background image

 

EXODUS VI 

Janusz Mil, Sławomir Mil 

background image

I. Człowiek Pierwszy 

background image

1. Przebudzenie 

 

Jeszcze  starał  się  śledzić  wskazania  jak  największej  liczby  parametrów  roboczych, 

jeszcze  gorączkowo  rzucał  dane  do  kalkulatora,  jeszcze  analizował  wyniki...  Nadaremnie. 

Odchylenie  narastało  coraz  gwałtowniej  Czując  potęgującą  się  wibrację,  kontrolował  już 

tylko  najważniejsze  wskaźniki.  Jeszcze  walczył,  ale  statek  wymykał  się  spod  kontroli; 

wskazania  już  dawno  odbiegały  od  normy.  O  niczym  już  nie  mógł  trzeźwo  myśleć,  działał 

tylko resztkami instynktu... 

Statek spadał zataczając kilkukilometrową spiralę. 

Powoli  popadał  w  panikę.  Chciał  wykonywać  tysiąc  czynności  naraz,  myśli  kłębiły 

mu się w mózgu a dominującym uczuciem stawała się chęć krzyku - o pomoc, o ratunek, o 

życie. Już tylko kilometry dzieliły go od powierzchni planety, już widział jej powierzchnię, 

rozpoznawał szczegóły... Jeszcze sekundy... 

I wtedy, gdzieś w głębi świadomości, z trudem torując sobie drogę przez powstały w 

mózgu  chaos,  napłynęła  jakaś  nowa  myśl.  Nowa,  irracjonalna,  nie  rozpoznana  jeszcze  do 

końca, ale niosąca jakąś ulgę, dająca jakiś cień szansy. Ale co? Co?... 

No  tak.  Sen.  Oczywiście  sen...  przecież  jest  w  Centrum...  Dwa  dni  po  powrocie  z 

Procjona...  Badania...  Jeszcze  tydzień...  Potem  raporty,  sprawozdania...  Setki  rozmów, 

spotkań... I dom, a raczej wspomnienia po nim... Tylko pamiątki po bliskich... 

Otworzył  oczy.  W  panującym  półmroku  nie  mógł  dokładnie  rozpoznać 

pomieszczenia, ale nie kojarzył go sobie z niczym. Poprzedniego dnia, po długiej rozmowie z 

doktorem  Wernerem,  psychologiem  Centrum,  położył  się  spać  w  niewielkiej,  znanej  sobie 

dobrze izolatce. A teraz  był  w  zupełnie innym  miejscu. Leżał  na czymś  niewyczuwalnym i 

kątem  oka  dostrzegał  blok  skomplikowanej  aparatury.  Lekki  niepokój  walczył  w  nim  z 

dziwną  ociężałością  i  rozleniwieniem.  Jeszcze  tkwił  w  błogostanie,  w  jaki  popadł  po 

uświadomieniu sobie, że katastrofa była tylko sennym koszmarem, ale przemógł się w końcu 

i uniósł nieco głowę. Dokładniej widać było tylko aparaturę. Przyglądał się... 

Na  pierwszy  rzut  oka  wygląd  jej  nic  nie  mówił.  Nie  zdziwił  się.  W  końcu  przez  te 

siedemdziesiąt  kilka  lat  coś  musiało  się  zmienić  w  technice  medycyny  kosmicznej.  Przez 

dłuższy  czas  błądził  bezmyślnie  wzrokiem  po  poszczególnych  fragmentach  złożonego 

systemu  i  w  momencie,  gdy  odwracał  oczy,  aby  przyjrzeć  się  reszcie  pomieszczenia,  w 

mózgu eksplodował mu sygnał alarmu. Znieruchomiał... 

background image

Coś było nie tak. Ale co? Nie patrząc na aparaturę analizował błyskawicznie. Dziwne, 

opalizujące  tworzywo  obudowy?  Nie.  Romboidalne  tarcze  wskaźników?  Nie.  Chaotyczne 

rozmieszczenie sygnalizatorów? Też nie. Ale sygnalizatory... 

Powoli odwrócił się, przyjmując jednocześnie pozycję siedzącą. Tak. Przy lampkach 

sygnalizacyjnych były napisy. Na pewno napisy. Ale nie ma i nigdy nie było takiego rodzaju 

pisma. Tego był pewny. Zerwał się gwałtownie na nogi i jakby w odpowiedzi na to, gdzieś 

spod sufitu rozległ się głos... 

- Uspokój się, Dalton! 

- Gdzie jestem? - spytał gdy minęło pierwsze zaskoczenie. 

- Uspokój się! Wszystkiego się dowiesz. Na razie trzymaj się ściśle moich instrukcji. 

Widzisz drzwi? Odwrócił się. 

- Widzę. 

-  Wyjdź  przez  nie.  W  sąsiednim  pomieszczeniu  znajdziesz  kombinezon.  Ubierz  się  i 

czekajcie. 

Powoli  wracał  do  równowagi.  Sam  się  temu  dziwił,  ale  fakt  obecności  jeszcze  kilku 

osób,  na  co  wskazywały  jednoznacznie  ostatnie  słowa,  pozwolił  mu  na  niemal  całkowite 

zbagatelizowanie niezwykłości sytuacji. Nie zwracając już uwagi na aparaturę z jej napisami, 

przeszedł do przyległej sali. 

 

background image

2. Artur 

 

Przez chwilę stał oślepiony jaskrawo seledynowym światłem, którego źródła nie mógł 

dokładnie  zlokalizować.  Wypełniało  ono  po  prostu  całą  przestrzeń  nie  pozwalając  na 

określenie rzeczywistych rozmiarów sali... 

- Cześć, Robert! 

Artur  O'Connor.  Pilot.  Spotykał  go  sporadycznie  w  Centrum.  Raz  czy  dwa  razy 

zamienili kilka słów. W tej chwili kończył właśnie zakładanie skafandra. 

- Cześć! Gdzie jesteśmy? 

- W każdym razie na statku - wzruszył ramionami Artur. 

Zmieszał  się.  Idiotyczne.  Nie  zauważyć  przy  swoim  stażu,  że  przyspieszenie  jest 

większe  od  ziemskiego,  niewiele  -  pięć,  dziesięć  procent,  ale  wystarczająco  by  wiedzieć 

chociaż tyle... 

-  Nigdzie  nie  miałem  lecieć.  Przedwczoraj  wróciłem  z  Procjona-dodał  jakby 

usprawiedliwiając się. 

- Ja miałem dzisiaj lecieć. Ale na pewno nie tym statkiem - zawahał się. - Na tym, na 

którym miałem lecieć, ja bym wydawał polecenia. 

- Napisy widziałeś? 

- Na hibernatorze? Widziałem. 

Zrezygnował  z  dalszych  pytań.  Nie  chciał  kompromitować  się  jeszcze  bardziej.  Nie 

wiedzieć, że się jest na statku, nie przyjrzeć się dokładnie aparaturze i nie rozpoznać w niej 

hibernatora...  Wystarczy  jak  na  jeden  raz!  Chcąc  zyskać  na  czasie  podszedł  do  skafandra 

leżącego na czymś w rodzaju fotela z bardzo niskim oparciem. 

- „Zanik pamięci, potworny zanik pamięci - myślał.-Jeśli obudziłem się z hibernacji, a 

tak  chyba  było,  to  pół  roku  na  start  i  początkowe  manewry,  plus  dwa  lata  regulaminowej 

przerwy  między  lotami,  plus  przygotowania...  Jakby  nie  liczyć,  przynajmniej  trzy  lata. 

Wszystko się zgadza, po częściowej amnezji mogę nie pamiętać i jakiegoś alfabetu lub kodu. 

Ale z jakiego powodu? Uraz? Wstrząs psychiczny? Wpływ jakiegoś pola?" 

Zainteresował się skafandrem, którym bawił się bezwiednie od jakiegoś czasu. Też był 

dziwny.  Jednoczęściowy,  bez  hełmu.  Ciemnogranatowe  tworzywo,  bardzo  cienkie  i 

rozciągliwe.  W  dodatku,  jak  się  przekonał  zaraz  po  włożeniu,  posiadające  bardzo  dziwną 

dynamikę.  Jakiemukolwiek  ruchowi  ciasno  opiętego  ciała  odpowiadało  znacznie  szybsze 

przesunięcie  się  odpowiedniej  części  zewnętrznej  powierzchni  skafandra.  Stwarzało  to 

background image

wrażenie wzmocnienia i przyspieszenia każdego ruchu. Przyjrzawszy się bliżej stwierdził, że 

tak  jest  naprawdę.  Wzdłuż  skafandra  biegły  cieniutkie,  różowe  linie,  które  rzeczywiście 

przemieszczały  się  znacznie  szybciej  niż  powinny.  Próbując  zapiąć  kombinezon  na  piersi  z 

zakłopotaniem stwierdził zupełny brak jakiegokolwiek zamka. Gładka płaszczyzna po prostu 

urywała się ostro. Machinalnie zbliżył  do siebie  obie części, a one się po prostu połączyły. 

Był ubrany. 

Postanowił być szczery... 

- Słuchaj, Artur, ze mną coś niezupełnie... 

- Masz zanik pamięci? Ja też. Co pamiętasz? 

- Badania w Centrum. Po locie. 

- A ja badania przed lotem. Następnego dnia miałem lecieć na epsilon Eridani. 

- No więc, co się dzieje? 

- Nie wiem. Przemyślałem już prawie wszystko i nic mi nie przychodzi do głowy. 

- Może robią na nas jakiś eksperyment... Symulację... 

- Symulację? Żartujesz chyba! Nelson w grobie by się przewrócił! I nie tylko on. 

Jim Nelson załamał się przy siódmej symulacji. Sześć poszło mu doskonale. W trakcie 

siódmej najpierw zbagatelizował lekki dryf boczny, potem przeoczył wskazania odchylenia, a 

jeszcze później po prostu nie walczył do końca. Widać doszedł do wniosku, że najwyżej straci 

na dwa lata licencję pierwszego pilota. W końcu skąd mógł wiedzieć, że w tym cyklu badań 

przechodzi się tylko sześć testów... Na pokładzie, oprócz niego, było jeszcze jedenaście osób. 

Tajne badania symulacyjne definitywnie zniesiono. 

-  Chyba  tak.  A  czy  nie  wyczułeś  czegoś  w  przygotowaniach  do  lotu?  Może 

rzeczywiście lecimy na tę twoją epsilon Eridani, a ciebie hibernowali jeszcze na Ziemi.... 

- A ty skąd się wziąłeś? 

- Nie wiem. Może... 

Nie dokończył. W tym samym momencie światła pogasły i rozległ się głos; ten sam co 

poprzednio. 

 

background image

3. Instrukcja, 

 

Mówi 

dowódca 

specjalnej 

jednostki 

bojowo--rozpoznawczej 

Korpusu 

Bezpieczeństwa Centrali. Zostaliście dehibernowani  w celu  wykonania określonego zadania 

bojowego,  z  którym  zapoznacie  się  później.  Reszta  załogi  pozostanie  w  hibernacji.  Misja 

nasza  została podjęta na skutek zetknięcia się ze śladami  obcej cywilizacji  technologicznej, 

które  mogą  świadczyć  o  wrogich  względem  nas  zamiarach.  Ostatnio  podejrzenia  te 

przekształciły  się  w  pewność.  Dlatego  też  musieliśmy  zastosować  maksimum  środków 

ostrożności.  Należy  do  nich  przede  wszystkim  wasza  częściowa  amnezja.  Musieliśmy 

zablokować  ten  obszar  waszej  pamięci,  który  zawiera  dane  związane  z  przygotowaniem 

naszego lotu oraz ostatnimi ziemskimi osiągnięciami technicznymi. Podejrzewamy, bowiem 

zdolność przeciwnika do odczytania zawartości ludzkich mózgów, musimy więc asekurować 

się na wypadek przejęcia przez niego naszego statku. Na zabieg ten wyraziliście zgodę przed 

lotem.  Pamięć  krytycznego  okresu  zostanie  wam  przywrócona  po  pomyślnym  zakończeniu 

misji. Z tego samego względu na statku nie znajdują się żadne wskazówki, mogące określić 

położenie  naszego  układu,  nie  znane  do  tej  pory  przeciwnikowi.  Wy  nie  poznacie 

dokładnego,  aktualnego  położenia  statku  i  będziecie  operować  jedynie,  podanymi  wam 

później,  umownymi  współrzędnymi.  Wszystkie  urządzenia  statku  są  nietypowe  a  napisy 

kodowane. Zostaniecie teraz przeszkoleni w obsłudze systemów statku, ale tylko tych, które 

mogą  wam  być  potrzebne  do  wykonania  zadania  głównego.  Jedyną  osobą  o  pełnej  pamięci 

jestem ja. Dlatego też znajduję się w izolowanej, hermetycznej kabinie, zawierającej ponadto 

niezbędną  rzeczywistą  dokumentację  statku  i  sytuacji  strategicznej.  Kabina  zostanie 

automatycznie  wystrzelona  w  momencie  przedostania  się  obcych  istot  na  statek.  Nie 

będziecie się więc mogli zetknąć ze mną osobiście, przynajmniej podczas lotu. 

Waszym bieżącym zadaniem jest przejście do kabiny operacyjnej statku. Wyjdziecie 

przez drzwi oznaczone niebieskim światłem i idąc głównym korytarzem, znajdziecie kabinę 

oznaczoną  dwoma  czerwonymi  światłami.  Przez  niezbędny  okres  będziecie  szkoleni  w 

obsłudze  urządzeń  nawigacyjnych  i  bojowych.  Należy  zachować  pełną  koncentrację,  gdyż 

statek  wyposażony  jest  w  broń  anihilacyjną.  Ponieważ  ilość  danych,  jaką  mogę  wam 

przekazać  jest  ze  względów  bezpieczeństwa  ściśle  ograniczona,  nie  będę  odpowiadał  na 

żadne wasze pytania. Wykluczona jest wszelka komunikacja dwustronna. Począwszy od tego 

momentu dowodzenie obejmuje O'Connor. 

 

background image

4. Statek 

 

Długo  patrzyli  na  siebie.  Nic  nie  mówili.  No  bo  w  końcu  co  mogliby  powiedzieć? 

Sytuacja  była  szokująco  bezprecedensowa.  Owszem,  rozbudowane  aż  do  przesady  przepisy 

robocze Centrum przewidywały prawie wszystko. I musieli znać je na pamięć. Nawet lepiej 

niż  podstawy  pilotażu!  Ale  czegoś  takiego  na  pewno  nie  było.  Przecież  to  stan  wojny. 

Pierwsza  napotkana  cywilizacja  i  od  razu  konflikt  zbrojny!  A  gdzie  te  języki,  wspólne  dla 

całego  cywilizowanego  Kosmosu,  gdzie  te  tablice,  gdzie  te  kody?  Dwadzieścia  pokoleń 

kosmosocjologów  udoskonalało  procedurę  ewentualnego  kontaktu,  a  tu  od  razu  konflikt 

militarny... 

- No to idziemy - Artur podniósł się z miejsca. 

Poszli. Przed nimi  ciągnął  się bardzo długi  korytarz. Ciemny, nie na tyle jednak, by 

nie  móc  swobodnie  się  poruszać.  Mijali  szeregi  drzwi  rozmieszczonych  w  nieregularnych 

odstępach  po  obu  stronach  korytarza.  Nad  każdymi  była  umieszczona  jakaś  kombinacja 

dwóch  lub  trzech  kolorowych  świateł.  Jedynie  one  rozjaśniały  korytarz  tworząc  swoją 

różnorodnością  jakiś  nierzeczywisty,  surrealistyczny  nastrój.  Korytarz  był  niski,  tak,  że 

Robert,  wyższy  o  prawie  pół  głowy  od  Artura,  musiał  schylać  się  od  czasu  do  czasu,  gdy 

przechodzili  pod  czymś  w  rodzaju  łuków  niewiadomego  przeznaczenia.  Wyminęli  kilka 

bocznych korytarzy, których końca nie było widać. Po części powodowały to bardzo łagodne 

ich skręty, a po części przypuszczalnie ogromne rozmiary samego statku. 

Nierealna  sceneria  sprawiła,  że  prawie  zapomnieli  o  celu,  a  Artur  oprzytomniał 

dopiero, gdy minęli już o kilka metrów drzwi z dwoma czerwonymi światłami, i dopiero, gdy 

wpadł na Roberta zawracając gwałtownie, obaj wrócili do rzeczywistości. 

Otworzyli drzwi. 

Przez  dwadzieścia  lat  lotów  nie  widział  nigdy  nawet  czegoś  zbliżonego  do  tego. 

Pierwszym  wrażeniem  było  znalezienie  się  wewnątrz  kuli  o  ścianach  stanowiących  nie  tyle 

mapę  nieba,  ile  jego  rzeczywisty  obraz.  W  samym  jej  środku,  o  kilka  metrów  przed  nimi, 

umieszczony był na czymś w rodzaju niewielkiej platformy, pulpit i dwa fotele. Prowadził do 

nich wąski pomost. Automatycznie podeszli i zajęli miejsca. Artur, jako dowódca, po prawej 

stronie, co zrobili z czystego nawyku, bo przynajmniej na razie nie mogło to mieć żadnego 

znaczenia. 

Obejrzał  się.  Kula  zamknęła  się.  Nie  było  już  ani  pomostu,  ani  drzwi.  Jednocześnie 

ściany  przybrały  kolor  intensywnej  czerwieni,  a  gwiazdy  rozbłysły  naturalnym  światłem. 

background image

Można  było  odnieść  wrażenie  przebywania  w  próżni,  gdyby  nie  to,  że  cała  kula  pokryta 

została  delikatną  jasnozieloną  siatką  współrzędnych.  Mniej  więcej  na  wprost  przed  nimi 

znajdował się jaskrawy, czerwony punkt. Bieżący kurs... 

Pulpit  zawierał  zadziwiająco  mało  wskaźników  i  manipulatorów.  W  dwóch 

niezależnych,  umieszczonych  przed  fotelami  kolumnach,  rozmieszczone  były  pary 

wielopozycyjnych wskaźników. Tylko górna ich para była w tej chwili rozjarzona cyframi. Te 

same wartości na obu oraz czerwony ich kolor niedwuznacznie sugerowały, że jest to cyfrowa 

wartość  ich  bieżącego  kursu.  Niższe  wskaźniki  były  martwe,  za  to  większość  z  nich 

wyposażona była w przyciski ustawiania. 

Było  jeszcze  kilka  nieregularnie  rozmieszczonych  przycisków  i  wskaźników  oraz 

skomplikowana  płyta  -  zapewne  sterowania  kalkulatorem.  Całość  dopełniały:  spory  ekran 

niewiadomego  przeznaczenia  i  dźwignia  ręcznego  sterowania,  tylko  przed  lewym  fotelem. 

Typowy podział: pilot - dowódca. 

 

background image

5. Nauka 

 

Nauka trwała około dziesięciu dni. A może były to dwa tygodnie. Czas wskazywany 

był  w  jednostkach  umownych  i  nie  mieli  go  z  czym  porównać.  W  każdym  razie  trwało  to 

dwanaście biologicznych cykli pokładowych. 

Mieli kabiny naprzeciwko sterowni. Tam spali i jedli. Spali jednocześnie. Jedli stale tę 

samą  pastę  o  nieokreślonym,  nieprzyjemnym  smaku.  Prawie  nie  rozmawiali.  Na  razie  nie 

było o czym... 

W  zasadzie  sterowanie  dostępnymi  im  urządzeniami  mogli  opanować  w  ciągu  kilku 

godzin.  Wszystko  tu  było  idealnie  proste.  Powtarzali  jednak  w  nieskończoność  kilkanaście 

czynności,  albo  żeby  dojść  do  absolutnej  wprawy,  albo  by  czymś  zapełnić  czas  do  chwili 

kiedy przejmą sterowanie. Bez przerwy pozostawali pod pełną kontrolą dowódcy. 

Podawał im zwięzłą informację. Jeśli nie rozumieli jej, co zresztą zdarzało się bardzo 

rzadko, przyciskali specjalny klucz i słyszeli ją ponownie. Wykonywali instrukcję i dostawali 

nową. I tak w kółko. 

Pod koniec tego okresu dysponowali już ogromnymi możliwościami. Oczywiście pod 

warunkiem przejęcia sterowania. W zasadzie nie znali tylko procedur startu i lądowania. Ale, 

widać,  na  razie  nie  miały  im  być  potrzebne.  Mogli  natomiast  sterować  kursem,  ręcznie  lub 

programowo.  Mogli  zmieniać  prędkość  i  przyspieszenie.  Mogli  prawie  tysiąckrotnie 

powiększać  obraz  wybranego  rejonu  i  obserwować  go  na  ekranie  radaru  tachionowego. 

Dysponowali  kalkulatorem  pokładowym  o  dużej  mocy  obliczeniowej.  Mogli  ustawiać 

dowolnie celownik miotacza antymaterii. Mogli strzelać. 

Nie  mogli  natomiast  dowiedzieć  się  niczego  bliższego  ani  o  ogólnej  sytuacji,  ani 

nawet o aktualnym położeniu statku. Tak jak zresztą obiecywał im dowódca. Współrzędne na 

powierzchni  otaczającej  ich  kuli  były  umowne.  Nie  wyznaczały  ich  środek  Galaktyki  i 

Ziemia, a środek Galaktyki i jakiś fikcyjny punkt. Gwiazdozbiory nie mówiły im nic. Nieco w 

lewo od aktualnego kursu mieli przed sobą sporą gromadę kulistą. Przy założeniu rozsądnego 

czasu lotu, nie dłuższego niż kilkadziesiąt lat, mogły to być Hiady. Przynajmniej wskazywały 

na to  cechy  gromady.  Ale  równie dobrze  mogli  być po drugiej stronie Galaktyki, gdyby nie 

to,  że  ekspansja  kosmiczna  człowieka  nie  przekroczyła  jakichś  piętnastu  parseków. 

Przynajmniej w czasie, który jeszcze pamiętali... 

Podczas ostatnich cykli pokładowych nauki, wykonywali już całe złożone sekwencje 

sterowania. Jednoczesne manewry kierunkowe, prędkościowe i celownicze. 

background image

Podział  ról  był  oczywisty.  Robert  sterował  statkiem,  a  Artur  obsługiwał  radar  i 

urządzenia celownicze. I tylko on miał przed sobą przycisk urządzenia spustowego. 

 

background image

6. Zadanie 

 

Intuicyjnie  wyczuwali,  że  okres  nauki  zbliża  się  do  końca.  Instrukcje  były  prostsze. 

Przeważnie powtórzenia. Wreszcie, po wykonaniu któregoś z rzędu, nie otrzymali następnego 

zadania. Było cicho. Czekali... 

Pociły mu się dłonie. Chciał mieć już za sobą całą niepewność i  wiedzieć o co tu w 

końcu chodzi. Do głowy przychodziły mu dziesiątki wątpliwości i pytań. Dowódca zapewne 

przewidywał  ich  nastrój,  toteż  odczekał  aż  uspokoją  się  zupełnie.  Faktycznie,  po  pewnym 

czasie - dwóch, może trzech godzinach -zobojętnieli na wszystko. I dopiero wtedy... 

- Ustawcie radar na 247.20-38.12-rozległ się znany głos. 

Arturowi zajęło to kilka sekund. 

- Powiększajcie powoli obraz! 

Najpierw nie było nic, potem pojawiła się niewielka gwiazda, która w miarę wzrostu 

powiększania uciekła poza ekran, a potem był statek. Idący ciągiem  - z błękitno rozżarzoną 

rufą. 

- Wyłączcie radar! 

W miejscu obserwacji pojawił się na czaszy, stanowiącej mapę nieba, błękitny punkt a 

pod nim cyfry-8.342. 

-  Jest  od  was  oddalony  o  ponad  osiem  miliparseków.  To  znaczy  był.  Nasz  radar 

tachionowy ma roboczą prędkość tylko dwanaście razy większą od świetlnej. 

Sami lecieli z podświetlną. 0,6 c. Tamten statek był mniej więcej na ich kursie. Czyli, 

za jakieś piętnaście dni... 

- A teraz obejrzyjcie całą czaszę! 

W sumie było sześć błękitnych punktów. Sześć statków. Ten, ku któremu lecieli, był 

najbliżej.  Inne  znajdowały  się  od  dwudziestu  do  pięćdziesięciu  mili-parseków  od  nich. 

Rozmieszczone były mniej więcej na połowie czaszy. Tej przed nimi... 

-  Waszym  jedynym  zadaniem  jest  wprowadzenie  statku  na  kurs  210.00-57.30. 

Kierunek  ten,  a  właściwe  cały  otaczający  sektor  jest  blokowany  przez  sześć  statków 

przeciwnika.  Nie  możecie  zbliżać  się  do  żadnego  z  nich  na  odległość  mniejszą  niż  0,3 

miliparseka.  W  żadnym  wypadku.  Taki  jest  zasięg  rażenia  ich  statków  o 

prawdopodobieństwie  trafienia  przekraczającym  krytyczne.  Szczytowe  prędkości  mają 

zbliżone do nas, moc także. Za to dysponują większą szybkością manewrów. Na wykonanie 

zadania  macie  nieograniczoną  ilość  czasu.  Ale  musicie  pamiętać,  że  statki  możemy 

background image

obserwować  z  odległości  nie  większej  niż  dwieście  miliparseków.  I  tylko  na  tyle  możecie 

mieć pewność czystego pola w innych kierunkach. Jeszcze raz popatrzcie! 

Z  punktów  oznaczających  każdy  ze  statków  wybiegły  przerywane  linie,  zakończone 

bliźniaczymi punktami, także oznaczonymi cyframi. 

- Jest to ekstrapolowana pozycja ich statków w bieżącej chwili. 

Najbliższy  był,  a  raczej  mógł  być  już  tylko  o  8,137,  a  jego  kurs  powoli  stawał  się 

asymptotyczny do ich kursu. Sytuacja robiła się jednoznaczna... 

-  Powtarzam  zadanie.  Wyjść  na  kurs  210.00-57.30  nie  zbliżać  się  do  żadnego  z  ich 

statków  bardziej  niż  0,3-  Ciągiem  dysponujecie  w  sposób  nieograniczony.  Jeśli  to  będzie 

możliwe, wykonajcie zadanie bez zniszczenia żadnego z ich statków. Przejmijcie sterowanie! 

Nie usłyszeli już nic więcej. 

 

background image

7. Taktyka 

 

Taktykę  przyjęli  prostą.  Bo  też,  na  pozór,  wyjście  na  zadany  kurs  z  ominięciem 

blokady  wydawało  się  dziecinnie  proste.  Iść  prosto  na  statek  przeciwnika  a  potem,  w 

bezpiecznej  jeszcze  odległości,  rozpocząć  pełną  mocą  manewr  wymijania  szerokim  łukiem. 

Przy  możliwym  do  uzyskania  przyspieszeniu,  około  1000  g,  bo  tyle  wytrzymywało  pole 

antygrawitacyjne  statku,  i  różnych  kierunkach  lotu  ich  i  przeciwnika,  powinien  on  od  razu 

znaleźć się w tyle. Oczywiście, przy założeniu, że nie doścignie ich potem. 

Już pierwsza próba, której dokonali po dwunastu dniach, gdy tylko zbliżyli się do nich 

dostatecznie,  wykazała,  że  nie  jest  to  takie  proste.  Przeciwnik  utrzymywał  swój  najbliższy 

statek  na  nieco  mniejszej  prędkości,  ale  za  to  na  prawie  tym  samym  kursie.  Sprawiało  to 

wrażenie,  jakby  to  oni  sami  powoli  go  doganiali.  Na  każdą  zmianę  kursu  odpowiadali 

analogiczną zmianą, opóźnioną tylko o okres obserwacji. Od razu też stało się jasne, że ich 

zdolność  przyspieszania,  a  więc  i  prędkość  manewrów,  jest  jakieś  półtora  rażą  większa. 

Jakby, więc nie manewrowali, stale mieli ich przed sobą. I to coraz bliżej. 

Pozostałe statki były jeszcze dość daleko i chociaż nie przeszkadzały im bezpośrednio 

w  manewrowaniu,  stwarzały  określone  zagrożenie  na  przyszłość.  Dwa  z  nich  powoli 

dochodziły ich z boków, a trzy najwyraźniej zmierzały do stworzenia drugiej linii blokady. 

Przez  cztery  doby  pokładowe  Robert  próbował  wszystkich  możliwych  manewrów. 

Stale z tym samym skutkiem. 

Piątej  doby  szedł  z  przy  zerową  prędkością,  powoli  zbliżając  się  do  nich.  Już  tylko 

trzy  miliparseki  dzieliły  ich  od  strefy  krytycznej.  Obaj  doskonale  wiedzieli,  że  jeżeli  jeden 

statek potrafi im zablokować praktycznie cały sektor, to drugi, zbliżywszy się, zmusi ich po 

prostu do wycofania się. 

Szóstej doby poddał się. 

- Nic więcej nie zrobię. Teraz ty! 

Artur popatrzył na niego smutnym wzrokiem. 

-  Prawdopodobnie  na  to  wyjdzie.  Tylko  nie  od  razu.  Mamy  jeszcze  trochę  czasu. 

Wykonasz jak najwięcej manewrów, a kalkulator przeanalizuje każdorazowo ich odpowiedzi. 

Za trzy, cztery doby powinniśmy mieć program celowania o nie najgorszej dokładności. 

Opowiadał jeszcze dalej, snuł szczegóły techniczne, ale Robert już go nie słuchał. Od 

razu  wychwycił  jakiś  fałszywy  ton. Wzrok  Artura  przeczył  jego  słowom.  Błądził  gdzieś  na 

boki, wyrażając dziwne lekceważenie dla wypowiadanych słów. 

background image

Po chwili zrozumiał. Artur nie mówił do niego. Mówił do słuchającego ich na pewno 

dowódcy. W pewnym momencie zmusił wzrokiem Roberta do • spojrzenia w dół. 

Fotele ich stykały się oparciami a pulpit prawie dochodził do piersi. W wąskiej luce 

zobaczył, wysuniętą maksymalnie w jego kierunku, nogę Artura. Bez namysłu wysunął swoją 

i gdy tylko nogi ich zetknęły się, poczuł szybkie uderzenia kodu. Artur mówił ciągle, teraz już 

znacznie wolniej, robił przerwy na namysł, a w ich trakcie błyskawicznie nadawał. 

 

background image

8. Wątpliwości 

 

- Trzeba będzie najpierw ustalić optymalny informacyjnie sposób naszych manewrów. 

(...  czy  ty  naprawdę  chcesz  strzelać...  skąd  wiesz,  kto  jest  na  tych  statkach...  i  jakie  ma 

zamiary...  skąd  wiesz,  co  się  w  ogóle  dzieje...  co  wiesz  o  dowódcy...  naszym  dowódcy...). 

Większość trzeba będzie powtarzać po kilka razy. (... byliśmy kilkadziesiąt lat w hibernacji... 

on  .znaczną  część  czasu  czuwał...  miałeś  kilka  dłuższych  samotnych  lotów...  wiesz  jak 

człowiek się czuje...). Gdy otrzymamy pełny algorytm ich reakcji, przystąpimy do testowania 

go.  (...  miewałeś  urojenia...  ja  też...  i  to  nie  będąc  obciążonym  taką  sytuacją...  co 

podejrzewam...  że  nie  wszystko  z  nim  w  porządku.  ...język...  czy  ktoś  formułował  ci  tak 

polecenia...). Przejdziemy na błądzenie przypadkowe a kalkulator będzie sprawdzał odchyłki 

ich  przewidywanego  kursu.  (...  skąd  wiesz  po  co  w  ogóle  wylecieliśmy...  w  jakim  celu 

wyraziliśmy  zgodę  na  amnezję...  może  to  tylko  zabezpieczenie,  bo  nikt  nie  zna  ich  bliżej... 

może  mieliśmy  dopiero  zbadać  ich  zamiary...).  Przy  większych  odchyłach  przeprowadzimy 

manewry korekcyjne. (... lecąc z taką misją, można nawet na podstawie błahych poszlak dojść 

do  katastrofalnych  wniosków...  i  może  to  tylko  on  do  nich  doszedł...  musimy  działać 

ostrożnie... nie może niczego podejrzewać...). Potem oddamy sterowanie kursem i wyrzutnią 

kalkulatorowi.  (...  na  razie  trzeba  zorientować  się  w  sytuacji...  od  niego  niczego  się  nie 

dowiemy... musimy nawiązać z nimi kontakt... nie wiem jak... pomyśl... w najgorszym razie 

poczekamy na nich...). Dopiero przy mniejszych dystansach zmienimy taktykę. (... nawet jeśli 

faktycznie  mają  wrogie  zamiary,  to  zniszczenie  naszego  statku  nie  powinno  przynieść 

większych zmian w skali ogólnej... w każdym razie będą nieporównywalnie mniejsze niż w 

przypadku  zniszczenia  ich  statku,  jeśli  nie  mają  wrogich  zamiarów...).  Oczywiście,  o  ile 

okaże  się  konieczne.  Sądzę,  że  zniszczymy  ich  wcześniej.  (...  na  razie  działamy  tak  jak 

mówiłem i szukamy możliwości kontaktu...). 

 

background image

9. Kontakt 

 

Kontakt  miał  przyjść  znacznie  szybciej  niż  mogli  się  tego  spodziewać.  I  wyjść  miał 

wcale nie z ich strony... 

Na  razie  manewrowali.  Najpierw  sami,  potem  pod  dyktando  kalkulatora.  Różne 

kierunki,  różne  prędkości,  różne  przyspieszenia...  Kalkulator  gromadził  dane  o  reakcjach 

przeciwnika  na  każdy  ich  manewr.  Sytuacja  strategiczna  robiła  się  coraz  gorsza.  Ich  statki 

zbliżały  się  nieuchronnie,  a  kalkulator  nie  opracował  jeszcze  algorytmu  o  zadowalającym 

stopniu  dokładności.  Mimo  intensywnych  rozmyślań  nie  znaleźli  sposobu  kontaktu, 

możliwego  do  przeprowadzenia  bez  wiedzy  dowódcy.  Mieli  zbyt  ograniczone  możliwości. 

Przede wszystkim, w ogóle nie zostali zaznajomieni z systemami łączności statku, a nawet ze 

sposobami  sygnalizacji  alarmowej.  Wszystko  to  pozostało  w  rękach  dowódcy.  W  dodatku 

poważnie musieli się liczyć z możliwością uśpienia ich i hibernacji, gdyby tylko powziął on, 

najmniejsze choćby, podejrzenia. I wtedy zapewne sam przejąłby sterowanie, działając dalej 

według własnych, rzeczywistych, bądź wyimaginowanych kryteriów. 

Minęły  kolejne  trzy  doby.  I  chociaż  nie  nastąpiła  żadna  poprawa  w  sytuacji,  to 

przynajmniej  wyjaśnił  się  podstawowy,  dręczący  ich  problem.  I  to  w  najmniej  oczekiwany 

sposób. 

Podczas  wykonywania  któregoś  z  kolei  manewru, wygasł  nagle cały  czołowy sektor 

mapy.  Pojawiła  się  zamiast  niego  niewielka,  jasno  oświetlona  płaszczyzna.  Jednocześnie 

rozległ się głos dowódcy: 

-  Będziemy  mieli  kolejny  kontakt  holowizyjny  z  przeciwnikiem.  W  poprzednich 

wzywali  nas  do  zastopowania  i  biernego  czekania  na  nich.  Gdy  ukażą  się  przed  wami  ich 

postacie, włączcie translator poprzez kod 12D39E kalkulatora. Informacje, które odbierzecie, 

mogą być dla was przydatne. 

Ukazały się trzy sylwetki. 

Przeżyli  chwilowy  szok.  Później  nie  mogli  już  sobie  uświadomić,  czego  właściwie 

oczekiwali, ale na pewno nie tego, że pierwsze napotkane w Kosmosie istoty rozumne, i to 

istoty o przypuszczalnie wrogich zamiarach, okażą się człekokształtne. Ale tak było. 

Byli znacznie masywniejsi od ludzi, ale tylko w stosunku do wzrostu, którego z braku 

skali  nie  mogli  ocenić.  Jeżeli  przekaz  był  w  naturalnych  wymiarach,  to  nie  przekraczał  on 

półtora metra. Ręce, nogi, tułów, głowa. Twarz, widoczna chyba bez żadnego okrycia, była 

najmniej  ludzka.  Bardzo  spłaszczona.  Spękana,  zrogowaciała  skóra  tworząca  coś  na  kształt 

background image

łusek.  Bardzo  niskie  i  szerokie  czoło.  Oczy  prawie  na  wierzchu.  Zupełny  brak  włosów.  To 

wszystko zauważyli na pierwszy rzut oka. Później zwrócili uwagę na dłonie. Palce o większej 

ilości  stawów  ustawione  były  zupełnie  inaczej.  Jakby  na  obwodzie  koła.  Nie  było  to  już 

przeciwstawienie kciuka innym palcom, a wszystkich palców sobie nawzajem. 

Sprawiali  odpychające  wrażenie,  ale  nie,  tyle  przez  wygląd  sam  w  sobie,  ile  przez 

fakt,  że  stanowili  wynaturzenie  ludzkiej  sylwetki.  Zapewne  też,  ich  wygląd  z  ziemskiego 

punktu  widzenia,  nasunął  im  obu  identyczne  skojarzenia:  są  nieporównanie  mądrzejsi  od 

ludzi, ale i znacznie okrutniejsi. 

Środkowy z trójki przemówił: 

-  Już  tylko  dziesięć  miliparseków  do  ustalonej  granicy.  Zbliżyć  się  na  0,3  do  statku 

oddalonego obecnie o 2,96-Robert rzucił okiem na pulpit; odległość zgadzała się - wytracając 

prędkość do zera. Tak czekać. Podejdzie inny statek. Wejdziemy na pokład. Zachowywać się 

spokojnie.  To  ostatnie  ostrzeżenie.  W  przypadku  dojścia  do  wyznaczonej  granicy  bez 

podporządkowania  się  poleceniom,  zrezygnujemy  z  przejęcia  statku.  Będziemy  musieli  go 

zniszczyć. 

Po tych słowach zniknęli. Z powrotem mieli przed sobą czarną czaszę nieba. Od razu 

przeszli na „rozmowę" kodem. 

- Może mistyfikacja? 

-  Nie.  Nawet  kompletny  psychopata  nie  będzie  fabrykował  dowodów  na  poparcie 

swoich urojeń, bo tym samym przeczyłby sam sobie. Owszem, może interpretować fakty na 

swój sposób, może fałszywą argumentacją uzasadniać swoje racje. Ale fałszywą dla nas, bo 

dla niego będzie ona prawdziwa. Natomiast fałszując dane, przyznałby, że jest w błędzie. 

- Ale może robi to, żeby nas przekonać... 

- Nic nie wie o naszych wątpliwościach. Działamy przecież optymalnie z jego punktu 

widzenia. 

- Więc jednak... 

-  Tak...  Nie  możemy  już  kontynuować  manewrów  rozpoznawczych  -  powiedział 

Artur. -Przyjmiemy aktualną dokładność algorytmu celowania. 

 

background image

10. Polowanie 

 

Dokładność nie była taka zła. Około 94% praktycznie osiągalnej. Realną przeszkodę 

nadal  stanowił  tylko  jeden  statek,  co  powinno  znacznie  ułatwić  sprawę.  Niestety, 

przeprowadzone jeszcze w czasie wstępnych treningów próby, wykazały niemożność użycia 

pocisków  o  własnym  napędzie.  Były  wykrywalne  z  bardzo  dużej  odległości.  Pozostawały, 

więc  tylko  balistyczne.  Wykrycie  ich  następowało  już  w  obrębie  promienia  anihilacji,  co 

automatycznie przekreślało skuteczność jakiegokolwiek przeciwdziałania. Chyba, żeby mieli 

jakieś  nieznane  środki,  ale  opóźnienia  ich  reakcji  na  manewry  rozpoznawcze  wskazywały 

raczej, że dysponują radarem tachionowym o zbliżonej prędkości  roboczej do ich własnego 

radaru. 

Mimo  iż  dokładnie  wiedzieli  jak  będzie  wyglądać  procedura  anihilacji  statku 

przeciwnika,  śmieszył  ich  trochę  początkowy  jej  przebieg,  oczywiście,  o  ile  można  było  w 

takiej  sytuacji  mówić  o  jakiejkolwiek  wesołości.  Niemniej  jednak  przypominała  ona  do 

złudzenia dawne polowania z nagonką... 

Wystrzeliwali  pocisk,  który  miał  osiągnąć  cel  za  cztery  doby.  Przez  cały  ten  czas 

wykonywali 

sygnalizowane 

przez 

kalkulator 

manewry, 

mające 

doprowadzić, 

odpowiadającego  na  nie  zmianami  kursu  przeciwnika,  prosto  na  lecący  pocisk.  Kalkulator 

podawał  bieżącą  odległość  pocisku  od  celu  oraz  przypuszczalną,  jaka  byłaby  w  chwili 

dotarcia do niego rozkazu eksplozji, gdyby został on wysłany w danym momencie. Nie było 

tu  zresztą  większej  różnicy.  Rozkaz  taki,  ze  względu  na  swą  impulsową  postać,  zajmował 

bardzo szerokie pasmo i mógł być wysłany z prędkością około 200 c. Opóźnienie jego było, 

więc praktycznie pomijalne. 

Działanie  ich  sprowadzało  się  do  czekania  na  uzyskanie  odległości  mniejszej  od 

promienia anihilacji i wysłania sygnału. Czekali... 

Pierwszy  pocisk  minął  przeciwnika  w  odległości  cztery  razy  za  dużej.  Drugi  był 

celniejszy, ale także nie było sensu wysyłania rozkazu eksplozji. Mniej więcej tak samo było 

z kolejnymi, wysyłanymi co kilka godzin. A czasu było coraz mniej... 

Wystali  teraz  osiemdziesiąt  pocisków  w  rozbieżnych,  ale  zbliżonych  kierunkach.  W 

momencie  przecięcia  płaszczyzny  statku  przeciwnika  dawały  one  prawie  pięciokrotnie 

większy  promień  skuteczności  anihilacji,  niż  miało  to  miejsce  w  przypadku  pojedynczego 

pocisku.  Gdyby  celność  salwy  była  nie  gorsza  niż  pierwszych  strzałów,  nieprzyjaciel 

musiałby znaleźć się w polu rażenia. Po trzech dobach wysłali sygnał eksplozji do wszystkich 

background image

pocisków.  W  momencie  dotarcia  rozkazu  powinny  one  otaczać  przeciwnika.  Kalkulator 

ocenił szansę na 76%. Mając ustawione na monitorze maksymalne powiększenie kluczowego 

wycinka sfery, z niecierpliwością oczekiwali na efekt. 

Był żaden. Jedynie w pewnej odległości od statku anihilował pojedynczy, zabłąkany 

meteoryt.  A  jednak,  według  wskazań  kalkulatora,  cel  znalazł  się  prawie  na  granicy 

skutecznego rażenia. Musiało to wywołać szereg mikroanihilacji na powierzchni pancerza ich 

statku. Wiedzieli już, że są ostrzeliwani... 

Faktycznie,  po  niedługim  czasie  zaczęli  wykonywać  losowe  manewry  dewiacyjne 

wokół kursu głównego. Dalsze strzelanie nie miało sensu. Szansa trafienia była przyzerowa. 

Co  gorsza,  sami  musieli  teraz  przejść  na  lot  z  losową  dewiacją.  Nie  chcieli  dla  odmiany 

sprawdzać skuteczności ich celowania. 

 

background image

11. Rozwiązanie 

 

Sytuacja  stawała  się  krytyczna.  Lecieli  z  0,1  ci  przypadkowym  dryfem  bocznym 

niedaleko  za  poruszającym  się  prawie  identycznie,  tyle,  że  z  nieco  mniejszą  prędkością, 

wrogim statkiem. Powoli doganiali go. Już tylko 1,4 miliparseka. Mieli dwa wyjścia. 

Ruszyć  pełną  prędkością,  ale  bez  wejścia  w  strefę  0,3.  Mogli  to  zrobić  tylko  w 

kierunku przeciwnym do obecnego. Czyli praktycznie - uciec nie wykonując zadania. 

Mogli  też  czekać  na  podejście  któregoś  z  ich  statków  na  dystans  bezpośredniego 

trafienia.  Tyle,  że  oni  mogli  zastopować  poza  tym  polem  wysyłając  do  nich  pojazd 

automatyczny, albo zniszczyć ich wcześniej. 

Strzelanie lub manewry wymijania nie miały żadnego sensu. 

I właśnie wtedy znalazł rozwiązanie. Zanim podzielił się nim z Arturem, kilkakrotnie 

przemyślał wszystkie szczegóły. Zgadzało się. Manewr był stuprocentowo pewny. 

- Czy słyszałeś o takiej broni, którą pięćset lat temu nazywano kutrem torpedowym? 

- Myślisz o rakiecie zwiadowczej? - w ułamku sekundy zorientował się Artur. 

- Tak. Powinny tu takie być. Trzeba wylecieć nią na najwyższej prędkości w kierunku 

ich  statku  i  zniszczyć  go  z  minimalnej  odległości.  Jednocześnie  ruszyć  pełną  mocą  w  tym 

samym kierunku. Powinno się udać. 

- A co z tym kutrem? 

Wzruszył ramionami. Jeśli manewr ma być skuteczny, w momencie anihilacji rakieta 

zwiadowcza musi znaleźć się prawie w centrum jej pola... 

Wystali  teraz  osiemdziesiąt  pocisków  w  rozbieżnych,  ale  zbliżonych  kierunkach.  W 

momencie  przecięcia  płaszczyzny  statku  przeciwnika  dawały  one  prawie  pięciokrotnie 

większy  promień  skuteczności  anihilacji,  niż  miało  to  miejsce  w  przypadku  pojedynczego 

pocisku.  Gdyby  celność  salwy  była  nie  gorsza  niż  pierwszych  strzałów,  nieprzyjaciel 

musiałby znaleźć się w polu rażenia. Po trzech dobach wysłali sygnał eksplozji do wszystkich 

pocisków.  W  momencie  dotarcia  rozkazu  powinny  one  otaczać  przeciwnika.  Kalkulator 

ocenił szansę na 76%. Mając ustawione na monitorze maksymalne powiększenie kluczowego 

wycinka sfery, z niecierpliwością oczekiwali na efekt. 

Był żaden. Jedynie w pewnej odległości od statku anihilował pojedynczy, zabłąkany 

meteoryt.  A  jednak,  według  wskazań  kalkulatora,  cel  znalazł  się  prawie  na  granicy 

skutecznego rażenia. Musiało to wywołać szereg mikroanihilacji na powierzchni pancerza ich 

statku. Wiedzieli już, że są ostrzeliwani... 

background image

Faktycznie,  po  niedługim  czasie  zaczęli  wykonywać  losowe  manewry  dewiacyjne 

wokół kursu głównego. Dalsze strzelanie nie miało sensu. Szansa trafienia była przyzerowa. 

Co  gorsza,  sami  musieli  teraz  przejść  na  lot  z  losową  dewiacją.  Nie  chcieli  dla  odmiany 

sprawdzać skuteczności ich celowania. 

Sytuacja  stawała  się  krytyczna.  Lecieli  z  0,1  ci  przypadkowym  dryfęm  bocznym 

niedaleko  za  poruszającym  się  prawie  identycznie,  tyle,  że  z  nieco  mniejszą  prędkością, 

wrogim statkiem. Powoli doganiali go. Już tylko 1,4 miliparseka. Mieli dwa wyjścia. 

Ruszyć  pełną  prędkością,  ale  bez  wejścia  w  strefę  0,3.  Mogli  to  zrobić  tylko  w 

kierunku przeciwnym do obecnego. Czyli praktycznie - uciec nie wykonując zadania. 

Mogli  też  czekać  na  podejście  któregoś  z  ich  statków  na  dystans  bezpośredniego 

trafienia.  Tyle,  że  oni  mogli  zastopować  poza  tym  polem  wysyłając  do  nich  pojazd 

automatyczny, albo zniszczyć ich wcześniej. 

Strzelanie lub manewry wymijania nie miały żadnego sensu. 

I właśnie wtedy znalazł rozwiązanie. Zanim podzielił się nim z Arturem, kilkakrotnie 

przemyślał wszystkie szczegóły. Zgadzało się. Manewr był stuprocentowo pewny. 

- Czy słyszałeś o takiej broni, którą pięćset lat temu nazywano kutrem torpedowym? 

- Myślisz o rakiecie zwiadowczej? - w ułamku sekundy zorientował się Artur. 

- Tak. Powinny tu takie być. Trzeba wylecieć nią na najwyższej prędkości w kierunku 

ich  statku  i  zniszczyć  go  z  minimalnej  odległości.  Jednocześnie  ruszyć  pełną  mocą  w  tym 

samym kierunku. Powinno się udać. 

- A co z tym kutrem? 

Wzruszył ramionami. Jeśli manewr ma być skuteczny, w momencie anihilacji rakieta 

zwiadowcza musi znaleźć się prawie w centrum jej pola... 

- Nic. Tego się nawet nie poczuje... Polecę-dodał po chwili. 

-  Nie.  Ja  polecę.  -  Artur  był  w  tym  momencie  bezwzględnie  stanowczy.  -  Dowódca 

może wydać takie polecenie tylko samemu sobie. A ja w końcu jestem dowódcą. 

Nie  spierał  się.  I  tak  by  go  nie  przekonał,  a  poza  tym  wiedział,  że  sam  postąpiłby 

identycznie. 

Kalkulator  potwierdził  realność  planu,  nawet  nie  uwzględniając,  też  przecież 

istotnego,  czynnika  zaskoczenia.  Pozostawało  jeszcze  zdobyć  rakietę.  Dowódca,  wzywany 

wszystkimi  możliwymi  sposobami,  nie  powiedział  ani  słowa.  Może  nie  chciał  za  nich 

decydować?  W  każdym  razie  wszystkie  niezbędne  dane  wydobyli  z  kalkulatora.  Przede 

wszystkim,  lokalizację  luku  startowego  i  instrukcję  obsługi  rakiety.  Była  wyposażona  w 

background image

pociski  o  dostatecznej  mocy  anihilacji.  Mogła  rozwijać  prawie  0,95  c  a  jej  pole 

antygrawitacyjne wytrzymywało 10000 g. 

Już  wstępne  oględziny  rakiety  wykazały,  że  dyskusja  o  tym,  kto  ma  polecieć  była 

bezprzedmiotowa. Stanowisko pilota było tak ciasne, że tylko Artur mógł się w nim zmieścić, 

a i tak mając poważnie utrudnione ruchy. 

Jako obiekt wybrali oczywiście statek, za którym cały czas lecieli. Był już tylko o 0,86 

miliparseka. 

Ruszyli  pełnym  przyspieszeniem.  Przeciwnik,  po  mniej  więcej  godzinie  zareagował 

tym samym. Nadal zbliżali się powoli do niego, ale za to pozostawili nieco z tyłu pozostałe 

dwa statki. Tym lepiej. Przejście przez lukę powinno być później łatwiejsze. 

Gdy  po  pięciu  godzinach  osiągnęli  prawie  maksymalną  prędkość,  nadszedł  moment 

startu Artura. Nie mieli sobie nic do powiedzenia. W czasie tych tygodni wspólnego lotu nie 

zdążyli  poznać  się  bliżej.  Później,  gdy  połączyły  ich  nieco  wspólne  wątpliwości  i  okres 

podwójnej gry, rozmowy ich były tylko kamuflażem myśli. Do przekazania Artur także nic 

nie miał. Komu? Niewiadomy czas amnezji, potem lata lotu... 

Uścisnęli sobie dłonie. 

- Strzelaj zaraz po starcie. Co jakiś czas. Może uda się wcześniej. - Tyle jeszcze zdążył 

powiedzieć Arturowi. 

 

background image

12. Ucieczka 

 

Nie  udało  się.  Rakieta  Artura  anihilowała  pierwsza.  Kilkadziesiąt  sekund  później 

statek przeciwnika. Stało się to po trzech dobach. Przez cały ten czas nie wstawał od pulpitu. 

Nie  łudził  się.  Przy  tych  szybkościach,  względna  prędkość  rakiety  zwiadowczej  i 

wystrzeliwanych  przez  nią  pocisków  była  już  mała.  Szansę  Artura  na  znalezienie  się  poza 

polem anihilacji były żadne.-Nie wiedział nawet, czy będzie on strzelał wcześniej. W każdym 

razie czekał. 

Nigdy nie dowiedział się, czy oni zorientowali się w manewrze. Może strzelali. Artur, 

przy tej prędkości i bocznym dryfie, był nie do trafienia. Sam zadał cios dopiero wtedy, gdy 

różnica  pozycji  jego  i  przeciwnika  była  rozróżnialna  tylko  przy  maksymalnym 

powiększeniu... 

Miał teraz sporo czasu. Najbliższe statki były z tyłu. Nie powinny go już doścignąć, a 

tym bardziej zablokować zadanego kursu. Miał go prawie przed sobą, a cały otaczający sektor 

był nareszcie pusty. 

Odczekał  jeszcze  na  zniknięcie  na  ekranie  ostatnich  śladów  po  obydwu  statkach. 

Przestrzeń szybko oczyściła się w szeregu anihilacji, częściowo widocznych. Potem pozostała 

już tylko czysta próżnia. Ustawił precyzyjnie kurs. 

- Mam 210.00-57.30 - powiedział na głos w nadziei uzyskania dalszych instrukcji. 

Dowódca milczał nadal. 

Dopiero  teraz  poczuł  zmęczenie.  Już  od  dawna  spał  niewiele,  a  ostatnio  wcale. 

Ponieważ nie miał już nic do zrobienia, postanowił przespać się. Za kilka godzin zobaczy, co 

z pozostałymi statkami. 

Przeszedł  do  swojej  kabiny  i  położył  się.  Sen  przyszedł,  jak  na  ilość  przeżyć  w 

ostatnich godzinach, zadziwiająco szybko. Zdążył jeszcze pomyśleć, że za kilkanaście godzin 

statek  przejdzie  przez  sferę  anihilacji,  rozrzedzoną  już  znacznie,  ale  jeszcze  możliwą  do 

zarejestrowania przez przyrządy pokładowe. 

A potem już tylko spal. 

 

background image

13. Inni 

 

Tym  razem  budził  się  bez  żadnych  koszmarów.  Ociężałość  wypełniona 

nieuchwytnymi  fragmentami  myśli.  Jakieś  krajobrazy.  Takty  melodii.  Korowód  twarzy, 

rozmów, manewrów... Manewry... 

Artur...  Trzeba  zmienić  Artura  za  sterami...  Już  tyle  godzin  lecimy...  Artur  musi  się 

przespać... Trzeba zmienić Artura... 

Przecież nie ma Artura... Nie trzeba go zmieniać... Nie ma Artura... Manewr się udał... 

Nie ma do czego się spieszyć... Jesteśmy na kursie... 

Coś  jeszcze  było...  Sfera  anihilacji...  Czy  Artur  coś  poczuł?...  Tamci  przez  te 

kilkadziesiąt sekund wiedzieli... Musieli się bać... Sfera anihilacji... 

Inne statki... Z tyłu są inne statki! 

Zerwał się gwałtownie. To znaczy, myślał, że się zrywa, bo zdołał zaledwie otworzyć 

oczy i lekko unieść głowę, która zaraz opadła z powrotem. Poczuł dotkliwy ból. Ale wzrok 

zdążył zarejestrować wszystko. 

Hibernator. Ten sam. 

Więc już dawno po wszystkim. Pewnie całe lata. Naprawdę udało się... 

Leżał jeszcze długo. Zbierał siły. 

Dobrze.  Wszystko  poszło  dobrze.  Co  teraz?  Albo  nowe  zadanie,  albo  powrót  na 

Ziemię. Raczej powrót. Do kolejnych zadań budzono by innych... 

Naraz przypomniał sobie. Amnezja! Wytężył cały umysł... Nie. Nie cofnięto amnezji. 

Więc  jednak  dalszy  lot.  Dokąd?  Kurs,  na  jaki  wyprowadził  statek  prowadził,  według 

wszelkich danych, w obręb Hiad... 

Był  już  zupełnie  obudzony  i  zdawał  sobie  sprawę  z  jałowości  wszelkich  rozważań. 

Podniósł się. Nie czuł się jeszcze najlepiej, ale przede wszystkim chciał wiedzieć. 

Skafander  tym  razem  czekał  na  niego  w  kabinie  hibernacyjnej.  Był  taki  sam  jak 

poprzednio. Włożył go i nie czekając na wezwanie opuścił kabinę. 

To samo seledynowe światło. Dwie młode kobiety patrzyły na niego badawczo. On na 

nie  też.  Wyższa,  mniej  więcej  trzydziestoletnia  szatynka,  przypominała  mu,  nie  wiadomo 

dlaczego,  wykładowczynię  astrobiologii  z  okresu  wstępnego  szkolenia  w  Centrum.  Druga, 

czarnowłosa i filigranowa, nie kojarzyła mu się z nikim. Obie miały na sobie identyczne jak 

on, idealnie dopasowane kombinezony. 

- Robert Dalton, pilot pozaukładowy pierwszej k lasy-przerwał w końcu milczenie. 

background image

- Eva Gordon, kosmopsycholog - czarnowłosa miała bardzo miły, niski głos. 

- Anna Bonetti, astrobiolog. 

Zgadzało się. Imię, nazwisko, specjalność. Tylko jedno. Gdy czterdzieści względnych 

lat  temu uczęszczał  na wykłady Anny Bonetti, miała ona z sześćdziesiąt  lat. I przypadkiem 

wiedział, że na pewno nie miała córki. Może później? A może jakaś dalsza krewna? Zostawił 

to na później. 

