background image

Harry Harrison

Stalowy Szczur i piąta kolumna

(Przekład: Jarosław Kotarski)

background image

1
Blodgett   jest   pokojowo   nastawioną   planetą;   słońce   świeci   tu   pomarańczowo, 

wiatr  jest  łagodny, lato  miło chłodne,  ciszę  przerywa jedynie  niekiedy   daleki  odgłos 

silników, dochodzący z portu kosmicznego. Bardzo odprężające miejsce. Za bardzo, jak 

dla   kogoś   takiego   jak   ja,   kto   przez   cały   czas   powinien   być   czujny,   sprawny   i 

przygotowany na wszystko.

Przyznaję, że gdy zadzwoniono do drzwi, nie byłem w żadnym z wymienionych 

stanów ducha. Ciepła woda lała mi się na głowę i wyglądałem jak lekko przytopiony 

kociak.

-  Zajmę się tym - burknęła Angelina na tyle głośno, abym ją usłyszał poprzez 

szum wody.

Wymamrotałem   coś   pod   nosem   i   z   niechęcią   wyłączyłem   prysznic.   Suszarka 

dmuchnęła na mnie subtelnie perfumowanym gorącym powietrzem, powodując kolejną 

poprawę samopoczucia; byłem całkowicie pogodzony ze światem i nagi jak noworodek - 

no, z wyjątkiem paru drobiazgów, z którymi się nie rozstaję nigdy (dobrowolnie, znaczy 

się). Życie ma swoje uroki, stwierdziłem przeglądając się w lustrze. Leciutka siwizna na 

skroniach dodawała mi nieco powagi i ogólnie nie miałem żadnych powodów do zmart-

wień. Poza jednym, który właśnie sobie uświadomiłem, a który zmroził mnie dokładnie, 

błyskawicznie   usuwając   wszystkie   inne   bzdury:   Angelina   zbyt   długo   bawiła   przy 

drzwiach - coś było nie tak.

Wypadłem do hallu i przez drzwi do ogrodu - dom z przyległościami był pusty. 

Po chwili byłem przy bramie - podskakując na jednej nodze na podobieństwo różowej 

gazeli   i   wyciągając   pistolet   z   kabury   nad   kostką   drugiej   nogi,   wpatrywałem   się   w 

Angelinę   wpychaną   przez   dwóch   niesympatycznych   typów   do   czarnego   wozu. 

Zaryzykowałem tylko jeden strzał w opony; maszyna wyrwała do przodu niknąc w dość 

gęstym o tej porze ruchu. Zaciskając zęby strzeliłem w powietrze, aby podziwiający mój 

brak ubrania mimowolni świadkowie czym prędzej skryli się po kątach. Udało mi się 

zachować tyle rozsądku, aby zapamiętać numery odjeżdżającego wozu.

Ledwie znalazłem się z powrotem w domu, wpadło mi do głowy zadzwonić na 

policję (jak na dobrego obywatela przystało), ale z uwagi na to, że zawsze byłem bardzo 

złym obywatelem, uznałem ten pomysł za bezsensowny. Sprawa należała do mnie i do 

nikogo   innego,   zająłem   się   więc   komputerem.   Wduszając   kciukiem   przycisk 

identyfikacji,   nadałem   mój   kod   pierwszeństwa,   a   następnie   spytałem   o   właściciela 

czarnej maszyny. Nie było to specjalnie trudne zadanie dla komputera planetarnego, 

background image

toteż   odpowiedź   pojawiła   się   prawie   natychmiast.   Spowodowała,   że   osłupiałem   i 

opadłem bezwładnie na krzesło - oni ją mieli.

Było o wiele gorzej, niż mogłem się spodziewać. Nie jestem tchórzem, a nawet 

można rzec, wręcz przeciwnie. Jako długoletni kryminalista i równie długoletni agent 

Korpusu  - organizacji  o zasięgu  galaktycznym, używającej eks-bandytów  do łapania 

bandytów czynnych, miałem pewne powody do takiego mniemania o sobie. Fakt dożycia 

dojrzałego jednak wieku najlepiej świadczył o moim refleksie, nie wspominając już o 

takim   drobiazgu   jak   inteligencja.   Te   wszystkie   lata   doświadczeń   miały   teraz 

zaowocować przy wyciąganiu mojej ukochanej żony z bagna. Teraz bowiem wskazana 

była nie tyle natychmiastowa akcja, ile, na początek przynajmniej, odrobina refleksji, 

toteż, choć nadal był wczesny ranek, napocząłem flaszkę stuczterdziestoprocentowego 

katalizatora pomysłów, aplikując sobie wspaniałomyślnie odpowiednią dawkę.

Ledwie  skończyłem,  stwierdziłem,   że   tym   razem   chłopcy   będą  uczestniczyć   w 

eskapadzie. Jako troskliwi rodzice, Angelina i ja chroniliśmy ich dotąd od okrucieństw 

życia, ale to już się skończyło. Co prawda ukończenie szkoły nastąpić powinno dopiero 

za   kilka   dni,   nie   wątpiłem   jednak,   że   przy   odpowiednio   zastosowanej   i   właściwej 

argumentacji jestem w stanie je przyśpieszyć. Dziwnym uczuciem było uświadomienie 

sobie, że nie są już dziećmi - tyle lat minęło, a Angelina nadal była piękna jak w dniu 

naszego  poznania. Co do własnej osoby: byłem starszy, ale nie głupszy - siwizna na 

głowie wcale nie zmieniła moich zwyczajów ani trybu życia.

Nie traciłem czasu na roztkliwianie się nad sobą. Zaopatrzyłem się w normalny 

zestaw zabójczych nader urządzeń i wpadłem do garażu. Mój czerwony firebom 8000 

wystrzelił na ulicę, ledwie otworzyły się drzwi. Spokojni obywatele spokojnej planety 

rozpierzchli się na boki. Jedynym powodem mojego chwilowego pobytu w tym nudnym 

świecie była chęć znajdowania się jak najbliżej chłopców w czasie pobierania przez nich 

nauki. Wiedziałem, że opuszczę to miejsce, nie oglądając się za siebie. Nie dość, że była 

toto nudna planeta rolnicza, to w dodatku z nader rozbudowaną biurokracją. Wszelkiej 

maści urzędasy i oficjele zwalili się tu tak z uwagi na łagodny klimat, jak i na centralne 

położenie wśród sporej liczby systemów gwiezdnych. Co do mnie, wolałem rolników.

W miarę jak gnałem przed siebie, pola uprawne zastąpione zostały przez lasy, a 

następnie   otoczyły   mnie   poszarpane   góry.   W   końcu   wziąłem   ostatni   zakręt   i   droga 

skończyła  się przed  solidną bramą umieszczoną  na jednej z  najwyższych  i  najmniej 

gościnnie wyglądających grani w okolicy.

Brama   znajdowała   się   w   wysokim   kamiennym   murze   zakończonym 

background image

pordzewiałym drutem kolczastym (pod napięciem). Nad nią znajdował się wykuty w 

stalowej płycie napis:

SZKOŁA WOJSKOWA I INTERNAT PENITENCJARNY DORSKIEGO

Jako   ojciec   czułem   uzasadnioną   dumę,   że   moi   synowie   przebywają   w   czymś 

takim. Jako obywatel powinienem był odczuwać ulgę. To, co ja skłonny byłem uznawać 

za ich przymioty, reszcie świata jakoś niespecjalnie się podobało. Przed przybyciem tu 

obaj   zostali   wyrzuceni   w   sumie   z   dwustu   czternastu   szkół.   Pięć   z   nich   spłonęło   w 

tajemniczych okolicznościach, a jedna wyleciała w powietrze. Nigdy nie wierzyłem, żeby 

fala samobójstw  wśród  personelu  jednej z pozostałych  miała cokolwiek  wspólnego z 

moimi chłopcami, ale zawistne języki sądziły inaczej. Koniec końców trafili na równego 

sobie   w   osobie   starego   pułkownika   Dorskiego.   Po   przymusowym   przejściu   na 

emeryturę, otworzył on  ów  zakład  wnosząc weń doświadczenie  lat służby, w  trakcie 

której rozwinął wyrafinowane i nader silne skłonności do zachowań sadystycznych. Moi 

chłopcy trafili tu w końcu i mimo ich usilnych starań ledwie parę dni dzieliło ich od 

ceremonii zakończenia nauki i opuszczenia zakładu. Tyle tylko, że aktualnie trzeba by to 

wyjście trochę przyśpieszyć.

Jak zawsze z niechęcią oddałem swoje uzbrojenie, zostałem prześwietlony przez 

wszelkie aparaty zabezpieczające, zamknięty w szeregu  śluz odkażających i w końcu 

wprowadzony na podwórze, po którym snuły się zdesperowane postacie, pokonane przez 

zabezpieczenia   zakładu.   Pomiędzy   nimi   dostrzegłem   dwie   radosne   i   wyprostowane 

sylwetki nie poddające się rozpaczy. Zagwizdałem  nasz stary sygnał i obaj, rzucając 

książki,   podbiegli,   aby   powitać   mnie   gorąco.   Po   chwili   podniosłem   się   powoli, 

otrzepałem ubranie i udowodniłem empirycznie, że ja, stary, w dalszym ciągu mogę ich 

jeszcze pewnych rzeczy nauczyć. Trzeba przyznać, że wyglądali świetnie. Byli ciut niżsi 

ode mnie - wzrost odziedziczyli po matce - ale postawą i muskulaturą nie ustępowali mi 

ani na jotę. Ojcowie wielu dziewcząt znajdą się w rozterce, gdy chłopcy opuszczą szkołę.

- Jak się nazywa ten cios ramieniem, tato? - zapytał James.

- Wyjaśnienia mogą poczekać. Jestem tu, aby przyśpieszyć wasze wyjście, bo coś 

niezbyt miłego przytrafiło się waszej matce.

Uśmiechy   zniknęły   natychmiast   i   obaj   pochylili   się,   spijając   dosłownie 

wyjaśnienia z moich ust i potakując ze zrozumieniem.

- Tak więc - stwierdził Bolivar, gdy skończyłem - trzeba będzie tę Starą Świnię 

przekonać, żeby nas wypuścił...

- ...i zrobić coś z tym - James dokończył zdanie za brata. Nie było w tym nic 

background image

dziwnego, często bowiem ich myśli biegły jednym torem.

Ruszyliśmy więc równym krokiem (120 stąpnięć na minutę) poprzez wielki hall z 

przykutymi do ścian szkieletami, a następnie, rozpryskując wiecznie spływającą wodą 

klatką schodową, dotarliśmy do biura dyrektora.

- Nie możecie tu włazić! - wrzasnął sekretarz-goryl, podrywając na nogi swoje 

dwieście kilo wytrenowanych w walce mięśni.

Lekko złamaliśmy krok przechodząc przed jego nieprzytomnym ciałem. Dorski 

powitał nas przekleństwem, stojąc przy biurku z bronią w ręku.

- Odłóż to - poradziłem mu. - To jest sytuacja wyjątkowa. Muszę mieć swoich 

chłopców parę dni wcześniej. Mógłbyś być tak miły i wydać mi ich świadectwa, łącznie z 

zezwoleniami na opuszczenie szkoły.

- Idź do diabła! Nie ma wyjątków, wynocha stąd! - zaproponował w odpowiedzi.

Uśmiechnąłem się w stronę rozpylacza, który trzymał w dłoni i zdecydowałem, że 

wyjaśnienia mogą być w tym przypadku owocniejsze od przemocy.

- Moja żona, a ich matka, została dziś  rano aresztowana i zabrana z domu - 

powiedziałem.

- Zdarza się. Należało się tego spodziewać przy tak niezdyscyplinowanym trybie 

życia. A teraz spierdalać - odparł.

- Słuchaj no, zakamieniały wypierdku zdrowego rozsądku i tępa pało trepackiego 

zidiocenia.   Nie   przyszedłem   tu   wysłuchiwać   słów   współczucia   czy   obrazy   z   twojej 

obsmarkanej strony. Gdyby chodziło o normalne aresztowanie, to ci, którzy przyszli to 

zrobić, byliby nieprzytomni zaraz po otwarciu drzwi. Detektywi, gliniarze, żandarmeria, 

celnicy, obojętnie - nikt nie zdążyłby palcem kiwnąć przy mojej słodkiej Angelinie.

- I co dalej? - spytał wojak, nie opuszczając jednak broni.

-   Poszła   z   nimi   spokojnie,   aby   dać   mi   czas,   którego   będę   potrzebował. 

Sprawdziłem   tablicę   rejestracyjną   tych   typów.   To   byli   agenci   Międzygwiezdnego 

Urzędu Skarbowego - odpowiedziałem na głębokim wdechu.

- Poborcy podatkowi! - Dorski szepnął z płonącym wzrokiem (broń zniknęła). - 

James di Griz, Bolivar di Griz, wystąp! Przyjmijcie te świadectwa jako dowód rzetel-

nego   spędzenia   czasu   i   przyswojenia   wiedzy   w   tym   zakładzie!   Jesteście   teraz 

absolwentami Szkoły Dorskiego i mam nadzieję, że przed  udaniem się na spoczynek 

wieczny wspomnicie mnie jeszcze, jak wielu innych, choć z przekleństwem. Uścisnąłbym 

was, ale moje kości są zbyt stare, by je łamać i wyszedłem już trochę z wprawy w walce 

wręcz. Idźcie ze swoim ojcem i przyłączcie się do walki ze złem. Dajcie im po łbie i ode 

background image

mnie - dodał cicho. Minutę później byliśmy na zewnątrz i wsiadaliśmy do wozu.

- Oni nie odważą się skrzywdzić mamy? – spytał James.

- Nie pożyją długo, jeśli to zrobią - zgrzytnął zębami Bolivar.

- Oczywiście, że nic jej nie zrobią. Z uwolnieniem nie będzie żadnego problemu - 

poinformowałem ich. - Jeśli uda się nam zniszczyć ich zapisy.

- Jakie zapisy? - to był Bolivar. - I dlaczego ten wieprz Dorski tak łatwo ustąpił? 

To do niego niepodobne.

- Podobne, dlatego że pod patyną głupoty, przemocy i wojskowego ogłupienia to 

nadal człowiek taki jak my. I tak samo jak my automatycznie uważa on każdego faceta 

od podatków za naturalnego wroga gatunku ludzkiego.

- Nie rozumiem - przyznał James, łapiąc za klamkę, gdy braliśmy kolejny zakręt 

nad przepaścią.

- Głupia sprawa, ale jeszcze zrozumiesz. Dotąd żyliście jakby pod ochroną, gdyż 

traciliście pieniądze, nie zarabiając ich. Wkrótce będziecie zarabiać, podobnie jak reszta 

ludzkości, a wraz z otrzymaniem pierwszego kredytu - efektu waszego potu i wysiłku - 

pojawi   się   facet   z   urzędu   podatkowego.   Będzie   kręcił   się   coraz   bliżej,   aż   w   końcu 

prześlizgnie się pod waszym ramieniem i zwinie swoimi lepkimi paluchami większość 

waszych pieniędzy. Nowoczesne rządy oznaczają wielką biurokrację, a ta pociąga za 

sobą wielkie podatki - i nie ma na to rady. Kiedy zetkniecie się z tym systemem, już 

jesteście złapani i kończycie  płacąc wciąż więcej i więcej podatków. Razem  z matką 

mamy coś odłożone na waszą przyszłość, ale to nie wystarczy. Są to pieniądze zarobione 

jeszcze przed waszym urodzeniem.

- Ukradzione - poprawił mnie Bolivar. - Dochody z nielegalnych machinacji.

- Majaczysz, nigdy nie zrobiliśmy...

- Zrobiliście, tato - poparł go James. - Włamaliśmy się do wystarczającej liczby 

archiwów, aby wiedzieć, skąd są te wszystkie pieniądze.

- Te czasy się skończyły!

- Mamy nadzieję, że nie! - wrzasnęli chórem. - Co galaktyka zrobiłaby bez paru 

Stalowych Szczurów ożywiających jej gospodarkę. Słuchaliśmy twoich wykładów o tym, 

jak napady na banki zapewniają zajęcie znudzonej policji, zbyt gazetom, dostarczają 

opinii   publicznej   tematów   do   dyskusji   i   narażają   na   wydatki   towarzystwa 

ubezpieczeniowe. To działalność utrzymująca pieniądz w obrocie.

- Nie. Nie pozwolę, aby moje dzieci stały się przestępcami!

- Naprawdę?

background image

- No, powiedzmy niech będą porządnymi przestępcami: niech biorą tylko od tych, 

których stać na straty, niech nie krzywdzą nikogo, niech będą bystre, przyjacielskie i 

zaradne. Niech będą przestępcami akurat tak długo, aby trafić do Korpusu Specjalnego, 

gdzie mogą służyć ludzkości łapiąc prawdziwych bandytów.

- Takich, jakich będziemy teraz ścigać?

- Tak długo, jak wraz z waszą matką uczciwie kradliśmy i traciliśmy pieniądze, 

nie   było   problemu.   Ledwie   wzięliśmy   ciężko   zarobione   wynagrodzenie   z   Korpusu   i 

zainwestowaliśmy   je   legalnie,   nie   możemy   się   opędzić   od   urzędu   podatkowego. 

Zrobiliśmy parę błędów...

- Jak niezgłoszenie dochodów? - spytał niewinnie James.

- Między innymi. Przyznaję, że było to nieostrożnością. Powinniśmy byli wrócić 

do obrabiania banków, a teraz mają nas w kartotekach, zaplątani jesteśmy w sprawy 

sądowe i inne takie. Dlatego wasza matka poszła z nimi spokojnie - abym jako człowiek 

wolny mógł przygotować się do przecięcia węzła gordyjskiego. I abym wyciągnął nas 

wszystkich z tego bagna.

- Co mamy zrobić? - spytali.

-   Zniszczyć   nasze   dane   w   ich   zapisach.   Wtedy   będziemy   zupełnie   wolni   i 

szczęśliwi.

2
Siedzieliśmy w ciemnym samochodzie i zapamiętale skubaliśmy paznokcie.

-   Nie   jest   dobrze   -   oświadczyłem   w   końcu.   -   Nie   mogę   być   spiritus   movens 

przemiany pary niewinnych dusz w kryminalistów.

Z tylnego siedzenia dobiegły mnie stłumione warknięcia, bez wątpienia objawy 

silnych stanów emocjonalnych, po czym obie pary drzwi zostały błyskawicznie otwarte i 

zatrzaśnięte tak szybko, że dojrzałem tylko dwie postacie oddalające się niezbyt dobrze 

oświetloną   ulicą.   Czyżbym   ich   aż   tak   uraził,   że   postanowili   zrobić   to   sami,   kładąc 

wszystko przez brak doświadczenia? Walczyłem z klamką od drzwi, gdy kroki rozległy 

się ponownie. Ledwie wysiadłem, obaj byli z powrotem. Twarze  poważne, bez śladu 

dobrego humoru.

- Mam na imię James - odezwał się jeden - a to jest mój brat Bolivar. W myśl 

prawa jesteśmy pełnoletni, ukończyliśmy osiemnaście lat. Możemy oficjalnie pić, palić, 

przeklinać i kochać się. Możemy też, jeśli zechcemy, złamać każde prawo lub prawa 

każdej planety, wiedząc, że jeżeli zostaniemy złapani, narażamy się na pełny wymiar 

background image

kary. Słyszeliśmy z pewnego źródła, że ty, Jimie di Griz, zamierzasz złamać prawo w 

szczególnie słusznej, ba, bardzo słusznej sprawie i chcemy się do ciebie przyłączyć. Co ty 

na to, tato?

Co mogłem powiedzieć? Tym bardziej, że coś mi akurat siadło na struny głosowe. 

Cała nadzieja, że była to grypa, a nie wzruszenie. Uczucia i przestępstwa stanowią złą 

parę.

-   Dobrze   -   warknąłem   udając   złość.   -   Jesteście   przyjęci.   Stosować   się   do 

instrukcji, zadawać pytania tylko w razie niejasności, a poza tym robić tylko to, co każę. 

ZGODA?

- ZGODA! - zabrzmiało chórem.

- To powkładajcie te drobiazgi do kieszeni, nigdy nie wiadomo, kiedy coś się może 

przydać. Macie rękawiczki daktyloskopijne? - Unieśli dłonie, które lekko rozbłysły w 

świetle lamp. - Ślicznie. Ucieszy was wiadomość, że będziecie zostawiali ślady palców 

tutejszego   burmistrza   i   komisarza   policji.   Niemniej   będzie   to   trudna   akcja.   Wiecie, 

dokąd się udajemy? Jasne, że nie. Budowla za rogiem, stąd nie widać, to kwatera urzędu 

kontrolującego banki pamięci z zapisem ich wszystkich niegodziwych i oszukańczych 

machinacji. Dziś w nocy wyrównamy rachunki z tymi panami. Nie będziemy próbowali 

tam wejść bezpośrednio, gdyż systemy obronne mają znakomite; wiedzą doskonale, że 

nie są kochani. Wejdziemy do budynku obok, który wybrałem nieprzypadkowo - jego 

tył dochodzi prawie do naszego celu. - W trakcie rozmowy szliśmy już w wyznaczonym 

kierunku.     Ledwie   skręciliśmy   za   róg,   gdy chłopcy zostali lekko zaskoczeni serią 

świateł i tłumem kłębiącym się przed nami. Syreny wyły, kamery telewizyjne warczały, 

reflektory biły w niebo.

- Czyż to nie cudowne? - uśmiechnąłem się radośnie i szturchnąłem obu. - Kto 

brałby pod uwagę możliwość wyjścia z budowli, do której wszyscy chcą wejść? Otwarcie 

sezonu - premiera nowej opery „Cohoneighs w ogniu".

- Będziemy potrzebowali biletów...

- Kupiłem po południu od konika za bluźnierczą cenę. Idziemy!

Przepchnęliśmy się przez tłum, oddaliśmy bilety i dostaliśmy się na poddasze. 

Opera byłaby tu ledwie słyszalna, ale nie miałem najmniejszej ochoty słuchać wycia i 

rzępolenia.   Poddasze   miało   też   inne   zalety,   jak   np.   bar,   do   którego   natychmiast 

weszliśmy. Odświeżyłem się piwem, z zadowoleniem konstatując, że pociechy zamówiły 

niealkoholowe napoje. Z innej ich aktywności byłem mniej zadowolony. Przysunąłem się 

do   Bolivara,   łapiąc   go   za   ramię   -   mój   palec   wskazujący   nacisnął   przy   tym   nerw 

background image

paraliżujący rękę.

-   Bardzo   brzydko   -   powiedziałem   łagodnie,   gdy   diamentowa   bransoletka 

wyślizgnęła mu się ze zdrętwiałych palców na dywan, i stuknąłem stojącą obok matronę 

w ramię, wskazując w dół, gdy się obróciła.

- Przepraszam, madam, czy nie zsunęła się pani bransoletka?

- Tak?

- Nie, proszę mi pozwolić! Ależ skąd, cała przyjemność po mojej stronie.

Spojrzałem wymownie na Jamesa - uniósł dłonie w geście pokoju.

- Zrozumiałem już, tatusiu. Przepraszam, po prostu dla wprawy i już wsunąłem 

gościowi portfel z powrotem, ledwie zauważyłem, że Bolivar rozciera sobie ramię.

- Pięknie, tylko żeby mi to było ostatni raz. Mamy poważne i odpowiedzialne 

zadanie dziś w nocy i żadne duperele nie powinny wam się pałętać po głowie. Dalej, 

ostatni dzwonek, kończyć drinki i w drogę.

- Na nasze miejsca?

- Oczywiście, że nie. Do ubikacji.

Osiągnęliśmy każdy osobną kabinę i stojąc na sedesach, aby nie było widać nóg, 

poczekaliśmy, aż ucichną ludzie i okoliczny teren opustoszeje i aż rozlegną się pierwsze 

przeraźliwe   dźwięki   oznajmiające   początek   spektaklu.   Odgłos   spuszczanej   wody   był 

zdecydowanie bardziej melodyjny.

- No to zaczynamy - oznajmiłem.

I zaczęliśmy.

Wilgotne   oko   w   wylocie   ścieku   obserwowało,   jak   wychodzę.   Moment   później  

wychyliła się para czułków, które były częścią składową ciała należącego z wyglądu do 

ścieku. Właściwie to nawet do czegoś gorszego - owo coś było obrzydliwe, oślizłe i ogólnie 

rzecz biorąc nieprzyjemne.

-  Wygląda na  to, że  znasz  drogę -  stwierdził  Bolivar,   gdy  po przejściu  przez 

zamknięte   drzwi   z   napisem   OBCYM   WSTĘP   WZBRONIONY   ruszyliśmy   ciemnym 

korytarzem.

- Kupiwszy bilety pozwoliłem sobie na małą wycieczkę. Jesteśmy.

Pozwoliłem   chłopcom   rozbroić   dla   wprawy   alarm   przeciwwłamaniowy   i 

podbudował mnie fakt, że nie potrzebowali wskazówek. Wlali nawet na nasze ślady parę 

kropli   skutecznie   maskującego   trop   śmierdzidła.   Wyjrzeliśmy   na   zewnątrz.   Ciemna 

bryła budynku majaczyła o dobre pięć jardów.

- Co dalej? - spytał Bolivar.

background image

- To znaczy, jak się tam dostaniemy? - uściślił James.

- Za pomocą tego. - Wyciągnąłem podobny do pistoletu przedmiot z wewnętrznej 

kieszeni. - Nie ma nazwy, ponieważ sam go skonstruowałem. Gdy naciśnie się spust, 

wystrzeliwuje mały generator pola, ciągnący za sobą nić molekularną, która jest nie do 

zerwania. Pole  jest wytwarzane przez  blisko piętnaście  sekund  i w  tym czasie  może 

wytrzymać obciążenie tony. Proste?

-  Skąd   możesz  wiedzieć,  że   trafisz  w   kawałek  stali   po  ciemku?  -  zdumionym 

głosem odezwał się Bolivar.

- Z kilku powodów, niedowiarku. Odkryłem wcześniej, że okna mają metalowe 

framugi to raz, a dwa, to pole jest tak silne, że trudno jest utrzymać je z daleka od 

rzeczy   metalowych.   Masz   linkę,   James?   Pięknie.   Przytwierdź   jeden   koniec   do   rury. 

Tylko starannie, bo pod nami jest kilka pięter. Drugi daj mi. Macie pancerne rękawice? 

Ideał, trochę ćwiczeń przyda się waszym muskułom. Gdy linka będzie przymocowana, 

pociągnę za nią trzy razy. No to zaczynamy!

Podtrzymywany na duchu przez własną filozofię, wkroczyłem do akcji.

- Powodzenia - doszło mnie z tyłu.

- Dzięki, uczucia doceniam, ale pomysłu nie - Stalowe Szczury muszą mieć własne 

szczęście.

Pociągnąłem za spust. Pocisk pofrunął zygzakiem i przywarł do celu. Wcisnąłem 

przycisk   wciągarki   i   wyleciałem   przez   otwarte   okno.   Piętnaście   sekund   to   niewiele. 

Zgiąłem się, wysuwając nogi i lewą rękę do przodu, klnąc zarazem na czym świat stoi. 

Wyszło na to, że amortyzacją spotkania ze ścianą zajęła się tylko prawa noga. Jeśli nie 

była   złamana,   to   graniczyło   to   z   cudem.   Nic   takiego   nigdy   się   nie   zdarzyło,   odkąd 

ćwiczyłem   w   domu.   Sekundy   uciekały,   a   ja   wisiałem   jak   worek.   W   dodatku   ciężki 

worek. Niefunkcjonująca noga musiała zostać zignorowana, niezależnie od faktu, czy mi 

się to podobało, czy nie. Czubkiem buta namacałem krawędź okna po lewej i używając 

zdrowej nogi kopnąłem w szybę, wkładając w to wszystkie moje siły. Efekt był zerowy, 

co było zrozumiałe, biorąc poprawkę na jakość szkła pancernego w dzisiejszych czasach. 

Pożytkiem było to, że się nieco obsunąłem, stając czubkiem buta na dolnej listwie, a 

palce lewej dłoni zacisnąłem na krawędzi górnej.

Dokładnie w tym momencie pole zniknęło i pozostałem sam ze sobą. Trzymałem 

się ściany opuszkami palców lewej dłoni, wsparty na czubku buta, upodabniając się do 

muchy niedojdy.

- Dobrze ci idzie, tato? - dobiegł mnie z tyłu szept.

background image

Muszę   przyznać,   że   sporo   wewnętrznej   dyscypliny   kosztowała   mnie   kontrola 

cisnących się na usta odpowiedzi. Dzieci nie powinny wysłuchiwać czegoś takiego od 

własnych rodziców. Efektem tego było coś na kształt „fiszlesloop". Palce zaczynały się 

męczyć, a sytuacja przestawała być zabawna. Ostrożnie wsunąłem zbędny drobiazg za 

pazuchę, po czym sięgnąłem do kieszeni po diament. Zdecydowanie nie był to czas ani 

miejsce   na   subtelności.   Normalnie   wyciąłbym   mały   otwór   wokół   przyklejonej 

przyssawki, wyjął ostrożnie szklany krążek, odciągnął zasuwkę i uniósł delikatnie okno. 

Nie   teraz.   Jednym   szarpnięciem   wyciągnąłem   go   i   wyciąłem   kaleki   owal,   następnie 

kontynuując ów ruch wbiłem go pięścią do środka. Diament powędrował jego śladem, ja 

zaś sięgnąłem do wnętrza i złapałem za ramę.

Szkło uderzyło w podłogę z głośnym dźwiękiem, akurat gdy mój but ześlizgnął się 

z oparcia. Zawisłem na jednej ręce, starając się zignorować ostrą krawędź wrzynającą 

się w ramię. Podciągnąłem się tak wysoko - oto co znaczy stały trening - że mogłem użyć 

drugiej   ręki   do   wsparcia.   Dalej   wszystko   było  już   proste   jak   drut,   choć  cieknąca   z 

ramienia krew przeszkadzała mi jak mogła. Ponowne oparcie buta na rynnie i otwarcie 

okna było dziełem chwili - po unieszkodliwieniu alarmu, rzecz jasna. Gdy wślizgnąłem 

się przez otwarte okno, usiadłem bezwładnie na podłodze.

- Myślę, że jestem już trochę za stary na takie rzeczy - powiedziałem sobie, gdy 

wrócił mi oddech.

Wokół   pozorna   cisza   -   brzęk   szkła,   przeraźliwy   dla   mnie,   nie   zwrócił 

najwyraźniej niczyjej uwagi. Do roboty. Znalazłem  coś solidnego do przymocowania 

liny, zrobiłem to najlepiej, jak mogłem i pociągnąłem trzy razy.

- Napędziłeś nam stracha - oświadczył James.

- Napędziłem sobie strachu - poprawiłem go. - To jest latarka, tu zaś medpakiet. 

Sprawdźcie, czy można coś zrobić z moim ramieniem. Krew, jak wiecie, jest idealnym 

dowodem.

Zrobili nawet sporo. Rozcięcie zostało opatrzone fachowo, a pulsujący ból prawej 

nogi świadczył,  że  wraca ona do życia.  Zmusiłem  się  do zrobienia  paru  okrążeń  po 

pokoju, aby przywrócić w niej krążenie.

- Dobra - oznajmiłem - teraz do zabawy.

Wyprowadziłem   ich   z   pokoju   i   dalej   ciemnym   korytarzem,   tak   szybko,   jak 

pozwoliła mi niezdyscyplinowana kończyna. Chłopcy zostali parę kroków z tyłu, tak że 

za   róg   wyszedłem   z   trzyjardową   przewagą...   Byli   więc   nadal   niewidoczni,   gdy 

wzmocniony elektronicznie głos wykrzyknął mi w twarz:

background image

- Nie ruszaj się, di Griz. Jesteś aresztowany!

3
Życie jest pełne tego typu niespodzianek - przynajmniej moje. Za innych trudno 

mi się wypowiadać. Mogą być wzruszające, zaskakujące, a nawet śmiertelne, gdy ktoś 

nie jest na nie przygotowany. Szczęściem, dzięki przewidywaniu i wiedzy fachowej, ja 

byłem   przygotowany.   Granat   dymny   poleciał,   zanim   jeszcze   przebrzmiał   ów   głos. 

Ładunek   wybuchł   z   zadowalającym   hukiem,   wypełniając   cały   korytarz   kłębami 

czarnego dymu i powodując złośliwe komentarze z kilkunastu gardeł. Aby dodać im 

powodów do narzekań, posłałem w ślad za pierwszym granatem następny - trochę inny. 

Jest to poręczny  drobiazg  sam w  sobie  całkowicie  niewinny, wytwarzający  jednakże 

takie ilości efektów akustycznych w guście strzałów i wybuchów, że wystarczy ich na 

małą   wojnę,   i   wyrzucający   na   wszystkie   strony   kapsuły   gazu   usypiającego.   Muszę 

przyznać,   że   wywarł   znakomity   efekt   psychologiczny.   Ja   zaś   cichutko   wróciłem   do 

zmartwiałych pociech i poprowadziłem je w głąb korytarza.

- Teraz się rozdzielimy - oznajmiłem, gdy pozwoliły mi na to cichnące odgłosy 

kanonady. - Tu macie kod komputera blokującego.

Bolivar złapał go odruchowo, po czym potrząsnął głową próbując coś zrozumieć.

- Tato, mógłbyś nam powiedzieć...

-   Oczywiście.   Kiedy   wykopałem   szybę,   wiedziałem,   że   odgłos   tego,   choć 

minimalny, musiał włączyć alarm dźwiękowy. Dlatego zacząłem realizować plan B, a nie 

mówiłem wam o tym, aby uniknąć protestów. Polega on na tym, że ja robię dywersję, a 

wy   obaj   udajecie   się   do   pomieszczenia   pamięci   i   kończycie   robotę.   Używając 

priorytetowych kodów Korpusu, zdołałem zebrać wszystko, co jest do tego potrzebne. 

Macie instrukcję kasowania pamięci, którą coś tak głupiego jak komputer wykona bez 

wahania. Zniszczy ona akta wszystkich obywateli na paręnaście lat świetlnych wokoło, 

którzy mają to szczęście, że ich nazwiska zaczynają się na literę D. Po dokonaniu tego 

zbożnego   dzieła   wykasujecie   także   nazwiska   na   U   i   P   w   przypadku,   gdyby   ktoś 

bezpodstawnie  próbował łączyć   moją obecność  ze   zniszczeniami. Wybór  tych  dwóch 

liter, dodam, nie jest przypadkowy.

- Zwłaszcza, że „dup" jest jednym z większych przekleństw w tutejszym slangu.

-   Racja,   James,   twoje   szare   komórki   przechodzą   same   siebie.   Zrobiwszy   to, 

otworzycie grzecznie któreś z parterowych okien i zmieszacie się z tłumem. Proste?

- Poza tym, że dasz się aresztować - mruknął Bolivar. - Na to nie pozwolimy.

-   Nie   zatrzymacie   mnie,   choć   doceniam   uczucia.   Bądźcie   rozsądni.   Krew   jest 

background image

niepodważalnym dowodem, a mojej mają tam w pokoju aż nadto. Jeśli teraz ucieknę, 

będę ścigany, ledwie zrobią analizy, nie wspominając o drobiazgu, że i tak mnie już 

widzieli   i  z   pewnością   mają  serię   doskonałych   zdjęć.   Poza   tym   wasza  matka   jest  w 

więzieniu i muszę dotrzymać jej towarzystwa. Przy zniszczonych zapisach wszystko, co 

mogą mi zrobić, to oskarżyć o włamanie i przysłać rachunek za szklenie. I tak wkrótce 

opuszczamy tę planetę.

- Mogą potrzymać cię do rozprawy - zmartwił się James.

-   No   cóż,   w   takim   przypadku   wasi   rodzice   będą   zmuszeni   wyłamać   się   z 

tutejszego kibla. Nie ma co się martwić - niespecjalnie trudne zadanie. Po wykonaniu 

zadania zameldować się w domu i spać. Pogadamy później, a teraz znikać.

Będąc rozsądnymi dziećmi, zrobili to natychmiast. Ja zaś  powróciłem na plac 

boju i nałożyłem gogle i filtry nosowe. Miałem jeszcze masę granatów i to w szerokim 

wyborze - dymne, duszące, łzawiące, ogłuszające - a ponieważ urząd zdenerwował mnie 

parokrotnie, toteż jak mogłem, tak starałem się oddać dług.

Ktoś  zaczął  strzelać,  co było głupim posunięciem, gdyż miał znacznie  większe 

szansę trafić któregoś z kumpli niż mnie. Odszukałem go w dymie, zabrałem broń i 

dałem   klapsa,   który   powinien   być   przyczyną   sporego   bólu   głowy   po   odzyskaniu 

świadomości. Prawie pełny magazynek wypróżniłem, z dużą przyjemnością, prosto w 

sufit.

-   Nigdy   nie   złapiecie   Chytrego   Jima!  -   wrzasnąłem   w   głąb   bardzo   hałaśliwej 

ciemności, wiodąc tę zgraję fiskalnych piratów na trasę krajoznawczą po budynku.

Obliczyłem,   ile   czasu   powinno   wystarczyć   bliźniakom   na   skończenie   roboty, 

dodałem   jeszcze   kwadrans   na   wszelki   wypadek,   po   czym   z   ulgą   opadłem   na   fotel 

dyrektora w jego gabinecie, zapaliłem jedno z jego cygar i odprężyłem się zadowolony.

- Poddaję się, poddaję! - wrzasnąłem ku tłumowi potykających się, kaszlących i 

rzewnie płaczących osobników, podążających moim tropem. - Jesteście zbyt męczący dla 

mnie. Tylko musicie mi obiecać, że nie będziecie mnie torturować.

Zbliżyli się ostrożnie - z dumą stwierdziłem, że ich przerzedzone szeregi składały 

się   z   funkcjonariuszy   miejscowej   policji,   która   przybyła   najwyraźniej   po   to,   aby 

sprawdzić, w co się tu bawimy, jak i plutonu - teraz już znacznie uszczuplonego - wojsk 

lądowych z pełnym wyposażeniem.

- Tyle zachodu o moją skromną osobę - stwierdziłem z podziwem, wypuszczając 

ku nim kółka dymu. - Czuję się zaszczycony. Chcę także złożyć oświadczenie prasie o 

tym, jak zostałem porwany, przewieziony tu bez przytomności, po czym byłem straszony 

background image

i goniony po całym budynku. I CHCĘ MOJEGO ADWOKATA!!!

Faktycznie brakowało im elementarnego poczucia humoru - ja byłem jedynym, 

który się uśmiechał, gdy opuszczaliśmy budynek. Nie próbowali być twardzi - zbyt wielu 

żądnych   sensacji   ludzi   kręciło   się   po   okolicy.   Syreny   wyły,   światła   błyskały 

różnokolorowo i cały konwój (plus ja w kajdanach) ruszył z piskiem.

Najzabawniejsze   było,  że   nie   do  więzienia.   Dojechaliśmy  do   bramy  więzienia, 

gdzie było trochę krzyków i groźnego wymachiwania bronią, po czym z powrotem do 

miasta, gdzie ku mojemu zaskoczeniu zdjęto mi kajdanki i wprowadzono do jakiegoś 

budynku. O tym, że dzieje się coś dziwnego, wiedziałem już przy bramie, ale co to jest, 

zrozumiałem,   gdy   z   pomocą   jednego   tylko   kopniaka   wepchnięto   mnie   za 

nieodznaczające się niczym drzwi, które zaraz zamknięto, ja zaś otrzepałem ubranie i 

przyjrzałem się znajomej postaci za biurkiem.

- Co za przyjemna niespodzianka - oznajmiłem. - Dobrze się czujesz?

- Powinienem cię zastrzelić, di Griz - warknął Inskipp, mój osobisty szef, główny 

mózg Korpusu Specjalnego, prawdopodobnie najpotężniejszy człowiek w galaktyce we 

własnej osobie. Korpus powołała Liga do utrzymania pokoju i spokoju wśród gwiazd, co 

ten   robił   w   swoisty   sposób,   i   choć   nie   zawsze   najuczciwszą   drogą,   zawsze   jednak   z 

zadowalającym wynikiem.

Dawno   już   stwierdzono,   że   złodzieja   najlepiej   złapać   posługując   się   drugim 

złodziejem   -   Korpus   stosował   tę   właśnie   maksymę.   Swego   czasu   -   przed   moim 

przyłączeniem się do Korpusu - Inskipp był największym i najlepszym przestępcą w 

galaktyce,   inspiracją   dla  wszystkich   STALOWYCH   SZCZURÓW.   Zmuszony   jestem 

przyznać,   że   nie   prowadziłem   zbyt   pomnikowego   żywota   przed   przymusowym 

nawróceniem ku dobrym mocom. Nawróceniem, jak łatwo można stwierdzić, niezbyt 

całkowitym, choć przekonany jestem, że  nie zrobiłem  w życiu  nic, czego  musiałbym 

żałować.   Słysząc   go,   wyciągnąłem   zza   pazuchy   straszak   noszony   na   takie   okazje   i 

przystawiłem sobie do skroni.

- Jeśli uważasz, o Wielki, że powinienem być zastrzelony, jestem gotów ci pomóc. 

Żegnaj, okrutny świecie... - pociągnąłem za spust, robiąc w ten sposób sporo huku.

- Przestań się wygłupiać, to poważna sprawa.

- Jestem zawsze z tobą, niezależnie od tego, czy wierzę w uzasadnienia, jakie mi 

wciskasz. Pozwól mi zdjąć ten pyłek, który jest na twojej klapie.

Zrobiłem to, wyciągając mu przy okazji etui na cygara - był tak zamyślony, że nie 

zauważył, dopóki nie zapaliłem jednego i nie poczęstowałem go resztą. Złapał etui z 

background image

warknięciem i sapnął:

- Potrzebuję twojej pomocy!

-   Oczywiście   -   przytaknąłem.   -   Dla   jakiego   innego   powodu   sprawdzałbyś   to 

oskarżenie i robił całą resztę? Gdzie jest Angelina?

- W drodze do domu, aby okiełznać twoich występnych następców. Tłumoki z tej 

planety mogą się nie zorientować, co się dzieje w ich aktach, ale ja wiem. Zapomnijmy o 

tym, zwłaszcza że statek czeka na kosmodromie, aby zawieźć cię na Kakalak 2.

