background image

VICKI LEVIS THOMPSON 

 
 
 

Szalony weekend 

 
 
 
 

It Happened One Weekend 

 
 
 
 
 

Tłumaczyła: Maria Wanat 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

Adrienne  Burnham  sączyła  powoli  wódkę  z  tonikiem, 

przygotowując  się  do  wejścia  do  salonu.  Beverly,  jej 

przyjaciółka  i  gospodyni  przyjęcia,  była  zajęta  w  kuchni. 

Adrienne  musiała  samotnie  stawić  czoło  grupie  nie  znanych 

sobie  gości.  Właściwie  nawet  jej  to  odpowiadało.  Być  może 

dzięki temu nikt nie zorientuje się, że Beverly zorganizowała to 

towarzyskie spotkanie właśnie dla niej. 

Dotknęła  jednego  z  guzików  przy  czarnej  sukience. 

Wybrała  modną,  ale  spokojną  kreację,  idealną  dla  młodej 

kobiety  pracującej  jako  makler  giełdowy  w  Tucson,  w 

Arizonie, w znanej firmie C. D. Girard and Sons. Adrienne 

miała nadzieję, że Beverly nie myliła się, sądząc, że poznanie 

odpowiednich ludzi ułatwi jej karierę zawodową. 

Adrienne przyglądała się gościom zebranym w salonie. W 

pewnej  chwili  zatrzymała  wzrok  na  barczystej  sylwetce 

mężczyzny, odwróconego do niej tyłem. Spojrzała jeszcze raz, 

ja

kby nie wierząc własnym oczom. Stwierdziła zaskoczona, że 

szare  spodnie  mężczyzny  były  rozprute  i,  o  zgrozo,  przez 

pęknięcie prześwitywały czerwone majtki. 

Adrienne  zastanawiała  się,  jak  powinna  postąpić.  Miała 

nadzieję,  że  ktoś  inny  też  to  zauważy  i  dyskretnie zwróci 

nieznajomemu  uwagę.  Mężczyzna  roześmiał  się  i  przeniósł 

ciężar ciała z nogi na nogę, co sprawiło, że pęknięcie stało się 

jeszcze bardziej widoczne. Adrienne wciąż jeszcze czekała, ale 

nic się nie wydarzyło. W końcu odstawiła szklankę na półkę, 

przeszła przez salon i dotknęła ramienia mężczyzny. 

– Przepraszam – 

powiedziała cicho. Mężczyzna odwrócił 

się do niej z uśmiechem, przerywając rozmowę w pól słowa. – 

Beverly prosi o pomoc, coś się stało w kuchni – poinformowała 

Adrienne. Przyjrzała się z bliska nieznajomemu i stwierdziła, 

że ma do czynienia z bardzo atrakcyjnym mężczyzną. 

– 

Już idę – odparł zaskoczony. 

– 

Znasz drogę. Idź przodem – poleciła Adrienne. 

–  Dobrze  – 

nie  oponował  i  ruszył  w  stronę  kuchni. 

Adrienne  szła  tuż  za  nim.  Odważyła  się  interweniować  i 

postanowiła działać konsekwentnie do szczęśliwego finału. 

Kiedy znaleźli się w holu, Adrienne rzuciła cicho: 

– Idziemy prosto do sypialni Beverly. 

background image

– 

Posłuchaj... – Nieznajomy stanął jak wryty. – To bardzo 

interesująca propozycja, ale... 

– 

Idź szybko. Wcale nie chodzi o to, co masz na myśli – 

wpadła mu w słowo Adrienne. 

– A o co? 
– 

Nie  mam  zamiaru  cię  uwodzić  –  rzuciła  gniewnie 

dziewczyna. – 

Pękły ci spodnie w pewnym miejscu. 

Mężczyzna  odwrócił  się  gwałtownie,  oblewając  siebie  i 

Adrienne zawart

ością trzymanej w ręku szklanki. Zaczerwienił 

się,  nerwowym  ruchem  zakrył  spodnie  z  tyłu  i  oparł  się  o 

ścianę. 

– 

Masz rację. 

– 

Inaczej nie zawracałabym ci głowy. – Adrienne otarła 

ręką przód sukienki. 

–  Przepraszam.  – 

Mężczyzna zerknął na swoją koszulę i 

m

okrą sukienkę kobiety. – Na szczęście to głównie woda. 

– 

Czy ty przypadkiem nie masz w życiu pecha? 

– 

Na to wygląda – westchnął. – Gdzie jest ta sypialnia? 

– Tu obok. – 

Adrienne wskazała na otwarte drzwi. 

– 

Czy mogłabyś mi pomóc? Nie mam pojęcia, co robić. 

– 

Spodziewałam  się  tego.  –  Rzuciła  okiem  w  kierunku 

salonu. Nikt chyba nie zwrócił uwagi, że wyszli. – Zostawiłam 

na łóżku w sypialni torebkę, mam w niej igłę i nici. 

– 

Ratujesz  mi  życie.  –  Mężczyzna  wszedł  tyłem  do 

pokoju. Adrienne natychmiast starannie 

zamknęła drzwi. 

– 

Jesteś bezpieczny. 

– 

Myślisz, że ktoś to zauważył? – westchnął zażenowany. 

– 

Miałam  nadzieję,  że  ktoś  się  zorientuje  –  przyznała 

Adrienne. – 

Nie musiałabym się tobą zajmować. Pęknięcie było 

jednak coraz bardziej widoczne, a te czerwone... – 

zawahała się 

czując, że się rumieni. 

– 

Cholera!  Zapomniałem  je  zmienić.  To  naprawdę 

okropne. To chyba – 

spojrzał na nią i zaczął się uśmiechać – 

najzabawniejsza  rzecz,  jaka  mi  się  kiedykolwiek  w  życiu 

przytrafiła.  –  Roześmiał  się.  –  Stary Matt Kirkland świeci 

majtkami na eleganckim przyjęciu! 

Adrienne  rozpogodziła  się.  Nieczęsto  zdarzało  jej  się 

spotykać mężczyzn, którzy potrafili śmiać się z samych siebie. 

– 

Zapomniałeś dodać, że te majtki są czerwone. 

– 

Właśnie. A na dokładkę nie mógł tego zauważyć żaden 

facet,  tylko  ładna  blondynka,  na  której  chciałbym  zrobić  jak 

background image

najlepsze  wrażenie.  –  Zachichotał  potrząsając  głową.  – 

Typowe. 

– 

Aha! A więc jednak jesteś pechowcem – stwierdziła. W 

duchu  ucieszyła  się  z  komplementu.  Podobały  jej  się 

orzechowe,  duże  oczy  mężczyzny  i  mimiczne  zmarszczki, 

które się wokół nich pojawiały, kiedy się śmiał. Wyglądał na 

jakieś trzydzieści lat. 

– 

Muszę przyznać, że jestem znany z tego, że przytrafiają 

się mi różne przygody, ale jak do tej pory kończyły się dobrze. 

Niezły tupet, pomyślała Adrienne, uzupełniając w myśli 

ocenę nowego znajomego. 

– 

A jakie korzyści wyniosłeś z tej przygody? 

– 

Poznałem  ciebie.  To  znaczy  prawie  poznałem.  Nie 

powiedziałaś mi, jak masz na imię. 

– Adrienne Burnham. 
– 

A więc to ty jesteś Adrienne! 

– Co to znaczy? 
– 

Ależ nic szczególnego. 

– 

Czy coś już o mnie słyszałeś? 

– 

Beverly mówiła mi, że jesteś bardzo miła i sympatyczna 

– 

odparł Matt, siadając na łóżku. 

– Kiedy? – 

spytała nagle zaniepokojona Adrienne. 

– 

Wspomniała, że zawsze jesteś miła. 

– Nie, 

chodzi mi o to, kiedy ci to powiedziała? – Adrienne 

wyobraziła sobie Beverly, namawiającą wszystkich gości, żeby 

byli uprzejmi dla jej przyjaciółki, która rozpaczliwie potrzebuje 

nowych klientów. 

– 

W zeszłym tygodniu, kiedy mnie tu zapraszała. 

– I pewnie z

aproponowała ci, żebyś kupił ode mnie trochę 

akcji i innych papierów wartościowych. Koniecznie muszę się 

wybić jako makler, a chwilowo mam z tym problemy, tak? – 

Adrienne się zaczerwieniła. 

– Nie. – Nie? 
– 

Do tej chwili nie wiedziałem, czym się zajmujesz. 

–  Hmm  – 

odchrząknęła.  –  Chyba  przesadziłam.  Bardzo 

byłabym ci wdzięczna, gdybyś zachował to, co powiedziałam, 

tylko  do  własnej  wiadomości.  Beverly  zorganizowała  tę 

imprezę,  abym  mogła  poznać  nowych  ludzi,  potencjalnych 

klientów. Naprawdę jest mi trudno, ale miałam nadzieję, że uda 

mi się postępować bardziej taktownie. 

– 

Nie  przejmuj  się.  Uratowałaś  mnie  z  opresji,  więc 

background image

chętnie  ci  się  zrewanżuję,  dotrzymując  tajemnicy.  Ale  co  ja 

mam właściwie zrobić z tymi portkami? 

Zawahała się przez chwilę. Dopiero teraz zdała sobie w 

pełni sprawę z kłopotliwej sytuacji. 

– 

Musisz je zdjąć. 

– 

Oczywiście. Nie mam już przed tobą żadnych sekretów, 

skoro wiesz wszystko o czerwonych majtkach. 

– To prawda. – 

Adrienne starała się zachowywać równie 

swobodnie  jak  Matt.  Zdarzało  się  jej  przecież  widywać 

mężczyzn  w  samej  bieliźnie.  Mimo  to,  kiedy  zrzucił  buty  i 

wstał,  by  rozpiąć  pasek,  usiadła  po  drugiej  stronie  łóżka  i 

udawała, że jest niezwykle zajęta szukaniem igły i nitki. – Mam 

nadzieję, że nikt nie zauważył, gdy razem opuściliśmy salon. 

– 

W  razie  czego  będę  szczęśliwy,  mogąc  bronić  twego 

honoru.  – 

Adrienne  usłyszała  zgrzyt  rozsuwanego  rozporka. 

Serce waliło jej jak młotem, a w ustach nagle poczuła suchość. 

Tłumaczyła sobie w duchu, że nie jest bardziej rozebrany, niż 

gdyby, na przy

kład,  wypoczywali  na  plaży.  Ale  teraz 

znajdowali się w sypialni za zamkniętymi drzwiami. Nareszcie 

odszukała igłę. 

Matt  podszedł  do  Adrienne  i  podał  jej  spodnie.  Na 

moment podniosła głowę. Ta króciutka chwila wystarczyła, by 

dostrzec  muskularne  uda  mężczyzny  i  nieszczęsne  czerwone 

majtki,  wystające  spod  koszuli.  Zmieszana  zastanawiała  się, 

czy w ogóle uda się jej nawlec igłę. 

– 

Igła  z  nitką  w  damskiej  torebce.  –  Matt  usiadł  obok 

Adrienne na łóżku. – To robi na mnie wrażenie. Wyglądasz na 

bardzo dobrze zorga

nizowaną młodą kobietę. 

– 

Właściwie... tak, ja... – Adrienne próbowała nawlec igłę 

drżącymi rękoma. – Mój zawód wymaga... dobrej organizacji. 

– 

Jestem gotów założyć się, że jesteś świetnym maklerem. 

Szkoda,  że  nie  mogę  zostać  twoim  klientem,  ale  właśnie 

wy

dałem  wszystkie  pieniądze  na  zakup  samolotu.  Jestem 

spłukany. 

– To niedobrze. – 

Adrienne pośliniła nitkę, zdecydowana 

tym razem zapanować nad drżeniem rąk. 

– 

Nie, to dobrze. Kupiłem małą cessnę. Otwieram własną 

szkołę  pilotażu.  –  Przyjrzał  się  jej  uważnie.  –  Czy to od 

nadmiaru kawy tak ci się trzęsą ręce? 

– Chyba tak – 

skłamała. 

– 

Może ci pomóc? 

background image

– 

Nie, poradzę sobie. – Wreszcie udało się jej trafić nitką 

w  ucho  igły.  Wzięła  spodnie  do  ręki.  –  Jesteś  pilotem?  – 

spytała, wbijając igłę w materiał. 

– Tak, j

estem instruktorem. Latam na małych samolotach. 

Do tej pory pracowałem na wypożyczonych maszynach. Teraz 

mam  swoją  cessnę  i  to  za  nieduże  pieniądze.  Doskonały 

samolot, ale pozbyłem się wszystkich oszczędności. 

Adrienne próbowała skupić się na tym, co przed chwilą 

usłyszała. Matt wydał ostatnie pieniądze, żeby kupić samolot. 

Nie była to najrozsądniejsza decyzja finansowa. Ten człowiek z 

łatwością zburzył jej opanowanie i wywołał ukryte emocje, ale 

z  całą  pewnością  nie  potrafił  mądrze  obracać  pieniędzmi. 

Alek

s...  Adrienne  naprawdę  podziwiała  jego  umiejętności 

lokowania oszczędności tak, by były bezpieczne i przynosiły 

zyski. Ale zapach wody po goleniu, której używał Aleks, nigdy 

nie  wywołał  u  Adrienne  gęsiej  skórki.  Doprawdy,  świeżo 

poznany mężczyzna wywierał na niej niezwykłe wrażenie. 

– Adrienne? 
– Co? – 

Drgnęła i wbiła sobie igłę w palec. 

– 

Zamyśliłaś się troszeczkę. 

– Wcale nie – 

zaprotestowała, ssąc bolący palec. 

– 

To dlaczego nie odpowiedziałaś na moje pytanie? 

– Jakie pytanie? 
– 

Pytałem, czy latałaś już kiedyś małym samolotem. 

Odwróciła się w jego stronę. W głowie czuła kompletną 

pustkę. Zamiast wymyślić jakąś odpowiedź, wyobraziła sobie 

jedwabiste  włosy  koloru  ciemnej,  mocnej  kawy  w  swoich 

dłoniach.  Usta  mężczyzny  były  bardzo  piękne  i  zmysłowe. 

Kiedy tak 

przyglądała się im w milczeniu, rozciągnęły się w 

ujmującym uśmiechu. 

– 

Wiesz  co,  coś  się  tu  chyba  dzieje.  –  W  głosie  Matta 

zabrzmiało  czułe  rozbawienie,  jakby  Matt  zauważył  jej 

oczarowanie  i  dawał  do  zrozumienia,  że  sam  też  uległ 

podobnemu wrażeniu. 

– Nie rozumiem, o co ci chodzi – 

wyjąkała. – Ja... Nagle 

ktoś zastukał do drzwi sypialni. 

– 

Adrienne? Jesteś tu? 

Adrienne zamarła, słysząc głos Beverly. 

–  Adrienne?  – 

Beverly  otworzyła  drzwi  i  stanęła  jak 

wryta. 

– 

Spodnie  Matta...  rozdarły  się...  –  wyjąkała  Adrienne, 

background image

niezdarnie próbując wyjaśnić sytuację. – Obiecałam, że mu... 

– 

Uratowała  mnie  –  powiedział  Matt.  –  Miałaś  rację, 

Beverly. Ona jest fantastyczna. 

–  Adrienne jest fantastyczna, to prawda – 

przyznała 

Beverly, powoli otrząsając się z zaskoczenia. – Cieszę się, że 

się  poznaliście.  Przepraszam,  że  przeszkadzam,  ale  właśnie 

dzwoni współlokatorka Adrienne. Mówi, że to bardzo pilne. – 

Beverly  wskazała  głową  na  telefon  stojący  przy  łóżku.  – 

Możesz rozmawiać stąd – dodała i wyszła, zamykając za sobą 

drzwi. 

–  B

everly  chciała  nas  wyswatać,  prawda?  A  więc  o  to 

chodziło! To dlatego mówiła, że jestem miła i sympatyczna. – 

Adrienne zwróciła się do Matta. 

– Lepiej odbierz telefon. – 

Uśmiechnął się. 

– 

Nawet mnie nie uprzedziła! I to ma być przyjaciółka! 

– 

Uprzedziła, że to pilny telefon – przypomniał Matt. 

– 

Masz  rację.  Później  o  tym  pomówimy.  –  Adrienne 

odłożyła  spodnie  i  wzięła  do  ręki  słuchawkę  telefonu.  – 

Margaret? 

– 

Strasznie  mi  przykro,  Adrienne,  twoja  mama  właśnie 

dzwoniła ze smutną nowiną. 

– 

Czy coś się stało ojcu? – Adrienne chwyciła słuchawkę 

w obie dłonie. 

– 

Nie, nie ojciec. Chodzi o twoją klacz, Granny* [*Granny 

–  z ang. pieszczotliwie: babunia]

.  Jest  bardzo  chora.  Nie  są 

pewni, czy dożyje do rana. Chcieli, żebyś o tym wiedziała. 

– 

O  Boże.  –  Adrienne poczuła  łzy  pod  powiekami. 

Muszę  tam  jechać,  muszę  ją  zobaczyć,  zanim...  –  Przed 

oczami  stanął  jej  obraz  ukochanej  klaczy,  która  zawsze  z 

radością czekała przy bramie na jej powrót ze szkoły, gotowa 

do  codziennej  przejażdżki.  Adrienne  o  mały  włos  nie 

rozpłakała się w głos. 

– 

Twoja mama powiedziała, że pewnie będziesz chciała 

przyjechać,  ale  wiadomo,  jak  trudno  jest  teraz  o  miejsce  w 

samolocie. Prosiła, żebyś do niej zadzwoniła i powiadomiła ją, 

co zamierzasz zrobić. Czy mogę ci w czymś pomóc? 

– Nie, chyba nie. – 

Adrienne z trudem wydobyła głos. – 

Poradzę sobie. Jeśli są jeszcze wolne miejsca, to pojadę prosto 

na  lotnisko.  Powinnam  wrócić  do  Tucson  w  niedzielę 

wieczorem. 

– Rozumiem. Przykro mi, kochanie. 

background image

– 

Nie powinnam tak się rozklejać, ale ona tyle dla mnie 

zn

aczy. Myślałam... myślałam, że będzie żyła wiecznie. 

– 

Wiem. Bądź dzielna. 

– 

Postaram się, Margaret. Na razie. – Adrienne odłożyła 

słuchawkę, starając się opanować. 

– 

Co  się  stało?  –  spytał  cicho  Matt.  Głos  mężczyzny 

zaskoczył ją. Z przejęcia niemal zapomniała o jego obecności. 

– 

Granny jest umierająca. 

– Tak mi przykro. Gdzie ona jest? 
– 

U  moich  rodziców,  w  Utah.  To  małe  miasteczko  na 

północ od Salt Lake City. Muszę się tam dostać jak najszybciej. 

Jeśli  uda  mi  się  złapać  samolot  do  Salt  Lake  City,  to  tam 

w

ynajmę samochód i... 

– 

Czy jest tam w pobliżu lotnisko? 

– 

W  pobliżu  miasteczka?  –  Adrienne  odwróciła  się  do 

Matta, wycierając łzy. 

– 

Tak.  Cokolwiek,  na  przykład  małe  lądowisko  dla 

samolotów rolniczych albo sportowych. 

– 

Poleciałbyś? 

– 

Oczywiście. 

–  To bard

zo  ładnie  z  twojej  strony.  –  Adrienne 

uśmiechnęła  się.  –  Ale  ja  naprawdę  nie  mogę  tak  cię 

wykorzystywać. 

– 

Ze mną dostaniesz się szybciej niż zwykłym samolotem. 

No i nie musiałabyś wynajmować samochodu. 

– 

Ale ty jesteś... – zawahała się. – Sam mówiłeś, że jesteś 

pechowcem. Nie sądzę, żeby... 

– 

Hej, nie martw się – powiedział, biorąc jej rękę w swoje 

dłonie.  –  Jestem  cholernie  dobrym  pilotem.  Zresztą  spytaj 

Beverly. 

Dłoń  ją  paliła.  W  uszach  dzwoniło.  Dlaczego  tak 

racjonalne  rozwiązanie  wydało  jej  się  aż  tak  bezsensowne? 

Adrienne pomyślała o Granny. Liczyła się każda chwila, a Matt 

proponował jej podróż najszybszą z możliwych. – Słuchaj, nie 

miej  mi  tego  za  złe,  ale  rzeczywiście  chciałabym  najpierw 

pomówić z Beverly. 

– Jasne. 
– 

Zaraz  wrócę.  –  Adrienne  podniosła  się  i  ruszyła  do 

drzwi. 

– Ale... 
– 

Zszyję  te  spodnie,  obiecuję.  –  Zanim  zdążył 

background image

zaprotestować,  jej  już  nie  było  w  pokoju.  Nie  chciała,  żeby 

słyszał  jej  rozmowę  z  Beverly.  Bez  spodni  nie  odważy  się 

wyjść z sypialni. 

– 

Czy coś się stało? – Beverly podniosła głowę znad tacy z 

ciasteczkami. 

– 

Granny, moja ukochana klacz, na której startowałam w 

wyścigach, jest umierająca. 

–  Tak mi przykro. – 

Beverly  żywo  zwróciła  się  w  jej 

stronę. 

– 

Ona jest dla mnie jak członek rodziny. Muszę jechać. 

– Teraz? 
–  Tak, a Matt z

aproponował,  że  zabierze  mnie  swoim 

samolotem. 

– 

To świetnie. – W oczach Beverly pojawiły się figlarne 

iskierki. – 

Miałam nadzieję, że... 

– 

Jak  wrócę,  porozmawiamy  o  twoich  planach 

matrymonialnych w stosunku do mnie, droga Beverly, ale w tej 

chwili chcę tylko wiedzieć, czy on jest dobrym pilotem. 

– 

To instruktor, Adrienne. Ma pilotaż w małym palcu. 

– 

Chciałabym tylko wiedzieć, czy ty byś z nim poleciała. 

– 

Oczywiście  –  odparła  Beverly.  –  W szkole wszystkie 

dziewczęta  szalały  za  nim.  Jest  nie  tylko  przystojny, ale i 

opiekuńczy.  Na  pewno  w  jego  towarzystwie  będziesz 

bezpieczna. Właściwie to dlatego myślałam... 

– 

Zostawmy  to  na  razie,  Beverly.  Chciałam  się  tylko 

upewnić, czy nie polecę z jakimś wariatem. W końcu odkąd się 

znamy, zdążył podrzeć sobie spodnie i oblać mnie martini. Nie 

chciałabym, żeby to był początek pechowej serii. 

– 

Matt często pakuje się w tarapaty, ale unika poważnych 

kłopotów. Można na niego liczyć. Zawsze. 

– 

W  porządku,  więc  skorzystam  z  jego  propozycji.  I 

przestań się tak głupkowato uśmiechać, Beverly. Robię to tylko 

dla Granny. Matt nie jest w moim typie. 

Adrienne odwróciła się i wyszła z kuchni. Chciała uniknąć 

dalszej  rozmowy.  W  sypialni  zastała  Matta  pochłoniętego 

zszywaniem  spodni.  Kiedy  pojawiła  się  w  progu,  podniósł 

głowę i wbił sobie niechcący igłę w palec. 

– 

Do diabła! – zawołał, wyciągając igłę. 

– 

Przypuszczałeś, że nie wrócę? 

– 

Po  prostu  nie  miałem  ochoty  bezczynnie  siedzieć  i 

czekać. Jestem człowiekiem czynu. 

background image

– 

A więc, człowieku czynu, przyjmuję twoją propozycję. 

No i dziękuję. 

– 

Czy Beverly udzieliła mi dobrych rekomendacji? 

– 

Doskonałych. 

– Dobra, stara Beverly. – 

Podniósł spodnie z łóżka. – W 

takim  razie  musisz  je  zszyć  bardzo  dokładnie.  Nigdy  nie 

wiadomo, na czym się wyląduje. 

– 

Czy mógłbyś nie robić sobie na ten temat żartów? 

–  Dobrze.  – 

Podał  jej  spodnie.  –  Nigdy  nie  leciałaś 

jednosilnikowym samolotem, prawda? 

– Nie. 
– 

Boisz się? 

– 

Oczywiście,  że  nie  –  odparła  Adrienne,  myśląc  o 

Granny, o jej ciepłym, wiernym spojrzeniu. – Nie – powtórzyła, 

kończąc zszywanie i podając spodnie Mattowi. – Ty się ubieraj, 

a ja zadzwonię do rodziców. 

– 

Świetnie. I nie przejmuj się, wszystko będzie dobrze. 

– 

Nie  wątpię.  –  Adrienne  podniosła  słuchawkę, 

odwracając  się,  by  nie  widzieć  jego  męskiej  i  atrakcyjnej 

sylwetki. 

 

Matt  zaparkował  starą  corvettę  na  płycie  małego, 

prywatnego  lotniska.  Adrienne  wysiadła  z  samochodu  i 

podeszła  do  cessny,  pomalowanej  na  pomarańczowo  i  biało. 

Spojrzała w górę, ale na wygwieżdżonym niebie nie było ani 

jednej chmurki. 

– Jaka jest prognoza? 
– 

Sprawdzałem.  Powinno  być  w  porządku.  Adrienne 

przyglądała się uważnie jednosilnikowemu samolotowi, który 

za chwilę miał ją unieść w ciemne niebo. 

– 

Nie jest bardzo duży, prawda? 

– 

Przeznaczony  dla  czwórki  pasażerów.  Nie  było  mnie 

stać  na  większy  –  powiedział  Matt,  odczepiając 

zabezpi

eczające cumy z prawego skrzydła. – Czy możesz zająć 

się drugą stroną? 

– Jasne. – 

Adrienne obeszła samolot dookoła i odczepiła 

linę z drugiego haka, łamiąc sobie przy okazji paznokieć. Matt 

podszedł do niej i otworzył drzwi kabiny. 

– Wsiadaj, lecimy – stwi

erdził krótko. 

Adrienne  z  trudem  wspięła  się  na  wysoki  stopień.  Matt 

pomógł  jej  wsiąść,  potem  zamknął  drzwi  i  wdrapał  się  do 

background image

samolotu z drugiej strony. 

– 

Możesz położyć torebkę na tylnym siedzeniu – doradził, 

widząc, że ściska ją w ręku jak koło ratunkowe. 

– Dlaczego? 
– 

Żebyś  miała  wolne  ręce  na  wypadek...  –  Sięgnął  do 

kieszeni kurtki i wyjął z niej papierową torbę. – Wziąłem to od 

Beverly. Skoro to twój pierwszy raz... 

– Och. – 

Adrienne rzuciła torebkę na tylne siedzenie. 

– 

Sam też tam zwykle kładę swoje rzeczy – powiedział, 

unosząc się na siedzeniu i wyjmując portfel z tylnej kieszeni 

spodni.  – 

Kiedy prowadzę samochód albo samolot, nie lubię, 

żeby mnie coś uwierało. 

– 

Wrażliwa pupa? – zażartowała Adrienne i natychmiast 

pożałowała swoich słów. 

–  Tak jest – 

przytaknął  Matt,  patrząc  na  nią  z 

rozbawieniem.  Przekręcił  wyłącznik  zapłonu  i  silnik  cessny 

zaczął  pracować.  Potem  dodał  gazu  i  spojrzał  na  tablicę 

przyrządów. 

– 

Czy coś się stało? – spytała, przekrzykując huk. 

– Nie. 
– Dlaczego nie ruszamy z miejsca? 
– Rozgrzewam silnik. 

W  końcu  samolot  potoczył  się  w  kierunku  pasa 

startowego.  Matt  założył  słuchawki  i  rozmawiał  z  wieżą 

kontrolną. Samolot zatoczył pół koła, ustawił się pod wiatr i 

znieruchomiał. 

Adrienne  spojrzała  na  Matta  z  niemym  pytaniem  w 

oczach. 

– Wsz

ystko w porządku – uspokoił ją łagodnym tonem. – 

Dostaliśmy  pozwolenie  na  start.  Nie  miej  takiej  przerażonej 

miny. 

Miał  zamiar  powiedzieć  coś  jeszcze,  ale  zamiast  tego 

potrząsnął głową, pochylił się nad Adrienne i pocałował ją w 

usta. 

– A to po co? – spyta

ła zaskoczona. 

– 

Żebyś miała czym zająć myśli. Trzymaj się, Adrienne! 

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Mały  samolocik  toczył  się  wzdłuż  pasa  startowego, 

trzęsąc się i hałasując niemiłosiernie. Adrienne trzymała się co 

prawda  kurczowo  siedzenia,  ale  zapomniała  o  strachu. 

Pocałował  ją!  Jedynym  mężczyzną,  który  kiedykolwiek  się 

ośmielił  to  zrobić,  był  Kenny  Christopherson.  Dla  ścisłości 

trzeba  by  powiedzieć  –  jedynym  chłopcem.  Był  bowiem 

uczniem drugiej klasy liceum. Zrzuciła go wtedy ze schodów, 

aby ukarać go za bezczelność. Mężczyźni, z Aleksem włącznie, 

zawsze  mówili,  że  czują  się  przy  niej  onieśmieleni. 

Najwyraźniej  Matt  Kirkland  nie  należał  do  nieśmiałych. 

Zwilżyła usta. To był ich pierwszy i z całą pewnością ostatni 

pocałunek.  Ten  bezczelny,  pewny  siebie  pilot  zdecydowanie 

nie jest w jej typie. 

Nagle zdała sobie sprawę z tego, że Matt przygląda się jej 

z  uśmiechem.  Dopiero  teraz  zorientowała  się,  że  samolot 

wzniósł  się  w  powietrze.  Płyta  lotniska  stawała  się  z  każdą 

chwilą mniejsza i bardziej odległa, a na horyzoncie migotało 

miasto. 

– 

To  nie  było  takie  straszne,  prawda?  –  spytał, 

przekrzykując hałas silnika. 

–  Czy w ten sposób uspokajasz wszystkie swoje 

pasażerki? – zapytała w odpowiedzi niepewna, czy ją usłyszy. 

– 

Powiedz  mi  najpierw,  czy  mój  sposób  okazał  się 

skuteczny – ro

ześmiał się. 

Spojrzała na niego wzrokiem, który ciskał gromy. 

– 

Rozumiem, że odpowiedź jest twierdząca – powiedział i 

z zadowoloną miną zajął się studiowaniem wskazań zegarów. 

Adrienne ogarnął niepokój. Matt miał na nią zadziwiający 

wpływ.  Odpowiedzialny,  poważny  i  stateczny  Aleks  nie 

wywoływał w jej duszy takiego zamieszania i swoją obecnością 

nie  przyprawiał  Adrienne  o  przyspieszone  bicie  serca.  To 

dziwne, że nawet nie przyszło jej do głowy powiadomić go o 

wyjeździe. Zupełnie o nim zapomniała. Może zrobi to Beverly 

albo  Margaret  Prawdę  mówiąc,  nie  ma  jednak  na  co  liczyć, 

ponieważ  nie  przepadały  za  Aleksem.  Beverly  wyraźnie 

zastrzegła, żeby nie zabierała go ze sobą na przyjęcie. Uważała, 

że  skoro  ma  ono  służyć  pozyskaniu  nowych  klientów,  nie 

należy  zapraszać  konkurencji.  Adrienne  podejrzewała,  że 

background image

Beverly kierowały także inne motywy. 

Adrienne  pomyślała,  że  niepotrzebnie  czuje  się  winna. 

Może przecież zadzwonić do Aleksa z Utah. Miejmy nadzieję, 

że będzie pamiętać. Jedno spojrzenie Matta wywoływało taki 

popłoch w jej sercu! W towarzystwie Aleksa nigdy to się jej nie 

przydarzyło.  Oczywiście,  jest  wolną  kobietą.  Nie  jest  z 

Aleksem zaręczona, nigdy się z nim nawet nie przespała. Ale 

on wciąż cierpliwie czeka. Wprawdzie wspomniał ostatnio, że 

po  trzech  miesiącach  znajomości  jej  opory  wydają  mu  się 

nieuzasadnione, lecz  Adrienne miała  swoją  receptę  na  udane 

małżeństwo: długi okres narzeczeństwa. Jej dwie starsze siostry 

zbyt  szybko  podjęły  decyzję  i  obie  były  już  rozwiedzione. 

Adrienne postanowiła nie powielać ich błędów. 

– Widzisz? – 

Dźwięk głosu Matta wyrwał ją gwałtownie z 

rozmyślań.  –  To wcale nie takie straszne –  dodał,  zsuwając 

słuchawki z uszu. 

Daleko na horyzoncie pokazała się błyskawica, a w kilka 

sekund później rozległ się grzmot. 

– Burza! – 

zawołała Adrienne, pochylając się do przodu, 

żeby lepiej widzieć. – Tam jest burza! 

– 

Na to wygląda – stwierdził spokojnie Matt, zakładając 

ponownie  słuchawki.  –  Czasami  zmiany  pogody  nadchodzą 

całkiem  nieoczekiwanie  –  dodał,  zamieniwszy  kilka  słów  z 

wieżą kontrolną. 

Adrie

nne ujrzała następną błyskawicę i policzyła sekundy 

do grzmotu. Burza najwyraźniej się do nich zbliżała. 

– Co teraz zrobimy? 
– 

Będziemy  obserwować.  Jeśli  okaże  się  to  konieczne, 

zmienimy kurs. 

– Zmienimy kurs? 
– 

Pewnie. To łatwe. 

– Czy ty mi na pewno mówis

z całą prawdę? 

– 

Co jeszcze chciałabyś wiedzieć? – spytał z uśmiechem. 

– 

Chcę  wiedzieć,  czy  zaraz  rozbijemy  się  i  zginiemy  – 

odparła, nieudolnie naśladując jego spokojny, opanowany ton 

głosu. 

– 

Dziękuję ci bardzo za zaufanie. Odpowiedź brzmi: nie. 

– Przepraszam – 

szepnęła zawstydzona Adrienne. 

W końcu Matt zaproponował jej pomoc i nie zasługuje na 

takie traktowanie. 

– 

Boisz się, prawda? 

background image

– 

To jest... takie groźne. – Adrienne zadrżała, widząc jak 

błyskawica rozświetliła ciemne chmury. 

– 

Może  podać  ci  trochę  danych statystycznych? – 

zaproponował Matt. – Co roku więcej ludzi ginie w wypadkach 

samochodowych  niż  w  katastrofach  lotniczych.  Jesteś  tu 

bezpieczniejsza niż na autostradzie. 

– 

Już gdzieś o tym słyszałam. 

– Nie wierzysz mi? 
– 

Werzę.  Ale  teraz,  kiedy  niebo  jest  całe  naładowane 

elektrycznością,  ziemia  daleko,  a  my  nie  mamy  nawet 

spadochronów, dane statystyczne nie są żadną pociechą. 

– 

Chyba nadszedł czas, żebyś się trochę zrelaksowała – 

powiedział Matt, spoglądając na nią z ukosa. 

– 

Ani mi się waż puszczać stery! 

– Spokojnie – 

odparł Matt – Nie takie rozrywki miałem na 

myśli. Masz chłopaka? 

Adrienne zawahała się. 

– 

No, powiedz. Nie mogę z tobą dyskutować o akcjach i 

obligacjach, a ty przecież nie opowiesz mi żadnej dykteryjki z 

życia pilotów, więc pozostały sprawy osobiste. 

– 

Tak ci się tylko wydaje. 

– 

Czy  dla  ciebie  chłopcy  nie  są  ciekawym  tematem? 

Jestem zaskoczony. Myślałem, że musisz się od nich oganiać 

jak  od  natrętnych  much.  Czyje  serce  złamałaś  w  ostatnim 

tygodniu? – 

zaśmiał się. 

– 

Naprawdę uważam, że to nie twoja sprawa. 

– 

No, dobrze. Ja opowiem ci coś pierwszy. – Matt znów 

się  roześmiał.  –  Moją  pierwszą  miłością  była  Tina.  Oboje 

mieliśmy po pięć lat i bawiliśmy się przez cały czas w doktora, 

dopóki  nie  wkroczyła  mama  Tiny.  Potem  przeszedłem  przez 

ten 

okres  w  życiu  każdego  chłopaka,  kiedy  nienawidzi  się 

wszystkich  dziewcząt.  Gdy  miałem  dwanaście  łat,  poznałem 

szesnastoletnią kobietę i ona właśnie... 

– 

Matt, ja naprawdę wcale nie chcę tego słuchać. 

– 

Za  mało  ciekawe  jak  na  twój  gust?  No,  dobrze. 

Najdłuższą i najbardziej podniecającą znajomość przeżyłem z 

dziewczyną,  którą  poznałem  w  szkole  średniej.  To  był 

prawdziwy dynamit. Żadnych zahamowań. Była gotowa robić 

to w dowolnym miejscu –  w wannie, w gondoli balonu, na 
rowerze... 

– Na rowerze? 

background image

– 

Tak. Oczywiście musiałem przez cały czas pedałować, 

no i było mi trochę trudno utrzymać kierownicę, bo... 

– 

Przestań. – Adrienne zaczerwieniła się i wyjrzała przez 

okno na przetaczające się wokół zwały ciemnych chmur. 

– 

Nie chcesz, żebym ci o tym opowiedział? 

–  Nie.  – 

Zacisnęła  szczęki  i  starała  się  zapanować  nad 

wyobraźnią,  która  podsuwała  zmysłowe  obrazy.  –  Myślę,  że 

opowiadanie  szczegółów  ze  swojego  życia  seksualnego  jest 

wysoce niewłaściwe. 

– 

Chyba za dużo sobie wyobrażasz. – Spojrzał na nią z 

krzywym uśmieszkiem. 

– 

Jesteś  aroganckim  chwalipiętą,  któremu  sprawia 

przyjemność  odsłanianie  najbardziej  intymnych  stron 

osobistego życia obcej w gruncie rzeczy osobie. 

– 

Zakładasz,  że  to,  co  ci  opowiedziałem,  to  prawda. 

Potrafię doskonale zmyślać. 

– 

Ty...  ty  to  wszystko  zmyśliłeś?  –  Spojrzała  na  niego 

ostrożnie. 

– Nie wszystko. Opowiadanie o Tinie i o szesnastoletniej 

kobiecie  było  prawdziwe.  Ale  myślę,  że  w  kochanie  się  na 

rowerze nie powinnaś była uwierzyć. 

– 

Skłamałeś? – Adrienne wciągnęła głęboko powietrze. 

– 

Wymyśliłem na poczekaniu zabawną historyjkę. Sama 

przyznaj. Nawet ty nadstawiłaś ucha. 

To  chyba  za  słabe  określenie,  pomyślała  Adrienne.  Nie 

chciała, by spostrzegł, jak na nią działa. Taki człowiek jak Matt 

natychmiast  by  to  wykorzystał.  Mogła  sobie  to  z  łatwością 

wyobrazić.  Przystojny  samotny  mężczyzna,  do  tego  nie 

pozbawiony uroku osobistego, z pewnością nie mógł narzekać 

na  brak  miłosnych  propozycji.  Nie,  lepiej  wcale  o  tym  nie 

myśleć. 

Błyskawica  znów  rozdarła  czerń  nieba  i  Adrienne 

zadrżała. Matt sprawił, że przez chwilę zapomniała, gdzie się 

znajduje, i przestała się bać. Musiała przyznać, że jego metody 

są rzeczywiście skuteczne. 

– Teraz twoja kolej – 

odezwał się po chwili, bez wysiłku 

kierując samolotem zagubionym w ciemnościach nocy. – Kto 

to jest Aleks? 

– A 

więc i o nim opowiadała ci Beverly? 

– 

Nie musisz tak się złościć. Wspomniała mi, że chodzisz 

z nudnym facetem, który ma na imię Aleks, no i że mogłabyś 

background image

znacznie lepiej spożytkować swoje wdzięki. 

– 

Kiedy wrócimy do Tucson, będę musiała z nią pomówić. 

Zupełnie niepotrzebnie miesza się do mojego życia. – Adrienne 

zacisnęła mocno usta. 

– 

Przecież znasz Beverly. Nie miała nic złego na myśli. 

– 

A właśnie, od jak dawna znasz Beverly? Chodziłeś do 

szkoły w Tucson? 

– 

Tak.  Mój  ojciec  służył  w  lotnictwie.  Wyjechaliśmy, 

kiedy  miałem  szesnaście  lat,  ale  zawsze  chciałem  tu  wrócić. 

Poza  tym  to  świetne  miejsce  do  latania.  Przyjechałem  kilka 

miesięcy temu i któregoś dnia spotkałem Beverly w sklepie. 

– 

A ona zaprosiła cię na przyjęcie, żebyś mnie poznał. 

– 

Właśnie. Sądziła, że możemy przypaść sobie nawzajem 

do gustu. – 

Matt spojrzał na nią pytająco. 

– 

Gdzie  jesteśmy?  –  spytała  Adrienne,  nie  wiedząc,  co 

odpowiedzieć. 

– 

Na  północ  od  Phoenix.  Lecimy  właśnie  nad 

płaskowyżem. Niedługo... O, do diabła! 

– 

Słucham? – Spojrzała na niego pytająco, ale Matt nie 

odpowiedział, tylko założył słuchawki. 

Po chwili Adrienne sama zrozumiała, co się stało. Nawet 

jej  niewyszkolone  uszy  zarejestrowały  nagłą  zmianę  w 

dźwięku  silnika,  który  teraz  chrypiał  i  jęczał.  Z  zachowania 

Matta Adrienne wywnio

skowała,  że  dzieje  się  naprawdę  coś 

złego.  Mówił,  próbując  porozumieć  się z  kontrolą  lotów, ale 

nadaremnie. Silnik wciąż się krztusił. 

– 

Lądujemy – powiedział, rzucając jej krótkie spojrzenie. 

– 

Lądujemy?  –  Serce  Adrienne  waliło  jak  młotem.  – 

Gdzie? Czy tu 

jest jakieś lotnisko? 

– 

Może uda mi się znaleźć miejsce na autostradzie. 

– Na autostradzie? – 

Adrienne nieomal wpadła w panikę. 

– 

Matt, nie możesz wylądować na autostradzie! 

– 

Chyba  masz  rację.  –  Przechylił  samolot  na  jedno 

skrzydło  i  wyjrzał  przez  zasnute  szronem  okno.  Zaklął  pod 

nosem. 

– 

Co? Co się stało? 

– 

Nie starczy dla nas miejsca. Jest za duży ruch. 

– 

Więc co zrobimy? 

– 

Musimy znaleźć inne miejsce. 

– 

W tych skałach? 

– 

Słuchaj,  nie  mamy  wyboru  –  rzucił  zniecierpliwiony 

background image

przez zaciśnięte zęby. – A teraz zamknij się i rób, co ci każę. 

– Matt – 

wymamrotała, czując, że braknie jej tchu. – Czy 

my się rozbijemy? 

– 

Może uda mi się temu zapobiec. 

– 

O, Boże! – Adrienne zamknęła oczy. Miała ochotę się 

rozpłakać. Czemu zgodziła się na ten głupi pomysł? Ale z niej 

idiotka! A teraz... 

Silnik  zakasłał  raz  jeszcze  i  zamilkł.  Cisza  była 

przerażająca.  Zaczęli  stromo  schodzić  w  dół.  Adrienne 

zamarła. 

– 

Pochyl się jak najbardziej do przodu i schowaj głowę 

między kolanami – rzucił Matt rozkazującym tonem. 

Adrienne p

osłuchała, przysięgając sobie w duchu, że jeśli 

ujdzie  z  życiem,  to  nigdy  więcej  nie  podejmie  pochopnie 

decyzji. Nigdy. 

– 

Trzymaj się. Teraz. 

Siła  uderzenia  wbiła  ją  w  fotel.  Samolot  podskoczył  i 

znów uderzył w ziemię. Adrienne poczuła w ustach smak krwi. 

Samolot  sunął  wśród  kamienistych  pagórków.  Matt  na 

przemian krzyczał niezrozumiale i przeklinał: 

– 

Zatrzymaj się, stój, do jasnej cholery! 

Nareszcie  maszyna  zaczęła  zwalniać  i  Adrienne  zaczęła 

mieć nadzieję, że chyba jednak się nie zabiją. Przynajmniej nie 

w tej chwili. Przed nimi widać było kamienistą ziemię, a dalej... 

dalej rozciągała się pustka. 

– Co to jest? – 

spytała ochryple. – Jezioro? 

– 

Nie.  Rozepnij  pas,  może  będziemy  musieli  skakać.  I 

módl się, żeby ten samolot zechciał się wreszcie zatrzymać. 

Ad

rienne  zaczęła  się  modlić.  Brzeg  przepaści  był  coraz 

bliżej. Spadną. Na pewno... 

Samolot znieruchomiał. Przed nimi rozciągała się czarna 

otchłań. 

– 

Chyba  jesteśmy  na  samym  brzegu  –  powiedział  Matt 

cicho,  jakby  najlżejszy  dźwięk  mógł  naruszyć  równowagę 

samo

lotu  i  zepchnąć  ich  do  przepaści.  –  Otwórz drzwi, ale 

pamiętaj, musisz to zrobić bardzo ostrożnie. 

Będę tu siedział, aż znajdziesz się na zewnątrz. 

– Ale... 
– 

Teraz nie dyskutuj. Wychodź. 

Zastanawiała się, czy jej się to uda. Ręka obsunęła się po 

klamce. 

background image

–  Spokojnie, Adrienne. Spokojnie. Powoli. Dobrze. W 

każdej chwili mogą znaleźć się na dnie kanionu. Powoli. Krok 

po kroczku. Spokojnie. 

Wreszcie  drzwi  ustąpiły.  Pchnęła  je  delikatnie, 

wstrzymując  oddech.  Samolot  zakołysał  się  i  zaskrzypiał 

przeraźliwie. Starała się nie myśleć o znajdującej się pod nimi 

przepaści ani o tym, co się stanie, jeśli uda jej się wyjść z tego 

cało, a Mattowi nie. 

– 

Wyskakuj ze mną – wyszeptała. 

– 

Dopiero kiedy będziesz na zewnątrz. 

– 

Możemy wyskoczyć jednocześnie. 

– 

Adrienne, wynoś się, do licha, z tego samolotu. Już! 

–  Dobrze.  – 

Adrienne  przełknęła  ślinę,  zacisnęła  zęby  i 

wysunęła się z fotela. Samolot zaskrzypiał, ale nie poruszył się. 

Kiedy  postawiła  stopę  na  pierwszym  metalowym  stopniu, 

błyskawica rozdarła niebo, oświetlając leżący pod nimi kanion, 

który przypominał otwartą paszczę potwora. 

– 

No, już. 

Wzięła głęboki oddech, stanęła na stopniu całym ciężarem 

i zaczęła zsuwać stopę po pokrywie podwozia. Samolot zatrząsł 

się. 

– 

Właśnie tak – zachęcał ją Matt. – Po prostu zejdź w dół. 

Jak tylko znajdziesz się na ziemi, będę skakał, więc na wszelki 

wypadek odejdź jak najdalej od samolotu. 

