background image

 

Pawluczuk Włodzimierz 

WIERSZALIN 

REPORTAŻ O KOŃCU ŚWIATA

 

 

 

 

 

Zamiast wstępu 
 

Chata jak chata - niska, murszejąca, stodoła też wiekowa, pług, brony, 

chylące się płoty, zagroda jak inne we wsi, może tylko trochę biedniej-
sza, cichsza. Stara kobieta pośrodku gumna, kuśtykając na 

drewnianej protezie, grabi rozwłóczone siano. 

- Dzień dobry... - zaczynam. 
Spojrzała krótko, odwróciła spłoszone oczy - grabi dalej, ledwo 

odburknąwszy pozdrowienie. Przygarbione plecy, głowa omotana 

chustką, długa spódnica przysłaniająca część protezy. Pracuje, jakby 
mnie nie było, jakbym nie stał oto za nią i nie czekał... może tylko ciut 

zawzięciej grabi, to wszystko. I nie można chyba powiedzieć komuś 

dobitniej,  że jest niepożądany - niż  właśnie w ten sposób: starannie 

pracując, nie mówiąc ani słowa, nie spojrzawszy nawet spod brwi. 
- Chcę porozmawiać z panią o pewnej sprawie... 

Nic, grabi dalej. 

- Nie zajmę dużo czasu... 
Nie odpowiada. Grabi. 

- Jestem dziennikarzem... Interesuje mnie... 

- Nima tu żadnego interesu - odpowiada wreszcie, ale gniewnie, nie 
przerywając roboty, nie odwracając głowy. 

- To sprawa dawna, sprzed wielu lat... - uspokajam. 

- Jak dawna, to do sołtysa. Ja o dawnych sprawach nic nie wiem - 
wzrusza ramionami, nie odrywając oczu od siana. 

- Wiecie, na pewno wiecie... - mówię jak najprzyjaźniej - Chciałbym 

porozmawiać o Ilji. 
- Jakim Ilji? 

- No - o świętym... 

- To idźcie do cerkwi... tam obrazy... I batiuszka. 

background image

- Ale mnie chodzi o Ilję Grzybowskiego z Grzybowszczyzny... Toż 

znaliście...  

- Grzybowszczyzna? To gdzieś pod Krynkami... Tam pytajcie. - i nagle 
odwraca się, grabie nieruchomieją na moment, ona zaś spojrzawszy 

badawczo, z napięciem, pyta krótko: 

- A co... zmartwychwstał? 
- Nie - mówię - nie zmartwychwstał. Ale... 

Opuszcza głowę, grabi dalej, każdy ruch wymierzony: starannie 

zaczęty, starannie dokończony. I znowu jakby mnie nie było. 
- To były ważne sprawy... - próbuję jeszcze. 

- Jakie sprawy! - ucina - Żadnych spraw nie było! 

W swojej kronice parafialnej diak Marczuk zapisał kiedyś: 
„We wsi Ciełuszki jedna z sekciarek, Olga D., niewiasta 24-letnia, 

zrzuciła z siebie ubranie i naga, bez sukni i koszuli, biegała ulicą 

nawołując: kajajcie się!, a następnie powybijała okna w swoim domu i 
domach innych sekciarzy. Oni początkowo nie sprzeciwiali się. I tak na 

przykład  u  Jana  D.  tłucze szkło gołą  ręką, z ręki krew tryska 
strumieniem, a ona śpiewa na cały głos:  Preobraziłsia Jesi na gorie... 

W kilka dni później, krzycząc:  koniec wszystkiemu staremu!, zaczęła 
łamać krzyże cmentarne i burzyć ogrodzenie - na cmentarzu w 

Puchłach; ostały się zaledwie trzy krzyże, których nie mogła obalić. 

Wreszcie współsekciarze zakuli ją w żelazną obręcz, obręcz łańcuchem 
przymocowali do ściany i tak, nieszczęsna, już cały rok, od lipca 1932 

roku, stoi na uwięzi. Czasem w dni świąteczne sekciarze idą do niej 

śpiewać pieśni nabożne - ona miota się na łańcuchu i przeklina ich 
obelżywymi słowami, ale oni mają ją za świętą, ponieważ jak twierdzą, 

w przeciągu 34 dni jadła tylko trzy razy...”. 

Ciełuszki leżą w bielskim powiecie nad rzeką Narwią. Przez czterdzieści 
lat wiele wody upłynęło w Narwi, notatki Marczuka wyblakły, wielu 

umarło, wielu się narodziło. W czasie wojny rozerwał się za stodołą 

pocisk, zabiło męża Olgi, ją okaleczyło. Mieszka teraz i gospodarzy z 
matką, osiemdziesięcioletnią staruszką. Sąsiedzi traktują  ją 

zwyczajnie, jakby nigdy nic. Jedna z sąsiadek spytała raz Olgę, czy 

pamięta czasy nawiedzenia, czy wie, dlaczego to wszystko robiła. 
Usłyszała na to: „tak widać trzeba było”. 

Ale ze mną nie chce rozmawiać, jestem nieznajomym, intruzem, 
wyglądam na urzędnika z miasta, który przyszedł rozgrzebywać 

sprawy umarłe, zakończone. Nie ufa mi - nie wierzy, że chcę zrozumieć 

tamten dramat, jest przekonana, że wypytuję, aby potem ośmieszyć, 
wyszydzić. 

A może gorzej... 

Prawosławne okolice, w których pod wodzą proroka IIji rozkwitł w 
okresie międzywojennym sekciarski ruch odnowienia, były 

jednocześnie terenem intensywnej działalności społecznie radykalnych 

rewolucyjnych organizacji KPZB, „Hromada”, NPCh posiadały tu w 

background image

każdej nieomal wsi dziesiątki swych członków i zwolenników. 

Jak było możliwe to współistnienie skrajnego fanatyzmu religijnego z 

postawą walki, ideą rewolucji? Jak możliwe było w ogóle istnienie w 
naszym światłym dwudziestym stuleciu tak naiwnej, prostodusznej, a 

zarazem tak fanatycznej wiary w boga-człowieka, proroka Ilję z 

Grzybowszczyzny, w jego cuda, w jego posłannictwo i zbliżający się sąd 
ostateczny, na którym on, Eliasz Klimowicz z Grzybowszczyzny, miał 

sądzić ludy świata? Co znaczyło opętanie Olgi D. i wielu innych jej 

podobnych? 
Myśli o końcu  świata nawiedzają z reguły ludzi, którzy są świadkami 

upadku ich własnej kultury będącej dla nich do niedawna absolutem. 

W tradycyjnej kulturze ludowej to, co nasze, nie wymaga wyjaśnień ani 
uzasadnień, jest samo przez się oczywiste, słuszne, naturalne, 

prawdziwe. Nikt tu nie pyta, dlaczego u nas jest tak, jak jest, pyta 

natomiast, dlaczego u innych jest inaczej aniżeli u nas. Świat 
tradycyjnej kultury ludowej był dla ludzi w tym świecie jedyny, 

wieczny, niezmienny... 

Jeden z naszych etnografów pisał kiedyś, iż mieszkańcy polskiej wsi 
uważają Niemców i całą ich kulturę za gorszą z tej prostej przyczyny, 

że Niemcy na konia mówią Pferd, podczas gdy wiadomo, że koń jest po 

prostu koniem, a nie jakimś tam Pferdem. Własna kultura wydawała 
się chłopom w tradycyjnej wsi czymś tak naturalnym, że 

niejednokrotnie nie wyobrażali sobie, by gdziekolwiek na świecie chłop 

mógł  żyć, myśleć i rozmawiać inaczej. Wańkowicz wspomina w 
„Szczenięcych latach” o znajomym ziemianinie, który swego 

zasłużonego leśnika postanowił wysłać na starość na kurorty do 

Niemiec. „A po jakiemu ty tam będziesz rozmawiał w Niemczech?”. - 
spytał pan chłopa. „A ciż tam, panoczku, mużyków nie ma?” - 

odpowiedział chłop pytaniem. 

Jest w życiu człowieka taki okres, który psychologowie nazywają 
„odkryciem jaźni”. Młody człowiek wychodzi nagle poza czystą 

podmiotowość doznań i postrzega siebie jako „przedmiot” wśród 

innych przedmiotów. Uświadamia sobie nagle, że jest jednym spośród 
wielu ludzkich istnień, że jego „ja” zajmuje określone miejsce w czasie i 

przestrzeni, że miało swój początek i będzie miało koniec - odkrycie to 

najczęściej jest bardzo przykre, towarzyszy mu bowiem pojęcie całego 
dramatyzmu życia. Młody człowiek uświadamia sobie swą znikomość, 

odrębność, śmiertelność, swą „przedmiotowość”. 

Podobne kryzysy świadomości są udziałem całych grup kulturowych. 
Świadomość ludowa była świadomością ahistoryczną. 

Wszystko, co jest, miało swój początek „onego czasu”, gdy Pan Bóg 

chodził po świecie i uczył ludzi różnych mądrych i dobrych rzeczy. Od 
tego czasu wszystko jest, jak jest, i nic się zmienić nie może do końca 

świata. Po to bowiem, by zrozumieć możliwość zmiany, trzeba 

uświadomić sobie najpierw swą „przedmiotowość”, a więc to, że nasze 

background image

dzisiejsze  życie, zwyczaje i język nie są ani jedyne, ani najlepsze, że 

świat - to wielość kultur mających swą historię, swój początek, 

zmieniających się i rozwijających. Jeśli taka nowa refleksyjna 
świadomość się narodzi, grupa etniczna traci swój dotychczasowy 

charakter i przeobraża się w grupę narodową. Grupa etniczna, czyli 

tradycyjna grupa chłopska, nie jest narodem, nie posiada bowiem 
tego, co jest trzonem wszelkiej świadomości narodowej - idei własnej 

historii. Była ona poza narodem - to znaczy poza tą strukturą 

zbiorowej samoświadomości, którą tworzy naród - mamy tu bowiem na 
myśli fakty świadomościowe, a nie jakieś inne. Nad tradycyjną wsią 

przewalały się burze, wojny, rewolucje, na polach pozostawały groby i 

kurhany, ale w mentalności chłopskiej nie zostawiało to istotnego 
śladu. Historia była tu czymś zupełnie zewnętrznym, wydarzenia, 

które niosła, spływały jak woda, pamięć o nich stawała się szybko 

elementem mitu. Kiedyś, dawno, dawno temu, były wielkie wojny, 
wielkie cuda, wielcy królowie, bohaterowie... 

Było to wtedy, gdy Bóg chodził jeszcze po ziemi, świat był jeszcze 

nijaki, bezkształtny, gdy przybierał dopiero swą ostateczną, znaną 
nam formę. 

Ta ahistoryczna, mistyczna świadomość wsi rozbita została przez 

wejście do powszechnego użytku nowych środków produkcji, 
burzących tradycyjny rytm pracy i życia wsi, zmuszających do uznania 

kulturowej wyższości tych, którzy te nowe narzędzia i maszyny 

wymyślili i stworzyli. Zanim to jednak nastąpiło, wieś stoczyła 
dramatyczną walkę w obronie tradycyjnego kształtu swej duchowości. 

Przejawami tej walki były zjawiska dziwne i niepojęte dla postronnego 

obserwatora, o których będę pisał niżej. 
We wschodniej Białostocczyźnie, we wsiach prawosławnych, proces 

upadku tradycyjnej kultury ludowej miał przebieg szczególnie 

dramatyczny. Zachowana tu długo w nienaruszonym prawie stanie 
tradycyjna kultura ludowa - poddana została nagłej, drastycznej 

próbie, gdy prawie wszyscy mieszkańcy tych wsi w 1915 roku zostali 

deportowani przez ustępujące wojska rosyjskie w głąb Rosji. Zetknęli 
się tam z odmiennymi zwyczajami, z ludźmi o odmiennej kulturze, byli 

obserwatorami, a często też aktywnymi uczestnikami rewolucji, 

burzącej od podstaw mityczną chłopską  świadomość. Z chwilą gdy 
tradycyjny kształt chłopskiego  życia został zagrożony, okazało się z 

kolei niemożliwe, a w każdym razie bardzo utrudnione, przejście od 

świadomości etnicznej do świadomości narodowej, która mogłaby 
nadać zmienności sankcję i usprawiedliwienie. Były to bowiem wsie 

prawosławne, dla których w tym czasie, w warunkach dyskryminacji 

wyznaniowej i narodowościowej, przekroczenie progu polskości było 
niemożliwe, a jednocześnie - były to wsie zbyt peryferyjne, by mogła na 

nie oddziaływać idea narodu białoruskiego. 

Zrodziło to silne napięcie duchowe, niezadowolenie z dnia dzisiejszego i 

background image

strach przed dniem jutrzejszym. Różni wiejscy prorocy i apostołowie 

nowych wiar wieszczą niechybny koniec świata. 

 
Srebrne trąby Archaniołów 

 

Staroberezowo, wieś w powiecie hajnowskim, samo jest już historią. W 
podręcznikach piszą o radykalizmie miejscowych chłopów i ich walce z 

uciskiem. W roku 1926 odbył się tu historyczny zjazd „Hromady”, 

który hajnowska policja brutalnie rozpędziła przy pomocy 
zorganizowanych bojówek. Pogrom był początkiem generalnej rozprawy 

władz z ruchem lewicy społecznej. Tyle mniej więcej podręczniki 

historii. 
W pobliżu, w sąsiednim Nowoberezowie, mieszka Jakub Martyniuk. 

Postać to znana, z okazji rocznic Rewolucji Październikowej 

wspominają o nim nawet gazety. Martyniuk był marynarzem na 
„Aurorze”, podoficerem. Mówi się,  że to on 7 listopada 1917 roku 

ładował historyczny pocisk (co nie jest prawdą, ale nie o to przecież 

chodzi). Po rewolucji wrócił do rodzinnej wsi. Siał, orał, pracował jako 
drwal w Białowieży. I tak żył sobie cicho i spokojnie i żyłby po dziś 

dzień, gdyby nie odkryli go dziennikarze. O historycznym wystrzale 

niewiele myślał - był dla niego zjawiskiem wyłącznie fizycznym i 
niczym nie różnił się od tysięcy innych. Dziś wystrzał „Aurory” nabrał 

innego znaczenia. Martyniuk daje dziennikarzom wywiady i opowiada 

w nieskończoność o „Aurorze” i jej strzale, o tym strzale, który jest 
poezją i mitem, a nie o tym, którego był świadkiem. 

Ale wróćmy do Staroberezowa. Siedziałem na ławie przy ulicy, gdy 

podszedł do mnie stary człowiek. 
- Dzień dobry - powiedział - Czy w Boga pan wierzy? 

- Dlaczego pan o to pyta? - byłem zaskoczony, zdziwiony. 

- Ja pana przepraszam, ale w siłę boską wierzyć trzeba. Opowiem taki 
przykład. To było dwa tygodnie temu, kopałem studnię w Koryciskach, 

głęboką studnię, dwadzieścia kręgów. Dali mi do pomocy dziewczynę, 

taką kozę, młodą i głupią; ja kopałem na dnie, ona łańcuchem 
wyciągała wiadro z mułem. No i podciągnęła wiadro pod sam wierzch i 

upuściła. Zdążyłem tylko głowę schować w muł, a wiadro bach! O tu, 

pomaca pan, to pan zobaczy, tu mnie w plecy uderzyło wiadro z 
ziemią. Dwadzieścia kręgów - pan rozumie? Do tego dziewczyna 

przestraszyła się i uciekła. Leżę i myślę - czy ja żywy, czy już trup? Z 

chaty wyszła matka tej dziewczyny, zaglądnęła do studni i mówi: se 
tam  żywyje, to wyłaźtewie
. I z powrotem poszła do kuchni. A ja ani 

ruszyć się nie mogę, ani słowa wydusić. Poleżałem, poleżałem ze dwie 
godziny. I nic, żywy jestem i cały! O, widzi pan: w to miejsce uderzyło 

wiadro. I niech mnie kto powie teraz, że siły boskiej nie ma na świecie! 

Przysiadł się na ławie, potężny, barczysty, z krzaczastą rudą brodą. Ze 
zwykłych  śmiertelników nikt tu nie nosi takiej brody - chyba ktoś z 

background image

żyjących proroków albo starowierów... 

Nazywa się Dorofiejuk. Urodził się w 1905 roku, był nieślubnym 

dzieckiem. W 1915 - podczas masowej ewakuacji wyjechał z matką do 
Rosji. Jechali najpierw furą, potem pociągiem. W drodze, setki 

kilometrów od domu, coś tam spsocił, a matka, jak matka, zbiła go i 

skrzyczała. Gdy pociąg zatrzymał się na stacji, obrażony chłopak 
oddalił się od niego. Wtem pociąg gwizdnął, ruszył, odjechał. Chłopiec 

matki więcej nie zobaczył. Nie wróciła do kraju, zginęła gdzieś czy 

przepadła. 
On trafił do jakiejś ochronki. Potem zaopiekował się nim pewien 

kolejarz, któremu pomagał kolportować rewolucyjne pismo „Zaria 

Swobody”. W czasie Rewolucji dostał się na okręt Armii Czerwonej. Od 
tamtego czasu po dziś z dumą mówi o sobie: ja, matros Krasnowo 

Fłota! Ale naprawdę liczył sobie wtedy lat zaledwie 13 i był 
niepozornym pomocnikiem szewca na statku. 

W roku 1921 wrócił do kraju. Poszedł na zachód, tam gdzie wsie 
bogatsze, mniej zniszczone wojną i ludzie zamożniejsi. Szukał chleba. 

Parobkował u różnych gospodarzy. Potem wrócił do Staroberezowa, 

pobudował sobie domek, ożenił się. Miał dzieci, ma już wnuki. Został 
słynnym na pół powiatu specjalistą od budowy studni wiejskich, 

wybudował ich co najmniej 500. 

Mniej więcej w tym samym czasie, gdy jego sąsiad Grzegorz Jankowski 
organizował koło „Hromady” i przygotowywał lud do rewolucyjnej walki 

przeciwko burżuazyjno-obszarniczemu reżymowi, Dorofiejuk zaczął 

czytać  święte księgi i modlić się. Nie było to modlenie byle jakie, 

zwyczajne. Z wieczora bił 500 pokłonów przed świętą ikoną, potem 
klęczał parę godzin szepcząc modlitwy, wreszcie drzemał, wciąż na 

kolanach wsparty o ścianę. Nad ranem znowu 500 pokłonów. I tak 

całymi latami. Pościł przy tym rygorystycznie. Żywił się prawie 
wyłącznie chlebem, solą i wodą. 

Dziś nie widać na Dorofiejuku ani śladu dawnej ascezy. Potężnie 

zbudowany, czerstwy, silny, opowiada mi długie historie o czartach i 
aniołach. Zwłaszcza o czartach. 

- To pan naprawdę widział czarta? - pytam. 

- O, ile razy! - oświadcza - Wymęczył mnie on przez tamte lata, 
wymęczył, skatina. Przyjdzie, bywało, w nocy, chwyci za bary i buch! 

głową o ścianę. Trzy dni później chodzę oszołomiony. Tylko szum w 

uszach. 
- Ale pan go widział, jak mnie teraz, czy tylko czuł go pan przy sobie? - 

dopytuję się. 

- Widziałem... nieraz widziałem. - Dorofiejuk uczynił znudzony ruch 
ręką, jakby chodziło nie o diabła, lecz o rzecz banalną, codzienną. - 

Zwyczajnie: skóra czarna, twarz biała, na głowie różki wystają, 

nieduże, gdzieś o, takie - pokazał przytykając do głowy wskazujące 
palce - Czasem idę drogą, spojrzę w bok, a on idzie: wysoki, zdrowy, w 

background image

kapeluszu, z brodą, elegancko ubrany, a spojrzę na nogi - kurze. Było 

różnych widzeń i różnych cudów w moim życiu. 

- Jakież to cuda? - nalegam. 
- Cudów widziałem trzy. - Dorofiejuk przybrał rzeczowy, nieomal 

sprawozdawczy ton - Pierwszy cud: Stałem kiedyś w cerkwi, kobieta 

podchodzi do spowiedzi. Batiuszka narzuca jej na głowę  płótno, a ja 
widzę, że coś jej wystaje. Podchodzę bliżej, patrzę i widzę, że kobieta ta 

ma... skrzydła orle. 

Drugi cud: Stałem kiedyś w cerkwi w Nowoberezowie. Raptem otwarła 
się z góry kopuła cerkwi i wleciało do środka dużo ptaków. Widzę, a u 

każdego z obecnych w cerkwi siedzi na ramieniu, o tu, z prawej strony, 

ptaszek. Spojrzałem - i u mnie też, a jakże, siedzi na ramieniu piękny, 
kolorowy ptaszek. 

I trzeci cud: podszedłem jednego razu do ikony Bogorodzicy, a od niej 

powiało przyjemnymi, ach, jak przyjemnymi perfumami. O, takie to 
cuda widziałem w swoim życiu. I aniołów też widziałem. I archaniołów. 

- Gdzie? 

- Kiedy byłem w czwartym niebie. 
- O, ciekawe! Jak pan się tam dostał? 

- To było tak. Wybierałem z żoną z jamy kartofle. Żona stoi na górze, ja 

w jamie. Pod wiosnę szło, słońce, pamiętam, już przygrzewało. 
Podałem babie kosz z ziemniakami i wtedy to się stało... Nadleciał z 

nieba orzeł, wziął moją duszę i poniósł wysoko, wysoko, do nieba. 

Ciało moje zostało w jamie. Było martwe. Trup. A duszę orzeł zabrał do 
nieba. Pierwsze niebo, drugie niebo... W trzecim niebie wojowie 

niebiescy - marynarze Krasnowo Flota strzegą włodarstwa boskiego. A 

w czwartym, proszę pana... O, w czwartym niebie – nie opisać i nie 
opowiedzieć. Archanioł mnie oprowadzał. A diabeł, wie pan, cały czas 

szedł za mną z tyłu. Aż archanioł się odwrócił i cisnął w niego 

piorunem. Diabeł - bryk - i poleciał w przepaść... na ziemię. Archanioł 
podprowadził mnie pod same bramy raju. Bramy raju, tak, proszę 

pana, było tam napisane. Wyraźnie było napisane, rosyjskimi literami. 

Bramy raju. Pod bramą stał cały pułk archaniołów. Wszyscy mieli 
srebrne trąby. Na tych trąbach, panie, archanioł  będzie trąbił, kiedy 

nastanie koniec świata. A tu archaniołowie stali sobie i grali. Cudną 

niebiańską muzykę. Piękną muzykę. Nie zapomnę tego do śmierci. 
Grali dla mnie. Ja się, panie, przy tym rozpłakałem. I wtedy orzeł wziął 

moją duszę i poniósł z powrotem. Trzecie niebo, drugie niebo, pierwsze 

niebo i znów z góry widzę Staroberezowo i Piaszczaną Górę z jamami 
na kartofle, i moją jamę. Dusza moja weszła w ciało i otworzyłem oczy, 

a moja baba wrzeszczy na całą nieomal okolicę: ach, ty taki, ty owaki, 
to ja tu worki z ziemniakami ciągam, a on położył się i śpi
! Ot, widzi 

pan, co znaczy durna baba. A muzyki archaniołów nie zapomnę do 

śmierci. Bramy raju - tak tam było napisane. 

- A skąd się tam znaleźli marynarze Czerwonej Floty? - nie 

background image

wytrzymuję. 

- Jak to skąd? Przecież to stróże prawdy! W Biblii jest powiedziane: 

Poszlę wojska swoje, by zniszczyć  zło i nieprawdę”. I Bóg posłał 
żołnierzy Krasnowo Fłota, by niszczyli nieprawdę i zło. 

- Panie - przerywam Dorofiejukowi - przecież żołnierze Czerwonej Armii 
w Boga nie wierzą! 

- To nic, panie, że nie wierzą. Nieważne. Ważne, żeby prawdę czynili, ot 

co. Nie słowa ważne, ale czyny. A czyny ich są prawdziwe. I dlatego 
oni,  żołnierze Krasnowo Fłota, są stróżami tronu niebieskiego i będą 

obrońcami prawdy podczas Armagiedonu. Tak, panie. To jest w Piśmie 

świętym powiedziane. 
I tak gawędzimy sobie z Józefem Dorofiejukiem o ziemskich i 

niebiańskich sprawach. Więcej o niebiańskich. Ale o ziemskich też: o 

ziemskiej działalności Józefa Dorofiejuka jako sołtysa. 
Był to rok 1944, tuż po wyzwoleniu. Czasy niebezpieczne i burzliwe. W 

okolicy grasowały reakcyjne bandy, nowa władza zaczynała dopiero 

stawiać pierwsze kroki, pleniło się złodziejstwo i pospolity bandytyzm. 
Może to i dziwne, że w tym szczególnie trudnym okresie wybrano na 

gospodarza wsi nie kogo innego, ale właśnie tego samotnego mistyka i 

dziwaka. Chociaż Dorofiejuk był zaangażowany  po  same  uszy  w 
porządki niebiańskie, orientował się i w ziemskich - dobrze zdawał 

sobie sprawę z niebezpieczeństw sołtysowania. 

- Pomyślałem sobie - opowiada - co, ja będę się bał?! Marynarz 
Krasnowo Flota nie może się bać! I zabrałem się do dzieła. 

Jednym z pierwszych jego zamierzeń było uporządkowanie pola bitwy 

za wsią pod lasem, gdzie zginęli  żołnierze armii radzieckiej. Planował 
założenie cmentarza i budowę kapliczki na koszt wsi w tym miejscu. O 

mało nie przypłacił tej inicjatywy życiem. Tropił grasujących w okolicy 

złodziei i bandytów, przypłacił to dwoma złamanymi  żebrami i 
pęknięciem czaszki. Ci, którym zagrażał, pobili go okrutnie. Ale nikt 

nie może powiedzieć,  że Dorofiejuk sprawując swój urząd był  złym 

sołtysem. W duchy wierzył i wierzy, ale nie w takie, które zwalniałyby 
go z jego ziemskich obowiązków. 

Jedna z sąsiadek zapytana o Dorofiejuka powiedziała: 

- Dziwny człowiek... 
- Dlaczego dziwny? 

- Bo ja wiem... - zastanawiała się - Trudno powiedzieć, że nienormalny, 

a jednak czegoś mu... jakby brakuje. Ot, taki przykład. Idzie w 
niedzielę do cerkwi, zatrzyma się gdzieś w polu na drodze i wyboje w 

koleinach zasypuje. Mówi, że fura może się komu wywrócić. Wywrócić 

się może, ale przecież nie jego - on tam nie jeździ, bo to inna wieś. Co 
to go właściwie obchodzi? Ech, dziwak... 

Istotnie, dziwak. Bo niezwykła to rzecz: nosząc głowę w niebie, nogami 

chodzić po ziemi. 
 

background image

Piotr Batura jest oświecony w tajemnicy. Niczym Budda - jednym 

błyskiem olśnienia poznał tajemnice życia i śmierci, materii i ducha, 

religii i prawdy - i teraz chodzi po tej naszej ziemi z czołem anielsko 
rozjaśnionym, z sercem niewinnym i prawym, z myślą pogodną i 

czystą. 

Mieszka Piotr Batura w Redutach koło Orli. Piszę: koło Orli, chociaż 
Orla jest zaledwie osadą. Ale Orlę zna już cała Polska. Mówiono o niej 

w radio, pokazywano w telewizji, pisano dziesiątki razy w prasie, nawet 

w książkach. Bo w Orli mieszka Waleczka, dobra, ujmująca kobieta, 
która jest... znachorką. Nazywają  ją również: „babka z Orli”, lub po 

prostu: „znachorka”. Ja jednak wolę „Waleczkę”, gdyż najlepiej 

przekazuje to wdzięk i prostotę tej wiejskiej kobiety. 
Między Waleczką-znachorką a resztą  świata toczy się nieustająca 

wojna. Pojedynek. Świat wytoczył przeciwko niej wszystkie swe potęgi: 

telewizję, prasę, odczyty i referaty różnych stowarzyszeń i organizacji. 
Aparat wiedzy, aparat nauki, wielkie autorytety, mądre książki, szkoła, 

kościół - wszystko jest przeciwko Waleczce. Każdy dziennikarz piszący 

o Białostocczyźnie zaczyna od Waleczki. 
Świat robi wszystko, ażeby zwalczyć Waleczkę. 

A co robi Waleczka? Nic. Absolutnie nic. Traktuje świat z 

dobrodusznym wyrozumieniem i kobiecym uśmiechem. Z matczyną 
życzliwością przyjmuje w swej chacie jako pacjentów zwalczających ją 

działaczy oświatowych, pracowników służby zdrowia, dziennikarzy, 

milicjantów. Wszystkich. 
Dziwny to pojedynek: z jednej strony świat z cyklotronami, z drugiej 

Waleczka z kilkoma formułami starej ludowej magii, których nauczyła 

się od nieżyjącej już matki. I zwycięża w pojedynku Waleczka. 
Jak to się dzieje! - spytacie. Sprawa nie jest zabawna - sprawa jest 

poważna. W przypadku Waleczki widać jak na dłoni bezradność świata 

wobec zjawisk nieszablonowych, wobec tajemnicy. 
Bo tak naprawdę to świat nie może przeciwstawić znachorce nic poza 

szablonową ironią i obelgami. Wystarczy pójść do pacjentów Waleczki, 

by się przekonać, że pobyt u niej w jakiś sposób im pomaga. Sugestia? 
Działanie mitu znachorki? Zwykłe prawa przypadku? Czy może jakieś 

telepatyczne działanie organizmu na organizm? 

Nikt tego nie sprawdził. Nikt nie będzie przecież serio prowadził badań 
nad skutecznością leczenia „babki z Orli”. Gdyby nawet ktoś chciał, 

nie pozwolą na to obowiązujące przepisy i zwyczaje. Świat musi więc 

przegrać swój pojedynek z orlańską znachorką - i nie ma na to żadnej 
rady. 

Ale jedźmy z Orli do Redut. W tej niedużej wiosce mieszkają 

prostaczki. Tym się różnią od członków wszystkich innych wyznań, że 
są zdecydowanie antybiurokratyczni. Nie liczą swych członków, nie 

prowadzą  żadnych rejestrów, żadnych papierów, nie mają  żadnych 

kapłanów,  żadnych starszych ani przełożonych, nie zakładają  żadnej 

background image

organizacji, nie ogłaszają żadnego dogmatu. Nic. Zbierają się to w tej, 

to w tamtej chacie, czytają Pismo święte i starają się postępować tak, 

jak Bóg przykazał. Gdy się  im  to  udaje,  Pan  Bóg  w  nagrodę zsyła na 
nich Ducha Świętego. Mówią wtedy różnymi językami i czynią różne 

cuda. Języki są tak dziwne i niezwykłe, że dosłownie nikt nie pojmuje 

nic z tego, co mówią nawiedzeni. Wiadomo tylko, że jest to mowa 
prorocza. 

Z cudami prostsza sprawa. Cuda podczas zejścia Ducha Świętego są 

proste i konkretne, najczęściej bywają to cudowne uzdrowienia 
samych nawiedzonych. Rozmawiałem z wieloma, których nawiedził 

kiedyś Duch Święty i którzy zostali przy tym nagle uzdrowieni z 

różnych dręczących ich chorób. Piszę to całkiem poważnie, bez tak 
zwanego przymrużenia oka. Tych, którzy nie są skłonni wierzyć mnie 

ani moim rozmówcom, odsyłam do poważnej i uczonej literatury 

radzieckiej, gdzie opisano szereg przypadków cudownych uzdrowień 
podczas transów religijnych w rosyjskich sektach. Tłumaczy się to 

niezwykle silnym podnieceniem emocjonalnym nawiedzonych. 

Jestem więc w Redutach u Piotra Batury. Przyjemnie tu, pogodnie i 
uprzejmie. Gospodarz częstuje mnie obiadem, potem rozmawiamy. 

Proszę Baturę, by opowiedział, jak stał się „wierzącym”. Celowo 

używam tego słowa, ponieważ tak najczęściej nazywają siebie 
prostaczki. Unikają zresztą pryncypialnie wszelkich oficjalnych nazw. 

- Straszno nazywać siebie, żeby nie zgrzeszyć - powiedziała mi swego 

czasu jedna z wierzących - W Ewangelii przecież uczniowie Chrystusa 
nie mają żadnej nazwy. Ja nazywam siebie „wierzącą” i już. 

Batura opowiada: 

- Byłem jeszcze kawalerem. Wie pan, jak to u nas jest zimą; zbiorą się 
dziewczyny z całej wsi w czyjejś chacie i zabawiają się  żartami, 

piosenkami, chłopcy do nich przychodzą. Wtedy dziewczyny zbierały 

się jeszcze z kądzielą. Wierzący zbierali się oddzielnie u siebie. Mówię 
raz do kolegi: a chodźmy do tych baptystów (nazywają nas tu wszyscy 

baptystami), zobaczymy, co oni tam naprawdę robią wieczorami. 

Poszliśmy. Dziewczyny były niebrzydkie - i poważne, spokojne, nie 
takie jak te kozy z mira. A wśród nich i ta, co została później moją 

żoną. Jeden dziadek - już go nie ma między  żywymi - siedział na 

przypiecku i czytał wiersze z Pisma świętego według  życzenia - powie 
ktoś: mnie proszę przeczytać wiersz taki a taki od Jana, i dziadek 

czyta. Potem mówi do nas: a może i goście chcą,  żeby im coś 
przeczytać
? Powiedziałem:  ja chcę,  żeby mi przeczytano. Dziadek 

zapytał, co ma przeczytać. Osiemdziesiąty trzeci wiersz - powiedziałem 
na chybił trafił. Dziadek przeczytał, pamiętam, co przeczytał. Tam było 

napisane:  ty jesteś zbłąkaną owcą, ale ja cię ocalę i wyprowadzę na 
drogę prawdy
. Pamiętam to. 

Wyszliśmy i mówimy: no widzisz, nic tu złego nie ma. Nic złego. A może 

oni, zastanawiamy się z kolegą, może tylko przy nas są tacy. 

background image

Przyjdziemy innym razem znienacka. I tak zaczęliśmy chodzić. Po 

miesiącu powiedziałem do kolegi: ty, jak sobie chcesz, ale mnie się to 
podoba, ja będę do nich chodził
. Odpowiedział mi na to, że i jemu się 

podoba. 
To było jesienią, a gdzieś około Trzech Króli poszliśmy obaj do 

Grabowa prosić, żeby Bóg ochrzcił nas Duchem Świętym. 

- Czy mógłby pan opowiedzieć dokładnie - zapytałem - co pan czuł, gdy 
na pana Duch Święty zstępował? 

Pytanie poruszyło Piotra Baturę - poprawił się w krześle, twarz 

rozjaśniła mu się uśmiechem, oczy - odblaskiem szczęścia. Zaśmiał się 
do mnie życzliwie, jak do dziecka. 

- Oj, to jest naprawdę... To tak piękne, tak wspaniałe, że dokładnie to 

nikt panu tego nie opowie... Opowiedzieć się nie da. Ale trochę 
powiedzieć mogę... Widziałem - wyjaśnia dalej - ogień spadający z 

nieba. Strzałę ognistą, ot, takiej mniej więcej długości - pokazał 

rozpiętością ramion - Tylko tknęła mnie ta strzała i rozpaliło się we 
mnie wszystko, rozgorzało się, nu, takaja błahodat, że po prostu słów 

brak. I odczułem, że Duch Święty jest we mnie i zacząłem mówić w nie 

znanej mi mowie. I nikt z zebranych mnie nie rozumiał... 
Była druga połowa nocy w środku zimy, Piotr i jego przyjaciele wracali 

zawianą, mroźną drogą do Redut. Piotr był  oświecony. Zatrzymał 

towarzyszy swej duchowej przygody przed ośnieżoną polną gruszą i 
rzekł: zatrzymajcie się! Spójrzcie na tę gruszę, jak ona śpiewa

- Oczywiście - tłumaczy mi - grusza nie śpiewała. Ale u mnie w sercu 

była taka radość, że cały świat dla mnie śpiewał. 
Szedł Piotr do domu po zupełnie nowym, śpiewającym  świecie.  Świat 

ten pozostał w nim aż do dziś.  Żyje Batura świadomością jedni ze 

wszystkim i ze wszystkimi. Kocha ludzi niezależnie od ich poglądów i 
religii. Oczywiście, najbardziej kocha swych braci w wierze, ale i 

innych też. Trudno go nazwać sekciarzem. Sekciarze są fanatyczni i 

nie tolerują tych, którzy nie uznają ich wiary. 
U Batury wszystko inaczej. 

- Mówią różni - tłumaczy mi - że Boga nie ma. Ja się im nie dziwię. Bo 

skąd mogą wiedzieć, że on jest, skoro go nie poznali. A ja go poznałem 
i dlatego wiem. 

Żyje zanurzywszy się w „tajemnicy”, czyli, jak my byśmy powiedzieli, w 

irracjonalnej sferze świadomości. W przeciwieństwie do nas, którzy 
ufamy tylko sprawdzalnemu poznaniu, wolimy chodzić po tym 

skrawku  świata, który znamy i dotykamy, za to chodzić pewnie, 

bezpiecznie, z dala od tajemnicy i niespodzianek, więc w 
przeciwieństwie do nas Batura ufnie zawarł pakt z Nieznanym, z 

tajemnicą. Tajemnica nie stała się dlań przez to zrozumiała, nie 

przestała być tajemnicą. O spotkaniu z Duchem Świętym nie potrafi 
Batura powiedzieć nic sensownego. Ale zrezygnowawszy z sensu, z 

rozsądku, osiągnął szczyty uczucia, zyskał poczucie łączności z 

background image

Absolutem. 

Tym samym jednak Batura wyłączył się ze świata. Poczucie łączności z 

tajemnica jest pułapką, w której gubi się to, co stanowi o ludzkiej 
treści naszego istnienia: nasz udział w świecie, który się zmienia, który 

się staje historią. Historia jest tym, co porządkuje nasz świat, historia 

oparta na rachubie okresów, epok, stuleci; na oś czasu, jak na rożen, 
nakładamy zdarzenia, widzimy, co po czym, co z czego wynika, 

zyskujemy obraz ładu i porządku, odnajdujemy w nim swoje miejsce. 

Batura nie zna historii i nie zna porządku czasu, jego porządek jest 
porządkiem wieczności, porządkiem rozmieszczonym na płaszczyźnie 

pozaczasowej; dla historii, dla tworzącego historię społeczeństwa jest 

on bezpowrotnie stracony, bo jego szczęście jest naprawdę szczęściem 
„nie z tego świata”. 

 

U Dziadka Jakuba 
 

Dziadek Jakub nie był ani prorokiem, ani jasnowidzem, nie należał do 

żadnej sekty ani partii. Niezbyt pobożny, ale i nie bogoburczy, w miarę 
pogodny, nie stroniący od kieliszka, wesela - jednym słowem, 

zwyczajny. 

Zauważyłem dawno, że dziadek Jakub jest człowiekiem naprawdę 
szczęśliwym. Zastanawiało mnie to tym bardziej, że powodów do 

szczęścia miał, zdawałoby się, niewiele. Zmarła mu najpierw żona, 

zostawiając go z dwojgiem małych dzieci, potem z kolei dzieci opuściły 
starego, uciekając do miasta. Na lekki chleb, jak się wtedy mówiło. 

Doskwierały mu różne bóle, łamania i kłucia, pracować musiał za 

pięciu. Żył prawie w nędzy. A jednak był szczęśliwy. 
Stanowiło to dla mnie zagadkę, jak może być szczęśliwy człowiek, który 

do niczego w życiu nie dąży. Byłem przekonany, że dziadek Jakub nie 

dąży do niczego, o nic się nie stara. Bo trudno przecież nazwać 
dążeniem do czegoś troskę o to, by deszcz nie zmoczył zboża na polu, 

by Krasula nie podusiła owieczek, które w nocy wyłażą ze swego 

stanowiska, by wrony nie wydziobały grochu zasianego pod lasem. Żył 
z dnia na dzień bez planów, bez zamierzeń. Prymitywna, nieludzka 

wegetacja! 

Mieszka Jakub nie tyle we wsi, co za wsią, w chutorze pod samym 
lasem. Z półtora kilometra drogi od wsi. Ta niewielka odległość miała 

duże znaczenie dla dziadka Jakuba. Chroniła jego spokój i ład 

wówczas, gdy wieś żyła w niepokoju i bezładzie. On zaś pędził żywot na 
uboczu, zupełnie własny, we własnym  świecie, starym, jak stary 

chłopski stan. 

Gdyby mnie spytano, co jest najbardziej charakterystyczne dla dziadka 
Jakuba, rzekłbym, iż to, że nigdy się nie spieszył. Owszem, zdarzało 

się dziadkowi przyspieszyć kroku, czy nawet podbiec, gdy widział na 

przykład, że krowy wlazły w zboże i trzeba je szybko stamtąd wypędzić. 

background image

Ale wiemy, że nie o to tu chodzi. Chodzi o to, że dziadek nie znał 

pośpiechu samego życia, nerwowości i stresów, jakie wyzwala. 

Pośpiech jest wynalazkiem miast. Z wielkich miast rozprzestrzenia się 
on na cały  świat. W wielkich miastach spieszymy się zawsze i 

wszędzie, z byle powodu: do pracy, do kina, do teatru, do fryzjera, do 

sklepu - wszędzie trzeba się spieszyć, by dotrzymać kroku... 
A dziadek Jakub nigdzie się nie spieszy. Paspieszysz, ludiej 

nasmieszysz - wyjaśnia filozoficznie. Dziadek nie cierpi pośpiechu, nie 
lubił swojej córki Ninki, ponieważ tej zawsze gdzieś było spieszno. 

Kiedyś, gdy dziadek Jakub był, jak sam powiada, prawdziwym 
gospodarzem, wszystko, co robił - w polu czy w zagrodzie - było 

kunsztem estetyki, czystym artyzmem. Snopy na polu były równiutkie 

i czyściutkie, ustawione w rządek, jak panienki do tańca, mocno 
powrósłem związane. Gdy położył je na furę, by wieźć do stodoły, fura 

wyglądała zgrabnie i równo, niczym pudełeczko, w którym przed wojną 

sprzedawano landrynki. Zawiózłszy zboże do stodoły, Jakub układał je 
starannie z wielkim znawstwem sztuki układania wiązanej słomy. 

Potem ubijał  ścianę snopów ciężką  płaską  kłodą, obrzynał końce 

słomy ostrzem od sieczkarni, a następnie wyskubywał palcami 
pojedyncze słomki, co psuły gładkość  słomianej powierzchni. 

Powstawała elegancka ściana słomy od ziemi aż po strop - od dołu 

zupełnie równa, w górze pod stropem zaokrąglająca się lekko, owalnie. 
Dzieło sztuki! 

I tak całe  życie Jakuba było albo sztuką, albo uroczystością. Później 

przyszły inne czasy. Wprowadzono nowe narzędzia pracy: młocarnie, 

żniwiarki, traktory. Jakub się nie poddawał. Nawet wtedy, gdy już 
sprowadzono na jego chutor żniwiarkę, Jakub zostawił sobie działkę, 

na którą wychodził z sierpem, i żął jak za czasów swojej młodości. 

Zboże młócił nie za śpiesznie, całą zimę, każdego dnia musiał sobie 
wyjść do stodoły i pomachać cepem dla rozgrzewki. 

Byłoby nieprawdą, gdybyśmy powiedzieli, że czynił to tylko z 

przyzwyczajenia. Sierp był dla niego nie tylko narzędziem pracy. Był 
także symbolem wyboru takiego życia, jakie sobie upodobał. 

Uroczystego, podniesionego do godności sztuki. Tylko przy użyciu 

starych narzędzi można pracę w polu traktować jako sztukę, jako 
artyzm. Nowe narzędzia to jedynie praca. A Jakub nie lubił pracy jako 

pracy. Praca dla niego była zawsze również sztuką. I życie jego było 

sztuką, kontemplacją każdej estetycznie związanej garści słomy... 
Mało kto wie, że czas na chutorze Jakuba płynie inaczej aniżeli w 

każdym innym miejscu. Zastanawiałem się niejednokrotnie, czy na 

chutorze Jakuba w ogóle można mówić o czymś takim jak czas. Ot, 
chociażby i teraz. Jest ciepły wieczór wiosenny. Dziadek Jakub siedzi 

na progu chaty, ja na zydlu obok niego. 

- Ciepły wieczór - mówi Jakub, wytrząsając z kieszeni resztki 
zmieszanej z kurzem machorki. 

background image

- Ciepły - zgadzam się z Jakubem. 

I więcej nic nie mówimy. Siedzimy i wsłuchujemy się w odgłosy ciepłej 

wiosennej nocy. Za ogrodem Jakuba ciągnie się  błoto, za błotem las. 
Nad lasem księżyc. W błocie żaby. Ich rechotanie odbija się od ciepłej 

ściany lasu i napełnia powietrze gęstym, zbitym, wibrującym szumem. 

Od rechotania trzęsie się księżyc, migocą gwiazdy, pękają chmury, 
kołysze się Jakubowa chata. Rechotanie wypełnia uszy, ogarnia mózg, 

podchodzi pod serce i wszystko - chata, księżyc, błoto i my z Jakubem 

stajemy się częścią rozrechotanej wiosennej nocy. 
Czas przestaje istnieć. Miałem cztery lata, może pięć, gdy po raz 

pierwszy usłyszałem ten rechot. Pachniało wiosną i błotem i dziadek 

Jakub, jak dziś, siedział na progu swej chaty. Wszystko było jak dziś. I 
nic tu się zmienić nie może. Każda zmiana spowodowałaby niechybny 

„koniec świata”. 

Siedzi więc dziadek Jakub na progu swej chaty jak niegdyś. Głowa 
srebrzy mu się w księżycowej poświacie, twarz przeorana latami, 

nieokreślonego koloru łatana koszula. Sękata, siekierą ciosana ściana 

chaty i pochylony płot z garnkiem do góry dnem nadzianym na kołek, i 
to podwórze z pozornym bałaganem - wszystko jest harmonią. Częścią 

tej harmonii jest dusza Jakuba - archaiczna, zrośnięta z tym 

podwórzem jak grzyb z leśną glebą. 
Jakub nie posiada przyszłości, to fakt. Nawet gdy był  młodszy, nie 

miała dla niego znaczenia. Nie marzył o niej, nie spieszył się do niej. 

Liczyła się za to pełna i bogata teraźniejszość. Tak pełna i tak bogata, 
że równała się wieczności. Jakub nigdy nie istniał w czasie, istniał w 

wieczności. Każdy jego ruch, każdy gest wykraczał daleko poza granice 

czasowej doczesności. Czy to siadał za stół, czy brał się za robotę, czy 
organizował sobie świąteczny odpoczynek - do wszystkiego zabierał się 

z godnością, pobożną powagą, ceremonialną obrzędowością. Ta 

obrzędowość, ceremonialność i powaga nadawały wszystkim jego 
czynnościom wymiar ponadczasowy. 

Siedzimy więc wiosennym wieczorem na progu Jakubowej chaty. Nie w 

czasie trwamy, ale w wieczności. Zapach pól, żabi rechot nie znają 
rachuby lat, są zawsze takie same, niezmienne. I te oto spotkania z 

dzieciństwa, młodości i dzisiejsze - wpisane w ten ponadczasowy 

rechot - cudem spotykają się ze sobą, są jedną teraźniejszością i nie 
sposób uwierzyć,  że były przerywane hukiem motorów, wybuchami 

bomb, startem kosmicznych rakiet i długim potokiem gadaniny. Że 

między kolejnymi odwiedzinami u dziadka Jakuba upływał czas. 
Upływały lata. Dziesiątki lat... 

Dziadek Jakub pracował, jak mógł i ile mógł, dopóki mu sił starczało. 

Był sam jak patyk w chutorze pod lasem, a jednak nie rzucał 
gospodarstwa, nie przenosił się do miasta, co doradzały mu często 

dzieci i sąsiedzi. Opłacał podatki i spełniał w miarę sił swe powinności 

wobec władz. Gdy nie był w stanie, pisał podania o umorzenie, jeździł 

background image

do gminy i nawet do powiatu, dochodził swego. 

-  Po  co  wam  te  kłopoty - irytowała się córka - po cholerę? Podatki 

płacić? Po co te podania? I tak od was nic tu nie wezmą. 
Starego denerwowała taka rozmowa. Lubił porządek. Był zawsze 

lojalny wobec władzy. Gdy już zupełnie sił nie starczyło, przekazał 

gospodarstwo państwu. Otrzymuje w zamian rentę. 
- Wy chyba, ojciec, nie moglibyście  żyć bez roboty - mówił kiedyś 

Jakubowi zięć - Umarlibyście z nudów - ironizował - Rządzicie się tak, 

żeby mieć więcej roboty. Przelewacie z pustego w próżne i nic więcej. 
Otóż nieprawda. Jakub nie szukał roboty. Robił to, co trzeba. Obecnie 

nic nie robi. Od czasu kiedy pozbył się gospodarstwa, wszystko na jego 

podwórku zastygło w bezruchu. Pług i brony leżą porozrzucane koło 
stodoły, jak były zostawione po ostatniej pracy w polu. W stodole od 

dwóch lat nie zamiatane klepisko, dziury w dachu z roku na rok 

większe. Jakub podstawia coraz to nowe ceberki, ale dziur nie łata. W 
piecu wykruszyły się cegły, dymi niemiłosiernie - nowego Jakub nie 

buduje. 

