background image

 
 

STAŁO SIĘ JUTRO 

 
 
 
 
 
 

 
Janusz. A. Zajdel 
Telechronopator 
 
Krystyna Krzysztoforowicz 
Szansa geniusza 
 
Stefan Weinfeld 
Władcy czasu 
Pojedynek 
 
Andrzej Czechowski 
Prawda o Elektrze 
 
Witold Zagalski 
Stan zagroŜenia 
 
Maciej Misiewicz 
Równy Bogom 
 

background image

JANUSZ A. ZAJDEL 

TELECHRONOPATOR

 

 

Musiał juŜ od dłuŜszej chwili stać za moimi plecami, bo gdy odwróciłem się ku drzwiom, 

uśmiechnął się krzywo i powiedział:  

 

- Pan jak widzę jest miłośnikiem staroŜytności... Zgadł trafnie, bo teŜ nie było to trudne: od 

dziesięciu  minut  wybierałem  między  Plutarchem,  Herodotem  a  Flawiuszem,  by  wreszcie  odejść  z 

"śywotami Cezarów" pod pachą, bo na nic innego nie star- czyło mi pieniędzy.  

 

- Owszem - powiedziałem, usiłując go wyminąć, lecz podreptał za mną.  

 

-  Czasy  Imperium  to  niezwykle  ciekawy  okres  -  powiedział  gestykulując  szeroko  i 

bezładnie. - ChociaŜ, jeśli o mnie chodzi, wolę staroŜytny Wschód.  

 

Wyszliśmy  z  księgarni.  Nie  usiłowałem  podtrzymać  rozmowy  lecz  on  na  ulicy  jeszcze 

kręcił się koło mnie, gdy niezdecy- dowanie zatrzymałem się na chodniku. Trajkotał bez przerwy, 

lecz  do  mnie  nie  docierało  teraz  nic  z  jego  przemowy,  bo  całkowicie  pochłonięty  bytem  myślą  o 

odczepieniu  się  od  niego  WaŜyłem  właśnie  decyzję,  w  którą  stronę  mam  się  udać,  aby  jemu  nie 

było po drodze. Gdy jednak zrobiłem pierwsze trzy kroki w lewo, on pospieszył ochoczo za mną i 

wiedziałem  juŜ,  Ŝe  niełatwo  pozbędę  się  gadulskiego  natręta.  Z  determinacją  ruszyłem 

wyciągniętym  krokiem,  a  on  choć  sięgał  mi  zaledwie  do  ramienia,  a  miał  na  pewno  ponad 

siedemdziesiąt  lat,  nadąŜał  jakimś  cudem  i  zasypywał  mnie  lawiną  słów,  wypowiadanych 

trzęsącym się nieco głosem:  

 

- Gdyby pan zechciał, mógłbym pokazać wiele ciekawych rzeczy... Rzym, Grecja, Chiny... 

Co kto chce.  

 

- Ma pan zapewne bogaty księgozbiór? - zainteresowałem się wreszcie.  

 

Zamachał dłonią koło ucha i zaprzeczył kilkoma energicznymi skrętami głowy.  

 

background image

-  Nie,  nie...  To,  co  pisali  kronikarze,  nie  zawsze  odpowiada  prawdzie...  Pan  rozumie, 

subiektywizm i te... róŜne zaleŜności osobiste... Pan wie, jak to jest: w kaŜdej formacji społecznej, 

gdzie była twarda władza i uciskany lud, tam byli panegiryści i paszkwilanci. Pierwsi na usługach 

władzy, drudzy - odkłamujący to, co głosili pierwsi. Ci drudzy podobali się ludowi, lecz i oni nie 

zawsze  pozostawali  w  zgodzie  z  prawdą...  Tak  więc  nie  ma  źródeł  prawdy  obiektywnej...  Pisanej 

prawdy.  

 

- Hm... - powiedziałem. - Prawdę trzeba wywaŜać samemu spośród materiału źródłowego...  

 

- Samemu, to racja... - podchwycił - ale nie ze źródeł pisanych.  

 

- Myśli pan o zabytkach kultury materialnej, sztuki?...  

 

- To juŜ pewniejsze, ale ja mam coś znacznie lepszego!  

 

NiepostrzeŜenie doszliśmy do skweru i usiedliśmy na pier- wszej z brzegu ławce.  

 

- Lepszego? - wzruszyłem ramionami. - Oprócz przekazów ust- nych i źródeł, które pan juŜ 

przed  chwilą  skrytykował,  nie  ma  in-  nych...  Chyba,  Ŝe  znajdzie  się  wreszcie  jakiś  PodróŜnik  po 

Krainie Czasu! - zaŜartowałem.  

 

Oczy staruszka zaświeciły Ŝywiej, przysunął się bliŜej mnie i zajrzał mi prosto w twarz.  

 

- O! Właśnie! - powiedział z uznaniem, celując palcem w moją pierś. - Bardzo słusznie pan 

zauwaŜył.  Znak,  Ŝe  nie  brak  panu  wyobraźni.  Oto  co  znaczy  młodość,  brak  przesądów  i  tego... 

zasko-  rupienia  się  w  domniemanej  własnej  doskonałości  i  nieomylności.  Czy  pan  wie  -  mówił, 

bodąc  mnie  wciąŜ  tym  chudym  paluchem  -  czy  pan  uwierzy,  Ŝe  czterej  powaŜni  uczeni,  których 

usiłowałem  wielokrotnie  naprowadzić,  jak  pana,  na  tę  myśl,  nie  wymienili  nawet  Ŝartem  takiej 

moŜliwości!  -  Przerwał,  oddychając  z  trudem  po  tych  kilku  zdaniach  wypowiedzianych  jednym 

tchem w jakimś niezrozumiatym pośpiechu. Po chwili mówił dalej, odpoczywając i sapiąc co kilka 

zdań.  

 

- JuŜ dawno przyszło mi do głowy, kiedy byłem jeszcze profe- sorem na uniwersytecie...  

 

background image

- Pan jest historykiem? - wtrąciłem.  

 

-  Nie,  nie  jestem.  Dziś  juŜ  niczym  nie  jestem!  Starym  dzi-  wakiem  co  najwyŜej.  Tak 

powiedzą, jeśli pan zapyta w Akademii o Gisnelliusa... JeŜeli nie zapomnieli jeszcze o mnie... Ale 

nie  o  tym  chciałem  mówić  -  ciągnął  staruszek  po  kilku  głębokich  odde-  chach.  -  Wspomniał  pan 

Wellsa.  Nie,  ten  jego  pomysł  z  Wehikułem  Czasu  był  najczystszą  fantazją.  Z  punktu  widzenia 

nauki  był  to  pomysł  naiwny  i  sprzeczny  z  prawami  przyrody.  Trudno  zresztą,  by  było  inaczej. 

PodróŜowanie  w  czasie  to  paradoks,  chwyt  pisarski  i  nic  więcej.  Przy  najłagodniejszych  nawet 

załoŜeniach  podróŜ  w  czasie  moŜna  by  odbywać  co  najwyŜej  w  granicach  Ŝycia  jednostki.  Ilość 

materii  zawartej  w  danym  punkcie  czasoprzestrzeni  jest  ściśle  zdeterminowana  i  nie  pozostawia 

moŜliwości  ani  miejsca  na  Ŝadne  wybryki  z  przenoszeniem  masy  czy  energii  w  przeszłość. 

Przeniesienie  się  w  przeszłość  poza  czas  własnych  narodzin  nie  oznaczałoby  w  praktyce  niczego: 

po  prostu  urodziłby  się  taki  "Po-  dróŜnik"  po  raz  drugi  niejako,  w  ściśle  określonym  czasie,  a 

następnie wpasowałby się w swój własny Ŝyciorys, nie wiedząc nawet. Ŝe przeŜywa ten sam czas 

po raz drugi... Rozumie pań? Takie "cofnięcie się" miałoby ten mniej więcej sens, co powtórze- nie 

pewnego odcinka  filmu, który ma i tak swój początek, koniec i określony scenariusz. Cofając lub 

posuwając naprzód taśmę nie ujrzymy juŜ nic więcej, niŜ gdybyśmy oglądali film jednym ciągiem, 

od  początku  do  końca.  KaŜde  inne  postawienie  sprawy  prowadzi  do  nieuchronnych  paradoksów  i 

sprzeczności,  Ŝe  wymienię  tylko  moŜliwość  wpływania  na  własną  przyszłość...  Przyjmując 

wszystkie fizykalne ograniczenia dochodzi się do wniosku, Ŝe je- dynym sposobem "cofnięcia się" 

w  czasie  jest  taka  metoda,  która  wyklucza  czynny  byt  osoby  w  czasie,  w  którym  ona  nie  istniała 

nigdy,  to  jest  poza  granicami  jej  Ŝycia.  Zapyta  pan,  jak  to  moŜliwe?  OtóŜ  moŜliwe,  zapewniam 

pana i mogę o tym przekonać kaŜdego, kto zechce.  

 

Pan  niewątpliwie  słyszał  to  i  owo  o  zjawiskach  parapsy-  chicznych?  O  telepatii  na 

przykład?  Ja  wiem,  to  budzi  liczne  kon-  trowersje,  wszyscy  doszukują  się  w  tym  jakiegoś 

oszustwa, szarla- tanerii... Nic gorszego jak zbytnia ortodoksyjność w nauce! Prowadzi to do swego 

rodzaju  inkwizycji,  do  fanatycznych  za-  przeczeń  temu  wszystkiemu,  co  burzy  stare  pojęcia  lub 

tylko  wykracza  poza  ich  ramy...  Co  niejasne  -  zalepiać  czarnym  pa-  pierem,  w  imię  świętego 

Porządku  Rzeczy,  w  imię  przestarzałych,  lecz  usystematyzowanych  i  przejrzystych,  choć  nie 

zawsze  ścisłych  poglądów...  Mechanicyzm  pokutuje  do  dzisiaj  w  niektórych  umysłach... 

Determinizm  zdawał  się  być  skończonym  systemem  wszechrzeczy.  Wszystko  inne  było  herezją. 

Relaktywizm,  teorie  statystyczne,  cybernetyka  wreszcie...  KaŜda  z  tych  dziedzin  miała  swojego 

bałwana,  który  nazywał  ją  "metafizyką",  "pseudonauką"  czy  wręcz  oszustwem!...  Ale...  zdaje  się, 

background image

Ŝ

e odbiegam znów od tematu. Nie wiem nawet, czy pan rozumie to wszystko, o czym mówię. Pan 

ma raczej zainteresowania humanistyczne, o ile zdołałem się zorien- tować...  

 

- Niezupełnie - bąknąłem; nie chcąc się całkowicie przed nim dekonspirować.  

 

-  To  zresztą  w  dzisiejszych  czasach  nie  ma  juŜ  tak  wielkiego  znaczenia.  Dawniej,  gdy 

rozmawiało  się  z  humanistą,  on  rozumiał  co  piąte  słowo,  i  vice  versa....  Dziś  wszyscy  się 

przystosowali,  to  konieczność... Jedni,  by  Ŝyć  w  świecie  techniki,  o  której  trzeba  jednak  to  i  owo 

wiedzieć, drudzy, by nie zgłupieć i nie zejść do poziomu maszyn do liczenia... A zatem telepatia: 

"przepływ  informacji  z  mózgu  do  mózgu  bez  udziału  zmysłów".  Oczy-  wiście  chodzi  tu  o  tych 

konwencjonalnych  pięć  zmysłów.  O  szóstym  przebąkiwano  od  dawna,  ale  tylko  w  przenośni,  nie 

bardzo wiedząc co to ma być. Telepatia - przekazywanie myśli na odległość, poprzez przestrzeń... 

A  co  by  pan  powiedział,  gdyby  to  rozciągnąć  na  cztery  wymiary,  na  czasoprzestrzeń  w  sensie 

einsteinowskim?  Wszystko  wszak  odbywa  się  w  przestrzeni  i  czasie,  albo  inaczej:  trwa  w 

czasoprzestrzeni, tej arenie zdarzeń. Pan rozumie: trwa!!!  

 

MoŜna sobie wyobrazić przekazanie informacji z punktu A do B - to jest zwykła telepatia. 

MoŜna jednak równieŜ wyobrazić sobie przekazanie informacji z punktu A i chwili T do punktu B i 

chwili  T!  Nie  będzie  tu  Ŝadnej  sprzeczności;  Ŝadnego  paradoksu  przepływu  masy  czy  energii... 

Płynie  czysta  informacja!  "Informacja  to  jest  informacja,  a  nie  sprawa  energii"  -  to  powiedział 

Wiener.  Infor-  macją  rządzą  inne  niŜ  energią  prawa  zachowania...  Jeśli  juŜ  moŜna  przedstawić  to 

modelowo, 

to 

chyba 

przez 

analogię 

do 

promieniotwórczości: 

mózg 

jest 

próbką 

promieniotwórczego izotopu: im dalej od niej, tym promieniowanie słabsze. Im dalej w czasie - to 

znaczy  w  miarę  jego  upływu  -  równieŜ  promieniowanie  jest  słab-  sze...  KaŜdy  myślący  i  czujący 

mózg promieniuje informacją w cza- soprzestrzeń.  

 

Informacja rozprasza się, rozrzedza, lecz nie ginie.  

 

To jest właśnie sformułowane przeze mnie prawo zachowania informacji... Jeśli tu, na tym 

miejscu,  siedział  wczoraj  jakiś  człowiek  i  stał  się  źródłem  strumienia  informacji,  to  dziś  z  łat- 

wością moŜna by tę informację odszukać, choć od wczoraj paruje ona niejako, rozchodzi się z tego 

miejsca  we  wszystkie  strony!  Umiejąc  wychwycić  strumień  informacji  płynący  od  określonego 

mózgu, moŜna by nawiązać telepatyczny kontakt nie tylko z Ŝyjący- mi, lecz takŜe z istniejącymi 

kiedyś  osobami...  Byłby  to,  ma  się  rozumieć,  kontakt  jednostronny:  owa  osoba  nie  mogłaby  tego 

background image

od- czuć, a ten kto pochwycił informację promieniującą z jej mózgu, nie mógłby w Ŝadnym stopniu 

wpływać na jej czyny i myśli. Mógłby jednak w pełni odczuć, i przeŜywać to, co owa osoba czuła i 

przeŜywała  w  danym  odcinku  czasu.  Sprawa  nie  jest  technicznie  prosta.  Nakładają  się  na  siebie 

strumienie informacji pochodzących z róŜnych źródeł, z róŜnych kierunków i najprze- róŜniejszych 

czasów.  Selekcja  przedstawia  powaŜny  problem,  ale  efekty...  Niech  pan  sobie  wyobrazi,  co  za 

wspaniałe źródło dla badań historycznych!  

 

- Pięknie! - wtrąciłem, gdy staruszek opanował zadyszkę. - To jednak tylko fantazja, choć 

muszę przyznać, wielce sugestywna. O ile wiem, nawet ta zwykła telepatia, jeŜeli w ogóle istnieje 

coś  takiego,  jest  dotąd  zjawiskiem  niezbyt  dokładnie  wyjaśnionym,  a  zjawiska,  które  zdają  się  ją 

potwierdzić, są tylko nielicznymi i sporadycznymi fenomenami...  

 

- Źle się do tego zabierano, ot co! - zarechotał staruszek, odzyskawszy juŜ równy oddech. - 

Fale  elektromagnetyczne!  TeŜ  pomysł!  Niektórzy  poprzestali  na  stwierdzeniu,  Ŝe  tą  drogą  nie 

odbywa  się  telepatyczne  przekazywanie  informacji,  i  to  im  wystar-  czyło  za  negatywny  dowód. 

Przekreślili telepatię, jakby poza falami elektromagnetycznymi nic więcej nie miało prawa istnieć! 

To  są  właśnie  prawdziwi  metafizycy...  To  są  osły,  skończone  osły!  Gdyby  tacy,  jeden  z  drugim, 

Ŝ

yli  w  czasach  Maxwella  i  Hertza,  trykaliby  głupimi  łbami  w  te  same  fale  elektromagnetyczne  i 

dowodzili, Ŝe ich nie ma.  

 

Zakasłał się nagle, czerwieniejąc i wybałuszając wyblakłe niebieskie oczy.  

 

-  Zawsze  draŜnili  mnie  tacy!  -  usprawiedliwiał  się  po  chwili.  -  Rozumiem,  Ŝe  nie  moŜna 

wszystkiemu bezkrytycznie wierzyć, ale trzeba szukać, wciąŜ szukać prawdy...  

 

- Pan szukał?... To znaczy zajmował się pan telepatią w cza- soprzestrzeni?  

 

Musiał wyczuć w moim pytaniu nutę ironii i niewiary, bo powiedział z goryczą:  

 

-  Pan  mi  nie  wierzy,  młody  człowieku.  Ale  to  nic,  do  tego  juŜ  przywykłem...  Przekonam 

pana. Proszę przyjść do mnie choćby jutro. Obejrzy pan śmierć Cezara... Albo nie! Zabije pan go i 

zobaczy jego śmierć oczami Brutusa.  

 

- Dobry Ŝart! - powiedziałem i uśmiechnąłem się, by mu zro- bić przyjemność.  

background image

 

ś

achnął się, wstał i z miną, jakby wyzywał mnie na poje- dynek, podał mi wizytówkę.  

 

- Proszę! - powiedział ostro. - Oczekuję pana po uprzednim telefonie.  

 

Odszedł aleją, pozostawiając mnie na ławce z "śywotami Cezarów" i wizytówką w ręku.  

 

Przez kilka dni byłem zbyt zajęty, by myśleć o odwiedzeniu Gisnelliusa. Wbrew temu, co o 

mnie sądził, byłem dość dobrze zorientowany i doskonale zdawałem sobie sprawę, Ŝe wywody jego 

były,  delikatnie  mówiąc,  naciągane.  Dopiero  w  sobotę,  natrafiwszy  przypadkiem  w  kieszeni  na 

przełamany w pól kartonik z jego nazwiskiem, pomyślałem sobie, Ŝe właściwie mógłbym do niego 

zadz-  wonić.  Sądząc  po  numerze  telefonu,  mieszkał  w  willowej  dzielnicy  na  północnym  skraju 

miasta.  Na  wizytówce  był  wprawdzie  adres,  lecz  zupełnie  nie  mogłem  sobie  uprzytomnić,  gdzie 

jest ulica Nielsa Bohra.  

 

Wybrałem numer i czekałem. P odniósł słuchawkę po trzecim dawonku. Od razu poznałem 

jego chrypiący, lekko zdyszany głos.  

 

- To pan! - ucieszył się kiedy przypomniałem mu o naszej rozmowie. - Proszę bardzo, niech 

pan  przyjedzie,  choćby  zaraz.  Najlepiej  metrem  do  stacji  Osiedle  Akademickie,  a  stamtąd  juŜ 

bardzo blisko...  

 

Powiedziałem, Ŝe za pół godziny tam będę. Gdy wsiadłem do metra, dochodziła szósta.  

 

Pod  adresem,  który  miałem  na  kartce,  znalazłem  maleńki  domek,  stojący  wśród  wielu 

podobnych,  ciasno  uszeregowanych  wzdłuŜ  wąskiej  uliczki.  Światło  paliło  się  w  jednym  tylko 

oknie.  Nacisnąłem  dzwonek  przy  furtce.  Po  chwili  zabzyczał  mechanizm  elektrycznego  zamka  i 

furtka uchyliła się. W drzwiach domku ukazał się profesor, okręcony ciepłym szlafrokiem.  

 

-  Dobry  wieczór!  -  powitał  mnie  wylewnie  i  zaprosił  do  wnętrza.  Przeszedłszy  przez 

mroczną  i  zabałaganioną  sień  znalazłem  się  w  oświetlonym  pokoiku.  Znaczną  jego  część 

zajmowały półki pełne ksiąŜek, wielkie biurko i coś jeszcze, czego zrazu nie potrafiłem rozpoznać, 

bo było nakryte szarą płachtą. To coś miało kształt wielkiego prostopadłościanu.  

 

background image

Posadził  mnie  przy  biurku  i  zabrał  się  do  parzenia  herbaty.  Robił  to  długo  i  niezręcznie, 

oblewając się wrzątkiem i klnąc przy tym półgłosem.  

 

- Zimno tu u mnie. Oszczędzam energię elektryczną - powiedział tonem usprawiedliwienia. 

- Mam elektryczne piece, a ta cała aparatura poŜera mnóstwo prądu...  

 

ZbliŜył się do prostopadłościanu i ściągnął zeń płachtę. Ukazała się jakby ogromna tablica 

rozdzielcza, złoŜona z trzech pionowych ścian, otaczających obrotowy fotel. Ściany i mały pul- pit 

przed fotelem usiane były rojem wskaźników, pokręteł i przełączników.  

 

-  Oto  on...  -  powiedział  staruszek  z  dumą,  sadowiąc  się  na-  przeciw  mnie.  - 

Telechronopator...  A  właściwie  jego  część  opera-  cyjna.  Reszta  aparatury  zajmuje  cały  sąsiedni 

pokój.  

 

-  Pan  to  sam  skonstruował?  -  spytałem  z  niedowierzaniem,  pa-  trząc  na  zupełnie 

przyzwoicie wykonane elementy aparatury.  

 

-  Przez  czterdzieści  lat  byłem  samodzielnym  pracownikiem  naukowym  -  powiedział.  - 

Miałem  dostęp  do  laboratoriów  i  personel  techniczny  do  dyspozycji...  Nikt  nie  śmiał  mnie 

kontrolować, bo równocześnie prowadziłem inne prace, niezmiernie dla uniwersytetu doniosłe. To 

wszystko  udało  mi  się  wykonać  bez  zwracania  czyjej-  kolwiek  uwagi.  Sam  to  oczywiście 

projektowałem  i  nikt  nie  miał  pojęcia,  co  z  tego  ma  być.  Gdybym  przedstawił  projekt  Radzie 

Naukowej,  byłby  kłopot  z  uzyskaniem  funduszów.  Znalazłem  inny  sposób:  podjąłem  badania  w 

dziedzinie, o której niewielu uczonych miało rzeczywiście pojęcie. Owszem, kaŜdy kiwał głową i 

udawał  głębokie  zrozumienie,  ale  doskonale  wiedziałem,  Ŝe  są  rozpaczli-  wymi  ignorantami. 

Miałem jednak wyniki praktyczne na światową skalę. To zadecydowało, Ŝe znalazły się fundusze i 

nieograniczone  praktycznie  uprawnienia.  Moi  asystenci  robili  co  im  kazałem.  Wszystkie  jednak 

nici trzymałem w dłoni tylko ja. Tu, w tym domu, montowaliśmy całą aparaturę we dwóch, z moim 

starym laborantem. On juŜ nie Ŝyje...  

 

Kiedy juŜ wszystko było gotowe i wypróbowane, usiłowałem os- troŜnie przygotować kilku 

najbardziej wpływowych profesorów do przyjęcia moich rewelacji... Pan wie, co mówili? Na samą 

wzmiankę  o  telepatii  omalŜe  nie  kręcili  kółek  na  czole.  Dali  mi  do  zrozu-  mienia,  Ŝe  jestem  juŜ 

stary i przemęczony pracą. Zaproponowano mi emeryturę. Było mi to w owej chwili nawet na rękę, 

background image

choć  nie  tak  wyobraŜałem  sobie  moje  odejście  z  uniwersytetu...  Pan  rozumie:  czterdzieści  lat!  A 

potem  tak...  Ale  to  teraz  mało  istotne.  Dość,  Ŝe  nie  doszło  nigdy  do  zademonstrowania  mojego 

telechronopatora.  Postanowiłem  poczekać,  aŜ  znajdą  się  ludzie  na  tyle  rozsądni,  Ŝe  zrozumieją 

doniosłość  mego  wynalazku.  Ulepszałem  go  przez  szereg  lat,  poznawałem  coraz  to  nowe 

moŜliwości tej wspaniałej aparatu- ry...  

 

-  Nie  sądzę,  by  pan  uznał  mnie  za  osobę  godną  poznania  w  pierwszej  kolejności  zalet  tej 

maszyny - powiedziałem skromnie. - Wobec pana jestem ignorantem w tej dziedzinie.  

 

Profesor uśmiechnął się jowialnie.  

 

- Oczywiście, oczywiście - powiedział. - Chciałbym jednak, by ktoś poparł moje wywody, 

Mnie, starego, mogą posądzić o halucynacje, urojenia i tak dalej... Są przy tym pewne niejas- ności, 

które  moglibyśmy  wspólnie  wyjaśnić.  Pan  spojrzy  na  rzecz  obiektywnie,  bez  osobistego 

zaangaŜowania, bardziej krytycznie.  

 

Piliśmy  w  milczeniu  herbatę,  przegryzając  ciasteczkami,  które  staruszek  wydobył  z 

szuflady biurka. Patrzyłem na aparaturę, usiłując odgadnąć zasadę jej działania. Z wykształce- nia 

jestem  elektronikiem,  mimo  to  jednak  wszelkie  usiłowania  nie  doprowadziły  mnie  do 

rozszyfrowania schematu tablicy. Aparatura była oryginalna i unikalna, nie przypominała Ŝadnego 

ze znanych mi urządzeń.  

 

- Czas włączyć zasilanie - powiedział Gisnellius wstając.  

 

Podszedł  do  tablicy  i  wcisnął  kilka  klawiszy.  Zapłonęły  kolejno  kontrolne  neonówki,  za 

ś

cianą zaszumiały rdzenie trans- formatorów. Maszyna oŜyła. Czuło się lekką wibrację podłogi, jak 

w hali maszyn cyfrowych, gdzie pracuję.  

 

- Obsługa aparatury wymaga pewnej wprawy - powiedział profe- sor. - MoŜna to porównać 

do pracy przy radiostacji krótkofalowej. Trzeba dostrajać się do strumienia informacji, "łapać"  go 

nie- jako, podobnie jak fale radiowe... Proszę, niech pan siada! - wskazał mi fotel przed pulpitem. - 

Tu,  na  tym  miejscu,  ogniskują  się  transduktory  wzmacniacza  końcowego,  które  przekaŜą  do 

pańskiego mózgu to wszystko, co myśli i odczuwa człowiek będący obiektem sprzęŜenia...  

 

background image

- Raczej chyba: "co myślał i odczuwał", jeśli to będzie ktoś z przeszłości?  

 

-  Celowo  uŜyłem  czasu  teraźniejszego  -  uśmiechnął  się  Gis-  nellius.  -  W  odniesieniu  do 

zdarzeń  uŜycie  czasu  przeszłego  narzucałoby  pewne  uporządkowanie,  równoczesność  lub 

nierównoczes- ność. Pojęcia te są jednak względne.  

 

-  Przez  cały  czas  mówił  mi  pan  o...  telechronopatii,  bo  tak  chyba  trzeba  nazywać  to 

zjawisko,  w  odniesieniu  do  czasu  przeszłego  -  powiedziałem.  -  A  przyszłość?  Czy  wobec 

względności czasu, jaką narzuca uogólniona przestrzeń...  

 

Staruszek drgnął i spojrzał na mnie, z trudem usiłując ukryć podejrzliwe zaniepokojenie. .  

 

- Pan... zna te zagadnienia? Mówił pan w taki sposób, jak- by... Kim pan właściwie jest?  

 

Nie wiem co powstrzymywało mnie od przyznania się do mojego zawodu.  

 

-  Robię  doktorat  z  prawa  rzymskiego...  Coś  na  pograniczu  historii  i  jurystyki  -  skłamałem 

bez zająknięcia.  

 

Był tym wyraźnie uspokojony, co mnie z kolei przyprawiło o lekki niepokój.  

 

- Interesowałem się kiedyś z amatorstwa nauką o przestrzeni - dodałem pospiesznie.  

 

- Acha... - mruknął. - NiechŜe pan siada, proszę!  

 

Zwlekałem - znów nie wiem, co mnie do tego skłoniło! - kręcąc się wokót fotela.  

