background image
background image

1

LESLIE DAVIS

GUCCIONE

,,Czarujący uwodziciel”

Tytuł oryginału:

A Gallant Gentelman

                                               Przekład: Weronika Żółtowska

background image

2

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Wspaniały  czerwcowy  dzień  sprawiał,  że  Kay  McCormick  niemal  fizycznie

odczuwała  niezwykłe  piękno  okolicy.  Morska  bryza  wiejąca  znad  zatoki  odświeżała

powietrze  w  miasteczku  Byfield  w  stanie  Connecticut  nawet  w  skwarne  południe.

Teren  miejscowego  klubu  jachtowego  byt  doskonale  utrzymany.  Rozedrgane

promienie  słońca  połyskiwały  na  wodach  zatoki,  po  której  sunęły  duże  i  małe

żaglówki, płynące w stronę Long Island.

W taki dzień Kay bez trudu potrafiła sobie wyobrazić ucztę zakochanych w cieniu

drzew.  Kraciasty  obrus,  a  na  nim  kosz  owoców,  sery,  tabliczka  czekolady.

Niewiarygodnie przystojny mężczyzna łamie chrupiące francuskie rogaliki. Dzielą się

soczystą, nieco przejrzałą brzoskwinią.

Kay McCormick odwróciła się od okna ubawiona własnymi marzeniami. Nie tylko

brzoskwinie  bywają  trochę  przejrzałe.  Czas  wrócić  do  rzeczywistości  i  pozbyć  się

romantycznych złudzeń.

Kay  od  lat  prowadziła  kursy  żeglarskie,  ale  w  żadnym  magazynie  sprzętu  nie

widziała takiego bałaganu jak tu. Uparła się, że sama dokona inwentaryzacji, lecz teraz

nie była już taka pewna, czy w pojedynkę zdoła uporządkować duszne pomieszczenie

żaglowni,  mieszczącej  się  na  strychu  w  budynku  ekskluzywnego  klubu.  Skończyła

niedawno  zapisy  na  kurs-żeglarski  i  dzieciaki  z  jej  grupy  natychmiast  się  rozbiegły.

Kay  żałowała,  że  zwolniła  także  instruktorów.  Rozejrzała  się  wokoło.  Ponad  rzędem

wysokich  szafek  znajdowała  się  niemiłosiernie  zagracona  antresola.  Zewnętrzna

ściana była przeszklona; same okna. Kay nie potrafiła ich otworzyć. Przed budynkiem

rósł  wielki  buk.  Spojrzała  przez  brudne  szyby  na  wierzchołek  drzewa  i  spróbowała

jeszcze raz. Stare ramy nawet nie drgnęły.

Niełatwo przyszło Kay zostać szefem szkolenia. Jej kandydatura nie była pierwszą,

zaakceptowaną  przez  zarząd  klubu  jachtowego  w  Byfield,  nie  przeszła  również  jako

druga. Instruktorem kursu miał zostać ktoś starszy i bardziej doświadczony. Gdy obaj

poprzedni  kandydaci  zrezygnowali  z  posady,  zarząd  klubu  zaproponował  ją  Kay,  ale

tylko na okres próbny. Natychmiast przyjęła propozycję i pod koniec czerwca zaczęła

pracować.

background image

3

W  żaglowni  było  strasznie  gorąco.  Zdjęła  wełniany  sweter  i  wytarła  nim  krople

potu spływające między piersiami. Rano włożyła różowy kostium kąpielowy i szorty.

Teraz  bardzo  tego  żałowała.  Elastyczna  tkanina  lepiła  się  do  skóry.  Chociaż  Kay

wyglądała  raczej  na  sportsmenkę  niż  na  wampa,  czułaby  się  znacznie  lepiej  mając

nieco  mniejszy  dekolt  i  obszerniejszą  bluzkę.  Podciągnęła  ramiączka  kostiumu  i

mruknęła:

-  Panno  Katherine  McCormick,  zabrakło  chwilowo  innych  kandydatów  i  dlatego

otrzymała pani tę posadę. Jeśli uda się poprowadzić kurs inaczej niż dotychczas, jeśli

pięćdziesięciorgu  trojgu  dzieciakom  spodobają  się  zajęcia,  jeśli  przez  całe  lato  nie

zdarzy  się  jakaś  wpadka  i  jeśli  zarząd  klubu  będzie  zadowolony,  może  pani  robić

plany  na  przyszłość.  Nie  jest  wykluczone,  że  zatrudnimy  panią  na  dłużej,    panno

McCormick -  dodała  nienaturalnym  basem,  przedrzeźniając  szacownych  członków

zarządu, którzy przyjęli ją do pracy z braku lepszego kandydata.

Podniosła pusty worek i potrząsnęła głową. Dość tego. Teraz ma ważniejsze sprawy

niż marzenia o przystojnych wielbicielach.

-

Katherine  McCormick,  jak  zwykle  mierzysz  siły  na  zamiary.  Pewno  brak  ci

piątej klepki – mruknęła do siebie.

W  kącie  znalazła  mnóstwo  zapomnianych  rupieci.  Wyciągnęła  brudny  dziecięcy

sztormiak  i  nie  oglądając  się,  rzuciła  go  przez  barierkę  do  pomieszczenia  na  dole.

Stanęła  przy  ścianie  i  rozejrzała  się.  Sprzęt  żeglarski ledwo  się  tu  mieścił.  Rzeczy

zgubione przez dzieci trzeba będzie przenieść gdzie indziej.

-

Jak ja się z tym uporam?- jęknęła, przygładzając kosmyki jasnych, potarganych

włosów, wymykające się z francuskiego warkocza.

Umilkła nagle, słysząc tupot na schodach. Ktoś biegł przeskakując po dwa stopnie.

Popchnięte drzwi omal nie wypadły z zawiasów. Kay skuliła się pod ścianą.

-

Dosyć  tego,  Whitney!  Byłem... -  wrzasnął  młody  mężczyzna  w  bawełnianej

koszulce  i  mokrych  drelichowych  spodniach. -  Pani  nie  jest  Whitney -  dodał,

zdziwiony tak samo jak Kay.

-

Rzeczywiście - przytaknęła.

Oparł dłoń na biodrze i obrzucił wściekłym spojrzeniem sylwetkę dziewczyny i całe

pomieszczenie.  Z  pewnością  zauważył  i  panujący  tu  bałagan,  i  strużki  potu  na  jej

background image

4

dekolcie.  Czubkiem  buta rozgarnął  stos  żagli.  Niesamowicie  przystojny,  przemknęło

Kay przez myśl.

-

Nazywam się Jake Bishop. Przed chwilą córka zrzuciła mi na głowę sztormiak -

oznajmił,  rozglądając  się  wokoło. -  Whitney!  Koniec  zabawy,  moja  panno.  Pewnie

myślisz,  że  się  tu  na  coś  przydasz,  ale  czas  ucieka.  Powinnaś  czekać  tam,  gdzie  ci

kazałem. Niech ją pani przekona - dodał, zerkając na Kay. - Szkoda czasu na zabawę

w chowanego. Whitney ma lekcję tenisa. Od dawna powinna być na korcie.

Kay  zdmuchnęła  kosmyk  włosów  opadający  na  oczy  i  wyprostowała  się.  Miała

prawie metr sześćdziesiąt osiem, ale przybysz był od niej wyższy o dobrych piętnaście

centymetrów.  Odruchowo  obciągnęła  kostium  kąpielowy,  zdecydowanie  zbyt  skąpy

dla instruktorki kursu żeglarskiego. Co za szczęście, że włożyła jeszcze szorty. Zawsze

miała  pecha.  Całkiem  możliwe,  że  ten  wściekły  tatuś  okaże  się  komandorem  albo

przynajmniej  jednym  z  tych  ważniaków,  którzy  mają  oceniać  jej  pracę.  Kimkolwiek

był, patrzył na nią i na porozrzucany sprzęt z wyraźną dezaprobatą.

-

W  porcie  dowiedziałem  się,  że  Whitney  poszła  do  żaglowni.  To  jedna  z  jej

ulubionych kryjówek.

-

Często się przed panem chowa?

-

Czy pani dziecko też jest w grupie dla początkujących? - zapytał bez uśmiechu.

-

Nie, jestem...

-

Może mamy tu dwójkę uciekinierów.

-

Proszę mi wierzyć, prócz mnie nie było tu nikogo. Jak wygląda pańska córka?

-

Mniej  więcej  tego  wzrostu -  rzekł,  pokazując  ręką -  krótkie  czarne  włosy,

ciemne oczy. Zadziorna, odważna, wesoła. Dosyć wygadana.

W przeciwieństwie do swego ojca. Kate spojrzała na mężczyznę z uśmiechem, ale

on jakby tego nie zauważył.

-

Proszę pana, tak wygląda polowa dzieciaków w najmłodszej grupie. W co była

ubrana?

-

Jakieś spodenki, koszulka. Białe, jeśli się nie wybrudziła do tej pory. - Zerknął

na  zegarek. -  Powinniśmy  już  jechać  na  lekcję  tenisa.  Muszę  znaleźć  szefa  szkolenia

albo kogoś z instruktorów. Gdzie, do diaska... - I nagle zrozumiał, z kim rozmawia. -

To pani?

background image

5

-

Owszem. Nazywam się Kay McCormick, panie Bishop.

-

Kierowniczka kursu.

-

No właśnie - przytaknęła, wyciągając do niego rękę. Pomyślała gorączkowo, że

mimo  upału  powinna  była  włożyć  podkoszulek. -  Poprzedni  kierownik  kursu

zachorował na żółtaczkę.

-

Wiem. A pani jest również nauczycielką angielskiego.

-

Zacznę  uczyć  w  Williston  Academy  dopiero  po  zakończeniu  tego  kursu -

dodała  pospiesznie,  aby  nie  pomyślał,  że  traktuje  lekceważąco  swoje  instruktorskie

obowiązki. - Czy wszyscy rodzice będą równie zaskoczeni jak pan?

-

Skądże -  zaprzeczył,  ale  wyglądał  na  zakłopotanego  i  patrzył  na  nią,  jakby  z

trudem  ukrywał  niezadowolenie. -  Nie  wiem  tylko,  czy  pani  uda  się  utrzymać

dyscyplinę  wśród  dzieci.  Właściwie,  jeśli  mamy  rozmawiać  szczerze,  ta  zmiana  na

pewno nie spodoba się niektórym członkom klubu. Jest pani za młoda.

I nieodpowiednio ubrana, wyczytała z jego twarzy,

-

Poza tym, to nie jest zajęcie dla kobiety, prawda? - dodała głośno.

-

Tego nie powiedziałem.

-

Znam się na tym, co robię, panie Bishop.

-

Mam nadzieję. Whitney jest dość niesforna.

Kay McCormick dobrze wiedziała, że uścisk ręki wiele mówi o człowieku. Często

ściskała  dłonie  rodziców  swoich  uczniów.  Uścisk  ręki  i  spojrzenie  pozwalały  jej

szybko ocenić ludzkie  charaktery.  Dłoń Jake'a była  mocna i dziwnie przyjazna. A co

powie jego spojrzenie? Ciemnobrązowe tęczówki; kolor równie intensywny jak błękit

jej oczu. Bardzo wyraziste spojrzenie. Czytała w jego wzroku złość i niezadowolenie.

-

Whitney ma dziewięć lat - poinformował, rozglądając się po strychu.

-

Niemożliwe, taka mała? Czy na pewno...

-

Zaczęła żeglować, nim wyszła z pieluch.

Jakie  ciemne  i  tajemnicze  oczy,  pomyślała  Kay.  I  jakie  długie  rzęsy.  Mocno

zarysowana szczęka. Bardzo przystojny mężczyzna. Może romantyk? Chyba nie jest z

tych,  którzy  dzielą  się  z  ukochaną  francuskim  rogalikiem.  Pewnie  często  zgrzyta

zębami  ze  złości.  Gdy  mrugał,  obserwowała  jego  długie  rzęsy.  Wydawało  się,  że

wzrok rozdrażnionego mężczyzny chwilami łagodnieje.

background image

6

-

Na pewno nie ukryła tu pani mojej córki, panno McCormick?

-

Po  co  miałabym  ją  ukryć?  Proszę  rozejrzeć  się  po  tej  graciarni.  Myśli  pan,  że

mam  czas  na  zabawę  w  chowanego?  Byłam  tu  sama.  To  ja  zrzuciłam  na  pana

sztormiak.

-

Pani?

-

Nie  zrobiłam  tego  umyślnie.  Próbuję  uporządkować  ten  skład  rzeczy

znalezionych. Przykro mi, że pan przy tym ucierpiał.

-

A  ja  myślałem,  że  to  sprawka  Whitney... -  Zerknął  na  zegarek. -  Powinienem

był przewidzieć, że tak to się skończy.

-

Mówi pan o zniknięciu córki?

-

Raczej  o  tym,  że  i  tegoroczny  kurs  będzie  źle  zorganizowany.  Dawno  już

należało zmienić metody szkolenia.

-

Źle zorganizowany! To mój pierwszy dzień w pracy. Przyznaję, żaglownia jest

strasznie  zagracona,  ale  może  pan  być  pewny,  że  kurs  żeglarski  zostanie

przeprowadzony fachowo i konsekwentnie.

-

Tego spodziewają się po pani członkowie klubu.

-

Mam tu świetnych instruktorów,

-     Którym jednak nie udało się upilnować mojej córki. Żeglowałem po zatoce, ale

musiałem  wrócić,  żeby  odebrać  Whitney.  Zgodnie  z  planem  grupa  początkująca

kończy zajęcia dwadzieścia po drugiej. Kazałem małej czekać i byłem przekonany, że

dzieci  nie  zostaną  bez  opieki.  Ale  instruktorzy  się  rozeszli,  a  tymczasem  moja  córka

zniknęła. Źle to świadczy o pani kompetencjach, panno McCormick.

-

Pan się spóźnił. Może Whitney sądziła, że pan zapomniał.

-

A zatem to moja wina?

-

Instruktorzy zrobili wszystko, co do nich należało. - Kay podeszła bliżej. - Pan

się pomylił. Zajęcia zaczynają się dopiero jutro. Dziś odbyły  się tylko zapisy. Dzieci

oraz instruktorzy rozeszli się pół godziny temu. Zgodnie z moimi instrukcjami.

-

No właśnie.

-

Nie  miałam  powodu,  by  ich  wszystkich  zatrzymywać.  Jak  pan  widzi,  jest

mnóstwo  innych  zajęć.  To,  że  pan  się  rozminął  z  córką,  nie  świadczy  wcale  o  mojej

niekompetencji - oświadczyła, znowu odgarniając włosy z czoła.

background image

7

-

Chyba ma pani rację. Przepraszam - odparł i westchnął ciężko.

Chyba. Nie były to szczególnie uprzejme przeprosiny, ale Kay postanowiła się nimi

zadowolić. Oboje byli zdenerwowani.

-

Strasznie  tu  gorąco -  rzekł  ojciec  Whitney,  spoglądając  na  zamknięte  okna.

Zdjął sweter i rzucił go na podłogę. - Żagle nie wyschną, bo nie ma przewiewu.

-

Zamki się zacięły. Chciałam wezwać jakiegoś robotnika z portu.

-

A po co pani robotnik? Wiem, jak sobie z tym poradzić - zawołał i uderzył we

framugę kantem dłoni.

Kay  patrzyła  na  jego  muskularne,  napięte  ramiona.  Po  chwili  podciągnął  okno  do

góry.

-

Pamiętam,  że  zawsze  były  z  nimi  problemy.  Podczas  studiów  pracowałem  tu

jako instruktor.

-

Doprawdy?

-

Dawne czasy, - Otwierał już następne okno,

-

Często przesiadywałem  na plaży, pod  tamtym drzewem.

-

To ciekawe - wykrztusiła z trudem.

-

Gdyby ten buk potrafił mówić, to by dopiero były opowieści.

-

Czyżby?

-

Przed  laty,  gdy  wiatr  był  zbyt  silny,  by  wypłynąć  z  dzieciakami  na  zatokę,

robiłem pod bukiem wykłady o węzłach i żaglach - wyjaśnił spoglądając na rozłożyste

drzewo; twarz mu złagodniała.

-

Mam nadzieję, że pani również umieściła w programie zajęcia z teorii.

-

Oczywiście.

-

Moja córka chętnie przesiaduje na tym drzewie.

Kay  przyglądała  się  ukradkiem    ojcu    Whitney  próbując  zgadnąć,  ile  ma  lat.

Trzydzieści? A może trzydzieści pięć?

-

Proszę tu podejść - usłyszała nagle. Zostało już tylko jedno zamknięte okno, w

którego framugę Bishop uderzał właśnie kantem dłoni. - Niech pani sama spróbuje.

Kay  podeszła  i  stanęła  tak  blisko,  że  poczuła  zapach  morskiej  wody  na  schnących

powoli włosach mężczyzny. Była speszona. Z całej siły uderzyła dłonią we framugę.

-

Nie trzeba walić tak mocno.

background image

8

Stare drewno zaskrzypiało i Kay otworzyła okno. Morskie powietrze wtargnęło do

dusznego  pomieszczenia.  Wystawiła  twarz  na  chłodne  powiewy  i  po  chwili  dostała

gęsiej  skórki.  Odwróciła  się  i  zobaczyła,  że  ojciec  Whitney  podciągnął  bawełnianą

koszulkę,  by  wytrzeć  nią  pot  z  czoła.  Westchnęła  głęboko  na  widok  muskularnego

ciała mężczyzny,

-

Może  córka  pójdzie  w  pana  ślady  i  też  będzie  kiedyś  uczyła  żeglowania -

powiedziała.

-

Jej matce nie spodobałby się ten pomysł - odparł trochę zakłopotany i obciągnął

koszulkę. -  Strasznie  się  boi  o  Whitney  i  nie  życzyła  sobie  nawet,  żeby  córka

uczestniczyła w kursie. Dałem jej słowo, że nic złego się małej nie stanie. Do diabła,

gdzie ten dzieciak się podziewa?

A  zatem  musiał  dotrzymać  obietnicy.  Dlatego  tak  się  teraz  wściekał.  Kay  była

rozbawiona. Za nic nie wolno się roześmiać. Zacisnęła wargi. Na próżno.

-

Czym tak panią rozśmieszyłem?

-

Och nie, nie chodzi o pana. Proszę się postawić w mojej sytuacji. Nie wiem, czy

mam śmiać się, czy płakać. Jestem niewłaściwie ubrana. W tym kostiumie powinnam

wybrać się raczej na basen niż  do pracy. Kurs zaczął się przed dwiema godzinami, a

już usłyszałam, że jest źle zorganizowany, na dodatek jedno z dzieci gdzieś przepadło.

Nie potrafiłam nawet otworzyć okna. I jeszcze ta zagracona żaglownia. Wygląda na to,

że od lat nikt tu nie robił inwentaryzacji. Powiedział mi pan wprost, że nie nadaję się

na instruktora.

-

Nie może pani zaprzeczyć...

-

Zazwyczaj  początek  moich  kursów  żeglarskich  wygląda  całkiem  inaczej.  Czy

pan aby nie jest tu komandorem? Może sprawdza pan, jak sobie radzę?

Jake Bishop uśmiechnął się w końcu i to dodało mu uroku. Kay cofnęła się o krok i

oparła  plecami  o  solidną  ramę  okienną.  Ten  uśmiechnięty  mężczyzna  wydawał  się o

wiele  poważniejszym  zagrożeniem  dla  spokoju  jej  ducha  niż  pasjonat,  który  przed

chwilą  wbiegł  na  strych.  Ojciec  Whitney  również  podszedł  do  okna.  Chyba  się  już

trochę uspokoił. Podniósł rękę i wystawił trzy palce.

background image

9

-

Po  pierwsze,  komandor  nie  nosi  dżinsów,  chyba  ze  na  łodzi.  Po  drugie,  nie

trudziłby  się  otwieraniem  okien,  tylko  wezwałby  jakiegoś  robotnika  z  portu -  Jake

przerwał na chwilę.

-

A po trzecie?

-

Jestem  za  młody.  Komandor  powinien  być  w  wieku  mego  ojca.  W  naszym

klubie  pełni  tę  funkcję  David  Morrow.  Jeszcze  go  pani  nie  poznała.  Nikt  przy

zdrowych zmysłach nie pomyliłby mnie z Davidem Morrowem.,

-

Poznam  go  dziś  wieczorem  na  przyjęciu  powitalnym  dla  pracowników  i

zarządu klubu - odparła Kay.

-

Oczywiście. Słynne odprawy u komandora.

-

Czy chce pan powiedzieć, że są potwornie nudne?

-

Nigdy na nich nie bywam.

Pewnie  że  nie  bywa.  Rozmawiali  zaledwie  pięć  minut,  ale  Kay  zdążyła  się

przekonać, że ten mężczyzna nikomu nie pozwoli sobie rozkazywać.

-

Był  pan  może  na  posiedzeniu  zarządu,  panie  Bishop?  Oni  spodziewają  się

cudów. Zapomnieli tylko wręczyć mi czarodziejską różdżkę, kiedy mnie angażowali.

-

Nie  mam  z  tym  nic  wspólnego.  Jestem  zwykłym,  szeregowym  członkiem

klubu. Czy pani prowadziła już kursy żeglarskie?

-

Owszem. -To powinno wystarczyć szeregowemu członkowi klubu.

-

Gdzie?

-

W paru miejscowościach. -Domyślała się, że nie zadowoli go tamta lakoniczna

odpowiedź. -  Ostatnio  byłam  zastępcą  szefa  szkolenia  w  klubie  żeglarskim  na  Cape

Cod.  Zarząd  sprawdził  już  dokładnie  moje  kwalifikacje.  Otrzymali  wszystkie

potrzebne dokumenty - burknęła.

-

Irytuję panią?

-

To przez ten upał.

-

Słyszałem,  że  nasz  wspaniały  zarząd  nieźle  dał  się  pani  we  znaki,  ale  wyszła

pani z tej próby obronną ręką. Dlaczego wybrała pani właśnie Byfield Yacht Club? Ze

względu na posadę w miejscowej szkole?

-

Częściowo  tak.  Dostałam  pracę  w  Williston  Academy  i  chciałabym  osiąść  w

Byfield na stałe. Uważam się za nauczycielkę z powołania.

background image

10

-

Angielski w ciągu roku szkolnego i żeglarstwo podczas wakacji.

-

Owszem.

-

Nie najgorszy sposób na życie - odparł, spoglądając w dal ponad jej głową.

-

Na pewno się nie wzbogacę, ale to wdzięczne zajęcie.

-

Wdzięczne  zajęcie.  Ładnie to  pani określiła - powtórzył Jake, przyglądając się

jej uważnie.

-

Lubię swoją pracę. A pensja wystarcza mi na wygodne, spokojne życie.

-

Nie  pytam  o  pani  styl  życia.  Chcę  tylko  wiedzieć,  czy  umie  pani  pracować  z

dziećmi.

-

Jestem doświadczoną nauczycielką.

-

I poradzi sobie pani z niesfornymi dzieciakami?

-

Na pewno.

-

Proszę  mi  wybaczyć -  rzekł  spoglądając  na  zegarek. -  Jestem  zdenerwowany.

Musimy przerwać naszą rozmowę. Twierdzi pani, że Whitney tu nie zaglądała.

-

Nie. -  Kay  nie  czuła  się  winna. -  Mam  nadzieję,  że  wkrótce  ją  pan  odnajdzie.

Proszę zajrzeć na basen. Może Whitney martwi się sprawdzianem z pływania.

-

Whitney niczym się nie przejmuje.

-

Nawet gdy jej ojciec się wścieka, że opuściła lekcję tenisa?

-

Jak to się wścieka?

-

Na  pewno  nie  jestem  pierwszą  osobą,  która  twierdzi,  że  potrafi  pan  człowieka

onieśmielić.

-

Whitney  przydałaby  się  odrobina  nieśmiałości -  odparł  Jake,  uśmiechając  się

ironicznie. - Ta mała wcale się mnie nie boi.

-

Może owinęła sobie tatę wokół małego paluszka?

-

Pani też ma córkę? - zapytał, unosząc brew.

-

Nie, sama jestem taką córką.

-

Przyznaję,  że  Whitney  doskonale  wie,  jakich  użyć  sposobów,  by  osiągnąć

zamierzony  cel. -  Jake  roześmiał  się,  podniósł  sweter  i  ruszył  w  stronę  schodów. -

Wszystkie dziewczyny to potrafią.

Było wpół do siódmej. Kay stała u wejścia na pomost. Widziała stąd prywatną plażę

i górujący nad portem dom Davida Morrowa.

background image

11

- Odprawa u komandora - mruknęła.

 Ubrała  się  na  ten  wieczór  w  szerokie  spodnie  i  elegancką  niebieską  bluzkę,  o  ton

ciemniejszą  niż  błękit  jej  oczu.  Na  ramiona  narzuciła  sweter,  ponieważ  w  Nowej

Anglii od morza wiał często chłodny wiatr.

Zdążyła  umyć  i  ułożyć  włosy.  Sczesała  je  na  jedną  stronę  i  podpięła  spinką  w

kształcie  muszli.  Włożyła  również  skromną  złotą  bransoletkę  i  kolczyki  w  kształcie

małych węzełków.

Kay nie lubiła przyjęć, ale znakomicie dawała sobie radę w takich sytuacjach. Była

równie dystyngowana i dobrze wychowana jak gospodarze - w najlepszym jankeskim

stylu.  Potrafiła  bez  trudu  podtrzymywać  lekką  konwersację,  wymieniała  serdeczne

uściski dłoni, z łatwością zapamiętywała nazwiska i nie przerywając rozmowy sięgała

po malutkie przekąski roznoszone na tacach przez kelnerów.

Przyjęcie  odbywało  się  na  trawniku  przed  domem  komandora.  Gdy  Kay  poznała

wszystkie miejscowe znakomitości, David Morrow zaproponował, żeby popatrzyła na

piękny  port  z  jego  pomostu.  Zasugerował,  że  poprosi  kogoś z  pracowników,  by  jej

towarzyszył, ale Kay zdecydowała, że zejdzie nad morze samotnie. W każdej sytuacji

powinno się podkreślać swoją niezależność.

Na osłonięty falochronem pomost wchodziło się z prywatnej plaży. Kay patrzyła na

okazały  dom  komandora  i  pięknie  utrzymany  trawnik  na  zboczu.  Teren  został  tak

ukształtowany,  by  powstało  wrażenie  zupełnego  oddzielenia  od  sąsiednich  posesji.

Dopiero  gdy  Kay  minęła  falochron,  ujrzała  niewielki  dom  stojący  na  południe  od

rezydencji  Morrowa,  ukryty  za  szpalerem  bzów i  żywopłotem  z  ligustru.  Wśród

klonów wylegiwał się pies o złocistej sierści.

Kay  stanęła  na  końcu  pomostu  i  patrzyła  na  jachty  żeglujące  po  zatoce.  Osłoniła

dłonią  oczy  przed  ostrym  światłem  zachodzącego  słońca  i  obserwowała  łódź

pływającą tam i z powrotem wzdłuż prywatnego nabrzeża komandora,

Żeglarz  ubrany  był  w  pasiasty  kombinezon  chroniący  przed  wilgocią  i  jaskrawą

kamizelką  ratunkową,  która  doskonale  uwydatniała  jego  muskularną  sylwetkę.

Balastował  bez  wysiłku  i  zawisał  nad  falami,  jakby  chciał  im  się  przyjrzeć  z  bliska.

Albo zrobić wrażenie na widzach, pomyślała Kay, gdy łódź się zbliżyła.

background image

12

-

Kogo  ja  widzę?  Szef  szkolenia  naszego  klubu  jachtowego,  jeśli  mnie  oczy  nie

mylą! -  zawołał  Jake  Bishop,  podpłynąwszy  bliżej.  Serce  Kay  podskoczyło.  Jake

zrzucił żagle  i  zsunął  się  lekko  do  wody  sięgającej  mu  po  pierś.  Kay  przyglądała  się

mężczyźnie, gdy kierował łódź do pomostu.

Musiała odczekać chwilę, żeby serce przestało jej walić. Jake wsparł się łokciami o

deski  pomostu  o  krok  od  niej.  Kay  wątpiła,  czy  zdoła się  całkiem  opanować.

Odetchnęła głęboko i przykucnęła.

-

Mam nadzieję, że odnalazł pan córkę.

-

Whitney  była  na  korcie.  Nim  przyjechałem,  miała  za  sobą  pół  lekcji.  Od  razu

zmyła mi głowę za to spóźnienie.

Oparł się mocniej na łokciach, popatrzył na skarpę i dostrzegł w oddali ratowników,

pracowników  portu,  instruktorów  i  wiele  klubowych  osobistości  rozproszonych  na

trawniku.

-

Urwała się pani z odprawy?

-

Skądże.

-

Zdała pani ten egzamin?

-

Bez wysiłku - odparła chłodno Kay.

-

Powiedziała im pani to, co chcieli usłyszeć?

-

Nie.  Mówiłam  o  tym,  jak  poprowadzę  kurs  i  jakie  zmiany  chciałabym

wprowadzić do programu zajęć oraz do niedzielnych wyścigów.

-

Pierwszy błąd. Jeszcze za wcześnie na własne pomysły.

-

Zatrudniono mnie tutaj, ponieważ chcę wiele zmienić.

-

Zatrudniono  tu  panią,  bo  zabrakło  innych  kandydatów.  Najpierw  zarząd  klubu

wybrał  na  szefa  kursu  trenera  dwu  ekip  olimpijskich.  Następnym  szczęśliwcem  był

zdobywca Pucharu Ameryki i dwukrotny zwycięzca w regatach na trasie z Newport na

Bermudy.

-

Znam doskonale ich osiągnięcia. W małym klubie niewielki z nich pożytek.

-

Powiedziała to pani komandorowi?

-

Nie  warto  na  ten  temat  dyskutować,  skoro  pierwszy  kandydat  zachorował  na

żółtaczkę, a drugi podpisał trzyletni kontrakt z klubem na Wyspach Dziewiczych.

background image

13

-

Na szczęście dla pani, panno Kay McConnick. Mamy zatem szefową szkolenia

żeglarskiego.

-

Bardzo doświadczoną w pracy z dziećmi.

Jake wyciągnął łódź na plażę; zaryła się w piasek dobre cztery metry od wody.

-

Kay, niech pani posłucha dobrej rady - rzekł, mierząc ją uważnym spojrzeniem

ciemnych oczu. - Zarząd nie traktuje pani tak samo jak poprzednich kandydatów. Będą

obserwować i analizować każde pani posunięcie. Radzę działać ostrożnie.

-

Ale pan Morrow, nasz komandor...

-

Kolejny  błąd -  oznajmi!  Jake,  podnosząc  rękę. -  Proszę  ścisnąć  jego  dłoń  tak

mocno, jak tylko pani potrafi i mówić mu po imieniu.

-

Mam  się  tak  zwracać  do  swego  pracodawcy?  Wykluczone,  Proszę  zachować

takie rady dla siebie. To starszy pan, mógłby być moim ojcem, może dziadkiem...

-

De pani ma lat?

-

Dwadzieścia dziewięć,

-

Niech  zatem  dużo  młodsi  instruktorzy  tytułują  go  per  „komandorze"  albo

„panie Morrow". Szef szkolenia powinien rozmawiać z nim i z członkami zarządu jak

równy z równym. To rodzaj potyczki.

-

Świetnie pan wie, co tu o mnie myślą i jak potraktują.

-

To niewielki klub, Kay.  Jest pani  młodą kobietą, na dodatek  bardzo urodziwą.

Członkowie zarządu nie tak sobie wyobrażali szefa szkolenia.

-

Zapewniam pana, że jeszcze ich zadziwię - odparła, zdumiona jego słowami. -

Jestem osobą tak samo godną zaufania, jak tamci panowie, których zatrudniono przede

mną.

-

Oni nie mówiliby do komandora „panie Morrow".

-

Jaka  szkoda,  że  nie  jestem  podstarzałym,  statecznym,  żonatym  facetem  jak

wszyscy szefowie szkolenia w tym klubie od czasów „Mayflower", ale poradzę sobie

równie dobrze jak oni.

-

I zrobi to pani oryginalnie - odparł z uznaniem Jake.

-

Pan  myśli  na  pewno,  że  nie  dam  sobie  rady,  stąd  tyle  życzliwych  pouczeń.

Proszę zająć się raczej swoją córką, a nie moim stosunkiem do komandora.

-

Tu jest chyba pani słaby punkt.

background image

14

-

Tyle  pan  mówi  o  komandorze -  zaczęła  Kay  i  wskazała  ręką  skarpę.

Przypomniała sobie, że atak jest najlepszą obroną. - Czerpie pan tę wiedzę z własnych

doświadczeń?

-

Nie rozmawiamy o mnie - odparł Jake i twarz mu stężała.

-

Czy ja również odkryłam słaby punkt?

-

Spotykam się z komandorem tylko podczas regat.

-

Czyżby?

-

Mówmy raczej o szefie szkolenia, pannie Kay McCormick. Co ma do tego moja

osoba?

-

Czy pan się naprawdę obawia, że nie sprostam oczekiwaniom zarządu? A może

chodzi o to, że chciałby pan widzieć na moim miejscu kogoś innego?

-

No  dobrze,  mnie  to  również  dotyczy. -  Jake  wyglądał  na  zakłopotanego,  ale

wzruszył tylko ramionami. - Dawid Morrow jest tu komandorem, ale ja przemawiam

jako ojciec. On i członkowie zarządu będą chcieli wiedzieć, jak oceniają panią rodzice.

Potrzebujemy osoby, która zaopiekuje się dziećmi, zapewni im bezpieczeństwo i dobrą

zabawę. Whitney bardzo kogoś takiego potrzebuje.

-

Czy pańskim zdaniem powinnam także uczyć dzieci żeglowania?

-

Owszem. - Jake uśmiechnął się. - Jeśli wystarczy pani czasu. Trzeba grać swoją

rolę, Kay. To mały klub i nieduże miasto. Połowa uczestników kursu to pani przyszli

uczniowie  w  Williston.  Pani  nauczycielska  kariera  również  będzie  zależała  od ich

rodziców.

Kay  napotkała  jego  spojrzenie.  Nie  chciała  mu  się  przyglądać,  ale  nie  potrafiła

odwrócić  wzroku.  Twarz  Jake'a  złagodniała.  Bardzo  pociągający  mężczyzna,

pomyślała  dziewczyna,  starając  się  ocenić  go  obiektywnie.  Pewny  siebie,  lecz

ostrożny;  uparty  i  zarazem  naprawdę  zatroskany,  gdy  udziela  jej  zbawiennych  rad.  Z

pewnością  uwielbia  swoją  córkę.  Same  sprzeczności.  Kay  usiadła  na  pomoście  z

podwiniętymi  nogami  i  zastanawiała  się,  jakaż  to  kobieta  zdołała  usidlić  Jake'a

Bishopa.

background image

15

ROZDZIAŁ DRUGI

-

Ile pan ma lat, Jake? - dopytywała się zaciekawiona Kay.

-

Trzydzieści jeden. Dlaczego pani o to pyta?

-

Tyle  pan  wie  o  życiu.  Doświadczył  pan  tego  co  ja?  A  może  to  pan  oceniał

innych? Jaka jest prawda?

Jake był niesłychanie zaabsorbowany kamizelką ratunkową.

-

Może chce pani już przyłączyć się do gości? - zapytał po chwili.

-

Pan zmienia temat.