- Ponura skała okrążająca ciemną gwiazdę. Co znajdę na tym zadupiu?

- Liczy się to, czego tam nie znajdziesz. Satelitarnej bazy, która była miejscem 

spotkania Szefów Sztabów Floty Ligi...

- Powiedziałeś „była" z dość dużym uczuciem. Czy mam wierzyć...

- Powinieneś. Zniknęła bez śladu. Nie mamy pojęcia, co się mogło wydarzyć.

- Zawsze myślałem, że może to spowodować jedynie szczery entuzjazm wśród 

niższych szarż...

- Oszczędzaj poczucie humoru, di Griz. Jeśli prasa złapie ślad tego wydarzenia, 

wolę nie myśleć o politycznych reperkusjach. Nie mówiąc już o dezorganizacji naszej 

obrony.

-   To   ostatnie   nie   powinno   cię   zbytnio   martwić,   nie   widzę   zwiastunów   żadnej 

wojny na horyzoncie. A tak w ogóle, muszę zadzwonić do domu i podać ocenzurowaną 

wersję wypadków. Potem możemy pogadać.

Za kratką wentylacyjną wisiała jakaś wyposażona w okryte przylgami macki istota.  

Mrugała zielonymi oczami, żując coś ostrymi jak igły zębami.

Ona również śmierdziała zgnilizną.

- Coś mi tu śmierdzi i w ogóle nie podoba mi się to - oznajmiła błyskając oczami 

Angelina.

- Nic nie śmierdzi, skarbie! - zełgałem. - Nagłe zadanie, to wszystko. Wyjazd na 

parę dni. Wrócę, ledwie się skończy. Teraz, po ukończeniu szkoły, najlepiej będzie, jeśli 

odkurzysz foldery reklamowe i uzgodnisz z chłopcami jakieś miejsce, gdzie moglibyśmy 

udać się na urlop.

- Dobrze, że sobie przypomniałeś. Obaj wrócili parę minut temu, umorusani do 

obrzydzenia i zmęczeni jak reksy i nie chcą powiedzieć słowa o tym, co się z nimi działo.

-   Powiedzą   ci,   przekaż   im   tylko,   że   tata   skończył   operację   i   że   powinni   ci 

background image

opowiedzieć   o   nowym   sposobie   spędzania   wieczorów.   Do   zobaczenia,   skarbie!   - 

przesłałem całusa i przerwałem połączenie, nim zdążyła zaprotestować powtórnie.

Zanim usłyszy o niedawnych nonsensach, powinienem być daleko w kosmosie, 

kończąc tę głupawą historię. Zresztą, to co przydarzyło się paru setkom wojskowych 

osłów, nie obchodziło mnie w żadnym stopniu - interesowało mnie tylko, jak to się stało.

Ledwie znaleźliśmy się w drodze, otworzyłem akta, zaaplikowałem sobie uczciwą 

dawkę Syrian Panther Sweat i zabrałem się za lekturę. Pierwszy raz zrobiłem to wolno i 

uczciwie,   drugi   raz   trochę   szybciej,   trzeci   zatrzymując   się   na   najważniejszych 

fragmentach.   Gdy   odłożyłem   teczkę,   dostrzegłem   siedzącego   naprzeciwko   Inskippa, 

który gapił się na mnie, żując zawzięcie wargę i bębniąc palcami po stole.

- Nerwy? - spytałem uprzejmie. - Mam tu wspaniały uspokajacz...

- Zamknij się! Powiedz lepiej, co tam znalazłeś ciekawego i co o tym myślisz.

- Myślę, że lecimy w złą stronę. Zmień kurs na naszą Kwaterę Główną. Muszę z 

kimś pogadać.

- Ale śledztwo...

- Nie da więcej, niż tu jest - postukałem w akta.- Już wszystko zostało zrobione, 

charakterystyki   porwanych   typów,   sprawdzenie   zabezpieczeń,   nagranie   radiowe 

wszystkich częstotliwości, próby zrozumienia okrzyku „Zęby!" itd. Twoi wywiadowcy, 

w   dobrze   dobranym   i   niegłupim   składzie,   przybyli   na   miejsce,   znajdując   pustą 

przestrzeń i ani śladu satelity czy poprzednich wydarzeń. Sądzisz, że ja mam większe 

szansę niż ci eksperci? Bzdura! Dalej, lecimy do Coypu.

- Po co?

- Bo on jest mistrzem time-helixu. Aby stwierdzić, co się wydarzyło, zamierzam 

wybrać się w przeszłość i obejrzeć na własne oczy przebieg wypadków.

- Nigdy o tym nie pomyślałem - mruknął.

-   Oczywiście,   że   nie.   Płaszczysz   dupę   za   biurkiem,   a   ja   jestem   najlepszym 

agentem   polowym   Korpusu.   Pozbawiam   cię   cygara,   które   wypłacam   sobie   jako 

wynagrodzenie za stałą naukę niedocenianego geniusza.

Coypu   był   przeciwny.   Przygryzł   wargę   imponującymi,   żółtymi   zębami   i 

potrząsnął kategorycznie głową, rozsypując na boki kosmyki siwych włosów i machając 

równocześnie zaciekle rękami.

-  Czy  próbujesz dać  nam  do zrozumienia,  że  pomysł nie  spotyka  się  z twoją 

aprobatą? - spytałem uprzejmie.

- Szaleństwo! Nie, nigdy! Od  ostatniego użycia time-helixu  przez  cały czas  są 

background image

czasowe spięcia wzdłuż statycznych linii energii.

- Maniak! - jęknąłem. - Proszę uprzejmie potraktować mnie i mojego obecnego tu 

szefa, jakbyśmy byli naukowymi imbecylami.

- Jesteście - sapnął. - Musiałem z niego skorzystać, aby uratować nas wszystkich, 

po czym zostałem zmuszony do powtórnego użycia, aby wyciągnąć ciebie z przeszłości. 

Masz   jednak   moje   słowo,   że   nie   będzie   on   używany,  dopóki   nie   zostanie   dokładnie 

wyskalowany.

Inskipp dowiódł, że jest z twardszego surowca niż naukowiec - zrobił dwa szybkie 

kroki, aż on i Coypu znaleźli się oko w oko, raczej nos w nos - obaj mieli imponujące 

organy powonienia. Po czym będąc na pozycji, odpalił taką salwę przekleństw, jakiej nie 

powstydziłby się zawodowy sierżant i zakończył wiązanką wcale osobistych gróźb.

- I jako twój pracodawca, jeśli powiem ci, że masz iść, to pójdziesz! Bez wahania! 

Nie powiem, że  cię zabiję,  nie jesteśmy okrutni, ale  jeśli  nie, to skończysz ucząc  na 

podstawowym kursie fizyki bandę cymbałów na jakimś zadupiu, dla których maszyna 

czasu oznacza to samo, co zegarek. Będziesz współpracował?

- Nie możesz mi grozić! - obruszył się Coypu.

- Już to zrobiłem. Masz minutę do namysłu. Straż!

Para   antropoidalnych   osobników   w  kombinezonach  bojowych   pojawiła  się  po 

obu stronach profesora, łapiąc go bezceremonialnie pod pachy tak, że jego stopy zaczęły 

dyndać w powietrzu.

- Trzydzieści sekund - glos Inskippa wypełniony był całym ciepłem atakującej 

kobry.

- Zawsze chciałem wyskalować doświadczalnie time-helix - namyślił się Coypu.

-   No.   Postawcie   go!   To   będzie   proste   -   wyślesz   go   tydzień   w   tył,   ustawiając 

maszynę   na   sygnał   powrotu.   Damy   ci   dokładne   koordynaty   czasoprzestrzenne.   Nic 

więcej nie musisz wiedzieć. Jesteś gotów, DiGriz?

-   Jak   zawsze   mruknąłem   bez   entuzjazmu,   zezując   na   kombinezon   i   stertę 

ekwipunku. - Tylko się ubiorę i poumieszczam  to wszystko. Tak samo jak ty gotów 

jestem zobaczyć, co się stało, a wrócić pragnę jeszcze bardziej niż ty!

Gotowa sprężyna time-helixu błyskała zielonkawo. Westchnąłem, przygotowując 

się duchowo do podróży. Zatęskniłem niemal za spokojnym, trupiopodobnym uściskiem 

poborców podatkowych.

Niemal.

4

background image

Fakt, że  nie była to moja pierwsza podróż w  czasie,  bynajmniej nie zmieniał 

związanych   z   nią   nieprzyjemnych   wrażeń.   Przeciwnie,   poczułem,   jakby   coś   mnie 

rozciągało, znowu były widoczne gwiazdy i znów pojawiło się poczucie przeraźliwego 

zimna. Było to paskudne i trwało stanowczo za długo. W końcu sensacje skończyły się i 

szarość   przestrzeni   zmieniła   się   w   zdrową,   pocętkowaną   gwiazdami   czerń   kosmosu. 

Byłem w stanie nieważkości; obracałem się wolniutko i podziwiałem wygląd satelity, 

który właśnie pojawił się w polu widzenia. Radar oznajmił, że jestem o piętnaście mil od 

tej skały - czyli tam, gdzie powinienem być.

Satelita   był   uczciwych   rozmiarów   -   opleciony   antenami   z   mnóstwem   jasno 

oświetlonych okien. Jak pamiętałem, wypełniony był pałętającą się zgrają cymbałów, 

zajmujących   się   czymś   użytecznym   przez   minimalną   cząstkę   swojego   żywota. 

Przełączyłem radio na ich częstotliwość i stwierdziłem, że jestem o godzinę spóźniony w 

stosunku do planu - Coypu będzie mocno zaintrygowany, jak mu to oświadczę. Mimo to 

miałem jeszcze pięć godzin do spędzenia, zanim się coś zacznie.

Z oczywistych powodów nie mogłem zapalić cygara, ale mogłem się napić. Już 

dość   dawno   przedsięwziąłem   odpowiednie   kroki   po   temu,   wypuszczając   wodę   ze 

zbiornika,   nalewając   zaś   burbona   z   wodą.   Zalety   tej   mieszanki   odkryto   jakieś 

trzydzieści dwa tysiące lat wcześniej na Planecie Ziemia. Planeta, co prawda, została 

zniszczona bardzo dawno temu, ale przepis uratowałem osobiście po sporej ilości prób - 

niebezpiecznych, bo na sobie - nauczyłem się produkować znośną imitację. Nic więc nie 

stało na przeszkodzie, by złapać rurkę w zęby i zdrowo pociągnąć. Mieszanka faktycznie 

była   dobra.   Podziwiałem   okoliczne   gwiazdy,   jak   i   pobliskiego   satelitę,   uzupełniając 

regularnie równowagę płynów w organizmie, i czas jakoś leciał.

Jakieś   pięć   minut   przed   punktem   krytycznym,   dostrzegłem   kątem   oka   nagły 

ruch.   Odwróciłem   się   i   zobaczyłem   identyczny   kombinezon   próżniowy,   unoszący   się 

opodal   i   siedzący   na   dwujardowej  rakiecie.   Wyciągnąłem   miotacz   i   wycelowałem   w 

nowo przybyłego.

Trzymaj łapy na widoku i obróć się powoli, abym mógł cię obejrzeć.

-   Odłóż,   durniu,   tę   pukawkę   -   oświadczył   tamten,   nadal   odwrócony   tyłem, 

grzebiąc coś przy kontrolkach rakiety. - Skoro ty nie wiesz, kim jestem, to nikt tego nie 

wie.

- Mną! - stwierdziłem starając się zamknąć usta.

- Nie, sobą! Ja jestem tobą albo coś w tym guście. Gramatyka nie jest stworzona 

do takich rzeczy. Schowaj spluwę, cymbale.

background image

-- Czy mógłbyś mi wyjaśnić...

- Pewnie będę musiał, skoro ty czy ja nie mieliśmy dość inteligencji, by pomyśleć 

o tym wcześniej i potrzebna była druga podróż. To jest kosmiczna pluskwa - spojrzał na 

zegarek albo ja spojrzałem na zegarek, czy coś w tym stylu.

Potem on /ja?/ wskazał: - Uważaj, to naprawdę jest niezłe widowisko.

Było. Przestrzeń za satelitą była pusta - po czym nagle już nie była. Coś wielkiego, 

bardzo wielkiego pojawiło się i mknęło ku satelicie. Widziałem jedynie czarny jajowaty 

kształt, który niespodziewanie otwarł się z przodu. Wnętrze było niesamowicie obszerne, 

rozświetlone   ogniem   piekielnym,   zupełnie   jak   gigantyczna   paszczęka   obramowana 

zębami.

- ZĘBY! - trzasnęło moje radio wiadomością z zaginionego satelity.

Biały strumień ognia przeciął pole widzenia i pluskwa runęła ku satelicie. Zgranie 

było idealne, gdyż paszcza już zamknęła się po połknięciu satelity; wokół kolosa zamigo-

tało pole ochronne i statek, a wraz z nim pluskwa zniknęły.

- Co to było? - westchnąłem.

- Skąd niby mam wiedzieć? - odparłem. - Zabieraj się z powrotem, żebym ja się 

mógł zabrać albo ty. Mam na myśli... do cholery z tym, ZNIKAJ!

- Nie pyskuj - mruknąłem - nie sądzę, żebym powinien w ten sposób zwracać się 

do siebie.

Uruchomiłem mechanizm powrotny i po wszystkich wyżej opisanych przejściach 

wróciłem do punktu wyjścia.

- Co znalazłeś? - Inskipp był przy mnie ledwie otworzyłem hełm.

- Wystarczająco dużo, aby wybrać się ponownie. Potrzebuję kosmiczną pluskwę, 

potem ci opowiem. - Zdejmowanie i nakładanie kombinezonu jest gorsze od siedzenia w 

nim, toteż zrezygnowany oparłem się o ścianę, pociągając solidny łyk mieszanki.

Inskipp głośno pociągnął nosem.

- Piłeś w pracy?

- Oczywiście. Jest to jedyny sposób, żeby ta robota nadawała się do strawienia. 

Teraz zamknij się i słuchaj.

Coś naprawdę dużego pojawiło się z nadprzestrzeni, o milę od satelity. Niezły 

kawałek nawigacji; nie sądziłem, że tak można, ale najwyraźniej się myliłem. Cokolwiek 

to było, otwarło lśniącą, obramowaną zębiskami paszczę, i połknęło admirałów wraz ze 

stacją satelitarną.

- Upiłeś się! Wiedziałem!

background image

- Nie,  i mogę tego dowieść, chyba że  sądzisz,  iż moja kamera też  się schlała. 

Ledwie to się stało, gość wrócił w nadprzestrzeń i zniknął.

- Musimy mu przyczepić pluskwę!

- To właśnie powiedziałem sobie... Dalej, Coypu, daj mi to i przenieś o pięć minut 

przed godziną zero. Tak na marginesie - spóźniłeś się o godzinę za pierwszym razem, 

oczekuję poprawy.

Coypu coś mruknął, nastawiając zegary, ja zaś złapałem pluskwę i zniknąłem. 

Scenariusz był ten sam co poprzednio, tylko z innego punktu widzenia. Gdy powtórnie 

wróciłem, miałem serdecznie dość podróży w czasie - nie pragnąłem już niczego poza 

sporym posiłkiem z małą butelką wina i miękkim łóżkiem. Dostałem wszystko i miałem 

nawet kiedy się tym nacieszyć. Prawie tydzień minął, zanim dostaliśmy meldunek od 

kosmicznej pluskwy. Byłem akurat z Inskippem, gdy go doręczono i mogę stwierdzić, że 

wytrzeszcz jego oczu i ilość czasu, jaki strawił na lekturze, były imponujące.

- To niemożliwe - oznajmił w końcu.

-   To   właśnie   w   tobie   lubię   -   nieustający   optymizm.   -   Wyłuskałem   kartkę   z 

bezwładnych palców, przeczytałem, sprawdziłem koordynaty na mapie i przyznałem mu 

rację. Prawie.

Pluskwa spisała się znakomicie. Odpaliłem ją na czas, toteż bez trudu przywarła 

do tego statku czy cokolwiek to było. Razem powędrowali w nadprzestrzeń, możliwe 

zresztą, że zrobili całą serię skoków - nie było to zbyt istotne, zwłaszcza że pluskwa była 

zaprogramowana na odłączenie się jedynie w normalnej przestrzeni i w pobliżu bądź 

planety   z   atmosferą   tlenową,   bądź   stacji   kosmicznej.   Była   całkowicie   niemetalowa  i 

dopóki nie zaczęła nadawać, praktycznie niewykrywalna.

Gdy   zbliżyła   się   do   czegoś,   na   co   była   zaprogramowana,   kierowała   się   na 

najbliższą boję świetlną Ligi i ogłaszała swoje przybycie. Nie trzeba dodawać, że robiła 

zdjęcia   na   wszystkie   możliwe   i   niemożliwe   strony.   Analizował   je   później   komputer, 

określając miejsce, z którego przybywała. Pięknie. Tyle że odpowiedź, jakiej tym razem 

udzielił, była nieprawdopodobna.

-   Jeśli   lokalizacja   jest   właściwa   -   postukałem   w   mapę   -   mam   paskudne 

przeczucie, że jesteśmy w kłopotach.

- Nie myślisz, że ci admirałowie zostali porwani przypadkiem?

- A jak ci się wydaje?

- Sądziłem, że to właśnie powiesz.

Żeby   zrozumieć   problem,   trzeba   było   zastanowić   się   nad   kształtem   naszej 

background image

galaktyki.   Wiem,   że   to   trudne   dla   wszystkich,   wyłączając   astrofizyków   i   inne   takie 

przypadki, ale jest to niezbędne. Ma ona kształt rozgwiazdy, której ramiona i korpus 

stanowią duże skupiska gwiezdne, pomiędzy kończynami zaś znajdują się pojedyncze 

gwiazdy, gaz kosmiczny i inne śmieci. Wszystkie planety Ligi usytuowane są w prawym 

górnym   ramieniu.   Parę   poznanych,   a   nie   skolonizowanych   jeszcze   światów   leży   w 

górnym lewym i prawym dolnym. A ze zdjęć wyglądało na to, że nasz porywacz przybył 

z dolnej lewej kończyny.

Cóż, jest to część tej samej galaktyki - problem w tym, że jest to część galaktyki, 

w której nigdy nie byliśmy, z którą nigdy się nie kontaktowaliśmy i, z tego co wiemy, nie 

ma tam zamieszkanych planet.

Zamieszkanych przez ludzi, znaczy się. Przez całe tysiąclecia ludzkość ciskała się 

na lewo i prawo, aby znaleźć braci w rozumie, i nigdy, jak dotąd, jej się to nie udało. 

Znaleźliśmy   ślady   dawno   zaginionych   cywilizacji,   ale   zniknęły   przed   milionami   lat. 

Podczas Ery Imperium Słonecznego, Gwiezdnego Lenna, czy temu podobnych bzdur, 

statki   latały   w   najrozmaitszych   kierunkach.   Potem   nastąpiło   Załamanie   i   zanik 

komunikacji na całe tysiąclecia. Wychodzimy właśnie z niego, napotykając planety we 

wszystkich możliwych stadiach rozwoju - lub też jego braku. Zbieramy do kupy coś, co 

już kiedyś znaleźliśmy, może kiedyś nastąpi dalsza ekspansja, ale nie dojdzie do tego 

szybko. Tyle że teraz sytuacja cokolwiek się zmieniła.

- Co zamierzasz zrobić? - spytał Inskipp.

-   Ja?   Dokładnie  nie   wiem,  ale   chyba   nic   poza   obserwowaniem,  jak   wydajesz 

rozkazy zbadania tej ciekawostki.

- Właśnie. Rozkazy! Rozkaz numer jeden. Polecisz tam, di Griz, i sprawdzisz co i 

jak.

- Jestem przepracowany. Masz do dyspozycji zasoby tysiąca planet, całą flotę i 

stada agentów. Użyj czegoś innego dla odmiany.

- Nie. Mocno mi się wydaje, że posłanie normalnego patrolowca będzie czymś w 

stylu wepchnięcia nosa w stos atomowy.

- Porównanie do kitu, ale wiem, co masz na myśli.

-   Mam   nadzieję.   Jesteś   najbardziej   przywiązanym   do   życia   facetem,   jakiego 

znam. Opieram się na tym i na możliwościach twojego skonanego mózgu i zakładam, że 

ci się uda, tak jak dotąd. Poleć tam, popatrz, co się tam tworzy, i najważniejsze - wróć z 

raportem.

- Czy może mam dostarczyć jeszcze admirałów?

background image

- Tylko jeśli chcesz. Mamy ich całą masę na miejscu.

- Jesteś pozbawionym serca brutalem o równie zboczonym umyśle, jak mój.

- Oczywiście, a jak ci się wydaje, czy inaczej mógłbym kierować tym cyrkiem? 

Kiedy nas opuszczasz i czego potrzebujesz?

Musiałem się zastanowić. Nie mogłem lecieć nie zawiadamiając Angeliny, a kiedy 

ona dowie się, jak dalece wyprawa jest niebezpieczna, nie ma siły, aby odwieść ją od 

udania się razem ze mną. Zgoda, jestem antyfeministą, ale potrafię dostrzec prawdziwy 

talent, co musiało doprowadzić do wniosku, że wolałbym mieć ją ze sobą zamiast całego 

sztabu Korpusu Specjalnego. Tylko co z chłopcami? Odpowiedź była równie oczywista. 

Z   ich   naturalnymi   zdolnościami,   pozostawały   tylko   dwa   wyjścia   -   przestępstwo   lub 

Korpus. Muszą kiedyś odbyć chrzest i wyglądało na to, że ten czas właśnie nadszedł. 

Otworzyłem oczy i zdałem sobie sprawę, że od dłuższej chwili mamroczę pod nosem, a 

Inskipp   przygląda   mi   się   podejrzliwie   sięgając   powoli   do   przycisku   alarmowego. 

Wygrzebałem z dna pamięci pytanie, które mi zadał.

- Ach, tak, hm, oczywiście. Wylatuję wkrótce z własną załogą, potrzebny mi w 

pełni wyposażony krążownik klasy Gnasher z pełnymi zapasami i uzbrojeniem, i innymi 

takimi.

- Zrobione, ściągnięcie najbliższego zajmie nam dwadzieścia godzin. Masz ten 

czas na spakowanie się i napisanie testamentu.

- Miło z twojej strony. Muszę też wykonać jedno połączenie psi.

Podszedłem do centrum komunikacyjnego, dostałem połączenie z operatorem na 

Blodgett i w parę sekund później miałem na linii Angelinę.

- Witaj, słonko. Zgadnij, dokąd jedziemy na wakacje? - spytałem.

5
- Fajny okręt, tato - oznajmił Bolivar, oglądając pulpity centralne krążownika.

- No myślę. Krążowniki tej klasy są uważane za najlepsze w całym wszechświecie.

- Stanowisko kierowania ogniem jest wspaniałe. - James wdusił guzik, zanim go 

zdołałem powstrzymać.

- Nie musiałeś rozwalać tego kawałka skały, nie zrobił ci nic złego - oświadczyłem 

z   naganą.   Przełączyłem   sterowanie   ogniem   na   własny   pulpit   pilota,   zanim   zdążył 

wymyślić coś nowego.

- Chłopcy muszą się wyszaleć - Angelina spojrzała na niego z matczyną czułością.

-  Mogą   to  robić  za  własne  kieszonkowe.  Wiesz,  ile  tysięcy   kredytów  kosztuje 

salwa burtowa tego okrętu?

background image

- Nie i nic mnie to nie obchodzi - uniosła brew. - A tak w ogóle, to od kiedy ty się o 

to troszczysz, czyścicielu publicznych kieszeni?

Mruknąłem coś i odwróciłem się w stronę zegarów. Czy mnie to obchodziło? Czy 

był to ojcowski klaps? Nie - to był autorytet! Jakkolwiek by było, byłem tu DOWÓDCĄ!

- Jestem kapitanem i załoga musi mnie słuchać! - oświadczyłem.

- Możemy podyskutować na ten temat, kochanie - Angelina była słodka jak miód.

- Jeśli będziecie tu grzecznie siedzieć - szybko zmieniłem temat - zarządzę butelkę 

szampana   i   tort   czekoladowy,   żebyśmy   nieco   odpoczęli,   zanim   misja   naprawdę   się 

zacznie i będę używał bata.

- Już nam wszystko powiedziałeś - stwierdził James. - Czy to nie może być tort 

wiśniowy?

- Wiem, że wy wiecie wszystko o tym, co się stało i dokąd lecimy, ale trzeba 

ustalić, co będziemy robić, gdy już się tam znajdziemy.

- Wiem, że nam o tym powiesz, gdy nadejdzie odpowiedni czas, kochanie. A poza 

tym, czy nie jest trochę za wcześnie na szampana?

Znowu zająłem się zegarami; musiałem uporządkować myśli. Sami wodzowie i 

ani jednego Indianina w tym zespole! Muszę być twardy.

- Porządek dnia. Startujemy dokładnie za kwadrans i udajemy się dokładnie na 

pozycję określoną przez pluskwę. Wynurzamy się z nadprzestrzeni na półtorej sekundy, 

co pozwoli instrumentom sprawdzić otoczenie i automatycznie wracamy na poprzednią 

pozycję, aby skontrolować odczyty. Co będzie dalej, zobaczymy. Jasne?

- Jesteśmy na twoje rozkazy - mruknęła Angelina pociągając szampana. Z tonu 

jej głosu nie można było wyczuć, co chciała naprawdę powiedzieć.

Postanowiłem zignorować jej uwagę.

- No to do roboty, Bolivar - z twoich stopni wynika, że byłeś dobry w nawigacji.

-   Musiałem   być.   Byliśmy   przykuci   do   pulpitów   bez   jedzenia,   dopóki   nie 

zrobiliśmy zadania.

- To wszystko jest już za tobą. Wyznacz kurs do punktu docelowego i pozwól, że 

sprawdzę   to,   zanim   wsadzisz   go   do   komputera.   James,   zaprogramuj   komputer   na 

zebranie potrzebnych danych w normalnej przestrzeni i odlot po półtorej sekundy.

- A co ja mam robić?

- Otworzyć następną butelkę i rozkoszować się osiągnięciami własnych pociech.

Osiągnięcia były i to bez zastrzeżeń - obaj zrobili porządną robotę. Zabawy się 

skończyły - to było życie i obaj zrobili wszystko, jak mogli najlepiej. Sprawdziłem wyniki 

background image

na wszystkie możliwe sposoby i nie znalazłem ani jednej pomyłki.

- Medal dla każdego z was - oznajmiłem - możecie wziąć sobie podwójną porcję 

tortu.

- Wolelibyśmy szampana.

- Dobrze, czas na toast. Za sukces!

Trąciliśmy   się   kieliszkami,   wypiliśmy   zawartość   i   ja   wcisnąłem   guzik   startu. 

Podobnie jak we wszystkich podróżach, w tej nie było nic do roboty, odkąd zaprog-

ramowaliśmy komputer.

Bliźniaki zwiedzały statek, dopóki nie nauczyły się na pamięć działania każdego 

detalu, a my z Angeliną znaleźliśmy ciekawsze sposoby spędzenia wolnego czasu. I tak 

mijały dni. Wreszcie zabrzmiał alarm: byliśmy w trakcie ostatniego skoku. Ponownie 

zgromadziliśmy się w sterowni.

- Tato, wiesz, że mamy na pokładzie dwie łodzie patrolowe?

- Wiem. Są gotowe do natychmiastowego startu. Gdy odskoczymy, ubieracie się w 

kombinezony pancerne.

- Po co? - to był James.

- Bo macie takie polecenie  - oznajmiła z  mocą Angelina. - Chwila logicznego 

myślenia da wam odpowiedź.

Tak wzmocniony poczułem, że mój autorytet jest trwały i niezniszczalny. Jeśliby 

oczekiwały nas niespodzianki, to te kombinezony utrzymają nas przy życiu nawet po 

całkowitym zniszczeniu statku.

Nic   nas   nie   oczekiwało.   Przybyliśmy,   instrumenty   zapiszczały   i   zawirowały   i 

zaraz   wycofaliśmy   się   o   sto   lat   świetlnych.   Pozostaliśmy   w   kombinezonach, 

sprawdziliśmy, czy coś za nami nie poleciało, po czym zabraliśmy się za odczyty.

- W pobliżu nic - oznajmiła Angelina przeglądając zapisy. - O dwa lata świetlne 

jest natomiast system planetarny.

- A więc to jest nasz następny cel. Plan jest taki. Zostajemy tu, w miłym oddaleniu 

od tego, co tam może być i kierujemy ku owemu systemowi szperacza, który będzie 

wysyłał nam stałe i dokładne raporty poprzez umieszczonego na orbicie satelitę. Satelitę 

zaprogramujemy na natychmiastowy powrót, jeśli szperaczowi coś się stanie. Zgoda?

- Mogę zaprogramować szperacza? - zapytał o moment szybciej od brata Bolivar.

Ochotnicy! Serce mi rosło, gdy dawałem swoją zgodę.

W ciągu paru minut oba urządzenia były gotowe i w drodze, a my zasiedliśmy do 

obiadu. Zdążyliśmy go skończyć, gdy satelita oznajmił swój powrót.

background image

- Szybko poszło - mruknęła Angelina.

- Za szybko. Jeśli coś tak szybko wyszperało szperacza, to muszą mieć nielichy 

sprzęt wykrywający. Zobaczymy, co my tam mamy.

Przyśpieszałem przegrywanie, dopóki nie doszliśmy do tego, co istotne. Gwiazda 

w centrum systemu stała się słońcem, a dane na drugim ekranie wskazywały, że system 

składa się z czterech planet, połączonych ze sobą stałą komunikacją i innym hałasem, 

wskazującym  na  uprzemysłowiony   charakter  całości.  Szperacz   skierował  się  ku   naj-

bliższej planecie, obniżając pułap.

- O cholera! -jęknęła Angelina. Osobiście mogłem się z nią zgodzić.

Cała planeta zdawała się jedną wielką fortecą - lufy potężnych dział plazmowych, 

gigantyczne lasery, wyrzutnie rakiet balistycznych zdawały się spoglądać we wszystkie 

kierunki wszechświata. Z grubsza biorąc, chyba miliardy tego pokrywały planetę. W 

niekończących się szeregach stały okręty wojenne, wypełniające aż po horyzont luki w 

działobitniach. Ani jeden skrawek naturalnej powierzchni planety nie był widoczny spod 

potężnych i nowiutkich maszyn bojowych.

-   Spójrzcie   -   wskazałem.   -   Wygląda   zupełnie   jak   to,   co   połknęło   satelitę 

admiralskiego. Tu jest następny, i jeszcze jeden.

-   Zastanawiam   się,   czy   są   przyjaźnie   nastawieni   -mruknęła   Angelina   ze 

szczątkami poczucia dobrego humoru w głosie.

Nagle na radarze pojawiły się cztery błyski, zbliżające się z zawrotną szybkością. 

Potem obraz nagle znikł.

-   Niezbyt   przyjaźnie   nastawieni   -   odparłem   nalewając   sobie   niepewną   ręką 

drinka.   -   Zróbcie   z   tego   nagranie   i   zacznijcie   je   transmitować   do   bazy.   Znajdźcie 

najbliższą stację z psimenami, żeby streszczenie było szybciej na miejscu. Jeśli ktoś nam 

nie   zaproponuje   czegoś   mądrzejszego,   to   po   nadaniu   raportu   mamy   wolne   pole   do 

działania.

- I możemy zaryzykować? - spytał Bolivar.

- Szybko się uczysz.

-   Wspaniale   -   oznajmił   entuzjastycznie   James.   -   Wszystko   własne   i   żadnych 

rozkazów.

Niedokładnie  wiedziałem,  co miał  na  myśli,  ale  byłem   z niego  dumny.  Z obu 

znaczy się.

- Są jakieś propozycje? - spytałem. - Jeśli nie, to mam pomysł na plan.

- Jesteś tu kapitanem - wtrąciła Angelina; miałem nadzieję, że  faktycznie tak 

background image

myśli.

-   Racja.   Nie   wiem,   czy   zwróciliście   uwagę,   ale   ten   system   przypomina 

przepełniony   kibel   z   kosmicznym   śmieciem   różnego   kalibru.   Proponuję   poszukać 

kawałka   skały   odpowiedniej   wielkości,   wydrążyć   go   i   umieścić   we   wnętrzu   jeden   z 

naszych patrolowców. Jeśli odpowiednio go zamaskujemy, nic nie będzie wskazywało na 

różnice między nim a innym kosmicznym gruzem.Umieścimy go na wyliczonej orbicie i 

obejrzymy spokojnie cały ten system. Zbierzemy trochę informacji i opracujemy plan 

ataku. Musi być przecież miejsce, które nie jest po zęby uzbrojone. Mam rację?

Straciliśmy trochę czasu na dyskusję, ale nikt nie wpadł na lepszy pomysł, toteż 

zabraliśmy się za realizację mojego...

Ruszyliśmy   z   normalną   szybkością   światła   i,   pracując   na   pełnej   mocy,   po 

godzinie znaleźliśmy całą chmurę skał, kamieni i innych fragmentów niegdyś większej 

planety poruszającej się po eliptycznej orbicie wokół najbliższej gwiazdy. Zająłem się 

pilotażem, szukając czegoś, co najbardziej by się nadawało do naszych planów.

- Jest - oznajmiłem w końcu. Właściwy kształt, odpowiednia wielkość i prawie 

samo żelazo, które dokładnie zamaskuje wszystkie echa. - Angelino, weź stery i podleć 

do niego. Bolivar, ty i ja polecimy w patrolowcu, użyjemy jego laserów, aby wytopić 

otwór w środku. James zajmie się łącznością. Będziecie w pogotowiu i wyślijcie nam 

wyposażenie specjalne, jeśli będziemy go potrzebować. To powinna być prosta robota.

Była.   Przy   minimalnym   ogniu   dziobowego   lasera   wcisnęliśmy   się   w   żelazo, 

wysyłając w przestrzeń chmury gazu. Gdy dziura wyglądała na wystarczająco głęboką, 

wdziałem kombinezon i ruszyłem, by zbadać ją osobiście.

-   Wygląda   dobrze   -   oznajmiłem   wracając.   -   Bolivar,   myślisz,   że   możesz 

wprowadzić tu patrolowiec, nie rozbijając go i nie tracąc zbyt wielu anten?

- To proste, tato!

Faktycznie, był niezły. Patrzyłem, jak srebrzysty kształt przepływa koło mnie i 

znika we wnętrzu, nie tracąc przy tym anten ani innego wyposażenia. Teraz mogliśmy 

zająć się rozmieszczeniem instrumentów na powierzchni skały. Potem trzeba podłączyć 

je do komputera patrolowca i poszukać odpowiedniego kawałka do zatkania otworu...

Patrzyłem na Gnasher, układając sobie kolejność prac i podziwiając jego smukły, 

oświetlony kształt, oddalony o półtorej mili, gdy pojawił się czarny cień przysłaniający 

gwiazdy.

Był równie wielki jak szybki i rozświetlony poświatą bijącą z otwierającego się 

dziobu. Ruszył naprzód i w mgnieniu oka pochłonął krążownik. Dziób zamknął się i 

background image

przybysz zniknął.

Wszystko   to   działo   się   błyskawicznie,   podczas   gdy   ja   stałem   i   gapiłem   się 

bezczynnie.

Wszystko - okręt, Angelina i James - zniknęło!

Miałem wiele krytycznych chwil w życiu, ale ta była najgorsza. Unosiłem się w 

przestrzeni z zaciśniętymi pięściami, wbijając przerażony wzrok w miejsce, w którym 

przed   chwilą   znajdował   się   krążownik.   Do   tej   pory   spotykały   mnie   różne   przykre 

niespodzianki,   ale   dotyczyły   one   zawsze   tylko   mnie.   Takie   zagrożenia   cudownie 

oczyszczają umysł, a adrenalina wspaniale działa na ustrój, gdy jest potrzebna akcja. 

Tym   razem   nic   mi   nie   groziło,   natomiast   Angelina   i   James   byli   w   śmiertelnym 

niebezpieczeństwie. W dodatku ja czułem się zupełnie bezradny.

Musiałem wydać jakiś dźwięk, gdy sobie to uświadomiłem i bez wątpienia musiał 

być on raczej nieprzyjemny, gdyż w moich słuchawkach zadźwięczał zaniepokojony głos 

Bolivara:

-   Tato?   Co   się   dzieje?   Coś   nie   tak?   Paraliż   minął,   ruszyłem   ku   niemu, 

wyjaśniając, co się stało. Był trupio blady, ale panował nad sobą.

- Co robimy? - spytał stłumionym głosem.

-   Jeszcze   nie   wiem.   Lecimy   za   nimi   oczywiście.   Tylko   dokąd?   Potrzebujemy 

planu...

Wysoki, przeraźliwy dźwięk rozległ się od strony modułu łączności, przerywając 

mi skutecznie kwestię. Wytrzeszczyłem oczy w kierunku jego źródła.

- Co to jest? - zdumiał się Bolivar.

- Ogólny alarm. Czytałem o czymś takim w trakcie szkolenia, ale nie słyszałem, 

aby kiedykolwiek ogłoszono go inaczej niż w celach treningowych i na małym obszarze. 

Wiesz   przecież,   że   fale   radiowe   podróżują   z   prędkością   światła   i   przesyłanie   nimi 

wiadomości w kosmosie jest nonsensem. Dlatego większość z nich przewożona jest przez 

statki   kurierskie,  sprawy najważniejsze   zaś   są  przesyłane   przez  psimenów,  bo  myśli 

zdają się sięgać celu natychmiast. Jeden psiman może porozumiewać się z drugim bez 

względu na dzielącą ich odległość, nie tracąc chwili czasu. Wszyscy dobrzy operatorzy 

pracują dla Ligi, a większość dla Korpusu. Są urządzenia elektroniczne, które mogą 

wykryć tę komunikację, ale tylko przy jej pełnym natężeniu, a i to nie dekonspiruje 

szczegółów.   Każdy   statek   Ligi   ma   taki   wykrywacz,   choć   jak   dotąd   nigdy   ich   nie 

używano. Aby je uruchomić, każdy żywy psiman transmituje w tym samym czasie co 

inni tylko jedną wiadomość. Jedno słowo: KŁOPOTY. Kiedy taki alarm zostaje ode-

background image

brany, każdy statek udaje się natychmiast w pobliże którejś z naszych planet lub stacji, 

aby dowiedzieć się, co się dzieje. Ruszamy.

- Mama i James...

- Odnalezienie ich będzie wymagało namysłu i pomocy. Możesz to nazwać, jak 

chcesz, ale wydaje mi się, że ten alarm ma związek z naszą obecną sytuacją.

Pech   sprawił,   że   miałem   rację.   Wyłoniliśmy   się   z   nadprzestrzeni   w   pobliżu 

automatycznej   radiolatarni   i   nagrany   sygnał   natychmiast   zabrzmiał   w   naszych 

odbiornikach:

-   ...powrót   do   baz.   Wszystkie   jednostki   zameldują   się   po   rozkazy.   W   ciągu 

ostatniej   godziny   siedemnaście   planet   Ligi   zostało   zaatakowanych   przez   obce   siły. 

Wszystkie jednostki - powrót do baz. Wszystkie...

Ustaliłem   kurs,   zanim   jeszcze   wiadomość   zaczęła   się   powtarzać.   Do   Kwatery 

Głównej Korpusu. Obrona z pewnością była koordynowana przez Inskippa i tam też 

musiały być kierowane wszystkie informacje. Podróż była markotna. Jedyną pociechę 

znajdowaliśmy z Bolivarem  w  powtarzaniu  sobie, że  siła ognia, jaką widzieliśmy na 

ekranach, wskazywała bez dwóch zdań na to, że mogli rozbić krążownik na atomy w 

mgnieniu oka. A nie zrobili tego. Chcieli więc mieć załogę żywą. Nie odważyliśmy się 

snuć   rozważań   dlaczego,   ale   sam   fakt,   że   Angelina   i   James   byli   więźniami,   był 

pocieszający: więźniów można odbić.

Gdy wyszliśmy z nadprzestrzeni,  leciałem  jak wariat. Hamowanie w ostatnim 

momencie, wyłączenie kontaków ledwie ujęły nas macki pola, wyjście w chwili, gdy właz 

zaczął   się   otwierać.   Mając   obok   Boliyara,   gnałem   przez   korytarze   wprost   do   biura 

Inskippa. Tylko po to, aby znaleźć go chrapiącego na biurku.

- Gadaj - zażądałem, ledwie otworzył najbardziej zaczerwienione oczy, jakie w 

życiu widziałem.

-  Powinienem  był  wiedzieć  -  jęknął.  -  Musiałeś  wleźć   akurat,  gdy  usiłowałem 

zasnąć pierwszy raz od czterech dni. Czy ty wiesz...

-   Wiem,   że   jeden   z   ich   statków   połknął   mój   krążownik   razem   z   Angelina   i 

Jamesem i że przez ostatnie cztery dni gnietliśmy się w patrolowcu.

- Przepraszam, nie wiedziałem - wymamrotał chwiejąc się na nogach. Zbliżył się 

do szafy i wyciągnął zeń kryształową flaszkę, z której łyknął solidnie.

Powąchałem zawartość i zrobiłem to samo.

- Wyjaśnij - zakomenderowałem. - Co się dzieje?

- Inwazja obcych. Pozwól sobie powiedzieć, że oni są dobrzy. To, co połknęło twój 

background image

krążownik, to najcięższy, opancerzony polami pancernik, jaki kiedykolwiek widziałem, 

a my nie mamy nic, co byłoby w stanie go ugryźć. Więc wszystko, co możemy zrobić, to 

stale   się   wycofywać.   Jak   dotąd   nigdzie   jeszcze   nie   wylądowali,   ograniczając   się   do 

ostrzału naszych pozycji. Nie wiemy, jak długo to może potrwać, ale na pewno zaczną się 

desanty.

- Mówiąc krótko - przegrywamy?

- W stu procentach.

- Jakie to optymistyczne. Mógłbyś mi jeszcze powiedzieć, z kim walczymy?

- Mógłbym. Mogę ci nawet pokazać. Masz!

Wdusił przycisk i na środku pomieszczenia pojawił się holowizyjny obraz. Macki, 

czułki,   pazury,   kleszcze,   śluzowaty,   zielonkawy   kadłub   ze   zbyt   wieloma  oczami   wy-

stającymi w najrozmaitszych kierunkach oraz masą innych detali, których lepiej nie 

opisywać.

- Uggh - oznajmił Bolivar mówiąc za nas obu.

- Jeśli ten się nie podoba - warknął Inskipp - to co powiecie o tym... albo o tym?

Istoty zmieniały się przy kolejnych wduszeniach klawisza i każda była bardziej 

obrzydliwa od poprzedniej.

-   Wystarczy!   -wrzasnąłem   w   końcu.   -   Dobry   sposób   na   odchudzenie, 

obrzydlistwo! Nie  ruszę   jedzenia   przez  najbliższy   tydzień.   Który   z  nich  jest  naszym 

wrogiem?

- Wszystkie. Niech ci to Coypu wyjaśni.

Wywołany profesor pojawił się na ekranie. Po tych stworach, jego wystające zęby 

i belferskie maniery były przyjemną odmianą.

-   Zbadaliśmy   złapane   okazy,   zrobiliśmy   sekcję   zabitych   i   odczyty   mózgów 

żyjących. To, co odkryliśmy, nie jest zbyt pocieszające. Walczy przeciwko nam duża 

liczba   stworzeń   z   różnych   systemów   planetarnych.   Z   tego   co   mówią,   a   nie   mamy 

podstaw, aby im nie wierzyć, jest to coś w rodzaju świętej krucjaty. Ich jedynym celem 

jest   zniszczenie   ludzkości   i   zmiecenie   przedstawicieli   naszej   rasy   z   powierzchni 

wszechświata.

- Dlaczego? - wyrwało mi się.

-   Pytacie   dlaczego?   -   kontynuował   Coypu.   -   Zupełnie   naturalne   pytanie. 

Odpowiedź brzmi: bo nie mogą na nas patrzeć. Uważają, że jesteśmy zbyt odrażający, 

aby istnieć. Była mowa o zbyt małej liczbie kończyn, o tym, że jesteśmy za mało mokrzy, 

nasze oczy nie są na słupkach, nie wydzielamy miłego śluzu, brak nam wielu istotnych 

background image

organów. Doszli do wniosku, że nie możemy istnieć obok siebie.

- I kto to mówi!? - zdenerwował się Bolivar. - Te wstrętne obrzydlistwa...

- Piękno jest względne - uświadomiłem go. - Co nie zmienia faktu, że całkowicie 

się z tobą zgadzam. Teraz zamknij się i słuchaj profesora.

-   Inwazja   została   dokładnie   przygotowana   -   poinformował   nas   Coypu, 

przeglądając   jakieś   papiery.   -   Od   jej   rozpoczęcia   znaleźliśmy   wielu   ich   agentów 

ukrytych   w   zsypach,   przewodach   wentylacyjnych,   toaletach   i   innych   takich. 

Najwyraźniej obserwowali nas od dłuższego czasu. Porwanie admirałów było preludium 

do   inwazji,   próbą   wprowadzenia   zamieszania   w   naszych   siłach   poprzez   usunięcie 

dowódców. Faktycznie, odczuwamy pewien niedobór admirałów, ale młodsi oficerowie 

objęli dowództwo oddziałów i ich efektywność w szybkim czasie się zdublowała. Brak 

nam   wiadomości   o   nieprzyjacielu,   o   jego   organizacji,   bazach   i   uzbrojeniu,   gdyż 

zdołaliśmy pochwycić jedynie małe jednostki, dowodzone przez osobników niskiej rangi. 

Najważniejsze jest teraz zebranie informacji o...

- Uch, serdeczne dzięki - warknął Inskipp wygaszając Coypu w połowie zdania. - 

Sam bym na to nigdy nie wpadł.

- Mogę to załatwić - powiedziałem, z przyjemnością obserwując wygląd białek 

jego   oczu,   czerwonych   raczej,   niż   białych,   zwracających   się   ku   mnie   i   próbujących 

jednoczenie wyjść z orbit.

- Ty!?

- Oczywiście, że ja! A kto niby? Przezwyciężę wrodzoną skromność i powiem ci, 

że jestem tajną bronią, którą wygramy wojnę.

- Jak?

- Najpierw muszę pogadać z Coypu, potem ci wszystko wyjaśnię.

- Jedziemy za mamą i Jamesem? - spytał Bolivar.

-   Możesz   być   pewny.   A   przy   okazji   ocalimy   cywilizowany   Świat   przed 

zniszczeniem.

- Dlaczego mi zawracacie głowę, kiedy mam kupę roboty? - Coypu odsunął się od 

ekranu komputera, przełykając ślinę i spoglądając wymownie na Inskippa.

-   Spokój   -   włączyłem   się   -   rozwiążę   wszystkie   twoje   problemy,   tak   jak   to 

wielokrotnie   robiłem   w   przeszłości,   ale   potrzebna   mi   twoja   pomoc.   Ile   ras   obcych 

odkryliście do tej pory?

- Trzysta dwanaście, ale co...

- Chwileczkę. Są one najrozmaitszych kształtów, wielkości i innych detali.

background image

- Lepiej w to uwierz na słowo! Powinieneś zobaczyć, co mi się śni!

- Serdeczne dzięki. Musiałeś znaleźć język, jakim się one porozumiewają?

- Używasz go w tej chwili. To esperanto.

- Przestań się wygłupiać!

-   Nie   wrzeszcz   na   mnie!   -   pisnął   histerycznie,   po   czym   wziął   jakąś   pigułkę   i 

otrząsnął się.-Dlaczego nie? Obserwowali nas dość długo i uczyli się wszystkiego, czego 

mogli, zanim nas zaatakowali. Słyszeli z pewnością całą masę naszych języków i wybrali 

esperanto dla tych samych powodów, dla których my to zrobiliśmy. Bo jest najprostsze, 

najłatwiejsze i najbardziej funkcjonalne ze wszystkich języków.

- Przekonałeś mnie. Dzięki, profesorze, a teraz trochę odpocznij, bo będziesz mi 

pomagał przy przedostawaniu się do ich kwatery głównej, odkrywaniu ich tajemnic i 

ratowaniu mojej rodziny, a może i admirałów - to ostatnie się zobaczy.

-   O   czym   ty,   do   diabła,   bredzisz!   -   wrzasnął   Inskipp,   mając   w   tle   profesora 

Coypu, mówiącego dokładnie to samo, tylko cieńszym głosem.

-   To   proste,   przynajmniej   dla   mnie.   Profesor   zrobi   mi   kombinezon   wraz   z 

urządzeniem do wydalania śluzu i całą resztą detali wzorowanych na wyglądzie obcych. 

Powitają mnie w nim jak swojego. Będę przedstawicielem nowej rasy, która dopiero 

dowiedziała się o świętej wojnie i zamierza się przyłączyć do nich. Pokochają mnie - 

zapewniam was.

Technicy wykonali szybką i dokładną robotę. Naładowali komputer projektujący 

wszystkim, co wiedzieli o wyglądzie obcych i zaprogramowali go na wariacje, jakich 

dotąd nie odkryto wśród napastników.

Wysililiśmy naszą wyobraźnię i znaleźliśmy coś odpowiedniego.

Wywarło to wrażenie nawet na Bolivarze.

- Oto mój ojciec! - oświadczył obłażąc mnie w kółko i podziwiając ze wszystkich 

stron.

Było   co   podziwiać   -   wyglądałem   jak   miniaturowy   tyranozaurus   dotknięty 

zaawansowanym trądem, skrzyżowany z mrówką. Z oczywistych powodów miałem dwie 

nogi. Potężny ogon w końcowym fragmencie przeradzał się w czułki z przylgami. W jego 

wnętrzu było dość miejsca na urządzenie wydalające, ministos i magazyn wyposażenia. 

Przerośnięta   szczęka   aż   wiła   się   od   żółtozielonych   wypustków,   przyozdabiając   front 

uroczego pyska, który mógł się przyśnić w koszmarnym śnie. Uszy jak u nietoperza, 

wąsy jak u szczura, oczy jak u zmutowanego kota - naprawdę wyglądało to obrzydliwie. 

Z przodu było wejście, którym, jak mogłem najostrożniej, wlazłem.

background image

- Ręce są jedynie lekko wspomagane i pasują do twoich własnych - informował 

mnie Coypu - nogi natomiast chodzą na serwomechanizmach, które naśladują ruchy 

twoich nóg. Uważaj, jak łazisz: te pazury mogą zrobić dziury w stalowych płytach.

- Zamierzam spróbować. Co z ogonem?

- Automatyczna przeciwwaga, kiwa się podczas  chodzenia, tu masz kontrolki. 

Możesz go opierać, gdy nie chodzisz lub siedzisz przez dłuższy czas, albo włączyć toto, 

będzie   drgał   co   jakiś   czas,   żeby   wyglądało   realistycznie.   Uważaj   na   to   tutaj:   to 

bezpiecznik   automatycznej,   bezodrzutowej   siedemdziesiątki   piątki   zamontowanej 

między oczami, celownik zaś masz na nosie.

- Cudownie. Co z granatami?

- Miotacz masz pod ogonem. Same granaty są zamaskowane jako wiesz co.

- Świństwo. Widzę, że masz zboczoną wyobraźnię. Daj mi się teraz pozapinać i 

odsuńcie się. Mam ochotę to wszystko wypróbować.

Trochę czasu zajęło mi dojście do wprawy w naturalnym poruszaniu się, ale w 

końcu się nauczyłem. Oblazłem pomieszczenie, zostawiając śluzowaty ślad i dziury od 

pazurów w podłodze oraz straty w majątku ruchomym od machania ogonem. Wybiłem 

nawet parę dziur moją armatą.

Automatyczna czy nie, ale zdecydowałem się zostawić ją na faktycznie ostatnią 

czarną chwilę i póki co wziąłem solidną porcję pastylek od bólu głowy. Gdy wróciłem do 

laboratorium,   coś   jakby   mały   robot   wyłoniło   się   z   sąsiedniego   pomieszczenia   i 

przejechało mi po ogonie.

- Uspokójcie to bydlę! - wrzasnąłem, widząc jak przed nosem zapala mi się napis 

„Ból ogona".

Wymierzyłem robotowi kopniaka, którego z łatwością uniknął, po czym stanął mi 

przed nosem. Górna część z czujnikami opadła i znalazłem się oko w oko z uśmiech-

niętym Bolivarem.

- Czy mogę się dowiedzieć, co robisz w tej blaszance?

- Jasne, tato. Jadę z tobą. Służący do noszenia bagażu, czy to nie jest logiczne?

- Nie jest - oznajmiłem i wytoczyłem ciężkie argumenty, wiedząc z góry, że tę 

dyskusję i tak przegram.

Przegrałem   i   uśmiechnąłem   się   w   duchu.   Mimo   obawy   o   jego   i   moje 

bezpieczeństwo, jakaś pomoc była z pewnością potrzebna, a zwłaszcza pomoc kogoś, 

kogo możliwości dobrze znałem.

-   Dokąd   teraz?   -   zapytał   Inskipp   spoglądając   z   dużym   niesmakiem   na   mój 

background image

kombinezon.

- Na tę uzbrojoną planetę, na którą zabrali admirałów i chyba moją żonę, i syna. 

Jeśli to nie ich główna kwatera, to z całą pewnością jedna z głównych baz.

- Nie piśniesz ani słowa o tym, co knujesz?

- Będę zaszczycony. Wyruszamy w tym samym patrolowcu, ale najpierw chcę, by 

rozwalono mu kadłub i byle jak załatano. We wnętrzu też powinno być trochę uszko-

dzeń.   Najlepiej   rozwalcie   jakieś   mało   istotne   instrumenty   dla   dodania   autentyzmu. 

Potrzebuję dużo krwi, aby wszystko malowniczo pokropić. I jeszcze jedno. Co prawda 

niezbyt mi się to podoba, ale cel uświęca środki: macie parę zbędnych ciał?

- Aż za wiele - odparł ponuro szef. - Chcesz mieć w mundurach?

-   Mogą   mi   uratować   życie.   Mam   zamiar   pojawić   się,   rycząc   na   wszystkich 

częstotliwościach i mrugając wszystkimi światłami, zgłaszając ochotnicze przystąpienie 

mojej osoby plus całej planety do szlachetnej sprawy.

- O której właśnie dowiedzieliście się zdobywając ten statek?

- Szybko kojarzysz, jak na swój wiek. Każ zrobić to wszystko, co powiedziałem 

natychmiast, albo jeszcze szybciej, bo mam zamiar odlecieć za jakieś pięć minut.

Ponieważ misja zdawała się naszą jedyną nadzieją, mieliśmy wszelką możliwą 

pomoc. Połatany patrolowiec został załadowany na pokład krążownika, odlot zaś był 

dosłownie natychmiastowy. Dostarczono  nas  w  najbliższy,  w  miarę  bezpieczny  rejon 

wrogiego systemu i serdecznie  pożegnano. Pokręciłem  się wokół paru  chmur śmieci, 

przeleciałem przez obłok pyłowy i dwie czarne dziury, aby skuteczniej zatrzeć ślady, po 

czym ruszyłem ku bazie wroga.

- Gotów? - spytałem włażąc do wnętrza kombinezonu.

- Równo z tobą, tato - usłyszałem robota zatrzaskującego i blokującego górną 

sekcję.

Zamknąłem kombinezon i opatrzoną w pazury łapą ująłem jego górny chwytak. 

Dodatkowe światła zostały zainstalowane według mojego pomysłu na kadłubie, teraz 

włączyłem  je i ruszyliśmy pełnym  ciągiem, niby  kosmiczna  choinka transmitując  na 

wszystkich   stu   trzydziestu   siedmiu   częstotliwościach   pieśń   mojej   świeżo   wymyślonej 

planety. Uzbrojona po zęby baza była coraz bliżej.

- Kiu vi estas? - spytał ponury głos, jednocześnie ekran rozjaśnił się, ukazując 

szczególnie ohydnego przedstawiciela napastników.

- Kiu  vi estas?  Ciuj konas  min, se mi ne kones  un, belulo - stwierdziłem, że 

odpowiedź będzie najlepsza, jeżeli doda się do niej trochę uczucia, ale nazwanie tego 

background image

straszydła przystojniaczkiem, wymagało sporego samozaparcia.

Okazało   się   to   skuteczne   -   rozmówca   kontynuował   rozmowę   w   dużo 

przyjemniejszym tonie.

- No, no - nie ma się co obrażać. Mogą cię dobrze znać w domu, ale teraz jesteś 

daleko od niego. Poza tym jest wojna i musimy przestrzegać przepisów bezpieczeństwa.

- Naturalnie. Wy naprawdę walczycie? Z tymi bladosuchymi?

- Robimy, co możemy, ślicznotko.

- Dopisujcie nas do tego! Złapaliśmy ich statek szpiegujący na naszej planecie. 

Nie mamy własnych, ale zestrzeliliśmy ten i zrobiliśmy pranie mózgów tym, co ocaleli. 

Nauczyliśmy się ich języka i odkryliśmy, że wszystkie ludy galaktyki zjednoczyły się 

przeciwko nim. Chcemy się do was przyłączyć - jestem ambasadorem i czekam na wasze 

rozkazy!

-   Wspaniale   -   pojaśniał   cały   z   wrażenia.   -   Wysyłamy   statek,   aby   cię 

przyprowadzić. Ale najpierw jedno pytanie, słodka.

- Pytaj, przystojniaczku.

- Z takimi oczami jak twoje... Jesteś płci żeńskiej?

- W przyszłym roku o tej porze będę. Teraz jestem w neutralnej fazie, pomiędzy 

nim a nią.

- A więc za rok spotkamy się na randce!

-   Zapisuję   cię   w   notesie   -   obiecałem.   Bolivar   nalał   mi   szklaneczkę,   którą 

opróżniłem przez słomkę.

- Czy się mylę, tato - spytał - czy ten uciekinier z szamba ma na ciebie chrapkę?

-  Niestety,  mój chłopcze,  masz rację.   W  naszej   ignorancji,   zrobiliśmy   damski 

kostium i to sądząc z jego zachowania, bardzo seksowny. Musimy go trochę zeszpecić.

- Co prawdopodobnie zrobi go jeszcze bardziej seksy.

-   Cholera,   masz  oczywiście   rację!   Muszę   się   wobec   tego   przyzwyczaić   do   ich 

amorów i wyciągnąć z nich jakieś korzyści.

Statek-pilot   pojawił   się   na   ekranach   i   nastawiłem   auto-pilota   na   jego   ślad. 

Lecieliśmy zygzakiem  przez niewidzialne  pola siłowe i zapory  minowe, aby w końcu 

wyładować na metalowej płycie wewnątrz fortecy. Miałem nadzieję, że jest to lądowisko 

dla gości, a nie wjazd do więzienia.

-   Chciałbyś   pewnie   swój   hełm,   tato?   -   przypomniał   mi   Bolivar,   używając 

syntetyzatora dźwięków, aby uzyskać głos maszynowy.

- Masz rację,  szanowny robocie  - nałożyłem  pozłacany  kask (z diamentami) i 

background image

przejrzałem   się   w   lustrze.   Odmieniło   mnie.   -   I   lepiej   nie   nazywaj   mnie   ojcem. 

Spowodowałoby to masę niewygodnych pytań natury biologicznej.

Imponująca   kolekcja   pełzających,   skaczących   i   chodzących   figur   oczekiwała 

naszego wyjścia. Gdy wymaszerowałem z kabiny - Bolivar podążał za mną, niosąc stertę 

starannie skonstruowanego, obcego z wyglądu bagażu - jeden z nich, ze złotą obręczą na 

łbie, wystąpił do przodu, machając ku mnie mackami.

- Witamy, ambasadorze  - stwierdziło  toto. - Jestem Gar-Baj, Pierwszy Oficer 

Rady Wojennej.

- Cała przyjemność po mojej stronie. Jestem Sleepery Jeem Geshtunken.

- Sleepery to twoje imię czy tytuł?

-   W   moim   ojczystym   języku   oznacza   to   „Ten   Który   Stąpa   po   Plecach 

Niewolników Ostrymi Pazurami" i oznacza, że jestem członkiem arystokracji.

- Nadzwyczajnie obrazowy język. Sleepery, musisz mi więcej o sobie opowiedzieć 

prywatnie.

Sześć z jego osiemnastu czułków mrugnęło znacząco i już wiedziałem, że stary 

seksapil nadal działa.

- Zawiadomię cię o moim następnym okresie, Gar. Ale do rzeczy: jest wojna, czy 

jej nie ma? Powiedz mi, jak stoją sprawy i co my możemy zrobić, aby pomóc w tym 

świętym boju?

- Zrobię to, ale pozwól mi najpierw zaprowadzić cię do twojej kwatery, wyjaśnię 

ci   wszystko   po   drodze.   -   On,   ja   i   mój  wierny   robot   ruszyliśmy.  -   Wojna   przebiega 

zgodnie z planem... oczywiście nie wiesz o tym, ale planowaliśmy ją przez wiele lat. Ja i 

moi szpiedzy spenetrowaliśmy wszystkie ich planety i znamy ich siłę aż do ostatniego 

pistoletu.   Nie   mogą   nas   zatrzymać.   Mamy   absolutną   kontrolę   przestrzeni   i   teraz 

przygotowujemy się do drugiej fazy.

- Którą jest...?

- Inwazja planetarna. Po zniszczeniu ich floty, powybieramy ich planety jedną po 

drugiej jak zgniłe jajka.

- To coś dla nas! - wrzasnąłem wybijając sporą dziurę lewą nogą. - Jesteśmy 

gotowi prowadzić natarcie, nawet jeśli jest to związane ze śmiercią dla sprawy.

- Właśnie czegoś takiego oczekiwałem od kogoś tak dobrze zbudowanego jak ty. 

Statków transportowych mamy dość, ale zawsze się przydadzą doświadczeni żołnierze. 

Zapraszam  cię na następne posiedzenie  Rady, gdzie  uzgodnimy, jak będą wyglądały 

zasady naszej współpracy. Teraz pewnie jesteś zmęczony i chcesz odpocząć.

background image

- Nigdy! - zgrzytnąłem zębami. - Nie chcę odpoczynku, dopóki nie zniszczymy 

ostatniego z tych obrzydliwców.

- Szlachetne uczucie, ale musimy kiedyś odpoczywać.

- Nie macie jakiegoś jeńca albo nawet kilku, których mógłbym osobiście rozerwać 

dla propagandy?

- Mamy cały ładunek admirałów, ale potrzebujemy ich jako źródła informacji.

-   Uwielbiam   wyrywać   kończyny   admirałom.   A   nie   macie   jakichś   kobiet   albo 

dzieci? Bardzo melodyjnie krzyczą- było to pytanie za 64000 kredytów ukryte wśród 

pozostałych bzdur. Zakręciłem ogonem, oczekując w napięciu na odpowiedź, a Bolivar 

przestał brzęczeć.

-   Zabawne,   że   pytasz.   Złapaliśmy   nieprzyjacielski   okręt   szpiegowski,   którego 

załogę stanowiła właśnie samica i młody samiec.

-   O   właśnie!   -   wrzasnąłem   z   autentycznym   podnieceniem.   -   Gdzie   oni   są? 

Zaprowadź mnie do nich!

- Normalnie byłbym szczęśliwy, mogąc to zrobić, ale teraz jest to niemożliwe.

- Nie żyją? - spytałem starając się, aby zabrzmiało to jak zawód, nie radość.

- Nie, choć życzylibyśmy sobie, żeby tak było. Do tej pory nie wiemy, co się stało. 

Pięciu   naszych   żołnierzy,   wszyscy   bardzo   doświadczeni,   było   z   nimi   w   zamkniętym 

pomieszczeniu.  Wszyscy  nie  żyją,  nie  wiadomo dlaczego,  a  oni  zwiali  i  ślad  po nich 

zaginął.

- Tragiczne - westchnąłem machając ogonem. - Czy złapaliście ich powtórnie?

-   Nie,   i   to   jest   najdziwniejsze,   bo   minęło   już   parę   dni.   Ale   nie   ma  się   czym 

przejmować. Posłaniec przyjdzie po ciebie, kiedy Rada się zacznie. Śmierć paskudom.

- Śmierć paskudom. Jeśli sam chcesz, spotkamy się na zebraniu. Cześć. Drzwi 

zamknęły się, a Bolivar-robot odezwał się:

- Gdzie złożyć bagaże, szlachetny Sleepery?

- Gdziekolwiek, metalowy cymbale - dodałem do oświadczenia kopniaka, którego 

zręcznie uniknął. - Nie zawracaj mi głowy.

Przespacerowałem się po pokoju, nucąc hymn i sprawdzając ściany czujnikiem. 

W końcu otwarłem kombinezon i wyszedłem z niego dla rozprostowania kości.

- Możesz wyjść i pogimnastykować się - oznajmiłem. - Nasze  stworki są dość 

łatwowierne. W tym pomieszczeniu nie ma ani jednej pluskwy.

Bolivar opuścił powłokę robota i wykonał parę przysiadów i skłonów, którym 

towarzyszyło skrzypienie kości.

background image

- Po dłuższym czasie robi się tam ciasno - stwierdza. - Co dalej?

- Dobre pytanie, ale nie przywodzi mi na myśl nic sensownego. Wiemy, że są żywi, 

zdrowi i sprawiają wrogowi kłopoty.

- Może zostawili dla nas jakąś wiadomość lub ślad.

- Można sprawdzić, ale nie sądzę. Wszystko to mogłoby być niebezpieczne dla 

nich. Otwórz flaszkę Środka Dopingującego i nalej mi szklaneczkę, o ile ją znajdziesz w 

tym śmietniku. Ja muszę trochę pomyśleć.

Rozmyślałem intensywnie, ale z nikłym rezultatem. Możliwe, że powodem była 

nieco przygnębiająca atmosfera pomieszczenia.  Ściany były zgniłozielone.  Obrusy na 

nich   wiszące   fioletowobordowe,   a   połowę   pokoju   wypełniał   obrzydliwy   śmierdzący 

basen jakiegoś szarego błota. Bolivar udał się na obchód reszty apartamentów, ale gdy 

toaleta omal go nie wciągnęła, a zawartość kuchni przyprawiła go o równie twarzową 

zieleń co ta na ścianie, siadł bez słowa i włączył telewizor. Większość programów okazała 

się niemożliwa do zrozumienia i obrzydliwa nad podziw.

Żaden z nas nie pomyślał, że telewizor może być tu komunikatorem, dopóki nie 

zadzwoniono   i   scena   bombardowania   bezbronnej   planety   znikła,   ustępując   miejsca 

fizjonomii   GarBaja.   Na   szczęście   refleks   di   Grizów   działał.   Bolivar   przystanął   za 

ekranem, a ja odwróciłem się dopiero po zapięciu kombinezonu.

- Przykro mi, że muszę ci przeszkodzić, Jeem, ale Rada zbiera się i chciałbym, 

abyś wzięła udział w obradach. Posłaniec wskaże ci drogę.

- Dobra, dobra - mruknąłem ku blednącemu odbiornikowi, starając się wsadzić 

ręce we właściwe miejsca. Komunikator przy drzwiach wskazał gościa.

- Robot, zajmij się tym! Powiedz, że za chwilę będę gotowy i przynieś mój tren.

Gdy wyszliśmy, potwór przysłany po mnie wytrzeszczał z tuzin oczu na czułkach 

na nasz widok. Naprawdę wywarł na mnie wrażenie, jako że czułki miały z dobre trzy 

stopy.

- Pokazuj drogę - poleciłem słodko.

Ruszyłem jego śladem, moim zaś ruszył robot, trzymając końce mego przypiętego 

do ramion trenu. Ten wspaniały przyodziewek miał dobre trzy jardy długości. Został 

wymyślony   w   całości   przeze   mnie,   głównie   jako   pretekst,   aby   stale   mieć   przy   sobie 

Bolivara. Choć przyznaję, że względy psychologiczne też się liczyły. Była to wściekle 

błyszcząca purpura, ozdobiona tu i tam złotymi gwiazdami i srebrnymi kometami oraz 

różowym   szlaczkiem.   Na   szczęście   nie   musiałem   na   to   patrzeć,   ale   współczułem 

Bolivarowi - on nie miał innego wyjścia.

background image

Rada   z   miejsca   znalazła   się   pod   wrażeniem   mego   wyglądu,   jeśli   uznać   ilość 

cmoknięć i pomruków za wyraz aprobaty. Przeszedłem pomieszczenie dwa razy wokoło, 

zanim usiadłem na wyznaczonym miejscu.

- Witamy cudowną Sleepery Jeem na naszej Radzie Wojennej - zamlaskał Gar-

Baj. - Rzadko ta sala była tak zaszczycona cudowną obecnością. Jeśli wszyscy Gesh-

tunken   są   podobni   do   tej   przedstawicielki,   to   wygramy   wojnę   za   pomocą   samego 

morale!

- Film! Film dla wojska! - zagulgotało coś czarnego i galaretowego i pojawili się 

filmowcy.

- Pozwólmy żołnierzom cieszyć się wraz z nami wspaniałym widokiem naszego 

gościa. Nie mówiąc już o dodatkowych oddziałach, które niedługo zasilą nasze szeregi.

- Dobrze gada! Wspaniały pomysł!

Ze   wszystkich   stron   rozległy   się   okrzyki   aplauzu,   przy   akompaniamencie 

wymachiwania   mackami,   kleszczami,   przyssawkami   i   innymi   kończynami.   Prawie 

straciłem ostatni posiłek, ale rozdziawiłem pysk na całą szerokość, aby pokazać, jak mi 

przyjemnie. Pojęcia nie mam, jak długo by to trwało, gdyby nie sekretarz, walący głośno 

stalowym młotkiem w mosiężny dzwon.

-   Szanowni   zebrani,   mamy   parę   nie   cierpiących   zwłoki   spraw.   Czy   możemy 

przejść do obrad?

Odpowiedzią   były   wściekłe   krzyki   dość   obraźliwej   treści...   Sekretarzem 

wstrząsnęło,   co   było   ciekawym   widokiem,   jako   że   z   wyglądu   przypominał   żabę 

obrośniętą   futrem,   z   mięsistym   ogonem   i   czymś   w   rodzaju   trąby   na   głowie.   Należy 

jednak przyznać, że sprawnie przystąpił do rzeczy.

-   Otwieram   4013   zebranie   Rady   Wojennej.   Dziś   na   porządku   dziennym   są 

następujące sprawy: nowa organizacja wojsk desantowych, logistyczne plany inwazji, 

usprawnienie zaopatrzenia w środki bojowe oddziałów  bombardujących i możliwości 

żywieniowe   wysuniętych   jednostek.   Przed   tym   jednakże   prosiłbym   naszego   nowego 

członka o parę słów, które będą transmitowane w naszych wieczornych wiadomościach. 

Prosimy, Sleepery Jeem.

Rozległa  się  salwa wrzasków  -  tym  razem  aplauzu   i  widowiskowego  klepania 

górnymi kończynami, które wziąłem za oklaski. Skłoniłem się do kamery i zacząłem:

- Drodzy moi - mokrzy, śluzowaci, wyłupiastoocy - nie mogę wprost wyrazić, jaką 

przyjemność odczuwają moje dwa serca z powodu możliwości przebywania wśród was. 

Odkąd dowiedzieliśmy się, że są inni podobni do nas na świecie, nie mogliśmy się wprost 

background image

doczekać   spotkania   z   wami.  Szczęśliwy   traf   sprawił,   że   jestem   tu   dziś   i   mogę   wam 

powiedzieć, że jesteśmy z wami, zjednoczeni w wielkiej sprawie zniszczenia suchych w 

naszej galaktyce. Jesteśmy dumni z naszych bojowych umiejętności - wykopałem dziurę 

w mównicy, przy ogłuszającym aplauzie. - Chcemy je oddać do waszej dyspozycji. Tak 

jak nakazała nasza królowa Engela Rdenrundt.

Usiadłem wśród nie milknącej owacji, mając nadzieję, że się udało. Wydawało 

się, że nikt nie zwrócił specjalnej uwagi na ostatnie zdanie - co prawda był to daleki 

strzał, ale jeśli Angelina miała szansę obejrzenia mojego wystąpienia, to z pewnością 

rozpozna imię i nazwisko, pod którym spotkałem ją po raz pierwszy parę ładnych lat 

temu. To był daleki strzał, ale lepsze to niż nic.

Moje   współpotwory   nie   były   zbyt   zadowolone   z   perspektywy  zabrania   się   do 

roboty, ale sekretarz jakoś w końcu ich do tego zmusił. Zapamiętałem co ważniejsze 

kwestie   ich   planów,   a   będąc   nowo   przybyłym,   nie   wtrącałem   się   do   ich   ustalania. 

Odezwałem się tylko raz, spytany, ile wojsk możemy dostarczyć i podałem dane, które 

ponownie wprowadziły ich w euforię. Ciągnęło się to wszystko zdecydowanie zbyt długo 

i   nie  byłem   osamotniony   w   głośnym   okazywaniu   swej  radości,   gdy   sekretarz   ogłosił 

koniec   spotkania.   Gar-Baj   położył   mi   na   ramionach   coś,   co   mogę   określić   jako 

przyjacielską wypustkę.

- Dlaczego nie poszlibyśmy do mnie, słodka? Możemy się napić łyczek czy dwa 

wyciągu ze zgniłych jaj. Co ty na to?

- Cudownie, ale Sleepery jest śpiąca i musi odpocząć. Spotkamy się jutro i to 

koniecznie. Nie dzwoń do mnie, sama zrobię to z przyjemnością.

Ruszyłem   z   kopyta   do   kwatery,   zanim   zdążył   odpowiedzieć,   i   z   robotem 

następującym mi na pięty, zatrzasnąłem drzwi szczęśliwy, że uciąłem prostackie zapędy 

tego trędowatego durnia.

Zanim zdążyłem się odwrócić, ładunek miotacza wypalił dziurę obok mojej nogi, 

a ponury głos warknął mi do ucha:

- Rusz się, a następny ładunek wyląduje wprost na twoim przegniłym łbie.

8

- Jestem bezbronna! - wrzasnąłem, zastanawiając się, skąd ja znam ten głos.

Bolivar był szybszy. Gdy robot stanął, góra odskoczyła i ukazała się jego głowa.

- Cześć, James - zawołał radośnie. - Co się stało z twoim gardłem? Poza tym bądź 

łaskaw nie strzelać do tego obrzydlistwa. Wewnątrz jest twój własny stary.

Zaryzykowałem   przesuniecie   głowy   i   zobaczyłem   Jamesa:   z   opuszczonym 

background image

miotaczem i szczęką. Angelina, gustownie ubrana w futrzane bikini, wyszła z drugiego 

pokoju, wkładając do kabury swój miotacz.

- Wyłaź z tego natychmiast - poleciła. Bez wahania wyswobodziłem się z objęć 

plastiku, zanurzyć się w jej, co było zdecydowanie przyjemniejsze.

- Yum - westchnęła po długim a namiętnym pocałunku, przerwanym wyłącznie z 

braku tlenu. - Dawno cię nie widziałam.

- Ja ciebie też. Widzę, że dostałaś moją wiadomość.

- Kiedy ten stwór wymienił to imię, wiedziałam, że maczałeś w tym palce. Skąd 

miałam wiedzieć, że siedzisz wewnątrz? Dlatego zjawiliśmy się z bronią.

- Dobra, jesteście teraz tutaj i to się liczy - spojrzałem uważniej na futrzane szaty 

Jamesa. - Widzę, że macie tego samego krawca.

- Zabrali nasze rzeczy - chrapliwie oznajmił James.

- Czy ta szrama na twoim gardle ma cokolwiek wspólnego ze sposobem, w jaki 

mówisz?

- Dostałem przy ucieczce od tego, który nam sprezentował obecne stroje.

- Bolivar, otwórz szampana z naszej apteczki, jeśliś łaskaw. Powinniśmy uczcić to 

zjednoczenie, a twoja matka, jak sądzę, będzie tak uprzejma i opowie nam, co się działo, 

odkąd ostatni raz ją widzieliśmy.

- Niewiele - oświadczyła machając zawartością kieliszka. - Połknął nas jeden z ich 

pancerników. Sądzę, że to widziałeś?

- Jeden z najgorszych momentów w moim życiu.

-   Biedactwo.   Jak   możesz   sobie   wyobrazić,   czuliśmy   to   samo.   Strzelaliśmy   ze 

wszystkich dział, ale hangar wyłożony był collaporium i niewiele to dało. Wstrzymaliśmy 

więc ogień czekając na obcych, ale to też nic nie dało. Strop się opuścił i zgruchotał 

statek.   Musieliśmy   wyjść   i   wtedy   nas   rozbroili.   Przynajmniej   tak   im   się   wydawało. 

Przypomniałam   sobie   twój   pobyt   na   Buradzie   i   numer   z   zatrutymi   paznokciami   - 

zrobiliśmy to samo. Walczyliśmy, dopóki nie skończyły się ładunki, potem zaciągnęli nas 

do   więzienia   czy   izby   tortur   -   nie   byliśmy   tam   wystarczająco   długo,   aby   się   tego 

dowiedzieć. Załatwiliśmy strażników i poszliśmy sobie - tam było niezbyt przyjemnie.

- Cudownie, ale to było parę dni temu. Jak się wam powodziło od tego czasu?

- Bardzo dobrze, dziękuję - przy pomocy tych tu Cill Airne.

Machnęła   ręką   i   pięciu   mężczyzn   wyskoczyło   z   sąsiedniego   pomieszczenia 

wymachując   bronią.   Było   to   dość   denerwujące,   ale   stałem   spokojnie   widząc,   że   na 

Angelinie nie wywarło to większego wrażenia. Mieli bladą cerę i długie czarne włosy, ich 

background image

ubiór składał się zaś z fragmentów skór obcych, połączonych ze sobą drutem. Ich topory 

i miecze wyglądały dość prymitywnie, ale ostro i użytecznie.

- Estas gvanda plezvro renkonti vin - oświadczyłem, ale nie wykazali żadnych 

oznak zrozumienia. Spytałem więc Angelinę: - Jeśli nie znają esperanto, to jak się z nimi 

dogadałaś?

- Ich własnym językiem, nie jest trudny. Dpo gheobhai gaii dearmand taisco gach 

seoid - dodała.

Skinęli   potakująco,  schowali   broń   i   wydali  przenikliwy   i  przejmujący   okrzyk 

wojenny.

- Chyba się lubicie - mruknąłem.

- Powiedziałam im, że jesteś moim mężem i że przybyłeś tu, aby zniszczyć naszych 

wspólnych wrogów i poprowadzić nas do zwycięstwa.

- Prawda - przytaknąłem potrząsając  złączonymi dłońmi, na co odpowiedzieli 

nowym okrzykiem. - Bolivar, podaj no, chłopcze, coś konkretnego dla naszych sprzymie-

rzeńców,   a   twoja   mamusia   będzie   uprzejma   powiedzieć   mi,   co   tu   się,   u   diabła, 

wyprawia.

- Nie jestem pewna szczegółów - oznajmiła upijając szampana. - Nie znam zbyt 

dobrze ich języka i całej reszty. Wydają się oryginalnymi mieszkańcami tej planety lub 

jej   pierwszymi   kolonistami,   najwyraźniej   następna   zapomniana   kolonia,   bo   bez 

wątpienia   są   ludźmi.   Nieźle   im   się   działo,   dopóki   nie   przybyli   obcy   -   obustronna 

nienawiść od pierwszego wejrzenia. Walczyli z nimi od początku i robią to nadal. Obcy 

zrobili,   co mogli, aby  ich   wykluczyć,  niszcząc   powierzchnię   planety  i  pokrywając ją 

stalą. Nie poskutkowało. Ludzie spenetrowali ich budowle i dotąd żyją w fundamentach, 

pustych pomieszczeniach i podwójnych ścianach.

-   Stalowe   Szczury!   -   ucieszyłem   się.   -   Moja   sympatia   do   nich   wzrasta   coraz 

bardziej.

-   Wiedziałam,   ze   tak   będzie.   Po   ucieczce   z   tego   pomieszczenia,   o   którym   ci 

mówiłam, biegliśmy korytarzem, nie bardzo wiedząc dokąd, gdy otworzyły się drzwi w 

podłodze   i   oni   wyskoczyli   machając   rękami,   abyśmy   szli   za   nimi.   Wtedy   właśnie 

napatoczył   się   strażnik,   którego   James   załatwił.   Cill   Airne   docenili   to   w   pełni 

wyprawiając go na nasze ubrania. To wszystko, co się wydarzyło. Odtąd ukrywaliśmy 

się razem z nimi, a w wolnych chwilach planowaliśmy porwanie jednego ze statków i 

uwolnienie admirałów.

- Wiesz, gdzie są?

background image

- Oczywiście. Niedaleko stąd.

- Potrzebujemy planu, a ja potrzebuję porządnego odpoczynku. Proponuję się 

przespać, a do bitwy przystąpić rano.

- Nie ma na to czasu, a poza tym wiem, co ci się widzi w tym twoim robaczywym 

umyśle. Idziemy się bić!

- Zgoda - westchnąłem. - Co dalej?

Zdecydowano za nas, gdyż drzwi otwarły się gwałtownie i do środka wpadł mój 

rozamorowany Gar-Baj. Musiał być nastawiony kochliwie, jeśli u nich różowa koszulka 

oznaczała to samo co u nas, i dlatego miał zdrowo stępiony refleks.

- Jeem, kochanie... dlaczego stoisz bez ruchu? Aw-wrrruk! - to ostatnie dodał, 

gdy trafił go pierwszy topór.

Nastąpiła krótka walka, którą rzecz jasna przegrał, ale za późno; gdy się zaczęła, 

nie był w całości w pokoju. Jego ogon skorzystał z tego, bez wątpienia obdarzony swoim 

własnym   rozumem,   gdy   jeden   z   ciosów   go   odrąbał.   Bezczelne   stworzenie   ruszyło   z 

kopyta wzdłuż korytarza.

- Lepiej wykonajmy odwrót - oświadczyłem.

- Do tunelu - zarządziła Angelina.

- Zmieszczę się w tym kombinezonie?

- Nie.

-  To   powstrzymajcie   się   z   odwrotem   -   stwierdziłem,   myśląc   głęboko.   -   Mam 

nadzieję, Angelino, że znasz drogę w tym labiryncie?

- Znam.

- Ślicznie.  Bolivar, masz okazję  rozprostować nogi. Wyłaź z robota i objaśnij 

matce   zasady   poruszania   tą   konserwą.   Obaj   pójdziecie   razem   z   nimi,   spotkamy   się 

gdziekolwiek. James, uzgodnij to z matką.

- Co za przewidywanie - mruknęła Angelina. - Nogi mnie bolą już od paru dni. 

James, spotkamy się w przejściowej rotundzie. Aha, i najlepiej wytnijcie z tego tu trochę 

mięsa, tym bardziej że na obiad przyjdzie paru gości.

Że co? - zdziwiłem się.

Admirałowie. Z całym arsenałem, jaki sprowadziłeś tutaj, spokojnie możemy ich 

uwolnić, a nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy być potem głodni.

Zrozumienie było całkowite i błyskawiczne, co w rodzinie Di Griz jest regułą, a 

tubylcy musieli się tego dawno uczyć, prowadząc nieustającą wojnę. Maty podłogowe 

zsunięto odkrywając następne klapy w podłodze. Moja opinia o przeciwnikach spadła o 

background image

kilka stopni - nie byli zbyt dobrzy, skoro pozwalali, aby takie rzeczy działy się pod ich 

nosem czy wypustką węchową, czort wie, jak to się nazywa. Bolivar i James poszli razem 

z naszymi sprzymierzeńcami wśród głośnych okrzyków wojennych.

- Scadan! Scadan! - (cokolwiek to znaczy).

- Faktycznie trochę tu ciasno - Angelina wsunęła się wnętrza robota. - Mamy 

możliwość porozumiewania przez kierunkowy obwód?

- Mamy - kanał trzynasty, przełącznik obok prawej dłoni.

- Mam - oznajmiła, po czym jej głos zabrzmiał w moim uchu: - Prowadź. Jak 

będzie potrzeba, powiem ci, gdzie masz iść.

Wymaszerowałem na korytarz z robotem najeżdżającym mi na ogon, zamykając 

drzwi potężnym kopniakiem, póki nie wklinowały się w metalowe framugi. Zawsze to 

trochę opóźni pościg.

Ruszyliśmy przed siebie.

Była   to   długa   i   prawdę   powiedziawszy,   nużąca   podróż.   Obcy   nie   byli   zbyt 

dobrymi architektami. Budowle przeplatały się ze sobą, zupełnie jakby dobudowywano 

nowe,   nie   patrząc   na   poprzednie.   Przed   chwilą   byliśmy   w   opuszczonym   i 

przerdzewiałym korytarzu, a zaraz potem przecięliśmy wznoszące się metalowe pole, 

lśniące od świeżości. Niektóre korytarze były najwyraźniej używane jako odpływniki - 

pokonywaliśmy je biegnąc. Mijaliśmy magazyny, fabryki i lokale, których zastosowania 

nie podejmowałem się zgadnąć. W jednej z fabryk pracowały stwory przypominające 

rozkładające   się   aligatory   -   coś   z   tysiąc   tych   przyjemniaczków   zajmowało   się 

nitowaniem   blach.   Wszędzie,   ilekroć   się   pojawiliśmy,   potwory   pozdrawiały   nas   w 

esperanto   i   za   każdym   razem   witały   wielką   owacją.   Pięknie   -   kląłem   pod   nosem 

odmachując pozdrowienia.

- Zaczyna mnie to męczyć - zwierzyłem się Angelinie.

- Odwagi, już prawie jesteśmy. Jeszcze z trzy mile.

W końcu przed nami pojawiła się zamknięta i odrutowana na szczycie brama, 

pilnowana przez stwory, mające coś, co wyglądało na samopały laserowe sprzed paru 

stuleci. Oczywiście na mój widok podniosły ogłuszającą wrzawę.

-  Jeem,  Jeem! Niech   żyje  Geshtunken!  Witamy!  -  krzyczały.  Uniosłem  łapy  i 

poczekałem, aż się uspokoją.

- Dziękuję! - wrzasnąłem. - To wielka przyjemność służyć z kimś takim jak wy, 

dzieci zakazanego świata pod rozkładającym się słońcem. - Wrzawa dowodziła, że dzieci 

są zachwycone i domagają się więcej. – Podczas mego tu pobytu widziałem stworzenia, 

background image

które   pełzają,   skaczą   i   chodzą,   ale   muszę   przyznać,   że   jesteście   najlepsi   z   nich 

wszystkich.   My   na   Geshtunken   widzieliśmy   tylko   kilku   blado-suchych,   których 

zabiliśmy od ręki. Rozumiem, że macie tu ich cały ładunek. Czy to prawda?

- W samej rzeczy, Jeem - odparł jeden. Teraz dopiero zauważyłem, że ma złotą 

kometę po bokach kasku, co bez wątpienia oznaczać miało jakąś tam rangę.

- Wspaniała nowina - oznajmiłem. - Są tutaj?

-Są.

- Nie macie jakiegoś, który nie jest niezbędny, aby można go było rozerwać lub 

zjeść?

- Gdyby to ode mnie zależało, dałbym któregoś komuś tak znanemu jak ty, ale 

niestety, wszyscy są potrzebni w celach wywiadowczych. Poza tym lista ochotników do 

uśmiercania jest już pełna - same szarże.

- Bardzo źle. Jest jakaś szansa, abym mógł ich obejrzeć?

- Nikt nie może tam wejść bez upoważnienia, ale przesuń oko albo dwa między 

kratami, to obejrzysz ich wszystkich.

Jedno   oko   miałem   na   szypułce   -   była   w   nim   kamera   tv.   Zrobiłem,   jak   mi 

powiedział, dostrajając jednocześnie ostrość. Oni, czyli obiekty mego zainteresowania, 

leżeli  na dziedzińcu  lub  gadali w  małych  grupach  - brudni,  obrośnięci,  w strzępach 

mundurów. Mogli być admirałami, ale i tak zrobiło mi się ich żal - nawet admirałowie 

byli kiedyś ludźmi.

- Serdeczne dzięki - odparłem chowając szypułkę. - Będę o tobie pamiętał w moim 

wystąpieniu na Radzie Wojennej.

Pomachałem odchodząc, oni pomachali do mnie i zrobiło się nagle sielsko - jakby 

eksplodowała kolonia ośmiornic.

-   Jestem   załamany   -   zwierzyłem   się   żonie.   -   Jeśli   jest   tu   niższy   poziom,   to 

dostaniemy się do nich od dołu.

- Geniuszu, nie przejmuj się, tak się do nich nie dostaniemy.

- Geniuszu - powiedziałem, kładąc z uczuciem łapę na obudowie. - Tak właśnie 

zrobimy, i coś mi się zdaje, że przed nami są schody, ale skąd będziemy wiedzieć, kiedy 

staniemy we właściwym miejscu?

-   Stąd,   że   zostawiłam   tam   nadajnik   ultradźwiękowy,   gdy   wygłaszałeś   swoje 

polityczne przemówienie do tych robali.

- Oczywiście, gdyby był to ktoś inny, zapadłbym się pod ziemię ze wstydu, a tak 

mogę pogratulować sobie, mając taką żonę.

background image

-   Następnym   razem   postaraj   się,   aby   to   nie   brzmiało   tak   dumnie.   Zupełnie 

jakby... było twoją zasługą.

- Spokojnie, zaczynasz być przewrażliwiona.

Zjechaliśmy pokrytą śluzem i śmieciami klatką schodową w całkowitą ciemność. 

Angelina włączyła reflektory i ujrzeliśmy przed sobą metalowe drzwi.

- Spalić je? - spytała, wysuwając się z obudowy.

- Nie - zrobiłem się podejrzliwy. - Spróbuj swoich detektorów i zobaczymy, czy za 

tym metalem toczy się jakieś elektroniczne życie.

- Aktywnie - oświadczyła po chwili - co najmniej tuzin alarmów. Zneutralizować?

-   Szkoda   wysiłku   -   sprawdź   tę   ścianę.   Powinna   być   czysta.   Była.   Toteż 

przeszliśmy przez nią. Ci obcy byli faktycznie naiwni. Znaleźliśmy się w magazynie, z 

którego przeszliśmy do pomieszczenia, które miały chronić owe drzwi. Operacja prosta 

nawet dla początkującego włamywacza - znowu straciłem trochę wiarę w inteligencję 

przeciwnika.

- Więc dlatego nie chcieli, aby ktoś się tu dostał - westchnęła Angelina, omiatając 

salę reflektorem.

- Miejski skarbiec - mruknąłem - musimy tu wpaść przy okazji.

Góry   monet   piętrzyły   się   ze   wszystkich   stron,   złoto,   platynowe   sztaby   jako 

przerywnik,   do   tego   szlifowane   diamenty   i   inne   kamienie.   Wystarczająca   ilość,   aby 

zbudować z nich bank, a co dopiero otworzyć jakiś. Zaczynałem odczuwać kompleks 

mniejszości - w życiu nie widziałem tyle gotówki, nie mówiąc o jej kradzieży i w dodatku 

nikt tego nie pilnował. Kopnąłem w najbliższą stertę - posypał się deszcz monet.

- Wiem, że  to ci pomogło - łagodnie powiedziała  Angelina. - Ale powinniśmy 

chyba zająć się pracą.

- Oczywiście - zgodziłem się z nią. Przeszliśmy przez skarbiec, przebiliśmy się 

przez   parę   następnych   ścian   i   drzwi,   osiągając   w   końcu   miejsce,   nad   którym   był 

nadajnik.

- Brama powinna być tutaj - mruknąłem mierząc krokami odległość. - Tu były 

jakieś śmieci, więc zaczynając stąd, będziemy osłonięci w razie czego. Świder udarowy 

gotów?

- Warczy i brzęczy.

- No to zaczynamy.

Ramię ze świdrem wysunęło się w górę i zagłębiło w zardzewiały metal. Angelina 

wyłączyła reflektor, a gdy wyjęła świder, z góry spłynął promień światła słonecznego. 

background image

Czekaliśmy w napięciu, ale nie było żadnego alarmu.

- Czekaj, wysunę kamerę.

Wspiąłem się na palce i czubek ogona, aż udało mi się wysunąć oko z kamerą 

przez otwór. Okręciłem je o trzysta sześćdziesiąt stopni i schowałem.

- Wspaniale. Śmiecie naokoło, nikogo w pobliżu, żadnej straży w zasięgu wzroku. 

Podaj mi dezintegrator.

Wylazłem z kombinezonu, wspiąłem się na jego barki, skąd z łatwością mogłem 

sięgnąć   sufitu   i   zabrałem   się   do   roboty.   To   bardzo   przyjemne   narzędzie   ten 

dezintegrator,   cechuje   go   możliwość   niwelacji   wiązań   międzycząsteczkowych,   co 

prowadzi do zamiany praktycznie każdego materiału w szary pyłek. Wyciąłem spory 

otwór, starając się nie kichnąć w tumanie pyłu, po czym podałem wycięty dysk Angelinie 

i wystawiłem głowę przez otwór na zewnątrz. Wszystko zgodnie z planem - nikt na mnie 

nie patrzył, niedaleko zaś siedział admirał ze szklanym okiem. Obraz nędzy i rozpaczy. 

Wysunąłem się jeszcze kawałek.

- Psst, admirale - syknąłem.

Odwrócił się, a jego zdrowe oko rozszerzyło się ze zdumienia.

- Proszę  głośno nie mówić, jestem tu, aby was uratować. Jasne? Proszę tylko 

skinąć głową.

Tyle o dzielnym admirale - nie dość, że nie skinął głową, to w dodatku skoczył na 

równe nogi i wrzasnął ile sił w płucach:

- Straż! Pomocy! Jesteśmy uwalniani!!!

Nie oczekiwałem zbytniej wdzięczności, szczególnie od wyższego oficera, ale to 

było doprawdy zaskakujące. Przelecieć tysiące lat świetlnych, pokonując niebezpieczeń-

stwa i wrogów zbyt licznych, aby ich wymieniać, ścierpieć lubieżne zapędy Gar-Baja, i 

teraz ratować bandę starych ramoli tylko po to, aby oni, ledwie się o tym dowiedziawszy, 

starali się oddać człowieka w łapy wroga. Za dużo tego dobrego jak na mnie!

Nie   żebym   wiele   więcej   oczekiwał,   ale   zawsze   to   przykre,   gdy   się   człowiek 

utwierdza   w   pesymizmie.   Miałem   w   dłoni   pistolet   igłowy,   oczekując   problemów   ze 

strony   strażników,   spodziewając   się   lekkich   także   ze   strony   więźniów.   Przestawiłem 

broń z trucizny na sen, co było sporym wysiłkiem z mojej strony i wsadziłem trepowi 

stalową igłę  w  kark. Osunął  się, malowniczo  wyciągając ku  mnie ramiona, jakby  w 

ostatnim   wysiłku   chciał   złapać   swego   oswobodziciela.   Brr!   Zamarłem,   widząc,   co 

znajduje się na jego nadgarstkach.

- Co się dzieje? - zaszeptała z dołu Angelina.

background image

- Nic dobrego - odszepnąłem. - Całkowita cisza.

Wolno   wycofałem   się   tak,   że   tylko   oczy   pozostały   w   otworze   otoczonym 

połamanymi meblami, różnymi opakowaniami i innym śmieciem, zastanawiając się, czy 

straż coś  usłyszała  i obserwując zbliżających  się paru  dziadków  przyglądających się 

leżącemu kumplowi.

- Co mu się stało? - spytał jeden głos. - Słyszałeś, co on krzyczał?

- Nie bardzo, wyłączyłem wzmacniacz, aby oszczędzać akumulator. Coś jakby 

Sfton Gnory, Łesemy Oknaronliami.

- To bez sensu. Może krzyczał coś w ojczystym języku?

- Chyba nie. Stary Schimrasch pochodzi z Deshnik, a to nic po ichniemu nie 

znaczy.

- Przewrócę go na plecy i zobaczę, czy jeszcze oddycha.

Zrobili to i skinąłem zadowolony głową widząc, jak igła wypada z karku. Dowody 

zostały usunięte, a zatem miałem parę godzin spokoju, zanim stary dojdzie do siebie i 

rozpowie, co mu się przytrafiło. A to było wszystko, czego potrzebowałem - plan rodził 

się już w mojej głowie.

Pochyliłem   się,   biorąc   podany   Angelinie   przed   chwilą   stalowy   dysk, 

przesmarowałem brzegi lepikiem trzymającym mocniej niż cement i wtłoczyłem go z 

powrotem na miejsce. Trzasnęło, gdy klej łączył się z otoczeniem i po chwili podłoga na 

górze i sufit na dole były równie nierozerwalną całością, jak przed rozpoczęciem moich 

ćwiczeń. Zlazłem na dół i westchnąłem ciężko.

-   Angelino,   bądź   tak   dobra,   zapal   jakieś   światło   i   otwórz   butelkę,   najlepiej 

whisky, jeśli jest w apteczce.

Światło rozbłysło i rozległ się dźwięk przestawianych butelek, po czym cierpliwa 

Angelina poczekała, aż odejmę pustą szklaneczkę od ust.

- Nie sądzisz, że już najwyższa pora, abyś wtajemniczył swą kochającą żonę w to, 

co się tam wyprawia?

-   Wybacz   mi,   światło   mego   życia,   ale   właśnie   przeżyłem   szok.   Gdy   chciałem 

porozumieć się z najbliższym admirałem - uśmiechnąłem się słabo - zerknął na mnie i 

poleciał po straż. Zastrzeliłem go.

- Jeden mniej do uratowania - stwierdziła z satysfakcją.

- Nie całkiem, uśpiłem go. Nikt dokładnie nie usłyszał, co wołał, toteż wymknąłem 

się chyłkiem i zatkałem otwór, ale nie to mnie zmartwiło.

- Wiem, że nie jesteś pijany, ale nie mówisz zbyt rozsądnie.

background image

-   Przepraszam,   ale   to   ten   admirał.   Gdy   upadł,   zobaczyłem   jego   ręce,   wokół 

nadgarstków miał ślady jakby sznurów.

- I co? - Była zaskoczona, po czym nagle zbladła. - Nie, to nie może być to!

Przytaknąłem powoli stwierdzając, że nie mogę się uśmiechnąć.

- Szarzy, ich rękodzieło rozpoznam zawsze i wszędzie.

Szarzy ludzie - samo myślenie o nich powodowało, że coś zimnego lało mi się po 

plecach. Jestem dość odważny i wytrzymały na zagrożenia stwarzane przez życie co do 

kwestii   fizycznych,   lecz   podobnie   jak   większość   ludzi,   bezpośrednie   ataki   na   szare 

komórki przyjmuję dość niechętnie. Umysł nie ma żadnej obrony, gdy impulsy płynące z 

ciała zostaną odłączone. Wystarczy królikowi doświadczalnemu wszczepić elektrodę w 

ośrodek rozkoszy i trzymać włączony prąd, a zwierzę - czy z głodu, czy z pragnienia - 

umrze szczęśliwe.

Parę ładnych lat temu, gdy zajmowałem się kwestią międzyplanetarnych inwazji, 

miałem wątpliwy zaszczyt wystąpić w roli królika doświadczalnego. Zostałem schwy-

tany, potem zresztą uwolniony, ale tymczasem widziałem, jak odrąbano mi dłonie w 

przegubach. Straciłem przytomność, a gdy ją odzyskałem, zobaczyłem, że przyszyto mi 

obie dłonie.  Szramy były  akurat  dokładnie  takie  same, jakie dostrzegłem  na rękach 

owego admirała.

Tyle że nikt nigdy nie odciął mi dłoni - scena ta została umieszczona bezpośrednio 

w moim umyśle. Jednak dla mnie to się zdarzyło i było jedną z najgorszych rzeczy, jakie 

przytrafiły mi się w życiu.

- Oni muszą tu być - stwierdziłem. - Współpracują z obcymi. Nic dziwnego, że 

admirałowie   nie   dość,   że   mówią   wszystko,   o   co   ich   się   pyta,   to   jeszcze   wykazują 

inicjatywę   we   współpracy.   Przez   prawie   całe   życie   przebywali   w   świecie   głupoty   i 

rozkazów   doprowadzonych   do   absurdu.   Są   idealnym   celem   dla   kuracji,   jaką   im 

zaaplikowano.

- Musisz mieć rację - tylko jak to możliwe? Obcy nienawidzą wszystkich ludzi bez 

wyjątków, nie współpracowaliby z żadnym z nich. Szarzy są obrzydliwi, ale są ludźmi.

Ledwie to powiedziała, a rozwiązanie pojawiło się przed moimi oczami jasne i 

czyste. Uśmiechnąłem się, łapiąc ją w ramiona i całując, co podobało się nam obojgu. 

Odsunąłem   ją   później   na   długość   ramienia,   gdyż   zbytnia   jej   bliskość   zawsze 

powodowała dziwny zwrot w moim umyśle.

- Posłuchaj, kotku. Sądzę, że widzę rozwiązanie tego bałaganu. Detale nie są zbyt 

ważne, ale wiem, co trzeba zrobić.  Możesz tu sprowadzić chłopców  i parunastu Cill 

background image

Airne, po czym przebić się przez podłogę, zlikwidować straże, uśpić admirałów i wynieść 

ich w pobliże kosmodromu?

- Mogę się postarać, ale to nie będzie łatwe. Jak się stąd wydostaniemy?

- Tym ja się zajmę. Jeśli dokładnie wszędzie będzie zamieszanie i nikt nie będzie 

wiedział, co się dzieje, kogo gonić, a kogo słuchać - czy to nie pomoże?

- Z pewnością uprości sprawę. Co zamierzasz?

- Gdybym ci powiedział, mogłabyś uznać to za zbyt niebezpieczne i przekonać 

mnie, że tak jest. Powiedzmy, że to musi zostać zrobione, a ja jestem jedynym, który 

może się tym zająć. Idź po aliantów, a ja włażę w kombinezon. Jak zacznie się ogólny 

bajzel - ruszaj. Wrócę do mojej kwatery tak szybko, jak będę mógł. Niech czeka tam na 

mnie przewodnik. Tylko upewnij się, czy będzie wiedział, na co czeka i żeby sterczał tam 

nie dłużej niż godzinę od rozpoczęcia zamieszania. Powinienem być tam grubo wcześ-

niej, ale jeśliby coś się skomplikowało, to niech się zgłosi do ciebie. Wiesz, że umiem się o 

siebie troszczyć, a nie możemy wszystkiego zarywać dla jednej osoby. Gdy on wróci, ze 

mną czy beze mnie - ruszajcie na kosmodrom, złapcie statek, co nie powinno być zbyt 

trudne, jeśli uda się to, co planuję, wyrywajcie stąd na pełnym ciągu.

- Czekam na ciebie - ucałowała mnie, ale nie wyglądała na zbyt szczęśliwą. - Nie 

powiesz mi, co chcesz zrobić?

- Masz na mnie destrukcyjny wpływ, mógłbym się rozmyślić, tym bardziej że 

samemu mi się to niezbyt podoba. Muszę zrobić trzy rzeczy: znaleźć szarych, oddać ich 

naszym przyjaciołom i wydostać się z tego.

-   Dokonasz   tego,   tylko   uważaj,   żebyś   gdzieś   nie   przedobrzył,   szczególnie   na 

końcu.

Przebraliśmy   się   w   kombinezony   i   wsparci   na   duchu   wymianą   poglądów, 

podążyliśmy   każde   w   swoją   stronę.   Sądziłem,   że   znam   drogę,   ale   okazało   się   to 

całkowitym złudzeniem. Idąc gdzieś na skróty, wlazłem na jakąś przerdzewiałą płytę i 

znalazłem się w podskórnym bagnie, z którego wylazłem z wielkim trudem, znajdując 

przejście   za   jakąś   stalową   przegrodą.   Utorowałem   sobie   drogę,   wypuszczając   spod 

ogona granat, który przymocowałem do przeszkody celnym ruchem ogona, po czym 

przedostałem  się  przez  dymiący  otwór na  światło  dzienne.   Zaraz   ujrzałem  oficera  z 

patrolem potworków zbliżającego się, aby sprawdzić co to za hałasy.

-   Pomocy!   -   jęknąłem,   chwiejąc   się   na   nogach.   Na   szczęście   oficer   był   także 

wielbicielem popołudniowych audycji tv.

-   Słodka   Sleepery,   co   się   stało?   -   wrzasnął   uczuciowo,   pokazując   jakieś   pięć 

background image

tysięcy zepsutych zębów i jard albo dwa różowego gardła.

- Zdrada! - wrzasnąłem jeszcze głośniej. - Wyślij wiadomość do swego dowódcy, 

aby zwołał nadzwyczajne posiedzenie Rady Wojennej. I zabierz mnie stąd natychmiast.

Zajął się wszystkim równocześnie. Złapali mnie w pięćdziesiąt macek, czułków, 

łap i innych podobnych odnóży i pognali niosąc w objęciach. Ułatwiało to podróż, a poza 

tym był to mile widziany odpoczynek, toteż nie protestowałem. W końcu postawili mnie 

na podłodze przed salą Rady.

- Jesteście wspaniali - oznajmiłem im. - Nigdy was nie zapomnę.

Odpowiedzią był zgodny wrzask radości i mniej zgodne tupanie. Pogalopowałem 

do środka wrzeszcząc na całe gardło.

- Zdrada! Oszustwo! Fałsz!

- Zajmij swoje miejsce i wyjaśnij sprawę we właściwy sposób, gdy posiedzenie 

zostanie należycie otwarte - przerwał mi sekretarz.

Na   szczęście   stwór   przypominający   różowego   wieloryba   w   ostatnim   stadium 

owrzodzenia był bardziej współczujący.

- Wyglądasz na wzburzoną, droga Jeem. Słyszeliśmy, że coś dziwnego stało się w 

twojej kwaterze,  ale  wszystko, co znaleźliśmy z szacownego Gar-Baja, to jego ogon, 

który nie był w stanie wiele nam powiedzieć. Mogłabyś to wyjaśnić?

- Mogę i wyjaśnię, jeżeli tylko sekretarz da mi dojść do głosu.

- Och, załatwmy to wreszcie - sapnął ten ostatni ze zniechęceniem, z każdą chwilą 

wyglądając na coraz bardziej zdenerwowaną żabę. - Spotkanie zwołane przez Sleepery 

Jeem, która ma głos w jakiejś nader istotnej sprawie.

-   Najpierw   muszę   wyjaśnić,   że   my,   Geshtunken,   mamy   parę   możliwości,   nie 

wspominając o nadzwyczajnym seksapilu - zwróciłem się do słuchającej Rady, która 

oświadczenie to przyjęła owacją gwizdów i mlaśnięć. - Dziękuję. Do rzeczy: mój zmysł 

węchu naprowadził mnie na to, że coś tu jest nie tak. Wąchałam na prawo i lewo i w 

końcu wywąchałem ludzi!

Poprzez okrzyki zgrozy i oburzenia usłyszałem:

- Cill Airne!

Skwitowałem to lekceważącym machnięciem:

-   Nie   Cill   Airne,   tych   wyczułem   od   razu,   to   są   myszy,   którymi   zajmują   się 

oddziały pomocnicze. Mam na myśli to, że ludzie są tutaj, wśród nas! Zostaliśmy spenet-

rowani!

Wstrząsnęło   nimi   lepiej,   niż   się   spodziewałem.   Poczekałem   spokojnie,   aż 

background image

uniesienie minie, po czym uniosłem łapy prosząc o ciszę. Miałem ją prawie natychmiast. 

Każde   oko   -   czerwone,   zielone,   białe,   normalne   czy   na   wypustkach,   duże,   małe   czy 

wyłupiaste, wpatrywało się we mnie.

- Tak, ludzie są wśród nas i robią wszystko, aby przeszkodzić nam w świętej 

misji. Mam zamiar pokazać wam jednego i to natychmiast!

Serwomechanizmy cichutko zabrzęczały, gdy skoczyłem z przysiadu, lecąc około 

dwudziestu jardów niezłym stylem i lądując, z dużym trzaskiem rozbijanych mebli i 

szarpnięciem   amortyzatorów   na   stole   prezydialnym.   Ledwie   wylądowałem,   a   już 

trzymałem w łapie wyrywającego się i wrzeszczącego sekretarza, wymachując nim nad 

głową.

- Zgłupiałeś!? Puszczaj mnie natychmiast! Nie jestem bardziej człowiekiem niż 

ty!

To mnie do reszty przekonało - jak dotąd były to jedynie przypuszczenia. Oni tu 

byli - tego już byłem pewny, a jedynym stworzeniem o czterech kończynach poza mną 

był   on.   Był   ponadto   w   stanie   wpływać   na   różnorodne   decyzje   i   miał   dojście   do 

wszystkich   informacji.   Poza   tym   był   jedynym   pedantem   postępującym   według 

zwyczajów   urzędniczych   w   tym   całym   towarzystwie.   Rycząc   z   radości   wbiłem   mu 

pazury drugiej łapy w gardło.

Trysnęło jakąś ciemną cieczą, sekretarz zaś zaczął ryczeć jak zarzynane prosię.

Omal   nie   przerwałem   jatki,   takie   to   było   realistyczne.   Nie   miałem   jednak 

wyboru, i tak omal nie urwałem łba sekretarzowi na oczach całej Rady. Jeśli była to 

pomyłka, to nie mogłem liczyć na wdzięczność, pozostawało więc tylko jedno. Urwać mu 

ten łeb do końca.

Nastąpiła ogólna cisza, gdy głowa sekretarza poturlała się po podłodze, po czym 

zewsząd rozległy się westchnienia.

Wewnątrz odgłowionego korpusu znajdowała się druga głowa.

Blada i wykrzywiona wściekle twarz człowieka!

Rada wychodziła z szoku, ale on w nim już nie był - wyciągnął zza pazuchy broń, 

czekałem właśnie na coś takiego. Wydaje mi się, że trochę mu nadwerężyłem ścięgna. 

Nie byłem tak szybki, gdy złapał mikrofon wykrzykując coś w obcym języku. Nie byłem, 

bo właśnie chciałem, aby to zrobił.  Dałem mu wystarczająco  dużo czasu, aby zdołał 

podnieść alarm, po czym odebrałem mu mikrofon. Kopnął mnie złośliwie w brzuch, co 

spowodowało, że go puściłem i zwinięty wpół na podłodze patrzyłem, jak znika w zamas-

kowanych w podłodze drzwiach.

background image

- Nie przejmujcie się mną! - jęknąłem opędzając się od prób pomocy. - I tak zaraz 

umrę. Pomścijcie mnie!

Ogłoście alarm i złapcie go i resztę! Nie pozwólcie nikomu uciec.

Zrobili grzecznie, co kazałem, i to tak energicznie, że musiałem odturlać się pod 

ścianę, aby mnie nie stratowali. Pozwijałem się w agonii na użytek spóźnialskich, po 

czym znieruchomiałem i zerknąłem na świat przez na wpół przymknięte oko. Pusto - 

wszyscy pognali łapać, co się dało.

Zerwałem się na równe nogi i ruszyłem śladem sekretarza.

Profilaktycznie   w   czasie   szamotaniny   przypiąłem   mu   do   futra   generator 

neutrino.   Neutrino   jako   takie   ma  minimalne   problemy   przy   przenikaniu   przez   całą 

planetę.   Metal   tego   miasta   był   dla   niego   przeszkodą,   o   której   nie   warto   w   ogóle 

wspominać. Nie warto też wspominać, że miałem wykrywacz w kombinezonie. Zawsze 

mówiłem: nie ma to jak szeroko rozwinięta profilaktyka.

Fosforyzująca igła wskazywała drogę. Byłem mocno ciekaw, co oni tu robią i 

miałem nadzieję, że zdołam coś wymyślić, aby dowiedzieć się, gdzie jest ich planeta. Imć 

sekretarz był moim przewodnikiem.

Gdy zobaczyłem z przodu światło, zwolniłem, po czym dyskretnie wyjrzałem zza 

muru. Olbrzymia jaskinia wypełniona była w całości korpusem ich statku, do którego ze 

wszystkich   stron   zbiegali   się   współplemieńcy   mojego   przewodnika.   Niektórzy   w 

kombinezonach, inni w ich fragmentach lub normalnych strojach. Szczury opuszczają 

tonący   okręt.   Zamieszanie   na   planecie   musiało   sięgnąć   szczytu,   czyli   wszystko 

przebiegało zgodnie z planem.

Przyznaję, że mnie zaskoczyli. Liczyłem na odkrycie ich kryjówki, a nie statku, i 

to w sytuacji, w której wykonywali odwrót strategiczny na pełną skalę. Istniały rzecz 

jasna   sposoby   i   sposobiki,   aby   ich   wyśledzić   -   wystarczyło   przyczepić   im   do   burty 

urządzenie w stylu kosmicznej pluskwy, tyle że akurat nie miałem żadnego – najlżejsze 

ważyło dziewięćdziesiąt kilogramów i miało objętość dziesięciolitrowego wiadra. Okazja 

była zbyt dobra, aby ją przegapić, ale zanim zdołałem pomyśleć, co by tu zrobić, na łeb 

spadła mi metalowa sieć, a od tych przyjemniaczków aż się zaroiło.

Dawałem sobie wcale dobrze radę mimo sieci, zdaje się, że dwóch czy trzech z 

nich nigdy już nikomu nie zrobi przykrości, gdy któryś przyłożył mi całkiem porządnie 

metalową sztabą w ucho. Nie zdołałem się uchylić i poczułem, jak głowa kombinezonu 

idzie w drzazgi.

Moja zresztą też - tylko chwilę później.

background image

10

Obudziłem się z uczuciem duszności, spowity w coś nieustępliwego i w dodatku 

ślepy. Na dokładkę z największym bólem głowy, który potęgował sam siebie w postępie 

geometrycznym, aż mi się od tych doznań nieco we łbie rozjaśniło. Kawałek po kawałku 

opanowałem panikę i zacząłem analizować sytuację. Okazało się, że nikt mnie w nic nie 

owinął, tylko jakiś fragment wyściółki kombinezonu zwisał zaklejając mi twarz.

Gdy spokojnie przesunąłem głowę w bok, mogłem oddychać zupełnie swobodnie. 

W końcu poprzez falę bólu zaczęła wracać mi pamięć. Szarzy! Złapali mnie w sieć, 

przyłożyli   po   łbie,   po   czym   zapadła   ciemność.   Co   dalej?   Dokąd   mnie   zabrali?   Gdy 

doszedłem do tego miejsca, zaczęła wracać zdolność logicznego i praktycznego myślenia. 

Ciągle byłem w kombinezonie. Moje ręce były uwięzione w kończynach przebrania, ale 

zdołałem,   delikatnie   i   powolutku,   oswobodzić   prawą,   mając   przy   tym   wrażenie,   że 

pęknie mi czaszka. Odsunąłem zawadzający fragment plastiku i stwierdziłem, że głowę 

mam w  szyi  kombinezonu.  Dalsze   spazmatyczne   ruchy  przybliżyły   mnie  do  zestawu 

optycznego:   dojrzałem   metalową   podłogę.   Próby   poruszenia   drugim   ramieniem   i 

nogami zakończyły się fiaskiem. Wszystko to było deprymujące, a w dodatku chciało mi 

się pić i wciąż bolała mnie głowa. Jakiś szósty zmysł kazał mi kiedyś zamontować w 

kombinezonie dodatkowy zbiorniczek obok pojemnika na wodę.

Znalazłem rurkę doprowadzającą, napiłem się wody, po czym przełączyłem mały 

za worek, zmieniając płyn na życiodajną stuprocentową whisky. Obudziła mnie wystar-

czająco szybko i choć nie zlikwidowała bólu głowy, to jednak pozwoliła mi jakoś do 

niego przywyknąć. Zająłem się kamerą i po długich staraniach wysunąłem wypustkę, 

obracając ją o trzysta sześćdziesiąt stopni.

Interesujące.   Nie   mogłem   się   ruszyć,   gdyż   ciężkie   łańcuchy   przymocowywały 

mnie   do   podłogi,   przytwierdzone   do   niej   tak   solidnie,   że   nie   było   co   marzyć   o   ich 

wyrwaniu. Pomieszczenie było niewielkie i idealnie pozbawione czegokolwiek, z tym że 

sufit był lekko półkolisty. To mi coś przypominało.

Okręt! Byłem w kosmolocie, który widziałem, zanim zgasili mi światło. Ich okręt i 

do tego będący w ruchu. Cel tej podróży był oczywisty, ale nie miałem najmniejszej 

ochoty poddać się pesymizmowi akurat teraz.  Były ważniejsze  sprawy: na przykład, 

dlaczego zamknęli mnie w kombinezonie?

- Dlatego, durniu, że nie wiedzieli o tym - oznajmiłem na głos, żałując tego prawie 

natychmiast, bo we łbie zahuczało mi jak w studni.

Tak właśnie musiało być. Przebranie było dobre i pomyślane tak, aby wytrzymać 

background image

bliższe oględziny. Zaatakowali mnie i pokonali błyskawicznie, a nie mieli podstaw, by 

przypuszczać, że jestem kimkolwiek innym, niż wyglądam. Musieli się zresztą trochę 

śpieszyć, o czym dobitnie świadczył sposób zamocowania łańcuchów. Nie wydaje mi się, 

żeby mieli ochotę wpaść w łapy obcych, mających sadystyczno-spożywcze inklinacje co 

do nich. Zapakowali mnie na pokład w celu przyszłego śledztwa i ruszyli w drogę.

To już było znacznie lepsze. Nie tracąc czasu zabrałem się do wyczołgiwania na 

świeże powietrze. Nie było to proste, ale w końcu udało mi się wydostać przez częściowo 

otwarte wyjście. Poczułem się znacznie lepiej, a samopoczucie wróciło prawie do normy, 

gdy wydobyłem pistolet igłowy. Poprzez  płytę pokładu czułem  leciutkie drżenie:  bez 

wątpienia   byliśmy   w   podróży.   A   gdzież   mogli   się   kierować   moi  mili   gospodarze   po 

nieudanej misji i pośpiesznej ewakuacji, jeśli nie do domu?

Nie   było   to   zbyt   pocieszające,   ale   istniała   duża   szansa,   że   będę   miał   coś   do 

powiedzenia w tej kwestii. Najprawdopodobniej upłynęło niezbyt dużo czasu od startu, 

toteż zmęczona i zestresowana paniką załoga powinna zaznać zasłużonego odpoczynku. 

A więc, do roboty. Przesunąłem kontrolkę pistoletu z „wybuchowe" na „trujące", po 

namyśle ustawiłem ją jednak na „sen". Choć zasłużyli wielokrotnie na śmierć, nie byłem 

katem, który byłby w stanie uśmiercać śpiących. Jeśli opanuję statek, to zajmą się nimi 

inni, a jeśli mi się nie uda, to liczba pozostałych przy życiu nie miała znaczenia.

- Naprzód,  di Griz,  zbawicielu  ludzkości!  - mruknąłem  dodając sobie  otuchy, 

która prawie natychmiast mi się przydała, gdyż drzwi okazały się solidnie zamknięte. 

Czego zresztą  należało  się spodziewać. Wróciłem  do kombinezonu  i zabrałem  się za 

wyrzutnik.  Granat wypadł na pokład  z głośnym  plaśnięciem. Dalej  sprawa była już 

prosta. Przylepiłem go do drzwi i zdetonowałem. Łupnęło niegłośno i rozszedł się wokół 

gryzący dym.

Starając   się   ze   wszech   miar   nie   ulec   atakowi   ostrego,   wściekłego   kaszlu, 

wykopałem zamek i wyturlałem się na korytarz, rozglądając się na wszystkie strony, tak 

oczyma jak i lufą pistoletu. Nic. Pustka i cisza. Lufą pistoletu zamknąłem ciepłe jeszcze 

drzwi. Poza osobliwą dziurą w zamku były całe, a fakt, że są zamknięte, mógł dać mi 

parę decydujących sekund.

Na   drzwiach   był   numer.   Jeśli   ten   statek   zbudowano   zgodnie   z   regułami 

konstrukcji takich jednostek, to numery powinny maleć w kierunku dziobu i sterowni. 

Ruszyłem   w   tamtą   stronę,   kierując   się   powyższą   zasadą,   gdy   otwarły   się   jedne   z 

bocznych drzwi. Wyszedł stamtąd facet i oczywiście od razu mnie dostrzegł. Oczy mu się 

zaokrągliły, szczęka opadła... i to by było na tyle, ponieważ igła trafiła go prosto w 

background image

gardło. Osunął się miękko na ziemię. Poza nim w zasięgu wzroku nie było nikogo. Póki 

co nie miałem powodów do narzekań.

Wciągnąłem go do środka i zamknąłem za nim drzwi. Cofnąłem się i otworzyłem 

najbliższe z kolejnym numerem. Cudownie. Na łóżkach chrapał dobry tuzin szarych. 

Sądzę, że spało im się znacznie lepiej, gdy poczęstowałem każdego igłą.

Zadowolony z dobrze spełnionego obowiązku, zamknąłem drzwi i ruszyłem w 

dalszą drogę.

Zdecydowałem,   że   próba   uśpienia   wszystkich   członków   załogi   byłaby   zbyt 

niebezpieczna, ponieważ nawet nie wiedziałem, ilu ich jest. O wiele lepiej było opanować 

sterownię, skierować statek ku najbliższej stacji Ligi i wezwać pomoc.

Ruszyłem więc w stronę dziobu z bronią w pogotowiu. Po drodze napotkałem 

jeszcze drzwi oznaczone „Łączność" i położyłem spać operatora. Następne drzwi, jakie 

ujrzałem,   były   tymi   właściwymi.   Tył   i   flanki   miałem   zabezpieczone,   toteż   wziąłem 

głęboki oddech i ostrożnie je uchyliłem.

Ostatnią rzeczą, której chciałem, to strzelanina, zwłaszcza że przewaga liczebna 

nie była po mojej stronie. Wsunąłem się cicho do środka i zamknąłem za sobą drzwi. 

Było ich czterech, wszyscy w fotelach przed konsolami sterowniczymi. Dwa karki były 

odsłonięte, toteż posłałem każdemu igłę i zająłem się pozostałymi. Facet przy kontroli 

silników   musiał   coś   usłyszeć.   Odwrócił   się   i   dostał   igłę   w   grdykę.   Pozostał   jeden: 

komendant.   Chcąc   uzyskać   określone   informacje,   nie   miałem   ochoty   go   usypiać. 

Schowałem   broń   i   na   paluszkach   podszedłem   do   fotela,   sięgając   dłońmi   ku   szyi 

siedzącego.

Odwrócił się w ostatniej chwili, ostrzeżony diabli wiedzą przez co, ale trochę się 

spóźnił. Złapałem go i nie zamierzałem puścić. Oczy wyszły mu z orbit, pięty zaś całkiem 

przyjemnie   zabębniły   o   pokład.   Poczekałem   chwilę,   słuchając   tych   miłych   dla   ucha 

dźwięków, zanim go puściłem.

-   Mecz   zakończony   wynikiem   szesnaście   do   zera!   -   powiedziałem   głośno   i   z 

zadowoleniem. - Ale najpierw należy dokończyć zbożne dzieło!

Miałem rację i jak zwykle dałem sobie dobrą radę. Szuflada przy konsoli napędu 

zawierała szpulkę mocnego drutu, którego użyłem do związania dowódcy jako takiego, 

jak i do przytwierdzenia go do fotela, aby uniemożliwić mu grzebanie w przyrządach. 

Pozostałą trójkę ułożyłem za jego fotelem i zabrałem się za komputer.

Było to miłe urządzenie i bardzo się starało, aby dobrze ze mną współpracować. 

Najpierw  podał  mi aktualny kurs  i cel  podróży, które zapamiętałem  i  zapisałem  po 

background image

wewnętrznej stronie nadgarstka. Na wszelki wypadek. Jeśli cel był tym, czym sądziłem, 

że   był, to  Korpus  nader  chętnie  złoży  tam  wizytę.  Z pewnością  przydadzą   się takie 

porządki w rodzinnym świecie moich przymusowych współpasażerów. Nie miałem nic 

przeciw   temu,   aby   im   w   nich   pomóc.   Potem   spytałem   o   najbliższe   bazy   Ligi, 

wyznaczyłem kurs do jednej z nich i odprężyłem się.

- Dwie godziny, Jim - powiedziałem sobie – potem będziemy w kontakcie z bazą, 

jedna krótka wiadomość i kawaleria pojawi się na horyzoncie.

Coś   zamrowiło   mnie   w   karku,   zupełnie   tak,   jakby   ktoś   mi   się   nachalnie 

przyglądał. Odwróciłem się i dostrzegłem, że dowódca tej zgrai odzyskał przytomność i 

gapi się na mnie.

- Słyszałeś, co mówiłem, czy mam powtórzyć? - spytałem uprzejmie.

- Słyszałem - głos był szorstki i wyprany z jakichkolwiek emocji.

- To dobrze. Nazywam się Jim di Griz - cisza. - No, dalej, przedstaw się, albo będę 

musiał to z ciebie wyciągnąć.

-   Jestem   Kome.   Twoje   nazwisko   jest   nam   znane.   Przeszkodziłeś   już   nam. 

Zginiesz.

- Jak to miło być sławnym. Ale, ale, nie sądzisz, że to pusta groźba?

- W jaki sposób nas odkryłeś? - spytał ignorując moje pytanie.

- Skoro tak bardzo chcesz wiedzieć, to sami się skończyliście. Jesteście pojętni, ale 

macie mało wyobraźni. Rytuał obcinania rąk znam  z autopsji, a nadal go używacie. 

Zobaczyłem ślady u jednego z admirałów.

- Zrobiłeś to sam?

Kto, u diabła, kogo pyta? Rozumiejąc jednak całokształt sytuacji, mogłem być 

bardziej uprzejmy.

- Teraz jestem sam, ale za parę godzin będzie tu dość tłoczno od wojsk Ligi. Tam 

było   nas   czworo,   pozostali   wraz   z   admirałami   są   aktualnie   bezpieczni   i   sądzę,   że 

przygotują wam serdeczne powitanie. Nie wiem, czy wiesz, ale nie jesteście za bardzo 

lubiani w galaktyce.

- Mówisz prawdę?

Straciłem cierpliwość i palnąłem mu kilka słów prawdy, jakich dotąd chyba nie 

miał okazji usłyszeć pod swoim adresem.

-   Nie   mam   powodu   kłamać,   durniu,   skoro   trzymam   wszystkie   karty   - 

zakończyłem. - Teraz zamknij się i odpowiadaj tylko na moje pytania. Jasne?

- Nie sądzę!

background image

Lekko zwątpiłem, gdyż po raz pierwszy uniósł głos. Nie był to krzyk i nie było w 

nim złości, po prostu głośno wyrażony rozkaz.

- Zabawa skończona. Wiemy, co chcieliśmy wiedzieć. Możecie wstać! - rzucił za 

siebie.

Czułem się, jakbym brał udział w horrorze. Drzwi otworzyły się i powoli zaczęli 

przez nie wchodzić jego ludzie. Strzelałem do nich, a oni nadal szli. Dwóch spośród 

postrzelonych oficerów także wstało i ruszyło w moją stronę. Cisnąłem w nich pistoletem 

i wpadłem w depresję.

Tym razem mnie mieli.

Jestem   niezły   w   walce   wręcz   i   temu   podobnych   przydających   się   w   życiu 

sztukach,   istnieją   jednak   granice   możliwości.   Tym   razem   granicą   był   praktycznie 

niewyczerpany kontyngent napastników, a żeby było jeszcze gorzej, oni tak naprawdę 

nie umieli walczyć. Było ich jednak wielu i ciągle dochodzili nowi. Przetrąciłem parę 

karków, połamałem trochę żeber i zmiażdżyłem nieco krtani, ale w końcu zalali mnie 

masą. Obalili na pokład, związali mi ręce i nogi i zostawili na podłodze. Po czym zabrali 

się za zmianę mojego kursu, co mnie jeszcze bardziej wpędziło w depresję. Gdy się z tym 

uporali i posprzątali ofiary, Kome odwrócił się do mnie.

- Oszukałeś mnie - oświadczyłem. Nie było to zbyt mądre, ale podtrzymywało 

rozmowę.

- Oczywiście.

Lakoniczność. To było jedyne właściwe określenie. Nigdy nie używaj dwóch słów, 

gdy wystarczy jedno.

- Nie miałbyś ochoty powiedzieć mi dlaczego?

-   Sądziłem,   że   to   oczywiste.   Moglibyśmy  oczywiście   użyć   normalnych   technik 

kontroli   umysłu,   co   i   tak   zresztą   planowaliśmy.   Ale   to   zajmuje   trochę   czasu,   a 

odpowiedzi   potrzebowaliśmy   natychmiast.   Byliśmy   wśród   obcych   przez   lata   i   nie 

podejrzewali niczego, więc musieliśmy wiedzieć, jak nas odkryłeś. Przygotowaliśmy się 

właśnie do sprawdzenia  zawartości  twego umysłu, gdy odkryliśmy twoje przebranie. 

Metalowe  czaszki  nie  istnieją   w  przyrodzie,  a  twoja  twarz  bardzo  przypominała   mi 

kogoś, kogo szukałem  od lat. Kiedy sobie o tym przypomniałem, zorganizowałem to 

małe przedstawienie. Wiedzieliśmy, że twoje ego nie pozwoli ci pomyśleć, że dałeś się 

oszukać.

- Skurwysyn - warknąłem, co było dość prymitywną odpowiedzią, ale jedyną, 

jaką chwilowo dysponowałem. Miał gnojek rację i to od początku do końca.

background image

- Wiedziałem, że gdy będziesz sądził, że jesteś górą, odpowiesz dobrowolnie na 

pytania, które chcieliśmy ci zadać. Więc załadowaliśmy ci pistolet sterylnymi igłami. 

Wszyscy zagrali swoje role znakomicie, a ty byłeś najlepszy.

- Popatrzcie na cwaniaka - warknąłem.

- Jestem nim. Organizowałem operacje polowe przez wiele lat i nie udało mi się 

tylko wtedy, gdy ty mi przeszkodziłeś. Teraz cię złapaliśmy i przeszkody się skończyły.

Na dany znak dwaj z załogi pozbierali mnie.

- Zamknijcie go aż do lądowania. Nie mam ochoty go więcej widzieć.

Nigdy jeszcze nie byłem tak przybity. Przypuszczam, że byłem wówczas tylko o 

włos od samobójstwa. Wiedziałem, co mnie czeka i nie miałem żadnej możliwości, aby 

temu zaradzić. Już samo to było przygnębiające, a myśl o przyszłości wpędzała mnie w 

czarną depresję.

Na dokładkę oni byli za dobrzy: zawiesili moje skute ręce na umieszczonym w 

ścianie   haku,   pocięli   całą   odzież   i   wyczyścili   dokładnie   moją   skromną   osobę   ze 

wszystkiego. Po czym zabrali się za mnie z fluoskopem i wykrywaczami metali równie 

metodycznie, tylko wolniej. Efektem tych starań było to, że byłem o parę kilogramów 

lżejszy  i pozbawiony całej  pomocnej techniki, jaką ze  sobą zawsze  nosiłem. To było 

upokarzające, zwłaszcza że zostawili mnie gołego na zimnych płytach pokładu. Które, 

jak po chwili odkryłem, stawały się coraz zimniejsze, do tego stopnia, że szczękałem 

zębami sinozielony od mrozu. Z braku innych możliwości zacząłem wyć i walić w drzwi, 

co mnie lekko rozgrzało i sprowadziło strażnika.

- Zamarzam  na śmierć! - wykrztusiłem  przez dzwoniące zęby. - Specjalnie to 

robicie, żeby mnie torturować!

- Nie - odparł obojętnie. - Okręt był nagrzany, gdy luki były otwarte, teraz wraca 

do normalnej temperatury.

- Zamarzam! Może takie bałwany jak wy mogą żyć w tej temperaturze, ale ja nie! 

Albo mi dajcie ubranie, albo ze mną skończcie!

Pomyślał chwilę nad zagadnieniem i poszedł. Wrócił z czterema pomagierami i 

futrzanym przyodziewkiem. Ubrali mnie, bez gestu czy  słowa z mojej strony. Wylot 

miotacza, ustawionego przez cały czas ubierania dokładnie na wprost moich oczu, był 

wystarczającym argumentem, aby nic nie robić.

Osiągniecie celu zajęło wiele dni, a moi strażnicy byli najgorszymi rozmówcami w 

galaktyce.   Nie   odpowiadali   nawet  na  najwulgarniejsze   z   bogatego  repertuaru   moich 

obelg.   Jedzenie   było   pożywne,   ale   całkowicie   wyprane   z   jakiegokolwiek   smaku,   a 

background image

jedynym napojem była woda. W końcu wylądowaliśmy.

- Gdzie jesteśmy? - zapytałem strażnika, gdy przyszli po mnie. - No, nie wygłupiaj 

się. Zastrzelą cię, jak mi powiesz?

Pomyślał chwilę nad tą możliwością, po czym oznajmił:

- Kekkonshiki.

- Grzeczny chłopiec. Tylko nie wpadnij w dumę z tego powodu.

Szczytem ironii było, że wiedziałem to, co (po informacji, jak wygrać wojnę) było 

najbardziej poszukiwaną przez Ligę wiadomością i nie mogłem zrobić z tego użytku. 

Gdybym posiadał jakieś zdolności psi, to za parę godzin byłaby tu połowa wojsk Ligi, ale 

za pomocą rozmaitych testów dawno już stwierdziłem, że nie mam żadnych.

Było jednak coś, co wyrwało mnie z odrętwienia. Nadeszła pora, by zaplanować 

ucieczkę.   Wkrótce   opuścimy   statek,   a   na   planecie   znajdą   mi   z   pewnością   jakieś 

przytulne i dobrze pilnowane miejsce, z którego na pewno nie będę w stanie uciec. Nie 

wspominając   już   o   tym,   co   w   tymże   miejscu   by   ze   mną   wyprawiali.   Co   prawda 

dokładnie nie wiedziałem, co zamierzają ze mną zrobić, ale byłem pewien, że lepiej się 

tego nie dowiadywać. Jedyną moją szansą pozostało dać nogę ze statku.

Moi   strażnicy,   co   było   do   przewidzenia,   zrobili   wszystko,   aby   mi   utrudnić 

ewentualną ucieczkę. Starałem się nie drżeć, kiedy uwalniali mnie z łańcucha i nakładali 

mi na szyję znaną już skądinąd metalową obróżkę, ale nie bardzo mi się udało. Obroża 

połączona   była   cienkim   kablem   z   trzymanym   przez   jednego   ze   strażników   w   ręku 

pudełkiem.

- Nie musisz mi pokazywać - oznajmiłem pośpiesznie. - Nosiłem już coś takiego i 

twój kumpel Kraj, pamiętasz go pewnie, pokazał mi, jak to działa; nieźle się zresztą przy 

tym nade mną napracował.

- Mogę zrobić coś takiego - odpowiedział osobnik zbliżając palec do jednego z 

przycisków.

- Już to znam! - wrzasnąłem. - Przyciśniesz go i...

Płonąłem, ślepy, głuchy i otępiały. Każdy nerw skręcał się pod wpływem prądów 

generowanych przez pudełko. Wiedziałem o tym, ale i tak nic to nie zmieniało.

Kiedy się skończyło, stwierdziłem, że leżę zwinięty w kłębek, całkiem wyprany z 

energii i prawie bezbronny. Dwóch strażników złapało mnie pod pachy i praktycznie 

wyniosło na korytarz, a ten z pudełkiem, idąc z tyłu, od czasu do czasu pociągał za kabel, 

aby przypomnieć mi, kto tu jest górą. Nie sprzeczałem się z nim. Zacząłem nieporadnie 

przebierać nogami, ale i tak większość ciała spoczywała na strażnikach.

background image

Bardzo   mi   się   to   podobało   i   musiałem   ciężko   się   wysilać,   by   nie   zacząć   się 

uśmiechać. Byli pewni, że nie ucieknę!

- Oziębiło  się?  - spytałem,  widząc,  że nakładają w śluzie rękawice i futrzane 

czapy. - A moje rękawiczki?

Zostałem zignorowany. Kiedy otwarto drzwi, do wnętrza wpadł tuman śniegu i 

prawdziwie arktyczne powietrze, co momentalnie odebrało mi oddech. Na zewnątrz z 

pewnością nie było lato, ale moim opiekunom nie sprawiało to widać różnicy. Pociągnęli 

mnie za sobą bez chwili zwłoki. Fala śniegu pokryła nas i przeszła w ciągu sekundy. 

Słabiutkie słoneczko oświetlało oślepiająco biały krajobraz rozciągający się monotonnie 

we   wszystkich   kierunkach.   Moment   później   przed   nami   zamajaczyło   coś   ciemnego: 

kamienny mur albo jakiś niewysoki budynek. Kierowaliśmy się ku niemu na tyle szybko, 

na ile pozwalał sypki śnieg. Mieliśmy jeszcze około dwustu jardów przed sobą, a moja 

twarz   i   dłonie   zaczynały   tracić   czucie   w   zastraszającym   tempie.   Byliśmy   gdzieś   w 

połowie   drogi,   gdy   dopadła   nas   kolejna   zadymka.   Tuż   przed   nią   potknąłem   się 

malowniczo,  padając wraz z jednym ze  strażników. Nie miałem żadnych zastrzeżeń, 

chociaż   idący   z   tyłu   sadysta   poczęstował   mnie   sekundową   dawką   bólu.   Nie 

protestowałem, gdyż zdołałem okręcić kabel dookoła ramienia, a zaraz potem złapać go 

w zęby i przegryźć.

Nie było to wcale takie trudne, zwłaszcza że pod emalią na przednich zębach 

miałem   wstawione   koronki   z   węglika   krzemu,   który   przy   prześwietleniu   daje   obraz 

identyczny   jak   naturalne   zęby,   a   twardością   dorównuje   stali.   Wirujący   wokół   śnieg 

dokładnie zasłonił moje poczynania w ciągu tych paru najistotniejszych sekund. Ludzkie 

szczęki mogą wywierać nacisk około trzydziestu pięciu kilogramów każda. Wydaje mi 

się, że byłem bliski tej granicy, ale kabel puścił. Ledwie to się stało, wykonałem ćwierć 

obrotu i wsadziłem  kolano w krocze  tego po prawej. Stęknąt i zwalił się na Ziemię 

puszczając moją rękę. Zrobiłem półobrót w drugą stronę i trzasnąłem jego koleżkę w 

krtań. Nawet nie jęknął. Mając wolne boki odwróciłem się do przeciwnika trzymającego 

w ręku pudełko.

Ten   zaś   stracił   najcenniejsze   sekundy   wierząc   w   technikę,   a   nie   w   refleks. 

Załatwiłem jego kumpli mając plecy zwrócone kuniemu, a on przez cały czas nic nie 

robił. To znaczy  nic poza  wściekłym naciskaniem guzików  w  swoim pudełku. Nadal 

zresztą to robił, gdy moja noga spotkała się z jego splotem słonecznym. Ktoś zaczął 

krzyczeć,   ja zaś  złapałem   padającego  i  ruszyłem  z  kopyta  w  prawo -  był to  jedyny 

kierunek, jaki mogłem wybrać. W chwili przerwy w pamięci wydało mi się, że nie ma 

background image

tam żadnych budynków, a zataczając się w tym kierunku z ładunkiem na plecach i tak 

nic nie widziałem. Możliwe, że to było szaleństwo, ale według mnie większym błędem 

byłoby   pozostanie   w   ich   łapach.   Nie   zapominałem   oczywiście   i   o   tym   istotnym 

drobiazgu,   że   będąc   wolnym   miałem   przynajmniej   szansę   zaszkodzenia   im   w   jakiś 

sposób.   Zresztą   nie   byłem   wcale   taki   słaby,   jak   mogłoby   się   wydawać   komuś 

obserwującemu moje wyjście ze statku. To była gra właśnie dla obserwujących, choć 

słabłem z każdym krokiem, zamarzając powoli, a w dodatku gość, którego i niosłem, 

ważył tyle co ja. W pewnym momencie potknąłem się i runąłem głową naprzód w jakąś 

zaspę. Twarz i dłonie miałem tak zamarznięte, że nic nie czułem. Wokoło słychać było 

krzyki,   ale   jak   na   razie   nic   nie   pojawiło   się   w   zasięgu   mego   wzroku.   Zgrabiałymi 

palcami udało mi się zdjąć czapkę z głowy nieprzytomnego i umieścić ją na własnej. 

Rozpięcie ubrania i zdjęcie rękawic było zadaniem o wiele trudniejszym, ale w końcu mi 

się udało. Poczułem piekący ból, gdy do zdrętwiałych kończyn zaczęło wracać krążenie. 

Nowy przyodziewek skutecznie zatrzymywał ciepło.

Albo rąbnąłem go za słabo, albo było tu zimniej, niż sądziłem, w każdym razie 

mój   podopieczny   zaczął   zdradzać   objawy   świadczące   o   powrocie   do   świadomości. 

Poczekałem, aż otworzy oczy, po czym rąbnąłem go pięścią w szczękę. Poprawa była 

widoczna natychmiast: znów spał. Przeczekałem, aż okrzyki trochę się oddalą, po czym 

ruszyłem biegiem, zapadając się w śnieg i wywracając co paręnaście kroków. Jedyną 

pociechą było to, że przestało mi być zimno. Gdy zaczęło mi brakować tchu, padłem w 

najbliższą zaspę, czując, jak uspokaja i normuje się oddech, a pot zamarza na twarzy. 

Krzyki były znacznie przygłuszone i o wiele rzadsze.

Następny bieg doprowadził do zderzenia z wysoką metalową siatką, ciągnącą się 

jak okiem sięgnąć w obu kierunkach. Jeśli był do niej podłączony alarm, to zdążyłem go 

i tak uruchomić, toteż nie zwlekając zacząłem się wspinać.

Po chwili namysłu zeskoczyłem jednak w dół. Jeśli był alarm, to kierują się ku 

miejscu, w którym byłem. Po co im ułatwiać życie? Biegłem wzdłuż ogrodzenia może z 

dziesięć minut, nie dostrzegając nikogo, po czym wspiąłem się na nie, zeskoczyłem po 

drugiej stronie i skierowałem się w śnieżnobiały i niezmierzony bezkres rozciągającej się 

przede   mną   gładzi.   Biegłem   tak   długo,   aż   straciłem   oddech,   a   nogi   odmówiły   mi 

posłuszeństwa, po czym znowu wylądowałem w zaspie.

Odpocząłem nieco i ostrożnie rozejrzałem się wokoło. Jak okiem sięgnąć - pustka. 

Żadnych budowli, żadnych śladów, nikogo. Podniesiony na duchu zebrałem się w sobie i 

ruszyłem w szalejącą śnieżycę.

background image

12

-   Jesteś   wolny,   Jim!   Wolny   jak   ptak!   -   mówiłem   sobie,   podtrzymując   się   na 

duchu. Tyle że tu nie było ptaków. Tu nie było nic poza zamarzniętą pustką i mną.

Z tego co widziałem, w okolicy nie było nic żywego. Życie, jak to pamiętałem z 

wypowiedzi Krają, to tylko ryby w oceanie. Poza mną nie miało tu prawa kręcić się nic 

żywego.   Ja   zaś   miałem   szansę   pozostać   żywy   tak   długo,   jak   długo   byłem   w   stanie 

maszerować.

Ubranie było dobre, ale musiało mieć jakieś ciepło do utrzymania, a ciepło mogło 

pochodzić jedynie z ruchu mojego ciała. Widziałem jeden budynek - powinny być inne. 

Powinno tu w ogóle być coś jeszcze oprócz śniegu.

Było. Prawie w  to coś  wpadłem. Przy  kolejnym kroku  poczułem, jak podłoże 

ustępuje mi spod nóg i jedynie refleks spowodował, że nie wpadłem w dziurę; rzuciłem 

się w tył, lądując na śniegu. Około jarda przede mną, kawał lodu osunął się gdzieś w dół 

i   spojrzałem   na   ciemną   powierzchnię   wody.   Od   otworu   rozchodziły   się   promieniste 

pęknięcia. Byłem na zamarzniętym morzu, a nie na stałym lądzie.

Przy   tej   temperaturze   wystarczyłoby   zamoczyć   stopę,   a   zagłada   przyszłaby 

szybko i nieubłaganie. Pomysł nie wydał mi się zbyt pociągający, toteż rozpłaszczyłem 

się jak żaba i ruszyłem w tył, byle dalej od przerębli. Jakieś pięćset jardów od niej 

wstałem i czym prędzej podążyłem z powrotem po znikających już w sypiących płatkach 

śniegu   własnych   śladach.  Śnieg   przestawał  padać,   ale   wiatr   nie  słabł   ani   na   chwilę, 

podrywając   leżący   na   ziemi   puch   w   miniaturowe   zawieje.   Uważnie   rozejrzałem   się 

wokoło: pustka i biel. Teraz, gdy wiedziałem czego szukać, ciemny wał lodu wyraźnie 

wskazywał linię brzegową. Rozciągał się w lewo i prawo jak okiem sięgnąć, dokładnie na 

przecięciu linii, którą maszerowałem tutaj.

Tamtędy   nie   idę   -   zdecydowałem.   Sądząc   po   paralitycznym   śladzie,   stamtąd 

właśnie przybyłem i wracać nie ma sensu, tym bardziej że na kosmodromie już ostrzą 

noże   na   moje   powitanie.   Wobec   tego   trzeba   iść   brzegiem,   w   stronę   przeciwną   niż 

kosmodrom.

Tak też zrobiłem, starając się ignorować fakt coraz niższego położenia słońca. 

Gdy zapadnie noc, zapadnie też kurtyna za niejakim Jimem di Griz. Chyba że znajdę 

jakieś schronienie, na co na razie się nie zanosiło.

W miarę zachodzenia słońca, gasła nadzieja na znalezienie czegokolwiek. Byłem 

zmęczony, a do powłóczenia nogami mobilizowała mnie tylko perspektywa zbliżającej 

się   śmierci.   Prosta   czynność   marszu   była   wszystkim   i   musiało   minąć   całkiem   sporo 

background image

czasu,   zanim   rozpoznałem,   co   oznaczają   poruszające   się   na   tle   horyzontu   ciemne 

kształty. To byli ludzie, którzy na dodatek szli w moim kierunku. Wraz ze zrozumieniem 

tego faktu, wylądowałem na śniegu; zastygłem w bezruchu patrząc, jak trzy postacie 

przemykają   cicho   jakieś   dwieście   jardów   ode   mnie.   Przemieszczali   się   z   wprawą 

zawodowych narciarzy.

Zmusiłem się do bezruchu, zanim nie zniknęli z pola widzenia, po czym wstałem z 

nową nadzieją w sercu. Wiatr ucichł, śnieg ustał i ślady były doskonale widoczne. Ci 

narciarze zmierzali gdzieś, gdzie zdążą przed nocą, nie mieli bowiem ze sobą żadnego 

sprzętu czy prowiantu. Skoro oni zdążą, to ja też!

Nie było to jednak takie łatwe. Choć drogę miałem w miarę przetartą, nogi to nie 

to, co narty, przynajmniej w tych warunkach.

Teoria była słuszna, ale w praktyce omal nie zawiodła. Miałem już naprawdę 

dość,   gdy   goniąc   resztkami   sił   w   przedwieczornym   zmroku,   zobaczyłem   przed   sobą 

czarny kształt budynku. Mój umysł nadal był w stanie hibernacji, toteż dopiero po paru 

sekundach dotarło do mnie, co właściwie widzę.

- Czarne jest piękne! - wykrzyknąłem zataczając się we właściwym kierunku.

Ciemny kształt  rozpadł  się na parę  mniejszych. A  więc nie  jeden, lecz  grupa 

budynków. Małe drzwi, kamienne ściany, dwuspadowe dachy. Ogólne brzydactwo, dla 

mnie jednakże piękne. Tylko, do cholery, co tak skrzypi?

Ja nie, bo szedłem po świeżym śniegu. Ledwie to zrozumiałem, a już znalazłem się 

na  brzuchu.   Skrzypienie   ubitego   śniegu   zbliżało   się.   Niejedna  osoba,  lecz   całe   stado 

defilowało o rzut kamieniem ode mnie. Do dziś zresztą nie wiem, jakim cudem mnie nie 

dostrzegli. Fakt, że tego nie zrobili. Kroki maszerowały obok, skręciły za róg i ścichły. 

Desperackim wysiłkiem zerwałem się na nogi i podążyłem za nimi. Wyjrzałem zza rogu, 

gdy   ostatni   z   nich   znikał   w   pierwszym   z   budynków.   Potężne   drzwi   zamknęły   się   z 

hukiem, a ja szyłem ku nim, pchany jakimiś rozkazami mego organizmu, których to 

rozkazów istnieniu dotąd nie miałem pojęcia.

Dopadłem   drzwi   wykonanych   z   szarego   metalu   i   naparłem   na   klamkę.   I   ani 

drgnęły.

Życie   ma   takie   chwile,   które   potem   wydają   się   i   częstokroć   rzeczywiście   są 

zabawne, ale gdy się dzieją, są tragiczne. Szarpanie, ciągnięcie, próba obrócenia klamki 

nie   dały   absolutnie   żadnych   rezultatów.   Nowe   zapasy   siły   odpłynęły   równie 

błyskawicznie, jak się pojawiły. Oparłem się o drzwi, aby nie upaść. Ustąpiły z lekkim 

zgrzytem.

background image

Pierwszy i ostatni raz w życiu nie sprawdziłem, co jest za nimi. Na pół wszedłem, 

na pół wpadłem do środka, pozwalając im zamknąć się za sobą. Ciepło, rozkoszne ciepło 

ze wszystkich stron. Oparłem się o ścianę i rozkoszowałem się tym pięknym doznaniem. 

Byłem w długim i słabo oświetlonym korytarzu. Sam, ale znajdowało się tu wiele drzwi, 

a z każdych mógł ktoś wyjść. I nie było dokładnie nic, co mógłbym wtedy zrobić. Gdyby 

jakaś złośliwość losu zabrała ścianę, o którą się opierałem, po prostu padłbym na pysk i 

nie pozbierał się już o własnych siłach. Stałem więc na podobieństwo żywej zmarzliny, 

tworząc wokół siebie rosnącą kałużę z topniejącego śniegu.

Najbliższe drzwi, jakieś dwa jardy ode mnie, otwarły się i na korytarz wyszedł 

mężczyzna. Wszystko co musiałby zrobić, by mnie dostrzec, to obrócić głowę. Widziałem 

go doskonale, mimo parszywego oświetlenia, więc i on nie miałby żadnych problemów. 

Facet zamknął drzwi, wsadził klucz w zamek, przekręcił go i poszedł, jakby mnie celowo 

ignorował.

Najwyższy czas przestać się wygłupiać. Raz miałem więcej szczęścia niż rozumu, 

ale liczyć na coś takiego ponownie byłoby głupotą. Trzeba zniknąć z korytarza, biorąc 

poprawkę na fakt, że drzwi dopiero co zamknięte dawały dużą szansę, iż nikt się nimi w 

najbliższym czasie nie zainteresuje. Zdjąłem rękawice, wsuwając je wraz z czapką za 

pazuchę,   czując,   jak   do   moich   fioletowych   palców   wraca   życie   (wraz   z   mniej 

przyjemnymi odczuciami), po czym za pomocą przeżutych na miazgę drutów z prze-

gryzionego kabla zabrałem się za zamek.

Był to prosty zamek, z wielką dziurką, a ja mam wspaniałe uzdolnienia. Mówiąc 

krótko,   uśmiechnęło   się   do   runie   szczęście.   Wewnątrz   była   ciemność,   w   którą   błys-

kawicznie wsiąkłem, zamykając za sobą te cholerne drzwi. I Po raz pierwszy od chwili 

podjęcia   ucieczki,   miałem   szansę   na   sukces.   Z   westchnieniem   ulgi   osunąłem   się   na 

podłogę i zapadłem w drzemkę.

Znaczy,   prawie   zapadłem,   gdyż   mimo   senności,   wyczerpania   i   otumanienia, 

dotarło jednak do mnie, że nie jest to najwłaściwsze miejsce na sen. Dokonać tyle, co ja 

ostatnio i dać się złapać z powodu zaśnięcia, to byłoby naprawdę niesmaczne, toteż czym 

prędzej ugryzłem się w język. Przeszyła mnie fala bólu - zapomniałem, że te cholerne 

koronki są na wierzchu i omal nie odgryzłem sobie języka. Za to senność przeszła jak 

ręką odjął. Zacząłem macać drogę w ciemnościach i ruszyłem przed siebie. Był to ciasny 

pokoik albo średnio szeroki korytarz. Stanie tutaj niczego nie dawało, toteż ruszyłem 

przed   siebie.   Tuż   za   najbliższym   załomem   muru   zobaczyłem   poświatę.   Ostrożnie 

wystawiłem  głowę.  W ścianie   było okno. Po  drugiej  stronie   stał  dziesięcioletni   może 

background image

brzdąc i gapił się na mnie.

Zmartwiałem.   Starałem   się   uśmiechnąć,   ale   nie   sądzę,   żeby   mi   się   udało. 

Chłopczyna przeciągnął dłońmi po włosach, potrząsnął głową i poszedł sobie.

- Idioto! - jęknąłem pod własnym adresem. - Weneckie lustro!

Skąd się ta nazwa wzięła, diabli wiedzą, w każdym razie było to z pewnością 

weneckie   lustro:   z   mojej   strony   szyba,   z   jego   lustro.   Nikt   go   tu   nie   umieścił 

przypadkowo.   Ciekawe   więc   po   co?   Wiadomo,   dla   obserwacji,   tylko   kogo   i   czego? 

Podszedłem bliżej i zajrzałem do czegoś, co bez wątpienia było klasą.

Chłopak,   wraz   z   parunastoma   rówieśnikami,   siedział   w   ławce   i   słuchał 

nauczyciela. Indywiduum wygłaszało coś z kamienną twarzą. Wtedy dopiero dotarło do 

mnie,   że   oblicza   dzieciaków   cechuje   ten   sam   pusty   wyraz.   Żadnych   uśmiechów, 

szturchańców czy gumy do żucia. Nic poza skupioną uwagą. Jak na moje doświadczenia 

szkolne, było to dość nienormalne. Za plecami nauczyciela wisiała oprawiona w ramki 

kartka, na której czarnymi wołami napisano:

NIE ŚMIAĆ SIĘ

Z drugiej strony była następna z ciągiem dalszym:

NIE KRZYWIĆ SIĘ

Co to za zboczona szkoła? W miarę jak wzrok przyzwyczajał się do ciemności, 

rozróżniałem   coraz  więcej szczegółów.  Przy   oknie   był głośnik  i  przełącznik,   których 

zastosowanie   było   zrozumiałe.   Wcisnąłem   przełącznik   i   rozległ   się   obojętny   głos 

wykładowcy:

- Filozofia Moralna. Ten kurs jest obowiązkowy, każdy z was musi go zdać. Jeśli 

nie uda wam się to w normalnym terminie, będziecie uczyli się tak długo, aż osiągniecie 

perfekcyjną   znajomość   tematu.   Filozofia   Moralna   jest   tym,   co   czyni   nas   wielkimi   i 

dlatego nie może być innych ocen niż perfekt. Filozofia Moralna czyni z nas wielkich. 

Czytaliście podręczniki do historii, wiecie, jak zostaliśmy opuszczeni, jak marliśmy z 

głodu   i   zimna,   jak   tylko   tysiąc   pozostało   przy   życiu.   Ginęliśmy,   gdy   byliśmy   słabi, 

ginęliśmy, gdy pozwalaliśmy kierować się uczuciom. Jesteśmy dziś tutaj dlatego, że oni 

przeżyli. Filozofia Moralna pozwoliła im przeżyć i pozwolić żyć wam. Żyć i dorastać, a 

gdy dorośniecie, opuścić ten świat, wprowadzić nasze rządy pośród słabych i miękkich 

ras. My jesteśmy najwyżsi, gdyż mamy do tego prawo. Teraz powiedzcie  mi: - Jeśli 

jesteście słabi...?

- Umrzemy - odparł chór pozbawionych wyrazu głosów.

- Jeśli poddacie się uczuciom...?

background image

- Zginiemy.

- Jeśli...

Wyłączyłem głośnik z uczuciem, że usłyszałem więcej niż dość jak na początek. 

Przez wszystkie te lata, gdy miałem do czynienia z szarymi, nigdy nie zadałem sobie 

trudu,   by   zastanowić   się,   dlaczego   są   tym,   czym   są.   Przyjmowałem   ich   obcość   i 

obrzydliwość, ale dopiero te podsłuchane kwestie uzmysłowiły mi, że ich bezduszność i 

brutalność nie są przypadkowe. Ta osada, założona z pewnością z uwagi na surowce 

naturalne,   gdyż   nikt   nie   mógł   być   na   tyle   szalony,   aby   próbować   skolonizować   coś 

takiego, nie była przystosowana do samodzielnego przetrwania.

Gdy w wyniku lokalnej wojny, czy  może załamania, została odcięta od reszty 

świata   i   zapomniana,   spowodowało   to   wymarcie   większości   mieszkańców.   Przeżyła 

garść,   o   ile   można   mówić   o   przeżyciu,   i   to   kosztem   porzucenia   tego   co   ludzkie   w 

człowieku, koncentrując się na przetrwaniu. Wygrali, ale tracąc człowieczeństwo. Stali 

się umysłowymi kalekami, czymś co pisarze SF określali mianem androidów białkowych 

- organizmami obdarzonymi inteligencją, ale nie znającymi uczuć. Filozofia Moralna ma 

sens   jedynie   na   tej   planecie.   Wszędzie   indziej   musi   zostać   uznana   za   jedną   wielką 

bzdurę. Choć z ich punktu widzenia w stu procentach słuszna, bo dla nich cała reszta 

świata to słabeusze i głupcy kierujący się uczuciami, a nie rozsądkiem. Oni byli faktycz-

nie   najlepszą   rasą   zdobywców,  jaką   wymyślił   wszechświat,   a   ponieważ   nie   było   ich 

wielu, posługiwali się innymi. Zorganizowali inwazyjne imperium. Korpus rozbił je w 

puch, w czym miałem swój udział. Teraz powtórnie wlazłem im w łapy. Ta szkoła zaś 

była ich obozem treningowym, w którym dzieciaki przekształcano w miniaturowe kopie 

dorosłych.   To   miejsce,   w   którym   z   perwersyjną   zaciekłością   uprawiano   sadystyczne 

praktyki   na   całej   rasie,   fascynowało   mnie.   Równocześnie   zrobiło   mi  się   przyzwoicie 

ciepło,   toteż   zacząłem   przemyśliwać,   czym   by   tu   się   zająć,   poza   chowaniem   się   po 

ciemnych korytarzach.

Następna szyba ukazała wnętrze pracowni, w której przebywała starsza grupa 

uczniów zajmujących się jakimiś sprzętami.

Jakimiś? Znów  coś zimnego lazło  mi po plecach. Połówkę takiego urządzenia 

miałem jeszcze na sobie. Metalowe pudełko z guziczkami plus kabel zakończony obrożą. 

Powolutku włączyłem głośnik.

- ...różnica jest w zastosowaniu, nie w teorii. Składacie i testujecie te axion feeds, 

aby zaznajomić się z ich zastosowaniem. Gdy przejdziecie do pracy z nimi, mieli wiedzę 

praktyczną, która jest bardzo pomocna, otwórzcie diagramy na stronie trzydziestej.

background image

Axion feeds. O tym powinienem wiedzieć więcej. Było to jedynie przypuszczenie, 

ale  wydawało  mi się,  że   tego  drobiazgu  nie   zapamiętałem,  choć  widywałem   go  dość 

często. Krasnoludek w żelaznych kapciach, który spacerował po moim umyśle według 

własnego   widzimisię,   zmieniając   moje   wspomnienia   i   pamięć.   Miałem   wielką   ochotę 

dostać coś takiego w swoje ręce.

Wszystko to świadczyło o wyższym niż zwykle zidioceniu. Stać tu, jak sadysta 

przeżywający   najpiękniejsze   chwile   swego   życia   i   nie   myśleć   o   flankach.   Ponieważ 

włączyłem głośnik, nie byłem w stanie usłyszeć zbliżających się kroków. Nadchodzącego 

dostrzegłem dopiero, gdy wyłonił się zza rogu i prawie wpadł na mnie.

13

W takich sytuacjach akcję ceniłem zawsze wyżej niż myślenie: najpierw uspokoić 

gościa, potem dopiero się zastanawiać. Złapałem go za gardło, on natomiast zamiast się 

uciszyć, przemówił:

- Witamy w Szkole  Yuu Bavete, Jamesie di Griz.  Miałem  nadzieję,  że  trafisz 

tutaj.

Miał   pomarszczoną   skórę   i   dopiero   po   tym   zorientowałem   się,   że   jest   stary, 

bardzo   stary.   Przez   cały   czas,   gdy   moje   palce   ściskały   jego   krtań,   nie   poruszył   się, 

spokojnie patrząc mi w oczy.

Jestem dobrze wyszkolony, przyzwyczajony do walki wręcz i do zabijania, ale 

duszenie spokojnie obserwujących ten zabieg pradziadków nie jest moją mocną stroną. 

Palce rozluźniły się same, spojrzałem mu w oczy i warknąłem ostro:

- Piśnij o pomoc i jesteś trupem.

- To ostatnie na co mam ochotę. Nazywam się Hanasu i chciałem cię spotkać od 

chwili twej ucieczki. Zrobiłem co mogłem, aby cię tu sprowadzić.

- Czy nie miałbyś nic przeciw temu, aby to trochę uściślić?

-   Oczywiście.   Ledwo  usłyszałem   przez   radio   o   ucieczce,   starałem   się   wejść   w 

twoje   położenie.   Jeśli   poszedłbyś   w   stronę   wschodu   lub   południa,   skończyłbyś   w 

zabudowaniach miasta, w których szybko by cię złapali. Na północy miałeś morze, a 

więc   jedynie   idąc   na   zachód   miałeś   szansę,   a   zachód   to   tu.   Opierając   się   na   tym, 

zmieniłem   dzisiejsze   zajęcia   i   zdecydowałem,   że   chłopcy   potrzebują   więcej   ćwiczeń. 

Teraz wszyscy, co do jednego, zamiast spać, muszą odrabiać stracone godziny, a mają w 

nogach niezłą liczbę mil, za co zresztą serdecznie mnie nienawidzą. Ich narciarskie trasy 

nieprzypadkowo zresztą biegły na południe, potem na wschód i z powrotem tu, dość 

sporym łukiem. Wszystko to w tym celu, abyś podążył ich śladem, jeśli ich spotkasz. 

background image

Zrobiłeś tak?

- Owszem - nie widziałem powodu, aby kłamać. - Co teraz zamierzasz zrobić?

- Co? Porozmawiać oczywiście. Nie widziano ci jak dotąd?

- Nie.

- Jest lepiej, niż sądziłem. Spodziewałem się, że będę musiał użyć axion feeds. 

Powinienem   pamiętać,   że   jesteś   specem   w   tych   sprawach.   Drugie   wyjście   z   tego 

korytarza obserwacyjnego jest w moim gabinecie. Pozwolisz?

- Po co? Czekają tam na mnie?

- Nie, chcę z tobą spokojnie porozmawiać.

- Nie wierzę ci.

- Rozumiem, ale wybór masz niewielki. Jeśli nie zabiłeś mnie od razu, to jest 

wątpliwe, abyś chciał to uczynić teraz. Idź za mną - po czym najspokojniej odwrócił się i 

odszedł.

Jedyne co mogłem zrobić, to udać się za nim i trzymać się jak najbliżej. Możliwe, 

że nie byłem w stanie go udusić, ale z pewnością byłem w stanie zrobić mu coś innego, 

jeśli tylko ogłosiłby jakiś alarm.

W korytarzu było sporo okien, ale przy żadnym nie miałem ani okazji, ani chęci 

przystanąć.   Zresztą   dość   szybko   wspięliśmy   się   na   krótkie   schodki   i   dotarliśmy   do 

drzwi. Powstrzymałem go, gdy dotykał klamki.

- Co tam jest?

- Jak już mówiłem, mój gabinet.

- Jest tam ktoś?

- Wątpię. Nikomu nie wolno tam przebywać pod moją nieobecność.

- Jeśli pozwolisz, to sprawdzę osobiście.

Zrobiłem to i okazało się, że miał rację. Przeszukując pokój czułem, jak dostaję 

zeza patrząc jednym okiem na kąty, a drugim cały czas na niego. Wąskie okno otwierało 

się na głęboką czerń, ściany pokryte były regałami pełnymi książek, w kącie zaś stało 

biurko i parę krzeseł. Kazałem mu usiąść możliwie daleko od biurka, gdzie były umiesz-

czone  wszystkie  przyciski. Zrobił  to bez protestu  i trzymał ręce  na widoku. Widząc 

karafkę z wodą, stwierdziłem, że bardzo chce mi się pić. Wysuszyłem ją do dna, opadłem 

z westchnieniem na fotel i umieściłem nogi na biurku.

- I naprawdę chcesz mi pomóc? - spytałem sceptycznie.

- Chcę.

- To na początek pokaż mi, jak zdjąć tę obrożę.

background image

- Proszę. W prawej górnej szufladzie znajdziesz klucz. Dziurka jest pod złączem 

kabla z metalem.

Zajęło mi to trochę czasu, ale w końcu otworzyłem ją i z zadowoleniem cisnąłem 

w kąt.

- Ty kierujesz tym interesem?

- Jestem kierownikiem szkoły. Zostałem tu zesłany za karę. Mieliby ochotę mnie 

zabić, ale jak dotąd nie stało im odwagi.

- Nie mam bladego pojęcia, o czym mówisz. Mógłbyś wyrażać się trochę jaśniej?

- Mógłbym. Planetą kieruje Komitet Dziesięciu, byłem w nim przez wiele lat, a do 

fiaska operacji  na  Cliaandzie,   którą organizowałem,  byłem  Pierwszym  w  Komitecie. 

Wtedy spróbowałem zmienić nasz program i za karę znalazłem się w... szkole. Nie mogę 

jej   opuścić,   nie   mogę   nawet  zmienić   ani   jednego   słowa  w   programie   nauczania.   To 

doskonale i bezpieczne więzienie.

- Jakie zmiany chciałeś wprowadzić?

-   Radykalne.   Zacząłem   wątpić   we   wszystkie   nasze   cele,   bo   widziałem   inne 

kultury. Oceniono, że zostałem przez nie skorumpowany, a kiedy spróbowałem wpro-

wadzić moje pomysły w życie, znalazłem się tutaj. Nie może być nowych idei.

Drzwi   otwarły   się   nagle   i   wjechał   wózek   na   kółkach   popychany   przez 

dziesięcioletniego brzdąca.

- Przyniosłem obiad, kierowniku - powiedział i zobaczył za biurkiem mnie. Nie 

zmieniając wyrazu twarzy stwierdził: - To jest więzień, który uciekł.

Zmęczenie   zatrzymało   mnie   na   fotelu,   a  poza   tym,  co   mogłem   zrobić?   Zabić 

dziecko?

- Masz rację, Yan - odparł Hanasu. - Popilnuj go, a ja pójdę po pomoc.

To mnie postawiło na nogi, ale Hanasu nigdzie nie poszedł. Stanął za chłopcem, 

zamknął drzwi i zdjął z półki czarny przyrząd, który przytknął malcowi do karku. Ten 

otworzył szeroko oczy i zamarł w bezruchu.

- Nie ma już niebezpieczeństwa - oznajmił gospodarz. - Muszę tylko usunąć parę 

minut z jego pamięci.

Poczułem, jak wzbiera we mnie obrzydzenie zmieszane ze strachem.

- Co to jest, to co trzymasz w ręku?

- Axion feeds. Widziałeś je wielokrotnie, tylko rzecz jasna nie pamiętasz o tym. 

Stań teraz za drzwiami, aby cię nie zobaczył, gdy wejdzie z kolacją.

Może to widok tej maszynki do kasowania pamięci spowodował, że przyjąłem 

background image

bierną postawę, a może rzeczywiście nie miałem wyboru. Zrobiłem, co mi kazał, zo-

stawiając uchylone drzwi, aby obserwować, co się dzieje. Hanasu pomajstrował przy 

skali urządzenia i ponownie przytknął je brzdącowi do karku, po czym spokojnie zasiadł 

za biurkiem. Po dwóch czy trzech sekundach, chłopak drgnął i popchnął wózek w głąb 

pokoju.

- Przyniosłem obiad, kierowniku.

- Zostaw go i nie wracaj dziś w nocy. Nie chcę, by mi przeszkadzano.

- Tak, kierowniku - obrócił się i wyszedł, ja zaś wyszedłem zza drzwi.

- Ta maszynka jest najwstrętniejszą rzeczą, jaką w życiu widziałem.

- To tylko maszyna - odparł obojętnie. - Nie jestem głodny, a sądzę,  że tobie 

przyda się posiłek. Częstuj się.

Zbyt wiele się działo i zbyt szybko, abym mógł myśleć o apetycie, ale gdy o tym 

wspomniano, stwierdziłem, że byłbym w stanie zjeść konia. Na surowo. Zabrałem się 

więc   za   posiłek   -   równie   bezsmakową   papkę   jak   na   statku,   ale   w   tym   momencie 

smakowała mi ona jak  najprzedniejsze  same delicje.  Jadłem starając się słuchać, co 

mówi Hanasu.

- Próbuję zrozumieć to, co powiedziałeś o tym urządzeniu. Chodzi ci o to, że jego 

zastosowanie jest wstrętne? - Skinąłem głową. - Mogę cię zrozumieć i to jest właśnie mój 

problem. Jestem inteligentny bardziej i inaczej niż większość moich współplemieńców. 

Są   głupi   i   pozbawieni   wyobraźni.   Wyobraźnia   i   ciekawość   są   tym,   co   świadomie 

wytrzebiliśmy wiele lat temu. A to oznacza, że jestem nienormalny. Jestem mutantem. Z 

początku się to nie ujawniało; wierzyłem we wszystko, co mi mówiono. Teraz dręczą 

mnie pytania. Wiem, że nie jesteśmy lepsi niż reszta ludzi.  Jesteśmy po prostu inni. 

Nasze próby władania resztą są złe, a nasza pomoc w inwazji obcych jest największą 

zbrodnią ze wszystkich.

- To prawda - oświadczyłem przełykając ostatni kęs.

Miałem ochotę powtórzyć spektakl z nową zawartością talerza.

- Gdy odkryłem te fakty, starałem się zmienić nasze cele, ale to jest niemożliwe. 

Nie mogę nawet zmienić jednego słowa w treningu tych dzieci. A ponoć kieruję tą szkołą.

- Ja mogę zmienić wszystko - poinformowałem go uprzejmie.

- Oczywiście - jego nieruchoma twarz drgnęła, kąciki ust powędrowały w górę. 

Leciutko, ale jednak uśmiechnął się. - A jak sądzisz, dlaczego chciałem, abyś tu przybył? 

Ty możesz zrobić  to, co ja starałem  się osiągnąć przez  całe życie.  Możesz  uratować 

mieszkańców tej planety.

background image

- Wystarczy jedna wiadomość: koordynaty tego globu i mój podpis.

- I twoja Liga przybędzie, by nas zniszczyć. Tragiczne, ale prawdziwe.

- Włos wam z głowy nie spadnie.

- Tak, bo spadnie głowa! To jest kłamstwo i nie podoba mi się, że kłamiesz!

- To jest prawda! Po prostu nie wiecie, jak reagują cywilizowane społeczeństwa. 

Przyznaję, że wielu ludzi, wiedząc, gdzie was szukać, rozerwałoby was na kawałki i to 

powoli. Liga po prostu będzie na was uważać i pilnować, żebyście nie wpadli na kolejny 

głupi pomysł. Natomiast we wprowadzeniu zmian, o których mówisz, może wam tylko 

pomóc.

- Nie rozumiem tego - był wyraźnie zaskoczony. - Oni muszą nas zabić.

- Przestań  z tym zabijaniem, bo już mi się rzygać chce. To jest wasz główny 

problem: życie albo śmierć, zabić lub być zabitym. Ta filozofia należy do historii. Do 

mrocznej historii, która na szczęście jest już dawno za nami. Możliwe, że nie mamy 

najlepszego   systemu   etycznego,   ale   przynajmniej   zakazuje   on   przemocy 

zinstytucjonalizowanej.   Jak   sądzisz,   dlaczego   waszym   oślizłym   koleżkom   tak   dobrze 

idzie? Bo nie ma czegoś takiego jak Flota czy Armia Ligi. Nie mamy wojen, nie mówiąc 

o jakichś  lokalnych konfliktach. To co walczy  z obcymi, to zbieranina  Flot i Policji 

różnych planet. Nie ma potrzeby, aby rząd używał zabijania jako narzędzia, chyba że 

znajdą   aż   coś   takiego,   jak   na   Cliaandzie,   gdzie   próbowaliście   cofnąć   zegar   o   jakieś 

dwadzieścia tysięcy lat.

- Musi istnieć prawo. Kto zabija, sam musi być zabity.

-  Bez   sensu.  To  nie  wskrzesi  zabitego,   a  społeczeństwo dokonujące   zabójstwa 

samo staje się mordercą. Już widzę co chcesz powiedzieć. Przemoc rodzi przemoc. Kara 

śmierci jest urzędową wendetą, a nie żadnym rozwiązaniem.

Maszerował w tę i z powrotem po pokoju, starając się zrozumieć tę obcą filozofię. 

Tymczasem wylizałem do czysta naczynie i łyżeczkę. W końcu opadł na swoje krzesło.

-   To   co   mi   powiedziałeś,   wykracza   poza   nasze   rozumienie.   Muszę   to 

przeanalizować, ale nie w tym rzecz. Pewien jestem, że plany Kekkonshiki muszą zostać 

pokrzyżowane,   było   już   zbyt   wiele   niepotrzebnych   zabójstw.   To   może   się   skończyć 

jedynie śmiercią nas wszystkich. Trzeba wysłać tę wiadomość do Ligi.

- Jak?

- To ty musisz mi powiedzieć. Nie uważasz, że zrobiłbym to, gdybym wiedział?

- Pewnie - teraz ja wydeptywałem podłogę. - Nie ma poczty, nie ma psimenów, 

zresztą to i tak nieistotne. Jeśli są, to tej wiadomości na pewno nie wyślą. Radio?

background image

- Najbliższa baza Ligi jest o czterysta trzydzieści lat świetlnych.

- Nie będę tyle czekał. Muszę znaleźć sposób, by dostać się na statek.

- To zbliżone do niemożliwości.

- Jestem tego pewien, ale musi istnieć jakiś sposób. Najlepiej będzie przespać całą 

sprawę. Jest tu jakieś miejsce, gdzie mógłbym się zdrzemnąć?

Przerwał mi wysoki pisk.

- Komunikator - poinformował mnie Hanasu. - Połączenie zewnętrzne. Stań w 

tym miejscu. Będziesz poza zasięgiem kamery.

Usiadł za biurkiem i włączył urządzenie.

- Hanasu - oznajmił obojętnym tonem z kamiennym wyrazem twarzy.

- Za parę minut będzie u ciebie grupa poszukiwawcza, która zamknie wszystkie 

wyjścia ze szkoły. Ślady obcego zostały wykryte w tych okolicach. Musi ukrywać się w 

budynkach. W drodze jest transport z dalszymi sześcioma jednostkami. Szkoła zostanie 

przeszukana, a on znaleziony.

- Jakie macie dowody na to, że on jest tutaj?

- Ślady na śniegu zmierzają w waszą stronę. Albo ukrył się w szkole, albo jest 

martwy.

- Uczniowie pomogą w poszukiwaniach, znają dobrze zabudowania.

- Wydaj rozkazy.

Wyłączył komunikator i spojrzał na mnie zimno.

- Mimo wszystko nie zrealizujemy naszych planów. Gdy cię złapią, użyją axion 

feeds i odkryją, co się stało w tym pokoju. Wolisz popełnić samobójstwo, czy chcesz, 

żebym ja cię zabił? - Wszystko to zostało powiedziane tak obojętnym tonem, że mimo 

chłodu panującego w pokoju oblałem się potem.

-   Zaraz!   Chwila!   Jeszcze   nie   wszystko   stracone.   Zostawmy   samobójstwo   na 

koniec. Musi tu być, do cholery, jakieś miejsce, gdzie mnie nie znajdą.

- Nie. Będą szukać wszędzie.

- A tutaj? W twoim pokoju? Powiesz im, że sprawdziłeś, że mnie tu nie ma.

- Nie rozumiesz. Mogę powiedzieć, co chcę, a rewizja zostanie przeprowadzona 

zgodnie z planem.  Jesteśmy bardzo dokładną rasą.

- Ale bez wyobraźni; czekaj, coś mi świta - poza adrenaliną wydzielaną na samą 

myśl o samobójstwie nic mi nie świtało. - Okno...

- Nie otwiera się.

- Nawet w lecie?

background image

- To jest lato.

-   Tego   się   właśnie   spodziewałem.   Mam.   Jeśli   nie   wewnątrz,   to   ukryję   się   na 

zewnątrz. Dach. Musi tu być wyjście awaryjne dla dokonywania napraw.

- Nie ma napraw.

- Słuchaj no, nie bądź taki drobiazgowy, musi istnieć jakaś droga na dach. Nigdy 

nie wiadomo, co może się wydarzyć, a wy nie jesteście pozbawieni daru przewidywania.

- Może masz rację.

- Gdzie są plany szkoły?

- W tej teczce.

- No to dawaj je tu! - praktycznie wydarłem mu teczkę z ręki. Przerzucałem ją 

gorączkowo, starając się nie słuchać jego mamrotania.

- To strata czasu, nie ma ucieczki, a ja nie chcę być przesłuchiwany za pomocą 

axion feeds. Dlatego jeśli ty nie...

- Przestań pieprzyć! - warknąłem. - Co to jest? Co oznacza ten symbol?

- To są drzwi.

- No! - klepnąłem go w plecy. - A teraz zrób, co ci powiem, zgoda? Zbierz ich do 

kupy, resztę wyjaśnię ci później. Oficjalnie mają pomóc w poszukiwaniach.

Dobra stara dyscyplina... Posłuchał natychmiast. Zanim skończył mówić, miałem 

już w głowie dalszy ciąg.

-   Nie   mogę   ryzykować,   że   ktoś   mnie   zobaczy,   więc   musisz   mi   przynieść   z 

warsztatu   następujące   rzeczy:   z   pięćdziesiąt   jardów   liny   o   wytrzymałości   pięciuset 

kilogramów,  dziesięć   długich   mocnych   gwoździ   i   młotek   molekularny   oraz   latarkę   i 

śrubokręt. Gdzie mogę bezpiecznie poczekać na ciebie?

- Tu. Nie wiem, co planujesz, ale pomogę ci. Na samobójstwo zawsze będzie czas.

- Wciąż ten budujący optymizm!

Poszedł,   a   ja   zacząłem   obgryzać   paznokcie.   Podskoczyłem,   gdy   komunikator 

znowu   zadzwonił,   ale   trzymałem   się   od   niego   z   daleka.   Hanasu   wrócił   po   czterech 

minutach.

- Ktoś do ciebie - poinformowałem go, odbierając wyposażenie i rozkładając je po 

kieszeniach.

- Wszyscy są w hallu, a pierwszy oddział już przyjechał - oznajmił.

- Ślicznie.  Idź na dół i pomóż im, żeby zaczęli  od  piwnicy. Potrzebuję  całego 

czasu, jaki mogę mieć, bo diabli wiedzą, co spotkam na drodze.

- Wychodzisz na dach?

background image

- Tego czego nie wiesz, nigdy nie powiesz. Pa.

- Masz oczywiście rację - podszedł do drzwi i obrócił się. - Powodzenia. Tak się 

chyba mówi w podobnych sytuacjach.

-   Się   mówi.   Dzięki.   Już   ja   dopilnuję,   żeby   ci   wyszły   z   głowy   głupoty   o 

samobójstwie.

Byłem tuż za nim, tyle że on schodził w dół, a ja gnałem schodami w górę z 

planem budynku w dłoni. Zanim dotarłem na strych, zdążyłem się zdrowo zasapać - to 

był dość długi dzień. Drzwi, do których tak biegłem, były zamknięte. Użyłem jednego z 

gwoździ i zaatakowałem olbrzymi zamek. Puścił ze straszliwym zgrzytem. Zanim ucichł, 

byłem   już   wewnątrz   i   na   najlepszej   z   możliwych   dróg   do   zablokowania   zamku. 

Powietrze   nie   było   zbyt   przyjemne:   wokół   unosiła   się   woń   kurzu   i   stęchlizny,   a   w 

dodatku   nie   było   nigdzie   światła.   Użyłem   więc   latarki   i   rozejrzałem   się   wśród 

otaczających mnie pudeł i starych akt. Drzwi, których szukałem, były o cztery jardy w 

górze, a w pobliżu nie było drabiny.

- Ślicznie.

Zebrałem co solidniej wyglądające pudła, tworząc z nich piramidę. Zajęło mi to 

trochę   czasu,   gdyż   z   uwagi   na   kurz   nie   mogłem   ich   ciągnąć   po   podłodze.   Gdy 

zakończyłem  prace budowlane, nie  odczuwałem  już żadnego  zimna. Prawdę mówiąc 

było mi gorąco. Myśl o zbliżającym się pościgu dodawała mi skrzydeł.

Drzwi o trzystopowej średnicy, a raczej klapa w dachu, umieszczone tuż przy 

górnym wierzchołku dachu, były zamknięte na głucho, ale na szczęście nie miały zamka. 

Gdy   je   otworzyłem,   posypała   się   całkiem   niezła   ilość   rdzy.   Ostrożnie   zdrapałem   ją 

śrubokrętem, po czym starłem z krawędzi. W przeciwnym razie ślepy by zobaczył, że 

były ostatnio otwierane. Miałem nadzieję, że tutejszy woźny nie będzie się fatygował na 

strych. Uchyliłem klapę szerzej i wytknąłem głowę na zewnątrz. Oczywiście na całym 

dachu nie było ani jednego miejsca, za którym lub w którym mógłbym się schować.

Nie przejąłem się zbytnio tym wszystkim. Wbiłem przy drzwiach duży gwóźdź i 

obwiązałem   go   liną.   Tę   o   wytrzymałości   pięciuset   kilogramów,   mającą   odpowiednią 

średnicę. Dlatego też taką wybrałem.

Po   tym   zabiegu   spokojnie   pozanosiłem   pudła   na   miejsca,   po   czym   uważnie 

zbadałem podłogę, zacierając ślady mojej działalności. Przy jednym z pudeł był śliczny 

odcisk mojej stopy, przewróciłem je więc na bok. Zamaskowałem parę mniej wyraźnych 

śladów   w   podobny   sposób,   po   czym   złapałem   linę   zwisającą   z   dachu.   Wyłączyłem 

światło upewniwszy się uprzednio, czy młotek i gwoździe są na miejscu i usłyszałem jak 

background image

ktoś z tyłu w ciemnościach dobiera się do zamka.

Nie   wiem,   czy   gdziekolwiek   uwzględniają   rekordy   we   wspinaczce   na 

czterojardową linę, ale jestem pewien, że osiągnąłem jeden z lepszych czasów. W jednej 

chwili   byłem   na   górze,   a   w   następnej   leżałem   płasko   na   dachu   wyciągając   linę. 

Zamykałem klapę, gdy na dole zabłysło światło.

- Przeszukaj prawą stronę, Bukai - usłyszałem  bezbarwny głos. - Zaglądaj za 

pudła, otwieraj te, w których może się ukryć człowiek.

Ostrożnie spuściłem klapę, omal nie tracąc przy tym palców. To, że wlezą na 

dach, nie ulegało wątpliwości. Wejdą wszędzie tam, gdzie może wejść człowiek. Toteż ja 

musiałem być tam, gdzie nie może.

Odkryta powierzchnia dachu nie była zbyt sprzyjającym miejscem do ukrycia 

się, a w odległości pięciu jardów znajdowała się jego krawędź. Postanowiłem zbadać, co 

jest po drugiej stronie i odkryłem, że metal powleczony jest cienką warstwą lodu. Poślizg 

był   gwałtowny   i   po   chwili   zatrzymałem   się   z   nogami   dyndającymi   poza   dachem. 

Pamiętając, że moment otwarcia klapy jest coraz bliższy, powoli podciągnąłem się do 

szczytu i wyjrzałem.

Oczywiście   druga   strona   dachu   była   równie   beznadziejnie   gładka   jak   tamta. 

Odwiązałem linę i ruszyłem pełznąc po szczycie i robiąc co się da, aby nie zjechać na 

krawędź, bo oznaczało to pewny, acz niezbyt przyjemny sposób skręcenia karku.

Ślizgawica na dachu dawała mi do wiwatu, aż dach się skończył, a ja, spoglądając 

przez   ramię,   widziałem   klapę   doskonale,   co   znaczyło,   że   sam   byłem   równie   dobrze 

widoczny. Lina pomogła mi poprzednio i będzie to musiała zrobić ponownie. Powoli 

wyciągnąłem   młotek   i   wsunąłem   gwóźdź   w   zaczep.   Jeśli   dach   był   cienki,   to   mógł 

zadziałać jak pudło rezonansowe, ale musiałem ryzykować. Jednym muśnięciem wbiłem 

gwóźdź w szczyt dachu i okręciłem linę grabiejącymi palcami. Zawiązałem na niej pętlę, 

w której umieściłem nogę i zsunąłem się z dachu.

Klapa odskoczyła z głośnym hukiem. Wisiałem cicho, słysząc wyraźnie rozmowę.

- Widzisz kogoś, Bukai?

- Nie. Mogę wracać?

Świetnie, di Griz! Znowu ich przechytrzyłeś!

- Nie. Przejdź się po dachu i sprawdź.

To były automaty nie ludzie! Żaden inteligentny człowiek nie wylazłby na ten 

dach. Wiedziałby, co go może spotkać. Te cymbały wypełniają instrukcje na ślepo.

Odgłosy sapania i skrzypienia przybliżały się, a moja lina drgnęła, gdy ktoś za nią 

background image

pociągnął. Spojrzałem w górę i zobaczyłem pozbawione wyrazu oblicze, wychylające się 

nad krawędź dachu jakieś pół jarda nad moją głową.

15

Jego   oczy   malowniczo   się   rozszerzyły,   gdy   mnie   zobaczył.   Obrócił   głowę   i 

krzyknął:

- Ahiru!

Wyciągnąłem   rękę,   aby   się   go   pozbyć,   ale   w   tym   momencie   się   poślizgnął. 

Pierwszy   raz   zobaczyłem   jakikolwiek   wyraz   na   twarzy   tubylca   -   autentyczne 

przerażenie. Drapiąc dach zjechał za krawędź i zniknął. Poza odgłosem uderzenia ciała 

o ziemię nie było żadnego innego dźwięku.

Wisiałem na linie czekając, co będzie dalej. Poprzez uchylone drzwi doszło mnie 

przyciszone pytanie.

- Czy Bukai powiedział coś?

- Moje imię.

- Gdy się ześlizgiwał?

- Tak.

- To niedobrze.

- Nie, lepiej, że jest martwy. Człowiek, który okazuje emocje... - Drzwi zamknęły 

się.

Przyjemniaczki. Bukai miał miłych kumpli. Zanim  do reszty  przymarzłem  do 

liny, zdecydowałem, że pora się ruszyć - przy pustym dachu i zamkniętych drzwiach z 

pewnością na górze było bezpieczniej i przyjemniej niż tu. Zrobiłem to jeszcze ostrożniej 

niż schodząc, przed oczyma miałem twarz Bukai i to było wystarczającym powodem.

Na dachu spędziłem  długie jak wieczność dziesięć minut. Po czym, szczękając 

zębami,   zabrałem   się   do   zejścia   na   strych.   Miałem   nadzieję,   że   jest   pusty,   ale   tak 

właściwie to zaczynało mi być wszystko jedno.

Na szczęście był pusty.

Są granice wysiłku i napięcia, jakie może znieść człowiek. Ja swoją osiągnąłem na 

strychu. Ledwie zamknąłem klapę, zwaliłem się na podłogę i zasnąłem. Nie wiem, jak 

długo spałem. Kiedy się obudziłem, nie wiedziałem, jak się mają sprawy za drzwiami i 

jaką właściwie mamy porę doby. Pozostawało jedynie sprawdzić. Ostrożnie uchyliłem 

drzwi. Korytarz był pusty, a za oknem nadal panowała noc.

Miałem więc ponownie szczęście, a ponieważ sen mnie odświeżył, ruszyłem do 

gabinetu Hanasu, uważając na wszystko dookoła jak za najlepszych czasów. Wszędzie 

background image

panowała cisza i ciemność, jednak spod drzwi gabinetu widać było smugę światła.

Sam Hanasu siedział za biurkiem, najwyraźniej czekając na mnie. Wślizgnąłem 

się do wnętrza.

- To ty - odezwał się odstawiając szklankę z wodą.

- Pić mi się chce - oznajmiłem sięgając po nią.

-   To   trucizna   -   stwierdził   beznamiętnie.   -   Nie   miałem   pojęcia,   kto   pierwszy 

wejdzie przez te drzwi. Chwilę trwało, zanim się oswoiłem z tą nowiną.

- Wszyscy poszli?

- Wszyscy, niczego nie znaleźli, a jeden spadł z dachu i zabił się. Jesteś za to 

odpowiedzialny?

- Pośrednio. Przestraszyłem go i widziałem, jak leciał.

-   Przyjęli,   że   zamarzłeś   w   śniegu,   rano   zaczną   poszukiwania.   Nie   będą   zbyt 

dokładni, gdyż są przypuszczenia, że utopiłeś się w przerębli na morzu.

- Omal mi się to udało. Ale do rzeczy: zabawa się skończyła i czas wrócić do 

naszych problemów.

- Przesłania wiadomości do Ligi.

- Właśnie. W spokojniejszych chwilach trochę nad tym myślałem tej nocy. Jesteś 

zmęczony?

- Nie bardzo.

-   Dobra.   Musimy   trochę   popracować   w   warsztacie   elektronicznym.   Czy   to 

możliwe bez natrętów?

- Da się zrobić, a co chcesz tam zdziałać?

-   Zadzwoń   do   biblioteki   i   postaraj   się   o   schemat   detektora   napędu 

nadprzestrzennego. Zakładam, że masz tu części, z których można go sklecić.

- Mam nawet cały detektor. Jest częścią szkolenia.

- Jeszcze lepiej. Idziemy. Na miejscu pokażę ci, o co mi chodzi.

Muszę przyznać, że poszło nam nadspodziewanie dobrze. Metalowa tuba, długa 

na trzy stopy i zamknięta z góry, mająca po bokach dwie metalowe prowadnice, nie wy-

glądała okazale, ale była dokładnie tym, czym miała być.

- Co to robi? - zainteresował się Hanasu.

- To musi być przymocowane do jednego z waszych statków. I to właśnie jest nasz 

następny problem. Jeśli założę go gdzie trzeba, nikt tego nie znajdzie, wygląda bowiem 

jak standardowy miotacz flar - pokazałem mu plastikowy pojemnik. - Ten natomiast 

wystrzeliwuje   to:   jest   to   solidna   bateria   i   nadajnik.   Zrobiłem   ich   dziesięć,   powinno 

background image

wystarczyć. Za każdym razem, gdy statek wyjdzie z nadprzestrzeni i napęd zostanie 

wyłączony, detektor w czubku wyrzutni wykryje to i wystrzeli jeden z pojemników z 

radiem. Mają wbudowany opóźniacz trzydziestominutowy, tak że zaczną nadawać, gdy 

statek   będzie   znów   w   nadświetlnej.   Transmitowany   sygnał   zawiera   mój   kod 

identyfikacyjny,   lokalizację   tej   planety   i   wezwanie   o   pomoc.   Gdy   to   wystartuje, 

pozostanie nam jedynie czekać na kawalerię.

- A co będzie, gdy statek nie wynurzy się z nadświetlnej w pobliżu odbiornika?

- Zwykły rachunek prawdopodobieństwa. Większość pilotów używa określonego 

punktu nawigacyjnego, a więc, większość z nich leży w pobliżu stacji Ligi. Prawie każda 

podróż wymaga trzech do czterech sprawdzianów w normalnej przestrzeni. Któryś z 

nadajników powinien zostać przechwycony.

- Lepsze to niż nic, ale samobójstwo jest nadal możliwe - mruknął Hanasu.

-   Mówiłem   ci   już,   że   jesteś   niepoprawnym   optymistą?   Hanasu   wrócił   do 

zasadniczego tematu:

- Jak przymocujesz go do statku?

- Młotkiem! Dobra, nie pora na żarty. Muszę znaleźć sposób, aby zbliżyć się do 

któregoś. Samo przymocowanie zabiera zaledwie parę minut. Czy kosmodrom jest pil-

nowany?

- Jest wokół niego siatka, o czym doskonale wiesz Strażnicy, z tego co wiem, stoją 

tylko przy bramie.

-   Więc   nie   powinno   to   być   zbyt   trudne.   Potrzebuję   twojej   pomocy   w   dwóch 

kwestiach: w zorientowaniu się, kiedy odlatuje jakiś statek i w kwestii transportu na 

kosmodrom.

- Informacja nie jest problemem. Biuletyn podał, że „Takai Cha" startuje dziś o 

szóstej czterdzieści pięć.

- Która jest teraz?

- Trzecia jedenaście - odparł studiując cyferblat.

- Możesz  mnie tam jakoś  podrzucić  na czas?  Chwilę zastanowił się, po czym 

skinął głową.

- Normalnie nie mógłbym, bo nie mam powodu, by wyjeżdżać ze szkoły, ale dziś 

mogę. Zamelduję, że chcę pomóc w poszukiwaniach. Powinni się zgodzić.

Zgodzili się i w ciągu dziesięciu minut podskakiwaliśmy po zlodowaciałym polu w 

elektrycznym i zaopatrzonym w płozy urządzeniu, służącym do wytrząsania z człowieka 

flaków.   W   tym   czymś   nie   było   foteli,   ogrzewania   i   hermetyzacji   kabiny.   Ci   ludzie 

background image

naprawdę przesadzali w samoumartwianiu się. Pod pachą dzierżyłem metalową rurę, 

między  nogami miałem skrzynkę z narzędziami, a obydwoma rękami trzymałem się 

metalowej rury obciągniętej brezentem, a udającej siedzenie, aby nie rozbić sobie głowy 

o boki i dach skaczącego pojazdu.

- Jak blisko ogrodzenia możesz podjechać?

- Jak blisko zechcesz. Nie mamy dróg czy oznaczonych tras. Poruszamy się na 

radiolatarnie kierunkowe, a trasa zależy od wyboru kierunku.

- Pierwsza dobra wiadomość. Słuchaj, wysadź mnie przy  ogrodzeniu  i pojedź 

dalej, tylko zapamiętaj miejsce. Wróć po godzinie. Jeśli usłyszysz coś, ale dostrzeżesz 

zamieszanie, jedź do szkoły.

- Dobrze, będę miał czas zażyć truciznę.

- Smacznego, tylko nie śpiesz się za bardzo. Zrób to jedynie wtedy, gdy faktycznie 

mnie złapią. Może być zamieszanie, ale to wcale nie będzie jeszcze równoważne z tym, że 

mnie mają.

Po   obu   stronach   drogi   pojawiły   się   niewyraźne   kształty,   po   czym   z   boku 

wyskoczyło ogrodzenie, wzdłuż którego Hanasu jechał z zacięciem kierowcy rajdowego.

- Wysiadam! - wrzasnąłem, gdy w oddali zamajaczyła brama. - Zapamiętaj czas i 

do zobaczenia.

Wyturlałem się z całym ekwipunkiem, zanim dobrze zwolnił i znalazłem się w 

centrum   miniaturowej   śnieżycy.   Wyjąłem   ze   skrzynki   detektor   i   zbliżyłem   się   do 

ogrodzenia.

Nic.   Żadnego   alarmu.   Przecięcie   płotu   było   zadaniem   dla   średnio   ruchliwego 

paralityka.   Zrobiłem   to   jedną   ręką   i   z   zamkniętymi   oczami,   i   to   dosłownie! 

Przepchnąłem przez otwór siebie i rurę i załatałem dziurę. Zadowolony założyłem narty 

i   ruszyłem   w   ciemność.   Sypiący   śnieg   zacierał   moje   ślady,   tak   że   miałem   wszelkie 

powody do zadowolenia.

Odnalezienie   okrętu   nie   było   żadnym   problemem:   wszystko   wokoło   spowijał 

mrok, kadłub zaś był zalany światłem reflektorów.

Wokół   kręciły   się   maszyny   obsługiwane   przez   ubranych   w   kombinezony 

techników.

Trzymając  się  cienia,  zastanawiałem  się,   jak,  do  cholery,  mam tam  podejść   i 

przymocować mój drobiazg nie wywołując alarmu.

16

Problem ten miał tylko jedno rozwiązanie: musiałem wyglądać tak jak ci, którzy 

background image

się kręcili przy statku. Mówiąc krótko, potrzebowałem kombinezonu technika. Tak więc 

musiałem któregoś z nich rozebrać.

Znalezienie   ciemnego   kąta   za   jakimiś   beczkami,   żeby   złożyć   bagaże   nie   było 

problemem, ale postaranie się o kombinezon to zupełnie inna sprawa. Krążyłem w ciem-

ności   w   tę   i   z   powrotem,   bez   żadnych   rezultatów.   Łazili   parami   lub   w   większych 

grupach. Czas uciekał i godzina, jaką dałem Hanasu, dawno minęła.

Moja cierpliwość topniała, rozważałem jeden samobójczy plan po drugim, gdy w 

końcu któregoś ruszyło. Zlazł z dźwigu i ruszył ku budynkom. Oczywiście dokładnie po 

przeciwnej stronie, niż byłem, ale to już drobiazg. Zobaczyłem, jak wchodzi w drzwi 

oznaczone „Benjo" i ruszyłem tam, wykorzystując każdą możliwą osłonę.

Będąc zwolennikiem określonych praw osobistych, poczekałem przy wyjściu, aż 

załatwi interes z muszlą klozetową, po czym go rąbnąłem. Było to o tyle łatwiejsze, że 

ręce   nadal   miał   zajęte   przy   rozporku   i   guzikach;   najprawdopodobniej   nawet   nie 

wiedział, co się zdarzyło. Ja wiedziałem. Kant prawej dłoni bolał mnie jeszcze przez pół 

godziny.   Rozebrałem   go   starannie,   związałem   jakimś   drutem   i   zakneblowałem, 

zamykając w jednej z kabin. Nie powinien zostać znaleziony przed odlotem.

Jego kombinezon był lekko przyciasny, ale i tak nikt tu nie zwracał uwagi na 

elegancję, a ochronny kask twarzowo zakrywał mi fizjonomię.

Zabrałem, co moje, i ruszyłem wolno ku statkowi. Właśnie ten wolny marsz był 

najtrudniejszy ze wszystkiego. Nikt się za mną nie oglądał, nikt za mną nie krzyczał, 

wyglądało na to, że tutaj nic nikogo poza własnymi zajęciami nie interesuje. Mimo to 

odetchnąłem z ulgą, gdy doszedłem do dźwigu i wrzuciłem do środka manatki.

Obsługa   urządzenia   była   jednym   z   prostszych   zadań,   więc   bez   problemów 

ruszyłem statecznie ku jednemu z ciemnych miejsc przy płetwie ogonowej. Ku silnikom.

Cała zabawa z przymocowaniem rury przy komorze silnika poszła łatwiej, niż 

należało się spodziewać. Dodatkową ciekawostką była nieobecność normalnej wyrzutni i 

to, że nic nie było widać z ziemi.

Wracając   nie   ryzykowałem   marszu   przez   oświetlony   plac.   Zamiast   tego 

odstawiłem dźwig w cień najbliższego budynku. Do odlotu zostało dziesięć minut. Była 

już nawet załoga, która przytupywała zawzięcie.

- Dlaczego ten dźwig tu stoi? - spytał głos z tyłu.

- Ramstmo? - wymamrotałem nie odwracając się.

- Nie słyszę cię. Powtórz! - głos się przybliżył.

- Teraz lepiej? - spytałem odwracając się na pięcie i łapiąc go za gardło.

background image

Wybałuszył oczy, potem zresztą zamknął, gdy jego głowa zetknęła się parę razy z 

kabiną dźwigu.

W   tej   właśnie   chwili   usłyszałem   odlot   statku.   Jeden   z   najprzyjemniejszych 

dźwięków w moim życiu.

-   Udało   się   -   pogratulowałem   sobie   półgłosem.   -   Niezliczone   generacje   będą 

błogosławić twoje imię, Jamesie di Griz.

Wciągnąłem mojego podopiecznego głębiej do jednego z budynków, przy okazji 

stwierdziłem, że jedne z drzwi mają nader porządny i skomplikowany zamek. Napis nad 

nimi wyjaśnił wszystko, a w dodatku podsunął mi pomysł. Napis bowiem głosił:

ZBROJOWNIA

Idealny schowek, ale po małej rozrywce. Zdjąłem kombinezon, założyłem narty i 

pojechałem na oświetlony teren, starając się, żeby ktoś mnie zobaczył.

Byli największymi łamagami, jakich w życiu widziałem.

Pętałem się przeszło pięć minut, bez żadnego rezultatu. W końcu przejechałem 

parę jardów przed najbliższą dwójką i zdążyłem wlecieć w jakieś beczki, zanim zwrócili 

na mnie uwagę. Gdy wreszcie to się stało, zakryłem twarz rękami i ruszyłem z kopyta w 

ciemność. Miałem nadzieję, że zapamiętali kierunek mojej ucieczki - prosto do płotu.

Tym razem zrobiłem dziurę wystarczającą dla czołgu i nie trudziłem się z jej 

maskowaniem.   Ruszyłem   w   ciemność,   szukając   okazji   do   zamaskowania   wyraźnego 

śladu.   Nie   było   to   takie   trudne:   prawie   po   stycznej   zbliżał   się   jeden   z   tutejszych 

pojazdów. Dogonienie go nie wchodziło w rachubę, ponieważ był znacznie szybszy, ale 

zostawiał piękny ślad. Zmieszałem z nim swoje, posuwając się lekkim zygzakiem, po 

czym wbiłem kije w ubity śnieg i zrobiłem obrót o sto osiemdziesiąt stopni, z którego 

byłby   dumny   nawet   mój   instruktor.   Trafiłem   prosto   we   własne   ślady   i   ruszyłem   z 

powrotem nie używając kijków. Prosto do bezpiecznego i zacisznego miasta.

Muszę przyznać, że nie przesadzali tu z godziną pobudki: na ulicach dostrzegłem 

ledwie parę osób. Nie sądzę, aby ktoś zwrócił na mnie uwagę, w każdym razie na pewno 

nikt nie podniósł alarmu. Zbliżyłem się do portu kosmicznego. Tu także panowała cisza i 

spokój, żadnych śladów nagłej aktywności. Z pobliskiego okna dochodził miły blask, 

toteż   nie   omieszkałem   tam   zajrzeć.   Sprawa   stała   się   bardziej   atrakcyjna,   gdy 

odpowiednio zaokrąglona autochtonka odwróciła się do okna. Angelina zawsze urządza 

mi awantury o flirty, toteż musiałem w końcu dać jej jakieś po temu podstawy. Nawet 

to, że marnowałem cały wysiłek włożony w zacieranie fałszywych śladów, nie zmieniło 

mojego postanowienia. Zdjąłem narty, postawiłem je w śniegu i otworzyłem drzwi.

background image

- Dzień dobry. Wygląda na to, że nadal mamy mróz - oznajmiłem.

Spojrzała   na   mnie   w   milczeniu.   Była   młoda   i   atrakcyjna,   choć   zupełnie 

pozbawiona makijażu i ubrana tak, że każdą normalną kobietą by zatrzęsło.

- Jesteś tym, którego szukają - stwierdziła bez śladu emocji w głosie. - Muszę iść 

ich zaalarmować.

- Nie pójdziesz i nie zrobisz tego - skurczyłem się, gotów ją zatrzymać.

- Tak, panie - odparła i wróciła do garów.

Panie! Te przyjemniaczki musiały być antyfeministami wszech czasów. Uznając 

brak uczuć za cnotę, kobiety musieli traktować jak bydło i niewolników. Na to zresztą 

wskazywał   stojący   przede   mną   dowód.   Po   setkach   lat   tresury   wyhodowali   z   całą 

pewnością perfekcyjne służące.

- Co gotujesz, kwiatuszku?

- Tu jest wrzątek, tu zupa rybna, a tutaj okraszona ryba, a tu...

-   Ślicznie.   Poproszę   porcję   każdej   z   tych   rzeczy,   z   wyjątkiem   wrzątku,   rzecz 

jasna.

Podała   mi   parę   metalowych   misek   i   kościaną   łyżkę.   Jedzenie   było   równie 

bezbarwne jak do tej pory, ale i tak dwukrotnie opróżniłem talerz, zanim stwierdziłem, 

że wystarczy.

- Nazywam się Jim - stwierdziłem skończywszy. - A ty?

- Kaem.

-   Dobre   jedzenie,   Kaem.   Trochę   niedoprawione,   ale   to   nie   twoja   wina. 

Zadowolona jesteś z tego zajęcia?

- Nie wiem, co to znaczy: zadowolona.

- Tak myślałem. W jakich godzinach tu pracujesz?

- Nie wiem, o co chodzi. Wstaję, pracuję, idę spać. Zawsze tak jest.

- Bez weekendów, wakacji i świąt. Tu faktycznie potrzeba dużych zmian. Mam 

nadzieję, że to już niedługo. Tej kultury nie trzeba niszczyć. Sama się rozpadnie, ledwie 

dotrze tu trochę cywilizacji. Historycy będą za parę lat nieźle łapali się za głowy nad 

waszymi zwyczajami. O której podajecie tu śniadanie?

- Za parę minut, gdy zadzwoni dzwon - odparła spoglądając na zegar.

- Kto tu jada?

- Mężczyźni, żołnierze.

Byłem na nogach, zanim wymówiła ostatnią sylabę i nakładałem rękawice.

- Jedzenie było wspaniałe, ale mam niewiele czasu. Muszę zdążyć, zanim wzejdzie 

background image

słońce. Mam trochę spraw do załatwienia. Przepraszam, nie będziesz bardzo zachwy-

cona, gdy cię zwiążę?

- Zrób ze mną, co zechcesz, panie - odparła opuszczając oczy.

Po raz pierwszy w życiu wstydziłem się, że jestem płci męskiej.

-  Wkrótce   będzie   lepiej,   Kaem.   Przyrzekam   ci.   Jeśli   się   stąd   wydostanę,   to 

obiecuję ci przysłać jakieś stroje, szminki i parę publikacji ruchu emancypacyjnego. 

Gdzie tu jest magazyn?

Grzecznie   pokazała   mi   kierunek,   więc   pocałowałem   ją   na   pożegnanie   i   z 

ledwością   zdołałem   przeszkodzić   w   rozebraniu   się.   Już   widzę,   jakimi   czułymi 

kochankami   są   ci   tutaj!   Romantycy,   psiakrew!   Następny   kwiatek   do   listy.   Kaem 

zupełnie   nie   protestowała,   gdy   ją   wiązałem   i   zamykałem.   I   tak   znajdą   ją,   ledwie 

śniadanie   się   spóźni,   ale   wszystko,   czego   potrzebowałem,   to   parominutowe 

wyprzedzenie.

Narty   przypiąłem   dopiero   na   lodzie,   żeby   nie   zostawiać   śladów;   po   czym 

ruszyłem  przed  siebie starając się, o ile to było możliwe, krzyżować swoją drogę ze 

śladami innych nart.

Przedostałem się przez płot, co robiło się już nudną rutyną i uśmiechnąłem się, 

słysząc po drugiej stronie syreny i inne oznaki aktywności. Chyba w końcu dostrzegli 

moją poprzednią wizytę. Najwyższy czas. Nie dość, że chciało mi się spać, to jeszcze 

zaczynało świtać. Zamaskowałem dziurę i ruszyłem ku zbrojowni.

Oczywiście,   nikt   mnie   nie   widział,   a   facet,   którego   tu   przywlokłem,   zdążył 

zniknąć, jak zresztą wszyscy inni w zasięgu wzroku.

Sforsowałem   zamek,   uziemiłem   alarm   bez   większych   trudności,   po   czym 

podłączyłem   wszystko   na   miejsce   i   na   ołowianych   nogach   obszedłem   pomieszczenie. 

Ułożyłem się na skrzynkach granatów odłamkowych mając nadzieję, że nie mają nic 

przeciw temu i zasnąłem prawie natychmiast.

Cudowne uczucie - byłem pewien, że mogę robić to całą wieczność, tyle że coś mi, 

cholera, nie dało. Obudziłem się momentalnie, gdy zrozumiałem, co. Było zupełnie jasno, 

a ktoś majstrował przy zamku.

Pretensje mogłem mieć tylko do siebie. Zapomniałem, z kim mam do czynienia. 

Ledwie ci tutaj dowiedzieli się o moim zmartwychwstaniu, po prostu zarządzili prze-

szukanie całego miasta. Zabawa się skończyła.

17

Drzemka mnie odświeżyła, a wściekłość dodała sił. Wściekły byłem głównie na 

background image

siebie, za głupie postępowanie, rzecz oczywista. Jak każdy normalny człowiek miałem 

wielką   ochotę   wyładować   się   na   kimś   innym,   a   zatem   oberwał   ten,   który   wszedł 

pierwszy. Przeszkodziły mi w tym trochę narty, o które się potknąłem, zapominając o 

ich istnieniu, ale i tak nie miało to większego znaczenia. Klient, podobnie jak wszyscy 

przedstawiciele jego rasy, nie miał pojęcia o walce wręcz.

Zebrałem narty i kijki i wyjrzałem na korytarz. Wszędzie pełno było zapalonych 

poszukiwaczy mojej skromnej osoby, ale dopiero przy drzwiach wyjściowych jeden z 

nich mnie dojrzał. Zdążyłem zrobić całe trzy kroki, zanim zdobył się na reakcję.

- On jest tutaj, próbuje uciekać - oznajmił monotonnym tonem.

- Nawet to robi! - wrzasnąłem wypadając na dwór, prosto na najbliższego z nich. 

Po dwóch sekundach pozostało mi jedynie zapiąć narty i ruszać w drogę.

To wszystko było i tak odwlekaniem nieuniknionego.

Bramę strzegła wzmocniona warta, a ze wszystkich stron widać było zbliżające 

się sylwetki tutejszych  pojazdów. Mógłbym  może dostać się do miasta i szukać  tam 

kryjówki, ale jeden człowiek przeciw całej planecie ma minimalne szansę. Może Hanasu 

miał filozoficzną odpowiedź na ten problem, ale osobiście zdecydowanie nie nadaję się 

na samobójcę.

Rzecz jasna, moje rozmyślanie nie przeszkadzało mi w poruszaniu się. Za mną 

zresztą podążała pogoń i obie te kwestie tak zaabsorbowały moją wyobraźnię, że silniki 

rakiety usłyszałem dopiero, gdy była nad moją głową. Podobnie jak reszta przytomnych 

stanąłem, popatrzyłem i osłupiałem.

Spoza nisko wiszących chmur opuszczał się na strumieniach odrzutu niewielki 

statek zwiadowczy.

Z połączonymi pierścieniami Ligi na kadłubie!

- Udało się! - wrzasnąłem ruszając z kopyta ku podskakującej na amortyzatorach 

jednostce.

Nie   ma   potrzeby   dodawać,   że   biegłem   samotnie.   Tubylcy   nie   byli   równie 

entuzjastycznie nastawieni do tego, co przybyło. W każdym razie byłem na miejscu, gdy 

otworzył się właz.

- Witamy na Kekkonshiki - oznajmiłem facetowi stojącemu w otworze. - Przyłącz 

tę planetę do Ligi, o zdobywco!

- Nic nie wiem o żadnym zdobywaniu - odparł obdarzony nader bujną fryzurą 

młodzian w nieporządnym nad wyraz kombinezonie. - Dostałem polecenie zabrania stąd 

niejakiego Jamesa Bolivara di Griz.

background image

- Masz go przed sobą.

-   Podobnie   jak   tubylcy,   tylko   że   oni   mają   jeszcze   całą   masę   broni.   Właź   na 

pokład.

- Najpierw uświadomię tym typom, jakiej wiekopomnej chwili są świadkami.

Z radością zobaczyłem znajomą gębę na czele całej zgrai. To był Kome, kapitan 

mojej ostatniej podróży.

- Rzuć broń - poleciłem. Zamiast tego ją uniósł.

- Pójdziecie ze mną. Obaj - rozkazał.

Czerwone płatki zawirowały mi przed oczami. Ci ludzie byli tak tępi, że aż mnie 

zemdliło.   To,   że   przez   ich   durnotę   zginęło   już   tak   wiele   istnień,   tylko   pogłębiało   to 

uczucie.

- Błagam, nie strzelaj! - wrzasnąłem wyrzucając w górę ręce i skacząc ku niemu.

Wykręciłem mu rękę, przechwyciłem pistolet i z całej siły wepchnąłem mu lufę w 

kark.

- Posłuchajcie, bałwany! - wykrzyknąłem. - Wszystko się skończyło. Przegraliście! 

Nie zdziałacie już nic złego  w galaktyce. Jedyną podstawą waszej siły i władzy była 

nieznana lokalizaga tej planety, tak że mogliście się tu kryć jak karaluchy, ale to już 

przeszłość. Widzicie ten emblemat na burcie. To statek Ligi. Wiedzą, gdzie jesteście, kim 

jesteście i co z wami zrobić! Sprawiedliwość przybyła w postaci tego oto młodzieńca, 

który właśnie ogłosił przyłączenie waszej planety do Ligi.

- Zrobiłem to? - sapnął z niedowierzaniem.

- Zamknij się, palancie, i bierz się do roboty.

- Moją robotą jest zabranie ciebie.

- Dostałeś awans. Zabierz im broń - byłem lekko zdesperowany, bo reszta zaczęła 

podnosić   spluwy   do   oka,   a   znając   ich   zwyczaje,   wiedziałem,   że   spokojnie   zastrzelą 

Kome, byle mnie dostać. - No, Kome, powiedz kumplom, żeby się poddali. Jeśli ktoś tu 

wystrzeli, to wam wszystkim nogi z dupy powyrywam.

Rozmyślał chwilę na swój pokręcony sposób, po czym podjął decyzję:

- Obecność tego statku może być przypadkowa.

- Nie jest - wtrącił się pilot. - Pokażę  ci wiadomość, jaką otrzymałem wraz z 

ogólnym alarmem, kierującym wszystkie jednostki ku tej planecie. Szukaliśmy was od 

jakiegoś czasu. Idę po wiadomość.

- Zabijcie ich obu - rozkazał Kome. - Jeśli zełgali, to będzie po problemie, a jeśli 

nie, to i tak nie ma żadnej różnicy. Wszyscy jesteśmy martwi.

background image

- Odsuń się - polecił mu najbliższy. - Albo będę musiał cię zastrzelić.

- Strzelaj - padła spokojna odpowiedź.

- Stać! - wrzasnąłem, pakując gościowi kulę w ramię i wytrącając broń - To nie 

ma sensu!

Myśleli inaczej. Paru wzięło mnie na cel, gdy pilot doręczył wiadomość, o której 

wspominał. Nie taką zresztą, jakiej oczekiwali. Nie był na tyle głupi, zwiadowcy rzadko 

kiedy są imbecylami.

Dziobowa   wieżyczka   artyleryjska   obróciła   się   łagodnie,   siejąc   pociskami   na 

wszystkie strony. Nie tracąc czasu dałem mojemu więźniowi po łbie, żeby grzecznie szedł 

za mną i ruszyłem do śluzy. Wdusiłem przycisk uszczelniania, a Kome okazał oznaki 

żywotności, o które go nie podejrzewałem. Zdrowy kopniak w bok głowy załatwił tę 

sprawę, rozciągając go na śniegu. Normalnie nie lubię takich  rzeczy, ale tym razem 

sprawiło mi to czystą, nieskalaną przyjemność.

- Lepiej się połóż. To będzie pięciogeowy start - poinformował mnie pilot.

Był. Dzięki niemu szybko pokonałem ostatnie cale dzielące mnie od podłogi. Gdy 

przestałem widzieć jedynie rozmazane plamy, unosiłem się już w stanie nieważkości.

- Serdeczne dzięki - mruknąłem.

- Cała przyjemność po mojej stronie. Masz dość natrętnych kumpli.

- Kumpli! Te cymbały wymyśliły całą tę wojnę! A tak na marginesie, jak wam 

idzie?

- Nadal przegrywamy - warknął - i nic nie możemy na to poradzić.

- Nie opowiadaj bzdur - to tylko pech. Leć do najbliższej stacji z psimenami, mam 

masę zaległej korespondencji. Nie wiesz przypadkiem, czy obcym odbito jeńców?

-   Masz   na   myśli   admirałów?   Wrócili   biedacy.   Wiesz,   normalnie   nikogo   nie 

obchodzi, co się przytrafia starszym rangom oficerom, ale tym razem to naprawdę nie 

było przyjemne.

- Wyleczą ich. Wybacz, że się cieszę, ale moja żona i synowie byli odpowiedzialni 

za tę ucieczkę, a to, co powiedziałeś oznacza, że im się udało.

- Masz niezłą rodzinkę.

- Możesz to powtórzyć?

- Masz niezłą rodzinkę.

- Miło to słyszeć. Wyduś trochę życia z tego mebla. Musimy się pośpieszyć.

Zanim   dolecieliśmy   do   najbliższej   stacji,   miałem   już   wszystko   rozpisane.   Z 

pewnością stać było flotę na wyłączenie ze swojego składu paru jednostek z oddziałami 

background image

desantowymi, a więcej nie było tu potrzeba, a zatem Kekkonshiki powinna być niedługo 

normalnym, cywilizowanym światem. Do ogólnego planu dołączyłem jeszcze dokładne 

instrukcje,   gdzie   znaleźć   Hanasu   i   co   z   nim   zrobić.   Najważniejszą   sprawą   było 

spacyfikowanie planety i osłonięcie w ten sposób tyłów. Wojna była nadal do wygrania. 

W   trakcie   drogi   przestudiowałem   wszystkie   możliwe   raporty,   toteż   gdy   dotarłem 

wreszcie   do   Kwatery   Głównej   Korpusu,   miałem   gotowych   parę   planów.   Wszystkie 

zresztą zostały wymiecione z mojej głowy na widok ukochanej osoby.

- Powietrza... - jęknąłem po nieskończenie długim uścisku. - Miło być w domu.

- Mam coś więcej w zapasie, ale sądzę, że najpierw chciałbyś trochę przyjrzeć się 

wojnie.

- Jeśli nie masz nic przeciwko, najdroższa. Miałaś jakieś problemy z admirałami?

-   Żadnych,   tak   pięknie   wszystko   zamieszałeś,   że   mogło   to   służyć   za   lekcję 

poglądową dla chłopców. Aktualnie są wraz z flotą i usiłują wygrać wojnę. Bałam się o 

ciebie.

-   Miałaś   rację,   ale   to   już   skończone.   Czy   nie   zabrałaś   przypadkiem   paru 

upominków w drodze przez ich skarbiec?

- Zostawiłam to bliźniakom. Sporo odziedziczyli po tatusiu. Jestem pewna, że 

zabrali sobie sporo, ale i tak to, co zostało, wystarczy nam na niezależne życie. Jeśli prze-

żyjemy wojnę, oczywiście.

- Co się tam właściwie dzieje?

-   Nic   dobrego.   Co   prawda,   gdy   obcy   pozostali   sami,   okazało   się,   że   są   dość 

głupimi i  prymitywnymi przeciwnikami. Jednak  muszą mieć paru  dowódców  trochę 

mniej   durnych   od   reszty.   Opuścili   bazę   i   rozpoczęli   frontalny,   zmasowany   atak. 

Poddaliśmy   więc   tyły   i   robimy   to   nadal,   sprawiając   jedynie   czasami   wrażenie,   że 

stajemy do bitwy. Nie ma co się dziwić. Ich przewaga w uzbrojeniu i liczebności wynosi 

coś koło dziewięciuset do jednego.

- Jak długo to może potrwać?

-   Niedługo.   Już   prawie   skończyły   nam   się   przestrzenie   międzyplanetarne. 

Wkrótce wejdziemy w pustkę międzygwiezdną, a tam nie ma już gdzie uciekać. Nawet te 

cymbały będą w stanie to przewidzieć. Wszystko, co muszą zrobić, to zostawić połowę 

swoich sił na jej skraju, aby nas nie wpuścić z powrotem i powybierać nasze planety na 

drodze desantów.

- To nie brzmi zbyt optymistycznie.

- Bo nie jest optymistyczne.

background image

- Nie martw się, słonko. Twój kochany Jim uratuje galaktykę.

- Znowu! To miłe - pocałowała mnie.

-   Kazano   mi  tu   przyjść  -   oznajmił   z   tyłu   znajomy   głos   -   tylko  po   to,  żebym 

zobaczył, jak się całujecie? Jestem zajętym człowiekiem i nie mam...

- Nie tak zajętym, jak wkrótce będziesz, profesorze.

- Co ty znowu wymyśliłeś?

- Wymyśliłem, że  zrobisz broń, dzięki której uratujesz nas wszystkich. Twoje 

imię będzie pisane złotem we wszystkich podręcznikach historii. „Coypu, Zbawiciel Ga-

laktyki".

- Zidiociałeś do końca!

- Nie myśl, że jesteś oryginalny. Wszyscy geniusze nazywani byli idiotami. Albo 

jeszcze gorzej. No, ale do pracy: czytałem ściśle tajne raporty, w których było napisane, 

że wierzysz w światy równoległe...

- Cicho, durniu! Nikt nie miał o tym wiedzieć! A zwłaszcza ty!!!

-   Przypadek...   hm...   prawda...   -westchnąłem.   -   Szafa   się   otworzyła,   gdy 

przechodziłem i wypadła twoja teczka. Z tymi światami to prawda?

-   Prawda,   prawda   -   westchnął   ciężko.   -   Na   ślad   naprowadziły   mnie   twoje 

eskapady z time-helixem, gdy trafiłeś do historii, której nie było.

- Dla mnie była!

- Oczywiście, właśnie ci to powiedziałem. Jeśli istnieje jedna odmienna przeszłość, 

to może ich istnieć nieskończona liczba, to chyba logiczne?

- Oczywiście - zgodziłem się natychmiast. - Poeksperymentowałeś więc?

-   Owszem.   Uzyskałem   dostęp   do   światów   równoległych   i   przeprowadziłem 

obserwacje. Tylko co to ma wspólnego z ocaleniem galaktyki?!

- Jeszcze tylko jedno pytanie i zaraz ci powiem. Jest możliwe przejście do takiego 

świata?

-   Pewnie,   że   jest.   Jak   inaczej   mógłbym   poczynić   obserwacje?   Wysłałem   tam 

robota.

- Jak dużego?

- Miało być jedno pytanie. Z tobą tak zawsze. No dobra; wielkości małego słonia. 

A w ogóle, to wszystko zależy od rozmiarów pola.

- Otóż i mamy odpowiedź.

- Masz dla siebie - oznajmiła Angelina - ale dla mnie ma to niewiele sensu.

-   Pomyśl   trochę,   skarbie.   Montujesz   to   urządzenie   na   krążowniku,   wraz   z 

background image

odpowiednio dużymi generatorami, po czym wysyłasz go, aby dołączył do naszej floty i 

wydajesz obcym bitwę. Nasza flota ucieka, krążownik zostaje w tyle, wróg nas goni i 

włączamy pole.

- I wyślemy te obrzydlistwa wraz z ich armatami do sąsiedniego wszechświata i 

mamy spokój!

- Właśnie coś takiego chciałem powiedzieć - zauważyłem. - Możemy tego dokonać, 

Coypu?

- To możliwe, całkiem możliwe...

- No, prowadź nas do laboratorium i pokaż to urządzenie!

Najnowszy wynalazek Coypu nie wyglądał zbyt okazale; masa skrzynek, kabli i 

innych   takich,   porozstawianych   po   całym   pomieszczeniu.   Tym   niemniej   wynalazek 

istniał był realnie.

- Nazwałem to parallelilizer - oświadczył.

- Nie chciałbym powtarzać tego trzy razy szybciej - mruknąłem.

-   Nie   błaznuj,   di   Griz!   To   urządzenie   zmieni   losy   naszego   wszechświata   i 

przynajmniej jednego nie znanego tobie.

- Nie udawaj zgryźliwego - powiedziałem ugodowo. - Bądź tak miły i pokaż nam, 

jak to działa.

Pomrukując   coś   pod   nosem,   wziął   się   do   roboty   przerzucając   przełączniki, 

stukając   w   zegary   i   wiążąc   jakieś   druty.   Nie   mając   żadnego   konkretnego   zajęcia, 

zabrałem   się   za   całowanie   Angeliny,   czemu   ta   ostatnia   nie   była   przeciwna.   Coypu, 

nieświadom niczego, udzielał nam kursu teoretycznego.

- Precyzja jest najważniejsza. Różne światy równoległe są oddzielone od siebie 

nader cienkim tohtonem, jak sobie sami zresztą możecie wyobrazić. Najtrudniejsze jest 

wybranie jednego z nieskończoności, a szczególnie tego nabliższego nam. Oczywiście jest 

to także najprostsze z uwagi na energię, jaka jest potrzebna do tego celu. Dlatego też 

teraz znajdziemy się w najbliższym... O!

Światła   przygasły,   gdy   wdusił   ostatni   guzik,   urządzenie   zaczęło   melodyjnie 

buczeć,   w   powietrzu   zaś   można   było   wyczuć   zapach   ozonu.   Puściłem   Angelinę   i 

rozejrzałem się wokoło.

- Wiesz, profesorze, z tego co widzę, to nic się nie stało.

- Kretyn! Spójrz przez ten generator pola.

Spojrzałem przez żarzącą się ramę z miedzianego drutu i nadal nic nie widziałem, 

o czym nie omieszkałem go poinformować. Spróbował wyrwać sobie dla dramatycznego 

background image

efektu parę włosów, ale było to zadanie z góry skazane na niepowodzenie, jako że był 

prawie łysy.

- Spójrz przez pole, a zobaczysz sąsiedni świat.

- Wszystko, co widzę, to to samo laboratorium.

- Debil! To nie jest to laboratorium, tylko tamto, z tamtego świata. Istnieje tam, 

tak jak nasze istnieje tutaj.

- Cudownie - uśmiechnąłem się, nie chcąc go obrazić. - Rozumiem, że wystarczy 

przejść przez ten drut i już tam będę.

- Przypuszczalnie, ale równie dobrze możesz być trupem. Jak dotąd nie robiłem 

doświadczeń z żywymi stworzeniami.

- Czy nie czas na nie? - spytała uprzejmie Angelina. - Tylko nie z moim mężem.

Ciągle mrucząc Coypu wyszedł, by wrócić po chwili z białą myszką. Obwiązał ją 

drutem, przywiązał do kija i powoli przesunął przez ekran. Nie stało się dokładnie nic, 

poza tym że mysz wyślizgnęła się z pętli i spadła na podłogę, po czym pozbierała się i 

zniknęła z naszego pola widzenia.

- Gdzie to polazło? - zdumiałem się.

- W świat równoległy.

- Biedactwo, wyglądała na przestraszoną - zauważyła Angelina. - Ale nie wydaje 

się, żeby doznała jakichś obrażeń.

- Trzeba zrobić test, puścić więcej myszy i sprawdzić dokładnie ich...

- Normalnie, owszem - przerwałem mu wyliczankę - ale mamy wojnę i brak nam 

czasu. Jest jeden sposób, aby mieć całkowitą pewność od razu...

- Nie! - Angelina była szybsza w kojarzeniu od profesora, ale i tak się spóźniła. 

Albowiem mówiąc to przeszedłem przez ekran.

18

Jedyne, co poczułem, to lekkie mrowienie, choć i ono mogło być wytworem mojej 

wyobraźni.   Rozejrzałem   się   wokoło.   Wszystko   wyglądało   niby   tak   samo,   choć   rzecz 

jasna paralleliłizera nie było w pokoju.

- Jamesie di Griz!  Wracaj natychmiast, albo pójdę po ciebie! - usłyszałem głos 

Angeliny.

- To przełomowy moment w dziejach nauki i nie zamierzam zmarnować okazji.

Spojrzenie na drugą stronę ekranu spowodowało, że poczułem się osobliwie: ten 

sam pokój i to w dodatku z Angelina i profesorem, tyle że znikający. Od tej strony pole 

było niewidoczne, ale gdy obszedłem je z tyłu, zobaczyłem czarną płaszczyznę unoszącą 

background image

się w powietrzu

Zanim   wróciłem,   wyjąłem   pisak   i   aby   uwiecznić   wydarzenie   napisałem   na 

ścianie: TU BYŁ STALOWY SZCZUR. Niech ci tutaj też mają trochę zajęcia umys-

łowego. W tym momencie drzwi do pokoju zaczęły się otwierać, toteż dałem nura w 

ekran.

- Bardzo interesujące - oznajmiłem wysuwając się z objęć Angeliny.

Coypu wyłączył maszynę i przyglądał się nam pobłażliwie,

- Jak duży ekran możesz zrobić?

- Teoretycznie nie ma ograniczeń. Może być tak duży, że od razu wyślesz ich całą 

flotę do diabła.

- Właśnie o to mi chodziło. Zabierz się za robotę, ja zaś rozpowszechnię dobre 

wieści w naszych szeregach.

Zebranie wszystkich wodzów Indian do kupy nie było proste, gdyż byli zajęci 

przegrywaniem wojny (i to na dużą skalę). W końcu zaprzęgnąłem do tego Inskippa, a 

ponieważ   używali   naszej   bazy   jako   Kwatery   Głównej,   trudno   im   było   nie   przybyć. 

Oczekiwałem ich w odświętnym mundurze z baretkami na piersiach. Pomamrotali do 

siebie, zapalili potężne cygara i gapili się na mnie. Gdy wszyscy usiedli, zastukałem w 

stół, by zyskać ich uwagę.

- Panowie, aktualnie przegrywamy wojnę - oznajmiłem -

- Nie przyszliśmy tu po to, żebyś był łaskaw nam o tym powiedzieć - warknął 

Inskipp. - O co chodzi, di Griz?

- Zebrałem was tu, aby oznajmić, że koniec wojny jest bliski. Wygramy ją! - to w 

końcu zwróciło ich uwagę;. Wszyscy jak jeden mąż wybałuszyli na mnie oczy. - Zostanie 

to dokonane za pomocą urządzenia zwanego parallelilizerem, które pośle flotę obcych do 

równoległego wszechświata.

- O czym mówi ten szaleniec? - zdumiał się jeden z admirałów.

- Mówię o pomyśle tak nowym, że mój umysł z trudem go rozumie i nie oczekuję, 

że  wasze zwapniałe szczątki  szarych  komórek  byłyby w  stanie  to zrobić,  ale  zawsze 

możecie   próbować   -   odpowiedzią   był   wściekły   pomruk.   -   Teoria   jest   taka:   możemy 

podróżować w przeszłość, ale nile możemy jej zmieniać. Jednakże takie zmiany zostały 

poczynione,   a   nie   odczuliśmy   ich   w   naszej   teraźniejszości.   Wniosek   jest   prosty: 

zmieniliśmy nie naszą przeszłość, tylko przeszłość jakiegoś innego świata, zbliżonego do 

naszego. Wynalazek profesora Coypu pozwala nam przechodzić do tych równoległych 

wszechświatów. Mając wystarczająco duży ekran możemy wysłać całą nieprzyjacielską 

background image

flotę w inny wymiar. Są pytania?

Było dużo. Po półgodzinie wyjaśniania zdołałem ich przekonać, że po pierwsze 

nie jestem idiotą, po drugie to, co mówię, jest wykonalne. Morale zebranych wyraźnie 

uległo poprawie. Gdy Inskipp przemówił, jasne było, że mówi w imieniu ich wszystkich:

- Możemy to zrobić! Skończyć tę wojnę i posłać ich do innego świata!

- Całkiem słusznie - zgodziłem się.

- TO JEST ZABRONIONE - rozległ się głęboki głos promieniujący najwyraźniej 

z pustego powietrza nad stołem.

Przynajmniej   jeden   z   obecnych   złapał   się   za   pierś.   Czy   to   ze   względów 

religijnych, czy też z uwagi na awarię stymulatora.

Z Inskippem nie poszło tak łatwo:

- Kto to powiedział? Który dowcipniś ma projektor głosu?

Rozległy się głośne zapewnienia o niewinności i okrzyki oburzenia. Zapanowało 

zamieszanie i ogólne szukanie projektora. Uspokoiło się, gdy głos przemówił ponownie.

- Jest to zabronione, gdyż jest to niemoralne. Powiedzieliśmy.

- Kto powiedział? - syknął Inskipp.

- My. Korpus Moralności - tym razem głos doszedł od drzwi, co było kolejnym 

zaskoczeniem.

Po kolei głowy zgromadzonych odwracały się w tym kierunku, tak że wchodzący 

skupił   na   sobie   całą   uwagę.   Trzeba   przyznać,   że   robił   wrażenie:   wysoki,   z   długimi 

białymi włosami i takąż brodą, ubrany w powłóczystą białą szatę. Inskipp jednak nie 

zwrócił na to większej uwagi.

- Jesteś aresztowany. Nigdy nie słyszałem o jakimś tam Korpusie Moralności.

- Oczywiście, że nie - odparł spokojnie nowo przybyły. - Jesteśmy zbyt utajnieni, 

byś mógł cokolwiek o nas wiedzieć.

-   Utajnienie   -   warknął   Inskipp.   -   Mój   Korpus   Specjalny   jest   tak   tajny,   że 

większość ludzi sądzi, że to tylko plotki.

- Wiem. To żadna tajność. Mój Korpus Moralności jest tak tajny, że nie ma o nim 

nawet plotek.

Inskipp zaczynał czerwienieć i najwyraźniej brakowało mu powietrza. Szybko 

stanąłem między nimi, zanim zdołał wybuchnąć.

- Interesujące, ale chcielibyśmy jakiegoś dowodu, no nie?

- Proszę - nawet nie drgnęła mu powieka. - Jaki jest wasz najtajniejszy kod?

- Może mam ci powiedzieć?

background image

- Oczywiście, że nie. Ja ci powiem. Szyfr Yasarnap, zgadza się?

- Niewykluczone - przyznałem.

- Jim, idź do komputera i podaj w tym kodzie następujące polecenie: wszystkie 

dane o Korpusie Moralności.

- Ja to zrobię - sapnął Inskipp. - Agent di Griz nie jest wtajemniczony.

Wszyscy mu się przyglądali, gdy uruchamiał komputer, (a ja przez grzeczność nie 

protestowałem). Wyjął z kieszeni taśmę z szyfrem, podłączył ją i wypisał polecenie.

- Kto pyta? - zachrypiał głośnik.

- Ja, Inskipp, szef Korpusu Specjalnego.

- Korpus Moralności jest tajną siłą Ligi o bezwzględnym pierwszeństwie. Jego 

rozkazy muszą być wykonywane natychmiast. Aktualnie jego szefem jest Jay Hovah.

- Jestem Jay Hovah  - oznajmił nowo przybyły. - I  powtarzam: zakazane  jest 

wysyłanie najeźdźców do innego wszechświata.

- Dlaczego? - spytałem. - Nie masz nic przeciwko temu, żeby ich powystrzelać, 

powywieszać, zgwałcić, jeśli komuś z nas przyjdzie ochota, nie?

- Walka w obronie własnej nie jest niemoralna. To jest obrona czyjegoś domu, 

bliskich i samych obrońców.

- Skoro nie masz nic przeciwko temu, aby do nich strzelać, to co ci przeszkadza 

wysłanie   ich   gdzie   indziej?   Nie   będzie   ich   to   bolało   nawet   w   połowie   tak   jak   przy 

strzelaniu.

- Ich w ogóle nie będzie bolało, ale wysyłając tę gigantyczną flotę wojenną do 

świata,   w   którym   dotąd   nie   istniała,   stajesz   się   odpowiedzialny   za   wszystkich   ludzi, 

którzy mieszkają tam i... zginą. Trzeba znaleźć sposób, aby wyeliminować obcych, nie 

skazując nikogo niepotrzebnie na uśmiercenie.

- Nie zatrzymasz nas - zapomniał się któryś z admirałów.

- Mogę to zrobić. Powiedziane jest w Konstytucji Ligi Zjednoczonych Planet, że 

żadne niemoralne akcje nie będą podejmowane przez planety członkowskie. W aneksie 

podpisanym   przez   członków   założycieli   Ligi   znajdziecie   decyzję   powołania   Korpusu 

Moralności, do którego zadań należy ustalenie, co jest, a co nie jest moralne. Jesteśmy w 

tej kwestii zgodni i jeśli mówimy „nie", to musicie znaleźć sobie inny plan.

Podczas tej przerwy w mojej głowie kręciły się wszystkie możliwe kółka i gdy 

skończył, miałem już wygrywający numer.

- Skończ z pierdołami - oznajmiłem, po czym wrzasnąłem to samo jeszcze raz i w 

końcu zostałem usłyszany. - Mamy nowy plan. Powiadasz, że niemoralne jest posłanie 

background image

ich do równoległego wszechświata, w którym mogliby zabijać ludzi, tak?

- Zbrutalizowane, ale masz rację.

-   A   wiec,   nie   powinno   cię   obchodzić   wysłanie   ich   do   równoległego   świata,   w 

którym nie ma ludzi, prawda?

Szczęka mu opadła, zamknął ją z trzaskiem, po czym powtórzył parę razy ten 

zabieg i zmarszczył się. Uśmiechnąłem się szeroko i zapaliłem cygaro. Admirałowie - nie-

zbyt lotni umysłowo - inaczej nie wstąpiliby do wojska, zaczęli mamrotać między sobą.

- Muszę przeprowadzić konsultację - oznajmił w końcu.

- Proszę uprzejmie, tylko się pośpiesz.

Posłał   mi   krzywe   spojrzenie,   ale   wyciągnął   z   kieszeni   jakieś   złote   pudełko   i 

poszeptał z nim trochę, by po chwili skinąć głową.

-   Nie   jest   niemoralne   przesłanie   obcych   do   świata,   w   którym   nie   ma   ludzi. 

Powiedziałem.

- Co tu się dzieje? - spytał jeden z ogłupiałych oficerów.

- Proste: są miliardy, a prawdopodobnie nieskończoność światów równoległych - 

oświeciłem go. - Pomiędzy nimi muszą istnieć takie, w których homo sapiens nigdy nie 

istniał. Może nawet istnieć taki, w którym żyją wyłącznie obcy, gdzie powitają naszych 

wrogów z otwartymi ramionami, czy jak to się tam u nich anatomicznie nazywa.

- Właśnie zgłosiłeś się na ochotnika, żeby któryś znaleźć - zarządził Inskipp. - 

Ruszaj się, di Griz, i znajdź coś porządnego.

- Nie pojedzie sam - wtrącił się Jay Hovah. - Obserwujemy tego agenta od dawna, 

gdyż jest on najniemoralniejszym osobnikiem w całym Korpusie Specjalnym.

- Nader miło mi to słyszeć - stwierdziłem z dumą.

- Dlatego też jego słowo nie jest dla nas dowodem. W poszukiwaniach będzie mu 

towarzyszył jeden z naszych agentów.

-   Dobra,   tylko   nie  zapominaj,   że   jest  wojna  i   nie   chcę,   żeby   któryś   z   twoich 

płaczliwych i mruczących hymny maminsynków wisiał mi na plecach.

Jay znowu poszeptał z pudełkiem.

Nie odezwałem się, gdy agent wszedł. Jeśli brać długość koszuli za oznakę stażu, 

to miał niewielki, a raczej miała. Jej okrycie ukazywało nader interesujące krągłości, 

które   w   połączeniu   ze   złocistymi   lokami   i   błyszczącymi   oczami   stanowiło   bardzo 

atrakcyjną całość.

- To agent Incuba, która będzie ci towarzyszyć - oznajmił Jay.

- Cóż, wycofuję zastrzeżenia. Wygląda na zdolnego oficera.

background image

-   Naprawdę?   -   rozległo   się   nad   stołem,   tyle   że   tym   razem   głos   był   żeński   i 

doskonale mi znany. - Jeśli sadzisz, że będziesz się szlajał po świecie z tą małpą, Jamesie 

di Griz, to się grubo mylisz. Lepiej zamów trzy bilety!

19

- I to ma być tajna narada? - zawył Inskipp. - Twoja żona jest na podsłuchu, 

Jamesie di Griz!!!

-   Wygląda,   jakby   była   -   zgodziłem   się.   -   Proponowałbym,   żebyś   sprawdził 

zabezpieczenia, ale będziesz musiał zrobić to osobiście, bo jak wiesz, ja mam trochę 

roboty gdzie indziej. Wkrótce otrzymacie mój raport, panowie.

Wyszedłem,   mając   o   parę   kroków   z   tyłu   Incubę.   Angelina   czekała   na   nas   w 

korytarzu z płonącymi oczami i postawą wyrażającą gotowość na wszystko. Ledwie na 

mnie spojrzała, koncentrując się na Incubie.

- Zamierzasz latać w tej nocnej koszuli cały czas? - spytała z ciepłem w głosie 

zbliżonym do zera absolutnego.

Zapytana przyjrzała się jej z kamiennym wyrazem twarzy, po czym nozdrza jej 

się lekko rozszerzyły, jakby doleciał ją nader niemiły odór.

-   Prawdopodobnie   nie,   ale   cokolwiek   bym   włożyła,   będzie   to   z   pewnością 

ponętniejsze od tego, co ty masz na sobie.

Zanim nastąpiła eskalacja wrogości, wypuściłem granat dymny. Był to skuteczny 

sposób, aby zwrócić na siebie ich uwagę.

-   Mamy   pół   godziny   na   przygotowanie   -   powiedziałem   szybko.   -   Jestem   w 

laboratorium z profesorem Coypu. Jeśli któraś nie przyjdzie na czas, lecimy bez niej.

Angelina była gotowa od razu; wczepiła się w moje ramię i posykiwała mi do 

ucha:

- Jedna próba, jedno spojrzenie czy dotknięcie i jesteś trupem, stary świntuchu - 

po czym, dla dodania wagi swojej wypowiedzi, ugryzła mnie w ucho.

- A co  z zasadą „niewinny do czasu udowodnienia winy"? - jęknąłem masując 

małżowinę. - Kocham tylko ciebie i wiesz o tym. A teraz skończmy te nonsensy i złapmy 

Coypu.

Nie było to takie trudne.

- Masz tylko jedną możliwość - poinformował mnie, gdy wprowadziłem  go  w 

zagadnienie.

- Że co? Mówiłeś o nieskończonej liczbie światów!

-   Owszem,   tyle   ich   jest,   ale   dla   czegoś   tak   dużego   jak   pancernik,   istnieje 

background image

możliwość   przejścia   tylko   do   sześciu.   Energia   wymagana   do   przejścia   do   innych 

umożliwia otwarcie ekranu o średnicy dwóch jardów. Przez taką dziurę niewielu obcych 

tam wypchniesz.

- No to już zawsze jest coś. Dlaczego powiedziałeś, że tylko jeden?

- Bo w pozostałych pięciu to laboratorium istnieje i miałem okazję obserwować w 

nim siebie i innych. W szóstym ekran wychodzi w kosmos.

- Ten więc musimy sprawdzić - rozległ się z tyłu złocisty głos; Incubę weszła do 

laboratorium.

Ubrana była w obcisły kombinezon, którego wolałem dokładnie nie oglądać, jako 

że Angelina była tuż za mną.

Odwróciłem   się   do   Coypu   i   zawiesiłem   wzrok   na   profesorze.   Było   to   mniej 

przyjemne, ale bezpieczniejsze.

- Musimy więc spróbować szóstego - oświadczyłem.

- Tak też sądziłem. Na zewnątrz mam gotowy ekran o średnicy stu jardów. Sądzę, 

że zwiadowca powinien się zmieścić.

- Wspaniale. Klasa Lancer ma nawet mniejszą średnicę.

Wszystkie sprawdziany gotowości robiłem mając Angelinę u swego boku. Incuba 

jak dotąd nie pojawiła się w sterowni, co znacznie ułatwiało życie.

- Lećcie kursem cztery sześć - oznajmił głos Coypu w słuchawkach. - Zobaczycie 

pierścień latarń: to jest brama. Proponuję też, żebyście dokładnie oznaczyli pozycję po 

przejściu, najlepiej zostawcie tam nadajnik.

- Serdeczne dzięki za radę. Może kiedyś będziemy chcieli wrócić.

Przejście odbyło się bez problemów. Z tej strony pole wyglądało jak czarne koło 

na tle mroków kosmosu.

- Pozycja zanotowana, nadajnik na miejscu - zameldowała Angelina.

-   Jesteś   wspaniała.   Jakieś   pięćdziesiąt   lat   świetlnych   stąd,   jeśli   wierzyć   tej 

skrzynce   -   wskazałem   na   komputer   -   jest   miłe   małe   słoneczko   klasy   G-2,   a   radio 

twierdzi, że pół wieku temu jego okolice były bardzo rozmowne.

- No to na co czekamy? I jeszcze raz cię ostrzegam: trzymaj się z daleka od tego 

umoralnionego kurczaka!

- Nie ma obaw! Jestem zbyt zajęty ponownym ocaleniem galaktyki!!!

20

Incuba dołączyła do nas, gdy wyszliśmy z nadprzestrzeni.

- Zdaje mi się, że są tu dwie zamieszkane planety? - spytała.

background image

- Tak twierdzi ten elektroniczny oszust. Sprawdzimy najbliższą.

Zbliżyliśmy się do niej bez straty czasu i weszliśmy w atmosferę. Błękitne niebo, 

białe   obłoczki,   jednym   słowem   całkiem   przyjemne   miejsce.   Radio   wyło   jakimiś 

kretyńskimi melodyjkami i przypadkowym zlepkiem dźwięków nie znanego mi i całkiem 

niezrozumiałego języka. Powierzchnia planety zaś zbliżała się coraz bardziej.

- Domy - oznajmiła nieszczęśliwa Angelina. - I pola. Zupełnie jak w domu.

- Niezupełnie - skorygowałem jej stwierdzenie, zmieniając powiększenie.

- Ślicznie! - westchnęła. I miała rację.

Coś o paru tuzinach odnóży ciągnęło pług, którym kierował mniej okazały, lecz 

równie odrażający stwór. Oba mogłyby uścisnąć macki z naszymi wrogami.

- Obcy wszechświat! - ucieszyłem się. - Mogą tu przylecieć. Będą ich oczekiwać 

kumple i szczęśliwa przyszłość. Wracamy z dobrymi nowinami.

- Sprawdźmy tę drugą planetę - wtrąciła się Incuba. - Z tego co wiemy, mogą tu 

żyć także ludzie.

Angelina spojrzała na nią jak na karalucha, a ja westchnąłem:

- Pewnie, tylko żebyś tego nie powiedziała w złą godzinę.

Wykrakała.   Następna   planeta   zamieszkana   była   przez   najbardziej 

człekopodobnych ludzi, jakich widziałem.

- Może są obcy wewnętrznie? - zaryzykowałem nieśmiało.

- Możemy paru rozpruć i sprawdzić - oświadczyła poważnie Angelina.

- Rozpruwanie obcych stworzeń, tak ludzkich  jak i jakichkolwiek innych, jest 

zakazane przez Korpus Moralności... - resztę jej wypowiedzi przerwała nagła aktywność 

radia, warczącego coś niezbyt zrozumiale. Jednocześnie cała masa czujników rozbłysła 

radośnie. Podszedłem do ekranu i natychmiast się cofnąłem.

- Mamy towarzystwo! - oznajmiłem. - Zrywamy się?

- Nie robiłabym niczego w pośpiechu - oświadczyła z namysłem Angelina.

Miała   sporo   racji,   gdyż   w   naszym   pobliżu   znajdował   się   niezbyt   przyjemnie 

wyglądający   okręt   wojenny   czarnej   barwy   z   działami   raczej   nieprzypadkowo 

skierowanymi w nasza stronę.

- Myślę, że trzeba z nimi pogadać - oznajmiłem wstając. - Pilnujcie gospodarstwa, 

dopóki nie wrócę.

- Idę z tobą - oświadczyła Angelina stanowczo.

- Nie tym razem, światło mego żywota. I jest to rozkaz. Jeśli nie wrócę, to postaraj 

się przekazać nasze spostrzeżenia.

background image

Tym   treściwym   zdaniem   zakończyłem   dyskusję,   wymykajać   się   do   śluzy   i 

wylatując w przestrzeń. W kadłubie okrętu otworzył się właz, toteż skierowałem się ku 

niemu. Nastrój poprawił mi się na widok komitetu powitalnego złożonego w całości z 

ludzi: dość twardych, sądząc po gębach, typów wystrojonych w czarne uniformy.

- Kny piclin stimfbc! - wrzasnął do mnie ten z największą liczbą złotych odznak.

- Pewien jestem, że to wspaniały język, ale ni cholery go nie rozumiem - odparłem 

uprzejmie.

Posłuchał,   po   czym   warknął   coś   i   jeden   z   obstawy   kopnął   się   do   wnętrza, 

wracając   po   chwili   z   metalową   skrzynką   połączoną   drutami   z   nieprzyjemnie 

wyglądającym   hełmem.   Odsunąłem   się   od   tego,   ale   jeszcze   mniej   przyjemnie 

wyglądająca broń zatrzymała mnie na miejscu lekkim puknięciem w żebra. Wsadzili mi 

ten garnek na głowę, pokręcili coś przy pudełku i ozdobiony złotem osobnik zagadał 

powtórnie:

- Rozumiesz mnie w końcu, natręcie?!

- I owszem, a poza tym nie ma najmniejszej potrzeby mnie obrażać. Przebyłem 

daleką drogę i nie mam ochoty wysłuchiwać obelg od byle pajaca.

Wyszczerzyłem   zęby,   tak   że   zacząłem   się   obawiać   o   swoje   gardło.   Reszta 

obecnych zaś zawrzała z oburzenia.

- Wiesz, kim jestem!? - ryknął.

- Nie, i nic mnie to nie obchodzi, bo ty też nie wiesz, kim ja jestem. Masz zaszczyt 

spotkać pierwszego ambasadora z sąsiedniego wszechświata. Możesz mi uścisnąć dłoń.

-   On   mówi   prawdę   -   oświadczył   jeden   z   pozostałych,   obserwując   jakiś 

instrument.

- Cóż, to zmienia postać rzeczy - oficer uspokoił się dość wyraźnie. - Nie możesz 

znać przepisów kwarantanny. Nazywam się Kongg. Chodź na drinka i powiedz mi, co tu 

robisz.

Alkohol był niezły, a całe audytorium zafascynowane moją opowieścią. Zanim 

skończyłem, posłali kuter po damy, tak że reszta opowieści popłynęła już w pełnym 

gronie.

- Powodzenia - oświadczył Kongg unosząc kielich. - Nie zazdroszczę ci zajęcia. 

Jak   widzisz,   nasz   problem   z   obcymi   rozwiązaliśmy   i   ostatnią   rzeczą,   jakiej   nam 

potrzeba,   to   nowa   inwazja.   Nasza   wojna   skończyła   się   jakieś   tysiąc   lat   temu. 

Roznieśliśmy   ich   pancerniki,   a   teraz   pilnujemy,  żeby   trzymali   się   swoich   planet.   Są 

gotowi rzucić się nam do gardeł przy lada okazji, dlatego też wykonujemy od czasu do 

background image

czasu takie patrole jak ten.

-   Musimy   wrócić   i   zameldować,   że   niemoralnie   byłoby   wysyłać   tu   obcych   - 

oznajmiła Incuba.

- Możemy wam pożyczyć parę pancerników, ale niewiele ich zostało.

- Zamelduję o twojej propozycji i dzięki, ale obawiam się, że potrzebujemy czegoś 

bardziej drastycznego. Dzięki za gościnę, musimy już lecieć. Mamy niewiele czasu.

- Mam nadzieję, że im dołożycie. Potrafią być bardzo kłopotliwi.

Na   statek   wróciliśmy  w   nie   najlepszych   nastrojach   i   wzięliśmy  kurs   na   pole. 

Tutejszy   alkohol  musiał  mieć  dość  dziwne  właściwości   albo  też  moje szare   komórki 

robiły nadgodziny. W każdym razie wpadłem na dość ciekawą myśl.

- Mam! -wrzasnąłem z radością. -Mam odpowiedź na nasze problemy!

Wpadliśmy do naszego świata i zacumowaliśmy przy najbliższej śluzie. Ruszyłem 

biegiem z dziewczętami depczącymi mi po piętach i akurat w chwili, gdy całe towarzys-

two zebrało się już w komplecie wezwane sygnałem alarmowym, znalazłem się w sali 

obrad.

- Możemy ich tam wysłać? - spytał Inskipp.