 

- Nie odpowiedział pan na moje pytanie - przypomniałem.  

 

- Przepraszam, na jakie? - spojrzał na mnie roztargnionym wzrokiem; lecz ja wiedziałem, Ŝe 

udaje, i to podsyciło moją natarczywość.  

 

- Pytałem pana o moŜliwość przechwytywania informacji z przyszłości!  

 

background image

-  Ach,  nie!  Nie!  -  wykrzyknął  gwałtownie,  machając  dłonią  koło  ucha.  -  To  zupełnie 

niemoŜliwe... PrzecieŜ przyszłość nie jest zdeterminowana...  

 

- A skąd pan wie?  

 

Zmieszał  się.  Wyraźnie  się  zmieszał,  bo  otworzył  usta  i  przez  chwilę  szukał  odpowiedzi, 

rozglądając się nieprzytomnie po ścianach.  

 

-  Wiem!  -  wykrztusił  wreszcie.  -  Nie  będę  panu  tego  wykładał,  to  by  trwało  zbyt  długo. 

Niech panu wystarczy swego rodzaju reductio ad absurdum - dowód metodą "nie wprost", dowód 

negatywny:  przypuśćmy,  Ŝe  moŜliwe  jest  przechwycenie  informacji  z  przyszłości.  To  takie  nasze 

robocze załoŜenie. CóŜ z tego wynika? Przechwytuje pan pewne wiadomości o zdarzeniach, które 

mogą  doty-  czyć  pana  osobiście.  MoŜe  pan  z  tego  skorzystać,  na  przykład  tak,  Ŝe  "wymodeluje" 

pan  później  swoją  przyszłość  na  inny  sposób...  Jednym  słowem  załoŜenie  nasze  doprowadza  do 

wniosku,  Ŝe  przyszłość  "rzeczywista"  mogłaby  być  inna  niŜ  ta,  którą  pan  "zobaczył"  metodą 

telechronopatii.  To  jest  sprzeczność,  która  oczywiście  obala  słuszność  naszego  pierwotnego 

załoŜenia. Czy to panu wystarczy?  

 

-  Nie!  -  powiedziałem  ostro.  -  MoŜe  istnieć  sposób  ominięcia  tej  sprzeczności  w 

rozumowaniu!  

 

- Na przykład jak? - mruknął niechętnie.  

 

-  Nie  wiem...  -  zastanowiłem  się.  -  MoŜe  tak:  sam  proces  sprzęŜenia  myślowego  z 

przyszłością  jest  moŜliwy  tylko  o  tyle,  o  ile  nie  daje  informacji,  które  mógłby  wykorzystać 

"podróŜujący w czasie" dla wpływania na własną przyszłość...  

 

- A gdyby jednak trafił na taką właśnie informację! PrzecieŜ nie sposób tego przewidzieć a 

priori... - staruszek uśmiechnął się chytrze. - To co wtedy, pana zdaniem?  

 

-  Powiedzmy,  Ŝe  powodowałoby  to  jego...  natychmiastową  śmierć!  -  wypaliłem  bez 

namysłu.  

 

Profesor zaniósł się bezgłośnym śmiechem.  

background image

 

-  Oto...  -  powiedział  po  chwili,  ocierając  usta  chusteczką  -  oto  jak  moŜna  się  samemu 

zaplątać we własne sieci. PrzecieŜ, jeśli miałby ten pański podróŜnik w przyszłość zginął śmiercią 

w  czasie  eksperymentu,  to  nie  byłoby  w  przyszłości  takiej  informa-  cji,  którą  mógłby  on 

wykorzystać,  a  po  drugie,  nie  mógłby  on,  nieboszczyk,  zrobić  juŜ  w  ogóle  nic!  Błędne  koło, 

klasyczne  błędne  koło!  To  drugi,  bardzo  przekonywający  dowód,  Ŝe  nie  moŜna  zaglądać  w 

przyszłość.  

 

Mnie jednak dowód ten nie wystarczał. NiepostrzeŜenie dla samego siebie uwierzyłem w to, 

co  staruszek  mówił  o  swym  wynalazku,  a  ponadto  i  w  to  jeszcze,  czemu  sam  tak  gorąco  za- 

przeczał. Podświadomie rozumowałem chyba mniej więcej tak: jeśli prawdą jest ta cała historia z 

chwytaniem  informacji  w  przeszłość,  to  logicznie  rzecz  biorąc,  przyszłość  musi  być  w  tej 

dziedzinie  równouprawniona.  Rozumowałem  chaotycznie,  mąciły  mi  się  w  głowie  moje  niezbyt 

obfite wiadomości, plątały się sprawy odwracalności zjawisk w świecie mikro i makroskopowym, 

symetria czasu względem punktu teraźniejszości:  

 

- Dobrze, zaczynajmy? - powiedziałem wreszcie. - Czy wszys- tko gotowe?  

 

- Proszę, proszę! - profesor zatarł dłonie i wskazał mi fo- tel. - Na początek zrobi pan małą 

wycieczkę w przeszłość.  

 

- Z kim mnie pan sprzęgnie telechronopatycznie? - zapytałem siedząc juŜ na fotelu.  

 

- O, to będzie dla pana niespodzianka! Nawet się pan nie domyśla!  

 

- Chcę jednak wiedzieć! - powiedziałem z nagłym strachem.  

 

Musiał to wyczuć, bo szybko odpowiedział:  

 

- Proszę siedzieć i nie obawiać się niczego. Zrobi pan "wycieczkę" w bliską przeszłość.  

 

- Ale, Ŝe tak powiem, w czyjej "skórze"?  

 

background image

Nie  odpowiedział.  Kościstym  palcem  wcisnął  czerwoną  gałkę  na  tablicy.  Odczułem  lekki 

zamęt w głowie...  

 

Musiał juŜ od dłuŜszej chwili stać za moimi plecami, bo kiedy odwróciłem się ku drzwiom, 

uśmiechnął  się  krzywo  i  powiedział:  -  Pan  jak  widzę,  jest  miłośnikiem  staroŜytności...  Zgadł 

trafnie,  bo  teŜ  było  to  trudne:  od  dziesięciu  minut  wybierałem  między  Plutarchem,  Herodotem  a 

Flawiuszem, by wreszcie odejść z "śywotami Cezarów" pod pachą, bo na nic innego nie star- czyło 

mi pieniędzy.  

 

- Owszem - powiedziałem, usiłując go wyminąć, lecz podreptał za mną.  

 

-  Czasy  Imperium  to  niezwykle  ciekawy  okres  -  powiedział,  gestykulując  szeroko  i 

bezładnie. - ChociaŜ, jeśli o mnie chodzi wolę staroŜytny Wschód.  

 

Wyszliśmy z księgami.  

 

- No i jak? - Profesor stał obok fotela i zaglądał mi w twarz. - Dobrze trafiłem?  

 

- Pan cofnął mnie do chwili naszego pierwszego spotkania?  

 

- Właśnie! Odbierał pan swoje własne wraŜenia sprzed kilku dni.  

 

- Nie pomyślałem o takiej moŜliwości! - powiedziałem zdu- miony.  

 

-  O,  jeszcze  wielu  innych  moŜliwości  pan  nie  przewidział.  To  było  najłatwiejsze  do 

osiągnięcia:  sprzęŜenie  z  samym  sobą,  auto-  transmisja  ponadczasowa.  Efektowne,  prawda? 

Najprawdziwsza  podróŜ  wstecz.  Niestety,  moŜliwa  tylko  w  ramach  zakreślonych  czasem  Ŝycia 

podróŜującego. Telechronopator jest nastawiony na auto- transmisję. MoŜe pan teraz zapuścić się w 

odleglejszą przeszłość...  

 

Pochylił się nad pulpitem, przekręcił gałkę i powiedział:  

 

- Piętnaście lat od punktu teraźniejszości!  

 

background image

Prawą  dłoń  połoŜył  na  czerwonej  gałce  startu.  Wtedy  właśnie  zauwaŜyłem,  jak  jego  lewa 

dłoń  skrada  się  w  kierunku  przełączni-  ka,  umieszczonego  bezpośrednio  pod  pokrętłem  regulacji 

odstępu  czasowego.  Był  to  przełącznik  wahadłowy,  posiadający  tylko  dwie  pozycje.  Do  tej  pory 

spoczywał  w  pozycji  oznaczonej  symbolem  "mi-  nus".  Przy  drugiej  pozycji  widniał  znak  "plus". 

Gdyby  przełączył  go  zdecydowanie  i  pewnie,  jak  nastawiał  przedtem  inne  przełączni-  ki  i 

regulatory, nie zauwaŜyłbym w tym nic podejrzanego. Ten jed- nak ukradkowy ruch starczej dłoni 

przykuł moją uwagę, zaniepokoił mnie. Dalej działałem jak w natchnieniu. Gdy dłoń jego przerzu- 

ciła ów przełącznik, poderwałem się gwałtownie na nogi i nagłym szarpnięciem obu rąk wcisnąłem 

profesora w fotel.  

 

Krzyknął  ochryple,  cofając  dłoń  z  czerwonej  gałki,  lecz  ja,  trzymając  go  juŜ  jedną  ręką 

mocno za kark i wgniatając jego drob- ne  ciało  w fotel, drugą uderzyłem w czerwony wyłącznik. 

Dlaczego  to  zrobiłem?  Zastanawiałem  się  nad  tym  o  wiele  później  i  doszedłem  do  wniosku,  Ŝe 

kierował mną chyba tylko jakiś nieokreślony strach przed czymś niezwykłym i jak mi się wydało, 

niebezpiecznym.  MoŜe  to  była  tak  zwana  intuicja,  moŜe  działający  telechronapator  powodował  - 

jako  efekt  uboczny  -  jakieś  słabe  oddziaływanie  między  świadomością  Gisnelliusa  i  moją?  Nie 

wiem. Dość, Ŝe niejasne poczucie zagroŜenia kazało mi odwrócić nasze role w tym eksperymencie. 

Moralnie  czułem  się  -  w  podświadomości,  oczywiście  -  usprawiedliwiony:  nie  zrobię  mu  w  ten 

sposób  niczego  ponad  to,  co  on  chciał  zrobić  mnie.  Gdy  wcisnąłem  przełącznik  startu,  światła 

przygasły  nagle,  a  za  ścianą,  w  sąsiednim  pokoju,  gdzie  według  słów  profesora  znajdowała  się 

główna  część  aparatu-  ry,  huknęło  przeraźliwie.  Moja  dłoń,  wczepiona  dotąd  w  chude  ra-  mię 

starca,  poleciała  teraz  w  dół,  ześlizgując  się  po  obitym  skórą  oparciu  fotela.  Światła  Ŝyrandola 

drgnęły,  pulsując  na  ob-  niŜonym  napięciu.  Ogarnąłem  spojrzeniem  podłogę  pod  fotelem,  potem 

cały pokój. Profesora nie było! Drzwi były zamknięte, a pokój pusty.  

 

Stałem moŜe minutę w osłupieniu wpatrując się w fotel jakby w nadziei, Ŝe starzec pojawi 

się  nagle  w  miejscu,  gdzie  go  przed  chwilą  posadziłem.  Potem,  w  obezwładniającym,  panicznym 

lęku, wypadłem z pokoju, przebiegiem sień, obruszając lawinę starych mebli spiętrzonych w kącie, 

by  wreszcie  znaleźć  się  na  powietrzu.  Nie  oglądając  się  dobiegłem  do  rogu  ulicy.  Tu  dopiero 

zwolniłem  i  obejrzałem  się  przez  ramię.  W  ciemnym  oknie  domku  profesora  trzepotał 

pomarańczowy  języczek  płomienia.  Ten  ogień  i  huk,  który  przedtem  słyszałem,  musiały  być 

spowodowane  zwarciem  w  prze-  ciąŜonej  aparaturze.  Stałem  chwilę  niezdecydowany,  a  potem 

jeszcze  szybciej  pobiegłem  w  stronę  stacji  metra.  Tu  minął  mnie  wyjący  czerwony  wóz  straŜy 

ogniowej. Odetchnąłem. Ktoś musiał za- uwaŜyć ogień i wezwał straŜ.  

background image

 

Staruszek kłamał! Albo raczej: nie wszystko, co mówił było prawdą. Przyszłość bowiem - 

niezaleŜnie  od  tego,  czy  jest  ona  zdeterminowana,  czy  teŜ  nie  -  nie  moŜe  stać  się  wiadomą 

człowiekowi teraźniejszemu! Tu profesor mówił prawdę. Nie zdradził mi jednak jedynego sposobu 

uniknięcia  logicznego  paradoksu:  człowiek,  który  poznaje  przyszłość,  musi  przestać  być 

człowiekiem teraźniejszym! Musi nieodwracalnie przenieść się natychmiast w tę przyszłość, która 

się przed nim odkrywa. W prze- ciwnym razie mógłby wykorzystać w teraźniejszości swoją wiedzę 

o czasie przyszłym, a to prowadzi do paradoksu podwójnej przyszłości. Tak zaś, przeskakując czas, 

jaki dzieli go od przyszłości, podróŜnik w czasie nie ma kiedy wykorzystać wiedzy o przyszłości! 

To jedyna moŜliwość wyplątania się z myślowego labiryntu... Tylko przy takim załoŜeniu moŜliwa 

jest telechronopatia (a raczej telechronoportacja!) w przyszłość.  

 

Profesor  Gisnellius  wiedział  o  tym  doskonale.  Przewidział  to  teoretycznie  i  rozwiązał 

konstrukcyjnie.  Chciał  tylko  doświad-  czalnie  potwierdzić  swą  pewność.  Nie  miał  jednak  odwagi 

dokonać  eksperymentu  na  sobie  samym.  Był  na  to  za  stary!  Skąd  mógł  wiedzieć,  czy  za  rok, 

miesiąc,  dzień  -  będzie  jeszcze  Ŝył?  Gdyby  przeniósł  się  w  przyszłość  poza  czas  swego  bytu, 

oznaczałoby  to  skok  w  śmierć...  Dlatego  teŜ  wiem,  Ŝe  nie  spotkam  juŜ  profesora  Gisnelliusa: 

wskaźnik czasu był nastawiony na piętnaście lat!  

 

Pozostałoby  do  rozstrzygnięcia  pytanie,  dlaczego  paradoks,  występujący  w  odniesieniu  do 

przenoszenia  masy  i  energii  w  przeszłość,  nie  obowiązuje  w  stosunku  do  przyszłości.  MoŜe  ilość 

masy  i  energii  w  kaŜdym  punkcie  tej  "przyszłościowej"  połówki  czasoprzestrzeni  nie  jest  jednak 

ś

ciśle zdeterminowana? Myślę, Ŝe nauka odpowie wkrótce i na to pytanie.  

 

background image

KRYSTYN KRZYSZTOFOROWICZ 

SZANSA GENIUSZU

 

 

Agata biegła po schodach przeskakując dwa stopnie naraz. Spóźnić się na ćwiczenia, kiedy 

pracownię  prowadził  profesor  Grunald,  byłoby  kompletnym  dnem.  Na  szczęście  zdąŜyła  juŜ 

dopaść  drzwi,  gdy  z  bocznego  korytarza  wyłoniła  się  charakterystyczna,  lekko  przygarbiona 

sylwetka profesora. Siadała przy swoim stole, zanim wszedł do sali. Odczekała chwilę, aŜ Grunald 

stanie przy tablicy, po czym zajrzała przez ramię sąsiadowi.  

-  Karolku,  w  razie  potrzeby  ratuj,  przyjacielu.  Nie  miałam  czasu  zajrzeć  do  skryptu, 

rodzinka mi się zwaliła z wizytą, sam rozumiesz...  

Karolek, wysoki i przeraźliwie chudy młodzieniec o pryszczatej twarzy, pokiwał powaŜnie 

głową:  

-  Zrobi  się,  układ  ci  zmontuję,  ale  jak  cię  weźmie  do  siebie  i  zacznie  maglować  to...  -  tu 

wzruszył ramionami. - Agata, czy ty coś w ogóle wiesz o analizatorach przebiegów elektrycznych ? 

- dodał po chwili.  

- No, tyle co z wykładu.  

- A, to wystarczy, Ŝeby cię wylał za drzwi ! Agata złoŜyła błagalnie ręce.  

- Zrób coś, Karolciu. ChociaŜ sam układ pomiarowy, moŜe jakoś wybrnę.  

Zajęcia  biegły  normalnym  trybem.  Grunald  po  podaniu  tematów  przechadzał  się  między 

stolikami.  Agata,  przy  dyskretnej  pomocy  Karola,  kończyła  juŜ  ostatni  pomiar.  Kiedy  zaczęła 

liczyć wyniki, Karol odsunął się nieco.  

- Pozwolisz, Ŝe zajmę się teraz swoją robotą.  

- Dziękuję ci bardzo - powiedziała nie odrywając wzroku od notatek.  

Spojrzała  na  niego  po  paru  sekundach,  gdy  z  przymruŜonymi  oczami  celował  w  Grunalda 

papierową  strzałą.  Nie  zdąŜyła  się  nawet  zdziwić,  a  juŜ  biały  pocisk  wyleciał  w  powietrze, 

szybował chwilę łagodnym łukiem, Ŝeby wylądować na głowie stojącego tyłem profesora.  

Zapanowała cisza. Grunald nie odwracając się podniósł z podłogi strzałę i wolnym krokiem 

podszedł do katedry. Wszyscy zamarli w bezruchu, bojąc się głębiej odetchnąć, wpatrzeni w twarz 

wykładowcy na przemian bladą i czerwoną. - Moi drodzy - zaczął Grunald spokojnym głosem, ale 

nie  trzeba  było  wraŜliwego  ucha,  aby  usłyszeć  w  nim  zimną  pasję.  Moi  drodzy,  przez  chwilę 

wydawało  mi  się,  Ŝe  jestem  przedszkolanką,  a  nie  profesorem  wyŜszej  uczelni  wśród  słuchaczy 

drugiego  roku  łączności.  Nie  będę  wyciągał  z  tego  incydentu  Ŝadnych  konsekwencji,  nie  chcę 

nawet wiedzieć, kto to zrobił, ale przyjmijcie do wiadomości, Ŝe moje wymagania w stosunku do 

background image

tej  grupy  będą  wyŜsze,  niŜ  to  jest  normalnie  przyjęte.  Robicie  z  siebie  dzieci,  ja  z  was  zrobię 

dorosłych!  -  Grunald  wyrŜnął  pięścią  w  stół,  lecz  opanował  się  i  dokończył  zupełnie  normalnym 

głosem:  -  Teraz  poproszę  do  siebie  panią  !  -  Wyciągniętą  ręką  zupełnie  wyraźnie  wskazywała  na 

Agatę.  

Agata przez cały  czas siedziała nieruchomo patrząc oniemiałym wzrokiem na Karola. Ten 

podczas  przemowy  Grunalda  z  uwagą  obserwował  jakieś  przebiegi  na  oscylografie,  parę  razy 

zanotował coś na kartce, zdawał się być zupełnie i bez reszty pochłonięty swoim zajęciem.  

- Karol, co ty... - zaczęła szeptem i w tym momencie usłyszała słowa Grunalda, a jego gest 

niedwuznacznie wskazywał, do kogo jest skierowane zaproszenie. Ruszyła do katedry, nogi miała 

zupełnie jak z waty.  

"Ładnie  mi  Karolek  pomógł  -  myślała.  -  WyŜsze  wymagania.  Ja  z  normalnymi  miałbym 

kłopoty. zegnaj, stypendium, będzie siara w indeksie jak nic".  

Grunald siedział za stolikiem, podparty ręką pod brodę.  

- Taaak - powiedział. - Porozmawiamy sobie na temat analizatorów. Niech mi łaskawa pani 

powie...  

Jego głos dobiegał jakby z duŜej odległości, docierały jedynie pojedyncze sformułowania.  

- ...stosowane w praktyce... filtry pasmowe... nowsze wykonania...  

"Ja  nic  nie  wiem  -  myślała  -  a  jeśli  nawet  coś  wiedziałam,  to  teraz  nie  jestem  w  stanie 

odpowiadać".  

W  pewnej  chwili  bardziej  wyczuła,  niŜ  usłyszała,  Ŝe  Grunald  skończył  i  czeka  na 

odpowiedź.  JuŜ  otwierała  usta,  Ŝeby  ogłosić  kapitulację,  kiedy  nagle  w  jakimś  niewymierzalnym 

ułamku  sekundy  zrozumiała,  Ŝe  wie.  Zupełnie  na  chłodno  uświadomiła  sobie  sens  i  działanie 

układów, a jednocześnie nurtowało ją przekonanie, Ŝe dowiedziała się o tym przed chwilą. Jeszcze 

przed  minutą  jej  wiedza  ograniczała  się  do  podstawowych  wiadomości  z  zakresu  elektroniki,  a 

obecnie  mogła  rozwiązać  kaŜdy  problem.  Z  nieomylną  pewnością  wyciągała  wnioski,  formowała 

nowe  hipotezy  i  pewniki.  Zorientowała  się,  Ŝe  od  paru  chwil  mówi,  a  właściwie  wykłada 

Grunaldowi teorię analizatorów. Formułując wnioski, jakie wypływały z poprzedniego twierdzenia, 

stawiała  przed  sobą  nowy  problem,  którego  rozwiązanie  znajdowała  w  trakcie  omawiania 

przesłanek.  Z  suchym  szelestem  kredy  rysowała  na  tablicy  wykresy,  z  których  wypływały  nowe 

wnioski,  zazębiając  się  z  sobą  ściśle,  niczym  ogniwa  łańcucha.  Zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  Ŝe 

improwizuje,  ale  nie  była  to  improwizacja  podobna  błądzeniu  w  ciemnościach,  kierowała  nią 

nieomylna pewność.  

background image

Profesor  Grunald  początkowo  słuchał  w  milczeniu,  parę  razy  otworzył  usta,  jak  gdyby 

chcąc  przerwać,  potem  wstał  zza  katedry  i  stanął  nieco  z  boku  kiwając  od  czasu  do  czasu 

potakująco głową.  

Niekiedy  zasępiał  się,  marszczył  brwi,  Ŝeby  za  chwilę  z  tym  większym  entuzjazmem 

wykonać  ruch  potwierdzenia.  Słuchacze  mieli  wraŜenie,  Ŝe  role  odwróciły  się:  to  odpowiadająca 

prowadziła wykład, a egzaminator grał rolę pojętnego studenta. Tymczasem Agata zrozumiała, Ŝe 

jej  wywód  dobiega  kresu.  Intuicyjnie  wyczuwała,  Ŝe  z  równego  szeregu  wzorów  wybiegających 

spod  kredy  wyłoni  się  za  chwilę  coś,  co  będzie  ukoronowaniem  całości,  niemal  coś  na  kształt 

objawienia.  

Szybkim  ruchem  nakreśliła  węŜykowaty  znak  całki  i  ująwszy  w  klamrowy  nawias  dwa 

ostatnie równania odwróciła się do Grunalda:  

- Tak więc po scałkowaniu ostatniego wyraŜenia otrzymamy...  I koniec,  kompletna pustka 

w  głowie,  nie  wiedziała  juŜ  nic.  Stała  przed  tablicą,  na  której  bielały  rządki  niezrozumiałych 

wzorów.  

Grunald  z  wyciągniętą  do  przodu  szyją  przypominał  olbrzymią  czaplę  i  Agacie  zachciało 

się śmiać.  

- Słucham, proszę kontynuować.  

W  głosie  profesora  brzmiało  wyraźne  ponaglenie.  Agata  potarła  wierzchem  dłoni  czoło, 

jeszcze raz rzuciła okiem na tablicę, po czym z nagłą determinacją powiedziała patrząc mu prosto 

w oczy:  

-  Nie  wiem,  panie  profesorze,  ja  juŜ  nic  nie  wiem...  Grunald  podszedł  bliŜej  i  wziął  ją  za 

ramię:  

- Źle się czujesz, moje dziecko?  

- Tak, panie profesorze, ja...  

-  Nie  szkodzi,  usiądź,  odpocznij...  -  Tu  Grunald  ujął  się  za  brodę.  -  A  swoją  drogą,  czy 

mogłabyś  mi  wyjaśnić,  dlaczego  przyjęłaś  współczynnik  spadku  wzmocnienia  0,9?  Co  prawda 

potwierdza  się  to  w  toku  dalszego  rozumowania,  ale  muszę  ci  się  przyznać,  Ŝe  nie  nadąŜałem  za 

tobą i teraz...  

Agata z przeraŜeniem patrzyła na krzywe linie wykresów. "Czarna magia - pomyślała. - Jak 

to mogłam narysować, przecieŜ nic z tego nie rozumiem!"  

- Kiedy, panie profesorze, ja teraz... nie bardzo pojmuję. To jest, chciałam powiedzieć, nie 

jestem w stanie wytłumaczyć panu...  

-  Hmm,  tak  -  Grunald  w  dalszym  ciągu  pocierał  ręką  brodę  i  Agata  słyszała  chrzęst  nie 

ogolonego zarostu.  

background image

- Taak - powtórzył. - Jest pani zapewne bardzo zmęczona. Zadziwiająca historia - wyczuła 

w  jego  głosie  jak  gdyby  cień  podejrzliwości.  -  Jeszcze  porozmawiamy  na  ten  temat,  a  na  razie 

koniec zajęć, dziękuję państwu.  

Gdy  sala  opustoszała,  profesor  podszedł  do  tablicy,  wziął  do  ręki  kredę  i  po  dłuŜszym 

namyśle  dopisał  pod  ostatnimi  wzorami  parę  znaków  matematycznych,  myślał  przez  chwilę,  po 

czym skreślił je zamaszystym ruchem, szybko dopisał następne i znowu popadł w zamyślenie. Po 

paru  minutach  w  pustej  sali  rozległ  się  suchy  trzask  i  spomiędzy  palców  profesora  Grunalda 

wysunęła się kreda przełamana na dwa kawałki. Przez moment stał jeszcze przy tablicy, wreszcie 

wzruszył bezradnie ramionami i nieco przygarbiony ruszył zmęczonym krokiem do wyjścia.  

- Doprawdy nic z tego nie rozumiem.  

Agata  z  pasją  darła  w  drobne  kawałeczki  niepotrzebny  juŜ  bilet  tramwajowy.  Siedziała  z 

Karolem w zadymionym wnętrzu kawiarni. Przed nią stała wystygła juŜ filiŜanka nietkniętej kawy.  

- Wyobraź sobie, Ŝe gdy ocknęłam się z tego, bo ja wiem, chyba jakiegoś transu, byłam taka 

sama mądra jak przedtem, to znaczy nie wiedziałam nic. Potrafisz to wytłumaczyć?  

Karol z uwagą przypalał papierosa. Agata odczekała chwilę i mówiła dalej  

- Rozumiem, zaraz mi powiesz, Ŝe nie jesteś psychologiem, ale moŜe mi wytłumaczysz, co 

ci strzeliło do tej pustej łepetyny, Ŝeby rzucać w Grunalda papierową rakietę? Od tego się wszystko 

zaczęło  !  Masz  szczęście,  Ŝe  nikt  poza  mną  nie  wie,  kto  to  zrobił,  boby  cię  zlinczowali  !  Ale 

powiedz  mi,  smutny  idioto,  po  coś  to  zrobił?  To  jest  dla  mnie  bardziej  zagadkowe  niŜ  moje 

wygłupy przy tablicy!  

Karol  od  dłuŜszego  czasu  uśmiechał  się  lekko.  Kiedy  Agata  przerwała,  Ŝeby  zaczerpnąć 

oddechu, podniósł uspokajającym gestem rękę.  

-  Wystarczy,  Aga,  wcześniej  czy  później  musiało  dojść  między  nami  do  tej  rozmowy. 

Gdyby  nie  to,  Ŝe  spełniłaś  nadzieje,  jakie  w  tobie  pokładałem,  nie  mógłbym  ci  niczego 

wytłumaczyć. Przy obecnym stanie rzeczy nawet musimy ze sobą porozmawiać.  

