background image

Twórczość Władysława Orkana 
 

 

Władysław  Orkan,  urodził  się  27.11.1875  w  Porębie  Wielkiej,  wieś  ta  leży  w  powiecie 

limanowskim. Naprawdę nazywał się Franciszek Ksawery Smaciarz. W 1898 roku zmienił nazwisko na 

Smreczyński,  od  nazwiska  rodowego  matki  (Smreczak).  Rodzice  jego  pochodzili  z  ubogich  rodów, 
ojciec był drwalem w lesie, zimą szył kierpce. Władysław, jako dziecku musiał już pracować na roli, była 

to ziemia bardzo nieurodzajna, skalista, trudna w uprawie.  
 

Z trójki rodzeństwa (najmłodsza była siostra Maria) on i jego starszy brat  Stanisław, późniejszy 

profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, zdobywali wykształcenie dzięki wielkiemu poświęceniu matki. 

brew  woli  ojca,  który  młodszego  syna  przeznaczył  do  pracy  na  roli,  obaj  po  ukończeniu  szkoły 
elementarnej w Szczyrzycu, prowadzonej przy klasztorze cystersów, kontynuowali naukę w Gimnazjum 
św. Jacka 
w Krakowie (1888r.). Matka raz w miesiącu chodziła do synów ponad 70 km pieszo z Poręby 
do  Krakowa,  niosąc  im  w  tobołku  produkty  żywnościowe.  Jej  poświęcenie,  oddanie  dzieciom  
w powieści Matka opisał jeden z czołowych przedstawicieli Młodej Polski Ignacy Maciejowski, pierwszy 
literacki  opiekun  Orkana,  późniejszy  jego  przyjaciel.  W  gimnazjum  budził  sensację  swym  góralskim 
pochodzeniem, ciesząc się jednocześnie dużą sympatią wśród kolegów. 
 

Angażował  się  bardzo  w  działalność  wielu  kółek  szkolnych,  uczęszczał  na  zebrania  tajnych 

organizacji  niepodległościowych  i  przede  wszystkim  dużo  czytał.  Działał  w  Organizacji  Narodowej, 
która kultywowała wśród młodzieży dążenia patriotyczne i niepodległościowe. Pierwsze utwory zaczął 
publikować  w  czwartej  klasie.  Ponieważ  władze  austriackie  nie  zezwalały  uczniom  na  tego  typu 
działalność, pisał pod pseudonimem Orkan, co oddawało jego buntownicze nastroje (orkan- odmiana 
huraganu). 

 

W  tak  intensywnie  prowadzonym  życiu  brakowało  miejsca  na  naukę  i  siódmą  klasę  ukończył 

 z czterema ocenami niedostatecznymi, z pozostałych przedmiotów, łącznie z językiem polskim, mając 
zaledwie  trójki.  Zamierzał  kontynuować  naukę,  ale  mimo  próśb  matki  oraz  możliwości  uzyskania 
eksternistycznej matury, do egzaminu maturalnego nigdy nie przystąpił. 

 

Po niepowodzeniach w uzyskaniu stałej posady urzędniczej w Krakowie powrócił do Poręby, aby 

z małymi przerwami na wyjazdy zagraniczne (do Włoch, Szwajcarii i na Ukrainę) czy do Zakopanego 
pozostać w Gorcach do końca życia. Utrzymywał kontakt z literaturą czytając czasopisma, w których 
często zamieszczano także jego utwory. 

 

W  tym  czasie  nie  żył  już  ojciec  pisarza,  którego  przywaliło  w  lesie  drzewo.  Jego  rysy  oraz 

mocowanie się z odwiecznym żywiołem puszczy Orkan nadał Prokopowi, bohaterowi swojej powieści 
Drzewiej.  

 

Orkan  uznawał  się  na  początku  swej  kariery  literackiej  za  poetę,  mówił,  że  prozę  pisze  ,,z 

konieczności”. Dorobek poetyki Orkana składa się z czterech tomów- Nad grobem matki, Z tej smutnej 
ziemi, Z martwej roztoki, Pieśni czasu
. Sporo wierszy autora rozsianych było po czasopismach literackich. 
Początkowe utwory Orkana powstawały z inspiracji romantycznych, później prezentował się  on, jako 
piewca  ludu  wiejskiego.  Poeta  dawał  świadectwo  związków  z  rodzinną  ziemią  gorczańską,  ukazywał 
tragizm  ówczesnych  warunków  życiowych,  określał  przyczyny  takiego  stanu  rzeczy  (warunki 
ekonomiczne i trud życia wśród skalistej, górskiej przyrody). Należy jednak podkreślić, że w dziedzinie 
poezji  nie  wniósł  on  zbyt  wiele  do  literatury,  choć  kilka  jego  wierszy  ma  swój  oryginalny  charakter. 
Poezja Orkana, to raczej świadectwo ideowe poety.  

 

W  dziedzinie  dramatu  Orkan  nie  osiągnął  także  wielkich  sukcesów.  Dziewięć  ukończonych, 

cztery  zaczęte  dramaty  pozostały  w  rękopisach,  pochodziły  one  z  lat  1896-1900,  z  okresu  fascynacji 
dramatopisarstwem. Drukowane zaś- Skapany świat, Ofiara, Wina i kara, Franek Rakoczy nie były chętnie 
wystawiane na deskach teatru i były chłodno przyjęte przez krytykę literacką. Jednak czytając dramaty 
Orkana  można  zauważyć,  że  śledził  on  współczesne  tendencje  estetyczne  i  dorobek  ówczesnych 
dramaturgów (Maeterlinck, Ibsen, Gorki), nie wykształcił jednak swojego stylu w tej dziedzinie. 

background image

 

Dopiero proza narracyjna okazała się sukcesem Orkana, były to opowiadania, szkice, powieści, 

obrazki  o  tematyce  ludowej.  Autor  Komorników  dał  nowe  ujęcie  tego  zagadnienia.  Przedstawił  wieś  z 
perspektywy jej mieszkańca, ujął rozwarstwienie wiejskiej ludności,  przyczyny nędzy i próby naprawy 
stosunków  rolnych.  Podstawowy  zespół  utworów,  w  których  Orkan  wystąpił  jako  epik 
 i reformator wsi, stanowią dwa zbiory opowiadań- Nowele (1898), Nad urwiskiem (1900) i dwie powieści- 
Komornicy  (1900), W roztokach (1903), cztery pierwsze listy ,,ze wsi” i kilka obrazków pomieszczonych  
w czasopismach. 

 

Komornicy,  to  utwór,  który  jest  swego  rodzaju  szkicem,  do  portretu  wsi,  jakim  jest  powieść  

W  roztokach.  Jednak  pomimo  zależności  tych  obu  utworów  posiadają  one  odmienne  fizjonomie.  
W  roztokach  jest  opowieścią  o  tragicznych  losach  Franka  Rakoczego,  w  utworze  tym  autor  spojrzał  
z  szerszej  perspektywy  niż  w  Komornikach,  gdzie  skupił  się  głównie  na  rozwarstwieniu  klasowym 
 i  bytowaniu  najbiedniejszej  wiejskiej  ludności.  Franek  Rakoczy  prezentuje  swój  pomysł  na  naprawę 
sytuacji biedoty wiejskiej, stworzył projekt gospodarki zespołowej, przeciw rozdrobnieniu ziemi, jednak 
jego plan został odrzucony. Rakoczy emigruje do Siedmiogrodu. Pomysł tego bohatera nie przystawał 
do epoki, w której dane mu było żyć, nie zyskał poparcia, Orkan obdarzył go kilkoma swoimi cechami. 

 

W czasie pracy nad powieścią  W roztokach poglądy pisarza uległy znacznej zmianie, ogarnął go 

kryzys ideowy. Miejsce dotychczasowych przekonań, że podstawą wszelkiego zła jest nędza i ciemnota, 
zajęła koncepcja ras ludowych wywodząca się z propozycji E. Abramowicza i S. Witkiewicza. Nastąpiło 
także zwolnienie tępa pracy pisarskiej Orkana, a  W roztokach  jest powieścią, która zamyka najbardziej 
płodny  okres  twórczy.  Odtąd  w  sposobie  pisania  pojawia  się  ironia,  autoironia,  sarkazm,  które 
skierowane są m.in. w kierunku swoich młodzieńczych przekonań. 
 

W  zakresie  prozy  narracyjnej  dorobek  Orkana  zamknęły  trzy  utwory  oparte  na  motywach  z 

przeszłości  Podhala  i  Gorców  –  Pomór  (o  zarazie,  jaka  szalała  w  Galicji),  Drzewiej  (powieść-baśń  o 
pierwszych osadnikach w tamtym rejonie), Kostka Napierski (powieść historyczna o XVII wieku). Autor 
uprawiał  także  publicystykę,  swoje  utwory  publikował  w  krakowskim  Życiu.  Ostatnie  lata  życia 
upłynęły mu głównie pod znakiem regionalizmu. Zmarł w 1930 roku w Krakowie na udar serca.  

 ___________________________________________________________________________    

 

Pierwsze powieści Orkana były chłodno traktowane przez krytykę, zarzucano mu brak obrazowości 

i plastyczności, szkicowość, powierzchowne pojmowanie chłopskiej natury. Tom Nad urwiskiem zyskał już 
przychylną opinię, był doceniany ze względu na realny opis chłopskiego bytowania, bez upiększeń.  

 

Z postulatami naturalistów koresponduje zapewne stylizacja gwarowa, którą posłużył się Orkan. 

Wypowiedzi  bohaterów,  to  język  ludu  z  okolic  Poręby.  Szkice  i  obrazki  tego  autora  mają  charakter 
dokumentarny,  wyrażony  w  zwyczajach  i  obyczajach  ludowych,  w  szczegółach  etnograficznych,  
w  uchwyceniu  autentycznych  wydarzeń  i  nazw  miejscowości  z  tego  regionu.  Naturalistyczna 
 z  pewnością  jest  także  pesymistyczna  wymowa  szkiców  i  obrazków,  autor  opisuje  ciemne  strony 
chłopskiego  bytowania.  Jednak  autor  ujawnia  w  komentarzach  swój  stosunek  do  regionu,  o  którym 
opowiada, brak mu obiektywizmu, który cechował naturalizm. Nie sprowadza też swoich bohaterów do 
czystego biologizmu i kierowania się wyłącznie żądzami.  

 

 

 
 

 

 

 
 

background image

 

Komornicy 
 
 

Komornicy spotkali się z przychylniejszymi opiniami krytyków, jako walor dostrzegano wielostronny 

obraz  różnych  warstw  społeczeństwa  chłopskiego.  Dokonał  pisarz  syntezy  motywów  zawartych  

w  opowiadaniach.  Jest  to  studium  z  życia  gromady  wiejskiej,  oparte  w  dużym  stopniu  na  materiale 
rzeczywistości  realnej.  Miejsce  akcji  (Koninki,  położone  obok  rodzinnej  wsi  pisarza  –  Poręby), 

szczegóły  topograficzne,  oraz  wzięte  z  życia  postacie  bogatego  Chyby  Złydaszka,  i  komornicy 
Margośki, wokół których ogniskują się watki główne. To wszystko nadaje powieści znamię autentyzmu. 

Przy  tym  nadal  dominują  ciemne  barwy  i  pesymistyczne  tony  wzmacniane  dramatycznymi  scenami 
(powrót Józka do domu, gdzie zastaje trupa matki zmarłej z wycieńczenia i głodu). 

 

Dokonując-mikroanalizy środowiska wiejskiego, zaprezentował przeciże pisarz własne, odrębne 

ujęcie  zagadnienia.  Orkan  odrzucił  bowiem  utrwaloną  w  prozie  o  tematyce  ludowej  zasadę 

konstrukcyjną, opartą na konflikcie między dworem a wsią, ukazał natomiast procesy rozgrywające się 
wewnątrz samej wsi, relacje pomiędzy różnymi warstwami chłopstwa.  

 
 

Zabiegi konstrukcyjne pisarza zmierzają do wydobycia owego zróżnicowania społecznego. Obok 

dwóch wątków głównych, wątku Margośki i Chyby, wprowadził Orkan szereg motywów wyzyskanych 
Nowelach Nad urwiskiem, jak historię komornicy, dla której nie stało miejsca w izbie na okres zimy, 

sprawę  emigracji  za  zarobkiem  czy  kwestię  skrzywdzonej  dziewczyny.  Ukazując  indywidualne  losy 
ludzkie  na  szerszym  tle  stosunków  ekonomicznych,  socjalnych  i  obyczajowych,  dał  przekonywający 

obraz  życia  ludu  pod  koniec  w.  XIX,  z  wyraźnym  wszakże  uprzywilejowaniem  egzystencji  gromady 
najbiedniejszych. Bowiem motyw sygnalizowany w tytule powieści staje się sprawą centralną. O tym, że 

były  to  kwestie  ważne  dla  ówczesnej  wsi  galicyjskiej,  świadczą  doniesienia  publicystów  i  notatki  w 
prasie.  