- Nie da rady. Mają tam własne kłopoty.

- To co zrobimy? - jęknął jeden z admirałów.

- Wyślemy ich gdzie indziej - odparłem. - Coypu twierdzi, że to możliwe i pracuje 

właśnie nad projektem.

- Gdzie? - Inskipp domagał się wyjaśnień.

- Używaliśmy już podróży w czasie. Wyślemy ich tam.

- W przeszłość?

- Nie, czekaliby na nas i ledwie byśmy powstali, zniszczyliby nas. Wyślemy ich w 

przyszłość.

- Zdurniałeś, di Griz? Co to da?

- Słuchaj, wyślemy ich sto lat w przyszłość, a gdy będą w drodze, zapędzimy 

najlepsze umysły galaktyki, aby znalazły na nich sposób. Sto lat powinno wystarczyć, 

żeby coś wymyślić, a za sto lat będziemy na nich czekać. Gdy się pojawią, dostaną to, na 

co zasługują, i po sprawie.

- Cudownie - ucieszyła się Angelina. - Mój mąż to geniusz. Zabieramy się do 

roboty.

- TO ZABRONIONE - oznajmił głęboki głos znad stołu.

21

background image

Absolutna cisza, która nastąpiła po tym zaskakującym oświadczeniu trwała parę 

sekund,  po  czym   została   drastycznie   przerwana   przez   Inskippa:  mój  szef   wyciągnął 

spluwę i zaczął dziurawić sufit.

- Tajne zebranie! Najwyższe bezpieczeństwo! Dlaczego nie transmitujemy tego w 

telewizji? - Miał pianę na ustach.

Wszelkie wysiłki pragnących go uspokoić podstarzałych admirałów, spełzły na 

niczym.  Przewróciłem   więc  na  niego  stół,  a  to celem   rozbrojenia.  Przy  okazji  lekko 

oberwał, toteż w końcu opadł na krzesło z dość tępym wyrazem twarzy.

- Kto to powiedział?! - wrzasnąłem.

- Ja - przy akompaniamencie głośnego puknięcia ponad stołem pojawiła się jakaś 

męska postać. Facet opadł na blat, po czym zeskoczył zręcznie na podłogę.

- Zaiste, jako rzekłem, czcigodni waszmościowie. Ja, Ga Binetto.

Był dość oryginalny, trzeba przyznać: w obszernym jedwabnym stroju, wysokich 

butach i olbrzymim kapeluszu z jeszcze większym piórem. Prawą dłoń oparł na gardzie 

szpady, lewą dłonią podkręcał wąsy.

Ponieważ   Inskipp   był   na   etapie   pomrukiwania   do   siebie,   honory   gospodarza 

spadły na mnie.

- Nie interesuje nas, jak... Jak się nazywasz?

- Moje imię brzmi Ga Binetto.

- Co cię upoważnia do włażenia z butami na tajną naradę?

- Nie ma sekretów przed Policją Czasu.

- Policja Czasu? - to było coś nowego. - Z przeszłości? Ten wniosek zaskoczył 

mnie samego.

- Ależ skąd! Dlaczegóż to wpadliście na ów pomysł?

- Dlategóż to, że ten język wyszedł z mody trzydzieści dwa tysiące lat temu.

Posłał mi niezbyt życzliwe spojrzenie i pomajstrował coś przy rękojeści szpady.

- Nie bądź taki ważny - warknął. - Spróbuj skakać w  tę i nazad  po różnych 

epokach, ucząc się kretyńskich dialektów, to nie będzie ci się wydawało...

-   Możemy   wrócić   do   tego   tematu   innym   razem   przerwałem   mu.   -   Jesteś 

Gliniarzem Czasu. Nie z przeszłości, to znaczy, że z przyszłości. Zgadza się? Skiń głową, 

jeśli   nie   wolno   ci   mówić.   -   Usłuchał.   -   Wspaniale.   Powiedz   nam   więc,   dlaczego   nie 

możemy wysłać obcych te marne sto lat naprzód?

- Dlatego, że jest to zakazane.

- Już to mówiłeś, podaj jakieś sensowne powody.

background image

- Nie muszę - odparł nieuprzejmie. - Mogliśmy tu wysłać małą bombkę zamiast 

mnie, więc proszę się nie stawiać.

- On ma rację - wtrącił jeden z admirałów. - Witamy w naszych czasach, zacny 

podróżniku. Jeśli byłbyś tak uprzejmy, to powiedz, co mamy robić?

-   Tak   już   lepiej.   Szacunek   tam   gdzie   się   należy.   Wszystko,   co   powinniście 

wiedzieć   to   to,   że   robotą   Policji   Czasu   jest   pilnowanie   porządku   w   tymże   czasie. 

Pilnujemy, aby nie zdarzały się paradoksy i inne nadużycia podróży w czasie, takie jak 

wasz plan. Coś takiego najprawdopodobniej naruszyłoby strukturę czasu. Dlatego jest 

zakazane.

Odpowiedzią   była   pełna   przygnębienia   cisza.   Ja   tymczasem   myślałem 

gorączkowo.

- Powiedz mi, Ga Binetto - spytałem w końcu - jesteś człowiekiem czy obcym w 

przebraniu?

- Jestem takim samym człowiekiem jak ty - odparł zdenerwowany. - Może nawet 

lepszym.

- Ślicznie. Skoro jesteś człowiekiem z przyszłości, to znaczy, że obcym nie udało 

się zniszczyć ludzkości. Zgadza się?

- Zgadza się.

- To jak wygraliśmy tę wojnę?

- Wygraliśmy dzięki... - przerwał i spąsowiał. - Ta informacja jest zastrzeżona. 

Sam sobie odpowiedz na to pytanie.

- Nie opowiadaj pierdoł - warknął Inskipp, odzyskawszy najwyraźniej dar mowy. 

- Uniemożliwiłeś nam realizację jedynego planu, mogącego uratować ludzkość. Zgoda, 

zaniechamy go, jeżeli nam powiesz, co innego możemy zrobić.

- Nie wolno mi tego powiedzieć.

- Nie możesz chociaż naprowadzić nas na trop? - zaproponowałem.

Pomyślał przez chwilę i uśmiechnął się. Ten uśmieszek wcale, ale to wcale mi się 

nie podobał.

- Rozwiązanie  powinno być oczywiste dla kogoś o twojej inteligencji,  di Griz. 

Mieści się w całości w umyśle - podskoczył, strzelił obcasami i zniknął.

- Co on chciał przez to powiedzieć? - Inskipp aż się zmarszczył z wysiłku.

Właśnie, co? Powiedział to do mnie i ja powinienem to wiedzieć. Początek był po 

to, aby mnie ogłupić, ale to „w całości w umyśle"... Moim? Czyim? Jaki to pomysł, na 

który dotąd nie wpadliśmy? Nie miałem bladego pojęcia.

background image

Incuba wpatrywała się tępo w przestrzeń, bez wątpienia rozważała jakieś głęboko 

moralne zagadnienie. Natomiast Angelina uśmiechnęła się nagle. Gdy zobaczyła, że na 

nią patrzę, uśmiech stał się momentalnie szerszy, po czym mrugnęła. Uniosłem brwi, a 

ona   skinęła   leciutko   głową.   Jeśli   właściwie   zrozumiałem   tę   niemą   konwersację,   to 

najwyraźniej   znalazła   rozwiązanie.   Skoro   tak,   to   nie   musiałem   się   wysilać.   I   tak 

wszystko zostawało w rodzinie.

- Skoro wiesz, to powiedz - nachyliłem się ku niej. - Nie czas teraz na zabawy.

- Dorastasz jak widzę - mruknęła, po czym podniosła głos: - Panowie, odpowiedź 

jest oczywista.

- Nie dla mnie - warknął Inskipp.

- „W całości w umyśle", powiedział, a to po prostu oznacza kontrolę umysłu.

- Szarzy! - wrzasnąłem.

- Nadal nie... - zaczął Inskipp.

- Bo masz przed oczami fizyczną bitwę - poinformowałem go. - To, co powiedział 

ten przebieraniec, faktycznie oznacza całkowite zakończenie wojny.

- Jak?

- Poprzez zmuszenie ich do zmiany zapatrywań. Przez nauczenie ich, że ludzi 

należy   kochać   i   że   trzeba   zakończyć   tę   bezsensowną   rąbaninę.   Zapewniam   cię,   że 

specjaliści z Kekkonshiki są w stanie przekonać cię, że mnie kochasz, uwierzysz w to i 

gotów będziesz założyć się o głowę, że sam na to wpadłeś, i jest to sama święta prawda. 

Powiedzieli mi, że w ten właśnie sposób wywołali tę wojnę. Niech ją teraz zakończą. 

Piąta kolumna zadziała wreszcie we właściwy sposób.

- Jak niby mają to zrobić? - zaciekawił się któryś z obecnych.

-   Detale   potem   -   i   tak   nie   miałem   o   tym   zielonego   pojęcia.   -   Potrzebny   mi 

krążownik z pełną obsadą i wzmocnionym oddziałem abordażowym. Lecę przygotować 

zwycięstwo.

-   Nie   jestem   tego   taka   pewna  -   odezwała   się   Incuba.   -   Manipulacja   ludzkim 

umysłem jest poważnym zagadnieniem i ma rozliczne aspekty moralne...

Ciągu dalszego nie było, gdyż osunęła się miękko na podłogę.

- Zemdlała, biedactwo - oznajmiła Angelina. - Te wszystkie stresy... Zabiorę ją do 

pokoju.

Zemdlała! Widziałem już przedtem moją ślubną w akcji, i znałem jej możliwości. 

Zemdlała zresztą czy nie, głupio byłoby tracić uzyskany w ten sposób czas.

- Krążownik do śluzy i to natychmiast! - zarządziłem.

background image

- Zgadza się - potwierdził Inskipp, równie jak ja świadomy, co się wydarzyło i 

równie mocno pragnący wykorzystać niedyspozycję obserwatora Korpusu Moralności.

Podróż była tyle błyskawiczna, co cicha. Na wszelki wypadek zarządziłem ciszę 

radiową   i   wysłałem   psimana   na   urlop.   Dzięki   temu   osiągnęliśmy   lodowy   świat   bez 

przeszkód.

Teraz nadszedł czas aktywności.

- Przerwać ciszę radiową i złapać oddział desantowy - zarządziłem.

- Są na linii, tyle że nie wylądowali.

- Co tu się porobiło?

- Dowódca na łączu, sir.

Na ekranie pojawił się oficer z obandażowaną głową; na widok wszystkich tych 

świecidełek, które miałem na sobie, stanął momentalnie na baczność.

- Oni uparli się, żeby walczyć - zameldował. - Dostałem rozkaz: „uporządkować 

tę planetę", a nie „wystrzelać tubylców", toteż wycofałem się po zniszczeniu ich floty.

- Wiedzą, że nie mogą wygrać!

- Pan to wie i ja to wiem. Proszę tylko jeszcze powiedzieć to tym durniom.

Powinienem   był   się   tego   spodziewać!   Ta   banda   cymbałów   wybrała   śmierć 

zamiast poddania się. Niewykluczone zresztą, że nawet nie znali tego pojęcia. Była tylko 

jedna osoba tam w dole, o ile jeszcze żyła rzecz jasna, która mogła coś w tej kwestii 

zaradzić.

- Proszę pozostać na orbicie i czekać na rozkazy. Usłyszycie je, gdy przyjdzie pora 

na desant.

Wydałem odpowiednie polecenia i zabrałem potencjalnie przydatne wyposażenie. 

Wbity w kombinezon ruszyłem w dół. Grawitator opuścił mnie łagodnie na znajomy 

dach. Było tu jak zwykle zimno i nieprzyjemnie, ale pocieszała mnie myśl, że po raz 

ostatni mam wątpliwą przyjemność oglądania tego świata.

W zasadzie powinienem wylądować na podwórzu z plutonem wsparcia i baterią 

ciężkiej artylerii, ale stwierdziłem, że cichy kontakt za Hanasu będzie korzystniejszy. 

Ponieważ było już porządnie ciemno, nie powinno być z tym większych problemów. 

Otworzyłem   drzwi   i   po   wielu   trudach   udało   mi   się   przez   nie   przecisnąć   wraz   z 

kombinezonem.   Ruszyłem   potem   znajomą   trasą   z   mocnym   przekonaniem,   że   to 

faktycznie ostatni raz.

- Jesteś nieprzyjacielem i musisz zginąć - oznajmił mi bezbarwnym głosem jakiś 

malec rzucając się energicznie w moją stronę.

background image

Odskoczyłem, a on wykopyrtnał się, zmieniając się w doskonały cel. Igła wbiła się 

w pewną wypukłość poniżej  pleców  i już było po sprawie. Wziąłem  go pod  pachę i 

ruszyłem dalej tak cicho, jak tylko umiałem.

Gdy dotarłem do drzwi gabinetu Hanasu, miałem czterech pasażerów na gapę i 

zaczynałem się obawiać, czy nie skończy się to przepukliną.

Gospodarz   podniósł   głowę   znad   biurka   i   tym   razem   prawie   udało   mu   się 

uśmiechnąć.

- Wszystko odbyło się tak, jak planowałeś"- powiedział. - Wiadomość dotarła do 

celu i udało ci się uciec.

-   Owszem,   a   teraz   wróciłem,   razem   z   paroma   malcami,   którzy   niezbyt   się 

ucieszyli na mój widok.

- Słuchali komunikatów Kome i nie bardzo wiedzą, komu wierzyć. Są wytrąceni z 

równowagi.

- Chwilowo są uspokojeni, czekaj, niech ich wreszcie gdzieś poukładam.

- Użyję axion feeds. Nie będą nic pamiętać.

- Nie tym razem. Będą spali wystarczająco długo, żeby nam nie przeszkadzać. 

Powiedz mi najpierw, co tu się działo, jak mnie nie było?

- Zamieszanie. W Filozofii Moralnej nie ma słowa o tym, jak postępować w takich 

przypadkach,   dlatego   też,   gdy   Kome   zarządził   walkę   do   śmierci,   posłuchali   go 

automatycznie. Takie stanowisko jest tutaj w stanie zrozumieć dokładnie każdy, a ja nie 

miałem żadnej możliwości, aby mu się sprzeciwić, toteż niczego nie robiłem. Czekałem 

na rozwój wypadków.

-   Przezorne   postępowanie.   Ale   teraz   ja   tu   jestem   i   istnieje   parę   istotnych 

drobiazgów, które możesz dla mnie załatwić.

- Co na przykład?

- Przekonać swoich, aby ponownie udali się do obcych i zajęli się kontrolowaniem 

ich posunięć.

- Nie rozumiem. Chcesz, aby ponownie zagrzewali ich do walki?

- Dokładnie odwrotnie. Chcę, by ich do niej zniechęcali.

- Możesz mi to wyjaśnić? Nic nie rozumiem.

- Odpowiedz mi najpierw na jedno pytanie. Czy generator synoptyczny może być 

użyty w stosunku do obcych? Czy może ich przekonać, że w gruncie rzeczy nie jesteśmy 

tacy obrzydliwi? Mamy wilgotne oczy i pocimy się całkiem obficie. Czy to da się zrobić?

- Z łatwością. Musisz zrozumieć, że oni powstali z prymitywnych kultur i łatwo 

background image

jest   nimi   sterować.   Gdy   zaczęliśmy   działać   wśród   nich,   byli   nastawieni   do   ludzi 

neutralnie. Wobec tego przywódcy zostali wyszkoleni tak, aby nas nienawidzić, potem 

dzięki propagandzie przekonali resztę. Zajęło to sporo czasu, ale wyniki były całkiem 

zadowalające.

- Czy ten proces można odwrócić?

-   Tak   myślę,   ale   jak   zamierzasz   skłonić   moich   rodaków,   aby   się   na   to 

zdecydowali?

-   Po   to   właśnie   przybyłem.   Muszę   się   z   tobą   naradzić.   Możemy   to   osiągnąć 

jedynie za pomocą tej waszej Filozofii Moralnej. Myliłem się, gdy powiedziałem ci, że 

wasza   kultura   ulegnie   zniszczeniu.   Tak   naprawdę,   jest   ona   potrzebna   wszystkim 

ludziom, gdyż zawiera elementy istotne dla całej ludzkości. Czy jest w niej cokolwiek, co 

nakazywałoby wam zostać gwiezdnymi zdobywcami?

- Nie. Nauczyliśmy się nienawidzić tych, którzy nas opuścili, gdyż nie mogliśmy 

pozwolić sobie na wiarę w to, że wrócą, by nas uratować. Musieliśmy ratować się sami. 

Początkiem   i   końcem   jest   przetrwanie,   wszystko   co   działa   przeciwko   niemu,   jest 

sprzeczne z Filozofią Moralną.

- W takim razie Kome i jego nawoływania do samobójczej walki są błędem! Jak 

na szarego był mocno wstrząśnięty.

- Oczywiście - stwierdził po dłuższej chwili. - Jego postępowanie jest sprzeczne z 

Mądrością. Trzeba o tym powiedzieć innym.

-   Dobra,   ale   to   jeszcze   nie   koniec.   Posłuchaj   i   pomyśl   o   zasadach   Filozofii. 

Przetrwaliście,   jesteście   lepsi   niż   reszta   ludzkości.   Nienawidzicie   tych,   którzy   was 

opuścili, ale to było dawno. Ludzie żyjący dziś nie wiedzą nawet o tym zdarzeniu, a w 

żadnym   wypadku   nie   są   za   nie   odpowiedzialni.   Dlatego   też   nienawiść   wymierzona 

przeciwko nim jest bezsensowna. Idąc dalej: skoro wy jesteście lepsi i dojrzalsi niż reszta 

ludzi, to jesteście moralnie zobowiązani, by pomóc im przetrwać w razie zagrożenia. Jak 

to pasuje do zasad Filozofii Moralnej?

Hanasu wyglądał, jakby go piorun strzelił. Po chwili wolno skinął głową.

- Jest dokładnie tak, jak powiedziałeś. Nigdy dotąd nie odwoływano się do zasad 

Filozofii Moralnej w nowej i nieznanej sytuacji, bo nie było takich sytuacji. Teraz jest. 

Myliliśmy się i dopiero teraz widzę, jak dalece. Po prostu reagowaliśmy jak inni ludzie: 

pozwoliliśmy, aby kierowały nami emocje. Gdy wyjaśnię, że naruszyliśmy podstawowe 

zasady Filozofii Moralnej, wszyscy to zrozumieją. Ocalimy ludzi. Dzięki ci. Uratowałeś 

nas przed nami samymi. Wyrządziliśmy wiele zła, ale spróbujemy je naprawić. Idę do 

background image

nich przemówić.

- Zaraz, zaraz! Najpierw trzeba się zabezpieczyć, żeby przypadkiem Kome nie 

zaczął najpierw strzelać. Jeśli go uspokoimy, sądzisz, że jesteś w stanie poprowadzić 

ludzi?

- Bez wątpienia. Gdy wyjawię im właściwą treść zasad, których uczyli  się od 

najmłodszych lat, nikt nie będzie się sprzeciwiał.

Jakby na zamówienie, drzwi otworzyły się gwałtownie i wpadła przez nie cała 

banda tych właśnie najmłodszych, pod przewodnictwem jednego z nauczycieli, który 

wycelował wprost we mnie jakiś rozpylacz.

- Odłóż broń! - rozkazał. - Jeśli tego nie zrobisz, zabiję cię!

22

Wypowiedź była spowodowana faktem, że mój pistolet mierzył prosto w nowo 

przybyłych.   Refleks   nadal   miałem   wyśmienity.   Powoli   podniosłem   się   z   przysiadu   i 

opuściłem  broń. Nauczyciel mnie nie martwił, martwiła mnie cała masa różnorakich 

samopałów w nerwowych dłoniach towarzyszących mu dzieciaków.

- Co to ma znaczyć? - spytał Hanasu podchodząc do drzwi. - Opuścić broń! To 

rozkaz!

Chłopcy posłuchali go natychmiast: wiedzieli, kto tu żądzi. Z nauczycielem nie 

poszło tak łatwo.

- Kome powiedział...

- Kome tu nie ma, Kome się myli. Rozkazuję ci po raz ostatni: opuść broń! -- 

nauczyciel zawahał się i Hałasu rócił się do mnie: - Zastrzel go!

Oczywiście nie miałem nic przeciwko i gość rozciągnął się na podłodze z igłą w 

barku. Igła była nasączona środkiem nasennym, ale chłopcy o tym nie wiedzieli, i nie 

sądzę, żeby dla Hanasu stanowiło to jakąś różnicę.

- Daj mi broń - polecił najbliższemu. - I zwołaj natychmiast zbiórkę całej szkoły.

Po kolei i bez wahania oddawali mu broń i znikali jeden po drugim.

Położyłem   nauczyciela   obok   jego   podopiecznych,   Hanasu   zaś,   pogrążony   w 

rozmyślaniach, zamknął drzwi.

- Zrobimy tak - oznajmił po chwili. - Wyjaśnię im wszystkim różnicę w kwestiach 

interpretacji  Filozofii  Moralnej. Dotąd  mieli kłopoty  ze  zrozumieniem, o co w  ogóle 

chodzi. Teraz problem mamy rozwiązany. Gdy zrozumieją, pojedziemy na kosmodrom. 

Tam jest Kome i jego poplecznicy. Wyjaśnię im to samo i przyłączą się do nas. Wtedy 

będziesz   mógł   kazać   lądować   swoim   jednostkom   i   zabierzemy   się   za   ciąg   dalszy 

background image

programu.

- Brzmi to nieźle. A co będzie, jeśli się nie zgodzą?

- Będą musieli, gdyż nie zgadzając się ze mną, nie popadliby w konflikt z Filozofią 

Moralną. Gdy tylko zrozumieją tę kwestię, z pewnością będą posłuszni; rzecz nie polega 

na   wyborze,   tylko   na   posłuszeństwie   -   sprawiał   wrażenie   pewnego   siebie   i   mogłem 

jedynie mieć nadzieję, że wie, co robi.

- Może powinienem iść z tobą? W razie gdyby były jakieś problemy...

- Poczekaj tutaj. Jakby co, to przyślę po ciebie.

Uparł   się   przy   swoim,   więc   pozwoliłem   mu   iść.   Przebywanie   w   towarzystwie 

nieprzytomnych   tubylców   wpływało   dość   deprymująco   na   moje   samopoczucie,   toteż 

włączyłem radio i poinformowałem oczekującą na orbicie kawalerię o dotychczasowym 

przebiegu wypadków. Słysząc pukanie do drzwi przerwałem połączenie.

- Chodź! - polecił mi obojętnie wyglądający nastolatek.

Hanasu   czekał   wraz  z  uczniami  i  kadrą  przed  budynkiem. -  Udajemy się  na 

kosmodrom - oznajmil - Będziemy tam przed świtem.

- Żadnych problemów?

-   Skądże,   mógłbym   nawet   powiedzieć,   że   odczuwają   ulgę,   gdyż   przestał   ich 

dręczyć   problem   interpretacji   zasad   Filozofii   Moralnej.   Moi   ludzie   są   silni,   ale   siłę 

czerpią z posłuszeństwa. Teraz są silniejsi niż dotąd.

Hanasu kierował jedynym pojazdem w okolicy, toteż bytem zadowolony, mogąc 

trząść się obok niego. Reszta kadry i uczniowe podążali na nartach. Fakt, że godzinę 

temu wszyscy smacznie spali, nie miał żadnego znaczenia; to tyle na temat dyscypliny.

Choć podróż była wolniejsza z uwagi na narciarzy (dzięki czemu trzęsło o wiele 

mniej),   mimo   to   byłem   szczęśliwy,   gdy   o   świcie   przybyliśmy   pod   bramę   portu 

kosmicznego.

Z pobliskiego budynku wyszło dwóch strażników, spoglądając na całą procesję 

tak spokojnie, jakby całe to zgromadzenie było czymś całkiem normalnym i zdarzało się 

codziennie.

-   Powiedz   Kome,   że   chcę   się   z   nim   widzieć   -   polecił   Hanasu   jednemu   ze 

strażników.

- Nikt nie ma pozwolenia na wejście, tak rozkazał Kome. Wszyscy wrogowie mają 

być zabici. W twoim wozie jest wróg. Zabij go.

- Czternasta zasada posłuszeństwa głosi, że każdy musi słuchać poleceń kogoś z 

Dziesięciu - głos Hanasu był lodowato autorytatywny. - Wydałem ci polecenie. Nie ma 

background image

żadnej zasady, która głosi, że należy zabijać wrogów. Odsuń się!

Twarz   strażnika   przez   mgnienie   oka   prawie   wyrażała   ślad   emocji,   po   czym 

zamarła, a jej właściciel zrobił dwa kroki w tył.

- Wchodźcie. Poinformuję Kome.

Uszeregowane   w   dwie   równe   kolumny   siły   inwazyjne   przemierzyły   teren 

kosmodromu.   Obsługa   dział   przeciwlotniczych   i   wyrzutni   rakiet   obserwowała   nas 

spokojnie, nie próbując nawet interweniować.

Hanasu zatrzymał wóz przed wejściem do budynku administracyjnego i zdążył 

wysiąść, gdy drzwi otworzyły się, ukazując Kome i tuzin innych, wszystkich z bronią w 

ręku. Na wszelki wypadek pozostałem w pojeździe udając, że wcale mnie tu nie ma.

Mróz  musiał  przytępić   moje  procesy  myślowe, gdyż dopiero   teraz  dotarło   do 

mnie, że jestem jedynym z całej wycieczki, który ma broń.

- Wracaj do szkoły, Hanasu, nie jesteś tu potrzebny! - oznajmił Kome.

Hanasu zignorował go całkowicie, podchodząc tak blisko, aż stanął z nim twarzą 

w twarz.

- Nakazuję  wam odłożyć broń, gdyż to, co robicie,  jest sprzeczne  z zasadami 

Filozofii Moralnej - odezwał się tak głośno, że wszyscy wokół doskonale go słyszeli. - 

Zgodnie   z   nimi   musimy   pomagać   słabszym   rasom.   Nie   wolno   nam   popełniać 

samobójstwa, walcząc z tymi, którzy nas przewyższają milion do jednego. Jeśli będziecie 

walczyć   -   zginiemy,   a   to   jest   sprzeczne   ze   wszystkim,   czego   naucza   nas   Filozofia 

Moralna. Musicie...

- Musisz się stąd wynieść! - zawołał Kome. - To ty złamałeś zasady. Odejdź lub 

zginiesz.

Uniósł broń mierząc do Hanasu. Na ten widok wysunąłem się z wozu.

- Na twoim miejscu nie robiłbym tego - powiedziałem unosząc moją kieszonkową 

armatę.

- Sprowadziłeś tu obcego! - Kome nie panował nad głosem. - On zginie i ty też!

Przerwał, gdyż Hanasu zrobił krok do przodu i trzasnął go w zęby.

-   Jesteś   wyjęty   spod   prawa!   -   oświadczył   przy   wtórze   zdumionego   jęku 

wszystkich obecnych. - Złamałeś zasady! Jesteś skończony!

- Skończony? To ty jesteś skończony! - wrzasnął Kome z wściekłością.

Skoczyłem w bok, starając się dostać go na muszkę, ale Hanasu ciągle był między 

nami. Napiętą ciszę przerwały serie z broni maszynowej.

Hanasu  stał  spokojnie, a sflaczały  nagle Kome osunął  się na ziemię.  Wszyscy 

background image

stojący   za   nim   nacisnęli   spusty   w   tym   samym  momencie.   I   to   właściwie   był   koniec 

sprawy.   Spokojny   Hanasu   wyjaśnił   wszystkim   obecnym   nową   interpretację   prawa. 

Starali się zachować kamienne twarze, ale widać było na nich ulgę: życie znów oparte 

było  na  solidnych  podstawach.  Zwinięty   trup  Komę  był  jedynym  powodem  tego,  że 

istniała kiedyś schizma, a sądząc z zachowania obecnych, nikt nie miał ochoty o tym 

pamiętać.

- Możecie lądować - rzuciłem do mikrofonu.

- Nie możemy. Nadeszły nowe rozkazy.

- Co?!!! - ryknąłem. - Ściągaj te pudła z orbity i to Inatychmiast, albo każę cię 

postawić pod mur.

- Nie mogę. Za trzy minuty wyląduje statek zwiadowy. - Połączenie przerwano i 

mogłem   tylko   czekać.   Coraz   więcej   mężczyzn   przyłączało   się   do   słuchających.   W 

zasadzie wszystko było w porządku, tyle że sytuacja znowu wymykała mi się z rąk. W 

końcu kuter zwiadowczy przebił chmury i osiadł na płycie lądowiska. Na trapie pojawiła 

się dziwnie znajoma postać; zupełnie wiedzieć czemu, dłoń sama powędrowała mi do 

kabury; Ledwie ją powstrzymałem. Ty! - warknąłem.

Tak, ja, i to na czas, aby przeszkodzić w naruszaniu moralności.

Rzecz   jasna,   był   to   Jay   Hovah,   szef   Korpusu   Moralności,   a   ja,   niestety, 

wiedziałem, czemu zawdzięczam przyjemność ponownego spotkania.

- Nikt cię tu nie potrzebuje, a poza tym nie jesteś ubrany odpowiednio do pogody. 

Proponuję, abyś wrócił na statek.

- Moralność jest ważniejsza - odparł drżącym głosem. Nikt nie poinformował go o 

tutejszym klimacie, toteż ubrany był w swoją służbową nocną koszulę.

- Próbowałam mu przemówić do rozsądku, ale nie chciał słuchać - rozległ się 

jeszcze bardziej znajomy głos i w luku ukazała się Angelina.

- Kochanie! - pocałunek przerwał nam oczywiście nasz zakładowy świętoszek.

- Rozumiem, że  celem  twojej wyprawy jest przekonanie  tych  ludzi,  aby  użyli 

techniki kontrolującej umysły obcych tak, abyśmy mogli wygrać wojnę? Te techniki są 

niemoralne i nie mogą zostać użyte.

- Kto to jest? - spytał Hanasu lodowato.

- Ma na imię Jay - odparłem. - Jest szefem Korpusu Moralności. Pilnuje, żebyśmy 

nie robili rzeczy sprzecznych z naszą moralnością.

Hanasu zmierzył go spojrzeniem, które ja rezerwuję dla szczególnie obrzydliwego 

robactwa, po czym obrócił się do niego plecami i poinformował mnie:

background image

-   Obejrzałem   go.   Możesz   go   zabrać.   Sprowadź   statki,   zaczynamy   operację 

przeciw obcym.

- Nie sądzę, abyś mnie usłyszał - wykrztusił Jay dzwoniąc zębami. - Ta operacja 

jest zabroniona, ona jest niemoralna.

Hanasu obrócił się powoli wpatrując się weń arktycznym zgoła spojrzeniem.

-   Nie   opowiadaj   mi   o   moralności.   Jestem   stróżem   Filozofii   Moralnej   i 

interpretatorem prawa. To co zrobiliśmy, nakłaniając obcych do wojny, było złe, teraz 

użyjemy tych samych technik, aby zatrzymać to zło.

- Dwa przestępstwa nie dają dobrego uczynku. To zabronione.

- Nie masz tu żadnej władzy i nie próbuj nas zatrzymać. Możesz jedynie kazać 

nas   zabić,   jeśli   chcesz   nas   powstrzymać.   Jeśli   nie   zostaniemy   zabici,   zrobimy   to,   co 

uważamy za moralne.

- Zostaniecie zatrzymani...

-   Tylko   poprzez   śmierć.   Jeśli   nie   możesz   kazać   nas   zabić,   to   wynoś   się   i   nie 

przeszkadzaj - odwrócił się i odszedł.

Jay chyba próbował coś powiedzieć, ale najwyraźniej miał z tym kłopoty. Poza 

tym zaczął sinieć. Skinąłem na dwóch najbliższych chłopców:

- Pomóżcie staruszkowi dostać się do statku. Jak się rozgrzeje, niech pomyśli nad 

starym problemem filozoficznym, który można określić: „trafiła kosa na kamień".

Nadal próbował coś rzec, ale młodzieńcy dali mu kuksańca, kierując na właściwą 

drogę i odtransportowali do wnętrza statku.

- I co teraz? - spytała Angelina.

- Szarzy mają zakończyć wojnę. Korpus Moralności w żaden sposób nie będzie w 

stanie   uzasadnić   zabicia   ich,   aby   uniemożliwić   to   działanie,   którego   celem   jest 

uwolnienie   nas.   Przypuszczam,   że   nie   będzie   nawet   w   stanie   umotywować   nakazu 

nieudzielania im pomocy.

- Pewna jestem, że masz rację, a co dalej?

- Dalej? Jak to co? Ocalenie galaktyki. Ponowne.

- Oto mój skromny jak zawsze małżonek! - odparła i całując mnie głośno.

- Wygląda imponująco, nie sądzisz? - spytałem.

- Sądzę, że wygląda obrzydliwie - Angelina skrzywiła nos. - W dodatku śmierdzi.

-   Innowacja   pierwotnego   modelu.   Pamiętaj,   że   tam   gdzie   jedziemy,   to   co 

obrzydliwe,   uznawane   jest   za   piękne.   Ogólnie   rzecz   biorąc   miała   rację:   wyglądało 

obrzydliwie,   co   było   bardzo,   ale   to   bardzo   korzystne.   Staliśmy   w   sali   odpraw 

background image

krążownika oddelegowanego do misji. Przed  nami rozciągało  się pięćset solidnych  (i 

opancerzonych) siedzeń ustawionych w rzędy, a na każdym rozwalało się, przykucnęło 

lub rozsiadło dość obrzydliwe stworzenie.

Większość   z   nich   była   przedstawicielami   Geshtunken,   ale   były   rozmaite   też 

innowacje wzorowane na projekcie mojego dawnego kombinezonu.

Co nie ucieszyłoby naszych gospodarzy, to fakt, że wewnątrz każdego stworzenia 

siedział trójwymiarowy i całkiem realny szary, a w każdy ogon czy odwłok wbudowany 

był generator synoptyczny.

Nasza pokojowa krucjata wchodziła w ostatnią fazę. Nie mogę powiedzieć, żeby 

łatwo poszło z jej organizacją. Korpus Moralności robił, co mógł, aby zapobiec praniu 

mózgów. Pierwszy raz byłem wdzięczny biurokracji. Musieli przepychać się przez nią, 

zanim mogli podjąć jakiekolwiek działanie, a w dodatku my ze swej strony też robiliśmy, 

co tylko się dało, żeby pogłębić panujący bałagan i zamieszanie: technicy zaginęli, ich 

ślady zaś rozpłynęły się w papierach; protestujący Coypu został wyrwany z łóżka w 

środku   nocy   i   zanim   zdołał   naciągnąć   spodnie,   znalazł   się   w   głębokiej   przestrzeni; 

pewna wysoce zautomatyzowana planetoida przemysłowa wypadła z orbity opanowana 

przez naszych ludzi...

Równocześnie   produkowano   przebrania,   a   Hanasu   przeprowadzał 

programowanie  technik  psychokontrolnych.  Zdążyliśmy w   ostatniej  chwili,  odlatując 

parę godzin przed flotyllą, którą wysłał po nas Korpus Moralności. I tak polecieli za 

nami,   ale   na   widok   parunastu   pancerników   obcych   sił   okazali   dobrze   rozwinięty 

instynkt samozachowawczy.

- Jesteśmy w zasięgu łączności - oznajmiłem. - Wszyscy gotowi?

- Gotowi - odparło pięćset obojętnych głosów.

- A więc powodzenia! - Obróciłem się włączając ekran komunikatora. Angelina i 

para zrobotyzowanych pociech stali obok mnie.

Moja droga Sleepery Jeem wróciła! - wrzasnęło jakieś paskudztwo widoczne na 

ekranie.

- Nie  znam  pana - odburknąłem. - Ale musi chodzić  panu  o moją bliźniaczą 

siostrę. Jestem Sleepery Bolivar - uruchomiłem przycisk, dzięki któremu po policzku 

spłynęła mi wielka, oleista łza rozbijając się z pluskiem o pokład. – Słyszeliśmy o jej 

bohaterskiej śmierci i przybywamy, by ją pomścić. Witamy serdecznie - za gulgotało w 

głośniku. - Jestem SessPula, nowy dowódca zjednoczonych  sił. Zaraz  dajemy bal na 

waszą cześć. Przyłączcie się. Połączyliśmy okręty rękawem i udałem się do nich wraz z 

background image

Angeliną. Musiałem się nieco odsunąć, aby uniknąć sparszywiałego uścisku tego gada i 

zamiast mnie uściskał  podłogę.

-   To   Ann-geel,   mój   szef   sztabu,   a   te   roboty   przyniosły   napoje   na   dzisiejszy 

bankiet.

Przyjęcie rozkręciło się błyskawicznie. Coraz to nowi oficerowie przyłączali się do 

zabawy, aż zaczęło mnie zastanawiać, kto kieruje flotą. Prawdopodobnie nikt.

- Jak tam wojna? - spytałem.

- Strasznie! - jęknął Sess, wychylając flaszkę jakiegoś zielonkawego obrzydlistwa. 

- Uciekają przed nami, to fakt, ale nie chcą się bić. Morale upada, wojsko mruczy po 

kątach o powrocie do domu. Ale myślę, że musimy walczyć dalej.

- Pomoc jest w drodze!  - krzyknąłem, klepiąc go w plecy, po czym wytarłem 

mackę   starannie   w   obrus.   -   Mam   na   pokładzie   kilku   spragnionych   krwi   i   zemsty 

ochotników. Oprócz tego, że są świetnymi żołnierzami, są też wspaniałymi nawigatorami 

i kucharzami.

- A dużo ich jest? - spytał z nadzieją.

- Cóż, wystarczy po jednym na pancernik. Każdy z nich może przewodzić flotylli, 

a oficerowie floty mogą zgłaszać się do nich po radę czy wsparcie moralne.

- Jesteśmy uratowani! - wrzasnął w zachwycie.

W pewnym sensie, oczywiście... dodałem w myślach, uśmiechając się szeroko na 

prawo i lewo, błyskając zębiskami przebrania i zastanawiając się, ile czasu zajmie moim 

umysłowym sabotażystom załatwienie problemu.

Byli   szybsi,   niż   się   spodziewałem.   Zaraza   rozprzestrzeniała   się   błyskawicznie. 

Cztery   dni   później   Sess   odwiedził   mnie   w   sterowni,   gdzie   używając   wszystkich 

możliwych chwytów, robiłem, co się tylko dało, aby uniemożliwić doścignięcie floty Ligi. 

Popatrzył smętnie pół tuzinem przekrwionych oczu na ekrany i westchnął.

- Nie sypiasz zbyt dobrze? - spytałem uprzejmie.

-   Wszystko   jest   takie   przygnębiające...   Chciałbym   być   w   domu   i   zająć   się 

wylęgiem dzieci. Zapytuję sam siebie, co ja tu właściwie robię.

- A co tu robisz?

- Nie wiem. Straciłem serce do tej wojny.

- Zabawne. Ja stwierdziłam to samo ostatniej nocy. Zauważyłeś, że oni nie są tacy 

wstrętni? Mają mokre oczy i pocą się całkiem, całkiem.

- Masz rację - westchnął. - Między nami mówiąc, nigdy o tym nie pomyślałem. Co 

możemy zrobić?

background image

- Cóż...

Dziesięć godzin później, po lawinie radiogramów, największa armada wojenna, 

jaką kiedykolwiek widziała galaktyka, wykonała twarzowy zakręt o 180 stopni wracając 

do rodzinnych bagien i śmietników.

Podczas pijackiej orgii, która miała miejsce tego wieczoru z okazji zwycięskiego 

zakończenia   wojny   -musieli   biedacy   to   jakoś   nazwać   -   stałem   z   boku,   trzymając   w 

objęciach Angelinę.

- Wiesz, oni są całkiem mili, gdy się do nich człowiek przyzwyczai - powiedziała.

- Nie poszedłbym tak daleko, ale są całkiem nieszkodliwi, gdy zaprzestali wojny.

- Bogaci też są - oznajmił James, nalewając czegoś obrzydliwego do kieliszka.

- Trochę się tu pokręciliśmy - dodał Bolivar, podtaczając się z drugiej strony. - 

Podczas swoich operacji wojennych złupili sporo rożnych banków, które wymietli do 

czysta, wiedząc, jak ceniona jest ich zawartość, choć zupełnie nie rozumiejąc, dlaczego. 

Oni nie używają pieniędzy.

- Lepiej nie wnikaj w ich zasady płatności! -mruknąłem.

-   Wszystko   to   złożyli   w   ładowniach   flagowego   pancernika   -   wtrącił   James.   - 

Zamierzali zastanowić się nad tym w przyszłości.

- Pozwólcie mi zgadnąć - to była Angelina - ładownie są puste?

- Zawsze masz rację, mamusiu. Za to transportowiec jest nieco przeładowany.

-   Musimy   zwrócić   to   właścicielom   -   postanowiłem,   z   przyjemnością   widząc 

zaszokowane spojrzenia dwóch robotów i jednej poczwary.

- Jim! - jęknęła Angelina.

- Spokojnie, jestem przy zdrowych zmysłach. Musimy oddać to, co znaleźliśmy...

- ...a że nie udało się znaleźć zbyt dużo... - dokończyła za mnie.

Coś ciężkiego, sraczkowatej barwy, opatrzone mackami i przyssawkami zwaliło 

się obok na podłogę.

- Za zwycięssstwo!!! Hick!!! Ciiiisza! Ciszszszsza!!! Cudowna Sleepery wzniesie 

toaaaast!

Wszystkie oczy, aparaty wzrokowe, błony optyczne i różne takie, nie licząc trzech 

par normalnych oczu, skierowały się na mnie, gdy wstałem.

-   TOAST!!!   -   wrzasnąłem   entuzjastycznie,   unosząc   zamaszyście   kielich   i 

rozlewając przy okazji połowę zawartości. Wylało się na dywan, wypalając sporą dziurę. 

-   Piję   zdrowie   wszystkich   stworzeń   żyjących   w   naszej   galaktyce:   dużych   i   małych, 

kształtnych  i rozlazłych, wszystkich! Niech pokój i miłość trwają wiecznie. Za życie, 

background image

wolność i przeciwną płeć!!!

I tak lecieliśmy, przemierzając lata świetlne, ku nowej o wiele lepszej przyszłości.

Przynajmniej taką miałem nadzieję.