background image

 
 
 
 

DAY 

LECLAIRE 

 

Królewski 

prezent 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

PROLOG 
Pałac króla Hakema bin Abdul Haidara, królestwo Rahmanu 
 -  Zara,  jak  miło  cię  widzieć!  Bardzo  się  cieszę,  naprawdę 

ogromnie  się  cieszę,  że  już  teraz  do  nas  przyjechałaś!  -  wykrzyknęła 
Rasha. 

Po  czym,  mimo  już  bardzo  mocno  zaawansowanej  ciąży,  dość 

szybkim, energicznym krokiem podeszła do przybyłej i wyciągnęła na 
powitanie obydwie ręce. 

 - Wcale nie byliśmy z mężem pewni, czy twój ojciec pozwoli ci 

przyjechać  do  pałacu  jeszcze  przed  ceremonią  zaślubin  -  dodała  z 
ujmującym uśmiechem. 

Zara usilnie starała się opanować emocje, tak właśnie, jak uczono 

ją  w  domu  od  dziecka.  Powinna  reagować  powściągliwie,  jak 
najspokojniej. 

 -  A  ja  nie  miałam  pewności,  czy  będę  tu,  w  pałacu,  mile 

widziana... tak wcześnie - powiedziała cichym głosem. 

 -  Król  Hakem,  mój  mąż...  -  Rasha  przerwała  w  pół  zdania, 

ponieważ  wargi  zaczęły  jej  nagle  drżeć  ze  zdenerwowania  i  głos 
zaczął się załamywać. 

 -  Tak?  -  rzuciła  dla  zachęty  Zara,  chcąc  jednak  poznać  opinię 

monarchy. 

 -  Mój  mąż,  król  Hakem  bin  Abdul  Haidar...  i  ja,  oczywiście 

również...  -  odezwała  się  Rasha  po  dłuższej  chwili  pełnego  napięcia 
milczenia,  kiedy  już  opanowała  się  na  tyle,  by  kontynuować  - 
jesteśmy naprawdę zadowoleni, że już przyjechałaś. 

 -  Dziękuję.  Najserdeczniej  dziękuję.  To  z  waszej  strony  bardzo 

miłe...  -  stwierdziła  Zara  i  dyplomatycznie  zawiesiła  głos.  Po  czym 
dokończyła  rozpoczęte  zdanie,  ale  już  tylko  w  myślach,  na  własny 
użytek: Chociaż, według mnie, raczej mało prawdopodobne. 

 - Król Hakem, mój mąż, chciałby cię teraz zobaczyć - oznajmiła 

Rasha. 

 - Jestem gotowa. 
Zara  wypowiedziała  te  słowa,  szczerze  dziwiąc  się  sobie,  że  aż 

tak  zręcznie  potrafi  kłamać.  Wcale  bowiem  nie  była  gotowa  na  to 
spotkanie,  nie  chciała  go,  niczego  nie  pragnęła  bardziej,  jak  tego,  by 
nigdy do niego nie doszło! 

Nie miała jednak wyboru. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Nie mogła, nie miała prawa sprzeciwić się żądaniu króla Hakema 

bin  Abdul  Haidara.  Nikt  w  Rahmanie  nie  miał  takiego  prawa,  a  już 
zwłaszcza  młoda,  dwudziestoletnia  kobieta  w  jej  sytuacji  -  zupełnie 
pozbawiona  możliwości  decydowania  o  swoim  losie.  Dlatego,  nawet 
wbrew sobie, musiała wyrazić gotowość. 

 -  Chodźmy  więc,  nie  zwlekajmy  już  dłużej,  zaprowadzę  cię  do 

komnaty króla - cicho rzekła Rasha. 

Opuściły  pomieszczenie  rozświetlone  przez  promienie  słońca, 

swobodnie 

wpadające 

przez 

szereg 

przesłoniętych 

jedynie 

muślinowymi  firankami  okien,  i  ruszyły  długim,  dość  mrocznym 
korytarzem w głąb pałacu. 

Szły  raczej  wolno,  pewnie  ze  względu  na  zaawansowaną  ciążę 

królewskiej  małżonki,  a  być  może  i  dlatego,  by  zyskać  na  czasie  i 
maksymalnie  opóźnić  nieunikniony  moment  spotkania  nowo 
przybyłej z oczekującym na nią Hakemem bin Abdul Haidarem. 

 -  Jakże  się  miewa  ostatnio  twoja  rodzina?  -  spytała  Rasha  po 

drodze. 

 - Dziękuję, mój ojciec i moi bracia miewają się ostatnio całkiem 

dobrze 

odpowiedziała 

Zara, 

posługując 

się 

zdawkową, 

grzecznościową formułką. 

 - Było nam ogromnie przykro usłyszeć o przedwczesnej śmierci 

twojej matki - stwierdziła Rasha z głębokim westchnieniem. 

Nawet w to nie wątpię, pomyślała z goryczą i bolesną rezygnacją 

Zara.  Gdyby  mama  żyła,  wszystko  z  pewnością  potoczyłoby  się 
inaczej, 

zupełnie 

inaczej, 

bo 

przecież 

mama 

na 

pewno 

powstrzymałaby  mojego  ojczyma  przed  podjęciem  tej  bezsensownej 
decyzji.  A  tak,  po  jej  śmierci,  ojczym,  Kadar  bin  Abu  Salman, 
zdecydował  się  złożyć  mnie  jako  ofiarę  na  ołtarzu  swoich 
politycznych ambicji. 

 -  Było  nam  niesamowicie  przykro.  Naprawdę!  -  powtórzyła 

Rasha, przerywając przedłużające się kłopotliwe milczenie. 

 -  Bardzo  mi  mojej  mamy  brakuje  -  odezwała  się  zdławionym 

głosem Zara. - Odkąd moja najbliższa rodzina jest niepełna... 

 -  Teraz  już  my,  to  znaczy  mój  mąż  i  ja,  będziemy  twoją 

najbliższą  rodziną  -  stwierdziła  zdecydowanie  Rasha,  nie  pozwalając 
jej dokończyć zdania. 

Nie  bardzo  wiedząc,  co  powiedzieć  na  te  kategoryczne  słowa 

królewskiej małżonki, Zara na wszelki wypadek zachowała milczenie 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

i  nie  wyraziła  opinii  na  temat  swojego  przymusowego  wejścia  w 
koligacje  z  rodziną  Hakema  bin  Abdul  Haidara.  Spojrzała  tylko  z 
ukosa na idącą obok niej Rashę. 

Oto kobieta prawdziwie piękna i w pełnym tego słowa znaczeniu 

ponętna! - pomyślała. Zmysłowe wydatne usta, duże migdałowe oczy, 
kruczoczarne  gęste  włosy,  cudowna  złotooliwkowa  karnacja  i 
kuszące, zaokrąglone kształty, jakich ja nie mam i nigdy  w  życiu nie 
będę miała. 

Z  faktu,  że  jej  typ  urody  zdecydowanie  odbiega  od  ideału 

uznawanego  w  Rahmanie,  zdała  sobie  sprawę  już  w  wieku  dwunastu 
lat.  Wtedy  była  smukłą,  zielonooką  i  złotowłosą  dziewczynką.  Nie 
przejmowała  się  tym  jednak  dotychczas  ani  trochę,  bo  ze  swego 
wyglądu  miała  ten  jeden  przynajmniej  pożytek,  że  nie  odpowiadała 
kolejnym  mężczyznom,  którym  ojczym,  Kadar  bin  Abu  Salman,  był 
skłonny oddać ją za żonę. 

Myślała, że już zawsze tak będzie. 
Uważała,  że  na  jej  szczęście  nigdy  nie  będzie  odpowiadała 

żadnemu  rahmańskiemu  mężczyźnie,  za  którego  ojciec  zechce  ją 
wydać,  a  którego  ona  nie  ma  najmniejszej  ochoty  poślubić!  Aż  do 
chwili gdy... 

 - Mój mąż, król Hakem bin Abdul Haidar, czeka na nas w swoich 

apartamentach  -  odezwała  się  Rasha,  przerywając  milczenie.  - 
Wybieramy właśnie prezent urodzinowy dla jego kuzyna, szejka. 

 -  Prezent  dla  szejka  -  powtórzyła  machinalnie  Zara,  wyrwana 

przez królewską małżonkę z dość głębokiego zamyślenia. 

 - Tak, dla szejka Malika Haidara, bliskiego kuzyna mojego męża. 

Ty go chyba nie pamiętasz z dawnych lat, prawda? - zapytała Rasha. 

Zara  w  istocie  nie  pamiętała  szejka  Malika,  niemniej  jednak 

doskonałe  wiedziała  o  jego  istnieniu.  Często  słyszała  w  swoim 
rodzinnym  domu,  jak  mówiono  o  nim,  że  jest  pozbawionym  honoru 
człowiekiem,  złym  księciem,  który  chce  zniszczyć  królestwo 
Rahmanu,  a  także  zrujnować  jej  ojczyma  Kadara  bin  Abu  Salmana  i 
wszystkie  jego  dzieci,  cały  ród.  Z  powtarzanych  konspiracyjnym 
szeptem  opowieści  wiedziała,  że  jest  bezwzględnym,  cynicznym 
mordercą i w ogóle prawdziwym nieszczęściem całego królestwa. 

 -  Szejk  Malik  Haidar,  kuzyn  króla  Hakema,  był  chyba  niegdyś 

pretendentem do rahmańskiego tronu, czy tak? - rzuciła ostrożnie, nie 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

chcąc niepotrzebnie ujawniać niczego więcej ze swej wiedzy o szejku 
Maliku. 

 -  Owszem.  Jako  książę  krwi,  pierworodny  syn  i  jedyny  męski 

potomek  poprzedniego  króla,  był  po  przedwczesnej  śmierci  swego 
ojca pierwszym w kolejności pretendentem 

 -  uściśliła  Rasha.  -  Na  szczęście  jednak  dobrowolnie 

zrezygnował z ubiegania się o tron. 

 -  Na  szczęście  zrezygnował.  -  Zara  znowu  machinalnie 

powtórzyła słowa swojej rozmówczyni. 

 -  Tak,  na  szczęście  dla  mnie,  bo  gdyby  nie  zrezygnował,  to 

byłabym  teraz  jego  żoną,  a  nie  żoną  Hakema  -  wyjaśniła  Rasha.  -  A 
zupełnie  nie  potrafię  sobie  wyobrazić,  że  mogłabym  być  żoną 
kogokolwiek innego niż Hakem. Jakiegokolwiek innego mężczyzny - 
dodała. 

Szczęśliwa z niej kobieta, skoro prawdziwie kocha mężczyznę, za 

którego  wydano  ją  za  mąż,  a  nawet  wręcz  go  uwielbia!  -  pomyślała 
Zara z odrobiną rozżalenia i trudnej do stłumienia zazdrości. Po czym, 
przypomniawszy  sobie  raz  jeszcze  wszystkie  straszliwe  opowieści  o 
złym szejku, zasłyszane w rodzinnym domu, zapytała tyleż zdziwiona, 
co strwożona: 

 -  Dlaczego  twój  mąż  wysyła  Malikowi  prezenty?  Rasha 

uśmiechnęła się pobłażliwie. 

 - Nie powinnaś bezkrytycznie wierzyć we wszystko, co być może 

mówiono ci na jego temat - stwierdziła. 

 -  Nie  zapominaj,  że  król  Hakem  i  szejk  Malik,  jako  najbliżsi 

kuzyni, pozostają w dobrych, prawdziwie braterskich stosunkach. 

 - Myślałam, że szejk Malik wyemigrował za granicę i na zawsze 

opuścił kraj - odezwała się Zara. 

 -  Owszem.  Żeby  zapewnić  krajowi  pokój,  a  ludziom 

bezpieczeństwo  i  pomyślność,  szejk  Malik  dobrowolnie  zrezygnował 
z  królewskiego  tronu  i  przeniósł  się  na  stałe  do  Stanów 
Zjednoczonych. Król Hakem dość często go tam odwiedza. 

 - Doprawdy? - rzuciła ze zdziwieniem Zara. 
Nie zdołała jednak powiedzieć już nic więcej, ponieważ akurat w 

tym  momencie  znalazły  się  przed  masywnymi  ozdobnymi  drzwiami. 
Rasha  gestem  dłoni,  pełnym  prawdziwie  królewskiej  godności, 
nakazała  jej  otworzyć.  Zara  posłusznie  nacisnęła  złotą,  misternie 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

rzeźbioną  klamkę.  Nieśmiało,  ostrożnie  uchyliwszy  odrzwia, 
przepuściła Rashę przodem, po czym wsunęła się za nią do środka. 

Znalazły  się  w  obszernej  pałacowej  komnacie,  bez  porównania 

większej  niż  ta,  w  której  się  wcześniej  spotkały,  ale  równie  jasnej, 
przesyconej słońcem. 

Król Hakem bin Abdul Haidar siedział  w ustawionym na środku 

komnaty  fotelu  i  w  skupieniu  przyglądał  się  sześciu  młodym, 
urodziwym  kobietom,  stojącym  przed  nim  w  karnym,  nieruchomym 
szeregu. 

Rasha podeszła do niego i odezwała się półgłosem: 
 - Ona już tu jest. 
Zara  zatrzymała  się  tuż  przy  drzwiach  i  tak,  jak  ją  uczono  w 

domu,  natychmiast  uklękła  z  pochyloną  nisko  głową  i  wzrokiem 
wbitym  w  marmurową  posadzkę.  Nie  widziała  więc,  tylko  po  trosze 
słyszała,  a  po  trosze  domyślała  się,  że  król  Hakem  bin  Abdul  Haidar 
wstaje  z  fotela  i  krocząc  bez  pośpiechu,  z  prawdziwie  monarszą 
godnością, podchodzi do niej. 

 -  Powstań,  Zaro!  -  rozkazał,  zatrzymawszy  się  w  niewielkiej 

odległości, na tyle blisko, że widziała już czubki jego butów. 

Posłusznie podniosła się z klęczek. 
 -  Odsłoń  oblicze!  -  polecił.  -  Czy  nie  powiadomiono  jej  jeszcze 

do tej pory - zwrócił się z zapytaniem do żony - że nie wymagam od 
kobiet  noszenia  kwefu  i  zasłaniania  twarzy  tu,  w  murach  mojego 
pałacu? 

 -  Ona  nosi  kwef,  bo  Kadar  bin  Abu  Salman,  jej  ojciec,  tego  od 

niej wymaga - wyjaśniła Rasha. - Jest bardzo surowy i rygorystycznie 
przestrzega tradycji - dodała. 

 - Rozumiem - mruknął Hakem, kiwając głową. I zaczął uważnie 

przyglądać się Zarze, która zdążyła już odrzucić do tyłu gęsty czarny 
woal, jeszcze przed chwilą całkowicie przesłaniający jej twarz. 

Miała jasną, a nawet bardzo jasną, alabastrową cerę, duże zielone 

oczy  i  dość  długie,  lekko  kręcone  złociste  włosy.  Ponieważ  w 
pustynnym  królestwie  Rahmanu  panował  zastarzały  przesąd,  że 
wszystkie  blondynki  są  z  natury  skłonne  do  niezbyt  moralnego 
prowadzenia  się,  te  złociste  pukle  w  większym  jeszcze  stopniu  niż 
smukła,  dziewczęco  wiotka  sylwetka,  chroniły  ją  przed  niechcianym 
zamążpójściem. To znaczy - do tej pory ją chroniły. 

 - Zara, czy ty zgodziłaś się na to małżeństwo? - zapytał król. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Czcigodny  panie!  Mój  ojczym  wyjaśnił  mi,  że  powinnam  się 

zgodzić z radością i wdzięcznością - odparta dyplomatycznie. 

 - A co do twoich pragnień? 
 -  Moi  najbliżsi,  ojczym  i  przyrodni  bracia,  pragną  dla  mnie 

prawdziwego  szczęścia,  czcigodny  panie.  Mam  już  skończone 
dwadzieścia lat, moja matka nie żyje od roku. To małżeństwo jest dla 
mnie  uśmiechem  losu  i  zaszczytem,  jakiego  absolutnie  nie  wolno  mi 
odrzucić.  Jest  to  pogląd  całej  mojej  rodziny,  to  znaczy  ojczyma  i 
pięciu przyrodnich braci - dodała gwoli uściślenia. 

Król Hakem ponownie pokiwał głową. 
 -  A  co  dzieje  się  z  twoją  amerykańską  rodziną,  Zaro?  - 

zainteresował  się  nieoczekiwanie.  -  Kogo  masz  w  Stanach 
Zjednoczonych ze strony zmarłego ojca? 

 - Z tego, co wiem od mojej zmarłej matki, czcigodny panie, mam 

tam  tylko  jego  ciotkę,  która  zresztą  być  może  już  nie  żyje  - 
odpowiedziała. 

 - A ze strony matki? 
 -  Mam  babkę,  która  nie  chciała  znać  mojej  matki  od  chwili  jej 

ślubu z Kadarem i zerwała z nią wszelkie kontakty. 

Król Hakem w zamyśleniu pokiwał głową po raz trzeci. 
 - Co będzie, jeżeli ją odeślę? - zwrócił się po chwili milczenia z 

pytaniem do żony. 

 - Kadar bin Abu Salman poczyta to sobie za śmiertelną obrazę - 

odparła bez zastanowienia Rasha. 

 -  I  ze  złości  wyda  mnie  za  swojego  owdowiałego  wuja, 

czcigodny  panie  -  wtrąciła  Zara,  nie  zdoławszy  się  opanować  i 
zachować 

milczenia. 

Za 

swego 

owdowiałego 

siedemdziesięcioletniego wuja! 

Król Hakem bin Abdul Haidar pokiwał ze zrozumieniem głową i 

uśmiechnął się dobrotliwie. 

 - A ty nie chcesz być żoną starca? - zapytał. 
 - Nie chcę, czcigodny panie - odpowiedziała Zara. 
 -  Już  wolisz  być  drugą  żoną  króla,  chociaż  on  wcale  jej  nie 

potrzebuje,  bo  z  całego  serca  kocha  swoją  pierwszą  żonę?  -  Hakem 
postawił kolejne pytanie, spoglądając przy tym z ogromną czułością i 
bezgraniczną miłością na Rashę. 

 - Z dwojga złego już wolę! - szepnęła Zara. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

I  uzmysłowiwszy  sobie,  niestety  poniewczasie,  że  popełniła 

niewybaczalną  gafę,  padła  znowu  na  kolana,  aby  pokorną  postawą 
złagodzić, na ile tylko to będzie możliwe, słuszny królewski gniew. 

W  pełnej  napięcia  ciszy,  jaka  zapanowała  w  komnacie, 

poszczególne  sekundy  zdawały  się  ciągnąć  niczym  godziny. 
Nieskończenie  długo  czekała  więc  wylękniona  Zara  na  reakcję  króla 
Hakema,  spodziewając  się,  że  na  jej  pochyloną  nisko  głowę  spadną 
lada  moment  prawdziwe  gromy.  Ostatecznie  doczekała  się  jednak 
tylko... gromkiego śmiechu! 

 -  Jak  widzę  i  słyszę,  niesamowicie  rezolutna  z  ciebie 

dziewczyna! Umiesz dokonać właściwego  wyboru z dwu możliwości 
- stwierdził rozbawiony król. - Dlatego wstań teraz... 

Zara posłusznie podniosła się z klęczek. 
 -  ...i  spróbuj  rozwiązać  nieco  trudniejsze  zadanie,  dokonując 

właściwego  wyboru  spośród  aż  sześciu  możliwości  -  dokończył 
przerwane zdanie Hakem. 

 - To znaczy, czcigodny panie? - Speszona Zara, mimo wrodzonej 

bystrości umysłu, nie zdołała samodzielnie rozszyfrować królewskich 
oczekiwań. 

 -  To  znaczy  pomóż  mi  wyszukać  pośród  zgromadzonych  tu 

sześciu  kobiet  -  król  wskazał  na  nieruchomy  szereg  orientalnych 
piękności  -  tę  najodpowiedniejszą  dla  mego  kuzyna,  szejka  Malika 
Haidara,  jako  prezent  z  okazji  jego  przypadających  już  niebawem 
okrągłych trzydziestych urodzin. 

 -  Zamierzasz  wysłać  swemu  kuzynowi  w  urodzinowym 

prezencie kobietę, czcigodny panie? - zdumiała się Zara. 

 -  Z  innych  dóbr  tego  świata  ma  on  już  chyba  wszystko  -  rzekł 

filozoficznym  tonem  król  Hakem.  -  A  że  tam,  na  obczyźnie,  w 
dalekiej Ameryce, w Kalifornii, z pewnością czuje się trochę samotny, 
powinien się ucieszyć z towarzystwa urodziwej kobiety, pochodzącej 
na  dodatek  z  jego  rodzinnego  kraju  i  posługującej  się  jego  ojczystą 
mową, a nie tylko językiem angielskim. 

 -  Ale  czy  ona,  czcigodny  panie...  ta  kobieta,  którą  ewentualnie 

wybiorę... czy ona również będzie się cieszyła z wyjazdu z rodzinnego 
kraju  do  dalekiej  i  obcej  Ameryki?  I  jak  ona  będzie  się  czuła  w  roli 
prezentu  dla  szejka,  którego  nawet  nie  zna?  -  Zara  wciąż  była  pełna 
wątpliwości. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Wszystkie te piękne i mimo młodego  wieku już doświadczone 

w  miłosnym  kunszcie  kobiety  zgłosiły  się  do  pałacu  dobrowolnie, 
odpowiadając  na  mój  apel.  Sądzę,  że  poczytują  sobie  za  honor 
możliwość ukojenia tęsknoty królewskiego kuzyna - wyjaśnił Hakem. 
- Szejka Malika wprawdzie nie znają i nigdy nie widziały go na oczy, 
niemniej jednak wiedzą doskonale ze słyszenia, że jest on wyjątkowo 
przystojnym mężczyzną. 

 - A ja słyszałam... - nieopatrznie odezwała się Zara, natychmiast 

jednak speszona umilkła. 

Król  Hakem  bin  Abdul  Haidar  zmarszczył  czoło,  nastroszył 

groźnie  brwi  i  zmierzył  ją  przenikliwym  spojrzeniem  czarnych, 
roziskrzonych oczu. 

 -  Domyślam  się,  Zaro,  co  mogłaś  słyszeć  w  domu  swego 

ojczyma  Kadara  bin  Abu  Salmana  na  temat  szejka  Malika  Haidara, 
mojego najbliższego kuzyna - stwierdził. 

 -  Tutaj,  w  pałacu  Haidar,  gdzie  jako  książę  krwi  przyszedł  na 

świat  i  mieszkał  przez  pierwszych  dwadzieścia  lat  swojego  życia,  aż 
do  chwili  wyjazdu  do  Ameryki,  radzę  ci  jednak  zapomnieć  o 
wszystkich  tych  złośliwych  pomówieniach  i  wierutnych  kłamstwach. 
Czy wyraziłem się dość jasno? 

 - Tak, czcigodny panie - potwierdziła skwapliwie. 
 -  No  więc  nie  ociągaj  się  już  dłużej,  tylko  wybieraj!  -  rozkazał 

król.  -  Jedną  z  tych  sześciu  urodziwych  niewiast,  jako  prezent  dla 
szejka! 

Zara  postąpiła kilkanaście  kroków  i stanęła  naprzeciwko  szeregu 

atrakcyjnych  rahmańskich  kobiet,  oczekujących  w  bezruchu  na  jej 
decyzję. Król Hakem bin Abdul Haidar wymienił kolejno ich imiona, 
a  ona  po  krótkim  namyśle  wskazała  -  rozmyślnie  wskazała  -  na  tę 
najmłodszą  i  najszczuplejszą,  imieniem  Matana.  Wskazała  na  tę 
kobietę  zatem,  która  najbardziej  była  do  niej  podobna,  przynajmniej 
jeżeli chodzi o sylwetkę. 

Niespodziewanie  przyszło  jej  bowiem  do  głowy,  że  z  dwu 

możliwości  można  niekiedy  wybrać...  tę  trzecią!  A  z  sześciu  kobiet, 
gotowych odegrać rolę urodzinowego prezentu dla szejka - tę siódmą. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 
San Francisco, Kalifornia 
 - Dziękujemy ci, że zechciałeś nas przyjąć, czcigodny książę. 
Dwaj  smagli,  czarnoocy  i  czarnowłosi  mężczyźni,  ubrani  w 

tradycyjne  szaty  królestwa  Rahmanu  -  długie  do  ziemi  luźne  białe 
koszule  i  białe  turbany,  haftowane  złotem  na  znak,  że  noszący  je 
przynależą  do  królewskiego  dworu  -  wsunęli  się  do  gabinetu  i 
zatrzymawszy się tuż przy drzwiach, równocześnie, jak na dany znak, 
pokłonili się w pas. 

 -  Bądź  pozdrowiony,  czcigodny  książę  -  wypowiedział  w 

rahmańskim języku powitalną formułę pierwszy z nich, nieco wyższy 
i tęższy 

A  drugi,  drobniejszy  i  sądząc  z  powierzchowności,  trochę 

młodszy, uzupełnił powitanie prezentacją: 

 - Ja jestem Ali, a to Dżamil, do twoich usług, czcigodny książę. 

Jesteśmy wysłannikami króla Hakema. 

Szejk  Malik  Haidar,  przystojny  mężczyzna  o  typowo  orientalnej 

urodzie,  a  zatem,  podobnie  jak  obydwaj  przybysze,  smagły, 
czarnowłosy i czarnooki - ubrany jednak nie w rahmańską szatę, tylko 
w  klasyczny  garnitur  amerykańskiego  biznesmena  -  skinął  głową  w 
odpowiedzi  na  ich  głęboki  ukłon.  Po  czym  uniósł  się  zza  biurka  i 
odezwał  się  uprzejmym,  ale  naznaczonym  pewną  rezerwą  tonem, 
jakim zapewne zazwyczaj prowadził wstępne rozmowy o interesach: 

 -  Miło  was  widzieć,  Ali  i  Dżamilu.  Z  czym  do  mnie 

przybywacie? 

 - Ze specjalną przesyłką od jego królewskiej wysokości Hakema 

bin Abdul Haidara - odpowiedział Ali. 

 -  To  znaczy  z  prezentem  urodzinowym  dla  ciebie,  czcigodny 

książę, od króla Rahmanu - uściślił Dżamil. 

Szejk Malik uśmiechnął się z zadumą. 
Kuzyn  Hakem,  na  rzecz  którego  przed  dziesięciu  laty 

dobrowolnie  zrzekł  się  tronu,  przysyłał  mu  corocznie  w  dowód 
wdzięcznej  pamięci  o  tym  wielkodusznym  geście  jakiś  cenny,  ale 
całkowicie  nieprzydatny  podarunek.  Na  przykład  kosztowny  klejnot, 
którym  jako  pan  Haidar,  amerykański  biznesmen,  nigdy  potem  nie 
miał  okazji  się  przyozdabiać.  Albo  orientalne  dzieło  sztuki,  którego 
nigdy potem nie eksponował ani w swoim śródmiejskim biurze, ani w 
położonej na przedmieściach San Francisco prywatnej rezydencji. Nie 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

chciał,  by  budziło  w  nim  bolesną  tęsknotę  za  utraconą  bezpowrotnie 
ojczyzną. 

 -  Jakiż  to prezent?  -  zapytał,  nie  tyle  z  zaciekawienia przesyłką, 

ile przez kurtuazję dla ofiarodawcy i jego niezwykle przejętych swoją 
rolą  wysłanników,  przybyłych  z  urodzinowym  podarunkiem  z 
drugiego końca świata. 

 - Jeśli pozwolisz, czcigodny książę, to zamiast odpowiadać na to 

pytanie,  za  chwilę  go  tutaj  przyniesiemy  i  zaprezentujemy  jako 
niespodziankę, zgodnie ze szczegółowymi instrukcjami przekazanymi 
nam  przez  jego  królewską  wysokość  Hakema  bin  Abdul  Haidara  - 
odezwał się Ali. 

 -  Prezent  jest  dość  pokaźny,  czcigodny  książę,  więc  nie 

chcieliśmy  wchodzić  z  nim  do  biura  bez  twojego  uprzedniego 
zezwolenia i zostawiliśmy go w wynajętym samochodzie bagażowym, 
który stoi na parkingu przed budynkiem - dodał gwoli dokładniejszego 
wyjaśnienia Dżamil. 

Szejk Malik roześmiał się. 
 -  Gdybym  nawet  wcześniej  nie  był  zainteresowany  tym 

królewskim  prezentem,  to  w  tej  chwili  już  na  pewno  nie  zdołałbym 
poskromić  ciekawości  -  stwierdził.  -  Dlatego  idźcie  i  jak  najprędzej 
wracajcie! 

Ali i Dżamil ponownie się pokłonili, po czym wyszli, a właściwie 

wybiegli  z  gabinetu pośpiesznym  truchcikiem.  Szejk  Malik  ruszył  za 
nimi, dotarł jednak tylko do otwartych drzwi, w których się zatrzymał, 
by polecić urzędującej w przyległym frontowym pokoju sekretarce: 

 -  Proszę  nie  przełączać  do  mnie  przez  najbliższą  godzinę 

żadnych  telefonów,  Alice.  A  kiedy  znów  zjawią  się  ci  dwaj 
dżentelmeni z Rahmanu, proszę podać do mojego gabinetu trzy kawy. 

Dżentelmeni  zjawili  się  niebawem,  z  wyraźnie  widocznym 

wysiłkiem  dźwigając  na  ramionach  zwinięty  luźno  w  gruby  rulon 
dywan.  Z  komicznie  tajemniczymi  minami  położyli  go  na  podłodze 
pośrodku gabinetu i powoli zaczęli rozwijać. 

Oczom  księcia  najpierw  ukazał  się  misterny  orientalny  wzór 

wielobarwnego  kobierca,  pracowicie  utkany  przez  najznakomitszych 
rahmańskich  mistrzów,  a  na  koniec...  rahmańska  kobieta  spowita  w 
powłóczystą  szatę,  osłaniającą  ją  od  stóp  po  sam  czubek  głowy, 
łącznie z twarzą! 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Uwolniona  z  rulonu  kobieta  natychmiast  zerwała  się  na  równe 

nogi. 

 - Ci dwaj dranie nie uprzedzili mnie, że będę tak zapakowana! - 

jęknęła.  -  O  mało  się  nie  udusiłam  w  tym  nagrzanym  samochodzie, 
zawinięta w tę przeklętą wełnę! 

Otrząsnęła  się,  chcąc  jakoś  uporządkować  na  sobie  zmiętą  w 

czasie nietypowego transportu szatę z cieniutkiej bawełnianej tkaniny. 
Tkanina  owa  -  rodzaj  muślinu  -  była  czarna  i  całkiem  przezroczysta. 
Osłaniała  więc  ciało  kobiety  na  tyle  tylko,  by  jeszcze  bardziej 
pobudzić  pożądliwe  zainteresowanie  każdego  patrzącego  na  nią 
mężczyzny. 

Zaskoczony  niezwykłym  prezentem  szejk  Malik  musiał  zrobić  z 

wrażenia  trudną  do  jednoznacznego  zinterpretowania  minę,  bo  Ali, 
zerknąwszy ostrożnie w jego stronę, spytał z obawą: 

 -  Czyżbyś  nie  był,  czcigodny  książę,  zadowolony  z 

urodzinowego podarunku od jego królewskiej wysokości Hakema bin 
Abdul Haidara? 

A Dżamil, nie czekając na odpowiedź, dodał szybko: 
 -  Jeśliby  tak  było,  czcigodny  książę,  to  zostaliśmy  upoważnieni 

przez  króla  Hakema  do  odwiezienia  tego  podarunku...  to  znaczy  tej 
kobiety, oczywiście już bez kobierca... z powrotem do Rahmanu. 

 -  Ależ,  nie  ma  mowy!  -  wykrzyknął  energicznie  szejk, 

opanowawszy  się  błyskawicznie  i  odzyskawszy  dawny  kontenans.  - 
Złóżcie  królowi  Hakemowi  moje  stokrotne  podziękowanie  za  jego 
niezwykłą hojność, a prezent zostawcie w spokoju. 

Ali i Dżamil skłonili się, potwierdzając w ten sposób bez słów, że 

książęca wola zostanie przez nich w całej rozciągłości spełniona. 

Kobieta  w  czerni  również  pochyliła  się  w  ukłonie.  I  akurat  w 

momencie,  gdy  cała  egzotyczna  trójka  gięła  się  czołobitnie  przed 
szejkiem,  do  gabinetu  wkroczyła  sekretarka  z  kawą.  Nie  bardzo 
pojmując, w jaki to magiczny sposób z trzech obecnych dotychczas w 
gabinecie  osób  zrobiły  się  nagle  cztery,  w  tym  jedna  płci  żeńskiej, 
wykrztusiła: 

 - Czy mam... podać... jeszcze jedną... dodatkową filiżankę, panie 

Haidar? 

 -  Dziękuję,  Alice,  nie  trzeba  -  odparł  łagodnym  tonem  szejk 

Malik. - Proszę raczej zaprowadzić tych dwu dżentelmenów - wskazał 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

na Alego i Dżamila - do sali konferencyjnej i tam w moim zastępstwie 
wypić z nimi kawę, którą pani przygotowała. 

 - Rozumiem, panie Haidar. 
 -  A  mnie  proszę  zostawić  sam  na  sam  z  tą  młodą  osobą,  która 

przybyła  z  Rahmanu  w  tym  oto  „latającym  dywanie".  -  Wskazał  z 
lekkim uśmiechem na efektowny  wielobarwny kobierzec. - Ta młoda 
kobieta  przybyła  do  San  Francisco  aż  z  Rahmanu  jako  mój  prezent 
urodzinowy  od  mego  kuzyna,  króla  Hakema  bin  Abdul  Haidara  - 
dodał gwoli wyjaśnienia. 

 -  Rozumiem,  panie  Haidar  -  powtórzyła  sekretarka,  kobieta 

dobrze już po pięćdziesiątce. - Wszystko rozumiem. 

