background image

ALFRED HITCHCOCK

TAJEMNICA 

ŚMIERTELNEJ PUŁAPKI

 

PRZYGODY TRZECH DETEKTYWÓW

(Przełożyła: ANNA IWAŃSKA)

background image
background image

Słowo wstępne Alfreda Hitchcocka

Witajcie, miłośnicy tajemniczych opowieści.
Oto kolejne przygody Trzech Detektywów — trzech chłopców, którzy specjalizują się w 

rozwiązywaniu niezwykłych  zagadek. Tym  razem będziecie im towarzyszyć  w wyprawie do 
odległego   miasteczka   w   stanie   Nowy   Meksyk,   gdzie   w   wymarłej   kopalni   pewien   nieżywy 
człowiek czeka, by zdradzić sekret kogoś z żyjących... i gdzie pewna tajemnicza kobieta... — ale 
wybiegam zbyt daleko naprzód.

Jeśli nie spotkaliście dotąd Trzech Detektywów, pozwólcie mi powiedzieć, że przywódca 

zespołu,  Jupiter   Jones  to   pulchny  chłopiec   o  doskonałej   pamięci  i   zdumiewającej  zdolności 
dedukcji.   Pete   Crenshaw   jest   szybki   i   wysportowany,   lecz   ostrożność   zmusza   go   do 
przeciwstawiania się Jupiterowi i jego skłonności do pakowania się w kłopoty. Bob Andrews, 
najbardziej zrównoważony z całej trójki, prowadzi całą dokumentację zespołu.

Chłopcy   mieszkają   w   Kalifornii,   w   Rocky   Beach,   na   przedmieściu   Los   Angeles,   ale   w 

poszukiwaniu tajemnic i niezwykłych historii nie stronią od dalekich podróży.

Tyle wstępu. Czas przejść do rozdziału pierwszego i naszych przygód.

Alfred Hitchcock

background image

Rozdział 1

Zaproszenie

— Hej, Jupe! Zgadnij, kto cię szuka! — zawołał Pete Crenshaw, gdy tylko wsunął się przez 

otwór w podłodze do Kwatery Głównej Trzech Detektywów.

— Nie muszę zgadywać. Wiem, kto mnie szuka — Jupiter Jones odchylił się na oparcie 

krzesła, które zatrzeszczało pod jego ciężarem, i ciągnął dalej z właściwą mu dokładnością: — 
Ciocia Matylda wstała dziś o szóstej rano, zrobiła solidne śniadanie i wysłała wujka Tytusa na 
wyprzedaż staroci w Oxnard. Stąd prosty wniosek, że planuje pracowicie spędzić ten dzień.

Spojrzał na zegarek.
— Jest dokładnie pierwsza piętnaście. Z twego pytania wnoszę, że wujek Tytus już wrócił po 

dokonaniu   zakupów   w   Oxnard   i   ciocia   Matylda   życzy   sobie,   żebym   pomógł   rozładować 
ciężarówkę.

— Jupiterze, jesteś geniuszem! — zaśmiał się Bob Andrews.
Był to szczupły chłopiec w okularach. Stał oparty o szafkę na akta i przeglądał jakieś notatki.
Chłopcy   znajdowali   się   w   starej,   uszkodzonej   przyczepie   kempingowej,   którą   dostali   w 

prezencie od wujostwa Jupitera i którą przeznaczyli na siedzibę klubu. Stała w odległym kącie 
składu złomu Jonesa, ukryta za stertami starych sztab, dźwigarów i innych żelaznych rupieci. 
Skład złomu był ruchliwym miejscem. Zapełniały go sterty pospolitego żelastwa, ale znajdowały 
się   tu   również   rozmaite   niezwykłe   rzeczy,   ocalone   z   wyburzonych   domów:   stare   zegary 
słoneczne, marmurowe wanny, rzeźbione odrzwia i witraże. Wujostwo Jupitera nie zwracali już 
żadnej   uwagi   na   przyczepę   w   kącie   placu,   zbyt   zajęci   czyszczeniem,   sortowaniem, 
składowaniem towaru i obsługą klientów, ściągających zewsząd w poszukiwaniu trudnych do 
zdobycia przed miotów.

Chłopcy uczynili z przyczepy główną siedzibę swej firmy detektywistycznej. Urządzili w niej 

malutkie laboratorium i ciemnię fotograficzną oraz biuro, w którym oprócz zniszczonego biurka 
i   krzeseł   był   telefon   i   duża   szafka   na   akta.   Zawierały   one   sprawozdania   ze   wszystkich 
dochodzeń, jakie prowadzili, starannie zapisane przez Boba. Jupiter, przywódca zespołu, spędzał 
tu większość wolnego czasu i dumając nad tajemniczymi sprawami, gimnastykował swój bystry 
umysł.

Jupiter był dumny ze swej niesłychanej zdolności dedukcyjnego myślenia. Nachmurzył się 

więc, gdy Pete i Bob wyśmiali jego rozumowanie.

— To nie ciocia Matylda mnie szuka? — zapytał.
— Nie narzekaj — powiedział Pete. — Wiesz, co by to oznaczało, gdyby cię szukała ciocia 

Matylda. Pracę! Nie, byłem rano na targu i wpadłem na Allie Jamison.

Jupe wyprostował się gwałtownie. Bob przestał przewracać kartki i otworzył szeroko oczy. 

Allie Jamison, córka jednego z najbogatszych ludzi w Rocky Beach, była ich klientką zeszłego 
lata. W sprawie, którą nazwali „Tajemnicą śpiewającego węża”, pomogli jej pozbyć się z domu 
złowrogiego gościa i ujawnili diabelski spisek. Ale ich znajomość z dziewczynką nie rozwinęła 
się w bliższą zażyłość. Allie była zapalczywa, musiała zawsze postawić na swoim i nie stroniła 
od mijania się z prawdą, gdy jej to było na rękę.

— Masz ci los! — powiedział w końcu Jupe. — Myślałem, że spędza lato u wujka w Nowym 

Meksyku. Państwo Jamison wyjechali do Japonii i dom jest zamknięty!

Pete skinął głową.

background image

— Wiem.  Ale właśnie przyjechała  do Rocky Beach. Mówiła mi,  że muszą  zabrać jakieś 

rzeczy z domu, a poza tym wujek ma tu pewne sprawy do załatwienia. Coś ją drąży. Aż rozsadza 
ją jakaś ważna wiadomość i zamierza przyjść przed wyjazdem, żeby się nią z nami podzielić.

Bob westchnął.
— A lato zapowiadało się tak spokojnie.
— Nie przejmuj się — powiedział Jupiter. — Allie wyjedzie, i to szybko, miejmy nadzieję. 

Pete, jak długo miała tutaj zostać?

— Tylko do jutra! — odpowiedział mu ktoś spoza zasłony, oddzielającej laboratorium od 

biura. Pete jęknął, gdy zasłona rozsunęła się i ukazała się uśmiechnięta Allie Jamison. Wyglądała 
jak mały jeździec z rodeo, ubrana w wypłowiałe dżinsy i kowbojską koszulę. Była opalona, a jej 
długie, brązowe włosy pojaśniały od słońca.

— Nie cieszycie się, że mnie widzicie? — zapytała niewinnie, ale w jej piwnych oczach 

zapaliły się złośliwe chochliki.

— Jak się tu dostałaś? — zapytał Pete.
Allie roześmiała się. Podeszła do biurka, podciągnęła się na nie i założyła nogę na nogę.
—   Weszłam   przed   wami   wszystkimi.   Na   tylnym   płocie   składu   jest   malowidło 

przedstawiające wielki pożar San Francisco. Płomieniom przygląda się tam mały piesek.

Jupiter zgarbił się ze znużeniem.
— A w oku pieska jest sęk. Wtyka się weń palce, zwalnia sprężynę wewnątrz płotu i deski się 

rozsuwają.

Jupiter   mówił   o   Furtce   Czerwonego   Korsarza,   jednym   z   kilku,   zmajstrowanych   przez 

chłopców, sekretnych wejść do składu.

—   Tym   razem   masz   rację   —   powiedziała   Allie.   —   Zeszłego   lata   obserwowałam   was, 

chłopaki, setki razy, jak otwieraliście tę furtkę, i nie trzeba być Einsteinem, żeby wpaść na to, że 
macie tu sekretną kryjówkę.

— Dalej, Allie, podokuczaj nam jeszcze — wtrącił Pete. — Powiedz, jak tu weszłaś.
Allie kontynuowała z wyraźną Satysfakcją:
— Nie jesteście tacy sprytni, jak się wam wydaje! Zaraz za tą furtką jest sterta złomu, a na 

niej tabliczka z napisem „biuro” i ze strzałką. Ale ona nie wskazuje w kierunku biura składu. 
Domyśliłam się, że prowadzi do waszej siedziby, detektywi. I miałam rację! Po prostu poszłam 
za  strzałką  przez   złom  i  wylądowałam  przed  tą   przesuwaną  płytą   — wskazała  tylną   ścianę 
przyczepy. — Nie chcę się chwalić, ale niezły ze mnie detektyw.

— Musimy założyć zamek na tę płytę — powiedział Jupe.
— I zdjąć tę tabliczkę — dodał Pete.
— Nie trudźcie się. Jutro wyjeżdżam i nie obchodzą mnie wasze głupie sekrety. — Allie 

zadarła zuchwale nos. — Poza tym mam poważniejsze sprawy na głowie.

— Co, na przykład? — zapytał Pete.
Allie pochyliła się do nich z przejęciem.
— Mam sprawę do rozpracowania. Zamierzam przeprowadzić dochodzenie, tak jak wy, i nie 

dopuścić, by mojemu wujkowi Harry’emu mydlono oczy.

— Ach tak? — zdziwił się Jupe. — Twój wujek nie jest w stanie sam o siebie zadbać?
Allie zrobiła poważną minę.
—   Mój   wujek,   Harrison   Osborne,   jest   naiwniakiem!   Zrobił   fortunę   na   akcjach   przed 

przejściem na emeryturę i kupił plantację choinek w Nowym Meksyku. Ale jeśli chodzi o ludzi, 
jest zupełnym głupkiem!

— Za to z ciebie tęga mądrala — zaśmiał się Pete.

background image

— Potraf się wyczuć fałsz w człowieku — odparła. — Mój wujek kupił ziemię, która kiedyś 

należała do holdingu kopalń. Jest tam kopalnia, która nazywa się „Śmiertelna Pułapka”.

— Wspaniała nazwa — kpił Pete. — Co było w tej kopalni? Kości dinozaura?
— Srebro. Teraz jest zamknięta, gdyż srebro zostało już z niej całkowicie wybrane. Kopalnia 

nazywa się tak dziwnie, ponieważ kiedyś zabłąkała się tam jakaś kobieta; wpadła do szybu i 
zabiła się. Niektórzy starzy ludzie w Twin Lakes, tak nazywa się miasto, przy którym wujek 
Harry ma posiadłość, mówią, że duch kobiety wciąż straszy w kopalni. Oczywiście nie wierzę w 
ani jedno słowo z tych opowieści, ale tam rzeczywiście działa pewien upiór. To facet, który kupił 
od mego wujka kopalnię wraz z przylegającą ziemią.

Opalona twarz Allie poczerwieniała ze złości.
— On coś knuje. Prowadzi jakąś grę. Wiecie, on się urodził w Twin Lakes.
— Czy to zbrodnia? — zapytał Bob zdziwiony.
— Nie. Ale jest coś dziwnego w facecie, który rodzi się w danym mieście, opuszcza je jako 

malutkie dziecko, po wielu, wielu latach wraca jako milioner i zgrywa się, jak to się cieszy, że 
wrócił   do   domu.   Tylko,   że   przyjacielski   jest   jak,   nie   przymierzając,   grzechotnik.   Poza   tym 
otworzył tę kopalnię. Wejście było zamknięte żelazną kratą. Zdjął ją i kupił obronnego psa. 
Czego można pilnować w nieczynnej kopalni? Facet paraduje wokół w nowiutkich dżinsach i ma 
nawet kask taki, jakie noszą robotnicy budowlani. To wszystko się nie trzyma kupy. On ma 
wymanikiurowane paznokcie!

Allie urwała. Chłopcy milczeli, więc podjęła swój monolog:
— Nikogo nie dopuszcza w pobliże kopalni. To mi się wydaje podejrzane. Prowadzi jakiś 

ciemny interes tuż pod nosem mojego wujka, a ja zamierzam wykryć jaki.

— Powodzenia! — powiedział Pete.
— Allie! — dobiegło ich czyjeś dalekie wołanie.
Bob   podszedł   do   peryskopu,   który   Jupe   zmajstrował   i   zainstalował   na   dachu   przyczepy. 

Dzięki niemu chłopcy mogli widzieć, co dzieje się na zewnątrz, sami pozostając niewidoczni. 
Bob przyłożył oko do peryskopu i rozejrzał się ponad stertami złomu.

— Przy bramie stoi siwowłosy mężczyzna z wielkimi wąsami. Rozmawia Z ciocią Jupe’a.
— To wujek Harry — Allie ześliznęła się z biurka. — Powiedziałam mu, że będę w składzie 

złomu. Chcecie go poznać chłopcy? Jest miły, bardzo go lubię.

Zdecydowanym   krokiem   wyszła   z   przyczepy   przez   przesuwaną   płytę.   Chłopcy   za   nią, 

powściągając tryumfalne uśmiechy. To nie było jedyne sekretne wejście do Kwatery Głównej. 
Na szczęście dziewczynka nie odkryła najważniejszego — klapy w podłodze biura. Wraz z Allie 
przedostali się do głównej bramy.

—   No   proszę!   —   zawołała   na   ich   widok   ciocia   Matylda.   —   Wiedziałam,   że   gdzieś   tu 

jesteście. Ach, Allie! Jak to miło znowu cię widzieć.

— To ja bardzo się cieszę, że panią widzę — odparła Allie jak dobrze wychowana panienka. 

— Wujku, poznaj Jupitera Jonesa, Boba Andrewsa i Pete’a Crenshawa.

— Cześć — Harrison Osborne uścisnął Jupiterowi dłoń i skinął głową Bobowi i Pete’owi. — 

A więc to wy jesteście Trzema Detektywami. Allie mówiła mi o was.

— Nic dobrego, możecie być pewni — wtrąciła Allie.
Chłopcy   zignorowali   jej   słowa.   Jupe   sięgnął   do   kieszeni   i   wyciągnął   wizytówkę,   którą 

wręczył panu Osborne’owi.

— Gdyby kiedykolwiek potrzebował pan naszych usług...
Pan Osborne odczytał:

background image

TRZEJ DETEKTYWI

Badamy wszystko 

???

Pierwszy Detektyw . . . . . . . . Jupiter Jones

Drugi Detektyw . . . . . . . . . Pete Crenshaw 

Dokumentacja i analizy . . . . . Bob Andrews

Następnie zwrócił kartę Jupiterowi.
— Co oznaczają znaki zapytania? — zagadnął.
— Znak zapytania jest uniwersalnym symbolem nieznanego — odparł Jupe. — Trzy pytajniki 

na naszej karcie związane są z Trzema Detektywami, to nasz znak firmowy. Specjalizujemy się 
w rozwiązywaniu różnych zagadek, tajemnic lub niejasnych spraw, które są nam powierzane.

Pan Osborne roześmiał się.
— Wątpię, bym w Twin Lakes kiedykolwiek potrzebował detektywów, ale... — zamyślił się 

nagle — ale przydałoby mi się na ranczu trzech takich silnych chłopców jak wy. Poza tym Allie 
powinna mieć towarzystwo rówieśników... Powiedzcie mi, chłopcy, czy przycinaliście kiedyś 
drzewa?

— Czy przycinaliśmy drzewa? — powtórzył Bob. — No pewnie.
— Świetnie. Trzeba poprzycinać choinki, żeby miały należyty kształt na Boże Narodzenie. 

Mam trudności ze znalezieniem pracowników w Twin Lakes. Co byście powiedzieli o wyprawie 
na ranczo jutro rano, ze mną z Allie?

Tu zwrócił się do cioci Matyldy:
— Chętnie wziąłbym chłopców na jakieś dwa tygodnie, jeśli nie ma pani nic przeciw temu. 

Mamy mnóstwo miejsca w domu, będę im płacił za godzinę tyle, ile bym zapłacił miejscowym 
pracownikom.

Ciocia Matylda zastanawiała się, pełna wątpliwości.
— Czy ja wiem? Myślałam o usunięciu tych stert złomu tam, w rogu, jeszcze w tym tygodniu. 

Zajmują tylko miejsce.

Chłopcy przerazili się. Ciocia Matylda zamierzała usunąć złom, który osłaniał ich Kwaterę 

Główną! Jupe pomyślał szybko, że bez nich nigdy nie weźmie się do tej roboty.

—   Ciociu,   strasznie   chciałbym   pojechać   z   Allie   i   jej   wujkiem.   Miałbym   jakieś   nowe 

doświadczenia.

— A nowe doświadczenia są pożyteczne! — powiedziała Allie ze śmiechem. — Poza tym, w 

Twin Lakes możecie napotkać jakąś tajemnicę, i będzie zabawa!

Jupe nagle zrozumiał, że Allie podstępnie sprowokowała to zaproszenie. Zastawiła na nich 

pułapkę, żeby zyskać ich pomoc w swojej sprawie.

— Może być fajnie — przystał Pete. — Myślę, że rodzice mnie puszczą.
Bob również zdawał się mieć ochotę.
— Na pewno będę mógł się zwolnić z mojej pracy w bibliotece. Nie ma tam teraz ruchu.
— No dobrze — zgodziła się ciocia Matylda.
Harrison Osborne uścisnął jej dłoń.
— Obiecuję nie przemęczać chłopców.
— O to się nie martwię — odpowiedziała ciocia Matylda. — Niełatwo ich zagonić do pracy. 

Znajdą więcej wykrętów niż stonoga ma nóg.

background image

Rozdział 2

Gromkie po witanie

— Jesteśmy w Twin Lakes — oświadczył Harrison Osborne.
Duży, klimatyzowany samochód zwolnił. Odbyli nim podróż poprzez pustynię Arizony aż po 

wzgórza południowo-zachodniego Nowego Meksyku. Na wprost utwardzonej asfaltem drogi, 
chłopcy zobaczyli zieloną dolinę położoną między dwoma pasmami zalesionych gór. Od drogi 
odbiegały piaszczyste ulice, a przy nich stały rzędy małych, drewnianych domów. Przy samej 
drodze znajdowało się kilka budynków — sklep spożywczy, apteka, redakcja lokalnej gazety i 
malutki, rozsypujący się sklep z artykułami żelaznymi. Pośrodku miasta imponująco wznosił się 
dwupiętrowy, ceglany budynek sądu. Dalej była stacja benzynowa, a za nią miejscowa straż 
pożarna.

— Pożar! — krzyknął nagle Pete, wskazując na coś poza miastem. Kłęby dymu wznosiły się 

w czyste, popołudniowe niebo.

— Bez paniki — powiedziała siedząca z przodu Allie. — To tylko dym z komina w tartaku.
— Dawniej wielką rolę odgrywały tu kopalnie — wyjaśnił wujek Harry.
— Teraz są nieczynne i tylko tartak utrzymuje miasto przy życiu. Pozostała tylko obróbka 

drewna. Czterdzieści pięć lat temu Twin Lakes było miastem pełnym zgiełku, ale te czasy już 
minęły.

— Jest to ostatnie miejsce, gdzie przyjechałbym robić ciemne interesy — powiedział Pete.
Harrison Osborne odwrócił na chwilę wzrok od drogi.
—   Ciemne   interesy?   Allie,   czy   opowiedziałaś   chłopcom   jedną   z   twoich   zwariowanych 

historii?

Allie patrzyła wprost przed siebie.
—   Allie?   —   Wujek   Harry   zatrzymał   samochód,   żeby   przepuścić   kobietę   w   dżinsach   i 

kraciastej koszuli.

— Powiedziałam im tylko, że Wesley Thurgood to fałszywy typ, i jest to prawda, wujku!
Wujek Harry ni to  roześmiał  się, ni  to parsknął  gniewnie. Trzymając  nogę  na hamulcu, 

odwrócił się do chłopców.

—   Wiem,   że   jesteście   detektywami-amatorami,   ale   nie   zamierzam   niepokoić   Wesleya 

Thurgooda. Jest naszym sąsiadem, a ja z sąsiadami chcę żyć dobrze. Thurgood cieszy się dobrą 
reputacją. Zrobił duże pieniądze na handlu nieruchomościami i osiadł w Twin Lakes, bo stąd 
pochodzi. Urodził się tuż przed zamknięciem kopalni. Wkrótce potem jego rodzice wyjechali 
stąd. Jak mi mówił, w chłopięcych latach nasłuchał się ekscytujących historii o czasach rozkwitu 
Twin Lakes. Kupił Śmiertelną Pułapkę, ponieważ jego ojciec kiedyś w niej pracował. Nie widzę 
w tym nic niezwykłego.

— A dlaczego znowu kopalnię otworzył? — zapytała Allie z całą godnością, na jaką było ją 

stać.

— To nie nasza sprawa — uciął wujek Harry. — Z pewnością nie po to, żeby dzieciaki się 

tam pętały, szukając guza. Thurgood to człowiek w stu procentach uczciwy. Sprawdzałem go i 
zrobił to też mój bank. To milioner. Vanderbilt przy nim to szczeniak!

Odwrócił się do chłopców z uśmiechem.
— Allie jest skora do wydawania pochopnych opinii o ludziach. Zawzięła się na Thurgooda, 

bo kiedy próbowała obejrzeć kopalnię, wziął ją za kołnierz i odstawił do domu. Bardzo słusznie. 

background image

Kopalnia nazywa się „Śmiertelna Pułapka”, ponieważ przed laty podczas podobnej ekspedycji 
zabiła się tam pewna kobieta.

Pete wybuchnął śmiechem.
— Allie! Nie mówiłaś nam, że Thurgood cię tak potraktował!
— Och, zamknij się! — głos Allie drżał z gniewu.
Jupe wyobraził sobie dumną dziewczynkę odstawianą ciupasem do domu, i zachichotał.
— To oszust, mówię wam! — krzyknęła Allie.
—   Może   jest   tylko   ekscentrykiem   —   powiedział   Jupe.   —   Bogaci   ludzie   bywają 

ekscentryczni.

— A to nie przestępstwo — dodał wujek Harry, zdejmując nogę z hamulca. — Nie chcę, 

Allie, żebyś go znowu niepokoiła. To samo dotyczy was, chłopcy.

Samochód skręcił z utwardzonej drogi i potoczył się, podskakując, Przez drewniany most, 

rozpięty nad maleńkim wodospadem między dwoma jeziorami. Były nie większe niż stawy. 
Chłopcy domyślili się, że to od nich miasto wzięło swą nazwę. Dalej droga nie była utwardzona i 
samochód wzbijał tumany kurzu. Około mili za mostem, po lewej stronie drogi, Ciągnęło się 
pole obsadzone młodymi drzewkami iglastymi. Dalej była otwarta brama, a naprzeciw niej stało 
kilka   małych   domów.   Jeden   z   nich   świeżo   pomalowano,   inne   wyglądały   na   zapuszczone   i 
opustoszałe.   Wysoka,   chuda   kobieta   podlewała   ogród   przy   zadbanym   domu.   Wujek   Harry 
zwolnił i zatrąbił.

— To pani Macomber — powiedziała Allie.
Kobieta uśmiechnęła się i pomachała do nich. Nosiła ciemne, luźne spodnie, białą koszulę i 

masywny,   srebrny   naszyjnik   indiański   z   turkusami.   Kiedy   poszła   zakręcić   wodę,   chłopcy 
zauważyli, że mimo srebrnych nitek we włosach i co najmniej sześćdziesiątki, porusza się z 
lekkością młodej dziewczyny.

— Urodziła się tu w czasach rozkwitu miasta — mówiła Allie. — Wyszła za mąż za zarządcę 

kopalni. Po jej zamknięciu, wyjechali z Twin Lakes. Kiedy zmarł jej mąż, pracowała w Phoenix 
i   oszczędzała,   żeby   tu   wrócić   i   kupić   dom,   w   którym   mieszkała   jako   młoda   mężatka.   Te 
zniszczone małe domy też do niej należą, ale z nich nie korzysta.

— Więc jej dzieje niewiele odbiegają od losów Wesleya Thurgooda —zauważył Bob.
— Nie o to chodzi — burknęła Allie. — Pani Macomber jest bardzo miła.
— Właśnie o to chodzi, że Twin Lakes jest świetnym miejscem do życia, kiedy się jest na 

emeryturze — powiedział wujek Harry. Zatrzymał  samochód przed otwartą bramą i wskazał 
strome góry obrzeżające zachodni skraj doliny. Jakieś kilkaset metrów dalej chłopcy dostrzegli 
otwór w stoku po lewej stronie. Był to obramowany drewnem kwadrat.

— To kopalnia „Śmiertelna Pułapka”. Pan Thurgood mieszka w tej chacie obok. Za nią stoi 

duży budynek, który kiedyś służył pracom związanym z wydobyciem.

Chłopcy kiwali głowami,  a wujek Harry wjechał przez bramę  na wąską, wyboistą drogę 

dojazdową. Po obu jej stronach ciągnęły się rzędy małych choinek. Samochód minął ogrodzone 
pastwisko po prawej stronie dojazdu. Pasły się tam cztery konie, wśród nich dorodna klacz 
należąca do Allie, nazywana przez dziewczynkę Królową Indiańską. Dalej, na polanie między 
niskimi drzewami stał po lewej stronie nowy, piękny dom. Był czerwony z nieskazitelnie białym 
lamowaniem. Na końcu dojazdu widniała wiekowa szopa, zapadnięta i od lat nie malowana.

Wujek Harry zatrzymał samochód przed frontowym wejściem nowego budynku, ziewnął i 

przeciągnął się.

— Nareszcie w domu.
Wszyscy wysiedli i chłopcy stali chwilę, rozglądając się wokół. Przed stodołą stał zakurzony 

background image

pikap. Z drugiej strony domu widać było skraj zagrodzonego podwórka, gdzie grzebały w ziemi 
gdaczące kury.

Wujek Harry, który wygramolił się zza kierownicy nieco zesztywniały, wskazał podwórko.
—   Lubię   świeże   jajka.   Poza   tym   budzić   się   rano   i   słyszeć   gdakanie   kur   —   to   bardzo 

uspokajające. A budzę się naprawdę wcześnie, bo kogut uważa, że jest osobiście odpowiedzialny 
za rozpoczęcie dnia.

Ledwie wymówił te słowa, gdy za domem odezwał się kogut. Nie piał — skrzeczał. W 

ułamku sekundy zawtórowało mu gdakanie, pisk i trzepot skrzydeł. Po chwili huknął strzał.

Pete   krzyknął   i   rzucił   się   na   ziemię,   zakrywając   rękami   głowę.   Jupe   i   Bob   skoczyli   za 

samochód.

Jakiś duży, czarny stwór wypadł z podwórka i biegł susami wprost na Jupitera. Jupe zdążył 

tylko zobaczyć błysk białych zębów i czarnych oczu. Stwór skoczył na niego, powalił go na 
ziemię, dał susa ponad nim i znikł między choinkami.

background image

Rozdział 3

Tajemniczy milioner

— Witajcie w cichym zakątku! — śmiała się Allie, gdy na ranczu znów zapanował spokój.
Pete usiadł i mruknął:
— Co to było, u licha?
— To tylko ten potwór, pies obronny Wesleya Thurgooda, wybrał się znowu na kury — 

odpowiedziała   Allie.  —  Usiłuje  zrobić  podkop  pod ogrodzeniem  podwórka.  Kury  podnoszą 
wrzask, wybiega Magdalena i wali w niebo ze swojej dubeltówki. Jeśli ten pies się nie opamięta, 
ona przestanie strzelać w powietrze i nadzieje mu ogon śrutem.

— Kto to jest Magdalena? — zapytał Bob.
— Moja gosposia — wyjaśnił wujek Harry.
Zza domu wyszła zażywna czarnowłosa Meksykanka. Nosiła suknię z szorstkiej bawełny, 

haftowaną wokół dekoltu i na rękawach w barwne kwiaty. W ręku dzierżyła strzelbę myśliwską.

— Señor Osborne! — zawołała. — Allie! Cieszę się, że jesteście z powrotem. Za spokojnie 

tutaj bez was.

Harrison Osborne zaśmiał się.
— Ożywiłaś więc atmosferę na swój sposób.
Magdalena nachmurzyła się.
— To przez tego złodzieja.
—   Nie   przejmuj   się   —   powiedział   wujek   Harry.   —   Strzelaj   nadal   z   dubeltówki,   a 

sporządnieje. To są przyjaciele Allie, Magdaleno. Jupiter Jones, Bob Andrews i Pete Crenshaw. 
Zostaną u nas przez dwa tygodnie.

Czarne oczy Magdaleny rozbłysły.
— Och, to bardzo dobrze. Miło będzie mieć tu więcej młodych  ludzi. Wyciągnę steki z 

zamrażalnika. Jesteście pewnie głodni po podróży — powiedziała i znikła w domu.

— Mam nadzieję, ze rzeczywiście jesteście głodni — Zwrócił się wujek Harry do chłopców 

— Magdalena nie lubi, żeby jedzenie skubać jak ptaszek.

— Nie ma obawy! — zapewnił go Jupe gorąco.
Wujek Harry zabrał się do wyładowywania walizek z bagażnika i ustawiania ich na ganku. 

