziemkiewicz