background image

Iris Johansen WSZYSTKIE KŁAMSTWA

Rozdział pierwszy

ROZLEWISKO SARAH, LUIZJANA
01.05
4 października

Łódź powoli płynęła przez błotne rozlewisko.
Zbyt wolno, pomyślał Jules Hebert. Z rozmysłem zdecydował się na zwykłą, płaskodenną łódź zamiast 

motorówki, gdyż o tej porze bardziej zwracałaby uwagę, nie przewidział jednak, że będzie to go kosztowało 
tyle nerwów.

Spokojnie. Kościół jest już niedaleko.
- Wszystko będzie dobrze, Jules! - zawołał cicho Etienne, nie przerywając wiosłowania. - Za bardzo się 

przejmujesz.

Jules pomyślał, że jego brat Etienne przejmuje się niewystarczająco. Od dzieciństwa to Jules był  tym 

poważnym,   tym,   który   brał   na   siebie   odpowiedzialność,   podczas   gdy   Etienne   płynął   przez   życie   z 
rozbrajającą beztroską.

- Tamci na pewno będą czekać w kościele?
- Jasne.
- Nic im nie powiedziałeś?
- Tylko że dostaną sowitą zapłatę. I zacumowałem motorówkę, żeby zawieźć ich tam, gdzie mi kazałeś.
- W porządku.
- Wszystko pójdzie jak z płatka. - Etienne uśmiechnął się do brata. - Daję słowo, Jules. Czy kiedykolwiek 

cię zawiodłem?

Nigdy świadomie. Łączyło ich zbyt silne uczucie, wiele razem przeszli.
- Bez obrazy. Tylko pytałem, braciszku.
Skręcili.   Jules   zesztywniał,   kiedy  w   słabym   świetle   księżyca   dostrzegł   majaczącą   w   oddali   sylwetkę 

starego, kamiennego kościoła. Był opuszczony już od ponad dekady, ziało od niego wilgocią i rozkładem. 
Spojrzenie Jules’a przesunęło się po nielicznych domach po obu stronach rozlewiska.

Pusto. Ani żywej duszy.
- Mówiłem ci - powiedział Etienne. - Mamy szczęście. Jak mogłoby być inaczej? Los zawsze sprzyja 

sprawiedliwym.

Z doświadczeń Jules’a wynikało coś wręcz przeciwnego, ale nie zamierzał wykłócać się z Etienne’em. Nie 

dzisiaj.

Gdy dopłynęli do brzegu, wyskoczył na pomost, a czterej mężczyźni wynajęci przez Etienne’a weszli do 

łodzi.

- Ostrożnie - powiedział Jules. - Na litość boską, tylko jej nie upuśćcie.
- Pomogę. - Etienne ruszył ku tamtym. - Rany, ale to ciężkie. - Podparł jeden z rogów trumny masywnym 

ramieniem. - Liczymy do trzech.

Ostrożnie wynieśli na pomost olbrzymią czarną trumnę.

DOM NAD JEZIOREM
ATLANTA, GEORGIA

T r u m n a.
Eve Duncan obudziła się nagle, serce waliło jej jak młotem.
- Co jest? - spytał sennie Joe Quinn. - Coś się stało?
- Nie. - Opuściła nogi na podłogę. - Miałam zły sen. Chyba napiję się wody. - Idąc do łazienki, dodała: - 

Śpij.

Rany boskie, naprawdę się trzęsła. Czyżby całkiem oszalała? Ochlapała twarz wodą i wypiła kilka łyków, 

zanim wróciła do sypialni.

Na nocnym stoliku paliła się lampka. Joe siedział na łóżku.
- Mówiłam, żebyś spał.
- Nie chcę. Chodź tutaj.
Przytuliła się do niego. W jego ramionach czuła się bezpieczna i kochana.
- Masz ochotę na seks?
- Sam nie wiem. Może później. Teraz chciałbym dowiedzieć się czegoś o tym koszmarze.
- Ludzie miewają koszmary, Joe. To nic nadzwyczajnego.

background image

- Ale tobie od dawna nic takiego się nie śniło. Myślałem, że masz to już za sobą. - Przytulił ją mocniej. - 

Chcę, żebyś miała to już za sobą.

Wiedziała, że mówił prawdę, i czuła, że rozpaczliwie usiłował zapewnić jej poczucie bezpieczeństwa i 

spokój i zrobiłby wszystko co w jego mocy, by złe sny odeszły. Ale przecież Joe lepiej od innych powinien 
zdawać sobie sprawę, że koszmary nigdy do końca nie mijają.

- Cicho bądź i śpij.
- Śniła ci się Bonnie?
- Nie.
Miała wyrzuty sumienia. Kiedyś wreszcie powinna mu powiedzieć, czemu sny o Bonnie już nie sprawiają 

jej bólu. Ale nie teraz. Nawet po tym ostatnim roku z nim nie była gotowa. Kiedy indziej.

- Nowa czaszka? Ciężko nad nią pracujesz. Może zbyt ciężko?
- Już prawie skończyłam. To Carmelita Sanchez, Joe. Za jakieś dwa dni będę mogła skontaktować się z jej 

rodzicami. (Sprawa zostanie zakończona, a oni być może odzyskają spokój ducha). Wiesz dobrze, że moja 
praca daje mi satysfakcję. Nie wiążą się z nią żadne koszmary. (Tylko smutek, współczucie i determinacja, 
by odnaleźć zaginionych). Przestań szukać po omacku. Złe sny nie muszą mieć głębokiego podłoża. To był 
tylko zwariowany, bezsensowny... Pewnie coś zjadłam. Pizza Jane była trochę ciężkostrawna...

- Co ci się przyśniło?
Joe nie dawał za wygraną. Zamierzał drążyć tę sprawę aż do pełnego wyjaśnienia.
- Trumna. Niech ci będzie. Szłam ku tej trumnie i to mnie przeraziło.
- Kto leżał w trumnie? - Zawiesił głos. - Ja? Jane?
- Przestań podpowiadać. Trumna była zamknięta.
- No to czego się bałaś?
- To był sen. Na litość boską, codziennie mam do czynienia ze zmarłymi. To całkiem normalne, że od czasu 

do czasu przyśni mi się coś makabrycznego...

- No to czego się bałaś?
- Przestań. Już po wszystkim. - Popchnęła go na poduszkę i pocałowała. - Strasznie jesteś nadopiekuńczy. 

Teraz oczekuję od ciebie czysto fizycznej terapii.

Znieruchomiał; wciąż się opierał. Po chwili rozluźnił mięśnie.
- Skoro nalegasz. Pewnie powinienem zachować się jak dżentelmen i dać się uwieść.
Eve   się   zdumiała.   Joe   potrafił   przecież   wyjątkowo   uparcie   obstawać   przy  swoim.   Uśmiechnęła   się   i 

potargała mu włosy.

- No pewnie.
- Później pogadamy o tej trumnie...

ROZLEWISKO SARAH

Trumna stała przy kościelnym ołtarzu.
Jules   pochylił   się   i   sprawdził   katafalk,   upewniając   się,   czy  wytrzyma   ciężar   wzmocnionej,   szczelnej 

skrzyni. Zbudowano ją według jego projektu, podobno miało się obyć bez problemów, ale czuł się za to 
odpowiedzialny, nie chciał zawieść. Cenna zawartość trumny nie mogła ulec uszkodzeniu.

- Zapłaciłem im. Już wracają - odezwał się stojący w progu Etienne. Ruszył ku bratu ze spojrzeniem 

wbitym w trumnę. - Jakoś tu dziwnie... Udało się nam, prawda?

- Tak. - Jules kiwnął głową.
Etienne milczał przez chwilę.
- Wiem, że byłeś na mnie bardzo zły, ale teraz rozumiesz, prawda?
- Rozumiem.
- To dobrze. Nareszcie. Razem tego dokonaliśmy. - Etienne braterskim gestem objął Jules’a. - Dobrze się 

teraz czuję. Ty też?

- Nie. - Jules zamknął oczy, czując gwałtowny przypływ bólu. - Niedobrze.
- Bo za dużo się martwisz. Już po wszystkim.
- Niezupełnie. - Oczy Jules’a zaszły łzami. - Mówiłem ci kiedyś, jak bardzo cię kocham, jakim dobrym 

bratem dla mnie jesteś? Etienne wybuchnął śmiechem.

- Gdybyś powiedział coś takiego, dopiero wtedy bym się martwił. Nie należysz do osób, które... Co ty...? - 

Wstrząśnięty, wpatrywał się w broń w dłoni brata.

Jules strzelił mu prosto w serce.
Niedowierzanie zamarło na twarzy Etienne’a, gdy osunął się na ziemię.
Jules też nie mógł uwierzyć, że to się stało. Dobry Boże, niech ktoś cofnie tę chwilę.

background image

Nie, musiałby zrobić to raz jeszcze.
Padł na kolana obok Etienne’a i wziął go w ramiona. Łzy spływały mu po policzkach, gdy kołysał trupa. 

Jego brat, jego mały braciszek...

Spokój!   Musi   zrobić   coś   jeszcze,   zanim   pozwoli   sobie   na   smutek.   Motorówka   z   tamtymi   zapewne 

wypłynęła z rozlewiska i znajdowała się teraz w najszerszym miejscu rzeki.

Poszperał w kieszeni i nacisnął czerwony guzik. Nie słyszał eksplozji, ale wiedział, że nastąpiła. Sam 

przygotował ładunek, a nigdy nie pozwalał sobie na błąd. Nikt nie ocalał, żadni świadkowie.

Było po wszystkim.
Pochylił się nad Etienne’em i czule odgarnął mu włosy z czoła. Śpij, braciszku. Modlił się za spokój jego 

duszy. Dzięki półmrokowi w kościele nie musiał oglądać bólu na obliczu brata.

Nie było aż tak mroczno. To trumna, olbrzymia i ciężka, rzucała cień na obu braci.
Na cały świat.

- Nie, senatorze Melton - powiedziała stanowczo Eve. - Nie jestem zainteresowana. Mam co robić aż do 

końca roku. Nie potrzeba mi więcej pracy.

- Bylibyśmy bardzo wdzięczni, gdyby jednak zmieniła pani zdanie. Sytuacja jest niezwykle delikatna, 

potrzebna   nam   pani   pomoc   -   senator   zawiesił   głos.   -   W  końcu,   jako   obywatelka   tego   kraju,   ma   pani 
obowiązek...

- Proszę nie chrzanić - przerwała mu Eve. - Za każdym razem, gdy jakiś biurokrata chce coś załatwić poza 

kolejnością, zaczyna ględzić o patriotyzmie. Nie powiedział mi pan nawet, o co chodzi. Mam zostawić 
rodzinę i pojechać do Baton Rouge? Nie ma na tyle ważnej pracy, dla której zrobiłabym coś takiego.

- Jak już wspomniałem, to bardzo delikatna sprawa i nie wolno mi o tym mówić, dopóki nie wyrazi pani...
- Znajdźcie sobie kogoś innego. Nie jestem jedynym plastykiem sądowym na świecie.
- Ale najlepszym.
- Zyskałam sławę. To nie znaczy...
- Najlepszym. Fałszywa skromność zupełnie do pani nie pasuje.
-   W   porządku,   jestem   cholernie   dobra.   Ale   zajęta.   Weźcie   Dupreego   albo   McGilvana.   -   Odłożyła 

słuchawkę.

- Znowu Melton? - Joe zerknął na nią znad książki.
- Nie odpuszcza. Boże, chroń mnie od polityków. - Eve podeszła do postumentu i zaczęła wygładzać glinę 

na czaszce. - Ależ to żałosne!

- Mówią, że Melton to facet, który umie zadbać o swoje interesy. Jest popularny. Podobno Demokraci 

szykują go na prezydenta.

- Nie wierzę żadnym politykom. W Waszyngtonie są same kliki. Ręka rękę myje.
- Brzmi to dosyć okropnie. - Joe patrzył na nią uważnie. - Ale jesteś zaciekawiona. Przecież to widać.
- Może i jestem. Melton potrafi rozbudzać ciekawość. - Eve nie odrywała spojrzenia od rzeźby. - Ale 

powiedział mi tylko, że to mój patriotyczny obowiązek. Bzdury.

- Tylko tyle?
- Stwierdził, że porozmawiamy, kiedy się zgodzę. - Wygładziła glinę pod oczodołem. - Ciekawe, kogo 

typują...

Joe przez chwilę przyglądał się jej bez słowa.
- W październiku Luizjana jest całkiem przyjemna. Moglibyśmy wyskoczyć do Nowego Orleanu. Mam 

zaległy urlop, a Jane pewnie by się tam spodobało.

- Was nie zapraszali. - Wydęła usta. - To ściśle tajne łamane przez poufne.
- No to go olej. - Zastanowił się nad tym przez chwilę. - Chyba nieco zabrakło mi taktu i zrozumienia, 

prawda? Nie powinienem wtrącać się do twojej pracy. Jeśli nowe zlecenie cię kusi, wytrzymamy bez ciebie 
przez parę tygodni.

- Niby czemu miałoby mnie kusić? - Wytarła ręce w ścierkę i podeszła do okna. Było piękne jesienne 

popołudnie. Jezioro lśniło błękitem. Jane bawiła się ze szczeniakiem, którego podarowała jej przyjaciółka 
Eve, Sarah Patrick. Dziewczynka rzucała kijek Toby’emu, a kundelek biegał jak szalony, aportując go. Oboje 
wydawali się zadowoleni i cudownie szczęśliwi.

Niby dlaczego nie mieliby być szczęśliwi, tu i teraz?
- Eve?
Zerknęła przez ramię na Joego, swojego obrońcę, najlepszego przyjaciela, kochanka. Był jej opoką, chwile 

z nim i z Jane należały do najszczęśliwszych w jej życiu. Uśmiechnęła się do niego.

- Nie, do diabła, nie kusi mnie. Chrzanić Meltona.

background image

- Odmówiła - oznajmił Melton, kiedy Jules Hebert podniósł słuchawkę. - Zaproponowała Dupreego.
- Nie - odparł krótko Hebert. - Potrzebna nam Eve Duncan. Mówiłem ci to od początku. To musi być ona.
- Chyba będziesz się musiał zadowolić Dupreem. Ma dobrą opinię.
Hebert odetchnął głęboko. Widział próbki pracy Eve Duncan na akademickich stronach internetowych i 

mógł porównać je z dokonaniami innych znanych sądowych plastyków. To tak jakby porównywać obrazy 
Leonarda da Vinci z malowidłami naskalnymi. Nie mógł powierzyć tej czaszki neandertalczykowi. Była dla 
niego zbyt ważna. Dla Meltona i reszty również, ale to w ogóle nie obchodziło Jules’a. Nie teraz. Melton 
miał bezpieczną pracę w bezpiecznym świecie. Siedział w swoim biurze, podnosił palec, a ludzie w rodzaju 
Heberta nadstawiali za niego karku.

- Powiedziałeś, że mam znaleźć sposób, żeby to potwierdzić. Daj mi Eve Duncan, a to zrobię.
- Ty popełniłeś błąd i ty musisz go naprawić.
Dłoń Jules’a zacisnęła się na słuchawce.
- Zawsze można dostać to, czego się chce, jeśli się nad tym popracuje. O co chodzi?
- Zapewne tak spodobało się jej życie rodzinne, że nie widzi nic poza swoim małym domkiem w Georgii. 

Kobiety już takie są.

- Nie doceniasz kobiet. Znam takie, których raczej wolałbym unikać. Eve Duncan najwyraźniej ma bardzo 

silną wolę. Podszedłeś ją tak, jak sugerowałem?

- Tak, wydawała się zainteresowana, jednak nie przyjęła zlecenia.
- Widać nie naciskaliśmy właściwych guzików. Musi się znaleźć jakiś sposób. Opowiedz mi o niej.
- Wiesz, jaką opinią się cieszy, inaczej byś tak o nią nie zabiegał.
Jules spojrzał na gazetę ze zdjęciem Eve Duncan. Właśnie po przeczytaniu artykułu o niej zadzwonił do 

Meltona.   Fotografia   przedstawiała   kobietę   po   trzydziestce,   o   wyrazistej,   inteligentnej   twarzy   okolonej 
rudobrązowymi włosami. Miała druciane okulary i na świat patrzyła z mieszaniną śmiałości i wrażliwości.

- Wiem, jakie ma kwalifikacje zawodowe. Muszę poznać jej przeszłość. Chcę wiedzieć, jak ją podejść.
- Była nieślubnym dzieckiem, dorastała w slumsach Atlanty, z matką narkomanką. Matka poszła na odwyk 

i zbliżyły się do siebie. Eve zaszła w ciążę, gdy miała szesnaście lat, urodziła dziewczynkę. Wróciła do 
szkoły i zaczynała wychodzić na prostą, gdy jej siedmioletnią córeczkę Bonnie zamordował szaleniec, który 
zabił też jedenaścioro innych dzieci. Nie mogli znaleźć ciała, i wtedy właśnie Duncan została plastykiem 
sądowym.   Po  studiach   na  uniwersytecie   w  Georgii  i  stała  się  jednym  z  najlepszych  specjalistów  w  tej 
dziedzinie w kraju. Jest wolnym strzelcem, współpracuje z paroma wydziałami policji w Stanach.

- A życie osobiste?
- Mieszka z Joem Quinnem, oficerem śledczym z Wydziału Policji w Atlancie. Zaprzyjaźnili się po śmierci 

jej   córki   ponad   dwanaście   lat   temu,   ale   razem   są   dopiero   od   dwóch   lat.   Niedawno   adoptowała 
dwunastoletnią dziewczynkę, Jane MacGuire, która dorastała na ulicy, podobnie jak sama Duncan. Teraz 
mieszkają w domku pod Atlantą. Bonnie pochowano na terenie ich posiadłości.

- Mówiłeś mi, że ciała nie odnaleziono.
- Znaleźli je w zeszłym roku. Pojawiły się nowe informacje, natrafili na szkielet w Parku Narodowym 

Chattahoochee. Badania DNA potwierdziły, że to zwłoki Bonnie Duncan.

Zatem Eve Duncan odzyskała spokój, pomyślał Hebert. Wiedział, jak ważne jest zamknięcie sprawy. Mógł 

sobie wyobrazić mroczny świat, w jakim przez te wszystkie lata mieszkała Eve.

- Coś jeszcze? - spytał Melton. - Znam wszystkie szczegóły, od a do zet.
Bardzo rzeczowo. Jules był pewien, że Melton opowiedziałby o tych szczegółach równie obojętnie, jak 

mówił o przeszłości Eve Duncan.

- Nie są mi potrzebne.
Pomyślał ze znużeniem, że nie może tego zostawić Meltonowi. Sam będzie musiał rozpracować słabe 

punkty Eve Duncan.

T a k  s p o d o b a ł o  s i ę  j e j  ż y c i e  r o d z i n n e, ż e  n i e  w i d z i  n i c  p o z a  s w o i m  m a ł y 

m  d o m k i e m  w  G e o r g i i.

Ma mężczyznę i dziecko, pogrzebała zmarłą córkę na swojej ziemi. Teraz jest zapewne bardzo szczęśliwa. 

I czemu nie? Zasłużyła na spokój ducha.

Musiał ten spokój zniszczyć, aby zdobyć to, czego potrzebował. Wiedział, że to zrobi, jak wszystko, co 

należało zrobić. Postanowił od razu jechać na lotnisko, by jak najszybciej skłonić ją do wyjazdu z Atlanty.

Jednak przedtem musiał coś jeszcze załatwić.
- Lecę do Atlanty.
- Dobrze, że bierzesz się do roboty. Trzeba się z tym uporać jak najprędzej. Pamiętaj, nie masz zbyt wiele 

czasu na uprzątnięcie tego bałaganu. Spotkanie w Boca Raton wyznaczono na dwudziestego dziewiątego 
października.

background image

- Nie musisz mi przypominać. Zajmę się jednym i drugim.
- Długo ci ufaliśmy, ale po tej wpadce z Etienne’em Sprzysiężenie nie jest tobą zachwycone.
Melton był jeszcze mniej zachwycony. Pewnie się bał, że będzie następny. Śmierdzący tchórz.
- Musiałem go zastrzelić. W obronie własnej.
- Czyżby? - Melton zawiesił głos. - Przyznaję, że zacząłem się zastanawiać, czy nie grasz na dwa fronty.
- Nie masz powodów, by mnie o to oskarżać.
- No to dopilnuj, żeby twój błąd nie miał jakichś reperkusji.
- Po to lecę do Atlanty. Znaleźć rozwiązanie.
- Miejmy nadzieję. - Melton odłożył słuchawkę.
Groźba była zakamuflowana, ale Jules i tak ją wyczuł w słowach polityka. Stłumił gniew i usiłował się 

uspokoić. Po raz pierwszy od lat Sprzysiężenie miało mu coś do zarzucenia. Wiernie służył organizacji. 
Czyżby nie miał prawa do jej zaufania?

Cóż, zaufali mu w sprawie Etienne’a, musiał swój błąd naprawić.
Boca Raton.
Będzie dobrze. Jules poczynił wstępne przygotowania, wszystko szło zgodnie z planem. Mógł na razie 

zostawić sprawy własnemu biegowi i skoncentrować się na Eve Duncan.

Eve Duncan. Hebert odchylił głowę i przymknął oczy. Wkrótce przystąpi do działania, ale przecież nie 

musi się tak spieszyć. Można by pomyśleć, że po tylu latach już się uodpornił, jednak nadal było mu żal 
niewinnych ludzi.

Weź się w garść, pomyślał.
Zabił Etienne’a; w porównaniu z tym wszystko inne będzie łatwe.
Joe Quinn, Jane MacGuire, i czy Melton nie wspominał matce Eve?
Na kogo się zdecydować?

- Spójrz tylko! - Na twarzy Jane malowała się duma, gdy patrzyła na szczeniaka. - Jest mądrzejszy nawet 

od swojego taty Monty’ego, prawda?

- Tak... jest bardzo bystry. Ale tarzanie się to niezupełnie to samo co ratowanie życia po trzęsieniu ziemi. - 

Eve uśmiechnęła się do córki, pakując zrekonstruowaną głowę Carmelity do pudełka. - Musi się jeszcze 
sporo nauczyć.

- Ma tylko cztery miesiące. Wytresuję go. - Jane strzeliła palcami, a Toby natychmiast wstał. - Może 

powinnam pojechać do Kalifornii i poprosić Sarah o pomoc. Założę się, że błyskawicznie go wyszkoli. 
Proponowała mi to.

Zakładając, że Sarah znajdzie czas, pomyślała ze smutkiem Eve. Jej przyjaciółka nie tylko podróżowała po 

całym   świecie   z   grupą   psów-ratowników,   ale   też   usiłowała   przywyknąć   do   małżeństwa   i   uszczęśliwić 
swojego golden retrievera Monty’ego oraz jego towarzyszkę Maggie. Ze względu na Maggie, nieoswojoną 
wilczycę, nie było to zbyt proste.

- Niezły pomysł. Zapytamy ją, kiedy będzie miała czas - wskazała naklejkę na przygotowanym do zabrania 

pudle. - Ale dopiero podczas przerwy w szkole na Święto Dziękczynienia.

- Mogłabym nadrobić. I tak wszystkich wyprzedzam.
Nie tylko w nauce. Życiorys Jane wskazywał, że pod względem doświadczenia i charakteru przypomina 

raczej trzydziestoletnią kobietę niż dwunastolatkę. Eve cieszył dziki entuzjazm, z jakim Jane odnosiła się do 
szczeniaka. W końcu dziewczynce odebrano normalne dzieciństwo.

- Może i tak. Jeszcze o tym pogadamy.
- Jedziesz do biura FedEx? Czy ja i Toby możemy się z tobą zabrać?
- Jasne. Ale najpierw położę świeże kwiaty na grobie Bonnie. Nie byłam tam w tym tygodniu.
- Chryzantemy? Te, które rosną obok domu? Ja je zetnę. Pójdziemy z tobą. Toby musi rozprostować nogi.
- O czym ty mówisz? Przecież ten szczeniak biega przez cały dzień.
- Sprint po wzgórzach to co innego. Dobry trening świetnie robi na płuca. - Wybiegła z domu. - Do 

zobaczenia.

Eve z uśmiechem pokręciła głową i wyszła na werandę. Wiedziała, że Jane i pies będą na wzgórzu przed 

nią, liczyła jednak, że Toby nie rozrzuci kwiatów, które Jane położy na grobie.

Chociaż nie miało to znaczenia. Kwiaty to tylko kwiaty. Bonnie cieszyłby widok biegającego psa, pełnego 

radości i życia. Ruszyła ścieżką wokół jeziora.

Ku jej zdumieniu Toby był względnie spokojny, leżał na grzbiecie, a Jane drapała go po brzuchu.
- Mówiłam ci, że na wzgórzach jest inaczej - powiedziała dziewczynka. - Zmęczył się. Musi dojść do 

siebie. - Odwróciła się i zaczęła wyrywać chwasty z grobu. - O tej porze roku nie ma tu dużo roboty. Byłam 
przy grobie trzy dni temu, wyrosła tylko mizerna koniczyna.

background image

- Byłaś tu?
- Pewnie. Wiem, że to dla ciebie ważne. Kochasz Bonnie. - Jane rozprostowała kwiatki. - Już. Miałam 

zebrać te liście klonu, ale czerwony kolor ładnie wygląda. Przypomina to miękki kocyk.

- Faktycznie. - Eve popatrzyła na opadłe liście. Kocyk dla jej Bonnie. To słowo kojarzyło się z domem i 

bezpieczeństwem, wszystkim, czego pragnęła dla córki.

- Może tak zostać? - spytała Jane.
- Jest pięknie. - Eve przełknęła ślinę. - Mówiłam ci ostatnio, jak bardzo cię kocham, Jane?
- Nie musisz mówić. - Jane odwróciła wzrok i wstała. - Ciągle myślisz, że mnie zdradzasz czy coś takiego. 

Nie musi być po równo. Wcale tego nie oczekuję.

- Jest po równo. Tylko po prostu... inaczej.
- W porządku. Spotkamy się przy samochodzie. Może w mieście wypożyczymy kasetę wideo, skoro już 

skończyłaś z Carmelitą. Joe mówił, że chce obejrzeć ten nowy film science fiction. - Dziewczynka odbiegła 
ze szczeniakiem plączącym się u jej stóp.

Nadal zostało kilka problemów do rozwiązania, ale już bardzo zbliżyły się do siebie. Przy tak solidnych 

podstawach wszystko musiało się ułożyć.

Czas na mnie, pomyślała Eve. Popatrzyła na grób.
- Do widzenia, Bonnie - wyszeptała. Odwróciła się i ruszyła za Jane.
Nagle przeszył ją dreszcz. Odwróciła się i spojrzała na wzgórze.
- Bonnie?
Nic. Cisza. Żadnego szelestu liści...
A jednak coś tu się działo.
Wyobraźnia.  Pewnie zbyt  ciężko pracowała nad Carmelitą. Bonnie nigdy nie budziła  w niej poczucia 

zagrożenia...

- Eve! - Jane stała na dole i machała do niej ręką. - Toby złapał wiewiórkę. Albo szopa. Sama zobacz.
Eve przyspieszyła kroku.
- Już idę.

Rozdział drugi

Kluczem mogło być dziecko.
Kiedy Eve odeszła od grobu, Jules Hebert wycofał się w krzaki. Wyraz twarzy kobiety powiedział mu 

wszystko. Była matką, biła od niej miłość, czułość i ciepło charakterystyczne dla wszystkich matek. Po 
utracie dziecka kobieta może zrobić niemal wszystko.

Jane MacGuire?
Zrobiło mu się niedobrze. Nie cierpiał zabijać dzieci. Zatrzymał się i oparł o brzozę u stóp wzgórza. Mógł 

to zrobić. Mógł zrobić wszystko. Już to udowodnił.

Może jednak nie będzie to konieczne. Musiał pomyśleć. Czy trzeba to zrobić? Czy dzięki temu dostanie, 

czego chciał? Sytuacja była krytyczna, ale pozostawało jeszcze zbadanie innych możliwości.  Każdy ma 
sekrety. Mógł przecież dokładnie zbadać życie tych ludzi. Zawsze był w tym dobry. Kto wie, może zdołałby 
coś znaleźć.

Na to trzeba czasu.
Nie, jeśli dobrze się przyłoży. Zaczął podziwiać Eve Duncan. Siłą charakteru i inteligencją przypominała 

mu jego matkę. Na pewno mógł zaczekać kilka dni.

Boca Raton.
Trzy dni. Na więcej nie mógł sobie pozwolić. Miał trzy dni na znalezienie innej opcji.
Jeśli to się nie uda, będzie musiał zabić dziecko.
- Muszę z tobą porozmawiać. - W głosie Jane słychać było wahanie. - Masz chwilę, Eve?
- Jestem zajęta... - Eve uniosła wzrok znad czaszki. Jane była tak blada, że jej piegi wyraźnie odcinały się 

od skóry. - Co się stało? Coś z Tobym?

- Toby’emu  nic  nie  jest.  - Jane  zwilżyła   zaschnięte   wargi.  - Nie  wiedziałam,  co  robić.  Myślałam,  że 

powiem Joemu, ale chodzi o ciebie... Usiłowałam coś z tym zrobić, ale się nie da. Nie chcę, żebyś tam poszła 
i zobaczyła... Muszę ci powiedzieć.

- O czym ty mówisz, Jane?
- Pójdziesz ze mną? - Jane ruszyła do drzwi. - Musisz zobaczyć...
- Co?
- Bonnie...
- O co ci chodzi...
Ale Jane już nie było, zbiegła z werandy i popędziła ścieżką na wzgórze.
- Jane!

background image

Eve pobiegła za nią, ale zrównała się z dziewczynką dopiero przy grobie.
- Dlaczego...
Wtedy to zobaczyła.
- Nie wiedziałam, co robić. - Głos Jane łamał się. - Usiłowałam to wyczyścić.
Nagrobek był pomazany krwią.
- Co ty... - Eve drżała na całym ciele. - Co tu się stało?
- Nie wiem. Przyszłam dziś wyrwać chwasty i tak to wyglądało. Nie, nie tak. Ja to wszystko jeszcze 

bardziej rozmazałam. Przepraszam, Eve.

- Krew?
- Nie, chyba nie. Z początku tak myślałam... Ale to farba albo coś takiego. - Podeszła bliżej do Eve. - Nie 

mogłam tego zmyć.

- Farba.
Jane skinęła głową.
- Ktoś namalował wielkiego iksa na nagrobku, zamazał imię Bonnie. - Wzięła Eve za rękę. - Kto ci to 

zrobił?

Eve nie miała pojęcia, kto mógłby zrobić coś tak okropnego. Czuła się... obolała.
- Nie wiem. - Trudno jej było myśleć. - Może jakiś dzieciak uznał, że profanowanie grobów jest zabawne. - 

Ale grób jej Bonnie? Jej Bonnie? - Nic nie przychodzi mi do głowy.

- Dopadnę go - stwierdziła stanowczo Jane. - Może wróci. Poczekam tu, a kiedy przyjdzie, dopadnę go.
Eve pokręciła głową.
- To tylko pogorszy sprawę. - Odwróciła się. - Wracajmy do domu i poszukajmy czegoś, czym to zmyjemy.
Jane zrównała z nią krok.
- Powiemy wszystko Joemu, a on go dopadnie.
- Najpierw wyczyścimy nagrobek.
- Boisz się, że wpadnie we wściekłość i temu komuś coś zrobi. Powinien coś zrobić, ja mu pomogę.
Boże,   chwilowo   nie   potrafiła   sobie   z   tym   poradzić.   Eve   wiedziała,   że   reakcja   Joego   będzie   równie 

gwałtowna jak Jane, ale chwilowo nie była w stanie nikogo uspokajać. I nie chciała. Po szoku przyszedł 
gniew.   Miała   ochotę   skręcić   kark   temu   choremu   dzieciakowi.   Kiepski   przykład   dla   Jane.  A  Joe,   były 
komandos, też by się długo nie zastanawiał.

- Chodźmy do szopy, zobaczymy, co tam jest. Może zostało trochę rozpuszczalnika z zeszłego roku, kiedy 

malowaliśmy werandę.

- Jakieś kłopoty?
George   Capel   zerknął   niecierpliwie   na  człowieka  w  niebieskim  saturnie,  który  zaparkował  za  nim na 

poboczu. Co za głupie pytanie, przecież trzymał głowę pod maską mercedesa.

- Nie, chyba że jest pan mechanikiem. Zgasł.
- Przykro  mi,  jestem sprzedawcą  komputerów -  skrzywił  się  mężczyzna. - I  też miewałem kłopoty z 

autami. Pamiętam, jak raz w Macon, w środku nocy... - Nagle przerwał. - Ale pana to pewnie nie interesuje. 
Może popchnąć?

- Możemy spróbować. - Capel spojrzał na schludną, błękitną koszulę nieznajomego. - Ale ostrożnie. Ja już 

się poplamiłem.

- Zawsze jestem ostrożny - uśmiechnął się mężczyzna.
Dziesięć minut później Capel klął na czym świat stoi - silnik wciąż nie zaskakiwał.
- Co za szmelc. Rany boskie, przecież to mercedes. Wie pan, ile imię kosztował?
- Niemało. Nowy?
- Z zeszłego roku.
- Przykro mi, że nie pomogłem. Niech pan zadzwoni po pomoc drogową.
- Wysiadł mi też telefon. Ma pan komórkę?
- Chyba ma pan problemy z urządzeniami mechanicznymi. - Nieznajomy znów się uśmiechnął. - Pamiętam 

książkę Stephena Kinga o wariujących maszynach. Słuchałem jej na taśmie, jadąc przez Iowa.

Capel usiłował nie okazywać zniecierpliwienia.
- Ma pan komórkę? - powtórzył.
- Pewnie, ale ładuje się w motelu. Wyjechałem poszukać restauracji, żeby coś przekąsić. - Otarł chustką 

czoło. - Zapraszam, podwiozę pana do najbliższej stacji. Jestem tu nowy. Wie pan, gdzie znajdziemy jakąś 
stację?

- Trzy kilometry stąd jest Texaco... - Capel się zawahał, zerkając na mercedesa.
- Chyba nigdzie nie odjedzie.

background image

- Na pewno nie. Kupa złomu. - Capel podszedł do saturna i usiadł na fotelu dla pasażera. - Jedźmy. I na co 

mi to? Wcześniej wyszedłem z biura, bo mam na dziś bilety na mecz koszykówki. To się musiało zdarzyć. 
Nienawidzę problemów z samochodami. Im szybciej to załatwimy, tym lepiej.

- Też tak uważam. Nie lubię kłopotów. - Jules Hebert usiadł za kierownicą. - Miejmy to za sobą.

Joe odwrócił się od grobu.
- Wymienimy nagrobek - oświadczył.
- Ale prawie zmyłam farbę.
- Będziesz to sobie przypominała za każdym razem, gdy na niego spojrzysz. Załatwimy nowy nagrobek. 

Dopilnuję tego jutro, w drodze do pracy. - Popatrzył na nią. - Nie widziałaś, czy ostatnio ktoś się tu kręcił?

Eve pokręciła przecząco głową.
- Nie przejmuj się, to się nie powtórzy.
- Posiadłość jest spora. Trudno odpędzić intruzów.
- To się nie powtórzy - powiedział raz jeszcze. - Wracaj do domu, a ja się rozejrzę.
Popatrzyła na niego nieufnie.
- Ej, jestem gliną. Pozwól mi pracować.
Jednak   nie   stał   przed   nią   policjant,   tylko   bliski   jej   człowiek.   Rozzłoszczony   Joe   bywał   śmiertelnie 

niebezpieczny.

- Nie przykładaj się za bardzo do pracy. To zwykły wandal.
- Zranił cię - powiedział bezbarwnie Joe. - To się więcej nie zdarzy. Już nigdy.
- A ja nie dopuszczę, żebyś zabił jakiegoś dzieciaka, który uznał to za superrozrywkę.
Przez chwilę Joe milczał.
- Jeśli to dzieciak, przyda mu się lekcja dobrych manier. Zadowolona?
- Nie do końca. - Na więcej jednak nie mogła liczyć. Obawiała się, że nigdy nie odkryją, kto to zrobił. - Ale 

przecież nie wezwiemy zespołu dochodzeniowego do chuligańskiego wybryku.

- Sam sobie poradzę. - Joe odwrócił się od niej. - Wracaj do domu. Jane cię potrzebuje. Jest wstrząśnięta.
- Już nie. Chce zrobić to samo co ty. Powiedziała, że go dopadnie.
- I bardzo dobrze. Bystra dziewczyna. Ale niech nie zawraca sobie tym głowy.
Eve patrzyła z rozdrażnieniem, jak Joe znika w krzakach. Ruszył w pogoń i nic nie mogła na to poradzić.
Odwróciła się i powoli zaczęła schodzić ze wzgórza.

Joe niemal od razu znalazł ślady.
Nie ślady butów do biegania ani traperek, które nosiła większość młodzieży z okolicy, tylko zwykłych 

butów, rozmiar ósmy albo dziewiąty. Ślad był płytki, co świadczyło o niskiej wadze właściciela obuwia.

Nawet  nie  próbował  ich  zatrzeć.  Takie głupie  zachowanie  wskazywało na  dzieciaka.  Joe poszedł  tym 

tropem.

Ślady opon furgonetki.
Robiło   się   ciemno.   Joe   zapalił   latarkę,   ukląkł   i   obejrzał   je.   Za   mało   znał   się   na   oponach,   żeby   je 

zidentyfikować. Postanowił wrócić do domu po gips, żeby zrobić odcisk, a potem przejrzeć bazę danych w 
pracy.

Nie   podobało   mu   się   to.   Ścisnął   latarkę,   mając   przed   oczami   twarz   Eve,   kiedy   mówiła   mu   o 

zbezczeszczeniu grobu.

Postanowił dorwać tego sukinsyna.

Gdy Hebert wracał do samochodu, zabrzęczał telefon.
- Nie dzwoniłeś - powiedział Melton. - Muszę ci przypominać, że czas to pieniądz?
- Nie.
- Sytuacja może się pogorszyć. Czy myślałeś o zatrudnieniu Dupreego?
- Zapomnij o Dupreem. - Jules ze znużeniem wyciągnął się na fotelu. - To nie będzie konieczne.
- Dlaczego?
- Bo jest lepiej. Poczekaj do jutra, a potem zadzwoń do Eve Duncan i ponów propozycję.
- Wydawała się zdecydowana.
- Zaryzykuj.
- Jak chcesz. Dobrze, że wszystko jakoś idzie. - Rozłączył się.
Jules   poczuł   ulgę,   że   ma   to   już   za   sobą.   Noc   była   koszmarna.   Facet   okazał   się   twardszy,   niż   Jules 

przypuszczał, a torturować jest trudniej, niż zadać szybko śmierć. Kiedy naciskał guzik komórki, zauważył 
na niej krew. Spojrzał na swoje ręce. Także były usmarowane krwią.

background image

Wytarł dłonie, a potem aparat. Zerknął na kartkę papieru leżącą na siedzeniu obok. Na szczęście nie była 

poplamiona. Nie chciał zostawiać żadnych śladów.

Spojrzał przez okno na rów melioracyjny biegnący kilka metrów od drogi. Woda powinna zmyć wszystkie 

dowody.

Żałował, że nie potrafi równie szybko oczyścić umysłu i duszy.

- Wpadłam dziś na jednego z federalnych. - Jane rzuciła podręczniki na stolik do kawy, a list dostarczony 

przez FedEx na biurko Eve.

- Od kogo?
- Nie mam pojęcia. Brak adresu zwrotnego. Gdzie Toby?
- Nad jeziorem. Rano biegał za kaczkami.
- To mieszaniec retrievera.
- Podwinął ogon, kiedy jedna z kaczek wkurzyła się i dziobnęła go w nos - uśmiechnęła się Eve. - Dzielny 

retriever.

- Biedny Toby. - Jane ruszyła ku schodom. - To pewnie ubodło jego dumę. Muszę go pocieszyć.
- Już zapomniał. Godzinę później biegał za motylem. Może uznał, że to mniej niebezpieczne.
- Trochę więcej szacunku. - Jane zachichotała i zbiegła po schodach. - Toby!
Eve   z   uśmiechem   rozdarła   kopertę.   Powinna   dziękować   Bogu   za   Toby’ego,   przy   nim   Jane   całkiem 

zapomniała o tym koszmarze sprzed dwóch dni. Szkoda, że Joe czymś się nie zajął...

Mój Boże.

- Wracaj do domu - powiedziała Jane, gdy tylko Joe podniósł słuchawkę. - Musisz przyjść natychmiast.
- Spokojnie. Co się stało?
- Chodzi o Eve. Tylko siedzi. Powiedziała, że wszystko w porządku, ale tylko siedzi.
- Może nic się nie stało.
- Za dobrze ją znam. - Jej głos drżał. - Wracaj do domu, Joe.
- Już jadę.

- Eve?
To był Joe. Jeszcze bardziej skuliła się na kanapie. Odejdź. Odejdź.
- Co się dzieje, do diabła?
- Odejdź - zdołała powiedzieć.
Usiadł obok niej.
- Przestań! Nigdzie nie odejdę. Co się stało?
- Nie chcę... teraz o tym mówić.
- A ja chcę. Na tym polega związek. Na dzieleniu się.
- Czym? Kłamstwami?
Zesztywniał.
- O czym ty mówisz?
- Powtarzam, nie chcę o tym rozmawiać. - Chciała odejść i zacząć leczyć świeżą ranę. - Idź zobaczyć, co z 

Jane. Chyba ją wystraszyłam.

- Teraz mnie straszysz. Czy znowu coś się stało z grobem Bonnie?
- Nie wiem - odparła bezbarwnie. - To bez znaczenia.
- Jane mówiła, że dostałaś list. Mogę zobaczyć?
Wstała z kanapy.
- Nie teraz.
Joe przez chwilę milczał.
- Pozwól sobie pomóc. Jesteś nieuczciwa, Eve.
Odwróciła się do niego z błyszczącymi oczami.
- Ja jestem nieuczciwa? Mój Boże, masz tupet tak mówić po tym, co mi zrobiłeś?
Joe patrzył na nią w osłupieniu.
- Co ci zrobiłem?
- Skłamałeś. Okłamałeś mnie, Joe. To okrutne kłamstwo, najokrutniejsza rzecz, jaką mogłeś mi zrobić. - 

Westchnęła głęboko, z rozpaczą wpatrując się w jego twarz. - Nawet nie spytasz, o co chodzi. Bo wiesz, 
prawda, Joe? Nie byłam do końca pewna, dopóki nie zobaczyłam twojej miny. Nie mogłam w to uwierzyć. 
Nie mogłam uwierzyć, że zrobiłeś mi coś takiego.

Rozejrzał się po pokoju.

background image

- Czy chodzi o ten list?
Podszedł do biurka, podniósł kartkę i przyjrzał się jej. Widziała, jak cały sztywnieje, jakby gotował się na 

cios.

- Jest adres zwrotny?
Patrzyła na niego ze zdumieniem.
- Tylko tyle masz mi do powiedzenia?
- Nie, ale muszę wiedzieć, kto tak bardzo chciał cię skrzywdzić. I mnie.
- Wszystko jedno kto. Najważniejsze, że mnie okłamałeś. - Zamknęła oczy, zalała ją nowa fala bólu. - 

Dziewczynka pochowana na wzgórzu nie jest moją Bonnie. Jezu, nie mogę w to uwierzyć!

- Przecież uwierzyłaś w tę bzdurę. Na pewno sprawdziłaś wiarygodność tego śmiecia.
- To nie śmieć. - W oczach Eve pokazały się łzy. - To oficjalna analiza z laboratorium w Georgii. Piszą, że 

DNA dziewczynki znalezionej w Parku Narodowym Chattahoochee nie pasuje do mnie Duncan. Podpisane 
przez doktora George’a Capela.

- Dzwoniłaś do tego George’a Capela?
- Próbowałam, ale wyszedł z biura. Rozmawiałam z jego przełożonym. Nie mógł znaleźć dokumentów 

końcowych, ale odszukał jakieś notatki z badań. Mam ci powiedzieć, co napisano?

- Daruj sobie.
-   Byłam   wtedy  w  Atlancie,   ty  odebrałeś.   Kiedy  zadzwoniłam   do   domu,  stwierdziłeś,   że   odnaleziono 

Bonnie.

- Tak.
- Celowo mnie okłamałeś.
- Tak.
- Jak mogłeś mi to zrobić? - wyszeptała z rozpaczą.
- Jak mogłem tego nie zrobić. - Głos Joego był szorstki od bólu. - Przez dwanaście lat obserwowałem, jak 

się męczysz. Widziałem, jak szukasz Bonnie w każdej twarzy, nad którą pracowałaś. Ta rana nie mogła się 
zagoić aż do odnalezienia Bonnie. Sarah Patrick przeszukała cały park narodowy, niemal straciliśmy już 
nadzieję, kiedy nagle znaleźli szkielet. Szanse na odkrycie innego szkieletu w tym miejscu były niemal 
równe zeru, więc co noc modliłem się, żeby to były zwłoki Bonnie. - Ze złością rzucił raport na biurko. - 
Jednak tak się nie stało. Wszystko miało być po staremu. Chociaż niekoniecznie. Wystarczyło tylko skłamać, 
żebyś odzyskała spokój ducha.

- To straszne kłamstwo. Zdradziłeś mnie.
- Chcesz, żebym powiedział, że jest mi przykro? Wcale nie jest mi przykro. A właściwie tak. Przykro mi, 

że się dowiedziałaś i to cię boli. Zrobiłbym to jednak raz jeszcze, gdybym myślał, że potrafię utrzymać to w 
tajemnicy. - Mówił szybko, szorstko, z determinacją. - Kocham cię. Od dwunastu lat jesteś najważniejsza w 
moim życiu. Zrobiłbym wszystko, żebyś nie musiała przechodzić przez to piekło. Skłamałbym. Zabiłbym. 
Bylebyś tylko nie cierpiała.

- Nie udało ci się.
- Nie.
Eve pomyślała o czymś jeszcze. Uniosła drżącą dłoń do ust.
-   Boże,   przecież   dwa   tygodnie   później   dostałam   oficjalne   oświadczenie,   potwierdzone   w   rozmowie 

telefonicznej. To też ty?

- Przekupiłem kogoś w laboratorium, żeby to zrobił. Wiedziałem, że ci na tym zależy.
- Byłeś bardzo... skrupulatny.
- Bo uznałem, że to ważne. Może w całym życiu  nie zrobiłem niczego  ważniejszego. - Przez chwilę 

milczał. Jego twarz była blada, napięta. - I co teraz?

- Nie wiem. Ufałam ci, a ty zdradziłeś mnie w najgorszy możliwy sposób. Nie mogę teraz myśleć. - 

Ruszyła ciężkim krokiem do sypialni. - Idę do łóżka. Chcę tylko spać.

- Nie zaśniesz. Po prostu chcesz się ode mnie uwolnić.
- Nie mogę na ciebie patrzeć.
- Kochasz mnie, Eve.
Rzeczywiście go kochała. Wątpiła, czy to kiedykolwiek minie, i właśnie dlatego ból był tak dotkliwy.
- Jak mogłabym ci znowu zaufać? Nie kłamie się ludziom, których się kocha.
- Akurat.
Pokręciła głową i zamknęła za sobą drzwi sypialni. Oparła się o nie. Czuła się całkiem pusta, zupełnie 

jakby wszystko z niej się ulotniło. Czy Joe odczuwał podobną pustkę? Nie, było mu jej żal, czuł złość i 
rozpacz. Tak dobrze go znała, jego umysł, charakter, ciało...

Jednak nie dość dobrze. Nie podejrzewała, że może zrobić coś podobnego.

background image

Podeszła do łóżka i położyła się, patrząc w ciemność.

- Zaparzyłam ci kawy. - Jane wręczyła Joemu kubek i usiadła na schodkach ganku.
- Dziękuję. - Postawił kubek na schodku.
- Myślisz, że uda nam się przekonać Eve, żeby coś zjadła?
Pokręcił głową.
- Podsłuchiwałam - mówiąc to, Jane nie patrzyła na Joego. - Musiałam się dowiedzieć, dlaczego cierpi.
- Przeze mnie.
- Tak. Nie powinieneś był tego robić, Joe.
Nie odpowiedział.
- Chyba że miałbyś pewność, że cię nie przyłapią.
Popatrzył na nią.
- Siedziałam nad jeziorem z Tobym i pomyślałam sobie, że pewnie zrobiłabym to samo, gdybym się nie 

bała, że ona się dowie. Była taka szczęśliwa, odkąd sprowadziliśmy Bonnie do domu. To znaczy... tamtą 
dziewczynkę. Czy lepiej, żeby była szczęśliwa czy smutna? - zastanawiała się. - Sama nie wiem.

Powinien zdawać sobie sprawę, że dla Jane nic nie jest czarno-białe. Od dzieciństwa ciągle trafiała do 

rodzin zastępczych i sporo przeszła w swoim krótkim życiu.

- Niech to wyjaśnię. To była zła rzecz, ale w dobrych intencjach.
- Powiedziałeś, że zrobiłbyś to jeszcze raz.
- Pewnie bym zrobił. - Wykrzywił usta. - I to nie było kłamstwo.
- No to następnym razem bądź ostrożniejszy.
- Może nie będzie następnego razu. Może nie będę już na tyle blisko niej, żeby... - Potarł obolałą skroń. - 

Myślałem, że   jestem zręczny,  a  przynajmniej  ostrożny.  Przekupiłem  faceta,  który prowadził  testy,   żeby 
wyniki gdzieś się zapodziały.

- Ale ten człowiek wysłał je Eve. Wściekł się na ciebie?
- Nie. Nawet nie próbował wyciągnąć ode mnie więcej pieniędzy.
- Co byś zrobił, gdyby próbował?
- Śmiertelnie bym go wystraszył. Capel jest pazerny na pieniądze, ale nie głupi. - Zreflektował się: - Nie 

powinienem tak z tobą rozmawiać. Ludzie z opieki społecznej natychmiast by cię zabrali, gdyby mogli mnie 
usłyszeć.

- Nie poszłabym. - Oparła się o jego ramię. - Pieprzyć ich wszystkich.
- Ten komentarz również posłużyłby za argument przeciwko mnie. - Objął ją ramieniem. - Chcę, żeby 

jedno było jasne, Jane. Nie stawaj po mojej stronie przeciwko Eve. To ona ma rację. Rozumiesz?

- Pewnie.
- Może lepiej idź i pogadaj z nią.
- Nie będzie chciała. Nie w sprawie Bonnie. Nie jestem pewna, czy ja... Boi się zranić mnie, a teraz rani 

samą siebie.

Joe zamknął oczy.
- Masz rację. - Czuł ból Eve jak swój własny.
Tak, to był jego ból.
Jane wzięła go za rękę.
- Może posiedzę tu z tobą przez chwilę - zaproponowała. - Dobrze?
- Dobrze - powiedział Joe i uścisnął jej dłoń.

Eve wciąż nie spała, kiedy kilka godzin później Joe wszedł do sypialni. Ukląkł obok łóżka.
- Rozluźnij się. Nie zostanę zbyt długo. Nawet cię nie dotknę. - Milczał przez chwilę. - Chcę tylko, żebyś 

przypomniała sobie to i owo, gdy będziesz rozmyślała nad tym, jaki ze mnie sukinsyn.

- Nie jesteś sukinsynem.
- Chcę, żebyś pamiętała, co nas łączy. Czym dla siebie jesteśmy. - Zawiesił głos. - Może pomyślisz, że 

skłamałem, bo chciałem usunąć Bonnie z naszego życia. To nieprawda. Gdybym myślał, że się uspokoisz i 
będziesz prowadzić w miarę normalne życie, szukałbym jej do dnia swojej śmierci. Ale to wciąż otwarta 
rana. - Eve widziała w półmroku jego zaciśnięte pięści. - I to mnie boli. Szkoda, że jej nie znałem. Szkoda, 
że nie była naszą córeczką. Może wtedy byś mi to wybaczyła. Gdybym był ojcem Bonnie, zrobiłbym to 
samo. Wierzysz?

- Wierzę... że ty w to wierzysz.
Joe się pochylił i oparł czoło o łóżko, tuż obok dłoni Eve, ale jej nie dotknął.
- Chyba na razie muszę się tym zadowolić. Piłka jest po twojej stronie, Eve. - Wstał i ruszył ku drzwiom. - 

background image

Do zobaczenia rano. Spróbuj się przespać.

Mało prawdopodobne. Każde słowo, które wypowiedział, kłuło jak nóż, rozdzierało ją na strzępy. On 

rozdzierał   ją   na   strzępy.   Była   rozzłoszczona   i   rozgoryczona,   a   jednak   bardzo   pragnęła   go   pocieszyć. 
Wydawało się niemożliwe, aby tak przeciwstawne emocje istniały obok siebie.

Jak miała to wytrzymać?
Tak bardzo chciałaby się rozpłakać.

Jane zapukała, po czym otworzyła drzwi.
- Cześć, masz ochotę na śniadanie? - Jej spojrzenie powędrowało do walizki na łóżku. - Oho!
- Już po ósmej. Spóźniłaś się na szkolny autobus.
- Joe powiedział, że mogę dzisiaj zostać w domu. Kazał mi zająć się tobą. - Weszła do pokoju. - Dokąd 

jedziesz?

- Cieszę się, że zostałaś w domu. - Eve włożyła do walizki kitel i dżinsy. - Myślałam, że pojedziemy na 

tydzień albo dwa do mojej mamy. Może się spakujesz?

- Zabrać Toby’ego?
- Jasne. Mama uwielbia tego głupiego kundelka. - Wrzuciła do walizki tenisówki i skarpetki. - Możemy 

robić różne miłe rzeczy. Na przykład iść do zoo i obejrzeć nowe pandy. Co ty na to?

Jane milczała. Eve popatrzyła na nią pytająco.
- Wiem, co zrobił Joe. - Dziewczynka zwilżyła wargi. - Podsłuchiwałam wczoraj. On się naprawdę kiepsko 

czuje, Eve.

- Wiem. - Eve poszła do łazienki i przyniosła stamtąd szczotkę do zębów i kosmetyki. - Wiem, że on źle się 

czuje, Jane.

- Wrócisz?
- Jeszcze nie wiem. Nie mogę się nad tym zastanawiać. Muszę nabrać trochę dystansu. Zrobił... zrobił coś 

strasznego, Jane. - Zamknęła walizkę. - Wiem, że kochasz Joego, ale ja nie mogłabym patrzeć na niego i nie 
myśleć... - Przełknęła ślinę. - Dlaczego się nie pakujesz?

Jane powoli pokręciła głową.
- Zostanę tutaj.
- Co takiego?
Jane przeszła przez pokój i objęła Eve.
- Mówiłaś, że musisz się zastanowić. Tylko bym ci przeszkadzała. Na twoim miejscu chciałabym schować 

głowę pod koc i nikogo ani niczego nie oglądać. - Cofnęła się. - Poza tym Joe mnie potrzebuje. Bardzo mnie 
potrzebuje.

- Myślisz, że ja nie?
- Teraz nie. Może później. - Jane się uśmiechnęła. - To nie znaczy, że cię nie kocham ani że nie chcę z tobą 

mieszkać. Wiesz o tym?

- Wiem.
- To dobrze. - Odwróciła się. - Przygotuję ci śniadanie przed wyjazdem. Jajecznica na bekonie?
- Jasne.
Eve patrzyła, jak dziewczynka wychodzi z pokoju. Jezu, intuicja nie myliła tej małej. Eve miała wyrzuty 

sumienia, że chce uciec i odizolować się od kochanka i wszystkiego, co jej o nim przypominało. Miała swoje 
obowiązki, jednym z nich była Jane. Wyglądało jednak na to, że Jane już podjęła decyzję, i że to nie racje 
Eve zostały wzięte pod uwagę.

Szła właśnie do garderoby po następne ubrania, kiedy zadzwonił telefon.
-   Przepraszam,   że   przeszkadzam,   pani   Duncan   -   powiedział   Melton,   gdy   podniosła   słuchawkę.   - 

Postanowiłem jednak spróbować ponownie, to zlecenie jest niezwykle pilne. Może raz jeszcze zechce pani 
przemyśleć swoją decyzję...

- Nie zmienisz zdania? - spytał Joe. - Niezbyt mi się podoba, że gdzieś wyjedziesz, a ja nie będę wiedział... 

- urwał na widok miny Eve. - To nie moja sprawa? - Zmarszczył brwi. - A właśnie że tak. Zawsze będziesz 
moją sprawą.

Eve zignorowała tę uwagę.
- Zajmij się Jane. Powiedziałam jej, że będę się z nią kontaktowała co trzy dni. - Podniosła walizkę. - 

Zadzwoniłam do mamy i poprosiłam, żeby zabierała Jane do siebie, kiedy będziesz w pracy.

- Bardzo rozsądnie.
- Starałam się. - Popatrzyła mu w oczy. - Nie jest mi teraz łatwo, koncentracja na pracy może pomóc.
- Nie zadzwonisz do mnie?
- Pewnie nie. To by się mijało z celem. - Ruszyła do drzwi. - Do widzenia, Joe.

background image

Patrzył, jak wsiada do auta i odjeżdża. Czuł się pusty i samotny... i przestraszony.
- Cholera! - Odwrócił się, wyciągnął telefon i wybrał numer. - Odjechała - powiedział, gdy tylko Logan 

podniósł słuchawkę. - Czego dowiedziałeś się o Meltonie?

- Żadnych okropieństw. Ma nosa do polityki. Dwa lata temu wybrany do Senatu z Luizjany, nieźle sobie 

radzi. Ma wysoko postawionych przyjaciół i być może za parę lat zostanie prezydentem.

- Co on może mieć wspólnego z rekonstrukcją jakiejś czaszki?
- Bo ja wiem... Jeśli chcesz, możesz tutaj przyjechać.
- Mówiłem ci, co się stało. Ona teraz nie chce mnie widzieć. Może już nigdy nie zechce. Potrzebuję 

mocnego argumentu, żeby ją do siebie przekonać.

- Na razie ci nie podrzucę dobrego pomysłu. Będę szukał. Może powinna trochę pobyć sama. Zastanów się 

nad tym.

- Nie jestem teraz w nastroju na takie refleksje. Nie chcę rad. Myślisz, że zadzwoniłbym, gdyby nie to, że 

znasz wszystkich polityków w Waszyngtonie?

- Wiem, nigdy nie wybaczyłeś mi tego roku, który spędziłem z Eve. Powinieneś jednak pamiętać, że to już 

przeszłość. Teraz jesteśmy tylko przyjaciółmi... - Logan umilkł. - Czego nie da się powiedzieć o waszych 
obecnych relacjach.

- Skoro już jesteście w takiej przyjaźni, to wymyśl jakiś sposób, aby zapewnić jej bezpieczeństwo. Sam 

widzisz, że ja nie mogę tego zrobić.

- Może ochrona nie jest jej potrzebna.
- Nie podoba mi się ta historia z profanacją grobu. Poza tym Capel nie pojawił się w pracy już od czterech 

dni.

- Nie widzę związku między grobem, Capelem i wyjazdem Eve.
- Ja też nie. Po prostu coś jest tu nie tak, a ja nie lubię sytuacji, kiedy nie mam pewności, że niektóre 

zdarzenia są od siebie niezależne. - Po chwili wahania dodał: - Wyślij Galena do Baton Rouge, dobrze?

- Władze amerykańskie nie darzą go zaufaniem.
- Trudno.
- Poza tym Galen to wolny strzelec. Podejmuje się tylko tych zadań, które mu przypadną do gustu.
- Przyjaźnicie się. Przekonasz go.
- To rozkaz?
- Proszę cię. - Joe zazgrzytał zębami. - Zrób to dla mnie i wyślij Galena.
- To rozumiem. Porozmawiam z nim i zadzwonię do ciebie.
Joe wrócił do okna, lecz nie dostrzegł już samochodu Eve. Wkrótce znajdzie się na pokładzie samolotu do 

Baton Rouge i odleci.

Jeszcze kilka minut temu przebywała w tym samym pokoju co Joe, ale dzielił ich olbrzymi dystans. Nie 

mogła się doczekać chwili, gdy wreszcie się rozstaną. Wyrósł między nimi niemal namacalny mur, a jej 
mina...

Joe pomyślał, że powinien był to przewidzieć. To jasne, że w tych okolicznościach Eve przyjęła nowe 

zlecenie. Gdy ktoś ją zranił lub czuła się samotna, zawsze rzucała się w wir pracy.

Powinien pójść w jej ślady. Zacznie od zawiezienia odlewu odcisku opony na policję, a potem poszuka 

Capela.

Twarz wychodzącej z domu Eve...
Jeśli zajmie się sprawami zawodowymi, być może uda się mu wymazać z pamięci ten obraz.
Kto wie.

Rozdział trzeci

Potężny,   korpulentny   mężczyzna   w   granatowym   garniturze   podszedł   do   Eve,   gdy   tylko   wysiadła   z 

samolotu.

- Witamy w Baton Rouge, pani Duncan. Jestem Paul Tanzer z biura burmistrza. Senator Melton uznał, że 

będzie się pani czuła raźniej z rodakiem z Południa. Poprosił, żebym panią powitał i zadbał o pani wygodę. 
Jak lot?

- Dobrze. - Kłamała. Lot był koszmarny. Nie trzęsło, ale czuła się pusta, samotna i bardzo przygnębiona. - 

Myślałam, że senator Melton zjawi się tu osobiście.

- Spotka się z panią jutro. Dziś musiał wziąć udział w kolacji dobroczynnej w Nowym Jorku - mówił 

Tanzer i prowadził ją do cadillaca na parkingu. - Ja się panią zajmę. Proszę się nie bać, jest pani pod moją 
opieką.

Eve zazgrzytała zębami, słysząc ten protekcjonalny ton.
- Nie boję się. Chcę przystąpić do pracy. Wtedy będę spokojna.
- Godne pochwały. - Tanzer pomógł jej wsiąść do auta. - Chciałbym jednak, aby rozejrzała się pani trochę 

background image

po Baton Rouge. Ma pani szczęście, że senator wybrał mnie do opieki nad panią. Wiem o wszystkim, co się 
dzieje w tym mieście. Czy jest tu pani po raz pierwszy?

- Tak. Kiepska ze mnie turystka.
- Wobec tego musi pani koniecznie rzucić okiem na miasto.
Najwyraźniej jej nie słuchał.
- W którym hotelu mam się zatrzymać?
- Senator Melton uznał, że będzie lepiej, jeśli nie zamieszka pani w hotelu. Wynajęliśmy cudowny dom 

jakąś godzinę drogi od miasta. Blisko kościoła, w którym będzie pani pracowała, wystarczy, że przejdzie 
pani przez most. Na pewno spodoba się pani to miejsce. Dom jest bardzo stary i elegancki. Oczywiście 
mamy dużo zabytków w Baton Rouge. Atmosferę...

- Chwileczkę - przerwała mu. - Mam pracować w kościele?
- Już nieczynnym. Zamknięto go dziesięć lat temu. Został wybudowany w dziewiętnastym wieku, jest w 

złym stanie. Zarząd miasta nie może się zdecydować, czy go zburzyć, czy też odrestaurować, i z chęcią 
przyjął od senatora Meltona propozycję wynajęcia budynku. To jakiś problem?

- Wszystko mi jedno. Skoro będę na miejscu, mogę zacząć dziś po południu.
- To niemożliwe. Musimy zaczekać na senatora Meltona. - Tanzer wyraźnie się rozpromienił. - Powiem 

mu, jak spieszno pani do pracy. Będzie pod wrażeniem.

- Nie mam ochoty popisywać się przed senatorem Meltonem. - Eve usiłowała zachować cierpliwość. W 

końcu facet robił tylko to, co do niego należało. - Jeśli da mi pan jego numer, sama mu to przekażę.

- Oczywiście. - Tanzer zapisał numer na jednej z wizytówek i wręczył ją Eve. - Może mieć pani trudności 

ze skontaktowaniem się z nim. To bardzo zajęty człowiek. A teraz pokażę pani kilka interesujących miejsc...

Przez następną godzinę nie przestawał mówić i pokazywać jej zabytków. Eve poczuła wielką ulgę, kiedy w 

końcu wskazał głową ozdobiony białymi kolumnami dom w oddali.

- Jesteśmy na miejscu. Mówiłem pani, jak tu ładnie. Dom wygląda jak Tara z  Przeminęło z wiatrem. 

Bardzo malowniczy, a widok na rozlewisko jest prześliczny. Zupełnie jak w Wenecji, tyle że o tej porze roku 
mamy tu lepszą pogodę.

To samo mówił Joe. Eve szybko odpędziła od siebie tę myśl. Przestań myśleć o Joem, przykazała sobie. 

Łatwo powiedzieć. Był tak ważną częścią jej życia, że wszystko jej się z nim kojarzyło.

Tanzer pomógł jej wysiąść z samochodu.
- Większość pomieszczeń jest zamknięta, ale ma pani naprawdę uroczy apartament. Pięć pokoi i łazienkę w 

marmurze.  Jest tu nawet dobrze zaopatrzona biblioteka. Znajdzie  tam pani dla siebie parę romansów. - 
Zapukał do drzwi. - Kucharka i gospodyni nazywa się Marie Letaux. To rodowita mieszkanka tych okolic, 
świetnie gotuje lokalne potrawy. Bardzo nam ją polecano. Mamy szczęście, że ją zatrudniliśmy. - Drzwi 
otworzyła   mała,   ciemnowłosa   kobieta   przed   czterdziestką.   -   Dzień   dobry,   Marie.  To   pani   Eve  Duncan. 
Właśnie mówiłem jej, jaka z pani wspaniała gospodyni i jak to dobrze, że to pani się nią zaopiekuje.

Kobieta rzuciła mu zimne spojrzenie.
- Jestem madame Letaux. A ta pani sama się zatroszczy o siebie. Ja się zajmuję domem i gotowaniem.
Gdy Eve zerknęła na minę Tanzera, po raz pierwszy od dwóch dni na jej ustach zagościł uśmiech.
- Ma pani absolutną rację, madame Letaux - powiedziała. - Inaczej sobie tego nie wyobrażam.
Gospodyni popatrzyła na nią z uznaniem i powoli pokiwała głową.
- Może mi pani mówić po imieniu - oznajmiła.
- Dziękuję.
Tanzer z wymuszonym uśmiechem zwrócił się do Eve:
- Zaniosę pani walizkę do pokoju. Czy nie jest tu tak wspaniale, jak pani mówiłem?
Eve rozejrzała się po holu. Lśniąca dębowa podłoga sięgała aż do schodów, które wyglądały jak żywcem 

wyjęte z powieści wspomnianej przez Tanzera. Wszędzie drewno i freski na ścianach.

- Bardzo tu ładnie.
W sypialni było jeszcze ładniej - miała ponad pięć metrów wysokości i stało w niej łoże z baldachimem. 

Eve rzuciła torebkę na atłasową narzutę i wyszła na wykonany z kutego żelaza balkonik z widokiem na 
rozlewisko.

Widok był piękny. Jak okiem sięgnąć meandry wód, wijące się wzdłuż brzegów zielone pasma cyprysów i 

wierzb. Nad mroczną tonią, która otaczała porośniętą mchem wyspę, wznosił się łukowaty, wąski mostek. 
Przy brzegu piętrzyła się ciemna budowla, którą Eve...

- Czyż nie wspominałem, że jest tu fantastycznie? - odezwał się Tanzer zza jej pleców. - Co by pani 

powiedziała na kolację w pewnej miłej restauracji specjalizującej się w owocach morza? Potem zabiorę 
panią na spacer po mieście.

Boże, ale się uparł.

background image

- Nie chcę nigdzie wychodzić. Jestem zmęczona, mam ochotę wziąć prysznic i odpocząć. Ale dziękuję za 

propozycję.

- Widzi  pani - pokiwał głową - i tak nie mogłaby pani pracować. Może i dobrze,  że senator Melton 

przebywa w Nowym Jorku.

- Rzadko bywam tak zmęczona, by nie móc pracować. - Popatrzyła na rozlewisko. - Czy to ten kościół?
- Tak. - Tanzer wskazał głową ozdobne wejście olbrzymiego, walącego się budynku kilkaset metrów dalej. 

- To niedaleko.

- Wydaje się całkiem opuszczony.
- Może. Nie wiem.
- To tam jest czaszka?
Wzruszył ramionami.
- Tego nie wiem. Tam będzie pani pracowała.
- Czy powinnam się z kimś skontaktować?
- Senator Melton o tym panią poinformuje.
Przypominało to rozmowę dziada z obrazem. Eve miała już dosyć.
- Nie zatrzymuję pana. - Wyciągnęła rękę. - Dziękuję za wszystko.
- Na pewno da pani sobie radę? - Tanzer uścisnął jej dłoń.
- Nic mi nie będzie. Dziękuję.
- Proszę zadzwonić do biura, jeśli zmieni pani zdanie. Jestem do pani dyspozycji.
- Będę o tym pamiętała.
Eve   poczekała,   aż   Tanzer   wyjdzie   z   pokoju   i   podeszła   do   aparatu   na   biurku,   by  wystukać   numer   z 

wizytówki.

W drzwiach stanęła Marie.
- Przyniosłam pani ręczniki.
- Dziękuję. Za moment pani pomogę.
- Niby dlaczego? To moja praca.
Marie przeszła przez pokój i zniknęła w łazience.
Meltona nie było w hotelu, Eve zostawiła wiadomość w poczcie głosowej. Wspaniale. Tego wieczoru 

wcale nie chciała wypoczywać. Miała ochotę pracować, aż zmęczy się tak, że będzie w stanie zasnąć.

Marie wróciła do pokoju.
- Pomóc pani się rozpakować?
- Nie, dziękuję. Niewiele rzeczy przywiozłam - uśmiechnęła się Eve. - I nie chcę się pani narzucać. To nie 

należy do pani obowiązków.

- Chyba że ja tak zdecyduję - Marie odpowiedziała jej uśmiechem. - Nie ma nic złego w byciu służącą. To 

ciężka, szlachetna praca. Nie lubię tylko, jak taki trou du cul mnie lekceważy. - Skierowała się ku wyjściu. - 
Kolacja będzie za pół godziny.

Co znaczy to trou du cul? Eve postanowiła to sprawdzić we francusko-angielskim słowniku w bibliotece, o 

której wspominał Tanzer.

Wróciła na balkon i popatrzyła na główne wejście do kościoła. Ktoś mógł tam być. Może gdyby przeszła 

się po kolacji...

A kolacja miała być za pół godziny. Eve postanowiła wziąć prysznic. Musiała się spieszyć. Nie zdziwiłoby 

ją, gdyby w razie spóźnienia Marie wyrzucała danie do rozlewiska.

Co znaczy to trou du cul...

- Wspaniałe! - Eve zjadła ostatni okruszek z talerza. - Co to takiego?
Spezzatino di manzo coi fagioli - odparła Marie.
- Czyli?
- Gulasz wołowy.
- To lokalny przepis?
-   Nie,   włoski.   Znam   też   inne   kuchnie   świata.   -   Skrzywiła   się.   -   Wiem,   że   Tanzer   pewnie   mnie 

zaszufladkował, ale nie jestem aż tak przewidywalna, jak by tego chciał.

- To nie przypomina żadnego z gulaszów, jakie dotąd jadłam. Co tam jest?
- Wszystko. Ale nie mogę powiedzieć co. To przepis mojej matki, wielka tajemnica. Gdybym ją zdradziła, 

musiałabym panią zabić.

Dziwaczne poczucie humoru tej kobiety już nie zaskakiwało Eve. Uznała, że Marie mówi interesujące 

rzeczy i sporo wie. Była co najmniej niezwykła.

- Niech Bóg broni. Czy to matka nauczyła panią gotować?

background image

- Nie tylko. Uczyłam się w szkole gastronomicznej w Nowym Orleanie, kiedy rzuciłam studia. Chciałam 

zostać cudowną, zaskakującą pomysłami szefową kuchni, która rzuci świat na kolana.

- Mnie pani rzuciła. I co, rozmyśliła się pani?
- Życie wszystko zmieniło. - Marie wzruszyła ramionami. - Zaszłam w ciążę i musiałam zmienić to i owo. 

Nie można ryzykować, kiedy ma się małe dziecko.

- Ma pani dziecko?
- Chłopca. Właściwie mężczyznę. Pierre studiuje na Uniwersytecie Tulane w Nowym Orleanie. Jest bardzo 

bystry i miły. Będzie świetnym lekarzem, ale to kosztuje. - Popatrzyła na Eve. - Ma pani dziecko?

- Adoptowaną córkę, Jane. Ma tylko dwanaście lat, ale też jest cudowna.
- No to wie pani, co czuję - powiedziała z powagą Marie. - Zrobiłabym dla niego wszystko. Jest dla mnie 

najważniejszy na świecie.

- Rozumiem.
- To dobrze. - Gospodyni odetchnęła głęboko. - Jeszcze wina?
Eve przecząco pokręciła głową.
- Muszę mieć trzeźwą głowę. Pomyślałam, że przejdę się do kościoła, może znajdę tam coś do roboty.
- Czym się pani zajmuje?
-   Jestem  plastykiem  sądowym.   -   Zazwyczaj   niewiele   to   mówiło.   -   Rekonstruuję   twarze   na   podstawie 

czaszek.

- Widziałam w telewizji jakiś program na ten temat. - Marie powiedziała to z dziwną miną. - Okropność.
- Zależy, jak na to spojrzeć. Można przywyknąć. - Eve wstała. - Dziękuję za wspaniały posiłek, Marie.
- Kogo będzie pani... - szukała właściwego słowa. - Rekonstruować?
- Staram się nie wiedzieć. Żeby się nie zasugerować. Zobaczymy się po moim powrocie?
Marie pokręciła głową.
- Pozmywam i pójdę do domu.
- Gdzie pani mieszka?
- Mam własny dom w mieście. Klucz do drzwi wejściowych leży na stoliku w holu. Zamknę drzwi z tyłu. 

Przyjdę o siódmej rano, żeby przygotować pani śniadanie.

- No to do zobaczenia. - Eve miała nadzieję, że o tej porze będzie już pracowała. - Do widzenia, Marie.
Marie uśmiechnęła się i odwróciła.
Miła kobieta, pomyślała Eve po wyjściu z domu. Dzięki Bogu będzie miała przy sobie kogoś, kogo lubiła i 

rozumiała. Już czuła się w tym dziwnym miejscu trochę lepiej.

Kilka minut później szła mostem spinającym brzegi rozlewiska. Pomyślała, że stary kościół to dość dziwne 

miejsce pracy. A może nie ma racji. Na pewno zapewnia prywatność, a Melton kładł nacisk na dyskrecję.

Dźwięk mosiężnej kołatki na wielkich drzwiach zabrzmiał donośnie.
Bez odpowiedzi.
Znowu zapukała.
Cisza, cholera! Cóż, nie powinna czuć się rozczarowana. Zastukała jeszcze raz, poczekała, a następnie 

odwróciła się i znowu ruszyła mostem. Było jasne, że musi zachować cierpliwość i poczekać do jutra.

Eve jednak nie miała ochoty cierpliwie czekać. Chciała się zabrać do pracy. Dlaczego Melton nie pojawił 

się tak, jak obiec...

C o  t o  b y ł o?
Znieruchomiała, a jej spojrzenie ponownie powędrowało do wrót kościoła.
Czy ktoś podszedł do drzwi i ją zawołał?
Nadal były zamknięte.
A jednak przysięgłaby, że ktoś ją wołał. To się wydawało takie realne...
Cóż, wydawało się. Pewnie bardzo chciała, aby drzwi się otworzyły.
Było jeszcze wcześnie, ale chciała się położyć i spróbować zasnąć. Postanowiła, że po przebudzeniu coś 

przekąsi i od razu pójdzie do kościoła.

Zatrzymała się, zanim weszła do domu, i zerknęła na opuszczoną budowlę.
Drzwi nadal były zamknięte.
Déjŕ vu.
Nagle przypomniał jej się zeszły tydzień. Na wzgórzu Bonnie także odniosła wrażenie, że czuje czyjąś 

obecność.

Nie. To nie Bonnie. To tylko urojenie.
A może to wcale nie było urojenie? Może sukinsyn, który sprofanował grób, rzeczywiście krył się wtedy 

gdzieś na wzgórzu?

Jednak teraz było to coś innego. Przysięgłaby, że usłyszała czyjeś wołanie.

background image

Nonsens. Po prostu miała napięte nerwy i była emocjonalnym wrakiem. Jeśli coś ją dzisiaj wzywało, to 

jedynie praca, której chciała poświęcić ten wieczór. Odrobina snu dobrze jej zrobi.

Eve przebudziła się trzy godziny później i ledwie zdołała podnieść głowę, od razu zwymiotowała.
O Boże.
Było jej niedobrze, strasznie niedobrze.
Powlokła się korytarzem do łazienki, ale zanim zdołała tam dotrzeć, dwukrotnie dopadły ją torsje.
Żołądek nie chciał się uspokoić. Ból. Mdłości. Opadła na podłogę obok muszli. Cały czas wymiotowała.
Gulasz.
Bolały ją żebra. Nie mogła oddychać.
Zatrute jedzenie.
Chyba umrze.
B o n n i e.
Nie przestawała wymiotować.
Nikogo nie było. Dom był całkiem pusty, nikt nie mógł jej pomóc.
Telefon, pomyślała.
Była zbyt słaba, żeby iść. Poczołgała się korytarzem ku znajdującej się miliony kilometrów dalej sypialni, 

kilkakrotnie nieruchomiejąc, żeby odpocząć.

Jej żebra...
Numer. Pogotowie. Brak sygnału. Usiłowała połączyć się z telefonistką.
- Pomocy. Błagam, pomocy...
Słuchawka wypadła jej z ręki. Pomyślała, że zaraz zemdleje.
Nie tutaj. Tu mogła umrzeć.
Balkon. Tam ktoś może ją zobaczyć. Może uda się jej zawołać...
Pomyślała, że nie da rady.
I dobrze. Będzie z Bonnie. Po co się tak męczyć? Chyba lepiej dać za wygraną.
Joe.
Nadal się czołgała. Była już na balkonie, przyciskała policzek do prętów z kutego żelaza. Metal był zimny i 

lepki.

Nie widziała nikogo w pobliżu rozlewiska, a domy były zbyt daleko, żeby ktokolwiek usłyszał jej krzyk. 

Kościół wydawał się olbrzymi, ciemny i cichy.

- Pomocy... - Sama ledwie słyszała swój głos. Nie przestawała wymiotować. - Pomocy...
Osunęła się, teraz leżała twarzą na kafelkach. Już nie widziała rozlewiska, tylko wysokie, ciemne drzwi 

kościoła. Tylko je. Czyżby miały być ostatnią rzeczą, którą widziała...

Ciemność.

- Nie. Nie wolno ci spać. Jeszcze nie.
Otworzyła oczy.
Ktoś niósł ją po schodach.
Mężczyzna...   Ciemne   włosy.   Nie   widziała   twarzy  w   mrocznym   korytarzu,   ale   w   jego   głosie   słyszała 

desperację.

Desperację? Dlaczego, zastanawiała się obojętnie. Przecież to ona umiera.
- Zaraz będziemy na miejscu. Trzymaj się.
Na miejscu, czyli gdzie?
Znów dostała torsji, ale nie miała już czym wymiotować.
Boże, tak bardzo bolały ją żebra.

- Jesteś tam? Nadchodzę, Bonnie.
- Ani mi się waż. To nie twoja pora. - Bonnie pochylała się nad nią. - Walcz, mamo.
- Jestem zbyt zmęczona. Zbyt smutna.
- Nieważne. Będzie lepiej.
- Chcę być z tobą.
- Jesteś. Zawsze. Dlaczego mi nie wierzysz?
- Jestem zbyt zmęczona... Muszę... się poddać.
- Nieprawda. Nie pozwolę ci. Słyszysz, mamo? Nie pozwolę ci...

W domu panował półmrok, ale mężczyzna nie zapalił światła. Przeszedł szybko przez hol i korytarz.

background image

Szybko. Musiał działać szybko. Nie wiedział, ile ma czasu.
W kuchni pachniało cytryną i mydłem, biała lodówka lśniła w sączącym się przez okno świetle księżyca.
Szybciej.
Otworzył   lodówkę   i   wyjął   z   niej   jedyną   przykrytą,   owiniętą   w   folię   miskę.   Zdjął   wieko   i   sprawdził 

zawartość, zamknął drzwi lodówki, przetarł jej uchwyt i ruszył ku drzwiom.

Było już po wszystkim.
Kiedy znalazł się na ulicy, wbił spojrzenie w drzwi kościoła, jak zawsze, gdy obok przechodził. Poczuł 

ucisk w żołądku, ogarnęło go przerażenie.

Nie, jeszcze nie.
Szybciej...

Biel.
Wszędzie biel. Białe ściany, biała pościel na łóżku.
- Chcesz trochę kruszonego lodu? Mówili, że będziesz chciała, jak tylko się przebudzisz.
Głęboki głos z leciutko wyczuwalnym angielskim akcentem.
Spojrzenie Eve powędrowało ku twarzy ciemnowłosego mężczyzny siedzącego obok łóżka. Dopiero po 

chwili zdołała go rozpoznać.

- Galen?
Sean Galen skinął głową.
- Wody?
Przytaknęła. Miała tak obolałe gardło, że nawet wymówienie jednego słowa je podrażniło.
Galen przytknął szklankę do jej ust.
- Jesteś podłączona do kroplówki, bo się odwodniłaś. Wypij, to ci dobrze zrobi.
Zimny płyn powoli spływający po jej gardle rzeczywiście pomógł, choć samo przełykanie było bardzo 

bolesne.

- Co ty... tu robisz?
- Bolało, co? - Galen ponownie odchylił się na fotelu. - Nie wszystko jeszcze wiem. Muszę zadać ci kilka 

pytań. Potakuj albo kręć głową. Mów jak najmniej. Jesteś w Szpitalu Świętego Franciszka z Asyżu w Baton 
Rouge. Pamiętasz, jak tu trafiłaś?

Pokręciła głową.
- Miałaś poważne zatrucie pokarmowe. Omal nie umarłaś. Przywieziono cię po północy, teraz jest prawie 

czwarta. Długo się tobą zajmowali.

- Zatrucie?
Skinął głową.
- Tak mówią. Jadłaś coś wczoraj w restauracji?
- W domu. Marie...
- Jaka Marie?
- Marie Letaux. Zrobiła gulasz.
- Czy jadł go ktoś jeszcze?
Pokręciła głową.
-  To   dobrze.  W  którym   pomieszczeniu   jadłaś?  Wiesz,   czy  reszta   gulaszu   jest   w   lodówce?  Trzeba   to 

wyrzucić.

- Jadłam w kuchni. - Usiłowała sobie przypomnieć. Pamiętała niejasno, że Marie owijała miskę folią, ale 

nie wiedziała, czy potem wstawiła ją do lodówki. - Pewnie tak.

- Sprawdzę. - Dolał wody do szklanki i przytknął do ust kobiety. - Chociaż nie zdziwiłbym się, gdyby 

zostawiła miskę na wierzchu, skoro jest taka niedbała.

- Nie wiń... jest miła. Pewnie to nie jej wina. Ktoś musiał sprzedawać na targu nieświeże produkty.
- Może.
- Co ty tu robisz? - zapytała ponownie.
- Logan zadzwonił, kazał mi przyjechać i sprawdzić, czy nie masz kłopotów. - Uśmiechnął się. - I masz 

kłopoty: z żołądkiem. Doszło tu do małego trzęsienia ziemi, co?

Pokiwała głową.
- Logan? Skąd wiedział, gdzie... - Znała odpowiedź. - Joe.
Galen skinął głową.
- Logan mówił, że Quinn poprosił go, żeby sprawdził, czy wszystko u ciebie w porządku. Martwił się, 

mówił, że nie układa się wam najlepiej. Ponieważ Logan i Quinn nadal są skłóceni, Logan uznał, że to coś 
poważnego i zadzwonił do mnie.

background image

O co mogło chodzić Joemu? Jak dotąd Eve spotkała Galena tylko raz, ale Logan opowiadał jej o jego 

wyjątkowo wątpliwej reputacji. Był najemnikiem i utrapieniem wielu potężnych firm. Pokręciła głową.

- Nie jesteś... potrzebny...
- Cóż, Logan zapłacił mi z góry. Czemu więc nie miałbym się tu przez parę dni pokręcić? - Uśmiechnął się. 

- Bardzo ci się przydam. Jestem wspaniałym kompanem, niezwykłym kucharzem i na pewno cię nie zabiję. 
Czego można chcieć więcej?

- Nie potrzebuję towarzystwa. Będę pracowała.
- Dopiero kiedy wyzdrowiejesz po tym zatruciu. Lekarz nie wypuści cię do jutra, twierdzi, że przez parę 

dni będziesz słaba jak niemowlę.

Pewnie miał rację. Chociaż obudziła się zaledwie kilka chwil wcześniej, z trudem trzymała otwarte oczy.
Galen spojrzał na nią spod zmrużonych powiek.
- Jeśli nie przyjmiesz mojej oferty, to zadzwonię do Quinna i powiem mu o twoim zatruciu.
A Joe przyleci tu najbliższym samolotem. Tego by teraz nie zniosła.
- Szantaż.
Galen radośnie pokiwał głową.
- Ale skutkuje, nie?
Co tam, do diabła. Przecież to bez różnicy.
- Możesz zostać, jeśli obiecasz nic nie mówić Joemu.
- Załatwione. - Wstał i ruszył ku drzwiom. - Teraz  dam ci odpocząć. Paul Tanzer  jest w poczekalni. 

Nalegał, żeby się z tobą zobaczyć, ale go przepędziłem. Mam go przysłać?

- Jestem zmęczona. - Pokręciła głową. - Marie nazwała go... zaraz, jak brzmiał ten zwrot? - Trou du cul. Co 

to znaczy?

- Dupek. - Galen zachichotał. - Coraz bardziej się przekonuję, że ta twoja Marie nie jest tak ociężała 

umysłowo, jak sądziłem.

- Jest bardzo bystra. Będzie się zastanawiała, gdzie jestem, kiedy rano przyjdzie do domu. Powiesz jej?
Pokiwał głową. Był już przy drzwiach.
- Zajmę się tym. Wiesz, gdzie mieszka?
- Nie.
- Zapytam Tanzera.
- Galen?
Popatrzył na nią.
- To nie ty mnie znalazłeś i przywiozłeś do szpitala?
Pokręcił głową.
- Przyjechałem do szpitala  z Paulem Tanzerem.  Dowiedziałem się od Logana,  że  Tanzer  reprezentuje 

Meltona w Baton Rouge. Musiałem wyciągnąć go z łóżka.

- No to jak trafiłam do szpitala?
- Nie pamiętasz?
- Pamiętam tylko, jak leżałam na balkonie i myślałam, że zaraz umrę. Tam był mężczyzna... z ciemnymi 

włosami.

- To by się zgadzało. Ludzie z izby przyjęć twierdzą, że przywiózł cię szczupły, ciemnowłosy mężczyzna, 

który   wręczył   im   twoją   torebkę.   Była   tam   wizytówka   z   nazwiskiem   i   telefonem   Paula   Tanzera.   Ten 
nieznajomy wskazał na możliwość zatrucia. Wyszedł, zanim zdołali wyciągnąć od niego jakieś informacje. 
Kojarzysz go?

Eve pokręciła głową.
- Pamiętam tylko, jak mnie niósł i powtarzał, żebym nie zasnęła.
- Jak się dostał do środka? Dom był otwarty?
- Sama zamykałam drzwi, a Marie powiedziała, że zamknie tylne wejście. Może zapomniała.
- Może. - Galen wzruszył ramionami. - A może to był dobry samarytanin, który usłyszał twój krzyk i się 

włamał. Sprawdzę drzwi. Niewykluczone, że znowu się z nami skontaktuje. Dobrzy samarytanie, którzy nie 
oczekują wynagrodzenia, to rzadkość w dzisiejszych czasach. - Wyciągnął dłoń. - Do zobaczenia. Przyjdę 
jutro i zabiorę cię do domu.

Zniknął.
Dobry samarytanin. Jeśli Galen mówił prawdę, tamten człowiek najprawdopodobniej uratował jej życie.
Jak jednak dostał się do mieszkania? Może Marie zapomniała zamknąć. Jutro ją zapyta. Teraz jest zbyt 

śpiąca...

Rozdział czwarty

background image

Mały   domek   Marie   Letaux   stał   przy   krętej   uliczce   w   południowej   części   Baton   Rouge.   Jak   reszta 

budynków na ulicy, był stary, ale nieskazitelnie czysty. Obok progu stała donica z różowym geranium.

Nie zareagowała na pierwsze pukanie. Ani na drugie, ani na trzecie.
Poczekał kilka minut i nacisnął klamkę.
Zamknięte.
Przyjrzał się zamkowi. Łatwizna. Już po chwili mógł uchylić drzwi.
Wszedł do salonu, w którym stały wygodne meble, ale nic ostentacyjnego. Zauważył następne doniczki z 

geranium na stoliku do kawy. Kilka rodzinnych fotografii w klonowych ramkach spoglądało na niego z 
regału po drugiej stronie pokoju. Dom wyglądał na miłe miejsce zamieszkane przez miłych ludzi.

Jednak   Galen   wiedział   z   doświadczenia,   że   pozory   często   mylą.   Podszedł   do   biurka   i   zaczął   je 

przeszukiwać.   Listy  z   adresem  zwrotnym   z   Nowego   Orleanu.   Książeczka   czekowa   i   oszczędnościowa, 
wystawiony dwa dni temu rachunek za wynajęcie skrytki depozytowej. Zdjęcia, bez ramek, przedstawiające 
młodego człowieka w zielonym podkoszulku.

Zamknął szufladę i ruszył przez pokój ku drzwiom, które musiały prowadzić do kuchni. Pod przeciwległą 

ścianą   dostrzegł   białą   lodówkę   z   poprzyczepianymi   magnesami.   Marie   Letaux   z   pewnością   miała 
upodobanie do dziwactw i przejawiało się ono w gromadzeniu rozmaitych drobiazgów.

Zatrzymał się przy drzwiach i wbił wzrok w zwinięte w kłębek ciało na podłodze obok kuchenki.
Drobna kobieta z ciemnymi włosami zaczesanymi w kok i szeroko otwartymi oczami. Jakby się w niego 

wpatrywała.

Pewnie Marie Letaux.
Bez wątpienia martwa.

- Nie ma pani pojęcia, jak mi przykro, taki wypadek, i to już pierwszego wieczoru. - Senator Melton 

wydawał się szczerze zatroskany.

- Wątpię, aby następnego wieczoru czy też jeszcze później było to choć trochę przyjemniejsze - odparła 

sucho Eve.

- Nie, oczywiście, że nie. Jak się pani czuje?
- Okropnie. Mam tak obolałą klatkę piersiową, że ledwie oddycham. - Eve usiadła na łóżku i popatrzyła z 

uznaniem na senatora. Wyglądał o wiele bardziej światowo niż Tanzer. Miał szpakowate włosy, siwe baki i 
opaleniznę rodem z West Palm Beach. - Ale lepiej niż rano. Jutro pewnie będę mogła zabrać się do pracy.

- Mam nadzieję. - Podszedł do łóżka. - Czy Paul Tanzer przydał się pani? Kazałem mu traktować panią jak 

bardzo ważnego gościa.

- Był niezwykle uprzejmy.
- Naszym zamiarem jest służenie pani całą możliwą pomocą.
- Wobec tego proszę mi powiedzieć, nad czym mam pracować. Zaczyna mnie męczyć cała ta tajemnica. 

Przyjęłam pracę, proszę mnie zapoznać z warunkami.

- Powiem pani wszystko, co wiem, ale obawiam się, że mniej, niż pani oczekuje. Sam nie wiem tyle, ile 

bym chciał. Proszę, żeby ustaliła pani tożsamość osoby, której szkielet odkryto niedawno na południowych 
moczarach.

- Kto go odkrył? Dlaczego nie przekazano szkieletu miejscowej policji?
- Szeryf Bouvier z okręgu Jefferson otrzymał informacje na temat ewentualnej tożsamości szkieletu i jego 

lokalizacji. To on go odnalazł. Szeryf to mój bliski przyjaciel, powiadomił mnie o tym. Dostałem od niego 
pozwolenie na dyskretne wybadanie tożsamości ofiary, zanim powstanie oficjalny raport. Wiedział, że jeśli 
nie załatwi się tej sprawy we właściwy sposób, będę miał kłopoty z mediami.

- Czemu? Czyja to ma być czaszka?
Zawahał się.
- Senatorze Melton, pozwolę sobie przypomnieć panu o pewnym narkotykowym baronie, który poprosił 

mnie o rekonstrukcję twarzy...

- Och, nie. Nic w tym rodzaju. Ukrywamy to jedynie z tego powodu, że nie chcemy wzbudzać fałszywych 

nadziei. Wierzymy, że to może być Harold Bently - zawiesił głos. - Pamięta pani to zamieszanie wokół 
Bently’ego?

Pokręciła głową.
-   Było   to   ponad   dwa   lata   temu,   wokół   tej   sprawy   wybuchła   wielka   afera.   Bently   kandydował   na 

stanowisko,   które   ja   obecnie   piastuję.   Wydawał   się   pewniakiem,   ale   zniknął   na   cztery  miesiące   przed 
wyborami. Był solidnym obywatelem, człowiekiem, który nie ukryłby się przed światem z własnej woli, 
więc podejrzewano coś nieciekawego. Niestety, niczego nie udało się wyjaśnić. Jego zniknięcie położyło się 
cieniem na mojej karierze, chciałbym uciąć wszelkie spekulacje.

background image

- Żeby ewentualnie kandydować na prezydenta?
- To zależy od opatrzności, ale rzeczywiście myślę o dalszej karierze. Czy to takie dziwne?
- Nie.
- Wobec tego proszę mi pomóc. Sprawa Bently’ego pozostaje otwarta, ale nie pojawiły się żadne nowe 

fakty... aż do odnalezienia tego szkieletu.

- Czy rodzina została już powiadomiona?
- Jeszcze nie. Jak wspominałem, nie chcę wzbudzać fałszywych nadziei. Proszę mi wierzyć, nie jestem aż 

takim egoistą. Jasne, że chcę chronić swoją karierę, ale jeśli to Bently, chciałbym o tym uprzedzić rodzinę, 
zanim będzie musiała stawić czoło medialnej burzy. I tak dość się nacierpiała.

- Po co jestem panu potrzeba? A co z DNA?
Melton się skrzywił.
- Niestety, szkielet, z wyjątkiem czaszki, najwyraźniej zniknął.
- Co?!
- Proszę się nie niepokoić. Jest pani całkowicie bezpieczna.
- Jasne. Tyle że ktoś nie chce, aby zidentyfikowano zwłoki. A zęby?
- Nie ma zębów. Czaszka jest nadpalona, ale mieliśmy nadzieję... - Melton wzruszył ramionami. - Pobranie 

DNA może być bardzo trudne i czasochłonne. Rzecz jasna pójdziemy tym tropem, ale w każdej chwili może 
nastąpić przeciek do mediów. Muszę coś wiedzieć wcześniej.

- Żeby się odpowiednio przygotować. - Eve potrząsnęła głową. - Ale ja się z tej sprawy wycofuję.
- Boi się pani?
- Nie jestem głupia. Dlaczego miałabym ryzykować życie dla pana i pańskiej kariery?
- Czaszkę przetransportowano do kościoła w wielkiej tajemnicy. Nikt nie podejrzewa, że tam jest, a pani 

przez cały czas będzie pod ochroną.

Eve ponownie pokręciła głową.
- Nie mam pretensji, że nie obchodzą pani moje problemy, ale Bently był dobrym człowiekiem. - Melton 

zamilkł na chwilę. - Miał żonę i trójkę dzieci. Chyba nie muszę pani mówić, przez co przechodzą od dwóch 
lat.

Dobre posunięcie, pomyślała z goryczą. Wykalkulowane czy nie, te słowa poruszyły w niej czułą strunę. 

Wiedziała, jak cierpi człowiek latami czekający na wyjaśnienie takiej sprawy.

- Proszę to przemyśleć. To zaledwie kilka dni, może tydzień. Ja dostanę, czego pragnę, cierpienie pani 

Bently i dzieci się skończy, a pani będzie miała satysfakcję wynikającą z zakończenia interesującej pracy. 
Każdy na tym wygra.

- Dlaczego nie wysłał mi pan czaszki?
- Planowaliśmy to zrobić, ale szkielet zniknął i uznałem, że powinniśmy wzmóc ostrożność. Miałem też na 

uwadze media, w pani rodzinnym mieście trudno utrzymać takie sprawy w tajemnicy. - Melton znowu się 
skrzywił. - Nie chcę włączać w to mediów, dopóki nie będę miał czegoś konkretnego do powiedzenia. Z 
lubością będą grzebać we wszystkim, co dotyczy zniknięcia Bently’ego. - Odetchnął z ulgą. - No, teraz już 
wszystko pani wyznałem.

Eve rzuciła mu sceptyczne spojrzenie.
- Więc nie będzie pan miał nic przeciwko temu, że pomówię o szkielecie z szeryfem Bouvierem?
- Martwi mnie brak zaufania, ale zadzwonię do szeryfa i powiem mu, żeby był z panią całkiem szczery. - 

Melton milczał przez chwilę. - Teraz, gdy pani wie, że może w zupełności na nas polegać, z pewnością nie 
będzie pani potrzebowała żadnej pomocy z zewnątrz.

Najwyraźniej do czegoś zmierzał.
- Czyli?
- Pewnie nie wie pani, że Sean Galen jest człowiekiem z kryminalną przeszłością i nie można mu ufać. 

Jestem pewien, że teraz chętnie go pani odeśle.

- Naprawdę? Joe Logan mu ufa.
- Pan Logan to szanowany przedsiębiorca i nie mam zamiaru krytykować jego decyzji. Może nie zdaje 

sobie sprawy, że Galen jest aż tak...

- Logan nie ma klapek na oczach. Wie o Galenie więcej niż pan.
- Nie będziemy się spierać. Chodzi mi o to, że Galen nie jest pani do niczego potrzebny. Chętnie mu to 

przekażę w pani imieniu.

- Nie tak łatwo się go pozbyć. - Eve popatrzyła prosto w oczy Meltona. - Zresztą nie mam takiego zamiaru. 

Galen zostaje.

-  W  jakiej   roli?   Chyba   nie  uważa   pani,  że  z   powodu  tego   niefortunnego  wydarzenia   potrzebuje   pani 

ochroniarzy?

background image

-   To   „niefortunne   wydarzenie”   omal   mnie   nie   zabiło.   -   Niecierpliwie   machnęła   ręką.   -  Ale   nie,   nie 

potrzebuję ochroniarza. Proszę nie poruszać tego tematu w obecności Marie. To był wypadek. I tak pewnie 
bardzo przeżyła to moje zatrucie.

- No to w jakiej roli? - powtórzył Melton. - Galen nie ma kwalifikacji do niczego poza...
- Pan jest Melton? - Galen stał w drzwiach. - Jestem Sean Galen. - Zrobił krok do przodu. - Chyba się pan 

zasiedział. Eve wygląda na nieco zmęczoną.

- Nie jestem zmęczona.
- No to może wkurzona? - Odwrócił się do polityka. - Eve nie lubi, kiedy mówi się jej; co ma robić. 

Rozumiem, że miał pan dobre intencje, ale ona trochę się zdenerwowała. Chyba powinien pan iść.

- Nie ma pan prawa... - Melton umilkł, gdy spojrzał w oczy Galena. Nieświadomie się cofnął, ale szybko 

odzyskał pewność siebie. - Pani Duncan dobrze wie, że chcę dla niej jak najlepiej. - Popatrzył na Eve. - 
Przyjadę po panią jutro rano.

- Już zarezerwowałem sobie tę przyjemność. - Galen machnął ręką. - Do widzenia.
Melton rzucił mu lodowate spojrzenie i wyszedł.
- A może wcale nie chciałam, żeby odchodził? - zapytała Eve.
- Zirytowałaś się. Trzeba nie mieć sumienia, żeby tak denerwować chorego człowieka. Podsłuchiwałem 

trochę, nie umknął mi ten fragment rozmowy dotyczący mojej osoby. Czuję się zaszczycony.

-  A  nie   powinieneś.   Masz   rację:   zirytowałam   się,   bo   usiłował   mnie   pouczać,   co   powinnam   robić.   - 

Zastanawiała się przez chwilę. - Ale nie cieszy mnie, że go przegoniłeś. Chciałam zadać mu jeszcze kilka 
pytań na temat tej cholernej rekonstrukcji.

- Pozwolę sobie zacytować jednego z twoich ziomków z Południa: „Jutro będzie nowy dzień”.
- Co za koszmarny południowy akcent.
- Jestem tylko biedakiem z Liverpoolu. - Usiadł obok jej łóżka. - Nic nie wiedziałaś na temat tej pracy, nim 

się tu znalazłaś?

- Wiedziałam, że to zlecenie szanowanego członka Senatu.
- I chciałaś uciec od Quinna.
Popatrzyła na niego wymownie.
- No dobrze, to nie moja sprawa.
- Zgadza się. A Melton miał rację. Nie jesteś mi potrzebny, Galen.
- Znowu chrypniesz. Za dużo gadałaś. - Wziął jej szklankę i napełnił kruszonym lodem. - Nawet nie 

wspomnę o Quinnie. Ale będę w pobliżu, bo może się jednak okazać, że będziesz mnie potrzebowała. - 
Wręczył jej szklankę. - Właśnie wracam z domu Marie Letaux. Nie żyje.

- Co takiego?! - Była całkiem zszokowana.
- Znalazłem ją na podłodze w kuchni. Obok leżał talerz z resztkami gulaszu. - Skrzywił się. - I mnóstwo 

resztek na podłodze. Z pewnością wymiotowała.

- Zabrała gulasz do domu? - Eve pokręciła głową. - Boże, to straszne!
- Mówiłaś, że chyba wstawiła go do lodówki.
- Pewnie zmieniła zdanie. Wyszłam przed nią. - Smutne. Niewiarygodnie smutne. - Miała syna. Studiuje 

medycynę w Nowym Orleanie.

Galen pokiwał głową.
- Porozstawiała jego zdjęcia po całym salonie. Sympatyczny chłopak.
- Naprawdę go uwielbiała. - Eve czuła łzy pod powiekami. - Cholera! Dopiero ją poznałam, a już zdążyłam 

polubić. Chyba się z nią identyfikowałam. Była samotną kobietą, która starała się odnaleźć swoje miejsce w 
świecie. To na pewno zatrucie pokarmowe?

- Nie zrobiono jeszcze sekcji zwłok, ale podejrzewam, że taki będzie wynik. Zwłaszcza że tobie przytrafiło 

się to samo.

Coś w jego głosie...
- Podejrzewasz, że to coś innego?
- Tego nie powiedziałem. Wierzę, że to zatrucie pokarmowe.
- Galen...?
- Przykro mi. Taką już mam podejrzliwą naturę. Była w koszuli nocnej i szenilowym szlafroku, łóżko było 

rozesłane. To oznacza, że wstała w środku nocy i zjadła olbrzymi talerz gulaszu. Trochę ciężkostrawna 
potrawa jak na późną przekąskę.

- Może nie jadła kolacji i poczuła się głodna?
- Pewnie tak. Ale kiedy zaczynasz wymiotować, starasz się szukać pomocy, prawda? Marie Letaux miała 

telefon, ale najwyraźniej nie mogła do nikogo zadzwonić. Mieszka bardzo blisko sąsiadów, więc chyba 
zdołałaby któregoś skłonić, żeby zawiózł ją do szpitala.

background image

- To mogło być trudne. Ja tak osłabłam, że ledwie się ruszałam.
- Ale jednak. Mówiłaś, że ta kobieta potrafiła sobie radzić. A najwyraźniej nie próbowała nawet dojść do 

zlewu czy ubikacji, żeby zwymiotować. W twoim wypadku był to przecież pierwszy odruch, tak?

Kiwnęła głową.
- Do czego zmierzasz, Galen?
- Bawiłem się tylko, w „a jeśli”. - Wziął od niej szklankę i postawił ją na stoliku. - A jeśli tej nocy nie miała 

apetytu?  A  jeśli   ktoś   usiadł   naprzeciwko   niej   i   zmusił   ją   do   zjedzenia   gulaszu,   a   potem   poczekał   na 
wystąpienie objawów zatrucia?

Eve szeroko otworzyła oczy.
- To idiotyzm. U mnie pierwsze objawy wystąpiły dopiero po ponad trzech godzinach.
-   Zgadzam   się.   Wymagałoby  to   od   mordercy  niezwykłej   determinacji   i   żelaznych   nerwów,   żeby  tak 

siedzieć i patrzeć, jak jego ofiara umiera. Musiał liczyć się z tym, że w każdej chwili ktoś mógł się tam 
pojawić, wiedząc, że Marie również jest narażona na zatrucie.

Eve była rozdygotana.
- To zbyt makabryczne.
- Mówię, co myślę.
- Dlaczego ktokolwiek miałby to zrobić?
-   Kiedy  znalazłem   jej   ciało,   przed   telefonem   na   policję   przejrzałem   szuflady  i   sprawdziłem   stan   jej 

finansów. Jej konta, czekowe i oszczędnościowe, były puste, a dwa dni temu wynajęła skrytkę bankową. 
Bardzo wygodnie. Może trzymała tam sporo forsy?

- Myślisz, że zatruła mnie celowo?
- Myślę, że warto zadać sobie pytanie, dlaczego zatrułaś się posiłkiem przygotowanym przez doświadczoną 

kucharkę.

Eve pokręciła głową.
- Nie wierzę.
- Bo ją lubiłaś.
- Ale dlaczego ktoś miałby ją zabijać?
- Żeby się nie wygadała? - Galen wzruszył ramionami. - Mogło być wiele powodów.
- Tylko zgadujesz?
- A jeśli? - uśmiechnął się.
- Zasugerowałeś to policji?
-   Oprzytomniej.   Byłbym   pierwszy  na   liście   podejrzanych.   I   tak   musiałem  się   tłumaczyć,   dlaczego   to 

właśnie   ja   ją   znalazłem.  Nawet   zadzwonili   do  szpitala,   żeby  sprawdzić,   czy  faktycznie   miałaś   zatrucie 
pokarmowe. - Zastanawiał się przez chwilę. - Mam w Nowym Orleanie kilku przyjaciół z laboratorium 
policyjnego, którzy mogliby się trochę porozglądać i sprawdzić to i owo.

- Oficjalnie?
- Oprzytomniej - powtórzył i przechylił głowę. - Bierzesz moją teorię na poważnie?
Eve powoli pokiwała głową. Musiała brać to na poważnie. Nie chciała wierzyć w jego słowa, ale przez całe 

życie, zwłaszcza w pracy, miała do czynienia z brutalnością i oszustwami. Cała się trzęsła.

- Ale żeby tak siedzieć i patrzeć... to się wydaje takie... okrutne.
- Nie bardziej niż próba zabicia ciebie.
- Dlaczego ktokolwiek chciałby mnie zabić?
- Może powinniśmy spytać pana Meltona.
- Myślisz, że to z powodu czaszki?
- To logiczny wniosek. Nie bardzo wierzę w teorię Meltona. Nie podoba mi się cała ta tajemniczość. 

Wiedzą, że lubisz pracować z dala od świateł jupiterów; to podsunęło im pretekst, żeby ściągnąć cię tutaj, 
zamiast wysłać ci czaszkę. Nie sądzisz, że rozsądniej byłoby się spakować i wrócić do domu?

Eve natychmiast odrzuciła tę myśl. Za nic nie zamierzała wracać.
-   Nie   ma   dowodów,   że   to   nie   było   zwykłe   zatrucie   pokarmowe.   Może   w   skrytce   bankowej   nie   ma 

pieniędzy. A może Marie oszczędzała od lat i dopiero ostatnio ukryła tam oszczędności?

Galen uniósł sceptycznie brwi.
- Lubiłam ją, Galen.
- Niewielu ludzi jest naprawdę złych. Niektórzy po prostu mają jakąś słabość. Ale to wystarczy, by zrobić 

komuś krzywdę. A zaginięcie szkieletu? To cię nie niepokoi?

- Jasne, że tak. Oznacza, że ktoś nie chce, by Melton zidentyfikował tego człowieka. Większość czaszek, 

nad którymi pracuję, to ofiary czyjejś zbrodni, nie pierwszy raz mam ten problem. Gdybym rzucała robotę za 
każdym razem, kiedy ktoś tego chce, nie dokończyłabym żadnej rekonstrukcji.

background image

Galen przyglądał się jej uważnie.
- Ciekawi cię ta czaszka, prawda? Chciałabyś to zrobić.
Kiwnęła potakująco głową.
- Naprawdę. Harold Bently mógłby być kimś, kogo mogłabym podziwiać. Nie chcę myśleć, że skończył na 

bagnach jak jakiś śmieć. Chcę wiedzieć... Poza tym to intrygujące.

- Może aż zanadto. - Galen wstał. - No dobra, skoro chcesz to zrobić, wiem, że cię nie przekonam. Ale nie 

będę krył się w cieniu, jak planowałem.

- Zgoda.
- Potrafię się nie narzucać - uśmiechnął się. - Ale to mniej zabawne. - Wstał, patrząc na drzwi. - Codziennie 

będę chodził z tobą do kościoła. I zostanę oficjalnym degustatorem potraw. Będę z tobą przebywał dniem i 
nocą. Zgoda?

- Być może niepotrzebnie.
- Ale poczujesz się bezpieczniej, prawda? Ze mną u boku?
Eve jęknęła.
Był już przy drzwiach, obejrzał się przez ramię.
- Bardzo nieładnie. Na pewno nie powinienem mówić o tym Quinnowi?
- Na pewno.
Słysząc jej ton, Galen udał, że wstrząsnął nim dreszcz.
- Tylko pytałem. Widzę, że nie układa się między wami najlepiej.
- Co jest? - Popatrzyła na niego wyzywająco. - Nie dasz sobie rady, Galen?
- Cios poniżej pasa. Twarda jesteś. Słyszałem, że dorastałaś na ulicy. Jestem gotów w to uwierzyć.
- Trzeba tam być, aby to zrozumieć. Wątpię, żeby Atlanta była gorsza od Liverpoolu.
- Nie jest - potwierdził Galen. - No dobra, Quinna nie ma.
Patrzyła, jak zamyka za sobą drzwi.
Quinna nie ma.
Te słowa roznosiły się echem po jej głowie. Joe Quinn tak długo był częścią jej życia, że ich znaczenie 

praktycznie do niej nie docierało. Będzie potrzebowała czasu, by się z tym pogodzić.

Czy zdoła pogodzić się z nieobecnością Joego w swoim życiu? Nie była pewna, co dla niej byłoby bardziej 

bolesne: zerwanie czy też życie ze świadomością tego, co zrobił. Nie chciała teraz o tym myśleć. Nie chciała 
koncentrować się na niczym poza pracą, którą miała tu wykonać. Zrekonstruuje czaszkę, a potem może 
ściągnie Jane i pojadą na pewien czas do Nowego Orleanu. Powinna wyjść ze swojej skorupy. Nie musi 
wracać do domu.

Pomysł,   że   Marie   Letaux   mogłaby   czyhać   na   jej   życie,   był  dla   niej   nie   do   przyjęcia,   podobnie   jak 

przypuszczenia Galena co do okoliczności śmierci gospodyni. Nikt nie mógłby być aż tak bezlitosny.

Nieprawda. Zabójca Bonnie był potworem, i wielu takich jak on. Po prostu nie chciała mieć do czynienia z 

tego   rodzaju   okropnościami  teraz,   gdy  musiała   radzić   sobie   z   własnymi   koszmarami.  Nie   chciała,   aby 
okazało się to prawdą.

I   może   nie   było.   Doświadczenie   nauczyło   Galena   podejrzewać   wszystko   i   wszystkich.   Niech   sobie 

podejrzewa. Niech ją chroni. To z pewnością nie zaszkodzi.

Jeśli tylko nie będzie zakłócał jej spokoju i przeszkadzał w pracy.

- Wiem, że nie chcesz żadnych interwencji z zewnątrz, Jules - powiedział Melton. - Usiłowałem ją skłonić, 

żeby się go pozbyła, ale okropnie się uparła. Jasne, że tego tak nie zostawię. Zadzwonię do paru osób i 
sprawdzę, czy potrafią go przekonać, aby się sam wycofał.

- Daj mu spokój - odparł Hebert. - Nie stanowi dla nas problemu.
- Może powinienem ci przesłać jego akta?
- Już je mam.
- Nie sądzisz, że może nam zaszkodzić?
- Myślę, że bardziej nam zaszkodzi, jeśli spróbujemy się go pozbyć. Chcę, żeby podczas pracy nad czaszką 

była spokojna. Przy Galenie będzie się czuła całkowicie bezpieczna.

- Tak, to ważne. - Melton na moment zawiesił głos. - Zaniepokoiłem się na wieść o zatruciu. Czy to był 

wypadek?

- Jasne, że tak.
Nie do końca mówił prawdę. Wypadkiem było to, że Eve Duncan nie umarła.
- Właśnie dowiedziałem się, że znaleziono ciało Marie Letaux. Zatruła się kilka godzin temu.
- Tym bardziej powinieneś uważać to za wypadek.
- Czyżby? A te trupy sprzed miesiąca? To też miały być wypadki?

background image

- I pewnie były. Dostajesz paranoi - dodał Hebert. - Zacząłeś się już częściej oglądać za siebie, Melton?
- Mam prawo się niepokoić,  do diabła! Najpierw  Etienne, teraz to. Kolejny bardzo dziwny wypadek. 

Wypadki krążą nad tobą jak ciemne chmury.

Hebert zignorował tę aluzję.
- A ona ciągle się waha? - zapytał.
- Tak, ale sądzę, że nadal się pali do tej pracy. Po prostu musimy nacisnąć odpowiednie guziki.
- Właśnie. Potrzeba nam zapału... i szybkości działania.
- Jutro wyjdzie ze szpitala, sądzę, że od razu zabierze się do roboty.
- I dobrze. Dopilnuję tego. Daj znać, jeśli będę mógł w czymś pomóc.
Melton coś podejrzewał, ale chwilowo nie stanowiło to dla Jules’a problemu. Po Boca Raton Melton nic 

nie zrobi. Sprzysiężenie chciało, żeby wszystko poszło jak najsprawniej, a przygotowania wymagały czasu i 
wysiłku. Nie chcieliby na tym etapie wprowadzać nikogo nowego.

Hebert odchylił się w fotelu i zakrył oczy rękami. Czuł narastającą panikę, musiał ją opanować. Skłamał 

Meltonowi, ale nadal kontroluje sytuację. Zdarzenia następowały zbyt szybko, musi uważać, żeby nie dać się 
złapać. Boże, Eve Duncan jest silna. Jakżeż ona walczy o życie! Szkoda takiej nadaremnej determinacji, 
pomyślał ze smutkiem.

W obecnej sytuacji nie mógł jej oszczędzić.

- Przestraszyłaś mnie, mamo - powiedziała Bonnie.
Eve ujrzała córkę skuloną na stojącym pod oknem fotelu dla odwiedzających. Pielęgniarka zgasiła światło  

czterdzieści minut wcześniej, ale promienie księżyca wpadające przez okno oświetlały rudo-brązowe loki  
Bonnie. Była ubrana w dżinsy i koszulkę z Królikiem Bugsem, jak zawsze, gdy przychodziła do matki. Eve  
stłumiła przypływ miłości i powiedziała gniewnie:

- Nie pozwoliłaś mi odejść, cholera.
- Mówiłam ci, że nie czas na ciebie. Tak naprawdę wcale nie chciałaś umrzeć.
- Nie mów mi, czego chcę. Kto tu jest matką?
- Myślę, że lata duchowania upoważniają mnie do komentarza. - Bonnie westchnęła. - Strasznie jesteś  

wymagająca, mamo. Nadal się upierasz, że tylko ci się śnię.

- Bo twoje nadnaturalne zdolności są dość ograniczone. Duchowanie? Co to za słowo? Jeśli nie chciałaś,  

żebym umarła, dlaczego pozwoliłaś mi zjeść gulasz? Oszczędziłabyś mi bólu żołądka.

- Powiedziałam ci, że nie potrafią niczemu zapobiec... to działa inaczej.
- Bardzo wygodne. Czyli nie można cię obwiniać,
- Zgadza się - zachichotała Bonnie. - To miłe w byciu duchem.
- A jest w tym coś przykrego, dziecinko?
- Wystarczy spojrzeć na ciebie. Jesteś rozdarta. Tak, przykre są starania, abyś przestała być nieszczęśliwa.  

Myślałam, że może idziesz właściwą drogą, ale znowu masz depresję, cierpisz i rozstałaś się z Joem.

- Okłamał mnie. W twojej sprawie. W sprawie grobu. Dlaczego nie powiedziałaś, że to nie ty?
- Skoro jestem snem, jak mogłabym to zrobić! - uśmiechnęła się. - Mam cię.
- Dlaczego? - nalegała Eve.
- Znasz odpowiedź. Nie ma znaczenia, gdzie leży moje ciało. Zawsze jestem z tobą. - Na chwilę umilkła. - A 

ty czułaś się szczęśliwsza, myśląc, że to ja. Więc dlaczego miałam ci to odbierać?

- Mówisz jak Joe. To dla mnie ważne. Chcę, żebyś była w domu, Bonnie.
-   Jestem   w   domu   -   westchnęła   -   ale   ty   jesteś   zbyt   uparta,   żeby   w   to   uwierzyć.   Bardzo   mi   wszystko  

utrudniasz. Nie podoba mi się ta twoja depresja. Jesteś wojowniczką, ale wczoraj nie walczyłaś, dopóki cię 
do tego nie skłoniłam. Niech to się nie powtórzy, mamo. Dziwnie to wszystko wygląda. Być może będziesz  
musiała walczyć, a mnie zabraknie.

- To ma być pocieszenie?
- Zawsze będę do ciebie przychodziła, ale nie możesz na mnie polegać, mamo. Masz Joego, Jane i babcię.  

To chyba dobrze. - Skrzywiła się. - Czułam, że zesztywniałaś, kiedy wspomniałam o Joem. Daj sobie spokój,  
mamo.

- Za cholerę.
- Dobrze, pogadajmy o czymś innym. Chcę, żebyś rano dobrze się czuła.
Eve zawsze czuła się lepiej po tych snach. Zaczęły się dwa lata po śmierci Bonnie, Eve była pewna, że to  

dzięki nim nie wariuje. Psychiatra pewnie wysłałby ją do najbliższego zakładu, gdyby mu o tym powiedziała. 
Chrzanić to. Sny miały same zalety.

- Jeśli nadal będą mnie tak bolały żebra, nie mam szans na dobre samopoczucie - odparła.
- Będzie trochę lepiej. - Bonnie pochyliła się w fotelu. - Ładnie tutaj. Podobają mi się te rozlewiska.  

background image

Dlaczego nigdy tu nie przyjechałyśmy?

- Nie wiem. Pewnie jakoś nie przyszło mi to do głowy.
- W Panamie też było ładnie. Podobała mi się woda.
- Wiem, kochanie.
- Jest tyle ślicznych rzeczy. Opowiedz mi o szczeniaku Jane. Sarah jej go dała?
- Tak, to straszny łobuz. Oczywiście Jane uważa, że to najmądrzejsze zwierzę pod słońcem. Mówiła, że  

pojedzie na wybrzeże i poprosi Sarah o pomoc w tresurze...

Rozdział piąty

- Dziś jesteś w lepszym humorze. - Galen wpatrywał się w twarz Eve. Właśnie przetransportował ją ze 

szpitala do swojego auta. - I wyglądasz zdrowiej. Dobrze spałaś?

- Kiedy nie śniłam.
- Koszmary?
Eve pokręciła głową.
- Nie, to dobre sny. - Popatrzyła na jaskrawobłękitne niebo. - Ładny dzień.
Galen pokiwał głową.
- Pewnie przyda ci się trochę wypoczynku. Może usiądziesz sobie na balkonie i popatrzysz na świat?
Nie widziała nic prócz kościoła. Był mroczny i potężny.
- Chcę się zabrać do pracy. Dowiedziałeś się czegoś jeszcze o śmierci Marie?
- Oficjalnie to zatrucie pokarmowe. Sprawę zamknięto.
- Rozumiem.
- A ja nie. Zapłaciłem trochę urzędnikowi w biurze koronera, żeby zerknąć na wstępny raport.
- I co?
- Zatrucie pokarmowe. - Urwał. - Jedyną podejrzaną rzeczą były lekkie otarcia na ramionach.
- Spowodowane...?
- Nie wiadomo. Sam się zastanawiałem... Sznury?
- Ale koroner tego nie stwierdził?
- Nie. - Galen wzruszył ramionami. - Tak czy owak, ciało wydano, jutro pogrzeb.
- Przyjedzie jej syn?
- Przypuszczam, że tak. To rodzinne miasto jego matki. Dlaczego pytasz?
- Chciałabym go poznać i złożyć kondolencje.
- Co takiego? Składanie kondolencji rodzinie kogoś, kto usiłował cię zabić, to chyba wyjątkowo kiepski 

pomysł.

- Nie wierzę, że próbowała mnie zabić. Myślę, że jej syn chętnie się dowie, co mówiła o ich wzajemnych 

relacjach. To pomaga w takich chwilach. Chcę iść na pogrzeb.

- Dobrze. Dowiem się gdzie i kiedy. Dziwi mnie tylko, że odwlekasz pracę nad czaszką.
- Pociecha dużo znaczy dla pogrążonych w żałobie. To koszmar. Nikt nie wie o tym lepiej niż ja.
- Słyszałem - powiedział z powagą Galen. - Twoja Bonnie.
- Moja Bonnie. - Podjechali pod dom, Eve wysiadła z samochodu. - Melton zadzwonił do szpitala i umówił 

się ze mną na pierwszą, pójdziemy do kościoła. Idziesz z nami?

- Nie darowałbym sobie tego. - Galen patrzył, jak Eve otwiera drzwi frontowe, a potem wszedł do holu. 

Rozejrzał się i ruszył po schodach, Eve tuż za nim. - Szkielety to moja specjalność. Mogę się rozejrzeć po 
sypialni? Byłem tu wcześniej i trochę posprzątałem, ale czułbym się lepiej, gdybym jeszcze raz sprawdził.

- Sprzątnąłeś cały ten bałagan?
- No cóż, twoja gospodyni nie mogła się tym zająć. Nie chciałem, żebyś musiała to oglądać.
- Dziękuję. To bardzo uprzejme z twojej strony.
- Jestem uprzejmy. - Otworzył drzwi sypialni i rozejrzał się wokół. - Moja mama zawsze powtarzała, że 

jeśli chcesz dobrze radzić sobie w świecie, musisz robić innym to, co oni tobie.

- To przysłowie brzmi chyba trochę inaczej.
- Ale w wersji mamy ma więcej sensu. - Wyszedł na balkon i się rozejrzał. - Chyba wszystko w porządku. 

Odpocznij. Sprawdzę jeszcze łazienkę i parter, a potem przygotuję ci lekki lunch.

- Nie jestem kaleką. Sama się tym zajmę.
-   Chcesz   mnie   pozbawić   pracy?   Jak   mogę   być   degustatorem   żywności   królowej,   jeśli   sama   będzie 

przygotowywała   posiłki?   -   Ruszył   do   drzwi.   -   Przy   okazji:   wprowadziłem   się   do   sąsiedniej   sypialni. 
Sprawdziłem, że przez te papierowe ściany słychać niemal wszystko. Mam nadzieję, że nie chrapiesz...

Kilka minut później usłyszała jego kroki na schodach. Raz jeszcze zerknęła na kościół. Trudno jej było 

oderwać wzrok od tej budowli. Fakt, że taki stary budynek zwraca na siebie uwagę, uznała za naturalny, poza 
tym była to ostatnia rzecz, którą miała przed oczami, kiedy myślała, że zaraz umrze. W rezultacie kościół 

background image

zdominował jej wyobraźnię.

Zeszła z balkonu. Szerokie łóżko wydawało się bardzo kuszące. Dziwne, że była aż tak obolała i osłabiona. 

Wychodząc   ze   szpitala,   sądziła,   że   szybciej   dojdzie   do  siebie.   Powinna   zignorować   zmęczenie   i   wziąć 
prysznic. Z pewnością poczuje się wtedy o wiele lepiej.

Może krótka drzemka...

-   Buty   zrobiła   Norton   Shoe   Company.   -   Carol   Dunn   rzuciła   raport   na   biurko   Joego.   -   To   firma   z 

południowego wschodu, ma filie w Alabamie i Luizjanie.

- Dystrybucja? - spytał Joe.
- Rozległa sieć w obu stanach i nieco mniej rozbudowana w Georgii. Przez te liche podeszwy buty nie są 

drogie, więc nieźle się sprzedają.

- Cudownie. A ślady opon?
- Firestone Affinity HP, piętnastki. Standard w nowych saturnach L-300.
- Dzięki, Carol. - Joe zerknął w raport. - Jestem ci winien przysługę.
- A sobie solidny wypoczynek - powiedziała. - Jane kazała mi dzisiaj wcześniej zwolnić cię do domu.
- Już idę. - Wstał i skierował się do drzwi. - Czy mogłabyś do niej zadzwonić? Powiedz jej, że przyniosę 

chińskie żarcie, ale po drodze muszę jeszcze gdzieś wstąpić?

- Tchórz.
- Masz rację. To twardzielka. - Zatrzymał się. - Czy George Capel dzwonił, kiedy mnie nie było?
Carol pokręciła głową.
- Nie masz zaufania do poczty głosowej?
- Staroświecki ze mnie facet. Nie wierzę w te wymyślne gadżety.
- I miałeś nadzieję, że się zepsuła.
-  Od  tygodnia   nie   pokazał  się  w  laboratorium  DNA. Byłem  u niego  w  domu:   poczta   zbiera   się   pod 

drzwiami, a nie wstrzymał dostawy prasy.

- Nie brzmi to najlepiej, ale może zwyczajnie się urwał. To się zdarza.
- Tak, wiem. Ale chyba czas na rozmowę z sąsiadami.
- Dobrze, zadzwonię do Jane - powiedziała Carol. - Tylko nie zapomnij o chińskim żarciu.
Joe skinął głową i pomachał jej, wychodząc z biura. W drodze do auta zadzwonił do Logana.
- Galen się odzywał?
- Zasadniczo nie składa mi raportów, chyba że ma powody. On sam sobie jest szefem.
- A więc nie wiesz, co z nią.
- Wiedziałbym, gdyby pojawił się jakiś problem. Jest przy niej Galen.
Ale nie on. To doprowadzało Joego do szaleństwa.
- Możesz go poprosić o stałe raporty?
- Galen działa w inny sposób.
- Niech to zmieni, do cholery.
- Sam prosiłeś o Galena, Quinn.
Bo był najlepszy, co nie oznaczało, że niezależność Galena nie doprowadza Joego do szewskiej pasji. 

Chciał wiedzieć.

- Jak ci idzie? - spytał Logan.
- Nieźle, jestem zajęty. (Za mało. Trzy dni od wyjazdu Eve ciągnęły się w nieskończoność). - Usiłuję 

dorwać Capela. Najwyraźniej zniknął.

- Myślisz, że zapłacili mu za wysłanie Eve tego raportu i wyjazd z miasta?
- Możliwe. Nie usiłował naciągnąć mnie na większą sumę, więc musi mieć inne źródło.
- Jakieś sugestie?
- Ktoś chciał skrzywdzić mnie albo Eve. Zapewne mnie. Ona nie ma wrogów, ja dziesiątki.
- Zdumiewające - mruknął Logan.
- A ty nie masz?
Logan zignorował pytanie.
- Dam ci znać, kiedy Galen się odezwie.
- Może powinienem do niego zadzwonić. Nie, lepiej nie.
- Właśnie. Nie chciałbyś, żeby Eve wiedziała, że ją sprawdzasz. Jak tam Jane?
- Świetnie. Lepiej niż na to zasługuję.
- Zgadzam się. Do widzenia, Quinn.
Joe rozłączył się i uruchomił silnik. Postanowił wypytać sąsiadów Capela, a następnie pojechać do domu, 

do Jane. I nie myśleć przez cały czas o Eve, znajdującej się setki kilometrów dalej, w Baton Rouge.

background image

Filie w Alabamie i Luizjanie.
Luizjana...
Żadnych pochopnych wniosków. Profanacja grobu nie musiała mieć nic wspólnego z pracą Eve w Baton 

Rouge. Nie podobał mu się jednak kształt, jaki zaczynało przybierać to śledztwo.

Żałował, że nie może się skontaktować z Galenem bez powiadamiania o tym Eve.
Rób,   co   trzeba,   pomyślał.   Znajdź   Capela   i   człowieka,   który   go   przekupił.   Sprawdź   jeszcze   opony. 

Uszczęśliwiaj Jane. Postaraj się nie wskakiwać do samolotu i nie lecieć do Baton Rouge.

I miej nadzieję, że czas zagoi ranę, którą zadałeś Eve.

- Zasnęłam. - Eve schodziła po schodach, usiłując przygładzić potargane włosy. - Na litość boską, już 

piętnaście po piątej. Dlaczego mnie nie obudziłeś?

-   To   jasne.   Musiałaś   się   wyspać.   -   Galen   uśmiechnął   się   do   niej.   -  A  ja   potrzebowałem   czasu   na 

przygotowanie niezwykle udanego posiłku.

- Muszę iść do kościoła. Melton się nie pojawił?
- Był na czas. Spławiłem go.
- Nie miałeś prawa.
-   Powiedziałem,   żeby   spotkał   się   z   nami   przed   kościołem   o   szóstej.   -   Spojrzał   na   zegarek.   -   Masz 

czterdzieści pięć minut na zjedzenie mojej doskonałej potrawy. - Wskazał ręką jadalnię. - Nie lubię jadać w 
pośpiechu; człowiek nie docenia posiłku. Tym razem jednak się zgodzę.

- Powinieneś był mnie obudzić.
- Tracisz czas. Przecież nie chcemy, żeby twój szacowny senator na nas czekał.
Ruszyła za nim.
- Już musiał czekać wiele godzin.
Galen uśmiechnął się do niej.
- Zasłużył na to. - Posadził ją przy stole, strząsnął serwetę i ułożył ją na kolanach Eve. - Spróbuj sałatki ze 

szpinaku.

- Mowy nie ma! - Aż podskoczyła na krześle. - Galen, chcę się spotkać z Meltonem. Zresztą i tak nie 

dałabym rady tego zjeść. Ciągle mnie boli żołądek.

- Cóż ze mnie za głupek. Jasne, że nie możesz. Dałem się porwać swojemu kulinarnemu geniuszowi. No 

dobrze może zrobię ci trochę zupy, kiedy wrócimy z kościoła.

- Mogę dzisiaj nie wrócić. Często pracuję po nocy.
- Ale może wrócisz. Nadal jesteś trochę blada.
- Galen...
- Przepraszam, nie chcę ci się narzucać. Czasem wykorzystuję okoliczności, żeby przeforsować swój punkt 

widzenia, ale szanuję twoją wolną wolę.

- Naprawdę lubisz gotować?
- Jedzenie  to jedna  z największych  życiowych przyjemności.  Przy dobrej  kolacji  można  zapomnieć o 

najprzykrzejszych sprawach.

W   życiu   Galena   było   ich   pewnie   mnóstwo.   Przeniosła   wzrok   z   białego   obrusa   z   adamaszku   na 

jaskrawozielone  świece  i  delikatną  porcelanę.  Bardzo  się  to  różniło   od  miłego  posiłku  w  kuchni  przed 
dwoma dniami.

Nagle uświadomiła sobie, że właśnie o to chodziło Galenowi. Nie chciał przypominać jej o Marie Letaux i 

ostatnim posiłku.

- To, co przygotowałeś, z pewnością jest pyszne. Dziękuję, Galen.
- Nie ma za co. Szkoda, że muszę jeszcze trochę poczekać, zanim będziesz mogła to docenić. - Ujął ją za 

ramię. - Chodźmy do kościoła, przestaniesz się denerwować.

Ku zdumieniu Eve okazało się, że Melton już czeka na nich niecierpliwie przed kościołem.
- Przyszli państwo wcześniej, to dobrze. Już pani lepiej? Galen twierdził, że nie czuje się pani za dobrze.
- O wiele lepiej. - Spojrzała w kierunku wrót kościoła. - Spodziewałam się pana w środku.
- Nie mam klucza. Czekam na... O, już jest - wskazał wzrokiem zbliżającego się ku nim jasnowłosego 

mężczyznę. - To Rick Vadim. Będzie pani pomagał. Rick, to pani Duncan.

Młody człowiek skinął głową i uśmiechnął się do Eve.
- Miło mi panią poznać.
- Witam. Mnie także - uścisnęła mu dłoń. - To Sean Galen. - Jest...
- Asystentem pani Duncan - wtrącił Galen. - Ułatwiam jej życie.
- No to będzie nas dwóch - oświadczył z powagą Rick. - To także moje zadanie.

background image

- Rick ma pomagać pani Duncan we wszystkim - powiedział Melton.
- Jest pan antropologiem sądowym? - spytała Eve.
- Nie, nie mam naukowego przygotowania. Ale dobrze sobie radzę w zdobywaniu tego, co potrzebne i 

ułatwianiu innym życia. - Otworzył wrota. - Chce pani zobaczyć czaszkę?

- Po to tu jestem. - Eve zajrzała do przedsionka. Podświadomie spodziewała się, że wnętrze kościoła będzie 

zakurzone, ale okazało się nieskazitelnie czyste. - Gdzie ona jest?

- W głównej kaplicy - Rick wskazał łukowate drzwi. - Tędy, proszę.
- W kaplicy?
- Z szacunku - odparł Rick. - Czytałem sporo o pani pracy i wiem, że pani okazuje szacunek tym, którzy 

odeszli.

- Tak, ma pan rację. Ale wątpię, czy będę mogła pracować w pańskiej kaplicy. Potrzebuję stołu, postumentu 

i dużo światła.

- Już przygotowałem pracownię. Myślę, że się pani spodoba. - Otworzył drzwi. - Tu jest czaszka.
Olbrzymia czarna trumna.
Eve   zatrzymała   się   w   drzwiach   i   wbiła   spojrzenie   w   skrzynię.   Trumna   zdominowała   niewielkie 

prezbiterium.

- Zaczekam tutaj - powiedział Melton.
Eve także nie miała wielkiej ochoty podchodzić bliżej.
- Myślałam, że czaszka została już wyjęta z trumny. Nie spodziewałam się... trumna jest bardzo... duża.
- Zaprojektowano ją tak, żeby chroniła zwłoki przed dalszym zniszczeniem i rozkładem. Chcieliśmy mieć 

pewność, że czaszka będzie w doskonałym stanie - odparł z przejęciem Rick. - Naprawdę mi przykro, że 
reszta szkieletu trafiła w niewłaściwe miejsce. Nie było mnie tu, kiedy to się stało.

- Trafiła w niewłaściwe miejsce? - powtórzyła Eve. - Ja bym użyła innego określenia.
- Mnie także wydaje się to niewiarygodne. Cała ta sprawa jest dziwna. Ale to nie mój interes. Ja mam 

pilnować, żeby już nic więcej się nie stało. - Rick zatrzymał się przy trumnie. - Mówiono mi, że czaszka jest 
w bardzo dobrym stanie. - Otworzył wieko i się cofnął. - Co pani o tym sądzi?

- Sądzę, że potrzebuję światła. Ledwie widzę. Tu jest zbyt ciemno.
- Przepraszam. - Rick w pośpiechu zapalił świecę na ołtarzu. - W pracowni, którą dla pani przygotowałem, 

jest znakomite światło. Nie wiedziałem, że będzie pani chciała dokładnie przyjrzeć się czaszce już tutaj. 
Mogłem pomyśleć...

Był tak przygnębiony, że Eve stłumiła zniecierpliwienie.
- Nic się nie stało, Rick. Jeśli będzie jakiś problem, zabiorę czaszkę do domu.
- Nie, proszę tego nie robić. Daję słowo, że w pani pracowni jest wszystko, czego potrzeba - zapewnił ją. - 

Senator nalega, aby prace były prowadzone tutaj.

- Dlaczego? - zapytał Galen.
- Bo jesteśmy na wyspie. Senator Melton bardzo się przejął zaginięciem szkieletu. Chce, aby pani Duncan 

była całkiem bezpieczna, a ochrona, którą wynajął, twierdzi, że o wiele łatwiej jest strzec kościoła niż innych 
obiektów. Obiecuję zrobić wszystko, co się da, żeby pani było tu wygodnie.

- To będzie wymagało trochę wysiłku. - Galen podszedł do trumny z kieszonkową latarką. - Strasznie tu 

zimno. Pewnie wszędzie jest wilgoć.

- W pracowni jest bardzo ciepło.
- W porządku - mruknęła z roztargnieniem Eve, wpatrując się w czaszkę. Nadal niemal nic nie widziała, ale 

kieszonkowa latarka była lepsza niż nic. Choć czaszka poczerniała od ognia, wydawała się nietknięta, tyle że 
brakowało zębów i szczęka była przestawiona. Eve nie dostrzegła jednak żadnych widocznych ubytków ani 
pęknięć. I dobrze.

- To mężczyzna. Biały. Czaszka jest w zdumiewająco dobrym stanie. Będę mogła nad nią popracować.
- Trochę go poturbowano. - Galen wskazał na szczękę. - I brakuje zębów. Musiał dostać niezły wycisk. 

Przypomina mi się ten film o gladiatorze.

- Cicho bądź, Galen - powiedziała Eve. - Nie mogę się niczym sugerować w swojej pracy. Nie chcę, żeby 

miał twarz Russella Crowe’a.

- Świetny film. - Galen zerknął na Ricka i mrugnął. - Później, kiedy nie będzie jej z nami, powie mi pan, 

kto to jest, pana zdaniem.

Rick uśmiechnął się i pokręcił głową.
- Wiem tyle co i pan. Mogę się tylko domyślać. - Popatrzył na Eve. - W pracowni jest postument i dwa 

stoły do pracy. Rozumiem, że na końcu będzie pani potrzebowała wideo i komputera. Jestem w kontakcie z 
wydziałem medycyny sądowej na Uniwersytecie Luizjany, chyba to załatwili. Kiedy będzie pani gotowa, 
przyniosę czaszkę.

background image

Najwyraźniej chciał wyciągnąć ją z kaplicy, aby jak najprędzej mogła przystąpić do pracy. Jego gorliwość 

była urocza, ale Eve nie miała jeszcze ochoty odchodzić od czaszki.

- Galen, może pójdziesz z Rickiem i obejrzysz pracownię, a ja w tym czasie bliżej przyjrzę się czaszce?
- Jasne. - Galen podał jej latarkę. - Nie jest to najciekawsze zadanie, ale urodziłem się, żeby służyć innym.
- Dzięki. - Rzuciła wiązkę światła na czaszkę i obejrzała jamę nosową. - Z pewnością to biały.
- Chodźmy, Rick. Nie jesteśmy tu mile widziani.
Eve ledwie zdawała sobie sprawę z tego, że odeszli, i że została w kaplicy sama. Nie miało to znaczenia. 

Już nie odczuwała żadnego niepokoju. Teraz interesowała ją tylko czaszka. To był jeszcze jeden zaginiony. 
Nieważne, czy Bently, czy jakiś biedny włóczęga. Z pewnością czyjaś ofiara, jak choćby mała Carmelita, 
której rekonstrukcję niedawno zakończyła. Sądząc ze stanu czaszki, zęby najprawdopodobniej wyrwano po 
śmierci. Był z pewnością ofiarą zbrodni.

Czas się poznać. Eve delikatnie dotknęła kości policzkowej.
Jak mam cię nazwać? Wiedziała, że komuś z zewnątrz mogłoby się to wydawać zupełnym wariactwem, ale 

nadawała imiona im wszystkim. Każdy przecież miał jakąś historię i życie. Wszyscy się śmiali, wszystkich 
ktoś kochał, również tego biednego pobitego wojownika. Jak widać, nie wygrał ostatniej bitwy, ale miała 
nadzieję, że zdarzało mu się to wcześniej.

-   Victor?   Niezłe   imię.   -   Pokiwała   głową.   -   Mnie   pasuje.   -   Ostrożnie   opuściła   ciężkie   wieko.   -   Do 

zobaczenia jutro, Victorze. Zobaczę, czy zdołam sprowadzić cię do domu.

- Gotowa? - W progu stał Galen. - Rick naprawdę się postarał. Pracownia jest świetnie wyposażona, ciepła 

i pełna światła. Czysto i lśniąco jak w kwaterach marines. Chcesz zobaczyć?

Już miała tam iść, gdy nagle zmieniła zdanie. Cholera, energia opuszczała ją w zastraszającym tempie!
- Nie, wierzę ci. Zobaczę ją jutro, kiedy się tam przeniosę.
- Jutro?
- No dobra, miałeś rację, nie jestem jeszcze w pełni zdrowa. Sądziłam, że zacznę dzisiaj, ale czuję się zbyt 

zmęczona. Jestem jeszcze bardzo słaba. - Skrzywiła się pod wpływem bólu. - Mam nadzieję, że do jutra 
wrócą mi siły. Mimo tej długiej drzemki nadal strasznie chce mi się spać.

- No to idź do łóżka. Cieszę się, że nie zaczniesz pracy dzisiaj.
- Już ją zaczęłam. - Eve popatrzyła przez ramię na czarną trumnę. - Jednak żeby móc używać sprzętu i 

zrobić pomiary, muszę mieć wypoczęty i otwarty umysł. Victor poczeka jeszcze kilka godzin.

- Victor?
- Czaszka.
- Och! - Galen nie patrzył na nią, kiedy szli nawą. - Nie chciałbym być niegrzeczny, ale często gadasz z 

czaszkami?

- Nie. - Popatrzyła na niego niewinnie. - Jestem bardzo wybredna.
- To mi nie przeszkadza. Tak tylko pytałem. - Jego wzrok powędrował do Ricka i Meltona przy wejściu. - 

Rick wydaje się miłym facetem. I bystrym. Chodził do szkoły na Północy.

- To mnie nie dziwi. Mówi jak jankes. Gdzie się uczył?
- W Notre Dame. Zagorzały kibic futbolu.
- Jak wszyscy stamtąd. Wygląda jak typowy amerykański chłopak, ma takie jasne włosy i różowe policzki. 

- Zmieniła temat: - Dowiedziałeś się, o której jest pogrzeb Marie?

- O jedenastej. Nadal się wybierasz?
Kiwnęła głową.
-   Zacznę   wcześnie   rano,   potem  zrobię   sobie   przerwę   i   pójdę   na   pogrzeb.   -  Kiedy  wyszli   z   kościoła, 

wyciągnęła rękę do Ricka. - Dziękuję za wszystko. Do zobaczenia rano, jak sądzę.

- Z przyjemnością. - Uścisnął jej dłoń. - Wszystko przygotuję. Zauważyłem, że czaszka jest trochę brudna, 

ale jej nie ruszałem.

- I bardzo dobrze. Nie wolno ryzykować dalszych zniszczeń.
- Jasne. - Z powagą pokiwał głową. - Mam zrobić coś jeszcze?
Jezu, był męczący, jednak ta dziecinna gorliwość wydała się Eve wręcz słodka.
- Nie jestem szczególnie wymagająca. Wystarczy, że będę mogła w spokoju wykonywać swoją pracę.
Rick uśmiechnął się do niej.
- Nikt nie będzie pani przeszkadzał, obiecuję. - Odwrócił się do Galena. - Miło mi było pana poznać, 

szanowny panie.

Galen wydawał się szczerze zdumiony.
- Do zobaczenia, Rick - odpowiedział. - Hm... „szanowny panie”... - mruknął, kiedy wraz z Eve wychodził 

z kościoła. - Aż tak się postarzałem?

- Rzadko spotyka się dziś takie uprzejmości. Myślę, że to bardzo miłe.

background image

- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.
- Ile masz lat, Galen?
- Trzydzieści siedem.
- To już się załapujesz. - Nagle odwróciła się do Ricka, który nadal rozmawiał z Meltonem. - Rick?
Urwał w pół słowa i spojrzał na nią.
- Potrzebuje pani czegoś?
- Zabij smoka i znajdź świętego Graala - burknął sarkastycznie Galen.
Eve go zignorowała.
- Gdzie pan był przedwczoraj wieczorem, kiedy chciałam wejść do kościoła?
- Pani już tu była? - Rick zmarszczył brwi.
- Pierwszego wieczoru po przyjeździe. Przyszłam tu i stukałam do drzwi. Nikt nie odpowiadał.
-   Bo  nikogo   nie   było.   Pojechałem  na   Uniwersytet   Luizjany  załatwić   sprzęt   wideo.  Wróciłem  dopiero 

wczoraj rano. Otworzyłbym, gdybym był w kościele.

- Nie było nikogo innego?
Pokręcił głową.
- Tylko ochrona na terenie. Pewnie domyślili się, że nie jest pani intruzem. Myślała pani, że ktoś naprawdę 

jest w środku?

- Nie, właściwie nie. Po prostu wydawało mi się... Nieważne. Do zobaczenia rano. - Odwróciła się do 

Meltona. - Do widzenia, senatorze.

- Rozumiem, że przyjmuje pani zlecenie? Nie byłem pewien. Jestem ogromnie wdzięczny.
- Nie robię tego dla pana, tylko dla rodziny tego człowieka.
- Mimo to jestem wdzięczny. - Uśmiechnął się. - Cieszę się, że wszystko dobrze się skończyło. Ma pani 

mój numer telefonu, w razie jakichkolwiek problemów proszę dzwonić.

- Tego może być pan pewien. Idziemy, Galen.
Ruszyli w kierunku mostu.
- Czy masz powody sądzić, że ktoś tu był tamtego wieczoru? - spytał Galen.
- Nie, to tylko przeczucie.
- Może to duch naszego gladiatora - zachichotał.
- Nie wierzę w duchy.
- To chyba dobrze. Bo mając do czynienia z tak wieloma szkieletami, pewnie byś zwariowała.
Spojrzała gdzieś w bok.
- A ty wierzysz w duchy?
- Nie neguję ich istnienia. Myślę, że wszystko jest możliwe. Trzeba mi tylko to udowodnić. - Uśmiechnął 

się. - Jak na razie nasi niematerialni przyjaciele nie raczą mi się ukazywać.

- Umysł widzi, co chce widzieć. To tylko wyobraźnia... albo sny.
- Sny?
- I nie nazywaj go gladiatorem - zmieniła temat.
- Słusznie. On ma na imię Victor. Tak go nazwałaś?
Ponownie popatrzyła na kościół. Melton i Rick musieli wrócić do środka. Drzwi były zamknięte, a wrota 

otaczała ta sama atmosfera tajemniczości, którą wyczuwała już tamtego pierwszego wieczoru.

Cóż, sekrety należy rozwiązywać, jutro zamierzała się do tego zabrać.
- Tak, ma na imię Victor.

- Zrobisz to? - zapytał Joe. - Proszę cię tylko o jedno popołudnie. Pojedź ze mną do sąsiadów Capela i 

niech opiszą ci tego faceta.

- Nie wciskaj mi głupot. Zawsze tak się to zaczyna. - Lenny Tyson dostawił kreski obok rozszerzonych 

nozdrzy kobiety na swoim szkicu. - Potem wychodzi z tego całe zadanie, a jestem teraz zawalony robotą. 
Wiesz przecież, Joe.

- Zrób mi tę przysługę, Lenny.
- Dlaczego? - Tyson spojrzał na niego znad szkicu. - To seryjny zabójca czy co?
Joe potrząsnął głową.
- To nie jest sprawa wydziału, tylko osobista. Zapłacę ci za portret dwa razy więcej  niż oni. Dwóch 

sąsiadów widziało George’a Capela na dwa dni przed zniknięciem. Wchodził do mieszkania ze szczupłym, 
czarnowłosym mężczyzną około trzydziestki. Wyszli kilka godzin później i razem odjechali. Tego samego 
dnia   widziano   Capela   w   banku,   w   którym   wynajmował   skrytkę   depozytową.  Towarzyszył   mu   ten   sam 
człowiek. To było niemal tydzień temu.

- Chcesz, żebym narysował portret tego mężczyzny?

background image

- Proszę, Lenny. Ile to zajmie?
- Zależy od pamięci sąsiadów. - Tyson odchylił się na krześle. - Siedem dni to szmat czasu. Dobrze, że 

pamiętają kolor włosów i jego wzrost. Jak podobny ma być?

- Chcę go porównać ze zdjęciami policyjnymi.
- O kurczę. Ciężko będzie.
- Zrobisz to dla mnie?
- Dwa razy tyle, ile płaci wydział?
- Trzy razy.
Lenny westchnął, wstał i złapał szkicownik.
- Chodźmy.

Rozdział szósty

Kiedy Eve weszła do pracowni o siódmej rano, czaszka Victora spoczywała na postumencie.
- Mówiłem, że wszystko przygotuję. - Rick był rozpromieniony. - To pani stoły do pracy, a ten postument 

pożyczyłem od rzeźbiarza z Baton Rouge. Nadaje się?

- Bardzo ładny.
- A sprzęt wideo?
- Później sprawdzę. To ostatni etap pracy. - Eve postawiła skrzynkę na stole. - Jeśli przyniesie mi pan kilka 

ręczników i miskę wody, będę mogła zacząć.

- Zupełnie jakbyś miała operować albo odbierać poród. - W drzwiach stanął Galen. Chichocząc, Rick 

wyszedł z pracowni.

- Bo to trochę przypomina jedno i drugie. - Eve podwinęła rękawy obszernej białej koszuli. - Zastanawiam 

się, gdzie podziewałeś się rano.