- Wstydzilibyście się lenić do tego stopnia - przygania podczas 
odwiedzin córka - Palcem nie ruszycie, choć wam na nos kapie. 

Jakub na to nawet nie wzruszy ramionami. 

Bo Jakub nie dopuścił czasu do zagrody. Istnieje nadal w wieczności. 
Ma teraz wieczną niedzielę, wieczne świętowanie. Wieczność ma to do 

siebie,  że wszystkie jej momenty są równoważne, identyczne, tak że 

właściwie nie są momentami, ale jedynie ciągłym trwaniem bez 
przeszłości i przyszłości.  Świat Jakuba jest trwaniem i nie ma w nim 

momentu, w którym miałoby się zacząć porządkowanie, sprzątanie, 

naprawianie. Gdy był gospodarzem, robił to, ale tylko wtedy, gdy był 
czas naprawiania, porządkowania, dany w wiecznym kołowrocie 

dorocznego cyklu gospodarskich spraw. Obecnie nie ma tego cyklu. 

Jest odpoczynek. 
Wszystko na podwórku Jakuba pozostało więc takie, jakie było w dniu 

stworzenia. Nic tu nie wolno zmieniać. Każda zmiana spowodowałaby 

chaos w kosmosie. Spowodowałaby koniec świata. Dziadkowi 
Jakubowi żyjącemu za błotami, półtora kilometra od wioski, udało się 

uchronić od wszelkich zmian. Uchronić się od czasu i historii. 

 
Prorocy 

 

Diak Marczuk był przerażony: w parafii cud gonił cud, przybywało 
nawiedzonych, proroków, apostołów. Ludzie przestawali czcić starych 

świętych pańskich, zarzucili stare modlitwy, bezcześcili kapłanów 

prawowiernej cerkwi. Wiara ojców poddana została wielkiej próbie. 
Przekonany o epokowości zdarzeń diak spisywał kronikę swoich dni, 

ostatnich dni przed sądem ostatecznym, dni Apokalipsy. Kronice tej 

nadal tytuł „Nieobjasnimyj psichoz”, czyli „Niewytłumaczony obłęd”... 

background image

Pisał: 

21 października 1929 roku do wsi Cieluszki bielskiego powiatu, 

białostockiego województwa, przybyły dwie kobiety: Ksienia Kostecka i 
druga, której nazwiska ani imienia nie znam, ze wsi Grzybowszczyzna, 

sokolskiego powiatu - i zaczęły zbierać ofiary na kupno płaszczanicy 

dla kryńskiej cerkwi w grodzieńskim powiecie. Opowiadały one, że we 
wsi Grzybowszczyźnie  żyje biblijny prorok Eliasz, który onego czasu 

wzięty był  żywcem do nieba, a obecnie powrócił z nieba, by 

przygotować naród do wtórnego przyjścia Chrystusa; że wybudował on 
świątynię, prorokuje i czyni cuda. 

Na drugi dzień kilku mężczyzn i kilka kobiet z naszej wsi wyjechało do 

Grzybowszczyzny. Wróciwszy stamtąd, opowiedzieli wszystkim, że 
Eliasz jest świętym prorokiem. Od tego czasu sława jego zaczęła się 

rozpowszechniać bardzo szybko. 

Codziennie w przeciągu 1930 roku tysiące ludzi szło pokłonić się 
prorokowi i nieśli mu, co kto mógł. 

W 1931 roku na Trzech Króli przybył z Niezbodki do wsi Ciełuszki 

Joan Bogosłow wraz ze swymi wielbicielami i zatrzymał się w pewnej 
chacie. Zebrało się tam około stu osób. Modlili się całą noc. Czytali 

akafisty, w dzień celebrowali nabożeństwo bez kapłana, spowiadali się, 

przyjmowali Komunię  świętą, przygotowywali się do powtórnego 
przyjścia Chrystusa i sądu ostatecznego. Pod wieczór chodzili po wsi, 

błogosławili wszystkich i chrzcili. Wybrali ze swego grona Matkę 

Boską. 
W drugim dniu święta Trzech Króli ze śpiewem poszli do wsi Kaniuki. 

Mieszkańcy Kaniuk przyjęli ich wrogo: powybijali okna w domu, w 

którym oni się zatrzymali, a Matkę Boską, Bogosłowa i kilku jeszcze 
sekciarzy tak zbili, że ledwo uszli z życiem, uciekając do Ciełuszek i 

Soc. 

Po tym pogromie Bogosłow oświadczył, iż sąd ostateczny odbędzie się 
w Grzybowszczyźnie. Do Grzybowszczyzny pojechało 12 fur z naszej 

wsi i 4 fury ze wsi sąsiednich. Po drodze wszyscy zajechali do 

Bogosłowa do miasteczka Niezbodki. Płakali i modlili się tam całą noc. 
Rano Bogosłow oświadczył, iż nie wolno jechać na sąd ostateczny z 

pieniędzmi i dokumentami, trzeba je zostawić u niego w domu. Gdy po 

zakończeniu sądu ostatecznego ludzie powrócili z Grzybowszczyzny do 
miasteczka Niezbodki, dowiedzieli się,  że pieniądze ich poszły sobie 

same na Atos. 

Powróciwszy do domu, jeden z mieszkańców naszej wsi, Włodzimierz 
Andrzejuk, rankiem wszczął krzyk w swojej stodole, iż rozmawiał z nim 

Bóg z wiszącej w stodole ikony. Na ten krzyk zlecieli się ludzie z całej 

wsi. Ujrzeli, że Andrzejuk trzyma w rękach ikonę i rozkazuje jej wrócić 
na to miejsce, gdzie przedtem wisiała. Zaczął ją podrzucać: ikona trzy 

razy spadła na klepisko obliczem w dół. Takie układanie się ikony 

zostało wyjaśnione tym, iż  wśród obecnych jest wielu niewierzących i 

background image

antychrystów. Płacz i krzyki w stodole trwały od rana do trzeciej 

godziny po południu. Jedni krzyczeli: ściskajcie mocniej ręce i nogi, 
żeby nie wstąpił w was szatan! Płaczcie i módlcie się, albowiem 

odbywa się wtórne przyjście Chrystusa! Jeden z grzybowców, 
powołując się na Pismo święte, twierdził, iż zstąpił na niego Duch 

Święty i że musi on iść i głosić  słowo Boże w różnych wsiach. 

Wiadomość o cudach w Ciełuszkach rozeszła się szybko po okolicy. 
6 lutego ze wsi Kotły pieszo i furami przybyło do naszej wsi około 30 

osób z ikonami w rękach oraz około 20 osób z innych wsi parafii 

Rajsk, Ryboły i Trześcianki. Z nadejściem nocy zaczęli modlić się w 
jednym domu. Młodzież, która nie wierzy w cuda grzybowców, uzbroiła 

się, w co się dało. Przez wybite okno bosakiem stłuczono lampę. 

Modlący się wszczęli okropny wrzask, ale modlić się nie zaprzestali. Po 
tym pierwszym pogromie pielgrzymki do naszej wsi nie tylko nie 

zmniejszyły się, ale jeszcze się wzmogły. 

Aby jeszcze szerzej rozpowszechnić sławę proroka Ilji, latem 1931 roku 
Bogosłow zorganizował pielgrzymki do Wilna i Poczajowa. Pielgrzymki 

do Poczajowa organizowano kilkakrotnie. Kupowano tam ikony i 

niesiono na rękach, śpiewając pieśni ze śpiewnika ułożonego niedawno 
przez apostoła Pawła Bielskiego. Po tych pielgrzymkach w naszej wsi 

zjawiło się wielu pielgrzymów z Wołynia. 

Obecnie sekciarze codziennie zbierają się w swym kowczegu jak 
nazywają swój dom modlitwy. Rano odprawiają obiednię, a całą noc 

czytają akafisty i śpiewają religijne pieśni ułożone przez apostoła Pawła 

Bielskiego, mieszkańca wsi Pieńki w białostockim powiecie. Praktykują 

długie posty i składają przyrzeczenia nie zadawać się ze swoimi 
żonami. Trudno mi powiedzieć, czy to bezsenne noce, czy długie posty 

doprowadziły niektórych do tego szaleństwa. 

Większość sekciarzy uważa siebie za proroków i ludzi widujących 
duchy. Na przykład Stefan Charytoniuk, mieszkaniec wsi Ciełuszki, 

twierdzi, że widział Boga i rozmawiał z Nim. Pewnego dnia zobaczył na 

żonie diabła i chcąc go zabić, rozbił kołowrotek na drobne kawałki. 
Drugi mieszkaniec tejże wsi, Serafion Antoniuk, uważa, iż jest 

aniołem. Tak na przykład 1 grudnia 1932 roku rozebrał się do naga, w 

silny mróz wskoczył do Narwi i wzburzył wodę, jak onego czasu anioł w 
Siloamie. Gdy zmarł Bogosłow, mieszkańcy miasteczka Niezbodki 

rozeszli się za zbiórką ofiar na pomnik. Kupiono pomnik za ponad 200 

złotych z napisem: „Plotiju usnul jako miortw, Cariu...” Enoch 
natomiast ukradł u proroka Ilji około półtora puda złotej monety i 

uszedł nie wiadomo gdzie. Ale dla proroka była to taka drobnostka, że 
go nawet nie poszukiwał. 

Liczba sekciarzy w naszej puchłowskiej parafii stale się zwiększa. 

Dyscyplina u nich żelazna, stąd wniosek, że organizacja silna. W 
bielskim powiecie jest ich około tysiąca, a sympatyków - kilka tysięcy. 

Dopóki było ich w puchłowskiej parafii kilku, bali się zadzierać z 

background image

prawosławnymi, ale kiedy się rozmnożyli do dwustu osób, po ich 

stronie stanął starosta cerkiewny i cała cerkiewna służba. (...) 

Osiągnąwszy to, sekciarze postanowili wypędzić z cerkwi kapłana i 
sami odprawiać nabożeństwa. Nie ma ani jednego święta, ani jednej 

niedzieli, żeby nie urządzili w cerkwi jakiejś burdy. Tak na przykład 31 

marca pięciu sekciarzy przyszło do spowiedzi. Olga Dawidziuk 
podeszła do kapłana, a kiedy on położył jej na głowę japietrachil 

powiedziała, iż nie jest godzien jej spowiadać, że to ona jego spowiadać 

powinna. Ojciec Leonid strasznie się zdenerwował, a wówczas podeszło 
do niego czterech sekciarzy i wszczęli sprzeczkę. O. Leonid zmuszony 

był opuścić cerkiew, w cerkwi wytworzył się harmider. Sekciarze bili 

pokłony i śpiewali:  Razumiejtie, jazycy, i pokoriajtiesia... Psalmista 
Marczuk również zmuszony był przerwać czytanie dziewiątego czasu. 

Po piętnastu minutach troje sekciarzy poszło do domu, a dwoje było w 
spowiedzi i przyjęło świętą komunię. 

Na Zwiastowanie w czasie śpiewania  Archangielskoj glas Mikołaj 
Jakowczuk krzyknął na całą cerkiew: Chrystos woskresie, sekciarze 

odpowiedzieli: Woistinu woskresie. Inni im powiedzieli: przecież wy nie 
wierzycie,  że Chrystus zmartwychwstał
.  Tak - odpowiedzieli sekciarze 

-  zmartwychwstał nie Chrystus, ale nasza prawda i władza w parafii
Takie oświadczenie wywołało duże wzburzenie i niezadowolenie wśród 

modlących się prawosławnych (...). 

Na Zielone Świątki, w nasze parafialne święto, po utreni, gdy kapłan 
wyszedł modlić się przed ołtarzem, Jan Daniluk krzyknął na całą 

cerkiew:  Chrystos woskresie! Kto pali papierosy i słucha radia, ten 
antychryst
. Było to powiedziane pod adresem kapłana, ponieważ on 

pali papierosy i  posiada radio. O. Leonid prosił, aby wyprowadzić 

wariata z cerkwi. Popieczytiel - Awsienty Ostapczuk wykręcił mu do 
tyłu ręce i wypchnął z cerkwi. Na dworze sekciarze mówili: pędźcie 

popów, wystarczy ogłupiania ludzi
11  czerwca, w niedzielę, z samego rana, widać było,  że sekciarze 

planują jakiś skandal w cerkwi, ponieważ bili pokłony z taką siłą,  że 

drżała podłoga, zaś Olga Daniluk wrzeszczała przez całe nabożeństwo. 
Po nabożeństwie sekciarze przyczepili się do kapłana,  że jakoby 

czytając akafist opuścił jakiś ikos czy modlitwę. Kapłan odpowiedział, 

iż nie życzy sobie rozmawiać z durniami. Wtedy sekciarze otworzyli 
akafist ułożony przez Pawła Bielskiego i chcieli czytać sami, bez 

kapłana. Z trudem udało się wyprowadzić ich z cerkwi. Odchodząc do 

domu grozili, że ostrzygą księdzu włosy. 
Nie ma czasu i możliwości opisać wszystkiego, co się u nas dzieje. Nie 

ma u nas przewodnika, nie ma prawdziwej nauki Słowa Bożego. 

Wszystko zachwiało się i upadło, ze wszystkich stron rozpacz i bieda, 
jeśli dalej tak pójdzie, to tylko Bóg wie, co z nami będzie... 

 

 

background image

Car Mikołaj 

 

Cerkiew w Puchłach gościła nie tylko aniołów niebieskich, lecz i 
słynnych dostojników ziemskich. W roku 1932, piętnaście lat po 

abdykacji, czternaście po... śmierci, zawitał tutaj wszechrosyjski 

imperator: Mikołaj II Aleksandrowicz. 
„W święta Bożego Narodzenia - pisze diak Marczuk w swojej kronice - 

rozeszły się wieści,  że do cerkwi naszej przyjeżdża car Mikołaj II z 

carową. I rzeczywiście, 27 grudnia (starego stylu) trójką koni 
przyjechał do wsi Ciełuszki nieznany mężczyzna z kobietą, zaś 28 

grudnia, w niedzielę, zawitał do cerkwi w Puchłach. Ciekawskich z 

różnych stron zebrało się tylu, że ich nasza obszerna świątynia ledwo 
zmieściła. Wszedłszy do cerkwi car z carową przeżegnali się po 

katolicku. Całe nabożeństwo carowa, otoczona swymi wielbicielami i 

wielbicielkami, przeklęczała na podesłanych jej chustach. Po utreni 
car zanucił jakąś pieśń, którą sam ułożył, wielbiciele i wielbicielki 

podchwycili. Po obiedni, gdy wychodzili z cerkwi, ktoś podał komendę 

baczność. W tłumie niektórzy salutowali, niektórzy gwizdali!”. 

Car Mikołaj przybył w te strony pod koniec lat dwudziestych, ale skąd 

- nie wiadomo: mówiono, że z głębi byłego rosyjskiego imperium, 
podobno aż z Mandżurii. Wieść niosła, iż nie zginął podczas rewolucji, 

ukrywał się przed władzą radziecką i wreszcie wyemigrował do Polski. 

Osiedlił się car we wsi Wojszki nad Narwią, w domu Bonifaciuków. 
I przybycie cara z carycą, i pochodzenie, i zachowanie się były 

niezwykle tajemnicze. Szczupły, wąsaty car był katolikiem, rozmawiał 

po polsku, ale też doskonale znał rosyjski i starosłowiański i chętnie 
śpiewał prawosławne pieśni religijne. Ona, wyższa od niego, bardzo 

energiczna, znała niemiecki, ludzie mówili, że jest Niemką. 

Przebywał z nimi czasem jeszcze jeden osobnik, może najbardziej 
zagadkowy. Liczył lat nie więcej niż trzydzieści, był bardzo wysokiego 

wzrostu, z długimi włosami i czarną brodą, ubrany na czarno. 

Przywędrował do Bonifaciuków z wielkim sękatym kosturem z 
dalekich, nikomu nie znanych dróg. Ja stronnik, powiedział 

gospodarzom. Na przywitanie rzucił się w ramiona cara i carowej. 

Całowali się ze łzami w oczach, po czym cała trójka zamknęła się w 
pokoju, noc spędzając na rozmowie. Przestraszony, ale i zaciekawiony 

Bonifaciuk próbował podsłuchiwać: słyszał,  że wszyscy troje płakali 

często i serdecznie, ale o czym rozmawiali, nie dosłyszał. 
Wkrótce okazało się,  że car jest osobą wszechstronnie utalentowaną. 

Najpierw zajął się robotą prostą i praktyczną, chociaż cesarskich rąk 

niegodną: szył chłopom buty. Chłopi wzruszeni nędzą cara, pośpieszyli 
nawet z darami i pomocą, wiadomo, wróci na tron - nie zapomni. 

Wtedy car zaczął układać wiersze i hymny religijne dla swego 

prawosławnego ludu, katolikom pięknie odmalował kościół w 
Tryczówce. Malował także obrazy, głównie ikony z napisem w języku 

background image

polskim: „Bolesne serce Pana Jezusa”. 

Caryca sprzedawała je na odpustach. 

Pełnym blaskiem zalśniła jego sława dopiero w latach trzydziestych, 
kiedy dołączył do ruchu proroka Ilji, organizując wokół siebie własne 

grono wyznawców, swoiste odgałęzienie sekty grzybowskiej, grupę tzw. 

„nikołajowców”. Rozjeżdżał trojkoj loszadiej, bywał na ucztach, które 
wydawali na jego cześć miejscowi chłopi, brał udział w nabożeństwach 

odprawianych przez wielbicieli. Dla władz miał nazwisko Józef 

Bachliński, dla ludu był Mikołajem II. Pobyt cara w Puchłach skończył 
się tym, iż pewnego ranka, jak pisze Marczuk, „sołtys i kilka osób 

oświadczyli carowi, iż ma niezwłocznie opuścić Puchły, a jeżeli 

spróbuje tu wrócić, zostanie wrzucony do rzeki pod lód”. 
W końcu lat trzydziestych Bachliński przeniósł się  za  Grodno  i  tam 

żywota dokonał, Bachlińska zaś wróciła do Wojszek, przebywała tam 

do roku 1944, po czym wyjechała wraz z ustępującym okupantem. 
Diak Marczuk stwierdził z melancholią, iż mimo niepowodzenia 

carskiej misji w parafii Puchły „wiara w to, że car Mikołaj żyje i będzie 

jeszcze panował, trzyma się mocno sekciarzy, wierzą też,  że za jego 
panowania będą piastować wysokie stanowiska państwowe i otrzymają 

bogate nadania ziemi”. 

Ale czy to nadzieja na otrzymanie bezpłatnej ziemi i ministerialnych 
stanowisk była głównym podłożem wiary nikołajowców? Nie sądzę. 

Chłopi darzą na ogół sentymentem królów i cesarzy, jest w nich 

bowiem zawsze coś z legendy i coś z postawy ojca-gospodarza. 
Zwłaszcza wtedy chętnie wspominają „dobre carskie czasy”, gdy oni - 

carowie - odejdą w bezpowrotną przeszłość. Zapominają ludzie o tym, 

że wcale nie mieli więcej ziemi, krów, pieniędzy,  że  żyli biedniej, 
pracowali ciężej. 

Car-batiuszka był symbolem chłopskiego patriarchalizmu i gwarantem 

jego trwałości.  Świat chłopskiego  życia był poza historią, wszystko, z 
czym miał tu człowiek do czynienia, było w jego pojęciu dane na 

początku  świata i nie mogło ulec zmianie do jego końca. Stare 

zwyczaje, obrzędy, mity i legendy, sposoby gospodarowania i 
wypoczynku,  ład społeczny i porządek kosmosu - wszystko to było w 

rozumieniu chłopów stare jak świat. Ubogo było i nędznie, to fakt. Ale 

za to pewnie. Chłop robił swoje, pan - swoje, pop - swoje; każdy  żył, 
pracował, bawił się i umierał tak, jak nakazywał jego stan, obyczaj i 

mądrość ojców. W micie, legendzie i prymitywnej wiedzy o świecie 

zawarte były wyjaśnienia i uzasadnienia wszystkiego, co mogło się 
wydarzyć. 

Z odejściem cara na oczach ludzkich zaczęły się dziać rzeczy, które nie 

mieściły się w niezmiennym chłopskim schemacie. Czas niósł 
brzemienne w skutki wydarzenia, nie mające swych pierwowzorów w 

ludowych mitach: wojna, rewolucja, głód, utrata wiary ojców, nihilizm 

młodzieży, upadek starych obyczajów i obrzędów, zatracenie się całego 

background image

tradycyjnego kształtu  życia chłopskiego. Chaos. Chaos jest nie do 

zniesienia na dłuższą metę. Należy go uporządkować, zdarzenia ułożyć 

w szeregi, powiązać nicią zależności i poszukać swego miejsca w tym 
porządku. Wydarzenia, które następują, mają swą chronologię, swój 

kierunek, układają się w łańcuch przyczyn i skutków, są historią. 

Słowo „historia” raz po raz trafia „pod strzechy”, jego treść nie jest już 
tak obca, jak kilkadziesiąt lat temu. Ludzie bacznie rozglądają się 

dokoła, uważnie szukają osób, które mogłyby być heroldami historii. 

O historii prawi chłopom zgromadzonym w Bonifaciukowej chacie 
nowo objawiony car - Bachliński. Nie ukrywa, że on sam też jest 

historią. Jest tym, wokół którego porządkują się zdarzenia. Obcując z 

nim, obcowało się z historią. Dotykając jego zabłoconych „szat”, 
dotykało się historii. Kto słuchał Bachlińskiego, nie był już zagubioną 

w chaosie świata drobinką, ale człowiekiem, który dotyka historii w jej 

konkretnym, widomym kształcie. 
Wkrótce czterdzieści kilometrów dalej pojawił się w Ostrowiu koło 

Grzybowszczyzny drugi car Mikołaj. Też był  włóczęgą z szerokiego 

świata, ale nazywał się... Mikołaj Regis! Carskie imię oraz nazwisko 
kojarzące się jakoś z królewskością, tajemnicze pochodzenie, 

znajomość  świata i ludzi, to wystarczyło, aby powstała legenda... Nie 

przeszkadzało zwolennikom nawet to, że Regis był człowiekiem starym 
i... wiecznie pijanym. 

Zresztą w tym samym czasie gdy car Mikołaj Bachliński składał wizytę 

w Ciełuszkach, działał tam już syn cesarza Wilhelma: obiecywał 
odbudować niemieckie cesarstwo ze stolicą w... Ciełuszkach. 

Parę lat temu zawitałem do domu Bonifaciuków, aby dowiedzieć się 

czegoś o carze. 
- Pan w jakiej sprawie? - spytała mnie oficjalnym tonem 

Bonifaciukowa. 

- Ja bez sprawy - próbowałem żartować - ot, chciałem porozmawiać - 
zbagatelizowałem własną wizytę. 

- Porozmawiać? - zdziwiła się kobieta. Odstawiła na bok garnki i 

wprowadziła mnie do pokoju - Porozmawiać... - powtarzała ze 
zdziwieniem - A o czym pan chce ze mną rozmawiać? 

- Tu u was mieszkał kiedyś car Mikołaj... 

- Car Mikołaj? - dziwi się kobieta. 
- Tak, car Mikołaj. 

Kobieta marszczy brwi udając, że się namyśla. Po chwili mówi: 

- Nie, car Mikołaj u mnie nie mieszkał. 
- Sąsiedzi mówili, że u pani - upieram się przy swoim. Bonifaciukowa 

znów przesadnie długo się zastanawia. 

- A kiedyż to było? - pyta. 
- O, dawno... Jeszcze przed wojną. 

- To wojna jakaś była? - dziwi się z głupia frant. Osłupiałem. Też 

wymyśliła sposób, żeby się mnie pozbyć. 

background image

Wchodzi gospodarz. Przywitanie - i rozmowa sama rusza: gorąco dziś, 

upały, żniwa... 

- Pan szuka jakiegoś cara Mikołaja - informuje rzeczowo 
Bonifaciukowa. 

Gospodarz kiwa przecząco głową: nie, nie wie. O żadnym carze 

Mikołaju nic mu nie wiadomo. Potem przygląda mi się uważnie i pyta: 
- A po cóż to panu, jeśli wolno wiedzieć? Komu to potrzebne? 

- Interesują mnie takie różne stare rzeczy... Spisuję to, żeby zachować 

dla przyszłości. Dla historii... 
- Historii? - ożywia się znienacka rozmówca - Dla historii pan 

powiedział? O! Rozumiem... - skwapliwie podsunął mi taboret, sam 

usiadł na drugim - Rozumiem - powtórzył klepnąwszy mnie po kolanie. 
- Więc to pan! Jak on odjeżdżał od nas przed samą wojną, powiedział 

tak: pamiętaj, Bonifaciuk, o tym będzie pisała HISTORIA
Rzekłszy to, Bonifaciuk wpatrzył się we mnie rozpromieniony. 