Wyraz  jej  twarzy  świadczył  jednak  o  tym,  że  w  istocie  nie 

rozumiała  niczego,  a  co  najwyżej  przyznawała  w  duchu  swemu 
pracodawcy  prawo  do  egzotycznych  obyczajów.  Tak  czy  inaczej, 
zachowując  profesjonalną  powściągliwość,  nie  próbowała  jednak 
dowiedzieć  się  niczego  poza  tym,  co  szejk  sam  zdecydował  się  jej 
wyjawić.  I  zgodnie  z  poleceniem  wyprowadziła  z  gabinetu  Alego  i 
Dżamila,  zabierając  tacę  z  filiżankami  i  kawą  i  dokładnie  zamykając 
za sobą drzwi. 

Szejk  Malik  Haidar  pozostał  sam  na  sam  ze  spowitą  w  czerń 

kobietą. 

 - Podejdź bliżej - polecił jej, najpierw po angielsku, a potem, na 

wypadek  gdyby  nie  rozumiała  tego  języka,  w  rodzimej  mowie 
królestwa Rahmanu. 

Posłusznie  postąpiła  kilka  drobnych,  trochę  niepewnych  kroków 

w jego stronę. 

 - Odsłoń twarz. 
Kobieta  westchnęła  głęboko,  jakby  w  obawie,  że  widok  jej 

oblicza  może  szejka  zaskoczyć,  a  nawet  wręcz  zdeprymować,  po 
czym  energicznym,  po  trosze  desperackim  gestem  zrzuciła  gęsty 
czarny welon, osłaniający ją od czubka głowy po ramiona. 

Miała  świetliste  zielone  oczy  i  kruczoczarne  włosy,  dziwnie 

kontrastujące z jasną, a nawet bardzo jasną, alabastrową karnacją. 

 -  Pochodzisz  z  Rahmanu?  -  zapytał  szejk,  spoglądając  na  nią 

przenikliwie spod lekko zmarszczonych brwi. 

 - Tak, czcigodny książę, z Rahmanu. A dokładnie, z południowej 

prowincji - odpowiedziała, wyraźnie zdenerwowana. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  To  znaczy  stamtąd,  gdzie  wszechwładnie  rządzi  niejaki  Kadar 

bin Abu Salman? 

Kiedy  kobieta  pochyliła  się  w  niskim  ukłonie,  udzielając  w  ten 

sposób  bez  słów  potwierdzającej  odpowiedzi  na  zadane  jej  pytanie, 
spostrzegawczy  szejk  zauważył,  że  jej  kruczoczarne  pukle  to... 
najzwyklejsza i to dość tandetna peruka! 

 - Dlaczego kryjesz przede mną swoje prawdziwe włosy, kobieto? 

- rzucił dość ostro. 

 -  Bo  moje  prawdziwe  włosy  są  jasnoblond,  czcigodny  książę!  - 

jęknęła zakłopotana, zrywając z głowy perukę. 

W  złocistym  obramowaniu  włosów  subtelna  uroda  jej  twarzy 

zajaśniała naturalnym, pełnym, wspaniale harmonijnym blaskiem. 

 - Jesteś niezwykle piękna - stwierdził szejk. Kobieta zarumieniła 

się, zawstydzona nieoczekiwanym komplementem. 

 - I jak widzę, bardzo młoda - dodał Malik. W milczeniu skłoniła 

się po raz kolejny. 

 -  Ale  wyglądasz  raczej  na  Amerykankę  niż  na  mieszkankę 

orientalnego Rahmanu. 

Na  te  słowa  delikatny  rumieniec  na  twarzy  kobiety  przeszedł, 

najwyraźniej pod wpływem zdenerwowania, w ognisty pąs. 

 -  Jestem  dziewczyną  z  Rahmanu,  czcigodny  książę,  z 

południowej  prowincji!  -  zdławionym  głosem  zapewniła  szejka.  -  Na 
imię  mam  Zara.  Król  Hakem  bin  Abdul  Haidar  przysłał  mnie  tu  do 
ciebie do Ameryki jako urodzinowy prezent. 

 - No dobrze już, dobrze... - mruknął pojednawczym tonem Malik. 

- Znasz angielski? 

Zara skinęła głową. 
 -  Więc  powtórz  w  tym  języku  to  samo,  co  powiedziałaś  przed 

chwilą. 

Angielszczyzna  Zary  okazała  się  bezbłędna,  wręcz  doskonała, 

nieznacznie tylko zabarwiona obcym akcentem. 

 - Zadziwiasz mnie - stwierdził szejk. 
 -  Staram  się,  panie  -  odezwała  się  rezolutnie.  -  Urodzinowy 

królewski prezent powinien przecież być zadziwiający! 

 - Cóż, racja - przyznał. 
Zmierzył Zarę raz jeszcze przenikliwym wzrokiem. 
Nie  był  tego  do  końca  pewien,  ale  odniósł  wrażenie,  że  poza 

egzotyczną  czarną  szatą  z  leciutkiej niczym  mgiełka  bawełny  nie  ma 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

na sobie niczego więcej, żadnych dodatkowych osłon, kryjących łono, 
pośladki i biust, żadnej bielizny. Z całą pewnością nie miała też butów 
na nogach. 

 -  Jak  na  pobyt  w  Ameryce,  nie  jesteś  najlepiej  wyposażona  - 

zauważył z  lekka ironicznie, starając się zachować dystans, utrzymać 
temperament  na  wodzy  i  nie  poddać  się  zbyt  wcześnie  zmysłowej 
gorączce.  -  Dywan,  peruka,  welon  i  ta  półprzezroczysta  orientalna 
kreacja  to  trochę  za  mało.  Trzeba  ci  będzie  sprawić  jakąś  garderobę, 
żebyś nie wzbudzała niepotrzebnej sensacji w San Francisco. 

 - Och, czcigodny książę! - wykrzyknęła Zara, uradowana faktem, 

że  Malik  najwyraźniej  akceptuje  ją  jako  urodzinowy  prezent  i 
decyduje  się  zatrzymać  ją  w  Stanach  Zjednoczonych  na  dłużej.  - 
Jesteś po prostu cudowny w swojej wspaniałomyślności! 

 - Więc mnie pocałuj - zarządził szejk. Posłusznie ruszyła w jego 

stronę,  ale  nagle  zatrzymała  się  i  wyraźnie  zawstydzona,  nie 
wiedziała, co powinna zrobić. 

 - Nie udawaj, że nie potrafisz - mruknął zniecierpliwiony Malik. 

-  Przecież  król  Hakem  nie  przysłałby  mi  z  drugiego  końca  świata  w 
urodzinowym  prezencie  kobiety,  która  nie  byłaby  odpowiednio 
doświadczona w miłosnym kunszcie. 

Zara  zarumieniła  się,  po  czym  głęboko  westchnęła  i  na 

chwiejnych nogach podeszła blisko do szejka Malika. 

Pokonawszy  dystans,  jaki  ją  dzielił  od  mężczyzny,  któremu 

została  ofiarowana  w  urodzinowym  prezencie,  musiała  jeszcze 
pokonać  własne  skrępowanie.  Nie  mając  innego  wyjścia,  zdobyła  się 
jednak  i  na  to.  Przymknęła  oczy,  zarzuciła  szejkowi  ręce  na  szyję, 
przywarła  do  niego  całym  ciałem  i  z  prawdziwie  straceńczą  brawurą 
wpiła się wargami w jego gorące usta. 

W pierwszym momencie powodował nią tylko strach. Bała się, że 

jeśli  nie  zadowoli  Malika,  nie  spełni  jego  żądania  i  wszystkich  jego 
oczekiwań,  to  odeśle  ją  z  powrotem  pod  kuratelą  Alego  i  Dżamila 
tam,  skąd  przybyła,  czyli  do  królestwa  Rahmanu,  na  monarszy  dwór 
swego kuzyna Hakema bin Abdul Haidara. 

Hakem  zaś,  najsłuszniej  rozgniewany  tym,  że  potajemnie 

zastąpiła  Matanę  w  roli  prezentu  urodzinowego  dla  szejka  i  bez  jego 
królewskiej zgody opuściła pałac, udając się do dalekiej Ameryki, nie 
zechce jej już za drugą po Rashy małżonkę, tylko natychmiast odeśle 
ją do ojczyma, Kadara bin Abu Salmana. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

A rozgniewany Kadar natychmiast za karę wyda ją za lubieżnego 

i  pokracznego  starca  z  pustynnej  osady,  swego  owdowiałego 
siedemdziesięcioletniego  wuja.  I  wobec  takiego  obrotu  spraw  jej 
pielęgnowane  już  od  wielu  lat  dwa  wielkie  marzenia  -  o  zaznaniu 
prawdziwej  miłości  oraz  o  odwiedzeniu  Stanów  Zjednoczonych, 
rodzinnego  kraju  zmarłej  matki  i  odnalezieniu  nieznanych 
amerykańskich krewnych - nigdy się już nie spełnią! 

W  obawie  przed  tak  fatalnym  zakończeniem  ryzykownej 

eskapady Zara zdecydowała się na mniejsze zło, czyli na pocałunek z 
szejkiem.  Wprawdzie  pod  wpływem  zasłyszanych  w  dzieciństwie 
pełnych  grozy  opowieści  szejk  Malik  budził  w  niej  lęk,  był  jednak 
naprawdę przystojnym mężczyzną i miał zaledwie trzydzieści lat. 

Chcąc odegrać jak najlepiej rolę kobiety doświadczonej w sztuce 

miłości, przywarła do niego całym ciałem, wpiła się  wargami w jego 
usta...  i  wtedy  poczuła  nagle,  ku  własnemu  zdumieniu,  że  zaczyna 
dziać  się  z  nią  coś  dziwnego.  Opuszcza  ją  dotychczasowa 
niepewność!  To, co uważała jeszcze  przed chwilą jedynie za przykry 
obowiązek,  staje  się  dla  niej  coraz  intensywniejszą  przyjemnością,  a 
jej  dotychczasowe  skrępowanie,  onieśmielenie  i  zawstydzenie 
przeradza  się  nagle  w  gwałtowną,  niepohamowaną  namiętność,  w 
zmysłową rozkosz! 

Szejk,  zorientowawszy  się  bez  trudu,  że  nie  jest  mu  niechętna, 

objął ją ramionami i przycisnął do siebie jeszcze mocniej. A po chwili, 
ciągle  złączony  z  nią  w  gorącym  pocałunku,  zaczął  wędrować 
wprawnymi  dłońmi  po  jej  gibkim  ciele,  szukając  miejsc  szczególnie 
wrażliwych na dotyk i odnajdując je z zadziwiającą łatwością. 

Szlak  jego  pieszczot  biegł  z  początku  w  dół,  od  ramion  Zary, 

poprzez  jej  plecy,  ku  wypukłościom  pośladków.  Następnie  zmienił 
kierunek,  aby  minąwszy  biodra,  skierować  się  w  górę,  ku  raczej 
drobnym, ale cudownie osadzonym i zadziwiająco jędrnym piersiom. 
A później znowu zszedł  w dół, dążąc, przez płaski brzuch i kształtny 
pępek,  prosto  ku  miejscu,  w  którym  czuła  najsilniejszy, 
najintensywniejszy, 

ale 

zarazem 

najsłodszy 

najbardziej 

obezwładniający napór namiętności. . 

Drżała  z  przejęcia  niczym  z  zimna,  choć  jednocześnie  czuła,  jak 

całe  jej  ciało  wypełnia  gwałtowny,  rozbuchany  ogień.  Brakowało  jej 
tchu, a serce biło w jej piersi z siłą i częstotliwością werbla. Poddając 
się  woli  mężczyzny,  który  trzymał  ją  w  ramionach  i  doprowadzał 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

śmiałymi, wyrafinowanymi pieszczotami na skraj ekstazy, na granicę 
miłosnego  szaleństwa,  traciła  coraz  bardziej  zdolność  kontrolowania 
sytuacji i panowania nad sobą. 

I  właśnie  obawa,  że  już  za  chwilę  pogrąży  się  całkowicie  w 

otchłani  namiętności,  podda  się  zmysłom  i  nie  będzie  zdolna  do 
jakichkolwiek  rozsądnych  poczynań  -  a  w  ten  sposób  być  może 
zaprzepaści  szansę  uzyskania  pomocy  szejka  w  realizacji  jej 
amerykańskich  planów  -  otóż  ta  właśnie  obawa  nakazała  jej 
pohamować  się  resztkami  sił  i  podjąć  rozpaczliwą  próbę 
powstrzymania 

mężczyzny 

przed 

ostatecznym 

szturmem 

dokonaniem łatwego, nazbyt łatwego, miłosnego podboju. 

 - Czcigodny książę, proszę cię, przestań! - szepnęła nieśmiało. 
O dziwo, prośba została spełniona! 
Szejk  Malik  Haidar  oderwał  gorące  usta  od  jej  warg  i  zdjął 

rozpaloną dłoń z jej łona. 

A  po  chwili  odsunął  ją  od  siebie  na  odległość  wyciągniętych 

ramion  i  spojrzawszy  jej  głęboko  w  oczy,  z  lekkim,  melancholijnym 
nieco westchnieniem stwierdził: 

 -  Masz  rację,  niezwykła  dziewczyno.  Dochodząc  przedwcześnie 

do  punktu,  w  którym  nie  będziemy  się  mogli  już  powstrzymać, 
uchybimy  dobrym  obyczajom  i...  pozbawimy  się  niewątpliwej 
przyjemności  oczekiwania na najwyższą  rozkosz.  A  zatem  uchybimy 
również regułom sztuki miłości! 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 
Bez  względu  na  to,  jakimi  pobudkami  kierował  się  szejk,  Zara 

była mu głęboko wdzięczna. Nie ukrywała tego. Cofnąwszy się o pół 
kroku,  wciąż  jeszcze  podniecona,  rozgorączkowana,  a  równocześnie 
zaskoczona i skonsternowana niespodziewaną gwałtownością własnej 
reakcji na jego pieszczoty, skłoniła się i szepnęła: 

 - Dziękuję ci, czcigodny... 
 -  Mów  mi  po  prostu  Malik  -  zaproponował,  przerywając  jej.  - 

Albo  pan  Haidar,  jeśli  tak  wolisz.  Jesteśmy  przecież  w 
demokratycznej  Ameryce,  a  nie  w  naszym  królestwie.  Tu  nie 
obowiązują rahmańskie formułki grzecznościowe i książęce tytuły. Tu 
wszystko  jest  znacznie  łatwiejsze  i  prostsze.  Przekonasz  się,  gdy 
poznasz ten kraj. 

 - A będę mogła... Malik? - spytała Zara, chcąc się upewnić co do 

jego intencji. - Będę mogła choć trochę poznać Amerykę? 

 -  Skoro  już  tutaj  jesteś,  to  moim  zdaniem  nawet  powinnaś,  bo 

Ameryka  to  naprawdę  ciekawy  kraj  -  odpowiedział.  -  Spróbuję  ci  w 
tym  pomóc.  Czy  jest  coś,  co  szczególnie  chciałabyś  zobaczyć  w  San 
Francisco  albo  gdzieś  indziej  w  Kalifornii?  A  może  chciałabyś 
pojechać również dalej, poza granice stanu? 

 -  Och,  Malik!  Ja  chciałabym  zobaczyć  wszystko  i  pojechać 

wszędzie! - wykrzyknęła. 

Szejk  roześmiał  się  i  żartobliwie  pogroziwszy  jej  palcem, 

powiedział z leciutką przyganą w głosie: 

 - Ejże, Zara! Ty chyba tylko dlatego zdecydowałaś się tu do mnie 

przyjechać jako urodzinowy prezent, że byłaś ciekawa Ameryki. 

 -  Nie,  nie,  Malik!  -  zaprzeczyła  energicznie.  -  Ameryka 

intrygowała mnie, to prawda. Ale ty również. Ty przede wszystkim! 

 - Chciałaś mnie poznać? - zapytał szejk. 
 - Oczywiście! 
 - A słyszałaś coś o mnie tam, w królestwie Rahmanu? Speszona 

Zara milczała przez chwilę, nie bardzo wiedząc, 

jak w dyplomatyczny sposób powinna odpowiedzieć. 
Nie  mogła  przecież  wyjawić  Malikowi,  że  od  dzieciństwa 

słuchała  pełnych  grozy  opowieści  o  nim,  jako  o  złym  księciu,  który 
chciał  zniszczyć  całe  królestwo  Rahmanu,  a  zwłaszcza  jego 
południową  prowincję,  zarządzaną  przez  Kadara  bin  Abu  Salmana. 
Nie  mogła  wyjawić  mu,  że  w  domu  jej  ojczyma  nazywano  go 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

nieszczęściem  Rahmanu  i  konspiracyjnym  szeptem  oskarżano  o 
morderstwo  Dżeba,  szóstego  z  jej  przyrodnich  braci,  który  -  wedle 
oficjalnej wersji wydarzeń - zginął przed laty w tragicznym wypadku 
samochodowym, spowodowanym przez nieznanego sprawcę.  

 -  Słyszałam  -  odezwała  się  w  końcu,  starannie,  niezwykle 

ostrożnie  dobierając  słowa  -  że  mogłeś  zostać  królem  Rahmanu,  ale 
ustąpiłeś tron Hakemowi. 

 - A wiesz może, dlaczego? 
 - Ponoć dlatego, że chciałeś zapewnić krajowi pokój 
 - odpowiedziała. 
Szejk z powagą skinął głową. 
 - Zgadza się! Masz o mnie właściwe informacje - potwierdził. Po 

czym  zapytał:  -  I  pewnie  ciekawa  byłaś,  jak  żyję  tu  w  Ameryce,  już 
nie jako książę krwi, tylko jako zwyczajny biznesmen, prawda? 

 - Raczej byłam ciekawa, jaki jesteś jako mężczyzna 
 -  odpowiedziała  Zara.  -  Czy  naprawdę  aż  tak  przystojny,  jak 

mówiono o tobie w Rahmanie - dodała z nieśmiałym uśmiechem. 

 -  I  co?  -  wyraźnie  zainteresował  się  szejk.  -  Jak  wypadła 

konfrontacja opowieści z rzeczywistością? 

 -  W  rzeczywistości  jesteś  chyba...  jeszcze  przystojniejszy...  niż 

sobie wyobrażałam - wykrztusiła. 

 - A ty, Zaro, jesteś chyba jeszcze sympatyczniejsza, niż mogłem 

sobie to wyobrazić, w chwili kiedy wyskoczyłaś z dywanu - stwierdził 
ukontentowany jej słowami. 

Mimo zażenowania komplementem, zdobyła się na uśmiech. 
 - Więc zatrzymujesz mnie na dłużej? - zapytała, wciąż niepewna 

swego dalszego losu i pełna najrozmaitszych obaw. 

 - Oczywiście! 
 - A na jak długo? 
Zara zadała to pytanie, ponieważ chciała się z góry upewnić, czy 

będzie  miała  dość  czasu,  by  przygotować  ucieczkę  z  książęcego 
domu, jaką od początku planowała. Pragnęła odnaleźć amerykańskich 
krewnych, podjąć jakąś pracę i pozostać w Stanach Zjednoczonych na 
stałe.  Pytanie  to  zadała  jednak  chyba  niepotrzebnie,  bo  szejk, 
zmarszczywszy gniewnie brwi, rzucił oschle: 

 - Jak cię zapewne uprzedzano, mam prawo zatrzymać cię na tak 

długo, jak zechcę. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Tak,  tak,  oczywiście  -  wtrąciła  skwapliwie,  chcąc  zatrzeć 

popełnioną mimowolnie niezręczność. 

 -  Nie  będę  cię  jednak  zatrzymywał  siłą  -  dodał  Malik.  -  Drogę 

powrotu do Rahmanu masz w każdej chwili otwartą. 

Słowa,  którymi  chciał  ją  uspokoić,  w  jej  uszach  zabrzmiały 

niczym najstraszliwsza groźba. 

 - Dziękuję - wykrztusiła jednak, by przypadkiem nie dać po sobie 

poznać,  że  ma  zupełnie  inne  plany  niż  powrót  do  pustynnego 
królestwa. 

 - Nie będę cię też siłą ciągnął do łóżka - powiedział z absolutną 

otwartością  szejk.  -  Co  jednak  nie  znaczy  -  uściślił  -  że  nie  będę 
próbował  cię  uwieść.  Czy  zasady  gry,  jakie  proponuję,  są  dla  ciebie 
jasne? 

Skinęła głową. 
 - I zgadzasz się na nie? 
 - Tak - szepnęła. 
 -  Cieszę  się,  że  się  rozumiemy  -  podsumował.  –  Pójdę  teraz 

pogadać z Alim i Dżamilem, a tobie przyślę tu moją sekretarkę, Alice, 
żeby  ci  pomogła  zaopatrzyć  się  we  wszystko,  co  niezbędne,  przede 
wszystkim w garderobę. Zara zarumieniła się już po raz któryś tam z 
rzędu podczas nie tak znowu długiego pobytu w gabinecie szejka. 

 -  Kategorycznie  nakazano  mi  tak  właśnie  się  ubrać  tuż  przed 

zapakowaniem w dywan i przyniesieniem mnie tutaj - wyjaśniła. - Ale 
mam jeszcze inne rzeczy w walizce, którą Ali i Dżamil... 

 - Nieważne - szejk przerwał jej w pół zdania. - Moja nieoceniona 

sekretarka, Alice, zorganizuje ci wszystko, co trzeba. Tylko spokojnie 
tu na nią zaczekaj. 

Wyszedł, zostawiając ją samą. 
Przysiadła  w  fotelu  i  spróbowała  podsumować  w  myślach 

wszystko, co wydarzyło się w jej życiu w ciągu ostatnich kilku dni. A 
było  tych  wydarzeń  sporo,  tak  wiele,  jak  chyba  nigdy,  od  czasu  gdy 
jako pięcioletnia dziewczynka znalazła się wraz z matką, Amerykanką 
ze Wschodniego Wybrzeża, w egzotycznym i pustynnym Rahmanie. 

Po  pierwsze,  wyjazd  z  domu  ojczyma  do  pałacu  Hakema,  gdzie 

miała pozostać na stałe jako druga po Rashy królewska małżonka. 

Po  wtóre,  potajemna  ucieczka  z  pałacu,  dzięki  zręcznemu 

podstępowi,  który  polegał  na  zamianie  ról  z  Mataną,  wybraną  przez 
króla na prezent urodzinowy dla kuzyna. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Po trzecie, wymarzona podróż samolotem do Ameryki, niestety w 

nieodłącznym  towarzystwie  dwu  bezwzględnych  cerberów,  Alego  i 
Dżamila. 

I wreszcie po czwarte - spotkanie z szejkiem w jego biurze w San 

Francisco!  A  szejk  okazał  się  nie  tylko  przystojnym  mężczyzną,  ale 
również szlachetnym człowiekiem, w istocie kimś zupełnie innym niż 
„nieszczęście  Rahmanu"  czy  też  zły  książę,  o  jakim  ojczym  i 
przyrodni bracia opowiadali jej w rodzinnym domu. 

No i ten pierwszy pocałunek, na wspomnienie którego jeszcze  w 

tej chwili przechodził ją słodki dreszcz rozkoszy. 

 - Czy można? 
Retoryczne  pytanie,  zadane  przez  uchylone  drzwi  profesjonalnie 

grzecznym,  choć  równocześnie  dość  stanowczym  tonem  przez  Alice, 
wytrąciło Zarę z zamyślenia. 

 -  Tak,  oczywiście,  proszę  wejść  -  odpowiedziała.  -  Malik..,  to 

znaczy pan Haidar - poprawiła się pośpiesznie - polecił mi tu czekać 
na panią. 

 - Mam nadzieję, że czas oczekiwania nie dłużył się pani - rzuciła 

Alice, wkraczając do gabinetu z pokaźnym notesem w ręku i starannie 
zamykając za sobą drzwi. 

 - Nie, nie, absolutnie nie! 
 -  To  świetnie.  Przystąpmy  zatem  do  rzeczy,  czyli  do  kwestii 

wprowadzenia  zmian  w  pani  garderobie.  -  Sekretarka  obrzuciła 
krytycznym  spojrzeniem  zwiewną  czarną  szatę  z  przezroczystego 
muślinu,  jaką  Zara  miała  na  sobie,  taktownie  powstrzymując  się 
jednak  od  jakichkolwiek  uwag  na  jej  temat.  -  Czy  ma  pani  jakieś 
ulubione kolory? 

 -  W  zasadzie...  nie...  -  wykrztusiła  Zara,  przywykła  do 

konwencjonalnej  czerni  i  bieli,  kolorów  typowych  dla  rahmańskich 
strojów. 

Alice poczyniła stosowny zapisek w notesie. 
 - A ulubione fasony? - zapytała. 
 - Też chyba... 
Adnotacja  została  dokonana  błyskawicznie,  zanim  jeszcze  Zara 

zdążyła dokończyć zdanie. 

 -  Pan  Haidar  uprzedził  mnie  -  wyjaśniała  sekretarka, 

zamknąwszy  notatnik  -  że  raczej  trudno  będzie  pani  podjąć  decyzję 
odnośnie doboru strojów, odpowiednich do noszenia tu, w Ameryce. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Czy  moja  bezradność  w  tej  dziedzinie,  moja  kompletna 

nieznajomość najnowszych trendów amerykańskiej mody, to dla pani 
duży kłopot? - z troską w głosie spytała Zara. 

 -  Skądże  znowu,  żaden  -  zaprzeczyła  Alice.  -  Pan  Haidar 

podyktował  mi  dość  dokładną  listę  zakupów,  jakie  mam  zrobić  dla 
pani... 

 -  Naprawdę?!  -  wykrzyknęła  Zara,  zdumiona  przezornością 

szejka. 

 -  ...ale  polecił  mi  też  nie  mówić  pani  z  góry,  co  się  na  tej  liście 

znajduje - dokończyła sekretarka. - To ma być niespodzianka. 

 - Naprawdę? - powtórzyła Zara. 
Alice uśmiechnęła się dobrodusznie i pokiwała potakująco głową. 
 -  Jestem  pewna,  że  niespodzianka  okaże  się  przyjemna,  bo  pan 

Haidar jest mężczyzną obdarzonym doskonałym gustem - stwierdziła. 

 - Och, nie wątpię. 
 -  I  słusznie!  Proszę  nadal  spokojnie  czekać  tutaj  w  gabinecie  - 

poleciła sekretarka, kierując się ku drzwiom. 

 - Niedaleko, w najbliższej okolicy, jest kilka dobrych butików  z 

elegancką  damską  odzieżą,  więc  zakupy  nie  powinny  potrwać  zbyt 
długo. Na pewno dostanie pani nowe rzeczy, zanim wróci pan Haidar, 
który w tej chwili musiał na pewien czas opuścić biuro. 

 - Na długi czas? - zaniepokoiła się Zara. 
 - Nie, nie - zaprzeczyła pośpiesznie sekretarka. - Na krótki. 
 - To znaczy? 
 - Mniej więcej na godzinę, a najwyżej na dwie. Proszę spokojnie 

czekać - powtórzyła Alice. - Czy może podać pani tymczasem coś do 
zjedzenia albo do picia? 

 - Nie, dziękuję - odmówiła Zara. 
Była  wprawdzie  spragniona  i  dość  głodna  po  wielogodzinnej 

podróży,  miała  jednak  nieodparte  wrażenie,  że  wciąż  jest  nazbyt 
zdenerwowana, by zaryzykować konsumpcję czegokolwiek. 

 - Proszę więc czekać. Ja wkrótce tutaj do pani wrócę 
 -  zapewniła  Alice.  -  Pan  Haidar  również,  jak  się  spodziewam  - 

dodała już od drzwi. Po czym wyszła. 

Zara  podniosła  się  z  fotela  i  kilkakrotnie  przemierzyła  obszerne 

biurowe pomieszczenie tam i z powrotem. Uspokoiło ją to na tyle, że 
poczuła,  jak  bardzo  jest  zmęczona.  A  ponieważ  w  gabinecie  szejka 
stały  nie  tylko  wygodne  rozłożyste  fotele,  ale  i  dość  obszerna  sofa, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

postanowiła, że dla odprężenia, bodaj na krótką chwilę, położy się na 
niej. 

Chciała  sobie  w  wygodnej  pozycji  to  i  owo  rozważyć, 

zaplanować. 

Nim  jednak  zdążyła  zebrać  myśli,  znużona,  po  prostu  usnęła, 

zapominając  w  ten  sposób  nie  tylko  o  wszystkich  swoich  projektach, 
ale w ogóle o całym realnym świecie. 

Gdy  szejk  Malik  wrócił  do  swego  gabinetu,  w  pierwszej  chwili 

nie  zauważył  śpiącej  Zary.  Nabrał  więc  natychmiast  podejrzeń,  że 
zniknęła.  Zirytowany,  już  zaczaj  sobie  w  duchu  czynić  wyrzuty,  że 
zostawił  ją  samą  w  swoim  biurze,  a  sekretarkę  Alice  wysłał  w  tym 
czasie po zakupy, zamiast zlecić jej pilnowanie dziewczyny, gdy nagle 
dojrzał  złocisty  pukiel,  wysuwający  się  zza  wysokiego  narożnika 
rozłożystej sofy. 

Podszedł troszeczkę bliżej i przystanął. 
W  spokojnym  i  głębokim  śnie,  jaki  ją  ogarnął,  Zara  wyglądała 

niesamowicie  kusząco.  Leżała  bowiem  w  dość  niedbałej  pozie, 
odprężona  i  swobodna,  a  jedynym  jej  okryciem  była  przezroczysta 
mgiełka muślinowego stroju, pod którym nie miała bielizny. 

Szejk  przykląkł  przy  niej  i  leciutko  pogładził  ją  po  złocistych 

włosach. Ich niezwykła - jak na kobietę orientu - barwa elektryzowała 
go  w  stopniu niewiele  mniejszym  niż  powabne  kształty  jej  smukłego 
ciała.  I  nie  wiadomo,  co  zrobiłby  dalej  ze  swoim  wspaniałym 
urodzinowym  prezentem,  porwany  gwałtownie  narastającą  falą 
zmysłowej  namiętności,  gdyby  w  tym  akurat  momencie  nie  rozległo 
się lekkie, ale zdecydowane pukanie do drzwi. 

Na jego odgłos szejk zerwał się na równe nogi i szybko oddalił na 

dość dużą odległość od sofy. 

 - Proszę - rzucił ściszonym głosem, by przypadkiem nie zbudzić 

śpiącej Zary. 

Do gabinetu wsunęła się sekretarka. 
 -  Panie  Haidar,  mam  już  garderobę  dla  pańskiego  uroczego 

gościa - poinformowała szejka półgłosem. 

 - To świetnie, Alice, dziękuję. Proszę  wszystko tutaj przynieść i 

zostawić, mój gość tymczasem śpi po podróży. 

Sekretarka cofnęła  się  i po  chwili  wróciła  z  kilkoma pokaźnymi, 

eleganckimi  reklamówkami,  które  ulokowała,  jedną  przy  drugiej,  na 
podłodze pod ścianą. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Wciąż śpi, biedactwo - szepnęła  ze współczuciem, zerkając na 

Zarę.  -  Musiała  być  bardzo  zmęczona.  Panie  Haidar,  czy  może  mam 
poszukać dla tej młodej damy jakiegoś wygodnego hotelu, żeby mogła 
sobie spokojnie odpocząć? - zwróciła się z pytaniem do szejka. 

 - Nie, nie, Alice, dziękuję. Ta młoda dama zamieszka tymczasem 

u mnie, w moim domu. 

 -  Rozumiem,  zamieszka  tymczasem  u  pana...  -  powtórzyła 

sekretarka z lekkim przekąsem. 

 - Ta dziewczyna przybyła z dalekiego kraju o zupełnie innej niż 

tutejsza kulturze, o innych obyczajach, więc w amerykańskim hotelu z 
całą pewnością nie czułaby się bezpieczna - wyjaśnił. 

 - Rozumiem, a pan jej to poczucie bezpieczeństwa zapewni. 
 -  Oczywiście!  -  syknął,  trochę  zirytowany  wyraźnie  ironicznym 

tonem głosu Alice. 

Sekretarka w zadumie pokiwała głową. 
 - Czy będę panu jeszcze dzisiaj potrzebna? - spytała. 
 - Nie, Alice, proszę już jechać do domu. Spotkamy się w biurze 

jutro rano, jak zwykle. 

 - Zatem, do jutra, panie Haidar. 
 - Do jutra, Alice. Do widzenia. 
Sekretarka wyszła, starannie zamykając za sobą drzwi. 
Malik  zerknął  na  śpiącą  Zarę,  jednak  nie  podszedł  już  do  niej, 

tylko  zasiadł  za  swoim  biurkiem  i  westchnąwszy  kilka  razy  głęboko, 
zaczął w skupieniu studiować jakieś papiery. 

Minęły  pełne  dwie  godziny,  nim  Zara  wreszcie  ocknęła  się, 

usiadła na sofie i zakłopotana wykrztusiła: 

 - Przepraszam. 
 -  Ależ  ja  się  wcale  nie  gniewam  -  rzucił  szejk  pół  żartem,  pół 

serio. 

 - Zdrzemnęłam się. 
 - Nic nie szkodzi - powiedział, unosząc głowę znad rozłożonych 

na blacie dokumentów. 

 - Długo spałam? - spytała Zara. 
 - Przy mnie pełne dwie godziny. 
 - Nagle,  w pewnym momencie poczułam się bardzo zmęczona - 

wyjaśniła. 

 -  Zmęczenie  to  normalny  objaw  po  długiej  podróży.  A  teraz 

pewnie jesteś głodna? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Prawdę mówiąc, niesamowicie - przyznała. 
 -  Ja  zjadłem  już  lunch  z  Alim  i  Dżamilem,  zanim 

wyekspediowałem ich na lotnisko, by mogli jak najprędzej wrócić do 
Rahmanu - wyjaśnił szejk. 