– Dobrze. – 

W uszach słyszała tylko tępy łomot swojego 

serca.  Musi  zejść i  musi  wierzyć,  że  Mattowi  też  się  to  uda. 

Popatrzyła pod nogi. Pokrywa koła znajdowała się zaledwie o 

metr  od  przepaści,  a  przód  samolotu  wraz  ze  śmigłem 

wystawały nad jej krawędzią. 

– 

W porządku – zawołała. – Stawiam nogę na ziemi. Matt, 

wychodź. 

– 

Postaw tam drugą nogę i uciekaj. 

–  Jestem na ziemi! – 

zawołała,  gdy  podmuch  wiatru 

gwałtownie uderzył w bok samolotu. Uciekała, potykając się o 

nierówności terenu. Wysoki obcas jej wieczorowych pantofli 

zaklinował się miedzy kamieniami i Adrienne upadła, kalecząc 

sobie boleśnie dłonie i kolana. 

Za  plecami  usłyszała  krzyk  Matta.  Podniosła  głowę,  w 

chwili  gdy  samolot  pikował  w  głąb  kanionu.  Wycie  wiatru 

zagłuszyło  huk  rozbijającego  się  samolotu.  Adrienne  chciała 

krzyczeć, ale z jej gardła nie wydobył się żaden dźwięk. Nagle 

background image

zapadła cisza, w której słyszała tylko bicie własnego serca. 

– Matt? – 

wyszeptała. 

Następna  błyskawica  oświetliła  płaskowyż.  Adrienne 

wytężyła wzrok. Tak, to był Matt! Bogu dzięki, leżał o kilka 

metrów dalej. Zdążył wyskoczyć z samolotu, zanim ten runął w 

przepaść. Podbiegła do mężczyzny z okrzykiem ulgi. 

Matt  usiadł  i  ogłupiałym  wzrokiem  wpatrywał  się  w 

miejsce,  w  którym  jeszcze  kilka  sekund  wcześniej  stał  jego 

samolot.  Potem  spojrzał  na  Adrienne,  jakby  starał  się 

przypomnieć sobie, kim ona jest. 

– Nie ma go – 

powiedział nieprzytomnie. 

– 

Ale ty jesteś. – Upadła na kolana i skrzywiła się z bólu. – 

Matt, ty żyjesz. Oboje żyjemy. Udało się. 

–  Nie ma mojego samolotu – 

powtórzył  tym  samym, 

pełnym niedowierzania tonem. 

– 

Samolot  można  odkupić  –  powiedziała,  chwytając  w 

dłonie jego twarz. – A ludzi nie. Matt, ryzykowałeś życie, żeby 

mnie  ocalić.  Byłeś...  –  Łzy  potoczyły  się  jej  po  policzku.  – 

Byłeś wspaniały. Nie potrafię powiedzieć, jak... 

– 

Nie płacz – poprosił, choć sam wyglądał, jakby zaraz 

miał się rozpłakać. 

– 

Ale o mało co nie zginęliśmy. A ty kazałeś mi pierwszej 

wyjść.  Nawet  mnie  nie  znasz,  a  byłeś  taki  dzielny.  – 

Rozszlochała się na dobre. 

– 

Nie płacz – powtórzył, obejmując ją mocno. Szlochała, 

czując,  jak  uchodzi  z  niej  napięcie.  Matt  gładził  włosy 

Adrienne i coś cicho do niej mówił, żeby ją uspokoić. W końcu 

ucichła, ale wciąż wtulała twarz w szeroką, męską pierś. 

– 

Muszę... muszę wytrzeć nos – wymamrotała w końcu. 

Odsunął się odrobinę, wyjmując z kieszeni chusteczkę. 

– 

Dzięki. – Wyprostowała się i wytarła nos. – Ale co teraz 

zrobimy? 

Jak na zawołanie lunęło niczym z cebra. – Musiałaś się o 

to postarać, prawda? – Matt uśmiechnął się do niej z trudem. 

– 

Nie patrz tak na mnie. To nie mnie prześladuje pech. 

–  Adrienne, nie zaczynaj. –  Matt natychmiast 

oprzytomniał. 

–  Przepraszam  – 

powiedziała  szybko  zmieszana.  Matt 

utracił przecież ukochany samolot – Czy... czy sądzisz, że już 

po nim? 

– Dobre pytanie. – 

Matt podniósł się z trudem. – Może coś 

background image

będzie widać. 

– 

Proszę, nie podchodź za blisko – ostrzegła Adrienne, ale 

Matt nie zwrócił na jej słowa najmniejszej uwagi. 

– 

Nie  przypominam  sobie,  żebym  słyszał  wybuch  – 

stwierdził,  podchodząc  do  krawędzi.  Brzegi  przepaści 

porośnięte były rzadkimi krzewami. 

– 

Matt,  proszę,  uważaj.  –  Adrienne  zatrzymała  się.  Nie 

była  w  stanie  zmusić  się,  żeby  podejść  do  ziejącej  otchłani. 

Sama 

myśl  sprawiła,  że  poczuła  nieprzyjemne  mrowienie  w 

całym  ciele.  Nie  miała  pojęcia,  jak  udało  jej  się  wyjść  z 

samolotu. Zazwyczaj wystarczało przecież, że wyjrzała przez 

okno wieżowca i natychmiast kręciło jej się w głowie. 

– 

Nie widzę go – powiedział Matt. – Po ciemku i w tym 

deszczu nic nie można dostrzec, ale nie było pożaru. To dobry 

znak. 

– 

Więc może wróciłbyś tutaj, zamiast tam zaglądać? 

– 

Masz lęk przestrzeni, prawda? 

– Chyba tak – 

przyznała niechętnie. – Matt, proszę, wróć. 

– Chyba nic mi innego nie pozostaje. Tam w dole nic nie 

widać.  Ale  skoro  nie  było  pożaru,  może  uda  się  uratować 

samolot.  Jeśli  nie  cały,  to  może  jakieś  części.  Może  nie 

wszystko stracone – 

powiedział  Matt  z  nadzieją  w  głosie, 

wracając do Adrienne. 

– A ubezpieczenie? 
– Jakie ubezpieczenie? 
– 

Ubezpieczenie, które pozwoli ci odkupić samolot. 

– Nie mam ubezpieczenia. 
– 

Co? Czy nie wymagają tego przepisy? 

– 

Nie,  jeśli  latam  własnym  samolotem.  Muszę  mieć 

ubezpieczenie  od  odpowiedzialności  cywilnej  za  pasażerów, 

ale nie było mnie na razie stać na nic więcej. 

–  To niewiarygodne! Wydajesz na samolot wszystkie 

oszczędności i nie płacisz ubezpieczenia? – Adrienne opuściła 

ręce. 

– 

Miałem  zamiar  to  zrobić,  jak  tylko  zgromadzę  trochę 

więcej pieniędzy. 

– 

Matt,  to  bez  sensu!  Nie  pozostawia  się  bez  ochrony 

całego swojego majątku! Naprawdę... 

– 

Słuchaj – zwrócił się do Adrienne – możesz zachować 

ten wykład dla swoich klientów. Wystarczająco źle się czuję. 

Nie  chcę  słuchać  o  odpowiedzialności  finansowej  w  środku 

background image

nocy, w ulewnym deszczu, i to od kobiety,  której  –  na swój 
nieudolny sposób – 

próbowałem pomóc. 

– Ja tylko... 
– 

Zamknij się! 

–  Dobrze  – 

nie  dawała  za  wygraną  –  ale mam jeszcze 

jedno maleńkie pytanie. 

– Jakie? 
– Co teraz zrobimy? 
– 

Będziemy czekać. 

– Jak to? 
– Zostaniemy przy wraku. 
– Chyba o czym

ś zapomniałeś. – Adrienne pomału traciła 

cierpliwość.  –  Nie  możemy  się  nawet  do  niego  dostać.  Być 

może nikt nigdy go już więcej nie ujrzy. 

– Nieprawda – 

skrzywił się Matt – Skąd wiesz? 

– 

Ja to czuję. 

– 

Och, zapomniałam o męskiej miłości do samochodów i 

wszelkich  innych  tego  typu  pojazdów.  Jak  widać,  także  do 

samolotów. Być może ty uważasz, że musisz zostać ze swoim 

samolotem, ale ja jestem innego zdania. Idę poszukać jakiejś 

drogi. – 

Adrienne wyrzuciła ręce do góry w geście desperacji. 

– 

To  czysta  głupota.  Wszystkie  nasze  pieniądze  i  karty 

kredytowe są w samolocie. Masz na sobie tylko wieczorową 

sukienkę. Nawet jeśli uda ci się dojść do szosy, nikt nie zechce 

zabrać  ubłoconej  nieznajomej  kobiety  z  mokrymi  włosami, 

poobcieranymi kolanami, w rozdartej spódnicy... 

– Jest rozdarta? – 

Adrienne spojrzała w dół i zorientowała 

się,  że  spódnica  odkrywa  jej  nogę  aż  do  biodra.  Chwyciła 

materiał i ściągnęła go, zasłaniając się. 

– 

Myślę,  ze  nie  musimy  tracić  czasu  na  fałszywą 

skromność. Jeśli sądzisz, że na widok twojej gołej nogi rzucę 

się na ciebie w tym błocie i na kamieniach, to przeceniasz siłę 

mojego popędu seksualnego. 

– 

Jesteś okropny. – Spojrzała na niego gniewnie. 

– 

No, no, a jeszcze parę minut temu mówiłaś mi, że jestem 

wspaniały. Co się stało? 

Adrienne s

tała  i  czuła,  jak  jej  wysokie  obcasy  powoli 

grzęzną w gęstym błocie. Sukienka i pończochy były zupełnie 

zniszczone, a rozmazany tusz do rzęs szczypał ją w oczy. Za 

kilka godzin rodzice zaczną się poważnie niepokoić. Nie uda 

się jej zdążyć na czas, żeby zobaczyć Granny. 

background image

–  Chyba nie jestem w najlepszej formie – 

powiedziała, 

odwracając się i brnąc naprzód po kostki w błocie. 

– 

Dokąd  idziesz? 

– 

Poszukać szosy. 

– 

Adrienne, bądź rozsądna. 

– 

Rozsądna,  to  znaczy  jaka?  Mam  postąpić  tak,  jak  ty 

sobie życzysz? Zostać tu i pilnować tego twojego ukochanego 

samolotu? Ale ja muszę myśleć o moich rodzicach, którzy za 

parę godzin zaczną szaleć z niepokoju. Jeśli dostaniemy się do 

autostrady, może ktoś podwiezie nas do telefonu. 

– 

Właśnie, jeżeli uda nam się dostać do autostrady. 

– 

Chciałam powiedzieć, kiedy dojdziemy do autostrady. 

Idę,  i  wszystko  mi  jedno,  co  ty  zrobisz.  –  Odwróciła  się  i 

ruszyła naprzód, krzywiąc się z bólu. Przez cienkie podeszwy 

pantofli  czuła  ostre  kamienie,  które  zalegały  powierzchnię 

ziemi. 

– Powinien

em po prostu pozwolić ci iść! – zawołał. – Jeśli 

tak  bardzo  chcesz  być  niezależna,  powinienem  ci  na  tę 

niezależność pozwolić! 

Adrienne szła nie odwracając się. Wolałaby, żeby Matt jej 

towarzyszył, ale skoro on nie uważał tego za słuszne, będzie 

musiała sama odnaleźć szosę. W końcu niedawno przelatywali 

nad autostradą. Wystarczy iść w tamtym kierunku. 

Wytężała  słuch  w  nadziei,  że  usłyszy  za  sobą  kroki 

mężczyzny. Nagle pośliznęła się i żeby nie upaść, chwyciła się 

gałęzi krzewu. Ostre kolce boleśnie wbiły się w dłoń. 

Ruszyła w dalszą drogę, starając się iść bardziej ostrożnie. 

Znalezienie drogi wśród gęstych zarośli nie było wcale łatwe. 

Podeszwy wieczorowych pantofli ślizgały się po kamieniach, a 

błotniste  kałuże  wydawały  się  miejscami  nie  do  przebycia. 

Adrie

nne  patrzyła  pod  nogi,  starając  się  osłonić  twarz  przed 

ostrym, zacinającym deszczem. 

Nagle  podniosła  głowę  i  zaczęła  przeraźliwie  krzyczeć. 

Na wprost niej z ciemności wyłoniła się groźna postać. 

background image

ROZDZIAŁ 3 

 
– 

Adrienne,  idziesz  w  złym  kierunku.  –  Groźna  postać 

przemówiła głosem Matta. 

– 

Jak mogłeś tak mnie przestraszyć! – zawołała Adrienne. 

– 

Gdybym szedł za tobą i wołał, czy byś się zatrzymała? 

Obawiam się, że nie. – Matt podszedł o krok bliżej. Jego kurtka 

była kompletnie przemoczona, a kosmyki włosów opadały na 

czoło. 

– 

Być  może  nie  natychmiast,  ale  nie  powinieneś  mnie 

straszyć tylko po to, żeby zwrócić na siebie uwagę. 

– 

A  co  miałem  zrobić?  Złapać  cię  za  rękę?  Wtedy  na 

pewno dostałbym w głowę. 

– Wcale nie! Ja... 
– Wszystko jedno. – 

Matt z rezygnacją machnął ręką. 

– 

Jeżeli  chcesz  znaleźć  drogę,  lepiej  idź  w  tę  stronę.  – 

Wskazał na prawo. 

– 

A  więc  wiedziałeś,  gdzie  jest  szosa!  Wiedziałeś  i  nie 

powiedziałeś mi – wykrzyknęła coraz bardziej wściekła. 

– 

Wiedziałem,  z  której  strony  należy  jej  szukać  – 

spros

tował. – Ale nikt nie wie, co znajduje się między nami a 

autostradą, ani jak długo trzeba będzie iść, zanim dotrzemy do 

celu.  Poza  tym  nawet  jeśli  tam  się  wreszcie  znajdziemy,  na 

pewno nikt nie będzie nas chciał zabrać do samochodu. 

– 

Powiedziałeś nas? Idziesz ze mną? 

– 

Nie mam wyboru. Jeśli puszczę cię samą, boję się, że 

skończy się to tragicznie. 

– 

Szłam w stronę, z której przylecieliśmy – zwróciła mu 

uwagę, podnosząc dumnie głowę. 

– 

Obawiam się, że nie. 

– 

Właśnie, że tak. 

– 

Nie mogę pozwolić, żebyś błąkała się sama. Nie masz 

zupełnie orientacji w terenie. 

– 

A  co  cię  to  obchodzi?  –  Adrienne  poczuła,  że  po 

policzkach płyną jej łzy. 

– 

Czasami sam się nad tym zastanawiam. – Popatrzył na 

nią badawczo. – Ruszajmy wreszcie. – Odwrócił się na pięcie i 

zaczął iść we wskazanym kierunku. 

Adrienne  powlokła  się  za  Mattem.  Była  przemoczona  i 

zziębnięta. Poruszała się z trudem po wyboistej i śliskiej ziemi, 

background image

ale duma nie pozwalała jej poprosić go o pomoc. Myślałby kto, 

mądrala,  doświadczony  pilot,  a  nie  zapłacił  nawet 

ubezpieczenia za samolot! Niewiarygodne! Dobrze mu tak, ten 

wypadek to kara za bezmyślność. 

– 

Przed  nami  jest  strumień  –  zawołał  Matt,  spoglądając 

przez ramię. 

– 

Można  go  jakoś  obejść?  –  Adrienne  miała  poważne 

wątpliwości,  czy  uda  jej  się  przejść  przez  rwący  potok. Z 

trudem trzymała się na nogach. 

– 

Trudno powiedzieć, w tych ciemnościach i deszczu nic 

nie widać! 

Podeszli razem do brzegu. Woda pieniła się wokół ostrych 

kamieni,  a  przy  wystających  gałęziach  tworzyły  się  wiry. 

Pokonanie  tej  przeszkody  będzie  wymagać  wiele  wysiłku, 

pomyślała Adrienne, ale innego wyjścia nie ma. 

– 

Chodźmy  –  powiedziała  i  pomału  zaczęła  schodzić  z 

brzegu. 

– Zaczekaj. – 

Matt złapał ją za rękę. – Przeniosę cię. 

– To nie jest konieczne – 

odparła najbardziej wyniosłym 

tonem, na jaki było ją stać. Matt zaklął pod nosem. 

– 

Wulgarne słowa nie... – zaczęła Adrienne, ale nie dane 

jej było skończyć. Dłoń Matta zacisnęła się na jej ramieniu. Bez 

dalszej dyskusji przerzucił ją sobie przez ramię, głową w dół. – 

Matt, przestań! Sama sobie poradzę! 

– 

No pewnie! Ale ja muszę ci dowieść mojej dzielności. 

– 

Właśnie! – Adrienne zaczęło szumieć w uszach i kręcić 

się  w  głowie.  Ta  pozycja  z  pewnością  nie  należała  do  jej 

ulubionych. – 

O to właśnie mi chodzi! To męskie dążenie do 

rządzenia,  do  władzy.  Ty...  – z trudem  przekrzykiwała  szum 

rwącej wody. 

– 

Zamknij się wreszcie, Adrienne. – Matt dyszał ciężko, 

ale  udało  mu  się  roześmiać.  –  Naprawdę  jesteś  niezwykła. 

Nawet  z  tyłkiem  w  górze  jesteś  w  stanie  dyskutować  o 

równouprawnieniu kobiet. 

– 

Panie  Kirkland,  byłabym  panu  wdzięczna,  gdyby  był 

pan uprzejmy nie wyrażać się w ten sposób o moim ciele. 

Mężczyzna znów się roześmiał. 

– 

Z czego się śmiejesz? 

– 

Nie mogę ci powiedzieć, bo musiałbym użyć określeń, 

które ci się nie podobają. – Klepnął Adrienne po pośladku. 

– 

Jak  śmiesz!  –  zawołała  oburzona  Adrienne.  Matt 

background image

chwycił ją mocniej. 

– 

Przestań  się  szarpać  –  rzucił  ostro,  zirytowany  nie  na 

żarty.  Przesunął  ją  na  ramieniu  tak,  że  oparł  policzek  o  jej 

biodro. – 

Zaraz oboje się skąpiemy. 

– 

Wygląda na to, że świetnie się bawisz. 

– 

Nie  przypuszczałem,  że  to  zauważysz,  ale  niektóre 

rzeczy istotnie sprawiają mi przyjemność. 

– 

Matt, żądam, abyś... 

–  Hopsa!  – 

zawołał Matt, stawiając Adrienne na drugim 

brzegu. 

Adrienne obciągnęła poszarpaną spódnicę, unikając jego 

spojrzenia. Wci

ąż czuła na skórze dotyk rąk Matta. 

– 

Wydaje mi się, że deszcz ustaje. 

– Chyba. 

Ton  głosu  Matta  sprawił,  że  popatrzyła  na  niego  z 

niepokojem. Matt przyglądał jej się z założonymi ramionami. 

– 

Powiedz  mi,  czy  kiedykolwiek  przyszło  ci  do  głowy, 

żeby pójść na całość, przestać przejmować się drobiazgami? 

– 

Nawet jeśli tak by się miało kiedyś stać, to na pewno nie 

z tobą. – Adrienne rzuciła Mattowi gniewne spojrzenie. 

– 

Nawet  jeśli  tak  by  się  miało  stać?  Czy  to  znaczy,  że 

nigdy ci się nic takiego nie przydarzyło? 

– To nie twoja sprawa. 
– 

Dużo  tracisz,  Adrienne.  Każdy  ma  tylko  jedno  życie. 

Może  być  nudne,  ale  może  też  okazać  się  ciekawe  i 

ekscytujące. 

– 

Czy chodzi ci na przykład o wspaniały lot niesprawnym 

samolotem  w  samym  środku  nocy,  podczas  burzy,  bez 

ubezpieczenia, w wieczorowych strojach? 

– 

Musisz  przyznać,  że  przynajmniej  się  nie  nudzisz.  – 

Matt zrobił ironiczną minę. 

– 

Jak możesz żartować w tej sytuacji? 

– 

Jak możesz być taka poważna? – Mężczyzna roześmiał 

się i potrząsnął głową. – Chodź no tu bliżej. 

–  Coo...  – 

Zanim  się  spostrzegła,  znalazła  się  w  jego 

ramionach.  Matt  zamknął  jej  usta  czułym  pocałunkiem.  Po 

dłuższej  chwili  uniósł  głowę  i  uśmiechnął  się.  –  Ja tylko 

sprawdzam. 

Adrienne nie zdobyła się na odpowiedź. Pocałunek był tak 

nieoczekiwany i... tak na

miętny!  Wreszcie  oprzytomniała  i 

odepchnęła Matta. 

background image

–  Niby co sprawdzasz? – 

spytała,  starając  się,  by  w  jej 

głosie zabrzmiało szczere oburzenie. Nie było to łatwe, gdyż 

pocałunek  sprawił  jej  prawdziwą  przyjemność.  Najwyraźniej 

Matt znał się na rzeczy. 

–  Spr

awdzałem,  czy  mam  rację  –  wyjaśnił.  –  I 

rzeczywiście, nie myliłem się. 

– Jak to? 
– 

Twój pocałunek jest o niebo słodszy niż to, co słyszę z 

twoich ust. 

Miała szczerą ochotę rzucić się na niego z pięściami. 

– 

Byłabym wdzięczna, gdybyś był uprzejmy zachować te 

uwagi dla siebie – 

rzuciła z wyniosłą miną. – Tak samo, jak i te 

twoje cholerne pocałunki. 

– 

Ależ z ciebie zgorzkniała młoda osoba! Czy chodzi tylko 

o mnie, czy traktujesz w ten sposób wszystkich mężczyzn? 

– 

To nie jest miejsce ani pora, żeby omawiać... 

– 

Powiedz krótko. Tyle, żeby zaspokoić moją ciekawość. 

– 

No,  dobrze,  sam  się  o  to  prosiłeś.  Nie  traktuję  tak 

wszystkich mężczyzn, tylko takich jak ty. 

– To znaczy? 
– 

Takich,  którzy  gdy  chcą  mieć  własny  samolot,  nie 

przejmują  się  tak  przyziemnymi  rzeczami  jak ubezpieczenie. 

Takich, którzy jeżdżą sportowymi samochodami i uważają, że 

wszystko  wiedzą  najlepiej.  Takich,  którzy  nie  liczą  się  z 

innymi, a szczególnie z kobietami, uważając je za istoty gorsze 

i głupsze. Takich, którzy uznają seks za najlepsze lekarstwo. 

– Seks? Co ma do tego seks? 
– 

Pocałowałeś mnie! Dwa razy! 

– 

Moja miła, jeżeli dwa pocałunki to dla ciebie seks, to 

znaczy, że Aleks bardzo cię zaniedbuje. – Matt uśmiechnął się 

nie bez odrobiny złośliwości. 

– 

O to mi właśnie chodziło – odparowała. – Nie dość, że 

jesteś porywczy i nieodpowiedzialny, to do tego wszystkiego 

jesteś jeszcze bezczelny. 

– 

Masz  rację  z  tym  ubezpieczeniem  –  przyznał 

nieoczekiwanie, patrząc jej w oczy. – To była czysta głupota. 

Trzeba było się ubezpieczyć, nawet jeśli musiałbym pożyczyć 

od kogoś pieniądze. 

– 

Tak...  tak,  masz  rację  –  wyjąkała  Adrienne,  którą 

ostatnie  słowa  Matta  zupełnie  zbiły  z  tropu.  Zmiana  w  jego 

zachowaniu  była  całkowicie  niespodziewana.  Teraz,  gdy 

background image

znalazła poważny argument przeciwko niemu, on nagle się z 

ni

ą zgadza! 

– 

Jeśli chodzi o porywczy temperament, twoja ocena też 

chyba jest słuszna. A jeśli mowa o bezczelności – przerwał i 

obrzucił Adrienne spojrzeniem od stóp do głów – żeby móc to 

ocenić,  musiałabyś  mnie  lepiej  poznać.  Być  może  jestem  po 

prostu pewny siebie. 

– Ha! – 

Adrienne poczuła mrowienie na całym ciele. – Nie 

potrzebuję cię lepiej poznawać. I wcale nie chcę. 

Matt uśmiechnął się z powątpiewaniem. 

– 

Widzisz, sam widzisz, co mam na myśli – powiedziała. – 

Jesteś po prostu bezczelny. 

– Nieprawda – odp

arł łagodnym tonem. 

Starała się popatrzyć na niego z naganą, ale poczuła, jak 

wbrew  jej  woli  krew  zaczyna  szybciej  krążyć.  Postanowiła 

przeciwstawić się aurze zmysłowości i nigdy jej się nie poddać. 

–  Poszukajmy lepiej drogi – 

powiedziała w końcu. Matt 

wyc

iągnął rękę. Adrienne zignorowała ten gest i ruszyła przed 

siebie.  Szli  w  milczeniu.  Ciągle  padał  deszcz,  ale 

zdecydowanie  mniej  ulewny.  Adrienne  pierwsza  dostrzegła 

błotniste koleiny pomiędzy drzewami. 

– 

Udało się. – Adrienne spojrzała na Matta z tryumfem. 

– 

To  tylko  polna  droga.  Miasteczko  jest  pewnie  jakieś 

czterdzieści kilometrów stąd. 

Adrienne  poczuła,  że  siły  ją  opuszczają.  Czterdzieści 

kilometrów!  Nie  uda  się  tam  dojść!  Droga  nie  wyglądała  na 

uczęszczaną.  Może  Matt  miał  rację,  że  nikt  już  dzisiaj  nie 

będzie tędy jechał. Wyglądało na to, że znaleźli się w sytuacji 

bez wyjścia. 

–  Idziemy czy czekamy? – 

spytał  Matt,  podnosząc 

kołnierz, aby osłonić się przed przenikającym do szpiku kości 

wiatrem. 

Adrienne zatrzęsła się z zimna. Dopóki znajdowała się w 

ruc

hu, było jej w miarę ciepło. 

– 

Nie wiem, co robić – westchnęła wyczerpana. 

– 

Słaniasz  się  na  nogach.  –  Matt  uważnie  przyjrzał  się 

Adrienne.  Dziewczyna  z  trudem  dokuśtykała  do  pobocza  i 

osunęła się na ziemię. Zasłoniła twarz dłońmi, żeby ukryć łzy, 

które płynęły teraz niepowstrzymanym strumieniem. – Masz. 

– Co? – 

spytała, nie odsłaniając oczu. 

– 

Jest  wilgotna,  ale  lepszy  rydz  niż  nic.  –  Adrienne 

background image

poczuła, że Matt wkłada jej na ramiona swoją sportową kurtkę. 

Podniosła głowę i otarła oczy. 

– Nie, Matt, ty jej potrzebujesz. 
– Tobie jest bardziej potrzebna. 

Adrienne  popatrzyła  na  niego,  gotowa  przyznać,  że 

głupotą było upieranie się przy szukaniu drogi w taką pogodę. 

–  Matt, ja... – 

przerwała  na  widok  dwu  jasnych 

punkcików,  które  pojawiły  się  w  oddali.  –  Samochód!  – 

zawołała. Zerwała się na równe nogi i natychmiast zapomniała 

o zmęczeniu. – To samochód! 

– 

Masz rację. Miejmy nadzieję, że zechce się zatrzymać. 

– 

Oczywiście, że się zatrzyma. To pewnie sympatyczne, 

starsze  małżeństwo,  wracające  do  domu  po  miłej  kolacji  w 

mieście. Jestem pewna, że... 

– 

Wracają  do  domu,  to  prawda.  To  musiał  być  niezły 

wieczór. Popatrz tylko, ten samochód jedzie zygzakiem! 

– Pijany? 
– 

Prowadzący  albo  jest  pijany,  albo  zasnął  przy 

kierownicy. 

– 

To niemożliwe! 

– 

Ale cieszę się, że przynajmniej odzyskałaś siły i werwę – 

stwierdził  Matt,  przyglądając  się  jej  z  uśmiechem.  –  Przez 

moment naprawdę się o ciebie martwiłem. Wyglądało na to, że 

się poddasz. 

– 

Ale  teraz  już  nie  mam  takiego  zamiaru.  –  Adrienne 

wyszła na środek drogi i zaczęła machać rękoma. 

– Hej! – 

Matt odciągnął ją na pobocze. – Oni gotowi cię 

przejechać.  W  tej  ciemnej  sukience  mogą  cię  nawet  nie 

zauważyć. 

– 

Ale musimy ich jakoś zatrzymać. 

– 

Stój tutaj. Ja się tym zajmę. 

– 

Ach, stary, dzielny Matt, wydający wszystkim rozkazy. 

–  Moja ko

szula  jest  przynajmniej  biała.  –  Wyszedł  na 

środek drogi, a potem znów się do niej odwrócił. – Chyba że 

wolisz zdjąć sukienkę i nią wymachiwać – dodał złośliwie. – 

To byłoby jeszcze skuteczniejsze. 

– No pewnie – 

odburknęła Adrienne. 

Światła przybliżyły się i Matt zamachał ramionami. 

– 

To  chyba  ciężarówka  –  powiedział.  –  Jedzie powoli, 

więc nawet gdyby się nie zatrzymała, mamy szanse wskoczyć 

na tył skrzyni. 

background image

– Nie wiem, Matt, ja nigdy... 
– Cicho – 

rozkazał Matt, podnosząc rękę do góry. – A to 

co za hałas? 

– 

Ktoś śpiewa – zauważyła Adrienne. 

– 

Nie podoba mi się to. Ten facet jest zalany w pestkę. – 

Matt  zamachał  nad  głową  kurtką  i  krzyknął  głośno.  Światła 

omiotły najpierw prawe, potem lewe pobocze drogi. 

– 

Matt, bądź ostrożny. 

– 

Boisz się o mnie? – spytał, spoglądając w jej kierunku. 

– 

Nigdy w życiu. 

– 

Tak też myślałem. – Matt znów pomachał kurtką. 

– 

Matt,  uważaj!  –  krzyknęła  Adrienne  widząc,  że 

ciężarówka jedzie prosto na niego. Matt usunął się w ostatniej 

chwili.  Zapiszczały  hamulce  i  ciężarówka  zatrzymała  się  tuż 

obok niego. 

– 

Chcesz  się  zabić?  –  pytał  ktoś  chrapliwym,  pijackim 

głosem. 

– 

Potrzebujemy kogoś, kto by nas podwiózł – odparł Matt, 

powoli zbliżając się do kabiny kierowcy. 

– Jacy my? 

Adrienne przeszła przez szosę i stanęła obok Matta. 

Kierowca c

iężarówki  musiał  niedawno  przekroczyć 

sześćdziesiątkę. Twarz pokrywał dwudniowy szary zarost. W 

ustach  obracał  kawałek  tytoniu.  Śmierdział  niczym  cała 

gorzelnia. 

–  Ja i moja towarzyszka – 

odrzekł  Matt,  wskazując  na 

Adrienne.  Stary  mężczyzna  wpatrywał  się  w  nich, z trudem 

usiłując skupić spojrzenie na jednym punkcie. 

– 

To was jest tylko dwoje? Ja widzę co najmniej sześcioro. 

–  No pewnie – 

wyszeptała  Adrienne.  –  Matt,  może  on 

pozwoli ci prowadzić samochód. 

– 

Mieliśmy wypadek – wyjaśnił Matt. Musimy dostać się 

do telefonu. Wygląda pan na zmęczonego, panie... 

– Mów mi po prostu Archie. 
– 

W porządku, Archie. Może pozwoliłbyś mi poprowadzić 

samochód. Chcemy jechać do miasta, żeby zadzwonić. 

Adrienne ścisnęła mocno kciuki. 

– 

Zadzwonić? Mam telefon w domu. Bliżej niż do miasta. 

Możecie jechać ze mną. Gdzie wasz samochód? 

– Samolot. 
– 

Mieliście  wypadek  samolotowy?  –  zachrypiał 

background image

mężczyzna. – Ale nie jesteście duchami, co? 

– 

Nie, nie jesteśmy duchami – odparł z uśmiechem Matt – 

Słuchaj, może ja nas wszystkich zawiozę do twojego domu. 

– 

Nawet  lubię  duchy,  ale  wolę  wiedzieć,  kiedy  mam  z 

nimi do czynienia – 

wtrącił  Archie.  –  Moja  żona  jest  teraz 

duchem. 

– 

Nie podoba mi się to – wyszeptała Adrienne. 

–  Nie mamy wyboru – 

odpowiedział  Matt  półgłosem. 

Znowu zwrócił się do mężczyzny: – No więc, czy chciałbyś, 

żeby dziś zawiózł cię do domu pierwszorzędny kierowca? 

–  Nikt oprócz mnie nie kieruje Bessie. Wszyscy o tym 

wiedzą – odparł Archie. – Wsiadajcie. 

– 

Aleja chętnie... 

– 

Wsiadacie czy nie? Ja jadę. – Archie dodał gazu, a silnik 

z

aryczał jak ranione zwierzę. 

–  Wsiadamy  – 

powiedział  Matt,  gestem  nakazując 

Adrienne,  żeby  obeszła  z  nim  ciężarówkę  od  tyłu.  Kiedy 

podchodzili do kabiny, wyszeptał: – Ja usiądę obok niego na 

wszelki wypadek. Jakby co, zdążę złapać za kierownicę. 

– 

Dobrze.  Uważaj  tylko,  żebyś  się  nie  zatruł  oparami 

alkoholu. Ten facet cuchnie na kilometr. 

– 

Nie wybrzydzaj. I tak mieliśmy niesamowite szczęście. 

Wsiedli  do  ciężarówki.  Wystające  z  oparcia  sprężyny 

wbijały się Adrienne w bok za każdym razem, gdy samochód 

podskakiwał na wybojach. Matt obserwował drogę i Archiego, 

gotów w każdej chwili chwycić za kierownicę. 

– 

Śpiewacie? – spytał Archie. 

– Nie – odparli zgodnie Matt i Adrienne. 
– 

No pewnie, frajerzy z miasta. Więc ja zaśpiewam. 

Archie zaczął wyśpiewywać na całe gardło jakąś pijacką 

piosenkę i skierował ciężarówkę w stronę skraju szosy. Matt 

był  już  gotów  uchwycić  kierownicę,  gdy  Archie  skorygował 

kurs i ruszył po przekątnej ku przeciwległemu skrajowi drogi. 

Jechali  zygzakiem  pośród  kompletnych  ciemności. 

Ad

rienne trzymała przy życiu myśl o telefonie, który czekał na 

nią na końcu tej szalonej podróży. Zerknęła na zegarek. Była 

prawie druga nad ranem. Rodzice na pewno już się niepokoją, 

ale może nie powiadomili jeszcze policji. 

Wreszcie  Archie  skręcił  gwałtownie  w  prawo,  kierując 

ciężarówkę  w  stronę  majaczącego  w  oddali,  ciemnego 

budynku. 

background image

– 

Pewnie  nie  ma  prądu  –  wyjaśnił  Archie.  –  Ale mam 

świeczki. Znów będę musiał nastawiać ten diabelny zegar. 

– Potrzebujemy tylko telefonu – 

powiedziała Adrienne, z 

trudem gram

oląc się z szoferki. – Gdzie on jest? 

– 

Tam, gdzie zawsze był, panieneczko. – Archie zatoczył 

się, potykając się podszedł do drzwi i otworzył je kopnięciem. – 

Nigdy nie zamykam na klucz – 

wyjaśnił,  manipulując  przy 

wyłączniku światła. – Nie ma prądu – powtórzył i wtoczył się 

do pokoju, obijając się o meble. 

Adrienne  zajrzała  do  środka  i  czekała,  aż  jej  oczy 

przyzwyczają  się  do  ciemności.  W  mroku  majaczyły  zarysy 

półek z książkami, które zajmowały całą ścianę. 

– Widzisz telefon? – 

spytał Matt. 

–  Nie, a on ni

e  chce  mi  powiedzieć,  gdzie  go  szukać. 

Zaraz, zaraz... tam! – 

zawołała, starając się znaleźć drogę wśród 

mebli. – 

Na ścianie. 

Telefon wisiał na ścianie obok drzwi do kuchni, w której 

Archie z łoskotem przeszukiwał szuflady kredensu. 

– 

Nie  mogę  uwierzyć,  że  to  już  wreszcie  koniec  tej 

koszmarnej eskapady – 

stwierdziła  Adrienne.  –  Może 

znajdziemy kogoś, kto zabierze nas stąd do miasta. 

– 

Może.  Jeśli  uda  nam  się  dowiedzieć,  gdzie  właściwie 

jesteśmy. 

– 

Masz rację. – Adrienne podniosła słuchawkę. – Dzięki 

Bogu,  że  istnieją  takie  wynalazki,  jak  telefon.  –  Na  chwilę 

zamilkła,  a  potem  nerwowym  ruchem  Postukała  w  widełki. 

Aparat  milczał  jak  zaklęty.  Odwróciła  się  w  stronę  Matta, 

czując,  że  siły  znowu  ją  opuszczają.  –  To  niemożliwe  – 

powiedziała słabo. – Ten telefon nie działa. 

background image

ROZDZIAŁ 4 

 
– 

Daj, może ja spróbuję. – Matt sięgnął po słuchawkę. 

– 

Wiem,  jak  wygląda  zepsuty  telefon!  –  Adrienne 

wyrwała mu słuchawkę z ręki i rzuciła na widełki. 

– 

Jeśli nawet nie był zepsuty, teraz już na pewno jest – 

powiedział Matt. – I nie krzycz na mnie. To nie ja obiecywałem 

ci,  że  będziesz  mogła  stąd  zadzwonić.  Spytaj  naszego 

przyjaciela Archiego. 

– 

Niech się stanie światłość! – zawołał Archie, wtaczając 

się do pokoju i trzymając w ręku świeczkę wetkniętą w szyjkę 

butelki. Podniósł ją do góry, tak by oświetliła twarze Matta i 

Adrienne, i popatrzył na nich przekrwionymi oczami. – Chyba 

nie najlepiej się bawicie. 

– 

Dlaczego nie powiedziałeś nam, że telefon nie działa? – 

westchnęła Adrienne z rozpaczą. 

– 

Nie  działa?  –  Archie  przechylił  głowę  na bok. –  No 

pewnie,  nigdy  nie  działa,  kiedy  pada.  Gdzieś  coś  przecieka. 

Ściana przemaka i telefon nie działa. – Zamyślił się na moment, 

potem odsłonił w uśmiechu pożółkłe zęby. – Ale będzie działał, 

kiedy ściana wyschnie. Do rana powinna być sucha. 

–  To 

będzie  odrobinę  za  późno  –  powiedziała  słabym 

głosem Adrienne, odwracając głowę, żeby ani Matt, ani Archie 

nie dostrzegli łez. Zaczęła trząść się z zimna. Granny na pewno 

umrze dziś w nocy. Rodzice będą szaleć z niepokoju, jeśli nie 

porozumie się z nimi. 

– 

Archie,  to  bardzo  ważne.  Adrienne  musi  zawiadomić 

rodziców  – 

oznajmił  Matt  –  Gdybyś  pożyczył  nam  swoją 

ciężarówkę, pojechalibyśmy do miasta... 

– Nie ma benzyny – 

oświadczył Archie i głośno czknął. 

– 

Może jednak trochę zostało. – Adrienne odwróciła się 

znó

w  w  stronę  Archiego.  –  Chociaż  tyle,  żebyśmy  mogli 

dojechać  do  miasta.  Zapłacimy  ci...  –  zamilkła,  widząc 

ostrzegawcze spojrzenie Matta. Nie mieli przecież ani grosza. – 

Zapłacimy ci, kiedy uda nam się wydostać portfele z samolotu. 

–  Nie ma benzyny –  powtó

rzył Archie, kręcąc głową. – 

Strzałka stoi dokładnie na zerze. 

– Gdzie masz kluczyki? – 

spytał Matt. – Mogę to jeszcze 

raz sprawdzić? 

Archie  dotknął  kieszeni  wytartych  dżinsów.  Świeca 

background image

przechyliła się i wosk skapnął na dłoń. 

– 

Do diabła – zaklął i potarł dłoń. – Pewnie zostawiłem je 

w Bessie. Idź sprawdzić. 

– 

Zaraz wrócę – zapowiedział Matt i zniknął za drzwiami. 

– 

Nie śpiesz się – rzucił ze śmiechem Archie i mrugnął 

porozumiewawczo do Adrienne. – 

Napijesz się? 

– 

Nie,  dzięki.  –  Zatarła  dłonie.  Drżała  z  zimna  i 

zmęczenia. 

– 

Ale  ja  chętnie.  –  Archie  wziął  świecę  i  chwiejnym 

krokiem pomaszerował w stronę szafki pod oknem. – Dorothy 

nazywała  to  barkiem  –  powiedział,  otwierając  drzwiczki.  – 

Była  bardzo  wyrafinowaną  damą.  Ja  nazywam  to  szafką  na 

flaszki. – 

Wyjął ze środka dwulitrową butelkę whisky, odkręcił 

ją i pociągnął spory łyk. 

–  Zawsze tyle pijesz? – 

spytała  Adrienne,  szczękając 

zębami z zimna. 

– 

Przeważnie – odparł, ocierając usta rękawem. 

– Dlaczego? 

Pytanie  zaskoczyło  Archiego.  Po  dłuższym  namyśle 

odpowiedz

iał wreszcie: 

– 

Bo lubię. 

Adrienne  zastanawiała  się,  czy  to  alkohol  sprawia,  że 

Archie nie czuje wcale zimna. Zerknęła na drzwi, licząc na to, 

że Matt wróci z dobrymi nowinami. Niestety, kiedy wszedł do 

środka i spojrzał na nią, wiedziała już, że nadzieje były płonne. 

Oparła się bezwładnie o framugę drzwi. 

– 

Archie,  czy  masz  tu  może  centralne  ogrzewanie?  – 

spytał Matt, rozglądając się dookoła. 

– O, nie. – 

Archie wskazał ręką. – Ale mam kominek. 

– A drewno? 
– Na dworze – 

odparł Archie. – Pewnie zamokło. 

– Raczej tak – 

przytaknął Matt, spoglądając przez okno. – 

Ale  na  wszelki  wypadek  sprawdzę.  Może  na  dole  stosu 

znajdzie się kilka suchych polan. 

– 

W stajni są stare deski – oznajmił Archie, podchodząc ku 

nim niepewnym krokiem. – 

Świetnie się palą. 

– Doskonale. – 

Matt zatarł dłonie. – Masz latarkę? 

– 

Jest świeczka. 

– Dobrze. – 

Matt podszedł do stołu. 

– 

Idę  z  tobą  –  odezwała  się  Adrienne.  –  Nie  możesz 

trzymać na raz i drewna, i świecy, a poza tym wiatr mógłby 

background image

zdmuchnąć płomień. 

– 

Na  dworze  jest  naprawdę  mnóstwo  błota  –  zauważył 

Matt, patrząc na nią z namysłem. 

– 

Nie  żartuj  sobie  –  odparła  Adrienne,  spoglądając  na 

swoje ubłocone pantofle i ruszyła w stronę drzwi. 

Natychmiast pożałowała swojej decyzji, kiedy znaleźli się 

na dworze. W domku było wprawdzie zimno, ale na zewnątrz 

chłód przenikał aż do szpiku kości. Matt wcale nie przesadzał, 

mówiąc o błocie. Wydeptana ścieżka prowadząca z domu do 

stajni  była  pełna  kałuż.  Obcasy  wieczorowych  pantofelków 

Adrienne zapadły się w brunatną maź z głośnym mlaśnięciem. 

–  To gorsz

e,  niż  przypuszczałam  –  oświadczyła 

zdyszanym głosem. 

– 

Weź mnie za rękę. 

Tym razem Adrienne nie protestowała. Uścisk dłoni Matta 

podziałał na nią uspokajająco. Świeczka zachwiała się, ale na 

szczęście nie zgasła. Wreszcie dotarli do budynku, który Archie 

nazywał stajnią. Adrienne wyglądało to raczej na szopę. 

– 

Wszystko w porządku? – odezwał się Matt. 

– Czemu pytasz? 
– Trzymasz mnie kurczowo – 

odparł, unosząc do góry ich 

splecione mocno dłonie. 

– Och, przepraszam. – 

Adrienne spróbowała zabrać rękę. 

– Daj spokój. – 

Matt mocniej splótł palce z jej palcami. 

Adrienne przestała się wyrywać, napawając się poczuciem 

bezpieczeństwa. Kiedy dotarli do stajni, Matt oddał jej świecę, 

a sam otworzył zamknięte na skobel drzwi. Uderzył ich zapach 

świeżej  słomy.  Adrienne  uniosła  świecę  i  razem  weszli  do 

środka.  Zaskoczyła  ich  czystość  i  porządek.  Na  ścianach  nie 

było widać żadnych zacieków, mimo że wciąż padał ulewny 

deszcz. Podłoga była czysto wymieciona. Dostrzegli dwa puste 

boksy  oraz  półki  uginające  się  pod  ciężarem  narzędzi  i 

zapasów. Jeden z boksów był wyłożony świeżą słomą. Niektóre 

spróchniałe deski wymieniono ostatnio na nowe i w powietrzu 

unosił się przyjemny zapach sosnowej żywicy. 

– 

Wygląda na to, że Archie spodziewa się czworonogiego 

gościa  –  powiedziała  Adrienne,  wskazując  dłonią  na  świeżo 

przygotowaną zagrodę. 

– 

Ponieważ, jak widać, Archie zgromadził łopaty i kilofy, 

zgaduję, że będzie to osioł albo muł, zwierzę przydatne przy 

poszukiwaniu złota – dodał Matt. 

background image

– To prawdziwy traper. – 

Adrienne uniosła świecę wyżej. 

– Patrz, lampa naftowa. 

– 

Znając  nasze  parszywe  szczęście,  nie  ma  w  niej  na 

pewno ani kropli nafty. – 

Matt potrząsnął skorodowaną lampą. 

Usłyszeli chlupot płynu. – A jednak pech na chwilę nas opuścił. 

– 

Matt zdjął szklany klosz. – Jest nawet knot. 

Adri

enne podała mu świecę i po chwili wnętrze wypełniło 

łagodne, jasne światło. 

– Tak jest o wiele lepiej – 

westchnęła Adrienne. – Wydaje 

się nawet, że nie jest już tak zimno. 

– Bo tu jest cieplej. 

Matt uniósł lampę tak, że oświetliła twarz Adrienne. 

– Wiesz c

o, wyglądasz fatalnie – oznajmił szczerze. 

– 

Jak miło z twojej strony, że mi to mówisz. Ty też nie 

wyglądasz szczególnie kwitnąco. 

–  Pewnie nie – 

odparł,  śmiejąc  się  cicho  –  ale ja 

przynajmniej nie używam tuszu do rzęs, więc nie wyglądam, 

jakby mi ktoś podbił oczy. 

– 

A  więc  sądzisz,  że  mój  rozmazany  makijaż  wygląda 

śmiesznie, co? – najeżyła się Adrienne. 

– Noo. 
– 

I te uwagi słyszę od tego samego faceta, który świecił 

czerwonymi majtkami w salonie pełnym ludzi? 

– 

Bystra  jesteś,  panno  Burnham.  –  Matt  roześmiał  się 

głośno. – Jednak traktujesz życie zbyt serio. Lepiej poszukajmy 

tych desek, o których mówił Archie. 

Zanim wrócili do domu, Matt z naręczem desek, Adrienne 

z lampą w dłoni, Archie zapalił już drugą świeczkę, tym razem 

zatkniętą w butelkę po tanim winie. Półleżał rozparty w starym 

skórzanym fotelu, czule obejmując butelkę whisky. 

– 

Widzę,  że  znaleźliście  dechy.  Oderwałem  je,  kiedy 

przygotowywałem boks dla mojego nowego osła. Jutro mają mi 

go przyprowadzić. Będzie się nazywał Dorothy Trzecia. Moja 

żona  miała  na  imię  Dorothy,  to  była  Dorothy  Pierwsza,  mój 

stary osioł to Dorothy Druga, więc ten nowy będzie Dorothy 

Trzecią. 

–  Aha  – 

mruknęła  Adrienne,  zastanawiając  się,  co  też 

pomyślałaby  żona  Archiego,  gdyby  wiedziała,  że  jej  imię 

otrzymują kolejne osły. – Znaleźliśmy twoją lampę – dodała, 

odsuwając  na  bok  stos  starych  gazet  i  stawiając  lampę  na 

drewnianym stoliku. 

background image

– 

Lepiej nie marnować nafty. Może mi być potrzebna do 

poszukiwań złota, gdy wreszcie dostanę nowego osła. 

– 

Odkupimy  ci  ją  –  zapewniła  Adrienne  w  obawie,  że 

Archie zabierze lampę. – Jak tylko będziemy mogli – dodała, 

przypominając  sobie,  że  wszystkie  ich  pieniądze  oraz  karty 

kredytowe spoczywają gdzieś na dnie kanionu. 

Matt  położył  naręcze  drewna  obok  dużego,  kamiennego 

kominka i podszedł do stolika. 

– 

Mogę użyć tych gazet, żeby rozpalić ogień, Archie? – 

spytał. 

– 

Pewnie, że nie. 

– Nie? – 

spytał Matt zaskoczony. 

– To gazety Dorothy, Dorothy Pierwszej. 
– Ale czy Dorothy nie jest... 
– Duchem? – 

dokończył Archie. – Oczywiście. Ale to są 

jej gazety, z kr

zyżówkami.  Nie  pozwolę,  żeby  ktoś  palił  jej 

rzeczy. 

– 

Dobrze. W takim razie czego mogę użyć? 

– 

Ja rozpalę. Mam na to sposób. 

Matt  wzruszył  ramionami  i  odwrócił  się  do  paleniska. 

Ułożył drewno i otworzył szyber. 

– 

Odejdź  –  rozkazał  Archie  i  wstał  z  butelką  w  ręku. 

Podszedł  do  stołu,  odsunął  szufladę,  wysypał  na  dłoń  trochę 

białego proszku z metalowego pudełka i podszedł do paleniska. 

– 

Czy mogę napić się twojej whisky? – spytał Matt, który 

obserwował uważnie wszystkie poczynania Archiego. 

– 

Matt,  może  poczekasz,  aż...  –  zaczęła  przerażona 

Adrienne,  która  wyobraziła  sobie,  że  teraz  będzie  miała  do 

czynienia nie z jednym, ale z dwoma pijanymi mężczyznami. 

– Masz, pij – 

powiedział Archie, podając Mattowi butelkę. 

Matt  chwycił  whisky,  potem  złapał  Adrienne  za  rękę  i 

popchnął ją w kąt pokoju, jak najdalej od kominka. 

–  Co ty, do cholery, wyprawiasz? – 

syknęła  wściekła, 

usiłując  mu  się  wyrwać.  –  Jeśli  masz  zamiar  zacząć  pić  i 

przystawiać się do mnie, to ostrzegam, że tego pożałujesz. 

– 

Siedź  spokojnie  –  rzucił  stanowczym tonem Matt, 

trzymając  mocno  jej  ramię.  –  On  będzie  rozpalał  ogień 

używając prochu strzelniczego. 

– Prochu? – 

wyjąkała, patrząc na Matta rozszerzonymi z 

przerażenia oczami. 

– 

Mhm. Chcesz może sobie łyknąć? – spytał, podając jej 

background image

butelkę. 

W tej samej ch

wili  Archie  rzucił  zapałkę  na  palenisko. 

Buchnął wysoki płomień. Archie cofnął się o krok. 

– 

Do diaska. Chyba przesadziłem – wymruczał, chwiejąc 

się na nogach. 

Na szczęście ogień szybko przygasł i płonął teraz równo i 

spokojnie. 

– To stara traperska sztuczka – 

wyjaśnił Matt. – Nie jest 

zbyt  niebezpieczna,  oczywiście o  ile  masz  pojęcie  o  tym, co 

robisz, no i nie trzymasz w garści flaszki z wódką. 

– 

A  ja  myślałam,  że  zamierzasz  przyłączyć  się  do 

Archiego  i  zacząć  pijaństwo  –  powiedziała  Adrienne 

wzdychając. – Znowu mnie uratowałeś, Matt. Myślę, że nawet 

wybaczę ci te niewybredne żarty o podbitych oczach. 

– 

Ciągle  wyglądają  na  podbite  –  stwierdził,  delikatnie 

ściskając ją za ramię. 

– 

Da się temu szybko zaradzić. – Adrienne wysunęła się z 

ramion Matta i oglądając się na kominek podeszła do Archiego. 

– 

Chciałam spytać – zaczęła, patrząc na niego z obawą – czy 

mogłabym skorzystać z łazienki. Chciałabym się umyć. 

Archie odwrócił się i przyjrzał jej się od stóp do głów. 

–  To chyba nie wystarczy  – 

orzekł,  żując  tytoń.  – 

Wyglądasz jak strach na wróble. 

– 

Wszystkie moje rzeczy zostały w samolocie. – Adrienne 

skrzywiła  się,  słysząc  ten  kolejny  komplement.  Od  takiego 

nadmiaru męskiego podziwu mogłoby jej się chyba przewrócić 

w  głowie.  –  Mogę  się  więc  co  najwyżej  umyć.  Archie 

przyglądał jej się przez dłuższą chwilę. 

–  Zaraz, zaraz, moja panno – 

odezwał  się  w  końcu.  – 

Lepiej doprowadź się naprawdę do porządku. Ale musisz mi 

obiecać, że będziesz uważać. 

– 

Tak, oczywiście... ja... 

– 

I że niczego nie podrzesz. 

– Ale czego? 
– 

Rzeczy Dorothy. Pozwolę ci przebrać się w jej ciuchy, 

ale musisz obiecać, że będziesz ostrożna. 

– 

Jak  mogłabym  pożyczać  od  ciebie  jej  ubrania?  – 

zaprotestowała Adrienne, chociaż myśl o suchym ubraniu była 

niezwykle kusząca. 

–  Tak, zaraz ci je dam. – 

Archie  odwrócił  się  w  stronę 

Matta. – 

Ty też nie wyglądasz najlepiej – ocenił. – Kiedy z nią 

background image

skończę – powiedział, wskazując głową Adrienne – poszukam 

czegoś dla ciebie. 

– 

Nie zawracaj sobie głowy – odparł Matt. – To nie jest 

konieczne. 

–  Cicho  – 

rzucił  krótko  Archie,  zaciskając  dłoń  na 

nadgarstku Adrienne. – 

I  popilnuj  mojej  whisky,  kiedy  będę 

szukał czegoś dla twojej narzeczonej. – Wziął do ręki lampę i 

pomaszerował w stronę drzwi, ciągnąc Adrienne za sobą. 

–  Wcale nie jestem jego narzecz

oną  –  zaprotestowała 

Adrienne. Zauważyła, że Matt się uśmiecha. – Matt, powiedz 

mu, że nie jestem. 

Matt stał milcząc. Adrienne zaskoczył wyraz jego twarzy. 

Patrzył na nią z czułością, a przecież znali się zaledwie od kilku 

godzin. 

– 

Zostawiłem rzeczy Dorothy tak, jak były – powiedział 

Archie,  prowadząc  Adrienne  do  sypialni,  gdzie  stała  duża, 

mahoniowa szafa. – Tutaj – 

wskazał, puszczając jej nadgarstek. 

– 

Wszystko, czego możesz potrzebować. 

Pokój  napełnił  się  zapachem  fiołków.  Adrienne  zajrzała 

do szafy, gd

zie  wisiały  trzy  wyblakłe  sukienki  w  kwiatki, 

kraciasty niebieski szlafrok, flanelowa koszula nocna, dwie 

pary znoszonych dżinsów, błękitna spódnica i trzy koszulowe 

bluzki.  Garderoba  była  więcej  niż  skromna,  ale  Archie 

pokazywał  ją  z  taką  dumą,  jakby  była  to ostatnia kolekcja 

Diora. 

– 

To lubiła najbardziej – powiedział Archie, zdejmując z 

wieszaka szeroką, błękitną spódnicę. – Widzisz? 

– 

Bardzo ładna – przytaknęła Adrienne. 

– Masz. – 

Archie rzucił spódnicę w jej stronę. – Ciekawe, 

gdzie jest ta bluzeczka? – 

Pochylił się i odsunął jedną z szuflad 

u dołu szafy. – Tak, to jest bluzeczka do tej spódnicy. – Wyjął z 

szuflady  białą  haftowaną  bluzkę  i  przez  dłuższą  chwilę 

wpatrywał  się  w  nią  w  milczeniu.  –  Bardzo  ją  kochałeś, 

prawda? – 

odważyła się spytać Adrienne. 

– 

Tę bezczelną, zarozumiałą kobietę? – Archie wzruszył 

ramionami.  – 

Zawsze  mnie  tylko  pouczała  i  poprawiała.  Z 

trudem ją znosiłem, to wszystko. 

Adrienne  milczała.  Nie  wierzyła  w  ani  jedno  słowo. 

Archie  po  prostu  wstydził  się  przyznać,  jak  bardzo  kochał 

sw

oją żonę i jak bardzo mu jej brak. 

– 

Weź to  –  powiedział,  podając  jej  bluzkę.  – Pasuje do 

background image

spódnicy. 

– 

Nie  wiem,  czy  powinnam...  Widzę,  że  nikt  nie  ruszał 

rzeczy Dorothy, odkąd... 

– 

Na pewno chciałaby, żebym ci dał to ubranie. – Archie 

przyglądał  jej  się  przekrwionymi oczami. –  Wystarczająco 

trudno było mi wytrzymać z nią, póki żyła. Nie chcę, żeby teraz 

zaczął mnie prześladować jej duch. 

– 

Ja... ja dziękuję. 

– 

Tu  są  różne  damskie  szmatki  –  stwierdził  Archie, 

otwierając  szufladę  pełną  bielizny.  –  I zdejmij wreszcie te 

pantofle  – 

dodał,  sięgając  w  głąb  szafy  i  wyciągając  parę 

miękkich  mokasynów.  –  Łazienka  jest  tam.  Prysznic, 

umywalka... wszystko. Zostawiam ci lampę – dodał i wytoczył 

się z sypialni, mamrocząc pod nosem, że stanowczo za długo 

pozostawił whisky bez właściwej opieki. 

Adrienne zajrzała do szuflady z bielizną. Wyglądało na to, 

że Dorothy była naprawdę świetnie zaopatrzona. Dostosowała 

stroje  do  surowych  warunków  życia,  ale  pod  skromnymi 

bluzkami i dżinsami kryły się jedwabne koszulki i majteczki w 

pastelowych  kolorach.  W  rogu  szuflady  tkwił  katalog  domu 

wysyłkowego,  zajmującego  się  sprzedażą  bielizny.  Adrienne 

zastanawiała  się,  ile  też  lat  mogła  mieć  Dorothy.  Archie 

wyglądał  staro,  ale  mogło  to  wynikać  z  ciężkiej  pracy  i 

nadużywania whisky. 

Adrie

nne  wybrała  koszulkę  i  majtki  koloru  kości 

słoniowej i wyruszyła na poszukiwanie łazienki. Zaskoczyła ją 

panująca tam czystość. Archie nie wyglądał na kogoś, kto traci 

czas  na  szorowanie  umywalki.  Adrienne  zdjęła  sukienkę  i 

rzuciła  ją  na  podłogę.  Po  dzisiejszym  dniu  nadawała  się  co 

najwyżej na szmaty. 

Westchnęła z rozkoszy, gdy weszła pod gorący prysznic. 

Na  wiszącej  obok  plastykowej  półeczce  znalazła  mydło  i 

szampon.  Nie  tracąc  czasu  namydliła  się  i  szybko  spłukała, 

starając  się  zużyć  jak  najmniej  wody.  W  domu  stojącym  w 

samym  środku  pustkowia  zapasy  wody  były  zapewne 

ograniczone. Chciała, aby i Matt skorzystał z kąpieli. Adrienne 

zakręciła  kran  i  wytarła  się  dość  zużytym,  ale  czyściutkim, 

różowym  ręcznikiem.  Dopiero  wtedy  spojrzała  na  swoje 

odbicie w lusterku. 

Oczy  nie  wyglądały  już  jak  podbite.  Zniknęła  resztka 

makijażu. Z lustra patrzyła na nią blondynka z jasnymi rzęsami 

background image

i  kremową  skórą.  Adrienne  uważała  mocny  makijaż  za 

niezbędny,  szczególnie  w  pracy.  Teraz  jednak  w  niczym  nie 

przypominała  tej  kobiety,  która  zjawiła  się  na  przyjęciu  u 

Beverly. 

Wróciła do sypialni. Spódnica była odrobinę za szeroka, 

ale  całość  prezentowała  się  nieźle.  Założyła  mokasyny  i 

podeszła  do  stojącej  w  kącie  pokoju  toaletki,  na  której  leżał 

oprawny w srebro grzebień i szczotka. 

Za

uważyła  oprawione  w  srebrną  ramkę  duże  zdjęcie. 

Adrienne  wzięła  je  w  rękę  i  przyjrzała  mu  się  uważnie. 

Pośrodku  stał  Archie,  trzymając  za  uzdę  brązowego  osła. 

Obejmował za ramiona kobietę, która wyglądała na co najmniej 

dwadzieścia lat młodszą od niego. Miała jasnobrązowe krótkie 

włosy i pełną słodyczy, uśmiechniętą twarz. Była ubrana w tę 

samą niebieską spódnicę i białą, koronkową bluzkę. A więc to 

była  Dorothy.  Z  całą  pewnością  nie  wyglądała  na  osobę 

zarozumiałą. 

Adrienne  trudno  było  wyobrazić  sobie  wspólne  życie 

Dorothy  i  Archiego,  a  jednak  najwyraźniej  łączył  ich  jakiś 

szczególny rodzaj miłości. 

Zawahała się przed sięgnięciem po szczotkę, ale w końcu 

uczesała  włosy.  Na  toaletce  stał  też  flakonik  fiołkowych 

perfum.  Tak,  Dorothy  z  całą  pewnością  była  w  duchu 

niepoprawną romantyczką. 

Adrienne zwinęła w kłębek przemoczone, podarte ubranie 

i otworzyła drzwi. Z salonu dobiegał ochrypły głos Archiego, 

który  opowiadał  Mattowi  o  poszukiwaniu  złota.  Adrienne 

cichutko  podeszła  bliżej.  Obaj mężczyźni  siedzieli  wygodnie 

rozparci  w  fotelach  przed  kominkiem.  Wyglądali  jak  starzy, 

dobrzy przyjaciele. Matt upił duży łyk z butelki, którą podał mu 

Archie. Adrienne zaczęła żałować, że tak bardzo śpieszyła się. 

Najwyraźniej  Matt  czuje  się  świetnie,  popijając  whisky  w 

towarzyst

wie  Archiego.  Za  godzinę  obaj  z  Archiem  będą 

prawdopodobnie spali kamiennym snem, a ona zostanie sama 

ze swoimi kłopotami i obawami. 

– 

Łazienka wolna – powiedziała głośniej, niż zamierzała. 

Matt odwrócił się w jej stronę. Adrienne spodziewała się, 

że orzeknie, iż bez makijażu wygląda na dwanaście lat. Jednak 

Matt  milczał,  a  na  ustach  pojawił  mu  się  uśmiech.  Adrienne 

stwierdziła, że musi być pijany. 

– 

Całkiem nieźle – ocenił Archie, wyciągając z kieszeni 

background image

puszkę z tytoniem. – Nie tak jak Dorothy, ale nieźle. 

– 

Dziękuję za ubranie – odezwała się zmieszana Adrienne. 

Podniosła do góry zawiniątko ze zniszczonymi rzeczami. – Już 

po nich – 

powiedziała i patrząc na Matta dodała: – Myślę, że 

tobie też przyda się kąpiel. 

– Co? – 

spytał, nagle wyrwany z zadumy. – Aha, no tak. 

Masz rację. – Podniósł się szybko, wcale nie jak pijany. 

Adrienne zupełnie nie rozumiała, co się z nim dzieje. W 

każdym  razie  Matt  zachowywał  się,  jakby  stracił  do  reszty 

rozum. 

– 

Znajdę ci jakieś ubranie – powiedział Archie, wstając z 

fotela.  –  Mam 

trochę  rzeczy,  z  których  wyrosłem  –  dodał, 

klepiąc się po brzuchu. 

– 

Usiądź  tutaj.  –  Matt  wskazał  Adrienne  miejsce.  – 

Ogrzejesz się trochę. 

– 

Dziękuję.  –  Przechodząc  obok  niego  przyjrzała  się 

wyrazowi  jego  twarzy.  Znów  ten  dziwny  półuśmiech...  Nie 

było wątpliwości, Matt zwariował. 

Archie i Matt przeszli do sypialni, a Adrienne rozparła się 

wygodnie w skórzanym fotelu i zastanawiała się, czemu czuje 

się taka szczęśliwa i, przynajmniej w tej chwili, bezpieczna w 

tym małym domku razem z Mattem. Przeciągnęła się leniwie. 

Skarciła się za to w duchu. Powinna przecież intensywnie 

myśleć, jak się stąd wydostać. Jednak ciepło bijące z kominka 

sprawiło, że ułożyła się wygodnie, oparła głowę o poduszkę, 

zamknęła oczy... 

 

Obudził ją niezwykły odgłos. Poderwała się przerażona na 

równe nogi. 

– 

Wszystko w porządku – powiedział Matt uspokajającym 

tonem. – 

To tylko Archie chrapie. Śpij. 

Adrienne  rzuciła  okiem  na  drugi  fotel.  Archie  spał  z 

otwartymi  ustami  i  odchyloną  do  tyłu  głową.  Dźwięki,  jakie 

wydawał  z  siebie,  przypominały  turkot  wagonów 

przetaczanych na bocznicy. 

– 

Mój ojciec też tak chrapie – roześmiał się cicho Matt. – 

Cały dom się trzęsie. Mama mówi, że spać z nim to gorsze niż 

mieszkać na pasie startowym. Sypia z zatyczkami w uszach. 

– 

Nie  sądzę,  żeby  zatyczki  cokolwiek  tu  pomogły  – 

powiedziała Adrienne, odwracając się w stronę Matta. Ubranie, 

z którego „wyrósł” Archie leżało na nim jak ulał. Matt miał na 

background image

sobie  czarną  kowbojską  koszulę,  której  krój  podkreślał  jego 

szerokie  ramiona.  Dopasowane  dżinsy  zaznaczały  smukłość 

wąskich bioder. 

– 

Czemu się uśmiechasz? – spytał. – Nigdy nie widziałaś 

kowboja? 

– 

Pewnie, że tak. Ale nie wyobrażałam sobie ciebie jako 

jednego z nich – 

odparła Adrienne, zastanawiając się, czy jej 

uśmiech  jest  podobny  do  tego,  który  niedawno  widziała  na 

twarzy Matta. 

– 

Ja  też  nie  wyobrażałem  sobie  ciebie  jako  wiejskiej 

dziewczyny – 

oznajmił Matt – a jednak... 

Adrienne  spojrzała  mu  w  oczy.  Nie  miała  już  żadnych 

wątpliwości.  Powróciły  te  same  uczucia,  które  ogarnęły  ją, 

kiedy Matt pocałował ją nad strumieniem. Z tą tylko różnicą, że 

teraz nie zagrażało im żadne niebezpieczeństwo. Matt podszedł 

o  krok  bliżej,  ale  zatrzymał  się  na  dźwięk  kolejnego 

chrapnięcia. 

– 

A  oto  i  cały  Archie  –  powiedziała  Adrienne, 

uświadamiając  sobie  znowu,  gdzie  się  znajdują.  –  Która 

godzina? 

– 

Parę  minut  po  trzeciej  –  odparł  Matt,  spoglądając  na 

zegarek. 

– 

Moi  rodzice  na  pewno  zawiadomili  już  policję  – 

stwierdziła z przerażeniem. – To  straszne, że nie mogę się z 

nimi skontaktować. Masz może jakiś pomysł? 

– 

Niestety nie. Kiedy spałaś, próbowałem coś wymyślić. 

Ale  bez  telefonu  i  bez  benzyny  nic  się  nie  da  zrobić. 

Utknęliśmy tu na dobre. 

–  Czemu Archie wraca do domu z pustym bakiem? – 

spytała Adrienne, spoglądając na sąsiedni fotel. 

– 

Pytałem  go  o  to.  Jedzie  do  miasta,  upija  się  do 

niep

rzytomności, a kiedy w końcu decyduje się wracać, jedyna 

stacja benzynowa w Saddlehorn jest już zamknięta. To jedna z 

przyczyn, dla których kupuje osła. 

– 

Saddlehorn? Czy tak nazywa się to miasteczko? 

– 

Tak, to jakaś dziura. 

–  Ale pewnie jest telefon. Gdyb

y  udało  nam  się  tam 

dostać... 

– Gdyby, gdyby... – 

Popatrzył na nią uważnie. – Przykro 

mi,  Adrienne.  Powinienem  był  pozwolić  ci  lecieć  zwykłym 

samolotem rejsowym. W tej chwili byłabyś już na miejscu. 

background image

– 

To nie twoja wina, więc nie miej do siebie pretensji. Nie 

pozwolę na to, szczególnie teraz, kiedy twój samolot leży na 

dnie kanionu. Nie mieliśmy szczęścia, to wszystko. Ale czuję 

się taka bezradna. 

– 

Ja  też.  Próbowałem  coś  poradzić,  ale  nic  nie  mogę 

wymyślić.  Może  powinniśmy  wziąć  przykład  z  Archiego  i 

trochę się przespać. 

Donośne chrapanie stało się jeszcze głośniejsze. 

– 

Musiałabym  chyba  wypić  całą  butelkę  whisky,  żeby 

zasnąć w towarzystwie Archiego – stwierdziła Adrienne. 

– 

Może przenieś się do sypialni – zaproponował Matt. 

– 

Proszę cię bardzo, jeśli chcesz, możesz sam spróbować – 

oświadczyła  Adrienne.  –  Ja  idę  do  stajni.  Świeżo  wyłożony 

słomą boks i jakiś koc w zupełności mi wystarczą. 

– 

Myślałem o tym samym. – Matt uśmiechnął się krzywo. 

– 

Ale  ty  jesteś  przyzwyczajony  do  chrapania.  Sam 

mówiłeś. 

–  Wcale nie

.  To  moją  matka  do  tego  przywykła.  Kiedy 

miałem  jedenaście  lat,  wyłożyłem  ściany  swojego  pokoju 

dźwiękoszczelnymi płytkami. 

– 

Rzućmy monetę – podsunęła Adrienne. 

– 

A może – powiedział Matt, opierając się o półeczkę nad 

kominkiem,  tak  że  światło  wydobyło  z  półmroku  zarys 

szczupłego ciała – oboje moglibyśmy spać w stajni. 

background image

ROZDZIAŁ 5 

 
– 

Sądzę, że to nie jest najlepszy pomysł, Matt. – Adrienne 

poruszyła się niepewnie w fotelu i odwróciła wzrok. 

– 

Nie spodziewałem się innej odpowiedzi. 

– 

Poznaliśmy się zaledwie kilka godzin temu. Nie wydaje 

mi się właściwe spędzenie z tobą nocy pod jednym dachem. 

– 

Tak, to wysoce niewłaściwe – przyznał Matt, wpatrując 

się w nią wyzywającym wzrokiem. – A więc zostaniesz tutaj? 

– 

To ty mógłbyś zostać, a ja pójdę do stajni. 

–  O

bawiam  się,  że  to  niemożliwe.  Ja  nie  mam  nic 

przeciwko dzieleniu z tobą koca, to ty nie chcesz spać razem ze 

mną. 

– 

To nie jest tak. Ja też nie mam nic przeciwko temu, ale 

uważam,  że  byłoby  to  nierozsądne.  Przecież  ledwie  się 

poznaliśmy – odparła Adrienne. – Och, Matt, przez ciebie to, co 

mówię,  brzmi  tak  okropnie  pruderyjnie.  A  przecież  ja  wcale 

taka nie jestem! 

–  Poszukam koca – 

rzucił  Matt  i  zniknął  za  drzwiami. 

Adrienne podniosła się z fotela. Nie uśmiechało się jej słuchać 

przez całą noc chrapania Archiego. Prawdę mówiąc, wolałaby 

być blisko Matta. W jego towarzystwie czuła się zdecydowanie 

bezpieczniej.  Tylko  jeden  powód  powstrzymywał  ją  od 

wyrażenia zgody na spędzenie nocy wspólnie w stajni. 

Była przekonana, że Matt nie będzie jej się narzucać. Nie, 

t

o nie byłoby w jego stylu. Za to z całą pewnością potrafi być 

bardzo przekonujący. Adrienne nie była pewna, czy potrafi mu 

się  oprzeć.  Zwłaszcza  po  tym,  czego  razem  ostatnio 

doświadczyli. Na domiar złego Matt w dżinsach i kowbojskiej 

koszuli wyglądał niezwykle pociągająco. 

Adrienne  nie  należała  jednak  do  typu  kobiet,  które 

ulegałyby  mężczyźnie  poznanemu  zaledwie  kilka  godzin 

wcześniej.  To  byłoby  wbrew  jej  mniemaniu  o  sobie  samej, 

wbrew  jej  zasadom.  Nie  było  w  tym  jednak  nic  z  pruderii. 

Właśnie  to  bezskutecznie  próbowała  wytłumaczyć  Mattowi, 

kiedy uśmiechał się do niej w irytujący, wyzywający sposób. 

Matt  wrócił  niosąc  dwa  koce.  Wziął  ze  stołu  lampę  i 

podszedł do drzwi. 

– Do jutra – 

powiedział. 

– Matt... 

background image

Odwrócił  się.  Archie  nagle  zachrapał  tak  głośno,  że 

nie

omal  ściany  się  zatrzęsły.  Adrienne  wstała  i  podeszła  do 

Matta.  Światło  lampy  naftowej  wydobywało  z  mroku  zarys 

jego  ust,  ale  oczy  pozostawały  wciąż  w  cieniu.  Wyglądał 

tajemniczo i zdecydowanie zbyt kusząco. 

– 

Mam nadzieję, że jest to jasne, iż jeśli pójdę z tobą, to 

tylko dlatego, aby uciec od tego hałasu. 

– 

Oczywiście  –  przytaknął,  ale  na  jego  ustach  znowu 

pojawił się lekki uśmieszek. 

–  To dobrze – 

powiedziała  Adrienne.  –  Najważniejsze, 

żebyśmy się rozumieli. 

– 

Rozumiemy się. 

– 

Świetnie. 

– 

Lepiej załóż kratę na palenisko, szkoda byłoby puścić 

dom Archiego z dymem – 

stwierdził Matt. 

Adrienne  musiała  w  duchu  przyznać,  że  Matt  nie  traci 

głowy  w  trudnych  sytuacjach  i  pamięta  o  istotnych 

szczegółach.  Zapomniała,  że  trzeba  zabezpieczyć  palenisko. 

Postępowanie Matta budziło jej zaufanie i podziw. Ufała mu 

we wszystkim... prócz jednego. 

– 

Owiń  się  tym  kocem  –  poradził,  kiedy  podeszła  do 

drzwi, gotowa do wyjścia. – Nie warto marznąć bardziej, niż to 

konieczne. 

Adrienne otuliła się szczelnie wełnianym kocem i wyszła 

na ganek. Deszcz ustał, a wśród chmur widać było gwiazdy. 

– 

Już po burzy. – Matt zszedł po drewnianych schodkach. 

– 

Do  diabła,  zapomniałem  o  błocie!  Trzymaj  –  rozkazał, 

podając Adrienne lampę. 

– Dlaczego? 
– 

Nie  możesz  taplać  się  w  kałużach,  mając na nogach 

mokasyny Dorothy. 

– Ale... – 

Zanim zdążyła zaprotestować, Matt podniósł ją 

do góry. – 

To  zaczyna  się  robić  irytujące  –  powiedziała, 

obejmując go za szyję. Powoli ruszyli przez podwórze. 

– 

Nie robię tego dla ciebie – zapewnił ją Matt. – Archie 

o

kazał  ci  zaufanie,  pożyczając  ubrania  Dorothy.  Nie  mogę 

pozwolić, żebyś je zniszczyła. 

Adrienne  musiała  przyznać,  że  Matt  znowu  ma  rację. 

Jednak  bliskość  mężczyzny  uniemożliwiała  zachowanie 

dystansu. Jego włosy pachniały szamponem, policzki płynem 

po golen

iu. Starała się nie zastanawiać, dlaczego Matt zadbał o 

background image

toaletę. To były niebezpieczne myśli. 

– 

Tu jest już prawie sucho – powiedział Matt, delikatnie 

stawiając ją na ziemi. – Pani pozwoli. – Ukłonił się, wskazując 

dłonią drzwi stajni. 

Adrienne nie mogła pozbyć się wrażenia, że przyszła na 

potajemną  schadzkę.  Serce  zabiło  jej  żywiej  z  niepokoju  i 

słodkiego oczekiwania, kiedy Matt zamknął drzwi. 

– 

Ten koc jest bardzo ciężki, więc położymy go na spód. 

Przykryjemy się tym drugim, jest bardziej miękki. 

– A lamp

a? Mam ją zgasić? 

– 

Tu nie ma okien, więc jeśli ją zgasisz, nic nie będziemy 

widzieć. – Matt przykucnął, wygładził koc, a potem rozejrzał 

się dookoła. – Lepiej postaw ją na środku cementowej podłogi i 

przykręć  płomień.  To  bardzo  nieprzyjemne  obudzić  się  w 

obcym miejscu bez odrobiny światła. 

– 

Nie sądziłam, że ty się czegokolwiek boisz. 

– 

Naprawdę  myślisz, że  ze  mnie  taki  chojrak? –  spytał, 

podchodząc bliżej. 

– 

A nie jesteś? – odpowiedziała pytaniem, spoglądając mu 

w oczy. 

– 

Nie aż tak bardzo, jak sobie wyobrażasz. Ale uważam, 

że  nie  należy  przegapiać  okazji,  gdy  można  przeżyć  coś 

naprawdę ciekawego. Życie byłoby okropnie nudne, gdybyśmy 

zawsze postępowali zgodnie z normami i zasadami. 

– 

Ich łamanie może zniweczyć spokój i zrujnować życie – 

odparła  Adrienne,  starając  się  nie  poddawać  urokowi  chwili. 

Silne ramiona mężczyzny czekają, aby ją przytulić, usta pragną 

scałować z jej twarzy obawy i lęk. 

Wszystko to Adrienne czytała w błyszczących brązowych 

oczach Matta. 

– 

Jak myślisz, dlaczego Beverly sądziła, że możemy się ze 

sobą dogadać? – spytał, przyglądając się jej uważnie. 

–  Beverly?  – 

Adrienne  zupełnie  zapomniała  o 

przyjaciółce, która niechcący przyczyniła się do jej kłopotów. 

To Beverly zaprosiła Matta na przyjęcie i z czystym sumieniem 

poleciła go jako doskonałego pilota. 

– 

Nie mam pojęcia. Ona wie, że ja jestem ostrożna, a ty 

uwielbiasz  ryzyko.  Trudno  byłoby  znaleźć  dwie  osoby  tak 

bardzo się różniące. 

– 

Żałujesz? 

Zastanowiła  się  przez  chwilę.  Gdyby  zdecydowała  się 

background image

wtedy polecieć do Utah zwykłym, rejsowym samolotem, teraz 

zapewne byłaby już na miejscu. Ale nie uczestniczyłaby w tych 

niezwykłych  wydarzeniach.  Chociaż  czuła  się  bardzo 

zagubiona  i  nieszczęśliwa,  sprostanie  przeciwnościom 

sprawiało jej nie znaną dotąd satysfakcję. 

– 

Wiem, czego możesz żałować – domyślił się Matt. – Nie 

udało ci się dotrzeć do domu, a na tym ci szczególnie zależało. 

– 

Chyba  rzeczywiście  się  nie  udało.  –  Adrienne 

zawstydziła się, widząc smutek w jego oczach. – Ale nie żałuję, 

że cię poznałam. Przeżyliśmy razem kilka trudnych chwil, ale 

udało nam się je przetrwać. Czuję się teraz silniejsza, bardziej 

pewna  siebie.  Może  właśnie  dlatego  ludzie  robią  różne 

niecodzienne rzeczy, na przykład skaczą ze spadochronem... 

– 

No, to mi się podoba! – zawołał Matt z entuzjazmem. 

– 

Oczywiście  ja  sama  bym  się  nie  odważyła  –  dodała 

szybko. 

– Dobrze. Na razie z tym poczekamy – 

roześmiał się Matt. 

– 

Podobasz mi się w tym stroju. To naprawdę wielka odmiana 

w  porównaniu  z  wyrafinowaną,  elegancką  damą,  którą 

spotkałem na przyjęciu. Wyglądasz bardziej naturalnie. 

– 

Nie  da  się  już  wyglądać  bardziej  naturalnie  – 

stwierdziła. – Bez makijażu, bez biżuterii, bez... 

– Bezpretensjonalnie – 

dokończył za nią Matt. – I chyba o 

to właśnie chodzi. Wróciliśmy do rzeczy podstawowych, z dala 

od gierek, które podejmują mężczyźni i kobiety, strojąc się w 

świecidełka  i  robiąc  wszystko,  żeby  wywrzeć  na  sobie 

nawzajem jak największe wrażenie. Musieliśmy przetrwać. Nie 

było czasu na kłamstwa i intrygi. 

– 

Te  kłamstewka  i  intrygi  służą  czasami  jako  ochrona 

przed kimś takim jak... 

– To 

całkiem niepotrzebne – zwrócił się do niej łagodnie, 

wyciągając ręce. 

–  Zaraz, zaraz. – 

Serce  zabiło  jej  mocno,  gdy  Matt 

przyciągnął  ją  do  siebie  i  wziął  w  ramiona.  –  Jeszcze przed 

chwilą powiedziałeś, że się rozumiemy. 

– 

To prawda. Rozumiemy się. – Wplótł palce w jej włosy i 

przyjrzał się uważnie. 

– 

Więc  powinieneś  rozumieć,  że  ja  tego  nie  chcę. 

Uśmiechnął się i pochylił głowę ku jej twarzy. 

– 

Matt, nie chcę, żebyś mnie całował. 

– 

Pamiętaj, tylko ryzyko pozwala ci poczuć, że żyjesz. A 

background image

to jest bezpieczniej

sze  niż  skoki  ze  spadochronem  – 

powiedział, patrząc jej w oczy. 

– 

Przez  te  kilka  godzin  ryzykowałam  tyle  razy,  że 

wystarczy mi to na wiele lat. 

– 

Więc powiedz nie – szepnął, zbliżając usta do jej warg. 

Spróbowała. Otworzyła usta, ale z gardła nie wydobył się 

żaden dźwięk. 

– 

Niech żyje ryzyko – powiedział Matt i ujął jej głowę w 

dłonie. 

Gdy  wargi  Matta  dotknęły  jej  ust,  Adrienne  westchnęła 

głęboko.  Wiedziała,  że to  nieuchronnie  nastąpi,  od  momentu 

gdy Matt zamknął za nimi drzwi. 

Przytulił ją do siebie mocno, tak że czuła każdy mięsień 

jego ciała. Uczył ją, jak poruszać się zgodnie z jego ruchami. 

Adrienne objęła fala gorąca. Matt pieścił jej plecy i pośladki, 

przytulał coraz gwałtowniej. 

– 

Połóż się ze mną – wyszeptał. 

Nie umiała mu się oprzeć, gdy delikatnie poprowadził ją i 

ułożył  na  kocu.  Namiętność  mężczyzny  rozbudziła  jej 

pożądanie.  Patrzył  jej  w  oczy,  powoli  rozpinając  guziki 

haftowanej  bluzki.  Adrienne  zauważyła,  że  spojrzenie  Matta 

zsunęło  się  niżej,  na  jej  piersi  sterczące  pod  materiałem 

jedwabnej kos

zulki.  Zaczerwieniła  się,  wiedząc,  że  jej 

podniecenie jest wyraźnie widoczne. 

Matt popatrzył jej w oczy i dotknął policzka. 

– 

Nie ma się czego wstydzić – zamruczał. 

– Ale to... to takie do mnie niepodobne. 
– 

Skąd  wiesz?  –  Przesunął  dłonią  po  koniuszkach  jej 

piersi,  wciąż  patrząc  głęboko  w  oczy.  –  Czy wiesz o sobie 

wszystko? 

– 

Już nie – przyznała. 

– To dobrze. – 

Matt pocałował ją tak, że zaparło jej dech w 

piersiach. 

Adrienne wygięła ciało w łuk, rozkoszując się dotykiem 

męskiej  dłoni  obejmującej  jej  pierś  i  rozchyliła  wargi.  Nie 

umiała już powstrzymać ruchów ciała, które świadczyły o tym, 

jak  bardzo  go  pragnie.  Nie  potrafiła  też  powstrzymać 

miłosnego  okrzyku,  który  bezwiednie  wyrwał  się  jej  z  ust. 

Zapomniała  o  początkowym  zawstydzeniu.  Zawładnęło  nią 

pożądanie. Szarpnęła kowbojską koszulę Matta, obnażając jego 

pierś. Matt uniósł głowę i roześmiał się ochryple. 

background image

–  Spokojnie  – 

rzucił  zdyszany.  –  Nie zamierzasz chyba 

podrzeć koszuli Archiego. 

– 

Co się ze mną dzieje? – Adrienne opuściła ręce. – Nigdy 

nie byłam tak agresywna wobec mężczyzny. 

– 

To dlatego, że znaleźliśmy się w niebezpieczeństwie. – 

Matt  pieścił  jej  pierś,  aż  zamknęła  oczy  z  rozkoszy.  – 

Zagrożenie wyostrza zmysły. 

– 

Ale ja nie lubię niebezpieczeństwa. 

– A to lubisz? – 

Matt uniósł jej koszulkę i pocałował nagą 

skórę. 

Gdy  usta  dotknęły  koniuszka  piersi,  z  gardła  Adrienne 

wyrwał  się  znowu  miłosny  okrzyk.  Poczuła,  że  ogarnia  ją 

namiętność, której do tej pory nie doświadczyła. 

– 

O  to  mi  właśnie  chodziło,  Adrienne.  Rozluźnij  się, 

poddaj się magii zmysłów – szepnął, unosząc głowę. Popatrzył 

jej głęboko w oczy. 

– 

Nie mogę nic na to poradzić – wyszeptała. 

– 

Po  co?  Jesteśmy  sami.  Możemy  robić  to,  co  nam  się 

podoba,  co  sprawia  przyjemność.  –  Matt  zsunął  Adrienne 

spódnicę  i  zaczął  pieścić  uda.  Adrienne  przeszył  dreszcz 

oczekiwania. 

– 

Pragnę cię – powiedziała zduszonym głosem. 

– Wiem – 

odparł. Dobiegł ją dźwięk rozsuwanego suwaka 

i szelest rozrywanego opakowania. 

– 

Będziemy się przepięknie kochać – wyszeptał z ustami 

tuż przy jej wargach i zaczął delikatnie całować jej twarz. 

–  Tak.  – 

Oszołomiona  odwzajemniła  jego  namiętny 

pocałunek. Matt zsunął Adrienne majteczki, które dziewczyna 

odrzuciła jednym ruchem. – Kochaj mnie, Matt – wyszeptała, 

rozchylając uda i unosząc biodra. 

Miłosne okrzyki wypełniły powietrze. Ciała poruszały się 

w  coraz  bardziej  szalonym  rytmie.  Matt  umiejętnie  dozował 

pieszczoty,  niespiesznie  prowadząc  Adrienne  do  ekstazy. 

Oboje  dali  się  ponieść  namiętności.  Niemal  zapomnieli  o 

otaczającej ich rzeczywistości. Nagle do uszu Adrienne dotarł 

dziwny dźwięk. 

Powoli uświadomiła sobie, że ten dźwięk nie zrodził się w 

jej wyobraźni. Matt wciąż był na wpółubrany i nie zdjął butów. 

Poruszając się kopnął nogą w coś metalowego. 

– 

Co to było? – zamruczała. 

– 

Nie wiem, nieważne. – Pocałował zagłębienie u nasady 

background image

jej szyi. – 

Nie myśl o niczym. Chcę, żebyś czuła to, co ja. 

– 

Proszę, sprawdź. 

– 

Na miłość boską... no, dobrze. – Matt spojrzał za siebie. 

– 

To tylko kanister na benzynę – powiedział, wodząc językiem 

po jej wargach. – 

Pocałuj mnie. Nigdy nie dotykałem ust tak 

wspaniałych jak twoje. 

– 

Kanister  na  benzynę  –  szepnęła.  –  Tylko... zaraz, czy 

powiedziałeś na benzynę? 

– 

Wiem, że Archie nie powinien był go zostawiać w stajni 

pełnej  słomy,  ale  lampa  stoi  wystarczająco  daleko.  –  Matt 

pogładził  jej  biodro.  –  Zresztą  na  pewno i tak jest pusty. 

Adrienne, rozluźnij się. Tak nam razem dobrze. Zostań ze mną. 

Pozwól mi smakować... 

– 

Matt,  kanister  na  benzynę  –  powtórzyła  z  naciskiem 

Adrienne. – 

Może coś w nim jest! Musimy to sprawdzić. 

– 

Za chwilę, Adrienne. Jesteś tak rozpalona, tak... 

–  Czy ty nie rozumiesz? – 

Odepchnęła  go  od  siebie.  – 

Jeżeli tam jest benzyna, możemy pojechać do miasteczka! 

– Kanister! – 

Matt wcisnął twarz w koc. 

–  Tak.  – 

Adrienne  przesunęła  się  do  miejsca,  gdzie  but 

Matta natrafił na zardzewiały pojemnik. Podniosła go do góry i 

potrząsnęła. W środku zachlupotało. – Jest! – oznajmiła głośno, 

podnosząc  z  posłania  majtki  i  zakładając  je  w  pośpiechu.  – 

Chodźmy.  –  Spojrzała  na  Matta,  który  wciąż  leżał  z  twarzą 

wciśniętą  w  posłanie.  –  Chodźmy!  –  powtórzyła,  zapinając 

bluzkę. 

– 

Daj mi trochę czasu – zabrzmiał stłumiony głos Matta. 

– 

Matt, liczy się każda minuta! 

– 

Myślisz, że o tym nie wiem? – Podniósł się odwrócony 

do niej plecami. Westchnął i zaczął zapinać kolejno zatrzaski 

koszuli. Potem powoli włożył koszulę w spodnie. 

– 

Matt, proszę, czy mógłbyś się pośpieszyć? 

– 

Jak na człowieka w moim stanie, śpieszę się jak mogę. – 

Dźwięk  podciąganego  suwaka  zagłuszył  wymamrotane  pod 

nosem przekleństwo. Potem Matt odwrócił się w jej stronę. 

– 

Musiałem  zająć  się  paroma rzeczami –  powiedział,  a 

pożądanie wciąż płonęło w jego oczach. 

– 

Och, oczywiście. – Policzki zaczęły ją piec ze wstydu. – 

Przepraszam, że tak cię popędzałam. Czy... 

– 

Wszystko w porządku. Teraz zawiń się w koc i weź ten 

kanister. Zaniosę cię do ciężarówki. 

background image

– Dobrze. 
– 

Potem wrócę, odniosę lampę do domu i napiszę kartkę 

do Archiego. Nie chcę, żeby pomyślał, iż przywłaszczyliśmy 

sobie ciężarówkę. 

– 

Oczywiście. Masz rację. – Adrienne owinęła się kocem. 

Było jej wstyd. Jak mogła być tak nietaktowna? 

Ma

tt złożył  drugi  koc,  podszedł  do  drzwi,  otworzył  je i 

wciągnął głęboko powietrze. 

– Gotowa? – 

spytał, odwracając się do Adrienne. 

–  Pewnie  – 

odparła,  podchodząc  bliżej.  Bez  dalszych 

ceregieli  podniósł  ją  do  góry.  Bliskość  Matta  na  nowo  ją 

oszołomiła. 

– Matt, przepraszam – 

powtórzyła. 

– Mhm. 
– 

A właściwie skąd wziąłeś prezerwatywę? 

– 

Archie mi dał. 

– Archie? – 

Adrienne otwarła usta ze zdumienia. 

– 

Pamiętaj, że uważa nas za kochanków. 

– 

No,  dobrze,  ale  wciąż  nie  rozumiem,  po  co  Archie 

miałby... to znaczy, po co zaopatrzył się w nie teraz, zaraz po 

śmierci żony? 

– 

Nie. To nie tak. Używał ich, kiedy był z Dorothy. Była 

od  niego  dużo  młodsza  i  mogła  zajść  w  ciążę.  Nie  mogli 

pozwolić  sobie  na  dziecko,  bo  miała  wrodzoną  wadę  serca. 

Uważali, że mogłaby nie wytrzymać ciąży i porodu. 

– 

Ale nie to ją zabiło, prawda? 

– 

Nie. Mimo całej ostrożności i tak umarła na zawał. 

Miała zaledwie czterdzieści dwa lata. 

– 

Jakież to smutne. 

– 

Koniec  był  smutny,  ale  małżeństwo  musiało  być 

wspaniałe.  Chociaż  Archie  bez  przerwy  na  nią  narzeka, 

wygląda na to, że świata poza nią nie widział. 

– 

Tak, to naprawdę cudowne, że tak bardzo się kocha – li. 

– 

Adrienne  dopiero  teraz  zauważyła,  że  Matt  stoi  już  przy 

ciężarówce. Trzymał ją wciąż mocno w ramionach, jak gdyby 

nie  miał  zamiaru  wypuścić  z  objęć.  Spojrzała  mu  w  oczy. 

Nawet w mroku nocy dostrzegła w nich pożądanie. – Otworzę 

drzwi, ale postaw mnie już na ziemi. 

– 

Wcale nie chcę cię stawiać. Chcę... 

– Wiem – 

powiedziała, przykładając palec do jego ust. – 

Ale musimy jechać. Naprawdę – dodała, walcząc z własnymi 

background image

emocjami. Starała się przywołać obraz rodziców i Granny. 

–  No, tak. – 

Jeszcze przez chwilę patrzył jej głęboko w 

oczy. – Dobrze. Otwórz drzwi. 

Sięgnęła  ręką  i  pociągnęła  za  zimną  klamkę.  Drzwi 

otwarły  się  głośno  skrzypiąc.  Matt  posadził  ją  na siedzeniu 

obok kierowcy. 

– Daj mi kanister – 

polecił. – Poszukam lejka. Zatrzasnął 

drzwi ciężarówki. Adrienne owinęła się ciasno kocem i dopiero 

teraz poczuła, jak jest zimno. Patrzyła, jak Matt brnie w błocie 

do stajni, bierze lampę i zamyka drzwi. 

Za

pragnęła znaleźć się z powrotem w zacisznym wnętrzu, 

w  objęciach  Matta,  poczuć  na  sobie  dotyk  jego  dłoni.  Ale  o 

czym  też  ona  myśli!  Przecież  prawie  wcale  nie  zna  tego 

mężczyzny.  To  zachowanie  przypomina...  przypomina 

postępowanie jej sióstr! 

Adrienne zadrżała, ale tym razem nie z powodu chłodu. 

Uświadomiła  sobie,  że  jej  postępowaniem  kierowała  teraz  ta 

sama siła, która skłoniła siostry do pochopnej decyzji. Miała 

wprawdzie  na  swoje  usprawiedliwienie  niezwykłe  wypadki 

tego wieczoru, ale prawdą było, że dała się ponieść uczuciom. 

–  Wszystko gotowe – 

powiedział  Matt,  wsiadając  do 

kabiny ciężarówki od strony kierowcy. 

– 

Już wlałeś benzynę? 

– 

A nie słyszałaś? 

– 

Nie... zamyśliłam się. 

– 

To brzmi niepokojąco – stwierdził, przekręcając kluczyk 

w stacyjce. Silnik zas

koczył  powoli.  –  Czy  mogę  spytać,  o 

czym tak myślałaś? 

– O moich siostrach. 
– 

Słucham? 

– 

Obie są rozwiedzione. 

– 

To  bardzo  przykre,  ale  wciąż  nie  wiem,  jaki  to  ma 

związek z nami. – Matt wyprowadził ciężarówkę na wyboistą 

drogę. 

– 

Rozwiodły się, bo dały się ponieść emocjom i związały z 

ludźmi,  którzy...  –  zawahała  się,  nie  chcąc  niepotrzebnie 

obrażać mężczyzny, który wiózł ją teraz do miasteczka, dokąd 

tak  bardzo chciała  się  dostać  –  ...których nigdy nie powinny 

były  poślubić  –  zakończyła  desperacko.  Ciężarówka 

podskoczyła  na  wybojach  i  Adrienne  poczuła  ukłucie 

wystającej z siedzenia sprężyny. 

background image

– 

Zaczynam  rozumieć.  Czujesz,  że  straciłaś  nad  sobą 

kontrolę.  W  dodatku  w  towarzystwie  człowieka,  który  nie 

nadaje się na twojego męża. 

– 

No, oczywiście to nie to samo... 

– 

Tylko że tu nie było nawet mowy o ślubie – rzucił Matt 

przez  zaciśnięte  zęby.  –  Poza tym nie znasz mnie na tyle 

dobrze, aby mnie ocenić. 

– 

To  prawda,  masz  rację.  Ale  nie  wiem  o  tobie 

wystarczająco dużo, żeby się z tobą kochać, chociaż właśnie 

przed ch

wilą to robiłam. 

– 

Nie  kochasz  się  z  facetem,  jeżeli  uważasz,  że  nie 

mogłabyś wyjść za niego za mąż? 

– 

To brzmi trochę staroświecko, prawda? 

– 

Powiedzmy, że po tym, co się stało w stajni, czuję się 

odrobinę zaskoczony – powiedział po chwili milczenia. 

– 

Właśnie o to mi chodzi. To nie było w moim stylu. Nie 

wiem, co sprawiło, że tak się zachowałam. Może, jak mówiłeś, 

była to reakcja po przeżyciach związanych z wypadkiem. Ale 

sytuacja wraca do normy i uznajmy sprawę za zakończoną. 

– Bo nie jestem dobrym mater

iałem na męża? 

– 

Nie określiłabym tego w taki sposób, ale to prawda – 

skrzywiła się Adrienne. 

– 

Nie zamierzam prosić o rękę kogoś tak nadętego jak ty, 

ale ciekaw jestem, co budzi w tobie aż takie obiekcje? 

– 

Na przykład ta uwaga. – Adrienne pociągnęła nosem. – 

Nie jestem wcale nadęta. Jestem ostrożna i uważająca, a tobie 

tych cech brakuje. 

– 

Naprawdę? A kto miał prezerwatywy? 

– 

Ty powinieneś był je mieć – odparła, podnosząc głos. – 

Wszystko ukartowałeś tylko po to, żeby mnie uwieść! 

– 

Jeśli chcesz wiedzieć, nie napracowałem się za bardzo. 

Szkoda, że nie mogłaś widzieć wyrazu swojej twarzy, kiedy się 

obudziłaś.  Czy  nie  możesz  przyznać  się  do  tego,  że  chciałaś 

pójść ze mną do stajni? Czy nie masz odwagi powiedzieć, że 

pragnęłaś mnie tak samo mocno, jak ja ciebie? 

– 

Tak, pragnęłam ciebie! – Adrienne chwyciła się oparcia 

fotela, kiedy ciężarówka podskoczyła na wybojach. – Ale nie 

stałoby się tak, gdybyś nie rozbił samolotu na pustkowiu, i nie 

wytrącił mnie zupełnie z równowagi! 

– 

No, tak, uprzejmie jaśnie panią za to przepraszam! 

– 

I,  do  jasnej  cholery,  przestań  celowo  wjeżdżać  w  te 

background image

dziury! 

W odpowiedzi na te słowa Matt wjechał na pełnym gazie 

prosto w głęboką kałużę. Jedyną pociechą dla Adrienne była 

myśl, że fotel Matta ma z pewnością równie dużo połamanych 

spr

ężyn, co jej. 

– 

Wypuść mnie – powiedziała przez zaciśnięte zęby. – Nie 

muszę tego znosić. 

– 

Z  przyjemnością.  –  Matt  zahamował  z  piskiem  opon, 

wyciągnął rękę i otworzył drzwi po jej stronie. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

Zimne  powietrze  zaparło  Adrienne  oddech.  Nie 

zauważyła,  że  Matt  włączył  ogrzewanie  i  że  w  kabinie 

ciężarówki było o wiele cieplej niż na dworze. 

– No i? – 

spytał, patrząc na nią gniewnie. 

Owinęła  się  szczelniej  kocem  i  spojrzała  w  zimną 

ciemność.  Gdyby  próbowała  dojść  do  miasteczka  pieszo, 

ubrana w tę bluzeczkę i mokasyny, ani chybi zamarzłaby na 

śmierć.  Jej  wybuch  gniewu  był  po  prostu  dziecinny,  chociaż 

myślała,  że  jest  osobą  rozsądną.  Matt  budził  w  niej  tak 

sprzeczne  uczucia,  że  nie  mogła  przy  nim  spokojnie  zebrać 

myśli. 

Pochylił się nad nią i zamknął drzwi. 

– 

Nie  wierzyłem,  że  to  zrobisz  –  powiedział.  Nacisnął 

pedał  gazu,  ale  Adrienne  zauważyła,  że  tym  razem  ominął 

najbliższą dziurę na drodze. 

– 

Wypuściłbyś mnie, gdybym się na to zdecydowała? 

I zostawiłbyś mnie tam samą? – spytała po długiej chwili 

milczenia. 

– 

Sama sobie odpowiedz na te pytania. Znasz przecież mój 

charakter lepiej niż ja sam – powiedział Matt, spoglądając na 

nią z ukosa. 

– 

Myślę, że nie zrobiłbyś tego. Do końca dbasz o moje 

bezpieczeństwo. Tak jak mówiła Beverly. 

– 

Beverly powiedziała ci, że taki jestem? 

– 

Tak, i miała rację. Bardzo doceniam twoją troskę o mnie, 

Matt. 

– Akurat. 
– 

Właśnie, że tak. – powtórzyła z uporem. – Tyle tylko że 

patrzymy na świat w różny sposób. Sam to powiedziałeś dziś 

wieczorem,  kiedy  wędrowaliśmy  w  ulewnym  deszczu,  a ty 

wyśmiewałeś  się,  że  nie  umiem  cieszyć  się  grzesznymi 

rozkoszami. Masz rację. To, co stało się z życiem moich sióstr, 

świadczy, jak wysoką cenę płaci się za takie przyjemności. 

– 

A  ja  myślę,  że  za  dużo  się  nad  tym  zastanawiasz  – 

powiedział  Matt.  –  Zmieńmy  temat,  co?  Nie  pasujemy  do 

siebie. Dobrze, że kopnąłem ten kanister, bo dało nam to okazję 

oprzytomnieć. 

– 

Słusznie – zgodziła się Adrienne. Spojrzała na niego i 

background image

zobaczyła  twarde  linie  gniewu,  rysujące  się  wokół  jego  ust. 

Oczywiście, ma rację. Ale czemu ona, Adrienne, czuje w tej 

chwili taki smutek i nagłą pustkę? Matt w końcu powiedział 

tylko to, co sama próbowała wyrazić. 

Teraz,  kiedy  oboje  zrozumieli,  jak  wyglądają  ich 

wzajemne  stosunki,  mogą  zapomnieć  o  tym  incydencie  i 

rozstać  się  chłodno  i  kulturalnie.  Przerywając  te  zaloty 

zachowała się dorośle i dojrzale. Powinna być z siebie dumna. 

Jednak przez całą resztę długiej drogi do miasteczka na próżno 

usiłowała rozbudzić w sobie uczucie dumy z tego powodu. 

W końcu w oddali pojawiły się światła. 

– 

Myślisz, że to jest właśnie Saddlehorn? – spytała. 

– Mhm. 
– 

Nie jest zbyt duże. 

– Nie. 
– 

Ale chyba mają tu telefon, jak sądzisz? 

– Mhm. 
– 

Matt, naprawdę, przestań. Przykro mi, że nie układa nam 

się razem, ale możemy chyba ze sobą normalnie rozmawiać? 

– Nie. 
– 

Tylko dlatego, że nie chcę z tobą więcej pójść do łóżka, 

ty... – 

Adrienne westchnęła. 

–  To nie tak. Nie chodzi o to, czy pójdziemy razem do 

łóżka.  Chodzi  o  przedwczesne  i  nieuzasadnione  wydawanie 

sądów  o  moim  charakterze.  Pozwoliłaś,  żeby  doświadczenia 

tw

oich  sióstr zmieniły cię  w  wyrachowaną  kobietę z  gotową 

listą wymagań co do potencjalnego partnera. Mam gdzieś takie 

przykładanie gotowej miarki do mojej osoby po to tylko, żeby 

stwierdzić, że się nie nadaję. 

Tym razem Matt nie podniósł głosu, ale jego słowa zraniły 

ją  do  żywego.  Wyrachowana.  Cóż  za  okropne  określenie! 

Możliwe,  że  jej  ocena  była  nieco  pochopna,  ale  wypadki  tej 

nocy potoczyły się tak szybko, że nie było czasu do namysłu. 

Przed  chwilą  wcale  go  nie  znała,  a  zaraz  potem  musiała 

zdecydować, czy zostaną kochankami. 

– 

Chyba powinnam cię zapytać... dlaczego chciałeś się ze 

mną kochać? – powiedziała Adrienne, przełykając ślinę. 

– 

Bo  myślałem,  że  masz  w  sobie  odwagę.  Podziwiam 

odważnych ludzi. Wygląda na to, że się myliłem. 

– 

Odwagę? Ja? Bałam się nawet wsiąść do samolotu, mam 

lęk wysokości, ja... 

background image

– 

Ale jednak poleciałaś tym samolotem, a potem pomimo 

ulewy samotnie wyruszyłaś szukać drogi, byłaś gotowa przejść 

przez  wezbrany  strumień  na  wysokich  obcasach,  byle  tylko 

dostać  się  na  drugą  stronę  –  spojrzał  na  nią.  –  No  i  miałaś 

odwagę,  żeby  powiedzieć  całkiem  obcemu  facetowi,  że 

rozpruły mu się spodnie na tyłku. 

Spojrzała  na  niego  z  niedowierzaniem.  Opisał  kobietę, 

której zupełnie nie poznawała, ale jednak rzeczywiście to ona 

zrobiła  te  wszystkie  rzeczy.  Poczuła  się  speszona.  To,  co 

mówił, sprawiło, że zaczynała wątpić we własne sądy o sobie. 

– 

Obok tego baru jest automat. Jeżeli nie działa, możemy 

spróbować  zadzwonić  ze  środka  –  powiedział  Matt,  kiedy 

wjechali do słabo oświetlonego miasteczka. 

Adrienne zau

ważyła, że droga stała się równiejsza. Jechali 

główną, brukowaną ulicą Saddlehorn. Po lewej stronie minęli 

zamkniętą stację benzynową i trzy budynki, mieszczące salon 

fryzjerski, aptekę i pocztę. 

Po prawej stronie ulicy był sklep spożywczy i bar. Nad 

obdra

panymi  drzwiami  migał  czerwony  neon.  Ze  środka 

dobiegały dźwięki bardzo głośnej muzyki country. Przed barem 

stały dwie poobijane ciężarówki. 

W oknach niektórych domów świeciły się jeszcze światła. 

Jeżeli  będzie  to  konieczne,  Adrienne  jest  gotowa  tak  długo 

chodzić  od  domu  do  domu,  aż  znajdzie  wreszcie  czynny 

telefon.  Nagle  uświadomiła  sobie,  że  takie  zachowanie 

niezupełnie odpowiada charakterowi ostrożnej i powściągliwej 

pracowniczki biura maklerskiego. Nic dziwnego, że Matt widzi 

ją w nieco innym świetle niż ona sama, ale ten weekend jest po 

prostu szalony. Nie znając jej wcześniej, wyobraził sobie, że 

Adrienne postępuje tak zawsze. 

Matt  zaparkował  ciężarówkę  obok  budki  telefonicznej, 

która  wyglądała  na  jedyny  czysty  i  nowoczesny  obiekt  w 

Saddlehorn. Adrienn

e otworzyła drzwi i zaczęła wysiadać. 

– Chcesz drobne? – 

spytał. Adrienne uświadomiła sobie, 

że nie ma przy sobie ani grosza. Raz jeszcze Matt pomyślał za 

nią. Gdyby nie on, nie mogłaby skorzystać z automatu. 

– 

Tak, proszę, jeśli coś masz. 

Matt uniósł się na siedzeniu i sięgnął do kieszeni spodni. 

–  Nie ma tego wiele – 

powiedział,  przyglądając  się 

monetom. Lepiej zadzwoń przez centralę i poproś, żeby rodzice 

zgodzili się zapłacić za rozmowę. 

background image

– 

Masz rację – wzięła pieniądze z jego ręki. – Dziękuję. 

– 

Podziękujesz  mi,  jak  już  sprawdzisz,  czy  ten  telefon 

działa.  Jeśli  nie,  będziemy  musieli  wejść  do  środka  –  dodał, 

wskazując głową w kierunku baru. – A wygląda na to, że w 

środku bawi się banda ochlapusów. 

Adrienne zeskoczyła na ziemię, owijając się kocem. Miała 

nadzieję, że nie będą zmuszeni wchodzić do hałaśliwego baru. 

Przez  muzykę  przedzierały  się  co  jakiś  czas  głosy  pijanych 

mężczyzn.  Bez  wątpienia  wszyscy  mieli  zdrowo  w  czubie. 

Adrienne pomyślała, że mieli szczęście. Archie zdecydował się 

zostawić swoich koleżków i wcześniej jechać do domu. Dzięki 

temu spotkali go na drodze. 

Zamknęła  drzwi  budki  telefonicznej  i  podniosła 

słuchawkę. Miała ochotę krzyczeć ze szczęścia, kiedy usłyszała 

sygnał.  Drżącymi  palcami  wykręciła  numer  kierunkowy. 

Nareszcie będzie mogła porozmawiać z rodzicami, spytać, jak 

się czuje Granny, nareszcie... 

Nagle rozległ się krzyk Matta. Adrienne odwróciła się w 

stronę ciężarówki. Dwóch krzepkich, przysadzistych mężczyzn 

w  kowbojskich  kapeluszach  wyciągało  Matta  z  kabiny 

ciężarówki.  Rzuciła  słuchawkę i  otworzyła  drzwi.  Biegła  tak 

szybko, że koc spadł jej z ramion. 

–  Co wy wyrabiacie? – 

zawołała,  chwytając  jednego  z 

mężczyzn za ramię. Poczuła od niego ostry zapach alkoholu. – 

Zostawcie go w spokoju! 

– Spadaj, panienko. – 

Mężczyzna odepchnął ją bez trudu, 

nie przestając szarpać się z Mattem, który wyrywał się z całych 

sił. – To przestępca! 

– 

Puść go! – Adrienne rzuciła się znowu na mężczyznę, 

rozdzierając mu skórzaną kamizelkę i strącając kapelusz. – On 

nic złego nie zrobił! 

– Ma wóz Archiego – 

wybełkotał mężczyzna. – Ma ciuchy 

Archiego. – 

Znowu ją odtrącił. – Jef, łap go z drugiej strony. 

– Nic nie rozumiesz! – 

krzyknęła Adrienne, widząc, że jest 

za słaba, by sprostać któremukolwiek z napastników. – Archie 

nam te rzeczy pożyczył. 

–  Nam?  – 

Mężczyzna  wykręcił  Mattowi  rękę  do  tyłu  i 

odwrócił się w jej stronę. – Do diabła, ona ma na sobie ciuchy 

Dorothy! Jef, trzymaj go sam. Ja się zajmę tą ślicznotką. 

– Nie ruszaj jej – 

ostrzegł Matt. 

– 

Przestań  się  wyrywać,  to  nie  zrobimy  jej  nic  złego  – 

background image

krzyknął mężczyzna zwany Jefem. – Dobrze mówię, Curtis? 

Curtis  podniósł  z  ziemi  kapelusz,  otrzepał  i  włożył  na 

głowę. Potem poprawił kamizelkę i popatrzył ponuro na Matta i 

Adrienne. 

– 

Nie podobają mi się – odezwał się. 

– 

Słuchaj,  ja  się  stąd  nie  ruszę  –  obiecał  Matt  –  ale  ją 

zostawcie w spokoju. 

Adrienne poczuła wyrzuty sumienia. Nie była dla Matta 

szczególnie miła, a on nadal się o nią troszczy. 

– 

No, dobra, jak chcesz stać spokojnie, możesz zrobić to 

przy ciężarówce Curtisa – oświadczył Jef, wskazując ruchem 

głowy pordzewiały, zielony ford z wgniecionym zderzakiem. 

– 

Dobra  myśl.  –  Curtis  chwycił  Adrienne  za  ramię.  – 

Chodźmy, panieneczko. 

– 

Powiedziałem, żebyś ją zostawił w spokoju! – warknął 

Matt. 

– 

Tylko nie próbuj żadnych sztuczek – wybełkotał Curtis, 

puszczając rękę Adrienne. 

– 

Nie  będę  –  przyrzekła  Adrienne.  –  Słuchajcie,  nasz 

samolot rozbił się w katastrofie. Udało nam się dojść do drogi. 

Trafiliśmy  przypadkowo  na  Archiego,  ale  jego  telefon  nie 

działa,  więc  przyjechaliśmy  tu,  do  miasteczka,  bo  musimy 

zadzwonić  do  moich  rodziców.  Jeśli  pozwolicie  mi  do  nich 

zatelefonować,  możecie  sami  z  nimi  porozmawiać.  Oni 

potwierdzą, że to, co mówię, jest prawdą. 

– 

A skąd niby mamy wiedzieć, do kogo ty zadzwonisz, 

panienko?  – 

spytał  Curtis.  –  A  jak  to  będzie  ktoś  z  waszej 

szajki? 

– Z szajki? – 

powtórzyła Adrienne. – Na miłość boską, nie 

jesteśmy z żadnej szajki, jesteśmy... 

– 

Powiesz może, że Archie pozwolił wam wziąć Bessie? 

– Co? 
– 

Ciężarówkę. Archie wam ją pożyczył? 

– 

No,  tak  jakby.  Co  prawda  spał,  kiedy  znaleźliśmy 

kanister

, ale jestem pewna, że chciałby, żebyśmy dostali się do 

telefonu. 

– 

Bujda.  Archie  nigdy  nikomu  nie  pożycza  wozu  – 

warknął Curtis. 

– Hej, Curtis – 

zawołał Jef, gdy dotarli do ciężarówki. – 

Daj no tu ten drobiazg, co jest w środku, dobra? Ja mam zajęte 

ręce. 

background image

– 

Robi  się.  Wiedziałem,  że  o  to  ci  chodzi.  –  Curtis 

otworzył drzwi. 

Światło w kabinie ciężarówki nie działało, więc Adrienne 

nie  widziała,  co  robi  Curtis,  aż  do  chwili  gdy  zobaczyła 

wycelowaną w nich dubeltówkę. 

– Ty draniu. – 

Matt zaklął cicho. – Odłóż to, zanim kogoś 

niechcący postrzelisz. 

– 

Ja sobie myślę, że ktoś inny mógł już wcześniej zostać 

postrzelony. – 

Jef puścił Matta i podszedł do Curtisa. – Gadaj, 

co zrobiliście z Archiem? 

– 

Archie  czuje  się  świetnie  –  odparł  Matt.  –  Trochę  za 

dużo wypił, ale ogólnie miewa się doskonale. Próbowałem go 

obudzić,  nim  ruszyliśmy  do  miasta,  ale  nie  mogłem,  bo  był 

zupełnie pijany. 

–  No, pewnie – 

odezwał  się  drwiąco  Jef.  –  Biłeś  go  do 

nieprzytomności, tak było. Albo jeszcze co gorszego. Curtis ma 

rację. Archie nikomu nie pożycza wozu. 

– 

Tak, zresztą popatrz, ona ma na sobie odświętne ciuchy 

Dorothy  – 

zauważył  Curtis,  machając  dubeltówką  w  stronę 

Adrienne. 

– 

Odłóż wreszcie tę cholerną strzelbę! – krzyknął Matt – 

Jef,  możesz  sobie  wyobrazić,  żeby  Archie  pożyczył  komuś 

najlepsze ubranie Dorothy? 

– 

Nigdy w życiu. 

Adrienne  zauważyła,  że  obaj  mężczyźni  chwieją  się  na 

nogach.  Byli  tak  samo  pijani  jak  Archie,  kiedy  jechał 

ciężarówką do domu. Nagle wpadła na pomysł. 

– 

Wszystko  da  się  wyjaśnić,  jeśli  usiądziemy  gdzieś  i 

pogadamy 

w  spokoju.  Tu  jest  strasznie  zimno.  Wejdźmy  do 

środka i razem się napijmy. Ja stawiam. Jestem pewna, że się 

dogadamy. 

Matt  spojrzał  na  nią,  podnosząc  w  górę  brew. Adrienne 

uśmiechnęła się, jakby znakomicie panowała nad całą sytuacją. 

–  To prawda, tu jest zimno  – 

potwierdził  Curtis, 

spoglądając na Jefa. 

– 

Zamknij się, Curtis. Ona próbuje nas wykiwać. 

– Jak to? 
– 

Nie wiem dokładnie jak, ale mam takie przeczucie. Jest 

niby ubrana jak nasze dziewczyny, ale na moje oko wygląda na 

jedną z tych podstępnych miejskich bab. 

– 

Więc co mamy z nimi zrobić, Jef? 

background image

– Obszukamy ich – 

zdecydował Jef, drapiąc się po głowie. 

– Trzymaj ich na muszce, a ja ich obszukam. 

– To niesprawiedliwe – 

poskarżył się Curtis, obserwując 

poczynania Jefa. – 

Ja chcę obszukać dziewczynę. 

– 

Chciałbyś, co? – zachichotał Jef. – Od kiedy Francine 

wyjechała z miasta, brakuje ci kobiety, nie? 

Adrienne zdrętwiała. Spojrzała na Matta i zdumiała się na 

widok wyrazu jego twarzy. 

– 

Jeśli  ją  który  dotknie  –  rzucił  Matt,  nie  spuszczając 

Curtisa z oka – to, jak 

mi Bóg miły, zmienię mu głosik z basu 

na sopran. 

– 

Zapomniałeś  chyba,  że  mamy  broń  –  odparł  Curtis 

szyderczym tonem. 

–  Nic nie szkodzi – 

warknął  Matt.  Adrienne  nie  bardzo 

mogła sobie wyobrazić, w jaki sposób Matt mógłby poradzić 

sobie  z  uzbrojonym  mężczyzną,  ale  było  w  jego  głosie  coś 

bardzo  przekonującego.  Curtis  chyba  także  uwierzył  w  tę 

pogróżkę, bo wzruszył ramionami i odwrócił wzrok. 

– Ona i tak nie jest w moim typie – 

powiedział w końcu. 

– To pewne jak dwa i dwa cztery – 

odrzekł Matt i puścił 

oko do 

zdumionej  Adrienne.  Niespodziewanie  odzyskała 

nadzieję, że uda im się jakoś wydostać z tarapatów. Wciąż byli 

w  kiepskim  położeniu,  ale  porozumiewawcze  mrugnięcie 

Matta ją uspokoiło. Jeżeli Matt wierzy, że wyjdą szczęśliwie z 

opresji, to widać ma po temu powody. 

Jef podszedł do Adrienne. Zamarła w bezruchu. Spojrzał 

na nią, zaczerwienił się i odszedł. 

– Ona nic nie ma. 
– 

Nie sprawdziłeś! – zaprotestował Curtis. 

– 

To jakoś nie w porządku obmacywać kobietę. 

– 

Tchórz cię obleciał i tyle. 

– 

Uważaj, co mówisz – powiedział Jef, patrząc gniewnie 

na mężczyznę trzymającego broń. 

– 

Nie  miałem  nic  złego  na  myśli  –  wymamrotał  Curtis. 

Potem znów zamachał bronią. – No i co z nimi zrobimy? 

–  Zabierzemy ich do Archiego. Na miejscu przekonamy 

się, co z nim zrobili – zdecydował Jef, drapiąc się w brodę. 

– 

Pozwólcie  mi  zadzwonić  do  rodziców  –  poprosiła 

Adrienne.  – 

Możecie  stać  obok  i  słuchać  całej  rozmowy. 

Bardzo  proszę,  powiem  im  tylko,  że  u  mnie  wszystko  w 

porządku. 

background image

– 

Nie będziemy tracić czasu – warknął Jef. 

– 

Pięć minut nie zrobi aż takiej różnicy – powiedział Matt 

– 

Pozwól jej zadzwonić. 

– Nie – 

odparł Jef. – Jedziemy. Już. 

– 

W  baku  ciężarówki  Archiego  nie  ma  paliwa,  a  stacja 

benzynowa jest zamknięta. 

– 

Nie szkodzi. Curtis, pilnuj ich, a ja przeleję benzynę z 

twojego baku – 

orzekł  Jef  i  poszedł  w  kierunku  drugiej 

ciężarówki. 

– 

Czy  nie  mogłabym  teraz  zadzwonić  do  rodziców?  – 

spytała Adrienne. 

– Nie – 

odparł Curtis, przecząco kręcąc głową. – Jeśli Jef 

powiedział, że nie, to znaczy, że nie. 

– Aleja... 
– 

Zamknij gębę, bo inaczej ja ci ją przymknę. 

– 

Licz się ze słowami – zagroził Matt, postępując krok do 

przodu. 

– Szukasz zaczepki? – 

Curtis wymierzył lufę dubeltówki 

prosto w jego pierś. 

– Daj spokój – 

wymamrotała Adrienne. – Nie warto dać 

się postrzelić z powodu złych manier. 

–  P

owiedziałaś  to  tak,  jakby  ci  na  mnie  troszeczkę 

zależało – odrzekł Matt, obrzucając ją spojrzeniem. 

– 

Oczywiście, że mi zależy – odparła szybko Adrienne. – 

Ja tylko... 

– Tylko co? – 

spytał łagodnym głosem, patrząc jej w oczy. 

Powrót Jefa przerwał rozmowę. 

– 

No, to benzyna już jest – oznajmił, wycierając ręce o 

spodnie.  – 

Curtis,  daj  mi  strzelbę  i  zabierz  dziewczynę  do 

swojego wozu. On będzie prowadził Bessie. Będę go trzymał 

na muszce, żeby nie próbował żadnych sztuczek. 

– Zaraz, zaraz – 

zaprotestował Matt. – Pojadę z Curtisem. 

Ty zabierz ją – zażądał, wskazując palcem na Adrienne. 

– 

Nikt prócz mnie nie będzie prowadził mojej ciężarówki 

– 

oświadczył Curtis. – A nie mogę jednocześnie prowadzić i 

trzymać broni. 

– 

Właśnie – przytaknął Jef, trąc zarost na brodzie. – Nie, 

musi być tak, jak powiedziałem. 

–  Akurat.  – 

Matt  zgiął  ręce  i  zrobił  krok  naprzód.  Jef 

błyskawicznie wyrwał dubeltówkę z rąk Curtisa i wymierzył ją 

w Matta. 

background image

– 

Chcesz podyskutować? Zawsze możemy cię zastrzelić i 

przysięgać,  że  próbowałeś  uciec  skradzioną  ciężarówką.  Nie 

masz nawet dokumentów. No i nie podobasz mi się. Gdybym 

cię zastrzelił, wszystko byłoby znacznie prostsze. 

Adrienne  ogarnął  paraliżujący  strach.  Nie  wiedziała,  do 

czego naprawdę są zdolni ci pijani mężczyźni. Zdrętwiała na 

myśl o tym, że Mattowi mogłoby przytrafić się coś złego. 

– 

On ma rację, Matt. Nie mamy żadnego dowodu na to, że 

Archie  pozwolił  nam  wziąć  ciężarówkę.  Proszę  cię,  bądź 

ostrożny. 

– 

Najlepiej  posłuchaj  się  kobiety  –  poradził  Jef.  –  Nie 

masz zresztą wielkiego wyboru. A teraz wsiadaj do ciężarówki 

Archiego. 

– Czas na nas, panienko – 

stwierdził Curtis, patrząc na nią 

przeciągłym spojrzeniem. 

– My pojedziemy przodem – 

powiedział Jef, wsiadając do 

samochodu.  Odbezpieczoną  dubeltówkę  położył  sobie  na 

kolana

ch, tak że wylot lufy znajdował się o kilka centymetrów 

od rozporka Matta. 

–  Droga jest wyboista – 

powiedział  Matt,  przekręcając 

kluczyk w stacyjce. – 

Dubeltówka może wystrzelić. 

– 

To  by  było  całkiem  niezłe  –  zarechotał  Jef.  –  Taki z 

ciebie ognisty ogier. 

– 

Czy  mógłbyś  uwierzyć  mi  na  słowo,  że  nie  będę 

próbował nic zrobić, i skierować lufę w inną stronę? 

– Nie ma mowy. 
– 

Tak myślałem. – Matt zawrócił powoli, przez cały czas 

nerwowo zerkając na oparty na spuście palec Jefa. Jedna dziura 

i  b ęd zie  p o  n im.  A  wszystko  to  dlatego,  że  pochopnie 

zaoferował  Adrienne  pomoc.  Pan  pilot-dżentelmen  zawsze 

gotów wybawić damę z opresji. W rezultacie rozbił samolot, 

wpadł w tarapaty, pokłócił się z Adrienne, a teraz, na dokładkę, 

ten podpity świrus może go postrzelić. 

–  Musz

ę  zwilżyć  gardło  –  powiedział  Jef,  wyciągając  z 

kieszeni butelkę. 

– 

Wolałbym, żebyś nie robił tego z palcem na spuście. 

– 

Denerwujesz się? – roześmiał się złośliwie Jef. 

– 

Chciałbym zobaczyć twoją minę, gdybyś to ty jechał z 

jakimś sukinkotem ze spluwą – wymamrotał Matt. 

– 

Trzeba było o tym pomyśleć, zanim ukradłeś ciężarówkę 

– 

powiedział Jef i pociągnął z butelki. 

background image

– 

Nie ukradłem jej – odparł Matt Niepokoiła go myśl o 

tym, że Archie był bardzo pijany. Może już wcale nie pamięta o 

tym, że zabrał z szosy do domu dwójkę przemoczonych ludzi i 

dał im własne ubranie. W dodatku Adrienne miała w gruncie 

rzeczy rację. Archie wcale nie pożyczył im ciężarówki. Nawet 

jeśli znalazł kartkę, to i tak może być wściekły, że pojechali bez 

pytania. 

– 

Zawsze  używacie  samolotu,  kiedy  chcecie  kogoś 

obrobić? – spytał Jef. 

– Nie zawsze. 
– 

Chodziły pogłoski, że Archie i Dorothy mają kupę złota. 

Słyszałeś coś o tym? 

–  Nie  – 

odpowiedział Matt i spojrzał w lusterko. Wolał 

mieć Curtisa na oku, w razie gdyby ten zaczaj na swój prostacki 

s

posób zalecać się do Adrienne. 

– 

Nie  chcesz  mówić,  co?  –  nagabywał  Jef  i  znowu 

pociągnął z butelki. – Nie szkodzi. Jak tylko dowiemy się, co 

zrobiłeś z Archiem, zmusimy cię do gadania. Nie będziemy tak 

od razu niepokoić szeryfa. 

Pot  zrosił  czoło  Matta.  Przyśpieszył  odrobinę,  znalazł 

kawałek równej drogi i jeszcze raz spojrzał w lusterko. 

Na szczęście Curtis zostawił Adrienne w spokoju. Starał 

się jechać jak najwolniej i omijać wszystkie wertepy. 

Zaczynało  już  świtać, gdy dotarli do domu Archiego. 

Mattowi zdawało się, że w ciągu tych kilku godzin postarzał się 

o dwadzieścia lat Może teraz wreszcie skończy się ten koszmar. 

Jeżeli Archie potwierdzi prawdziwość ich opowieści, to ci dwaj 

szaleni  faceci  wreszcie  się  od  nich  odczepią.  Kiedy  słońce 

wzejdzie, kable telefoniczne wyschną i Adrienne będzie mogła 

zadzwonić do rodziców. 

Zaparkował ciężarówkę dokładnie w tym samym miejscu, 

w którym zostawił ją Archie. Curtis zatrzymał się tuż za nim. 

– Wysiadaj, ale powoli – rozkaza

ł Jef z lufą wymierzoną w 

Matta. – 

I nawet nie próbuj uciekać. Mogę nie trafić w ciebie, 

ale nie spudłuję do twojej dziewczyny. 

– 

Nie będę uciekał, nie ma po co. Archie wszystko wam 

wytłumaczy  i  nigdy  więcej  nie  będę  już  musiał  oglądać 

waszych obrzydliwych facjat. – 

Matt z trudnością utrzymywał 

się na nogach. Po pełnej napięcia jeździe był sztywny i obolały. 

Adrienne wysiadła z ciężarówki i podbiegła do niego, nie 

zważając  na  Curtisa,  który  krzyczał,  żeby  się  natychmiast 

background image

zatrzymała. 

– 

Wszystko w porządku? – spytała. 

– 

W pewnym sensie tak. Wciąż jestem kompletny. – Matt 

uśmiechnął się krzywo. 

– 

Tak  się  bałam,  że  on  niechcący  pociągnie  za  spust  – 

powiedziała Adrienne, patrząc na Jefa. 

– 

Też się tego obawiałem – odparł Matt – Chodźmy do 

środka, ty się przecież cała trzęsiesz. 

Matt  kazał  Adrienne  iść  przodem,  w  razie  gdyby  Jef 

potknął się i niechcący wystrzelił z dubeltówki. Drzwi do domu 

Archiego nie były zamknięte na klucz. 

Weszli  do  środka.  Curtis  rozejrzał  się  i  zaczął  wołać 

Archiego. 

– 

Pewnie  dalej  śpi  w  fotelu przy kominku, gdzie go 

zostawiliśmy – zauważył Matt. 

– Nie, tam go nie ma – 

odparł Curtis. 

– 

Może poszedł do łóżka – podsunęła Adrienne, idąc w 

kierunku sypialni. 

– Ty zostaniesz tutaj – 

zdecydował Jef. – Curtis, sprawdź 

sypialnię i łazienkę. 

Po chwili 

Curtis wrócił z informacją, że tam również nie 

ma Archiego. 

–  W takim razie pewnie w stajni – 

zasugerował  Matt, 

czując coraz większy niepokój. Gdzież ten Archie, do licha, się 

podziewa? 

– 

Sprawdź w stajni – polecił Jef Curtisowi. 

– 

Założę się, że tam właśnie jest – stwierdziła Adrienne, 

kiedy  Curtis  wyszedł.  –  Matt,  pamiętasz?  Dzisiaj  mieli  mu 

przyprowadzić  osła,  więc  na  pewno  poszedł  sprawdzić,  czy 

wszystko jest w porządku. 

– 

Tak, Archie na pewno jest w stajni i porządkuje boks dla 

osła. – Matt spojrzał na nią, zastanawiając się, czy myśli o tym 

samym, co on. O tym, co robili w stajni zaledwie kilka godzin 

wcześniej.  Policzki  Adrienne  zaróżowiły  się  leciutko. 

Odwróciła głowę. 

Dla Matta chwile, kiedy trzymał ją w ramionach i całował 

jej delikatną skórę, były jedynymi jasnymi momentami w ciągu 

całej  tej  koszmarnej  nocy,  chyba  najgorszej  w  jego 

dotychczasowym życiu. 

Curtis wrócił do domu, bardzo przejęty i zaaferowany. 

– 

Sprawdziłem wszystko, Jef. Nie ma go nigdzie. – Stanął 

background image

w rozkroku i popatrzył na Matta i Adrienne. – Moim zdaniem 

jest tak, jak myśleliśmy. Te dwa ptaszki zrobiły Archiemu coś 

złego. 

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Adrienne przełknęła ślinę i popatrzyła na Matta. 

– 

Musi być na to jakieś wytłumaczenie – powiedziała. – 

Może ktoś do niego przyszedł i... 

– 

Nie ma co zmyślać – powiedział Jef. – Curtis ma rację. 

Teraz musimy znaleźć zwłoki. 

– 

Jakie  zwłoki?!  –  zaprotestował  gwałtownie  Matt.  – 

Dajcie  spokój,  chłopaki,  naoglądaliście  się  za  dużo 

gangsterskich filmów. 

– 

Kiedy  stąd  wyjeżdżaliśmy,  spał  w  fotelu  –  zapewniła 

Adrienne. 

– To dlaczego teraz go tu nie ma? 
–  Nie wiem. – 

Adrienne  rozejrzała  się  po  pokoju,  jak 

gdyby liczyła na to, że Archie schował się gdzieś w kącie i że 

go po prostu dotąd nie zauważyli. 

– 

Słyszałem, że niektórzy tną zwłoki na kawałki, zanim się 

ich  pozbędą  –  odezwał  się  Jef.  –  Może  oni  też  tak  zrobili. 

Sprawdź, czy w wannie nie ma krwi. 

Curtis ponownie wyszedł z kuchni. 

– 

To  przecież  głupota  –  stwierdził  Matt.  –  Czy my 

naprawdę wyglądamy na ludzi, którzy byliby w stanie zabić i 

poćwiartować człowieka? 

– 

Jasne, że tak – rzucił ponuro Jef, patrząc na niego spode 

łba. 

– 

No, dobrze, więc wyglądamy na okrutnych morderców. 

Ale co z tego? Po co mielibyśmy zabijać Archiego? 

– 

Bo ma złoto. 

– 

Nic  nie  wiemy  o  żadnym  złocie.  Zresztą  przecież 

mielibyśmy  je  przy  sobie,  kiedy  rewidowaliście  nas  w 

miasteczku – 

zaprotestowała Adrienne. 

– 

Gdzieś je schowaliście. 

– 

Och, na miłość Boską... 

– Archie nie ma wanny – 

powiedział Curtis wracając. 

– 

To co zabrało ci tyle czasu? 

– 

Rozglądałem się. Nie ma krwi ani pod prysznicem, ani w 

umywalce, ani w koszu na śmieci. 

– No, dobra! – 

Jef zbliżył się do Adrienne i wycelował w 

nią broń. – Powiesz nam, co z nim zrobiliście? 

Adrienne  miała  dosyć  tych  dwóch  ponurych  facetów  z 

background image

dubeltówką. Poczuła, że ogarnia ją znużenie. Nie była w stanie 

dłużej znosić ich nonsensownych podejrzeń. 

– Nie wiemy, gdzie on jest – 

odparła, odpychając od siebie 

zimną lufę. 

–  Adrienne  – 

powiedział  ostrzegawczo  Matt  –  uważaj, 

oni... 

– 

Jestem zmęczona – przerwała mu w pół słowa. – A ci 

idioci zadają w kółko te same głupie pytania. Mam tego dosyć. 

Nie wiemy, gdzie on jest! – 

krzyknęła, odwracając się w stronę 

Jefa. – 

Czy to nie dociera do waszych tępych łbów? Nie wiemy! 

– 

Przynieś ze stajni kawałek sznura – zwrócił się Jef do 

Curtisa, odsuwając się od niej o krok. 

–  Sznur? – 

Zmęczenie Adrienne zniknęło jak ręką odjął. 

Prawie poczuła, jak lina zaciska się wokół jej szyi. – Słuchajcie, 

nie  macie  żadnych  dowodów.  Jeśli  nas  tu  powiesicie, 

pójdziecie do więzienia, a może nawet na krzesło elektryczne! 

– Mam zamiar 

cię związać, a nie powiesić – oznajmił Jef, 

nie patrząc na nią. – Żeby Curtis mógł was oboje upilnować, 

kiedy ja pójdę rozejrzeć się po okolicy. 

Ulga, którą poczuła Adrienne, rozpłynęła się natychmiast, 

gdy tylko zrozumiała, że zostaną w domku sami z Curtisem, 

który nienawidzi Matta i ma na nią ochotę. 

– 

Na  twoim  miejscu  nie  ufałbym  zanadto  Curtisowi  – 

wtrącił się Matt. 

– 

Świetnie was dopilnuje. Nie jestem pewien, czy równie 

świetnie szuka dowodów rzeczowych, więc sam to zrobię. 

– 

Pilnowanie wymaga więcej inteligencji niż szukanie – 

powiedział  Matt  –  a  na  pierwszy  rzut  oka  widać,  że  jesteś 

bystrzejszy  od  Curtisa.  Na  twoim  miejscu  pozwoliłbym 

Curtisowi zdrowo się zmachać przy szukaniu Archiego, a sam 

zatrzymałbym  dla  siebie  odpowiedzialne  zadanie  pilnowania 

więźniów. Moglibyśmy namówić Curtisa, żeby nas wypuścił, 

ale ciebie nigdy nie udałoby nam się do tego skłonić. 

– Racja. – 

Jefowi ta ocena bardzo pochlebiła. – Mnie nie 

da się oszukać. 

– 

To  wyślij  Curtisa  na  poszukiwania  –  poradził  Matt, a 

Adrienne wstr

zymała oddech. 

– 

Nie. Dam mu tylko wskazówki, jak was pilnować. Curtis 

się mnie słucha. 

– 

Nie mam pojęcia, gdzie się podział ten Archie – szepnęła 

Adrienne, spoglądając na Matta. W jej głosie zabrzmiała nutka 

background image

desperacji. 

– 

Znajdzie się – pocieszył ją cicho Matt. – Nie martw się. 

Adrienne  patrzyła  na  niego  przez  długą  chwilę.  Ostre 

słowa,  które  powiedziała  podczas  jazdy  ciężarówką  wróciły 

teraz do niej jak szyderstwo. „Nie do przyjęcia jako partner.” 

Nie do przyjęcia? Przez całą tę długą noc bez przerwy stara się 

ochronić ją od niebezpieczeństw i podtrzymać na duchu. Aleks 

w podobnej sytuacji dawno by się już załamał. 

Przyszła jej do głowy jeszcze jedna myśl: być może ta noc, 

a  szczególnie  utrata  samolotu  nauczyły  Matta  paru  rzeczy. 

Może  teraz  trochę  się  zmieni,  po  tych  przeżyciach  nie  może 

przecież  zostać  taki,  jaki  był  –  bezczelny i impulsywny. 

Zaczęła  poważnie  zastanawiać  się,  czy  nie  dać  mu  jeszcze 

jednej szansy, oczywiście, o ile on sam będzie jeszcze chciał 

mieć z nią cokolwiek do czynienia. 

– 

Znalazłem – oznajmił tryumfalnie Curtis, wtaczając się 

do pokoju ze zwojem liny. 

– Dobra – 

powiedział Jef. – Przynieś z kuchni dwa krzesła. 

Curtis  rzucił  linę  na  podłogę  i  poszedł  do  kuchni.  Po 

chwili wrócił, niosąc dwa masywne krzesła. 

– Jedno tu – 

rozkazał Jef, wskazując w jeden kąt pokoju – 

a drugie tam. Twarzą do siebie. 

– 

Czy nie łatwiej byłoby nas pilnować, gdybyśmy siedzieli 

obok siebie? – 

spytał niewinnie Matt. 

– 

Zamknij się wreszcie, dobrze? – wrzasnął Jef, machając 

dubeltówką w jego stronę. – Mam już dosyć twoich rad. Siadaj. 

Widząc, że Matt się waha, przystawił mu lufę do piersi. 

– 

Dobrze, jeśli aż tak ci na tym zależy – zgodził się Matt i 

usiadł. 

– 

Zwiąż go najpierw – rozkazał Jef i Curtis zbliżył się do 

Matta niosąc w ręku linę. 

– A ty siadaj tam – powied

ział Jef do Adrienne, wskazując 

na krzesło stojące koło półki z książkami. 

Adrienne  usiadła,  obserwując  Curtisa,  który  wiązał  ręce 

Matta z tyłu krzesła. Potem owinął sznur wokół nóg swojego 

więźnia. Widać było, że lina wpija się mocno w ciało, ale Matt 

naw

et się nie skrzywił. Patrzył na nią tak spokojnie, jak gdyby 

siedział sobie na ławce w parku. 

Potem Curtis podszedł do niej i wyraz twarzy Matta nagle 

się zmienił. Zacisnął szczęki i zmrużył oczy, widząc, jak Curtis 

związuje jej ręce z tyłu krzesła. W tej pozycji piersi Adrienne 

background image

zarysowały  się  wyraźnie  pod  haftowaną  bluzką.  Lubieżny 

uśmieszek  Curtisa,  który  schylił  się,  żeby  związać  jej  nogi, 

mówił jasno, że on również to zauważył. 

Curtis  dotykał  jej  łydek  znacznie  częściej,  niż  było  to 

konieczne,  żeby  je  skrępować.  Adrienne  zauważyła,  że  Matt 

zaczyna się wyrywać. Nareszcie Curtis skończył i odszedł na 

bok. 

– 

Wychodzę na poszukiwania – oświadczył Jef i wyszedł z 

domu nie oglądając się za siebie. 

– 

Teraz ja tu rządzę – oznajmił Curtis, patrząc na przemian 

na Matta i na Adrienne. 

– 

Jak to miło – powiedział Matt. 

– 

Tak. Miło. – Curtis odwrócił się ku Adrienne. – Bardzo 

miło – dodał innym już tonem. 

– 

Nawet o tym nie myśl – ostrzegł go Matt. 

– 

W  twoim  położeniu  nie  będziesz  mówił  mi,  co  mam 

robić – stwierdził lekceważąco Curtis i zbliżył się do Adrienne. 

Odwróciła głowę, gdy wpatrywał się w jej piersi. Z kuchni 

dobiegł ją szum. Spojrzała w tamtą stronę z nadzieją, że ktoś 

stamtąd  wyjdzie i ją uratuje. Uświadomiła sobie nagle, że to 

tylko szum pracującej lodówki. Prąd został włączony. Telefon 

najprawdopodobniej również już działa, tyle tylko że ona nie 

może się do niego dostać. Curtis pochylił się nad nią. Doleciał 

ją  kwaśny  smród  potu  i  brudu.  Dotknął  palcem  guziczka  u 

bluzki. 

– 

Ładna z ciebie laleczka. 

Nim  zdążył  powiedzieć  coś  więcej,  drzwi  otwarły  się  z 

hukiem i do środka wpadł Archie, z dzikim wyrazem twarzy i 

zmierzwionymi włosami. 

– 

Co tu się dzieje, do jasnej cholery! – zawołał. 

– 

Dzięki  Bogu, że  jesteś,  Archie.  –  Adrienne  opadła na 

oparcie. – Ci wariaci 

myśleli, że cię zabiliśmy. 

– 

Widzę  tylko  jednego  wariata,  który  związał  moich 

przyjaciół – wykrzyknął Archie. – Curtis, zamknij gębę, odłóż 

dubeltówkę i natychmiast ich uwolnij. Ale już! 

– 

Jef  i  ja  myśleliśmy,  że  nie  żyjesz  –  wyjaśnił  Curtis  z 

głupkowatym  wyrazem  twarzy.  Posłusznie  odłożył  broń  i 

zabrał  się  do  rozplątywania  liny.  –  Spotkaliśmy  ich  w 

miasteczku,  przyjechali  twoją  ciężarówką,  ubrani  w  twoje 

ciuchy. Przywieźliśmy ich tu z powrotem, ale ciebie nie było. 

Myśleliśmy, że cię poćwiartowali i schowali w wannie. 

background image

– 

Nie mam żadnej wanny – wymamrotał Archie, mocując 

się z węzłami wokół dłoni Adrienne. 

– Wiem – 

powiedział Curtis. 

– Gdzie jest Jef? 
– 

Poszedł szukać twoich zwłok. 

Archie  wymamrotał  kilka  słów,  z  których  Adrienne 

wyłowiła tylko: „cholerni głupcy” i „zwariowani idioci”. Kiedy 

rozplątał linkę, potrząsnęła dłońmi, żeby przywrócić im czucie, 

a potem przyjrzała się nadgarstkom, z których sznur zdarł skórę 

do żywego. 

– 

Dam ci na to maść – oświadczył Archie, schylając się, 

żeby rozwiązać sznur z jej nóg – jak tylko wtłukę Curtisowi 

trochę rozumu do głowy. 

– 

Wszystko w porządku, Archie. Powiedz mu tylko, że nie 

ukradliśmy  twojej  ciężarówki  ani  twoich  rzeczy,  niech  sobie 

wreszcie pójdzie. Nie chcę, żebyś się z nim bil. 

Archie  odwinął  sznur  z  jej  nóg  i  znów  spojrzał  na  jej 

nadgarstki. Zaklął pod nosem, potem przeprosił i dodał: 

– 

Nie  mogę  znieść,  jak  ktoś  znęca  się  nad  kobietą  – 

stwierdził, stając przed Curtisem. – Jesteś durniem, Curtis, tak 

samo jak Jef. Tym miłym ludziom rozbił się w pobliżu samolot 

potrzebowali gościny, której im udzieliłem, a wy związaliście 

ich jak jakichś zbrodniarzy. 

– 

Samolot? To oni mówili prawdę? – Curtisowi zaświeciły 

się  oczy.  –  Gdzie  on  jest?  Może  moglibyśmy  pomóc  go 

naprawić? 

– 

Nie wiem gdzie, ale nie potrzeba, żebyście się przy nim 

kręcili – orzekł Archie. 

– 

Może mogliby nam pomóc – powiedział spokojnie Matt, 

spoglądając na Adrienne. 

Adrienne  popatrzyła  na  niego  z  niedowierzaniem.  Nie 

zamierza  chyba  zatrudniać  Jefa  i  Curtisa  przy  wyciąganiu 

samolotu z przepaści. Poza tym jej torebka i jego portfel wciąż 

są  w  samolocie.  Jeśli  Curtis  i  Jef  tam  się  dostaną,  z  całą 

pewnością  ukradną,  co  się  tylko  da.  Spojrzenie  Matta 

nakazywało  jej  jednak  milczenie.  Nie  odezwała  się.  Po  tym 

wszystkim, co dla niej zrobił, musi mu zaufać. 

Podał przybliżone położenie samolotu, choć stojący obok 

niego Archie potrząsał z dezaprobatą głową. Curtis szybko ich 

opuścił, mówiąc, że odnajdzie Jefa i natychmiast wyruszą na 

poszukiwania. 

background image

– 

Na  twoim  miejscu  nie  mówiłbym  im,  gdzie  to  jest  – 

powiedział Archie, kiedy za Curtisem zamknęły się drzwi. 

– 

Nie wiem, dlaczego to zrobiłeś – dodała Adrienne. 

– 

Wcale  tego  nie  zrobiłem.  –  Matt  odwrócił  się  w  jej 

stronę. – Podałem im fałszywe dane. W przeciwnym wypadku 

gotowi byli trafić na wrak całkiem przypadkowo, a tak będą 

bezskutecznie przeszukiwać miejsce, w którym na pewno go 

nie znajdą. 

– 

Dobrze zrobiłeś – pochwalił Archie, a oczy mu zabłysły. 

– 

Zasłużyli sobie na to. – Skinął ręką w stronę Adrienne i dodał: 

– 

Obtarli jej, dranie, skórę. Już idę po tę maść. 

– Najpierw 

chciałabym zadzwonić – stwierdziła Adrienne, 

podchodząc do telefonu. – Może kable zdążyły już wyschnąć. 

– 

Oczywiście, dzwoń – powiedział Archie. – A ja muszę 

nastawić ten szkaradny zegar. 

Adrienne  spojrzała  na  elektryczny  zegar,  wiszący  nad 

półką  z  książkami.  Archie  miał  całkowitą  rację:  był 

przeraźliwie brzydki. Tarczę otaczała wytłoczona w tandetnym 

plastyku martwa natura: butelka wina w koszyku, grono 

winogron  i  kawałki  sera  w  tak  jaskrawym  odcieniu  żółtego, 

jakiego  nigdy  w  życiu  nie  widziała  w  naturze. Adrienne 

podniosła  słuchawkę.  Archie  przystawił  do  ściany  jedno  z 

krzeseł i wspiął się na nie, by nastawić zegar. Nagle Adrienne 

uświadomiła  sobie,  że  w  słuchawce  rozbrzmiewa  sygnał  i 

straciła z oczu wszystko, co się wokół niej działo. 

Zadzwoniła do centrali. Wykręcanie numeru zdawało się 

trwać  wieczność,  ale  w  końcu  odezwał  się  głos  telefonistki. 

Adrienne podała numer swoich rodziców. 

– Halo? – 

odezwał się niski głos ojca. Podniósł słuchawkę 

natychmiast i Adrienne pomyślała, że prawdopodobnie czekał 

na j

ej telefon, nie oddalając się na krok od aparatu. 

– Tato, to... 
– 

Czy zgadza się pan pokryć koszty połączenia z Adrienne 

Burnham? – 

przerwała im telefonistka. 

– 

Oczywiście, tak! – wykrzyknął ojciec. – Adrienne? 

– 

Wszystko w porządku, tatusiu, naprawdę w porządku. 

– 

Dzięki Bogu – powiedział z ulgą, wypuszczając powoli 

powietrze. – 

Zaczekaj chwilę, zawołam mamę. 

Adrienne poczuła, że za chwilę się rozpłacze. Przygryzła 

wargę i przetarła dłonią oczy. Po chwili usłyszała głos matki. 

– 

Dobrze się czujesz? 

background image

– Tak, mamo – 

zapewniła Adrienne, z trudem walcząc z 

napływającymi  do  oczu  łzami.  Nie  chciała,  żeby  rodzice 

zorientowali się, jak bardzo jest zdenerwowana. Kiedyś opowie 

im  całą  historię,  ale  w  tej  chwili  nie  czuła  się  na  siłach.  – 

Mieliśmy trochę kłopotów z samolotem i nie mogłam dostać się 

do telefonu. 

– 

Gdzie jesteś? – spytał ojciec, włączając się do rozmowy. 

– W Saddlehorn, w Arizonie. 
– 

Nigdy  w  życiu  nie  słyszałem  o  takiej  miejscowości. 

Mam po ciebie przyjechać? 

– 

Nie,  to  za  daleko  i  już  za  późno.  Muszę  wracać  do 

Tucson, do pracy. 

– Kochanie – 

powiedziała matka, której głos łamał się ze 

wzruszenia. – 

Tak się o ciebie baliśmy. Na policji oświadczyli 

nam,  że  nie  mogą  rozpocząć  poszukiwań,  dopóki  się  nie 

rozwidni, więc całą noc siedzieliśmy i modliliśmy się za ciebie. 

Tak  się  cieszę...  –  nagle  zamilkła  i  Adrienne  zrozumiała,  że 

stara się opanować łzy. 

– 

Tak  bardzo  mi  przykro,  że  się  niepokoiliście.  A  tak 

bardzo  chciałabym  z  wami  być  –  powiedziała,  przełykając 

dławiącą ją w gardle kulę. – A Granny... czy ona...? 

– 

Około  czwartej  nad  ranem  –  odparł  cicho  ojciec.  – 

Zdechła spokojnie i bez cierpień. 

–  Och.  – 

Łzy  popłynęły  po  policzkach  Adrienne.  – 

Powinnam była przy niej być. 

– 

Wiem,  że  chciałaś,  kochanie,  ale  nie  wszystko  i  nie 

zawsze układa się po naszej myśli. Ale jesteś cała i zdrowa. To 

naprawdę najważniejsze. 

– 

Tak, ale bardzo chciałam ją zobaczyć po raz ostatni. 

– Wiem. 
– 

Byliśmy z nią, kochanie – zapewniła matka, wpadając 

ojcu w słowo. – Zabraliśmy do stajni przenośny telefon, w razie 

gdybyś zadzwoniła, i zostaliśmy przy niej do końca. 

– 

Dziękuję, mamo. – Adrienne stłumiła szloch. – Muszę 

już kończyć. Mamy z Mattem parę spraw do załatwienia, zanim 

stąd będziemy mogli wyjechać. 

Poczuła, że szloch zaraz zmieni się w histeryczny śmiech. 

Pewnie,  że  mieli  do  załatwienia  parę  spraw.  Na  przykład 

wydobycie  pieniędzy  i  dokumentów  z  dna  kanionu.  O  tym 

jednak nie mogła opowiedzieć rodzicom. Najważniejsze, że nie 

będą się już o nią niepokoić. 

background image

– 

Czy  to  znaczy,  że  samolot  miał  awarię  i  musieliście 

wylądować w Saddlehorn? – zapytał ojciec. 

– 

Właśnie tak było – przytaknęła bez wahania. 

– 

Nie da się go naprawić? 

– Nie jestem pewna – 

powiedziała, starając się za wszelką 

cenę powstrzymać śmiech. – Ale jeśli nie, jeżdżą stąd autobusy. 

– 

Zadzwoń, gdyby były jakieś kłopoty. 

– 

Oczywiście. 

– 

Uważaj na siebie, kochanie. Trzymaj się dzielnie. 

– 

Oczywiście. Całuję was oboje bardzo mocno. Odezwę 

się. – Adrienne powoli odłożyła słuchawkę na widełki. Potem 

schowała twarz w dłoniach, żeby stłumić łzy. 

Poczuła,  jak  obejmuje  ją  silne  ramię.  Matt  odwrócił  ją 

ostrożnie  i  troskliwie  wziął  w  objęcia.  Szlochała  już  bez 

zażenowania,  zlewając  strumieniami  łez  jego  czarną, 

kowbojską koszulę. W końcu płacz trochę ucichł, ale Adrienne 

wciąż nie chciała jeszcze opuszczać bezpiecznego i pewnego 

zacisza ramio

n  Matta.  Wreszcie  odsunęła  się,  słysząc 

zbliżające się kroki Archiego, który przyniósł jej całą paczkę 

chusteczek do nosa. 

– 

Granny umarła, prawda? – spytał cichym głosem Matt. 

–  O czwartej nad ranem – 

potwierdziła,  sięgając  po 

przyniesione przez Archiego 

chusteczki  i  wycierając  nos. 

Potem spojrzała w górę na Matta. 

– Tak mi przykro. 
– 

Mnie też – zapewnił Archie. 

– 

Musimy  znaleźć  ci  jakiś  autobus,  żebyś  zdążyła  na 

pogrzeb. 

– Jaki pogrzeb? – 

spytała zaskoczona Adrienne. 

– 

Och, może w twojej rodzinie nie urządza się pogrzebów 

– 

powiedział zmieszany Matt. 

– 

Nie sądzę, żeby wielu ludzi urządzało pogrzeby koniom 

– 

odparła  Adrienne,  wciąż  nic  nie  rozumiejąc.  –  Chociaż  w 

przypadku  Granny  może  byłoby  to  i  słuszne.  Ale  nie  mogę 

narażać rodziców na takie kłopoty i wydatki. 

– Zaraz, czekaj. – 

Oczy Matta zwęziły się niepokojąco. – 

Czy ty powiedziałaś koniom? 

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Adrienne nie mogła zrozumieć, co tak bardzo poruszyło 

Matta. 

– 

Tak, powiedziałam koniom. Dlaczego pytasz? 

– 

Chcesz powiedzieć, że Granny była koniem? 

– 

Oczywiście, że tak. Przecież ci mówiłam. 

– Wcale nie. 
– 

Na  pewno  mówiłam.  Może  nie  słuchałeś  –  warknęła 

Adrienne, której nie spodobał się wyraz jego twarzy, zaciśnięte 

szczęki i zły błysk w oku. 

–  Teraz mi to dopiero mówisz! – 

Matt krzyczał na cały 

głos. – Kiedy rozbiłem samolot, ryzykowałem życie i o mały 

włos nie straciłem istotnej części mojego ciała, którą ten idiota 

chciał mi odstrzelić! A wszystko to dla jakiejś głupiej chabety! 

– 

To nie żadna głupia chabeta! – Adrienne odsunęła jego 

wskazujący palec, oskarżycielsko wymierzony w jej twarz. – 

Ona jest, to znaczy była, moim najbliższym przyjacielem! 

– 

Ale  dlaczego  nie  nazwałaś  jej  żabcią  albo 

kwiatuszkiem?  Kto  przy  zdrowych  zmysłach  nazywa  konia 

babunią? 

– 

Matt, posłuchaj – zaczął Archie. – Imiona zwierząt to 

osobista sprawa. Nie ma o co się wściekać. 

– 

Z całą pewnością jest się o co wściekać – wrzeszczał 

Matt, kierując swój gniew na Archiego. – Ona nazywa konia 

Granny, a potem rozpowiada na prawo i lewo, że Granny jest 

konająca i że musi przy niej być. Ciekaw jestem, jak ty byś to 

zrozumiał? 

– 

Tak, ale myślę, że... 

– 

Wyjaśnię  ci, dlaczego tak ją nazwałam  –  powiedziała 

Adrienne,  opierając  ręce  na  biodrach.  –  Kiedy  ją  dostałam, 

miała już dwanaście lat i była naprawdę babcią. I co ty na to? 

– 

Świetnie. Ale gdybyś była uprzejma wytłumaczyć mi to, 

kiedy jeszcze byliśmy w domu Beverly, wszystkie te przygody 

mogłyby nas ominąć. 

– 

Bo  nie  poleciałbyś  ze  mną,  tylko  dlatego  że  muszę 

zaopiekować się konającym koniem, tak? 

– 

Nie wiem, ale zasługiwałem chyba na to, żeby wiedzieć, 

o co toczy się gra! 

– 

Ale dla mnie stawka była bardzo wysoka! Nie żebym 

background image

spodziewała  się  po  kimś,  kto  darzy  nabożną  czcią  zimne, 

martwe  przedmioty,  takie  jak  samoloty,  żeby  zrozumiał,  jak 

kochana,  wspaniała,  śliczna...  delikatna...  –  Znów  rozpłakała 

się, szlochając niepohamowanie. 

– 

Do diabła. 

– 

Mam  pomysł  –  powiedział  Archie,  odkładając 

chusteczki na stół. – Przez tę noc wiele przeszliście i dlatego 

zachowujecie się, jakbyście nie byli za bardzo dorośli. 

Zanim  rozszarpiecie  się  nawzajem  na  kawałki, 

powinniście się chyba trochę przespać. 

– 

Nie...  nie  w  tym  samym  pokoju,  co  on,  nie  chcę  – 

wykrztusiła  Adrienne  wśród  szlochu.  Złapała  następną 

chusteczkę i głośno wytarła nos. 

– 

To idź do sypialni, a on pójdzie do stajni – zdecydował 

Archie. – Dorothy b

ędzie tu dopiero za kilka godzin. 

– 

Dorothy? Twoja żona? – spytała zaskoczona Adrienne. 

– 

Mój osioł. Dorothy Trzecia. 

– Aha. No, tak. 
– 

Więc teraz wynoście się stąd, oboje. Wszystko będzie 

wyglądało lepiej, jak się trochę zdrzemniecie. 

–  Ale, ale – 

zaczął  Matt  –  zapomniałem  spytać,  gdzie 

byłeś,  kiedy  przyjechaliśmy  tu  z  Jefem  i  Curtisem?  Kiedy 

wyjeżdżaliśmy, chrapałeś w najlepsze przy kominku. 

– 

Poszedłem odwiedzić Dorothy. 

– 

Twojego osła? – spytał Matt – Moją pyskatą żonę. 

– 

Ale mówiłeś, że ona nie żyje. 

– 

Leży pod ziemią, jeżeli o to ci chodzi. Na pagórku, o 

kilometr  drogi  stąd.  Codziennie  razem  oglądamy  wschód 

słońca, ja i Dorothy. Czasami rozmawiamy. Czasami nie. 

– 

To  naprawdę  piękne  –  odezwała  się  Adrienne, 

wzruszona tym wyznaniem. 

– 

Może i piękne, ale o mały włos nie zapłaciliśmy za to 

życiem – orzekł Matt. 

– 

Nie spodziewam się, żebyś potrafił zrozumieć związek 

Archiego i Dorothy – 

powiedziała i odwróciwszy się na pięcie 

pomaszerowała do sypialni. 

–  Przynajmniej w tym przypadku idzie o dwoje ludzi – 

zawołał  za  nią  Matt  –  Żadne  z  nich  nie  chodzi  na  czterech 

nogach i nie ma ogona! 

– 

No już, dosyć – powiedział Archie. – Idź do stajni, dam 

ci koc. Możesz położyć się na świeżym sianie. Jesteś miejskim 

background image

chłopakiem, założę się, że nigdy w życiu tego nie robiłeś. 

Adrienne zatrzymała się, żeby usłyszeć, co Matt odpowie. 

– Raz – 

powiedział – ale nie bardzo mi się podobało. 

– No pewnie! – 

zawołała i z trzaskiem zamknęła drzwi do 

sypialni. 

 

Adrienne obudziła się przykryta wzorzystą kołdrą. Przez 

chwilę leżała i zastanawiała się, gdzie się właściwie znajduje. 

Powoli zaczęła sobie przypominać wydarzenia ubiegłej nocy, 

ale  wciąż  nie  miała  pojęcia,  jak  długo  spała.  Pamiętała,  że 

zasnęła natychmiast, niczym się nie przykrywając. Archie na 

pewno narzucił na nią kołdrę. 

U

siadła  na  łóżku  i  założyła  mokasyny.  W  całym  domu 

panowała  cisza.  Weszła  do  dużego  pokoju  i  spojrzała  na 

brzydki, plastykowy zegar. Kwadrans po trzeciej. Promienie 

słońca wpadały radośnie przez okno. Adrienne zauważyła, że 

pusta butelka po whisky zniknęła sprzed kominka, a palenisko 

zostało do czysta wymiecione. 

Stare gazety wciąż znajdowały się na stoliku, ale ktoś je 

poukładał, tak że leżały w równym stosiku. Adrienne dopiero 

teraz zrozumiała, o co chodziło Archiemu. Sam wprawdzie nie 

czyta gazet ani książek, ale robiła to Dorothy. W tych gazetach 

były ostatnie krzyżówki, które przed śmiercią rozwiązała. 

Adrienne  przyjrzała  się  swojemu  ubraniu.  Wciąż  nie 

mogła uwierzyć, że Archie zdecydował się pożyczyć jej rzeczy 

Dorothy.  Z  tak  wielkim  szacunkiem  odnosił  się  do 

wszystkiego, co wiązało się z jego zmarłą żoną. Ubranie Matta 

we własne spodnie to drobiazg, ale pożyczenie ubrań Dorothy 

to coś całkiem innego. 

Te rozmyślania przywiodły jej na myśl wczorajszą kłótnię 

z  Mattem.  Próbowała  sobie  przypomnieć,  czy  rzeczywiście 

powiedziała  mu  w  domu  Beverly,  że  Granny  to  koń.  Była 

pewna,  że  tak.  Z  drugiej  strony,  jego  pęknięte  spodnie, 

informacja, że Beverly celowo zaplanowała ich spotkanie, i ten 

nieoczekiwany  telefon  od  rodziców  wytrąciły  ją  bardzo  z 

równowagi. Być może zapomniała wytłumaczyć, kim, a raczej 

czym, była Granny. 

Jeśli rzeczywiście tak było, czy Matt miał prawo tak się 

rozzłościć? Adrienne pomyślała o jego wszystkich, niczym nie 

zasłużonych  cierpieniach.  Jedynym  niedopatrzeniem  z  jego 

strony było to, że nie ubezpieczył samolotu, ale nawet najlepsze 

background image

ubezpieczenie  nie  zmieniłoby  biegu  wypadków.  Matt  i  tak 

musiałby wędrować po deszczu i błocie, jechać samochodem z 

pijanym  kierowcą,  stawić  czoło  dwójce  pijanych  zabijaków, 

którzy grozili mu bronią i przywiązali do krzesła. 

Zniósł to wszystko z niezwykłym wdziękiem, jeśli dodać 

do  tego  jeszcze,  że  Adrienne  odrzuciła  go  jako  partnera  w 

miłości  i  poinformowała,  że  jest  zbyt  impulsywny  i 

niezorganizowany, żeby mogła o nim poważnie pomyśleć. A 

potem na domiar złego dowiedział się, że pędzili na złamanie 

karku  po  to,  żeby  zdążyła  pożegnać  konającego  konia,  a  nie 

umierającą babcię. 

Adrienne zawstydziła się. Wstydowi towarzyszyło jednak 

również inne uczucie – uczucie ciepłej sympatii do Matta, które 

wzięło górę nad tym, co przedtem sądziła o jego charakterze. 

Poza  tym  wypadek  z  pewnością  nauczy  go  zachowywania 

pewnych zasad bezpieczeństwa. 

A  więc,  czegóż  niby  brakuje  Mattowi  Kirklandowi? 

Powinna  cieszyć  się,  że  taki  mężczyzna  zechciał  się  nią 

zainteresować, a nie ciągle od niego uciekać. 

Wróciła  do  sypialni,  żeby  się  trochę  odświeżyć.  Kilka 

pociągnięć szczotką, odrobina pasty do zębów, zimna woda do 

opłukania  twarzy  i  już  była  gotowa  stanąć  przed  Mattem  i 

przeprosić  go.  Przy  odrobinie  szczęścia  Matt  być  może 

przyjmie przepro

siny i przestanie się na nią gniewać. 

Błoto  wyschło  na  tyle,  że  bez  trudu  doszła  do  stajni. 

Ciężarówka zniknęła z podwórza i Adrienne ucieszyła się, że 

będzie  mogła  pomówić  z  Mattem  sam  na  sam.  Drzwi  stajni 

były  uchylone,  a  z  wnętrza  dobiegał  szelest  siana.  Dźwięk 

obudził w niej wspomnienia poprzedniej nocy. Siano tak samo 

szeleściło, kiedy Matt się z nią kochał. Poczuła, że rodzi się w 

niej  pożądanie.  Otworzyła  drzwi  szerzej  i  wsunęła  się  do 

środka. 

–  Matt  – 

zaczęła,  podchodząc  do  boksu.  –  Czy...  – 

przerwa

ła, widząc Archiego, który rozkładał siano w boksie. 

– 

No, proszę! Nareszcie się obudziłaś, co? 

– 

Czy  Matt  pojechał  ciężarówką?  –  spytała  Adrienne, 

starając się nie okazać rozczarowania. 

– 

No pewnie. Ale najpierw nakarmiłem go kanapkami z 

masłem orzechowym. Nic lepiej nie stawia człowieka na nogi, 

niż masło z orzeszków. 

– 

Dokąd pojechał? – Adrienne pomyślała, że ze złości na 

background image

nią Matt mógł zostawić ją tutaj, żeby sama wróciła do domu. 

–  Do kanionu – 

powiedział Archie, przeżuwając prymkę 

tytoniu.  – 

Zabrał ze sobą liny, będzie próbował dostać się do 

swojego samolotu. 

– Sam? – 

Adrienne poczuła ukłucie strachu w sercu. 

– 

Mhm.  Niedługo  przyprowadzą  mi  Dorothy  Trzecią, 

więc nie mogłem z nim pojechać. Ty spałaś jak zabita, zatem 

wyruszył sam. 

– 

Muszę mu pomóc – stwierdziła Adrienne bez namysłu. – 

W jaki sposób mogę się tam dostać? 

– 

Prawdę  mówiąc,  to  nie  wiem  jak  –  odparł  Archie, 

zdejmując zdefasonowany kapelusz i ocierając czoło rękawem. 

– 

Matt zabrał wóz, a Dorothy Trzeciej jeszcze tu nie ma. Nie 

ma  żadnego  innego  środka  transportu  oprócz...  –  przerwał  i 

splunął do wiadra, stojącego w kącie stajni. – No, jest jeszcze 

rower Dorothy. 

– To wystarczy. Gdzie on jest? 

Archie podniósł głowę do góry. Adrienne poszła za jego 

przykładem.  Na  belce  zawieszony  był  fioletowy, poobijany 

rower z mocnymi oponami, doskonały dojazdy po nierównym 

terenie. 

– 

Świetnie  –  powiedziała  Adrienne.  Spojrzała  na  swoją 

spódnicę. – Tylko że w tym nie mogę jechać. 

– 

Ściągnę  rower  na  dół,  a  ty  idź  i  weź  sobie  dżinsy 

Dorothy i jakąś mniej elegancką bluzkę – zdecydował Archie. 

– 

Czy  jesteś  pewien,  że  mogę  to  zrobić?  –  Adrienne 

zawahała się. – Wiem, jak bardzo kochałeś Dorothy i nie czuję 

się dobrze, grzebiąc w jej rzeczach. 

– 

Jesteś  do  niej  bardzo  podobna  –  powiedział  Archie, 

odwracając głowę. – Jakoś pasuje, żebyś nosiła jej rzeczy. A 

teraz idź już, musisz złapać Matta, zanim się tam zabije. 

Wystarczyło,  że  wspomniał  o  niebezpieczeństwie,  w 

jakim znalazł się Matt, żeby Adrienne popędziła do domu co sił 

w nogach. Ledwie zdążyła ubrać się w dżinsy i koszulę, kiedy 

do drzwi zastukał Archie. 

– 

Jesteś gotowa? – spytał. – Zrobiłem ci kilka kanapek z 

masłem orzechowym. Możesz je zabrać ze sobą. 

– 

Świetnie! – zawołała i otworzyła drzwi. 

– 

Naprawdę  przypominasz  mi  Dorothy  –  oznajmił 

przyjrzawszy je

j  się  uważnie  i  podał  jej  paczuszkę  z 

kanapkami. – 

Szczególnie kiedy się kłócisz z Mattem. Zawsze 

background image

tak się kłóciliśmy z Dorothy, ale... zresztą to nieważne. 

– 

Chciałeś  powiedzieć,  że  się  kochaliście  –  dokończyła 

Adrienne. 

– Pewnie tak – 

przyznał, patrząc w bok. 

– 

Nie  ma  się  czego  wstydzić,  Archie.  Uważam  to  za 

wspaniałe, że tak bardzo ją kochałeś i dalej kochasz. 

– 

Powinnaś  złapać  tego  swojego  Matta  i  zawsze 

powinniście trzymać się razem. Życie jest krótkie – stwierdził 

Archie, wzdychając głęboko. 

– Zaczynam 

wierzyć, że masz rację. 

– 

Straciliśmy z Dorothy za dużo czasu, walcząc ze sobą, 

tak jak ty i Matt Ja narzekałem, że ona czyta za dużo książek, 

ona,  że  nie  jestem  ani  trochę,  jak  to  się  mówi,  kulturalny.  – 

Popatrzył  na  nią  wilgotnymi  oczami.  –  Dlaczego nie 

potrafiliśmy przyjąć siebie takimi, jakimi jesteśmy? 

– 

To  chyba  leży  w  ludzkiej  naturze,  żeby  próbować 

zmienić  innych –  powiedziała  Adrienne.  –  Jestem  pewna,  że 

Dorothy wiedziała, że ją kochasz, Archie. I ona też cię kochała 

pomimo narzekań, że brak ci ogłady. 

– 

Ale ona miała rację! Nie mam za grosz kultury. Moim 

ulubionym jedzeniem jest masło z orzeszków ziemnych. Żuję 

tytoń i piję whisky. Mnóstwo whisky. Poza tym popatrz na ten 

paskudny zegar. – 

Archie wskazał ręką na ścianę, gdzie wisiała 

kompozycja plastykowych winogron, sera i butelki z winem. – 

To  był  mój  prezent  ślubny  dla  Dorothy.  Szybko  się 

dowiedziałem, co o nim myśli. Nie cierpiała go. 

– 

Jeżeli tak, to czemu go nie zdjęła ze ściany? 

– 

Niech mnie piorun strzeli, nie wiem. Tyle razy mówiłem 

jej, żeby to zrobiła. 

– 

A dlaczego ty go teraz nie zdjąłeś? 

– 

Nie wiem. Jakoś nie wypada. 

– 

Dlatego  że  to  był  prezent  ślubny  od  ciebie  dla  twojej 

żony. Myślę, że go uwielbiała tylko i wyłącznie dlatego, że to 

ty jej go podarowałeś. 

– 

Nieee. Nienawidziła go. 

–  Lep

iej  pójdę  już,  Archie  –  oświadczyła  Adrienne, 

spoglądając na zegar. Była za dwadzieścia czwarta. – Robi się 

późno – dodała, starając się nie urazić go tym, że przerywa jego 

zwierzenia. Życie Matta mogło być w niebezpieczeństwie. 

– 

Oczywiście. Jedź. – Archie stał bez ruchu, pogrążony we 

wspomnieniach. 

background image

Adrienne podeszła do drzwi i nacisnęła klamkę. 

– 

Zaczekaj. Mam ci jeszcze coś do powiedzenia. Adrienne 

zatrzymała się, próbując nie okazać zniecierpliwienia. 

– 

Jesteś kobietą, i to podobną do Dorothy, więc może uda 

ci się to zrozumieć. Zaczekaj – powtórzył i wszedł do sypialni. 

Adrienne  czuła,  że  z  każdą  chwilą  jest  coraz  bardziej 

zdenerwowana.  Winna  była  jednak  Archiemu  tę  odrobinę 

cierpliwości.  Po  kilku  minutach  wrócił  do  pokoju,  niosąc  w 

ręku kawałek papieru, który podał jej w milczeniu. 

– 

Możesz  coś  z  tego  zrozumieć?  –  spytał  po  chwili. 

Adrienne  spojrzała  na  kartkę,  na  której  kobiecym  pismem 

napisane były słowa: 

Łabędziątko  jest  brzydkie  w  oczach  wszystkich  innych 

prócz matki. Ona jedna widzi w nim to, co na

jpiękniejsze: 

wierne serce i miłość do ludzi. 

– To chyba poezja – 

powiedziała Adrienne. 

– To jest zagadka. Zagadka Dorothy. 
– I o co w niej chodzi? – 

Adrienne ponownie przeczytała 

wiersz. 

– 

Bardzo się wtedy pokłóciliśmy. Nie pamiętam już, o co 

poszło, ale Dorothy była naprawdę wściekła. Zabrała całe moje 

złoto i je schowała – wyjaśnił Archie, szurając nogą. 

Adrienne drgnęła. Jef i Curtis mówili coś o złocie, ale nie 

zwróciła wtedy na to uwagi. 

– 

Ta zagadka to ma być wskazówka – wyjaśnił Archie – 

ale nic z niej nie rozumiem. 

– 

A Dorothy nigdy ci nie powiedziała? 

– 

Pewnie by powiedziała, wcześniej czy później, ale miała 

zawał. Była tu, a w minutę później już jej nie było. Umarła z 

żalem do mnie w sercu. I to mnie najbardziej gnębi. 

– Tak mi przykro, Archie – p

owiedziała Adrienne, kładąc 

mu dłoń na ramieniu. 

–  Tak  – 

westchnął  głęboko.  –  Co  się  stało,  to  się  nie 

odstanie. Myślisz, że uda ci się to rozwiązać? 

– 

Spróbuję.  –  Adrienne  przeczytała  tekst  raz  jeszcze, 

starając się nauczyć go na pamięć. 

–  Nigdy tego niko

mu  nie  pokazywałem.  Nie  mam  do 

nikogo tutaj zaufania. Ale ty i Matt jesteście jak Dorothy i ja. 

– Nic nikomu nie powiem – 

obiecała Adrienne. 

– 

Wiem.  Dlatego  ci  to  pokazałem.  Ale  możesz 

porozmawiać  z  Mattem.  Jeśli  uda  wam  się  to  rozwiązać, 

background image

połowa jest wasza. 

– 

Połowa  złota?  –  Adrienne  popatrzyła  na  niego  z 

niedowierzaniem. 

– 

Tak. Połowa. I tak mi niepotrzebne. 

– 

Nie moglibyśmy go przyjąć, Archie. To twoje złoto. 

– Lepiej nie decyduj za innych. Czy to nie Matta samolot 

leży na dnie kanionu? 

Adrienne uświadomiła sobie, że propozycja Archiego to 

dla Matta szansa odzyskania samolotu. Nie będzie więc mówiła 

w jego imieniu. Jeżeli ktokolwiek zasługuje na to złoto, tym 

kimś jest z pewnością Matt. 

– 

Lepiej  już  pojadę  –  stwierdziła.  –  Po drodze o tym 

pomyślę. 

– Trzyma

j się kolein, a znajdziesz go bez trudu – doradził 

Archie.  – 

Rower  ma  bezdętkowe  opony,  więc  nie  powinnaś 

mieć kłopotów nawet na ostrych kamieniach. 

– 

Dziękuję, Archie. Jesteś hojny. 

– 

Dorothy tak by sobie życzyła. 

– 

Dorothy  była  wspaniałą  osobą,  prawda?  –  Adrienne 

zastanawiała  się,  czy  Archie  znowu  zacznie  nazywać  swoją 

żonę zarozumiałą. 

– Tak – 

przytaknął Archie. – Diabelnie wspaniałą. 

– 

Wrócimy jak się da najszybciej – powiedziała, widząc, 

że  Archie  walczy  z  emocjami  silniejszymi  od  siebie.  Archie 

oczyścił rower z kurzu i oparł go o ścianę ganku. Z tyłu był 

mały bagażnik, do którego Adrienne przymocowała torebkę z 

kanapkami. Potem wskoczyła na siodełko i ruszyła naprzód. 

Główna  droga  była  stosunkowo  sucha  i  równa,  więc 

szybko  dotarła  do  miejsca,  w  którym  Matt  skręcił  z  niej  w 

stronę kanionu. Na szczęście koleiny były dosyć wyraźne, więc 

nie bała się, że się zgubi pomiędzy skałami i kaktusami. 

Aż  trudno  było  uwierzyć,  że  to  ta  sama  droga,  którą 

przemierzyli w nocy. W wygodnym ubraniu, na rowerze, w 
promieni

ach popołudniowego słońca, Adrienne rozkoszowała 

się  każdą  chwilą  przejażdżki.  Nawet  rwący  strumień,  który 

skłonił  Matta  do  przerzucenia  jej  sobie  przez  ramię  i 

przeniesienia wbrew jej woli na drugą stronę, teraz zmienił się 

w mały potoczek, dający się przejechać bez trudu. 

Zbliżając  się  do  kanionu  ujrzała  ciężarówkę  Archiego, 

zaparkowaną tuż nad krawędzią. Poznała pokrzywione drzewo, 

znaczące  miejsce,  z  którego  samolot  zanurkował  w  głąb 

background image

przepaści.  Matta  nie  było  jednak  nigdzie  widać.  Adrienne 

uprzytomniła  sobie,  że  gdyby  chciała  go  znaleźć,  będzie 

zmuszona podejść do samej krawędzi przepaści. Poczuła nagły 

skurcz żołądka. Wyruszając na ratunek, nie wzięła pod uwagę 

swojego  lęku  przestrzeni.  Troska  o  życie  Matta  raz  jeszcze 

wzięła  górę  nad  zdrowym  rozsądkiem.  Oparła  rower  o 

ciężarówkę i odczepiła z bagażnika torebkę. Powoli i ostrożnie 

zbliżyła się do skarłowaciałego drzewa. 

–  Matt?  – 

zawołała.  Odpowiedzi  nie  było.  Wokół  pnia 

okręcona  była  lina,  której  koniec  zwisał  swobodnie  przez 

krawędź kanionu. 

–  Matt, je

steś  tam?  –  zawołała  ponownie.  Jedyną 

odpowiedzią  był  szum  wiatru.  Nad  głową  Adrienne  zaczął 

krążyć  jakiś  ptak.  Po  krótkiej  obserwacji  stwierdziła,  że  to 

chyba sęp. Przebiegł ją zimny dreszcz. 

Ostatecznie  pogodziła  się  z  tym,  że  będzie  musiała 

podejść do drzewa i pociągnąć za linę. Być może Matt właśnie 

teraz na niej wisi, a wiatr zagłusza jej wołanie. Śmiało zaczęła 

iść w tamtą stronę, ale w połowie drogi skapitulowała, wzięła 

torbę z kanapkami w zęby i opadła na czworaki. 

Starała się nie patrzyć na nic prócz kamienistej ziemi pod 

rękami.  Podnosząc  odrobinę  spojrzenie,  zobaczyła  drzewo, 

którego  powykręcane  korzenie,  jak  palce  starej  czarownicy, 

kurczowo trzymały się skraju kanionu. 

Nim do niego dotarła, leżała już płasko na brzuchu. Nos i 

usta miała pełne pyłu i modliła się, żeby tylko nie natknąć się na 

jakiegoś węża. Zamknęła oczy, wyciągnęła rękę i pociągnęła za 

linę.  Nie  stawiała  najmniejszego  oporu.  Adrienne  położyła 

torbę z kanapkami u swojego boku i ponownie zawołała Matta. 

Odpowiedzi nie było. Zdawało się, że kanion pochłonął go 

tak samo, jak przedtem połknął samolot. Starała się nie myśleć, 

że Matt może teraz leżeć na dnie wąwozu z pogruchotanymi 

kośćmi. O, Boże, musi go odnaleźć! Nie będzie go pewnie w 

stanie stamtąd wydostać, ale może udzielić pierwszej pomocy i 

wezwać  Archiego.  Zabierze  ze  sobą  kanapki,  Matt  może  ich 

potrzebować. 

Podczołgała się bliżej drzewa i objęła jego pień, pokryty 

korą podobną do skóry aligatora. Stąd na pewno widać już dno 

kanionu.  Z  całych  sił  nie  dopuszczała  do  siebie  myśli, co 

będzie, jeśli drzewo nie utrzyma jej ciężaru. W końcu rośnie tu 

już od lat. Z pewnością wytrzyma jeszcze trochę i uchroni ją od 

background image

upadku w dół. 

Wstrzymała  oddech  i  wyjrzała  zza  kępy  suchej  trawy, 

która zasłaniała widok. 

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

Adrienne  spodziewała  się  ujrzeć  samolot,  leżący  jak 

rozbita zabawka na dnie kanionu. Zamiast tego oczom jej 

ukazała się znajdująca się o jakieś trzy piętra poniżej krawędzi 

skalna  półka,  na  której  tkwił  przechylony  na  bok  samolot. 

Jedno skrzydło oderwało się od kadłuba i leżało obok. Ogon był 

nieco pokiereszowany, ale poza tym samolot wyglądał na nie 

uszkodzony. 

Najwyraźniej 

maszyna 

przekoziołkowała, 

nim 

wylądowała  na  najszerszej  części  występu,  nosem  w  stronę 

kanionu.  Jeżeli  uda  się  wyciągnąć  samolot  z  przepaści,  Matt 

będzie  mógł  go  naprawić.  Adrienne  nie  mogła  uwierzyć  w 

szczęście Matta. Ale gdzież on się podziewa? 

Zawołała jeszcze raz, bez skutku. Na skalnej półce, gdzie 

leżał samolot, nie pozostawało tyle wolnego miejsca, żeby Matt 

mógł się ukryć przed jej wzrokiem. Głos niósł się echem po 

kanionie. Żeby jej nie usłyszeć, musiałby być głuchy. Głuchy 

albo... 

Adrienne odsunęła od siebie natrętną myśl. Spojrzała na 

zwisającą  linę.  Będzie  musiała  się  jakoś  opuścić  na  dół.  To 

jedyny sposób, by przekonać się, co stało się z Mattem. 

Uniosła  się  ostrożnie,  podniosła  torebkę  z  kanapkami  i 

schowała ją za pazuchę. Pewnie się pogniotą, ale zawsze lepsze 

to niż nic. 

Koncentrując  wszystkie  myśli  na  osobie  Matta, wstała i 

chwyciła za linę. Zawsze serdecznie nienawidziła wchodzenia 

po linie 

na zajęciach wychowania fizycznego. Wtedy lina była 

jednak grubsza, a pod nią leżał gruby, miękki materac. Teraz 

Adrienne  starała  się  wmówić  sobie,  że  skalna  półka  też  jest 

wyłożona takim materacem. 

Przypomniała  sobie  filmy,  na  których  widziała  ludzi 

upra

wiających  wspinaczkę.  Trzymali  linę  mocno  napiętą  i 

odchylali się do tyłu. Tak, ta metoda będzie najlepsza. Dzięki 

temu nie będzie musiała patrzyć w dół. 

Pode  mną  leżą  grube,  puszyste,  miękkie  materace, 

powtarzała w duchu, szukając obutą w miękki mokasyn nogą 

występu,  na  którym  mogłaby  się  oprzeć.  Serce  jej  łomotało. 

Znalazła pierwszy występ, potem drugi. Zaczęły ją boleć palce, 

a przecież posunęła się o kilka zaledwie centymetrów. 

background image

Jeszcze trochę. I jeszcze. Twarz Adrienne znalazła się już 

poniżej  skraju  kanionu.  Przed  oczami  miała  tylko  spękaną 

skałę. Strach zostawiał w ustach metaliczny posmak. 

Schodziła w dół, centymetr po centymetrze, trzymając linę 

ścierpniętymi  z  wysiłku  palcami.  Bolały  ją  ramiona,  czuła, 

jakby ktoś wyrywał jej ręce ze stawów. 

Przed no

sem  przebiegła  jej  duża  brązowa  ropucha  i 

Adrienne  krzyknęła  głośno,  bardziej  z  zaskoczenia  niż  ze 

strachu.  Nagły  ruch  sprawił,  że  straciła  oparcie  i  uderzyła  o 

skałę, obcierając sobie policzek do krwi. Dysząc z przerażenia, 

zaczęła nerwowo szukać oparcia dla nogi. Jeden z mokasynów 

z  głuchym  klapnięciem  wylądował  na  skalnej  półce, 

przypominając jej o odległości, jaka dzieliła ją od bezpiecznego 

podłoża. 

Pode  mną  leżą  grube,  puszyste,  miękkie  materace, 

powtórzyła  znowu,  ale  teraz  nie  umiała  już  w  to  uwierzyć. 

Poniżej  znajdowała  się  skalista  półka,  w  dodatku  całkiem 

wąska.  Gdyby  spadła,  wątpliwe,  czy  udałoby  jej  się  na  niej 

zatrzymać, mogłaby przecież łatwo stoczyć się w dół kanionu. 

A gdyby nawet udało jej się zejść cało w dół, nigdy w życiu nie 

będzie  w  stanie  wdrapać  się  znowu  na  górę.  Matt  może 

potrzebować pomocy, a jej pomoc niewiele będzie warta. 

Dłonie piekły ją od szorstkiej liny, nogi trzęsły się coraz 

bardziej,  ale  odległość  od  górnego  skraju  stawała  się  coraz 

większa.  W  końcu  Adrienne  odważyła  się  spojrzeć  w  dół  i 

stwierdziła, że półka jest zaledwie trzy metry pod nią. Wciąż 

jednak  nie  mogła  ryzykować,  upadek  nawet  z  tej  wysokości 

byłby bardzo niebezpieczny. 

–  Matt!  – 

zawołała,  zsuwając  się  w  dół  jak  mogła 

najszybciej. – Matt! To ja! 

Odpowiedzi nie b

yło.  Adrienne  poczuła,  że  żołądek 

podchodzi  jej  do  gardła  ze  strachu.  Mogło  być  tylko  jedno 

wytłumaczenie milczenia Matta. O Boże! Przecież nie może go 

stracić.  Byłoby  to  zbyt  okrutne,  teraz,  kiedy  zdała  sobie 

nareszcie sprawę, jak bardzo jest jej potrzebny. Znajdzie go i 

uratuje,  o  ile...  Ależ  oczywiście,  Matt  na  pewno  żyje.  Na 

pewno. 

Bosą  stopą  dotknęła  ziemi.  Puściła  linę  i  z  rozmachem 

usiadła  na  kamieniach.  Przyglądała  się  obolałym, 

zaczerwienionym dłoniom, czując, że cała się trzęsie. 

– 

Udało się – wyszeptała, spoglądając w górę. Zmęczenie 

background image

powoli ustępowało uczuciu tryumfu. – Udało się! – zawołała i 

wstała na niepewnych nogach, szukając zgubionego buta. 

Potem  odwróciła  się  w  stronę  samolotu.  W  kabinie 

siedział  Matt,  ze  słuchawkami  na  uszach,  i  najspokojniej w 

świecie  manipulował  przy  gałkach  radia.  Przebrał  się 

wprawdzie w inną koszulę, ale był to z całą pewnością Matt 

Widziała  dokładnie  jego  ciemne  kręcone  włosy  i  wyrazisty 

profil. 

Żyje.  Nic  mu  się  nie  stało.  Nie  słyszał  jej,  bo  miał  na 

uszach te choler

ne słuchawki. 

Oczywiście  gdyby  przyszło  mu  do  głowy  od  czasu  do 

czasu je zdjąć, na pewno usłyszałby jej wołanie. Nie musiałaby 

schodzić  po  linie.  Adrienne  spojrzała  na  swoje  piekące, 

krwawiące  dłonie,  potem  na  samolot.  Ryzykowała  życie  bez 

żadnego powodu. Matt wcale jej nie potrzebował. 

Podeszła  do  samolotu,  otworzyła  drzwi  kabiny  i 

pociągnęła  go  za  rękaw.  Kiedy  ją  zobaczył,  podskoczył  ze 

zdziwienia. 

– 

Skąd ty się tu do diabła wzięłaś? – zawołał. Adrienne 

wskazała dłonią na koniec liny. – Dlaczego? 

– 

Bo się o ciebie bałam, ty durny głupku! Podeszłam do 

skraju  i  wołałam  cię,  i  wołałam,  ale  ty  oczywiście  nie 

odpowiadałeś, bo miałeś na głowie to – Adrienne wskazała na 

słuchawki z obrzydzeniem. – Więc co miałam zrobić? 

– 

No, właśnie – powiedział, wpatrując się w Adrienne. – 

Właśnie. A co wystaje ci spod koszuli? 

– 

Kanapki  z  masłem  orzechowym!  –  krzyknęła, 

wyciągając je i ciskając mu w twarz. Matt złapał torebkę, jak 

gdyby była to piłka do rugby. 

– 

Panno  Burnham,  nie  mogę  w  to  uwierzyć.  Boisz  się 

wysokości  jak  ognia  i  założę  się,  że  nigdy  w  życiu  nie 

schodziłaś ze skały po linie. 

– 

Dlatego powinnam była wrócić na rowerze Dorothy do 

domu i tam szukać pomocy. 

– 

Przyjechałaś  na  rowerze?  –  Matt  rzucił  kanapki  na 

sąsiednie siedzenie i wysiadł z kabiny. 

–  Tak, w tym mam przynajmniej jakie takie 

doświadczenie. Ale schodzenie po tej linie to była najgłupsza i 

najbardziej  zbędna  rzecz,  jaką  w  życiu  zrobiłam.  Obtarłam 

sobie ręce i... 

–  I policzek – 

stwierdził  Matt,  podnosząc  jej  twarz  do 

background image

góry. 

– 

Pośliznęłam  się  i  straciłam  oparcie.  To  cud,  że  nie 

spadłam do kanionu, tak mało wiem o wspinaczce. 

– 

A właściwie jak ty po tej linie schodziłaś? 

– 

Trzymałam się i przesuwałam ręce w dół. A niby jak? 

– 

Nie owinęłaś się nią w pasie? 

– Nie. A powinnam? 
– 

O Boże, kobieto – jęknął Matt, obejmując ją ramionami. 

– 

O, Boże – wymruczał, przytulając jej głowę do swojej piersi. 

– 

Następnym razem – powiedziała Adrienne – następnym 

razem  wolałabym,  żebyś  reagował  na  odgłosy  świata,  kiedy 

jesteś w niebezpiecznej sytuacji. 

– 

Adrienne,  czy  ty  naprawdę  sądzisz,  że  będzie  jakiś 

następny raz? – spytał, przytulając policzek do jej włosów. – 

Masz zamiar popaść w nałóg ratowania mnie z opresji? 

– 

Oczywiście, że nie – powiedziała czując, że serce bije jej 

coraz szybciej. – 

Mam nadzieję, że nigdy więcej nie będziesz 

potrzebował mojej pomocy. To się robi po prostu śmieszne. 

– 

Pewnie.  Ale  wiesz,  zastanawiam  się,  czemu 

ryzykowałaś  życie  dla  faceta,  który  nie  jest  dla  ciebie 

odpowiedni. 

– 

Nigdy nie powinnam była tego powiedzieć – wyznała po 

chwili wahania. Zastanaw

iała się, czy Matt jej wybaczy. 

– Tak? 
– 

Ja... ja nie miałam prawa osądzać cię w ten sposób po 

wszystkim, co dla mnie zrobiłeś. A poza tym myślę, że się parę 

razy myliłam. 

– 

Może kilka tak – przyznał Matt, biorąc głęboki oddech. 

Pochylił się i pocałował ją w policzek, tuż obok skaleczonego 

miejsca.  – 

Ale  teraz  to  nieważne.  Przyszłaś,  żeby  mnie 

odnaleźć, szalona kobieto. – Odchylił jej głowę do tyłu, a jego 

usta musnęły delikatnie jej policzek. 

– 

Nie mogłam cię tu zostawić samego. 

– 

Dobrze to wiedzieć. – Delikatnie pocałował kącik jej ust. 

– 

Bałam się, że... że ci się stało coś złego. 

– 

Nic  mi  się  złego  nie  stało  –  powiedział,  obwodząc 

czubkiem języka kontur jej ust – ale jeśli uda ci się na chwilę 

zamilknąć, może mi się przytrafić coś bardzo dobrego. 

– Och, Matt – 

westchnęła. – Tak się cieszę, że żyjesz. 

– 

Ja też – zapewnił i zamknął jej usta swoimi. 

Wtuliła się w niego z czułą uległością, a kiedy ją całował, 

background image

wiedziała, że wszystkie okropne rzeczy, które mu powiedziała, 

zostały wybaczone. Zaborcze ruchy jego języka świadczyły o 

tym, że wciąż jej pragnie, tak jak poprzedniej nocy w stajni. 

Radośnie  odpowiedziała  na  jego  pieszczoty,  mocniej 

przyciskając się do jego smukłego, silnego ciała. Dłonie Matta 

błądziły  po  jej  plecach,  pieściły  biodra  i  pośladki,  potem 

p

rześlizgnęły się w górę, by dotknąć piersi. 

– 

Naprawdę zmieniłaś o mnie zdanie? – spytał. 

– Tak. – 

Wyraz jego orzechowych oczu zaparł jej dech w 

piersiach. 

– 

Adrienne, może nam być razem tak dobrze. 

– 

Teraz już wiem – odpowiedziała, patrząc mu w oczy. 

–  Pr

agnę  ciebie.  Teraz.  Tutaj.  –  Matt  potarł  kciukiem 

koniuszek jej piersi. – Ale nic nie mamy. Ani zacisznej stajni, 

ani koca, ani siana, zupełnie nic. 

– 

No i są węże – dodała Adrienne. 

– 

Węże? – Matt znieruchomiał. – Nie pomyślałem o tym. 

– 

Boisz się węży? – roześmiała się Adrienne. 

– 

Powiedzmy,  że  nie  zachwyca  mnie  pomysł  zdjęcia  z 

siebie  ubrania,  co  jest  niezbędne  do  tego,  co  mam  na  myśli, 

jeżeli miałbym się obawiać ukąszenia węża. 

– 

Nie  będziemy  tu  siedzieć  wiecznie  –  stwierdziła 

Adrienne, tuląc się do niego. 

– 

Masz  rację.  Powinniśmy  wracać  na  górę.  Radio  nie 

działa. Zabierzemy z samolotu portfele i ruszymy do domu. 

– 

Nie jestem pewna, czy mi się to uda, Matt Moje ręce... 

– 

Wciągnę  cię  na  górę.  Wdrapię  się  pierwszy,  a  potem 

zrzucę ci pętlę z liny. – Wziął w dłonie jej rękę i przyjrzał się jej 

uważnie. – Nie mogę cię więcej narażać na takie przeżycia. 

– 

Ale dużo się nauczyłam i jestem teraz odważniejsza. 

– Nie, wcale nie bardziej – 

oznajmił Matt z uśmiechem. – 

Zawsze  byłaś  odważna.  Jesteś  najodważniejszą  kobietą,  jaką 

znam. 

– Matt, ja... 
– Ciiicho. – 

Matt położył jej palec na ustach. – Słyszałaś? 

Adrienne  wytężyła  słuch  i  złowiła  słaby  warkot  silnika. 

Stawał się coraz głośniejszy, nagle umilkł. Drzwi otworzyły się 

i zatrzasnęły z hukiem. Spojrzała na Matta. Zmarszczył czoło. 

– 

Hej, miejski chłopaczku! 

– 

No, ładnie – powiedział cicho Matt. – Jef i Curtis nas tu 

wytropili. Przytul się do ściany kanionu, może cię nie zauważą. 

background image

– 

Jesteś  pewien,  że  tu  nie  zejdą?  –  spytała  szeptem, 

otwierając szeroko przerażone oczy. 

– 

Curtis  jest  w  stanie  to  zrobić,  żeby  ciebie  dopaść  – 

odparł Matt i dodał szybko: – Ale pewnie się nie zdobędzie, jest 

na to za tłusty i zbyt leniwy. 

– 

Muszą  być  wściekli  za  to,  że  ich  wysłałeś  na  drugi 

koniec płaskowyżu. 

– 

Na pewno. Myślałem, że zdążę się stąd wydostać, nim 

się w tym połapią, ale rano zaspałem. – Matt puścił do niej oko. 

– 

W stajni było mi naprawdę wygodnie. 

Adrienne uśmiechnęła się i zachichotała cicho. 

– Hej, ty tam, w dole! 
–  Czego chcesz, Jef? – 

zawołał  Matt,  odsuwając  się  od 

Adrienne. 

– Po pierwsze, lepszych wskazówek – 

odkrzyknął Jef. 

– Przepraszam. 
–  No pewnie. Powiedz mi, co tu robi rower Dorothy? 

Adrienne wcisnęła się w ścianę kanionu. 

– 

Przywiozłem go ze sobą – krzyknął Matt – na wszelki 

wypadek.  Nie  wiedziałem,  czy  uda  mi  się  tu  dojechać 

ciężarówką. 

– 

Myślę,  że  kłamiesz.  Myślę,  że  masz  tam  ze  sobą  tę 

dziewuszkę. 

– 

Chyba sobie żartujesz, Jef. Ją? Masz mnie za mięczaka, 

ale ciekaw jestem, co byś powiedział, gdybyś ją lepiej poznał. 

Ona ma lęk wysokości. Nigdy w życiu nie zeszłaby po tej linie. 

Adrienne wstrzymała oddech. 

– 

Taak, chyba masz rację – przytaknął Jef. – Curtis myślał, 

że mogła tu za tobą przyjechać, ale ja mówiłem, że tego nie 

zrobi. Miejskie dziewuchy nie nadają się do tych rzeczy. 

– To prawda. – 

Matt uśmiechnął się krzywo do Adrienne. 

– 

Nie ma z nich wiele pożytku. 

Adrienne popatrzyła na niego gniewnie, a uśmiech Matta 

stał się jeszcze szerszy. 

– 

Są dobre tylko do jednego – ryknął Jef. – I o to właśnie 

chodzi Curtisowi. Gdzie ona jest? 

– Zmyka do Tucson, gdzie jej miejsce – 

odkrzyknął Matt. 

– 

Jak tylko kable wyschły, zadzwoniła do kogoś, żeby po nią 

przyjechał. 

– 

Aha. No, więc jeśli jesteś tam sam, myślę, że możemy 

cię zostawić. Och, byłbym zapomniał. 

background image

Adrienne zobaczyła, jak wyraz twarzy Matta gwałtownie 

się zmienia. 

– 

Ty sukinsynu! Zostaw linę w spokoju! – zawołał. 

– 

Może następnym razem nie będziesz się bawił w kotka i 

myszkę  z  Jefem  i  Curtisem  –  zabrzmiała  odpowiedź  i  lina 

upadła u stóp Matta. Byli w pułapce. 

Kiedy  dźwięk  silnika  umilkł  w  oddali,  Adrienne 

zauważyła,  że  słońce  niemal  całkiem  schowało  się  za 

krawędzią  kanionu.  Powoli  podeszła  do  Matta,  który  wciąż 

wpatrywał się w leżącą u stóp linę. 

– I co teraz? – 

spytała. 

– 

Źle  dobierasz  słowa  –  odparł,  spoglądając  na  nią.  – 

Ostatnio kiedy zadałaś to pytanie, zaczęło padać. 

–  To nam chyba teraz nie grozi – 

odrzekła  Adrienne, 

patrząc na niebo – ale o zmierzchu węże wypełzają z kryjówek. 

– 

Może usiądziemy w samolocie. 

– 

Czy to bezpieczne? On chyba może się znów zsunąć w 

dół. 

– 

Wiesz, nawet się nad tym nie zastanawiałem – przyznał 

Matt, patrząc na nią z niepokojem. – Masz szczególny talent do 

przepowiadania nieszczęśliwych wypadków. 

– 

Chcesz  mi  powiedzieć,  że  siedziałeś  sobie  w  kabinie 

Bóg wie jak długo, bawiąc się radiem, i nawet nie przyszło ci na 

myśl, że nagły podmuch wiatru może cię strącić z tej półki? 

– 

Chyba tak właśnie było. 

– 

Nie  mam  ochoty  siedzieć  w  samolocie  –  powiedziała 

Adrienne, przyglądając mu się podejrzliwie. 

– 

A ja nie chcę spędzić nocy w towarzystwie węży. 

– 

Nocy? Nie będziemy tu aż tak długo. Archie przyjedzie 

po  nas,  jeśli  nie  pokażemy  się  w  domu  przed  zapadnięciem 

zmroku. 

– 

A niby jak się tu dostanie? – spytał Matt. – Mamy jego 

ciężarówkę. I rower jego żony. Chyba że dostał osła i... 

– Nie – 

zaprzeczyła Adrienne ruchem głowy. – Powiedział 

mi, że osioł nie jest przyuczony do jazdy. 

– 

To może pójdziemy do samolotu? 

–  Nie  – 

odmówiła  Adrienne,  przyjrzawszy  się  uważnie 

pozycji samolotu. Podwozie znajdowało się zdecydowanie zbyt 

blisko skraju urwiska. – 

I  wolałabym,  żebyś  ty  też  tam  nie 

siedział. 

– Dobrze – 

zgodził się Matt wzdychając. – Jesteś głodna? 

background image

– 

Tak.  Nie  miałam  nic  w  ustach  od  czasu  przyjęcia  u 

Beverly. 

– 

Na  szczęście  mamy  kanapki  i  butelkę  wody,  którą 

zabrałem ze sobą na żądanie Archiego. Wezmę je z samolotu i 

możemy  usiąść  tutaj,  plecami  do  skały.  Będziemy  widzieć, 

skąd nadpełzają węże. 

– 

Jest  prawie  jesień,  może  już  wszystkie  śpią  – 

powiedziała Adrienne, wzruszona, że Matt zgodził się siedzieć 

z nią tutaj, zamiast w samolocie, gdzie czuł się bezpieczniej. 

– 

Miejmy nadzieję – rzucił w jej stronę, wracając z wodą i 

kanapkami. 

Znaleźli gładki kawałek skały i oparli się o wciąż ciepłe 

kamienie. 

– 

Proszę. – Podał jej pajdę chleba z masłem orzechowym. 

– Prosto z magla. 

– 

Nie  obrażaj  kanapek,  dla  których  przyniesienia 

ryzykowałam  życie  –  powiedziała  i  ugryzła  kanapkę. 

Smakowała wyśmienicie. 

–  Nie przypominaj mi o tym – 

uśmiechnął  się  Matt.  – 

Prawdę mówiąc, w tym miejscu te kanapki to szczere złoto. 

– 

Złoto!  –  Adrienne  spojrzała  na  niego.  –  O  mały  włos 

zapomniałabym o złocie Archiego! 

– 

Słucham? 

– 

Pamiętasz, Curtis i Jef oskarżali nas, że szukamy złota 

Archiego. To złoto istnieje, ale je Dorothy schowała, kiedy się 

pokłócili. I umarła, nim zdążyła mu zdradzić, gdzie ono jest. 

– 

Żartujesz. 

– 

Wcale nie. Archie mi to powiedział. 

– 

Jesteś pewna, że nie był pijany? 

– 

Wyglądał na całkiem trzeźwego. Poza tym obiecał, że 

jeżeli pomożemy mu je znaleźć, da nam połowę. 

– 

Teraz już całkiem nie mogę w to uwierzyć. Dlaczego? 

– Bo on... – 

Zauważyła, że coś pełznie za plecami Matta. – 

Nie ruszaj się – ostrzegła. – Po prostu się nie ruszaj. 

– 

To  wąż,  prawda?  Wiem,  że  to  wąż  –  wyjąkał  Matt 

zduszonym głosem. 

– 

Tak, ale myślę, że sobie pójdzie, jeśli nie będziemy się 

ruszać. 

– Czy jest blisko? 
– 

Jakieś dwa metry od ciebie. Nie, nie odwracaj się. 

– 

Proszę,  powiedz  mi,  że  to  jest  zwykły  zaskroniec  – 

background image

błagał  Matt,  którego  czoło  pokrył  kroplisty  pot.  Adrienne 

przyjrzała się wężowi. Był długi na półtora metra, a jego ogon 

zakończony był kilkoma paskami i grzechotką. 

– Nie, to nie jest zaskroniec. 
– 

Takie  już  moje  zezowate  szczęście.  Czy on na mnie 

patrzy? 

– 

Nie.  Ale  wysuwa  język,  to  znaczy,  że  czuje  ciepło 

twojego ciała. 

– 

Cudownie.  Jak  możesz  być  taka  spokojna?  Jedno 

ukąszenie i możemy tu umrzeć, bez żadnej pomocy. 

– 

Nie zaatakuje, jeśli będziemy ostrożni. Idzie dalej. Nie 

rób  żadnych  gwałtownych  ruchów,  żeby  nie  poczuł  się 

zagrożony. 

– 

Świetnie. A co ze mną? To ja czuję się zagrożony. 

– 

No,  już  –  odetchnęła  Adrienne.  –  Teraz  możesz  się 

odwrócić. Jest tam, obok samolotu. 

– 

Przecież to potwór! – wykrzyknął Matt na widok węża. – 

Co to za jeden? 

– 

Grzechotnik. Założę się, że nigdy w życiu nie spotkałeś 

grzechotnika na wolności. 

– 

A ty za to widywałaś je na pęczki, co? 

– 

Kiedy się jeździ konno, spotyka się węże. Oczywiście, 

nie  zawsze  są  to  grzechotniki.  Widzisz?  Poszedł  sobie  – 

powiedzia

ła,  gdy  wąż  zsunął  się  w  dół  zbocza  poniżej 

samolotu. 

– 

Jesteś pewna, że nie wolałabyś usiąść w środku? – spytał 

Matt. 

– 

Chyba wolę zostać tutaj. A teraz powiedz mi szczerze, 

czy to było aż tak straszne? 

– Tak. 
– 

Nigdy nie przypuszczałam, że dożyję dnia, kiedy woja 

pewność siebie zniknie. – Adrienne uśmiechnęła się do Matta. 

– 

Nigdy  nie  przypuszczałem,  że  dożyję  dnia,  kiedy 

rozluźnisz się i uspokoisz na tyle, żeby pozwolić mi kochać się 

z  sobą  –  odparował  Matt,  wpatrując  się  w  nią  uważnie. 

Adrienne 

spojrzała mu w oczy i już nie mogła od nich oderwać 

wzroku. 

– 

To niemożliwe – oświadczył, podnosząc się na kolana i 

pociągnął ją za sobą. – Być może będziemy zmuszeni spędzić 

tu całą noc, a ja skłamałbym, gdybym powiedział, że uda mi się 

doczekać  poranka  nie  biorąc  ciebie  w  ramiona.  Chcę 

background image

wycałować  z  ciebie  całą  słodycz.  Nie  dotrwam  do  rana,  nie 

kochając się z tobą. 

– 

A węże? – wyszeptała Adrienne. 

– 

Do diabła z wężami – odparł, uśmiechając się krzywo. 

Objął dłońmi jej pośladki i przycisnął ją do swych bioder. – 

Cała naprzód. 

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

Pokusa  pocałunków  o  smaku  masła  z  orzeszków 

ziemnych  Odegnała  od  Matta  wszystkie  myśli  o  wężach. 

Zamknął oczy i poddał się dotykowi jej delikatnych ust, które 

rozchyliły  się  leciutko,  ramion,  które  go  oplotły,  jej  ciała, 

wt

apiającego się w jego ciało. Jej uległość podniecała go, ale 

to, co czuł, było o wiele silniejsze niż samo tylko pożądanie. 

Jest dla niej tak ważny, że ryzykowała życie, żeby ocalić go 

przed wyimaginowanym niebezpieczeństwem. 

Jego  palce  drżały,  gdy  próbował  rozpiąć  guziczki  jej 

bluzki. Szczupła dłoń Adrienne nakryła jego niezdarną rękę. 

–  Pozwól  – 

wyszeptała  z  ustami  przy  jego  ustach. 

Odchyliła się i, patrząc mu głęboko w oczy, rozpięła guziki. 

Zdjęła bluzkę, potem koszulkę i rzuciła je na ziemię. 

Niemal pr

zestał  oddychać.  Wtedy,  w  stajni,  był  zbyt 

przejęty,  żeby  dokładnie  jej  się  przyjrzeć.  Dotyk  wiele  mu 

powiedział,  ale  teraz  na  widok  jej  dumnych,  jędrnych  piersi 

przysiągł sobie, że nigdy więcej nie będzie się tak śpieszył. Jej 

wzrok  zapraszał  go  do  pieszczoty,  ale  Matt  powstrzymał  się 

jeszcze przez chwilę. 

– 

Jesteś przepiękna – wyznał. 

Sięgnęła po jego dłonie i oparła je na swoich piersiach. 

– 

Chcę, żebyś się ze mną kochał – wymruczała cicho. 

– 

Wiem. To jest właśnie najwspanialsze. Spojrzała mu w 

oczy i ro

zchyliła  usta.  Matt  czekał,  zastanawiając  się,  czy 

Adrienne  odważy  się  powiedzieć  na  głos  to,  co  czyta  w  jej 

oczach. Zamiast tego zamknęła tylko powieki i odchyliła głowę 

do tyłu, a Matt delikatnie objął dłońmi jej piersi i potarł sutki 

kciukiem. Powoli st

wardniały,  jak  mocno  zamknięte  pączki 

kwiatu pożądania. 

Pochylił  się,  by  posmakować  jej  skóry,  najpierw 

delikatnie badając językiem. Oddech Adrienne stał się szybszy. 

Wtedy  Matt  powoli  objął  ustami  szczyt  piersi  i  jęknął, 

rozkoszując  się  słodyczą  ciepłej,  pachnącej  skóry.  Adrienne 

wplątała  palce  w  jego  włosy  i  przyciągnęła  go  bliżej  siebie. 

Matt  pieścił  zachłannie  piersi  czując,  jak  bicie  serca 

przyśpiesza nagle pod naciskiem jego dłoni. 

Podtrzymał ją ramieniem, a Adrienne wygięła się w łuk, 

gestem poddania

,  który  wzbudził  pożar  w  jego  sercu. 

background image

Żarłocznie  pieścił  jej  piersi,  ssąc  je  i  pocierając,  aż  stały  się 

różowe  i  gorące.  Podniecał  ją  do  utraty  tchu,  a  jego  własne 

pożądanie  rosło  mocniej  i  gwałtowniej,  niż  kiedykolwiek 

przedtem. 

– 

Proszę – wyszeptała. 

Sięgnął  ręką  do  metalowego  guzika  przy  jej  dżinsach. 

Potem zawahał się. Nie, nie tutaj, nie na ziemi. Lepiej będzie, 

jeśli  staną  przy  ścianie  kanionu.  Czuł,  że  zaraz  oszaleje, 

wyobrażając sobie, jak w nią wchodzi, kryje się w jej miękkim 

ciele,  raduje  się  jej  miłością,  która  popychała  ich  do  tego 

szalonego zespolenia. 

– Tam – 

powiedział Matt, unosząc ją za łokcie i z trudem 

stając na drżących nogach. – Tam – powtórzył, kierując ją w 

stronę skały. W półmroku znalazł miejsce, o jakie mu chodziło: 

nagrzany  słońcem,  gładki  fragment  ciemnobrązowej  skały, 

która na pewno nie zrani delikatnej skóry Adrienne. Całując jej 

usta, oczy, szyję, poprowadził ją w upatrzone miejsce. Drugą 

ręką rozpiął jej spodnie i rozsunął suwak. 

Dłoń,  którą  wsunął  pod  jej  majteczki,  napotkała  słodką 

wilgoć,  dowód  tego,  jak  bardzo  Adrienne  go  pragnie. 

Pocałował  ją  mocno,  głęboko,  wzmagając  jej  pożądanie 

rytmiczną  pieszczotą.  Matt  i  Adrienne  zdawali  się  stanowić 

jedno  z  odgłosami  nocy  –  świerszcze  cykały  w  rytmie  jego 

pieszczoty,  szelest  skrzydeł  nietoperzy  był  jak  echo  jej 

westchnień,  ryk  osła...  Matt  znieruchomiał  i  podniósł  głowę, 

żeby lepiej słyszeć. Ryk osła? 

– 

Co to za hałas? – spytała Adrienne. 

– 

Nic ważnego – szepnął Matt, pewny, że się przesłyszał. 

Nie mógł czekać ani chwili dłużej, tak bardzo pragnął doznać 

rozkoszy. – 

Adrienne, potrzebuję cię. Jesteśmy sobie nawzajem 

potrzebni.  – 

Matt  rozpiął  guzik  u  swoich  spodni.  Dziwny 

odgłos rozległ się ponownie. 

– 

Matt, to był ryk jakiegoś zwierzęcia. Brzmi jak głos osła. 

– 

To musi być złudzenie – powiedział Matt, szamocząc się 

rozpaczliwie z rozporkiem. – Adrienne... 

– 

Matt, ktoś tam śpiewa. 

Matt zdobył się na nieludzki wysiłek i wsłuchał się w noc. 

Ciszę zakłócił czyjś śpiew i ryk osła. Wzdychając poddał się i 

oparł czoło o głowę Adrienne. 

– 

Tę melodię już gdzieś słyszałem. 

– W nieco odmiennych warunkach. 

background image

– 

Można to i tak ująć. 

– 

Przyjechał,  żeby  nas  zabrać  do  domu,  Matt  – 

powiedziała Adrienne. Po chwili roześmiała się. 

– Ma dobre serce, ale kiepskie wyczucie – 

westchnął Matt, 

któremu wcale nie 

było do śmiechu. 

Dorothy  Trzecia  protestowała  głośno,  a  jej  ryk  brzmiał 

tak, jakby ktoś lał wodę za pomocą zardzewiałej pompy. 

– 

Może...  może  lepiej  się  ubierzmy  –  zaproponowała 

Adrienne łagodnie, wyjmując jego rękę ze swoich majteczek. 

Matt odwrócił się do skały i ciężko westchnął. Archie właśnie 

zatrzasnął mu przed nosem drzwi do raju. Ryk osła rozległ się 

znowu. 

–  Dobrze.  – 

Matt  niechętnie  pochylił  się  i  podniósł  jej 

koszulkę. – Masz ten swój jedwabny frymuśny fatałaszek. 

– 

Wiesz,  w  końcu  nie  opowiedziałam  ci  do  końca  tej 

historii ze złotem – przypomniała Adrienne ubierając się. 

– 

Kogo obchodzą nudziarskie historie o złocie, skoro jest 

tyle znacznie przyjemniejszych i ciekawszych rzeczy do 

roboty? Poza tym wcale nie wierzę, że to złoto w ogóle istnieje. 

– 

A ja wierzę – odparła Adrienne. – Archie pokazał mi, co 

napisała  Dorothy,  żeby  dać  mu  wskazówkę,  gdzie  szukać 

kryjówki. 

– 

Naprawdę? 

– Tak. Brzmi to tak: 

Łabędziątko  jest  brzydkie  w  oczach  wszystkich,  prócz 

matki.  Ona  jedna  widzi  w  nim  to,  co  najpiękniejsze: wierne 

serce i miłość do ludzi. 

– 

Łabędziątko? Tu w pobliżu nie ma nawet kurcząt, a co 

dopiero łabędzi. 

– 

Nie  wiem,  co  to  znaczy,  ale  Archie  chce  tę  zagadkę 

rozwiązać, i to nie tylko po to, żeby znaleźć złoto. 

– 

Bo nie chce, żeby Dorothy miała ostatnie słowo? 

– 

Pewnie chodzi mu również o to, ale zagadka to coś w 

rodzaju przesłania zza grobu. Archie chce wiedzieć, co chciała 

mu przekazać Dorothy. 

– 

Teraz mnie naprawdę zaintrygowałaś. 

– 

To dobrze, może po drodze do domu będziemy mogli... 

–  Hej sokole, co tam robisz w dole! – 

zawołał  Archie, 

oświetlając lampą naftową skraj kanionu. – Właśnie udało mi 

się ułożyć wierszyk. Sokole, co robisz w tym dole. Niezłe, nie? 

– 

No, świetnie, znów jest pijany – powiedział Matt cicho. 

background image

– Hej, Archie – 

zawołał. – Nie podchodź zbyt blisko krawędzi! 

–  To ty, Matt? – 

Nad  skrajem  przepaści  zamajaczyła 

głowa Archiego, podświetlona blaskiem lampy. 

– 

To ja. I Adrienne. A teraz odsuń się stamtąd, zanim do 

nas tu dołączysz. 

– 

Spokojnie, nie spadnę – krzyknął Archie, a osioł znów 

rozpa

czliwie  zaryczał.  –  Zaniknij  się,  Dorothy  –  zażądał 

stanowczo Archie. – 

Słyszałeś,  Matt?  Zupełnie  jak  moja 

przemądrzała żona, zawsze ma coś do powiedzenia. Zrzuciła 

mnie trzy razy. Na szczęście łyknąłem sobie trochę whisky i nie 

bolało za bardzo. Matt, robi się strasznie ciemno. Może byście 

stamtąd wyleźli? 

– 

Jef i Curtis odcięli linę. Jesteśmy bez wyjścia. 

– 

A to skunksy. Chcecie, spuszczę wam na linie butelkę, 

na pewno przyda wam się łyk czegoś mocniejszego. 

– 

A masz linę? 

– 

Pewnie. Obwiążę nią szyjkę i... 

– 

Nie  potrzebujemy  butelki,  tylko  liny.  Możesz  ją 

przywiązać do drzewa i rzucić nam koniec? 

– Jasne. 
– 

A  co  będzie,  jeśli  ją  źle  przywiąże?  Przecież  jest  na 

rauszu – 

spytała po cichu Adrienne. 

– 

Musimy  zaryzykować.  Archie  też  jest  w 

niebezpieczeństwie. To cud, że w ogóle tu dotarł na tym nie 

ujeżdżonym ośle, ale nie sądzę, żeby udało mu się wrócić do 

domu cało i zdrowo. 

– 

Pewnie  masz  rację  –  westchnęła  zrezygnowana 

Adrienne. 

– 

Ja  pójdę  pierwszy.  –  Matt  podszedł  do  samolotu.  – 

Potem wciągniemy cię na górę. Możesz przy okazji zabrać mój 

portfel. 

– 

Matt, nie podoba mi się to. Martwię się o Archiego, ale 

ponad wszystko boję się o ciebie. 

– 

Nic mi się nie stanie – zapewnił Matt, przyciągając ją do 

siebie i całując. – Zostało mi parę ważnych rzeczy do zrobienia 

na  tym  świecie,  a  najważniejsza  z  nich  to  wreszcie,  bez 

żadnych przeszkód, kochać się z tobą przez całą cudowną noc. 

– 

Rzucam linę! – zawołał Archie. 

– 

Dobrze  ją  przywiązałeś?  –  spytał  Matt,  pociągając  za 

wolny koniec. 

–  Jasne  – 

brzmiała odpowiedź. Matt obwiązał się liną w 

background image

pasie. 

– 

To  właśnie  miałaś  zrobić,  zanim  zaczęłaś  schodzić. 

Wciąż  nie  mogę  uwierzyć,  że  zeszłaś  na  dół  bez  żadnej 

asekuracji. 

– 

To było bardzo głupie. 

– 

Bardzo odważne. Kiedy dotrę na górę, zwiążę na tym 

końcu dwie pętle. Włożysz w nie nogi i wyciągniemy cię na 

górę. 

– 

To  mi  się  wcale  nie  podoba,  Matt  –  powtórzyła 

Adrienne, spoglądając w górę, gdzie Archie przycupnął obok 

drzewa. 

– 

Mówiłem ci już, mam niezwykle silną motywację, żeby 

przeżyć – powiedział Matt, jeszcze raz pociągając za linę. – A 

teraz się odsuń. 

– 

Dlaczego  mam  się  odsunąć,  skoro  nie  zamierzasz 

spadać? 

– 

Zadajesz  za  dużo  pytań,  panno  Burnham  –  zauważył, 

patrząc na nią z ukosa. – A teraz odejdź na bok, dobrze? 

Adrienne odeszła kilka kroków czując, że serce wali jej w 

piers

iach.  Matt  nie  był  pewien,  czy  lina  go  utrzyma,  ale 

pomimo to postanowił się po niej wspinać. 

Wstrzymała  oddech  i  przyglądała  się,  jak  Matt  chwyta 

mocno  linę  i  opiera  nogę  na  skale.  Potem  odepchnął  się  od 

ziemi  i  zaczął  wspinać  w  górę,  krok  po  kroku,  aż  stał  się 

ciemną, niknącą sylwetką. Adrienne niemal przestała oddychać 

patrząc, jak Matt pnie się do góry. 

Kocham  go,  pomyślała,  wytężając  wzrok.  Kocham  tego 

mężczyznę. Proszę, niech będzie bezpieczny. Kiedy ujrzała, że 

Matt  chwyta  za  korzeń  drzewa,  podciągając  się  na  skraj 

przepaści, poczuła, że po policzkach spływają jej łzy ulgi. 

– Adrienne! – 

zawołał, odwracając się w stronę kanionu. – 

Jesteś gotowa? 

– 

Pewnie, że tak – odparła, czując, że wzruszenie dławi ją 

w gardle. – Na wszystko. 

Usłyszała  jego  ciepły,  głęboki  śmiech,  który  rozległ  się 

echem po całym kanionie. Tak bardzo go kocha. 

Podróż w górę była znacznie łatwiejsza niż zejście w dół. 

Mimo to Adrienne czuła ściskanie w żołądku na samą myśl o 

tym,  że  wisi  w  powietrzu.  Matt  przywiązał  linę  do  osi 

ciężarówki i kazał Archiemu powoli oddalać się od krawędzi, 

ale  sam  stanął  na  skraju  i  uważnie  obserwował  linę,  w  razie 

background image

gdyby  Archiemu  przypadkiem  pomyliły  się  pedały.  Kiedy 

Adrienne dotarła w końcu na górę, Matt chwycił ją w ramiona i 

bardzo mocno przytulił. 

– 

Zdawało  mi  się,  że  mówiłeś,  że  się  nie  boisz?  – 

wymruczała, przytulając policzek do jego piersi, żeby słyszeć 

mocne uderzenia serca. 

– 

Myślisz, że bym się przyznał? – spytał, całując jej włosy. 

– 

A więc bałeś się. 

– Okropnie. 
– Teraz mi to dopiero mówisz. 
– 

Teraz  powiem  ci  wiele,  wiele  różnych  rzeczy, 

Adrienne... 

– 

Nieźle poszło – przyznał Archie, podchodząc ku nim na 

niepewnych nogach i spluwając z rozmachem. – Chcecie łyka? 

– 

Nie,  dzięki  –  powiedział  Matt.  –  Lepiej...  –  nagle 

przerwał. – Archie, czy zaciągnąłeś hamulec ręczny? 

– Dlaczego? 
– 

Ciężarówka stacza się w stronę kanionu! – zawołał Matt, 

pędząc ku niej co sił w nogach. 

Adrienne stała jak sparaliżowana. Z rozpaczliwą jasnością 

zrozumiała,  co  się  stanie,  jeżeli  Matt  nie  zdąży  zatrzymać 

pojazdu.  Ciężarówka  spadnie  do  przepaści,  a  ona,  Adrienne, 

wciąż przywiązana liną do jej osi, też poleci w dół. Ciężarówka 

toczyła  się  powoli.  Adrienne  czekała  w  napięciu.  Matt 

wskoczył  do  szoferki.  Samochód  przejechał  jeszcze  kilka 

metrów i zatrzymał się gwałtownie, kołysząc się na boki. Matt 

wysiadł i podszedł do niej powoli, jak w transie. 

– 

Dzięki.  Gdyby  ci  się  nie  udało,  Ściągnęłaby  mnie  do 

przepaści. 

– 

Może zdjęłabyś już tę linę – powiedział Matt, blady jak 

ściana. 

– 

Dobry pomysł. – Adrienne zaczęła rozsupływać węzeł. 

– 

Było groźnie – przyznał Archie, tak samo roztrzęsiony 

jak i oni oboje. – Bardzo przepraszam. 

– 

Lepiej  jedźmy  już  wreszcie  do  domu  –  uciął  Matt, 

przeczesując  dłonią  włosy.  –  Przywiążemy  Dorothy  do 

zderzaka i wrzucimy rower na tył ciężarówki – powiedział i, 

spoglądając na Archiego, dodał: – Ja poprowadzę. 

– Jasne. – 

Archie przytaknął. 

– 

Naprawdę mi przykro, że zapomniałem o tym hamulcu – 

powiedział, kiedy wyruszyli nareszcie w drogę do domu. – Nie 

background image

mógłbym spojrzeć w oczy Dorothy, gdybyś... 

– 

Ale jesteśmy wszyscy cali i zdrowi – przerwał mu Matt. 

Z tyłu osioł zaryczał głośno. – Nawet Dorothy Trzecia. 

Adrienne  położyła  dłoń  na  kolanie  Matta.  Musiała  go 

dotknąć,  upewnić  się,  że  jest  obok  niej.  Sięgnął  ręką  i 

poprowadził  jej  dłoń  na  wysokość  swojego  biodra. 

Zaczerwieniła się, ale nie cofnęła ręki. 

– 

Co to za zagadka o łabędziach, Archie? – spytał Matt. 

– 

Pojęcia  nie  mam,  o  co  chodzi.  Nie  ma  tu  żadnych 

łabędzi. Tu jest pustkowie. 

– 

Obrazki, zdjęcia łabędzi? – zasugerowała Adrienne. 

– 

Nie  ma,  nawet  w  książkach.  Patrzyłem.  –  Archie 

potrząsnął głową. – Zresztą żeby schować złoto w książkach, 

musiałaby wyciąć wszystkie kartki z któregoś z tych grubych 

tomów. Nie zrobiłaby tego. Dorothy kochała książki. 

– 

To musi być masa złota! – Matt zagwizdał z podziwem. 

– 

Daję  wam  połowę.  To  znaczy,  jeśli  uda  wam  się  je 

znaleźć. 

– 

Nie moglibyśmy tego przyjąć – odparł Matt, potrząsając 

głową. – Ciężko pracowałeś, żeby je zdobyć. 

–  To nie ma znaczenia – 

powiedział  Archie.  –  Nie 

potrzebuję  złota,  chociaż  muszę  go  trochę  zatrzymać, na 

wypadek  gdybym  zachorował.  –  Popatrzył  przez  okno.  – 

Oddałbym je całe, gdyby mogło uratować życie Dorothy. Ale 

ona po prostu umarła, nagle, bez ostrzeżenia. Nie było czasu. 

Nawet złoto nic by tu nie pomogło. 

– 

Miała chore serce – przypomniała Adrienne. 

– 

Zawsze  to  mówiła.  Nie  chciała  nawet  poddać  się 

operacji.  W  każdym  razie  chcę,  żebyście  wzięli  sobie  to 

diabelne złoto – dodał. – Dorothy by sobie tego życzyła. 

– Zobaczymy – 

orzekł Matt, ściskając dłoń Adrienne. – Na 

razie jeszcze go nie znaleźliśmy. 

– 

Myślę,  że  zagadka  może  mieć  coś  wspólnego  z 

książkami – powiedziała Adrienne. – Kojarzy mi się z bajką 

Andersena. Czy Dorothy miała książkę z bajkami? 

– 

Możliwe  –  przyznał  Archie  –  ale  przeszukałem  całą 

biblioteczkę. Nie ma tam złota. 

– 

A może to taka gra? Może w książkach jest wskazówka, 

którą trzeba znaleźć, żeby wiedzieć, gdzie jest kryjówka? 

– 

To by było nawet podobne do mojej przemądrzałej żony 

– 

powiedział Archie. – Nigdy mi nie ułatwiała życia. 

background image

– 

Jak  tylko  wrócimy,  poszukam  książki  z  bajkami  – 

zdecy

dowała  Adrienne.  –  Znajdziemy  to  złoto,  ani  się 

obejrzysz. 

– 

Miejmy nadzieję – powiedział cicho Matt, przyciskając 

jej dłoń do swojego biodra. Adrienne w duchu przyznała mu 

rację.  Poszukiwanie  złota  było  niewątpliwie  bardzo 

ekscytujące, ale nie mniej ciekawa była perspektywa spędzenia 

tej nocy razem. 

Po powrocie do domu Archie zajął się Dorothy Trzecią, 

zapędził ją do stajni i dał jej owsa. 

– 

Chodź,  pomożesz  mi  znaleźć  książkę  z  bajkami  – 

powiedziała Adrienne, biorąc Matta za rękę i prowadząc go do 

środka.  Dziś  wieczorem  lampy  rozświetlały  wnętrze, 

zmieniając dom w przytulne schronienie. 

– 

Nie  chciałbym  spędzić  całej  nocy  na  poszukiwaniu 

czegoś, co być może nie istnieje – stwierdził Matt. – Wolałbym 

raczej  pożyczyć  ciężarówkę  i  poszukać  miejsca,  w  którym 

mog

libyśmy przenocować. 

– 

Powiedzmy, że poszukamy przez jakąś godzinkę. 

– 

To bardzo długo – odparł Matt, uśmiechając się do niej. 

– 

Możesz aż tyle czekać? 

– 

Spójrz  na  to  z  innej  strony:  jeśli  znajdziemy  złoto, 

będziesz  miał  za  co  wyciągnąć  samolot  z  przepaści  i go 

naprawić. 

– 

A ty? Archie zamierzał dać złoto nam, a nie tylko mnie. 

– 

To w pewnym sensie również moja wina, że samolot jest 

teraz tam, gdzie jest. 

– 

Gdybym miał ubezpieczenie, nie potrzebowałbym złota. 

– 

Mimo wszystko jeżeli je znajdziemy, zrzekam się swojej 

części na rzecz kosztów naprawy samolotu. Tyle przynajmniej 

mogę  zrobić  –  oświadczyła  Adrienne,  zastanawiając  się,  co 

sprawiło, że Matt porzucił swoją beztroską pozę. 

– Zobaczymy – 

orzekł Matt. – Ja zacznę z tego końca, a ty 

zajmij się drugą stroną. 

–  Dobrze.  – 

Adrienne  przesunęła  palcem  po  grzbietach 

książek. Były ustawione zgodnie z tematyką. Po swojej stronie 

znalazła  głównie  książki  historyczne,  przyrodnicze  i 

kucharskie. 

– 

To może być to – powiedział Matt, podając jej otwartą 

książkę, w której tkwiła nagryzmolona na karteczce notatka. 

– 

Brzydkie kaczątko – przeczytała Adrienne, spoglądając 

background image

na okładkę. – No pewnie, jest tu też nowa zagadka. Posłuchaj – 

powiedziała, biorąc karteczkę do ręki: – Wymowny posłaniec i 

zdolny mim, miłość aż po kraniec, na czas zdążysz z nim. 

– 

Może chodzi o inną książkę? Książki są posłańcami. 

– 

Tak, ale nie sądzę, żeby Dorothy aż tak się powtarzała. 

– 

Zaczynasz  ją  całkiem  nieźle  poznawać,  prawda?  – 

uśmiechnął się Matt. 

– 

Archie  mówił,  że  jestem  do  niej  bardzo  podobna  – 

przyznała. – Tak naprawdę jedną z przyczyn, dla których chce 

się z nami podzielić złotem jest to, że stosunki między nami 

dwojgiem  układają  się  bardzo  podobnie  do  jego  życia  z 

Dorothy.  W  pewien  sposób  dzięki  nam  przeżywa  na  nowo 

swoją miłość do Dorothy. 

– 

No, mój detektywie, może rozwiążemy tę zagadkę do 

końca. Jeśli nie książka jest posłańcem, to co? 

– 

Posłaniec coś nam mówi. A mim daje wskazówki... – 

Powoli  rozejrzała  się  po  pokoju.  –  Na  czas  zdążysz  z  nim... 

Zaraz, zaraz! Chodzi o ten szkaradny zegar! Z

ałożę się, że tak. 

– Dlaczego akurat zegar? 
–  Bo jest zawsze na czas. Poza tym ten zegar to prezent 

ślubny  Archiego  dla  Dorothy,  wymowny  posłaniec  jego 

miłości. Powiedział mi, że nie cierpiała tego zegara, ale nigdy 

nie  chciała  go  zdjąć  ze  ściany.  To  symbol ich wzajemnej 

miłości.  Wszystko  się  zgadza!  –  wykrzyknęła  Adrienne 

tryumfalnie.  – 

Pierwsza  zagadka  mówiła  o  docenianiu 

brzydkiego  kaczątka,  którym  na  pewno  jest  Archie.  Druga 

mówi o tym, że pomimo całej swej brzydoty ten zegar wyraża 

jego  miłość  do  niej,  –  Rzeczywiście  jest  szpetny  –  przyznał 

Matt. 

– 

Teraz  rozumiesz?  Dorothy  nauczyła  się  go  coraz 

bardziej kochać i nie przeszkadzało jej, że prezent jest brzydki, 

bo w oczach Archiego był piękny i dlatego go dla niej kupił. 

Tymi  zagadkami  starała  się  mu  powiedzieć,  jak  bardzo  go 

kocha, i że wie, jak silne jest jego uczucie. 