- Jakie nadzieje spełniam?  

-  Dowiesz  się  o  tym,  ale  to  nie  jest  miejsce  do  takich  rozmów.  Dysponujesz  wolnym 

popołudniem?  

- Coś ty taki powaŜny, Karolku? Jesteś oficjalny, jak na Przyjęciu dyplomatycznym.  

- Bo i rozmowa będzie powaŜna. JeŜeli ci to odpowiada, zapraszam cię do siebie.  

- Teraz ?  

- JeŜeli masz czas...  

- Mój drogi, ciekawa kobieta jest zdolna do największych szaleństw, jedziemy!  

background image

Karol  mieszkał  na  peryferiach  miasta  w  małym,  piętrowym  domku.  Jak  wynikało  z 

wizytówek przy drzwiach, górę domku zajmowały dwie rodziny, parter zaś - Karol z matką. Karol 

zamknął za sobą furtkę i omijając schodki wiodące do drzwi budynku poprowadził Agatę w prawo 

w kierunku łagodnie spadającego w dół wjazdu do garaŜu.  

- Samochodu nie mamy, więc urządziłem tutaj sobie coś w rodzaju pracowni - wyjaśnił w 

odpowiedzi na zdziwione spojrzenie Agaty. - Wygodniej będzie, jeśli tu porozmawiamy. - Stajesz 

się coraz bardziej tajemniczy.  

- Nie szkodzi, za chwilę wszystko zrozumiesz.  

Gdy weszli do środka i Karol zapalił światło, Agata gwizdnęła z podziwu. Wnętrze garaŜu 

urządzone było jak laboratorium! Dwa stoły w kącie pomieszczenia zastawione były przyrządami 

pomiarowymi, na trzecim, stojącym nieco z boku, stał gotowy zestaw, w którym Agata rozpoznała 

znajomy układ montowany przez Karola na ćwiczeniach. JuŜ wtedy powzięła niejasne podejrzenie, 

a  teraz  miała  pewność:  to  na  pewno  nie  było  nic  związanego  z  tematem  wykładów.  Powiodła 

wzrokiem  po  ścianach.  Pęki  kabli  biegły  z  tablicy  rozdzielczej  do  baterii  akumulatorów  i  do 

trójfazowego wtyku.  

- Siadaj, proszę.  

Karol podsunął jej krzesło.  

Sam usiadł naprzeciwko i milczał przez chwilę przekładając z ręki do  ręki podniesiony ze 

stołu śrubokręt.  

- No? - powiedziała przynaglająco.  

- Zastanawiam się, jak cię wprowadzić w zagadnienie. Chyba zacznę od początku.  

- Byle nie od Adama i Ewy.  

-  Nie  Ŝartuj.  Powiedz  mi,  co  wiesz  na  najmodniejszy  ostatnio  temat,  to  znaczy  o  tak 

zwanych "mózgach elektronowych" ?  

- No cóŜ, chyba tyle, co przeciętny człowiek, plus pewne wiadomości nabyte na studiach, w 

kaŜdym razie na pewno nie jestem specjalistą w tej dziedzinie.  

-  Czyli  wiesz  niewiele.  Ale  chyba  wystarczająco  duŜo,  aŜeby  zrozumieć,  Ŝe  nawet 

najdoskonalsza  maszyna  elektronowa  nigdy  nie  będzie  zdolna  samodzielnie  rozwiązać  jakiegoś 

problemu.  

- No, oczywiście.  

-  Czy  wyobraŜasz  sobie,  jakiej  wielkości  jest  przeciętny  "mózg  elektronowy"?  Zajmuje 

objętość  kilkudziesięciu  metrów  sześciennych.  A  czy  wiesz,  jak  wielki  musiałby  być  "mózg", 

którego  pojemność  pamięci  i  zdolność  przyjmowania  informacji  byłaby  równa  mózgowi 

ludzkiemu? Jego gabaryty równałyby się w przybliŜeniu gabarytom kilku budynków mieszkalnych. 

background image

Przy  czym  w  dalszym  ciągu  pozostałby  jedynie  elektronową  maszyną  do  liczenia,  niezdolną  do 

samodzielnego rozwiązania najmniejszego problemu.  

- Wszystko to bardzo ładnie, ale nie rozumiem...  

-  Poczekaj,  jeszcze  nie  skończyłem.  UwaŜam,  Ŝe  praca  nad  dalszym  doskonaleniem  tych 

"elektronowych  liczydeł"  nie  ma  sensu..  W  posiadaniu  człowieka  znajduje  się  najdoskonalszy 

aparat stworzony przez naturę, a mianowicie jego własny mózg! Nie wiem, czy dotarło do ciebie, 

Ŝ

e przed przejściem na elektronikę byłem słuchaczem czwartego roku medycyny. Tak się złoŜyło, 

Ŝ

e  mogłem  sobie  pozwolić  na  rzucenie  medycyny  i  zaczęcie  studiów  od  nowa.  Zresztą  zawód 

lekarza  nie  leŜał  nigdy  w  moich  planach.  Tamte  cztery  lata  dały  mi  pewną  znajomość  fizjologii, 

która  była  konieczna  przy  pracach,  jakie  prowadziłem.  Jedynie  ścisłe  powiązanie  medycyny  z 

elektroniką moŜe dać w przyszłości jakieś wyniki... Ale nie o tym chciałem mówić.  

W  chwili  obecnej  medycynie  znane  są  trzy  rytmy  pracy  mózgu.  Prowadzone  są  badania, 

osiągnięto  juŜ  pewne  rezultaty.  MoŜna  na  przykład,  obserwując  na  specjalnej  aparaturze  zapis 

pracy mózgu człowieka pogrąŜonego w głębokim śnie, powiedzieć, kiedy mu się coś śni, i określić 

z  grubsza  natęŜenie  emocjonalne  jego  sennych  przywidzeń.  Wiemy,  jak  mózg  ludzki  reaguje  na 

ból,  strach  i  szereg  innych  bodźców  tego  rodzaju.  Ale  to  właściwie  wszystko.  Medycyna  wprost 

przeraŜająco mało wie o tym tak doskonałym, ale zarazem skomplikowanym organie. Tymczasem 

ja  poszedłem  dalej,  znacznie  dalej.  Dokonałem  odkrycia,  którego  nie  zawaham  się  nazwać 

najdonioślejszym  odkryciem  wszystkich  czasów!  Odkrycia,  które  zawaŜy  na  dalszych  losach 

ludzkości!  MoŜesz  sobie  darować  ten  drwiący  uśmiech,  słuchaj  teraz  uwaŜnie:  odkryłem  czwarty 

rytm  -  rytm  geniuszu!  Nazwałem  go  rytmem  "g-s":.To,  co  widzisz  na  tamtym  stole,  to  odbiornik 

energii  wypromieniowywanej  przez  ludzki  mózg.  Nie  znaczy  to  wcale,  Ŝe  mogę  czytać  ludzkie 

myśli,  ale  jestem  w  stanie  powiedzieć,  kiedy  się  złościsz,  kiedy  odczuwasz  przyjemność,  a  kiedy 

rozwiązujesz  jakiś  problem.  I  teraz  najwaŜniejsze:  odbierając  całe  pasmo,  w  jakim  pracuje  twój 

umysł, mogę powiedzieć, czy masz "rytm geniuszu".  

- A więc nie kaŜdy ma ten rytm?  

- Nie. I tutaj sprawa się komplikuje. MoŜna go mieć i umrzeć nie wiedząc o tym. Bowiem 

sam fakt posiadania o niczym nie świadczy. Rytm "g-s" naleŜy w sobie wykształcić, odpowiednio 

go wzmocnić i dopiero potem osiąga się wyniki. W ciągu wieków zaledwie kilku ludzi to uczyniło. 

Jednym z nich był Einstein.  

Początkowo przypuszczałem, Ŝe Grunald jest tym, o kogo mi chodzi. Musiałem przebadać 

całość  jego  reakcji  z  silnym  zdenerwowaniem  włącznie  i  stąd  mój  wygłup  z  papierową  strzałą. 

Niestety,  zawiodłem  się.  Grunald  jest  wybitnym  specjalistą  w  swojej  dziedzinie,  ale  moŜe 

opanować tylko wąski wycinek wiedzy. Nie ma rytmu "g-s".  

background image

Karol wreszcie zamilkł i Agata oderwała wzrok od swoich paznokci.  

- No cóŜ, Karolku, nie bardzo wiem, co o tym sądzić, ale coś mi się wydaje, Ŝe robisz mnie 

"w  jelenia".  Przyznaję,  Ŝe  to,  co  mi  opowiedziałeś,  było  bardzo  zajmujące  i  nie  pozbawione 

pewnego wdzięku, lecz...  

- Ja jeszcze nie skończyłem, zresztą przewidywałem twoją reakcję. Teraz słuchaj uwaŜnie, 

bo dalszy ciąg dotyczy przede wszystkim ciebie.  

- ?  

-  Nie  powiedziałem  ci  jeszcze  najwaŜniejszego.  Będzie  to  dosyć  luźna  analogia,  ale  w 

pewnych  przypadkach  moŜemy  uwaŜać  mózg  ludzki  za  pewnego  rodzaju  rezonator.  Znając 

dokładnie  właściwości  danego  osobnika  mogę  przez  dodatnie  sprzęŜenie  zwrotne  wzbudzić  jego 

rytm "g-s" i doprowadzić go do rezonansu. Ŝe jest to moŜliwe i jak to się objawia, przekonałaś się 

sama na dzisiejszych ćwiczeniach.  

- Jak to ?  

-  Teraz  chyba  rozumiesz,  Aga,  jaki  cel  ma  nasza  rozmowa.  Ty  masz  ten  rytm,  a  ja  go 

potrafię  pobudzić.  Przesadziłem  zresztą  trochę  i,  poniewaŜ  przesterowanie  powoduje  chwilowy 

spadek  inteligencji,  wynikło  stąd  twoje  niespodziewane  zakończenie  odpowiedzi.  Daję  ci  szansę 

geniuszu i tylko od ciebie zaleŜy, czy ją wykorzystasz!  

Agata  milczała.  Opowiadanie  Karola  brzmiało  zupełnie  jak  fragment  powieści 

fantastyczno-naukowej.  Z  drugiej  strony  jednak  Agata  pamiętała  jeszcze  swoje  "objawienie"  przy 

katedrze profesora Grunalda.  

- Pozwól mi zebrać myśli, nie bardzo wiem, jak mam to rozumieć.  

Karol wstał i połoŜył jej ręce na ramionach.  

-  Rozumiesz  chyba,  Ŝe  nie  masz  wyboru.  Po  tym,  co  tutaj  usłyszałaś,  musimy  zostać 

wspólnikami. Moja tajemnica nie moŜe wyjść poza obręb tego pomieszczenia!  

- A jeŜeli się nie zgodzę? Karol rozłoŜył ramiona.  

-  Moja  droga,  nie  sądzisz  chyba,  Ŝe  nie  przewidziałem  takiej  moŜliwości.  Mam  dokładne 

spektrum pracy twojego mózgu i nawet bez uciekania się do większej przemocy fizycznej mogę za 

pomocą tego tutaj aparatu pozbawić cię pamięci, doprowadzić do poziomu sześcioletniego dziecka 

i ubezwłasnowolnić na całe Ŝycie.  

Agata przygryzła wargi.  

- Daj mi papierosa.  

Trzęsącymi się rękami zapalała zapałkę, siarczany łepek ułamał się i z sykiem odskoczył w 

bok parząc ją boleśnie w wierzch dłoni. Pośliniła oparzone miejsce.  

"Będzie bąbel" - pomyślała.  

background image

- Więc?  

W głosie Karola brzmiały ponaglające nuty.  

- Nie rozumiem, co tobie z tego przyjdzie, jeŜeli się zgodzę. Karol uśmiechnął się.  

- W tej chwili nie myśl  o mnie. Czy  rozumiesz, co to znaczy być  geniuszem absolutnym? 

Oznacza  to  nieograniczone  moŜliwości,  a  co  za  tym  idzie  -  nieograniczoną  władzę!  To  wszystko 

daję ci do ręki, a ty się jeszcze zastanawiasz! "Nieograniczoną władzę - pomyślała Agata. - Więc o 

to ci chodzi. Na pewno liczysz na to, Ŝe jako najbliŜszy współpracownik sam będziesz miał udziały 

w tej władzy. Nie masz rytmu geniuszu, więc musiałeś wziąć sobie wspólnika.  

A wyobraź sobie, Ŝe ja nie mam takich aspiracji - myślała dalej nic a nic mnie nie pociąga 

twoja »nieograniczona władza«. ChociaŜ moŜe i to ma swój urok..." Oczyma wyobraźni zobaczyła 

siebie za katedrą, jak przed zasłuchanym audytorium odkrywa nowe, nieznane prawdy, które burzą 

dotychczasowe kanony wiedzy. Ale w tym momencie złośliwy chochlik podsunął jej jeszcze jeden 

obraz:  Karolek  zgarbiony  ze  swoim  aparatem  ze  skupieniem  manipuluje  gałkami,  wiązką  fal 

elektromagnetycznych  pobudza  do  działania  jej  rytm  "g-ś  `.  Skrzywiła  się  z  niesmakiem.  "Zostać 

Ŝ

ywym robotem, Ŝyjącą maszyną elektronową? To mi zupełnie nie odpowiada. Zresztą skąd mogę 

wiedzieć,  do  czego  byłabym  zdolna  jako  »geniusz  absolutny«.  Nie  wolno  mi  ryzykować,  trzeba 

znaleźć jakieś wyjście. JeŜeli się nie zgodzę - uczyni ze mnie debilkę, co robić ?  

Na  ten  pomysł  wpadła  zupełnie  niespodziewanie.  Agata  myślała  jeszcze  przez  chwilę, 

rozwaŜała  wszystkie  warianty  swojego  planu,  ostateczna  konkluzja  brzmiała:  to  powinno  być 

moŜliwe.  

Podniosła wzrok na Karola.  

- Zgoda. Kiedy zaczynamy?  

Karol odetchnął z nie ukrywaną ulgą.  

- Wiedziałem, Ŝe się zgodzisz. A zaczynamy od razu. Wszystko jest przygotowane.  

Tak jak sądziła, problem był dziecinnie prosty. Z pobłaŜliwością patrzyła na Karola, który 

wstał juŜ od stołu z aparaturą i podszedł do niej.  

- I jak się czujesz, Agata?  

- Normalnie, tyle Ŝe... To są rzeczy, których nie potrafię ci wytłumaczyć.  

- Rozumiem. Co mamy zamiar robić ?  

- Na razie chyba nic. Chciałabym się tutaj jeszcze trochę rozejrzeć.  

-  Patrzysz  na  wszystko  innymi  oczami,  prawda.  Twój  rytm  "g-s",  pobudzony  przez  mój 

wzbudnik, sprawia, Ŝe widzisz świat inaczej niŜ my wszyscy. MoŜe nawet widzisz czwarty wymiar 

?  

background image

-  W  pewnym  sensie  tak.  Ale  na  razie  myślę  o  czym  innym.  Patrzyła  na  przyrządy 

rozstawione na stołach. Przy tym wyposaŜeniu mogła wykonać swój plan prawie natychmiast. Jej 

pomysł,  na  który  wpadła  jeszcze  przed  pobudzeniem  rytmu  "g-s",  polegał  na  jednorazowym 

zakrzywieniu pętli czasowej.  

Przy  odpowiednim  policzeniu  krzywizny  -  czas  cofnie  się  o  sześć  godzin  i  Agata  znowu 

stanie  przed  drzwiami  swojej  pracowni.  NaleŜało  jedynie  utrwalić  sobie  w  podświadomości 

niechęć  do  Karola,  Ŝeby  cała  historia  nie  powtórzyła  się  po  raz  drugi.  Trudność  polegała  na  tym, 

aby  w  sposób  jednorazowy  zakłócić  strukturę  czwartego  wymiaru,  bowiem  w  przeciwnym 

wypadku,  jeŜeli  pętla  się  zamknie,  ludzkość  po  wsze  czasy  obracać  się  będzie  w  jednostajnym 

kołowrocie.  

Teraz  okazało  się  to  łatwe  i  nieskomplikowane.  Trzeba  tylko  spowodować  dezintegrację 

ogniw  adekwatnej  symbiozy  poprzez  preponderację  deglomeracyjną.  Technicznie  rzecz  nie  była 

trudna i Agata w przeciągu paru minut skończyła montaŜ odpowiedniego zestawu.  

- Co robisz ? - zapytał Karol.  

- Mały eksperyment - odpowiedziała i nacisnęła przełącznik.  

 

Agata  biegła  po  schodach  przeskakując  po  dwa  stopnie  naraz.  Spóźnić  się  na  ćwiczenia, 

kiedy pracownię prowadził profesor Grunald, byłoby kompletnym dnem. Na szczęście zdąŜyła juŜ 

dopaść  drzwi,  gdy  z  bocznego  korytarza  wyłoniła  się  lekko  przygarbiona  sylwetka  profesora. 

Siadała przy swoim stole, gdy jakiś impuls kazał jej odejść na bok.  

- MoŜna? - zwróciła się do siedzącej naprzeciw niewysokiej szatynki.  

Ta kiwnęła głową i odsunęła notatki, robiąc Agacie miejsce. Na pytające spojrzenie Karola, 

swojego  stałego  sąsiada,  Agata  odpowiedziała  niewyraźnym  uśmiechem,  po  czym  z  całkiem 

niewytłumaczoną  niechęcią  spojrzała  na  jego  podłuŜną  i  pryszczatą  twarz.  "Właściwie  nic  mi  nie 

zrobił - pomyślała - a jakoś straciłam do niego przekonanie" wyjmując skrypt uraziła się boleśnie w 

rękę.  Ze  zdumieniem  zauwaŜyła  na  wierzchu  dłoni  świeŜy  ślad  po  oparzeniu.  "Gdzie  ja  się 

zdąŜyłam  tak  urządzić?"  -  zastanawiała  się.  Ale  zaraz  przestała  o  tym  myśleć,  bo  Grunald  zaczął 

podawać tematy ćwiczeń.  

 

background image

STEFAN WEINFELD 

WŁADCY CZASU

 

 

- Wynik negatywny.  

- Doświadczenie numer siedemset dwadzieścia jeden... wynik negatywny... - powtórzył pod 

nosem Art, zapisując w grubym zeszycie rezultat. OdłoŜył długopis, pochylił się w tył na oparciu 

krzesła  i  spojrzał  na  tarczę  wiszącego  na  ścianie  zegara.  -  JuŜ  dziesiąta...  siedzimy  tu  prawie 

czternaście  godzin,  trzy  doświadczenia,  wszystkie  nieudane.  Teraz  nastąpi  co  najmniej  tydzień 

przerwy  na  ustalenie  nowych  parametrów,  znów  kilka  doświadczeń  i  Ŝadnej  gwarancji,  Ŝe  wynik 

będzie pozytywny.  

- Załamujesz się? - zapytał Ben Watto.  

- Bynajmniej, to musi wreszcie wyjść. - Wyraz "musi" Art Markan wymówił z naciskiem. - 

Teoretyczne  rozwiązanie  jest  z  pewnością  prawidłowe  i  niezaleŜnie  od  wszelkich  trudności 

eksperymentu  musi  wreszcie  znaleźć  potwierdzenie.  Tylko  kiedy?  Czy  Kelew  nie  straci  wreszcie 

cierpliwości i nie zrezygnuje z finansowania prac? PrzecieŜ nie mamy za sobą nikogo, kto chciałby 

nam udzielić poparcia. Jeśli Kelew wycofa się z tego interesu - a przecieŜ nikt nawet nie wie, co go 

skłania, Ŝeby łoŜyć na to grube pieniądze - znajdziemy się w tym samym punkcie, co przed trzema 

laty...  

-  Nie  mając  pieniędzy,  a  mając  przeciwko  sobie  wszystkie  fizyczne  znakomitości  - 

kontynuował Ben.  

-  Właśnie.  I  dlatego  w  Kelewie  cała  nasza  nadzieja.  Musimy  przyspieszyć  doświadczenia. 

Wiesz  co  ?  A  moŜe  powtórzylibyśmy  siedemset  siedem?  Pamiętasz,  stwierdziliśmy  później,  Ŝe 

łoŜysko było zatarte; to mogło zniekształcić wynik! - Późno juŜ... ale spróbujemy. A zatem... jakie 

dane?  

Art  pochylił  się  nad  zeszytem  i  powiedział:  -  Ro  ksi  gamma  zero  cztery  siedemnaście 

omega jeden.  

Ben  Watto  usiadł  znów  przy  pulpicie  sterownicrym  nastawiając  pokrętła.  Wdusił  biały 

przycisk i duŜa tarcza zaczęła szybko wirować dokoła osi, stopniowo osiągając maksymalną liczbę 

obrotów. Wydawało się, Ŝe pęd powietrza wywołany wirowaniem tarczy porwie umocowany tuŜ na 

wprost  niej,  w  odległości  kilku  centymetrów  i  wycelowany  w  linię  wykreśloną  przy  obwodzie, 

pistolet. Ale pistolet tkwił nieruchomo i nieruchomo skierowane były na wylot lufy trzy mlecznego 

koloru  rury,  owinięte  zwojami  przewodów.  Ben  nacisnął  teraz  czerwony  przycisk  i  rury  zalśniły 

róŜowawą  poświatą.  Obaj  męŜczyźni  patrzyli  na  ten  widok  jak  urzeczeni.  Za  naciśnięciem 

background image

zielonego  przycisku  zapłonęło  za  tarczą  jaskrawe  światło  i  jednocześnie  rozległ  się  strzał.  Ręce 

Bena  uwijały  się  teraz  szybko  po  pulpicie.  Poświata  rur  zgasła,  tarcza  zaczęła  zwalniać  obroty. 

Doświadczenie było skończone.  

Art,  patrząc  na  wirującą  juŜ  znacznie  wolniej  tarczę,  ziewnął.  -  Za  godzinę  będę  juŜ  w 

łóŜku, czeka mnie pięć godzin rozkosznego snu. jeszcze tylko zapiszę, Ŝe wynik siedemset siedem 

negatywny, bo trudno uwierzyć, aby właśnie teraz miało być inaczej.  

Tarcza zatrzymała się, Ben zbliŜył się do niej z miarką.  

- Art ! Art, trzy i pół milisekundy !  

Markan  jednym  susem  przeskoczył  biurko,  dzielące  go  od  aparatu.  -  NiemoŜliwe!  Tak, 

trzy...  nawet  o  kilkadziesiąt  mikrosekund  więcej!  Ben,  chłopie!  Wyszło,  wyszło!  Wyszło,  to 

przekracza wszelkie moŜliwe granice błędu pomiaru. AleŜ minę zrobi ten stary Patson! Dzwonimy 

do Kelewa!  

- Teraz ? - zapytał wyraźnie wzruszony Ben.  

-  Teraz.  Sześćset  siedemdziesiąt  pięć  dwieście  trzydzieści  jeden...  -  powtarzał,  wybierając 

na tarczy  aparatu kaŜdą z cyfr. - Pan Kelew? John Kelew? Ach, to pan, nie poznałem po głosie... 

Mamy  juŜ  wynik  pozytywny,  słyszy  pan?  Tak,  bez  wątpliwości.  Oczywiście,  powtórzymy  to 

doświadczenie, nawet wielokrotnie, ale osobiście jestem przekonany... PrzyjeŜdŜa pan? Naturalnie, 

czekamy!  

OdłoŜył  słuchawkę  i,  zwracając  się  do  towarzysza,  rzekł:  -  Będzie  za  godzinę.  ZdąŜymy 

jeszcze  raz  sprawdzić.  Istotnie,  gdy  po  upływie  godziny  otworzyły  się  bezszelestnie  drzwi 

laboratorium i do sali wszedł ze zwykłą swą ponurą miną Kelew, w zeszycie zanotowany był juŜ 

wynik doświadczenia siedemset siedem A: wynik pozytywny.  

Kelew usiadł nieproszony, nie witając się, jak gdyby przed chwilą zaledwie wyszedł był na 

korytarz.  

- Powtórzyliście doświadczenie?  

- Tak. Wynik identyczny, trzy i pół milisekundy.  

- Trzy i pół milisekundy - wypowiedział Kelew rozciągając słowa. - To istotnie duŜo, jeśli 

w doświadczeniu nie ma błędu metodycznego. Nie pomyliliście się gdzieś w załoŜeniu?  

-  Raczej  nie.  Ale  prześledźmy  je  raz  jeszcze  -  zabrał  głos  Art.  -  Z  chwilą  gdy  otwór  w 

punkcie  zerowym  tarczy  znajdzie  się  na  wprost  pistoletu,  promień  świetlny  pada  przezeń  na 

fotokomórkę  i  powoduje  automatyczne  odpalenie.  Uwzględniając  prędkość  początkową  pocisku, 

odległość od komory nabojowej do tarczy i prędkość liniową okręgu na tarczy na wysokości lufy, 

otrzymujemy  ten  oto  punkt  -  wskazał  palcem  -  który  powinien  być  normalnym  śladem  pocisku. 

Wyliczenia te potwierdzone były zresztą wynikiem praktycznym w czasie poprzednich, nieudanych 

background image

doświadczeń. Teraz otrzymaliśmy ślad pocisku o tutaj - ponownie wskazał palcem - i oznacza to, 

przy danej prędkości kątowej, Ŝe pocisk uderzył w tarczę trzy i pół milisekundy później. Nie moŜna 

tego interpretować inaczej, jak tylko w ten sposób, Ŝe...  

- śe? - podchwycił Kelew.  

- śe w ciągu tego właśnie okresu pocisk, pomiędzy lufą i tarczą, znajdował się w polu czasu 

stojącego.  

Kelew  zapalił  papierosa  z  taką  miną,  jakby  ta  właśnie  czynność  najbardziej  go  w  tym 

momencie  pochłaniała.  Po  chwili  rzekł:  -  To  duŜo  i  mało  jednocześnie.  Jako  eksperymentalne 

potwierdzenie  słuszności  waszej  teorii  bardzo  duŜo.  Jako  wynik,  na  którym  naleŜałoby  oprzeć 

praktyczne  wykorzystanie  waszego  odkrycia,  diabelnie  mało.  Ile  lat  wam  jeszcze  potrzeba,  aby 

wytworzyć ciągłe pole czasu stojącego na przeciąg chociaŜby godziny ?  

Teraz  Art  Markan  zapalił  papierosa.  Ben,  który  znał  go  od  lat,  wiedział,  Ŝe  Art  nigdy  nie 

pali w laboratorium: teraz więc wyraźnie chciał zyskać chwilę do namysłu. Rzekł wreszcie: - Mój 

przyjaciel Warto potwierdzi chyba moje zdanie, Ŝe to byłby zupełnie nowy etap naszej pracy i bez 

opracowania dokładnych planów nie moŜna do niczego się zobowiązać.  

-  Tak  -  włączył  się  Ben  -  dotychczas  wszystko  zaleŜało  od  nas  dwóch  i  pomoc  tuzina 

inŜynierów  i  półsetki  techników  nie  byłaby  przyspieszyła  sukcesu  nawet  o  jeden  dzień.  Teraz 

wszystko wygląda inaczej: zbudowanie urządzenia nadającego się do praktycznego wykorzystania 

wymaga  pieniędzy  i  ludzi.  Im  większymi  sumami  będziemy  dysponować,  im  więcej  ludzi 

nadających się do tych prac będziemy w stanie zaangaŜować, tym szybciej uzyskamy to, o co panu 

chodzi. Ostatnie słowo naleŜy więc do pana.  

Kelew wstał z krzesła, doszedł do pulpitu sterowniczego przyglądając mu się w zadumie.  