Chłopcy pospieszyli z pomocą. W parę minut zataszczyli swoje bagaże do domu, a potem na 
piętro do dużego pokoju ze składanymi łóżkami, który znajdował się nad przestronnym salonem. 
Allie miała swój pokój obok sypialni wujka na parterze. Magdalena zaś własne mieszkanko za 
kuchnią.

— Może chcecie się umyć? — zawołał do nich wujek Harry, gdy zaczęli się rozpakowywać. 

— Nie marudźcie długo. Chętnie pokazałbym wam wszystko przed obiadem.

Pete natychmiast zaniechał układania swoich rzeczy w ściennej szafie.
— Możemy rozpakować się później — powiedział i skierował się do łazienki po drugiej 

stronie podestu.

Wkrótce   Allie,   chłopcy   i   wujek   Harry   szli   przez   drogę   pod   błękitnym   niebem   Nowego 

Meksyku. Allie, zaopatrzona w dwie kostki cukru, pobiegła przodem.

— Chodź, moja Królewno — zawołała. Klacz zarżała i podbiegła galopem do ogrodzenia. 

Allie objęła jej szyję, a klacz podrzucała głową, parskając radośnie.

— Oderwać Allie od jej konia, nawet na dwa dni, nie było łatwo — powiedział pan Osborne. 

background image

— Chodźcie. Chcę wam pokazać maczety, których używamy do przycinania.

— Maczety? — powtórzył Pete. — To są duże noże, prawda?
Wujek Harry skinął głową.
—   Tak,   w   książkach   przygodowych   bohaterowie   używają   ich,   by   przedrzeć   się   przez 

dżunglę.

Poprowadził chłopców do rozklekotanej szopy. Poczuli zapach siana. Leżało w jednym kącie, 

powiązane w małe snopki. Na kółkach w ścianie wisiały zwoje gumowych węży do podlewania. 
Łopaty, nożyce i motyki były porządnie ustawione koło warsztatu, na którym umocowany był 
kamień szlifierski. Nad warsztatem wisiał stelaż z wielkimi ostrymi nożami.

— W domu do przycinania używamy zawsze nożyc — powiedział Pete.
— Przycięcie nożycami tysięcy choinek zajęłoby zbyt wiele czasu. Przy tym maczetą można 

wziąć dobry rozmach. — Wujek Harry ujął jeden z Wielkich noży, odsunął się od chłopców i 
zademonstrował. — Drzewka nie rosną naturalnie w idealnym kształcie choinek. Kiedy trzy lata 
temu kupiłem tę posiadłość, myślałem, że wystarczy posadzić malutkie drzewka i czekać, aż 
urosną.   Ale   one   wymagają   dużo   zachodu.   Trzeba   nawadniać   plantację,   niszczyć   chwasty   i 
przycinać drzewka. Patrzysz na nie i wyobrażasz sobie, jak powinno wyglądać jako świąteczna 
choinka. Ładna, stożkowata, pełna na dole, smukła u wierzchołka. Wtedy trzeba się zamachnąć i 
poprowadzić w ten sposób maczetę. — Tu wujek Harry opuścił skośnie rękę z maczetą, a ostrze 
błysnęło i wydało świszczący odgłos. — Wtedy odetniesz wszystko, co psuje idealny kształt. Ale 
błądźcie ostrożni, ponieważ jeden błędny ruch i gotowa wielka rana na nodze. Przycinam zawsze 
w lecie, bo do czasu zbioru choinek w listopadzie młode odrosty zakryją miejsca cięć i drzewka 
będą gęste. Zrozumieliście?

— Tak jest — odpowiedział Pete.
Wujek  Harry ostrożnie  odłożył  maczetę  na miejsce.  Wskazał  chłopcom  stary,  zakurzony 

automobil z masywnymi oponami, stojący w głębi szopy.

— Ten samochód to następna rzecz, którą muszę się zająć.
Jupe podszedł do auta i przez na wpół otwarte okno zajrzał do środka. Siedzenia były pokryte 

popękaną czarną skórą, podłogę stanowiły nagie deski.

— To ford, model T, prawda?
—   Tak   —   odparł   wujek   Harry.   —   Dostałem   go   gratis,   gdy   kupiłem   posiadłość.   Stał 

dokładnie w tym samym miejscu, przykryty sianem. Zdążyłem tylko usunąć z niego siano, a 
potem już wpadłem w wir zajęć. Ale kiedy tylko będę mógł, doprowadzę go do porządku. Model 
T jest dziś smacznym kąskiem dla kolekcjonerów.

W otwartych drzwiach szopy pojawiła się Allie.
— Wesley Thurgood nadchodzi — zaanonsowała.
— Dobrze, Allie. Tylko  zachowuj się przyzwoicie! Żadnych  głupich uwag, słyszysz?  — 

nakazał wujek Harry.

Allie nie odpowiedziała. Dobiegł ich odgłos kroków i wołanie:
— Panie Osborne!
— Tutaj jestem — odpowiedział wujek Harry.
Do szopy wszedł szczupły, mniej więcej czterdziestoletni mężczyzna o jasnych, falujących 

włosach. Nosił dżinsy tak nowe, że aż sztywne,  i nieskazitelnie  lśniące wysokie  buty.  Jego 
kowbojska koszula wyglądała, jakby ją właśnie wyjęto z pudełka. Jupe przyglądał mu się, gdy 
ten wymieniał uścisk dłoni z wujkiem Harrym i przepraszał za wybryki psa. Chłopiec pomyślał, 
że przynajmniej jeden zarzut Allie jest zgodny z prawdą. Thurgood istotnie wyglądał jak osoba 
grająca jakąś rolę — jak aktor w kostiumie. Potem jednak doszedł do wniosku, że jest to strój jak 

background image

najbardziej odpowiedni do noszenia w Twin Lakes. A jeśli Thurgood nie miał starych dżinsów, 
nic bardziej naturalnego, jak kupienie nowych.

— Uwiązałem psa, już nie będzie panu dokuczał — mówił Thurgood.
— Nie dzieje się nic wielkiego, póki nie dobierze się do którejś kury, a nie sądzę, by mu się 

to przy Magdalenie udało — odparł wujek Harry. Przedstawił następnie chłopców.

Allie patrzyła w przestrzeń, ignorując Thurgooda. Ten spojrzał na nią przelotnie i na moment 

jego czyste, niebieskie oczy nabrały twardego wyrazu. Skierował wzrok na forda T.

— Och, ma pan tutaj zgoła rzadki okaz!
— Właśnie mówiłem chłopcom, że zamierzam go zreperować.
Wesley Thurgood podszedł do samochodu, gdy nagle Pete wykrzyknął:
— Wesley Thurgood! Wiedziałem, że słyszałem już to nazwisko!
— Tak? — zagadnął Thurgood.
— Mój ojciec pracuje w studiu filmowym. Niedawno przy obiedzie mówił o panu. Szukano 

starego   reo   do   filmu   i   dostali   go   od   pana.   Podobno   jest   pan   wielkim   wielbicielem   starych 
samochodów.

— Co? Ach tak, to prawda.
— Tato opowiadał nam o pańskiej kolekcji starych aut. Mówił, że ma pan dla nich specjalny 

garaż i zatrudnia stałego mechanika, który pilnuje, żeby były na chodzie.

— Tak — powiedział Thurgood. — No, przecież teraz nie robią już samochodów takich jak 

dawniej.

— Czy to nie pańska silver cloud była użyta w filmie „Łowcy fortuny”? — zapytał Pete.
— Silver cloud? Ach tak. Wypożyczyłem ją jednemu studiu nie... nie tak dawno.
— Silver cloud? — powtórzył wujek Harry. — Przy takim samochodzie mój ford T wygląda 

chyba mizernie.

—   Ja   też   zaczynałem   skromnie   —   powiedział   Thurgood.   —   Jeśli   naprawdę   złapie   pan 

bakcyla   kolekcjonerskiego,   zacznie   pan   kupować   coraz   to   nowe   okazy!   Będzie   pan   musiał 
powiększyć szopę.

—   Raczej   wybudować   nową   —   odparł   wujek   Harry   i   wyszedł   wraz   z   Thurgoodem, 

rozprawiając z ożywieniem o swoich planach związanych z ranczem

— No? Widzieliście kiedyś takiego zgrywusa? — zapytała Allie, gdy dwaj mężczyźni się 

oddalili.

— A więc ma nowe ubranie, i co z tego? — odpowiedział Pete. — Nie przypomniałem sobie 

jego nazwiska, póki nie zainteresował się tak bardzo fordem T. Mój tato dużo mówił o tym 
człowieku, i o jego kolekcji samochodów. Ma ciężką forsę i jest typem odludka. Mieszka w 
kanionie Mandeville w dużym domu otoczonym trzymetrowym murem.

Jupiter odchrząknął.
—   Niemniej   jednak   to   nie   on   wypożyczył   silver   cloud   dla   filmu   „Łowcy   fortuny”   — 

powiedział w nieco napuszony sposób, co zwykł czynić, gdy udzielał informacji. — W którymś 
tygodniku  filmowym  czytałem  artykuł  o tym  samochodzie.  Nie należał  do Thurgooda. Jego 
właścicielem   był   finansista   Jonathan   Carrington.   Poza   tym   filmu   nie   nakręcono   niedawno. 
„Łowcy fortuny” są na ekranach od wielu lat.

Nikt nie mógł tego wiedzieć lepiej od Jupitera, który był dumny ze swej wiedzy w dziedzinie 

filmu i teatru. Allie zapiszczała tryumfalnie.

— A nie mówiłam? To oszust! Kłamie!
Jupe uśmiechnął się.
— Niekoniecznie, Allie. Znowu pochopnie wyciągasz wnioski. Wesley Thurgood jest bardzo 

background image

bogatym człowiekiem. Skoro zatrudnia kogoś do zajmowania się kolekcją starych samochodów, 
wątpię, czy zawraca sobie głowę każdym drobiazgiem. Może nie pamięta, który samochód i 
kiedy wypożyczał studiu filmowemu. Niewątpliwie takie sprawy załatwiają jego pracownicy, a 
mechanik dostarcza samochód do studia.

— Ha! — powiedziała Allie, jako że nic mądrzejszego nie przyszło jej do głowy.
W szopie zapadła niezręczna cisza, którą przerwało nawoływanie Magdaleny wzywającej na 

obiad.

background image

Rozdział 4

Strzały w ciemnościach

— Weź kawałek ciasta z truskawkami — powiedziała do Jupitera siedząca na końcu długiego 

stołu Magdalena.

Jupiter wyjadał z talerza ostatnie okruszyny.
— Nie, dziękuję. Świetne, ale staram się tracić na wadze.
Magdalena zmarszczyła czoło.
— Ach, wy młodzi! Stale martwicie się o swoją tuszę. Allie, na przykład, je jak wróbelek i 

chuda jest jak tyczka. Postaram się, żeby zaokrągliła się tego lata jak gołąbek.

— Nie masz racji, Magdaleno. Amerykańskie Stowarzyszenie Medyczne ogłosiło, że należy 

być szczupłym. Nasz Mały Tłuścioszek — Allie skinęła w stronę Jupe’a — powinien uważać, ile 
je.

Jupe   poczerwieniał.   Nie   znosił,   by   przypominano   mu   jego   dziecięcą   karierę   filmową,   a 

zwłaszcza przydomek Mały Tłuścioszek, który zawdzięczał swym pulchnym kształtom.

— Jestem przez cały czas na diecie — stwierdził.
— Chcesz powiedzieć: przez cały czas, kiedy nie jesz. — Allie wstała, odniosła swoje talerze 

do zlewu.

— Allie, jesteś nieznośna jako gospodyni i gdybyś była trochę młodsza, przełożyłbym cię 

przez kolano i dał klapsa! — zawołał wujek Harry.

Allie nie odpowiedziała. Opłukała talerze i włożyła je do zmywarki.
Magdalena podeszła do niej.
— Ja to zrobię. Ty zajmij się swoimi przyjaciółmi.
— Czy możemy pomóc? — zerwał się Bob.
— Nie, nie! Nie lubię tłoku w kuchni. Poza tym jest tu maszyna do tej roboty.
Wszyscy przenieśli się więc do salonu, gdzie wujek Harry usadowił się przed telewizorem i z 

miejsca zasnął. Wkrótce i chłopcy zaczęli ziewać.

— Mięczaki — szydziła z nich Allie. — Nawet nie ma jeszcze dziewiątej.
— Wstaliśmy dziś o piątej rano — przypomniał Bob.
— A ja to niby wstałam później? Coś wam powiem: przyniosę szachownicę...
— Nie, dziękuję! — przerwał  jej Jupe. — Według osobistego zegara  ukrytego  w mojej 

głowie jest wpół do jedenastej. Idę spać.

— Ja też — Pete skierował się na schody.
Bob ziewnął i poszedł za nim.
— Pieszczochy! — zawołała Allie.
— Ależ ta Allie ma krzepę! — powiedział Pete, gdy kładli się do łóżek.
— Nic jej nie zmoże.
Jupe wyciągnął się na łóżku i założył ręce za głowę.
— Nie jestem pewien. Posłuchajcie tylko.
Zamilkli.   Z   dołu   dobiegł   ich   stłumiony   odgłos   wyłączania   telewizora   i   zaspany   głos 

Harrisona Osborne’a. Zamknęły się drzwi i rozległ się szum prysznicu. Potem zamknęły się 
drugie drzwi.

— Allie też idzie spać — powiedział Jupe.
Obrócił się na bok i zgasił nocną lampkę. W pokoju zaległy ciemności, jedynie padające 

background image

przez otwarte okna światło księżyca rysowało na podłodze jasne kwadraty.

Jupiter   zamknął   oczy.   Zasnął   momentalnie.   Spał   głęboko,   póki   ze   snu   nie   wyrwał   go 

dobiegający z zewnątrz hałas — stłumiony grzmot, który przetoczył się echem i zamarł.

Jupe usiadł zupełnie rozbudzony i nasłuchiwał w napięciu.
Pete westchnął na swoim posłaniu i wymamrotał:
— Magdalena. Znowu strzela do psa.
— Nie — Jupe wstał z łóżka i podszedł do okna. — To brzmiało jak odgłos strzału, ale to nie 

Magdalena. To się stało gdzieś dalej.

Jupiter wyjrzał na oblaną księżycowym światłem plantację choinek. Po prawej mógł dojrzeć 

dom pani Macomber i pozostałe budynki jej niewielkiej posiadłości. Na wprost miał przed sobą 
leżącą na stoku dobrze widoczną posiadłość Wesleya Thurgooda. Przy wejściu do kopalni stała 
mała pudełkowata ciężarówka. Obok chaty przesunął się jakiś cień, a pies wybiegł na długość 
swego łańcucha, podniósł głowę i zawył.

W domku po drugiej stronie drogi zapaliło się światło. Otworzyły się drzwi i ukazała się pani 

Macomber w szlafroku. Stanęła na ganku i patrzyła w stronę chaty Thurgooda.

W salonie na dole rozległy się głosy. Wujek Harry i Magdalena też już byli na nogach.
— To nie ja — mówiła gosposia. — Ja nie strzelałam.
Na schodach zadudniły bose stopy i po chwili ktoś zaczął się dobijać do drzwi.
— Hej, chłopaki! Słyszeliście?
Pod   drzwiami   stała   Allie.   Chłopcy   narzucili   szlafroki   i   wyszli   na   podest.   Dziewczynka 

klęczała teraz przy oknie, wsparta łokciami o parapet.

— To Thurgood — szepnęła. — Jestem pewna, że u niego padł strzał. O, popatrzcie!
Pete podszedł do okna.
— Co się dzieje?
Allie wskazała na dom pani Macomber, która odwróciła się właśnie, weszła do środka i 

zatrzasnęła drzwi.

— Pani Macomber obudziła się, obudził się pies, bo szczekał. Nas również obudził ten strzał. 

Ale nie Thurgooda. Nie zapalił w chacie światła i nie wyszedł uspokoić psa. Założę się, że to on 
strzelał!

— Allie! — zawołał z dołu Harrison Osborne. — Co ty tam robisz?
— Oglądam to, co da się zobaczyć — Allie podniosła się i stanęła u szczytu schodów. — 

Jestem pewna, wujku, że to strzelał Wesley Thurgood!

—   Allie,   masz   zupełnego   bzika   na   punkcie   Thurgooda   —   powiedział   pan   Osborne   ze 

znużeniem. — Ktoś sobie poluje, pewnie na zające albo kojoty.

— Kto? — spytała Allie. — Widać stąd całą okolicę, aż po góry. Nikogo tam nie ma. Poza 

tym, jeśli tu jest jakiś kojot, dlaczego nie próbował się dobrać do naszych kur?

— Bo ktoś go w porę zastrzelił. A teraz zejdź na dół, wracaj do łóżka, i daj chłopcom spać.
—   Och,   do   diabła!   —   Allie   ruszyła   w   dół   po   schodach,   ale   nagle   Jupe   przywołał   ją   z 

powrotem do okna.

Na polanie przed chatą pojawił się Thurgood. Trzymał dubeltówkę i spoglądał ku wzgórzom 

po drugiej stronie drogi. Potem przyłożył broń do ramienia, wymierzył i strzelił.

Nocną ciszę znowu zakłócił huk. Zawył pies. Thurgood podszedł do niego i pogłaskał go po 

głowie. Pies ucichł, a Thurgood wszedł do swojej chaty.

— Tym razem miałaś rację, Allie — powiedział Pete. — To był Thurgood.
— Wygląda na to, że twój wujek też ma rację — zauważył Bob. —Musiał strzelać do kojota.
Allie prychnęła z oburzeniem i zbiegła ze schodów.

background image

— Allie doprawdy zawzięła się na Thurgooda — mówił Bob idą z powrotem do ich pokoju. 

— Cokolwiek by robił, uważa, że knuje coś złego.

Jupiter położył się do łóżka.
— Gdybym  to ja był właścicielem kopalni — powiedział — zaprosiłbym Allie do niej i 

pozwolił jej zaspokoić ciekawość. Byłoby znacznie lepie nie robić sobie z niej wroga.

Bob i Pete położyli się również i po paru minutach ich równy oddech świadczył o tym, że 

zasnęli. Jupe leżał w ciemności i słuchał szelestu choinek na wietrze. W końcu usiadł.

— Z jakiego miejsca Thurgood oddał pierwszy strzał? — pomyślał głośno.
— Hm? — Pete obrócił się na łóżku.
— C... co? — wymamrotał Bob.
— Gdzie był Thurgood, gdy padł pierwszy strzał?
— Pierwszy strzał? — powtórzył Pete. — Przypuszczam, że w swojej chacie.
— Czy widziałeś, jak z niej wychodził? I czy widziałeś go przed chatą, nim strzelił po raz 

drugi? — pytał Jupe.

— Nie, chyba nie. Patrzyłem na Allie.
— Ja też na nią patrzyłem. Bob, czy ty widziałeś, skąd wyszedł Thurgood przed drugim 

strzałem?

— Nie, nie widziałem.
— Mógł, więc znajdować się w każdym miejscu — podsumował Jupe.
— Nie sądzę, żeby był w domu. Pierwszy huk wydał mi się tak stłumiony, że nie byłem 

nawet pewien, czy to strzał. Drugi odgłos był wyraźny i bliższy. Myślę, że Thurgood przebywał 
w kopalni, gdy wystrzelił po raz pierwszy.

— Co z tego wynika? — zapytał Pete.
— Prawdopodobnie nic poza tym, że wątpię, żeby mu chodziło o kojota. Gdyby kojot był w 

pobliżu, pies by na niego szczekał, a to byśmy usłyszeli. Pies jednak szczekał dopiero, gdy padł 
strzał. Załóżmy,  że Thurgood strzelał do czegoś w kopalni, a kiedy później z niej wyszedł, 
zobaczył, że pobudził sąsiadów. Przypuśćmy, że nie chciał, by ktokolwiek wiedział, że strzelał w 
kopalni. Co by zrobił? Czy nie stanąłby w widocznym miejscu, żeby strzelić ponownie? Czy nie 
starałby się, by pomyślano, że strzelał do kojota?

— Upodabniasz się do Allie — powiedział Bob.
— Być może — zgodził się Jupe. — Ale jest również możliwe, że z panem Thurgoodem 

związana jest jakaś dziwaczna sprawa. Kto wie, czy Allie jednak nie ma racji!

background image

Rozdział 5

Opieczętowana kopalnia

Gdy Jupiter obudził się w pełnym blasku poranka nocne podejrzenia wydały mu się śmieszne. 

Ubrał się i zszedł do kuchni. Bob i Pete jedli już śniadanie. Wujek Harry siedział u szczytu stołu, 
a Magdalena krzątała się przy piecu.

Pete podniósł rękę w powitalnym geście.
— Allie wyruszyła już na konną przejażdżkę. Właśnie zamierzaliśmy cię obudzić. Trzeba się 

dziś zabrać do pracy.

— Czeka nas odmiana — powiedział Jupe.
— Odmiana od czego? — zapytał wujek Harry.
— Od przetaszczania z jednego miejsca na drugie rupieci w składzie złomu.
— Mam nadzieję, że polubicie tę pracę — wujek Harry uśmiechnął się. — Ja ją lubię. W 

nadawaniu kształtu choinkom jest coś twórczego. Nie przemęczajcie się pierwszego dnia. Co 
godzinę róbcie sobie odpoczynek.

Po śniadaniu wujek Harry zabrał ze stelaża nad warsztatem trzy wielkie noże. Zaprowadził 

chłopców   na   plantację   choinek   między   domem   a   drogą.   Zaczął   przycinać   drzewka,   a   oni 
obserwowali jego pracę. Prowadził maczetę szybkim, skośnym ruchem z góry w dół, ścinając po 
drodze wszystkie niepotrzebne gałęzie.

— Nie podchodźcie zbyt blisko do drzewa — tłumaczył. — Trzymajcie maczetę z dala od 

siebie i uważajcie, żeby się nie skaleczyć. Nie życzę tu sobie żadnych wypadków.

Każdy z chłopców powtórzył czynności, jakie im pokazano, pod okiem wujka Harry’ego. Ten 

uznał wreszcie, że przycinają drzewka umiejętnie i zostawił ich samych. Wrócił do domu i w 
parę minut później wyjechał wraz z Magdaleną.

Chłopcy pracowali w milczeniu, póki od strony posiadłości Thurgooda nie dobiegł ich tętent 

końskich kopyt. Podnieśli głowy. Allie wjechała na pastwisko, rozsiodłała klacz i przetarła ją 
wiechciem słomy. Następnie poszła do domu.

Nie minęło  wiele  czasu, gdy rozległ  się terkot  zapuszczanego  silnika. Spojrzeli  w stronę 

stodoły.

— Rany, co ona wyczynia? — powiedział Pete.
Allie siedziała za kierownicą pikapa. Zaskoczył bieg i wóz ruszył chwiejnie przez podjazd.
— Allie, ty wariatko! — wrzasnął Pete. — Co robisz?
Allie zrównała się z chłopcami i nacisnęła hamulec. Motor zakrztusił się i zgasł.
— Wszystko w porządku — powiedziała wesoło. — Wolno mi tym jeździć po terenie rancza.
— Jesteś za młoda — zaoponował Bob.
— Na to, żeby dostać prawo jazdy. Ale żeby jeździć wystarczy, że sięgam do pedałów.
Usiłowała ponownie zapuścić motor, ale się jej nie udało.
— Chyba potrzebna mi większa praktyka — stwierdziła.
— Czy twój wujek wie o tym? — zapytał Pete.
— Pewnie! Uważa, że dziewczynki powinny robić wszystko to, co chłopcy.
— Akurat! Dlaczego więc czekałaś, aż odjedzie z Magdaleną?
Allie wychyliła się z szoferki. Oczy jej płonęły.
— Pojechali na zakupy i nieprędko wrócą. Wesleya Thurgooda też nie ma w domu, a pies jest 

uwiązany.

background image

— Wiem, o czym myślisz — powiedział Pete. — Chcesz się dostać da kopalni. Powodzenia!
Jupe   stał,   trzymając   w   ręku   maczetę.   Myślał   o   strzale   —   stłumionym   huku,   który   mógł 

dobiegać z głębi szybu.

—   Fajtłapy!   —   zakpiła   Allie.   —   Okay!   Sterczcie   tutaj   i   zapomnijcie   o   tajemniczych 

przygodach.

Silnik pikapa zaterkotał i tym razem zaskoczył.
— Poczekaj! — krzyknął Jupe. — Jadę z tobą!
—   Dobra!   —   Allie   roześmiała   się.   —   Weź   maczetę   ze   sobą.   Gdyby   Thurgood   wrócił, 

uciekniemy i będziemy udawali, że przycinamy drzewa obok jego posiadłości. A wy? Bob? 
Pete?

Pete   pełen   wątpliwości   spoglądał   na   Jupitera.   Był   z   nich   trzech   najwyższy   i   najbardziej 

wysportowany. Kochał przygody, ale nie cierpiał pakować się w kłopoty. Jupe natomiast nie 
mógł   się   oprzeć   żadnej   tajemnicy.   Ani   tej   najdrobniejszej,   ani   takiej,   która   kryła   w   sobie 
ogromne niebezpieczeństwo. A kiedy raz zdecydował się tajemnicę wyjaśnić, nic już nie mogło 
go powstrzymać. Pete wzruszył ramionami i wdrapał się do szoferki obok Allie. Bob również 
zdał sobie sprawę z tego, że Jupe jest już na jakimś tropie, i wspiął się za nim na tył pikapa.

Allie ruszyła i pojechali podskakując przez pole, do traktu przetartego w poprzek posiadłości 

Osborne’a.

— Fajna ta ciężarówka! — zawołała Allie. Była od stóp do głów pochłonięta prowadzeniem 

pikapa. Ilekroć naciskała sprzęgło, musiała zsuwać się z siedzenia i pchać równocześnie mocno 
lewar biegów. Dotknęła rączki obok lewara biegów. — Tym zmienia się napęd na cztery koła 
przy wjeżdżaniu pod górę, kiedy trzeba dodatkowej mocy. A z przodu jest ręczny wyciąg w razie 
gdyby się utknęło na trasie albo wpadło do rowu. I są cztery przednie biegi. Na lewarze jest 
diagram. Do góry pierwszy bieg, drugi ciągniesz do siebie...

— I tylko miejmy nadzieję, że odstawimy pikapa w całości do stodoły— wpadł jej w słowa 

Pete.

— Za bardzo się martwisz — Allie zatrzymała ciężarówkę na skraju pola graniczącego z 

posiadłością Thurgooda. Chłopcy wysiedli i rozejrzeli się.

Płaska, naga połać terenu dzieliła ich od stromo wznoszącego się zbocza. Wejście do kopalni 

stanowiło   ciemną,   odstręczającą   dziurę   u   pod   stawy   góry.   Mogli   dojrzeć   fragment   wnętrza 
kopalni, oddalony o kilka kroków od drewnianej ramy wejścia. Podłoże zalegał suchy, biały 
piasek i trochę żwiru. Tunel zdawał się opadać w dół. Na prawo od kopalni stała gnijąca chata, w 
której mieszkał Thurgood. Allie wskazała ją ręką:

— Przepych, co?
— Prędzej czy później pewnie ją wyporządzi — powiedział Bob. —Jak długo tu mieszka?
— Prawie miesiąc. Wprowadził się ze składanym łóżkiem i kilkoma garnkami, i to chyba 

wszystko, co tam ma. Raczej surowy tryb życia! Ten duży budynek za chatą służył kiedyś do 
prac związanych z kopalnią. Tar składowano wydobywaną rudę i wydzielano z niej srebro.

Zadźwięczał łańcuch i pies wyszedł zza chaty. Był bardzo duży, ale nie aż tak olbrzymi, jak 

się   to   chłopcom   z   początku   zdawało.   Jupe   przypuszczał,   że   jest   mieszańcem   labradora   i 
owczarka niemieckiego. Wydał głębokie warknięcie na widok Allie i chłopców.

—. Jesteś pewna, że ten łańcuch jest dobrze umocowany? — zapytał Pete.
Aule wybuchnęła śmiechem.
— Nie bój się. Kiedy przejeżdżałam na Królewnie, rzuciłam w niego kijem. Nie był w stanie 

mnie dosięgnąć.

— Masz świetny sposób zawierania przyjaźni ze zwierzętami — powiedział Bob. — Co by 

background image

było, gdyby zerwał łańcuch?

— Królewna jest od niego szybsza — odparła Allie. Sięgnęła do schowka w szoferce po 

lornetkę. — Chodźcie.

Ruszyli  ku wejściu do kopalni. Pies wpadł w szał. Rzucał się, starając ze wszystkich sił 

zerwać łańcuch. Allie weszła do kopalni, nie bacząc na psa, detektywi podążyli za nią w ponurą 
ciemność.

Parę kroków za wejściem, Allie zapaliła latarkę. Krąg światła tańczył po podłożu opadającego 

w dół szybu. Odchodziły od niego co jakiś czas boczne pasaże. Ściany wzmocnione były tarcicą 
grubości podkładów kolejowych, a skalisty pułap wspierały olbrzymie belki.

W   kopalni   panowała   zupełna   cisza,   jedynie   z   zewnątrz   dobiegało   szczekanie   psa.   W 

powietrzu wyczuwało się jednak jakieś zagrożenie. Allie i chłopcy posuwali się wolno naprzód, 
stąpając ostrożnie po kamienistym,  nierównym  podłożu. Jupe nie spuszczał  wzroku z kręgu 
światła, które stopniowo rozpraszało ciemności przed nimi.

Około pięćdziesięciu metrów w głąb szyb rozgałęział się w dwa tunele. Jeden prowadził w 

prawo, drugi pod niewielkim kątem odbijał w lewo. Zawahali się. Wreszcie Allie ruszyła w 
lewo.   Chłopcy   poszli   za   nią   i   słabiutkie   światło   padające   przez   otwór   wejściowy,   zanikło. 
Znaleźli się w kompletnych ciemnościach, rozpraszanych jedynie światłem latarki. Niesamowite 
echo odbijało odgłos ich kroków.

— Ciekawa jestem, gdzie spadła ta pani. Ta, która się tu zabiła — Allie zadrżała mimo woli.
— Poczekaj, poświeć tu latarką — powiedział Jupe, który zauważył coś na ziemi.
Allie   skierowała  latarkę   na  małą  stertę  odłamków   skalnych  i   kamyków.   Zdawało   się,  że 

wypadły ze ściany tunelu. Gdy Jupe schylił się, żeby podnieść jakiś kamyczek, Allie odeszła 
nagle wraz ze światłem.

— Hej! — krzyknął Pete. — Wracaj tu z tą latarką!
Allie szła dalej w głąb bocznego korytarza, a skaczące światło jej latarki stawało się coraz 

odleglejsze.

— Allie! — zawołał Bob.
Nagle w tunelu

 

za nimi rozbłysło silne światło, które objęło ich i zamknęło w swym potężnym 

blasku.

— Jakim prawem jesteście tutaj? — odezwał się gniewny głos, głos Wesleya Thurgooda.
— O… och! — jęknął Pete.
Wtem detektywi usłyszeli odgłos świadczący o tym, że Allie upuściła latarkę. Stuknęła o jakiś 

kamień i dobiegł ich brzęk tłuczonego szkła.

W głębi bocznego korytarza rozległ się mrożący krew w żyłach krzyk Allie. Długi, długi 

krzyk.

background image

Rozdział 6

„Śmiertelna Pułapka”

— Allie! Co ci jest?! — zawołał Jupe.
Wysoki, histeryczny krzyk nie ustawał.
—   Diabli   nadali   tego   bachora!   —   Thurgood   wyminął   chłopców   i   Popędził   bocznym 

korytarzem. Pobiegli za nim i za światłem.

Allie stała na skraju jakiegoś pionowego szybu. Patrzyła w ciemność pod stopami i krzyczała.
— Przestań! Thurgood złapał ją za ramię i odciągnął od krawędzi. Allie drżała i jąkała się, 

wskazując na otwór.

— N... na... d... dole, tam!
Chłopcy ostrożnie podeszli do szybu, a Thurgood oświetlił go latarką. Był płytki. Miał dwa 

pół, może trzy metry głębokości, ale jego ściany były zupełnie pionowe.

Na   dnie   coś   leżało,   jakby   kłąb   starego   ubrania,   lecz   wkrótce   dostrzegli   jeszcze   coś,   co 

niewątpliwie było ludzką ręką. W ubraniu znajdowało

 

się ciało. Leżało na podłodze szybu, w 

dziwnie skręconej pozycji. W świetle latarki pojawiły się zapadnięte oczy i zakurzone splątane 
włosy.

— Martwy! — krzyczała Allie. — On... nie żyje! Nie żyje!
— Przestań! — warknął Thurgood.
Allie przełknęła ślinę i umilkła.
— A teraz wynoście się! — krzyknął Thurgood — Wszyscy!
Jupiter i Bob wzięli Allie za ręce i poprowadzili z powrotem do głównego tunelu,

 

za nimi, 

potykając się, szedł Pete, a pochód zamykał Thurgood ze swą latarką Wyszli na światło dzienne. 
Pies szczekał, ale Jupiterowi wydawało się to nierealne, jakby stanowiło dalszy ciąg koszmaru. 
Przed   oczami   miał   wciąż   kłąb   ubrania   na   dnie   szybu,   głowę   z  otwartymi   oczami   i  chudą, 
kościstą rękę.

— Wracajcie, dzieciaki do domu! — powiedział Thurgood — Do domu i nie ruszajcie się 

stamtąd. Jeśli jeszcze raz przyłapię któreś z was w mojej kopalni skręcę mu kark!

Wszedł do swojej chaty i zatrzasnął  za sobą drzwi. Allie i chłopcy przeszli wolno obok 

zaparkowanego   pod   kopalnią,   lśniącego   czerwonego   samochodu   Thurgooda   i   minęli   pikap 
wujka Harry’ego, zostawiając go w polu.

Nim dotarli do domu, twarz Allie odzyskała kolory.
— Zatelefonujemy zaraz do szeryfa — powiedziała. — Ten Thurgood! Od razu wiedziałam, 

że jest w nim coś niesamowitego.

— Jestem pewien, że już sam zatelefonował do szeryfa — powiedział Jupe. — Lepiej też 

będzie, jeśli przestaniesz go oskarżać.

— Dlaczego? W jego kopalni leży trup!
— Na razie nie mamy pojęcia, skąd się tam wziął.
Na drodze do miasta wzbił się tuman kurzu. W chwilę później minął ich beżowy samochód z 

napisem   szeryf   na   drzwiach.   Za   kierownicą   siedział   wysoki   mężczyzna   w   wojskowym 
kapeluszu. Samochód skręcił i zatrzymał się przed chatą Thurgooda.

Jupe uśmiechnął się do Allie.
— Widzisz?
Allie uśmiechnęła się również, ale w jej uśmieszku była złośliwość.

background image

— Ciekawam, co Thurgood powie szeryfowi.
— A co ty powiesz twojemu wujkowi? — zapytał Jupe, wskazując drogę. Nadjeżdżał wujek 

Harry z Magdaleną. Gdy skręcił w bramę, Jupe zauważył troskę na jego twarzy. Pan Osborne 
zatrzymał samochód i wychylił się przez okno.

— Allie! — zawołał. — Szeryf Tait minął mnie na drodze. Czy coś się stało?
— W kopalni Thurgooda znajdują się jakieś zwłoki — odparła Allie z zadowoleniem
— Zwłoki? W kopalni?
Allie skinęła głową.
— Madre de Dios! — Magdalena wysiadła z samochodu. — Skąd to wiesz?
Zapadła niezręczna cisza. Harrison Osborne patrzył swej siostrzenicy w oczy.
— Allie, czy byłaś znowu w kopalni?
Jupe wysunął się do przodu.
— Tak, proszę pana, byliśmy tam wszyscy. Zaciekawiły mnie te strzały w nocy...
— Nie chcę słyszeć żadnych usprawiedliwień! — przerwał mu wujek Harry. — Maszerujcie 

wszyscy do domu! Macie tam siedzieć, zrozumiano?

Skierował  się   przez  pale  ku  chacie   Thurgooda.  Po  drodze  przyłączyła  się   do  niego  pani 

Macomber, która też zauważyła przybycie szeryfa.

W   domu   Allie   i   Trzej   Detektywi   poszli   na   piętro,   gdzie   kursowali   od   jednego   okna   do 

drugiego, by zobaczyć, co się dzieje. Po pewnym czasie zajechał ambulans i zatrzymał się przed 
wejściem   do   kopalni.   Ponad   godzinę   później   odjechał   z   powrotem   do   miasta.   Tymczasem 
przybyło kilka innych pojazdów, między innymi samochód patrolu drogowego. O trzeciej wrócił 
pikapem do domu Harrison Osborne.

— No? — przywitała go Allie. — Zaaresztowali Thurgooda?
— Oczywiście, że nie. Dlaczego mieliby go aresztować? Kimkolwiek jest nieboszczyk, nie 

żyje już od bardzo dawna. Koroner dokona sekcji zwłok, ale wszystko wskazuje na to, że ten 
człowiek wszedł do kopalni przed laty, wpadł do szybu i skręcił kark. Nie ma to nic wspólnego z 
Thurgoodem. Musiało to się stać jeszcze przed opieczętowaniem kopalni.

— Pięć lat temu — dodała Magdalena, która przyszła właśnie z kuchni.
— Nieszczęśnik. Pięć lat tam był i nikt o tym nie wiedział
— To wtedy opieczętowano kopalnię? — zapytał Pete. — Myślałem, że została zamknięta 

czternaście lat temu.

— Słusznie, Pete — odparła Magdalena. — Zamknięto ją bardzo dawno, ale wciąż można 

było wejść do środka. Dopiero przed pięciu laty, jakoś na wiosnę, założono na wejście żelazną 
kratę i zaplombowano ją. Pamiętam to.

Jupe siedział na podłodze, podrzucając bezmyślnie kamyk.
— Co to jest? — zapytała Allie.
Jupe chwycił kamyk.
— Podniosłem go rano w kopalni, nim odeszłaś z latarką — poślinił palec i potarł kamyk. — 

Mówiłaś, że to była kopalnia srebra. Czy złoto też tam było?

— Nigdy o tym nie słyszałem — odpowiedział mu wujek Harry. Jupe popatrzył na kamyk 

pod światło.

— Są w nim jaśniejsze okruchy. Prawdopodobnie to piryt. Nazywają go fałszywym złotem.
Piryt  mnie nie obchodzi. Chciałabym  natomiast  wiedzieć, dlaczego Wesley Thurgood nie 

zawiadomił, że w kopalni są zwłoki — powiedziała Allie. — Trzeba było nam tam pójść, żeby 
go do tego zmusić. Skoro zobaczyliśmy te zwłoki, nie miał innego wyjścia.

Wujek Harry stracił cierpliwość.

background image

—  Wesley  Thurgood  nie  wiedział,   że  w  kopalni   leżą  jakieś  zwłoki.  Dopiero  w  zeszłym 

tygodniu usunął kratę blokującą wejście i nie miał czasu na dokładne zbadanie szybów. Nie miał 
żadnego powodu, żeby zataić istnienie zwłok. Allie, jeśli nie zaprzestaniesz bezpodstawnych 
oskarżeń, będę zmuszony okręcić ci głowę workiem i zamknąć cię w piwnicy!

Zajechał samochód i po chwili na ganku rozległy się kroki szeryfa. Magdalena otworzyła mu 

drzwi, nim zdążył zapukać. Wujek Harry podniósł się, ale szeryf zwrócił się do Allie.

— Czy wiesz, dlaczego nazywają tę kopalnię „Śmiertelną Pułapką”?
Allie skinęła głową.
— Można się w niej zabić, prawda?
Allie ponownie skinęła głową.
— Wiem, szeryfie.
— Jeśli kiedykolwiek wejdziesz tam znowu, zaaresztuję cię i oddam pod sąd. Twój wujek 

będzie miał kłopoty. To samo dotyczy was, chłopcy.

Szeryf usiadł na krześle na wprost fotela wujka Harry’ego.
— Czy wiecie, kim był ten człowiek? — zapytał pan Osborne.
— Myślę, że tak. W tylnej kieszeni jego spodni znaleziono portfel, a w nim dowód osobisty i 

adres w San Francisco. Skontaktowaliśmy się z tamtejszą policją. Pytaliśmy, czy pięć lub nawet 
więcej lat temu zgłoszono u nich zaginięcie niejakiego Gilberta Morgana. Okazało się, że ponad 
pięć   lat   temu,   w   styczniu,   Gilbert   Morgan,   występujący   również   pod   nazwiskiem   George 
Milling, Glen Mercer i George Martins, został zwolniony warunkowo z więzienia San Quentin 
po sześciu z piętnastu lat, na które skazano go za napad z bronią w ręku. Dwukrotnie zgłosił się u 
nadzorującego   go   oficera   policji,   po   czym   znikł.   Od   tego   czasu   jest   na   policyjnej   liście 
poszukiwanych.   Przeprowadzimy   jeszcze   identyfikację,   sprawdzimy   uzębienie,   ale   ogólna 
charakterystyka się zgadza. Ciała jest nieźle zachowane. Klimat tu mamy tak suchy, że zostało 
niejako zabalsamowane.

— Biedny pan Thurgood — powiedziała Allie z udanym współczuciem. — Na pewno nie 

miał pojęcia, że w kopalni są zwłoki.

— Na pewno. Inaczej, od razu dałby mi znać.
Z tymi słowami szeryf podniósł się.
— Pamiętaj, co ci mówiłem, moja panno.
Wyszedł wraz z wujkiem Harrym. Stali chwilę na podjeździe rozmawiając cicho.
— To dziwne, że Thurgood nie zbadał kopalni zaraz po zdjęciu kraty — powiedział Jupiter. 

— Ja, gdybym kupił kopalnię, zrobiłbym to na pewno.

— Mówiłam ci, że jest dziwny! — wtrąciła Allie.
— Pięć lat temu — ciągnął Jupe — w styczniu pięć lat temu, złodziej nazwiskiem Gilbert 

Morgan zostaje zwolniony z więzienia. Zgłasza się do swego opiekuna w San Francisco, po 
czym znika. Pewnego dnia, między styczniem a zaplombowaniem kopalni na wiosnę, przybywa 
do Twin Lakes, wchodzi do kopalni i zabija się. Ciekawym, gdzie był przedtem. Magdaleno, czy 
mógł być tutaj?

Magdalena potrząsnęła głową.
— Twin Lakes to małe miasto. Zauważono by obcego.
— Słusznie — przytaknął Jupe. — Będąc zbiegiem, człowiek stara się nie zwracać na siebie 

uwagi. Udaje się tam, gdzie łatwo zginąć w tłumie. On jednak przybył tutaj.

— Zastanawiam się, co jeszcze wydarzyło się w Twin Lakes pięć lat temu — odezwała się 

Allie. — Zaplombowano kopalnię z bandytą wewnątrz. Może ktoś interesujący był wtedy w 
mieście? Na przykład Wesley Thurgood?

background image

— Byłbym mocno zdziwiony, gdyby się okazało, że był — powiedział Bob, który przerzucał 

leżące na stoliku pisma. — Jeśli chcesz, możemy to sprawdzić.

— Jak? — zapytała Allie.
— W lokalnej gazecie — Bob trzymał w ręce niewielkiego formatu pismo. — Nazywa się 

„Gazeta Twin Lakes”. Zawiera artykuły absolutnie o wszystkim, co dzieje się w mieście, nawet 
kto   do   kogo   i   skąd   przyjechał   z   wizytą.   Gdybyśmy   mogli   przejrzeć   archiwa   gazety,   może 
dowiedzielibyśmy się, co zaprowadziło takiego przestępcę jak Gilbert Morgan do Twin Lakes.

— Świetny pomysł! — ucieszyła się Allie. — Chodźmy! Znam redaktora. Przeprowadził ze 

mną wywiad, kiedy tu przyjechałam. Zagadam go, a wy przejrzycie archiwum.

— Myślisz, że twój wujek wypuści nas z domu? — zapytał Pete.
— Myślę, że pozwoli nam pójść, gdziekolwiek mamy ochotę, byle nie do kopalni!

background image

Rozdział 7

Na tropie zmarłego

Wujek   Harry   z   miejsca   odmówił   Allie   i   chłopcom   zgody   na   opuszczanie   rancza   tego 

popołudnia. Zamiast  tego, wysłał  ich do pracy przy choinkach. Allie dąsała się przez wiele 
godzin.

Następnego rana jednak wujek Harry zmiękł. Kiedy Allie powiedziała, że chciałaby zabrać 

Trzech Detektywów do miasta, Poprosił tylko:

— Nie przepadajcie na cały dzień.
— To niemożliwe — odparła Allie. — Co można robić przez cały dzień w Twin Lakes?
Na milową wyprawę do miasta wybrali się piechotą. Na piaszczystej drodze minęła ich kilka 

samochodów zmierzających z wolna w stronę posiadłości Thurgooda. Jeden z nich przystanął, 
gdy zrównał się z nimi, i jakiś mężczyzna zawołał do nich przez okno:

— Czy to droga do „Śmiertelnej Pułapki”?
— Tak — odpowiedziała Allie.
— Świetnie! — samochód ruszył, ale zaraz zatrzymał się znowu. —A może to wy jesteście 

tymi dziećmi, które znalazły zwłoki?

— Chodź, Allie, idziemy. — Bob wziął ją za rękę i pociągnął za sobą.
— Hej, poczekajcie! — mężczyzna wysiadł z samochodu. Trzymał aparat fotograficzny — 

Zrobię wam zdjęcie, okay?

— Nie, to nie jest okay — powiedział Pete.
Ruszyli dalej, starając się iść jak najszybciej. Minął ich następny samochód i poczuli na sobie 

zaciekawione spojrzenia jego pasażerów.

— Można się była tego spodziewać — powiedział Jupe. — Wczoraj wieczorem doniesiono o 

„Śmiertelnej Pułapce” w wiadomościach telewizyjnych, a ludzie są przecież ciekawi.

— Ale ty lepiej  nie pozuj  do żadnych  zdjęć. — Pete ostrzegł  Allie.  —Czuję, że twemu 

wujkowi by się to nie spodobało.

— Ja tego nie czuję, ja ta wiem — odparła.
Na głównej ulicy miasta panował ożywiany ruch. Krążyły samochody, po chodnikach kręcili 

się ciekawscy. Pod sądem mały tłum oblegał spoconego i znękanego szeryfa Taita, który mówił 
coś gestykulując.

— Reporterzy w pogoni za sensacją — powiedział Bob.
Redakcja   „Gazety   Twin   Lakes”   mieściła   się   w   dawnym   sklepie.   Od   ulicy   miała   okno 

wystawowe. Wewnątrz stały dwa sponiewierane biurka. Na jednym piętrzyły się rachunki, awiza 
i gazety z innych części stanu. Przy drugim siedział tyczkowaty mężczyzna o przerzedzonych, 
rudych włosach i strych rysach twarzy. Wyglądał na wielce podekscytowanego i stukał zajadle 
na maszynie do pisania.

— Allie! — wykrzyknął. — Spadasz mi z nieba! Rozmawiałem z Benem Taitem i powiedział 

mi, że to ty znalazłaś zwłoki w kopalni.

Allie uśmiechnęła się.
— Jak dotąd, jest pan, panie Kingsley, jedyną osobą, którą to cieszy. Pan Thurgood chce mi 

skręcić kark, szeryf Tait wpakować do więzienia, a wujek Harry jest na mnie tak wściekły...

— Wiem. Nie martw się, przejdzie mu. Tylko trzymaj się odtąd z dala od kopalni. Byłbym 

niepocieszony, gdybym musiał wydrukować twój nekrolog. — Pan Kingsley spojrzał na Trzech 

background image

Detektywów. — Czy to twoi przyjaciele z Los Angeles?

— Tak, to jest Jupiter Jones, ten przy drzwiach to Pete Crenshaw, a ten w okularach to Bob 

Andrews. Jego tato pracuje w „Los Angeles Times”.

— Ho, ho, to jest dopiero gazeta! — powiedział pan Kingsley.
— Tak, proszę pana — przytaknął Bob.
Przesunął   się   w   stronę   przepierzenia,   które   oddzielało   część   biurową   od   olbrzymiego 

ciemnego pomieszczenia na tyłach budynku. Dostrzegł tam niewielką prasę rotacyjną i linotyp. 
Poczuł zapach farby drukarskiej, kurzu i stęchlizny.

— Chcesz się rozejrzeć? — zapytał pan Kingsley.
—  Bardzo  —  odpowiedział   Bob.  —  Interesuje  mnie,   jak  powstaje  gazeta.  Czy pan   sam 

obsługuje linotyp?

— Wszystko robię sam. Przeważnie jest niewiele pracy, ale ten tydzień jest wyjątkowy. Mam 

o czym donieść. Allie, siadaj tutaj i opowiedz mi, jak to zajrzałaś do szybu i zobaczyłaś zwłoki. 
A wy, chłopcy, rozgośćcie się. Zapalcie sobie tam z tyłu światło i jak macie ochotę, obejrzyjcie 
wszystko.

Trzej Detektywi weszli za przepierzenie. Jupe przekręcił kontakt i jarzeniówki pod sufitem 

wypełniły pomieszczenie oślepiającym światłem. Bob wskazał regały wzdłuż ściany. Ułożono na 
nich rzędy pudeł na akta, każde oznaczone datą.

— To są stare numery gazety.
— Weźmy te sprzed pięciu lat — szepnął Jupe.
Bob   skinął   głową   zabrali   się   do   ściągania   pudeł   z   półek.   Gazety   z   roku,   w   którym 

opieczętowano

 

kopalnię, zajmowały aż sześć pudeł.

— Przejrzyjcie każdy egzemplarz — powiedział Jupe. — Czytajcie tylko tytuły. Nie wolno 

nam przeoczyć niczego co może stanowić poszlaki

Usiedli na podłodze, każdy wziął plik gazet i zabrali się do przeglądania. Z biura dobiegał ich 

głos Allie, gdy wyraźnie i z podekscytowaniem opisywała Kingsley’owi to, co ten niewątpliwie 
już wiedział — jakim przygnębiającym wstrząsem było dla nich odkrycie zwłok.

Z początku stare gazety przyniosły same rozczarowania. Znaleźli doniesienia o dwóch małych 

pożarach,   reportaż   o   zakupie   nowego   samochodu   dla   urzędu   szeryfa   i   notatki   o   ludziach 
przybyłych   z   parodniową   wizytą   do   krewnych   w   Twin   Lakes.   Nie   było   nic   związanego   z 
Gilbertem Morganem. Wreszcie Jupe znalazł jakąś wzmiankę w numerze gazety z dwudziestego 
dziewiątego kwietnia.

— Tutaj może jest coś.
— Co takiego? — zapytał Bob.
Jupe czytał jeszcze przez chwilę, wreszcie podniósł wzrok
— Pięcioletnia dziewczynka oddaliła się z domu pod miastem i zaginęła na trzy godziny. 

Poszukujący znaleźli ją w kopalni „Śmiertelna Pułapka”. Wygląda na to, że wejście było kiedyś 
zabite deskami, ale w ciągu lat wandale i ciekawscy wyłamali część desek. Dziewczynka weszła 
do środka i zasnęła. Rodzice dziecka postanowili urządzić zbiórkę na solidne zabezpieczenie 
wejścia do kopalni. Mówili, że gdyby dziewczynka poszła dalej, mogłaby się zabić. Jak wiemy, 
mogło się to istotnie stać.

Jupe zaczął szukać wokół siebie.
— Gdzie jest gazeta z szóstego maja?
— Tutaj — Bob wręczył mu gazetę, którą właśnie czytał. — Na tytułowej stronie jest artykuł 

o kopalni. Właściciel sklepu spożywczego w Twin Lakes ustawił pusty dzban na wodę przy 
kasie i prosił klientów o wrzucanie do niego datków na zabezpieczenie wejścia do kopalni. W 

background image

ciągu   dwu   dni   zebrano   fundusz   wystarczający   na   zakup   żelaznej   kraty.   Zamówiono   ją   w 
Lordsburgu i planowana zamocowanie jej czternastego maja.

Dalsze szczegóły na ten temat znaleźli w gazecie z trzynastego maja, a dwudziestego maja 

pojawił się artykuł o tym, jak to podjęcie zwykłych kroków bezpieczeństwa może stać się wielką 
sensacją w małym mieście. Najpierw odbyła się parada a następnie ceremonia zainstalowania 
kraty.

— Zrobili z tego wielkie wydarzenie — powiedział Pete.
— Słyszałeś, co powiedział pan Kingsley — przypomniał mu Bob. —Tu niewiele się dzieje. 

Opieczętowanie kopalni mogło być wielkim wydarzeniem.

Przewrócił   kilka   stron   gazety   i   oglądał   zdjęcia   paradujących   mieszkańców.   Nagle 

wykrzyknął.

—   O!   Tu   coś   jest!   Na   czwartej   stronie.   Kiedy   udano   się   do   kopalni,   by   założyć   kratę, 

znaleziono   przy   wejściu   porzucony   samochód.   Był   to   czteroletni   chevrolet,   który   został 
zidentyfikowany   jako   samochód   skradziony   przed   trzema   dniami   z   parkingu   przy   centrum 
handlowym   w   Lordsburgu.   Cytują   tu   nawet   szeryfa   Taita.   Uważał,   że   samochód   ściągnęły 
miejscowe wyrostki, fundując sobie w ten sposób darmowy powrót z Lordsburga. Ostrzega, że 
jeśli przyłapie któregoś na takiej przejażdżce, dopatrzy, by wylądował w więzieniu.

Bob podniósł wzrok znad gazety. Jupe szczypał dolną wargę, co często robił, gdy myślał 

intensywnie.

— W Lordsburgu zostaje skradziony samochód i znajdują go pod kopalnią w Twin Lakes w 

dniu   jej   opieczętowania   —   rozważał.   —   Wewnątrz   zaś   kopalni   leży   człowiek   skazany   za 
kradzież. Nie sądzę, żebyśmy bardzo się mylili  przyjmując, że samochód skradł właśnie ten 
człowiek, który zabił się w kopalni. Pojechał nim do Twin Lakes i zostawił go przed kopalnią. 
Dla jakiegoś powodu wszedł do środka... i już stamtąd nie wyszedł.

—   Okay   —   powiedział   Pete   —   ale   nie   przynosi   nam   to   nic   nowego   poza   tym,   że 

prawdopodobnie z San Francisco pojechał on do Lordsburga, a stamtąd do Twin Lakes. Ale 
dlaczego? Co zaprowadziło go tutaj?

Jupe wzruszył ramionami. Bob wrócił do przeglądania gazet. Nie znalazł jednak nic, co choć 

odlegle   byłoby   związane   z   tajemnicą.   Nie   było   też   wzmianki   a   Wesley’u   Thurgoodzie.   W 
listopadowym   numerze   doniesiono   o   powrocie   do   Twin   Lakes   pani   Macomber.   Pisano,   że 
zakupiła kawałek dawnej kopalnianej posiadłości.

— Zastanawiam się, w jakim czasie po opuszczeniu San Francisco Gilbert Morgan pojechał 

do Lordsburga — odezwał się Jupiter.

Pete oparł się o linotyp.
—  Kto   wie?   Złamał   przecież   przepisy  warunkowego   zwolnienia.   Musiał   się   ukrywać.   A 

wszystko zdarzyło się pięć lat temu. Trop zdążył wyparować.

— To prawda — przyznał Jupiter. — Wydaje się, że przyjechał tu bez powodu. Był tu jednak, 

i to w kopalni, którą z czasem kupił Wesley Thurgood. Jak on mógł nie wiedzieć o zwłokach? 
Czy może zachodzić jakiś związek między dobrze prosperującym biznesmenem a Morganem 
wyrzutkiem, warunkowo zwolnionym kryminalistą? Pozostaje nam w tej chwili tylko jedno.

— Co? — zapytał Pete.
— Postarać się prześledzić przeszłość Morgana. Jeśli zatrzymał się w Lordsburgu, musiał 

gdzieś mieszkać. Wiem, że to niemal beznadziejne po tylu latach, ale możemy spróbować. Warto 
sprawdzić w gazetach i księdze adresowej. To jedyne co możemy zrobić.

background image

Rozdział 8

Nocna przygoda

Na ranczo wrócili wczesnym popołudniem. Wujek Harry stał na ganku z twarzą czerwoną z 

irytacji. Na podjeździe zobaczyli trzy samochody, kilka osób oblegało ganek.

— Moja siostrzenica absolutnie nie może z nikim rozmawiać — mówił wujek Harry. — To 

mała, wrażliwa dziewczynka jest zbyt przygnębiona po...

Urwał na widok Allie i chłopców.
— Allie, do domu! — zeskoczył z ganku, złapał Allie za łokieć i wepchnął ją do środka. 

Jupiter, Pete i Bob udali się za nią. Wujek Harry wszedł na końcu i zatrzasnął drzwi.

— To są reporterzy i nie życzę sobie, żebyście z nimi rozmawiali.
— Za późno. Właśnie rozmawiałam z panem Kingsleyem — oświadczyła Allie.
— Kingsley to co innego — powiedział wujek Harry. — Jest mało prawdopodobne, by twoi 

rodzice dostali „Gazetę Twin Lakes” na Dalekim Wschodzie. A teraz chcę, żebyś dziś więcej nie 
wychodziła z domu. Wy również, chłopcy. Jutro także, na wypadek, gdyby ci ludzie byli wciąż 
tutaj.

— Mieliśmy nadzieję, proszę pana, że pojedziemy jutro do Lordsburga. — powiedział Jupe.
— Po co?
Jupe wyjął z kieszeni znaleziony w kopalni kamyk.
— Chciałbym pokazać to jubilerowi.
Harrison Osborne uśmiechnął się.
— Myślisz pewnie, że to bryłka złota. Mylisz się. Tu nie ma złota. Ale będę musiał pojechać 

w tym tygodniu do Lordsburga. Możecie zabrać się ze mną Allie również. Prawdę mówiąc, 
muszę was wziąć ze sobą. Nie odważyłbym się zostawić was samych w domu. Strach pomyśleć, 
w co moglibyście się wpakować.

Wyszedł następnie na dwór, żeby odprawić reporterów. Trzej Detektywi zaś i Allie spędzili 

resztę dnia na czytaniu i grze w loteryjkę. Allie wbiegała od czasu do czasu na piętro popatrzeć 
przez okno na posiadłość Wesleya Thurgooda. Donosiła wesoło, że Thurgood stoi na warcie z 
dubeltówką i że pies, zmęczony szczekaniem na ciekawskich, poszedł spać.

Tego wieczoru chłopcy udali się wcześnie do swego pokoju. Z okna widzieli, że w chacie 

Thurgooda pali się światełko. Zgasło jednak, nim zdążyli położyć się do łóżek. W domu pani 
Macomber również zrobiło się ciemno.

— Chyba wszyscy są dziś zmęczeni — Pete rzucił się na swoje łóżko.
— Ja się walę z nóg, choć nie mam pojęcia dlaczego.
— Rodzaj opóźnionej reakcji — powiedział Bob. — Widok tego faceta w kopalni wczoraj 

był straszny. Wiem, że to przestępca i w ogóle nędzny typ, ale przykro zginąć w ten sposób.