- Przyglądałem ci się z balkonu, kiedy wychodziłaś z domu. A przez większość nocy rozmawiałem przez 

telefon.

- Dlaczego tak długo?
-   Sprawdzałem,   co   w   trawie   piszczy.   Melton   jest   jak   dla   mnie   zbyt   oślizgły.   Zadzwoniłem   do   paru 

informatorów. Wydaje się, jednak nie kłamie. Bently faktycznie zniknął dwa lata temu, wszystko, co ci o nim 
powiedziano, ma potwierdzenie w faktach. Wzorowy obywatel, mąż i ojciec. Wygląda na to, że faktycznie 
był miłym facetem. Szeryf Bouvier to szanowany policjant i rzeczywiście przekazał szkielet Meltonowi.

- Szkielet?
- Bouvier nic nie wiedział o zaginięciu szkieletu. Melton obiecał mu że szybko znajdzie specjalistę od 

DNA i po cichu zwróci szczątki. Kiedy oznajmiłem Bouvierowi, że kilku części może brakować, wpadł w 
szał. To on za to odpowiada. Gdy się uspokoił, powiedział, że skontaktuje się z senatorem i że Melton z 
pewnością użyje swoich wpływów, by szkielet odnaleziono i oddano jak najszybciej. Cały czas wychwalał 
Meltona pod niebiosa. Jest po jego stronie.

- Wydajesz się rozczarowany prawdomównością Meltona.
Galen wzruszył ramionami.
- Mam złe przeczucia.
- Jeśli będą jakieś kłopoty, zawsze mogę przerwać pracę i jechać do domu.
Ona jednak tego nie chciała. Nie miała zamiaru wracać, bo musiałaby stawić czoło sytuacji, od której 

uciekła. Chciała pracować aż do utraty sił albo jeszcze intensywniej.

- To może jednak... Mogę sprawdzić, czy uda mi się zarezerwować dla nas bilety do Atlanty.
- Dla nas?
- Ja też nie skończyłem pracy. Zostanę z tobą, dopóki się nie upewnię, że nic ci nie grozi.
- Nie zamierzam zbyt długo chodzić z ochroniarzem, Galen.
- Będziesz, dopóki się nie upewnię. No to co z tymi biletami?
Eve zaczęła się zastanawiać. Nie lekceważyła intuicji Galena, ale też nie miała szczególnych powodów, by 

zakładać,   że   nie   zdoła   w   spokoju   dokończyć   pracy.   Co   prawda   to   zatrucie   należało   uznać   za   bardzo 
niepokojące, ale teraz była dobrze strzeżona przez Galena i ludzi, których widziała tego ranka na terenie 
kościoła.

Nie podobało jej się też, że mordercy - komuś takiemu jak ten zabójca gospodyni z opisu Galena - ujdzie 

na sucho ta zbrodnia. Nie można ukarać sprawcy bez identyfikacji ofiary - i to było jej zadanie.

- Na razie nie kupuj, jeszcze nie mam powodu do wyjazdu. - Znowu popatrzyła na czaszkę. - Zostaw mnie 

samą na jakiś czas. Muszę się wziąć do pracy.

- Nieźle uwalana. - Galen dotknął błota na czole Victora. - Dziwnie to wygląda, prawda?
- Zwykła ziemia. - Wzruszyła ramionami.
- Zdołasz to wszystko zeskrobać?

background image

-  Większość.   Nie   będę   wydłubywała   ziemi  ze   wszystkich   zagłębień.   Mogłabym   uszkodzić   czaszkę.   - 

Zniecierpliwiona, machnęła ręką. - Idź już. Chcę zrobić jak najwięcej, zanim pojedziemy na pogrzeb Marie.

- Jednak nie rezygnujesz?
- Jasne że nie. Po pierwsze, to mógł być wypadek. Po drugie, nawet jeśli nie, może ktoś dorzucił czegoś do 

składników przyniesionych przez Marie. Jeśli była niewinna, została zabita dlatego, żeby nic nie powiedzieć 
albo żeby moje zatrucie wydawało się przypadkowe. Przykra myśl, co?

- Morderstwo jest jeszcze bardziej przykre. - Galen uśmiechnął się do niej. - Ale ty chcesz myśleć o Marie 

jak najlepiej. No to pójdziemy na ten pogrzeb. Nic złego się nie stanie.

Po wyjściu Galena Eve skupiła uwagę na Victorze i zaczęła ostrożnie usuwać zanieczyszczenia z czaszki.
Dziwna, zaschnięta maź, przypominająca błoto.
Znieruchomiała, wpatrując się w te zabrudzenia. Faktycznie były dziwne. Drobniutkie białe płatki tkwiły w 

gęstej, czarnej substancji, która w rezultacie wyglądała na jaśniejszą.

Wszystko jedno. Może tutejsza ziemia ma właśnie takie właściwości. Jeśli nie, z pewnością policja już to 

zauważyła. To nie jej sprawa. Zeskrobać to i do roboty, pomyślała.

Syn Marie Letaux, Pierre, był wysoki i przystojny. Wydawał się wyraźnie załamany śmiercią matki. Po 

ceremonii żałobnej w niewielkim kościele, kiedy stał otoczony przez krewnych i znajomych, Eve podeszła 
do niego i wyciągnęła rękę.

- Jestem Eve Duncan. Chciałabym złożyć kondolencje. Niezbyt dobrze znałam pana matkę, ale być może 

byłam ostatnią osobą, która ją widziała. Mówiła panu, że będzie u mnie pracować?

Pierre skinął głową.
- Była bardzo przejęta. Wiedziała, że jest pani kimś ważnym.
- Niezupełnie.
- Pan Tanzer twierdził, że jest pani sławna. Cieszyło ją, że będzie pracowała dla kobiety, która czegoś w 

życiu dokonała. - Jego oczy napełniły się łzami. - Nie mówiłem jej, ale po skończeniu studiów, kiedy już 
zacznę pracować, chciałem jej kupić restaurację. Powinienem był jej o tym powiedzieć. - Głos mu się łamał. 
- Żałuję, że tego nie zrobiłem. To miała być niespodzianka.

- Marie wiedziała, że pan ją kocha. Była z pana bardzo dumna. - Eve spojrzała na przystrojoną kwiatami 

trumnę, którą wstawiano do szarego karawanu. - Bardzo pragnęła, żeby ukończył pan studia.

Pierre pokiwał głową.
- Ciągle się zastanawiała, jak mi pomóc. Dzień przed śmiercią zadzwoniła do mnie i powiedziała, żebym 

się nie martwił, bo już wie, skąd wziąć pieniądze na czesne. Że wszystko będzie dobrze.

- Naprawdę?
Znowu kiwnął głową, a jego spojrzenie powędrowało do trumny.
- Przepraszam, powinienem już iść.
- Oczywiście. Życzę panu powodzenia w dalszym życiu.
- Teraz mogę myśleć tylko o mamie. To dla mnie bardzo trudne. O mało nie pękło mi serce, kiedy wczoraj 

przeglądałem jej rzeczy. Tyle wspomnień... - Usiłował się uśmiechnąć. - Jutro wracam na uczelnię, muszę ją 
ukończyć, muszę zostać kimś, tak jak tego pragnęła. Dziękuję pani. - Odwrócił się i zbliżył do karawanu.

- Miły dzieciak - usłyszała słowa Galena.
Patrzyła, jak karawan sunął powoli przez cmentarz w kierunku grobu, w którym miała zostać pochowana 

Marie.

- Tak, miły.
- Gotowa? - Galen ujął ją pod łokieć.
Skinęła głową, nie odrywając wzroku od karawanu.
- Słyszałeś, co mówił o telefonie od matki?
- Tak.
- Nic nie powiesz?
- Przecież ty sama wiesz. Nie chcę powtarzać: „A nie mówiłem?”.
- To nie musi o niczym świadczyć. - Jej ręce zacisnęły się w pięści. - Cholera, nie chciałam w to wierzyć! 

Nadal nie chcę.

- Młody Letaux będzie przyjemnie zaskoczony, kiedy otworzy skrytkę depozytową. - Galen delikatnie 

pociągnął Eve do auta. - Co byś powiedziała na lunch i mały spacer po mieście, zanim zawiozę cię do domu? 
Chyba musisz się trochę zrelaksować.

- Dobrze.
Po raz  ostatni  spojrzała  przez   ramię  na  karawan  i  syna   Marie,  który miał  ostatecznie   pożegnać  się  z 

ukochaną matką. Marie także bardzo go kochała.

Czy na tyle, by zrobić dla syna coś naprawdę strasznego?

background image

- Przestań się zamartwiać - powiedział Galen. - Nie wolno zatruwać dobrego posiłku złymi  myślami. 

Opowiedz mi o swojej córce Jane. Słyszałem, że w zeszłym roku przejęła po mnie obowiązki pielęgniarki, 
kiedy wyjechałem z domku Sarah Patrick w Phoenix. Nie dobijaj mojego ego, twierdząc, że radziła sobie 
równie dobrze jak ja.

- No cóż, Sarah najwyraźniej uznała, że nie poszło jej najgorzej, skoro Jane dostała od niej szczeniaka.
- To dobrze czy źle?
- Dobrze - uśmiechnęła się Eve. - Ten szczeniak to cały Monty, mam nadzieję. Jak dotąd nie widziałam w 

Tobym nic dzikiego.

- Niedobrze. Mógłby mieć w sobie odrobinę tygrysa. Mieszanka byłaby bardziej interesująca.
- Nie zgadzam się.
- Mimo wszystko myślę, że się zgadzasz. Wybrałaś Quinna.
Tak, Joe miał w sobie coś z tygrysa, chociaż w zeszłym roku tego nie dostrzegała. Widziała jedynie miłość, 

bliskość, związek. To było jak magia. Nie, lepsze niż magia, bo prawdziwe i uczciwe.

Przynajmniej tak sądziła.
Stłumiła rozpacz. Czy kiedykolwiek będzie mogła myśleć o Joem bez tego bólu? Postanowiła zmienić 

temat.

-   Gdzie   zjemy?   Byle   nic   ciężkiego.   Mój   żołądek   nadal   czuje   się   tak,   jakby   oberwał   od   Evandera 

Holyfielda.

Skrytka bankowa.
Eve usiadła na łóżku, jej serce waliło jak młotem.
- Galen!
- Słyszę! - zawołał Galen z sąsiedniego pokoju. - Co się stało? Widziałaś jakieś...
- Skrytka bankowa. Spałam, ale kiedy się obudziłam, to było...
- Spokojnie. Oddychaj powoli. - Usiadł na łóżku obok niej, a rewolwer odłożył na nocny stolik. - Koszmar?
- Nie. Cały czas musiałam podświadomie to wiedzieć i... chodzi o skrytkę bankową Marie. Uważasz, że 

prawdopodobnie są tam te trefne pieniądze, a ten, kto mnie zatruł, usiłował upozorować wypadek. Ten ktoś 
zrobi więc teraz wszystko, żeby nikt nie połączył tych pieniędzy ze śmiercią Marie.

- I co?
- Pierre, jej syn. Jutro rano miał wyjechać do Nowego Orleanu. Przedtem chciał pozałatwiać wszystkie 

sprawy. Istnieje możliwość, że po południu poszedł do banku. Gdyby w skrytce była duża suma pieniędzy, 
chyba zapaliłoby mu się w głowie ostrzegawcze światełko, prawda?

- Myślisz, że ktoś może zechcieć go powstrzymać przed złożeniem doniesienia o tych pieniądzach?
Eve zwilżyła wargi.
- Boże, mam nadzieję, że nie. - Wstała z łóżka. - Chcę się z nim zobaczyć. Ubiorę się. Zadzwonisz do 

Marie i sprawdzisz, czy Pierre tam jest?

- Znasz numer?
- Nie.
- Zadzwonię do informacji. - Galen sięgnął po telefon na nocnym stoliku i zapalił światło.
Zamrugała gwałtownie.
- Jesteś nagi!
- Wrzasnęłaś. Nie miałem czasu się ubrać. Halo? - odezwał się do telefonu i zerknął przez ramię. - Pospiesz 

się.

Nie musiał jej tego dwa razy powtarzać. Wybiegła z sypialni i popędziła do łazienki.
Kiedy wróciła pięć minut później, Galen wychodził ze swojego pokoju, wkładając koszulę w spodnie.
- Pierre nie odbiera. - Spojrzał jej w oczy. - Może to fałszywy alarm, ale kiedy dotrzemy na miejsce, ja 

decyduję o każdym ruchu. Rób tylko to, co ci powiem. Zgoda?

- Słyszałam. Pospieszmy się.

Nikt nie otwierał.
- Może postanowił wyjechać wcześniej - powiedział Galen. - Może nie chciał pozostać tu na noc, co 

byłoby całkiem zrozumiałe?

- Nie podoba mi się to - mruknęła Eve. - Drzwi są zamknięte na klucz?
-  Tak.   -   Galen   pochylił   się   nad   gałką.   -   Jeśli   jednak   dzięki   temu   poczujesz   się   lepiej...   -   Drzwi   się 

otworzyły. - Wejdę pierwszy. Czekaj tutaj, dopóki cię nie zawołam. Jeśli cokolwiek zobaczysz, zawołaj 
mnie.

- Chcę... - Eve niecierpliwie potrząsnęła głową. - Jeśli Pierre’a tu nie ma, muszę go szukać w hotelach. 

background image

Pospiesz się.

- Postaram się - rzekł i zniknął w domu.
Nie chciała czekać na zewnątrz. Zerknęła niespokojnie przez ramię na okna w budynkach po obu stronach 

ulicy. Ciemne, milczące.

Uważne.
Co za głupota. Przecież nikt jej nie obserwował.
- Wchodź. - Galen stał w drzwiach. - Jest bezpiecznie.
- Znalazłeś Pierre’a?
- Tak. - Zamknął drzwi. - Ale pewnie nie chciałabyś go zobaczyć. To niezbyt przyjemny widok. Zostało mu 

pół głowy.

- Co?! - krzyknęła zaszokowana.
- Przy biurku, po drugiej stronie pokoju.
Światło w domu było zgaszone, ale dostrzegła jakąś sylwetkę opartą o blat biurka.
- To Pierre?
- Tak mi się przynajmniej wydaje.
- Zamordowany?
- Upozorowano to na samobójstwo. Ciągle trzyma pistolet w dłoni. Być może sam nacisnął spust.
- Podobnie jak Marie sama zjadła gulasz... - powiedziała głucho Eve.
- Zgadza się.
- Chcę go zobaczyć.
- Na pewno?
- To nie pierwszy trup, jakiego zobaczę, Galen.
- Wiem, ale muszę walczyć ze swoim instynktem opiekuńczym. - Zapalił lampkę obok drzwi. - Tylko 

niczego nie dotykaj.

Wszędzie   krew   i   rozpryśnięty  mózg.   Eve  przemogła   się   i   doszła   do  samego   biurka.   Na  blacie   przed 

Pierre’m leżało kilka oprawionych zdjęć Marie, a z boku stosik zaplamionych krwią listów.

- Wygląda tak... - Przełknęła ślinę, żeby rozluźnić ściśnięte gardło. - ...jakby przeglądał jej rzeczy.
-   Wpadł   w   rozpacz   i   odebrał   sobie   życie.   Wszyscy   obecni   na   pogrzebie   widzieli,   jak   bardzo   był 

przygnębiony. Ładnie zaaranżowane. A może wierzysz, że naprawdę to zrobił?

Eve przecząco pokręciła głową.
- Chciał, żeby jej ciężka praca nie poszła na mamę. Nie zrobiłby... - Musiała się stąd wydostać. Skierowała 

się ku drzwiom. - To nie on, zrobił to ktoś inny.

- Też tak myślę. - Galen poszedł za nią, zatrzymał się tylko po to, żeby zetrzeć swoje odciski palców z 

lampy i gałki u drzwi, podczas gdy Eve czekała na zewnątrz. - Jednak zapewne stwierdzą samobójstwo.

Na ulicy Eve głęboko wciągnęła do płuc powietrze. Trzęsła się jak w febrze.
- Moglibyśmy powiedzieć policji o Marie.
- Przecież jedyny dowód to siniaki! Ty też nie chciałaś uwierzyć, że śmierć Marie Letaux to nie wypadek.
- Pewnie poszedł dziś do banku - zauważyła.
- Wątpię, żeby zginął, gdyby nie odkrył skrytki depozytowej z pieniędzmi. Na pewno to zrobił, inaczej nie 

stanowiłby zagrożenia.

- Był taki młody...
- Tak, to przykre. - Galen ujął Eve pod łokieć. - Chodźmy stąd. Jeśli ktoś nas tutaj zobaczy, może uznać, że 

to my jesteśmy sprawcami zbrodni. Ty możesz być poza podejrzeniem, ale ja nie.

- Siadaj. - Galen podsunął Eve jedno z kuchennych krzeseł i nastawił wodę. - Zrobię ci kawę.
- Nic mi nie jest. - Skłamała. Nie czuła się dobrze. Mogła myśleć tylko o tym pięknym mężczyźnie, który 

przestał już być piękny. O Pierze, którego życie zostało przerwane w tak brutalny sposób.

- No to dotrzymaj mi towarzystwa. - Włączył palnik, a następnie wyjął słoik rozpuszczalnej kawy. - Jestem 

bardzo wrażliwy. Widok krwi zawsze mnie przygnębia.

- Kłamca - Eve usiłowała się uśmiechnąć.
- Naprawdę jestem wrażliwy, tylko niełatwo to dostrzec. - Zdjął z półki dwie filiżanki i wsypał do nich 

kawę. - Krew jest... nieporządna. Bezwzględnie należy tego unikać. Istnieje tyle bezkrwawych sposobów... - 
zerknął przez ramię i wyszczerzył zęby. - To cię rąbnęło. Oczekujesz, że zacznę cię pocieszać? Jesteś na to 
za twarda.

- Naprawdę?
- Jasne. Oczywiście Quinn by cię pocieszał. Ale chyba nie oczekujesz tego ode mnie. - Nalał wrzątku do 

filiżanek i usiadł naprzeciwko niej. - Wobec tego lepiej napij się kawy.

background image

Mimo tych słów najwyraźniej usiłował ją pocieszyć. Wypiła łyk kawy.
- Dziwne, że taki koneser jak ty zadowala się rozpuszczalną kawą.
- Szybko się ją robi. - Odchylił się na krześle. - Zadowalam się byle czym. Przywykłem do radzenia sobie 

w rozmaitych okolicznościach.

- Smaczna. - Wypiła kolejny łyk. - Tego mi było trzeba. Chyba jestem trochę roztrzęsiona. Nienawidzę 

śmierci. Walczymy i walczymy, a tak naprawdę nic nie możemy z tym zrobić.

- Czasem możemy. Osobiście zamierzam dożyć co najmniej stu pięćdziesięciu lat. Przy obecnym rozwoju 

nauki mogę być jeszcze całkiem dziarski w tym wieku.

- Pierre był taki młody. Najgorzej, kiedy umierają młodzi ludzie.
- Jak twoja Bonnie.
- Tak. - Eve popatrzyła na kawę w filiżance. - Jak moja córeczka.
Galen milczał.
Eve z trudem wciągnęła powietrze do płuc.
-   Nienawidzę   zwyrodnialców,   którzy   odbierają   życie   młodym   ludziom.   Mam   ochotę   chwycić   tych 

zbrodniarzy za gardło. Chcę krzyczeć, jakie to niesprawiedliwe, że kradną im te radosne, cudowne lata. To 
okrutne i obrzydliwe... Cholera. - Po jej policzkach spływały łzy. - Przepraszam. Nie chciałam...

Galen ukląkł przy jej krześle.
- Ej, nie rób mi tego. - Objął ją i delikatnie kołysał. - Przy tobie zupełnie się rozklejam. - Poczuł, jak 

zesztywniała, natychmiast ją puścił i się odchylił. - Wyjaśnijmy coś sobie. Nie usiłuję wykorzystać chwili 
twojej   słabości.  To   znowu   mój   instynkt.   Kobieta   szlocha,   a   ja   reaguję.   -   I   patrząc   jej   prosto   w   oczy, 
powiedział: - Potrafię jednak odróżnić moment słabości od prawdziwego uczucia. Lubię cię, podziwiam i 
gdybym mógł sobie na to pozwolić, uznałbym cię za atrakcyjną. Jednak w tym względzie dla mnie nie 
istniejesz.   Równie   dobrze   mogłabyś   nosić   tabliczkę   z   napisem   „Nie   dotykać”.   Jestem   twoim   obrońcą, 
przyjacielem, czasem możesz wypłakać się na moim ramieniu. Zrozumiałaś?

- Zrozumiałam - uśmiechnęła się z trudem.
Odwzajemnił jej uśmiech.
- Przynajmniej to małe nieporozumienie miało jedną dobrą stronę. Już nie płaczesz. - Odetchnął teatralnie. 

- Nie radzę sobie ze łzami.

- Postaram się zapamiętać, może mi się to przydać. - Wstała. - Idę spać. Jutro muszę wcześnie zacząć 

pracę.

- Już jest jutro - Galen popatrzył na zegarek. - Lotnisko?
- Nie, do diabła! - Ruszyła do drzwi. - Zabójstwo tego chłopca; nie ujdzie im na sucho. Zapłacą za to. Dam 

Victorowi twarz.

Rozdział siódmy

- Mogę wejść? - spytał Galen.
Eve spojrzała na niego znad czaszki.
- Jeśli nie będziesz się do mnie odzywał.
- Tylko kilka słów. Gdzie Rick?
- Gdzieś w pobliżu - wzruszyła ramionami. - Parę godzin temu przyniósł mi kawę. Dlaczego pytasz?
- Tak sobie. Zazwyczaj jest taki gorliwy, że aż się boję, że mogę przez niego stracić pracę.
- Może i jest gorliwy, ale też cichy i się nie narzuca. Ledwie zauważam, że w ogóle tu jest.
- Wątpię, żebyś go zauważyła, nawet gdyby walił w bęben. Widzę, że praca całkiem cię pochłonęła. Masz 

chyba obsesję na tym punkcie.

- Za to mi płacą. - Praca chroniła ją przed rozpaczą i uratowała ją od utraty zmysłów po zabójstwie Bonnie. 

Była jej zbawieniem i pasją.

- Pomyślałem sobie, że podzielę się z tobą paroma informacjami o Bentlym.
- Sądziłam, że powiedziałeś mi już wszystko.
-   Tylko   oczywiste   fakty.   Postanowiłem   posondować   nieco   głębiej.   Nie   lubię   opierać   się   na   tym,   co 

oczywiste.

- I co znalazłeś?
- Był zagorzałym ekologiem, miał bzika na punkcie energii słonecznej i czystości rzek.
- I co?
- Przez to całkiem sporo ludzi związanych z przemysłem energetycznym mogło go mieć na oku. A jeśli 

zamierzał pokrzyżować szyki komuś ważnemu?

- Znowu się bawisz w „a jeśli”?
- Nic na to nie poradzę. Muszę się w to bawić, taką już mam podejrzliwą naturę - uśmiechnął się Galen. - 

Ale powinno ci ulżyć, że Bently wydaje się taki nieskazitelny.

background image

- Niby dlaczego?
- To jasne, że przywiązałaś się emocjonalnie do tej czaszki i odczujesz satysfakcję, jeśli Victor okaże się 

porządnym facetem.

- Nawet jeśli nie, to i tak wykonam swoje zadanie.
Galen przechylił głowę i spojrzał krytycznie na czaszkę.
- Chyba nieprędko. Wygląda jak główka lalki wudu. Po co ci te wszystkie patyczki?
- To markery głębokości  tkanki. Przycinam każdy z nich do odpowiedniej wysokości i przyklejam w 

określonym   miejscu   na   twarzy Victora.   Na   całej   czaszce   znajduje   się   ponad   dwadzieścia   punktów,   na 
podstawie   których   określa   się   głębokość   tkanki.   -   Ostrożnie   przymocowała   następny  marker.   -   Istnieją 
specjalne wykresy antropologiczne, które umożliwiają wyznaczenie wysokości każdego z tych patyczków.

- Innymi słowy twoja praca sprowadza się głównie do mierzenia?
- Niezupełnie, powiedziałabym raczej, że to najnudniejszy etap. Potem trzeba wziąć skrawki plasteliny i 

umieścić   je   między   markerami,   w   ten   sposób   zastępując   nieistniejącą   tkankę.   Wreszcie   całość   należy 
wygładzić, wypełnić nierówności, aby to należycie wyglądało. Ten ostatni etap jest najważniejszy. Właśnie 
dlatego   nie   patrzę   na   zdjęcia   ofiary.   Nie   wolno   mi   doprowadzić   do   sytuacji,   w   której   podświadomie 
odtwarzam wcześniej widzianą twarz.

- Teraz jesteś bezpieczna, ale zamierzam iść do redakcji po zdjęcie.
- Zatrzymaj je dla siebie, dopóki nie skończę.
- Czyli jak długo?
- Tyle, ile będzie trzeba. Pięć, może sześć dni. - Popatrzyła na niego. - Jakieś informacje o Pierze?
- Na piątej stronie wzmianka o samobójstwie Pierre’a Letaux, który najwyraźniej wpadł w rozpacz po 

śmierci matki.

- No tak, mówiłeś, że policja nie będzie miała wątpliwości.
- Przyznaję, że wolałbym nie mieć racji w tej sprawie. Czasem jednak to ci źli są górą.
- Nie tym razem. - Umieściła kolejny marker. - A teraz pozwól mi pracować.
- Już wychodzę. - Zerknął na drzwi. - Moglibyśmy zadzwonić do Meltona i powiedzieć mu, że do śmierci 

Marie i Pierre’a ktoś się mógł przyczynić.

- Myślałam już o tym. Zapewni mnie, że się mylę i że policja starannie zajęła się tą sprawą.
- To możliwe.
- Zresztą nie chcę mieć teraz do czynienia z Meltonem.
- Tak myślałem. Mogłoby to kolidować z pracą nad Victorem, a na to byś się nie zgodziła. Rick dobrze cię 

karmi?

- Tak, jeśli mam na to ochotę. - Zmarszczyła brwi. - Wygląda na to, że mój degustator posiłków uchyla się 

od obowiązków.

- Rick nie dopuści do tego, żeby stała ci się jakaś krzywda. Przynajmniej dopóki nie skończysz Victora. 

Bardzo się stara ułatwić ci pracę. Ale dziś osobiście przygotuję ci coś do zjedzenia.

- To pocieszające.
- Bardziej niż pocieszające. Ta wiadomość powinna ci zaprzeć dech w piersiach.
- Nie mam na to czasu.
- Dobrze, zapomnijmy o zachwytach nad moją wyrafinowaną kuchnią. - Odwrócił się. - Ja też chciałbym 

uporać się z tym jak najszybciej.

Eve pomyślała, że Galen z pewnością nie jest aż tak zdeterminowany jak ona. Po tym jak przedwczoraj 

zobaczyła ciało Pierre’a, pragnęła jak najszybciej zakończyć pracę nad rekonstrukcją czaszki Victora.

Może nawet chciała tego już wcześniej. Było tak niewielu naprawdę porządnych ludzi, Bently mógł do 

nich należeć.

Przymocowała jeszcze jeden marker.
- Powoli docieramy do celu, Victorze - mruknęła. - Galen ma cię za jakiegoś męczennika, ale mnie nie 

wolno się tym przejmować. Może byłeś żołnierzem, może zwykłym włóczęgą. To nie ma znaczenia. Też 
zasłużyłeś na powrót do domu...

-   Niezidentyfikowany,   poruczniku.   -   Funkcjonariusz   Kraków   pokręcił   głową.   -   Nikt   go   zresztą   nie 

rozpozna. Chłopcy z laboratorium mówią, że nie żyje od co najmniej czterech dni, przeleżał w wodzie w tej 
rurze odpływowej.

- Cztery dni? - Spojrzenie Joego powędrowało na dół, do specjalistów z laboratorium, zebranych przy 

kratce ściekowej u stóp wzgórza.

-   Może   dłużej.   Sam  pan   wie,   jak   trudno   to   określić,   jeśli   trup   leżał   na   świeżym   powietrzu.   Musimy 

poczekać na wyniki sekcji.

background image

- W co jest ubrany?
-   Elegancka   biała   koszula.   Brak   krawata,   spodnie   na   miarę.   To   był   jakiś   umysłowy.   Na   pewno   nie 

bezdomny.   -   Kraków   z   zainteresowaniem   spojrzał   na   Joego.   -   To   nie   ten,   prawda?   Szuka   pan   kogoś 
szczególnego?

- Może. Dzięki, Kraków. - Joe zaczął schodzić ze wzgórza. Widział stąd rozciągnięte na ziemi zwłoki, 

wzrost i tusza chyba pasowały. Capel był potężnym mężczyzną o rzedniejących brązowych włosach, ale z tej 
odległości nie było widać włosów. Umysłowy - to też pasowało, należy jeszcze ustalić datę zgonu. Rozkład 
zależał od warunków pogodowych. Joe widział kiedyś kobietę wyciągniętą z bagażnika auta po siedmiu 
godzinach; przysiągłby, że zginęła parę dni wcześniej.

- To nie musiał być Capel. Joe miał szczerą nadzieję, że to nie on. Jeśli były to zwłoki George’a Capela, 

cała sprawa zyskiwała nowy, niebezpieczny wymiar.

Sam Rowley kiwnął ręką na Joego.
- Witam, poruczniku. Zdaje się, że mamy coś dla pana.
Joe popatrzył na trupa. Włosy jasnobrązowe, ale przy tak spuchniętej, zniekształconej twarzy nie dało się 

powiedzieć, czy rzedniejące.

- Zabójstwo?
- Chyba nożem w plecy. Na ciele jest mnóstwo innych obrażeń, ale trudno powiedzieć, czy zrobiono je 

przed śmiercią, czy już później. Trochę tu poleżał.

- Muszę wiedzieć, kto to. Odciski palców?
- Trudno będzie, ręce ma spuchnięte. Pewnie wykorzystamy zęby.
- Kiedy?
- Laboratorium jest zapchane. Może za dwa tygodnie.
- Muszę wiedzieć teraz, Sam.
Sam przecząco pokręcił głową.
- Niech pan pogada z technikami. Ja nie mogę pomóc.
- Pogadam. - Joe się odwrócił i ruszył w górę.
Rana od noża w plecach. Mnóstwo innych ran.
Gdy dotarł do auta, poczuł ściskanie w żołądku. Nie panikuj. Idź do centrali. Naciskaj, żeby od razu 

zidentyfikowali zwłoki.

Żeby to tylko nie był Capel.

- Jak ci idzie? - spytał Galen, nalewając Eve kawy. - Wyszłaś już poza etap wudu?
- Jutro. Muszę działać bardzo powoli, żeby moja rekonstrukcja miała wiarygodne podstawy. - Eve uniosła 

filiżankę do ust. - Bardzo smaczny posiłek, Galen.

- Cudowny. Po prostu jesteś zbyt zmęczona, żeby to docenić.
- Nie, nie jestem. - Wpatrywała się w niego z uwagą. Był niezwykłym człowiekiem. Ułożony, gładki na 

powierzchni, ale w głębi mroczny i enigmatyczny. Przy żadnym mężczyźnie, z wyjątkiem Joego, nigdy nie 
czuła się równie bezpieczna. - Jesteś dla mnie wyjątkowo miły, Galen.

- To moja praca.
- Nie. Odkąd przebudziłam się w szpitalu, dajesz mi wszystko, czego potrzebuję.
- Bo to mój obowiązek. Jestem zaopatrzeniowcem. - Odchylił się na krześle. - A ty nie jesteś wymagająca. 

Ostatnio nie musiałem nikogo poturbować ani uśmiercić.

Żartował. Czyżby? Może jednak nie. To mroczne wnętrze...
- Mam nadzieję, że i w przyszłości nie będziesz musiał tego robić. - Jej dłoń zacisnęła się na filiżance. - 

Śmierć jest okropna.

- Zgadza się. Nikt nie wie tego lepiej od ciebie.
- Nawet ty.
- Powiedzmy, że ja mam aktywne, a ty bierne doświadczenia ze śmiercią. - Uśmiechnął się.
- Dlaczego przyjąłeś tę pracę, Galen? Mam wrażenie, że zajmujesz się o wiele bardziej spektakularnymi 

sprawami.

- Podoba mi się Luizjana. Nawet mam dom w pobliżu Nowego Orleanu.
- Wziąłeś zlecenie, bo podoba ci się okolica? Wątpię.
- No dobrze, Logan to mój przyjaciel i poprosił mnie o przysługę. Za dużo podróżuję, by mieć wielu 

przyjaciół, więc dbam o każdego. - I po chwili milczenia dodał: - I chyba podobała mi się perspektywa 
zostania rycerzem pewnej damy. Zazwyczaj wykonuję o wiele mniej szlachetne zadania. Wcześniej tylko raz 
się spotkaliśmy, ale nie podobało mi się, że pakujesz się w kłopoty.

Z pewnością wpakowała się kłopoty, gdy spotkali się w Arizonie dwa lata temu. Poza opieką nad Maggie, 

background image

rannym psem Sarah, usiłowała wtedy rozwiązać swoje problemy z Jane.

- Świetnie poszło ci z Maggie. Sarah była pod wrażeniem.
- Mamy ze sobą wiele wspólnego. - Wypił trochę kawy. - Quinn naprawdę musiał się przejąć tą wyprawą, 

inaczej nie zadzwoniłby do Logana. Nie są chyba najlepszymi przyjaciółmi na świecie.

Eve zesztywniała.
- Nie chcę rozmawiać o Joem. - Dokończyła kawę i wstała. - Za kilka dni żadne z nas nie będzie się 

musiało niczym przejmować. Zmyjmy naczynia. Chcę iść na górę i zadzwonić przed snem do Jane. Myjesz 
czy wycierasz?

- Sam to zrobię. Muszę się pozbyć nagromadzonej energii. Idź i zadzwoń do córeczki. Sprawdziłem piętro, 

kiedy brałaś prysznic, jest bezpiecznie. Tylko nie wychodź na balkon.

- Myślisz, że ktoś mnie zastrzeli?
-   To   byłoby   zbyt   oczywiste.   Dotąd   wszystko   aranżowali   tak,   żeby   to   wyglądało   na   wypadek   albo 

samobójstwo. Ale ostrożność nie zawadzi. Nie wszystko da się przewidzieć.

- Mówisz o tym z taką obojętnością. A ja się bardzo denerwuję. Dla mnie to bardzo stresujące.
- Z pewnością nie jest mi to obojętne.
Zaczął znosić naczynia.
Popatrzyła na niego i pokręciła głową. Kiedy już się jej wydawało, że przedarła tę gładką skorupę, Galen 

ponownie zamknął się w sobie.

- Dobranoc, Galen.
Nie wychodź na balkon, bo mogą cię zastrzelić.
Nie jedz niczego, czego nie przygotował Galen, bo możesz się otruć.
Niezbyt odpowiedni materiał na przyjemne sny.

Był już wieczór, gdy Joe wrócił do domu.
Jane uniosła wzrok znad talerza, w którym grzebała, usiłując zjeść sałatkę.
- Przed chwilą dzwoniła Eve - powiedziała.
- Co u niej?
- W porządku. Jest zmęczona. Ciągle pracuje nad czaszką. Nazwała ją Victor. Wyjmiesz steki, Joe?
Joe wszedł do kuchni i otworzył lodówkę.
- Kiedy skończy?
- Nie mówiła. - Jane wyciągnęła minigrill i podłączyła go do prądu. - Wiesz, że Eve nigdy tego nie wie. Ale 

idzie jej dobrze.

- Wspominała o Galenie?
- Tylko tyle, że nazwał Victora gladiatorem, a ona za nic nie może wyrzucić tego z pamięci. I mówiła, że 

genialnie gotuje. - Zachichotała. - To dobrze się złożyło. Eve nie jest w tych sprawach mistrzem.

- Nie jest. - Podał jej steki. - Jakie to milutkie.
- Tak. - Jane spojrzała na niego, jej uśmiech znikł. - Joe? Coś się stało?
- Nie. Jasne, że nie. - Odwrócił się. - Muszę się obmyć. Zaraz wrócę.
Kiedy zamknął za sobą drzwi łazienki, ochlapał wodą twarz i sięgnął po ręcznik. Nie, nic się nie stało. 

Ścisnął miękką tkaninę, aż pobielały mu kostki. Tyle że był zazdrosny jak cholera i miał ochotę zamordować 
Seana Galena.

Miał ochotę zabić każdego, na kogo Eve spojrzała na ulicy albo do kogo uśmiechnęła się w restauracji. 

Bardzo to zdrowe i bardzo rozsądne.

Kto jednak twierdził, że Joe był rozsądny w kwestii Eve? Odkąd poznali się lata temu, była najważniejsza 

w jego życiu, a tak krótko należała do niego. Za krótko. Zawsze będzie za krótko.

Joe odetchnął głęboko. Opanuj się. Musiał wyjść i nie dopuścić do tego, by Jane zobaczyła, jaki z niego 

walnięty, ogarnięty obsesją sukinsyn. Od wyjazdu Eve Jane zachowuje się jak anioł. Nie jak anioł. Jest zbyt 
rozsądna i konkretna, by nazywać ją aniołem. Ma podobnie silny charakter jak Eve. I obydwie są wyjątkowo 
wrażliwe.

Eve. Wszystko mu się z nią kojarzyło. A teraz jest w Baton Rouge z Galenem, który jej pomaga robić te 

cholerne kolacje, dzieli z nią... Sam wysłał do niej Galena i teraz zrobiłby to samo ale to wcale nie ułatwiało 
sprawy.

- Joe, steki gotowe! - zawołała Jane.
- Idę. - Odwiesił ręcznik i otworzył drzwi. Zmusił się do uśmiechu. - Umieram z głodu. Zapomniałem dziś 

zjeść lunch.

- Za ciężko pracujesz. - Przyniosła steki, o mało nie przewróciwszy się po drodze o psa. - Nie plącz mi się 

pod nogami, Toby! I tak nie dostaniesz tych steków.

background image

- Zakład, że dasz mu resztki?
- Może i dam. Ale nie powinnam tego robić. Sarah twierdzi, że pies musi mieć zbilansowany pokarm i że 

resztki ze stołu mu szkodzą. Ale on tak je uwielbia. Nigdy nie widziałam psa, który tak kochałby jeść jak 
Toby.

- Co jeszcze mówiła Eve?
- Niewiele. Głównie pytała, co porabiam i jak się ma Toby. Powiedziałam jej, że wszystko w porządku. - 

Usiadła. - Powiedziałam, że u ciebie też w porządku.

- Ale o mnie nie pytała, prawda?
- Nie, ale uznałam, że pewnie chce wiedzieć.
- Optymistka.
- Pracuje i już wydaje się trochę bardziej radosna niż w chwili wyjazdu. Praca jej zawsze pomaga.
- Wiem.
- No to musisz być cierpliwy. A teraz zjedz swój stek.
- Tak, proszę pani - uśmiechnął się półgębkiem. - Coś jeszcze?
- Nie pracuj tak ciężko. - Zmarszczyła brwi, gdy pies oparł łeb na jej kolanie. - Toby, nie żebrz! To 

niegrzeczne.

- Nie wytrwasz do końca kolacji.
- Wytrwam. Musi się nauczyć...
Rozległ się sygnał telefonu Joego. Jane westchnęła.
- Obawiam się, że nie zjesz do końca kolacji.
- Nie odbiorę. Niech się nagra na pocztę głosową.
- Ale to ci zaszkodzi na trawienie. Już lepiej odbierz.
Joe wcisnął przycisk.
- Quinn, słucham.
- Tu Carol. Przyszły wyniki z laboratorium. To George Andrew Capel, czterdzieści dwa lata.
- Chryste. - Joe mocniej ścisnął aparat. - Co wynika z sekcji?
- Nie wiem. Niech sprawdzę. O, jest. Właśnie dostałam raport. Śmierć od ciosu nożem, doszedł do serca z 

tyłu. Są i inne rany, drobniejsze, niegroźne dla życia, za to niesłychanie bolesne. Wygląda na to, że nasz 
morderca lubi się zabawić z ofiarami.

- Może. Dzięki, Carol. - Skończył rozmowę.
- Joe? - wyszeptała Jane.
Wystraszyła się.
- To nic, po prostu wynikło coś pilnego i ja muszę się tym zająć.
- Chodzi o Eve?
- Nie. Skąd ci to przyszło do głowy? Przecież właśnie z nią rozmawiałaś. Dzwoniła Carol z policji. To 

sprawa służbowa.

- Nigdy cię tak nie przygnębiają sprawy służbowe.
Była zbyt bystra, a on chwilowo zbyt przerażony, by ukryć strach.
- Muszę zadzwonić w kilka miejsc. - Wstał. - Ty zjedz kolację. Niedługo wrócę.
Zmarszczyła brwi, nadal była zaniepokojona.
- Dobrze, ale stek ci wystygnie.
- To go podgrzeję.
I tak nie mógłby nic przełknąć. Jedzenie wydawało mu się teraz najmniej ważne. Grób Bonnie. Raport 

wysłany Eve. George Capel. Praca Eve w Baton Rouge. Wszystkie fragmenty układały się w całość.

A obraz, który tworzyły, cholernie go przeraził.

-   Nadal   jest   brzydki,   nawet   bez   patyczków.   -   Galen   przechylił   głowę,   przyglądając   się   czaszce   na 

postumencie. - Może przez te puste oczodoły.

- Idź sobie, Galen.
- Mowy nie ma, jest ósma wieczór, a ty siedzisz tu od szóstej rano. Czas zamykać sklepik. Odprowadzę cię 

teraz do domu i nakarmię. Rick pozwoliłby ci pracować nawet przez całą noc.

- Muszę jeszcze trochę posiedzieć.
- Zdołasz to dziś skończyć?
- Mowy nie ma. Zostały mi ze cztery dni pracy, może więcej.
- No to lepiej trochę odpocznij. Nie ma pośpiechu.
- Owszem, jest.
- Ciebie nic nie nagli. A Melton może zaczekać.

background image

Nie rozumiał. Rozpoczynając pracę Eve czuła na sobie presję, jakby właściciel rekonstruowanej czaszki 

ponaglał ją szeptem: „Odnajdź mnie. Pomóż mi. Sprowadź mnie do domu”.

- Jaki kolor? - Galen ciągle zaglądał w oczodoły. - Skąd wiesz, jakiego koloru użyć do oczu?
- Nie wiem. Zazwyczaj robię brązowe. To najczęściej spotykany kolor oczu. Czemu te oczodoły tak cię 

niepokoją?

- Znałem jednego faceta w Mozambiku, robił w narkotykowym biznesie. Przed laty pewien niemiły klient 

wyłupił mu oczy. Facet świetnie sobie bez nich radził, ale ja na jego widok zawsze dostawałem dreszczy.

- Rozumiem dlaczego.
- Można oszaleć. Nienawidzę okaleczeń. Nikt nikomu nie powinien tego robić.
Eve spojrzała na niego ze zdziwieniem.
- Nigdy nie widziałam, żebyś się złościł.
- I bardzo dobrze. Robię się nieprzyjemny.
- Jak wtedy wobec tego „niemiłego klienta”?
Galen nie odpowiedział wprost.
-   Nikt   nie   powinien   tego   robić   -   powtórzył.   Nagle   się   uśmiechnął.   -   Udało   ci   się.   Przez   ciebie 

zastanawiałem się nad nieprzyjemnymi sprawami i jestem teraz w depresji. Musisz pójść do domu, żebym 
mógł ci przygotować dobry posiłek i o wszystkim zapomnieć. To terapia.

- To manipulacja. - Zarzuciła ręcznik na czaszkę. - Ale pozwolę ci na nią. Może faktycznie jestem trochę 

zmęczona.

- No właśnie. Umyj ręce i idziemy. - Galen podszedł do okna i popatrzył na rozlewisko. - Powinnaś trochę 

pozwiedzać Baton Rouge. To piękne miasteczko.

- W dzień pogrzebu Marie zjedliśmy razem lunch. Wtedy wiele godzin poświęciłam na oglądanie Baton 

Rouge. Nie przyjechałam tu zwiedzać.

- Ktoś powinien się tobą zająć. Życie to nie tylko czaszki o pustych oczodołach.
- Nie  będą  puste,  kiedy je wypełnię.  - Eve wytarła  dłonie  w ręcznik.  - Poza tym nie  jestem aż  taką 

pracoholiczką.

- Niewiele ci brakuje. Ja uważam, że człowiek powinien czasem przystanąć i powąchać róże. - Galen 

otworzył jej drzwi. - Chociaż lepiej znam Nowy Orlean niż Baton Rouge. Do domu będziemy szli bardzo 
powoli, opowiem ci albo o dziejach Nowego Orleanu, albo o moich pobytach tutaj.

Historyjki Galena o jego własnych przygodach bardzo ją bawiły, więc ciągnął te opowieści przez całą 

drogę. Były rubaszne, dowcipne, pełne ciekawych postaci i zdarzeń.

- Naprawdę nazywał się Marco Polo? - zapytała Eve. - Chyba żartujesz.
- Nie. Twierdził, że mama tak go nazwała, bo miał z niego wyrosnąć wielki odkrywca. Szczerze mówiąc, 

pasował do innych dziwaków zamieszkujących francuską dzielnicę. W domu nosił trzynastowieczny strój i 
miał wielką słabość do chińskich prostytutek. Nie sądzę, żeby jego mamie chodziło o takie zamiłowanie do 
Wschodu, ale kim jestem, by... Cholera! - Zepchnął ją na bok i zasłonił sobą. - Kto tam?

- Quinn. - Joe wyszedł z cienia obok drzwi wejściowych. - Eve to potwierdzi, jeśli ją spytasz.
- Joe? - Eve wpatrywała się w niego z niedowierzaniem.
- Pamiętasz moje imię? Chyba powinienem być wdzięczny.
- Po co przyjechałeś? Nie chcę cię tutaj widzieć.
- Dość jasno dałaś mi to do zrozumienia. Co za pech. Przyjechałem i zostanę.
- A Jane?
- Wszystko w porządku. Jest u twojej matki. Mąż Sandry pojechał z małym Mikiem do Oregonu na ryby. 

Biologiczna matka dziecka znowu trafiła do aresztu za narkotyki, pomyśleli więc, że chłopcu dobrze zrobi 
taki wypad. Twoja matka bardzo się ucieszyła z towarzystwa.

Szok minął, pojawił się gniew.
- Mówiłam ci przed wyjazdem, że nie chcę cię tutaj widzieć. Wracaj do Atlanty, Joe.
- Przykro mi. - Odwrócił się do Galena. - Co tu się dzieje?
- Nie twoja sprawa - wtrąciła się Eve. - Wracaj do domu.
Joe popatrzył na nią i wycedził:
- Lepiej mnie posłuchaj. Nie będę nachodził cię w twoim przytulnym gniazdku. Wiem, że nie chciałabyś 

mieszkać ze mną pod jednym dachem. Ale zostanę. Nie możesz mi tego zabronić. Teraz wejdę do środka i 
powiem wam o paru sprawach. A potem albo ty, albo Galen poinformujecie mnie, co się tu dzieje.

- Lepiej go zaprośmy, Eve - mruknął Galen, otwierając drzwi. - Nienawidzę publicznych awantur.
- On właśnie wychodzi. Nie będzie żadnej awantury.
- Będzie. W tym momencie mogę spalić całe to cholerne miasto, jeśli nie postawię na swoim.
- Tego byśmy nie chcieli - oświadczył Galen. - Właśnie mówiłem Eve, jakie to przyjemne miasteczko.

background image

- O tym jej opowiadałeś? - mruknął Joe. - A ja pomyślałem sobie, że o czymś zupełnie innym.
-   Oho.   O   to   ci   chodzi?   -   Galen   szeroko   otworzył   drzwi.   -   Wejdź,   Quinn.   Widzę,   że   zanosi   się   na 

interesującą pogawędkę. - I patrząc na Eve, rzekł: - Daj mu dwadzieścia minut. Najwyraźniej wie coś, co 
powinniśmy usłyszeć. Sądząc z tego, co o nim mówią, nie jest taki głupi, żeby przejechać tyle kilometrów 
bez powodu.

- Nie chcę... - Zresztą mogła się zgodzić. Znała tę minę Joego, nie zamierzał ustąpić. - Dobrze, dwadzieścia 

minut.

Minęła go i weszła do domu.
- Zaraz wracam. - Galen już biegł po schodach. - Muszę sprawdzić piętro. Jeśli chcesz się na coś przydać, 

Quinn, sprawdź parter.

- Czyżbyś mi ufał? - spytał sarkastycznie Joe. - Twoja wiara jest... - Ale Galen już go nie słyszał. Joe 

wskazał na pierwsze drzwi po lewej: - To kuchnia?

- Jadalnia. Połączona z kuchnią.
Joe nacisnął klamkę.
- Ty zostań tutaj.
- Ani mi się śni. - Weszła za nim i obserwowała, jak sprawdza spiżarki i zagląda pod stół, najpierw w 

kuchni, a potem w jadalni. - Nie masz prawa tego robić. Nie jestem jeszcze gotowa na spotkanie z tobą, Joe.

- A kiedykolwiek będziesz? - Minął ją i wyszedł na korytarz. - Czy to salon?
Skinęła głową, a on dokładnie obejrzał pokój.
- Wszystko w porządku? - Galen zbiegł ze schodów. - Skoro to już załatwiliśmy, pewnie nie napiłbyś się 

wina ani kawy? Nie? Tak myślałem. - Wszedł do salonu i usiadł na obitej aksamitem sofie. - Przepraszam, że 
siadam w twojej obecności, Eve, ale widzę po twojej pozie, że nie jesteś w nastroju na relaks. - Odwrócił się 
do Joego. - Najeżyła się. Lepiej się pospiesz.

- Nie potrzeba mi twoich rad. Znam Eve lepiej niż ty. - Nie spuszczał wzroku z jej twarzy. - Prawda?
- Czyżby? Ja też myślałam, że znam ciebie.
- Bo znasz. Po prostu nie akceptujesz tego, co znasz, co zawsze znałaś. Nie umiem do ciebie dotrzeć. 

Pieprzyć to, i tak nie ma to teraz znaczenia. Musisz się dowiedzieć o Capelu.

- Kto to jest?
- George Capel, lekarz, którego przekupiłem, żeby wysłał ci sfałszowaną analizę DNA i ukrył prawdziwą.
- I zarazem człowiek, który wysłał mi prawdziwy raport.
- To nie był Capel. Byłoby bez sensu, żeby wysyłał ci raport, nie żądając wcześniej większej sumy ode 

mnie, chyba że ktoś mu sporo zapłacił. Zacząłem węszyć. Capel od paru dni nie pojawiał się w pracy, więc 
uznałem, że uciekł. - Joe zacisnął usta. - Wiedział, że będę go szukał. Ktoś jednak musiał coś podejrzewać i 
dotarł do Capela. Poszedłem do laboratorium. Przepytałem tam z tuzin urzędników, zanim znalazłem kogoś, 
kto   pamiętał   policjanta   z   okręgu   Forsythe,   który   pytał   o   raport   w   sprawie   Bonnie.   Urzędniczka   była 
zmartwiona, nie mogła go znaleźć. Policjant chciał wiedzieć, kto przeprowadzał badania, więc odparła, że 
George Capel, i spytała, czy zaaranżować spotkanie. Powiedział, że wróci, gdy będzie miał więcej czasu. 
Tego  samego dnia  dwoje  sąsiadów  widziało  szczupłego,  ciemnowłosego  faceta  w towarzystwie  Capela. 
Poszedł z nim do jego domu, a potem obaj wyszli. Nieco później mężczyzna o takim samym wyglądzie był z 
Capelem w banku. Kasjerka, która odprowadziła go do skrytki, zagadnęła o zdrowie, bo źle wyglądał. Capel 
odparł,   że   ma   grypę.   Sądzę,   że   człowiek,   który  pojawił   się   w   laboratorium,  zaczął   podejrzewać   jakieś 
przekręty,  gdy nie dostał  raportu,  i postanowił sprawdzić Capela. Trafił w samo sedno. Capel był  dość 
przezroczysty, nietrudny do złamania dla kogoś zdeterminowanego. Pewnie tamten zmusił Capela, żeby go 
wpuścił do domu, bo chciał go przeszukać. Ale nie znalazł raportu. Wtedy zrobiło się poważnie. Jestem 
zdania, że facet spędził sporo czasu na przekonywaniu Capela, żeby ujawnił, gdzie ukrył dokument. Potem 
poszli po niego do banku. Nic dziwnego, że Capel wydawał się chory. Pewnie bardzo cierpiał.

- I to wszystko ze względu na analizę DNA Bonnie? - zapytała sceptycznie Eve. - Nie widać w tym sensu.
- Czy przekona cię informacja, że dwa dni temu odnaleźliśmy ciało Capela?
- Co takiego?! - Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia.
- Zamordowany? - zapytał Galen.
Joe skinął głową.
- Cios nożem w plecy. Kilka innych ran ciętych.
- Środki perswazji - mruknął Galen.
- Tak sądzę.
- Dlaczego? - oszołomiona Eve potrząsnęła głową.
- A ty dlaczego tu przyjechałaś? - odpowiedział jej pytaniem Joe. - Co cię tu sprowadziło?
- Wiesz dobrze, dlaczego tu przyjechałam.

background image

- Tak, do diabła! Wszystko zostało starannie zaplanowane. Najpierw profanacja grobu, żeby wywołać u 

ciebie szok. Potem dowiadujesz się o wynikach analizy DNA. Cios, który oderwał cię ode mnie. A czyż to 
tylko szczęśliwy zbieg okoliczności, że akurat trafiła ci się ta robota?

- Twierdzisz, że zamordowano tego człowieka, żeby mnie tu ściągnąć?
- Potrzebujesz dalszych dowodów? Odciski na wzgórzu zostawił ktoś w butach zrobionych w fabryce, 

która ma w tym stanie szeroko rozbudowaną sieć dystrybucji. Prowadziły do śladów opon standardowo 
montowanych w saturnach. Mam portret pamięciowy człowieka, który poszedł z Capelem do domu i banku. 
Sprawdziłem kamery zamontowane w banku, ale facet był sprytny i ich unikał. Jednak zarówno sąsiedzi, jak 
i urzędniczka w banku rozpoznali twarz na portrecie, więc zaryzykowałem i pokazałem go w wypoży-
czalniach aut na lotnisku. Bingo. Avis wypożyczył saturna niejakiemu Karlowi Stolzowi ze Shreveport w 
Luizjanie. Płacił kartą kredytową i był bardzo miły dla urzędniczki. Zwrócił auto i zarezerwował lot do 
Baton Rouge w dniu, w którym przyjęłaś zlecenie Meltona.

- Niezły kawał roboty - przyznał Galen. - Pewnie sprawdziłeś też kartę kredytową.
-   Obciążono   prawdziwego   Karla   Stolza   mieszkającego   w   Shreveport.   Skradziona.   Od   pół   roku   nie 

wyjeżdżał z domu. - Joe zacisnął dłonie w pieści. - Uwierz mi, Eve. To wszystko miało cię sprowadzić do 
Baton Rouge. Wynoś się stąd jak najszybciej.

Brzmiało to niewiarygodnie, jednak mu uwierzyła.
- Mówisz, że ten człowiek usiłował zrujnować mi życie i zabił kogoś tylko po to, żebym przyjęła tę pracę? 

- Usiłowała się skupić. - Melton?

- Zadzwoniłem dziś do niego, zanim wsiadłem do samolotu. Wszystkiemu zaprzeczył, rzecz jasna, ale 

ślady prowadzą albo do niego, albo do jego wspólnika.

- Dziwne, że nie wyciągnąłeś tego z Meltona.
- Nie miałem czasu.
- Jedź do domu, Joe. Nie chcę, żebyś się w to mieszał. Jeśli jest jakiś problem, sama go rozwiążę.
- Czyli nie chcesz mnie w swoim życiu. No cóż, to niedobrze. Nie jesteś jedyną ofiarą. Ten, kto zabił 

Capela, nieźle namieszał i w moim życiu. Może mi powiesz, co się tutaj dzieje?

- Nie powiem.
- No to dowiem się tego na własną rękę. - Obrócił się na pięcie. - Jeśli zmienisz zdanie, zastaniesz mnie w 

hotelu Westin.

- Czekaj. - Galen wstał z sofy. - Możemy pogadać chwilę na osobności, Quinn? Może pójdziesz na górę i 

odpoczniesz, Eve?

- Galen! - warknęła.
- Nie chcesz go w to wciągać. A ja tak. Przyjmę każdą pomoc. Lepiej zająć go tym, przynajmniej nie 

będzie mi przeszkadzał, usiłując zdobyć najprostsze informacje - uśmiechnął się. - Możesz trzymać się na 
dystans. Ja będę się z nim zadawał.

- Ale ja go tu nie chcę widzieć.
- A ja chcę. Dopóki nie spakujesz walizek i nie pojedziesz do domu, Quinn zostaje. Będzie nieco z boku, 

ale będzie. A teraz idź się połóż, po wyjściu Quinna przygotuję ci coś do jedzenia.

- Przestań traktować mnie jak dziecko. Nie jestem głodna i zrobię, co mi się spodoba. - Eve wyszła z 

pokoju   i   ruszyła   po   schodach.   Cholera,   nie   spodziewała   się,   że   Galen   wystąpi   przeciwko   niej.   To   ją 
zaskoczyło - ale nie tak, jak ta przerażająca historia opowiedziana przez Joego. Wydawało się niemożliwe, że 
ktoś mógłby posunąć się do takich rzeczy tylko po to, aby ją tu sprowadzić. Ten człowiek uderzył w jej 
najbardziej czuły punkt i posłużył się Bonnie, żeby manipulować Eve.

Ogarnęła ją wściekłość. Sukinsyn. Co z historią, którą opowiedział jej Melton? Ile z tego było prawdą, ile 

kłamstwem?

Marie i Pierre Letaux: zabito ich, by Eve nie mogła rozpocząć pracy nad rekonstrukcją. Jaka była ich rola 

w tym wszystkim?

Nie wiedziała. Nie mogła teraz myśleć. Była zagubiona i zła, szok i uraza wywołane pojawieniem się 

Joego nie poprawiały sytuacji. W pierwszej chwili na jego widok o mało nie podskoczyła z radości, lecz 
zaraz przypomniała sobie wszystko i wrócił ból.

Musiała zmusić Joego do wyjazdu z Baton Rouge. Nie mogła żyć w takim zamęcie, a już na pewno nie 

mogła pracować.

Pracować?   Przeszył   ją   dreszcz,   gdy   uświadomiła   sobie,   że   może   bardziej   niż   Victorem   powinna 

przejmować się własnym życiem.

Rozdział ósmy

- Najwyraźniej nie poznałeś Eve tak dobrze, jak sądziłem - odezwał się Joe, gdy na górze trzasnęły drzwi. - 

Nie powinieneś odnosić się do niej protekcjonalnie.

background image

- Wątpię, żebyś był ekspertem w tej kwestii. Chyba sam się jej naraziłeś - odparł Galen.
Joe zesztywniał.
- Mówiła ci o analizie DNA?
- To cię niepokoi, co? Nie, Logan powtórzył mi wszystko, co usłyszał od ciebie. Sporo ryzykowałeś. - 

Zmienił temat: - Chcesz wiedzieć, co się tu dzieje, czy nie?

Joe przez chwilę milczał.
- Chcę.
Galen zapoznał Quinna z przebiegiem wydarzeń w Baton Rouge.
Kiedy skończył, Joe zaklął pod nosem.
- Dlaczego do mnie nie zadzwoniłeś? Dlaczego nic mi nie powiedziałeś?
- Logan wynajął mnie, nie ciebie. Jeśli miała zgodzić się na moją obecność, musiałem obiecać, że nic ci nie 

powiem. Czyli tak naprawdę to twoja wina.

- Mówienie mi tego sprawia ci radość.
- Bo antagonizmy wyzwalają we mnie najgorsze instynkty. Zaniosłeś portret pamięciowy do FBI, mając 

nadzieję, że coś dla ciebie znajdą?

- Ale nie znaleźli. Nic nie pasowało.
- Chętnie  go zobaczę. Człowiek, który tamtej nocy zabrał Eve do szpitala,  pasuje do opisu. Możemy 

pokazać portret personelowi. Masz go ze sobą?

- Mam kilka kopii w hotelu. Dam ci jedną. - Joe spojrzał na schody. - Ona mnie nie słucha. Potrafisz ją 

przekonać, żeby wyjechała?

- Spróbuję. Będzie wściekła na Meltona, jeśli uzna, że ma  on coś wspólnego ze sprawami, o których 

mówiłeś.  Z drugiej  strony bardzo się zaangażowała  w swoją  pracę.  Dziś  musiałem ją siłą odciągać  od 
Victora.

- Cholera! To jasne, że ten, kto za tym stoi, gra o wielką stawkę. Jeden fałszywy ruch i... - Umilkł i głęboko 

odetchnął. - Nie mogę znieść myśli, że nie będzie mnie tutaj, żeby jej pomóc. To mnie doprowadza do 
szaleństwa.

- Nie ukrywasz tego - zauważył Galen. - Zrobię co w mojej  mocy.  Tymczasem daj mi  numer swojej 

komórki, będę ci przekazywał informacje.

- Chcę czegoś więcej.
- Nic więcej nie zrobię. Jeśli będziesz się tu kręcił, Eve eksploduje. Wierz mi, dobrze o nią dbałem. Nadal 

będę to robił.

- Nie ufam ci i nie chcę, żebyś... - Joe rzucił w Galena wizytówką ze swoim nazwiskiem i telefonem, i 

podszedł do drzwi. - Jeśli nie będziesz mi mówił, co się tutaj dzieje, rozerwę cię na strzępy.

- Nienawidzę gróźb. Urażają moją wrażliwą naturę.
- Gówno prawda.
-   Jak   mam   ci   się   zrewanżować?   Co   cię   zdenerwuje?   -   Galen   uśmiechnął   się   złośliwie.   -   Mam   ci 

powiedzieć, jak dobrze poznałem Eve? Wymieniliśmy poglądy i opowiadaliśmy sobie o przeszłości. Razem 
jedliśmy, dzieliliśmy smutek. Jestem jej obrońcą i trzymałem ją w ramionach.

- Ty sukinsynu!
- Tak myślałem, to załatwi sprawę. - Minął Joego i ruszył do kuchni. - Teraz muszę iść i przygotować nam 

trojgu coś do jedzenia.

Joe miał ochotę pobiec za nim i go udusić.
Galen obejrzał się przez ramię i pokręcił głową.
- Zapewniam jej bezpieczeństwo, Quinn. Pozbądź się mnie, a będziesz tkwił po uszy w szambie. Joe 

stłumił przekleństwo i szeroko otworzył drzwi wejściowe.

- Zapomniałem o jednym drobiazgu - dodał Galen. - Parę dni temu byłem w jej sypialni. Nago. - Zniknął w 

kuchni.

Joe ruszył za Galenem; czuł, jak pulsują mu żyły na skroniach. Nagle jednak zatrzymał się i głęboko 

odetchnął. Spokojnie. Galen chciał go zdenerwować. Mógł kłamać.

Równie dobrze mógł mówić prawdę. Trudno, pogódź się z tym. Jeśli nie kłamał i został kochankiem Eve, 

Joe   nic   nie   mógł   na   to   poradzić.   Miał   związane   ręce.   Musiał   ocalić   Eve,   a   do  tego   potrzebował   tego 
sukinsyna. Nie mógł go tknąć. Jeszcze nie teraz.

- Przyniosłem ci kanapkę - powiedział Galen, gdy w odpowiedzi na jego pytanie Eve otworzyła drzwi 

sypialni. - Wiem, że podobno nie jesteś zbyt głodna, ale musisz mieć zapas energii, jeśli chcesz skończyć 
pracę nad Victorem.

- Nie lubię, kiedy mi  się rozkazuje, Galen - powiedziała  zimno. - Zwłaszcza w kwestii  moich spraw 

background image

osobistych.

- Ale nie chodzi o twoje sprawy osobiste. Chodzi o twoje życie, wynajęto mnie, żebym je chronił. Wobec 

tego rób, co chcesz z Quinnem, ale jeśli będę go potrzebował, to go wykorzystam. - Postawił tacę na stoliku 
obok łóżka. - Logan mówił, że to były komandos, pracował też w FBI i policji. Może się przydać.

- Joe nie daje się wykorzystywać.
- Dzięki temu mam uciechę. - Galen wyjął sznurek srebrnych dzwoneczków z kieszeni i ruszył do balkonu. 

- Ten balkon mnie denerwuje, męczy mnie sprawdzanie go po parę razy w nocy.

- Nie zauważyłam, że to robisz.
- Bo jestem taki zręczny. - Wyszedł na balkon i przywiązał koniec sznurka do dwóch żelaznych prętów. 

Natychmiast rozległ się delikatny brzęk. - I już. To proste urządzenie to istny dar niebios. Technika niezbyt 
wyrafinowana, ale brzmi ładnie i na pewno mnie obudzi, jeśli pojawi się jakiś kot-włamywacz. - Obejrzał się 
przez ramię ze złośliwym uśmiechem. - Albo jeśli Quinn postanowi odegrać scenę balkonową z Romeo, i 
Julii. 
„Raz jeszcze skoczmy w wyłom...”.

- To z Henryka V, a nie z Romeo, i Julii.
- Do diabła ze skrupulatnością, jeśli cytat pasuje.
- Poza tym Joe jest zbyt pragmatyczny, żeby odgrywać Romea.
- Nie wydaje mi się szczególnie pragmatyczny. Dziś strasznie się wkurzał, nie podobało mu się, że jestem 

tak blisko ciebie. Początkowo mnie to bawiło, ale potem włączył się mój mechanizm obronny i chyba stałem 
się nieco nieprzyjemny.

- Co zrobiłeś?
- To i tamto. - Galen ponownie poruszył sznurkiem, dzwoneczki zadźwięczały. - Ładne. - Zszedł z balkonu 

i zamknął drzwi. - Zjedz kanapkę i spróbuj się trochę zdrzemnąć. Wiem, że słowa Quinna cię przygnębiły.

-  Jasne.   -  Głos  jej   drżał.   -  Czuję   się...  zbrukana.  Ten  sukinsyn   wykorzystał  moje   uczucia  do  zmarłej 

córeczki i usiłował manipulować moim życiem, żeby osiągnąć swój cel. I ta sprawa z Capelem.

- Dziwne, że to cię porusza. Capel też nieźle tobą manipulował.
- Nie Capel, tylko Joe. Manipulował Capelem i mną. Kiedy Joe podejmuje jakąś decyzję, przeciwstawianie 

mu się przypomina próbę powstrzymania tornada.

- Odniosłem podobne wrażenie. - Galen ruszył do drzwi. - Ale może jesteś dla niego zbyt szorstka.
- Nie masz o niczym pojęcia.
- Masz rację, ale to nie powstrzymuje mnie przed wyrażaniem swoich opinii. - Uśmiechnął się do niej, gdy 

otwierał drzwi. - Dobranoc, Eve. Koniecznie zjedz tę wspaniałą kanapkę z szynką, tak żebyś mogła mnie 
rano pochwalić.

Pokręciła głową, kiedy wyszedł. Był całkiem niemożliwy. Popatrzyła bez entuzjazmu na kanapkę, wzięła ją 

do ręki i ugryzła. Miał rację. Potrzebowała siły. Nie tylko do pracy, ale także do przetrwania tego koszmaru, 
który wydawał się ciągle pogłębiać. Musiała przemyśleć słowa Joego i zastanowić się nad tym wszystkim, 
co się zdarzyło od jej przyjazdu, i podjąć decyzję.

Pewnie powinna się spakować i wracać do Atlanty.
Jednak Victor czekał. Niemal słyszała, jak ją przywołuje. Z każdym dniem była coraz bliższa sprowadzenia 

go do jego domu.

Jeśli miała trzeźwo myśleć, a było to konieczne, to musiała wytłumić ten nadmiar emocji spowodowany 

przyjazdem Joego.

Boże, po co on tu przyjechał!

Dzwoneczki zadzwoniły delikatnie w ciemnościach.
Eve zesztywniała na łóżku, a jej spojrzenie powędrowało do balkonowych drzwi.
Dzwonki znowu zabrzęczały.
- Nie ruszaj się. - W drzwiach jej sypialni stał Galen. - Mamy gościa. - Ruszył ku balkonowi. - I chyba 

niezbyt bystrego, skoro próbuje tu wejść po tym pierwszym brzęczeniu.

-   Ostrożnie   -   wyszeptała.   Ledwie   widziała   go   w   ciemności.   Galen   błyskawicznie   otworzył   drzwi   i 

wyskoczył na balkon. Usłyszała łomot, wyskoczyła z łóżka i popędziła do okna.

Galen i jakiś nieznajomy mężczyzna walczyli na posadzce balkonu. Galen się zamachnął i jego pięść 

wylądowała na szczęce przeciwnika. Ciało intruza znieruchomiało.

-   Nieszczególny  z   niego   wojownik   -   stwierdził   Galen,   wstając.  Wciągnął   tamtego   do   sypialni.   -   Nie 

musiałem się zbytnio wysilać.

Weszła za nim do pokoju.
- Przykro mi, że tego oto faceta uznajesz za niegodnego siebie przeciwnika, ale moim zdaniem już sam 

fakt, że ktoś wdrapuje się na mój balkon, stanowi dla mnie wystarczające zagrożenie. - Obcy, najwyraźniej 

background image

po czterdziestce, miał toporne słowiańskie rysy i ciemne włosy upstrzone siwizną. - Zrobiłeś mu krzywdę?

- Nie, ledwie go stuknąłem. - Galen przykucnął obok mężczyzny i przeszukał mu kieszenie. - Ma wielki 

brzuch od piwa. I jest w kiepskiej formie jak na...

- Cholera. - Mężczyzna otworzył brązowe oczy i wpatrywał się w Galena. - Chyba połamałeś mi wszystkie 

kości. Czemu, u diabła, tak mnie walnąłeś?

- Uznałem za stosowne to zrobić.  - Galen oparł kolano o tors nieznajomego. - Pani Duncan nie lubi 

włamywaczy. - Otworzył portfel mężczyzny i wyjął prawo jazdy: - Bill Nathan, lat czterdzieści siedem. 
Kolor oczu się zgadza, ale waga już nie. Waży co najmniej z osiem kilo więcej.

- Bo trochę przybrałem na wadze, odkąd rzuciłem palenie. - Wzrok Nathana powędrował ku Eve. - Powie 

pani temu... sukinsynowi, żeby ze mnie zszedł, i wtedy porozmawiamy.

-   Nazywam   się   Sean   Galen   i   masz   się   do   mnie   zwracać   na   pan.   -   Galen   skończył   obszukiwać 

nieznajomego. - Jest czysty. - Wręczył jej wizytówkę. - Legitymacja prasowa. Jest z „Times Picayunne”... 
podobno.

- Puścisz mnie? - Nathan zmarszczył brwi.
Galen spojrzał pytająco na Eve. Skinęła głowa.
- Może nie powinienem... - Galen wzruszył ramionami. - Zresztą nie stanowi specjalnego zagrożenia. - 

Wstał, postawił intruza na nogi, a następnie popchnął go na fotel przy łóżku. - Teraz porozmawiajmy sobie. 
Co tu robisz?

- Jestem po to, żeby was ratować, do cholery! I nie podoba mi się takie traktowanie.
- Dlaczego przez balkon?
- Nie byłem pewien, czy ktoś nie obserwuje drzwi wejściowych. Myślisz, że lubię wspinać się po domu jak 

jakiś trzepnięty superman z komiksu?

- Nie sądzę, żebyś był w tym dobry - przytaknął Galen.
- Daj mu mówić, Galen - odezwała się Eve. - Czego pan od nas chce, panie Nathan?
- W skrócie: chcę was uratować. Rozwijając temat: chcę dostać nagrodę Pulitzera.
- Uratować przed czym?
-   Przed   nieszczęściem,   jakim   byłoby   ukończenie   rekonstrukcji   czaszki.   -   Nathan   ostrożnie   dotknął 

posiniaczonego policzka. - Boże, zapaliłbym sobie.

- Mówisz, że jeśli zakończymy rekonstrukcję, znajdziemy się w niebezpieczeństwie?
- Tak sądzę. Jeśli pani skończy, nie będą już pani potrzebować, a być może wie pani za dużo.
- Tak sądzisz? - Galen uniósł brwi.
- Przecież powiedziałem - odparł ponuro. - Nie mam kryształowej kuli ani zdolności jasnowidzenia. Ciągle 

szukam. Jeszcze nie wiem, co się dokładnie dzieje.

- Z pewnością wie pan więcej od nas - stwierdziła Eve. - Kim są „oni”?
- Sprzysiężenie.
- Kto się żeni? - zainteresował się Galen.
- To wcale nie jest zabawne. - Nathan rzucił mu mordercze spojrzenie i znowu popatrzył na Eve. - Myśli 

pani, że nie kusiło mnie, żeby poczekać do czasu, póki się nie domyśle, czyja to czaszka? Jeśli pani nie 
skończy, nie będę miał tej swojej historii.

- Więc czemu pan to zrobił?
- Etyka. - Skrzywił się. - Przekleństwo mojego życia.
- Inspirujące - mruknął Galen.
- Prawdziwe.
Odpowiadał niechętnie i z irytacją, niemniej jednak Eve wierzyła w szczerość jego słów.
- Skąd pan wiedział, że pracuję nad czaszką?
- Nie wiedziałem. Śledziłem drogę czaszki i obserwowałem kościół. - Umilkł. - Nie tylko ja. Niemal 

wpadłem na dwóch facetów, którzy się tam kręcili.

- Strażnicy. Czasem jest ich czterech, czasem pięciu - wyjaśnił Galen. - Są o wiele sprytniejsi od ciebie.
- Jestem dziennikarzem, nie opryszkiem.
- Od kiedy pan śledził, co się dzieje z czaszką? - spytała Eve.
- Właściwie to nie śledziłem. Etienne zdradził mi, że mają ją zabrać do kościoła.
- Etienne?
- Etienne Hebert. - Odetchnął głęboko. - Skoro nie mogę zapalić, to może przynajmniej dacie mi kawy? 

Potrzebuję kofeiny.

- To nie jest spotkanie towarzyskie - powiedział Galen. - Najpierw odpowiesz na pytania.
- Na litość boską, gdybym nie zamierzał powiedzieć wam wszystkiego, co wiem, nie przychodziłbym tu 

dzisiaj. Jak zauważyłeś, niespecjalnie nadaję się do takich rzeczy.

background image

- Faktycznie. Ale może chcesz nas nabrać.
Eve podjęła decyzję.
- Zejdziemy do kuchni i zaparzymy kawy. Chyba mu się przyda.
Galen wzruszył ramionami.
- Jak chcesz. - Odsunął się, a Nathan wstał i skierował się do drzwi. - Mam nadzieję, że nie będziesz tego 

żałowała, Eve.