-  Wysokość  sum,  jakie  trzeba  będzie  przeznaczyć  na  dalsze  prace,  nie  gra  tu  najmniejszej 

roli - powiedział. - Trudność polega tylko na tym, Ŝe nie mogę stworzyć tu specjalnych zakładów, 

które zajęłyby się produkcją aparatury. Bardziej by mi odpowiadało, gdyby panowie zamawiali po 

prostu  części  zaprojektowanej  przez  siebie  aparatury  w  jakichkolwiek  zakładach  i  następnie 

zmontowali całość. Byłoby przy tym poŜądane, aby korzystać z usług kilku róŜnych zakładów tak, 

aby tajemnica zamówienia nie została przedwcześnie ujawniona. - Kosztowałoby to pana znacznie 

droŜej  -  zauwaŜył  Art.  Poza  tym  wynikałoby  z  pańskich  słów,  Ŝe  nie  Ŝyczy  pan  sobie 

opublikowania naszego odkrycia. Muszę panu lojalnie wyznać, Ŝe nasze zamierzenia kolidują w tej 

mierze  z  pańskimi.  Pracowaliśmy  wiele  lat,  aby  wreszcie  dojść  do  tego,  co  pan  dzisiaj  zobaczył. 

Zrezygnowaliśmy  z  kariery,  z  pozycji  w  świecie  naukowym,  z  Ŝycia  osobistego.  Proszę  nas 

zrozumieć, nie potrafilibyśmy się tego wyrzec. Wiemy, Ŝe bez pańskiej pomocy niczego byśmy nie 

background image

dokonali i nie mamy najmniejszego zamiaru przemilczeć pańskiego udziału w tej pracy. JednakŜe 

wyrzeczenie się...  

-  Nie  mówię  wcale  o  wyrzeczeniu  się  -  przerwał  Kelew,  który  przysłuchiwał  się  ze 

spokojem podnieconym wywodom Arta proszę tylko o zrozumienie moich racji. ZaangaŜowałem w 

tę pracę znaczną część swojego majątku i pragnąłbym ją przynajmniej odzyskać, ubiegając innych 

w  produkcji  urządzeń  praktycznie  wykorzystujących  własności  pola  czasu  stojącego.  Skoro  tylko 

będę  przygotowany  do  wkroczenia  na  rynek  tajemnica  przestanie  być  tajemnicą  i  panowie  będą 

mogli opublikować tyle prac, ile tylko sami zechcecie. Udzielę wam jeszcze w tym pełnej pomocy 

finansowej.  

- W jaki sposób wyobraŜa pan sobie praktyczne zastosowanie naszego odkrycia?  

-  Myślę,  Ŝe  moŜliwości  wykorzystania  pola  czasu  stojącego  są  bardzo  duŜe.  Istnieje  wiele 

sposobów uzyskiwania informacji o przebiegu ciągłego procesu technologicznego i wpływania na 

ten przebieg, ale nie zawsze jest moŜliwe przerwanie takiego procesu i następnie podjęcie go po raz 

wtóry  akurat  w  tym  punkcie,  w  którym  został  przerwany.  Nie  muszę  chyba  panom  tłumaczyć 

dokładniej, Ŝe uzyskanie takiego sposobu - to znaczy po prostu oddanie danej aparatury wpływowi 

pola  czasu  stojącego  -  doprowadzi  do  rewelacyjnych  wprost  zmian  w  róŜnych  dziedzinach 

przemysłu.  A  akcja  ratownicza  przy  poŜarze,  kiedy  nie  ma  akurat  w  pobliŜu  odpowiedniej 

koncentracji  ludzi  i  sprzętu?  Wystarczy  po  prostu  zatrzymać  upływ  czasu  w  rejonie  poŜaru, 

starannie  i  bez  specjalnego  pośpiechu  przygotować  wszystko,  co  trzeba  dla  zgaszenia  ognia,  i 

dopiero  wtedy,  po  wyłączeniu  pola  czasu  stojącego,  przystąpić  do  akcji.  WyobraŜacie  sobie, 

panowie, jak ogromnych strat uda się uniknąć? Krótko mówiąc odkrycie wasze ma duŜe znaczenie 

praktyczne,  ja  zaś  zamierzam  je  odpowiednio  wykorzystać,  wam,  panowie,  pozostawiając  całą 

sławę i zapewniając oczywiście odpowiednie dochody. A więc: zgoda na moją propozycję? Warto i 

Markan spojrzeli w milczeniu na siebie i bez entuzjazmu kiwnęli potakująco głowami.  

Prace  potoczyły  się  teraz  szybko,  a  rezultaty  były  nader  zachęcające.  Obaj  fizycy 

opracowali konstrukcję urządzenia duŜej mory i sukcesywnie wysyłali dokumentację i zamówienia 

na  poszczególne  fragmenty  aparatury,  jednocześnie  zaś  korzystając  ze  zbudowanego  przez  siebie 

generatora czasu stojącego - badali zdumiewające właściwości wytwarzanego pola. Okazało się, Ŝe 

w odróŜnieniu od innych znanych w fizyce pól miało ono ograniczony zasięg oddziaływania, przy 

czym w zasięgu tym natęŜenie posiadało wartość stałą. Inaczej mówiąc niewidoczna, lecz wyraźnie 

zarysowana  granica  oddzielała  przestrzeń,  w  której  wszystko  działo  się  normalnie,  od  tej 

przestrzeni,  w  której  czas  w  ogóle  nie  upływał.  śycie  przemijające,  którego  końcem  musiała  być 

ś

mierć,  od  Ŝycia  wiecznego,  w  istocie  będącego  śmiercią,  dzielił  jeden  krok.  Nastręczało  to 

fizykom wiele okazji do rozwaŜań filozoficznych, które urywane były właściwie tylko wtedy, gdy 

background image

zjawiał  się  Kelew.  A  Kelew  stał  się  w  pracowni  częstym  gościem:  interesował  się  wszystkimi 

szczegółami  prac,  brał  udział  w  montaŜu  nadsyłanych  z  róŜnych  stron  fragmentów  i  w 

uruchamianiu  aparatury.  Jego  stosunek  do  badaczy  moŜna  byłoby  nazwać  opiekuńczo-

przyjacielskim,  jakkolwiek  pobudki  tej  zmiany  nie  były  dostatecznie  jasne  ani  dla  Arta,  ani  dla 

Bena.  

W  kaŜdym  razie  z  inicjatywy  Kelewa  dla  generatora  mocy  czasu  stojącego  wybudowany 

został na wzgórzu specjalny budynek o nowoczesnej konstrukcji w kształcie ogromnego okrągłego 

tortu, z rozsuwanymi zewnętrznymi ścianami. wśród znacznej liczby kręcących się zwykle w tym 

budynku  inŜynierów  i  techników,  zaangaŜowanych  dorywczo  do  prac  montaŜowych,  Kelew 

wyraźnie  wyróŜniał  fizyków,  okazując  im  specjalne  względy.  Nastawał  na  to,  aby  Art  i  Ben 

kończyli pracę nie później niŜ o szóstej po południu, jak równieŜ aby wykorzystywali weekendy na 

odpoczynek  i  wycieczki.  Na  początku  lata,  po  wstępnym  uruchomieniu  generatora  mocy,  Kelew 

sam zarządził wstrzymanie na dwa tygodnie pracy, aby umoŜliwić Markanowi i Warto - pierwszy 

od  trzech  lat  -  wyjazd  na  krótki  urlop.  Obaj  wyjechali  razem.  NiemoŜliwe  wydawało  się 

jakiekolwiek inne rozwiązanie, tak byli zŜyci ze sobą i tak byli odseparowani od innych. Zaszyli się 

w  głuszy  leśnej,  nad  niewielkim  jeziorkiem,  oddzieleni  kilkudziesięcioma  milami  wertepów  od 

najbliŜszej  ludzkiej  osady.  Rybołówstwo  dawało  wypoczynek  i  urozmaicało  jadłospis,  składający 

się  głównie  z  konserw  i  sucharów.  Apetyty  dopisywały,  po  tygodniu  juŜ  zabrakło  wołowiny  i 

mleka skondensowanego. Art wybrał się  rano autem do miasteczka, aby uzupełnić zapasy; wrócił 

wczesnym popołudniem wzburzony i podniecony, z dala juŜ wymachując gazetą.  

- Ben, Ben! - krzyczał. - Czytaj!  

I  zanim  jeszcze  wyskoczył  z  wozu,  podsunął  mu  pod  oczy  artykuł  z  ogromnym 

nagłówkiem:  "Skandal  na  południowo-zachodniej  linii  kolejowej.  Wielka  wyodrębniona 

magistrala,  wybudowana  w  ciągu  siedmiu  miesięcy  kosztem  przeszło  siedemdziesięciu  milionów, 

okazała  się  niepotrzebnym  wydatkiem,  stwierdza  adwokat  Barrow.  Ekspres  »Złoty  Ptak«,  który 

dzięki  niej  miał  uniknąć  wszelkich  przeszkód  na trasie  i  rozwijać  szybkość  dwustu  pięćdziesięciu 

mil na godzinę, Spóźnił się wczoraj z nie ustalonych przyczyn o przeszło dziewięćdziesiąt minut. 

Specjalna komisja bada przyczyny wydarzenia. Maszynistę, negującego opóźnienie, skierowano na 

badania psychiatryczne..."  

Ben  przeczytał  artykuł  dwukrotnie  i  powiedział  wreszcie  tonem  człowieka,  który  nie  chce 

uwierzyć w fakt oczywisty:  

- To niemoŜliwe!  

background image

-  Zrozum,  Ben,  to  przecieŜ  magistrala  bez  stacji  pośrednich,  bez  skrzyŜowań,  bez 

semaforów. "Złoty Ptak" nie zatrzymuje się nigdzie, maszynista nigdzie nie zwalnia. Jeśli nie było 

w drodze awarii i przymusowego postoju, ekspres nie ma po prostu moŜliwości takiego opóźnienia.  

- MoŜe tachometr był uszkodzony i róŜnica średniej szybkości spowodowała opóźnienie.  

-  Maszynista  twierdził,  Ŝe  utrzymywał  stale  wyznaczoną  mu  szybkość,  i  w  dodatku 

pokazywał  zegarek,  według  którego  przybył  na  miejsce  dokładnie  według  rozkładu  jazdy.  Mało 

prawdopodobne,  aby  zepsuł  się  i zegarek,  i  techometr.  MoŜna  byłoby  co  prawda  podejrzewać  złą 

wolę maszynisty. Ale jakie motywy mogłyby nim kierować? W dodatku jak wytłumaczyć fakt, Ŝe 

ani  konduktorzy,  ani  pasaŜerowie  nie  dostrzegli  opóźnienia  i  byli  przekonani,  Ŝe  przyjechali  we 

właściwym czasie ?  

- Chcesz więc powiedzieć, Ŝe...  

- Tak. Przez dziewięćdziesiąt minut pociąg znajdował się w polu czasu stojącego. KtóŜ ze 

znajdujących się w nim ludzi mógł to zauwaŜyć, jeśli te półtorej godziny zostało po prostu wycięte 

z ich Ŝycia? Tylko - kto to zrobił? Kto jeszcze oprócz nas wytworzył czas stojący?  

- Daj mi mapę!  

RozłoŜył mapę na ziemi, pochylił się nad nią.  

-  Magistrala  "Złotego  Ptaka"  przebiega  tędy...  dalej  skręca  na  północny  zachód...  omija 

miasto  Malagona,  z  jego  ośrodkiem  uniwersyteckim,  w  którym  moŜna  byłoby  się  spodziewać 

istnienia generatora czasu stojącego... omija zakłady fizyczne w Lakepool... wielkie nieba!  

Palec  Bena  utknął  w  miejsc,  Att  spojrzał  -  i  zrozumiał.  -  Racja,  przecieŜ  magistrala 

przebiega  w  odległości  dwóch  kilometrów  od  naszego  laboratorium.  Sądzisz...  ?  -  nie  skończył 

pytania.  

- Nie wiem. Jedziemy? - jedziemy.  

Po piętnastu godzinach szaleńczej jazdy przybyli na miejsce.  

Otworzyli  bramę  wejściową  i  zajechali  przed  budynek,  mocowali  się  przez  chwilę  z 

zamkiem  u  drzwi  wejściowych  i  wreszcie  wbiegli  do  środka.  Było  oczywiste,  Ŝe  w  czasie  ich 

nieobecności  prowadzono  tu  bardzo  intensywne  prace.  Generator  mocy  pola  czasu  stojącego 

umieszczony  był  na  platformie,  która  mogła  być  przetaczana  po  szynach  dokoła  całego  budynku. 

W  hali  znajdowała  się  równieŜ  aparatura  doświadczalna.  Dodatkowe  stanowisko  montaŜowe 

wskazywało na to, Ŝe były tu czynione przygotowania do zmontowania następnego generatora. Gdy 

Art  zapalił  światło  i  jaskrawy  blask  świetlówek  zmieszał  się  z  szarym  światłem  poranka,  ostre 

cienie urządzeń nadały całości wygląd szczególnie groźny. Fizycy nie zdąŜyli jeszcze rozejrzeć się 

dokładniej, gdy rozległ się ostry i nieprzyjemny głos Kelewa:  

- Dzień dobry panom. A cóŜ to panowie robią o tak wczesnej porze ?  

background image

Pierwszy z zaskoczenia otrząsnął się Ben.  

-  Niespodzianka  jest  obopólna.  W  najśmielszych  marzeniach  nie  podejrzewaliśmy,  Ŝe 

moŜemy po powrocie zastać to, co zobaczyliśmy.  

- Mają panowie coś przeciwko temu?  

- To pan zatrzymał "Złotego Ptaka" ? - zapytał wręcz Art.  

-  Ja?  -Kelew  odpowiedział  na  pytanie  Arta  z  takim  spokojem,  jak  gdyby  dotyczyło  ono 

zjedzenia  kolacji  czy  teŜ  wypalenia  papierosa.  Nie  zwracając  uwagi  na  wzburzenie  swoich 

współpracowników pochylił się i pogłaskał wielkiego owczarka, który wbiegł do hali i dopadł  go 

łasząc się u nóg.  

- Czy pan zdaje sobie sprawę, jakie mogą być następstwa takich zabaw ?  

Kelew wyprostował się i ujął oburącz przewieszoną przez ramię laseczkę.  

-  Chcę  powiedzieć,  Ŝe  dotychczas  współpracowali  panowie  ze  mną  lojalnie  i  uczciwie,  i 

będę rad, jeśli stosunki pomiędzy nami i nadal będą układać się na tych samych podstawach. Czas, 

aby się panowie dowiedzieli, Ŝe wasze odkrycie ma być dla mnie środkiem pomocnym nie tylko do 

zdobycia kapitałów, ale i do zdobycia władzy. Tylko człowiek silnej ręki moŜe przeciwstawiać się 

skutecznie  naporowi  ludzi,  domagających  się  coraz  dalej  idących  reform.  Wasz  generator  jest 

idealnym  do  tego  celu  narzędziem.  -  Nie...  nie  spodziewaliśmy  się  takich  moŜliwości 

wykorzystania naszych prac. To chyba niemoŜliwe - powiedział Art.  

Kelew roześmiał się, mylnie pojąwszy znaczenie ostatnich słów fizyka.  

- NiemoŜliwe? Spójrzcie tylko, panowie!  

Doszedł do pulpitu sterowniczego i przesunął dźwigienkę.  

Zawarczał silniczek elektryczny i powoli zaczęła się rozsuwać zewnętrzna ściana budynku. 

Następnie platforma z generatorem przesunęła się powoli po szynach, zajmując miejsce na wprost 

wylotu. Zapaliła się czerwona lampa i delikatnie zabrzęczał transformator. Generator pracował.  

Kelew  zamachnął  się  i  rzucił  przed  siebie  laskę.  Obracając  się  przeleciała  za  przesunięte 

ś

ciany budynku i zawisła nagle nieruchomo w powietrzu, nie dotykając ziemi.  

- Top, aport rozkazał.  

Psisko rzuciło się w kierunku laski i w podskoku tuŜ poza budynkiem ugrzęzło jak gdyby w 

niewidzialnej  galarecie.  jego  rozrzucone  nogi,  na  wpół  tylko  przymknięty  pysk  i  otwarte  oczy 

wywierały tym bardziej przykre  wraŜenie, Ŝe wydawało się nieprawdopodobne, aby w tej pozycji 

utrzymał się dłuŜej niŜ ułamek sekundy; a przecieŜ tkwił tak nieruchomo. Kelew wyjął z kieszeni 

pistolet,  zmierzył  w  kierunku  psa  i  wystrzelił.  Wydawało  się,  Ŝe  chybił,  gdyŜ  pies  nie  zmienił 

swojej pozycji. Ale Kelew schował pistolet do kieszeni i, zwracając się w kierunku fizyków, rzekł: 

.  

background image

-  WciąŜ  jeszcze  Ŝyje  i  Ŝyć  będzie  jeszcze  tak  długo,  jak  ja  tego  zechcę,  jednakŜe  los  jego 

jest juŜ przesądzony.  

Wyłączył  generator  i  w  tej  samej  chwili  pies  rzucił  się  w  górę  i  opadł  cięŜko  na  ziemię, 

przebierając jeszcze przez chwilę łapami, zanim nie znieruchomiał zupełnie. Laska, po którą biegł, 

spadła o kilka kroków od niego. Art i Ben jednocześnie pobiegli w kierunku psa, jak gdyby pragnąc 

sprawdzić,  czy  to,  co  widzieli,  działo  się  naprawdę.  Zanim  jeszcze  wrócili,  Kelew  zapytał 

niecierpliwie:  

- A więc jak, czy mogę liczyć na panów dalszą lojalną współpracę?  

Ben, odwracając się od psa, krzyknął głośno i gniewnie:  

- Nie!  

- To szkoda.  

Ben zdumiał się widząc, Ŝe jednocześnie z wypowiedzeniem tych słów na sali znalazło się 

kilku  młodych  ludzi  o  podejrzanym  wyglądzie.  Rzut  oka  na  wielki  zegar  wyjaśnił  tajemnicę  tak 

nagłego ich pojawienia się. Była juŜ godzina dziesiąta: oznaczało to, Ŝe przez dobrych pięć godzin 

znajdowali  się  w  polu  czasu  stojącego.  Kelew  unieszkodliwił  ich  w  ten  sposób,  by  mieć  czas  na 

wezwanie swoich zbirów.  

- Brać ich !  

Brutalnie  rzuceni  o  ziemię  i  związani,  Ben  i  Art  zostali  następnie  zamknięci  w  ciasnej 

komorze,  wykorzystywanej  jako  podręczny  magazyn  narzędzi  uŜywanych  do  montaŜu  aparatury. 

Ręce wykręcone do tyłu i przywiązane do nóg oraz kneble w ustach odbierały moŜliwość ucieczki 

lub  wezwania  pomocy.  Z  hali  dochodziły  odgłosy  gorączkowej  krzątaniny.  Art,  próbując  zmienić 

nieco  swoją  niewygodną  pozycję,  stuknął  nogą  o  niewielką  stojącą  półeczkę.  Zachwiała  się,  a 

znajdujące się na niej narzędzia głośno zabrzęczały. Art spręŜył się i kopnął w półkę tak silnie, jak 

tylko  pozwalała  mu  na  to  jego  pozycja.  Przewróciła  się  uderzając  go  dotkliwie,  ale  narzędzia 

potoczyły  się  na  podłogę.  Przewracając  się  i  tocząc,  drętwiejąc  chwilami  od  bólu,  jaki  sprawiały 

mu wpijające się w ciało sznury, Art przysunął się wreszcie do narzędzi i po omacku wyszukał w 

nich  piłkę  do  metalu.  Teraz  naleŜało  ustawić  się  tak,  aby  drobnymi  ruchami  kończyn  przeciąć 

sznury: Czynność ta była bardzo trudna i męcząca i Artowi wydawało się, Ŝe trwa długie godziny. 

Wreszcie  udało  mu  się  przetrzeć  sznur  wiąŜący  ręce  z  nogami,  następnie  zaś  rozciąć  sznury  na 

rękach. Teraz juŜ bez kłopotu uwolnił nogi i wyjął knebel.  

- Ben... Ben!...  

Odpowiedziało  mu  niewyraźne  mruczenie.  A  więc  Ben  był  przytomny,  to  dobrze.  W 

ciemności komórki namacał ciało przyjaciela i nie zwlekając przeciął mu więzy. Ben wyprostował 

się i z westchnieniem pomasował przeguby rąk.  

background image

- O mało nie zemdlałem... Co oni tam robią?  

Obaj przysunęli się do drzwi i starali się uchwycić dochodzące spoza nich odgłosy. Wśród 

rumoru i stuku rozległ się nagle jakiś donośny głos:  

- Szefie, szefie, wóz policyjny zajechał przed bramę  

- Zmiatać stąd, szybko. Do starego budynku. Zadzwonię po was, kiedy będziecie potrzebni. 

Calote, ze mną ! - rozkazał Kelew najwidoczniej jednemu ze swoich pomocników. W hali zrobiło 

się  zupełnie  cicho.  Ben  ostroŜnie  wyjrzał  i  zobaczył,  Ŝe  zupełnie  opustoszała.  Obaj  wyskoczyli  z 

komórki i doskoczyli do uchylonej ściany, kryjąc się za stojącą tam skrzynią akurat w momencie; 

kiedy wrócili Kelew i Calote.  

- Pojechali, ale juŜ się nami interesują - rzekł Kelew. Pakujemy dokumenty i wynosimy się 

stąd.  

- A co z urządzeniami? - zapytał Calote.  

-  Unieruchomimy  zaraz  to  wszystko  w  polu  generatora  doświadczalnego.  Tamci  przyjdą, 

wyłączą i wtedy dopiero wszystko wyleci w powietrze razem z nimi.  

Markan  i  Watto  wymknęli  się  z  budynku  i  kryjąc  się  za  krzakami,  zbiegli  ze  wzgórza. 

Zanim jeszcze dotarli do ogrodzenia, zobaczyli z daleka kilka wozów policyjnych zatrzymujących 

się  przed  bramą.  Agenci  zaledwie  zdąŜyli  ją  przekroczyć,  gdy  od  strony  starego  budynku  rozległ 

się  strzał.  Policjanci  odpowiedzieli  strzałami.  W tym  momencie  fizycy  zobaczyli  nagle,  Ŝe  ściana 

budynku  na  wzgórzu  powoli  się  rozsuwa  i  w  otworze  pojawia  się  platforma  z  generatorem  pola 

czasu stojącego. Strzały policjantów nagle umilkły; ich osoby, znieruchomiałe w biegu, wyglądały 

jak dziwaczne malutkie posąŜki. JednakŜe samochody pozostały poza granicą pola czasu stojącego. 

Znajdująca  się  w  nich  obsługa  wykręciła  i  dojechała  do  ogrodzenia  z  innej  strony  budynku, 

próbując dotrzeć od tyłu.  

- Patrz ! - zawołał nagle Art.  

Ben spojrzał w stronę budynku i spostrzegł, Ŝe i inna część jego ściany rozsuwa się.  

- Co oni chcą zrobić? - 

Zatrzymać  tych  z  tej  strony  generatorem  doświadczalnym.  -  PrzecieŜ  słyszałeś,  Ŝe  chcieli 

nim unieruchomić wybuch ładunków trotylu. Jeśli skierują na policjantów...  

- Chyba jeszcze tego nie zrobili... A moŜe o tym nie pomyśleli ?  

Zanim  jeszcze  Art  wypowiedział  te  ostatnie  słowa,  z  budynku  podniósł  się  słup  ognia  i 

kurzu.  Ciśnięci  o  ziemię,  przysypani  piaskiem,  podnieśli  się  wreszcie,  patrząc  w  kierunku  ruin 

laboratorium.  

-  Zginęli.  I  wszystko  zniszczone  -  powiedział  wreszcie  Ben.  -  Tak,  Kelew  zginął.  A  my 

musimy zaczynać od początku. - Nie jestem pewien, czy warto.  

background image

-  Jako  chłopiec  byłem  świadkiem  śmierci  człowieka,  którego  ukąsiła  Ŝmija.  Surowicę 

przywieziono o godzinę za późno. Gdyby moŜna było wtedy zatrzymać czas, byłby jeszcze długo 

Ŝ

ył. No, chodźmy. Tam, w ruinach, zdaje się, juŜ na nas czekają.  

 

background image

STEFAN WEINFELD 

POJEDYNEK

 

 

- To tutaj, w tym punkcie - rzekł kapitan wskazując na mapę.  

Na  mapie  nie  było  nic,  w  tym  miejscu  powinien  być  po  prostu  ocean,  niespokojny  Ocean 

Spokojny.  A  jednak  dobijali  do  maleńkiej  wysepki,  zapewne  wulkanicznego  pochodzenia,  z 

wyjątkowo  ubogą  jak  na  ten  rejon  świata  roślinnością.  Przy  niewielkiej  plaŜy  brzegi  były  niemal 

zupełnie gołe, pokryte rzadką trawą. Nie trzeba było wiele trudu, aby się  domyślić, Ŝe brak wody 

słodkiej odstręczył od tej wyspy roślinność, zwierzęta i ludzi. Zanim wyszli z kabiny, stateczek stał 

juŜ  na  kotwicy,  a  załoga  podkładała  łańcuchy  pod  pierwszą  z  dwóch  ogromnych  skrzyń, 

umieszczonych  na  pokładzie.  Padały  głośne  komendy,  zaskrzypiał  dźwig,  skrzynia  drgnęła  i 

uniosła się, aby zawisnąć nad burtą i powoli opuścić się na brzeg. Druga skrzynia powędrowała tą 

samą  drogą.  Następnie,  na  rozkaz  kapitana,  marynarze  wynieśli  i  rozbili  na  pobliskim  wzgórzu 

mały  namiot,  w  którego  cieniu  postawili  składany  stolik  i  dwa  leŜaki.  W  namiocie  znalazła  się 

jeszcze skrzynia z lodem, do której włoŜono kilkanaście butelek róŜnych napojów, a wreszcie mały 

barek i kilka drobiazgów. - To wszystko - powiedział kapitan.  

- W porządku - stwierdził wyŜszy z obu pasaŜerów.  

Kapitan  wiedział  o  nim  tylko  to,  Ŝe  nazywa  się  Martinez.  To  on  zawarł  umowę,  na 

podstawie  której  kapitan  miał  dostarczyć  ich  obu  z  ich  dziwnym  bagaŜem  na  malutką  bezludną 

wysepkę i pozostawić na dobę, aby następnie znów tu zawinąć i zabrać z powrotem do Chile. Cała 

ta  wyprawa  wydawała  się  mocno  podejrzana,  ale  Ŝaden  z  kursów  "gwiętej  Joanny"  nie  był 

kryształowo czysty. "Pieniądze nie śmierdzą" - zwykł był mawiać jej kapitan, nie podejrzewając, Ŝe 

dewiza ta znana była juŜ przed dwoma prawie tysiącami lat.  

Martinez odliczył pieniądze i wręczył je kapitanowi.  

- To połowa naleŜnej panu sumy - powiedział - resztę dostanie pan jutro.  

Kapitan skinął głową. Nie miał powodu do obaw. Z tej wyspy nikt nie ucieknie.  

Było  południe  i  z  bezchmurnego  nieba  lał  się  po  prostu  na  ziemię  upał.  Powietrze  było 

zupełnie nieruchome i trudno było oddychać. Martinez i ten drugi, nazwiskiem Fretti, stali wszakŜe 

na  plaŜy  i  wpatrywali  się  w  ocean  tak  długo,  jak  długo  jeszcze  widać  było  na  horyzoncie  nikły 

dymek oddalającego się parowca. Wreszcie Fretti zbliŜył się do jednej ze skrzyń.  

-  JuŜ  czas  !  -  rzekł.  Otworzył  niewielką  klapkę  i  wsunął  rękę,  coś  jak  gdyby  w  środku 

skrzyni przekręcając. Martinez doszedł do drugiej skrzyni i zrobił to samo. Nie troszcząc się juŜ o 

skrzynie oddalili się w kierunku namiotu i zajęli miejsca na leŜakach.  

background image

- Uff, jak gorąco! - westchnął Fretti, ocierając pot z czoła.  