 

Sceny w Komornikach zestawiane na zasadzie kontrastu zmierzają właśnie do podkreślenia ogromu 

nędzy,  do  uwydatnienia  obojętności  bogaczy  na  krzywdę  ludzką  i  do  wyjaśnienia  przyczyn  zła,  jakie 

kryją się w ustroju wsi galicyjskiej, w rozwarstwieniu społecznym. Wprawdzie, w zakończeniu utworu 
odszedł  nieco  pisarz  od  tej  konsekwentnie  socjologicznej  interpretacji  utworu  w  stronę  refleksji 

ogólnomoralistycznej  –  ukazując  skruszonego  Chybę  („Dyć  my  tu  na  tym  świecie  wszyscy 
komornicy...”). 

Orkan  unika  w  Komornikach  bezpośredniego  komentarza  autorskiego,  oddaje  głos  przede 

wszystkim  przedstawianym  faktom,  zdarzeniom  i  postaciom.  Z  ich  wypowiedzi  i  postaw  można 

odczytać stanowisko autora, ustalić, w jakich rejonach ludzkiego bytowania widzi przyczyny zła i istotę 
jego  tragizmu.  Konflikt  widzi  przede  wszystkim  między  nędzną  egzystencją,  a  wytwarzającym  je 

„zasiedziałym porządkiem życia zbiorowego”. Jeśli tak jest, to następnym pytaniem, jakie młody pisarz 
sobie postawi, będzie pytanie o możliwość przebudowy owych stosunków społecznych, o możliwość 

reformy agrarnej, o stworzenie nowego ładu. Zadanie to podejmie w następnej powieści, W  roztokach. 
We  wstępie  do  Komorników  zapowiadał:  „Maleńka  fala  tego  życia  bełkocze,  szemrze  i  w  niniejszym 

szkicu,  aż  połączona  z  szumem-  wodospadów  zahuczy  głośniej  w  roztokach...”  Taką  próbę 
kolektywizacji  wsi,  próbę  przedwczesną,  podejmie  Franek  Rakoczy,  w  pewnym  stopniu  porte  parole 

autora.  Aczkolwiek  obydwie  powieści  łączy  wiele  nici  ideowych  i  konstrukcyjnych,  to  Komornicy 
pozostali  w  dorobku  Orkana  nie  tylko  jako  przygrywka  do  Roztok,  lecz  jako  utwór  samodzielny, 

oryginalny również na tle młodopolskiej powieści. 
 

 

 

 

 

 

 
 

background image

Miejsce akcji: Koninki – wioska w Gorcach 
Ludzie: 

Złydaszek, zwany powszechnie Chybą, traczy (właściciel tartaku), 

synowie Chyby: Jasiek, Sobek i Wojtek 
Haźbieta, synowa Chyby (żona Jaśka), 

Margośka  z  Zosią  i  Józkiem  (komornica,  którą  ojciec  Chyby  wydał  za  swojego 
służącego, udzielił im placu za wodą i drewna na chałupę w zamian za pomoc pracach 

polowych), 
Kozera, pijak i bałamutnik, 

Hanka, córka Kozery, 
Satrowa i jej synowie (najmłodszy, Jantek ma już 30, Michał, Romek ok 50) 

Jagnieska, komornica Satrowej, 
Kilkoro pobocznych: 

Wikta, służąca Satrowej, 
Łukaska, 

Błażek zwany Kurierem, 
Żyd Zysiel, 

bracia Smreczaki. starszy Wawrzek 

 
 

 

 
 

I

  Opis  wsi  Koninki,  położonej  w  Gorcach.  Ludzi  –  żujących  w  swoim  małym  światku, 

nieinteresujących  się  tym,  co  w  świecie  dalej  (np. głosowali  jak  wójt  chciał i  żyli  sobie  dalej).Za  to  o 
sobie nawzajem wiedziano wszystko. I  tu wprowadza się po raz pierwszy postaci: Hankę od Kozery, 

starą  Satrową  i  jej  synów,  z  których  podśmiewa  się  cała  wieś,  starego  Kozerę  oraz  Złydaszka,  czyli 
Chybę.  Ludzie  opowiadają  o  sobie  nawzajem  do  śmiechu  –  zazwyczaj  przy  żniwach  czy  kopaniu 

(ziemniaków). 
 

Na  początku  widzimy  jak  kobiety  kopią  ziemniaki  koło  wody.  Zatrudnił  je  traczny,  właściciel 

tartaku  (Chyba),  rozmawiają  o  Satrowej  –  o  tym  jak  nie  chce  synów  z  domu  wypuścić,  żenić  się  nie 
pozwala,  trzyma  grunt.  Kopią  między  innymi  Hanka  od  Kozery,  synowa  Chyby  (Haźbieta),  Łukaska 

 i  kilka  innych  kobiet.  Kobiety  umilają  sobie  pracę  plotkowaniem  o  różnych  mieszkańcach  wsi, 
wymieniają się nowymi wieściami.  

 

Następnie przenosimy się na drugą stronę wody – na pole Satrowe, gdzie uwija się stara Satrowa 

ze służącą Wiktą oraz komornicą Jagnieską. Satrowa stara, zasuszona, ale pracuje za dziesięciu, a przy 

tym skąpa, nie zatrudnia nikogo. Jagnieska komoruje u starej od wiosny. A ludzie lubią ją najmować, bo 
nie  trzeba  jej  wiele  płacić,  czasem  ziemniakami  czasem  tylko  dobrym  słowem.  Małym  się  obchodzi, 

prawie nie je i jakoś jej się żyje. Poza tym łatwo ją wykorzystywać, bo nie upomina się o zapłatę, którą 
normalnie powinna komornica otrzymać, wystarcza, że dadzą jej co jeść. Kobiety zaczynają rozmawiać 

o  pracujących  sąsiadkach  zza  wody.  Patrzą  kto  tam  pracuje,  Jagnieska  pyta  o  Margośkę  zza  wody, 
komornicę,  ale  dowiadujemy  się,  że  jest  skłócona z  tracznym więc  nie  pracuje.  Wspominają,  że idzie 

 o  dom,  który  zmarły  mąż  postawił  na  gruncie Złydaszka,  po  czym  umarł  osierociwszy  córkę  i  syna 
Józka, i że gdyby nie syn, to by pewno z głodu pomarły. Wspominają o Chybie, ale Satrowa się wścieka, 

bo ma do niego wielki żal, że ciągle wspomina jej synom o ożenku, żeby matki nie słuchali tylko się 
brali  do  życia.  Kobieta  chce  być  im  matkom  do  końca,  uważa,  że  jak  umrze  to  oni  się  jeszcze 

„nagazdują”. Zaczyna kląć i źle mówić o tracznym. Następnie mówią o jego synach: najstarszym Jaśku, 
który chodzi i myśli, niewiele z niego pożytku, Sobku-zabijace, co się go cała wieś boi i Wojtku co ciągle 

ucieka  
z domu. Kopały i ciągle opowiadały gorszące historie o tracznym. 

 

Narrator  opowiada,  że  tak  naprawdę  Złydaszek  nie  był  takim  złym  człowiekiem.  Był 

gospodarzem z dziada pradziada, miał swój kawałek ziemi, młyn i tracz. Żonę już pochował, musiał 

przez  to  ożenić  Jaśka  –  cichego  zamyślonego  chłopaka.  Narzekał  na  niego  przy  ludziach,  a  tak 
naprawdę  był  zawzięty  na  syna,  bo  widział,  że  ma  talent  konstruktorski  (od  małego  cośtam  strugał 

 i robił), ale jak się okazało, że robi rzeczy lepsze niż ojciec, ten zaczął być strasznie zazdrosny, uczeń 

background image

przerósł  mistrza.  Zły  był  też,  bo  potrafił  odłożyć  pracę  dla  porządnego  gazdy,  a  pogadać  z  byle 

komornicą  i  naklepać  jej  kopaczkę.  Za  to  był  dumny  z  Sobka,  zawadiaki  i  kłótnika.  Bardzo  często 
dokuczał bratowej, przy tym kpił z brata i schlebiał ojcu, więc mu wszystko uchodziło. Przez to stary 

wyładowyał złość na Wojtku, który przez to ciągle uciekał czy na wieś czy za wodę do „Margoścynej 
Zośki”  (dziewczyny, która mu się podobała)  i długo nie wracał. Wściekał się, że mu byle komornicy 

zwlekają dziecko. Zapomniał, że grunt i drewno na chatę podarował ojciec Chyby słudze za długoletnią 
pracę oraz pomoc w pracach polowych.Ojciec Chyby był zupełnie inny, niż jego syn, nie miał poczucia 

wyższości wobec komorników. 
 

II  

Tracz  u  Chyby.  Zebrali  się  tam  mężczyźni,  by  pogadać  przy  pracy.  Satrowie:  Romek,  Michał  i 

Jantek bywali tu codziennie, zwozili pnie i cięli je i sprzedawali mszalnikom. Pracowali razem ciężko i 
zbierali pieniądze, żeby się uniezależnić od matki. W domu niczym się nie zajmowali, chata niszczała 

coraz bardziej. Póki co śmieli się z nich ludzie i nawet teraz mężczyźni im czasem przygadywali. Teraz 
ludzi tu więcej, bo na jesieni więcej prac skończonych, a kopanie ziemniaków, to babska rzecz. Słuchali 

też  gadania  Błażka,  zwanego  Kurierem,  który  to  świat  zjeździł,  a  teraz  po  domach  chodzi  i  potem 
opowiada,  co  u  kogo  się  dzieje.  Przy  tym  wszyscy  patrzą  na  to,  co  konstruuje  Jasiek.  Tworzy  on 

gonciarnię (maszynę, do wycinania gontów, którymi przykrywało się dach domu- drewniana dachówka). 
Sobek dogląda czy tracz tnie i czasem woła któregoś z Satrów. Dosiada się do niego Kozera i opowiada 

swoją  poranną  przygodę  jak  to  zaraz  po  modlitwie  coś  go  ciągnęło,  bo  poszedł  do  karczmy  Żyda  
i w końcu się poddał, pił tam aż do nocy z kumami, a wracając tak go wodziło po miedzach, wodach 

 i brzegach do rana, że całe nowe kierpce zdarł. Rano się opamiętał i wrócił do chaty. obiecuje, że już 
więcej do karczmy nie pójdzie. Później Błażek opowiada jak to był w Krakowie. Jaki wielki plac mają i 

trzy kościoły na nim. Zaczyna bajać o morskim oku, co się tam na rynku otworzyło i musieli je zatkać 
krakowianie czym się dało, a jak się udało to na tym miejscu ten 3ci kościół stanął. Że to morskie oko 

to  drugie  od  tego  w  Tatrach...  Chłopi  gadają  o jego  długim  języku  i  raczej nie  dowierzają  w  te  baje. 
Wtem nadjeżdżają dwaj Smreczaki do tracza. Pokpiwują wszyscy z Satrów, ogólny gwar, Jasiek wycina 

koła do gonciarni, wtem słychać krzyk i widzą przeskakującego tracz i wodę Wojtka. Gonił go ojciec 
 z pasem. Młody przyśpiewał i uciekł do Margoścynej chałupy. Ojciec zły, że młody coś po swojemu 

robi,  jak  mu  Jasiek  zrobił  skrzypce  i  Wojtek  przygrywał  to  ojciec  spalił  je.  Wtedy  syn  znalazł  gdzieś 
drugie. Wściekły, że mu młody od pasa uciekł wyładował swoją złość na Margośce, która zbierała pod 

traczem  trociny.  Nie  pozwolił  jej  nawet  tego  wziąć  i  zwyzywał  porządnie.  Zły,  bo  chce,  żeby  Józek 
pomagał  w  pracach  polowych,  ale  ona  nie  przyśle  syna,  jeśli  Chyba  nie  będzie  płacił  za  jego  pracę. 

Uważa, że mu się to należy. W końcu mu przeszło i zaczął gadać z chłopami. Ci go lubią,  „bo człek 
walny i piniężny do tego”. 