Trzydzieści lat czekał na zapowiedzianego wysłannika historii. 

Doczekał się. 
 

Apostoł Boga Ojca 

 
Paweł Bielski ukończył przed pierwszą wojną światową szkołę diaków 

cerkiewnych w Grodnie. W latach dwudziestych był diakiem, czyli 

psalmistą w cerkwi zabłudowskiej. Znudziło go jednak śpiewanie 
psalmów Dawidowych - rzucił czcigodne i spokojne zajęcie, jął się 

handlu suknem. I wtedy, wędrując po wsiach, styka się z wyznawcami 

proroka Ilji, a nawet z samym Ilją. Bez namysłu rozstaje się z handlem 
i przystaje do grzybowców, aby poświęcić się misji apostolskiej. Napisał 

dziesiątki hymnów sławiących Ilję-proroka i Ilję-Boga oraz innych 

świętych sekty grzybowskiej. W swoich utworach zawarł metaforyczny 
opis ważniejszych wydarzeń ruchu oraz zasadnicze tezy jego doktryny. 

Pisał poprawnie i był całkiem niezłym wierszokletą. 

Ambitny i żądny sławy, nie zawsze liczył się ze zdaniem samego 
proroka. Zgrupowani wokół niego wyznawcy utworzyli wkrótce własny 

odłam sekty: uznali, że wtórne przyjście Chrystusa na ziemię stało się 

faktem, w związku z tym zamiast w niedzielę, świętowali we wtorki; we 
wtorek również, a nie w niedzielę, obchodzili Zmartwychwstanie - 

dlatego nazwano ich „wtórnikami”. Bielski pierwszy nazwał Ilję 

Bogiem, a w niektórych swych hymnach nazywał go nawet Bogiem 
Ojcem. 

Jako apostoł nie mógł Paweł Bielski nie usłuchać ewangelicznego 

przykazania; zostaw dom swój i żonę swoją i idź za mną. Zostawił więc 
żonę swoją i dom swój we wsi Pieńki koło Michałowa i poszedł... Tym, 

co opuścił, zainteresował się tylko raz - gdy wrócił oświadczyć synowi, 

który go zastąpił na ojcowiźnie, że trzeba sprzedać gospodarstwo, bo i 
tak lada dzień koniec świata, sąd ostateczny i wszystko w proch się 

background image

obróci. 

- Na wszelki wypadek lepiej być bliżej prawdy - dowodził - przenieśmy 

się do Grzybowszczyzny. 
Syn przestraszył się wielce, wprawdzie nie końca  świata, lecz utraty 

gospodarstwa, i zaczął szukać pomocy u innych apostołów, 

ważniejszych i potężniejszych od Pawła. W oddalonej o kilka 
kilometrów Niezbodce żył i nauczał wtedy Jan Bogosłow (święty Jan 

Teolog). Naprawdę nazywał się Jan Łomnik - mówiono w okolicy, że 

zanim został  świętym, zajmował się kradzieżą i handlem końmi. 
Chciałoby się wierzyć,  że była to tylko ludzka złośliwość - zarzut 

koniokradztwa był  tu  bowiem  najcięższym zarzutem, jakim można 

oskarżyć człowieka. Niezależnie jednak od tej plotki Jan Bogosłow był 
dla poszukujących zbawienia osobą świętą, na wpół boską. 

Udał się więc syn apostoła Pawła do owego Łomnika, prosząc, by 

odwiódł ojca od zamiarów względem gospodarstwa, 
zaprzepaszczających przyszłość rodziny. Bogosłow, choć należał do 

najzagorzalszych głosicieli końca  świata, nie lubił  głupstw. Odradził 

więc Pawłowi Bielskiemu sprzedaż gospodarstwa. 
- Bóg tylko raczy wiedzieć - miał powiedzieć Bielskiemu - co nam 

przyniesie dzień jutrzejszy. A dobytek zawsze się przyda, co by się nie 

działo. 
Bielski usłuchał. Po wojnie przeniósł się jednak w inne strony, do wsi 

Kotły pod Bielskiem Podlaskim, gdzie zamieszkał u współwyznawczyni, 

Marty Kiryluk. Przed samą  śmiercią wrócił do syna w Pieńkach i tu 
zmarł w 1954 roku, w ciszy i spokoju, a miejscowy ksiądz 

prawosławny udzielił mu ostatniego sakramentu. 

Została po nim na strychu wielka sterta pism i dokumentów 
dotyczących Ilji i jego ruchu. Leżały tam przez kilka lat, przywalone 

plewami. Latem 1963 roku komendant straży pożarnej w Pieńkach 

zapowiedział sprawdzanie strychów i kary za przechowywanie 
łatwopalnych  śmieci. Syn apostoła Pawła, obawiając się mandatu, 

zabrał papiery do worka i wyniósł  za  chlew,  na  kupę kompostu. 

Dlatego to, gdy poprosiłem go o ojcowe książki, rozłożył bezradnie ręce. 
Ale gospodyni, przeszukawszy dom, wyszperała jakiś kilkukartkowy 

wyblakły rękopis i książeczkę pt. Duchoumyje pieśni wtorogo 
priszestwija Chrystowa
. I to wszystko. 

Książeczka jest dziełem Bielskiego, liczy 68 stron, wydrukowano ją na 

lichym papierze około 1935 roku w drukarni Żyda Miszondzika. 
Zawiera 35 pieśni religijnych i kilka modlitw. Rozpoczyna się od 

modlitwy, której fragment warto przytoczyć: 

 
Chwała Najwyższemu i na ziemi pokój, w ludziach radość (trzykrotnie). 

Boże Duchów i wszelkiego istnienia, Ojcze nasz, któryś jest wszędzie i 

wszystko czynisz mądrością i siłą Swoją. Niebo i ziemia przeminą, a 
Słowa Twoje nie przeminą. Tyś raczył, o Panie, pobłogosławić świat ten 

background image

grzeszny, posyłając Króla Niebios, Ojca naszego sławnego i 

chwalebnego proroka IIję w Duchu Pana naszego Jezusa Chrystusa, 

Twórcy Odwiecznego Twego Królestwa od wieków obiecanego praojcom 
naszym, Adamowi i Ewie. 

Panie Niebios, Pocieszycielu sprawiedliwych, przyjm od nas składane 

ci dzięki,  że zataiłeś wszystko to przed mądrymi i rozumnymi tego 
świata, a odkryłeś wszystko to maluczkim w wierze. 

Chwała ci, prowadzącemu nas ku światłu. 

Pokorny sługa Boży, apostoł Paweł. 
 

Dalej idą hymny do wszystkich świętych i apostołów proroka Ilji, a 

przede wszystkim do samego Ilji. Książeczka jest jakby trochę Biblią. 
W hymnach bowiem opowiada apostoł Paweł o różnych wydarzeniach, 

takich jak narodziny i ukrzyżowanie Chrystusa, wskrzeszenie Łazarza, 

męka Chrystusa na Golgocie itp. Z tą różnicą, że wszystko to dzieje się 
nie w Palestynie, ale tu, w bielskim powiecie, i nie dwa tysiące lat 

temu, ale w roku 1930. Chrystus czasem jest identyfikowany z Ilją, 

czasem zaś pojmowany alegorycznie - jako prawda, która 
zmartwychwstała wśród jego wyznawców. 

Wszystko, co się w kręgu Pawła Bielskiego działo, miało dla niego 

znaczenie biblijne. Pojechali na przykład któregoś dnia wyznawcy 
proroka z Ciełuszek do Kaniuk i zatrzymali się u jednego ze świętych, 

Eliasza Iwaniuka. Przyszło też trochę pobożnych z samych Kaniuk, w 

chacie Iwaniuka było więc sporo ludu. Śpiewali, modlili się, 
prorokowali... Pod oknami zebrała się niewierna młodzież, 

„prawosławni żydzi” - jak ich pogardliwie nazywał Bielski. Posypały się 

kpiny i bluźnierstwa. Ktoś rzucił w okno kamieniem, ktoś uderzył po 
szybach kłonicą, wywrócono płot, zniszczono Iwaniukowi sad, łamiąc i 

kalecząc młode, pieczołowicie pielęgnowane drzewa. 

W zbiorku Bielskiego ukazała się pieśń:  Sad Giefsimanskij wtorogo 
priszestwija Chrystowa
. Ludzie śpiewali; 

 
Wot koniec wieka siego nastał, 

Boh Otiec Syna Chrysta postał  

Pri riekie Nariew w domie Ilji  
W sad Giefsimanskij swiatoj siemji... 

 

I wiedzieli, czym była ta noc naprawdę. To nie chuligani kpili i 
ironizowali z pobożnych bogomołców, ale diabeł przeklęty kusił w ten 

sposób Chrystusa-Prawdę w sadzie już nie Iwaniukowym, lecz 

ewangelicznym, getsemańskim! 
Uczestnicy tych zdarzeń utożsamiali się z postaciami ewangelicznymi i 

biblijnymi: przestawali oto być Bielskimi, Iwaniukami, Danilukami, 

pospolitymi mieszkańcami chat i wiosek w piaszczystej, biednej okolicy 
- stawali się  świętymi! Identyfikowali się podług różnych, choćby i 

background image

najbłahszych pozorów - wystarczyła zbieżność imienia, podobieństwo 

do ikony, przygoda podobna do przygody znanej z żywotów  świętych 

pańskich. Paweł Bielski na przykład utożsamiał się ze św. Pawłem z 
Tarsu: imię przecież to samo i ta sama pasja piśmiennicza! 

A raz utożsamiwszy się, tak kierowali swoim życiem i zdarzeniami 

zbiorowymi, aby były możliwie najwierniejszym powtórzeniem zdarzeń 
znanych z Ewangelii. Gdy brakowało osoby do odegrania jakiejś roli w 

dramacie Chrystusowym, zaraz wyszukiwano wśród współwiernych 

kogoś, kto postać ewangeliczną czymś przypominał. Szczególnie 
atrakcyjna była postać Matki Boskiej, nic dziwnego, że wiele kobiet 

zabiegało u Ilji i jego apostołów o rolę Bogorodzicy i że w ruchu 

działało aż kilka „Matek Boskich”. 
Z osobliwą czcią wymienia Paweł Bielski w swych pieśniach imię Ulany 

z Kaniuk. 

Kaniuki - nieduża, biedna i zacofana wieś nad samą Narwią - słynęła z 
pijaństwa i bójek. Nie było  święta ni weseliska, żeby kogoś w 

Kaniukach nie zadźgano nożami, nie było niedzieli bez większej 

bijatyki. O Kaniukach mówiło się w okolicy ze zgrozą i niepokojem; gdy 
na zabawie zjawiali się chłopcy z Kaniuk, ludzie truchleli i ciszkiem 

opuszczali chatę. Bielski pisał o Kaniukach: 

 
Bog Tworiec nasz sudby jawił. 

Pri riekie Nariew dom swoj otkrył, 

Zdies jest dieriewnia, zwat Kaniuki, 
W niej Bog izbrat dom siebie w wieki. 

 

A dalej pisał już o Iwaniukowej Ulanie: 
 

Sienija świata ja w domie była  

I Mat Ulana s nieju żyta  
Czystaja Diewa, Matier Twórca  

Ty sochraniła czest do końca. 

Za żyzn swiatuju Bog nagradił  
I wsiech woskresszych Tiebie wrucził. 

Piat let proszło, kak Bog  

Tia izbral Jużnoj Caryccj, i Ducha dał  
 

Ulana, córka Jana ze wsi Kaniuki, siostra Eliasza Iwaniuka, 

niezamężna panna, lubiąca zresztą i chłopców, i wódkę, i zabawę, 
stała się więc Matką Boską, której śpiewano długie pieśni dziękczynne 

podczas uroczystych procesji. 

Bielski nazywa ją „Królową Południa” (Kaniuki leżą na południu 
Grzybowszczyzny), aby odróżnić  ją od innej Matki Boskiej, północnej. 

W tym samym czasie bowiem królowała już w Grzybowszczyźnie Matka 

Boska Nowojeruzalimska. Jej także została poświęcona pieśń, 

background image

informująca wiernych o nader młodocianym wieku Matki Boskiej, 

liczyła sobie bowiem lat siedemnaście. Nie na tym koniec. Jeszcze inna 

Matka Boska żyła z Ilją - nazywano ją Fiokłą - inna działała w 
Ciełuszkach, inna w Rybołach. Bo Matką Boską może być każda 

kobieta, dzięki której rodzi się Prawda, czyli Chrystus - tak mniej 

więcej twierdzi w swych pismach apostoł Paweł. 
Ojciec Benedykt z Łuki miał jednak odmienny pogląd na te sprawy. 

Wskrzeszenie prawdy mu nie wystarczało. Uważał,  że zbawić  świat 

może tylko Chrystus z krwi i kości, którego trzeba jak najszybciej 
począć. 

Poczęcie Chrystusa odbyło się więc uroczyście w Benedyktowej chacie. 

Lud  śpiewał psalmy Dawidowe i hymny Pawła Bielskiego, dymiły 
świece i pachniał ladan z kadzidła. Na zapiecku pod kożuchem, 

rozebrany do koszuli, święty ojciec Benedykt realizował z mołodzicą 

święty akt poczęcia. Mój Boże! Akt miłosny bez świec, bez kadzideł i 
pobożnych pieśni może być doświadczeniem Absolutu. A cóż dopiero 

akt, który miał dać początek zbawienia świata! Niestety, eksperyment 

się nie udał. Benedykt miał dwóch synów i kilku wnuków, ale ani 
wśród nich, ani w bliższej okolicy nie widać nikogo, kto by mógł być 

kandydatem na zbawcę świata. 

Królowę Południa widziałem kilka lat temu w Kaniukach: był lipiec, 
siedziała na podwórzu przy zastawionym niedzielnie stole z rodziną i 

gośćmi. Wyglądała na lat pięćdziesiąt kilka, do dziś zachowała  ślady 

dawnej urody: czarnowłosa, czarnobrewa, śniada, pełne ramiona i 
piersi. Zachowywała się z zastanawiającą godnością, dostojnie, mało 

mówiła, zwracano się do niej ze szczególnym szacunkiem. To, co 

podglądałem, było, zdaje się, jakąś biesiadą poweselną - córka 
Południowej Bogorodzicy niedawno wyszła za mąż. 

 

Krzyż 
 

Krzyż stoi przy rozstajnych drogach nie opodal Grzybowszezyzny. Oto 

jego historia: 
Było lato 1936 roku, pora żniw. Polnymi drogami podążała chłopska 

procesja, ludzie byli zmęczeni, szli z daleka, słońce nużyło plecy i 

czoła, koszule były wilgotne, bose stopy piekły od rozprażonego 
piachu. Szli z południa gościńcami wśród piaszczystych pagórków, 

porośniętych jałowcami i dziewanną. W dolinach mijali żniwiarzy... 

Żniwiarze przykładali ręce do czoła i patrzyli zdumieni: człowiek na 
czele procesji dźwigał duży drewniany krzyż. 

Krzyż był nowy, drewno niedawno ociosane, jaśniało jeszcze w słońcu. 

Ponieważ był ciężki, co kilkaset kroków przekładano go na inne barki. 
Mimo to pochód posuwał się wolno. 

Ludzie podążający za krzyżem nieśli młot i gwoździe. Młot specjalnie 

kuty u wiejskiego kowala, gwoździe też były robione na zamówienie - 

background image

większe od zwyczajnych, kanciaste. Wszystko akurat takie, jak na 

symbolicznej Golgocie stawianej co roku na środku cerkwi w dni 

wielkiego postu. Nieśli też koronę cierniową z zardzewiałego 
kolczastego drutu, zerwanego po drodze z jakiegoś ogrodzenia. Nawet 

kańczugi do biczowania męczennika mieli z sobą, nawet pikę z kosy 

osadzonej na sztorc do przebicia jego boku. Szli ukrzyżować 
Chrystusa, który powtórnie na świat zstąpił, tym razem w osobie 

Eliasza Klimowicza, proroka z Grzybowszczyzny. Należało go 

ukrzyżować od nowa, bo tamto odkupienie było zbyt dawno, ludzie 
zapomnieli o ofierze, diabeł się rozpanoszył na świecie, wszędzie 

zepsucie, grzech, sodoma gomora: nie było innego ratunku dla 

ludzkości, jak dokonać wtórnego odkupienia. 

Ciężko dyszące kobiety, spoceni mężczyźni  śpiewali zmęczonymi 

głosami: 

 
Pokajties ludi, pokajties, 

Wzglanitie naokoło was. 

Wsiem sierdcem do Boga wzdochnitie,  
Ostatni nastał uże czas. 

Kuda nie posmotrisz na ziemlu, 

Ubijstwo, nienawist odna. 
Narody tak glbnut zioboju, 

Nastała ostatnia pora 

 
Zamierzali znaleźć w Grzybowszczyźnie  świętego Ilję. Jeden z 

pielgrzymów, który go znał - miał przystąpić do IIji i ucałować, wtedy 

oni go pojmą, dawszy Judaszowi trzydzieści srebrnych monet, włożą 
Ilji koronę na głowę i plując nań, bić go będą rózgami i biczami, a 

potem zwleką z niego szaty, włożą krzyż na jego barki i powiodą na 

wzgórze, które odtąd nazywać się będzie Golgota. Potem przybiją jego 
ręce i nogi do krzyżowych belek i wkopawszy krzyż, usiądą u stóp, aby 

patrzeć, jak umiera, i rozpaczać. Szaty jego rozdzielą między siebie. 

Trzy godziny będą czekać na zgon. Potem podadzą Mu szmatkę 
umoczoną w occie. On zwilży usta i powie wykonało się i skłoniwszy 

głowę, ducha odda. I wtedy jeden z nich weźmie kosę i przebije jego 
bok, aby sprawdzić, czy umarł naprawdę - i wyjdzie z boku krew i 

woda. Potem zaniosą  świętego IIję  do  grobu,  złożą, grób kamieniem 

przywalą, będą czuwać, aby ktoś ciała nie wykradł. A nocą porazi ich 
blask nagły i uciekną... Do apostołów Ilji będzie należało znaleźć 

prześcieradła w pustym grobie, ogłosić, iż IIja zmartwychwstał, 

spotkać go na drodze z Grzybowszczyzny do Emaus. I świat będzie 
zbawiony. 

A oni, oprawcy, mordercy? 

Nie odnalazłem nikogo z tej procesji - może nie chcieli się ujawniać, 
może nie żyją - dlatego nie wiem nawet, skąd szli, ile dni, trzy, tydzień 

background image

czy dłużej. Rozmawiałem tylko z ludźmi, którzy tę procesję z krzyżem 

pamiętają, widzieli ją z pól, dawali spragnionym pielgrzymom wodę. 

Pytani, skąd idą, wymieniali jakieś nazwy nie znane, dziś ich nikt nie 
pamięta. Wiadomo tylko, że szli wychudli z głodu i zmęczenia z daleka, 

bo krwawiły im stopy. Nocowali tam, gdzie zastała ich noc, w lesie, w 

polu. Omijali wsie i domostwa - wiedzieli, iż są przeklęci - szli przecież 
dokonać największej ze zbrodni dostępnych człowiekowi, krzyżować 

Boga, w którego wierzyli! 

Skazywali się oto na potępienie wieczne, wybierali dla siebie hańbę i 
piekło - byleby ludzkość ocalić! Chcieli przyśpieszyć bieg dziejów, by 

to, co stać się musi, stało się jak najprędzej. Postanowili się poświęcić. 

A składali w ofierze nie swoje marne życie doczesne, ale żywot wieczny. 
Któż więc może się równać z nimi ofiarnością, poświęceniem?  Święci 

Pańscy? Oni szli na mękę, wiedząc,  że to tylko pomost do 

Chrystusowego dworu. A ich, oprawców, czekało więzienie i hańba od 
sądów ludzkich, potępienie wieczne i piekło od Sądu Bożego. A mimo 

to szli z krzyżem, młotkiem i gwoździami! Więc kim byli? Szaleńcami 

bez wyobraźni? Okrutnikami? Desperatami? 
Była to procesja dziadków Jakubów, którym znienacka zburzono 

uświęcony spokój, którym świętą pozaczasową codzienność odarto z 

mistycznego znaczenia. I stała się owa codzienność pospolitą, 
nieznośną, małą codziennością. Zasypianie stało się zasypianiem, 

wstawanie - wstawaniem. Żniwa przestały być obrzędem, praca 

sztuką, spożywanie chleba - religią. Wtargnął czas, kalendarz. Rok nie 
był już powtórzeniem mitycznego pierwszego roku - stał się 

określonym, odliczonym odcinkiem czasu, różnym od poprzedniego i 

od następnego. Tak samo wszystkie czynności nabrały znaczenia 
konkretnego, oderwały się od swoich mitycznych prawzorów. Wyrostki 

w wioskach szydziły z ojców, co zaczynali siew w dniu Matki Boskiej 

Siewnej, dlatego że ona tego dnia właśnie zaczynała.  Matka Boska 
nigdy nie siała!
 - śmiali się. Ojcowie wypędzali bydło 23 kwietnia, bo 

tego dnia właśnie  święty Jerzy wypędzał swoje zwierzęta na pierwszy 
popas.  Święty Jerzy nie pasł krów - pokpiwali mężczyźni, co byli na 

wojnach, pracowali w fabrykach, służyli w wojsku. I zamiast iść do 
cerkwi, mężczyźni od rana w niedzielę pili wódkę albo rżnęli w karty, 

wyrostki plądrowały cmentarze, obrywały z pomników ołowiane krzyże, 

mazały popu okna błotem. Dziewczęta czerniły brwi, malowały usta. 
Ojcowie i matki patrzyli ze zgrozą: sodoma gomora, koniec świata, kara 

boska, herezja! Inaczej nie umieli starzy wytłumaczyć nawałnicy zmian 

w  świecie dotąd prawie niezmiennym. (Niezmiennym, bo wszystkie 
pokolenia, i te sprzed lat pięćdziesięciu, i te sprzed pięciuset,  żyły 

podobnie, podług mitycznego prawzoru, gdyż prawzór mimo upływu lat 

pozostawał ten sam, jak te same były wciąż ikony w cerkwiach, 
modlitewniki, pieśni, obrzędy). 

I oto znalazło się pokolenie, które odwróciło oczy od prawzoru: przez 

background image

pierwszą wojnę  światową wypędzeni z białostockiego matecznika, 

zmuszeni do ewakuacji, tułaczek, walki na różnych frontach, udziału 

w rewolucji - zostali obudzeni z mistycznego letargu. To oni wnieśli do 
tutejszych lichych wsi prawosławnych takie problemy, jak naród, 

państwo, wolność, niewola... Ci, co przeżyli zawieruchę w domu, 

patrzyli na nich ze zdumieniem: co ich opętało, popsuło, czego chcą? 
Nie rozumieli przybyszów, czuli się zdezorientowani, zagrożeni. Zwrócili 

się więc do świętych - modląc się podwójnie, bijąc po trzykroć 

pokłonów, ofiarowując po trzykroć  świec! Widząc, iż  święci nie mogą 
czy nie chcą  użyć swych mocy, co zagorzalsi i bardziej fanatyczni 

chłopi postanowili ich wyręczyć, ogłaszając się sami świętymi. 

Rozmnożyli się więc święci w wioskach setkami. 

Ale zgorszenie nie ustępowało. Przeciwnie - zepsucie postępowało coraz 

śmielej. Aż chłopski prorok w jakiejś wsi, przerażony bezskutecznością 

modłów i postów, postanowił odwołać się do cudu najsłynniejszego - 
odkupienia... Ukrzyżujemy Chrystusa-Ilję i diabeł, co zarazę sieje, w 

proch będzie starty - a z diabłem - zepsucie, sodoma gomora... I 

zacznie się  świat od nowa, od początku, znowu po bożemu będą się 
ludzie rodzili, żenili, umierali; orka, siew, żniwa, pieczenie chleba na 

nowo staną się świętymi obrzędami... 

Wieść, że ludzie niosą drzewo, by na nim Ilję ukrzyżować, wyprzedziła 
procesję, dotarła do Ilji zawczasu. Nietrudno zgadnąć, w jakiej rozterce 

musiał znaleźć się prorok z Grzybowszczyzny. Nie poddać się próbie, 

znaczyło wyprzeć się boskości. A pozwolić się ukrzyżować? Męczarnię 
krzyżową znosić? Skonać? Ba, ależ to jeszcze nie wszystko - wszak i 

zmartwychwstać trzeba. 