- Kto jeszcze jest z nami? - spytała Eva. -1 dokąd lecimy? 

- Czy ty też niczego nie pamiętasz? - Anna była zupełnie spokojna. 

Postanowił się nie spieszyć z wyjaśnieniami. Nie były w akcji, niczego nie wiedziały. 

Przyszło mu na myśl, że znacznie lepiej znoszą niezwykłość sytuacji, niż on, przy pierwszym 

przebudzeniu. Ale i tak nie chciał być tym, który opowie im o wszystkim. 

- Wiem tyle co wy. Mam znaczną lukę w pamięci. Chyba parę lat - tego nie było sensu 

ukrywać. - Prawdopodobnie jesteśmy jakąś ekspedycją. 

- Ale co ma do tego pamięć? 

- Skąd mam wiedzieć? To ty jesteś psychologiem. Zauważyłyście chyba, że wszystko 

na tym statku jest dziwne. Widziałyście, kiedy podobne urządzenia, meble, skafandry czy w 

ogóle cokolwiek? 

- Myślisz, że to ze względu na specjalny charakter ekspedycji? Coś tajnego?- Eva była 

wyjątkowo  przenikliwa.  -  Może  nie  chcą,  żebyśmy  wiedzieli  o  przygotowaniach  do  lotu. 

Pomyślcie trochę! Może dojdziemy do czegoś. 

-  Po  co?  W  końcu  i  tak  nam  powiedzą  -  Annie  najwyraźniej  nie  spieszyło  się  do 

poznania celu wyprawy. 

Rozmawiali jeszcze, ale poza tym, że ostatnim pamiętanym momentem, był pobyt w 

Centrum, przed albo po locie, niczego nowego nie ustalili. 

W krótkim czasie przybyły jeszcze dwie osoby. 

Eryk  Kramer,  fizyk  -  nukleonik,  oczywiście  też  z  Centrum.  Specjalista  od  silników 

rakietowych.  Był  spokojny.  Z  wyglądu  trochę  przypominał  Artura,  ale  nie  był  tak 

beznamiętny.  W  oczach  jego  widać  było  jakąś  iskrę  wesołości  czy  przekory.  Wszystkie 

okoliczności zbliżone do pozostałych członków załogi. 

Julia Robinson, biochemik. Weszła prawie w stanie histerii. Obecność większej grupy 

osób wcale jej nie uspokoiła i Eva musiała dłuższy czas doprowadzać ją do równowagi. 

background image

14. Anna 

 

Tym  razem  rozejrzał  się  dokładnie  po  sali.  Oprócz  drzwi  wyjściowych,  które 

przekroczył  kiedyś  z  Arturem,  było  jeszcze  sześcioro  innych  do  kabin  hibernacyjnych. 

Oznaczałoby  to,  że  są już  wszyscy.  Artur  przecież  nie  mógł  wyjść.  A  więc  dowódca  czeka 

pewnie na uspokojenie się Julii. Zdecydował się w końcu. Siedzieli w rogu sali-Anna, Eryk i 

on. 

- Czy miałaś jakąś krewną w Centrum? O tym samym nazwisku? 

- Nie. Czy spotkałeś kogoś takiego? 

- Anna Bonetti wykładała nam przez dwa lata astrobiologię. 

- Zgadza się. To ja. Pamiętam cię zresztą. 

Zaniemówił.  Nie  wiedział  teraz  jak  kontynuować  rozmowę,  by  nie  stać  się  sprawcą 

kolejnego szoku. Zaryzykował jednak: 

- Jaki okres swego życia pamiętasz jeszcze? 

- No, jakieś kilkanaście lat. Nadal wykładałam w Centrum. 

Milczący dotąd Eryk popatrzył zdumiony. 

-  Ile  masz  lat?  To  znaczy,  ile  wtedy  miałaś?-spytał,  nie  zdając  sobie  sprawy  z 

drażliwości sytuacji. 

- Sześćdziesiąt dziewięć. Ale co to ma do rzeczy? 

Nie  było  czasu  dalej  udawać.  Domyślała  się  już  pewnie.  Przynajmniej  głupia  mina 

Eryka mówiła wystarczająco dużo. 

-  Wyglądasz  na  trzydzieści.  A  wtedy  wyglądałaś  na  swoje  pięćdziesiąt  kilka-dodał  z 

rezygnacją. 

- A więc aż tyle?- zastanowiła się. - No to zgadzałoby się. • 

- Co ma się zgadzać? 

- Przecież mając około siedemdziesiątki nigdzie nie mogłabym lecieć. Znasz przepisy. 

Musieli  mnie  odmłodzić.  Widać  z  jakichś  względów  byłam  niezbędna  w  składzie  tej 

ekspedycji. 

- To twój pierwszy lot? 

- Pozaukładowy, tak. Byłam raczej teoretykiem-dodała z zakłopotaniem. 

Sprawa  najwyraźniej  komplikowała  się.  W  czasie  gdy  pamiętał  ją,  był  młodszy  o 

dwadzieścia kilka lat. Ale swoich lat. A przecież latał. Na Ziemi upłynęło w tym czasie ze sto 

pięćdziesiąt.  Czyli  pamięć  Anny  urywała  się  na  okresie  o  ponad  sto  lat  bezwzględnych 

background image

wcześniejszym  niż  jego.  Dlaczego?  Może  odmłodzono  ją  już  wtedy  i  latała  przez  cały  ten 

czas.  Nie  pamiętała  jednak  tego.  Więc  może  już  wtedy  zetknęła  się  z  tamtą  Cywilizacją? 

Chociażby  pośrednio.  Sprawa  byłaby  utrzymywana  w  tajemnicy  przez  prawie  sto  lat? 

Możliwe. W działalności Centrum nie takie rzeczy się zdarzały. 

- Mnie też odmłodzono stwierdził nagle Eryk. -1 to nie tylko. Popatrzyli na niego. 

- Miałem bliznę na przedramieniu. Od dzieciństwa. A teraz nie mam. 

-  Usunęli  ci  ją  przy  okazji.  To  się  praktykuje  -  Annie  nie  była  obca  i  medycyna 

kosmiczna. 

- Ale po co to wszystko? 

- Dowiesz się. Chyba już niedługo. 

 

background image

15. Pamięć 

 

Było  inaczej  niż  poprzednim  razem.  Nikt  nie  odczuwał  skutków  hibernacji,  Julia 

dawno uspokoiła 

się, oczekiwali więc już tylko na wyjaśnienia. Ale dowódca milczał. W dodatku drzwi 

wyjściowe były zamknięte, co sprawdził dyskretnie. 

Powód szoku Julii był prosty. Jest biochemikiem i oprócz Evy, najlepiej orientuje się 

w  sprawach  amnezji.  A  ta  w  jej  mniemaniu  była  nieodwracalna.  Budząc  się,  nie  mogła 

wiedzieć,  że  pamięć  jej  sięga  tylko  do  okresu  prawie  pięćdziesiąt  lat  wcześniejszego  niż 

pamięć  Anny.  A  okres  ten  przyniósł  wiele  osiągnięć  w  zakresie  sterowania  pamięcią. 

Amnezję stosowano już praktycznie przy ciężkich urazach psychicznych. No i opanowano jej 

odwracalność. A Julia sądziła, że uległa jakiemuś wypadkowi. 

Wyjaśnienie  tego  wszystkiego  nastąpiło  dopiero  wtedy,  gdy  przeanalizowano 

spokojnie zasięg pamięci wszystkich. Wyniki były zastanawiające... 

Pamięć  Julii  urywała  się  na  roku  2472,  Anny-2520,  Evy-2587,  Eryka-2608.  Sam 

sięgał  pamięcią  najdalej.  Do  2631.  Czyli,  że  najpóźniej  musiał  zetknąć  się  z  problemem 

tamtej  Cywilizacji.  Artur  miał  zbliżony  do  niego  wiek  względny,  ale  niewiele  to  mówiło. 

Każdy,  może  tylko  poza  Anną,  spędził  niewiadomą  ilość  lat  na  statkach  lub  pozostawał  w 

stanie hibernacji. A jak już doszły do tego odmłodzenia... 

W zasadzie nie pozostawało mu nic innego, jak opowiedzieć o wszystkim. Być może 

dowódca na to właśnie czekał. Ale postanowił wstrzymać się trochę. Nie dlatego, żeby liczył 

na  uzyskanie  dodatkowych  informacji  od  innych.  Amnezję  na  pewno  przeprowadzono 

idealnie,  likwidując  nawet  cień  wspomnień  o  problemie,  który  zgromadził  ich  tu  razem. 

Ciekawił  go  raczej  rozwój  przypuszczeń  i  synteza  hipotez  współuczestników  wyprawy. 

Słuchał... 

Dość szybko doszli do zaskakująco poprawnych wniosków. Niby nic dziwnego. Byli 

w  końcu  grupą  wysokiej  klasy  specjalistów  z  różnych  dziedzin  związanych  z  lotami.  Mieli 

długą  praktykę.  I  poza  tym  stanowili  przecież  grupę  wybraną  specjalnie  do  tej  misji.  Nie 

dziwił go już także fakt, że znacznie lepiej od niego znosili niezwykłość sytuacji. Stanowili 

liczniejszą  grupę,  co  automatycznie  tłumiło  do  pewnego  stopnia  niepokój.  A  po  drugie,  nie 

byli tak jak on wyczuleni na cień chociażby nienormalności sytuacji czy niebezpieczeństwa, 

jakie mogły im zagrażać. On był pilotem i musiał drobiazgowo analizować wszystko wokół 

background image

siebie.  Paradoks.  Ten,  kto  powinien  być  najbardziej  opanowany,  zrównoważony  i 

beznamiętny, z założenia nie mógł taki być. 

Po jakichś dwóch godzinach Eva reasumowała wnioski: 

-  A  więc  na  pewno  ekspedycja  specjalna.  Bardzo  duży  dystans.  Inaczej  nie  miałoby 

sensu odmładzanie. Musi być związek, z jakąś obcą Cywilizacją technologiczną. Nie znane są 

chyba  jej  zamiary.  Stąd  amnezja.  Jako  pierwsza  musiała  zetknąć  się  z  przejawami  jej 

działalności Julia. Najpóźniej Robert. Były bardzo długie przygotowania. Ponad sto lat. Ścisła 

tajemnica. Być może, kontakt z nimi zaczai się od jakiegoś incydentu. Nie wiadomo, czy jest 

ktoś jeszcze na pokładzie, ale i tak stanowimy już dość typowy skład, jak na taki charakter 

wyprawy. Astrobiolog, biochemik, kosmopsycholog, pilot... 

- Powinno być dwóch pilotów-wtrąciła Julia. 

- Faktycznie - wszyscy zamyślili się na moment, jakby nieco zaskoczeni. 

- Ja jestem drugim pilotem, pierwszy też był... 

background image

16. Niewola 

 

Gdy  skończył  opowiadanie,  nie  padło  ani  jedno  słowo  komentarza.  Nie  dziwił  się. 

Musieli to jakoś przetrawić. Każdy w sobie. 

Eva pierwsza przerwała bardzo długie milczenie. 

- Artur mówił ci, że ostatnią rzeczą, jaką pamięta były badania przed lotem na epsilon 

Eridani.  Byłam  tam  razem  z  nim.  W  2550.  Pamiętam  wszystko,  aż  do  badań  po  powrocie. 

Tak, to było w sumie trzydzieści siedem lat. 

- To już może być coś  - zauważyła Julia.- Znaczyłoby to, że ty możesz pamiętać ten 

lot, a on nie 

mógł. Czy nic szczególnego się wtedy nie wydarzyło? 

-  Nie  wiem.  Ja  większość  czasu  spędzałam  na  planetach,  a  on,  oprócz  tego,  że  był 

dowódcą, pełnił jednocześnie obowiązki pilota statku macierzystego. Chyba w ogóle go nie 

opuszczał - zastanowiła się. - Tak, na pewno. 

- Ale to on prowadził łączność z Ziemią? 

- Tak. 

- To może w ten sposób dowiedział się czegoś? 

-  Wątpię.  Nie  zdołałby  ukryć  przed  nami  żadnego  komunikatu.  Wszystkie  były 

retransmitowane na planety. Już prędzej przekazał na Ziemię coś, co okazało się związane z 

tym  wszystkim.  Chociażby  jakieś  dane  z  prowadzonej  przez  niego  obserwacji  przestrzeni 

pozaukładowej. 

-  Teraz  i  tak  do  niczego  nie  dojdziemy-  przerwał  Eryk.-Więc  sądzisz,  że  kurs  mógł 

prowadzić na Hiady? 

- Tak, ale tylko przy założeniu, że jesteśmy w rozsądnej odległości od Ziemi. Inaczej 

możemy być wszędzie... Poczekaj! Coś mi przyszło na myśl. Posłuchaj, Anno! Czy może być 

jakaś zależność pomiędzy tym, że są oni antropoidami i tym, że mają zbliżony do nas poziom 

rozwoju technologicznego? 

-  A  w  czym  widzisz  ten  zbliżony  poziom?-  No,  chociażby  podobne  prędkości  lotu  i 

obserwacji, mniej więcej takie same możliwości bojowe... Przecież nie udało się im zniszczyć 

nas  nawet  wtedy,  gdy  już  znali  nasze  zamiary.  I  w  ogóle  reagowali  w  sposób  zbliżony  do 

naszego. To się czuje. 

Anna zastanowiła się przez chwilę. 

background image

- Wiesz, to chyba świadczy o czymś zupełnie innym. O tym, że nasza fizyka zbliża się 

już  do  granicy.  Eryku,  opowiedz  coś  na  ten  temat!  Najlepiej  załóż,  że  oni  są  Cywilizacją 

dziesięć razy starszą od naszej. 

- Rozumiem... Cóż, i my, i oni, zbliżamy się powoli do granicy prędkości. Nie ma już 

żadnych źródeł energii, może poza antymaterią, które pozwoliłyby zwiększyć ją bardziej niż o 

drobny ułamek prędkości światła. Łączność i lokalizacja tachionowa? Fizyka nie przewiduje 

niczego lepszego. Owszem, można zwiększyć kosztem energii dokładność lub prędkość. Ale 

dwukrotne zgęszczenie lub przyspieszenie wiązki, to energia prawie trzysta razy 

większa.  A  broń?  Pole  anihilacyjne  możliwe  do  zastosowania  związane  jest  z 

prędkością  własną,  a  zdolność  celowania-z  prędkością  obserwacji.  Znów  to  samo.  Z  tego 

wszystkiego  najmniej  nakładów  energetycznych  wymaga  wzrost  mocy  pola 

antygrawitacyjnego,  a  więc  i  możliwości  przyspieszeń.  A  te,  jak  sam  twierdziłeś,  mieli 

większe. I obawiam się, że w tym właśnie mogą tkwić dziesiątki tysięcy lat rozwoju fizyki. 

Nie jest to zachwycające... 

- Przynajmniej wiesz teraz, że nic rewelacyjnego nie odkryjesz. Ani twoi następcy-ton 

Evy  wskazywał,  że  w  tym  towarzystwie  jest  najmniej  związana  z  naukami  ścisłymi.-Ale 

pociesz się, że może oni wcale nie są Cywilizacją starszą od naszej. Przecież to było tylko ich 

wrażenie. 

- Niewykluczone. Ale może teraz ty, jako psycholog, powiesz dlaczego oni wykazują 

wrogość w stosunku do innych antropoidów. 

-  Myślałam  o  tym  przez  cały  czas-spoważniała  naraz.-Tyle,  że  niekoniecznie  trzeba 

być innym antropoidem, żeby wykazywać wrogość w stosunku do ludzi. Czasami wystarczy 

być człowiekiem. Poza tym nie wiem jak to było naprawdę z ich zamiarami. To znaczy, do 

jakiego stopnia były nieprzyjazne. W końcu chcieli was tylko zatrzymać. A forma w jakiej to 

wam przekazali? Translator na pewno nie chwytał subtelności językowych. Pomylić się łatwo 

-urwała, oczy jej rozszerzyły się, twarz zszarzała. Tylko ona jedna siedziała twarzą do drzwi 

wejściowych. 

Odwrócił się błyskawicznie. 

Na progu stał jeden z NICH. 

Zerwał  się  z  miejsca,  zrobił  krok  do  przodu,  usłyszał  przenikliwy  pisk,  chyba  Julii, 

zrobił jeszcze jeden krok, w tym momencie tamten cofnął się i jakby zmieszany, zniknął za 

drzwiami. 

Znów byli sami... 

background image

17. Otchłań czasu 

 

-  A  jednak  nie  udało  się.  Te  statki  z  tyłu  -  zdał  sobie  sprawę,  że  próbuje  się 

usprawiedliwiać. Zresztą, nikt go nie słuchał. 

Sprawiali wrażenie skazańców. Raz tylko spotkał się wcześniej z takim nastrojem. Na 

Syriuszu.  I  w  chwilę  potem,  jak  reakcja  w  uszkodzonym  stosie  rakiety  zwiadowczej  Allana 

stała się łańcuchowa. Też tak siedzieli. 

-  Dlaczego  zniszczyliście  nasz  statek?  -  wyszeptała  raczej,  niż  powiedziała  Anna. 

Teraz  przypominała  tę  samą  Annę,  którą  pamiętał  z  Centrum.-Teraz,  już  na  nic  nie  można 

liczyć. 

- Byliśmy pilotami i mieliśmy jednoznaczne zadanie. 

Powiedział-„byliśmy". Wiedział, że już nie jest pilotem a prawdopodobnie nigdy nim 

nie będzie. Może już nawet nie ma Centrum, ani niczego. 

-  Już  chyba  od  dawna  jesteśmy  w  ich  rękach  i  na  razie  nic  nam  nie  zrobili-szukał 

jakiejś nadziei Eryk. - Pewnie lecą z nami do siebie. 

-  Tym  gorzej.  Nie  wiem  do  czego  możemy  być  im  potrzebni.  Chyba  tylko  jako 

zwierzęta doświadczalne-sarkazm Julii ukrywał jedynie jej strach. 

O  czymś  takim  jeszcze  nie  mówili,  ale  brnęli  w  coraz  większy  absurd.  Sytuacja  nie 

miała przecież żadnych analogii. 

Płynęły  godziny.  Na  przemian,  bądź  to  wpadali  w  apatię,  bądź  też  zrywali  się  i 

chodzili po kabinie. 

Położył się i spróbował zasnąć. Szybko zrezygnował. Światło było zbyt jaskrawe, Eva 

płakała,  Eryk  jeszcze  chodził...  Później  zmęczenie  wzięło  nad  wszystkimi  górę.  Siedzieli 

otępiali... 

Gdy drzwi ponownie się otworzyły i stanął w nich obcy, nie było już żadnej żywszej 

reakcji. Zbili się tylko instynktownie w grupę. On popatrzył powoli na nich, zastanawiał się 

jakby przez chwilę, aż wreszcie przemówił. Metalicznym i monotonnym głosem, bez żadnego 

akcentu. Dopiero po chwili zorientowali się, że mówi ich językiem. 

- Nie jesteście w niewoli. Jestem prawie takim samym człowiekiem jak wy. Pochodzę 

tylko z późniejszego okresu. Według  waszej rachuby czasu jest  w tej chwili około  roku 21 

320 000 - wycofał się, zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć. 

I wtedy zza drzwi wyszedł Artur... 

- On mówi prawdę... 

background image

II. Człowiek Ostatni 

 

background image

18. Stacja 

 

Stacja była jedną z odleglejszych. I bardziej monotonnych. Pojedyncza gwiazda klasy 

G8IV.  Odległość  od  najbliższego  układu  -  l,5  parseka,  od  najbliższej  stacji  -  4  parseki,  od 

Ziemi - 14. Dalej nie było już baz. Tylko pojedyncze Stacje Bezpieczeństwa. 

System planetarny także nie był najciekawszy. Sześć planet. Trzy pierwsze stanowiły 

wyżarzone  rumowiska  piaskowo-bazaltowe.  Nie  było  na  nich  nic  do  badania,  zresztą  samo 

przebywanie na ich powierzchni było, praktycznie, niemożliwe. Dwie ostatnie, typu Jowisza, 

także nie leżały w planach eksploracji. Tylko czwarta... 

Dziewięć  tysięcy  kilometrów  średnicy.  Typu  Ziemi,  lecz  bardziej  wilgotna.  85% 

powierzchni  stanowiły płytkie  morza, nie zamarzające nawet  na biegunach. Reszta była nie 

tyle lądem, ile trzęsawiskiem z rzadka usianym stałymi wyspami. Granice były zresztą bardzo 

płynne. W atmosferze 54% tlenu, 11% dwutlenku węgla, trochę argonu, a cała reszta to para 

wodna. Życie... 

Oparte  na  węglu.  Odpowiedniki  ziemskich  glonów,  mchów  i  prymitywnych  roślin 

naczyniowych.  Świat  zwierzęcy  bazujący  na  pokładach  obumarłych  roślin.  Różny  zarówno 

od  podstawowych  typów  Ziemi,  jak  i  Syriusza.  Zbliżony  trochę  do  Fomalhaut,  ale  i  tak 

posiadający odrębną systematykę. Najwyższe organizmy gdzieś tak na poziomie semicelleksji 

z piątej Syriusza. 

Planeta  miała  dwa  księżyce.  Na  bliższym  -  stacja.  Rozległy  kompleks  zabudowań. 

Stacja 

energetyczna. 

Laboratorium 

biochemiczne. 

Centralny 

kalkulator. 

Stacja 

przekaźnikowo-transmisyjna. Blok Bezpieczeństwa, l Centrum Dyspozycyjne... 

Pomieszczenia  łączności,  sterowania,  regeneracji,  Archiwum,  wreszcie-mieszkania. 

Najczęściej  przebywał  w  dużej  sali  łączącej  funkcje  biblioteki  i  pracowni.  Duży, 

stereoskopowy ekran pozwala na oglądanie transmisji z dowolnej sondy planetarnej. 

Zakres  czynności,  stwarzający  początkowo  wrażenie  bogatego  i  absorbującego,  po 

pewnym czasie i dojściu do wprawy, zaczął razić monotonią i jałowością. Przede wszystkim 

bieżąca kontrola urządzeń stacji, oczywiście poza Blokiem Bezpieczeństwa oraz ewentualne 

wymiany podzespołów sygnalizujących  krytyczny spadek sprawności. Okresowe testowanie 

stacji przekaźnikowej łączności dalekiego zasięgu. Była to tylko formalność, bowiem stacje te 

powinny wytrzymać i wytrzymywały wszystko, może tylko z wyjątkiem przekształcenia się 

gwiazdy  układu,  w  którym  pracowały,  w  Novą...  Wreszcie  badania  biologiczne  planety, 

Merknad [k1]:  

background image

będące formalnym powodem jego pobytu na tej właśnie, peryferyjnej stacji sprowadzały się 

do prac związanych z klasyfikacją i opisem gatunków. 

Kilkadziesiąt  sond  przebywało  jednocześnie  na  planecie;  on  programował  następne, 

zarówno  ze  względu  na  wybór  miejsca  i  warunków  pracy,  jak  i  zakres  obserwowanych 

organizmów. Początkowo było to nawet ciekawe, a momentami pasjonujące. Zbliżone nieco 

do  polowania.  Musiał  ustalać  takie  kombinacje  warunków  możliwych  do  znalezienia  na 

planecie, w których mogłyby żyć jakieś niesklasyfikowane dotąd gatunki. Sondy znajdowały 

takie  miejsca  i  nadsyłały  radiohologramy  strukturalne  odnalezionych  tam  organizmów. 

Kalkulator segregował je, a po wykryciu przynajmniej pięciu egzemplarzy jakiegoś nowego 

gatunku,  klasyfikował  go  dostarczając  równocześnie  formularzy  z  jego  opisem  oraz 

specyfikacją  sond  i  miejsc  wykrycia.  Następował  teraz  drugi  etap.  Część  sond  zostawała 

przeprogramowana  z  określonych  warunków  ekologicznych  na  nowo  odkryty  gatunek. 

Sporządzały one mapę częstotliwości jego występowania i kierunków ekspansji. Kilka sond 

śledziło natomiast później całe życie wybranych losowo egzemplarzy gatunku. Dawało to po 

latach pełną dokumentację. 

Jeszcze  ciekawsze  były  poszukiwania  przedstawicieli  tych  gatunków,  które  wykryto 

na  przestrzeni  dłuższego  czasu  w  ilościach  mniejszych  niż  pięć  egzemplarzy.  Następowało 

wówczas,  oprócz  gatunkowego  ukierunkowania  sond,  programowanie  ich  na  optymalne 

warunki życia tego gatunku. 

Oczywiście  sam  wykonywał  jedynie  niewielki  fragment  tych  czynności.  Ten,  gdzie 

potrzebna była pewna fantazja w precyzowaniu niezwykłych kombinacji warunków. Tylko w 

tym jednym przypadku człowiek okazywał się czasami sprawniejszy od kalkulatorów, a i to 

nie każdy. 

Początkowo  rezultaty  były  niezłe,  zwłaszcza,  że  do  tej  pory  prowadzono  jedynie 

automatyczną  eksplorację  planety.  Katalog  wzbogacał  się  systematycznie.  Z  czasem 

wyczerpała  się  i  pomysłowość  i  ilość  nie  wykrytych  jeszcze  gatunków.  Po  kilkudziesięciu 

latach  jedynie  sporadycznie  coś  znajdowano.  Przestał  się  już  zresztą  bawić  w  wybieranie 

ekosfer i zdał się na losowe programowanie sond przez kalkulator. 

Trochę  czasu  pochłaniały  też  czynności  związane  z  własnym  życiem,  zdrowiem, 

sprawnością.  Ale  i  tak  czasu  miał  coraz  więcej.  I  ciągle  jeszcze  nie  mógł  zdobyć  się  na 

jakąkolwiek finalizację prac prowadzonych od stu z górą lat. 

Poza  własnymi  badaniami,  które  szybko  stały  się  głównym  celem  wszelkiego 

działania,  spędzał  czas  na  rozmyślaniu,  czynności  tak  nietypowej  dla  innych  ludzi.  Tym 

bardziej, że coraz częściej związane były one z przeszłością i to bardzo odległą. Co prawda, 

background image

do wspomnień z własnego życia wracał niechętnie. Było to zbyt jałowe. Od Ziemi nie można 

było  oczekiwać  niczego  nowego.  Powoli  zapomniał  o  własnej  przeszłości.  Poza  jednym. 

Głosem wypowiadającym suchą formułę wyroku, czy też wyróżnienia. 

Do dziś pamiętał każde słowo. 

 

background image

19. Wyrok 

 

-  Od  szeregu  lat  prowadzisz  badania  aktualnego  stanu  genetycznego.  Opracowałeś 

kilka  raportów,  przedstawiłeś  wiele  wniosków.  Pozostawały  one  jednak  w  sprzeczności  z 

pracami reszty Zespołu. Nie uznaliśmy za stosowne włączenie cię do niego. Za mało mamy 

ludzi.  Zespół  jest  dostatecznie  liczny  i  kompetentny  do  rozwiązania  bieżących  problemów. 

Postanowiliśmy  jednak  umożliwić  ci  dalszą  specjalizację  w  dziedzinie  biologii.  Zostaniesz 

wysłany na stację 32B87. W zasięgu jej znajduje się jedna z niewielu biosfer badanych do tej 

pory tylko automatycznie. Biosfera ta pozostaje poza wszelkimi standardowymi typami i ma 

opracowane  tylko  założenia  klasyfikacyjne.  Program  twoich  badań  będzie  składał  się  ze 

szczegółowych prac  klasyfikacyjnych i biocenotycznych. Pozostaniesz na stacji  przez okres 

konieczny do zrealizowania go. Możesz rozpocząć przygotowania do odlotu. 

Kolegium  było  typowe  dla  tego  rodzaju  spraw.  Jeden  z  członków  Rady  jako 

przewodniczący  i  trzech  ekspertów.  Nie  było  to  najkorzystniejsze.  Z  samymi  ekspertami 

mógłby  rozmawiać.  Mógłby  nawet  ich  przekonywać.  Oczywiście,  nie  licząc  na 

natychmiastowe  przyjęcie  jego  poglądów,  a  co  najwyżej  na  to,  że  mógłby  zasiać  w  nich 

ziarno  wątpliwości,  wzbudzić  zainteresowanie.  Bo  na  to,  że  ktokolwiek  z  nich  zna  ostatnie 

jego raporty, nie mógł liczyć. 

Kolegium  zebrał,  na  podstawie  własnej  interpretacji  faktów,  Blok  Szesnasty 

Centralnego  Dyspozytora,  zajmujący  się  sprawami  odchyleń  działalności  od  założeń, 

zarówno indywidualnych, jak i podstawowych. W tej sytuacji kolegium zostało zdominowane 

przez  przedstawiciela  Rady.  Na  nieszczęście  był  to  jeden  z  najstarszych  jej  członków,  o 

typowych dla swego wieku objawach. Już dawno przekroczył on próg nasycenia mózgu i stał 

przed związanym z tym dylematem. Albo poddać swą pamięć częściowej' kasacji, odzyskując 

jej sprawność, ale za to tracąc osobowość, a więc i miejsce w Radzie, albo zadowalając się 

coraz  krótszym,  teraz  już  kilkuminutowym  zasięgiem  pamięci  bieżącej,  sprawować  nadal 

swój  urząd,  będąc  jednak  faktycznie  tylko  żywym  przedłużeniem  Dyspozytora.  Pierwszej 

drogi nie wybierał nikt. Każdy pozostawał w Radzie, aż do pełnego rozpadu funkcji mózgu. 

Nie mógł  więc spodziewać się niczego innego. Przewodniczący sprawdził  pobieżnie 

stopień  zgodności  jego  prac  z  założeniami  podstawowymi  oraz  porównał  zalecenia  Bloku 

Szesnastego z ustawami. Tak jakby Blok Szesnasty nie znał ich lepiej! Po prostu miała to być 

demonstracja oceniania go przez ludzi, a nie przez urządzenie techniczne. Na tym się zresztą 

skończyło. Przewodniczący nie próbował nawet zachować pozorów samodzielności działania. 

background image

Nie  zinterpretował  zaleceń  Dyspozytora,  a  po  prostu  odczytał  je  ze  standardowej  karty. 

Wszystko to trwało cztery a może pięć minut. 

Los jego został w ten sposób całkowicie zdeterminowany na kilkaset najbliższych lat. 

I  to  w  sposób  krańcowo  odmienny  od  wcześniejszych  prognoz,  które  aż  do  tego  momentu 

sprawdzały się idealnie. Nie miał już być w przyszłości Ekspertem, a jeszcze 

później-członkiem  Rady.  Pozostawała  mu  już  tylko  czysto  wykonawcza  praca 

naukowa, bez wpływu na program badań podstawowych. 

Ale nie to było najgorszym ciosem. Szczególnie boleśnie odczuł brak zainteresowania 

chociażby  jego  badaniami,  mimo  iż  fakt  przejścia  znacznie  większej  ilości  cykli  szkolenia, 

predestynował  go  do  wysuwania  śmiałych  twierdzeń.  Nie  znalezienie  oddźwięku  na  nie, 

jeszcze dobitniej potwierdzało ich słuszność, przynajmniej tak uważał. 

 

background image

20. Dzieciństwo 

 

Był  jednym  z  najbardziej  udanych  genetycznie  egzemplarzy  na  przestrzeni  kilku 

stuleci. Tak udanym, iż z równym powodzeniem mógłby rozwijać się w łonie matki, jako że 

nie  wymagał  w  okresie  embrionalnym  żadnych  korekcji.  Nie  zaryzykowano  jednak  lego. 

Mogła w końcu ulec jakiemuś wypadkowi. 

Nad prawidłowym przebiegiem ektogenezy czuwało aż dwóch specjalistów. Wszystko 

przebiegło pomyślnie. Po dwóch latach został ostatecznie odłączony od systemu inkubatora. 

Przez  dłuższy  czas  trwały  dyskusje  nad  sposobem  prowadzenia  jego  dalszego  rozwoju, 

głównie  psychicznego.  W  końcu  zdecydowano  się  na  typowy  jego  przebieg,  poczynając  od 

zwykłej  grupy  wychowawczej,  której  przydzielono  tylko  wyżej  niż  zazwyczaj 

kwalifikowanego psychologa - wychowawcę, będącego praktycznie ojcem grupy. 

Grupa  składała  się  z  ośmiorga  dzieci.  Skład  jej  ustalono  tyleż  przypadkowo,  co 

automatycznie.  Były  to  po  prostu  dzieci,  które  ukończyły  rozwój  embrionalny  w  ciągu 

ostatniego  miesiąca.  Siłą  rzeczy,  były  wśród  nich  bardzo  zróżnicowane  egzemplarze.  Jak 

daleko  sięgał  pamięcią,  grupa  nigdy  nie  wychowywała  się  w  pełnym  składzie.  Zawsze 

brakowało jednego lub dwojga dzieci. Znacznie później dowiedział się, że przechodziły one 

w tym czasie zabiegi korekcyjne. Wtedy, mówiono im, że wyjechały na jakiś czas i wkrótce 

wrócą. Dopiero po kilkunastu latach zaczęli orientować się, że po takich powrotach mają do 

czynienia z kimś zupełnie innym. Jeden z chłopców nie wrócił nigdy. Gdy po trzecim cyklu 

szkolenia odbywał praktykę, spotkał go w rezerwacie. 

Jako  dzieci  byli  nieświadomi  złożonych  problemów  genetycznych  epoki,  nawet  w 

aspektach  bezpośrednio  ich  dotyczących.  Jego  nie  dotknęły  one  zresztą  osobiście,  gdyż  był 

jednym  z  dwóch  członków  grupy,  którym  przez  cały  okres  wychowania  nie  dokonano  ani 

jednej kontrolowanej korekcji psychiki. I jedynym, marginalnym wpływem tych wszystkich 

problemów  na  niego,  był  jego  silny  związek  z  Intrem  XIX.  Był  to  właśnie  ten  chłopiec, 

któremu  także  nie  dokonano  żadnych  korekt.  Stałość  osobowości  i  duża  przewaga 

intelektualna nad resztą grupy, związały ich niejako automatycznie, z tym, że nie ograniczało 

się  to  do  czystego  koleżeństwa.  Po  pewnym  czasie  przekształciło  się  w  związek  prawie 

uczuciowy, objawiający się specyficznie. 

Jedną  z  najważniejszych  zasad  etycznych,  jakie  wpajano  im  od  początku,  było 

nierywalizowanie  z  innymi  na  jakimkolwiek  polu.  Wynikało  to  po  prostu  ze  zbyt  dużego 

rozrzutu cech psychofizycznych w obrębie grupy, a poczucie porażki czy niższości pogłębiało 

background image

jeszcze niespójność psychiki. Rywalizację dopuszczali wychowawcy tylko pomiędzy idealnie 

równymi sobie. Toteż we wszystkich grach i zabawach, na jakich upływała im znaczna część 

czasu  w  tym  okresie  życia,  Thorn  XII  i  Intr  XIX  zawsze  byli  przeciwnikami,  a  w 

czynnościach  zespołowych  -przywódcami  „antagonistycznych"  grup.  Później  przeniosło  się 

to z zabaw na naukę i dyskusje. I zawsze pokonanie drugiego w jakiejś dziedzinie przynosiło 

im  dużą  satysfakcję.  Był  to  chyba  ich  odpowiednik  przyjaźni,  termin,  z  jakim  zetknął  się 

znacznie później, studiując psychologię istot prymitywnych. 

Po czterdziestu latach zostali rozdzieleni. Mieli rozpocząć pierwszy cykl szkolenia, a 

było zbyt mało tak udanych egzemplarzy, aby można było przeznaczyć ich jednej dziedzinie. 

Później stykali się już tylko sporadycznie. Intr XIX zajął się problemami łączności dalekiego 

zasięgu. 

 

background image

21. Początki nauki 

 

Ubiegały  się  o  niego  prawie  wszystkie  zespoły.  Nic  dziwnego.  Potrzeby  personalne 

każdego  daleko  przekraczały  cały  przyrost  naturalny.  Przydzielono  go  w  końcu  do  Zespołu 

Biologii  skupiającego  większość  istotnych  problemów  badawczych.  Dalsza  specjalizacja 

wyniknąć miała z przebiegu szkolenia. 

Pierwszy,  podstawowy  cykl  szkolenia,  w  swojej  standardowej  postaci,  polegał  na 

zaznajomieniu  się  z  terminologią,  podstawowymi  prawami  naukowymi  oraz  dostosowanym 

dla każdego, indywidualnym typem logiki. Cykl ten zajął mu pięć lat. Był to wynik dobry, ale 

nie  aż  taki,  jakiego  się  po  nim  spodziewano.  Spowodowała  to,  nie  zawsze  skutecznie 

tłumiona,  skłonność  do  autopsji  każdego  problemu  z  jakim  się  stykał.  Zmniejszało  to 

zdolność  koncentracji  i  dość  poważnie  zakłócało  zrutynizowany,  automatyczny  program 

szkolenia. Ale za to, chyba to właśnie przesądziło o jego specjalizacji formalnej. Miał zostać 

Analitykiem Problemów Granicznych. 

Drugim  cyklem  był  cykl  ogólno-specjalistyczny.  Metodyka  jego  była  podobna  do 

pierwszego, z tym, że było to już zawężenie do problematyki specjalności. W jego przypadku 

był to całokształt zagadnień biologii, od podstaw submolekularnych zaczynając, a kończąc na 

systematyce  biocenoz  galaktycznych.  Obfitość  i  różnorodność  informacji  przytłumiły  nieco 

jego skłonności do rozmyślań, natomiast znacznie rozbudziły ciekawość. Z niecierpliwością 

oczekiwał  teraz  na  coraz  to  nowe  wiadomości  i  nie  miał  po  prostu  czasu  na  analizowanie 

poprzednich. Dlatego też odbył ten cykl w rekordowo krótkim czasie. 

Początki trzeciego cyklu były dla niego bardzo ciężkim okresem. Cykl ten poświęcony 

był na opanowanie obsługi wszystkich urządzeń technicznych mających najmniejszy choćby 

związek  z  jego  specjalizacją  oraz  podstawowych  urządzeń  z  innych  dziedzin.  Dużym 

wstrząsem  było  przejście  od  złożonych  problemów  teoretycznych  do  stosunkowo  prostych 

operacji,  często  tylko  manualnych.  W  zasadzie  było  .  to  opanowywanie  umiejętności 

programowania urządzeń sterujących. Zasady działania i konstrukcja tych urządzeń były mu 

przekazywane  na  tyle,  na  ile  mogło  mu  się  to  okazać  potrzebne  do  celów  praktycznych. 

Zresztą  w  większości  przypadków  poznanie  ich  struktury  było  fizycznie  niemożliwe.  Były 

one bowiem projektowane i wykonywane przez inne urządzenia, a te z kolei-przez następne. I 

tak  odbywało  się  to  w  sposób  ciągły  od  setek  tysiącleci.  A  ludzi  było  za  mało,  by  móc,  w 

niewielkiej  choćby  mierze,  kontrolować  ten  proces.  Oczywiście,  pełna  dokumentacja  każdej 

generacji  urządzeń  tkwiła  gdzieś  w  Centrum  Archiwum,  ale  już  od  dawna  nikogo  to  nie 

background image

interesowało. Problem ten dotyczył nie tylko urządzeń; setki całych technologii były już obce 

ludziom. Cóż robić, półmilionowa ludzkość nie mogła sobie pozwolić na luksus gromadzenia 

we  własnych  mózgach,  innej  wiedzy,  niż  bezwzględnie  koniecznej  do  zapewnienia  jej 

trwania. 

A  więc,  jak  każdy  sprawny  umysłowo  człowiek,  musiał  się  nauczyć  panowania  nad 

każdą  techniką  bez  znajomości  jej  podstaw.  Po  tym  cyklu,  który  zawsze  wspominał  jako 

najnudniejszy  okres  życia,  zawężono  mu  specjalizację  przenosząc  bliżej  węzłowych 

problemów  współczesności.  Kolejny,  przejściowy  cykl  nauki,  mający  zapoznać  go  z 

podstawowymi zagadnieniami specjalności, połączony był z praktyką. 

Po raz pierwszy miał być uczony nie automatycznie, a przez ludzi. I miał zetknąć się z 

większą grupą ludzi. 

 

background image

22. Rezerwat 

 

Mała liczebnie populacja ludzka musiała stworzyć niezwykle precyzyjny system, aby 

nie  cofnąć  się  ostatecznie  w  rozwoju  i  chociażby  zachować  tylko  aktualny  stan  posiadania. 

Każdy  zajmował  ściśle  określone,  wyspecjalizowane  i  samodzielne  stanowisko  i  nie  mógł 

liczyć na żadne zastępstwo. Nawet najbliższy mu tematycznie specjalista, zajmował się zbyt 

odległymi  problemami.  Dopiero  po  wielu  stuleciach  można  było  liczyć  na  wykształcenie 

nowego  specjalisty  w  swojej  dziedzinie.  Chyba,  że  wcześniej  zostało  się  Ekspertem  lub 

członkiem Rady. 

Kilkanaście procent normalnych z pozoru ludzi, nie potrafiło przejść chociażby trzech 

pierwszych  etapów  nauki  i  zająć  nawet  najniższego  szczebla  w  systemie  społecznym  - 

specjalisty  obsługi  grupy  urządzeń,  bądź  też  nie  umiało  podporządkować  się  niezbędnej 

dyscyplinie  działania.  Zgrupowano  ich,  razem  z  egzemplarzami  zdecydowanie 

niedorozwiniętymi,  w  kilkunastu  rezerwatach.  Do  jednego  z  nich  skierowano  na  praktykę 

Thorna XII. 

Rezerwat  miał  trzy  izolowane  sekcje.  Pierwsza  była  sekcja  korekcji  losowych. 

Znajdowali  się  tu  ci  wszyscy,  którym  przeprowadzone  w  wychowawczym  okresie  życia 

kontrolowane korekcje psychiki, nie dały pożądanych efektów, a w większości przypadków 

doprowadziły  do  zwiększenia  niestabilności  funkcji  mózgowych,  i  do  wyczerpania 

możliwości  sterowanej  korekcji.  W  sekcji  przeprowadzano  im  już  tylko  serie 

niekontrolowanych  korekcji  losowych,  których  wynik  przesądzał  o  ich  dalszym  losie.  W 

przeważającej mierze był on negatywny i tych kierowano do sekcji wegetatywnej. 

Nazwa mówiła właściwie wszystko. Osobnicy przebywający tutaj traktowani byli już 

tylko  jako  ewentualny  materiał  genetyczny.  Dziesiątki  wyspecjalizowanych  kalkulatorów 

badało  możliwość  koincydencji  ich  genotypów,  modelowało  kod  genetyczny  potomstwa, 

kontrolowało  efekt  i  modelowało  kolejne  generacje.  Ilość  możliwych  zestawień  była 

praktycznie  nieograniczona.  Kalkulatory  pracowały  bez  przerwy  i,  od  czasu  do  czasu, 

wynikiem ich pracy było znalezienie rodowodu normalnego, w pełni sprawnego psychicznie 

człowieka.  Powoływano  go  wtedy  do  życia.  Oczywiście  generacje  pośrednie,  biologicznie 

niezbędne,  nie  wychodziły  w  swoim  rozwoju  poza  fazę  kilkunastu  pierwszych  podziałów 

komórek.  I  właśnie  dlatego  każdy  człowiek  z  sekcji  mógł  okazać  się  niezbędny.  Dopiero 

później  Thorn  XII  przekonał  się,  że  działalność  sekcji  była  tylko  pozorna,  a  wyniki  prawie 

zawsze  negatywne  w  skutkach,  gdyż  prognozy  kalkulatorów,  dokonywane  na  poziomie 

background image

molekularnym genotypów, prawie nigdy nie potwierdzały się w praktyce, co prowadziło tylko 

do zwiększenia ilości osobników nienormalnych. Wynikało to z pomijania wyjściowych cech 

genetycznych  na  poziomie  submolekularnym.  Ale  było  to,  chociaż  w  niewielkiej  skali, 

odbiciem zasadniczego problemu genetyki. 

Ostatnią-była sekcja działalności spontanicznej. Znajdujący się tu ludzie nie odbiegali 

poziomem  rozwoju  umysłowego  od  normy.  Co  więcej,  często  przekraczali  ją.  Najczęściej 

występującymi cechami uniemożliwiającymi im czynny udział w systemie społecznym były, 

albo  niemożność  poddania  się  ścisłym  wymogom  systematyczności  i  dyscypliny  działania, 

albo  niechęć  do  zachowania  hermetyczności  jej  zakresu.  Ludzie  ci  pracowali  i  praca  ich 

często przynosiła znaczne efekty. Ale pracowali jak chcieli, kiedy chcieli i nad czym chcieli. 

Często  zmieniali  zainteresowania  i  wykraczali  poza  tematykę  społecznie  niezbędną.  W 

skrajnych przypadkach potrafili nawet interesować się kosmologią, technologią, lingwistyką, 

historią,  czy  czymś  równie  jałowym.  Stanowili  zdecydowaną  większość  stałych 

użytkowników-  Centralnego  Archiwum  zawierającego  wszystko,  co  w  ciągu  milionów  lat 

przeniesiono na jakikolwiek nośnik informacji. 

Został asystentem psychologa tej sekcji. 

 

background image

23. Sekcja 

 

Nie  miał  stałych  obowiązków,  w  każdym  razie  takich,  które  pochłaniałyby  mu  zbyt 

dużo  czasu.  Zasadniczo  powinien  tylko  patrzeć  i  słuchać.  Powinien  wytworzyć  sobie 

pełniejszy obraz społeczeństwa. A także, ale to już zrozumiał znacznie później, uświadomić 

sobie  konieczność  takiego  a  nie  innego  systemu  społecznego,  jaki  ustanowiono  dla  ludzi 

normalnych.  Tutaj  miał  do  czynienia  z  negacją  tego  systemu,  a  raczej  z  brakiem 

jakiegokolwiek systemu. 

Obserwował... 

Sekcja  położona  była  w  rozległym,  dobrze  utrzymanym  parku.  Ludzie  mieszkali  po 

kilkudziesięciu  w  pawilonach  rozrzuconych  wokół  Centrum  Obsługi.  Nie  sprawiali  oni 

wrażenia w pełni świadomych faktu izolowania ich od reszty społeczeństwa. Tworzyli własną 

mikrospołeczność,  zamkniętą  i  rządzącą  się  własnymi,  swoistymi  prawami.  No  i  na  pewno 

znacznie szczęśliwszą, gdyż nie obciążoną balastem obowiązków i odpowiedzialności. Jedyną 

różnicą było  to, że pozostawiona sobie, nie byłaby ona  w stanie przetrwać chociażby przez 

kilka pokoleń. Nikt nie kontrolowałby jej stanu genetycznego i w miarę normalne jednostki 

szybko  roztopiłyby  się  w  zdegenerowanej  masie.  No  i  poza  tym,  nikt  nie  potrafiłby 

zorganizować systemu obsługi chociażby najniezbędniejszych urządzeń. Za to w sekcji, pod 

nadzorem  garstki  specjalistów, wszystkie te problemy nie istniały dla nich. Mogli  pozwolić 

sobie  na  wszystko.  Na  swobodną  pracę,  na  długie  rozmowy,  na  rozmyślania,  a  także,  na 

zdarzające się im często, długie okresy apatii i bezczynności. 

Jako  obiekt  bliższego  kontaktu  wybrał  sobie  Randa  137,  starego,  ale  niezwykle 

aktywnego  mężczyznę,  prowadzącego  badania  historyczne.  Na  skutek  swojej  silnej 

osobowości  cieszył  się  on  szacunkiem  nie  tylko  współtowarzyszy  z  sekcji,  ale  nawet  jej 

obsługi.  Thorn  XII,  jako  asystent  psychologa  sekcji,  mógł  bezpośrednio  ingerować  w 

działalność Randa 137, lecz wybrał, sam właściwie nie wiedząc dlaczego, metodę pośrednią. 

Zaczął  po  prostu  prowadzić  z  nim  normalne  rozmowy,  wprowadzając  go  powoli  w 

zagadnienie  motywacji  podjęcia  przez  niego  badań  nad  historią  społeczeństwa,  najbardziej 

nonsensownego zajęcia, jakie mógł sobie wyobrazić. 

I któregoś dnia uzyskał wyjaśnienie. Inna rzecz, że niewiele mu ono dało. Byli akurat 

w odległej części parku. Rand 137 długo myślał zanim rozpoczął. 

- Co wiesz o historii naszej Cywilizacji? - spytał. 

background image

Już  sam  fakt  zadania  pytania  świadczył  o  jego  dużej  indywidualności.  Niewielu 

mieszkańców  rezerwatu  odważyłoby  się  na  to,  nawet  w  stosunku  do  niego,  młodego 

praktykanta.  Na  ogół  odczuwali  bezsprzeczną  wyższość  personelu  sekcji  i  niemożliwość 

nawiązania  kontaktu  intelektualnego  z  nim.  Był  więc  zaskoczony  zarówno  faktem  zadania 

pytania, jak i jego treścią. Niemniej jednak odpowiedział, nie dając niczego poznać po sobie. 

- Tyle co wszyscy. 

- No, to opowiedz w skrócie, co wiesz! 

Było  to  już  kompletne  odwrócenie  ról.  W  zasadzie  powinien  przerwać  rozmowę  i 

zawiadomić psychologa sekcji, ale postanowił brnąć dalej. Mógł sobie zresztą na to pozwolić, 

ponieważ  przypadkowo  byli  poza  zasięgiem  receptorów,  na  ogół  wszechobecnego, 

Szesnastego Bloku Centralnego Dyspozytora. 

 

background image

24. Historia 

 

- 56 tysięcy lat temu ustalono podstawowe zasady i założono pierwszą Radę. Czterysta 

lać później opracowano kompleksowy program genetyczny i.... 

- Poczekaj! Dlaczego ustalono zasady i utworzono Radę? 

- Bo panował kompletny chaos i stan genetyczny spadł poniżej poziomu krytycznego. 

- A jak długo trwał ten chaos? 

- No... od początku. To znaczy pogłębiał się coraz bardziej. 

- A na początku? 

- Człowiek pierwotny, potem Cywilizacja Kosmiczna, no i to, co teraz. 

- A ile lat trwało to wszystko? 

-  Ze  dwadzieścia  milionów-poczuł  się  bardzo  nieswojo.  Wiedział  już  do  czego 

zmierza Rand 137. 

-  To  znaczy,  że  z  tych  dwudziestu  milionów  lat  wiesz  cokolwiek  o  ostatnich 

pięćdziesięciu  tysiącach...  To  zresztą  normalne.  Chyba  nikt  nie  wie  więcej.  A  nawet  gdyby 

chciał, to mógłby się dowiedzieć jedynie mnóstwa nieistotnych szczegółów. 

- Dlaczego? Przecież w Archiwum są wszystkie dane z całego okresu Cywilizacji. 

- Próbowałeś z nich skorzystać? Jakbyś w ogóle się do tego zabrał? Przecież to setki 

miliardów,  z  grubsza  tylko  uporządkowanych  tematycznie  dokumentów,  filmów, 

hologramów,  opisów...  To  tak,  jakbyś  chcąc  poznać  geografię  jakiejś  planety,  oglądał  jej 

powierzchnię za pomocą mikroskopu. 

- I ty robisz coś takiego? 

-  Nie.  Ja  szukam  w  tych  źródłach  skrótowych  opisów  jakichś  dłuższych  okresów. 

Prawie  zawsze  robiono  takie  opracowania,  tylko  teraz  trudno  je  odnaleźć  w  masie 

jednostkowych danych. 

- A co robisz, jak już znajdziesz? 

-  Na  razie  nic.  Mam  już  kilkadziesiąt  takich  opracowań,  ale  to  dopiero  z  dziesięć 

procent całej historii - posmutniał. –i w dodatku są one rozrzucone po całym jej okresie. Ale 

moi  następcy  powoli  wypełniają  luki  i  wtedy  będzie  można  stworzyć  syntetyczne 

opracowanie całości. ' - Po co? 

- Z ciekawości. Nie chciałbyś w ciągu kilku godzin zapoznać się z całym przebiegiem 

Cywilizacji?  Mógłbyś  dowiedzieć  się  ciekawych  rzeczy.  Na  przykład,  że  coś  takiego  jak 

twoją Radę tworzono przynajmniej kilkaset razy w różnych okresach. Czasami było ich kilka 

background image

naraz. Czasem składała się tylko z jednej osoby. Zdarzało się, że był nią kalkulator. Wszystko 

już było... 

- No, dobrze. Ale co to może dać? Praktycznie. Rand 137 popadł w zadumę. Wracali 

już powoli do zamieszkanej części sekcji. 

- Zajmujesz się biologią, więc pewnie, jak większość z was, poświęcisz się genetyce. 

Chcecie  nie  dopuścić  do  krańcowej  degeneracji  gatunku.  A  czy  przynajmniej  wiesz,  jak 

daleko ona zaszła? Czy wiesz, jaki był stan podstawowy? 

- Wiem jak wyglądali, jaka była ich fizjologia, czym różnili się od nas... 

- A jaka była ich psychika? 

- Zbliżona do naszej-nie był jednak zbyt pewny siebie. - Skoro wszystko to dotrwało 

do  dzisiaj,  nie  mogli  być  zupełnie  inni.  Było  ich  znacznie  więcej,  dlatego  mogli  nie  tylko 

utrzymać Cywilizację, ale i rozwijać ją. Kiedyś przywrócimy taką możliwość. 

-  A  czy  widziałeś  jakieś  teksty  lub  filmy  pokazujące  na  żywo  psychikę  czy  motywy 

działania? Ale automatyczne, z wczesnych okresów. 

Nie  widział.  Rand  137  dał  mu  ze  swoich  zbiorów  spory  plik  mikrofilmów  z 

pierwszego milionlecia. 

Rzeczywiście, nie było to takie proste. Oni byli po prostu inni. W zasadzie, działania 

ich  nie  podlegały  ani  logice  ogólnej,  ani  żadnemu  klasyfikowanemu  typowi  logik 

indywidualnych. Chyba, żeby potrafili myśleć kilkadziesiąt razy szybciej. Wtedy faktycznie 

mogłyby one wynikać ze skomplikowanych analiz o specyficznym typie  logiki. Ale tak nie 

mogło być. Fizjologia układu nerwowego nie zmieniła się aż tak bardzo. Tego był pewny. A 

więc  działanie  tych  ludzi  było  zupełnie  irracjonalne.  Ale  co  najdziwniejsze,  najczęściej 

skuteczne, l to zarówno chwilowo, jak i na dłuższy dystans. Stworzyli przecież Cywilizację. 

Inną dziwną rzeczą było to, że mieli znacznie szerszy zakres możliwych psychicznie działań, 

nawet nie motywowalnych dla samych siebie. Często kierowała nimi tylko ciekawość, nawet 

jeśli podejmowane na skutek niej działania, obracały się przeciwko nim. Czyżby więc jakaś 

analogia do postawy Randa 137? 

Niepokoiło go to jakiś czas, ale później, w trakcie kolejnych cykli nauki, doszedł do 

wniosku,  iż  był  to  po  prostu  jeszcze  okres  rozwoju  człowieka,  a  nie  stan  podstawowy,  od 

którego  zaczęła  się  degeneracja.  Stan  podstawowy  nastąpił  miliony  lat  później,  kiedy 

obowiązywał już wielopoziomowy, hierarchiczny układ logiki działania. 

 

background image

25. Specjalizacja 

 

Czwarty  cykl  szkolenia  przeznaczony  był  na  opanowanie  teoretycznych  podstaw 

specjalności.  Jak  mógł  spodziewać  się  po  charakterze  odbytej  praktyki,  specjalnością  jego 

miała się stać genetyka. 

Poznawał 

więc 

szczegółowe 

podstawy 

biochemii, 

fizyki 

oddziaływań 

międzycząsteczkowych,  a  przede  wszystkim  klasycznych  genetyk-  molekularnej  i 

submolekularnej.  Był  to  okres  męczący  dużymi  obciążeniami  pamięci,  ale  nie  monotonny. 

Jeden  po  drugim,  przewijały  się  przed  nim  kluczowe  problemy.  Zdawał  sobie  sprawę,  że 

później nie nauczy się już nic nowego z teorii swojej specjalności, więc od zdobytej w tym 

cyklu  wiedzy  zależeć  będzie  jego  przygotowanie  merytoryczne  do  całej  przyszłej 

działalności.  Zresztą,  normalni  specjaliści  w  ogóle  kończyli  szkolenie  na  czwartym  cyklu, 

może  tylko  trochę  bardziej  rozbudowanym,  i  od  razu  zajmowali  określone  stanowisko  w 

systemie. On nie skończył na tym... 

Najwyraźniej cały jego dotychczasowy rozwój, trwający już ponad siedemdziesiąt lat, 

potwierdził  prognozę  genetyczną  z  jaką  się  urodził.  Cztery  pierwsze  cykle  zajęły  mu  o 

dwadzieścia  kilka  lat  mniej  od  okresu  dopuszczalnego  wymogami  bilansu  społecznego. 

Skierowano go więc na trzy kolejne, mające przynieść mu w perspektywie pozycję Eksperta. 

Nie  była  to  już  tylko  nauka.  Równolegle  prowadził  samodzielne  prace  o  istotnej 

tematyce. Pierwsze dwa cykle obejmowały analizę porównawczą genetyk submolekularnych 

kilkunastu biosfer, oczywiście, z naciskiem na podstawowe zbadane typy-Ziemi i Syriusza. O 

ile  bowiem  genetyka  innych  biosfer  niż  ziemska,  nie  miała  z  tą  ostatnią  nic  wspólnego  na 

poziomie molekularnym, o tyle na poziomie submolekularnym występowało wiele wyraźnych 

analogii,  których  usystematyzowanie  mogło  przynieść  poszerzenie  możliwości 

submolekularnego  sterowania  makromutacjami  u  ludzi.  Wszystko  to  wiązało  się  też 

pośrednio  z  programem  nauki  w  piątym  cyklu  poświęconym  ewolucji  człowieka  i  historii 

genetyki stosowanej. 