 - A ja? 
 -  Ty  możesz  tymczasem  coś  przekąsić  tutaj,  w  biurze.  Moja 

nieoceniona  Alice  zawsze  ma  w  lodówce,  tak  na  wszelki  wypadek, 
jakieś  specjały.  A  później,  jak  już  się  trochę  pokrzepisz,  pojedziemy 
do domu na kolację. 

 - Do czyjego domu? - zapytała Zara, wyraźnie spłoszona. 
 -  Do  mojego,  oczywiście!  -  odparł.  -  Gdzie  miałbym  ulokować 

swój  prezent  urodzinowy,  jeżeli  nie  we  własnym  domu?  No,  sama 
powiedz? 

Zakłopotana  Zara  nie  powiedziała  nic,  tylko  w  milczeniu 

pokiwała głową. 

Szejk uniósł się zza biurka. 
 -  Pójdę  i  przyniosę  ci  coś  do  zjedzenia  -  oświadczył.  -  W  tych 

torbach  są  twoje  nowe  rzeczy  -  dodał,  wskazując  na  szereg 
ustawionych  pod  ścianą  pękatych  reklamówek.  -  Przebierz  się 
tymczasem! 

 - A zdążę? - rzuciła niepewnie Zara. 
 -  Nie  będę  się  przesadnie  śpieszył.  Dam  ci  trochę  czasu.  Szejk 

wyszedł, a Zara zaczęła z zaciekawieniem przeglądać zawartość toreb 
z zakupami. 

Znalazła białe koronkowe majteczki i natychmiast je wciągnęła, a 

następnie  jednym  energicznym  ruchem  zrzuciła  przez  głowę  swą 
orientalną  szatę  z  muślinu  i  czym  prędzej  włożyła  biały  koronkowy 
biustonosz, na który również natrafiła w reklamówce z bielizną. 

Odetchnąwszy z ulgą, że nie wygląda już jak egzotyczna odaliska 

z  haremu,  tylko  jak  normalna  amerykańska  dziewczyna  w  białej 
koronkowej  bieliźnie,  spokojniej  już,  bez  dotychczasowego 
pośpiechu,  ubrała  się  w  długą  do  pół  łydki  bawełnianą  spódnicę  w 
kolorze  kości  słoniowej  i  w  zharmonizowaną  z  nią  kolorystycznie 
jedwabną  koszulową  bluzkę.  Przeglądając  resztę  zakupionej  przez 
Alice  odzieży,  w  jednej  z  toreb  natknęła  się  również  na  grzebień  i 
spinkę  do  włosów.  Uczesała  więc  swoje  rozpuszczone  i  mocno 
potargane jasne pukle i zebrała je w luźny węzeł na czubku głowy. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Ledwie zdążyła się uporać z porządkowaniem fryzury, gdy wrócił 

szejk, niosąc duży talerz osłonięty porcelanową pokrywą. 

 -  Widzę,  że  Alice  spisała  się  znakomicie  -  ocenił  pozytywnie 

nowy, w stu procentach amerykański ubiór Zary. 

 - Zapomniała tylko o butach. 
 - Naprawdę? A ty nie miałaś żadnego obuwia? 
 -  Miałam  sandały  -  odparła  -  ale  przed  zapakowaniem  mnie  w 

dywan, kazali mi je zdjąć i schować do walizki. Czy Ali i Dżamil nie 
zostawili ci mojej walizki? 

 -  Ano,  nie!  W  pośpiechu  widocznie  zabrali  ją  ze  sobą  z 

powrotem  do  Rahmanu.  Ale  to  nic!  -  Szejk  lekceważąco  machnął 
ręką. - Dokupimy później wszystko, czego ci będzie brakowało, buty 
również,  a  na  razie  jakoś  sobie  bez  nich  poradzimy.  Tymczasem 
usiądź przy biurku i zjedz co nieco. 

Postawił trzymany w ręku talerz na skraju blatu i przysunął Zarze 

jeden  z  foteli.  A  sam  usiadł  po  drugiej  stronie  pokaźnego  biurka  i 
zaczaj porządkować porozkładane dość niedbale papiery. 

Podniosła  pokrywę.  Na  talerzu  stał  kubek  z  jogurtem,  a  obok 

leżały  apetyczne  małe  kanapki,  świeże  truskawki  i  dojrzałe 
winogrona. 

 - To wszystko dla mnie? - zapytała. 
 -  Tak  -  potwierdził.  -  Zjedz  to,  co  ci  przyniosłem,  a  potem 

napijemy się kawy. 

Zara  jadła  z  dużym  apetytem  i  w  niedługim  czasie  opróżniła 

talerz  do  czysta,  a  zaparzoną  przez  szejka  w  ekspresie  aromatyczną 
kawę wypiła z prawdziwą rozkoszą. 

 -  Może  już  teraz  pojedziemy?  -  zagadnęła,  odstawiając  pustą 

filiżankę. 

 - Tak ci się śpieszy? - rzucił z filuternym uśmiechem. 
 - Ciekawa jestem, gdzie i jak mieszkasz. 
 - Jedźmy więc! 
Wstał zza biurka i nim Zara zorientowała się, co zamierza zrobić, 

podszedł do niej i... porwał ją na ręce. 

 - Chcesz mnie zanieść do swojego domu? - zapytała zdziwiona. 
 -  Co  to,  to  nie!  Tylko  do  samochodu,  który  przewidująco 

zaparkowałem tuż przed moim biurem - odpowiedział ze śmiechem. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 
Po  mniej  więcej  trzydziestu  minutach  jazdy  luksusowym 

książęcym  autem  -  najnowszym  modelem  jaguara  -  dotarli  do 
ekskluzywnej  dzielnicy  willowej,  położonej  zdecydowanie  wyżej  niż 
handlowo - biznesowe centrum San Francisco. 

 -  Jesteśmy  na  miejscu  -  oświadczył  szejk,  zatrzymując  się  w 

jednej z malowniczych bocznych uliczek. 

Po  czym  otworzył  pilotem  bramę,  wjechał  na  dziedziniec, 

zaparkował  samochód  i  wprowadził  zaciekawioną  Zarę  do  domu, 
który  wyróżniał  się  wśród  okolicznych  rezydencji  nowoczesną, 
szczególnie  wyrafinowaną  prostotą  formy  architektonicznej.  A  kiedy 
znaleźli się już w środku, pozwolił jej swobodnie pozwiedzać wnętrze, 
nie komentując niczego, a tylko pilnie obserwując jej reakcję. 

Zara przechodziła z pomieszczenia do pomieszczenia, rozglądała 

się  uważnie  dookoła  i  coraz  mocniej  marszczyła  brwi  w  grymasie... 
rozczarowania? A może raczej zdziwienia? 

 -  Czy  coś  nie  tak?  -  zapytał  w  końcu  szejk,  nie  będąc  w  stanie 

jednoznacznie zinterpretować wyrazu jej twarzy. 

 - To nie jest to, czego się spodziewałam - odparła. 
 - Czy to znaczy, że spodziewałaś się czegoś ciekawszego? 
 - Nie, nie! - zaprzeczyła. - Ale, hm... - Zawahała się. 
 - Tak? 
 -  Spodziewałam  się  zupełnie  czegoś  innego  -  przyznała  po 

chwili. 

 - A konkretnie... czego? 
 -  Po  prostu  czegoś  zupełnie  innego.  -  Zara  najwyraźniej  miała 

kłopoty  ze  skonkretyzowaniem  swojej  opinii  na  temat  kalifornijskiej 
rezydencji  Malika.  -  Bo  tutaj  wszystko  jest  takie  jakieś...  -  Znów 
zawiesiła głos, nie znajdując odpowiedniego określenia. 

 -  Ascetyczne?  -  podpowiedział  jej  szejk.  -  Istotnie,  starałem  się, 

żeby  mój  dom  nie  był  niepotrzebnie  przeładowany  meblami  czy 
ozdobami.  Urządzając  go,  świadomie  dążyłem  do  maksymalnej 
prostoty... 

 -  Prostota  wcale  mi  nie  przeszkadza  ani  też  mnie  nie  dziwi  - 

weszła mu w słowo Zara. 

 -  Co  w  takim  razie  budzi  twoje  zdziwienie?  -  spytał.  Zara 

spojrzała na niego przelotnie, trochę z ukosa, po czym, opuściwszy w 
lekkim zakłopotaniu głowę, odpowiedziała po namyśle: 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Dziwi  mnie,  że  nie  ma  tu,  w  tych  wnętrzach,  absolutnie 

niczego,  co  mogłoby  się  kojarzyć  z  twoją  ojczyzną,  z  królestwem 
Rahmanu. 

 - Nie ma, to prawda - przytaknął szejk. 
 - Z założenia? 
 - Tak. 
 -  Ależ,  Malik.  -  Zara  znów  popatrzyła  na  szejka,  tym  razem 

zdecydowanie  śmielej,  wytrzymując  przenikliwość  jego  wzroku.  - 
Dlaczego? 

 - Bo nie potrzebuję wokół siebie niczego, co przypominałoby mi 

świat, który przed dziesięciu laty bezpowrotnie porzuciłem, z którym 
na zawsze się pożegnałem - wyjaśnił. 

 - Naprawdę nie potrzebujesz? - spytała z niedowierzaniem. 
 -  Naprawdę  -  potwierdził  bez  wahania.  -  Z  moim  królestwem 

rozstałem się definitywnie. 

 - Bez żalu? 
 - Żal, jeśli nawet był, to po latach zniknął bez śladu. 
 - A może raczej został siłą zdławiony? -  zasugerowała ostrożnie 

Zara.  -  I  właśnie  dlatego  zniknęło  z  twojego  otoczenia  wszystko,  co 
mogłoby ci przypominać ojczyznę? 

 - Daj spokój! - Szejk najwyraźniej nie miał ochoty rozmawiać o 

przeszłości.  -  Chodź,  obejrzysz  teraz  pokój  gościnny,  który 
tymczasem będzie twoim królestwem. 

 - Królestwo Rahmanu... - Zara nie dawała za wygraną. 
 -  Królestwo  Rahmanu  leży  na  drugim  końcu  świata,  a  my 

jesteśmy w Ameryce, w Kalifornii, w San Francisco! 

 -  Ale  jakaś  cząstka  Rahmanu  tkwi  mimo  wszystko  w  naszych 

sercach, w naszych duszach! - obstawała przy swoim Zara. 

 -  Daj  spokój  -  mruknął  posępnie  szejk.  -  Nie  przyjechałaś  tu  po 

to, żeby się troszczyć o moje serce czy duszę. 

Powinnaś  ofiarować  mi  zmysłową  rozkosz  i  miły  relaks,  a  nie 

zamęczać mnie uwagami godnymi amerykańskiego psychoanalityka. 

 -  Chciałabym  ofiarować  ci  prezent,  Malik  -  oświadczyła  Zara, 

rozmyślnie ignorując jego ostatnie uszczypliwe stwierdzenie. 

 -  Przecież  to  ty  jesteś  moim  prezentem!  -  obruszył  się.  - 

Dostałem cię na trzydzieste urodziny od króla Hakema. 

 - Od króla dostałeś mnie, ale ode mnie nie dostałeś jeszcze nic. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  To  prawda  -  przytaknął  zniecierpliwiony.  -  A  powinienem 

dostać. 

 - Trzy dni, Malik! Daj mi trzy dni - odważyła się  zażądać Zara, 

nie  bacząc  na  jego  narastające  zdenerwowanie.  -  I  pozwól  mi  w  tym 
czasie ofiarowywać ci takie prezenty, jakie sama dla ciebie wybiorę i 
przygotuję. 

 -  Ofiaruj  mi  je  zaraz,  teraz,  zamiast  niepotrzebnie  czekać  - 

zaproponował,  starając  się  nie  wpaść  w  gniew  i  próbując  obrócić 
wszystko w żart. 

 - Nie mogę - wyjaśniła całkowicie serio. - Nie mam ich przecież, 

nie mam niczego, muszę wszystko dopiero zdobyć, zaaranżować. 

Szejk  ciężko  westchnął,  najwyraźniej  kapitulując  wobec  jej 

nieustępliwego uporu. 

 -  Potrzebujesz  trzech  dni,  tak?  -  upewnił  się.  Skinęła  na 

potwierdzenie głową. 

 -  Dokładnie  za  trzy  dni  wypadają  moje  trzydzieste  urodziny  - 

zauważył. 

 - Och, Malik, to świetnie! - ucieszyła się Zara. 
 - Czy chcesz przez to powiedzieć, że do tego czasu skończysz  z 

eksperymentowaniem i dasz mi w końcu to, co powinnaś mi dać, czyli 
własne wspaniałe ciało? 

 - Jeśli zechcesz - szepnęła. 
 - Ba! Jeśli nie zamęczysz mnie wcześniej nadmiarem żądań. 
 - Będzie jeszcze tylko jedno, Malik - zastrzegła. - Tylko jedno. 
 - Doprawdy? Jeszcze tylko jedno? - zakpił. - A jakie? 
 -  Chciałabym,  żebyś  oddelegował  mi  do  pomocy  swoją 

sekretarkę. 

 - Moją nieocenioną Alice? Na całe trzy dni? - obruszył się. 
 - Nie, nie, każdego dnia najwyżej na kilka godzin, a nawet mniej, 

na godzinę, może dwie. 

 - Czy to już wszystko? 
 - No... prawie - wykrztusiła, w pełni świadoma tego, że wystawia 

cierpliwość i opanowanie szejka na bardzo ciężką próbę. 

 - A jaki jeszcze masz problem? 
Zara zarumieniła się, zawstydzona, nim odpowiedziała: 
 - Problem wydatków. Malik wybuchnął śmiechem. 
 -  A  to  dobre!  -  wykrzyknął.  -  Więc  to  ja  sam  mam  ci  zapewnić 

środki na prezenty przeznaczone dla mnie? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Skoro król Hakem tego nie uczynił... 
 -  Widocznie  nie  przewidział,  co  zaczniesz  wymyślać  po 

przyjeździe do Ameryki - mruknął szejk, ni to do Zary, ni to do siebie. 
-  No,  ale  trudno  -  dodał,  z  rezygnacją  machnąwszy  ręką.  -  Niech  już 
będzie! Upoważnię Alice do pokrycia wszystkich twoich wydatków z 
mojego konta. Tylko bądź rozsądna. 

 - Obiecuję! 
Uśmiechnął się i podszedł bliżej do Zary. 
 -  Obiecaj  mi  jeszcze  -  zażądał  -  że  po  tych  trzech  dniach 

eksperymentowania  nieodwołalnie  zaczniesz  robić  to,  co  powinnaś, 
czyli dzielić ze mną łóżko. 

Zbladła  lekko  z  przejęcia,  ale  odważnie  odwróciła  się  w  jego 

stronę i stanąwszy z nim twarzą w twarz, powiedziała z powagą: 

 - Masz moje słowo. 
Malik  ujął  ją  za  rękę.  Przez  chwilę  miała  wrażenie,  że  zerwie 

umowę i pociągnie ją prosto do swej sypialni, nie czekając, aż upłyną 
trzy obiecane dni - tak bardzo gorącą miał dłoń i tak bardzo wydawał 
się  spragniony  miłości.  On  jednak  zaprowadził  ją  tylko  do 
przeznaczonego dla niej gościnnego pokoju. 

 -  Wystawiasz  mnie  na  niesłychanie  ciężką  próbę,  dziewczyno  - 

wyznał. - Ale cóż, słowo się rzekło, więc zostawiam cię samą do rana. 
Moja gospodyni, pani Parker, za chwilę przyniesie ci twoje bagaże, a 
potem poda jakąś kolację. Rozgość się, wypocznij. Do jutra! 

 -  Do  jutra,  Malik.  Do  zobaczenia  -  odpowiedziała  Zara.  -  Śpij 

dobrze. 

 - Nie drwij! 
 - Przecież nie śmiałabym nawet. Dobranoc. 
 -  Dobranoc,  Zaro.  Miłych  snów!  -  I  szejk  wyszedł.  Nim  Zara 

zdążyła  trochę  dokładniej  rozejrzeć  się  po  swoim  lokum,  które  w 
istocie  nie  było  pojedynczym  gościnnym  pokojem,  tylko  dużym 
apartamentem,  składającym  się  z  trzech  pomieszczeń  -  saloniku, 
sypialni i łazienki, ktoś zastukał do drzwi. Był to Benjamin, nieśmiały 
nastoletni wnuk gospodyni szejka. Przyniósł bagaże. Po chwili zjawiła 
się  sama  pani  Parker  -  dość  korpulentna  starsza  kobieta  -  z  ciepłym 
posiłkiem na tacy. 

 -  Życzę  smacznego  -  "  rzuciła,  nie  wdając  się  w  żadną  dłuższą 

konwersację. 

 - Dziękuję - odpowiedziała Zara. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Zjadła  kolację  z  apetytem  i  poczekała,  aż  pani  Parker  wróci  i 

zabierze tacę. Po czym najpierw rozpakowała wszystkie swoje rzeczy, 
lokując  odzież  w  szafie,  bieliznę  w  komodzie,  a  drobiazgi 
kosmetyczne w łazience, a potem wzięła prysznic i ubrała się w nocną 
koszulę. 

Była  zmęczona  i  zamierzała  od  razu  położyć  się  spać.  Zanim 

doszła  do  łóżka,  zatrzymała  się  jednak  na  moment  przy  oknie.  Na 
granatowym  nocnym  niebie  srebrzył  się  księżyc  i  połyskiwały 
gwiazdy.  A  na  ziemi,  jak  okiem  sięgnąć,  jarzyły  się  liczniejsze  od 
gwiazd światła nocnego San Francisco. 

 - Więc tak pięknie wygląda Ameryka?! - szepnęła z podziwem. - 

Tak  pięknie  wygląda  mój  rodzinny  kraj,  do  którego  cudem  udało  mi 
się powrócić! 

Od  wielu  lat,  żyjąc  w  pustynnym  orientalnym  królestwie 

Rahmanu, marzyła o podróży do Stanów Zjednoczonych. Jej ojczym, 
Kadar  bin  Abu  Salman,  nie  chciał  jednak  nawet  o  tym  słyszeć. 
Obawiał się, że jeśli Zara wyjedzie do Ameryki, to już nigdy z niej nie 
powróci na pustynię. 

I  słusznie  się  obawiał!  -  pomyślała,  wciąż  stojąc  przy  oknie  i 

zachłannie  kontemplując  efektowną  nocną  panoramę  kalifornijskiej 
metropolii. W Rahmanie musiałaby zostać albo drugą żoną króla, nie 
kochaną  przez  niego  i  poślubioną  wyłącznie  z  politycznych 
względów,  albo  żoną  siedemdziesięcioletniego  starca.  A  tutaj,  w 
Stanach,  będzie  nowoczesną  kobietą  i  całkowicie  wolnym 
człowiekiem! 

Droga  do  wolności  miała  wprawdzie  prowadzić  przez  sypialnię 

szejka  Malika,  ale  taka  perspektywa  jakoś  nie  wydawała  się  Zarze 
zbytnio  przykra.  Trochę  się  bała,  to  prawda,  tym  bardziej  że  była 
jeszcze  dziewicą  i  o  miłosnym  kunszcie  wiedziała  tyle,  co  nic,  ale 
wspomnienie  cudownego,  namiętnego,  elektryzującego  pocałunku, 
jakim obdarzył ją szejk, dodawało jej odwagi i stwarzało nadzieję na 
przeżycie  niezapomnianych  chwil.  A  może  nawet  na  przeżycie 
prawdziwej miłości, o której marzyła i za którą tęskniła od lat, równie 
mocno jak za Ameryką. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 
Zara  przespała  noc,  śniąc  słodko  przez  większą  jej  część,  że 

oczekuje w swojej sypialni na przybycie Malika. Sen spełnił się rano, 
zaraz  po  przebudzeniu.  Ledwie  wstała  z  łóżka  i  zdążyła  się  umyć  i 
ubrać, gdy szejk osobiście pojawił się w drzwiach jej pokoju. 

 - Dzień dobry, Zaro! - rzucił z lekkim, ale bardzo sympatycznym, 

ciepłym uśmiechem. - Jak się czujesz po pierwszej nocy spędzonej w 
moim domu? 

 -  Wspaniale!  -  odpowiedziała.  -  Spałam  wyjątkowo  dobrze,  noc 

minęła  mi  spokojnie,  doskonale  wypoczęłam  po  wczorajszym 
naprawdę ciężkim dniu. 

 - I jesteś już gotowa, żeby zejść na śniadanie? - zapytał. 
Zara, ubrana w lekki, doskonale skrojony bladozielony kostiumik 

z  naturalnego  jedwabiu  prezentowała  się  naprawdę  elegancko,  ale... 
nie miała, niestety, do kompletu żadnych butów. 

Dlatego mruknęła: 
 - Jeżeli mogę zejść na śniadanie boso. 
 - Mogłabyś, ale nie będziesz musiała! - rzucił szejk Malik. 
Po czym podszedł do niej i wziął ją w objęcia. 
Czując,  że  za  chwilę  może  jej  być  już  zbyt  trudno  powstrzymać 

falę  błyskawicznie  narastającego  zmysłowego  podniecenia,  Zara 
szepnęła w odruchu samoobrony: 

 - Obiecałeś... trzy dni. 
 - Wszystko się zgadza, obiecałem ci trzy dni bez wspólnego łoża 

i świetnie o tym pamiętam - potwierdził szejk. - Ale nie obiecywałem 
przecież, że nie będę cię w tym czasie całował! 

Pocałunek 

był 

równie 

porywający, 

zniewalający, 

obezwładniający,  elektryzujący,  słowem  -  równie  nadzwyczajny,  jak 
ten  poprzedni.  Zara  całkowicie  poddała  się  cudownej  pieszczocie 
warg  trzymającego  ją  w  ramionach mężczyzny.  I  całkowicie  poddała 
się  własnym  zmysłom,  własnej  burzliwej  namiętności,  niemal 
natychmiast  tracąc  kontrolę  nad  sobą  i  zapominając  o  wszelkich 
postanowieniach.  Szejk  panował  jednak  nad  sytuacją  i  w  pewnym 
momencie oderwał usta od jej warg. 

 -  Przestałeś...  -  rzuciła  tonem  ni  to  wdzięczności,  ni  to 

rozczarowania. 

 -  Zara,  zmusiłem  się  najwyższą  siłą  woli,  żeby  przestać..  .  a 

raczej,  żeby  poprzestać na pocałunku  -  wyjaśnił.  -  Dałem  ci przecież 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

słowo honoru, że nie przekroczę pewnych granic w ciągu najbliższych 
trzech dni. 

 - Dałeś mi słowo... - powtórzyła z zadumą. 
 - A danego słowa zawsze należy dotrzymać! - dodał dobitnie. 
 - Czy to twoja niewzruszona zasada? 
 - Tak - potwierdził bez wahania. - Nie wierzysz? 
 -  Nie  mam  żadnych  podstaw,  żeby  ci  nie  wierzyć,  ale...  - 

Zawahała się i nagle umilkła. 

 - Ale co? No mów, nie bój się! - zachęcił ją do szczerości. 
 - Nie spodziewałam się tego - wyjaśniła dość enigmatycznie. 
 -  Czego,  Zaro?  Czego  się  nie  spodziewałaś?  -  zaczął 

niecierpliwie wypytywać. 

 - Hm... - Nie bardzo wiedziała, jak powinna wyrazić to, co miała 

na myśli. - Nie spodziewałam się... to znaczy nie sądziłam... że jesteś 
mężczyzną...  z  takimi  niewzruszonymi  zasadami  -  wykrztusiła  w 
końcu, mocno speszona. 

 - Doprawdy? - zdziwił się szejk. - W takim razie musiałaś słyszeć 

o mnie coś niezbyt miłego. 

 - Słyszałam różne rzeczy - rzuciła wymijająco. 
 -  Zapewne  różne  niestworzone  rzeczy!  -  uściślił.  Mocno 

zakłopotana  wzruszyła  bezradnie  ramionami  i  nie  wypowiedziawszy 
ani  jednego  słowa,  głęboko  westchnęła.  Zmierzył  ją  przenikliwym 
wzrokiem i zapytał: 

 -  Nie  bałaś  się  mnie  po  tym  wszystkim,  co  usłyszałaś  w 

Rahmanie na mój temat? 

 - Bałam się... trochę się bałam - przyznała. 
 -  Więc  jesteś  bardzo  odważna,  skoro  mimo  to  zdecydowałaś  się 

tu  do  mnie  przyjechać!  -  stwierdził  z  podziwem.  -  Bo  przecież  król 
Hakem, mój kuzyn, chyba cię do tego nie zmusił, prawda? 

 -  Nie,  nie!  -  zaprzeczyła  energicznie.  -  Przybyłam  do  Stanów 

Zjednoczonych...  to  znaczy...  do  ciebie  -  poprawiła  się  -  wyłącznie  z 
własnej  woli,  z  własnej  chęci.  Chciałam  cię  osobiście  poznać, 
chciałam 

skonfrontować 

zasłyszane 

domu 

opowieści 

rzeczywistością. 

 - I jak wypadła konfrontacja? - spytał z uśmiechem. 
 - Jak na razie, jestem bardzo mile zaskoczona! - odpowiedziała. 
 - Świetnie! - ucieszył się. - Mam nadzieję, że twoja opinia o mnie 

nigdy się nie zmieni. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Czas pokaże - rzuciła filozoficznie. 
 -  Jasne  -  przytaknął  szejk.  -  Ale  zanim  pokaże,  chodźmy  na  dół 

na śniadanie. Bez butów! - dodał. 

Po czym, nie uprzedzając, co zamierza zrobić, wziął Zarę na ręce, 

żeby ją zanieść do pokoju jadalnego. 

Z  ufnością  objęła  go  za  szyję.  Przekonała  się  przecież  przed 

chwilą, że w większym stopniu może polegać na nim niż na sobie. 

Po  śniadaniu,  kiedy  szejk  wyjechał  już  do  swego  biura, 

zapowiadając  powrót  z  pracy  dopiero  późnym  popołudniem,  Zara 
niezwłocznie skierowała się do królestwa pani Parker, czyli do kuchni. 

 - Chciałabym dzisiaj trochę tutaj popracować - oświadczyła. 
 - Tutaj, panienko? W mojej kuchni? - zdumiała się gospodyni. 
 - Proszę mówić mi Zara. 
 -  Czemu  nie,  bardzo  chętnie  -  zgodziła  się  z  uśmiechem  pani 

Parker. - A właściwie, co ty chcesz tutaj robić, moje drogie dziecko? 

 - Chciałabym przygotować urodzinowy upominek dla Malika. 
 -  Już  dzisiaj,  w  środę?  -  zdziwiła  się  gospodyni.  -  Przecież  pan 

Haidar ma urodziny dopiero pojutrze, w piątek! Nie wiesz o tym, moje 
drogie dziecko? 

 - Wiem, oczywiście, że wiem! - obruszyła się Zara. 
 - Ale ja chciałabym mu sprawić jakąś urodzinową niespodziankę 

każdego z trzech nadchodzących dni. 

 - Za każdym razem w kuchni? 
 - Nie, nie! W kuchni tylko dzisiaj. 
 -  No  cóż,  skoro  już  tak  to  sobie  umyśliłaś...  -  Pani  Parker,  nie 

kończąc  zdania,  wzruszyła  ramionami  na  znak  niechętnego 
przyzwolenia.  -  Muszę  ci  jednak  powiedzieć  w  zaufaniu,  że  pan 
Haidar w ogóle nie przepada za świętowaniem swoich urodzin. Odkąd 
u niego jestem, a we wrześniu tego roku będzie już pełnych dziewięć 
lat, nigdy nie urządzał żadnego urodzinowego przyjęcia, nigdy nikogo 
do  domu  nie  zapraszał.  Jeśli  się  w  ogóle  z  kimś  ze  znajomych  z  tej 
okazji spotykał, to najwyżej gdzieś na mieście, w lokalu. A życzenia i 
upominki dostawał tylko od tego swojego kuzyna z dalekich stron! 

 -  Od  króla  Hakema  bin  Abdul  Haidara  z  Rahmanu  -  wtrąciła 

Zara. 

 - Tak, tak, ponoć od jakiegoś tam zamorskiego króla o strasznie 

długim  i  wyjątkowo  dziwnym  nazwisku,  którego  nigdy  nie  mogłam 
zapamiętać. Znasz go może, tego króla? - zaciekawiła się pani Parker. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Znam - potwierdziła Zara. - Właśnie król Hakem przysłał mnie 

tutaj, do szejka. 

 - W jakim celu? 
 -  Jako  urodzinowy  prezent.  To  znaczy  -  poprawiła  się 

pośpiesznie,  nie  chcąc  niepotrzebnie  szokować  starszej  kobiety, 
kompletnie nie znającej rahmańskich obyczajów 

 -  przysłał  mnie,  żebym  przygotowała  dla  szejka  Malika  jakiś 

urodzinowy  prezent...  a  właściwie  kilka  prezentów...  tu,  w  San 
Francisco, na miejscu. 

 -  To  ten  wasz  zamorski  król  nie  mógł  postarać  się  o  coś 

gotowego tam, u siebie, jak to zawsze robił do tej pory? - wypytywała 
zaintrygowana gospodyni. 

 -  Mógł,  oczywiście,  że  mógł,  ale  tym  razem  chciał  wprowadzić 

troszeczkę  urozmaicenia  i  zrobić  kuzynowi  niespodziankę.  I  dlatego 
właśnie jestem tu od wczoraj - wyjaśniła Zara. 

 - Znałaś wcześniej pana Haidara? 
 - Nie. 
Pani Parker westchnęła i pokręciła głową na znak dezaprobaty. 
 - Jak na mój gust, to trochę dziwne macie zwyczaje w tym swoim 

kraju - stwierdziła. - Żeby wysyłać młodą dziewczynę na drugi koniec 
świata,  do  obcego  samotnego  mężczyzny,  na  dodatek  jeszcze  bez 
butów? 

 - Miałam sandały, ale zginęły mi w czasie podróży. 
 - Mniejsza z tym - machnęła ręką pani Parker. – Tak czy inaczej, 

ten wasz król  wysłał cię samą do zupełnie obcego faceta!  A co na to 
twoja matka? 

 - Moja matka nie żyje już od roku - odpowiedziała ze smutkiem 

Zara. 

 - Moje biedactwo! - szczerze wzruszyła się gospodyni i przytuliła 

ją ze współczuciem. - Więc jesteś sierotą. 

 -  Tak  -  potwierdziła  Zara  -  bo  mój  ojciec  zmarł,  kiedy  byłam 

jeszcze całkiem malutka. Mam teraz tylko ojczyma. 

 -  Tylko  ojczyma,  rozumiem.  -  Gospodyni  z  powagą  pokiwała 

głową.  -  No,  ale  powiedz  mi  tak  całkiem  szczerze,  czy  gdyby  twoja 
matka żyła, to zgodziłaby się na tę amerykańską eskapadę? 

 - Chyba nie - odparła z lekkim zakłopotaniem Zara. 
 -  Rozumiem  -  powtórzyła  z  zadumą  pani  Parker.  -  Więc  jesteś 

dobrze wychowana, tylko troszeczkę postrzelona. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Tak pani myśli? 
 -  Ja  nie  myślę,  moje  dziecko,  ja  to  wiem!  -  stwierdziła 

autorytatywnie  gospodyni.  -  I  dlatego  -  dodała  -  pozwalam  ci  dzisiaj 
popracować  w  mojej  kuchni,  chociaż,  szczerze  mówiąc,  nie  lubię, 
żeby ktokolwiek mi się tutaj kręcił. 

 - Zara? 
Szejk Malik, zamknąwszy za sobą drzwi wejściowe, rozglądał się 

po mrocznym holu i nawoływał, mając nieodparte wrażenie, że czyni 
to  zupełnie  niepotrzebnie,  ponieważ  w  domu  nie  ma  absolutnie 
nikogo. Wokół było cicho i ciemno. 

 - Zara? - powtórzył. - Pani Parker? 
Milczenie. Żadnej odpowiedzi. 
Nagle 

głębi 

obszernego 

domu 

zabrzęczały 

garnki. 

Najwyraźniej ktoś jednak był i urzędował w kuchni. 

Ruszył przez hol  w kierunku, z którego dobiegały odgłosy.  Idąc, 

wyczuł  w  pewnym  momencie  zapamiętany  z  lat  dzieciństwa  zapach 
jednej  z  najbardziej  popularnych  rahmańskich  potraw,  pomieszany, 
niestety, z nieprzyjemnym swędem spalenizny. Ponieważ pani Parker 
nigdy  nie  próbowała  przyrządzać  czegokolwiek  orientalnego  ani  też 
nigdy  niczego  nie  przypalała,  szejk  zaczął  się  domyślać,  że 
niefortunną, choć pełną najlepszych chęci kucharką jest Zara. 

Nie pomylił się. 
Gdy wszedł do kuchni, ujrzał ją stojącą przy garnkach i rondlach, 

ustrojoną  w  zdecydowanie  zbyt  obszerny  fartuch  gospodyni  i 
najwyraźniej mocno zdenerwowaną. Policzki miała zaczerwienione, a 
oczy  załzawione.  Całe  pomieszczenie  wypełnione  było  szarym 
dymem o ostrym zapachu spalenizny. 

 - To ty już jesteś? - rzuciła spłoszona na widok szejka. 
 -  Byłbym  nawet  wcześniej,  gdyby  mnie  w  ostatniej  chwili  nie 

zatrzymał  w  biurze  niespodziewany  telefon  od  jednego  z  klientów  - 
odpowiedział. 

 -  Boże,  ty  już  jesteś,  a  tu  wszędzie  taki  straszny  bałagan!  - 

jęknęła Zara. - Nie gniewaj się, ale jakoś nie mogę sobie ze wszystkim 
poradzić - poskarżyła się. 

 - A gdzie jest pani Parker? - zainteresował się szejk. 
 -  Ma  dziś  wychodne,  wolny  dzień.  Wybrała  się  ze  swoim 

wnukiem  Benjaminem  w  odwiedziny  do  jakichś  krewnych  i  wróci 
dopiero późnym wieczorem. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - A ty... co ty robisz w kuchni? 
 -  Gotuję  dla  nas  dwojga  obiad.  To  znaczy...  właściwie.  .. 

przypalam  go  -  wykrztusiła  Zara,  spostrzegłszy,  że  z  elektrycznego 
piekarnika znowu wydobywa się pokaźny kłąb dymu. 

 - Nie umiesz gotować? - spytał Malik. 
 - Umiem gotować... ale... na ognisku - odpowiedziała speszona. - 

Ta tutejsza nowocześnie wyposażona kuchnia ani troszeczkę nie chce 
mnie  słuchać  -  dodała  gwoli  wyjaśnienia  tonem  skargi.  -  Wszystkie 
urządzenia uparcie robią mi na złość. Twoja gospodyni to chyba mnie 
zabije, kiedy wróci i zobaczy, jakiego strasznego bałaganu narobiłam! 
Chyba  że  wcześniej  ty  mnie  zabijesz,  jak  skosztujesz  moich 
nieudanych potraw. 

Szejk  uśmiechnął  się  dobrodusznie  i  przytulił  zrozpaczoną  Zarę 

do siebie. 

 -  Nic  się  nie  przejmuj  -  szepnął,  całując  jej  przesiąknięte 

kuchennymi zapachami włosy. - Zaraz zrobimy tu trochę porządku, a 
potem  zjemy,  co  się  da.  Mam  nadzieję,  że  przyrządzasz  coś 
orientalnego. 

 - Tak - potwierdziła. - Jagnięcinę z ryżem i różnymi dodatkami. 
 - Czyżby pani Parker miała w spiżarni wszystko, co trzeba dodać 

do  mięsa  i  ryżu,  żeby  zapach  był  dokładnie  taki,  jak  ten,  jaki 
pamiętam z dawnych lat i który teraz czuję? - zdziwił się szejk. 

 - Nie, nie - zaprzeczyła Zara. - Nie miała niczego z potrzebnych 

mi  rzeczy.  Musiałam  zrobić  przed  południem  zakupy  w  takim 
specjalnym  sklepie  z  żywnością  dla  chorych...  nie,  inaczej...  dla 
zdrowych...  -  zaczęła  się  plątać  w  nie  znanym  jej  amerykańskim 
nazewnictwie. 

 -  Mówisz  chyba  o  sklepie  ze  zdrową  żywnością,  prawda?  - 

poprawił ją szejk. 

 -  O,  właśnie!  -  potwierdziła.  -  Nawet  nie  wiedziałam,  że  w 

Ameryce  takie  sklepy  istnieją,  matka  nigdy  mi  o  nich nie  opowia...  - 
Zara  przerwała  nagle  w  pół  słowa,  zorientowawszy  się,  trochę  za 
późno, że i tak z rozpędu powiedziała już zbyt wiele. 

Oho,  wygląda  na  to,  że  jej  zmarła  matka  znała  Amerykę!  - 

wydedukował  w  myślach  szejk.  Może  nawet  była  rodowitą 
Amerykanką? 

Przemilczał jednak tę kwestię i udał, że niczego niezwykłego nie 

usłyszał. Zdecydował się bowiem dyskretnie sprawdzić w stosownym 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

momencie,  kim  tak  naprawdę  jest  podarowana  mu  przez  króla 
Hakema  rahmańska  kobieta  o  blond  włosach,  zielonych  oczach  i 
jasnej karnacji. Nie chciał otwarcie pytać ją o to, budząc jej czujność i 
dając  okazję  do  wymyślenia  naprędce  na  jego  użytek  jakiegoś 
niewinnego kłamstewka. 

 - Więc powiadasz - zmienił temat - że umiesz gotować tylko na 

ognisku? 

 - Tak - szepnęła. 
 -  No,  to  trzeba  było  rozpalić  ogień  na  kominku  w  salonie  i  tam 

robić obiad! 

Zara wybuchnęła śmiechem. 
Szejk,  zadowolony,  że  żart  mu  się  udał,  pocałował  ją  w  czubek 

głowy  i  uwolnił  z  objęć.  Po  czym  zdjął  marynarkę,  rozluźnił  krawat, 
zakasał  rękawy  koszuli  i  zaproponował  pomoc  przy  uporządkowaniu 
kuchni i wspólne zjedzenie tego, co okaże się jadalne. 

Zara,  nie  mając  w  gruncie  rzeczy  żadnego  innego  wyjścia, 

skwapliwie przystała na taki plan. 

 - Orientalna sałatka z warzyw i owoców na pewno będzie dobra - 

zapewniła. - Przynajmniej ona mi się nie przypaliła. 

Uśmiechnął  się  i  załadował  do  zmywarki  wszystkie  naczynia, 

łyżki i noże, których Zara używała podczas przygotowywania potraw. 
Ona  z  kolei  dokładnie  wytarła  pobrudzony  mąką,  solą,  cukrem  i 
przyprawami  blat  kuchennego  stołu  i  zaczęła  wykładać  po  kolei  na 
talerze i półmiski wszystko, co przyrządziła. 

Jagnięca pieczeń była wprawdzie z jednej strony ciut zwęglona, z 

drugiej  jednak  -  zupełnie  dobra.  Ryż  na  szczęście  w  ogóle  się  nie 
przypalił.  Wyjęte  z  elektrycznego  piekarnika  pszenne  placuszki 
okazały  się  takie,  jak  trzeba,  a  pikantny  sos,  w  którym  należało  je 
zamaczać  -  wprost  wyborny!  W  sumie,  obiad  był  wystarczająco 
obfity, jak dla dwojga. I naprawdę smaczny! 

Kiedy  go  zjedli,  szejk  wstał  od  stołu,  podszedł  do  Zary  i 

pocałował ją. 

 -  Poobiedni  pocałunek  to  taka  amerykańska  tradycja  -  wyjaśnił, 

spostrzegłszy jej zaskoczoną minę. - Tak samo - zaczął wyliczać - jak 
pocałunek na dobry wieczór, na dobranoc, na dzień dobry. 

 -  Aż  tyle  tu  takich  tradycyjnych  pocałunków?  -  zdumiała  się 

jeszcze bardziej niż przed chwilą. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Mnóstwo  -  przytaknął  ze  śmiechem.  -  Chyba  więcej  niż 

gdziekolwiek  indziej  na  świecie.  Jest  również  taka  tradycja,  że  po 
obiedzie  rozmawia  się  w  domu  o  tym,  jak  każdemu  z  domowników 
minął dzień. 

 - Mnie minął na gotowaniu - stwierdziła. - A tobie? 
 - Jak zwykle, na prowadzeniu interesów. 
 - A jakie właściwie to są interesy? - zaciekawiła się Zara. - Ali i 

Dżamil nie chcieli mi o nich absolutnie nic powiedzieć. 

Wzruszył ramionami. 
 -  Nie  chcieli,  mądrale  -  mruknął  lekceważącym  tonem  -  bo  nie 

mieli  o  nich  zielonego  pojęcia.  Musiałabyś  zapytać  Alice,  moją 
sekretarkę,  ona  jest  dokładnie  zorientowana  w  specyfice  biznesu, 
jakim się tutaj zajmuję. 

 -  Czy  to  jakiś  tajemniczy  biznes,  powiązany  może  z 

międzynarodową polityką? 

 -  Ani  trochę  -  zaprzeczył  szejk.  -  Najnormalniejsza  w  świecie 

działalność  finansowo  -  inwestycyjna.  Jestem  amerykańskim 
finansistą. Staram się inwestować pieniądze tak, by je pomnożyć. 

 - Swoje pieniądze? 
 -  W  przeważającej  mierze  cudze,  które  inwestuję  w  ramach 

świadczonych przez moje biuro usług. Choć, oczywiście, własne też. 

 - Dobrze ci idzie z tym inwestowaniem i pomnażaniem? 
 - Nie najgorzej. 
 -  Uczyłeś  się  tego  kiedyś,  jeszcze  w  Rahmanie?  Szejk  Malik 

Haidar pokręcił przecząco głową. 

 -  W  Rahmanie  uczyłem  się  tylko  rządzenia  królestwem  - 

wyjaśnił. - Ale reguły zarządzania państwem można, jak się okazuje, z 
powodzeniem  zastosować  do  zarządzania  firmą.  A  ty,  czego  się 
uczyłaś, poza gotowaniem na ognisku? - zapytał. 

 -  Jak  wszystkie  kobiety  w  Rahmanie,  właściwie  niczego 

szczególnie ciekawego - odpowiedziała Zara, wzruszając ramionami. - 
Uczono  mnie  przede  wszystkim  posłuszeństwa  wobec  mężczyzn.  A 
moimi nauczycielami byli wyłącznie mężczyźni. 

 - Wielu ich było? 
 - Kilku. Ojciec, starsi bracia... 
 - Ach, tak! - szejk wyraźnie ucieszył się, że Zara nie wylicza mu 

byłych  mężów  czy,  o  zgrozo,  kochanków.  -  I  co,  nauczyli  cię 
posłuszeństwa? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Do  pewnego  stopnia...  -  odpowiedziała  wymijająco  i  dość 

mocno się zarumieniła. 

 -  Skoro  tak  mówisz  i  tak  się  czerwienisz  -  odpowiedział  na  to 

szejk,  patrząc  przenikliwie  prosto  w  jej  oczy  -  to  domyślam  się,  że 
twój przyjazd do mnie nastąpił bez ich aprobaty. Prawda? 

Zara głęboko westchnęła i po chwili wahania przyświadczyła: 
 -  Ano  prawda,  bez.  Nie  było  sensu  prosić  ich  o  zgodę  na  mój 

wyjazd,  bo  z  całą  pewnością  by  jej  nie  udzielili.  Oni  są  strasznie 
konserwatywni, niesamowicie staroświeccy. Nigdy by się nie zgodzili 
na tę moją eskapadę do Ameryki. 

 - Cóż, ważne, że uzyskałaś zgodę króla - rzucił szejk rozmyślnie 

obojętnym  tonem,  starając  się  zasugerować  jej,  że  kompletnie 
lekceważy całą sprawę. 

W  duchu  jednak  postanowił  jak  najprędzej  zadzwonić  do 

Hakema,  aby  dowiedzieć  się  o  niej  i  jej  konserwatywnej  rodzinie 
czegoś więcej. 

Kiedy  więc  tylko  do  końca  uporządkowali  kuchnię  po  obiedzie, 

zaproponował  Zarze,  by  zaparzyła  kawę,  a  sam,  pod  pretekstem 
zmiany  ubrania  z  biurowego  na  domowe,  wymknął  się  do  swego 
pokoju, gdzie znajdował się aparat telefoniczny. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 
Po  pośpiesznym  wykręceniu  wielocyfrowego  numeru,  szejk  ku 

swemu  zdziwieniu  rozpoznał  w  słuchawce  głos  samego  Hakema  bin 
Abdul  Haidara,  a  nie  któregoś  z  licznych  królewskich  adiutantów, 
sekretarzy czy doradców. 

 - Czy to naprawdę ty, kuzynie, we własnej osobie? - upewnił się. 
 - We własnej osobie - mruknął naburmuszony król. 
 -  Czy  ty  wiesz,  Malik,  która  jest  teraz  tu  u  nas,  w  Rahmanie, 

godzina? 

 - Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia - przyznał szejk. 
 - Ciągle gubię się w przeliczeniach stref czasowych. 
 - Bardzo późna! A właściwie to jest sam środek nocy! - dobitnie 

stwierdził  król.  -  Ale  mniejsza  z  tym.  Czy  ty  wiesz,  jakie  ja  mam  tu 
teraz kłopoty? 

 - Z czym? 
 - Zapytaj raczej... z kim! 
 - Zatem, z kim masz kłopoty, kuzynie? 
 -  Nietrudno  chyba  się  domyślić,  że  ciągle  z  tym  samym 

człowiekiem! Z Kadarem bin Abu Salmanem! 

 -  A  co  takiego  znów  wymyślił  ten  stary  intrygant?  - 

zainteresował się szejk. 

 -  Wyobraź  sobie,  że  przysłał  mi  tu  do  pałacu  swoją  córkę  - 

wyjaśnił król. 

 - Córkę? Do pałacu? A po co? 
 - Żebym ją zgodnie z tradycją zaślubił jako moją drugą żonę! 
Szejk,  mimo  wieloletniego  pobytu  poza  rodzinnym  krajem,  był 

nadal  nieźle  zorientowany  w  najważniejszych  sprawach  Rahmanu, 
wiedział  więc,  że  pierwsza  małżonka  króla  Hakema  bin  Abdul 
Haidara, Rasha, wydała jak dotąd na świat trzy córki. Jeśliby  więc ta 
druga  żona  urodziła  królowi  upragnionego  syna,  to  właśnie  on 
zostałby  następcą  tronu,  a  jego  dziadek,  Kadar  bin  Abu  Salman, 
zyskałby tym samym wyjątkowe wpływy na królewskim dworze. 

Dlatego 

szejk, 

zbulwersowany 

usłyszaną 

wiadomością, 

wykrzyknął: 

 - A to historia! 
 - Prawda? - rzucił w słuchawkę król. - Niesamowita. 
 - Kuzynie, a czy ty nie mogłeś odmówić  Kadarowi przyjęcia tej 

jego córki na swój dwór? - zapytał Malik. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Odmówić mu, znaczyłoby to samo, co świadomie go obrazić - 

wyjaśnił Hakem - a tym samym sprowokować go do wszystkiego, co 
najgorsze...  do  intryg,  spisku,  a  nawet  buntu.  I  wtedy  naraziłbym  na 
szwank  ten  błogosławiony  pokój,  który  z  takim  trudem  i 
poświęceniem, 

przede 

wszystkim 

twojej 

strony, 

Malik, 

zapewniliśmy naszemu krajowi przed dziesięciu laty. 

 - No tak - przyznał szejk. - Ale... 
 - Ale co, Malik? 
Szejk  wahał  się  przez  moment  i  milczał,  ostatecznie  jednak 

zdecydował się zadać królowi to dość drażliwe pytanie: 

 - Ale jak Rasha to wszystko przyjmuje, kuzynie? 
 -  Rasha bardzo  się  stara przyjąć  to wszystko  jak najspokojniej  - 

odparł  Hakem.  -  Choć  bynajmniej  nie  przychodzi  jej  to  łatwo, 
zwłaszcza  że  jest  w  odmiennym  stanie  i  oczekuje  rychłego 
rozwiązania - dodał. 

 -  Więc  może  zaczekałbyś  trochę  z  tymi  drugimi  zaślubinami, 

kuzynie, przynajmniej do momentu, aż twoja pierwsza żona wyda na 
świat czwarte dziecko? - zasugerował szejk. 

 - Cóż, mój drogi kuzynie, w tej chwili wszystko wskazuje na to, 

że  nawet  będę  musiał  zaczekać  -  powiedział  król,  wyraźnie 
zafrasowany. 

 - Dlaczego? 
 - Bo moja narzeczona niespodziewanie zniknęła z pałacu! 
Szejk nie zdołał się opanować i wybuchnął śmiechem. 
 - Żartujesz, kuzynie? - rzucił. 
 -  Ech,  chciałbym...  -  westchnął  król  Hakem.  -  Ale  to,  niestety, 

najprawdziwsza  prawda,  a  nie  żarty.  Dziewczyna  zniknęła  z  mojego 
pałacu, przepadła jak kamień w wodę! I teraz jej bliżsi i dalsi krewni 
zjeżdżają się tu, grożąc, że jeśli w najbliższym czasie jej nie odnajdę, 
to wtedy oni sami zaczną szukać. 

 - Dają ci w ten sposób do zrozumienia, że pewnie celowo gdzieś 

ją ukryłeś, chcąc w ten sposób uniknąć małżeństwa? 

 -  Otóż  to,  Malik!  -  potwierdził  król.  -  Moja  sytuacja  staje  się  w 

związku  z  tym  dość  niezręczna,  z  każdym  dniem  coraz  bardziej 
kłopotliwa. 

 -  A  co  naprawdę  stało  się  z  tą  dziewczyną?  -  wtrącił  szejk, 

przerywając kuzynowi jego narzekania. - Jak sądzisz? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Sądzę, że podobnie jak ja, też nie chciała tego bezsensownego 

małżeństwa, w jakie wplątał ją ojciec. I po prostu uciekła. 

 - Z własnej inicjatywy? 
 - Tak. 
 - Miała odwagę sprzeciwić się Kadarowi? - zdziwił się szejk. 
 -  Na  to  wygląda  -  potwierdził  król.  -  Bo  widzisz,  kuzynie,  ona 

jest... 

hm... 

Zawahał 

się, 

poszukując 

myślach 

najodpowiedniejszego określenia. 

 - Krnąbrna? Nieposłuszna? 
 -  Nie,  nie!  Powiedziałbym  raczej:  niezwykła...  całkiem 

nietypowa jak na rahmańską kobietę. 

 -  Doprawdy?  To  zupełnie  tak  samo,  jak  dziewczyna,  którą 

przysłałeś  mi  na  urodziny  -  stwierdził  szejk.  -  Wielkie  dzięki  za  ten 
wspaniały prezent, kuzynie! 

 -  Wyobraź  sobie,  że  to  właśnie  córka  Kadara  wybrała  ci  tę 

dziewczynę, a zaraz potem zniknęła. 

 - Jak to? 
 -  Po  prostu.  Wybrała  ci  jedną  kobietę  spośród  sześciu,  bo 

osobiście ją o to poprosiłem - wyjaśnił król. 

 - Niesamowite! Wybrała prezent dla mnie i zaraz potem uciekła? 
 - Właśnie! 
 - Może z kochankiem? - zasugerował szejk. 
 -  Oby  tak  było!  -  westchnął  król.  -  Kadar  bin  Abu  Salman  nie 

mógłby  wówczas  proponować  mi  jej  za  żonę,  gdyby  się  okazało,  że 
ma kochanka i nie jest już dziewicą. 

 - Z całego serca życzę ci takiego właśnie obrotu spraw, kuzynie! 
 -  A  ja  życzę  ci  wszystkiego  najlepszego  z  okazji  trzydziestych 

urodzin! 

 - Dziękuję. 
 - Ja tobie również, Malik. I do ponownego usłyszenia! 
 -  Do  usłyszenia,  kuzynie!  Spokojnych  snów.  Obydwaj  -  król  w 

swoim  pałacu  w  Rahmanie  i  szejk  w  swojej  rezydencji  w  Ameryce  - 
jednocześnie odłożyli słuchawki. 

Malik miał wprawdzie chęć zadać Hakemowi jeszcze kilka pytań 

na  temat  Zary,  zrezygnował  jednak,  nie  chcąc  dłużej  zakłócać 
nocnego wypoczynku rahmańskiemu monarsze. 

Cóż,  nie  mam  tu,  w  Kalifornii,  pałacu  i  tronu,  tylko  gabinet 

biznesmena  i  zwykły  fotel  za  biurkiem,  ale  nie  mam  też  tych 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

rozlicznych  kłopotów,  z  jakimi  musi  się  dzień  w  dzień  borykać  mój 
kuzyn, pomyślał szejk Malik nie bez satysfakcji. Jako zwyczajny pan 
Haidar, amerykański finansista, mogę robić, co chcę, nie oglądając się 
ani  na  tradycję,  ani  na  powiązania  polityczne,  ani  na  rację  stanu. 
Jestem wolny! 

 - A skoro tak, to mogę w dżinsach i podkoszulku wrócić do Zary 

na kawę - mruknął półgłosem do siebie. 

Po  czym  przebrał  się  szybko  i  zbiegł  do  kuchni,  stęskniony  za 

swym niezwykłym „urodzinowym prezentem". 

 -  Już  jedzie!  Wszyscy  na  miejsca!  -  zawołała  Zara,  klasnąwszy 

głośno w dłonie. 

 - Jest mały problem, proszę pani! -  odkrzyknął jej z  głębi domu 

Benjamin, wnuk pani Parker. 

 - Babcia sama nie da sobie z nim rady? 
 - Nie, potrzebujemy pani pomocy! 
 - Ale pan Haidar już przyjechał, właśnie wysiada z samochodu. 
Zara  obserwowała  ulicę  przed  domem  i  dziedziniec  przez 

półprzezroczyste  bladoróżowe  szyby  umieszczone  we  frontowych 
drzwiach. Obraz miała lekko zniekształcony, była jednak w stanie się 
zorientować,  że  szejk  Malik  podjeżdża,  zatrzymuje  samochód, 
wysiada, rozgląda się uważnie dookoła. 

 -  Panno  Zaro,  jest  problem!  -  raz  jeszcze  zawołał  z  głębi  domu 

Benjamin. 

 -  Później,  bo  pan  Haidar  już  idzie!  -  odkrzyknęła  i  otworzyła 

szejkowi drzwi. 

Wszedł  do  środka,  znów  rozejrzał  się  dookoła,  zupełnie  jakby 

pierwszy raz widział wnętrze, w którym się znalazł. 

 - Zara, co ty zrobiłaś z moim domem? - zapytał. 
Z  tonu  jego  głosu  nie  potrafiła  wywnioskować,  czy  jest  tylko 

zadziwiony,  czy  może  zdegustowany  przygotowaną  przez  nią 
niespodzianką. 

 -  To  wszystko  wynajęte,  wypożyczone,  ale  tylko  na  dzisiaj,  na 

jeden dzień - odpowiedziała pośpiesznie. - Już jutro twój dom znowu 
będzie wyglądał tak, jak zwykle. 

 - Ale teraz wygląda jak... - Zawahał się i umilkł. 
 -  Teraz  wygląda  jak  twój  pałac  w  Rahmanie!  -  dokończyła  za 

niego Zara. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Bardzo się starała, żeby odtworzyć w kalifornijskim domu szejka 

jak najwięcej elementów orientalnego wnętrza królewskiej rezydencji. 
Sprowadziła więc z kilku kwiaciarni całą masę bujnych egzotycznych 
roślin w pokaźnych donicach, żeby zrobić z nich zielony szpaler przed 
wejściem. Postarała się o dwa ogromne złociste leopardy, z cętkami ze 
sztucznych  onyksów  i  oczami  ze  sztucznych  szmaragdów,  ponieważ 
takie  same  -  tyle  że  przyozdobione  autentycznymi  kamieniami 
szlachetnymi  ogromnej  wartości  -  strzegły  odrzwi  królewskiej 
siedziby  w  Rahmanie.  Hol  przyozdobiła  mosiężnymi  wazami  i 
wyłożyła  wielobarwnymi,  ręcznie  tkanymi  kobiercami.  Ze  sklepu 
zoologicznego wypożyczyła dużą błękitno - zieloną papugę, ponieważ 
taka sama, imieniem Cash - Cash, witała gości w pałacu. 

 -  Nie  do  wiary,  jest  tu  teraz  całkiem  tak  samo,  jak  tam  - 

stłumionym głosem odezwał się szejk. 

 - Starałam się, żeby... 
Zara  nie  dokończyła  zdania,  ponieważ  jej  słowa  całkowicie 

zagłuszył  przeraźliwy  ptasi  krzyk.  Do  holu  dumnie  wkroczył  paw, 
prowadząc  za  sobą  cały  harem  pawic  i...  Benjamina,  który 
bezskutecznie usiłował przepłoszyć ptaki. 

 - Sprowadziłaś nawet pawie?! - wykrzyknął szejk. 
 - Tak, ale miały przebywać w ogrodzie - wyjaśniła Zara. 
 -  Kocur  sąsiadów...  zanadto  się  nimi  interesował,  panie  Haidar, 

więc  zapędziłem  je  do  pralni,  żeby  były  bezpieczne  -  wtrącił  się 
zasapany i zakłopotany Benjamin, biegając po holu za ptaszyskami. - 
Ale babcia niepotrzebnie otworzyła drzwi i wypuściła te pawie... i one 
wybiegły z pralni i wpadły do domu, na pokoje. 

Przy  współudziale  Zary  i  szejka,  po  kilku  minutach  bieganiny, 

chłopak  zdołał  ponownie  zamknąć  hałaśliwe  ptaki  w  pomieszczeniu 
gospodarczym. 

 -  Benjamin,  natychmiast  zadzwoń  do  właściciela,  żeby  je  sobie 

zabrał - polecił Malik. 

 - Oczywiście, panie Haidar. Babcia się ucieszy, bo te pawie tak ją 

przestraszyły, jak wyskoczyły prosto na nią z tej pralni, że... 

 -  Przejdźmy  może  dalej  -  zaproponowała  Zara,  przerywając 

Benjaminowi  wywód  z  obawy,  by  nie  ujawnił  szejkowi  jakichś 
kłopotliwych, kompromitujących szczegółów. 

 -  Czy  mam  się  spodziewać  dalszych  niespodzianek?  -  zapytał 

Malik. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Tylko kilku. 
 -  Cóż,  dobrze,  że  wiem.  O,  papuga!  -  Szejk  zwrócił  uwagę  na 

ptaka, umieszczonego w klatce zawieszonej pod sufitem, w głębi holu. 

Papuga,  jak  na  komendę,  wyrzuciła  z  siebie  w  tym  momencie 

głośną serię najohydniejszych amerykańskich przekleństw. 

 -  Ona  coś  mówi!  -  ucieszyła  się  Zara.  -  Tylko  jakoś  nie  bardzo 

rozumiem, co. 

 - Na szczęście - mruknął Malik. 
 - Dlaczego? - zdziwiła się. 
 - Bo ona klnie, na czym świat stoi! 
 -  Niestety,  nie  znam  amerykańskich  przekleństw,  tylko 

rahmańskie - przyznała z niejakim zakłopotaniem Zara. 

 -  Na  szczęście  -  powtórzył  szejk.  -  Zostawmy  w  spokoju  tę  źle 

wychowaną  papugę  i  wejdźmy  do  salonu  -  zaproponował,  po  czym, 
nie  czekając  na  odpowiedź  Zary,  chwycił  ją  za  rękę  i  pociągnął  za 
sobą. 

W  salonie  całą  wolną  przestrzeń  wypełniały  większe  i  mniejsze 

klatki  z  ptakami.  Były  tu  zięby,  papużki  faliste,  kanarki.  Cała 
ptaszarnia! 

 - Moja matka uwielbiała ptaki i hodowała ich mnóstwo w pałacu 

- odezwał się półgłosem Malik, ni to do Zary, ni to sam do siebie. 

 - Wiem, Rasha mi opowiadała. 
 -  Poznałaś  Rashę,  przebywając  w  pałacu?  -  zainteresował  się 

szejk. 

 - Tak, poznałam ją - potwierdziła Zara. - To cudowna, wspaniała 

kobieta, urodziwa, dobra i mądra. 

 - Ta kobieta najprawdopodobniej byłaby w tej chwili moją żoną, 

gdyby  polityczne  sprawy  w  Rahmanie  potoczyły  się  inaczej  - 
zauważył szejk. - A tak, jest żoną mojego kuzyna Hakema. 

 - Żałujesz? 
 - Nie. 
 - To dobrze! - ucieszyła się Zara. - Mogłam wprawdzie zamienić 

twój dom w królewski pałac, ale nie dałabym rady sama zamienić się 
w Rashę. 

 - Fakt - potwierdził Malik i uśmiechnął się. - Zupełnie nie jesteś 

podobna do Rashy, przypominasz raczej moją matkę. No, może nie z 
wyglądu,  ale  na  pewno  z  usposobienia  -  dodał.  -  Podobno  była 
niezwykłą kobietą, inteligentną, trochę ekscentryczną. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - De miałeś lat, kiedy zmarła? - spytała Zara. 
 - Pięć. 
 - A ja miałam cztery, kiedy umarł mój ojciec. 
 -  To  strasznie  przykre,  tracić  rodziców  tak  wcześnie  -  zauważył 

szejk. 

 - Fakt. 
 -  Chwileczkę!  Ale  ty  przecież  mówiłaś  mi  wczoraj,  że  ojciec 

uczył cię posłuszeństwa wobec mężczyzn, prawda? 

 -  Malik,  spostrzegłszy  pewną  wyraźną  sprzeczność  w 

zwierzeniach  Zary,  nawiązał  nieoczekiwanie  do  rozmowy  z 
poprzedniego dnia. 

 - No... tak... - wykrztusiła speszona. 
 -  Uczył  cię,  zanim  skończyłaś  cztery  lata?  I  ty  to  pamiętasz?  - 

zdziwił się. 

Zara zaczerwieniła się gwałtownie. 
Nieopatrznie powiedziała o sobie zbyt  wiele i  zupełnie nie miała 

teraz  pojęcia,  jak  wybrnąć  z  kłopotliwej  sytuacji.  Nie  wiedziała,  co 
powinna  potwierdzić,  a  czemu  zaprzeczyć,  aby  jej  wyjaśnienie 
zachowało  bodaj  pozory  konsekwencji  i  prawdopodobieństwa,  i  aby 
nie wzbudziło jakichś niepotrzebnych podejrzeń ze strony szejka. 

Po dłuższej chwili wahania i rozterki ostatecznie zdecydowała się 

na... szczerość! 

 -  Moi  rodzice  byli  Amerykanami  -  wyznała.  -  Kiedy  miałam 

cztery  lata,  mój  ojciec  zmarł,  a  w  rok  później  moja  matka  wyszła 
ponownie  za  mąż  za  przebywającego  czasowo  w  Stanach 
Zjednoczonych  mężczyznę  z  Rahmanu.  I  przeniosła  się  tam  razem  z 
nim i  ze  mną na  stałe.  Odkąd  skończyłam  pięć  lat i  opuściłam  Stany 
Zjednoczone,  mieszkałam  w  Rahmanie,  w  południowej  prowincji  i 
wychowywałam  się  w  domu  ojczyma.  I  to  właśnie  on  uczył  mnie 
posłuszeństwa. 

 - A więc to tak! - wybuchnął szejk. - Jak widzę, nie byłaś ze mną 

szczera - zauważył cierpko. 

 -  Malik,  przecież  cię  nie  okłamywałam!  -  broniła  się  Zara.  - 

Przemilczałam  tylko  kilka  faktów  z  mojego  życiorysu  i  to  wszystko. 
Do tego się sprowadza całe moje przewinienie. 

Szejk  zmarszczył  brwi,  przymrużył  oczy  i  zamyślił  się, 

najwyraźniej  analizując  jej  i  swoje  racje.  Wreszcie,  nie  ujawniając, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

czy uważa Zarę za godną potępienia kłamczuchę, czy też nie, zapytał 
ją: 

 - Masz tu w Ameryce jakąś rodzinę? 
 -  Prawdopodobnie  mam  babcię,  matkę  mojej  matki  - 

odpowiedziała.  -  No  i  z  pewnością  mam  jakieś  ciotki,  wujów, 
bliższych i dalszych kuzynów. 

 - Chciałabyś pewnie ich odnaleźć. A z kim konkretnie chciałabyś 

się spotkać spośród twoich amerykańskich krewnych? 

 -  Tak,  bardzo  bym  chciała  się  spotkać  z  moimi  kuzynami, 

najchętniej  ze  wszystkimi!  -  przyświadczyła  z  nie  ukrywanym 
entuzjazmem. - Bardzo bym chciała ich poznać! 

 -  I  tylko  dlatego  zdecydowałaś  się  na  wyjazd  do  Stanów 

Zjednoczonych  w  roli  mojego  prezentu  urodzinowego,  prawda?  - 
zasugerował szejk. 

Po krótkiej chwili wahania Zara potwierdziła: 
 -  Owszem,  początkowo  myślałam  tylko  o  tym...  ale  kiedy  cię 

poznałam - dodała - sprawa odnalezienia mojej amerykańskiej rodziny 
straciła dla mnie na znaczeniu, przestała aż tak bardzo się liczyć. 

 - Na rzecz...? - rzucił i znacząco zawiesił głos. 
 -  Na  rzecz  tego,  co  rozgrywa  się  w  tej  chwili  pomiędzy  nami!  - 

Zara dokończyła rozpoczęte przez niego zdanie. 

 - A co się teraz pomiędzy nami rozgrywa, według ciebie? - Szejk 

nie ustawał w indagacjach. 

 - A czy musimy to w tej chwili nazywać po imieniu? 
 - odpowiedziała pytaniem na pytanie. - Proszę cię, Malik 
 - z emocji podniosła lekko głos - pozwólmy sprawom toczyć się 

dotychczasowym torem!  Kontynuujmy to, co rozpoczęliśmy,  zgodnie 
ze  wspólnie  ustalonym  planem!  Dzisiaj  jest  drugi  z  trzech  dni,  jakie 
ofiarowałeś  mi  na  przygotowanie  dla  ciebie  urodzinowych 
niespodzianek. Jutro nastąpi dzień trzeci i ostatni. 

 - I noc, którą spędzisz w moim łóżku! Pamiętasz o tym? - spytał 

cicho. 

 - Tak, pamiętam - odpowiedziała lakonicznie. 
 - A co nastąpi potem? Rozstanie? 
 -  Niekoniecznie  od  razu  -  stwierdziła  łagodnym,  nieco 

melancholijnym tonem. - Chociaż... - dodała z pewnym wahaniem po 
krótkiej  chwili.  -  Widzisz,  jeżeli  zechcę  odnaleźć  moich 
amerykańskich krewnych i poznać trochę całe Stany Zjednoczone, nie 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ograniczając  się  do  Kalifornii,  to  w  końcu  będę  musiała  opuścić  tę 
złotą klatkę, jaką jest dla mnie twoja rezydencja w San Francisco. 

 -  No  cóż,  pomogę  ci  odnaleźć  twoją  amerykańską  rodzinę  - 

zadeklarował szejk. 

 - Nie musisz. 
 -  A  jednak  ci  pomogę!  -  obstawał  przy  swoim.  -  I  pozwolę  ci 

odejść z mojego domu dopiero wtedy, kiedy się przekonam, że jesteś 
w tej rodzinie mile widziana, że masz w niej jakieś oparcie. 

Zara  milczała,  nie  próbując  odbierać  Malikowi  ostatniego  słowa 

w tej sprawie. 