- Napijmy się czegoś - zaproponował Martinez, sięgając po szklanki i butelkę.  

- MoŜna - zgodził się Fretti i spojrzał na zegarek. - Za pięć minut powinno się zacząć.  

- To będzie ciekawe widowisko.  

Spojrzeli  w  kierunku  plaŜy.  Złoty  piasek  odcinał  się  powyginaną  linią  od  wyraźnego 

szmaragdu wody, która nadchodzącą falą coraz to nacierała na plaŜę, aby po chwili znów ustąpić.  

W jednostajnym szumie morza dał się jednak słyszeć wyraźny trzask. To grube deski jednej 

ze skrzyń pękły jak skorupa jajka. Ze skrzyni wysunął się najpierw jak gdyby ogromny stalowy łeb, 

a następnie wypełzł z chrzęstem gąsienic kilkumetrowy metalowy potwór. Zamarł przez chwilę w 

bezruchu, ale po chwili oŜywił się, zaczął w oczach rosnąć. Poszczególne jego człony, pierwotnie 

ś

ciśle  przylegające  do  siebie,  zaczęły  rozciągać  się  jak  harmonia.  Łeb,  początkowo  duŜy,  stał  się 

teraz nieproporcjonalnie mały w stosunku do około dwudziestometrowej długości cielska. Jeszcze 

mniejsze,  jak  gdyby  ukryte  przed  obserwatorem,  były  soczewki  kamer  telewizyjnych:  dwóch 

skierowanych do przodu i jednej zwróconej do tyłu. WydłuŜony dziób i ruchliwy giętki silny ogon 

nadawały  potworowi  wygląd  mrówkojada,  gdyby  nie  dwie  potęŜne  pary  łap,  umieszczone  przed 

gąsienicami w przodzie kadłuba; patrząc na nie chciałoby się porównać machinę raczej z potwornej 

wielkości  jaszczurem  kopalnianym.  -  Dobrze  pomyślane!  -  pochwalił  Fretti.  Martinez  odparł 

obojętnie:  

- Gdybym go miał teraz projektować od nowa, zrobiłbym go zapewne zupełnie inaczej.  

Tymczasem  pękła  z  trzaskiem  druga  skrzynia,  ukazując  swoją  przeraŜającą  zawartość: 

obrzydliwie  wyglądającą  konstrukcję,  której  gwiaździsta  kopuła  wyposaŜona  w  szereg  dookolnie 

skierowanych  obiektywów  umieszczona  była  pośrodku  krótkiego  pancernego  kadłuba.  Jak 

karykaturalny owad, kadłub unosił się na kilkunastu łamanych stalowych łapach, zaopatrzonych w 

szczypce, piły i róŜne zakończenia o nieokreślonym przeznaczeniu. Ustępując mrówkojadowi pod 

względem  długości,  owad  wyraźnie  jednak  górował  nad  nim  wysokością:  gdy  teleskopy  łap 

rozpręŜyły się, kopuła wzniosła się o ponad dwa piętra nad plaŜę.  

Ludzie patrzyli teraz na sztuczne monstra z wyraźnym zainteresowaniem.  

- Na pańskim miejscu inaczej rozwiązałbym rozmieszczenie kamer. Z wysokości kopuły nie 

mają one zbyt dobrego pola widzenia - rzekł Martinez.  

- To się okaŜe - odparł Fretti.  

Monstra  spostrzegły  się  juŜ  i  zaczęły  się  poruszać  jak  gdyby  w  egzotycznym  tańcu. 

Obchodziły  się,  zbliŜały  się  do  siebie  i  oddalały,  najpierw  powoli,  potem  coraz  szybciej,  aŜ 

poszczególne  ruchy  ich  stalowych  członów  stały  się  nie  do  uchwycenia  i  tylko  błyski  słońca 

odbijające się od metalu świadczyły o precyzyjnej współpracy ze sobą poszczególnych części tych 

background image

skomplikowanych mechanizmów. W pewnej chwili owad spręŜył teleskopy łap, odbił się od ziemi 

jak konik polny i znalazł się w pobliŜu ogona jaszczura-mrówkojada. Dwie uzbrojone w szczypce 

nogi owada wyciągnęły się w kierunku jaszczurczego ogona, który nagle zawirował w powietrzu z 

ogromną siłą. Gdyby owad natychmiast się nie cofnął, straciłby swoje narzędzia. Uczynił to jednak, 

a  jaszczur-mrówkojad  korzystając  z  tego  odwrócił  się  z  niesłychaną  zwinnością  łbem  w  kierunku 

swojego  przeciwnika.  -  Jak  pan  teraz  ocenia  pole  widzenia  kamer?  -  spytał  Fretti.  -  Cofam  to,  co 

powiedziałem. Ale umieścił pan chyba czujniki w odnóŜach?  

- Naturalnie. Pan teŜ ich zapewne nie Ŝałował, jak sądzę.  

MoŜna panu coś nalać? - zapytał Martineza.  

- O, z przyjemnością. Jest diabelnie gorąco. Człowiek wypaca tu duszę. Całe szczęście, Ŝe 

dziś się jur ta cała zabawa skończy. - Przynajmniej dla jednego z nas - zauwaŜył Fretti.  

Zwrócili  znów  uwagę  na  potwory.  Owad  cofając  się  i  przyskakując  usiłował  uchwycić  i 

zapewne unieruchomić ogon jaszczura, a w ten sposób zapewnić sobie bezpieczeństwo. PoniewaŜ 

nie udawało mu się to, w pewnej chwili zmienił taktykę i wyciągniętą łapę opuścił całą siłą na łeb 

przeciwnika.  Jaszczur-mrówkojad  znieruchomiał  na  chwilę,  jak  bokser  zamroczony  po 

otrzymanym  ciosie;  owad  wykorzystując  ten  moment  zmiaŜdŜył  obiektyw  jednej  z  przednich 

kamer metalowych gada.  

- Działa prawidłowo. Atakuje ośrodek dyspozycyjny - odezwał się Fretti.  

-  Niech  pan  się  tym  za  bardzo  nie  cieszy.  Jaszczur  ma  zapasową  logikę  rozmieszczoną  w 

całym  kadłubie  i  jest  zdolny  do  działania  nawet  wtedy,  gdy  jego  ośrodek  dyspozycyjny  zostanie 

kompletnie zniszczony.  

- Ciekawe, jak pan to zrobił? - zapytał Fretti, wycierając chusteczką spoconą twarz.  

-  Przeszło  połowa  części,  nie  licząc  kadłuba,  zrobiona  jest  z  wernetytu:  specjalnego  stopu 

mającego  własności  mechaniczne  stali,  a  elektryczne  -  półprzewodnika.  Właśnie  dlatego  pod 

względem odruchów, reakcji, umiejętności uczenia się i przystosowania dorównuje prymitywnemu 

Ŝ

ywemu zwierzęciu. - Ja zrobiłem to inaczej : zmieniłem lokalną mikrostrukturę siatki krystalicznej 

materiału.  Ale  wynik  jest  podobny.  Niech  pan  popatrzy:  najbardziej  rozbudowany  program  nie 

mógłby  dać  podobnych  efektów!  Istotnie,  to,  co  działo  się  na  plaŜy,  przypominało  do  złudzenia 

walkę  zwierząt,  ogarniętych  determinacją,  jaką  wywołać  moŜe  tylko  śmiertelny  strach.  Owad, 

który  stracił  jedną  parę  swych  noŜyc  i  dwie  inne  łapy,  wymachiwał  zgruchotanymi  kikutami,  jak 

gdyby  w  bólu  i  przeraŜeniu.  Nadal  jednak  skakał  bez  ustanku,  atakując  to  łeb,  to  ogon  jaszczura, 

który  miotał  się  wokoło,  usiłując  -  pomimo  uszkodzenia  jednej  ze  swoich  gąsienic  dorównać 

owadowi  w  ruchliwości.  Owad  zatrzymał  się  w  pewnej  chwili  na  mgnienie  oka,  a  w  powietrzu, 

wypełnionym  do  tej  pory  jedynie  grzechotem  i  łoskotem  metalowych  części,  rozległ  się  huk 

background image

kilkunastu  szybko  następujących  po  sobie  detonacji.  Uniesiony  w  górę  ogon  jaszczura  w  połowie 

swej długości załamał się i upadł z trzaskiem na ziemię. Owad skoczył tak, Ŝe jaszczur-mrówkojad 

znalazł się akurat pod nim, i trzy ze swoich łap opuścił na kadłub gada akurat u nasady ogona.  

Dwie  z  łap,  zakończone  potęŜnymi  wiertłami,  pokonały  opór  metalowego  pancerza  i 

przedostając  się  na  wylot  przygwoździły  jaszczura  do  ziemi,  trzecia  zaś  -  będąca,  jak  się  okazało 

młotem - zaczęła kuć potęŜnie w pancerz.  

- Niech pan się napije, Martinez, niewiele panu juŜ zapewne Ŝycia pozostało - odezwał się 

Fretti.  

- Walka jeszcze nie jest zakończona.  

-  Ale  jej  wynik  jest  juŜ  przesądzony.  dal  mi  pana,  szczerze  mówiąc.  Nie  ma  pan  Ŝadnych 

szans. W staroświeckim  pojedynku na pistolety  mógłby pan jeszcze liczyć  na sztukę lekarza, a  w 

najgorszym  przypadku  na  współczucie  sekundantów.  Gdyby  pan  nawet  zginął,  śmierć  znalazłaby 

pana  w  jednym  momencie,  odszedłby  pan  szybko  i  bez  cierpień.  Tu  najpierw  ogarnie  pana 

przeraŜenie, zacznie pan w popłochu i bezsensownie uciekać, aŜ to cybernetyczne bydlę dosięgnie 

pana i zmiaŜdŜy.  

Martinez, dotychczas spokojny, zadrŜał.  

-  Pan...  wiele  się  po  panu  spodziewałem,  ale  nie  przypuszczałem,  Ŝe  jest  pan  aŜ  takim 

cynikiem.  

- To samo mogło spotkać mnie, drogi Martinezie - roześmiał się Fretti śmiechem człowieka, 

którego ogarnęło odpręŜenie po chwili niesłychanego napięcia - przecieŜ mieliśmy równe szanse!  

Było jeszcze bardzo gorąco, ale słońce pochyliło się juŜ wyraźnie w stronę horyzontu. Obaj 

ludzie siedzieli w swoich leŜakach, a nie opodal na plaŜy dwa cybernetyczne potwory sterczały jak 

symbol nowoczesnej sztuki. Początkowa ich ruchliwość zmieniła się w wysiłek statyczny, taki jaki 

charakteryzuje  dwóch  atletów,  którzy  złapawszy  się  wzajemnie  w  swe  chwyty  napręŜają  mięśnie 

dla  złamania  przeciwnika.  Owad,  unieruchomiwszy  gada,  kuł  w  dalszym  ciągu  niezmordowanie 

rozkruszając jego pancerz; gad wygiął się, uniósłszy przednią część kadłuba na łapach, jak  gdyby 

próbując uniknąć otrzymywanych ciosów. Udało mu się wreszcie odbić się niezgrabnie w górę, tak 

Ŝ

e  uchwycił  przednią  parą  łap  za  kadłub  owada.  Wyglądało  to  tak,  jak  gdyby  uchwycił  go  w 

przedśmiertelnym  skurczu,  jak  gdyby  następny  moment  miał  przynieść  jego  przeciwnikowi 

ostateczne  juŜ  zwycięstwo.  Ale  rzeczywistość  wyglądała  inaczej.  Jaszczur-mrówkojad  wpił  się  w 

kadłub owada i zawisł na nim całym swym ogromnym cięŜarem; ocalałe i nie zajęte zadawaniem 

ciosów  nogi  owada  musiały  teraz  sprostać  obciąŜeniu,  które  przekraczało  wszelkie  załoŜone 

współczynniki  bezpieczeństwa.  Teleskopy  owadzich  łap  zaczęły  się  niebezpiecznie  poddawać. 

Wyglądało na to, Ŝe owad zdaje sobie sprawę z  trudnej sytuacji i próbuje - za  wszelką cenę  - jak 

background image

najszybciej  zniszczyć  przeciwnika.  Znów  rozległ  się  szereg  szybko  następujących  po  sobie 

detonacji  i  nagle  ogon  gada  pękł  u  samej  nasady.  Ale  jaszczur-mrówkojad  nie  potrzebował  juŜ 

wsparcia.  Wczepiony  w  kadłub  owada  wszystkimi  swoimi  czterema  potęŜnymi  łapami,  przysunął 

do kadłuba owada swój dziób, z którego nagle strzelił łuk elektryczny. Widać było wyraźnie, jak w 

pancerzu owada powstaje wypalona linia, jak zwija się w zamknięty czworobok...  

Fretti, nagle pobladły, przysłonił oczy. Do ich odsłonięcia skłonił go nagły trzask. To jedna 

po drugiej pękały cztery łapy owada. Nie mogąc utrzymać juŜ dłuŜej jaszczura-mrówkojada, runął 

na  ziemię.  Gad  równieŜ  nie  był  w  stanie  utrzymać  równowagi  i  puścił  na  moment  swą  ofiarę. 

Owad, posługując się swoimi trzema pozostałymi nogami, próbował uciekać. Najwidoczniej chciał 

skakać, aby oddalić się od swojego prześladowcy, ale niezgrabne utykanie nie posuwało go prawie 

do  przodu.  Szczęściem  jaszczur-mrówkojad  nie  był  zdolny  do  szybkiego  pościgu.  Pozbawiony 

ogona,  z  nieczynną  gąsienicą,  przebierał  niezgrabnie  łapami,  z  trudem  pokonując  przestrzeń 

dzielącą go od owada. Dopóki ta pogoń ciągnęła się wzdłuŜ plaŜy, odległość dzieląca oba potwory 

prawie  się  nie  zmniejszała.  Owad  dotarł  jednak  do  podnóŜa  pagórka  i  po  kilkakrotnych 

bezskutecznych  usiłowaniach  stwierdził,  Ŝe  napotkał  przeszkodę,  której  nie  jest  juŜ  w  stanie 

pokonać. Odwrócił się więc i zajął pozycję obronną. Teraz wszystko było juŜ tylko kwestią minut. 

Jaszczur-mrówkojad doczołgał się do owada i, nie bacząc na rozpaczliwe ciosy jedynej łapy, której 

owad mógł uŜyć, wczepił się potwornie w jego kadłub. Na piasek padały krople topionego metalu. 

Konstrukcja  owada  przewróciła  się  bezwładnie  na  ziemię.  Jaszczur  pociął  i  rozdzielił  jej  części, 

rozrzucając  je  wokół  -  jakby  chciał  się  upewnić,  Ŝe  groźny  przeciwnik  istotnie  jest  juŜ 

unieszkodliwiony.  

Potem  uniósł  łeb  i  rozejrzał  się  dokoła.  Kiedy  soczewka  ocalałej  kamery  uchwyciła  ludzi, 

jaszczur-mrówkojad wspiął się na łapy i począł niezgrabnie wdrapywać się na pagórek, zmierzając 

w kierunku namiotu. Fretti zerwał się i z okrzykiem przeraŜenia pobiegł w głąb wysepki. Martinez 

siedział nadal ze szklanką w ręce i chichotał w głos. Oddalony juŜ o dobre sto metrów Fretti stanął 

za pniem i, cięŜko dysząc, obserwował potwora. Ten nie zwracał uwagi na uciekiniera, ale kierował 

się wciąŜ ku niedalekiemu juŜ celowi - człowiekowi, który spokojnie siedział na leŜaku. Martinez 

trzymał wciąŜ szklankę w ręce, ale przestał się śmiać. Dlaczego ta bestia nie zbacza? Dlaczego nie 

goni Frettiego? Dlaczego jego, Martineza, widok nie wywołuje odruchu pokory i posłuszeństwa?  

- Uciekaj, Martinez!  

Fretti wychylił się spoza swojej palmy i krzyczał, wymachując rękami.  

- Uciekaj, on cię nie rozpoznaje, on atakuje kaŜdego! Martinez przewrócił leŜak i pobiegł co 

sił.  Jaszczur-mrówkojad  poczołgał  się  za  nim  niezgrabnie.  Martinez  dobiegł  do  palmy,  gdy  Fretti 

zaczął się juŜ na nią wdrapywać.  

background image

- Złaź, Fretti, to nie ma sensu! - wysapał. - Nie dosięgnie mnie tutaj!  

-  Podetnie  palmę,  a  wtedy  nie  uciekniesz.  Prędzej  na  skałę,  moŜe  nie  zdoła  się  na  nią 

wdrapać.  

Fretti  zeskoczył  i  obaj  uciekli  w  kierunku  skały,  wznoszącej  się  stromo  nad  brzegiem 

morza.  Wdrapali  się  na  nią  w  sam  czas,  aby  uchronić  się  przed  jaszczurem,  który  nieustannie 

posuwał się w ślad za nimi. LeŜąc na krawędzi skały, z wysokości kilkunastu metrów obserwowali 

potwora, który warował u podnóŜa.  

- Jesteśmy na razie bezpieczni - wyszeptał zmęczony Fretti. - Na razie, ale co dalej ?  

-  Chcesz  mnie  poświęcić  dla  uratowania  własnego  Ŝycia?  -  Obaj  jesteśmy  teraz  w  takiej 

samej sytuacji - rzekł Martinez.  

- Tak, poluje na nas obu. MoŜemy sobie podać ręce. Pogodził nas... - zaklął Fretti. - No i co 

teraz zrobimy?  

- Nic. Tu jesteśmy bezpieczni.  

- No, to co z tego? Jak długo będziemy tak sterczeć na skale? AŜ zdechniemy z głodu?  

- Jutro przypłynie "Święta Joanna". Ale, do diabła, co z tego? zreflektował się Martinez. - 

PrzecieŜ ta bestia ani nam nie da uciec, ani im wylądować.  

-  Kapitan  odpłynie  natychmiast,  jak  tylko  zobaczy,  co  się  święci.  Choćbyśmy  potem 

unieszkodliwili drania, zostaniemy tu jak Ŝywcem pogrzebani.  

-  Wniosek  z  tego,  Ŝe  musimy  go  zniszczyć  bez  zwłoki,  i  to  jeszcze  przed  zapadnięciem 

zmroku. W nocy widzi lepiej od nas, będzie więc miał nad nami większą przewagę niŜ teraz.  

- Co moŜemy zrobić? - zapytał Fretti.  

- Jedyne, co wydaje mi się moŜliwe, to uszkodzenie części zasilającej.  

Martinez  półgłosem  wyjaśniał  szczegóły.  Upłynęło  jeszcze  kilka  minut.  Nie  moŜna  było 

dłuŜej  zwlekać.  Fretti  wstał  i  przeszedł  kilkadziesiąt  kroków,  ociągając  się  i  spoglądając  na 

jaszczura;  w  pewnej  chwili  jednak  zdecydował  się  i  ześliznął  ze  zbocza  pagórka.  Potwór 

zaskrzypiał gąsienicą i ruszył niezgrabnie w pogoń za człowiekiem, odcinając mu drogę powrotu. 

Fretti  skierował  się  w  stronę  plaŜy,  a  oddaliwszy  się  od  swojego  prześladowcy  o  jakieś  dwieście 

metrów  zatrzymał  się,  aby  nabrać  tchu  i  zorientować  się  w  sytuacji.  Strach  unieruchomił  go  na 

dłuŜszą chwilę i nie pozwolił ani na dalszą ucieczkę, ani na zebranie myśli. "CzyŜby jednak chciał 

mnie  poświęcić...?  To  drań,  do  wszystkiego  zdolny!  Ale  to  nie  ma  sensu,  tym  się  nie  uratuje. 

Schodzi! Schodzi z pagórka!"  

Z uczuciem ulgi patrzył przez chwilę, jak Martinez począł skradać się w kierunku jaszczura; 

sam pobiegł następnie ku plaŜy, ku miejscu, w którym leŜały szczątki owada. Gdy znów oddalił się 

background image

na bezpieczną odległość - przystanął i popatrzył na gada. Martinez dogonił go juŜ i po nieczynnej 

gąsienicy wspiął się na jego grzbiet.  

Potwór  dostrzegł  juŜ  nowego  człowieka  i  usiłował  zawrócić,  aby  go  pojmać,  ale 

bezskutecznie.  Martinez  siedział  na  jaszczurze  okrakiem  jak  na  koniu  i  wspierając  się  rękoma 

przesuwał  się  w  kierunku  czeluści  powstałej  w miejscu  umocowania  ogona.  Maszyna,  pomagając 

sobie  wszystkimi  czterema  łapami,  próbowała  bezowocnie  zawrócić  w  miejscu.  Człowiek  znikł 

wreszcie  we  wnętrzu  potwora.  Fretti  spojrzał  na  zegarek.  "Jeśli  w  ciągu  pięciu  minut  nie  wyjdę 

stamtąd - powiedział mu Martinez - ratuj się jak potrafisz".  

Fretti  nie  bał  się  teraz,  gad  najwyraźniej  nie  zwracał  juŜ  na  niego  uwagi,  jakkolwiek  ten 

drugi, bliŜszy człowiek znikł z pola widzenia kamery. Jaszczur kręcił się wciąŜ w kółko, jak zajęty 

tylko  sobą  szczeniak.  Upłynęły  trzy  minuty...  cztery  minuty...  "JuŜ  powinien  wyjść...  dochodzi 

piąta minuta... Co on tam robi?"  

Gad nadal kręcił się w kółko.  

Fretti  chwycił  metalowy  drąŜek  -jakąś  smutną  pozostałość  po  łapie  owada.  ZbliŜył  się 

ostroŜnie do jaszczura.  

Maszyna, wciąŜ pomagając sobie łapami, zataczała koło, nie zwracając uwagi na człowieka.  

"Mógłbyś  sobie  spokojnie  poczekać  na  »Świętą  Joannę«  nie  naraŜając  zbytnio  skóry. 

Choćby był twoim najlepszym przyjacielem, i tak juŜ mu nie pomoŜesz. Po co tu leziesz?" myślał 

Fretti, a jednak wdrapał się śladem Martineza po nieczynnej gąsienicy na grzbiet potwora, a potem, 

wciąŜ trzymając drąŜek w ręku przesunął się w kierunku czeluści i z trudem opuścił się do wnętrza. 

Było  ciemno,  gorąco  i  duszno;  pokryty  potem,  z  trudem  przeciskając  się  przez  plątaninę  róŜnych 

części, dotarł wreszcie do komory, gdzie w słabym oddalonym świetle dojrzał zarysy metalowych 

szaf. "To chyba centrum energetyczne" - pomyślał. Potknął się o coś miękkiego. Bardziej domyślił 

się,  niŜ  zobaczył  ciało  Martineza.  Schylił  się,  aby  go  podnieść.  Odrzucił  zawadzający  drąŜek. 

Oślepł nagle od jaskrawego światła. Ogłuszył go przeraźliwy syk. Stojąc przez chwilę nieruchomo, 

zaszokowany nagłym strachem, myślał urywanymi zdaniami: "Łuk elektryczny! Zrobiłem zwarcie. 

Dlaczego nie izolował przewodów? Upiekę się tu Ŝywcem..."  

W panice, potykając się, ruszył ku wyjściu. Przed nim biegł jego ostry cień, zdeformowany 

w niekształtnym wnętrzu potwora. Syk nie ustawał. Fretti odwrócił głowę w kierunku jego źródła. 

ZmruŜył  oczy,  oślepiony  błękitnym  ogniem  łuku.  Wtedy  w  trupim  blasku  dostrzegł  ciało 

Martineza.  Uczynił  krok  w  tym  kierunku,  potem  dobiegł  nagle  i,  ujmując  swojego  wroga  pod 

pachy, zaczął go ciągnąć w kierunku wylotu. Wydawało mu się, Ŝe nigdy tam nie dojdzie. Dyszał 

głośno. Nie miał juŜ sił myśleć. Wiedział tylko, Ŝe musi ciągnąć to ciało ku wyjściu. Za sobą miał 

ciągle  syk  i  ostre  światło  łuku.  Tak  długo  to  trwało.  Dopiero  później,  kiedy  zwalił  się  wraz  z 

background image

Martinezem  z  gąsienicy  na  ziemię,  uświadomił  sobie,  Ŝe  wszystko  to  musiało  się  dziać  w  ciągu 

kilkudziesięciu  sekund,  najwyŜej  kilku  minut.  Potwór  nie  ruszał  się  juŜ,  ale  z  jego  rozwalonego 

wnętrza  wydostawały  się  silne  błyski.  Intuicyjnie  wyczuwając  niebezpieczeństwo,  Fretti 

pokuśtykał  dalej,  wlokąc  za  sobą  bezwładnego  Martineza.  Zapadł  juŜ  zmrok  -  jak  zawsze  pod  tą 

szerokością  geograficzną  -  nagle  i  bez  zmierzchu.  Fretti,  wyczerpany  do  ostatka,  zatrzymał  się  i 

uświadomił sobie ni stąd, ni zowąd, Ŝe morze ściemniało. A potem dostrzegł gwałtowny rozbłysk, 

usłyszał huk wybuchu i zaraz zapadł w ciemność.  

A  jeszcze  potem  wyszedł  księŜyc.  Oświetlił  ciemnogranatowe  morze,  fale  załamujące  się 

srebrną pianą o nieregularną linię plaŜy, rozrzucone szczątki potworów i dwa ciała nieprzytomnych 

ludzi.  

 

background image

ANDRZEJ CZECHOWSKI 

PRAWDA O ELEKTRZE

 

 

Byliśmy  za  miastem  i  bawiliśmy  się  w  Elektrów.  Arne  zaczął  liczyć,  kto  z  nas  będzie 

Elektrem, gdy nad nami rozległ się gwizd lądującej rakiety. Osiadła na ziemi kilkadziesiąt kroków 

od nas i chwilę kołysała się na długich, jak u pająka, łapach.  

- Nie znam takiego typu - powiedział Arne. - To widocznie nowy model.  

Ja powiedziałem: - Jeszcze nie widziałem takiej wielkiej rakiety.  

Podeszliśmy  trochę  bliŜej.  Rakieta  ugięła  swoje  łapy  i  dotknęła  brzuchem  ziemi.  Była 

rzeczywiście dziwaczna. Na jej kadłubie wymalowano czarnym lakierem jakieś znaki.  

- Dlaczego nikt nie wychodzi ? - zapytałem.  

-  Głupiś  -  rzekł  Arne.  -  Najpierw  rakieta  musi  ostygnąć.  Ale  bardzo  szybko  drzwi  w 

brzuchu rakiety otworzyły się, wyskoczyła z nich długa, rozkładana drabinka i zszedł po niej !ktoś 

w hełmie i srebrnym skafandrze. Wyglądał zupełnie jak człowiek. Arne teŜ tak uwaŜał.  

- Bardzo dziwnie wygląda, jak na Elektra.  

Tymczasem  pilot  zdjął  hełm  i  zobaczyliśmy,  Ŝe  jest  rzeczywiście  człowiekiem.  Arne  aŜ 

gwizdnął przez zęby ze  zdziwienia. W tej chwili pilot nas zauwaŜył i zaczął machać do nas ręką, 

Ŝ

ebyśmy podeszli do rakiety.  

- MoŜe lepiej zwiejemy? - zapytałem. Arne był innego zdania.  

-  Chodźmy  -  powiedział.  -  Zwiać  zawsze  będziemy  mogli.  Pilot  czekał  na  nas,  siedząc  na 

stopniach drabinki. Gdy się zbliŜyliśmy, zapytał o nasze imiona.  

- Ja jestem Roy - powiedziałem.  

- Ja jestem Arne - powiedział Arne. - A ty jak się nazywasz ?  

- Tom.  

Pilot uśmiechnął się szeroko i zapytał:  

- Co tu robicie, chłopaki ?  

- Bawimy się w Elektrów - szybko odpowiedział Arne.  