 
III   Przenosimy się do Margośki. Wspomina się o nieboszczyku Szymku i o ojcu Chyby. Tamten dał 

ziemię i na chatę, ale za zasłużoną pracę. To mu pomagali. A Złydaszek chce, by pracowali u niego za 
darmo, a przecież muszą z czegoś wyżyć, czasy pańszczyzny już się skończyły... Szukają pracy, Józek 

(syn  Margośki)  pracuje  przy  fornalach,  one  dostały  od  jednego  zagon  na  ziemniaki,  ukopały  trochę, 
zebrały garnek grochy i troszkę ziarna i to im musi na całą zimę starczyć. Myśli sobie że może i na tę 

zimę dorobi przędzeniem. Bo sprzedać już nie ma co. Matce w domu pomaga córka Zosia, pasie też 
bydło.  Zaprzyjaźniła  się  z  Wojtkiem  od  Chyby,  ale  ojciec  nie  pozwolił  już  im  razem  paść.  Wpada 

Wojtek.  Margośkę  nazywa  „chrzesną  matką”  (tak  się  mówi  do  ludzi,  którzy  mają  duże  poważanie  u 
ludzi  –  widać  tu  stosunek  Wojtka  to  niej).  Gospodyni  z  córką  robią  kluski  ziemniaczane  na  obiad. 

Później po pracy przychodzi Józek i wszyscy razem jedzą kluski z mlekiem. Rozmawiają o pracy Józka, 
o złym Chybie, w końcu kładą się spać. Wojtek ucieka do stodoły na siano, gdzie ma zamiar się wyspać, 

nie wraca do domu, jak to ma w zwyczaju. Rozmowa schodzi jeszcze na jutrzejsze święto – umawiają 
się,  że  Józek  pójdzie  na  sumę,  Margośka  nie  ma  się  w  co  ubrać,  a  gorszyć  ludzi  nie  chce,  zaś  Zosia 

wypasać będzie bydełko. 
 

Na  drugi  dzień  po  śniadaniu  zabrali  się  każdy  do  swoich  obowiązków:  Józek  na  sumę,  Zośka 

paść, matka posprzątała chatkę i siadła na progu z różańcem, rozmyśla nad swym losem. 
 

Józek  zdąży  na  końcówkę  kazania  przed  kościołem.  Ksiądz  tłumaczył  przypowieść  o  bogaczu 

 i  Łazarzu.  Mówił,  że  bogacze  powinni  dzielić  się  z  biedakami,  dawać  jałmużnę,  nie  poniewierać 
najemnikami. Cały czas Józek zastanawia się czy Złydaszek tego słucha. Następnie mówi o tym, żeby 

biedni nie dufali w swoją biedę, ale byli ubogimi w duchu, bo oni mają pierwszeństwo. Chyba odnosi to 

background image

do  siebie.  Po  wypominkach  była  suma,  a  po  mszy  ludzie  zgromadzili  się  na  rynku.  Choć  matka 

przykazała,  Józek  zatrzymał  się  na  rozmowy.  Mówili  młodzi,  że  zbierają  się  „na  zarobek”.  Jadą  do 
Pesztu (Budapesztu). Pytają, czy i on się z nimi zbierze we wtorek. Powiedział, że  zobaczy, co powie 

matka. Opowiadali jeszcze o tym ile to można zarobić. Później się rozeszli. Po drodze, na rozstaju dróg 
na Koninki i Porębę stała karczma. Miał Józek iść do domu, ale posłyszawszy muzykę skręcił z drogi. 

 

IV

  

Karczma sławna, stałą w dobrym miejscu, bo po drodze i każdy musiał wstąpić. Tu obradowały 

rady, tu „cosi” wodziło Kozerę. W alkierzu siedzieli i pili sami porządni gospodarze. W izbie szynkowej 

zaś  młodzi  rej  wodzili  przy  muzyce.  Sobek  prowadził,  tańczył  z  Hanką  Kozerową.  Gdy  wchodzą 
Smreczaki  Sobek  się  usuwa  i  oni  prowadzą  tany.  Muzyka,  śpiewy,  taniec.  Gospodarze  przyglądają  się 

temu  z  alkierza.  Skończyło  się,  gdy  poszła  struna  w  skrzypcach.  Najlepiej  mieli  się  muzykanci,  im 
wszyscy polewali. Przerwa na strojenie instrumentów, wszyscy posiadali. Kozera spotkał Sobka, zaczął 

znów popijać. Nawet Wojtek wlazł oknem i prosi muzykanta o jakąś piosenkę, ale ojciec go zobaczył i 
już chciał dopaść, ale młody uciekł. W tym momencie Józek wszedł do karczmy, chciał gdzieś z boku 

przysiąść. Dojrzał go Sobek i powiedział, że z dziadami tańczył nie będzie. Ojciec go poparł i wdaliby 
się  wszyscy  w  bitkę, ale  Józek  zauważył,  że  nie  dałby  rady  i  upokorzony  wyszedł  z  karczmy.  Tak  się 

zaciął, że doszedł do wniosku, że musi iść do Pesztu, narobi się, a jak wróci, to im pokaże. Więcej nie 
będzie poniewierany i nazywany komornikiem. 

 
V  

Późna noc, Józek wrócił do domu jak wszyscy spali. Jednak matka czuwała. Jeść nie chciał. Rano 

wstała,  przygotowała  śniadanie  i  zaczęła  jak  zwykle  budzić  syna  do  pracy  jednak  on  nie  wstawał.  W 
końcu  powiedział  jej, że nie  pójdzie  do lasu,  ale  do  Pesztu  pojedzie.  Matka  zaczęła  perswadować, że 

wszędzie z pracą ciężko, wszędzie wielu ludzi i nigdzie łatwo nie ma. Ale syn się zaciął, miał dość złego 
traktowania.  Powiedział,  że  jedzie  iluś  chłopów  ze  wsi,  w  końcu  się  zgodziła.  Żeby  miał  trochę 

pieniędzy na drogę uznali, że sprzedadzą kozy. Obudzili Zosię i kazali jej, by dobrze je napasła. Młoda 
poszła, a matka z synem oporządzili chałupę. Na drugi dzień Józek zebrał się ze swoimi rzeczami. Nikt 

nie był radosny, wszyscy jakoś przestraszeni. Przyszedł Wojtek i dowiedział się, co się dzieje. Poprosił, 
by  Józek  mu  tam  miejsce  przygotował,  ale  ten  wyśmiał  chłopaka,  że  po  co,  skoro  syn  bogacza  i  mu 

dobrze. Ten zaprzeczył, że nie, bo go Chyba bije. Matka poszła z synem. Załamana, miała wrażenie, że 
już go więcej nie zobaczy. Na jarmarku została sama i ledwo udało jej się sprzedać kozy za 10 reńskich, 

choć  miała  nadzieję  na  12  (ale  nie  da  się  targować  jak  na  targu  są  rabczanie-  mieszkańcy  Rabki). 
Znalazła syna pod kościołem, dała mu pieniądze i pożegnała go. Syn chciał, by matka zostawiła sobie, 

choć 1reńskiego, ale wyperswadowała mu to. Obiecał jej pisać i poszedł na kolej. Matka płacząc wróciła 
do domu. Zosia próbowała ją pocieszać jak mogła. 