W  ciągu  ostatnich  kilkuset  tysięcy  lat,  w  miarę  coraz  bardziej,  a  ostatnio 

katastrofalnie,  pogarszającego  się  stanu  genetycznego  populacji,  w  doraźnych  pracach  nad 

jego  poprawą  dominowały,  na  przemian,  prądy-molekularny  i  submolekularny.  Pierwszy 

pozwalał  na  szeroką  analizę  kombinacyjną„  nawet  na  głębokość  kilkudziesięciu  pokoleń  i 

umożliwiał w pełni zdeterminowaną korekcję osobników. Ponieważ jednak opierał się on na 

aktualnym  materiale  genetycznym,  a  także  obejmował  jedynie  część  fenotypów,  głównie 

background image

fizycznych-mógł  przynieść  jedynie  chwilowe  zahamowanie  regresu,  a  co  najwyżej-wolną 

poprawę. Polityka-taka przeważała w większości okresów. Ogólnie, była ona wiarygodna w 

działalności bieżącej, ale wątpliwa w perspektywie. Korygowano dobrze, ale tylko niewielką 

ilość cech i co gorsza nie związanych z układem nerwowym. 

Metody genetyki submolekularnej pozwalały wyjść w pewnym stopniu poza aktualny 

stan  genetyczny,  a  więc  i  przywrócić  takie  cechy,  które  nie  występowały  już  u  nikogo. 

Umożliwiały  także  sięgnięcie  do  wszystkich  bez  wyjątku  cech  fenotypów.  Wymagały  one 

jednak przeprowadzenia analiz kombinacyjnych na o kilka rzędów większej ilości elementów 

podstawowych,  co  dla  większej  ilości  pokoleń  wymagałoby  zaangażowania  całego 

potencjału,  obliczeniowego  Ziemi.  Przy  niepełnej  z  konieczności  analizie,  wyniki  korekcji 

cechował  duży  rozrzut.  Ale  za  to,  gdy  już  okazały  się  poprawne,  zostawały  utrwalone  w 

genotypie i mogły przetrwać przez kilkaset pokoleń, po czym być znowu wydobyte prostymi 

zabiegami ze - zdegenerowanego, zdawałoby się-fenotypu. 

Metoda  ta,  jako  mniej  nadająca  się  do  działalności  bieżącej,  panowała  jedynie 

sporadycznie na przestrzeni tych lat i z powodu jej niedopracowania przynosiła więcej szkody 

niż pożytku. Dając bardzo dobre wyniki w odniesieniu do poszczególnych cech-, prowadziła 

do  skokowego  wzrostu  mutacji  innych  cech,  pogorszenia  ogólnego  stanu  genetycznego  i  w 

efekcie do jej zarzucenia. Obecnie prowadzono nad nią tylko podstawowe prace teoretyczne. 

Taka była, między innymi, praca Thorna XII. 

Szósty  cykl  poświęcony  był  opanowaniu  metodyki  podejścia  do  problemów 

granicznych. Założeniem było doskonalenie jego indywidualnej logiki i dostosowanie jej do 

współpracy  z  wyspecjalizowanymi  kalkulatorami.  Zakończenie  tego  cyklu  zbiegło  się  z 

ukończeniem  pracy  nad  genetyką  porównawczą.  Mógł  być  zadowolony  z  jej  wyników. 

Przyniosły one praktyczną możliwość kilkakrotnego zwiększenia dokładności korekcji układu 

oddechowego człowieka. 

 

background image

26. Polityka 

 

 

Był  jeszcze  i  siódmy  cykl,  zupełnie  inny  od  poprzednich.  Nie  zdobywał  już  żadnej 

nowej wiedzy w ścisłym tego słowa znaczeniu. Za to poznawał, pod bezpośrednim nadzorem 

Erfa  VII,  jednego  z  Ekspertów  Zespołu,  wzajemne  relacje  pomiędzy  aktualnym  stanem 

wiedzy  teoretycznej,  a  jej  praktycznym  zastosowaniem,  uwarunkowanym  gradientem  stanu 

genetycznego populacji i konkretnym, chwilowym zapotrzebowaniem na w pełni normalnych 

ludzi. Składały się na to: historia genetycznego sterowania społeczeństwem, analiza przyczyn 

i  kierunków  degeneracji,  a  także  specyfikacje  obowiązujących  aktualnie  ustawowych 

ograniczeń  tematyki  badań  i  praktycznych  zastosowań  oraz  prawodawstwo  genetyczne.  Erf 

VII  bezpośrednio  z  wewnętrznego  Archiwum  Rady  wydobywał  materiały  źródłowe,  które 

Thorn  XII  studiował  później  samodzielnie.  Od  czasu  do  czasu  udzielał  mu  osobiście 

dodatkowych wyjaśnień, najczęściej w przypadku braku lub niekompletności podstawowych 

danych.  Część  ustaw  przekazał  mu  ustnie.  Były  to  ustawy  tyleż  konieczne,  co 

kontrowersyjne,  a  więc  bezpośrednio  dostępne  tylko  członkom  Rady  i  wybranemu  gronu 

Ekspertów. 

Ta  część  ustaw  w  zasadniczy  sposób  ograniczała  zakres  możliwych  koncepcji 

poprawy  obecnego  stanu  genetycznego  i  w  zasadzie  stanowiła  o  całokształcie  bieżącej 

polityki genetycznej. Ustalały one, na przykład, jakie systemy organizmu człowieka nie mogą 

podlegać  żadnym  zmianom,  nakładały  ograniczenia  na  pozagenetyczne  oddziaływania  na 

organizm,  czy  określały  dopuszczalną  procedurę  doboru  rodowodu  przyszłych  fenotypów 

przeznaczonych  do  pełnego  rozwoju  osobniczego.  Większość  tych  ustaw  była  z  pozoru 

bezsensowna,  ale  równoległe  studia  nad  historią  degeneracji  gatunku  przekonały  go  o 

konieczności bardzo ostrożnego podchodzenia do wszelkich innowacji i o tym, że lepszy jest 

nadmiar ograniczeń niż zupełny ich brak. Na nieszczęście, w wielu okresach zupełnie o tym 

zapomniano. 

Studiując  historię  sterowania  społeczeństwem  musiał  szybko  dojść  do  wniosku,  że 

schemat rozwoju genetycznego człowieka, jaki sobie wytworzył w trakcie wieloletniej nauki, 

nie był wcale taki prosty. Nie były to kolejno: rozwój, apogeum, a obecnie schyłek. W takim 

przypadku  bardzo  łatwo  byłoby  znaleźć  stan  optymalny  i  przyczyny  regresu,  a  być  może  i 

drogę  poprawy  czy  wręcz  odwrócenia  sytuacji.  W  rzeczywistości,  od  najwcześniejszych 

czasów człowiek jednocześnie rozwijał się i degenerował i to  w sposób  nie pozwalający na 

background image

znalezienie  jakiegokolwiek  optimum.  Po  prostu  jednostki  rozwijały  się  coraz  bardziej, 

szczególnie  pod  względem  intelektualnym,  a  jednocześnie  spadał  procentowy  udział 

normalnych  ludzi  w  całości  populacji.  Na  przykład  żyjących  obecnie  518  000  osób, 

stanowiących  szczyt  rozwoju  gatunku  pod  względem  umysłowym  stanowiłoby  tylko  jedną 

milionową  populacji,  gdyby  od  dawna  nie  hamowano  rozwoju  liczebnego  osobników 

regresywnych genetycznie bądź będących poniżej ustalonego poziomu psychicznego. 

Dodatkową  trudność  stanowiła  niemożność  określenia  momentu  zakończenia  się 

naturalnego rozwoju gatunku i przejścia na rozwój sterowany, chociażby tylko pośrednio czy 

bezwiednie.  Nikt  już  nie  studiował  źródeł  o  czysto  historycznym  charakterze  i  między 

innymi,  dlatego  problem  przyczyn  degeneracji  nigdy  nie  doczekał  się  kompleksowych 

opracowań.  W  zasadzie  jedynym  pewnikiem  było  to,  że  nie  istniały  żadne  przyczyny 

obiektywne w rozwoju praw biologicznych, a wina leżała wyłącznie po stronie i ludzi. 

Złożyło  się  na  to  prawie  wszystko.  Próby  kompleksowego  oczyszczenia  Ziemi  ze 

szkodliwych  mikroorganizmów  spowodowały  jedynie  powstanie  groźniejszych  ich  mutacji. 

Odpowiedziano na to programem zwiększenia odporności człowieka na drodze genetycznej i 

to  w  okresie,  gdy  nie  zdawano  sobie  sprawy  z  istnienia  uwarunkowań  genetycznych  na 

poziomie  submolekularnym.  A  przecież  takich  programów  było  znacznie  więcej.  Dopiero 

całkowite zniszczenie ziemskiej biosfery uświadomiło człowiekowi, z jak wieloma gatunkami 

roślin  i  zwierząt  żył  w  ścisłej  symbiozie.  Obecnie  jedynym  wielokomórkowym 

przedstawicielem  naturalnej  biosfery  ziemskiej  był  właśnie  człowiek.  Resztę  stanowiły 

gatunki adaptowane z Fomalhaut. Na to wszystko nakładały się jednocześnie wpływy radiacji 

planetarnej, a po zwyrodnieniu atmosfery i kosmicznej. 

Czysto biologiczna ewolucja przejawiała się natomiast tylko w stopniowych zmianach 

anatomicznych i ciągłym rozwoju umysłowym. 

Wszystko  to,  nie  było  najważniejsze.  Bieżącym  zadaniem  była  walka  o 

niedopuszczenie do spadku liczby pełnosprawnych intelektualnie ludzi. 

 

background image

27. Codzienność 

 

Miał  już  114  lat  i  zakończony  proces  zdobywania  wiedzy.  Nadszedł  czas 

wykorzystania jej w najoptymalniejszy ze społecznego punktu widzenia sposób. 

Społeczeństwo  gwałtownie  potrzebowało  ludzi.  Ilość  ich  nie  wystarczała  nawet  do 

obsadzenia zminimalizowanej do ostateczności liczby niezbędnych stanowisk. Powinien więc 

być włączony do istniejącego systemu, a w jego przypadku do Zespołu Genetycznego, zaraz 

po zakończeniu ostatniego cyklu. Ale jednocześnie zdawano sobie sprawę z tego, że nowych 

sposobów, metod czy chociażby tylko pojedynczych rozwiązań, można spodziewać się tylko 

po ludziach niezrutynizowanych, mających świeże podejście do podstawowych problemów. 

Dano mu więc kilkadziesiąt lat na badania, nie ukrywając, że oczekuje się od niego wiele. W 

zasadzie wszystkiego. W najpomyślniejszym przypadku powinien znaleźć sposób radykalnej 

poprawy globalnego stanu genetycznego. 

Oczywiście  zadbano  aby  miał  jedynie  sporadyczne  kontakty  z  resztą  członków 

Zespołu, aby nie sugerował się jego bieżącymi pracami. W związku z tym, niewskazany był 

jego stały pobyt  w obrębie pomieszczeń Centrum Zespołu, z tym, że w każdej chwili mógł 

korzystać z jego urządzeń i laboratoriów. 

Opuścił  już  na  dobre  swój  moduł  w  Zespole  Edukacyjnym  i  urządził  się  na  stałe  w 

jednym  z  peryferyjnych,  lecz  niezbyt  odległych  od  macierzystego  zespołu,  obszarów 

mieszkalnych. W zasadzie, w miarę zmniejszania się populacji z jednej strony a koncentracją 

Zespołów  z  drugiej,  cała  ludzkość  skupiła  się  w  jednej  rozległej  aglomeracji  położonej  w 

przyzwrotnikowej  strefie  II  Prakontynentu.  Ludzie  przebywali  poza  nią  na  stałe  tylko  w 

jednostkach  Łączności  i  Lokacji  Międzyukładowej  i  obserwatoriach  astronomicznych 

rozmieszczonych z rzadka na powierzchni całego globu. Całe pozostałe życie koncentrowało 

się w jednym miejscu. 

Zajmował  obszerny pawilon  mieszkalny, różniący się od standardowego tym, że był 

wyposażony we wszystkie urządzenia niezbędne nie tylko do życia, ale i do prowadzenia na 

miejscu pracy naukowej. Był tu i podręczny kalkulator sprzężony z systemem centralnym, i 

kanał  bezpośredniego,  omijającego  Centralny  Dyspozytor,  dostępu  do  Centralnego 

Archiwum,  i  podstawowe  mini-laboratoria. W  tej  części  swojego  pawilonu  przebywał  przez 

większość  czasu.  Mógłby  przebywać  stale,  gdyż  systemy  odżywiania  i  regeneracji  można 

było  zaprogramować  na  automatyczną  obsługę.  Tak  też  zrobiła  większość  znanych  mu 

specjalistów, którzy bezpośredniej pracy poświęcali 95% czasu. Thorn XII przyzwyczaił się 

background image

jednak  do  innego  systemu.  Starał  się  jak  najwięcej  czynności  wykonywać  osobiście.  Może 

dlatego,  że  najlepiej  myślało  mu  się  nad  zagadnieniami  zawodowymi,  gdy  zajmował  się 

jakąkolwiek  inną  pracą,  szczególnie  gdy  nie  wymagała  ona  zaangażowania  umysłu.  W 

każdym  razie  sam  syntetyzował  sobie  pożywienie,  sam  czuwał  nad  przebiegiem  procesu 

regeneracji organizmu. Ponadto starał się jak najwięcej chodzić. Nawet gdy musiał osobiście 

dostać  się  do  Centrum  Zespołu  lub  wrócić  stamtąd,  nie  korzystał  z  wewnętrznej  sieci 

komunikacyjnej.  Wolał  poświęcić  na  to  nieporównanie  więcej  czasu,  ale  iść.  Ponadto 

codziennie,  czasami  nawet  dwa  lub  trzy  razy,  odbywał  przechadzki  po  parku  swojego 

mieszkalnego  obszaru.  Zazwyczaj  nikogo  tu  nie  spotykał,  nic  nie  mąciło  ciszy  i  właśnie  tu 

przychodziły  mu  do  głowy  najlepsze  pomysły,  weryfikowane  potem  w  pracowni.  Nie 

dekoncentrowała  go  nawet  różnobarwna  roślinność  fomalhaucka  o  fantastycznych, 

niepowtarzalnych kształtach. 

Z  innymi  ludźmi  nie  stykał  się  poza  bezwzględnie  koniecznymi  przypadkami.  W 

ogóle  powiązania  wzajemne  ludzi  w  nieformalne  grupy  zdarzały  się  tylko  w  rezerwatach. 

Przecież  nawet  zespoły  stanowiły  tylko  pewien  twór  administracyjny,  a  jego  członkowie 

nadal  pozostawali  sobie  obcy.  Jedyny  bliższy,  aczkolwiek  narzucony  kontakt  utrzymywał  z 

psychologiem  swojego  zespołu  przy  okazji  okresowych  serii  testów.  Poczucie  bieżącego 

kontaktu  z  resztą  społeczeństwa  dawał  mu  codzienny  Biuletyn  Informacyjny,  przynoszący 

syntezę dokonań innych zespołów oraz zalecenia i ustawy ogólne, opracowywane na bieżąco 

przez Radę. 

A poza tym była tylko praca. 

 

background image

28. Projekt 

 

Były to najlepsze lata. Dużo myślał i intensywnie-pracował. Po trzynastu latach miał 

gotową ideę. Po następnych pięciu udowodnił, że jest ona realizowana, a jeszcze po trzech, 

przedstawił pierwszy pełny projekt kompleksowego odrodzenia gatunku. 

Wyszedł  z  założenia,  że  prowadzona  obecnie  polityka  szukania  normalnych 

potomków bieżącego pokolenia, czyli  w efekcie  planowanie  genetyczne  na jedno pokolenie 

naprzód,  musi  doprowadzić  w  końcu  do  krytycznego  spadku  liczby  ludzi.  Potwierdzała  to 

tendencja  utrzymująca  się  od  kilkuset  tysięcy  lat.  Trzeba  więc,  szukać  bardziej 

perspektywicznych rozwiązań. 

Jedną z możliwości była prosta multiplikacja osobników. Zwiększyłoby to, co prawda, 

liczbę  ludzi,  a  więc  i  zaspokoiło  bieżące  potrzeby,  ale  co  najwyżej,  utrzymałoby  tylko 

różnorodność  materiału  genetycznego.  W  praktyce  bardzo  szybko  spadłaby  ona 

doprowadzając  w  końcu  do  jednego  wzorca  osobnika,  czyli-do  zamrożenia  gatunku.  W 

swoich  rozważaniach  Thorn  XII  nie  przejmował  się  tym,  że  wszelka  duplikacja  osobników 

jest  ustawowo  zabroniona.  Szukał  bowiem  możliwych  rozwiązań  nawet  poza  ustawowo 

dozwolonymi  programami  działania.  Po  pewnym  czasie  przekonał  się  zresztą,  że  każde,  w 

miarę  rozsądne  rozwiązanie  problemu  wykracza  poza  kilka  zakazów,  których  system 

legalizował  tylko  taką  politykę  genetyczną,  jaka  była  prowadzona  obecnie,  a  tę  dyktował 

strach przed podjęciem jakichkolwiek radykalnych działań, bo każda pomyłka oznaczała już 

tylko jedno - kres gatunku. 

Część  zakazów  była  zupełnie  logiczna  i  bezdyskusyjna,  jak  na  przykład  zakaz 

wykraczania  poza  początkowy  rozwój  embrionalny  przejściowych,  zdegenerowanych 

egzemplarzy.  Jednak  przeważająca  ich  większość  miała  zupełnie  irracjonalne  i  jak 

przypuszczał, raczej tradycjonalne podłoże. Próbował  dojść źródeł  ich pochodzenia. I tu po 

raz  pierwszy  zetknął  się  praktycznie  z  barierą  dzielącą  go  od  Ekspertów  i  członków  Rady. 

Motywacja  obowiązującego  mocarstwa  zastrzeżona  była  tylko  dla  tych  ostatnich.  Sam 

wiedział tylko tyle, ile przekazał mu wcześniej Erf VII. Niemniej jednak wielu rzeczy mógł 

się  domyślić.  Chociażby  zakaz  tworzenia  osobników  przez  syntezę  całego  genotypu  z 

fragmentów branych od wielu ludzi. Można by stworzyć w ten sposób idealny genotyp, ale 

omijało  się  warunek  konieczności  istnienia  dwojga  konkretnych  rodziców  genetycznych. 

Skąd,  więc  taki  nakaz,  który  praktycznie  uniemożliwiał  stosowanie  tej  metody?  Po  prostu, 

doprowadziłaby ona do szybkiej zamiany obecnego społeczeństwa na inne, zupełnie sztuczne. 

background image

Niepewny był bowiem mechanizm dalszego przekazywania cech sztucznie wprowadzonych. 

Tylko  na  przestrzeni  kilku  pokoleń  dawałby  on  osobników  równoważnych  genetycznie 

formom  wyjściowym.  Później  nastąpiłaby  zmiana  mechanizmu  dziedziczenia,  samego 

materiału genetycznego, a zatem i psychiki fenotypów, z którymi współczesne społeczeństwo 

mogłoby  nie  móc  znaleźć  wspólnego  języka.  Stanowiło  to,  na  pewno,  znaczną  barierę 

emocjonalną. 

Rozwiązanie, które znalazł było zupełnie inne. Skomplikowane i trudne w realizacji, 

ale jedyne rozsądne i, przede wszystkim, zapewniające radykalną poprawę obecnego stanu. 

Na  początek  wybrał  reprezentatywną  próbkę  złożoną  z  tysiąca  przedstawicieli 

bieżącego  pokolenia  zarówno  normalnych,  jak  i  zdegenerowanych,  i  za  pomocą  zespołu 

kalkulatorów  badał  różne  kombinacje  kolejnych  pokoleń.  Szukał  takiej  sekwencji  pokoleń 

pośrednich,  która  zapewniłaby  w  mniej  więcej  setnym  pokoleniu  populację,  składającą  się 

przynajmniej  z  dziesięciu  tysięcy  osobników  normalnych  i  co  najwyżej  pięciuset 

zdegenerowanych,  przy  zachowaniu  jednocześnie  tendencji  do  poprawy  tej  proporcji  w 

dalszym rozwoju społeczności. 

Problem  był  niesłychanie  złożony  ze  względu  na  ogromną  ilość  kombinacji,  jakie 

należało  rozważyć.  Udało  mu  się  jednak  po  długich  usiłowaniach  stworzyć  takie  programy 

selekcji  pokoleń,  że  kalkulatory  były  w  stanie  rozwiązać  zadanie  w  ciągu  niespełna  roku.  I 

faktycznie,  podały  one  kilka  rozwiązań  zapewniających  pożądany  efekt.  Tak  więc,  realne 

okazało się uzyskanie po stu pokoleniach dziesięciokrotnego zwiększenia ilości normalnych 

ludzi! Oczywiście, taka  sama procedura  zastosowana do całego społeczeństwa  wymagałaby 

prawie  stuletniej  pracy  wszystkich  ziemskich  kalkulatorów,  ale,  jak  wykazały  wstępne 

oszacowania,  dawała  identyczny  rezultat:  jego  dziesięciokrotny  wzrost  liczebny.  Rozwój 

gatunku  na  przeciąg  kilkuset  lat  byłby  całkowicie  zdeterminowany  i  przebiegałby  pod 

kontrolą kalkulatorów realizujących program. 

I tego właśnie oczekiwano po nim. Pewnego, radykalnego rozwiązania. 

Rzecz  jasna,  były  i  trudności  związane  z  praktyczną  realizacją  projektu.  Efekt 

końcowy  będzie  jednoznaczny,  ale  po  drodze  żyć  będzie  około  sto  pokoleń  o  wielokrotnie 

mniejszym  udziale  ludzi  normalnych.  W  jego  doświadczeniu  symulacyjnym  moment 

krytyczny  występował  około  czterdziestego  pokolenia,  które  składało  się  z  około  trzystu 

osobników normalnych i dwóch tysięcy zdegenerowanych, lecz genetycznie niezbędnych. Co 

prawda,  wcześniej  i  później  sytuacja  była  nieco  korzystniejsza,  ale  i  tak  powodowało  to 

znaczne  trudności  techniczne.  Nie  wchodziła  tu  już  w  grę  możliwość  jedynie  wczesnego, 

embrionalnego rozwoju pokoleń pośrednich, tak jak robiono to w rezerwatach. Metoda ta była 

background image

skuteczna tylko dla kilku pokoleń przejściowych. Później występował coraz większy rozrzut 

cech,  związany  z  niepełnym  wykształceniem  się  białek  genów  na  poziomie 

submolekularnym. Do pełnego ich wykształcenia niezbędny jest pełny rozwój osobniczy. W 

związku  z  tym,  decydując  się  na  projekt,  społeczeństwo  stanęłoby  przed  perspektywą 

zapewnienia  w  czterdziestym  pokoleniu  opieki  nad  dwoma  milionami  zdegenerowanych 

osobników, opieki, którą miałoby sprawować zaledwie 150 000 normalnych osobników. Było 

to  praktycznie  możliwe.  Przecież  obecne  rezerwaty  miały  minimalną  obsadę  personalną. 

Natomiast wymagałoby to koncentracji całego potencjału społeczeństwa jedynie na realizację 

projektu,  a  więc  jednocześnie  rezygnacji  z  jakiegokolwiek  rozwoju  technologicznego, 

cofnięcie się wszystkich stacji kosmicznych i zamknięcia się na Ziemi. 

Projekt łamał tylko jeden zakaz-niedopuszczenia do udziału osobników normalnych w 

społeczeństwie więcej niż 20%, ale w tej sytuacji było to najmniej istotne wobec jego zalet. 

Sporządził,  więc  finalny,  szczegółowy  raport,  załączył  do  niego  wyniki  badań 

symulacyjnych i czekał na reakcję Rady. 

 

background image

29. Wyjazd 

 

Reakcja nastąpiła szybko. 

Złamanie w projekcie jednego z zakazów było sprawą najmniej ważną. Gdyby znał się 

cokolwiek  na  psychologii,  albo  gdyby  mógł  mu  to  wytłumaczyć  ktoś  znający  zasady 

sprawowania  władzy,  chociażby  Rand  137,  wiedziałby,  że  zrobił  coś  znacznie  gorszego. 

Próbował  bowiem  ludziom  kierującym  i  współtworzącym  przez  tysiąclecia  sprawnie 

działającą strukturę społeczną, narzucić całkowite zburzenie tej struktury. Nie mówiąc już o 

tym, że wyrażenie przez Radę zgody na realizację projektu, wyeliminowałoby automatycznie 

z  jej  składu  wszystkich  tych,  którzy  nie  specjalizowali  się  bezpośrednio  w  genetyce,  czyli 

przytłaczającą większość. 

Ale  rozważania  na  tak  dalekie  jego  specjalności  tematy  były  mu  obce.  Dlatego  też 

nigdy nie dowiedział się, jakie były przyczyny wydania na niego wyroku. Wyrok był wydany 

przez  Blok  Szesnasty  Centralnego  Dyspozytora,  ale,  o  czym  także  nie  wiedział,  był  on 

programowany, w zasadzie, na bieżąco przez Radę. 

Miał  więc  lecieć  na  jedną  z  najodleglejszych  stacji  kosmicznych.  Było  to  faktyczne 

zesłanie,  choć  pod  pretekstem  ostatecznego  skonkretyzowania  jego  specjalności  -  badania 

biosfer  kosmicznych.  Odczuwał  to  jednak  tylko  jako  odrzucenie  wyników  jego  badań, 

negację osiągnięć i uznanie za nieprzydatnego w Zespole. 

Rozpoczął przygotowania do odlotu i pobytu na stacji. 

Ekspansja kosmiczna człowieka zakończyła się już przed  milionami  lat. Opanowano 

wtedy fragment Galaktyki o promieniu mniej więcej pięćdziesięciu lat świetlnych. Później nie 

prowadzono już regularnych lotów na dalszy dystans, natomiast zakładano i rozbudowywano 

stacje  w  opanowanym  obszarze.  Za  mało,  było  ludzi  na  dalszą  ekspansję.  I  tak  zresztą 

zajmowany  obszar  nie  był  jeszcze  dokładnie  zbadany.  Oczywiście,  istniała  szczegółowa 

klasyfikacja  gwiazd  i  ich  planet,  ale  ciągle  jeszcze  ogromna  ich  liczba  wymagała 

podstawowych badań; były wśród nich nawet planety posiadające własne biosfery. 

Stacje kosmiczne tworzyły jednolity system. Część z nich zbudowano w zamierzchłej 

przeszłości; te  modernizowano. Zakładano też nowe, oczywiście automatyczne, bez udziału 

ludzi,  którzy  mieli  je  objąć  w  posiadanie  w  bliżej  nie  określonej  przyszłości,  gdy  tylko 

pozwoli  na  to  ilościowa  sytuacja  społeczeństwa.  Poza  stacjami  badawczymi,  na  krańcach 

opanowanego  przez  człowieka  obszaru,  rozmieszczone  były  tak  zwane  Stacje 

Bezpieczeństwa.  Dokładne  ich  przeznaczenie  i  wyposażenie  znane  było  tylko  nielicznym, 

background image

jednak  wiązało  się  to  niewątpliwie  z  faktem  podejmowania  w  przeszłości  nielicznych  prób 

eksploracji  dalekiego  zasięgu.  Żadna  z  takich  ekspedycji  nie  powróciła  na  Ziemię,  żadna  z 

nich  nie  przekazała  też  jakichkolwiek  informacji  o  swoim  losie.  Krążyły  poza  tym 

niesprawdzone  informacje  o  hipotetycznym  istnieniu  innej  Cywilizacji  Technologicznej, 

gdzieś w sąsiedztwie ziemskiej subgalaktyki. 

Tyle dowiedział się z materiałów przygotowujących go do wyjazdu. Informacji było 

znacznie  więcej,  ale  dotyczyły  one  układu,  do  którego  miał  lecieć,  jego  biosfery  oraz 

szczegółów technicznych pracy na stacji. Na dokładne ich przestudiowanie miał mieć wiele 

czasu  podczas  lotu.  Na  Ziemi  pozostało  mu  jeszcze  tylko  zaopatrzenie  się  w  indywidualny 

zbiór  materiałów  dokumentacyjno-naukowych,  który,  wraz  ze  zbiorem  standardowego 

wyposażenia  stacji,  miał  mu  wystarczyć  na  niewielką  ilość  kolejnych  lat,  a 

najprawdopodobniej stuleci. 

 

background image

30. Archiwum 

 

Nie skorzystał z możliwości automatycznego połączenia się z Centralnym Archiwum i 

skompletowania tą drogą zestawu danych, lecz wybrał się do niego osobiście. 

Zajmowało  ono  co  prawda  jeden  tylko  budynek,  ale  za  to  jego  kubatura  wynosiła 

prawie 0,05 km3. Nic dziwnego, zawierało ono utrwalone w pseudo-organicznych polimerach 

prawie  wszystko,  co  kiedykolwiek  od  czasu  powstania  najprymitywniejszych  technik 

utrwalania  informacji  zostało  przeniesione  na  glinę,  papier,  mikrofilm,  -czy  monokryształ. 

Ponadto  każda  z  pozycji  posiada  cały  szereg  wersji,  we  wszystkich  kolejnych  mutacjach 

języka. W  przypadku  tych  z  pierwszego  milionlecia,  ilość  wersji  szła  w  setki.  Rzecz  jasna, 

wykonywała to hierarchiczna sieć  kalkulatorów  Archiwum, tak jak  zresztą i  wszystkie inne 

czynności  związane  z  katalogowaniem,  sortowaniem  czy  powielaniem  zbiorów.  To  właśnie 

ona zajmowała 99% objętości budynku Archiwum. 

Plan  jego  sektorów,  pięter,  korytarzy  i  pomieszczeń  stanowił  sam  w  sobie  obszerny 

katalog.  Dział  Thorna  XII  rozpoczynał  się  od  sektora  1397.  Tu  zaczynała  się  pragenetyka, 

której dwadzieścia kilka milionów lat rozwoju zajmowały 253 kolejne sektory. 

Nie szukał niczego konkretnego. Zresztą stan, technikę i możliwości genetyki znał na 

wylot.  Teraz  interesowała  go  tylko  jej  historia.  Stracił  już  bowiem  zaufanie  do  wszystkich 

danych  jakie  udostępniono  mu  w  trakcie  nauki,  a  nie  związanych  ze  ścisłą  techniką 

genetyczną, szczególnie zaś tych, które. dotyczyły ewolucji gatunkowej człowieka i próbie^ 

mów sterowania nią. 

I tu, próbując skompletować pozycje dające jaki taki pogląd na cały przebieg historii 

genetyki, musiał wspomnieć Randa 137. Dopiero teraz naprawdę go zrozumiał. Miał bowiem 

do  dyspozycji  wszystko,  ale  i  nic.  Nie  mógł  korzystać  ze  standardowych  programów 

poszukiwań tematycznych gdyż, prawdę powiedziawszy, sam dobrze nie wiedział czego chce. 

Interesowały  go  prace  najważniejsze,  nadające  kierunek  genetyce  swojego  okresu,  ale  nie 

mógł  tego  zlecić  kalkulatorom.  Dla  nich  nie  istniało  pojęcie  istotności  danych.  Podawanie 

wieloczłonowych indeksów różnych typów także mijało się z celem. Te same mogły dotyczyć 

równie dobrze prac fundamentalnych, jak i nic nie znaczących wzmianek. W zasadzie zdany 

był na wybór losowy. 

Postąpił  jednak  nieco  inaczej,  bardziej  metodycznie.  Wiedząc,  że  od  setek  tysięcy  a 

może  i  milionów  lat  genetyka  obraca  się  wokół  tych  samych  zagadnień  i  metod  ich 

rozwiązywania, postanowił sięgnąć do, jak sam to nazwał, stanu podstawowego. W związku z 

background image

tym kazał włączyć do swego indywidualnego zestawu wszystkie prace powstałe przed rokiem 

10000,  a  potem  po  pierwszym  milionie  prac  z  każdego  kolejnego  10000-lecia.  Zredukował 

sobie w ten sposób ilość materiału do ułamka procentu, ale nadal były to ponad dwa miliardy 

jednostek. Szczegółowe studia nad nimi zostawił sobie na później. 

Zamówienie  zostało  zrealizowane  w  kilka  minut.  Archiwum  opuścił  z  niewielkim 

prostopadłościanem gotowym do podłączenia najpierw do pokładowego, a później stacyjnego 

zbioru danych. 

W kilka tygodni później wystartował typową jednostką badawczą dalekiego zasięgu. 

Centrum Nawigacyjne odprowadziło go na 50 miliparseków, naprowadziło na właściwy kurs 

i  pozostawiło  samemu  sobie.  Czekające  go  osiemdziesiąt  lat  lotu  mógł,  poza  końcowym 

okresem, wykorzystać według własnego uznania. Mógł pracować, studiować albo hibernować 

się na dowolny okres czasu. 

 

background image

31. Człowiek 

 

Nie  skorzystał  z  możliwości  hibernacji.  Pustka  dziesięcioleci  lotu  nie  miała  się 

przecież  prawie  niczym  różnić  od  pobytu  na  stacji.  I  tu,  i  tam  mógł  zajmować  się  swoimi 

pracami. 

Dysponował,  zatem  czasem  i  materiałami  źródłowymi,  jednym  i  drugim  w  prawie 

nieograniczonej ilości. Na początek postanowił poznać dynamikę populacji ludzkiej, przebieg 

jej  stanu  genetycznego  i  metodykę  wpływu  na  niego  na  przestrzeni  całej  historii  gatunku. 

Programowanie  automatycznego  wyboru  z  pokładowego  Archiwum  odpowiednich 

materiałów  pochłonęło  wiele  czasu,  a  jeszcze  więcej  -  konieczność  osobistej  selekcji 

uzyskanego zbioru. 

Później  nastąpiło  skrupulatne  wyłuskiwanie  danych  dotyczących  kolejnych  epok. 

Miejscami  były  one  niekompletne,  zgoła  sprzeczne,  więc  konieczne  były  odpowiednie 

interpolacje.  Najgorzej  było  z  określeniem  stanu  genetycznego  i  metod  jego  kontroli. 

Niejednokrotnie  występowały  okresy  pełnego  chaosu;  prowadzono  naraz  kilka  programów 

kompleksowych prac genetycznych dotyczących znacznych części populacji, zmieniano nagle 

poszczególne projekty, nie bacząc na rezultaty poprzednich, podawano niekompletne wyniki 

lub zgoła je fałszowano, a nikt nie kontrolował stanu całości. Sytuacje takie zdarzały się dość 

często do, mniej więcej, końca pierwszego milionlecia, od kiedy to, w zasadzie bez przerwy, 

utrzymywano globalną kontrolę nad stanem genetycznym gatunku i jego rozwojem. 

Stosunkowo  najłatwiej  przyszło  określić  dynamikę  ilościową.  Wykładniczy  wzrost 

gatunku utrzymał się przez pierwsze miliony lat jego rozwoju, osiągając 

swój szczyt w kilkanaście tysięcy lat po przekroczeniu bariery psychospołecznej i tuż 

po osiągnięciu progu technologicznego. Żyło wtedy około czterdzieści miliardów ludzi. 

Nastąpiły  kolejne  gwałtowne  spadki  liczebności  spowodowane  niedopracowanymi 

programami  przekształcenia  całości  geobiocenozy.  Zazwyczaj  połączone  one  były  ze 

skokowym  wzrostem  ilości  mutacji,  najczęściej  letalnych.  Przedzielone  one  były  okresami 

względnej stabilizacji lub powolnego wzrostu liczebności, trwającymi aż do podjęcia nowych 

akcji.  Niemniej  jednak,  liczba  ludzi  nadal  szła  w  miliardy,  tyle,  że  przy  stale  rosnącym 

udziale mutantów. 

Serię  istotnych  kryzysów  spowodowały  dopiero  kompleksowe  prace  nad  stanem 

genetycznym  całości  populacji,  prowadzone  na  poziomie  genetyki  molekularnej.  Ludzkość 

wychodziła z nich zdziesiątkowana i  coraz bardziej zmieniona. Około  roku 970 000 liczyła 

background image

już tylko osiemnaście milionów, w tym ponad siedem milionów mutantów. I zapewne na tym 

skończyłaby się historia gatunkowa człowieka, gdyby nie dwa zdarzenia, jakie miały miejsce 

w ciągu kilku następnych tysiącleci. 

Najpierw  odkryto  submolekularne  podłoże  zjawisk  genetycznych  i  opracowano 

metody wykorzystania go do celów praktycznych, a zaraz potem podjęto drastyczną kontrolę 

stanu  genetycznego  społeczeństwa,  którą  zdołano  utrzymać  do  dzisiaj.  W  momencie  tym 

skończyła  się  żywiołowa  ewolucja  człowieka.  Niestety,  materiał  genetyczny  jakim 

dysponowano  nie  pozwolił  na  pełne  odrodzenie  ilościowe  gatunku,  a  jedynie  na  względne 

utrzymywanie  stanu  wyjściowego.  Liczebność  populacji  utrzymywała  się  do  końca 

pierwszego milionlecia w granicach od kilku milionów do krytycznych piętnastu tysięcy z lat 

17860000. 

 

background image

32. Psychika 

 

Wnioskiem,  jaki  najbardziej  go  uderzył,  było  potwierdzenie,  przeczuwanego  już 

wcześniej faktu, że czysto biologiczny rozwój człowieka zakończył się przed dwudziestoma 

milionami lat. Analizując późniejsze wysiłki związane z utrzymaniem niezbędnego poziomu 

ilościowego,  coraz  bardziej  przekonany  był,  że  człowiek  jako  gatunek  wszedł  w  okres 

poprzedzający  jego  zagładę,  i  że  nic  tu  nie  może  pomóc.  Nawet  pozostawiony  przez  niego 

projekt. Bo chociaż poziom intelektualny jednostek systematycznie wzrastał, to coraz trudniej 

było wyselekcjonować je, czy to drogą genetyczną, czy też korekcyjną. 

Z  szerszego,  już  nie  tylko  genetycznego  punktu  widzenia,  popatrzył  na  sprawy 

psychiki.  Dotychczas  społeczeństwo,  w  zależności  od  swej  aktualnej  liczebności, 

akceptowało  mniejszy  lub  większy  rozrzut  cech  psychicznych.  Przy  mniejszej  populacji 

prowadziło to do uznawania za normalnych, ludzi o pewnym stopniu degeneracji, co z  kolei 

powodowało  pogorszenie  ogólnego  stanu  genetycznego  następnych  pokoleń.  Niemniej 

jednak,  wzorcowy  typ  psychiki  pozostawał  niezmienny.  Było  to  naturalne.  Niezmienna 

pozostawała,  bowiem  także  minimalna  ilość  niezbędnych  stanowisk,  ich  typ,  a  także 

większość urządzeń opartych na stałym od tysiącleci poziomie technologicznym. 

Czysto  genetyczna  selekcja  pozwalała  na  uzyskanie  jedynie  niewielkiego  procentu 

takich ludzi w każdym pokoleniu. Sam był jednym z nich. Całą resztę kształtowano na drodze 

korekcji psychiki wykształconych już egzemplarzy. A ilość niezbędnych korekt ciągle rosła i, 

jak stwierdził na drodze analizy prognostycznej, rosnąć miała nadal. Aby za kilkaset tysięcy 

lat  uzyskać  wzorcowy  typ  psychiki,  koniecznych  będzie  kilkanaście  korekcji  w  ciągu 

pierwszych pięćdziesięciu lat życia osobnika. Pewne polepszenie sytuacji mogłaby przynieść 

realizacja jego projektu, aczkolwiek i wtedy nie obyłoby się bez korekcji. 

Zainteresował  go  teraz  hipotetyczny  rozwój  cech  psychicznych,  gdyby  za  punkt 

wyjścia  wziąć  nie  teraźniejszość,  a  archiwalny  materiał  genetyczny.  Wybrał,  więc  z 

materiałów sprzed stu tysięcy lat genetyczne zapisy kilkudziesięciu osobników o wzorcowej 

psychice  i  zaprojektował,  na  drodze  przypadkowego  doboru,  kolejne  pokolenia.  I  już  po 

około trzydziestu stwierdził to samo, co startując z materiałem bieżącym-coraz trudniej było 

znaleźć sposób dojścia do wzorcowej psychiki i coraz więcej korekcji potrzebnych było do jej 

osiągnięcia.  Kolejne  cofanie  się  w  czasie  prowadziło  do  identycznych  wyników.  Najpierw 

cofał  się,  co  sto  tysięcy  lat,  potem,  co  milion,  aż  doszedł  do  krytycznych  lat  900  000,  na 

background image

których urwały się zapisy genetyczne ludzi na poziomie submolekularnym i niemożliwe stało 

się abstrakcyjne modelowanie psychiki kolejnych pokoleń. 

Z  przeraźliwą  jasnością  ujrzał,  że  schyłek  gatunkowy  człowieka  trwa  już  ponad 

dwadzieścia  milionów  lat  i  obejmuje  prawie  90%  jego  historii,  a  w  dodatku  okres  jego 

pokrywa  się  z  przejściem  na  ewolucję  sterowaną.  Chociaż,  skonstatował  ze  smutkiem,  to 

właśnie początek upadku gatunku zmusił ludzkość do przejęcia kontroli nad jego rozwojem. 

Zrozumiał, że nie ma czego szukać w okresie po przekroczeniu bariery sterowanego 

rozwoju.  Nadal  obracać  się  będzie  w  kręgu  tych  samych  problemów,  niemożliwych  już  do 

rozwiązania. 

Postanowił przenieść się w okres wcześniejszy i zająć badaniami z naturalnego jeszcze 

okresu rozwoju. Chciał sprawdzić ich możliwości psychiczno-logiczne, sposób przenoszenia 

cech na potomstwo oraz podatność na korekcje. Szczególnie interesowało go sprawdzenie, po 

jakiej ilości pokoleń i, przy ilu korekcjach w każdej, uda się uzyskać aktualny wzorcowy typ 

psychiki,  a  więc  przeskoczyć  miliony  lat  „ewolucji"  psychicznej.  Wymagało  to  jednak 

przejścia do doświadczeń na rzeczywistym materiale biologicznym. 

Zajął  się  tym  dopiero  na  stacji.  Ponieważ  musiał  jednocześnie  prowadzić  badania 

programowe, szło mu to znacznie wolniej. 

 

background image

33. Człowiek pierwotny 

 

Sprawa nie była prosta. 

Po  odkryciu  genetyki  na  poziomie  submolekularnym,  osobnicze  zapisy  ludzi 

wystarczały  do  laboratoryjnego  doprowadzenia  ich  do  pełnego  fizycznego  rozwoju,  czyli 

praktycznie  do  ich  rekonstrukcji.  Starczało,  tak  odtworzonemu  człowiekowi,  wpisać 

zawartość  fizyczno-informacyjną  mózgu,  notowaną'  każdemu  wielokrotnie  w  ciągu  jego 

życia,  aby  mieć  przed  sobą  osobnika  genetycznie,  anatomicznie  i  psychicznie  tożsamego  z 

osobnikiem  żyjącym  dowodnie  dawno.  Oczywiście,  nigdy  tego  nie  robiono,  chociażby 

dlatego,  że  było  to  obwarowane  zakazem  pierwszego  stopnia.  Natomiast  samymi  zapisami' 

posługiwano się bardzo często do modelowania genetycznego. Pełne zapisy submolekularne 

pary  ludzi  starczały  do  stworzenia  identycznego,  w  pełni  zdeterminowanego  opisu  ich 

potomków  w  dowolnej  liczbie  pokoleń.  Dla  Thorna  XII  była  to  od  lat  podstawowa  metoda 

badawcza. 

Inaczej  wyglądała  sprawa  genetyki  na  poziomie  molekularnym;  zapisy  na  tym 

poziomie  wystarczały  jedynie  do  statycznego  opisu  pokoleń  pochodnych.  I  im  odleglejsze 

było to pokolenie, tym większy był rozrzut wszystkich cech, następowało ich rozmycie. Dla 

fizycznych, było ono stosunkowo niewielkie. Natomiast cechy psychiczne, determinowane w 

zasadzie  wyłącznie  na  poziomie  submolekularnym,  były  praktycznie  zupełnie  różne  przy 

różnych  próbach  krzyżowania  zapisów  tych  samych  osobników.  Wykluczało  to  możliwość 

precyzyjnego  modelowania  przyszłych,  hipotetycznych  pokoleń.  Badanie  ich  wymagało 

fizycznego  odtworzenia  wyjściowych  egzemplarzy  i  umożliwienia  im  normalnego  rozwoju, 

aż  do  wykształcenia  się  cech  na  poziomie  submolekularnym.  Dopiero  wtedy  można  było 

„zdjąć" ich pełne zapisy genetyczne i dalej prowadzić już tylko, badania modelowe. 

I  chociaż  był  na  to  jeszcze  ostrzejszy  zakaz,  postanowił  zająć  się  tym  praktycznie. 

Odtworzenie kontrolnej populacji i dopuszczenie do jej rozwoju' mogło dać obraz naturalnej, 

niezakłóconej  ewolucji  człowieka,  a  szczególnie  jego  cech  psychicznych.  Równolegle,  na 

części  populacji,  można  by  prowadzić  badania  nad  skutecznością  korekcji  psychiki  i 

oszacować możliwość dojścia do jej poziomu wzorcowego. Ze względu na znacznie krótszy 

średni  czas  życia  człowieka  pierwotnego,  mógłby  tą  metodą  przebadać  przynajmniej 

siedemdziesiąt pokoleń. 

Uzyskane tą drogą wyniki mogły być także użyteczne dla poprawy aktualnego stanu 

genetycznego, chociażby przez stopniowy odwrót od sztucznego typu wzorcowej psychiki, na 

background image

rzecz  bardziej  naturalnego,  oczywiście,  o  ile  Obdarzeni  nią  ludzie  daliby  radę  sprostać 

wymogom  współczesnego  systemu  społecznego.  Nie  wykluczał  nawet  bezpośredniego 

wykorzystania  archiwalnego  materiału  genetycznego,  oczywiście  po  jego  transpozycji  na 

zapis  submolekularny,  do  wzbogacenia  stanu  bieżącego.  Rzecz  jasna,  dotyczyć  to  mogłoby 

jedynie  warstwy psychicznej genotypów, gdyż różnice anatomiczne i  fizjologiczne były już 

zbyt duże. 

Przypomniał sobie, że z materiałów historycznych, jakie dostał kiedyś od Randa 137, 

wyciągnął jedynie wniosek, iż ludzie z pierwszego milionlecia byli jeszcze bardziej niezborni 

psychicznie, niż najbardziej skrajne przypadki z rezerwatów. Ale fakt pozostawał faktem. Tak 

naprawdę,  to  oni  doprowadzili  Cywilizację,  przynajmniej  technologicznie,  do  takiego 

poziomu,  jaki  obecnie  starano  się  chociażby  utrzymać.  Inna  sprawa,  że  to.  także  oni 

doprowadzili do jej kryzysu biologicznego. 

Oczywiście,  nie  od  razu  przystąpił  do  doświadczeń.  Najpierw  trzeba  było  dokładnie 

zapoznać  się  z  anatomią,  fizjologią,  a  przede  wszystkim  psychiką  tych  ludzi. Miał  przecież 

odtworzyć  ich,  a  więc  musiał  zapewnić  im  odpowiednie  warunki  do  życia.  A  do  tego 

niezbędna była ich wszechstronna znajomość. 

Z  anatomią  i  fizjologią  poszło  łatwo.  Zresztą  podstawowe  rzeczy  znał  ze  studiów. 

Człowiek pierwotny był wielokrotnie mniej odporny na wszelkie oddziaływania zewnętrzne. 

Żył średnio 180 razy krócej, wymagał prawie ośmiokrotnie większej ilości tlenu w powietrzu, 

300  razy  gorzej  znosił  radiację,  nie  mógł  syntetyzować  w  organizmie  całego  szeregu 

związków  enzymatycznych  i  katalizatorów,  wymagał  w  końcu  pożywienia  organicznego  o 

wysokim  poziomie  złożoności.  Znacznie  węższy  miał  też  przedział  warunków,  w  których 

mógł  żyć.  Dotyczyło  to  prawie  wszystkich  wielkości  fizycznych,  chociażby  temperatury, 

ciśnienia. Jego możliwości regeneracyjne były, praktycznie rzecz biorąc, zerowe. Wszystko to 

stwarzało istotne trudności techniczne. 

Znacznie  gorzej  było  z  psychiką.  Praktycznie  żadna  ze  współczesnych  tym  ludziom 

prac  z  dziedziny  psychologii  nie  znajdowała  się  na  poziomie  wystarczającym  do 

jakiejkolwiek analizy. Raz, z powodu nieznajomości wielu mechanizmów układu nerwowego, 

dwa  -  absolutnej  niejednoznaczności  najprostszych  nawet  pojęć.  Późniejsze  translacje  na 

kolejne bieżące języki jeszcze bardziej gmatwały terminologię. Wszystkiego trzeba było się 

domyślać.  Dość  szybko  zrezygnował.  I  tak  zresztą  właściwe  badania  trzeba  będzie 

przeprowadzić  po  wykształceniu  dojrzałych  osobników.  Wtedy  do  dyspozycji  będzie 

współczesny aparat badawczy: zespoły urządzeń i zestawy testów. 

background image

34. Eksperyment 

 

Rozpoczął przygotowania. 

Pierwszym  krokiem  był  wybór  populacji  przeznaczonej  do  rozwoju.  Dysponował 

milionami  zapisów  genetycznych  z  różnych  epok,  ale  ograniczył  się  w  wyborze  do 

najwcześniejszych. Po prostu chciał wyeliminować możliwie największą liczbę zewnętrznych 

wpływów na kod genetyczny. Cofnął się aż do pierwszego tysiąclecia ekspansji kosmicznej. 

Z  zapisów  tego  okresu  wyodrębnił  grupę  osobników  o  najbardziej  spójnej  psychice, 

stosunkowo  najbardziej  zbliżonej  do  wzorcowej.  Podobieństwo  było  nadal  znikome,  ale 

zawsze  o  jakiś  ułamek  procentu  większe  niż  u  innych.  Nieprzypadkowo  okazało  się,  że 

wyselekcjonowana  kilkudziesięcioosobowa  grupa  składała  się  prawie  wyłącznie  z  osób 

związanych  w  jakiś  sposób  z  lotami  kosmicznymi.  Widać  już  wtedy,  gdy  o  doborze  ludzi 

decydowały  czynniki  psychiczne,  bezwiednie  zbliżano  się  do  wzorca  panującego  przez 

następne milionlecia. 

Większość  wybranych  zapisów  została  dokonana  w  swego  rodzaju  ośrodku 

dyspozycyjnym,  skupiającym  całokształt  spraw  związanych  z  eksploracją  kosmiczną. 

Oczywiście,  wziął  pod  uwagę  tylko  te  kody  genetyczne,  którym  towarzyszyły  okresowe 

zapisy  zawartości  informacyjnej  mózgu  na  poziomie  umożliwiającym  ponowne  wczytanie. 

Co  ciekawsze,  ci,  którzy  dokonywali  tych  zapisów,  umieli  korzystać  tylko  z  najbardziej 

zewnętrznej  ich  warstwy,  wyciągając  z  dużym  przybliżeniem  wnioski  dotyczące  stanu 

psychicznego i jego zmian powodowanych lotami. Dopiero w kilkadziesiąt tysięcy lat później 

okazało  się,  że  są  to  kompletne  zapisy  osobowości,  pozwalające  na  całkowite  odtworzenie 

wszystkich cech psychicznych i pełnej pamięci osobniczej. 

Z  wyselekcjonowanej  w  ten  sposób  grupy  wybrał  losowo  trzy  kobiety  i  trzech 

mężczyzn. Powinno to na razie wystarczyć. 

Pozostawały,  więc  tylko  szczegóły  techniczne.  Wyodrębnił  poprzez  hermetyzację  i 

ekranowanie  antyradiacyjne  część  pomieszczeń  stacji,  tworząc  w  ten  sposób  warunki 

niezbędne  dla  odtwarzanych  istot.  Ponadto  musiał  skonstruować  specjalne  kabiny 

inkubacyjne  i  system  odżywiania  środkami  o  wysokim  stopniu  złożoności  organicznej. 

Zdecydował się na pięciokrotne przyspieszenie rozwoju osobniczego. Nie chciał być bardziej 

radykalny,  gdyż  utraciłby  wtedy  możliwość  pełnej  kontroli  nad  właściwym  rozwojem 

fizycznym  i  odpowiednim  poziomem  warunków  zewnętrznych,  a  także  utrudniłby  sobie 

prowadzenie badań wstępnych. 

background image

Zasadniczą niewiadomą eksperymentu był, statystycznie tylko przewidywalny, rozwój 

fenotypów,  a  głównie  ich  mózgów,  związany  z  niewielką  precyzją  posiadanych  zapisów 

genetycznych.  W  skrajnym  przypadku,  mogło  to  doprowadzić  do  niekompatybilności 

wykształconego  osobnika  z  jego  zarejestrowaną  psychiką.  Aby  zabezpieczyć  się  przed  tą 

ewentualnością  i  nie  tracić  czasu  na,  niezbędne  w  takim  przypadku,  powtórzenie  rozwoju, 

każdą  z  wybranych  osób  odtworzył  pięciokrotnie  według  tego  samego  kodu.  Później,  gdy 

poszczególne egzemplarze staną się opisy walne w sposób zdeterminowany, miał decydować, 

któremu  z  pięciu  alternatywnych  osobników  wpisać  zawartość  mózgu.  Pozostałe  można 

będzie wtedy przeznaczyć do różnego rodzaju badań podstawowych. 

Wyboru  dokonał  po  roku.  Rozwijające  się  egzemplarze  miały  wtedy  po  pięć  lat. 

Wyodrębnił  sześcioosobową  grupę  przeznaczoną  do  osiągnięcia  dojrzałości  i  przyjęcia 

psychiki.  Przerwał  natomiast  rozwój  pozostałych  osobników  i  opracował  dla  nich  test 

badający  aktualne  i  potencjalne  możliwości  umysłowe.  Dla  zbadania  aktualnych,  pobudzał 

ich pozbawione osobniczej pamięci  mózgi standardowymi seriami impulsów chemicznych i 

elektromagnetycznych.  Wnioski  potwierdziły  słuszność  tez  zawartych  w  materiałach 

źródłowych  oraz  jego  osobistych  przeczuć.  Mózg  tych  istot  nie  dość,  że  znajdował  się  na 

znacznie  niższym  poziomie  komplikacji,  w  dodatku  wykorzystywany  był  jedynie  w 

niewielkim  procencie,  a  jego  centra  logiczno-ekstrapolacyjne  były  prawie  nie  używane  i 

tłumione  przez  ośrodki  motoryczne.  Oczywiste  więc  było,  że  nie  ma  co  mówić  nie  tylko  o 

logice indywidualnej, ale nawet o spójności osobowości. 

Następny etap obejmował próby różnorodnych korekcji psychiki. I tu wyniki przeszły 

jego  najśmielsze  oczekiwania.  Istoty  okazały  się  nieporównanie  bardziej  podatne  na  nie  niż 

współcześni  ludzie.  Już  wstępne,  chirurgiczne  korekcje  pozwoliły  na  prawie  całkowite 

odblokowanie  ośrodków  logicznych.  Co  prawda,  prowadziło  to  początkowo  do  całkowitej 

utraty  stabilności  psychiki,  ale  tę  dawało  się  przywrócić  seriami  korekcji  chemicznych. 

Wszystko to zwiększało wykorzystanie mózgu prawie do 40% jego potencjalnych możliwości 

i  pozwalało  na  podporządkowanie  średnio  65%  jego  procesów  ośrodkom  logiczno-

ekstrapolacyjnym.  A  stan  ten  można  było  jeszcze  poprawić.  Nawet  u  tych  egzemplarzy,  nie 

mówiąc już o ich hipotetycznym potomstwie. 

background image

35. Ostrzeżenie 

 

Zweryfikował  program  eksperymentu.  Zrezygnował  z  badań  naturalnej  ewolucji 

kolejnych  pokoleń.  Nie  wniosłyby  one  nic  istotnego,  za  to  pochłonęły  mnóstwo  czasu. 

Postanowił,  że  po  zapisaniu  zawartości  mózgów  osobnikom  przeznaczonym  do  dalszego 

rozwoju  i  po  przebadaniu  ich  psychiki  w  warunkach  rzeczywistych,  dokona  optymalnego 

ciągu  korekcji  i  w  razie  potwierdzenia  wniosków,  utrwali  je  w  ich  kodzie  genetycznym. 

Następne  pokolenia  będą  mieć  już  utrwalony  ten  typ  psychiki  i  można  będzie  prowadzić 

korekcje na wyższym poziomie... 

Od  uruchomienia  doświadczenia  minęło  prawie  sześć  lat.  Zlikwidował  już  cały 

materiał pomocniczy, pozostawiając tylko sześciu bazowych ludzi projektu. Powoli osiągali 

oni  optymalny, zdaniem  Thorna XII, wiek do zapisania im zawartości  pamięci. Wystąpił  tu 

pewien problem związany z tym, że zapisy mózgowe, jakimi dysponował, dokonane były w 

dwóch przypadkach w wieku znacznie starszym niż ustalone przez niego trzydzieści pięć lat. 

Zdecydował  się  jednak  potraktować  to  jako  dodatkowy  test  na  spójność  psychiki  i,  mimo 

wszystko, nie czekać w tych przypadkach przez dodatkowych kilka lat, a dokonać zapisu na 

znacznie młodszym fenotypie. 

W  czasie  przeznaczonym  na  osobniczy  rozwój  wybranej  szóstki,  przygotował  bazę 

techniczną  do  dalszych  prac.  Wymagało  to  zadbania  o  szereg  urządzeń,  zarówno 

umożliwiających  w  miarę  normalne  życie  odtworzonych  ludzi,  jak  i  dokonywanie  ich 

korekcji.  Stworzył  więc  niemal  całą  bazę  mającą  dać  im  poczucie  względnej  swobody  i 

niezależności.  W  izolowanej  jej  części  rozmieścił  laboratoria  badawcze.  Kończył  właśnie 

wyposażenie  ostatnich,  gdy  otrzymał  wiadomość  zmuszającą  go  do  całkowitej  rewizji 

planów. 

Przyszła  ona  dziwną  drogą.  Oczywiście,  miał  do  dyspozycji  kanał  dwustronnej 

tachionowej  łączności  z  Ziemią,  ale  niezależnie  od  niego,  wiele  urządzeń  stacji,  a  przede 

wszystkim  kalkulator.  Stacja  przekaźnikowa  i  Blok  Bezpieczeństwa  komunikowały  się 

bezpośrednio  z  nadzorującymi  je  ziemskimi  ośrodkami  dyspozycyjnymi.  Któregoś  dnia, 

przeglądając  taśmy  okresowej  kontroli  przekaźnikowej,  stwierdził  nieznaczny  wzrost 

poziomu  zakłóceń  powtarzający  się  periodycznie  do  kilku  tygodni.  W  dodatku  okres 

pomiędzy  kolejnymi  zakłóceniami  pokrył  się  z  pełnym  cyklem  przełączania  stacji  na  różne 

kierunki pracy. Sugerowało to jednoznacznie kierunkowy charakter zakłóceń. Zainteresował 

go ten fakt i chociaż były one znacznie poniżej poziomu istotności, przekazał kalkulatorowi 

background image

do analizy taśmy z ich rejestracją. Wynik był najdziwniejszy z możliwych. Kierunek źródła 

zakłóceń  pokrywał  się  z  radiantem  Ziemi,  mimo  iż  szczególnie  dbano,  by  pomiędzy  nią  a 

stacjami  nie  było  żadnych  stałych  źródeł  sygnałów  mogących  przeszkadzać  w  łączności.  Z 

kolei  źródło  przypadkowe  nie  mogłoby  powodować  zakłóceń  w  ciągu  tak  długiego  czasu. 

Wszystko  to  oznaczać  mogło  tylko  jedno  -  wzrost  poziomu  szumów  spowodowany  był 

sztucznym sygnałem z Ziemi i to sygnałem adresowanym do jego stacji, a właściwie do niego 

osobiście,  gdyż  żadne  z  urządzeń  nie  mogło  odebrać  sygnału  o  tak  niskim  poziomie.  Poza 

tym, każde z nich miało własny kanał łączności z Ziemią, więc przekazywanie czegokolwiek 

w  taki  właśnie  sposób  było  zupełnie  pozbawione  sensu.  A  więc  ktoś  chciał  się  z  nim 

skontaktować i to poza kontrolą urządzeń automatycznych. 

Znając naturę sygnału, rozszyfrowanie jego treści było dla kalkulatora stacji kwestią 

minut. Miał przed sobą tekst: 

...  Zgodnie  z  zasadami  pracy  na  stacjach  kosmicznych,  Blok  Bezpieczeństwa 

przekazuje okresowo na Ziemię szczegółowe sprawozdanie o ich załogach. Od początku Rada 

śledzi  prowadzone przez  ciebie badania. Początkowo była tylko zaniepokojona, ale ostatnio 

postanowiła  działać.  W  najbliższym  czasie  wysłany  zostanie  z  sąsiedniej  Stacji 

Bezpieczeństwa statek, mający sprowadzić cię na Ziemię. Wiesz co cię czeka. Mogę radzić ci 

tylko jedno. Uciekaj poza opanowany przez nas obszar. Aby wyłączyć system automatycznej 

sygnalizacji położenia statku musisz przerwać połączenie anten Xh-4 i Xh-7 z pokładowym 

Blokiem  Bezpieczeństwa.  Blok  przestanie  nadawać,  a  ty  będziesz  się  mógł  dostać  do  jego 

części informacyjnej. Jej kod-3672733014. Przy okazji dowiesz się wielu istotnych dla ciebie 

rzeczy... 

Nadawca  mógł być tylko jeden. IntrXIX. Tylko on mógł zdobyć się na takie ryzyko. 

Tylko  on  jeden  ze  znanych  Thornowi  XII  ludzi,  podobnie  jak  on  sam,  nie  przechodził 

korekcji.  A  jak  mógł  się  zorientować  jeszcze  w  trakcie  pobytu  na  Ziemi,  u  takich  ludzi 

pozostawał  pewien  margines  dopuszczający  działania  nie  zawsze  będące  w  zgodzie  z 

wymogami systemu. No i poza tym Intr XIX był specjalistą od łączności dalekiego zasięgu. 

W pierwszej chwili nie bardzo chciał wierzyć w treść ostrzeżenia. Ale gdy przemyślał 

wszystko  spokojnie,  uświadomił  sobie  całą  swoją  dotychczasową  naiwność.  Przecież  nie  do 

pomyślenia było, aby cała jego działalność pozostawała poza  kontrolą Ziemi. Chociażby ze 

względu  na  to,  że  mógłby  samowolnie  zmienić  ustalony  program  badań,  zupełnie  przestać 

wykonywać  go  lub  nawet,  w  skrajnym  przypadku,  jego  parametry  psychiczne  mogły  spaść 

poniżej  krytycznego  poziomu.  O  czymś  takim  Ziemia  powinna  dowiedzieć  się  jak 

background image

najszybciej. Tak więc, konieczna była przynajmniej okresowa kontrola, a stąd już tylko krok 

do pełnej. Tak przecież było najprościej. Zupełnie logicznie.... 

background image

36. Plany 

 

Alternatywne rozwiązanie podsunął mu w swoim ostrzeżeniu Intr XIX. Ucieczkę poza 

opanowany przez Ziemię obszar. 

Trudno  mu  było  podjąć  ostateczną  decyzję.  Obszar  Galaktyki  leżący  poza 

zdominowaną  przez  człowieka  sferą  był  zupełnie  niezbadany.  Dość  płynną  granicę 

wyznaczały  Stacje  Bezpieczeństwa.  Niewiele  o  nich  wiedział,  jak  zresztą  o  całej  polityce 

badań  kosmicznych.  W  zasadzie  chronić  miały  ziemską  subgalaktykę  przed  jakąkolwiek 

ingerencją z zewnątrz. Ale takiej, o ile wiedział, nikt nigdy nie podejmował. Prawdopodobnie 

założono  je  przed  milionami  lat  i  tak  już  pozostały  na  zasadzie  inercji,  tak  typowej  dla 

wszelkiej ludzkiej działalności. Z kolei, na wyjście poza ten obszar nigdy nie było środków, a 

przede wszystkim pełnosprawnych ludzi, którym można było to powierzyć. Nie było zresztą, 

po  co  i  tak  opanowany  obszar  nie  był  jeszcze  zbadany  szczegółowo.  Przecież  on  sam 

wypełniał luki... 

Z  pewną  ironią  połączoną  ze  smutkiem,  wspomniał  plany  z  pierwszego  tysiąclecia 

ekspansji  dotyczące  kolonizacji  Kosmosu.  Zakładano  wtedy  nieprzerwany  wykładniczy 

wzrost  liczebności  populacji  i  konieczność  stopniowego  przesiedlania  ludzi  do  kolejnych 

układów.  Czy  ktokolwiek  mógłby  wtedy  przypuścić,  że  po  dwudziestu  jeden  milionach  lat 

Ziemia  będzie  zamieszkana  tylko  w  jednym  niewielkim  rejonie?  A  przecież  w  zbadanej 

przestrzeni istniało kilkaset planet o nie gorszych niż Ziemia warunkach bytowania, a nawet 

rozwoju  dla  ziemskiej  biosfery.  Może  gdyby  skolonizowano  je  wcześniej  nim  zaczęto 

przebudowywać Ziemię... 

W końcu podjął ostateczną decyzję ucieczki. Więcej, zdecydował się na przeniesienie 

swego eksperymentu najpierw na statek, a później na jakąś nadającą się do życia planetę. 

Rozważał różne możliwości. 

Osiąść  na  jednej  z  planet  ziemskiej  subgalaktyki,  którejś  z  tych,  gdzie  nie  ma  stałej 

stacji badawczej. Było to bardzo proste. Prawie tak samo, jak odnalezienie go przez Ziemię. 

Uciec poza obszar, tak jak sugerował Intr XIX. Oznaczało to albo szybkie znalezienie 

odpowiedniej  planety,  co  przy  niemożliwości  prowadzenia  w  trakcie  lotu  wielokierunkowej 

eksploracji automatycznej wcale nie było takie proste, albo skazanie się na nie wiadomo jak 

długie dryfowanie w przestrzeni kosmicznej w poszukiwaniu tejże. 

Pozostawały jeszcze Hiady. Duża gromada otwarta, gwarantująca szybkie znalezienie 

celu podróży. W dodatku znajdował się on aktualnie w obszarze względnie bliskim Hiad, od 

background image

których  dzieliła  go  tylko  jedna  Stacja  Bezpieczeństwa,  nie  licząc,  oczywiście,  dalszych 

dwudziestu  parseków  niezbadanej  przestrzeni,  o  stosunkowo  niewielkiej  koncentracji 

układów. Ale.. 

Szczątkowe dane o innej niż ziemska, Cywilizacji Technologicznej, wskazywały na jej 

lokalizację  właśnie  w  którymś  z  układów  Hiad.  Rzecz  jasna,  była  to  raczej  legenda,  niż 

potwierdzone fakty, ale gdyby były one prawdą, pochodzącą w dodatku sprzed ponad miliona 

lat, niewykluczone było, że cała gromada jest już przez nią opanowana. A do kontaktu z inną 

Cywilizacją  nie  był  przygotowany  i  nawet  nie  potrafił  zanalizować  dokładnie  takiej 

ewentualności. Zbyt wiele było niewiadomych, dotyczących nie tylko ich, ale nawet samego 

siebie. Znów wróciło uczucie lęku... 

Bardzo szybko jednak doszedł do wniosku, że w takim przypadku zawsze będzie mógł 

kontynuować poszukiwania poza Hiadami. W dodatku ciągle pozostawał mu obszar dzielący 

go od nich, gdzie także mógł znaleźć miejsce dla siebie i swojego eksperymentu. 

Tak,  to  było  optymalne  rozwiązanie.  Odlecieć  w  kierunku  Hiad.  Nie  za  szybko. 

Gdzieś  tak  0,4c.  W  trakcie  lotu  wysyłać  ultrakrótkie  sondy  do  wszystkich  układów 

pozostających  w  sąsiedztwie  trajektorii  lotu.  Jeżeli  znajdzie  się  możliwy  do  zamieszkania, 

pozostać w nim. Jeżeli nie, dolecieć do Hiad. I zorientować się w sytuacji. Jeżeli nie będą one 

opanowane  przez  kogokolwiek  (w  końcu  i  tamta  mityczna  cywilizacja,  jeśli  istniała  tutaj, 

mogła  już  dawno  zakończyć  swój  byt),  założyć  na  pierwszej  lepszej  planecie  przejściową 

stację i prowadzić wielokierunkową eksplorację. Wcześniej czy później znajdzie się planetę 

odpowiednią dla biosfery typu Ziemi. W razie jakichkolwiek trudności  odlecieć dalej. Czas 

nie odgrywał roli, wymogi energetyczne statku także. Zapasy paliwa można było uzupełniać 

gdziekolwiek. Utrata ciągu groziła tylko w przestrzeni międzygalaktycznej. Ale z tym można 

się było nie liczyć. Konieczność aż tak dalekiej ucieczki nie wchodziła w grę. 

background image

37. Odlot 

 

Pozostawał jeszcze eksperyment. Sześć rozwijających się egzemplarzy pozostawało w 

kabinach inkubacyjnych, a osiągnęły już one stopień rozwoju biologicznego, w którym trzeba 

było  zapisać  im  osobniczą  zawartość  pamięci.  Ale  w  obecnej  sytuacji  nie  mógł  prowadzić 

prac nad w pełni świadomymi osobnikami. W końcu jak mógł wytłumaczyć im złożoność ich 

położenia?  Nie  mógł  również  zabrać  na  przykład  wszystkich  stworzonych  przez  siebie  dla 

nich  laboratoriów  i  pomieszczeń.  Te  musiał  od  nowa  konstruować  na  statku.  Najprostszym 

rozwiązaniem było, więc przerwanie ich sztucznego rozwoju, zapisanie zawartości mózgów i 

natychmiastowa hibernacja. Eksperyment zostawał tym samym „zamrożony" i można go było 

w każdej chwili kontynuować począwszy od tego samego momentu. 

Mimo  wszystko,  konieczność  ucieczki  ułatwiała  mu  dalszy  przebieg  eksperymentu. 

Dysponując  w  przyszłości  własną  planetą,  będzie  mógł  go  prowadzić  w  znacznie  szerszej 

skali. Po pierwsze, będzie mógł dopuścić liczniejszą populację w kolejnych pokoleniach niż 

to  początkowo  zamierzał, a po drugie, rozwijać się ona będzie  w  warunkach zbliżonych do 

naturalnych, odpadnie więc konieczność korekcji stresów sytuacyjnych. 

I w tym momencie analizy poczuł się twórcą nowego społeczeństwa, które, kto  wie, 

czy  w  przyszłości  nie  zdominuje  subgalaktyki  kosztem  zdegenerowanej,  zmierzającej  do 

swego schyłku Ziemi. Założy po prostu nowe społeczeństwo, rozwijające się naturalnie, ale 

korzystające  z  pełnego  dorobku  milionów  lat.  W  praktyce  będzie  mógł  osobiście  sterować 

przynajmniej  stu  pokoleniami,  co  powinno  doprowadzić  owo  społeczeństwo  do  wysokiego 

stopnia  rozwoju. Być  może  w  grę  wejdą  trudności  z  zapewnieniem  dla  niego  odpowiedniej 

bazy technologicznej, ale dysponował przecież zestawem dokumentacji technicznych prawie 

wszystkich stworzonych przez człowieka urządzeń. Gorzej będzie z przekazywaniem wiedzy 

technicznej; nie był wszak specjalistą w tej dziedzinie. Czeka go więc kolejny okres nauki.., 

W ciągu następnych kilkudziesięciu dni wykonał tytaniczną pracę. Zacząć musiał od 

uruchomienia  syntezy  niezbędnej  ilości  paliwa  dla  statku.  Zapas,  jakim  dysponował, 

wystarczył na niewiele więcej niż piętnaście parseków, czyli w sam raz by pokonać dystans 

dzielący  go  od  Ziemi.  A  paliwa  będzie  zużywać  duże  ilości,  gdyż  poza  rozpędzaniem  i 

wytracaniem  szybkości,  czeka  go  przecież  automatyczna  eksploracja  i  niewiadoma  ilość 

manewrów, jakie być może przyjdzie wykonać. 

Synteza postępowała bardzo wolno. Korzystając z tego odtworzył na statku wszystkie 

laboratoria,  wyposażył  go  w system eksploracji  bliskiego zasięgu oraz  w maksymalną ilość 

background image

urządzeń mogących okazać się przydatnymi do założenia przyszłej bazy. Następnie zajął się 

stacją. Przestawił ją na pracę automatyczną, programując alternatywne warianty działania, a 

także  dokonał  niezbędnych  zabezpieczeń.  Nie  mógł  bowiem  zostawić  jej,  tak  po  prostu,  na 

pastwę  losu.  Za  bardzo  miał  zakorzeniony  nawyk  konieczności  osobistej  przydatności  w 

systemie  społecznym,  nawet  przy  tak  marginalnej  roli  jaką  pełnił  przez  wszystkie  te  lata. 

Musiał  w  jakiś  sposób  wypełnić  lukę,  jaką  stworzy  jego  ucieczka.  Stacja  musi  nadal 

pracować! Przeniósł za to na statek wszystkie dane archiwalne, które znajdowały się na niej, 

w tym oczywiście także przywiezione przez siebie z Ziemi. 

Następnie zajął się przygotowaniem samego lotu. Zaprogramował cały jego przebieg, 

w tym i eksplorację wokół trasy, tak aby w przyszłości do minimum ograniczyć absorbowanie 

siebie  problemami  astronawigacji,  oczywiście,  jeżeli  wszystko  przebiegać  będzie  -bez 

żadnych zakłóceń. Początkową trajektorię lotu  wyznaczył tak, aby nie zbliżać się do żadnej 

Stacji Bezpieczeństwa na dystans mniejszy od jednego parseka. 

Ostatnimi czynnościami, jakie wykonywał jeszcze na planecie było zaprogramowanie 

startu oraz odłączenie systemu komunikacyjno -informacyjnego statku od ziemskiej sieci. 

Mimo iż precyzyjnie zaprojektował  każdy szczegół  lotu, poszukiwań i  wyposażenia, 

nadal odczuwał pewien niepokój i to wcale nie z powodu ciągle jeszcze możliwej ingerencji 

Ziemi  w  jego  plany,  Znacznie  bardziej  obawiał  się  prawdopodobnego  zetknięcia  się  z  inną 

Cywilizacją. Ale z chwilą zerwania łączności z ziemskim systemem nie miał już możliwości 

odwrotu. Wystartował. 

background image

38. Blok Bezpieczeństwa l 

 

Po  kilku  dniach  trajektoria  lotu  przejęła  pożądaną  stabilność.  W  zasadzie  mógł 

przestać  zajmować,  się  lotem,  ale  dla  pewności  dokonał  drobiazgowej  kontroli  urządzeń 

statku. Wszystko działało idealnie. Zajął się więc swoimi sprawami. 

Pierwszą  rzeczą,  jaka  przyszła  mu  na  myśl,  była  realna  możliwość  odczytania 

zawartości pokładowego Bloku Bezpieczeństwa, jakiej dostarczał mu Intr XIX przez podanie 

jego  kodu.  W  zasadzie  nie  bardzo  wiedział  co  tam  znajdzie,  ale  podświadomie  czuł,  że 

zawartość Bloku wyjaśni mu wiele problemów związanych zarówno z bieżącą działalnością 

Ziemi, jak i z nim osobiście. 

Chociaż  nie  orientował  się  w  całokształcie  ziemskiego  systemu  informatyczno-

decyzyjnego, znał z grubsza przeznaczenie Bloku Bezpieczeństwa, a z kilku słów Intra XIX 

domyślił się reszty. 

Blok  spełniał  dwie  funkcje.  Po  pierwsze,  dokonywał  analizy  działalności  człowieka 

lub  grupy  ludzi  znajdujących  się  w  podległym  mu  obszarze  i  autonomicznym  kanałem 

łączności  przekazywał  jej  wyniki  na  Ziemię,  do  Centralnego  Dyspozytora.  Ponadto  Blok 

Bezpieczeństwa mógł bezpośrednio ingerować w działalność powierzonego mu laboratorium, 

stacji,  statku  czy  innej  jednostki,  oczywiście,  tylko  w  technicznym  lub  informatycznym  jej 

aspekcie.  Na  przykład,  gdyby  Thorn  XII  nie  wyłączył  Bloku  swego  statku,  to  mógłby  on 

zmienić  trasę  lub  prędkość  lotu,  bądź  też  zgoła  unieruchomić  statek.  Decyzje  Bloku. 

Bezpieczeństwa  miały  w  każdym  wypadku  najwyższy  priorytet.  Tego  typu  czynności 

decyzyjnych dokonywał na podstawie szeregu zawartych w nim informacji. Były to aktualnie 

obowiązujące ustawy, ich interpretacje, decyzje Rady lub Centralnego Dyspozytora związane 

z działalnością podległej Blokowi jednostki oraz szczegółowe dane o jej załodze. Właśnie w 

tej  części  Bloku  spodziewał  się  uzyskać  najistotniejsze  dla  siebie  informacje,  przede 

wszystkim związane z interpretacją przez ziemskie ośrodki dyspozycyjne jego badań, i tych 

prowadzonych jeszcze na Ziemi, i tych ze stacji. 

Ustawił  podany  przez  Intra  XIX  kod.  Nastąpił  długi  ciąg  informacji  programowych, 

będących  niewątpliwie  kluczem  do  różnych  warstw  Bloku.  Niestety,  informacje  te  miały 

pozostać  dla  niego  niedostępne.  Ich  kod  wewnętrzny  był  zbyt  skomplikowany,  nawet  dla 

Centralnego Kalkulatora statku. Następnie przekonał się, że nie ma także dostępu zarówno do 

analitycznej, jak i decyzyjnej warstwy Bloku. Były one niemożliwe nawet do zlokalizowania. 

Być może ulegały automatycznemu zniszczeniu w chwili obcej ingerencji. Jedyne co mógł, to 

background image

odczytać  kolejne  informacje  z  warstwy  archiwalnej.  Na  początku  były,  jak  się  domyślał, 

okresowe sprawozdania o pracy stacji i jego prywatnych badaniach przekazywane przez Blok 

na Ziemię. 

Uruchomił odczyt na monitorze. 

12254 DO STAŁEJ SIECI: ALARM I STOPNIA. WYŁĄCZONO BLOK. 

Poczuł  skurcz  w  sercu,  ale  szybko  uspokoił  się.  Tak  czy  inaczej,  wszyscy  musieli 

dowiedzieć się o odłączeniu Bloku. 

12253  Automatyczna  eksploracja  biosfery  planety  kontynuowana.  Przeniesienie  na 

statek Archiwum stacji. Kontrola układów grupy VI i VII statku. 

12252  Automatyczna  eksploracja  biosfery  planety  kontynuowana.  Przeniesienie  na 

statek laboratorium BF12. Szczątkowy potok meteorytów z radiantu 130-252. Bez uszkodzeń. 

Kontrola układów grupy IX statku. 

Wszystko zgadzało się. Były to, uszeregowane do końca, zapisy wydarzeń na stacji i 

jego czynności. Zaczął cofać się w szybkim tempie. 

12228  Przestawienie  systemu"  eksploracji  biosfery  na  automatyczny.  Hibernacja 

ostatnich dwóch egzemplarzy. Kontrola łączności - bez zmian. 

12104  Eksploracja  bez  zmian.  Zakończenie  programów  7,83  i  119.  Zakłócenia 

łączności na poziomie 0,017. Dalsze prace nad przygotowaniem urządzeń do zapisu pamięci. 

12002 Eksploracja bez zmian. Uruchomienie programów 143 i 144. Analiza systemów 

planetarnych Hiad na Centralnym Kalkulatorze stacji. 

11379  137  i  138  program  eksploracji.  Sklasyfikowanie  jednego  gatunku  przez 

program  29.  Kontrola  systemu  łączności  tranzytowej  bez  zmian.  Nasilenie  aktywności 

radiantu 108-299 -przyczyna nie wyjaśniona. 

8454  Eksploracja  bez  zmian.  Eksperymenty  korekcyjne  na  egzemplarzach  3F  i  4D. 

Wyniki częściowo pozytywne.-Dla 3F-wzrost gammaaktywności o 12% 

5131  Rozwój  embrionalny  egzemplarzy-579  dzień.  Uruchomienie  92  programu 

eksploracji.  Poszukiwania  materiałów  grupy  MM18C  przez  735  program  biblioteczny 

kalkulatora. 

29933 Program eksploracji losowej. Ręczne poszukiwania materiałów z grupy AM 15. 

Okresowa kontrola Bloku Energetycznego-wymiana podzespołów A34, A212, B79 i H53. 

37219  Program  eksploracji.  2  nowe  gatunki,  l  gatunek  skatalogowany  z  pełnym 

opisem. Układanie programów analizy danych archiwalnych. 

5 Rozruch aparatury sterowania sondami eksploracji. Kontrola łączności - bez zmian. 

background image

Zapis  zerowy  dotyczył  momentu  przybycia  na  stację. Wcześniejsze  związane  były  z 

jego ziemską działalnością i zaleceniami dla Bloku na czas jego pobytu na stacji, a wcześniej 

-  podczas  lotu  na  nią.  Okazało  się  więc,  że  Bloki  Bezpieczeństwa  różnych  jednostek 

kontaktują się ze sobą, jeśli w ich rejonach działania znajduje się ten sam człowiek. Przecież 

Blok pokładowy zawierał informacje ze stacji. Zachowywano w ten sposób ciągłość nadzoru 

przejmowanego przez kolejne Bloki. 

background image

39. Blok Bezpieczeństwa 2 

 

Tylko  część  zawartych  tu  informacji  była  możliwa  do  odczytania,  niekiedy  tylko 

fragmentarycznie.  W  dodatku  były  one  przedzielone  długimi  seriami  danych  o  charakterze 

technicznym, komunikatami o warunkach planetarnych i innymi, nie interesującymi go w tej 

chwili informacjami. Wszystko to tworzyło pozorny chaos-brak było określonego porządku, 

czy  to  logicznego,  czy  chociażby  chronologicznego.  Wychwytywał  tylko  najistotniejsze 

momenty. 

...C.  Arch  371.  Nie  blokować  żadnych  źródeł.  Thorn  XII  może  wyposażyć 

indywidualny  zestaw  w  dowolny  zbiór  danych.  Sporządzić  ich  specyfikację  Udostępnić 

MVB-48-G... 

...  Sprawa  18-257-IIIc.  Blok  16.  Thorn  XII.  Motywacje  orzeczenia  (do  wiadomości 

Rady  i  Ekspertów  Zespołu  Genetycznego).  Charakter  Thorna  XII  wskazuje,  że  będzie  on 

uaktualniał i  ulepszał  swój projekt  oraz dążył  do jego realizacji  za wszelką  cenę. Projekt  w 

zasadzie poprawny, zbliżony do wersji 8 projektu 5C7 Zespołu Genetycznego. Nierealny jak 

wszystkie  projekty,  wymagające  zaangażowania  ludzi  spoza  Zespołu,  tym  bardziej,  że 

szybkość zmian kluczowych parametrów w innych dziedzinach działalności wymagać będzie 

w  najbliższym  czasie  radykalnego  zmniejszenia  stanu  osobowego  Zespołu.  Nie  wchodzi  w 

rachubę poinformowanie Thorna XII o całokształcie sytuacji (orzeczenie 41 Zesp. Psych.), a 

nie  można  pozwolić  na  marnowanie  jego  możliwości.  Przydatność  w  Zespole-zerowa  (stan 

bieżący). Wskazane jest wykorzystanie go w izolacji. Decyzja: Stacja 32B87. Nieabsorbujący 

program  eksploracji.  Z  prawdopodobieństwem  0,983  pracować  będzie  nadal  nad  projektem. 

Przewidywany  czas  pobytu  86  lat.  Potem  ponowne  badania.  Niewykluczone  włączenie  do 

Zespołu.  Wskazania  dla  Bloku  Bezp.  32B87.  Nie  uniemożliwiać  mu  prywatnych  badań  w 

dowolnej dziedzinie. Nie ingerować w nie bez polecenia Rady, z wyjątkiem przypadków 34-

42 i 77-93. Analizować wyniki... 

...  możliwość  infiltracji  w  rejony  SB73.  Wskazane  bierne  przeciwdziałanie. 

Ewentualna ewakuacja strefy... 

...Stacja 32B87. 48 sektor, 5 krytyczny (do wiadomości Blok O). Aktywność falowa - 

0,00. Aktywność psychotroniczna - 0,11. Do analizy: celowość założenia wewnętrznej Stacji 

Bezpieczeństwa-obszar kryty na poziomie 0,37... 

... Zespół Psychiki. Thorn XII. Orzeczenie 41. Wiek 89. Koniec cyklu 5. (d) w Bloki 

11,  15,  16).  Poziom  logiki-l,39.  Zdolności  asocjacyjne  -  l  ,09.  Zdolności  predykcyjne-0.89. 

background image

Potencjalny  rozwój-l,72.  Normatywność  cech  emocjonalnych-0,77.  Wskaźnik  ogólny-  1,22. 

Maksymalne możliwe zmiany korekcyjne: 1.12-0,97-0,81-1,34-0,86-1,09. Wniosek-korekcje 

psychochemiczne  bezpodstawne.  Inny  typ  korekcji  nie  wchodzi  już  w  rachubę. 

Odpowiedzialny  za  nieprzeprowadzenie  ich  wcześniej  -  Blok  11,  podzespół  11071 

analizujący orzeczenie 23, wiek 11. Przeprogramować 

11,071-073. 

Optymalne 

przeznaczenie-analityk 

problemów 

granicznych. 

Prawdopodobieństwa pozytywnych rezultatów 0,74+0,18... 

... Blok 15. Thorn XII. Stacja 32B87. Program H3 (do wiadomości Blok 16 CD, Bloki 

Bezp.  z  (y),  zainicjowanie  embrionalnego  rozwoju  6  egzemplarzy  po  5  wersji.  Decyzja? 

Informować Radę? Działania na stacji? 

...  Blok  16.  Th.  XII-32B87  (15,  SB,  z/y).  Nie  informować  Rady.  Nie  działać. 

Zwiększyć częstotliwość komunikatów do 12/CT... ' 

...  Blok  O.  Rejon  H  (d/  w  SB64,  SB72).  Zawiesić  czasowo  patrole  w  sektorach. 

Program ewakuacyjny 7-utrzymać w rezerwie. Zbadać możliwość założenia wysuniętej stacji 

Bezpieczeństwa - rejon 82? 83? 92?... 

... Blok Bezpieczeństwa 32887 S.T12. Spr. 013 (d/w Blok 11) Poziom cech-1,39-1.12-

0,86-1,69-0,695  (STAN  ALARMOWY)-  1,013  Decyzja?...  ...  Blok  11,712  (B16) 

0,695Exxx???... 

... Blok 16'CD. T12'.'(d7 w Blok 11, BB32B87 S) Decyzja. Zwiększyć częstotliwość 

badań  6/CT.  Do  powietrza  bazy  wprowadzić  czterokrotnie  co  5  dni  0,25mg  Korektora 

Ps.AF2. Wyniki po ostatniej dawce co 0,06CT... 

... Rada. Subkosmos. Komunikat 78294553. Analiza zbiorcza 139 komunikatów Stacji 

Bezpieczeństwa  z  ostatnich  10CT.  (do  wiadomości  -  Blok  O,  Blok  16,  Bazy  Bezp.,  Bloki 

Bezp.  Stacji  sektorów  63,  64,  72,  73).  Aktywność  rejonu  Hiad:  falowa-0,001, 

psychotroniczna-0,1137. Wzrost 0,0013. Prawdopodobne przesunięcie o 9 dalszych układów 

w  kierunku  subkosmosu.  Utrata  kontaktu  z  sondami  dal.  zaś.  R91,  R92, R95.  Sondy  R113, 

R114, R116, R118, R119 wysłane w stożkowe rozbieżnych kierunkach. 

Wskazania  szczegółowe:  SB63,  SB64,  SB72-zwiększyć  ilość  patroli  i  penetrację 

falową. SB73 -przerwać emisję w radiancie 372-45. 

Wskazania  ogólne:  Przeanalizować  możliwość  założenia  dwóch  dodatkowych  St. 

Bezp. (sektory 55, 83) i ustalić ich lokalizację... 

...  Blok  Bezp.  32B87.  T12.  Spr.  okresowe  248  (d/  w  Blok  l,  Blok  11)  Zwiększona 

aktywność  badań  własnych.  Program  H3  zaawansowany  w  83%.  Eksploracja  biosfery  - 

automatyczna. Wyniki - sukcesywnie kanałem IV... 

background image

...  Blok  16  CD.  T12.  (d/  w  Rada)  PC7:  1.36-1,15-0,85-1,58-0,69  (AL/-0,99/AL) 

Wniosek: stabilizacja. Decyzja? Korekcje 7 i 8?... 

Przeszukiwał  jeszcze  inne  obszary  Bloku,  ale  wszędzie  natrafiał  na  taki  sam  chaos. 

Upewnił  się  tylko  o  konieczności  podjęcia  szczególnych  środków  ostrożności  gdy  zacznie 

zbliżać  się  do  rejonu  Hiad.  Ale  w  najlepszym  razie  miało  to  być  aktualne  dopiero  za 

kilkadziesiąt ziemskich lat. 

background image

40. Pościg 

 

Szesnaście  lat  lotu  upłynęło  bez  żadnych  zakłóceń.  Prawie  cały  czas  pozostawał  w 

stanie hibernacji. Jedynie co pół roku był budzony na kilka dni. Kontrolował wtedy przebieg 

lotu, stan techniczny laboratoriów statku oraz odczytywał zarejestrowane przekazy z nasłuchu 

i namiaru. Namiar nie wykazywał w tym czasie żadnych sztucznych obiektów w sąsiedztwie 

trajektorii lotu, a nasłuch nie przechwycił żadnych informacji mogących dotyczyć jego statku 

czy  też  sytuacji  w  tym  rejonie  Galaktyki.  Oczywiście,  nie  licząc  tych  sygnałów,  których 

kalkulator pokładowy nie mógł rozszyfrować. 

Dopiero trzydzieste trzecie przebudzenie i otrzymane wtedy informacje zmusiły go do 

podjęcia wielu działań... 

Statek  znajdował  się  wtedy  prawie  na  granicy  opanowanej  przez  Ziemię  sfery 

subgalaktyki.  Oczywiście,  granica  była  umowna,  ale  dzieliło  go  od  niej  nie  więcej  niż  0,6 

parseka. Ostatnia Stacja Bezpieczeństwa pozostała nieco z boku w odległości 2,3 parseka. 

Namiar wykrył trzy nie zidentyfikowane statki w odległości mniejszej niż 0,1 parseka. 

W  dodatku  znajdowały  się  one  mniej  więcej  na  jego  bieżącym  kursie,  lecąc  w  tym  samym 

kierunku,  ale  z  nieco  mniejszą  prędkością.  Chcąc  więc  utrzymać  założoną  trajektorię  lotu 

musiał w przyszłości zbliżyć się do nich na niebezpiecznie bliski dystans. 

Zakładając,  że  były  to  statki  ziemskie,  a  na  te  wskazywały  ich  zewnętrzne  cechy, 

musiały  one  stanowić  patrol  Stacji  Bezpieczeństwa.  A  ponieważ  miały  identyczny  kurs 

prowadzący na zewnątrz obszaru, wniosek mógł być tylko jeden. Blokowały mu one wybraną 

trajektorię lotu  i  zamierzały przejąć jego statek. Teoretycznie  mógłby przelecieć swobodnie 

pomiędzy nimi, gdyby nie to. że gdy zmuszony będzie do zbliżenia się do któregokolwiek z 

nich  na  odległość  mniejszą  niż  0,3  miliparseka,  będą  oni  mogli  przejąć  sterowanie  jego 

statkiem. Było to typowe zabezpieczenie na wypadek utraty zdolności manewrowania przez 

załogę  z  powodu  jej  śmierci,  choroby  lub  krytycznego  spadku  sprawności  mózgu,  przy 

jednoczesnym uszkodzeniu pokładowego Bloku Bezpieczeństwa. Próby zniszczenia systemu 

zabezpieczającego  nie  miały  sensu.  Spowodowałyby  one  automatyczne  przejście  silników 

głównych na maksymalny ciąg ujemny. Musiał więc utrzymywać się poza tym dystansem. 

Na pozór wydawało się to proste. Miał nieograniczone możliwości manewrowania, a 

każda  zmiana  jego  kursu  czy  prędkości  była  przez  nich  odbierana  z  opóźnieniem  radaru  i 

czasu manewru. Odpowiedzi potwierdziły absolutną niemożliwość przechwycenia jego statku 

w krytyczną strefę. Ale tylko na pozór. Już po kilku manewrach przekonał się, że blokujące 

background image

drogę  statki  mają  i  radar  o  większej  od  niego  prędkości  roboczej,  i  znacznie  większe 

możliwości  przyspieszeń,  szczególnie  kątowych.  Tak  też  powinno  być.  Stacje 

Bezpieczeństwa  musiały  być  wyposażone  w  statki  o  najwyższych  osiągalnych  parametrach 

technicznych i nawigacyjnych, aby móc skutecznie pełnić swoje zadania. 

Próbował  różnych  sposobów  ucieczki,  różnych  manewrów  i  ich  kombinacji. 

Wykonywał  pozorowane  zmiany  kursu,  by  potem,  na  samej  granicy  x  możliwego 

przyspieszenia,  zmienić  manewr  na  zupełnie  przeciwny.  Na  próżno.  Odpowiadali  z  bardzo 

małym opóźnieniem. W dodatku szybko przeszli  do działań aktywnych. Mieli przecież trzy 

statki... Jeden blokował bezpośrednio kurs, a pozostałe dwa powoli zbliżały się z boków. Po 

kilku tygodniach odległości zmalały do 40-50 miliparseków. 

Mniej  więcej  wtedy  nastąpił  pierwszy  kontakt  holowizyjny.  Zakłócony  dużą  jeszcze 

odległością  i  znacznie  opóźniony,  co  złagodziło  nieco  wymowę  jego  treści.  Polecono  mu 

bowiem zastopować na najbliższych miliparsekach i oddać statek wraz z sobą w ręce patrolu 

Stacji  Bezpieczeństwa.  Tego  się  spodziewał.  Ale  jednocześnie  zagrożono  mu  fizycznym 

unicestwieniem w wypadku wyjścia poza tę granicę! 

Nie tyle przestraszył się, ile zdziwił. Dotychczasowe manewry ucieczki przekonały go 

już,  że  prędzej  czy  później  statek  jego  zostanie  w  końcu  zatrzymany.  To  prawda,  że  mógł 

odwlekać ten moment, ale teraz okazało się, że tylko do pewnej granicy. Dlaczego poza nią 

mieli zrezygnować z przejęcia statku, a po prostu zniszczyć go? Czy, gdyby jakimś cudem, 

wydostał  się  poza  nią,  byłby  już  bezpieczny?  Może  rzeczywiście  jest  to  już  obszar 

działalności innej Cywilizacji. Ale jeżeli patrole obawiają się wejścia, to co mogłoby czekać 

jego? 

background image

41. Blokada 

 

Następne tygodnie nie przyniosły nic nowego, poza tym oczywiście, że odległość od 

patrolu coraz bardziej malała. Nadal próbował wykonywać manewry mijania, ale już zupełnie 

bez przekonania. Były, bez sensu i bez szans powodzenia. 

Nadeszło  drugie  ostrzeżenie.  Nie  różniło  się  ono  specjalnie  od  pierwszego,  ale 

sprawiło znacznie groźniejsze wrażenie. Odległość, a więc i zakłócenia, były mniejsze, stąd 

też poczucie realności kontaktu było niemal zupełne. Od ponad stu lat nie widział człowieka, l 

oto  stało  przed  nim  trzech.  Oczywiście,  kontrolowani  mutanci.  To  było  widać.  Odporniejsi 

fizycznie od zwykłych ludzi. Cechy umysłowe były tu sprawą drugorzędną, l tak działali pod 

bezpośrednim  nadzorem  ośrodków  dyspozycyjnych,  będąc  faktycznie  tylko  ich  efektorami. 

Grupa pilnująca granicy wycinka geosfery... 

Długo szukał rozwiązania. Nie wiedział, że zdolności predykcyjne zostały u niego tak 

znacznie  ograniczone  przez  działalność  genetyczną  na  przestrzeni  ostatnich  milion  leci. 

Dlatego  też  długie  tygodnie  upłynęły  zanim  uświadomił  sobie,  że  najprostszym  i  zresztą 

jedynym  wyjściem  jest  zniszczenie  jednego  z  blokujących  go  statków.  Było  to  przecież 

oczywiste. Niedługo utworzą one jednolitą blokadę, w której każdy z nich będzie miał równie 

ważny udział. Zagłada jednego ze statków równać się będzie jej praktycznej likwidacji. 

Kalkulator potwierdził to. Dopóki dystans jest dość duży, jeden statek wystarcza, aby 

blokować mu szeroką sferę wokół wybranego kursu. Przy mniejszych odległościach możliwe 

byłoby wyminięcie tego statku w bezpiecznej odległości przez stosunkowo niewielką zmianę 

ustalonego  kierunku  lotu.  I  właśnie  wtedy  trzy  statki  okażą  się  niezbędne.  Zablokują  mu 

praktycznie  prawie  połowę  sfery,  zmuszając  go  bądź  do  odwrotu  w  głąb  ziemskiej 

subgalaktyki,  bądź  też  do  zbliżenia  się  na  dystans  mniejszy  od  0,3  miliparseka.  Dwa  nie 

wystarczą do tego. 

Długo  walczył  ze  sobą,  długo  nie  mógł  podjąć  ostatecznej  decyzji.  Musiał  przecież 

poświęcić życie kilku osobników i zdezorganizować działanie części systemu. Niewątpliwie 

pociągnie  to  za  sobą  różnorodne  konsekwencje,  z  genetycznymi  włącznie.  Trzeba  będzie 

przecież  ukształtować  drogą  korekcji  nową  załogę,  być  może  kosztem  innych  dziedzin  dla 

których zabraknie ludzi. Ale przecież jego projekt, zagrożony w tej chwili... 

Projekt  załatwia  radykalnie  wszystkie  problemy..  Pozwala  odtworzyć  społeczeństwo 

prawie  od  podstaw.  Jeżeli  gatunek  ma  zginąć,  to  niech  przynajmniej  dostanie  szansę 

background image

ponownego  startu.  I  tylko  on  może  ją  dać.  Cóż  wobec  tego  oznacza  nieznaczne  zakłócenie 

działającego systemu? Nic. Zupełnie nic. A więc nie ma wyboru... 

Owszem,  były  pewne  trudności  techniczne.  Statek  był  typową  jednostką 

eksploracyjną.  Wszystkie  urządzenia  zdolne  do  niszczenia  czegokolwiek  związane  były  z 

systemem  ochrony  przeciwmeteorytowej.  Działały  one  na  optymalnej  zasadzie  sfery 

anihilacji.  Automatyczny  układ  celowniczy  sprzężony  był  z  radarem  identyfikacyjnym,  a 

całość sterowana była przez  kalkulator. Chcąc dostosować system do swoich celów  musiał, 

przede  wszystkim,  odłączyć  układ  identyfikacji,  by  nie  blokował  on  możliwości  niszczenia 

innych  obiektów,  a  więc  tym  samym  przejść  z  celowania  automatycznego  na  ręczne. 

Oczywiście, mogło ono nadal być sterowane przez kalkulator, ale działający tylko jako układ 

pomocniczy. Stworzenie programów wyboru kierunku i momentu wystrzelenia ładunku, było 

stosunkowo  proste.  Gdy  uporał  się  z  tym  wszystkim,  zdobył  praktyczną  możliwość  rażenia 

wybranych celów z dowolnego dystansu. Co prawda, cała ta procedura nie pozbawiona była 

pewnego  ryzyka.  Przecież  dezorganizował  w  ten  sposób  system  ochrony  statku!  Tyle,  że 

znajdował  się  aktu  rat  w  obszarze  rzadko  nawiedzanym  przez  potoki  meteorytów.  Co 

najwyżej jakiś pojedynczy... 

Ustawił cel. Przewidział po prostu kontynuację swojego bieżącego kursu, na co patrol 

odpowiedział  identycznym,  tyle,  że  z  nieco  mniejszą  prędkością,  nadal  realizując  taktykę 

stopniowego  zmniejszania  dystansu  do  niego.  W  ten  sposób  położenie  przeznaczonego  do 

zniszczenia statku mogło być znane z dużym wyprzedzeniem. Koordynując kurs przeciwnika 

i kierunek wystrzelanego ładunku, można było uzyskać stuprocentową szansę trafienia. 

Wybrał  parametry,  ustawił  wyrzutnię  i  czekał  na  sygnał  z  kalkulatora  podający  mu 

moment jej uruchomienia. 

-4... -3... -2... ZERO 

Nic. Ręka na przycisku pozostała nieruchoma. Ogarnęło go jakieś otępienie i bezwład; 

było  to  tak,  jakby  w  momencie  strzału  przestał  być  sobą,  jakby  panował  tylko  nad  swoim 

umysłem, ale nie nad ciałem. 

Po  kilku  godzinach,  gdy  tylko  kalkulator  ustawił  nowe  parametry,  ponowił  próbę. 

Tym razem skoncentrował się maksymalnie w momencie oddania strzału... 

Próba przebiegła identycznie jak pierwsza, ale tym razem wiedział już dokładnie, jaki 

był fizjologiczny mechanizm tego zjawiska. Palec na przycisku wyrzutni był faktycznie poza 

wpływem mózgu, który także w krytycznym momencie obniżył poziom wszystkich sygnałów 

do efektorów. 

background image

Jeszcze kilkakrotnie próbował, ale bez rezultatu. Po prostu nie mógł tego zrobić! Jakiś 

czynnik w samym organizmie nie pozwalał mu na realizację podjętej decyzji. 

Domyślił  się.  Najprawdopodobniej  była  to  utrwalona  w  kodzie  genetycznym,  i  to 

chyba od setek tysięcy lat, psychiczna niemożliwość zniszczenia innego człowieka. Szybko 

upewnił  się  w  tym  przekonaniu.  Spróbował,  po  prostu,  wyobrazić  sobie  siebie  samego 

zabijającego  w  jakikolwiek  sposób  innego  człowieka.  I  zawsze  w  kluczowym  momencie 

ogarniał  go  bądź  to  ciężki  zawrót  głowy,  bądź  to  częściowy  paraliż,  bądź  to  całkowite 

omdlenie, a wszystko to zawsze w połączeniu z całkowitą utratą woli. 

A  przecież  to  także  było  jednym  z  elementów  stanowiących  o  postępującej 

degeneracji  gatunku.  Kto  wie,  jakie  inne  cechy  zostały  zlikwidowane  lub  stłumione  przy 

okazji genetycznego wprowadzenia tej całej blokady... 

background image

42. Przeciw sobie 

 

Próbował  różnych  środków  psychochemicznych  i  różnych  ich  kombinacji.  Niestety, 

żaden  nie  zdołał  przełamać  blokady.  Musiała  ona  być  utrwalona  w  najniższej  warstwie 

podświadomości. 

Co dalej? Nic nie przychodziło mu do głowy. Zmienić kierunek ucieczki mógł tylko w 

stronę centrum ziemskiej subgalaktyki, ale byłoby to tylko odroczenie momentu oddania się 

w ich ręce. Mógł ryzykować i nadal manewrując, przekroczyć wyznaczoną granicę. W końcu 

groźba ewentualnego zniszczenia jego statku mogła być tylko podstępem, aby zniechęcić go 

do  dalszej  ucieczki.  Możliwe  przecież,  że  tak  jak  on,-  nie  będą  w  stanie  zniszczyć  innego 

człowieka.  Ale  nie  bardzo  w  to  wierzył.  Ostrzeżenie  było  zbyt  realne,  a  poza  tym, 

pozostawianie blokady u mutantów przeznaczonych do zadań patrolowych, byłoby zupełnie 

bez sensu. Nie pozostawało więc nic innego, jak przełamać w jakiś sposób zaszczepioną mu 

barierę. Ale jak? 

I tu przyszło olśnienie. Zniszczyć innych ludzi mogą tylko ci, co nie mają blokady. A 

przecież  ma  takich  aż  sześcioro!  Każde  z  nich  zrealizuje  to,  oczywiście,  o  ile  będzie  miało 

dostateczną motywację. Tę musiał znaleźć dla nich. Nie wiedział, dlaczego, ale czuł, że nie 

może  po  prostu  przedstawić  im  całej  aktualnej  sytuacji.  To  zrobi  później.  A  na  razie 

nieunikniony szok, jakiego na pewno doznaliby, z pewnością uniemożliwiłby im jakiekolwiek 

rozsądne działanie. Poza tym, motywacja jego mogłaby nie być dla nich na tyle przekonująca, 

aby na jej podstawie podjęli decyzję zniszczenia istot stojących na wielokrotnie wyższym od 

nich poziomie rozwoju. Musiał więc zorganizować gigantyczną mistyfikację. 

Było to chyba najtrudniejsze zadanie z jakim zetknął się w całym swoim życiu. Ilość 

parametrów  znacznie  przekraczała  zakres  jego  indywidualnej  logiki.  Prymitywne  istoty...  O 

nieznanych  dążeniach...  O  nieznanych  motywacjach  zupełnie  różnych  od  współczesnych... 

Inne środki techniczne... Inne statki... 

Zaczął  analizować  krok  po  kroku,  dokonując  jednocześnie  błyskawicznych  analiz 

archiwalnych  materiałów  z  wielu  dziedzin-psychologii,  organizacji,  techniki  i  metod  badań 

kosmicznych, prymitywnej fizyki, a nawet życia codziennego ludzi z tego okresu. Wszystko 

było potrzebne. Niedopatrzenie najdrobniejszego szczegółu mogło zniweczyć cały plan. 

... Obudzi jednego lub dwóch osobników. Raczej dwóch, bo zadanie będzie dla nich 

dość  złożone.  Zadanie...  Trzeba  je  im  przekazać,  ale  nie  osobiście.  Dzielą  ich  zbyt  duże 

różnice anatomiczne i morfologiczne. Musi zrobić to środkami akustycznymi. Całe szczęście, 

background image

że  semantyczny  translator  językowy  miał  przygotowany  już  wcześniej,  aby  móc  nawiązać 

kontakt z odtworzonymi istotami zaraz po ich przebudzeniu z hibernacji. Ale to tylko środek. 

Jak  natomiast  sformułować  samo  zadanie?  Nie  może  kazać  po  prostu  zniszczyć  statku,  bo 

niby dlaczego. A tego im przecież nie powie. Może jednak zrobić coś innego... 

Już  wcześniej,  studiując  materiały  dotyczące  prymitywnej  eksploracji  kosmicznej, 

zwrócił  uwagę  na  to,  jak  dużą  wagę  przywiązywali  oni  wtedy  do  sprawy  ewentualnego 

kontaktu  z  innymi  cywilizacjami,  jak  wiele  przepisów  ustanawiali  na  tę  okoliczność,  jak 

liczne  zabezpieczenia  przewidywali.  Teraz,  wracając  do  tych  materiałów,  napotkał  pewien 

szczegół, który w zasadzie rozwiązał mu cały problem. Otóż przewidywano wtedy częściową 

amnezję w przypadku zamierzonego kontaktu z cywilizacją o nieznanych, być może wrogich 

intencjach.  A  to  idealnie  pokrywało  się  z  sytuacją,  w  jakiej  znajdą  się  po  dehibernacji. 

Przecież nie będą oni pamiętać swego lotu; pamięć ich urywa się w momencie dokonania jej 

rejestracji. A teraz-proste wytłumaczenie. Wrogie istoty, konieczność amnezji - sytuacja wyda 

im się może nie tyle typowa, ile realna w ich odczuciu. 

A on sam? Będzie ich dowódcą, jedynym członkiem załogi o pełnej pamięci, a więc 

odpowiednio  izolowanym  i  zabezpieczonym  przed  kontaktem  z  kimkolwiek.  Rola  jego 

ograniczy  się  do  nauczenia  ich  obsługi  statku,  którego  część  urządzeń  trzeba  będzie 

zmodyfikować, dostosowując do ich poziomu oraz do sprecyzowania im zadania. 

Zadanie...  Są  dwie  możliwości.  Pierwsza,  to  kazać  im  zniszczyć  konkretny  statek, 

należący  do  wrogiej  Cywilizacji.  Mogą  jednak  mieć  wątpliwości  wynikające  z  logicznej 

niezborności  psychiki.  Druga  możliwość,  to  nakazać  im  osiągnięcie  zadanego  kursu  bez 

zbliżenia się do jakiegokolwiek statku przeciwnika bliżej niż 0,3 miliparseka. Niewątpliwie 

powtórzą  wtedy  wszystkie  jego  manewry,  a  w  końcu,  tak  jak  i  on,  przekonają  się  o  ich 

nieskuteczności  i  dojdą  do  wniosku,  że  jedyną  możliwością  jest  zniszczenie  któregoś  z  ich 

statków. Trzeba tylko zasugerować im taką możliwość odpowiednio formułując zadanie. 

Ta wersja wydawała się daleko pewniejsza. Miała tylko jedną wadę. Mogła pochłonąć 

zbyt  wiele  czasu,  a  wyznaczona  granica  zbliżała  się  nieuchronnie.  Doszedł  jednak  do 

wniosku,  że  w  krytycznej  sytuacji  zawsze  będzie  mógł  przyspieszyć  ich  decyzję 

bezpośrednim poleceniem. 

Pozostawały jeszcze drobniejsze, ale równie istotne problemy. Chociażby przebudowa 

części  statku.  Celowo  nie  skopiował  po  prostu  pomieszczeń  ani  urządzeń  starożytnych 

statków. Podświadomie czuł, że nieznany, nowy dla nich rodzaj wyposażenia statku będzie w 

ich  odczuciu  adekwatny  do  bezprecedensowej  sytuacji,  w  jakiej  się  znajdą.  Tak  więc 

pomieszczenia,  w  których  mieli  przebywać  zostawił  we  fragmentach  niezmienione,  a  po 

background image

części  przebudował  według  starych  wzorów  -  przede  wszystkim  urządzenia  sterowania.  Tu 

musiał  dostosować  się  do  ich  poziomu,  chociażby  po  to,  by  zbyt  długo  nie  trwał  proces 

przystosowania się do nich. 

Wybór załogi do wykonania zadania... Okazało się, że nie ma praktycznie większych 

możliwości wyboru. Co prawda, wszyscy odtworzeni osobnicy pochodzili z jednej epoki, ale 

były pomiędzy nimi znaczne różnice wieku, współmiernie z długością ich życia. A ponieważ 

byli oni obecnie w jednakowym okresie rozwoju osobniczego, to zakładając, że mogli  znać 

się  w  przeszłości  wzajemnie,  musiał  wybrać  tych,  którzy  najmniej  różnili  się  czasem 

urodzenia.  Szczęśliwie  okazało  się,  że  są  to  dwaj  specjaliści  piloci,  z  natury  swojej 

predysponowani do tego typu operacji, jaką mieli wykonać. Ponadto, jak stwierdził to już w 

trakcie  badań  nad  egzemplarzami  alternatywnymi,  cechowała  ich  najwyższa  ze  wszystkich 

przewidywalność decyzji, co powinno znacznie ułatwić bieżącą analizę ich działań. 

Szczegółowo  opracował  i  nagrał  cały  ciąg  instrukcji,  kilka  wersji  treści  zadania 

zależnych od przyszłego rozwoju sytuacji oraz szereg drobnych poleceń, które mogły okazać 

się konieczne. Przygotował kombinezony dostosowane do ich parametrów fizycznych, zapasy 

pożywienia organicznego i powietrza o koniecznym dla nich składzie, a także źródła światła o 

widmie typowym dla ich oczu. 

Przewidział  w  zasadzie, wszystko, a dalej zdany  był  już tylko na improwizację. Nie 

bez uczucia niepokoju uruchomił proces budzenia ze stanu hibernacji. 

background image

43. Załoga 

 

Na  dwóch  monitorach  obserwował  proces  budzenia  się  obu  pilotów,  a  translator 

przekazywał mu odczyty stanu ich kory mózgowej. Już na samym wstępie nie uniknął szoku 

jednego  z  nich.  Co  prawda  poddał  archaizacji  kształty  hibernatorów,  ale  zapomniał  za  to 

zmienić  współczesne  napisy  na  nich.  Artur  O'Connor  przyjął  to  beznamiętnie,  natomiast  u 

Roberta  Daltona  fakt  ten  spowodował  przygraniczne  pobudzenie  ośrodków  analitycznych  i 

motorycznych. Wystarczyło jednak kilka słów, aby uspokoić go zupełnie. Przy okazji sam się 

uspokoił. Pierwsze słowa, jakie im przekazał, okazały się z konieczności improwizowane. A 

więc nie było to takie trudne! 

Obaj  piloci  analizowali  sytuację  w  jakiej  się  znaleźli  -  Dalton  raczej  emocjonalnie, 

O'Connor  bardziej  logicznie.  Natomiast,  gdy  tylko  znaleźli  się  razem,  sprawiali  wrażenie, 

jakby zupełnie lekceważyli niezwykłość sytuacji. Owszem, nadal prowadzili różne spekulacje 

myślowe, ale werbalnie starali się nie okazywać niepokoju. Szczególnie O'Connor, który na 

zewnątrz zachowywał absolutny spokój, mimo iż jego mózg pracował gorączkowo. 

Obserwował. Starał się uchwycić każdy szczegół ich zachowania. Właśnie teraz, gdy o 

niczym jeszcze nie wiedzą. Później nie będą już tak naturalni. Co prawda, przeprowadzał już 

wcześniej badania na dojrzałych egzemplarzach, w tym także na nich obu, ale były to tylko 

serie testów i korekcji bez ich świadomego udziału. Teraz miał dwóch obdarzonych psychiką 

osobników,  będących  w  stanie  naturalnym  i  nie  zdających  sobie  sprawy  z  własnego 

pochodzenia. Idealny materiał obserwacyjny. 

Pierwsze  co  go  uderzyło,  to  fakt  występowania  u  nich  niezborności  motorycznej. 