Perspektywa  rozstania  napełniała  ją  smutkiem.  Ponieważ  jednak 

uważała, że jest ono w ich sytuacji czymś nieuchronnym, cieszyła się 
przynajmniej  z  tego,  że  szejk  rozumie  jej  chęć  poznania  kraju,  w 
którym  przyszła  na  świat,  i  nie  grozi  jej  odesłaniem  do  Rahmanu 
natychmiast po zaspokojeniu własnych żądz. 

To  z  pewnością  dobry,  uczciwy,  wielkoduszny  człowiek, 

przyznawała  w  myślach,  stojąc  przed  nim  i  wpatrując  się  w  jego 
czarne,  pałające  oczy.  Opowieści,  jakie  o  nim  słyszała  w  domu 
ojczyma,  musiały  być  kłamliwe.  To  wspaniały  człowiek!  Ktoś,  kogo 
można polubić, ktoś, w kim można się nawet zakochać. 

 - Zara, dlaczego milczysz? -  zapytał szejk, podchodząc do niej i 

ujmując ją lekko za ramiona. 

 - Milczę, bo rozmyślam - odpowiedziała zgodnie z prawdą. 
 - A o czym? 
 - O naszej jutrzejszej nocy. 
 - Boisz się jej? 
 - Już teraz nie - szepnęła. 
I  oczywiście nie protestowała, kiedy  wziął ją w ramiona i zaczął 

namiętnie całować. 

 - Pani Parker, co to ma znaczyć, że jej nie ma? Co to ma znaczyć, 

pani  Parker?  -  powtarzał  podniesionym  głosem  szejk  Malik  Haidar 
następnego  dnia,  gdy  po  powrocie  z  biura  nie  zastał  Zary  w  swoim 
domu. 

 -  To  ma  znaczyć,  że  wyjechała,  panie  Haidar  -  ze  stoickim 

spokojem wyjaśniła wzburzonemu pracodawcy gospodyni. 

 - Jak to, wyjechała? - zdziwił się. - Tak po prostu? 
 - Po prostu - potwierdziła pani Parker. – Wyjechała i już! Nie jest 

przecież  pańskim  więźniem,  a  ja nie jestem  więziennym  strażnikiem, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

żebym  ją  miała  siłą  trzymać,  kiedy  chciała  wyjechać.  Ale  przed 
wyjazdem  napisała  do  pana  ten  list  -  dodała,  podając  szejkowi 
zaklejoną kopertę. 

Zdenerwowany  wziął  ją  bez  słowa  i  czym  prędzej  udał  się  do 

swojego gabinetu. 

Nie  chciał  w  obecności  pani  Parker  czytać  listu,  w  którym 

spodziewał się odnaleźć tylko słowa  pożegnania, wolał uczynić to na 
osobności.  Obawiał  się  bowiem,  że  nie  zdoła  zareagować 
odpowiednio  powściągliwie  na  wiadomość  o  ucieczce  Zary.  A 
niestety, takiej właśnie, a nie innej wiadomości spodziewał się w tym 
momencie. 

Zamknąwszy  za  sobą  drzwi,  drżącymi  rękoma  rozerwał  kopertę. 

Wydobył z niej pojedynczą kartkę białego listowego papieru, zapisaną 
mniej więcej do połowy, i zaczął czytać. 

I niemal natychmiast wybuchnął głośnym śmiechem. 
Śmiał się z samego siebie, z własnych nieuzasadnionych obaw, bo 

Zara bynajmniej nie żegnała się z nim w liście ani też nie tłumaczyła, 
dlaczego  zniknęła.  Podawała  natomiast  wskazówki,  jak  ma  ją 
odnaleźć! 

Szejk wybiegł z gabinetu i wpadł do kuchni. 
 - Wyjeżdżam, pani Parker - oświadczył gospodyni. 
 - Pan też? - zdziwiła się. 
 - Jadę do Zary! 
 - To już pan wie, gdzie ona jest? 
 - Dowiedziałem się z listu. Jadę do niej i wrócę dopiero razem z 

nią, pani Parker. Nie wcześniej niż jutro! 

 -  W  takim  razie  życzę  panu  szerokiej  drogi,  panie  Haidar  - 

powiedziała  z  dobrodusznym  uśmiechem  gospodyni.  -  I  życzę  panu 
wszystkiego najlepszego w dniu urodzin! - dodała. - Dużo szczęścia! 

 -  Dziękuję,  pani  Parker!  -  odkrzyknął  już  z  holu,  zdążywszy 

wypaść w pośpiechu z kuchni. 

 -  Panie  Haidar, chwileczkę!  -  zawołała  gospodyni  i  wybiegła  za 

nim,  przypomniawszy  sobie  o  czymś,  co  miała  mu  przekazać,  kiedy 
wróci  po  pracy  do  domu.  -  Ten  pański  kuzyn,  król  Hakem, 
telefonował i mówił, że ma do pana jakąś ważną sprawę. 

 -  Zadzwonię  do  niego  jutro,  pani  Parker!  -  rzucił  przez  ramię 

szejk, stojąc już w otwartych drzwiach. 

 - Ale on mówił, że to pilne! - krzyknęła z głębi holu gospodyni. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Szejk  wybiegł  jednak  z  domu  i  wsiadł  do  samochodu  nazbyt 

szybko, by mógł to ostatnie zdanie usłyszeć. 

 -  A  może  to  i  lepiej,  że  nie  usłyszał  i pojechał do  Zary,  zamiast 

wydzwaniać  do  tego  zamorskiego  kuzyna  w  koronie  na  głowie  - 
mruknęła pół żartem, pół serio, machnąwszy ręką. 

No,  bo  jakie  tam  królewskie  sprawy  mogą  być  ważniejsze  i 

pilniejsze niż zew prawdziwej miłości? - dodała już w myślach. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 
„Zew  miłości"  kazał  szejkowi  wciskać  niemalże  do  oporu  pedał 

gazu  jaguara  i  pędzić  w  szaleńczym  tempie  nad  niewielkie  górskie 
jeziorko  położone  w  ustronnej  dolinie  oddalonej  mniej  więcej  o 
godzinę  szybkiej  jazdy  od  San  Francisco.  Tam,  wedle  wskazówek 
zawartych w liście, miał odnaleźć Zarę. 

Istotnie odnalazł ją... w obozie Beduinów! 
Najpierw,  z  daleka,  jeszcze  z  samochodu,  spostrzegł  beduińskie 

namioty,  rozstawione  nad brzegiem  jeziorka,  na  piaszczystej  plaży,  z 
całą pewnością sporządzonej sztucznie tylko po to, by nadać scenerii 
pewne  podobieństwo  do  tej  oryginalnej,  tworzonej  przez  piaski 
pustyni. 

A  potem,  kiedy  podjechał  już  bliżej,  zaparkował  wóz  i  wysiadł, 

zauważył, że przed każdym z namiotów pali się ognisko i krzątają się 
ludzie  -  mężczyźni,  kobiety  i  dzieci -  wszyscy  bez  wyjątku ubrani  w 
oryginalne beduińskie stroje. 

Beduiński obóz - zaaranżowany w Kalifornii - wyglądał zupełnie 

jak prawdziwy, nieopodal pasło się nawet stadko kóz. Jeśli iluzja nie 
była stuprocentowa, to jedynie dlatego, że brakowało wielbłądów. 

Szejk  nie  zastanawiał  się  jednak  nad  tym,  bo  przecież  nie 

wielbłądów szukał, tylko Zary. A ponieważ nie dojrzał jej nigdzie na 
zewnątrz,  ruszył  szybkim  krokiem  w  kierunku  największego  i 
najpiękniejszego z namiotów, ustawionego na uboczu, dość daleko od 
innych i oznakowanego królewskimi emblematami. 

Skoro ja wywodzę się z królewskiego rodu - rozumował  - to ten 

namiot jest z pewnością przeznaczony dla mnie. A skoro Zara również 
została dla mnie przeznaczona, to powinna w nim na mnie czekać. 

W  namiocie  nie  było  jednak  nikogo.  Na  szejka  czekał  tam  tylko 

oryginalny  męski  strój  noszony  w  Rahmanie:  długa  do  ziemi,  luźna 
biała koszula i haftowany złotem biały turban. 

Miałbym  to  teraz  włożyć,  tak  ni  stąd,  ni  zowąd?  -  zamyślił  się 

szejk  Malik.  Przecież  od  dziesięciu  lat  ubierał  się  jak  typowy 
Amerykanin;  w  pracy  nosił  garnitur,  w  domu  dżinsy  i  sportowy 
podkoszulek.  Owszem,  umiał  na  kilka  sposobów  wiązać  krawat,  ale 
już chyba nawet nie pamiętał, jak wiąże się turban, żeby wyglądał tak, 
jak  trzeba  i  żeby  nie  spadł  przy  pierwszym  gwałtowniejszym  ruchu 
głowy. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Po  dłuższej  chwili  wahania  zaryzykował  jednak.  Zdjął  ubranie  i 

przebrał  się  w  tradycyjny  strój  pustynnego  koczownika.  A  raczej, 
mówiąc  ściśle,  w  strój  władcy  pustynnych  koczowników,  wkładając 
na  głowę  turban,  na  którym  złotą  nicią  były  wyszyte  emblematy 
królewskiego rodu Haidarów! 

Gdy  był  już  gotów  i  prezentował  się  jak  prawdziwy  egzotyczny 

szejk, a nie jak amerykański biznesmen, usłyszał, że przed namiotem 
ktoś  się  krząta,  najprawdopodobniej rozpalając  ognisko.  Natychmiast 
wyszedł na zewnątrz. .. i ujrzał Zarę. 

Miała  na  sobie  kuszący,  muślinowy  strój,  podobny  do  tego,  w 

którym została przywieziona w zrolowanym dywanie, z tą różnicą, że 
nie był czarny, lecz szmaragdowozielony, haftowany w złociste ptaki. 
I podobnie jak wtedy nie miała na sobie żadnych dodatkowych osłon, 
żadnej bielizny. 

 - Jesteś! - wykrzyknął uradowany na jej widok. 
 -  Jestem,  mój  władco  -  odezwała  się  z  figlarnym  uśmiechem, 

jednocześnie składając mu przesadnie niski ukłon. - Czekam na ciebie 
w  pustynnym  obozie  Beduinów,  dokładnie  takim  samym,  jak 
prawdziwy,  chociaż  niestety  bez  wielbłądów.  Chciałam  je  tu 
sprowadzić,  ale  Alice  doszła  do  wniosku,  że  koszty  byłyby 
niebotycznie  wysokie,  zupełnie  jak  te  góry  dookoła.  -  Wskazała  na 
otaczające dolinę strzeliste wierzchołki. 

Szejk uśmiechnął się. 
 - Dla kogoś, kto jak ja nie był  w pustynnym obozie od przeszło 

dziesięciu  lat,  ta  dekoracja,  jaką  tu  stworzyłaś,  jest  wystarczająco 
sugestywna,  nawet  bez  wielbłądów  -  stwierdził.  -  A  najbardziej 
sugestywny  ze  wszystkiego  jest  twój  strój  -  dodał,  wpatrując  się  w 
przejrzysty niczym klarowna morska woda szmaragdowy muślin, pod 
którym  rysowały  się  wdzięcznie  kształty  jej  zgrabnego,  smukłego 
ciała. 

 - To strój nałożnicy z królewskiego haremu - wyznała, lekko się 

rumieniąc. 

 -  Właśnie!  Skoro  już  się  tak  ubrałaś,  to  teraz  pójdź  w  moje 

ramiona - zażądał. - I całuj mnie, Zaro, całuj, całuj, całuj! 

 -  Z  przyjemnością,  mój  niecierpliwy  władco.  -  Podbiegła  do 

niego i zarzuciła mu ręce na szyję. 

Objął ją wpół i przyciągnął mocno do siebie. Złączyli się wargami 

w  namiętnym,  gorącym  pocałunku  i  trwali  w  tym  zespoleniu  długo, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

bardzo  długo.  Aż  w  końcu  oderwał  usta  od  jej  warg  i 
rozgorączkowany wyszeptał: 

 -  Przejdźmy  teraz  do  naszego  namiotu.  Tam  będziemy  mogli 

pozwolić  sobie  na  więcej,  na  znacznie  więcej  niż  tutaj,  na  oczach 
ludzi. 

 -  Najpierw  zjedzmy  posiłek  -  zaproponowała  i  poprowadziła  go 

do ogniska. 

Zasiedli przy ognisku, na rozesłanym bezpośrednio na pustynnym 

piasku  wielobarwnym  dywanie.  Zaczęli  posilać  się  egzotycznymi 
owocami  i  upieczonymi  na  rożnie  soczystymi  kawałkami  mięsa, 
wybierając  dla  siebie  nawzajem  najsmaczniejsze  kąski.  Płonące 
żywiczne  polana  rytmicznie  trzaskały  i  pachniały  niczym  balsam,  a 
płomienie  ogniska  rozświetlały  purpurowym  blaskiem  coraz  głębszą 
ciemność zapadającej stopniowo nocy. 

W  którymś  momencie  z  oddali,  z  głębi  obozowiska,  zaczęła 

dobiegać zmysłowa orientalna muzyka, wykonywana na egzotycznych 
instrumentach przez specjalnie sprowadzony na ten wieczór zespół. 

 - Cudownie grają - zauważył szejk. 
 -  Są  też  niezwykle  atrakcyjne  tancerki,  potrafią  wykonać 

perfekcyjny taniec brzucha. Chcesz je zobaczyć? - zapytała go Zara. 

Pokręcił przecząco głową. 
 -  Chcę  zobaczyć  tylko  ciebie...  całkiem  nagą...  w  naszym 

namiocie  -  szepnął.  -  I  chcę  cię  wreszcie  posiąść  po  tych  trzech 
nieskończenie  długich  dniach  i  jeszcze  dłuższych  samotnych  nocach 
wyczekiwania. 

Szejk  zapalił  nastrojową  oliwną  lampę  i  wprowadził  Zarę  do 

namiotu.  Stanęła  pośrodku,  w  migotliwym  świetle  niewielkiego 
płomienia, wyraźnie zawstydzona, zakłopotana, spłoszona. 

 - Boisz się? - spytał ją szejk. 
 - Tak. Nawet bardzo - szepnęła. 
 - Dlaczego, Zaro? - zdziwił się. 
 -  Bo  ta  noc,..  Ta  dzisiejsza  noc  może  wiele  pomiędzy  nami 

zmienić. Bardzo wiele - wyjaśniła po chwili wahania. 

 - Dlaczego, Zaro? - powtórzył. 
 - Bo dotychczas byliśmy obydwoje wolni, niezależni, a ta noc w 

pewien  sposób  nas  połączy.  Tego,  co  się  pomiędzy  nami  stanie,  nie 
będzie  można  już  potem  ani  cofnąć,  ani  wymazać.  To  będzie  taki... 
nieodwracalny... akt zespolenia - wykrztusiła. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Obawiasz  się  mnie?  -  zapytał  szejk.  -  Może  z  powodu  tych 

mrożących  krew  w  żyłach  historii,  jakie  słyszałaś  o  mnie  w  domu 
swego ojczyma, w Rahmanie? 

 -  Tak  -  potwierdziła  Zara,  nie  chcąc  nadal  kłamać.  -  W  domu 

ojczyma od dziecka słyszałam, że jesteś niebezpiecznym człowiekiem, 
zbrodniarzem, zabójcą, który uciekł z kraju w niesławie. 

 - Nikogo nie zabiłem - zapewnił z powagą. - Mogę przysiąc! 
Spojrzała przenikliwie w jego czarne oczy. Nie opuścił pałającego 

wzroku, patrzył jej prosto w twarz, odważnie, dumnie, szczerze. 

 - Nie musisz przysięgać, wierzę ci - szepnęła. 
 - Dzięki! 
 - Nie musisz mi też dziękować. 
 - A mogę ci zadać pytanie? 
 -  Jedno  pytanie?  -  próbowała  się  upewnić,  ogarnięta  nagłą  falą 

niepokoju, że szejk, zamiast gry miłosnej, podejmie indagacje i zmusi 
ją  do  powiedzenia  o  sobie  całej  prawdy,  a  zatem  również  tego 
wszystkiego, co jednak chciała przed nim ukryć. 

 - Na początek jedno - odpowiedział wymijająco. 
 - Proszę, pytaj - zgodziła się  w obawie,  że sprzeciw z jej strony 

tylko pobudzi jego dociekliwość. - Pytaj, o co tylko chcesz. 

 - Jak to się stało, że znalazłaś się w pałacu króla Hakema? 
 - Mój ojczym mnie tam wysłał - odparła. 
 - Po co? Chciał, żebyś została moim urodzinowym prezentem? 
 -  Nie  -  zaprzeczyła  Zara.  -  Chciał,  żebym  została  drugą  żoną 

króla. 

Usłyszawszy te słowa, szejk Malik zmarszczył brwi. Przypomniał 

sobie  telefoniczną  rozmowę  z  kuzynem  i  zaczął  kojarzyć  w  myślach 
pewne  fakty.  Jednakże,  starając  się  nie  formułować  przedwcześnie 
wniosków idących zbyt daleko, stwierdził tylko: 

 -  Hakem  zbyt  kocha  Rashę,  żeby  brać  ślub  z  jakąkolwiek  inną 

kobietą. 

 - Bardzo ją kocha, wiem - przytaknęła Zara. - Mimo to jego ślub 

z inną kobietą jest możliwy... w pewnych okolicznościach. 

 - W jakich? 
 - Pod przymusem. 
 -  Pod  przymusem,  powiadasz?  -  rzucił  szejk,  mrużąc  oczy  i 

wpatrując  się  podejrzliwie  w  jej  zarumienioną  pod  wpływem 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

zakłopotania  twarz.  -  A  któż  w  Rahmanie  mógłby,  twoim  zdaniem, 
zmusić do czegokolwiek króla Hakema bin Abdul Haidara? 

Zara wzięła głęboki oddech. 
 - Kadar bin Abu Salman - odpowiedziała lakonicznie. - Zarządca 

południowej prowincji. 

Szejk Malik podszedł do niej i ujął ją lekko za ramiona. 
 - Jesteś jego córką? - zapytał. 
 - Jestem jego pasierbicą. 
 - Uciekłaś z pałacu Hakema? 
 - Tak, do ciebie, do Ameryki. 
 - W jaki sposób? 
 - Podstępem. 
 - Dlaczego? 
 -  Żeby  nie  sprawiać  bólu  Rashy,  a  satysfakcji  Radarowi  - 

wyjaśniła. - I żeby nie pozwolić mojemu ojczymowi na zdobycie zbyt 
wielkich  wpływów  na  dworze  króla  Hakema.  Kadar  przy  swoich 
nadmiernie  wybujałych  politycznych  ambicjach  na  pewno  nie 
wykorzystałby  ich  dla  dobra  kraju,  tylko  dla  zaspokojenia  własnej 
niepohamowanej żądzy władzy. 

 - Więc poświęciłaś się dla Rahmanu? 
 - W jakimś sensie, podobnie, jak niegdyś ty. 
 - I poświęcasz się dla Rahmanu również teraz? 
 - Teraz już nie - odparła całkiem szczerze. - W ciągu tych trzech 

dni, które spędziliśmy razem, obudziłeś we mnie... 

 - Pożądanie? - podpowiedział jej, ponieważ nagle umilkła. 
 -  Właśnie!  -  przytaknęła  skwapliwie,  by  nie  mówić 

przedwcześnie  o  uczuciach  i  nie  ujawniać  szejkowi  od  razu 
wszystkich  tajemnic  swojego  serca.  -  Teraz  nie  muszę  już  się 
poświęcać, bo naprawdę cię pragnę. 

 - Jesteś tego w stu procentach pewna? - zapytał. - Bo jeśli nie, to 

gotów jestem pohamować własną namiętność i zrezygnować... 

 -  Nie,  Malik!  -  Nie  pozwoliła  mu  nawet  dokończyć.  -  Jestem 

stuprocentowo pewna, że cię pragnę! - krzyknęła w uniesieniu. - Weź 
mnie w ramiona! Jestem twoja! Tylko... - zawahała się.  

 - Jaki jeszcze masz problem, najmilsza? - zapytał, obejmując ją. - 

Co cię trapi? 

Oparła  głowę  na  jego  ramieniu,  by  w  ten  sposób  ukryć  mocny 

rumieniec zawstydzenia, który parzył jej twarz. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Boję  się,  Malik  -  wykrztusiła  zdławionym  ze  zdenerwowania 

głosem 

że 

będziesz 

rozczarowany 

moją... 

kompletną... 

nieporadnością  w  miłosnym  kunszcie.  Bo  widzisz,  ja...  jeszcze 
nigdy...  nie  byłam...  nie  spędziłam  nocy...  z  mężczyzną.  Ja  jestem 
jeszcze dziewicą! - wyznała. 

 -  Król  Hakem  bin  Abdul  Haidar  wysłał  do  mnie  dziewicę?  - 

zdumiał  się  szejk.  -  To  przecież  wbrew  rahmańskim  obyczajom!  Nie 
daje się w prezencie dziewic! 

 -  Malik  -  zaczęła  wyjaśniać  -  król  Hakem  nic  nie  wiedział.  Ja 

podstępem zamieniłam się rolami z inną kobietą, młodziutką wdową, 
która miała na imię Matana. 

 - Aha! Więc to tak się odbyło?! - Nareszcie wszystko zaczęło mu 

się  układać  w  logiczną  całość.  -  Cóż,  więc  raz  jeszcze  cię  zapytam, 
moja  ty  odważna  dziewico.  Czy  naprawdę  chcesz  spędzić  ze  mną  tę 
noc? 

 - Tak, Malik, tak! Bardzo chcę! -  wyszeptała.  I poddała się jego 

namiętnym pieszczotom. 

Po  cudownie  upojnej  miłosnej  nocy  obudził  ją  o  świcie  kuszący 

zapach kawy.  Wstała naga z posłania i  wyjrzała  ostrożnie  z namiotu. 
Malik przyrządzał przy ognisku aromatyczny napar. Poza nim nigdzie 
w pobliżu nie było nikogo, ponieważ statyści z San Francisco, którzy 
udawali  koczujących Beduinów,  zostali  zaangażowani tylko  na  jeden 
dzień  i  późnym  wieczorem  opuścili  sztuczną  plażę  nad  jeziorem, 
zabierając wszystkie rekwizyty, łącznie z namiotami i kozami. 

 - Spójrz, jesteśmy zupełnie sami - odezwała się cicho. - Tylko we 

dwoje. 

Szejk uśmiechnął się do niej. 
 -  To  wspaniale,  najmilsza.  W  spokoju  napijemy  się  kawy,  a 

potem... - Znacząco zawiesił głos. 

 - Co potem? - rzuciła kokieteryjnie. 
Podszedł do niej i wziął ją - taką całkiem nagą - w ramiona. 
 -  Potem  będziemy  się  kochać...  -  zaczął  jej  szeptać  pomiędzy 

jednym a drugim pocałunkiem. 

 - I co jeszcze? 
 - I kochać. 
 - I jeszcze. 
 - Kochać. 
 - To wiesz co, Malik? 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Słucham? 
 - Darujmy sobie tę kawę - zaproponowała. 
 - Zgoda! - przystał z ochotą. 
I w tym momencie, nim zdążyli skryć się w namiocie i rozpocząć 

miłosne 

igraszki, 

panującą 

wokół 

ciszę 

zakłócił 

warkot 

samochodowego  silnika,  z  początku  stłumiony,  lecz  z  każdą  chwilą 
coraz wyraźniej narastający. 

 - Ktoś tu jedzie - szepnęła Zara. 
 -  Czy  to  może  ma  być  jakaś  twoja  kolejna  urodzinowa 

niespodzianka dla mnie? - zapytał żartobliwym tonem szejk. 

 -  Nie,  Malik  -  zaprzeczyła  z  powagą.  -  Z  nikim  się  nie 

umawiałam na dzisiaj i nikogo tu do nas nad jezioro nie zapraszałam. 

 -  W  takim  razie  wejdź  do  namiotu  i  na  wszelki  wypadek ubierz 

się  -  zarządził  -  a  ja  zaczekam  na  zewnątrz  na  nieproszonych  gości  i 
postaram się odprawić ich stąd jak najprędzej. 

Ogarnięta  dziwnym  niepokojem  Zara  bez  słowa  weszła  do 

namiotu  i  w  pośpiechu  zaczęła  wkładać  na  siebie  wszystko,  w  czym 
poprzedniego dnia przyjechała nad jezioro: bieliznę, spódnicę, bluzkę, 
sportowe buty. 

Nim  zdążyła  je  do  końca  zasznurować,  nadjeżdżający  samochód 

zatrzymał się z piskiem opon gdzieś bardzo blisko namiotu. Po chwili 
ktoś z niego wysiadł, trzasnąwszy drzwiami i zaczął wykrzykiwać coś 
do Malika... po rahmańsku! 

Przerażona  Zara  natychmiast  rozpoznała  ten  podniesiony  męski 

głos. Był to charakterystyczny, lekko schrypnięty głos Kadara bin Abu 
Salmana, jej ojczyma. 

 -  Gdzie  ona  jest?  Mów,  niegodziwcze!  Mów  zaraz,  gdzie  ona 

jest?! - wrzeszczał rozwścieczony Kadar. 

Bojąc się, że w napadzie złości może zrobić Malikowi coś złego, 

wyszła  natychmiast  przed  namiot,  gotowa  bronić  szejka.  Ujrzała 
zaparkowaną  nieopodal  limuzynę,  rozgniewanego  ojczyma,  a  także... 
swoich pięciu przyrodnich braci, z obnażonymi sztyletami z rękach. 

 - Oddaj mi moją córkę, niegodziwcze! - zażądał groźnie Kadar. 
 - Twoją córkę? - rzucił dosyć prowokacyjnie Malik. 
 - Nie udawaj, że nie wiedziałeś, kim ona jest! 
 - Zara jest tylko twoją pasierbicą. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Cóż z tego, skoro ją kocham jak rodzone dziecko! - obruszył się 

Kadar. - I pragnę dla niej tylko samego dobra! To dlatego oddałem ją 
królowi Hakemowi za małżonkę! 

 -  A  król  Hakem,  mój  kuzyn,  oddał  ją  mnie  i  ona  teraz  do  mnie 

należy - stwierdził ze stoickim spokojem Malik. 

 -  Niedoczekanie  twoje!  Prędzej  ty  stracisz  życie,  niż  ja  stracę 

moją ukochaną córkę! - wykrzyknął Kadar i skinął na uzbrojonych w 
sztylety synów. 

Otoczyli bezbronnego Malika ciasnym kręgiem, uniemożliwiając 

mu jakikolwiek ruch, jakiekolwiek działanie. A Kadar chwycił Zarę za 
rękę i siłą pociągnął do samochodu. 

 -  Nawet  nie  próbuj  się  wyrywać,  bo  ten  niegodziwiec 

natychmiast zginie, przebity pięcioma ostrzami - przestrzegł ją. 

 - Nie róbcie mu krzywdy, ja go kocham - jęknęła. 
 - Straciłaś rozum, dziewczyno? - syknął ojczym, wpychając ją do 

limuzyny i blokując jej drogę ucieczki własnym ciałem. - Zadurzyłaś 
się w mordercy? 

 - Malik nie jest mordercą, ojcze, to nieprawda. 
 -  Prawda,  bez  względu  na  to,  co  ci  próbował  wmawiać  podczas 

tej  kilkudniowej  znajomości!  On  jest  mordercą,  Zara,  jest  mordercą 
twojego brata Dżeba! - Wypowiedziawszy te złowrogie słowa, Kadar 
dał synom znak do odwrotu. 

Nie  opuszczając  noży,  posłusznie  cofnęli  się  i  wsiedli  do 

obszernej  limuzyny.  Zatrzasnęli  za  sobą  drzwi.  Paz,  najmłodszy  z 
braci,  usiadł  za  kierownicą  i  uruchomił  silnik.  Samochód  ruszył  i 
pomknął w stronę San Francisco, uwożąc zapłakaną Zarę. 

A  bezradny  szejk  Malik  pozostał  sam  nad  jeziorem,  zupełnie 

nieoczekiwanie  pozbawiony  towarzystwa  pięknej  Zary,  która  była 
prawdziwie królewskim prezentem urodzinowym. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 
Pałac króla Hakema bin Abdul Haidara, królestwo Rahmanu 
 -  Ona  należy  do  mnie,  więc  chcę  ją  jak  najszybciej  odzyskać!  - 

oświadczył 

kategorycznym 

tonem 

szejk 

Malik, 

stanąwszy 

naprzeciwko królewskiego tronu. 

Hakem bin Abdul Haidar zmierzył go ironicznym spojrzeniem. 
 -  W  dosyć  oryginalny  sposób  witasz  swojego  króla,  Malik  - 

stwierdził  z  przekąsem.  -  Ech,  to  chyba  przez  te  amerykańskie 
demokratyczne obyczaje, którymi zdążyłeś nasiąknąć przez te dziesięć 
lat! - dodał z westchnieniem, kręcąc głową na znak dezaprobaty. 

 -  Wybacz,  kuzynie  -  zreflektował  się  szejk  i  złożył  Hakemowi 

należny mu niski ukłon. - Bądź pozdrowiony! 

Król z ukontentowaniem skinął głową. 
 - Mimo wszystko, miło cię widzieć, Malik - powiedział. - Pozwól 

ze  mną,  pójdziemy  tam,  gdzie  będziemy  mogli  spokojnie 
porozmawiać.  -  Wstał  i  wyprowadził  szejka  z  przeznaczonego  do 
oficjalnych  audiencji  salonu  tronowego,  w  którym  się  spotkali 
natychmiast  po  przyjeździe  Malika  z  lotniska.  Król  poprowadził 
szejka w głąb swoich prywatnych apartamentów. 

Pokoje, przez które kolejno przechodzili, należały niegdyś do ojca 

Malika  i  teraz  należałyby  do  niego,  gdyby  nie  zrezygnował  przed 
dziesięciu  laty  z  sukcesji  tronu  i  nie  opuścił  królestwa  Rahmanu. 
Zdawał  sobie  z  tego  sprawę,  a  jednak  nie  odczuwał  już  ani  żalu,  ani 
gniewu. 

Czyżby to czas uleczył moje rany? - pytał siebie w myślach, idąc 

za  królem  doskonale  zapamiętaną  z  dzieciństwa  i  wczesnej  młodości 
amfiladą  komnat.  Czy  raczej  pewna  jasnowłosa,  zielonooka 
dziewczyna o złotym sercu i przenikliwym umyśle? 

 -  Usiądźmy  tutaj  -  zadecydował  Hakem,  kiedy  znaleźli  się  w 

niewielkim,  ustronnym  gabinecie,  tworzącym  wraz  z  salonikiem  i 
sypialnią jego najbardziej osobiste królestwo. 

Zajęli  miejsca  w  głębokich  skórzanych  fotelach, ustawionych  po 

przeciwnych  stronach  okrągłego  niskiego  stolika  o  bogato 
rzeźbionych  nogach  i  blacie  misternie  intarsjowanym  orientalną 
mozaiką z najszlachetniejszych gatunków drewna. 

 -  Odmieniła  cię  ta  Ameryka,  Malik,  nie  sposób  tego  ukryć  - 

odezwał się król. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Moje  przystosowanie  się  do  tamtejszych  obyczajów  było 

konieczne,  kuzynie,  skoro  musiałem  opuścić  własny  kraj  -  stwierdził 
szejk. 

 - Nie tyle musiałeś, ile chciałeś. 
 - Raczej: zdecydowałem się - uściślił Malik. - Zdecydowałem się 

wyjechać,  jak  pamiętasz,  pragnąc  uchronić  kraj  przed  sporami  i 
waśniami,  a  może  nawet  przed  bratobójczą  walką.  Pozostawiłem  ci 
tron Rahmanu, kuzynie. 

 -  I  wszystkie  tutejsze  problemy!  -  wtrącił  król.  -  Owszem, 

straciłeś  koronę,  to  prawda,  ale  w  zamian  zyskałeś  w  Stanach 
Zjednoczonych  osobistą  niezależność  i  święty  spokój  -  dodał  z 
leciutką, niemniej jednak wyraźnie słyszalną nutą zazdrości w głosie. 

 -  Zyskałem  spokój,  powiadasz.  A  cóż  to,  twoim  zdaniem, 

znaczy? - spytał szejk. 

 -  A  choćby  to,  Malik,  że  nie  musiałeś  przez  te  wszystkie  lata 

myśleć o Kadarze bin Abu Salmanie, o jego niezdrowych ambicjach i 
niecnych intrygach. 

 - Ale teraz muszę! - żachnął się szejk. 
 -  Fakt  -  przyznał  Hakem.  -  Jeśli  w  istocie  chcesz  odzyskać  tę 

jasnowłosą dziewczynę... 

 - Ja ją muszę odzyskać, kuzynie! - wykrzyknął Malik, ośmielając 

się przerwać królowi. 

 - Musisz? - rzucił Hakem. 
 - Zrozum, że ja po prostu nie mogę bez niej żyć! Jeżeli Kadar nie 

odda mi jej po dobroci, to osobiście wyruszę na południe i odbiorę mu 
ją podstępem albo siłą. 

Król w zadumie pokiwał głową. 
 -  Strasznie  porywczy  jesteś,  Malik,  niesamowicie  popędliwy  - 

stwierdził.  -  Gdybyś  teraz,  kiedy  już  doprowadziłeś  Kadara  do 
wściekłości, pojawił się na południu Rahmanu, czyli tam, gdzie on ma 
władzę  i  setki  popleczników,  to  pewnie  natychmiast  zniknąłbyś  bez 
śladu i tyle! Wedle oficjalnej wersji zarządcy prowincji zaginąłbyś na 
przykład  na  pustyni  albo  coś  w  tym  rodzaju.  Więc  lepiej  się  tak  nie 
śpiesz z wyprawą w tamte strony! 