Zapowiedź i opis nadchodzącej zimy- najtrudniejszej pory roku dla ubogich komorników. 
 

VI   Opis chaty Satrów. Zaniedbana, chłopi nic nie naprawiają, bo nie ich, ale matki. W środku brud i 
grzyb, sprzęty poskładane, ledwo się trzymające. Do tego oprócz komornicy króliki, kury i cielę. Opis 

piekiełka, jakie się rozgrywa między synami a matką. Matka powtarza, że nie chce żadnej synowej, ci 
przygadują,  że  chowa  ich  na  pośmiewisko  ludzkie.  Jednak  nie  umieją  jej  przegadać,  szczególnie  jak 

wtrąca  jakieś  obce  wyrazy  do  rozmowy  (z  francuskiego  czy  niemieckiego,  oczywiście  trochę 
przekręcone).  Najwięcej  miała  kłopotów  z  najstarszym  –  Romkiem,  a  najmniej  ze  średnim  – 

Michałkiem, ale ludzie mówili, że przez niego niejedna dziewka z krzykiem z ich chaty poszła. Ostatnia, 
Wikta,  odeszła,  bo  nie  było  miejsca  (taka  wersja  starej,  ale  cieszyła  się  po  prostu,  że  ubyło  gęby  na 

zimę). Następnie chciała się pozbyć Jagnieski. Jej nie dało się powiedzieć, że nie dostanie jeść czy coś, 
ale  stara  umyśliła  i  powiedziała  jej,  że  będzie  bardzo  ciasno,  bo  i  zwierzęta  na  zimę  w  chacie  będą  

i w łóżku się nie zmieści. Jagnieska pyta, czy ta ją wygania, ale Satrowa się odżegnuje i mówi, że z troski 
mówi, żeby ta sobie już coś zawczasu znalazła. Jeszcze mówi, że inni o przestronniejszych chatach ją 

przyjmą.  Obiecała  zaś  przyjąć  ja  na  wiosnę.  Jagnieska  poszła  podziękowawszy  starej  sknerze.  Nie 
wiedziała gdzie się podziać, w końcu poszła do Margośki. Ta ucieszyła się na jej widok, bo jej strasznie 

samotno było, a dowiedziawszy się, że Satrowa ją wypędziła na zimę, przyjęła ją do siebie. 
 

VII   Margoście i Jagniesce dobrze się mieszkało razem, kobiety wspierały się nawzajem. Pewnego dnia 
poszła Jagnieska za lnem po wsi, a kobiety dawały jej, bo wiedziały, że robi za półdarmo. Zaczęły więc 

prząść. Zosia też bardzo chciała, ale matka nie zwracała na nią za bardzo uwagi, za to ciągle wzdychała 

background image

za  Józkiem,  czekała  jakiejś  wiadomości  od  syna.  Kobiety  opowiadają  sobie  swoje  historie.  Margośce 

wcześnie zmarli rodzice, ale przygarnęli ją ludzie i pasła im owce przez wiele lat. Czasem zapominali 
jeść jej przynieść, ale wtedy żywiła się jagodami. Dużo u nich pracowała, ale chcieli ją zatrzymać, jednak 

ona wtedy poznała Szymka i została z nim. Jagnieskę zaś macocha biła, a jak podrosła poszła na służbę, 
byleby  w  domu  nie  być.  Chciał  się  z  nią  jeden  ożenić,  ale  potrzeba  było  30  reńskich  „posagu”  od 

rodziców, ojciec nie chciał dać i tak została. Służyła po wsiach i nie wiedziała, że ojciec zachorował, 
zmarł.  „Zapomniano”  o  niej  przy  testamencie,  tylko  jej  ojciec  chrzestny  wywalczył  dla  niej  zagon  z 

ziemniakami, ale jak zmarł to wzięli jej i to. Nie chciała się z nimi sądzić. I tak na rozmowach schodziły 
im dnie. Któregoś dnia przyszła synowa Chyby. Ucieszyły się, że we 3 będą prząść. Haźbieta przyszła, 

bo w domu się nie dało – okazało się, że Sobek został aresztowany. Zabił Tomka ze Skalistego. Pili w 
karczmie i się pokłócili. Różne wersje ludzie mówili. Sobek, że Tomka przytomnego zostawił, ludzie, że 

bił go, aż zatłukł na śmierć. Kobiety uważają, że to wina starego, bo tak nauczył syna od  małego, że 
pięść  jest  sposobem  na  wszystko.  Stary  teraz  wściekły.  Mówi  się,  że  poszło  o  Hankę  od  Kozery. 

Spodziewa się dziecka i wszyscy domyślają się, że to dziecko Sobka. Wieczorem poszła, bo stary by się 
wściekł.  Przychodziła  Haźbieta  przez  kilka  dni  i  Zosia  dowiedziała  się,  że  Złydaszek  bije  o  byle  co 

Wojtka. 
Któregoś dnia wpadł Wojtek z listem. Przeczytał im, że Józek pracuje na cegielni, robota ciężka, nie 

zarabia  wiele,  nie  przywiezie  ze  sobą  dużo  pieniędzy.  Matka  wzdycha,  że  wszystko  tak,  jak  mówiła 
synowi. Jest też dopisek od tego, komu syn dyktował list, żeby nie wierzyć w to, co on tam pisał, bo 

pisał pod dyktando. Matka jednak uważa, że jej by syn nie skłamał. Chce, żeby mu Wojtek odpisał, ale 
on powiedział, że sam mu to powie i oznajmia, że wybiera się do Pesztu, bo ojciec go bije i wytrzymać 

nie może. Obiecał jeszcze Zosi, że zanim pojedzie to jej coś powie. Kobiety dochodzą do wniosku, że 
może wtedy Chyba się opamięta, jak traktował syna. Margośka jest szczęśliwa z wiadomości syna. 