-

Lepiej wróćmy do poprzedniego.

Nieufny i zawsze gotowy bronić swoich racji, uzupełniła charakterystykę.

-

Schooner!

Usłyszeli  cienki,  dziecięcy  głosik.  Przez  trawnik  sąsiadów  Morrowa  biegł  pies  o

złocistej sierści z hamburgerem w pysku, a za nim pędziła ciemnowłosa dziewczynka.

-

Wstrętne  psisko!  Schooner,  oddaj  mi  to  natychmiast! -  wołała  z  płaczem.  Na

widok Jake'a wrzasnęła:

-

Tatusiu, zrób coś.

Pies biegł wzbijając fontanny piasku. Jake zaklął cicho.

-

Schooner, oddaj mi to. Obrzydliwy pies – rzekł basem.

Zwierzę zatrzymało się jakieś sześć metrów od swego pana i popatrzyło na niego.

-

To pański pies?

-

Owszem. Ale chętnie go pani oddam.

-

Jest pan sąsiadem komandora, prawda? - zawołała, śmiejąc się.

-

Dzieli  nas  żywopłot  z  ligustru,  bzy  i  poglądy  na  życie.  Schooner,  oddaj  to -

rzekł niskim głosem, którym wyraźnie dawał do zrozumienia, kto tu jest panem.

Resztki hamburgera upadły na ziemię.

-

Szkoda, że na mojej córce taki ton nie robi podobnego wrażenia - westchnął. -

Schooner, nie masz chyba nic przeciwko temu, że Whitney zje twoją kolację.

-

To nie jego kolacja, tylko  moja - oznajmiła dziewczynka i  kopnęła  bosą stopą

kotlecik. - Nie ma się z czego śmiać, tatusiu.

-

Masz rację. Chyba powinnaś być wobec Schoonera bardziej stanowcza.

background image

16

-

Głupoty  gadasz -  rzekła  płaczliwym  głosem  dziewczynka,  a  gdy  podniosła

wzrok na ojca, łzy popłynęły jej po policzkach.

-

Dziecko mnie potrzebuje - powiedział Jake spoglądając na Kay. - Obawiam się,

że reszta moich bezcennych rad musi poczekać.

-

Chyba omówiliśmy już wszystko.

-

Czas pokaże. Życzę powodzenia.

-

Dzięki -  odrzekła  Kay,  a  Jake  oddalił  się  natychmiast,  by  pocieszyć  dwie

smutne  istoty.  Gdy  schodziła  z  pomostu,  był  już  przy  córce.  Pocałował  ją,  a  potem

ukląkł obok psa, żeby raz jeszcze przemówić mu do rozumu. Ojciec, córka i skruszone

psisko ruszyli w stronę domu. Wyszła im na spotkanie ciemnowłosa kobieta z pustym

talerzem w ręku.

-

Szczęśliwa rodzina - szepnęła Kay, zastanawiając się w popłochu, dlaczego tak

trudno jej wrócić myślami do komandora i jego gości.

-

Nic  mnie  to  nie  obchodzi -  oznajmiła  Whitney. -  Nie  wsiądę  do  łódki  z

chłopakiem, a już na pewno nie z Bradem Taylorem.

Kay  pogłaskała  po  ramieniu  dziesięcioletniego,  miłego  chłopaczka  i  przyklękła

obok Whitney Bishop.

-

Jesteś niegrzeczna, Whitney, dokuczasz Bradowi.

-

Ja  się  wcale  nie  przejmuję.  Wolałbym  popłynąć  z  karaluchem  niż  z  nią -

burknął chłopiec.

-

Sam jesteś karaluch! Mój tata załatwi cię w jednej chwili!

-

Chociaż zatoka nazywa się tak jak wy, ty i twój stary nie będziecie tu rządzić -

odciął się Brad.

-

Przygotujcie  łódki  i  zacznijcie  trening -  poleciła  instruktorom  Kay  i  podniosła

się z klęczek. - Whitney i ja będziemy w żaglowni.

-

Ja nie idę! - krzyknęła dziewczynka.

Kay  odciągnęła  ją  na  bok.  Pozostałe  dzieci  ruszyły  w  stronę  klubowego  pomostu,

gdzie przycumowane były łodzie.

-

Żeglarze muszą przestrzegać pewnych zasad, panno Bishop. Musisz przeprosić

Brada i mnie za tę awanturę. Jeśli tego nie zrobisz, nie będziesz dziś pływała.

-

Dobrze, w takim razie wracam do domu.

background image

17

-

To  nie  takie  proste.  Skoro  nie  żeglujesz,  pomożesz  mi  w  sprzątaniu,  póki  nie

skończą się zajęcia.

-     Dlaczego nie mogę sobie iść?

-

Ponieważ  twoi  rodzice  zapłacili  za  kurs  żeglarski  i  spodziewają  się,  że  czegoś

cię  nauczę.  Zastanów  się -  dodała  łagodniejszym  tonem -  nie  chcesz  chyba

rezygnować z pływania przez jakiegoś chłopaka!

-

Lubię żeglować - odparła ponuro Whitney.

-

No  właśnie.  Może  z  czasem  polubisz  towarzystwo  chłopców. Niekiedy  warto

mieć ich w załodze,

-

Chłopcy to nudziarze.

-

Wszyscy, czy tylko Brad?

-

On najbardziej.

-

Masz jakiś specjalny powód, żeby tak myśleć?

-

Nie  jesteś  moją  mamą  i  nie  muszę  ci  nic  mówić -  oświadczyła  dziewczynka,

zerkając na Kay.

-

Whitney,  dlaczego  jesteś  taka  niegrzeczna? -  zapytała  Kay,  starając  się

zachować spokój,

-

Przepraszam - mruknęła.

Kay  postanowiła  wrócić  do  dzieci.  Kara  została  chwilowo  odroczona.  Whitney

zapięła kamizelkę i podreptała za instruktorką.

-

Mama  uważa,  że  powinnam  zostać  mistrzynią  tenisa.  Nienawidzi  żeglarstwa.

Myśli,  że  tata  podczas  regat  zawsze  usiłuje  coś  wszystkim  udowodnić.  Boi  się,  że

utonę albo przynajmniej wypadnę za burtę.

-

Whitney, na pierwszych zajęciach nauczyłaś się, co należy robić, jeśli łódka się

przewróci. Wiesz także, jak postąpić, gdy znajdziesz się za burtą.

-

Pewnie,  ale  tata  i  mama  okropnie  się  pokłócili  o  to  moje  żeglowanie.  Dlatego

tata cię nie lubi.

-

Dzieci mówią prawdę - mruknęła udając, że wcale jej to nie zabolało.

-

Nie chodzi o takie prawdziwe nielubienie. On ciebie nie lubi jako instruktorki.

Mamusia pozwoliła mnie zapisać na ten kurs pod warunkiem, że będzie go prowadził

background image

18

jakiś starszy pan. Kiedy on zachorował, mama okropnie się przestraszyła. Powiedziała,

że się nie zgadza, ale ustąpiła, gdy tata obiecał, że będę też chodziła na lekcje tenisa.

-

Na litość boską, Whitney, czy żadne z nich nie zapytało, jak ty chcesz spędzić

wakacje?

Weszły  na  pomost,  gdzie  przycumowane  były  łódki,  a  w  każdej  z  nich  siedziała

dwójka lub trójka dzieci.

-

Widzisz, mam tylko dziewięć lat. Nikt mnie nie pyta o zdanie.

-

W  takim  razie  ja  zapytam -  oznajmiła  Kay  i  położyła  dziewczynce  dłoń  na

ramieniu. - Co chcesz teraz robić?

-

Pływać - odparła, spoglądając na koleżanki.

-

Najpierw przeprosiny.

-

Naprawdę muszę?

-

Tak.

-

Przepraszam -  burknęła  Whitney,  podchodząc  do  Brada  i  krzywiąc  się,  jakby

właśnie zjadła plasterek cytryny.

-

Nie gniewam się - odrzekł chłopiec i oboje wyciągnęli do siebie ręce.

-

Doskonale -  rzekła Kay, a  potem szepnęła  Whitney na ucho: - Nie  zawsze tak

będzie, ale dziś możesz wybrać sobie załogę. Wskakuj.

Pierwszy raz tego dnia dziewczynka uśmiechnęła się do niej.

Kay  miała  nadzieję,  że  to  będzie  koniec  kłopotów,  lecz  awantura  z  Bradem

Taylorem okazała się pierwszym z całej serii niemiłych incydentów. Następnego dnia

Whitney  spuściła  chłopcu  na  głowę  foliowy  worek  napełniony  wodą.  Brad  wyglądał

potem  jak  zmokła  kura.  Za  karę  dziewczynka  musiała  po  zajęciach  zdjąć  żagle  ze

wszystkich łodzi. Pięć  razy wspinała się na poddasze dźwigając sprzęt, ale nie widać

było  po  niej  skruchy.  Trzeciego  dnia  dzieci  uczyły  się  znaków  ostrzegawczych  i

węzłów.  Zasapana  instruktorka  znalazła  Kay  w  żaglowni -  Whitney  zniknęła.  Kay

spojrzała przez okno na gęstą koronę buka.

-

Whitney Bishop! - zawołała bez namysłu.

Liście zaszeleściły i gałęzie się zakołysały.

-

Skąd wiedziałaś, że się tu schowałam? - rozległ się cienki głosik.

-

To moja sprawa. Powinnaś być teraz na zajęciach i uczyć się węzłów.

background image

19

-

Ale tata mnie ich nauczył, jak miałam trzy lata.

-

W takim razie złaź z tego drzewa i pomóż kolegom.

Whitney marudziła jeszcze trochę, ale w końcu zsunęła się po pniu. Kay zamknęła

oczy, westchnęła i zastanowiła się, czy wystarczy jej cierpliwości.

Kay  McCormick  zamieszkała  w  niewielkim  domu,  należącym  do  Williston

Academy,  jednym  z  wielu  niedawno  odnowionych  i  wynajmowanych  pracownikom.

Dom stał przy alei prowadzącej do Zatoki Bishopa, w połowie drogi miedzy szkołą i

klubem.

Rozpoczął  się  drugi  tydzień  kursu.  Kay  siedziała  w  salonie  i  popijając  mrożoną

herbatę  przeglądała  lipcowe  zgłoszenia.  Spojrzała  na  zamaszysty  podpis  pod

formularzem  Whitney.  Jej  ojciec,  John  T.  Bishop  III,  opatrzył  nim  zgodę  na  udział

córki w zajęciach.

Nie  rozmawiała  z  nim  od  owego  incydentu  z  psem,  ale  widziała  go  kilka  razy

przelotnie, gdy przywoził Whitney albo wsiadał do łodzi.

Na  widok  Jake'a  Bishopa  serce  Kay  waliło  równie  mocno  jak  podczas

niespodziewanych odwiedzin komandora albo dyrektorskich wizytacji na jej lekcjach.

Zdawała sobie sprawę z tego, że ojciec Whitney ma większe wpływy, niż się do tego

przyznaje.

Z  niepokojem  myślała  o  czekającej  ją  rozmowie  na  temat  wybryków  jego  córki.

Wystukała  numer  telefonu  Jake'a  i  czekała  z  bijącym  sercem.  Odebrał  po  trzecim

sygnale. Przełknęła ślinę, usłyszawszy jego głos.

-

Mówi Kay McCormick. Mam trochę kłopotów z Whitney.

-

Powiedziała mi, że w ubiegłym tygodniu oblała wodą kolegę.

-

Naprawdę?

-

Coś  tam  mamrotała,  że  lepiej,  bym  usłyszał  to  od  niej  niż  od  pani.

Przypuszczam, że nie podobał się pani ten żart.

-

Jake...  mówmy  sobie  lepiej  po  imieniu -  westchnęła  i  zamilkła  na  chwilę,

zastanawiając  się,  jak  całą  sprawę  przedstawić.  W  takiej  sytuacji  najważniejszy  jest

takt. - Nie dzwoniłabym, gdyby chodziło o pojedynczy wybryk.

-

Wiadomo, że niełatwo pracować z dziećmi.

-

W tym przypadku chodzi o coś więcej.

background image

20

-

I pewnie dlatego zadzwoniłaś - rzekł po chwili milczenia.

-

Owszem.

-

W takim razie mów, nie oszczędzaj mnie - odparł po krótkim wahaniu.

-

Wolałabym  porozmawiać  osobiście,  jeśli  to  możliwe.  Trzeba  omówić  kilka

spraw, ale nie chciałabym, żeby Whitney niepotrzebnie się martwiła.

-

Dobrze. Moja córka pojechała do krewnych i przenocuje u nich. Przyjedź zaraz,

jeśli uważasz, że to ważne. Znasz drogę?

-

Tak, mieszkasz obok Davida Morrowa.

-

Doskonale. Mówisz mu po imieniu?

-

To nie ma znaczenia. Jakoś sobie radzę.

Po  kwadransie  Kay  wjechała  na  żwirowany  podjazd  i  zatrzymała  się  przed

zadbanym domem. Jake Bishop stał przed drzwiami z ręką w kieszeni. Miał na sobie

spodnie  w  kolorze  khaki  i  opierał  się  o  lśniący  zielony  samochód  wyścigowy.

Wyglądał  jak  facet  z  reklamy.  Nie  sprawiał  wrażenia  zdenerwowanego.  Dopiero  gdy

podeszła i podała mu rękę, dostrzegła niepokój w jego oczach.

-

Zapraszam do środka - powiedział.

Przeszli przez ładnie urządzony salon i znaleźli się na tarasie wyłożonym terakotą.

Roztaczał się stąd widok na prywatną plażę i przystań Morrowa. Tam się poprzednio

spotkali. Złotobrązowe psisko wylegiwało się pod drzewem.

-

Schooner wydaje się dziś całkiem spokojny - rzekła Kay.

-

Odkąd posmakował hamburgerów, stracił apetyt na psie jedzenie.

Kay uśmiechnęła się. Jake sięgnął po brzoskwinie ułożone w misie umieszczonej na

stoliku z sekwojowego drewna.

-

Bardzo soczyste, ale trochę przejrzałe. Poczęstujesz się?

-

Nie, dziękuję - odrzekła. Wyobraziła sobie tamten buk i plażę. Odchrząknęła i

popatrzyła na gęsty żywopłot oddzielający posesje.

-

Kto by pomyślał, że komandor mieszka tuż obok.

-

Wysokie  płoty  gwarantują  dobre  sąsiedztwo -  powiedział  Jake,  odkładając

brzoskwinię.

-

To prawda. Jaki piękny widok.

background image

21

-

Nie  przyszłaś  tu,  żeby  rozmawiać  o  urokach  mojego  domu.  Przejdźmy  do

rzeczy.  Usiądź  wygodnie  i  powiedz,  co  złego  się  stało -  rzekł  melancholijnie,

wskazując jej leżak.

-

Nie przynoszę złych wiadomości. Chcę tylko porozmawiać o Whitney. Dobrze

byłoby, gdybyś poprosił tu żonę.

Jake przez chwilę śledził oczyma przelatującą mewę.

-

Matka Whitney jest w Szwajcarii - powiedział, odwracając się znowu do Kay.

-     Pojechała na wakacje? Teraz rozumiem...

- Jesteśmy rozwiedzeni.

Jake  Bishop  nie  był  żonaty?  Kay  niespodziewanie  pojęła,  że  kamień  spadł  jej  z

serca, a zarazem poczuła tak wielkie zażenowanie, że nagle się zarumieniła.

-

Nie miałam o tym pojęcia.

-

Na to wygląda.

-

Przepraszam.  Sądziłam,  że  mieszkacie  tu  we  troje.  Przy  naszym  pierwszym

spotkaniu w żaglowni wspomniałeś o żonie.

-

Dokładnie o matce Whitney. Od trzech lat nie jesteśmy małżeństwem.

-

A zatem źle cię zrozumiałam.

-

Owszem.

-

Whitney często o niej mówi.

-

To doskonale. Gail jest wspaniałą matką.

-

Tamtego wieczora, gdy  Schooner uciekł z hamburgerem, od strony  tego domu

przyszła do was na plażę jakaś kobieta. Sądziłam, że to twoja żona.

-

Zbyt  pochopnie  wyciągasz  wnioski.  To  chyba  była  Emily -  odparł  Jake,

spoglądając  na  śpiącego  psa. -  Co  za  niefortunny  zbieg  okoliczności. -  Kay  nie

rozumiała, o co mu chodzi. - Ale wróćmy do tematu.

-

Niepokoję  się,  ponieważ  Whitney  nieustannie  próbuje  coś  udowodnić  sobie  i

innym.  Z  czasem  może  stać  się  przez  to  arogancka,  a  wtedy  zacznie  lekceważyć

instruktorów  i  obowiązujące  zasady.  Miałam  nadzieję,  że  z  pomocą  twojej  żony,  a

raczej matki Whitney, uda mi się dojść, co jest tego przyczyną.

-

Czy  dziewięcioletnia  dziewczynka  nie  może  być  po  prostu  odważna  i

samodzielna?

background image

22

-

Naturalnie,  ale  z  tego,  co  mi  powiedziałeś,  wynika,  że  w  przypadku  Whitney

jest inaczej.

-

Nie musisz się o nią martwić, to wspaniała dziewczynka.

Jake  siedział  wyprostowany,  z  głową  uniesioną  wysoko.  Kay  domyśliła  się  z  jego

postawy, że jest równie zakłopotany jak ona sama. Morska bryza wichrzyła mu włosy.

Długo milczał. Wreszcie Kay pochyliła się w jego stronę.

-

Nie  chciałabym  wydać  ci  się  wścibska,  ale  czy  możesz  mi  powiedzieć,  o  co

chodzi z tą Szwajcarią - zaczęła.

-

Gail, czyli moja była żona, wyjechała do Genewy dwa tygodnie temu - odparł z

westchnieniem. -  To  dziesięciomiesięczny  kontrakt.  Gail  pracuje  w  bankowości.

Kontakty międzynarodowe.

-

A co z Whitney?

-

Mieszka ze mną.

-

Zaledwie od dwóch tygodni.

-

Nie rób takiej miny. Gail i ja uznaliśmy, że dla Whitney najlepiej będzie, jeśli

pozostanie w Byfield.

-

Nie myśl, proszę, że nie pochwalam waszej decyzji - zapewniła Kay, rumieniąc

się znowu.

-

A powinienem się obawiać nagany?

-

Jake, proszę, nie mów tak.

-

Przepraszam,  nie  potrafię  spokojnie  bronić  swoich  racji. -  Jake  umilkł.  Kay

odczekała chwilę i podniosła się.

-

Przykro  mi,  jeśli  masz  wrażenie,  że  przyjechałam,  aby  krytykować  twoje

postępowanie.  Chodzi  tylko  o  to,  że  jeszcze  ktoś  prócz  mnie  powinien  okazywać

wobec  Whitney  nieco  stanowczości.  Fakt,  że  odpowiedzialność  za  jej  wychowanie

przeszła nagle z matki na ojca, wiele mi wyjaśnia.

-

Nie  tak  nagle.  Czy  myślisz,  że  zjawiłem  się  w  życiu  mojej  córki

niespodziewanie, że mnie w nim przedtem nie było? Whitney zawsze miała ojca. Poza

tym często bywam na przystani i zauważyłem, że potrafisz utrzymać dyscyplinę wśród

dzieci. O co ci naprawdę chodzi, Kay?

-

O co mi chodzi? Sądzisz, że preyszłam tu z jakąś ukrytą myślą?

background image

23

Jake milczał przez chwilę i obserwował mewy.

-

Dostałaś  w  klubie  bardzo  odpowiedzialną  pracę,  lecz  oboje  wiemy,  że

początkowo wybrano kogoś innego - odezwał się w końcu. - Na pewno się domyślasz,

że  wszystkie  twoje  posunięcia  są  bacznie  obserwowane.  Musisz  udowodnić,  że

nadajesz się na to stanowisko. Nie winię cię za to, że chcesz, aby każde dziecko było

chodzącą  doskonałością.  Tylko  że  dzieci  takie  nie  są.  Może  wybryki  Whitney

podkopują twój autorytet i dlatego tracisz pewność siebie?

-

Tracę pewność siebie?

Karty  na  stół,  Kay.  Sądzę,  że  bardziej  niż  o  moją  córkę  niepokoisz  się  o  to,  jakie

wrażenie zrobisz na komandorze.

-

Komandor  nie  ma  nic  do  tego! -  zawołała  Kay  zerkając  na  żywopłot,  jakby

David Morrow miał się za chwilę pojawić wśród bzów.

-

Musisz przyznać, że moje przypuszczenia brzmią logicznie.

-

Logicznie! Gdzie tu logika? Czy powinnam obawiać się dyrektora szkoły, gdy

jeden z uczniów źle się zachowuje na lekcjach angielskiego? To wyjątkowo pokrętna

logika, panie Bishop. Nigdy o takiej nie słyszałam.

Jake również spojrzał na żywopłot. Kay nie miała pojęcia, o czym myśli.

-

Naprawdę to nie obawa przed Davidem Mor-rowem sprawiła, że tu przyszłaś?

-

A co ma do tego David Morrow? Nic. Poza tym sama załatwiam z komandorem

swoje  sprawy.  Nie  zamierzam  ciebie  do  tego  mieszać.  Na  miłość  boską,  przecież

ledwo  się  znamy.  Doskonale  mi  się  współpracuje  z  Davidem  Morrowem.  Oboje

znamy  swoje  obowiązki.  Gdyby  pojawiły  się  jakieś  problemy,  zwróciłabym  się  do

zarządu. -Kay  zmrużyła  oczy  i  dodała  spoglądając  na  Jake'a: -  A  jeśli  mam  być

szczera,  złe  zachowanie  Whitney  nie  świadczy  wcale  o  mojej  nieudolności,  a  raczej

o... - urwała nagle.

-

Mów dalej.

-

Nie. To nie moja sprawa. Nie powiem nic, czego mogłabym później żałować -

odparła. Wstała i ruszyła ku oszklonym drzwiom tarasu.

-

Chciałaś  powiedzieć,  że  trudna  sytuacja  rodzinna  jest  powodem  złego

zachowania Whitney - powiedział Jake, dotykając jej ramienia.

background image

24

Kay  zatrzymała  się,  ale  nie  cofnął  ręki.  Jego  dłoń  była  ciepła,  a  gest  zaskakująco

przyjazny, zważywszy okoliczności.

-

Jake,  zadzwoniłam,  bo  naprawdę  martwię  się  o  Whitney.  Jestem  tu,  ponieważ

zgodziłeś  się  na  tę  wizytę.  Whitney  powiedziała  mi,  że  jej  mama  była  przeciwna

żeglowaniu, że kłóciliście się o to, czy ma wziąć udział w kursie.

-

Gail bardzo się tym martwiła przed wyjazdem.

-

Nic  o  was  nie  wiedziałam.  Przyjechałam  w  nadziei,  że  pomówimy  o  całej

sprawie we trójkę i uporamy się ze wszystkimi kłopotami.

-

Spotkała cię niespodzianka.

-

Niespodzianką było to, że musiałam zbijać niedorzeczne argumenty człowieka,

który  zamiast  porozmawiać,  rozsnuwa  mi  przed  oczyma  zasłonę  dymną.  Powiem  ci

szczerze,  od  dawna  mam  do  czynienia  z  rodzicami  uczniów  i  dobrze  wiem,  kiedy

należy przerwać rozmowę. Jeśli będziemy ją teraz ciągnąć, skończy się na wzajemnym

obwinianiu o wszystko. Przed nami całe lato. Chcę, żeby Whitney wspaniale spędziła

wakacje.

-

Tymczasem ona ma kłopoty.

-

Największy, a może nawet jedyny, problem twojej córki to krnąbrny tatuś.

Oczy Jake'a zabłysły. Zaczerwienił się nagle.

-

Dlaczego krnąbrny? Mówisz jak nauczycielka.

-

Ten  przymiotnik  doskonale  pasuje  do  ciebie.  Westchnął,  puścił  jej  ramię  i

wepchnął ręce do kieszeni.

-

W takim razie nie oszczędzaj mnie i powiedz wreszcie, czego oczekujesz. Jeśli

się nie mylę, chciałaś mnie namówić, żebym popierał twoich instruktorów przeciwko

własnej córce.

-

Przykro  mi,  Jake.  Tracimy  czas.  Szkoda,  że  przychodzą  ci  do  głowy  takie

niemądre  myśli.  Doskonale  wiesz,  że  nikt  z  nas  nie  jest  przeciwko  Whitney,  a  moje

zajęcia  same  się  bronią  i  nie  potrzebuję  twojego  poparcia.  To  oburzające,  że  tak

pomyślałeś.

-

Dla mnie takie przypuszczenie brzmi całkiem logicznie.

-

Powtarzasz się. Odkąd tu jestem, nie powiedziałeś jednego rozsądnego słowa.

Ruszyła przez salon do wyjścia, a Jake pospieszył za nią.

background image

25

Podeszła  do  samochodu,  otworzyła  drzwi  i  wsiadła.  Była  prawie  pewna,  że  ją

zatrzyma, przeprosi, podziękuje za troskliwość. Jake schował ręce do kieszeni. Nadal

miał się na baczności, jakby oczekiwał kolejnych zarzutów.

-

Porozmawiam z Whitney - oznajmił.

-

Naprawdę zależy mi na tym, żeby twoja córka miała wspaniałe wakacje.

-

Mnie  również,  Kay.  Potrafię  docenić  twoje  zainteresowanie,  ale  samotna  i

bezdzietna kobieta nie będzie mi radziła, jak mam wychowywać córkę. To tak, jakbym

pytał tenisistę, co zrobić, żeby wygrać regaty.

Kay pobladła i odetchnęła głęboko.

-

Tak to widzisz?

-

Sama przyznasz...

-

Jestem  samotna,  a  więc  niekompetentna,  prawda?  Gdybym  była  mężatką  i

miała  własne  potomstwo,  dopiero  wtedy  potrafiłabym  ocenić,  czy  jakieś  dziecko

zachowuje  się  niewłaściwie.  Sam  jesteś  najlepszym  przykładem,  że  małżeństwo  i

ojcostwo nie  u wszystkich łączy  się z  wrażliwością.  Jedno i drugie nie daje ci prawa

do oceniania moich kompetencji.

Jake posmutniał. Oparł dłonie na nie domkniętej szybie samochodu.

-

Przepraszam - mruknął.

-

Nie ma za co.

-

Kay...

Nie pozwoliła mu dokończyć, chociaż czuła, że chce się usprawiedliwić.

-

Powiedziałeś to, co myślisz, Jake. Masz prawo do własnego zdania, chociaż jest

ono całkiem niedorzeczne.

-

Wiesz teraz, że rozwiodłem się z matką Whitney, że Gail wyjechała do Europy,

a ja wychowuję małą. My dwoje stanowimy rodzinę. Jeśli chcesz, wykorzystaj wiedzę

dla dobra mojej córki.

-

Bylebym tylko nie pouczała cię, jak być dobrym ojcem.

-

Owszem.

Kay  miała  wielką  ochotę  przycisnąć  niespodziewanie  pedał  gazu  albo  zakręcić

szybę  i  przyciąć  Jake'owi  palce,  ale  zrezygnowała  z  takiej  dziecinnej  zemsty.

background image

26

Opanowała  się  trochę,  wyjechała  z  podjazdu  na  ulicę  i  przez  całą  drogę  do  domu

gadała do siebie.

Czyżby  Jake  nie  rozumiał,  że  wcale  nie  było  jej  łatwo  do  niego  zadzwonić?  Że

naprawdę  leży  jej  na  sercu  dobro  tego  dziecka?  Przystojny  Jake  Bishop  czarował

dziesiątki  kobiet,  ale  przed  wszystkimi  miał  się  na  baczności.  Nie  spotkała  jeszcze

takiego mężczyzny. Ale to nie jej sprawa. Martwiła się tylko o jego córkę.

ROZDZIAŁ TRZECI

-

Nam było okropnie gorąco! - skarżyła się Whitney.

-

Nie  musiałaś  od  razu  wyskakiwać  z  łódki.  Złamałaś  bardzo  ważną  zasadę

regulaminu - odparła stanowczym głosem Kay.

-

Posłuchaj. Jest straszny upal, chyba milion stopni.

-

Opuściłaś pokład.

-

Ale łódź nie odpłynęła. Wcale nie było wiatru.

-

Dałaś zły przykład załodze. One skoczyły za tobą do wody.

Kay rzuciła ponure spojrzenie dwu dziewczynkom z najmłodszej grupy, które szły

za  nią  po  molo.  Były  przemoczone  do  suchej  nitki.  Uśmiechały  się,  piszczały  i

chichotały,

-

Nikomu nic się nie stało.

-

Ale  mogło  się  stać.  Poza  tym  przez  ciebie  instruktorzy  zamiast  uczyć

żeglowania,  niańczą  maluchy  i  bawią  się  w  ratowników.  Whitney,  tu  chodzi  o  twoje

bezpieczeństwo.

-

Chcesz mnie ukarać?

Oczy  dziewczynki  zabłysły  buntowniczo.  Czekała  na  jej  odpowiedź.  Biedna

Whitney Bishop, pomyślała Kay.

-

Jak  postąpiłaby  w  takiej  sytuacji  twoja  mama?  Dziewczynka  wydawała  się

zaskoczona.

-

A ćo mamusia ma do tego?

-

W pewnym sensie to i jej sprawa - odparła Kay, przykucnąwszy obok Whitney.

-  Powiedziałaś  mi  niedawno,  co  twoja  mama  sądzi  o  żeglowaniu.  Powinnaś

background image

27

zachowywać  się  tak,  żeby  nie  musiała  bać  o  ciebie,  gdy  jej  tu  nie  ma.  Musi  być

całkowicie przekonana, że nie narazisz się na niebezpieczeństwo, że ty i twoi koledzy

nie  narobicie  sobie  kłopotów.  Zgodziła  się,  żebyś  uczestniczyła  w  kursie  żeglarskim,

ponieważ  sądziła,  że  szef  szkolenia  zadba  o  bezpieczeństwo  dzieci  i  dopilnuje,  abyś

przestrzegała  ustalonych  zasad.  Twoja  mama  wyjechała  i  nie  może  cię  mieć  na  oku,

ale  ufa  twemu  tacie  i,  w  pewnym  sensie,  również  mnie.  Whitney  zamrugała

powiekami i wytarła oczy.

-

Tata nie będzie się złościł, a przecież to on toną się teraz opiekuje - oznajmiła,

podnosząc głowę. - Powie, że to był świetny  pomysł. Kiedy pływamy razem, zawsze

pozwala mi wskakiwać do wody.

-

To całkiem inna sytuacja. Kiedy jesteś na zajęciach, powinnaś dawać przykład

pozostałym dzieciom. One bardzo cię lubią i chcą robić to samo co ty.

-

Tak jak dzisiaj - powiedziała Whitney z dumą. - Zawiadomisz moją mamę?

-

Uważasz, że powinnam?

-

Nie. A dziadkowi powiesz?

-

Nie znam twojego dziadka.

-

On  jest  komandorem.  Tata  mi  powiedział,  że  dziadek  uzna  cię  za  złą

instruktorkę, jeśli będę niegrzeczna.

-

David  Morrow  jest  twoim  dziadkiem? -  zapytała  Kay,  a  jej  serce  gwałtownie

zakołatało.

-

Tak.

Kay  poczuła  ucisk  w  gardle.  Nagle  zrozumiała,  dlaczego  Jake  Bishop  tak  dziwnie

się  zachowywał.  Poszczególne  elementy  układanki  zaczęły  wreszcie  do  siebie

pasować. Teraz wiedziała, dlaczego był taki nieufny i ostrożny. Trudno się dziwić, że

z  przekąsem  mówi  o  słynnych  odprawach  u  komandora  podczas  towarzyskich

wieczorków.  Skoro  była  żona  Jake'a  nazywa  się  Gail  Morrow-Bishop,  może  te

złośliwości są usprawiedliwione.

-

Czy to prawda? - dopytywała się Whitney.

-

Co takiego?

background image

28

-

O moim złym zachowaniu. Tatuś nie powiedział wprost, że mam być grzeczna

jak  aniołek,  ale  zrobił  mi  długi  wykład  o  tym,  że  powinnam  uważać  i  że  komandor

chce sprawdzić, czy dobrze pracujesz.

-

Posłuchaj, Whitney - rzekła Kay obejmując naburmuszoną dziewczynkę. - Jeśli

chodzi o naszego komandora, obawiam się tylko jednego. On może dojść do wniosku,

że jedna z moich podopiecznych jest zbyt dziecinna, by uczyć się żeglowania.

-

Mówisz o mnie? - Whitney zmieniła się na twarzy, jakby opadła z niej maska. -

O rany!

-

Nie jest ważne, co pomyśli o mnie. Tu chodzi tylko o ciebie.

-

Powiesz dziadkowi, co dziś zrobiłam?

-

Nie.

-

A tacie?

-

Sama mu o tym powiesz.

-

Nie chcę.

-

Mówiłaś, że nie będzie się złościł.

-

Nie będzie.

-

Upewnij się. Chcę, żebyś mu wszystko opowiedziała.

-

To ma być kara, prawda?

-

Nie, Whitney, nie chcę cię ukarać, tylko nauczyć odpowiedzialności.

Dziewczynka  zdjęła  kamizelkę  ratunkową  i  stała  przed  nią  w  przemoczonej

koszulce.

-

Nienawidzę słowa odpowiedzialność,

Dochodziła  czwarta.  Dzieci  dawno  rozeszły  się  do  domów.  Kay  wywiesiła  na

tablicy  ogłoszeń  informacje  o  wyścigach  dla  grup  zaawansowanych.  Przy  okazji

przeczytała, że Jake Bishop był drugi w sobotnich regatach.

Twierdził, że jest szeregowym członkiem klubu| ale nie mogły się bez niego odbyć

żadne  zawody.  Z  opinią  tego  człowieka  na  pewno  musieli  się  liczyć  nie  tylko

instruktorzy,  uczący  żeglowania  jego  córkę.  Jake  nigdy  jej  nie  pouczał,  jak  ma

pracować z  dziećmi,  nigdy  też  nie  spojrzał  na  nią  z  dezaprobatą,  lecz  ilekroć

przychodził do klubu albo do żaglowni, czuła niepokój i przyspieszone bicie serca.

background image

29

Szkoda,  że  traktując  poważnie  żeglarstwo,  jako  ojciec  nie  poczuwał  się  do  równej

odpowiedzialności.  Whitney  nie  była  jedyną  osobą  w  rodzinie  Bishopów,  która

nienawidziła tego słowa.

Kay przypięła ogłoszenia i poszła na molo. Usiadła na ławce ustawionej na samym

końcu  pomostu.  Komandor  i  jego  czteroosobowa  załoga  właśnie  odbijali  od  brzegu.

Próbowała  wyobrazić  sobie  starszego  pana  jako  dziadka  Whitney,  byłego  teścia  i

najbliższego  sąsiada  Jake'a.  Życie  tego  młodego  mężczyzny  okazało  się  bardziej

pogmatwane, niż przypuszczała. Trudno się dziwić, że był taki nieufny.

Nad  ławką  rozpięta  była  markiza.  Stąd  roztaczał  się  najpiękniejszy  widok  na  port.

Kay  przeglądała  notatki  rozłożone  na  kolanach.  Usłyszała  czyjeś  kroki  na  molo.

Podniosła  głowę  i  serce  zabiło  jej  niespokojnie.  Na  ławce  usiadł  ojciec  Whitney

Bishop, ściskając w ręku płócienny worek.