 - To co w takim razie mam robić? 
 -  Przede  wszystkim  napij  się  ze  mną  kawy,  Malik,  prawdziwie 

orientalnej,  zaprawionej  kardamonem  i  innymi  korzeniami,  takiej, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

jakiej  z  całą  pewnością  nie  dostaniesz  nigdzie  w  Ameryce  - 
zaproponował z trochę tajemniczym uśmiechem król Hakem. 

 - A potem? 
 - A potem, gdy już ta wspaniała kawa odpowiednio rozjaśni nam 

obydwu umysły, porozmawiamy i może coś wspólnie zaplanujemy. 

Król nie musiał dzwonić na służbę, bowiem aromatyczny mocny 

napar stał już zawczasu przygotowany w wysokim srebrnym dzbanie. 
Osobiście nalał Malikowi i sobie kawy do filiżanek. 

 - Dobra, prawda? - rzucił z uśmiechem, kiedy obydwaj wypili już 

po pierwszym łyku. 

 -  Doskonała  -  przytaknął  szejk,  delektując  się  wyśmienitym, 

niepowtarzalnym smakiem rahmańskiej kawy. 

Przez dłuższą chwilę pili kawę w milczeniu, popatrując na siebie 

od  czasu  do  czasu.  Aż  w  końcu  król  Hakem  bin  Abdul  Haidar 
powrócił do przerwanej rozmowy. 

 -  Co  do  Kadara  i jego  jasnowłosej  pasierbicy  imieniem  Zara...  - 

odezwał  się.  -  Nawiązując  do  naszej  rozmowy  telefonicznej  sprzed 
kilku  dni,  winien  ci  jestem  kilka  wyjaśnień.  Otóż,  Kadar  bin  Abu 
Salman  ofiarował  mi  Zarę  jako  drugą  żonę  w  związku  z  faktem,  że 
moja pierwsza żona, Rasha, wydała jak dotychczas na świat tylko trzy 
córki i nie dała mi, niestety, męskiego potomka. 

 - Kadar dał ci swoją pasierbicę, żeby urodziła ci syna, czy tak? - 

upewnił się szejk. 

 -  Właśnie!  -  przyświadczył  król.  -  Mnie  syna,  a  jemu  wnuka, 

który w przyszłości przejąłby po mnie tron Rahmanu. 

 -  Kadar bin  Abu  Salman, jako  dziadek  następcy  tronu,  zyskałby 

ogromne polityczne wpływy w królestwie Rahmanu - zauważył szejk. 

 -  Ma  się  rozumieć!  -  przytaknął  król  Hakem.  -  Na  to  właśnie 

liczył i dlatego tak bardzo nalegał, żeby mój ślub z Zarą odbył się jak 
najprędzej, zanim jeszcze Rasha wyda na świat nasze czwarte dziecko. 

 - Ale przeliczył się, stary intrygant! 
 -  Otóż  to!  Kadar  przeliczył  się,  ponieważ  Zara,  zanim  jeszcze 

doszło do zaślubin, zniknęła bez śladu z mojego królewskiego pałacu. 

 - Naprawdę zniknęła z pałacu bez twojego królewskiego udziału, 

kuzynie? - zapytał z odrobiną niedowierzania w głosie szejk.  

 - Naprawdę, Malik, wyłącznie z własnej inicjatywy - potwierdził 

z  powagą  król  Hakem.  -  Sama,  w  całkowitej  tajemnicy,  nakłoniła 
pewną  kobietę  imieniem  Matana,  młodą  wdowę,  która  miała  być 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

urodzinowym podarunkiem dla ciebie, by ta zrzekła się swojej roli na 
jej  korzyść.  I  jako  „prezent  dla  szejka"  wyjechała  do  Ameryki  pod 
eskortą moich dworzan. 

 -  I  miała  zamiar  pozostać  w  Ameryce  na  dłużej,  kuzynie,  być 

może nawet na zawsze, ale porwano ją i pod przymusem sprowadzono 
z  powrotem  do  Rahmanu!  -  wszedł  królowi  w  słowo  zbulwersowany 
szejk Malik. 

 - Uczynił to jej ojczym wraz ze swoimi pięcioma synami! 
Król Hakem bin Abdul Haidar pokiwał głową. 
 -  Cóż,  Kadar  miał  prawo  to  uczynić,  skoro  okazała  mu 

nieposłuszeństwo i wbrew jego woli udała się w zamorską podróż, na 
domiar złego na spotkanie z obcym mężczyzną - rzucił. 

 -  W  Ameryce  to,  co  Kadar  uczynił,  jest  karygodnym 

bezprawiem! - wykrzyknął z oburzeniem szejk. 

Król machnął lekceważąco ręką. 
 -  Ale  w  myśl  naszych  rahmańskich  praw  Zara  nie  została 

skrzywdzona - stwierdził. - Tak czy inaczej, po tym, co zaszło, raczej 
nie kwalifikuje się już na królewską małżonkę. 

 - Martwi cię to, kuzynie? Hakem uśmiechnął się i zaprzeczył. 
 -  Raczej  nie,  Malik.  A  ciebie?  Szejk  wzruszył  ramionami  i 

odparł: 

 - Mnie również nie, skoro pragnę Zary dla siebie! 
 - A zatem problem konfliktu pomiędzy nami dwoma nie wchodzi 

w grę - zauważył z nie ukrywanym zadowoleniem król Hakem. 

 - Na szczęście nie ma mowy o konflikcie między nami, kuzynie - 

potwierdził, również nie kryjąc zadowolenia szejk Malik. 

 -  Pozostaje  nam  zatem  do  rozwiązania  jedynie  problem 

uwolnienia Zary z rąk Kadara - przypomniał król. 

Szejk  wypił  resztkę  kawy,  odstawił  filiżankę  i  z  rozmachem 

palnął się dłonią w czoło. 

 - Kuzynie! - wykrzyknął z entuzjazmem. - Mam chyba pomysł! 
 - Mów szybko, jaki?! - żywo zainteresował się król. 
 - A ja cały zamieniam się w słuch. 
 -  Czy  naprawdę  słuch  mnie  nie  myli?!  -  wykrzyknęła  zdumiona 

Zara  do  najmłodszego  ze  swoich  przyrodnich  braci,  Paza,  gdy  ten 
przekazał jej najświeższą wiadomość z królewskiego pałacu. 

Paz pokręcił przecząco głową. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Wiem,  że  trudno  ci  w  to  uwierzyć  -  stwierdził  -  tak  samo 

zresztą,  jak  mnie.  Jednak  król  Hakem  bin  Abdul  Haidar  naprawdę 
żąda, abyś niezwłocznie stawiła się przed jego obliczem. 

 - Ale po co? - dziwiła się Zara. - W jakim celu mam stanąć przed 

królem? 

 -  Zdaniem  naszego  czcigodnego  ojca,  król  Hakem  albo  chce, 

żebyś osobiście mu się wytłumaczyła ze swego karygodnego wybryku 
i poprosiła o przebaczenie, albo... 

 - Paz zawiesił znacząco głos. 
 -  Albo  co?  -  rzuciła  niecierpliwie  Zara,  obawiając  się  czegoś 

znacznie gorszego niż kajanie się przed królem, bodaj na klęczkach. 

 - Albo zamierza mimo wszystko doprowadzić do swoich zaślubin 

z tobą, jako dragą po Rashy królewską małżonką. 

 -  Nie,  nie,  to  niemożliwe!  -  wykrzyknęła  Zara.  -  Królewskie 

zaślubiny są już absolutnie niemożliwe po tym, co zaszło między mną 
a szejkiem w Ameryce! 

 - Więc jednak byliście kochankami? - spytał Paz. 
 - Miałeś w tej kwestii jakiekolwiek wątpliwości? - odpowiedziała 

pytaniem na pytanie. 

Paz ciężko westchnął i bezradnie wzruszył ramionami. 
 - Ja z tego prawie nic nie rozumiem, Zaro - przyznał. 
 -  Czy  ty  kompletnie  straciłaś  zdolność  odróżniania  dobrych 

uczynków  od  złych?  Czy  ty  zupełnie  straciłaś  poczucie  honoru  i 
poczucie  obowiązku  wobec  rodziny?  Oddałaś  się  temu  mężczyźnie, 
żeby... 

 -  Żeby  uniemożliwić  ojcu  zmuszenie  mnie  do  niechcianego 

małżeństwa z królem Hakemem! - weszła mu w słowo. 

 - Do małżeństwa, którego król Hakem również nie chciał! 
 - Jesteś tego pewna? 
 - Tak - potwierdziła Zara z przekonaniem. - Tak samo, jak jestem 

pewna, że szejk Malik Haidar nie zabił naszego brata Dżeba. 

Paz spojrzał na nią z ukosa. 
 - Zabił go - mruknął, pośpiesznie opuściwszy głowę. 
 - Nie wierzę! - wykrzyknęła. - Jak to się stało? Jak doszło do tego 

wypadku?  Opowiedz  mi!  -  domagała  się  od  brata  dokładniejszych 
wyjaśnień. 

 -  Nie  pamiętam  -  odparł  wymijająco  Paz,  -  Byłem  wówczas 

jeszcze mały, nie pamiętam szczegółów. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Pamiętasz, Paz, tylko nie chcesz mówić. Dlaczego? 
 - Twoja matka... nigdy nie chciała... żeby ci o tym opowiadać... - 

wykrztusił. 

 -  Moja  matka  już  nie  żyje,  więc  mów!  -  zażądała.  Paz,  dziwnie 

zdeprymowany  i  najwyraźniej  niezdolny  w  tym  momencie  do 
przeciwstawienia  się  przyrodniej  siostrze,  zaczaj  niechętnie 
wspominać: 

 -  To  było  przeszło  dziesięć  lat  temu.  Szejk  Malik  przyjechał  w 

odwiedziny  do  naszego  brata  Asima,  z  którym  się  wówczas  blisko 
przyjaźnił i... 

 - Tak? 
 - .. .i pokłócił się z nim o coś - dokończył po chwili wahania Paz. 
 - O co się pokłócili? - spytała Zara. 
 -  Nie  pamiętam.  Może  chodziło  o  jakieś  sprawy  polityczne?  A 

może  o  kobietę?  Nie  mam  pojęcia.  Wiem  tylko,  że  to  była  bardzo 
gwałtowna kłótnia. 

 - Czym się skończyła? 
 - Tym, że szejk Malik wpadł we wściekłość. W prawdziwą furię! 
 - I co robił? 
 -  Krzyczał!  Przeklinał!  Odgrażał  się,  że  zniszczy  dom  naszego 

ojca!  I  cały  jego  ród!  W  końcu,  trzasnąwszy  drzwiami,  wypadł  na 
dziedziniec  naszego  domu.  A  na  dziedzińcu  bawił  się  pod  drzewem 
nasz mały Dżeb. 

 -  Nie  wierzę,  że  Malik  mógłby  go  zabić,  nawet  w  największej 

złości! Nie wierzę, że mógłby zabić niewinne dziecko! - wykrzyknęła 
Zara. 

 -  Dżeb  bawił  się  wtedy  pod  drzewem,  w  jego  cieniu  - 

kontynuował  Paz,  ignorując  ją  całkowicie.  -  Kiedy  nasz  ojciec 
wybiegł na dziedziniec, ujrzał swojego małego synka przygniecionego 
do  pnia  przez  terenowy  wóz  szejka  Malika.  Mały  Dżeb  umierał,  a 
szejk stał obok i spokojnie przyglądał się temu. 

Zara rozpłakała się. 
 -  To  nie  mogło  być  tak,  jak  ty  mówisz!  Musi  być  jakieś  inne 

wyjaśnienie!  To  na  pewno  nie  Malik  zabił  Dżeba!  To  na  pewno  nie 
on! - powtarzała z uporem przez łzy. 

 -  Dość!  -  wrzasnął  zniecierpliwiony  Paz.  -  Przyjmij  do 

wiadomości to, co ci powiedziałem i nie próbuj z nikim innym o tym 
rozmawiać,  a  zwłaszcza  z  naszym  ojcem!  Chyba  że  chcesz 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

sprowadzić  na  siebie  jeszcze  większy  niż  dotąd  jego  gniew!  Bądź 
chociaż  raz  rozsądna,  Zaro.  Nie  drażnij  ojca.  Poproś  go  o 
przebaczenie. 

Wciąż pochlipując, Zara przecząco pokręciła głową. 
 - To Malika powinnam poprosić, by mi wybaczył - stwierdziła. 
 - On miałby ci coś wybaczyć? - zdumiał się Paz. - A cóż takiego? 
Zara otarła łzy i patrząc mu śmiało prosto w oczy, odpowiedziała: 
 -  To,  że  podstępem  wdarłam  się  do  jego  domu  -  zaczęła 

wyliczać.  -  To,  że  nie  powiedziałam  mu,  kim  jestem.  To,  że  go 
naraziłam na brutalną agresję ze strony ojca i was wszystkich, moich 
przyrodnich braci... nożowników! 

 - Przecież nie uczyniliśmy mu żadnej krzywdy tymi sztyletami. 
 -  Na  szczęście!  -  wykrzyknęła  Zara.  -  Bo  jeślibyście  to  zrobili, 

gdyby  szejk  Malik  zginął  z  ręki  któregoś  z  was,  to  ja  też  bym  się 
zabiła z rozpaczy. 

 - Kochasz go? - spytał Paz. 
 - Tak, kocham - potwierdziła Zara. 
 - Więc musisz zdławić to uczucie w swoim sercu, musisz wyrzec 

się go jak najszybciej raz na zawsze. 

 - Dlaczego? 
 -  Bo  ojciec nigdy  ci  na  to pozwoli.  On,  Kadar  bin  Abu  Salman, 

nigdy nie pozwoli ci kochać człowieka, który zabił mu syna, nigdy nie 
pozwoli ci do niego odejść, choćby miał cię tu więzić do końca życia. 

 - Sprzeciwię się mu! - wybuchnęła Zara. - Ucieknę! 
 -  Już  raz  przecież  uciekłaś,  no  i  co  z  tego?  -  rzucił  drwiącym 

tonem  Paz.  -  Ojciec  cię  znalazł,  nawet  na  drugim  końcu  świata,  w 
Kalifornii,  w  Stanach  Zjednoczonych.  Odnalazł  cię  i  sprowadził  z 
powrotem. Jest zbyt potężny, byś mogła mu się skutecznie sprzeciwić. 
Zbyt  wiele  może.  Pomyśl  tylko,  co  zrobił  kiedyś  z  Malikiem, 
prawowitym  następcą  rahmańskiego  tronu!  Wygnał  go  z  kraju  i  nie 
pozwolił mu zostać królem! Z tobą tym bardziej może zrobić, co tylko 
zechce. 

 -  A  jednak,  mimo  nacisków,  nie  zdołał  mnie  zmusić,  żebym 

została drugą żoną króla Hakema - zauważyła z przekąsem Zara. 

 - Tak myślisz? A jeśli król Hakem wzywa cię teraz właśnie po to, 

aby wziąć z tobą ślub? 

 - To po raz drugi znajdę sposób, żeby do tego ślubu nie doszło! 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Ech,  Zara!  -  westchnął  Paz  i  lekceważąco  machnął  ręką.  - 

Każdy  cud  ma  to  do  siebie,  że  zdarza  się  tylko  jeden  raz.  A  nasz 
ojciec, Kadar bin Abu Salman, jest już takim człowiekiem, że zawsze, 
prędzej czy później, osiąga cel, który sobie wyznaczył. 

 -  Narobiłaś  sporego  galimatiasu,  dziewczyno!  -  stwierdził  król 

Hakem  bin  Abdul  Haidar,  gdy  zalękniona  Zara  stanęła  w  milczeniu 
przed  jego  obliczem  w  sali  tronowej  pałacu.  -  I  teraz  trzeba  znaleźć 
jakiś  sensowny  sposób  na  jego  uporządkowanie  -  dodał  z  powagą.  - 
Wciąż  jeszcze  się  zastanawiam,  co  zrobić,  ale  myślę  ostatnio  coraz 
częściej,  że  sposobem  najlepszym  i  najrozsądniejszym  ze  wszystkich 
możliwych byłby ślub. 

 -  Czy...  nasz  ślub...  czcigodny  panie?  -  wykrztusiła 

zbulwersowana. 

 -  Wciąż  jeszcze  się  zastanawiam,  wciąż  jeszcze  myślę  - 

powtórzył  enigmatycznie  król,  -  I  wkrótce  zapewne  podejmę 
ostateczną decyzję - dodał po chwili. - A tymczasem postanowiłem, że 
nie wrócisz już na południe, do domu swojego  ojca, Kadara bin Abu 
Salmana, tylko pozostaniesz tutaj, w moim pałacu. 

 - Czy mój ojciec się na to zgodził? - odważyła się zapytać Zara. 
Król Hakem wzruszył ramionami i odparł: 
 -  Twój  ojciec  musiał  się  zgodzić,  skoro  taka  właśnie  jest  moja 

wola, a ja jestem jego królem! A zatem... 

W  tym  momencie  do  tronowej  komnaty  wsunął  się  dyskretnie 

ktoś  z  pałacowej  służby  i  szeptem  przekazał  Hakemowi  jakąś 
wiadomość. 

 -  Pilne  sprawy  mnie  wzywają,  a  zatem  musimy  przerwać  naszą 

rozmowę  -  oznajmił  monarcha,  podnosząc  się  z  tronu  i  nie  kończąc 
poprzedniego  zdania  -  Pospaceruj  sobie  tymczasem  po  ogrodzie,  być 
może wezwę cię nieco później. 

Zara  skłoniła  się  w  milczeniu  i  pośpiesznie  opuściła  królewską 

komnatę. 

Poczuła  ulgę,  znalazłszy  się  w  ogrodzie,  poza  murami  pałacu, 

wśród  bujnej,  wypielęgnowanej  roślinności.  Zieleń  koiła  jej  wzrok, 
śpiew ptaków zachwycał słuch, zapach kwiatów odurzał ją i wprawiał 
w stan rozmarzenia. 

Zaczęła sobie wyobrażać, że oto w królewskim ogrodzie spotyka 

nieoczekiwanie ukochanego mężczyznę. Zaczęła sobie wyobrażać, że 
oto  szejk  Malik  Haidar  wyłania  się  nagle  zza  jakiejś  zielonej  ściany, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

idzie  w  jej  stronę  alejką,  zbliża  się  coraz  bardziej  i  w  końcu, 
stanąwszy  naprzeciwko,  w  odległości  zaledwie  dwu  lub  trzech 
kroków, mówi do niej łagodnym tonem: 

 - Witaj, najmilsza! To wspaniale, że znowu się spotykamy! 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 
Wyobrażenie  było  tak  wyraziste,  tak  plastyczne,  tak  namacalne, 

że  usłyszawszy  słowa  szejka,  Zara  zaczęła  się  gorączkowo 
zastanawiać,  czy  wytwór  jej  imaginacji  nie  urzeczywistnił  się  w 
zupełnie nieoczekiwany sposób. 

 - Czy to naprawdę ty? - szepnęła oszołomiona, kiedy szejk Malik 

podszedł  do  niej  jeszcze  bliżej  i  ujął  ją  delikatnie  za  ramiona.  -  Czy 
może jednak tylko jakaś nierealna postać z moich marzeń? 

 -  To  ja,  moja  najmilsza,  jak  najbardziej  ja,  we  własnej 

najprawdziwszej  osobie  -  zapewnił  ją.  -  Przyjechałem  specjalnie  do 
ciebie, a właściwie to... po ciebie - poprawił się. 

 -  Czy  król  Hakem  bin  Abdul  Haidar  o  tym  wie?  -  spytała 

pośpiesznie,  zaniepokojona  w  najwyższym  stopniu  o  jego  osobiste 
bezpieczeństwo. 

 -  Oczywiście!  -  odparł  z  uśmiechem  szejk.  -  Jest  przecież  tutaj 

gospodarzem. 

 -  A  ty  przypadkiem  nie  jesteś  nieproszonym  gościem  w 

Rahmanie? Nie jesteś kimś, kto mógłby zostać uznany przez króla na 
przykład  za  politycznego  intryganta  albo,  co  gorsza,  za 
niebezpiecznego spiskowca? - próbowała się upewnić. 

 -  Nie  jestem,  z  całą  pewnością  nie  jestem  -  uspokoił  ją  szejk.  - 

Przebywam w królewskim pałacu za zgodą mojego kuzyna Hakema. 

 -  Chcesz  powiedzieć,  że  król  Hakem  cię  zaprosił?  -  rzuciła  z 

niedowierzaniem Zara. 

Malik uśmiechnął się ponownie. 
 -  Mój kuzyn,  król  Hakem  bin  Abdul  Haidar, nie  zapraszał  mnie 

wprawdzie do Rahmanu, ale też nie zabronił mi przyjazdu - wyjaśnił. - 
Najwyraźniej  nie  ma  do  mnie  żadnych  pretensji  o  to,  co  zaszło  w 
Ameryce pomiędzy tobą a mną. 

 - Trochę to dziwne, ale do mnie też chyba nie żywi szczególnej 

urazy  o  to,  że  podstępem  wydostałam  się  z  pałacu  i  poleciałam  do 
Stanów  Zjednoczonych,  do  ciebie,  jako  urodzinowy  prezent  - 
powiedziała  z  lekką  zadumą  Zara.  -  Rozmawiał  dzisiaj  ze  mną 
całkiem spokojnie, wspominał nawet o ślubie. 

 -  Chciałabyś  zostać  jego  drugą  żoną?  -  spytał  szejk,  z  wyraźną 

nutą niepokoju w głosie. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Nie,  Malik!  -  zaprzeczyła  energicznie  Zara.  -  Przecież  wiesz 

doskonale, że nie! Chcę tylko ciebie! - zapewniła ze łzami wzruszenia 
w oczach. 

 -  Więc  broń  się  przed  królewskim  małżeństwem  -  stwierdził 

szejk. 

 - Tylko jak? - zafrasowała się. - Skoro król Hakem nie pogniewał 

się na mnie nawet o to, że uciekłam z Rahmanu i zostałam w Ameryce 
twoją kochanką... 

 - ...to powiedz mu, że nosisz moje dziecko - zasugerował Malik, 

wchodząc jej w słowo. 

Spojrzała  na  niego  z  ukosa  spod  zmarszczonych  brwi, 

najwyraźniej mocno zaskoczona tym, co usłyszała. 

 -  Przecież  nie  mogłabym  wiedzieć  już  w  tej  chwili,  że  jestem  z 

tobą  w  ciąży!  -  żachnęła  się.  -  Nie  mogłabym  już  teraz  mieć 
pewności... 

 -  Powiedz,  że  to  przeczucie  -  przerwał  jej  znowu.  -  I  że  trzeba 

poczekać, czy się sprawdzi, czy nie. 

 - A jeśli nie? 
Szejk  przyciągnął  ją  do  siebie,  objął mocno  ramionami i  szepnął 

jej czule do ucha: 

 -  Nic  się  nie  bój,  najmilsza.  Po  to  właśnie  tu  jestem,  żeby  się 

sprawdziło. Będę odwiedzał cię każdej nocy w twoim pokoju. 

 - Ale to przecież może być niebezpieczne dla ciebie i dla mnie! - 

Na  samą  myśl  o  takich  nocnych  spotkaniach  w  jaskini  lwa,  czyli  w 
pałacu  króla  Hakema,  Zara  przelękła  się  do  tego  stopnia,  że  aż 
zadrżała w objęciach szejka. 

 -  Dlatego  niech  to  będzie  nasza  słodka  tajemnica  -  powiedział 

Malik ze stoickim spokojem. 

Po czym, złożywszy na ustach Zary namiętny, gorący pocałunek, 

zniknął 

wśród 

zielonego 

ogrodowego 

gąszczu 

równie 

niespodziewanie, jak się pojawił. 

 - Wiedziałaś od króla Hakema, że szejk Malik jest w Rahmanie? 

-  spytała  Zara  pierwszą  królewską  małżonkę,  gdy  nieco  później  tego 
samego dnia odwiedziła ją w jej apartamencie. 

 - Owszem, wiedziałam - przyznała Rasha. 
 - Zatem wygląda na to, że ja dowiedziałam się ostatnia 
 - stwierdziła Zara z nutką lekkiej pretensji w głosie. 
Rasha uśmiechnęła się i przecząco pokręciła głową. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Ostatni  dowie  się  Kadar  bin  Abu  Salman,  twój  ojczym  - 

wyjaśniła. - Takie przynajmniej są intencje króla. 

 -  Słuszne  intencje, bardzo  słuszne!  -  ucieszyła  się  Zara.  -  Kadar 

jest wściekły, mógłby znowu zrobić Malikowi jakąś krzywdę. 

 - Na pewno nie pod naszym dachem - uspokoiła ją Rasha. - Tutaj 

szejk jest całkowicie bezpieczny! A zresztą 

 - odezwała się po chwili milczenia - czy ty naprawdę uważasz, że 

Kadar skrzywdził Malika? 

 - No, przecież pozbawił go tronu. 
 -  Fakt,  tronu  go  pozbawił.  Równocześnie  jednak  uwolnił  go  od 

wszelkich  politycznych  kłopotów,  jakie  się  nierozerwalnie  wiążą  ze 
sprawowaniem najwyższej władzy w państwie! - podkreśliła Rasha. - 
Teraz  szejk  Malik  nie  ma  wprawdzie  korony  Rahmanu,  ale  ma  w 
Stanach  Zjednoczonych  firmę  wartą  wiele  milionów  dolarów, 
autorytet  w  świecie  międzynarodowego  biznesu  i  stuprocentową 
osobistą  wolność.  W  odróżnieniu  od  Hakema  i  wszystkich  innych 
monarchów,  władców  i  prezydentów,  może  robić,  co  chce.  I  może 
przebywać, gdzie chce! 

 - Z wyjątkiem Rahmanu - wtrąciła nieśmiało Zara. 
 - A któż ci to powiedział? 
 - Myślałam... 
 -  W  takim  razie  byłaś  w  błędzie  -  przerwała  jej  Rasha.  -  Szejk 

Malik  nie  jest  politycznym  banitą,  wygnańcem,  który  miałby  raz  na 
zawsze odciętą drogę powrotu do ojczyzny. Wyjechał kiedyś z kraju, 
bo  sam  tego  chciał,  a  skoro  teraz  zechciał  wrócić,  to,  jak  wiesz, 
wrócił. 

 - Myślisz, że istotnie z mojego powodu? 
 -  Nie  mam  pojęcia  -  odparła  dyplomatycznie  Rasha.  -  Najlepiej 

sama go o to zapytaj. 

 -  A  kogóż  to  Zara  ma  pytać  i  o  co?  -  odezwał  się  król  Hakem, 

który akurat w tym momencie stanął w progu komnaty. 

 -  Twego  kuzyna,  szejka  Malika,  o  powody  jego  przyjazdu  do 

Rahmanu - wyjaśniła małżonkowi Rasha. 

 -  Rahman  jest  jego  ojczyzną,  więc  może  przyjeżdżać  tu,  kiedy 

zechce, bez żadnych konkretnych powodów - stwierdził z powagą król 
Hakem.  -  Widziałaś  się  już  z  nim  tu  w  pałacu?  -  zwrócił  się  z 
zapytaniem do Zary. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Z  szejkiem  Malikiem?  Tak,  czcigodny  panie...  widziałam  się 

przypadkowo... w pałacowym ogrodzie - wykrztusiła zmieszana. 

 - Co robiliście? - zaciekawił się król. 
 - Rozmawialiśmy przez krótką chwilę. 
 - Czy powiedziałaś mu, że niedługo wychodzisz za mąż? I co on 

na to? Gratulował ci? 

 -  Więc  już  zdecydowałeś,  czcigodny  panie?  -  pytaniem  na 

pytanie odpowiedziała Zara. 

 -  Na  razie  zdecydowałem,  że  powinnaś  wyjść  za  mąż.  I  to  jak 

najprędzej  -  odparł  król.  -  Nie  podjąłem  jeszcze  tylko  decyzji,  za 
kogo.  -  Wypowiedziawszy  te  wieloznaczne  słowa,  król  Hakem  dał 
gestem znak, że chciałby teraz zostać sam na sam z małżonką. 

Pośpiesznie  wyszła  więc  i  zamknęła  za  sobą  drzwi.  Jednak 

zamiast udać się do swego pokoju, zatrzymała się w korytarzu, mając 
nadzieję,  że  kiedy  król  Hakem  zakończy  wizytę  u  Rashy  i  wyjdzie  z 
jej komnaty, to może zechce z nią porozmawiać i powie coś więcej na 
temat jej przyszłych losów. 

Czekała  dość  długo,  pełna  męczącego  niepokoju  i  napięcia. 

Udręczona  niepewnością,  zdenerwowana  i  zalękniona,  musiała 
wyglądać  wyjątkowo  mizernie,  bo  kiedy  król  wyszedł  z  komnat 
małżonki i zauważył ją w korytarzowym wykuszu, zapytał: 

 - Czy wszystko z tobą w porządku, Zaro? Dobrze się czujesz? 
 -  Tak,  czcigodny  panie,  czuję  się  dobrze,  nic  mi  nie  jest  - 

odpowiedziała,  pośpiesznie  ocierając  łzy,  jakie  z  przejęcia  zakręciły 
się jej w oczach. - Czy Rasha mnie potrzebuje? 

 -  Rasha  w  tej  chwili  odpoczywa,  więc  potrzebuje  przede 

wszystkim  spokoju  -  stwierdził  król  Hakem.  -  Natomiast  ja  miałbym 
do ciebie prośbę. 

 - Tak, czcigodny panie? 
 -  Zwróć  na  nią  baczną  uwagę.  Bo  widzisz,  ona  nie  chce  mnie 

kłopotać swoimi sprawami, uważa je za nie dość ważne, bym miał się 
nimi zajmować - wyjaśnił. - Tymczasem... - Zawiesił na moment głos, 
jakby  chciał  zastanowić  się  nad  doborem  dalszych  słów.  -  Cóż, 
wszystko, co jej dotyczy, jest dla mnie niezwykle ważne w tej chwili... 
oczywiście  ze  względu  na  jej  odmienny  stan  i  na  bardzo  już  bliskie 
rozwiązanie - dokończył. - Dlatego, proszę cię, Zaro, obserwuj Rashę 
uważnie i informuj mnie na bieżąco o wszystkim, co się z nią dzieje. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Możesz  na  mnie  liczyć,  czcigodny  panie!  -  zgodziła  się 

skwapliwie i złożyła Hakemowi niski ukłon. 

 -  Będę  więc  czekał  na  wiadomości od  ciebie  - powiedział  król  i 

ruszył korytarzem w kierunku swoich apartamentów. 

 -  Czcigodny  panie,  ja  też  mam  prośbę!  Chciałabym  dokończyć 

naszą  wcześniejszą  rozmowę  -  odważyła  się  zaproponować  Zara, 
stawiając  wszystko  na  jedną  kartę  i  z  rozmysłem  biorąc  na  siebie 
ryzyko wzbudzenia królewskiego gniewu. 

Zaskoczony jej zuchwałą śmiałością król Hakem zatrzymał się. 
 - A co chciałabyś mi jeszcze powiedzieć? - zapytał, odwróciwszy 

się w jej stronę. 

Podeszła do niego bliżej. 
 -  Czcigodny  panie...  -  wykrztusiła  zdławionym  głosem.  -  Czy 

wiesz...  czy  jesteś  świadom  faktu...  że  szejk  Malik  i  ja...  że  doszło 
pomiędzy nami... 

 -  Chcesz  mi  powiedzieć,  że  zostaliście  kochankami,  tak?  -  Król 

najwyraźniej  zniecierpliwił  się  jej  nieskładną  próbą  owijania  w 
bawełnę prostego faktu. 

 - Właśnie! - potwierdziła. 
 - Cóż, brałem to pod uwagę. 
 -  Samo  miłosne  zbliżenie  to  jeszcze  nie  wszystko,  czcigodny 

panie! - Zara zdołała się jakoś opanować i zaczęła mówić konkretniej, 
bardziej  zdecydowanym  tonem.  -  W  grę  mogą  przecież  wchodzić 
również konsekwencje tego zbliżenia. 

 -  To  znaczy?  -  Król  Hakem  domagał  się  nazwania  rzeczy  po 

imieniu. 

 - To znaczy, że ja mogę być teraz w ciąży, czcigodny panie! 
 -  Cóż,  brałem  to  pod  uwagę.  -  Król  z  lekkim  westchnieniem 

powtórzył  wypowiedziane  już  przed  chwilą  słowa.  -  To  też!  - 
podkreślił. 

 -  I  co?  -  spytała  Zara  lakonicznie  i  nie  całkiem  zgodnie  z 

dworskim protokołem. 

Król  Hakem  bin  Abdul  Haidar  zmierzył  ją  przenikliwym 

wzrokiem. 

 -  Tak  szczerze  mówiąc,  dziewczyno  -  stwierdził  z  powagą  -  to 

miałem wyrzuty sumienia, że nie zdołałem cię ochronić przed czymś, 
co może teraz przesądzić o całym twoim dalszym życiu, o całej twojej 
przyszłości. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Czcigodny  panie,  nie  powinieneś  czuć  się  niczemu  winny!  - 

wykrzyknęła.  -  Ja  przecież  wyjechałam  do  szejka  Malika  bez  twojej 
wiedzy! 

 - Wyjechałaś jednak z mojego domu, w którym miałem otoczyć 

cię opieką. 

 -  Ale  wyjechałam  z  własnej  woli,  czcigodny  panie!  I  również  z 

własnej woli oddałam się szejkowi! 

 -  Żeby  uniknąć  niechcianego  małżeństwa  ze  mną?  Zara 

zarumieniła się i głęboko westchnęła. 

 -  Taki  był  mój  pierwotny  plan,  czcigodny  panie  -  przyznała.  - 

Jednak  później,  już  po  przyjeździe  do  Stanów  Zjednoczonych...  - 
Zawahała się. 

 - Tak? - Hakem zachęcił ją do dalszych zwierzeń. 
 -  Później  pokochałam  szejka  Malika  -  szepnęła  i  opuściła  nisko 

głowę, kryjąc w ten sposób intensywny rumieniec, jaki wystąpił nagle 
jej na twarz. 