Wypowiadane słowa podkreślali chaotycznymi ruchami rąk i tułowia oraz zmianami wyrazu 

twarzy. Szczególnie twarz. Kilkakrotnie większa niż współcześnie ilość mięśni sprawiała, że 

mowa  ich  była  modulowana  w  bardzo  szerokim  zakresie  częstotliwości.  Wszystko  to 

pozwalało  na  znaczne  rozszerzenie  ubogiego  słownika  poprzez  gesty,  zmiany  intonacji  czy 

wyrazu twarzy. To samo słowo przyjmowało wiele, często zupełnie różnych znaczeń. Gdyby 

nie  odczytywał  na  bieżąco  stanu  ich  mózgów,  miałby  znaczne  kłopoty  ze  zrozumieniem 

translacji ich mowy. 

Dalej  była  ich  szybkość.  Wszystko  robili  prawie  dwukrotnie  szybciej!  Pogłębiało  to 

jeszcze  wrażenie  i  braku  koordynacji  ruchowej.  Mówili  także  znacznie  szybciej,  ale  nie 

powodowało to zwiększenia szybkości wymiany informacji, gdyż rozwlekłość ich języka była 

prawie sześciokrotnie większa niż współcześnie. 

background image

Wstępną instrukcję wraz z ogólnikowym wyjaśnieniem sytuacji przyjęli spokojnie i ze 

znacznie  mniejszym  niedowierzaniem,  niż  mógł  przypuszczać.  W  zasadzie  nie  mieli 

większych wątpliwości. Interesowało ich tylko położenie statku, szczegóły wyposażenia, dane 

o tamtej Cywilizacji i w ogóle konkrety związane z sytuacją. 

Z  nauczeniem  ich  obsługi  urządzeń  niezbędnych  do  wykonania  zadania  nie  miał 

większych  kłopotów.  Odtwarzał  kolejno  całe  sekwencje  nagranych  wcześniej  instrukcji. 

Uczyli  się  szybko,  wielokrotnie  szybciej  niż  on  sam.  W  zasadzie  wystarczały  po  dwa,  trzy 

powtórzenia każdej czynności. Nieco więcej czasu zajęła kwestia współpracy z kalkulatorem 

pokładowym. To, co w ich mniemaniu komplikowało ją, wynikało po prostu z konieczności 

znacznego  zawężenia  jego  możliwości  z  zewnętrznego  punktu  widzenia,  przy  zachowaniu 

całej wewnętrznej struktury informatycznej. Kalkulator musiał bowiem pracować pełną mocą, 

jako że spełniał na bieżąco szereg funkcji sterujących, natomiast oni mieli dostęp jedynie do 

niewielkiej,  w  zasadzie  arytmetycznej  jego  części.  Dane  o  sterowaniu  nie  były  im 

przekazywane. Mogli wykonywać tylko niezbędne obliczenia. Oczywiście, daleko posuniętej 

archaizacji  musiały  ulec  wszystkie  kody  wejściowe  i  wyjściowe,  oprogramowanie  systemu 

komunikacyjnego,  a  nawet  tak  błahy  szczegół,  jak  powrót  do  dziesiętnego  systemu  zapisu 

podawanych wyników. 

Po  niedługim  czasie  mógł  podać  im  zadanie  główne.  Dokładnie  opracował  treść  i 

formę.  Reakcja  ich  była  nadzwyczaj  rozbudowana.  Pewność  bezpośredniego  wejścia  w 

konflikt  z  obcą  Cywilizacją  spowodowała  destabilizację  ich  procesów  mózgowych.  Na 

przemian  to  analizowali  sposób  wykonania  zadania  ze  swojego,  wąskiego  i  konkretnego 

punktu widzenia, to z dystansu niemal galaktycznego próbowali przewidzieć bliższe i dalsze 

konsekwencje  swoich  przyszłych  działań.  U  każdego  z  nich  przebiegało  to  odrębnie,  gdyż 

prawie nie rozmawiali na ten temat, niemniej jednak bardzo podobnie. 

Opanowali się dość szybko. 

background image

44. W akcji 

 

Początkowo, jak i jemu poprzednio, zadanie wydało się trywialne. Powtarzając jednak 

identyczne  manewry,  szybko  doszli  do  podobnych  wniosków.  Przy  okazji  mógł  przekonać 

się,  że  o  ile  w  logice  działania  stoją  nieporównanie  niżej  od  niego,  o  tyle  w  sytuacjach 

wymagających  głównie  przewidywania  i  improwizacji  byli  znacznie  sprawniejsi.  Potrafili 

znajdować  właściwe  rozwiązanie  bez  żadnych  analiz  spośród  kilku,  praktycznie 

równoważnych.  Oczywiście,  był  to  relikt  czysto  zwierzęcego  instynktu.  W  końcu, 

biologicznie  byli  znacznie  bliżej  poziomu  małp  człekokształtnych  niż  współczesnego 

człowieka.  Ale  dzięki  temu,  w  krótszym  od  niego  czasie,  zdołali  przeprowadzić  znacznie 

więcej rodzajów manewrów. Oczywiście, bez skutku. 

Nadchodził krytyczny moment. 

Jeszcze  nie  wypowiedzieli  tego,  ale  myślami  byli  już  przy  następnej  fazie  operacji. 

Wiedzieli, że nadeszła pora podjęcia próby zniszczenia blokującego statku. Co najdziwniejsze 

w  kontekście  ich  poprzednich  panoramicznych  rozważań,  nie  myśleli  teraz  o  samej 

ewentualności zniszczenia, tak jakby ta była dla nich oczywista, a raczej zastanawiali się nad 

optymalnym sposobem jej praktycznej realizacji. 

Okazało  się  to  tylko  pozorem.  Bowiem  gdy  rozpoczęli  wreszcie  rozmowę  na  ten 

temat,  Artur  przedstawił,  według  swojego  mniemania  w  tajemnicy  przed  nim,  cały  szereg 

wątpliwości.  Argumentacja  jego  była  zaskakująca.  Nie  znając  przecież  zupełnie  realiów 

zachodzących wydarzeń, czuł w tym wszystkim jakąś mistyfikację, jakiś element fałszu. Coś 

nierzeczywistego w każdym razie. Niewątpliwie sam Thorn XII nie zachowywał się idealnie 

tak,  jak  dowódca  współczesnego  statku.  Mimo  wszelkich  starań,  translator  mógł  tylko 

przełożyć jego rozkazy na współczesny im język, ale nie mógł nadać im w pełni archaicznego 

charakteru. I chyba właśnie to wychwycił Artur. Co gorsza, szybko przekonał Roberta i obaj 

zaczęli działać dwutorowo. Na zewnątrz prowadzili manewry celownicze, bardzo poprawnie 

zresztą,  ale  faktycznie  gorączkowo  szukali  możliwości  kontaktu  z  tamtymi.  Skąd  mogli 

wiedzieć, że ich myśli są dla niego czytelniejsze niż nieprecyzyjne, wieloznaczne słowa. 

Nie mógł w tym momencie nie odczuwać pewnego podziwu dla tej ich podwójnej gry. 

Potrafili ją ukrywać, i rzeczywiście, na zewnątrz nic na nią nie wskazywało. Ani jedno słowo, 

ani  jeden  gest.  A  przecież,  gdy  sam,  jeszcze  na  stacji,  prowadził  swoje  prace  równolegle  z 

bazowym programem eksploracji, nawet nie próbował utrzymać ich w tajemnicy. A przecież 

wiedział  lub  przynajmniej  domyślał  się  istnienia  na  stacji  szeregu  zespołów  kontrolnych. 

background image

Mógł  chociażby  izolować  część  pomieszczeń  tak,  by  na  zewnątrz  nie  przedostała  się  żadna 

informacja,  ale  nie  przyszło  mu  to  nawet  na  myśl.  Ale  cóż,  pozornie  większa  możliwość 

złożonych, wielotorowych działań wynikała po prostu z niewielkiego stopnia wykorzystania 

ośrodków logiczno-dyspozycyjnych ich  mózgów. Mogli  myśleć o  wielu  rzeczach naraz, ale 

tylko powierzchownie. 

Tak,  więc  wątpliwości  załogi  zmusiły  go  do  jeszcze  jednej  nadprogramowej 

ingerencji.  Nie  musiał  specjalnie  szukać  sposobu  przekonania  ich  o  bezwzględnej 

konieczności  zniszczenia statku. Akurat nadeszło trzecie ostrzeżenie w postaci ostatecznego 

ultimatum.  Zarejestrował  je  i  przekazał  im  kanałem  holowizyjnym,  oczywiście  wraz  z 

translacją tekstu. Wywarło ono dostateczne wrażenie. Musieli dojść i doszli do wniosku, że 

nie ma mowy o żadnej mistyfikacji. Natomiast pewien niepokój wzbudził w nim fakt, że czuli 

fizyczną odrazę do wyglądu „tamtych". Mogło  to spowodować pewne zakłócenia  w dalszej 

fazie eksperymentu, gdy będzie musiał przebywać z nimi osobiście. Może jednak uda się to 

złagodzić. W końcu teraz na odczucia ich nakładają się intencje przypisywane tamtym. Tak 

czy inaczej, na razie to sprawa odległej przyszłości. 

Ostatecznie, upewnieni co do swoich poczynań, przeszli do zdecydowanego działania. 

Nie  obserwował  dokonywanych  przez  nich  prób  anihilacji.  Nie  mógł.  Już  przy  pierwszym 

strzale jedynie najwyższym wysiłkiem woli zdołał powstrzymać się od zabronienia im tego, 

jak  i  przed  odebraniem  im  całego  sterowania.  Tym  razem  reakcje  jego  były  całkowicie 

odmienne  niż  wtedy,  gdy  sam  próbował  strzelać.  Wtedy  ogarniało  go  otępienie  i  niemoc. 

Teraz  następowało  gwałtowne  pobudzenie  i  wyzwolenie  różnorodnych  reakcji 

przeciwdziałania.  Niesienie  pomocy  tamtym  stało  się  kategorycznym  imperatywem 

całkowicie  wypełniającym  jego  świadomość.  Przypuszczał,  że  mógłby  to  zahamować 

środkami psychochemicznymi, ale wolał nie ryzykować. Reakcja mogła nie być punktowa. 

Jedyne,  co  mógł  zrobić,  to  odizolować  się  od  nich  pozostawiając  tylko  dwa  kanały 

jednostronnej  łączności  akustycznej-jeden  z  centralnego  kalkulatora  statku,  mający 

poinformować go o wykonaniu zadania oraz alarmowy dla załogi. Na wszelki wypadek, aby 

zupełnie  uniemożliwić  sobie  jakąkolwiek  ingerencję,  automatycznie  zamknął  swoje 

pomieszczenie  z  zewnątrz.  Miało  być  otwarte  dopiero  po  upływie  dziesięciu  dni.  Do  tego 

czasu jednak był uwięziony i bez żadnego wpływu na wydarzenia. 

Czekał. Czuł się bardzo źle. Dominowało w nim nadmierne pobudzenie połączone ze 

strachem. Nie myślał ani o projekcie, ani o swojej przyszłości. Zależało mu przede wszystkim 

na  życiu  tamtych.  Teraz  szukał  już  gorączkowo  możliwości  wydobycia  się  z  izolacji,  aby 

background image

przerwać  załodze  procedurę  niszczenia.  Na  próżno.  Mógł  tylko  z  rosnącym  uczuciem  ulgi 

przyjmować fakt, że sygnał z kalkulatora ciągle nie nadchodził. 

background image

45. Atak 

 

Odezwał się za to drugi kanał: 

-  Potrzebujemy  małej  rakiety  zwiadowczej  o  roboczym  ciągu  przynajmniej  0,96c 

wyposażonej w broń anihilacyjną. Jest to jedyna możliwość zniszczenia ich statku. 

Zrozumiał  od  razu.  Manewr  był  tyleż  niespodziewany,  co  i  pewny.  Jeden  z  nich 

zdecydował się zginąć, aby zadać cios z bliższej odległości. Robert Dalton. Na pewno on. Jest 

mniej zborny psychicznie. 

Manewr  musiał  być  skuteczny,  więc  umożliwienie  go  im,  równoznaczne  z 

wykonaniem wyroku śmierci na tamtych, leżało poza jego możliwościami psychicznymi. Na 

szczęście  nie  musiał  znów  walczyć  ze  sobą.  Nie  mógł  im  ani  pomóc,  ani  przeszkodzić. 

Potrafili  jednak  sami  odblokować  tę  część  kalkulatora  pokładowego,  w  której  zawarte  były 

dane o sposobie korzystania z rakiety. Sam im to umożliwił w trakcie wstępnego instruktażu. 

Co  prawda,  wtedy  przewidywał  inne  możliwości  jej  zastosowania...  Kalkulator  podał  im 

wszystko: sposób dostępu, instrukcję pilotażu, a także możliwości uzbrojenia. 

Dziwne,  ale  z  chwilą  przesądzenia  losów  patrolu,  poczuł  się  znacznie  lepiej.  Nie 

musiał  już  walczyć  ze  sobą.  I  tak  był  dostatecznie  rozbity  wewnętrznie.  Ale  chyba  właśnie 

wtedy  pękła  w  nim  bariera  i  zerwane  zostały  ostatnie  więzy  z  Ziemią.  Przestał  się  czuć 

członkiem ziemskiego społeczeństwa, a losy Ziemi stały mu się obojętne. Na całe szczęście. 

Został, bowiem uwolniony od izolacji na kilka godzin przed odlotem rakiety zwiadowczej. 

Bez większego wysiłku mógł biernie obserwować poczynania załogi. Interesowały go 

w równej mierze metody ich działania, jak i ich motywacja. O dziwo, l wykonawcą miał być 

jednak Artur. Co prawda miał f to zrobić w myśl niepisanej zasady, że dowódca nie j może 

wysłać  na  pewną  śmierć  członka  swojej  załogi,  f  ale  i  tak  decyzja  ta  była  nieoczekiwana. 

Powinien  raczej  zrezygnować  z  manewru.  Na  to  przynajmniej  wskazywałyby  wcześniejsze 

badania,  według  których  jego  decyzje  powinny  być  przewidywalne  przynajmniej  w 

osiemdziesięciu procentach. Wiele by dał, żeby móc teraz użyć analizatora głębszych warstw 

psychiki Artura! Mógłby poznać wszystkie motywy wewnętrzne. Ale było to niemożliwe bez 

podłączenia  do  mózgu  wielu  czujników.  A  stosowany  do  tej  pory  zdalny  odczyt 

dyskursywnej warstwy pamięci bieżącej nic mu nie mówił. Artur myślał tylko o szczegółach 

technicznych. 

Wątpliwa okazała się, więc opinia jaką wyrobił sobie o ludziach pierwotnych. Według 

dostępnych materiałów i wstępnych badań, przedstawiały one sobą dość silnie wyalienowane, 

background image

izolowane  jednostki,  których  podstawowym  kryterium  działania  były  efekty  osobiste.  A 

przecież  teraz  nie  zawahali  się  poświęcić  wszystko  dla  iluzorycznego  dobra  innych,  l  co 

jeszcze dziwniejsze, Artur nie chciał nic tym innym przekazać przed swoją śmiercią. W ogóle 

przestali  rozmawiać  ze  sobą.  Co  najwyżej,  gdy  trzeba  było  wymienić  jakieś  uwagi  natury 

technicznej. 

Dopiero  teraz  zaczęli,  przynajmniej  w  jakimś  stopniu,  przypominać  współczesnych 

ludzi.  Było  w  nich  coś  z  zimnego  wyrachowania,  liczenia  się  tylko  z  realiami  sytuacji  i 

wytyczonym celem, a także coś z typowego obecnie ostracyzmu. Wzbudziło to w Thornie XII 

dodatkowe nadzieje na szybsze przystosowanie do współczesnych wymogów społeczeństwa, 

które  stworzą  w  przyszłości.  Pozostanie  jednak  konieczność  wprowadzenia  radykalnej 

zmiany w zakresie ich instynktu samozachowawczego. 

Jak  było  do  przewidzenia,  manewr  okazał  się  stuprocentowo  skuteczny.  Gwałtowne 

zniknięcie  na  ekranie  echa  blokującego  statku,  odczuł  już  tylko  jako  lekki  wstrząs.  Był 

rzeczywiście uwolniony od blokady. Teraz wiedział, że nigdy nie mógłby wrócić na Ziemię i 

to  nie  w  przewidywaniu  konsekwencji  jego  poczynań,  ale  z  powodu  utraty  psychicznego, 

kontaktu z całym społeczeństwem. Przestał czuć się jego ogniwem. Dla niego Ziemia miała 

rozpocząć się za ileś tam lat na jednej z planet rozciągającego się przed nim, dostępnego już 

teraz, obszaru. 

Po wyjściu na zamierzony kurs szybko hibernował Roberta i upewniwszy się, że pełny 

ciąg pozwala  mu na ostateczne uwolnienie się od reszty statków patrolu, zaczai  analizować 

sytuację i dalsze plany. 

Najistotniejszy  etap  miał  poza  sobą.  Przekroczył  ziemską  biosferę  i  teraz  mógł  bez 

przeszkód  ze  strony  Ziemi  realizować  swój  projekt.  Tyle,  że  brakowało  mu  jednego 

niezbędnego  elementu-Artura.  Musiał  odtworzyć  go  raz  jeszcze.  To  było  proste.  Od  razu 

uruchomił  embrionalny  rozwój  trzech  alternatywnych  egzemplarzy.  Ale  teraz  wiedział  już 

znacznie  więcej,  poznał  już  trudności  kontaktu  z  nimi.  Przyjmując  dotychczasową  strategię 

postępowania, mógłby być dla nich co najwyżej kimś w rodzaju dyktatora narzucającego im 

wszystko, łącznie ze zmianami osobowości oraz dalszym gatunkowym rozwojem. Nie byłoby 

to  jednak  najlepsze  rozwiązanie.  Budowa  całkowicie  nowego  społeczeństwa  wymagała  ich 

świadomego współuczestnictwa. Wiedział jednak, że jednym z najsilniejszych ich uczuć jest 

konieczność  poczucia  możliwości  samostanowienia  o  sobie,  czy,  jak  to  sami  nazywali, 

wolności psychicznej. A on sam nie będzie potrafił przekonać ich o konieczności sztucznego 

kształtowania  i  rozwoju  psychiki.  Niezbędny  był  tu  człon  pośredni.  A  takim  mógł  stać  się 

background image

Artur,  odtworzony,  poddany  serii  korekcji  i  zaznajomiony  z  sytuacją;  trochę  człowiek 

współczesny, a trochę na ich poziomie. Właśnie takiego postanowił stworzyć. 

Na  razie  miał  czas.  Czekając  na  pełny  osobniczy  rozwój  Artura,  poddał  się 

pięcioletniej  hibernacji.  Oczywiście,  pozostawił  w  mocy  program  poszukiwań  w  obszarze 

przyległym do trajektorii lotu planety przydatnej do realizacji projektu. 

Gdy  obudził  się,  Artur  ukończył  swój  rozwój,  natomiast  poszukiwania  planety  nie 

dały pozytywnych rezultatów. Nie przejął się-tym specjalnie. Najważniejszy był teraz Artur. 

Trzeba go było ukształtować tak, by był maksymalnie przydatny do współpracy z innymi. 

 

background image

III. Człowiek Wtórny 

background image

46. Stworzenie 

 

Korekcje jego nie musiały iść aż tak daleko, jak to wstępnie przypuszczał. Inną rzeczą 

jest  pobudzić  ośrodki  logiczno-decyzyjne  mózgu,  a  inną  całkowicie  jest  zmienić  jego 

wewnętrzną  strukturę.  Artur  wymagał  tylko  tego  pierwszego.  Powinno  to  i  tak  wystarczyć, 

aby  w  przyszłości  sam  doszedł  do  wniosku,  że  niedopuszczalne  są  odchylenia  decyzyjne 

prowadzące w konsekwencji do samozagłady. A taki był przecież poprzednio... 

Przecież Robert też! To on jako pierwszy chciał  wykonać ten manewr. Czyżby więc 

była  to  dla  nich  norma  zachowania  się?  Niemożliwe...  W  krytycznych  warunkach,  przy 

nielicznym  w  pierwszych  pokoleniach  społeczeństwie,  gdy  o  przetrwaniu  gatunku  będzie 

decydował  czysty  instynkt  samozachowawczy  w  ich  pojęciu,  a  w  rzeczywistości  -  poczucie 

konieczności  czynnego  jednostkowego  u-działu  w  działalności  społeczeństwa  aż  do  kresu 

możliwości psychicznych, podejście ich będzie absolutnie nieakceptowane. A przecież u nich 

też  istniały  zaczątki  życia  społecznego.  W  końcu  Artur  zginął,  w  swoim  mniemaniu,  dla 

dobra innych. Można to było interpretować nieco inaczej. Być może Artur uważał, że on sam 

jako jednostka, nie znaczy nic  w skali  ogólnospołecznej. Mógł  żywić takie przekonanie. W 

okresie  gdy  żył,  nie  było  żadnych  problemów  z  obsadzeniem  niezbędnych  społecznie 

stanowisk;  ludzi  było  raczej  za  dużo  niż  za  mało.  Może  to  stąd...  Tak  czy  inaczej,  teraz 

należało utrwalić w nich zasadę istotnej wartości osobistej. 

Zresztą  były  to  jałowe  dywagacje.  Praktyka  powinna  wykazać  słuszność  zabiegów 

korekcyjnych. Przeprowadzenie ich było  stereotypem, po zaprogramowaniu  przebiegającym 

prawie  całkowicie  automatycznie.  Oczywiście,  w  trakcie  ich  przeprowadzania,  Artur 

pozostawał w stanie hibernacji. Pozostawało tylko czekać na utrwalenie się zmian. 

Po  siedmiu  tygodniach  przystąpił  do  budzenia  Artura.  Od  razu  wystąpił  pierwszy 

nieprzewidziany  objaw.  W  porównaniu  ze  swym  poprzednim  egzemplarzem,  Artur  2  był 

znacznie  bardziej  pobudliwy.  Reagował  mniej  więcej  tak,  jak  Robert  przy  pierwszym 

budzeniu. Był zaszokowany niezwykłością sytuacji, o niczym trzeźwo nie myślał, bał się. 

Tego typu reakcji nie przewidział. Uważał, że uzyskując osobnika znacznie bliższego 

mu psychicznie, będzie miał ułatwione przeprowadzenie większości procesów adaptacyjnych. 

A teraz? Nie mógł pokazać mu się osobiście, bo znał już odrazę jaką odczuwali wobec jego 

wyglądu,  abstrahując  nawet  od  poprzedniej,  symulowanej  sytuacji.  Musiał  więc 

improwizować... 

background image

Przychodziły  mu  na  myśl  różne  rozwiązania,  ale  w  końcu  wybrał  najprostsze.  Po 

prostu  przekazał  mu  przez  głośniki  tyleż  długi  co  i  mętny  tekst  informujący  go  o  sytuacji. 

Przekazał  mu  więc,  że  stanowią  eksperymentalnie  odtworzoną  grupę,  której  Artur  ma  być 

przywódcą,  i  że  mają  odtworzyć  archaiczną  pseudocywilizację  ziemską  w  innym  układzie 

planetarnym. Nie ukrywał też rzeczywistego czasu ani faktu, że Artur przeszedł serię korekcji 

psychiki, które znacznie podniosły jego możliwości. 

Zgodnie  z  programowymi  przewidywaniami,  Artur  2  przyjął  informacje  ze 

zrozumieniem.  Pewien  niepokój  mogło  wzbudzić  tylko  to,  że  najsilniej  wewnętrznie 

zaakceptował  dwa  fakty.  Pierwszy,  że  stoi  teraz,  oczywiście  w  porównaniu  ze  swoim 

oryginałem, na wyższym poziomie rozwoju umysłowego. Drugim faktem była wiadomość, że 

będzie  teraz  przywódcą  grupy  quasi-współczesnych  sobie  ludzi.  Dawało  to  wiele  do 

myślenia. Przecież poprzedni Artur także był dowódcą. I wtedy przyjmował to beznamiętnie, 

jako coś zarówno oczywistego, jak i przypadkowego. Że albo on, albo  ktoś inny. A wtórny 

egzemplarz, nie wiadomo, dlaczego odczuwał tylko wewnętrzną satysfakcję z takiego obrotu 

spraw... 

Cóż  jednak.  To  były  tylko  odczucia  z  obserwacji  zewnętrznej.  A  fakty  były 

niepodważalne.  Testy,  którym  Artur  2  poddał  się  bardzo  chętnie,  wykazały,  że  korekcje 

spełniły swoją rolę. Ośrodki logiczno--decyzyjne zostały pobudzone w dostatecznym stopniu. 

Artur 2 miał wszelkie dane, aby myśleć prawie współcześnie... 

Dlaczego  jednak,  już  od  pierwszego  osobistego  kontaktu,  który  na  pozór  rozwiał 

wszelkie obawy, gdyż  Artur 2  nie był  ani  zaskoczony  wyglądem  Thorna  XII, ani  sposobem 

jego  mówienia,  czy  raczej  translacji  tegoż,  zadawał  tyle  pytań?  Interesowało  go  prawie 

wszystko.  I  nie  wystarczały  mu  odpowiedzi  elementarne.  Zadawał  kolejne  pytania,  często 

będące komentarzami do. poprzednich odpowiedzi. A przecież osobisty dialog był aktualnie, 

jako  forma  wymiany  informacji,  w  stanie  zaniku.  I  u  Artura  2  powinno  to  znaleźć  jakieś 

odbicie. Powinno, ale w rzeczywistości było wprost przeciwnie. 

Był zaniepokojony. Pierwszy egzemplarz Artura, mimo irracjonalnego postępowania i 

niższego  poziomu  intelektualnego,  był  jednak  w  jakiś  sposób  bliższy  współczesności.  Nie 

wiedział co, ani w jaki sposób się to objawiało, ale jednak było w nim coś bliskiego. A teraz 

to  coś  zginęło  albo  zostało  stłumione.  Tak  czy  inaczej,  dopiero  teraz  był  w  pełni 

predestynowany do odegrania roli ogniwa pośredniego pomiędzy Thornem XII a resztą. Może 

to,  że  dużo  mówi  pomoże  mu  w  kontakcie  z  innymi,  w  przekonaniu  ich...  A  wewnętrzna 

motywacja? Zawsze pozostaje możliwość kolejnych korekcji wyrównawczych. 

 

background image
background image

47. Artur 2. Nauka 

 

Miał zatem rozwiniętego osobnika o cechach prawie takich, jakie założył. To nic, że 

wystąpiły pewne wtórne reakcje zmieniające nieco bazowe funkcje mózgu. Przecież korekcje 

wstępne, zawsze stanowiące swego rodzaju loterię, mogły zmienić je jeszcze bardziej i to w 

niepożądanym  kierunku.  A  aktualne  cechy  wtórne  powinny  tylko  ułatwić  porozumienie 

Artura 2 z resztą grupy. Co dalej? 

Nauka. 

Artur 2 powinien wiedzieć jak najwięcej. Możliwie tyle samo co on. Najlepiej byłoby, 

gdyby w przyszłości Thorn XII mógł oddziaływać na modelowe społeczeństwo tylko za jego 

pośrednictwem, w ogóle nie ujawniając swego istnienia. Zapewne okaże  się to  niemożliwe, 

ale trzeba zakładać plan maksimum... 

Uczył Artura 2. Po kilkudziesięciu dobach pokładowych - musiał znowu wprowadzić 

to  pojęcie,  gdyż  Artur  2,  tak  jak  jego  współcześni,  nadal  uczulony  był  na  cykle 

biofizjologiczne  -  Artur  2  znał  już  cały  statek,  obsługę  jego  urządzeń,  działanie  systemów. 

Był z grubsza zaznajomiony z ziemskim poziomem wiedzy. Ale to był dopiero pierwszy etap, 

należało  go  teraz  przekonać  o  konieczności  realizacji  planu  oraz  ustalić  strategię  wpojenia 

takiego przekonania pozostałym osobnikom. I to, wbrew wcześniejszym zachwytom Artura 2 

nad perspektywą dominacji nad odrodzonym społeczeństwem, okazało się, że ma on jeszcze i 

inne plany. Gdy tylko dowiedział się o aktualnej sytuacji Ziemi, z miejsca zapragnął powrotu 

na nią. Doszedł już do tego, że przekonywał Thorna XII o swoich racjach! 

- Ziemia z kilkusettysięczną załogą (był kosmonautą z krwi i kości)-mówił-zamknięta 

w sobie, nieświadoma innych cywilizacji, nie mogąca rozwiązać własnych problemów, jest w 

zasadzie  bezbronna.  Wrócimy.  Opanujemy  ją  razem,  a  wtedy  będziemy  mogli  skorzystać 

dodatkowo  z  całego  jej  potencjału  genetycznego.  Na  pewno  ułatwi  to  realizację  twojego 

projektu. To ty będziesz programował rozwój społeczeństwa na przestrzeni całych tysiącleci. 

- Nie bardzo. Pozostały mi dwa, może trzy tysiąclecia świadomej działalności. A może 

znacznie mniej. Żyłem w zupełnie innych warunkach. 

- Ale to i tak kilkadziesiąt naszych pokoleń. 

-  Niezupełnie.  Korekcjami  mogę  tylko  podnieść  potencjalny  poziom  waszych 

umysłów. Ale, aby zdobyć naszą wiedzę, musicie żyć znacznie dłużej. Przy naszych środkach 

biomedycznych będziecie mogli żyć do pięciuset lat. 

background image

- Ale jaki to ma związek z ilością pokoleń? Przecież pomiędzy nimi będzie najwyżej 

trzydzieści lat różnicy. Chyba dojrzałość fizjologiczna nie będzie występować, później? 

-  Nie.  Ale  dla  cywilizacji  ziemskiej  niemożliwa  jest  czynna  współpraca  więcej  niż 

czterech pokoleń jednocześnie. 

- Dlaczego? 

- Powstają antagonizmy, lekceważenie pokoleń przez siebie, uzurpowanie sobie praw 

decyzyjnych.  To  zresztą  złożona  sprawa. W  każdym  razie  nie  mógłbym  osobiście  sterować 

rozwojem więcej niż jakichś piętnastu pokoleń, no, może dwudziestu. A mnie dzieli od was 

kilkaset tysięcy. Czy jest jakiekolwiek porównanie? 

- Oczywiście. Te kilkaset tysięcy pokoleń rozwijało się naturalnie. Nie zawsze to był 

postęp. A piętnaście pokoleń z  korekcjami przekazywanymi  progresywnie i  akumulującymi 

się musi zrównoważyć cały ten okres. Na pewno wystarczy! 

-  Tak,  tyle,  że  korekcje  niszczą  predyspozycje  naturalne,  które  trzeba  zastąpić 

działalnością systemu technologiczno - informacyjnego. 

- A po co nam cechy naturalne? Aby nadal hamowały racjonalizm postępowania? Im 

prędzej z nimi skończymy, tym lepiej... 

I tak dalej... Zdążył już zapomnieć, że argumentuje za powrotem na Ziemię... 

Dialogi  były  nieskończone.  Na  każdy  jego  trzeźwy  argument  Artur  2  odpowiadał 

kilkoma własnymi, nie opartymi na żadnych racjonalnych przesłankach. W ferworze dyskusji 

szybko  tracił  wątek,  przeskakiwał  z  tematu  na  temat,  zapominał  o  swoich  wcześniejszych 

argumentach. A przede wszystkim nie wiedział, a raczej nie czuł, czym jest Ziemia i co ona 

aktualnie  sobą  reprezentuje.  Nie  przeżył  walki  o  biologiczne  przetrwanie  gatunku,  o 

utrzymanie  odziedziczonej  technologii,  o  własną  sferę  subgalaktyki.  I  poza  tym  nie  zdawał 

sobie sprawy, -że Ziemia ciągle jest silna. Degeneracja kojarzyła mu się z upadkiem, a nie z 

prężnym  systemem,  zdolnym  do  działania  na  wielką  skalę.  Bezsprzecznie  była  to  wina 

Thorna  XII.  Przekonując  go  do  swojego  projektu,  chyba  w  zbyt  ciemnych  barwach 

odmalował sytuację Ziemi, zbyt eksponował jej trudności, a za mało przekazał mu informacji 

o jej strukturze wewnętrznej. I teraz Artur 2, wiedziony atawistycznym instynktem, pragnął 

tylko powrotu na Ziemię i jej przebudowy. 

Mimo  wszystko  był  cierpliwy.  Krok  po  kroku,  przekazywał  mu  historię  cywilizacji, 

przynajmniej taką, jaką sam znał. Artur 2 dawał się przekonywać, ale bardzo powoli. Wahał 

się  cały  czas,  aż  Thorn  XII  zdecydował  się  na  skrajnie  drastyczne  posunięcie.  Pokazał  mu 

cały  zarejestrowany  zapis  jego  działalności  w  poprzedniej  edycji.  Cóż.  na  pewno  szokiem 

było  obejrzenie  własnego  samobójstwa,  ale  uzyskanie  przeświadczenia  o  niemożliwości 

background image

powrotu na Ziemię, ze względów militarnych, w pełni to zrekompensowało... Artur 2 wrócił 

do  swojej  poprzedniej  motywacji  wewnętrznej.  Nie  myślał  już  o  Ziemi,  a  o  przyszłym 

przewodzeniu odrodzonej cywilizacji. Dopiero teraz można było próbować przekonywać go o 

niemożliwości współżycia ich społeczeństwa z ziemskim, tak by w końcu przestał kierować 

się  uczuciami  względem  Ziemi,  a  zaczął  rozumować.  Tylko  wtedy  uzyska  odpowiednią 

motywację, taką jaką zakładał program korekcji. 

Uczył  go  od  podstaw.  Hipotetycznej,  gdyż  znane  było  tylko  jedno,  teorii 

społeczeństw.  Była  taka  atawistyczna  nauka,  obecnie  dość  popularna  w  rezerwatach. 

Oficjalnie  reprezentował  ją  na  Ziemi  tylko  jeden  przedstawiciel,  będący  w  dodatku  na 

psychicznym pograniczu społeczeństwa i rezerwatu. Wynikami jej były tylko dywagacje nad 

możliwymi  społeczeństwami,  przy  założeniu  różnych  warunków  ich  działania,  różnych 

liczebności,  różnego  czasu  czy  stopnia  rozwoju. To  Artur  2  rozumiał  lepiej.  Nic  dziwnego, 

nauka ta była jedną z podstawowych w jego czasach. Wystarczyło sięgnąć chociażby do ich 

licznych  przepisów  i  wskazań  na  wypadek  kontaktu  z  innymi,  tak  jakby  jakakolwiek 

cywilizacja mogła mieć ochotę na nawiązanie kontaktu z istotami na ich poziomie rozwoju. I 

dopiero  teraz,  gdy  wytłumaczył  mu  odrębność-formalną,  psychiczną,  a  w  końcu 

informatyczną-Cywilizacji  Ziemi  od  całej  ich  odtworzonej  grupy,  nawet  jak  w  przypadku 

Artura 2 po korekcjach, uwierzył. Uwierzył w końcu, że Ziemia jest dla niego czymś znacznie 

bardziej obcym niż zakładały to jego archaiczne wyobrażenia o skrajnie niehumanoidalnych 

względnie nie technologicznych cywilizacjach pozaziemskich. 

Zrozumiał. I dopiero teraz poczuł się pewnie. Chyba właśnie to było potrzebne. Aby 

uwierzył, sam siebie przekonał, że jest  poza Ziemią, poza swoim światem, poza całą swoją 

przeszłością.  Wszystko  jedno.  Najważniejsze,  że  dopiero  teraz  mógł  stać  się  w  pełni 

świadomym pomocnikiem w realizacji projektu, że osiągnął pożądaną motywację, że wierzy 

w nią, i że z pełnym przekonaniem będzie starał się wpoić ją pozostałym członkom grupy. 

 

background image

48. Asystent? 

 

Nie było to jeszcze takie proste. Analizator głębszych warstw świadomości Artura 2, 

stosowany przez Thorna XII, rzekomo dla okresowej kontroli stopnia utrwalania się korekcji, 

wskazywał jednoznacznie... 

Artur 2 nie widział po prostu innego wyjścia, więc pogodził się z takimi, a nie innymi 

planami.  Uznał,  że  przynajmniej  na  razie,  projekt  będzie  najdogodniejszym  polem  dla  jego 

działalności.  A  przecież  nie  był,  w  najmniejszym  nawet  stopniu,  związany  z  naukami 

biogenetycznymi!  Chodziło  mu  jednak  o  coś  innego.  Zawsze  był  dowódcą  statków 

kosmicznych  więc teraz  było  naturalne, że będzie  kierować całym społeczeństwem. Tak, w 

swojej  opinii,  to  on  miał  nim  kierować!  Dla  Thorna  XII  zostawił  tylko  sterowanie  jego 

rozwojem biologicznym. Miał przy tym nadzieję, że z czasem przejmie i to. 

Kilkadziesiąt  lat  później  Robert  Dalton  nazwał  go  potencjalnym  Uczniem 

Czarnoksiężnika. 

Na  razie,  zgodnie  z  planami,  pracował  razem  z  Thornem.  XII.  Najważniejszym 

problemem, jaki mieli w tej chwili do rozstrzygnięcia, było ustalenie sposobu postępowania z 

resztą  grupy  po  jej  hibernacji.  Nie  chciał  wprowadzać  im  korekcji  już  teraz,  mimo  iż  tak 

byłoby  najprościej.  Częściowe  niepowodzenie  realizacji  Artura  2  przemawiało  jednak 

przeciwko  takiemu  rozwiązaniu.  Trzeba  trzymać  się  tego,  co  postanowił  przed  ucieczką. 

Najpierw przebadanie ich psychiki w warunkach naturalnych, rzeczywistych, szczególnie we 

współdziałaniu  między  sobą,  a  dopiero  potem  seria  korekcji.  Muszą  jednak  być  do  nich 

przygotowani, zgodzić się na nie, chcieć ich... 

Po raz pierwszy zasięgnął bezpośrednio opinii Artura 2 o innych osobnikach. Ten miał 

z góry wyrobione zdanie. 

-  Uważać  na  nich!  Będą  przeciwni  każdemu  planowi,  nawet  po  zapoznaniu  się  z 

sytuacją. 

- Po czym tak sądzisz? 

-  Przecież  są...  byli  -  poprawił  się-  współczesnymi  mi  ludźmi.  Znam  motywację  ich 

działania. Podstawowym ich celem będzie pozostanie sobą. Za wszelką cenę. 

- A więc co z nimi zrobić? 

- Niech niczego nie wiedzą. Lecą statkiem. Gdzieś wylądują. Nie będą mogli wrócić. 

Wystarczy,  jeśli  tyle  będą  wiedzieć.  Sami  założą  społeczeństwo.  A  my  będziemy  zdalnie 

sterować jego rozwojem. 

background image

- Założą  społeczeństwo?  A czy ty,  będąc jednym  z nich, zgodziłbyś się na to? Sześć 

osób!  Z  takim  wyjściowym  materiałem  genetycznym  po  dziesięciu  pokoleniach  miałbyś  ze 

trzystu  zdegenerowanych  karłów.  A  myślisz,  że  oni  tego  nie  wiedzą?  Nawet  gdyby  nie 

wiedzieli, to co? Będą chcieli mieć potomstwo, aby zgotować mu swój los? Zresztą o czym tu 

mówić, jaka by była ich baza techniczna bez naszego udziału? Przecież my będziemy musieli 

przygotować im wszystko. Wszystkiego ich nauczyć. My osobiście. Bez nas nigdy nie założą 

społeczeństwa. Zrobią to, jeśli będą wiedzieli, że jest to celowe, że społeczeństwo ich będzie 

miało realne szansę. A ty musisz przekonać ich do tego. 

- To będzie trudne. , 

- Znasz ich lepiej. W końcu jesteś jednym z nich. 

-  Byłem  kiedyś,  to  znaczy  on  był,  mój  pierwszy...-słowo  „egzemplarz"  nie  przeszło 

mu przez usta. 

- Nieważne. Oni muszą dowiedzieć się wszystkiego. Czy myślisz, że będzie lepiej, jak 

sami się domyśla? A że minęły miliony lat zorientują się na pewno. I tego, że są odtworzeni. 

-  Nie  domyśla  się.  Są  zbyt  prymitywni  -  próbował  teraz  nadrabiać  swoje  poprzednie 

wahanie, zdecydowanie odciąć się od nich. 

- Umieją myśleć. Ty też umiałeś... Każdy jest z innego czasu. 

- No to co? Loty. Hibernacje. 

- Mamy więc nie pokazywać się im? 

- Ja mogę. Przecież...-urwał, gdyż widać uświadomił sobie, że dla Roberta zginął już 

dawno. 

-  I  jeszcze  obraz  Galaktyki.  Wy,  wtedy,  nie  mieliście  czasu  na  jego  analizę.  Ale  oni 

będą mieli. Rozpoznają pewne gwiazdy, zdeformowane gwiazdozbiory... Możesz być pewny, 

że bardzo dokładnie obliczą aktualny czas. 

- To co robić? 

- Przekonać ich. Powiedzieć im co się dzieje i co powinno być dalej. I ty to zrobisz! 

- Jak? 

- Wymyśl jak. Czego byś o sobie nie myślał, jesteś raptem o pół procentu od nich, a o 

99,5 ode mnie. 

Stracił  nagle  pewność  siebie.  Zaskoczyło  go  to  oszacowanie.  Był  przecież  na  etapie 

wczesnego rozwoju pseudomatematyki i nie aksjomaty logiki a liczby najlepiej trafiały mu do 

przekonania. Zagłębił  się  w  myślach. Z pewnym opóźnieniem, znów pod pretekstem badań 

Thorn -XII zdołał odczytać ich część. Znamienną... 

background image

... i co on myśli znalazł się potomek dwadzieścia milionów lat jego sprawa degenerat 

coś jednak wie cudotwórca się znalazł odtworzył nas z ich techniką to proste i co mam robić 

bez  niego  na  razie  nic  nie  zdziałałem  uczyć  się  poznać  całą  ich  technikę  szczególnie 

genetyczną ale on ja niech oni go tylko zobaczą we wszystko uwierzą i wszystkiego będą się 

bali  o  jego  zamiarach  ja  będę  mówił  co  chciał  tak  niech  będzie  on  w  całej  okazałości  bo 

inaczej w nic nie uwierzą w żadną argumentację i co im pozostanie powiem że jestem jak oni 

tylko po korekcjach więc lepszy doskonalszy Robert potwierdzi zna znał mnie przecież dwa 

razy  Eva  też  muszą  się  przekonać  każdy  będzie  chciał  być  taki  jak  ja  bo  stale  się  będzie 

porównywał  ze  mną  i  jak  znajdziemy  te  planetę  to,  będzie  społeczeństwo  Thorn  XII  i  ja  a 

może uda się go i będę tylko ja ale najpierw zdobyć jego technikę korekcji i dlaczego ja z ich 

możliwościami  mogę  żyć  tylko  kilkaset  lat  a  on  kilka  tysięcy  przecież  ja  mam  większą 

nadmiarowość funkcji oszukuje mnie oszukuje... 

Tak,  wtórne  skutki  korekcji  zdominowały  trend  ogólny.  Likwidacja  byłaby  w  tej 

chwili najlepszym rozwiązaniem, ale nie miał ochoty na powtarzanie ontogenezy i ponowną 

naukę.  Czuł,  że  wynik  byłby  zbliżony.  Okazało  się  przecież,  że  standardowy  program 

korekcji  ogólnorozwojowych  jednocześnie  pobudzał  ośrodki  logiczno-decyzyjne  i  włączał 

inne,  tłumione  do  tej  pory,  partie  mózgu  do  pracy  w  ramach  pamięci.  Tym  samym, 

wydobywało  to  najniższe  poziomy  świadomości  i  umożliwiało  im  wpływ  na  bieżącą  pracę 

mózgu.  W  ten  sposób  czternastokrotnie  zwiększony  poziom  logiczny  Artura  2  został 

zdominowany  przez  pobudzoną  podświadomość,  bo  ta  już  niegdyś  miała  pewien  udział  w 

procesach  myślowych,  a  wykorzystania  ośrodków  logiczno-decyzyjnych  trzeba  było  się 

uczyć. Na razie cechy swoiste brały górę nad nabytymi. A więc i nauka, i przyszłość; trzeba 

tłumić najpierw wewnętrzne predyspozycje a dopiero potem uwalniać nowe ośrodki. Inaczej 

u wszystkich dojdzie do tego samego co u Artura 2. Na przykład, jeżeli Anna uczyła i lubiła 

to, po korekcjach zacznie uczyć  wszystkich  wszystkiego, posunie się nawet  do tłumaczenia 

rzeczy oczywistych. 

Zdecydował  się.  Na  razie  hibernują  się  obaj.  Artur  2  zostanie  poddany  serii  sześciu 

nieświadomych  korekcji  wyrównawczych. Co  potem? Czasu jest  dużo. Trzeba zobaczyć  co 

będzie  w  obszarze  Hiad.  Może  rozpocząć  eksperyment  jeszcze  raz,  od  podstaw?  Zmienić 

parametry? Może zacząć od szczegółowej selekcji genotypów? Oni zostali wybrani losowo z 

większej grupy. Może inni... 

 

background image

49. Hiady 

 

Obudzeni  zostali  programem  alarmowym.  Niedaleko  od  umownej  granicy  obszaru 

Hiad  urządzenia  odbiorcze  statku  zarejestrowały  sygnały,  będące  niewątpliwie  sztucznego 

pochodzenia.  Tak  więc,  potwierdziłyby  się  wcześniejsze  obawy-istniała  tu  Cywilizacja,  z 

którą zetknięcie będzie nieuchronne. 

Nie  był  w  najlepszej  formie.  Może  to  nietypowe  przeżycia,  może  zbyt  intensywna, 

wielostronna  działalność  w  ostatnich  czasach,  może  względy  genetyczne-jak  wszyscy,  nie 

znał  pełnego  zestawu  cech  psychogenetycznych  swoich  rodziców...  Był  zmęczony.  Trudno 

mu było zmusić się do działania. 

Czekał na powrót Artura 2 do pełnej świadomości. Miało to zająć kilkanaście godzin. 

Sam przechodził do i ze stanu hibernacji w ciągu kilku minut. Czas oczekiwania poświęcił na 

wstępne badania sygnału. Jego kierunkowość nic nie mówiła. Z prawdopodobieństwem 0,938 

pochodził  on  z  radiantu,  w  którym  leżało  centrum,  a  więc  i  główne  skupienie  układów 

gromady.  Ale  równie  dobrze,  źródło  mogło  znajdować  się  znacznie  dalej  lub  bliżej.  Próby 

rozszyfrowania sygnału prawie nic nie dały. Jedynym pewnikiem było to, że rozpoczynał się 

on  od  serii  cyfr  193791127,  po  której  następowały  bloki  kodowanej  informacji 

nienumerycznej  na  przemian  z  blokami  o  charakterze  analogowym.  Tych  nie  udało  się 

odtworzyć.  Kod  miał  strukturę  inną  niż  stosowane  kiedykolwiek  na  Ziemi.  W  zasadzie, 

potwierdziło  to  jego  niejasne  podejrzenia,  że  ma  do  czynienia  z  Cywilizacją  stojącą  na 

wyższym  lub  przynajmniej  takim  samym  stopniu  rozwoju.  Zgodnie  z  ogólnymi  prawami, 

cywilizacje  niższe  i  to  niezależnie  od  ich  semantyki  czy  sposobu  kodowania,  powinny  być 

informacyjnie otwarte dla wyższych. 

Postanowił  nie  ryzykować.  Zmienił  kurs  tak,  aby  ominąć  w  znacznej  odległości 

centrum gromady i tylko przeciąć jej peryferie. Skasował też program poszukiwań losowych - 

zaprzestał  wysyłania  nowych  sond  i  przerwał  łączność  ze  starymi.  Wyłączył  też  radar 

tachionowy dalekiego zasięgu. Statek przestał  wysyłać jakiekolwiek sygnały. W tym  czasie 

Artur 2  wrócił  do pewnej sprawności. Już pobieżne obserwacje potwierdziły, że tym razem 

korekcje  odniosły  pewien  skutek.  Ponadto,  typowe  dla  stanu  hibernacji,  błądzące  działanie 

subświadomych  warstw  mózgu  rozładowało  dość  znacznie  napięcia  powstałe  w  wyniku 

wcześniejszego  uwolnienia  tych  warstw.  Artur  2  nie  był  już  tak  skłonny  do  irracjonalnych 

sprzeciwów. Z planami, do których Thorn XII przekonywał  go tyle czasu, zgadzał się teraz 

bardziej z pobudek logicznych niż  z poczucia  konieczności. Odczyt  pamięci  wskazywał, że 

background image

zaczai  nareszcie  myśleć  o  technicznej  realizacji  planów,  o  -tym  jak  to  wszystko  będzie 

wyglądało,  jaka  będzie  przyszłość  projektu.  Nieco  inaczej  wyobrażał  sobie  teraz  ich 

wzajemny  udział.  Thorn  XII  miał  być  projektodawcą,  a  on  sam  kierować  realizacją.  I 

wszystko  to  dało  się  uzyskać  prostym  zabiegiem  stłumienia  prymitywnej  podświadomości. 

Oczywiście,  dotyczyło  to  tylko  dawnej  jej  zawartości,  bo  sam  ośrodek  uczestniczył  teraz 

czynnie w nowych procesach psychicznych. 

Praktycznie nie mieli teraz nic do roboty poza obserwacją, nasłuchem i ewentualnymi 

analizami zebranych danych. Artur 2 kontynuował naukę znacznie spokojniej i metodyczniej 

niż poprzednio. Tak więc Thorn XII był bezczynny. Materiały dla Artura 2 przygotował już 

dawno, dane z nasłuchu nie nadchodziły... 

Hibernować się nie mógł. Po pierwsze musiał dać Arturowi 2 czas do nauki, a samego 

nie  mógł  go  przecież  pozostawić.  No  i  poza  tym  czekał  na  wyjaśnienie  sprawy  tamtej 

Cywilizacji.  Postanowił  zatem  rozpocząć  prace  nad  resztą  grupy.  W  końcu,  wcześniej  czy 

później, i tak trzeba będzie je rozpocząć, więc dlaczego nie wykorzystać okresu przymusowej 

bezczynności.  Może  nawet  lepiej,  że  tu,  na  statku,  poznają  sytuację  i  dalsze  plany.  Można 

będzie  od  razu  rozpocząć  intensywną  naukę.  Artur  2  będzie  mógł  pomóc.  Rozległy  zakres 

nowych wiadomości powinien rozładować ich psychicznie, przyzwyczaić do nowej sytuacji. 

Powinni  sami  dojść  do  stanu,  gdy  zapytają:  co  dalej?  A  jeżeli  cokolwiek  stanie  na 

przeszkodzie  pracy  z  nimi,  albo  wyniknie  coś  z  tamtą  Cywilizacją,  zawsze  będzie  można 

hibernować ich z powrotem czy wręcz odtworzyć powtórnie... 

Dwa  razy  już  rozpoczynał  pracę  nad  odtworzonymi  osobnikami,  ale  zawsze  miał  te 

same problemy. Brak podstawowych danych. Testowane wcześniej alternatywne egzemplarze 

nie miały zapisanej pamięci, a co najwyżej fragmenty  wpływające na elementarne odruchy. 

Badał podatność na korekcje, a nie faktyczne zachowanie się. Poza tym nie były one tożsame 

aktualnym osobnikom. Istniał tylko statystyczny związek. No i w dalszym ciągu niewiadomą 

była ich psychika zbiorowa. Co prawda, miał dużo danych związanych z Robertem i Arturem 

l, ale sytuacja była wtedy krańcowo odmienna. Musieli maksymalnie skoncentrować się nad 

wykonaniem  zadania.  Nie  mieli  czasu  na  myślenie.  Nie  mówiąc  już  o  tym,  że  różnili  się 

znacznie od reszty, chociażby swym zawodowym zrównoważeniem. W dodatku, wśród reszty 

przeważały  kobiety, a te jeszcze bardziej odbiegały  od nich spójnością psychiki. Czuł, że z 

nimi będzie najwięcej kłopotów... 

Na  razie  najważniejszy  był  wybór  optymalnej  strategii  pierwszego  kontaktu  z  nimi, 

pierwszych  informacji,  jakie  zostaną  im  przekazane.  Rozważał  różne  możliwości,  część  z 

nich  konsultował  z  Arturem  2.  Ten  odrzucał  je  wszystkie,  dla  każdej  znajdując  wiele 

background image

przeciwwskazań,  sprowadzających  się  głównie  do  negatywnego  pierwszego  wrażenia,  jakie 

wywrze to na tamtych, a które dla ludzi na ich szczeblu rozwoju było najczęściej decydujące. 

Tym razem nie było to już jednak z jego strony zaprzeczenie wszystkiemu z założenia, czy 

dla manifestacji własnej podświadomości. Widać było, że też szuka najlepszego rozwiązania, 

że jest zaangażowany tak-samo jak Thorn XII. I sam znalazł  rozwiązanie, w dodatku takie, 

które ze względu na swą wielopoziomowość nigdy by Thornowi XII nie przyszło do głowy. 

Trudno mu było nawet przeanalizować je dokładnie. 

-  Można  to  zrobić  tak.  Obudzimy  ich  i  umieścimy  razem.  Zaczną  analizować  swoją 

sytuację, tak jak poprzednio Robert i Artur 1. Dojdą do tych samych wniosków. Że są jakąś 

ekspedycją specjalną. Robert da im trochę pomyśleć, a potem opowie  wszystko. Będą więc 

przekonani o konflikcie z inną Cywilizacją. I wtedy ty pokażesz się im. Tylko pokażesz. Ani 

jednego słowa wyjaśnienia. Co sobie pomyślą? Że dostali się wraz z całym statkiem w ręce 

tamtych.  Przyszłość  będzie  się  im  wydawała  tragiczna.  Damy  im  sporo  czasu,  żeby  mogli 

osiągnąć stan rezygnacji i krańcowego przygnębienia. I dopiero wtedy wyjaśnimy im jak jest 

naprawdę.  Ulga,  jaką  odczują  przysłoni  im  wszystko  i  przez  jakiś  czas  nie  da  myśleć  o 

niczym  innym.  Wszystko  czego  dowiedzą  się  w  tym  czasie  przyjmą  z  aplauzem,  wszystko 

będzie dla nich wspaniałe w porównaniu z tym, czego oczekiwali. Od razu trzeba powiedzieć 

im i o rzeczywistym czasie, i o ich odtworzeniu. Zobaczą przecież sami. A później cały czas 

trzeba absorbować ich coraz czymś innym. 

- Ale jak wytłumaczymy im powód ich odtworzenia, no i zniszczenie tamtego statku? 

-  Prawie  tak,  jak  było.  Powiemy  im  prawdę  o  •  sytuacji  na  Ziemi.  I  o  tym,  że 

odtworzyłeś  ich  dla  ratowania  gatunku,  a  Rada  nie  wyraziła  zgody  na  to  i  postanowiła  ich 

zlikwidować. A ty, dla ich dobra, zdecydowałeś się na ucieczkę. Zniszczenie statku było jej 

konsekwencją,  po  prostu  ratowaniem  życia-.  Trzeba  podkreślić,  że  jego  załogę  stanowili 

mutanci.  W  tym  ujęciu,  nie  oni,  ale  ty  będziesz  ofiarą,  tym,  który  musiał  zrezygnować  ze 

wszystkiego. 

- Ale co dalej? Z planami, korekcjami, społeczeństwem... 

-  Na  założenie  społeczeństwa  zdecydują  się  sami,  gdy  tylko  osiedlimy  się  gdzieś  na 

stałe. A na informacje o korekcjach i na przekonanie ich do projektu będziemy mieli jeszcze 

dużo czasu. Ale od razu trzeba wszystkie kobiety, jako związane w jakimś stopniu z biologią, 

zaznajamiać  z  całym  rozwojem  człowieka,  przebiegiem  i  przyczynami  degeneracji, 

koniecznością  planowania  genetycznego,  współczesną  psychologią,  korekcjami  wreszcie... 

Tylko  stopniowo.  Do  wszystkiego  przekonają  się  sami.  I  trzeba  odpowiednio  eksponować 

przewagę psychiczną współczesnych ludzi. 

background image

Nie można było mieć zastrzeżeń do wywodu Artura 2. Właśnie taki powinien być ich 

przebieg rozumowania i co najważniejsze emocjonalnego podejścia do sytuacji. Początkowa 

faza była więc ustalona. 

Tym  razem,  przystępując  do  procesu  dehibernacji,  nie  czuł  żadnych  obaw.  Równie 

dobrze przygotowana była tak i strona techniczna, jak i psychologiczna. A poza tym-okazało 

się, że może liczyć na aktywną pomoc Artura 2. 

 

background image

50. Ich Kosmos 

 

Budzili  się  nierównomiernie.  Różnice  pomiędzy  ich  indywidualną  wydolnością 

fizyczną były dość znaczne. W końcu zebrali się razem. Rozmowy były wymuszone. Artur 2 

twierdził,  że  każdy  czegoś  się  domyśla,  ale  na  razie  stara  się  to  ukryć  przed  innymi.  Tak 

chyba  było,  bo  gdy  w  końcu  zaczęli  wspólną  dyskusję  o  sytuacji,  wszyscy  mieli  już 

wyrobione zdanie. Szybko domyślili się rzeczywistego z ich punktu widzenia, acz w efekcie 

symulowanego celu wyprawy, której byli uczestnikami. Mimo że Robert nic nie powiedział, 

doszli nawet do koncepcji „wrogiej cywilizacji". 

Thorn XII nie znał pewnego szczegółu z ich historii. Może po prostu nie miał tego w 

swoim  zbiorze  danych  archiwalnych,  może  przeoczył  go  w  natłoku  informacji,  w  każdym 

razie dopiero Artur 2 uświadomił mu go w pełni. Przecież nadal zachował on swoją pamięć 

osobniczą  z  okresu  życia  na  Ziemi.  Pamiętane  przez  niego  pięćset  lat  ekspansji  kosmicznej 

człowieka  dało  mu  informacje,  wyrywkowe  co  prawda,  o  sferze,  której  promień  wynosił 

prawie 40 parseków. Trzykrotnie  więcej niż obecnie! Miał  on informacje nawet  o Hiadach. 