- Kawy? - Wyszła za nimi na korytarz. - Nie sądzę, żebym okazywała mu jakąś wyjątkową pobłażliwość. 

Mam  kilka   pytań,  równie   dobrze   może   mi   na   nie   odpowiadać   w   bardziej   komfortowych   warunkach.   I 
zapewniam pana - rzuciła Nathanowi chłodne spojrzenie - że pan na nie odpowie.

Dziesięć minut później nalewała parującą kawę do filiżanki Nathana.
- Kto to jest Etienne Hebert?
- Czas teraźniejszy nie jest najwłaściwszy. - Nathan upił łyk kawy i odetchnął z satysfakcją. - Myślę, że 

Jules go zabił. - Podniósł rękę, bo Eve krzyknęła z oburzenia. - Dobrze, dobrze. Zacznę od początku. Mniej 
więcej miesiąc temu do mojego biura zadzwonił pewien człowiek, niejaki Etienne Hebert. Powiedział, że 
wie, co się stało z Haroldem Bentlym, i że sprawa Bently’ego to drobiazg w porównaniu z tym, co chciałby 
mi przekazać. Chciał się ze mną spotkać pod Nowym Orleanem w małej szopie poławiaczy krabów nad 
Missisipi.

- Dlaczego z panem?
- A skąd mam wiedzieć, do cholery? Może dlatego, że ja zajmowałem się sprawą zniknięcia Bently’ego. - 

Znowu napił się kawy. - W każdym razie, spotkałem się z nim. Duży facet, miał ze dwadzieścia jeden, 
dwadzieścia dwa lata, na pierwszy rzut oka prostaczek. - Pokiwał głową. - Ale nie był głupi. Po krótkiej 
rozmowie przekonałem się, że jest bystrzejszy, niż mi się wydawało. Był zmartwiony i czuł się winny, że 
rozmawia ze mną. Miał starszego brata, Jules’a, nie chciał pakować go w kłopoty. To jasne, że Etienne 
niezwykle go podziwiał, wręcz wielbił. Etienne był  zwykłym rybakiem, a Jules, ten bystry w rodzinie, 
studiował w college’u. Może lepiej, gdyby nie studiował - stwierdził z westchnieniem. - Był na trzecim roku, 
kiedy Sprzysiężenie go zwerbowało.

- Co to jest Sprzysiężenie?
- Tajne stowarzyszenie, które istnieje od początku dwudziestego wieku.
- Tajne stowarzyszenie? - powtórzył Galen. - Oprzytomniej.
- Mówię jak najbardziej poważnie.
-   I   dali   mu   nazwę   Sprzysiężenie?   Przecież   to   oznacza   tajne   stowarzyszenie,   na   litość   boską.   Chyba 

zabrakło im wyobraźni.

- Nazwali je tak, bo jego członkowie pochodzą z najwyższych kręgów innych organizacji. Uważają się za 

wyjątkowo tajemnicze stowarzyszenie.

Galen parsknął śmiechem.
- Ja też tak reagowałem, dopóki nie odrobiłem lekcji - powiedział Nathan. - Na całym świecie istnieją setki 

tajnych stowarzyszeń, a Stany Zjednoczone zapewniają im doskonałe schronienie. Masoni, stowarzyszenia 
Odd Fellows i Skull and Bones - obserwował uważnie twarz Eve - to wszystko wydaje się nieco idiotyczne, 
dopóki nie przejrzy się listy członków. Wiedzieliście, że George Bush i George W. Bush należą do Skull and 
Bones, a na pytanie o członkostwo w tej organizacji George W. odparł, że nie może o tym mówić?

- I co z tego? Rozumiem, że nie ma dowodu na to, że stowarzyszenie Skull and Bones jest zamieszane w 

jakieś ciemne sprawki?

- Nie ma. Ale wielu jego członków zajmuje ważne stanowiska w CIA, na Wall Street i praktycznie na 

każdym poziomie świata biznesu. Nie chodzi tylko o Skull and Bones. Komisja Trójstronna oraz Rada do 
Spraw   Stosunków   Międzynarodowych   zawsze   dysponowały   rozległymi   wpływami.   Bilderberg   Group 
podobno wpływa na politykę na całym świecie. Kariera Margaret Thatcher gwałtownie przyspieszyła po 
tym,   gdy  przyszła   pani   premier  wzięła   udział   w   zebraniu   tej   organizacji.   Podobnie   stało   się   z  Tonym 
Blairem, gdy zaproszono go na zjazd w Vauliagméni w Grecji. W 1991 roku David Rockefeller zaprosił 
gubernatora Arkansas Billa Clintona na spotkanie w niemieckim Baden-Baden.

- Chwileczkę. Szanuję Billa Clintona i Tony’go Blaira...
-   Ja   też.   Nie   oskarżam   ich.   Usiłuję   wam   pokazać   wpływy  tajnych   organizacji.   Zazwyczaj   większość 

członków tych stowarzyszeń nie ma o niczym pojęcia, są nieświadomi istnienia elitarnych grup w swoich 
organizacjach. Nawet nie wiem, jakie grupy wchodzą do Sprzysiężenia. Może żadna z tych przeze mnie 
wspomnianych. Może wszystkie  - wzruszył ramionami. - Etienne nie wiedział, ile organizacji jest w to 
zamieszanych.   Wiedział   jedynie   to,   co   powiedział   mu   Jules,   czyli   że   Sprzysiężenie   tworzą   ludzie   z 
najwyższych kręgów kilku organizacji, i że ci elitami członkowie wykorzystują swoje stowarzyszenia, by 

background image

wpływać na światową ekonomię.

- Jak?
- A skąd mam wiedzieć? - Nathan znowu wzruszył ramionami. - Nie wydaje się wam jednak dziwne, że 

ostatnio ceny benzyny ostro poszły w górę, mimo że nie zabrakło ropy?

Eve równie mocno jak wszyscy inni wściekała się na te podwyżki.
- Jak to zrobili?
- Proszę wysilić wyobraźnię. W Sprzysiężeniu są podobno członkowie OPEC, rekiny Wall Street i japońscy 

szefowie firm komputerowych.

- Podobno? To nie wystarczy. Poproszę nazwiska.
-  Czy gdybym  je  znał,  byłbym  tutaj?  Siedziałbym w  swoim domu  w Nowym  Orleanie  i  spisywał  tę 

historię. - Nathan wpatrywał się w ich twarze. - Cholera, to prawda. Co jeszcze mam wam powiedzieć? 
Śledziłem   giełdę   przed   i   po   wystąpieniu   Greenspana.   Zamieszanie   zawsze   wybuchało   w   tych   samych 
kręgach finansowych, a tuż po ogłoszeniu komunikatu o wysokości stóp procentowych określone osoby 
robiły gigantyczne fortuny. Oni zawczasu wiedzą, co się wydarzy. Tajne stowarzyszenia zdominowały naszą 
przeszłość i teraźniejszość. Wszędzie mają swoich ludzi. Niemal każdy amerykański prezydent w XX wieku 
był masonem. Rany, przecież ceremonia objęcia stanowiska przez Jerzego Waszyngtona była utrzymana w 
stylistyce wolnomularskiej. Kiedy postanowiono o eskalacji działań wojennych w Wietnamie, Lyndonowi 
Johnsonowi doradzali ludzie z Komisji Trójstronnej. Pierwszym negocjatorem pokojowym w Bośni był lord 
Carrington, przewodniczący Bilderberg Group. - Nathan westchnął. - Nie musicie traktować moich słów jak 
objawienia, ale potraktujcie jako realną możliwość. Gdy zbiorą się ludzie będący u władzy, to naturalne, że 
chcą tę władzę zwiększyć. Pracują nad tym po cichu, za kulisami, bo ludzie podnieśliby wrzask, gdyby 
wiedzieli, że się nimi manipuluje. Tak  się dzieje od czasu powstania pierwszych  tajnych  organizacji w 
Egipcie i Samarii, jeszcze  przed Chrystusem. Sprzysiężenie  od lat tworzy sieć potężnych wpływów, jej 
członkowie nie pozwolą, żeby coś im zagroziło.

Galen wzruszył ramionami.
- Ale przecież członkowie takiej organizacji, osoby tak wpływowe i powszechnie znane nie byłyby w stanie 

utrzymać w tajemnicy swoich spotkań.

-   Zazwyczaj   się   nie   spotykają.   Komunikują   się   przez   posłańców,   a   ostatnio   przez   Internet.   Chyba   że 

wyniknie coś naprawdę ważnego, i muszą się zebrać, by podjąć odpowiednią decyzję. Wtedy wybierają takie 
miejsce   i   porę,   żeby   ich   obecność   wydawała   się   naturalna.   Na   przykład   królewskie   wesele.   Zdaniem 
Etienne’a ostatnie spotkanie odbyło się podczas letniej olimpiady. Nikt nie podejrzewał, że przybyli tam w 
innym celu, niż żeby kibicować swoim reprezentacjom narodowym.

- Czy Sprzysiężenie zwerbowało Etienne’a?
- Nie, jego brat usiłował ich do tego przekonać, ale nie uwierzyli, że się nadaje. A Jules był dla nich 

prawdziwym skarbem. Etienne mówił, że urządzali Jules’owi pranie mózgu, aż uwierzył, że wszystko, co 
mówi i robi Sprzysiężenie, jest słuszne, że potrzeba silnej ręki, aby zachować pokój i status quo. Stał się ich 
człowiekiem od brudnej roboty.

- Zabijał?
Nathan skinął głową.
-   Przeszedł   szkolenie   w   obozie   terrorystów   w   Libii,   ale   opracował   też   własne   techniki.   Stał   się 

prawdziwym   fachowcem.   Zaczął   pracować   dla   Sprzysiężenia   na   dziesięć   lat   przed   zamordowaniem 
Bently’ego.

- Zamordowaniem? Jest pan pewien, że to było morderstwo?
- Etienne mówił, że był przy tym, nie mam powodów mu nie wierzyć.
- Wspominał pan, że Sprzysiężenie go odrzuciło.
- Ale Jules mu ufał, często zabierał go na swoje wyprawy związane z wykonywaniem zleceń. Etienne nie 

stanowił problemu dla Jules’a, aż pojawił się Bently. Coś w tym zabójstwie go zaniepokoiło.

- Co?
- Nie chciał mi powiedzieć. Stwierdził tylko, że to złe, i że to, co robi Sprzysiężenie, też jest złe. Nie 

podobało   mu   się   to   morderstwo   ani   wykopanie   szkieletu   dwa   lata   później.   Musiało   go   to   porządnie 
zaniepokoić, skoro zerwał z bratem, za którym wcześniej podążał na ślepo.

- Zerwał z nim, ale najwyraźniej nie do końca.
-   Wciąż   miał   nadzieję,   że   przekona   Jules’a   w   sprawie   Sprzysiężenia,   chciał   tylko,   żebym   był   jego 

zabezpieczeniem   na   wypadek,   gdyby  mu   się   to   nie   udało.   Powiedział,   że   ktoś   musi   się   dowiedzieć   o 
organizacji i powstrzymać tych ludzi. Twierdził, że musimy się spieszyć. - Zawiesił głos. - Martwił się 
czymś,   co   Jules   miał   zrobić   w   Boca   Raton.   Wciąż   powtarzał,   że   musimy   ich   powstrzymać   przed 
dwudziestym dziewiątym października.

background image

- Dlaczego?
- Tylko tyle mi powiedział. Myślałem, że może to data spotkania członków organizacji, ale w tym czasie 

nie zaplanowano żadnego ważnego wydarzenia, które dałoby im pretekst do spotkania w Boca. Może ma to 
coś wspólnego z Bentlym. To wszystko domysły. Czułem się sfrustrowany jak diabli. Powiedział mi, że mają 
tu sprowadzić szkielet, ale nie wiedział kiedy i po co. Mówił, że zadzwoni, gdy tylko szkielet znajdzie się w 
kościele. - Zrobił pauzę. - Nie zadzwonił.

- Nie było szkieletu - wtrąciła Eve. - Tylko czaszka.
- Poważnie? - Nathan zmarszczył brwi. - Mówił o szkielecie. Ciekawe, co się stało z...
- Szkielet łatwiej zidentyfikować na podstawie DNA - przerwał Galen. - Czaszkę pozbawiono zębów. To 

robota Etienne’a?

-   Może   -   odparł   Nathan.   -   Jeśli   tak,   to   Jules,   jak   sądzę,   mógł   się   nieco   zdenerwować.   Mówiłem 

Etienne’owi, żeby był ostrożny. A kradnąc szkielet, nie wykazał się szczególną ostrożnością.

- Ale nie próbowałeś go powstrzymać.
- Jestem reporterem, a to miało wszystkie cechy świetnej historii. Nie czuję się winny, robię, co do mnie 

należy. Etienne nie był czysty jak łza. - Uśmiechnął się ponuro. - Ale, niestety, kiedy w grę wchodzi życie 
niewinnego człowieka, muszę kierować się sumieniem. Dlatego tu jestem.

- Długo to trwało, zanim postanowiłeś nas ostrzec - zauważył Galen.
- Musiałem to przemyśleć. - Zachmurzył się, gdy Galen zmarszczył brwi. - Mówię prawdę. - Spojrzał na 

Eve. - Przeczytałem o śmierci Marie Letaux, artykuł sugerował, że pani uległa takiemu samemu zatruciu 
pokarmowemu. Usiłowałem sobie wmówić, że to przypadek. Przecież mogło tak być. Ale kiedy zginął Pierre 
Letaux... Zbyt wiele zbiegów okoliczności, biorąc pod uwagę to, co powiedział mi Etienne. Przez jakiś czas 
tym się gryzłem, a potem uznałem, że nie będę czekał, aż pani skończy pracę. Zaryzykuję swoją historię. 
Niech pani pakuje rzeczy i jak najszybciej się stąd wynosi.

Galen popatrzył na Eve.
- Niezły pomysł.
- Wierzysz mu?
- Wystarczająco. Dowody się mnożą, wcale mi się to nie podoba. Dochodzi jeszcze to, co mówił Quinn. 

Tak, powinniśmy jak najszybciej się stąd wynosić.

Jej także to się nie podobało. Opowieść Nathana o tajnych stowarzyszeniach kontrolujących codzienne 

życie ludzi, była przerażająca i dziwaczna. Podobnie jak możliwość,  że Melton mógł być w zmowie z 
człowiekiem, który do swoich celów wykorzystał śmierć jej córki. Na tę myśl znowu ogarnęła ją wściekłość.

- Eve?
- Myślę.
Galen miał rację, niezależnie od tego, co Nathan mówił o Sprzysiężeniu, pojawiało się coraz więcej faktów 

wskazujących na istnienie czegoś w rodzaju konspiracji. Śmierć Capela i obojga Letaux już by wystarczyła. 
Tyle że obsesyjna chęć dokończenia pracy nad Victorem nie pozwalała jej tego przyznać.

Victor.
- Wynosimy się stąd - postanowiła. - Ale nie zostawię czaszki. Victor jedzie z nami.
- Co takiego? - zdziwił się Nathan. - Czemu?
- Bo ona tak chce - odparł Galen. - A ja z kolei chcę, by ona zrobiła wszystko co możliwe, aby zagrać na 

nosie tym draniom. Eve, nie możemy wierzyć wszystkim słowom Nathana, dopóki go nie sprawdzę, ale jeśli 
nie chcesz być narzędziem w ich rękach, musisz przejąć inicjatywę.

- I zabrać Victora - dodała bezbarwnie Eve. - Nie zostawię go, dopóki nie postanowię, co robić dalej.
Nathan pokręcił głową.
- Chce go pani ukraść?
- Tylko pożyczyć na pewien czas. Na razie będzie mój. Ode mnie zależy, co się stanie z Victorem. Nie od 

Heberta,   Meltona   ani   tego   poronionego   tajnego   stowarzyszenia.   Niech   się   nawzajem   pozabijają.   Nie 
wykorzystają Victora do swoich planów. - Popatrzyła na Galena. - O tej porze kościół może być zamknięty.

- Czyżby to była aluzja, że mam opuścić dom i zająć się włamywaniem?
- Nieźle sobie poradziłeś w domu Marie Letaux. Czy kościół to jakiś problem?
Galen przecząco pokręcił głową.
- Co ci wynieść z pracowni?
- Victora. Moje narzędzia, skórzany kuferek na czaszkę, szkatułkę ze szklanymi oczami. Rick jest zawsze 

w kościele, kiedy przychodzę tam rano. Jeśli jest tam teraz, nie rób mu krzywdy.

- Będę o tym pamiętał, ale i on może do nich należeć.
Nie chciała w to wierzyć.
- A może nie. Może nie ma o tym żadnego pojęcia. Na razie, dopóki nie mamy pewności, zostawmy go w 

background image

spokoju.

- Czy ja mam zdecydować, dokąd jedziemy?
- Powiedziałeś, że masz mi zapewniać to, co jest mi potrzebne? Więc zapewnij mi teraz schronienie.
- Zabranie czaszki to błąd - Nathan mówił teraz szorstkim z przejęcia głosem. - Jeśli się pani ukryje, być 

może w końcu zaprzestaną poszukiwań. Jeśli zabierze pani czaszkę, będą panią ścigać. Pomyślą, że coś pani 
wie, i nie zrezygnują. Dlaczego nie chcecie mnie posłuchać?

- Bo nie mamy żadnego  dowodu, że jesteś kimkolwiek więcej  niż  tylko podrzędnym dziennikarzyną, 

którego można znokautować jednym ciosem - powiedział Galen.

Jednak desperacja Nathana była niezwykle przekonująca. Eve poczuła nagle, że musi się spieszyć.
-  Słuchamy  pana...  do pewnego stopnia.   Dlatego  wyjeżdżamy  z  Baton  Rouge.  Spakuję  nasze  bagaże. 

Galen, bądź gotów do wyjazdu zaraz po powrocie z kościoła.

Nathan westchnął.
- Skoro nie chce pani słuchać głosu rozsądku, pomogę pani się pakować.
- Nie, idziesz ze mną - zażądał Galen. - Nie zostawię cię w domu z Eve.
- Na litość boską, po tym wszystkim, co wam powiedziałem, chyba zasługuję na odrobinę zaufania.
- Słowa to nie wszystko. Na zaufanie trzeba sobie zasłużyć. Musisz się sprawdzić.
- Nadstawiając karku w kościele?
- Niezły sposób. - Galen obejrzał się przez ramię na Eve. - Wiesz, jak posługiwać się bronią?
- Tak.
- Znajdziesz ją w moim worku. Weź ją. Nie chcę zostawiać cię samej w domu.
- No to ja z nią zostanę, do cholery! - krzyknął Nathan.
- Idź, Eve. - Galen go zignorował. - Kiedy wrócę, być może będziemy się spieszyć. Wezmę kilka rzeczy z 

kuchennej szafki, i wybywamy.

Rozdział dziewiąty

Gdzie oni są?
Eve niespokojnie spoglądała w ciemność, ale widziała jedynie zarys sylwetki kościoła.
Minęło przeszło pół godziny. Z pewnością powinni już wrócić.
Chyba że coś się stało.
Odpędziła   tę   myśl   od   siebie.   Galen   był   zbyt   bystry,   żeby   dać   się   złapać,   nie   słyszała   też   żadnych 

niepokojących odgłosów, kiedy tak stała na balkonie.

- Idziemy.
Odwróciła się i ujrzała Galena. Właściwie założyła, że to Galen. Był pokryty błotem i szlamem, mokre 

ubranie przylgnęło mu do ciała.

- Co ci się stało?
- O wiele mniej, niż powinno - powiedział Nathan, wchodząc za Galenem do pokoju. On także był mokry i 

cały  zabłocony.   -  To   najbardziej   stuknięty  sukinsyn,   jakiego   kiedykolwiek   spotkałem.  Zmusił   mnie   do 
przepłynięcia tego cholernego rozlewiska.

- Co?
- Na moście mogliby nas zauważyć - wyjaśnił Galen. - To był najłatwiejszy sposób obejścia problemu.
- Najłatwiejszy? - prychnął Nathan. - Wepchnął mnie do wody. A gdybym nie umiał pływać?
- Woda była tak płytka, że mogłeś ją przejść.
- Nieprawda - wściekał się Nathan. - A jadowite węże, aligatory... Wszystko mogło pływać w tych brudach.
- Przestań narzekać. Pogryzły cię tylko komary. Powinieneś się cieszyć, że pozwoliłem ci zostać na brzegu, 

zamiast kazać wejść do kościoła. - Przeszedł do łazienki, wziął dwa ręczniki i rzucił jeden z nich Nathanowi. 
- Wysusz się. Nie mamy czasu na prysznic.

- Masz Victora? - zapytała Eve.
- Jasne. - Popatrzył na nią ze zdumieniem. - Wszystko, o co prosiłaś, jest na dole, przy tylnych drzwiach. A 

z   Victorem   wszystko   w   porządku.   Przed   wejściem   do   wody   włożyłem   go   do   wielkiej   hermetycznie 
zamykanej torby, do której przywiązałem parę nadmuchanych worków na śmieci w charakterze pływaków. 
Zająłem się nim, a Nathan innymi rzeczami, o których wspominałaś.

- Nie było problemów?
Galen pokręcił przecząco głową.
- Kłamiesz - oświadczył ponuro Nathan. - Widziałem, jak do kościoła wchodzi za tobą strażnik. Już nie 

wyszedł.

-   Nie   kłamię.   -   Galen   rzucił   mu   zirytowane   spojrzenie.   -   Po   prostu   ominąłem  epizod,   który  mógłby 

zdenerwować   Eve.   Powiedziałem   prawdę.   Strażnik   nie   był   żadnym   problemem.   Załatwiłem   go,   zanim 
zdążył zaalarmować pozostałych.

background image

- Załatwiłeś go?
- Nie przejmuj się, to nie był Rick. Idziemy. Musimy się stąd wydostać, zanim się zorientują, że czaszka 

zniknęła.

- Jest nienormalny - mruknął Nathan. - Ten sukinsyn mógł nas wpędzić w kłopoty. - Popatrzył wojowniczo 

na Galena. - I muszę wziąć prysznic.

-   Nie   ma   czasu.   Idziesz   w  takim  stanie   albo   wcale.   Jakoś   się   tu   dostałeś;   jak   zechcesz,   to  się   jakoś 

wydostaniesz.

- Żeby go znalazł ten Jules Hebert? - zapytała Eve.
- Musi się dostosować do okoliczności. Moja mama zawsze powtarzała, że co ma wisieć, nie utonie.
- Bardzo mnie męczy to, co mówiła twoja matka. Myślę, że to sobie wymyślasz, kiedy ci pasuje. - Ruszyła 

ku drzwiom. - Zabieramy go.

Galen wzruszył ramionami.
- Skoro nalegasz. Obaj jednak śmierdzimy jak skunksy, takich dwóch w aucie wywołałoby wymioty u 

każdego. - Minął ją i popędził schodami na dół. - Wyjdziemy przez tylne drzwi i pobiegniemy do auta 
zaparkowanego przy cyprysach kilkaset metrów od domu. - Zatrzymał się przy kuchennych drzwiach. - 
Czekajcie chwilę, zaraz wracam.

- Dokąd idziesz?
- Sprawdziłem teren przed domem. Większość strażników rozlokowano po drugiej stronie rozlewiska pod 

kościołem, ale jeden skurczybyk siedzi trochę dalej, na brzegu, i obserwuje dom. Nie miałem czasu się nim 
zająć, kiedy poszedłem po czaszkę. - Zerknął na Nathana. - A poza tym Nathan za głośno narzekał. Mamy 
szczęście, że dotarliśmy do domu niezauważeni.

- Usiłowałeś utopić...
- Bądź gotowa. - Galen już sunął pod ścianą budynku. - Trzymajcie kciuki, żeby nie znaleźli tego strażnika 

w kościele...

Kilka minut później Galen pojawił się w drzwiach.
- Chodźcie. Ruszamy. Zaczyna brakować nam czasu.
- A strażnik?
-  Zająłem się  nim.  -  Zaczął  biec,  gdy  zbliżali   się  do  gaju.  - Powinniśmy  się  raczej  przejmować  tym 

strażnikiem w kościele. Minęło prawie piętnaście minut. Ktoś zacznie go szukać.

Eve   nagle   znieruchomiała.   Tam,   gdzie   miał   na   nich   czekać   brązowy,   wynajęty   samochód   Galena, 

znajdował się najnowszy model lexusa.

Obok stał Joe Quinn.
- Co tu się dzieje, do diabła? - Eve odwróciła się do Galena.
- Ja się dzieję - odparł krótko Joe. - Wsiadaj do auta i zmywamy się stąd.
Eve go zignorowała.
- Ty go zawiadomiłeś, Galen?
- Pewnie. Zanim poszedłem do kościoła. Mówiłem, że może mi się przydać. Powiedziałbym, że sytuacja 

dojrzała do tego, żeby go wezwać. Nie mogę się rozdwoić. Otwórz bagażnik, Quinn. - Wrzucił tam walizki. - 
To Bill Nathan. Siadaj z tyłu, Nathan. - Odwrócił się do Eve. - Ty sama wybierz miejsce, ale Quinn jedzie z 
nami. Zaprosiłem go na przejażdżkę.

- Galen, zbytnio się przejąłeś swoją pracą.
- Taki mam zwyczaj. Jestem zaopatrzeniowcem. - Otworzył jej drzwi z tyłu. - Co oznacza, że będę chronił 

cię najlepiej, jak potrafię.

- Na litość boską, nie jestem trujący - powiedział ponuro Joe. - Wsiadaj do samochodu.
Zawahała się, a następnie usiadła z tyłu obok Nathana.
- Nie podoba mi się to, Galen.
- Przykro mi. - Obejrzał się za siebie i zerknął na kościół, a potem usiadł w fotelu dla pasażera. - Nic się 

jeszcze nie dzieje. Rany, mamy szczęście! Jedziemy, Quinn.

Joe usiadł za kierownicą.
- Dokąd jedziemy?
-   Na   południe.   Mam  dom  trochę   na   północ   od  Nowego   Orleanu.   Przez   jakiś   czas   powinno  tam  być 

bezpiecznie.

- Nie będą nas u ciebie szukać?
- No cóż, w moim zawodzie nie informuje się całego świata o miejscu zamieszkania, a dokumenty, na 

których figuruje ten adres, starannie ukryłem.

- Nie bądź zbyt pewny siebie - powiedział Nathan. - Za Jules’em Hebertem stoi Sprzysiężenie, a to otwiera 

background image

wiele drzwi.

-   Jeśli   to   Sprzysiężenie   w   ogóle   istnieje.  A  przy   sprzyjających   okolicznościach   każdy   może   znaleźć 

każdego. Może jednak będziemy mieć tyle czasu i spokoju, że Eve da radę dokończyć pracę nad Victorem.

- Może.
- Jedź, Quinn - powiedział Galen. - Ten facet mnie dołuje.

Joe siedział sztywno za kierownicą; przez całą drogę ani razu nie spojrzał na Eve.
Ona też starała się nie patrzeć na niego. Wyglądała przez okno albo gawędziła z Nathanem, który nie 

wykazywał jednak specjalnej ochoty do rozmowy. Galen jej nie ułatwiał sprawy. W drodze był nienaturalnie 
małomówny, tylko czasem podpowiadał Joemu drogę. Zatem nie mogła nie patrzeć na Joego ani nie myśleć 
o nim podczas tej całej podróży.

Nieswojo się czuła tu, z tyłu, zawsze siadała obok niego. Przez wszystkie lata, kiedy byli najlepszymi 

przyjaciółmi, a potem kochankami...

Kochankami.
Boże, tak bardzo pragnęła, by jej dotknął. Jej ciało było na to gotowe, myślała o ostatnim razie, kiedy w nią 

wszedł, głęboko i mocno. Potem było równie dobrze, kiedy tulił ją niczym cenny skarb. Zawsze czuła się 
taka bezpieczna.

Z trudem oderwała od niego spojrzenie. Życie nie sprowadzało się tylko do seksu. W życiu liczyło się 

zaufanie i uczciwość.

I seks.
Dzielili łoże, odkąd przyjechali z Arizony przed dwoma laty. To naturalne, że przywykła do jego ciała, do 

seksu z nim. Co nie oznaczało, że nie potrafi się bez tego obejść. Będzie lepiej, kiedy wreszcie wydostanie 
się z tego cholernego auta.

No dobra, zapomnij o nim. Musi postanowić, co robić, kiedy już znajdą się u Galena. Było bardzo wiele 

ważnych spraw do rozwiązania. Co będzie najlepsze dla Jane i matki? Lepiej pomyśleć o nich niż o Joem. 
Cholera, co by było najlepsze dla niej samej?

Po   godzinie   Galen   wskazał   na   potężną   bramę   z   kutego   żelaza,   zamontowaną   w   równie   potężnym 

ogrodzeniu.

- Skręć tutaj. Dom leży za tymi cedrami. - Nacisnął guzik pilota, brama się otworzyła. - Chwała Bogu, 

jesteśmy na miejscu. Nie była to nazbyt relaksująca podróż. Powietrze można kroić nożem.

- To przez ciebie. - Eve w duchu podziękowała opatrzności, że podróż się skończyła, i zerknęła na cień 

ogromnego jednopiętrowego domu wykończonego żółtobeżowym stiukiem. - Na litość boską, to rezydencja!

- Złożyłem właścicielowi propozycję nie do odrzucenia - powiedział Galen, gdy krętym podjazdem zbliżali 

się do rzeźbionych trzymetrowych wrót domu. - Uznałem, że ten dom do mnie pasuje.

- Bylebyśmy nie mieli do czynienia z mafią - powiedziała Eve. - Tylko tego mi teraz brakowało.
- Żartowałem - oświadczył Galen. - Mam dobrze płatną pracę, Logan inwestował w moim imieniu. Udało 

mi się zaoszczędzić parę groszy.

- Nie bądź taki skromny - stwierdził sucho Quinn. - Właściwie to nawet dziwne, że ty nadal pracujesz.
- Kiedy dorasta się w slumsach, żadne pieniądze na świecie nie sprawią, że poczujesz się bezpiecznie. - 

Galen wysiadł z auta i otworzył drzwi z tyłu. - Usiłowałem skończyć pracę jakiś rok temu, ale nic z tego nie 
wyszło. Śmiertelnie się nudziłem. Zacząłem ryzykować. Cholera, nawet wspinałem się po górach. Kiedy 
skręciłem kostkę na zupełnie łatwym wzniesieniu, uznałem się za żałosny przypadek i wróciłem do roboty. 
Doszedłem do wniosku, że to zdrowsze. - Pomógł Eve wysiąść z samochodu. - Wszystko w porządku?

- Nic mi nie jest.
- A mnie tak - wtrącił Nathan. - Śmierdzę, jestem brudny i chyba pogryzły mnie pijawki.
- Naprawdę? - Galen uniósł brwi. - W jakimś ciekawym miejscu? Jeśli zaatakowały cię pijawki, pewnie 

nadal tam są. Mam ci pomóc je oderwać?

- Chciałbyś, co? - Nathan spojrzał na niego wilkiem.
- Nie bądź taki ponury. Przeżyjesz. Wątpię w te pijawki.
- Taki z ciebie ekspert?
- Jasne. Chociaż lepiej znam się na przepływaniu rzek pełnych piranii.
Nathan parsknął śmiechem.
- Wątpisz? Trzeba płynąć nocą, kiedy piranie śpią, i trzymać się z dala od przystani, gdzie...
- Nie mani ochoty rozmawiać o piraniach. Otworzysz te cholerne drzwi?
- Usiłuję cię czegoś nauczyć. - Galen odwrócił się, wszedł po czterech schodkach i zapalił światła w 

przedpokoju. - Nie ma służby, Eve. Raz w tygodniu pewna osoba z miasta przychodzi trochę tu posprzątać. 
Poza tym jesteśmy sami. Wszystkie sypialnie mieszczą się na pierwszym piętrze. Dziesięć albo jedenaście. 

background image

Wybierzcie sobie.

- Mnie potrzeba tylko prysznica. - Nathan minął go i wszedł do domu.
- Owiń się prześcieradłem, kiedy wyjdziesz z łazienki! - zawołał za nim Galen. - Może uda mi się znaleźć 

jakieś ubranie, które będzie pasowało na twoją olimpijską sylwetkę.

- Mam tylko parę kilo nadwagi - mruknął Nathan przez zaciśnięte zęby.
- Przyjemniaczek, nie? - powiedział Galen, gdy Nathan wyszedł. - Choć z tym prysznicem to ma rację. Ja 

się jednak poświęcę i pozwolę ci zerknąć na pokój, który, moim zdaniem, świetnie się nada do twojej pracy. 
Chodź. - Wszedł do domu.

- Idź. Wezmę bagaże. - Joe podszedł do bagażnika. - Nie palę się do oglądania chałupy Galena. Na razie 

mam go dosyć.

- To trzeba było nie przyjeżdżać.
- Wiesz, po co przyjechałem - popatrzył jej w oczy. - To nie ma nic wspólnego z Galenem. - Otworzył 

bagażnik. - Poza faktem, że może będę miał okazję skręcić mu kark.

- Co powiesz na to? - Galen otworzył drzwi pokoju na dole. - Mnóstwo tu światła.
Rozejrzała   się   po   olbrzymim   pomieszczeniu   o   kamiennych   podłogach,   wyposażonym   w   archaiczny 

piekarnik gazowy i kominek tak duży, że można by w niego wmaszerować.

- Kuchnia?
- W zeszłym stuleciu była to kuchnia z zapleczem. Człowiek, od którego kupiłem ten dom, urządził nową 

kuchnię na piętrze, wprost nad nami. Tego pomieszczenia nie dało się zmodernizować, a on lubił wygody. 
Podobnie jak ja. Tu - wskazał na masywny stół do rozbierania mięsa - możesz rozłożyć swoje narzędzia. W 
porządku?

- Trochę tu chłodno - powiedziała, lekko dygocąc.
- Po to jest kominek. Będę w nim dla ciebie palił. Przynieść tu twoje rzeczy?
Zawahała się, po czym powoli pokręciła głową.
- Raczej nie. W drodze przemyślałam kilka spraw.
- Wątpliwości?
- Tak.
- I co postanowiłaś? - zapytał Joe ze szczytu schodów.
- Że jestem idealistyczną idiotką, skoro w ogóle brałam pod uwagę kontynuowanie tej rekonstrukcji.
- To dobrze. - Joe zszedł po schodach. - Cały czas ci to powtarzałem.
- Nawet gdybym pracowała przez całe życie, i tak nie zdołam zrekonstruować twarzy tym wszystkim, 

którym naprawdę się to należy. Bently mógł być porządnym człowiekiem, ale na to oczekują również inni 
dobrzy ludzie. Wokół mnie ciągle ktoś ginie. Skąd mam wiedzieć, czy to zło nie dotknie mojej rodziny? - 
Zacisnęła usta. - Przykro mi myśleć, że nie skończę pracy nad Victorem, ale nie jestem głupia.

- Cóż, najwyraźniej się zdecydowałaś - powiedział Galen. - Jak chcesz to załatwić?
- Nie wierzę Meltonowi. Okłamał mnie.
- FBI? - podsunął Joe.
- Może.
- Wiem, im też nie ufasz.
- Kiedyś dla nich pracowałeś. Znasz kogoś, kto cieszy się opinią nieprzekupnego?
- Nie tak łatwo znaleźć nieprzekupnych. Pomyślę o tym i zadzwonię w kilka miejsc.
- Skoro nie jestem potrzebny; pójdę wziąć prysznic. - Galen odwrócił się i ruszył po schodach. - Jeśli 

chcesz, przyniosę Victora, żebyś jeszcze nad nim popracowała, zanim zdecydujesz, co z nim zrobić.

- Nie.
Zatrzymał się ze zdumieniem.
- To była tylko sugestia. Myślałem, że zechcesz...
- Ona się boi - przerwał Joe. - Myśli, że jeśli już zacznie nad nim pracować, nie będzie potrafiła przestać.
Cholera, Joe zawsze umiał przejrzeć mnie na wylot. - Nie jestem głupia. Wiem, co ważne. - Jednak Victor 

także   jest   ważny.   Zaginął,   a   ja   mogłam   go   odnaleźć.   Gdybym   popracowała   nad   nim   jeszcze   trochę, 
mogłabym... - Nie ruszaj Victora.

Galen skinął głową.
- Postaraj się trochę odpocząć, Eve. To była długa noc.
- Rozkazujesz mi, Galen?
Podjął wędrówkę po schodach.
- Ależ skąd! Wiem, że ci podpadłem. Jednak z pomocy Quinna nie zrezygnuję.
Pobiegła za nim. Za nic nie chciała zostać z Joem sam na sam.
- Sprawdzisz Billa Nathana? Wydaje się w porządku, ale odkąd wyjechałam z Atlanty, nic nie jest takie, 

background image

jakie być powinno.

- Natychmiast po kąpieli. - Pokiwał głową i uśmiechnął się chytrze. - Ciekawe, czy naprawdę ma  te 

pijawki...

- Zniknęła? - Melton mówił opanowanym głosem, ale w jego tonie Jules wyczuwał tłumiony gniew. - 

Razem z czaszką?

- Tak. Nie przejmuj się, znajdę ją.
- Nie powinieneś był do tego dopuścić, Hebert. Miałeś dopilnować, żeby skończyła, a potem się jej pozbyć. 

Gdzie dziś byłeś, do cholery? Jak jej udało się uciec?

- Musiałem zająć się naszymi sprawami w Boca Raton. Myślałem, że wszystko jest w porządku. Wyglądało 

na to, że niczego nie podejrzewa, i wiedziałem, że chciała skończyć czaszkę. Uznałem, że to odpowiedni 
moment na... - Umilkł z niesmakiem. Bełkotał, tłumaczył się przed tym dupkiem jak jakiś pieprzony amator. 
- Popełniłem błąd. Naprawię go.

- Z całą pewnością. O ile nie jest za późno. A jeśli pójdzie z czaszką na policję?
- Wątpię, czy zrobi to w najbliższym czasie, ale musimy działać szybko. Moi ludzie widzieli wcześniej 

Joego Quinna, wchodził do jej domu. Albo on, albo Galen musiał przekonać ją do ucieczki. Jeśli zabrała 
czaszkę, to dlatego, że zapewne chce ją skończyć. Obaj wiemy, jak przejmuje się pracą. To mi daje trochę 
czasu. Potrzebuję twojej pomocy.

- O ile to mi nie zaszkodzi.
- Ona nie wróci do domu. Jeśli cokolwiek podejrzewa, to się gdzieś ukrywa. Uruchom swoje źródła i 

zorientuj się, dokąd ją zabrał Galen. I to szybko.

- To wielki kraj.
Jules usiłował stłumić gniew.
- Możesz to zrobić? - Wymawiał każde słowo powoli i starannie.
- Pozwoliłem ci na  takie postępowanie  z Duncan,  mimo że schrzaniłeś  sprawę  z Etienne’em, ale  nie 

możemy dłużej ryzykować. To dla nas zbyt niebezpieczne. Zdobądź czaszkę, a potem szybko pozbądź się 
Duncan i jej towarzyszy. Nie chcę, żeby cokolwiek przedostało się do mediów. Rozumiesz?

- Rozumiem. Znajdziesz ją?
- Spróbuję.
Melton się rozłączył.
Jules pomyślał, że Melton naprawdę się postara. Mógł zrzucać winę na Jules’a, ale był odpowiedzialny za 

Boca Raton i chciał załatwić sprawę Bently’ego, zanim będzie musiał odpowiadać na kłopotliwe pytania.

On też musi się teraz porządnie starać. Miał kłopoty z zapanowaniem nad sytuacją. Od nocy; w której zabił 

Etienne’a, musiał kłamać, oszukiwać, zgadzać się na kompromisy. Wiedział, że jeśli nie będzie ostrożny, 
wszystko runie mu na głowę.

Nie, do tego nie zamierzał dopuścić. Zbyt wiele poświęcił, żeby teraz ponieść klęskę. Nie będzie tu siedział 

i liczył na to, że Melton odnajdzie Eve Duncan.

Postanowił wziąć sprawy we własne ręce.

Rozdział dziesiąty

Boże, żeby ta kolacja już się skończyła.
Posiłek zdawał się ciągnąć w nieskończoność. Nastrój Nathana nie poprawił się po prysznicu. Joe prawie 

się nie odzywał, a Eve, przygnębiona jego obecnością przy stole, z rzadka odpowiadała na pytania Galena.

Chyba   tylko   na   Galenie   ta   atmosfera   nie   robiła   żadnego   wrażenia.   Kipiał   energią,   był   podniecony, 

odstawiał   jednoosobowe   przedstawienie.   Biegał   do   kuchni   po   rozmaite   smaczne   potrawy,   ciągle   coś 
opowiadał i co pewien czas czepiał się Joego albo Nathana. Na koniec podał kawę.

-   Bardzo   mnie   rozczarowaliście.   -   Odchylił   się   na   krześle.   -   Gdybym   nie   był   taki   gadatliwy,   kolacja 

okazałaby się katastrofą. Zachowujecie się beznadziejnie.

- To nie cyrk, Galen - warknął Joe. - A ty nie jesteś konferansjerem.
- Doskonałe skojarzenie, Quinn. Najwyraźniej nie brak ci talentów konwersacyjnych.
- Galen - odezwała się Eve.
- Eve najwyraźniej chce oczyścić atmosferę. - Galen popatrzył na Joego. - Boi się ciebie czy mnie? Jak 

sądzisz?

- Sądzę, że mam tego po uszy.
- Bardzo niegrzecznie.
- Przed kolacją zadzwoniłem w kilka miejsc - powiedział Joe do Eve. - Do paru informatorów z FBI, 

wszyscy się zgodzili, że może nam pomóc tylko Bart Jennings. Jest bystry i gorliwy, pracuje dla biura od 
dwudziestu lat.

background image

- Znasz go osobiście?
- Nie, ale sporo o nim słyszałem podczas pracy w FBI.
- Co tu się dzieje? - spytał Nathan.
- Eve postanowiła zwrócić czaszkę.
- Nie kończąc rekonstrukcji?
Eve skinęła głową.
- Dzięki Bogu. Rozsądnie. Chociaż trzeba było zostawić czaszkę i uciekać.
- Nie oddam czaszki Jules’owi Hebertowi i jego ludziom. - Popatrzyła na dziennikarza. - Nie wiem, ile w 

pańskiej historii jest prawdy, a ile bzdurnych spekulacji, a nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Przekażę ją 
odpowiednim władzom.

- Nie może pani ufać władzom - stwierdził Nathan. - Nikomu nie może pani ufać.
- Mówisz jak bohater kiepskiego filmu sensacyjnego - stwierdził Joe. - Eve, rozmawiałem z Jenningsem, 

obiecał zachować sprawę w tajemnicy. Chciałby jednak przyjechać i spotkać się z tobą jutro o dziesiątej 
rano.

- Powiedziałeś mu, gdzie jesteśmy? - Eve zmarszczyła brwi.
- Nie, nie zrobiłbym tego bez twojej wiedzy. Powiedziałem mu, że zadzwonię.
Zastanawiała się przez chwilę.
- Przekaż Jenningsowi, że się z nim spotkam. Może wreszcie całą sprawę Victora będę miała z głowy.
- Będzie ci przykro, kiedy Victor zniknie - powiedział Galen z uśmiechem.
Przykro to za mało powiedziane. Zawsze źle się czuła, gdy nie udawało się jej zidentyfikować ofiary, ale 

Victor stał się niemalże jej obsesją. Nie mogła jednak nadal się nad tym zastanawiać. Już wystarczająco 
długo biła się z myślami.

- Powiedziałeś mu, że informacje o Sprzysiężeniu masz ode mnie, Quinn? - zapytał Nathan.
- Nie, uznałem, że nie byłbyś  z tego zadowolony.  Chociaż mocno naciskał.  Usłyszał  ode mnie,  że te 

informacje pochodzą z poufnego źródła. Zdaje się, że tak właśnie mawiają dziennikarze.

- I dobrze. Bo popełniłbyś poważny błąd. - Nathan wstał i cisnął serwetkę na stół. - Nie będzie mnie tutaj, 

gdy pojawi się Jennings. Jeszcze żyję, bo jeżeli angażuję się w jakąś sprawę, postępuję tak, aby nikt się o 
tym nie dowiedział. I nadal zamierzam tak postępować.

Galen patrzył, jak Nathan wychodzi z pokoju, a potem odwrócił się do Eve:
- Przy okazji sprawdziłem Billa Nathana. Współpracuje z „Times Picayunne”, znany jest z popierania 

reform związanych z ochroną środowiska. - Wyjął z kieszeni taks i wręczył go Eve. - Zdjęcie w gazecie nie 
jest najlepszej jakości, ale to z pewnością on.

Zerknęła na fotografię. Galen miał rację - zdjęcie było kiepskie, ale Nathan dawał się rozpoznać.
- Może powinieneś się od niego odczepić.
- Dlaczego? - Galen popatrzył na nią ze zdumieniem. - To bardzo zabawne.
- Ja mam dość - rzucił Joe. - Eve, chcę z tobą porozmawiać.
Zesztywniała.
-  Tak,   pogadajcie   sobie.   -   Galen   wstał   i   zaczął   zbierać   naczynia.   -   Muszę   je   wsadzić   do   zmywarki. 

Obowiązki domowe nigdy się nie kończą...

- Nie potrzebuję twojego pozwolenia, Galen - przerwał mu Joe.
- To mój syndrom konferansjera. - Galen ruszył z naczyniami do kuchni. - Poza tym powinieneś być 

wdzięczny za każdą pomoc.

Joe patrzył, jak drzwi zamykają się za Galenem.
- Przesadza. Zastanawiam się,  czy w ogóle rozumie, jak blisko mi  do... - Spojrzał w kierunku drzwi 

prowadzących na werandę. - Wyjdźmy stąd. Nie odmawiaj mi, Eve. Ten sukinsyn doprowadza mnie do 
szału.

- Galen bardzo się o mnie troszczy.
- Tak, mówił mi. Idziesz?
Nie miała ochoty na konfrontację z Joem, ale nie mogła już dłużej znieść tego napięcia. To się musiało 

wreszcie skończyć.

- Dobrze - powiedziała, wstając z fotela.
Jesienna noc była chłodna, od jeziora wiał zimny wiatr. Eve zadrżała.
- Nawet pogoda jest przeciwko mnie. - Joe zdjął kurtkę i zarzucił na jej ramiona.
Kurtka była ciepła i pachniała ulubioną wodą Joego.
- Nie chcę - burknęła Eve.
- A ja nie zamierzam dawać ci pretekstu do ucieczki. - Oparł się o balustradę i wyjrzał na jezioro. - Nasze 

bardziej mi się podoba. To jest... za ładne.

background image

Wiedziała, co ma na myśli. Brakowało mu dzikości i surowego piękna jeziora przy ich domu.
- Do Galena też to średnio pasuje, ale mówił...
- Nie rozmawiamy o Galenie - przerwał jej. - Rozmawiamy o nas i naszym wspólnym życiu. Nie ma w nim 

miejsca dla Galena.

- Joe, to zbyt szybko, nie mogę...
- Nie sądzisz, że zdaję sobie z tego sprawę? Zamierzałem dać ci czas. Męczyłbym się, ale jakoś bym sobie 

poradził. Nagle jednak wszystko wzięło w łeb. Niemal cię zabili. Nie mogłem cię tak zostawić. - Oddychał 
nierówno,   nerwowo.  -   I   nie   mogę   dłużej   patrzeć,   jak   odsuwasz   się   ode   mnie.   Musimy  jakoś   dojść   do 
porozumienia.

- To znaczy?
- Pozwól, że zostanę z tobą i będę cię chronił. Nie zapytam o nic więcej. Nie będę ci się narzucał. Nie będę 

prowokował kłopotliwych sytuacji. Nie będę ci przypominał, jak cudownie było nam razem. - Umilkł i dodał 
przez zaciśnięte zęby: - Możesz sobie nawet nadal sypiać z Galenem, skoro tego pragniesz.

- Co?!
Popatrzył na nią uważnie.
- Nie sypiasz z Galenem?
- Oszalałeś? Po tych wszystkich latach naprawdę wierzysz, że mogłabym tak bez zastanowienia wskoczyć 

komuś do łóżka?

Joe powoli wypuścił powietrze z płuc.
- Z całą pewnością go zamorduję.
- Powiedział ci, że z nim sypiam?
- Niezupełnie. - Zmienił temat. - Zgodzisz się na te warunki? Nie będę ci się narzucał ze swoją obecnością, 

żebyś mogła w spokoju roztrząsać moje grzechy. To tutaj nie potrwa zbyt długo, skoro zdecydowałaś się na 
Jenningsa. Teraz po prostu nie mogę cię zostawić.

Eve milczała.
- Posłuchaj mnie.  - Złapał ją za ramiona i potrząsnął. - Zasłużyłem na to. Możesz myśleć, że jestem 

sukinsynem, ale po tych wszystkich latach, po tym, co wspólnie przeszliśmy, nie możesz tak po prostu mnie 
odrzucić. Jak byś się czuła, gdybym to ja był na twoim miejscu? Zależy ci na mnie. Nie możesz o tym 
wszystkim zapomnieć tylko dlatego, że twoim zdaniem zrobiłem coś niewybaczalnego.

- Zrobiłeś coś strasznego. - Ale straszna była też ta chwila, kiedy tak stała tuż obok niego, porażona jego 

gwałtownością i siłą swoich uczuć do niego. - Sama nie wiem, co robić.

- Odpowiedz mi. Jak byś się czuła, gdyby to chodziło o mnie? Gdyby to mnie w każdej chwili jakiś drań 

mógł znienacka wbić nóż w plecy?

Świat bez Joego? Ból. Poczucie ogromnej straty. Pustka.
- Prawda? Daj mi to, czego pragnę. Bądź sprawiedliwa. Pozwól mi zostać i sobie pomóc.
Eve przez chwilę milczała, a po chwili skinęła głową.
- Zgoda. Ale to tylko pogorszy sytuację.
- Jestem na to przygotowany. Chociaż nie wyobrażam sobie, że mogłoby być jeszcze gorzej. - Zacisnął 

palce na jej ramionach, lecz po chwili ją puścił. - Wiesz, od ilu dni cię nie dotykałem? To boli... Ale nie 
wolno mi o tym mówić. To wbrew cholernym zasadom. - Odwrócił się na pięcie i wszedł do pokoju.

Eve pomyślała, że wariuje. Wciąż czuła ciężar jego dłoni na ramionach, otaczał ją jego zapach, ciepło jego 

kurtki i dźwięk głosu, przypominała sobie jego słowa.

A  g d y b y  t o  c h o d z i ł o  o  m n i e?
Było to jedno z tych pytań, które zdołałyby zburzyć każdy mur, jakim starała się od niego odgrodzić. 

Pamiętała, co czuła, gdy kilka lat temu Joe został postrzelony; wtedy bardzo się do siebie zbliżyli. Nie myśl 
o tym, nakazała sobie. W jego towarzystwie nie daj się powodować uczuciami. Ustąpiła, bo zrozumiała, że 
jest wobec niego niesprawiedliwa, ale myślenie o Joem i ich wspólnym życiu byłoby masochizmem.

Zdjęła kurtkę Joego. Zimno i pustka natychmiast ją otrzeźwiły. To przecież zwykła kurtka, do cholery. 

Weszła do środka i położyła kurtkę na krześle w jadalni. Joe weźmie ją sobie później. Teraz nie mogłaby 
stanąć z nim twarzą w twarz. Powiedział, że będzie schodził jej z drogi, ale samo przebywanie z nim pod 
jednym dachem wyprowadzało ją z równowagi. Postanowiła iść na górę i położyć się. Po drodze zerknęła 
tęsknie na drzwi starej kuchni. Była zbyt poruszona, by zasnąć. Gdyby popracowała trochę nad Victorem, 
mogłaby się odprężyć i zbliżyć do rozwiązania zagadki. Może by tak odszukać czaszkę i...

Nie, nie wolno jej poddać się pokusie. Podjęła już decyzję. Jutro pojawi się ten człowiek z FBI, minie 

zagrożenie, a wraz z nim emocjonalny zamęt.

- Dziękuję, że zgodziła się pani na to spotkanie - mówił Bart Jennings z uśmiechem. - Logan wyjaśnił mi, 

background image

że nie darzy pani agencji rządowych szczególną sympatią. - Jego usta wykrzywił grymas niesmaku. - Sam 
miewam problemy z biurokratami.

- Oto sprawiedliwy - mruknął Galen. - Zaczynam go lubić, Eve.
Wiedziała, co Galen miał na myśli. Od chwili, w której Jennings stanął w drzwiach, była pod wrażeniem. 

Jennings skończył czterdziestkę, miał lekko posiwiałe włosy i niesforną grzywkę. Mówił wprost, wydawał 
się szczery i otwarty.

- Logan wspomniał panu, że chcemy odsunąć od tej sprawy senatora Meltona?
- Nie widzę przeciwwskazań. Senator ma dość mocne powiązania w Waszyngtonie, politycy przychodzą i 

odchodzą - od dawna pracuję w FBI i wiem, co mówię. Od tej chwili nie będzie miał z tym nic wspólnego.

- Poważnie? - Joe zmrużył oczy. - Mówisz to bardzo stanowczo.
- Powiedzmy, że mu nie ufam. Może jest uczciwy, a może tkwi w tym po uszy. Tak czy owak, powinniśmy 

zachować ostrożność.

- Wierzysz w tę teorię spisku?
- Nie wolno mi jej lekceważyć, dopóki nie udowodnię, że nie jest prawdziwa. - Jennings przez chwilę 

milczał. - Pojawiają się jakieś sugestie, że może nie jest to całkiem bezpodstawne. W pewne rzeczy trudno 
uwierzyć, ale jeśli choćby jedna dziesiąta okaże się prawdą, to sprawa jest poważna. Mówiła pani, że ten 
Etienne uważał, że w Boca Raton coś się szykuje?

- Tak, początkowo sądził, że może chodziło o zebranie organizacji, ale nie zapowiada się tam żadne ważne 

wydarzenie, które dostarczyłoby członkom Sprzysiężenia pretekstu do przyjazdu. To musi być coś innego.

- Chciałbym znać nazwisko waszego informatora.
Joe przecząco pokręcił głową.
- Mówiłem ci, obiecałem mu dyskrecję.
- Utrudniasz mi pracę. - Jennings przeniósł wzrok na Eve. - A co do pani: Kiedy planuje pani skończyć 

rekonstrukcję czaszki?

- Wystarczyłyby trzy albo cztery dni... Ale nie zamierzam jej kończyć. Właśnie dlatego pan tu jest. Ma 

mnie pan od niej uwolnić. Umywam ręce.

- Doskonale panią rozumiem - pokiwał ze współczuciem głową. - Na pani miejscu też miałbym chęć 

odrzucić propozycję, jaką zamierzam pani złożyć, niemniej proszę wysłuchać mojej prośby. Niech pani nam 
ofiaruje te cztery dni. Proszę skończyć rekonstrukcję.

- Akurat posłucha... - mruknął Joe.
- Mowy nie ma - powiedziała Eve.
- Proszę posłuchać. Hebert i Melton robią wszystko, by pani to skończyła, i z pewnością mają powód. 

Dlaczego?

- Bently?
- Dlaczego jednak muszą mieć dowód, że on nie żyje? Jaki to ma związek z tym, co ma się wydarzyć w 

Boca Raton? - Umilkł na chwilę. - My też musimy to wiedzieć. Prowadzimy śledztwo w sprawie zaginięcia 
Bently’ego i natrafiliśmy na parę intrygujących informacji. Tuż przed swoim zniknięciem Bently prowadził 
jakieś potajemne interesy z pewnym bankiem na Kajmanach.

- Pranie brudnych pieniędzy? - zapytał Galen.
- Niby dlaczego? - Jennings wzruszył ramionami. - Bently miał olbrzymią fortunę. Jego ojciec robił w 

ropie naftowej - to między innymi dlatego Bently stał się obrońcą środowiska. Odkupienie grzechów. Jednak 
w tym banku na Kajmanach dokonywano ogromnych przelewów. Współwłaścicielem rachunku był Thomas 
Simmons, który mógł podjąć dowolną sumę. Potem konto zlikwidowano, a pieniądze zniknęły.

- Kto to jest Thomas Simmons?
- Wypytywaliśmy o to żonę i wspólników Bently’ego, ale nic nie wiedzieli. Nikt nie słyszał o Simmonsie - 

zawiesił głos. - Jednak pojawił się inny trop. Przeszukaliśmy ogólnokrajową bazę danych, koncentrując się 
na  intelektualistach  i pracownikach  wyższych uczelni,  dzięki  czemu natrafiliśmy na profesora Thomasa 
Randalla Simmonsa z Kalifornijskiego Instytutu Technologicznego. Wziął urlop naukowy mniej więcej w 
czasie, kiedy zaginął Bently. Nie mogliśmy znaleźć niczego więcej, dopóki nie dotarliśmy do banku na 
Kajmanach i nie sprawdziliśmy próbki pisma profesora. Pasowało.

- Oszust? - zasugerował Joe. - Może powinniście nieco staranniej szukać tajemniczego pana Simmonsa. 

Czyżby Bently zorientował się, że robi się go w konia, i Simmons postanowił się go pozbyć?

- Cholera jasna, szukaliśmy go - powiedział Jennings. - Bez skutku. Ale Bently to był bardzo inteligentny 

facet. Mógł go pokonać jedynie wyjątkowo bystry przeciwnik.

- No to wracamy do pytania, czy Bently też był oszustem. Niektórym nigdy nie dość pieniędzy.
Jennings potrząsnął głową.
- Raczej nie był. To idealista o czystych rękach. Są jednak ślady wskazujące na to, że finansował pewien 

background image

tajny projekt.

- Jaki projekt?
- Coś, co jego zdaniem było warte ryzykowania osobistej fortuny. Ten trop skłonił nas do spenetrowania 

środowiska intelektualistów w poszukiwaniu Simmonsa. Tkwił po uszy w jakichś bardzo interesujących 
badaniach. - Umilkł. - Co wiecie o ogniwach paliwowych?

-   Niewiele.  To   podobno   alternatywa   dla   oleju   napędowego   i   benzyny.   Niektóre   firmy   motoryzacyjne 

eksperymentowały z ogniwami, ale nic z tego nie wyszło. Za drogie.

- Ich zastosowanie znacznie wykracza poza sferę motoryzacji. Mogą być użytkowane w elektrowniach, 

domach, a także stacjach kosmicznych. Można z nich czerpać energię za ułamek obecnych kosztów i bez 
szkodliwych   dla   środowiska   skutków   ubocznych.   Właściwie   wszyscy   skorzystaliby   z   upowszechnienia 
ogniw paliwowych. Naukowcom niewiele brakuje do urzeczywistnienia tych planów, a jednak mało kto 
słyszał o tym źródle energii. Czy to nie dziwne?

- Co to ma wspólnego z... - Eve nie dokończyła pytania. - Myśli pan, że Bently płacił za badania nad 

skonstruowaniem taniego ogniwa?

Jennings pokiwał głową.
- Badania nad ogniwami, które prowadził Simmons były bardzo zaawansowane. Prześledziliśmy drogę 

pieniędzy do Detroit. Bently kupił kilka drogich komponentów niezbędnych do budowy ogniw. Nie był 
jednak głupcem. Nie inwestowałby takich pieniędzy, gdyby nie miał pewności, że to coś poważnego.

-   Dlaczego   miałby   trzymać   to   w   tajemnicy?   -   zapytała   Eve.   -   Jeśli   te   ogniwa   paliwowe   to   takie 

dobrodziejstwo, dlaczego nie poszedł do ludzi z rządu i nie przekonał ich, żeby zainwestowali miliard czy 
dwa na badania?

- Może chciał zaprezentować już gotowy produkt, a może po prostu nie wierzył, że Kongres przegłosuje 

ustawę, która godzi w interesy lobby energetycznego w kraju - powiedział Joe.

- A może Sprzysiężenie naprawdę istnieje - powoli powiedział Galen. - Może Bently o tym wiedział i bał 

się, że tamci zmobilizują wszystkie swoje siły, by go powstrzymać.

Jennings pokiwał głową.
- No i faktycznie ktoś go powstrzymał. Teraz musimy się dowiedzieć, co się stało i dlaczego ma to takie 

znaczenie dla Heberta i Meltona.

Eve popatrzyła na niego z rezygnacją.
- Czyli nie mogę się wycofać z tej cholernej afery?
- Proszę. Jeszcze cztery dni. - Jennings miał bardzo poważną minę. - Nie będę pani wciskał kitu na temat 

obowiązku. Decyzję w takich sprawach każdy musi podejmować sam. Istnieje jednak możliwość, że Bently 
zginął, bo chciał zrobić coś dobrego dla nas wszystkich. Coś, co mogłoby zmienić świat. To ważne.

- Ja i moi ludzie musimy mieć zapewnione bezpieczeństwo.
- Przydzielimy pani ochronę. - I po chwili milczenia dodał: - Tylko cztery dni.
- Nie musisz tego robić, Eve - powiedział Joe.
- Wiem. - Podeszła do okna i wyjrzała na ogród. - Czy jesteśmy tu bezpieczni, Galen?
- Raczej tak. Upewniłem się, że nikt nas nie śledzi. Poza tym ani dla mnie, ani dla Quinna nie byłaby to 

żadna nowość.

- A mama i Jane? - popatrzyła na Joego.
- Jasne. Wczoraj dzwoniłem w tej sprawie do wydziału. Kilka razy dziennie wokół domu będą jeździły 

wozy patrolowe, prosiłem też paru niemundurowych, żeby mieli je na oku. Zadzwoniłem do twojej matki, 
powiedziałem jej o ochronie i prosiłem, żeby ani na krok nie puszczała Jane samej. - Popatrzył na Eve spod 
zmrużonych powiek. - Mimo to cała ta sytuacja bardzo mi się nie podoba.

Eve podzielała ten niepokój. Do tego dochodziła frustracja spowodowana niedokończoną pracą, Jennings 

nie musiał podsuwać jej kolejnego pretekstu. Była rozdarta między rozpaczliwym pragnieniem uwolnienia 
się od brudów związanych z tą sprawą a chęcią odtworzenia twarzy Victora. Nie chciała, by Jennings miał 
wpływ na jej decyzje. Powinna odesłać go do diabła.

Ale   czy  to  nie   wisiałoby  jej   nad   głową?   Dopóki Victor   pozostawał   nieukończony,   będzie   ją  męczyło 

pragnienie, by się nim zająć, i świadomość, że Jennings lub jakiś inny policjant będzie wywierał na nią w tej 
sprawie nacisk. Istniał tylko jeden sposób, by położyć temu kres.

Podniosła głowę i spojrzała w oczy Jenningsowi.
- Zgadzam się. Ale chcę się od tej całej sprawy uwolnić natychmiast po zakończeniu pracy nad Victorem. 

Chcę wreszcie mieć to z głowy.

-   Jasne   -   rzekł   Jennings,   odetchnąwszy   głęboko.   -   O   rany,   co   za   ulga!   -   Nagle   zaczął   przemawiać 

oficjalnym tonem: - Potrzebuje pani czegoś? Możemy coś dla pani zrobić?

- Proszę dopilnować bezpieczeństwa mojej matki i dziecka. Dyskretnie. Nie chcę, aby się wystraszyły.

background image

- Nie ma problemu.
- Oby.
- Przyślę tu paru agentów z Nowego Orleanu, będą strzec pani bezpieczeństwa i...
-   Nie   -   przerwał   mu   Galen.   -   Zgodziłem  się,   by  Quinn   ci   powiedział,   gdzie   się   ukrywamy,   ale   pod 

warunkiem, że zatrzymasz to dla siebie. Nikt inny nie może się tego dowiedzieć. Quinn i ja zajmiemy się jej 
ochroną.

- Ufa im pani? - Jennings zerknął na Eve.
Skinęła głową.
- Proszę zadzwonić, jeśli zmieni pani zdanie. - Wstał. - Będziemy w kontakcie. Dziękuję, pani Duncan.
- Niech mi pan nie dziękuje. Wynoszę się stąd w tej samej chwili, gdy to skończę.
- Proszę dać mi znać, zjawię się natychmiast. - Znowu obdarzył ją uśmiechem.
Gdy drzwi zamknęły się za Jenningsem, Eve popatrzyła na Joego.
- Nie będziesz się kłócił?
- Nie. Wprawdzie nie podoba mi  się to wszystko, ale mam dość oleju w głowie, żeby się z tobą nie 

sprzeczać, skoro już się zdecydowałaś. Będę musiał zadzwonić do wydziału i uprzedzić ich, że do akcji 
włączy się paru agentów FBI. Nie ucieszą się.

- Czy mam zanieść Victora i twój sprzęt do starej kuchni? - spytał Galen.
- Tak. Natychmiast. Jeśli mam znowu zabrać się do tej cholernej roboty, postaram się to zrobić najszybciej, 

jak potrafię.

- Pewnie - mruknął Joe. - Przyznaj się, czujesz ulgę. Nie możesz się doczekać, kiedy znowu dotkniesz 

Victora swoimi rękami.

Miał rację. Czuła mrowienie w dłoniach i znajome podniecenie.
- Co nie oznacza, że nie skończę pracy w odpowiednim czasie.
- Bez wątpienia. Będziesz pracowała po całych dniach. Ale przecież to nic nowego, prawda?
- Tym razem jest inaczej.
- Za każdym razem jest inaczej - uśmiechnął się. - No idź. Wracaj do pracy. Ja się zajmę resztą świata.
- Nie chcę, żebyś...
Ale Joe już zniknął.

Rozdział jedenasty

- Gdzie Eve? - spytał Joe, kiedy o dziesiątej rano następnego dnia zszedł na śniadanie.
- Spóźniłeś się - odparł Galen. - Szczerze mówiąc, dzięki twojej nieobecności atmosfera przy śniadaniu 

była o wiele mniej napięta.

- Rozmawiałem z ludźmi z wydziału. Poza tym nie zniósłbym kolejnego żałosnego przedstawienia w 

twoim wykonaniu, jak to sprzed dwóch dni. Gdzie Eve? - powtórzył.

- Na dole, pracuje. - Galen zerknął na teczkę w rękach Joego. - Portret pamięciowy?
- Tak. FBI przejrzy akta i wyśle mi dla porównania zdjęcie Heberta. Jednak trzeba będzie trochę poczekać. 

Chwilowo musi wystarczyć to, co mamy. - Joe już schodził do starej kuchni.

- Pójdę z tobą.
Joe nie odpowiedział. Zatrzymał się u dołu schodów. Eve pracowała nad Victorem przy oknie, słońce 

padało na jej rudobrązowe włosy i podświetlało skupioną twarz. Ileż to razy podpatrywał ją rankiem, kiedy 
siedziała tak w ich domu...

Uniosła wzrok i znieruchomiała.
Cholera. Natychmiast oderwał od niej wzrok.
- Potrzebuję twojej pomocy, Eve - powiedział.
- Czy tak rozumiesz trzymanie się na dystans, Joe? - zapytała.
- Oszczędziłem ci mojej obecności przy śniadaniu. Zaraz stąd wyjdę, ale muszę coś sprawdzić. - Przeszedł 

przez pokój i wyjął portret z teczki. - Znalazłem to w wydziale, szukając czegoś o kryminalnej przeszłości 
Heberta. - Czy kiedykolwiek widziałaś tego człowieka?

Wzięła do ręki rysunek i zaczęła się przyglądać. Zmarszczyła brwi.
- Jest w nim coś znajomego... Czy to Hebert? Galen, podejdź tu.
- To jest... - Galen zamilkł i gwizdnął cicho. - Rick.
- Co takiego? - Eve wstrzymała oddech.
- Wyobraź go sobie z jasnymi włosami. - Galen wskazał na pociągłą twarz. - Pełniejsze policzki. Dodaj do 

tego miły, czysty wygląd.

- To człowiek, który pomagał wam w kościele? - zapytał Joe.
Eve skinęła głową.
- Rick Vadim. Tyle że nie miał ciemnych włosów, ale jasnobrązowe, był okrągły na twarzy i jakby... 

background image

rumiany.

- Był niski?
- Tak, ale bardzo atletycznie zbudowany, więc to się nie rzucało w oczy.
-   Zmiana   wyglądu   to   chleb   powszedni   w   zawodzie   Heberta.   -   Galen   wpatrywał   się   w   rysunek.   - 

Potrzebował tylko farby do włosów, odrobiny różu i poduszek do wypchania policzków.

- Wydawał się wręcz chłopięcy - stwierdziła Eve. - Był słodki i wyjątkowo gorliwy.
- Słodki! - Joe popatrzył na Galena i powiedział sarkastycznie: - Brawo. Brawo, Galen!
Galen się zachmurzył.
- Zazwyczaj intuicja mnie nie zawodzi. Przysiągłbym, że ten facet nie chciał jej skrzywdzić.
- Dlaczego jednak Hebert uznał, że musi zmienić wygląd? - Joe ściągnął brwi. - Jesteś pewna, że nigdy go 

nie widziałaś, zanim się wcielił w Ricka?

- Nie, na pewno. - Zastanawiała się chwilę. - Człowiek, który zabrał mnie do szpitala... Tak naprawdę to go 

nie widziałam. Było ciemno, wciąż mdlałam, ale im więcej o tym myślę, tym bardziej roi się wydaje, że to 
był on. - Zacisnęła wargi. - Czy to człowiek, który zabił Capela i wysłał mi raport?

Joe skinął głową.
- To jego portret pamięciowy - wyjaśnił.
- Sukinsyn. - Potarła skroń. - Co się dzieje, do diabła? Jeśli to nie on wynajął Marie, żeby mnie otruła, to 

kto?

- Dobre pytanie - mruknął Galen. - Wygląda na to, że Hebertowi bardzo zależało na utrzymaniu cię przy 

życiu.

-   Co   nie   musi   niczego   oznaczać   -   dodał   Joe.   -   Nie   sądź,   że   to   dobry   samarytanin.   Uwierz   mi,   to 

sadystyczny skurwiel. Powinnaś zobaczyć, co zrobił Capelowi.

- Nie, dziękuję - odparła Eve. - Jestem pewna, że musiał mieć powód, by mnie ratować. A ten powód to 

Victor.

- Lepiej powiadomię Jenningsa, że znaleźliśmy Czarnego Piotrusia. Poza tym, jeśli Hebert bawi się w 

przebieranki, lepiej, żeby Jennings o tym wiedział. Choć pewnie zrezygnował z odgrywania Ricka Vadima, 
skoro wie, że zaczęliśmy coś podejrzewać.

- Boże, mam już tego dość! - wybuchnęła Eve. - Jak mam skończyć Victora, do cholery? Nie chcę się 

zastanawiać,   czy  otruł   mnie   Hebert,   czy  któryś   z   jego   ludzi.   Nie   chcę   myśleć   o   Hebercie,   Ricku   ani 
Meltonie, ani nikim innym. Rozumiecie? Róbcie, co musicie robić. - Odwróciła się do postumentu. - Teraz 
zjeżdżajcie stąd obaj i dajcie mi pracować.

Joe się zawahał, a następnie ruszył po schodach. Galen dogonił go już w holu.
- Jak dostaniesz to zdjęcie z FBI, to zrób kilka odbitek, dobrze? Przekażę je moim informatorom, może oni 

na coś wpadną.

Joe skinął głową.
-   Dostarczę   je   za   dwie   godziny.   To   niezły   pomysł.   Jestem   pewien,   że   twoi   współpracownicy   mogą 

utrzymywać bardzo zażyłe stosunki z tym sukinsynem.

- Wiem, że trudno ci w to uwierzyć, ale znam paru ludzi, którzy nie są kryminalistami - powiedział Galen. - 

Spójrz tylko na siebie i na mnie. Jesteśmy świetnymi kumplami, a przecież nigdy nie zrobiłeś żadnego 
skoku.

- Nie wkurzysz mnie, Galen.
-   Hmm...   -   Galen   popatrzył   na   niego   pytająco.   -  To   powinno   cię   było   wkurzyć,   ale   jesteś   spokojny. 

Zapewne już wiesz od Eve, że do niczego między nami nie doszło. Szkoda, świetnie się bawiłem.

- Niewiele brakowało, a poderżnąłbym ci gardło.
Galen wyszczerzył zęby.
- Pomyliłeś Galahada z tym starym lubieżnikiem Lancelotem.
- Galahada?
- Mam referencje. Część podrobiłem, rzecz jasna. Ale koniec zabawy. - Galen przestał się śmiać. - Musimy 

współpracować, jeśli Eve ma wyjść z tego bez szwanku. Pokój?

Joe wpatrywał się w niego przez chwilę.
- Pokój - odparł w końcu.
- To dobrze. Przynieś mi zdjęcia, a ja puszczę je przez faks i zabiorę się do roboty. Chociaż ukryłem 

dokumenty dotyczące tego miejsca, osoba wyposażona w odpowiednie środki dotrze do nich w pięć, sześć 
dni. Melton da sobie z tym radę bez wątpienia. I chociaż Eve tak niewiele brakuje do ukończenia pracy, 
wątpię, żeby chciał czekać aż tak długo. Znajdzie jakiś sposób, żeby wcześniej nas dopaść.

- I pewnie się domyślasz jaki.
- Nie, ale pracuję nad tym. - Galen zerknął na portret. - Sporo wie o tobie, będzie szukał, czego się da, o 

background image

mnie. To nasz pierwszy punkt zaczepienia. - Jego spojrzenie pobiegło ku drzwiom prowadzącym do starej 
kuchni. - A drugi to fakt, że Eve nie ruszy się z miejsca, dopóki nie skończy Victora. Zawsze jest taka 
skoncentrowana na jednym?

- Zazwyczaj nawet bardziej. Tu wciąż jej coś przeszkadza. Ale poradzi sobie z tym i teraz będzie myślała 

już tylko o swojej pracy.

- Pewnie ciężko się z nią żyje. Warto?
- Warto. - I z rozmysłem dodał: - Jeśli nie wchodzą mi w drogę kłopotliwe dupki. Mam wystarczająco dużo 

problemów, nie potrzeba mi jeszcze ciebie.

Galen zachichotał.
- Będę się powstrzymywał. Zresztą już po zabawie. - Spoważniał. - Jedynym słabym ogniwem są Jane i jej 

babcia, ale już się tym chyba zająłeś. Jesteś pewien, że to wystarczy?

- Policja w Atlancie jest bardzo sprawna, będą się podwójnie starali, bo Jane to moja rodzina. Zadzwonią, 

jeśli pojawi się choćby cień zagrożenia.

- To dobrze, rozumiem, że zrobiłeś co należy. Ale dziś mamy nowy dzień. - Ruszył po schodach. - Nie 

wiem jak ty, ale ja zabieram się do roboty.

Ostatnie ukłucie, pomyślał Joe, gdy patrzył, jak Galen znika w korytarzu na piętrze. Miał przynajmniej 

nadzieję, że ostatnie. Nie było czasu na pojedynki. Logan darzył Galena ogromnym szacunkiem, ale Joe 
wolał polegać na własnej opinii. Galen balansował niebezpiecznie na granicy uczciwości, a to nie podobało 
się Joemu. Bał się o Eve. Wyglądało jednak na to, że Galen wie, co robi. Wydostał ich z Baton Rouge i 
zapewnił Eve bezpieczne schronienie.