Widać niezbyt pewny był IIja swego posłannictwa: podobno gdy 
Judasz, zaczynając ewangeliczne misterium, przystąpił, aby ucałować 

proroka w policzek, Ilja zdzielił go pięścią, roztrącił osłupiałych 

wiernych i jak strzała pomknął w las. Wskoczył do jamy po 
ziemniakach, rozsunął za sobą leżące na jamie drągi, a następnie 

przykrył się zbutwiałą  słomą po ziemniakach. Wierni nie dali za 

wygraną - zbyt wiele kosztował ich ten pochód. Przeszukali lasek i 
okoliczne zagajniki, przetrząsnęli zabudowania, ktoś zajrzał nawet do 

jamy ziemniaczanej w lasku, ale w półmroku zobaczył tylko kupę 

słomy, pod którą skrył się Ilja. Dopiero na drugi dzień zrezygnowali z 
poszukiwań i rozeszli się, zostawiając w Grzybowszczyźnie krzyż bez 

ukrzyżowanego. Prorok trzy dni siedział w kucki pod stertą zgniłej, 

cuchnącej ziemniakami słomy, na trzeci dzień objawił się  światu, ale 
nie było to przecież zmartwychwstanie. 

Był to najdramatyczniejszy, ale nie jedyny akt próby świętości 

proroków grzybowskich. Podobnie zdarzyło się w Pieńkach koło 
Michałowa, gdzie nad Supraślą zamieszkał i nauczał Jan Chrzciciel. 

Otóż rankiem, gdy święty leżał był jeszcze w łożu, na podwórze 

wkroczyli śpiewając religijne pieśni pielgrzymi z ikonami, chorągwiami 

background image

oraz... toporem i dużą tacą. Obudzony śpiewami  święty podszedł do 

okna i uchyliwszy firankę, ujrzał kilkanaście rozmodlonych osób, a 

przed progiem mężczyznę i kobietę, czekających na jego wyjście: 
mężczyzna trzymał w ręku rzeźniczy tasak, kobieta dużą kuchenną 

tacę. Nie mógł Jan Chrzciciel z Pieniek nie znać żywota i męczeńskiej 

śmierci świętego Jana, syna Zachariaszowego. Tedy jak stał, w koszuli 
i kalesonach, skoczył po drabinie na strych, przebił  głową dach 

słomiany, zsunął się po strzesze w pokrzywy i ogrodami szparko 

pomknął w pola... 
A krzyż, którego nie chciał Ilja, wkopano na polu niedaleko 

Grzybowszczyzny. Spróchniał już na dobre, pochylił się z lekka, lada 

rok runie. 
 

Grzybowszczyzna 

 
Pojechałem do Grzybowszczyzny zobaczyć  świętą cerkiew, święte 

drzewa, Dolinę Jozafata, gdzie się  sąd ostateczny odbywał, a przede 

wszystkim porozmawiać z ludźmi, którzy znali proroka Ilję i byli 
świadkami jego cudów. 

Grzybowszczyzna jest niewielką wsią - liczy tylko szesnaście zagród. 

Ziemia tu licha, gospodarstwa nieduże, ludzie żyją ubogo. Dookoła lasy 
i piaszczyste pagórki. Do najbliższego przystanku PKS idzie się ze wsi 

kilkanaście kilometrów. We wsi dużo drzew, gałęzie przesłaniają i 

domy, i niebo. Spokojnie tu i zacisznie niczym w gaju oliwnym. Na 
ulicy kury i prosiaki szukają sobie żeru, pod płotami bawią się bose 

dzieci. Za wsią, w lasku, widać niedużą murowaną cerkiew - dzieło 

proroka Ilji. 
Bez trudu znalazłem chatę sołtysa. Sam sołtys był w mieście, wrócił do 

domu dopiero wieczorem. Rozsiadł się za stołem, wykręcił knot lampy, 

zdmuchnął ze stołu okruszyny chleba. Obejrzał moją delegację, 
chuchnął kilka razy w pieczątkę, podstemplował z namaszczeniem. 

- To pana interesuje ten nasz prorok... Ilja... - mówił, jakby nie 

dowierzając,  że w takiej sprawie można iść piechotą kilkanaście 
kilometrów i to ze służbową delegacją w kieszeni. Położył ręce na stole 

i z powagą, z jaką rozmawia się w sprawach urzędowych, zaczął 

wyjaśniać: 
- Zaczęło się to jeszcze przed pierwszą wojną światową. Mieszkał tu na 

kolonii w lesie Eliasz Klimowicz, stary, nieuczony chłop. Kobyłę miał 

starą, wóz na drewnianych osiach. Wszyscy mieli już wozy na 
żelaznych osiach, a on - na drewnianych. Zapóźniony był. Umiał 

trochę czytać, ale pisać to prawie nic. 

I był wtedy we wsi taki jeden bandzior, nazywał się Półtorak. Rabował 
ludzi, groził zabójstwami, żądał wysokich okupów. Nawet carscy 

żandarmi nie dawali mu rady. Dokuczał on i staremu Eliaszowi, bo to 

las, kolonia - łatwo takiego było straszyć, prześladować. W tym czasie 

background image

gdzieś tam aż w Kronsztadzie mieszkał taki pop-cudotwórca, Joan 

Kronsztadzki. Do tego Joana poszedł Eliasz prosić, żeby ratował ludzi 

przed Półtorakiem. I tak jakoś wyszło,  że w tym akurat czasie jeden 
chłop, którego dom Półtorak rabował, podczas rabunku zabił bandytę. 

Ale ludzie zamiast dziękować temu, co zabił, dziękowali Eliaszowi: że 

niby to Joana pomoc, że Półtorak zginął. 
I to przyniosło Eliaszowi sławę. A jeszcze sławniejszy stał się wtedy, jak 

zaczął budować we wsi cerkiew. Licho wie, skąd miał pieniądze. Ludzie 

gadają różnie, mówią na przykład,  że od Joana Kronsztadzkiego. 
Podobno ten pop miał takiego bzika - od jednych brał, drugim dawał. 

Duże pieniądze w ten sposób rozdawał. 

No i zaczął Eliasz budować tutaj cerkiew. Ale przyszła wojna, co 
zbudował - zburzono, a ludzi wywieziono do Rosji. Po powrocie nie 

mieli pieniędzy na cerkiew - ludziom brakło chleba, u Eliasza też się 

nie przelewało. A do tego na wznowienie budowy polskie władze nie 
dawały zezwolenia, budowano tu wtedy kościoły, nie cerkwie. Eliasz 

jeździł gdzieś, pisał podania, dochodził praw. Zaczął sprzedawać nawet 

pole,  żeby koszty opłacić. I widzi pan: dopiął swego! Zezwolili mu nie 
tylko dalej budować, ale i organizować kwesty w prawosławnych 

parafiach. Kobiety z Grzybowszczyzny i innych wiosek chodziły od 

parafii do parafii, zbierały pieniądze na wykończenie cerkwi. 
Opowiadały przy tym niestworzone rzeczy o Ilji i Grzybowszczyźnie. I 

ciemni ludzie zaczęli wierzyć,  że niby w Grzybowszczyźnie biblijny 

prorok Ilja zmartwychwstał czy zszedł z nieba, że cerkiew cudem z 
ziemi wyrosła i wiele innych takich bajek. Wierzyli i szli tłumami. Oj, 

panie, co tu się działo... Apostołów różnych ile się znalazło; apostoł 

Bielski, apostoł Kobryński, Jan Bogosłow... Czort ich wszystkich 
spamięta. 

Sołtys machnął  ręką na znak, że o tym, co było dalej, woli nie 

opowiadać. 
- A prorok... Czy jeszcze żyje? - spytałem. 

- W 1940 roku, za władzy radzieckiej, wyjechał na wschód i już nie 

wrócił. Stary był przecież, koło siedemdziesiątki... - wyjaśnił. 
- A z rodziny nikt nie pozostał? Może dzieci albo wnuki? 

- Nikt. Syn po pierwszej wojnie został w Rosji, prawdopodobnie też już 

nie żyje. Jest tu jego wnuczka. - sołtys uśmiechnął się, spoglądając na 
krzątającą się w milczeniu przy garnkach kobietę. 

- To moja żona - wyjaśnił - Ale nie rodzona wnuczka - dodał - Jej 

matka była pasierbicą Ilji. 
Weszły jakieś kobiety. Stanęły w drzwiach prowadzących do pokoju i 

przysłuchiwały się rozmowie. 

- Wy nic, dziadżka, nie gadajcie - powiedziała jedna z nich do sołtysa - 
Ilja był święty człowiek, i już. On robił cuda. 

- A jaki tam święty! - oburzył się sołtys - Głupi mużyk, jak i inni. 

Święty - ironizował - albo to tylko on był tu święty? Było ich do czorta. 

background image

Tu był, panie, jeszcze lepszy żulik, taki Regis - też  święty. Mówił,  że 

jest carem Mikołajem, i niektórzy w to nawet uwierzyli. 

- Ten, prawda, to już żaden święty - wtrąciła druga kobieta - Co to za 
święty: tolki chlau i baby dupczyu... 

- Nie mów tak! - syknęła sąsiadka i wskazała mnie głową: - Patrz... on 
wszystko zapisuje. 

- Tacy oni tam wszyscy byli święci jak ten Regis - zakończył sołtys, 

zabierając się do podanej na stół kolacji. 
 

Batiuszka 

 
Ksiądz Sawicz był w latach dwudziestych proboszczem prawosławnej 

parafii w Ostrowiu, do której należała także Grzybowszczyzna. On to, 

jako pierwszy przedstawiciel cerkwi, obserwował narodziny 
grzybowskiej herezji. Obserwował - i zwalczał, jak mógł i jak umiał. 

Dziś jest to człowiek w wieku podeszłym, ale nadal pełni obowiązki 

duszpasterza, tyle że gdzie indziej. O Eliaszu Klimowiczu mówić ze 
mną nie chciał. 

- Chciałby pan opisać, jak powstaje nowa religia? - domyślał się - Ale 

ja nie będę dawał panu argumentów, że religia może być dziełem 
głupoty i oszustwa. 

Oświadczyłem,  że daleki jestem od takiego rozumienia herezji z 

Grzybowszczyzny: ludzka głupota i oszustwo cwaniaków to 
niewystarczające argumenty na to niezwykłe zjawisko. Po pierwsze, 

musiała istnieć w ludziach wewnętrzna potrzeba takiego ruchu. Po 

drugie, Eliasz Klimowicz i inni przywódcy, moim zdaniem, nie byli 
oszustami - byli ludźmi uczciwymi. Oni nie udawali świętych: mieli 

wewnętrzne przekonanie o swej misji, świętości, wielkości. Nie grali... 

Dopiero batiuszka nie wytrzymał: 
- Pan mówi: przekonania? Ludzie uczciwi? Kto? Ilja i jego pomocnicy? 

Panie, toż to zwyczajni prochodimcy, hochsztaplery i nic więcej. Pan 

wie, jak on ludzi nabierał, jakich chwytów używał? 
Batiuszka rozgadał się na dobre, a wspominając roznamiętnił się 

nawet, widać sprawa Ilji kosztowała go ongiś niemało zdrowia. Trudno 

się dziwić,  że irytował go ten nieoczekiwany, samozwańczy kapłan-
amator, którego szanowano, czczono, wielbiono bardziej niż jego, 

księdza, ze wszystkimi święceniami! Nie mógł nie denerwować go ten 

niepiśmienny, dukający, ciemny chłop, którego kazań  słuchało 
dziesięciokroć więcej wiernych niż jego, człowieka wykształconego. 

- Tłumy, panie, tysiące narodu! - wspomina były proboszcz ostrowski. 

- Wszyscy cisną się do Ilji, żeby pobłogosławił, rozgrzeszył. A jakże, 
rozgrzesza, błogosławi. I raptem, panie, nieruchomieje, wpatruje się w 

kogoś surowo i proroczym głosem ogłasza: ciebie nie pobłogosławię, ty 

niedawno zgrzeszyłaś ciężko! Pan rozumie, któż z nas pod słońcem bez 
grzechu... A on: ty ciężko zgrzeszyłaś! I co? Ludzie odsuwają się od 

background image

takiej, odstępują, a on, Ilja, ręką i wzrokiem gromi jak Pan Bóg, gdy 

Adama z raju wypędzał! I kobieta pada na ziemię, jęczy, wije się! A 

wśród ludzi przerażenie i uwielbienie. Prorok! Jasnowidz! Święty! 
Albo innym razem, na wsienoszcznoj, ludzie czytali „Dzieje 

apostolskie”... Czytali, czytali, aż pospali się. Ilja budzi się pierwszy, 

widzi,  że  śpią, od razu to wykorzystuje: wy tu śpicie – krzyczy - a ja 
całą godzinę z Bogiem rozmawiał!
 Tak, panie, jego sława z niegodnych 
postępków urosła... 

- A jeśli rzeczywiście miewał jakieś przywidzenia mistyczne? - 

zaoponowałem - Może naprawdę zdawało mu się,  że z Bogiem 
rozmawia? 

-  Święty,  święty... to dlaczego był taki żądny pieniędzy? - replikuje 

ksiądz - Worki upychał, tyle tego ludzie znosili. Sam liczyć nie umiał, 
to aż do Sokółki do Żyda jeździł, żeby mu liczył. Toż opowiadali ludzie, 

jak było. Bywało, wysypie Jankiel pieniądze z worka na stół jak 

gruszki, rozgarnie tę kupę ręką, a tak chytrze, żeby do rękawa nabrać: 
ajajaj - pojękuje - nie wytrzymam, pójdę się wody napić. I wynosi do 

komory parę tysiączków. A Ilja nawet nie zauważa ubytku, taka góra 

tego złupionego grosza leży! Później z władzą się pokumał, dostawał 
ordery, nagrody, chodził z pistoletem. Ja się bałem jeździć do ich 

cerkwi - mus było wynająć w Krynkach dwóch tielochranitielej, żeby 

czuwali i bronili w razie czego. Przecież tam zabito człowieka - męża tej 
kobiety, co ją sobie wziął Ilja, jakiejś tam Fiokły. Zamordowany tydzień 

leżał za wioską i nikt nie śmiał zająć się trupem, wszyscy się bali Ilji...  

Batiuszka chciał mówić i nie chciał - choć ostrożność nakazywała mu 
nie wyjawiać  żenujących tajemnic ostrowskiej parafii, ciągnęło go 

jednak do wspomnień. Widać konflikt z Ilją nie był z rzędu codzien-

nych i banalnych proboszczowskich kłopotów. Pomyślawszy, ciągnął 
dalej: 

- Coś w nim było dziwnego od samego początku... - zrobił wymowny 

zakrętas na czole - On miał tu coś na odwrót... Pamiętam nasze 
spotkanie w nowo zbudowanej cerkwi... Archirej zlecił mi pojechać i 

sprawdzić, czy cerkiew nadaje się do wyświęcenia. Pojechałem, 

obejrzałem i mówię Ilji: ikon jednak trochę za mało. A on mi, wiecie, 
wyjeżdża ze swoją filozofią, kto on, jaki, co tu robi  na  ziemi.  To  ja 

mówię wprost: jak ty taki ważny, bratku, to po co tobie te ikony? Jedź 
ty do Krynek, zamów u Charytona swoje portrety i klękaj przed nimi!
 

Żart żartem, a w końcu na to wyszło, że swoje podobizny wywiesił... 

Albo odprawiam tam nabożeństwo: skończę, naród zamiast do mnie, 
święty krzyż całować, pcha się do niego! A on, nieczestiwiec, błogosławi 

wszystkich, i to gestem, do którego uprawniony jest tylko kapłan.  To 
jak ty taki święty
 - mówię - to wydumaj sobie swój gest, a nie 

powtarzaj tego, co i kapłan. Panie, ludzie całe majątki sprzedawali, 
wszystko jemu nieśli, a on? Żeby choć parę groszy mnie odstąpił, ale 

gdzie tam! Później doszło do zupełnego obłędu: przejdzie Ilja ulicą - 

background image

ludzie rzucają się tam, gdzie stanęły jego stopy, drą garściami ziemię, 

bo  święta, bo prorok stał na niej. Tłumy czekały pod jego oknami i 

progiem. 
Umyje się Ilja, chluśnie na dwór wodę - rzucają się i piją  tę wodę z 

mydlinami, błoto zlizują, bo święte. Ot, panie, do czego doszło... 

- A sam Ilja nie odprawiał nabożeństw? 
- O właśnie! Chciał dostać na to zezwolenie. Zgodził się nawet wstąpić 

do zakonu. Sam archirej przyjechał na wyświęcenie. A przecież 

sakrament kapłaństwa to sakrament wielkiej wagi! Jakaż uroczystość! 
Noc, nabożeństwo, cześć, skupienie! Wszystko odbywało się jak trzeba 

- archirej wziął nożyce, uniósł nad głową Eliasza, potem upuścił na 

ziemię i spytał go: a czy naprawdę wszystko przemyślałeś, czy 
naprawdę chcesz zostawić  świat gwoli służby Bożej, jeszcze się 

zastanów. I tak trzykrotnie. I on, nicpoń, zważy to pan, przyjął 
postrzyżyny i pobywszy tylko parę dni w stanie zakonnym, zrzekł się 

wszystkiego: i zakonu, i świętej religii prawosławnej, i cerkwi - cerkiew 
oddał katolikom na kościół, a sam zaczął odprawiać nabożeństwa we 

własnym domu. 

Myślał,  że jak wstąpi do zakonu, to mu pozwolą odprawiać 
nabożeństwa w cerkwi, durny mużyk. Któż jemu, analfabecie bez 

szkoły i nauki, pozwoliłby być kapłanem! Zresztą już w czasie święceń 

jego wielbiciele zachowali się skandalicznie - zaczęli raptem śpiewać: 
Chrystos woskresie iz miertwych i to się śpiewa u prawosławnych tylko 

na Wielkanoc, a oni prawie zawsze tak śpiewali, że niby to Eliasz jest 

ich zmartwychwstałym Chrystusem. Obłęd, panie, ogarnął lud i nic 
więcej. Czasy takie były, lud się burzył, szukał czegoś, nie wiadomo 

czego... - zakończył filozoficznie. 

Kiwając się lekko w wygodnym fotelu, batiuszka ważył coś w myślach. 
- No tak - rzekł po jakimś czasie - rozgadałem się niepotrzebnie. We 

wszystkim dopatrywać się trzeba dopustu bożego. Anno! - zawołał 

głośno - zrób, proszę cię, herbatkę, wypijemy z panem. 
 

List 

 
Paweł Tołoszyn należy do najbardziej interesujących ludzi, jakich 

kiedykolwiek zdarzyło mi się poznać. Mieszka w Grzybowszczyźnie na 

tym samym chutorze, na którym ongiś mieszkał Ilja. Pisano o nim 
nieraz w miejscowej białostockiej prasie, a w sierpniu 1970 r. nawet 

warszawski „Express Wieczorny” zamieścił następującą notatkę: 

SAMORODNY TALENT TECHNICZNY 
Paweł Tołoszyn ze wsi Grabowszczyzna w pow. sokolskim ma złote 

ręce. Z pozostałych po wojnie wraków samochodów i czołgów zbudował 

wszystkie posiadane przez siebie maszyny, a nawet traktor, którym 
wykonuje niektóre prace w gospodarstwie. 

Najciekawszym urządzeniem jest własna elektrownia napędzana przez 

background image

wiatrak. Przy jej budowie wykorzystał on mechanizm różnicowy i 

baterię akumulatorów z rozbitej ciężarówki. 

Tołoszyn jest wzorowym rolnikiem. Bardzo dba o warunki pracy w 
gospodarstwie, chcąc je upodobnić do racjonalnie prowadzonego 

przedsiębiorstwa. Przykładem tego może być fakt, że co roku udziela 

żonie miesięcznego urlopu, zabraniając jej w tym czasie wszelkich prac 
na roli.
 

Notatka nie jest ścisła. Tołoszyn zbudował nie jeden, ale kilka 

traktorów o różnym przeznaczeniu. Widziałem u niego między innymi 
traktor o trzech kołach, przeznaczony do redlenia ziemniaków, traktor 

z przymocowanym do podwozia pługiem, traktor do transportu itp. 

Gdy ostatni raz byłem u Tołoszyna, demonstrował mi urządzenie do 
pneumatycznego wyciskania miodu z plastrów. To zdolny konstruktor, 

rolnik, ogrodnik, pszczelarz i na swój sposób także filozof i teolog. 

Oczywiście we wszystkich tych dziedzinach jest samoukiem. 
Przed paru laty, napisawszy pierwszy artykuł o proroku Ilji i jego 

ruchu, wysłałem rzecz do oceny Tołoszynowi - jako osobie najbardziej 

kompetentnej. Zwlekał z odpowiedzią. Wreszcie odpisał: 
Drogi Panie! 

Przeczytałem Pana pracę. Z wieloma rzeczami całkiem się zgadzam, ale 

z wieloma niezupełnie. 
Po pierwsze, pisze Pan „sekta grzybowska”. Według mnie to nie tak. 

Jest tylko cerkiew w Grzybowszczyźnie i był jej budowniczy, Eliasz 

Klimowicz. Po drugie, nie zdaje Pan sobie sprawy, jak się cerkiew 
budowała i co skłoniło jej budowniczego do tak ryzykownego 

przedsięwzięcia. Eliasz Klimowicz, jak wiadomo, był zwykłym wiej-

skim, niewykształconym chłopem. Każdy chłop w tym czasie, gdy się 
poczuł „przy pieniądzach”, kupował ziemię, czy też, jak u nas mówią, 

„błoto”. Chyba że był „majsterski” - wtedy budował sobie młyn. Eliasz 

budował cerkiew. Skąd, po co i na co cerkiew! 
Budowniczy nie od razu był wielkim, zdrowym mężczyzną, przedtem 

był przecież dzieckiem i młodzieńcem. Wieś Grzybowszczyzna, jak i 

inne okoliczne wioski, uboga, ziemia tu nieurodzajna, sianokosy daleko 
i też mało wydajne. Gdy Eliasz był jeszcze dzieckiem, rodzice jego 

jeździli w niedzielę na nabożeństwa aż  do  Krynek.  Wstawali  bardzo 

wcześnie. Gotowali strawę - lepszą niż codziennie, bo z mięsem - strawę 
jedli w domu, a mięso brali do Krynek. Po obiedni szli rozgrzać się do 

karczmy. Pili po kielichu, a jak było z kim, to i po drugim, trzecim. 

Zagryzali mięsem, które przywieźli ze sobą. A że kości rzucać w 
karczmie  Żyd nie pozwalał, bo może  świńskie i Żydowi będzie „tref”, 

kładli je z powrotem do torby i z resztkami chleba wieźli do domu. 

W domu czekały na rodziców dzieci, wybiegały im na spotkanie, 
zabierały z wozu, co było, i oczywiście torbę. Wyjmowały z niej „zajęczy 

chleb”, ogryzały kości i chwaliły, że wszystko takie smaczne. 

„Och,  żeby cerkiew była blisko, toby rodzice nie zabierali w niedzielę 

background image

mięsa i my byśmy jedli z nimi w domu” - tak mówił wówczas mały 

Eliasz. 

Jak człowiekowi przyjdzie jakiś zamysł do głowy, nie porzuca go 
czasem przez całe  życie. Mało - zaczyna o tym śnić. Tak było i z 

Eliaszem. Jeszcze będąc młodzieńcem, widział we śnie cerkiew w 

wiosce, w tym samym miejscu, gdzie ona stoi dziś. 
„Myśl ta - opowiadał mi później Eliasz - nie dawała mi spokoju. 

Pojechałem do Kronsztadu. W Kronsztadzie otrzymałem 

błogosławieństwo na dobry uczynek, uprzedzono mnie jednak, iż  będę 
musiał znieść wiele trudów. Zacząłem jednak z błogosławieństwem i 

trudów się nie wystraszyłem.” 

Robota szła mozolnie. Brakowało ciągle pieniędzy. Do pierwszej wojny 
światowej zdążono jedynie nakryć  słomą dach cerkwi. Po wojnie było 

jeszcze gorzej. Jednak rozpoczęte dzieło trzeba było kontynuować. 

Zaczęli przychodzić do nas ludzie. Jedni szli pomóc bezinteresownie, 
inni z nadzieją wzbogacenia się czyimś kosztem, jeszcze inni... 

Oto na przykład taki Paweł Bielski. Zebrał ileś tam bab-hultajek, 

nikomu niepotrzebnych panien oraz mężczyzn, którzy nie mieli się czym 
zająć. Szli oni całymi procesjami, śpiewając pieśni własnego pomysłu i 

tak zarabiając przynosili nawet jakieś tam sumy pieniędzy do cerkwi. 