— Ciekaw jestem, co on tu robił? — Jupe Wypowiedział głośno pytanie, które zadawał sobie 

przez cały dzień. — Może w Lordsburgu wpadniemy na jakiś jego trop.

— Czy masz naprawdę zamiar pokazać ten kamyk jubilerowi? —zapytał Bob.
— Nie zaszkodzi, a przy tym da nam to pretekst do urwania się wujkowi Harryemu. Jestem 

pewien, że nie pochwalałby naszego zainteresowania tym martwym przestępcą.

— Naszego, ale nie Allie — powiedział Bob, gasząc światło. — Ją interesuje wyłącznie 

Thurgood, a wątpię, byśmy odkryli jakieś powiązania między nim a przestępcą.

— Może nie odkryjemy żadnych takich powiązań, ale wciąż nie daje mi spokoju, dlaczego 

background image

Thurgood nie znalazł wcześniej tych zwłok. Doprawdy dziwne, że nie ciekawiło go zbadanie 
własnej kopalni.

Chłopcy zasnęli wśród rozmyślań o nieboszczyku w kopalni. Jak doszło do tego, że tu się 

znalazł, i jak zginął?

Była późna noc, gdy Pete się obudził. Ze zmarszczonym czołem nasłuchiwał w ciemności. 

Coś   poruszało   się   na   dworze,   za   otwartym   oknem.   Uniósł   się   na   łokciu,   gdy   dobiegło   go 
niepewne, oporne skrzypnięcie.

— Jupe! — zawołał cicho. — Bob! Słuchajcie!
— Hę? — Bob obrócił się na łóżku. — O co chodzi?
— Ktoś właśnie otworzył drzwi szopy.
Pete wstał i podszedł boso do okna. Wychylił się przez nie, opierając się  o  parapet. Bob i 

Jupe przyłączyli się do niego.

— Teraz drzwi się zamknęły — powiedział Bob.
Po chwili zobaczyli przez boczne, zakurzone okna szopy przesuwające się wewnątrz światło. 

Zachybotało i zgasło, po czym znów się zapaliło.

— Ktoś używa zapałek! Chodźmy! — zawołał Jupe.
Błyskawicznie włożyli koszule i dżinsy i wsunęli tenisówki na bose stopy. Przekradli się w 

dół po schodach i bezgłośnie otworzyli drzwi frontowe.

Księżyc zaszedł, gdy znaleźli się na podjeździe. Z Jupe’em na czele szli po omacku w stronę 

szopy. Parę kroków od niej Bob nastąpił na kamień i przewrócił się, wydając ledwie słyszalny 
okrzyk.

Światło zamigotało i w szopie zrobiło się ciemno.
— Do licha! — szepnął Pete.
Bob siedział na ziemi i rozcierał nogę w kostce. Podniósł się po chwili i znowu ruszyli w 

trójkę do szopy. Jupe wyciągnął rękę i dotknął klamki, która zgrzytnęła lekko.

Nagle drzwi rozwarły się i uderzyły Jupitera w pierś, co powaliło go na ziemię. Pete skoczył  

w bok. Z szopy wypadła krępa postać, przebiegła koło nich i znikła między choinkami.

— Co się dzieje?! — zawołano gromko z domu. — Kto tam?!
Jupe pozbierał się z ziemi.
— W szopie był rabuś!
— Dobry wieczór! — zawołał wujek Harry. — Dzwonię po szeryfa.
— Przyszedł stamtąd — Pete wyciągnął rękę w stronę posiadłości Thurgooda.
Chłopcy nasłuchiwali, ale wokół panowała cisza. Pola choinek były ciemne i spokojne.
— Nie mógł ujść daleko — powiedział Jupe.
Pete   przełknął   ślinę   i   wsunął   się   między   drzewa.   Nastawiał   uszu,   czujny   na   każde 

poruszenie. Przez kilka chwil Bob i Jupe szli tuż za nim, potem Jupe cicho oddalił się w lewo, a 
Bob w  prawo.  Pete  posuwał  się  na  wprost,  stawiając  ostrożnie  krok  za  krokiem  i  omijając 
gałęzie, które mogły podciąć mu nogi.

Wtem zatrzymał się. Dobiegł go chrapliwy, świszczący oddech kogoś z trudem łapiącego 

powietrze. Pete usłyszał pulsowanie własnej krwi. Ktoś był bardzo blisko i dyszał ciężko jak po 
długim biegu.

Pete zamarł, słuchając chrapliwego oddechu. Nieznajomy zdawał się ukrywać o parę stóp od 

niego, zaraz za choinką, odległą na wyciągnięcie ręki. Pete otwierał już usta, by przywołać 
Jupe’a i Boba, ale zawahał się. Jego krzyk znowu wypłoszy rabusia.

Z drogi dał się słyszeć warkot nadjeżdżającego samochodu I Pete uśmiechnął się do siebie. 

To powinien być wezwany przez wujka Harryego szeryf, a on właśnie przyłapał intruza.

background image

Lecz gdy samochód skręcił w bramę i jego światła omiotły pole choinek, rabuś czmychnął 

spod   osłony   gęstego   drzewa.   Pete   skoczył   za   nim.   Nagle,   na   tle   nocnego   nieba   zobaczył 
uniesione ramię i coś, co kazało mu rzucić się na Ziemię. Gdy padł, śmignęło śmiertelne ostrze, 
ścinając   wierzchołek   małego   drzewka!   Nieznajomy,   dysząc   i   potykając   się,   uciekał   znowu 
między drzewami.

Pete drżąc, podniósł się na klęczki. Nagle stanął przy nim Jupe.
— Maczeta! — krzyknął Pete. — On ma maczetę i o mało nie odciął mi głowy!

background image

Rozdział 9

Zagadkowa eksplozja

Szeryf   Tait   przybył   wraz   z   pomocnikiem,   młodym   człowiekiem   o   nazwisku   Blythe. 

Wysłuchali relacji o intruzie w stodole i jego ataku na Pete’a, po czym, wyposażeni w latarki o 
dużej   mocy,   ruszyli   między   drzewa.   Na   trop   włóczęgi   wpadli   pod   drzewem,   przy   którym 
zatrzymał się Pete. Szeryf szedł po odciskach stóp, póki trop nie zaginął wśród licznych śladów 
na drodze przy posiadłości Thurgooda.

Chłopcy  i  Allie  obserwowali   pościg   z okien  na  piętrze.  Szeryf   z  pomocnikiem  obudzili 

Thurgooda i przy akompaniamencie wściekłego ujadania psa, weszli do chaty. Następnie poszli 
do kopalni. Pani Macomber wstała również, bo paliło się u niej światło. Poszukujący zaszli też 
do niej i do każdego z jej pustych domów. Ponad godzinę później wrócili na ranczo.

— Musiał uciec w góry — mówił szeryf do wujka Harryego. — Nie wytropimy go tam po 

ciemku.   To  zresztą  nie   bardzo  ma   sens.  Prawdopodobnie   był  to   jeden  z   tych  pomyleńców, 
których wiadomość o zwłokach w kopalni ściągnęła z Lordsburga i Silver City. Zawsze się tacy 
napatoczą, gdy się zdarzy coś niezwykłego. Wolałbym tylko, żeby nie używał tak pochopnie 
maczety.

Szeryf Tait i pomocnik Blythe odjechali do miasta, a wujek Harry zamknął dobrze drzwi 

frontowe i wszystkie okna na parterze.

Rano  obudził   chłopców  serdeczny  śmiech,   dobiegający  z  dołu.  Gdy  zeszli,   zastali  Allie 

przycupniętą na wysokim stołku w kuchni. Patrzyła z widoczną przyjemnością na siedzącą przy 
stole panią Macomber, która popijała kawę i rozmawiała z ożywieniem z Magdaleną. Jej opalona 
twarz jaśniała podekscytowaniem.

—   Przepraszam,   jeśli   zaniepokoiliśmy   panią   w   nocy   —   powiedział   Jupe,   gdy   zostali 

przedstawieni.

— Nie czułam się zaniepokojona — roześmiała się pani Macomber.
— Przypomniały mi się dawne czasy. Co za miasto było z Twin Lakes czterdzieści pięć lat 

temu! Szeryf rozdzielał walczących w każdy sobotni wieczór.

— Skoro mówimy o dawnych czasach — odezwała się Allie — czy pamięta pani Wesleya 

Thurgooda?

Pani Macomber zaśmiała się.
— Jak mogłabym zapomnieć? Widzę go przecież codziennie.
— Nie, chodzi mi o to, czy pamięta go pani, kiedy był małym dzieckiem. Mówi, że się tutaj 

urodził.

—   To   prawda.   Jego   rodzice   mieszkali   w   małym,   zielonym   domu   koło   sądu,   a   ojciec 

pracował   jako   sztygar   na   nocnej   zmianie.   To   był   prawdziwy   górnik.   Wesley   był   ostatnim 
chłopcem, który się tu urodził przed moim wyjazdem. Okres koniunktury się kończył i ludzie 
zaczynali wyjeżdżać. Wesley stawiał pierwsze kroki, kiedy zamknięto kopalnię i jego rodzina 
opuściła miasteczko. Wciąż sobie myślę, żeby go zapytać, co się z nimi potem działo, ale jakoś 
nigdy nie ma okazji. Ciągle jest piekielnie zajęty, jeździ wszędzie tą swoją fantazyjną czerwoną 
ciężarówką, to coś ładuje, to uwija się wokół kopalni. Dziś rano wyruszył o świcie. Widziałam 
go w tym idiotycznym kasku, który mu jest tak potrzebny, jak mnie druga głowa.

Drogą przejechał samochód. Allie pobiegła do okna na piętrze. Wkrótce wróciła z nowiną, że 

zjawił się Thurgood z dwoma mężczyznami.

background image

— Wyglądają na Meksykanów. Co on teraz szykuje?
— Możesz go zapytać — powiedziała pani Macomber.
— Nie mogę, bo on ze mną nie rozmawia a wujek Harry przysiągł, że mnie zamknie w 

piwnicy, jak będę się naprzykrzać Thurgoodowi.

— Wątpię, żeby to zrobił — pani Macomber wstała i skierowała się ku drzwiom.
W ciągu następnych dni detektywi przycięli drzewka na największym polu i zabrali się do 

następnego.   Allie   trochę   pracowała   z   nimi,   ale   większość   czasu   spędzała   na   swym   koniu, 
galopując po polu Sąsiadującym z posiadłością Thurgooda. Zauważyła, że dwaj czarnowłosi i 
czarnoocy mężczyźni mieszkają w dawnym budynku przykopalnianym.  Nową lśniącą kłódkę 
założono u drzwi małej drewnianej komórki, stojącej blisko wejścia do kopalni. Thurgood nadal 
odbywał   swe   tajemnicze   podróże   samochodem.   Następnego   dnia   po   przybyciu   robotników, 
ciężarówka   dostarczyła   cement,   liczne   słupki   stalowe   i   wielkie   zwoje   siatki   ogrodzeniowej. 
Robotnicy,   pod   nadzorem   Thurgooda,   zaczęli   stawiać   dwumetrowe   ogrodzenie   wokół 
posiadłości.

— Zadaje sobie wiele trudu, żeby zabezpieczyć bezwartościową kopalnię — mówiła Allie 

tego dnia przy obiedzie. — Kogo miałaby obchodzić ta kopalnia?

— Ciebie — odpowiedział wujek Harry. — Dałabyś wszystko, żeby tam się dostać, i on o 

tym wie. Nie mówię już o tych typach, które się tu zbiegły, gdy znaleziono zwłoki. Nie dziwię  
się, że stawia ogrodzenie. Gdyby interesowano się tak choinkami, jak tą kopalnią, też bym się 
ogrodził.

Po obiedzie wujek Harry wyszedł spryskać  środkiem chwastobójczym  pole przy drodze. 

Jupe odchylił się na oparcie krzesła.

— Choinki nikogo nie interesują. Po co więc przyszedł tu rabuś tamtej nocy? Czy jest w tej 

szopie coś, co mogłoby zainteresować nawet najmniej wybrednego łowcę osobliwości?

Nikt nie znalazł na to odpowiedzi. Po sprzątnięciu talerzy postanowili raz jeszcze rozejrzeć 

się w szopie.

—   No   i   nic   —   powiedział   Pete.   —   Kupa   siana   dla   koni,   trochę   narzędzi   i   stary, 

niefunkcjonujący samochód.

— Może rabuś chciał tylko wziąć maczetę? — podsunęła Allie.
— Co za makabryczny pomysł — powiedział Bob. — Maczeta to okropna broń. Jeśli komuś 

potrzebna jest broń, dlaczego akurat maczeta? Lepszy byłby rewolwer. Myślę, że wiele osób w 
okolicy musi je mieć.

Wyszli z szopy właśnie w chwili, gdy bramę mijał czerwony samochód Thurgooda jadącego 

do   domu.   Obok   Thurgooda   siedział   dystyngowany   pan   w   lekkim,   letnim   ubraniu   i   białym 
kapeluszu. Allie i chłopcy puścili się pędem do domu. Wbiegli na piętro, skąd mieli lepszy 
widok na posiadłość tajemniczego sąsiada.

Robotnicy nie pracowali przy ogrodzeniu. Jeden z nich wychodził właśnie z kopalni. Pchał 

taczki   wyładowane   ziemią   i   kamieniami,   patrząc   tępo   przed   siebie.   Gdy   zrównał   się   z 
Thurgoodem, ten go zatrzymał. Wziął z taczek garść ziemi i pokazał to swemu gościowi. Potem 
odprawił robotnika, który wepchnął taczki na pomost, zbudowany z dwóch grubych desek, po 
czym znikł w bocznych drzwiach przykopalnianego budynku. Thurgood i jego gość weszli do 
kopalni.

Minutę   później   Allie   i   chłopcy   usłyszeli   stłumiony   odgłos   eksplozji.   Dudnił   przez   parę 

sekund i zamarł.

— On znowu strzela! — wykrzyknęła Allie.
— To nie  brzmiało  jak strzał  — powiedział  Jupiter.  — To był  odgłos czegoś  znacznie 

background image

silniejszego. Jakiegoś ładunku wybuchowego.

Pani   Macomber   wyszła   na   ganek   swego   domu   po   drugiej   stronie   drogi   i   spoglądała   w 

kierunku kopalni.

Thurgood i jego gość wynurzyli się na zewnątrz. Towarzyszył im drugi robotnik. On również 

pchał wyładowane taczki do budynku przykopalnianego. Thurgood rozmawiał przez chwilę ze 
swym   towarzyszem,   po   czym   obaj   wsiedli   do   czerwonej   ciężarówki   i   wyjechali   na   drogę. 
Thurgood   nie   spojrzał   nawet   na   stojącą   wciąż   na   ganku   panią   Macomber.   Ta,   gdy   tylko 
odjechali,   przecięła   drogę   i   zbliżała   się   szybko   do   domu   wujka   Harry’ego,   zapinając 
niecierpliwie  swą wielką, indiańską bransoletę.  Trzej  Detektywi  i Allie zeszli  ze schodów i 
spotkali ją przy drzwiach.

— Co wy na to?! — wykrzyknęła. — Wesley Thurgood uruchomił kopalnię!
Z kuchni wyszła Magdalena.
— Ależ nie, señora! W tej kopalni nie ma niczego. Sama pani mówiła, ze całe srebro zostało 

wybrane.

— Mimo to, on stamtąd coś wydobywa — upierała się pani Macomber. — Zakłada ładunki 

wybuchowe. Czy pani tego nie słyszała? Nie mam wątpliwości, co to za odgłos. Zbyt dobrze go 
znam.

— Tylko pozoruje jakieś prace — odezwał się Pete. — A może chce obrócić kopalnię w 

atrakcję   dla   turystów?   Wiecie,   tak   jak   ludzie,   którzy   kupują   stare   wymarłe   miasteczka   i   je 
remontują.

Ta myśl przeraziła panią Macomber.
— Zrujnuje nasze miasto! Turyści to sznury samochodów i brud...
— Cóż na to poradzimy, to jego posiadłość — powiedziała Allie, naśladując swego wujka.
Pani Macomber prychnęła  niecierpliwie,  odwróciła się i wyszła. Jupe rozważał sytuację, 

kołysząc się w przód i w tył na piętach.

— Wątpię, żeby Wesley Thurgood zamierzał otworzyć kopalnię dla turystów. Twin Lakes 

leży zbyt daleko od głównej szosy.

— Co więc robi? — zapytał Pete.
Jupe uśmiechnął się.
— Możemy spróbować wypytać  jego robotników. Thurgood wyjechał właśnie ze swoim 

gościem. Chodźmy, zobaczymy, co da się od nich wyciągnąć.

Po paru minutach Trzej Detektywi i Allie stali przy ogrodzeniu i próbowali nawiązać kontakt 

z Meksykanami. Zwrócili się do nich po angielsku — nie było reakcji. Powiedzieli kilka słów po 
hiszpańsku, też bez rezultatu. Meksykanie tylko spoglądali na nich podejrzliwie.

Zawiedzeni, wrócili do domu, prosząc o pomoc Magdalenę.
— Pani mówi ich językiem, nie będą się pani obawiać — przekonywał ją Pete.
Magdalena wyruszyła dość chętnie w stronę posiadłości Thurgooda, ale wkrótce wróciła z 

niczym.   Robotnicy   ją   również   zignorowali.   Podeszła   dość   bliska,   żeby   podsłuchać,   o   czym 
mówią między sobą, ale pies zaczął szczekać i pochwyciła tylko jedno słowo: oro.

— Oro? — powtórzył Jupe. — To znaczy złoto! Czyżby Thurgood wydobywał złoto?
— Ależ to kopalnia srebra! — zaoponowała Magdalena.
—   Złota   i   srebro   często   występują   obok   siebie   —   Jupe   wyjął   z   kieszeni   kamyk   z 

błyszczącymi okruchami. — Allie, kiedy twój wujek wybiera się do Lordsburga?

— Jutro.
— Pojedziemy z nim. Jutro będziemy wiedzieli dokładnie, co zawiera ten kamyk.

background image

Rozdział 10

Czy wszystko złoto, co się świeci?

Wujek Harry zaparkował samochód w Lordsburgu przy poczcie.
— Zamówiłem sadzonki w San Diego — powiedział. — Tu je odbiorę, a patem muszę 

zrobić   sprawunki   w   sklepie   z   materiałami   budowlanymi.   Spotkamy   się   tutaj,   chłopcy,   o 
pierwszej i pójdziemy coś zjeść przed powrotem na rancza.

— Ja idę z nimi — oświadczyła Aule.
— Zgoda. Tylko nie wpakuj się w jakieś kłopoty. Chociaż nie powinienem się niepokoić, bo 

tutaj nie ma żadnej kopalni.

Z tymi sławami wujek Harry zostawił ich i poszedł na pocztę.
— Co teraz robimy? — zapytała Allie z ożywieniem.
— Najpierw sprawdźmy kamyk Jupe’a — odpowiedział Pete. — To nie zajmie dużo czasu. 

Czy powiemy jubilerowi, gdzieśmy go znaleźli?

— Raczej nie — odparł Jupiter. — Lepiej unikać dalszych rabusiów, bo jeśli te okruchy 

okażą się złotem, zlecą się oni jak muchy do miodu. Zastaw to mnie, już coś wymyślę.

Dwie przecznice dalej znaleźli mały sklep z zegarkami i drobną biżuterią na wystawie. 

Szyld informował, że właściciel, J.B. Atkinson, skupuje złoto i srebro.

— Dokładnie ta, czego nam trzeba.
Jupiter otworzył drzwi i weszli do sklepu.
Za szklanym przepierzeniem siedział na wysokim stołku pulchny, rumiany mężczyzna. Na 

oku miał soczewkę jubilerską i reperował zegarek. Zobaczyli gablotę ze zniszczoną, lecz piękną 
srebrną biżuterią oraz kilkoma złotymi spinkami i pierścionkami

— Pan Atkinson? — zapytał Jupiter.
Mężczyzna   za   przepierzeniem   odłożył   miniaturowy   śrubokręt   zdjął   z   oka   soczewkę   i 

uśmiechnął się.

Jupe wydobył kamyk.
—  Przebywamy  u  przyjaciół  w  pobliżu   Silver  City.   Wczoraj  byliśmy   na  wycieczce   na 

wzgórzach i spotkaliśmy starego poszukiwacza

Atkinson skinął głową.
— Tak, wciąż ich można spotkać.
—   Mówił   —   ciągnął   Jupiter   —   że   nosił   kamyk   długa   przy   sobie,   ale   teraz   chce   nam 

sprzedać, gdyż potrzebuje pieniędzy.

Podał kamyk jubilerowi. Atkinson oglądał go, zmrużył oko i potarł kamyk palcem; uśmiech 

nie schodził z jego ust.

— Ile zapłaciliście za to?
— Pięć dolarów — odpowiedział Jupe.
— To prawdziwe? — zapytała Allie.
—   Kamyk   jest   prawdziwy,   a   czy   jest   w   nim   złoto,   zobaczymy.   —   Atkinson   otworzył 

szufladę   i   wyjął   z   niej   buteleczkę   z  jakimś   płynem   i   mały   pilnik.   Ściął   pilnikiem   szczyptę 
błyszczącego okruchu i wylał na nią kroplę płynu. — Ta jest kwas azotawy. Wchodzi w związek 
z niemal każdym metalem, z wyjątkiem złota.

Odczekał chwilę i skinął głową.
— Tak, mogę powiedzieć, że macie złoto!

background image

— Czy w naturze często występuje czyste złoto? — zapytał Jupe.
—   Zazwyczaj   występuje   w   połączeniu   z   innymi   metalami.   To   tutaj   wygląda   na   dobry 

gatunek. Ciekaw jestem, gdzie je znalazł twój poszukiwacz?

— Tego nam nie powiedział — odparł Jupe.
—   Myślę,   że   to   nie   ma   znaczenia   —   Atkinson   zwrócił   Jupiterowi   kamyk.   —   Pewnie 

pochodzi z którejś z czynnych kopalni w Kalifornii. Poszukiwacze wciąż jeszcze zarabiają na 
życie, przetrząsając strumienie w pobliżu starych kopalń.

Jupe schował kamyk da kieszeni.
— Mówił pan, że złoto jest zwykle zmieszane z innymi metalami. Czy w tym złocie jest 

domieszka srebra?

—   Nie.   Jest   czerwonawe,   co   wskazuje   na   obecność   miedzi.   Srebro   nadaje   złotu   kolor 

zielonkawy.   —   Jubiler   otworzył   gablotę   i   wyjął   spinkę,   która   wyglądała   na   bardzo   starą. 
Zrobiono ją ze złota o zielonkawym odcieniu, miała formę liścia. — Oto co nazywamy zielonym 
złotem. Zawiera około dwudziestu pięciu procent srebra i jest złotem osiemnastakaratowym. Te 
malutkie pierścionki w gablocie to jeszcze czystsze złoto. Ludzie zwykli kupować je w prezencie 
dla małych dzieci z okazji chrztu. Złota jest tutaj ponaddwudziestokaratowe, dlatego niektóre są 
tak   starte,   są   przecież   bardzo   delikatne.   Sprzedaję   je   jeszcze   od   czasu   do   czasu,   jako 
ciekawostkę. I tak właśnie jest z twoim kamykiem. Jest ciekawostką. Pozostałością z dawnych 
dni gorączki złota.

— Czy wart jest pięć dolarów? — zapytał Pete.
— Uważam, że tak. W dzisiejszych czasach możesz zapłacić więcej za kawałek plastyku. 

Zachowaj to. Przyjdź do mnie, gdybyś zechciał kiedyś zrobić z tego spinkę do krawata czy coś 
innego.

Chłopcy podziękowali i wyszli ze sklepu.
— Prawdziwe złoto! — wykrzyknął Pete. — W tej kopalni jest złoto!
— A także miedź — dodał Jupe w zamyśleniu. — Ale złoto w naszym kamyku nie zawiera 

srebra. Dziwne, skoro Śmiertelna Pułapka była kopalnią srebra. Wiem, że złoto i srebro znajduje 
się często w tej samej kopalni. Ale złoto, srebro i miedź?!

— Interesujące, co? — odezwała się Allie. — Ten łajdak Thurgood znalazł żyłę złota, której 

istnienia nikt nawet nie podejrzewał. Jego ojciec pracował w tej kopalni. Może wiedział coś o 
złocie i powiedział synowi. Ten wymyślił, więc opowiastkę, jak to chciał wrócić do rodzinnego 
miasta, i kupił „Śmiertelną Pułapkę”.

Jupe zmarszczył czoło.
— Jeśli to prawda i w rodzinie przechowała się legenda o ukrytej  żyle  złota, dlaczego 

Thurgood zwlekał tak długo? Mógł zbadać kopalnię dwadzieścia czy więcej lat temu i kupić ją 
tanio. Możliwe, że nie interesowało go to jako młodego człowieka, ale kiedy cena złota wzrosła 
przed pięciu laty, musiał pomyśleć o kopalni. Dlaczego wtedy nie przyjechał?

— Skąd wiesz, że nie przyjechał? — upierała się przy swoim Allie. —Może był tam pięć lat 

temu,   kiedy   Gilbert   Morgan   wpadł   do   szybu?   Może   byli   wspólnikami?   Może   pobili   się 
Thurgood zepchnął Morgana?

— Allie, to są bzdury! — wykrzyknął Bob. — Dlaczego by majętny biznesmen Thurgood, 

miał  się tak  napalić  na  starą kopalnię?  Nie  widzę powodu. Jeśli  tam jest  złoto  i on o tym  
wiedział, niepotrzebny był mu wspólnik. Nikt mu przecież nie stawiał żadnych  pytań, kiedy 
kupował posiadłość, prawda? Ale wracając do Morgana, czy nie pora, żebyśmy zaczęli działać w 
jego sprawie?

Bob wyciągnął swój notes i odczytał:

background image

— Gilbert Morgan pogwałcił przepisy warunkowego zwolnienia z więzienia. Używał także 

nazwisk George Milling, Glen Mercer i George Martins. Zwolniony pięć lat temu z San Quentin, 
znika   z   San   Francisco   prawdopodobnie  z  końcem   stycznia   lub   na   początku   lutego. 
Przypuszczalnie w maju tego roku przybywa samochodem skradzionym w Lordsburgu do Twin 
Lakes.

— Dobre podsumowanie — pochwalił Boba Jupiter.
— Niezależnie  od tego, jaki przyjmował  pseudonim, zawsze pozostawał przy inicjałach 

GM. — dodał Bob. — To wszystko, co mamy na razie. Jeśli się zatrzymał na pewien czas w 
Lordsburgu, mógł zostawić po sobie jakiś ślad. Czy zaczniemy od biblioteki miejskiej? Mają tam 
książki telefoniczne, rejestry miejskie i stare egzemplarze miejscowej gazety.

Do biblioteki zaprowadziła ich Allie. Jupe wyjaśnił bibliotekarce, że przebywa w okolicy na 

wakacjach i stara się odszukać dawno zaginionego wujka.

— Przysłał mojej mamie pięć lat temu pocztówkę z Lordsburga —mówił. — Pisaliśmy do 

niego, ale  listy wróciły,  ponieważ  nie mieliśmy  właściwego adresu. Przyrzekłem  mamie,  że 
postaram się go odnaleźć.

Przekonujący   ton   Jupe’a   wywarł   na   bibliotekarce   wrażenie,   przyniosła   więc   chłopcom 

książki telefoniczne i adresowe z ostatniego pięciolecia. Zasiedli przy długim stole i zabrali się 
do księgi adresowej.

— Szukajcie nazwisk o inicjałach G.M., i to tych, które pojawiają się tylko w najstarszych 

księgach — powiedział Jupe.

Nie trwało to długo. W ciągu dziesięciu minut sprawdzili, czy nazwiska szesnastu osób z 

inicjałami G.M. występują także w rejestrach z dalszych lat. Wszystkie te osoby, oprócz jednej, 
mieszkały nadal w Lordsburgu. Niejaki Gilbert Maynard nie figurował w kolejnych księgach, ale 
jego nazwisko pojawiło się znowu w najnowszej książce telefonicznej.

—   To   musi   być   ktoś,   kto   się   wyprowadził,   a   teraz   powrócił   —   powiedział   Jupe.   — 

Zamieszkał pod tym samym adresem.

— Nie może więc być naszym przestępcą — stwierdził Pete. —Dobra, Morgan mieszkał w 

tym mieście, nie zakładając telefonu, nie pracując i nie meldując się.

— Jeśli się tu w ogóle zatrzymał, to nie dłużej niż na parę miesięcy —zauważył Bob.
— Znaleźliście coś? — zawołała do nich bibliotekarka.
—   Nie.   Wygląda   na   to,   że   nie   mieszkał   tutaj   —   powiedział   Jupe,   po   czym   zrobił 

zawstydzoną minę. — Wujek Geoffrey był człowiekiem, który... och... przyciągał uwagę. Może 
znalazłbym coś w gazetach z tamtego roku...?

— Ach, więc to tego rodzaju człowiek — bibliotekarka pokręciła głową, ale zaprowadziła 

ich do sekcji pism i zostawiła z grubymi tomami lordsburgskiej gazety. Nie znaleźli w nich nic 
choćby luźno związanego ze zmarłym przestępcą, dopóki nie natrafili na numer sprzed pięciu lat, 
z dziesiątego maja.