Teraz on musiał dbać o bezpieczeństwo Eve, a nie mógł się tym zająć, stojąc tu i przejmując się Seanem 

Galenem. Poszedł do biblioteki, by zadzwonić do Jenningsa z FBI i podzielić się z nim nowinami.

CENTRALA FBI
WASZYNGTON

- Interesujące. - Agent do spraw specjalnych Robert Rusk odchylił się na krześle i z zadumą spojrzał na 

Jenningsa. - Myślisz, że to Sprzysiężenie naprawdę istnieje?

Jennings wzruszył ramionami.
- Biorąc pod uwagę informacje z innych źródeł, powiedziałbym, że jest taka możliwość. Chyba musimy to 

sprawdzić.

Rusk pokiwał głową.
- To ja ryzykuję, jeśli nie sprawdzimy wszystkiego od a do zet. Złap najbliższy samolot do Boca Raton.
- Nie wiem, od czego zacząć.
- No to rozejrzyj się po mieście, może na coś wpadniesz. Czasem pewne rzeczy same pakują się w oczy.
Jennings nie był tym zachwycony.
- Będę musiał najpierw polecieć do Atlanty. Trzeba zapewnić ochronę córce Duncan.
- Dobrze, zorganizuj ekipę i wracaj jak najszybciej. Resztą zajmie się McMillan. Boca Raton może być o 

wiele ważniejsze.

- Eve Duncan myśli inaczej. - I ma rację, pomyślał. Boca Raton to zapewne ślepa uliczka. - Bardziej się 

chyba przydam w Atlancie. W Boca Raton będę błądził po omacku.

- Niezły z ciebie agent, Jennings - powiedział Rusk. - Masz też świetną intuicję. Widywałem niezwykłe 

króliki, które jak magik wyciągałeś z kapelusza. Chcę, żebyś leciał do Boca.

Kwestionowanie poleceń Ruska nie miało sensu. Nie tylko dlatego, że był szefem. Zazwyczaj miał rację. 

Choć tym razem mogło okazać się inaczej. Jennings odwrócił się i ruszył ku drzwiom.

- Jak sobie chcesz.

ATLANTA

Jules pomyślał ze smutkiem, że może jednak będzie musiał skrzywdzić dziewczynkę.
Patrzył, jak Jane MacGuire biega po ścieżce w Piedmont Park za swoim szczeniakiem. Jej babcia, Sandra 

Duncan, śmiała się zadyszana, ścigając oboje.

Śmierć matki być może wywabiłaby Eve Duncan z kryjówki, ale uderzenie w dziecko da z pewnością 

lepszy rezultat. W wypadku Eve Duncan powinno być szczególnie skuteczne.

Zadzwonił jego telefon.
- Zlokalizowaliśmy jednego z informatorów Galena w Nowym Orleanie i facet zaczął gadać - powiedział 

Melton po drugiej stronie linii. - Twierdzi, że Galen ma dom w pobliżu miasta.

background image

- Powiedział gdzie?
- Tego nie wie. Mówi, że Galen to skryty sukinsyn. Uważa, że dom znajduje się nie dalej niż dwie godziny 

drogi od miasta. Pracuję nad tym. Już wiem, gdzie mam szukać informacji.

- Weź do tego więcej ludzi. Wyślij zespoły do wszystkich siedzib administracji okręgów w tym rejonie. 

Muszę wiedzieć...

Powoli przejechał wóz patrolowy.
Jules przerwał połączenie i ukrył się głębiej w cieniu dębu, przy którym stał. Auto przetaczało się tędy po 

raz   trzeci   w  ciągu   ostatnich   trzydziestu   minut,   to  nie   mógł   być   przypadek.   Zauważył  też   siwowłosego 
biegacza w zielonej bluzie przed szkołą dziewczynki. Quinn ściągnął swoich dawnych przyjaciół z policji, 
by obserwowali małą. To mu utrudni zadanie.

Ale go nie uniemożliwi.

NOWY ORLEAN

- Mogę wejść? - Bill Nathan stał niepewnie na dole schodów.
- Nie, jestem zajęta. - Eve nawet nie podniosła wzroku.
- To zajmie tylko chwilkę.
- O co chodzi? - westchnęła zniecierpliwiona.
- Uznałem, że powinienem pani pomóc.
- Co takiego?
- Jestem tu z wami, ale Galen i Quinn uważają, że brak mi kwalifikacji. Jedyne, na co mi pozwolili, to 

wypad do supermarketu po zakupy. - Skrzywił się. - Pomyślałem, że zostanę tu z panią i będę pani strzegł.

- Strzegł? To niepotrzebne.
- Nigdy nie wiadomo - nachmurzył się Nathan. - Nie będę pani przeszkadzał.
- Będzie pan gadał.
- Potrafię milczeć. - I dodał błagalnie: - Proszę.
-   Dlaczego?   -   Eve   starannie   wygładziła   glinę   na   środkowej   części   czoła   Victora.   -   Przecież   pan   nie 

pochwala mojej decyzji o kontynuowaniu pracy nad rekonstrukcją.

- To nie tak, że nie pochwalam. Po prostu uważam, że bardzo pani ryzykuje. Zadałem sobie sporo trudu, 

żeby panią ocalić, nie chciałbym, aby moje wysiłki poszły na marne. - Jego spojrzenie przesunęło się na 
Victora. - Ale tak samo jak pani chciałbym się dowiedzieć, czy to Bently.

- To ta pańska historia?
- Nie będę za to przepraszał. Taką mam pracę.
- Czy pan już wie, co mówił Jennings na temat ogniw paliwowych? Ciekawa jest ta jego teoria.
- Tak. To ma sens. - Zastanawiał się przez chwilę. - Jest jeszcze jeden powód, dla którego interesowałem 

się sprawą Bently’ego i nalegałem, żeby jej nie zamykać. Walczył o coś, w co wierzę, i wkurzam się jak 
cholera   na   myśl,   że   pewne   konkretne   grupy   interesu   go   wyeliminowały.   Wie   pani,   że   w   Zatoce 
Meksykańskiej u ujścia Missisipi istnieje martwy obszar, szeroki na osiemdziesiąt kilometrów? Nanoszony 
przez rzekę nawóz pochłania cały tlen i nic tam nie może żyć. A pamięta pani, że dziesięć lat temu zatokę za-
nieczyszczono ropą naftową? Pisałem o tym w gazecie. Kiedy na to patrzyłem, robiło mi się niedobrze. 
Okropieństwo. Te zdechłe ptaki i ryby pokryte tłustą mazią... W dzieciństwie chodziłem tam wędkować, 
razem z dziadkiem... Sądziłem, że nic nigdy nie popsuje mi tego wspomnienia. Myliłem się. - Przerwał. - 
Chciałem, żeby moje dzieci dorastały w takim świecie, gdzie jest świeże powietrze, gdzie wody są czyste i 
gdzie znajdą piękno, które ja znałem. Bently też tego chciał, walczył o to. To niesprawiedliwe, że skończył w 
taki sposób.

Eve   patrzyła   na   niego   ze   zdumieniem.   Nie   spodziewała   się,   że   pod   szorstką   powłoką   kryje   się   taka 

wrażliwość. Było jasne, iż Nathan święcie wierzy w to, co mówi.

- Co się pani tak gapi? - spytał zaczepnie. - Takie to dziwne, że nie chcę, aby ten świat stał się jeszcze 

paskudniejszy, niż jest teraz?

-   Nie,   to   wcale   nie   jest   dziwne   -   odparła   łagodnie.   -   Mieszkam   nad   pięknym   jeziorem,   jednym   z 

najpiękniejszych, jakie można zobaczyć. Też nie chciałabym, aby cokolwiek zniszczyło to piękno.

- No to jak widać, pokrewne z nas dusze. - Nathan opadł na fotel obok kominka. - Więc jak, mogę tu zostać 

i trochę na panią pouważać? Nudzę się jak cholera, czekając, aż coś się wydarzy. Chciałbym wreszcie coś 
robić.

- Nie potrzeba mi... - A zresztą, co mi tam, pomyślała. Ma dobre intencje i najwyraźniej nic do roboty. - 

Jeśli nie będzie mi pan przeszkadzał.

-   Nie   będę.   -   Z  tylnej   kieszeni   spodni   wyjął   książkę   w   miękkiej   okładce.   -   Pani   popracuje,   ja   sobie 

background image

poczytam. - Otworzył książkę. - Proszę zapomnieć, że tu jestem.

- Z pewnością zapomnę.
Skoncentruj się. Zapomnij o Nathanie, Jules’u i Joem oraz o wszystkich kłopotach.
Myśl tylko o Victorze, o tym, żeby mógł wrócić do domu.

-  Przyniosłem ci  kawę  i  kanapkę   -  Galen   postawił  tacę   na  stole,  przy którym  pracowała.  Zerknął   na 

Nathana pogrążonego w głębokim śnie na fotelu obok kominka. - Gdybym wiedział, że masz towarzystwo, 
przygotowałbym więcej jedzenia.

- Pilnuje mnie - Eve z uśmiechem popatrzyła na Nathana. - Bardzo nalegał, ale znudził się po czterech 

godzinach i zasnął. Miał dobre intencje.

- Hmm... - Galen odwrócił się od Nathana, po czym nalał Eve kawy. - Jak ci idzie z Victorem?
- Szłoby mi lepiej, gdyby mi ciągle nie przeszkadzano.
- No wiesz. Mną już nie musisz się przejmować. Masz mnie z głowy. Trochę się rozejrzę i spróbuję czegoś 

dowiedzieć o naszym przyjacielu Jules’u.

- Dokąd się wybierasz?
- Najpierw do Nowego Orleanu.
- Kiedy wrócisz?
- Mam nadzieję, że niedługo. Będziemy w kontakcie.
- Koniec z degustatorem posiłków.
- Ustanowię Quinna swoim tymczasowym zastępcą. - Uniósł rękę, gdy zobaczył, że Eve znieruchomiała. - 

Wiedziałem,   że   tak   właśnie   zareagujesz.   Dlatego   postanowiłem   z   tobą   porozmawiać   przed   wyjazdem. 
Powinienem jechać, nie mógłbym tego zrobić, gdyby nie było tu Quinna. Przystałaś na jego obecność, ale to 
nie wystarczy. - Zamilkł. - Wie, co robi, Eve. Musisz współpracować. Musisz go słuchać.

- Muszę?
- Nie myślisz trzeźwo. Wierzysz, że twojemu życiu coś zagraża?
- Byłabym idiotką, gdybym nie brała tego pod uwagę.
- Wierzysz w kompetencje Joego Quinna?
- Oczywiście.
- No to przestań być taka uparta i zaufaj mu. Nie wykorzysta tej sytuacji. Lepiej bym się czuł podczas 

wyjazdu, gdybyś mi obiecała, że będziesz z nim współpracować.

Nie chciała, żeby Galen wyjeżdżał. Był buforem między nią a Joem. Teraz znikał i zostawiał ją bezbronną.
Bądź   dorosła.  To   krytyczna   sytuacja,   a   w   takich   okolicznościach   nie   można   oczekiwać,   że   wszystko 

pójdzie jak z płatka. Postanowiłaś zabrać Victora z kościoła. Teraz staw czoło konsekwencjom.

- Będę współpracowała.
- To dobrze. Wrócę najszybciej, jak się da. Przy Quinnie nic nie powinno ci się stać. - Zerknął na Nathana. - 

Ale wątpię, czy Nathan na cokolwiek się przyda. - Ruszył ku schodom. - Przed wyjazdem muszę się spotkać 
z Quinnem.

- Dokąd się wybierasz? - Nathan nagle otworzył oczy, teraz siedział wyprostowany w fotelu.
- O, miło, że do nas powróciłeś. Bałem się, że będę musiał znaleźć jakąś żabę, żeby przebudziła cię ze snu. 

Nie pokręciłem bajek?

- Dokąd jedziesz, do cholery?
- Spróbuję wyśledzić Heberta. Jestem jednak pewien, że dopóki drzemiesz, Eve nic nie grozi.
- Przemądrzały dupek. - Nathan spojrzał na niego ze złością. - Przynajmniej nie wskakuję do rozlewisk z 

aligatorami i...

Mówił do ściany. Galen już zniknął na schodach.
Nathan zmełł w ustach przekleństwo, a jego spojrzenie powędrowało ku Eve.
- Quinn zostaje? - spytał.
- Tak.  - Odwróciła  się  do czaszki.  Pomyślała,  że przy tych  wszystkich  perturbacjach  nigdy nie  zdoła 

skończyć pracy. - Teraz muszę zająć się robotą.

- Przepraszam. - Przez chwilę nie odzywał się ani słowem, a następnie wymamrotał: - Tak naprawdę nie 

spałem. Tylko dałem odpocząć oczom...

- Przyszło coś z FBI? - spytał Galen od progu biblioteki.
- Mam te zdjęcia. Portret i fotografia są do siebie podobne jak dwie krople wody. - Joe wskazał głową na 

cztery taksy na biurku. - Hebert musi  być  bardzo sprytny.  Już raz podejrzewano go o morderstwo, ale 
uniknął procesu. Brak dowodów.

- Może ma wysoko postawionych znajomych.

background image

- Nie uwierzę, dopóki nie zdobędę dowodów.
- To właśnie problem z wami, policjantami. Ja mam tę przewagę, że mogę sobie zgadywać, ile wlezie. - 

Galen wziął jedną z odbitek i schował ją do kieszeni kurtki. - To może mi się przydać. Jadę do Nowego 
Orleanu i muszę wziąć samochód. Zatrzymam się po drodze i załatwię wam inny. Jakieś życzenia? Znowu 
lexus?

- Po co jedziesz do Nowego Orleanu?
Galen milczał przez chwilę.
- Żeby złapać samolot do Atlanty. Tu tak naprawdę nie jestem potrzebny, więc uznałem, że dołączę do 

legionu pilnującego Jane i jej babkę.

Joe spojrzał na niego z niepokojem.
- Myślisz, że może się coś stać w Atlancie?
Wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Nie powinno. Mają wystarczającą ochronę. Problem w tym, że nigdy nie wierzę nikomu z 

wyjątkiem samego siebie. Skoro ty jesteś tutaj, ja mogę rozejrzeć się po tamtej okolicy. - I po chwili dodał: - 
Chyba że masz coś przeciwko temu.

Joe zastanawiał się chwilę i powoli pokręcił głową.
- Nie, jeśli będziesz do mnie codziennie dzwonił i informował mnie o wszystkim. Myślę, że się mylisz, i że 

to Eve będzie ich celem. Ale nigdy nie odrzucę propozycji  opieki nad Jane, nawet jeśli oferta pomocy 
pochodzi od ciebie.

- Wzrusza mnie twoje zaufanie. Będę dzwonił. - Galen odwrócił się i ruszył do drzwi.
Joe poszedł za nim. Galen zatrzymał się przy lexusie.
- Mówiłeś Eve?
- Nie o tym, że lecę do Atlanty. Nie chciałem, żeby się martwiła, skoro właściwie nie mam podstaw, aby 

powątpiewać w skuteczność ochrony zorganizowanej przez ciebie. - Otworzył drzwi auta. - A ten samochód, 
który tu się pojawi, nie jest z wypożyczalni. Jednemu z moich informatorów z Nowego Orleanu udało się 
gdzie indziej pożyczyć wóz.

- Pożyczyć?
- Nie jest kradziony - żachnął się. - Tym pojadę do Mobile i zostawię go w mieście. To w razie czego 

będzie fałszywy trop dla Heberta. - Uruchomił silnik. - Nathan z całą determinacją chce chronić Eve. Może 
ci się przydać, ale nie polegaj na nim. Nie poradziłby sobie z Hebertem.

- Sam potrafię decydować, do cholery.
Galen przyglądał się mu uważnie.
- Niepokoi cię mój wyjazd. Pochlebiałoby mi to, gdybym nie wiedział, że boisz się ewentualnych kłopotów 

z Eve. Ulży ci na wieść, że obiecała z tobą współpracować - uśmiechnął się chytrze. - To cię rąbnęło, 
prawda? Nie lubisz, kiedy ktoś działa jako pośrednik między tobą a Eve. W najbliższym czasie nie będziesz 
się musiał martwić. Jesteś zdany na siebie, Quinn. - Uniósł dłoń na pożegnanie i wcisnął pedał gazu.

Joe patrzył, jak lexus toczy się po długim podjeździe. Był zadowolony, że Galen wyjeżdża i że teraz on 

przejmuje kontrolę nad sytuacją. Nie mógł też nie przyznać, że trochę mu ulżyło, iż Galen znajdzie się w 
zespole chroniącym Jane. Tak doświadczony człowiek właściwie gwarantował jej bezpieczeństwo.

On też miał coś do zrobienia. Wyprostował się, odwrócił i wszedł do domu.

- Obróciła pani Victora - zauważył Nathan. - Dlaczego?
- Zbliżam się do ostatniego etapu, nie chcę, żeby widział pan, jak nad nim pracuję.
- Ale dlaczego?
-  Znał   pan   Bently’ego.   Pana  mina   mogłaby mi   coś   zasugerować.   Jeśli  zobaczę   u pana  aprobatę   albo 

dezaprobatę, może to na mnie wpłynąć. Wystarczy, że zrobię jeden fałszywy ruch, i wszystko zepsuję.

- Jest pani bardzo ostrożna.
- Muszę. Victor na to zasłużył. Wszyscy zasłużyli.
- Bently na pewno. Nie wiem, czy inne czaszki także. Pewnie część z nich należałoby wrzucić do ziemi i o 

nich zapomnieć.

- Ja tak nie uważam.
- Co by pani zrobiła, gdyby ta czaszka należała do człowieka, który zabił pani córkę?
Eve znieruchomiała.
- Dokończyłabym ją. - Ponownie zajęła się pracą. - A kiedy miałabym już pewność, skoczyłabym na nią, 

zmiażdżyła,   a   potem   spaliła.   Może   nawet   zapłaciłabym   kapłanowi   wudu,   żeby  rzucił   na   nią   klątwę.   - 
Popatrzyła na Nathana i powiedziała: - To chciał pan usłyszeć?

- Tak. - Uśmiechnął się do niej. - Nie chciałem być brutalny, ale trochę mi ulżyło. Wydawała mi się pani o 

background image

wiele za szlachetna.

- Szlachetna? Nonsens. Jako dziecko nie miałam prawdziwego domu i podejrzewam, że dom stał się dla 

mnie czymś  w rodzaju obsesji. Wierzę, że każdy powinien mieć własny kąt, własne miejsce, nawet po 
śmierci.   A  może   tym   bardziej   po   śmierci,   bo   życie   zwykle   jest   pełne   zmartwień   i   cierpień.   Kiedy 
sprowadzam ich do domu, to nadaje ważność ich życiu, pokazuję światu, że nie byli śmieciami, że mieli 
swoją wartość. - Znowu na niego zerknęła. - Uważa pan, że to ma sens?

Pokiwał głową.
- Świadomość własnej wartości jest ważna. Wszyscy musimy wiedzieć, co jest dla nas ważne.
- A co jest ważne dla pana?
- Moje dzieci i praca.
- W jakim wieku są pańskie dzieci?
- Henry ma dwanaście lat, a Carolyn siedem. To wspaniałe dzieciaki. Szkoda, że ja nie jestem wspaniałym 

ojcem. Nie widziałem ich od ponad czterech miesięcy.

- Dlaczego?
- Jestem rozwiedziony, opiekę nad dziećmi przyznano byłej żonie. Zresztą sprawiedliwie. Nie mam etatu i 

specjalizuję   się   w   ochronie   środowiska,   więc   podróżuję   po   całym   stanie.   Nie   umiałbym   im   zapewnić 
stabilnego życia. Moja była żona pozwala mi się z nimi widywać, kiedy tylko zechcę. To dobra kobieta. 
Znosiła   mnie   dłużej,   niż   powinna,   wreszcie   machnęła   ręką   -   westchnął.   -   Ja   pod  pewnymi   względami 
przypominam panią. Też mam obsesję na punkcie swojej pracy. A chciałbym na pierwszym miejscu stawiać 
żonę i dzieci. Dziennikarze na ogół nie są doceniani. Jednak czasem to właśnie my ratujemy ludzi przed 
złymi facetami.

- Moje doświadczenia w tej kwestii są raczej bolesne, ale kilku reporterów szanuję. - I dodała nagle 

zaniepokojona: - To, co panu teraz powiedziałam, jest poufne. Nie mam ochoty być cytowana przez prasę.

- Nie będzie pani. Obiecuję.
Wierzyła mu.
- Dziękuję panu.
-   A   ja   dziękuję,   że   pozwoliła   mi   pani   dotrzymać   sobie   towarzystwa.   -   Zamilkł.   Myślał   o   czymś 

intensywnie. - Męczy mnie pewna sprawa. Widzę, że nie wierzycie w istnienie Sprzysiężenia.

- Jennings nie do końca.
- Ale pani nie wierzy.
- Myślę, że to możliwe.
- To nie tylko możliwość; Sprzysiężenie naprawdę istnieje. Etienne nie kłamał. Czuję to przez skórę. Kiedy 

tylko   usłyszę   o   kolejnej   Bośni   czy  Sarajewie,   zaczynam  się   zastanawiać,   czy  Sprzysiężenie   uznało,   że 
potrzebują wojny do załatwienia jakiejś sprawy.

- W to bym raczej nie wierzyła. Rozpętywanie wojen to jednak coś innego niż manipulacja gospodarką.
- Wojna to narzędzie ekonomii. Proszę odrzucić retorykę i idealizm, a natrafi pani na pieniądze. Wojna 

mnie przeraża. Sprzysiężenie mnie przeraża. - Zacisnął usta w ponurym grymasie. - A najbardziej przeraża 
mnie   to,   że   nie   wiem,   co   się   wydarzy  w   Boca   Raton.   Zapewne   coś   okropnego,   skoro   Etienne   tak   się 
przestraszył, że postanowił nawiązać kontakt ze mną.

Wierzył w swoje słowa, więc i ona w nie wierzyła. Czuła niepokój. Tylko tego brakowało. Instynktownie 

odsunęła od siebie nieprzyjemne myśli i skoncentrowała się na czaszce.

- Może Etienne mówił prawdę - powiedziała. - Może Sprzysiężenie rzeczywiście istnieje. Jednak powinno 

się tym zająć FBI. Ja mam zrekonstruować twarz. Wiem, że Hebert zabija łudzi i że Melton prawdopodobnie 
siedzi w tym po uszy. Więcej nie muszę wiedzieć.

-   To   chyba   dobrze   tak   się   koncentrować   na   jednym.   -   Nathan   wstał   i   się   przeciągnął.   -   Jezu,   ale 

zesztywniałem. Chyba czas, żebym się przeszedł po okolicy i rozprostował nogi. - Ruszył ku schodom. - 
Wrócę za pół godziny z kawą.

Moment później zamknęły się za nim drzwi.
Dziwny i skomplikowany człowiek, pomyślała, wróciwszy do Victora. Początkowo, kiedy Nathan spierał 

się z Galenem, nie mogła się zdecydować, czy ta sytuacja ją bawi, czy złości, ale odkąd zakotwiczył w jej 
pokoju, zaczęła darzyć go sympatią i szacunkiem. Był bystry i pojętny, poza tym podobała się jej jego 
smutna uczciwość.

- Nathan prosił, żebym zszedł do ciebie i dotrzymał ci towarzystwa! - zawołał Joe ze szczytu schodów. - 

Nie, nie prosił, kazał mi tu przyjść. Nie chciał zostawiać cię samej.

Krew uderzyła jej do głowy. Szybko się opanowała.
-   Nathan   jest   nadopiekuńczy.   Traktuje   mnie   jak   bezradne   dziecko,   ale   ja   potrafię   zadbać   o   swoje 

bezpieczeństwo.

background image

- Wiem. Nauczyłem cię tego.
Mówił prawdę. W pierwszych latach po śmierci Bonnie nauczył ją sztuki samoobrony. Czuła się wtedy 

słaba i chora z wściekłości, on dał jej siłę. Popatrzyła na Victora.

- Nie powinieneś zwracać uwagi na Nathana - powiedziała.
- Daj spokój. Ja też jestem nadopiekuńczy. - Przez chwilę milczał. - Jeśli nie chcesz, żebym schodził, 

zostanę tutaj.

Nie miała ochoty, by stał tam u szczytu schodów. Nie chciała, żeby był gdziekolwiek w jej pobliżu. Kiedy 

przebywał w tym samym pomieszczeniu, jego obecność zbyt ją przytłaczała. Uczucie bliskości między nimi 
znikło. Cóż, będzie musiała się do tego przyzwyczaić. Obiecała Galenowi współpracę z Joem, bo miało to 
sens. Nie była dzieckiem, które chowa głowę pod kołdrę.

- To już lepiej zejdź tu. - Nie spuszczała wzroku z Victora. - Mniej mnie będziesz rozpraszał, siedząc przy 

kominku niż wisząc nade mną jak jakiś upiór.

- Boże broń. Po takim porównaniu na pewno nie będę tu dłużej wisiał - odparł, schodząc. Usiadł na krześle. 

- Przyzwyczaiłem się do siedzenia przy tobie.

Tak, przesiadywał w domu na kanapie całymi godzinami, czytając, wypełniając dokumenty, pomagając 

Jane w pracy domowej, podczas gdy Eve zajmowała się rekonstrukcją. Masował jej szyję i barki, kiedy czuła 
się znużona i sztywna. Zmuszał ją do spacerów, kiedy była tak zaabsorbowana pracą, że całymi dniami nie 
wychodziła z domu.

- Nie było tak źle, prawda? - zapytał cicho Joe.
Cholera, wiedział, jakie wspomnienia wywołało to ostatnie zdanie.
Nie odpowiedziała, kontynuowała pracę nad Victorem. Jak, do cholery, miała się koncentrować na pracy, 

kiedy Joe znajdował się zaledwie trzy metry dalej, a ona miała świadomość każdego jego oddechu? Nie 
będzie tu długo, powiedziała sobie. Wkrótce przyjdzie Nathan z kawą, Joe zniknie.

Po prostu pracuj.

- Miło pana widzieć, panie Galen. - Rudowłosy młodzieniec czekał przy bramce, kiedy Galen przyleciał z 

Nowego Orleanu. Uścisnęli sobie dłonie. - David Hughes. Witamy w Atlancie. Sporo o panu słyszałem. Bob 
Parks dał mi pańskie zdjęcie, kazał po pana wyjść i zapewnić panu wszechstronną pomoc. Czy to już cały 
bagaż?

Galen skinął głową.
- Podróżuję bez zbędnych obciążeń. Czy dzieciak jest pod obserwacją?
- Od pana wczorajszego telefonu. - Hughes szedł obok niego korytarzem. - Wozy patrolowe zorganizowane 

przez Quinna krążą bez przerwy, poza tym dwóch funkcjonariuszy w cywilnych ubraniach. Policja i FBI 
chyba współpracują. Moi ludzie mają trochę problemów z ukrywaniem się przed nimi.

- Nie są tu po to, żeby przyglądać się wozom patrolowym. Jakieś ślady Jules’a Heberta?
- Jeszcze nie. Odbiłem przesłane przez pana zdjęcia i je rozdałem. Może tu go nie ma.
- A może jest. Ja na jego miejscu bym był i zająłbym się właśnie córką Eve Duncan. Zawsze uderza się 

tam, gdzie boli najbardziej. Jak wygląda rozkład dnia małej?

- Babcia każdego dnia odprowadza ją do szkoły i z niej odbiera. Dziewczynka codziennie rano wychodzi z 

psem. Po południu biegają w parku. Później mała już nie opuszcza domu. - Spojrzał na zegarek. - Powinny 
zjawić się w parku za mniej więcej kwadrans. Chce pan tam iść?

- Tak. - Zamierzał przyjrzeć się dziecku i babce i upewnić się, że w razie czego zdoła je rozpoznać. - 

Chodźmy.

- Dziwne, że Quinn nie przyleciał z panem.
- Ma inne priorytety. - Oględnie powiedziane. Quinn ma obsesję na punkcie Eve. - Poza tym uważa, że 

dziecko jest bezpieczne. Ufa swoim kumplom z policji.

- Ale wie, że pan tu jest?
Galen skinął głową.
- Uważa, że tracę czas. - Może ma rację, pomyślał. Pozornie wszystko było w porządku, jednak Galen czuł 

niepokój, a zawsze ufał swojej intuicji. - Pospieszmy się, dobrze?

Rozdział dwunasty

Wychodził, dzięki Bogu.
Eve patrzyła, jak Joe wspina się po schodach. Cudownie się poruszał, ze zmysłową gracją, z czujnością tak 

różną od odprężenia, które go ogarniało w chwilach wypoczynku. Nawet ten spokój nie był jednak bierny. 
Zawsze wyczuwała inteligencję, emocje czające się pod twarzą niemal bez wyrazu.

- Nie przyniosłem śmietanki - odezwał się Nathan z drugiej strony pokoju. - Pije pani czarną, prawda?

background image

- Co? - Szybko uniosła filiżankę, która Nathan postawił na stole. - Tak, piję czarną.
Usłyszała, jak na szczycie schodów zamykają się za Joem drzwi.
- Dobrze zapamiętałem.
- Wszystko w porządku. - I wszystko było w porządku. Joe już sobie poszedł. Teraz mogła pracować.
Popatrzyła na Victora. Skoncentruj się, do diabła, pomyślała.

- Proszę iść spać - powiedziała Eve do Nathana. - Już prawie północ, siedzi pan tu przez cały dzień.
- Kiedy pani pójdzie spać, to ja także. Poza tym, czy mogę zwracać się do pani po imieniu? Znamy się 

chyba już dość długo. Chyba nie przeszkadzałem, prawda?

- Niech będzie, Nathan. Nie, zachowywałeś się bardzo cicho. - Eve zdjęła okulary i przetarła oczy. - Ale 

takie pilnowanie mnie jest bez sensu. Czuję się winna za każdym razem, gdy na ciebie spoglądam.

Nathan uśmiechnął się półgębkiem.
- Byłaś tak zapracowana, że od sześciu godzin nie pamiętałaś o mojej obecności. Jak ci idzie?
- Dobrze. - Eve znowu popatrzyła na Victora. - Już coś wychodzi.
- Ożywiłaś się. Dziś koniec?
- Gdybym się postarała, ale jestem zbyt zmęczona. Wystarczy na dzisiaj. - Czule musnęła palcami policzek 

Victora. - A tak niewiele brakuje, cholera.

- Mogę już popatrzeć?
- Nie. I tak zresztą nie można by go jeszcze zidentyfikować. Dopiero na ostatnim etapie wszystko staje się 

jasne. - Wytarła ręce w ściereczkę. - Ale jutro wieczorem będzie już gotowy.

- To dobrze. - Nathan wpatrywał się w potylicę czaszki. - Dlaczego te ostatnie godziny są takie istotne?
- Bo wtedy decyduje intuicja. Czasem czuję się tak, jakby czaszka mnie prowadziła, wskazywała mi drogę. 

- Zamyśliła się. - Dziwne, co?

- Słyszałem o dziwniejszych rzeczach. - Nathan patrzył na Victora. - Ten proces rekonstrukcji jest dla mnie 

zagadką. Nie rozumiem, jak ty to robisz.

- Po pierwsze, trzeba się zaangażować w pracę całą duszą. - Eve uśmiechnęła się do swoich myśli. - Reszta 

to już bułka z masłem.

- Tak, na pewno. Dlatego tak harujesz. Bo to takie łatwe.
- Nic nie jest łatwe, jeśli chce się wykonywać swoją pracę jak najlepiej. Sam na to cierpisz, inaczej nie 

zależałoby ci tak na tym Pulitzerze.

- To uwieńczenie dziennikarskiej kariery. Zawsze chciałem być tylko reporterem i nie miałem większych 

ambicji. Zamierzam napisać kiedyś książkę, a może nawet dwie.

- Nie wątpię.
- Ty wybrałaś sobie dziwny zawód. Można powiedzieć, że twoją specjalnością jest makabra.
- Wszyscy uważali, że po zaginięciu Bonnie powinnam mieć dosyć kontaktu ze śmiercią. Rzecz w tym, że 

człowiek robi to, do czego zmuszają go okoliczności. - Rzuciła ostatnie spojrzenie na Victora i odwróciła się 
od niego. - A teraz okoliczności zmuszają mnie do pójścia spać, muszę być gotowa do pracy wczesnym 
rankiem.

- O której? - Nathan podniósł się z fotela. - Chcę być obecny przy wielkim odsłonięciu.
- O tej, o której się obudzę. Ale to i tak potrwa jeszcze kilka godzin.
- Będę na dole o szóstej. - Nathan ruszył na schody. Zatrzymał się na górze, by spojrzeć na Victora. - Jesteś 

pewna, że nie zdołałbym go teraz rozpoznać?

- Jestem pewna. - Eve ruszyła za nim. - Zapomnij o nim i zdrzemnij się.
- Galen dzwonił?
Eve pokręciła głową.
- Minęły dopiero dwa dni. Da nam znać, jeśli na cokolwiek trafi. - Sięgnęła do kontaktu i zgasiła światło. - 

Zadzwonimy do niego jutro, kiedy skończę Victora.

Po raz ostatni zerknęła na zarys czaszki w półmroku.
Już prawie koniec, Victorze. Już wkrótce będziesz w domu.

BOCA RATON, FLORYDA
23 października

- To strata czasu - zameldował Jennings Ruskowi. - Skontaktowałem się z agentami z naszego biura w 

Miami,   którym   podlega   ten   teren.   Nic   szczególnego   się   tu   nie   dzieje,   sama   codzienność   -   narkotyki, 
wyłudzenia i pranie brudnych pieniędzy. Chyba nic tu po mnie.

- Jeśli jesteś pewien... - w głosie Ruska pobrzmiewało rozczarowanie. - Miałem nadzieję, że będziesz miał 

background image

szczęście. - Rozłączył się.

Tu trzeba czegoś więcej niż szczęścia, pomyślał Jennings. Odchylił się na krześle i wyjrzał przez hotelowe 

okno na szaroniebieski Atlantyk. Odnosiło się wrażenie, że w Boca Raton ludzie zajmowali się wyłącznie 
własnymi sprawami. Może tak zresztą było w istocie. To miasto paraliżował strach przed wąglikiem.

Jak mówił Ruskowi, była to strata czasu. Niczego tu nie zdziałał; powinien zacząć szukać gdzie indziej.
Dlaczego jednak dręczyła go myśl, że coś przegapił.
A co tam, spróbuję raz jeszcze, pomyślał.
Otworzył teczkę i przejrzał notatki o Bentlym i Sprzysiężeniu, które sporządził tego wieczoru, gdy Joe 

Quinn skontaktował się z nim po raz pierwszy.  Obok położył notes z zapiskami, które robił od chwili 
przybycia do Boca Raton.

Po piętnastu minutach aż podskoczył na krześle.
Niech to szlag.

Dziewczynka   jest   trochę   podobna   do   Eve,   pomyślał   Galen.   Patrzył,   jak   biegała   po   parku.   Dziwne. 

Wiedział, że nie łączy ich pokrewieństwo, ale miały niemal identyczny, rudobrązowy odcień włosów. Brak 
jej jednak było przezorności Eve. Galen obserwował ją już drugie popołudnie, a ona podczas zabawy nie 
zwracała uwagi na nic poza psem.

- Przypomina mi moją córeczkę. Cindy jest w tym samym wieku. - Hughes usiadł obok Galena na ławce. - 

Fajny dzieciak.

- Tak. - Galen patrzył, jak Jane podnosi patyk i rzuca go Toby’emu. - Masz coś dla mnie?
- Nie. Może szukasz nie tam gdzie trzeba. - Nagle zachichotał. - Jak ten jej pies. Chyba nie rozumie, że 

podczas polowania należy krążyć wokół jednego drzewa, a nie biegać po całym parku.

- Może się mylę. - Jednak Galen wcale tak nie myślał. - Nikt nie kręci się przy budynku?
- Nie. Sprawdziliśmy wszystkie auta i przesłuchaliśmy ludzi, którzy tam się szwendali. Wszyscy mieszkają 

na tej ulicy. - Uśmiechnął się. - Znowu goni tego szczeniaka, biegnie w naszą stronę. Lepiej niech pan 
otworzy gazetę.

Była już całkiem blisko. Galen uniósł egzemplarz „Atlanta Journal Constitution” i zasłonił nim twarz.
- Kim jesteście?
Opuścił nieco gazetę i spojrzał przed siebie. Jane stała teraz naprzeciwko nich.
- Słucham?
- Co tu się dzieje? - Dziecko patrzyło mu wojowniczo w oczy. - Dlaczego mnie obserwujecie?
- Nie wiem, o czym mówisz.
-   Kłamiesz.  Wczoraj   też   tu   byłeś.   Jesteś   tajniakiem,   jak   Joe?   Bo   jeśli   tak,   to   pokaż   mi   jakiś   dowód 

tożsamości.

- Nie, nie jestem policjantem jak Quinn. A ty nie powinnaś zaczepiać nieznajomych w parku.
- Za chwilę będzie tędy przejeżdżał wóz patrolowy, a za babcią cały czas chodzi policjant w cywilu. O nich 

też nie powinnam nic wiedzieć. - Zacisnęła wargi. - W ogóle nic nie powinnam wiedzieć. Jak się nazywasz i 
co tu robisz?

A ja myślałem, że brak jej przezorności, westchnął w duchu Galen.
- Nazywam się Sean Galen. To David Hughes. Jesteśmy tu, aby zapewnić ci bezpieczeństwo.
- Ty jesteś przyjacielem Logana. Słyszałam o tobie. Powinieneś być teraz przy Eve. - Zerknęła na Hughesa. 

- Ale o nim nie wiem nic. Niech on sobie idzie.

- Już mnie nie ma. - Hughes wstał pospiesznie. - Do zobaczenia później, panie Galen.
- Pokaż wreszcie ten swój dowód - powiedziała do Galena.
- Rozkaz, proszę pani.
Wręczył jej prawo jazdy. Przyjrzała mu się uważnie.
- Jeśli naprawdę jesteś Galen, to musisz znać imię matki Toby’ego.
- Piękna, złośliwa Maggie. Zadowolona?
Jane wyraźnie się odprężyła. Zerknęła za siebie.
- Idzie babcia. Musimy się spieszyć. Powiedz, co tu robisz.
- Zapytaj babcię, ona ci to wszystko wyjaśni.
- Nie wciskaj mi kitu. Babcia nic mi nie powie. Jeśli o cokolwiek ją zapytam, skłamie, żebym się tylko nie 

martwiła. Chodzi o Eve, prawda? Ma kłopoty?

- Staramy się, żeby ich nie miała.
- Rozmawiałam z nią przez telefon parę dni temu. Mówiła, że wszystko w porządku, i że jest z nią Joe, ale 

wyczułam, że coś jest nie tak.

- To prawda.

background image

- A ty jesteś tutaj. Co to znaczy?
- Jane! - zawołała babcia dziewczynki. Szła w ich kierunku.
Jane odwróciła się i pomachała jej ręką.
- Pospiesz się - syknęła do Galena.
Postanowił być z nią szczery. Dziewczynce nie brakowało rozumu, uznał, że przyda się jej ostrzeżenie.
- Widzisz, Jane, istnieje możliwość, że grozi ci niebezpieczeństwo. Ludzie, którzy chcą skrzywdzić Eve, 

mogą próbować ją dorwać, uderzając w ciebie. Widziałaś kogoś podejrzanego?

- Poza tobą? Kiepsko ci to jakoś idzie, nie uważasz?
-   Mogłoby  lepiej.  Ale   niezbyt   się   starałem.   Nie   sądziłem,  że   zaczniesz   coś   podejrzewać,   a   chciałem 

zaniepokoić kogoś innego.

- Kogo? Tego drugiego faceta?
- Drugiego faceta? - Galen zesztywniał. - Śledzi cię ktoś jeszcze?
- Zauważyłam go dwa dni temu. Szedł za mną do szkoły, a potem był tu w parku. Jest w tym znacznie 

lepszy od ciebie.

- Dobrze mu się przyjrzałaś?
- Bardzo dobrze. Już wcześniej zauważyłam wozy patrolowe. Wiedziałam, że coś się święci.
Wyjął z kieszeni fotografię Heberta.
- Podobny?
Uważnie przyjrzała się zdjęciu.
- To on.
- Dlaczego nie powiedziałaś babci?
- Nie byłam pewna, czy mnie śledzi. Mógł być jednym z przyjaciół Joego, tylko zmartwiłabym babcię. 

Albo mógł być zwykłym zboczeńcem. Pełno tu takich.

- Czyżby?
- Od tamtego czasu go nie widziałam. No, idę już, bo inaczej babcia napuści na ciebie gliny. - Znowu 

zacisnęła wargi. - Nie podoba mi się to, że nie wiem, co się dzieje. Powtórz to Eve i Joemu.

Galen kiwnął głową.
- Powtórzę Joemu twoje słowa, ale nie będę mu na razie mówił o tym drugim facecie. Wtedy z pewnością 

rzuciliby wszystko i pojawili się tutaj. W swojej kryjówce są o wiele bezpieczniejsi.

- W kryjówce? Eve nic o tym nie wspominała. Dlaczego się ukrywają?
- To skomplikowane. Eve chciała spokojnie dokończyć pewną pracę.
- No to co ty tu robisz? Wracaj i pilnuj, żeby Joe i Eve byli bezpieczni. Rób, co do ciebie należy. Nie 

pozwól, żeby cokolwiek im się stało. Ja zaopiekuję się babcią. - Odwróciła się i pobiegła alejką. - Wszystko 
w porządku! - krzyknęła do babci. - Tylko pytał o drogę. Jeszcze jeden zagubiony jankes. Ciągle tu błądzą.

- Zabroniłam ci rozmawiać z obcymi. - Babcia objęła ją i zawróciła. - Zawołaj swojego głupiego psa i 

idziemy do domu.

- O rany! - powiedział cicho Hughes, wróciwszy do Galena. - Poprawka: wcale nie przypomina mojej 

córki. Gdybym potrzebował wykidajły, może bym ją zatrudnił.

- Eve mówiła, że dziewczynka dorastała na ulicy. - Patrzył, jak Jane i Sandra Duncan oddalają się ścieżką. - 

Nie powiedziała jednak, że ta dwunastolatka zachowuje się jak stary wyga policyjny.

- Pokazał jej pan zdjęcie?
- Tak. Widziała go tutaj. Hebert jest w Atlancie. Przynajmniej był, dwa dni temu. - Wstał. - Ale gdzie jest 

teraz, do cholery? Jeśli się tu kręcił, powinniście go byli zauważyć.

- Może się wystraszył.
To niezbyt pasowało do obrazu Jules’a Heberta, jaki stworzył sobie Galen.
- A może gdzieś się zaszył i czeka na odpowiednią okazję. - Ścisnęło go w żołądku na myśl, że Hebert 

mógłby zrobić krzywdę temu wspaniałemu dzieciakowi, że krąży nad małą niczym drapieżny jastrząb. - Nie 
dostanie jej, Hughes.

Jules patrzył, jak czarny pikap powoli pogrąża się w spokojnej toni jeziora Lanier. W Atlancie jest dużo 

wody. Bardzo z tym wygodnie.

Wybrał głęboką część jeziora, żeby faceta nie znaleziono zbyt wcześnie. Miał spokój na co najmniej trzy 

dni. Leonard Smythe był rozwiedziony, mieszkał w przyczepie, a krótkie dochodzenie Jules’a wykazało, że 
żył samotnie.

Jules zerknął na skarb, za który zginął Smythe. Gdyby miał wybór, oddałby go za życie w mgnieniu oka, 

ale Jules nie dał mu tej szansy.

Smutne, że człowiek umiera za identyfikator i kilka urzędowych świstków.

background image

NOWY ORLEAN
 
Czaszkę Victora oświetlał jedynie blask księżyca wpadający przez okno.
Nathan nie zapalił lampy nad schodami. Wiedział, że Joe Quinn kilkakrotnie w nocy sprawdza teren, nie 

miał jednak pojęcia, o jakiej porze.

Powoli, ostrożnie schodził po schodach. Chyba był bezpieczny. Upewnił się, że Eve głęboko śpi. Eve i Joe 

Quinn wciąż stanowili dla niego niewiadomą, a nieznane jest zawsze niebezpieczne.

Dotarł   do   stóp   schodów   i   wśliznął   się   bezszelestnie   do   pracowni,   a   następnie   ruszył   przed   siebie   i 

posuwając się krok za krokiem, dotarł do postumentu. Tył czaszki oglądał wielokrotnie, ale nigdy nie widział 
jej od przodu. Widział natomiast napięcie na twarzy Eve, kiedy usiłowała odtworzyć rysy Victora.

Wyciągnął latarkę, którą znalazł w kuchennej szafce, wziął głęboki oddech i nacisnął włącznik.
W pomieszczeniu nagle zapaliło się światło.
- Może mi powiesz, co tu robisz? - krzyknął Joe Quinn ze szczytu schodów.
Cholera. To go zupełnie zaskoczyło.
- Nie zamierzałem tego niszczyć.
- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. - Joe zszedł na dół. - Dlaczego skradasz się po schodach w środku 

nocy?

- Chciałem ją obejrzeć.
- Ale Eve nie pozwoliła ci na to, dopóki nie skończy pracy. Skończyła?
Nathan przecząco pokręcił głową.
- Dopiero jutro. Powiedziała, że wcześniej i tak nic mi to nie da. Myślałem, że może jednak się domyśle, 

dokąd zmierza. - Zmarszczył brwi. - Chcę zobaczyć czaszkę.

- Patrz sobie. Nie będę cię powstrzymywał.
Nathan odwrócił postument i spojrzał na twarz Victora. Ogarnęło go rozczarowanie. Twarz miała formę, 

ale brak jej było cech charakterystycznych. Na tym etapie nikt nie mógłby rozpoznać rysów.

- Powinieneś był jej uwierzyć - zauważył Joe. - Eve nie kłamie.
- Nie podejrzewałem jej o kłamstwo. Pomyślałem, że może uda mi się... - Zacisnął dłonie w pięści. - 

Cholera, ciężko się czeka. Chcę wiedzieć.

- Nie ufałeś jej.
- W moim fachu ufa się niewielu ludziom. - Nathan ruszył ku schodom, potem nagle się zatrzymał i 

popatrzył na Joego. - Powiesz jej, że tu przyszedłem?

- Powinienem. Eve cię lubi, a ma zwyczaj ufać ludziom, których lubi. Niezbyt ceni sobie tych, którzy 

węszą za jej plecami.

-   Nie   chciałem  jej   w  żaden   sposób   skrzywdzić.   Jeśli   w  ogóle   jestem  czegokolwiek   winien,   to  chyba 

zbytniej troski o nią. - Nathan znowu spojrzał na Victora. - Bardzo chcę wiedzieć, kto to. Mam nadzieję, że 
nie Bently. Mam nadzieję, że on wciąż żyje, że gdzieś się zaszył, a kiedy wyjdzie z kryjówki, potrząśnie tymi 
sukinsynami.

Joe przyglądał mu się uważnie.
- Wierzę ci. - Wzruszył ramionami. - Na razie się wstrzymam, nic się w końcu nie stało. Ale popełniłeś 

błąd.

- Jak każdy. W tym i ty, inaczej Eve nie wściekałaby się na ciebie. - Nathan zaczął szybko wspinać się po 

schodach, lecz po chwili znieruchomiał i obejrzał się przez ramię na Joego. - Musiałem popełnić jeszcze 
jeden błąd. Skąd wiedziałeś, że tu zszedłem?

- Obchodziłem teren i zorientowałem się, że ktoś jest w kuchni. Zobaczyłem, że to ty, i że szperasz w 

szafkach. Wzbudziło to moją ciekawość, zwłaszcza że posługiwałeś się latarką.

- Z pewnością powinienem był być ostrożniejszy.
- Jak sam mówiłeś, wszyscy popełniają błędy.
Quinn nie zamierzał go za to karać.
- Dzięki, jestem ci winien przysługę.
Nathan   szybko   pokonał   resztę   schodów.   Mogło   być   znacznie   gorzej.   Zrobił   to,   co   zamierzał,   i   nic 

strasznego się nie stało. Miał nadzieję, że uda mu się wyciągnąć jakieś wnioski, ale okazało się; że musi 
jeszcze poczekać.

Cholera, ciężko było czekać.

Piwnica   była   dobrze   oświetlona,   szumiały   lśniące   urządzenia   grzewcze   i   klimatyzacyjne.   Szczytowe 

osiągnięcia amerykańskiej techniki, pomyślał Jules, idąc korytarzem.

background image

- Ej, co pan tu robi?
Obejrzał się. Z windy wychodził umundurowany strażnik.
- Czy wy nigdy ze sobą nie rozmawiacie? - Jules pomachał identyfikatorem. - Przed chwilą sprawdzał mnie 

strażnik przy głównym wejściu. - Zerknął na plakietkę na jego piersi. - Panie Phillips, jestem z administracji. 
Mam zrobić coroczny przegląd.

- Miałem przerwę na kawę... - zaczął się tłumaczyć mężczyzna.
Jules   o   tym   wiedział.   Nie   spodziewał   się,   że   Phillips   wróci   tak   szybko.   Musiał   wprowadzić   pewne 

modyfikacje do swojego planu. Ale był na to przygotowany.

-   Już   prawie   skończyłem.   Zauważył   pan   jakiś   problem   podczas   obchodów?   Kałuże   wody   za 

klimatyzatorami? Więcej pary?

Phillips przecząco pokręcił głową.
- Skoro już pan tu jest, może pójdzie pan ze mną do kotłowni i potrzyma mi latarkę? Muszę wcisnąć się za 

zbiorniki, a tam prawie nic nie widać.

- Jeśli nie potrwa to zbyt  długo... - Phillips zastanawiał się. - Muszę wracać do drzwi wejściowych i 

zastąpić Charleya.

- Jak mówiłem, już prawie kończę. - Jules podniósł skrzynkę z narzędziami i ruszył przed siebie. - To 

potrwa tylko chwilę.

- Skoro jest pan pewien.
- Jestem. - Jules uśmiechnął się do niego przez ramię. - Znam się na swojej robocie.

- Gotowy? - mruknęła Eve. - Już pora, Victorze.
- Mówiłaś coś, Eve? - zapytał Nathan, siedzący po drugiej stronie pokoju.
- Cii. Nie odzywaj się ani słowem, dopóki nie skończę.
Glina pod jej palcami była miękka i chłodna. Eve dotknęła jej ostrożnie, z wahaniem.
Delikatnie.
Z wyczuciem.
Instynktownie.
Szybko i zwinnie poruszała palcami.
Kim jesteś, Victorze? Podpowiedz mi, pomóż.
Wygładzić. Nieco ująć. Trochę dodać.
Nie miała pojęcia, jaki kształt nadać uszom. Zdecydowała się na najbardziej typowy.
Usta. O rany, zawsze ma z tym kłopoty. Zna przecież tylko ich szerokość...
Musi polegać na instynkcie. Pozwala dłoniom rzeźbić tak, jak chcą.
Wygładzić. Trochę ująć. Nieco dodać.
Nie powinna się tak spieszyć.
Przerwała   modelowanie   twarzy   i   zaczęła   się   przyglądać   oczodołom   Victora.   Kąt   ustawienia...   Łuki 

brwiowe... Chyba dobrze.

Można kończyć.
Wygładzić. Tu dodać. Tam ująć.
Trzeba   sprawdzić   grubość   wargi...   Dwanaście   milimetrów.   W   porządku.   Długość   nosa   osiemnaście 

milimetrów. Powinno być dziewiętnaście. Do poprawki.

Wygładzić. Dodać. Ująć.
Milimetry są istotne, ale na tym etapie najważniejszy jest instynkt.
Pomóż, Victorze. Już prawie koniec.
Jej dłonie delikatnie przesuwały się po rekonstruowanej twarzy. Zdawało się, że palce Eve wymknęły się 

jej spod kontroli i zaczęły żyć własnym życiem.

Wygładzić.
Jeszcze dodać.
Jeszcze ująć.

Galen wysiadł z auta i podszedł do Hughesa, który stał pod latarnią.
- Macie coś?
Hughes pokręcił głową.
- Wszędzie cisza. Mała weszła do budynku razem z babcią. Wóz patrolowy przejeżdżał pięć minut temu. 

Chyba włączyli do akcji więcej policjantów w cywilu. Jakiś nieznany mi facet rozmawiał ze strażnikiem 
przy drzwiach. - Podniósł rękę, nim jeszcze Galen otworzył usta. - Wszystko w porządku, obserwowałem go, 
wsiadł do wozu patrolowego dwadzieścia minut później. Gliny go znały.

background image

- A w środku?
- Mam swojego człowieka na tym piętrze, gdzie jest ich mieszkanie, nie zauważył nic podejrzanego. A co 

pan porabiał?

- Rozglądałem się. Pięć ulic stąd stoi furgonetka firmy telefonicznej. Co tam robi o tej porze? Sprawdził ją 

pan?

Hughes ponownie pokręcił głową.
- Dlaczego?
- Nie było jej wcześniej. Zajmę się nią.
- Natychmiast.
- Skąd ten pośpiech? Przecież stoi pięć ulic stąd.
- To może być samochód z urządzeniami podsłuchowymi. Eve regularnie dzwoni do Jane.
- Mówiłem już, że sprawdzaliśmy już, czy istnieje możliwość podsłuchiwania rozmów. Mieszkanie leży 

zbyt wysoko, sygnał telefoniczny jest zbyt zniekształcony.

- Sprawdźcie tę furgonetkę.
- W porządku. - Hughes sięgnął po telefon.
Galen obserwował budynek. Cholera, czuł niepokój.
Hughes skończył rozmowę.
- Mój człowiek zadzwoni do firmy telefonicznej i zapyta, czy to oni wysłali ten wóz. Zadowolony?
- Nie. Coś się dzieje. On musi tu być. Wie, że zostało mu niewiele czasu.
- Jak to?
- Nieważne. - Zerknął na auta parkujące przy ulicy. Wszystkie były przez nich sprawdzone, nie pojawiły się 

żadne nowe. - Po prostu coś jest nie tak.

- Jeśli Hebert gdzieś tu w ogóle jest, to musiał chyba zapaść się pod ziemię - zauważył Hughes.
- Co? - Galen zastygł w bezruchu.
- Powiedziałem, że Hebert musiał zapaść się pod ziemię, bo inaczej...
Pod ziemię.
- Cholera! - Galen ruszył pod płócienną markizę budynku. - Idziemy.
Hughes wysiadł z auta i podążył za nim.
- Dokąd?
- Niech pan czymś zajmie ochroniarza i przy okazji go wypyta, czy dziś nie zdarzyło się nic niezwykłego. - 

Otworzył szklane drzwi. - A ja sprawdzę, jak daleko może posunąć się Hebert, żeby dorwać dzieciaka.

W   kotłowni   za   potężnymi   zbiornikami,   z   których   płynęła   woda   ogrzewająca   budynek,   Galen   znalazł 

umundurowanego strażnika. Miał poderżnięte gardło.

Obok trupa leżała kostka semteksu i zapalnik czasowy.
Dwadzieścia dwie minuty.
Cholera.
To nie była zwykła bomba, jej twórca z pewnością na wszelki wypadek zainstalował w niej detonator-

pułapkę. Brakowało czasu, by rozbroić ładunek.

Sam już nie zdąży ewakuować Jane.
Biegnąc do windy, Galen wyłączył telefon. Dzwonek mógłby uruchomić bombę. Włączył go dopiero na 

ulicy.

Natychmiast zadzwonił.
- Nic niezwykłego - zameldował mu Hughes. - Inspekcja. Jeden ze strażników rozchorował się i musiał iść 

do domu. Czy mam...

- Nieważne. Niech pan wyjdzie z budynku, zadzwoni do tego człowieka na jedenastym piętrze i każe mu 

wyprowadzić   Jane   MacGuire   i   jej   babkę.   Natychmiast.  Ma   na   to   dwadzieścia   minut.   Potem  niech   pan 
dzwoni po saperów. Pewnie nie zdążą, ale mogę się mylić.

- Już się robi.
Galen spojrzał na zegarek.
Dziewiętnaście minut.
Jane MacGuire znajdowała się na jedenastym piętrze. Pozostało niewiele czasu na ratowanie jej i reszty 

lokatorów budynku. Sam zdołałby dotrzeć tylko do kilku mieszkań.

Co miał robić, na litość boską?

- Gotowe. - Eve oparła się o stół i przetarła twarz. Boże, była całkiem wyczerpana. Adrenalina gdzieś 

wyparowała, czuła się jak wyżęta ścierka. - Na nic lepszego mnie nie stać.

background image

- Myślałem, że nigdy nie skończysz. Jest prawie trzecia w nocy. - Nathan niecierpliwie kręcił się w fotelu. - 

Mogę zerknąć?

- Jeszcze nie. Włożę do oczodołów szklane gałki. - Eve uśmiechnęła się z wysiłkiem, patrząc na szkatułkę 

z oczami. - Galenowi to by się spodobało. Ma problem z pustymi oczodołami.

- Pospiesz się! - Nathan zwilżył wargi. - Przepraszam. Nie chciałem... Po prostu się niecierpliwię.
- Wiem. - Eve otworzyła szkatułkę, wyjęła z niej parę brązowych oczu i odwróciła się do Victora, który 

powoli przestawał być Victorem. Wkrótce mógł odzyskać swoje prawdziwe nazwisko. - Jeszcze chwila.

Po kilku minutach odwróciła się do Nathana.
- Teraz możesz popatrzeć.
Nathan zerwał  się z fotela  i szybko przemierzył  pokój. Zatrzymał się, wciągnął powietrze w płuca, a 

następnie obszedł postument i stanął obok Eve.

Wpatrywał się w rysy twarzy Victora. Eve patrzyła na niego uważnie.
- Powiedz coś. To Bently?
- To on. - Nathan zacisnął usta. - To Harold Bently.
- Na pewno?
- Na pewno. - Jego głos drżał. - Dobrze się spisałaś. To on. - Odwrócił się i ruszył szybko ku schodom. - 

Przepraszam. Jestem taki   wściekły,   że   mam ochotę  kogoś   udusić.   Nie  mogę  na  niego  patrzeć.   Miałem 
nadzieję...

Wbiegł po schodach, niemal wpadając na Joego.
- Przepraszam. Nie chciałem... - Przemknął obok niego i zniknął.
- Co mu się stało? - spytał Joe, kiedy pokonał resztę stopni. Na widok miny Eve dodał: - Czyżby nadeszła 

chwila prawdy?

- To Bently. - Eve potarła obolały kark. - Dopóki nie zobaczysz dowodu, zawsze masz nadzieję.
Joe stanął obok Eve i spojrzał na nią uważnie.
- Najwyraźniej odwaliłaś kawał dobrej roboty, skoro jest taki pewien.
- Miałam taką samą nadzieję jak i on, że to nie Bently - powiedziała. - Z tego, co słyszałam, mogłam 

sądzić,   że   był   bardzo   dobrym   człowiekiem.  A  zginął   w   taki   sposób...   -   Jej   oczy  napełniły  się   łzami, 
zamrugała. - Ale co z tego. Ginie o wiele więcej dobrych ludzi niż złych. Są ufni. Nie potrafią się bronić. Jak 
Bonnie...

- Ciii... - Wziął ją w ramiona. - Jezu, jesteś taka zmęczona, że ledwie trzymasz się na nogach. Posłuchaj 

mnie, dobrze się spisałaś. Sprowadziłaś tego biedaka do domu. Czy to nie jest najważniejsze?

- Tak. - Poczuła się pokrzepiona. Zawsze kiedy Joe znajdował się blisko niej, znikało uczucie samotności i 

chłodu. - To ważne. Ale nie w tej chwili.

- To przyjdzie z czasem. - Pomasował ją między łopatkami, w tym miejscu zawsze czuła największy ból. 

Poczuła taką ulgę, że aż zrobiło jej się słabo. - Masz strasznie napięte mięśnie. Idź do łóżka i spróbuj zasnąć. 
Rozumiem, że nie chcesz, abym ci zrobił masaż.

- Nie. - Nie powinna nawet tak przy nim stać. Istniały powody, ważne powody, dla których powinna go 

odepchnąć, ale w tym momencie się nie liczyły. - Zaraz poczuję się dobrze.

- Przy mnie z całą pewnością poczułabyś się lepiej niż dobrze. Dopilnowałbym tego. Ale trudno. Chodź, 

zapakuję cię do łóżka.

- Nic mi nie jest.
- Przestań się kłócić. Zaraz upadniesz. Wiem, że teraz jesteś bezbronna, i chętnie bym cię wykorzystał, ale 

tego nie zrobię. - Objął ją w talii i częściowo poprowadził, częściowo zaciągnął ku schodom. - Czemu tak się 
opierasz? To nic nowego. Przecież wiele razy kładłem cię do łóżka w podobnej sytuacji.

Rzeczywiście robił to wiele razy. Tak wiele, że straciła rachubę. Czasem wydawało się jej, że są razem od 

zawsze.   Ile   to   trwało?   Dziesięć,   dwanaście   lat?   Nie   mogła   się   skupić,   a   wszystko,   na   co   patrzyła, 
zamazywało się, tworzyło niewyraźną plamę.

- Teraz, kiedy Victor jest już gotowy, musimy chyba zadzwonić do Jenningsa. FBI powinno...
- Ja się tym zajmę.
- Naprawdę nie chciałam, żeby to był Bently, Joe.
- Wiem. Jest ci ciężko. Rano będzie lepiej.
Ledwie zdawała sobie sprawę z tego, że Joe prowadzi ją do pokoju i kładzie na łóżku. Zdjął jej buty i 

przykrył ją narzutą.

- Za chwilę wrócę. - Poszedł do łazienki i za moment wrócił z wilgotną szmatką. Starannie wytarł glinę z 

jej dłoni. - Na razie to musi wystarczyć. Prysznic weźmiesz rano.

- Dziękuję, Joe.
- Zawsze lubiłem oddawać ci przysługi. Dzięki temu jesteś bardziej moja. Po seksie to moja największa 

background image

przyjemność. Nie wiedziałaś?

Nie powinna tego słuchać. Było to zbyt... intymne, a przecież między nimi przestało się układać. Nie 

mogła sobie przypomnieć dlaczego. Nie chciała. Nie teraz.

- Nie, nie wiedziałam...
- I teraz nie chcesz o tym myśleć. W porządku. I tak się cieszę, że nie wzdrygasz się na mój widok. - Usiadł 

na łóżku i ujął ją za rękę. - To mi wystarczy.

Uścisnęła jego dłoń.
- Nie powinno...
- Ciii. Idź spać.
Już prawie spała. Zwinęła się na łóżku i zamknęła oczy.
- To takie... smutne. Biedak...

Rozdział trzynasty

Eve spała.
Joe wpatrywał się w jej twarz. Tak bardzo pragnął ukoić jej ból. Nic z tego. To cierpienie towarzyszyło jej 

od lat. Od śmierci Bonnie. Po stracie dziecka Eve poświęciła się jednemu: sprowadzaniu do domu żywych i 
umarłych. Wkładała w to całe swoje serce i wszystkie swoje umiejętności. Znowu znalazła zaginionego i 
znowu, jak zawsze, Joe był obok niej; i teraz także mógłby jej pomóc, gdyby mu na to pozwoliła.

On także czuł się zagubiony.
Przestań się nad sobą rozczulać,, pomyślał. Jej też to nie pomoże. Puścił dłoń Eve i pochylił się, by złożyć 

pocałunek na jej czole.

- Śpij dobrze, kochanie - wyszeptał.
Nie chciał jej zostawiać, ale zmusił się, by wstać i podejść do drzwi. Kiedy Eve się obudzi, pewnie znowu 

ogarnie ją złość. Może jednak zdołał zrobić wyłom w murze, którym się otoczyła. Miał taką nadzieję.

Gdy wyszedł na korytarz, zadzwonił telefon.

Zachodni bok wieżowca wyleciał w powietrze w kuli ognia i betonu.
Galen   spojrzał   na   płomienie   wydostające   się   z   okien.   Mogło   być   gorzej.   Bombę   podłożono   tak,   by 

wysadziła tylko tę stronę budynku, gdzie znajdowało się mieszkanie babki Jane MacGuire.

- Babcia jest przerażona. Dorwij tego drania! - Jane MacGuire podeszła do Galena. - Mnóstwo ludzi by 

zginęło, gdyby te spryskiwacze nie zadziałały. Ty je uruchomiłeś?

-  Tylko  tyle   mogłem  zrobić,   żeby  ratować   lokatorów   i   zmusić  ich   do  natychmiastowego  opuszczenia 

mieszkań. Odciąłem alarm pożarowy, który mógłby uruchomić zapalnik, i wysłałem ludzi Hughesa, żeby 
chodzili od drzwi do drzwi. Woda zalewająca mieszkania oszczędziła wszystkim niepotrzebnych dyskusji. - 
Jego   spojrzenie   powędrowało   wzdłuż   pogrążonej   w   półmroku   ulicy,   która   zapełniała   się   niekompletnie 
ubranymi mężczyznami, kobietami i dziećmi. Biegające wokół psy szczekały na koty, które mocno trzymali 
w ramionach ich właściciele. - Mam nadzieję, że wszyscy zdążyli.

- Ja też. - Jane szarpnęła smyczą, żeby Toby stał grzecznie u jej boku. - Babcia nie chciała wyjść, kiedy 

przyszedł ten facet. Dopiero ta woda ją przekonała.

W oddali słychać było wycie strażackiej syreny.
- Gdzie twoja babcia?
- O tam, próbuje uspokoić naszą sąsiadkę. Pani Benson niedawno urodziła i chyba jest nieco wstrząśnięta.
- Dziwne, że babcia pozwala ci ze mną rozmawiać.
- Powiedziałam jej, kim jesteś. Może powinnam była zrobić to wcześniej. Z babcią można się dogadać. - 

Jane popatrzyła na płomienie. - Zrobił to, żeby nas zabić?

Galen pokiwał głową.
- Chce w ten sposób wywabić Eve z kryjówki?
- Tak.
- No to powiedz jej, żeby się ukryła. - Zwilżyła wargi. - I to jak najszybciej. Pierwsze, co zrobiła babcia po 

wyjściu na ulicę, to zatelefonowała do Joego.

- Co?
- Joe kazał jej dzwonić w razie problemów. - Popatrzyła na płonący wieżowiec. - Pewnie uzna, że to 

poważny problem.

- Kiedy? - Zamierzał sam zadzwonić do Quinna.
- Pięć minut temu. Kazał jej pilnować mnie, powiedział, że przyśle radiowóz. - Popatrzyła na wyjeżdżający 

zza zakrętu samochód patrolowy. - Już jest.

- Możliwe. - Policja miała wywieźć gdzieś Jane i jej babcię? Mowy nie ma. Najpierw musi to sprawdzić. 

Ruszył ku autu. - Poczekaj tutaj.

background image

- Co się dzieje, do cholery? - wybuchnął Joe, kiedy dziesięć minut później Galen odebrał telefon. - Przed 

chwilą dzwoniła rozhisteryzowana matka Eve, mówiła coś o tobie, wybuchu budynku i wodzie lejącej się z 
sufitu...

- Z Jane wszystko w porządku. Radiowóz, który wysłałeś, zawiózł ją w bezpieczne miejsce.
- Poleciałeś tam, żeby chronić Jane. Jak ten sukinsyn zdołał tam się dostać?
- Jest bezpieczna. To najważniejsze. - Galen popatrzył na wieżowiec, który wciąż płonął. - Resztę opowiem 

ci później.

- Chrzań się. Chcę wiedzieć, co...
- Czekaj chwilę. - Hughes rozpaczliwie usiłował zwrócić na siebie uwagę Galena. - Coś się dzieje.
- Przepraszam - powiedział Hughes. - Właśnie dowiedziałem się o tej furgonetce. Ludzie z Bell South 

twierdzą, że nie wysyłali żadnej furgonetki w ten rejon. - Zawiesił głos. - Pojazd zniknął.

- Jezu. - Galen mocniej ścisnął telefon.
- Co się dzieje? - spytał Joe. - Czy Jane nic nie jest?
- Nic. - Galen zastanawiał się nad rozmaitymi scenariuszami wydarzeń po wybuchu bomby. - Ale Hebert 

zapewne osiągnął to, na czym mu najbardziej zależało.

- Więc Jane wcale nie jest bezpieczna?
- Uspokój się. Myślę, że Hebert przygotował się na wszystkie ewentualności. Istnieje możliwość, że miał 

furgonetkę   z   podsłuchem,   zaparkowaną   kilka   ulic   dalej.   Nie   mógł   przechwycić   rozmów   z   telefonu   w 
wieżowcu, ale kiedy matka Eve wyszła z mieszkania, nie miał z tym problemu.

- Od razu do mnie zadzwoniła.
- Gdyby bomba je zabiła, wyszlibyście z ukrycia. Jeśli by ich nie zabiła, matka Eve zadzwoniłaby do 

ciebie, umożliwiając mu namierzenie miejsca waszego pobytu. Zabierajcie się stamtąd, Quinn.

- To tylko spekulacje.
- Wolisz narażać siebie i Eve? To, że Hebert lubi wykonywać brudną robotę osobiście, a jest teraz w 

Atlancie, wcale nie oznacza, że możecie tam siedzieć spokojnie. Jeśli wyśledził połączenie, nie macie zbyt 
wiele czasu. Zabierajcie się stamtąd! - powtórzył.

Milczenie.
- Dokąd?
Dzięki Bogu, Quinn słuchał.
- Wszystko jedno. Zadzwoń, kiedy niebezpieczeństwo minie. Postaram się znaleźć wam jakąś bezpieczną 

kryjówkę.

- Dobra. - Quinn się rozłączył.

Joe wahał się przez chwilę, intensywnie myśląc. Eve była wyczerpana. Postanowił, że pozwoli jej spać jak 

najdłużej i sam przygotuje wszystko do wyjazdu.

Poszedł do pokoju Nathana, otworzył drzwi i zapalił światło.
- Wstawaj. Potrzebuję twojej pomocy.
- Co się stało? - Nathan usiadł na łóżku.
- Musimy stąd spadać. Idź nad dół, spakuj czaszkę i cały sprzęt Eve. Ja podprowadzę samochód pod drzwi.
- Dlaczego? - Nathan wyskoczył z łóżka i wciągnął spodnie. - Co się stało? Dlaczego musimy wyjeżdżać?
- Galen mówi, że w każdej chwili możemy spodziewać się gości.
- Heberta?
- Nie, Hebert jest w Atlancie. Podobnie jak Galen. - Joe skierował się do drzwi. - Ruszaj się. Muszę iść po 

Eve.

- Otwórz bagażnik, żebym mógł tam włożyć sprzęt. - Nathan wiązał buty. - Może zapakuj rzeczy Eve, 

zanim pójdziesz ją budzić. Była bardzo zmęczona.

- Zajmę się Eve. - Joe już biegł korytarzem. - Pospiesz się.

- Obudź się, Eve.
Eve z trudem uświadomiła sobie, że Joe nią potrząsa. Była taka zmęczona...
- Obudź się. Musimy wyjeżdżać.
Usiłowała otworzyć oczy.
- Chce mi się spać...
- Przykro mi, prześpisz się w aucie. Możemy mieć gości.
W domu nad jeziorem? Rzadko miewali gości. Dom był oazą ciszy i spokoju. Już Joe o to zadbał.
Nagle uświadomiła sobie, że wcale nie są u siebie. Nowy Orlean. Victor. Nie, nie Victor, Bently. Usiadła na 

background image

łóżku.

- O czym ty mówisz?
- Spakowałem twoją torbę. - Joe pomógł jej wstać. - Nathan już czeka w samochodzie. - Poprowadził ją 

przez pokój i zniósł po schodach. - Zapakował twój sprzęt. Musimy jechać.

- Dlaczego?
- Dzwonił Galen. Mamy problem. - Otworzył drzwi wejściowe. - Już nie jesteśmy tu bezpieczni.
- Dlaczego?
- Później ci wytłumaczę. - Pomógł jej wsiąść do lexusa przysłanego przez Galena i usiadł za kierownicą. - 

Wszystko wziąłeś, Nathan?

- Sprzęt jest w bagażniku. Czaszkę mam tu ze sobą. - Nathan wyraźnie obserwował drogę przed nimi. - 

Widzę reflektory! Zaraz będą przy bramie!

- Brama jest zamknięta, prawda? - zapytała Eve.
- Mają sprzęt, żeby ją otworzyć - odparł Nathan. - Zajmie im to nie więcej niż kilka minut.
- No to wykorzystajmy te minuty.
Joe nie zapalił świateł, wóz powoli, cicho toczył się po podjeździe i w pewnej chwili zjechał między 

drzewa obok domu.

Przed bramą zatrzymało się ciemne volvo. Wyskoczyli z niego dwaj mężczyźni i podeszli do bramy. Po 

trzech minutach otworzyli ją i z powrotem wsiedli do samochodu.

Eve wstrzymała oddech, kiedy auto przemknęło obok nich i wjechało na podjazd. Teraz volvo jechało bez 

świateł,   błyszczący   w   mroku   samochód   wydawał   się   jej   jeszcze   bardziej   wrogi   i   niebezpieczny   niż 
wcześniej.

- Już - wyszeptał Nathan.
- Jeszcze nie. Niech wejdą do środka. - Trzej mężczyźni skierowali się do drzwi wejściowych, dwóch 

pozostałych poszło za róg. - Teraz - zwolnił hamulec i nacisnął pedał gazu.

Hałas silnika nie był wprawdzie tak głośny, jak to się wydawało Eve, ale goście go usłyszeli. Jeden z 

mężczyzn wybiegł zza domu.

- Do dechy - powiedziała Eve.
Joe już to zrobił. Z prędkością stu kilometrów na godzinę przejechał przez otwartą bramę i wypadł na 

szosę.

Niech szlag trafi te drzewa koło domu. Nic nie widziała. Nagle uświadomiła sobie, że to te drzewa być 

może ich ocaliły.

Teraz widziała. Reflektory pędziły po podjeździe w kierunku bramy.
Zniknęły, gdy Joe skręcił i nacisnął mocniej pedał gazu.
- Przed nami jest stacja benzynowa. Zamknięta, ale widzę dystrybutory - powiedział Nathan. - Mógłbyś za 

nimi zaparkować i poczekać, aż przejadą.

- Zrobiliśmy to już raz. - Joe zjechał z drogi i zatrzymał się za stacją. - Może więc się nie spodziewają tego 

po raz drugi. Przekonamy się...

Zgasił światła.
A może się spodziewają, pomyślała Eve. Joe wsunął rękę za kurtkę. Znała ten gest, poprawiał broń w 

kaburze.