- Pierwszy raz słyszę - zdziwił się pilot. - Co to takiego "Elektry" ?  

Arnego aŜ zatkało. Pilot przyglądał mu się przez chwilę, potem przestał się uśmiechać.  

- NaleŜy wam się wyjaśnienie, chłopaki - powiedział. - Ja przyleciałem z Ziemi, wcale nie 

chcę was nabrać. Naprawdę nie wiem, co to jest "Elektr".  

- Kłamie - szepnął do mnie Arne. - Ziemia? Nie ma takiego miasta...  

background image

Pilot  tymczasem  zrobił  taką  minę,  jak  gdyby  był  jeszcze  bardziej  zdziwiony  niŜ  Arne. 

Wyciągnął  z  kieszeni  kombinezonu  papierowy  zwitek  i  błyszczące  pudełko.  Papier  wziął  do  ust, 

pstryknął  pudełeczkiem  i  to,  co  trzymał  w  ustach  zapaliło  się.  Nie  płonęło  wcale  tak,  jak  papier; 

ogieniek ledwie był widoczny, za to dymu było mnóstwo. Arne zakaszlał.  

-  No  -  rzekł  zniecierpliwiony  pilot  -  Ziemia.  Planeta  w  Układzie  Solarnym.  Bez  blagi, 

moŜesz mi wierzyć. Powiecie mi teraz o tych "Elektrach" ?  

-  Aha  -  zrozumiał  Arne.  -  Ty  jesteś  z  innej  planety.  -  Właśnie  -  rzekł  pilot  i  zaciągnął  się 

gryzącym dymem. Arne odsunął się o kilka kroków i trącił mnie łokciem.  

-  Niech  mnie  piorun  -  szepnął  -  jeŜeli  ja  potrafię  mu  wytłumaczyć,  co  to  są  Elektrzy.  To 

chyba jakiś wariat.  

- Więc? - zapytał pilot.  

Popatrzył teraz na mnie, dlatego odezwałem się:  

- Są róŜne rodzaje Elektrów.  

- Jakie?  

- Policjanci - rzekłem. - Piloci, Myślotrony i Supermyślotrony, Tranzystowie i Lampowie.  

- Aha. Roboty. Przestraszyłem się.  

- Tak nie wolno mówić. To bardzo brzydkie słowo. Pilot uśmiechnął się niewyraźnie.  

- Mniejsza o to. Więc bawiliście się w tych... Elektrów?  

- Tak - wtrącił się Arne. - To fajna zabawa. Najpierw liczy się, kto ma zostać Elektrem, a 

potem moŜe on dawać temu drugiemu róŜne  rozkazy, bo  rozumiesz, tamten jest człowiekiem. Na 

przykład  ma  wejść  na  wysokie  drzewo  albo  złapać  trawlika,  albo  zerwać  światłorośl  z  jakiegoś 

klombu i nie dać się złapać dozorcy. Potem ten drugi jest Elektrem i moŜe się zemścić.  

- Chyba na odwrót? - zapytał pilot. - Ten, co jest Elektrem, musi słuchać człowieka?  

Arne umilkł i trącił mnie łokciem.  

- Nie - powiedziałem. - Właśnie tak, jak mówił Arne. Pilot patrzył na nas tak, Ŝe poczułem 

się nieswojo.  

- Chyba nie chcecie mnie przekonać, chłopaki - powiedział wolno - Ŝe u was maszyny mogą 

wydawać ludziom rozkazy.  

- Nie maszyny - zaprzeczyłem - tylko Elektrzy. - A co w takim razie robią ludzie?  

- RóŜne rzeczy. Pracują w sklepach z magneterią albo w elektrowniach.  

- Czemu Elektrzy tego nie robią?  

-  Boby  się  namagnesowali  -  wyjaśniłem.  -  MoŜna  wywiesić  na  drzwiach  kartkę:  "Uwaga, 

1000 gaussów", i Ŝaden Elektr nie wejdzie do środka.  

background image

- Gdzie jeszcze pracują ludzie? - zapytał pilot. - Są u was naukowcy? No tary faceci, którzy 

zajmują się fizyką, matematyką i tak dalej.  

Spojrzeliśmy z Arnem po sobie.  

- Nie - powiedział Arne.  

- MoŜe nie ma wcale szkół na tej planecie? Umiecie czytać i pisać?  

Arne obraził się.  

- Pewnie, Ŝe są szkoły - odparł. - Ale teraz mamy wakacje. Pilot zgasił papierowy zwitek i 

wyjął drugi z kieszeni. Ręce mu się trzęsły, ale nie ze strachu, tylko ze złości. Pomyślałem sobie, Ŝe 

moŜe lepiej by było uciec juŜ teraz, ale nie chciałem tego powiedzieć Arnemu, Ŝeby nie pomyślał, 

Ŝ

e się boję. Pilot wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem po trawie.  

- Kto rządzi waszą planetą?  

- Prezydent - powiedział Arne.  

- Mam nadzieję, Ŝe jest to człowiek? Arne wytrzeszczył oczy.  

- Więc kto jest prezydentem, do diabła?  

- Supernadmyślotron - rzekł Arne niepewnie.  

Pilot był solidnie rozzłoszczony, ale nic nie powiedział, tylko zaczął chodzić coraz szybciej 

tam i z powrotem. Po jakimś czasie uspokoił się i usiadł cięŜko na drabince.  

- Słuchajcie, chłopaki - rzekł. - Albo ja zwariowałem, albo na waszej planecie dzieje się coś 

niedobrego. Zawsze uwaŜałem to za niezły skandal, Ŝe statki z Ziemi odwiedzają gwiezdne kolonie 

nie częściej niŜ co dwieście lat, ale nawet mnie nie przyszłoby do  głowy,  Ŝe przez ten czas moŜe 

dojść  do...  buntu  maszyn,  bo  coś  takiego  u  was  musiało  się  zdarzyć.  Dlaczego  ludzie  słuchają 

rozkazów tych Elektrów?  

Arne ubiegł mnie znowu:  

- Bo oni są mądrzejsi.  

Pilot  zaklął  tak  okropnie,  Ŝe  ani  ja,  ani  Arne  nie  potrafiliśmy  zapamiętać  tego,  co 

powiedział. Miałem taką ochotę zwiać, jak nigdy przedtem.  

-  Dobra  -  opamiętał  się  pilot.  -  Nie  powinienem  się  na  was  złościć.  Ale  zrozumcie 

przynajmniej, Ŝe mówiliście bzdury. Elektrzy to maszyny, które wprawdzie umieją szybko liczyć, 

ale  na  pewno,  do  stu  tysięcy  parseków  sześciennych  próŜni,  nie  ma  i  nie  będzie  maszyny 

mądrzejszej od człowieka. Zresztą to ludzie je zbudowali, a nie odwrotnie.  

- Właśnie Ŝe odwrotnie - uparł się Arne.  

Pilot miał zamiar zakląć, ale się opanował i nawet uśmiechnął się do Arnego.  

- Gdybyśmy mieli trochę czasu, sam potrafiłbym zrobić takiego myślącego diabła.  

background image

-  Nieprawda  -  powiedział  Ame.  -  śaden  człowiek  nie  potrafi.  Mój  wujek  próbował  zrobić 

tranzystor i nic mu z tego nie wyszło. A Elektrzy są bardzo mądrzy. Sam znałem policjanta, który 

potrafił pomnoŜyć w pamięci dwadzieścia cztery tysiące pięćset osiemdziesiąt dwa przez piętnaście 

tysięcy  sto  cztery  i  wychodziło  mu  zawsze  trzysta  siedemdziesiąt  jeden  milionów  dwieście 

osiemdziesiąt sześć tysięcy dwadzieścia osiem.  

Pilot milczał jakiś czas. Za to Arne odezwał się znowu:  

- Albo mój kuzyn Al. On znalazł zardzewiały kadłub Elektra na jakimś śmietniku.  

- Tak? - zainteresował się pilot.  

-  Naprawił  go  i  włoŜył  na  siebie  -  powiedział  Arne  ze  smakiem.  Opowiadał  o  tym  chyba 

tysiączny raz i zawsze tak samo. - Potem poszedł do Klubu Elektrycznych Policjantów, tam gdzie 

są takie śmieszne stoliki w kratkę i na nich gra się w szachy. Jeden Elektr zaczął grać z Alem w te 

szachy.  Al  opowiadał,  Ŝe  _Elektr  od  razu  poznał,  Ŝe  A1  jest  człowiekiem,  bo  A1  robił  ciągle 

głupstwa i stracił dwa konie przez nieuwagę. Ale nie powiedział nic i zaprosił go do baru na trzysta 

woltów w impulsie prostokątnym. A1 wetknął swoją wtyczkę w gniazdko i tak go kopnęło, Ŝe miał 

dosyć.  

Pilot zagryzł usta.  

-  Więc  -  powiedział  -  jest  wam  diabelnie  dobrze  na  tej  planecie.  Pewnie  wcale  nie 

chcielibyście,  Ŝeby  było  inaczej,  prawda?  Roy,  chcesz  mieć  robota,  który  by  musiał  robić,  co  mu 

kaŜesz ?  

Pomyślałem trochę i zaczęło mi się to nawet wydawać niezwykle przyjemne.  

Powiedziałem, Ŝe chcę. Pilot rozjaśnił się trochę.  

- A ty, Arne?  

- Czy on chodziłby zamiast mnie do szkoły? - chciał się upewnić Arne.  

Pilot znowu zmarszczył czoło.  

- Nie.  

Arne był zawiedziony, jednak powiedział, Ŝe chciałby. - Ale u nas nie wolno mieć robotów.  

Zamilkliśmy.  Pilot  zaciągnął  się  błękitnym  dymem,  jak  gdyby  była  to  największa 

przyjemność na świecie. Arne nie mógł na to patrzeć. Podszedł do jednej z nóg rakiety i zaczął ją 

oglądać bardzo dokładnie. Po chwili pilot zapytał:  

-  Chyba  nie  wszyscy  ludzie  słuchają  grzecznie  tych  Elektrów?  Tylko  nie  bujajcie, 

mówiliście przecieŜ, Ŝe istnieje policja.  

Nie wiedziałem, co powiedzieć, i oczywiście znowu Arne zdąŜył się wtrącić, chociaŜ był o 

kilka kroków dalej  

background image

- Mój stryj, Leo, był kamerdynerem u jednego elektromózgu, przy ulicy Duodiody. To był 

stary Lamp, bez Ŝadnego tranzystora. Stryj Leo opowiadał mi o nim mnóstwo śmiesznych rzeczy. 

Ten  Lamp  okropnie  bał  się  piorunów  i  podczas  burzy  nie  pozwalał  uziemiać  sobie  chassis,  Ŝeby 

piorun go nie przepalił.  

- Ciekawe - rzekł pilot. - I co dalej ?  

- Pewnego razu stryj był bardzo zły na tego Lampa - rzekł Arne - i na złość nie odłączył mu 

uziemienia. Akurat wtedy  uderzył piorun i staremu popękały wszystkie  ekrany. Stryj musiał za to 

przez rok kręcić dynamo.  

- Bez przerwy?  

-  No,  nie  -  powiedział  Arne.  -  Sędzia  skazał  stryja  na  mnóstwo  kilowatogodzin  i  stryj 

musiał tyle wykręcić na tym dynamku. Chodził kręcić codziennie wieczorami.  

- Aha - mruknął pilot.  

Arne  usiadł  na  trawie  naprzeciw  niego  i  przechylił  głowę  do  tyłu,  Ŝeby  zobaczyć  czubek 

rakiety. Ja miałem po uszy opowiadań Arnego, więc skorzystałem z okazji i zapytałem pilota:  

- Ty sam przyleciałeś z Ziemi ?  

- Niezupełnie - powiedział pilot. - Na orbicie jest statek, nazywa się "Norbert Wiener" i ma 

trzysta  czternaście  metrów  długości,  licząc  od  dzioba  do  nasady  zwierciadła.  To,  co  widzisz,  jest 

tylko  rakietką  zwiadowczą.  W  górze  zostało  dwunastu  ludzi  i  dziesięć  robotów.  Dowodzi  tym 

wszystkim  komandor  Lagotte,  i  niech  mnie  trafi  sto  kilogramów  antymaterii,  jeŜeli  nie  jest  on 

człowiekiem z krwi i kości.  

- I roboty muszą słuchać ludzi?  

- Jeszcze jak. Chodzą jak w zegarku.  

- Czy Ziemia jest bardzo daleko stąd? - zapytał Arne.  

-  Światło  leci  od  Słońca  do  waszej  planety  przez  dwadzieścia  trzy  lata.  My  lecieliśmy 

dwadzieścia pięć.  

- O, rany! - rzekł Arne, ale miał taką minę, jak gdyby wcale nie wierzył pilotowi.  

- ŁŜe - szepnął do mnie. - On sam ma najwyŜej dwadzieścia pięć lat.  

Tymczasem  pilot  spojrzał  na  zegarek,  zupełnie  zwyczajny,  i  powiedział,  Ŝe  musi  teraz 

wejść do rakiety.  

- JeŜeli chcecie zobaczyć, jak jest w środku, to chodźcie powiedział. - Tylko ostroŜnie, bez 

kawałów.  

Weszliśmy  na  górę  po  drabince.  Bałem  się  trochę,  ale  Arne  wszedł  do  środka,  więc  nie 

mogłem być gorszy od niego. Wewnątrz był pionowy szyb, w którym moŜna było wspinać się po 

klamrach,  a  w  jego  ścianach  otwierały  się  drzwiczki  do  kabin.  Na  samym  dole  gruba  płyta 

background image

zamykała przejście. Pilot powiedział, Ŝe za nią jest silnik i reaktor. Potem pilot zostawił nas samych 

i  poszedł  do  jednej  z  kabin  na  górze.  Gdy  znikł  w  kabinie,  Arne  powiedział,  Ŝebym  był  cicho,  i 

zaczął wdrapywać się do tej kabiny. Potem zajrzał przez otwarte drzwi i szybko zjechał na dół.  

- Roy - powiedział cicho. - Ten pilot kłamie.  

- No?  

- Kłamie jak nie wiem co. Nie jest z Ŝadnej Ziemi. To, co mówił o Elektrach, to blaga. Jak 

nie wierzysz, zajrzyj sam do środka.  

Zbladłem chyba, ale zrobiłem tak, jak mówił Ame.  

Rzeczywiście:  pilot  siedział  w  duŜym  fotelu,  przed  tablicą  wielkiego  Elektra,  jakiegoś 

supermyślotronu, warczącego i błyskającego ekranami. Miał na tablicy napis "Radiostacja", pewnie 

tak  się  nazywał.  Nie  widziałem  jeszcze  Elektra,  który  by  wyglądał  bardziej  groźnie.  Mówił  coś 

ostro  do  pilota,  a  on  odpowiadał  ciągle:  "Tak  jest,  panie  komandorze",  i  nie  było  Ŝadnych 

wątpliwości, kto z nich słucha czyich rozkazów. Wróciłem zaraz na dół, gdzie czekał Arne.  

- A ja mu tyle naopowiadałem - powiedział Arne. Wiejemy?  

- Najszybciej jak moŜna.  

Zsunęliśmy się po drabinie i byliśmy bardzo szczęśliwi, Ŝe udało się nam uciec.  

 

przekład :  

 

background image

WITOLD ZEGALSKI 

STAN ZAGROśENIA

 

 

- No, to dasz sobie radę - Arat wyciągnął do Tedda rękę na poŜegnanie. - Za kilka miesięcy 

przyślemy zmianę, musisz tu jakoś wytrzymać.  

Tedd odwzajemnił uścisk i uśmiechnął się kwaśno.  

- Rozumiem - powiedział Arat - ale nie moŜemy dać tobie nikogo do towarzystwa. Wiesz, 

jak  u  nas  wygląda:  wszyscy  mają  roboty  po  łokcie.  To  mały  obiekt,  wprawdzie  przestarzały,  ale 

kontrola techniczna nie wykazała specjalnych usterek, więc nie będziesz mieć większych kłopotów. 

Zanim przestawimy go na pełną automatykę, jeden człowiek wystarczy. No, trzymaj się, stary !  

Skinął ręką i powoli ruszył w stronę śmigłowca. Tedd patrzył, jak kołysząc się wchodzi po 

schodkach, zamyka drzwi, siada obok pilota...  

Arat wyjrzał jeszcze z kabiny.  

- A popatrz dokładnie, moŜe znajdziesz jakiś ślad Maksa! krzyknął.  

Głos utonął w szumie motoru. Śmigłowiec drgnął, powoli oderwał się od betonowej płyty i 

okrąŜywszy stacyjne lotnisko pomknął na zachód.  

Tedd  patrzył  za  nim,  dopóki  maszyna  nie  zniknęła  na  tle  oceanu.  Gdy  ucichł  huk  motoru, 

znowu usłyszał monotonny łoskot fal łamiących się na betonowych ochronach. Z płaskiego dachu 

widać było tylko bezkresne morze, zlewające się z dalekim horyzontem. Z niechęcią pomyślał, Ŝe 

musi przeŜyć kilka miesięcy w tej odległej stacji, w budynku będącym zwieńczeniem porowatego 

jak plaster, olbrzymiego obelisku sięgającego dwieście metrów w głąb Pacyfiku. Nad powierzchnię 

wystawała  tylko  stacja  mieszcząca  hale  produkcyjne,  magazyn,  obszerną  część  mieszkalną, 

tworząc sztuczną wysepkę oznaczoną jedynie na dokładniejszych mapach czerwonym punktem.  

PoniŜej  lustra  wody  wyłącznie  ryby  zamieszkiwały  liczne  korytarze  i  jaskinie  budowli. 

Setki  gatunków  rozlokowały  się  na  róŜnych  poziomach,  skąd  według  harmonogramu  wsysały  je 

przewody transporterów, dostarczając do hal przetwórczych. Budowla była stara, nie remontowana 

od kilkudziesięciu lat i posiadała szereg kondygnacji od dawna unieruchomionych. Nie martwiono 

się tym zbytnio, oczekując z roku na rok decyzji w sprawie zamknięcia stacji lub jej  generalnego 

unowocześnienia.  To  drugie  nie  było  zbyt  prawdopodobne  od  chwili  przestawienia  gospodarki 

morskiej na uprawę planktonu i roślin powierzchniowych, wydajniejszą i mniej pracochłonną.  

- Ze teŜ mnie to spotkało! - powiedział Tedd ze złością. Chyba dość nasiedziałem się w tych 

parszywych, samotnych placówkach ! Mogliby wreszcie dać mi spokój.  

background image

Często  mówił  do  siebie.  Był  to  dobry  sposób  utrzymania  psychicznej  równowagi  w 

miejscach  odciętych  od  ludzi  i  świata,  praktykowany  zarówno  wśród  ichtiologów,  jak  i  załóg 

małych  stacji  kosmicznych.  MoŜna  co  prawda  rozmawiać  z  automatami,  składać  telewizyty 

znajomym lub dyskutować na dowolne tematy z Centrum Informacyjno-Rozrywkowym, lecz są to 

formy zastępcze, nie zawsze skuteczne. Automaty bywają dobrymi partnerami, pod warunkiem, Ŝe 

ich pamięć jest dostatecznie pojemna, zawiera właściwe testy i połączenia.  

Mózg elektronowy średniej wielkości wykazuje genialność w pewnym zakresie problemów, 

przy  równoczesnej  tępocie  występującej  niespodziewanie  w  momencie  poruszania  spraw, 

zdawałoby się, prostych.  

Rozmowy  z  Centrum  straciły  na  popularności,  odkąd  stało  się  wiadome,  Ŝe  partner  lub 

partnerka  z  przestrzennego  ekranu  to  tylko  złudzenie,  jeden  z  miliardów  obrazów  utrwalonych  w 

studio. Natomiast telewizyty juŜ po krótkim czasie przyprawiały o rozdraŜnienie i stany depresyjne, 

pogłębiając  poczucie  odizolowania  od  problemów  wielkich  ludzkich  skupisk.  Pozostawało  głośne 

wyraŜanie myśli, słyszenie głosu bliskiego, Ŝywego człowieka, chociaŜby samego siebie.  

 

Tedd  skierował  się  ku  wyjściu.  Zszedł  na  pierwszy  poziom  i  minąwszy  część  mieszkalną, 

pchnął drzwi do hal produkcyjnych.  

Maszyny  pracowały  cicho:  pod  przezroczystymi  osłonami  przebiegały  bez  szmeru 

wszystkie  fazy  procesu  przetwarzania  ryb,  dozorujące  automaty  stały  znieruchomiałe  na 

stanowiskach nie mając powodu do interwencji, na tablicach zapalały się i gasły światła kontrolne.  

Podszedł do pulpitu kierowniczego. W centralnej części usianej zegarami i ekranami płyty 

jarzył  się  schemat  budowli.  Przyglądał  się  mu  przez  chwilę.  Dolne  poziomy  były  ciemnymi 

plamami obejmującymi duŜą część rysunku.  

Usiadł i wcisnął przełącznik. Zgłosił się mózg elektronowy kierujący pracą stacji.  

- Od kiedy dolne poziomy nie są czynne? - rzucił pytanie. - W jakiej kolejności mam panu 

podać informacje? - zapytał mózg.  

- Od ostatniego wyłączenia poziomu, wstecz.  

-  Proszę  bardzo.  Ostatnia  awaria  miała  miejsce  na  poziomie  sto  trzecim  w  dniu 

osiemnastego  czerwca  dwa  tysiące  dwieście  piątego  roku  o  godzinie  dziewiątej  zero  osiem. 

Poprzednio awaria dotknęła poziomu sto dziesiątego, sekcje A, B, C, D w dniu... 63  

Słuchał  cierpliwie  przez  kilka  minut.  Stara  budowla  powoli  obumierała:  pękały  stropy  i 

ś

ciany,  nieruchomiały  szyby  transportowe,  rwały  się  instalacje  elektryczne.  Proces  ten  naleŜało 

zahamować, jeŜeli stacja miała utrzymać się w stanie opłacalnym do eksploatacji.  

- Dziękuję - powiedział - więcej nie trzeba. A teraz zapamiętaj : nazywam się Tedd.  

background image

- Tak jest, panie Tedd.  

-  JeŜeli  Maks  zlecił  tobie  jakieś  czynności  dotyczące  jego  trybu  Ŝycia  w  stacji,  no  wiesz, 

jakieś poranne budzenie, przypominanie o konieczności golenia się, czy ja wiem zresztą co - to od 

dzisiaj ich nie stosuj.  

- Tak jest, panie Tedd - czy mam je zachować w pamięci?  

- Tak.  

Namyślał się przez chwilę.  

- Jak się nazywasz? - rzucił pytanie do mikrofonu.  

- Ja jestem Ewa - odparł mózg.  

Tedd  uśmiechnął  się.  KaŜdy  mówiący  automat  posiadał  imię  był  to  zwyczaj  stary, 

pamiętający  jeszcze  wyprodukowanie  pierwszych  robotów.  Imiona  moŜna  było  zmieniać  w 

zaleŜności od gustu pracującego z maszyną człowieka, moŜna było zmieniać barwę głosu...  

Zmiany takie zdarzały się jednak rzadko. Nie miał zamiaru odstąpić od tej reguły.  

- Słuchaj, Ewo - powiedział. - Gdzie jest Maks?  

- Nie wiem, panie Tedd, nigdzie go nie widzę.  

- A gdzie był ostatnio?  

- Siedział przy pulpicie kierowniczym. Tedd odruchowo spojrzał dookoła.  

- Tak jak ja?  

- Tak, panie Tedd.  

- A potem?  

- Nie wiem, panie Tedd.  

- Dlaczego nie wiesz?  

- Wyłączył mnie. Potem go szukałam, bo znalazł się w niebezpieczeństwie.  

Tedd  przycisnął  biały  guzik  i  zamyślił  się.  Zaginięcie  Maksa  zaskoczyło  wszystkich. 

Przeszukano  stację,  hale,  a  nawet  kilka  podwodnych  poziomów,  chociaŜ  wszystkie  skafandry  i 

motorówki  zastano  na  swoich  miejscach.  Płowowłosy  Norweg  zniknął.  Pozostał  tylko  ślad. 

Centralny  mózg  stacji  zanotował  czterogodzinny  stan  zagroŜenia  ludzkiego  Ŝycia,  któremu  starał 

się zapobiec.  

Po  upływie  tego  czasu  bezpiecznik  regulujący  obronę  wrócił  do  normalnego  połoŜenia.  Z 

analizy  zapisów  wynikało,  Ŝe  stan  ten  miał  miejsce  w  wodzie.  Przypuszczano,  Ŝe  Maks 

nieopatrznie  wszedł  na  któryś  z  falochronów  i  spadł  do  morza,  ulegając  bliŜej  nie  określonej 

kontuzji. W okolicy stacji rekiny nie naleŜały do rzadkości.  

 

background image

Gdy wstał, był juŜ późny ranek. Słońce znajdowało się wysoko, o czym świadczył ciemny 

kolor  okiennych  tafli  utrzymujących  stałą  siłę  światła  wewnątrz  mieszkalnych  pomieszczeń. 

Wyszedł  na  korytarz  i  przez  chwilę  zastanawiał  się,  czy  wejść  do  pokoju,  który  nie  tak  dawno 

jeszcze zajmował Maks. Pchnął drzwi. Pokój był przestronny, nie róŜniący się od innych mieszkań 

tego  typu.  Przeszklona  ściana  pozwalała  obserwować  morze  i  niewielki  basen  portowy  okolony 

tarasem.  WyposaŜenie  nie  nosiło  Ŝadnych  cech  indywidualnych  -  stereotypowe  meble,  wymienne 

obrazy,  duŜy  ekran  telewizyjny.  Wszystko  było  tutaj  porządnie  ułoŜone, czekało  jakby  na  powrót 

właściciela.  Maks  znany  był  jako  pedant.  Jego  robot-słuŜący  otrzymywał  chyba  najdokładniejszy 

program  czynności,  jaki  moŜna  było  spotkać  w  całym  rejonie  Pacyfiku.  Dnia  poprzedniego  do 

pokoju zajrzała komisja. Jednak przegląd szaf, biurka i znalezionych notatek nie wyjaśniał niczego. 

Rzeczy  pozostawiono  na  miejscu  nie  bardzo  wiedząc,  co  z  nimi  zrobić.  Maks  był  człowiekiem  z 

retorty, urodził się w instytucie i naturalnej rodziny nie miał.  

Tedd  przycisnął  gałkę  w  ścianie.  Kremowe  tafle  rozsunęły  się  ukazując  wnętrze  szafy. 

Wisiało tu kilka ubrań, leŜały koszule, przybory toaletowe...  

Wśród  drobiazgów  spostrzegł  ramkę  fotografii.  Wziął  ją  do  ręki.  Przyciśnięcie  włącznika 

wywołało  na  matowej  powierzchni  uśmiechniętą  twarz  dziewczyny  o  niebieskich  oczach. 

Przyglądał  się  jej  długo,  myśląc,  jak  przyjęła  tragiczną  wiadomość.  Drugie  naciśnięcie  nie 

przyniosło nowego obrazu, to była jedyna fotografia, jaką miał Maks. OdłoŜył ramkę i podszedł do 

okna. Ocean toczył fale ku murom stacji, bryzgał pianą, bez pośpiechu, ziarno po ziarnie wymywał 

piasek  z  betonowych  ścian.  Prześwietlony  błękit  nieba  i  ciemniejszy  morza  stykały  się  na 

horyzoncie.  Wydawało  mu  się,  Ŝe  zrozumiał,  dlaczego  dziewczyna  z  fotografii  miała  niebieskie 

oczy. Maks chyba często stał przy tym oknie.  

Na  biurku,  pod  ekranem,  leŜał  plik  papierów  i  teczek.  Przejrzał  je  pobieŜnie.  Wykresy 

produkcji,  wydajność  maszyn,  długie  skrawki  obliczeń  mózgu  elektronowego  dotyczyły  remontu 

nieczynnych kondygnacji. Było tego sporo - Maks nie próŜnował. Pomyślał, Ŝe i on będzie musiał 

się tym zająć, aby wypełnić kilkadziesiąt dni pobytu na stacji.  