 
VIII  Na drugi dzień już Wojtka nie było. Myśleli wszyscy, że gdzieś biega, po tym, jak w nocy ojcu 

urwał się pasek, ale nie pojawił się i przez następne dni. Chyba wściekły szukał nowego pasa na powrót 
syna.  W  końcu  synowa  przynosi  mu  wieść,  że  pojechał  do  Pesztu.  Wściekł  się  na  syna,  a  następnie 

wyładował złość na komornikach, uważając, że to oni mu nagadali i zwiedli go. Chodził po wsi i klął,  
a  ludzie  go  znali  i  wiedzieli,  że  już  niedługo  mu  przejdzie.  Kobiety  zza wody  doszły  do  wniosku, że 

Wojtek  musiał  wyjechać,  Zosia  była  niepocieszona,  że  jej  na  odchodnym  nie  powiedział  tego,  co 
obiecał, że nie pożegnał. Dziewczyna bardzo posmutniała. Chybie w końcu przeszło, wyrzekł się syna 

przy ludziach. Mało już też do niego przychodziło czy mleć mąkę czy na tracz, tylko czasem Satrowie. 
On łaził bez celu albo przyglądał się pracy Jaśka. 

 

W  zimie  nie  było  co  robić,  więc  po  śniadaniu  Haźbieta  biegała  do  rodziców  albo  prząść  na 

chałupy,  ale  jej  stary  zabronił  za  wodę  chodzić,  więc  już  się  tam  nie  pokazała  więcej.  W  chacie 

rozmawiają Jagnieska z Margośką, o biedzie, komornikach, co nimi ludzie pomiatają i o tym, że dobrze 
by  było  jakby  wszyscy  po  równo  mieli.  Jagniesce  się  marzy  taki  podział,  by  nikomu  nie  brakło,  ale 

gospodyni  uważa,  że  to  niemożliwe,  żeby  zazdrości  nie  było  między  ludźmi.  Opowiadają  sobie  sny. 
Jagniesce się śniło, że jedzie ksiądz z komunią do chatki za wodę, ale prosi ją, by ona przeniosła, bo on 

nie  jest  godny  tego,  jednak,  gdy  ona  przejeżdża  przez  most  to  wpada  do  wody.  W  końcu  ją  ludzie 
wyciągają, ale nie ma jak przejść do chatki, zanieść Pana Jezusa. Gospodyni zaś mówi o tym, że jej śniło 

się, że była przed obrazem Matki Bożej w kościele i miała na rękach małęgo Józka. Modliła się potem 
ofiarowała  dziecko  na  ołtarzu  i  zaczęła  wyjmować  sobie  zęby,  by  mogło  się  nimi  bawić.  Wtedy 

Najświętsza Panienka z obrazu przyzwała ją do siebie i urwała kawałek świata, który miała pod stopami 
u dała jej mówiąc, żeby skosztowała tego chleba, jakim Ona na świecie żyła. Margośka miała problem, 

bo  to  twarde  i  gorzkie  jak  piołun,  a  ona  bez  zębów.  Nagryzła  się  do  krwi,  ale  jak  zjadła,  to  później 
nastąpiła  cudowna  słodkość  –  i  z  tym  uczuciem  obudziła  się  rano.  Długo  potem  wymyślały,  co  to 

mogło  znaczyć.  Potem  gospodyni  poszła  wyjąć  ziemniaki  z  dołu,  żeby  w  zimie  nie  przemarzły,  a 
komornica  sprzedać  len,  który  oprzędły.  Jednak  żadna  gaździna  nie  napomknęła  o  zapłacie,  jedynie 

raczyły  ją  śniadaniem,  jak  jednej  się  odważyła  co  powiedzieć  to  ją  ofuknęłą.  Tylko  ostatnia  gazdowa 
obiecała dać wkrótce pieniądze. Potem wymęczyła Jagnieskę, by została u niej z tydzień i przędła. Ta się 

zgodziła, pomyślawszy, że u Margośki już mało jedzenia i została. 
 

IX 

  Nie  doczekała  się  Margośka  komornicy  i  zapłaty.  Po  przeniesieniu  ziemniaków  zaniemogła,  w 

nocy dostała gorączki. Rano poszła po wodę, ale prawie zemdlała. Zdążyła ugotować śniadanie i poszła 

background image

się położyć. Zosia musiała się sama zająć domem. Wykonywała pracę ponad siły, ale dawała rady. Matka 

jeść nie chciała. Dziewczyna starała się nią opiekować, pytała, czy kogoś nie przyprowadzić, ale matka 
powiedziała,  że  nie  ma  kogo  i  kazała  tylko  się  modlić.  Była  na  skraju  śmierci,  żal  jej  było,  że  córka 

zostanie sama, żal, że Józka nie ma. Pewnego dnia zawołała, że chce jeść, ale gdy okazało się, że chce z 
mąki  na  mleku,  córka  się  podłamała,  bo  tylko  ziemniaki  im  zostały.  Zosia  zdecydowała  się  pójść  do 

ludzi, poprosić. Jednak gdzie nie zaszła, tam ją albo wyganiali, że „dziaduje”, albo mówili, że za most 
nie poślą nic, bo im w domu wszystko się zepsuje (jakiś przesąd?). Jedna kobieta chciała już się nad nią 

ulitować, ale ją matka przegadała. Załamane dziecko wracało do domu. Znalazła się koło młyna Chyby 
i myśląc, że nikt nie widzi chciała wziąć garść mąki. Jednak ten ją dopadł i gonił z deską. Udało jej się 

uciec, rzucił za nią deską. Nie trafił, deska spadła Zośce pod nogi i dziewczyna się przewróciła, upadła. 
Złydaszek się wystraszył i uciekł do chałupy. 

 

X

   Usłyszał krzyk Kozera i wybiegł na dwór. Zauważył Chybę uciekającego za węgły i leżącą Zośkę. 