Pawła Bielskiego nic to nie kosztowało, zdobywał podczas tych 
pochodów duży rozgłos - widocznie na tym mu zależało. Był też typ in-

nego pokroju, niejaki Regis. Tak potrafił otumanić ciemnych, 

prawdopodobnie - najciemniejszych chłopów, i że dawali mu wszystko, 
czego potrzebował - nawet swe dorosłe córki na rozpustę. Płynęły 

również zewsząd pieniądze, lała się gorzałka. Regis pił i dla „cudu” 

zagryzał tylko czosnkiem. Jego wierni czynili to samo. Byli to tak zwani 
„nikołajewcy”, ich celem było zająć trony na niebie i na ziemi, gdy Bóg 

da przemianę i on, Mikołaj Regis, zostanie carem. 

Gdy cerkiew została zbudowana, liczba różnego rodzaju „ojców” i 
cudotwórców wzrosła niepomiernie. Rodzili się jak grzyby po deszczu. 

Ojciec Benedykt, ojciec Borys, Maksym Antoniuk. Każdy z tych „ojców” 

miał  własną grupę, często ci sami ludzie przechodzili od jednego 
„proroka” do drugiego, w zależności od tego, kto w danej chwili czynił 

więcej cudów. A cudów było w bród. Jasnowidze przepowiadali 

przyszłość - wiedzieli wszystko, co było i co będzie. Kto rozprzestrzeniał 
te wieści, kto robił reklamę cudotwórcom? Nadstawiaj tylko uszu. 

Mistrzyniami od mówienia były różne „matki”, było ich też chyba z 

tuzin. 
Pisze Pan, iż „sekta grzybowska” dążyła do poderwania autorytetu 

duchowieństwa prawosławnego w masach. Nie o to chodziło. Podczas 

postrzygania Eliasza ludzie rzeczywiście przynieśli dużo pieniędzy i 
wszyscy ujrzeli na własne oczy, jaka jest zachłanność duchowieństwa 

prawosławnego. To oni zmusili wstąpić do zakonu, na przekór 

wszelkim zasadom, dwukrotnie żonatego mężczyznę, ciemnego, 

background image

zupełnie nie obeznanego w kanonach chłopa - od pługa i siekiery. 

„Najwięcej przy budowie cerkwi pomagało mi prawosławne 

duchowieństwo - z goryczą mówił ongiś  Eliasz  -  bo  grodzieński 
konsystor zdarł ze mnie aż 400 złotych za zupełnie stary, zgryziony 

przez robactwo ikonostas. Sprzedałem na to ostatnią krowę. Czy 

uwierzysz, Paweł, że sprzedałem nawet puste worki po zbożu, by jakoś 
dociągnąć do lata? Innej rady nie było...” - opowiadał i łzy ciekły mu z 

oczu. 

Z poważaniem Tołoszyn 
 

Sekretarz Sądu Ostatecznego 

 
Tradycyjna wiejska izba: dwie ciężkie drewniane lady pod ścianami, 

zaścielony obrusem stół, na stole bochen chleba. Tylko ściany 

szczelnie, jak w żadnej innej chłopskiej chacie, zawieszone ikonami - 
tymi zwykłymi cerkiewnymi, spotykanymi w każdym domu, i tymi 

„heretyckimi”, od Ilji. 

Jestem w chacie Aleksandra Daniluka we wsi Kamień w hajnowskim 
powiecie. 

Gospodarz mimo podeszłego wieku jest wciąż dorodnym mężczyzną: 

trzyma się prosto, twarz czerstwa i - jak u każdego proroka - 
ozdobiona bujną brodą. Bystre, inteligentne oczy nie zdradzają jednak 

zbytniej skłonności do kontemplacji. Daniluk, rzeczywiście, nie na 

kontemplację czas poświęcał. Jego prawda jest prosta, leży na 
powierzchni jak na dłoni. Jest prawdą słów, a nie prawdą uczuć. 

W swoim czasie Daniluk był „prawą ręką” proroka. Ilja lubił Daniluka, 

miał go za jednego z najbliższych przyjaciół, a ten robił, co mógł, by 
zaufania proroka nie zawieść. Choć czytanie szło Danilukowi z trudem, 

a już zupełną udręką było posługiwanie się piórem, zaczął wydawać 

organ nowego ruchu, który wprawdzie - przez przeoczenie chyba - nie 
posiadał stałego tytułu, ale cztery jego numery ukazały się w 

niemałych nakładach i zostały szybko rozkolportowane przez wiernych 

proroka. 
Daniluk spisywał, a następnie drukował wypowiedzi Ilji, dodając do 

nich własne komentarze i pouczenia. Był więc jednocześnie i 

sekretarzem proroka, i redaktorem jego pism, i trochę „nadwornym” 
teologiem. W stopkach gazety widnieje wytłuszczony napis: redaktor i 

wydawca - Aleksander Daniluk. 

Pierwszy własny traktat Daniluka nosił tytuł „Prorok priszoł k wdowie 
Polsze i posieliłsia u ruczja, kak i staryj prorok Ilja
” i zaczynał się 

następująco: 
Szymon Aleksander, sługa Boży i Pana naszego Jezusa Chrystusa, i 

Proroka Ilji, którego oczekiwaliśmy około 2000 lat. Oto doczekaliśmy się 

przyjścia Proroka i ja obwieszczam wam, że naprawdę jest on 
Prorokiem Ilją, jak napisane w rozdziale 11, wierszu 14 od Mateusza. 

background image

Kto ma uszy, niech słucha. Nie ciało i krew odkryły mi to, ale sam Pan 

Jezus Chrystus mieszkający w niebiosach. 

I dalej: 
Bracia i siostry: wszyscy wy wiecie, że Bóg jest jeden, lecz wielbiony 

jest w Trójcy. Więc wiedzcie i to, że Testament, to znaczy Biblia, jest 

jedna, lecz w trzech rozdziałach. Dotąd Biblia zawierała dwa 
Testamenty: Stary i Nowy. Lecz obecnie powstaje Trzeci Testament, 

tworzony przez Proroka naszego Eliasza. 

Dziś Daniluk nie rozporządza  żadnym pismem, środki propagandy, 
które mu pozostały, są raczej ubogie. Odsuwa powoli szufladę, chwilę 

grzebie w papierach, wyjmuje zapisaną ołówkiem kartkę. Podaje mi. 

Czytam: 
Ogłaszam wam Narody wszystkich krajów Wtórne Przyjście Pana 

naszego Jezusa Chrystusa na Ziemię. 

Ogłaszam całemu  światu wiadomość Najdroższą, tzn. Najdroższą 
wiadomość. Droższej wiadomości od tej nie będzie na wieki wieków. 

Ogłaszam całemu  światu. Ludzie wszystkich wyznań: ruscy, polscy, 

francuscy, niemieccy, angielscy, amerykańscy. Słuchajcie - Chrystus 
przyszedł po raz wtóry na ziemię. To znaczy narodził się po raz wtóry 

na ziemi. Król królów przyszedł po raz wtóry na ziemię. Pan panów 

przyszedł po raz wtóry na ziemię. Władca władców przyszedł po raz 
wtóry na ziemię. Gwiazda dawno już  świeci,  świadcząc o wtórnym 

przyjściu Pana naszego Jezusa Chrystusa na ziemię!  Świadczy ona o 

tym tak, jak i w Pierwszym Przyjściu  świadczyła. Jest najlepszym 
dowodem. Jest wiele dowodów na to, ale gwiazda jest najlepszym 

dowodem wtórnego przyjścia Chrystusa. Za tę Najdroższą wiadomość 

podpisuję się własnoręcznie. 

Aleksander Jefimowicz Daniluk 

- Wysłałem to do redakcji „Gromady Rolnika Polskiego” - wyjaśnia 

prorok - i oni przysłali mi pozdrowienia. Ale napisali, że religijnymi 
sprawami się nie zajmują.  Nu, ne zajmajeszsie, to Boh z toboju. To ja 

wysłałem do „Trybuny Ludu”. Chyba z miesiąc, jak wysłałem, i jeszcze 
nie ma odpowiedzi. Ale od najwyższych władz Związku Radzieckiego 

odpowiedź otrzymałem. Piszą, że list mój do nich doszedł i że będą go 

rozpatrywać. 
Rozmówca znów sięgnął do szuflady i wyjął niebieską kartkę z okrągłą 

pieczęcią: Wierchownyj Sowiet SSSR. Czytam: „Potwierdzenie odbioru. 

Przesyłka nr 1628. Nadawca: Aleksander Daniluk. Polska. Otrzymano 
dnia 6 X 1968 r.” Dalej kilka nieczytelnych podpisów. 

List Daniluka jest po pewnej części dokładną kopią obwieszczenia, 

które prorok Ilja wywiesił ongiś na drzwiach swej cerkwi. A uczynił to 
w desperacji: wyprowadzony z równowagi niesfornością wiernych, 

ciągłymi kradzieżami w cerkwi, kłopotami z duchowieństwem, prorok 

postawił na jedno - obwieścić ludziom koniec świata. Wyrwał kartkę z 
zeszytu i nie wprawioną do trzymania pióra ręką zaczął pisać tekst 

background image

obwieszczenia o wtórnym przyjściu Chrystusa i końcu  świata: 

Ogłaszam całemu  światu wiadomość najdroższą...” Zauważył  błąd w 
ostatnim wyrazie, ale słów pisanych w boskim natchnieniu prorok nie 

przekreśla... Więc Ilja skomentował je tylko, dodając: „tzn. najdroższą 
wiadomość
”. 

Stało się. Od tego czasu przez czterdzieści nieomal lat Daniluk 

przepisuje tekst Mistrza razem z tym błędem, wysyłając wielkim tego 
świata. Ale już tylko początek pochodzi od Ilji, resztę dopisał sam 

Daniluk, biorąc na siebie cały ciężar odpowiedzialności za proroczą 

interpretację dziejów. Musi to czynić. Ilji nie ma między wiernymi, 
gdzieś daleko, w innym kraju, głosi swoją prawdę. Daniluk wierzy w to 

święcie. Tu pozostał on - główny interpretator dzieła proroka. Więc kto, 

jak nie Daniluk ma objaśnić wydarzenia, których jesteśmy świadkami? 
Orał, siał, w niedzielę czytał Biblię, po ciężkiej pracy w polu, rzuciwszy 

się na ławę, długo po nocach rozmyślał nad zawiłością prawd 

ostatecznych, próbując to, co się dookoła działo, rozumieć i wyrazić w 
niejednoznacznym języku Biblii. I oto po latach takich rozmyślań 

odkrył prawdę prostą i tak oczywistą, jak dwa razy dwa: wszystkie 

proroctwa Biblii już się spełniły z wtórnym przyjściem Chrystusa 
włącznie. Nad światem zabłysła zapowiadana przez proroków gwiazda - 

czerwona gwiazda, gwiazda rewolucji, gwiazda Związku Radzieckiego! 

Trzeba tylko ludziom ogłosić tę prawdę, by zrozumieli, że życie ich nie 
jest takim ot sobie prostym, zwyczajnym życiem, ale spełnieniem 

największych proroctw i największych wydarzeń w dziejach świata. 

Jeśli to zrozumieją, staną się szczęśliwi, mądrzy i dobrzy. Tylko co 
zrobić, żeby oni to zrozumieli? 

Właśnie: co zrobić? Rozsiadłszy się na grubych ławach, wsparłszy się 

łokciami na stole, myślimy nad tym w skupieniu: on, wychowany na 
Biblii prorok, i ja - dziennikarz wychowany na dialektyce. 

Potem idziemy do ogrodu. Sad jest piękny i bogaty w różnorodne i 

rzadkie drzewa niczym Eden. Daniluk należy do najlepszych 
gospodarzy we wsi. Ze znawstwem tłumaczy zalety poszczególnych 

drzew, opowiada o swych sukcesach i kłopotach w sadownictwie, 

oprowadza po obejściu. Całkiem nowoczesne urządzenia: piła tarczowa 
z elektrycznym silnikiem, siewnik, doskonale wyposażony warsztat 

stolarski. 

Koło stodoły wita mnie syn Aleksandra Daniluka. 
- Pan zdaje się z redakcji? - pyta uradowany - To bardzo dobrze, zaraz 

panu coś ciekawego pokażę. Może pan o tym napisać... 

Prowadzi mnie do nowej żniwiarki i długo objaśnia jakieś 
usprawnienie, które sam wprowadził. 

Jest niedziela, czas odpoczynku. Siadamy w cieniu rajskich jabłoni. 

Ciepło i pogodnie, jakże nie powspominać. Proszę proroka Aleksandra, 
by opowiedział swój święty  żywot, i włączam reporterski magnetofon. 

Posłuchajmy. 

background image

Mój proroczy żywot 

 

Urodziłem się w 1903 roku we wsi Kamień, w rodzinie prawosławnego 
ojca i prawosławnej matki, a ochrzcił mnie pop prawosławny w 

Łosince, i wszystko było tak jak należy. Gdy podrosłem, rodzice wysłali 

mnie do szkoły. Moi sąsiedzi, Jakubcowi, jak ich u nas nazywają, mieli 
dużą, podwójną chatę i tam była za cara szkoła, w tej szkole się 

uczyłem. W 1914 roku wywieziono nas do Rosji, w bieżeństwo, jak 

ludzie mówili. Zatrzymaliśmy się w Tobiaczach, to taka wioska w 
tobiakomskiej wołości, 50 kilometrów od Kazania, zamieszkaliśmy tam 

całą rodziną: ojciec, matka i nas sześcioro - czterech chłopców i dwie 

dziewczyny. Nie było co jeść. Chodziliśmy - ja i ojciec - z torbami, 
przeważnie do Tatarów, bo wszystkie sąsiednie wioski były tatarskie. 

Czasem da ktoś  mąki garnuszek, czasem po jajku. Raz, pamiętam, 

całą kopę jajek przyniosłem. 

Chodziłem tam też do szkoły. Nauczycielka, Aleksandra Iwanowna, 

bardzo mnie lubiła. Przyniosła mi czasem kubek mleka i smakowitego 

pieroga. I dziwiła się zawsze, że miałem ręcznie wyszywaną koszulę.  
- To mama mi ją wyszyła - odpowiadałem. 

Uczyłem się dobrze, przynosiłem zawsze piątki z plusem. Tylko religii, 

chociaż religii trzeba było uczyć się najpilniej, nie lubiłem. Jak 
przyjdzie pop, to się chowam za kolegów, żeby mnie nie zapytał. Sam 

nie wiem, czemu tak było. Czy może dlatego całe  życie z popami 

walczę? Ja właściwie nie walczę z nimi, tylko przeciwko ich czynom. 
Chodziłem jednak do cerkwi, służyłem nawet podczas liturgii, nosząc 

świece za popem. Raz ukradłem z tacy 50 rubli. O, tego już nie trzeba 

było robić. Ale ja wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy i ukradłem. 
Przyszła rewolucja. Przyjechało do wsi dwóch bolszewików, to jednego 

chłopi zabili. Tacy byli... A drugi uciekł. A potem przyjechało pięciu i 

zabili tego, co zabił. Popu mieli uciąć  głowę za to, że nie chciał 
pochować zabitego na cmentarzu, ale syn popa jakoś ubłagał, choć 

ten, co przyjechał, wyciągnął już szablę i trzymał w pogotowiu. Dzieci 

zbiegły się z całej wioski i przyglądały się, więc i ja tam byłem. Tak to 
bywa, że człowiek sam na siebie śmierć ściągnie. 

Skończyłem cztery klasy szkoły i poszedłem pracować na pocztę. 

Potem pracowałem jeszcze w Kazaniu w ochronie magazynów. Było 
nas tam 250 osób. Bolszewicy przyjeżdżali agitować. Jak zaczął jeden 

gadać przeciw Bogu, to ja, choć sam o  boskości nic nie wiedziałem, 

gotów byłem uszy zatykać. W dwa tygodnie później biedaka zabili. Po 
co, myślałem, było mu to potrzebne. 

Po wojnie, kiedy się trochę uspokoiło, postanowiłem wrócić do Polski. 

Ale nie mogłem dostać biletu, bo rodzice nie chcieli ze mną wracać. No 
to pojechałem bez biletu: najpierw jedna polska rodzina schowała 

mnie pod ławkę w wagonie, a potem jechałem między klocami drzewa. 

Kaszlałem bardzo, więc strażnicy mnie odkryli i chcieli do mnie 

background image

strzelać, ale Bóg dał im rozum, żeby nie strzelali. Tak mi później 

powiedzieli, że chcieli strzelać, ale dali spokój. 

Przejechałem granicę. W Baranowiczach Polacy szczepili nas i dawali 
bieliznę. Więc ja stanąłem trzy razy w kolejce: dostałem trzy razy 

zastrzyk, ale i bieliznę trzy razy. Bieliznę sprzedałem Żydowi i miałem 

na bilet. 
Wróciłem do domu. Chata była bez okien i bez drzwi, powyrywane 

podłogi, a w komorze - nawet sufit zerwany. Wiadomo - tyle lat bez 

gospodarza... 
Rodzice nie wrócili do domu. Zmarli w powrotnej drodze: matka - w 

Baranowiczach, ojciec - w Hajnówce. Zmarła też jedna siostra i brat. 

Zmarł mój wujek, jego żona i wszystkie ich dzieci. Więc się 
wprowadziłem do chaty wujka. Ot, jak Bóg dał. W Piśmie świętym stoi: 

żaden wojownik nie stanie na obstalunku swoim”. Ja, znaczy się, 
jestem wojownikiem, o prawdę wojuję i Bóg tak dał, że oni poumierali, 

żeby dla mnie to wszystko po nich zostało. Widzi pan, taki cud! To ten 

mój dzisiejszy dom jest jakby służbowy. Nikomu we wsi o tym nie 
mówię, boby nie zrozumieli. Ojcowska chata też była niezła, ale ta jest 

dużo lepsza, więc w tej zamieszkałem. I bardzo mi tu dobrze. 

Jeździłem do pracy do Białowieży, chciałem trochę grosza zarobić. 
Pracowałem u jednego takiego, który się nazywał Maniek. Miał ten 

Maniek siedem koni, siedem wozów i siedmiu parobków. Drzewo z lasu 

wywoził. I ja mu tego wszystkiego doglądałem. Lubił mnie. 
I wtedy zdarzył się ze mną taki cud. Zajeżdżam raz do Krynoczki - to 

taka cerkiew, może wie pan, w lesie koło Białowieży - zajeżdżam więc 

raz do Krynoczki i tak myślę: zajdę ja pod boczne drzwi, może tamtędy 
da się wejść do środka. I faktycznie, drzwi nie były zamknięte, 

wszedłem. Patrzę, a tam wisi taka śliczna ikona Matki Boskiej. Myślę, 

ot, gdybym ją wziął, zakręcił w marynarkę, toby nikt nie wiedział, że ją 
wziąłem. Ale zaraz inna myśl mnie nachodzi: słuchaj, tak nie można, 

to przecież grzech! Co jest, myślę sobie, co ze mną jest? Nigdy, kiedy 

coś kradłem, czy to barana, czy co innego, bo to różnie w życiu bywało, 
nigdy nie przychodziło mi do głowy,  że to grzech. A teraz nawiedziła 

mnie taka myśl. Widzi pan, szatan chciał, żebym ukradł, ą Bóg nasłał 

mi myśl, że to grzech. Jeszcze wtedy nic nie wiedziałem o ojcu Ilji. 

Niedługo zdarzył mi się drugi cud. Nosiłem w kieszeni drobne 

pieniądze zawinięte w chusteczkę. Rozwijam raz, patrzę, na chusteczce 

narysowany Duch Święty, a w dole, pod nim, głowa diabła z uszami! 
Pokazywałem to mężczyznom na ulicy, ale mówili: „my nic nie 

widzimy”. A tam wyraźnie się narysowało: głowa diabelska i Duch 
Święty nad nią. Od pieniędzy tak się narysowało. Wtedy jakoś miałem 

pieniądze. Bo najczęściej pieniędzy brakuje. Jak pisze apostoł: wydatki 

przewyższają dochody. Widzisz, nawet apostoł o tym wie. Ale wtedy 
miałem akurat pieniądze zawinięte w chusteczkę. 

I nikt we wsi nie uwierzył. Zrobili durnia ze mnie. Baba moja namówiła 

background image

kilku mężczyzn, przyszli, ręce mi związali, położyli na furę i powieźli aż 

do Kruszynian, do Tatara. Że niby ja już wariat i trzeba mnie leczyć u 

Tatara. Tatar uwiązał mi coś do koszuli, ale ja to wyrwałem i mówię: 
co ty tu wiążesz?”. Wyrwałem to i wyrzuciłem. Powiedziałem mu: „ty 

w Chrystusa nie wierzysz, ty nikogo nie możesz uzdrowić. Ty sam, 
mówię, jesteś  głupi, bo wierzysz w księżyc, a księżyc jest stworzony 

przez Boga, a Chrystus jest Bogiem”. I wszyscy słuchają i widzą, że ja 
wcale nie jestem głupi, tylko oni są  głupi, bo mnie tam powieźli bez 

potrzeby, więc wrócili ze mną do domu. 

Zdarzył się wtedy ze mną jeszcze jeden cud. Wyszedłem na błoto grabić 
siano. Pociągnę grabiami, a na grabie lecą kamienie. Myślę sobie tak: 

gdybym to ja grabiąc zaczepił kamień, to on by leciał w moją stronę, a 

kamienie lecą w całkiem przeciwną stronę, niż powinny lecieć. Widzisz, 
co wyprawia nieczysta siła, jakie dziwy! Wziąłem więc kawałek chleba, 

kupiłem u Żyda  śledzia i poszedłem do Grzybowszczyzny. Tak, żeby 

żona nie wiedziała, bo jakby się dowiedziała, znowu by ze mnie 
głupiego zrobili. 

Postanowiłem iść do ojca Ilji. Zatrzymałem się na noc na kolonii w 

Tokarowszczyźnie. To nieduża wieś za harajmowskim lasem. Dziś już 
nie ma ani tej chaty, gdzie ja się zatrzymałem, ani nic. Gospodarz 

zaprowadził mnie do chlewika, gdzie było trochę siana na drągach i 

można było spać, i powiedział: „ja cię przymknę, a rano ci otworzę. 
Dam ci brudną kołdrę, bo czystej nie mam
”. Powiedziałem,  że mi nie 

potrzeba, bo mi i tak duszno, i położyłem się spać. 
W nocy zrobiło się zimno. Pomyślałem, że lepiej będzie zleźć i iść dalej, 

choć  to  i  noc,  bo  już bardzo zmarzłem. Zapomniałem,  że on mnie 

zamknął. Popchnąłem drzwi - nie otwierają się. A drabina za mną aż 
załomotała, tak tam diabły skakały. Więc stanąłem i tak sobie myślę: 

przecież tu ze mną nikt nie nocuje. Toż krowa ani owca po drabinie nie 

pójdzie. I byłem już pewien, że to złe. W chlewie krowa tylko stała i 
owca, a za ścianą stały konie. Gdy się żegnałem, cichły krowy i owce, 

tylko konie ciągle furczały. Pomyślałem,  że jak na nieszczęście nie 

mam krzyżyka na sobie, krzyżyk na pewno by mnie uratował. A 
diabły... myślałem,  że chlew rozniosą,  że dach zerwą, krokwie aż 

trzeszczały, ściany drżały, a mnie włosy na głowie dęba się jeżyły. Nie 

przypuszczałem, że wyjdę stąd żywy. Padłem na kolana i modliłem się. 
Pot ze mnie lał się jak krople krwi, jak u Chrystusa - ja się do niego 

nie równam, ale tak właśnie ze mną było, że pot jak krople krwi lał się 

ze mnie. 

Zesłabłem do tego stopnia, że już nie mogłem wyciągnąć  ręki. 

Próbowałem wyciągnąć przed siebie nogę, ale też nie mogłem i 

upadłem. Palcami nie dało się ruszyć. Język wyparło mi na brodę. 
Czuję, że jeszcze żyję, a niczym ruszyć nie mogę. 

Zginę tutaj, myślę, i nikt nie będzie wiedział, gdzie zginąłem. Gdy się 

mocno modliłem, to anioł nade mną skrzydłem pomachał i dodał mi 

background image

sił. I tak było trzy razy. Ja go nie widziałem, ale czułem, że mi pomógł, 

i stałem się zdrowszy. On wiedział, ten anioł, że ja omdlewam. 

Rano gospodarz otworzył drzwi i bardzo się zdziwił. „Co ty! spadłeś? 
pyta mnie - To ja - mówi - przyniosę ci wody”. Przyniósł butelkę wody i 
wpycha mi do ust. A ja mówię: „przecież ja wody nie chcę”. Wyrwałem 

butelkę i rzuciłem precz. 