-

Cześć,  Jake. -  Miała  nadzieję,  że  tym  razem  usłyszy  od  niego  jakieś  dobre

słowo.

-

Witaj, Kay.

-

Zamierzasz pływać?

-

Za chwilę. Najpierw chciałbym z tobą porozmawiać. Moja córka coś mi przed

chwilą wyznała.

-

Tak szybko? Myślałam, że będzie dłużej z tym zwlekała.

-

To chyba nic ważnego.

-

Wyskoczyła  z  łódki,  a  regulamin  tego  zabrania.  Podstawowa  zasada

bezpieczeństwa. Niewiele brakowało, żeby wszystkie dzieci poszły za jej przykładem.

-

Zuch dziewczyna.

-

Mogłaby  lepiej  wykorzystywać  zdolności  przywódcze.  Spodziewałam  się,  że

tym razem zgodzisz się ze mną.

-

Było okropnie gorąco, ponad trzydzieści stopni.

-

Jak zwykle masz rację, ale w tym przypadku upał jest bez znaczenia.

-

Whitney boi się, że doniesiesz o wszystkim jej matce. Będę ci wdzięczny, jeśli

nie będziesz wciągała Gail w tę sprawę. Nie ma żadnych powodów do niepokoju.

-

Twoja córka źle mnie zrozumiała.

-

Było jej smutno. Powtarzam, lepiej nie wciągaj w to Gail.

background image

30

-     Jake, powiedziałam tylko...

-

Jestem  pewny,  że  doskonale  poradziłaś  sobie  z  Whitney  dziś  po  południu -

rzekł i przysunął się bliżej, a oczy mu pociemniały - lecz proszę, abyś nie próbowała

na  mnie  wpływać,  posługując  się  w  tym  celu  matką  Whitney.  To  nieuczciwe,

zważywszy okoliczności.

-

Jak  możesz  przypuszczać,  że  zrobiłabym  coś  podobnego? -  odparła  Kay,

wpatrując  się  w  przystojną  twarz  mężczyzny,  jakby  spodziewała  się  ujrzeć  w  niej

odrobinę życzliwości. Dostrzegła tylko upór i dawną krnąbrność. - Choć właściwie po

tamtych insynuacjach aa temat komandora wszystkiego mogę się po tobie spodziewać.

-

Miałem wiele powodów, żeby cię o to podejrzewać - odrzekł unosząc brwi.

-

Ponieważ  jest  dziadkiem  Whitney?  Do  dziś  o  tym  nie  wiedziałam.  Zresztą  to

dla mnie bez znaczenia. Skoro masz z nim swoje porachunki...

-

Myliłem się co do ciebie.

-

Chcesz mnie przeprosić?

-

Owszem,  jeśli  poprawi  ci  to  humor. -  Spojrzał  aa  nią  niepewnie. -  Kay,  nie

potrafię cię rozgryźć,  chociaż ciągle próbuję. Może źle cię oceniłem.

-

Trafiłeś w sedno.

-

Chyba staję się trochę przewrażliwiony, jeśli czuję, że sam jestem oceniany.

Wpatrywał się w nią tak długo, że poczuła zakłopotanie. Usłyszała odgłos kroków i

szybko  się  odwróciła.  Zobaczyła  na  molo  Whitney  i  ciemnowłosą  kobietę,  którą  już

kiedyś widziała z daleka.

Jake pomachał im ręką i odwrócił się do Kay.

-

Jeszcze porozmawiamy.

-

Trzymam  cię  za  słowo -  odparła  bez  wahania,  żeby  stawić  mu  czoło.  Twarz

mężczyzny rozjaśniała się powoli, jakby toczył ze sobą jakąś walkę.

-

Tak, to bardzo ważne. Wrócimy do tej rozmowy.

-

Tatusiu, kupiłyśmy sałatkę z kapusty, nie było kartoflanej. - Whitney pokazała

ojcu papierową torbę, - Nienawidzę kapusty.

-

Nie musisz tego jeść.

-

Pamiętaj, że masz jeszcze kanapkę z wołowiną, kochanie - dodała brunetka - i

czekoladowe ciasteczka.

background image

31

-

Nie  jestem  kochanie,  jestem  Whitney -  mruknęła  dziewczynka. -  Tata

powiedział, że gdy wypłyniemy, będę mogła skakać z łódki do wody, ile razy zechcę -

oznajmiła, patrząc na Kay z tryumfem.

-

Wspaniała zabawa.

-

Naprawdę tak myślisz? - zapytała Whitney, zerkając na Jake'a i Kay.

-

Oczywiście, ponieważ będziesz z tatą. Teraz on cię pilnuje.

-

Świetnie sobie poradziłaś - szepnął Jake.

Kay uśmiechnęła się do ciemnowłosej kobiety i wyciągnęła rękę.

-

Nazywam  się  Kay  McCormick,  prowadzę  kurs  żeglarski.  A  pani  jest  pewnie

Emily.

-

Emily?

Kay zmarszczyła brwi. Brunetka popatrzyła na Jake'a.

-

Jestem Carolyn. Carolyn Wilson - odparła.

-

Przepraszam.-  Kay  próbowała  jakoś  to  załagodzić. -  Byłam  na  przystani

Dawida  Morrowa,  gdy  Schooner  uciekł  z  hamburgerem.  Wydawało  mi  się,  że  Jake

wspomniał o Emily.

-

Schooner kradnie hamburgery?

-

Kay mówi o Emily Bianco - przypomniała sobie Whitney.

O Boże, to była inna brunetka. Carolyn Wilson to lie Emily. Kay zapragnęła, żeby

molo rozstąpiło się pod nią. Chciała zapaść się pod ziemię.

-

Musiałam się pomylić - przeprosiła.

-

Nie  żartuj -  perorowała  Whitney. -  Carolyn  wcale  nie  jest  podobna  do  Emily.

Poza tym Emily nie ana się w ogóle na żeglowaniu.

Carolyn  zmierzyła  wzrokiem  Jake'a.  Mężczyzna  podziwiał  widok  na  port.  Kay

zarumieniła się, . Whitney przykucnęła, żeby zawiązać sznurowadło.

-

Czas ucieka. Odpływamy - rzucił w końcu Jake.

-

Życzę  miłego  dnia-powiedziała  Kay,  a  rumieniec  zaczął  powoli  znikać  z  jej

policzków. - Cieszę się, że panią poznałam, Carolyn.

-

Żegnam - usłyszała w odpowiedzi.

background image

32

Kay  patrzyła,  jak  Whitney  i  jej  ojciec  odpływali.  Okazuje  się,  że  dziewczynka  nie

może narzekać na brak damskiego towarzystwa. Na każdy dzień tygodnia inna pani, a

do tego matka w Szwajcarii. Nic dziwnego, że mała się buntuje.

Tego  samego  wieczora  Kay  usłyszała  nagle  energiczne  pukanie  do  frontowych

drzwi.  Dochodziła  ósma,  a  ona  stała  właśnie  przed  lustrem  w  prostej  trykotowej

sukience i szczotkowała włosy. Nazajutrz miała iść na przyjęcie do Davida Morrowa.

Zastanawiała się, co powinna włożyć.

Mimo  kłopotów  i  drobnych  nieprzyjemności  odpowiadała  jej  praca  kierownika

szkolenia  żeglarskiego.  Była  też  zadowolona  ze  swego  wyglądu.  Starała  się  nie

siedzieć na słońcu dłużej niż to konieczne, lecz we włosach pojawiły się już jaśniejsze

pasemka,  a  skóra  zbrązowiała  i  nabrała  zdrowego  wyglądu.  Praca  na  świeżym

powietrzu sprawiała, że Kay utrzymywała doskonałą formę i dobrze sypiała.

Usłyszawszy pukanie, podeszła do oszklonych drzwi i uchyliła je. Na werandzie w

słabym świetle latarni ujrzała Jake'a Bishopa odganiającego komary.

Na widok  młodego  mężczyzny poczuła nagłe zażenowanie, tym bardziej, że przed

kilkoma godzinami postawiła go w bardzo niezręcznej sytuacji. Światło latarni padało

na  jego  twarz  i  ramiona.  Kay  oddałaby  wszystko,  żeby  tylko  jej  serce  nie  waliło  jak

młotem za każdym razem, gdy się spotykali. Działo się tak nie tylko dlatego, że była

zdenerwowana  i  wściekła.  Czuła,  jak  żołądek  podchodzi  jej  do  gardła.  Bała  się

zgadywać, dlaczego.

-

Dobry  wieczór,  Kay -  powiedział  Jake,  a  na  jego  twarzy  pojawił  się  wyraz

absolutnego zdecydowania.

Kay wzięła głęboki oddech, żeby nad sobą zapanować.

-

Jake, cóż za niespodzianka - odparła. - A gdzie twoja załoga?

-

Whitney poszła z dziadkami na lody.

-

A Carolyn?

-

Postanowiła spędzić ten wieczór w domu.

-

To jest Carolyn Bianco.

-

Nie, Carolyn Wilson. Emily nosi nazwisko Bianco.

-

Naturalnie. Teraz to się wydaje takie proste.

background image

33

-

Cholernie  się  cieszę,  że  cię  to  bawi. -  Zatłukł  komara,  który  przyczaił  się  na

jego ramieniu. - Będę  wdzięczny, jeśli  przestaniesz snuć domysły na temat zawiłości

mojego prywatnego życia.

-

To  nie  są  żadne  domysły,  tylko  obserwacje.  Obie  panie  spotkałam  całkiem

przypadkowo.

-

Przestań wreszcie - odparł zasłaniając uszy rękoma.

-

Szczerze mówiąc, Jake, na moich oczach...

-

Kay!

-

Widzę,  że  złościsz  się  na  mnie.  Po  dzisiejszym  faux  pas  masz  do  tego  prawo.

Ale przyznaj, że działasz na dwa fronty.

Wcale  nie  wydawał  się  wściekły.  Był  za  to  niesamowicie  czarujący.  Kay  czuła

ogromne napięcie i zdenerwowanie, a jej serce waliło jak oszalałe.

-

Twoja gafa przysporzyła mi kłopotów - oznajmił Jake, spoglądając na nią przez

siatkę w drzwiach, chroniącą przed komarami.

-

To była zwykła pomyłka. Naprawdę nie chciałam zrobić ci przykrości.

Kay zacisnęła usta, żeby się nie roześmiać. Jake Bishop rzeczywiście miał kłopoty.

Dziwne, ale to właśnie dodało jej odwagi.

-

Bardzo  mi  przykro.  To  zrozumiałe,  że  pomyślałam...  Przyznaj,  że  twoje

dziewczyny  są  bardzo  do  siebie  podobne.  Widziałam  Emily  tylko  z  daleka,  ale

uderzająco przypomina Carolyn. Chyba mają podobne fryzury.

Jake  mruczał  coś  niezrozumiale.  Kay  usłyszała  tylko,  jak  wymamrotał:  twoje

dziewczyny.

-

Chciałabym cię przeprosić - dodała.

-

W porządku.

-

Naprawdę mi przykro. Musiałeś być strasznie zakłopotany.

Jake wzruszył ramionami.

-

Nic  mi  nie  odpowiesz?  Wyduś  przynajmniej,  że  wcale  się  tym  nie  przejąłeś

albo uwierz mi,  że naprawdę się pomyliłam. Nie będę się czuła tak podle.

-

Naprawdę czujesz się podle? - rozpromienił się Jake. - To wyznanie poprawiło

mi  samopoczucie.  Jeśli  ci  daruję,  wpuścisz  mnie? —  zapytał,  odganiając  bzyczącego

nad uchem komara.

background image

34

-

Naprawdę chcesz wejść?

-

Musimy  porozmawiać,  a  nie  mogę  dłużej  stać  pod  drzwiami.  Te  bestie  zjedzą

mnie żywcem.

-

Powiedz, że mi darowałeś, to cię wpuszczę.

-

Dobrze - odparł krzywiąc twarz. - Przyznaję, że niechcący pomyliłaś Carolyn i

Emily. Nie zrobiłaś tego umyślnie.

-

W takim razie możesz wejść.

Zdecydowanym krokiem wszedł do mieszkania.

Pomyślała,  że  tego  mężczyznę  po  prostu  rozpiera  energia.  Wystarczyłoby  jej  do

oświetlenia całego domu. Ale wszystko w sobie tłumi, powiedziała cicho, gdy ją mijał.

Skierował się do salonu, stanął obok kanapy i przestąpił z nogi na nogę. Przyglądał się

Kay bez pośpiechu. Zatrzymał wzrok na jej rozpuszczonych włosach, opadających na

kark. Wydawał się niespokojny, zmartwiony i nieskory do rozpoczęcia rozmowy. Kay

czekała cierpliwie, aż się odezwie.

-

Przeszkodziłem ci w czymś?

-

Nie.

Mógłby wcześniej o to zapytać. Czy ten człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, jak

na  nią  działa?  Ledwo  się  pojawił,  natychmiast  ogarnął  ją  niepokój.  Musiało  minąć

trochę  czasu,  żeby  zdołała  się  opanować.  Prawdę  mówiąc,  przyszło  jej  to  z  wielkim

trudem. Usiłowała sobie przypomnieć, czy tak samo czuła się podczas ich pierwszego

spotkania  w  żaglowni  albo  potem,  na  przystani  Davida  Morrowa.  Dostała  od  tych

rozmyślań gęsiej skórki.

To dziwne, ale Jake długo nie potrafił wykrztusić ani słowa. Było jej na rękę, że ten

niebezpieczny  mężczyzna  czuje  się  niepewnie.  Poprosiła,  żeby  usiadł,  ale  w

odpowiedzi pokręcił tylko głową.

-

Skąd wiedziałeś, gdzie mieszkam?

-

Od komandora.

-

Naturalnie. Zastanawialiście się razem, jak sobie daje radę nowy szef szkolenia.

-

Owszem, ale nie był to jedyny temat. David Morrow jest bardzo zadowolony z

twojej pracy.

-

Mam nadzieję.

background image

35

-

Doskonała robota. To jego własne słowa.

-

Naprawdę? Dodałeś mi pewności siebie. Ale, ale, nigdy mi nie wspomniałeś, co

cię łączy z komandorem.

-

Nie muszę ci nic wyjaśniać.

Właściwie  to  prawda.  Nie  miała  najmniejszej  ochoty  mieszać  się  do

małomiasteczkowych  dramatów.  To  śliska  sprawa.  Byłe  żony,  rozwody,  kłótnie

małżeńskie... nie chciała mieć z tym nic wspólnego.

-

Często umawiasz się na randki? Chodzi mi o to, czy spędzasz dużo czasu poza

domem. Kręci się wokół ciebie sporo kobiet.

-

Ależ Kay... - wykrztusił Jake.

-

Pewnie trafiłam w sedno, skoro tak trudno ci o tym mówić.

-

Umawiam  się  na  randkę,  ilekroć  przychodzi  mi  na  to  ochota.  Mam  do  tego

prawo. Od trzech lat jestem sam.

Zamilkł.  I  bardzo  dobrze.  Kay  wcale  nie  była  pewna,  czy  chce  wysłuchiwać  jego

zwierzeń. Zapora, która dzieliła ich dotychczas, stała się nagle wątła. i ulotna jak mgła.

-

Nie chcę się wtrącać, chociaż ciągle mnie o to oskarżasz. Jak sam powiedziałeś,

twoje  życie  prywatne  nie  powinno  mnie  interesować,  chyba  że  ma  jakiś  związek  z

postępami Whitney,

-

Mówisz tak, jakby to była szkoła.

-

Skądże,  niemniej  twoja  córka  musi  znaleźć  w  grupie  swoje  miejsce,

przystosować się.

-

A nie potrafi?

-

Wręcz  przeciwnie.  Pozbierała  się  jakoś  w  ciągu  ostatnich  dni,  ale  chciałabym

mieć pewność, że jej zdolności przywódcze przyniosą pozytywne skutki. Pamiętaj, co

było dzisiaj. Dzieci chętnie jej słuchają.

-

Zuch dziewczynka. Zawsze taka była - oznajmił z dumą Jake.

-

Czy Whitney odwiedzała cię, kiedy mieszkała z matką?

-

Tak. Znowu wtrącasz się w moje sprawy.

-

Wybacz.

background image

36

-

Whitney otrzymuje regularnie wiadomości od matki - dodał Jake, przyglądając

się  jej  badawczo. -  Gail  wróci  na  Boże  Narodzenie.  Pewnie  uważasz  mnie  za  marną

namiastkę mamusi?

-

W żadnym wypadku. Ach, ta twoja męska duma.

-

O czym ty mówisz?

-

No wiesz, zranione ego. Przestań brać moje słowa tak bardzo do siebie. Odkąd

wiem,  że  matka  Whitney  wyjechała,  łatwiej  mi  zrozumieć  twoją  córkę.  Pierwsze  dni

były  dla  niej  bardzo  trudne  i  dlatego  dokuczała  każdemu,  kto  stanął  jej  na  drodze.

Teraz  czuje  się  o  wiele  lepiej,  ale  wciąż  brakuje  jej  matki.  Dlatego  opacznie

zrozumiała wszystko, co powiedziałam o Gail.

-

To ją zabolało.

-

Chciałam  uświadomić  Whitney,  że  nie  wolno  nam  obu  zawieść  zaufania  jej

matki.

-

A co ty masz do tego?

-

Matka  Whitney  musi  być  pewna,  że  uczestnikom  kursu  nie  grozi  żadne

niebezpieczeństwo,  że  znają  obowiązujące  zasady  i  przestrzegają  ich.  Taką  pewność

powinni  zyskać  wszyscy  rodzice,  głównie  jednak  ci,  którzy  są  daleko  i  nie  mają

wpływu  na  to,  co  się  tu  dzieje.  Mogą  się  tylko  zamartwiać,  zwłaszcza  jeśli  sami  nie

żeglują.

-

Whitney ci powiedziała, że jej matka nie pływa?

-

Nie wyraziła się w ten sposób, ale dała mi to do zrozumienia. Pamiętaj, że Gail

i do ciebie chce mieć zaufanie.

-

Chyba znowu się zagalopowałaś.

-

Obawiam się, że Whitney nie wie czasami, kogo z was ma słuchać.

-

Nic się przed tobą nie ukryje.

-

Naprawdę  bardzo  się  niepokoję  o  twoją  córkę.  Ta  mała  jest  jak  żywe  srebro.

Uwielbiam  takie  dzieci,  ale  z  drugiej  strony  to  ja  odpowiadam  za  Whitney  przez

większą  część  dnia.  Twoja  była  żona  przeniosła  na  nią  swoje  obawy,  a  mała

zareagowała  nadmierną  brawurą.  Powinna  być  ostrożniejsza,  brak  jej  rozwagi.  Stara

się dorównać ojcu, albo raczej jego wizerunkowi, który sobie stworzyła.

background image

37

-

Sam wiem najlepiej, że Whitney musi się przyzwyczaić do nowych warunków -

przyznał  Jake. -  Pamiętaj  tylko,  że  jesteś  kierownikiem  szkolenia  żeglarskiego,  a  nie

psychologiem.  To  ja  wychowuję  Whitney  i  opiekuję  się  nią  na  co  dzień.  Jako  ojciec

świetnie daję sobie radę i moja córka też jest zadowolona.

-

Ale  powinieneś  trzymać  ją  w  ryzach  i  narzucić  jej  stare  rygory.  Pewnie  się

boisz  zbyt  wiele  wymagać.  To  częste  u  ojców,  którzy  nie  utrzymywali  z  dziećmi

kontaktu.

-

Mnie to nie dotyczy. Wiele można mi zarzucić, ale Whitney zawsze miała ojca.

-  Popatrzył  na  Kay  i  wzruszył  ramionami. -  Posłuchaj,  przyznaję,  że  ta  mała  nie  ma

łatwego  życia.  Może  źle  do  tego  podchodzę,  przynajmniej  ty  tak  uważasz,  ale  żaden

dziewięcioletni  smarkacz,  nawet  mały  Brad  Taylor,  nie  będzie  dokuczał  mojej  córce

na przystani od pierwszego dnia zajęć. Szkoda, że nie widziałem tego chłopaka, kiedy

Whitney oblała go wodą - dodał z uśmiechem.

-

Jej się wydaje, że powinna zawojować cały świat - westchnęła Kay.

-

Chyba wszystkie dzieci tak uważają, prawda?

-

Ty również tego pragniesz?

-

Dlaczego tak uparcie grzebiesz w moim prywatnym życiu? - burknął Jake, a na

jego policzkach pojawiły się rumieńce.

-

Żeby  zaspokoić  niezdrową  ciekawość -  odrzekła,  patrząc  mu  prosto  w  oczy. -

Jak  to  się  dzieje,  że  mężczyzna  bystry,  nieustępliwy  i  odnoszący  tyle  sukcesów  jest

zarazem okropnie nieufny i taki...

-

Krnąbrny.

-

Doskonałe określenie.

Kay  zamilkła  na  chwilę  i  obserwowała  skupioną  twarz  Jake'a.  Miała  nadzieję,  że

rozmawiając z nim spokojnie i rzeczowo zdoła ukryć zmieszanie.

-

Żałujesz, że poruszyliśmy ten temat? - rzuciła.

-

Chyba jestem trochę przewrażliwiony - mruknął Jake.

-

Zapewne - odparła z uśmiechem, czując, że chwilowe zawieszenie broni jeszcze

bardziej ich zbliżyło.

-

Mam tylko Whitney - szepnął Jake.

background image

38

Kay odwróciła się. Wzruszenie ścisnęło ją za gardło. Musiała zebrać siły do obrony

i odbudować mur między nimi:

-

Panie Bishop, chyba odkryłam szczelinę w ochronnej skorupie.

-

Kay,  nie  przyszedłem  tu,  żeby  rozmawiać  o  Whitney -  westchnął  Jake,

rozglądając się po gustownie urządzonym saloniku.

-

Chcesz mi opowiedzieć o Emily i Carolyn?

Dużo  ryzykowała  dokuczając  Jake'owi,  ale  to  jej  dawało  przewagę.  Każde

spotkanie  z  tym  zagadkowym  mężczyzną  budziło  uczucia,  których  nie  miała  odwagi

nazwać. Przed nią rozciągała się otchłań; byle tylko nie przepaść w niej z kretesem.

Przyjemnie było trochę podokuczać ojcu Whitney Bishop. Nie spodziewał się kpin.

Pewnie  niewiele  kobiet  tego  próbowało.  Jego  poważna  mina  była  dla  Kay

wyzwaniem.  Gdyby  posunęła  się  w  żartach  za  daleko,  Jake  z  pewnością  nie

omieszkałby dać jej tego do zrozumienia.

-

Wszystkie  twoje  dziewczyny  to  brunetki?  Rzucił  jej  gniewne  spojrzenie.

Spodziewała się, że znów coś niewyraźnie odburknie.

-

Owszem, przynajmniej na razie - odciął się.

-     Mam słabość do ciemnych włosów.

Przykre, ale sama tego chciała.

-

Dosyć żartów, Kay. Chcę prosić, żebyś coś dla mnie zrobiła. Jesteś mi to winna.

-

Winna?

-

Przez ciebie nie mam załogi na jutrzejsze regaty. Jedna z brunetek obraziła się

na mnie.

-

Carolyn z tobą żeglowała?

-

Owszem,  tak  było  dotąd.  Uczestniczyliśmy  w  regatach  od  czasu  do  czasu.

Pływaliśmy razem przez kilka lat.

-

Ale jutro nie popłynie?

-

Tak mi powiedziała.

-

Chyba nie wycofała się tylko dlatego, że pomyliłam ją z inną kobietą.

-

Bardzo ją to dotknęło.

-

Okropny brak odpowiedzialności, prawdziwy żeglarz tak nie postępuje. A co z

regatami?

background image

39

-

Bądź na przystani jutro o ósmej rano - rzekł przyglądając się jej włosom koloru

pszenicy.

-

Ja?! Jake, nie żartuj. - Podniosła oczy i napotkała jego wzrok. - O Boże, mówisz

poważnie?

-

Przez ciebie znalazłem się w sytuacji bez wyjścia.

-

I chcesz, żebym zastąpiła Carolyn?

-

Na pewien czas.

-

Jake, ja...

-

Regaty zaczną się punktualnie o dziewiątej. Zapowiadali na jutro dobrą pogodę

i lekki wiatr. Potrzebna mi osoba o wadze do sześćdziesięciu pięciu kilogramów, która

zna się na rzeczy.

-

Ale nie ja!

-

W  takim  razie  podaj  mi  nazwiska  uczniów  z  grup  zaawansowanych.  Może

kogoś namówię. Albo spróbuję sobie przypomnieć, które z żon moich znajomych też

pływają. Tak czy siak, wiele godzin będę musiał spędzić przy telefonie, żeby namówić

kogokolwiek  do  udziału  w  jutrzejszych  zawodach.  Jest  ósma,  mamy  piękny  letni

wieczór. Nie wiadomo, czy kogoś znajdę. Niepotrzebne mi te kłopoty, zwłaszcza że to

wyłącznie twoja wina. Nie byłoby całego problemu, gdybyś się zgodziła popłynąć.

-

Może zapytasz Emily?

-

Dla  niej  żeglowanie  to  odpoczynek  na  materacu  i  szklanka  dżinu  z  tonikiem.

Nie byłby to dobry wybór.

-

Na pewno znasz wiele innych pań.

-

Nie chcę spędzić wieczoru na bezsensownych wyjaśnieniach. Kay, jesteś mi to

winna.

-

Jeszcze wcześnie. Postaraj się udobruchać Carolyn.

-

Udobruchać  ją?  Dzięki  za  taką  radę.  Musiałbym  błagać  o  przebaczenie  na

kolanach.

-

Naprawdę?  Odrobina  pokory  uzdrowi  twoją  duszę -  odparła  podnosząc  wyżej

głowę.

-

Nie martw się o moją duszę, sam się o nią troszczę.

-

Pewnie. Myślę, że jest tego warta.

background image

40

-

Dość uwag na temat moich znajomych. Potrzebuję ciebie.

-

Carolyn nie będzie tym zachwycona - rzekła zdumiona Kay, otwierając szeroko

oczy.

-

Do diabła, Kay! - zawołał, a twarz mu pociemniała. - To nie jest czas na flirt.

-

Ja miałabym z tobą flirtować? Powinieneś ugryźć się w język.

-

Zapewniam  cię,  że  w  sprzyjających  okolicznościach -  zaczął,  uśmiechając  się

niechętnie - usidliłabyś każdego, nawet wbrew jego woli i mimo uprzedzeń.

-

I któż to przemawia do mnie w ten sposób?

-

Nieufny,  krnąbrny  mężczyzna,  który  czuje  się  przy  tobie  wspaniale.  To

niepokojące. Przecież sam nie wiem, co mam o tobie myśleć.

-

Lepiej przeproś Carolyn. Jest twoją dziewczyną. Walcz o nią.

-

To  nawet  potrafię.  Ale  teraz  moją  dziewczyną  jest  Kay  McCormick.  Popłynie

ze  mną  w  porannych  regatach -  oznajmi!  i  westchnął. -  Każdy  mężczyzna  na  moim

miejscu byłby z tego zadowolony.

-

Pochlebstwo? - odparowała, lekceważąc wewnętrzny głos, który ją ostrzegał. -

Nie nabierzesz mnie.

-

Kay,  najmilsza -  szepnął,  zerkając  na  kilim  leżący  przed  kominkiem -

kochałbym  się  z  tobą  na  tym  dywaniku,  gdybym  mógł  cię  w  ten  sposób  przekonać,

żebyś ze mną jutro popłynęła.

Na  myśl  o  tym,  że  mogłaby  ujrzeć  Jake'a  Bishopa  przystrojonego  jedynie  w

czerwony blask żarzących się węgli, otworzyła szerzej oczy. Poczuła ucisk w gardle i

zastanawiała się, jak to możliwe, że ich znajomość dojrzała do tak frywolnych aluzji.

-

I kto tu flirtuje! - zawołała.

-

Zrozpaczony mężczyzna.

-

Wydawało mi się, że taki człowiek będzie raczej próbował mnie zastraszyć.

-

Potrafię się zdobyć na groźby.

-

Musiałbyś wymyślić coś strasznego.

-

A  zatem  nie  pozwolę  Whitney  chodzić  na  zajęcia  i  porozmawiam  z  moim

sąsiadem komandorem. Zobaczysz, nie przedłużą z tobą umowy.

Kay pobladła tak nagle, że Jake przestał się uśmiechać i natychmiast spoważniał.

background image

41

ROZDZIAŁ CZWARTY

-

Kay, ja tylko żartowałem!

Chwycił ją nagłe w objęcia, jakby to była zasmucona Whitney. Ale tym razem nie

trzymał  w  ramionach  małej  dziewczynki.  Pod  cienką  bluzką  serce  Kay  tłukło  się  jak

oszalałe.  Rozdygotana  dziewczyna  czulą,  że  jej  piersi  nabrzmiewają  pod  wpływem

niespodziewanego pożądania.

-

Kay,  przepraszam.  Poderwałaś  się  tak  nagle,  jakby  cię  coś  zabolało -  szepnął

Jake, przytulając twarz do jej skroni.

-

To nic poważnego - wykrztusiła. - Naprawdę.

Tulił  ją  do  siebie  tak  mocno,  że  oddychali  w  tym  samym  rytmie,  jakby  stali  się

jednym organizmem. Dotykała bioder Jake'a i czuła, co dzieje się z jego ciałem. Nagle

odsunął się i odchrząknął.

-

Dobrze się czujesz? Naprawdę żartowałem.

-

Przecież nic mi nie jest - burknęła. Jake wydawał się kompletnie oszołomiony.

-

Wyglądałaś  tak,  jakbyś  zobaczyła  potwora.  Wybacz  mi.  Powiedziałem  o  tym

dywaniku, a potem... Kay, nie boisz się chyba, że przeze mnie stracisz pracę?

-

Jesteś  górą,  Jake.  Popłynę  z  tobą  jutro. Nie  powinnam  była  robić  wokół  tego

tyle zamieszania - oznajmiła, dochodząc do siebie.

-

Doskonale,  ale  będę  pamiętał  o  tym,  co  się  tu  przed  chwilą  wydarzyło.  Jasno

dałaś  mi  do  zrozumienia,  za  jakiego  mężczyznę  i  ojca  mnie  uważasz.  Bardzo  się

mylisz, jeśli sądzisz, że użyłbym swoich wpływów, by pozbawić cię pracy.

Wzruszyła  ramionami,  jakby  chciała  w  ten  sposób  uwolnić  się  od  złych  przeczuć,

które nie dawały jej spokoju.

-

Zapomnij o tym, co między nami zaszło.

-

To będzie trudne.

-

Sam powiedziałeś na przystani u komandora, że jestem na łasce ludzi takich jak

ty.

-

To znaczy jakich?

-

Długoletnich członków klubu, starej gwardii. Rodziców moich uczniów.

background image

42

-

Kay,  pracujesz  wspaniale,  dokonałaś  cudów.  Powiedziałem  ci  przecież,  co  o

tobie myśli komandor.

Chciał jej dotknąć, ale cofnął rękę. Serce dziewczyny nadal biło mocno, policzki ją

paliły,  ale  zebrała  już  siły  do  dalszej  rozmowy.  Objęła  się  ramionami,  jakby

podświadomie  chciała  się  obronić  przed  Jakiem  i  jego  czułością.  Nadal  drżała  i

przeklinała  siebie  za  żywiołowość  własnych  reakcji.  Na  domiar  złego

naelektryzowany materiał sukienki przylgnął do jej ciała, ujawniając bezlitośnie to, co

za wszelką cenę starała się ukryć.

Patrzyli  na  siebie.  Zza  otwartego  okna  dochodziło  szczekanie  psa.  Nocną  ciszę

przerywały stłumione głosy, rozlegające się w ciemnych koronach drzew.

-

Bardzo chciałbym wiedzieć, co to wszystko znaczy - rzekł z trudem Jake.

-

Wyszłam  na  idiotkę -  odparła,  próbując  zbagatelizować  całe  zdarzenie. -  Ty

miałeś rację.

Jake  zrobił  krok  w  jej  stronę  i chociaż  cofnęła  się  trochę,  dotknął  rękoma  jej

włosów.

-

To  było  szczere  i  spontaniczne.  Chciałbym  wiedzieć,  dlaczego  tak

zareagowałaś.

-

Bez  powodu -  odparła  potrząsając  głową,  co  nie  było  łatwe,  ponieważ  ręce

Jake'a obejmowały jej skronie.

-

Musi być jakiś powód, Kay.

-

Nie,  Jake.  Posłuchaj,  nie  chcę,  żeby  ktokolwiek  mieszał  się  do  mego

prywatnego  życia,  dokładnie  tak  samo  jak  ty.  Zostawmy  ten  temat.  Nic  ważnego  się

nie  wydarzyło,  sam  przyznasz.  Zdenerwowałam  się  jutrzejszymi  regatami.  Byłam

trochę roztrzęsiona.

Oczy Jake'a pociemniały. Długie rzęsy rzucały cień na jego policzki. Skinął głową.

-

Nie  przyjmuję  do  wiadomości  takiego  wyjaśnienia.  Najchętniej  zostałbym  tu

dłużej,  żeby  wydobyć  z  ciebie  całą  prawdę,  ale  jesteś  równie  uparta  jak  ja,  wiec  na

pewno  zajęłoby  nam  to  czas  do  rana.  I  byłoby  cudownie,  ale  niestety,  muszę  wracać

do córki.

-

To dobrze.

background image

43

-

Masz rozpuszczone włosy - szepnął Jake, Popatrzył na swoje dłonie obejmujące

nadal jej twarz.

-

Tak -  odparła  i  policzyła  w  myślach  do  pięciu,  mając  nadzieję,  że  uda  się  w

końcu zmienić temat rozmowy. - Wieczorami mogę je wreszcie rozpuścić. Przez cały

dzień noszę warkocz.

-

Zapleciesz włosy jutro na regaty?

-

Czy to źle?

-

Gdybyś  je  rozpuściła,  nie  mógłbym  zebrać  myśli -  szepnął,  głaszcząc  ją  po

głowie.  Odsunął  się,  ale  wnet  znów  wyciągnął  rękę  i  dotknął  jedwabistej  czupryny,

przesuwając miedzy palcami płowe kosmyki, jakby poza nimi niczego nie dostrzegał.

Kay poczuła we włosach dziwne mrowienie. Jej piersi stwardniały nagle.

-

Dziewczyny, które żeglują, rzadko mają długie włosy - dodał Jake,

-

Wiatr by je potargał - wyjaśniła.

Wargi  miała  suche.  Poczuła  na  karku  dotyk  jego  ramion.  Pochyliła  się  lekko,  gdy

wysunął palce z jej włosów. Pragnęła aż do bólu, żeby ją pocałował. Ostatni raz czuła

się podobnie, gdy była nastolatką.

-

Muszę wracać  do domu. Whitney na  mnie czeka — powiedział Jake oblizując

wargi i spoglądając na jej usta.

-

Lepiej już idź.

-

Jutro rano o ósmej. Nie spóźnij się - przypomniał, stojąc przy drzwiach.

-

Będę punktualnie - obiecała. - Chcę spłacić ten dług.

-

Gdybym  ci  powiedział,  że  mam  wielką  ochotę  cię  pocałować,  nie  musiałbym

chyba długo prosić.

Wyszedł,  nim  Kay  zdołała  cokolwiek  powiedzieć  i  pomaszerował  do  samochodu.

Dziewczyna  stała  w  drzwiach  i  drżała,  nie  mogąc  uporządkować  pogmatwanych

uczuć.

Kay  modliła  się  gorąco,  żeby  następny  dzień  przyniósł  wietrzną,  sztormową

pogodę, ale sobotni poranek okazał się słoneczny i zapowiadał upalny dzień. Prognoza

okazała  się  trafna;  wiał  lekki  wiatr.  Flaga  na  klubowym  maszcie  łopotała  lekko,  gdy

Kay dotarła do portu, przełykając ostatni kęs francuskiego rogalika, który pozostał jej

ze śniadania.

background image

44

Miała  na  sobie  szorty  w  kolorze  khaki,  doskonałe  na  taką  pogodę  i  jasnozieloną,

bawełnianą  koszulkę.  Na  wierzch  narzuciła  ogromny,  błękitny  pulower,  a gołe  stopy

wsunęła w wygodne pantofle.

Była  okropnie  zdenerwowana  i  niespokojna,  ale  nie  miało  to  najmniejszego

związku  z  regatami.  Pływanie  z  żeglarzem  tak  doświadczonym  jak  Jake  było  łatwe  i

polegało  głównie  na  wypełnianiu  jego  rozkazów.  Przyczyną  jej  niepokoju  stały  się

wydarzenia,  które  miały  miejsce  poprzedniego  wieczora  w  salonie.  Znalazła  się  na

krawędzi  otchłani.  Póki  Jake  Bishop  pozostawał  nieufny,  potrafiła  sobie  z  nim

poradzić.  Była  wściekła  na  siebie,  że  tak  łatwo  pozwoliła  mu  odkryć  swoje  sekrety.

Już podczas pierwszego spotkania w żaglowni powinna się domyślić, że nie stoi przed

nią szeregowy członek klubu. Znaczenia i wpływów tego człowieka dowodziło każde

jego posuniecie, każda rozmowa z nim i jego córką. Jake Bishop doskonale wiedział,

jak działa na swoje otoczenie. Kay gotowa była się o to założyć i zjeść grotżagiel jego

łodzi, gdyby okazało się, że jest inaczej.

Zielony  kabriolet  pojawił  się  w  porcie,  gdy  pozostali  uczestnicy  regat  byli  już

gotowi do startu. Kay osłoniła dłonią oczy i obserwowała Jake'a. Zamknął samochód,

schował  kluczyki  do  kieszeni  i  przeskoczył  żywopłot  oddzielający  parking  od

trawnika. Miał na sobie czerwoną koszulkę polo i spłowiałe niebieskie dżinsy. Biegł w

stronę  Kay  długim,  posuwistym  krokiem.  Po  chwili  stał  obok  niej  zasapany  i  jak

zawsze uderzająco przystojny.

-

Coś musiało się stać. Kto jak kto, ale ty na pewno nie spóźniasz się bez powodu

na regaty. Whitney zachorowała?

-

Nie.  Byliśmy  dziś  rano  jacyś  niemrawi,  a  potem  musiałem  zawieźć  małą  do

krewnych - wyjaśnił, gdy biegli po molo.

Kay wiedziała, że to nie jest czas na pogawędkę. Jacht Jake'a był przycumowany do

pomostu. W pośpiechu, lecz bardzo sprawnie przygotowali go do regat i wypłynęli na

wody zatoki.

Ilekroć Jake był w pobliżu, Kay McCormick drżała i miała wrażenie, że ogarnia ją

płomień,  nawet  jeśli  dzieliło  ich  wiele  metrów.  Przez  najbliższe  trzy  godziny  mieli

tkwić  na  pokładzie  ramię  przy  ramieniu.  Kay  pilnowała  kursu,  Jake  rzucał  komendy.

background image

45

Halsowali,  przemierzając  trasę  wyścigu,  jakby  wykonywali  figury dobrze  znanego

tańca.

Jake  umiał  przewidywać  zmiany  kierunku  wiatru  jak  prawdziwy  mistrz.

Obserwował  wierzchołki  drzew,  lot  mew,  a  przy  tym  nie  spuszczał  oczu  z  żagli.  W

drugim  wyścigu  znacznie  wyprzedzili  pozostałych  zawodników.  Impreza  dobiegała

końca  wśród  głośnej  wrzawy.  Minęli  linię  mety  tuż  przed  jachtem  Davida  Morrowa.

Komandor  skinął  głową  i  rozległ  się  wystrzał  kończący  regaty.  W  tej  samej  chwili

uradowany Jake objął Kay i przytulił mocno.

-

Dzięki. Byłaś wspaniała - powiedział i pocałował ją.

Całus  dla  uczczenia  zwycięstwa  był  całkiem  na  miejscu,  ale  Kay  od  razu  straciła

głowę.  Odruchowo  zarzuciła  Jake'owi  ręce  na  szyję,  jakby  chciała,  żeby  ją  dalej

całował.  Zapomniała  o  bożym  świecie.  Jego  wargi  były  ciepłe,  delikatne.  Jake

niechętnie  podniósł  głowę.  Kay  poczuła  ociężałość  w  całym  ciele,  ale  zdołała  się

opanować.

-

Jake, nie tutaj - szepnęła, gdy udało jej się złapać oddech.

-

Wczoraj wieczorem, gdy byliśmy sami u ciebie w domu, groziło nam większe

niebezpieczeństwo - szepnął zdławionym głosem.

-

Proszę, obiecaj mi...

-

Cicho, przestań już - przerwał jej, gdy w końcu odzyskał zdolność mówienia. -

Wiem równie dobrze jak ty, że mogą wyniknąć z tego poważne kłopoty.

-

Ty jesteś największym kłopotem - odparła.

-

Uważaj!

Natychmiast  wzięli  się  do  pracy, poświęcając  łodzi  o  wiele  więcej  uwagi,  niż  to

było konieczne.

-

No, kapitanie Bishop - rzuciła zuchwale Kay.

-

Muszę  przyznać,  że  pływanie  z  panem  nie  jest  wcale  takie  trudne.  Prawdę

mówiąc, to bagatelka. Ciekawe, jak się z panem żegluje przy burzliwej pogodzie.

-

Z tobą poszłoby łatwo - odparł i roześmiał się.

-

Żeglować z dobrą załogą to jak kochać się z piękną kobietą.

Kay wzruszyła ramionami i skupiła uwagę na żaglach.

background image

46

-

Mogę dodać od siebie, że pływać z doświadczonym kapitanem to jak kochać się

z prawdziwym mężczyzną.

-

Spodziewałem się, że to usłyszę - odparł Jake z uśmiechem.

Dziwne  napięcie  między  nimi  trwało  jeszcze,  gdy  wpływali  do  portu.  Czy  chcieli

tego,  czy  nie,  niepostrzeżenie  zrodziło  się  w  nich  mocne  uczucie,  o  którego  naturze

Kay rozmyślała z ciężkim sercem.

Przez  następnych  czterdzieści  minut  zajmowali  się  takielunkiem  i  omawiali

szczegółowo  zakończone  przed  chwilą  regaty  z  innymi  zawodnikami.  Gdy  żeglarze

zaczęli  się  rozchodzić,  na  przystani  zjawiła  się  Whitney.  Przyjechała  rowerem.  Była

wesoła, oczy jej błyszczały. Miała na sobie szorty i kostium kąpielowy.

-

Wygraliście? - zapytała ściągając z głowy kask.

-

Tak - oznajmiła Kay. - Trzy wyścigi.

-

Jasne.  Powiedziałam  ci  pierwszego  dnia,  że  tata  pokona  każdego,  nawet

dziadka.

-

Whitney, w poprzednim tygodniu on był lepszy.

-

Umieram z głodu. Pamiętasz o pikniku?

-

O jakim pikniku? - dopytywał się Jake.

-

Przecież mi obiecałeś. - Whitney zerknęła na Kay. - Pójdziemy na plażę. Emily

już czeka.

-

A zatem kolej na Emily Bianco. - Kay spojrzała wymownie na Jake'a.

-

Ależ nie. - Whitney potrząsnęła głową. - Mówię o Emily Harrison. To jest moja

przyjaciółka,  nie  taty. -  Odwróciła  się  do  ojca. -  Zaprośmy  Kay,  będziesz  miał

towarzystwo - dodała, szturchając go.

-

Pójdziesz z nami? - Jake popatrzył na Kay z wahaniem.

-

To nie jest dobry pomysł.

-

Kay, proszę, zgódź się - błagała Whitney chwytając ją za rękę. - Jesteś miła, o

wiele milsza niż tamte koczkodany.

-

Koczkodany?

-

Przyjaciółki  tatusia  to  straszne  nudziary.  Jeśli  nie  pójdziesz,  zaprosi  jedną  z

nich.

-

Whitney! - krzyknął Jake i zaczerwienił się po korzonki włosów.

background image

47

-

Jeśli dzięki temu koczkodany będą się od was trzymały z daleka, zgoda, - Kay

uśmiechnęła się do Jake'a. - Odwieziecie mnie do domu koło czwartej?

-

Załatwione - odpowiedziała Whitney.

-

Masz randkę? - dopytywał się jej ojciec.

-

W pewnym sensie.

-

To członek naszego klubu?

-

Jake, przestań. Ja przecież...

-

Carolyn miała pojechać z nami na piknik - przerwała Whitney - ale się wściekła

i więcej do nas nie przyjdzie.

-

Whitney! - zaprotestował Jake, pochylając się nad nią.

-

A wiesz, że wcale nie jest mi przykro?

-

Nakładaj  kask  i  jazda  do  domu.  Tam  pogadamy -  rozkazał  Jake,  wskazując

palcem rower.

-

Carolyn złościła się na tatusia - dodała Whitney z szerokim uśmiechem.

-

Wiem.  Przykro  mi,  że  wczoraj  musiałaś  patrzeć,  jak  tata  i  Carolyn  się  kłócą -

odrzekła Kay - To była w pewnym sensie moja wina.

-

Nie wczoraj, dziś rano.

-

Dość  tego,  Whitney. -  Jake  wyciągnął  rękę,  wskazując  rower. -  Wsiadaj  i

zmykaj stąd.

-

Dobrze,  tatusiu -  odrzekła  potulnie  dziewczynka,  zapięła  pasek  pod  brodą,

przyciągnęła do siebie Kay i oznajmiła teatralnym szeptem: - Carolyn przyszła do nas

dziś rano i chciała popłynąć z tatusiem. Powiedziała, że przeprasza za tamtą awanturę,

a tata na to, że już ma kogoś innego i że od dziś ty będziesz w jego załodze na stale.

-

Na stałe?

-

Krzyczał, że ma dość wiecznych scen zazdrości. To przecież okropne, prawda?

Ja też mam jej dosyć, bo mówi do mnie kochanie. Ona chce, żeby tatuś się z nią ożenił

albo coś w tym rodzaju. Nudziara. Tak długo się kłócili, że tata omal się nie spóźnił na

regaty.

-

Whitney Bishop, stąpasz po bardzo kruchym lodzie - ostrzegł Jake.

-

Po  jakim  lodzie?  Tatusiu,  przecież  jest  upał.  Zobaczymy  się  w  domu -  dodała

wesoło, wskoczyła na rower i pojechała.

background image

48

-

Mogłabym przysiąc, że wedle tego, co rano od ciebie usłyszałam, spóźniłeś się,

bo musiałeś odwieźć córkę - powiedziała Kay i spojrzała Jake'owi w oczy.

-

Nie zaprzątaj sobie tym głowy.

-

Sądzę,  że  być  ojcem  to  niełatwe  zajęcie.  Zresztą  cóż  mogę  wiedzieć  o

dzieciach.

-

Przepraszam  za  to,  co  wtedy  powiedziałem. Nieważne, że nie masz dzieci.

Natychmiast pożałowałem tamtych słów.

-

I milczałeś tyle czasu?

-

Odkąd  Gail  wyjechała,  wszyscy  mnie  pouczają,  jak  mam  wychowywać  małą.

Twoje  odwiedziny  wypadły  w  najgorszej  dla  mnie  chwili. -  Odprowadzał  wzrokiem

pedałującą zawzięcie córkę. - Nie gniewaj się.

-

Dzięki,  że  mi  o  tym  powiedziałeś -  Kay  uśmiechnęła  się. -  Jesteś  wspaniałym

ojcem,  Jake.  Nie  powinnam  w  ogóle  dawać  ci  do  zrozumienia,  że  kiedyś  myślałam

inaczej.

-

Mówisz to szczerze? - dopytywał się, zaglądając jej w oczy. - Chcę tylko dobra

mojej  córki. -  Spoważniał  nagle. -  Kocham  ją  bardziej  niż  kogokolwiek  na  świecie.

Nigdy nie powinnaś w to wątpić.

Godzinę później Kay stała pod parasolem plażowym, obserwując Emily i Whitney,

które  budowały  zamek  z  piasku.  Zamiast  odpoczywać  na  terenie  klubu,  pojechali

samochodem Jake'a na miejską plażę położoną u wejścia do zatoki. Zastali tam tłumy

opalających  się  nastolatek,  dokazujące  maluchy  i  rodziny  szukające  słońca  i

odpoczynku. Wszystko to stanowiło miłe urozmaicenie.

Kay włożyła kostium skromniejszy niż tamten różowy z ogromnym dekoltem, który

miała  na  sobie  porządkując  żaglownię.  Oba  doskonale  podkreślały  jej  figurę.  Na

kostium  narzuciła  zakrywający  uda  podkoszulek  przepasany  w  talii  kilkoma

związanymi  chustkami.  Siedzący  obok  niej  Jake  miał  na  sobie  tylko  wypłowiałe,

bawełniane spodenki. Gdy dotarli na plażę, od razu zdjął biały pulower.

Popijał  mrożoną  herbatę.  Nagle  przyciągnął  kolana  do  piersi  i  usiadł  zwinięty  w

kłębek.

background image

49

-

Żałujesz,  że  cię  tu  zaciągnąłem?  Jestem  pewny,  że  wycieczka  na  plażę  z

dwiema dziewięcioletnimi dziewczynkami to nie jest twój ulubiony sposób spędzania

wolnego czasu.

-

Nie  przepadam  też  za  regatami  o  ósmej  rano,  ale  zjawiłam  się  na  przystani.

Bardzo  chętnie  przyszłam  tu  z  wami.  Jake,  mało  jest  ludzi,  którzy  potrafiliby  mnie

gdzieś zaciągnąć, jeśli  sama bym tego nie chciała. Jestem  tutaj, ponieważ  mam na to

ochotę.

-

Dziś rano doskonale sobie radziłaś, Kay. Dzięki - powiedział z uśmiechem.

-

Przypuszczam, że Zatoka Bishopa została tak nazwana na cześć twojej rodziny?

- wypytywała Kay.

-

Był  pewien  kapitan  o  tym  nazwisku,  który  przypłynął  tu  z  Anglii,  żeby

sprawdzić, jak sobie radzą osadnicy.

-

Chcesz powiedzieć, że rodzina Bishopów mieszka w Byfield niemal od samego

początku?

-

Dokładnie tak.

-

Pewnie niełatwo jest sprostać takim tradycjom?

Jake rysował coś palcem na piasku.

-

Nie potrafisz sobie nawet wyobrazić, jakie to bywa trudne.

Odwróciła  głowę  i  spojrzała  na  Jake'a,  który  zamilkł.  Coraz  lepiej  go  rozumiała.

Nauczyła  się  już,  kiedy  może  zadawać  pytania,  a  kiedy  należy  dać  mu  spokój.

Przycichła widząc, że spojrzał na Whitney i zacisnął wargi.

-

Jake, kiedy zamierzasz mi oznajmić, że odtąd będę w twojej załodze?

-

Whitney wszystko wypaplała?

-

Ze szczegółami.

-

Pewnie uważasz, że jestem nadętym, pewnym siebie...

-

Egoistą.

-    Nie wspomniałem o tym projekcie, bo nie chcę ci niczego narzucać. To miał być

tylko pretekst, żeby pozbyć się wreszcie Carolyn.

-   Więc to tak? - zawołała Kay, prostując się z godnością. - Posłużyłeś się mną, by

zerwać z tamtą kobietą. Kazałeś jej podejrzewać, że związałeś się z kimś innym.

background image

50

-

Niezupełnie -  zaprzeczył  czerwieniąc  się  Jake. -  Kłótnia  od  dawna  wisiała  w

powietrzu. - Patrzył przez chwilę na Whitney, potem omiótł wzrokiem horyzont, a w

końcu  zainteresował  się  obrębkiem  ręcznika,  na  którym  siedział. -  Ty  byłaś  ostatnią

cegiełką w piramidzie.

-

Co za podłość! Nie waż się mnie zaliczać do tej swojej hordy kobiet!

-

Jakiej hordy? - roześmiał się Jake.

-

Przecież zaczną się plotki, że ty i ja... - Kay machnęła ręką, a potem utkwiła w

Jake'u  badawcze  spojrzenie. -  Ostatnia  cegiełka  w  piramidzie.  Jak  mogłeś  mi  to

zrobić?

-

Postaram się, żeby twoja reputacja nie ucierpiała.

-

Nie  troszcz  się  o  moją  reputację!  Zastanawiałeś  się  chociaż,  jak  twoje  bujne

życie erotyczne i uczuciowe wpływa na samopoczucie Whitney? Nie waż się wciągać

mnie do tych spraw!

-

Bujne życie erotyczne? Kay, co ty gadasz? Pomyśl tylko, czy Gail zostawiłaby

Whitney pod moją opieką, gdybym zasłużył sobie na taką opinię?

-

Nie wiem nic o twojej byłej żonie, ale powiedziałabym, że ma więcej powodów

do niepokoju niż tylko kurs żeglarski Whitney.

-

Przyjechaliśmy  tu  razem  na  wyraźne  życzenie  mojej  córki.  Chciałem  z  tobą

spędzić mile, spokojne popołudnie, ale to niemożliwe. Nabiłaś sobie tę śliczną główkę

głupimi myślami.

-

Głupie myśli! Wczoraj wieczorem dobrze wiedziałam, czego chciałeś.

-

Dokładnie tego samego co ty, moja miła.

-

Pocałowałeś mnie dziś rano - odparła zarumieniona Kay.

-

Wspaniale  uczciliśmy  zwycięstwo -  uśmiechnął  się  do  niej. -  Kto  wie,  co  się

stanie, gdy spotkamy się w innych okolicznościach?

-

Nas  łączy  jedynie  twoja  córka,  Jake.  Nic  więcej.  To,  co  wiem  o  was  obojgu,

wynika z obserwacji i interpretacji twoich własnych słów.

-

Chyba zbyt mało ci powiedziałem, żeby ocena wypadła obiektywnie.

Kay westchnęła, próbując odzyskać zimną krew.

-

Skoro tak, masz doskonałą okazję, żeby coś dodać.

-

Dobrze, ale robię to dla Whitney - zapewnił Jake.

background image

51

Kay usadowiła się obok niego. Czuła się dosyć niepewnie, ponieważ jej ciało zbyt

żywiołowo reagowało na obecność Jake'a.

-

Zacznijmy  od  tego -  wyjaśniała -  że  Whitney  opacznie  zrozumiała  moją

wczorajszą uwagę o matce.

-

Nie  mogłaś  tego  przewidzieć.  Whitney  jeszcze  się  nie  odnalazła  w  nowej

sytuacji.  Gail wyjechała i  mała  bardzo  za nią tęskni.  Jest teraz pod  moją opieką; tyle

zmian.

-

Kiedy cię odwiedziłam, mówiłeś inaczej.

-

Już cię za to przeprosiłem.

Kay znów poczuła, że daje się ponieść uczuciu.

-

Czy to krewni pouczali cię, jak masz wychowywać córkę?

-

Głównie rodzina Gail.

-

A  ja  ci  udzieliłam  jeszcze  jednej  dobrej  rady.  Nie  będę  cię  oceniać.  Powiem

tylko, że ty i Whitney jesteście wspaniałą rodziną.

-

Nie  ma  takiej  drugiej.  Przykro  mi  tylko,  że  moja  córka  od  razu  narobiła  ci

kłopotów.

-

Whitney nie jest jedyną osobą, której należałoby poświęcić nieco więcej uwagi.

Nie chciałabym cię krytykować, ale czasami pomoc dalszej rodziny rzeczywiście jest

niezbędna. Czy ty w ogóle masz do czynienia z innymi dziećmi?

-

Latem nie, bo jestem na wakacjach.

-

Każdego lata?

-

Jestem nauczycielem.

W głowie Kay rozdzwonił się sygnał alarmowy.

-

Uczysz?

-      Tak.

-

To  ciekawe,  Jake -  odparła  Kay,  zaskoczona  jego  słowami. -  Jestem  gotowa

słuchać cię dalej. Gdzie uczysz? Proszę o szczegóły.

-

Masz strach w oczach - zauważył, popatrzył na nią z czułością i roześmiał się.

Kay podniosła wzrok i wpatrywała się w druty parasola.

-

Nie  wygłupiaj  się.  Gdzie  wykładasz?  W  Yale?  W  miejscowej  szkole  średniej?

Na uniwersytecie?

background image

52

-

W Williston Academy. Uczę historii, a także ekonomii politycznej w starszych

klasach. Jestem również trenerem.

-

A więc pracujesz w Williston Academy!

-

Zgadza się.

-

Ani słowem o tym nie wspomniałeś.

-

To  moja  osobista  sprawa.  Z  wielu  powodów  nie  chciałem,  żebyś  się  o  tym

dowiedziała.

-

A ja nie mam zamiaru cię wypytywać - dodała Kay trochę zbyt pospiesznie.

-

Moje  rewelacje  nie  robią  na  tobie  najmniejszego  wrażenia -  stwierdził  Jake. -

To  jak  rzucanie  grochem  o  ścianę.  Tak  samo  reagujesz  na  wszelkie  zarzuty.  A  na

dodatek potrafisz każdego zbić z tropu, dochodząc do sedna sprawy w pół minuty.

-

Tylko jeśli rzecz dotyczy Whitney.

-

Owszem. -  Jake  westchnął. -  Moja  córka  ciągle  o  tobie  opowiada.  Jesteś

wymagająca, ale to wzbudza jej szacunek. Cieszę się, że ma w tobie doskonały wzór

do naśladowania.

-

W  twoim  życiu  jest  tyle  kobiet,  że  Whitney  może  się  identyfikować,  z  kim

zechce.

-

Nie bądź taka surowa.

-

Przykro mi, trudno się powstrzymać.

-

Starałem się odsunąć Whitney od tej sfery mego życia,\.

-

I jak dotąd ci się udawało.

-

Znowu zaczynasz.

-

Czy twoja córka nie czuje się zagrożona?

-

Wykluczone!  Poza  tym  nie  jestem  związany  z  żadną  z  tych  kobiet.  To  tylko

przyjaciółki.

-

Ale wydaje się niemal oczywiste, że dla Whitney te panie, które mówią do niej

„kochanie", mają i do ciebie jakieś prawa.

Jake na chwilę ukrył twarz w dłoniach, a następnie podrapał się w czoło.

-

Dobrze,  powiem  ci.  Właśnie  o  to  pokłóciłem  się  z  Carolyn.  Ona  chce  więcej,

niż mogę dać.

-

Żebyś się z nią kochał?

background image

53

-

Kay!

-

Żebyś  wyznał  jej  miłość?  Masz  się  z  nią  spotykać  sam  na  sam?  A  może

powinieneś jej zaproponować małżeństwo?

-

Wszystko naraz - mruknął.

-

Co na to Emily?

-

Za jakiego mężczyznę ty mnie uważasz? - odparł, wyraźnie zmieszany.

-

Jeszcze nie mam wyrobionego zdania - odparła, unosząc figlarnie brwi.

-

Przyjmij  do  wiadomości,  że  nie  sypiam  z  tymi  kobietami.  W  ogóle  nie  mam

czasu na takie związki, kobiety nie są mi potrzebne. Brak mi sił i ochoty, by się znowu

angażować. Jeśli mam być szczery, kobiety niewiele mnie teraz obchodzą.

-

Dawniej było inaczej?

-

Oczywiście. Kiedyś. Miałem parę miłostek, niektóre trwały dość długo.

Jake był ogromnie wzburzony. Bardzo ją tym ujął.

-

Miłostki, powiadasz!

-

Nieważne!  Chodzi  o  to,  że  Whitney  mnie  potrzebuje.  Mam  tylko  ją  i  prawdę

mówiąc, jedynie na niej mi teraz zależy. Chciałem wszystkich wyprowadzić w pole... -

zerknął na Kay. - To niewiarygodne, że się przed tobą wygadałem. Sądziłem, że jeśli

zdradzę  ci  kilka  mało  istotnych  szczegółów  na  temat  moich  znajomych,  jakoś  z  tego

wybrnę...

-

Ani pary z ust o ważnych sprawach?

-

No  właśnie. -  Jake  zachichotał. -  Potrzebuję  spokoju.  Sądziłem,  że  kobiety

potrafią to zrozumieć.

-

Bardzo  łatwo  cię  przejrzeć,  Bishop. -Kay  opadła  na  ręcznik  i  oparła  się  na

łokciach. Zamknęła oczy i uśmiechała się promiennie.

-

O co ci chodzi, do cholery? - burknął Jake.

-

Jesteś  silnym  mężczyzną  i  wspaniałym  żeglarzem,  ale  nic  nie  wiesz  o

kobietach.

-

Masz słuszność. Zupełnie ich nie rozumiem.

-

A  co  tu  jest  do  rozumienia? -  Kay  otworzyła  szeroko  oczy. -  W  ciągu  kilku

ostatnich  lat  zyskałeś  sobie,  że  tak  powiem,  nie  najlepszą  reputację.  Ale  jesteś

background image

54

samotny,  przystojny,  wysportowany.  Z  tego,  co  mówiłeś  o  swojej  pracy,  domyślam

się, że również inteligentny.

-

Dałbym sobie radę w akademickiej dyskusji, dzięki za dobre słowo.

-

Jesteś  zapewne  uważany  w  Byfield  za  najlepszą  partię  wśród  mężczyzn  do

wzięcia - dodała i pogroziła mu palcem. Coraz częściej zdarzało jej się z niego kpić.

-

Kay, daj spokój.

-

Dochodzę do istoty rzeczy?

W odpowiedzi mruknął coś niezrozumiale.

-

Dobrze  grałeś  rolę  uwodziciela,  Jake,  aż  tu  niespodziewanie  zmieniasz

wszystkie  zasady.  Wystarczy  jedna  chwila,  żebyś  się  zmienił  w  niewinnego

chłopaczka. Oczywiście, w takiej sytuacji każda kobieta pomyślałaby, że odszedłeś do

innej,  po  czym  niespodziewanie  okazuje  się,  że  rywalką  nie  jest  jakaś  przygodna

znajoma,  z  którą  można  o  ciebie  walczyć.  Twoim  sercem  zawładnęła  uparta,

dziewięcioletnia dziewczynka, w jednej osobie aniołek i diabeł wcielony, zupełnie jak

tatuś.  Jakby  tego  było  mało,  matka  tego  uroczego  stworzenia  wyjechała  na  drugi

koniec świata.

-

To  powinno  wystarczyć,  żeby  kobieta  z  krwi  i  kości  zmykała  gdzie  pieprz

rośnie.

-

Nic  nie  wiesz  o  instynkcie  macierzyńskim.  Córka  pozbawionego  wszelkich

zasad  rozwodnika  to  niemal  sierota.  Największym  pragnieniem  kobiety  jest

przygarnąć tych dwoje do piersi. Jake przeniósł wzrok na jej biust.

-

Mówię tylko o niektórych kobietach.

-

Whitney i ja sami świetnie dajemy sobie radę - odparł, podnosząc wzrok.

-

Zapewne.  Twierdziłeś,  że  nie  chcesz  się  angażować  w  żaden  związek,  ale  w

twoim życiu, a zatem i w życiu Whitney, pojawiło się sporo kobiet.

-

Emily i Carolyn to tylko przyjaciółki. Whitney je lubi, podobnie jak ja lubię jej

koleżanki.

-

Wyobraź  sobie,  co  byś  czuł,  gdybyś  musiał  walczyć  o  miłość  swojej  córki  z

jakąś inną dziewięciolatką. Emily,  Carolyn,  Gail, która wyjechała... czy  Whitney  wie

na pewno, jakie miejsce zajmuje w twoim życiu?

-

Nie masz dla mnie litości. - Jake poruszył się niespokojnie i popatrzył na Kay.

background image

55

-

To bardzo ważne i sam zdajesz sobie z tego sprawę. Rozmawiałeś z nią o tym,

kim dla ciebie są lub nie są tamte panie?

-

To  wykluczone.  Nie  chcę,  żeby  była  w  to  wplątana.  Sam  nie  jestem  w  nic

uwikłany, ona więc tym bardziej nie.

-

Dziecięce rozumienie faktów z życia dorosłych bywa nieco inne. Whitney może

sądzić, że jesteś zakochany po uszy.

-

Pewnie dlatego, że sama doszłaś do takiego wniosku.

-

Nieważne, co pomyślałam.

-

Za  późno  mi  to  mówisz.  Twoich  krytycznych  uwag  wystarczyłoby  na  sporą

książkę - rzekł z ponurym uśmiechem i westchnął.

-

O co ci chodzi?

-

Masz rację, wcale nie  rozumiem kobiet. Przyznaję, przez jakiś czas  myślałem,

że Whitney cię zainteresowała, ponieważ chciałaś zbliżyć się do mnie.

Kay  usiadła  wyprostowana,  a  zaraz  potem  uklękła  :ak  energicznie,  że  jej  kolana

odcisnęły  w  piasku  pod  ręcznikiem  głębokie  dołki.  Zarumieniła  się  po  korzonki

włosów.

-

Jake, nie dość, że nie  masz bladego pojęcia  o kobiecym  sposobie  myślenia, to

jeszcze  twój  męski  szowinizm  jest  o  wiele  niebezpieczniejszy  niż  przypuszczałam.

Moje  zainteresowanie  sprawami  Whitney  nie  ma  z  tobą  nic  wspólnego!  Już  tamte

insynuacje,  że  próbuję  się  nią  posłużyć,  aby  zaprzyjaźnić  się  z  komandorem,  były

oburzające, ale to przekracza wszelkie granice.

-

Takie rzeczy się zdarzają.

-

Mnie nigdy.

-

Wczoraj wieczorem niewiele brakowało.

-

Byłam wytrącona z równowagi. To absurd, że mogłoby mnie coś z tobą łączyć,

zwłaszcza  że  ugania  się  za  tobą  pół  miasta.  Wiążą  nas  jedynie  sprawy  zawodowe.

Poza tym myślałam, że jesteś żonaty.

-

Już  mi  o  tym  wspominałaś. -  Wstał  z  ręcznika. -  Nie  gniewaj  się.  Coś  mnie

chyba opętało.

-

Też tak uważam. Nie przystałabym na związek z ojcem któregoś z uczniów ani

w klubie, ani w szkole.

background image

56

Jake zmienił się na twarzy. Pokiwał głową.

-

A więc o to chodzi, tak?

-

O czym ty mówisz?

-

Popełniłaś już ten błąd.

-

Jaki błąd? - wykrztusiła i opadła na ręcznik, jakby zabrakło jej sił. Jake ukląkł

obok.

-

Wczoraj  wieczorem,  gdy  powiedziałem,  że  użyję  swoich  wpływów  i

przekonam  komandora,  aby  cię  wyrzucił  z  pracy,  jeśli  ze  mną  nie  popłyniesz,

wyglądałaś, jakbyś ujrzała ducha.

-

Jake, nie wracajmy do tego.

-

Prześladują  cię  widma  przeszłości,  dobrze  to  określiłem.  Najpierw  robisz  mi

piekło,  a  w  chwilę  później  padasz  zemdlona  w  moje  objęcia.  Wyczuwałem  od

pierwszego spotkania, że za twoimi docinkami, pouczeniami i poważnymi rozmowami

kryje  się  jakaś  tajemnica. Wczorajszej  nocy  tyle  nad  tym  rozmyślałem,  że  wcale  nie

mogłem zasnąć.

-

I po co ci to było?

-

Pomyśl, czym my się tu zajmujemy, Kay. Rozłożyłaś mnie w tej rozmowie na

czynniki  pierwsze,  a  przy  okazji  także  moją  córkę,  moje  dziewczyny  i  Bóg  raczy

wiedzieć kogo jeszcze.

-

Robiłam to ze względu na Whitney.

-

A co mi powiesz o Kay McCormick? Co ja o tobie wiem? Czego pozwoliłaś mi

się dowiedzieć?

-

Moi  rodzice  mieszkają  w  Berkshires,  a  siostra  w  Hartford.  Jestem  szefem

szkolenia w miejscowym klubie i uczę żeglarstwa twoją córkę. To ci musi wystarczyć.

-

I  uważasz,  że  się  zadowolę  twoimi  informacjami? -  Wyraźnie  słyszała

rozdrażnienie w jego głosie.

-

Sam nie pozwalasz nikomu wtrącać się do swego osobistego życia.

-

Owszem, ale są tacy, co tego próbują.

-

Jake, przestań.  Bądźmy  przyjaciółmi  i  postarajmy  się  oboje,  żeby  Whitney

miała wspaniałe wakacje.

-

A czy zostawiłaś mi inny wybór?

background image

57

-

Chyba nie.

-

Kim on był?

-

Nieważne. To już przeszłość.

-

Organizował regaty? A może to sam komandor? Albo syn komandora? Któryś z

pracowników? Przystaniowy?

-

Przestań, Jake. - Kay nie mogła powstrzymać śmiechu.

-

Zgoda, jeśli ty nie będziesz mnie więcej pouczać, jak się wychowuje dzieci.

Whitney i jej przyjaciółka biegły w stronę plażowego parasola. Doskonale wybrały

moment.

-

Tatusiu, chodźmy poszukać muszelek. Musimy ozdobić zamek.

-

Świetny pomysł.

-

Chodź z nami, Kay - dodała Whitney, chwytając ją za rękę.

-

Może  lepiej  będzie,  jeśli  pójdziesz  tylko  z  tatą  i  ze  swoją  koleżanką? -

zaproponowała Kay.

-

Z  tobą  jest  fajnie-  odparła  dziewczynka  marszcząc  nos. -  Jesteś  najmilsza  ze

wszystkich.

Jake wyraźnie czuł się nieswojo.

-

Dlaczego  tak  uważasz,  Whitney?  Oznajmiłaś  nam  już,  że  Kay  nie  jest

koczkodanem i co jeszcze?

-

Ona się mnie nie czepia.

-

Co masz na myśli?

-

No wiesz - dziewczynka odwróciła się i podniosła wzrok na Kay. - Na zajęciach

trzymasz mnie krótko. Wściekasz się, gdy coś przeskrobię, ale nie udajesz, że bardzo

mnie lubisz, tylko po to, żeby się dowiedzieć, co tatuś myśli o tobie.

-

Idziemy  na  spacer - zawołał  Jake,  chwycił  córkę  w  objęcia  i  pocałował. -

Obiecaj  mi,  córeńko,  że  jeśli  któraś  z  moich  znajomych  zacznie  się  czepiać,

natychmiast mi o tym powiesz.

Whitney  zachichotała,  a  Jake  postawił  ją  na  piasku. -  One  wszystkie  to  robią.