– 

Jeżeli  twoje  rozumowanie  jest  słuszne,  w  zegarze 

powinna być jeszcze jedna karteczka. 

– 

Daj krzesło – rozkazała Adrienne. – Sprawdzimy. Matt 

przyniósł  z  kuchni  krzesło  i  właśnie  wyciągał  rękę  w  stronę 

zegara, kiedy do domu wszedł Archie. 

– 

Złaź!  –  zawołał  gniewnie.  –  Co tam majstrujesz przy 

zegarze Dorothy?! Nikt oprócz mnie go nie dotyka. 

background image

– 

Znaleźliśmy następną wskazówkę – powiedział Matt, z 

trudem ratując się przed upadkiem. – Adrienne uważa, że trop 

prowadzi do zegara. 

– 

Akurat. Dorothy nienawidziła tego szkaradzieństwa. 

–  To nieprawda – 

zaprzeczyła Adrienne, podchodząc do 

Archiego i kładąc mu dłoń na ramieniu. – Posłuchaj tej nowej 

zagadki. 

–  I tak nic z tego nie rozumiem – 

odrzekł  po  chwili.  – 

Dorothy wszystko komplikowała, żebym już się w niczym nie 

mógł połapać. 

– 

Była bardzo wykształcona – przyznała Adrienne. – No i 

lubiła się z tobą drażnić, prawda? 

– 

Jasne, że tak! Przemądrzała baba. 

– 

Ale  o n a k ochała  wszystk o  to ,  o  co  się  z  to bą  kłóciła. 

Kochała ten zegar. Nazywa go posłańcem twojej miłości. 

– 

Skąd wyciągnęliście tę kartkę? – spytał Archie. 

– 

Była w książce z bajkami, w Brzydkim kaczątku. 

– 

No pewnie! Widziałem ją, ale myślałem, że to znowu 

jakiś przepisany wiersz. 

– Dorothy napis

ała ją dla ciebie, Archie. 

Archie  przez  chwilę  wpatrywał  się  w  kartkę  papieru, 

potem odwrócił głowę i otarł oczy rękawem. Wreszcie wszedł 

na  krzesło,  zdjął  zegar  ze  ściany  i  przyglądał  mu  się  przez 

dłuższą chwilę. 

– 

Myślisz, że ona go lubiła? – spytał z niedowierzaniem. 

– Jestem tego pewna. 
– Nie do wiary – 

powiedział. – Nie do wiary. 

– 

Obejrzyj go dokładnie – zachęciła Adrienne. 

– Nic tam nie ma – 

stwierdził Archie, odwracając zegar w 

rękach. 

– 

Jesteś  pewny?  –  Adrienne  poczuła,  że  nadzieja  ją 

opuszcza. 

– 

Tak. Zaraz, zaraz... Tu wystaje rożek jakiejś kartki. Tyle 

razy  nastawiałem  ten  diabelny  zegar,  a  nigdy  tego  nie 

zauważyłem.  –  Archie  wyciągnął  kartkę,  rozłożył  ją  i 

przeczytał po cichu. Potem ostrożnie odwiesił zegar na miejsce 

i zszedł z krzesła. 

– No i? – 

spytał Matt. 

– 

Teraz  już  wiem  –  powiedział  Archie  przytłumionym 

głosem. – Miałaś rację – dodał, zwracając się do Adrienne. – 

Teraz wiem już, gdzie Dorothy schowała to złoto. 

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

Archie podał Adrienne kartkę wyjętą z zegara i wyszedł 

bez słowa. 

–  Co tam jest napisane? – 

spytał  Matt.  Adrienne 

przeczytała głośno zagadkę: 

Imieniem niektórych kobiet nazywają statki, innych dzieci 

niosą  chwałę  przez  wieki.  Z  osła  śmieją  się,  że  to  hołd  zbyt 

mały, ale od ciebie, moja miłości, był to największy dar świata. 

Matt i Adrienne popatrzyli na siebie i bez słowa pobiegli 

do  stajni.  Drzwi  były  otwarte,  a  ze  środka  dobiegały 

rozpaczliwe protesty Dorothy Trzeciej. Archie wrzeszczał na 

nią, żądając, żeby zamknęła się raz na zawsze. 

Osioł  stał  przywiązany  do  belki,  z dala od korytka z 

owsem. W boksie siano i słoma fruwały aż pod sufit. 

– 

Powinienem był wiedzieć, że wsadzi je w takie właśnie 

miejsce – 

mamrotał Archie pod nosem. – Powinienem był się 

tego  spodziewać.  Przemądrzała  baba.  Adrienne  podeszła  do 

osiołka i poklepała go po szyi. 

–  Cicho, spokojnie – 

powiedziała  miękkim  tonem.  – 

Będziesz miał mnóstwo owsa, jak tylko Archie z tym skończy. 

Nie ma się co tak awanturować. 

– 

To  zadziwiające  –  oświadczył  Matt,  opierając  się  o 

ścianę boksu. – Do tej pory nie mogłem sobie tego wyobrazić, 

jak  wyglądałaś,  kiedy  byłaś  zwykłą,  wychowaną  na  wsi 

dziewczyną i zapalonym dżokejem. Ten obrazek pomaga mojej 

wyobraźni. 

– I jak? 
– 

Wyglądasz pięknie. No i odwołuję wszystkie paskudne 

rzeczy, które powiedziałem o twojej Granny. Jestem pewien, że 

kochałaś ją nie mniej niż innych członków rodziny. 

– 

Dziękuję  –  powiedziała  Adrienne,  głaszcząc  uszy 

Dorothy Trzeciej. – 

Nie pomożesz Archiemu w demolowaniu 

stajni? 

– 

Wolę przyglądać się tobie. 

Adrienne poczuła niepokój w sercu. Jeżeli Archie dokopie 

się do złota, będą mogli wkrótce wyjechać. Rzucą się wreszcie 

sobie w objęcia. Niedługo... 

– 

Matt, podaj mi, proszę, dłuto – zawołał Archie. 

– 

Skąd wiesz, którą deskę wyłamać? – spytał Matt. 

background image

– 

Ta cholerna kobieta przynajmniej jedno zrobiła tak, jak 

tr

zeba. Postawiła tu maleńki krzyżyk. 

–  To prawdziwe poszukiwanie skarbów! – 

roześmiał się 

Matt. 

–  Tak  – 

zgodził  się  Archie,  podważając  deskę.  –  To 

zupełnie w stylu Dorothy. Ona uwielbiała zagadki. 

I krzyżówki. Cała ona. 

– Pomóc ci? 
– 

Uprzejmie  dziękuję,  skoro  wy  odwaliliście  pracę 

umysłową,  ja  mogę  chociaż  sam  to  odkopać.  W  tym 

przynajmniej jestem dobry. 

– 

Jesteś  dobry  w  wielu  rzeczach,  Archie  –  powiedziała 

Adrienne,  podchodząc  bliżej.  –  Utrzymujesz  cały  dom  we 

wspaniałym stanie od kiedy... od kiedy Dorothy odeszła. 

– 

Wcale nie odeszła. Wiem, gdzie jest – odparł Archie, 

napierając  na  dłuto.  Nacisnął  jeszcze  raz  i  deska  ustąpiła  z 

głośnym trzaskiem. Zajrzał do środka. – Taaak – powiedział i 

roześmiał się. – To na pewno tu. Co za przemądrzała baba. – 

Wyjął  spod  podłogi  kawałek  papieru,  przeczytał  go  i  podał 

Adrienne. 

Adrienne  trzymała  karteczkę  tak,  by  Matt  mógł  także 

odczytać słowa Dorothy: 

Twoje ziemskie skarby są schowane tu, pod podłogą, ale 

my nigdy więcej nie powinniśmy ukrywać przed sobą naszej 

miłości. Jesteś moim światem. Nie kłóćmy się więcej. Całuję 

Dorothy. 

Archie pochylił głowę, wpatrując się tępo w podłogę. 

– 

Ona naprawdę cię kochała – stwierdziła Adrienne. 

– 

Te zagadki o tym właśnie świadczą. Dorothy myślała, że 

kiedy  je  rozwiążesz,  przekonasz  się,  jak  bardzo  jej  na  tobie 

zależy. 

Archie powoli pokiwał głową. 

Adrienne  zrozumiała,  że  zagadki  Dorothy  znaczyły  dla 

Archiego więcej niż całe złoto. Przypomniała sobie jednak o 

ukrytym skarbie i wiedziona nagłym zaciekawieniem zajrzała 

do  otworu  w  podłodze.  Światło  lampy  oświetlało  pokrywki 

trzech  niewielkich  słoików  po  maśle  orzechowym.  Adrienne 

spodziewała się raczej zobaczyć skórzany worek. 

– 

I tam jest złoto? – spytała. 

– 

Tak.  Trzeba  je  wyjąć  –  odrzekł  Archie,  wycierając 

rękawem czoło. – Ten słoik może być wasz, twój i Matta, ten 

background image

będzie mój, a trzecim się podzielimy. 

Adrienne wzięła słój z rąk Archiego, ale kiedy przyjrzała 

się  bliżej  jego  zawartości,  poczuła  ogromny  zawód.  Słój 

zawierał  czarniawą  mieszaninę  piasku  i  jakiś  drobnych 

kamyczków.  Wyglądało  to  raczej  na  śmieci,  a  nie  na 

poszukiwany  skarb.  Archie  musiał  się  pomylić.  Z  całą 

pewnością nie było to złoto. 

–  Tak mi przykro – 

zwróciła  się  do  Matta.  –  Miałam 

nadzieję, że uda ci się wydostać samolot. 

–  Na pewno mi s

ię  uda  –  oświadczył,  wpatrując  się  w 

zawartość słoja. 

– 

Ale to przecież nie może być złoto – wyszeptała. 

– 

Jak sądzisz, ile te słoje są warte? – roześmiał się Matt – 

Nic, chyba że je sprzedasz po dwa centy w skupie szkła. 

– 

A może pięćdziesiąt albo sześćdziesiąt tysięcy? 

–  Dolarów?  – 

zdumiała  się  Adrienne  i  spojrzała  na 

Archiego, który przyglądał jej się z kpiącym uśmieszkiem. 

– 

Ona nie wierzy, że to jest złoto, prawda? – spytał. 

– 

Ale  to  niemożliwe!  –  zawołała  Adrienne.  –  To tylko 

piasek i kawałki kamienia, no i nawet się nie błyszczy. 

– 

Gdyby  się  błyszczało,  nie  byłoby  warte  zachodu  i 

rozwiązywania  tych  zagadek  –  orzekł  Archie,  spluwając 

zamaszyście na bok. – W naturze to, co się świeci, rzadko jest 

prawdziwym skarbem. 

– 

Więc  to  jest  naprawdę  złoto?  Gdybyś  mi tego nie 

powiedział, wyrzuciłabym te słoje do śmieci. 

– 

Całe szczęście, że nie robiłaś tu porządków – roześmiał 

się Matt. 

– 

W  każdym  razie  jest  twoje  –  oznajmiła  Adrienne, 

podając mu słój. 

– 

Nie, to należy do Archiego – uciął Matt, biorąc słój z jej 

rąk.  –  To  bardzo  hojny gest,  Archie,  ale  nie  możemy  tak  po 

prostu zabrać oszczędności całego twojego życia. 

– 

Może  wyraziłem  się  niejasno  –  powiedział  Archie.  – 

Każda młoda para potrzebuje czegoś na początku wspólnego 

życia.  Dorothy  na  pewno  chciałaby  wam  pomóc. Jestem 

przekonany. 

– 

To bardzo piękny uczynek, Archie – zawahał się Matt, 

spoglądając  na  Adrienne  –  ale  Adrienne  i  ja...  no  więc,  my 

niezupełnie... 

– 

Nie ustaliliście jeszcze daty? Nie szkodzi, to nie potrwa 

background image

długo. Po cielęcym spojrzeniu, jakim się w siebie wpatrujecie, 

widać, że nie możecie się już doczekać chwili, kiedy wreszcie 

będziecie naprawdę razem. 

Adrienne  zaczerwieniła  się,  tak  trafna  była  ocena,  którą 

przedstawił  Archie.  Oczywiście,  jest  trochę  staroświecki  i 

uważa,  że  „bycie  razem”  oznacza  małżeństwo,  że  planowali 

ślub i potrzebują pieniędzy na start. Chciała, żeby Matt dostał 

pieniądze  na  swój  samolot,  ale  skoro  on  sam  nie  chciał  ich 

przyjąć, rozumiała to doskonale. Musi się w końcu znaleźć inna 

metoda wydostania samolotu z przepaści. 

– 

Matt ma rację, Archie – potwierdziła. – Nie czulibyśmy 

się w porządku, biorąc twoje złoto. 

– 

Do diabła – rzucił Archie z ponurą i rozczarowaną miną 

– 

Dorothy zawsze mówiła mi, że nie mam pojęcia o prezentach. 

Powiedziała, że nie umiem ich dawać. 

– 

Ależ wcale nie – zawołała Adrienne, kładąc dłoń na jego 

ramieniu.  – 

Tyle  tylko  że...  –  Nie  wiedziała,  co  powiedzieć. 

Matt czuł się równie zmieszany. Odmawiając przyjęcia złota, 

urazili uczucia Archiego. 

– 

Nie  mam  wiele  powodów  do  radości  –  powiedział 

Archie.  –  Od 

kiedy  tu  jesteście,  sprawia  mi  dużą  frajdę 

obserwowanie was, jak się kłócicie i jak się ze sobą godzicie. 

Tak bardzo przypomina mi to Dorothy, że czuję się, jak gdyby 

ona sama do mnie wróciła. Ja po prostu... 

– 

odwrócił głowę na bok – ja po prostu chcę zatrzymać tę 

radość na dłużej. Jeżeli weźmiecie to złoto, w jakiś sposób będę 

dalej  z  wami,  stanę  się  częścią  waszej  przyszłości,  nawet 

gdybym nigdy więcej was nie zobaczył. 

– 

Dobrze, Archie, weźmiemy połowę – zgodził się Matt, 

podchodząc bliżej i obejmując ich oboje ramionami. Głos łamał 

mu się ze wzruszenia. – I mówię ci, jeszcze się zobaczymy. Po 

tym wszystkim, co przeszliśmy, jesteśmy niemal jak rodzina, 

prawda? 

– 

Coś w tym guście – przyznał Archie, patrząc na niego 

wilgotnymi oczami. – 

No to napijmy się za to, co? 

Matt  spojrzał  pytająco  na  Adrienne,  a  kiedy  skinęła 

przyzwalająco głową, powiedział: 

– 

Świetnie. 

– 

Kiedy  Dorothy  jeszcze  żyła,  nie  piłem  aż  tak  dużo  – 

wyznał Archie. Popatrzył na dwa słoje, które trzymał rękach. – 

Może teraz też będę mniej pił. Wiem już, co czuła Dorothy, co 

background image

czuła do mnie, i tak w ogóle... 

– 

Rozumiemy cię – powiedziała Adrienne. 

– 

Poza  tym  jeżeli  będziecie  mnie  odwiedzać,  pewnego 

dnia przywieziecie ze sobą dzieciaki, a przecież nie możecie im 

pokazać takiego starego pijaka. 

– Ale... – 

żachnęła się Adrienne, odsuwając o krok. 

– Wszystko w swoim czasie – 

powiedział z uśmiechem. – 

Na  razie  nie  mieliście  nawet  czasu  wszystkiego  spokojnie 

omówić. Zawsze ktoś wam przeszkadzał: albo ja, albo Curtis i 

Jef. Ale, ale... Mam pewien pomysł – zastanowił się Archie, 

patrząc na Matta. – Pani Potter, moja dobra znajoma, prowadzi 

hotelik w Saddlehorn. O tej porze roku na pewno jest zupełnie 

pusty. – 

Archie splunął i chytrze spojrzał na Matta. – Chciałbyś 

może wiedzieć, gdzie go znaleźć? 

– 

Wskaż mi tylko właściwy kierunek – odrzekł Matt. 

 

W przeciągu pół godziny Adrienne zdążyła się pożegnać z 

Archiem i jechała z Mattem ciężarówką w stronę Saddlehorn. 

Uzgodnili, że następnego dnia rano Matt wsadzi ją do autobusu, 

jadącego do Tucson. Potem sam wróci do Archiego i spróbuje 

uratować to, co pozostało z samolotu. 

Adrienne pociągnęła nosem, wspominając łzawe rozstanie 

z Archiem. 

– 

Naprawdę go polubiłam – powiedziała. 

– 

Ja  też  –  przyznał  Matt,  obejmując  ją  ramieniem  i 

przyciągając bliżej siebie. 

– Skoro zamie

rzasz u niego zostać przez kilka dni, może 

mógłbyś mu wyjaśnić, na czym polega nasz związek, a raczej 

na czym on nie polega. Archie już teraz czeka na nasze dzieci! 

– 

Dobrze,  wyjaśnię  mu  wszystko  –  obiecał  Matt  z 

dziwnym  wyrazem  twarzy.  Cofnął  ramię  i  mocno  oparł  obie 

dłonie na kierownicy. 

– 

Co się stało? Czy znów powiedziałam coś nie tak? 

– 

Powtórzyłaś to samo, co mówisz przez cały czas: że nie 

chcesz się ze mną trwale związać. 

– 

Wcale nie o to mi chodziło! Właśnie, że chcę się z tobą 

związać! 

– Taak? W jaki sposób? 
– 

No  więc,  ja...  –  przerwała,  nie  wiedząc,  co  chce 

powiedzieć. – Myślę, że są szanse na to, że będziemy razem, ale 

w  końcu  znamy  się  tak  krótko,  potrzebujemy  jeszcze  dużo 

background image

czasu, żeby się nawzajem poznać, żeby... 

– Bzdura. 
– 

Słucham? 

– 

O, Boże. Teraz wróciliśmy do uprzejmego, chłodnego 

zachowania i dobrych manier. Po tym, co zdarzyło się przez 

ostatnią  dobę,  wszystko,  czego  o  mnie  nie  wiesz,  jest  mało 

istotne. To samo odnosi się do ciebie. Porozumiewaliśmy się na 

podstawowym  poziomie  życia, na poziomie przetrwania. 

Nauczyliśmy się razem pracować, kłócić, godzić i kochać. Do 

diaska! – 

Zahamował ostro. – Kocham cię! Co jeszcze oprócz 

tego się liczy? 

– 

Nigdy  mi  tego  nie  mówiłeś  –  zauważyła  Adrienne, 

wpatrując się w niego, jakby go widziała po raz pierwszy w 

życiu. 

– 

Byłem trochę zajęty. – Wyłączył silnik i odwrócił się w 

jej  stronę.  –  Byłem  trochę  zajęty  rozbijaniem  samolotu, 

rozpalaniem  ognia  przy  użyciu  prochu,  zadawaniem  się  z 

facetami z dubeltówką, wężami i linami, które mogą w każdej 

ch

wili  puścić,  no  i  szukaniem  złota  i  ratowaniem  twojego 

drogocennego tyłka! 

– 

Ależ ja to doceniam! 

– 

No więc dlaczego to ja mam przełamywać między nami 

lody? Dlaczego to ja mam ci to powiedzieć pierwszy? Żebyś się 

potem głowiła, czemu nie powiedziałem tego wcześniej? 

– 

No, dobrze! Ja cię też kocham! 

– 

No  i  świetnie!  –  Matt  odwrócił  się  na  siedzeniu  i 

przekręcił kluczyk. – Więc jedźmy. 

Jechali  w  milczeniu.  Adrienne  wpatrywała  się  w 

opustoszałą  drogę  i  zastanawiała,  czy  to  prawda,  że  właśnie 

przed chwilą wyznali sobie miłość. Z lewej strony dobiegł ją 

stłumiony  odgłos.  Adrienne  uświadomiła  sobie,  że  Matt  się 

śmieje. 

– 

Mówię  ci,  wciąż  nie  wiem  dokładnie,  co  się  między 

nami  wydarzy,  ale  wiem  jedno:  nie  będzie  nudno.  A  teraz 

chodź tu bliżej mnie. 

– 

Jesteś pewien, że do prowadzenia samochodu wystarczy 

ci jedna ręka? 

– 

Powinienem się był spodziewać tej uwagi – powiedział 

wzdychając  Matt  –  Posłuchaj,  prowadziłem  ten  samochód, 

kiedy  Jef  celował  z  dubeltówki  w  części  mojego  ciała 

niezbędne do przetrwania gatunku. 

background image

– Och, 

Matt, nie miałam o tym pojęcia! 

– 

Zamierzasz mi to wynagrodzić? 

– 

Jeżeli tylko będę umiała. – Adrienne przesunęła dłonią 

po opinających mu biodra dżinsach. 

– 

Jestem w pełni przekonany, że ci się to uda. Jechali teraz 

główną ulicą Saddlehorn. 

–  Pensjonat p

owinien  być  na  końcu  tej  uliczki  –  orzekł 

Matt, skręcając w ciemny zaułek. 

– 

Trudno uwierzyć, że takie miejsce w ogóle tu istnieje i 

że możemy... 

– 

Ależ tak, Adrienne, nie tylko możemy, ale nawet z całą 

pewnością to zrobimy. 

Adrienne poczuła słodki dreszcz oczekiwania. Przed nimi 

światło paliło się na jednym tylko ganku. Pani Potter zostawiała 

zapaloną  lampę,  żeby  jej  gościom  łatwiej  było  trafić.  Drzwi 

otworzyła im sympatyczna starsza pani. 

– Czy pani Potter? – 

spytał Matt – Tak. 

– 

Chcielibyśmy tu przenocować, o ile to możliwe. 

–  Tak, mam wolny pokój – 

powiedziała  kobieta, 

przyglądając się im uważnie. 

– 

Skąd  jesteście?  –  spytała.  –  Wydaje  mi  się,  że  skądś 

znam tę ciężarówkę. 

– 

Przysłał nas Archie. 

–  Aha!  – 

To stwierdzenie przełamało wszelkie opory. – 

Wejdźcie, proszę, chodźcie. Macie jakiś bagaż? 

–  Nie  – 

powiedziała  Adrienne.  –  Nie  zamierzaliśmy  tu 

nocować, ale... ale mieliśmy trochę kłopotów. 

– Nic nie szkodzi – 

orzekła pani Potter. – Czy mogę wam 

w  czymś  jeszcze  pomóc?  Przyjaciele  Archiego  są  moimi 

przyja

ciółmi. 

–  Chyba nic nam szczególnego nie trzeba – 

odparła 

Adrienne. – 

Czy to prawda, że rano jeździ tędy autobus? 

– 

Tak, kwadrans po dziesiątej. – Pani Potter popatrzyła na 

Adrienne. – 

Jak się miewa Archie? Bardzo się o niego martwię 

od czasu, gdy umarła Dorothy. 

– 

Myślę, że teraz czuje się lepiej. Kiedy u niego byliśmy, 

znalazł list, który Dorothy napisała do niego tuż przed śmiercią. 

– 

To wspaniale. Wyobraźcie sobie, że poznali się z żoną 

przypadkiem. Ona zatrzymała się na kawę w barze, a Archie 

właśnie  tam  siedział.  Stracił  dla  niej  głowę  od  pierwszego 

wejrzenia, a i ona bardzo go polubiła. Chyba odpowiadało jej, 

background image

że Archie jest starszy. Kiedyś powiedziała mi, że z jej słabym 

zdrowiem  wiązanie  się  z  młodym  mężczyzną  uważałaby  za 

oszustwo. 

– 

Bardzo się kochali, prawda? – spytała Adrienne. 

– 

Tak, chociaż na pierwszy rzut oka nie było tego widać. 

Bez przerwy się kłócili. 

– 

Słyszeliśmy o tym – wtrącił Matt. 

– 

Archie musi was bardzo lubić – ciągnęła pani Potter – 

skoro  pożyczył  wam  ciężarówkę.  Nieczęsto  to  robi.  Prawdę 

mówiąc, chyba nigdy nikomu jeszcze jej nie pożyczył. Ale ja tu 

gadam, a wy na pewno chcielibyście odpocząć. 

– Tak – 

odparł Matt, nie patrząc na Adrienne. 

– 

Zaraz pokażę wam pokój. Jak będziecie płacić? 

– 

Ja  zapłacę  –  powiedzieli chórem Adrienne i Matt i 

popatrzyli na siebie zaskoczeni. 

– 

Słuchaj – zaczął Matt – pozwól mi zapłacić. Już i tak 

oddałaś mi całe... całą zawartość słoja. 

– 

Matt, właśnie w ten sposób wpakowałeś się w całą tę 

kabałę:  nie  oszczędzając  własnych  zasobów  finansowych. 

Każdy  grosz  może  ci  być  potrzebny,  żeby  wyciągnąć  ten 

samolot. 

– 

To jest równie ważne, jak uratowanie mojego samolotu 

– 

rzucił podniesionym tonem Matt, patrząc na nią gniewnie. 

– 

Chcecie  może  zapłacić  każde  osobno?  –  spytała  pani 

Potter, która do tej pory w milczeniu 

przysłuchiwała  się  ich 

kłótni. 

– Nie! – zawtórowali Adrienne i Matt. 
– 

Proszę nam wybaczyć – powiedział Matt z uśmiechem. 

– 

Musimy się szybko naradzić – dodał, odciągając Adrienne na 

bok. – 

O to też musimy się kłócić? – spytał cicho. 

– 

Chociaż nie chodzi o dużą kwotę pieniędzy, uważam, że 

powinieneś nauczyć się finansowej odpowiedzialności, która... 

– 

Matt  przerwał  wykład,  przyciągając  ją  do  siebie  i  mocno 

całując. 

– 

Czy pozwolisz mi zapłacić za tę noc grzesznych uciech – 

wymruczał,  patrząc  jej  głęboko  w  oczy  –  czy zamierzasz 

zmarnować cały czas na wykład z ekonomii? 

– Matt, ale... – 

wyszeptała, czując, że jej ciało pragnie go, 

a puls przyśpiesza w rekordowym tempie. 

– 

Przestaniesz się kłócić czy nie? – spytał, przyciskając ją 

mocniej. 

background image

– Tak, ale to nie jes

t metoda rozwiązywania sporów. 

– Doprawdy? – 

Pocałował ją jeszcze raz, wypuścił z objęć 

i podszedł do pani Potter. – Proszę zapisać rachunek na moją 

kartę – powiedział. – Przepraszamy za zajmowanie pani czasu. 

– 

Zaczynam  rozumieć,  co  Archie  w  was  widzi  – 

stwierdziła  kobieta,  śmiejąc  się  i  podchodząc  do  biurka.  – 

Kłócicie się zupełnie tak samo, jak on i Dorothy. 

Pani  Potter  zaprowadziła  ich  do  pokoju  i  pozostawiła 

samych. 

Pokój był najbardziej ukwieconym pomieszczeniem, jakie 

Adrienne  kiedykolwiek  widziała.  Różyczki  wszystkich 

kolorów,  kształtów  i  rozmiarów  pokrywały  ściany,  dywan  i 

narzutę na dużym łóżku z kolumienkami oraz ręczniki. 

– 

Podejrzewam, że ci się tu nie podoba – rzuciła Adrienne, 

spoglądając niepewnie na Matta. 

– 

Tak sobie tu stoję i myślę o wszystkich rzeczach, o które 

moglibyśmy  się  pokłócić,  panno  Burnham  –  zaczął  Matt, 

opierając  się  o  framugę.  –  Na  przykład  o  te  wzorki albo  kto 

będzie  spał  z  której  strony  łóżka,  albo  czy  okno  ma  być 

zamknięte czy uchylone, albo w jaki sposób należy wyciskać 

pastę do zębów z tubki? Mam mówić dalej? 

Adrienne zachwycił wygląd Matta. Wciąż był ubrany w 

kowbojską  koszulę,  dżinsy  i  wysokie  buty,  pożyczone  od 

Archiego.  Podziwiała  jego  szerokie  ramiona  i  silne  dłonie, 

które  przez  ostatnie  kilka  godzin  tak  często  chroniły  ją  od 

niebezpieczeństw.  Matt,  w  otoczeniu  koronek  i  różyczek, 

wyglądał jak przeniesiony żywcem z innej bajki. 

– 

Mogę  niby  powiedzieć,  że  wszystko  to  nic  mnie  nie 

obchodzi, ale ty z pewnością i tak wynajdziesz nowe rzeczy, o 

które będziemy się spierać – uzupełnił, podchodząc bliżej. 

Poczuła  teraz  delikatny  zapach  płynu  po  goleniu, 

zmieszany z bardziej pierwotną, męską wonią. 

– 

Mówisz, jakbym była taka strasznie kłótliwa i uparta. 

– 

Ty?  Ależ  skąd!  –  Matt  jednym  szarpnięciem  rozpiął 

koszulę.  –  Jestem pewien,  że  kiedy  się  urodziłaś,  od  razu 

powiedziałaś lekarzowi, że powinien podnieść swoje lekarskie 

kwalifikacje. Pewnie nawet poinstruowałaś go, w jaki sposób 

ma poklepać twój prześliczny nagi tyłeczek. 

Nigdy  przedtem  nie  widziała  go  w  pełnym  świetle. 

Pożądanie  sprawiło,  że  nie  mogła  wykrztusić  ani  jednego 

słowa. Patrzyła na jego muskularną pierś i brodawki na wpół 

background image

ukryte wśród gęstych, ciemnych włosów. Nigdy przedtem nie 

pożądała żadnego mężczyzny tak bardzo, jak właśnie teraz. Na 

myśl  o  gwałtowności  rządzących  nią  emocji  ogarniało  ją 

przerażenie. 

– 

Podejrzewam, że wiesz również, w jaki sposób mam cię 

kochać  –  dodał,  rzucając  koszulę  na  podłogę  –  jak  mam  cię 

rozbierać  i  w  jakiej  kolejności  mam  całować  różne  części 

twojego ciała? – Stanął bardzo blisko Adrienne. – Jeżeli tak, 

lepiej powiedz mi teraz. 

Adrienne zadrżała, gdy Matt zaczął rozpinać guziczki jej 

bluzki. 

– 

No,  słucham  –  ciągnął,  powoli  uwalniając  guzik  za 

guzikiem. – 

No, powiedz mi, że robię to nie tak, jak trzeba, i 

jeśli chcesz, możemy się zaraz o to pokłócić. Możemy kłócić 

się  aż  do  końca,  aż  do  szczytu  rozkoszy,  ale  chcę,  żebyś 

wiedziała  o  jednym:  tym  razem  ten  moment  naprawdę 

nadejdzie. 

Adrienne zwilżyła spieczone usta językiem. Jej serce biło 

tak głośno, że Matt z pewnością bez trudu je słyszał. 

Powoli,  na  pozór  obojętnie,  wyciągnął  jej  bluzkę  z 

dżinsów. 

– 

Nic  mnie  nie  obchodzi,  że  nagle  do  drzwi  zacznie 

dobijać się dwudziestu zdesperowanych maniaków albo że nad 

Saddlehorn  nadciągnie  tornado,  albo  dom  stanie  cały  w 

płomieniach. Po tym, co razem przeszliśmy, wiem, że wszystko 

może się zdarzyć. 

Adrienne  spojrzała  w  orzechową  głębię  jego  oczu.  Nie 

drgnęłaby, nawet gdyby zależało od tego jej życie. 

– 

Chcę,  żebyś  wiedziała,  czego  się  spodziewać  – 

powiedział  cicho  miękkim  głosem.  –  Nic, absolutnie nic nie 

będzie dziś w stanie powstrzymać mnie od kochania cię aż do 

ostatniego tchu. 

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

Adrienne wyciągnęła ręce i splotła je na szyi Matta. 

– 

Zawsze  wiedziałam,  że  jesteś  bezczelnym  typem  – 

powiedziała głosem ochrypłym z przejęcia. 

– Pewnym siebie. 
– 

Więc udowodnij mi to, dzielny pilocie. 

– 

Pewnie, że ci to udowodnię – wymruczał, przyciskając 

ją mocno do siebie. 

Wyszła naprzeciw jego pożądaniu, namiętnie się do niego 

przytulając  się  i  ocierając  o  jego  ciało,  rozchylając  usta,  by 

powitać  jego  język.  Kiedy  wsunął  ręce  pod  jej  koszulkę, 

uniosła ramiona do góry, żeby łatwiej było mu ją zdjąć. Wtedy 

Matt  napełnił  dłonie  bujnością  jej  ciała  i  pochylił  się,  by 

skosztować przysmaków, które trzymał w rękach. 

Adrienne  odchyliła  głowę  i  na  moment  straciła 

wnowagę.  Nie  patrząc  uchwyciła  się  kolumienki  łóżka, 

starając się utrzymać na nogach. Matt objął ją w talii ramieniem 

i delikatnie zdjął jej rękę ze słupka. 

– Adrienne, zaufaj mi – 

wyszeptał. – Nie upadniesz. Jesteś 

ze mną bezpieczna. 

Adrienne  zamknęła  oczy  i  rozluźniła  się  w  jego 

ramionach,  wiedząc,  że  to  prawda,  że  może  pozwolić,  by 

tryumfowało  pożądanie,  bo  Matt  jest  tu  z  nią.  Powoli 

poprowadził ją i ułożył na kwiecistych poduszkach. Klęcząc, 

zsunął jej ze stóp mokasyny. Otwarła oczy i przyglądała się, jak 

się nad nią pochyla. 

– 

Kocham  cię  –  powiedział  czysto  i  wyraźnie.  To 

wyznanie najwyraźniej miało zostać usłyszane. 

– Wiem – 

szepnęła, dotykając jego policzka. 

– 

Kocham cię bardziej, niż możesz to sobie wyobrazić. 

– 

O tym też wiem – przyznała. Nie mogła w to wątpić po 

wszystkim, co dla niej zrobił i zaryzykował. 

– 

Tak  bardzo  cię  pragnę  –  wyznał,  gładząc  wierzchem 

dłoni  dolinkę  pomiędzy  jej  piersiami.  –  Wydaje  się,  jakbym 

czekał na tę noc od wielu lat. 

– 

To prawda. Oboje czekaliśmy na nią przez całe życie. 

– Tak – 

odparł Matt, a oczy mu zabłysły. 

– 

Ja też cię kocham – powiedziała Adrienne, przyciskając 

jego dłoń do swojego mocno bijącego serca. 

background image

– 

Wiem. Czytam to w twoich pięknych brązowych oczach. 

– 

Kochaj się ze mną, Matt – wyszeptała. – Pragnę ciebie. 

Tak samo mocno, jak ty mnie. 

– 

Na ten temat moglibyśmy podyskutować – powiedział, 

uśmiechając się lekko i sięgając do zamka u jej dżinsów. 

– 

Ale nie będziemy. 

–  Nie  – 

wyszeptał,  pochylając  się  do  jej  ust.  Delikatnie 

rozsunął  zamek.  Jego  pocałunki,  zaborcze  i  zarazem 

pieszczotliwe, tak bez reszty pochłonęły zmysły Adrienne, że 

ledwie zauważyła, że Matt zdjął z niej resztę ubrania. Kiedy 

odnalazły ją jego palce, mocno chwyciła jego ramiona. Za to 

dotknięcie,  tam,  w  samym  środku  rozkoszy,  oddałaby 

wszystko, co ma

, i wciąż uważałaby, że dała za mało. 

– 

Cieszę się, że przeszliśmy razem przez całe to piekło – 

powiedział Matt, patrząc jej w oczy i pieszcząc, aż zaczęła wić 

się z rozkoszy. – Dzięki temu nasza miłość ma w sobie więcej 

słodyczy. 

–  Tak  – 

odparła  Adrienne  rwącym  się  głosem.  –  Och, 

Matt... – 

wygięła się w łuk, ocierając się o jego dłoń. 

– 

A  to  dopiero  początek  –  wymruczał,  klękając  u  stóp 

łóżka i wsuwając się między jej uda. Całował gładką skórę jej 

brzucha, w dół, aż po złociste kędziorki. – Czekałem na to, tak 

bardzo czekałem na chwilę, w której zapragniesz mi się oddać. 

Tak jakby miała jakiś wybór! Jego ciepły oddech na nagiej 

skórze obudził w niej taki zryw nieokiełznanej namiętności, że 

nie  mogła  się  doczekać  tego  cudownego,  najintymniejszego 

pocałunku.  Kiedy  wreszcie  nadszedł  ten  moment,  krzyknęła 

głośno ze szczęścia i wplotła palce w jego włosy. 

Pieścił ją tak doskonale, że Adrienne była pewna, że zaraz 

umrze z rozkoszy. Powiedziała mu to łamiącym się głosem, a 

świat  wokół  nich  wirował  jak  kalejdoskop  z  płatków  róży. 

Potem, całując ją powoli i nieśpiesznie, Matt odsunął się lekko i 

Adrienne zauważyła jak przez mgłę, że zdejmuje z siebie resztę 

ubrania. Usłyszała odgłos rozdzieranego pakiecika. Matt dbał o 

nią, o jej dobro. 

Poczuła na twarzy jego ciepły oddech, ciężar jego ramion 

po obu stronach głowy. Otwarła oczy. 

– 

Nikt nie dobija się do drzwi – wyszeptała z uśmiechem. 

– 

Nie nadeszło tornado. 

– Nic nas nie powstrzyma. 
– 

Nic na świecie. – Jego orzechowe oczy rozbłysły. 

background image

– 

Więc chodź do mnie – powiedziała, wyginając się w łuk, 

by go powitać. Połączyli się, jak gdyby odnaleźli i włożyli na 

właściwe miejsce ostatni kawałek układanki, jak gdyby odkryli 

jedyne doskonałe zespolenie na całym wielkim świecie. 

– Tak – 

szepnął Matt, zamykając oczy. 

Tak, zawtórowało mu serce Adrienne. To jej mężczyzna, 

towarzysz życia, jedyny na całe życie. Nigdy nie wolno jej go 

utracić. Nigdy. Objęła go mocniej. 

Otworzył oczy i popatrzył na nią, przyśpieszając rytm. 

–  Tak dobrze, tak wspaniale – 

szeptał  zdyszany.  – 

Wiedziałem,  że  tak  będzie.  Wiedziałem...  Adrienne,  och, 

Adrienne, moje kochanie. 

– 

Kocham  cię  –  zawołała,  czując  jak  napięcie  narasta. 

Objęła go nogami, a Matt mruczał z rozkoszy, wchodząc w nią 

głębiej. 

Gdy rytm jej poruszeń stał się silniejszy, Matt dostosował 

się do jej tempa. 

– Teraz – 

wykrzyknął. – Teraz! Teraz! 

Adrienne  naparła  na  niego,  czując,  jak  fale  rozkoszy 

spadają na nią kaskadami, w rytm jego ruchów. Powoli Matt 

rozluźnił się i oparł policzek na jej piersi. Przytuliła jego głowę 

i zamknęła oczy. Teraz, nareszcie, była już pewna. 

 

Pozycja,  w  której  się  znajdowali  była  na  dłuższą  metę 

dość niewygodna, więc gdy ich oddechy trochę się uspokoiły, 

Matt poszedł do łazienki, a Adrienne zrzuciła z łóżka narzutę i 

ozdobne  poduszeczki.  Łóżko  było  niezwykle  wygodne. 

Adri

enne westchnęła, z rozkoszą wyciągając się i przykrywając 

kołdrą. Matt wrócił do pokoju i podniósł z podłogi spodnie. 

– 

Ubierasz się? – spytała, napawając się widokiem jego 

pięknego nagiego ciała. 

– Nie. – 

Matt włożył rękę do kieszeni i wyciągnął z niej 

ki

lka  małych  paczuszek.  –  Zaopatrzenie  –  wyjaśnił  z 

uśmiechem. 

– 

Myślisz,  że  moglibyśmy  to  powtórzyć?  –  spytała, 

czując, jak na myśl o tym przebiega ją dreszcz oczekiwania. 

– 

Myślę, że to całkiem możliwe – przyznał. – Jeżeli uda mi 

się cię znaleźć. Cała jesteś różowiutka, możesz mi się zgubić w 

tym różanym ogródku, który pani Potter nazywa sypialnią. 

– 

Wiedziałam,  że  ci  się  nie  spodoba  –  powiedziała 

Adrienne, opierając się na łokciu. 

background image

– 

Mylisz się. Bardzo mi się podoba. Powinniśmy chyba w 

ten sposób ozdobić naszą sypialnię, na pamiątkę tej nocy. 

– 

Naszą sypialnię? Nie mamy sypialni, Matt. 

–  Jeszcze nie. – 

Przyciągnął  ją  bliżej  i  pokrył  jej  twarz 

delikatnymi pocałunkami. – Adrienne, wyjdź za mnie za mąż. 

Kochaj się ze mną do końca życia, w sypialni pełnej różyczek. 

– Tak – 

westchnęła, przysuwając się bliżej. – Oczywiście, 

wyjdę za ciebie za mąż. 

– 

Naprawdę? – Wpatrywał się w nią zaskoczony. – Byłem 

pewny, że przynajmniej na początku się ze mną nie zgodzisz. 

– 

A o czym tu niby dyskutować? 

– 

Wcale nie chciałem dyskutować. Myślałem tylko, znając 

ciebie,  że  zanim  podejmiesz  taką  ważną  decyzję,  będziesz 

chciała omówić mnóstwo kwestii. 

– 

Nie, nie chcę. – Matt zajmuje w jej sercu niepodważalne 

miejsce. Adrienne chciała poślubić tego mężczyznę. Była tego 

pewna, jak niczeg

o dotąd w swoim życiu. 

– 

Ale znasz mnie przecież od niedawna. – Matt wydawał 

się zagubiony. – Zaraz, to ty powinnaś to powiedzieć, a nie ja! 

– 

Chyba już wiem o tobie prawie wszystko, co powinnam. 

Te kilka godzin mogłoby z powodzeniem zastąpić całe życie. 

–  No... no, tak. – 

Matt zamyślił się na chwilę i zmrużył 

oczy. – 

A więc krótkie narzeczeństwo czy długie? 

– Krótkie. 
– 

Ślub wystawny czy kameralny? 

– Kameralny. 
– 

Naprawdę  mnie  zaskakujesz.  Sam  bym  tak 

zadecydował. 

– 

Czy  jesteś  rozczarowany,  że  nie  mamy  się  o co 

pokłócić? – spytała śmiejąc się Adrienne. 

– 

Powiedzmy, że jestem podejrzliwy. Przy tobie nic nie 

było do tej pory proste. – Opadł na poduszki. 

– 

Może zaczynamy nowy rozdział w życiu i wszystko od 

tej pory będzie proste? – powiedziała, pieszcząc go pod kołdrą. 

–  Dotykaj mnie dalej w ten sposób – 

westchnął  Matt, 

zamykając oczy – a uwierzę we wszystko, co tylko mi powiesz. 

– 

Więc mi uwierz: kocham cię i zamierzam przeżyć z tobą 

przepiękne życie. Wszystko się ułoży. Zobaczysz. 

Matt przewrócił się na bok i wziął ją w ramiona. 

– 

Panno Burnham, ma pani niezwykły dar przekonywania. 

Prawdę mówiąc, jeżeli tak dalej pójdzie, możemy nigdy więcej 

background image

się nie pokłócić. – Pocałował ją i znów zaczął ją kochać. 

 

Lekkie pukanie do drzwi sypialni obudziło Adrienne. Matt 

spał  obok,  wtulony  w  ciepło  jej  ciała.  Promienie  słońca 

przekradały się zza kwiecistych firanek. Adrienne wygramoliła 

się z łóżka, owinęła się ciasno dużym ręcznikiem i podeszła do 

drzwi. 

– Tak? – 

spytała cicho. 

– 

Przyniosłam śniadanie – oznajmiła pani Potter. – Myślę, 

że czas wstawać, jeżeli ma pani złapać ten autobus. 

– 

Dziękuję bardzo. Która jest godzina? 

– 

Wpół do dziewiątej. Stawiam tacę przed drzwiami. 

– 

Dziękuję.  Dziękuję  bardzo.  –  Adrienne  odczekała,  aż 

kroki na schodach ucichną, potem otworzyła drzwi i pochyliła 

się, żeby przysunąć tacę. 

– 

Ale  piękny  widok  –  usłyszała  za  plecami  głos  Matta. 

Odwróciła się gwałtownie i ręcznik spadł na podłogę. 

– A teraz jeszcze lepszy. – 

Matt obserwował ją, oparłszy 

głowę na stercie poduszek. 

–  No, tak – 

powiedziała  Adrienne,  zamykając  drzwi.  – 

Robię  co  mogę,  żeby  ci  podać  śniadanie,  a  ty  się  ze  mnie 

wyśmiewasz. 

– 

Wcale się nie wyśmiewałem. To był wyraz najwyższego 

uznania. No, proszę. Chcę zobaczyć, jak się schylasz po tę tacę. 

–  Doprawdy?  – 

Adrienne  wróciła  do  łóżka  i  powoli 

podczołgała się w jego stronę. Zauważyła, że Matt wpatruje się 

w jej piersi. Uśmiechnęła się z satysfakcją. 

– 

Myślę, że to ja chciałabym dostać śniadanie do łóżka – 

oświadczyła, pochylając się nad nim i pozwalając koniuszkom 

piersi ocierać się o jego ramię. – Możesz przynieść tacę? 

– Nie w moim obecnym stanie. 
– 

Ale  możesz  przecież  użyć  ręcznika  –  wyszeptała, 

delikatnie skubiąc ustami jego dolną wargę. 

– 

Mam  go  powiesić  na  tym  naturalnym  wieszaku?  – 

spytał,  przewracając  ją  na  plecy.  –  Myślisz,  że  taka  z ciebie 

mądrala? 

– Tak – 

zaśmiała się Adrienne. 

– 

Ale  nie  jesteś  aż  taka  sprytna  –  powiedział  Matt, 

odrzucając na bok kołdrę – bo twoje śniadanie będzie, niestety, 

zimne. 

 

background image

W jakiś czas później Matt założył dżinsy i przyniósł tacę. 

Świeże bułeczki wprawdzie ostygły, ale kawa w termosie była 

wciąż gorąca. 

– 

Od dziś zostanę chyba zwolennikiem zimnych bułeczek 

na  śniadanie  –  powiedział  Matt,  oblizując  z  palców  resztki. 

Siedzieli  przy  stoliku,  na  starych  krzesłach  z  wysokim 

oparciem: Matt miał na sobie tylko dżinsy, a Adrienne owinęła 

się kołdrą. 

– 

Może  nawet  zechcesz  zamieszkać  na  stałe  w 

Saddlehorn? 

– 

Tylko pod warunkiem, że Jef i Curtis stąd się wyniosą. 

Adrienne  wzięła  filiżankę  w  obie  dłonie  i  popijała  kawę 

powoli, wpatrując się w Matta. 

–  Wyg

lądasz  na  szczęśliwą  –  powiedział  Matt  z 

uśmiechem. 

– 

Jestem szczęśliwa. 

– 

Wiem. Kochasz mnie dla mojego złota. 