Fakt, nie rozpoznał ich teraz, ale przez te miliony lat położenie radialne układów zmieniło się 

znacznie, a poza tym Thorn XII wprowadził pewne dodatkowe „korekty" na mapie w kabinie 

operacyjnej. Nie ufał na tyle Arturowi 2, by zaznajomić go z lokalizacją statku. 

Według Artura 2. Hiady, dość dobrze zbadane przez ludzi-w końcu nie jest tak trudno 

skompletować  pełne  dane  o  gromadzie  mającej  tak  znaczne  skupienie  układów-były 

pozbawione jakiejkolwiek cywilizacji. Dla nich nie było to nic dziwnego, przez te pięćset lat 

nie  napotkali  żadnej.  Owszem,  znali  te  same  co  współcześnie  biosfery,  odkryli  szczątki 

kilkunastu archaicznych cywilizacji, raczej na niższym stopniu rozwoju niż ziemska, ale nie 

napotkali  żadnych  przejawów  współobecności  innego  rozumu  w  dostępnym  im  fragmencie 

Galaktyki. Według nich potwierdzało to hipotezę o krótkim czasie trwania każdej cywilizacji-

rzędu  kilku tysięcy lat. A wtedy szansa na  kontakt  pomiędzy nimi  były przyzerowa. Badali 

wtedy  wyrywkowej  chaotycznie.  Ale  Hiady  zbadali...  Sześć  ekspedycji.  Żadna  z  nich  nie 

wróciła żywa. Czas jednostkowego życia był zbyt krótki, nawet  w stanie hibernacji. Lecieli 

nie wiadomo po co, z równym skutkiem mogli wysłać sondy bezzałogowe. Ale zawsze byli 

tacy, co chcieli zobaczyć na własne oczy. Zobaczyli. Przebadali wszystko i przesłali dane na 

Ziemię. Poza śladami przeszłości były tylko najniższe formy życia. 

Poznał  już  dużo.  Nauczył  się  nawet,  wzorem  archaiku,  prowadzić  rozległe  procesy 

myślowe. A przecież teraz dopiero zrozumiał do czego doszła jego Ziemia. Ich czterdzieści 

background image

parseków  i  obecne  piętnaście!  Przy  tej  skali  czasu!  Przecież  gdyby  ekspansja  postępowała 

nadal, tak jak u nich, mieliby teraz w ręku gromadę galaktyk. 

A  do  tego  Hiady.  Nie  było  wtedy  żadnej  cywilizacji,  a  nawet  wysoko 

zorganizowanego  życia. Więc nie mogła się tam  wykształcić rdzenna  cywilizacja. Czyli, że 

ta, która zdominowała Hiady pochodzi z innego obszaru. Prawdopodobnie to ta sama, która 

blokuje  ziemską  biosferę.  Stąd  te  Stacje  Bezpieczeństwa.  A  jeśli  tak,  jeśli  opanowała  ona 

Hiady,  jeśli  otacza  całą  ziemską  biosferę,  to  znaczy,  że  ekspansja  jej  obejmuje  cały  rejon 

Galaktyki,  a  może  i  całą  Galaktykę.  Trudno  przecież  przypuścić,  by  rozlokowała  się  tylko 

wokół ziemskiej biosfery. Raczej ta jest tylko niewielką enklawą, drobnym pęcherzykiem w 

potężnym organizmie. 

Wnioski?  Nieważne  gdzie  się  osiedlą.  Zawsze  będą  w  ich  zasięgu,  czy  pozostaną  w 

Hiadach, czy polecą dalej. Może tylko tyle, że z dala od gromad kulistych, które na pewno 

stanowią  ich  centra  organizacyjne,  będą  mniej  narażeni  na  bezpośrednią  ingerencję,  a  i  to 

tylko  przy  zachowaniu  minimalnej  emisji  informacyjnej  na  zewnątrz.  Tak  czy  inaczej, 

ukrywanie się nie miało sensu. 

Wznowił  więc  losowe  poszukiwania  planety  odpowiedniej  dla  planowanego 

społeczeństwa.  Nie  wysyłał  jeszcze  nowych  sond,  ale  wznowił  kontakt  ze  starymi.  Jedna  z 

nich znalazła... 

Gwiazda zbliżona klasą do Słońca. Planeta w podobnej odległości. W atmosferze 65% 

kryptonu,  10%  tlenu,  15%  azotu,  a  reszta  to  para  wodna  i  dwutlenek  węgla,  nie  licząc 

nieszkodliwych dla nich domieszek. Mogą żyć, tyle że przy nieco większym obciążeniu płuc, 

ale to zawsze można zmodyfikować. W końcu ciśnienie wynosi tam aż 85% współczesnego 

ciśnienia  ziemskiego.  Tak,  ale  tylko  20%  ich  ciśnienia.  Sam  mógł  żyć  prawie  w  próżni,  a 

oni...  Dostosuje  ich.  Proste  uruchomienie  rezerw  metabolizmu  i  przełamanie  psychicznej 

bariery ciśnienia... 

Artur 2 rozwiał jego nadzieje: 

-  Dobrze,  będziemy  oddychać  powietrzem  o  ciśnieniu  200  mB.  Nic  trudnego. 

Dostosujesz  nas.  Ale  oni  od  razu  zorientują  się  jakim  „powietrzem"  oddychają  i  będą 

wiedzieli,  że  zostali  przekonstruowani  fizjologicznie.  A  tego  musimy  unikać.  Oni  muszą 

pozostać  sobą.  Aż  sami  zdecydują  się  na  zmiany.  Wtedy,  owszem.  Ale  to  może  potrwać 

jeszcze  całe  lata.  A  przez  ten  czas  znajdziemy  setki  znacznie  odpowiedniejszych  planet. 

Poczekajmy... 

Lecieli dalej. Minęło kilka godzin i, zgodnie z prognozą Artura 2, Robert opowiedział 

wszystko.  Reakcje  były  różnorodne,  ale  w  zasadzie  potwierdziły  założenia.  Nadeszła  teraz 

background image

jego kolej. Wszedł do kabiny załogowej na jakieś dwie ich sekundy i zaraz wycofał się. Nic 

nie  zobaczył.  Nie  zdążył  się  przystosować  do  ich  długości  fal.  Ale  Artur  2  był 

usatysfakcjonowany. 

- Wszystko przebiega tak, jak przewidywałem! Są załamani. Czują się w niewoli. 

- Co dalej? 

- Uwolnimy  ich.  Za  kilka godzin. Niech na razie oswoją się z sytuacją. Wtedy znów 

wejdziesz ty. Powiesz kilka słów a ja załatwię resztę. 

 

background image

51. Prawda 1 

 

I wtedy zza drzwi wyszedł Artur... 

- On mówi prawdę. Jest właśnie taki rok. On jest z Ziemi. Tak teraz wyglądają. A my 

jesteśmy odtworzeni ze starych zapisów genetycznych. Przecież już my byliśmy bardzo bliscy 

tego... 

- Ale po co? - wyszeptała raczej niż powiedziała Julia. 

- To długa historia. 

-  Więc  ten  cały  twój  manewr  i  śmierć  były  tylko  symulacją?  W  jakim  celu?  Aby 

przebadać reakcje Roberta? - Eryk miał zamiar kontynuować serię pytań, ale Artur przerwał 

mu niecierpliwym gestem. 

-  Nie.  On  zginął  naprawdę.  Gdy  nie  to  nie  byłoby  teraz  nas  wszystkich.  Ja  jestem 

odtworzony powtórnie i moja pamięć także sięga tylko Centrum. No i tego, co przeżyłem na 

tym  statku  po  ponownym  odtworzeniu...-dodał  z  wahaniem.  Nie  chciał  jeszcze  ujawniać  za 

dużo. 

- Gdzie teraz jesteśmy? -dla Roberta najważniejsze były konkrety. 

-  Nie  wiem  dokładnie.  Przypuszczam,  tak  jak  wy  wtedy,  że  wchodzimy  w  obszar 

Hiad. Nie można rozpoznać ich ze stuprocentową pewnością. Wzajemna lokalizacja układów 

zmieniła się trochę przez te dwadzieścia milionów lat. 

- Co z nami będzie? I po co to wszystko? -nalegała Julia. 

-  Wszystkiego  dowiecie  się.  Opowiem  wam.  Ale  to  zajmie  sporo  czasu.  Przyjdę  za 

parę  godzin.  Odpocznijcie  teraz!  -  szybko  urwał  dyskusję  i  wyszedł  do  sąsiedniego 

pomieszczenia,  skąd  obaj  z  Thornem  XII  mogli  obserwować  ich  reakcje  bez  użycia 

monitorów. 

W  zasadzie,  dopiero  w  tym  momencie  rozpoczynała  się  psychiczna  strona 

eksperymentu.  Poznali  już  najważniejsze  dane  o  swojej  sytuacji.  Od  stosunku  tamtych 

zarówno  do  nich,  jak  i  do  wiedzy,  którą  nabędą  w  najbliższej  przyszłości,  zależeć  będzie 

dalsza strategia postępowania z nimi. 

Pierwsze  wymiany  poglądów  tylko  częściowo  potwierdziły  prognozy  Artura  2. 

Owszem,  z  ulgą  przyjęli  fakt,  że  nie  znaleźli  się  w  rękach  nieprzyjaciół,  ale  wcale  nie 

przysłoniło  to  im  wagi  obecnej sytuacji. Nie stanowiło  dla nich  większej różnicy, czy są  w 

mocy obcej Cywilizacji, czy też odległej od nich w czasie-ziemskiej. W dodatku na pierwszą 

ewentualność  byli  przygotowani  z  racji  swoich  specjalności,  drugiej  -  nigdy  nie  mogli 

background image

przewidzieć. A Thorn XII, ze względu na dzielące ich różnice morfologiczne, mógł być dla 

nich równie odległym potomkiem, jak i przedstawicielem innej Cywilizacji. Nadal dominantą 

ich  zachowania  była  nieznajomość  własnego  losu.  Przyjęcie  za  prawdę  informacji  o 

odtworzeniu  ich  z  archiwalnych  zapisów,  jeszcze  bardziej  pogłębiło  stan  frustracji.  Tylko 

Eryk nie widział w tym nic szczególnego. 

Słuchali... 

-  No  i  dobrze.  Mieli  zapisy...  Robili  je'  nam  przecież.  Kto  wie,  czy  już  u  nas,  w 

Centrum, nie potrafiliby odtworzyć każdego z nas. Słuchaj Robert, czy mógłbyś przysiąc, że 

nie  zginąłeś  w  trakcie  żadnej  ze  swoich  ekspedycji?  Na  pewno  nie.  To  wyobraź  sobie,  że 

zginąłeś  gdzieś  w  Kosmosie,  a  później  jesteś  już  tylko  swoją  kopią.  Mogło  tak  być?  -Eryk 

przechodził do decydującej fazy prowadzonego od kilku minut wywodu. 

- Na upartego tak. 

- A przy dobrej organizacji technicznej mógłbyś nie wiedzieć o tym. Ani nikt inny. 

- No i co? 

- To, że nasza sytuacja jest identyczna. Nadal jesteśmy najzupełniej zwykłymi ludźmi, 

a  przynajmniej  otwarcie  powiedziano  nam  o  naszym  pochodzeniu.  Bez  tego  uważalibyśmy, 

że nic się nie stało. Tylko hibernacja i częściowa amnezja. 

- Ale czy to w ogóle ważne? Zastanówcie się nad tym, co będzie z nami dalej! -u Julii 

nadal dominował strach. 

-Uspokój się! -twardo wkroczyła Anna.-Są tylko dwie możliwości. Albo odtworzono 

nas dla - długo szukała  właściwego określenia  - powiedzmy, zabawy, dla czystej satysfakcji 

kreatora,  który  znalazł  możliwość  odtworzenia  nas,  a  teraz  nie  wie  co  z  nami  zrobić,  albo 

zostaliśmy odtworzeni celowo. Co, Evo? 

- Poczekaj. Widziałaś go przecież. Nic nie myśl! Oceń tylko szybko! Jaki procent jego 

cech jest wytworem ewolucji, a jaki degeneracji? Szybko! 

- No... 20% ewolucji, 80% degeneracji... 

- Jesteś optymistką. Ja bym dała tylko z pięć na ewolucję. I to tylko w odniesieniu do 

mózgu  i  rąk.  Cała  reszta  jest  recesywna.  Chyba  że  ma  ukryte  możliwości  anatomiczne  lub 

fizjologiczne. 

- Ale do czego zmierzasz? 

- Na pewno jest znacznie inteligentniejszy od nas. Nie mówiąc już o poziomie czystej 

wiedzy. Chyba nie może być mowy o żadnym odtworzeniu nas dla zabawy. 

- Do tego samego zmierzałam. Stworzył nas na pewno celowo. Więcej, można prawie 

na pewno powiedzieć, że cel ten nie jest niehumanitarny z naszego punktu widzenia... 

background image

- Idiotki! -złość Julii świadczyła o tym, że przestała się już bać. -Czy odtworzono nas 

dla  zabawy,  czy  dla  eksperymentu,  to  chyba  wszystko  jedno  dla  nas.  Tak!  To  co  wy 

nazywacie  humanitarnym  celem,  ja  nazywam  po  prostu  eksperymentem. Wszyscy  jesteśmy 

królikami...  Humanitaryzm!  -  aż  zatrzęsła  się  z  oburzenia.-Czy  naprawdę  nie  przeczuwacie 

dalszego ciągu? 

- To poczekajcie na Artura. Opowie wam... 

 

background image

52. Prawda 2 

 

Był  zmęczony.  Mówił  prawie  sześć  ich  godzin.  Nikt  nie  przerywał  mu  ani  słowem. 

Słuchali  w  skupieniu.  Poznali  już  i  jego  i  Thorna  XII,  i  Ziemię.  Wiedzieli  o  wszystkim.  O 

zdegenerowanej  Ziemi,  na  którą  nie  można  powrócić,  o  Thornie  XII  Uego  działalności,  o 

pomagającym  mu  Arturze  2.  o  Kosmosie  i  projekcie  ekspansywnej  Cywilizacji.  Nie  padło 

tylko ani jedno słowo o korekcjach. To później. 

Wysłuchali, a potem długo myśleli. Patrzyli na przemian to na niego, to na siebie. Nic 

nie  mówili.  Zrozumiał  w  końcu.  On  też  jest  dla  nich  obcy.  Tak,  nie  musiał  się  chwalić  i 

dawać  im  do  zrozumienia,  że  jest  prawą  ręką  Thorna  XII.  Czekają  teraz,  żeby  zostawił  ich 

samych. 

Wyszedł. Widać było, że odetchnęli i ożywili się. 

- Cóż-rozpoczęła  Eva z  podejrzanym  błyskiem  w oku-jeżeli  już mam się rozmnażać, 

to tylko z tobą. Robercie. Jesteś tak wspaniale zbudowany. 

- To tylko przeciążenia - warknął. -1 nie wyobrażaj sobie! 

- Kiedy ja właśnie wybrałam sobie... 

-  A  ja  chcę  Eryka  -  zdeklarowała  się  Julia.  -  Jest  młodzieńczy.  I  do  tego  fizyk,  ale 

raczej teoretyk, więc prawie humanista. Powinien zrozumieć kobietę. 

-  To  ja  zostanę  starą  panną  i  będę  najwspanialszą  ciocią  dla  waszych  dzieci  - 

skonstatowała swój przyszły status Anna. - Będę je rozpuszczać. 

- Poczekaj, kochanie -Eva nadal była złośliwa-jest jeszcze Artur. 

-  Artur  2!  Zapamiętaj  i  nie  myl  się!  Ale  on  nie  należy  do  nas.  To  współpracownik 

Thorna XII. 

-  A  więc  tym  bardziej.  Formy  obce  gatunkowo  to  jedna  z  twoich  specjalności.  No 

widzisz, i dla ciebie znalazł się chłopak. 

-  Zamknijcie  się!  -Robert  postanowił  w  końcu  wziąć  sprawy  w  swoje  ręce.-Akurat 

znaleźliście sobie porę na kpiny! 

Kilka ostrzejszych stów i sztuczne ożywienie z miejsca ich opuściło. Sposępnieli. 

- Żartujemy przecież... 

- Wystarczy. Trzeba poważnie się zastanowić. Przecież teraz wszystko jest już jasne. 

- A co proponujesz? 

- Ustalić podstawowe fakty. 

- Przecież Artur opowiedział wszystko. 

background image

- Tak... Zresztą, może źle się wyraziłem. Istotne są nie tyle fakty, co ich przyczyny. Na 

przykład, dlaczego Thorn odleciał z nami tak daleko? 

- Tak, jak mówił Artur, żeby nas uratować. 

- I siebie? 

- Siebie też. To dosyć logiczne, nie uważasz? 

-  Może  z  naszego  punktu  widzenia.  Ale  on  po  prostu  nie  mógł  na  Ziemi,  czy 

gdziekolwiek w jej sąsiedztwie, tworzyć z nas społeczeństwa konkurencyjnego dla Niej. To 

tak,  jakbym  ja,  czy  ktoś  z  was  odtworzył  u  nas  stado  neandertalczyków  i  chciał  stopniowo 

zastępować nimi nasze społeczeństwo. 

- No wiesz! W końcu próg inteligencji... 

- Względny, względny próg. Neandertalczycy dla nas, czy my dla niego? Przynajmniej 

ta  sama  różnica.  A  obawiam  się,  że  większa  na  naszą  niekorzyść.  W  każdym  razie  jestem 

pewny,  że  Thorn  XII  musiał  uciekać.  A  nas  zabrał  przy  okazji.  Ale  to  tylko  przykład.  Nie 

wszystko  musi  być  tak,  jakby  to  wyglądało  na  pierwszy  rzut  oka.  Nic.  mniejsza  z  tym! 

Najgorzej wygląda sprawa naszej przyszłości. 

- Co przypuszczasz? 

- Chciał i pewnie nadal chce tworzyć z nas eksperymentalne społeczeństwo. A chyba 

wyobrażacie  sobie  jak  będzie  wyglądało  piąte  czy  szóste  pokolenie  przy  takim  materiale 

początkowym.  Sześcioro  przedstawicieli  gatunku,  z  czego  większość  z  niewiadomymi 

odchyleniami na skutek wieloletniego przebywania w otwartym Kosmosie! 

- Przecież mamy najpierw zgodzić się na to. Nie musimy. 

-  A  czy  myślisz,  że  my  jesteśmy  mu  bezwzględnie  potrzebni?  Wystarczą  mu  nasze 

genotypy. Zacznie bez nas, od następnego pokolenia. 

- Ale do czego zmierzasz? Masz jakieś rozwiązanie? 

-  Mam.  Zlikwidować  to  wszystko.  Im  szybciej,  tym  lepiej.  Zlikwidować  fizycznie-

dodał, widząc pytające spojrzenia. 

- Przecież będzie mógł znowu odtworzyć całą grupę. Albo obejdzie się bez nas. Sam 

mówiłeś... 

- Ja chcę zlikwidować cały statek. Jego też. Przede wszystkim. Właśnie po to, żeby nie 

zaczai od początku. 

Byli  zaskoczeni. Każdy  przetrawiał  to  w  milczeniu  i  widać było, że jakkolwiek nikt 

nie  znajduje  innego  rozwiązania,  to  przynajmniej  szuka  jakiegokolwiek  cienia  argumentu. 

Argumentu za przetrwaniem. 

-Ja chcę żyć-niepewnie, jakby wstydząc się, przerwała milczenie Eva. 

background image

- Po co? -postanowił być bezlitosny. 

- Tak sobie. Możesz uważać, że jestem dobrze zorganizowanym homeostatem o silnej 

żądzy przetrwania - wróciła już dawna jej swada. 

- Ja też chcę - załamał się Eryk. 

- I ja... Nawet jeśli nie potrafię ci tego wytłumaczyć - a więc i Anna, wydawałoby się - 

najrozsądniejsza z nich wszystkich. Ona też. 

- A ty? -zwrócił się do Julii. Sprawiała wrażenie niezbyt przytomnej. 

- Nie wiem. Nic nie wiem-pokręciła bezradnie głową. 

Opadły  mu  ręce.  Rzecz  jasna,  nie  liczył  na  natychmiastową  akceptację  jedynego 

chyba,  rozsądnego  rozwiązania.  Ale  nie  powinno  być  też  tak  zgodnego  protestu.  Owszem, 

dyskusje,  kłótnie...  miał  przecież  kolejne  argumenty.  Ale  teraz?  Teraz  poczuł,  że  ma  pod 

opieką grupę dzieci zagubionych w Kosmosie, a do tego jeszcze w czasie. 

Zostawił ich na razie w spokoju. Odprowadzany spojrzeniami, które chciały wyrazić 

mu swoją pogardę, ale w istocie wyrażały tylko strach, odszedł do kąta kabiny i położył się. 

Chciał usnąć... 

Nie  mógł.  Po  jakimś  czasie  zorientował  się,  że  jest  po  prostu  głodny.  Od  wyjścia  z 

hibernatorów  nie  otrzymali  żadnego  pożywienia.  Nie  szkodzi.  Usypiał  nie  w  takich 

warunkach! 

... tak, miał argumenty... ale oni też... może nawet lepsze... chcą żyć... pewnie, on sam 

też... narzucić im swoją wolę... jakim prawem... to oni byli specjalistami od myślenia... on od 

działania...  żeby  to  chociaż  od  działania...  raczej  od  wykonywania  poleceń...  szybkiego, 

sprawnego,  prawie  na  granicy  perfekcji,  ale  tylko...  co  przemawia  za  nim?...  instynkt 

sytuacyjny...  tak,  właśnie  to...  ten  miał  wykształcony  maksymalnie...  wyczucie  idealnego, 

optymalnego działania w sytuacji nie analizowanej... tak to nazywali... może nie umieć tego 

wytłumaczyć, ale takie działanie jest optymalne... a jeśli nawet nie jest to tym bardziej nikt z 

nich nie wymyśli lepszego, efektywniejszego... załóżmy jednak, że to oni mają rację... chcą 

żyć...-niby dlaczego nie... społeczeństwa nie możemy założyć ze zrozumiałych powodów... a 

tak  po  prostu  żyć...  żyć...  gdyby  pozbyć  się  tych  dwóch...  całe  szczęście,  że  jest  ich  tylko 

dwóch... ale to ja bym musiał opanować statek... bez porozumienia z resztą... podsłuch... i tak 

za  dużo  mówiłem...  tylko  ja  wiem  cokolwiek  o  statku...  dobrze...  niech  na  razie  żyją... 

przestraszyli  się...  a  ci-dwaj  zaczną  nas  teraz  szkolić...  dobrze...  mogę  sam  nie  dać  rady... 

poczekać aż inni poznają statek... poczekać... nie ujawniać planów... pamięć... nie zgadzać się 

na żadne badanie mózgu... a teraz spać... trzeba wstać wcześnie... spać... szczegóły później... 

spać... jest dużo czasu... spać... spać... 

background image

- I co teraz powiesz? 

-  Nic  się  nie  stało.  Schemat  w  zasadzie  potwierdza  się-gorączkowo  improwizował 

Artur  2.-Owszem,  nie  okazują  poparcia  dla  naszych  planów,  ale  widać,  że  chcą  żyć.  To 

najważniejsze. Nie dają się załamać. Wcześniej czy później, ale będą współpracować z nami. 

- A Robert? 

- Z nim jest gorzej. Ale to dlatego, że on uważa się za ich przywódcę i próbuje myśleć 

za  nich.  To  instynkt  zawodowy.  To  też  można  wykorzystać.  Poddać  go  serii  korekcji,  a 

potem, gdy już z czysto logicznych pobudek zaakceptuje nasze plany, kierować przez niego 

całą  grupą.  Wtedy  z  ich  punktu  widzenia,  kierować  nimi  będzie  Robert.  A  faktycznie  my 

poprzez niego. 

- Mieliśmy sterować nimi przez ciebie. 

- I będziemy. Ale najpierw muszą się do mnie przyzwyczaić. To przyjdzie z czasem. 

Będę ich teraz uczył... Nabiorą do mnie zaufania. 

 

background image

53. System informacyjny 1 

 

Budził  się  z  ciężkiego  snu.  Nie  pamiętał,  czy  śniło  mu  się  coś,  ale  jeśli  tak,  to  na 

pewno  nic  przyjemnego.  Gdy  jednak  zobaczył  wszystko  na  trzeźwo,  nie  była  to  radosna 

konstatacja  przeminięcia  koszmaru.  Wszystko,  co  ciążyło  mu  we  śnie,  pozostało  nadal. 

Potwór wciąż siedział mu na piersi... 

Inni byli już na nogach. Wszyscy. A przecież chciał, więcej - postanowił, że obudzi się 

pierwszy,  na  długo  przed  nimi.  Chciał  mieć  trochę  czasu  i  spokoju,  żeby  jeszcze  raz 

przemyśleć wszystko. Nie udało się. Gdy kiedyś bywał faktycznym dowódcą, mógł określać 

sobie  czas  przebudzenia  z  dokładnością  co  do  minuty.  I  zawsze  się  budził. Widać  za  silnie 

przeżył  całą  tę  sytuację.  „Albo  zostałem  odtworzony  nie  najlepiej-przyszło  mu  jeszcze  na 

myśl-bez kilku cech oryginału". 

-  To  co  robimy?  -Julia  spytała  go  najwyraźniej  w  imieniu  wszystkich.  A  więc 

automatycznie złożyli decydowanie o losach grupy w jego ręce. Też dobrze. Nie musiał sam 

oznajmiać im nieuchronności takiej decyzji. 

- Na razie nic... To znaczy to, co oni będą chcieli. Pewnie zaczną nas uczyć. Na razie 

słuchajcie Artura 2. Powinien przyjść niedługo. 

Byli  z  lekka  zaskoczeni.  Nic  dziwnego,  spodziewali  się  ukonkretnienia 

„wczorajszych"  decyzji  Roberta,  częściowo  godzili  się  z  nimi,  mieli  już  trochę 

kontrargumentów, ale absolutnie nie byli przygotowani na to, że on pominie je milczeniem. 

Zdezorientowani patrzyli bezradnie na siebie jakby czekając, kto pierwszy poruszy drażliwy 

temat. 

Napięcie rozładowało się samo. W jednej ze ścian kabiny pojawiła się niewielka, jasno 

oświetlona wnęka. Nareszcie coś do jedzenia! 

Śniadanie nie poprawiło ich nastroju. Co najwyżej pozwoliło na jakiś czas zapomnieć 

o  innych  problemach,  gdyż  przez  dłuższy  czas  każdy  zajęty  był  opanowywaniem 

napływających falami nudności. Nawet on sam, przyzwyczajony prawie do wszystkiego. Ale 

tutaj?  Do  picia  woda  z  mieszaniną  różnych  soli,  przy  czym  smakowo  dominowały 

magnezowe. Jedzenie? Niekształtne bryłki protein nie byłyby czymś niezwykłym, gdyby nie 

silny zapach, ni to eteru, ni formaliny, ale w sumie gorszy od każdego z nich. Poprzednio było 

z tym znacznie lepiej. 

- Byłeś u Artura, prawda? Chciałeś go przekonać...?-Ewa zawiesiła głos. 

background image

A  więc  byli  ciekawi  co  zaszło  między  nim  a  Arturem  2!  Nie  dał  jednak  poznać 

niczego po sobie. 

- Nie o to chodzi. On ma stamtąd cały statek pod kontrolą, tak? 

- Na pewno. 

- Czy można stamtąd sterować statkiem? 

- Tylko za pośrednictwem kalkulatora pokładowego. 

- Czyli tak jak wy? 

- Chyba jego polecenia mają wyższy priorytet. Nie znam całego oprogramowania. 

- Oczywiście ma stamtąd możliwość obserwacji i podsłuchu wszystkich pomieszczeń 

statku? 

- Tak, ale stąd też można. 

- Jak? 

-  Ustaw  kod  7373700  a  potem  kolejno  liczby  od  132.  Każda  z  nich  to  jedno 

pomieszczenie.  Zorientujesz  się  sam,  która  czego  dotyczy.  Można  obserwować  do  czterech 

naraz - wskazał rząd niewielkich monitorów, których nie było poprzednio. - A jak wciśniesz 

ten przycisk -pokazał- to możesz komunikować się fonicznie z pomieszczeniem ustawionym 

na pierwszym monitorze. To wszystko. 

- Pomieszczenia Thorna XII są niedostępne stąd? 

- Nie wiem. Ale chyba tak-był coraz bardziej zmieszany, bo wiedział, że odpada teraz 

argument  fizjologicznego  przystosowania  pomieszczeń.-W  końcu  nie  jesteśmy  dla  niego 

równorzędnymi partnerami. Czego zresztą chcesz? Czy u nas kabiny dowódcy były dostępne 

dla wszystkich? Widzisz... 

-  Ty  też  nie  jesteś  dla  niego  partnerem?  Wzruszył  ramionami.  Nie  dał  się  drugi  raz 

przyłapać. 

-  A  czy  ja  jestem  inny?  Wiem  tylko  trochę  więcej  od  was...  No.  zabierajcie  się  do 

roboty!  Zacznijcie  od  prostych  zmian  kursu.  Aha,  w  pięć  minut  po  każdym  manewrze 

ćwiczebnym  statek  wraca  automatycznie  na  bieżący  kurs.  tak,  że  nie  musicie  się  tym 

kłopotać. Możliwe...-chciał jeszcze coś dodać, ale zrezygnował i szybko wyszedł z kabiny. 

 

background image

54. System informacyjny 2 

 

Dowiedział  się,  w  zasadzie,  wszystkiego.  Cały  system  był  bardzo  prosty. 

Udostępniając  im  go  poprzez  Artura  2,  Thorn  XII.  przy  całej  swojej  wysokiej  inteligencji, 

ujawnił rozbrajającą prosto-duszność. 

Zabrał się szybko do pracy. 

Szybko  zaznajomił  Eryka  ze  sposobami  zmiany  kursu  i  kazał  je  przećwiczyć.  Sam 

zajął  się  systemem  informacyjnym.  Na  początek  przyporządkował  podanej  przez  Artura  2 

serii kodów, wszystkie dostępne do wglądu pomieszczenia. Oczywiście, znaczna ich część nic 

mu nie mówiła, ale, jak mógł  się zorientować, były to  wszystkie  kluczowe zespoły statku  - 

siłownia,  urządzenia  regeneracyjne,  informacyjne,  łączności  oraz  wiele  innych,  których  na 

swoim poziomie wiedzy technicznej nie miał możliwości rozpoznać. Dostępne były także te 

pomieszczenia,  w  których  mieli  przebywać-kabina  załogowa,  sypialnia,  łazienka,  kabina 

operacyjna.  Natomiast  nie  •znalazł  takich,  w  których  mógłby  przebywać  Thorn  XII.  Nie 

zobaczył  nigdzie  ani  jego  samego,  ani  żadnych  śladów  jego  pobytu.  Na  monitorach  można 

było oglądać tylko cztery pomieszczenia. Próba przejścia na piąte kończyła się wyłączeniem 

wybranego najwcześniej i ustawieniem nowego. 

Oczywiście,  że  Thorn  XII  mógł  mieć  inny,  wyższy  poziom  dostępu  wizualnego,  ale 

według  wszelkich  danych,  obwody  były  .po  prostu  dublowane,  z  zachowaniem  wyższego 

priorytetu  wyboru  dla  Thorna  XII.  To  znaczy,  mógł  on  wybrać  któreś  z  pomieszczeń  do 

obserwacji, nawet takie bez możliwości wglądu, ale wtedy jeden z kanałów musiał pozostać 

zablokowany. Nie dawałoby się ustawić obrazu na jednym z monitorów. Natomiast, gdy oni 

zajęli  wszystkie  cztery  kanały,  a  Thorn  XII  chciał  obserwować  któreś  z  pomieszczeń  im 

dostępnych,  to  i  tak  musi  nastąpić  jakaś  zmiana.  Albo  obraz  na  jednym  monitorze  zgaśnie, 

albo przełączy się na kanał wybrany przez Thorna XII. 

Tak powinno być. Inaczej trzeba by założyć diaboliczną wręcz przebiegłość - dać im 

rozszyfrować  system,  a  raczej  tylko  najniższy  jego  poziom,  by  potem,  z  wyższego,  nadal 

kontrolować całość. Czuł jednak, że tak nie jest. Myślał... 

-  „Wszystko  się  zgadza.  Każdy  szczegół.  Im  człowiek  mądrzejszy,  tym  bardziej 

łatwowierny. Tak było zawsze, więc i z nimi powinno być. Ufność w różnicę poziomu. Każdy 

normalny  człowiek  zabezpiecza  się  tylko  przed  równym  sobie,  albo  przewyższającym  go 

intelektem,  a  nie  przed  prymitywnym  podstępem.  Sprawa  jest  prosta.  Zajmujemy  na 

monitorach  jakieś  cztery  pomieszczenia.  Mogą  być  nawet  nasze.  Na  przykład  kabinę 

background image

załogową, dwie sypialnie i kabinę operacyjną. Reszta jest na razie niedostępna dla podglądu. 

Chociażby łazienka. Tak, może być łazienka. 

Jeszcze raz. Gdy zablokujemy wszystkie kanały, to reszta pomieszczeń jest czasowo 

bezpieczna. Zgadza się. Możemy, więc rozmawiać tam swobodnie. A co będzie, gdy Thom 

XII zechce przełączyć się i obserwować krytyczne miejsce? Nastąpi wtedy jakaś reakcja tutaj, 

na  monitorach.  Dobrze.  Wtedy  ten,  który  będzie  tutaj,  musi  dać  sygnał  fonią.  W  razie 

jakichkolwiek  zakłóceń,  wygaszeń,  czy  przeskoków  obrazu.  Tak,  włącza  wtedy  fonię  na 

łazienkę i mówi cokolwiek. A my wiemy, że to koniec swobodnej rozmowy..." 

Z pewnością, nie byłby dyplomowanym pilotem pierwszej klasy, gdyby poprzestał na 

samych  rozważaniach.  Wszystko  należało  teraz  zweryfikować  praktycznie.  Zajęło  to  kilka 

godzin,  ale  opłaciło  się.  Upewnił  się  ostatecznie.  Włączył  wszystkie  monitory  na 

przypadkowo  wybrane,  puste  pomieszczenia  i  czekał.  Przecież  Thorn  XII  zechce  w  końcu 

sprawdzić co się z nimi dzieje. Doczekał się. Po dwóch godzinach zniknął jeden z obrazów. 

Szybko  zaczai  przestawiać  kody  i  gdy  natrafił  na  odpowiadający  kabinie  operacyjnej,  na 

ekranie  pojawił  się  jej  obraz.  A  więc  Thorna  XII  zainteresowało  co  robi  w  tej  chwili  on  i 

Eryk. A jemu udało się zdublować tor informacyjny Thorna XII. Rzecz jasna, nie zadowolił 

się tym jednym przypadkiem, mimo iż tak precyzyjnie go przewidział. Poczekał aż Thorn XII 

wyłączy  się,  znowu  zajął  wszystkie  kanały,  znów  czekał  na  jego  interwencję  i  tak 

kilkakrotnie. Za każdym razem działo się to samo. 

Miał system w ręku. Można było działać. A przede wszystkim swobodnie rozmawiać i 

ustalić wspólną linię postępowania. 

Na  początek  uniemożliwił  czasowo  dostęp  do  kabiny  operacyjnej  i  wtajemniczył 

Eryka w zdobyte możliwości. Ponieważ to on miał w przyszłości dyżurować tutaj, a Robert 

rozmawiać  z  innymi,  musiał  przećwiczyć  obsługę  systemu.  Szybko  zorientował  się  we 

wszystkim. 

- Dobrze, może tak być. Tylko  wiesz-przyszło  mu coś naraz do głowy - łazienka nie 

jest chyba najlepszym miejscem. 

- To gdzie rozmawiać? 

- Tutaj. Przecież tu od razu widzimy zmiany na monitorach i bez żadnych sygnalizacji 

możemy przerwać rozmowę. 

-  Myślałem  już  o  tym.  Ale,  nie  wiadomo,  w  jakim  stopniu  będzie  tu  dostęp  dla 

wszystkich.  Na  razie  przyprowadził  nas  tutaj  Artur  2.  Możliwe,  że  będziemy  tu  przebywać 

tylko  w  określonych  godzinach,  a  one  w  ogóle  mogą  nie  mieć  prawa  wstępu.  I  tak  zresztą 

background image

musimy założyć, że jeden z nas będzie mógł być tutaj, a drugi w łazience. Bez tego nie da się 

niczego zrobić. 

 

background image

55. Dialogi 

 

Obawy  były  płonne.  Mieli  swobodny  dostęp  do  kabiny  operacyjnej.  Ale  tylko  oni 

dwaj.  Przed  przystąpieniem  do  rozmów  z  resztą,  jeszcze  raz  sprawdzili  funkcjonowanie 

systemu ingerencji Thorna XII. Kilkakrotnie przećwiczyli alarmowanie. Na przemian to Eryk, 

to Robert, przechodzili do kabiny załogowej i wyłączali ją z podglądu. Gdy tylko Thorn XII 

włączał  ją z powrotem, natychmiast  podawali  sygnał alarmu-kilka przypadkowych słów, za 

każdym  razem  innych,  sprawiających  wrażenie  normalnej  rozmowy.  Doszli  w  końcu  do 

mniej  więcej  dwusekundowego  opóźnienia.  Powinno  wystarczyć.  Zresztą,  nie  było  jeszcze 

wypadku, by Thorn XII przełączał podgląd na łazienkę. 

Nim uporali się z tym wszystkim upłynęły prawie dwie doby pokładowe. Był akurat 

„wieczór", kobiety zakończyły swoje zajęcia z Arturem 2. Postanowił rozpocząć od Anny. 

 

DIALOG 1. Dwie godziny pokładowe później. Łazienka. Eryk w kabinie operacyjnej. 

Robert: No, jesteś wreszcie!  

Anna: Po co kazałeś mi tu przyjść?  

Robert:  Bo  tylko  tu  możemy  swobodnie  rozmawiać.  Thom  XII  nie  może  nas  w  tej 

chwili widzieć ani słyszeć.  

Anna: Dlaczego? 

Robert: Bo  ma zajęte wszystkie  kanały  wewnętrznej łączności. Eryk je zajął. Gdyby 

Thorn XII chciał włączyć podgląd na nas. Eryk najdalej po dwóch sekundach powie coś do 

nas i to będzie sygnał do przerwania rozmowy. Pamiętaj! 

Anna: Sam to wymyśliłeś? 

Robert: Prawie. Artur się wygadał, to znaczy opowiedział mi trochę za dużo. No i całe 

dwa dni sprawdzałem. Ale nie o to chodzi.  

Anna: Przejdźmy wreszcie do rzeczy.  

Robert: Czy mogę uważać, że jesteś przedstawicielką całej kobiecej części załogi? 

Anna: W żadnym wypadku! One są z zupełnie innego pokolenia. 

Robert: Nie rozumiem. 

Anna: Czas bezwzględny nie gra żadnej roli. Ja po prostu przeżyłam kilkadziesiąt lat 

więcej.  A  one  są  młode  i  na  razie  chcą  tylko  żyć.  To  jest  silniejsze  od  nich.  Poczekaj,  nie 

przerywaj! Ty jesteś przyzwyczajony do tego, że możesz zginąć w każdej chwili, w każdych 

okolicznościach, i to nawet straszliwą czy bolesną śmiercią. Prawda? 

background image

Robert: Niby tak. 

Anna: Dla ciebie możliwość śmierci jest jedną z reguł gry. Bo ty jesteś, czy byłeś, nie 

ważne zresztą, zawsze pilotem. A dla nich nawet bardziej pilotem niż człowiekiem. I to ciebie 

tego  nauczyli,  a  nie  ich.  One  wiedzą  tylko  tyle,  że  są  naukowcami,  że  robią  karierę,  że  z 

czasem  coś  osiągną,  że  będą  miały  dzieci  z  wybranymi  mężczyznami  i  tak  dalej.  A  ty  co 

chcesz  im  dać?  Samobójstwo.  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  że  one  nawet  nie  przyjęły  do 

wiadomości faktu, że już nigdy nie wrócą na swoją Ziemię? Ona dla nich nadal istnieje i jest 

oddalona tylko w przestrzeni a nie w czasie. 

Robert: Przecież... 

Anna: Wiem, są fakty, l one wiedzą. Ale nie wierzą. A to zasadnicza różnica. 

Robert: Tak, tylko, że z takim nastawieniem nie mogą współpracować z nami. 

Anna: A do czego potrzebna ci ich współpraca? Przecież chodzi ci tylko o wyrażenie 

zgody na to, co chcesz zrobić. A jeśli już o tym mowa, to wydaje mi się, że zniszczyć statek 

jest  bardzo  łatwo.  Zawsze  będziesz  mógł  to  zrobić.  Nie  lepiej  poczekać  na  dalszy  rozwój 

wypadków? Dowiedzieć się więcej? 

Robert: Na razie nie chcę go zniszczyć. Może uda się bez tego. 

Anna: O, zmieniłeś zdanie! Jaką masz następną propozycję? 

Robert: Trzeba... 

Eryk: Robert, czy możesz przyjść na chwilę do kabiny operacyjnej? Potrzebuję twojej 

pomocy. 

 

DIALOG 2. Dobę pokładową później. 

 

Robert: Nadal zajmujecie się tym samym? 

Julia:  Mniej  więcej.  Wykłada  nam  teraz  przebieg  ewolucji  ziemskiej.  Ale  sam  wie 

tylko tyle, ile chce przekazać przez niego Thorn XII. Są w tym wszystkim pewne luki. A jak 

go zapytać o coś więcej, to mówi, że musi dopiero dowiedzieć się. I jeszcze... 

Robert: Już dobrze. Musimy teraz ustalić  wspólnie plany. Tutaj możemy  rozmawiać 

swobodnie.  Nikt  nas  nie  usłyszy.  Więc  jak,  nie  zmieniliście  jeszcze  zdania?  Nadal  chcecie 

żyć? 

Julia: A ty? 

Robert: Ja też. Ale nie na takiej zasadzie. Nie jako materiał genetyczny. 

Julia: Na Ziemi też byłeś przede wszystkim materiałem genetycznym... 

Robert: Nie udawaj, że nie rozumiesz! Wiesz dobrze o co mi chodzi. 

background image

Julia:  Powiedzmy.  Ale  czego  ty  chcesz?  Zniszczyć  wszystko  i  już,  tak?  Najprostsze 

rozwiązanie. 

Robert: Przemyślałem to wszystko. I to kilka razy. Chyba znalazłem inne rozwiązanie. 

Ale jeśli się to nie uda, czy będziecie chcieli czy nie, wrócę do tamtego. 

Julia: Co wymyśliłeś? 

Robert: Opanujemy statek. To wcale nie musi być trudne. Thorn XII jest prostoduszny 

i na statku nie ma wielu zabezpieczeń. Tyle, że nas jest mało. Ale to nic. Stronę techniczną -> 

weźmiemy na siebie. Ja i Eryk. My opanujemy systemy sterowania i łączności. 

Julia: A co z nami, Thornem XII i Arturem 2? 

Robert: Thorna XII musimy wyeliminować. Co z Arturem, zobaczymy... 

Julia: To znaczy, chcecie zabić Thorna XII? 

Robert: Znasz lepsze rozwiązanie? 

Julia: Chyba nie. Ale co my mamy robić? 

Robert:  Musicie  dowiedzieć  się  jak  najwięcej  o  obsłudze  laboratorium  i  systemów 

wewnętrznych  statku.  Przecież  później  będziemy  musieli  sami  wytwarzać  pożywienie  i 

powietrze.  Do  tego  jeszcze  cały  system  medyczny...  Zresztą,  powinnaś  lepiej  wiedzieć  co 

będzie potrzebne. 

Julia: Ale jak my mamy dowiedzieć się?... 

Robert: Przyciskajcie Artura 2. Albo sugerujcie mu. W każdym razie niech prowadzi z 

wami jak najwięcej zajęć praktycznych. Sprawiajcie wrażenie, że teoria mniej was interesuje. 

I obserwujcie wszystko. Każdy szczegół może się przydać. 

Julia: Dobrze. To wszystko? 

Robert: Tak. Każda z was będzie mi składać co trzy dni krótkie sprawozdania. I pod 

żadnym pozorem nie rozmawiajcie o tym między sobą. 

 

DIALOG 3. Dwie doby pokładowe później. 

Robert: Znałaś Artura, prawda? To znaczy, jeszcze na Ziemi. 

Eva:  Mówiłam  już.  Tylko  przelotnie.  Po  prostu  jedna  z  twarzy 

kilkudziesięcioosobowej załogi. Nie pamiętam nic szczególnego. 

Robert: Nieważne. Chciałbym, żebyś dobrze go obserwowała. Przecież, choćby z racji 

specjalności, musisz dobrze znać pilotów... Staraj się wychwycić wszystkie nienormalności w 

jego  zachowaniu.  Wszystko  co  nietypowe...  Nie  potrafię  bliżej  określić  o  co  mi  chodzi. 

Obserwuj go po prostu! 

Eva: Podejrzewasz coś konkretnego? Coś z psychiką? 

background image

Robert: On nie jest taki sam jak poprzednio. Może to tylko kwestia drobnych różnic w 

odtworzeniu, ale podejrzewam coś poważniejszego. Na razie nie chcę się niczym sugerować. 

Pogadamy za kilka dni. Ja też będę go obserwował. 

Eryk: Czy dostaliśmy już kolację? 

background image

56. Pamięć bieżąca 

 

Doskonale  zdawał  sobie  sprawę,  że  śmierć  fizyczną,  którą  zresztą  można  było 

dowolnie  odwlekać,  poprzedzi  powolna  śmierć  psychiczna.  Nieuchronnie  nastąpi 

zwyrodnienie procesu konsolidacji pamięci trwałej. Tylko żmudne, wielokrotne powtarzanie 

pozwoli na zapamiętywanie nowych informacji. Natomiast informacje chwilowe, jednokrotne 

zostaną  zapamiętane  jedynie  fragmentarycznie  i  przypadkowo.  Na  zewnątrz  objawi  się  to 

coraz  krótszym zasięgiem pamięci  bieżącej. Najpierw nie będzie pamiętać  wydarzeń sprzed 

tygodni, później sprzed kilku dni, wreszcie godzin. To jeszcze nie będzie najgorsze. Zawsze 

będzie  mógł  wspomagać  swój  mózg  pamięciami  zewnętrznymi,  z  których  będzie  musiał 

korzystać  coraz  częściej.  Ale  później,  gdy  będą  to  już  minuty?  Praca  stanie  się  prawie 

niemożliwa. Więcej czasu trzeba będzie poświęcać na odtwarzanie informacji z zapisów, niż 

na ich przetwarzanie. Po prostu, większość czasu zajmie przypominanie sobie, nad czym się 

pracuje i co się do tej pory zrobiło. Będzie można prowadzić coraz krótsze rozmowy. Aby nie 

stracić ich wątku. Aż wreszcie nadejdzie moment, kiedy wszelka świadoma działalność stanie 

się niemożliwa. Procesy mózgowe ostatecznie stracą swoją spójność. 

Nic nie można było na to poradzić. Potencjalna żywotność innych układów organizmu 

była  znacznie  większa  i  nauczono  się  ją  wykorzystywać.  Z  mózgiem  j  można  było  zrobić 

tylko 

jedno.  Poddając  go  działaniu  odpowiedniego  pasma  i  natężenia  fal 

elektromagnetycznych,  można  było  całkowicie  skasować  jego  zawartość,  a  następnie, 

utrzymując przez odpowiedni czas jałową jego pracę, bez żadnych pobudzeń zewnętrznych, 

osiągało  się  w  końcu  możliwość  prawie  całkowitej jego  regeneracji.  Ponownie  osiągało  się 

psychiczny  potencjał  noworodka.  Oczywiście,  powstawał  psychicznie  całkowicie  inny 

człowiek.  Od  nowa  musiał  uczyć  się  wszystkiego,  od  nowa  zdobywać  sobie  pozycję.  W 

dodatku nowy mózg mógł pracować dużo krócej niż przedtem. 

Zabieg  taki  był  stuprocentowo  skuteczny,  o  ile  przeprowadziło  się  go  w  momencie 

pojawienia się pierwszych zakłóceń w działaniu pamięci. I właśnie dlatego przeprowadzano 

go  tak  rzadko.  Prawie  nikt,  mający  określoną  pozycję  w  społeczeństwie,  pozycję,  którą 

zdobył  pracą  prowadzoną  przez  kilka  tysięcy  lat,  określony  zespół  doświadczeń  i  wiedzy 

teoretycznej,  a  w  perspektywie  jeszcze  kilkaset  lat  z  jako  tako  funkcjonującą  pamięcią,  nie 

decydował się na gwałtowne zerwanie ze swoją psychiką. Dodatkowym argumentem była tu 

pewność, że „nowy" mózg nie będzie już tak sprawny w swojej warstwie logiczno-decyzyjnej 

jak poprzedni, a więc i niższa będzie pozycja w społeczeństwie, jaką będzie można osiągnąć 

background image

w powtórnym życiu psychicznym. A im kto stał wyżej w hierarchii społecznej, tym bardziej 

nie  chciał  z  niej  zrezygnować.  W  ten  sposób  przywódcy  społeczeństwa,  którzy  oficjalnie 

popierali  politykę  regeneracji  psychiki,  sami  stawali  się  ciałami,  których  funkcjonowanie 

podtrzymywano tak długo, jak długo przejawiały się resztki  cech psychicznych. Wiedział  o 

tym  tak  samo  dobrze,  jak  każdy  inny  człowiek.  Ale  wiedział  też.  że  pierwsze  symptomy 

występują  po  trzech,  czterech  tysiącach  lat  aktywności  psychicznej.  Sam  miał  za  sobą 

niewiele ponad trzysta, toteż perspektywy tej nie łączył realnie ze swoją osobą. 

Niewątpliwie wpłynęło na to szereg nakładających się na siebie czynników. Znaczne 

nasilenie  pracy  twórczej,  o  wiele  większe  niż  u  przeciętnego  człowieka.  Jednoczesne 

angażowanie większości ośrodków mózgu, nieodłączne od badania problemów granicznych. 

Analizy  wielkich  zbiorów  danych  przeładowujących  pamięć.  Długotrwałe  przebywanie  w 

przestrzeni  kosmicznej  bez  osłony  warstwy  atmosfery,  chociażby  tak  zdegenerowanej  jak 

ziemska.  Przełamanie  bariery  psychicznej  połączone  ze  znacznym  wysiłkiem  psychicznym. 

Wreszcie,  co  było  chyba  najistotniejsze,  odłączenie  pokładowego  Bloku  Bezpieczeństwa, 

który,  jak  mógł  przekonać  się  z  zawartych  w  nim  danych,  okresowo  dozował  mu  pewne 

środki. Możliwe, że bez nich w ogóle mózg nie mógłby prawidłowo pracować... 

Pierwsze objawy zlekceważył zupełnie. Były zresztą tak sporadyczne... No i nie miał 

żadnych  podstaw,  aby  łączyć  je  z  procesem  finalnym.  Ale  już  na  statku, realizując  ostatnią 

fazę  projektu,  musiał  przyjąć  to  jako  bezsporny  fakt.  Wszedł  w  okres  kilkutygodniowego 

zasięgu pamięci bieżącej. Niby nic się nie działo. Praktycznie nie zakłócało to jego pracy. O 

podstawowych  faktach  myślał  tak  często,  że  siłą  rzeczy  „podtrzymywane"  one  były  w 

pamięci.  Ale  gdy  jakiś  szczegół,  jakieś  pojedyncze  wydarzenie,  nie  zostało  choćby  raz 

wspomniane  w  ciągu  tych  tygodni  -  bezpowrotnie  ulatywało.  Chyba,  że  zarejestrował  je  w 

jakiś sposób. Wtedy zawsze mógł je odtworzyć. Przekonał się jednak o czymś gorszym... 

Gdy  tylko  upewnił  się,  że  proces  degeneracji  pamięci  naprawdę  się  rozpoczął, 

przeprowadził serię testów. Była to dość złożona procedura, gdyż polegała w swojej istocie 

na jednorazowym wprowadzeniu danych do pamięci. Nie można tego było robić świadomie, 

gdyż przypadkowe chociażby przypomnienie sobie jakiegoś fragmentu testowych danych, od 

razu  zakłócało  przebieg  badań.  Dane  musiały  być  więc  wprowadzone  bezpośrednio  do 

pamięci, bez pośrednictwa zmysłów. Dokonywało się tego za pomocą systemu elektrod. A te 

musiał  sam  instalować.  A  później  sam  obsługiwać  techniczne  urządzenia  medyczne 

dokonujące testu. 

Testy  powtarzał  okresowo  w  ciągu  kilku  miesięcy."  Ujawniły  najgorsze.  Ten  sam 

zespół czynników, który spowodował wcześniejsze pojawienie się procesu skracania pamięci 

background image

bieżącej,  jednocześnie  wielokrotnie  przyspieszył  ten  proces.  Pierwsze  testy  określiły  zakres 

pamięci bieżącej na trzydzieści siedem dni, a po następnych trzech już tylko dwadzieścia dwa. 

Wtedy przerwał badania. Wiedział wszystko. 

Nie doprowadzi swojego projektu do końca. Przynajmniej osobiście. 

background image

57. Plan statku 

 

Dopiero po raz czwarty czy piąty w ciągu tych kilku tygodni, jakie upłynęły od czasu 

powtórnej dehibernacji, siedzieli razem w kabinie operacyjnej. 

Tak  jak  wtedy.  On  i  Artur.  Zazwyczaj  podawał  im  „rano"  operacje,  jakie  mają 

przećwiczyć oraz kody kalkulatora, które mogą im być potrzebne, potem albo zajmował się 

nauką  grupy  biologicznej,  albo  znikał  na  cały  dzień.  Tylko  wtedy,  gdy  zadania  ich  były 

bardzo złożone, spędzał z nim albo z Erykiem nieco więcej czasu, I teraz także... 

Mieli przeprowadzić wspólnie kontrolę systemu energetycznego statku. Działał on bez 

najmniejszych nawet zakłóceń, ale ponieważ kontrola polegała na prześledzeniu wskaźników 

prawie  wszystkich  jego  podzespołów,  miało  to  umożliwić  Robertowi  zapoznanie  się  z  jego 

organizacją i zasadami działania. 

Na  razie  kątem  oka  obserwował  Artura  2.  Próbował  skonfrontować  jego  wygląd  z 

treścią  przeprowadzonej  dzień  wcześniej  rozmowy.  Poza  tym,  miał  przecież  zamiar 

porozmawiać  dzisiaj  z  nim  dłużej.  Na  razie  sam  nie  wiedział  dobrze  o  czym.  "W  każdym 

razie  podyskutować  o  wspólnej  sytuacji,  czy  może  raczej  wybadać,  na  ile  Artur  uważa 

sytuację swoją i ich za wspólną, na ile jest z nimi, a na ile z ThornemXII... 

 

DIALOG 14 

Robert: I co, masz jakieś konkretne wnioski? 

Eva: Chyba tak... Jest nie w porządku. 

Robert: Pod jakim względem? 

Eva: Ze swoim zespołem cech prawie na pewno nie mógłby być w tej chwili pilotem. 

Nawet trzeciej klasy. Przynajmniej u nas, w Centrum... 

Robert: Jesteś pewna? 

Eva: O tyle, o ile mogę być bez przepracowania całego zespołu badań. No, bo jak to 

zrobić?  Ale  odtworzyłam  je  z  pamięci  i  na  podstawie  obserwacji  spróbowałam  określić 

wyniki, jakie by dały. Na trzydzieści osiem testów kontrolnych, chyba siedemnaście miałoby 

wynik negatywny. A sam wiesz ile wystarcza... 

Robert: Jeden. 

Eva: Właśnie. I można wysunąć wniosek, że wyniki są takie, bo Artur 2 to w tej chwili 

typowy ekstrawertyk. 

Robert: To jeszcze niczego nie przesądza. 

background image

Eva: Ale u niego objawia się to ciągłym manifestowaniem myśli, uczuć i w ogóle całej 

osobowości.  Czy  wyobrażasz  sobie  dowódcę,  który  będzie  okazywał  na  zewnątrz  swoje 

wahania, swój brak pewności? 

Robert: Oczywiście, że nie. Ale czy na pewno nie mylisz się? 

Eva: Z tym, na pewno nie. Jeśli chodzi o oszacowanie wyników, mogę uznać, że ma 

ono  tolerancję,  gdzieś,  tak  dwadzieścia  procent.  Ale  ostateczny  wynik  jest  na  pewno  taki/ 

Popatrz zresztą na niego uważniej! Wszystko po nim widać. Klasyczny typ aktora. 

Robert: Co mogło wpłynąć na taką zmianę? 

Eva: W zasadzie nic. Musiałby robić to świadomie i w dodatku po długim treningu. A 

to  raczej  wykluczone.  Takie  rzeczy  może  też  spowodować  bardzo  długie  przebywanie  z 

ludźmi o tego typu cechach. Ale tego tym bardziej nie było. Dla mnie jest on kimś innym niż 

Artur z Centrum. Robert: A jeśli początkowo, to znaczy zaraz po odtworzeniu, był taki sam? 

Eva:  To  znaczy,  że  dokonano  jakichś  manipulacji  w  jego  mózgu.  Boże,  myślisz,  że 

Thorn XII... 

Robert: Więcej. Myślę, że to czeka nas wszystkich.  

Eva: Przepraszam cię...  

Robert: Za co? 