— „Kopalnia śmierci zostanie opieczętowana” — odczytał tytuł Bob. — Więc ogłoszono to 

w lordsburgskiej gazecie. Czy może to mieć związek ze śmiercią naszego faceta?

Jupe wzruszył ramionami.
— Kto wie? Mógł zobaczyć artykuł w gazecie i z jakiegoś powodu pojechać do Twin Lakes 

i pójść do kopalni. Którego dnia skradziono ten samochód?

Bob sprawdził w swoich notatkach.
— Jedenastego maja. To dzień po ukazaniu się artykułu i trzy dni przed założeniem kraty. 

Te fakty mogą być z sobą powiązane.

—   Jak,   na   litość   boską!   —   wykrzyknęła   Allie.   —   Bandzior   czyta   w   gazecie,   że 

background image

opieczętowują kopalnię i to mu daje taki doping, że kradnie samochód, jedzie do Twin Lakes, 
biegnie do kopalni, wpada do szybu, łamie kark i słuch o nim ginie na pięć lat. Zupełny nonsens. 
Ale przypuśćmy, że on i Thurgood byli umówieni na spotkanie...

— Allie! — rozzłościł się Pete. — Czy możesz na chwilę zapomnieć o Thurgoodzie?
— Nie posunęliśmy się naprzód — powiedział Bob. — Wiemy, że Gilbert Morgan mógł 

być w Lordsburgu, mógł ukraść samochód i pojechać nim do Twin Lakes, ale nie możemy tego 
udowodnić. Nie mieliśmy wielkich szans, ale należało to sprawdzić.

— Czas nie został jednak zupełnie zmarnowany. Jednego jesteśmy pewni. — Jupiter wyjął z 

kieszeni kamyk. — W dniu znalezienia zwłok Morgana, w kopalni było przynajmniej tyle złota. 
Nie wiem, jak duże to ma znaczenie, ale jestem pewien, że jakieś mieć musi!

background image

Rozdział 11

Głodny złodziej

Na ranczo wrócili późnym popołudniem. Chłopcy pomogli wujkowi Harry’emu rozładować 

samochód. Skrzynki z sadzonkami ustawili pod szopą i podlali młode roślinki. Gdy wujek Harry 
poszedł do domu, Jupiter wbił wzrok w posiadłość pani Macomber po drugiej stronie drogi.

— Zapewne wasza sąsiadka wie więcej o „Śmiertelnej Pułapce” niż ktokolwiek w mieście.
— Pani Macomber? Pewnie — odparła Allie.
— Chodźmy jej złożyć wizytę — zaproponował Jupe.
Po chwili przecięli drogę i zapukali do drzwi. Pani Macomber zawołała, żeby weszli i Allie 

otworzyła drzwi. Znaleźli się w małej kuchni.

— Czy nie przeszkadzamy? — zapytała Allie.
Pani Macomber uśmiechnęła się, a zmarszczki w kącikach jej oczu się pogłębiły.
—   Ostatnimi   czasy   niewiele   mam   do   roboty.   Ale   będę   wdzięczna,   jeśli   któryś   z   was, 

chłopcy,   przyniesie   karton   z   mojej   ciężarówki.   Muszę   pochować   zakupy,   bo   mi   mrożonki 
stopnieją.

— Ja przyniosę — powiedział Pete.
Mała   ciężarówka   pani   Macomber   stała   przy   domu   na   podjeździe   z   ubitej   ziemi.   Na 

platformie  Pete zobaczył  pudło, wypełnione  brązowymi  torbami  papierowymi.  Zaniósł je do 
kuchni i postawił na szafce.

— Serdeczne dzięki. Nie jestem już tak sprawna, jak dawniej — pani Macomber zaczęła 

wyjmować z toreb jarzyny, chleb i paczki mrożonek.

Nagle rozległ się głuchy huk. Pani Macomber podeszła do okna.
— Wesley Thurgood znowu się bawi w górnika. Spodziewałam się tego. Pół godziny temu 

widziałam, jak wracał z jednym z tych swoich gości z miasta.

— Chyba rzeczywiście uruchomił kopalnię — powiedział Jupiter.
— Sądząc po odgłosach, tak — przyznała pani Macomber. — Zakłada ładunki wybuchowe, 

to na pewno. Urodziłam się tutaj, znam te odgłosy. Mieszkałam tu, w tym domu, gdy mój mąż 
był sztygarem, więc rozpoznaję wybuch dynamitu w kopalnianym szybie. Ale Thurgood nie 
pracuje   ciągle   w   kopalni.   Robi   eksplozje   tylko   wtedy,   kiedy   ma   gości.   Przypuszczam,   że 
popisuje się przed swoimi bogatymi przyjaciółmi z Los Angeles.

— Dziwne hobby — odezwał się Bob.
— Słyszałam o dziwniejszych — uśmiechnęła się pani Macomber. —Na przykład o pewnym 

człowieku, który kupił starą lokomotywę. Na polu za swoim domem ułożył trzysta metrów szyn i 
jeździł po nich tą lokomotywą  tam i z powrotem. Wkładał uniform konduktora i dobrze się 
bawił. Pieniądze przewracają ludziom w głowie. Może Wesley Thurgood zatęsknił za dawnymi 
czasami, kiedy jego ojciec był górnikiem, i stara się je przywrócić. To nieszkodliwe.

— Wydaje się tak niewinny, kiedy pani o nim mówi — powiedziała Allie.
— Posłuchaj mojej rady i nie komplikuj rzeczy bez potrzeby — ostrzegła ją pani Macomber. 

— Zawzięłaś się na Thurgooda, bo był przykry dla ciebie. Nie winię cię. To nie jest człowiek 
usposobiony do innych przyjacielsko i cieszę się, że ogrodził swoją posiadłość. Wcale mi się nie 
podobało, że ten jego pies biega, gdzie chce. Z drugiej strony, nie moją rzeczą dyktować mu, jak 
powinien rozmawiać z sąsiadami i jakiego ma mieć psa.

Ponowny huk dobiegł z kopalni.

background image

— Proszę pani, czy jest możliwe, że Thurgood uruchomił kopalnię dla zysku? — zapytał 

Jupe.

Pani Macomber potrząsnęła głową.
— Kopalnia już od dawna jest absolutnie martwa. Srebro zostało wybrane czterdzieści lat 

temu. Na pewno. Przeżyliśmy z mężem trudny okres, gdy zamknięto kopalnię. Musieliśmy stąd 
wyjechać. Czy myślisz, że zdecydowalibyśmy się na to, gdybyśmy mieli jakąkolwiek szansę 
zostania   tutaj?   Później,   kiedy   Harry   zmarł   na   atak   serca,   podjęłam   jego   ubezpieczenie   i 
otworzyłam   sklep   w   Phoenix.   Sprzedawałam   turystom   indiańską   biżuterię   i   mokasyny,   ale 
wszystko straciłam. Żaden kupiec ze mnie. Sprzedałam, co miałam, i przyszło mi pracować w 
sklepie, który kiedyś do mnie należał. Cały dzień harowałam i oszczędzałam — pani Macomber 
spochmurniała, ale szybko rozpogodziła się znowu. — Chciałam spędzić tutaj starość. Chciałam 
wrócić tu, gdzie kiedyś byłam szczęśliwa, cieszę się, że tak się stało. Może tego samego pragnie 
Thurgood. Pamiętam go, kiedy był umorusanym dzieckiem i chodził niepewnie po Twin Lakes z 
lizakiem w buzi. Było już wtedy coś szczególnego w tym chłopcu... nie mogę sobie jednak 
przypomnieć co...

— Ale kopalnia... — nalegała Allie.
— No, dzięki kopalni Twin Lakes było tym, czym było. Ale nie muszę jej posiadać, żeby 

przywrócić dobre wspomnienia. Może Wesley Thurgood musi. Może chce grać rolę do końca i 
stać się górnikiem, jak jego ojciec.

— I nie ma żadnej możliwości, żeby wydobywać coś z kopalni? —napierał Jupe.
— Żadnej. Tam nic nie zostało.
— A jeśli nawet wybrano srebro, to czy może tam być złoto? Złoto i srebro często występują 

razem, w tych samych złożach.

— Ale nie w „Śmiertelnej Pułapce”.
— To może jest tu miedź? — nie ustępował Jupe.
— Nie. Było tu tylko srebro i wybrano je — pani Macomber otrząsnęła się, jakby chciała 

odsunąć przykrą myśl. — Na dziś już dosyć tego dobrego. Kiedy kopalnia była czynna, Twin 
Lakes było zamożnym miastem, a dla mnie były to dobre czasy. Dziś należą do mnie resztki 
dawnej   świetności.   Jeśliby   kiedyś   znowu   nastała   koniunktura   w   Twin   Lakes,   wyremontuję 
swoich pięć domów, wynajmę je i zrobię na stare lata fortunę. Chodźcie, pokażę wam moją małą 
posiadłość.

I wyszła z domu.
— Myślałam, żeby pozakładać kłódki na drzwi. Ale musiałabym chyba wyłożyć całą drogę 

srebrnymi  dolarami,  żeby jakiś włóczęga się tu zapędził.  Tak mi  się przynajmniej  zdawało, 
dopóki Allie nie znalazła tych zwłok kopalni. Potem kręciło się tu pełno obcych. Czy znaleziono 
w końcu tę zaginioną maczetę twego wujka, Allie?

— Nie — odparła Allie.
— Pewnie znajdzie się zardzewiała gdzieś w górach. — Pani Macomber skierowała się do 

budynku o drewnianej konstrukcji, wypełnionej cegłą.

— Ten dom należał kiedyś do McKestriesa, który był kasjerem w kopalni.
Pchnęła   drzwi,   które   otworzyły   się   skrzypiąc.   Allie   i   chłopcy   weszli   za   nią   do   środka. 

Zobaczyli od dawna nieużywane sprzęty, popękane tynki i kredens, którego otwarte, obwisłe 
drzwiczki ukazywały obtłuczone naczynia.

— Wielu dawnych mieszkańców zostawiło tu część swoich rzeczy. Pewnie uznali, że nie 

warto ich zabierać.

— Przed wynajęciem tego domu, będzie go pani musiała wysprzątać i wszystko naprawić — 

background image

powiedziała Allie.

—   Oczywiście.   Miałam   masę   pracy   we   własnym   domu,   nim   mogłam   się   do   niego 

wprowadzić. Ale robiłam to z przyjemnością.

Przechodzili od jednego małego domu do drugiego, w każdym z nich powietrze było duszne 

od kurzu i stęchlizny. W niektórych przeciekał dach, a na sufitach były zacieki. W jednym stał 
zardzewiały piec na drewno, a obok leżała sterta pożółkłych gazet. Bob przykucnął przy nich i 
zaczął je przeglądać.

— Czy te gazety były tutaj, kiedy kupiła pani dom? — zapytał. — To znaczy, kiedy pani 

wróciła tutaj pięć lat temu?

— Tak przypuszczam. Ach, oczywiście, że musiały tu być. Jakże by się tu inaczej dostały?
— To ciekawe. Czy mogę je zabrać?
— Po co ci, na Boga, sterta starych gazet? — zdziwiła się pani Macomber.
— On ma  bzika na punkcie gazet!  — zaśmiała się Allie. — Ale ten bzik pomógł  nam 

dowiedzieć się wiele o tym, co się tutaj działo przed pięciu laty. Po znalezieniu zwłok w kopalni 
poszliśmy do redakcji „Gazety Twin Lakes”, żeby się zorientować, czy coś pisano o tym, co 
Gilbert Morgan mógł wtedy tutaj robić. Znaleźliśmy całą masę...

Jupe rzucił Allie piorunujące spojrzenie, a Bob wpadł jej w słowa.
— Mój tato jest dziennikarzem. Rozbudził we mnie zainteresowanie starymi gazetami. Czy 

mogę je sobie wziąć?

Pani Macomber zdawała się zastanawiać przez chwilę.
— Tak, chyba możesz — powiedziała wreszcie.
Bob   podniósł   ostrożnie   gazety   i   trzymając   je   pod   pachą   wyszedł   za   przyjaciółmi   na 

popołudniowe słońce.

— Powiedzcie, dzieci, napijecie się czegoś? — zapytała pani Macomber. — Mam jakąś 

oranżadę.

Wrócili do przytulnego domku, ale oranżady nie było ani w lodówce, ani w kredensie, ani w 

spiżarni przy kuchni.

— Co jest, u licha?! — wykrzyknęła pani Macomber. — Jestem pewna, że ją miałam i że 

sama jej nie wypiłam.

Jupe, zawsze baczny na szczegóły, przypatrzył się leżącym wciąż na szafce zakupom.
— Miała pani także bochenek chleba i puszki tuńczyka. Znikły!
Pani   Macomber   patrzyła   na   Jupitera   z   wyrazem   zdumienia   w   oczach.   Wtem   wydała 

stłumiony   okrzyk.   Wybiegła   na   ganek   i   rozglądała   się,   jakby   oczekiwała   zobaczyć   kogoś 
oddalającego się z jej zakupami.

Bob   odłożył   gazety.   Z   lśniącego   zlewu   wyłuskał   dwoma   palcami   mokry   niedopałek 

papierosa.

— Przepraszam, czy pani pali?
Pani Macomber popatrzyła na niedopałek w palcach Boba. Zdawała się przychodzić już do 

siebie.

— Oczywiście, że nie. Nie mogę zrozumieć, dlaczego ktoś ukradł mi chleb. Jeśli chciało mu 

się jeść, mógł mnie po prostu poprosić!

—   Ale   nie   poprosił   —   powiedział   Pete.   —   Może   chodziło   mu   nie   tylko   o   jedzenie. 

Zobaczmy, co się dzieje w pozostałych pokojach.

Pani Macomber wzruszyła ramionami i wyszli z kuchni. Obejrzeli dokładnie każdy pokój i 

każdą komórkę nieskazitelnie czystego domu. Nikt nie przyczaił się pod meblami  i żadna z 
licznych maskotek i pamiątek nie zmieniła swego miejsca.

background image

— Nie mam nic wartościowego, nic tu zresztą nie brakuje — stwierdziła pani Macomber.
— Radziłbym jednak założyć te kłódki i zamykać dom na klucz, kiedy pani wychodzi — 

powiedział Jupe.

— Ale nikt tego tutaj nie robi.
— Ostatnio kręcili się tu obcy — nalegał Jupe. — Wiadomość o znalezieniu zwłok bandyty 

w kopalni ściągnęła tu okropnych ludzi. Jeśli jeden z nich poczęstował się pani chlebem, może 
jeszcze wrócić!

background image

Rozdział 12

Nowe podejrzenia

Kilka minut później Trzej Detektywi i Allie wracali do domu. Bob taszczył swoje gazety.
— Po co ci to? — zapytał Pete. — Czyżby miały wielką wartość historyczną?
— I dlaczego nie daliście mi opowiedzieć, cośmy przeczytali w gazetach? — zawtórowała 

Allie.

Bob przełożył plik papierów tak, żeby była widoczna gazeta leżąca na wierzchu.
— Większość to numery „Gazety Twin Lakes” sprzed ponad czterdziestu lat. Musieli je 

zostawić ludzie, którzy mieszkali w tym domu przed zamknięciem kopalni. Ale na wierzchu jest 
gazeta z Phoenix sprzed pięciu lat, z dziewiątego maja. Popatrzcie na tytuł artykułu!

— Hm! Może znajdziemy jakieś spokojne miejsce i przeczytamy ten artykuł — powiedział 

Jupe.

Minęli dom i poszli spiesznie do szopy, gdzie Bob rzucił gazety obok starego samochodu. 

Uklękli  wokół,  a Bob  rozłożył   gazetę  z  Phoenix.  Tytuł   artykułu   wypisany  tłustym   drukiem 
brzmiał:

NAPAD NA OPANCERZONY SAMOCHÓD

Zamaskowani mężczyźni zbiegli unosząc z sobą 250 000 dolarów!

Dziś o godzinie 15 opancerzona furgonetka jednej z firm przewozowych została obrabowana  

przed budynkiem kasy oszczędnościowo-pożyczkowej w Phoenix przy Indian Head Road. Trzej  
mężczyźni w goglach narciarskich, uzbrojeni w dubeltówki z obciętymi lufami zmusili kierowcę  
Tomasa Serreana i strażnika Josepha Ardmore’a do przejścia na tył furgonetki. Po związaniu i  
zakneblowaniu   Serreana   i   Ardmore’a,   napastnicy   ruszyli   z   nieujawnioną   sumą   w   polisach  
ubezpieczeniowych i około 250 000 dolarów w gotówce.

Według   zeznań   naocznego   świadka,   który   prosiło   o   nie   ujawnianie   nazwiska,   złodzieje 

wsiedli do białego chryslera, zaparkowanego w pobliżu, i przykucnęli na podłodze samochodu.  
Z pobliskiego sklepu z pocztówkami wyszła kobieta, wsiadła spiesznie za kierownicę chryslera i  
odjechała Indian Head Road w kierunku północnym. Nie zdołano uzyskać dokładnego opisu  
trzech mężczyzn, ale podano, że kobieta miała około pięćdziesięciu pięciu—sześćdziesięciu lat,  
była   szczupła,   opalona,   o   lekko   siwiejących   włosach.   Wzrost  
—  w   przybliżeniu   metr  
siedemdziesiąt,   waga  
—  około   sześćdziesięciu   kilogramów.   Ubrana   była   w   ciemne,   luźne  
spodnie i białą bluzkę z golfem. Świadkowie donieśli, że nosiła niezwykłej wielkości indiański 
naszyjnik ze srebra i turkusów.

— Rany! — wykrzyknął Pete. — Zwinęli ćwierć miliona!
—   Dziewiątego   maja   —   rozważał   Jupe.   —   Gazeta   jest   sprzed   pięciu   lat   i   nosi   datę 

dziewiątego   maja.   Bob,   czy   to   nie   następnego   dnia   doniesiono   w   lordsburgskiej   gazecie   o 
opieczętowaniu „Śmiertelnej Pułapki”?

— Zgadza się — przytaknął Bob — a jedenastego maja skradziono w Lordsburgu samochód.
— W tym czasie — ciągnął Jupiter — wszystkie domy pani Macomber stały puste. Dopiero 

w  październiku   przyjechała   do  Twin   Lakes   i   kupiła   posiadłość.   Ale   ktoś,  kto   przebywał   w 

background image

Phoenix dziewiątego maja, był tutaj i zostawił gazetę w jednym z domów, które teraz do niej 
należą.

— To z pewnością ten złodziej Gilbert Morgan! — wykrzyknął Pete.
—   Możliwe   —   zgodził   się   Jupiter.   —   Phoenix   leży   niedaleko   Lordsburga.   Skradziono 

ćwierć miliona dolarów tylko parę dni przed zamknięciem kopalni... Następnie ktoś kradnie w 
Lordsburgu samochód i jedzie nim do Twin Lakes, a pięć lat później zwłoki, znanego z napadu z 
bronią   w   ręku   złodzieja,   odnajdują   się   w   kopalni...   Tak,   nie   jest   wykluczone,   że   Morgan 
przebywał dziewiątego maja w Phoenix, gdzie obrabował pancerną furgonetkę, po czym udał się 
natychmiast do Lordsburga i stamtąd do Twin Lakes. I chyba możemy się domyślić, co tu robił.

— Ukrywał się! — strzelił Pete.
— Nie — powiedział Jupiter. — Nie można się ukrywać w takim mieście jak Twin Lakes. 

Od razu zauważono by obcego. Ale przypuśćmy, że jeśli Morgan brał udział w tym rabunku, to 
szukał   bezpiecznego   miejsca   na   schowanie   swojej   części   łupu.   Co   może   być   lepszego   od 
kopalni, którą właśnie zamierzają opieczętować?

Allie nie wyglądała na przekonaną.
— Ale jeśliby zostawił pieniądze w zamkniętej kopalni, jakby je stamtąd wydostał?
—   Nie   sądzę,   żeby   mała,   żelazna   krata   była   wielką   przeszkodą   dla   doświadczonego 

przestępcy — powiedział Bob.

— Wobec tego Thurgood wziął forsę! — wykrzyknęła Allie. — Jeżeli była w kopalni, to 

Thurgood ją ma! Nic dziwnego, że nikomu nie powiedział o zwłokach. Chciał pewnie pozbyć się 
ich tak, żeby nikt się nigdy nie domyślił, że znalazł jakieś pieniądze. Ale myśmy tam poszli, nim 
zdążył to zrobić!

— To jest możliwe — przyznał Jupiter. — Ale nie martwmy się na razie tym, kto ma łup. 

Istnieje jeszcze jedna przyczyna, dla której Gilbert Morgan mógł wybrać Twin Lakes.

— Jaka? — zapytał Bob.
— Przypuśćmy, że Morgan wiedział o „Śmiertelnej Pułapce” więcej niż to, co wyczytał w 

lordsburgskiej   gazecie.   Przypuśćmy,   że   znał   kogoś,   kto   powiedział   mu   wszystko   o 
wyeksploatowanej   kopalni...   i   porzuconej   posiadłości.   Przypuśćmy,   że   ta   osoba   była   jego 
wspólnikiem!

— Do czego zmierzasz? — zapytała Allie.
— Po latach pracy w małym sklepie w Phoenix, pani Macomber wraca do Twin Lakes... 

wraca parę miesięcy po rabunku. Posiada dość pieniędzy na kupno niemałej posiadłości. Być 
może ona właśnie była wspólniczką Morgana!

— Oszalałeś! — wykrzyknęła Allie.
— Och, nie sądzę — powiedział Jupe niedbale.
— Bob, przeczytaj nam jeszcze raz opis kierowcy samochodu, którym zbiegli bandyci.
— Rany! — wykrzyknął Bob. — To była kobieta w wieku około sześćdziesięciu lat, opalona 

i   z   lekko   siwiejącymi   włosami.   W   przybliżeniu   metr   siedemdziesiąt   wzrostu   i   sześćdziesiąt 
kilogramów wagi. I nosiła indiańską biżuterię!

— Czy to wam kogoś przypomina? — zapytał Jupiter.
—   Ale   przecież..,   milion   kobiet   może   tak   wyglądać   —   protestowała   Allie.   —   Pani 

Macomber jest taka miła.

—   To   nie   ma   nic   do   rzeczy.   Mieszkała   w   Phoenix,   kiedy   dokonano   rabunku.   Straciła 

wszystko i musiała podjąć pracę, która nie mogła jej przynosić dużego dochodu. Jakoś jednak 
miała   dość   pieniędzy,   żeby   wkrótce   po   rabunku   kupić   tu   posiadłość   i   żyć   wygodnie,   nie 
pracując.   Jest   energiczna,   opanowana   i   niezależna;   są   to   cechy   niezbędne   dla   dokonania 

background image

śmiałego rabunku. I rysopis kobiety, która prowadziła ten samochód, pasuje do niej jak ulał.

— No to co?! — warknęła Allie. — Nie masz śladu dowodu przeciwko niej!
— Nie, nie mam. Ale wiele tu dziwnych zbiegów okoliczności, a o dowody możemy się 

postarać. — Jupe spojrzał chytrze na Allie. — Jest jeszcze jedna możliwość, którą musimy wziąć 
pod uwagę. Jeśli pani Macomber brała udział w napadzie na furgonetkę...

Jupe zrobił dramatyczną pauzę.
— No mówże, mów dalej — przynagliła go Allie.
— A więc jest możliwe, że Gilbert Morgan nie przyjechał do Twin Lakes sam. Być może... 

nie miał w ogóle szansy ukrycia swych pieniędzy...

— Chcesz powiedzieć, że pani Macomber zepchnęła go do szybu?! —wrzasnęła Allie. — 

Jupiterze, ty chyba postradałeś zmysły. Nie będę więcej słuchać ani jednego twojego słowa!

Zerwała się i wybiegła z szopy. Bob popatrzył na Jupitera.
— Chyba nie myślisz naprawdę, że pani Macomber zamordowała Morgana i ukradła jego 

część łupu?

— Nie — odparł Jupiter. — Nie mogłem się po prostu oprzeć pokusie zasugerowania tego 

Allie. Ale nie byłbym zdziwiony, gdyby się okazało, że pani Macomber istotnie była wmieszana 
w rabunek!

background image

Rozdział 13

Pani Macomber znika

Następnego dnia po śniadaniu Allie i Trzej Detektywi zostali w kuchni sami. Jupiter wciąż 

jadł jeszcze, niemal zatopiony w myślach. Gdy skończył, wpatrywał się chwilę w pusty talerz i 
wreszcie zapytał Allie:

— Czy wiesz, jak nazywał się sklep w Phoenix, w którym pani Macomber pracowała?
—   Nie   twój   interes,   ale   mogę   ci   powiedzieć.   Nazywał   się   „Teepee”.   Pani   Macomber 

opowiadała mi o nim wiele. Potem odkupiła go kobieta nazwiskiem Harvard i zatrzymała panią 
Macomber jako ekspedientkę. To była straszna sknera. Pani Macomber mówiła o niej, że gdyby 
mogła, to by jej w ogóle nie płaciła.

—   Ach   tak?   Tym   dziwniejsze,   że   pani   Macomber   zdołała   uzbierać   pieniądze   na   kupno 

posiadłości. No, tę część jej przeszłości możemy sprawdzić.

— Nie waż się grzebać w jej sprawach, Jones! — krzyknęła Allie. —Ona jest okay! Ja ją 

lubię!

— A Wesleya Thurgooda nie lubisz — powiedział Jupe. — To nie oznacza, że Thurgood jest 

kryminalistą, a pani Macomber nie. W gruncie rzeczy, sam ją lubię. Ale jako detektyw nie mogę 
pozwolić, żeby moje uczucia wpływały na moje sądy o ludziach.

— Och, daj spokój! Masz zwariowane koncepcje i kropka. Pani Macomber rabusiem! Co za 

pomysł!

Jupe westchnął.
—   Słuchaj,   Allie.   Nie   wiem,   czy   pani   Macomber   popełniła   cokolwiek.   Ale   wiem,   że 

mieszkała w Phoenix w czasie, gdy niezwykle do niej podobna kobieta wzięła udział w rabunku. 
Martwego   przestępcę   znaleziono   w   kopalni,   o   której   wiedziała   wszystko.   Taki   zbieg 
okoliczności   trzeba   zbadać.   Może   się   okazać,   że   wcale   nie   jest   zbiegiem   okoliczności.   Na 
początek powinniśmy się chociaż upewnić, czy pani Macomber pracowała w sklepie przez te 
wszystkie lata.

— Więc dlaczego nie zatelefonujesz do Phoenix? — zapytała Allie zaczepnie. — Dowiesz 

się, że mówi prawdę, i niczego nie wskórasz.

— Rzeczywiście mogę zadzwonić. — Jupe przeszedł do salonu, przyjaciele ruszyli za nim. 

W   informacji   w   Phoenix   uzyskał   numer   telefonu   sklepu   „Teepee”.   Przybrał   możliwie 
najgłębszy, uprzejmy i najbardziej dorosły ton głosu i zapytał:

— Czy to „Teepee”.

  

Czy mogę mówić z panią Harvard?

Nastąpiła krótka przerwa.
— Pani Harvard? Mówi Emerson Foster z domu towarowego „Bon Ton” w Lordsburgu, w 

stanie   Nowy   Meksyk.   Mamy   podanie   o   pracę   niejakiej   pani   Macomber.   Podała   nam   pani 
nazwisko dla uzyskania referencji. Jak rozumiem, przestała pracować w „Teepee” pięć lat temu. 
Mówiła nam, że zrezygnowała z pracy...

Jupe urwał. Ze słuchawki dobiegał głos, ale nikt poza Jupe’em nie rozróżniał słów.
— Po piętnastu latach? — zapytał wreszcie.
— Mówiłam wam, ona jest w porządku — szepnęła Allie.
Ale Jupe słuchał dalej i miał bardzo poważną minę.
— To... to nie do wiary! — powiedział.
— Tak. Tak, dziękuję pani za szczerość. Zapewniam panią, że jesteśmy wdzięczni.

background image

Odłożył słuchawkę.
— Co powiedziała? — zapytał Pete.
— Pani Macomber pracowała w „Teepee” przez piętnaście lat. Odeszła pięć lat temu na 

wiosnę.   Pani   Harvard   mówiła,   że   w   kwietniu   lub   maju.   Nie   pamięta   dokładnie.   Ale   pani 
Macomber nie wypowiedziała pracy.

— Więc wyrzucono ją i co z tego? — wtrąciła Allie.
— Nie wyrzucono jej. Po prostu pewnego rana nie przyszła do pracy. Nie zatelefonowała 

nawet. Kiedy jedna z pracownic sklepu poszła do niej spytać, co się stało, mieszkanie było puste. 
Wyprowadziła się, nie zostawiając nowego adresu.

Allie milczała.
Bob rozparty na kanapie, po tych słowach usiadł prosto.
— Pięć lat temu na wiosnę — powtórzył.  — W tym  samym  czasie, gdy napadnięto na 

furgonetkę.   Możesz   mieć   rację,   Jupe.   Pani   Macomber   mogła   być   kobietą,   która   odjechała 
samochodem przestępców. Jestem ciekaw, gdzie była w okresie między opuszczeniem „Teepee”, 
a przybyciem do Twin Lakes.

— Czy się gdzieś ukrywała? — podsunął Pete.
— Nie wyciągajmy pochopnych wniosków — powiedział Jupe. — Może być jakieś inne 

wyjaśnienie. Proponuję przejść się do niej. Może nam się uda nakłonić ją do powiedzenia czegoś 
więcej o Phoenix i o tym, co się wydarzyło tamtej wiosny.