- Wysiadajcie - powiedział Joe. - Natychmiast.
- Co?
- Bez dyskusji. Wysiadajcie oboje - warknął.
Eve posłuchała instynktownie, obok niej stanął Nathan.
- Zajmij się nią, Nathan.
Lexus przemknął obok nich i wyjechał na drogę.
Cholera! Eve zacisnęła pięści, patrząc na tylne światła auta znikające za rogiem. Wszystko działo się tak 

szybko, że w ogóle nie zdawała sobie sprawy z tego, co knuje Joe. Powinna była się domyślić. Przecież go 
znała, do cholery!

Volvo z piskiem opon skręciło i podjechało ku nim.
Jeszcze bliżej.
Niemal na nich wjechało.
I pomknęło dalej, chwilę później znikając z zasięgu ich wzroku.
- Udało się - powiedział Nathan. - Musimy stąd odejść.
- Jak to odejść? Przecież oni jadą za Joem.
- Tego właśnie chciał. Nie mamy jak mu pomóc. Zadzwonimy, kiedy będziemy dalej od tego miejsca. Taki 

był jego plan. Jeśli ich i zgubi, mogą tu wrócić, żeby sprawdzić teren.

background image

-   Damy  mu   jeszcze   trochę   czasu,   a   potem   zadzwonisz   i   poinformujesz   go,   że   nie   ruszamy  się   stąd. 

Oświadczam, że będę tu siedzieć, dopóki Joe nie wróci.

Nathan popatrzył na nią i wzruszył ramionami.
- Dobra, ale to kiepska taktyka.
- Mam gdzieś taktykę. - Oparła się o ścianę stacji i wbiła wzrok w zakręt, za którym zniknął Joe. Naprawdę 

się bała.

- Pewnie da sobie radę - usiłował pocieszyć ją Nathan. - Ma dobre przeszkolenie, prawda?
- To, że był w komandosach i służył w Fokach, nie oznacza, że jeździ jak kierowca wyścigowy.  Nie 

powinien był nas tak zostawiać, niech go szlag trafi.

- To była dobra takty... - zamilkł na widok spojrzenia Eve. - Przepraszam. - Sięgnął po telefon i chwilę 

później rozmawiał już z Joem. - Nie jest zbyt zadowolony - powiedział, gdy się z nim rozłączył.

- Bardzo mi przykro. Nie miał prawa tak nas zostawiać. Nie decyduje tu o wszystkim.
- Nie było zbyt wiele czasu na dyskusję.
Wiedziała o tym, ale wcale nie czuła się przez to ani mniej zła, ani mniej bezradna i przerażona.
- Chyba nieźle prowadzi - odezwał się Nathan.
Eve nagle uświadomiła sobie, że usiłuje ją pocieszyć.
- Tak.
- I lexus to chyba szybsze auto niż volvo...
- Nie mówmy o tym, dobra? - wybuchła.
Nathan skinął głową i zamilkł.
Minęło dziesięć minut.
Gdzie on jest, do cholery?
Piętnaście minut.
Dopiero po czterdziestu pięciu minutach Joe wyjechał zza zakrętu i skręcił na stację benzynową. Podjechał 

i otworzył drzwi po strome pasażera.

-   Wskakujcie.   Chyba   zgubiłem   ich   jakieś   osiem   kilometrów   stąd,   ale   znikajmy   z   tego   miejsca   jak 

najszybciej.

Nathan wgramolił się na tylne siedzenie.
- Nieźle ci poszło, Quinn.
- Dziękuję - odparł ironicznie, wyjeżdżając na szosę. - Cieszy mnie twoje uznanie.
- Usiłowałem skłonić ją do odejścia, ale się o ciebie martwiła.
- Czyżby? - Joe rzucił ukradkowe spojrzenie na Eve.
- Wcale się nie martwiłam. Głupio zrobiłeś. Mogłeś z nami zostać i wspólnie byśmy im umknęli, ale ty 

wolałeś się bawić w policjanta z Miami. - Twarz miała zaciętą, jej głos drżał. - To było... głupie.

- Wydawało się najrozsądniejszym...
- Dobra taktyka, tak? No to się zamknij i wydostań nas stąd.
- Rozkaz, proszę pani. - Joe gwizdnął cicho. - Już się robi, proszę pani.
Ruszył w kierunku Nowego Orleanu.
- Dokąd jedziemy?
- Nie mam pojęcia. Zacznę się tym przejmować, kiedy się upewnię, że nikt nas nie śledzi.

Joe zatrzymał się dopiero osiemdziesiąt kilometrów za domem Galena, wcześniej dwukrotnie zmieniał 

drogę   i   kierunek   jazdy.   W   końcu   zaparkował   na   parkingu   supermarketu   gdzieś   na   wschodnich 
przedmieściach Nowego Orleanu. Wyciągnął telefon i zadzwonił do Galena.

- Wszystko jest w porządku - powiedział. - Faktycznie mieliśmy gości.
- Tego się obawiałem. Nikt nie został ranny?
- Nie, ale siedzimy na kompletnym zadupiu. Znajdź jakąś kryjówkę dla Eve.
- Pracuję nad tym - powiedział Galen. - Oddzwonię. - Rozłączył się.
- Mogę się wreszcie dowiedzieć, o co chodzi, do diabła? - zapytała Eve.
Joe wysiadł z auta.
- Chodź, przejdziemy się.
- Ja też biorę w tym udział, wiesz - odezwał się Nathan.
- Później - odparł Joe. - Zostań i popilnuj czaszki.
Było chłodno, Eve schowała dłonie do kieszeni kurtki.
- Porozmawiaj ze mną - poprosiła.
- Nie spodoba ci się to, co usłyszysz.
- Nic nowego. Od początku tej pracy nad Victorem nic mi się nie podobało - stwierdziła.

background image

- Ale to dotyczy domu.
- Jane? - wstrzymała oddech.
- Nie panikuj. Nic się jej nie stało. Twojej matce też nie.
Szybko zapoznał ją ze szczegółami opowieści Galena.
- I mówisz, że nic jej nie jest? - Eve zacisnęła dłonie. - Na litość boską, ten wariat wysadził cały budynek. 

To cud, że żyją.

- Ale żyją.
- Nie powinnam była jej zostawiać. Ty też nie powinieneś.
- Powtarzam to sobie od chwili, w której zadzwoniła do mnie twoja matka. Byłem przekonany, że Hebert 

skoncentruje się na tobie, ale mimo to usiłowałem zapewnić im solidną ochronę.

- Nie udało ci się. Omal nie zginęła. Powinieneś... - Przerwała i pokręciła głową. - Dlaczego zwalam 

wszystko na ciebie? To także moja wina. Przecież to ja podjęłam się tej pracy. To ja postanowiłam ukraść tę 
cholerną czaszkę. Też sądziłam, że będzie chciał uderzyć we mnie. To wszystko moja wina.

- Cicho. Uspokój się. Nic się nie stało.
- Jak to nic? Coś się stało. O mało nie zginęły. A ja tak się przejmowałam Victorem i tak chciałam dać 

popalić Hebertowi, że...

- Cicho. - Objął ją i przycisnął jej głowę do swojego ramienia. - Jane i twojej matce nic się nie stało, teraz 

są już bezpieczne.

Boże, naprawdę go potrzebowała. Był jej kotwicą na wzburzonym morzu. Opoką.
- Joe... - bez zastanowienia go objęła. - Jane nigdy nie miała pewności, że ją kocham. Zawsze uważała, że 

Bonnie jest dla mnie najważniejsza. A ja naprawdę ją kocham. Tylko... w inny sposób.

- Ona wie, że ją kochasz.
- Nie jest pewna. Chcę to jej powiedzieć  jeszcze raz. A gdyby zginęła i nie miałabym już okazji jej 

powiedzieć, ile dla mnie znaczy?

- Nie zginęła.
- Tylu rzeczy nie zdążyłam powiedzieć Bonnie, bo mi ją odebrano. Nie wolno mi popełniać tych samych 

błędów. - Łzy spływały po jej policzkach. - Przecież niewiele brakowało...

- Zgoda, nie jesteś doskonała. A kto jest? Jednak Jane to nie jedno z tych zagubionych dzieci. Jane żyje i 

nic już jej nie grozi. Jest silna i bystra, poradzi sobie. Uczy się od ciebie. Mamy szczęście, że dopuściła nas 
do siebie tak blisko. - Ujął w dłonie jej twarz i popatrzył w oczy. - Słuchasz mnie, Eve? Jane nie chce mieć w 
tobie matki. Kocha cię, ale spotkałyście się zbyt późno, aby połączyła was tego rodzaju więź. Ona tego 
wcale nie oczekuje. Jesteś jej najlepszą przyjaciółką, i na tym jej właśnie zależy.

- Poważnie? - Eve uśmiechnęła się niepewnie. - Nie sądziłam, że przeprowadziłeś tak wnikliwą analizę 

mojego związku z Jane.

- Musiałem. Wszystkie twoje sprawy są też moimi sprawami.
Nie mogła oderwać od niego wzroku. Jego oczy...
Ręce Joego opadły, zrobił krok w tył.
- Zawsze tak było; nadal tak jest. Mam szczęście, że także kocham Jane.
Eve odetchnęła głęboko.
-   Oboje   ją   kochamy,   ale   za   mało   się   o   nią   troszczyliśmy.   Nie   potrafiliśmy   nawet   zadbać   o   jej 

bezpieczeństwo. - Odwróciła się do auta. - Na szczęście nie jest za późno. Nadszedł czas, żebym zaczęła 
myśleć o Jane i matce zamiast o tej cholernej pracy.

- Co planujesz?
- Wracam do Atlanty. Życie Jane i mojej matki jest zagrożone, ja jestem tego powodem i przebywam setki 

kilometrów dalej. Jestem im teraz potrzebna.

- Galen powiedział, że tak się właśnie zachowasz. Uważa, że wpadniesz wprost w łapy Heberta.
- Pieprzyć Galena. Jane mnie potrzebuje.
- Potrzebuje nas obojga. - Joe uśmiechnął się półgębkiem i skinął głową. - Pieprzyć Galena.

Gdy Eve dotarła do samochodu, usłyszała dzwonek telefonu. Był to Bart Jennings.
- Muszę pani powiedzieć, że....
- Niech pana szlag trafi - głos Eve drżał od gniewu. - Obiecał mi pan, że będą bezpieczne. Tylko o to 

prosiłam, a pan zawiódł na całej linii.

- Ma pani prawo się wściekać. Galen dzwonił? Moi ludzie byliby wdzięczni, gdyby zdecydował się na 

współpracę z nami. Raczył się przedstawić, dopiero kiedy zabierali stamtąd pani córkę.

- I dobrze, że tam był. Pan wszystko schrzanił.
- Nie próbuję się usprawiedliwiać. Jeśli dzięki temu poczuje się pani lepiej, to powiem, że pracujemy ręka 

background image

w rękę z policją z Atlanty, bardzo starannie pilnujemy jej kryjówki.

- To mieszkanie też było strzeżone.
-   Hebert   wylegitymował   się   wiarygodnymi   dokumentami   i   był   świetnie   ucharakteryzowany.   Dziś 

faktycznie miała tam być inspekcja - strażnik przy drzwiach potwierdził to w administracji budynku. Nie 
możemy   znaleźć   Leonarda   Smythe’a,   człowieka,   który  miał   przeprowadzić   inspekcję.   Prawdopodobnie 
Herbert go załatwił.

- Nie chcę tego słuchać.
- Naprawdę mi przykro. Powiedziałem, że nie będę się usprawiedliwiał. Wyślę dwóch agentów, żeby panią 

przywieźli do...

- Za późno. Schrzanił pan to. - Przerwała połączenie. - Przeprasza. Ma czelność przepraszać. Matka i Jane 

niemal wyleciały w powietrze, a on...

- Spokojnie. To porządny facet. Co niby miał powiedzieć? - Joe zacisnął wargi. - Chociaż w tej chwili sam 

bym mu chętnie przyłożył. Powinien... - Zadzwonił telefon, Joe odebrał i nie czekając, aż Galen zacznie, 
powiedział: - Wracamy do Atlanty. Nie kłóć się ze mną, Galen. Powiedz nam, jak mamy dotrzeć na miejsce. 
- Wyciągnął długopis i zapisał jakieś nazwisko i numer telefonu. - Dobrze, do zobaczenia w Georgii. - 
Rozłączył się i odwrócił do Eve: - Powiedział, że tego właśnie się spodziewał. Dał mi numer telefonu Philipa 
Jordana. Mamy do niego zadzwonić, facet przyjedzie i zawiezie nas na pewne prywatne lotnisko w Metairie 
w Luizjanie.

- Byle szybko.
- Wracacie do Atlanty? - spytał Nathan.
- Tak.
- Chcę jechać z wami.
- Co za niespodzianka - mruknął Joe. - Czy nie ma to nic wspólnego z faktem, że tam pewnie jest Hebert? 

A może on właśnie zmierza tutaj?

Nathan pokręcił głową.
- Nie, jeśli się dowie, że nie dorwali nas w domu u Galena. Jules Hebert jest bystry. Zabierzcie mnie ze 

sobą.

- Stajesz się dla nas prawdziwym utrapieniem, Nathan.
- Chcę jechać. - Nathan spojrzał na Eve. - Razem w tym siedzimy.
Eve przypatrywała mu się przez chwilę i w końcu skinęła głową.
- Tak właśnie myślałem. - Joe zaczął wystukiwać numer. - Powiem Jordanowi, że przybył nam dodatkowy 

pasażer.

Wylądowali o świcie na małym lotnisku gdzieś na północ od Gainesville w stanie Georgia. Galen powitał 

ich tuż po tym, gdy samolot zatrzymał się przed hangarem.

-   Witajcie   w   domu.   -   Jego   brwi   podskoczyły,   gdy   ujrzał   Nathana.   -   Widzę,   że   wzięliście   ze   sobą 

ochroniarza.

- Cicho bądź, Galen. - Eve ruszyła w kierunku auta zaparkowanego na płycie lotniska. - I tak jestem na 

ciebie wściekła. Nie powiedziałeś mi, że Hebert chce skrzywdzić Jane.

- Ależ jesteś niewdzięczna.
- Jestem wdzięczna. Szkoda tylko, że... - Odwróciła się i spojrzała na niego: - Świnia ze mnie. Ocaliłeś je. 

Będę ci wdzięczna do końca życia.

- Już lepiej. - Popatrzył znacząco na Joego: - Masz mi coś do powiedzenia?
- Tak. - Joe popchnął ku niemu skórzany kuferek, w którym znajdowała się czaszka. - Przestań się zgrywać 

i włóż Bently’ego do bagażnika.

- Nie zgrywam się. Usiłuję zebrać niezbędne informacje. - Popatrzył na kuferek. - To naprawdę Bently?
Eve skinęła głową.
- Nathan jest pewien, ale muszę to jeszcze porównać ze zdjęciami i nagraniami wideo. Zabiorę się do tego, 

jak tylko się rozpakujemy. - Wsiadła do samochodu. - Gdzie Jane?

- Jest z babcią w Gwinnett.
- Chcę po nie jechać.
- Jakoś mnie to nie dziwi. - Odwrócił się do Joego: - Rozmieściłem ludzi wokół waszego domu nad 

jeziorem. Pomyślałem, że pewnie tam pojedziecie. Zatrudniłem Billa Jacksona i jego ekipę do patrolowania 
terenu wokół domu. Już kiedyś korzystałem z jego usług, jest niezły.

Joe popatrzył na Eve. Ze znużeniem skinęła głową.
- Chcę zabrać Jane do domu. Najwyższa pora.
- Nie będzie zadowolona - powiedział Galen. - Nie chce, żebyś ryzykowała. Kazała mi przekazać, żebyś 

background image

nie była głupia i nie wracała do domu.

- To do niej podobne - uśmiechnęła się Eve.
- A ty zamierzasz zignorować jej obawy. - Galen włożył kuferek z czaszką do bagażnika. - Zapewnię wam 

bezpieczeństwo w domu i w najbliższej okolicy, ale wzgórza i jeziora sprzyjają napastnikom. Zapomnijcie o 
tym, że macie kawał ziemi, nie wysuwajcie nosa za próg, choć wiem o tym, że siedzenie non stop w domu z 
tym psem może okazać się gorsze niż konfrontacja z Hebertem.

- Zmierzymy się z tym problemem, kiedy przed nim staniemy.
- Mógłbym coś zasugerować? Hebert postawił na swoim. Wyszłaś z kryjówki. I masz czaszkę. Teraz ty 

jesteś celem, nie Jane. Im bliżej ciebie będzie, na tym większe niebezpieczeństwo będzie narażona. Możemy 
zmienić lokalizację kryjówki i przenieść Jane do Markum, miasteczka oddalonego o pięć minut jazdy od 
domku nad jeziorem, ale ona nie powinna przebywać tam gdzie ty.

- Nie gadaj tyle. Chcę, żeby była blisko mnie. Nie zniosę myśli, że...
- On ma rację, Eve - przerwał Joe.
Wiedziała, że Galen ma rację. Ale to oznaczało kolejną rozłąkę z Jane i matką. Wzięła głęboki oddech.
- Dobrze. Ale dopilnuj, żeby naprawdę były bezpieczne, do cholery.
-   Dopilnuję.   Przy  pomocy  przyjaciół   Quinna   i   czterech   bardzo   dyskretnych   agentów   FBI.   Nigdy  nie 

ryzykuję. Jednak już mówiłem, że Hebert nie ma już powodu uganiać się za Jane. Teraz interesujesz go tylko 
ty. Bo ty masz czaszkę.

- Dobrze, dobrze, już zrozumiałam. - Eve usiadła na fotelu dla pasażera. - Mimo to chcę, żebyś teraz 

zawiózł mnie do Jane. Co ona by sobie pomyślała, gdyby wiedziała, że jestem tak blisko i trzymam się od 
niej z dala. Później zawieziesz mnie i Joego do domu.

- Nie spodoba się jej to - westchnął Galen. - Ale zawiozę was.
Nathan wykrzywił usta.
- Podrzucisz mnie do wypożyczalni samochodów? Męczę się bez czterech kółek i nie chcę przeszkadzać w 

czułym rodzinnym spotkaniu. Potem pojadę do waszego domku nad jeziorem.

- Ależ Nathan, co za wrażliwość - powiedział Galen. - Wzruszyłem się.
- A ja niespecjalnie - stwierdził sucho Nathan, wsiadając do auta. - Mówiłem ci, jak fajnie upłynął nam ten 

czas bez ciebie?

- Nic nie może trwać wiecznie.
Kiedy samochód ruszył, Eve utkwiła nieprzytomny wzrok w szybie okna.
- Cholera! Dłużej tego nie zniosę! Musi być przecież jakieś wyjście z tej sytuacji. Muszę tylko dobrze się 

nad tym zastanowić. Już wiem!

- O czym myślisz? - spytał Joe.
- Wściekam się na Jenningsa, ale chyba jednak przekażę mu tę czaszkę. Powinnam była zrobić to już 

wtedy.

- Czy to znaczy, że naprawdę mogłabyś jej się pozbyć?
- Nie wiem jeszcze, co zrobię. Zastanowię się. Chcę tylko, żeby mama i Jane były bezpieczne.

Rozdział czternasty

Dom w Gwinnett okazał się małym, murowanym bungalowem z szerokim gankiem. Jane wyszła na dwór, 

widząc wysiadającą z auta Eve.

-  Co ty  tu robisz?  -  Popatrzyła  oskarżycielsko na  Galena.  -  Niczego  nie  potrafisz   zrobić  jak  należy? 

Mówiłam ci, żebyś trzymał ją z dala od tego miejsca.

- Próbowałem. Musiałem zgodzić się na kompromis - odparł Galen. - Jest niemal równie twarda jak ty.
- To prawda. - Jane cały czas marszczyła brwi. - Joe, wiesz przecież, że to kiepski pomysł... A co tam. - 

Zbiegła ze schodków i wpadła w ramiona Eve. - Tak bardzo się martwiłam - wyszeptała, ściskając ją mocno. 
- Tęskniłam za tobą.

Eve zamrugała, usiłując ukryć łzy.
- Ja też. Tak mi przykro, że naraziłam cię na to wszystko.
- Nic się nie stało. Ale nie powinnaś była tutaj przyjeżdżać. - Puściła Eve i uścisnęła Joego. - Powiedz jej, 

Joe.

- Nie zostaniemy długo. Za kilka godzin wyjeżdżamy - wyjaśnił jej Joe. - Gdzie Sandra?
- W środku, karmi Toby’ego. Chciałabym wreszcie wyrwać go z jej rąk. Daje mu jeść za każdym razem, 

kiedy zaczyna żebrać. Będzie tłusty jak niedźwiedź polarny.

- A gdzie są detektywi, którzy mają was pilnować?
- Grają w karty. - Jane zmarszczyła nos. - Wolę ich od tych dwóch agentów FBI po drugiej stronie ulicy. 

Bez przerwy za mną łażą.

background image

- I dobrze. Ale nie powinni pozwalać ci wychodzić na ganek.
-  Wyglądali   przez   okno,   więc   wiedzieli,   kto   przyjechał.   Detektyw   Brady  powiedział,   że   cię   zna.   No, 

wejdźcie do środka. - Jane odwróciła się od nich. - Pójdę do babci, żeby przerwać to tuczenie Toby’ego.

- A ja się zajmę tuczeniem nas - stwierdził Galen. - Macie chyba dobrze zaopatrzoną kuchnię.
- Mrożonkami. Babcia to marna kucharka.
- Mrożonki? - Galen aż się skrzywił. - Spróbuję coś naprędce zaimprowizować. Na pewno przygotuję 

wspaniały lunch.

Jane otworzyła drzwi wejściowe, zaopatrzone w siatkę przeciw owadom.
- Mam nadzieję, że uda ci się zrobić coś jadalnego.
Dźwięk, który wydał z siebie Joe, nieco przypominał chichot. Galen rzucił Joemu ostrzegawcze spojrzenie.
- Ani słowa - warknął.
- Ani mru-mru - Joe popatrzył na niego z miną niewiniątka.
Sandra, matka Eve, uniosła wzrok znad psiej miski, którą właśnie myła.
- Dobrze, że przyjechałaś. - Uścisnęła Eve. - Tylko Toby nie uskarża się na moją kuchnię.
- Babcia karmi go rano naleśnikami - poinformowała ją Jane. - Chodź, Toby. Pójdziemy na podwórze, 

żebyś spalił kalorie.

Eve oderwała wzrok od wychodzącej dziewczynki. Było jasne, że Jane zostawia je same, aby miały okazję 

szczerze ze sobą porozmawiać i wylać zaległe żale. Okazało się, że nie było to konieczne. Relacje Eve z 
matką były skomplikowane, ale rozumiały się, a ich uczuciowa więź ani trochę nie osłabła.

- Przepraszam za to wszystko. Bardzo było źle?
- Wiesz, ta bomba... - Sandra uśmiechnęła się na widok grymasu Eve. - Naprawdę. Wszystko w porządku, 

Eve.

- Wcale nie. Przerzuciłam na ciebie swoje obowiązki.
- Zdarza się. - Sandra pokiwała głową. - Czujesz się winna. Może i słusznie. A może nadeszła moja kolej, 

by wykazać się odpowiedzialnością. Niezbyt się spisałam, kiedy dorastałaś. Dziwne, że nie wylądowałaś 
wwiezieniu. Czas, żebym odkupiła swoje winy.

- Ale trujesz.
- No dobra, może lubię opiekować się Jane i tym psem. Daje mi to dużo radości, dodaje energii. - Sandra 

wyjrzała przez okno na Jane. - Mówi do mnie babciu. Nikt mnie tak nie nazywał, odkąd Bonnie... Myślałam, 
że to dziwne, skoro tobie i Joemu mówi po imieniu. Potem uświadomiłam sobie, że zwraca się tak do mnie, 
bo wyczuła, że to lubię. Bystra dziewczynka. Całkiem jak ty, Eve.

- Pewnie o wiele bardziej.
- Mowy nie ma. Przebrnęłaś przez dzieciństwo z taką matką jak ja. To cię wynosi na poziom Einsteina. - 

Wzięła Eve za rękę. - A teraz zamknij się i chodźmy do Jane. Nie wróci tu, dopóki nie uzna, że dość już się 
nagadałyśmy we dwie.

Eve spojrzała na matkę z pewną irytacją.
- Może przynajmniej pozwolisz sobie podziękować?
- Już dziękowałaś. Tak jakby. Zaczynasz mnie nudzić.
- Boże broń. - Eve uśmiechnęła się do niej. - Masz rację, chodźmy do Jane.

-   Pozmywać   musi   ktoś   inny   -   oznajmił   Galen   po   lunchu.   -   Zająłem   się   twórczą   częścią   posiłku   i 

dostarczyłem wam przeżyć najwyższych lotów. Żeby było sprawiedliwie, wy musicie zająć się przyziemnym 
sprzątaniem.

- Ja zmyję - zaoferowała Jane. - Galen pewnie wszystko by potłukł.
- Znowu cios w moje ego. - Westchnął. - Ta mała celnie trafia, Eve. - Ruszył do salonu. - Muszę iść na 

werandę i poinformować naszych przyjaciół z policji o szczegółach przeprowadzki.

- Pomogę Jane - powiedziała Sandra. - Po tylu latach jestem już w tym specjalistką. Ludzie zawsze wolą, 

żebym sprzątała, niż gotowała.

Eve wstała i zaczęła zbierać talerze, ale Jane pokręciła głową.
- Usiądź z Joem w salonie, wypij kawę i pozwól nam zająć się tą robotą. Tylko byś przeszkadzała.
Eve się zawahała.
- No idź - ponagliła ją Sandra. - Kiedy skończę, zabiorę Toby’ego na dłuższą przechadzkę koło domu. Dziś 

się trochę lenił.

- Bo go przekarmiasz, babciu - stwierdziła Jane, podchodząc do zlewu. - Jak mam z niego zrobić psa 

tropiącego, jeśli będzie ważył dwieście kilo?

- Przesadzasz...
- Wyeksmitowano nas stąd. - Joe wziął obie filiżanki.

background image

Eve posłusznie podążyła za nim do salonu i opadła na kanapę. Boże, była strasznie zmęczona, a po posiłku 

przygotowanym przez Galena zrobiła się jeszcze bardziej ociężała.

Joe podał Eve filiżankę i usiadł obok.
- Cieszę się, że ją odwiedziliśmy. Tęskniłem za nią jak diabli.
- Ja też. - Miała stąd doskonały widok na kuchnię i obserwowała Sandrę i Jane przy zlewie. - Masz rację, 

jest zupełnie wyjątkowa.

- Chyba jest ktoś, kto ją przypomina. - Spojrzenie Joego również podążyło w tym samym kierunku. - Ty.
Eve przecząco pokręciła głową.
- To, że obie dorastałyśmy na ulicy, jeszcze nie znaczy, że musimy być bliźniaczo podobne.
- Dla mnie właściwie jesteście.
- Już wcześniej mówiłeś coś podobnego.
- Nie twierdzę, że ją kocham, bo przypomina ciebie. Zasługuje na coś więcej. Ale co pewien czas widzę w 

niej coś, co kojarzy mi się z tobą. - Uśmiechnął się. - I wtedy mięknę.

- Miękniesz? - Eve szybko spuściła wzrok na filiżankę z kawą. - To do ciebie niepodobne, Joe.
- Owszem. „Mięknę” to dobre słowo. - Skończył pić i wstał. - Chyba wyjdę na werandę i porozmawiam z 

Galenem. Może trzeba mu w czymś pomóc. Nasz dom musi być absolutnie bezpieczny.

Patrzyła, jak zamykają się za nim drzwi. Przez tych kilka minut było tak przyjemnie, że niemal zapomniała 

o dystansie, jaki ich dzielił.

A może ten dystans się zmniejszał?
Tego   nie   wiedziała,   ale   czuła   bliskość,   która   była   zarówno   znajoma,   jak   i   niebezpiecznie   słodka. 

Wydarzenia ostatnich dni zbliżyły ich do siebie i złagodziły ból. Ale rany jeszcze się nie zabliźniły...

Przestań się tak na niego gapić. To cię tylko rozprasza.
On ją rozpraszał.
Zerwała się na równe nogi i poszła do kuchni, żeby pomóc matce i Jane przy zmywaniu naczyń.

- Nie powinnaś była przyjeżdżać. Ale cieszę się, że to zrobiłaś. - Jane uścisnęła Eve na pożegnanie. - Teraz 

wiesz, że nic mi nie jest i że zajmę się babcią.

- Wiem, że to zrobisz. Przykro mi, że cię w to wszystko wplątałam, Jane.
- Może Toby potrzebował kilku dodatkowych kilogramów.
- Nie żartuj sobie.
- W porządku. Przestań się martwić. - Jane przez chwilę milczała. - Co zrobisz z tym facetem, który 

wysadził budynek?

- Nie przejmuj się. Więcej się do ciebie nie zbliży.
- Nie o to pytam. Nie pozwolisz, żeby mu to uszło na sucho, prawda? Zamierzasz go dopaść?
Eve spojrzała jej w oczy.
- Zrobię to, co najlepsze dla ciebie i mojej matki.
- Wiedziałam, że będzie z tym problem. - Jane zmarszczyła brwi. - To do ciebie nie pasuje, nie możesz 

siedzieć w ukryciu i pozwalać, żeby ten drań robił takie rzeczy. Mógł zabić wielu ludzi w tym budynku.

- Choćby ciebie.
- Ale nie zabił, a ty wciąż martwisz się o moje bezpieczeństwo. Chciałabyś zaszyć się wraz z nami w 

jakiejś dziurze i nie robić nic więcej. Tak nie można, Eve.

- A co mam robić?
- Myślałam o tym. Chcę, żebyś była bezpieczna. Ale nie wolno uciekać od takich facetów. Trzeba im 

odpłacać pięknym za nadobne. Więc wytrop go i dopadnij.

- To niezbyt mądra...
- Na litość boską, tu się mysz nie przeciśnie. Nie waż się wykorzystywać obawy o moje bezpieczeństwo 

jako pretekstu. Gdybym mogła, sama bym go dorwała. Niełatwo być dzieckiem.

- To nie pretekst. Twoje bezpieczeństwo jest naprawdę najważniejsze.
Jane pokręciła głową.
- Ukrywanie się do ciebie nie pasuje. Może zapomniałaś już, kim jesteś, co robisz. To częściowo moja 

wina, i wcale mi się to nie podoba. Obiecaj, że to przemyślisz.

- Obiecuję... - Eve się zawahała. - Bardzo cię kocham, Jane.
Dziewczynka pokiwała głową.
- Tylko się nie rozczulaj.
- Chciałam się upewnić, że wiesz.
- Wiem. Tylko dorwij skurczybyka! I uważaj na siebie. - Jane cofnęła się o krok i patrzyła, jak Eve wsiada 

do auta. Po chwili nachyliła się do niej i szepnęła: - I troszcz się o Joego. Potrzebuje więcej opieki, niż gotów 

background image

jest się do tego przyznać.

Jak miała na to zareagować?
- Zadzwonię do ciebie wieczorem, Jane - odparła w końcu.

Nathan wyszedł im na powitanie przed dom.
- Wszystko w porządku?
Eve wysiadła z auta i skinęła głową.
- W porządku, ale nie doskonale.
- Mało co jest doskonałe. - Spojrzeniem wskazał na jezioro. - Jednak to miejsce jest niemal idealne. Miałaś 

rację: twoje jezioro jest piękne, Eve. Koi duszę.

- Nam też się podoba.
- Przypomina mi, że o pewne rzeczy warto się bić.
- Galen mówił, że prawdziwy z ciebie krzyżowiec - zauważył Joe.
- Staram się. Ale zazwyczaj  przegrywam. Męczą  mnie  już krucjaty przeciwko wielkim firmom,  które 

zatruwają nasze rzeki i jeziora. Oni mają pieniądze, ja tylko słowa.

- Czegoś tu nie rozumiem. Jak człowiek, który tak kocha rzeki i jeziora, może do tego stopnia nie znosić 

aligatorów i węży. - Galen zaczął wyjmować bagaże. - Zastanów się, może jednak warto zatroszczyć się 
także o naszych dzikich przyjaciół. Idę o zakład, że nigdy nie napisałeś artykułu o konieczności ocalenia 
pijawek.

- Żadnych zakładów - odparł Nathan. - Wpadłem tu na Hughesa, szefa ochrony. Powiedział, że chce się z 

tobą spotkać.

Galen kiwnął głową.
- Ja też chętnie się z nim zobaczę. - Wręczył Nathanowi dwie walizki. - A teraz zabaw się w tragarza i 

zanieś to do domu. - Wyciągnął telefon i ruszył ścieżką przed siebie.

Nathan przez dłuższą chwilę patrzył za nim.
- Któregoś dnia... - Odwrócił się i wziął bagaże.
Eve podniosła  skórzany kuferek,  ale  zawahała  się,  zanim  ruszyła   za  Nathanem.  Skierowała   wzrok  na 

jezioro.

Koi duszę.
Tak, piękno koi duszę.
Czuła, jak spływa z niej napięcie i przygnębienie ostatnich dni.
- Dom... - powiedział cicho Joe.
Zerknęła na niego, po czym szybko odwróciła wzrok i podeszła schodami do drzwi. To słowo cały czas 

dźwięczało jej w uszach.

Dom.

- Gdzie Galen? - zapytała Eve Joego, kiedy wyszła z sypialni po wieczornej rozmowie telefonicznej z Jane.
- W terenie, rozmawia z ochroną. Narzeka, że strasznie trudno pilnować tej okolicy. Nathan siedzi na ganku 

i brata się z naturą. Co u Jane?

- Niezadowolona. - Skrzywiła się. - I bardzo to demonstruje.
- Co to znaczy?
- Chce, żebyśmy dopadli Heberta.
- To mi pasuje do Jane - uśmiechnął się. - Niezły pomysł. Taki sam przyszedł mi do głowy.
- Mnie również - westchnęła. - Tak się wkurzam, kiedy myślę o tej bombie, że mam ochotę zamordować 

sukinsyna. Ale nawet nie myślmy o tym, kiedy Jane...

-   Myślmy,   myślmy!   To   może   najrozsądniejsze,   co   możemy   zrobić.   Trzeba   pozbyć   się   drania,   zanim 

wyrządzi więcej szkód. Może gdybyśmy mieli jakiś trop...

Przez chwilę milczała.
- Może i mamy.
Spojrzał na nią pytająco. Pokręciła głową.
- Nie chcę nawet o tym myśleć. To nie...
- Dobrze, dobrze. Porozmawiamy o tym, kiedy trochę się uspokoisz. - I dodał: - Jennings dzwonił do mnie 

na komórkę, kiedy rozmawiałaś z Jane. Chce przyjechać po czaszkę.

- Dostanie ją, kiedy ja tak zdecyduję. Nadal mnie wkurza.
- Bardzo nalegał. A ja tylko przekazuję ci tę informację. - Wstał i podszedł do okna. - Zachodzi słońce. 

Piękny widok. Zawsze lubiłem jesienne zachody słońca. Są ostre i wyraziste.

Joe też był ostry i wyrazisty. Jego sylwetka rysowała się w łagodnym świetle sączącym się przez okno. 

background image

Wydawał się stworzony z kątów i krawędzi. Ile razy obserwowała go w tym oknie? Przeszła przez pokój i 
stanęła obok niego.

-   To   piękne   miejsce.   -   Jej   spojrzenie   powędrowało   do   jeziora   migoczącego   złociście   w   świetle 

zachodzącego słońca. - Zawsze mi się tu podobało.

- Wiem. - Popatrzył na nią. - Jednak zdumiewa mnie, że przyznajesz to teraz. Jeszcze niedawno nie mogłaś 

się doczekać, kiedy się stąd wyrwiesz.

- Czułam się zraniona. - Zerknęła  na wzgórze,  gdzie, jak dotąd sądziła, pochowała swoją córeczkę. - 

Wszystko przypominało mi o tym, co zrobiłeś.

- Przypominało?
Nie zdawała sobie sprawy, że użyła czasu przeszłego.
- Sama nie wiem, Joe. Ciągle czuję... to nie minęło. Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek minie.
- Wcale nie wiem, czybym tego chciał.
- Co takiego?
- To cię dziwi? - Znowu wbił wzrok w jezioro. - Czy chcę być z tobą przez resztę swojego życia? Tak, do 

cholery. Czy jest mi przykro, że cię skrzywdziłem? Wiesz, że tak. Czy chcę, żeby było tak jak wcześniej? 
Pewnie, ale myślę, że może być lepiej.

- Naprawdę?
- Dwa lata temu poprosiłem cię, żebyś za mnie wyszła. Mówiłaś, że mnie kochasz. Dlaczego się nie 

zgodziłaś?

- Oboje byliśmy zajęci. Jakoś się nie składało.
Joe oderwał wzrok od jeziora i popatrzył na nią uważnie.
- Nigdy nie nalegałeś, Joe.
- Bo się bałem. To zawsze ja przejawiałem inicjatywę w naszym związku.
- Akurat.
-  Dziesięć   lat  zajęło  mi  wyciągnięcie   z  ciebie,   że  mnie   kochasz  i  chcesz  ze  mną  być.  Za  dużo   bym 

ryzykował, usiłując zmusić cię do czegoś, czego nie chcesz.

- Naprawdę chciałam za ciebie wyjść.
- No to dlaczego nie wyszłaś?
- O co ci chodzi?
- O to, że Bonnie nadal jest dla ciebie ważniejsza ode mnie.
- I pewnie dlatego mnie oszukałeś?
-  Ależ   skąd.   Postąpiłbym   tak   samo,   nawet   gdybym   był   dla   ciebie   numerem   jeden.   Chciałem,   żebyś 

wreszcie przestała jej szukać.

- I dlatego mnie okłamałeś?
- To był błąd. Nic by się jednak nie stało, gdybyś powróciła do krainy żywych.
- Nie wiesz, o czym mówisz - powiedziała drżącym głosem.
- Nikt nie wie lepiej ode mnie, jak daleką drogę przeszłaś. Obserwowałem twoją walkę o powrót ze świata 

bólu, depresji i szaleństwa. Jak myślisz, dlaczego tak bardzo cię kocham? - Delikatnie dotknął jej policzka. - 
Musisz zrobić jeszcze kilka kroków.

- Czuję się... zagubiona. Odwracasz wszystko do góry nogami. - Zamrugała oczami, próbując ukryć łzy. - I 

nie zawsze do diabła przejawiałeś inicjatywę.

- Owszem, zawsze. Teraz też cię proszę, żebyś pozwoliła mi zostać. Daj sobie pomóc przy tych ostatnich 

krokach. Wszystko jest już jasne. Możemy zacząć od początku.

- Joe...
- Kochasz mnie. Byłaś tu szczęśliwa. Znowu możesz być.
Patrzyła na niego bezradnie.
Cofnął się o krok.
- W porządku, nie będę nalegał. - Zbliżył się i ją pocałował. - Właśnie że będę. Mam dosyć okazywania 

cierpliwości. Potrzebujemy się nawzajem, nie pozwolę ci tego schrzanić. Do zobaczenia rano.

Drgnęła, gdy trzasnęły za nim drzwi. Powietrze zdawało się wibrować od namiętności, która emanowała od 

Joego. Nią także targała burza uczuć. Mury, które między nimi wzniosła, najwyraźniej się waliły. Uniosła 
dłoń do ust. Nadal czuła ciepło warg Joego.

- Joe...
D l a c z e g o  z a  m n i e  n i e  w y s z ł a ś?
Dlaczego? Dlaczego nie zdecydowała się za niego wyjść, choć przecież tego chciała? Joe myślał, że wie 

dlaczego, i gotów był pogodzić się z tym, że nie będzie najważniejszą osobą w jej życiu.

background image

Nieprawda. Zawsze był i będzie najważniejszy.
Uświadomiła sobie, że zachowuje się asekurancko, usiłując go bronić. Jednak tylko ona mogła go zranić. 

Jak bardzo go raniła w ciągu tych ostatnich dwóch lat?

Szedł teraz ścieżką, a każdy jego ruch wskazywał, że lada moment może eksplodować. Zachowywał się 

zupełnie inaczej niż zaledwie przed kilkoma tygodniami, gdy obserwowała z okna jego i Jane.

Jednak wszystko się zmieniło.
Odeszła od okna. Była zbyt przygnębiona i zagubiona, by teraz zastanawiać się nad swoimi uczuciami.
Przestań się gapić na Joego i pomyśl o czymś innym, przykazała sobie.
Łatwo powiedzieć.
- Jennings tu jedzie. - Joe wszedł do pokoju. - Galen właśnie dzwonił ze stanowiska przy drodze. Jennings 

jest sam w swoim samochodzie, ale towarzyszy mu auto policyjne.

- Co takiego?
- Nie mam pojęcia, co się dzieje - wzruszył ramionami. - To nie w stylu Jenningsa.
Eve wyminęła go i wyszła na werandę. Reflektory zbliżały się do domu.
- Co się dzieje? - Nathan podniósł się z bujanej kanapy na werandzie.
- Jennings. Pewnie po Victora.
- Ale po co ten wóz policyjny? - Nathan zmarszczył brwi.
Joe zastanawiał się chwilę.
- Jeśli nie chcesz, żeby ktokolwiek cię tu zobaczył, to lepiej się stąd zmyj, Nathan.
Nathan się zawahał, a następnie powoli pokręcił głową.
- Mam tego dosyć! Wy się już nie ukrywacie. Czas, żebym i ja się ujawnił.
- Jak chcesz.
Kilka minut później Jennings podjechał pod ich dom. Wysiadł z samochodu i ruszył po schodkach do 

drzwi.

- Przepraszam, że robię to w taki sposób - powiedział cicho. - Muszę jednak dostać czaszkę, pani Duncan.
- Nie lubię, kiedy się mnie do czegoś zmusza, panie Jennings - warknęła Eve. - Dostanie ją pan, gdy zechcę 

ją panu oddać.

- Wiem, że wciąż się pani na mnie wścieka, ale niech to nie przysłoni pani zdrowego rozsądku. Wykonała 

pani swoje zadanie; teraz czas na nas.

- Chce się pan włamać i zabrać czaszkę? - zerknęła na radiowóz. - Ma pan nakaz?
- Oczywiście. - Wyciągnął dokument z kieszeni i wręczył Joemu. - Nie mogłem ryzykować, że znowu mnie 

pani spławi. Od tego wybuchu agent Rusk, mój przełożony, nie daje mi spokoju w sprawie Heberta.

-   Jeszcze   nie   teraz.   Skończyłam   rekonstrukcję,   ale   nie   przeprowadziłam   porównania   ze   zdjęciami   i 

nagraniami wideo.

- Ja się tym zajmę. Mam zdjęcia Bently’ego w aucie. Rusk chce, żebym je od razu porównał z czaszką. 

Muszę zadzwonić do niego, gdy tylko stąd wyjadę.

- To nie to samo. Chcę się tym zająć osobiście - Eve zacisnęła usta. - Przyszło panu do głowy, że Hebert 

może zechcieć zabrać czaszkę? Dlaczego nie zaczai się pan na niego pod domem, tylko siłą odbiera ją mnie?

Boże, właśnie zaproponowała, żeby użył jej w charakterze przynęty. Co się z nią działo, do diabła?
- Być może zaaranżujemy coś w tym stylu, by zwabić Heberta. Między innymi właśnie dlatego musimy 

mieć tę czaszkę.

- Ale bez mojego udziału?
Jennings skinął głową.
- Nie rozumiem, dlaczego się pani sprzeciwia. Przecież podczas naszego pierwszego spotkania wyrażała 

pani zdecydowaną wolę pozbycia się tej czaszki najszybciej jak się da.

- Nie lubię, kiedy odbiera mi się coś siłą. Gdyby pan zaczekał, pewnie bym do pana zadzwoniła z taką 

propozycją.

- Nie mamy czasu - zawiesił głos. - Właśnie przyleciałem z Boca Raton. Rozglądałem się tam przez kilka 

dni.

- I co ciekawego pan znalazł?
- Nic konkretnego, ale przyszła mi do głowy pewna myśl. Zastanawiałem się nad tym, co mówiliście, i to 

nasunęło mi się samo. Cały czas miałem to przed nosem, ale tego nie dostrzegałem. Mogę się mylić, ale 
mam przeczucie... - Pokręcił głową. - Omówię z Ruskiem, może nie potraktuje mnie jak wariata. Jeśli uzna, 
że mogę mieć rację, musimy działać szybko.

W zachowaniu Jenningsa Eve wyczuwała silne napięcie i chęć działania.
- Jakie ma pan przeczucie? - zapytała.
Jennings pokręcił głową.

background image

- Przyniesie mi pani czaszkę? Proszę mnie nie zmuszać, bym sam po nią poszedł.
- Mowy nie ma! - Joe zrobił krok do przodu.
- No, no, takie najście to świetny temat dla prasy - odezwał się cicho Nathan.
Jennings zerknął na ukrytego w półmroku cienia werandy mężczyznę.
- Kim pan jest, do diabła?
- To przyjaciel - odparł Joe.
- Quinn jest policjantem - powiedział Jennings, patrząc na Eve. - Chce pani, aby odmówił wykonania 

rozkazu w obecności ludzi ze swojego wydziału? Mam nakaz sądowy!

Po to był mu potrzebny wóz patrolowy. Niegłupie. Bardzo niegłupie.
- Mam gdzieś ten twój nakaz. - Joe nie odrywał wzroku od agenta. - Eve?
- Nie, Joe. - Obróciła się na pięcie. - I tak bym mu ją oddała. Tyle że nie lubię, kiedy używa się wobec mnie 

siły, poza tym sama chciałam wykonać końcowe prace porównawcze. Nie warto robić sobie kłopotów.

- Dam sobie radę z ewentualnymi kłopotami - burknął Joe.
- Nie zgadzam się, Joe. - Weszła do domu i zabrała z sypialni skórzany kuferek z czaszką. Wyniosła go na 

werandę, postawiła na podłodze i energicznie popchnęła w kierunku Jenningsa.

- Dziękuję. - Otworzył kuferek i zajrzał do środka, następnie go zamknął. Spojrzał na nich znad kuferka i 

powiedział poważnie: - Przepraszam za to zamieszanie. Przykro mi, że to tak wyszło. Chętnie dałbym pani 
więcej czasu, ale sprawa jest bardzo pilna.

- Nie sądzi pan, że zdaję sobie z tego sprawę? Przecież w tamtym budynku omal nie zginęła moja córka!
- Teraz może pani przekazać sprawy w nasze ręce.
- Oddałam córkę w wasze ręce i co z tego? Niby dlaczego miałabym wierzyć, że lepiej wam pójdzie z 

wytropieniem Heberta?

Jennings wykrzywił usta.
- Zasłużyłem na to. - Odwrócił się i zszedł. - Będę panią o wszystkim informował.
- Wątpię - mruknął Joe. - Byłem agentem FBI. Znam zasady.
- Zrobię, co w mojej mocy. - Jennings wsiadł do auta. - Tyle mogę obiecać.
Eve patrzyła, jak oba samochody znikają za zakrętem. Powinnam czuć ulgę, pomyślała. Miała z głowy 

Victora, teraz już nie odpowiadała za niego. Nie ulżyło jej jednak. Czuła się dziwnie pusta i... oszukana.

- Ciężko ci było rozstać się z Victorem - zauważył Nathan.
- Nie dokończyłam pracy. Powinnam jeszcze nałożyć obrazy wideo i dokonać ostatecznego porównania.
- Zajmie się tym FBI.
- Victor był mój.
- Nie musiałaś go oddawać - powiedział Joe. - Wsparłbym cię.
- Tak, walczyłbyś ze wszystkimi i zapewne stracił pracę.
- Możliwe.
- Przecież ją uwielbiasz.
- Tak, ale jest niżej na mojej liście priorytetów. Mam ci przypomnieć, co jest na szczycie?
- Nie... - odparła niepewnie.
- Tak myślałem. - Ruszył schodami. - Spróbuję znaleźć Galena i powiedzieć mu, co się stało.
- Przepraszam, Eve - odezwał się Nathan. - Próbowałem pomóc.
- Wiem. Powinieneś był milczeć. Jennings był teraz zbyt zajęty, żeby się nad tym zastanawiać, ale potem 

sobie przypomni, że tu byłeś.

- No i co z tego? Przecież mnie nie zabije - uśmiechnął się lekko. - Mam nadzieję.
Eve przeszył dreszcz.
- Ej, żartowałem.
- Jasne. - Energicznie pokiwała głową i weszła do domu.

Rozdział piętnasty

Jennings pomachał do odjeżdżającego radiowozu i zjechał na pobocze. Po chwili zadzwonił do Roberta 

Ruska w Waszyngtonie.

- Mam ją. Nie było to miłe. Lubię tę kobietę i gdybyśmy dali jej jeszcze jeden dzień, pewnie zwróciłaby 

czaszkę bez żadnego sprzeciwu.

- Nie było czasu na dyplomację - powiedział Rusk. - Musimy wiedzieć, czy to Harold Bently. Masz ze sobą 

jego zdjęcia?

- Jasne. - Jennings zapalił lampkę nad głową, a następnie wyjął z aktówki trzy fotografie i rozłożył je na 

fotelu dla pasażera. Potem otworzył kuferek i ostrożnie wydobył z niego czaszkę. - Właśnie przeprowadzam 
porównanie.

background image

- I...?
Przyjrzał się czaszce, a potem zdjęciom. Gwizdnął cicho.
- Duncan jest naprawdę dobra.
- Czy to Bently?
- Bez wątpienia. - Jennings ponownie wbił wzrok w czaszkę. - To zdecydowanie Harold Bently.
- Na pewno?
- Tak.
- To dobrze.
- Mam ją od razu przywieźć do biura? Muszę z tobą pogadać o Boca Raton. Być może znalazłem...
Nie dokończył zdania.
Eve pierwsza usłyszała wybuch. Był tak donośny, że wstrząsnął całym domem. Wybiegła na werandę.
Nathan już zbiegał po schodach.
- Co jest, do cholery?
Nocne niebo rozjaśniała łuna nad lasem.
- Nie wiem... - Eve wpatrywała się z przerażeniem w czubki sosen płonących na horyzoncie. Wbiegła na 

ścieżkę, mając Nathana tuż za swoimi plecami.

- Chodźcie, pojedziemy autem - Joe złapał ją za rękę i pociągnął ku jeepowi. - To chyba na drodze, ale 

dobrych parę kilometrów stąd.

Eve i Nathan wskoczyli do wozu, a Joe usiadł za kierownicą i nacisnął pedał gazu. Po chwili już pędzili 

szosą.

- Co to może być? - Eve zwilżyła zaschnięte wargi.
Joe milczał.
Niebo nadal rozświetlała złowieszcza czerwona poświata.
Pożar.
Tylko co go spowodowało?
Kiedy skręcili  za  róg;  ujrzeli  kłęby czarnego  dymu  i  ścianę   ognia.  W pierwszej   chwili  nie  mogli  się 

zorientować, co płonęło.

Joe zatrzymał auto. Głęboko wciągnął powietrze do płuc.
- Jezu Chryste.
Auto, szczątki auta.
- Mój Boże.
- Jennings?
- Tak sądzę.
- Myślisz, że jeszcze żyje?
Znała odpowiedź, zanim Joe otworzył usta.
- Mowy nie ma. To był piekielnie silny wybuch. Niewiele zostało z samochodu.
A przecież ludzkie ciało nie jest z metalu...
- Bomba? Jaka?
- Ustalenie tego w laboratorium może potrwać wiele dni. Komuś zależało, żeby nie można było tego 

pozbierać do kupy?

- To Hebert - powiedziała głucho Eve. - Dobrze sobie radzi z materiałami wybuchowymi. Tamten budynek 

był...

- Ja stąd pryskam. - Galen biegł w ich kierunku. - Mój człowiek na drodze zadzwonił i powiedział, że auto 

policji zawróciło i już tu jedzie. Musieli usłyszeć eksplozję.

- Pogadam z nimi - powiedział Joe.
- Świetnie, ale to mnie nie uchroni od kłopotów. Was może nie będą o nic podejrzewać, ale mnie tak. - 

Galen popatrzył na płonące auto. - Zresztą i - wy będziecie musieli się tłumaczyć. Najpierw odnosisz się 
wrogo do Jenningsa, a po paru chwilach jego auto wylatuje w powietrze. Jennings był agentem FBI. W 
najlepszym   wypadku   zostaniecie   dokładnie   przesłuchani   w   charakterze   świadków.   Zadzwonię,   kiedy  to 
wszystko się trochę uspokoi.

- Idę z tobą - powiedział Nathan.
- To się pospiesz.
Galen odwrócił się i zniknął wśród drzew.
Nathan zmełł w ustach przekleństwo i ruszył za nim.
- Nie leć tak, do cholery, muszę dźwigać więcej kilogramów niż ty.
Eve raz jeszcze spojrzała na płonące auto. Jennings...
- Posłuchaj, Galen ma rację - powiedział Joe. - Będą nam zadawali rozmaite pytania. Wezmę na siebie, ile 

background image

zdołam, ale nie uda mi się całkowicie cię przed tym uchronić.

Oszołomiona,   pokiwała   głową.   Ledwie   mogła   myśleć   o   tym,   co   robić.   Nie   chciała   wylądować   na 

posterunku ani w siedzibie FBI, odpowiadając na niekończące się pytania. Z drugiej strony ucieczka również 
nie wchodziła w grę.

- Nie oczekuję, że mnie przed tym uchronisz - stwierdziła. - Świetnie radzę sobie sama.
- Powiedz mi to jutro rano, kiedy będziemy po przesłuchaniu! - Wziął do ręki komórkę. - Dzwonię do 

szefa. Powiem mu, żeby jak najszybciej przysłał  tu ludzi z laboratorium. Chcę, żeby wszelkie dowody 
najpierw trafiły do naszych techników. Nie mamy żadnej gwarancji, że FBI nie wkroczy do akcji, w końcu 
Jennings to ich człowiek. Jeżeli jednak przejmą śledztwo, przynajmniej będą musieli  podzielić  się jego 
wynikami z Wydziałem Policji w Atlancie.

- Twój szef ugnie się pod presją?
-   Pewnie   tak.   Jak   już   powiedziałem,   jeśli   FBI   wkroczy   do   akcji,   szef   będzie   miał   prawo   żądać 

udostępnienia pewnych informacji. Ci z FBI zawsze podkreślają, że ich współpraca z lokalną policją układa 
się rewelacyjnie, niemniej wiadomo, iż pewnych antagonizmów nie da się wyeliminować. Opinia publiczna 
nieprzychylnie przyjęłaby fakt, że FBI i miejscowi stróże porządku nie doszli do porozumienia.

Gdy Joe rozmawiał przez telefon, Eve wpatrywała się w płomienie. Ściskało ją w żołądku. Cały czas czuła 

smród benzyny i palących się drzew, ale teraz doszedł jakiś inny zapach...

- Wszystko w porządku? - Joe wpatrywał się w jej twarz.
Odetchnęła głęboko i kiwnęła głową.
- Wracajmy do domu.
- Przykro mi. - Nie spuszczał wzroku z drogi. - Jedzie wóz patrolowy. Zabiorę cię stąd najszybciej jak się 

da.

Ale zanim mogli wrócić do domu, musieli czekać na techników z laboratorium, którzy pojawili się na 

miejscu   tragedii   piętnaście   minut   po   wozie   patrolowym.   Po   godzinie   przyjechał   agent   specjalny   Hal 
Lindman z biura FBI w Atlancie, a tuż po nim dwaj detektywi z rejonu Joego. Kilka kolejnych godzin zajęło 
przesłuchanie i spisanie ostatecznych zeznań.

- To jeszcze nie wszystko - zauważył Joe, kiedy patrzyli na odjeżdżające auta policyjne. - Wkrótce dotrze 

tu człowiek wysłany przez Ruska i FBI na dobre zabierze się do roboty. Przejmą dochodzenie i najpóźniej 
jutro rano zjawią się pod naszymi drzwiami.

- Nie będzie nas.
- Co?
- Zadzwoń do Galena i każ jemu i Nathanowi natychmiast wracać. Chcę z nimi porozmawiać.
Joe wpatrywał się uważnie w twarz Eve, a potem skinął głową.
- Dzwonię.
Skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała na odległy las. Niebo nie było już czerwone, ale sosny spłonęły 

niemal doszczętnie.

Jennings nie żył. Rozerwało go na kawałki. Zamknęła oczy i zrobiło się jej niedobrze na wspomnienie 

płonącego auta. Była zła na agenta za zabranie czaszki, ale lubiła go jako człowieka. Nie zasłużył na śmierć 
z rąk tego potwora.

- Będą tu najdalej za godzinę - oznajmił Joe. - Muszą załatwić motorówkę, przypłyną z tamtej strony 

jeziora, żeby uniknąć straży wokół miejsca zbrodni.

Miejsce zbrodni. Okropna nazwa okropnego czynu.
- Eve?
Przerażenie ustąpiło miejsca wściekłości.
- Jestem zła jak diabli, Joe. Hebert zabił go z powodu Victora. Kiedy uznał, że najprawdopodobniej nigdy 

się nie przekona, kim był Victor, postanowił dopilnować, by nikt inny także się tego nie dowiedział. Figę go 
obchodziło, że zabił porządnego człowieka.

- To może być coś poważniejszego - powiedział Joe. - Jennings wpadł na jakiś ślad w Boca Raton.
Tak, Jennings był wyraźnie podekscytowany. Zaraz, co to on powiedział?
„To nasunęło mi się samo. Cały czas miałem to przed nosem, ale tego nie dostrzegałem”.
Co Jennings mógł mieć cały czas przed nosem?
Potarła obolałe skronie. Nie mogła myśleć. Była zbyt wściekła, by posługiwać się zdrowym rozsądkiem. 

Chciała walić pięściami na oślep.

„Trzeba im odpłacać pięknym za nadobne”.
To słowa Jane. Eve usłyszała je wtedy, kiedy postanowiła się wycofać. Teraz kolejna zbrodnia, i znowu 

Hebertowi ujdzie to na sucho.

background image

Niech go diabli.
Nie zamierzała ponownie chować głowy w piasek.

Galen dotarł do pomostu i wyłączył silnik motorówki.
- Wzywałaś nas, więc jesteśmy.
- Wejdźcie do domu. - Eve zeszła z pomostu. - Mamy niewiele czasu. Joe sądzi, że wkrótce zjawi się tu 

FBI.

- Rozkaz, proszę pani. - Galen gwizdnął cicho, wysiadając z łodzi i poszedł za Eve do domu. - Do usług.
Joe siedział w fotelu przy oknie.
- Mieliście jakieś kłopoty w drodze?
- Żadnych. Boże, muszę się napić kawy! - Ruszył do kuchni. - Rozmawiajcie, ja posłucham, kiedy będę ją 

parzył.

Eve zauważyła, że Nathan ma bladą i ściągniętą twarz.
- Kiepsko wyglądasz.
- Nic mi nie będzie. Nie przywykłem do takich sytuacji. Kiedyś chciałem być reporterem policyjnym, ale 

miałem dość po pierwszych relacjach z porachunków gangów. - Nalał wody do ekspresu. - Nienawidzę 
przemocy. Niedobrze mi się od niej robi.

- Witamy w klubie - Eve zadrżała na wspomnienie stosu pogrzebowego Jenningsa. - To się nie powinno 

wydarzyć. Nie powinniśmy do tego dopuszczać.

- A czy przemoc można powstrzymać? - Joe patrzył na nią ze zdziwieniem.
- Musimy próbować. - Zacisnęła pięści. - Nie możemy pozwolić, żeby on dalej to robił. Chciał zabić Jane i 

moją matkę. Zabił Jenningsa, Capela i... - urwała, z trudem chwytając powietrze. - Nawet Jane mówiła mi, 
żebym mu odpłaciła pięknym za nadobne, ale za bardzo bałam się tego, co on mógłby nam zrobić. To był 
błąd. Nikt z nas nie jest bezpieczny, dopóki on żyje i przebywa na wolności. Muszę go powstrzymać.

- Żeby go powstrzymać, musimy go znaleźć - zauważył Joe.
Przez chwilę milczała.
- Albo możemy mu pozwolić, żeby on znalazł mnie.
- Zniszczył czaszkę - powiedział Nathan. - Ciebie mógł sobie już odpuścić. Zwłaszcza jeśli ma coś do 

zrobienia w Boca Raton.

- Myślę, że mi nie odpuści. Za dużo wiem, a on najwyraźniej stara się załatwić wszystkie sprawy do końca 

- zawiesiła głos. - Ale na pewno zdopinguję go do szybszego działania, jeśli uwierzy, że szukam dowodów.

- Czyli?
- Grobu Bently’ego. Szkielet nie jest mi potrzebny. Przy tak zaawansowanych technikach badania DNA, 

jeśli odkryję włos, kość, choćby ząb, mam szansę pokrzyżować szyki Hebertowi i Sprzysiężeniu.

- W jaki sposób?
- Jeszcze nie wiem. Ale nie chcą, żeby go zidentyfikowano, inaczej nie zabiliby Jenningsa.
- Jak zamierzasz odnaleźć grób?
- Może mi się to nie udać. Ale jeśli Hebert pomyśli, że zmierzam w dobrym kierunku, złapie się na haczyk. 

- Rozpięła torebkę. - A może uda mi się go odnaleźć. - Wyjęła szarą kopertę i ją otworzyła. - Jeśli się 
dowiem, skąd to może pochodzić.

Joe wziął od niej kopertę i zajrzał do środka.
- Ziemia?
- Galen stwierdził, że jest dziwna - powiedziała Eve. - Ma jasny kolor, dużo w niej drobnych kości albo 

okruchów muszli. Victor miał takie zaschnięte błoto we wszystkich otworach.

- Jak miło. - Nathan się skrzywił, wlewając kawę do filiżanki.
- Dobrze, że jestem taki spostrzegawczy, prawda? - uśmiechnął się Galen. - Interesował cię tylko Victor, 

nie sądziłem, że słuchasz, kiedy to mówiłem.

- Nie zamierzałam. Twoje sugestie mogły niekorzystnie wpłynąć na moją pracę. Kiedy wyszedłeś, zaczęło 

mnie to dręczyć. Zdrapałam trochę tego błota do koperty i wsunęłam ją do torebki.

- Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? - zapytał Joe.
- Zapomniałam.
- Zapomniałaś? - uniósł brwi.
- Dobrze, wyrzuciłam to z pamięci - odparła buntowniczo. - Mówiłam ci, nie chciałam, by cokolwiek 

wpływało na moją pracę.

- Obsesja - skomentował Galen.
- Co zrobisz z tym błotem? - spytał Nathan
- Pokażę je na Uniwersytecie Luizjany. Mają tam najlepszych geologów na całym Południu. Może mi 

background image

podpowiedzą, gdzie znaleźć taką ziemię.

- A potem?
- Pojadę tam, a Hebert za mną.
- Nie - stwierdził bezbarwnie Joe.
- Tak. - Eve spojrzała mu prosto w oczy. - Pięknym za nadobne, Joe. Dopadnę tego sukinsyna.
Przez chwilę Joe milczał.
- Nie temu się sprzeciwiłem. Powiedziałaś „ja” zamiast „my”. Jadę z tobą.
Otworzyła   usta,   żeby  zaprotestować,   ale   zreflektowała   się   i   pokiwała   głową.   To   nie   był   odpowiedni 

moment na przejmowanie się ich osobistym sporem. Już wcześniej pracowali razem, nikomu nie ufała tak 
jak jemu.

Zaufanie...
- Jadę z wami - oświadczył Galen.
- Nie - zaprotestowała Eve. - Chcę, żebyś został i pilnował Jane. Jesteś potrzebny tutaj.
- Nie po to mnie zatrudniono.
- Chcę, żeby była bezpieczna.
- Dobrze, ale Jane urwie mi głowę, jeśli się dowie, że nie depczę ci po piętach. - Galen skrzywił się.
- Dasz sobie radę - uśmiechnęła się.
- Nie jestem pewien. Twarda z niej dziewczyna.
- Wybierasz się z nami? - Eve odwróciła się do Nathana.
- Nie, jadę do Boca Raton. Jeśli Jennings coś tam znalazł, mnie też może się udać. Będziemy w kontakcie. 

-   Dolał   sobie   kawy.   -   Nie   mam   zbyt   wiele   czasu.   Dziś   jest   dwudziesty  piąty,   a   Etienne   mówił   coś   o 
dwudziestym dziewiątym.

Zegar tykał. Eve nie chciała o tym myśleć. Powinna działać jak najszybciej, ale bez paniki.
- Musimy się zbierać. - Spojrzała na Joego: - Czy możesz zadzwonić do swojego szefa i powiedzieć mu, 

żeby na parę dni trzymał FBI z dala od nas?

Pokręcił przecząco głową.
- Mogę jednak przekonać szefa, żeby nic nikomu nie mówił na temat miejsca naszego pobytu.
- Dobrze. - Odwróciła się do Galena: - Ale Hebert powinien wiedzieć, co planujemy.
- I tak wie zawsze o wiele za dużo.
- Muszę mieć pewność.
- Masz jakiś pomysł?
- Myślę, że Melton dzieli się swoją wiedzą z Hebertem. - Zamyśliła się. - Tanzer. Chwalił się, że w Baton 

Rouge nic nie dzieje się bez jego wiedzy. Mógłbyś to jakoś sprytnie załatwić na uniwersytecie, żeby po 
naszym wyjeździe stosowna wiadomość przeciekła do Tanzera?

Galen pokiwał głową.
- A Tanzer zadzwoni do Meltona. Może jeden z moich informatorów nad tym popracuje. - Uśmiechnął się. 

- W końcu Tanzer to trou du cul.

Mój Boże - pomyślała Eve - ile czasu minęło, odkąd usłyszała te słowa Marie Letaux. Tyle się zdarzyło, 

tyle zabójstw...

- Bądźcie ostrożni - powiedział z powagą Nathan. - Nie chcę, żebyście sami wpadli w pułapkę, którą 

zastawiacie na Heberta. Kiedy pomyślę o tym facecie, przeszywa mnie dreszcz grozy.

Eve   przypomniała  sobie,   że   ją   też   ogarnęło   przerażenie,   kiedy  wieczorem  rozmawiała   z   Nathanem  o 

Hebercie.

- Ty też bądź ostrożny.
- Zawsze jestem. - Dopił kawę. - Muszę żyć, jeśli chcę zdobyć Pulitzera. - Ruszył do drzwi. - Chodź, 

Galen. Rusz tyłek i zawieź mnie na lotnisko.

Rozdział szesnasty

UNIWERSYTET LUIZJANY
11.45
25 października

- To okręg Terrebonne. - Profesor Gerald Cassidy poprawił dwuogniskowe okulary na nosie i popatrzył na 

Eve i Joego. - Nie mam wątpliwości.

- Nawet jej pan nie zbadał - zauważył Joe. - Skąd ta pewność?
- Zabiorę ją do laboratorium i przeprowadzę kilka badań, ale już widziałem tę ziemię. Jest niezwykła. 

Pisałem doktorat o tamtym rejonie.

background image

Pewnie niedawno, pomyślała Eve. Cassidy wyglądał na najwyżej dwadzieścia pięć lat.
- Dlaczego jest niezwykła?
- Wysokie stężenie wapnia. - Cassidy wskazał na drobne białe okruchy w ziemi. - Muszle. Setki lat temu 

cały ten teren znajdował się pod wodą, muszle są wszędzie. - Zmarszczył brwi, zastanawiając się. - Nigdy 
jednak w próbkach badanej gleby nie natrafiłem aż na tak potężne ich skupisko. Chętnie dowiedziałbym się, 
gdzie...

- Musimy mieć absolutną pewność, że to chodzi o Terrebonne - przerwał Joe. - Przeprowadzi pan badania?
- Oczywiście. Wróćcie po południu. Co chcecie wiedzieć? Czego szukacie?
Eve się zawahała.
- Grobu.
- Powodzenia. - Skrzywił się. - To rozlewisko. Setki kanałów, a Cajuni nie są zbyt rozmowni. Nie lubią 

obcych. Informacje do doktoratu musiałem zbierać przez całe miesiące.

- Z pewnością ma pan tam jakieś kontakty. Mógłby pan umówić nas z kimś, kto potrafiłby wskazać nam 

teren, gdzie mamy szukać?

- Jacques Dufour. Zna rozlewiska lepiej niż ktokolwiek. Może akurat potrzebuje pieniędzy i zgodzi się 

wam pomóc. Dam wam numer jego telefonu w Houma. - Otworzył szufladę, wyjął z niej oprawiony w 
czarną skórę notes i zaczął przerzucać kartki. - Nie powołujcie się na mnie. Nie ukrywał wtedy pogardy 
wobec mojej osoby.

- Dlaczego?
- Miałem dwadzieścia cztery lata, byłem molem książkowym i nie należałem do Cajunów. W jego oczach 

to same grzechy. - Przyjrzał się Joemu. - Pan chyba nie będzie miał z nim kłopotów.

- Ja też nie. - Eve zapisała numer i wstała. - Kiedy będzie pan wiedział na pewno?
- Wyniki powinny być około czwartej po południu. Wróci tu pani?
Pokręciła głową.
- Joe da panu numer mojej komórki. Od razu jedziemy do Houma.

- Jadą do okręgu Terrebonne - powiedział Melton, gdy Hebert odebrał połączenie. - Szukają grobu. Na 

litość boską, ależ ty to wszystko spieprzyłeś!

Hebert stłumił gniew.
- Niczego nie znajdą.
- Nie jestem taki pewien. Od początku wszystko chrzanisz.
- Będzie dobrze. Może nawet lepiej. Znam te bagna i ludzi, którzy tam mieszkają. Etienne i ja dorastaliśmy 

wśród rozlewisk.

- Posłuchaj, nie chcę żadnych kłopotów. Pozbądź się ich szybko i po cichu, a potem rusz tyłek i pojedź do 

Boca Raton. Boże, nie wierzę, że tamte sprawy przybrały tak fatalny obrót. Jesteś pewien, że wszystko inne 
idzie zgodnie z naszym planem?

- Wszystko jest okej. Na pewno twoi informatorzy już ci powiedzieli, że plan rozwija się jak trzeba.
- Tak, dziś rano był artykuł w gazecie. Ochrona?
- W porządku. Jak tylko skończę, wrócę i załatwię wszystkie sprawy.
- No to załatwiaj, do cholery.
Melton się rozłączył.
Arogancki sukinsyn. Hebertowi nie trzeba było przypominać, że czas ucieka. Ściskał mu się żołądek za 

każdym   razem,  gdy  o  tym   myślał.   Ostatnio   wszystko,   co   robił,   było  utrudniane   lub   wręcz   blokowane. 
Zupełnie jakby jakaś tajemna siła nie pozwalała mu osiągnąć zamierzonego celu.

E t i e n n e.
Zamknął oczy. Idiotyczne przesądy. Nie może wpadać w panikę. Musi tylko usunąć Eve Duncan i Quinna i 

będzie mógł się skoncentrować na zadaniu w Boca Raton. Nie powinien napotkać trudności.

Chyba że to pułapka.
Ale nawet w takiej sytuacji będzie miał przewagę. Co roku ludzie giną na tych bagnach i nigdy się nie 

odnajdują.   Za   każdym   zakrętem   rozlewiska   czyha   śmierć.   Miał   wystarczająco   duże   doświadczenie,   by 
unikać pułapek - albo samemu je zastawiać.

Dwie godziny lotu i będzie w Nowym Orleanie.
A godzinę później na bagnach.
Będzie czekał.

HOUMA
16.05

background image

25 października

- Muszle? - Jacques Dufour wzruszył ramionami. - Muszle są wszędzie.
- Ale w jednym miejscu jest ich wyjątkowo dużo - powiedziała Eve. - Profesor Cassidy twierdzi, że pan 

może wiedzieć, gdzie to jest.

- Mogę wiedzieć. Muszę się zastanowić.
Eve zazgrzytała zębami. Facet był tak arogancki, jak uprzedzał Cassidy.
- No to proszę się zastanawiać.
- A może się po prostu rozejrzymy. Jestem najlepszym przewodnikiem po bagnach.
- Nie chcę wycieczki. Chcę znaleźć miejsce, gdzie...
- Ile? - wtrącił grzecznie Joe.
- Nie powiedziałem... - Dufour urwał wystraszony spojrzeniem Joego. - Mam pewne pojęcie, gdzie to 

może być. Mój kuzyn Jean mieszka w okolicy obfitującej w muszle.

- To proszę dać mi jego numer, a ja z nim pogadam.
- Nie ma  telefonu - uśmiechnął się Dufour. - Tutejsi ludzie są bardzo biedni. Możecie go odwiedzić. 

Pięćset.

- Trzysta. I oby się pan nie mylił w sprawie muszli. Szkoda by było marnować pański czas. I mój - dodał 

łagodnie.

- Za mało. To w głębi rozlewiska, mógłbym...
- Może niezbyt jasno się wyrażam. - Joe zrobił krok do przodu. - Trzysta i być może powróci pan z tego 

rozlewiska nietknięty. Jeśli wkurzę się jeszcze trochę, to aligatory będą miały uciechę.

Dufour zacisnął usta.
- Powinien pan pamiętać, że rozlewiska bywają niebezpieczne dla ludzi, którzy nie są z nimi zaznajomieni.
- Trzysta.
Dufour zawahał się, po czym wzruszył ramionami.
- Trzysta. Wyruszymy jutro rano.
- Teraz.
- Za czterdzieści minut mam wycieczkę po bagnach, a potem zrobi się zbyt ciemno. - Uśmiechnął się 

złośliwie. - Będziemy płynąć tuż przy drzewach. A pewnie wolałby pan dostrzec jadowitego arlekina, zanim 
spadnie pani na kolana?

Joe zdławił przekleństwo, a Dufour oddalił się demonstracyjnie.
- Może poszłoby nieco lepiej, gdybyś wykazał więcej cierpliwości i nie straszył go aligatorami - zauważyła 

Eve.

- Męczy mnie cierpliwość.
Nie miała wątpliwości. Od przybycia do Houma Joe był w wojowniczym nastroju. Odkąd się znali, tylko 

kilka razy widziała go w takim stanie. Zawsze starał się trzymać ją z dala od wszystkiego, co miało związek 
z   przemocą.   A   teraz   był   napięty,   podekscytowany,   widziała,   że   z   trudem   kontroluje   energię.   Był 
przeładowany energią, chciał się wyrwać na wolność, uderzyć. Nic dziwnego, że Dufour się wycofał.

- Może uda nam się znaleźć jakiś nocleg - powiedziała. - Muszę zadzwonić do Galena i upewnić się, że 

Jane jest bezpieczna.

- To oczywiste, że jest bezpieczna - powiedział Galen. - Obrażasz mnie.
- Obrażam? Mam ci przypomnieć, że omal nie wyleciała w powietrze razem z moją matką?
- Słuszna uwaga. Teraz jednak otacza je tylu agentów Hughesa, że chyba tylko cała armia wojska mogłaby 

się do nich dostać. A gdyby nawet Hebertowi udało się przechytrzyć FBI i policję, to... - urwał. - Ale Hebert 
będzie zbyt zajęty czym innym, prawda? Trafiliście na niego?