Eva:  Byłam  głupia... „Chcę żyć"... To naprawdę głupie. Przepraszam cię za to, co o 

tobie wtedy myślałam. Ty już wtedy wiedziałeś, prawda? 

Robert:  Przeczuwałem  tylko.  Widzisz,  ja  spędziłem  z  Arturem  kilka  tygodni.  I 

musieliśmy  wtedy  podejmować  bardzo  różne  decyzje,  często  skrajne.  Musiałem  poznać  go 

bardzo  dobrze.  Wyobrażasz  sobie,  ile  o  nim  myślałem,  gdy  już  wystartował?  Więc  gdy 

pojawił się znowu ,od razu wiedziałem, że to nie jest psychicznie ten sam człowiek... 

 

Wyglądał-na pewno tak samo. Przynajmniej w chwili, gdy tak siedział w milczeniu na 

fotelu  dowódcy.  Ale  wystarczyło,  że  zaczynał  mówić...  Od  razu  bogata  mimika  zmieniała 

rysy twarzy. Eva miała rację. Nie była to twarz pilota a  aktora w tej chwili wyrażała patos. 

Przygotowywał się do przekazania bardzo ważnych danych i sam przeżywał to. Wewnętrznie 

i zewnętrznie. 

- Najwyższy czas, żebyś poznał strukturę całego statku. Bo system energetyczny jest 

nieodłącznie  związany  z  jego  całą  architekturą.  Przenika  wszystkie  jego  systemy,  ze 

wszystkimi współdziała... 

background image

Zaczął  błyskawicznie  ustawiać  kody  kalkulatora.  Na  ekranie  kolejno  pojawiały  się  i 

ginęły  jakieś  niezrozumiałe  fragmenty-schematy,  kolumny  cyfr,  testy  -  aż  wreszcie  obraz 

ustalił się. Był to zwyczajny dokładny plan przekroju statku. 

Zastygł  w  niemym  podziwie-tylko  to  śmieszne,  archaiczne  określenie  pasowało  do 

sytuacji.  Od  razu  zorientował  się  bowiem  w  rzeczywistych  rozmiarach  statku.  Kabina 

operacyjna  i  ich  pomieszczenia,  wyraźnie  zaznaczone  na  planie,  stanowiły  na  nim  niewiele 

więcej niż kropkę. A przecież był to w sumie dość duży obszar. 

Statek miał kształt walca, a właściwie trzech połączonych szeregowo walców. Skrajne 

miały  promień  około  trzystu,  czterystu  metrów  i  podobną  długość.  Środkowy,  znacznie 

krótszy i cieńszy stanowił jakby połączenie tamtych. Oczywiście. Przedni, to pomieszczenia 

załogowe,  tylny-silnik  i  systemy  energetyczne.  Nawet  nie  usiłował  w  tej  chwili  dociec 

rodzaju  napędu,  który  pozwalał  nadawać  temu  kolosowi  przyspieszenia,  jakie  stosowali 

wtedy, myśląc, że sterują statkiem o parametrach zbliżonych do tych, do jakich przyzwyczaili 

się w Centrum. A przecież było to tak, jakby manewrowali w sposób typowy dla samochodu 

wyścigowego kilkudziesięciotonową ciężarówką, z przyczepą w dodatku... 

Zauważył,  że  Artur  2  obserwuje  jego  zmieszanie  z  jednoczesną  satysfakcją  i 

wyrozumiałością.  Całym  sobą  pokazywał,  że  demonstruje  mu  swój  statek,  że  on  jest 

związany z nim na zawsze, a Robert to tylko gość, względnie przypadkowy użytkownik. Od 

razu uspokoił się. Statek jak statek. Tyle, że duży... 

Przez  kilka  godzin  przeglądali  kolejne  segmenty.  Na  szczegółowych  planach,  o 

znacznie  mniejszej  skali.  Starał  się  zapamiętać  jak  najwięcej.  Nie  słuchał  prawie  Artura  2, 

który koncentrował się wyłącznie na przebiegu głównych magistrali energetycznych. To mógł 

poznać później. Na razie najważniejsza była możliwość poznania całego statku. 

Oczywiście, do rozmowy z Arturem 2 nie doszło. 

background image

58. Obcy 

 

Musiał na nią czekać jeszcze dziesięć tygodni pokładowych. 

Wiedzieli  już  prawie  wszystko.  Mogli,  od  biedy,  sami  obsługiwać  gigantyczny 

organizm, jakim był statek. W zasadzie, nie znali tylko tej jego części, którą zajmował Thorn 

XII, ale nie odgrywała ona żadnej roli w mechanizmie jego funkcjonowania. Eva, Anna, Julia 

i  częściowo Eryk, opanowali  ponadto znaczny zakres  wiedzy z dziedziny biologii  i  chemii, 

daleko  wykraczający  poza  poziom  tych  nauk  we  współczesnych  im  czasach:  Trochę  gorzej 

było  z  zastosowaniem  jej  w  praktyce,  gdyż  była  to  sprawa  zapamiętania  całych  ciągów 

czynności związanych z obsługą urządzeń, ale powoli i to jakoś szło. Kilka tygodni powinno 

wystarczyć. Nadszedł więc czas na ostateczne decyzje... 

Trzeba było ustalić sposób wyzwolenia się spod kontroli Thorna XII. Jak izolować go, 

względnie  zabić?  Nikt  tego  wyraźnie  nie  mówił,  ale  raczej  tylko  ta  ostatnia  możliwość 

wchodziła  w  grę.  No  i  pozostała  jeszcze  sprawa  Artura  2.  Tu  opinie  były  zgodne.  Albo 

przyłączy  się  do  nich,  albo  podzieli,  taki  czy  inny,  los  Thoma  XII.  Nie  mogli  ryzykować 

pozostawania  później  z  osobnikiem  o  niewiadomych  cechach  psychicznych,  a  być  może, 

zupełnie obcych motywach działania. Decydującą rozmowę miał przeprowadzić Robert. 

Nie  było  to  łatwe.  Trzeba  było  jednoznacznie  poznać  stanowisko  Artura  2,  nie 

ujawniając  mu  jednocześnie  niczego  ze  swoich  planów.  A  jak  wszyscy  zdążyli  się  już 

przekonać,  Artur  2  był  znacznie  inteligentniejszy  od  nich.  Przez  kilka  dni  Robert  rozważał 

różne warianty takiej rozmowy, ale w końcu zdał się na przypadek. 

Tym razem byli w pomieszczeniu automatów naprawczych. Zazwyczaj sterowane one 

były z kalkulatora pokładowego, ale niektóre sytuacje awaryjne mogły wymagać ręcznego ich 

programowania, trywialnie prostego zresztą. Trudność stanowiła tylko rozmaitość ich typów i 

technologii wykonania. Widać było, że są one wytworem różnych okresów, że każdy przestał 

być w pewnym momencie udoskonalany. Nawet kody programowania były różne. 

Wyczekał  na  moment  względnego  luzu  w  ciągu  powtarzania  czynności  i  powoli 

zaczął naprowadzać rozmowę na Thoma XII i jego plany. 

- A jaka  w tym  wszystkim będzie jego rola? Rozumiem, chce abyśmy założyli nowe 

społeczeństwo. My będziemy punktem wyjściowym dla niego, a on sam? 

- Będzie dobierał odpowiednie zestawy cech genetycznych, będzie korelował... 

- To znaczy, ustalał rodziców poszczególnych dzieci? 

- No, w efekcie tak. 

background image

- Ale przecież  możemy  robić to sami. Grupa biologiczna poczyniła znaczne postępy, 

jesteś ty... 

- Tak, ale on przeżyje kilkadziesiąt naszych pokoleń. I zawsze będzie mógł robić to na 

bieżąco. Zostanie zachowana ciągłość kontroli. 

Do tej pory nie zdawał sobie sprawy z aż takiej ich długowieczności, aczkolwiek było 

to chyba naturalne, zważywszy tak długi okres rozwoju medycyny. 

- Następne pokolenia też mogłyby same. Nauczą się tego wszystkiego. 

-  Nie  zdajesz  sobie  sprawy,  jaki  to  problem.  A  on  umiał  rozwiązać  to  w  skali  całej 

Ziemi. 

- Tyle, że nie pozwolili mu na realizację. A teraz ma grupę doświadczalną. Jak uda mu 

się  doprowadzić  do  ilościowej  ekspansji  naszego  społeczeństwa  przy  takim  niskim  pułapie 

startowym, to szybko wróci na Ziemię pochwalić się osiągnięciami. Będzie miał argumenty 

przemawiające za swoim projektem. 

-  On  nigdy  nie  wróci.  Po  tym  wszystkim? Czeka  go  albo  śmierć,  albo,  co  się  u  nich 

praktykuje, pozbawienie pamięci i pobyt w rezerwacie. 

- Może masz rację. Ale czy i tak nie uważasz, że bez niego byłoby bardziej... bardziej 

naturalnie?  Mógłby  nam  pomóc  na  początek  przy  znalezieniu  planety,  założeniu  bazy, 

urządzeniu jej. A potem zostawić nas. 

- Ale po co? Od niego możemy nauczyć się tak dużo... 

- Ma przecież zapisane to wszystko. Zostawiłby nam materiały. Wiedzielibyśmy jak z 

nich skorzystać. Zresztą nie wiem. Wydaje mi się. na przykład, że równie dobrze, ty mógłbyś 

pełnić  jego  rolę,  przynajmniej  w  dwóch  najbliższych  pokoleniach.  A  potem  wszystko 

ułożyłoby się naturalnie. 

-  Nie  rozumiesz  wszystkiego.  Pewnie,  że  na  co  dzień  on  nie  będzie  potrzebny.  Ale 

skąd  wiesz,  jakie  kryzysy  mogą  czekać  nasze  społeczeństwo,  jakie  niebezpieczeństwa? 

Zresztą  bez  niego  szybko  nastąpi  degeneracja  fizyczna  i  psychiczna.  Czy  myślisz,  że 

wystarczy sam dobór genetyczny? - urwał raptownie; ale Robert wiedział już wszystko. 

A więc nie sam dobór genetyczny. To, w takim razie, co jeszcze? Oczywiście to samo, 

co u Artura 2. Ingerencja, przede wszystkim w psychikę rozwijających się organizmów. 

Aby  nie  dać  poznać  po  sobie,  że  zorientował  się  o  co  chodzi,  kontynuował  jeszcze 

rozmowę, wysuwał kontrargumenty, spierał się, ale coraz słabiej i po kilku minutach wrócili 

do przerwanych czynności. Automaty naprawcze zajęły im jeszcze trzy godziny. Potem mógł 

udać się do kabiny operacyjnej. 

background image

Ponieważ Eryk obywał się już bez jego pomocy, przebywali tutaj w zasadzie na dwie 

zmiany,  ale  żeby  móc  swobodnie  porozmawiać,  zorganizowali  to  tak,  że  na  styku  swoich 

„zmian" mieli godzinę wspólnego pobytu w kabinie operacyjnej. Teraz wykorzystali ten czas 

na ostateczne skonkretyzowanie planów. Wieczorem uściślił je w porozumieniu z resztą. 

Jasne  było,  że  na  Artura  2  nie  ma  co  liczyć.  Był  pod  wyłącznym  wpływem  Thorna 

XII, podziwiał  go i  ufał  mu. Musiał, więc być  wyeliminowany razem  z nim. Na ostateczne 

opanowanie  znajomości  statku  potrzebowali  jeszcze  mniej  więcej  trzech  tygodni.  W  tym 

czasie należało się przygotować. Z fragmentarycznych wypowiedzi Artura 2 wywnioskowali, 

że  po  ukończeniu  pierwszego  etapu  szkolenia  Thorn  XII  spotka  się  z  nimi  osobiście.  Ten 

właśnie  moment  musieli  wykorzystać.  W  swoich  pomieszczeniach  był  on  bowiem  dla  nich 

niedostępny. W końcu musieli też wyraźnie powiedzieć, że jedynym sposobem uwolnienia się 

od Thorna XII i Artura 2 jest fizyczna ich likwidacja. Wszystkie inne środki były niepewne, 

tym bardziej, że nadal niewiadome były dla nich możliwości Thoma XII. Strona techniczna 

nie była trudna. Na szczęście, w udostępnianych im stopniowo narzędziach i automatach było 

trochę prostej broni ręcznej. 

Likwidację,  a  więc  morderstwo,  mimo  iż  skwapliwie  unikali  tego  określenia,  miał 

wziąć na siebie. Zresztą nie powierzyłby tego nikomu innemu. Tylko siebie mógł być pewny, 

że  nie  załamie  lub  nie  zawaha  się  w  krytycznym  momencie.  No  i  poza  tym,  wszyscy 

oczekiwali, że właśnie on to zrobi. Wszyscy popierali go, ale wiedział, że później pogłębi to 

znacznie ich ostracyzm wobec jego osoby. Wiedział że zaczną go unikać, nie będą mu patrzeć 

w  oczy...  Trudno.  Był  przecież  wyszkolony  do  wykonywania  wszystkiego  bez  żadnych 

zahamowań psychicznych i bez liczenia się z odczuciami innych. Mógł, więc być i katem. 

 

background image

59. Zmiana 

 

Thom XII pojawił się wcześniej. Nie byli jeszcze ostatecznie przygotowani. Nie zjawił 

się jednak z powodu zakończenia podstawowej części szkolenia... 

Tym razem mówił znacznie dłużej i znacznie lepiej niż poprzednio. Być może poznał 

lepiej ich język, być może miał lepszy translator. Prawdopodobnie translator, który na pewno 

był  systemem  adaptacyjnym  i  pozostawiając  przez  cały  czas  na  nasłuchu  ich  rozmów, 

wzbogacił zarówno swój słownik, jak i zasób idiomów. Wymowa była też znacznie lepsza. 

-.W  obszar  Hiad  (a  jednak!)  weszliśmy  dlatego,  że  jest  to  najbliższe  nas  lokalne 

skupienie większej ilości układów. Spodziewałem się, że drogą bezzałogowej eksploracji uda 

się  znaleźć  planetę,  na  której  będzie  możliwe  albo  wasze  osiedlenie  się,  albo  przynajmniej 

założenie  bazy  przejściowej  i  stopniowe  dostosowywanie  warunków  planetarnych  do 

waszych potrzeb. Prawdopodobieństwo znalezienia planety, któregoś z tych typów wynosiło 

do chwili rozpoczęcia eksploracji jeszcze przed obszarem Hiad: dla pierwszych dziesięciu lat-

0,67, dla dwudziestu-0,79, dla trzydziestu-0,93. To wszystko przy dodatkowym warunku, że 

w obszarze tym nie działa żadna inna Cywilizacja. Z programu tego musiałem zrezygnować 

po  czternastu  latach  przy  negatywnym  wyniku.  Wykryłem  wtedy  sygnały  sztucznego 

pochodzenia,  świadczące  o  obecności  w  tej  strefie  obcej  Cywilizacji.  Nie  musi  ona  być 

lokalna,  ale  licząc  się  z  taką  ewentualnością,  nie  mogłem  dopuścić  do  bezzałogowej 

eksploracji  jakiejś  planety  z  psychozoikiem,  gdyż  łatwo  mogłoby  to  spowodować  konflikt 

międzycywilizacyjny.  Typowy  program  automatycznej  eksploracji  zawiera  bowiem 

rozpylenia  różnych  substancji  chemicznych,  a  nawet  mikroorganizmów  w  pewnych 

warstwach atmosfery, napromieniowanie planety różnymi częstotliwościami i inne działania, 

które mogłyby okazać się szkodliwe dla wysoko zorganizowanych ustrojów biologicznych, o 

ile  te  nie  zasygnalizowałyby  swojej  obecności  wzmożoną  aktywnością  radiologiczną,  co 

automatycznie  zawiesiłoby  program  badań.  Ale  to  tylko  w  przypadku  psychozoiku 

manifestującego swoją obecność w sposób zbliżony do ziemskiego, gdyż tylko taki sonda jest 

w  stanie  rozpoznać.  Powtarzam.  Cywilizacja,  której  sygnały  odebrałem  nie  musi  być 

zlokalizowana  w  obszarze  Hiad.  Pochodzenie  jej  jest  nieznane.  Zachodzi  natomiast 

możliwość,  której  prawdopodobieństwo  kalkulator  pokładowy  określił  na  0,96.  że 

Cywilizacja ta stoi na poziomie wyższym od naszego. To znaczy, od poziomu współczesnej 

cywilizacji  ziemskiej.  Świadczy  o  tym  natura  ich  sygnałów,  a  także  poziom  techniczny 

dwóch,  zlokalizowanych  do  tej  pory  statków.  Mają  one,  przewidywany  przez  nas  tylko 

background image

teoretycznie, napęd nadświetlny pierwszego rzędu, to znaczy mogą osiągać prędkości rzędu 

l0c.  Nie  jesteśmy  w  tej  chwili  przygotowani  na  kontakt  z  taką  Cywilizacją,  ale  może  on 

nastąpić  w  każdej  chwili.  Zależy  to  tylko  od  nich,  ponieważ  nasze  lokatory  są  w  stanie 

wykryć ich obecność jedynie przy ich poruszaniu się z prędkością podświetlną. Oznacza to 

praktycznie,  że  mogą  oni  znikać  dla  nas  i  pojawiać  się  dowolnie  blisko.  Od  chwili 

stwierdzenia ich obecności, starałem się do minimum zmniejszyć aktywność naszego statku i 

jak  najszybciej  przelecieć  obszar  ich  działania.  Jednak  na  podstawie  analizy  części  ich 

sygnałów, które najprawdopodobniej mają charakter lokacyjny, wydaje się, że zdają oni już 

sobie sprawę z naszej obecności. Co prawda, nie wpłynęło to w sposób istotny na zachowanie 

się  ich  statków.  Utrzymują  one  nadał  poprzedni  charakter  lotu,  według  oceny  Artura 

O'Connora zbliżony do waszych sektorowych lotów patrolowych. Ale jest to tylko zbieżność 

wizualna. Faktyczny cel lotu może być zupełnie inny. 

W  najbliższym  czasie  kontynuować  będziecie  szkolenie  w  obsłudze  statku.  Ponadto 

zintensyfikujemy programy nasłuchu obszaru Hiad, aby  wykryć ewentualną bazową planetę 

tej  Cywilizacji.  Gdy  przekonamy  się  ostatecznie,  czy  jest  ona  z  tego  rejonu,  czy  też  z 

zewnątrz,  podejmiemy  decyzję  co  do  metodyki  dalszego  poszukiwania  planety  dla  was. 

Oczywiście,  wszystko  to  przy  założeniu,  że  wcześniej  nie  dojdzie  do  bezpośredniego 

kontaktu. 

Od tej chwili udostępniam wam możliwość śledzenia ich statków z kabiny operacyjnej 

oraz likwiduję, kamuflaż naszego położenia. Wszystkie mapy i plany są teraz rzeczywiste. Na 

razie to wszystko. 

Długo przyglądał się im. W końcu wyszedł, ale z ociąganiem, jakby chciał coś jeszcze 

powiedzieć, coś dodać... Artur 2 wyszedł zaraz za nim. 

 

DIALOG 43. 

Anna: To chyba zmienia nasze plany? Robert: Niby dlaczego? 

Anna: Moim zdaniem, nie ma co decydować się na radykalne pociągnięcia. W każdej 

chwili  wszystko  może  się  zmienić.  Na  pewno  nie  będzie  próbował  nic  z  nami  robić. 

Przynajmniej dopóki nie wyjaśni sprawy tamtych. 

Robert: Pod warunkiem, że w ogóle jest sprawa tamtych. Już raz demonstrował nam 

obcą Cywilizację... 

Anna: Tym razem uwierzyłabym mu. 

Robert: Na jakiej podstawie? 

background image

Anna:  Sama  nie  wiem.  Może  intuicja?  Ale  chyba  właśnie  dlatego,  że  wtedy  tak  z 

wami  postąpił.  Przecież  nie  próbowałby  dwa  razy  tego  samego.  A  w  ogóle  po  co?  Dla 

odwrócenia uwagi? 

Robert:  Może  masz  rację.  Ale  jeśli  za  kilka  dni  czy  tygodni  postawi  nam  zadanie 

zniszczenia ich, to... 

Anna: Wtedy na pewno będziesz wiedział, że to znów jakaś mistyfikacja. Zresztą i tak 

niewykluczone,  że  to  nadal  ziemskie  statki  patrolowe.  On  nie  musi  znać  wszystkich.  Na 

Ziemi był przecież biologiem. A czy u nas zwykły, cywilny naukowiec znał cały sprzęt jakim 

dysponowało Centrum? 

Robert:  Tak,  ale  tu  w  grę  wchodzi  zupełnie  inny  typ  napędu.  O  czymś  takim  nie 

mógłby nie wiedzieć. 

Anna: Widzisz! To znów przemawia za tym, że to naprawdę są dla niego obcy. Mówi 

prawdę. 

Robert: Zgoda. Chyba tym razem to prawda. 

Anna: To co, czekamy na razie? 

Robert:  Czekamy.  Róbcie,  co  macie  robić,  a  ja  będę  czuwał  nad  rozwojem  sytuacji. 

Żadnych decyzji beze mnie. Czekajcie! 

 

background image

60. Sami 

 

Czekali.  Odbywali  kolejne  rundy,  cykle,  czy-jak  sami  nazywali-seanse  szkoleniowe. 

Rzeczywiście, miały one w sobie coś niematerialnego. Cały czas ' walczyli by nie zgubić się 

w natłoku nowej, obcej dla nich wiedzy, a jednocześnie odczuwali zachwyt dla niej i dla jej 

perspektyw  aplikacyjnych.  Eva  utrzymywała  ich  we  względnej  równowadze.  Nie  starała  się 

na siłę rozumieć  wszystkiego, najważniejsze było dla niej uchwycenie  „ducha problemu". I 

najczęściej  chwytała.  Ona  pierwsza  pojęła  możliwości,  jakie  otwiera  genetyka 

submolekularna.  Przecież  dla  ich  nauki  istota  człowieka  i  życia  w  ogóle  leżały  na  poziomie 

wiązań  chemicznych.  Cokolwiek  schodziło  poniżej  cząsteczek,  było  szkodliwe,  lub  wręcz 

zabójcze dla żywych organizmów. A przecież wszystko, co naprawdę istotne, leżało z zasady 

poniżej tego poziomu. Inni, wbrew logice, bronili się przed takim poglądem. Ba, poglądem! 

Przecież  podawano  im  to  jako  pewnik  sprawdzony  w  trakcie  dwudziestu  milionów  lat 

rozwoju biofizyki. Oni bronili się, a dla niej od początku było to prawie oczywiste. Kto wie, 

może już wcześniej myślała o czymś podobnym? 

Uczyli  się,  ale  przede  wszystkim  czekali.  Gdy  tylko  Robert  pojawił  się  w  kabinie 

załogowej, patrzyli na niego z niemym pytaniem. Ale on nie mówił nic. Co najwyżej lekko 

zaprzeczał ruchem głowy. Jeszcze nic? Jeszcze nie czas? Coś takiego chciał wyrazić gestem, 

bo przecież nie mógł słowami. Ale może się mylili... Może miało to oznaczać: nie udało się, 

już  po  wszystkim...  Niestety,  mimika  nie  była  najmocniejszą  jego  stroną.  Był  pod  tym 

względem typowym pilotem z kamienną twarzą. Ale co by o nim nie mówili czy nie myśleli, 

to  właśnie  on  pomógł  im  przełamać  psychiczną  barierę  dwudziestu  milionów  lat. Wspólnie 

układając  plany  na  przyszłość,  musieli  przyjąć  to  jako  pewnik.  I  co  najdziwniejsze, 

najbardziej  uspokoił  ich  prosty  przykład.  Kazał  im  wyobrazić  sobie,  że  są  o  dwadzieścia 

milionów lat od siebie, a czy w czasie, czy w przestrzeni, to wszystko jedno, przynajmniej dla 

ich  podświetlanego  napędu  rakietowego.  I  rzeczywiście,  praktycznie  oznaczało  to,  to  samo, 

znacznie jednak łatwiej było znieść dystans przestrzenny niż czasowy. 

Robert rzadziej przebywał z nimi. Najczęściej pozostawał w kabinie operacyjnej. Sam, 

albo z Arturem 2, którego już nie nazywali po staremu Arturem. Wiedzieli już, że to nie bliski 

im  Artur  O'Connor,  ale  ktoś  obcy  i  groźny.  Po  jakimś  czasie  zaczęło  wyglądać  na  to,  że 

Robert nawet sypia w kabinie operacyjnej. Uczyli się już sami. Artur 2 zostawił im program, 

materiały,  urządzenia  i  kody  kalkulatora,  po  czym  jakby  przestał  interesować  się  nimi. 

Wreszcie obaj zniknęli na dobre. Wszyscy czuli, że coś się dzieje. Statek nie pozostawał już 

background image

w  bezruchu,  wykonywał  manewry.  Julia,  najczęściej  z  nich  przebywająca  w  Kosmosie, 

śledziła  je  z  uwagą...  kurs  +130,  przyspieszenie  +0,1g  (a  wszystko  to  przez  czysto 

fizjologiczne doznania)....-108,-0,5 g...+253, +0,13 g...- 171,-0,14... ale po jakimś czasie i tak 

zgubiła się. Manewry następowały zbyt szybko po sobie. Niemniej jednak wyglądało to tak, 

jakby  statek  oscylował  z  narastającymi  odchyleniami  wokół  ustalonego  kursu.  Musiało  to 

mieć jakiś związek ze statkami tamtych. Tylko jaki? Uciekali? Ścigali? Szukali kontaktu? 

Oscylacje  narastały  jeszcze  jakiś  czas  aż  wreszcie  kurs  ustalił  się,  po  czym  przez 

długie  godziny  nie  działo  się  nic.  Wbrew  oporom  Eryka,  już  mieli  udać  się  gremialnie  do 

kabiny  operacyjnej,  aby  sprawdzić,  co  się  stało,  gdy  straszliwe  uderzenie  nieomal  rzuciło 

nimi  o  ściany.  Potem  jeszcze  seria  mniejszych  wstrząsów  i  zapadła  cisza.  Wstrzymali 

oddechy... 

Nic, cisza. 

Nic. cisza. 

A jednak... Co?... Spadło ciążenie... 0,8 g - wyszeptała Julia. 

Nadal nic. 

- Ile? 

- 0,65... albo 0,60-szmer raczej niż słowa. 

Nic. 

Chociaż... Tak, drobne wstrząsy. Prawie niewyczuwalne. 

Ile?? 

- 0.30... najwyżej. 

Robert  nie  tyle  wszedł,  co  raczej  wpłynął  walcząc  już  prawie  z  całkowitą 

nieważkością. Był najwyraźniej oszołomiony. 

- Co się stało? 

Nie odpowiedział. Patrzył tylko na nich bezmyślnie. 

- Co się dzieje? - wykrzyczała już raczej niż spytała Eva. 

- Nic. Słuchajcie, kto z was pamięta te wszystkie bzdury, których nas uczyli na temat 

kontaktu z innymi cywilizacjami, te wszystkie kody, symbole, języki... No, kto? - widział, że 

nikt nie chce zabrać głosu. - Przecież wykładali to w Centrum. 

- Ja... ja znam podstawy metodyki kontaktu - nieśmiało odezwała się Julia. 

- To przygotuj się! Za kilka godzin będziemy mieli. 

- Co będziemy mieli? * 

- Kontakt. KONTAKT! Przecież mówię o tym od początku! 

- Ale dlaczego my? Przecież jest Thorn XII, Artur 2... 

background image

- Byli. Obaj nie żyją-machnął ręką, jakby odpędzając złe wspomnienia. , 

- Dlaczego? 

- Jak? Czy...-zaczęli pytać wszyscy na raz. 

- Thorn XII zmarł po prostu albo popełnił samobójstwo. Nie wiem. Był już stary. Albo 

musiał,  albo  chciał  umrzeć.  Artura  2  ja  zabiłem  -  widział  ich  przestraszone  spojrzenia 

utkwione  w  siebie.  -  Opowiem  wam  później.  Nie  wiem  czy  potrzebnie  go  zabiłem.  Chyba 

musiałem...  I  przy  okazji  zniszczyłem  nasz  statek.  Nie  pytajcie  o  nic.  Chcę...  muszę  spać-

położył się, a raczej opadł lekko na fotel. Módlcie się o kontakt! Julio, jeśli naprawdę wiesz 

coś  na  temat  kontaktu,  to  pomyśl  jak  im  wytłumaczyć,  że  niedługo  udusimy  się  z  powodu 

braku tlenu... Tlenu właśnie... Oni mogą oddychać czymś innym... Tlen... Szesnaście... 

Zasnął. 

Patrzyli na niego w skupieniu. Raptem Eva zaczęła płakać. 

- Co ci się stało? 

-  Popatrzcie!  On  jest  o  kilkanaście  lat  starszy.  Rzeczywiście.  Skronie  były  pełne 

siwizny, oczy podkrążone sino, zmarszczki pod nimi... 

- Przejdzie mu. Jest zmęczony i zrobił coś strasznego, ale wróci do równowagi. Niech 

śpi. 

background image

61. Testament 

 

Musiał w końcu zdobyć się na tę rozmowę. Był już najwyższy czas. Pamięć bieżąca 

skracała  się  nieustannie.  A  wszystko  musiał  załatwić  z  pełną  świadomością.  Nagranie 

przekazu  i  odtworzenie  mu  go,  gdy  sytuacja  stanie  się  krytyczna,  mijałoby  się  z  celem. 

Wiedział,  że  Artur  2  nie  zaaprobuje  z  miejsca  jego  propozycji,  i  że  trzeba  będzie  długo  go 

przekonywać.  Za  bardzo  przyzwyczaił  się  do  swojej  roli  współprzywódcy  grupy,  która 

najwyraźniej  sprawiała  mu  dużą  satysfakcję.  Wyzwolił  się  w  nim  ostatecznie,  tłumiony 

przedtem  przez  surowy  regulamin  jego  ośrodka  lotów  kosmicznych,  instynkt  rządzenia 

wszelkimi  środkami  i  za  wszelką  cenę.  I  nawet  ponowne  korekcje  nie  zdołałyby  go 

zlikwidować.  A  odblokowanie  ośrodków  logiczno-decyzyjnych  jego  mózgu  nadało  temu 

instynktowi  zimny  i  bezwzględny  charakter.  Artur2  z  niecierpliwością  czekał  na  założenie 

stacjonarnej  bazy  i  przystąpienie  do  zabiegów  korekcyjnych  na  reszcie  grupy,  które  miały, 

jego zdaniem, przede wszystkim zwiększyć jej podatność na sugestie i podporządkować mu 

ją  bez  reszty.  W  osobie  Thorna  XII  widział  już  tylko  nominalnego  przywódcę,  a  w 

przyszłości doradcę i nauczyciela. 

Miał  się  srodze  zawieść.  Thorn  XII  zbyt  dobrze  przewidywał  logikę  przyszłych 

wydarzeń,  by  móc  pozostawić  taką  sytuację.  Fakt,  że  nie  będzie  mógł  doprowadzić  swoich 

planów  do  końca  pod  osobistym  nadzorem,  wcale  nie  oznaczał,  że  rezygnuje  z  nich 

całkowicie. Pozaziemska cywilizacja ludzka musi zostać założona! Niestety! Nie będzie mógł 

drogą  korekcji  przyspieszyć  jej  rozwoju.  Będzie  on  musiał  przebiegać  naturalnie, 

wzbogacony  jedynie  zmagazynowaną  przez,  Thorna  XII  skumulowaną  wiedzą  kilkuset 

tysięcy ziemskich pokoleń. Ale już tylko od nich samych zależeć będzie czy i w jaki sposób 

ją wykorzystają. Co najwyżej pozostawi im swoje sugestie. 

Ale  jeżeli  on  nie  będzie  mógł  sterować  rozwojem  przyszłego  społeczeństwa,  to  tym 

bardziej  nie  zostawi  tego  Arturowi  2.  Owszem,  technicznie  dałby  sobie  radę.  Ale  jego 

niecierpliwość  szybko  doprowadziłaby  do  prób  uzyskania  przyspieszonych  efektów,  do 

potęgowania  wyników  korekcji  bez  ich  utrwalenia,  co  w  niektórych  przypadkach 

wymagałoby  całych  pokoleń.  Artur  2  na  pewno  nie  zadowoliłby  się  działaniami,  których 

wyniki  byłyby  widoczne  dopiero  po  jego  śmierci.  Nie,  na  to  nie  mógł  pozwolić.  Albo 

stopniowe, krok po kroku, dokonywane korekcje ze zwrotną kontrolą rezultatów, albo żadnej, 

a więc w pełni naturalny rozwój. 

background image

I  tak  nie  było  to  najważniejsze.  Do  tego  na  pewno  przekona  go.  Ostatecznym 

argumentem  będzie  i  tak  fizyczna  niemożliwość  prowadzenia  przez  niego 

wielopokoleniowego procesu sterowania. Pozostawała jednak jeszcze sprawa tamtych... 

-  Nie  można  zignorować  ich  obecności.  Są  za  blisko.  A  dalszy  lot  dotychczasową 

trajektorią to pewny kontakt z nimi. 

-  No  to  zmieńmy  ją  -  Artur  2  od  razu  nastawiony  był  sceptycznie  do  ewentualnego 

kontaktu. 

-  To  tylko  chwilowo  rozwiąże  sprawę.  A  później?  I  tak  trzeba  będzie  wznowić 

program poszukiwań losowych. W takiej czy innej formie. Nie ma co się łudzić. Oni prawie 

na pewno są stąd. z Hiad. Więc znów się na nich natkniecie... 

Artur  2  nie  znalazł  na  razie  odpowiedzi.  Poprzednie  informacje  udzielone  mu  przez 

Thoma  XII  przyjął  spokojnie,  nawet  z  uczuciem  pewnej  ulgi.  W  końcu  miał  mieć  to,  co 

najbardziej  pragnął:  zdobyć  samodzielność.  Ale  chyba  dopiero  teraz  zdał  sobie  sprawę,  że 

naprawdę  zostaną  sami, że  Thorn  XII  przestanie  myśleć  za  nich.  Był  jakby  oszołomiony  tą 

perspektywą, ale i przestraszony zarazem. 

- Więc mamy szukać kontaktu z nimi? 

-  Nie.  Ale  nie  unikać  go.  Zresztą,  to  na  jedno  wychodzi.  Analizowałem  to  na 

kalkulatorze. Tak czy inaczej, kontakt nastąpi w ciągu najbliższych kilku tygodni. 

-  A  jakby  zrezygnować  z  Hiad?  Zmienić  kurs?  Przecież  jeszcze  nie  weszliśmy  zbyt 

głęboko w ich obszar. Ominąć je i szukać gdzieś dalej. 

-  Gdzie?  Do  następnego  podobnego  skupienia  będziecie  mieli  ponad  osiemdziesiąt 

parseków.  Wcześniej  wasze  szansę  są  minimalne.  A  pamiętaj,  że  teraz  trudniej  wam  będzie 

znaleźć  odpowiednią  planetę.  Musi  byś  idealna.  Sami  nie  będziecie  mieli  możliwości 

przeprowadzić  poważniejszych  zmian  warunków  planetarnych.  A  skąd  wiesz,  kogo 

zastaniecie dalej? Stale będziecie uciekać? Po co? 

- To co mamy robić? 

- Skontaktować  się  z nimi. Kimkolwiek są. Porozumiecie się na pewno. W końcu to 

także Cywilizacja techniczna. Niczego nie ukrywajcie. Na pewno pomogą wam w założeniu 

bazy a potem, w skolonizowaniu jakieś planety. 

- Prosić ich o pomoc!? -aż wstrząsnął się. 

-  Posłuchaj.  Reprezentujesz  w  tej  chwili  znacznie  wyższy  poziom  inteligencji  od 

reszty i dlatego zwróciłem się z tym wszystkim tylko do ciebie. Oni powinni sądzić na razie, 

że wszystko jest bez zmian, że ja nadal jestem z wami. Będą czuli się znacznie pewniej, a to 

im  będzie  potrzebne.  Zrozum,  wy  wszyscy  nie  jesteście  jeszcze  na  dostatecznym  poziomie 

background image

rozwoju,  by  sami  decydować  o  swoim  losie  w  obszarach,  gdzie  działają  inne  cywilizacje. 

Może ja dałbym sobie z tym radę, ale i tego nie jestem pewny. A wy musicie mieć w kimś 

oparcie i im szybciej kogoś takiego znajdziecie, tym lepiej. I ty musisz to przeprowadzić! 

Wyglądało  na  to,  że  dał  się  przekonać.  Być  może  podziałała  tu  ukryta  groźba 

powiadomienia reszty, co odebrałoby mu część przewagi nad nimi... W każdym razie obiecał 

realizować wszystkie postulaty Thorna XII. 

Długo udzielał mu ostatnich wskazówek, zaznajamiał ze zgromadzonymi materiałami, 

sposobami  korzystania  z  nich,  z  nieujawnionymi  do  tej  pory  urządzeniami  statku  i  z  ich 

eksploatacją. 

Pozostała jeszcze inna sprawa. Selekcja danych jakie im pozostawił. Poświęcił na to 

kilka dni, do maksimum wykorzystując możliwości analityczne kalkulatora pokładowego. 

Wszystkich  danych  nie  mogli  dostać  do  dyspozycji.  Musiał  chronić  ich  przed 

powtórzeniem  błędów,  jakie  popełniono  na  Ziemi.  Nie  chciał  dopuścić  do  zakłócenia  ich 

naturalnego rozwoju środkami, które mogłyby przynieść więcej szkody niż pożytku. Odrzucił 

więc  materiały  związane  z  inżynierią  genetyczną  na  wszystkich  poziomach.  Nie  tylko 

szczegóły  biologiczno-techniczne,  ale  i  dane  historyczne  -jakie  kierunki  preferowano  w 

poszczególnych  okresach  i  jakie  spowodowały  konsekwencje.  Powinno  im  wystarczyć  to, 

czego  nauczyli  się  do  tej  pory.  A  wiedza  o  fiasku  jakiegoś  projektu  nie  musiałaby  wcale 

powstrzymać ich przed próbą powtórzenia go. 

Postanowił też nie udostępniać im całej wiedz) medycznej. Wyeliminował wszystkie 

te  środki  i  techniki,  które  miały  lub  mogły  dla  nich  mieć  jakikolwiek,  śladowy  chociażby, 

wpływ  na  dziedziczenie.  Tak  samo  -postąpił  z  innymi  dziedzinami  wiedzy.  Usunął  te 

elementy, które mogły wywrzeć ujemny wpływ na naturalny rozwój przyszłych pokoleń. 

Ale  nie  tylko  o  nich  musiał  pomyśleć.  Była  jeszcze  Ziemia  i  ona  była  też  ważna, 

niezależnie od jego osobistego stosunku do niej. Musiał przewidzieć konsekwencje dostania 

się  prawie  całego  jej  zasobu  informacyjnego  w  ręce  innych,  a  więc  nie  mógł  pozostawić 

wszystkich  danych  o  aktualnym  stanie  ziemskiej  biosfery.  Kasacji  uległy  informacje  o 

wyposażeniu  i  lokalizacji  baz,  Stacji  Bezpieczeństwa,  o  systemie  łączności,  a  także  innych 

szczegółach  technicznych  dotyczących  ekspansji  kosmicznej.  Na  wszelki  wypadek  nie 

zostawił też niczego o strukturze organizacji społeczeństwa ziemskiego. 

Ostatnią  czynnością  było  odblokowanie  zastrzeżonych  do  tej  pory  dla  niego 

programów i kodów sterujących kalkulatora pokładowego. Teraz dysponowali już wszystkim. 

Program Thorna XlI dobiegł do końca. 

background image

62. Spadkobierca 

 

Thom  XII  miał  rację.  Zachowanie  ich  statków  przypominało  do  złudzenia  typowe 

sektorowe loty patrolowe, jakie odbywał na początku swej służby w Centrum, jeszcze zanim 

zdobył  licencję  pilota  pozaukładowego.  Przynajmniej  ta  część  ich  lotu,  która  mogła  być 

obserwowana, bo od czasu do czasu ginęli z ekranu, by znów, po przejściu do prędkości pod-

świetlnej,  pojawić  się  w  innym  miejscu.  Wyglądało  to  tak,  jakby  szybko  przemierzali 

przestrzeń  wytracając  od  czasu  do  czasu  prędkość,  aby  dokładniej  spenetrować  jakiś 

fragment. Byli na bieżącym kursie ich statku i jeżeli żadna ze stron nie zmieniłaby radykalnie 

celu  lotu,  to  najdalej  po  dziesięciu  dniach  musiało  dojść  do  spotkania.  Oczywiście, 

jakiekolwiek  manewry  przeciwdziałania  z  ich  strony  nie  miałyby  najmniejszego  sensu.  Oni 

byli na to za szybcy. Zresztą nie była to jego sprawa. Tym razem był nawet zadowolony, że to 

nie on będzie podejmował decyzję, że jest jeszcze Thorn XII. 

Artur 2 musiał powtórzyć to chyba ze trzy razy, ale i tak nie mógł jeszcze uwierzyć. 

Przekonało  go  dopiero  stwierdzenie,  że  możliwy jest  już  podglądną  zajmowane  do  tej  pory 

przez  Thorna  XII,  a  teraz  prawie  zupełnie  puste  pomieszczenia.  Sprawdził  jeszcze,  czy  nie 

przeniósł  się  on  w  inne  rejony  statku,  ale  nie,  wszystko  pozostało  bez  zmian.  Ostatecznie 

uwierzył,  gdy  Artur  2  zaprowadził  go  do  Archiwum  pokładowego  i  pokazał  jak  z  niego 

korzystać, a następnie do pomieszczenia z różnymi, nie znanymi mu do tej pory urządzeniami 

technicznymi. Teraz już wiedział. Thorn XII nie udostępnił im tego wszystkiego, a po prostu 

zostawił. 

Gdy  wrócili  do  kabiny  operacyjnej,  Artur  2  podjął  opowiadanie  o  starych  planach 

Thorna XII i konieczności ich zmiany. W większości były to rzeczy, których się domyślali, 

ale  słuchał  z  zainteresowaniem.  Najistotniejsze  było,  co  Artur  2  "teraz  zamierza  i  dlaczego 

wtajemnicza na razie tylko jego... 

- Chciał założyć sterowane społeczeństwo. Sądził, że będzie żył jeszcze ze dwa tysiące 

lat  i  przez  cały  ten  czas  kontrolował  stan  genetyczny  kolejnych  pokoleń.  Teraz  zostawił  to 

wszystko naturalnemu rozwojowi. Na razie mamy nadal szukać miejsca na bazę, a najlepiej 

od razu planety nadającej się do osiedlenia. 

- A oni? 

- Nie  muszą  wiedzieć  wszystkiego. I tak  mają dość problemów. Przecież jeszcze nie 

doszli całkowicie do siebie. Ty sam wystarczysz mi do pomocy. 

- Nie ich miałem na myśli, a tamtych obcych. 

background image

- Nie możemy dopuścić do kontaktu. Skąd mamy wiedzieć, co zechcą z nami zrobić? 

Zmienimy kurs i postaramy się ominąć Hiady. 

-  Uważam,  że  lepiej  spotkać  się  z  nimi.  Jeżeli  są  na  wyższym  poziomie  rozwoju  nic 

nam nie powinno grozić. 

l rozpoczęło się... Początkowo dyskutowali, wysuwali argumenty i kontrargumenty. - 

Robert  spokojnie.  Artur  coraz  bardziej  zapalczywie.  W  końcu  musiał  paść  jego  ostateczny 

argument. 

- Zresztą uważam to za bezcelowe. Thom XII przekazał to wszystko mnie osobiście i 

ja będę decydował. 

- Na jakiej zasadzie? 

- Jestem od was... wiem znaczniej więcej od was. 

- Kwestia czasu. Teraz mamy do dyspozycji wszystko. Całą jego wiedzę... 

- Wybrał mnie! 

Nie słuchał  już Roberta i  demonstracyjnie zmienił  kurs mniej więcej o dwa radiany. 

Statek  powoli  zaczął  wykonywać  zadany  manewr.  Robert  popatrzył  na  bliźniaczy  system 

sterowania na swojej części pulpitu. 

- Ja reprezentuję  całą  załogę. Może tylko poza tobą-i  powoli  ustawił  poprzedni  kurs. 

Odczuwało się prawie ciężką pracę silników kierunkowych zmieniających program w trakcie 

jego wykonywania. 

- Zabraniam ci! Zabraniam! 

-  Thom  XII  mógł  zmienić  ci  psychikę,  ale  na  pewno  nie  zmienił  faktu,  że  fizycznie 

byłem  znacznie  silniejszy  od  prawdziwego  Artura-powiedział  spokojnie  widząc,  że  Artur  2 

usiłuje zerwać się z miejsca. 

-  Dobrze,  zobaczymy  jeszcze!  -  opadł  ciężko  na  fotel  i  znów  zabrał  się'do 

przestawiania kursu. 

background image

63. Pojedynek 

 

Nie  opuszczali  kabiny  operacyjnej  i  nie  odrywali-się  od  swoich  pulpitów.  Każdy  w 

innych zamiarach: Artur 2 - zmiany kursu, Robert utrzymania go aż do kontaktu. Początkowo 

dochodziła w nich do głosu tylko zaciętość. Na zmianę przestawiali kurs tak szybko, jak tylko 

było to możliwe, a raczej tak, aby 

nadążyć mogły układy wykonawcze systemu sterowania. 

Po jakimś czasie Artur 2 zorientował się, że nie doprowadzi go to do sukcesu. Statek 

szedł z grubsza starym kursem, tyle, że oscylował wokół niego. Ponieważ obaj zdążyli się już 

uspokoić, Artur 2 zmienił taktykę. 

W  zasadzie  oba  stanowiska  sterowania  były  równouprawnione.  Nic  pod  tym 

względem nie zmieniło się od ich czasów. Niby dowódca powinien mieć zapewniony wyższy 

priorytet dla swoich decyzji, ale konstruktorzy przewidzieli wszystko. Na przykład, dowódca 

mógłby zasłabnąć i  to  w sytuacji  wymagającej natychmiastowego  manewru, kiedy nie było 

czasu  na  zmianę  stanowisk  czy  przeprogramowania  ich  priorytetów.  Zawsze  musiała  być 

możliwość  sterowania  z  obu  stanowisk.  Niemniej  jednak,  możliwe  było  ograniczenie  lub 

całkowita blokada któregoś z nich, ale tylko za pośrednictwem kalkulatora pokładowego. 

Rozpoczęli  więc  walkę  o  programowe  zlikwidowanie  dostępu  „przeciwnika"  do 

urządzeń sterujących. 

Artur 2 z miejsca uzyskał przewagę. Znacznie lepiej znał kalkulator i był szybszy w 

operacjach programowania. Był to niewątpliwie dodatni wpływ korekcji jakim uległ. Od razu 

zablokował stanowisko Roberta. Stanowisko, ale nie dostęp do kalkulatora. Po jakimś czasie 

Robert zaczął orientować się coraz lepiej i wreszcie odwrócił sytuację, ale tylko na moment. 

Zdążył  zmienić  kurs,  ale  reakcja  Artura  2  była  błyskawiczna.  I  znów  zaczęły  się  kolejne 

zmiany kursu z tym. że Artur 2 Stosował różnorodną taktykę -blokował stanowisko Roberta 

na  różnych  poziomach  kalkulatora  i  ten  musiał  tracić  bardzo  dużo  czasu,  aby  chociaż  na 

krótką chwilę zapanować nad statkiem, który zaczął stopniowo przyjmować kurs zbliżony do 

zamierzeń  Artura  2.  Byli  wtedy  już  tylko  o  niecałe  półtora  miliparseka  od  bliższego  statku 

tamtych,  ale  powoli  zaczynali  oddalać  się  od  niego.  Dopiero  po  kilkunastu  godzinach  coś 

zaczęło się zmieniać. 

Był W zasadzie zrezygnowany i rozważał inne możliwości zapanowania nad statkiem, 

łącznie z użyciem przemocy fizycznej wobec Artura 2, gdy zauważył, że ten zaczyna powoli 

słabnąć.  Reakcje  jego  nie  były  już  tak  szybkie  jak  na  początku,  zaczął  popełniać,  najpierw 

background image

niewielkie, później coraz większe błędy. A więc jednak był mniej odporny na zmęczenie! W 

Roberta, także wyczerpanego długą bezsensownością, ale dalekiego jeszcze od wyczerpania 

wszystkich  rezerw,  wstąpił  nowy  duch.  Przecież  za  jakieś  dwie  doby  mogą  zbliżyć  się 

bezpośrednio  do  tamtego  statku,  a  tyle  na  pewno  wytrzyma  za  sterami.  Już  teraz  efekt 

zmęczenia Artura 2 był widoczny. Powoli, powoli, kurs wracał do poprzedniego stanu. 

Po  kolejnych  trzech  czy  czterech  godzinach,  zresztą  może  było  to  więcej,  gdyż 

zaczynał tracić wyczucie czasu, a wskazania zegara niewiele mu mówiły, bo koncentrując się 

na sterach i kalkulatorze, po prostu ich nie pamiętał, okresy jego panowania nad statkiem były 

dwukrotnie dłuższe niż Artura 2. 

W  końcu  Artur  2  zrezygnował.  Przynajmniej  z  tej  formy  walki.  Nic  nie  mówiąc 

opuścił  kabinę  operacyjną.  Robert  spokojnie  ustawił  kurs,  kierując  się  z  niewielkim 

przyspieszeniem  w  kierunku  tamtych.  Nie  wiedział  co  zamierza  Artur  2,  więc  na  wszelki 

wypadek  tak  ustawił  swój  fotel,  aby  kątem  oka  widzieć  wejście  do  kabiny  i  odbezpieczył 

ręczną broń neutronową. Ale nic się nie działo... - 

Zaczynała się czwarta doba jego nieprzerwanego pobytu w kabinie operacyjnej. Zdał 

sobie  sprawę  z  uczucia  głodu,  a  przede  wszystkim  pragnienia.  Zastanawiał  się  właśnie  czy 

zwrócić  się  do  kogoś  z  kabiny  załogowej  -  obserwował  ich  co  jakiś  czas  i  widział,  że  są 

poważnie  zaniepokojeni  manewrami  statku-bo  przy  okazji  mógłby  poinformować  ich  o 

ostatnich  wydarzeniach,  gdy  naraz  poczuł  lekkie  targnięcie  statkiem.  Nie  zdążył  jeszcze 

sprawdzić  wszystkich  wskaźników,  gdy  zauważył  zmianę  na  ekranie  głównym.  Pojawił  się 

trzeci statek bezpośrednio przed nim. Oddalał się on szybko... 

Działał  prawie  automatycznie.  Później  wielokrotnie  wracał  myślami  do  tych 

kilkudziesięciu  sekund,  które  rozstrzygnęły  o  wszystkim.  Nigdy  nie  uzyskał  całkowitej 

pewności, ale wtedy sytuacja była zbyt zbliżona, więcej - identyczna do przeżytej już kiedyś. 

Artur 2 najwyraźniej próbował wykonać ten sam manewr, który wtedy, w wykonaniu 

jego pierwszego wcielenia, otworzył im drogę. Na co liczył? Że po zniszczeniu ich statku nie 

będzie  już  mowy  o  żadnym  kontakcie?  Że  drugi  ich  statek  nie  zareaguje  na  to?  Że  sam 

przeżyje,  wróci  i  że  zdołają  uciec?  Było  to  mało  prawdopodobne,  ale  rozumowanie  tego 

Artura było nie do przewidzenia. A fakty były jednoznaczne. Wtedy nie myślał jednak o tym 

wszystkim. 

Precyzyjnie ustawił system celowniczy i zaczął wystrzeliwać ładunki, jeden po drugim 

w bardzo krótkich odstępach. Trafił już trzecim. Przez kilkadziesiąt sekund oglądał na ekranie 

zamierający  błysk  anihilacji,  aż  wreszcie  sam  wszedł  w  jej  strefę.  Statkiem  rzuciło 

gwałtownie,  kalkulator  rozszalał  się,  zaczęły  działać  wszystkie  systemy  alarmowe  i 

background image

bezpieczeństwa.  Silnik  umilkł,  wygasły  wszystkie  ekrany,  a  przez  kadłub  przebiegały  serie 

niewielkich, ale odczuwalnych wibracji. Zaczęło spadać ciążenie. 

Nie znał rozmiaru zniszczeń, ale wiedział, że jest to koniec ich statku. Nigdzie już nie 

dolecą.  Teraz  cała  nadzieja  była  w  tamtych.  Musieli  dostrzec  eksplozję,  musieli  też  na  nią 

zareagować w jakiś sposób. 

Pozostało czekać. 

background image

IV. Continuum 

 

background image

64. Oczekiwanie 

 

Zostali  sami.  Cały  czas  tego  chcieli,  ale  przecież  nie  w  takich  okolicznościach.  Z 

pobieżnego  przeglądu  statku  wynikało,  iż  uszkodzone  było  prawie  wszystko.  Silniki,  część 

kadłuba,  układy  sterowania,  system  lokacyjny,  sieć  informatyczna  i  co  najgorsze-układy 

regeneracyjne.  W  zasadzie  tylko  kalkulator  i  bezużyteczny  od  dawna  Blok  Bezpieczeństwa 

nie  miały  większych  uszkodzeń,  ale  były  one  tak  skonstruowane,  by  wytrzymać  prawie 

wszystko,  łącznie  z  promieniowaniem  pełnego  widma  czy  nawet  kolapsem  grawitacyjnym. 

Ale  to  umożliwiało  jedynie  rozpoznanie  uszkodzeń  i  wysłanie  szczątkowych  sygnałów 

alarmowych-danych o sytuacji statku i ostatniego zarejestrowanego położenia. 

Teraz najważniejsze było powietrze. Kalkulator nie podał zbyt precyzyjnych danych, 

ale powinno go w najgorszym razie wystarczyć jeszcze na kilkadziesiąt godzin, oczywiście, 

przy założeniu, że szczelna jest izolacja tych części statku, które mają uszkodzony kadłub. W 

końcu  grodzie  wewnętrzne  też  mogły  być  uszkodzone.  Ale  o  tym  woleli  nie  myśleć.  Na 

szczęście ani ciśnienie, ani temperatura nie spadały w wyraźny sposób, tak, że wyglądało, iż 

przynajmniej  z  tej  strony  nic  im  na  razie  nie  zagraża.  Minęło  już  jednak  dwadzieścia  pięć 

godzin  od  katastrofy,  a  tego  momentu  dotyczyła  prognoza  kalkulatora.  Tak,  więc  tylko 

godziny mogły ich dzielić od braku powietrza. 

-  A  nie  da  się  naprawić  systemu  regeneracji?  -  spytała  Eva.  -  Chociażby 

prowizorycznie? Są przecież automaty... 

-  W  odciętej  od  nas  części.  Tam  nie  ma  powietrza.  Można  dostać  się  przejściami 

awaryjnymi, ale do tego potrzebne są skafandry próżniowe. 

- A one też tam są? -domyślił się Eryk. 

W odpowiedzi Robert pokiwał smętnie głową. 

- Czyli? 

- To, co mówiłem wtedy. To wcale nie był żart. Tylko oni mogą nam pomóc. 

Minęło kilka godzin. Powietrze było coraz gorsze. Jakby zawierało coraz mniej tlenu. 

Może naprawdę, a może była to tylko autosugestia - przecież cały czas o tym myśleli. 

- A jeśli nie przylecą? 

-  Jak  możesz!...  W  końcu  są  Cywilizacją  przynajmniej  na  naszym  poziomie.  Czy  ty, 

widząc katastrofę statku, nie pospieszyłabyś z pomocą? A przynajmniej nie zainteresowała się 

nią? 

background image

- Nie  wiem... Już nic nie wiem... Ciężko mi oddychać... Duszę się... Duszę się! Eryk 

uderzył ją po twarzy. Oprzytomniała. 

- Już lepiej? 

- Tak... Tak... Przepraszam was. 

- Robert, a nie można zobaczyć co się dzieje na zewnątrz? 

- Mówiłem już, że system lokacyjny jest zniszczony. Chyba najwcześniej. Anteny są 

przecież na zewnątrz statku. 

- A może dało by się... 

- Co znowu?  

- Co im powiesz? 

- Nie wiem. Myślę raczej jak to zrobić. Może na migi? Gestami? 

- Nie muszą mieć rąk 

- No to rysunki. 

- Mogą nie mieć zmysłu wzroku... 

Drzwi  kabiny  zostały  otwarte  jakby  mocnym  kopnięciem  lub  ciosem.  Stanęli  na 

progu... 

Przestraszyli  się  raczej  niż  odczuli  ulgę.  Było  to  chyba  jeszcze  bardziej  niesamowite 

niż  przy  pierwszym  spotkaniu  z  Thornem  XII.  Wtedy  przynajmniej  coś  o  nich  wiedzieli. 

Robert widział ich wcześniej... 

Pierwsza przyszła do siebie Anna: 

- Popatrzcie! Znów to samo. 

- Co znów? 

- Są człekokształtni! 

Więcej. Byli praktycznie takimi samymi ludźmi jak oni. Może tylko tyle, że było ich 

dwóch  i  mieli  wiele  wspólnych  cech  z  wyglądu,  co  pozwalało  na  ekstrapolację  i 

domniemanie, że oni wszyscy są właśnie tacy... A więc jednak nieco inni... Znacznie bardziej 

wyostrzone  rysy,  jakby  bardziej  ściągnięte,  oczy  głębiej  osadzone,  bardziej  wyraziste  kości 

pod  skórą...  Coś  sępiego  w  twarzach.  To  samo  zresztą  sylwetki.  Bardziej  kanciaste.  Nawet 

pod kombinezonami prawie, że widać było ich kości. Ale też takie same. Poza tym byli niżsi i 

szczuplejsi.  Zaskakujące  było  natomiast  to,  że  nieważkość  jakby  nie  stanowiła  dla  nich 

problemu.  Zachowywali  się  niemal  tak  jak  ludzie  przy  normalnym  ziemskim  ciśnieniu. 