— Subtelne przesłuchanie — podsumował Pete. — Ty to dobrze robisz, Jupe. Chodźmy!
— Uważam, że jesteście świnie! — oświadczyła Allie.
— Okay, nie musisz iść z nami — powiedział Pete.
— O, właśnie że pójdę. Chcę zobaczyć wasze głupie miny, kiedy się przekonacie, że nie 

macie racji.

Lecz gdy Allie i Trzej Detektywi przeszli na drugą stronę drogi, okazało się, że subtelnego 

przesłuchania nie będzie. Ciężarówki pani Macomber nie dostrzegli na podjeździe i nikt nie 
odpowiedział na ich pukanie.

— Prawdopodobnie pojechała do miasta — stwierdziła Allie. — Zostawię jej kartkę na stole 

w kuchni, żeby przyszła na drugie śniadanie. Magdalena nie będzie miała nic przeciw temu.

Weszła do domu, za nią chłopcy.
—   Proszę   pani!   —   zawołała,   a   nie   doczekawszy   się   odpowiedzi,   poszła   do   salonu   w 

poszukiwaniu jakiegoś kawałka papieru. Detektywi  czekali w kuchni, która nie była  już tak 
czysta, jak poprzedniego dnia. Na piecu stały brudne garnki, a w zlewie piętrzyły się nie umyte, 
wyraźnie od wczoraj, talerze.

— Myślę, że pani Macomber wybiera się w podróż! — zawołała Allie.
— Skąd wiesz? — zapytał Jupe, wchodząc do salonu.
Allie wskazała, widoczną przez otwarte drzwi, sypialnię. Na łóżku leżała mała walizka i były 

rozrzucone różne części garderoby.

Jupe podszedł do drzwi sypialni. Przyjrzał się pokojowi i powiedział:
— Myślę, że już wyjechała!
— Coo? — Pete stanął za nim.
Jupe wskazał otwartą szafę.
— Wszystkie rzeczy są z niej wyjęte. I popatrz na te wysunięte szuflady komody. Są puste. 

Chłopaki, ona wyjechała i myślę, że uczyniła to w pośpiechu!

— Co ty mówisz? — zapytała Allie.
— Wszystko na to wskazuje — odparł Jupe. — Widziałeś wczoraj ten dom. Panował tu 

background image

porządek jak w pudełeczku. Czy pani Macomber jest taką osobą, która wyjeżdżając, zostawia 
otwarte szuflady, zbędne rzeczy i walizkę na łóżku, i brudne naczynia w zlewie? Nigdy chyba, 
że bardzo się spieszy albo nie ma wyboru!

—   A   może   ją   porwano!   —   wykrzyknęła   Allie.   —   Ten   facet,   który   zabrał   jej   wczoraj 

jedzenie... Może zobaczyła go, więc...

— Więc ją porwał, pakując najpierw jej rzeczy — dokończył Jupe. —Trudno w to uwierzyć.
— Może pojechała na wakacje — rozważał Pete.
— Wątpię — powiedział Jupiter. — Gdyby jechała na wakacje, nie zostawiałaby takiego 

bałaganu. I nic wczoraj nie mówiła o wakacjach.

— Może jakaś nagła sprawa rodzinna — odezwał się Bob. — Mogła dostać telefoniczną 

wiadomość już po naszym wyjściu.

Jupe ze zmarszczonym czołem szczypał dolną wargę.
— Jak dotąd jest to najbardziej prawdopodobne przypuszczenie, Bob! Jest jednak jeszcze 

jedna   możliwość.   Pani   Macomber   postanowiła   wyjechać,   ponieważ   znalazłeś   tę   gazetę   z 
Phoenix.

— Ależ ona nie wiedziała, o czym w niej piszą — żachnęła się Allie.
— Mówiła, że gazety leżały już tutaj, kiedy kupiła posiadłość.
— Możliwe — przyznał Jupe. — Ale gdyby brała udział w napadzie i gdyby wpadł jej w oko 

tytuł artykułu, wiedziałaby, o czym piszą. A wtedy zrozumiałaby, że może być z nią krucho, bo 
ty, Allie, musiałaś jej powiedzieć, że grzebiemy w przeszłości zmarłego przestępcy! Nie trzeba 
było   wiele   myśleć,   żeby   przewidzieć,   że   dodamy   dwa   do   dwóch   i   zaczniemy   jej   zadawać 
kłopotliwe pytania. Co więc zrobiła?

— Uciekła! — oświadczył Pete.
— Jeśli jesteście tego pewni, dzwońcie do szeryfa — powiedziała Allie.
— I co mu doniesiemy? — zapytał Jupe. — Że pani Macomber wyjechała? Ma do tego 

prawo.  Brak   nam   dowodu,  że   miała   powiązania   z   Morganem   i   rabunkiem.   Wszystko   to   są 
domniemania.

Wyszedł z domu i skierował się krótkim, piaszczystym podjazdem do drogi. Zatrzymał się, 

pochylił  i studiował ślady opon. Pozostali podeszli do niego. Wskazał im najświeższy trakt, 
który   przecinał   ślady   opon   innych   pojazdów.   Najwyraźniej   ciężarówka   pani   Macomber 
wyjechała z podjazdu i skręciła w stronę posiadłości Wesleya Thurgooda.

— Dziwne — powiedział Jupiter. — Pojechała nie do miasta, lecz w przeciwnym kierunku.
— Jeśli jest to ślad jej ciężarówki — zauważyła Allie.
— Te ślady są identyczne z odciskami opon na podjeździe — odparł Jupe.
Allie i Trzej Detektywi poszli drogą po śladach kół ciężarówki. Biegły wzdłuż posiadłości 

Thurgooda. Gdy ją mijali, olbrzymi pies rzucił się na ogrodzenie z wściekłym ujadaniem. Już go 
nie   przywiązywano   po   ukończeniu   ogrodzenia.   Ani   Thurgooda,   ani   jego   meksykańskich 
robotników nie było nigdzie widać.

Kilkaset   metrów   za   posiadłością   Thurgooda   ślady   zboczyły   na   wyboisty   trakt,   ledwie 

przypominający drogę. Wił się skrętami w górę zbocza.

— Dlaczego... dlaczego pojechała traktem do Hambone? — odezwała się Allie.
— Hambone? — powtórzył Jupe.
Allie wskazała górę.
— Tam na szczycie jest wymarłe miasto. Nazywa się Hambone. Tam również była kopalnia, 

ale zamknięto ją z tych samych powodów, co „Śmiertelną Pułapkę”. A tamto miasto nie miało 
tartaku,   który   by   mógł   je   uratować,   więc   wymarło.   Nigdy   tam   nie   byłam.   Droga   jest   zbyt 

background image

uciążliwa. Można tam dojechać tylko jeepem albo ciężarówką z napędem na cztery koła.

—   Ciężarówka   pani   Macomber   ma   taki   napęd   i   z   pewnością   jechała   tym   traktem   — 

powiedział Jupiter.

Pete ożywił się.
— Jedźmy jej śladem. Allie, ciężarówka twego wujka też ma napęd na cztery koła...
— I mogę nią jeździć tylko w obrębie rancza — przerwała mu Allie.
Nagle twarz jej pojaśniała.
— Możemy wziąć konie! Konie się tam dostaną. Nawet powinniśmy pojechać. Jeśli pani 

Macomber miała wypadek lub zepsuła jej się ciężarówka, może potrzebować pomocy. Spakujmy 
jedzenie   na   piknik,   powiemy   wujkowi   Harry’emu,   że   chcemy   zwiedzić   prawdziwe   miasto 
duchów.

—   Ty   mu   powiesz,   Allie   —   powiedział   Pete.   —   Zmyślasz   lepiej   niż   nas   trzech   razem 

wziętych!

background image

Rozdział 14

Koniec tropu

Magdalena przygotowała obfity prowiant, który zapakowali w torby przy siodłach.
— Uważajcie z ogniem, kiedy będziecie smażyć kiełbaski. Nie chcecie chyba spalić całej 

okolicy — ostrzegała, machając im na pożegnanie.

Allie dosiadła swej pięknej Królewny. Jupe, nieco spocony, jechał na krępej klaczy. Pete 

siedział   swobodnie   na   kościstym   wałachu,   a   Bobowi   przypadł   trzeci   koń   wujka   Harry’ego, 
srokaty wierzchowiec. Przejechali kłusem koło bramy Thurgooda, rozpętując zajadłe szczekanie 
i ściągając spojrzenia dwóch Meksykanów, którzy malowali właśnie chatę Thurgooda.

Allie wysunęła się na czoło, gdy zaczęli piąć się w górę. Tuż za nią jechał Jupe na swej 

klaczy, którą bardziej interesowało szczypanie trawy na poboczu traktu niż wspinanie się na 
szczyt góry. W pewnym momencie Allie zawróciła Królewnę i chwyciła lejce konia Jupe’a.

— Zrób coś, żeby podniosła głowę! Rusz się!
Jupe poczerwieniał. Ściągnął lejce i klacz ruszyła kłusem, ale zaraz zwolniła i wlokła się 

dalej, krok za krokiem.

— Cały dzień nam zejdzie, zanim tam dojedziemy! — gderała Allie.
— Wio! — Jupe ścisnął pulchnymi udami boki konia, ale ten nie przyspieszał kroku.
— Nikt by cię nigdy nie wziął za szalonego jeźdźca! — zawołał Bob. Sam siedział sztywno 

na swym koniu popatrując na poszarpane zbocze, mruczał: — Wolałbym z niego nie spaść.

Pięli   się   w   górę,   wypatrując   od   czasu   do   czasu   śladu   opon   w   bardziej   piaszczystych 

miejscach. Rozleglejszy widok na góry zasłaniały rosnące po obu stronach traktu sosny. Było po 
pierwszej,   gdy   wreszcie   osiągnęli   nagą   grań   i   znaleźli   się   na   piaszczystej   głównej   ulicy 
Hambone. Stały przy niej drewniane, wyschnięte na pieprz domy. Miały powybijane szyby, a 
oblazłe z farby deski odstawały od ścian. Po ulicy walały się zardzewiałe sprężyny z materacy, 
stare puszki, połamane meble i odłamki szkła.

Allie zsiadła z konia i uwiązała go do poręczy ganku przy budynku, który był kiedyś sklepem 

wielobranżowym. Chłopcy zeszli sztywno ze swych koni i uwiązali je również.

— Ponuro tutaj. — Pete rozglądał się jakby w obawie, że zobaczy duchy.
— Wujek Harry mówi, że tak się dzieje z prawdziwie wymarłym miastem — powiedziała 

Allie. — Przychodzą wandale, niszczą rzeczy i wyrzucają je przez okna.

Wskazała   stojący   dalej   duży   budynek,   bardzo   podobny   do   tego,   który   znajdował   się   w 

posiadłości Thurgooda. Jego ściany i dach zrobiono z karbowanej blachy, która zardzewiała, i 
zlały z niej czarne otwory.

— To musi być budynek kopalniany.
Ruszyli w stronę olbrzymiej szopy.
— Patrzcie pod nogi i nie ruszajcie tych kawałów blachy na ziemi — ostrzegała Allie. — Pod 

nimi lubią się chować przed słońcem grzechotniki, a kiedy się je wystraszy...

— Wiemy co się stanie, kiedy wystraszysz grzechotnika! — przerwał jej Pete. — Nie bój się. 

Nie zamierzamy grzebać w śmieciach.

Doszli do budynku kopalnianego i zatrzymali się. Drzwi dawno wypadły zajrzeli, więc przez 

otwór do mrocznego wnętrza.

— Ciekaw jestem, czy ta podłoga nas utrzyma, czy może jest cała przegniła — powiedział 

Bob.

background image

— Mniejsza z tym, ciężarówki tu nie ma. Nie przyjechaliśmy tu, żeby zwiedzać. — Jupe 

wrócił na środek ulicy, by odszukać ślady ciężarówki.

— Pani Macomber z pewnością dojechała na szczyt. W przeciwnym razie znaleźlibyśmy ją 

na trakcie.

Szedł wzdłuż śladów aż do narożnika budynku.
— Aha!
— Co tam jest? — Allie pobiegła do niego, za nią Pete i Bob.
Za zrujnowanym budynkiem stała ciężarówka pani Macomber.
— Pani Macomber! — wołała Allie, biegnąc do ciężarówki. — Proszę pani! To ja, Allie!
Była niemal przy ciężarówce, gdy rozległ się przykry, furkoczący dźwięk.
— Allie! Stój spokojnie! — krzyknął Jupe.
Allie usiłowała skoczyć w tył, ale pośliznęła się i upadła. Ohydny, niebezpieczny wąż zdawał 

się wyfruwać spod ciężarówki. Allie rzuciła się w bok, a wstrętna głowa z rozwartą przerażająco 
paszczą i śmiertelnym żądłem ugodziła w miejsce, gdzie dziewczynka przed sekundą leżała.

Allie znieruchomiała.
Grzechotnik,   rozciągnięty   na   całą   swą   długość,   wydał   ponownie   okropny   ostrzegawczy 

dźwięk i zaczął się skręcać w zwój.

— Nie ruszaj się — szepnął Pete. Podniósł z ziemi duży kamień, wycelował i rzucił nim w 

węża.

— Jasny gwint! — wykrzyknął Bob. — W samą głowę! Ludzie, niewiele brakowało!
Allie pozbierała się i patrzyła ze zgrozą na drgającego, wijącego się węża.
— Dzięki — powiedziała jedynie, ale była blada i rozdygotana.
—   Każdy   dobrze   wytrenowany   harcerz   by   to   zrobił   —   Pete   przykucnął   i   zajrzał   pod 

ciężarówkę z bezpiecznej odległości. — Chyba był tam tylko ten jeden grzechotnik.

Allie i chłopcy obeszli zdychającego węża i zbliżyli się do ciężarówki pani Macomber. Była 

pusta. Bez bagażu i bez kluczyków w stacyjce.

— Gdyby została wezwana nagle przez rodzinę, nie zostawiłaby ciężarówki — powiedział 

Bob.

— Nie pojmuję, dokąd poszła i gdzie są jej rzeczy — odezwała się Allie.
— Może się gdzieś ukrywa? — rozważał Pete.
Przeszukali miasto. Zaglądali przez okna do domów, otwierali skrzypiące na zardzewiałych 

zawiasach   drzwi.   Znaleźli   jedynie   połamane   sprzęty  i   sterty  śmieci.   Tu   i  ówdzie   dostrzegli 
odciski stóp, ale po pani Macomber nie było śladu.

— Tu byli ludzie. Dużo ludzi — powiedział Jupe.
Wrócili do ciężarówki i obejrzeli uważnie ziemię wokół niej. Były tam liczne odciski stóp i 

nie wszystkie należały do Allie i chłopców. Dwadzieścia metrów od ciężarówki znaleźli ślady 
opon drugiego pojazdu.

— Ktoś inny przyjechał tu jeepem albo ciężarówką — stwierdził Pete.
Poszli ulicą po śladach drugiego pojazdu, aż na skraj miasta. Tutaj, po drugiej stronie góry, 

wiodła w dół droga — wąska, ale wciąż w dobrym stanie.

Jupe milczał chwilę.
— Mogła się umówić tutaj z kimś na spotkanie — powiedział wreszcie. — Tak, na pewno. 

Przyjechała na górę, przeniosła bagaż do drugiego samochodu, zostawiła ciężarówkę i odjechała. 
Dokąd prowadzi ta droga, Allie?

— Nie bardzo wiem. Nigdy nie byłam tu przedtem. Wiem tylko, że po drugiej stronie góry 

jest rozległa pustynia.

background image

Na stoku poniżej pojawił się tuman kurzu i dobiegł ich odgłos ciężko pracującego silnika.
— Wraca! — wykrzyknął Pete.
Ale to nie była pani Macomber. Na drodze ukazał się jeep, który zarzucał nieco i ślizgał się 

po   sypkim   podłożu.   Za   kierownicą   siedział   starszy   mężczyzna   w   słomkowym   kapeluszu   o 
szerokim rondzie. Obok niego kobieta we wzorzystej, bawełnianej sukni.

— Czołem! — mężczyzna uśmiechnął się i zatrzymał jeepa.
— Cześć! — odpowiedział Pete.
— Same tu, dzieci, jesteście?
Pete skinął głową.
— Polowanie na butelki, jak sądzę? — powiedział mężczyzna.
— Polowanie na butelki? — powtórzył Bob.
— My tu po to jesteśmy — odpowiedział przybyły. — Przejechaliśmy całą drogę z Casa 

Verde aż do tych starych miast w górach. Przy pewnym szczęściu można w nich znaleźć piękne 
stare butelki. Ale niczego nie dotykajcie ręką. Jeśli chcecie coś przesunąć, weźcie kij. Tu są 
węże.

— Wiemy — powiedział Jupe. — Czy... czy dużo ludzi tu przyjeżdża?
— Tak przypuszczam. Droga do Hambone nie jest zła. Nawet jak się nie znajdzie żadnej 

butelki, to same miasta są ciekawe. W jednym znalazłem w zeszłym tygodniu lampę naftową. 
Była jak nowa.

Pojechali dalej i zaparkowali jeepa pod sklepem.
— No i tyle ze śladów drugiego samochodu — powiedział Bob. —Mógł to być ktoś, kto 

przyjechał na spotkanie z panią Macomber, ale równie dobrze jakiś łowca antyków.

Jupiter westchnął.
— To już jest bez znaczenia. Pani Macomber była tutaj, ale jej tu nie ma. Dojechaliśmy do 

końca tropu.

background image

Rozdział 15

Uciszony pies

Allie i detektywi upiekli kiełbaski i wrócili do koni. Droga powrotna trwała długo. Konie 

trzymały się blisko siebie i zstępowały ostrożnie po stromym zboczu.

— Nie do wiary — odezwał się Jupe. — Pani Macomber zdawała się być tak opanowana, a 

jednak wpadła w panikę i zwiała.

— Nie wiemy na pewno, co się stało z panią Macomber — powiedziała Allie. — Możemy 

się tylko domyślać.

— To nie są domysły — odparł Jupiter. — Kiedy się zorientowała, że badamy wydarzenia 

sprzed   pięciu   lat,   przestraszyła   się   i   uciekła.   Być   może   oczekiwał   ją   w   Hambone   jeden   z 
dawnych wspólników. Jest nawet możliwe, że któryś z bandytów ukrywał się w Twin Lakes 
przez ostatnie parę dni. Wciąż nie wyjaśniło się, kim był rabuś, który zabrał maczetę.

Pete się ożywił.
— Słuchajcie, to mógł być członek gangu. Pani Macomber mogła go ukryć, kiedy szeryf go 

ścigał.

— A co z tymi brakującymi zakupami? I z tym niedopałkiem papierosa? — zawtórował mu 

Bob.

— Co z nimi? — zapytała Allie.
—   Słuchaj   choć   przez   chwilę   —   powiedział   Bob.   —   Przypuśćmy,   że   pani   Macomber 

ukrywała rabusia i powiedzmy, że był on członkiem gangu. Kiedy byliśmy wczoraj u niej, mógł 
wciąż znajdować się w pobliżu. Zgłodniał i zdecydował się złapać coś do jedzenia w czasie, gdy 
oglądaliśmy jej pozostałe domy.  Pamiętaj, że to nie pani Macomber zauważyła pierwsza, że 
czegoś brakuje. To Jupe spostrzegł, że znikł chleb i puszki.

— Słusznie, Bob — przytaknął Jupe.
— Zwariowaliście wszyscy! — oburzyła się Allie.
— Nie denerwuj się — łagodził Jupe. — Pamiętaj, że niczego nie jesteśmy pewni. Jak dotąd 

zebrało się kilka niezwykłych  zdarzeń. Znaleźliśmy ciało martwego od pięciu lat człowieka, 
który być może brał udział w rabunku. Pani Macomber, która być może była również w ten 
rabunek wmieszana, tajemniczo zniknęła. Jakiś włóczęga ukradł z szopy maczetę i jest możliwe, 
że to wspólnik pani Macomber i człowieka z kopalni. I wreszcie kopalnia, wyeksploatowana 
kopalnia srebra, która najwidoczniej  została uruchomiona  przez bogatego  biznesmena  z Los 
Angeles. Jest jeszcze ta grudka złota, znaleziona w kopalni, gdzie według pani Macomber nigdy 
nie było ani uncji złota!

— Pani Macomber mogła kłamać — zauważył Pete.
— Cokolwiek by ją łączyło  z człowiekiem  z kopalni,  na temat  złota nie miała  powodu 

kłamać — odparł Jupe. — Pani Macomber zdaje się nie mieć żadnych powiązań z Wesleyem 
Thurgoodem poza tym, iż pamięta, że urodził się w Twin Lakes.

— A co z łupem? — zapytał Pete. — Jeśli znaleziono go tutaj, to czy wziął go Thurgood? A 

może pięć lat temu pani Macomber?

Dalszą drogę zboczem góry odbyli w milczeniu. Do podnóża dotarli późnym popołudniem. 

Jadąc   wzdłuż   posiadłości   Thurgooda,   zauważyli,   że   nie   ma   jego   czerwonego   samochodu. 
Malowania jeszcze nie skończono, pod chatą stały wiadra farby, ale robotników nie było nigdzie 
widać. Wielki pies wyciągnął się na słońcu i spał.

background image

Kopyta koni stukały pod zamkniętą na kłódkę bramą, a pies spał dalej.
— To dziwne — zauważył Jupiter. — Zazwyczaj stara się rozszarpać ogrodzenie.
Wjechali na pastwisko Harrisona Osborne’a i rozsiodłali konie. Frontowe drzwi domu zastali 

otwarte, a na stole w kuchni leżała kartka:

Magdalena   musi   jechać   do  siostry.   Odwożę  ją  do  Silver  City  i   wrócę   późno.  Na  obiad  

zjedzcie coś na zimno i unikajcie kłopotów! Uściski

wujek Harry

— Jak miło! — zasępiona twarz Jupitera pojaśniała.
— Nie widzę w tym nic miłego. Może siostra Magdaleny jest chora. Co się z tobą dzieje, 

Jones? — powiedziała Allie.

—   Miejmy   nadzieję,   że   nie   jest   chora.   Jest   miło,   bo   nikogo   nie   ma!   Pani   Macomber 

przepadła. Zniknął samochód Thurgooda i nie ma jego robotników. Twój wujek i Magdalena 
wyjechali. Droga wolna i możemy bez przeszkód zająć się jedyną nie badaną jeszcze tajemnicą: 
pojawieniem się kawałka złota w wyeksploatowanej kopalni srebra.

— Zapomniałeś o psie — powiedział Pete. — Pies jest na miejscu, i to nie uwiązany.
— Nie martw się o psa! — Allie podbiegła do lodówki i wyjęła z niej resztki baraniego 

udźca z wczorajszego obiadu. — Dużo mięsa i soczysta kość do obgryzania. To zajmie na jakiś 
czas starego Fido.

Kilka minut później Trzej Detektywi i Allie przemierzali spiesznie plantację choinek. Na 

skraju posiadłości wujka Harry’ego stanęli pod ogrodzeniem i rozejrzeli się. Pies ciągle spał.

— Hej! — krzyknął Pete. — Hej, Reks! Fido! Uhu!
— Chodź tu, coś dostaniesz! — Allie wymachiwała baranim udźcem.
Pies w ogóle się nie poruszył.
Pete zawołał go jeszcze raz, a ponieważ pies nadal nie reagował, uchwycił się ogrodzenia, 

wdrapał na szczyt, po czym zszedł po drugiej stronie.

— Uważaj — przestrzegł go Bob.
— Przerzuć mitu tę kość. Rzucę mu ją, gdyby się obudził. — Pete stał, obserwując psa. — 

Można niemal pomyśleć, że nie żyje.

— Wykorzystajmy sytuację. — Allie również wspięła się na ogrodzenie i przeszła na drugą 

stronę.

Bob poszedł za jej przykładem, na końcu gramolił się Jupe, dysząc i sapiąc, zdołał przerzucić 

przez ogrodzenie swe obfite kształty.

Ostrożnie podeszli do psa. Allie wciąż przemawiała do niego słodko:
— Chodź, piesku. Dobry piesek.
— Uważaj! — szepnął Jupiter.
Allie pochyliła się i dotknęła psa. Drgnął i zaskomlał, jakby mu się coś śniło.
— Śpi. Ale jak to się stało, że się nie obudził?
Jupe wypatrzył  blaszaną puszkę pod ogrodzeniem. Podniósł ją i powąchał leżące  w niej 

resztki surowego mięsa.

—  Nic   tu  nie  czuję,   ale  możliwe,   że  pies  został  czymś   odurzony.   Może  ktoś  chciał  go 

unieszkodliwić?!

Rozejrzeli się z lękiem, nie dostrzegli jednak nikogo.
— Zastanawiam się, gdzie się podziali ci meksykańscy robotnicy — Bob bezwiednie obniżył 

głos do szeptu.

background image

— Halo! Jest tu ktoś?! — zawołał Pete.
Wołanie rozniosło się echem po górach.
— Do dzieła! Ktoś uśpił psa, a w dodatku nikogo tu nie ma — Allie wyciągnęła z tylnej 

kieszeni spodni latarkę. — Szybko, póki ktoś się nie pojawi.

Ruszyła ku wejściu do kopalni. Tonęło w głębokim cieniu, gdyż słońce schowało się już za 

górą. Zbliżał się zmierzch.

W tunelu stały taczki i kilka łopat. Allie oświetliła ściany, potem wsparty belkami strop.
— Co oni tu robili? Nie widzę żeby coś było wysadzane dynamitem.
— Nie weszliśmy jeszcze dostatecznie w głąb — powiedział Jupe. — Odgłosy eksplozji były 

stłumione. Chodźmy tam, gdzie znalazłem ten kamyk.

Wziął latarkę i poprowadził ich do rozwidlenia tunelu. Bez wahania skręcił w lewo.
— To było około piętnastu metrów stąd.
Teraz w tunelu leżała większa niż przedtem sterta kamieni. Powyżej usypiska ział szeroki 

otwór, wyrwany w ścianie wskutek eksplozji. Coś połyskiwało na brzegu wyrwy.

— Patrzcie! — wykrzyknął Pete. — Złoto!
Jupe podszedł bliżej i skierował na to miejsce latarkę. Jasne okruchy rozbłysły w jej świetle.
—   Zdumiewające!   —   Jupe   wyskrobał   paznokciem   z   twardej   ziemi   kawałek   lśniącego, 

żółtego metalu. Oświetlił latarką swą zdobycz i wpatrywał się w nią szeroko rozwartymi oczami.

— A więc pani Macomber się myliła! — powiedziała Allie. — W kopalni jest złoto!
Nagle wszyscy zamarli.
Z zewnątrz dobiegł ich stłumiony odgłos, który mógł być wystrzałem lub hukiem spalin z 

rury wydechowej samochodu.

— Ktoś nadjeżdża! — szepnął Pete.
— Lepiej zwiewajmy! — zawołała Allie. — Nie mam zamiaru być tu znowu przyłapana!
Jupe schował okruch złota do kieszeni i wszyscy pobiegli do głównego tunelu. Obudowane 

drewnem wejście zamajaczyło przed nimi jako nikły kwadrat światła. Jupe zgasił latarkę i szli po 
omacku, potykając się na pochyłym podłożu tunelu. Przy wejściu Jupe zatrzymał wszystkich.

Na zewnątrz pies nadal leżał, niemal niewidoczny w gęstniejącym mroku. Za ogrodzeniem 

zatrzymał  się z piskiem samochód.  Allie  i chłopcy zobaczyli  wysiadających  z niego  dwóch 
mężczyzn.

— Okay,  Gasper — powiedział jeden z nich. — Weź kamień albo coś, co się nada do 

rozbicia kłódki na bramie.

— Nie ma sprawy, Manny — odpowiedział drugi — odstrzelę ją.
— Oszalałeś?  Ktoś usłyszy  i zaraz  tu będziemy  mieli  tego  tłustego  kota,  szeryfa.  Bierz 

kamień.

Nawet   z   odległości   wielu   metrów   od   bramy,   Allie   i   chłopcy   słyszeli   ciężki   oddech 

mężczyzny zwanego Gasperem.

— Jupe! — szepnął Pete. — Poznaję ten oddech. To rabuś z szopy! Ten, który się zamierzył 

na mnie maczetą. Tak samo dyszał!

Cofnęli się w głąb tunelu.
— Co robić? — pytała Allie szeptem. — Jeśli spróbujemy uciekać, te typy nas na pewno 

zobaczą, a nie myślę, żeby tu przyszli z przyjacielską wizytą. Tutaj nie ma żywej duszy... I na 
ranczo też nie.

Słyszeli, jak Gasper wali w kłódkę na bramie. Zamek spadł na ziemię i bramę pchnięto na 

oścież.

— Jeśli on wciąż tu jest, to pewnie znajdziemy go w domu — wychrypiał Gasper.

background image

Obaj skierowali się do chaty Thurgooda.
— Może go wcale nie być — mówił drugi. — Miał kupę czasu, żeby to schować gdzie 

indziej.

— Jak tu nie znajdziemy, możemy sprawdzić w kopalni.
— A jak tam nie znajdziemy, poczekamy, aż ten typek wróci, i zmusimy go, żeby gadał, co z 

tym zrobił!

Śmiali się obaj, gdy wchodzili do chaty Thurgooda. Allie zaczęła zawodzić piskliwie:
— Złapią nas tu! Musimy próbować dostać się na ranczo! Z domu możemy zatelefonować do 

szeryfa!