Wziął ją nieprzytomną na ręce i zaniósł do domu. Zrzucił z łóżka Hankę w ciąży i położył tam ranną 

dziewczynę. Rzucił córce worek słomy, żeby miała, na czym leżeć. Opatrzył dziewczynie ranę – rozbite 
kolano. Wyszedł potem po spełnionym chrześcijańskim uczynku do karczmy. Wrócił dopiero na drugi 

dzień rano i zastał w chałupie wnuka. Dał pić mleka Zosi i córce. Potem przystawił Hance dziecko do 
piersi,  żeby  je  nakarmiła.  Uznał,  że  trzeba  je  ochrzcić  i  wyszedł.  Wrócił  na  drugi  dzień  z  kumem  i 

kumoszką  (ojców chrzestnych). Wszyscy  podchmieleni,  a  Kozera chciał  raczyć  wnuka  wódką,  Hance 
udało się go powstrzymać, ale zmusili i ją i Zosię do wypicia 2 kieliszków. Wzięli dziecko, córka chciała, 

by mu było Sobuś, ale ojciec kazał ochrzcić go Tomuś  – po chrześcijańsku. Poszli, a on za nimi, ale 
zawrócił do karczmy, mówiąc sobie, że pewnie tu zajdą w drodze powrotnej. I po południu przyszli, 

więc popili. Wieczorem kumowie padli nieprzytomni w karczmie, a on uznał, że trzeba dziecko zanieść 
i nakarmić i wyszedł do domu. Schował je przy tym w rękawie i zamknął na haftki. Ale wodziło go po 

polach,  zaspach,  gadał  po  drodze  do  płaczącego  dziecka,  aż  się  uspokoiło.  W  końcu  nad  ranem 
otrzeźwiał i doszedł do domu. Hanka od razu krzyknęła, gdzie dziecko, on pokazał rękaw, a tam nic, 

tylko urwana haftka. Dziewczyna z krzykiem, na bosaka wybiegła na pole a on za nią ku studni… 
 

XI

   U Chyby, poniżej tartaku stanęła gonciarnia. Chłopi nie mogli się nadziwić temu cudeńku, jak to 

gonty rznie, fuguje (nacina) i na bok odrzuca. Bardo chwalili Jaśka, a ojciec krytykował. Aż sam sobie 

wmówił, że pomagał synowi przy maszynie. W końcu rozkopał rów, którym płynęła woda napędzająca 
maszynę i gonciarnia stanęła. Wymówki robił, że mu na koła woda potrzebna. Ludzie mówili Jaśkowi, 

żeby bronił swego, ale on mówił, że wymyśli coś nowego. Uznali go za dziwaka, że nie walczy, że nie 
wziąłby pieniędzy za gonciarnię. Następnie zaczął wymyślać koło, co by samo chodziło. Chyba śledził 

poczynania syna i domyślił się, że chodzi mu o stworzenie mechanizmu, którego nie trzeba nakręcać. 
Młody  majstrował  a  ojciec  mówił,  że  nic  z  tego  nie  wyjdzie.  Cieszył  się  niezmiernie  z  jego 

niepowodzeń.  Jasiek  stworzył  nowe,  i  pewnego  dnia  mu  się  udało.  Gdy  żona  usłyszała  jego  radosny 
krzyk :Idzie! idzie!” pomyślała, że zwariował, a kiedy Chyba pognał za nim w pole to zaczęła się za nich 

modlić. Patrzyli jak koło samo działa. Chyba wściekł się, że syn zabrał z krwi wszelki talent na służbę 
diabłu. Tak okrzyczał syna, że ten cały dzień nie pokazał się w chacie i pracował przy kole. Wieczorem 

Złydaszek przyglądał się zza węgła kołu i marzył, by się zepsuło. Haźbieta modliła się za nich. Chyba 
wpatrywał się w  koło, miał wrażenie, że staje, ale ono dalej działało. Zalała go zazdrość, w pewnym 

momencie zdało mu się, że syn wszedł pod tracz między koła. Coś go szarpnęło i puścił wodę. Rozległ 
się  krzyk  i  trzask  łamanych  kości  i  wszystko  stanęło.  Chyba  zmartwiał  i  leciał  ku  chałupie  wołając 

ratunku. Powiedział, że Jasiek się zabił, a synowa zapłakała, bo przeczuwała to od samego rana. Stary 
krzyczał  w  amoku,  że  on  nieumyślnie,  że  on  „niewinowaty”.  Poszła  zmówić  modlitwę  za  zmarłych. 

Przyszli  ludzie,  on  się  opamiętał  i  wymówił  się,  żeby  przy  tym  był.  Serce  jednak  go  ściskało  i 
wymawiało prawdę. Ludzie powiedzieli, że z rozumu nic dobrego, ale szkoda, bo nie będzie miał im kto 

pomóc naprawiać narzędzi.  
 

Chyba wyprawił wspaniały pogrzeb, nie szczędząc kosztów. Stary trzymał się dobrze, nie uronił 

ani łzy. Potem odszedł na bok, stanął przy wejściu i patrzył na ludzi. Później wrócił do mogiły i załamał 
nad nią ręce. 

 
XII   Pewnej zimowej nocy szedł drogą od kościoła Józek Margoścyn. Wracał z Pesztu, z chustkami 

dla matki i siostry, myślał, że pewno się go nie  spodziewają, bo Wojtek mu mówił, że czekają go na 

background image

święta. Podszedłszy do domu zapukał, ale nikt nie odpowiedział. Wszedł i zdziwił się, że nikogo nie 

ma, że zimno, Gdy wszedł do izby krzyknął i uciekł na pole, a przed oczami miał wciąż wielkie szklane 
oczy...  

 

Przed  oknami  Złydaszka  szedł  pogrzeb  Margośki.  Ten  uciekł  do  komory,  ale  doszły  go  słowa 

żałobnych pieśni. Wszedł do domu, ale tam pusto, a gdzie się nie ruszył miał wrażenie, że za nim duch 

Jaśka chodzi. Zaczął się bać tej pustki. W końcu poszedł na pole, siadł na brzegu rzeki i zapatrzył się w 
wodę.  Zaczął  rozmyślać,  przypomniał  sobie  wszystkie  złe  uczynki  „od  kołyski”.  Załamał  się,  został 

sam  jeden.  Popatrzył  na  Margoścyną  chałupę  i  wyszeptał  „Dyć  my  tu  a  tym  świecie  wszyscy 
komornicy...”-  wszyscy  na  tym  świecie  jesteśmy  ubodzy,  nie  mamy  niczego,  jesteśmy  zdani  na  czyjąś 

łaskę.. 
 
 

 
 

 
Bibliografia: 

Orkan W

ładysław Komornicy i opowiadania wybrane, oprac. B. Faron, Warszawa 1975. 

Chomikuj.pl 