 - Pokochałaś szejka. I wstydzisz się tego uczucia? - zapytał król. 
 -  Nie,  panie,  nie  wstydzę  się  -  odpowiedziała.  -  Ale  nie  jestem 

całkowicie pewna, czy mam do niego prawo - dodała. 

 -  Cóż,  prawo  do  miłości  mają  wszyscy  na  tym  świecie,  nawet 

królowie - powiedział łagodnym, z lekka autoironicznym tonem. 

 -  Ale  czy  ma  takie  prawo  rahmańska  kobieta,  która  zgodnie  ze 

starym  rahmańskim  obyczajem  została  podarowana  mężczyźnie  w 
prezencie  i  w  związku  z  tym  zobowiązana  sprawiać  mu  zmysłową 
przyjemność, a nie uczuciowe kłopoty? 

Zakłopotany król wzruszył bezradnie ramionami na te przesycone 

goryczą słowa. 

 -  Cóż,  nigdy  nie  zastanawiałem  się  nad  tym  problemem  - 

przyznał  szczerze.  -  Ale,  ale,  jeśli  mówimy  już  o  prezentach!  - 
Wykorzystując  chwilowe  milczenie  Zary,  dyplomatycznie  zmienił 
temat.  -  Szejk  Malik  wyznał  mi  natychmiast  po  przyjeździe  do 
Rahmanu,  że  tam,  w  Ameryce,  otrzymał  od  ciebie  jakieś  wspaniałe 
podarunki  i  teraz  chciałby  się  zrewanżować.  No  więc  ja...  -  Zawiesił 
na moment głos. 

 - Tak, czcigodny panie? 
 -  Zgodziłem  się!  -  stwierdził  król.  -  Dałem  mu  na  to  trzy  dni,  o 

które mnie prosił. Ten czas, który liczy się już od jutra, jest dla was, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Zaro,  tylko  dla  was,  dla  ciebie  i  szejka  Malika,  na  uporządkowanie 
waszych spraw! Czy wyraziłem się jasno? 

 -  Tak,  czcigodny  panie!  -  przyświadczyła  Zara  i pochyliła  się  w 

niskim ukłonie. 

Hakem  bin  Abdul  Haidar  nie  powiedział  już  nic  więcej,  tylko 

skinął jej lekko głową i odszedł korytarzem w głąb pałacu, do swoich 
królewskich komnat i swoich królewskich problemów. 

Zara  została  sama,  wciąż,  tak  samo  jak  przedtem,  niepewna 

swoich  dalszych  losów.  Uradowana,  że  przez  najbliższe  trzy  dni 
będzie  mogła  -  za  zgodą  króla  -  przebywać  w  towarzystwie 
ukochanego  mężczyzny,  a  równocześnie  zasmucona  i  zaniepokojona 
myślą  o  tym,  że  kiedy  te  trzy  darowane  dni  miną,  czeka  ją  wielka 
niewiadoma! 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
Reszta  dnia  minęła  Zarze  jak  we  śnie.  Cały  czas  była 

rozgorączkowana,  półprzytomna  z  emocji,  pełna  najrozmaitszych  - 
dobrych  i  złych  -  oczekiwań.  Natomiast  kiedy  nadeszła  noc,  sen 
całkowicie  ją  odszedł,  toteż  przeleżała  na  posłaniu,  nie  zmrużywszy 
oka  niemal  do  świtu,  pogrążona  w  męczących,  denerwujących 
rozmyślaniach.  A  kiedy  nad  ranem,  znużona  wielogodzinnym 
czuwaniem,  zapadła  wreszcie  w  kojącą  drzemkę,  niemal  natychmiast 
została z niej obudzona przez służącą, która wkroczyła do jej pokoju i 
oznajmiła: 

 -  Książę  Haidar  panią  wzywa!  Proszę  się  ubierać,  proszę  się 

pośpieszyć! 

 - Malik mnie wzywa do siebie? Szejk Malik? - upewniła się Zara. 
 - Tak, szejk Malik Haidar, kuzyn naszego króla. Czeka na panią 

w gościnnym apartamencie - usłyszała w odpowiedzi. 

Podekscytowana zerwała się z posłania. 
 - Proszę powiedzieć księciu, że przyjdę do niego tak szybko, jak 

będę mogła - rzuciła. 

Służąca  wyszła,  a  ona  zaczęła  pośpiesznie  robić poranną toaletę. 

Najpierw  wzięła  prysznic,  rozczesała  włosy  i  związała  je  w  luźny 
węzeł na czubku głowy. Następnie włożyła białą koronkową bieliznę, 
długą  spódnicę  z  naturalnego  jedwabiu  w  kolorze  kości  słoniowej  i 
koronkową białą bluzkę w wiktoriańskim stylu. Po czym wybiegła ze 
swego pokoju, kierując się w stronę komnaty szejka. 

Przy  drzwiach  apartamentu  Malika  zatrzymała  się  na  chwilę, 

chcąc odczekać, aż uspokoi się gwałtowne, intensywne bicie jej serca. 
Ponieważ  jednak  z  każdą  upływającą  sekundą  stawało  się  ono  coraz 
szybsze, machnęła ręką i zdecydowała się wejść. 

Uchyliła  drzwi  i  wsunęła  się  do  środka.  W  pokoju,  który  okazał 

się  sypialnią,  dominowało  ogromne,  staroświeckie,  bogato  rzeźbione 
łoże z ozdobnym baldachimem ze złocistego jedwabiu. 

Był  tam  również  kominek,  a  na  tym  kominku  płonął  ogień! 

Równocześnie  działał  na  najwyższych  obrotach  klimatyzator, 
ponieważ w pustynnym Rahmanie, w połowie lipca, w rozkwicie lata, 
nie  tylko  nie  trzeba  ogrzewać  pomieszczeń,  lecz  wręcz  przeciwnie, 
należy je w miarę możliwości chłodzić. 

 -  No  i  co  o  tym  sądzisz,  Zaro?  -  spytał  szejk  Malik,  wyłaniając 

się z głębi apartamentu. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Dlaczego  ty  tak...  jednocześnie  ogrzewasz  i  chłodzisz  ten 

pokój? - wykrztusiła zdumiona, odpowiadając pytaniem na pytanie. 

 - W tym pozornym szaleństwie jest mimo wszystko pewien sens, 

pewna metoda - stwierdził dość tajemniczo. 

Po  czym  wręczył  jej  trzymaną  w  ręku  paczkę,  owiniętą  w 

pergamin i przewiązaną na krzyż kolorową wstążką. 

 - Co to jest? - zainteresowała się Zara. 
 - Coś dla ciebie... do przebrania się - odparł. - Bo widzisz - dodał 

gwoli wyjaśnienia - twój obecny strój nie jest odpowiedni do tego, co 
zaplanowałem jako pierwszą niespodziankę dla ciebie. 

 -  Czy...  tutaj  mam  się...  przebierać?  -  wyszeptała  tak 

zawstydzona,  jakby  zupełnie  nie  pamiętała  w  tym  momencie,  że 
przecież szejk Malik widział ją już nie tylko ubraną bardzo skąpo, w 
przezroczystą muślinową szatę, ale nawet całkowicie roznegliżowaną. 

 - Możesz wejść do łazienki. - Wskazał na boczne drzwi. 
Zara  z  ulgą  ukryła  się  za  nimi  i  drżącymi  ze  zdenerwowania 

rękoma  otworzyła  paczkę.  W  środku  znalazła  bawełnianą  nocną 
koszulę  z  krótkimi  rękawami,  ozdobioną  dużym,  wielobarwnym 
wizerunkiem myszki Miki. 

Roześmiała  się  na  widok  tej  komicznej  kreacji  rodem  z 

supermarketu,  absolutnie  odmiennej  od  eleganckiej  nocnej  bielizny  z 
ekskluzywnych butików, do jakiej była przyzwyczajona. 

Dlaczego  szejk  chce,  żebym  włożyła  na  siebie  coś  takiego?  - 

zachodziła w głowę, zdejmując kolejno bluzkę, spódnicę, biustonosz, 
majteczki i na koniec wciągając przez głowę tandetny nocny strój. 

Nie  znalazłszy  odpowiedzi  na  to  pytanie,  wyszła  w  końcu  z 

łazienki. 

Malik  też  nie  miał  już  na  sobie  tradycyjnego  rahmańskiego 

ubioru, w jakim powitał ją przed chwilą, tylko... kolorowe bawełniane 
bokserki w zabawny wzorek. 

Na  jego  widok  mimo  woli  roześmiała  się  znowu,  jak  przed 

chwilą. 

 - No i z czego się tak cieszysz, kobieto? - mruknął z nie całkiem 

autentyczną irytacją. - Wskakuj do łóżka! - polecił jej, wskazując ręką 
na olbrzymi, rozłożysty mebel z jedwabnym baldachimem. 

 - Do łóżka? Ale po co? - jęknęła przerażona. - Proszę cię, Malik, 

nie  róbmy  tego  teraz,  przecież  król  Hakem  dał  nam  trzy  dni  na 
uporządkowanie, a nie na dodatkowe skomplikowanie naszych spraw 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

-  próbowała  argumentować,  broniąc  się  przed  niepokojącą 
perspektywą sam na sam z szejkiem. 

 - Mój kuzyn Hakem dał mi trzy dni na przygotowanie dla ciebie 

takich  niespodzianek,  jakie  tylko  zechcę.  Jestem  pewien,  że  w 
związku  z  tym  nie  będzie  wnikał  w  szczegóły  tego,  co  robimy  - 
wyjaśnił  Malik.  -  Dlatego  nie  ociągaj  się  już  dłużej  i  nie  wyszukuj 
przeszkód, tylko grzecznie wskakuj do łóżka! 

Zara posłusznie wsunęła się pod koc. 
 -  Trochę  się  posuń,  żebym  i  ja  się  zmieścił  -  wesoło 

zadysponował szejk. 

Zrobiła mu miejsce u swego boku, a on natychmiast je zajął. 
 - Czego ode mnie teraz oczekujesz? - odważyła się zapytać. 
 -  Absolutnie  niczego  -  odparł.  -  To  ty  masz  przecież  zostać 

obdarowana, a nie ja. 

 - A co będzie tym podarunkiem dla mnie, poza nocną koszulą z 

myszką Miki? - zaciekawiła się Zara. 

 -  Śniadanie!  -  Jakiś  obcy  mężczyzna,  chyba  ktoś  ze  służby 

księcia,  otworzył  drzwi  i  pchając  przed  sobą  barek  na  kółkach, 
przystanął w progu komnaty. 

Zaskoczona i lekko przestraszona Zara dała nura pod koc, kryjąc 

się pod nim wraz z głową. 

 - Proszę zostawić - polecił służącemu Malik. 
A kiedy drzwi się zamknęły, szepnął wyraźnie rozbawiony: 
 - Jesteśmy znowu sami, możesz wyjść z kryjówki. Zara ostrożnie 

wysunęła głowę spod koca. 

 - Nie widział mnie? - zapytała. 
 - Nie mam pojęcia - niefrasobliwie odpowiedział szejk, wyraźnie 

drocząc się z nią. - Może tak, a może nie. 

 -  Boże!  -  jęknęła  Zara.  -  Przecież  jeśli  ten  człowiek  widział  nas 

razem w łóżku i doniesie o tym królowi Hakemowi, to król nas zabije! 
A  jeśli  na  dodatek  poinformuje  mojego  ojczyma,  to  Kadar  też  nas 
zabije. 

 -  Drugi  raz,  tak?  -  wszedł  jej  w  słowo  szejk  Malik  i  wybuchnął 

głośnym śmiechem. 

 -  No...  nie  -  wykrztusiła,  zorientowawszy  się,  że  ze 

zdenerwowania plecie głupstwa. - To byłoby raczej niemożliwe. 

 - A widzisz! Więc ani trochę się nie przejmuj - uspokoił ją - tylko 

śmiało korzystaj z mojego prezentu. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - A gdzie jest ten prezent? 
Malik wyskoczył z łóżka i przyciągnął ruchomy barek, na którym, 

na dużej tacy, znajdowało się trochę rozmaitych wiktuałów i gazeta. 

 -  Proszę,  oto  klasyczne  amerykańskie  śniadanie  najczęściej 

spożywane w niedzielny poranek - wyjaśnił, wróciwszy na posłanie. 

 - To znaczy? 
 - Naleśniki z syropem klonowym, owoce... - zaczął wyliczać. 
 -  I  będziemy  jedli  to  śniadanie  w  łóżku?  -  przerwała  mu,  nadal 

bardzo zdziwiona. 

 -  Owszem  -  potwierdził  szejk.  -  Tak,  jak  to  robią  wszystkie 

amerykańskie  małżeństwa,  jeśli  już  nawet  nie  w  każdą  niedzielę,  to 
przynajmniej  raz  w  miesiącu.  Będziemy  jedli  w  łóżku  niedzielne 
śniadanie  i  czytali  na  głos  niedzielne  wydanie  gazety,  na  zmianę, 
trochę ty mnie, trochę ja tobie. 

 -  Twój  pierwszy  prezent  dla  mnie bardzo  przypomina  ten, który 

ja  przygotowałam  tobie  zaraz  na  początku  naszej  znajomości  w  San 
Francisco  -  zauważyła  Zara.  -  Z  tą  różnicą,  że  wtedy  nie  jedliśmy 
śniadania,  tylko  obiad,  a  nasze  menu  nie  było  amerykańskie,  tylko 
rahmańskie. 

 -  No  i  nie  czytaliśmy  w  łóżku  żadnej  gazety!  -  dokończył  ze 

śmiechem, wchodząc jej w słowo. 

Następnego 

dnia 

szejk 

Malik 

przypomniał 

sobie 

zniecierpliwionej  długim  wyczekiwaniem  Zarze  dopiero  wieczorem, 
gdy  zaszło  słońce,  wzeszedł  księżyc,  a  niebo  nad  Rahmanem  zrobiło 
się  już  całkiem  ciemne.  Wtedy  to  w  jej  pokoju  zjawiła  się  służąca  i 
wypowiedziała  niemal  dokładnie  te  same  słowa,  co  poprzedniego 
dnia; 

 - Książę Haidar panią wzywa! Proszę się pośpieszyć! 
 - Czy mówił coś na temat ubioru? 
 -  Książę  wspomniał,  że  pani  wczorajszy  strój  byłby 

najstosowniejszy  na  dzisiejszą  okazję  -  stwierdziła  służąca  i 
skłoniwszy się, wyszła. 

Nie  chodziło  mu  chyba  o  nocną  koszulę  z  myszką  Miki,  tylko  o 

to,  w  co  sama  się  ubrałam,  pomyślała  Zara,  wkładając  jedwabną 
spódnicę i koronkową bluzkę. 

Szejk Malik potwierdził słuszność jej przypuszczeń. 
 - Tak, właśnie o to mi chodziło! - wykrzyknął na jej widok. - Ten 

strój będzie najlepszy na dzisiejszy wieczór. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Czy spędzimy ten wieczór we dwoje? - spytała. 
 - I tak, i nie - odparł enigmatycznie. 
 - Nie rozumiem. 
 -  Nie  szkodzi.  Zrozumiesz  później,  kiedy  już  dotrzemy  na 

miejsce. 

 - Czy to znaczy, że będziemy gdzieś wyjeżdżali? 
 - Owszem - przytaknął. - Zapraszam cię do samochodu. 
Ujął Zarę za rękę i wyprowadził ją z pałacu na dziedziniec, gdzie 

zaparkowana  była  elegancka  biała  limuzyna.  Pomógł  jej  wsiąść  do 
auta,  sam  zajął  miejsce  za  kierownicą.  Uruchomił  pojazd  i  skierował 
go  dość  wąską  wewnętrzną  drogą  w  odległy  kraniec  pałacowych 
włości króla Hakema bin Abdul Haidara. 

W  miejscu,  w  którym  się  znaleźli,  wysoki  kamienny  mur 

oddzielał  i  osłaniał  królewską  posiadłość  od  napierającej  z  zewnątrz 
pustyni.  Naprzeciwko  tego  muru  stało  kilkanaście  jeepów.  Wśród 
nich, pośrodku, było jeszcze jedno  wolne miejsce i szejk wprowadził 
tam swoją białą limuzynę. Zatrzymawszy samochód, wyłączył silnik i 
zgasił przednie światła. 

 - Już zrozumiałam, co miałeś na myśli, mówiąc, że równocześnie 

będziemy i nie będziemy sami - stwierdziła Zara. - W tych wszystkich 
samochodach są przecież jacyś  ludzie, ale ani my nie widzimy ich w 
tych ciemnościach, ani oni nas. 

 - Właśnie! - potwierdził Malik. 
 - Ale po co znaleźliśmy się pod tym murem... tak po ciemku, my 

i oni? - spytała. 

 -  Poczekaj  cierpliwie,  zaraz  zobaczysz.  O,  już!  Ciemny  mur 

rozjaśniło nagle coś w rodzaju silnego 

reflektora,  wyrysowując  na  nim  światłem  spory  poziomy 

prostokąt.  Z  ukrytych  gdzieś  w  pobliżu  głośników  buchnęła  dość 
głośna muzyka. 

 - Co to będzie, Malik?! - wykrzyknęła zdumiona Zara. 
 - Kino - wyjaśnił szejk. 
 - Kino, w którym widzowie oglądają film na wolnym powietrzu? 
 -  Owszem  -  przytaknął.  -  Ogląda  się  film,  siedząc  we  własnym 

samochodzie. 

To 

taka 

amerykańska 

tradycja, 

kino 

dla 

zmotoryzowanych. Czyli dla wszystkich, bo przecież w Stanach każdy 
ma jakiś tam wóz. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Amerykanie  lubią  filmy?  -  zaciekawiła  się  Zara.  Malik 

roześmiał się. 

 - Lubią kino, to pewne! - stwierdził rozbawiony. 
 - A przecież w kinie ogląda się filmy. 
 - Niekoniecznie. 
 - A co jeszcze można robić? 
Nie odpowiedział, tylko opuścił boczną szybę i odebrał od kogoś, 

kto krążył pomiędzy zaparkowanymi samochodami, dwie spore torby 
z kolorowego papieru i dwie plastykowe butelki. 

 - To prażona kukurydza, czyli popcorn, a do tego woda sodowa - 

wyjaśnił Zarze, podając jej torbę i butelkę. - Jak widzisz - nawiązał do 
postawionego  przez  nią  pytania  -  w  amerykańskim  kinie  dla 
zmotoryzowanych  można  poza  oglądaniem  filmu  także  jeść  i  pić.  A 
także... - Zawiesił głos, bo właśnie rozpoczął się film. 

 - Także co? - dopytywała się, zaciekawiona. Malik jednak nic nie 

odpowiedział, tylko objął ją 

i przytulił. 
Film  miał  smutne  zakończenie  i  wzruszył  Zarę  do  łez.  Jego 

bohaterowie kochali się, ale zmuszeni byli rozstać się wbrew własnej 
woli,  co  oczywiście  przypomniało  jej,  iż  pozostał  im  jeszcze  tylko 
jeden  wspólny  dzień,  zagwarantowany  wspaniałomyślnie  przez  króla 
Hakema. 

A  potem  najprawdopodobniej  zostaniemy  na  zawsze  rozdzieleni, 

pomyślała  przybita  i  zatroskana.  On  wróci  do  Kalifornii,  do  swego 
domu w San Francisco, a ja zostanę tutaj, w Rahmanie, w królewskim 
haremie  Hakema  bin  Abdul  Haidara.  Doszła  jednak  do  wniosku,  że 
zanim  to  nastąpi,  powinni  przynajmniej  wyjaśnić  sobie  wszystko,  co 
ważne, tak by mogli rozstać się bez niedomówień. I zapytała: 

 - Opowiesz mi o Dżebie? 
Na  dźwięk  imienia,  które  wypowiedziała,  szejk  odruchowo 

odsunął się od niej i spojrzawszy na nią z ukosa, rzucił: 

 - A co chciałabyś usłyszeć? 
 -  Chciałabym  usłyszeć  historię  inną  niż  ta,  którą  ostatnio 

opowiedział mi Paz - stwierdziła. 

 - A co ci mówił? 
 -  Że  tamtego  strasznego  dnia  pokłóciłeś  się  z  Asimem,  wpadłeś 

w  gniew,  miotałeś  groźby  pod  adresem  wszystkich  synów  Kadara,  a 
potem... - Zara umilkła, nie mając odwagi dokończyć. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - A potem, co? 
 -  A  potem...  rozjechałeś  swoim  terenowym  samochodem... 

swoim jeepem... najmłodszego z nich, Dżeba. - wykrztusiła. 

Szejk wziął głęboki oddech. Widać było po nim, że z najwyższym 

trudem  opanowuje  się,  by  nie  wybuchnąć,  nie  wykrzyczeć  Zarze 
prosto  w  twarz  swoich  racji,  nie  wyładować  na  niej  swojej  złości. 
Zacisnął  zęby,  przygryzł  wargi,  odczekał  w  najwyższym  napięciu 
dłuższą  chwilę  i  wreszcie  zdławionym,  lekko  schrypniętym  z 
nadmiaru emocji głosem wyrzekł dwa słowa: 

 - To kłamstwo! 
 - To dobrze - szepnęła Zara i odetchnęła z ulgą. 
 - Dlaczego dobrze? - zdziwił się. 
 -  Bo  wolę,  żeby  to  Paz  był  kłamcą,  niż  żebyś  ty  miał  być...  - 

Zawiesiła głos. 

 -  ..  .mordercą  -  dokończył  rozgorączkowany.  -  Czy  tak?  To 

straszne słowo miałaś zamiar wypowiedzieć, prawda? 

Skinęła potakująco głową. 
 -  Jak  już  ci  kiedyś  mówiłem,  Zaro,  nie  jestem  mordercą  - 

zapewnił.  -  Jeżeli  chcesz,  to  opowiem  ci  wszystko,  co  sam  wiem  na 
temat  wydarzeń  tamtego  strasznego  dnia,  w  którym  zginaj  twój 
przyrodni brat Dżeb... 

 - Nie chcę, Malik - przerwała mu. 
 - Dlaczego? 
 -  Bo  ci  wierzę!  Jeśli  chcesz  mówić,  to  opowiedz  mi  raczej  coś 

innego - dodała. 

 - A mianowicie? 
 -  W  jaki  sposób  mój  ojczym,  Kadar  bin  Abu  Salman,  zdołał 

zmusić cię do abdykacji przed dziesięciu laty. 

Szejk westchnął. 
 - No cóż.;. - zaczął. - Mój ojciec, znękany długą i ciężką chorobą, 

zmarł  w  tym  samym  tygodniu,  w  którym  zginaj  tragicznie  twój 
przyrodni  brat  Dżeb.  A  ja  miałem  wtedy  zaledwie  dwadzieścia  lat  i 
zupełnie  brakowało  mi  politycznego  doświadczenia.  Nie  potrafiłem 
się  skutecznie  bronić  przed  pomówieniami  Kadara.  Dlatego  on  bez 
szczególnego  trudu  zdołał  przekonać  przedstawicieli  większości 
najbardziej  wpływowych  rahmańskich  rodów,  że  nie  jestem 
człowiekiem honoru i nie nadaję się na króla Rahmanu. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Czy  nikt  nie  sprzeciwił  się  wówczas  mojemu  ojczymowi?  - 

spytała Zara. - Nikt nie stanął w twojej obronie? 

 -  Tylko  Hakem  bin  Abdul  Haidar,  mój  kuzyn  -  rzekł 

melancholijnie szejk. - Dlatego zdecydowałem się dobrowolnie oddać 
mu koronę. 

 - Jako jedynemu sprawiedliwemu? 
 - Otóż to! 
 - I Kadar się zgodził na Hakema? 
 -  Owszem  -  przytaknął  Malik.  -  Miał  wobec  niego  pewien  dług 

wdzięczności,  mój  kuzyn  uratował  kiedyś  na  pustyni  życie  jego 
synowi. 

 - Któremu? 
 -  Pazowi  właśnie,  czyli  temu,  który  tyle  ci  o  mnie  nakłamał. 

Nieważne zresztą. - Szejk machnął ręką. - W każdym razie Kadar się 
zgodził,  a  wraz  z  nim  cała  rodowa  starszyzna  Rahmanu.  Hakem 
również się zgodził i w ten sposób zasiadł na tronie i został królem. A 
ja  zasiadłem  za  biurkiem  i  zostałem  biznesmenem.  I  rozpocząłem 
wszystko  od  nowa  na  obczyźnie,  w  Ameryce.  I  żyłem  tam  sobie  w 
miarę spokojnie przez dziesięć lat, aż w moim życiu pojawiłaś się ty! 

 -  Pojawiłam  się  w  twoim  życiu,  żeby  zniknąć,  i  to  niestety  już 

pojutrze - odezwała się Zara ze smutkiem. 

Malik ponownie objął ją i przytulił. 
 -  Nie  myśl  o  tym,  co  może  być  pojutrze  -  szepnął.  -  Pomyśl 

raczej,  że  mamy  dla  siebie  jeszcze  cały  jutrzejszy  dzień, 
zagwarantowany nam przez króla Hakema. 

 - Na pewno dobrze się czujesz? - z troską w głosie zapytała Zara, 

gdy  następnego  dnia  wczesnym  popołudniem  odwiedziła  brzemienną 
małżonkę króla Hakema w jej apartamentach. 

 -  Tak.  Wszystko  ze  mną  w  najzupełniejszym  porządku  - 

odpowiedziała  Rasha,  która  odpoczywała  akurat,  półleżąc  na 
rozłożystej,  wygodnej  otomanie.  -  Nie  przejmuj  się  ani  trochę  moim 
stanem, jest przecież całkowicie naturalny. Lepiej mi coś opowiedz o 
wczorajszym podarunku szejka. 

 - Byliśmy w kinie - bąknęła Zara. 
 - W prawdziwym kinie? Tu, w Rahmanie? 
 -  Nie,  nie  -  zaprzeczyła  Zara.  -  W  takim  specjalnie  urządzonym 

przez  Malika...  w  typowo  amerykańskim  stylu.  W  kinie  dla 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

zmotoryzowanych,  na  wolnym  powietrzu.  Siedzieliśmy  w  limuzynie 
szejka, oglądaliśmy film... 

 -  Naprawdę  oglądaliście  film?  -  wtrąciła  ze  śmiechem  Rasha, 

przerywając Zarze opowieść. - Czy może raczej... 

Rozbawiona małżonka króla Hakema nie zdążyła sformułować do 

końca  drugiego  pytania, bo  w  komnacie  nagle  pojawiła  się  służąca  z 
wiadomością, że książę Haidar wzywa Zarę do siebie. 

 -  Idź  więc,  idź,  moja  droga,  skoro  szejk  czeka,  nie  będę  cię 

zatrzymywała ani chwili! - śmiała się Rasha. 

 - A może jednak powinnam zostać z tobą? - Zara nie była pewna, 

czy  ma  prawo  opuścić  królewską  małżonkę  w  sytuacji,  kiedy 
dosłownie w każdej chwili mógł się u niej rozpocząć poród. 

 -  W  żadnym  wypadku!  -  kategorycznie  sprzeciwiła  się  Rasha.  - 

W  pałacu  jest  mnóstwo  ludzi,  którzy  będą  mogli  mi  pomóc  w  razie 
potrzeby,  jest  służba,  są  dworzanie,  jest  też  lekarz.  A  ty  masz  dziś 
trzecią i ostatnią okazję otrzymania od Malika specjalnego prezentu i 
nie  powinnaś  tej  niepowtarzalnej  okazji  zmarnować.  Zwłaszcza  - 
dodała  po  krótkiej  chwili  milczenia  -  że  nie  wiadomo  przecież,  co 
będzie z wami dalej. 

 -  Fakt,  nie  wiadomo  -  potwierdziła  z  zadumą  Zara.  -  Wszystko 

zależy od jutrzejszej decyzji króla Hakema. 

 -  Wszystko,  moja  droga,  zależy  od  wyroków  losu,  którym 

podlegają nawet królowie - uściśliła z lekkim, ale nad wyraz ciepłym i 
życzliwym uśmiechem Rasha. - Nie martw się więc zawczasu o jutro, 
które dopiero nadejdzie, tylko raduj się dniem dzisiejszym, który jest 
ci  w  tej  chwili  dany  -  dodała  filozoficznie.  -  A  teraz  biegnij  na 
spotkanie z Malikiem! 

Zara skłoniła się królewskiej małżonce i wyszła z apartamentu na 

korytarz,  kierując  się  szybkim  krokiem  w  stronę  swojego  pokoju. 
Służąca wybiegła za nią i dogoniła ją tuż przed drzwiami. 

 - Czy coś się stało? - przestraszyła się Zara. 
 -  Nie,  nie!  Zapomniałam  tylko  powiedzieć,  że  książę  Haidar 

życzył sobie, żeby ubrała się pani w sportowy strój, jak na wycieczkę. 

 -  Rozumiem  -  mruknęła  Zara,  chociaż  w  istocie  nie  miała 

pojęcia, dokąd szejk tym razem zechce ją zabrać. 

Kiedy już weszła do pokoju i zaczęła się w pośpiechu przebierać 

w dżinsy i koszulową bluzkę, pomyślała w pewnym momencie, że być 
może szejk chce ją po prostu porwać z pałacu i wywieźć potajemnie z 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

Rahmanu.  Ostatecznie  odrzuciła  jednak  taką  ewentualność,  uznała 
bowiem,  że  szejk  jest  nazbyt  lojalny  wobec  swego  królewskiego 
kuzyna, by tak uczynić. Honor by mu na to nie pozwolił. Więc może 
również ten sam honor nie pozwoli mu zostawić mnie na pastwę losu? 
- pomyślała z nadzieją, wychodząc z pokoju. 

Szejk czekał na nią w saloniku swego apartamentu. 
 -  Wyglądasz  właśnie  tak,  jak  oczekiwałem  -  stwierdził  na  jej 

widok. 

 - A czego ja mam oczekiwać? - zapytała. 
 -  Wiadomo:  trzeciej  niespodzianki!  -  odparł  z  tajemniczym 

uśmiechem. 

 - Podobnej do dwu poprzednich? 
 - Sama wkrótce ocenisz - wyjaśnił. - Musimy tylko dotrzeć tam, 

gdzie ta dzisiejsza niespodzianka na ciebie czeka. 

 - Pojedziemy samochodem? - zainteresowała się. 
 - Tak. 
 - Tym, co wczoraj? 
 - Nie, innym. 
 - A jakim? 
 - Terenowym jeepem. 
 - Czy to znaczy, że pojedziemy gdzieś dalej? 
 -  Trochę  dalej  -  wyjaśnił  z  lekka  zniecierpliwiony  indagacjami 

szejk. 

 - A dokąd? - niestrudzenie wypytywała Zara. 
 -  Sama  zobaczysz  -  uciął  dyskusję.  -  Chodźmy  już!  Ujął  ją  za 

rękę i pociągnął za sobą. Wyszli z pałacu na wewnętrzny dziedziniec i 
wsiedli  do  zaparkowanego  tam  terenowego  jeepa.  Szejk  uruchomił 
silnik  i  przez  jedną  z  bocznych  bram  wyprowadził  samochód  poza 
teren  królewskich  posiadłości,  na  otaczające  pałac  półpustynne 
bezdroże. 

 -  Sama  widzisz  -  odezwał  się  do  Zary  -  że  limuzyną,  z  której 

korzystaliśmy  wczoraj,  udając  się  do  kina,  nie  zajechalibyśmy  tędy 
daleko. 

 -  A  długo  będziemy  jechali?  -  zapytała,  chcąc  z  odpowiedzi 

szejka wywnioskować cokolwiek na temat ostatecznego celu podróży. 

 - Mniej więcej godzinę - stwierdził lakonicznie. 
W  takim  razie  wygląda  na  to,  że  jedziemy  do  oazy  Habbah, 

pomyślała  Zara,  przypominając  sobie  niezwykłe  miejsce,  w  którym 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

była  kilkakrotnie  w  dzieciństwie:  otoczoną  dość  wysokimi  skałkami 
pustynną  enklawę,  pełną  zieleni  i  życia  dzięki  tryskającemu  z  głębi 
ziemi niezwykle wydajnemu źródłu krystalicznie czystej wody. 

W  istocie,  po  pięćdziesięciu  kilku  minutach  szybkiej  jazdy  po 

bezdrożach  przekonała  się,  że  jej  przypuszczenia  były  słuszne.  W 
oddali  zarysowały  się  bowiem  na  monotonnej  płaszczyźnie  skałki  i 
sylwetki palm. 

 -  To  miejsce  nazywa  się  Habbah,  prawda?  -  rzuciła,  by  się 

ostatecznie upewnić. 

 - Tak - potwierdził szejk i jeszcze mocniej docisnął pedał gazu. 
Z  każdą  chwilą  byli  coraz  bliżej,  poza  wysokimi  palmami  mogli 

już  dostrzec  przez  przednią  szybę  samochodu  również  niższe,  ale 
niezmiernie bujne krzewy, a także ukryte wśród nich niewielkie białe 
chaty. 

 -  A  gdzie  są  ludzie?  Zniknęli?  -  zapytała  ze  zdziwieniem,  kiedy 

dotarli  już  na  miejsce  i  szejk  zatrzymał  wóz  na  skraju  wyraźnie 
opustoszałej oazy. - Nikt nas nie wita, nikt na nas nie zwraca uwagi, a 
przecież tutejsi mieszkańcy chyba nieczęsto widują przyjezdnych! 

 -  Nie  denerwuj  się,  wszyscy  mieszkańcy  Habbah  są  na  pikniku 

nad jeziorkiem, tam, za tymi skałkami - uspokoił ją szejk i wskazał na 
szereg  kamiennych  stożków,  pomiędzy  którymi  przebiegała  wąska 
ścieżka.  -  Na  typowo  amerykańskim  pikniku  -  dodał.  -  Takim,  na 
którym  wszyscy  wspólnie  grillują,  grają  w  baseball  i  w  ogóle.  Sama 
zobaczysz! Chodź! 