– Nie. – 

Adrienne roześmiała się. – Ale skoro o tym już 

mowa, mam pewien pomysł. Powiedzmy, że twoja część złota 

Archiego jest przy ostrożnych szacunkach warta dwadzieścia 

pięć tysięcy dolarów. 

– 

A czemu nie trzydzieści pięć, szacując to z rozmachem? 

Adrienne spojrzała na niego surowo. 

– 

Żartowałem – poddał się Matt, podnosząc ręce do góry. 

– 

Ale  szkoda,  że  nie  widziałaś  teraz  wyrazu  swojej  twarzy. 

Kojarzył mi się z nożycami do przycinania krzewów. 

– 

Próbuję tylko z tobą poważnie porozmawiać. 

– 

To niełatwe, kiedy jesteś owinięta kwiecistą kołdrą. 

– 

Wyobraź sobie, że jestem kompletnie ubrana i siedzę w 

biurze. 

– 

Wolałbym  wyobrażać  sobie  ciebie  całkiem  nagą  w 

łóżku. 

– 

Matt,  przestań.  Jestem  z  wykształcenia  doradcą 

finansowym. Chcę ci udzielić porady. 

– 

W  porządku  –  powiedział  Matt,  ale  na  jego  twarzy 

pojawił się ostrożny, niepewny wyraz. Adrienne zignorowała 

to ostrzeżenie. Matt na pewno zrozumie, że jej rada jest słuszna. 

– 

Ile pieniędzy potrzeba, żeby wydobyć samolot z kanionu 

i go naprawić? 

– 

Sporo,  szczególnie  z  takiego  miejsca.  Kadłub  jest  w 

niezłym stanie, ale silnik jest chyba poważnie uszkodzony. 

background image

– Tak z grubsza, ile? – 

nalegała Adrienne. 

– Pow

iedzmy, że całe dwadzieścia pięć tysięcy. 

– 

Matt,  to  oznacza  powrót  do  punktu  wyjścia  –  oceniła 

Adrienne, opierając łokcie na stole. 

– 

Tak.  Niezły  ze  mnie  szczęściarz,  no  nie?  –  Matt 

uśmiechnął  się  do  niej.  –  No,  jestem  niezupełnie  w  punkcie 

wyjścia – dodał, przesuwając palcem po jej nagim ramieniu. – 

Jeśli  chodzi  o  najważniejsze  kwestie,  posunąłem  się  bardzo 

daleko naprzód. 

– 

Mógłbyś  posunąć  się  daleko  naprzód  we  wszystkich 

kwestiach – 

stwierdziła Adrienne, splatając dłoń z jego dłonią. 

– W jaki sposób? – 

spytał Matt. 

– Sprzedaj samolot. 
– 

Sprzedać samolot? Chyba żartujesz. 

– 

Znajdź najtańszy sposób wyciągnięcia części z kanionu, 

sprzedaj je i zainwestuj pieniądze, które dostałeś od Archiego. 

W piątek otrzymałam informacje o akcjach, które na pewno... 

–  Zaczekaj.  – 

Matt  cofnął  dłoń.  –  Wtedy  nie  miałbym 

samolotu. Nie mógłbym zacząć ze swoją firmą. 

– 

I  tak  nie  powinieneś  był  tego  robić.  Miałeś  za  mały 

kapitał. Nie było cię stać na ubezpieczenie inwestycji. Ale teraz 

masz okazję to naprawić. Pozwól mi popracować nad twoim 

majątkiem, powiększyć go. Kiedy będziesz kupował następny 

samolot, twoje finanse zapewnią ci bezpieczeństwo. 

– A ile to zajmie czasu? – 

Matt potrząsnął głową. 

– 

Nie  jestem  pewna.  Najpierw  musimy  zobaczyć,  ile 

zarobisz  na  sprzedaży  samolotu,  no i jaka jest sytuacja na 

rynku. Z inwestycjami nie można się zanadto spieszyć, ale z 

czasem... 

– 

Tydzień? Miesiąc? 

– 

Oczywiście, że dłużej. – Adrienne potrząsnęła głową. – 

Matt, jestem pewna, że teraz już rozumiesz, jak duże podjąłeś 

ryzyko. Myślałam, że wypadek skłoni cię do ostrożności. 

– 

A ja myślałem, że ten weekend nauczy cię czegoś wręcz 

przeciwnego. – 

Matt odstawił filiżankę i wstał od stołu. 

– 

A  cóż  to  ma  niby  oznaczać?  –  odcięła  się  bez 

zastanowienia  Adrienne.  Natychmiast  zapragnęła  odwołać  te 

s

łowa, zmienić ton głosu. Zaczął ją boleć żołądek. Przedtem ich 

kłótnie  były  wyzwaniem,  niemal  przyjemnością,  ale  teraz 

wcale nie chciała walczyć z Mattem. Gra szła o zbyt wysoką 

stawkę. 

background image

– 

To znaczy, że życie trzeba łapać w locie – powiedział 

Matt, odwracaj

ąc się w jej stronę i zaciskając pięści. – Bo nigdy 

nie wiadomo, co czeka cię jutro, ani jak długo będzie nam dane 

cieszyć  się  światłem  dnia.  Mój  Boże,  po  tym  wszystkim,  co 

przeszliśmy, jak możesz mówić mi o wybieraniu bezpiecznej 

drogi? 

– Nie rozumiem, ja

k możesz myśleć inaczej! O mały włos 

nie straciłeś wszystkiego. I teraz nie chcesz zabezpieczyć się 

przed podobnym ryzykiem? – 

Adrienne  wstała,  owijając  się 

kołdrą. 

– 

Wiem,  że  bezpieczeństwo  to  złuda.  Wiem,  że  można 

stać na krawędzi katastrofy, i nagle nadchodzi cud, wszystko 

układa się pomyślnie. Tak było z tym złotem. Tak było zawsze, 

w  całym  moim  życiu!  Mam  talent  do  wychodzenia  cało  z 

opresji.  Mając  połowę  złota  Archiego,  byłbym  kompletnym 

durniem, gdybym nie naprawił samolotu i nie otworzył szkoły 

pilo

tażu. Jak mógłbym zaprzepaścić taką szansę?! 

Adrienne  z  trudem  przełknęła  ślinę.  Matt  nic  się  nie 

zmienił.  Być  może,  gdyby  Archie  nie  dał  mu  złota,  Matt 

zrozumiałby  nareszcie,  że  nie  można  zawsze  liczyć  na  łut 

szczęścia. Ale złoto jest, a Matt uważa je za dowód na to, że 

jego  osobiste  szczęście  nigdy  go  nie  opuści.  Adrienne  nie 

wierzyła w cuda. Wierzyła za to w staranne planowanie. 

Zaczęła dygotać z zimna. Dwa razy rozpoczynała zdanie, 

które boleśnie pulsowało w jej głowie. Wreszcie udało jej się 

wykrztusić: 

– 

Nie  mogę  poślubić  człowieka,  który  myśli  w  taki 

sposób. 

background image

ROZDZIAŁ 13 

 

Orzechowe  oczy  Matta  zabłysły  bólem.  Na  jego  twarzy 

pojawił się wyraz rezygnacji. 

– 

Przez  cały  czas  oczekiwałem,  że  to  właśnie  powiesz. 

Bałem się, że cała ta słodycz i uległość nie są szczere. 

– 

Po wszystkim, co się zdarzyło, myślałam, że się choć 

trochę zmieniłeś! 

– 

A ja myślałem, że to ty się zmieniłaś! – krzyknął Matt – 

Chyba  oboje  spodziewaliśmy  się  cudu,  tego,  że  jak  w  kinie 

każde z nas nagle stanie się taką osobą, jaką pragnie widzieć 

druga strona. Ale to jest życie, a nie film. 

– Matt – 

błagała Adrienne. – Czy ty nie rozumiesz, że... 

– Nie. Nie rozumiem – 

przerwał Matt ponurym głosem. – 

Nie wyobrażam sobie, że mógłbym żyć, postępując zgodnie z 

twoimi głupimi zasadami. A ty nie akceptujesz mojego sposobu 

życia, wiec jesteśmy kwita. 

– 

Ale ja cię kocham. 

– 

Doprawdy?  Miłość  nie  każe  zmieniać  ludzi  na  swój 

obraz i podobieństwo. 

– 

Miłość  nie  pozwala  zachowywać  się  w 

nieodpowiedzialny sposób, jeżeli dotyczy to również innych! 

– Mówisz, 

że jestem nieodpowiedzialny? – spytał Matt po 

chwili milczenia. – Ty, osoba, która jeszcze kilka godzin temu 

zgodziła się zostać moją żoną, a teraz nagle zmieniła zdanie? 

– 

Chyba  zbyt  długo  z  tobą  przebywałam  –  powiedziała 

Adrienne, tłumiąc szloch. 

–  No, t

emu  da  się  łatwo  zaradzić  –  stwierdził  Matt, 

odwracając  się  do  niej  tyłem.  Jego  rysy  zastygły  w  wyrazie 

tępego  bólu.  –  Saddlehorn  nie  jest  zbyt  dużym  miejscem  – 

oświadczył, zakładając koszulę i buty. – Na pewno ktoś wskaże 

ci drogę na przystanek. 

– 

Wyjeżdżasz? – Łzy płynęły jej po policzkach. 

– Czemu nie. – 

Matt założył buty i wsunął portfel do tylnej 

kieszeni spodni. – 

Najwyraźniej wcale ci nie jestem potrzebny 

– 

powiedział i wyszedł z pokoju nie oglądając się za siebie. 

 

Adrienne przebyła drogę autobusem do Tucson w stanie 

zupełnego  otępienia.  Jeszcze  z  Saddlehorn  zadzwoniła  do 

swojej  współlokatorki,  Margaret,  która  wyszła  po  nią  na 

background image

dworzec  autobusowy,  zawiozła  do  domu  i  zapakowała  do 

łóżka. 

Adrienne opowiedziała Margaret całą historię dopiero w 

poniedziałek. Tego samego dnia zerwała z Aleksem. 

Ten wieczór Adrienne i Margaret spędziły razem w domu. 

Siedziały w kuchni i jadły pizzę. 

– 

Coś mi się tu nie zgadza – oznajmiła Margaret. – Jeżeli 

Matt jest dla ciebie zbyt nieodpowiedzialny, czemu w takim 
razie zerw

ałaś  z  Aleksem,  najbardziej  odpowiedzialnym 

facetem na świecie? 

– 

Musiałam – wyznała Adrienne – bo dzisiaj dopadł mnie 

na korytarzu w pracy i próbował mnie pocałować. 

– 

Pewnie  za  tobą  tęsknił.  Był  bardzo  smutny,  kiedy 

wczoraj powiedziałam mu, że nie może się z tobą natychmiast 

zobaczyć. Ale masz rację, to nie jest całkiem w porządku, jeśli 

facet łapie cię nagle i w pracy bierze się do całowania. 

– 

To,  że  byliśmy  w  pracy,  wcale  mi  aż  tak  nie 

przeszkadzało.  Najgorsze,  że  nie  mogłam  znieść  myśli  o 

pocałowaniu Aleksa. Nigdy w życiu. 

– Aha – 

mruknęła Margaret, sięgając po następny kawałek 

pizzy. 

– 

Czemu tak mi się dziwnie przyglądasz? 

– 

Zazwyczaj  kiedy  nie  mogę  znieść,  żeby  mnie  ktoś 

całował, szczególnie jeśli jest to ktoś przystojny i miły, tak jak 

Aleks, oznacz

a to, że jestem do szaleństwa zakochana w kimś 

innym. To efekt naszej wrodzonej skłonności do monogamii. 

– 

Podejrzewam, że ze mną jest tak samo. 

– 

Przyznajesz,  że  jesteś  zakochana  w  facecie,  z  którym 

spędziłaś  ten  szalony  weekend?  W  tym  nieodpowiednim, 

nieodpowiedzialnym pilocie? 

– Chyba tak – 

pokiwała głową Adrienne. 

– 

I co zamierzasz zrobić? 

– 

Nic. To mi musi przejść. Proste! 

 

Oczekiwanie na to, że miłość do Matta jakoś jej przejdzie, 

nie było wcale takie proste. Adrienne zresztą nawet się tego nie 

spodzi

ewała. Ale musi jej się to udać. Nie postąpi przecież tak 

jak jej siostry. Nie pozwoli sobie na luksus poślubienia kogoś w 

imię  nieobliczalnych  emocji,  takich  jak  miłość,  która  czyni 

człowieka ślepym na realia życia. 

Pierwszym  trudnym  zadaniem  było  odesłanie Archiemu 

background image

ubrań  Dorothy.  Adrienne  nie  czuła  się  na  siłach  rozmawiać 

bezpośrednio  z  Archiem,  więc  zadzwoniła  do  pani  Potter  i 

zapytała, jak ma zaadresować paczkę. Pani Potter opowiedziała 

jej ze szczegółami o operacji wyciągania samolotu z kanionu, 

która 

przykuwała  uwagę  całego  miasteczka.  Adrienne 

skończyła rozmowę jak tylko mogła najszybciej, zapakowała 

uprane  rzeczy  i  skreśliła  do  Archiego  krótki  liścik  z 

podziękowaniami. Napisała, że jest bardzo zajęta pracą, ale za 

kilka miesięcy postara się go odwiedzić. 

Drugi problem zrodził się w tydzień później, kiedy dostała 

najeżony  błędami  ortograficznymi  list  od  Archiego,  który 

chciał się dowiedzieć, co się dzieje z Mattem. „Matt jest ponury 

i  zły  jak  zbity  szczeniak”  –  pisał  Archie.  Adrienne  nie 

odpowiedziała na ten list, ale jakoś nie mogła się zdobyć na to, 

żeby go wyrzucić. 

Potem nastąpiła dłuższa cisza. Życie Adrienne weszło w 

stare,  znane  koleiny  i  potoczyło  się  naprzód.  Jak  zwykle 

pracowała przy jednym z sześciu biurek, ustawionych pośrodku 

biura maklersk

iego  C.  D.  Girard  and  Sons.  Od  każdego  z 

początkujących  pracowników  wymagano  codziennie  odbycia 

co  najmniej  pięćdziesięciu  rozmów  telefonicznych  z 

potencjalnymi klientami. Oprócz tego co sześć tygodni każdy z 

nich pracował jako szef biura, obsługując przychodzących tam 

interesantów. 

Poza  Sharon,  recepcjonistką,  Adrienne  była  jedyną 

kobietą  w  całym  budynku.  Plotka,  że  zerwała  z  Aleksem, 

rozniosła się po biurze lotem błyskawicy. Większość mężczyzn 

zwarła szeregi, tworząc nieprzebyty front. Żarciki i przycinki, 

do tej pory łagodne, nagle stały się ostre i niewybredne. 

Pomimo  napięcia  Adrienne  wciąż  uważała  pracę  za 

wspaniałe wyzwanie i pogrążyła się w niej po uszy. Zamiast 

telefonować do pięćdziesięciu klientów, starała się zadzwonić 

do stu. P

rzychodziła  wcześnie  i  zostawała  do  późnego 

wieczora.  Zawsze  była  w  biurze  w  momencie  zamknięcia 

nowojorskiej giełdy, o godzinie drugiej czasu lokalnego. 

Ten  tryb  pracy  zaczynał  przynosić  widoczne  rezultaty, 

chociaż  wiele  osób  wciąż  wolało,  żeby  w  kwestiach 

finansowych udzielał im porad mężczyzna. Adrienne była już 

na to uodporniona i nauczyła się koncentrować na klientach, 

którzy pomimo wszystko chcieli z nią współpracować. 

W pracy pomagała jej nowo zdobyta wiara we własne siły. 

background image

Po pokonaniu tylu przeszkód

, które spiętrzyły się przed nią w 

ciągu  owych  pamiętnych  dwu  dni,  zadzwonienie  do  setki 

obcych  ludzi  dziennie  było  doprawdy  błahostką.  Nawet 

przewidywanie zachowania rynku stało się jakby zbyt proste. 

Adrienne wstyd było przyznać się nawet przed sobą samą, że 

zaczyna to być wręcz nudne. 

Stanowczo broniła się przed myślą, że jej życie jest zbyt 

przewidywalne, zbyt spokojne i uporządkowane. Pewnego dnia 

jeden z klientów opowiedział jej o wycieczkach kajakowych po 

rwących  górskich  strumieniach,  a  Adrienne  skwapliwie 

zapisała sobie nazwę firmy, która je organizowała. 

Kiedy  lepiej  się  nad  tym  zastanowiła,  stwierdziła,  że 

ryzyko  jako  takie  wcale  jej  nie  pociąga,  ale  stanowi  sposób, 

żeby powróciły uczucia, których doświadczyła u boku Matta: 

podniecenie, radość i... miłość. Adrienne podarła informację o 

spływie  kajakowym  na  drobne  kawałeczki.  Jej  uczucia  do 

Matta kiedyś w końcu muszą osłabnąć, wyblaknąć i zniknąć jak 

letnia opalenizna. 

Praca  pozostawała  jej  głównym  zajęciem  i  źródłem 

pociechy  przez  cały  deszczowy  listopad.  Adrienne  obiecała 

sobie,  że  na  Święto  Dziękczynienia  pojedzie  do  Utah,  do 

rodziców,  zaraz  po  ogłoszeniu  wyników  osiągniętych  przez 

poszczególnych maklerów w tym miesiącu. Tym razem udało 

jej się prześcignąć nie tylko wszystkich nowych pracowników, 

ale  również  kilku  doświadczonych,  starszych  kolegów.  W 

poniedziałek  i  wtorek  zdobyła  dwu  nowych  klientów;  jeśli 

środa będzie równie udana, z pewnością dopnie swego. 

W środę, w przeddzień Święta Dziękczynienia, Adrienne 

pracowała wytrwale, dzwoniąc do osób umieszczonych na jej 

liście.  Tego  dnia  jednak  większość  ludzi  zajęta  była 

przygotowaniami  do  świąt,  sprzątaniem  i  gotowaniem,  i  nikt 

nie miał głowy do rozmów o akcjach i kapitale. 

W południe odsunęła dolną szufladę biurka i wyjęła z niej 

drugie śniadanie. Nagle uświadomiła sobie, że nie jest w stanie 

zjeść jeszcze jednego takiego samego posiłku. Miała już dość 

tego zdrowego jedzenia, takiego samego, niezmiennego od 

wielu,  wielu  dni.  Może  po  prostu  potrzebne  jej  są  krótkie 

wakacje,  pomyślała,  chowając  śniadanie do szuflady. 

Postanowiła, że wyjedzie z miasta zaraz po zamknięciu giełdy. 

W ten sposób znajdzie się w Utah już następnego dnia rano. 

Z radością pomyślała o czekającej ją podróży. W drodze 

background image

powrotnej  być  może  zatrzyma  się  w  Saddlehorn.  Może 

pojedzie na 

rowerze Dorothy aż nad kanion. Może... 

– 

Rozmarzyła się pani, panno Burnham? – Przy jej biurku 

stał  zastępca  dyrektora,  marszcząc  groźnie  brwi.  – 

Spodziewałem  się  zastać  panią  przy  pracy  –  powiedział, 

poprawiając  krawat.  –  Nie  przypuszczałem,  że  pozwoli  pani 

sobie na zaniedbania teraz, kiedy ma pani tak dobre wyniki. A 

może  obmyślała  pani  właśnie  menu  na  jutrzejszy  wystawny 

obiad? 

– 

Niestety, nie jestem szczególnie dobrą kucharką, panie 

Dannenger – 

odpowiedziała zaciskając zęby. – Jadę do Utah. 

– Ach tak, j

edzie pani do rodziców. Czy wiedzą już, jaki z 

pani doskonały pracownik? 

– 

Zanim  zacznę  się  przechwalać,  wolę  poczekać  na 

końcowe wyniki. 

– 

Słusznie – powiedział Dannenger. – Bardzo słusznie. 

– 

A więc, jeśli pan pozwoli, wrócę do mojej pracy. 

– 

Świetnie. 

A

drienne  podniosła  słuchawkę  i  spojrzała  na  listę 

nazwisk. Wcale nie chciało jej się dzwonić do tych ludzi. Co 

gorsza,  przestało  jej  właściwie  zależeć  na  pobiciu  rekordu 

wyników. Dannenger zatrzymał się jeszcze na chwilę przy jej 

biurku.  Uśmiechnęła  się  do  niego szeroko, ale gdy tylko 

wyszedł, ze złośliwą satysfakcją pokazała mu język. 

Jej  gest  został  skwitowany  znajomym,  stłumionym 

śmiechem.  Matt!  Adrienne  odwróciła  się  błyskawicznie  i 

zobaczyła go, jak stoi oparty o niskie biurowe przepierzenie. 

Poderwała się, ogarnięta nagłą radością. 

– Matt, jak ty... – 

Zawahała się nagle. Ostatnie słowa, jakie 

ze sobą zamienili, nie były szczególnie przyjazne. Nie powinna 

cieszyć się, że go widzi. Ale jednak cieszyła się tak bardzo, że 

cała aż drżała z radosnego podniecenia. – Co ty... to znaczy... 

Sharon nic mi nie mówiła... zaskoczyłeś mnie! 

– 

Przekonałem Sharon, że jesteśmy starymi znajomymi i 

że nie ma potrzeby uprzedzać cię o mojej obecności. 

Adrienne  stała  w  milczeniu,  rozkoszując  się  widokiem 

Matta, ubranego w brązową, skórzaną kurtkę i jasne spodnie. 

Wręcz emanował seksem. 

–  Rozumiem  – 

powiedziała  Adrienne,  nie  wiedząc,  co 

teraz zrobić. Z całego serca pragnęła, żeby Matt został z nią, 

choćby tylko przez krótką chwilę. Jego obecność, śmiech, który 

background image

czaił się w orzechowych oczach, dodawały jej sił do życia. 

– 

Może usiądziesz? – zaproponowała w końcu. 

– 

Nie, dziękuję. Myślałem, że może zjemy razem lunch. 

– Lunch? – 

Adrienne pomyślała o minie pana Dannengera. 

Ktoś musiałby ją tu zastąpić. W firmie nie było to zbyt dobrze 

widziane.  Poza  tym  wychodząc,  straci  przynajmniej  jedną 

godzinę pracy. 

– 

Bardzo  chętnie  –  odparła  po  chwili  wahania,  czując 

nagły  przypływ  podniecenia,  które  zawsze  wiązało  się  w  jej 

myślach z osobą Matta. 

Zdjęła płaszcz z wieszaka, podniosła torebkę i podeszła do 

kolegi, siedzącego przy sąsiednim biurku. 

– Thorndyke? – 

zawołała. Sąsiad podniósł się bez chwili 

zwłoki  i  Adrienne  uświadomiła  sobie,  że  cały  czas  gorliwie 

podsłuchiwał ich rozmowę. 

– 

Słucham? – spytał. 

– 

Czy mógłbyś mnie zastąpić? Wychodzę na lunch. 

– 

Na lunch, w ostatnim dniu miesiąca? – zdziwił się. 

– Tak. Zrobisz to dla mnie? – 

spytała krótko Adrienne. 

– 

Tylko pod warunkiem, że dasz mi zastępstwo do końca 

dnia. 

– Dobrze. Powiem to Sharon. 
– 

Taak,  w  porządku.  –  Potrząsnął  z  niedowierzaniem 

głową. – Wciąż nie mogę w to uwierzyć. Przecież ty nigdy nie 

wychodzisz na lunch. 

– 

Coś  się  mogło  zmienić  –  powiedziała  Adrienne, 

podchodząc  do  Matta.  Wciągnęła  głęboko  powietrze, 

rozkoszując się silnym zapachem jego płynu po goleniu. 

–  Nigdy nie wychodzisz z biura? – 

spytał  Matt, 

spoglądając na nią. 

–  Nie zaczynaj, dobrze? – 

poprosiła  Adrienne.  – 

Spróbujmy być dla siebie nawzajem mili. Chyba możemy zjeść 

lunch jak cywilizowani ludzie, nie kłócąc się? 

– 

A kto się niby kłóci? 

– 

Wiem,  do  czego  zmierzałeś.  Miałeś  zamiar  znowu 

zrobić mi wykład na temat tego, że niedobrze robię, unikając 

radości życia codziennego. 

– 

Może  gdybyś  wyszła  czasem  z  biura,  nie  musiałabyś 

odreagowywać  stresu,  przedrzeźniając  swojego  szefa  – 

roześmiał się Matt. 

– O czym ty w ogóle mówisz? – 

spytała, czerwieniąc się i 

background image

modląc w duchu, żeby nikt nie usłyszał tej uwagi. 

Sharon obserwowała ich z uśmieszkiem na ustach. 

– 

Thorndyke  zgodził  się  mnie  zastąpić  do  końca 

dzisiejszego dnia – 

powiedziała Adrienne. 

– 

Naprawdę? – spytała  Sharon, z  trudem  usiłując  ukryć 

zaskoczenie. – 

Już nie wracasz? 

– 

Oczywiście, że wrócę, ale zgodziliśmy się, że tak będzie 

uczciwiej. Przysługa za przysługę. 

– 

A  jeśli  Adrienne  by  już  dzisiaj  nie  wróciła?  –  spytał 

Matt, stając odrobinę bliżej recepcjonistki. 

– Ja na pew

no wrócę – powiedziała Adrienne, nim Sharon 

zdążyła  ochłonąć  wystarczająco,  by  udzielić  odpowiedzi.  – 

Będę tu jak zwykle o drugiej, na zamknięcie giełdy. 

– O drugiej? Czy to konieczne? – 

spytał Matt, spoglądając 

na zegarek. – 

Teraz jest wpół do pierwszej. 

– 

Muszę wrócić przed drugą. Mamy godzinę. 

– 

Dobrze 

– 

przystał  Matt,  najwyraźniej  siłą 

powstrzymując się od dalszych uwag. – Godzina to godzina. 

Wyszli przed budynek i Adrienne rozejrzała się, szukając 

wzrokiem jego czerwonej corvetty. Matt wziął ją pod ramię i 

poprowadził do małej, czterodrzwiowej hondy. 

– 

Co  się  stało  z  twoim  starym  samochodem?  –  spytała 

Adrienne,  starając  się  zachować  spokój  pomimo  ciepłego 

dotyku jego dłoni na ramieniu. 

– 

Teraz jeżdżę tym – odparł Matt – Och. 

Otworzył  drzwi  z  prawej  strony  i  pomógł  jej  wsiąść. 

Samochód był wyposażony mniej niż skromnie. Matt wsiadł i 

uśmiechnął się do Adrienne. 

– 

Podoba ci się? 

A  co  tu  jest  niby  do  podobania,  pomyślała  Adrienne. 

Samochód  nie  był  zły,  ale  zupełnie  nie  pasował  do  tego 

mężczyzny. 

– 

Na pewno jest bardzo oszczędny – powiedziała. 

– 

Bardzo oszczędny – powtórzył Matt, kiwając głową. 

–  No i ma bardzo praktyczny kolor. –  Adrienne 

zastanawiała  się,  czemu  właściwie  czuje  się  tak  bardzo 

rozczarowana. Sprzedając swoją corvettę, Matt postąpił bardzo 

rozsądnie. Jako doradca finansowy, sama by mu to zaleciła. I z 

taką radą Matt z całą pewnością by się nie zgodził. 

Matt jechał ostrożnie, respektując wszystkie ograniczenia 

prędkości. Nie próbował nawet zaczynać rozmowy. 

background image

– 

Jak się miewa Archie? – spytała wreszcie Adrienne. 

– 

Dobrze. Przesyła ci pozdrowienia. 

– 

Wiedział, że zamierzasz się ze mną spotkać? 

– Tak. 

Jeżeli  kiedykolwiek  marzyła  o  tym,  że  Matt  Kirkland 

może kiedyś powrócić do jej życia, z pewnością nie tak sobie to 

wyobrażała.  Oczekiwałaby  raczej,  że  wpadnie  jak  burza  i 

porwie  ją  ze  sobą.  Prawdę  mówiąc,  tego  właśnie  się 

spodziewała,  kiedy  go  dziś  ujrzała.  Być  może  zabiera  ją  na 

lunch w jakieś szalenie ekscytujące, cudowne miejsce. Może 

chce ją zaskoczyć. 

Samochód zatrzymał się przed tanią restauracją. 

– 

I  jak,  może  być?  –  spytał  Matt,  odwracając  się  w  jej 

stronę. 

– T... tak – 

wyjąkała. – Ceny tu są całkiem przystępne. 

– 

Zgadza się – przytaknął Matt. – Sprawdzałem. 

– 

Sprawdzałeś? 

– 

Oczywiście. Nie mogę przekroczyć mojego budżetu. 

– Bud

żetu? 

Znów  się  do  niej  uśmiechnął,  tym  dziwnym, 

pozbawionym wyrazu uśmiechem, który zupełnie do niego nie 

pasował. 

– 

Tak, budżetu – potwierdził. – Wejdziemy? 

Skinęła głową, zupełnie nie wiedząc, co o tym wszystkim 

myśleć.  Czy  to  możliwe,  żeby  czyjaś  osobowość  uległa  tak 

drastycznym zmianom? 

Kiedy  usiedli,  Adrienne  zamówiła  stek  z  mnóstwem 

dodatków, a Matt sałatkę z tuńczyka. Zupełnie jakby zamienili 

się rolami. Adrienne miała nadzieję, że Matt zaproponuje jej 

wino.  Ponieważ  jednak  tego  nie  zrobił,  zamówiła  wodę 

mineralną. Matt poprosił o kawę. Bez kofeiny. 

–  No, dobrze – 

odezwała  się  w  końcu.  –  Dlaczego 

przyszedłeś dziś do mojego biura? 

– W interesach – 

odpowiedział, nie patrząc na nią. 

Na dźwięk tego beznamiętnego stwierdzenia nadzieja, że 

Matt ma na myśli coś niezwykle romantycznego, rozwiała się 

jak dym. Ale skoro on może udawać, że nigdy dla siebie nic nie 

znaczyli, ona, Adrienne, też potrafi świetnie zagrać swoją rolę. 

– Jakie to interesy? – 

spytała. 

– 

Skorzystałem z twojej rady i sprzedałem samolot komuś, 

kogo stać na naprawę i ubezpieczenie. 

background image

– Rozumiem – 

potaknęła Adrienne. Teraz miała naprawdę 

ochotę zacząć krzyczeć. A więc zrobił to. Teraz, kiedy było już 

za późno, kiedy najwyraźniej stracił do niej wszelkie uczucia. 

Zacisnęła dłonie na rogu serwetki, za wszelką cenę starając się 

zachować spokój. 

– 

No,  więc  mam  trochę  pieniędzy,  które  chciałbym 

zainwestować.  To  samo  zresztą  dotyczy  Archiego. 

Chcielibyśmy, żebyś się tym zajęła. 

– Dlaczego akurat ja? 
– 

Obaj  jesteśmy  przekonani,  że  jesteś  bardzo  dobra  w 

swoim zawodzie – 

powiedział,  patrząc  na  nią  uważnie. 

Adrienne  poczuła  nagle,  że  zaraz  wybuchnie  histerycznym 

śmiechem. Wyobrażała sobie, że lunch z Mattem będzie czymś 

nadzwyczajnym,  odmianą  w  codziennej  rutynie,  ucieczką  od 

monotonii pracy. Teraz okazało się, że czy tego chce, czy nie, 

jest to spotkanie w interesach. Najwyraźniej szalone sytuacje 

nie były jej już pisane. 

– O jaki rodzaj inwestycji chodzi? – 

spytała, zdecydowana 

robić to, co do niej należy, chociaż tak naprawdę miała ochotę 

natychmiast wstać i uciec. 

– 

Coś,  co  nie  podlega  opodatkowaniu,  no  i  z  niezbyt 

wysokim ryzykiem. Chcę mieć pewność, że moje pieniądze są 

bezpieczne. 

–  Cooo?  – 

Adrienne  wpatrywała  się  w  niego  z 

niedowierzaniem. 

– 

Słyszałaś, co powiedziałem. Jestem pewien, że wiesz, o 

co mi 

chodzi.  Podejrzewam  nawet,  że  specjalizujesz  się  w 

takim właśnie typie inwestycji. 

Była  to,  niestety,  prawda.  Adrienne  żałowała  z  całego 

serca, że nie może temu zaprzeczyć, choć ten jeden, jedyny raz. 

– 

Więc możesz znaleźć taką lokatę? – spytał Matt – Chyba 

tak – 

potwierdziła bez entuzjazmu. 

– 

Dobrze. Ale pamiętaj, nie chcemy ryzykować. 

– 

Co się z tobą stało, Matt – wybuchnęła Adrienne, nie 

mogąc dłużej tego wytrzymać. – Mężczyzna, którego znałam, 

zażądałby ode mnie lokaty o najwyższym stopniu ryzyka, która 

dawałaby  szanse  największych,  szybkich  zysków,  czegoś,  co 

będzie ekscytujące, choć można na tym stracić. Skąd nagle ta 

troska o bezpieczeństwo? 

– 

Być może czas już, żebym spróbował zachowywać się 

bardziej  ostrożnie.  Myślałem  też  o  podwyższeniu  stawki 

background image

moje

go ubezpieczenia i podjęciu dodatkowej pracy. Słyszałem, 

że  w  jednym  ze  sklepów  poszukują  sprzedawcy  do  działu  z 

butami. 

– 

Ty chyba zwariowałeś! 

– O co ci chodzi? 
– 

Ani mi się waż zaczynać pracę w jakimś głupim sklepie! 

Ani mi się waż! Nie wiem, co cię opętało z tymi pomysłami co 

do inwestycji, małym samochodem i pracą w sklepie, ale to, co 

mówisz,  brzmi  po  prostu  śmiesznie.  Ty  sprzedający  buty,  to 

mniej  więcej  to  samo,  co  tygrys  zajmujący  się  haftem 

artystycznym. 

– 

Ja myślałem... myślałem, że to pochwalisz – powiedział 

Matt urażony. 

Adrienne popatrzyła na talerz i zaczęła nerwowo bawić się 

widelcem.  Zaskoczyła  ją  własna  reakcja  na  plany  Matta.  W 

końcu sama radziła mu, żeby trochę spoważniał. Wtedy jednak 

nie miała pojęcia, jak będzie się czuła, widząc, jak odchodzi 

dawny  Matt,  wspaniały  człowiek,  którego  poznała  podczas 

pamiętnego weekendu. 

– 

Czy nie o takim zachowaniu kiedyś mi mówiłaś? 

– 

Tak,  może  niektóre  z  twoich  decyzji  są  całkiem 

sensowne  – 

powiedziała,  nie  patrząc  na  niego.  –  Sprzedaż 

samolotu i zainw

estowanie pieniędzy jest słuszne, ale wydaje 

się, że straciłeś cały swój... 

– 

Samochód się pali! – zawołał mężczyzna, wpadając do 

restauracji. – 

Na parkingu pali się czerwona corvetta! Czy jest 

tu może jej właściciel? 

– 

Do diabła! – Matt zerwał się na równe nogi. – To na 

pewno mój samochód – 

wymamrotał i wypadł na dwór co sił w 

nogach. 

background image

ROZDZIAŁ 14 

 
– Twój samochód? – 

zawołała Adrienne, zrywając się od 

stołu. – Ale ty masz przecież białą hondę! – W drzwiach minął 

ją wysoki blondyn, który wyskoczył na dwór, wołając Matta po 

imieniu. 

Adrienne  pobiegła  za  nim.  W  oddali  rozległo  się  wycie 

syreny. Parking był pełny gryzącego dymu. 

Wybiegając  zza  rogu,  Adrienne  ujrzała  starą  corvettę 

Matta,  której  przód  zasłaniała chmura czarnego dymu. Spod 

pokrywy  silnika  wyskakiwały  wesołe  płomyczki.  Matt  i 

blondyn,  którego  widziała  w  restauracji,  stali  o  dwa  metry 

dalej, machając rękami i krzycząc. Na parking wjechała straż 

pożarna. Adrienne gorączkowo usiłowała się w tym wszystkim 

połapać. Matt ma dwa samochody? Ale jeżeli nawet tak jest, 

czemu  zaparkował  obydwa  przed  tą  samą  restauracją?  I  kim 

jest  ten  blondyn,  z  którym  Matt  się  teraz  kłóci?  Patrząc  na 

płonący  samochód,  Adrienne  zdała  sobie  sprawę,  że  całe  to 

zamieszanie wydaj

e  jej  się  dziwnie  znajome.  Czuła  się  teraz 

bardziej naturalnie i swobodnie, niż podczas nudnego lunchu z 

Mattem. 

Nareszcie ogień został ugaszony i wóz strażacki opuścił 

parking. Gapie wrócili do restauracji i wkrótce Adrienne, Matt i 
tajemniczy blondyn pozostali na parkingu sami. 

– Nic nie rozumiem – 

zdumiała się Adrienne, szczękając 

zębami z zimna. 

– 

Ten  samochód  nie  miał  się  zapalić  –  zawołał  Matt, 

patrząc na poczerniałą corvettę. 

– To nie moja wina, Matt – 

usprawiedliwiał się blondyn. 

– Tak – 

westchnął Matt. 

– 

Słowo ci daję, wszystko było w porządku. 

– 

Na pewno masz rację, Jack. – Matt położył mu dłoń na 

ramieniu. – 

Przepraszam, że się tak uniosłem. Ostatnio byłem 

trochę zdenerwowany. 

Adrienne  przyglądała  się  to  jednemu,  to  drugiemu 

mężczyźnie. Wreszcie wyciągnęła rękę do Jacka. 

– 

Dzień dobry, jestem Adrienne – przywitała się. 

– Wiem – 

odparł blondyn. 

– 

Cieszę  się,  że  jest  pan  tak  dobrze  poinformowany  – 

powiedziała  czując,  że  jej  cierpliwość  zaczyna  się 

background image

wyczerpywać.  –  Wszyscy,  oprócz  mnie,  najwyraźniej 

dos

konale wiedzą, o co tu chodzi. 

– Och, Adrienne, to jest Jack – 

przedstawił Matt – Kupiłeś 

samochód Matta? – 

spytała Adrienne. 

– Nie – 

odparł Jack. – Ale pożyczyłem mu moją hondę. Ja 

przyjechałem corvettę, żeby mógł nią wrócić, ale teraz chyba 

mamy już tylko jeden samochód na spółkę. Może was gdzieś 

podwieźć? 

– 

Przestań!  –  przerwała  mu  Adrienne.  –  Nic z tego nie 

rozumiem. Czy ktoś byłby uprzejmy mi wytłumaczyć, co tu się, 

do diabła, dzieje? 

– 

Zostawiłem ciastko i kawę na stoliku – powiedział Jack, 

rzucając  Mattowi niespokojne spojrzenie. –  Może  pójdę  je 

dokończyć, a wy to sobie w tym czasie sami wyjaśnicie. 

– 

Jesteś tchórzem, Jack – roześmiał się Matt. 

– 

To ty powiedziałeś mi, że ta kobieta to dynamit. 

– 

Co  niby  powiedziałeś?  –  Adrienne  odwróciła  się  do 

Matta. 

– To do zobaczenia – 

rzucił Jack, szybko się wycofując. 

– 

Dlaczego  mówiłeś  o  mnie  coś  takiego  swojemu 

przyjacielowi? – 

zawołała Adrienne. 

Matt  skrzyżował  ramiona  i  przyglądał  jej  się  z  ukosa, 

tłumiąc z trudem uśmiech. 

– 

Doprawdy nie wiem, jak też coś podobnego mogło mi w 

ogóle przyjść do głowy – odezwał się w końcu. 

– 

I przestań tak na mnie patrzyć, dobrze? Mam wszelkie 

prawo być zdenerwowana, przywlokłeś mnie tutaj pożyczonym 

samochodem, Bóg wie po co, a teraz... 

– 

Przywlokłeś?  Przecież  nie  mogłaś  już  doczekać  się 

chwili,  w  której  wreszcie  wydostaniesz  się  z  tego  biura. 

Patrzyłaś na mnie łakomie, jak kot na talerzyk śmietanki. 

– Wcale nie! Ja tylko... 
– 

Chodź tu – powiedział, biorąc ją w ramiona. – Tak, teraz 

lepiej.  Całkiem  jak  za  dawnych,  dobrych  czasów, znowu 

pięknie się kłócimy! 

– 

Za  złych  dawnych  czasów  –  poprawiła,  próbując  bez 

przekonania wydostać się z jego ramion. Tak dobrze się czuła, 

stojąc blisko niego. 

– 

Nie uważam, żeby były aż takie złe. – Przesunął dłonią 

po jej plecach i popatrzył głęboko w oczy. – Ten weekend to 

były najpiękniejsze dni w całym moim życiu. 

background image

– 

To  było  szaleństwo  –  powiedziała  z  bijącym  mocno 

sercem. 

– 

Tak. Wspaniałe szaleństwo. – Objął dłońmi jej pośladki i 

przytulił mocniej do siebie. – Powiedziałaś, że tego nie lubisz. 

– T

o prawda. Nie lubię. 

– 

Kłamczucha. Jak tylko zacząłem mówić o bezpiecznej 

lokacie  kapitału,  widziałem  wyraźnie,  jak  światełko 

zainteresowania gaśnie w twoich pięknych brązowych oczach. 

Ale teraz to światełko znów się pali, Adrienne. Wystarczy ci 

jedna mała katastrofa, i już żyjesz pełnią życia, rozkoszując się 

każdą chwilą. 

– 

I ty myślisz, że ja to lubię? Samoloty, które się rozbijają, 

mężczyzn wymachujących dubeltówką, płonące samochody? 

– 

Myślę,  że  to  uwielbiasz.  Cała  ta  bajeczka  o  lokatach 

kapitału  śmiertelnie  cię  znudziła.  No,  powiedz  prawdę. 

Szczerze. 

–  Zaraz, zaraz. Bajeczka? – 

Odchyliła  się,  ale  tak 

naprawdę wcale nie starała się wyrwać z jego silnych ramion. 

– 

Tak. Jak już powiedział ci Jack, pożyczyłem samochód, 

wybrałem tę restaurację i obmyśliłem całe mnóstwo nudnych 

tematów  do  rozmowy,  żeby  sprawdzić,  czy  to  ci  naprawdę 

odpowiada.  To  było  cudowne  widzieć  jak  na  dłoni,  że  nie 

podoba ci się taki typ mężczyzny. Właśnie mnie za to chciałaś 

surowo skarcić, kiedy samochód się zapalił. 

– 

Wszystko zmyśliłeś? – Adrienne poczuła panikę. Jeżeli 

Matt wciąż ma stary samolot, jeżeli nie zmienił się ani na jotę, 

będzie musiała trzymać się na baczności. 

– Nie wszystko. 
– 

Więc  co  jest  prawdą?  –  Adrienne  odrobinę  się 

rozluźniła. 

– 

Sprzedałem  samolot,  jak  tylko  wyciągnęliśmy  go  z 

kanionu. Twoja rada była słuszna. Razem z Archiem chcemy 

ulokować  te  pieniądze,  ale  zależy  nam  na  jak  najwyższym 

zysku  w  jak  najkrótszym  czasie.  Budujemy  lądowisko,  będę 

tam  woził  turystów,  a  Archie  będzie  ich  zabierał  na 

poszukiwanie złota. 

W  oczach  Matta  błyszczało  znów  to  samo  podniecenie, 

radość  życia,  którą  tak  podziwiała  i  kochała.  Coś  się  jednak 

zmieniło. Adrienne wzięła głęboki oddech. 

– 

Czy... Czy corvetta była ubezpieczona? 

– 

Tak. Wstyd przyznać, ale twoje uwagi miały zbawienny 

background image

wpływ. 

– 

Ale  ty  mnie  oszukałeś!  –  zaprotestowała  Adrienne, 

starając się wzbudzić w sobie szczere oburzenie. – Biorąc pod 

uwagę  to,  jak  ukartowałeś  nasze  dzisiejsze  spotkanie, 

powinnam... 

– 

Powinnaś  pozwolić  mi  się  pocałować.  Wiem,  że  tego 

właśnie  pragniesz.  –  Głos  Matta  stał  się  miękki  i  czuły.  – 

Adrienne, powiedz mi, szczerze. Czy kiedykolwiek czułaś do 

kogoś to, co czuliśmy do siebie w tamten weekend? 

– 

Taką złość? Nie, nigdy. 

– 

I taką namiętność, i miłość? 

Patrzyła na niego w milczeniu. Nie, nigdy przedtem nie 

czuła takiej miłości. I wciąż ją czuje. 

– 

Przez  ten  weekend  nauczyliśmy  się  nawzajem,  jak 

bardzo  można  kochać  –  powiedział.  –  Nie umiem tego 

zapomnieć.  Potrzebuję  ciebie  i  jestem  na  tyle  szalony,  by 

sądzić, że ty też mnie potrzebujesz. 

– Matt, ja nie wie

m. Tak bardzo się różnimy. 

– 

Ale  to  jest  właśnie  najpiękniejsze.  Jesteśmy  do  siebie 

podobni  w  niektórych,  najważniejszych  rzeczach.  Oboje 

jesteśmy odważni i lojalni. Oboje lubimy, żeby się wokół nas 

coś działo. Czy beze mnie nie było ci trochę nudno? 

– Tro

szeczkę – przyznała Adrienne. 

– 

A może trochę bardziej niż troszeczkę? 

– No, dobrze, ale... 
– 

To tylko chciałem wiedzieć. Słuchaj, zarezerwowałem 

pokój w Sheratonie. Zamówiłem pościel w różyczki. Jedziemy 

tam. Teraz. 

– 

Dokąd? 

– 

Mamy  spore  zaległości.  Musi  nam  być  przy  tym 

wygodnie. 

– 

Matt, to bardzo kosztowne. To szaleństwo – Adrienne 

poczuła, że rozpala się w niej płomień pożądania. 

– 

Właśnie. Ale na pewno ci się spodoba. 

– 

Ale ja muszę wrócić do biura – powiedziała, próbując po 

raz ostatni zaprot

estować. – Niedługo zamyka się giełda. 

– 

Wcale  cię  nie  obchodzi  ani  giełda,  ani  praca  – 

oświadczył, patrząc jej głęboko w oczy. – Na pewno nie w tej 

chwili. Pragniesz dokładnie tego samego, co i ja. 

– Wcale nie! – 

skłamała, wiedząc doskonale, że na pewno 

n

ie wróci dziś do biura ani nie pojedzie do Utah. 

background image

–  Wcale... nie – 

powiedziała  ciszej,  gdy  Matt  pochylił 

głowę i przesunął wargami po jej ustach. 

– 

Co powiedziałaś? – zamruczał. 

– Tak – 

wyszeptała. 

– 

Zapamiętaj  to  słowo  –  powiedział  z  ustami  przy  jej 

twarzy. – 

Będzie ci znowu potrzebne naprawdę niedługo. 

– 

Potem  pocałował  ją,  a  Adrienne  z  westchnieniem 

odwzajemniła pocałunek, oddając mu się na całe życie, życie 

pełne zaufania, miłości... oraz miliona grzesznych rozkoszy. 

 


Document Outline