Doszedłem do Grzybowszczyzny. Była niedziela. Zaszedłem do cerkwi. 
Stanąłem z tyłu i przyglądam się. Podchodzą do mnie ojciec Ilja i 

mówią: „pójdziesz do mnie na obiad”. Myślałem,  że do kogoś innego 
mówią, bo ja pierwszy raz ich widzę. Jeść  to  mi  się chciało, a grosza 

nie miałem przy duszy: prosić wstyd, przecież ja jeszcze młody 

człowiek. Więc się rozglądam, ale nikt się nie odzywa, a ojciec jeszcze 
raz mówią: „tak, tak, ty pójdziesz do mnie na obiad”. Wtedy się 

zorientowałem, że oni naprawdę do mnie mówili. 
Pocałowali wszyscy Ewangelię, ojciec podeszli do mnie, wzięli mnie za 

rękaw i poszliśmy na obiad. Zacząłem jeść, a tu mi chleb jakoś ugrzązł 

w gardle. Mówię: „Ojcze Ilja, ja nie mogę przełknąć”. Oni podeszli, 
uderzyli mnie po karku i bardzo dobrze przełknąłem. Nie wiem, co to 

był za cud, ale tak było. Po obiedzie wszyscy podchodzili do ojca prosić 

o błogosławieństwo. Myślę, pójdę ostatni, bo nie wiem, jak to się robi. 
Podchodzę, a ojciec pytają: „jak ty się nazywasz?” Mówię: 

Aleksander”. „Ty Aleksander - mówią ojciec - ale ty jesteś Szymon”. 
Całą powrotną drogę modliłem się: Boże, pomóż mi zrozumieć, co 

znaczą te święte słowa proroka. Później przypomniałem sobie, że w 

Piśmie jest powiedziane: „ty jesteś Piotr, ale ty jesteś Szymon, i na tobie 
zbuduję cerkiew swoją i bramy piekieł jej nie pokonają
”. Tak powiedział 
Chrystus do Piotra. I prorok Ilja też tak samo powiedział do mnie. 

Baba moja, gdy mnie nie było, poleciała do Cyganki. Cyganka od razu 

jej powiedziała: - „ty się nie martw, on poszedł zbawienia szukać”. 
Karty jej pokazały. 

Zacząłem chodzić do Grzybowszczyzny. Ojciec różne cuda czynili. 

Przyniesiono raz podczas nabożeństwa opętaną kobietę. Ojciec 
naślinili palec, zrobili krzyżyk na piersiach i  na  plecach,  mówiąc: „

imię Ojca i Syna, Ducha Świętego. Amen”. Potem w prawe ucho głośno 
mówią tej kobiecie: „Jefafa, otwórz się”. Głośno mówią! I jeszcze 

dodają: „nieczysty duchu, wyjdź, daj miejsce duchowi czystemu”. „Idź 
w przepaść, tam twoje miejsce
”. Kobiecie język wypiera, tak jak mnie 

kiedyś, i w tym czasie zły duch wychodzi i wchodzi duch dobry. 
Dzieci moje ojciec chrzcili. Oni przecież byli prorokiem. Bóg z nimi 

rozmawiał. A pop głupi chciał mi syna Charytona przechrzcić jeszcze 

raz,  że to niby nieważne. Od ikony Matki Boskiej ojciec Ilja nieraz 
słyszeli głos, a i tak, bez ikony, Bóg z nimi rozmawiał. Raz wyszli ojciec 

na  ławkę przed dom i myślą tak sobie: po co te komary, te muchy i 

wszelkie paskudztwo. A Bóg im mówi: Ty, Ilja, rozmyślasz, z czego to 
robactwo się rodzi, a ono rodzi się z grzechów. Niech ludzie oczyszczą 

background image

serca swoje z grzechów, to ja oczyszczę świat z wszelkiego paskudztwa. 

A zły, panie, nadal nie zostawił mnie w spokoju. Zły chciał mnie 

koniecznie zgładzić. Raz, pamiętam, pojechałem do Zabłudowa, a Żyd 
mówi,  że mi bardzo tanio piwo sprzeda. Mówi, żebym ja poszedł do 

piwnicy i zobaczył, czy ono dobre, to piwo. Chciałem nawet iść. Ale Bóg 

podsunął mi taką myśl: po co ty tam pójdziesz do tej piwnicy? A jak 
oni za tobą drzwi zatrzasną, krew z ciebie wypuszczą, i już. A ty taki 

czerwony, masz dużo krwi. Mówili przecież ludzie, że tak ze świętym 

Gawryłem zabłudowskim zrobili. O, widzi pan, siła boska jednak 
zawsze silniejsza. 

Ojciec bardzo mnie lubili, bo ja zawsze robiłem tak, jak oni kazali. I 

wierzyłem tylko w to, co oni mówili. Inni zazdrościli ojcu sławy i chcieli 
sami być  świętszymi od niego. Choćby taki Paweł Bielski we wsi 

Cieluszki chciał budować swoją cerkiew, kupił duży dzwon, powiesił 

koło chaty, w której się modlił. „Oni pozazdrościli mi mojej sławy, jak 
ongiś aniołowie pozazdrościli Bogu
” - tak mówili o nich ojciec. Bo 
prawdziwa cerkiew jest tylko jedna: Nowy Jerusalim w 

Grzybowszczyźnie. Tam będzie stało największe miasto świata - 

Wierszalin. Był pan kiedy w Grzybowszczyźnie? Pamięta pan ten las w 
stronę Żedni? Tam te leśne tryby to będą ulice miasta, a na tej polanie, 

gdzie stary dąb, będzie plac centralny. Centralny Plac Świata - tak się 

będzie nazywał. 
Kiedyś ojciec napisali list do prawosławnych o tym, że popi bezprawnie 

zaczęli dawać rozwody i że to jest wielki grzech. Pomyślałem, jak by to 

zrobić,  żeby to jakoś wydrukować. Bielski poradził mi, że drukować 

można w żydowskiej drukarni. „Tam wszystko drukują - powiedział - 
byle były pieniądze”. Tak więc zacząłem drukować ukazanija ojca i 
swoje. Jak napiszę co, to zaniosę ojcu, żeby zaraz sprawdzili, i dopiero 

wtedy do drukarni. Ojciec zgadzali się na wszystko, co ja napisałem. 

Raz tylko, gdy napisałem,  że Wójcik zrobił mi wiele złego... U nas się 
jeden nazywał Wójcik. Ojciec powiedzieli, żeby tego nie pisać, bo ktoś 

pomyśleć może, że to wójt. A władzę trzeba szanować, bo każda władza 

jest od Boga. Ojciec szanowali władzę i za to dostawali medale. Od 
Piłsudskiego dostali jeden medal, a drugi od wojewody białostockiego. I 

złoty krzyż od archireja, gdy jeszcze archirej myślał,  że da się 

przekabacić proroka na swoją stronę. Piłsudskiemu wysłaliśmy cały 
worek pieniędzy. Zapakowaliśmy w worek i wysłaliśmy. „Oddajcie 

cesarzowi, co cesarskie, a Bogu, co boskie” - tak jest napisane. 

Później cerkiew oddaliśmy katolikom. Na półtora roku. Tak ojciec 

powiedzieli: trzeba cerkiew oddać na półtora roku katolikom, żeby i oni 

zostali zbawieni. Katolicy powinni być zbawieni, bo też w Chrystusa 
wierzą. 

Zawsze trzymałem się swojej i prawosławnej wiary. Ojciec często 

powtarzali: cerkiew swą prawosławną zdradzić, to samo, co zdradzić 
matkę rodzoną i przejść do macochy. Tego nigdy robić nie można. Nie 

background image

lubiłem popów prawosławnych za to, że oni zdradzili cerkiew 

prawosławną i zaczęli nią handlować. Baptystów także nie lubiłem ani 

subotników. Mam brata w Białymstoku, mieszka na Przygodnej ulicy. 
Nocowałem u niego kiedyś. Jego żona poszła w baptysty. Jak zaczęła 

się ze mną sprzeczać, to wprost do zębów skacze. Taka baba. A ja jej 

mówię: „głupstwo to wszystko, w co ty wierzysz, krzyż  życiodajny jest 
najwyżej na cerkwiach i na kościołach, a ty, głupia babo, nic nie 

rozumiesz i mówisz to, czego nie rozumiesz”. I ta baba niedługo zmarła, 
a on z drugą się ożenił. O, jak Bóg dał. A ja dzięki Bogu jeszcze, żyję. 

Ja mówię tym baptystom: wiarę  to  wy  znaleźliście swoją, a językiem 
naszym mówicie. To wy już i mówcie, i piszcie po swojemu, to wtedy 

powiem,  że wiara wasza jest od Boga, a tak to jest ona od diabła. 

Gdzieś jest powiedziane: „w każdym narodzie sprawiedliwy, miły jest 
Bogu - w ruskim, w polskim, w niemieckim, w żydowskim, w 

tatarskim, w cygańskim”. Wszystkim tym narodom dał Bóg język 

własny i pismo własne, a subotnikom i baptystom nie dał Bóg języka. 
A diabeł głupi on wymyślił im tylko religię. I dlatego oni są na służbie 

u diabła. 

W czasie wojny, gdy szli już ruscy, zawołał  mnie  ze  stodoły radziecki 
porucznik i poprosił, o mleko. Żona wyniosła dzban mleka, zaczęli pić, 

a tu nagle... pocisk. Bach! - i zabiło. Dopić nawet nie zdążył. Mnie dwa 

odłamki trafiły w piętę.  Żołnierz zawołał sanitariusza, żeby zrobił 
opatrunek. 

Sanitariusz przyszedł i mówi: „o, krwotok... źle”. A ja zupełnie 

zapomniałem,  że mam modlitwę od krwotoku. Trzy dni nie jadłem, 
żeby zatamować krew. Ale Bóg dał, wyzdrowiałem. 

Albo tuż po wojnie. Jechałem na Spasa do Grzybowszczyzny i 

najechałem na minę. Koniowi wyrwało wszystkie wnętrzności i 
odrzuciło na pięć metrów. Nie wiem, czy koń nastąpił na tę minę, czy 

koło najechało. Wóz rozerwało na dwie połowy. Baby jechały z 

Ciełuszek, zobaczyły mnie i mówią: „chyba najechaliście na minę, to 
chodźcie, my was podwieziemy
”. Byłem ogłuszony i nic nie słyszałem, 

więc tylko coś tak, jakby przez sen mi się zdało, że ktoś do mnie mówi. 
Mówię im: „jeśli ktoś  tu  jest  naprawdę, niech mówi głośno, bo nic nie 

słyszę”. I one mnie zabrały ze sobą. O, jak wróg chce mnie zniszczyć, 
to Bóg nie pozwala. Widać na coś mu jestem potrzebny, jeśli mnie tak 

broni, bo inaczej dawno bym gryzł ziemię. 
Gdy tak poraniony chodziłem o kulach, przyszedł  do  mnie  sąsiad 

Petro,  żeby babkę do klepania kosy pożyczyć. Pożyczyłem. Po kilku 

dniach wysłałem małego,  żeby zabrał babkę z powrotem. Jego żona, 

Ulana, oddała nie moją babkę, tylko jakąś inną, zepsutą, taką, że ani 
kosy nie naklepiesz. Zdenerwowałem się i tak jak stałem, na kulach, 

poszedłem do niej. Podkładała akurat do pieca, odwróciła się i mówi do 

mnie: „czort ciebie nie weźmie!”. Tak powiedziała - nie przy panu to 
wymawiając - czort cię nie weźmie! No to wie pan, po takim słowie 

background image

mnie aż zatrzęsło i wygarnąłem jej wszystko, co tylko miałem na sercu. 

Wieczorem Petro przyszedł ze wsi pijany i ona jemu wszystko 

przekazała. To on chciał iść i mnie zabić. 
Ale Bóg tak zrobił, że mu nogę sparaliżowało. Później sam powiedział: 

chciałem ciebie zabić, ale Bóg tak zrobił, że mi nogę odjęło”. O, myślę, 
sam zrozumiał: Bóg tak chciał. 

Ten Wójcik, o którym panu mówiłem, bardzo mi dokuczał. Szedł raz z 

chrzcin pijany i krzyczał koło mego okna: „Ilja złodziej, złodziej!”. A 
sam kiedyś opowiadał, że jak był u Ilji, to nabrał tam pełne kieszenie 

pieniędzy. Ten Wójcik też zginął. Niemcy go zamęczyli. 
Bóg też tak dał,  że nie mogę jeść mięsa. Jak więcej zjem, to mi na 

nodze powstaje rana i goić się nie chce. I dobrze, bo objadać się 

mięsem to grzech. Ja mam nawet zaświadczenie od lekarzy, że nie 
mam sto procent zdrowia do pracy fizycznej. Tutaj we wsi mówią,  że 

jak kto nie ma sto procent zdrowia, to znaczy, że już nic niewart - 

trup. A ja mówię, toż mnie badała komisja, trzech lekarzy, i wydali mi 
takie zaświadczenie, toż oni lepiej wiedzą od ciebie durnia. Nie mam 

sto procent zdrowia, widzi pan. Ale jeszcze jak usiądę na rower, to 

zrobię ze sto kilometrów w ciągu dnia - i do Grzybowszczyzny zajadę, i 
do Białegostoku. O, co znaczy siła Boska, jak cudem trzyma człowieka 

przy życiu. 

Czasem się zastanawiam, dlaczego Bóg tak mnie ciągle chroni od 
złego? Bo jestem mu potrzebny. A po co? By głosić ludziom prawdziwą 

wiarę. Nasza wiara dobra, tylko trzeba sprawiedliwie wierzyć. Popi nie 

wierzą sprawiedliwie. Powiedziane jest: „stado boże trzeba paść z 

powołania, a nie z obowiązku”. A oni robią to z obowiązku, za wszystko 
żądają pieniędzy. Gwiazda pięcioramienna już od dawna świeci nad 

światem. A kto dał światu tę gwiazdę? Bóg dał tę gwiazdę światu. Żeby 

świat wiedział,  że stało się, co się stać miało,  że odbyło się wtórne 
przyjście Boga na ziemię poprzez proroka naszego ojca Ilję i jego 

poprzednika Joana Kronsztadzkiego. Ale ludzie na razie nic o tym nie 

wiedzą. 
I dlatego wiem, że żaden zły duch nic mi nie zrobi, że nie umrę, póki 

nie wyjaśnię ludziom prawdy zbawienia dzięki wtórnemu przyjściu 

Pana naszego Jezusa Chrystusa na ziemię. Amen. 
 

Naprawiacze świata 

 
Zwykli ludzie nie zajmują się naprawianiem świata. Obmyślanie 

programów naprawy świata pozostawiają moralistom, filozofom i 

politykom. W nowoczesnym społeczeństwie każdy robi, co do niego 
należy. Ludzie zwykli pracują i zarabiają, dbając zazwyczaj o  to, 

by 

się nie różnić od innych. Dzielnie walczą o to, by mieć takie same 

ubrania jak inni, domy, meble, podobnie wychowane dzieci, język, 
maniery. Szablon obyczajowy zaspokaja ich poczucie harmonijnego 

background image

bytu w społeczeństwie. Scedowawszy obowiązek poszukiwania prawdy 

na fachowców od „sensu bytu” i „sensu świata”, od nich oczekują 

owych zbawiennych rozwiązań. Dopiero choroba, śmierć kogoś 
bliskiego, grube niepowodzenie skłaniają do refleksji ogólniejszych. 

Aliści obok oficjalnych filozofów i uczonych istnieje rzesza naprawiaczy 

niedyplomowanych - różnego rodzaju „chłopskich filozofów”, 
dziwaków, mistyków, maniaków, schizofreników - w swoich wsiach, 

miastach i miasteczkach spoglądających z zadumą w gwieździste 

niebo. Rozmyślają nad tym, jaki sens ma działanie ich własne i 
bliźnich, ku czemu prowadzą zdarzenia drobne i wielkie, jak 

uporządkować wartości, cele? W ich szczególnych osobowościach 

problemy epoki załamują się w sposób symptomatyczny - może 
karykaturalny, lecz za to wyrazisty. 

Oto pan Mikołaj S. z Doratynki. Był skromnym nauczycielem wiejskim, 

ale po latach pracy, znużony mizernymi efektami wychowania 
młodzieży, zapragnął znienacka zreformować całe nasze szkolnictwo. 

Zabrał się widać do dzieła nazbyt radykalnie, gdyż ku swemu 

wielkiemu rozgoryczeniu, znalazł się na przymusowym leczeniu w 
zakładzie psychiatrycznym w Choroszczy. Pobyt trwał dopóty, dopóki 

nie stwierdzono daleko posuniętej schizofrenii. Wyszedł z zakładu jako 

inwalida. Mieszka w Doratynce, zbiera grzyby, łowi ryby, 
schizofrenikiem jednak pozostał, ba, nawet tym się chlubi. Nadal 

pisuje listy do wysokich urzędów, redakcji, wytykając - często słusznie 

- nieścisłości zauważane w informacjach prasowych, sprzeczności w 
niektórych decyzjach władz. „Może wszystko to dla was, ludzi 

normalnych, jest zrozumiale i normalne – pisze - ale ja, schizofrenik 
paranoidalny, nie widzę tu żadnej logiki
”. I podpisuje list: „Mikołaj S...., 

schizofrenik paranoidalny...” Brzmi to urzędowo i uroczyście, zdarzają 
się nawet urzędnicy, którym skóra cierpnie ze strachu przed 

zagadkowym dygnitarzem. 

Julian Topczewski ze wsi Pietrzykowo-Gołąbki w powiecie bielskim - 

zakłada komunę rolną w Gołąbkach, wsi tradycyjnie szlacheckiej i 

bardzo katolickiej i także pisuje listy do różnych instytucji. 
Ja wierzę w Boga wówczas - pisał w liście do pewnego urzędu - jeżeli 

prawda zwycięża. A jeżeli nie, to u mnie nie ma Boga - wówczas 

Bogiem jestem ja”. 
Roman Tyke z miasteczka Szczuczyn w grajewskim powiecie napisał 

traktat na temat naprawiania już nie świata, ale wszechświata! 
„Traktat o uporządkowaniu wszechświata” - taki dał tytuł swemu 

dziełu. Głowił się nad problemem całe dwa dziesiątki lat, a gdy 

wreszcie znalazł sposób, w roku 1946 wysłał swój traktat na adres nie 
byle kogo, bo samego rektora Uniwersytetu Jagiellońskiego, z prośbą o 

ocenę koncepcji i opublikowanie pracy. Czy to teoria p. Tyke była za 

trudna na uniwersyteckie głowy, czy problem naprawy wszechświata 
nie był najpilniejszym zadaniem owego czasu - dość że na odpowiedź 

background image

autor czekał cierpliwie aż lat dwadzieścia. W roku 1968 wysłał traktat 

do Polskiej Akademii Nauk, prosząc 

wydrukowanie pracy w 

nakładzie 100 000 egzemplarzy. Załączył również projekt konkursu dla 
uczonych całego  świata - konkurs miał dopomóc panu Tyke w 

rozwiązaniu pewnych kwestii szczegółowych jego ogólnej teorii 

naprawiania wszechświata. Odpowiedzi znowu nie było. Tym razem 
autor był mniej cierpliwy: zaskarżył Polską Akademię Nauk, 

stwierdzając przy tym, iż nie idzie mu bynajmniej o własne straty, 

wynikające z nieopublikowania traktatu - idzie o straty całej ludzkości, 
która z powodu opieszałości PAN żyje w nie uporządkowanym 

wszechświecie. 

Misza N., szewc z Podlasian, jest podobnie jak Mikołaj S. z Doratynki 
uwikłany w życie przyziemne. W jego paradoksy i absurdy. Samo 

szewcowanie nie wystarcza do szczęścia ubogiemu Miszy - więc od 

wielu lat zajmuje się studiowaniem teologii i filozofii społecznej. 
Przypomina ludziom zasady, które oni wyznają w sposób wyłącznie 

werbalny, wytyka hipokryzję. Kiedyś, zaraz po wojnie, brakowało 

obuwia. Misza szył i sprzedawał ludziom buty. A ponieważ brakowało 
nie tylko butów, ale i skóry na buty, kupował nielegalnie garbowane 

skóry w tradycyjnym mieście garbarzy, w Krynkach, i szył z niej 

ludziom trzewiki. Kupujący, rzecz jasna, o tej nielegalnej skórze na 
ogół nie wiedzieli. Nie interesowali się też, skąd pochodzi skóra na 

buty, w których chodzą przedstawiciele władzy; sędzia, prokurator, 

radni, adwokaci... 

Aż ktoś złożył meldunek, że skóra, z której Misza szyje buty, pochodzi 

z nielegalnej sprzedaży.  Życie  życiem, prawo prawem - musiał Misza 

stanąć przed sądem. 
- Niech oskarżony wyjaśni, skąd oskarżony miał skóry - poprosił 

sędzia. 

Sędzia już oczywiście wiedział, skąd Misza miał skóry. I Misza wiedział, 
że sędzia wie, dlatego też ubodło go pytanie. Wstał, pokiwał z 

politowaniem głową, po czym rzekł do sędziego: 

- Ot, widzisz, duszo, i ty - niby człowiek uczony. A majesz takoje 
otępienie intelektualne, szto zadajesz pytania chuże małoho ditiati. 

Czy ty naprawdę nie wiesz? - dziwił się na głos Misza - Czy ty nie 

wiesz, skąd dziś szewc ma skóry? 
Przerwano rozprawę. Misza trafił do Choroszczy. Polubili go 

psychiatrzy - człowiek łagodny, wesoły, uroczy, ale nienormalny, mówi 

ludziom w oczy, co myśli, robi, co lubi, manier nie przestrzega... 
Oczywiście otrzymał wariackie papiery i one uchroniły go przed 

więzieniem. 

Przez dziesięć lat systematycznie i z uporem zakładał Misza sektę 
świadków Jehowy. Obszedł cztery razy wszystkie wsie i wioseczki 

powiatu, głosząc słowo Biblii w interpretacji Brooklinu. Ale porzucił 

sektę, dostrzegłszy nieprawości i hipokryzję swoich przywódców. 

background image

Wówczas - w imię uczciwości - obszedł wsie i wioseczki powiatu po raz 

piąty, aby odwołać to wszystko, co był powiedział ludziom poprzednio. 

Potem zaczął studiować Marksa i posługiwać się w naprawianiu świata 
cytatami jego dzieł z tą samą zawziętością, co poprzednio cytatami z 

Biblii. 

Naprawiacze świata widać intensywniej niż ludzie zwyczajni odczuwają 
historię. Baczniej obserwują bieg wydarzeń i chcą mieć na nie wpływ. 

Obca im jest bierność i rezygnacja wielu ludzi normalnych. Zabierają 

się do działania zapalczywie, nie znając, czy nie honorując dialektyki 
procesów społecznych, porywają się od razu na cele wielkie, przenoszą 

góry... Psychiatrzy więc bez wahania kwalifikują ich do schizofreników. 

Ludzie normalni są z tego zadowoleni. Cóż to byłby za zamęt, gdyby 
tak wszystkich fanatycznych naprawiaczy uznać za ludzi normalnych. 

Ich przesadnie aktywny stosunek do świata jest dla nas, ludzi 

„normalnych” i trochę leniwych, zbyt zobowiązujący. Rozgrzeszamy się 
z naszej rezygnacji i bierności - uznając naprawiaczy za 

nienormalnych. Któż zakwestionuje taki wyrok? 

Michał Michalak z Białegostoku też był kiedyś naprawiaczem świata. 
Dziś jest pustelnikiem. „Pustelnik z śródmieścia” - tak go nazywają i to 

określenie pasuje do niego. Ojciec Michalaka był księdzem 

prawosławnym, czyli batiuszką. W 1915 roku wywieziono go wraz z 
rodziną i wszystkimi parafianami do Rosji. Po rewolucji jako młody 

krasnoarmiejec walczył na kilku frontach w obronie władzy 

radzieckiej. W 1921 zaczął studia na uniwersytecie, ale je przerwał i z 
ojcem, który w tym czasie pracował jako kolejarz, wrócił do kraju. Z 

radziecką maturą nie może otrzymać pracy, z konieczności więc 

pomaga ojcu w cerkwi jako diak, potem uczy religii w szkołach w 
środowiskach prawosławnych, jednocześnie czyta Marksa i Lenina. 

Wreszcie znajduje jakieś zajęcie w swej specjalności - radiotechnice, 

tuż przed wojną kupuje działkę w Białymstoku, własnoręcznie buduje 
sobie na niej maleńki domek, a właściwie budkę. Okupanci wywożą go 

w czterdziestym pierwszym na przymusowe roboty do Niemiec - tam 

nauczył się niemieckiego, angielskiego i włoskiego. Zna również 
francuski, grekę i łacinę. Wróciwszy pracuje w Wojewódzkim Urzędzie 

Telekomunikacyjnym. Jest cenionym fachowcem - zainstalował 

nieznane, z demobilu, urządzenie telekomunikacyjne, przetłumaczył 
na polski angielskie instrukcje, kierował komórką wynalazczości. 