Wszystkie z wyjątkiem Kay.

background image

58

ROZDZIAŁ PIĄTY

Czwórka  spacerowiczów  szła  po  mokrym  piasku,  omijając  wodorosty,  kawałki

drewna  wyrzucone  przez  fale  i  stosy  plastikowych  odpadków.  To  naprowadziło

rozmowę na neutralną kwestię ochrony środowiska. Szukali muszelek.

Kay opowiedziała Jake'owi o rodzinnym domu Stockbridge w stanie Massachusetts,

w krainie pięknych jesieni. Wspomniała o młodszej siostrze i wyprawach żeglarskich

odbywanych w dzieciństwie.

Po  drodze  spotkali  mnóstwo  znajomych.  Pozdrawiali  ich  rodzice  uczestników

kursu,  zawodnicy,  z  którymi  ścigali  się  rano,  przyjaciele  Jake'a.  Kiedy  zawrócili  i

ruszyli  w  drogę  powrotną,  Kay  przyszło  nagle  do  głowy,  że  nim  słońce  zajdzie,  całe

miasto uzna ją za nową zdobycz Jake'a Bishopa. Nie dawało jej to spokoju.

-

Nie  sprawia  ci  przyjemności  spacerowanie  ze  mną  na  oczach  wszystkich,

prawda? - zapytał Jake, schylając się po muszlę.

-

Nie.

-

Pójdą w ruch języki i mogą być plotki.

Kay podniosła kamyk i rzuciła go w fale.

-

Moja  praca  jest  wystarczająco  trudna  nawet  wtedy,  gdy  nikt  o  mnie  nie

plotkuje.

-

Jak na razie nie dostarczasz zbyt wielu tematów do plotek.

-

Zdaje się, że ty starasz się za nas dwoje – stwierdziła.

-

Nie zawsze jest tak, jak się wydaje, Kay.

-

Powiedz to ludziom, których przed chwilą spotkaliśmy.

Jake znaczył dla niej stanowczo zbyt wiele. Nie przestawała o tym rozmyślać, gdy

wracali ze spaceru.

-

Nie  jesteś  zbyt  rozmowna.  Na  nic  nam  się  nie  przyda  szef  szkolenia,  który

zamyka  się  w  sobie,  żeby  rozmyślać  o  takich  głupstwach  jak  regaty  i  wycieczka  na

plażę.

-

Masz  rację.  Jestem  bardzo  nieufna.  To  dlatego,  że... -  zabrakło  jej  słów,  wiec

zaczęła rzucać kamykami.

-

Proszę, mów dalej.

background image

59

-

Przysięgam  na  wszystkie  świętości,  że  nie  mam  pojęcia,  jak  mogłam  się  tak

bardzo zaangażować w twoje sprawy. - Spojrzała na niego kątem oka. - Właściwie nie

wiem, co mnie napadło. Taki dziwny stan.

-

To jest, kochana pani instruktorko, jak żeglowanie po nieznanych wodach.

-

Bez  mapy,  z  której  można  się  dowiedzieć,  gdzie  szaleją  gwałtowne  sztormy.

Jake,  nie  jestem  nastolatką.  Bardzo  mi  się  podobasz.  Żadna  kobieta  nie  przeszłaby

obok ciebie obojętnie. Ale to nie jest właściwy czas i miejsce. Zbyt wiele nas dzieli.

-

Niestety, muszę przyznać ci rację.

-

To dobrze. Przynajmniej się rozumiemy.

-

Nie  licz  na  to,  że  tak  będzie  zawsze. -  Jake  dotknął  jej  obnażonego  ramienia,

przesunął po nim dłonią i ujął rękę Kay.

-

Zazwyczaj trzymałem za rękę dziewczynę, którą miałem za chwilę pocałować.

Jaka szkoda, że tym razem nic z tego nie będzie.

Kay  uśmiechnęła  się  czule,  ale  wysunęła  dłoń  z  jego  uścisku.  Do końca  spaceru

Jake  zajmował  się  dziewczynkami,  jakby  chciał  w  ten  sposób  przywrócić  właściwy

dystans między nim i Kay.

Wrócili na plażę i zaopatrzeni w muszle dokończyli we czworo wznoszenie zamku.

Wszystkie  wysiłki  budowniczych  zniweczył  przypływ.  Nim  opuścili  plażę,  zamek  z

piasku  zamienił  się  w  bajoro,  a  misterna  konstrukcja  zapadła  się  w  głęboką  fosę.

Podczas  zabawy,  taplania  się  w  chłodnych  wodach  zatoki  i  zwariowanej  gonitwy  z

powrotem  pod  parasol,  Kay  zajmowała  się  wyłącznie  dziewczynkami.  Czuła,  że już

czas wrócić do domu  i zamknąć się  w bezpiecznej kryjówce, wziąć  zimny prysznic i

poczytać  dobrą  książkę.  Bez  entuzjazmu  pomyślała  o  wieczornym  przyjęciu  u

Morrowow,  zwłaszcza  że  ona  i  były  zięć  komandora  zwyciężyli  w  porannych

regatach.

Gdy  wracali,  Whitney  i Emily Harrison drzemały  na tylnym  siedzeniu. Zatrzymali

się  przed  domem  Kay.  Dziewczyna  szeptem  podziękowała  Jake'owi  za  miłe

popołudnie,

-

Nie budź dziewczynek - dodała, kładąc dłoń na jego ramieniu.

Odprowadził ją pod sam dom. Milczał i była mu za to wdzięczna. Otworzyła drzwi

i odwróciła się do niego, żeby raz jeszcze podziękować za dzisiejszą wycieczkę.

background image

60

-

Dobrze mi z tobą, Kay. Nie mam powodu, by to ukrywać - szepnął Jake.

-

Cieszę  się,  że  pozostaniemy  przyjaciółmi,  ale  najważniejsze  jest,  aby  Whitney

miała pewność, że nie będę się czepiać, jak to ona mówi.

-

Podoba mi się, że traktujesz ją poważnie - rzekł z uśmiechem.

-

Należy do Bishopów, ale także do samej siebie.

-

Nie wszystkie dzieci mają tak dobrze.

-

Mówisz o swoim dzieciństwie?

-

Musiałem  sprostać  cudzym  ideałom  i  wyobrażeniom.  Chce  mieć  pewność,  że

nikt nie będzie tego oczekiwał po mojej córce.

-

Ona ciebie potrzebuje, Jake.

-

A ja przy niej jestem.

Jake  wyciągnął  rękę  i  odsunął  kosmyk  włosów,  który  opadł  Kay  na  szyję.

Dotknięcie  było  tak  przyjemne,  że  przymknęła  oczy.  Zaraz  potem  otworzyła  je

szeroko, mając nadzieję, że niczego nie zauważył.

-

Za późno - szepnął i pochylił głowę.

-

Na co?

-

Nie udawaj, że nie chciałaś, abym cię pocałował.

-

Nie masz prawa.

-

Tylko pocałunek.

-

Nie.  Nawet  wspólna  wycieczka  na  plażę  to  błąd.  Nie  powinniśmy  się  razem

pokazywać.

-

Whitney i Emily służyły nam za przyzwoitki.

Dotknął palcem jej dolnej wargi, a potem przesunął po niej ustami. Całował ją czule

i nieśmiało, jakby robił to po raz pierwszy w życiu. Poruszał się wolno jak w transie,

ale było w tym coś żartobliwego.

Kay objęła go za szyję. Ten gest, zupełnie dla niej samej nieoczekiwany w pełnym

świetle  letniego  popołudnia,  rozniecił  ukryte  pragnienia.  Przytuliła  się  do  niego  i

oddawała  pocałunki,  wkładając  w  nie  tyle  czułości,  ile  potrafiła  dać.  Skóra  Jake'a

pachniała  słoną  morską  wodą.  Gdy  Kay  dotknęła  jego  pleców,  wyczuła  pod  palcami

ziarenka  piasku  na  koszuli,  a  potem  ciepło  skóry  na  karku.  Słyszała  ciężki  oddech

mężczyzny. Całkiem straciła głowę i nogi ugięły się pod nią.

background image

61

Jake podtrzymał ją. Oczy pociemniały mu ze zdumienia.

-

Kay... -  szepnął,  przytulając  twarz  do  jej  szyi. -  To  się  staje  niebezpieczne.

Jesteśmy oboje zbyt skąpo ubrani.

-

Myślisz, że grube ubranie coś by tu pomogło?

-

Owszem, gdyby każde z nas włożyło zbroję.

-

Jake...

-

Odwołaj  randkę.  Zjemy  u  mnie  obiad  razem  z  dziewczynkami,  potem

popływamy jachtem. Mogę przyrządzić steki z rusztu. Whitney i ja odwieziemy cię do

domu o przyzwoitej godzinie.

-

To niemożliwe.

-

Nie chcę się z tobą rozstawać. Whitney będzie z nami przez cały czas.

Kay nadal go obejmowała. Czuła, że cały drży. Przytulił ją mocniej. Znowu dotknął

jej ust i pocałował, najpierw delikatnie, potem namiętniej.

Poddawała mu się z wolna, rozkoszując się każdym odczuciem, które budziło się w

niej, gdy odwzajemniała pocałunki. Oboje byli pełni wahania, świadomi, jak niewiele

brakuje, by stracili rozsądek i panowanie nad sobą. Pewność, że nie musi się niczego

obawiać,  że  Jake  jest  równie  ostrożny  jak  ona,  wzmagała  słodycz  jego  pocałunków  i

pozwalała utonąć w czułym uścisku.

-

Jak  przystało  na  nauczycielkę  angielskiego,  nadałaś  słowu  pocałunek  zupełnie

nowe znaczenie. Pojedź z nami - nalegał Jake, odsuwając się od niej niechętnie.

-

Nie mogę.

-

Kobieta z zasadami.

-

Mam ich więcej. Nie wszystkie poznałeś.

-

W ogóle mało ciebie znam. Ale twoje zasady są całkiem oczywiste.

Kay cofnęła się i oparła o drzwi,

-

Podobnie jak twoje.

-

Nie zwracaj na nie uwagi.

-

One czynią cię jeszcze bardziej pociągającym.

-

To żaden komplement dla mężczyzny, gdy kobieta twierdzi, że ceni sobie jego

zasady.

background image

62

-

Gdybym  pochwaliła  cię  za  coś  innego,  zaczęlibyśmy  od  nowa -  odparła  Kay,

dotykając  palcami  jego  warg. -  Powinieneś  wiedzieć,  że  nie  zamierzam  więcej  się  z

tobą całować, przynajmniej dopóki nasza sytuacja się nie zmieni.

-

A co ma do tego nasza sytuacja? Odkryłaś dziś po południu wszystkie sekrety

mojej duszy, więc możesz mieć do mnie zaufanie. Chyba nie dowierzasz samej sobie.

- Uśmiechnął się. - To mi się bardzo podoba,

Pochylił  się  i  znowu  ją  pocałował,  a  potem  wyciągnął  ramiona  i  ujął  w  dłonie  jej

twarz.  Stał  tak  oddzielony  od  Kay  upalnym,  letnim  powietrzem  i  głaskał  ją  po

policzkach. Jęknęła cicho i odsunęła go.

-

Przestań,  bo  nigdy  więcej  z  tobą  nie  popłynę -  zagroziła,  chwytając  z  trudem

powietrze.

-

Obiecuję, że nigdy więcej nie zrobię tego na przystani.

-

Jake, nie będę jedną z twoich miłostek.

-

Obiecuję rozpędzić inne na cztery wiatry.

-

Jak to rozpędzić? Bądź poważny.

-

Wybacz - złożył ręce, jakby prosił o zmiłowanie - źle się wyraziłem.

-

Skoro mamy razem pływać, musimy zawrzeć pewną umowę.

-

Dotyczącą pocałunków?

-

Ja nie żartuję.

-

Mam coś podpisać?

-

Jake, bardzo proszę, bądź poważny.

-

Postaram się. Przecież możemy to ciągnąć i ułożyć wszystko po swojemu.

-

Pomyśl  o  córce -  przekonywała,  zniżywszy  głos  do  szeptu. -  Whitney  nas  nie

widzi,  ale  przecież  czeka  na  ciebie  w  samochodzie.  Daj  mi  teraz  słowo,  że  nic

podobnego więcej się nie zdarzy. Ja wcale nie żartuję. Jesteś członkiem klubu, ojcem

mojej  uczennicy.  Nie  pozwolę,  żeby  coś  tak  głupiego  i  mało  ważnego  jak  fizyczna

atrakcyjność zaszkodziło mi w pracy albo zniszczyło twoje dobre imię.

Zbierała siły, spodziewając się kolejnych złośliwości Jake'a Bishopa.

-

Kay, rychło w czas zaczęłaś się troszczyć o moje dobre imię. Za późno na to.

-

Pomyśl  w  takim  razie,  jak  zagrożona  jest  moja  reputacja.  Nie  zamierzam  jej

wystawić na szwank.

background image

63

-

W każdym razie nie po raz drugi?

Dziewczyna spłonęła rumieńcem.

-

Kay,  potrzebuję  twojej  przyjaźni  tak  samo  jak  Whitney.  Mam  nadzieję,  że

pewnego dnia okażesz mi zaufanie i opowiesz mi, kim był facet, przez którego stałaś

się taka nieufna. Miał chyba w tamtym klubie sporo do powiedzenia, podobnie jak ja.

-

Idź  do  diabła -  szepnęła  Kay.  Łzy  stanęły  jej  w  oczach,  chociaż  zawzięcie

mrugała powiekami.

-

Jeszcze przez niego płaczesz.

-

To moja własna głupota tak mnie rozstraja, a nie wspomnienie o Paulu.

-

Paul? A dalej?

-

Nie, Jake. Nie wypytuj mnie. Zabraniam ci. Nie masz prawa.

-     Dlaczego nie potrafisz mi zaufać?

-   Tu nie chodzi  o zaufanie. To wyłącznie  moja sprawa. Zostaw  mnie w spokoju.

Nie zaryzykuję ponownie wszystkiego, co zdobyłam. Popełniłam  już raz wielki błąd.

Nie wtrącaj się w moje sprawy. Ja nie wypytuję, dlaczego rozwiodłeś się z żoną.

Jake  zamilkł,  jakby  argumenty  Kay  trafiły  mu  do  przekonania.  Potem  zaklął  pod

nosem i rzekł buńczucznie:

-

A więc to tylko fizyczna atrakcyjność, tak?

-

Obiecaj mi, bo jeśli nie...

-

Przestań  grozić. -  Jake  wziął  jej  rękę  w  obie  dłonie. -  Obiecuję.  Żadnych

pocałunków.  Za  to  przyrzeknij,  że  dzieci  z  naszego  klubu  będą  miały  wspaniałe

wakacje  i  że  będziesz  pływała  tylko  ze  mną.  Ale  we  wrześniu  strzeż  się  mnie,

dziewczyno! Zaczęłaś niebezpieczną grę...

-

Zapomnijmy o wszystkim, dobrze? - Kay wyprostowała się i podniosła głowę,

-

Nie  proś  mnie  o  to.  Żeglujesz zbyt  dobrze,  aby  można  było  z  ciebie

rezygnować. Jako psycholog jesteś tak dociekliwa, że trudno o tobie zapomnieć. Jako

kobietę  znam  cię  tylko  powierzchownie.  Obawiam  się,  że  jeśli  wypowiem  jeszcze

jedną  taką  uwagę,  znowu  się  rozpłaczesz,  a  na  widok  kobiety  we  łzach  całkiem  się

rozklejam.

Jake odwrócił się i zamierzał odejść, ale spojrzał na Kay przez ramię i zapytał:

-

Z kim umówiłaś się na wieczór?

background image

64

-

Idę na przyjęcie.

-

Nie chcesz mi powiedzieć.

-

Nie  wypytuj  mnie  o  znajomych.  Ja  też  przestanę  interesować  się  twoimi -

rzuciła i szybko weszła do domu, żeby  uniknąć wysłuchiwania kolejnych złośliwości

Jake'a.

O  wpół  do  siódmej  Kay  zadzwoniła  do  drzwi  Morrowów.  Powitali  ją  komandor,

jego  żona  oraz  kilka  osób  z  zarządu  (najmłodsza  z  nich  była  w  wieku  panny

McCormick). Wszyscy odnosili się do niej życzliwie. David Morrow zaprowadził Kay

na szeroką werandę, gdzie stały wiklinowe fotele wyłożone poduszkami z kolorowego

perkalu. Komandor podał jej szklankę toniku z cytryną.

-

Mieliśmy dziś rano całkiem niezłe regaty.

-

Owszem -  przyznała. -  Jake  w  ostatniej  chwili  namówił  mnie,  żebym  z  nim

popłynęła. Jego znajoma, Carolyn Wilson, nie mogła przyjść, więc ją zastąpiłam.

-

Miał dużo szczęścia, że zdołał cię namówić. Pomogłaś mu w trudnej sytuacji.

-

Początkowo  miałam  sporo  wątpliwości,  ale  muszę  przyznać,  że  to  było

wspaniałe przeżycie.

-

Przypuszczam,  że  wcześniej  brałaś  udział  w  regatach.  Dziś  miałaś  okazję

odświeżyć dawne umiejętności.

-

Istotnie -  przyznała.  Miała  ochotę  dodać,  że  nic  więcej  się  za  tym  nie  kryje.

Postanowiła  zmienić  temat  i  zaczęła  oglądać  rodzinne  zdjęcia,  oprawione  w  ramki  i

umieszczone na stoliku.

-

Wiele  z  nich  zrobiono  na  łodzi -  rzekł  David,  spoglądając  na  Kay.  Wskazał

fotografię  dwojga  dzieci. -  Wnuczęta  ofiarowały  mi  na  Boże  Narodzenie  nowiutkie

żagle.

Kay  patrzyła  na  znajome  dziecięce  buzie.  Starsze  wnuki  komandora  również

uczestniczyły  w  kursie  żeglarskim.  Zrobiło  jej  się  ciepło  na  sercu,  gdy  dostrzegła

fotografię  małej  dziewczynki,  wesołego  skrzata  z  rozwichrzonymi  włosami,  w

czerwonej spódniczce w szkocką kratę.

-

Pierwszy raz widzę Whitney tak ubraną.

-

To kawał urwisa. Najmłodsza z moich wnucząt.

background image

65

Przemiła,  ale  niesforna,  pewnie  sama  zauważyłaś.  Kiedy  jej  rodzice  się  rozwiedli,

była ogromnie przygnębiona. Wiele przeszła w swoim krótkim życiu.

-

Whitney  doskonale  sobie  radzi -  rzekła  Kay  podnosząc  wzrok  na  Davida

Morrowa. -  Na  początku  sprawiała  pewne  trudności.  Bardzo  jej  brakuje  matki.

Uważam, że już się pogodziła z jej wyjazdem. Na pewno tęsknisz za córką.

-

To nieporozumienie - zdumiony David potrząsnął głową. - Matka Whitney nie

jest moją córką. Nazywa się Gail Wiikins. Wyszła za mojego syna. Z pewnością Jake

wspomniał ci, że jestem jego ojcem.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Kay oniemiała ze zdumienia. Potrząsała głową, próbując zrozumieć słowa Davida.

Nie wiedziała, jak mu odpowiedzieć.

-

Jake  Bishop  jest  właściwie  moim  przybranym  synem -  wyjaśnił  komandor. -

Adoptowałem go, kiedy poślubiłem jego matkę. Miał wtedy dwa lata.

-

Ale nazwisko...

-

Jake  nosi  nazwisko  swego  ojca,  wspaniałego  człowieka,  który  umarł  zbyt

młodo. Mój  syn  to  John  Turner  Bishop  III. Niestety,  na  razie  jest  ostatni  z  rodu.

Doszliśmy  z  matką  Jake'a  do  wniosku,  że  chłopak  mimo  oficjalnej  adopcji  powinien

zachować nazwisko Bishop, żeby podtrzymać tradycje rodzinne.

-

Nic o tym nie wiedziałam.

Dawid wpatrywał się w gęsty żywopłot i krzaki bzu.

-

Nie dziwi mnie, że Jake o tym nie wspomniał. Nie ma łatwego życia. Nasz klub

i miasto wiele zawdzięczają jego ojcu. W młodości Jake próbował mu dorównać, ale z

drugiej strony robił wszystko, by stać się zakałą rodu. Właściwie nie wiem, dlaczego

uważałem,  że  powinnaś  już  o  tym  wiedzieć.  Szczerze  mówiąc,  to  charakterystyczne,

że Jake nie chce mówić o swojej rodzinie. Zawsze był bardzo skryty.

Przybrany  syn.  Jake  rzeczywiście  miał  powody,  aby  podejrzewać,  że  Kay  chce  za

jego pośrednictwem wkraść się w łaski komandora. Dziewczyna próbowała się skupić

i wysłuchać uwag Davida Morrowa do końca.

background image

66

-

Jako  twój  pracodawca  mam  nadzieję,  że  unikasz  bliższej  znajomości  z

rodzicami  naszych  najmłodszych  żeglarzy.  Tej  zasady  przestrzegają  zazwyczaj

nauczyciele, prawda?

Na  takie  pytanie,  zadane  tonem  nie  znoszącym  sprzeciwu,  była  tylko  jedna

odpowiedź. Kay skinęła głową.

-

To  bardzo  słuszna  zasada.  Zapewne  Jake  myśli  podobnie  i  dlatego  nie

powiedział mi, co was łączy.

-

Często się z nim spotykasz?

-

Nie.  Widujemy  się,  gdy  trzeba  porozmawiać  o  Whitney.  Trochę  się  o  nią

niepokoiłam.

-

Nie  ty  jedna.  Przyjmij  moje  podziękowanie  za  wszystko,  co  zrobiłaś  dla  tej

małej.

Słowa komandora brzmiały nieco dwuznacznie, jakby sugerował, że coś ją łączy z

Jakiem. Kay przypomniała sobie zdanie, które powiedział kiedyś jego przybrany syn:

„Uważaj,  on  pobije  cię  twoją  własną  bronią,  jeśli  tylko  mu  na  to  pozwolisz".  Przez

cały  czas  zadawała  sobie  pytanie,  skąd  Jake  tyle  wie  o  komandorze,  tymczasem  on

mówił o własnym ojcu.

-

Dziś  rano  w  ostatniej  chwili  zdecydowałam  się  popłynąć  z  Jakiem.  Miałam

pewne  obawy,  ale,  jak  sam  widziałeś,  stanowimy  doskonałą  załogę.  Chętnie  nadal

pływałabym z nim w regatach.

-

Uważasz, że to rozsądne?

-

Czy  istnieją  jakieś  zasady,  które  zabraniają  pracownikom  i  członkom  klubu

wspólnego żeglowania?

-

Ależ nie.

-

Nikt  więc  na  tym  nie  ucierpi. -Kay  ledwo  mogła  uwierzyć,  że  to  jej  własne

słowa.

-

Mój syn jest niezłym zawodnikiem.

-

Może  i  na  tym  polu  pragnie  dorównać  rodzonemu  ojcu -  Kay  przerwała  i

odetchnęła  głęboko

-  albo  tobie,  Davidzie.  Jesteś  wspaniałym  żeglarzem.

Przypuszczam, że Jake od ciebie nauczył się tej sztuki.

background image

67

-

Ma  po  mnie  smykałkę  do  żeglarstwa  i  upór.  Niestety,  od  lat  żyjemy  w

niezgodzie.

-

Wyobrażam sobie, jaki był z niego urwis w dzieciństwie.

Komandor podniósł swoją szklankę.

-

Nie  mówmy  już  o  nim.  Skoro  nic  ci  o  mnie  nie  powiedział,  nie  chciałby

pewnie, żebyśmy rozmawiali o jego prywatnych sprawach. Uważam, że ma rację.

-

Ja również.

-

Bardzo  mu  pomogłaś  dziś  rano -  komandor  poklepał  ją  przyjacielsko  po

ramieniu. -  Doskonała  robota.  Nasz  klub  docenia  wszystkie  twoje  dokonania.  Mam

nadzieję, że cię nie zniechęciłem do dalszej pracy.

-

Ależ nie.

-

Masz doskonały wpływ na moją wnuczkę. Ilekroć nas odwiedza, zawsze o tobie

opowiada.

-

Whitney  jest  teraz  grzeczniejsza  i  czuje  się  o  wiele  pewniej  niż  na  początku

wakacji. To doskonale, że ojciec poświęca jej dużo czasu. Często przesiadują w domu

całkiem sami.

-

Sami? Czasem zastanawiam się czy ten chłopak wie, co to znaczy samotność.

-

Ma  podobno  mnóstwo  znajomych. -  Zza  żywopłotu  dobiegło  szczekanie

Schoonera.

-

Dobrze to sobie zapamiętaj.

-

Jake  świetnie  daje  sobie  radę  z  obowiązkami  samotnego  ojca -  wtrąciła

zarumieniona Kay. Usłyszała dziecięcy głosik. Wyobraziła sobie Whitney bawiącą się

z  psem.  Ogarnęło  ją  wzruszenie.  Czuła  się  tak,  jakby  tenisowa  piłka  utkwiła  jej  w

gardle.

-

Muszę cię opuścić - zwróciła się do Davida.

-

Widziałam  tu  Jeanne  Porter  z  zarządu  klubu.  Chciałabym  z  nią  omówić  parę

spraw.

-

Rozumiem.

Kay  mało  znała  kobietę,  do  której  podeszła,  ale  poczuła  nagle,  że  potrzebuje

spokojnej, niezobowiązującej pogawędki.

background image

68

W niedzielny poranek Kay postanowiła wyjść z domu. Chciała zgubić się w tłumie

obcych  ludzi.  Była  w  kościele,  potem  wstąpiła  na  kawę  i  małą  przekąskę  do

nadmorskiej  restauracji.  Ani  przez  chwilę  nie  przestała  rozmyślać  o  Jake'u  Bishopie,

synu komandora Davida Morrowa.

Poprzedniego dnia Kay przyjęła zaproszenie Jeanne Porter. O pierwszej spotkały się

w  Williston  Academy,  żeby  pograć  w  tenisa  na  tamtejszych  kortach.  Podczas  meczu

Kay  zapomniała  o  całym  świecie.  O  wpół  do  trzeciej  stała  roześmiana  przy  siatce  i

gawędziła  z  Jeanne  o  zakończonej  właśnie  grze.  Nagłe  ujrzała  doskonale  jej  znany,

zielony sportowy samochód wjeżdżający na parking.

Jake Bishop  podbiegł do nich z rakietą  w dłoni, żeby się przywitać. Miał na sobie

białą koszulkę polo i wypłowiałe błękitne szorty sięgające do połowy ud. Prezentował

się wspaniale.

-

Cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności - zawołał. - Sądziłem, że będę musiał w

samotności odbijać piłkę od ściany.

Jeanne mrugnęła do Kay, a potem spojrzała na zegarek. - Na  mnie  nie  licz,  nie

mam  czasu.  Muszę  wracać  do  domu,  do  rodziny.  Za  to  Kay  zachowała  jeszcze  dość

sił, żeby dać ci niezłą szkołę. Jadłyśmy wczoraj kolację u twoich rodziców.

-

Byłaś wieczorem u komandora? - zapytał Jake, wpatrując się w Kay.

-

Oglądałam rodzinne fotografie - oznajmiła.

Jake wolno skinął głową i zacisnął usta. Jeanne szturchnęła go w ramię.

-

Przyznaj,  że  czas  już  chyba  najwyższy,  abyś  podtrzymał  rodzinną  tradycję  i

popracował trochę dla klubu. Zajmij się na przykład organizowaniem regat.

-

Mój stary doskonale radzi sobie ze wszystkim.

-

Kadencja  twego  ojca  upływa  wiosną.  Całkiem  możliwe,  że  w  przyszłym

sezonie  po  raz  pierwszy  od czterdziestu  lat  przewodniczącym  zarządu  nie  będzie  ani

Bishop, ani Morrow, przynajmniej tak mi powiedział David.

-

Zapomniałaś,  że  prócz  ojca  do  klubu  należy  trzech  innych  Morrowów.  Niech

oni kandydują. Ja mam teraz nadmiar obowiązków.

-

Mówisz o Whitney? Nigdy bym nie pomyślała, że Gail nabierze do ciebie tyle

zaufania. Skąd jej przyszło do głowy, że dasz sobie radę w roli samotnego ojca?

background image

69

-

Życzliwi  krewni  śledzą  wszystkie  moje  poczynania.  Nie  powinnaś  się

niepokoić.  Cała  rodzina  niecierpliwie  czeka,  wstrzymując  oddech,  na  pierwszy

fałszywy  krok,  żeby  w  razie  czego  ratować  nieszczęsną,  opuszczoną  przez  matkę

dziewczynkę.

Jeanne sięgnęła po rakietę i piłki.

-

Ty  i  Whitney  świetnie  dajecie  sobie  radę.  To  samo  powiedziałam  wczoraj

twoim rodzicom.

 Kay odczekała, aż Jeanne wsiądzie do samochodu i spojrzała na Jake'a.

-

Graj sobie sam. Ja również nie mogę zostać.

-

Nie możesz czy nie chcesz?

-

Nie chcę.

-

Kay,  to  nie  jest  przypadkowe  spotkanie.  Widziałem,  jak  tu  jechałaś,  kiedy

odwoziłem  Whitney  do  koleżanki.  Popatrz  tylko,  mam  na  sobie  strój  do  tenisa.

Chciałem, abyś myślała, że to jedynie szczęśliwy zbieg okoliczności.

-

Niepotrzebnie zadałeś sobie tyle trudu.

-

Chodzi ci o to, czego dowiedziałaś się wczoraj wieczorem, prawda?

-

Wyobraź sobie, że podczas przyjęcia zapytałam komandora, czy tęskni za córką

przebywającą  w  Szwajcarii.  Zrobiłam  z  siebie  idiotkę,  ale  dzięki  temu  wreszcie  się

dowiedziałam, że państwo Morrow to rodzice twoi, a nie Gail.

Jake zadrżał.

-

Dobry  z  ciebie  numer -  ciągnęła  dziewczyna. -  Kiedy  się  nad  tym  wszystkim

zastanawiałam,  nagle  zdałam  sobie  sprawę,  że  ilekroć  wspominałeś  o  sąsiedzie,

zawsze mówiłeś o nim komandor albo David Morrow.

-

To  nie  jest  cała  prawda.  Początkowo  zakładałem,  że  wiesz,  kim  jest  dla  mnie.

Przecież wszyscy wiedzą. Sądziłem, że ktoś ci powie. Dopiero kiedy oskarżyłem cię,

że  chcesz  posłużyć  się  mną,  by  zdobyć  jego  przychylność,  zorientowałem  się,  że  nie

masz o tym pojęcia.

-

A potem?

-

Przecież  to  oczywiste,  Kay.  Jako  członek  klubu  i  ojciec  Whitney  nie  mam  u

ciebie żadnych szans. Dlaczego miałbym pogarszać swoją sytuację przyznając się, że

jestem  synem  komandora?  Upierasz  się,  żebyśmy  zachowywali  właściwy  dystans  i

background image

70

każesz  mi  się  trzymać  się  z  daleka  od  twego  prywatnego  życia.  To  przez  ciebie

musiałem czekać na dogodną chwilę.

-

Przeze mnie?

-

Tak, tak, przez ciebie, przez twoje obawy i zasady. W niczym nie przypominam

Paula Johnstona.

Serce dziewczyny zamarło z trwogi.

-

Kay, to nie miejsce na rozmowę.

-

Coś ty zrobił? Jak się dowiedziałeś?

-

Musisz mnie spokojnie wysłuchać.

Kay odwróciła się tak nagle, że na miękkim korcie pozostał głęboki ślad. Pobiegła

do samochodu. Jake nie odstępował jej ani na krok.

-

Dobrze,  wszystko  ci  powiem.  Przyznaję,  zadzwoniłem  do  kumpla  z  Mussel

Shoalls Yacht Clubu.

-

Ty  zdrajco! -  zawołała,  rzucając  mu  spojrzenie,  które  przeraziłoby  śmiertelnie

każdego zdrowo myślącego człowieka.

Jake nie odwrócił wzroku. Wyprostował się i nie spuszczał z niej oczu.

-

Co miałem zrobić? Czy powiedziałabyś mi sama? Może wieczorem przyszłabyś

do  nas  na  kolację  i  wtedy  dowiedziałbym  się,  że  w  ciągu  jednego  lata  Paul  Johnston

nieomal zrujnował twoje życie? Porzucił dla ciebie żonę.

-

Nie miałam pojęcia, że jest żonaty. Okłamał mnie.

-

Oczywiście.  Obiecywał  ci  Bóg  wie  co,  a  potem  nagłe  zmienił zdanie  i

intrygował, żeby pozbawić cię pracy. Po prostu uznał, że przysięga małżeńska ma dla

niego większe znaczenie niż obietnice składane tobie. Czy kiedyś odważyłabyś się mi

powiedzieć,  że  był  w  tamtym  klubie  pierwszą  osobą  po  komandorze?  Przez  niego

miałaś kłopoty, bo jak powszechnie wiadomo, członkowie klubu, choćby nawet godni

pogardy, mają większą siłę przebicia niż najlepsi pracownicy.

-

Dość tego - rzuciła blada jak ściana Kay.

-

Nie będę milczał. To tamten zdrajca złamał ci serce.

-

Dzięki  niemu  dostałam  nauczkę.  Teraz  wiem  doskonale,  jak  powinni  się

zachowywać  pracownicy  wobec  przełożonych  i  czego  należy  unikać. -  Przymknęła

nagle  oczy,  jakby  chciała,  żeby  Jake  zniknął,  nim  sama  zrobi  albo  powie  coś,  czego

background image

71

będzie  gorzko  żałowała.  Poczuła  dotknięcie  jego  dłoni  i  wzdrygnęła  się.  Nie

potrzebowała współczucia.

-

Kay, nie odrzucaj mnie.

-

Wracam do domu. Możesz sobie grać w tenisa, zjeść własną rakietę albo utopić

się w zatoce. Nic mnie to nie obchodzi.

-

Nie jestem taki jak Paul Johnston.

-

Myślisz, że właśnie tego się obawiam?

-

Owszem.

-

Tamta historia to już przeszłość. Zachowałeś się podle. Szpiegowałeś mnie. Bez

pytania  odkryłeś  moje  sekrety.  Użyłeś  swoich  wpływów  i  dzięki  znajomościom

dowiedziałeś  się  wszystkiego,  czego  chciałeś.  Tak  samo  postępował  zwykle  Paul.

Dlaczego miałabym sądzić, że jesteś inny niż on?

Z przewrotną satysfakcją zauważyła, że Jake był równie blady jak ona.

Pozwolił jej odejść. Czego innego mogła się spodziewać? Wróciła do domu, wzięła

prysznic i długo płakała stojąc pod strumieniem chłodnej wody. Jake zadał sobie wiele

trudu,  żeby  zaspokoić  ciekawość.  Postąpił  niewłaściwie  szpiegując  Kay,  ale

niewątpliwie  mu  na  niej  zależało.  Zachowała  się  bardzo  głupio  wpadając  od  razu  w

panikę.