W  podręcznej  bibliotece  przejrzał  tytuły  mikrofilmów.  Znalazł  wiele  pozycji  dotyczących 

astronautyki,  reportaŜe  z  lotów  kosmicznych,  powieści  i  poezje  z  tego  zakresu.  Maks  starał  się 

kiedyś o przyjęcie do szkoły pilotów rakietowych, lecz z powodu drobnej wady serca kandydaturę 

jego odrzucono. Pozostały zainteresowania, wycieczki turystyczne do miast księŜycowych. Zresztą 

Maks był dobrym ichtiologiem i znał dokładnie zawód, który dał mu rekompensatę za niedostępne 

stery w kabinie astronawigatora.  

-  No  tak  -  powiedział  Tedd,  zawiedziony  przeglądem,  po  którym  zresztą  niewiele  się 

spodziewał - naleŜy zająć się czymś konkretnym.  

background image

Przez  chwilę  wahał  się  patrząc  na  notatki.  Zabrał  je  jednak.  Część  hal  produkcyjnych  nie 

była  czynna,  podniesione  osłony  ukazały  znieruchomiałe  taśmy  transporterów,  tryby  i  łoŜyska. 

Roboty  dokonywały  napraw  w  myśl  instrukcji  komisji  kontrolnej,  wymieniały  zuŜyte  części  i 

smary.  

Podszedł  do  jednego  z  urządzeń,  przy  którym  wymieniano  wał  prowadzący.  Robot 

zdejmował właśnie olbrzymią stalową część z uchwytów dźwigu.  

Tedd  pochylił  się  nad  rozmontowanym  wnętrzem  maszyny.  Bezpiecznik  automatu 

wstrzymał  opuszczające  się  ramię  z  wielotonowym  cięŜarem.  Robot  czekał,  aŜ  Tedd  dokona 

oględzin i cofnie głowę.  

Była  to  krajarka.  Rzędy  noŜy  rozmaitego  typu  i  wielkości  ciągnęły  się  sekcjami  na 

przestrzeni kilku metrów. Jedne patroszyły surowiec, inne oddzielały łby i ogony. Odpady wpadały 

do wnętrza kanału, którym tłoczono je do poziomów podwodnych, zamieszkanych przez drapieŜne 

gatunki  ryb.  Tedd  przyglądał  się  urządzeniu.  Jak  wszystko  w  stacji,  równieŜ  i  ta  maszyna  daleka 

była od wymogów współczesnej techniki. Wzruszył ramionami i poszedł dalej. Robot powrócił do 

pracy.  -  Uruchamianie  poziomów  nie  ma  sensu  -  mruczał  Tedd.  PrzecieŜ  to  wielka  graciarnia. 

Powinni zrobić muzeum, postawić automat dla oprowadzania wycieczek, a nie trzymać człowieka.  

Z niechęcią usiadł za pulpitem kierowniczym i zaczął przeglądać dokumentację. Z początku 

sądził,  Ŝe  nieprędko  rozezna  się  w  materiale  opracowanym  przez  innego  człowieka,  jednak  po 

chwili  uprzedzenie  ustąpiło.  Chaos  w  papierach  był  pozorny:  tworzyły  zwartą  całość, 

uporządkowaną  systematycznie  i  ułatwiającą  szybkie  zorientowanie  się  nawet  w  bardziej 

skomplikowanych  przypadkach.  Maks  przede  wszystkim  nie  chciał  dopuścić  do  dalszych  awarii. 

Przez długi okres czasu przeprowadzał remonty zabezpieczające czynnych jeszcze pięter, walczył o 

niechętnie  przydzielane  materiały  i  aparaturę.  Wysyłane  pod  wodę  automaty  wymieniały  zuŜyte 

segmenty  kanałów,  łatały  dziury,  uzupełniały  skomplikowaną  sieć  przewodów  elektrycznych. 

Sytuacja została opanowana i z tej strony nie naleŜało oczekiwać niespodzianek. Zaprogramowany 

dla  centralnego  mózgu  stacji  plan  przeglądów  technicznych  zapewniał  stałą  konserwację  tych 

urządzeń.  Na  wszystkich  czynnych  poziomach  działały  gniazda  kamer  telewizyjnych, 

zainstalowane w węzłowych punktach.  

Tedd  włączył  wizję  czwartej  kondygnacji.  Z  ekranu  wyłoniły  się  mgliste  kontury,  które 

przybierając  na  ostrości  ukazały  wyraźnie  wnętrze  podwodnej  sali,  podziurawionej  prześwitami  i 

wylotami  korytarzy.  Była  to  raczej  pieczara.  Wymyte  pracą  morza  ściany,  pełne  wnęk  i  szczelin, 

zatraciły surowy charakter budowli. Wśród falujących kolonii wodorostów Ŝerowały stada ryb. W 

suficie  pieczary  dostrzegł  gładki,  lejowaty  otwór  szybu  i  skrzynię  megafonu.  Dobrane  w 

background image

odpowiedni  dla  danego  gatunku  test  dźwięki  zwabiały  do  sali  ryby,  skąd  zostawały  one  wessane 

potęŜnym prądem wodnym przez kanał wiodący do hal produkcyjnych.  

Teraz było tu spokojnie. Eksploatacja miała się rozpocząć za kilka miesięcy.  

Wygasił  ekran.  Następna  teczka  zawierała  obliczenia  i  plany  dotyczące  uruchomienia 

pierwszego z nieczynnych poziomów. Wziął ją i poszedł do swojego pokoju.  

Następny dzień spędził na studiowaniu zawartości teczki. Gdy zmęczony odsunął od siebie 

papiery,  była  juŜ  noc.  Szczegółowy  przegląd  przyniósł  jednak  zupełnie  nieoczekiwany  rezultat: 

poziom  103  był  wyremontowany  i  gotowy  do  eksploatacji.  Nawet  testy  przekazał  juŜ  Maks 

mózgowi centralnemu stacji. W teczce znalazł ich odpisy - trzy perforowane plastykowe tabliczki 

zawierające całą technologię czterogodzinnego procesu produkcji.  

Spojrzał  na  fotografię.  Przyniósł  ją  jeszcze  w  południe  z  tamtego  pustego  pokoju. 

Trójwymiarowa twarz dziewczyny uśmiechnęła się 2 metalowej ramki.  

Przyszło  mu  na  myśl,  Ŝe  przyjemnie  byłoby  z  nią  porozmawiać,  złoŜyć  telewizytę,  moŜe 

nawiązać  znajomość.  Nie  znał  jednak  ani  jej  nazwiska,  ani  numeru,  a  ustalenie  tych  danych 

zajęłoby sporo czasu.  

Na  samotnych  placówkach  pracownicy  często  rozmawiają  z  mózgami  elektronowymi. 

Często,  znacznie  częściej,  aniŜeli  uwidoczniają  to  statystyki  Instytutu,  zwierzają  się  im  ze  spraw 

jak  najbardziej  intymnych,  które  wymazują  z  kryształów  pamięci  w  chwili  odjazdu.  MoŜna  było 

spróbować. Schował fotografię do kieszeni i wyszedł.  

Hala  produkcyjna  była  juŜ  uporządkowana,  roboty  stały  na  stanowiskach  przy  osłonach 

maszyn.  Usiadł  za  pulpitem  i  wywołał  centralny  mózg  elektronowy.  Na  tablicy  rozjarzyło  się 

zielonkawe oko ekranu.  

- Słuchaj, Ewo - powiedział wyjmując fotografię. - Czy wiesz, kim jest ta dziewczyna?  

- To jestem ja, Ewa.  

- A niech to! - mruknął Tedd. - Więc to ty jesteś Ewa? Jak się nazywasz? Gdzie mieszkasz?  

- Nazywam się Jackson, a mieszkam tutaj.  

- Gdzie? - zdziwił się. - W stacji?  

- Tak, panie Tedd.  

Po chwili opanował się. W stacji prócz niego nikt nie mieszkał. To było jakieś dziwactwo 

Maksa. NaleŜało inaczej pytać.  

- A przedtem gdzie mieszkałaś?  

-  W  Amsterdamie.  Potem  kiedy  zasypała  mnie  lawina  śnieŜna,  mieszkałam  w  Alpach,  w 

alejce obok kanadyjskiej sosny. Teraz mieszkam tutaj, a tam jestem.  

Patrzył na fotografię, na uśmiechającą się wciąŜ twarz dziewczyny.  

background image

- Więc ty nie Ŝyjesz, Ewo?  

- Maks mówił tak do mnie, gdy był w złym nastroju, panie Tedd, mówił, Ŝe nie powinnam 

była  iść  na  tę  ścianę,  ale  potem  mnie  przepraszał.  Ja  Ŝyję,  tu  mieszka  mój  głos  i  tu  moŜna  mnie 

widzieć na ekranie.  

Zamyślił się. Teraz dopiero zrozumiał Maksa, jego wypełnione pracą Ŝycie w stacji, której 

od lat nie opuszczał. Nie chciał oglądać dziewczyny  na  ekranie  ani tym  bardziej kontynuować tej 

rozmowy. Czuł, Ŝe okradałby w ten sposób Maksa z jego myśli nie przeznaczonych dla nikogo.  

- Słuchaj, Ewo, nie powiedziałaś mi, Ŝe poziom 103 został całkowicie wyremontowany.  

- Nie pytał pan o to, panie Tedd.  

- Podałaś, Ŝe nie jest czynny. Czemu?  

- Nie jest podłączony do centrali rozrządowej. Nie mogę go sama eksploatować.  

Wystarczyło  więc  nacisnąć  odpowiedni  włącznik,  aby  uruchomić  produkcję.  Tej  ostatniej, 

najprostszej  czynności  Maks  nie  zdąŜył  wykonać.  "Jutro  dokonam  stałego  podłączenia"  - 

postanowił  Tedd.  Nie miał ochoty  w tym momencie schodzić do pomieszczeń rozrządu, by przez 

kilkadziesiąt  minut  babrać  się  wśród  lamp  i  kabli.  Poszukał  na  pulpicie  przycisku  oznaczanego 

numerem  103.  Przez  chwilę  czuł  pod  poduszeczką  palca  jego  gładką,  chłodną  powierzchnię. 

Nacisnął.  

Na  tablicach  zapalały  się  sygnały  kontrolne,  drgnęły  wskazówki  zegarów  i  liczników, 

rozjarzył  się  ekran.  Z  ledwo  słyszalnym  szmerem  rozpoczęły  pracę  maszyny.  Pod 

dźwiękochłonnymi  pokrywami  ruszyły  puste  jeszcze  taśmy  transporterów,  wirowały  noŜe, 

podajniki...  

Spojrzał  na  ekran.  W  olbrzymiej  sali  poziomu  103  zaczynały  gromadzić  się  ryby. 

Łuskowate ciała o tępych pyskach, zakończonych długimi antenami wąsów, nadpływały z czeluści 

korytarzy.  

W  podmorskich  kazamatach  tłoczyły  się  ryby.  Było  ich  coraz  więcej,  kręciły  się  coraz 

bardziej niespokojne i pompy ssące powinny były juŜ podjąć pracę. Proces opóźniał się.  

Zaniepokoiła  go  ta  przerwa.  Wreszcie  dostrzegł,  Ŝe  prąd  wody  wciąga  do  leja  pierwsze 

sztuki. Trwało to krótko, po czym praca ustała.  

Zdziwił  się.  Znowu  w  leju  zniknęło  kilka  ryb,  lecz  po  chwili  wypłynęły  z  powrotem. 

Pochylił się nad ekranem pilnie śledząc pracę kanału ssącego. Zastanowiło go takŜe zachowanie się 

ryb. Zamiast skupiać się w pobliŜu leja, utworzyły zwartą gromadę przy leŜącym pod ścianą głazie. 

Pierwszy raz w Ŝyciu obserwował podobne zjawisko i szukał dla niego uzasadnienia. MoŜe jakieś 

odbicie  akustyczne?  Szyb  ssący  nadal  pracował  z  przerwami.  Spojrzał  na  zegary  kontrolne  i 

stwierdził, Ŝe pompy pracują prawidłowo.  

background image

Nagle poczuł oplatające go stalowe ramiona. Odwrócił głowę. Za nim stał jeden z robotów. 

Zdumienie  odebrało  Teddowi  moŜność  jakiejkolwiek  reakcji.  Nigdy  jeszcze  się  nie  zdarzyło,  aby 

automat  tego  typu  chociaŜby  dotknął  człowieka.  Bezpiecznik,  w  który  zaopatrywano  kaŜdego 

robota, uniemoŜliwiał zupełnie podobny ruch.  

Dopiero  zaciskający  się  powoli  uchwyt  metalowych  członów,  odciągających  go 

równocześnie od pulpitu, uświadomił mu całkowitą realność sytuacji.  

- Puść mnie natychmiast - powiedział Tedd.  

Robot zawahał się, stalowe palce rozluźniły nieco chwyt.  

- Masz mnie puścić, ty bydlaku !  

Automat  nie  reagował.  Tedda  opanował  niezrozumiały  lęk.  Rozejrzał  się  po  sali.  Roboty 

bez  jakiegokolwiek  powodu  opuściły  stanowiska  i  poruszały  się  chodnikami  wzdłuŜ  maszyn.  Ich 

powolne  człapanie,  nagłe  postoje,  widoczny  brak  celu  marszu,  wszystko  to  przypominało  jak 

gdyby  poszukiwania.  Pracowały  takŜe  wszystkie  kanały  utrzymujące  czystość  hal  produkcyjnych. 

Teddowi przemknęła myśl, Ŝe zdrzemnął się i jest to jakiś makabryczny sen.  

Robot znowu pociągnął go lekko.  

-  Stój  !  -  wrzasnąi  Tedd.  -  Stój  i  puść  mnie  !  Słyszysz!  Robot  znowu  się  zawahał.  Tedd 

spojrzał  na  pulpit  kierowniczy.  Błyszczał  tam  przycisk  wyłącznika  awaryjnego  blokujący 

wszystkie  urządzenia  stacji  wraz  z  reaktorem  atomowym.  Gorączkowo  próbował  oswobodzić 

ramiona z wiąŜącego uścisku, wyciągnąć rękę... Przycisk nie był daleko. Nie udało się. Poczuł, Ŝe 

robot  go  ciągnie,  powoli,  z  przerwami,  kiedy  krzyczał,  ale  potem  znowu.  Centymetr  po 

centymetrze  oddala  się  pulpit  pełen  zegarów,  wyłączników,  z  jarzącym  się  ekranem,  na  którym 

widać  było  coraz  to  więcej  ryb.  Starał  się  przezwycięŜyć  paraliŜujący  go  strach,  lęk  przed 

nieokreślonym  niebezpieczeństwem,  które  wyczuwał.  Usiłował  uporządkować  myśli,  zebrać  je 

razem.  

Z  trudem  opanował  się.  Przede  wszystkim  trzeba  było  zatrzymać  robota,  który  na  rozkaz 

"Stój  !"  reagował  przez  krótką  chwilę.  ZauwaŜył,  Ŝe  równieŜ  i  inne  krąŜące  wśród  maszyn 

automaty  w  tym  momencie  przestawały  się  poruszać.  Mówił  więc  stale  do  robota,  w  krótkich 

przerwach  wzywając  mózg  centralny  stacji  do  zablokowania  wszystkich  urządzeń.  Jednak  Ewa 

milczała, czasem tylko z głośnika wydobywał się jakiś niezrozumiały bełkot.  

Powtarzał  głośno:  "Stój  !",  "Stój  !",  "Stój!"  -  rozwaŜając  równocześnie  rozmaite  hipotezy 

mogące  wyjaśnić  to,  co  się  dookoła  działo.  Narzucająca  się  gwałtownie  myśl  o  buncie  robotów 

była bzdurna. Więc moŜe Maks nadał Ewie jakiś samobójczy test?  Lecz automat takiego rozkazu 

nie mógłby wykonać, wykraczałby on poza jego moŜliwości. Jeszcze raz wrócił myślą do Maksa. 

PrzecieŜ  zniknął  sprzed  pulpitu.  Wszystko  jest  zatem  powtórzeniem  tamtej  sytuacji...  Wzdrygnął 

background image

się.  Wyczuwane  dotychczas  niejasno  niebezpieczeństwo  zaczęło  przybierać  kształt  realnej  groźby 

czającej  się  wśród  ścian  stacji.  To  go  przywiodło  do  utraconej  równowagi.  JeŜeli  nie  zdoła 

przerwać toku zdarzeń - czeka go los Maksa. Ale co robić?... Robot pociągał go znowu...  

- Stój ! - krzyknął Tedd. Nie, nie moŜna było ani na chwilę przerwać mówienia do robota. 

KaŜde  zapomnienie  powodowało  stratę  kilku  centymetrów,  oddalenie  od  pulpitu  kierowniczego. 

Spojrzał  na  halę.  Urządzenia  wentylacyjne  i  oczyszczające  ze  świstem  wchłaniały  powietrze. 

Oznaczało  to,  Ŝe  pompy  zamiast  wchłaniać  ryby,  przestawiły  się.  Jakby  odwrócenie  sytuacji. 

Zamiast  ssania  wody  -  ssanie  powietrza,  ale  powietrze  wciąŜ  do  hali  napływa  z  zewnątrz,  więc... 

ssanie powietrza... ssanie powietrza.  

ZadrŜał.  Sprawdził  kierunek,  w  którym  odciągał  go  robot.  Nie  ulegało  wątpliwości  - 

automat  zmierzał  ku  początkowi  taśmy  produkcyjnej,  początkowi  transportera  dąŜącego  do 

podajników,  sekcji  wirujących  noŜy,  sekcji  segregującej  surowiec...  Odpady  nie  odpowiadające 

testowi spadają do kanału, są pokarmem ryb którejś tam kondygnacji...  

-  Nie!  -  wrzasnął  Tedd  czując,  Ŝe  robot  znowu  się  poruszył.  -  Stój,  łotrze!  Stój  !  PrzecieŜ 

masz bezpiecznik! Stój ! Nic nie moŜesz mi zrobić! Stój ! Stój !...  

Bezpiecznik.  KaŜdy  robot  ma  bezpiecznik  nie  pozwalający  na  wyrządzenie  krzywdy 

człowiekowi.  Ewa  teŜ  ma  bezpiecznik,  centralny,  nadzorujący  równieŜ  wszystkie  roboty  w  stacji. 

Więc awaria bezpieczników! Komisja zbadała wszystkie rządzenia, kaŜdą kontrolę rozpoczyna się 

zawsze  od  tego,  właśnie  od  tego.  Przede  wszystkim  od  tego.  A  jednak  bezpieczniki!  Jaka  jest 

zasada? Zaraz... Działają na podstawie...  - Stój! Stój ! Wywalę cię na złom... Stój ! na śmietnik... 

Stój... wszystkie, wszystkie... Stój ! Stój !... na podstawie wizji, fonii i prądów mózgowych. Coś się 

zepsuło,  uległo  uszkodzeniu...  To  bydlę  mnie  widzi,  słyszy  -  bo  reaguje,  nędznie,  lecz  reaguje... 

Zatem  obwód  zmysłowy  działa...  Wykrzykiwał  ochryple  rozkaz,  ponawiał  próby  rozluźnienia 

uchwytu stalowych ramion, lecz umysł jego pracował juŜ sprawnie. Tedd usiłował uporządkować 

wiadomości,  przypominał  sobie  strzępy  dawnych  wykładów,  lekturę...  Bezpiecznik.  Urządzenie 

działało na zasadzie wyboru -spostrzeŜony obiekt albo był człowiekiem, albo teŜ nim nie był. JeŜeli 

zatem  robot  widząc  i  słysząc  człowieka,  uruchomił  człony  chwytne,  stać  się  to  mogło  jedynie  na 

skutek  przygłuszenia  zakazu  wysłanego  przez  obwód  zmysłowy.  Takie  zakłócenie  mógł 

wprowadzić jedynie obwód prądów mózgowych.  

W  sytuacji  zagraŜającej  człowiekowi,  w  momencie  odebrania  fal  wzbudzonych  w  mózgu 

przez  instynkt  samozachowawczy,  obwód  ten  włączał  system  nakazujący  robotowi  niesienie 

pomocy  wszystkimi  dostępnymi  mu  środkami.  Czy  mój  instynkt  samozachowawczy  nie  działa? 

Bzdura! Działa, i jak jeszcze! Wzrok Tedda padł na ekran. W pieczarze ryby skupiały się zwartymi 

szeregami  wokoło  obrośniętego  koŜuchem  wodorostów  głazu.  Ich  długie  wąsy  poruszały  się 

background image

rytmicznie. Z odległości trzech metrów dzielących go od pulpitu widział tylko zarys tamtej, leŜącej 

w pieczarze bryły, lecz moŜe właśnie dlatego rozpoznał ją.  

Pod  ścianą,  oplątany  zwojem  pleśniejącego  kabla,  leŜał  zŜarty  korozją  stary  robot.  Z 

wzrastającym  niepokojem  uświadomił sobie,  Ŝe bezpiecznik  wraka  jest widocznie  czynny,  Ŝe  być 

moŜe  odbiera  i  przekazuje  do  centralnego  mózgu  stacji  sygnały  zagroŜenia  skupionej  tam 

olbrzymiej ławicy ryb.  

Tedd  poczuł  gęste  krople  potu  pokrywające  czoło,  policzki,  szyję.  Inteligencja  Ewy, 

chociaŜ  złoŜona  z  setek  milionów  kryształów,  była  zbyt  mała,  aby  odróŜnić  impuls  zbiorowego 

zagroŜenia  ławicy  ryb  bijący  w  nią  poprzez  bezpiecznik  wraka,  od  impulsu  jednego  człowieka. 

Przemknęła  mu  nawet  myśl,  Ŝe  mózg  elektronowy,  inteligencja  niŜszego  rzędu,  silniej  odczuwa 

impuls  prymitywny,  agresywniejszy,  bo  nie  złagodzony  Ŝadną  cywilizacją.  Ewa  -  mózg 

elektronowy - usiłuje przez podległe roboty, maszyny, pompy, wszelkimi sposobami zlikwidować 

stan zagroŜenia. Pierwszym krokiem w tym kierunku było przełączenie pomp na ssanie powietrza. 

Ale  w  kryształach  mózgu  Ewy  tkwi  pamięć,  Ŝe  to  on,  Tedd,  ten  stan  zagroŜenia  spowodował 

uruchamiając produkcję na poziomie 103, a więc trzeba zlikwidować przyczynę...  

- Stój! Stój!  

Robot  nie  reagował,  pulpit  był  coraz  odleglejszy,  cichy  szmer  pracujących  pod 

przezroczystymi  osłonami  sekcji  noŜy  wdzierał  się  do  uszu  przeraŜającą  melodią  wirującego 

metalu. Wzrok Tedda padł na rozłoŜone wzdłuŜ maszyn narzędzia. RóŜnego kształtu manipulatory 

i  klucze  leŜące  szeregami,  według  wielkości,  pedantycznie  przygotowane  przez  roboty  do 

następnego remontu urządzeń. Urządzeń, które za godzinę, za kilkanaście minut, a moŜe za chwilę 

wciągną go na taśmę. Zamknął oczy, starał się nie myśleć, lecz trudno było wywołać stan otępienia 

i  odpędzić  panoszące  się  pod  czaszką  wizje.  Automat  odchyli  osłonę,  zepchnie  go,  nastąpi  krótki 

moment  spadania,  a  potem  porwie  go  taśma.  Nawet  ślad,  najmniejsza  rysa  nie  powstanie  na 

lśniących urządzeniach maszyny. Rysa?  

Otworzył gwałtownie oczy. Stalowe narzędzia leŜały tuŜ przy przejściu, którym posuwał się 

ciągnący go robot. Człony chwytne automatu ograniczały ruchy rąk Tedda, lecz od łokcia ręce były 

wolne, mógł wyciągnąć dłonie. Wykonane z twardych stopów narzędzie, ciśnięte na taśmę zaraz po 

odsunięciu  osłony,  powinno  spowodować  awarię,  a  urządzenia  kontrolne  natychmiast  wyłączą 

proces produkcyjny....  

Robot  powoli  posuwał  się  przejściem.  Tedd  milczał,  wyciągnął  dłonie,  rozcapierzył  palce, 

napręŜył mięśnie aŜ do bólu. Pod opuszkami poczuł zimną szorstkość powierzchni duŜego klucza 

maszynowego. Schwycił mocno, z całych sił, koniec rękojeści i przyciągnął do siebie. Potem gdy 

background image

stanęli  juŜ  nad  maszyną  i  rozwarła  się  przezroczysta  osłona,  cisnął  narzędzie  w  głąb  wirujących 

trybów. Klucz zniknął w zwojach ślimacznicy.  

W maszynie zazgrzytało, trzaski gwałtownie przybrały na sile, nagle głuchy łoskot wypełnił 

jej  wnętrze,  odbił  się  wielokrotnym  echem  od  stropu  hali  i  zamarł  wraz  z  ruchem  podajników, 

wałów, kół napędowych. Rozjarzyły się czerwone światła awarii.  

- Puść mnie - powiedział Tedd do robota. Człony chwytne automatu rozwarły się.  

Tedd  podszedł  do  pulpitu  kierowniczego,  ,wyłączył  mózg  elektronowy  i  program 

eksploatacji. Przez chwilę patrzył na zamarłą,  cichą halę produkcyjną  Ichtiofabru, znieruchomiałe 

urządzenia, automaty zastygłe w róŜnych pozach, dziwacznych, niekiedy śmiesznych.  

Zacisnął zęby i powoli wdusił włącznik centralnego mózgu elektronowego.  

- A teraz marsz do roboty! - krzyknął.  

Automaty drgnęły i poczłapały usuwać skutki awarii.  

 

background image

MACIEJ MISIEWICZ 

RÓWNY BOGOM

 

 

Automat  bezszelestnie  zamknął  cięŜkie,  okute  drzwi  opatrzone  tabliczką  "Organizacja 

Narodów Zjednoczonych - Komisja Badań Kosmonautycznych". Stefan instynktownie przymruŜył 

oczy  oślepione  blaskiem  wschodzącego  dnia.  Lekko  wskoczył  na  drugie  pasmo  ruchomego 

chodnika,  potem  na  trzecie  i  czwarte.  Zdecydowawszy  się  poprzestać  na  szybkości  20  km  na 

godzinę oparł się wygodnie o barierkę.  

Miasto budziło się do Ŝycia. Mknące po obu stronach ulicy teflonowe taśmy zaludniały się 

powoli sylwetkami śpieszących do pracy ludzi. Od czasu do czasu sunęły jezdnią z lekkim szumem 

lśniące skorupy aut, unosząc w przezroczystych kopułach co znaczniejszych mieszkańców miasta. 

W  bocznej  uliczce,  niezdarnie  przebierając  ogromnymi  mackami,  zmykał  pośpiesznie  przed 

ś

wiatłem  dnia  automat  oczyszczający.  Promienie  wschodzącego  słońca,  przedzierając  się  między 

budynkami,  kładły  podłuŜne,  świetliste  plamy,  upodabniając  ulicę  do  gigantycznej  drabiny 

zbudowanej ze światła i cienia.  

Mimo  nie  przespanej  nocy  Stefan  czuł  się  rześko  i  swobodnie.  Poczucie  satysfakcji 

pozwalało mu zapomnieć o zmęczeniu. Uśmiechnął się do własnych myśli i spojrzał w górę. Tam, 

hen  za  kłębiącymi  się,  białymi  cielskami  cumulusów,  miały  zostać  wynagrodzone  dziesiątki  nie 

przespanych  nocy  spędzonych  przy  obliczeniach,  setki  wyrzeczeń  i  trudów,  na  jakie  się 

zdecydował w dąŜeniu do celu. Tam miało się spełnić największe marzenie jego Ŝycia.  