- Jeszcze nie. Ale jesteśmy bliscy odnalezienia grobu. Zatrzymaliśmy się w Houma, jutro wybieramy się na 

bagna.

- Świetnie znam się na bagnach. Myślę, że się wam przydam. Hughes mógłby przejąć moje obowiązki i...
- Poradzimy sobie bez ciebie. Zostań z Jane. Nathan się odzywał?
- Nie, ale prawdopodobnie skontaktuje się z tobą. Z jakiegoś powodu ja go irytuję.
- Ciekawe dlaczego. Zadzwonię jutro.
Po rozmowie z Galenem czuła ulgę. Wprawdzie możliwość, że Hebert znowu będzie próbował zabić Jane, 

była mało prawdopodobna, jednak Eve nie przestawała się martwić. Galen mógł się wydawać beztroski, ale 
znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że śmiertelnie poważnie traktuje swoją pracę. W jego rękach Jane była 
bezpieczna.

Wstała i podeszła do okna. W szarości wczesnego zmierzchu bagna wydawały się ponure i niepokojące. 

background image

Zaczęło padać.

- Rozmawiałaś z Galenem?
Eve odwróciła się i ujrzała na progu Joego.
-  Tak,   z   Jane   wszystko   w   porządku.   Chciał   przylecieć  i   nam  pomóc.   Mówi,   że   zna   się   na   bagnach. 

Powiedziałam mu, że poradzimy sobie bez niego.

- Dzięki Bogu. Teraz chyba nie zniósłbym specyficznego poczucia humoru Galena. I tak pewnie utopię 

Dufoura, zanim to się skończy.

- Dowiedziałeś się w wydziale czegoś o Jenningsie?
- Jeszcze nie. FBI zajęło się badaniami laboratoryjnymi, a mój szef robi wszystko, żeby raporty techników 

wpływały niezwłocznie do jego biura. Poprosiłem Carol, żeby zadzwoniła do mnie, jak tylko te raporty 
pojawią się u nas. Ale Rusk nie jest zachwycony, że wynieśliśmy się stamtąd, zanim jego ludzie pojawili się 
w Georgii. Wścieka się.

- Przykro mi.
- Też tak powiedziałem. - Na chwilę zamilkł. - Pewnie się nie zgodzisz, żebym sam się wybrał do tego 

kuzyna Dufoura?

- Nie.
- Ja także znam się na bagnach. Sporo nauczyłem się w Nikaragui, kiedy byłem komandosem.
- Z pewnością. I nie możesz się doczekać okazji, żeby zaprezentować swoje umiejętności.
- Nie. - Intensywnie wpatrywał się w jej oczy, wiedząc, że ją to niepokoi. - Nie ty jedna szalejesz z 

wściekłości. Niemal cię straciłem. On za to zapłaci.

Jezu.
W końcu zdołała oderwać od niego wzrok.
- Idę.
- Pomyślałem, że chociaż spróbuję. - Spojrzał w kierunku drzwi. - Do zobaczenia rano. Mam pokój obok. 

W razie potrzeby wołaj.

Drzwi zamknęły się za Joem. Eve wróciła do okna.
W  r a z i e  p o t r z e b y  w o ł a j.
Zacisnęła dłoń na zasłonie. Nie potrzebowała go.
Ale, mój Boże, bardzo go pragnęła.

Rozdział siedemnasty

13.10
26 października

- Daleko jeszcze? - spytała Eve. - Mam wrażenie, że płyniemy tą motorówką już od wielu dni.
- Dopiero cztery godziny. - Dufour okrążył wielką, wystającą z wody gałąź mangrowca. - Te rozlewiska 

wiją się jak węgorze. Na szczęście macie znakomitego przewodnika. - Zerknął na Joego. - Może zapłacicie 
mi więcej, żebym zabrał was z powrotem.

Joe nawet na niego nie spojrzał.
- Niech pan nie przegina.
- Strasznie jest zagubić się na bagnach.
- Nie zagubię się. - Joe wbił w niego wzrok. - Zapamiętałem każdy skręt od chwili, gdy opuściliśmy 

przystań. Mam je wymienić?

Dufour zamrugał oczami.
- Nie. - Szybko przesunął wzrok na mętną wodę przed nimi. - Nie zna się pan na żartach? Umowa to 

umowa.

- Też tak sądzę - powiedział Joe bez cienia uśmiechu.
Eve nie wątpiła, że Joe mówi prawdę, twierdząc, że orientuje się, gdzie się znajdują, choć nie miała 

pojęcia, jakim cudem to wie. Było chłodno i wilgotno, a odkąd opuścili przystań, czuła się tak, jakby trafiła 
do   obcego   świata.   Mizerne   cyprysy  tworzyły  ciemny  baldachim   nad   wąskim,   błotnistym   kanałem.   Co 
pewien czas obok łodzi przepływały czarno-brązowe węże; szkieletowate drzewa desperacko czepiały się 
dna, tocząc bój o życie w tym wrogim otoczeniu. Ale tu o przetrwanie walczyła nie tylko roślinność.

- Co to za chałupy na tych wysepkach? Czy naprawdę mieszkają tu ludzie? - spytała.
- Mój kuzyn Jean nie byłby zachwycony, gdyby usłyszał, że nazywa pani jego dom chałupą. Jest bardzo 

podobny do tych tutaj. Chociaż większość służy tylko za obozowiska myśliwym i rybakom - odparł Dufour. 
- Jeśli jednak wpłynie pani głębiej, znajdzie pani Cajunów, którzy nie tylko polują na okolicznych bagnach i 
błotniskach, ale także tu mieszkają. Mówiłem, że tutejsi ludzie są biedni: nie mają odwagi pójść stąd i 
zarabiać prawdziwych pieniędzy jak ja. Cieszą się, że mają dach nad głową.

background image

- Czasem wyjście z biedy nie zależy od odwagi.
- Albo człowiek jest odważny, albo głupi - stwierdził z powagą Dufour.
- Dlaczego te domy zbudowano na palach? Ziemia sięga do drzwi frontowych.
- To nie ziemia, ale błoto. Jesteśmy blisko oceanu, kiedy przychodzi przypływ, przynosi ze sobą błoto. 

Podczas odpływu domy znalazłyby się pod wodą gdyby nie pale.

- Co za niepewny los - mruknęła Eve. Niepewny i smutny, pomyślała. - Jak głębokie jest to błoto?
- Czasem na niemal dwa metry. - Dufour wyszczerzył zęby. - Kiepska sprawa dla lunatyków. Spadnie taki z 

werandy i już siedzi w błocie po uszy. - Wskazał najbliższą chałupę. - To dom Jeana.

Była to nieróżniąca się od innych niewielka chata z cyprysowego drewna, zbudowana na palach, połączona 

wąskim pomostem z rozlewiskiem. Na ganek wyszła kobieta i przypatrywała się im bez uśmiechu. Była 
mała i chuda, w zaawansowanej ciąży. Dwa maluchy ubrane w brudne podkoszulki i majtki przywarły do jej 
spódnicy.

-   Nie   gap   się   tak   na   nas,   Marguerite   -   powiedział   Dufour,   podprowadzając   łódź   do  prowizorycznego 

pomostu. - Powiedz Jeanowi, że ma gości.

- Nie chcemy takich gości, jakich nam przywozisz. Nie jesteśmy do oglądania przez turystów. - I dodała, 

patrząc na Eve: - Jeśli chcecie wiedzieć, jak żyją Cajuni, płyńcie gdzie indziej. Zostawcie nas w spokoju.

- Co za nieuprzejmość. - Dufour zacmokał z wyrzutem. - Muszę wspomnieć Jeanowi, żeby częściej cię bił. 

- Przywiązał łódź i wyskoczył na pomost. - Jest w domu?

Kiwnęła głową.
- Nie zechce się z tobą zobaczyć.
- Zechce. Można zarobić. - Zerknął na nabrzmiały brzuch kobiety. - A obecnie na pewno przydadzą się 

wam pieniądze. Dwoje maleńkich dzieci i jeszcze jedna gęba do wykarmienia w drodze.

Zawahała się, a potem odwróciła się na pięcie.
- Niech wejdą.
- Zostań tu, Eve. - Joe wyskoczył z łodzi i ruszył ku chacie. - Najpierw trochę się rozejrzę.
Nie podobało jej się to. Joe był najwyraźniej w zbyt opiekuńczym nastroju. Za nic nie zamierzała siedzieć 

w łodzi.

Była już w połowie drogi do drzwi, kiedy pojawił się w nich Joe i dał jej znak ręką, żeby weszła do środka. 

Odetchnęła z ulgą.

Byli bezpieczni.
Na razie.

- Może i znam takie miejsce - powiedział powoli Jean. - Ile?
- Pięćset, jeśli pan nas tam zawiezie - powiedział Joe. - I jeszcze pięćset, jeśli dowiemy się o tym miejscu 

czegoś interesującego.

Jean popatrzył na niego obojętnie.
- Nic nie wiem o muszlach.
- A co pan wie o grobach? - spytała Eve.
- Nie interesują nas nieznajomi - odparł, nie zmieniając wyrazu twarzy.
- Co nie oznacza, że nie wiesz, co się tutaj dzieje - wtrącił Dufour. - Słyszałem plotki, że parę lat temu 

pojawili się tu obcy. Nie zależy nam na obcych, Jean. Dlaczego nie zgarnąć trochę pieniędzy dla siebie?

- Są nam potrzebne, Jean - powiedziała cicho Marguerite. - On ma rację, nie zależy nam na obcych.
- Nie wtrącaj się, Marguerite. - Jean przez chwilę milczał, a potem powoli pokiwał głową. - Tysiąc.
- Widzę, że jest pan kuzynem Dufoura - stwierdził sucho Joe. - Siedemset.
- Daj mu tysiąc, Joe. - Eve nie spuszczała wzroku z Marguerite i dwóch maluchów.
Joe uśmiechnął się półgębkiem.
- Dobrze. - Popatrzył na Jeana. - Gdzie to jest?
- Pieniądze.
Joe sięgnął do portfela i odliczył tysiąc dolarów.
- Zadowolony?
Jean kiwnął głową i wepchnął pieniądze do kieszeni.
-   Jakieś   sześć   kilometrów   stąd   są   na   bagnach   dwie   wyspy.   Leżą   w  takiej   małej,   naturalnej   zatoczce. 

Właśnie na nich gromadzi się większość muszli nanoszonych przez okresowe zalewy. Może właśnie tego 
szukacie.

- To takie same błotniste wysepki jak ta? - spytała Eve.
Jean skinął głową.
- Mieszkam tu od urodzenia i nigdy nie widziałem żadnego innego miejsca, gdzie byłoby tyle muszli.

background image

- Czy wyspy położone są blisko siebie?
- Tak. - Zastanowił się nad czymś. - Ale was zainteresuje tylko druga. Na tej pierwszej nic nie ma.
- A co jest na drugiej? - Joe wstrzymał oddech.
- Nie znajdziecie swojego grobu. Już go tam nie ma.
- A był?
- Weź od nich więcej pieniędzy.
Jean rzucił żonie wściekłe spojrzenie.
- Zamierzałem to zrobić.
Joe odliczył następnych pięć studolarowych banknotów.
- Był tam grób?
Jean kiwnął głową.
- Dwa. Nieoznaczone.  Ale były.  Widziałem, jak Etienne tam kopał. Ciężko mu  szło. Mówił, że musi 

przymocować ciała do pali, żeby ich woda nie wypłukała i nikt ich nie znalazł.

- Etienne Hebert? Znał go pan?
Jean znowu potaknął.
- Pojawił się mniej więcej w tym samym czasie, co ci dwaj pozostali. Ale on był inny. Był Cajunem, jak 

my.

- Co z tymi dwoma? Kiedy to było?
-   Jakieś   dwa   lata   temu.   Przypłynęli   tutaj   dwaj   mężczyźni   i   zatrudnili   niektórych   z   nas,   żebyśmy 

wybudowali im dom na wyspie, a następnie zapomnieli o ich istnieniu. - Wzruszył ramionami. - Dobrze 
płacili. Co nas obchodziło, czym się tam zajmują? Dopóki nie sprzedawali swoich narkotyków naszym 
dzieciom, mogli sobie robić wszystkie proszki świata. To nie nasza sprawa.

- Myśli pan, że zajmowali się narkotykami?
-   Wiemy,   że   tak.   Etienne   nam   mówił.   Przyszedł   tu,   przyniósł   butelkę   wina,   usiadł   na   tym   krześle   i 

opowiedział nam o tych wszystkich rzeczach, które przewoził z Houma do nich na wyspę.

- To miły człowiek - powiedziała Marguerite. - Nie ściągniecie na niego kłopotów? To nie jego wina.
- Nie, obiecuję, że Etienne nie będzie miał kłopotów - zapewniła ją Eve.
- Zawsze mówił, że ci szaleńcy wysadzą się w powietrze chemikaliami, które musiał im przywozić - dodała 

Marguerite. - Był smutny. Chyba ich lubił.

- I co się z nimi stało?
- To, co przewidział Etienne. Pewnej nocy był wielki wybuch. Kiedy poszliśmy zobaczyć, co się stało, 

zobaczyliśmy,   jak   Etienne   kopie   dwa   groby.   Kazał   nam   odejść   i   zapomnieć   o   tym,   co   widzieliśmy. 
Powiedział, że policja nie może się dowiedzieć, bo i nas weźmie za kryminalistów.

- I tak zrobiliście?
- Nie jesteśmy głupi. Policja uważa nas za hołotę. Etienne miał rację.
- A jak się nazywali ci dwaj? - spytał Joe.
- A jak pan myśli? - W głosie Jeana słychać było sarkazm. - Smith i Jones? Myśli pan, że wyjawiliby nam 

prawdziwe nazwisko?

- Jak długo przebywali na wyspie, nim nastąpił wybuch? - dopytywała się Eve.
- Ze cztery miesiące. Przyjechali do nas już dwa miesiące  wcześniej, ale straciliśmy trochę czasu, bo 

najpierw budowaliśmy na pierwszej wyspie. Potem uznali, że to zbyt na widoku, i musieliśmy zacząć od 
początku na drugiej.

- W jakiej odległości od siebie leżą te wyspy?
- Mniej więcej półtora kilometra. Ale na bagnie to duża odległość.
- Mówił pan, że podobno nie ma już tam grobu. Skąd pan wie?
-  Etienne   wrócił.  Powiedział  nam,   że   policja   zadaje  pytania   i  musi  się   pozbyć  szkieletów.  -   Jean   się 

skrzywił. - Policja na pewno zainteresowałaby się czymś takim i mielibyśmy kłopoty. To nie nasza wina, że 
się wysadzili w powietrze.

- Co wiecie o bracie Etienne’a?
- Ma brata? - Jean ściągnął brwi.
- Nie wspominał?
Jean przecząco pokręcił głową.
- Wystarczy - stwierdził Dufour. - Nie mów im nic więcej, chyba że dadzą ci jeszcze jakieś pieniądze, Jean. 

- Uśmiechnął się. - I premię dla mnie za to, że ich tu dowiozłem.

- Pewnie wyciągnąłeś od nich wystarczająco dużo bez mojej pomocy - powiedział Jean. - Pieniądze będą 

mi potrzebne, jeśli ja i moja rodzina mamy na jakiś czas zniknąć.

- Dlaczego?

background image

- Myślisz, że wierzę tobie albo tym ludziom? - Popatrzył na Joego. - Nic nie zrobiliśmy. Nie jesteśmy 

odpowiedzialni za śmierć tych głupców. Sami to sobie zrobili.

- Nie oskarżamy was - zapewniła go Eve. - Nie musicie uciekać.
Jean ją zignorował.
- Pakuj się, Marguerite.
- Musi nas pan zawieźć na tę wyspę - stwierdził Joe.
- Po co? Mówiłem, że tam nic nie ma.
- Może jest więcej, niż pan sądzi.
Jean żachnął się z irytacją.
- Strata czasu. - Wstał i skierował się do drzwi. - Chce pan zobaczyć wyspę? Ma pan przewodnika. Ja mam 

dość. - Kiwnął ręką na Dufoura. - Chodź, Jacques. Odprowadzę cię do łodzi i pokażę, gdzie to jest.

Joe ruszył za nimi.
- Chyba też pójdę i posłucham. Chcę mieć pewność, że zmierzamy we właściwym kierunku.
Eve już miała wyjść za Joem, ale zatrzymała się obok Marguerite, która wyciągała ubrania z odrapanej 

komody z sosny.

- Gdzie się przeniesiecie?
- Nie pani sprawa.
- Nie chcemy zrobić wam krzywdy.
- Odejdź.
Eve ruszyła do drzwi.
- Chwileczkę. - Marguerite przez moment milczała. - Nic nam nie będzie. Zamieszkamy u przyjaciół, 

dopóki nie będziemy pewni, że możemy bezpiecznie wracać. Nikt nas nie znajdzie na tym bagnie, jeśli sami 
tego nie zechcemy.

- Skoro wiedzieliście, że będziecie musieli uciekać, to dlaczego wzięliście od nas pieniądze?
Marguerite popatrzyła na nią ze zdumieniem.
- Bo są nam potrzebne.  Dla ciebie to pewnie niewiele, a nam przez  wiele  miesięcy nie zabraknie na 

jedzenie dla dzieci. - Wyciągnęła spod łóżka spłowiały worek marynarski. - Warto zaryzykować.

- Eve! - zawołał ją Joe.
- Idę.
Popatrzył na nią uważnie, gdy weszła na pomost.
- Przekonałaś ją, że z naszej strony nic im nie grozi?
- Nie, ona nam nie wierzy. Ale twierdzi, że pieniądze warte są ryzyka. Ci dwaj chłopcy... Zastanawiam się, 

czy mają co jeść. Bieda jest koszmarna, Joe.

Joe skierował wzrok w stronę Jeana.
- Coś mi się tu nie podoba.
- Co masz na myśli? - zapytała z niepokojem.
- Coś za łatwo to poszło. Powinien nieco mniej chętnie udzielać informacji.
-   Trochę   to   dziwne,   że   nie   wiedzą   nic   o   bracie   Etienne’a.   Z   tego,   co   słyszałam,   Etienne   nie   był 

najdyskretniejszym człowiekiem na świecie.

- Myślałam, że tak się przejęłaś tymi dzieciakami, że nie słuchasz - uśmiechnął się.
- Współczuję, ale nie jestem ślepa. Myślisz, że Hebert dotarł do Jeana i zastawił na nas pułapkę?
- Całkiem możliwe.
- Czyli cała ta opowieść to kłamstwo?
- Niekoniecznie. Najlepsze kłamstwa są zbudowane na prawdzie. - Popatrzył na rozlewisko. - Etienne 

zapewne sprzedał im historię o laboratorium narkotyków, a okoliczni mieszkańcy udawali, że niczego nie 
widzą. Co nie znaczy, że Jules Hebert nie wpadł tu wczoraj i nie zaproponował im sumy, przy której nasza 
łapówka to drobniała.

Przeszył ją dreszcz.
- A więc będzie czekał na wyspie.
- Tak sądzę.
- Dobrze. - Wzięła głęboki oddech. - Jak się dowiemy...
- Później. - Odwrócił się i pomógł jej wsiąść na łódź. - Zostaw to mnie.
Tak jak wtedy, kiedy wyrzucił ją przy drodze za Nowym Orleanem?
Mowy nie ma.

Rozdział osiemnasty

-   To   pierwsza   wyspa   -   Dufour   wskazał   górę   błota   majaczącą   na   horyzoncie.   -   Ta,   którą   wasi 

przedsiębiorczy przyjaciele uznali za zbyt widoczną i którą opuścili. Mój kuzyn niewiele na niej zbudował, 

background image

prawda?   -   Wąski   pomost   zniszczony  przez   żywioły  i   czas   prowadził   na   równie   zniszczoną   platformę, 
zapewne były to fundamenty laboratorium. - Zdaniem Jeana to na następnej wyspie znajdziecie swój grób. - 
Wyszczerzył zęby. - Albo go nie znajdziecie. Na pewno chcecie płynąć dalej?

- Chcemy - odparł Joe. - Ale proszę zatrzymać się przy tej wyspie. Muszę się upewnić, że kuzyn Jean nie 

kłamał co do ilości muszli w glebie.

Eve popatrzyła na niego ze zdumieniem.
Dufour wzruszył ramionami.
- Może poczekamy z tym, aż dotrzemy na właściwą wyspę?
- Nie. Proszę zatrzymać się tutaj.
Dufour się zawahał, ale skierował łódź ku pomostowi.
- Tracicie czas.
- To nasz czas, a pan dostał za to pieniądze. - Joe wyskoczył z łodzi, a potem pomógł Eve. - Zaraz 

wracamy, Dufour.

- Co ty wyprawiasz, do cholery? - spytała cicho Eve, wchodząc za nim na platformę.
-  Zanim pokonaliśmy ostatni   zakręt,   widziałem,   jak   Dufour  naciska   guzik  telefonu  komórkowego.  To 

pewnie sygnał dla Heberta. Jestem pewien, że czeka na nas na tamtej wyspie.

- To po co się tu zatrzymujemy?
- Zamierzam pozbyć się zbędnego balastu. - Joe popatrzył na rozlewisko. - Ciebie.
- Zbędnego balastu? - Eve zesztywniała.
- Nie podoba ci się to słowo. Ale nie zamierzam być uprzejmy. Będziesz mi przeszkadzała. Zostaniesz 

tutaj.

- Jeszcze czego! Wypchnąłeś mnie z samochodu pod Nowym Orleanem. Nie zrobisz tego raz jeszcze.
- Zrobię. - Jego wzrok ją zaskoczył. Tak zimnego i zdecydowanego wyrazu twarzy jeszcze u niego nie 

widziała. - Nie pozwolę, aby któreś z nas zginęło, bo ty nie chcesz czuć się wykluczona. To moje zadanie, 
nie twoje. Nie wtrącam się, kiedy pracujesz nad czaszkami. Ty nie wtrącaj się teraz.

- Mam się zgodzić, żebyś popłynął i ewentualnie dał się zabić?
- Trudniej będzie mnie zabić, jeśli nie będę musiał troszczyć się o ciebie. Zostajesz tutaj!
- Niby jak mnie powstrzymasz?
- Ułożę cię do krótkiej drzemki. Nie zmuszaj mnie do tego, Eve.
Zrobiłby to.  Widziała  to  w jego twarzy.  Joe  przygotowywał  się  na  taką  ewentualność  od chwili,  gdy 

znaleźli się na bagnach. To tłumione podniecenie, które wyczuwała, dziś wyrwało się na wolność. Eve nie 
pamiętała,   aby   kiedykolwiek   był   tak   agresywny   i   tak   niebezpieczny.   Był   myśliwym,   tropicielem, 
wojownikiem.

- Nie możesz się doczekać, żeby na niego zapolować.
Joe skinął głową.
- Różnię się od ciebie. Ty chcesz wyeliminować Heberta, bo jest zagrożeniem, bo trzeba to zrobić.
- A ty zrobisz to z radością.
- Dowiadujesz się o mnie sporo rzeczy, których nie wiedziałaś wcześniej - uśmiechnął się krzywo. - Na 

przykład nigdy ci nie mówiłem, czemu opuściłem Foki. Nie chciałaś nic wiedzieć o tej części mojego życia. 
Była dla ciebie zbyt brutalna.

- Więc dlaczego zrezygnowałeś ze służby w Fokach?
- Bo za bardzo mi się to podobało - powiedział. - Zbliżałem się do granicy, której nigdy nie powinno się 

przekraczać. Byłem maszyną do zabijania.

- To nieprawda. Ty taki nie jesteś.
- Byłem. Mógłbym znów się nią stać. Na przykład teraz.
- Mowy nie ma. Nie mógłbyś.
- Ej, Quinn! - wrzasnął Dufour. - Będziecie tam tkwili przez cały dzień?
- Niecierpliwi się - stwierdził Joe. - Może to Hebert się niecierpliwi. Nie może na nas zbyt długo czekać. - 

Sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął swój pistolet. - Weź go na wszelki wypadek.

- Zwariowałeś? Chcesz załatwić Heberta bez broni?
- Nie będzie mi potrzebna. - Zerknął na maczetę u pasa. - Na bagnach posługuję się inną bronią. - Odwrócił 

się i przeszedł przez platformę. - Nie zamartwiaj się i czekaj tu na mnie.

- Joe, cholera jasna!
Zerknął na nią przez ramię.
- Wiesz, że mam rację. Wiesz, że tylko byś mi przeszkadzała. Narażałabyś nas oboje. I wiesz, że aby mnie 

teraz powstrzymać, musiałabyś mnie zastrzelić.

- Może to zrobię.

background image

Przechylił głowę, wskakując na łódź.
- W drogę, Dufour.
- Joe!
- Nie powinien pan tak zostawiać damy - stwierdził Dufour. - A jeśli jakiś wąż...
- Płyniemy! - przerwał mu Joe.
Eve zacisnęła palce na rękojeści pistoletu, kiedy łódź odpływała od brzegu. Joe trzymał uniesioną głowę, 

jakby węsząc wiatr. Może i to robił. Nic by jej nie zaskoczyło w tym dziwnym, porywczym człowieku.

Nie powinna była mu na to pozwolić. Trzeba było znaleźć jakiś sposób, by go powstrzymać.
Jednak   miał   rację.   Joe   wiedział,   co   robi,   bo   ona   faktycznie   mogłaby   narazić   go   na   straszliwe 

niebezpieczeństwo. Choć tak bardzo pragnęła mu pomóc, logika podpowiadała jej, że popełniłaby okropny 
błąd, gdyby z nim popłynęła.

Pieprzyć logikę. Nienawidziła takiej bezradności.
Stanęła na skraju platformy, chcąc jeszcze choć raz spojrzeć na Joego. Za późno. Łódź już minęła zakręt i 

zniknęła z pola jej widzenia.

Wróć.
Uważaj na siebie, Joe.
Wróć.

- Powinna być tuż za zakrętem, Quinn - powiedział Dufour, nie odwracając głowy. - Jeszcze parę minut. 

Nie więcej.

Gdzie się podział ten sukinsyn Hebert? Dufour nie chciał sam zabijać Quinna. Nie podobały mu się fluidy, 

jakie wysyłał ten człowiek.

Hebert   obiecał   mu,   że   wszystko   łatwo   pójdzie,   a   jednak   Quinn   zdołał   już   zapewnić   bezpieczeństwo 

kobiecie. Dufour postanowił powiedzieć Hebertowi, że nic nie mógł na to poradzić, że to nie jego wina.

Minęła kolejna chwila.
Ani śladu Heberta.
Będzie musiał to zrobić.
- Pana wyspa. Po lewej strome. - Zgasił silnik i machnął ręką, a drugą wsunął do chlebaka. - Niewiele tu 

miejsca. Dom spłonął, proszę spojrzeć na...

Odwrócił się z pistoletem w ręce i wypalił.
- Co jest...
Nikogo tam nie było. Kurtka i buty Quinna leżały na dnie łodzi, ale nigdzie nie dostrzegał ich właściciela.
Nagle go zobaczył. Pod wodą, po lewej stronie łodzi.
Cholera. Mknął jak torpeda. I to ku łodzi.
Dufour starannie wycelował i wystrzelił.

Eve spojrzała na zegarek. Boże, minęło dopiero piętnaście minut. Wydawało się jej, że godzina. Nie mogła 

tego dłużej znieść. Ale co mam robić? Popłynąć bez łódki przez bagno? Nie powinna była mu...

Wystrzał.
Serce podskoczyło jej ze strachu. Joe nie miał broni. Jego pistolet tkwił w jej ręce.
Jeszcze jeden wystrzał. I jeszcze jeden.
Boże.
- Wszystko wskazuje na to, że on już nie żyje, Eve.
Odwróciła się w kierunku, z którego dobiegł ją ten głos, i uniosła pistolet.
Kula roztrzaskała lufę, a siła uderzenia wytrąciła broń z ręki Eve. Padając na ziemię, kątem oka ujrzała 

sylwetkę Heberta. Siedział w kajaku, celując w nią ze strzelby.

-   Taki   akt   przemocy.   Nigdy   bym   się   tego   po   tobie   nie   spodziewał.   -   Przycisnął   do   piersi   strzelbę, 

podpływając bliżej do pomostu. - I to kiedy chciałem okazać łaskę i podarować ci trochę czasu. Mogłem cię 
zabić, zanim w ogóle byś się zorientowała, że tu jestem. Nie słyszałaś mnie, prawda?

- Nie.
- To dlatego, że według mnie motorówka nie sprawdza się na bagnach. Wiosło bywa ciche niczym szept, 

pod warunkiem że trzyma je wprawna ręka. Teraz wyjdę z łodzi. Nie ruszaj się, bo będę zmuszony odstrzelić 
ci głowę. - Hebert wstał i wyskoczył na pomost. - No już. Teraz możesz się podnieść z ziemi.

Eve wstała powoli.
- Gdzie Joe, Rick?
- Rozpoznałaś mnie? Cóż, charakteryzacja nie była szczególnie wymyślna. Myślałem, że tamtej nocy byłaś 

zbyt chora, żeby zwrócić na mnie uwagę. Jednak Rick Vadim był sympatycznym facetem, prawda?

background image

- Gdzie jest Joe?
-   Kiedy   ostatnio   go   widziałem,   był   z   Dufourem,   znajdowali   się   nieopodal   tej   wyspy   ze   szczątkami 

laboratorium. Chciałem go wtedy sprzątnąć, ale był za daleko, a nie mogłem czekać, aż zbliży się na tyle, 
żeby mnie zauważył.

- Myśleliśmy, że będziesz czekał na wyspie.
- Trudno się tam ukryć. - Pokręcił  głową. - Szukałem odpowiedniego miejsca  nieco dalej  od brzegu. 

Zobaczyłem jednak, że ciebie nie ma w łodzi, i zrozumiałem, że Quinn gdzieś cię wysadził. Postanowiłem 
więc zostawić go Dufourowi, wrócić i poszukać ciebie.

- Znalazłeś mnie. Co teraz?
- Słyszałaś strzały. Poczekamy, aż wróci Dufour.
- Albo aż wróci Joe.
- Istnieje taka możliwość. Słyszałem, że Quinn jest bardzo dobry.
- Lepszy od ciebie. Od każdego. - Eve wbiła paznokcie w dłonie. - I żyje.
- No to wróci po ciebie. A ja poczekam. Nie powinniście byli tu przypływać. To niepotrzebne. Naprawdę 

myśleliście, że nie wrócę i nie dopilnuję, żeby wszystkie dowody zostały zniszczone?

- Nie jesteś nieomylny. Popełniałeś już błędy. Teraz najwyraźniej też.
- Nie tylko ja popełniam błędy. Quinn też: zostawił cię tutaj.
- Myślał, że będę bezpieczna. Chciał mnie chronić.
- I bardzo pragnie wrócić do twoich łask. Chciał zabić złego potwora i rzucić jego zwłoki u twoich stóp - 

uśmiechnął się złośliwie. - Przykro mi, że musiałem wciągnąć cię w tę robotę z rekonstrukcją, wykorzystując 
śmierć twojej córki, ale sprawa była tego warta.

- Przykro ci?
- Nie jestem z kamienia.
- Jesteś mordercą.
- Podobnie jak człowiek, który zabija wroga w bitwie i jeszcze zostaje odznaczony medalem. To kwestia 

celu i środków.

- Nie jesteś bohaterem.
- Nigdy tak nie twierdziłem. Po prostu walczę o to, co uważam za słuszne.
- I chcesz mnie zabić, bo uważasz to za słuszne.
- Uważam to za konieczne. Ale trochę mi przykro. Podziwiam twoją siłę. Dam ci jak najwięcej czasu, 

zanim z tobą skończę. Wiem, jak cenna jest każda chwila. - Jego spojrzenie powędrowało na rozlewisko, 
skrył się w cieniu z boku platformy. - Stań tutaj, Quinn cię zobaczy, kiedy wypłynie zza zakrętu.

- A ty go zastrzelisz?
- Jeśli Dufour nie zrobił tego za mnie. Dostał sporo pieniędzy, ale nie wiem, czy starczyło mu jaj, żeby 

stawić czoło Quinnowi.

Eve wzięła głęboki oddech.
- Joe nie musi umierać.
- Oczywiście, że musi. Wiesz to równie dobrze jak ja. Za dużo wie. Muszę chronić Sprzysiężenie.
- FBI już wie o jego istnieniu.
- Podejrzewa. - Hebert powiedział to z lekkim uśmiechem. - To pewna różnica. Mamy swoich ludzi niemal 

w każdym oddziale FBI na terenie kraju. Giną dowody, informacja nie trafia we właściwe ręce, agenci, 
którzy wiedzą zbyt dużo, mają wypadki.

- Jak twój brat. Zabiłeś go, prawda?
Uśmiech zniknął z jego twarzy.
- Zdradził mnie. Zdradził Sprzysiężenie.
- Jak?
-   Popełniłem   błąd.   Kiedy  ich   namierzyłem   i   odkryłem,   że   Bently  i   Simmons   prowadzą   badania   nad 

ogniwami paliwowymi, wysłałem go na wyspę. Zatrudnił się u nich, miał im przywozić z miasta wszystko, 
czego potrzebowali. Pomyślałem sobie, że przebywając tak blisko nich, będzie miał okazję ich zlikwidować i 
zniszczyć prototypy. Ufali mu. Wszyscy ufali Etienne’owi. Wzbudzał przyjazne uczucia.

- Kiedy nie zabijał?
- Nigdy nikogo nie zabił. Wciągnąłem go do roboty, bo miałem nadzieję, że ci ze Sprzysiężenia przekonają 

się, że jest lojalny, zaakceptują go. Nauczyłem go wszystkiego co potrzeba, ale nie miał do tego serca. Mimo 
to   chciałem  go   mieć   przy  sobie.   Byłem  samotny  -   westchnął.   -   Przygotowałem   ładunek   i   wysadziłem 
laboratorium, a Etienne tam popłynął, żeby sprawdzić, czy obaj zginęli. Często się przeprawiał na wyspę, 
więc nie wzbudzał podejrzeń. Powiedział mi, że znalazł ciała i je zakopał.

- Kłamał?

background image

- Lubił Bently’ego i Simmonsa. - Hebert zacisnął usta. - Wszystkich lubił. Był młody, niedoświadczony, 

nietrudno   było   go  wykorzystać,   zwłaszcza   komuś   sprytnemu.  Myślałem,  że   wszystko   jest   w   porządku. 
Jednak cztery miesiące  temu nasze źródła  w Detroit  przekazały Sprzysiężeniu,  że ktoś  robi  takie same 
zakupy jak Bently dwa lata temu. Zamówienie przyszło z Luizjany.

- Może ktoś przeprowadzał podobne eksperymenty z ogniwami.
- To nie wszystko. W ostatnich dwóch miesiącach trzej członkowie Sprzysiężenia z Luizjany zginęli w 

nieco   podejrzanych   okolicznościach.   To   mogły   być   wypadki,   ale   wszyscy   trzej   przeciwstawiali   się 
restrykcjom, związanym z ochroną środowiska. Sprzysiężenie nie lubi zbiegów okoliczności. I nie lubi, gdy 
uderza się w jego członków.

- Zemsta?
-   Istnieje   taka   możliwość.   -   Hebert   uśmiechnął   się   ponuro.   - Wystarczyło,   żeby  Melton   cholernie   się 

wystraszył. Bał się, że będzie następny.

- Skąd jednak Bently i Simmons wiedzieli, kto jest członkiem Sprzysiężenia?
- To jeszcze się nie domyśliłaś? Bently od ponad czterech lat należał do organizacji. Wierzył, jak ja, że 

potęga Sprzysiężenia może zdziałać cuda. To on zwrócił naszą uwagę na wynalazek Simmonsa. Liczył na 
pomoc.   Kiedy  zdecydowano,   że   ogniwo   paliwowe   musi   zniknąć,   straciliśmy   go   z   oczu,   podobnie   jak 
Simmonsa.

- Wysłali cię za nimi.
- I ich znalazłem. Mnie nikt nie ucieknie.
- Tym razem jednak dałeś plamę, co? Zawiodłeś swoją organizację.
-   Nie   zawiodłem   jej   -   obruszył   się.   -   Popełniłem   błąd,   to   wszystko.   Błąd,   który  naprawiłem.   Po   tej 

wiadomości z Detroit musieli ponad wszelką wątpliwość ustalić, czy zlikwidowano laboratorium i ludzi, 
którzy w nim pracowali. Melton spytał, czy jestem pewny, że Bently i Simmons nie żyją. Jasne, że byłem 
pewien. Czyż człowiek mi najbliższy, jedyny człowiek, któremu ufałem, nie powiedział mi, że nie żyją? 
Zapytali jednak, czy widziałem ciała na własne oczy. Co miałem odpowiedzieć? Kazali mi poddać szkielety 
testom DNA. Byłem wtedy w Barcelonie, więc zadzwoniłem do Etienne’a i kazałem mu wydobyć szkielety i 
przywieźć je na umówione miejsce na rozlewisku Sarah w pobliżu Baton Rouge, gdzie miał się spotkać ze 
mną. Melton już ściągnął antropologa i specjalistę od DNA, którzy mieli na nas czekać w kościele. - Herbert 
zamilkł na chwilę. - Kiedy Etienne pojawił się z trumną, od razu wiedziałem, że coś jest nie tak.

- Nie miał szkieletów?
- Nie, żadnego. Tylko tę cholerną czaszkę. Najpierw stwierdził, że szkielety ktoś ukradł. Kiedy zobaczył, że 

mu nie wierzę, powiedział, że zniszczył oba, ale przywiózł czaszkę Harolda Bently’ego.

- Dlaczego to wszystko zrobił?
- Pomyślał, że po tym, co zrobił, Sprzysiężenie da mu już spokój. Zadbał o to, aby czaszki praktycznie nie 

dało się zidentyfikować, ale nie chciał, żebym miał przez niego kłopoty. Rozpierała go duma, bo sądził, że 
jednocześnie uratował mi skórę i wyprowadził w pole Sprzysiężenie.

- Ale sam się przez to naraził.
-   Nie   potrafił   tego   zrozumieć.  Przez   wiele   godzin   przekonywałem   go,   aby  wyjawił   mi   całą   prawdę, 

chciałem wiedzieć, czy tamci dwaj mężczyźni na pewno zginęli, czyja to czaszka. Nadaremnie. Powtarzał 
tylko, że Sprzysiężenie postępuje źle, a my powinniśmy zachowywać się przyzwoicie. Namawiał mnie do 
zerwania z organizacją. - Hebert pokiwał głową. - Nic do niego nie docierało. Na świecie zapanowałby 
chaos, gdyby Sprzysiężenie nie dbało o porządek. Ludzie powinni się nawzajem kontrolować, a ktoś musi 
wyznaczać im właściwą drogę.

Dobry Boże, on naprawdę wierzył w to, co mówił.
-   Wróćmy   do   Etienne’a.   Prawdę   mówiąc,   ja   też   nie   rozumiem   sensu   twoich   słów.   To   brzmi   jak 

propagandowy bełkot. Więc postanowiłeś go zabić?

-  Tak   łatwo   to   powiedzieć   -   stwierdził   z   goryczą   Hebert.   -   Nie   chciałem  tego   zrobić.   Kochałem  go. 

Zrobiłbym wszystko, aby go uratować. Rzecz w tym, że nic się nie dało zrobić.

- Zawsze istnieje możliwość wyboru.
- Musiałem donieść Sprzysiężeniu o tym, jak postąpił. Miałem taki obowiązek. Zdradził organizację.
- I wtedy poinformowano cię, co masz zrobić.
- Zgadza się. Melton kazał mi zwabić go do kościoła. Kościół leży na uboczu, więc dobrze się nadawał do 

tego,   co   zaplanowałem.   -   Urwał.   -   Powiedziałem   Etienne’owi,   że   znalazłem   sposób   na   przechytrzenie 
Sprzysiężenia:   ukradnę   szkielet   ze   starego   cmentarza   za   miastem   i   umieszczę   go   w   trumnie,  po   czym 
dostarczymy ją do kościoła, gdzie już będą czekali na nią specjaliści. - Przełknął ślinę. - Łatwo poszło. 
Etienne uznał, że to świetny pomysł. Wierzył mi. Wierzył mi przez całe życie.

- Aż do śmierci?

background image

- Aż do śmierci. - Oczy Heberta wypełniły się łzami. - Umarł szybko. Był szczęśliwy do ostatniej chwili.
- Wątpię, czy umierający są szczęśliwi.
- Mogło być gorzej. Melton chciał, żebym wyciągnął z Etienne’a jak najwięcej informacji. To dlatego 

nakazał mi zabrać go do kościoła - tam nikt by mi nie przeszkadzał. Potrafię skłonić ludzi do mówienia. 
Znam rozmaite metody wyciągania informacji. W wypadku Etienne’a musiałbym zastosować te najbardziej 
okrutne. Był silny i uparty. Mogłem go złamać, ale zajęłoby mi to dużo czasu, a potem i tak musiałbym go 
zabić. Dlatego zignorowałem polecenie Meltona i od razu zabiłem Etienne’a. - Skrzywił się. - Melton nie był 
zadowolony. Postanowiłem w inny sposób zdobyć dla niego informacje.

- Znalazłeś mnie.
- Tak jest.
- Ale przecież nie mogłeś wiedzieć, czy Etienne nie kłamie w sprawie czaszki Bently’ego.
Hebert pokręcił głową.
- Uznałem, że zbyt dobrze go znam, aby mógł mnie okłamać - chociaż dawałem się zwodzić dwa lata. 

Zawierzyłem swojej intuicji. - Przerwał. - Ale po tym twoim zatruciu, zyskałem pewność, że któryś z nich, 
Bently lub Simmons, nie zginął. I pragnie twojej śmierci, aby nikt się nie dowiedział, że wciąż żyje i pracuje 
nad ogniwami paliwowymi. Rozmawiałem z Marie Letaux tuż przed jej zgonem, ale nie miała pojęcia, kto 
jej to zlecił. Po prostu umówiła się z tym kimś przez telefon, a potem w skrytce pocztowej znalazła pieniądze 
wraz z informacją, że ostateczne rozliczenie nastąpi po wykonaniu pracy. Wciąż powtarzała, że miałaś się 
tylko rozchorować, że to nie jej wina. - Zamyślił się. - Nie pomogła mi. Musiałem zaczekać, aż zakończysz 
rekonstrukcję czaszki. Dopiero wtedy przekonałbym się, który z nich opłacił Marie Letaux.

- Jak się dowiedziałeś, że to czaszka Bently’ego?
- Mam wtyczkę w biurze Ruska. Jennings tuż przed śmiercią poinformował Ruska, że rekonstruowana 

przez ciebie twarz z całą pewnością przedstawia Bently’ego. Po śmierci Jenningsa rozpętało się piekło: w 
takiej sytuacji bez trudu można znaleźć wszystkie potrzebne wiadomości.

- I wtedy twój informator dowiedział się, co takiego odkrył Jennings, będąc w Boca Raton. Co to było?
Hebert roześmiał się i potrząsnął przecząco głową.
- Wybierasz się do Boca Raton? Wciąż nie tracisz wiary, że wyjdziesz z tego cało? Za każdym razem 

przekonuję się, że do samego końca nikt nie wierzy w możliwość własnej śmierci. Zapewniam cię, Eve, 
nawet jeśli ci powiem, co się niedługo wydarzy, i tak nie uratujesz starego tygrysa. Tryby maszyny już się 
kręcą i wszystko jest zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, do ostatniego oddechu.

- Wobec tego możesz mi powiedzieć.
- Niestety, nie. Czym byłoby życie bez tajemnicy? Zresztą niepotrzebnie byś się tym przejęła, a w ostatnich 

chwilach swojego życia nie powinnaś się niczym martwić.

- Za to ty będziesz się miał czym przejmować. Nawet jeśli mnie zabijesz, i tak będziesz musiał zmierzyć 

się z Simmonsem.

- Znajdę go. Teraz już wiem, kogo szukać. W dzisiejszym świecie bardzo trudno się ukryć, zwłaszcza jeśli 

tropi kogoś Sprzysiężenie. - Hebert ponownie popatrzył na rozlewisko i przesunął się na skraj pomostu. - 
Quinn długo nie wraca. Zaczynam się zastanawiać, czy powinienem...

Nagle ryknął z bólu.
Maczeta niemal odcięła mu rękę, w której trzymał strzelbę, poważnie uszkadzając kość i ścięgno. Broń 

upadła na pomost, a Eve rzuciła się w jej kierunku.

- Nie! - Joe wypluł kawałek trzciny, który trzymał między zębami. - Trzymaj się od niego z daleka. - 

Wynurzył się z błota tuż przy pomoście, złapał Heberta za kolana i wciągnął go do rzadkiej mazi.

Hebert rozpaczliwie usiłował się bronić. Eve dostrzegła w jego lewej dłoni błysk metalu.
Dobry Boże, przecież on ma nóż, a Joe już nie mógł się posłużyć swoją maczetą!
Eve sięgnęła po strzelbę, ale nie dała rady wziąć Heberta na cel. Mężczyźni walczyli zażarcie, sczepieni ze 

sobą, ledwie widoczni w tej mazi i niemal w niej zanurzeni. Mogła trafić Joego.

Zeskoczyła z pomostu i zrobiła kilka kroków w ich kierunku.
- Joe, odsuń się od niego choć na chwilę! Nie mogę...
W pewnym momencie ujrzała, jak Joe uderza krawędzią dłoni w rękę Heberta, a nóż, wirując, wpada w 

błoto.

Potem Joe się uniósł i skoczył na Heberta, zacisnął mu dłonie na gardle i wepchnął jego głowę w błoto. 

Zaatakowany rozpaczliwie wymachiwał rękami i nogami, usiłując się wynurzyć i zaczerpnąć powietrza. 
Dusił się.

- Joe - szepnęła Eve.
Przez chwilę nie miała pewności, czy ją usłyszał, lecz gdy zerknął na nią z ukosa, zorientowała się, że 

stracił nad sobą kontrolę.

background image

Joe zaczerpnął powietrza i jeszcze mocniej zacisnął dłonie. Eve usłyszała trzask łamanego karku Heberta.
Zwolnił uścisk, wstał i cofnął się.
- Spodziewałem się, że będzie gorzej - sapnął.
- Czemu? - Eve nie mogła uspokoić oddechu. - Rzucając maczetą, niemal odrąbałeś mu dłoń.
- Celował do ciebie.
Zadrżała, spojrzawszy na Jules’a Heberta. Leżał w błocie, z twarzą zanurzoną w brunatnej mazi.
- Zrobił ci krzywdę? - zapytał Joe.
Eve odwróciła się ku niemu. Był cały pokryty błotem. Wyglądał jak przerażający potwór z bagien, który 

wynurzył się z topieli, aby nieść śmierć, krew i przemoc.

- Cholera, jesteś ranna? - dopytywał się.
- Nawet mnie nie dotknął. A ty? Wszystko w porządku?
- Tylko kilka siniaków. Nawet ich nie widać pod tym brudem. Uwalałaś się niemal tak jak ja. Dlaczego u 

licha nie trzymałaś się od tego z daleka?

Bo nie mogła bezczynnie patrzeć, jak Joe walczy o życie.
- Miał nóż.
- A ja wyglądałem na bezbronnego?
Skąd, wyglądał przerażająco. Usiłowała się uśmiechnąć.
- Przypominasz potwora z bagien.
- I tak się czuję. - Chwycił Eve za ramiona i spojrzał jej w oczy. - Posłuchaj, to się już nie powtórzy. Nigdy 

więcej nie pozwolę, abyś nadstawiała karku. Nigdy więcej. I mam gdzieś równouprawnienie. - Odwrócił się i 
ruszył ku łodzi Heberta. Chwycił się burty i wtoczył do środka. - Zaraz wracam. Zostawię łódź za zakrętem, 
tam gdzie przycumowałem motorówkę. Potem wrócimy do miasta i doprowadzimy się do porządku.

- Co z Dufourem?
- Już nas nie będzie prześladował.
B y ł e m  m a s z y n ą  d o  z a b i j a n i a. M ó g ł b y m  z n ó w  s i ę  n i ą  s t a ć.
Zadrżała, patrząc na ciało Heberta.
- Co z nim?
- Niech gnije - skrzywił się Joe. - No dobrze, wiem. Jestem nieczułym sukinsynem. Zupełnie nie dbam o 

godność zmarłych. Powiemy policji w Houma, gdzie zostawiliśmy zwłoki.

- Jeszcze nie.
- Nie? A to niespodzianka.
- Sprzysiężenie nie wie, że on zginął, a my żyjemy. Dzięki temu mamy nad nimi przewagę. Musimy z niej 

korzystać, dopóki nie napuszczą na nas następnego mordercy.

- Dowiedziałaś się od niego, co ma się zdarzyć w Boca Raton?
- Niewiele. Chociaż przecież powiedział... - Musi się nad tym zastanowić... Tak, chyba tak. Wspomniał coś 

o tygrysie, że tryby maszyny już się kręcą i wszystko jest zaplanowane do ostatniego oddechu. - Potarła 
skronie. - Sama nie wiem. Powinnam się zastanowić.

Joe nie spuszczał z niej wzroku.
- Cała drżysz. To niepokojące.
- Trochę zmarzłam.
- Jesteś wychłodzona i masz za sobą ciężkie przejścia. Październik to kiepski miesiąc na błotne kąpiele.
- Tobie to nie przeszkadza.
- Bo ja nie mam wrażliwego układu nerwowego.
- Chrzanisz.
- Naprawdę musisz czuć się źle, skoro przyznajesz, że jestem wrażliwy. Musimy wracać do hotelu i wziąć 

gorący prysznic - Joe zanurzył wiosło w wodzie. - Siedź i nie ruszaj się.

Łatwo powiedzieć. Eve odnosiła wrażenie, że wszystkie jej mięśnie drżą z zimna i ze zmęczenia. Powinna 

intensywnie myśleć, lecz jej umysł był równie wyczerpany, jak ciało.

Wiedziała, że nie pora na słabość. Myśl intensywnie, zastanów się, o co chodzi Hebertowi.
Tygrys.   Tryby   maszyny   już   się   kręcą   i   wszystko   jest   zaplanowane   do   ostatniego   oddechu.   To   może 

oznaczać śmierć, zabijanie. Co on wtedy dokładnie powiedział?

Musiała   sobie   to   przypomnieć.   Sama  śmierć  Heberta   to   nie   jest   żaden   sukces.   Nadal   będzie   górą,   a 

zbrodnie będą się powtarzały.

Mieli mało czasu.

Joe odkręcił prysznic  i puścił strumień ciepłej wody na nagie ciało Eve. Po chwili stanął obok niej i 

rozprowadził szampon po jej włosach.

background image

- Sama to zrobię. Lepiej zajmij się sobą.
- Cicho. - Namydlił ją od ramion do stóp i skierował pod prysznic. - Stój spokojnie, gorąca woda cię 

rozgrzeje, a ja w tym czasie zmyję błoto z siebie.

- Nie mam czasu. Muszę pomyśleć. Komuś grozi śmierć, Joe.
- Wiem. Już mi to mówiłaś w łodzi. Powtarzałaś to kilka razy.
- Naprawdę? Nienawidzę śmierci. Nienawidzę.
- Wiem.
- Nie rozumiem morderców takich jak Hebert. Jego nie obchodziła niczyja śmierć. Przejął się tylko losem 

brata. Miał gdzieś innych ludzi, ich ojców, braci, córeczki...

- Cii. Cieplej ci?
- Chciał zabić Jane i moją matkę. Pozbawić życia dwie cudowne osoby...
- Cieplej ci?
Drugi raz zadał jej to samo pytanie. To ją zastanowiło. Dreszcze minęły, podobnie jak uczucie chłodu.
- Tak.
- To dobrze. - Joe wyszedł spod prysznica i sięgnął po ręcznik. - Wobec tego teraz się osuszysz i położysz 

do łóżka.

- Mogę...
- Cicho.
- Wiesz co? Tak naprawdę to nie wierzyłam w istnienie Sprzysiężenia, dopóki nie usłyszałam słów Heberta. 

Wydawało mi się to nierealne. Teraz już wiem, że to prawda. To oni napuścili Heberta na Jane i mamę, to oni 
kazali mu odebrać im życie. Trzeba ich powstrzymać. Tyle zła...

- Tak.
- Jennings twierdził, że miał to cały czas przed nosem, ale tego nie dostrzegał. Czego on nie dostrzegał? O 

co mu chodziło, Joe?

- Później o tym porozmawiamy. - Owinął ją suchym ręcznikiem i delikatnie podprowadził do sypialni. - 

Wskakuj do łóżka, a ja się osuszę.

- Jeśli miał to przed nosem, to my też byliśmy blisko.
- Jedyne, co masz przed nosem, to łóżko.
- Nie mogę spać. Muszę wszystko rozważyć.
- Niczego nie będziesz rozważała, dopóki nie wypoczniesz. - Wziął ją za rękę. - Chodź, przytulę cię i 

ogrzeję, a ty się pozastanawiasz. - Wsunął się pod kołdrę, przyciągnął Eve do siebie i objął. - Lepiej?

Lepiej? Ciepło i bezpieczeństwo z jednej strony, nieuchronność śmierci z drugiej.
- Nie pozwól mi spać.
- Zrobisz, co zechcesz. To zależy tylko od ciebie. Mogę ci tylko przyrzec, że zawsze będę przy tobie, aby 

cię zbudzić o poranku.

Cudowna obietnica, piękna obietnica...
Słodko-gorzka obietnica.
- Jesteś spięta - zauważył Joe. - Spróbuj się odprężyć. Wykorzystaj tę chwilę, Eve. Chcę ci ją ofiarować.
A ona chciała ją przyjąć. Odprężyła się w jego ramionach.
- Otóż to.
- Popełniamy błąd.
- Ćśś. - Pogłaskał ją po włosach. - Nigdy nie dyskutuj z potworem z bagien.
Uśmiechała się. A może płakała? Pewnie i jedno, i drugie.
- Nie przeszło mi to przez myśl. Jeśli potwór z bagien teraz się zamknie, spróbuję pomyśleć.
- Dojdziemy do porozumienia. - Ucałował ją w skroń. - Zamknij oczy: łatwiej się skoncentrujesz.
Chciał, aby zasnęła.
Bała się, że spełni jego życzenie. Powieki tak bardzo jej ciążyły...
Nie,   musi   wziąć   się   w   garść   i   zastanowić   nad   słowami   Nathana   i   Jenningsa.   Pora   oczyścić   umysł, 

przypomnieć sobie to, czego się dowiedziała od Heberta, zanim Joe odebrał mu życie.

Nie mogła zamykać oczu, do cholery.

HOUMA
3.35
27 października

Cały czas miałem odpowiedź przed nosem...
I tak nie uratujesz starego tygrysa...

background image

Wszystko jest zaplanowane, do ostatniego oddechu.
Królewskie wesela... Igrzyska olimpijskie...
- O Boże. - Eve gwałtownie usiadła na łóżku. - Joe, chodzi o pogrzeb.
- Co takiego? - Joe podniósł głowę i oparł się na łokciu. - Co ty wygadujesz?
- Oni rzeczywiście się spotkają w Boca Raton. Znaleźli pretekst. W grę nie wchodzą ani igrzyska, ani 

wesele. To pogrzeb. W Boca Raton odbędzie się pogrzeb tak ważny, że pojawią się na nim osobistości z 
całego świata.

Joe skinął powoli głową.
- To brzmi prawdopodobnie.
- No bo po co wysyłają do Boca swojego najlepszego skrytobójcę? - Eve zrobiło się niedobrze. - Jezu, 

zastanawiam się,  ile ważnych  osobistości straciło  już życie,  żeby członkowie Sprzysiężenia mogli mieć 
pretekst do spotkania.

- Zaraz, zaraz. Nie mamy jeszcze pewności, że się nie mylisz.
- Nie mamy pewności, że się mylę. - Eve spuściła nogi na podłogę. - Hebert mówił tak, jakby człowiek, 

którego kazano mu zabić, jeszcze żył. Stwierdził, że go nie powstrzymam, co oznacza, że dotąd nie wykonał 
swojego zadania. Może znajdziemy sposób, aby go ocalić.

- Pod warunkiem, że się dowiemy, o kogo chodzi.
- Z pewnością jest na tyle znany,  że jego śmierć zwróciłaby uwagę całego świata. - Eve intensywnie 

myślała. - Zapewne nie chodzi o artystę estradowego lub gwiazdę filmową. Ten człowiek mieszka w Boca 
Raton i pragnie tam spocząć po śmierci. W przeciwnym wypadku zebranie zorganizowano by gdzie indziej. - 
Sięgnęła po telefon. - Jaki jest numer komórki Nathana?

Joe wsunął dłoń do kieszeni i wyciągnął notes z numerami.
- Racja, Nathan to dziennikarz. Z pewnością potrafi wskazać potencjalną ofiarę.
- Poza tym w tej chwili znajduje się w Boca. - Eve pospiesznie wystukiwała numer telefonu Nathana. - My 

też powinniśmy tam być. Zarezerwuj nam bilety z Nowego Orleanu, a ja porozmawiam z Nathanem.

Rozdział dziewiętnasty

- Chryste. - Nathan wysłuchał Eve i przez chwilę nie potrafił wykrztusić ani słowa. - To z pewnością 

Franklin Copeland.

Eve przeszył dreszcz.
- Co takiego?!
- Dziwne, że się nie domyśliliście. Od kilku dni wiele się o nim pisze w gazetach i mówi w telewizji. Stary 

Tygrys to schorowany człowiek.

- Nie interesowaliśmy się najświeższymi wiadomościami.
- To zrozumiałe. Mieliście co innego na głowie.
- Stary Tygrys - powtórzyła. - Właśnie takich słów użył Hebert.
- To przezwisko Copelanda z czasów, kiedy służył w randze pułkownika w Wietnamie. Potem wybrano go 

na prezydenta. Bohater wojenny,  były prezydent Stanów  Zjednoczonych, od piętnastu  lat udziela się w 
UNESCO. Śmiem twierdzić, że jego pogrzeb ściągnąłby najznamienitszych gości z całego świata.

- Nie wiesz, czy chce, by po śmierci pochowano go w Boca?
- Nie, ale się dowiem. - Zapadła  cisza. - Miałem okazję poznać Copelanda podczas jego wykładu  w 

Nowym Orleanie. Polubiłem go. To świetny gość.

Eve nie miała okazji poznać byłego prezydenta, lecz wiedziała, że opinia Nathana nie była przesadzona. 

Copeland   sprawiał   wrażenie   sympatycznego,   inteligentnego   mężczyzny,   któremu   obca   jest   pycha   i 
pretensjonalność.

- Mówimy o nim tak, jakby już nie żył - spostrzegł Nathan. - Wąglik? - Co można zrobić, aby uratować mu 

życie?

- Co mu dolega? - Wzięła głęboki oddech.
- Nie.
Przyszło jej to do głowy w pierwszej kolejności, gdyż kilka lat wcześniej panika ogarnęła Boca Raton w 

związku z pogłoskami o epidemii wąglika.

- Wobec tego co mu jest?
- Nic nadzwyczajnego. Ma problemy z sercem, dodatkowo pogłębione ciężką astmą. Od kilku lat jego stan 

jest niezły, lecz w ciągu ostatnich dwóch tygodni przeszedł kilka ataków. Trzykrotnie trafił do szpitala - 
ostatni napad astmy doprowadził do ataku serca.

- Astma... Co mogło wywołać napad? Może trucizna?
- Diabli wiedzą. Powinniśmy zwrócić się do służb specjalnych, oni sobie z tym poradzą. Wybieracie się 

background image

tutaj?

-   Najbliższym   samolotem.   Postaraj   się   znaleźć   dla   nas   nocleg   poza   miastem.   Musimy   zachować 

anonimowość. Nikt nie może wiedzieć, że Hebert nie żyje.

-   Sprytne.   Wobec   tego   zapewne   powinienem   natychmiast   skontaktować   się   z   ochroną   Copelanda   i 

powiedzieć im o naszych podejrzeniach.

- Zgadza się.
- Już jadę. Może uda się im ocalić życie staruszkowi. Dajcie znać, o której przylatujecie, to wyjdę po was.
- Mam nadzieję, że nie będzie za późno. - Zakończyła rozmowę i spojrzała na Joego. - Franklin Copeland.
Gwizdnął cicho.
- To by się zgadzało. Powszechnie znany i w dodatku ceniony.
- Pomyśleć, że chcą go zabić tylko po to, aby mieć pretekst do cholernego zebrania. - Eve poczuła pod 

powiekami piekące łzy. - Powinni się smażyć w piekle.

- Ten zjazd musi być dla nich ważny - zamyślił się Joe. - Etienne powiedział Nathanowi, że członkowie 

Sprzysiężenia spotykają się tylko w wyjątkowych sytuacjach. Chciałbym wiedzieć, o czym będą radzić teraz.

- Ja też. Dowiemy się. - Z trudem przełknęła ślinę. - Ale w tej chwili najważniejszy jest Copeland. O której 

ruszamy w drogę?

- Najbliższy samolot do Fort Lauderdale, skąd jest czterdzieści minut drogi do Boca, odlatuje o dziesiątej 

rano. Nie ma połączeń bezpośrednich.

Eve ruszyła do łazienki.
- Wobec tego pora na nas.

Nathan czekał na nich przed bramką. Eve nie musiała nawet pytać. Od razu się domyśliła.
- Przykro mi. Copeland zmarł dwie godziny temu.
Trudno jej było się z tym pogodzić. Irracjonalnie wierzyła, że zdołają go ocalić. Znowu łzy napłynęły jej 

do oczu.

- Naprawdę miałam nadzieję...
- Chodźmy stąd. - Joe wziął ją za rękę i poprowadził korytarzem. - A co ze służbami specjalnymi? Udało ci 

się do nich dotrzeć?

Nathan kiwnął głową.
- Tak, ale to nic nie dało. Straciłem mnóstwo czasu na przekonywanie ich, że warto potraktować mnie 

poważnie.   Uznali,   że   jestem   jakimś   zwariowanym   dziennikarzem,   usiłującym   rozdmuchać   wydumaną 
historię. Zadzwonili nawet do Ruska z FBI, by sprawdzić, czy w sprawie Sprzysiężenia toczy się śledztwo.

- I co, pomogło?
Pokręcił głową.
- Wczoraj po południu Rusk zginął w wypadku samochodowym. Wracał do domu z biura.
Eve osłupiała.
- Co ty mówisz?
- Został potrącony na ulicy, kiedy szedł do supermarketu.
Kolejna śmierć. Nie, kolejne morderstwo. Czy to się kiedyś skończy?
- Sprzysiężenie?
- Tak podejrzewam. Najpierw Jennings, teraz Rusk. Ktoś uszczelnia wszystkie możliwe źródła przecieku.
- Rozumiem, że sprawcy nie udało się złapać?
Nathan pokręcił głową.
- Świadek zdarzenia stwierdził, że to był stary, sfatygowany buick. Kierowca prawdopodobnie pochodził z 

Ameryki Południowej.

- Ale ludziom ze służb specjalnych śmierć Ruska akurat w tym momencie powinna chyba wydawać się 

podejrzana?

- Wypadek nie musi wiązać się ze sprawą. W biurze Ruska nikt nic nie wiedział o Copelandzie ani o 

niczym, co się tutaj dzieje.

Giną dowody... agenci mają wypadki... - przypomniała sobie słowa Heberta.
- I w rezultacie nikt cię nie słuchał - dokończyła.
- Tego nie powiedziałem. Kiedy uznali, że istnieje choć nikłe prawdopodobieństwo, że groźba zamachu na 

Copelanda jest realna, podjęli pewne działania. Było jednak za późno. Copeland już nie żył. - Nathan ciężko 
westchnął. - Nie potrafię uwolnić się od myśli, że gdybym ich przekonał, iż muszą działać natychmiast, 
ocaliłbym człowiekowi życie.

- Nie jestem pewna, czy udałoby się osiągnąć coś więcej - westchnęła Eve. - Nie mamy przecież dowodów 

na to, że Sprzysiężenie wzięło Copelanda na cel. Czy policja zamierza przeprowadzić sekcję zwłok?

background image

Nathan pokiwał głową.
- Mam nadzieję. Sądzę, że przekonałem agenta Wilsona ze służb specjalnych, aby przyjrzał się bliżej 

okolicznościom śmierci Copelanda. Dochodzenie będzie jednak prowadzone niezwykle dyskretnie. Gdyby 
się okazało, że cała ta historia jest wyssana z palca, rodzina Copelanda i jego wysoko postawieni przyjaciele 
nie puściliby tego płazem. Śmierć Copelanda powinna być równie godna, jak jego życie.

- Zatem pogrzeb odbędzie się zgodnie z planem.
- Wszystko na to wskazuje - potwierdził Nathan.
- I nic nie zakłóci planów Sprzysiężenia.
- Przynajmniej dzięki nam służby specjalne wiedzą o zbliżającym się zebraniu. - Nathan otworzył drzwi 

szarego chevroleta z wypożyczalni. - Może coś z tego wyniknie.

- Pamiętaj, że oni nie wiedzą, kogo mają szukać. - Eve wsiadła do samochodu. - Jeśli nie będą mieli 

dowodów na to, że Copelanda zamordowano, śledztwo utknie w martwym punkcie.

- Przecież my znamy jednego z członków Sprzysiężenia, który się zjawi na zebraniu - zauważył Joe. - 

Meltona.

Eve z powątpiewaniem pokręciła głową.
- To wcale nie jest przesądzone. Hebert mówił, że Melton potwornie się boi, iż Thomas Simmons go 

wyśledzi. Poza tym Melton podejrzewa, że śmierć trzech członków Sprzysiężenia z jego stanu bynajmniej 
nie była przypadkowa i obawia się, że on może być następny.

-   Zebrania   członków   Sprzysiężenia   odbywają   się   bardzo   rzadko:   każde   jest   wielkim   wydarzeniem   - 

zauważył Joe. - Aby usprawiedliwić swoją nieobecność, Melton musiałby dysponować niezbitymi dowodami 
na to, że jego życie jest zagrożone.

- Mnie też to przyszło do głowy. - Nathan wycofał samochód z miejsca parkingowego. - A zatem piłka 

wciąż jest w grze. Musimy tropić Meltona tak długo, aż się dowiemy, gdzie się odbędzie zebranie. Resztą 
zajmie się FBI.

Eve znowu pokręciła głową.
- I co nam to da? Mamy do czynienia z wysoko postawionymi osobistościami, ludźmi odgrywającymi 

wielką  rolę w swoich państwach. Jak możemy udowodnić, że postępują wbrew prawu? Poza tym skąd 
pewność, że FBI zdecyduje się wkroczyć do akcji? Najpierw muszą nam uwierzyć.

Nathan przygryzł usta.
- Nie dam za wygraną. Zbyt długo tropiłem Sprzysiężenie i zbyt długo szukałem Simmonsa, żeby teraz 

rezygnować. Wreszcie mam ślad. Faktycznie, jesteśmy zdani na własne siły, ale możemy ujawnić prawdę o 
tej cholernej tajnej organizacji. Na pewno uda się nam poznać nazwiska i twarze jej członków.

- Kto wie, może dowiemy się też czegoś więcej - zamyślił się Joe. - Dzięki mikrofonom kierunkowym 

zarejestrujemy ich rozmowy. Nagramy ich na taśmy wideo. Zrobimy zdjęcia.

- Na pewno są dobrze chronieni - zwróciła uwagę Eve. - Zbliżenie się do nich nie będzie łatwe.
- Ich najlepszy fachowiec od mokrej roboty, Hebert, już nam nie zagrozi. To nam stwarza pewne szanse.
- Nie sądzę. Z pewnością mają innych. Poza tym już po kilku bezskutecznych próbach nawiązania z nim 

kontaktu nabiorą podejrzeń. Staną się jeszcze ostrożniejsi.

Nathan bacznie spojrzał na Eve.
- Chcesz przez to powiedzieć, że mamy się wycofać?
- Skąd. Po prostu tak widzę całą sytuację. Pewnie nie osiągniemy wszystkiego, co byśmy chcieli, ale 

zadowolę się choćby częściowym sukcesem.

Nathan się rozpogodził.
- Jak powiedział Quinn, możemy uzyskać więcej, niż nam się wydaje. Chyba mam jeszcze szansę na 

nagrodę Pulitzera.

Mały, biały domek na plaży, do którego zawiózł ich Nathan, znajdował się zaledwie kilka kilometrów od 

miasta.

- W tak krótkim czasie nie zdołałem znaleźć nic lepszego. Sprawę wynajmu załatwiłem telefonicznie przez 

pośrednika.

- Może być. - Eve wysiadła z samochodu. - Najważniejsze, żeby nikt się tutaj nie kręcił.
- Pójdę się rozejrzeć po okolicy. Wracam za chwilę - oznajmił Joe; obszedł dookoła dom i ruszył nad 

morze.

-   Klucz   powinien   leżeć   pod   palmą,   w   skrytce...   -   Nathan   odszukał   schowek,   wystukał   odpowiednią 

kombinację w zamku szyfrowym, wyciągnął klucz i otworzył drzwi. - Wejdź. Sprawdzę, czy Quinn nie 
potrzebuje pomocy.

- Da sobie radę.

background image

- I tak wyjdę. Powinienem się bardziej starać, skoro nie ma tu Galena. Dobrze, że się stąd zabrał - mruknął 

z niechęcią.

Eve   z   irytacją   pokręciła   głową   i   zamknęła   za   sobą   drzwi.   Denerwowała   ją   ta   cała   troska   o   jej 

bezpieczeństwo. Czemu nikt nie zatroszczył się o tamtego starego człowieka. Zawiodła nawet jego osobista 
ochrona z rządowych służb specjalnych. Jak Hebert zdołał go zamordować?

Przeszła przez pokój, włączyła telewizor i zaczęła oglądać CNN.
Na ekranie pojawiła się twarz Franclina Copelanda. Wspomnienie pośmiertne.  Eve opadła na kanapę, 

uważnie wsłuchując się w każde słowo. Zobaczyła żonę zmarłego, Lily. Pokazano ją podczas odwiedzin w 
szpitalu, kiedy Copeland kilka tygodni temu doznał ataku serca. Lily była szczupłą, elegancką kobietą po 
siedemdziesiątce. Rzucało się w oczy, że małżeństwo to łączyły wyjątkowo trwałe więzi. Autorzy programu 
wymienili na koniec liczne zasługi byłego prezydenta z uwzględnieniem jego działalności charytatywnej. 
Zmarły zrobił w życiu wiele dobrego. Eve nie miała pojęcia, że pracował dla chrześcijańskiej organizacji 
dobroczynnej Habitat for Humanity. Wcześniej nie zwracała uwagi na dokonania Copelanda. Zainteresowała 
się nim dopiero teraz, a najbardziej obchodziły ją okoliczności jego śmierci.

Kilka minut później do domu weszli Nathan i Joe. Joe usiadł na kanapie obok Eve.
- Coś istotnego? - spytał.
- Uroczystości pogrzebowe odbędą się pojutrze w katedrze Świętej Katarzyny.
- Dwudziestego dziewiątego października - uzupełnił Joe. Był zamyślony.
- Tak jest - Eve ruchem głowy wskazała na telewizor: Kim Basinger wsiadała do samolotu w Los Angeles. 

- Kiedyś poleciała z Copelandem do Afryki, by wspierać akcję charytatywną UNESCO. Jest w drodze na 
pogrzeb.

- Wątpię, czy jest członkinią Sprzysiężenia - skomentował sucho Nathan.
-   Wcześniej   pokazywali   Jamesa   Tarranta,   brytyjskiego   magnata   prasowego,   który   wprost   z   jakiegoś 

zebrania spieszył na lotnisko w Londynie. Komentator przytoczył jego słowa. Tarrant podobno stwierdził, że 
świat stracił wielkiego człowieka i on zamierza złożyć mu hołd.

- Wzruszające - burknął Joe.
Nathan przytaknął mu skinieniem głowy.
- Trudno jest odróżniać ziarno od plew. Melton może nam w tym pomóc. - Odwrócił się ku drzwiom. - Idę 

do redakcji lokalnej gazety. Spróbuję się dowiedzieć, kiedy Melton ma się zjawić w Boca. Dam wam znać, 
gdy tylko wpadnę na jakiś trop.

- Potrzebujemy zdjęć Thomasa Simmonsa. Spróbujesz zdobyć kilka?
- Ach, tego człowieka z mroku?
Dobrze powiedziane, pomyślała Eve. Simmons cały czas skrywał się w mroku, uciekając przed ścigającym 

go Hebertem.

- Ten „człowiek z mroku” usiłował mnie zabić, i ma na swoim sumieniu co najmniej trzech członków 

Sprzysiężenia. Chcę znać jego twarz.

- Ja już wiem, jak wygląda. Tuż po przyjeździe do Boca wszedłem na strony internetowe Kalifornijskiego 

Instytutu  Technologicznego  i  ściągnąłem  zdjęcie  personelu.  Dodatkowo  odnalazłem  fotografię  z  gazetki 
studenckiej. Zrobię kilka odbitek dla ciebie i dla Quinna.

- Jak się nazywa ten agent ze służb specjalnych, z którym rozmawiałeś w sprawie Copelanda? Wilson? - 

zainteresował się Joe. - Jest pewnie jeszcze za wcześnie, ale sprawdzę, czy już pojawiły się wyniki sekcji 
zwłok.

- Tak, Pete Wilson - twarz mu się zachmurzyła. - Mam nadzieję, że będziesz miał więcej szczęścia ode 

mnie. - Wyszedł, zamykając za sobą drzwi.

Eve wbiła wzrok w Joego.
- Co dalej?
- Potrzebny nam samochód. Poza tym musimy zdobyć sprzęt do podsłuchu i prowadzenia obserwacji. 

Wprawdzie zbyt mało wiemy, ale może Nathanowi tym razem się poszczęści i zdobędzie jakieś informacje. 
Resztą zajmę się sam.

-   Zaraz.   -   Zawahała   się.   -   Zadzwońmy   do   Galena.   -   Uniosła   dłoń,   widząc,   że   Joe   otwiera   usta,   by 

zaprotestować.   -   Galen   to   między  innymi   nasz   zaopatrzeniowiec,   potrafi   zdobyć   niemal   wszystko.   Ma 
rozległe   kontakty.   Idę   o   zakład,   że   wystarczy  jeden   jego   telefon,   a   dostaniemy  wszystko,   czego   sobie 
zażyczymy, od kombinezonu astronauty do bomby atomowej. Joe, potrzebujemy go.

- Wcale nie. - Lekko się krzywiąc, po chwili zastanowienia powiedział: - Ale możemy skorzystać z jego 

pomocy.

Eve szeroko otworzyła oczy ze zdumienia.
-   Mogę   z   nim  współpracować.   Zapoznał   mnie   z   sytuacją   w   Baton   Rouge,   zapominając  o  osobistych 

background image

animozjach,   kiedy   chodziło   o   zapewnienie   ci   bezpieczeństwa.   Ja   też   mogę   teraz   o   nich   zapomnieć. 
Zatelefonujesz do niego sama czy ja mam to zrobić?