Gdyby  kierowała  się  rozsądkiem,  potrafiłaby  jednym  tchem  wymienić  mnóstwo

powodów, dla których nie powinna widywać się z Jakiem Bishopem. Problem polegał

na tym, że rozsądek całkiem ją opuścił. Każde spotkanie z tym mężczyzną, każda ich

sprzeczka  i  każda  rozmowa  spychała  ją  coraz  głębiej  w  niebezpieczną  otchłań.  Była

nauczycielką angielskiego i potrafiła znaleźć właściwe słowa, by opisać wszystko, co

przeżywała,  ale  nic  by  jej  z  tego  nie  przyszło.  Wystarczyło  powiedzieć  krótko,  że

uczucie  do  Jake'a  Bishopa  odebrało  jej  rozsądek  i  wolę.  Ale  nie  powinna  przed  nim

uciekać.  Najlepszym  lekarstwem  było  jeszcze  jedno  spotkanie;  klin  klinem.  Musiała

się  z  nim  zobaczyć,  aby  wyjaśnić  mu  raz  na  zawsze,  że  nic  ich  nie  łączy  i  tak  musi

pozostać.

O  wpół  do  piątej  cichutkie  pukanie  do  drzwi  wyrwało  Kay  z  zadumy.  Słońce  nad

Nową  Anglią  paliło  niemiłosiernie.  Kay  wyszła  z  kuchni,  przykładając  do  skroni

szklankę  z  zimną  herbatą.  Przed  drzwiami  stała  Whitney  Bishop.  Dziewczynka

background image

72

osłoniła  dłońmi  oczy  i  przycisnęła  twarz  do  szyby.  Na  głowie  miała  kask,  który

nadawał jej wygląd małego przybysza z kosmosu.

-

Kay, jesteś tam? - zawołała.

-

Już  idę.  To  dopiero  niespodzianka.  Wybrałaś  się  na  przejażdżkę? -  Otworzyła

drzwi, a Whitney przemknęła pod jej ramieniem.

-

Przyjechałam po ciebie.

-

Po mnie?

-

Tata kupił homary i powiedział, że mogę zaprosić na obiad, kogo chcę. Od razu

pomyślałam o tobie.

-

Twój tata sądził na pewno, że przyprowadzisz koleżankę.

-

On tego nie powiedział. Mogę zaprosić każdego.

-

Ależ  Whitney,  wkrótce  będziesz  mnie  miała  po  dziurki  w  nosie.  Nie  dalej  jak

wczoraj byłyśmy razem na plaży.

-

Nie - odparła Whitney potrząsając głową. - Bawiłam się z Emily, a ty przez cały

czas rozmawiałaś z tatusiem. To się nie liczy. Dziś będziesz tylko moim gościem. Nie

odmawiaj.

-

Nie mogę się zgodzić. To naprawdę nie jest dobry pomysł.

-

Nie  chcesz  do  mnie  przyjść,  bo  byłam  strasznie  podła  i  rozrabiałam  na

zajęciach, prawda? - westchnęła dziewczynka.

-

Czy rzeczywiście tak myślisz? - Kay przykucnęła obok niej.

-

Może gniewasz się jeszcze, że schowałam się na drzewie?

-

Nie!

-

W takim razie nie chcesz przyjść, bo oblałam wodą Brada.

-

Whitney,  nigdy  nie  mówiłam,  że  jesteś  złą  dziewczynką.  Bywasz  tylko

nieobliczalna i czasami za bardzo ryzykujesz, ale to wcale nie znaczy, że nie podoba

mi się twój charakter.

-

Ale  tak  jest.  Specjalnie  przyszłaś  do  naszego  domu,  żeby  tacie  o  tym

powiedzieć. Wtedy przyszłaś, a teraz nie chcesz.

background image

73

-

Whitney,  odwiedziłam  twego  ojca,  ponieważ  martwiłam  się  o  ciebie. -  Kay

przytuliła  dziewczynkę. -  Zależy  mi  na  tym,  żebyś  miała  bardzo  przyjemne  wakacje,

chociaż tęsknisz za mamą.

-

Dzięki  tobie,  Kay,  nie  jest  mi  już  tak  smutno  i  nie  tęsknię  tak  okropnie  jak

przedtem.  Proszę, przyjdź do mnie.

-

To nie takie proste, kochanie. — Nagle się roześmiała. - Och, zapomniałam, że

nie znosisz tego słowa.

-

Jakoś wytrzymałam, kiedy ty je powiedziałaś.

-

Mam pomysł. Nadaj mi jakieś przezwisko. Będziesz mogła go używać, ilekroć

powiem do ciebie kochanie.

-

Wspaniale.  Spróbuję  wieczorem  coś  wymyślić.  Kay,  może  pojedziesz

samochodem. -  Whitney  nie  traciła  nadziei. -  Albo  idź  piechotą,  to  niedaleko.

Zastanawiałam  się,  czy  tata  mógłby  po  ciebie  przyjechać,  ale  wtedy  byłabyś  jego

gościem, a nie moim.

Kay  roześmiała  się  i  wstała  z  klęczek.  Whitney  była  zdecydowana  urzeczywistnić

swoje marzenie.

-

Dobrze, przyjdę. O której zaczyna się przyjęcie?

-

Zaraz. Masz rower?

-

Tak, ale...

-

Świetnie, pojedziemy razem.

Nie  przemyślane  postępki  przynosiły  Kay  wyłącznie  kłopoty.  A  jednak  przyjęła

zaproszenie. Nie zapomniała o dzisiejszej kłótni z Jakiem. Miała doskonałą okazję, by

uzdrowić atmosferę.

Jechała za Whitney krętą drogą wzdłuż wybrzeża. Nie przebierała się nawet. Miała

na sobie różową koszulkę i szorty w kolorze khaki, w których przywitała Whitney. Po

dziesięciu  minutach  były  na  miejscu.  Wiatr  potargał  jej  świeżo  umyte  włosy

przewiązane różową wstążką.

Whitney  nie  przestawała  mówić  ani  na  chwilę,  prowadząc  swego  gościa  dookoła

domu  w  stronę  tarasu.  Gdy  tam  wreszcie  dotarły,  oczom  Kay  ukazał  się  niezwykły

widok. Jake drzemał wyciągnięty na leżaku. Wiatr szarpał porozrzucane wokół strony

background image

74

niedzielnej  gazety.  Jake  miał  jeszcze  na  sobie  tenisowe  spodenki,  ale  zdjął  buty  i

skarpetki. Jedna z nich leżała na jego piersi. Unosiła się i opadała w rytm oddechu.

-

Nie wygląda na to, żeby twój tata spodziewał się gości - szepnęła Kay.

-

Połaskocz  go,  to  się  obudzi.  Musimy  się  pospieszyć.  Trzeba  jeszcze  narwać

zielonej fasolki z ogrodu dziadka. Zjemy ją z homarami. Lecę po koszyk.

Nim  Kay  zdążyła  coś  powiedzieć,  została  sam  na  sam  z  przystojnym,  głęboko

uśpionym  i  nieświadomym  sytuacji  mężczyzną.  Całowała  kiedyś  tego  mężczyznę,

była w jego objęciach, dotykała warg i tuliła się do niego. To ten sam człowiek, który

odkrył podstępnie wszystkie jej sekrety dzięki jednej rozmowie telefonicznej. Postąpił

tak, chociaż nikomu nie zamierzał ujawnić własnych tajemnic.

-

Whitney Bishop - mruknęła Kay. - W co ty mnie pakujesz?

Stała wciąż obok leżaka, gdy dziewczynka wpadła na taras.

-

Tato, obudź się!

-

Nie śpię, córeńko - wymamrotał. Nie otwierając oczu wyciągnął rękę, chwycił

dłoń  Kay  i  przyciągnął  dziewczynę  do  siebie.  Gdy  straciła  równowagę  i  opadła  na

leżak, zerwał się jak oparzony.

-

Cholera, co tu się dzieje?

-

Tatusiu!

-

Whitney!

-

Wymyśliłam  dla  ciebie  przezwisko,  Kay -  oznajmiła  radośnie  dziewczynka. -

Wiesz, jak cię nazwę, kiedy powiesz do mnie kochanie? Prymuska!

-

Słucham?

-

Tata cię tak nazywa.

Kay poderwała się natychmiast.  Zerknęła na kompletnie oszołomionego Jake'a.

-

Pewnie dlatego, że doskonale się spisuję podczas regat.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

-

Nie spodziewałeś się mnie -mruknęła niepewnie Kay, wygładzając ubranie.

-

Słucham? - Jake zamrugał powiekami.

-

Whitney zaprosiła mnie na obiad.

background image

75

-

Powiedziałeś, że  mogę przyprowadzić, kogo  chcę - wtrąciła się dziewczynka -

wiec zaprosiłam Kay. Przyjechała ze mną na rowerze.

-

Naprawdę? - mruknął Jake, pocierając dłonią policzek.

-

Obudź  się  wreszcie,  tatusiu.  Kay  i  ja  idziemy  do  dziadka.  Narwiemy  zielonej

fasolki i zaraz wracamy.

-

Jeśli  panie  pozwolą,  wezmę  prysznic.  W  tym  stanie  nie  mogę  siąść  do  stołu -

zaprotestował Jake.

-

To niemożliwe. Włożyłam do wanny homary - oznajmiła Whitney.

-

Wszystkie sześć? Co ty wyprawiasz, Whitney!

-

Schooner koniecznie chciał je obwąchać. Szkoda, że tego nie widziałeś, tatusiu.

-

Miał szczęście, że nie stracił nosa - burknął Jake.

-

Pomogę ci wyjąć z wanny te homary - zaproponowała Kay. - Whitney, zacznij

zrywać fasolkę. Zaraz do ciebie dołączę.

-

Tylko się pospiesz. Pamiętaj, że jesteś wyłącznie moim gościem.

Kay poszła za Jakiem do łazienki.

-

Prymuska! Też mi określenie.

-

To miał być komplement.

-

Nie jestem czuła na pochlebstwa.

-

Chyba jednak cię udobruchałem. Gdyby było inaczej, czy zostałabyś tu ze mną

sam na sam?

-

Jake,  musimy  tę  sprawę  wyjaśnić.  Nie  miałeś  pojęcia,  że  przyjdę  do  was  na

obiad?

-

To była ostatnia rzecz, której bym się spodziewał. Jeśli mnie pamięć nie myli,

zaledwie trzy godziny temu zostałem przez ciebie okrutnie zwymyślany.

-

I słusznie. Węszyłeś za moimi plecami. Wtrąciłeś się w moje osobiste sprawy.

To było podłe.

Jake przystanął w wąskim korytarzu i odwrócił się do Kay.

-

Zrobiłem tak, ponieważ niepokoiłem się o kogoś, na kim mi zależy.

-

To samo przyszło mi do głowy, kiedy się uspokoiłam. Dzięki za troskę.

-

I dlatego przyszłaś?

background image

76

-

Twoja  córka  po  mnie  przyjechała  i  bardzo  nalegała,  więc  przyjęłam

zaproszenie.

-

Jej  poszło  łatwo,  prawda?  Dzięki,  że  się  o  nią  troszczysz  i  że  tak  się  do  niej

odnosisz. Ona ci ufa. Chyba nawet cię pokochała.

-

Jako  nauczycielka  jestem  do  tego  przyzwyczajona -  odparła  ze  ściśniętym

gardłem Kay.

-

Oczywiście. Niewiele wiem o miłości, ale podejrzewam, że i ja cię pokochałem

- dodał cicho Jake.

-

Nasz obiad się niecierpliwi. - Kay uśmiechnęła się słysząc, jak homary stukają

o wannę.

-

Ja również. Czekam na odpowiedź, Kay.

-

Teraz  się  jej  nie  doczekasz. -  Dziewczyna  wbiła  wzrok  w  bose  stopy  Jake'a,  a

potem popatrzyła mu prosto w oczy.

-

Tak przypuszczałem.

-

Nie lubię takich niejasnych sytuacji.

-

Ja też nie.

Pocałował  ją.  Kay  doskonale  wiedziała,  co  potem  nastąpi.  Jej  serce  biło  jak

oszalałe.  Wyciągnęła  ręce,  żeby  odepchnąć  Jake'a,  ale  ku  swemu  zdziwieniu

pogłaskała go po policzku, a potem wsunęła mu palce we włosy. Przylgnęli do siebie i

zatonęli w namiętnych pocałunkach.

-

Zastanawiałem  się -  szeptał  Jake  całując  jej  usta -  czy  jest  jakiś  sposób...-

dotknął wargami policzków - ...żeby oddzielić nasze uczucia... - okrywał pocałunkami

jej szyję - ...od wszystkich innych spraw.

-

To  zupełnie  niemożliwe -  mruknęła  Kay  i  ujęła  w  dłonie  jego  twarz.

Mimowolny dreszcz wstrząsnął jej ciałem.

Jake odsunął się. Nadal oddychał z trudem. Zamknął oczy i oparł się o ścianę.

-

Życie powinno być prostsze - mruknął.

-

Wszystko przez tę posadę w klubie i niesforną córkę, prawda?

-

Gdyby Whitney mieszkała z Gail...

-

Lecz nie mieszka. A teraz czeka na mnie w ogrodzie. Nie mogę jej zawieść, nie

chcę też stracić posady w klubie.

background image

77

-

Rozumiem, ukradkowe spotkania nie są tego warte, więc nie chcesz się ze mną

kochać.

-

Jeszcze nie teraz, Jake. Weź prysznic. Idę zrywać fasolkę.

Najchętniej pobiegłaby za Jakiem do łazienki i rzuciła się w jego ramiona, choćby i

pod  prysznicem,  ale  opanowała  się,  wyszła  z  domu,  ominęła  żywopłot  i  odnalazła

Whitney  wśród  splątanych  łodyg  fasoli  w  ładnie  utrzymanym  ogrodzie  jej  dziadków.

David Morrow kopał kartofle. Kay zaczerwieniła się na jego widok. Miała nadzieję, że

ojciec Jake'a uzna rumieńce za całkiem naturalne u osoby, która spędziła kilka godzin

na korcie.

-

Dam Whitney trochę kartofli - rzekł David.

-

Będziecie mieli pyszności na obiad.

-

Nie ma to jak warzywa z własnego  ogrodu - przyznała Kay. Podniosła kartofel

i oczyściła go z ziemi. Nagle przyszedł jej do głowy pewien pomysł.

Może wyniknie z tego jakiś pożytek.

-

Davidzie,  Whitney  pewnie  ci  już  powiedziała,  że  jestem  jej  gościem.  Jake

zaprasza także ciebie i twoją żonę na obiad. Prosił, żebym wam to przekazała.

David wyprostował się. Kay starała się go przekonać.

-

Bardzo  proszę,  przyjdźcie.  Jest  sześć  homarów.  We  trójkę  nie  damy  im  rady,

zwłaszcza  że  mogę  zostać  tylko  do  zmierzchu.  Przyjechałam  rowerem.  Daj  się

namówić na ten obiad.

-

Zgodzisz się, dziadku? Ty i babcia nigdy do nas nie przychodzicie.

Kay przykucnęła obok Davida.

-

Może  pomyślisz,  że  jestem  arogancka  i  niepotrzebnie  mieszam  się  w  cudze

sprawy - dodała po cichu - ale uważam, że ty i Jake nie powinniście się tak upierać i

trwać w niezgodzie. Pomyśl o Whitney.

Ten  wspólny    obiad  to    był  przecież  jej    pomysł.  Przynajmniej  w  pewnym  sensie-

pomyślała.

-

Sprytny mały skrzat! Naprawdę robisz to dla niej?

Kay  odetchnęła  głęboko  i  spojrzała Davidowi w oczy.

-

Gdyby nie ona, wcale bym nie przyszła.

background image

78

Jake czekał na tarasie ubrany w spodnie khaki i brunatny sweter. Osłupiał na widok

niewielkiej  grupki,  wyłaniającej  się  zza  żywopłotu.  Popatrzył  na  Kay  zdumionym

wzrokiem.

-

Whitney zaprosiła więcej gości - wyjaśniła dziewczyna.

-

Będą  wszyscy,  których  lubię,  tatusiu.  Babcia  przyniosła  czekoladowe

ciasteczka.

Kay wzięła koszyk z fasolką od Whitney i podała go Jake'owi.

-

Twoja  mama  i  ja  obierzemy  ziemniaki,  a  ty  przygotujesz  z  ojcem  fasolkę,

zgoda? - Wzięła do ręki zielony strąk i odłamała końce. - Bardzo proste zajęcie.

David i jego żona Ellen zostali na obiedzie. Spędzili razem przyjemne popołudnie.

Kay odkryła, że syn i matka są do siebie uderzająco podobni. Oboje mieli długie rzęsy,

ciemnobrązowe  oczy,  mocno  zarysowane  podbródki.  Często  się  uśmiechali,

wymieniając porozumiewawcze spojrzenia.

Do  obiadu  zasiedli  na  tarasie.  Wkrótce  z  homarów  zostały  tylko  smętne  resztki,  a

czekoladowe ciasteczka zostały zjedzone do ostatniej okruszyny. David wytarł palce w

serwetkę i wstał.

-

Whitney, nie widziałem jeszcze twojego ogródka.

-

Nie ma tam wiele do oglądania.

-

Tak samo mówił Jake, gdy był w twoim wieku.

-

Miałeś ogródek, tatusiu?

-

Dokładnie  tam,  gdzie  teraz  dziadek  sadzi  warzywa.  Jadłem  wtedy  najchętniej

fasolkę, którą sam wyhodowałem.

Whitney  schodziła  po  skarpie  trzymając  za  ręce  babcię  i  dziadka.  Podeszli  do

zachwaszczonego  poletka  podzielonego  na  trzy  nierówne  i  krzywe  zagonki.  Kay

obserwowała ich przez chwilę, a potem zaczęła sprzątać ze stołu.

-

Jesteś gościem. - Jake położył rękę na jej dłoni.

-

Chętnie to  zrobię.  Poza  tym  zaczyna  się  ściemniać.  Przyjechałam  rowerem.

Muszę wrócić przed zmierzchem.

-

Usiądź. - Posłuchała go. - Nim wyjdziesz, muszę ci powiedzieć, że bardzo sobie

cenię to, co zrobiłaś.

-

A co ja takiego zrobiłam? Udało się tylko dzięki Whitney.

background image

79

-

Nie  pojechałaby  tak  daleko  rowerem,  gdyby  nie  chodziło  o  ciebie.  Oni  też  cię

polubili.

-

Z  wzajemnością.  David  Morrow  wcale  nie  jest  taki  za  jakiego  uchodzi. -  Kay

obracała w palcach widelec. - Podobnie jak jego przybrany syn. Jake, czy naprawdę ty

i twoi rodzice poróżniliście się tak bardzo, że nie można tego naprawić?

-

Wszystko okropnie się pogmatwało - mruknął, zbierając brudne serwetki.

-

W rodzinie często tak bywa.

-

Przez  całe  życie  walczyłem  z  duchami  przeszłości.  Nie  potrafię  o  tym

opowiadać.  Jako  dziecko  nie  miałem  pojęcia,  co  mnie  dręczy.  To  długa  historia.  Jak

każdy  chłopak  potrzebowałem  ojca,  Kay.  I,  do  cholery,  miałem  go.  W  innych

okolicznościach David Morrow naprawdę mógłby mi pomóc. - Jake układał sztućce na

talerzu.

-

Co masz na myśli? - Kay podała mu swój widelec.

-

Ktoś mądrze powiedział, że dno piekieł wybrukowane jest dobrymi chęciami.

Zebrali brudne talerze i poszli do kuchni.

-

Twoje życie to prawdziwa łamigłówka. Chyba nie ja pierwsza ci to mówię.

-

Wyobraź  sobie,  że  tak.  Przypuszczam,  że  to  jeszcze  jedna  aluzja  do  moich

romansów -  stwierdził  Jake,  otwierając  zmywarkę. -  Tamte  znajomości  były  całkiem

niewinne.  Żadnej  z  tych  kobiet  nie  kocham,  z  żadną  nie  sypiam.  Carolyn  sądzi,  że

jestem z Emily, a Emily uważa, że wolę Carolyn.

-

I tego właśnie chciałeś.

-

Do niedawna.

-

Muszę  już  jechać.  Wyprowadzę  rower. -  Kay  odwróciła  się  i  zaczęła

przestawiać talerze.

Rozległ się dzwonek telefonu. Jake wytarł ręce ścierką i podniósł słuchawkę.

-

Słyszę  cię  dziś  doskonale -  powiedział  bardzo  oficjalnym  tonem. -  Tak,  moi

rodzice  byli  tu  na  obiedzie. -  Roześmiał  się  z  goryczą. -  Whitney  wpadła  na  ten

pomysł.  Lepiej,  dużo  lepiej.  Prawdopodobnie  tak.  Szkolne  ubranka,  już?  I  buty?

Zapewne.

Usłyszeli  głosy  pozostałych  gości.  Spacerowicze  wchodzili  już  na  werandę.  Gdy

Whitney przybiegła do kuchni, Jake zasłonił ręką słuchawkę i oznajmił:

background image

80

-

Mama dzwoni, córeńko. Możesz odebrać w moim pokoju.

-

Powiedz Gail, że za nią tęsknimy - zawołała do dziewczynki Ellen.

-

Zawsze  jej  to  mówię.  Jeszcze  tylko  sto  pięćdziesiąt  dwa  dni -  usłyszała  w

odpowiedzi.

-

Gall  przyjedzie  na  Boże  Narodzenie -  rzekł  Jake  zamykając  zmywarkę  i

naciskając guziki.

-

Wiem. Whitney mi powiedziała.

-

Często ci się zwierza, prawda?

-

Czasami miewa na to ochotę.

Kay poszła do salonu, żeby pożegnać się z rodzicami Jake.

-

Muszę  wracać  do  domu.  To  było  miłe  popołudnie.  Proszę,  pożegnajcie  ode

mnie Whitney. Nie chcę jej przeszkadzać.

-

Jest  wieczór.  Masz  latarkę  i  kask? -  zapytał  komandor  marszcząc  brwi.  Kay

potrząsnęła głową.

-

Nie  będziesz  jeździła  po  ciemku. -  Pogroził  jej  palcem. -  Szef  szkolenia  nie

może ryzykować. Jake, odwieź Kay do domu. Zostaniemy z Whitney i położymy ją do

łóżka.

-

Nie trzeba, Davidzie - zaprotestowała Kay.

-

Tata  ma  rację -  wtrącił  się  Jake, -  Jest  ciemno.  Zostaw  rower.  Jutro  ci  go

odprowadzę.

Kay  uznała,  że  nie  powinna  robić  wokół  tej  sprawy  zbyt  wiele  zamieszania  i

zgodziła  się.  Jeszcze  raz  podziękowała  wszystkim  za  miłe  towarzystwo  i  pomachała

do Whitney, która gadała przez telefon jak najęta, siedząc na łóżku ojca.

Ledwo  wjechali  na  podjazd  przed  domem  Kay,  dziewczyna  położyła  dłoń  na

klamce. Jake wyłączył silnik.

-

Co za pośpiech. Komu nie ufasz, mnie czy sobie?

-

Nie  chcę  cię  zatrzymywać.  Twoi  rodzice  czekają.  Dla  was  trojga  to  również

było miłe popołudnie.

-

Owszem - przyznał Jake i rozsiadł się wygodnie.

-

Twój rodzony ojciec był lekarzem, prawda? Na budynku klubu jest tabliczka.

background image

81

-

Był  chirurgiem.  Praktykował  tu  trzy  lata.  Niesłychanie  zdolny  człowiek.

Skończył  z  wyróżnieniem  Williston  Academy,  szkołę  w  Brown  i  studia  lekarskie  w

Yale.

-

Jak umarł?

-

Tak jak żył. Był bohaterem. - Jake zaniknął oczy i umilkł.

-

Jake?

-

Przed chwilą bardzo się spieszyłaś.

-

To prawda, ale chciałabym wiedzieć.

-

Może innym razem.

-

Najlepiej  powiedz  mi  od  razu -  poprosiła,  dotykając  jego  ramienia.  Po  chwili

milczenia Jake odwrócił się do niej.

-

W  sąsiednim  domu  wybuchł  pożar.  Mieszkał  tam  wdowiec  z  dwójką  dzieci.

Mój  ojciec  i  tamten  mężczyzna  wynieśli  z  ognia  jedno  dziecko.  Ojciec  wrócił  po

drugie  i  wtedy  zginął.  Dziecko  wyskoczyło  i  uratowało  się.  Miałem  wtedy  dziesięć

miesięcy.

-

Tym wdowcem był Dawid Morrow? - zapytała Kay czując, że coś ściska ją za

gardło.

-

Piątka za domyślność. Dawid i moja matka pobrali się półtora roku później.

-

A  od  ciebie  oczekiwano  podtrzymywania  rodzinnej  tradycji. -  Kay  bez  trudu

wszystkiego się domyśliła.

-

Odprowadzę  cię  do  drzwi.  Komandor  zacznie  sobie  wyobrażać  Bóg  wie  co. -

Kay wysiadła. Serce zabiło jej mocniej. Współczuła Jake'owi; tyle przeszedł jako mały

chłopiec. Milczała, gdy szli w stronę domu.

-

Z czystej przekory stałeś się pewnie największym łobuzem w mieście?

-

Byłem postrachem całej okolicy - odparł z westchnieniem Jake.

-

A wszyscy dorośli powtarzali, że hańbisz pamięć swego zmarłego ojca.

-

Przede wszystkim nauczyciele, paru duchownych, no i oczywiście moja matka.

-

Co na to Dawid?

-

Miał  co  innego  na  głowie.  Starał  się  przekonać  swoich  synów  do  Ellen.

Próbował mi pomóc. Na pewno ci powiedział, że mu tego nie ułatwiałem.

-

Kiedy pojawiła się Gail?

background image

82

-

Przyjeżdżała  tu  z  rodzicami  na  wakacje.  W  dziewiątej  klasie  zapisała  się  do

Williston Academy i zamieszkała w internacie. Byłem od niej o rok starszy.

-

Jeśli nie chcesz, nie opowiadaj mi o niej - rzekła Kay, dotykając jego ręki.

-

I  tak  za  dużo  ci  już  powiedziałem.  Lepiej  będzie,  jeśli  poznasz  całą  prawdę.

Dziwię  się,  że  nikt  z  tobą  o  tym  nie  plotkował.  Gail  była  dla  mnie  prawdziwym

wyzwaniem. Ładna, zdolna, wszyscy rodzice marzą o takiej córce.

-

A  Jake  Bishop  potrafił  wszystkim  zatruć  życie.  Ponury,  nieobliczalny,

przystojny,  drażliwy.  Wiedziano,  że  spotkało  cię  wielkie  nieszczęście  i  dlatego

pobłażano buntownikowi.

-

Wszystko uchodziło mi bezkarnie.

-

Gail  była  zafascynowana  i  oczarowana.  Każda  nastolatka  marzy  o  takim

chłopcu. Chciała być z tobą na dobre i na złe.

-

Nie od razu. Poszliśmy na studia. Wybraliśmy różne uczelnie. Po trzecim roku

prowadziłem  latem  w  klubie  kurs  żeglarski  i  wtedy  się  wszystko  zaczęło.

Spotykaliśmy  się  przez  cały  następny  semestr.  Męczyliśmy  się  okropnie,  bo

studiowaliśmy w różnych miastach.

-

Gail zaszła w ciążę i przerwała naukę?

-

Wszystko  byłoby  wtedy  zbyt  proste.  Zaciągnąłem  ją  do  łóżka,  ale  to  mi  nie

wystarczało.  Chciałem  wiedzieć,  że  jestem  kochany.  Sądziłem,  że  zyskam  taką

pewność,  jeśli  usłyszę,  jak  Gail  mówi  do  mnie:  „póki  śmierć  nas  nie  rozłączy".

Namówiłem  ją,  żebyśmy  się  natychmiast  pobrali,  nie  pytając  nikogo  o  zgodę.

Przypuszczałem,  że  jeśli  będę  miał  taką  żonę,  rodzice  wreszcie  mnie  docenią.  Dla

wszystkich  w  rodzinie  to  był  wstrząs.  Daremnie  nas  przekonywali,  że  lepiej  będzie

unieważnić  małżeństwo.  Gail  zaszła  w  ciążę  i  przerwała  studia.  Wynajęliśmy  jakieś

parszywe  mieszkanie.  Nie  było  to  łatwe  życie.  Zaliczyłem  ostatni  semestr,  a  trzy

tygodnie  później  urodziła  się  Whitney.  Gail  poszła  do  pracy.  Na  zmianę

opiekowaliśmy  się  małą,  chociaż  wymagało  to nie  lada  wysiłków.  Zrobiłem

magisterium,  Gail  też  skończyła  studia.  Pieniędzmi,  które  odziedziczyłem  po  ojcu,

zarządzała  moja  matka.  Wydzielała  je  bardzo  skąpo,  nie  szczędziła  mi  za  to  dobrych

rad.

-

Przecież po to mamy rodziców.

background image

83

-

Oni  się  nie  mylili,  wszyscy  czworo.  Nasze  małżeństwo  od  początku  było

pomyłką, ale mieliśmy dziecko, które każde z nas uwielbiało, wiec ciągnęliśmy to, jak

długo się dało.

-

Wasze rodziny nie potrafiły zrozumieć, że dłużej nie możecie żyć razem.

-

Wtedy  ostatecznie  we  mnie  zwątpili.  W  rodzinie  Morrowów  i  Wilkinsów  nie

zdarzają się rozwody. Nim podjęliśmy decyzję, każde z nas miało tu dobrą pracę, więc

po  rozstaniu  nadal  mieszkaliśmy  w  Byfield.  Gail  chce  ponownie  wyjść  za  mąż.

Postanowienie  o  wyjeździe  do  Genewy  podjęła  po  rozmowie  ze  mną  i  z  Whitney. -

Zaklął  cicho. -  Zbyt  łatwo  mi  się  z  tobą  rozmawia,  Kay.  Nie  przypuszczałem,  że  tak

się przed tobą odkryję.

-

Może ci to wyjdzie na dobre.

-

Tobie raczej nie.

Pogłaskała  Jake'a  po  rozpalonym  policzku.  Objął  dłonią  jej  nadgarstek, a  potem

przytulił ją niespodziewanie i dotknął ustami jej warg, jakby stracił nagle cały umiar i

rozsądek. Kay tuliła się do niego i oddawała pocałunki.

-

Czuję się przy tobie jak szesnastolatek - szepnął jej do ucha.

-

Kolejne wielkie wyzwanie?

-

Może. Przez całe życie pragnąłem tego, czego nie mogłem zdobyć. - Objął ją w

talii, potem dotknął piersi i pieścił je, nie przerywając pocałunku.

Kay przylgnęła do niego całym ciałem, żeby go przekonać, jak bardzo go pragnie.

-

Nie opieraj się dłużej - wyszeptał.

-

Po  co  nam  to,  Jake?  Żebyśmy  się  unikali  przez  całe  lato?  Dostałam  od  Paula

niezłą nauczkę. Nie popełnię więcej takiego błędu. Nie z tobą. - Wsunęła palce w jego

włosy  i  przytuliła  się  jeszcze  mocniej,  szukając  właściwych  słów.  Ujęła  dłoń

spoczywającą na jej piersi, podniosła do ust i pocałowała, a potem łagodnie odsunęła.

Pochylił się i dotknął twarzą jej czoła.

-

Kay, obiecaj mi jedno.

-

Nie wiem, czy będę mogła.

-

Jeśli to nie będę ja, niech to nie będzie nikt inny.

-

Nie mam nikogo innego. Nawet ciebie nie mam.

Sowa Kay otrzeźwiły go. Wciągnął w płuca chłodne, wieczorne powietrze.

background image

84

-

Za długo tu jestem.

Kay  przytaknęła  niechętnie.  Jake  podniósł  dłoń,  jakby  chciał  jej  pomachać,  i

zniknął w ciemnościach.

Kay  rzuciła  się  w  wir  pracy.  Wspólnie  z  instruktorami  oceniała  postępy  dzieci

kończących  kurs  w  lipcu.  Prowadziła  też  zapisy  na  sierpniowe  zajęcia.  Minęły  trzy

dni. Jake się nie pokazywał.

Za  to  Whitney  widywała  codziennie.  W  ostatnich  regatach  grupy  początkującej

dziewczynka  popłynęła  z  Bradem  Taylorem.  Rzucała  mu  komendy  zdecydowanym

tonem, jak na pannę Bishop przystało.

-

Tylko mi się nie sprzeciwiaj - usłyszała Kay, obserwująca zawodników z łodzi

ratunkowej, ustawionej na linii mety.

Zwyciężyli  w  regatach  i  znaleźli  się  w  pierwszej  trójce  uczestników  lipcowego

kursu. Gdy wspięli się na pomost, Whitney natychmiast zepchnęła chłopca do wody.

-

Musimy uczcić zwycięstwo - oznajmiła, gdy Kay ją skarciła.

-

W takim razie i ty wskakuj do wody.

-

Och, Kay, naprawdę muszę? - zachichotała dziewczynka.

-

Lepiej  się pospiesz -ponaglał  Brad,  gramoląc  się  na  pomost.  Whitney  zadarła

dumnie głowę i skoczyła. Pozostałe dzieci już się rozbiegły. Kay czekała na Whitney.

-

Wskakuj! Przecież masz na sobie kostium - zawołała do niej dziewczynka.

Pod klubową koszulką polo Kay rzeczywiście nosiła strój kąpielowy, ale nie mogła

wystawić na szwank swego autorytetu, więc zawołała natychmiast:

-

Wyłaź, Whitney! - Pomogła małej wdrapać się na pomost.

-

Masz  rację,  dziadek  nie  byłby  z  nas  zadowolony -  przyznała  ociekająca  wodą

dziewczynka. - Ale on cię lubi, i to bardzo. Nie życzy sobie, żeby ktokolwiek utrudniał

ci pracę, nawet tata. Palnął mu w niedzielę wieczorem niezłe kazanie.

-

Nie  wolno  podsłuchiwać. -  Kay  przełknęła  ślinę  i  przycisnęła  pięścią  splot

słoneczny.

-

Oni myśleli, że śpię.

-

I  trzeba  było  zasnąć. -  Szły  przez  trawnik.  Kay  przystanęła  i  odsunęła  się

trochę. - Tak jak obiecałam, staram  się ciebie nie czepiać, a ty,  moja panno, całkiem

background image

85

niepotrzebnie  interesujesz  się  moimi  sprawami.  Masz  tu  formularz.  Poproś  tatę,  żeby

go podpisał. Chcę dostać ten druczek z powrotem i pamiętaj, ma być suchy.

-

Kay,  jesteś  kochana. -  Whitney  zbyła  ją  machnięciem  ręki  i  popędziła  za

koleżankami.

Dwie  godziny  później  Kay  wróciła  do  domu.  Było  zbyt  gorąco,  żeby  myśleć  o

obiedzie.  Położyła  na  stole  plik  formularzy  i  zaczęła  je  przeglądać,  ale  nie  mogła  się

skupić.  Czy  David  Morrow  rzeczywiście  się  niepokoi?  Słaba  to  pociecha,  że  Jake

Bishop  w  niczym  nie  przypomina  Paula  Johnstona.  Etyka,  konwenanse...  nazwa  nie

była ważna, ale tych spraw nie mogła sobie lekceważyć, Zdjęła koszulkę i wachlowała

się kartką papieru. Usłyszała głośne pukanie do drzwi i poszła otworzyć. W drzwiach

stał  Jake  Bishop.  Dochodziła  piąta.  Popołudniowe  słońce  oświetlało  muskularną

sylwetkę mężczyzny.

-

Wpadłem  tylko na  chwilę -  oznajmił  Jake.  Objął  spojrzeniem  jej  postać.

Pamiętał  ten  kostium.  Tym  razem  nie  było  w  jego  wzroku  niezadowolenia.  Wyraz

twarzy gościa wprawił Kay w zakłopotanie.