Oczami wyobraźni widział siebie, bohatera dnia, podziwianego przez tłumy.  

Opamiętał się w samą porę, aby nie minąć szarej, niepozornej kamienicy, gdzie juŜ od kilku 

lat  zajmował  trzypokojowe  mieszkanie.  Zeskoczył  z  transportera,  szybkim  krokiem  przeszedł 

bramę, nucąc jakiś modny przebój, w kilku susach wspiął się na pierwsze piętro i otworzył drzwi. 

Rzucił  teczkę  i  kapelusz,  wyciągnąwszy  się  na  kanapie  uruchomił  telewizor.  Miła,  uśmiechnięta 

zwykle twarz spikerki nosiła dziś piętno powagi i skupienia. Stefan słuchał.  

- ...nizacja Narodów Zjednoczonych zatwierdziła dziś projekt inŜyniera Stefana Borskiego, 

przewidujący  sprowadzenie  planetoidy  Hermes  na  orbitę  okołoziemską  i  uczynienie  zeń  stacji 

kosmicznej.  Realizacja  projektu  rozpocznie  się  natychmiast  ze  względu  na  korzystne  połoŜenie 

wzajemne Ziemi i planetoidy.  

Z  dniem  dzisiejszym  wstrzymane  zostają  wszystkie  prace  związane  z  budową  sztucznej 

stacji  kosmicznej  SZ-3.  Cały  zapas  urządzeń  i  materiałów  zostaje  przekazany  w  ręce  komisji  z 

inŜynierem Borskim na czele i przeznaczony do realizacji "Akcji Hermes". Stefan uśmiechnął się z 

background image

zadowoleniem, To on będzie tym, który wzbogaci Ziemię o jeszcze jednego towarzysza! On będzie 

panem potęŜnych sił, mogących zmieniać orbity planet, on będzie tymi siłami kierował !  

 

-  RT-5  wzywa  Ziemię!...  RT-5  wzywa  Ziemię!  Wchodzimy  w  atmosferę!  Przewidywany 

czas lądowania: godzina dwudziesta pierwsza zero siedem... powtarzam... czas lądowania godzina 

dwudziesta  pierwsza  zero  siedem.  Uwaga!  Podaję  namiary...  Spokojny  głos  nawigatora,  nieco 

zniekształcony  przez  zły  odbiór,  recytował  bez  zająknienia  długie  szeregi  liczb.  Ostatnia  grupa 

specjalistów, montująca na Hermesie zespoły napędowe i sterujące, meldowała o swoim powrocie 

na Ziemię.  

Nieprzyjemny,  zawodzący  dźwięk  syren  sparaliŜował  na  moment  Ŝycie  całej  przystani, 

aŜeby  za  chwilę  skierować  je  innym,  Ŝywszym  nurtem.  Centrum  tej  pośpiesznej  krzątaniny 

stanowił  pokład  uśpionego  dotąd  w  bezruchu  statku  "Tewa".  Statek  ten  od  dziesięciu  lat 

przyjmował  na  swój  pokład  załogi  powracających  rakiet.  Mimo  pozornego  bezładu  wszystkie 

cząstki  mechanizmu  funkcjonowały  bezbłędnie.  Wkrótce  po  otrzymaniu  sygnału  "Tewa"  była  juŜ 

na pełnym morzu, gnając całą siłą reaktorów do miejsca wodowania.  

Minęło  juŜ  kilka  minut  spokojnego  dryfowania  w  oznaczonym  miejscu,  gdy  wysoko, 

prawie  w  zenicie,  pojawił  się  czerwonawy  punkcik,  otoczony  świetlistą  aureolą.  Przy  kamerach 

telewizyjnych  wszczął  się  gorączkowy  ruch.  Za  chwilę  do  uszu  licznie  wokół  zgromadzonych 

widzów  doszedł  zaledwie  dosłyszalny  pomruk,  przechodzący  powoli  w  cięŜki,  basowy  ryk.  To 

grały silniki hamujące. Świecący punkt rósł, nabierał blasku, aŜ przybrał coraz wyraźniejszy kształt 

płomienistej  smugi.  Jeszcze  moment  i  dał  się  dostrzec  obły  kształt  rakiety  zionącej  z  przodu 

strugami  ognia.  Na  wysokości  kilkudziesięciu  metrów  odgłos  silnika  począł  słabnąć  i  przycichł 

zupełnie.  Z  głuchym  grzmotem  stutonowa  masa  rakiety  runęła  w  wodę,  tworząc  przez  ułamek 

sekundy  dokoła  siebie  coś  na  kształt  szklanej  misy,  która  zaraz  rozpadła  się  na  tysiące  bryzgów. 

Rozchodzące  się  promieniście  fale  wkrótce  dosięgły  stojącego  w  pobliŜu  statku  i  zakołysały  nim 

gwałtownie.  Po  minucie  spieniona  powierzchnia  wody  w  miejscu  upadku  wybrzuszyła  się,  z 

lekkim szumem ukazały się spod wody krótkie tępe ryje przednich dysz, a za nimi całe ociekające 

wodą cielsko. Rakieta wychynęła ku górze, cięŜko opadła, znieruchomiała na moment i niechętnie, 

z trudem poddała się łagodnemu rytmowi spokojniejszych juŜ fal. Klapa, umieszczona w przedniej 

części  pojazdu,  powoli  się  uniosła.  Jeden  za  drugim,  siedmiu  członków  załogi  w  ciemnych 

skafandrach, juŜ bez hełmów, zsunęło się po drabince do oczekującej motorówki.  

Stefan,  który  zawsze  źle  znosił  przeciąŜenia  związane  z  wodowaniem  i  świadomość 

pogrąŜenia  się  w  głębiny  wodne,  dopiero  na  pokładzie  statku  pozbył  się  uciąŜliwego  ucisku  w 

Ŝ

ołądku i odetchnął głębiej. Liczne grona reporterów i zaproszonych gości tu na miejscu, a miliony 

background image

ludzi  przy  odbiornikach  czekały  na  jego  słowa.  Otoczony  kłębowiskiem  sprawozdawców  i 

fotoreporterów, zbliŜył się do mikrofonu.  

- Przed dwoma laty zapadła decyzja o przekształceniu planetoidy Hermes w satelitę Ziemi. 

Ta wielka bryła skalna, o średnicy 1,2 km i masie trzech miliardów ton, wyróŜnia się wśród innych 

planetoid  znaczną  ekscentrycznością  orbity.  Dzięki  temu  przy  niezakłóconym  ruchu  planetoida 

Hermes  za  trzydzieści  dwa  miesiące  znalazłaby  się  na  przeciąg  krótkiego  czasu  w  odległości 

niewiele większej niŜ czterysta tysięcy kilometrów od Ziemi.  

Blisko  dwa  lata  instalowano  na  Hermesie  reaktory  plazmowe  i  połączone  z  nimi  osiem 

silników jonowych. Ten  zespół napędowy w ciągu dwóch obiegów planetoidy dookoła Słońca, to 

znaczy  w  ciągu  niespełna  trzech  lat,  zniekształcać  będzie  orbitę  Hermesa.  Doprowadzi  to  do 

spotkania  Ziemi  ze  swym  przyszłym  towarzyszem  tylko  w  odległości  20  000  km;  nastąpi  to 

dokładnie  za  1007  dni.  Wówczas  to,  przy  zwiększonej  mocy  silników,  wejdzie  na  orbitę  nowy 

satelita  Ziemi.  Jednocześnie  z  rejestru  planetoid  zostanie  skreślona  jedna  z  nich,  na  pewno  nie 

najznaczniejsza, lecz ta,  która miała szczęście swym torem zbliŜać się do  Ziemi. Obiegając odtąd 

nasz  glob  na  wysokości  dwóch  tysięcy  kilometrów,  słuŜyć  będzie  ludziom  za  przedsionek 

Kosmosu !  

Obecna  nasza  wyprawa  była  przedostatnią  z  tych,  które  ogląda  Hermes  jako  planetoida. 

Stale  istnieje  niebezpieczeństwo  eksplozji  urządzeń  napędowych  i  dlatego  cały  proces  zmiany 

orbity  odbędzie  się  bez  udziału  człowieka.  Sterowanie  poprowadzą  układy  kalkulatorów 

umieszczone  na  Hermesie.  Koncepcja  zdalnego  kierowania  okazała  się,  niestety,  niewykonalna. 

Ewentualne zakłócenia połączeń radiowych mogłyby spowodować powaŜne następstwa.  

Przez twarz Stefana, gdy mówił ostatnie zdania, przebiegł ledwie dostrzegalny cień smutku. 

Mocny  dotąd,  pewny  głos  lekko  przycichł  i  nabrał  trudno  wyczuwalnej  nutki  zawodu.  Trwało  to 

tylko chwilę. Spojrzał na zegarek umieszczony przy rękawie skafandra i ciągnął dalej  

- Uruchomienie napędu i sterowania nastąpi za dwie godziny, na sygnał z Ziemi.  

Działanie człowieka w tej akcji zostało właściwie juŜ zakończone.  

Za  tysiąc  dni,  przed  ostateczną  zmianą  orbity,  zajdzie  konieczność  przejrzenia 

zainstalowanych na Hermesie mechanizmów. Teraz pozostaje tylko ufać im i czekać!  

Stefan przerwał i powtórzył w myśli ostatnie zdanie. "Teraz pozostaje tylko ufać i czekać..."  

Przed kilkoma dniami, zamknięty w ciasnym pudle rakiety, oderwany od ludzi i ziemskiego 

otoczenia, zastanawiał się, co powie po powrocie. Cisnęły mu się na myśli wielkie słowa o postępie 

wiedzy,  panowaniu  człowieka  nad  naturą  i  celach,  jakie  stoją  przed  zjednoczoną,  wyzwoloną  od 

prymitywnych  popędów  ludzkością.  Dziś  te  słowa  zostały  gdzieś  daleko  poza  nim,  w  innym 

ś

wiecie.  Powiedział  nie  to,  czego  oczekiwano.  Ludzie,  prócz  suchych,  ścisłych  sprawozdań,  chcą 

background image

słyszeć o swej wyjątkowej roli. O swej wiedzy, wielkości i potędze; chociaŜby mieli do tych cech 

jak  najmniejsze  prawo.  Stefan  zdawał  sobie  z  tego  sprawę,  a  jednak  nie  potrafił  dodać  do  swych 

słów  niczego  więcej.  Teraz  gdy  miał  za  sobą  dwa  lata  pracy  nad  realizacją  swego  projektu,  gdy 

zrobił  wszystko,  by  urzeczywistnić  marzenia,  ogarnęło  go  uczucie  niedosytu  i  męczącego 

oczekiwania.  Zapragnął  jak  najszybciej  zakończyć  konferencję  prasową,  by  w  samotności 

uporządkować myśli.  

-  W  imieniu  kierownictwa  pragnę  złoŜyć  podziękowanie  wszystkim,  którzy  przez  swój 

wkład  pracy  i  udzielone  nam  poparcie  przyczynili  się  do  realizacji  pierwszego  etapu  "Akcji 

Hermes". Oby obiekt naszej pracy w oznaczonym czasie wzbogacił ziemski firmament.  

Po  ostatnich  słowach  nastąpił  moment  ciszy.  Daleko  na  brzegu,  na  tle  ostatniej  czerwieni 

zachodzącego słońca, rysowały się potęŜne, czarne, wycelowane w niebo sylwety rakiet. Stojąca na 

pierwszym  planie,  ciemna,  niekształtna  postać  Stefana  z  błyskami  świateł  grającymi  na  okuciach 

skafandra,  wśród  tej  scenerii  pełna  grozy  i  nieziemskiej  potęgi,  zdawała  się  być  przybyszem  z 

obcego świata, zwiastującym rzeczy wielkie i straszne.  

Znów zapłonęły wyłączone na moment reflektory i nastrój prysł. Niewiele jednak pozostało 

z początkowego entuzjazmu. Rozległy się skąpe, niepewne oklaski. Stefan zszedł z mównicy i, nie 

zatrzymywany przez nikogo, z cięiko pochyloną głową, po kilku krokach znikł pod pokładem.  

 

Dzień po dniu o miliony kilometrów od Ziemi trwała nieustanna praca silników nad zmianą 

toru  planetoidy.  Ludzie,  pochłonięci  innymi  sprawami,  poczęli  zapominać  o  tej  wielkiej  akcji. 

Rozgłos  minął,  ukazujące  się  od  czasu  do  czasu  pomyślne  meldunki  przestawały  budzić 

zainteresowanie.  

Osoba Stefana zdecydowanie zeszła w cień.  

Z  natury  Ŝądny  sławy  i  lubiący  hołdy  tłumów,  dotkliwie  odczuł  to  jako  krzywdę.  Były 

okresy, Ŝe wysiłkiem woli tłumił w sobie apatię i brał się do pracy. Nie potrafił się jednak skupić, 

nie  potrafił  pracować  systematycznie  i  dlatego  rei  osiągane  rezultaty  były  mierne.  To  z  kolei 

potęgowało rozgoryczenie.  

Z biegiem czasu Stefan znalazł, w swym mniemaniu, przyczynę dotkliwej poraŜki. To one, 

gnieŜdŜące  się  na  przemierzającym  okołosłoneczny  tor  okruchu  skalnym  -  kłębowiska  drutów, 

półprzewodników  i  przekaźników  -  wydarły  z  mózgu  swego  konstruktora  wszystko,  co  miał 

najcenniejszego, by teraz objąć rolę swego twórcy !  

Początkowo  niezupełnie  świadome  uczucie  niechęci,  a  potem  nienawiści  do  automatów, 

datujące  się  juŜ  od  powrotu  z  Hermesa,  zapłonęło  teraz  pełną  siłą.  Nie  zapomniano  by  o  nim, 

gdyby  to  on  sam  sprowadził  Hermesa  ku  Ziemi.  Widział  siebie,  jak  z  rękami  na  sterach,  równy 

background image

bogom,  kieruje  niezwykłym  pojazdem,  otoczony  zewsząd  milionami  gwiazd  świecących  na  tle 

czarnego  nieba.  Nadszedł  wreszcie  dzień  startu.  Pięciu  ludzi,  specjalistów  mechaników  i 

elektroników, wraz ze Stefanem, wyruszyło na spotkanie zbliŜającej się do Ziemi planetoidy.  

 

Uruchomiono  pomocniczy  silniczek  i  odległość  między  rakietą  a  ostro  zarysowanym, 

urwistym  czubem  skalnym  zaczęła  szybko  wzrastać.  Obłoczki  drobnego  pyłu,  poruszonego  w 

momencie  odcumowywania,  utrudniały  widoczność  i  Stefan  szybko  stracił  z  oczu  oddalający  się 

pojazd.  Pozostał  sam.  Nie  Ŝałował  swojej  decyzji  zakomunikowanej  czwórce  towarzyszy  dopiero 

przed  chwilą.  Mimo  istniejącego  niebezpieczeństwa  wolał  być  tu,  ze  swoimi  myślami,  niŜ  znosić 

uciąŜliwe  towarzystwo  ludzi.  Odepchnął  się  od  ściany  i  popłynął  w  kierunku  stołu 

dyspozytorskiego,  którego  instalacja  tak  bardzo  zdziwiła  pozostałych  uczestników  przeglądu. 

Usadowił się wygodnie w fotelu i zapiął pasy, by nie pofrunąć przy nieopatrznym ruchu. Siedząc tu 

miał  przynajmniej  złudzenie  panowania  nad  sytuacją.  Spojrzał  na  zegar.  Wskazówka  juŜ,  juŜ 

dochodziła do czerwonej kreski.  

Odwróciwszy  nieco  głowę  Stefan  przez  dłuŜszą  chwilę  wpatrywał  się  w  coraz  większą 

tarczę  Ziemi,  świecącą  niebieskawym,  zimnym  blaskiem.  Fala  lekkiego  podniecenia,  jaka  go 

ogarnęła  wraz  z  widokiem  wskazówki  zegara,  teraz  ustępowała  bez  śladu.  PrzecieŜ  rozegrał  juŜ 

swoje atuty, mógł być tylko biernym obserwatorem. panował zupełny spokój. Tylko lekkie drŜenie 

gruntu  świadczyło  o  tym,  Ŝe  coś  się  dzieje,  Ŝe  o  kilkaset  metrów  dalej  pracują  silniki.  Stefan 

powiódł wzrokiem po skąpanej w promieniach słońca sterowni i przymknął oczy.  

 

Ciszę  rozdarł  ostry  dźwięk  dzwonka.  Na  stanowisku  dyspozytorskim  i  ścianach  sterowni 

zapłonęły  czerwone  lampy.  Stefan  nerwowym  ruchem  nacisnął  guzik  informatora.  W  głośniku 

rozległa się seria trzasków i gwizdów.  

"Jaka szkoda, Ŝe nie sprawdziliśmy obwodów informatora" przemknęło mu przez myśl. Po 

chwili jednak niepoŜądane odgłosy ustały i urywany, metaliczny głos komunikował:  

- Odchylenie... od planowanego... toru... jeden... koma... siedem... Odległość siedem tysięcy 

kilometrów...  

"Trzeba  jeszcze  zwiększyć  moc  silnika  nr  3;  automaty  dadzą  sobie  radę".  Stefan  był 

zupełnie spokojny.  

I nagle przeszyła go myśl tak szaleńcza, Ŝe się przeraził, jednocześnie niosąca ze sobą urok, 

któremu  nie  potrafił  się  oprzeć.  To  nic,  Ŝe  Hermes,  nie  przystosowany  do  bezpośredniego 

sterowania,  nie  posiada  podręcznych  kalkulatorów,  on,  Stefan,  wprowadzi  go  na  orbitę  !  Niech 

wreszcie  to  rumowisko  blach  i  drutów  poczuje  rękę  pana,  który  wrócił,  by  zająć  swe  miejsce! 

background image

Rzucił  się  w  kierunku  ściany,  gdzie  za  szybką  tkwiła  czerwona  rękojeść.  jednym  ruchem  łokcia 

zmiaŜdŜył  szkło  i  szarpnął.  Szarpnięcie  było  tak  gwałtowne,  Ŝe  Stefan  wywinął  kozła  i  uderzył 

głową  o  podłogę.  Poczuł  w  ustach  smak  krwi.  Martwe  dotychczas  tarcze  zegarów  oŜyły, 

wskazówki  zaczęły  pulsować.  Ekrany  zapłonęły  zielonkawym  blaskiem  i  po  chwili  wypełniły  się 

splotami linii, kłębiących się w obłędnym tańcu, to znów idealnie uporządkowanych.  

-  Odchylenie...  od  planowanego...  toru...  jeden...  koma...  dwanaście...  Odległość  pięć.., 

tysięcy kilometrów -- wyszczekiwał głośnik.  

"Silnik nr 3! Za wszelką cenę zwiększyć moc trzeciego silnika!" Czepiając się rozpaczliwie 

pasów  Stefan  dotarł  do  stołu  sterowniczego  i,  nie  lądując  na  fotelu,  z  nogami  w  górze,  wparł  się 

całą  siłą  w  opatrzone  czarną  trójką  pokrętło,  obracając  je  aŜ  do  oporu.  Dzwonek  sygnalizujący 

przekroczenie  dopuszczalnej  mory  milczał.  Rzut  oka  na  wskaźnik  napięcia...  Zero  !  Napięcie  na 

generatorze - bez zmian...  

A  więc  obwód  między  sterownią  a  mechanizmami  przekaźnikowymi  jest  przerwany!  Tak, 

na tablicy bezpieczników płonie Ŝółte światełko, znak, Ŝe w obwodzie nie ma prądu !  

Przez  głowę  przewalała  się  lawina  myśli:  "Kanał  prowadzący  kable  wypełniony  jest 

azotem... Maska tlenowa! Diabli wiedza gdzie jej szukać... A więc jedyna szansa... szybciej !"  

Ś

ruba,  mocująca  stalowe,  uszczelnione  gumą  drzwi  nie  ustępowała  i  Stefan  walczył  z  nią 

dłuŜszą  chwilę,  nim  wreszcie  puściła.  Nabrał  w  płuca  potęŜny  haust  powietrza  i  wpadł  do  kanału 

zatrzaskując za sobą drzwi.  

Całe szczęście, Ŝe kanał jest oświetlony, lecz gdzie szukać uszkodzenia. Jest!  

W  odległości  kilku  metrów  dostrzegł  na  bocznej  ścianie  tunelu  białą  plamę.  Dawno  temu, 

przed  dziesięciu  laty,  Stefan  wynalazł  materiał  słuŜący  na  okładzinę  ścian,  który  nie  tylko 

natychmiast  uszczelniał  otwór  powstały  po  mikrometeorycie,  lecz  sygnalizował  z  daleka  miejsce 

uszkodzenia.  

A więc to mikrometeoryt !  

Gorączkowo  rozsuwał  dziesiątki  przewodów,  szukając  przerwy  w  obwodzie.  Minęła 

dłuŜsza chwila, nim ją znalazł; meteoryt poszedł skosem i goły drut sterczał o dobre półtora metra 

od  miejsca  przebicia  powłoki!  Stefan  poczynał  się  dusić.  W  skroniach  zabębniło  rozszalałe  tętno, 

oczy wychodziły z orbit, tracił ostrość widzenia. Siła woli nie potrafiła juŜ zatrzymać oddechu, lecz 

spragnione płuca nie otrzymywały nadal ani krzty  tlenu. Nie bacząc na szarpiące uderzenia prądu 

byle jak splótł opalone z izolacji kikuty przewodów.  

"Jeszcze moment i stracę przytomność" - przemknęło mu przez myśl.  

Czepiając się wszystkich wystających części, z łomotem obijając się o ściany kanału, zalany 

potem, zionący Ŝarem z rozpalonych płuc dotarł  wreszcie do drzwi i resztą sił przewalił się przez 

background image

nie połową ciała. Kilka łyków powietrza orzeźwiło go na tyle, Ŝe wydostał się do reszty z kanału i 

zatrzasnął drzwi.  

Raptem  zaczęło  się  ściemniać,  aŜ  zapadła  zupełna  noc.  Po  chwili  fotokomórka  włączyła 

sztuczne oświetlenie. Hermes wszedł w cień Ziemi.  

Zupełnie  spokojny,  jakŜe  nieludzki  głos  cedził  z  głośnika:  -  Odchylenie  od... 

zaplanowanego toru... jeden... koma... dwadzieścia... pięć... Grozi zderzenie z Ziemią... Odległość... 

trzy i pół tysiąca kilometrów... Trzeci silnik... pracuje nadmiarem mocy...  

Dopiero teraz Stefan poczuł, Ŝe słaba, lecz stale działająca siła spycha powoli jego ciało w 

kierunku  sufitu.  Jednocześnie  straszliwie  bliski,  wiszący  dotychczas  nad  głową  balon  Ziemi 

przesuwał się powoli.  

Nastąpiło to najgorsze, planetoida zaczynała koziołkować! PrzeraŜenie sparaliŜowało go na 

moment. Tak! PrzecieŜ zostawił pokrętło nastawione na maksimum! Silnik zaczął pracować pełną 

mocą od momentu naprawy przerwanego obwodu. Zbyt długo trwający nierównomierny rozkład sił 

działających  na  Hermesa  zamiast  wyprostować  orbitę,  wprowadził  go  w  ruch  wirowy.  Widmo 

nieuchronnej katastrofy zajrzało Stefanowi w oczy. Poderwany strachem, szukając ostatniej szansy, 

szarpnął  dźwignię  włączającą  automatyczne  sterowanie.  W  róŜnych  tonacjach  rozdzwoniły  się 

sygnały  alarmowe.  Automaty,  nie  przystosowane  do  tak  wielkich  odchyleń  od  zadanych 

parametrów,  były  bezradne.  Zresztą  aby  w  tym  momencie  wyminąć  Ziemię,  potrzebne  były 

dwukrotnie potęŜniejsze silniki.  

Znów odezwał się głośnik:  

-  Odchylenie  od  planowanego  toru...  jeden  koma  trzydzieści  _  siedem...  odległość  dwa 

tysiące  kilometrów...  grozi  zderzenie  z  Ziemią...  przewidywany...  rejon  upadku...  południowy 

kraniec Europy...  

Jeszcze parę minut i ściągnięty polem grawitacyjnym Ziemi olbrzymi głaz runie do morza 

wywołując  kilkudziesięciometrową  falę  przypływu,  zatapiającą  wybrzeŜa,  lub  spadając  na  ląd 

straszliwym wybuchem zniszczy wszystko wokół na przestrzeni wielu kilometrów.  

W  obliczu  zbliŜającego  się  finału  Stefan  odzyskał  spokój.  Musiał  ratować  od  katastrofy 

setki tysięcy istnień ludzkich. Jest tylko jedna droga - natychmiast, w znacznej odległości od Ziemi, 

wywołać  eksplozję  któregoś  z  reaktorów.  Wybuch  termojądrowy  zmieni  Hermesa  w  niegroźne 

obłoki pyłów i gazów.  

"Wywołać  eksplozję,  lecz  jak?  -  miał  juŜ  bardzo  mało  czasu.  Wyłączyć  pole  zamykające 

plazmę moŜna tylko przy reaktorze... MoŜe zerwać bezpieczniki i próbować przegrzania silników. 

Na  to  potrzeba  przynajmniej  pięciu  minut...  nie  zdąŜy.  Spalić  pełnym  napięciem  uzwojenia 

elektromagnesów, tak, to jedyne! MoŜe nie wytrzymają...  

background image

Zaczął błyskawicznie manipulować przełącznikami. Wskazówka woltomierza stale szła do 

przodu.  Napięcie  wzrastało.  Stefan  hipnotycznym  wzrokiem  wpatrywał  się  w  przyrządy.  Rosnąca 

siła odśrodkowa odpychała go od ściany. Nie bronił się, zrobił wszystko co mógł.  

Było coraz goręcej. Mknąc z wielką szybkością po łuku, stycznym prawie do powierzchni 

Ziemi, Hermes pogrąŜył się w atmosferę. Temperatura gwałtownie wzrastała. Sterownię wypełniał 

swąd  palonej  izolacji,  rozszalał  się  koncert  trzasków,  huków  i  stęknięć.  Klimatyzacja  juŜ  nie 

wystarczała,  powietrze  było  nie  do  zniesienia.  Stefan,  bezradnie  rozkrzyŜowany,  przyciskany  siłą 

odśrodkową do sufitu, resztką sił odwrócił się. W ostatniej sekundzie pragnął być twarzą do Ziemi.  

"Reaktor wciąŜ nie eksploduje! Jeszcze chwila i  jego wybuch będzie znacznie groźniejszy 

niŜ upadek Hermesa!" - pomyślał z rozdzierającą rozpaczą.  

"Gorąco, jakie straszliwe gorąco!"  

Raptem przezroczysta, plastykowa bania otaczająca sterownię nie wytrzymała i rozpadła się 

na całej wysokości. Do wnętrza wtargnął kłąb Ŝaru. Ciało Stefana skurczyło się i znieruchomiało. 

Przez rozdarte komórki mózgu błysnęła ostatnia myśl:  

"Zamiast  naprawy  w  kanale...  naleŜało  przecieŜ...  uruchomić  obwód  awaryjny...  automaty 

by się nie... pomyliły".  

 

Stefan  otworzył  oczy.  Minęła  dłuŜsza  chwila,  nim  oprzytomniał.  Przetarł  powieki,  chcąc 

spędzić  resztki  oparów  sennych.  Powiódł  wzrokiem  po  sterowni  -  wszystko  było  na  swoim 

miejscu. Wtem ciszę rozdarł dźwięk dzwonka. Na stanowisku dyspozytorskim i ścianach sterowni 

zapłonęły  czerwone  lampy.  Stefan  nerwowym  ruchem  nacisnął  guzik  informatora.  Urywany, 

metaliczny głos komunikował:  

-  Odchylenie  od  planowanego  toru...  jeden...  koma  zero  siedem...  Odległość...  siedem 

tysięcy kilometrów.