- Ja się z nim skontaktuję.
- Świetnie. - Joe ruszył do kuchni. - Zaparzę kawę, a potem zadzwonię do Wilsona i mojej jednostki, żeby 

sprawdzić, czy Carol dostała już raporty z laboratorium.

Eve z zadumą pokiwała głową i wystukała numer Galena.
- Hebert nie żyje! Hip, hip, hura! - wykrzyknął Galen, kiedy Eve przekazała mu nowiny. - Trzeba przyznać, 

że Quinn załatwił go bardzo efektownie. Moje gratulacje.

- Z pewnością się ucieszy. Zdobędziesz dla nas ten sprzęt? Lepiej, żeby nikt ze Sprzysiężenia nie wiedział, 

że Joe i ja jeszcze żyjemy.

- Drobiazg. Daj mi adres i telefon.
- Właściwie nie znam... - Dostrzegła numer na aparacie i szybko wyrecytowała go do słuchawki, następnie 

wyszła przed dom, spisała adres ze skrzynki na listy i podyktowała go Galenowi.

- W porządku - oświadczył Galen. - Ruszam w drogę. Jonas Faber nadal powinien być w Orlando. Pomoże 

nam.

- Kto to jest Jonas Faber?
- Nie zadawaj pytań, nie usłyszysz kłamstw. Po prostu przyjmij do wiadomości, że będzie nam służył 

pomocą. Poza tym postaram się dowiedzieć, gdzie odbędzie się spotkanie.

- Nathan jest już na tropie Meltona.
- Do męskiej roboty nie wysyła się chłopców. Zacznę od spraw technicznych. - Rozłączył się.
Joe stanął w drzwiach do kuchni.
- I co ci powiedział?
- Że bierze się do roboty. Dowiedziałeś się czegoś od Wilsona?
Joe pokręcił głową.
- Nie będzie sekcji.
- Co takiego?
- Lekarz prowadzący stwierdził, że doskonale zna przyczyny zgonu Copelanda i wie, że są one naturalne. 

Zmarły   był   uczulony   na   pleśń,   a   ostatnio   jego   alergia   znacznie   się   pogłębiła.   W   szpitalu   kilka   razy 
przeprowadzano mu testy, wynik był zawsze ten sam. Lekarze robili wszystko, co w ich mocy, aby utrzymać 
sterylne warunki wokół Copelanda i nie narażać go na kontakt z zarodnikami pleśni, lecz on odmawiał 
opuszczenia domu na Florydzie, nie chciał też mieszkać w plastikowej komorze. Tutaj wszędzie aż roi się od 
pleśni.

- Sekcja zwłok mogłaby wykazać inną przyczynę zgonu.
Joe ponownie pokręcił głową.
- Lekarz stwierdził, że nie będzie pogłębiał smutku rodziny bez uzasadnionego powodu. Zresztą ciało 

zawsze można ekshumować, jeśli śledztwo wykaże, że doszło do morderstwa.

Dwie godziny później przed drzwiami domku stanął czarny, wynajęty chevrolet.
Po   kolacji   zadzwonił   Jonas   Faber,   a   nieco   później   zjawił   się   osobiście.   Ich   gość   okazał   się   niskim, 

pogodnym człowiekiem, który niezwykle uprzejmie poprosił Joego, by ten poszedł z nim do furgonetki.

Joe wrócił po dwudziestu minutach, kręcąc głową.
- Coś nie tak?
-   Skąd,   wszystko   w   porządku,   pod   warunkiem  że   chcesz   otworzyć   sklep   dla   szpiegów   lub   zająć   się 

handlem bronią ręczną. Nawet FBI nie dysponuje tak wyrafinowanym sprzętem wywiadowczym jak ten, 
który   sprowadził   Faber.   Jego   furgonetka,   a   właściwie   wóz   techniczny,   stoi   na   naszym   podwórku   - 
uśmiechnął się Joe. - Ten człowiek zadbał o wszystko, także o szkolenie. Nie da mi spokoju, dopóki nie 
opanuję obsługi kamer i całej reszty. Chciał mnie nawet nauczyć strzelać z AK 47. Poinformowałem go, że 
trudno mnie nazwać amatorem w sprawach związanych z używaniem broni palnej.

Wóz techniczny? Eve poprosiła przecież tylko o sprzęt wywiadowczy.
- Zdaje się, że Galen nie kłamał, twierdząc, że zabiera się do roboty.

Nathan zadzwonił godzinę później.
- Melton zjawił się w Boca. Przybył dwie godziny temu i udał się bezpośrednio do domu Copelanda, żeby 

złożyć wdowie kondolencje. Drań.

- Śledzisz go?
- Każdy krok.
- Bądź ostrożny.

background image

- Daj spokój, jeszcze mi życie miłe.
- Mam do ciebie prośbę. Pojutrze wybieram się na nabożeństwo żałobne.
- Dlaczego?
- Chcę tam być. Chcę przyjrzeć się wszystkim ludziom wchodzącym do kościoła, aby później móc ich 

rozpoznać. Zdobędziesz dla mnie czarny kapelusz z ciemną woalką?

- Zdajesz sobie sprawę, że twoja obecność na pogrzebie w niczym nam nie pomoże?
Wiedziała   o   tym,   lecz   mimo   to   chciała   osobiście   pożegnać   Copelanda.   Był   wielkim   człowiekiem. 

Żałowała, że umarł, w jakiś sposób czuła się z nim związana.

- Ale też nie zaszkodzi. Nie chcę tu siedzieć z założonymi rękami. Joe i tak będzie zajęty nauką obsługi 

sprzętu wywiadowczego.

- Będziesz musiała stać w tłumie na ulicy. Aby wejść do kościoła, trzeba mieć specjalne zaproszenie.
- I tak tam pojadę.
- Niech będzie. Podrzucę wara do domu kapelusz i zdjęcia Simmonsa, gdy tylko się upewnię, że Melton 

dotarł na noc do hotelu.

-   Oto  twój   kapelusz   -   Nathan   wręczył   Eve  plastikową   torbę.   -   Nie   poszło   łatwo.   Zwykłe   sklepy  już 

pozamykano, więc poszedłem do całodobowej drogerii i kupiłem czarny kapelusz słomkowy na plażę oraz 
czarny, przejrzysty szal. Zrobisz z niego woalkę...

- Poradzę sobie. Dzięki, Nathan.
- Drobiazg. - Sięgnął do kieszeni i wyciągnął kopertę. - Simmons.
Eve wysypała zdjęcia. Na jednym Simmons stoi przed jakimś budynkiem. Drugie, portretowe, pochodziło 

z gazetki studenckiej. Zrobiono je w czasie, gdy Simmons rozpoczynał pracę dla Kalifornijskiego Instytutu 
Technologicznego.   Profesor  Thomas  Simmons   dobiega   czterdziestki,   ma   regularne   rysy  twarzy  i   lekko 
wysuniętą dolną wargę. Nosi okulary w rogowej oprawce i śmiałym wzrokiem spogląda w obiektyw.

- Wygląda sympatycznie. Trudno uwierzyć, że to morderca.
- Może się zmienił, kiedy Sprzysiężenie podjęło próbę wysadzenia go w powietrze. - Nathan rozejrzał się 

po pokoju. - Gdzie Quinn?

- Z tyłu domu, w furgonetce. Fascynuje go cały zgromadzony tam sprzęt.  Postanowił zrobić ze mnie 

dźwiękowca.

- Skomplikowana sprawa.
- Nieszczególnie. Faber zadbał o to, by sprzęt był łatwy w obsłudze.
- Wobec tego chyba wrócę do hotelu, żeby mieć oko na Meltona. W ten sposób zapewnię ci materiał do 

nagrywania. Będę w kontakcie, ale pamiętaj, że teraz już przyczepię się do Meltona jak rzep. Spotkamy się 
pojutrze, przed kościołem. - Skierował się ku drzwiom wejściowym.

- Jasne.
Gdy zamknął za sobą drzwi; Eve sięgnęła po kapelusz i szal. Obydwie rzeczy były tandetne, ale nie miało 

to znaczenia. Chodziło o to, by nikt jej nie rozpoznał i by mogła wtopić się w tłum.

- Czy Nathan przyniósł zdjęcie?
Odwróciła się i ujrzała Joego.
- Nawet dwa. - Wręczyła mu kopertę. - Na dzisiaj koniec?
W zamyśleniu pokręcił głową i wpatrywał się w fotografie.
- Powiedziałam Nathanowi, że trudno uwierzyć, aby to był morderca.
- Ja nie mam z tym trudności, ale w końcu widziałem więcej morderców niż ty.
- Może po prostu mam już mętlik w głowie - odparła z rezygnacją Eve. - Thomas Simmons był zapewne 

kiedyś bardzo dobrym, świetnie się zapowiadającym uczonym. Jego życie potoczyło się jednak złymi torami 
i został mordercą. Trudno to pojąć.

- Jak komu. Zabijanie to sprawa wyboru. Podejmujesz decyzję, a potem ponosisz jej konsekwencje. Jestem 

gliniarzem, ale bez trudu przychodzi mi oczyszczanie ulic z brudów, które na nich zalegają. - Wepchnął 
zdjęcia do kieszeni i ruszył do wyjścia. - Simmons popełnił błąd, nastając na twoje życie.

BOCA RATON
29 października

Na odgrodzonych linami ulicach przed katedrą Świętej Katarzyny było tłoczno, ludzie stali w sześciu 

rzędach. Po kilku minutach intensywnego wypatrywania Eve dostrzegła wreszcie Nathana. Natychmiast do 
niego podeszła.

- Eve? - Nathan usiłował rozpoznać twarz ukrytą pod ciemnym welonem.

background image

Skinęła głową.
- Melton jest w środku?
- Wszedł tam pół godziny temu. Pewnie chciał zrobić entrée przed przybyciem prezydenta.
- Prezydent przyjechał?
- Dziesięć minut temu - ruchem głowy Nathan wskazał czterech mężczyzn w ciemnych  garniturach  i 

okularach przeciwsłonecznych, którzy stali na schodach prowadzących do kościoła. - Tajne służby.

- Mam nadzieję, że potrafią zadbać o bezpieczeństwo głowy państwa. Copelanda nie udało im się ochronić. 

- Wpatrywała się w drzwi świątyni. - Dobrze, że prezydent Andreas tu przybył. Copeland zasługuje na to, 
żeby go pochowano z najwyższymi honorami.

- Bardzo się przejęłaś jego śmiercią.
Wzruszyła ramionami.
- Pewnie dlatego, że mam poczucie winy. Gdybym wcześniej domyśliła się sensu słów Heberta, może 

udałoby się ocalić życie Copelandowi.

-  A  może   nie.   Nie   wiedziałaś,   że   Hebert   zamierza   zabić   Copelanda,   a   potem   było   już   za   późno,   by 

cokolwiek zmienić.

- Każda minuta mogła mieć tu znaczenie. - Obojętnie patrzyła na kolejne limuzyny, które zatrzymywały się 

przed kościołem i wypuszczały pasażerów. - Nie wiem, czy... Chryste Panie! - złapała Nathana za rękę. - 
Niemożliwe, chyba oszalałam. Czy to Thomas Simmons?

Nathan znieruchomiał.
- Gdzie?
- Po drugiej stronie ulicy. W zielonej koszulce polo. Zaraz, on stoi nie dalej niż trzy metry od agenta służb 

specjalnych. - Eve nie odrywała wzroku od jakiegoś mężczyzny uważnie przypatrującego się zebranym. Te 
same wydęte usta, te same rogowe oprawki... - To on, z całą pewnością.

- Jeśli to nie on, to znaczy, że ma sobowtóra. - Nathan zaczął się przepychać przez zbity tłum. - Może uda 

się nam podejść bliżej.

Eve podążyła za nim.
Simmons. Dobry Boże, Simmons...
Thomas Simmons nagle podniósł wzrok i spojrzał prosto na Nathana, oddalonego od niego zaledwie o 

kilka metrów.

Nathan się uśmiechnął.
- Dzień dobry, czy moglibyśmy zamienić kilka...
Simmons błyskawicznie się odwrócił i zanurkował między zgromadzonych ludzi, gwałtownie roztrącając 

ich na boki. Gdy tłum się przerzedził, zaczął biec.

- Cholera! - zaklął Nathan i rzucił się w pościg.
Eve   również   usiłowała   biec,   lecz   tłok   na   ulicy   znacznie   jej   to   utrudniał.   Gdy   dotarła   do   pierwszej 

przecznicy, przystanęła zdezorientowana. Nie wiedziała, czy mężczyźni skręcili czy pobiegli prosto.

Nagle ujrzała Nathana i ruszyła za nim.
Przy następnej przecznicy Simmons wskoczył do beżowej toyoty.
Nathan przyspieszył kroku.
- Stać! Niech pan nie odjeżdża! Proszę mi pozwolić...
Toyota zjechała z krawężnika i wkrótce zniknęła w oddali.
Nathan się zatrzymał. Klnąc, na czym świat stoi, patrzył na odjeżdżający samochód.
- To był on, prawda? - Eve zatrzymała się obok. - Simmons?
- Tak sądzę. - Nathan sięgnął do kieszeni i wyjął z niej notes. - Mam nadzieję, że dobrze zapamiętałem 

numer rejestracyjny. - Zapisał go na skrawku papieru. - Jeśli auto jest z wypożyczalni, niczego się nie 
dowiemy. Jak myślisz, czy Quinn może to szybko sprawdzić?

Skinęła głową, biorąc kartkę do ręki.
- Co on tutaj robił?
- Kto to wie? Jeśli to on zabił tamtych trzech członków Sprzysiężenia, niewykluczone, że tym razem 

wybierał sobie następny cel. A może śledził Meltona, tak jak ja. A jeśli jest kompletnie walnięty, znalazł 
sobie jeszcze inny powód. - Nathan oparł się o ścianę domu i z trudem łapał powietrze. - Chryste, pora 
schudnąć. Ten sprint niemal mnie wykończył.

- Przynajmniej wiemy, że Simmons jest w okolicy.
- Fakt, z pewnością nie ścigaliśmy cienia. - Gniewnie zmarszczył nos. - Poza tym ma znacznie lepszą 

kondycję ode mnie. Muszę wracać. Zaczekam, aż Meltonowi obeschną te jego krokodyle łzy i wyniesie się z 
kościoła. - Oderwał się od ściany. - Idziesz?

Pokręciła głową.

background image

- Wracam do domu. Najpierw jednak przedyktuję numer Joemu.

DOM NAD JEZIOREM
ATLANTA, GEORGIA
15.05
29 października

Pogrzeb już trwał, kiedy Galen włączył telewizor. Jonathan Andreas, prezydent Stanów Zjednoczonych, 

stał na podium i wygłaszał mowę pożegnalną.

Gdy realizator programu pokazał wnętrze kościoła, Galen zwrócił uwagę, że wszystkie miejsca są zajęte. 

W pogrzebie uczestniczyło co najmniej półtora tysiąca ludzi. Rozpoznał kilka osobistości: Tony’ego Blaira, 
Normana Schwarzkopfa, Colina Powella. Przy gościach takiej rangi najrozsądniej byłoby...

W drzwiach stał David Hughes.
- Mogę pana na chwilę prosić?
- Jakiś problem?
- Trudno powiedzieć. - Był czymś zaniepokojony. - Czegoś nie rozumiem. Coś tu jest nie tak. Niech pan 

sam zobaczy.

Rozdział dwudziesty

-   To   nie   jest   samochód   z   miejscowej   wypożyczalni.   -   Joe   odłożył   słuchawkę.   -   W   tej   chwili   trwa 

przeszukiwanie komputerowej bazy danych. Wkrótce się czegoś dowiemy.

Eve zmarszczyła brwi.
- Mam nadzieję. Czuję niepokój na myśl, że Simmons kręci się gdzieś w pobliżu.
- Jeśli się dowiemy, gdzie dokładnie przebywa, gwarantuję, że już nigdy nie poczujesz niepokoju na myśl o 

nim.

Niespodziewanie przypomniała sobie tę przerażającą chwilę, kiedy Joe i Hebert walczyli w błocie.
- Zawsze musisz mieć...
W tej samej chwili zadzwonił telefon komórkowy.
- Mało brakowało - mruknął do siebie Joe, gdy Eve naciskała guzik na klawiaturze aparatu.
- Mam! - głos Nathana drżał z podniecenia. - Po pogrzebie Melton spotkał się przed hotelem z jakimś 

mężczyzną. Ich rozmowa trwała tylko kilka minut, a odbyła się przy stoisku z gazetami. Wiedziałem, że 
Meltona będą otaczali dziennikarze, więc postanowiłem śledzić tamtego.

- Dokąd za nim pojechałeś?
- Na lotnisko w Fort Lauderdale.
- Co takiego?
-   Właściwie   niezupełnie   na   lotnisko.   W   tamtych   okolicach   znajduje   się   opuszczona   baza   lotnictwa 

morskiego.  Toczy się o nią  spór  między miejscowym towarzystwem historycznym i zarządem lotniska. 
Właśnie stamtąd w 1945 roku wystartowały samoloty, które zaginęły w rejonie Trójkąta Bermudzkiego. W 
bazie   stoi   wielki   betonowy  budynek,   i   to   bez   wątpienia   on   posłuży  jako   miejsce   zebrania.   Otacza   go 
ogrodzenie z siatki drucianej, nikt się tam nie kręci. Jest strzeżony przez co najmniej pięciu mężczyzn, nie 
licząc tego, który rozmawiał z Meltonem.

- Lotnisko - mruknęła Eve.
- To wymarzony punkt. Po pewnym czasie od zakończenia pogrzebu członkowie organizacji pojedynczo 

opuszczą Boca, rzekomo z zamiarem powrotu do domu. Następnie przyjadą na spotkanie do bazy morskiej, a 
po zebraniu niespiesznie pojadą na lotnisko i wsiądą do swoich samolotów. Świetnie pomyślane.

- Kiedy odbędzie się to zebranie?
- Zapewne w środku nocy. Nie chcą, żeby ktoś kręcił się po okolicy. Kiedy zobaczę, że Melton opuszcza 

hotel, dam wam znać. A teraz chciałem porozmawiać z Quinnem,

Eve przekazała telefon Joemu.
Dyskutowali tylko przez kilka minut.
- Już jadę - oznajmił Joe, rozłączył się i oddał aparat Eve. - On chce, żebym wziął sprzęt wywiadowczy, 

pojechał do bazy morskiej i rozstawił urządzenia przed ogrodzeniem. Jego zdaniem nie ma  możliwości 
podejścia do budynku, bo strażników jest zbyt wielu, lecz można się ukryć w pobliżu rowu melioracyjnego 
nieopodal bazy. Nie spodziewam się żadnych trudności. Kamera i sprzęt podsłuchowy działają na odległość 
ponad półtora kilometra.

Skinęła głową.
- W drogę.
- Eve...

background image

- Ani słowa. Od kiedy tu przyleciałam, nie robię nic, tylko siedzę przed telewizorem i oglądam bandę 

hipokrytów, która opowiada światu o wspaniałym, niedawno zmarłym człowieku.

- Część z nich mówi całkiem szczerze.
- Tylko którzy? Chciałabym to wiedzieć. - Eve podeszła do drzwi. - Cały cholerny świat powinien się tego 

dowiedzieć. - I zerknąwszy na Joego przez ramię, dodała: - Tym razem nie zostawisz mnie na poboczu ani na 
bezludnej wyspie. Działamy razem. Zrozumiano?

- Niech będzie, tylko musimy... - Przerwał, bo zadzwonił telefon. Joe wcisnął guzik. - Quinn. - Przez 

chwilę nasłuchiwał. - Co takiego? - Zaniemówił. - Semtex?

BAZA LOTNICTWA MORSKIEGO W FORT LAUDERDALE
2.45
30 października

Okna białego budynku z betonu starannie zasłonięte, aby na zewnątrz nie przedostała się ani odrobina 

światła. Okolicę patrolowali ubrani na czarno ochroniarze z dobermanami.

- Następny - mruknął Joe, ustawiając ostrość w kamerze wideo. Wycelował ją na ciemnego sedana i czekał. 

Po chwili z samochodu wysiadł jakiś mężczyzna. - Tego też poznaję. Ciekawie się zapowiada. To szejk 
Hasan Ibn Abar.

Eve pokiwała głową.
- OPEC.
Przez ostatnią godzinę Eve i Joe byli świadkami niespotykanej parady znanych oraz niesłychanie bogatych 

i barwnych postaci. Eve odsunęła od ucha słuchawkę.

- W tej chwili niewiele słychać. Sygnał zanika. Przy każdym starcie samolotu pojawia się szum i słychać 

tylko trzaski.

- Powiedzieli coś ciekawego?
- Niewykluczone. Ci ludzie z całą pewnością nie zebrali się po to, aby gawędzić o pogodzie, ale nie jestem 

wielojęzyczna. Muszę się koncentrować na rozmowach prowadzonych po angielsku. O, może na tej... - 
Poprawiła słuchawkę i przekręciła gałkę urządzenia, które przed nią stało. - Teraz lepiej. - Przez chwilę 
nasłuchiwała. - Mówią coś o przełomie. Potrzebna im wyraźna większość ze względu na wysokie ryzyko... 
Czego dotyczy to cholerne ryzyko? Powiedzcie coś o tym! - skierowała urządzenie na inną część budynku. - 
Tarrant, brytyjski magnat prasowy. Mówi o pieniądzach i jakichś konsekwencjach dla Banku Światowego. 
Nie wie, co zrobią ze spłatami w razie upadku reżimu.

- Jakiego reżimu?
- Cii... - uniosła rękę, nasłuchując. Nagle zmieniła się na twarzy. - Dobry Boże.
- Eve?
Pokręciła głową. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała. Powinna opanować drżenie i słuchać dalej. To, co 

mówili teraz, należało dokładnie zarejestrować. Zerknęła na wskaźniki. Tak, wszystko się nagrywało.

Joe patrzył na nią z niepokojem.
- Jesteś blada jak ściana. Co u licha... - Umilkł, widząc minę Eve.
Po dziesięciu minutach zsunęła z ucha słuchawkę.
- Chodzi o Tamę Trzech Przełomów w Chinach. Pamiętasz ten program PBS sprzed roku? Mówiono w nim 

o tamie wznoszonej na rzece Jangcy.

- Pamiętam. To największy projekt budowlany na świecie od czasu Wielkiego Muru. Inżynierowie szacują, 

że dzięki tej zaporze uzyska się osiemnaście tysięcy megawatów prądu i rozwiąże problem powodzi.

Eve pokiwała głową.
- Na terenach zalewowych Jangcy zginęło w ostatnim stuleciu trzysta tysięcy ludzi. To krwawa rzeka. - 

Westchnęła ciężko. - Tak, Sprzysiężenie  zaatakuje tamę na Jangcy. Jego członkowie postanowili działać 
szybko, zanim zakończy się pierwszy etap prac. Na budowie wciąż panuje chaos, więc nie powinni mieć 
większych  trudności.  Muszą się jednak  spieszyć,  bo chiński  rząd zwiększa  nadzór  i wzmacnia  ochronę 
budowy.

- Sabotaż?
Przytaknęła ruchem głowy.
- Akcję chcą przeprowadzić przed trzecim listopada, gdyż tego dnia ma nastąpić uszczelnienie systemu 

bezpieczeństwa.   Właśnie   dlatego   Sprzysiężenie   musiało   się   zebrać   przed   dwudziestym   dziewiątym 
października. Innymi słowy, zaatakują w ciągu najbliższych dni. Jeśli zwolennicy sabotażu nie uzyskają 
większości i sprawa zacznie się przeciągać, będą musieli zaczekać z akcją do chwili zakończenia budowy, a 
wówczas sprawa znacznie się skomplikuje. - Eve zwilżyła językiem wyschnięte wargi. - Wyobrażasz sobie 

background image

ten ogrom zniszczeń...?

- Aż za dobrze. Dlaczego oni to robią?
- Energia produkowana przez elektrownię wodną będzie gigantycznym stymulatorem chińskiej gospodarki, 

która   i   tak   bardzo   szybko   się   rozwija   pod   rządami   obecnego   reżimu   i   Sprzysiężenie   ma   trudności   ze 
sprawowaniem nad nią kontroli. - Z goryczą zacisnęła usta. - Członkowie Sprzysiężenia najwyraźniej chcą 
zachować pełną władzę nad światem.

- Kiedy tama legnie w gruzach, razem z nią zawali się reżim, zgadza się?
- Na tym założeniu opiera się ich plan. W nowym rządzie powinni zasiąść członkowie Sprzysiężenia. To 

gra o władzę.

- Makabra.
- Koszmar. - Eve zamknęła oczy. - Bóg jeden wie, ilu ludzi zginie w wyniku sabotażu... - Po chwili uniosła 

powieki, wyprostowała się i ponownie nasunęła słuchawkę na ucho. - Ciekawe, jakie jeszcze niegodziwości 
planują. Nie powstrzymamy ich, jeśli nie będziemy wiedzieli...

- Niegodziwości? - spytał Nathan, zamykając za sobą drzwi furgonetki. - Co się dzieje?
- Mają zamiar wysadzić Tamę Trzech Przełomów w Chinach - wyjaśnił Joe.
Nathan cicho gwizdnął.
- Więc o to chodzi.
- Zdaje się, że wszyscy rozmawiają tylko o sabotażu. - Eve przekręciła gałkę. - Może dzieje się tam jeszcze 

coś ciekawego.

- Idę o zakład, że na tym nie koniec - oświadczył Nathan. - Zaraz dołączy do nich Melton. Śledziłem go aż 

do wjazdu na teren bazy. Liczyliście obecnych?

- Pięćdziesięciu dwóch - odparła Eve. - Joe zrobił każdemu zdjęcie.
- Koniecznie sfotografujcie Meltona. - Nathan przyłożył lornetkę do oczu. - Oto on...
-   Załatwione   -   poinformował   Joe,   gdy   Melton   zniknął   w   budynku.   -   Nasz   poczciwy   senator   został 

uwieczniony dla potomności.

- Twoje wysiłki nie idą na marne. Dzięki tobie prawda triumfuje, Nathan - powiedziała Eve.
- Prawda to piękne słowo. - Nathan nie odrywał wzroku od betonowej konstrukcji. - Takie czyste i proste.
- Co racja, to racja. - Joe wstał i ruszył do drzwi. - Idę się rozejrzeć. Nigdzie nie jest powiedziane, że 

ochrona cały czas będzie się trzymała terenu bazy. Nie chcę, by ktoś nas tutaj zaskoczył.

- Dobra myśl - pochwaliła go Eve i obróciła jedno z pokręteł. - Zwłaszcza że zaczęła się oficjalna część 

zebrania. Melton wygłasza przemówienie powitalne.

- Najwyraźniej wszyscy już dotarli na miejsce. Pójdę zatelefonować do FBI, a potem sprawdzę, czy mogę 

się na coś przydać Quinnowi - powiedział Nathan i skierował się do drzwi.

- Nathan, zaczekaj - zawołała Eve.
- Musimy się pospieszyć, bo inaczej cała impreza... - urwał, ujrzawszy pistolet w jej dłoni. - Eve? Co ty u 

licha wyprawiasz?

- Franklin Copeland był bardzo dobrym człowiekiem. Nie miałeś ani krztyny wyrzutów sumienia, gdy 

zmarł?

Nathan wpatrywał się w nią z osłupieniem.
- Niby czemu? Przecież to nie ja go zabiłem.
- Zgadza się, nie ty odebrałeś mu życie. Ty tylko pozwoliłeś mu umrzeć.
Znieruchomiał.
- Co ty wygadujesz? Przecież poinformowałem o wszystkim służby specjalne. Nikt nie chciał mi uwierzyć.
-  Tego   samego   popołudnia   Joe   skontaktował   się   z   nimi   i   dowiedział   się   kilku   interesujących   faktów. 

Informacje o Sprzysiężeniu przekazałeś im cztery godziny po rozmowie ze mną. Cztery godziny to mnóstwo 
czasu, Nathan.

-   Dotarcie   do   odpowiednich   osób   musiało   trochę   potrwać.   Rozumiesz,   biurokracja.   Zresztą   te   cztery 

godziny w niczym nie zmieniłyby sytuacji.

-   Owszem,   zmieniłyby,   ale   ty   celowo   zachowywałeś   się   tak,   aby   służby   specjalne   uznały   cię   za 

niezrównoważonego. Agent Wilson oświadczył, że ich zdaniem dostałeś ataku szału. Nic dziwnego, że nikt 
ci nie uwierzył.

- Cholera, po prostu się niepokoiłem. Nie potrafiłem ich skłonić do wysłuchania mnie. Zresztą i tak nie 

natrafiliby na nic podejrzanego. Hebert nas przechytrzył.

- Prawdę mówiąc, coś jednak znaleźli, kiedy Joe przekonał ich, żeby poszli wraz z nim przeszukać dom 

Copelanda. Okazało się, że filtr instalacji wentylacyjnej w sypialni był pokryty substancją, która przenika do 
płuc i wywołuje w nich reakcje zbliżone do tych, jakie się pojawiają w zetknięciu z zarodnikami pleśni. Z 
każdym oddechem Copeland coraz bardziej osłabiał płuca. Nic dziwnego, że nękały go gwałtowne ataki 

background image

astmy.

- Okropne.
- Hebert wspomniał, że wszystko jest zaplanowane „do ostatniego oddechu”. Jestem przekonana, że ich 

lekarze dokładnie wymierzyli ilość toksycznej substancji, tak aby zgon nastąpił nie później niż dwudziestego 
siódmego.   Przewidywali,   że   pogrzeb   odbędzie   się   dwa   dni   później   i   nikogo   nie   powinien   zdziwić   ich 
przyjazd   przed   dwudziestym   dziewiątym.   -   Przerwała   i   powtórzyła   po   chwili:   -   Copeland   był  dobrym 
człowiekiem. Nie trzeba było pozwolić mu umrzeć.

- Już ci powiedziałem... - Nathan patrzył jej prosto w oczy. - Po raz drugi użyłaś tych samych słów. To 

niedorzeczne. Dlaczego miałbym pozwolić mu umrzeć?

-   Bo   nie   chciałeś,   żeby  zebranie   Sprzysiężenia   zostało   odwołane.   Cieszyłeś  się   na   myśl,   że   wszyscy 

najważniejsi jego członkowie tu przyjadą. Zaplanowałeś sobie przebieg wypadków od chwili, kiedy Etienne 
poinformował cię o spotkaniu członków Sprzysiężenia w Boca Raton.

- Wcale mi tego nie powiedział.
- Ależ tak, jak najbardziej. Dlaczego miałby to przemilczeć? Lubił cię i wierzył ci. Urabiałeś go przez dwa 

lata i doskonale znałeś jego uczucia.

- Dwa lata?
- Od czasu, gdy podjął pracę w laboratorium.
- Co?
- Na litość boską, przestań udawać idiotę! To już koniec! Nie nazywasz się Bill Nathan!
Uniósł brwi.
- Nie? - Z niedowierzaniem potrząsnął głową. - Wobec tego jak się nazywam? Niech pomyślę. Dobry 

dziennikarz powinien zgadnąć, do czego zmierzasz. Wierzysz, że jestem Thomasem Simmonsem?

Pokręciła głową.
- Kolejna bujda. Sądziłeś, że uda ci się w nieskończoność ukrywać, iż Harold Bently to ty?
Otworzył usta ze zdumienia.
- Co ty wygadujesz? Straciłaś rozum?
- Koledzy Joego poinformowali go o szczegółach wybuchu, podczas którego zginął Jennings. Ładunku nie 

umieszczono w samym samochodzie. On znajdował się w czaszce, a odpalony był drogą radiową. - Eve na 
chwilę zamilkła. - To nie była ta czaszka, nad którą ja pracowałam. Zresztą wcale nie należała do człowieka. 
Świetna imitacja, plastik pokryty gliną. Rzecz jasna, ktoś musiał czaszkę podmienić. Zadałam sobie pytanie, 
kto miał okazję to zrobić i po co to uczynił. Potem zatelefonował Galen i powiedział mi, że Hughes dostrzegł 
jakiś metalowy przedmiot pod werandą w domu nad jeziorem. Okazało się, że jest to bardzo małe, wysokiej 
klasy urządzenie podsłuchowe, o dużym zasięgu. Intensywne deszcze wypłukały aparat ze sterty liści. Ktoś 
chciał dokładnie wiedzieć, co się dzieje w naszym domu, a Hebert z pewnością nie podszedłby tak blisko. 
Rzecz w tym, że ty spędziłeś większość wieczoru na werandzie, i pamiętam, że stałeś na schodach, kiedy 
wychodziłam   z   domu   po   wybuchu   samochodu   Jenningsa.   Mogłeś   podsłuchać   rozmowę   Jenningsa   z 
Ruskiem,   a   następnie   wysadzić   auto   w   powietrze.   Wszystko   do   siebie   pasuje.   Poprosiłam   Galena   o 
odszukanie kilku zdjęć Simmonsa i przeskanowanie ich do komputera. Uwaga, uwaga: Victor wcale nie był 
Haroldem Bentlym, tylko Thomasem Simmonsem.

Bently milczał przez chwilę.
- Niedobrze - stwierdził w końcu. - Zdaje się, że wszystkie elementy układanki są już na swoich miejscach.
-   Ostatniego   wieczoru   znowu   usiłowałeś   wszystko   pogmatwać,   wręczając   nam   zdjęcia   rzekomego 

Simmonsa. Były to komputerowo obrobione fotografie z Kalifornijskiego Instytutu Technologicznego, a w 
miejsce   Simmonsa   wstawiłeś   kogoś   innego.   Takie   sztuczki   to   teraz   łatwizna,   wystarczy   odpowiedni 
program, prawda? Kim był tamten mężczyzna pod kościołem?

- Jakiś przypadkowy gość, którego znalazłem w miejscowych slumsach. Dałem mu za to parę groszy. 

Nieźle się spisał, prawda?

- Dlaczego zadałeś sobie tyle trudu?
- Przyszło mi do głowy, że nabierzecie podejrzeń, jeśli nie przedstawię jakiegoś namacalnego dowodu.
- A kiedy podmieniłeś czaszki?
-   Gdy  pakowałem   twój   sprzęt,   w   chwili   wyjazdu   z   domu   Galena.   Właśnie   dlatego   musiałem   wtedy 

pojechać   z   wami.   Nie   mogłem   dopuścić,   żebyś   wyjęła   czaszkę   z   kuferka   z   zamiarem   definitywnego 
zakończenia pracy.

- Bo ta podmieniona przez ciebie czaszka miała twoją twarz, a Victor to był Simmons. Sporo ryzykowałeś.
- Niespecjalnie. Tak bardzo przejmowałaś się życiem i zdrowiem swojej córki, że nie myślałaś o Victorze. 

Poza   tym   nigdy   nie   oglądasz   zdjęć   ludzi,   których   czaszki   rekonstruujesz.   Wiedziałem,   że   w   końcu 
zorientujesz się w tym wszystkim, lecz miałem nadzieję, iż niezbyt szybko.

background image

-   Innymi   słowy  miałeś   nadzieję,   że   Hebert   mnie   zabije,   zanim   porównam   zdjęcia   i   zrekonstruowaną 

czaszkę, tak?

- Nadzieja to niedobre słowo. Po prostu musiałem tak postąpić w tej fatalnej sytuacji. Od chwili, gdy 

Hebert   wciągnął   cię   do   gry,   wiedziałem,  że   musisz   umrzeć.  Wcale   nie   chciałem   pozbawiać   cię   życia. 
Szanuję cię i podziwiam.

- Pewnie dlatego przekupiłeś Marie, żeby mnie otruła.
- Starałem się zyskać na czasie. Gdybyś umarła, musieliby znaleźć innego plastyka sądowego. Grałem na 

zwłokę. Opóźnienie było mi potrzebne.

- Tymczasem Hebert postanowił zabić Marie, abym nie podejrzewała, że ktoś wziął mnie na cel. Przecież 

mogłabym się przestraszyć i zrezygnować z dalszej pracy.

- Zgadza się, niech go wszyscy diabli. Zajęłaś się rekonstrukcją, a ja miałem kłopoty z czasem. Gdyby 

członkowie Sprzysiężenia dowiedzieli się, że żyję, puściliby za mną wszystkie gończe psy. Doskonale wiem, 
jak wielka  jest władza tych  ludzi. Nie  minąłby tydzień, a  wpadliby na mój  trop.  Nie mogłem do tego 
dopuścić. A musiałem czekać jeszcze pół miesiąca, żeby Sprzysiężenie się tutaj zebrało.

- I dlatego zabiłeś Jenningsa?
- Nie planowałem tego, jego działania były mi  na rękę. Gdyby zidentyfikował czaszkę, Sprzysiężenie 

zajęłoby się Simmonsem. Chciałem czaszkę zniszczyć, dlatego umieściłem w niej ładunek wybuchowy, i 
zwalić winę na Heberta. Jennings jednak zaczął się domyślać, co Hebert planuje w Boca Raton, i musiałem 
go powstrzymać.

- Zginęło tylu ludzi... - Eve pokręciła głową. - Dlaczego nie zabrałeś tego swojego ogniwa paliwowego i 

nie wyjechałeś z kraju? Przecież mogłeś kontynuować pracę gdzie indziej.

- Wiedziałem, że Sprzysiężenie nigdy nie przestanie na mnie polować. Znaleźliby sposób na całkowite 

wyeliminowanie mnie, podobnie jak to uczynili z Simmonsem i jego wynalazkiem. - Zacisnął gniewnie usta. 
- Zdajesz sobie sprawę, jak rewolucyjnym dziełem jest ogniwo paliwowe? Ilu milionom ludzi pomogłoby w 
życiu?   Dzięki   niemu   udałoby   się   oczyścić   naszą   planetę.   Organizacja   nie   chciała   na   to   pozwolić. 
Zagrażaliśmy jej zyskom, jej władzy. Zniszczyli nas, bo niszczą wszystkich ludzi, których osiągnięcia uznają 
za niebezpieczne dla siebie. - Bently uśmiechnął się z goryczą. - Pomyśl sama. Przypomnij sobie, ile razy 
czytałaś   o   doskonałych   rozwiązaniach   technicznych,   po   których   wkrótce   ginął   słuch?   Pamiętasz 
skonstruowany w Dayton samochód z niezwykle wydajnym silnikiem elektrycznym, który spełniał wszyst-
kie wymogi obrońców środowiska? Wynalazcy są zawsze przekupywani lub zastraszani - albo wykpiwani 
przez środki masowego przekazu, organizacje konsumenckie oraz rząd. Znikają, jakby nigdy nie istnieli. No 
więc   wraz   z   Simmonsem   postanowiliśmy,   że   my   nie   znikniemy.   Ja   miałem   pieniądze,   a   on   ogniwo 
paliwowe.   Zamierzaliśmy   dokończyć   prace   nad   ostateczną   jego   wersją,   potem   poszukać   potężnych 
sponsorów i ruszyć do walki.

- Rzecz w tym, że Hebert podłożył bombę pod wasze laboratorium.
Bently skinął głową.
- Simmons zginął na miejscu. Moje ubranie stanęło w płomieniach, ale udało mi się wczołgać do błota i 

ugasić ogień. Potem znalazł mnie Etienne.

- Pomógł ci?
-   Zabrał   mnie   do   domku   w   Houma   i   pielęgnował   przez   kilka   miesięcy.   W   sejfie   na   wyspie 

przechowywałem mnóstwo pieniędzy, lecz Etienne bał się wezwać lekarza. Kilka razy śmierć zaglądała mi 
w oczy. Rurowałem się i zastanawiałem, co robić. Chciałem kontynuować pracę Simmonsa, lecz samotna 
walka   ze   Sprzysiężeniem   równała   się   samobójstwu.   W   pewnej   chwili   uświadomiłem   sobie,   jakie   jest 
najlepsze   wyjście:   media.   Czego   najbardziej   obawia   się   tajna   organizacja?   Ujawnienia,   rzecz   jasna. 
Namówiłem Etienne’a, aby zatelefonował do Billa Nathana i poprosił go o dyskretne spotkanie ze mną. 
Uznałem, że mogę liczyć na jego poparcie.

- I co, przeliczyłeś się?
- Traktował mnie życzliwie, dopóki nie dowiedział się, że sprawa jest ryzykowna. To był żałosny tchórz. 

Wiedziałem, że po spotkaniu ze mną natychmiast uda się do Meltona. Nie mogłem na to pozwolić. Nie po 
tym wszystkim, co przeszedłem.

- Zabiłeś go i zacząłeś się za niego podawać.
- Łatwo poszło. Był rozwiedziony i pracował jako wolny strzelec, więc dużo podróżował po całym stanie. 

Miałem poparzoną  twarz, więc i tak musiałem się poddać operacji plastycznej.  Poprosiłem Etienne’a o 
kupienie mi fałszywego prawa jazdy i paszportu, a następnie wyjechałem na Antiguę, gdzie wykonałem 
trochę roboty. Z wyglądu przypominałem Nathana, więc należało tylko poprawić kilka elementów twarzy, 
żebym upodobnił się do niego jeszcze bardziej.

- Czy właśnie wtedy wykonałeś tę plastikową czaszkę?

background image

- Nie, zrobiłem to później. Pomyślałem, że może mi się przyda, gdy moje próby wyeliminowania ciebie z 

gry spełzną na niczym.

-   Może?   Jakoś   nie   wyobrażam   sobie,   żebyś   zdawał   się   na   żywioł.   Mogę   się   założyć,   że   wszystko 

zaplanowałeś w najdrobniejszych szczegółach.

- Wiedziałem, że kupowanie komponentów do ogniwa paliwowego może zwrócić uwagę pewnych osób. 

Znałem   szczegóły   wynalazku   Simmonsa   i   potrafiłem   odtworzyć   całość,   ale   organizacja   mogła   nabrać 
wątpliwości co do mojej śmierci. Musiałem się odpowiednio przygotować.

- Przygotować do zamachu na moje życie?
- Bomba mogła być dla ciebie, ale mogłaby też być sympatycznym podarunkiem dla Sprzysiężenia na jego 

następnym zebraniu. Stało się jednak inaczej: Jennings. Przeznaczenie.

- Morderstwo.
- Jakkolwiek to nazwać, robiłem tylko to, co musiałem, aby przetrwać. Poza tym chciałem ofiarować 

światu coś wartościowego - dodał z lekkim wzruszeniem ramion. - Skuteczności działania nauczyłem się od 
Sprzysiężenia. Jeśli chce się czegoś dokonać, nie wolno cofać się przed niczym.

- Innymi słowy stałeś się taki jak oni.
- Nieprawda! - Bently z trudem usiłował zapanować nad agresywnym tonem. - Zrezygnowałem z żony, 

dzieci i życia, które uwielbiałem, bo moim celem stało się naprawianie świata. Organizacja wydała na mnie 
wyrok śmierci i zmusiła do ukrywania się niczym ranne zwierzę. Nie mogłem nawet pojechać do domu, bo 
miałem   świadomość,   że   naraziłbym   rodzinę.   To   organizacja   jest   winna   całej   tej   przemocy,   jakiej   się 
dopuściłem.

Eve pokręciła przecząco głową.
- Morderstwo to morderstwo.
- Łatwo ci mówić. Niekiedy warto coś poświęcić dla szczytnego celu.
- Jakbym słyszała Heberta. Na swój sposób masz podobnie wykoślawioną psychikę. A Etienne’owi zrobiłeś 

tak gruntowne pranie mózgu, że był gotów spełnić każde twoje żądanie.

- Nie każde. Nie potrafiłem go przekonać, aby nie zawoził czaszki Simmonsa na spotkanie z Jules’em. To 

był prostoduszny chłopak, chciał zadowolić wszystkich.

- Wiedziałeś, że Jules go zabije.
- Gdyby go nie zabił, musiałbym sam to zrobić. Dlatego udałem się za Etienne’em do Baton Rouge. Nie 

chciałem ryzykować, że zacznie mówić.

Eve z niedowierzaniem potrząsnęła głową.
- To niewiarygodne. On ocalił ci życie. Skoro byłeś wtedy na miejscu, mogłeś mu pomóc.
Zacisnął usta.
- Potrzebowałem czasu. Gdy Etienne  powiedział mi,  co się tutaj  wydarzy,  zrozumiałem, że nie mogę 

zmarnować takiej okazji. Jedynym sposobem uzyskania pewności, że Sprzysiężenie nie zablokuje dalszych 
badań nad ogniwami było zebranie jego członków w jednym miejscu. Zlecieli się tutaj jak sępy do padliny - 
wbił   wzrok   w   betonowy   budynek.   -   I   teraz   są   tu   wszyscy.   Pięćdziesięciu   trzech   najpotężniejszych   i 
najbardziej egocentrycznych sukinsynów, jacy stąpają po ziemi.

- Długo tutaj nie zabawią. Joe właśnie dzwoni do agenta służb specjalnych Pete’a Wilsona, z którym 

rozmawiał dzisiaj po południu. Poprosił go, by był w pogotowiu.

- To zdumiewające, że przed tak ważną konfrontacją zostawił cię tutaj samą ze mną.
- Nie miał pojęcia, że to będzie konfrontacja. Uznał, że po prostu spędzę z tobą czas aż do przybycia służb 

specjalnych.

Bently się uśmiechnął.
-  Sęk  w tym,  że  chciałaś  zdobyć   inne  dowody,   niezwiązane  ze  Sprzysiężeniem.  Nagrywałaś   tę  naszą 

pogawędkę, przyznaj się.

- Skoro się tego domyśliłeś, to czemu ze mną rozmawiałeś?
- Bo to i tak bez znaczenia. Nieopodal cumuje łódź. Wkrótce wsiądę do niej i popłynę na Karałby, gdzie 

mam laboratorium. Uważnie obserwowałem każdą czynność Simmonsa, gdy konstruował ogniwo paliwowe. 
Potrafię odtworzyć jego wynalazek. Zresztą zasłużyłaś na moje wyjaśnienia. Sporo się napracowałaś.

- Chryste, do ciebie w ogóle nie dociera, że trzymam cię na muszce. Musisz mieć nie po kolei w głowie...
- Eve. - Drzwi się otworzyły i na progu stanął Joe. Nie wydawał się zaskoczony całą sytuacją. - Obawiałem 

się tego, co tu może zajść.

- Więc pospieszyłeś na pomoc damie - uzupełnił Bently. - Czy służby specjalne już są w drodze?
Joe kiwnął głową.
- Będą tu najpóźniej za dziesięć minut.
- Naprawdę sądzicie, że ci agenci zrobią cokolwiek w tej sprawie? Skądże. Członkowie Sprzysiężenia po 

background image

prostu oświadczą, że zebrali się na wieczór wspomnieniowy ku czci Copelanda. Zostaną przesłuchani z 
najwyższym szacunkiem, a następnie odjadą, prześcigając się w przeprosinach.

- Ale będą wiedzieli, kto się tu zjawił. Mamy taśmy magnetofonowe, nagrania wideo. Wszystko zostanie 

ujawnione.  Tajne   stowarzyszenie   przestanie   być   tajne.   Członkom  Sprzysiężenia   trudno   będzie   utrzymać 
dotychczasowy styl działania, kiedy ludzie będą im patrzeć na ręce. W końcu staną w świetle jupiterów.

- Tylko na pewien czas.
- Wystarczy - zdecydowanie stwierdziła Eve.
- Mylisz się. Jest tylko jeden sposób, żeby zniknęli na dobre. - Bently spojrzał na betonowy budynek. - 

Podczas   rekonwalescencji   nabrałem   wprawy   w   obchodzeniu   się   z   materiałami   wybuchowymi.   Etienne 
okazał się wyśmienitym nauczycielem. On sam uczył się od mistrza. Wiedział, jak bombę zmontować i tak ją 
podłożyć, by była nie do wykrycia. Mieliście pojęcie, że istnieją sposoby na zmylenie psów tropiących? - 
Etienne był dumny z wiedzy, którą dysponował.

Eve w tym momencie uświadomiła sobie, że Bently nie mówi o bombie ukrytej w czaszce.
- Blefujesz. Budynek jest zbyt dobrze strzeżony, nie miałeś szans dostać się do środka.
- Trzy tygodnie temu nie było tu ani jednego strażnika.
Rany boskie, te wszystkie półkłamstwa i półprawdy.
- Etienne dokładnie ci wyjaśnił, gdzie się odbędzie spotkanie?
Bently przytaknął głową.
- Czyżbym o tym nie wspomniał? Skoro domyśliłaś się wszystkiego innego, powinnaś wpaść także na to...
Eve ruszyła do drzwi.
- Na litość boską, zamierzasz...
Furgonetka zakołysała się gwałtownie, a pogrążoną w ciemnościach okolicę rozświetlił potężny wybuch.
Eve zatoczyła się na ścianę, pistolet wyleciał jej z dłoni, samochód zakołysał się i przechylił. Potężny 

podmuch cisnął Joem o podłogę, tak że niemal stracił przytomność.

Gdy Eve się wyprostowała,  Bently stał  już przy drzwiach. Zerknął za siebie przez  ramię. Jego twarz 

promieniała zadowoleniem.

- Śmierć jest wieczna, Eve. Nie ma nic bardziej trwałego. Koniec ze Sprzysiężeniem.
Zniknął.
Chwyciła pistolet i rzuciła się ku drzwiom samochodu.
- Nie! Zostań tu! - krzyknął Joe, otrząsając się po upadku i dźwigając się z ziemi. - Dopadnę go.
- Chryste. - Eve cofnęła się ze zgrozą. Wszędzie leżały rozrzucone wokół bryły betonu. Ocalałe resztki 

budynku stały w płomieniach.

Powoli odwróciła głowę. Bently.
Pędził w kierunku rowu melioracyjnego. Ruszyła w tamtą stronę. Joe biegł przed nią ile sił w nogach, 

powoli zbliżając się do zbiega.

Bently przebrnął przez wodę, wyskoczył z rowu i dał nura w krzaki.
Joe spojrzał na Eve.
- Cholera, kazałem ci zostać w samochodzie! Mógł podłożyć jeszcze jedną...
Ziemia   zadrżała   od   ponownej   eksplozji.   Kawały   gruzu   fruwały   we   wszystkich   kierunkach   niczym 

szrapnele.

- Padnij! - ryknął Joe.
Eve rzuciła się na ziemię, tuż nad jej głową przeleciały betonowe pociski. Miała wrażenie, że trafiła do 

wybuchającego wulkanu. Uniosła głowę i poczuła na twarzy deszcz drobnych okruchów.

- Joe, nic ci się... Joe!

Rozdział dwudziesty pierwszy

Joe leżał zwinięty na ziemi. Nie ruszał się.
Eve podbiegła do niego i opadła na kolana.
- Joe?
Był blady, miał zamknięte oczy. Z jego skroni sączyła się krew.
- Joe. Mów do mnie! Słyszysz? Mów do mnie!
Nie otwierał oczu.
Boże, nie daj mu umrzeć, modliła się.
Sięgnęła do kieszeni, żeby wyciągnąć komórkę.
Dzwoń pod 911!
Reflektory.
Rząd samochodów właśnie zajeżdżał pod bazę lotnictwa morskiego. Służby specjalne.
Nie myśl o nich, dzwoń pod 911.

background image

- Cześć! - Joe otworzył oczy. - Nic ci nie jest?
Eve pokręciła głową.
- Tobie też nie. Lekkie wstrząśnienie mózgu. - Próbowała się uśmiechnąć. - Przeraziłeś mnie. Nie chciałeś 

się obudzić. Minęły dwa dni.

Ujął jej dłoń.
- Przepraszam.
- I słusznie.
- To się nie powtórzy. - Powieki zaczęły mu opadać. - Spać...
- No to śpij.
- Zostaniesz tu?
- Żebyś wiedział.
- Bently? - Ponownie otworzył oczy. - Uciekł?
- Dostał się na swoją łódź i wypłynął na ocean. Kiedy powiedziałam służbom specjalnym, że zamierza 

uciec w ten sposób, dali znać straży przybrzeżnej. Natrafili na niego później.

- I... ? - Joe uważnie wpatrywał się w Eve.
- Łódź wyleciała w powietrze, zanim do niej dopłynęli.
- Samobójstwo?
Skinęła głową.
- I dobrze. Służby specjalne nie muszą zawracać sobie nim głowy. I tak mają kłopot z wyjaśnieniem 

okoliczności śmierci tych wszystkich grubych ryb.

- Wszyscy zginęli?
- Nie mieli szans. Są trudności z identyfikacją większości.
- Miałaś jakieś kłopoty?
- Kpisz sobie? To gigantyczne śledztwo. Służby specjalne przesłuchiwały mnie bite pięć godzin. FBI przez 

kolejne trzy. Ciebie też to nie ominie. Dzięki Bogu, że mieliśmy nagrania tych rozmów.

Joe ziewnął.
- Kiedy się wyśpię, porozmawiam z nimi, dopilnuję, żeby cię więcej nie męczyli.
- Joe, daję sobie radę.
- Niewielka pomoc nie zaszkodzi.
- Idź już spać.
- Coś jest nie tak. - Nadal się w nią wpatrywał. - Coś ukrywasz.
- Powiedziałam ci wszystko.
- Nie, coś jest nie tak z tobą. Czymś się przejmujesz. Czym?
- Nie przejmuję się... - Eve spojrzała mu w oczy. - Chodzi o to, co mówił Bently. Zastanawiał się, dlaczego 

nie odgadliśmy, że kłaniał, kiedy twierdził, że Etienne nie powiedział mu, gdzie odbędzie się spotkanie. A 
może jednak gdzieś w podświadomości wpadłam na to, tylko chciałam tę myśl odrzucić. - Popatrzyła na ich 
złączone dłonie. - Sprzysiężenie zasługiwało na zniszczenie, nie mogliśmy mieć pewności, że wystawienie 
go policji wystarczy. Czyżbym zamknęła oczy i pozwoliła Bently’emu ich wysadzić?

- Bzdury.
- Tak czy nie, Joe?
- Nie. Znam cię. - Mówił już bardzo pewnym tonem. - W natłoku tych wszystkich oszustw, tematów 

zastępczych,   półprawd   to   jedno   kłamstwo   więcej   ci   umknęło.   Nawet   jeśli   chciałaś,   żeby  Sprzysiężenie 
zniknęło z powierzchni ziemi, nie pozwoliłabyś Bently’emu wysadzić go w powietrze. Śmierć jest twoim 
wrogiem. Codziennie z nią walczysz. - Ucałował jej dłoń. - Nie myśl o tym, dobrze?

- Dobrze - odrzekła. Zwilżyła wargi.
- W porządku. - Joe zamknął oczy. - Pozwól mi teraz spać, żebym miał siłę stawić czoło tym dupkom ze 

służb specjalnych...

- To nie są dupki. Robią, co...
Joe już spał.
Eve siedziała, trzymając go za rękę i patrzyła na niego.
Znowu była spokojna. I znowu dzięki Joemu.
Nagle uświadomiła sobie, że mówił tylko o jej niewinności. Nie powiedział, że on się nie domyślił tego, że 

Bently  może   zastawić   śmiertelną   pułapkę.   Joe   był   jednym   z   najbystrzejszych   ludzi,   jakich   znała,   miał 
znakomitą pamięć. Czy domyślał się, że Sprzysiężenie może nie przetrwać tej nocy?

Mocnej uścisnęła rękę Joego.
Wiedziała, że nigdy nie zada mu tego pytania.

background image

- Czyli Bently nie żyje - powtórzył powoli Galen. - „Ci, którzy na statkach ruszyli na morze...”.
- Wracamy jutro do domu - powiedziała Eve. - Przesłuchanie się nie skończyło, ale my możemy jechać.
- Jane będzie skakać z radości. Jak tam Quinn?
- Boli go głowa. Trudno się dziwić.
- Nie doszłoby do tego, gdybym był na miejscu. Potraktuj to jako nauczkę.
- Potraktuję to jako kolejny dowód twojej próżności.
- Może i tak - zachichotał. - Zadzwonisz do Jane, czy ja mam to zrobić?
- Zadzwonię.
- Do diabła, chciałem jakoś wkraść się w jej łaski. Ucieszyłaby się i zapomniała, że ma mnie za dupka.
- Jane nigdy nie myli się w ocenie - uśmiechnęła się Eve.
- Okrucieństwo, imię twe Eve.

- Muszę natychmiast iść do biura. Moi szefowie czują się oszukani, że wiedzą mniej od federalnych. - Joe 

wstawił bagaże do domu. - Dasz sobie radę?

- Jasne.
- Spróbuj odpocząć.
- To nie ja oberwałam w głowę. - Jej spojrzenie powędrowało ponad jeziorem do spalonych drzew, gdzie 

zginął Jennings, i odruchowo do wzgórza Bonnie.

- Cholera. - Joe też tam popatrzył. - Wiem, do diabła. Nic już nam nie grozi, nie wisi nad nami żadne 

nieszczęście, a wszystko do ciebie wróciło. Wiedziałem, że tak będzie. Zawsze będziesz tym żyła.

- Co mam robić? Nie potrafię o tym zapomnieć, Joe.
- Nie jestem idiotą. Trzeba się z tym zmierzyć. Zrób mi przysługę - powiedział. - Nie myśl. Nie podejmuj 

żadnych decyzji. Jesteś zmęczona. Postaraj się żyć teraźniejszością, za kilka dni te wszystkie biurokratyczne 
formalności będziemy mieć z głowy i wtedy porozmawiamy.

- Spróbuję.
- Wracając do domu, zabiorę Jane, twoją mamę i Toby’ego. - Ruszył po schodkach. - Zajmą cię tak, że 

będziesz mogła myśleć tylko o nich.

Kiedy odjechał, Eve znowu popatrzyła na - wzgórze. Miała nadzieję, że ból minie, ale nadal w niej był. 

Dotrzymaj obietnicy, powiedziała do siebie, wchodząc do domu. Nie myśl. Żyj chwilą. To najlepsza rada, 
jaką...

Zauważyła na stoliku kartkę.

Eve,
Mam kilka spraw do załatwienia. Zadzwonię. Powiedz Jane, że nie uciekłem ze strachu przed jej groźbami.  

Nie boję się jej... prawie.

Galen.

Uśmiechnęła się i odłożyła kartkę. Kilka spraw do załatwienia? Co ten wariat planuje, do diabła...

Dwa dni później Galen zadzwonił do Eve.
- Gdzie jesteś, do cholery?
- Byłem zajęty. Pomyślałem, że cię poinformuję, co się dzieje. Dzwoniłem do Hughesa i kazałem mu 

dyskretnie   pilnować   was  aż   do  końca   tygodnia.  To  powinno  powstrzymać   media.   Przywiozłaś   Jane   do 
domu?

- Tak. Mamę też. - Eve popatrzyła na Jane i Toby’ego, bawiących się nad jeziorem. - Nie mogłaby być 

szczęśliwsza. Gdzie jesteś, Galen?

- Na Barbadosie. Musiałem zrobić sobie wakacje.
- Tak znienacka?
- Ostatnie zadanie bardzo mnie wyczerpało. Niełatwo się z tobą pracuje, Eve.
- Dlaczego jesteś na Barbadosie?
- Ze względu na słońce. Nad twoim jeziorem przemarzłem na kość.
- Galen.
Przez chwilę milczał.
- To przez moją podejrzliwą naturę. Nie sądzę, by Bently był typem samobójcy. I jakie to wygodne, że 

zginął na środku oceanu, gdzie nie da się odnaleźć jego szczątków.

- Myślisz, że to ukartował?

background image

- Jest bystry, bardzo bystry. Musi być, skoro udało mu się nabrać mnie na tyle, że uznałem go za dupka.
- Zranił twoją dumę. A to zraniło twoją ambicję.
-   No,   może   i   tak.  Teraz   biorę   pod   uwagę   różne   możliwości.   Pozbył   się   Sprzysiężenia,   największego 

zagrożenia. Miał  obsesję na punkcie ogniwa paliwowego  i mówił ci, że wie dość dużo, by samemu je 
odtworzyć. Może sfingował swoją śmierć, żeby w spokoju pracować.

- Wierzysz, że ogniwo paliwowe Simmonsa nie jest mrzonką?
- Będziemy musieli się przekonać, prawda? W każdym razie wątpię, by Bently ci zagrażał. Jesteś już poza 

kręgiem jego zainteresowań. Trochę się tu porozglądam, może czegoś się dowiem.

- A jeśli go znajdziesz?
- Wtedy się będę zastanawiał. Nie sądzę, aby jakiekolwiek środki były zbyt drastyczne.
- Kiedy wrócisz?
- Za jakiś czas. Teraz jesteś zdana na siebie. Nie tylko na siebie. Zawsze masz Quinna. Co u niego?
-   Chyba   w   porządku.   Ostatnio   właściwie   go   nie   widuję.   Od   rana   do   nocy   rozmawia   ze   służbami 

specjalnymi i FBI.

- Koszmarne. Nie zazdroszczę mu. Lubię łatwe życie. Jeśli nie znajdę Bently’ego, wyjadę na prawdziwe 

wakacje. Potem zajmę się własnym życiem. Szczerze polecam. Może zrobisz to samo?

Irytujący  sukinsyn,  pomyślała   ze  złością  Eve,  wciskając  guzik  zakończenia  rozmowy.  A ona   była   tak 

głupia, że od paru dni martwiła się o niego. Powinna była się domyślić, że znowu z czymś wyskoczy.

Jego wątpliwości co do śmierci Bently’ego nie były tak do końca nieuzasadnione. Bently wspominał jej 

przecież o łodzi i swoich przygotowaniach do ucieczki. Może po to, aby poinformowała władze, może to 
była część jego planu.

Ale teraz to tylko sprawa Galena. Ona i jej rodzina byli bezpieczni, nie chciała myśleć o Bentlym. Zgadzała 

się z Galenem, że nawet jeśli Bently żyje, nie ma powodu atakować jej ani Joego.

Wyszła na werandę i zapatrzyła się na jezioro. Dziś woda wyglądała pięknie i spokojnie. Gdyby Eve nie 

wiedziała, że Hughes i jego ludzie krążą dyskretnie po terenie, wszystko byłoby tak jak wtedy, zanim dostała 
tę analizę DNA.

Jej wzrok powędrował z jeziora na wzgórze. Czy kiedykolwiek będzie mogła spoglądać na ten grób, nie 

wspominając jednocześnie Jules’a Heberta i jego śmierci na bagnach? I nagrobka z przekreślonym imieniem 
Bonnie, wysmarowanego okropną czerwoną farbą?

Zajmij się własnym życiem, powiedział Galen.
Czasem człowiek zapomina, kim jest i co robi, usłyszała od Jane.
Dlaczego   te   słowa   Jane   nagle   przyszły  jej   do  głowy?   Dziewczynka   wypowiedziała   je,   gdy  usiłowała 

przekonać Eve do pogoni za Hebertem, nie miało to nic wspólnego z...

Znieruchomiała.
- Boże drogi... - wyszeptała.
Powoli zeszła po schodkach.

Kiedy Joe wrócił do domu z biura, Jane siedziała na bujanej kanapie na werandzie. Toby leżał u jej stóp.
- Musiałaś go zmęczyć. - Joe pochylił się i poklepał zwierzę. Pies uniósł głowę i leniwie polizał jego dłoń. 

- Nigdy nie widziałem, żeby był aż tak spokojny.

- Tak. Biega do upadłego, a potem pada. Przestań, Toby. Pomoczysz mu całą rękę. - Zmarszczyła brwi. - 

Czekałam na ciebie.

- Problemy? Dlaczego nie zadzwoniłaś?
- Eve nie chciała.
- Eve? - Joe spojrzał niespokojnie w kierunku drzwi wejściowych do domu. - Co się stało? Wyjechała?
Jane pokręciła głową.
- Kazała przekazać ci wiadomość. Chce, żebyś poszedł na grób.
- Co takiego?
- Tak powiedziała. Wyszła z domu ponad godzinę temu. Pytałam, czy mam iść z nią, ale nie chciała.
- Jesteś pewna, że poszła właśnie tam? - Popatrzył na wzgórze. - Powiedziała dlaczego?
Jane pokręciła głową.
- Jak wyglądała?
Dziewczynka wzruszyła ramionami.
- Czasem trudno się domyślić, co Eve myśli. Nie wyglądała na wściekłą, ale się nie uśmiechała. Nie wiem, 

Joe.

- No to lepiej sam sprawdzę. - Odwrócił się i zszedł na dół po schodkach.
Za sobą usłyszał głos Jane:

background image

- Mam nadzieję, że wszystko jest w porządku, Joe.
- Ja też. - Ruszył ścieżką wokół jeziora. - Ja też...

Eve wpatrywała się w nagrobek.
- Eve?
Nie spojrzała na niego.
- Ciągle są tu resztki farby. Myślałam, że wszystko zmyliśmy.
- Zrobię to jutro.
Milczenie.
- Dlaczego tu przyszłaś, Eve?
- Musiałam zebrać myśli. Pomyślałam, że to najwłaściwsze miejsce.
- Widok tego nagrobka sprawia ci ból.
- To oczywiste.
- I czujesz jeszcze większy żal do mnie.
- Tylko ciut większy.
- Na pewno?
Ich spojrzenia się spotkały.
- Próbuję być z tobą szczera. Dziś dzwonił Galen. Jest na Barbadosie.
- Co tam robi?
- Myśli, że Bently mógł sfingować swoją śmierć. Węszy. - Popatrzyła na Joego. - Nie jesteś zaskoczony?
- Brałem pod uwagę taką możliwość, też mnie kusiło, żeby to jakoś sprawdzić. Uznałem jednak, że muszę 

zostać tutaj.

- Galen twierdzi, że nawet jeśli Bently żyje, nie interesuje się już nami. - Zamyśliła się. - I kazał mi żyć 

własnym życiem.

- Co mu odpowiedziałaś?
- Nie zdążyłam mu nic odpowiedzieć. - Znowu spojrzała na nagrobek - Ale to mi dało do myślenia. Potem 

przypomniałam sobie, co mówiła Jane, kiedy usiłowała wyciągnąć mnie z kryjówki. Że ukrywanie się do 
mnie nie pasuje i że zapomniałam, kim jestem i co robię. Jane miała rację. Miotałam się bezradnie, zraniona 
i zła, i tak bardzo przejęta swoim cierpieniem, że zamykałam się na wszystko inne.

- Nikt nie miał ci tego za złe.
- Ja mam to sobie za złe - powiedziała z naciskiem, patrząc na nagrobek. - Tak bardzo czułam się ofiarą, że 

faktycznie zapomniałam, kim naprawdę jestem i co robię. Myślałam tylko o Bonnie. Nie pomyślałam o tej 
małej dziewczynce, którą tu pochowaliśmy. To jedna z zaginionych, a ja w ogóle o niej nie pomyślałam.

- Trudno od ciebie oczekiwać, żebyś...
- Bzdura. Lata temu uznałam, że skoro nie mogę pomóc Bonnie, pomogę rodzicom innych zaginionych i 

zamordowanych dzieci. Robiłam to całymi  latami, a jednak wpadłam w ślepy zaułek, bo za bardzo się 
rozczulałam nad sobą. Dziewczynka w tym grobie była mniej więcej w tym samym wieku co Bonnie. Miała 
przed sobą całe życie... i to jej zabrano. - Nerwowo zacisnęła ręce. - A ja o niej nie pomyślałam. Nie miałam 
prawa być taka samolubna tylko dlatego, że cierpiałam.

- Nie byłaś samolubna. Jeśli musisz kogoś obwiniać, obwiniaj mnie.
- Zmęczyłam się obwinianiem ciebie.
- No to nie będę cię zmuszał - powiedział, uśmiechając się. - Wiem, kiedy się wycofać. - Popatrzył na 

nagrobek. - Dlaczego chciałaś, żebym tu przyszedł?

- Bo chciałam wiedzieć, jak się poczuję, kiedy będę tu stała z tobą.
Joe zastygł w oczekiwaniu na jej dalsze słowa.
- I co czujesz?
- Smutek. Żal. Ból.
- Co to znaczy?
- To znaczy, że popełniłeś błąd, i że to mnie bardzo zraniło. To znaczy, że sama pewnie też popełniłam 

kilka błędów. To znaczy, że muszę wyleczyć rany, i że to zajmie trochę czasu. - Popatrzyła na niego. - Ale 
nie chcę robić tego sama. Chcę, żebyś był ze mną. Na dobre i na złe, nie wyobrażam sobie życia bez ciebie.

- Alleluja - wyszeptał.
- Nie obiecuję, że wszystko będzie takie samo. Ale ty też mówiłeś, że nie wiesz, czy tego chcesz.
- Tak naprawdę to wiedziałem. - Joe przysunął się do Eve, ale jej nie dotknął. - Powiesz, czego ode mnie 

oczekujesz?

- Chcę, żebyś doprowadził do ekshumacji zwłok tej dziewczynki. Zamierzam odtworzyć jej twarz. I chcę, 

żebyś pomógł mi się dowiedzieć, kim ona jest.

background image

- Załatwione.
- I chcę odszukać moją Bonnie. Pomożesz mi?
- Na litość boską, jasne że tak. - Umilkł na chwilę. - Nigdy nie przestałem jej szukać. Oglądałem każdy 

raport, każdy ślad, nawet po tamtej sprawie z fałszywą analizą DNA, którą ci wysłano.

Eve spojrzała na niego z zaskoczeniem.
- Nie mówiłeś mi tego.
- Uznałem, że mi nie uwierzysz, będąc w takim nastroju.
- Pewnie miałeś rację. Powiedziałbyś mi, gdybyś ja znalazł?
- Tysiące razy zadawałem sobie to pytanie. - Uśmiechnął się niepewnie. - Myślę, że tak. Mam nadzieję. Ale 

nie dam głowy.

- Ja też mam nadzieję. Bo chcę ci znowu zaufać, Joe.
- Już mi ufasz. Tylko musisz się o tym przekonać. Bo inaczej dlaczego zgodziłabyś się, żebyśmy zaczęli 

wszystko od nowa?

- Bo kocham cię tak bardzo, że życie bez ciebie nie jest nic warte - odparła. - Mimo wszystkiego, co się 

stało, pora już wrócić do normalności.

Joe wziął głęboki oddech i wyciągnął do niej rękę.
- Tak, pora wrócić do normalności.
Eve zawahała się, a następnie ujęła jego dłoń.
Siła. Pociecha. Miłość. Jego dotyk był znajomy, jednak pojawiło się w nim coś nieśmiałego i zupełnie 

nowego.

Przemiana wewnętrzna? Może.
Cokolwiek to było, zamierzała to zaakceptować.
Uścisnęła mocniej jego rękę i odwróciła się od grobu.
- Lepiej wracajmy do Jane. Chyba się niepokoi.
- Na pewno. - Joe szedł ścieżką obok niej. - Boi się, że zamierzasz mnie rzucić. Pewnie martwi się tym, 

komu przypadnie Toby.

- Nie bądź głupi. Jane nikomu by go nie oddała, byłaby nawet gotowa uciec z domu z tym psem. - Nagle 

przystanęła i obejrzała się przez ramię na grób, który przez wiele miesięcy nazywała grobem Bonnie.

- W porządku? - spytał cicho Joe.
Zaczynała myśleć, że wszystko będzie dobrze. Nadzieja to cudowna rzecz. Tak, nadchodzi pora powrotu do 

normalności.

- Myślałam właśnie o tej dziewczynce. Od razu chcę się zabrać do pracy. - Ruszyła przed siebie. - Chyba 

nazwę ją Sally...

Epilog

- Podoba mi się imię Sally - powiedziała Bonnie. - Jedna z moich koleżanek w szkole nazywała się Sally  

Meters. Pamiętasz ją, mamo?

Eve spojrzała w kierunku głosu i zobaczyła Bonnie zwinięta w kłębek na kanapie pod oknem.
- Miałaś mnóstwo przyjaciółek. - Wróciła do oznaczania czaszki markerami. - A gdybym ją pamiętała, z  

pewnością nie nazwałabym tego biednego dziecka jej imieniem.

- Dlaczego? - Bonnie zachichotała. - Jesteś przesądna. Myślisz, że to przynosi pecha.
- Nie jestem przesądna.
- Tak, jesteś.
- Po prostu nauczyłam się nie ryzykować, ty wstrętny bachorze.
- Sally nic nie jest. Dostała od swojego taty samochód i omal nie zginęła w zeszłym roku w wypadku. Ale  

dobrze sobie radzi.

- Chyba nie aż tak dobrze.
- No tak, nie jest jej źle, ale szczęśliwsza byłaby po tej strome.
- W to także trudno mi uwierzyć.
- Wiem. To poza zasięgiem twoich możliwości. Dlatego tak bardzo chcesz mnie znaleźć.
- Nie bądź protekcjonalna. Nadal jestem twoją matką.
- Tak, jesteś - Bonnie uśmiechnęła się czule. - I rozumiem, dlaczego chcesz mnie sprowadzić do domu. Ale  

nie chcę, żebyś zrobiła sobie przy tym krzywdę. Omal nie straciłaś Joego.

- Jakoś doszliśmy do porozumienia.
- Tak. - Bonnie oparła się o okno. - Czuję to w tobie.
- Co?
- Jakby blask, spokój...

background image

- Przestań.
- Zawstydziłam cię? Należało ci się za ten cynizm. - Bonnie popatrzyła na Sally. - Mam nadzieję, że  

sprowadzisz ja do domu. Zgubiła się dawno temu.

- Jak dawno?
- Przede mną. Galen się odzywał?
- Nie, a do ciebie?
- Chodzi ci o to, czy zginął? Chyba nie.
- Nie powinnam pytać. Nawet nie wiem, dlaczego mnie to interesuje. Goleń chadza własnymi ścieżkami.  

Nie chcę i nie będę się o niego martwiła.

Bonnie zachichotała.
- Będziesz, będziesz... - Przez chwilę milczała. - Muszę już iść. Jane i Toby za kilka minut wejdą na ganek.  

Jane pokaże ci sztuczkę, której go nauczyła.

- Czy chcesz udowodnić, że masz dar przewidywania

!

 Ona codziennie uczy go nowych sztuczek.

- Pomyślałam, że spróbuję. Trudno cię przekonać. Za chwilę tu wejdą, a ty uznasz, że właśnie obudziłaś się 

z drzemki, i znowu zaczniesz pracować nad Sally.

- Tak się pewnie stanie. - Słyszała, jak Toby wdrapuje się po schodkach na ganek i otrząsa. - Chyba pływał.  

Ciągle jest mokry. Ciągle wchodzi do jeziora. Ten łobuz ma w sobie diabła.

- Nie, ma w sobie życie. Mogłabyś się od niego uczyć. Daj życiu szansę, mamo.
Drzwi się otworzyły, a Eve wiedziała, że jeśli spojrzy na kanapę pod oknem, nie dostrzeże tam Bonnie.

Eve, musisz to zobaczyć!
Bonnie zniknęła, ale było tu życie, wpadło do pokoju wraz z Jane i Tobym.
- Nie mogę się doczekać.
Eve otarła glinę z rąk i wyszła życiu na spotkanie.