— Masz źle w głowie? — szepnął Pete. — Ci faceci mają broń.
— Allie ma rację. Coś musimy zrobić — powiedział Bob.
Jupe podczołgał się do otworu tunelu i wyjrzał na zewnątrz. W pobliżu, przy rozklekotanej 

komórce, którą Thurgood zamknął na kłódkę parę dni temu, stało wiadro z jakąś cieczą. Jupe 
podpełzł do niego i powąchał, po czym spojrzał na wyschnięte na wiór deski komórki.

Przekradli się z powrotem do kopalni.
—   Meksykanie   zostawili   przy   komórce   wiadro   z   rozpuszczalnikiem   do   farby   — 

poinformował   towarzyszy.   —   Jeśli   wywołamy   pożar   komórki,   ktoś   w  mieście   z   pewnością 
zauważy   ogień   i   zawiadomi   straż   pożarną.   Migiem   ściągniemy   tutaj   wóz   strażacki   i 
prawdopodobnie szeryfa, i te opryszki znajdą się w potrzasku. Pete, miałeś ze sobą w Hambone 
zapałki. Masz je przy sobie?

Pete odszukał w kieszeni pudełko zapałek i wraz z Jupem przekradli się na zewnątrz. Jupe 

podniósł wiadro i chlusnął jego zawartością na komórkę. Pete rzucił na nią zapaloną zapałkę. 
Płomienie ogarnęły natychmiast stare drewno. Komórka stanęła w ogniu.

— Pięknie! — powiedział Pete. — To powinno wystarczyć.
Nagle Jupe’owi zaparło dech.
— Jeszcze jak starczy! — krzyknął. — Szybko! Do kopalni! Chyba wiem, co Thurgood 

trzyma w tej komórce!

Skoczyli do kopalni i w czwórkę popędzili w dół tunelu.
— Na ziemię! — wrzasnął Jupe.
Rzucili się na podłoże tunelu... komórka eksplodowała z hukiem, od którego zatrzęsła się 

Ziemia!

background image

Rozdział 16

Ucieczka

Eksplozje nie ustawały, grzmiąc ogłuszająco. Gdy skończyły się wreszcie, huk wybuchów 

wracał  jeszcze echem od gór. Allie i chłopcy wygramolili  się z kopalni. U wejścia płonęły 
rozrzucone wokoło resztki komórki.

Pete wciągnął oddech.
— A chcieliśmy przecież wywołać tylko mały pożar!
— Powinienem się domyślić, że Thurgood trzyma w komórce dynamit — powiedział Jupiter.
Po   pierwszym   szoku,   wywołanym   eksplozją,   wypadki   potoczyły   się   z   przerażającą 

szybkością.   Rozwarły  się drzwi  budynku   kopalnianego   i wybiegli   z  nich  dwaj  Meksykanie. 
Przeleźli spiesznie przez ogrodzenie i znikli wśród skał na stoku nad kopalnią. Manny i Gasper 
wypadli   z   chaty   akurat   w   momencie,   gdy   czerwony   wóz   Thurgooda   wjechał   przez   otwartą 
bramę.

— Panie Thurgood! — krzyczał Pete, biegnąc mu na spotkanie. —Niech pan uważa! Ci 

faceci włamali się do pańskiego domu i są uzbrojeni!

Gasper obrócił się groźnie do Pete’a, a Thurgood wyskoczył ze swego samochodu, łapiąc 

dubeltówkę.

— Stać! — wrzasnął. — Jeszcze jeden krok i będzie po was!
Ale Gasper był szybszy. Nim Thurgood zdążył podnieść dubeltówkę, dopadł Pete’a i chwycił 

go za ramię. Pete zachwiał się i poczuł, że coś wciska mu się w plecy.

— Rzuć broń albo rozpłatam dzieciaka na dwoje! — krzyknął Gasper do Thurgooda.
Thurgood wolno opuścił ramię i dubeltówka spadła na ziemię. Manny podbiegł i złapał ją. 

Na   jego   płaskiej   twarzy   rozlał   się   obrzydliwy   uśmiech.   Przeniósł   wzrok   na   grupkę   dzieci 
znajdujących się przy wejściu do kopalni.

— Ty, dziewczynko! — zawołał. — Chodź tutaj!
— Nie, czekaj! — Bob starał się zasłonić sobą Allie.
—   Odsuń   się,   dzieciaku!   —   zakomenderował   Manny.   Podbiegł   do   nich,   złapał   Allie   i 

wykręcił jej rękę do tyłu. — A teraz, marsz!

Nagle rozległo się wycie syreny. Z Twin Lakes nadciągała straż pożarna. Manny i Gasper 

wymienili spojrzenia i zacisnęli uchwyty na ramionach swych zakładników.

—   Ta   droga...   —   Manny   skinął   w   stronę   ledwie   widocznego   w  zmierzchu   traktu   do 

Hambone — dokąd prowadzi, mała?

— Do... do starego wymarłego miasta — wyjąkała Allie.
— Co jest po drugiej stronie tych gór?
— Tylko pustynia — Allie, mimo strachu, trzymała głowę wysoko uniesioną.
Gasper wskazał głową samochód Thurgooda.
— Pojedziemy tym. Ma napęd na cztery koła.
— Nie uda się wam uciec! — krzyknęła Allie.
— Zamknij się! — zaskrzeczał Gasper.
Słychać już było warkot motoru wozu strażackiego. Ponownie zawyła syrena.
—   Szybko!   Do   samochodu!   —   Manny   zgarnął   Allie   przed   siebie   i  pchnął   ją   na   tylne 

siedzenie, sam wsiadając za nią. Pete wylądował obok Gaspera na przednim siedzeniu. Jupe, 
Bob   i   Thurgood   przyglądali   się   bezradnie.   Czerwony   samochód   wyjechał   z   podwórza   ze 

background image

zgrzytem opon i ruszył w górę, do Hambone.

Jupiter i Bob pobiegli do bramy. Gasper prowadził samochód nie zapalając świateł tak, więc 

wkrótce   stał   się   niewidoczny   między   sosnami.   Po   przeciwnej   stronie,   na   wysokości   bramy 
rancza wujka Harry’ego dostrzegli czerwone światła wozu straży pożarnej. Parę minut później 
zajechał z wyciem syreny na podwórze Thurgooda. Tuż za nim wpadł z rozpędem samochód 
szeryfa i zahamował gwałtownie.

Szeryf Tait wysiadł i ogarnął wzrokiem stertę tlących się zgliszcz komórki.
— Wygląda na to, że już po krzyku, Sam — powiedział do kierowcy wozu strażackiego. 

Następnie zwrócił się do Wesleya Thurgooda: — Co się stało? W mieście było słychać huk, 
jakby się cała góra zawaliła.

Jupiter szybko wysunął się naprzód.
— To ja podpaliłem komórkę. Do chaty pana Thurgooda włamało się dwóch mężczyzn i 

chciałem w ten sposób wezwać pomoc. Ale to nieważne teraz! Ci mężczyźni uprowadzili ze 
sobą Allie Jamison i Pete’a Crenshawa! Pojechali wozem pana Thurgooda w górę do Hambone. 
Są uzbrojeni... i wyglądają na zdolnych do wszystkiego!

Szeryf popatrzył na tonące teraz w ciemnościach góry.
— Ktoś uprowadził Allie?
— I naszego przyjaciela Pete’a Crenshawa — powtórzył Jupiter. — Pod groźbą pistoletu!
Szeryf potarł brodę swą wielką dłonią. Zasępił się.
— Jak dawno odjechali?
— Zaledwie parę minut temu. Jeśli się pan pospieszy, może ich pan dogonić. Jadą nie paląc 

świateł, więc nie mogą jechać szybko.

— Pojadą szybko, kiedy zobaczą, że ich ścigam. Mogą wypaść z drogi. To zbyt ryzykowne, 

skoro mają ze sobą dzieci.

— Więc proszę czekać na nich po drugiej stronie góry — naglił Jupe.
— Kiedy dotrą do Hambone, z pewnością pojadą dalej. Jeśli droga na drugim końcu grani 

będzie zablokowana...

— Która droga? — zapytał szeryf.
— To tam jest więcej dróg?
— Synu, jeśli dotrą do Hambone, będą mieli tuzin możliwości pojechania dalej. Po drugiej 

stronie jest pełno małych, polnych dróżek. Odgałęziają się od głównej drogi w Hambone i biegną 
do małych chatek i starych kopalni. Potem wiją się w dół do pustyni. Ci faceci mogą ukrywać się 
wśród wzgórz tygodniami.

— To niemożliwe! — wykrzyknął Bob. — Oni mają Allie i Pete’a!
Szeryf wrócił do swego samochodu i sięgnął po mikrofon radia policyjnego.
— W niecałe pół godziny ściągnę tutaj helikopter patrolu drogowego — powiedział. — 

Polecę obstawić samochodami drugą stronę góry. Módlmy się, żeby bandytom nie przyszło do 
głowy ułatwienie sobie ucieczki przez pozbycie się dwojga zakładników!

background image

Rozdział 17

Długa noc

Jim   Hoover,   pilot   helikoptera,   uśmiechnął   się   i   skinął   głową   w  odpowiedzi   na   błagania 

Jupe’a i Boba o zabranie ich ze sobą na pościg.

— Nie podoba mi się to — protestował szeryf Tait. — To może być niebezpieczne.
Przepuścił ich jednak i chłopcy wcisnęli się do środka i uklękli za fotelami pilota i pasażera. 

Szeryf, zaopatrzony w karabin z lunetą, wspiął się na siedzenie obok pilota.

— Gotowi? — zapytał Hoover.
Helikopter uniósł się w górę. Nikłe światło księżyca słabo rozpraszało głębokie ciemności. 

Gdy tylko znaleźli się w powietrzu, Hoover włączył reflektor. Snop biało-niebieskiego światła 
rozdął noc.

—   Za   jego   pomocą   możesz   nakierowywać   światło   w   dowolnym   kierunku.   —   Hoover 

wskazał szeryfowi drążek na wprost jego fotela.

Szeryf Tait wychylił się do przodu.
— Muszą wciąż jechać bez świateł — poruszył drążkiem i światło reflektora przesunęło się 

po stoku pod nimi. Widzieli skały, wielkie okrągłe głazy, rzucające groteskowe cienie. Mogli 
dostrzec odcinek wąskiej, krętej drogi do Hambone. Wśród otaczających ją drzew zdawała się 
niemal biała.

— Powinni trzymać się drogi aż do Hambone chyba, że porzucą samochód — powiedział 

Hoover.

Helikopter skręcił i Jupe’owi żołądek podszedł do gardła. Zaparło mu dech.
— Spokojnie, chłopcze — powiedział Hoover. — Wyobraź sobie, że jedziesz windą, która za 

miast w górę i w dół, jeździ w bok.

— Ja się dobrze czuję! — oświadczył Jupe. — Doskonale!
Przeszukali każdy centymetr drogi od Twin Lakes po Hambone. Samochodu nie było.
—   Człowieku,   przeskoczyli   tę   górę   w   rekordowym   czasie   —   powiedział   szeryf,   gdy 

przelatywali nad granią. — W dodatku bez świateł!

Bob rozmyślał. Czyżby Manny i Gasper istotnie zdołali dostać się na szczyt i zjechać po 

drugiej stronie? Może Gasper wypadł w ciemnościach z drogi? Czy nic się nie stało Pete’owi i 
Allie? A może leżą gdzieś na dole, uwięzieni we wraku samochodu i być może ranni?

Bob się przygarbił. Szeryf Tait jakby odgadł jego obawy.
— Nie martw się, synu — odezwał się ciepło. — Mój zastępca z pomocnikiem pojechali tą 

drogą jeepem. Jeśli coś się stało z tym samochodem, znajdą go.

Jim   Hoover   opuścił   swą   maszynę   nisko   nad   dachy   Hambone,   a   światło   reflektora 

przeszukiwało przestrzenie między zrujnowanymi domami.

—   Co   to?!   —   wykrzyknął   szeryf.   —   Tam   stoi   ciężarówka,   za   starym   budynkiem 

kopalnianym.

Jupiter spojrzał w dół.
— To ciężarówka pani Macomber. Znaleźliśmy ją porzuconą dziś po południu. Nie wiemy, 

gdzie się podziała pani Macomber.

— Co tu się właściwie dzieje? — dopytywał się szeryf.
— Wyjaśnię to później — odparł Jupe. — Teraz musimy odnaleźć Allie i Pete’a.
— Jeśli przejechali już Hambone, to są na jednej z tych małych dróg na zachodnim zboczu. 

background image

Ale niech mnie kule biją, jeśli wiem, którą bym wybrał, uciekając z dwójką dzieciaków.

— Jest tylko jeden sposób, żeby się dowiedzieć. — Jim Hoover skierował helikopter na 

zachód, zostawiając za sobą Hambone i jego upiory.

Allie   i   Pete   siedzieli   wraz   z   Mannym   i   Gasperem   w   samochodzie,   słuchając   warkotu 

unoszącego się nad nimi helikoptera. Światło reflektora prześliznęło się po wierzchołkach drzew 
i padło na pustą drogę, wiodącą do Hambone. Przez moment spoczęło na sosnach, pod które 
Gasper wprowadził samochód.

Allie   wstrzymała   oddech.   Z   całej   mocy   zaklinała   szukających,   by   zauważyli   ich   z 

helikoptera.  „Proszę,  zobaczcie  nas —  powtarzała   w  duchu.  — Proszę!  Jesteśmy  tutaj,  pod 
wami! Widzicie?”

Warkot helikoptera cichł i w końcu zamarł w oddali. Gasper zachichotał.
— Dobra, ruszamy!
Wrzucił   bieg   i   samochód,   wyjąc   i   dygocząc,   wydobył   się   z   rowu   na   drogę.   Wciąż   bez 

świateł, zaczęli się piąć wolno w górę.

— Jeśli wyjdziemy z tego cało — odezwał się Gasper posępnie — nie wrócę tu nigdy. Na nic 

by się to zdało. Jeśli ten typ, Thurgood, dotąd tego nie znalazł, na pewno zacznie teraz szukać. 
Nie trzeba być geniuszem, żeby się połapać, że chodzi nam o dużą stawkę.

— Jak duża była część Gilberta Morgana z tych dwustu pięćdziesięciu tysięcy dolarów? — 

zapytała Allie.

Gasper nacisnął hamulec i samochód zatrzymał się z piskiem.
— Kto mówi o takiej sumie?
Allie milczała. Gasper wyłuskał z kieszeni papierosa, zapalił go i zwrócił się do Manny’ego.
— Trzeba tych dwoje gdzieś wyrzucić. Gdzieś, gdzie ich nikt nigdy nie znajdzie.
Allie zakaszlała i zaczęła rozpędzać dym sprzed twarzy.
— Palenie to okropny zwyczaj — mówiła. — Rujnuje oddech, jak pan może zauważył, i 

okropnie niszczy głos. A pozbycie się nas nic wam nie da. Wiemy o rabunku w Phoenix sprzed 
pięciu lat. Było czworo bandytów. Kobieta i trzech mężczyzn. Gilbert Morgan był jednym z 
nich, prawda? A wy to dwaj pozostali. My to wiemy i wiedzą Bob i Jupe.

Manny jęknął.
— Tamci dwaj chłopcy. I myśmy ich zostawili!
— Głupio, nie? — powiedziała Allie.
Manny ujął dubeltówkę I Allie umilkła.
Wkrótce dotarli do Hambone i zaczęli zjeżdżać w dół na drugą stronę góry. Samochód toczył 

się wolno, utrzymywany  na niskim  biegu. Po pewnym  czasie  znaleźli  się w miejscu,  gdzie 
główna droga zataczała łuk w prawo, a w lewo odchodziła od niej druga, węższa i bardziej 
wyboista. Gasper zgniótł papierosa w pełnej już popielniczce i wskazując głową główną drogę, 
zapytał Allie:

— Dokąd prowadzi?
— Nie wiem — Allie odgarniała dym sprzed twarzy. — Przypuszczam, że na pustynię.
— Skręć w boczną — zdecydował Manny. — Coś mi mówi, że na końcu głównej drogi 

czeka już na nas setka glin.

Gasper odmruknął coś niewyraźnie i skręcił w boczną drogę. Były to zaledwie dwie koleiny, 

wyżłobione   przez   inne   pojazdy   krętą   wstęgą   między   drzewami.   Samochód   podskakiwał   i 
zarzucał,   ale   Gasper   jechał   dalej,   zmagając   się   z   kierownicą.   Wyrzucił   przez   okno   świeżo 
zapalonego papierosa i uchwycił mocno kierownicę obiema rękami.

background image

— Jeśli podpali pan las, patrol drogowy znajdzie nas w ciągu kilku minut — powiedziała 

Allie   z   przekąsem,   ale   Gasper   był   zbyt   zajęty   utrzymywaniem   wozu   na   drodze,   żeby 
odpowiedzieć.

Pete’owi i Allie zdawało się, że ta droga przez wzgórza trwa całą wieczność. Od czasu do 

czasu dostrzegali wtulone pod drzewa chatki, ciemne i tajemnicze. Raz przejechali przez jakąś 
osadę, mniejszą od Hambone i jeszcze bardziej zrujnowaną. To znów kojot wyskoczył, chowając 
się w cień. Kilkakrotnie widzieli reflektor nadlatującego helikoptera; Gasper zjeżdżał wtedy z 
drogi i czekał, aż helikopter się oddali. Pete i Allie zapadali w drzemkę, ale wstrząsy samochodu 
wyrywały ich ciągle ze snu.

Przez pewien czas pięli się wyraźnie coraz wyżej. W końcu droga zaczęła opadać zygzakiem 

w dół.

— Chyba nam się udało — powiedział Gasper, zaciskając ręce na kierownicy.
Księżyc zaszedł i drogę oświetlała jedynie słaba poświata gwiazd, którymi niebo było usiane. 

Nierówny trakt był teraz szerszy i przestał opadać w dół. Znaleźli się u podnóża gór. Na wprost 
biegła w obie strony asfaltowa szosa. Za nią otwierała się pustynia.

Gasper zatrzymał samochód i patrzył uważnie na prawo i lewo. Manny zachichotał.
— Nie ma glin. Tak jak mówiłem, czekają na głównej drodze.
— Mogą być wszędzie — Gasper chrypliwie nabrał oddechu i zakaszlał. — Nie jedziemy tą 

szosą — zdecydował.  Wrzucił pierwszy bieg i samochód  wytoczył  się spod drzew, przeciął 
szosę i podskakując wjechał w pustynię.

— Auuu! — krzyknęła Allie, gdy samochód podskoczył na wyboju i rzuciło ją do przodu. — 

Ten wóz tędy nie przejedzie!

— Zamknij się! — warknął Gasper, nerwowo gasząc papierosa, którego dopiero co zapalił. 

— Tam przed nami musi być druga szosa. Potrzeba nam drogi, na której nie ma glin.

Gasły ostatnie gwiazdy. Pete się obejrzał. Znad gór wynurzała się nikła poświata. Szosa była 

daleko za nimi, gdy wreszcie ukazało się słońce.

— Gdzieś niedaleko musi być druga droga — mruczał Gasper. —Ta, która się nie łączy...
Urwał, bo samochód wpadł na duży wybój i szarpnęło nimi gwałtownie w bok. Rozległ się 

głośny syk i nozdrza wypełniła im para z chłodnicy.

— Cholera! — Gasper zgasił motor, wyskoczył z samochodu i pobiegł przed maskę. Kałuża 

rdzawej wody rozlewała się spod samochodu na biały pył pustyni.

— Co jest? — zapytał Manny.
— Chłodnica pękła i oś się złamała!
Manny jęknął.
— Ty idioto!
Gasper podszedł do drzwi samochodu i wymierzył pistoletem w Allie i Pete’a.
— Dobra, wysiadać! Dalej idziemy na piechotę!
— Pan chyba zwariował! — krzyknęła Allie.
— Zamknij się i wyłaź! — warknął Gasper.
Allie   i   Pete   wysiedli   z   samochodu.   Manny   wysiadł   również   i   zapatrzył   się   w   płaskie 

pustkowie.

— Tędy — wskazał przed siebie. — Pójdziemy na wprost, tak żeby mieć góry za plecami. 

Wcześniej czy później dokądś dojdziemy.

— Nie! — zaprotestowała Allie. — Można iść kilometrami i do nikąd się nie dojdzie. Kiedy 

słońce   będzie   wysoko,   temperatura   dojdzie   do   czterdziestu   stopni,   a   nawet   o   wiele   wyżej. 
Musimy zostać przy samochodzie.

background image

— Koniec z nami, jeśli tu zostaniemy — powiedział Manny.
— Będzie z nami koniec, jeśli pójdziemy — upierała się Allie.
— Przestań nudzić i rusz się! — wrzasnął Gasper.
— Nie — Allie usiadła na ziemi. — Jeśli chcecie, możecie mnie zastrzelić, ale ja tu zostaję. 

Wolę   być   zabita   na   miejscu,   niż   umierać   powoli   z   upału   albo   zwariować   z   pragnienia!   — 
patrzyła z wyzwaniem na Manny’ego i Gaspera.

Pete się wahał. W końcu usiadł również koło samochodu.
Gasper   rzucił   im   groźne   spojrzenie.   Zacisnął   palce   na   kolbie   pistoletu.   Wtem   Manny 

odwrócił się na pięcie i zaczął iść przed siebie.

Gasper   spoglądał   to   na   Pete’a   i   Allie,   to   na   oddalającego   się   zdecydowanie   kompana. 

Wreszcie ruszył za Mannym.

Allie i Pete czekali do chwili, kiedy dwaj bandyci stali się małymi, drgającymi figurkami w 

oddali. Słońce wznosiło się szybko i pustynia zaczęła się skrzyć w upale.

— Co z nami będzie, jeśli przestano już nas szukać? — głos Pete’a był ochrypły z trwogi. — 

Skonamy na miejscu z pragnienia!

background image

Rozdział 18

Samotni na pustyni

Bob i Jupiter patrzyli z wysoka na różowiejące we wschodzącym słońcu góry. Szeryf Tait 

wyłączył  reflektor  i  ziewnął.  Po  całonocnym   poszukiwaniu   wszyscy  mieli   zaczerwienione  z 
niewyspania oczy. Jim Hoover podciągnął się i zatoczył helikopterem jeszcze jeden łuk.

— Nie wiem, jak to się stało, że dotarli na szczyt i zjechali na drugą stronę, a myśmy ich nie 

zobaczyli  — powiedział  szeryf.  — Ale niech  mnie  kule  biją,  jeśli są wciąż  wśród wzgórz. 
Przeczesaliśmy każdy ich centymetr.

— Więc gdzie mogą być? — zapytał Bob. — Gdyby pojechali w dół główną drogą, policja 

by ich złapała. Na szosie też ich nie ma, bo zameldował to przez radio pilot drugiego helikoptera.

— Może jednak ukryli się gdzieś wśród wzgórz — odezwał się Jupiter. — Tam, w dole jest 

pełno opuszczonych miast i pod dostatkiem drzew na ukrycie samochodu.

— Być może masz rację, Jupiterze — powiedział szeryf. — Jednak moim zdaniem, wybrali 

jedną   z   tych   nieuczęszczanych   dróg   i   pojechali   na   pustynię.   Nie   mają   przecież   żadnego 
zaopatrzenia, a bez jedzenia długo nie mogliby się ukrywać.

— Jeśli są na pustyni, to czy uda nam się ich znaleźć? — zapytał Bob.
—   Pewnie,   jeśli   dostatecznie   długo   będziemy   szukać   —   odparł   szeryf.   —   Pustynia   jest 

ogromna, ale to w końcu otwarty teren. Spróbujmy.

Jim Hoover skinął głową i skierował helikopter na zachód. Góry zostały za nimi, polecieli 

nad pustynię.

Allie wyłuskała z kieszeni kolorową chustkę i otarła czoło. Słońce prażyło niemiłosiernie. 

Była śmiertelnie zmęczona, ale zbyt niespokojna, by zasnąć. Po raz piąty obeszła samochód i 
usiadła w jego zanikającym cieniu tuż obok Pete’a.

— Robi się późno — powiedziała. — Musi być blisko południa. Dlaczego nie znaleźli nas 

dotąd?

Pete kiwnął ponuro głową.
— Nie jedliśmy od wczorajszego pikniku w Hambone. Umieram z głodu.
— Jak możesz myśleć o jedzeniu? Usta wyschły mi tak, że kłują jak kaktus!
— Gdyby chłodnica nie pękła, moglibyśmy wypić z niej wodę.
—   Fuj!   —   Allie   otrząsnęła   się.   Nagle   wykrzyknęła:   —   O   Boże!   Jak   mogłam   o   tym 

zapomnieć.

— Co ci jest? — zaniepokoił się Pete.
Allie skoczyła na równe nogi. Wyjęła kluczyki z gniazdka w samochodzie i otworzyła duży 

schowek obok kierownicy. Odszukała w nim kasetkę z artykułami pierwszej pomocy. Znalazła 
nożyczki chirurgiczne.

— Co masz zamiar zrobić? — zapytał Pete, gdy pomachała tryumfalnie zdobyczą.
Allie wskazała rosnący w pobliżu, baryłkowaty kaktus.
— Można nimi wykroić parę kawałków. W kaktusach jest zawsze woda. Wciągają ją w 

czasie deszczu i magazynują, żeby przeżyć okres suszy. Nie wiem, dlaczego wcześniej o tym nie 
pomyślałam!

— Lepiej późno niż wcale! Nie ma co, przydałoby się coś mokrego. — Pete wziął od niej 

nożyczki   i   pobiegł   do   kaktusa.   Dźgał   nożyczkami   twardą   skórę,   póki   nie   wyrwał   dwóch 

background image

kawałków soczystego miąższu. Podał jeden Allie, a sam wgryzł się w drugi. Oboje się skrzywili.

— Nie wiem co gorsze — powiedział Pete — umrzeć z pragnienia... czy wysysać to!
Allie wolno wyssała sok i wypluła resztę. Teraz słońce stało niemal prosto nad ich głowami.
— Możemy się schować pod samochodem. Jeśli helikopter wciąż nas szuka, zobaczą nas z 

góry.

Oboje wczołgali się pod samochód. Pete wyciągnął się wygodnie.
— Tu jest rzeczywiście chłodniej.
Teraz Allie i Pete stali się bardziej czujni. Słyszeli dalekie nawoływania pustynnych ptaków, 

zobaczyli szczura, który wystawił łepek z nory i szybko się schował z powrotem. Przebiegło 
kilka   jaszczurek   w   poszukiwaniu   jadła.   Wszystko   wokół,   całe   płaskie,   rozległe   pustkowie 
skrzyło  się w piekącym  słońcu. Czas wydawał  się rozciągać  w nieskończoność.  Nagle Pete 
podniósł głowę nasłuchując. Po chwili uniosła się Allie.

— Ja także coś usłyszałam! — powiedziała.
Z daleka dobiegał odgłos, który był niewątpliwie warkotem helikoptera.
—   Nadlatują!   —   krzyczała   Allie.   Wysunęli   się   spod   samochodu   i   pobiegli   na   otwartą 

przestrzeń. Ale ledwie uchwytny warkot zamierał w oddali. Wpatrywali się w niebo, lecz nie 
widzieli nic, poza jego błękitem.

— Jestem pewna, że słyszałam helikopter — powiedziała Allie.
Nasłuchiwali wytrwale, lecz nie dobiegł ich już żaden dźwięk.
— Och, dlaczego nie przylatują? Umrzemy tu, jeśli się nie pospieszą — jęczała Allie.
— Przestań. Znajdą nas. Jestem pewien. — Ale w głosie Pete’a nie było tyle nadziei, co w 

jego słowach.

Wreszcie ponownie usłyszeli warkot. Helikopter przelatywał w sporej odległości. Pete i Allie 

zaczęli podskakiwać, machając rękami i krzycząc jak opętani.

— Tu jesteśmy! — wydzierała się Allie. — Tutaj!
Tym razem dostrzeżono ich. Helikopter zboczył  i leciał w ich kierunku. Osiadł w końcu 

wolno na ziemi, a Allie i Pete biegli do niego, schyleni pod wirującym śmigłem.

Szeryf Tait wygramolił się z helikoptera.
— Jesteście cali i zdrowi? — pytał.
— Tak, czujemy się zupełnie dobrze — odpowiedziała Allie. — Naprawdę!
— Bandyci poszli tam... na piechotę! — powiedział Pete wskazując w dal, na pustynię.
— Kiedy uszkodzili samochód, postanowili maszerować dalej — dodała Allie.
Szeryf się roześmiał.
— Myślę, że teraz tego żałują.
Jupitera i Boba rozsadzała chęć, by dopaść przyjaciół i wciągnąć ich do helikoptera. Lecz 

szeryf Tait wspiął się z powrotem na przednie siedzenie i powiedział coś Hoover’owi. Pilot 
skinął głową i przekrzykując ryk motoru zawołał do Pete’a i Allie:

— Nie mamy dla was miejsca! Wezwałem jeden z naszych helikopterów. Będzie tutaj za pięć 

minut. My lecimy za bandytami!

Podał Pete’owi menażkę z wodą, uniósł swą maszynę w górę i skierował ją na zachód, za 

Mannym i Gasperem.

Pete i Allie uśmiechnęli się do siebie.
— Założę się, że te dranie daleko nie zajdą! — powiedziała Allie z satysfakcją.

background image

Rozdział 19

Sekret milionera

Allie miała rację. Godzinę później Manny i Gasper zostali przywiezieni helikopterem do 

Twin Lakes i odstawieni na łąkę przed chatą Thurgooda. Obaj byli spaleni słońcem, pokryci 
pęcherzami, wyczerpani i mocno niezadowoleni. Zdołali ujść zaledwie parę kilometrów, gdy 
powalił ich upał. Allie i Pete, których przywieziono wcześniej, uśmiechali się z zadowoleniem 
na widok skutych przestępców.