-

Tak samo byłaś ubrana, kiedy cię zobaczyłem w żaglowni.

-

Pamiętam. -  Kay  walczyła  z  chęcią  odwrócenia  się  do  niego  plecami.  Piersi

nabrzmiewające pod cienkim materiałem zdradzały jej skryte pragnienia.

-

Byłem  wtedy  rozgniewany  na  Whitney  i  zakłopotany.  Tak  bardzo  mi  się

spodobałaś, że ledwie mogłem zebrać myśli.

-

Od pierwszego wejrzenia? Nie żartuj, Jake.

-

A  jak  myślisz,  dlaczego  zdjąłem  koszulę  i  tak  ochoczo  wziąłem  się  do

otwierania okien? To było przed pięcioma tygodniami.  Musiałem się wtedy wykąpać

w zatoce, żeby ochłonąć. Tak jest za każdym razem, gdy na ciebie patrzę, Kay.

-

A twoje zasady? Gdzie się podziała słynna potrzeba prywatności? - Dziewczyna

próbowała nadać głosowi nieco lekceważące brzmienie. Zagryzła wargi.

-

Nic z tego nie zostało.

-

Może wejdziesz - rzekła Kay. Czuła, że cała płonie i próbowała nie zwracać na

to uwagi. Sprzeczne uczucia doprowadzały ją do rozpaczy.

-

Lepiej  zostanę tutaj. - Podał jej  formularz. - Whitney nie będzie chodziła na

zajęcia w sierpniu.

background image

86

-

Co się stało? - zapytała Kay, marszcząc brwi. - Dużo  z  nią  pracowałam.  Twoja

córka zrobiła...

-

To  nie  ma  nic  do  rzeczy.  Chcemy  spędzić  następny  miesiąc  u  Bishopów  w

Maine.  Jeździmy  co  roku  do  mojej  rodziny.  Sądziłem,  że  Whitney  ci  powiedziała.

Doskonałe  miejsce  do  żeglowania.  Mała  wykorzysta  w  praktyce  wszystko,  czego  się

tu nauczyła. - Kay czytała w jego oczach zmieszanie i dziwny niepokój.

-

Nie  rozumiem.  W  sobotę  prosiłeś,  żebym  pływała  z  tobą  w  sierpniowych

regatach.

-

Zwyciężyłem  w  lipcu.  Wystarczy.  A  ten  pomysł  nie  wzbudził  twego

entuzjazmu. Będziesz miała kłopot z głowy.

-

Jedziecie tylko we dwoje?

-

Tak. To wspaniała okazja. Nie możemy jej przegapić.

-

Whitney nic o tym nie wie. Powiedziałaby mi dziś po południu.

-

Kay, tu nie chodzi o nią.

-

Kiedy jej powiesz o wyjeździe? Gdy schowasz jej walizkę do bagażnika?

Twarz Jake'a nagle pociemniała.

-

Tak będzie najlepiej.

-

Dla kogo?

-

Do diabła, Kay! Nie potrzebuję twojej psychoterapii.

-

O to chodzi? Wysłuchałam twoich zwierzeń i dlatego uciekasz?

-

Wcale nie uciekam. Nie musiałem tu przychodzie.

-

W ogóle nie powinieneś do mnie przychodzić. - Patrzyła na niego z niechęcią,

ale powiedziała to szeptem.

-      Wiesz  dobrze,  że  mam  na  myśli  coś  więcej  niż  tylko  nasze  rozmowy. -  Oczy

Jake'a zabłysły.

-

Problem  sam  się  rozwiąże,  gdy  wywieziesz  stąd  Whitney  na  cztery  tygodnie.

Znikniesz i przestaną cię męczyć nie zaspokojone żądze.

-

Nie mów tak.

-

Nie  będę  się  już  starała  zrozumieć  twojej  przeszłości.  Wcale  nie  chodzi  ci  o

mnie.  To  sprawa  między  tobą,  twoją  córką  i  ojcem.  Nie  potrafię  się  w  tym  połapać.

Jedź. Baw się dobrze i przyślij mi pocztówkę.

background image

87

Weszła do domu i natychmiast usłyszała za sobą ciężkie kroki. Odwróciła się. Jake

podbiegł i położył dłonie na jej ramionach.

-

Muszę odejść. Dla twego dobra - krzyknął głosem pełnym bólu. Przyciągnął ją

do  siebie  zdecydowanym  ruchem,  jakby  oczekiwał,  że  go  odepchnie.  Kay  przylgnęła

do niego całym ciałem i objęła ciasno jego biodra.

-

Jake, nie odchodź. Jeszcze nie teraz.

-

Kay,  pozwól  mi  zostać -  wyszeptał  całkiem  zaskoczony.  Delikatnym  ruchem

ujął jej dłonie i ścisnął je mocno. Całował ją z taką pasją, aż jęknęła. Chciała, żeby ją

pieścił, żeby stało się to, o czym marzyła tygodniami.

-

Jake, nie chcę dłużej czekać.

-

Kay -jęknął. - Kay. Niczego dotąd nie pragnąłem tak bardzo. Chcę być z tobą.

Chcę  się  z  tobą  kochać.  Jak  ja  o  tym  marzyłem!  Od  pierwszej  chwili  w  żaglowni.

Wyglądałaś  wtedy  dokładnie  tak  samo  jak  dziś.  Kay,  przecież  to  się  mogło  źle  dla

ciebie skończyć, gdyby wziął górę mój egoizm.

-

Myślisz,  że  nie  zdawałam  sobie  z  tego  sprawy?  Ostatnio  bardzo  źle  sypiam.

Ciągle o tym myślę. - Głos jej się załamał. - Czyste wariactwo. Musimy się opanować.

To tylko pożądanie. - Próbowała słuchać głosu rozsądku.

-

Do diabła, nie masz racji. Powierzyłem ci tajemnice, których nie zna nikt inny,

odkryłem  przed  tobą  uczucia,  z  których  istnienia  wcale  nie  zdawałem  sobie  sprawy.

Właśnie ty pomogłaś mi je nazwać. To nie jest tylko pożądanie.

-

Twój ojciec...

-

Przynajmniej raz David Morrow ma całkowitą rację. Tego dnia, gdy byłaś u nas

na obiedzie, porządnie zmył mi głowę. On nie jest ślepy, Kay.

-

Dla  niego  jesteś  nadal  szalonym,  zbuntowanym  nastolatkiem,  synem

marnotrawnym. - Oczy Kay napełniły się łzami.

-

Nie płacz. - Pogłaskał ją po policzku. - Ranisz mi serce. To nieważne, co ojciec

o mnie myśli. On doskonale wie, że jeśli posunę się za daleko, ty za to zapłacisz swoją

pracą i szansami na przyszłość. Przeze mnie możesz stracić wszystko, co osiągnęłaś.

Kay cofnęła się i podniosła wysoko głowę.

-

Przysięgnij, że jutro rano wyjedziesz,

-

Wyjadę - odparł zdumiony Jake.

background image

88

Kay  czuła,  jak  mocno  wali  jej  serce.  Zaschło  jej  w  gardle.  Wolno  uniosła  rękę  i

jednym zdecydowanym ruchem zsunęła ramiączko, odsłaniając jędrną pierś.

-

Nie - jęknął Jake.

-

Przysięgnij. - Kay położyła drżącą dłoń na drugim ramiączku.

-

Przysięgam, Kay. Masz moje słowo. - Ujął jej rękę i odsunął delikatnie. Wsunął

dłoń  pod  cienki  materiał  i  gładził  dziewczynę  po  ramieniu,  a  potem  objął  palcami

miękką  wypukłość  jej  piersi.  Z  krzykiem  wygięła  się  w  łuk  i  poddała  całkowicie

dręczącemu ją pożądaniu. Wplotła palce we włosy Jake'a i przytuliła się do mego.

Wziął  ją  na  ręce  i  ruszył  do  sypialni.  Kopnął  w  drzwi,  żeby  je  otworzyć.  Buty

zostawił  na  progu.  Przeszedł  szybko  pokój  i  położył  Kay  na  łóżku.  Leżąc  na

poduszkach  próbowała  niezdarnie  rozpiąć  mu  pasek.  Różowy  kostium  kąpielowy

zsunął się do talii. Jake zdarł z siebie ubranie, nim zdążyła uporać się ze swoim.

Wszystko  już  zostało  powiedziane.  Postąpili  właściwie.  W  sierpniu  postara  się

odzyskać równowagę. A na początku września...

-

Kay -  szeptał  Jake.  Usta  mężczyzny  dotknęły  jej  skroni,  potem  szyi  i

zagłębienia między piersiami. Powoli zsuwał z niej kostium.

-

Marzyłam, że to nastąpi - wyznała mu, gdy całkiem nią zawładnął. Ręce i usta

Jake'a  błądziły  nieustannie  po  ciele  Kay.  Włosy  na  jego  piersi  łaskotały  sutki

dziewczyny,  które  natychmiast  stwardniały.  Oddając  pieszczoty  głaskała  go  po

plecach, udach i biodrach. Słyszała, jak imię, które powtarzał raz po raz, przechodzi w

gardłowy, niecierpliwy jęk.

-

Teraz - szepnął Jake. Rozsunęła uda. Krzyknęła pod wpływem jego pieszczot i

zarzuciła mu ramiona na szyję. Zwodził ją.

-

Jake - szepnęła dotykając ustami jego szyi. Żar płynął przez nią jak wielka fala.

Otworzyła oczy i zobaczyła, że Jake się uśmiecha.

-

Kay,  najmilsza. -  Pragnęła  go  coraz  bardziej.  Czuła,  że  cały  świat  rozpada  się

na kawałki. Zadrżała i zatonęła całkiem w ogromnej fali.

-

Jake - wyrwało jej się znowu. Przesunął w dół rękę dziewczyny i krzyknął, gdy

zacisnęła palce. Szybko nakrył jej ciało swoim i szepnął:

-

Teraz, Kay. Razem.

background image

89

Wszedł  w  nią  powoli.  Uniosła  się  lekko.  Odnaleźli  wspólny,  odwieczny  rytm.

Razem wspinali się na grzbiet wielkiej fali, zatracając się całkowicie, czując żar, który

przenikał ich ciała.

-

Dalej, Jake! - krzyknęła. Poruszała się razem z nim. Unosił ją ze sobą ku falom,

które obmywały ich ciała, aż doszedł tam, gdzie zapomniał o całym świecie. Zadrżał i

objął  ją  mocniej,  jakby  zostali  na  zawsze  zamknięci  w  tej  krótkiej  chwili,  która

mogłaby trwać całe życie.

ROZDZIAŁ ÓSMY

Drzemali przez jakiś czas. Prawie nic do siebie nie  mówili.  Wystarczyło im,  że są

razem, we dwoje, choć wiedzieli, że ta chwila musi przeminąć. Wykąpali się. Jeszcze

jeden pocałunek; potem trzeba się było ubrać i pożegnać.

Jake dotrzymał słowa. Po powrocie do domu spakował się, zabrał córkę i wyjechał

do Maine. Zrobił to, co musiał. Wybrali najlepsze rozwiązanie. Tego właśnie chcieli.

Tak  postanowili,  nim  rzuciła  mu  się  w  ramiona,  i  potem,  kiedy  całowali  się

nieprzytomnie, i gdy dali wreszcie upust namiętności silniejszej niż wszystko, co Kay

potrafiła sobie dotąd wyobrazić.

Tak  jest  najlepiej,  powtarzała  Kay  następnego  dnia.  Nie  dziwiło  jej,  że  czuje  się

wyczerpana,  ale  miała  też  nadzieję,  że  samotność  przyniesie  ulgę  i  przynajmniej

trochę uspokoi skołatane nerwy. Zawiodła się jednak. Popłakiwała często i dręczyły ją

wyrzuty sumienia. Zastanawiała się nad sobą nieustannie, próbując dojść, co naprawdę

czuje do tego mężczyzny.

Kay  była  nieszczęśliwa,  ale  swoją  pracę  w  klubie  wykonywała  bez  zarzutu.  Trzy

tygodnie  później  wzięła  udział  w  regatach  jako  jedna  z  organizatorek.  Wielu

zawodników  wspominało  odniesione  w  wielkim  stylu  zwycięstwo  Jake'a  i  Kay.

Dziewczyna przyglądała się im podejrzliwie. Czy domyślają się czegoś? A może już ją

potępiają?

Dlaczego, ilekroć ktoś wymienił jego imię, wzdychała, pociły jej się dłonie, a serce

waliło jak oszalałe? Chociaż czuła się nieszczęśliwa, udręczona wyrzutami sumienia i

przerażona,  tęskniła  za  Jakiem  i  chciała  z  nim  być.  Brakowało  jej  tamtych  szczerych

rozmów, wyznań i marzeń.

background image

90

Jego dotknięcie. Wystarczył byle pretekst, żeby powróciło wspomnienie o dłoniach

Jake'a  błądzących  po jej  ciele.  Ilekroć  o  nim  pomyślała,  oblewała  się  rumieńcem.

Zdarzało  jej  się  to  bardzo  często.  Czas  i  miejsce  nie  miały  znaczenia.  Dlaczego  nie

potrafiła  odsunąć  od  siebie  tych  myśli?  Odpowiedź  była  prosta:  kochała  Jake'a

Bishopa.

-

Kocham go - szeptała do siebie, jakby się obawiała, że wypowiadając głośno te

słowa  ściągnie  na  siebie  karę  niebios.  Nie  można  było  sobie  wyobrazić  gorszej  pory

dla takiego uczucia, trudniejszej sytuacji życiowej ani mężczyzny, który byłby dla Kay

większym zagrożeniem, ale to jego wybrała i nic poza tym się nie liczyło.

Minęły  prawie  dwa  tygodnie.  Kay  dostała  pocztówkę  od  Whitney.  Przeczytała  ze

wzruszeniem  dziecięce  bazgroły.  Dziewczynka  napisała: Tęsknię  za  tobą.  Tu  jest

fajnie. Całuję, Whitney.

Ja też za tobą tęsknię, pomyślała Kay, i tęsknię za twoim tatą.

Po trzech tygodniach Kay zaczęła odzyskiwać równowagę. Jake nie odezwał się do

niej. Lato powoli dobiegało końca.  Prowadzony  przez nią kurs okazał się znakomity.

Pewnego dnia wywieszała na tablicy ogłoszeń wyniki regat. Na molo spotkała Davida

Morrowa.

-

Doskonale się spisałaś tego lata - zaczął.

-

Praca daje mi wiele radości.

-

Widać,  że  ją  lubisz.  Potrafiłaś  zarazić  swoim  entuzjazmem  młodszych

instruktorów. Wprowadziłaś też wiele zmian, które od dawna były konieczne.

-

Dzieci  z  tego  klubu  mają  wielkie  możliwości.  Sądzę,  że  udało  mi  się  to

wykorzystać.

-

Chcemy,  żebyś  do  nas  wróciła  w  przyszłym  roku.  Będziesz  mogła  zdziałać

jeszcze więcej.

-

Bardzo bym tego chciała, Davidzie - odparła z uśmiechem.

-

Byfield jest uroczym miastem.

-

O tak. Pokochałam je tego lata.

Dawid Morrow spojrzał na nią z ciekawością.

-

Za dwa tygodnie zaczynam pracę w Williston Academy - pospiesznie wyjaśniła

Kay. - Aż trudno uwierzyć, że wakacje minęły tak szybko.

background image

91

Komandor błądził spojrzeniem po zatoce.

-

Miałaś wiadomości od Jake'a?

-

Nie. Wcale się ich nie spodziewałam. Dostałam pocztówkę od Whitney.

-

Ellen i ja również. Brakuje nam tej małej.

-

Mnie także.

-

Kay,  nie  pomyśl,  proszę,  że  wypytuję  o  twoje  życie  prywatne,  ale  jako

komandor  chcę  mieć  pewność,  że  zatrudniamy  w  klubie  osoby  o  najwyższych

kwalifikacjach. Zdaniem zarządu, ty do takich właśnie należysz.

-

Dzięki za miłe słowa.

-

Chodzi  mi  o  to,  że  ty  i  mój  syn...  Jeśli  między  wami  zaszło  coś,  co

przyspieszyło  jego  wyjazd...  Jake  nigdy  nie  opuszcza  Byfield  w  środku  sezonu

żeglarskiego. Czy wy się pokłóciliście? Obawiam się, że to mogłoby mieć jakiś wpływ

na twoją decyzję. Nie wiem, czy zechcesz do nas wrócić.

Serce  Kay  biło  tak  mocno,  jakby  to  Jake  we  własnej  osobie  niespodziewanie

pojawił się na przystani.

-

Widywałam  się  z  Jakiem,  by  rozmawiać  o  Whitney,  Davidzie.  Troska  o  nią

była  podstawą  naszej  przyjaźni.  Nic  więcej.  Bardzo  chciałabym  pozostać  w  klubie

jako szef szkolenia i nie dopuszczę, żeby jakieś sprawy osobiste mi to uniemożliwiły.

David Morrow bez słowa skinął głową. Była mu wdzięczna, że miał dość taktu, by

przyjąć za dobrą monetę jej naiwne wyjaśnienia.

-

Do  niedawna  nie  miałaś  pojęcia,  kim  jestem  dla  Jake'a.  Chyba  niewiele

opowiadał ci o rodzinie.

-

Przyznał, że jako młody chłopak przysporzył ci wiele zmartwień.

-

Z czasem każdy zaczyna rozumieć, jakie popełnił błędy. Zbytnio się upierałem,

że powinien we wszystkim naśladować swego rodzonego ojca.

-

Davidzie, nie musisz ze mną o tym rozmawiać.

-

Nie muszę. Chyba, że naprawdę zależy ci na Jake'u.

Kay spojrzała mu prosto w oczy. Nieważne, co z nich wyczyta.

-

Przypuszczam, że tak właśnie jest - oznajmił, kładąc rękę na jej ramieniu. - Jake

to wspaniały człowiek o wielkich zdolnościach, ale nie potrafił znaleźć sobie w życiu

miejsca. Zawsze tak było. Szukał czegoś, czego nikt z nas nie potrafił mu dać.

background image

92

-

Może chciał się przekonać, że gdzieś jest naprawdę potrzebny.

-

Chodziło raczej o to, żeby go ktoś potrzebował i kochał takim, jaki jest. Jake źle

się  obchodzi  z  tymi,  którym  jest  najdroższy.  Ku  naszemu  zaskoczeniu  bardzo  się

zmienił  tego  lata.  Jeśli  nawet  wasza  znajomość  jest  tylko  platoniczna,  masz  na  niego

wielki i bardzo dobry wpływ. To się rzuca w oczy.

Kay przypominała sobie często słowa Davida: Jake źle się obchodzi z tymi, którym

jest  najdroższy.  Przez  cztery  tygodnie  nie  dał  znaku  życia.  Orzeźwiające  powietrze

Maine i surowy morski klimat musiały zdziałać cuda.

Czas  i  ciężka  praca  uspokoiły  Kay.  Prowadziła  zajęcia  podsumowujące  cały  kurs,

nadzorowała  inwentaryzacje  oraz  konserwację  sprzętu,  a  także  uczestniczyła  w

przygotowaniach do ceremonii rozdania nagród.

Sezon  kończył  się  oficjalnie  balem,  wydawanym  przez  komandora  w  pierwszy

poniedziałek września, z okazji krajowego święta pracy. Kay przystała na propozycję

Jeanne  Porter,  której  szwagier  przyjechał  z  San  Francisco  w  interesach  i  zgodziła  się

towarzyszyć  mu  na  balu.  Musiała  przecież  udawać,  że  prowadzi  jakieś  życie

towarzyskie.  Chciała  też,  by  David  Morrow  przekonał  się,  że  i  ona  ma  wielu

znajomych.

Kay  często  widywała  komandora.  Nie  wspominał  więcej  o  synu.  Z  początkiem

września  udało  jej  się  nabrać  dystansu  do  swoich  marzeń  o  Jake`u.  Nie  były  już  tak

natrętne  jak  przedtem.  Cieszyła  się,  że  pójdzie  na  bal  i  miała  wrażenie,  że  całkiem

odzyskała równowagę.

Nadszedł  świąteczny  dzień,  a  z  nim  ceremonia  rozdania  nagród,  w  której

uczestniczyli  wszyscy  członkowie  klubu.  W  obszernej  sali  ustawiono  rzędy  krzeseł.

Zjawiło się prawie sto osób. Panie, panowie i dzieci czekali na coroczne sprawozdanie

i zabawne anegdoty z minionego sezonu.

Zebraniu  przewodniczył  komandor  David  Morrow.  Włożył  na  tę  okazję  galowy

mundur.  Przedstawił  zebranym  Kay,  która  miała  wręczać  nagrody  najmłodszym

żeglarzom.  Członkowie  klubu  oklaskiwali  ją  gorąco.  Dziewczyna  podziękowała  i

poprosiła o podobny aplauz dla swoich instruktorów. Kolejno wyczytywała nazwiska i

wręczała  puchary  oraz  dyplomy  swoim  uczniom,  aż  wreszcie  wzięła  do  ręki  pięknie

wygrawerowaną plakietkę.

background image

93

-

Największe  postępy  wśród  najmłodszych  zrobiła  Whitney  Bishop,  która

uczestniczyła  w  zajęciach  lipcowych,  a  w  sierpniu  wyjechała  do  Maine  i  tam  pilnie

trenowała. Nie ma jej dzisiaj. Może komandor Morrow zechce odebrać nagrodę...

-

Tu jestem! - Kay usłyszała cienki głosik, dobiegający z końca sali. Rozglądała

się, czując, że po raz pierwszy od wielu dni jej serce znowu bije mocniej.

-

Chodź  tu  do  nas,  Whitney. -  Czekała,  aż  dziewczynka  wbiegnie  na  estradę.

Córka  Jake'a  ubrana  była  w  białą  letnią  sukienkę.  Kolano  miała  zabandażowane,  a

włosy jak zawsze potargane.

-

Już wróciłam! - oznajmiła.

-

W  samą  porę -  odparła  Kay,  pochyliła  się  i  uścisnęła  jej  rękę. -  Gratuluję.

Cieszę się, że tu jesteś.

-

Dzięki. Ale mi dali nagrodę.

-

Zasłużyłaś na nią.

-

Patrz,  co  dostałam,  dziadku! -  Whitney  pokazała  komandorowi  plakietkę,

zbiegła po stopniach estrady i zniknęła w tłumie dorosłych.

Kay  obserwowała  dziewczynkę,  świadoma,  że  komandor  przez  cały  czas  się  jej

przygląda.  Nie  dostrzegła  Jake'a  wśród  uczestników  ceremonii.  Z  trudem  wróciła

myślami  do  swoich  obowiązków.  Odchrząknęła  i  przez  chwilę  szukała  w  popłochu

kolejnego nazwiska na długiej liście nagrodzonych.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Świąteczny  wieczór był ciepły. Uroczysty  bal odbywał się w  budynku klubu. Salę

przystrojono  koszami  kwiatów,  a  pod  sufitem  zawieszono  kolorowe  żagle.  Księżyc

oświetlał  jachty,  kołyszące  się  na  falach  pojedyncze  mewy,  które  pikowały  w  dół  i

przysiadały aa wodzie.

Kay  włożyła  bladoróżową  jedwabną  suknię.  Cienka  tkanina  miękko  otulała  jej

sylwetkę. Kolor doskonale pasował do jasnych włosów, które upięła w luźny węzeł na

czubku  głowy.  Włożyła  letnie  pantofelki  na  niskim  obcasie,  złote  okrągłe  kolczyki  i

bransoletkę.  Zrobiła  ogromne  wrażenie  na  wszystkich,  którzy  widywali  ją  przez

dziesięć tygodni w szortach, dżinsach, bawełnianych bluzkach i kamizelce ratunkowej.

background image

94

Gdy przechodziła, odwracały się wszystkie głowy, a komplementy sypały się zewsząd

jak konfetti.

Jeffrey  Porter,  który  dotrzymywał  jej  towarzystwa,  okazał  się  przemiłym

kompanem i doskonałym tancerzem.

-

Kay,  ogromnie  się  cieszę,  że  przyszłaś –  oświadczył  komandor,  gdy  podeszła,

żeby mu przedstawić swego znajomego.

-

Wspaniale kończymy to lato - odparła Kay.

Jeff  poprowadził  ją  na  parkiet.  Tańczyli  w  rytm  wolnej  melodii.  Kay  przebiegła

spojrzeniem  po  sali.  Nagle  potknęła  się.  Jake  Bishop,  równie  elegancki  jak  wszyscy

inni  mężczyźni, stał niedaleko w towarzystwie ciemnowłosej kobiety  i śmiał się.  Nie

widziała jego twarzy. Ową brunetką była Emily Bianco. Kay zadrżała na widok Jake'a.

Nie  spodziewała  się,  że  go  tu  spotka.  Gdy  zaczął  się  odwracać,  musiała  chwycić

mocniej ramię swego partnera.

-

Przypuszczam,  że  zostaniesz  królową  balu.  Podobno  doskonale  poprowadziłaś

tegoroczny kurs – rzekł uprzejmie Jeff.

Kay odwróciła głowę i próbowała się skupić. Krążyli w tańcu po parkiecie.

-

Musisz  wiedzieć,  że  nikt  mnie  tu  dotąd  nie  widział  w  wieczorowej  sukni. -

Podniosła  oczy. -  Większość  czasu  spędzałam  na  górze,  porządkując  stare  rupiecie,

albo na przystani, gdzie musiałam mieć oko na rozbrykane pociechy tańczących w tej

sali rodziców.

Zamierzała coś jeszcze opowiedzieć, ale Jeff odwrócił głowę. To Jake dotknął jego

ramienia  i  przedstawił  się.  Uścisnęli  sobie  ręce.  Jake  zaczął  rozmowę  o  zajęciach

najmłodszej  grupy  uczestników  kursu  i  zręcznie  doprowadził  do  zmiany  partnerek.

Zanim Kay zdążyła ochłonąć, sunęła po parkiecie w jego ramionach.

Czuła  znowu  siłę  uścisku  Jake'a,  dotykała  skronią  jego  twarzy.  Z  najwyższym

trudem zachowywała w tańcu stosowną odległość.

-

Witaj - powiedziała, żeby przerwać milczenie.

-

To był długi miesiąc.

-

Dla mnie również.

-

Nie sądziłam, że tu przyjdziesz.

background image

95

-

Ja  również  nie  oczekiwałem  takiego  spotkania -  rzekł  cicho. -  Twój  znajomy

gapił się na ciebie przez cały czas.

-

Skąd wiesz? - zapytała, a on przytulił policzek do jej skroni.

-

Też się na ciebie gapiłem.

-

Jake -  szepnęła,  czując  na  plecach  rozkoszne ciepło  jego  dłoni. -  Ale

przyszedłeś tu z Emily.

-

Poprosiła  mnie  o  to  przed  wieloma  tygodniami -  odparł  z  naciskiem. -  To

zaproszenie było jednym z powodów, dla których wolałem pojechać do Maine.

-

Były też inne.

-

Owszem,  były. -  Obejmował  ją  coraz  mocniej.  Czuła  promieniujące  z  niego

ciepło,  które  przenikało  każdą  cząstkę  jej  ciała. -  Miałem  nadzieję,  że  jeśli  wyjadę,

zdołam uporządkować myśli i uczucia.

-

Komandor twierdzi, że zdobyłeś się na wielkie wyrzeczenie, żeby dokonać tego

rachunku sumienia.

-

Kto jest w rozpaczliwym położeniu, chwyta się środków ostatecznych.

-

Mówisz o nas?

-

Czy  tego  chciałaś?  Dokąd  nas  zaprowadzą  nieszczere  rozmowy  i  wymuszona

rozłąka?  Udało  ci  się  o  mnie  zapomnieć?  Czy  uwierzyłaś  choćby  na  chwilę,  że  się

ciebie wyrzeknę?

-

Nie tak to miało wyglądać. Przedtem zdecydowaliśmy inaczej.

-

Nieważne,  co  było  przedtem.  Sytuacja  się  zmieniła.  Kochałem  się  z  tobą  i

równie dobrze mogę powiedzieć, że ty kochałaś się ze mną. Teraz wszystko wygląda

inaczej.

-

Jake! - syknęła Kay, spoglądając na innych tancerzy, jakby oczekiwała od nich

pomocy. Na szczęście muzyka przestała grać, zatrzymali się i popatrzyli sobie w oczy.

-

Kay,  bez  wątpienia  coś  nas  łączy.  To  uczucie  sprawia,  że  po  raz  pierwszy,

odkąd  sięgam  pamięcią,  mam  wrażenie,  że  żyję  pełnią  życia.  Nie  oczekiwałem  tego

spotkania,  nie  byłem  na  to  przygotowany.  Musiałem  mocno  wziąć  się  w  garść,  gdy

ujrzałem cię z daleka. A teraz... - Objął spojrzeniem jej suknię i falującą niespokojnie

pierś.  Na  koniec  zajrzał  w  jej  szeroko  otwarte,  rozświetlone  oczy. -  Kiedy  cię  taką

widzę, wszystkie postanowienia, które podjąłem w swojej kryjówce w Maine, biorą w

background image

96

łeb. -  Nim  zdążyła  coś  powiedzieć,  odwrócił  się  i  pomachał  Jeffowi  i  Emily. -  Moja

znajoma  jest  bardzo  wyrozumiała,  zważywszy,  że  prawie  się  do niej  nie  odzywałem,

odkąd tu przyszliśmy - dodał i ruszył w ich stronę.

Przez  resztę  wieczoru  Kay  toczyła  ze  sobą  nieustanną  walkę.  Zaplątała  się  we

własne  uczucia  jak  w  gęstą  sieć.  Na  przemian  szukała  oczyma  Jake`a  Bishopa,  to

znów  obojętnie  go  unikała.  Tęskniła  za  nim  tak  bardzo,  że  budziło  to  w  niej

zdumienie.  Próbowała  sobie  udowodnić,  że  jest  zupełnie  spokojna,  ale  mimo

najszczerszych chęci wcale jej się nie udawało. To minie, powtarzała w duchu tysiące

razy, na pewno minie.

Nie  minęło.  Przez  cały  miesiąc  próbowała  zapomnieć  o  strasznej  tęsknocie.  Ten

jeden miesiąc ciągnął się jak rok.

Na samą myśl o tym, że Jake mógłby ofiarować innej kobiecie choćby małą cząstkę

tego, co kiedyś dał jej, czuła się okradziona. Świąteczny wieczór był dla niej torturą.

Oboje  krążyli  wśród  gości,  tańczyli,  jedli  i  żartowali  ze  znajomymi,  ciągle  odsunięci

od  siebie  na  długość  ramienia,  stołu,  parkietu.  Ta  przymusowa  rozłąka  wzmagała  w

niej pożądanie, a uczucie zawodu sprawiło, że posmutniała.

Jeff  wcześnie  odwiózł  ją  do  domu  i  szczerze  podziękował  za  udany  wieczór.

Zaproponował, żeby się spotkali, gdy znowu odwiedzi Byfield.

-

Przyjedź  do  San  Francisco,  na  pewno  ci  się  spodoba -  dodał  z  uśmiechem.

Uprzejmie przyznała mu rację i podziękowała za towarzystwo.

Weszła do domu. Trochę zmarzła, bo zrobiło się chłodno. Była zbyt rozdrażniona,

by  zasnąć.  Zmieszanie  i  radość  nie  pozwalały  jej  się  uspokoić.  Nalała  sobie  trochę

sherry, usiadła i sączyła wolno alkohol. Poderwała się, usłyszawszy pukanie do drzwi.

W świetle latarni zobaczyła Jake'a.  Wciąż  miał na sobie wieczorowe ubranie. Gdy

otworzyła, bez słowa wszedł do środka.

-

Nie najlepszy miałeś pomysł przychodząc tu - zaczęła.

-

Wiedziałem,  że  tak  uważasz  i  właśnie  dlatego  przyszedłem.  Powiedz  mi  to

prosto  w  oczy.  Powiedz  mi,  że  nie  marzyłaś  o  tym,  że  popełniliśmy  błąd,  że  tylko

głupiec może myśleć inaczej. - Chwycił ją za obnażone ramiona. - Powiedz mi to.

Kay podniosła głowę, żeby widzieć dokładnie jego twarz. Policzki jej płonęły, & w

uszach czuła oszalałe pulsowanie krwi.

background image

97

-

Nie potrafię - szepnęła.

Bez  słowa  przyciągnął  dziewczynę  do  siebie.  Zaczął  ją  całować  już  w  holu  i  nie

przerywał  ani  na  chwilę  idąc  do  sypialni.  Stali  w  półmroku.  Z  salonu  wpadało  nieco

światła. Nie mówiąc ani słowa dotknął jej pleców i rozpiął sukienkę. Zaledwie poczuła

jego dotyk, wygięła się w łuk. Jęknął i zaczął się pospiesznie rozbierać. Całował Kay

szukając wargami tych miejsc, gdzie wyczuwał pulsowanie krwi.

Gładziła jego ciało, chłonęła jego pieszczoty i odwzajemniała je.

-

Tak  bardzo  za  tobą  tęskniłem -  wyznał. -  Chciałem  być  z  tobą  każdej  nocy.

Whitney  modli  się  za  ciebie.  Wieczorami,  gdy  wymawiała  twoje  imię,  siedziałem

obok, słuchałem i myślałem o tobie.

-

Zadrżał i przesunął dłońmi po jej plecach, pieścił językiem sutki.

Przylgnął do niej całym ciałem. Każde jego dotknięcie było szybkie i niecierpliwe,

jakby  pragnął  odzyskać  chwile  stracone  podczas  rozłąki.  Kay  pożądała  go  równie

mocno, ale nawet wtedy, gdy już w nią wszedł, gdy objęła go z całych sił i odnaleźli

wspólny  rytm,  wiedziała,  że  ten  ogień  nigdy  w  niej  nie  wygaśnie.  Oddawała  się

Jake'owi i przyjmowała wszystko, co mógł jej ofiarować, ale pragnęła czegoś więcej.

-

Kocham  cię,  Kay -  szeptał  Jake. -  Kocham  cię,  bo  rozumiesz  moją  córkę,

kocham cię za to, jak postępujesz, czujesz i myślisz. Jesteś cudowna! - Przytulił twarz

do jej szyi i przylgnął do Kay całym ciałem. Zawładnął nią całkowicie. Pogrążyli się

bez reszty w przejmującej rozkoszy, która oddzieliła ich od reszty świata.

Nasyceni i zadowoleni, odpoczywali przez chwilę, leżąc bez ruchu.

-

Możesz zostać? - zapytała Kay. Jake odsunął się na chwilę i sięgnął po zmięty

koc, którym się przykryli.

Objął ją mocno, nim zasnęli.

Delikatne łaskotanie w szyję obudziło Kay o świcie.

-

Dzień dobry - szepnął, zanurzając palce w jej włosach i całując plecy.

-

Jake - mruknęła i odchyliła głowę.

-

Powiedz to jeszcze raz - szepnął i objął dłońmi jej piersi. Czuła, że jest w nich

nadal żar wczorajszej nocy, rozgrzewający delikatną skórę, której dotykał.

background image

98

-

Wyjątkowo namiętna kobieta. - Słowa zamarły mu na wargach. Przesunął ręką

po  jej  udach  i  cicho  jęknął. -  Wiedziałem  to  od  samego  początku,  od  tamtego

spotkania w żaglowni.