Pracował ofiarnie poza godzinami, nawet noce poświęcał na tę pracę, 

która była jego pasją, nie biorąc dodatkowego wynagrodzenia. W 
delegację do odległych o sto i więcej kilometrów miejscowości jeździł 

rowerem, aby taniej to instytucję kosztowało. Uczył bezpłatnie 

angielskiego na kursach, za własne pieniądze kupował kursantom 
podręczniki i płyty. Studiował wyższą matematykę i język chiński, 

pogłębiał stale swą wiedzę w dziedzinie radiotechniki. W 

sześćdziesiątym czwartym roku raptem zrezygnował ze wszystkiego - 

background image

wycofał się do swojej chatki, zaryglował się na wszystkie spusty. 

Zaczął żyć życiem pustelnika. 

Raz odwiedził go dawny szef. Był przerażony: najzdolniejszy, najlepszy 
jego pracownik mieszka, jak mówił, w chlewie. Zima, w wiadrach 

zamarznięta woda, książki i wykresy w stertach na podłodze, zżerane 

wilgocią i pleśnią. 
- Pomyślałem wtedy - opowiadał - jeśli ten człowiek potrafi w takich 

warunkach tyle zrobić, to co by zrobił, gdyby miał ludzkie mieszkanie. 

Zatelefonował, gdzie trzeba, napisał kilka pism i Michalakowi 
przydzielono mieszkanie. Szef szykował mu przyjemną niespodziankę. 

Jakież było jego zdziwienie i oburzenie, gdy Michalak odmówił 

przyjęcia mieszkania. Twierdził,  że to, które ma, najzupełniej mu 
odpowiada. 

Był chodzącym świętym. Święci są dobrzy na obrazkach i w książkach, 

ale nie w życiu. W życiu irytują. Oskarżają samą swą obecnością. 
Michalaka w instytucji lubili i nienawidzili jednocześnie, fascynował i 

wzbudzał podejrzenia. Kierowników irytowało na przykład to, że 

nagrody przydzielone mu za ofiarną pracę natychmiast przekazywał na 
PCK lub inne cele społeczne. 

Pozostając wiernym zasadom, którymi były: praca, uczciwość, 

życzliwość i skromność, Michalak nie mógł znieść wokół siebie 
podejrzliwości i nieufności. Reagował prosto - prosił szefów o 

przeniesienie na podrzędniejsze stanowisko. Skutek był przeciwny od 

zamierzonego: nowy szef niżej stojący w hierarchii administracyjnej był 
najczęściej mniej kwalifikowany niż poprzedni, a więc bardziej nieufny 

i bardziej podejrzliwy. 

Odwiedziłem Michalaka już jako pustelnika. Izdebka nieduża, na 
środku łóżko, pod ścianą fragmenty jakichś mechanicznych urządzeń, 

części rowerów, motocykli, połamane krzesła i kawałki mebli. Pod 

oknem stół, obok miękki fotel pamiętający ponoć cara Mikołaja. Na 
stole w ramce portret Lenina, ikona przedstawiająca rosyjskiego 

pustelnika Serefina Sarowskiego, obraz greckiej Madonny. W kącie 

książki: Biblia po łacinie, Psałterz w języku starocerkiewnym, dzieła 
Lenina w języku polskim, książki techniczne w różnych językach. 

Przegadałem z pustelnikiem wiele godzin o różnych sprawach, wreszcie 

spytałem, czy jest szczęśliwy. 
- Tak, jestem szczęśliwy - odpowiedział. I wywiódł sentencjonalnie: - 

Zna pan to? Chcesz być szczęśliwy na jedną godzinę - kup sobie 

ćwiartkę. Chcesz być szczęśliwy na jeden dzień - weź sobie żonę. A 
chcesz być szczęśliwy na całe  życie? To załóż sobie ogródek. Więc ja 

założyłem sobie ogródek. Nieduży, ale mi wystarcza. 

- Ale chłodno tu u pana i nie ma co jeść. 
- Mam co jeść. Mam jeszcze około trzech tysięcy oszczędności. 

- Cóż to jest te trzy tysiące... 

- Ale ja wydaję pięćdziesiąt złotych miesięcznie. 

background image

- Niemożliwe. To panu nawet na chleb nie wystarczy. 

- Chleba nie kupuję. Mam trochę ziemniaków, gotuję całe, innym 

razem jem tłuczone, mam marchewkę zakonserwowaną, o, proszę 
spojrzeć, mam grzyby suszone. Nie, panie, ja źle nie żyję. 

- Długo pan nie pociągnie przy takim życiu. 

- Dlaczego? Jem tyle, ile organizm potrzebuje, wszystko, co poza tym, 
jest zbyteczne. 

- Każdy ma swój model szczęścia, ale ten pański jest zbyt skrajny. 

Siedząc tu samotnie nie pozostało panu nic innego, jak wmawiać 
samemu sobie, że jest pan szczęśliwy. Człowiek naprawdę szczęśliwy 

może być tylko wśród ludzi, panie Michalak. 

- Ludzie są różni. Byłem szczęśliwy wśród ludzi, którzy walczą: w 
Związku Radzieckim, na froncie. Tam się ludzie poświęcali. Marzyli o 

wielkich czynach, nawet o  śmierci, byle bohaterskiej. A dziś – o czym 

się marzy? - niech pan powie. Pieniądze, wódka, oszustwa, 
złodziejstwa - taki jest dzisiejszy świat. Czy wśród takich ludzi można 

być szczęśliwym? 

- Przesada! Nie można uogólniać. Zawsze można znaleźć uczciwych 
ludzi. Niepotrzebnie pan się załamał, zrezygnował z walki. 

- Z walki? Nie rozumiem... 

- Mówił pan, że panu grożono, szantażowano pana, zaszczuwano, 
zrobiono nawet sabotaż. Mógł pan postawić  to  na  zebraniu 

związkowym, poskarżyć się radzie zakładowej, kierownictwu, 

organizacji partyjnej. Trzeba było walczyć o swoje sprawy. 
- Żartuje pan albo nic nie rozumie. Co znaczy walczyć o swoje sprawy? 

Znaczy to: rozrabiać, intrygować, opluwać, na jednego skarżyć, 

donosić, innemu lizać, kadzić. To znaczy stać się tym, z kim się 
walczy. Wyprzeć się swoich zasad. A ja chcę być uczciwy. 

- Stawia pan sprawę krańcowo. Można przecież walczyć  środkami 

uczciwymi, bez intryg i donosicielstwa. Mówiliśmy o bohaterze 
pozytywnym. Przyzna pan jednak, że dzisiejsze pana życie trudno 

nazwać życiem bohatera pozytywnego. 

- Proszę pana, przed wojną był taki gatunek ludzi, których nazywano 
„ludźmi porządnymi”. Nie nazywano ich wprawdzie bohaterami 

pozytywnymi, ale nikt im nie stawiał  żadnych zarzutów. Żyli sobie 

spokojnie, na uboczu. Dziś nie ma tych ludzi. Dziś są tylko cwaniacy i 
frajerzy. Ci dawni porządni - to dzisiejsi frajerzy. Tam, gdzie ja 

pracowałem, wszyscy byli cwaniakami, ja jeden byłem frajerem. Więc 

ja już wolę tu, dla siebie, być teraz człowiekiem porządnym. 
Jasne. Rozejrzałem się raz jeszcze po izdebce pustelnika. Zobaczyłem 

na  ścianach hasła, których przedtem nie spostrzegłem: „Nie dać się 

zaszczuć!” i na innej ścianie: „Cave canem!” 
- Co znaczy: „Cave canem?” - zapytałem. 

- W Pompei, gdy ją odkopali - wyjaśnił - na każdej prawie ścianie 

widniał ten napis. Dosłownie to znaczy: „Strzeż się psa”. Więc może 

background image

pan sobie wyobrazić, jakie tam było życie. Pompeja, jak pan wie, zgi-

nęła wskutek wybuchu wulkanu. 

W tydzień po odwiedzinach u pustelnika napisałem o nim krótki 
reportaż do miejscowej prasy. W trzy dni po ukazaniu się reportażu 

zjawił się u mnie w pokoju chłop w kożuchu i walonkach. Był to Piotr 

Wasyluk z Ciełuszek - jeden z najgorliwszych wyznawców Pawła 
Bielskiego. Przyjechał specjalnie do redakcji po adres Michalaka. 

Wahałem się: oszczędzić pustelnikowi odwiedzin i interesantów czy 

nie. W końcu jednak dałem Wasylukowi adres. 
Nie wiem, czy pustelnik Michalak jest nadal pustelnikiem. Może stanie 

się nowym prorokiem, ideologiem takich jak sam „ludzi porządnych”? 

Ale wtedy rozpadnie się jego wzorzec „człowieka porządnego”. 
Wyobraźmy sobie bowiem, że przyjdzie ich tam więcej.  Że przyjdą do 

Michalaka podobni jemu, zniechęceni do świata, załamani, 

arcyuczciwi, arcysprawiedliwi, ci wszyscy naprawiacze świata, 
schizofrenicy, poszukiwacze prawdy przyjdą - i powiedzą: jesteś 

najuczciwszy między nami, najszlachetniejszy i najmądrzejszy. Jesteś 

naszym prorokiem i naszym bogiem. Kieruj nami, pouczaj nas i 
prowadź. Jesteśmy gotowi umrzeć, spalić się, dać się ukrzyżować za 

twoją prawdę. 

Co wówczas pocznie Michał Michalak? Odeśle ich z niczym czy też 
podda się pokusie naprawienia charakterów ludzkich, a może zemsty 

nad zepsutym, jak twierdzi, światem w imię tej przedziwnej filozofii, 

którą wypracowuje w zaciszu swej pustelni od wielu lat? Czy zechce 
stać się nauczycielem, czy prorokiem, jak stał się nim Eliasz 

Klimowicz, czy też pozostanie tym, czym jest - cichym, pokornym 

pustelnikiem, człowiekiem porządnym dla samego siebie? 
I będzie to to samo pytanie, które stanęło przed nim, gdy rozważał, czy 

podjąć walkę z oszczercami i intrygantami, czy też ustąpić ze świata. 

Prorok bowiem, o ile jest prorokiem, żyje już w ludzkim świecie, w 
świecie zależności, hierarchii, walki, intryg, nienawiści i fanatyzmu. 

Najczystszą prawdą jest prawda pustelnika, ale jest to prawda 

pozaspołeczna, a więc ze społecznego punktu widzenia nie jest już 
prawdą, lecz czystym fałszem... 

 

Wierszalin 
 

Od czasu opublikowania przez Aleksandra Daniluka ulotki pod 

tytułem:  Prorok Ilja w Polsze stroit gorod Wierszalin minęło lat 
czterdzieści. Ale budowa stolicy świata, Wierszalina, nie posunęła się 

w tym czasie ani trochę. Wręcz przeciwnie: miasto straciło dwa ze 
swoich trzech domów. Jeden rozebrano i materiał budowlany 

wywieziono do sąsiedniej wsi, w drugim uczy się dziś wiejska 

dzieciarnia. 
Wierszalin leży półtora kilometra od Grzybowszczyzny. Idzie się do 

background image

niego cienistym lasem, wąziutką dróżką. Dróżka rozwidla się w kilku 

miejscach, więc łatwo się zgubić w wierszalińskich lasach. Ratują nas 

wówczas dzwony Pawła Tołoszyna. Kołysane wiatrem, dzwonią przy 
najlżejszym podmuchu. Porozwieszał je Tołoszyn na swej kolonii, by 

strzegły pól przed dzikami. A że jego kolonia sąsiaduje z Wierszalinem, 

dzwony te są również dzwonami Wierszalina. 
Wstępu do Wierszalina bronią psy pana Pawła, ujadające zawzięcie, 

gdy posłyszą nieznajome kroki. Już na podwórku powita nas jurodiwy; 

zoczywszy nieznajomego, wymachuje panicznie rękami, wydając 
histeryczne okrzyki, pędzi, ile sił w nogach, w stronę domostwa. Wnet 

zjawia się na progu któraś z trzech kobiet, dzisiejszych właścicielek 

Wierszalina.  Żyją tu w pełnej wspólnocie jak jedna rodzina, chociaż 
krewnymi wcale nie są. Odwiedzający Wierszalin pielgrzymi nadal 

nazywają je „dziewczynami”; dziewczyny mają dziś po sześćdziesiąt z 

górą lat. Razem z nimi mieszka ów jurodiwy - głupkowaty przybłęda, 
którego kobiety dobrotliwie przygarnęły. 

- Wy do kogo? - pyta kobieta. 

- Chciałem zostać u was na dzisiejszym nabożeństwie - mówię 
pokornie - Czy można? 

- Na nabożeństwie? - dziwi się kobieta - Od wielu lat nikt z 

nieznajomych nie przychodził tu na nabożeństwa. 
Przygląda mi się badawczo. 

- Pani powinna mnie znać – próbuję się spoufalić. - Jestem kuzynem 

Iwanczuka ze Starej Wioski. On mnie prosił,  żebym przepisał u was 
pieśń o Joanie Kronsztadzkim i przywiózł mu... 

- Ach tak... - ucieszyła się kobieta - To może pan czytał kiedyś 

„Apostoła” w cerkwi? 
- Ja... 

- Proszę, proszę. Zachodźcie do środka - zaprasza życzliwie. 

Wchodzę. W chacie spotykam dobrych znajomych: Daniluka z 
Kamienia, świątobliwego Iwaniuka z Kaniuk, Mirona, który w czasach 

Ilji był archaniołem Gabrielem, i kilka innych osób. Powitanie, 

uśmiechy, grzecznościowe rozmowy. 
Chata składa się z dwu izb. Pierwsza to jednocześnie kuchnia i 

przedsionek. Druga jest pokojem, sypialnią i świątynią zarazem. Tu za 

chwilę odbędzie się nabożeństwo. Jest ono kopią nabożeństw 
cerkiewnych, z tą różnicą,  że odprawiają je osoby świeckie, nawet 

kobiety. Po nabożeństwie usiądziemy sobie na poobiednią pogawędkę. 

Pomówimy o dzieciach, o zbiorach, o pogodzie, o Bogu - o wszystkim 
po trochu. Potem otworzymy stare, pożółkłe zeszyty i zatopimy się w 

przeciągłym, pojękliwym śpiewie: 

 
O raj moj priekrasnyj, 

Swietłyj tak Edien, 

O kak ja by sczastliw 

background image

Obitaja w niem... 

 

Śpiew poniesie się lasem, polem, doliną nad strumykiem, po całej tej 
dzikiej, odludnej okolicy. Czterdzieści lat temu podchwyciłyby go tłumy 

zgromadzonych za oknami pielgrzymów, pieśń zabrzmiałaby potężnie i 

uroczyście. Ale dziś dookoła jesienna cisza - melancholijna i smutna 
jak ta elegia o straconym raju... 

Nie odzyskali raju grzybowscy wyznawcy proroka, tak jak nie odzyskali 

go Adam i Ewa. W księdze Genezis napisano wyraźnie: Adama 
wypędzono z raju za spożycie owocu z drzewa wiadomości dobrego i 

złego, czyli owocu wiedzy. A przecież  właśnie niewiedza, czyli stan 

naiwności i bezrefleksyjnego szczęścia był rajem dla Daniluka z 
Kamienia, i świątobliwego Iwaniuka, i Mirona, i dziadka Jakuba, i 

rajem tysięcy grzybowskich pielgrzymów, a także naszym rajem, moim 

i waszym, z okresu naiwnego, szczęśliwego dzieciństwa. W nasze 
rajskie szczęście wtargnęła wiedza, zwłaszcza wiedza o  czasie, 

przemijaniu. Ujrzawszy świat w ruchu i zmienności odczuł człowiek 

niepewność i niepokój. 

Z roku na rok jest ich coraz mniej, spotykają się kilka razy do roku tu, 

w Wierszalinie, na Spasa, wędrują na świętą górę Grabarkę, gdzie w 

blasku woskowych świec, wśród wiekowych sosen całą noc śpiewają 
swe monotonne elegie o straconym raju. 

Grzybowscy prorocy wyrwani ze swego ponadczasowego raju, z raju 

dziadka Jakuba, próbowali go odzyskać i przeciwstawiając się historii, 
ogłaszając ją dziełem szatana - sami usiłowali uciec w życie 

ponadczasowe, mityczne - przeistaczając się w samozwańczych 

świętych i swoje życie przetwarzając w zdarzenia biblijne, a więc 
pozaczasowe, dziejące się w roku zerowym, „onego czasu”. Ale przecież 

nie wytrwali długo w tej desperackiej iluzji, w samooszustwie. W roku 

1950 na rynku w Bielsku Podlaskim spotkali się dawny apostoł Paweł, 
czyli Paweł Bielski, i apostoł Szymon, czyli Aleksander Daniluk, prawa 

ręka Ilji - Chrystusa. Sprzedawał Daniluk gruszki, przywiózł ich parę 

worków. Tak się ucieszył ze spotkania, że podarował Bielskiemu torbę 
owoców. Pogryzając, gadali o tym i owym, o sprawach nieważnych. 

Wreszcie Daniluk spytał, czy nie słychać czego o ojcu Ilji. Paweł 

niechętnie machnął ręką. 

- A, nic tam nie było i nie będzie... - rzekł smutno - Wszystko bujda od 

początku... 

Tak powiedział apostoł Paweł, autor hymnów o proroku Ilji i jego 
świętych, główny twórca legendy grzybowskiej! Oczywiście, zwierzyć się 

z tego mógł tylko osobie współwinnej, jaką był Daniluk, drugi autor 

legendy. 
Więc Paweł nie tylko zwątpił, ale - wyparł się! A Daniluk? 

Siedzi wraz z nami na ławie i - choć twierdzi, że dożyliśmy wtórnego 

raju pod znakiem czerwonej gwiazdy - tęskni. Siedzimy w niedoszłej 

background image

stolicy  świata, Wierszalinie, i lejemy łzy za straconym rajem, rajem 

praojca Adama, rajem dziadka Jakuba, za poezją jego pól, za 

naiwnością jego serca, za ponadczasowym jego trwaniem. A także - 
nad nie spełnionym rajem Wierszalina. Ronimy suche łzy nad naszą 

wiedzą, dotkliwą nowoczesnością, irytującą racjonalizacją życia. 

Siedzimy i opłakujemy. W długiej pieśni o raju - smutek i ból. Przed 
laty moi dzisiejsi współlamentnicy nie mogli uwierzyć, iż postęp jest 

trwałym elementem historii, nie chcieli uwierzyć w nieodwracalność i 

przemijanie. A gdy zmęczyli się daremnością swoich nawoływań, 
bezskutecznością cudów, beznadziejnością czekania, ojciec Ilja ogłosił 

koniec świata. Jeśli ludzkości nie da się zatrzymać w pochodzie ku złu, 

niechaj zginie! Ona i świat. 
Daniluk czuje się współodpowiedzialny za wydanie tego aktu, usiłuje 

przekonać siebie i innych, że był on skuteczny, Prorok ogłosił koniec 

świata i oto my, ludzie z krwi i kości, żyjemy już w raju. Przecież jest 
lepiej, więcej sprawiedliwości na ziemi. Cieszmy się więc, bądźmy 

szczęśliwi - wywodził mi, gdyśmy się rozsiedli pod drzewami w 

ogrodzie. Więc dlaczego smutny, czemu tak się roztęsknił w 
monotonnej elegii o wygnaniu z raju? 

Obok usiadł na drewnianej ławie Eliasz Iwaniuk, rodem z Kaniuk. 

Starszy od Daniluka o dobrych kilkanaście lat, siwe włosy, siwiejąca 
broda, ręce równo na kolanach, oczy wpatrzone przed siebie, wygląda 

jak zauroczony. Jest rodzonym bratem południowej Matki Boskiej, 

którą  sławił w swych hymnach apostoł Paweł Bielski. Jego pasją jest 
polityka, w odróżnieniu od Daniluka - to urodzony buntownik, 

„niepoprawny rewolucjonista”. 

Wiem, że gdy tylko skończymy, śpiewać i wyjdziemy na przechadzkę po 
wierszalińskim sadzie, Iwaniuk odprowadzi mnie delikatnie na stronę i 

zacznie wypytywać o  szczegóły ostatnich wydarzeń politycznych, 

dając przy tym własną, oryginalną ich interpretację. Dla Iwaniuka 
wtórne przyjście Chrystusa jeszcze się nie spełniło.  Ma  to  jednak 

nastąpić niebawem. Będzie związane z jakąś wielką walką polityczną w 

skali całego świata. 
- Ja, mój drogi - powtarza mi to często - przeżyłem trzy rewolucje: dwie 

w Rosji i jedną w Niemczech. Wiem, co się może zdarzyć, oj, wiem. 

Dziewczyny nasze wierzą jeszcze, że Chrystus tu przyjdzie i będzie 
chodził od wsi do wsi i pouczał. Ja im mówię: oj, wy głupie baby, i co z 

takiego chodzenia? Toż jak on przyjdzie tu, do Grzybowszczyzny, to 

nawet w drugiej wiosce nikt nie będzie o tym wiedział. A co mówić o 
całym świecie! 

Obraz końca świata u Iwaniuka jest o  wiele  bardziej  współczesny. 

Będzie to światowa rewolucja, zainspirowana przez Eliasza Klimowicza 
z Grzybowszczyzny, który, jego zdaniem, znajduje się obecnie w stolicy 

największego państwa  świata i nie siedzi tam z założonymi rękami. 

Jest wielką osobistością, a będzie jeszcze większą. Po tej „rewolucji”, 

background image

czyli po końcu  świata, nastanie raj, a Wierszalin stanie się jego 

ośrodkiem i ośrodkiem nowego porządku. 

Albo Pałaszka. W czasach proroka była jedną z Bogorodzic. Pamiętam 
ją  młodą jeszcze i pełną  życia. Będąc Matką Boską, zaskakiwała 

żywiołowością i tupetem. W czasie uroczystego nabożeństwa, na 

Wielkanoc, w najbardziej podniosłym momencie, gdy celebrujący mszę 
kapłan wchodził z podniesioną nad głową Ewangelią w „carskie wrota”, 

Pałaszka zagrodziła mu drogę, a sakralne drzwi, przez które wolno 

wchodzić tylko z Pismem świętym, zatrzasnęła przed nosem i 
krzyknęła na całą  świątynię: „nie tobie, krwiożerczy wilku, czytać 

Pismo  święte!”. W cerkwi wytworzył się tumult, ludzie rzucili się na 
siebie z pięściami, wielu zwolenników proroka dotkliwie pobito, kilku 

zostało kalekami na całe życie. 
Dziś Pałaszka należy do najzdolniejszych artystek kunsztu tkackiego. 

Wytkała między innymi przepiękny dywan z okazji setnej rocznicy 

urodzin Lenina i przesłała do Grodna. Z tej okazji w Muzeum 
Archeologiczno-Historycznym w Grodnie odbyła się wielka uroczystość, 

na którą zaproszono również Pałaszkę. Wystąpiła ona do zebranych z 

przemówieniem, posypały się podziękowania, gratulacje, życzenia, 
pełno było przedstawicieli różnych organizacji i dziennikarzy. W prasie 

pojawiły się artykuły o Pałaszce i jej dywanie. 

Pan Miron z kolei jest dziś znanym w województwie pszczelarzem, 
mistrzem tego pięknego zawodu, dorobił się przy tym i  sławy, i 

fortuny. W czasach Ilji jeździł po wsiach na białym koniu ze srebrzystą 

trąbą przy ustach, donośnym dźwiękiem trąby ogłaszał ludziom koniec 

świata. Był archaniołem Gabrielem. Od czasu do czasu, ale coraz 
rzadziej, zjawia się jeszcze w gronie wierszalińskich znajomych. 

Więc śpiewamy... 

Elegie o raju są  długie i rozwlekłe. Gdzieś pod wieczór kończy się 
nabożeństwo. Mgły zasnuwają pola, od strumyka ciągnie jesiennym 

chłodem. Dzień spędzony wśród tych proroków i apostołów nie 

istniejącej już religii, wśród Bogorodzic, które nie zrodziły zbawcy, 
wśród smutnych śpiewów i modłów - dzień ten przeobraża się w 

koszmar. Jak najszybciej się oderwać od tych obrazów raju i piekieł, 

od tych symboli wieczności i zaczepić myślą o coś bardziej 
przyziemnego, ale konkretnego i żywego. Zajdę chyba do Pawła 

Tołoszyna, jednego z dawnych budowniczych świętego miasta: może 

zbudował jakiś nowy traktor i starym zwyczajem zechce mi 
zademonstrować?