Wysiedli  z  samochodu  i  ruszyli  w  stronę  niewielkiego  wodnego 

zbiornika, nazywanego jeziorkiem trochę na wyrost. 

 - Po co właściwie Amerykanie urządzają takie pikniki? - spytała 

Zara. 

 - Żeby się lepiej poznać - odparł Malik. - Na piknikach spotykają 

się  sąsiedzi  z  tego  samego  osiedla  albo  pracownicy  tej  samej  firmy. 
Wspólnie  wypoczywając,  mają  okazję  do  lepszego  poznania  się,  a 
nawet do nawiązania przyjaźni. 

 - Pięknie to brzmi - zauważyła Zara. 
 - Bo to jest piękne - stwierdził szejk. 
Kiedy  minęli  przesłaniające  widok  skałki,  ujrzeli  niewielki,  ale 

bardzo  malowniczy  zbiornik  wodny,  wokół  którego  biwakowały 
całymi  rodzinami  mieszkańcy  Habbah.  Dorośli  byli  zajęci 
grillowaniem i rozmowami, a dzieci wspólną zabawą. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Dołączymy do nich? - spytała Zara. 
 - Nie, nie, jeszcze nie teraz - powiedział lekko zniecierpliwionym 

tonem i szybko poprowadził ją na przeciwległy brzeg jeziorka. 

Nie  było  tam  nikogo  poza  jedną  jedyną  starszą  kobietą  w 

słomkowym kapeluszu, która siedziała nad wodą z wędką w ręku. 

 -  Są  tutaj  jakieś  ryby?  Można  wędkować?  Można  cokolwiek 

złowić? - zaciekawiła się Zara. 

 - Najlepiej zapytaj tę panią - doradził jej szejk. Podeszli bliżej do 

kobiety z wędką. 

 - Dzień dobry. Czy pani już coś złowiła? - odezwała się Zara. 
 -  Przepraszam,  ale  nie  rozumiem  tutejszego  języka.  Jestem 

Amerykanką  -  odpowiedziała  po  angielsku  i  spojrzała  na  Zarę  spod 
szerokiego  słomkowego  ronda  tak  jakoś  dziwnie  miękko,  czule, 
tkliwie, jakby przez łzy. 

Amerykańska  turystka  z  wędką  tutaj,  w  Rahmanie,  w  oazie 

Habbah,  w  samym  środku  pustyni,  akurat teraz,  kiedy  i  ja tu  jestem? 
Co za niezwykły zbieg okoliczności! - zdumiała się w duchu Zara. 

I zapytała: 
 - Jak pani tutaj trafiła? 
A wtedy starsza pani, nie będąc w stanie już dłużej panować nad 

emocjami, rozpłakała się i przez łzy wykrztusiła: 

 - Przyjechałam do ciebie... Sarah. 
Zara  potrzebowała  tylko  kilku  sekund,  żeby  skojarzyć 

prawidłowo  wszystkie  fakty  i  zrozumieć,  że  siwowłosa  Amerykanka, 
wędkująca  nad  jeziorkiem  w  pustynnej  oazie  Habbah,  to  jej  własna 
babcia,  odnaleziona  jakimś  cudem  w  Stanach  Zjednoczonych  przez 
szejka  Malika  i  specjalnie  na  dzisiejszą  okazję  zaproszona  do 
Rahmanu. I to była ta trzecia najwspanialsza niespodzianka! 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 
W ciągu następnych kilku sekund Zara również rozpłakała się ze 

wzruszenia. 

Po  czym  rzuciła  się  w  szeroko  otwarte  ramiona  starszej  damy  i 

odwzajemniając jej serdeczne uściski, zaczęła powtarzać raz po raz: 

 - Babcia, babcia, moja babcia. 
 - Tak, jestem twoją babcią, moje dziecko, rodzoną matką twojej 

matki  -  potwierdziła  starsza  pani,  cofnąwszy  się  o  pół  kroku,  na 
odległość  wyciągniętych  ramion,  żeby  się  lepiej  przyjrzeć  cudownie 
odnalezionej  wnuczce.  -  Masz  właśnie  po  mnie  te  zielone  oczy,  bo 
twoja  mama  miała  niebieskie,  a  ojciec  piwne.  I  te  jasnoblond  włosy 
też  masz  po  mnie,  bo  twoi  obydwoje  rodzice  byli  ciemnymi 
blondynami, Sarah. 

 - To ja mam na imię Sarah, a nie Zara? 
 - Oczywiście, moje dziecko - odpowiedziała na pytanie wnuczki 

starsza dama. - Przynajmniej w Ameryce miałaś na imię Sarah, zanim 
cię tutaj na tej pustyni przechrzcili po swojemu - dodała żartobliwym 
tonem. 

 - A ty, babciu, jak masz na imię? 
 -  W  dokumentach  zapisali  mi  Caroline,  ale  wszyscy  moi  bliscy 

nazywają  mnie  Lottie.  Więc  także  dla  ciebie,  moje  dziecko,  mam  na 
imię Lottie. 

 -  Babcia  Lottie.  Moja  babcia  Lottie  -  powtórzyła  z  radosnym 

uśmiechem 

Zara, 

ciesząc 

się, 

wręcz 

delektując 

każdym 

wypowiadanym słowem. 

Zerknęła  na  szejka  Malika.  Wycofał  się  dyskretnie  i  stał  w 

pewnym oddaleniu, by nie przeszkadzać. Zara miała ogromną ochotę 
podzielić  się  z  nim  swoją  radością,  powiedzieć  mu,  jak  bardzo  jest 
szczęśliwa  i  jak  ogromnie  mu  wdzięczna  za  odszukanie  bliskiej 
krewnej,  z  którą  nie  utrzymywała  żadnych  kontaktów  i  której  nawet 
nie  pamiętała  z  dzieciństwa.  Nie  chcąc  jednak  zostawiać,  choćby  na 
moment,  cudownie  odnalezionej  babci  Lottie,  przesłała  mu  tylko 
uśmiech. 

Starsza pani spostrzegła ten uśmiech i oczywiście nie omieszkała 

zauważyć: 

 -  Ten  twój  Malik  Haidar,  to  świetny  chłopak,  Sarah.  To  znaczy 

wspaniały mężczyzna - poprawiła się. 

 - O, tak! - potwierdziła bez wahania Zara. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Ogromnie  się  cieszę,  moje  dziecko,  że  sobie  kogoś  takiego 

znalazłaś. Bo, szczerze mówiąc, ilekroć o tobie myślałam, zawsze się 
bałam, że zostaniesz zmuszona do jakiegoś niechcianego małżeństwa - 
wyznała. 

Zara  nie  podjęła  tego  tematu  i  nie  nawiązała  do  swego 

ewentualnego mariażu. Nie chciała przerażać starszej pani opowieścią 
o tym, że zależnie od decyzji, jaką podejmie w najbliższym czasie król 
Hakem,  może  wkrótce  zostać  albo  drugą  królewską  małżonką,  albo 
żoną  siedemdziesięcioletniego  wuja  swego  ojczyma,  albo  -  w 
najlepszym  razie  -  kochanką  szejka  Malika.  Wolała  więc  zapytać  o 
swą amerykańską rodzinę. 

 -  Czy  mam  w  Stanach  Zjednoczonych  jeszcze  kogoś  bliskiego 

poza tobą, babciu Lottie? Jakieś ciocie, wujków, kuzynów? 

 -  Oczywiście,  że  masz,  moje  dziecko  -  odpowiedziała  starsza 

pani. - Przywiozłam ze sobą rodzinny album ze zdjęciami, więc zaraz 
ci ich wszystkich pokażę. Pomyślałam, że na pewno chętnie obejrzysz 
ich  fotografie,  zanim  będziesz  miała  okazję  poznać  swoich 
amerykańskich krewniaków osobiście! 

 - A czy oni... zaakceptowaliby mnie, przyjęliby mnie do rodziny? 

- zapytała Zara trochę niepewnie, z wyraźnym wahaniem. 

 -  Ma  się  rozumieć,  moje  dziecko,  z  otwartymi  ramionami!  - 

wykrzyknęła podekscytowana starsza pani. 

 -  Tak  samo,  jak  ja!  Bo  ja  przez  te  wszystkie  lata  to  wprost  nie 

mogłam sobie darować - wyznała - że poróżniłam się z twoją mamą z 
zupełnie bezsensownych powodów i przez to straciłam z nią kontakt, 
niestety, już do końca jej życia. A przez to straciłam również kontakt z 
tobą. 

 - Na szczęście spotkałyśmy się w końcu, babciu Lottie 
 -  szepnęła  Zara,  z  najwyższym  trudem  tłumiąc  łzy,  które 

napłynęły  jej  do  oczu  na  myśl  o  straconych  latach  i  przedwcześnie 
zmarłej matce. 

 - Na szczęście - szepnęła starsza pani i ponownie wzięła wnuczkę 

w ramiona. 

Kiedy  się  już  do  woli  wyściskały,  przez  dobrą  godzinę  oglądały 

rodzinne zdjęcia. 

W tym czasie Malik zarządził dla całej trójki kolację. Zjedli ją na 

wolnym powietrzu, przy świetle pochodni, ponieważ  właśnie zapadał 
już zmierzch i nagle całkowicie się ściemniło. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 -  Niestety,  robi  się  późno,  muszę  się  chyba  powoli  z  wami 

żegnać, moi drodzy - stwierdziła po posiłku starsza pani, spojrzawszy 
na  zegarek.  -  Panie  Haidar  -  zwróciła  się  do  szejka  Malika  -  bardzo 
panu  dziękuję  za  to  wspaniałe  spotkanie!  A  przede  wszystkim  za  to, 
że pomógł mi pan odzyskać wnuczkę. 

 -  Cała  przyjemność  po  mojej  stronie  -  odpowiedział  szejk  i 

szarmancko pocałował babcię Lottie w rękę. Po czym dodał: - Proszę 
nie  sądzić,  że  żegna  się  pani  z  nami  na  długo.  Gdy  tylko  wrócimy, 
podam memu kuzynowi Hakemowi nazwę pani hotelu i poproszę go, 
by  umożliwił  pani  dłuższy  pobyt  w  pałacu,  gdzie  w  tej  chwili 
przebywamy obydwoje z Zarą. 

 - To byłoby cudownie! - ucieszyła się starsza pani. Uścisnąwszy 

kordialnie  dłoń  Malikowi,  podeszła  z  kolei  do  wnuczki,  by  na 
pożegnanie wziąć ją w objęcia. 

 -  To  dobry  człowiek  -  szepnęła  jej  do  ucha.  -  Koniecznie 

trzymajcie się razem, moje dziecko! 

 -  Przecież  to  nie  zależy  tylko  ode  mnie,  babciu  -  rzekła 

półgłosem Zara. - Niestety, to w ogóle nie zależy ode mnie. 

 -  Aha,  więc  on  jeszcze  ci  się  nie  oświadczył,  nie  poprosił  cię  o 

rękę? - trafnie wywnioskowała starsza pani. 

 -  Nie  przejmuj  się  tym,  moje  dziecko  -  pocieszyła  wnuczkę.  - 

Poprosi, na pewno poprosi! Przecież z daleka widać, jak bardzo mu na 
tobie zależy. 

 - Babciu, to ja jutro zadzwonię do ciebie, do hotelu! 
 -  Zara  szybko  zmieniła  temat,  obawiając  się,  że  Malik  może 

usłyszeć ich rozmowę. 

 - Będę czekała na telefon. 
 -  A  ja  teraz  odprowadzę  panią  do  samochodu  -  zaofiarował  się 

Malik. 

Podał  starszej  pani  ramię  i  odszedł  z  nią  w  kierunku  zabudowań 

oazy. 

Kiedy  po  kilkunastu  minutach  wrócił  nad  jezioro,  miał  ze  sobą 

koc, który przyniósł z samochodu. 

 -  To  dla  nas,  żebyśmy  -  mogli  wygodnie  przysiąść,  patrząc  na 

fajerwerki - poinformował. 

 - To będą jeszcze fajerwerki dziś wieczorem? - zdziwiła się Zara. 
 -  Na  zakończenie  prawdziwego  amerykańskiego  pikniku  muszą 

być. Koniecznie! 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Czy tutaj będziemy je oglądali? 
 -  Nie,  na  skraju  osady,  trochę  dalej  od  zabudowań  i  ogrodów. 

Uznałem, że to będzie najlepsze, najbezpieczniejsze miejsce na pokaz 
sztucznych ogni - wyjaśnił szejk. 

 - Chodź! 
Wziął  ją  za  rękę  i  zaprowadził  w  miejsce,  gdzie  zielona  oaza 

Habbah graniczyła z otaczającą ją ze wszystkich stron pustynią. Tam 
rozłożyli koc i usiedli na nim. 

 - Zaraz się zacznie - oznajmił Malik, obejmując Zarę ramieniem. 
Przytuliła się mocno do niego i szepnęła: 
 - Chciałabym, żeby się nigdy nie skończyło. 
 - Masz na myśli fajerwerki? 
 -  Mam  na  myśli  wszystko  -  stwierdziła  z  zadumą.  Po  czym 

dodała pośpiesznie: - Ogromnie ci za to wszystko dziękuję, Malik, za 
piękne  trzy  niespodzianki  w  amerykańskim  stylu,  a  zwłaszcza  za 
odnalezienie mojej babci Lottie. 

 -  Właściwie  to  Alice,  moja  nieoceniona  sekretarka,  odnalazła 

twoją babcię, to znaczy zdobyła jej adres - uściślił szejk. - Ja jej tylko 
złożyłem wizytę w Ameryce, opowie -  

działem  o  tobie  i  o  sobie.  No  i  zaprosiłem  ją  do  Rahmanu. 

Pozostało tylko telefonicznie uzgodnić dzień jej przybycia. 

 -  Zrobiłeś  dla  mnie  tak  wiele,  Malik  -  -  szepnęła  Zara.  -  Tak 

wiele! 

 -  Ty  dla  mnie  też.  Tamte  trzy  dni,  które  spędziliśmy  razem  w 

Kalifornii, były wspaniałe! 

 - Te też są wspaniałe, Malik. I kończą się czymś tak niezwykłym. 

Popatrz! 

Na 

ciemnogranatowym 

niebie 

rozbłysły 

nagle 

kaskadą 

wielobarwnych  świateł  fajerwerki.  Pokaz  trwał  długo,  kilkanaście 
minut.  Zara  była  nim  zachwycona.  Jeszcze  nigdy  w  życiu  czegoś 
takiego  nie  widziała.  Kalejdoskopowo  zmieniające  się  formy, 
rysowane na ekranie nieba za pomocą koloru i ognia, wydawały się jej 
tak  fantastyczne,  tak  niezwykłe,  tak  wspaniałe,  jak  obrazy  z 
najpiękniejszego  snu.  A  kiedy  światła  zgasły  i  niebo  znów 
pociemniało, cudowny sen bynajmniej się nie skończył, bo oto Malik 
wziął ją w ramiona i zaczął namiętnie całować. 

Tak  mogłoby  już  być  do  końca  świata,  myślała,  poddając  się 

ulegle  pieszczocie  jego  ust  i  odwzajemniając  ją  w  potęgującym  się 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

gwałtownie z każdą chwilą podnieceniu. Tak mogłoby już pozostać na 
zawsze, aż po kres jej życia, aż po kres! 

Spleceni  w  uścisku,  zapomnieli  o  wszystkich  problemach,  o 

upływającym  czasie,  o  królewskiej  decyzji,  która  miała  zapaść 
nazajutrz. I nagle... 

Nagle wokół znowu rozbłysły ostre światła! 
Tuż  obok  nich  zatrzymał  się  z  piskiem  opon  samochód  i 

wyskoczył z niego Kadar bin Abu Salman. 

 - Precz z rękoma od mojej córki, niegodziwcze! - wrzasnął. 
Malik  uwolnił  Zarę  z  objęć  i  wstał.  Ona  również  zerwała  się  na 

równe nogi. 

 -  Zostaw  ją,  niegodziwcze,  bo  pożałujesz!  -  zagroził  szejkowi 

Kadar. 

Malik osłonił roztrzęsioną Zarę własnym ciałem i odpowiedział: 
 -  Nigdy  jej  nie  zostawię,  bo  jest  moja.  I  nikt  mi  jej  już  nie 

odbierze, nawet ty. 

 - Mylisz się, głupcze - warknął Kadar. - My ci ją odbierzemy, ja i 

moi  synowie.  -  Wskazał  na  asystujących  mu  pięciu  młodych 
mężczyzn. - Odbierzemy ci ją i oddamy królowi Hakemowi, któremu 
została przyrzeczona jako druga małżonka. Ciebie też odwieziemy do 
pałacu,  niegodziwcze,  żeby  król  mógł  cię  osobiście  odesłać  do 
wszystkich diabłów, czyli do tej twojej Ameryki! 

 - Ojcze, nie kompromituj się zachowaniem godnym rozbójnika - 

wybuchnęła  Zara.  -  My  sami  wrócimy  do  pałacu.  I  sami 
podporządkujemy  się  decyzji  króla  Hakema,  bez  nacisków  z  twojej 
strony.  Ale  pamiętaj,  że  tylko  król  ma  prawo  stanowić  o  naszym 
przyszłym losie, nikt inny. A już na pewno nie ty! 

Kadar  bin  Abu  Salman,  porażony  trafnością  słów  swojej 

krnąbrnej pasierbicy, spuścił nieco z tonu. 

 - Nie działam wbrew królowi, tylko w jego imieniu - rzucił. 
 -  A  może  jednak  pozwolilibyśmy  królowi  działać  samodzielnie 

we własnym imieniu? - odezwał się na to szejk. 

 - A konkretnie, co proponujesz? - spytał Kadar. 
 - Stańmy przed jego obliczem i wysłuchajmy jego decyzji. 
 -  Zgoda  -  przystał  Kadar.  -  Tylko  nie  próbuj  przypadkiem 

żadnych niecnych sztuczek w drodze do pałacu! 

 -  Po  pierwsze  -  wyjaśnił  szejk  -  już  wcześniej  dałem  słowo 

Hakemowi,  że  dziś  wieczorem  wrócę  z  Zarą  do  pałacu,  więc  danego 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

słowa nie złamię, a po drugie... Cóż, sam wiesz, że droga stąd, z oazy 
Habbah do królewskiej stolicy prowadzi przez pustynię, a ucieczka na 
pustynię  może  oznaczać  tylko  jedno...  śmierć.  Więc  nie  będziemy 
próbowali uciekać. 

 -  Zwłaszcza  że  i  tak  nie  sposób  uciec  przed  wyrokami  losu  - 

dodała  Zara,  przypomniawszy  sobie  mądre  słowa,  jakie  wcześniej 
usłyszała od Rashy. 

 - Jedźmy więc, zamiast tu stać i gadać - mruknął Kadar bin Abu 

Salman. 

 - Jedźmy - zgodził się szejk. 
Ujął  Zarę  za  rękę.  W  asyście  Kadara  i  jego  synów  wrócili 

piechotą do oazy, gdzie zostawili swój samochód. Wsiedli do niego i 
ruszyli w drogę, a ojczym Zary i jej przyrodni bracia pojechali za nimi 
własnym jeepem, prowadzonym przez pełniącego rolę kierowcy Paza. 

Do królewskiego pałacu dojechali równocześnie. 
I  równocześnie,  całą  ośmioosobową  gromadą,  stanęli  przed 

królewskim obliczem w sali tronowej. 

 -  Dobrze,  że  wszyscy  tu  jesteście  -  stwierdził  z  trudnym  do 

ukrycia  zadowoleniem  Hakem  bin  Abdul  Haidar.  -  Mam  wam  co 
nieco do zakomunikowania. 

 - Zamieniamy się w słuch, czcigodny panie - rzucił Kadar. 
 - Słuchamy cię z najwyższą uwagą, kuzynie - rzekł Malik. 
 - Po pierwsze - rozpoczął król - muszę powiedzieć wam, że moja 

najukochańsza małżonka Rasha przed dwiema godzinami szczęśliwie 
powiła  dziecko  płci  męskiej,  mam  zatem  już  męskiego  potomka, 
następcę królewskiego tronu i nie muszę żenić się po raz drugi. 

 - To wspaniale! - wykrzyknęła Zara, nie zdoławszy się opanować 

przed szczerym wypowiedzeniem tego, co naprawdę myślała. 

Król Hakem bin Abdul Haidar uśmiechnął się dobrotliwie. 
 - Tak się składa, że ja też nie marzyłem o tym małżeństwie, tylko 

raczej czułem się do niego zobligowany przez okoliczności i poniekąd 
przymuszony  przez  dyplomatyczne  zabiegi  twojego  ojczyma  - 
przyznał. 

 - Czcigodny panie, przecież ty unieszczęśliwiasz moją córkę, nie 

chcąc  jej  -  odezwał  się  Kadar,  rozzłoszczony  faktem,  że  sprawy 
przestały układać się po jego myśli. 

 -  Unieszczęśliwiłbym  ją  -  odparował  król  -  pozwalając  tobie 

stanowić  o  jej  losie,  bo  wiem,  że  jej  groziłeś  małżeństwem  z 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

siedemdziesięcioletnim  starcem,  własnym  owdowiałym  wujem. 
Dlatego  postanowiłem  skorzystać  z  królewskiego  przywileju,  który 
pozwala mi, jako ojcu wszystkich moich poddanych, zastąpić każdego 
ojca  rodziny  w  podejmowaniu  ważnych  decyzji  -  oznajmił.  -  I 
korzystając z tego przywileju, postanowiłem obecną tutaj Zarę oddać 
za  małżonkę  również  tu  obecnemu  szejkowi  Malikowi  Haidarowi, 
mojemu  najbliższemu  kuzynowi,  księciu  krwi  i  amerykańskiemu 
finansiście w jednej osobie. 

 - I jeszcze do tego mordercy! - wykrzyknął Kadar, nie mając już 

w zanadrzu żadnego innego argumentu, jaki mógłby  wykorzystać dla 
storpedowania królewskiego postanowienia. - Mordercy przyrodniego 
brata swojej przyszłej żony! 

 - Ojcze, szejk Malik nie jest mordercą Dżeba! - zaprotestowała z 

przekonaniem Zara. - Na pewno nie! 

 - Któż więc mógłby nim być? - obruszył się Kadar. 
 -  Przecież  to  jego  samochód  zabił  mojego  syna,  wszyscy 

widzieli. 

 - Samochód tak, ale nie ja - odezwał się na to Malik. 
 - Nie zaprzeczam, że to mój wóz spowodował ten nieszczęśliwy 

wypadek,  w  którym  zginął  Dżeb.  Ale  to  nie  ja  siedziałem  wtedy  za 
jego kierownicą. 

 - A kto? - warknął Kadar. 
 -  Tego  nie  wiem  -  odpowiedział  szejk.  -  Kiedy  po  kłótni  z 

Asimem  wybiegłem  wówczas  z  waszego  domu,  było  już  po 
wszystkim.  Dżeb  konał,  a  sprawca  wypadku  przepadł  bez  śladu.  Kto 
nim był, tego niestety nie wiem - powtórzył. 

 - A któż to wie? - rzucił Kadar. Szejk wzruszył ramionami. 
 - Być może któryś z twoich synów widział i wie. 
 -  Jeżeli  któryś  z  moich  synów  wie  na  temat  śmierci  Dżeba  coś, 

czego  ja  nie  wiem,  a  nie  wyjawi  nam  tego  teraz  w  obecności króla  - 
odezwał  się  na  to  Kadar  bin  Abu  Salman,  czerwieniejąc  na  twarzy  z 
oburzenia i gniewu - to niechaj będzie po stokroć przeklęty, a mnie i 
cały mój ród niechaj piekło pochłonie! 

Po  tych  słowach,  wypowiedzianych  przez  ojczyma  Zary  z 

najwyższą  powagą,  bardzo  groźnym,  a  równocześnie  niezwykle 
uroczystym  tonem,  w  sali  tronowej  pałacu  króla  Hakema  zapadła 
absolutna  cisza.  Nikt  nie  ośmielił  się  jej  przerwać,  nawet  monarcha. 
Wszyscy  czekali  w  napięciu  na  reakcję  synów  Kadara,  świadomi 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

faktu,  że  żyjąc  w  kraju,  gdzie  w  myśl  uświęconego  przez  tradycję 
prawa wola ojca jest wolą najwyższą, żaden z nich nie ośmieliłby się 
zlekceważyć ojcowskiej klątwy. 

Milczenie  trwało  kilka  minut,  które  w  sytuacji  niecierpliwego 

oczekiwania  i  gorączkowego  podniecenia  wydawały  się  wszystkim 
zgromadzonym  długie  niczym  lata,  a  nawet  stulecia.  Aż  w  końcu 
przerwał je zdławiony, jękliwy okrzyk: 

 - Ojcze, wybacz! Ojcze, nie przeklinaj mnie, nieszczęsnego! 
Spojrzenia  wszystkich  zgromadzonych  natychmiast  zwróciły  się 

w kierunku Paza, bo to właśnie on, pobladły z przestrachu i przejęcia 
tak bardzo, jakby mu cała krew z twarzy odpłynęła, wyrzucił z siebie 
te dramatyczne słowa. 

 - Zamiast podnosić lament, mów zaraz, synu, co jest ci wiadome 

- rozkazał Kadar. 

 -  Wiem,  ojcze...  że  to  nie  Malik...  zabił  małego  Dżeba  - 

wykrztusił Paz. 

 - Więc któż to uczynił? 
 - Ja. 
Tym razem Kadar bin Abu Salman zrobił się na twarzy tak blady 

jak białe płótno, z którego uszyta była jego szata i turban. 

 - Jak to... ty... synu? - odezwał się, mówiąc z najwyższym trudem 

i niemal po każdym wypowiedzianym słowie biorąc głęboki oddech. - 
Przecież ty... byłeś wówczas... jeszcze dzieckiem... małym chłopcem. 

 -  I  jak  wszyscy  mali  chłopcy,  ojcze,  lubiłem  się  bawić 

samochodami  -  grobowym  głosem  wyznał  Paz.  -  Malik  zostawił 
wtedy  kluczyki  w  stacyjce  swojego  jeepa.  Postanowiłem  więc 
skorzystać z okazji... chciałem uruchomić go i trochę pojeździć sobie 
nim dla zabawy po dziedzińcu. 

 - I co? - jęknął Kadar. 
 -  I  na  moje  nieszczęście  zdołałem  wprawić  auto  w  ruch, ale  nie 

zdołałem go potem zatrzymać - odparł Paz, opuściwszy nisko głowę. - 
Najechałem  rozpędzonym  jeepem  na  Dżeba,  który  bawił  się  pod 
drzewem.  A  kiedy  już  to  się  stało,  wpadłem  w  panikę  i  uciekłem, 
zanim  Malik  po  kłótni  z  Asimem  wybiegł  z  domu  na  dziedziniec. 
Uciekłem  nie  zauważony  przez  nikogo.  A  podejrzenie  o 
spowodowanie  wypadku  padło  na  Malika,  który  w  istocie  był 
całkowicie niewinny! 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - Synu, dlaczego przez tyle lat nic mi nie powiedziałeś?! - zapytał 

podniesionym głosem Kadar. 

 -  Wybacz,  że  tego  nie  uczyniłem,  ojcze,  ale  śmiertelnie  lękałem 

się twojego gniewu - szepnął Paz i padł przed ojcem na kolana. 

Ponownie zapadła cisza. 
Kadar bin Abu Salman najwyraźniej nie wiedział, jak zareagować 

na  synowski  akt  skruchy.  W  widoczny  sposób  wahał  się,  czy  ma 
ukarać  nieszczęsnego  Paza,  czy  raczej  wybaczyć  mu  popełnioną  w 
dzieciństwie  winę,  w  sytuacji,  gdy  nawet  najstraszliwsza  kara  dla 
sprawcy  wypadku  i  tak  nie  byłaby  w  stanie  przywrócić  życia  jego 
ofierze.  Milczał  więc.  I  wszyscy  w  komnacie  milczeli.  Aż  w  końcu 
król  Hakem  bin  Abdul  Haidar  zdecydował  się  skorzystać  ze  swoich 
monarszych  uprawnień  do  rozstrzygania  sporów  i  wydawania 
wyroków. 

Zabrał więc głos, stwierdzając: 
 - Wybacz synowi jego czyn,  Kadarze, bo kiedy  go popełnił, był 

dzieckiem,  a  skazując  się  na  dożywotnie  wyrzuty  sumienia,  sam  się 
ukarał najstraszliwszą pokutą. 

 - Niech stanie się właśnie tak, jak nakazujesz, czcigodny panie - 

skwapliwie  podporządkował  się  królewskiej  woli  Kadar  bin  Abu 
Salman. - Synu! - zwrócił się do Paza. - Wybaczam ci, wstań z kolan! 

Paz  posłusznie  wstał  i  natychmiast,  trawiony  wstydem,  ukrył  się 

za  plecami  stojących  w  szeregu,  jeden  przy  drugim,  pozostałych 
czterech braci. 

 -  Skoro  spełniłeś  już  swoją  ojcowską  powinność,  Kadarze  - 

ponownie  odezwał  się  król  -  to  teraz  błagaj  o  wybaczenie  mego 
kuzyna,  szejka  Malika  Haidara.  Przez  tyle  lat  niesłusznie  oskarżałeś 
go o zbrodnię, której nie popełnił. 

 - Niech stanie się właśnie tak, jak nakazujesz, czcigodny panie. - 

Dumny  wielmoża,  rad  nierad,  zgodził  się  po  raz  drugi  z 
postanowieniem monarchy. - Książę! - zwrócił się do Malika, padając 
przed nim na kolana. - Zechciej w swojej dobroci mi wybaczyć! 

 - Wybaczam ci - rzekł Malik. - Wstań. 
Kadar dźwignął się i zaczął się cofać, najwyraźniej mając ochotę, 

tak jak Paz, czym prędzej schować się za plecami synów. 

Jednak król Hakem powstrzymał go słowami: 
 -  Jeszcze  nie  koniec,  zaczekaj!  Skoro  wszystkie  sprawy  z 

przeszłości  zostały  wyjaśnione,  nadeszła  pora,  byśmy  zajęli  się  tym, 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

co  przyniesie  jutro.  O  przyszłość  Rahmanu  nie  musimy  się  już 
martwić, skoro mam syna i następcę tronu - podkreślił. - Zatroszczmy 
się  jednak  o  przyszłość  dwojga  młodych  ludzi,  których  połączył 
najpierw  zwykły  przypadek,  a  potem  uczucie  tak  silne,  że  wszyscy 
inni  zakochani  w  naszym  królestwie  i  na  całym  świecie  mogliby  im 
pozazdrościć.  Podejdź  tu  do  mnie,  Kadarze  -  polecił  -  i 
pobłogosławmy  obydwaj  Malikowi  i  Zarze,  zanim  zostaną  mężem  i 
żoną. Ty będziesz błogosławił w zastępstwie jej ojca, który od dawna 
nie  żyje,  a  ja  w  zastępstwie  ojca  szejka  Malika,  poprzedniego  króla 
Rahmanu, który również odszedł ze świata już przed laty. 

Król  podniósł  się  z  tronu,  a  Kadar  bin  Abu  Salman  posłusznie 

podszedł do niego i stanął obok. 

Malik i  Zara uklęknęli  przed  nimi, pozwalając  obydwu  wykonać 

nad 

ich 

głowami 

uświęcone 

tradycją 

znaki 

ojcowskiego 

błogosławieństwa. 

Gdy  ceremonia  została  dokonana,  król  Hakem  nakazał 

narzeczonym powstać, po czym rzekł: 

 - Skoro uczyniliśmy już wszystko, co było konieczne, by naszym 

rodom  i  całemu  krajowi  zapewnić  szczęście  i  spokój,  nadszedł  czas, 
byśmy  zajęli  się  swoimi  sprawami.  Ty,  Kadarze,  jedź  z  synami  na 
południe,  do  swego  domu,  po  stosowny  posag  dla  Zary.  Wiesz 
przecież, że należą się jej po matce klejnoty i różne piękne ozdoby. 

 -  Tak,  czcigodny  panie  -  rzucił  krótko  Kadar  bin  Abu  Salman  i 

skinąwszy  na  synów,  bez  zwłoki  wycofał  się  wraz  z  nimi  z  tronowej 
komnaty. 

 - Ja natomiast, moi drodzy  - zwrócił się król do Malika i Zary - 

pójdę  teraz  do  mojej  najukochańszej  małżonki  Rashy,  która 
odpoczywa  po  porodzie,  i  do  mojego  umiłowanego  syna,  któremu  w 
szczęściu  i  zdrowiu  upływają  jedna  po  drugiej  pierwsze  godziny 
życia. . 

 -  Tak,  czcigodny  panie  -  odezwali  się  Malik  i  Zara  w  zgodnym 

dwugłosie. - A my dokąd mamy iść i co mamy robić? 

 -  A  wy  idźcie  sobie,  gdzie  chcecie  i  róbcie,  co  chcecie!  -  rzucił 

Hakem już od drzwi i wyszedł. 

Szejk Malik ujął Zarę za obydwie dłonie. 
 - Dokąd będziemy chcieli pójść, najmilsza? - zapytał. 
 - Wiadomo, do twojej sypialni - odpowiedziała z uśmiechem bez 

chwili wahania. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)

background image

 - A cóż będziemy chcieli tam robić? 
 -  Wiadomo,  najdroższy  -  szepnęła  lekko  zawstydzona.  - 

Będziemy się kochać. 

 -  Tak, aż  do  rana!  -  potwierdził  z  entuzjazmem  szejk.  -  I  potem 

każdej  nocy  aż  do  dnia  ślubu!  I  po  ślubie  każdej  nocy  aż  do  końca 
życia! 

 - A na pewno będziemy  żyli długo i szczęśliwie - podsumowała 

Zara i rzuciła się Malikowi na szyję. 

Create PDF

 files without this message by purchasing novaPDF printer (

http://www.novapdf.com

)