-

To  miłość -  szepnęła.  Odwróciła  się  pod  kocem  i  zaczęła  odwzajemniać

pieszczoty.  Od  razu  stracił  ochotę  do  rozmowy  i  pomrukiwał  cicho.  Głaskała  go

czubkami  palców,  aż  poczuła,  że  nie  mogą  dłużej  zwlekać.  Jake  stał  się  nagle

zdecydowany i zaborczy. Całował ją z pasją i żądał coraz więcej. Uległa mu. Po chwili

znów leżeli obok siebie, wyczerpani i spleceni ciasnym uściskiem.

-

Mówiłeś coś do mnie - szepnęła, gdy udało jej się nareszcie przemówić.

-

Od  pierwszego  spotkania  wiedziałem,  że  tak  się  stanie.  Kiedy  obserwowałem

cię przy pracy i kiedy jedliśmy homary, wiedziałem, że to miłość.

-

Owszem, Jake, ale spadło to na mnie w najmniej odpowiednim momencie.

-

Nie całkiem się z tobą zgadzam.

-

Muszę pamiętać o sprawach dla mnie podstawowych.

-

Czas  powrócić  do  rzeczywistości. -  Jake  ułożył  się  na  wznak  i  wbił  oczy  w

sufit.

-

Żyjemy  w  niej  przez  cały  czas. -  Kay  oparła  się  na  łokciu. -  Dokąd nas

zaprowadzi ten związek?

-

Nie  potrafię  ci  teraz  odpowiedzieć,  ale  jestem  pewny,  że  nie  możemy  się

rozstać. Żadne z nas nie powinno udawać, kłócić się i zaprzeczać faktom. Kocham cię,

Kay. Chcę, żeby nasza miłość trwała, chcę być wobec ciebie uczciwy i znaleźć dla nas

jakaś przyszłość. Pochyliła się i pocałowała go.

Kay nieustannie myślała o tym, że Jake ją kocha. To nadawało sens dniom, nocom i

marzeniom, ale budziło również obawy, ponieważ oboje mieli tak wiele do stracenia.

Nawet  gdyby  zerwali,  nie  byłoby  to  prawdziwe  rozstanie.  Każdego  lata  spotykałaby

Jake'a na przystani. Whitney, jak zwykle, psociłaby podczas zajęć żeglarskich.

A  Williston  Academy? Jeszcze  nie  zagrzała  miejsca  w  tej  szkole,  a  przecież  i  tam

nie  zdoła  uciec  przed  Jakiem.  Będzie  go  spotykała  na  korytarzach,  w  pokoju

nauczycielskim, na zebraniach.

Dni  mijały,  a  Kay  rozważała  starannie  argumenty:  z  jednej  strony  marzenia,  z

drugiej rzeczywistość, sama nie potrafiła określić, co będzie dla niej najlepsze.

background image

99

Członkowie klubu żeglowali wprawdzie aż do początku października, ale wypełniła

już  wszystkie  swoje  zobowiązania  i  mogła  skupić  całą  uwagę  na  pracy  w  szkole.

Czekało  ją  prawdziwe  wyzwanie.  Miała  zachęcić  gromadę  uczniaków  do

zainteresowania się językiem i literaturą.

Z  początkiem  roku  szkolnego  Kay  i  Jake  zaczęli  się  spotykać  ukradkiem,  ale

regularnie. Wiele czasu spędzali z Whitney, postanowili jednak nic jej nie mówić.

-

Nie będę się jej czepiać - obiecała Kay z uśmiechem.

-

Moje dawne przyjaciółki nie miały tyle wyczucia - odparł Jake

-

One próbowały zdobyć to, co mnie się dostało.

-

Żadna nie miała szans. - Jake objął ją mocno. - Odtąd nie istnieją dla mnie inne

kobiety.

Znaleźli młodą opiekunkę, którą Whitney bardzo polubiła i spotykali się ukradkiem

jak  para  oszołomionych  miłością  nastolatków.  Mimo  wszystko  zawsze  pamiętali,  że

Jake  musi  punktualnie  wrócić  do  domu.  Spędzali  razem  niedzielne  popołudnia,  a

potem jedli kolację z Whitney u Jake`a albo u Kay. Panna McCormick zakochała się

bez pamięci.

Pewnego dnia Whitney przyszła do domu Kay z wizytą i miała u niej przenocować.

Wypożyczyły  parę  kaset  i  przygotowały  sobie  prażoną  kukurydzę.  Whitney

zachowywała  się  bardzo  spokojnie.  Może  dlatego,  że  po  raz  pierwszy  spędzamy

wieczór  tylko  we  dwie,  pomyślała  Kay.  O  wpół  do  dziesiątej  zaprowadziła

dziewczynkę do pokoju gościnnego.

-

Dobrze się bawiłaś? - zapytała.

-

Oczywiście.

-

Zawsze byłaś małą gadułą, a dziś jesteś taka cichutka.

-

Myślę, że tata cię kocha - oznajmiła dziewczynka, wtulając głowę w poduszkę.

- Ty go też kochasz?

-

Tak. -Kay pochyliła się i pocałowała ją w czoło. Whitney milczała. - Uważasz,

że to dobrze?

-

Chyba tak.

-

Ale nie jesteś całkiem pewna? - Kay czuła ucisk w gardle.

-

Mam jeszcze Schoonera.

background image

100

-

Whitney,  pewnie,  że  masz  Schoonera,  ale  tata  wcale  cię  nie  opuścił.  Zawsze

będzie  cię  kochał.  Jesteś  dla  niego  najważniejsza  na  świecie.  Nigdy  nie  przestanie

kochać swojej córeczki.

-

Ciągle wychodzi, zostawia mnie samą, żeby się z tobą zobaczyć.

-

Kochanie moje, tak ci się tylko wydaje. Tata naprawdę nie chce, żebyś się czuła

opuszczona. Spotykaliśmy się tylko we dwoje, ale to nie oznacza, że tata mniej ciebie

kocha.

-

On się czasem na mnie wścieka.

-

To dlatego, że mu na tobie zależy. - Kay wygładziła kołdrę. - Jesteś zła na tatę

za to wszystko?

-

Tak -  odparła  dziewczynka  po  chwili  milczenia -  ale  jak  mu  powiem,  to  się

wścieknie.

-

Nie  pozwolimy  na  to.  Teraz  wiem,  co  czujesz.  Twój  tata  i  ja  postępowaliśmy

chyba niewłaściwie. Powiesz mu, co o tym myślisz?

-

Jego to nie obchodzi.

-

Ależ  obchodzi.  I  mnie  również.  Och,  Whitney,  ogromnie  cię  lubię.  Zresztą

najpierw polubiłam ciebie, a dopiero później twego tatę.

-

Naprawdę?

-

Pamiętasz, jak przyjechałam do was, żeby o tobie porozmawiać?

-

Bo okropnie rozrabiałam na zajęciach.

-

Wiem, że tęsknisz za mamą. - Kay głaskała Whitney po włosach.

-

Ale już się tak bardzo nie boję.

-

Mama się z tego ucieszy - powiedziała Kay i pocałowała małą. - Whitney, czy

obawiasz się, że tata cię zostawi?

-

Co ze mną będzie, jeśli odejdzie do ciebie?

-

To niemożliwe. On zawsze będzie twój. Wierzysz mi?

-

Chyba tak.

-

Czy  chodzi  o  to,  że  zbyt  często  zostawiamy  cię  z  opiekunką? -  Dziewczynka

przytaknęła. - Porozmawiam o tym z twoim tatą.

-

Naprawdę z nim porozmawiasz? Obiecujesz?

-

Obiecuję!

background image

101

-

To dobrze. - Whitney westchnęła i uśmiechnęła się.

-

Zmów modlitwę i zaśnij. Jutro usmażymy sobie naleśniki. Nauczę cię malować

pastelami.  Mogłabyś  namalować  dwa  obrazki.  Jeden  dasz  tacie,  a  drugi  wyślesz

mamie do Szwajcarii.

-

Zgoda - szepnęła dziewczynka i zamknęła oczy.

Kay zgasiła światło i zatrzymała się na chwilę w drzwiach. -Kay?

-

Słucham.

-

A  jeśli  kiedyś  ty  i  tata  przestaniecie  się  kochać?  Tak  przecież  było  z  moimi

rodzicami. Czy mimo wszystko będę cię mogła wtedy odwiedzać?

-

Zawsze  będziesz  najmilszym  gościem -  odpowiedziała  zdławionym  głosem

Kay.

-

Whitney musi wiedzieć, że nic i nikt jej nie usunie z twego życia - szeptała, gdy

Jake  całował  jej  szyję. -  Nie  będziemy  się  umawiać  i  zostawiać  jej  z  opiekunką.  Od

dziś spotykamy się we trójkę.

-

Ani chwili tylko dla nas dwojga? Jeśli zabronisz mi się z tobą kochać...

-

Mówię poważnie.

-

Wiem. -  Jake  westchnął  i  odsunął  się. -  Sam  powinienem  był  zrozumieć,  o  co

małej chodzi, co ją gnębi.

-

Za mało z nią przebywałeś.

-

Chciałem być z tobą. - Jake przeczesał dłonią włosy.

-

To również  moja wina. Od dziś  Whitney  musi uczestniczyć we wszystkim, co

robimy.

-

Myślisz, że czas na to?

-

Kocham cię, Jake. Twoja córka musi się przekonać, że to jej nie zagraża.

Whitney  obchodziła  urodziny  w  połowie  października.  Od  wielu  dni  Kay  nie

spotykała  się  z  Jakiem  sam  na  sam,  ale  warto  się  było  zdobyć  na  takie  wyrzeczenie.

Dziewczynka  odżyła.  Urodzinowe  przyjęcie  odbywało  się  w  ogrodzie  komandora,

rozjaśnionym  jesiennymi  kolorami.  Kay  przygotowała  wspaniałą  niespodziankę -

ucztę  dla  dwunastu  koleżanek  Whitney.  Było  ciasto  domowej  roboty  i  mnóstwo

jedzenia. Dziadkowie solenizantki kucharzyli na świeżym powietrzu.

background image

102

-

Jest  uszczęśliwiona -  rzekł  David  Morrow.  Przewrócił  hamburgery  na  drugą

stronę  i  spojrzał  na  wnuczkę,  buszującą  po  ogrodzie.  Oglądała  prezenty,  a  Jake

próbował utrzymać jaki taki porządek. - Jej ojciec też wygląda na szczęśliwego - dodał

po chwili.

-

Naprawdę tak uważasz? - Kay starannie przesypywała chrupki do koszyczków.

-

Powiedziałbym,  że  przepełnia  go  radość.  Rzadko  bywał  dotąd  czymś

uradowany. - David przełożył hamburgery na półmisek. - Jestem ci za to wdzięczny.

-

Ja również odczuwam radość - odrzekła Kay i uśmiechnęła się do komandora.

-

Jeśli  niczego  nie  przegapisz,  to  spodziewam  się,  że  będziecie  we  troje  bardzo

szczęśliwi. Czasami trzeba walczyć do upadłego, jeśli nagroda jest tego warta.

-

Mówisz tak, jakbyś sam miał za sobą ciężkie zmagania.

-

Matka  Jake'a  i  ja  bardzo  wcześnie  straciliśmy  najbliższe  osoby.  Kiedy

zakochałem  się  w  Ellen,  musiałem  rozstrzygnąć,  czy  to  prawdziwa  miłość,  czy  tylko

poczucie winy. John zginął tragicznie.

-

Uratował twoje dzieci.

-

Jake  nie  był  jedynym  człowiekiem  w  tej  rodzinie,  który  musiał  dorównać

ideałowi.

-

Jeszcze nie jest za późno, żebyś mu o tym powiedział.

-

Owszem - rzekł komandor. - Nigdy nie jest za późno.

Gdy  przyjęcie  się  skończyło,  Kay  odprowadziła  Jake'a  i  jego  córkę  do  domu.

Schooner potulnie szedł obok nich na smyczy. Sprzątali właśnie kolorowe opakowania

i porozrzucane pudełka, gdy zadzwonił telefon.

Whitney natychmiast pobiegła do aparatu.

-

Tylko  jednej  rzeczy  brakowało. Oj,  żeby  to  było  to. -  Podniosła  słuchawkę. -

Hura!  Wiedziałam,  że  zadzwonisz,  mamusiu.  Nie  mogłaś  zapomnieć.  Myślałam,  że

będę  smutna  przez  cały  dzień,  ale  Kay  zrobiła  mi  niespodziankę  i  miałam  wspaniałe

przyjęcie. Jakoś zapomniałam, że za tobą tęsknię. Było cudnie.

Jake pokiwał głową i skrzywił się. Dziewczynka umilkła na chwilę, a potem nagle

się uśmiechnęła.

-

Naprawdę?  Świetnie.  Nie  mogę  się  doczekać.  Zgoda. -  Oddała  słuchawkę

Jake'owi. - Mama chce z tobą rozmawiać, tatusiu.

background image

103

-

Odbiorę w sypialni - zdecydował Jake i wyszedł.

-

Mamusia przyjedzie niedługo, za kilka tygodni. Przywiezie mi prezent, którego

nie można wysłać pocztą. Wiedziałam, że nie zapomni!

-

To niemożliwe, żeby mama zapomniała o czymś tak ważnym. - Kay przytuliła

dziewczynkę. -  Chociaż  musiała  wyjechać,  zawsze  będzie  twoja  mamą,  a  Jake  na

zawsze pozostanie twoim tatą.

-

Nawet gdy się z tobą ożeni?

-

Jeszcze nie myśleliśmy o małżeństwie. - Serce Kay zakołatało mocno.

-

Kochacie się, a wiec będziecie chcieli się pobrać.

-

Czy to cię niepokoi?

Whitney wzruszyła ramionami.

-

Rozmawiałaś o tym z tatą? - zapytała łagodnym głosem Kay.

-

Nie.

-

Whitney, jeśli się czegoś boisz, najlepiej o tym porozmawiać. Pamiętaj, że gdy

ukrywasz swoje troski, zawsze robi ci się smutno.

-

A gdzie ja będę, gdy się pobierzecie?

-

Z nami! - krzyknął Jake. Podbiegł i chwycił córkę w ramiona. - Zawsze z nami.

-

A kto to my?

Jake pochylił głowę i dotknął czoła dziewczynki.

-

My wszyscy. Twoja mama, ja.

-

Ale ty już nie jesteś z mamą.

-

Pragniemy, abyś wiedziała, że masz nas oboje.

-

Ty chcesz być z Kay.

-

Tak,  chcę -  odparł  Jake,  spoglądając  ponad  głową  dziewczynki. -  Mam

nadzieję, że i ty zechcesz, by z nami została, kochanie.

Zamiast odpowiedzieć, Whitney przytuliła tylko buzię do jego ramienia.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

-

Naprawdę  oczekiwałeś,  że  przez  dwa  tygodnie  wszystko  się  ułoży? -  zapytała

Kay.

-

Szczerze mówiąc, tak - przyznał Jake.

background image

104

-

Whitney jest bardziej przerażona tą sytuacją, niż przypuszczałam.

Jake  zaprowadził  Kay  do  salonu.  Głaskał  jej  kark  i  plecy  ciepłą  dłonią.  Kay

odchyliła  głowę  i  poddawała  się  jego  pieszczotom,  ale  gdy  wsunął  palce  między

guziki jej bluzki, powiedziała:

-

Jake, to nie miejsce...

-

Jak długo jeszcze? - wykrztusił.

-

Zdecydowanie za długo - odparła. Jej serce waliło jak oszalałe.

-

Dlaczego Whitney nie chce zrozumieć, że nic jej nie grozi? Przecież bardzo ją

kocham. - Jake cofnął rękę i przymknął ma chwilę oczy.

-

Z  pewnością  to  mnie  się  obawia. -  Kay  podeszła  do  okna. -  Podejrzewam,  że

kryje się za tym coś więcej, a Whitney nie potrafi jeszcze tego wyrazić.

-

Gail przyjedzie trzydziestego na cały tydzień. - Jake podszedł i pogłaskał ją po

policzku. -  Będzie  wielkie  zamieszanie.  Zmieniła  plany.  Chce  zabrać  Whitney  do

Genewy na Boże Narodzenie.

-

Co ty na to?

-

Doskonały  pomysł.  Whitney  potrzebuje  teraz  matki.  To  wspaniała  okazja.

Mogłyby razem pojeździć na nartach, odpocząć.

-

Święta bez córki? Jak je zniesiesz?

-

Już jest mi przykro, ale nie będę się sprzeciwiał. Gail bardzo tęskniła za małą, a

teraz moja kolej. - Uniósł brwi. - Znajdzie się chyba ktoś, kto mnie pocieszy?

-

Jake...

-

Chcę  się  z  tobą  ożenić,  Kay,  i  to  szybko.  Pobierzemy  się  w  czasie  ferii

świątecznych.  Wyznacz  datę.  Na  Święto  Dziękczynienia  pojedziemy  do  twojej

rodziny.  Whitney  i  ja  będziemy  się  zachowywać  bez  zarzutu.  Poznamy  twoich

rodziców,  siostrę,  krewnych  z  Berkshires,  o  których  mi  opowiadałaś.  Na  pewno  nas

pokochają.

-

W to nie wątpię.

-

Na Boże Narodzenie zaprosimy ich tutaj, żeby poznali wszystkich Morrowów.

David i Ellen będą z ciebie dumni. Oni już cię pokochali.

-

Głównie za to, że próbowałam ci pomóc. - Pocałowała go. - To się wydaje takie

proste.

background image

105

-

A  więc  postanowione.  Pobierzemy  się  na  Boże  Narodzenie.  Po  wyjeździe

Whitney ślub, wesele i miodowy miesiąc. - Roześmiał się widząc, że jest zdziwiona. -

Czy to dla ciebie taki wstrząs? Na pewno cię nie zaskoczyłem.

-

Od  dawna  marzyłam,  żeby  wyjść  za  ciebie  i  spędzić  razem  resztę  życia -

odparła potrząsając głową.

-

W takim razie powiedz, ze się zgadzasz.

Wzięła go za rękę, a potem, jakby uznała, że to nie wystarczy, zarzuciła mu na szyję

ramiona. Przytuliła się do niego bardzo mocno, żeby czuł bicie jej serca.

-

Nie mogę się na to zgodzić, Jake. Nie chodzi ani o moją pracę, ani o nas, tylko

o Whitney. Ona jest taka zagubiona. Jeszcze za wcześnie na nasz ślub.

-

Aleja  nie  mogę  się  doczekać. -  Przymknął  oczy.  Długie  rzęsy  rzucały  cień  na

policzki. Pocałowała go czule.

-

Odprowadź mnie do samochodu. W domu czeka stos wypracowań, które muszę

na jutro poprawić.

-

To okropne - mruczał w ciemnościach. - Nienawidzę pożegnań. Twoje miejsce

jest tu, w moim łóżku, w moim życiu. Powinniśmy być nierozłączni.

Whitney  chodziła  smutna  i  nieprzystępna.  Dokuczała  psu  i  kłóciła  się  z  Jakiem  o

drobiazgi.  Nie  chciała  zapinać  kurtki  i  słać  łóżka.  Pewnego  dnia  przyprowadziła  do

Kay na obiad swoją przyjaciółkę Emily Harrison i przez całe popołudnie nie odzywała

się do uprzejmej gospodyni.

Jake  poprosił  Kay,  żeby  wieczór  poprzedzający  dzień  przyjazdu  Gail  spędziła  u

niego.  Whitney  dokuczała  psu,  biegała  po  salonie  ze  szklanką  mleka  w  ręku  |

oczywiście dostała za to burę.

Kay  pomagała  Jake`owi  doprawić  sałatę.  Dziewczynka  stanęła  nagle  w  drzwiach

kuchni.

-

To już ostatni raz, prawda? - zapytała spoglądając na ojca.

-

Jak to ostatni raz? - powtórzył.

-

Kay nie będzie więcej do nas przychodzić. Gdy mama przyjedzie, ona wróci do

swego domu.

Jake próbował zrozumieć, o co małej chodzi. Kay odpowiedziała za niego.

background image

106

-

Whitney,  zawsze  wracam  do  siebie.  Nigdy  tu  nie  nocuję.  Twoja  mama  też

zamieszka w swoim domu.

-

I  zaopiekuje  się  mną  w  przyszłym  tygodniu,  a  tata  nie  będzie  już  potrzebował

twojej pomocy.

Jake patrzył przez chwilę na Kay, potem ukląkł obok córki.

-

Whitney, pokochałem Kay z wielu powodów, nie tylko dlatego, że pomagała mi

się  tobą  opiekować.  Chyba  nie  chcesz,  żeby  odeszła  i  zostawiła  nas  samych?  Jak  to

jest?

Dziewczynka zacisnęła pięści i przesuwała czubkiem buta po podłodze.

-

Odpowiedz śmiało - zachęciła ja Kay.

Whitney popatrzyła na nią spode łba. Miała czerwone policzki i oczy pełne łez.

-

Nie  pamiętam  mamy.  Nie  wiem,  czy  ją  kocham.  Wszystko  mi  zabrałaś.  Nie

pamiętam. - Rozpłakała się i uciekła do swojego pokoju.

-

Whitney! - krzyknął Jake.

-

Pozwól, że ja do niej pójdę - poprosiła Kay, chwytając go za ramię.

Whitney leżała na łóżku i gapiła się w sufit. Płakała.

-

Dobrze, że odważyłaś się w końcu to powiedzieć.

-     Co powiedzieć?

-

Po prostu boisz się, że kochając mnie nie będziesz już potrafiła kochać mamy.

-

Kiedyś zamykałam oczy i widziałam ją. Teraz nie potrafię.

-

To  na  pewno  pomoże -  zapewniła  Kay,  podając  jej  stojącą  na  nocnym  stoliku

fotografię matki.

-

Nic nie pomoże, jeśli ty sobie stąd nie pójdziesz.

-

Czy tego właśnie chcesz?

-

Nie pamiętam mamy!

-

A jeśli odejdę, wszystko sobie przypomnisz?

-

Na pewno.

-

W  taki  razie  pójdę.  A  jeśli  zaczniesz  tęsknić  za  mną?  Wtedy  będziesz  o  mnie

myślała jeszcze więcej niż teraz.

-

Jeśli zostaniesz z tatą,  nie będę już kochała  mamusi. -  Whitney rozpłakała się.

Kay objęła małą mocno, a dziewczynka nie odepchnęła jej.

background image

107

-

Kiedy  rodzice  się  rozwodzą,  dzieci  zaczynają  się  martwić  ich  dorosłymi

problemami.  Twoi  rodzice  wcale  sobie  tego  nie  życzyli.  Naprawdę  chcą,  żebyś  była

szczęśliwa  i  wesoła.  Pomyśl,  że  twoja  mamusia  też  się  pewnego  dnia  zakocha.  Czy

przestaniesz kochać tatę, jeśli mama ponownie wyjdzie za mąż?

-

Nie wiem. Chcę, żebyś sobie poszła.

-

Taka  odpowiedź  niczego  nie  wyjaśnia. -  Kay  ucałowała  wilgotne  włosy

dziewczynki. - Zaufaj mi i poczekaj do jutra. Twoja mama wkrótce przyjedzie. Sama

się przekonasz, że wszystko będzie dobrze.

-

Będzie okropnie.

-

Whitney, uwierzysz mi, jeśli powiem, że nie masz racji?

-

Nie.

-

W takim razie musisz poczekać do jutra i wtedy sama się przekonasz.

-

Mama mnie znienawidzi, ale i tobie się dostanie, bo mnie jej ukradłaś.

-

Poczekaj tylko jeden dzień - szepnęła Kay, zagryzła wargi i wyszła z pokoju.

Minęło  kilka  godzin.  Jake  i  Kay  bez  przerwy  rozmawiali  o  Whitney.  Spojrzenie

mężczyzny  było  przygaszone,  a  z  ciemnych  oczu  można  było  wyczytać  poczucie

winy, cierpienie i udrękę ojca przygniecionego odpowiedzialnością.

-

Muszę  omówić  wszystko  z  Gail  w  cztery  oczy.  Rozumiesz,  że  to  konieczne,

prawda?

-

Mam się zająć Whitney? - spytała kiwając głową,

-

Nie -  odrzekł  z  wahaniem. -  Niech  zostanie  z  moimi  rodzicami.  Chyba  lepiej,

żeby cię na razie nie widywała.

Kay czuła ucisk w gardle i palące łzy pod powiekami.

-

Odwiedzę  rodzinę  w  Berkshires.  Mam  kilka  wolnych  dni,  a  jesień  jest  tam

wyjątkowo piękna.

-

To chyba dobry pomysł - mruknął Jake, pocierając ręką czoło.

Kay  wróciła  we  wtorek  rano.  Przyjechała  prosto  do  szkoły.  Kilka  minut  później

zaczęła  się  pierwsza  lekcja.  Oddała  poprawione  wypracowania  i  omówiła  życiorys

Marka  Twaina  z  uczniami,  którym  zadała  lekturę  „Przygód  Tomka  Sawyera".  Obiad

zjadła  poza  szkołą  i  wróciła  dopiero  na  popołudniowe  lekcje.  Wreszcie  rozległ  się

background image

108

ostatni dzwonek. Stała jeszcze przy tablicy, gdy do sali wpadła Whitney, rzuciła torbę

na jej biurko i zaczęła gadać.

-

Praca  domowa!  Wyobraź  sobie,  mama  przyjechała,  a  oni  mi  każą  odrabiać

lekcje.  Rodzice  powiedzieli,  że  nie  będzie  żadnych  ulg.  Ojej! -  Dziewczynka

westchnęła z zadowoleniem. - Założę się, że ty powiesz to samo.

-

Pewnie tak. - Kay próbowała się zorientować, w jakim nastroju jest Whitney.

-

Szkoda, że wyjechałaś. Wczoraj próbowałam nawet do ciebie zadzwonić. Tata

mi nie pozwolił, ale zakradłam się do jego pokoju, gdy rozmawiał z mamusią.

-

Masz mi coś ważnego do powiedzenia?

-

Zgadłaś.  Jadę  z  mamą  do  Szwajcarii  na  święta.  Będziemy  jeździć  na  nartach  i

zwiedzać  różne  sławne  zabytki.  Tam  są  góry  śniegu!  Będę  się  uczyła  francuskiego.

Joyeux noel. Dobrze powiedziałam?

-

Ślicznie, Whitney, i jaki doskonały akcent.

-

Jejku, muszę lecieć - zawołała córka Jake'a, zerkając na zegar ścienny. - Mama

na pewno mnie szuka.

W  drzwiach  stanęła  nieznajoma  kobieta  i  pogroziła  dziewczynce  palcem.  Miała

włosy równie ciemne jak Whitney i tak samo wyrazistą twarz.

-

Powinnam się była od razu domyślić, że cię tu znajdę.

-

Opowiadałam właśnie Kay, że wyjeżdżam na Boże Narodzenie do Szwajcarii i

że tam jest dużo śniegu.

Kobiety uścisnęły sobie dłonie. Nie wiadomo, czyja ręka była zimniejsza i bardziej

spocona.

-

Witaj,  Kay -  zaczęła  Gail. -  Przez  ostatnie  trzy  dni  bardzo  dużo  się  o  tobie

dowiedziałam.

-

Whitney też mi wiele opowiadała tego lata.

-

Okropnie  za  nią  tęskniłam. -  Gali  podała  dziewczynce  torbę. -  Biegnij  do

samochodu, dziecinko. Tata na ciebie czeka. Przyjdę za moment.

Whitney  zarzuciła  torbę  na  ramię.  Popatrzyła  kolejno  na  stojące  obok  siebie

kobiety.

-

Miałaś rację, Kay! - zawołała i wybiegła z klasy.

background image

109

-

Wiem  o  wszystkim -  rzekła  Gail. -  Martwiła  się  okropnie,  że  nie  potrafi  mnie

już  kochać,  skoro  tak  bardzo  przywiązała  się  do  ciebie. -  Kay  zaczerwieniła  się  i

uśmiechnęła. -  Jake  i  ja  odbyliśmy  bardzo  poważną  rozmowę.  Powiedział  mi  o

wszystkich jej obawach. Jesteś dobrym psychologiem.

-

Jak każdy nauczyciel.

-

Uświadomiłaś Whitney, jak mocno potrafi kochać. Dzięki tobie zrozumiała, że

nie jest dla niej ostateczną katastrofą ani nasze rozstanie, ani nowe małżeństwo ojca.

-

Nie wiem...

-

Już należysz do rodziny. Nie mam pojęcia, co takiego zrobił Jake, że udało mu

się  ciebie  zdobyć.  Mogę  tylko  powiedzieć,  że  jestem  ci  bardzo  wdzięczna,  bo

troszczysz się o Whitney. Nie jest łatwo pokochać cudze dziecko.

-

Mnie przyszło to bez trudu. Whitney jest wspaniała.

Gail zbierała się do wyjścia, ale nagle zmieniła zamiar.

-

Znałam  Jake'a  od  dziecka.  Uganiałam  się  za  nim  i  flirtowałam  zawzięcie.

Byłam  głupią,  zepsutą,  zarozumiałą  pannicą.  Chodziło  mi  o  to,  żeby  się  sprzeciwić

rodzicom.  On  sobie  wymyślił  ideał,  a  ja  wcale  nie  pasowałam  do  jego  wyobrażeń.

Niepotrzebnie się pobraliśmy. - Zamilkła na chwilę. - Jake już nie goni za marzeniami.

Ma w tobie oparcie, jakiego nie dał mu nikt inny. Jest teraz lepszym ojcem i synem. -

Znowu przerwała. - Whitney również skorzystała na tym, że pojawiłaś się w jej życiu.

-

Dziękuję. - Kay nie porafiła wykrztusić nic więcej.

-

Jeśli naprawdę tego pragniesz, wyjdź za Jake'a.

-

Whitney boi się tego.

-

Wiem.  Ja  również  spotkałam  wyjątkowego  człowieka.  Moja  córka  wkrótce  go

pozna. Będzie musiał zdać równie surowy egzamin jak ty.

-

Mieszka w Genewie?

-

Nie.  To  jeden  z  kolegów.  Pojechaliśmy  razem  na  szkolenie.  Mieszka  na

wybrzeżu w Alden's Cove, w stanie Massachusetts. Tak jak Jake muszę mieć pewność,

że  osoba,  którą  kocham,  zapewni  poczucie  bezpieczeństwa  mojej  córce. -  Gail

wyciągnęła ręce i objęła Kay.

-

Tym razem Jake dokonał właściwego wyboru.

background image

110

Gdy  Gail  wyszła  z  klasy,  Kay  długo  stała  przy  biurku,  wsłuchana  w  spokojny,

miarowy rytm swego serca.

Po  powrocie  do  domu  wzięła  się  do  poprawiania  kolejnych  sprawdzianów.  O

siódmej  wieczorem  ktoś  zadzwonił  do  drzwi.  Otworzyła  i  do  mieszkania  wpadł

podmuch  chłodnego  powietrza.  Na  progu  stali  Jake  i  Whitney.  Zaprosiła  ich  do

środka.

Gdy tylko weszli, dziewczynka chwyciła ją za rękę i pociągnęła do salonu.

-

Tata i ja przyszliśmy ci zadać ważne pytanie. - Popatrzyła  na  uśmiechniętego

Jake'a i wskazała ręką dywanik przed kominkiem. - Na co czekasz, tatusiu?

Jake ukląkł. Obok niego klęczała córka. Kay poczuła ucisk w gardle.

-

Tata i ja przyszliśmy zapytać, czy nas poślubisz. On mówi, że jeśli poprosimy

cię na klęczkach, to się zgodzisz.

Kay osunęła się na kolana i mocno przytuliła obydwoje.

Ostatni  goście  weselni  wjeżdżali  na  parking.  Lekkie  płatki  śniegu  wirowały  w

świetle samochodowych reflektorów. Kay wyglądała przez okno kościelnej biblioteki.

Odwróciła się z uśmiechem. Jeszcze jedno zdjęcie.

-

Z tego zdenerwowania chyba nasiusiam w majtki -

szepnęła 

Whitney.

Poprawiła jeszcze raz wianek i wygładziła fałdzistą, aksamitną krynolinkę. – Tak bym

chciała,  żeby  mamusia  zobaczyła  mnie  w  nowej  sukience.  Założę  ją  w  Wigilię.

Pójdziemy do ogromnej katedry. Jeszcze tylko trzy dni.

-

Mam nadzieję, że dzisiejszy też będzie przyjemny.

-

Ręce mi się pocą.

-

Powiem  ci  w  tajemnicy,  że  mnie  również.  Nie  przejmujmy  się  za  bardzo  tym

weselnym zamieszaniem. Masz tylko potrzymać bukiet, kiedy ci go wręczę.

-

Tata się boi, że upuści obrączkę.

-

A jeśli nawet, to ją podniesiesz i podasz mu.

-

Sama  jedna  mam  trzymać  kwiaty  i  pilnować  obrączek?  To  bardzo  trudne

zadanie.

-

Jesteś już dużą dziewczynką, a poza tym nikt tego nie zrobi tak dobrze, jak ty.

Whitney  uśmiechnęła  się  do  niej.  Annę  McCormick,  która  była  druhną,  dała

siostrze  znak  i  niewielka  grupka  weselników  weszła  do  przedsionka.  Kościół

background image

111

rozjaśniały  płomyki  świec,  migoczące  jakby  w  takt  organowej  muzyki.  W  ławkach

tłoczyli się goście z rodziny Bishopów, Morrowów i McCormicków oraz nauczyciele i

uczniowie z Williston Academy.

W powietrzu unosiła się woń kadzidła, jodłowych gałęzi i liści wawrzynu, z których

spleciono  girlandy,  wijące  się  wokół  kolumn.  Z  boku  wisiał  pięknie  ozdobiony

adwentowy wianek z czterema świecami. Przy ołtarzu stał Jake Bishop, uśmiechnięty,

wyprostowany i jak zawsze przystojny. David Morrow był jego drużbą.

Kay pochyliła się i pocałowała Whitney.

-

Wszystko gotowe, kochanie?

-

Jasne, Prymusko. Szkoda, że nie ma tu wody. Oblałabym Brada Taylora. Siedzi

tam, na samym brzegu.

-

Whitney!

-

Tylko żartowałam - odparła uśmiechnięta dziewczynka.

Ojciec  Kay  podał  ramię  pannie  młodej  i  przy  dźwiękach  muzyki  ruszyli  w  stronę

ołtarza.

-

Wyglądasz jak księżniczka z bajki - szepnął córce. - Pamiętam, jak stałem przy

ołtarzu,  czekając  na  twoją  mamę,  niczym  teraz  Jake.  Wyglądała  pięknie  w  ślubnej

sukni.  Serce  mi  się  do  niej  wyrywało,  Katherine.  Do  dziś  nic  się  nie  zmieniło.  Tego

samego życzę wam obojgu.

-

Dzięki,  tato. -  Kay  ścisnęła  mocniej  ramię  ojca.  Szli  wolno  w  migotliwym

blasku świec.

Potem  Jake  stanął  obok  niej.  Podała  mu  zimną,  lekko  wilgotną  rękę  i  poczuła,  że

zamknął ją w obu dłoniach. Były ciepłe. Chłodne palce panny młodej rozgrzewały się

powoli. Czuła, że radość wstępuje w jej serce. Popatrzyła na Whitney, która w blasku

świec wyglądała ślicznie jak aniołek.

-

Najmilsi - rozpoczął ceremonię kapłan.

-

Najmilsi - szeptem powtórzyła Kay. - Najmilsi.