Chwilę później przybyli szeryf Tait, Jupe i Bob. Chłopcy witali się radośnie z przyjaciółmi, a 

także   z   wujkiem   Harrym,   na   którego   twarzy   malowała   się   ulga.   Była   tu   także   Magdalena, 
krzątała się wokół, rozdając kanapki i utyskując na dwóch Meksykanów. Robotnicy wrócili w 
nocy i siedzieli teraz na stopniach chaty Thurgooda. Pies leżał, dysząc cicho, uwiązany przy 
chacie. Thurgood stał na uboczu, spoglądając z napięciem i zakłopotaniem.

— Czy teraz, kiedy już wszyscy są na miejscu — odezwał się — może mi ktoś powiedzieć, 

co się tu dzieje i kim są ci ludzie? — skinął głową w stronę bandytów.

Allie zignorowała jego pytanie i zwróciła się żywo do Jupe’a.
—   Mieliśmy   rację   co   do   Gilberta   Morgana!   Brał   pięć   lat   temu   udział   w   napadzie   na 

samochód pancerny w Phoenix... a ci dwaj faceci byli z nim! Przyznali się, kiedy jechaliśmy 
przez góry.

— Nic nie mówiliśmy — odezwał się Manny.
— Właśnie, że tak. Kiedy powiedzieliśmy wam, że wiemy o rabunku, oświadczyliście, że 

trzeba się nas pozbyć. Sprzątnąć nas, jak przypuszczam. To tyle, co przyznanie się.

Jupiter uśmiechał się jak zadowolony kot.
— A więc nasza rekonstrukcja wydarzeń była słuszna. Wszystko zaczyna  się układać w 

całość.

— O czym właściwie mówicie? — dopytywał się szeryf.
— Może zechcecie nas wtajemniczyć, Jupiterze — poparł go wujek Harry. — To wszystko 

jest dla mnie równie niejasne, jak dla pozostałych.

— Spróbuję — Jupe wyraźnie delektował się swoją rolą. Przełknął kanapkę i wziął głęboki 

oddech.

— Kiedy zwłoki w kopalni zidentyfikowano i okazało się, że jest to zbiegły spod nadzoru 

warunkowego   zwolnienia   przestępca,   skazany   za   napad   z   bronią   w   ręku,   zaczęliśmy   się 
zastanawiać, co mógł taki człowiek robić w Twin Lakes. Co ściągnęło go w tak odległe miejsce, 
do   kopalni   „Śmiertelna   Pułapka”?   Przejrzeliśmy   więc   archiwum   „Gazety   Twin   Lakes”   i 
odkryliśmy, że pięć lat temu rozegrało się tu kilka interesujących zdarzeń.

Wiemy,   że   ciało   Gilberta   Morgana   zostało   wtedy   zamknięte   w   kopalni.   W   dniu 

opieczętowania kopalni, znaleziono w pobliżu samochód skradziony w Lordsburgu. Mogliśmy 
się tylko domyślać, że Morgan przyjechał tu tym samochodem. Staraliśmy się więc prześledzić 
przeszłość   Morgana   w   Lordsburgu.   Znaleźliśmy   w   starej   gazecie   jedynie   zawiadomienie   o 
opieczętowani u „Śmiertelnej Pułapki”.

Pięć lat temu wróciła do Twin Lakes pani Macomber i zakupiła tu posiadłość. W jednym z 

jej pustych domów znaleźliśmy gazetę z tego czasu, z Phoenix, w której znajdował się artykuł o 
tamtym   rabunku.   Trzech   mężczyzn   i   kobieta   zgarnęli   co   najmniej   ćwierć   miliona   dolarów. 
Gazeta   ta   nosiła   datę   wyprzedzającą   zaledwie   o   parę   dni   opieczętowanie   kopalni   i   o   parę 

background image

miesięcy zakup posiadłości przez panią Macomber. Wydawało się zupełnie możliwe, że gazetę 
przyniósł tu Morgan, że był w tym domu, nim poszedł do kopalni. Domyślaliśmy się, że Gilbert 
Morgan był jednym z rabusiów. Teraz wiemy i to... że wy jesteście dwoma pozostałymi  — 
Jupiter   uśmiechnął   się   do   Manny’ego   i   Gaspera.   —   Kiedy   w   zeszłym   tygodniu   znaleziono 
zwłoki, zjechało się tu mnóstwo łowców sensacji. Pan, panie Gasper, na wieść o odkryciu ciała 
Morgana, przybył tu również. Był pan w szopie Harrisona Osborne’a i kiedy zaskoczyliśmy tam 
pana, zaatakował pan Pete’a maczetą. Szukał pan czegoś i musiał pan tu zostać. Kręcił się więc 
pan w pobliżu, być może ukrywał się u pani Macomber. Jestem pewien, że to pan ściągnął 
jedzenie z kuchni zostawił w zlewie niedopałek papierosa. A może pani Macomber sama dała 
panu to jedzenie?

Gasper nie odpowiedział.
— To bez znaczenia — ciągnął Jupe. — Manny musiał być również w pobliżu, ale nigdy nie 

natrafiliśmy na jego ślad. Domyślam się, że Gasper był zwiadowcą. Wczorajszego wieczoru 
mieliście   wolną   drogę.   Wszyscy   w   sąsiedztwie   wyjechali.   Psa   uśpił   pan   jakimś   zatrutym 
mięsem, sprowadził Manny’ego i poszliście szukać doli Morgana.

Jupe odwrócił się do Wesleya Thurgooda.
— Pan znalazł pieniądze w kopalni, prawda?
Thurgood potrząsnął głową.
— Przykro mi, chłopcze, ale jesteś na błędnym tropie. Przyznaję, że po otworzeniu kopalni 

nie zbadałem jej dokładnie. Ale po znalezieniu zwłok zrobił to szeryf. W kopalni niczego nie ma.

— Niczego, proszę pana? — Jupe wyjął z kieszeni kamyk i podrzucił go w górę. — Nawet, 

złota?

Thurgood był wyraźnie przerażony.
— Złoto? — odezwał się szeryf Tait. — W „Śmiertelnej Pułapce” nigdy nie było złota.
— Teraz jest — powiedział Jupe. — Ten kamyk zabrałem z kopalni w dniu, w którym Allie 

znalazła ciało Morgana. Pokazałem go jubilerowi w Lordsburgu. Powiedział, że ten kawałeczek 
czerwonawego, błyszczącego metalu w nim, to złoto. Złoto z dużą domieszką miedzi.

Szeryf zdawał się oszołomiony.
— Ale... ale jeśli w kopalni jest złoto, dlaczego nikt go przedtem nie znalazł?
Jupe sięgnął ponownie do kieszeni i wyciągnął drugi kawałeczek lśniącego metalu. Podał go 

szeryfowi.

— Ponieważ nie było w kopalni złota, dopóki pan Thurgood jej nie kupił. Kiedy byliśmy 

wczoraj w kopalni, znalazłem to złoto wpakowane w ścianę szybu wraz z innymi okruchami. 
Jeśli się pan przyjrzy uważnie, zauważy pan, że złoto jest zielonkawe. Prawdopodobnie ma dużą 
domieszkę srebra.

Jupe urwał na chwilę, po czym mówił dalej.
— Zeszłej nocy, kiedy szukaliśmy Allie i Pete’a wśród wzgórz, zacząłem rozmyślać nad 

tymi  dwoma kawałeczkami  złota. Wiedziałem,  że złoto występuje często jako stop z innym 
metalem,  jak miedź  lub srebro. Miałem  jednak wątpliwości, czy dwa różne stopy mogą  się 
znaleźć tak blisko siebie. Pomyślałem o strzale, który dobiegł nas z kopalni... I o tych wszystkich 
eksplozjach. Obejrzałem, więc uważnie ten kawałek złota. Proszę zrobić to samo, szeryfie, a 
zobaczy pan, że nie zawsze tkwił on w ścianie kopalni.

Szeryf podniósł kamyk i zmrużył oczy.
— To... to ma jakiś wzór!
Jupiter skinął głową z tryumfem.
— Kwiat pomarańczy. Ten kawałeczek był kiedyś częścią obrączki ślubnej!

background image

Thurgood podszedł bliżej.
— Gdzieś to znalazł? Skąd naprawdę to wziąłeś? I nie mów mi, że z mojej kopalni!
— Niczego nie zamierzam mówić. Jestem pewien, że w kopalni znajdą się inne okruchy, 

skoro był pan na tyle nieostrożny, żeby użyć do swojej gry starej biżuterii. Wystarczy, że szeryf 
pójdzie do kopalni i poszuka. — Jupe obrócił się do szeryfa. — Pan Thurgood dopuścił się 
bardzo starego  oszustwa.  „Bogacił”  swoją kopalnię.  Ładował  dubeltówkę  kawałkami  złota  i 
wstrzeliwał   je   w   ściany   kopalni.   Sprowadzał   następnie   poszukiwaczy   i   pokazywał   im   swój 
urobek. Swoim meksykańskim robotnikom nakazał zakładać dynamit, ilekroć przywoził gościa, 
żeby stworzyć wrażenie, że w kopalni istotnie coś się wydobywa. Przypuszczam, że naiwniacy 
przyjeżdżali   do   Lordsburga,   gdzie   spotykał   ich   Thurgood.   Przywoził   ich   następnie   do 
„Śmiertelnej Pułapki” i namawiał do inwestowania w kopalnię.

— Jedno tylko nie ma sensu — wtrącił się wujek Harry. — Wesley Thurgood zrobił fortunę 

na nieruchomościach. Dlaczego miałby się wplątywać w przestępczą aferę, jaką jest „bogacenie 
kopalni”?

Thurgood uśmiechnął się szyderczo.
— To proste. W nic się nie wplątałem. Cały ten pomysł jest śmiechu wart.
— Kiedy wejdziemy do kopalni, zobaczymy, czy... — zaczął Jupe.
— Nigdzie nie wejdziecie! — krzyknął Thurgood. Poczerwieniał ze złości. Rzucił szybkie 

spojrzenie na wejście do kopalni. — Idę zatelefonować do mego adwokata. Jeśli tymczasem ktoś 
postawi nogę w mojej kopalni bez nakazu rewizji, zaskarżę go.

— Może pan telefonować do swego adwokata z więzienia — szeryf Tait patrzył zimno na 

Thurgooda. — Mam wystarczające dowody rzeczowe, żeby zatrzymać pana jako podejrzanego... 
i żeby dostać nakaz rewizji.

— Wierzy pan temu obłąkanemu dzieciakowi?! — wykrzyknął Thurgood.
— Wcale mi on nie wygląda na obłąkanego — odparł szeryf.
— Dziękuję, szeryfie. Jest jeszcze jedna sprawa, którą chciałbym wyjaśnić. — Jupe odwrócił 

się do Manny’ego i Gaspera. — Gdzie jest pani Macomber? Czy czeka gdzieś na was?

— Pani Macomber? — Manny patrzył na Jupe’a martwym wzrokiem.
—   Ta   stara   kobieta,   która   ma   dom   naprzeciwko   —   wyjaśnił   Gasper.   —   Nazywa   się 

Macomber.

Na twarzy Jupitera malowało się absolutne zadowolenie.
— Chcecie… chcecie powiedzieć, że jej nie znacie? Naprawdę jej nie znacie?
Manny wzruszył ramionami. Jupiter pociągnął mocno dolną wargę.
—   Podejrzewaliśmy,   że   pani   Macomber   była   czwartym   członkiem   bandy   rabusiów   z 

Phoenix.   Nie   mieliśmy   wszakże   niezbitego   dowodu,   poza   tym,   że   odpowiadała   opisowi 
kierowcy samochodu bandytów. Opis pasował do niej doskonale, a poza tym znikła z Phoenix w 
tym   samym   mniej   więcej   czasie,   w   którym   dokonano   rabunku.   Teraz,   z   chwilą   gdy   się 
dowiedziała, że badamy przeszłość Morgana, znikła ponownie.

— Mówiłem, że ten dzieciak to głupek — krzyknął Thurgood. — Kto mógłby podejrzewać 

panią Macomber o związek z tymi łotrami!

Jego wzrok ponownie skierował się ku wejściu do kopalni.
— Jeśli jestem wariatem, dlaczego pan się tak denerwuje? — zapytał Jupe.
Nagle uderzył się w czoło.
— Idiota ze mnie. Myślałem, że pani Macomber znikła, bo brała udział w rabunku. Powód 

był jednak zupełnie inny, prawda, panie Thurgood? Wiedziała coś o panu i nie chciał pan, żeby 
się tego wszyscy dowiedzieli. Co się z nią stało, panie Thurgood? Gdzie jest pani Macomber?

background image

Thurgood pobladł.
— Skąd mam wiedzieć? — zapytał i zaczął się wolno przesuwać w stronę kopalni.
Jupe obrócił się na pięcie, skoczył do samochodu szeryfa i wyjął z niego dużą latarkę. Puścił 

się pędem do kopalni.

— Pilnuj tego człowieka! — huknął szeryf  na swego pomocnika, wskazując Thurgooda. 

Wraz z wujkiem Harrym, Allie, Pete’em i Bobem pobiegł za Jupe’em do „Śmiertelnej Pułapki”.

Jupe był daleko w przodzie. Pozostali, potykając się, biegli za światłem jego latarki, najpierw 

w dół tunelu, potem korytarzem, odchodzącym w lewo. Na moment zalśniły w świetle złote 
okruchy.

Jupe skręcił w odgałęzienie korytarza, które zawiodło Allie do zwłok złodzieja. Bob i Pete 

biegli tuż za nim. Na końcu pasażu stanęli i spojrzeli w dół. Na dnie, związana i zakneblowana, 
ale wciąż mocując się z więzami, leżała zaginiona.

background image

Rozdział 20

Gdzie jest łup?

Pani Macomber rozbłysły oczy na widok grupki ludzi u góry. Szeryf Tait szybko przyniósł 

drabinę i zszedł na dno szybu.

— Najwyższy czas — powiedziała pani Macomber, gdy tylko usunął knebel z jej ust. — 

Myślałam, że już nikt tu nigdy nie przyjdzie.

Po   rozcięciu   więzów,   spokojnie   wstała,   otrzepała   się   i   wspięła   bez   niczyjej   pomocy   po 

drabinie. Za nią wdrapał się szeryf, targając walizkę, która leżała na dnie szybu.

— Gdzie jest ten łajdak? — wykrzyknęła gniewnie.
— Wesley Thurgood? — zapytał Jupe.
— To nie jest Wesley Thurgood! — wykrzyknęła. — Wreszcie sobie przypomniałam, co 

było tak osobliwego w tym dziecku Thurgoodów. Miał brązowe oczy, kiedy się urodził. Rzadko 
które dziecko rodzi się z brązowymi oczami. Większość noworodków ma oczy niebieskie, i 
dopiero później ciemnieją. Ale Wesley miał oczy od urodzenia brązowe i to się nie zmieniło. 
Ten człowiek zaś ma oczy niebieskie. Jest oszustem od stóp do głów!

— Jak przypuszczam, oświadczyła mu to pani! — powiedział Jupe.
—   No,   zapytałam,   do   czego   zmierza.   Nim   się   obejrzałem,   już   wymierzył   do   mnie   z 

dubeltówki. Zmusił mnie do zejścia do tej dziury i rzucił za mną moją walizkę. Gdzie on jest?

— Na zewnątrz — odpowiedział szeryf. — Wkrótce będzie w więzieniu.
— Więzienie to za dobre miejsce dla niego!
— Zgadzam się, ale nic więcej nie możemy na razie z nim zrobić.
Wkrótce   potem   szeryf   odjechał   z   Wesleyem   Thurgoodem,   zabierając   też   Manny’ego   i 

Gaspera.

Późnym popołudniem szeryf Tait zjawił się na ranczu przy plantacji choinek. Wujek Harry z 

Magdaleną pojechali ściągnąć z Hambone ciężarówkę pani Macomber Ona sama siedziała w 
salonie Osborne’a, popijając herbatę w towarzystwie Allie i Trzech Detektywów.

— No i co? — zapytała, gdy szeryf wszedł do salonu.
Szeryf uśmiechnął się szeroko.
— Miałyście rację, dzieci. Ci dwaj bandyci przyznali się do obrabowania przed pięciu laty 

wozu pancernego. Niewielkie to ma zresztą znaczenie, gdyż są poszukiwani w czterech stanach 
za dalsze grabieże, a u nas dorobili się oskarżenia o uprowadzenie. Gilbert Morgan, tak jak 
wykalkulowaliście, był członkiem bandy.

— Ale co z tym szubrawcem Thurgoodem? — dopytywała się pani Macomber.
— Czeka na adwokata i będzie go bardzo potrzebował. Przesłaliśmy jego odciski palców do 

Waszyngtonu. Przypuszczam,  że jest zawodowym oszustem i figuruje w kartotekach policji. 
Oczywiście  nie  nazywa  się Thurgood. Skontaktowałem  się z Los Angeles i rozmawiałem  z 
prawdziwym Wesleyem Thurgoodem.

—   Od   początku   wiedziałam,   że   to   oszust!   —   tryumfowała   Allie.   —   Trzeba   było   mnie 

słuchać, zwłaszcza po tym kłamstwie o samochodzie użytym w „Łowcach fortuny”.

— Nie martw się — powiedział szeryf. — Mam nakaz rewizji i przeszukam jego posiadłość.
— Czy szuka pan dalszych dowodów rzeczowych? — zapytał Bob.
— Tak, i również ćwierci miliona dolarów!
Szeryf urwał dla większego efektu i po chwili mówił dalej.

background image

— Zgodnie z zeznaniami Manny’ego Ellisa i Gaspera, który nazywa się Charlie Lambert, w 

rabunku   w   Phoenix   brał   także   udział   Gilbert   Morgan   i   kobieta   nazwiskiem   Hannah   Troy. 
Kobieta   prowadziła   ich   samochód.   Siedzi   już   w   więzieniu   i   prawdopodobnie   zostanie 
umieszczona tutaj wraz z Ellisem i Lambertem. Po zrabowaniu pieniędzy pojechali prosto do 
Lordsburga i ukryli się w motelu na przedmieściu. Następnego dnia Morgan się im wymknął i 
uciekł z całą sumą dwustu pięćdziesięciu tysięcy dolarów. Ellis i Lambert nie trafili na żaden 
ślad po nim, póki nie znaleziono jego ciała w kopalni. Przyjechali, więc licząc, że łup jest ciągle 
tutaj. I ja na to też liczę.

— Ale skąd pan wie, czy Thurgood nie znalazł pieniędzy i nie wywiózł ich gdzieś? — 

zapytał Pete.

— To mało prawdopodobne — odpowiedział mu Jupe. — Gdyby znalazł pieniądze, nie 

zostałby tutaj i nie ryzykował tego całego oszustwa. Weź tylko pod uwagę, że po znalezieniu 
ciała Morgana miał u siebie tłumy gapiów. Szeryf Tait kręcił się tam i z powrotem. Mimo to 
najął robotników, sprowadzał swoich inwestorów i urządzał eksplozje w kopalni. Gdybym to ja 
znalazł dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów, schowałbym je do kieszeni i wyjechał.

— Ja zrobiłbym to samo — przytaknął szeryf.  — Dlatego sądzę, że pieniądze są ciągle 

gdzieś tutaj. Problem tylko, gdzie? W kopalni nie ma ich, bo po znalezieniu ciała Morgana, 
przeszukałem ją dokładnie. Ale Morgan mógł ukryć łup w jednym z budynków przy kopalni. 
Były wtedy puste.

— Albo w którymś z domów pani Macomber — powiedziała Allie.
— Dobra, chodźmy szukać! — zawołał Pete.
Wszyscy   natychmiast   przystąpili   do   poszukiwań.   Najpierw   przetrząsnęli   domy   pani 

Macomber. W jednym z nich, pod kanapą, znaleźli brakującą maczetę wujka Harryego, lecz 
pieniędzy nie było. Zajrzeli następnie w każdy kąt przepastnego budynku przykopalnianego i 
wreszcie do chaty. Przeczesali cały dobytek Thurgooda. Znaleźli, co prawda; wyciąg z konta 
bankowego i listę nazwisk i adresów, prawdopodobnie naciągniętych inwestorów, ale nie trafili 
na nic, co naprowadziłoby ich na miejsce ukrycia pieniędzy.

— Jest jeszcze jedna możliwość — Jupe patrzył w stronę szopy wujka Harry’ego po drugiej 

stronie pola. — Pozostał nam tylko jeden budynek, który stał tu również pięć lat temu. Gasper 
usiłował   przeszukać   szopę,   kiedy   go   wypłoszyliśmy.   Morgan   mógł   schować   pieniądze 
gdziekolwiek indziej, mógł je zakopać, ale nie zawadzi sprawdzić.

W szopie niewiele było możliwości na ukrycie czegokolwiek. Ściany były zbite ze zwykłych 

desek, w miejsce podłogi było klepisko, a na poddaszu znaleźli tylko kurz i pajęczyny. Allie 
wlazła do starego samochodu i zaczęła w nim grzebać bez wielkiego przekonania.

— Może Morgan nie miał ze sobą pieniędzy, kiedy przyjechał do Twin Lakes — powiedziała 

i opadła na siedzenie samochodu.

Nagle zrobiła zdziwioną minę.
— Siedzenie jest obluzowane.
— Obluzowane? — powtórzył Jupe. — Allie, wyłaź.
— Hopla! — Allie zeskoczyła na ziemię.
Pete i Jupe unieśli szybko siedzenie i rzucili je na tył starego auta.
— Są tutaj! — wykrzyknął Jupe tryumfalnie.
Szeryf Tait podszedł do samochodu. W zagłębieniu pod siedzeniem leżały liczne, owinięte w 

folię pakiety. Szeryf wziął jeden z nich, zdjął opakowanie i... otworzył szeroko oczy na widok 
pliku dwudziestodolarowych banknotów. Wyglądały jak nowe, wciąż sztywne i nienaruszone.

— Zastanawiam się, ile czasu zajmie przeliczenie dwustu pięćdziesięciu tysięcy dolarów — 

background image

powiedział Pete.

— Myślę, że dobrą chwilę — odparł szeryf. — Zamierzam liczyć bardzo powoli!

background image

Rozdział 21

Pamiątka dla pana Hitchcocka

Parę dni po powrocie do Kalifornii, Trzej Detektywi weszli do salonu Alfreda Hitchcocka, 

gdzie reżyser oczekiwał ich, z trudem powstrzymując uśmiech.

— Mówiliście mi przez telefon, że byliście w Nowym Meksyku przycinać choinki. Skoro 

jednak  chcieliście  się ze  mną  czym  prędzej  zobaczyć,  domyślam  się,  że zdołaliście  obrócić 
zwykłą wakacyjną pracę w przygodę wśród świerków.

Bob uśmiechnął się i wręczył panu Hitchcockowi swoje sprawozdanie.
— Aha — pan Hitchcock zabrał się do czytania notatek z wydarzeń związanych z kopalnią 

„Śmiertelna Pułapka”. Po skończeniu lektury milczał przez chwilę.

— Mam nadzieję, Jupiterze, że jest ci przykro, że podejrzewałeś niewinną panią Macomber 

— powiedział wreszcie. — A swoją drogą, gdzie się podziewała między opuszczeniem Phoenix, 
a przybyciem do Twin Lakes? I skąd wzięła pieniądze na zakup posiadłości?

— Odziedziczyła je — odpowiedział Jupe. — Miała starą ciotkę, która rozchorowała się i 

nagle ją wezwała. Pani Macomber opuściła pracę bez wymówienia, gdyż sprawa była niezwykle 
paląca, a także dlatego, że nie lubiła właścicielki sklepu i nie chciała zawracać sobie głowy 
wyjaśnieniami. Od maja do września przebywała w El Paso, opiekując się ciotką. Ciotka była 
bardzo stara i w końcu zmarła, zostawiając pani Macomber wszystko, co posiadała.

Pan Hitchcock skinął głową.
—— Doprawdy cieszy mnie, że dobroć została wynagrodzona. Pani Macomber zdaje się być 

uroczą i nieustraszoną kobietą. Szybko doszła do siebie po uwięzieniu w kopalni. Czy skazano 
człowieka, który podawał się za Thurgooda?

— Obciążony był licznymi zarzutami — powiedział Jupiter. — Jak przypuszczał szeryf, to 

zawodowy oszust. Naprawdę nazywa się John Manchester i specjalizował się w fałszowaniu 
akcji. Wiele spośród jego ofiar, nabranych na „Śmiertelną Pułapkę”, to bogaci ludzie z Dallas. 
Spotykał ich w tamtejszym klubie, przedstawiał się jako Thurgood i przekonywał, że odkrył w 
starej   kopalni   bajecznie   bogatą   żyłę   złota.   Wujkowi   Harry’emu   i  bankowi   w   Lordsburgu 
przedstawiał sfałszowane dokumenty, a swoim ofiarom, sprowadzanym do kopalni, sprzedawał 
fałszywe   akcje.   W   „Śmiertelną   Pułapkę”   niewiele   zainwestował.   Harrisonowi   Osborne’owi 
zapłacił za posiadłość tysiąc dolarów zaliczki i podpisał zobowiązanie na dalsze dwadzieścia 
pięć tysięcy, płatne w ratach. Nigdy nie zamierzał się z tego wywiązać. Planował, że pozbiera 
pieniądze  od swoich ofiar, po czym  wyczyści  swoje konto bankowe i zniknie.  To był  jego 
schemat postępowania. Robił to wiele razy przedtem.

Dalszy ciąg podjął Bob.
— Tym razem jednak stanęła mu na drodze pani Macomber. Kiedy go oskarżyła o oszustwo, 

zaprowadził ją pod przymusem do kopalnianego dołu, a jej ciężarówkę wywiózł do Hambone. 
Do Twin Lakes wrócił na piechotę. Chciał stworzyć pozory, że pani Macomber wyjechała na 
wakacje. Dlatego spakował jej walizkę. Nie myślimy, żeby planował zostawienie jej w kopalni 
lub zrobienie jej krzywdy. Potrzebował tylko jeszcze trochę czasu na zakończenie kopalnianego 
oszustwa. Ale się zaczęło tyle dziać, że nie zdążył. Postarali się o to Manny i Gasper.

— Co z tymi Meksykanami? — zapytał reżyser. — Czy też uczestniczyli w spisku?
— Nie — odpowiedział Jupe. — John Manchester potrzebował robotników, by upozorować, 

że w kopalni trwa wydobycie. Kazał im postawić ogrodzenie i pomalować chatę, aby sąsiedzi 

background image

myśleli,   że   osiadł   na   stałe   w   Twin   Lakes.   Meksykanie   przebywali   w   Stanach   nielegalnie   i 
dlatego obawiali się z kimkolwiek rozmawiać. Tego właśnie chciał Manchester.

— Ale ich historia ma szczęśliwe zakończenie — powiedział Bob. — Wujek Harry podjął 

odpowiednie  kroki dla  zalegalizowania  ich  pobytu  w Twin Lakes  i będą  u niego przycinać 
choinki. A psa przygarnęła Magdalena. Odkarmiła go aż mu się boki zaokrągliły, oswoił się 
niczym szczeniak i śpi w nogach jej łóżka.

— Świetnie — pan Hitchcock odchylił się na oparcie fotela i patrzył przez okno na rozległy 

ocean.   —   To   była   doprawdy   intrygująca   sprawa.   Wielka   szkoda,   że   nigdy   nie   zostanie 
rozwiązana.

— Jak to? — zdumiał się Pete. — Przecież ją rozwiązaliśmy!
— Zapewne, we wszystkich istotnych punktach — odparł reżyser. — Nigdy jednak się nie 

dowiemy, co dokładnie zaszło pięć lat temu, gdy Morgan przybył do Twin Lakes, i dlaczego 
schował łup w starym fordzie.

—   Nie   —   przyznał   Jupiter.   —   Być   może   Morgan   potraktował   stary   samochód   jako 

tymczasowy schowek i poszedł poszukać lepszego na terenie kopalni. Czy,  kiedy zamykano 
kopalnię, żył jeszcze, czy też umarł wcześniej? Tego nigdy się nie dowiemy. Nawiasem mówiąc, 
jesteśmy   zupełnie   pewni,   że   Manchester   znalazł   zwłoki,   gdy   tylko   otworzył   kopalnię. 
Prawdopodobnie zamierzał odciąć ten szyb za pomocą eksplozji. Nie chciał przecież ściągać na 
siebie uwagi przez zameldowanie o znalezieniu zwłok.

Nic dziwnego, że był wściekły, kiedy przyłapał Allie w „Śmiertelnej Pułapce”.
— A ponieważ ta kopalnia okazała się tak interesującym miejscem, przynieśliśmy panu z niej 

pamiątkę.

Jupiter wręczył reżyserowi kamyk, który ten obejrzał uważnie.
— Bryłka złota! — wykrzyknął. — Dziękuję wam. Cenię to sobie. Nie każdy ma oryginalną 

bryłkę złota z wygrawerowanym kwiatem pomarańczy.

— Allie też ma taką — wtrącił Pete.
— Myślę, że na nią zasłużyła — powiedział pan Hitchcock.
— Chyba tak. Ona nie jest zła i ma dobre wyczucie. To znaczy, ma nosa do ludzi. Tylko, że 

jest tak piekielnie... piekielnie...

— Energiczna? — podsunął pan Hitchcock.
— Można tak powiedzieć — zgodził się Pete. — Można też powiedzieć, że jej obecność... 

uwiera jak kamyk w bucie!