Czyżby pochodzili z jakiejś niewielkiej planety? 

background image

Wszyscy  czekali.  I  tamci  i  oni.  Jakby  wiedzieli,  że  przybyli  im  z  pomocą  i  czekali 

teraz na informację, jak mają im pomóc. 

background image

65. Teoria kontaktu 

 

Nie  pozostawało  nic  innego  jak  nawiązać  z  nimi  kontakt.  Cóż  prostszego?!  Obie 

strony  wiedzą,  że  są  cywilizacjami  technologicznymi.  Przecież  obie  odbywają  loty.  Mają 

zbliżoną morfologię... Nic, tylko kontaktować się!... Przypomnijcie sobie!... Przecież znacie! 

Tak było... 

Centrum  Dyspozycyjne  Lotów.  18F4.  Poufne.  Do  wiadomości  całego  personelu 

latającego. Na wypadek bezpośredniego kontaktu z organizacjami mogącymi mieć cechy istot 

inteligentnych.  Zalecenie  tymczasowe  (tw.  Zespoły:  Biol.,  Biocyb.,  Lingw.,  Psych.,  Por., 

Biopsych., T. Ewol., Bioastr.) 

1. Życie rozumne jest nierozróżnialne od życia w ogóle (każdy najdrobniejszy nawet 

przejaw życia może być obdarzony rozumem - robaki, owady, a nawet rośliny). Świadomość 

nie musi być związana ze skupieniem komórek nerwowych. 

2. Obca cywilizacja nie musi mieć jakichkolwiek ziemskich cech. W szczególności nie 

musi  wytwarzać  urządzeń  technicznych  (cywilizacja  biologiczna  lub  kontemplacyjna  wg 

klasyfikacji van den Lindena), ani w inny sposób manifestować na zewnątrz swego istnienia 

(nienaturalne obiekty czy zjawiska). 

3.  Cywilizacja  rozpoznawalna  wg  jednego  z  47  pkt.  schematu  Greena  (ogólnie, 

poprzez  stworzone  obiekty,  względnie  zewnętrzne  skutki  działań)  nie  musi  mieć 

jakichkolwiek ziemskich cech lingwistyczno-logicznych (zgodność na poziomie zerowym). 

4. Po jednoznacznym rozpoznaniu cywilizacji należy szczególną uwagę zwrócić na jej 

ewentualne  środki  rażenia  (zasięg-wewnętrzny,  planetarny,  układowy,  pozaukładowy)  i  ich 

rozmieszczenie.  W  przypadku  znacznej  ich  koncentracji  należy  zrezygnować  z  kontaktu  na 

rzecz organizacji systemu obserwacji i nasłuchu (program „ANOTHER VOICE 3"). 

5.  Podstawą  kontaktu,  jeżeli  zostanie  on  uznany  za  możliwy  (klasy  l-II  v.d.L. 

podgrupy  niemilitarne),  powinny  być  wielkości  matematyczno-fizyczne  ciąg  liczb 

naturalnych,  ciąg  liczb  pierwszych,  pierwiastki  niewymierne,  stałe  uniwersalne.  Po 

wysłuchaniu  komunikatu  bądź  serii  komunikatów,  zawsze  oczekiwać  na  bardziej 

rozbudowaną  odpowiedź  (kontynuację  ciągu,  inne  stałe).  Nie  zadowalać  się  odpowiedzią 

stanowiącą powtórzenie komunikatu (vide CDL 3 Fl16-Pseudocywilizacja Tau 7-13-275ZB). 

6. ..... 

Kolejne  punkty,  a  było  ich  wszystkich  coś  z  siedemdziesiąt,  uściśliły  kontakt  dla 

kolejnych, coraz bardziej bliższych ziemskiemu, typów cywilizacji. I to wszystko, łącznie z 

background image

klasyfikacjami,  podziałami  i  opisami,  stworzono  zanim  jeszcze  zetknięto  się  nie  tylko  z 

jakąkolwiek obcą cywilizacją, ale nawet z przejawami obcej działalności. I każdy z personelu 

latającego  Centrum  musiał  znać  to  na  pamięć.  Między  sobą  nazywali  to  „Kanonami 

Hartleya"-od nazwiska pierwszego szefa Centrum. 

Teraz nie powinno być żadnych problemów. Przecież prawie identyczna morfologia i 

motoryka! Chyba ze trzydzieści ostatnich punktów „Kanonów" zajmowało się takimi właśnie 

istotami i tego typu sytuacjami... 

47.  Jeżeli  to  oni  pierwsi  wejdą  na  wasz  statek,  to  niezależnie  od  rzeczywistych  lub 

rzekomych  intencji  (cele  zdecydowanie  agresywne,  niesienie  pomocy  w  sytuacji  awaryjnej, 

czysty  kontakt),  podstawową  zasadą  powinno  być  nieudzielanie  żadnych  informacji  o 

ziemskiej technologii oraz lokalizacji baz ziemskich. 

- Chociaż to odpadło teraz. W końcu jaka ta Ziemia? I czyja? 

- Pozostaw Julio, Ziemię w spokoju! Skoncentruj się nad naszą sytuacją... 

Julia  znała  „Kanony"  chyba  lepiej  niż  wszyscy  inni,  zwłaszcza  Robert.  W  ogóle 

pilotom  służyły  one  jako  niewyczerpane  źródło  dowcipów,  a  punktem  honoru  była  ich 

nieznajomość.  Ale  i  tak  stała  teraz  onieśmielona,  może  nie  tyle  ich  bliskością,  ile  ludzkim 

wyglądem. Chciałoby się po prostu przemówić do nich. Tyle, że po co? 

Robiła wszystko co mogła. Mówiła, gestykulowała. Rysowała. Na co patrzyli nawet z 

zainteresowaniem. I ten tlen. Wszystko o nim... 

Nic. 

Po mniej więcej dwóch godzinach, jakby coś do nich przemówiło, albo jakby znudziły 

im się już próby Julii. Wymownym  gestem  kazali  im iść  za sobą. Wszyscy poza Robertem 

ruszyli odruchowo... 

- Stać! Gdzie?! Tam może nie być powietrza! 

Zatrzymali się. Robert wyszedł do przodu i gestem pokazał kombinezon, a raczej brak 

osłony głowy w ich kombinezonach. 

Zrozumieli!  Nie  wiadomo  czy  rozumieli  ziemskie  gesty,  czy  też  miały  one 

uniwersalny charakter, ale najwyraźniej chcieli wiedzieć, gdzie są ich skafandry próżniowe. 

Działał  instynktownie.  Pokazał  kierunek  sekcji  technicznej  i  to,  że  jest  on 

zablokowany, i to, że zdjęcie blokady grozi śmiercią przez uduszenie, i wszystko inne. I oni 

nadal rozumieli... Kazali czekać i wyszli. Chyba właśnie po skafandry dla nich... 

- No i macie kontakt! - popatrzył na resztę nie bez uczucia satysfakcji. 

- Ale dlaczego dopiero teraz zrozumieli? 

background image

- Oni też są pilotami. Nas obowiązują pewne reguły i ich także. I chyba są one bardzo 

podobne.  A  to,  co  robiła  Julia  traktowali  po  prostu  jako  demonstrację  naszych  możliwości 

intelektualnych i jak tylko długo mogli, nie przerywali. Chyba przez grzeczność. 

background image

66. C-DRIVE 

 

No  i  oczywiście,  przynieśli  skafandry.  Nawet  dobrali  je  na  miarę!  Bez  dalszych 

„dyskusji"  ubrali  się  i  poszli  za  nimi.  Dopiero  po  opuszczeniu  sektora  załogowego,  mogli 

przekonać  się  o  faktycznym  rozmiarze  zniszczeń.  Zdemolowane  pomieszczenia,  popękane 

ścianki,  pozrywane  przewody,  uszkodzone  grodzie  międzysekcyjne.  A  jak  słuszne  były  ich 

obawy  o  szczelność  całego  kadłuba,  zobaczyli,  gdy  dotarli  do  miejsca  styku  z  pojazdem 

tamtych. Wykorzystali  oni  po prostu  „naturalną",  sięgającą prawie trzech metrów  wyrwę  w 

kadłubie, która posłużyła im za prowizoryczny luk. 

To, co było po drugiej jego stronie, nie mogło być ich właściwym statkiem. Mieli co 

prawda do przebycia tylko kilkadziesiąt metrów otwartej przestrzeni, ale wystarczyło to, żeby 

przekonać się, że rozmiarami nie przekracza on niewielkich jednostek patrolowych Centrum. 

Upewnili się ostatecznie po wejściu na pokład. Okazało się, że muszą być stłoczeni razem z 

czterema  osobami  ich  załogi  na  niewielkiej  przestrzeni,  jedynej  chyba  w  tym  pojeździe 

kabiny.  Na  upartego  można  było  nazwać  ją  kabiną  operacyjną,  tyle  że  brak  było  w  niej 

jakichkolwiek  urządzeń  nawigacyjnych.  Wystartowali  jednak  i  to  bez  wyraźnej  ingerencji 

kogokolwiek z obecnych. Lot trwał kilkadziesiąt minut, lądowanie (?)-kilka. 

Nie  mylili  się.  Znaleźli  się  we  wnętrzu  innego  statku,  lecącego  z  niewielkim 

przyspieszeniem.  Nie  zdążyli  przyjrzeć się dokładniej pomieszczeniu  parkingowemu, raz-bo 

było  zbyt  słabo  oświetlone,  a  dwa-  musieli,  ponaglani  gestami,  szybko  udać  się  za  załogą. 

Mogli  jednak  zorientować  się  w  jego  ogromie.  Kilka  rakiet,  podobnych  do  tej,  na  której 

przylecieli,  rozmieszczonych  na  oddalonych  od  siebie  stanowiskach...  Dziesiątki  obcych  z 

wyglądu urządzeń... A wszystko to połączone chodnikami i estakadami tworzącymi swym, na 

pozór  przypadkowym  przebiegiem,  wrażenie  kompletnego  chaosu.  Wsiedli  do  czegoś  w 

rodzaju  windy,  ale  jak  szybko  się  zorientowali,  poruszającej  się  we  wszystkich  możliwych 

kierunkach. Jechali dość długo. 

Kabina,  do  której  w  końcu  dotarli,  miała  niewątpliwie  służyć  im  za  pomieszczenie 

załogowe. Była dla nich zupełnie obca, ale w jakiś sposób porównywalna z tamtą - na statku 

Thorna  XII.  Do  samej  kabiny  towarzyszył  im  już  tylko  jeden  z  tamtych.  Teraz  kazał 

(zaproponował?),  aby  zdjęli  skafandry,  dając  im  jednocześnie  do  zrozumienia,  że  tu  mogą 

swobodnie oddychać. Później musieli się położyć. To było już wyraźnie nakazane. 

- Będziemy przechodzili w nadświetlną! - z zachwytem stwierdził Eryk. I tak wszyscy 

domyślali się. 

background image

Prędkość statku rosła. Ale o dziwo, zbliżając się do górnej podświetlnej, odczuwali to 

raczej psychicznie niż fizycznie. Fakt, że pochodna przyspieszenia spadała do zera, o niczym 

jeszcze przecież nie mówił. Nie musiało  to  przecież zachodzić  w tym przedziale prędkości. 

Ale zachodziło! Wiedzieli, że są coraz bliżej. Coraz bliżej... 

W  pewnym  momencie  światło  w  kabinie  jakby  eksplodowało,  zmuszając  ich  do 

kurczowego  zaciśnięcia  powiek.  Gdy  otworzyli  je,  nie  było  go  już  prawie  wcale.  Jedynie 

słaby  poblask,  gdzieś  na  granicy  podczerwieni,  pozwalał  zorientować  się,  że  nic  więcej  nie 

zmieniło się w otoczeniu. 

Niby  nic,  ale  jednak...  Dawało  się  odczuć  przestrzeń...  Może  nie  tak.  Czym  była  w 

końcu  dla  nich  przestrzeń?  Odległością  do  przebycia?  Różnicą  położenia  punktów?  Czymś 

takim...  A  teraz?  Teraz  nabrała  ona  jakichś  materialnych  cech.  Była  gęsta.  Wiedzieli,  że 

jakiekolwiek  przemieszczenie  w  niej,  chociażby  przejście  kilku  kroków,  wymagać  będzie 

nakładu  energii.  Nie.  Ciążenie  było  nadal  na  poziomie  0,7  g,  ale  i  tak  nie  była  to  sprawa 

ciążenia... Raczej masy... oporu... A może zupełnie innych wielkości fizycznych? No i poza 

tym wszystkim czas... 

Tego,  co  działo  się  później,  nie  mogli  zrekonstruować  w  żaden  sensowny  sposób. 

Czas przestał istnieć. Przynajmniej w znany im dotychczas sposób. Albo zmieniał on po tej 

stronie swoje własności, albo znaleźli się poza nim, co zresztą na jedno wychodziło. Owszem, 

wszyscy byli zgodni co do tego, że lecieli kilkanaście dni. Subiektywny upływ czasu wcale 

się nie zmienił. Tyle, że następstwo zdarzeń straciło swój sens. Wiedzieli, że działo się wiele 

rzeczy, że dyskutowali między sobą, że porozumiewali się z tamtymi, co prawda w niewiele 

większym niż wcześniej zakresie, że spali, że odżywiali się, nawet lepiej niż u Thorna XII, ale 

nie  wiadomo  było  co  zdarzyło  się  wcześniej,  a  co  później.  Na  bieżąco  nikt  nie  był  pewny 

kolejności zdarzeń, a później w żaden sposób nie mogli ich uporządkować-każdy miał inny 

pogląd na ich następstwo. Co dziwaczniejsze, nie tylko nie byli pewni czy coś się wydarzyło 

przed  czymś  innym,  czy  nie,  ale  w  ogóle  czy  się  już  wydarzyło!  Na  przykład,  zdaniem 

innych, Robert powiedział, że domniemanie Anny wynika z pewnych analogii tego kontaktu z 

pierwszym  wspólnym  kontaktem  z  Thornem  XII,  na  kilka  godzin  przedtem,  zanim  Anna 

wysunęła hipotezę, że ich „gospodarze" są potomkami jakiejś starej ziemskiej kolonii. Z kolei 

Robert  wiele  razy  wiedział-nie  przeczuwał,  ale  WIEDZIAŁ  -  co  się  wydarzy  w  ciągu 

najbliższych minut. I nie mylił się. 

Tak naprawdę, to zgodni byli tylko co do kilku ostatnich godzin. 

background image

67. Przylot 

 

Tym razem nie było to polecenie, ale najwyraźniej zaproszenie. Chociaż do tej pory 

nie słyszeli ani jednego słowa z ich ust, gesty zdążyli poznać już dość dobrze. Prosili ich, aby 

udali  się  za  nimi.  Nie  skorzystali  z  żadnego  pojazdu  wewnętrznego.  Może  po  prostu  nie 

działały one przy prędkościach nad-świetlnych? W każdym razie przeszli dość znaczną część 

statku,  ale  ze  względu  na  stale  to  samo,  prawie  podczerwone  światło,  niewiele  mogli 

zobaczyć  po  drodze. W każdym  razie  znaleźli  się  w  końcu  w  kabinie  operacyjnej  o  prawie 

identycznym panoramicznym ekranie, jak na ich poprzednim statku. Tyle że tutaj nie starano 

się  o  stworzenie  złudzenia  aż  tak  pełnego  kontaktu  z  przestrzenią.  Urządzenia  sterujące 

zajmowały tu znacznie więcej miejsca, a wygląd ich, nie mówiąc już o przeznaczeniu, nic im 

nie mówił. Pomiędzy nimi a ekranem znajdował się rząd półkoliście rozmieszczonych foteli. 

Wskazano im kilka w środkowej części i najwyraźniej zaproszono do patrzenia na ekran. Co 

prawda,  nic  na  nim  w  tej  chwili  nie  było.  Cały  pokryty  był  jakby  lekką  rozświetloną, 

bladożółtą mgłą. 

-  „Mają  nam  coś  pokazać...  Pewnie  swój  układ,  albo  planetę...  Jeszcze  nie  włączyli 

obrazu... - rozmyslał przez jakiś czas Robert. 

-  Dlaczego?  Chcą  niespodziewanym  włączeniem  wywołać  większy  efekt?  -  aż  naraz 

zrozumiał.  - Przecież nie wyszliśmy jeszcze z nadświetlnej! A więc tak  wygląda przestrzeń 

przy tych prędkościach!" - uchwycił spojrzenie Anny. Kiwnęła głową. Też zrozumiała. 

Starał  się  jednocześnie  obserwować  ekran  i  poczynania  załogi,  co  było  o  tyle 

utrudnione, że siedział do niej tyłem. Po kilku minutach jeden z nich jakby powiedział coś do 

drugiego,  na  co  ten  wykonał  kilka  czynności  przy  jakimś  urządzeniu.  Poczuł,  że  to  będzie 

właśnie  to.  Hamowanie.  Zwłaszcza,  że  i  na  ekranie  coś  zaczęło  się  dziać.  Nieuchwytnego 

zrazu, ale coraz wyraźniejszego... 

Mgła  gęstniała  i  jednocześnie  zaczynała  świecić  coraz  intensywniej,  coraz 

jaskrawiej... przekształciła się  w ten sposób  w jednolite, oślepiające światło, które najpierw 

zaczęło lekko pulsować, a później w jednym momencie rozpadło się na strzępy. Najpierw, na 

równomiernie świecącej płaszczyźnie zarysowały się nieregularne linie pęknięć, które zaczęły 

się gwałtownie rozszerzać, aż zostały tylko poszarpane fragmenty, świecące, o ile to możliwe, 

jeszcze intensywniej. A potem zaczęły się one stopniowo kurczyć, blednąc, i w końcu stały 

się  normalnymi  gwiazdami  na  tle  zwyczajnej,  swojskiej  próżni.  Dopiero  później  zdał  sobie 

sprawę  z  towarzyszących  temu  wszystkiemu  doznań  psychicznych.  Dominowało 

background image

wszechogarniające  odprężenie  -  coś  jak  po  wyjściu  z  przeciążenia,  czy  po  wykonaniu 

skomplikowanego  manewru  o  dużym  stopniu  ryzyka.  Odprężenie  i  chęć  snu  lub  chociażby 

absolutna bezczynność... 

Nie przeszkadzali im. Widać zdawali sobie sprawę z ich doznań. Dopiero po dłuższej 

chwili  jeden  z  nich-chyba  ten,  który  przebywał  z  nimi  najczęściej,  aczkolwiek  nadal  mieli 

trudności z rozróżnieniem ich-wskazał im jedną z najjaśniejszych gwiazd, leżącą mniej więcej 

na kursie. 

- Eloim - tak to chyba miało brzmieć, bo chociaż powtórzył im to kilka razy, to jego 

artykulacja  była  dla  nich  zupełnie  obca.  A  więc  był  to  ich  macierzysty  układ  i 

prawdopodobny cel podróży... 

Kolejne  dni  upływały  bez  większych  wrażeń.  Nic  się  nie  działo.  Tyle,  że  próbowali 

bezowocnych rekonstrukcji wrażeń z okresu przebywania w nadświetlnej. Od czasu do czasu 

przychodził  do  nich  SH-1  (Super  Homo-  l,  bo  tak  go  nazwali,  przyjmując  jako  założenie 

teorię Anny, że oni także pochodzą z Ziemi), który niby to obserwował, niby chciał im coś 

powiedzieć, ale zakres  wspólnych pojęć niewiele posunął  się do przodu. Co  prawda Robert 

był  pewny,  że  oni  rozumieją  wszystko  i  wszystko  mogliby  przekazać,  ale  nie  chciał 

absolutnie w to ingerować. Niech robią to, co uważają za stosowne. Za duży jest dystans, aby 

próbować chociaż komentować ich posunięcia... 

Przylecieli.  Znów  zaprosili  ich  do  kabiny  operacyjnej,  aby  obserwowali  lądowanie. 

Planeta prawie idealnie typu Ziemi. Może trochę większa, może trochę inne widmo absorpcji, 

ale to  w  końcu szczegóły. W każdym razie  wrażenie  wszystkich było  identyczne  - swojska 

planeta średniej strefy biosfery układu. 

- No to chyba jesteśmy w domu - skomentował za wszystkich Eryk. 

- Jeśli będzie tlen... 

Był.  47%.  Naprawdę,  trudno  było  się  przyzwyczaić.  Energia  rozpierała  wprost 

człowieka.  Gdzieś  pobiec...  Coś  zrobić...  Na  szczęście  były  jeszcze  konkrety.  I  trzeba  było 

trochę myśleć. 

background image

68. Planeta 

 

Na początku pewien szczegół... Wychodzili ze statku razem z tamtymi. I teraz byli oni 

zupełnie inni. Tak, jakby zmieniło ich naturalne ciążenie. Stali się bardziej masywni, zwarci 

w  sobie,  a  kształty  i  rysy  ich  twarzy  wyokrągliły  się.  Nabrali  naprawdę  ludzkich  cech... 

przystosowanie? Chyba tak, ale aż takie? 

Wsiedli do pojazdu o opływowych kształtach i bliżej nieznanym napędzie, w każdym 

razie  bardzo  płynnie  jadącym,  względnie  lecącym  tuż  nad  drogą,  której  nawierzchni,  z 

powodu  znacznej  prędkości,  nie  mogli  dobrze  się  przyjrzeć.  Wiodła  ona  pomiędzy 

szarożółtymi, nagimi  wzgórzami, które zamykały .ze wszystkich stron widok. Nie trwało to 

jednak długo. Otworzyła się przed nimi rozległa równina, porośnięta czymś zielonym. 

Chyba  jednak  lecieli,  bo  swobodnie,  bez  najmniejszego  wstrząsu  opuścili  drogę  i 

skierowali się na przełaj przez równinę. Tym razem trwało to znacznie dłużej. Dopiero gdy 

już  dawno  stracili  z  oczu  wzgórza,  coś  pojawiło  się  przed  nimi,  zakłócając  monotonię 

krajobrazu. Na początku była to niewyraźna plama na horyzoncie, która z czasem zaczęła się 

rozdzielać i nabierać kształtów. Jakieś rośliny, budowle... 

- Wygląda na to, że skończyliśmy z podróżami. Chyba na dłużej - stwierdził Eryk gdy 

zauważył, że jest to najwyraźniej cel ich lotu. 

-  Tak.  I  mamy  wreszcie  swój  własny  rezerwat  -  z  sarkastycznym  entuzjazmem 

powitała Eva roztaczający się przed nimi widok. 

Miała  rację.  Żadne  lepsze  porównanie  nie  mogło przyjść na myśl. Zwarty  kompleks 

idealnie białych budynków otoczonych przez wspaniałą, wysoką roślinność. Tak mógłby być 

zlokalizowany  i  wyglądać  tylko  superkomfortowy  hotel,  zespół  rozrywkowy,  izolowany 

instytut  naukowy,  szpital  neurologiczny  lub  właśnie  rezerwat.  A  teraz  tylko  ta  ostatnia 

możliwość wchodziła w grę... 

Zatrzymali  się  przed  jednym  z  budynków.  Od  tej  strony  dzieliło  ich  od  niego  tylko 

kilkanaście metrów miejscowej „łąki". Wysiedli. Razem z nimi tylko jeden z tamtych. Chyba 

był to ich SH-1. Przy zmienionym wyglądzie trudno było go rozpoznać. Wskazał im budynek 

i dał do zrozumienia, że na jakiś czas pozostaną sami. 

Gdy tylko tamci odlecieli, Eva, Julia i Eryk pobiegli oglądać wnętrze budynku. Robert 

i Anna byli spokojniejsi. Ze wzruszeniem prawie patrzył jak 

Anna schyliła się by wyrwać garść „trawy" i potem przeglądała źdźbło po źdźble. Tak 

zrobiłby każdy rutynowany pilot lądujący na nieznanej planecie. 

background image

- Zupełnie inne! 

- Od czego? 

-  Od  wszystkiego,  co  znaleźliśmy  za  naszych  czasów  poza  Ziemią.  I  bliskie  naszej 

biosferze. Chlorofil! Gdyby za naszych czasów znaleziono gdzieś takie rośliny, a nie choćby 

takie  jak  te,  z  Fomalhaut,  od  razu  szukano  by  analogii  w  powstaniu  wszelkiego  życia  w 

Kosmosie. Nawet dobrze, że naszym się to nie udało... 

- A dziś co o tym powiesz? 

- Nic. Szczególny traf. Nasz, ale raczej ich. W końcu to oni zasiedlili tę planetę. I tu 

znaleźli  swój drugi  dom. Nie udawaj  - dodała szybko  widząc, że  chce jej przerwać  -  wiesz 

równie dobrze jak ja, że to są tacy sami nasi potomkowie jak Thorn XII. A może i bliżsi nam 

genetycznie. 

- I co teraz? 

-  Nic.  Poczekajmy!  I  tak  dowiemy  się  wszystkiego.  Powiedzą  nam.  Wszystko,  co 

tylko będziemy w stanie pojąć... 

Z budynku wybiegła Julia. 

- Chodźcie! Mamy tu wszystko! Zapasy żywności, meble, łazienki i co tylko chcecie! 

- Literaturę też? -spytał z przekąsem. 

- Prawie. Są mikrofilmy... Ale skąd wiesz? - zaniepokoiła się, nie tyle jego słowami, 

ile tonem głosu. 

- Nic,  nic.  Tak  przecież  powinno  być.  Ty byś też każdej formie życia odtworzyła jej 

naturalne warunki... 

-  A  czego  byś  chciał?  Nie  przesadzajcie  na  razie  z  tym  rezerwatem.  Równie  dobrze 

możesz uważać się za gościa, jeśli robi ci to jakąkolwiek różnicę. 

- Dobrze, chodźmy popatrzeć... 

 

 

Typowe ziemskie pomieszczenia. Sprzęty dostosowane do ich wymiarów. Nawet okna 

z  normalnym  widokiem,  bez  żadnej  wideo  ramy,  po  prostu  dziury  w  ścianach  wypełnione 

przezroczystą  substancją.  No  i  ta  żywność...  Oczywiście,  że  syntetyczna,  ale  przynajmniej 

zachowująca  pozory  naturalności.  Aromatyzowana  papka,  ale  przynajmniej  utwardzona  i 

uformowana  w  kształty  geometryczne.  Nie  miała  żadnego  smaku,  żadnych  ziemskich 

skojarzeń, ale przynajmniej trzeba było to wziąć do ręki... 

 

background image

 

Przez  tych  kilka  godzin,  gdy  pozostawali  sami,  prawie  w  ogóle  nie  rozmawiali  na 

temat  swojej  najbliższej przyszłości.  Inni,  poza  nim  i  Anną,  zbyt  zajęci  byli  znajdowaniem 

coraz to nowych szczegółów wyposażenia. Jak dzieci cieszyli się kolejnymi odkryciami. 

Czekał. Wiedział, że niedługo przyjdzie ktoś z nich, i że wtedy zacznie się naprawdę... 

background image

69. Exodus 

 

Znów  był  to  ich  stary  znajomy  SH-1.1  oczywiście,  przemówił  ich  językiem.  To 

znaczy nie tyle on, ile 

skrzynka na jego piersi. A jednak Thorn XII potrafił znacznie lepiej to kamuflować. 

-  Mam  rozmawiać  z  wami.  Nie  mogę  podać  swojego  imienia.  Brak  artykulacji 

dostępnej  dla  was.  Brak  znaczenia  w  waszym  języku.  Uznali  mnie  jako  najbliższego  wam. 

Jestem z piątej metageneracji i badam to, co kiedyś było u was. Rozumiem was, bo trzecia i 

czwarta metageneracja badały Ziemię. Były budynki i dokumenty i ja to przetwarzałem. Was 

też będę musiał zrozumieć. 

- Historyk - szepnęła z zachwytem Eva - specjalista od Ziemi! 

-  Ja  wiem,  wy  chcecie  wiedzieć.  Pytajcie.  Jeżeli  zrozumiem,  odpowiem.  Jeżeli  będę 

mógł, odpowiem. 

Anna przejęła dialog w swoje ręce: 

- Kim jesteście? 

- Nie wiem co powiedzieć 

- Na jakiej planecie powstało wasze życie biologiczne? 

- Tak, jak wasze. Na Ziemi. 

- Jesteśmy więc tacy sami? 

- U podstaw genetycznych tak. Potem zaszliśmy dalej. 

- Jak znaleźliście się w tym układzie? Czy jesteście potomkami ziemskiej kolonii? 

- Nie. Przybyliśmy tak jak wy. 

- Nie rozumiem. Wytłumacz dokładniej! 

-  To  będzie  długie.  Na  razie  tyle.  Wiem  wszystko  o  was.  Jesteście  powtórzeniem 

siebie. Thorn XII z Ziemi odtworzył was. Sami żyliście bardzo dawno. Wszystkie informacje 

z waszego statku odczytano u nas. On uciekł z wami. Chciał stworzyć nowe życie tutaj. Udało 

mu się uciec. To samo zrobiło już pięciu przed nim. Ta sama idea, ten sam projekt, taka sama 

ucieczka. Pierwsza była szesnaście milionów lat temu, następna dwanaście, a później siedem, 

pięć i dwa miliony lat temu. I tak powstały nasze metageneracje. Najstarsza jest pierwsza. Ja 

jestem  z  piątej.  I  tylko  z  niektórymi  z  naszej  możecie  się  porozumieć.  Inni  są  na  wyższym 

stopniu rozwoju. 

- A co w tym czasie działo się z Ziemią? 

background image

Długo czekali na odpowiedź. Na razie rozmowa sprawiała wrażenie jakby miał on z 

góry przygotowane odpowiedzi na pytania, które niewątpliwie musieli zadać. W końcu o cóż 

innego mieli pytać? Ale gdy tylko rozmowa wykroczyła poza wzajemne przedstawienie się, 

od razu wystąpiły trudności. 

-  Ziemia?  Ziemia  nic.  Oni  szukali  innej  drogi  niż  my.  Nie  było  możliwości 

porozumienia.  Izolowaliśmy  się  sferycznie.  Poglądy  i  metody  nie  do  przyjęcia.  Jeszcze 

siedem cykli i Ziemia bez ludzi. Nie mają możliwości wyjścia. Obserwujemy. 

- Nie możecie im pomóc? 

- Nie ma sensu. Przetworzyć genetycznie - wbrew zwyczajom. Innej pomocy nie ma. 

Przekonać - nie zrozumieją. Bieżąca ocena - 103 pokolenia - koniec. Wtedy wrócimy w ten 

obszar. Włączymy do nas. 

-  Nie  rozumiem  jeszcze.  Czy  chcesz  powiedzieć,  że  już  pięciokrotnie  realizowano 

projekt  Thorna  XII  i  zawsze  uciekano  w  obszar  Hiad?  Ze  prawie  identyczna  sytuacja 

powtórzyła się już pięć razy? 

-  Tak.  Przecież  to  dwadzieścia  milionów  lat.  Taki  projekt  realizowano  na  pewno 

więcej razy i uciekano w różne obszary. Do Hiad dotarło pięć grup takich jak wasza. 

- I każda stworzyła swoją cywilizację? 

- Nie cywilizację. Cywilizacja pierwsza. Następne  - metagenerację. Każda stworzyła. 

Wy też to zrobicie. Będziecie ostatnią - szóstą metageneracja. 

- A jak nie będziemy chcieli? 

- Będziecie. Wszyscy to zrobili. 

- Rozumiem. Opowiedz o waszej technice! 

- Brak możliwości. 

- Lingwistycznych? 

- Są możliwości lingwistyczne. Ale brak możliwości. 

- Nie wolno ci powiedzieć? 

- Ja muszę mówić za wszystkich. I brak możliwości w technice. Teraz nie. Później tak. 

- Co u diabła? Jest sterowany z zewnątrz? - nie wytrzymał Eryk. 

-  Poczekaj,  może  jeszcze  czego  się  dowiemy-Anna  znów  zwróciła  się  do  SH-l:-Jaka 

jest hierarchia waszego społeczeństwa? 

- Co to jest hierarchia? Nie rozumiem pytania. 

- Kto u was decyduje o wszystkim? 

- Nikt. Wszyscy. Zbiorowo. 

background image

-  A  jak  trzeba  podjąć  decyzję  natychmiast?  -  nie  była  pewna,  czy  pytanie  zostanie 

zrozumiane. - Kto podejmuje decyzję, gdy jest na nią mało czasu? 

- Wszyscy. Dużo czasu - wszyscy. Mało czasu-wszyscy. Nie ma różnicy. 

- To znaczy, że macie bardzo szybkie środki porozumiewania się w obrębie układu? 

- Tak. Szybkie. Nie w układzie. W zespole. 

- Co to jest zespół? 

- Nasz obszar. Tam gdzie ludzie, tam zespół. 

- Jak duży? 

- Nasza Galaktyka i fragmenty dwóch innych. 

- I macie możliwość natychmiastowego porozumiewania się w tym obszarze!? 

- Tak. 

- W jaki sposób? 

- Brak możliwości odpowiedzi. Później. 

- Jak rozwijacie się biologicznie? Czy sterujecie rozwojem, genetyką? 

- Nie tak jak Ziemia. Inaczej. Tylko wzmacnianie i nadstabilizacja kodu genetycznego. 

Brak rozpadu. Brak zaniku cech. Naturalna selekcja mutacji. Rozwój ewolucyjny. 

- Jeżeli wzmacniacie kod genetyczny organizmu, to możecie żyć dowolnie długo, tak? 

- Tak. Żyjemy długo. Na ile pozwala struktura materii organicznej. Można dłużej, ale 

nie jest w zwyczaju. 

- To znaczy, że możecie być praktycznie nieśmiertelni? 

- Nie. Entropia. 

- W jakim sensie? 

- Nie można powiedzieć. 

Rozmowa trwała znacznie dłużej, ale były to tylko omówienia tych samych faktów i 

pojęć,  bez  żadnego  dodatkowego  ładunku  informacyjnego.  On  chyba  naprawdę  był 

„zaprogramowany" tylko na udzielenie odpowiedzi na pewien zespół pytań, a inne omijał 

lub  zasłaniał  się  bliżej  niesprecyzowaną  niemożliwością,  względnie  odkładał  na 

później.  I  tak  dowiedzieli  się  na  tyle  dużo,  by  nie  móc  nawet  dyskutować  o  tym.  Na  razie 

każdy musiał przetrawić to wszystko w samotności... 

Minęła  noc,  niewiele  krótsza  niż  na  Ziemi.  A  więc  nawet  cykl  dobowy  był  tutaj 

zbliżony! A rano znów przyszedł... 

background image

70. Świadomość 

 

Postęp  był  ogromny.  Przyszedł  bez  automatycznego  translatora  i  rozmawiał  z  nimi 

bezpośrednio, ich językiem. I to sądząc po zapasie słów i idiomów, jaki zademonstrował we 

wstępnej  fazie  rozmowy  dotyczącej  ich  warunków  życiowych  w  rezerwacie  i  potrzeb, 

opanował go prawie idealnie. 

Po pewnym czasie przystąpili do zadawania pytań. Nadal reprezentowała ich Anna. 

-  Macie  pięć  metageneracji.  Dlaczego  rozróżniacie  je?  Czy  są  między  nimi  różnice 

biologiczne? Czy różny jest ich aktywny udział w społeczeństwie? Czy są od siebie zależne? -

Anna,  nauczona  doświadczeniem  z  poprzedniego  dnia,  starała  się  znacznie  precyzyjniej 

formułować pytania. 

Zaczął mówić. Bardzo wolno, jakby z trudem dobierając słowa. Gdyby nie stwierdzili 

przed chwilą, jak dobrze zna ich język, mogliby sądzić, że z trudem dobiera słowa, że szuka 

odpowiednich. I rzeczywiście ich szukał, ale nie na zasadzie wydobywania ich z pamięci, lecz 

dobierając konteksty najwierniej oddające jego myśli. W końcu, jak dowiedzieli się później, 

słownik  jego  metageneracji  był  kilkadziesiąt  razy  obszerniejszy  od  tego,  czym  musiał  się 

posługiwać w rozmowie z nimi. Ponadto, od czasu do czasu przerywał, jakby zasłuchany w 

jakieś głosy albo  zamyślony bez  wyraźnego powodu. Wszystko to  utrudniało  przez dłuższy 

czas zrozumienie jego odpowiedzi. Przyzwyczajali się jednak powoli... 

-  Chcecie  wiedzieć.  W  zasadzie  nie  jest  to  niemożliwe,  przynajmniej  na  szczeblu 

pojęciowym.  Ja  i  moja  psychosfera  reprezentujemy  ostatnią,  piątą  metagenerację  i  przy 

odpowiedniej  redukcji  psychopola  możemy  być  dla  was  półotwarci  logicznie.  Oczywiście, 

tylko  werbalnie.  Jeszcze  z  czwartą  metageneracja  byłoby  to  możliwe,  ale  w  zakresie 

szczątkowym.  Nawet  my  sięgamy  pseudokontaktem  co  najwyżej  trzeciej,  ale  i  to  nie  w 

warstwie logicznej, a jedynie czynnościowo-przedmiotowej. Pierwsza i druga są poza tym. 

-  Czy  to  znaczy,  że  nie  wszyscy  możecie  zrozumieć  się  nawzajem  w  obrębie  waszej 

Cywilizacji? 

- Co to jest cywilizacja? 

- Wszyscy ludzie z ich technologią, socjologią, historią... 

-  Jak  to  sobie  wyobrażacie?  U  was  tak.  Ale  u  nas?  Pierwsza  metageneracja  ma 

szesnaście  milionów  lat,  a  ich  psychosfera  prawie  dwanaście  milionów.  Nasza  ma  dwa 

miliony lat, a psychosfera niecałe półtora. To wyklucza porozumienie. 

background image

- Nie rozumiem. Jak to możliwe, żebyście przez dwa miliony lat nie mogli dorównać 

w rozwoju pierwszej metageneracji? Niby czternaście milionów 

lat  różnicy  to  bardzo  dużo,  ale  w  końcu  wszyscy  jesteście  takimi  samymi  ludźmi, 

zamieszkujecie ten sam obszar... Był najwyraźniej zakłopotany. 

-  To  nie  jest  kwestia  rozwoju.  Nasza  metageneracja  opanowała  całą  naukę  i 

technologię  poprzednich,  jeśli  o  to  wam  chodzi.  W  tym,  co  wy  nazywacie  rozwojem, 

jesteśmy zupełni równi. Wy też możecie być za kilkadziesiąt pokoleń, jeśli założycie szóstą 

metagenerację. 

Robert zorientował się w końcu w istocie sprawy: 

- Różnica leży więc w stopniu rozwoju względnie w czasie psychosfery? 

- Tak. To najważniejsze. Na tym opiera się funkcjonowanie metageneracji. 

- Ale co to jest psychosfera? 

-  Tak.  Wy  tego  nie  znacie.  Musiałem  jakoś  to  nazwać.  To  coś,  jakby  wspólna 

świadomość metageneracji, wspólna wiedza... 

- Zbiór danych? 

-  Nie,  to  leży  wyłącznie  w  psychice.,  Wszyscy  nadają  swoje  myśli,  wrażenia, 

obserwacje-wszyscy,  inni  odbierają  je.  To  jest  ciągły  proces.  Z  czasem  tworzy  się  stabilna 

psychosfera, ale tylko w ramach jednej metageneracji. 

- Telepatia? -spytali prawie wszyscy na raz. 

- Telepatia... Telepatia... Wiem! Myślicie o quasi-kontrolowanym jednokierunkowym 

przepływie zawartości pamięci. Tak, przecież to  było już na Ziemi, leżało nawet u podstaw 

większości waszych religii. Ale u was było to przypadkowe. Dopiero pierwsze mutacje w tym 

kierunku. 

- A na czym to polega? 

-  To  jest  naturalne.  To  integralna  cecha  pamięci.  U  was  zaczynała  się  dopiero 

formować  i  na  pełne  udoskonalenie  jej  przez  ewolucję  trzeba  było  jeszcze  czekać  z  pięćset 

tysięcy  lat,  a  na  powstanie  właściwej  psychosfery  drugie  tyle.  I  to  w  odpowiednich 

warunkach, przy niezakłóconym rozwoju biologicznym. Na Ziemi nigdy się nie wykształciła. 

To  znaczy,  ewolucja  wielokrotnie  tego  próbowała.  U  owadów,  ptaków...  Człowiekowi  nie 

dano tej szansy. Zakłócono jego rozwój. 

- Tak, rozumiem. Ale jaka jest zasada działania? 

- To leży w strukturze samej pamięci, zasadzie jej działania. Wy szukaliście pamięci w 

konfiguracji  sieci  neuronowych,  w  strukturze  DNA,  a  później  -  na  poziomie 

submolekularnym.  A  wszystko  to  stanowi  tylko  zespół  układów  nadawczo-odbiorczych  i 

background image

system  logicznego  przetwarzania  danych.  Właściwa  pamięć  jest  falą.  To  zamknięta  fala 

sferyczna,  utrzymywana  w  mózgu  układami  ekranującymi,  także  złożonymi  z  pewnych 

struktur  neuronowych.  A  potem,  gdy  mózg  rozwinie  się  dostatecznie,  można  bez  utraty 

zawartości informacyjnej emitować tę falę na zewnątrz. U was niektórzy mutanci tylko przy 

najwyższym nakładzie energii mogli emitować kierunkowo tylko niewielki jej fragment. To 

była wasza telepatia. My nadajemy stale i  we wszystkich kierunkach prawie całą zawartość 

pamięci. 

- I każdy może to odebrać? 

-  Oczywiście,  na  tym  polega  struktura  informatyczna  każdej  metageneracji.  Nasza 

percepcja to doznania indywidualne i przekazy od innych. 

- Przy takiej ilości! Przecież to musi tworzyć kompletny chaos! 

-  Nie  rozróżniamy  indywidualnych  przekazów.  Tak  było  zanim  powstała  stabilna 

psychosfera. Teraz odbieramy tylko pewien obraz, pewien stan lub przekrój umysłów całego 

społeczeństwa.  I  w  ten  sposób  wiemy  wszystko.  Co  zaszło,  co  zachodzi,  co  może  zajść... 

Znamy odczucia i opinie w różnych sprawach. Możemy podejmować decyzje. Oczywiście, to 

tylko  znaczne  uproszczenie.  Tylko  pewien  dostępny  dla  was  model.  W  rzeczywistości, 

psychosfera jest znacznie bardziej rozbudowana, ma swoje poziomy, różnorodne kanały... 

- A jaki jest jej zasięg? 

- Taki jak zespołu. Niecałe trzy galaktyki. 

background image

71. Galaktyka 

 

- Jaki!? 

-  Nasza  Galaktyka  i  jeszcze  znaczne  części  dwóch  innych.  Tam  są  ludzie  z  naszej 

metageneracji. Wcześniejsze sięgają jeszcze dalej. 

- Ale przecież to, co emitujecie ma chyba bardzo małą moc? 

- Tak. Ale są fale bardzo odporne na zakłócenia. No i mamy systemy wzmacniające. 

Specjalne stacje w całym obszarze. 

- Mówiłeś o wspólnym podejmowaniu decyzji. Z jaką prędkością rozchodzą się fale? 

-  Normalnie.  Tak  jak  światło.  Ale  te  same  stacje  modulują  je  i  przetwarzają  w 

prędkość  nadświetlną.  To  jest  tak...  W  obrębie  planety  naturalna  moc  i  prędkość  jest 

wystarczająca, aby wytworzyć psychosferę planetarną. Każda zamieszkana planeta ma swoją 

stację, która moduluje łączną falę ludzi całej planety i wysyła ją z prędkością nadświetlną do 

wszystkich  stacji.  Ponieważ  jest  to  tylko  fala,  a  nie  obiekt  materialny,  można  nadać  jej 

praktycznie  nieskończoną  prędkość.  Każda  stacja  odbiera  sygnały  ze  wszystkich  innych, 

demoduluje je i ponownie włącza w psychosferę swojej planety. 

Przerwał, jakby oczekując na dalsze pytania, ale oni przez dłuższy czas porządkowali 

uzyskane  do  tej  pory  wiadomości,  tworzące  tyleż  wstrząsający,  co  i  imponujący  obraz.  W 

końcu Julia coś znalazła: 

- Każda wasza metageneracja ma odrębną psychosferę? 

- Tak. To oczywiste. 

- Ale co przeszkadza w utworzeniu wspólnej dla wszystkich? 

-  Poziom  ewolucji  mózgu.  Na  razie  nie  mogę  tego  dokładnie  wytłumaczyć. 

Psychosfera ewoluuje, udoskonala się. Wspólna dla wszystkich metageneracji? To tak, jakby 

chcieć utworzyć wspólną eskadrę ze statków o napędzie klasycznym i nadświetlnym. Różne 

psychosfery mogłyby działać i działają wspólnie tylko w szczątkowym, najniższym zakresie. 

- A stacje są wspólne? 

- Tak. 

- No to przecież możecie odbierać zawartość wszystkich innych psychosfer. 

- Fizycznie odbieramy je, ale z warstwy informacyjno-logicznej dociera do nas tylko 

nieznaczna część. Najsilniejsze bodaj fragmenty wydobyte z tła szumowego. 

-  O  właśnie!  Czy  tego  tła  szumowego  nie  możecie  odebrać  ze  względów 

fizjologicznych czy semantycznych? 

background image

-  Jedno  i  drugie.  Psychosfera  ewoluuje,  ale  także  i  potencjał  logiczny  mózgów. 

Wcześniejsze metageneracje żyją w obrębie innych zagadnień niż my. 

- A więc jednak! 

- Nie rozumiem. 

- To znaczy, że nie dysponujecie całą ich wiedzą? 

-  Brak  precyzji  w  twoim  określeniu.  Mamy  te  same  wiadomości  elementarne  co 

wcześniejsze metageneracje, ale zupełnie inne, znacznie niższe możliwości ich przetwarzania. 

Wy porównywaliście przedtem siebie i obecne społeczeństwo Ziemi. Dla nas to prawie żadna 

różnica.  Na  Ziemi  była  pseudoewolucja  tylko  cech  fizycznych.  Umysł  zasadniczo  się  nie 

zmienił.  A  nas  i  pierwszą  metagenerację  dzieli  czternaście  milionów  lat  rzeczywistej 

ewolucji,  dotyczącej  w  zasadzie  tylko  mózgu.  To  przepaść.  Oszacowano,  że  względne 

wyrównanie  nastąpi  za  dwadzieścia  siedem  milionów  lat.  Teoretycznie  można  by  to 

przyspieszyć, ale to wbrew naszym zasadom. 

- Opanowaliście całą Galaktykę. Czy są w niej inne cywilizacje? 

- Opanowaliście, to złe określenie. Znamy całą i przebywamy w obrębie całej. Są też 

inne cywilizacje. 

- Technologiczne także? 

- Na razie nie mogę podać wam żadnych informacji o nich. Tyle tylko, że nie jesteśmy 

dla  siebie  cywilizacjami  konkurencyjnymi  w  jakimkolwiek  sensie,  mimo  iż  obszary  naszej 

ekspansji  pokrywają  się  częściowo.  Zakres  aktywności  jest  inny.  Można  to  raczej  określić 

jako wzajemne przenikanie się. 

- Ale korzystacie z doświadczeń innych? 

- Nie ma możliwości. Inna logika-inne cele. Na razie tyle. Później dowiecie się więcej. 

- Czy potraficie zmieniać swój wygląd, to znaczy dostosowywać swoją morfologię do 

warunków zewnętrznych? -przypomniała sobie naraz Eva. 

- Tak: Tylko w zakresie plastyczności. Proste dostosowanie się do ciśnienia i ciążenia. 

To też czynnik ewolucyjny, ale przychodzi dopiero po osiągnięciu progu galaktycznego. 

- ??? 

-  Długi  okres  życia-częste  zmiany  warunków  planetarnych.  Organizm  wykorzystuje 

rezerwę morfologiczną. Pewne cechy mogą się zmieniać. Widzieliście... 

background image

72. Przyszłość 

 

Rozmowa znów rozpłynęła się w drobnych, nie wnoszących nic nowego szczegółach. 

Ponieważ daleko było jeszcze do lokalnego południa, a SH-1 nie miał zamiaru ich opuścić, 

wiedzieli, że nadeszła pora na najistotniejsze dla nich pytania. 

- Co będzie z nami? - wszyscy spodziewali się 

tego, ale zaskoczyła ich bezceremonialność Anny. 

-  Już  mówiłem.  Uważamy  was  w  tej  chwili  za  szóstą  metagenerację  na  zerowym 

poziomie rozwoju. 

- Dobrze, już nie mówię, że możemy nie zechcieć, bo chyba rzeczywiście nie skażemy 

się na bezcelową egzystencję. To ma sens. Tylko czy pięć osób stanowi dostateczny materiał 

genetyczny? 

-  Tak.  Przecież  także  jesteście  dobierani  według  kryterium  biologicznego- 

przystosowań do lotów. A więc najsilniejsze organizmy, najbardziej spójne psychiki. A sam 

kod genetyczny? Możemy wzbogacić go dowolnie drogą przekształceń losowych, oczywiście 

w  granicach  optymalności  cech.  Każda  metageneracja  zaczynała  się  od  mniej  więcej  takiej 

populacji.  Druga  nawet  od  trzech  osób,  a  dzisiaj  składa  się  z  dziesięciu  miliardów.  W 

szczytowym okresie ekspansji ilościowej, było to nawet czterysta miliardów. 

- A skąd taki spadek? Coś takiego jest przecież na Ziemi? 

- Nie, to zupełnie co innego. Starsze metagenerację nie potrzebują takiej ilości ludzi. 

Przy ich możliwościach psychicznych najlepsze są kilkumiliardowe psychosfery. Ta ilość też 

wykształca  się  ewolucyjnie  i  nie  ma  to  nic  wspólnego  z  jakąkolwiek  degeneracją  czy 

sztucznymi ograniczeniami. To układa się samo. 

- Jak  to  wszystko  ma  wyglądać  konkretnie? Mówiłeś, że minie  kilkadziesiąt  pokoleń 

nim opanujemy waszą wiedzę i technologię. To długo... A później? 

-  To  krótko.  A  ten  okres  jest  najciekawszy.  Właśnie  te  pokolenia  przez  cały  czas 

odczuwają w pełni sens życia i rozwoju. Ciągłe poznanie. Stale coś nowego. Każde pokolenie 

dojrzewa  do  coraz  to  nowych  prawd.  Następuje  ciągła  kumulacja  wiedzy,  wyciąganie 

wniosków,  uogólnianie...  Dopiero  po  udostępnieniu  całej  naszej  wiedzy  następuje  pewien 

kryzys.  Wiedza  już  jest,  ale  nie  ma  jeszcze  psychosfery.  Następuje  kilkaset  psychicznie 

bezpłodnych pokoleń. 

- W jaki sposób będziemy zdobywać tę wiedzę? 

background image

-  Różnymi  środkami.  Rejestracje,  hologramy,  ja  będę  wam  mówił...  Zaczniemy  od 

języka naszej metageneracji. Oczywiście, tylko w zakresie dostępnym waszej percepcji. 

- Każda metageneracja mówi innym językiem? 

-  Podstawy  są  jednakowe.  Różny  poziom  rozwoju.  Rosnący  zakres  przetwarzania 

informacji - rozbudowa języka. 

- Będziecie, więc dostarczać nam danych. Czy będziemy też mogli zdobywać je sami? 

- Raczej nie. Powstałby chaos informacyjny. Musicie zdobywać wiedzę stopniowo. 

- Czy będziemy mogli poruszać się swobodnie, chociażby tylko na tej planecie? 

-  Zasadniczo  nie.  To  znaczy,  my  wam  niczego  nie  będziemy  zabraniać.  Ale  sami 

zrozumiecie,  że  nie  możecie  przebywać  razem  z  nami,  z  większą  ilością  naszych  ludzi. 

Poczucie zagubienia. Brak  zrozumienia. Trudno opisać. Przekonacie się  sami, bo na pewno 

podejmiecie próby. 

- Więc pozostaniemy tu na stałe? 

- Na razie tak. W tym zespole budynków i ich 

otoczeniu.  Jutro  pokażę  wam  okolicę.  Później  przybędzie  budynków.  Razem  ze 

wzrostem  waszej  wiedzy.  Będziemy  was  także  zabierać  w  inne  miejsca.  Pokazywać.  Inne 

planety też. 

-  A  kiedy  my,  czy  któreś  następne  pokolenie,  uzyskamy  możność  swobodnego 

poruszania się? To znaczy, kiedy psychicznie będziemy do tego przygotowani? 

-  To  jeszcze  wy.  Za  kilkadziesiąt  lat.  Gdy  uzyskacie  swobodę  kontaktu  z  nami  w 

warstwie przedmiotowo-czynnościowej. 

- Jaką mniej więcej część waszej wiedzy zdoła opanować nasze pokolenie? 

-  W  zarysie  około  25%.  Podstawy.  Możliwe  byłoby  więcej,  ale  nie  możemy 

gruntownie  zmieniać  wszystkich  waszych  doświadczeń.  Jesteście  już  w  pełni  ukształtowani 

psychicznie. Ale pewne pojęcie będziecie mieli o wszystkim. Następne pokolenia przejdą do 

szczegółów. 

- Czy zwrócicie nam materiały z ziemskiego statku? 

- Nie.  Zajmą  się  nimi  nasi  specjaliści  od spraw  Ziemi. Dla  was to  margines tego, co 

macie poznać. I tak będziecie obciążeni nadmiarem informacji. 

- Czy będziecie ingerować w nasz rozwój biologiczny? 

- Na  ile będziecie  chcieli.  Nie będziemy  was do niczego zmuszać. Tylko  sugestie. A 

piąte  czy  szóste  pokolenie  będzie  już  dysponować  całą  naszą  biomedycyną.  Będzie 

samodzielne. 

background image

Porozmawiali jeszcze z godzinę o mniej istotnych sprawach. Mimo prób, nie wydobyli 

z  niego  nic  na  temat  ich  fizyki  czy  techniki.  Tylko  to,  co  wiedzieli  do  tej  pory.  Omijał  też 

skrzętnie wszystko, co miało związek ze strukturą ich społeczeństwa, obyczajami czy kulturą. 

Na wszystko miał jedną odpowiedź: później. I stopniowo. 

background image

73. Początek 

 

Do zmroku było jeszcze sporo czasu. Wiedzieli, że naturalną koleją rzeczy przyszedł 

teraz moment na ich dyskusje i decyzje. Prawdopodobnie tamci dadzą im ochłonąć i zostawią 

w spokoju na kilka dni. 

Długo milczeli. Nikt nie chciał zaczynać... 

-  A  więc  to,  czego  obawialiśmy  się.  Rezerwat  -  Julia  wyglądała  na  ostatecznie 

zrezygnowaną. 

-  Nie  przesadzaj!  Czego  byś  chciała?  Oni  są  naprawdę  odlegli  od  nas  o  miliony  lat 

rozwoju, a tamci,... Thorn XII... 

-  On  przynajmniej  chciał'  być  z  nami,  razem  realizować  ten  swój  projekt, jaki  by  on 

nie był. 

-  Tak,  eksperymenty  na  naszej  psychice.  Dziękuję,  wolę  już  to!  Jeśli  już  mam  być 

królikiem, to wolę w rezerwacie niż w klinice-w klatce albo na stole operacyjnym - Eryk był 

raczej realistą. 

- Są jeszcze inne możliwości. 

- Jakie? W ogóle zostawić nas samym sobie? Nonsens! Zawsze będziesz wiedzieć, że 

otacza  cię  cywilizacja,  a  ty  jesteś  na  marginesie.  A  tak  masz  przynajmniej  rozsądną 

propozycję włączenia się w nią. 

- Po kilkuset pokoleniach... 

- No, to już nie ich wina. Za późno się wybraliśmy. 

- Inni mieli te same  kłopoty -  wtrąciła Anna.-Każda ich metageneracja zaczynała tak 

samo. No, może poza pierwszą. 

-  Ja  tam  niczego  nie  będę  zaczynała!  Możecie  sami  zakładać  waszą  metagenerację  -

Julia podjęła już decyzję. 

-  Dlaczego?  -  spytała  Eva.  -  Przecież  to  naprawdę  wygląda  obiecująco.  Masz  dobre 

warunki, nienajgorsze perspektywy... 

- Pomyśl o naszych dzieciach, wnukach! Czym będą? Przejściowym pokoleniem... 

- Każde  pokolenie  jest  przejściowe.  My na Ziemi  też takim byliśmy i  w  dodatku nie 

znaliśmy naszego celu. 

-  Ale  one  będą  zupełnie  inne!  Przyspieszony  rozwój  psychiczny...  Technika 

biomedyczna... Nie będziemy nigdy potrafili nawiązać z nimi kontaktu. Jestem pewna. 

background image

- Nie rozumiem was-odezwał się w końcu Robert. - Fakt, że cały czas lataliście i nie 

mieliście  w  najbliższych  planach  stałej  pracy  na  Ziemi,  ale  chyba  każdy  z  was  liczył  się  z 

zakończeniem lotów. I co wtedy? Ja straciłem już w dystansie ze trzysta lat do innych. Wy 

chyba  też  coś  koło  tego.  I  wiedzieliście,  że  czeka  was  kilkanaście  lat  przystosowania 

zwrotnego. A jak wyglądało ono na Ziemi? 

Milczeli 

- No jak? Może inaczej niż to tutaj? Nie pamiętacie już tych pensjonatów nad górskimi 

jeziorami? I tego, że w pierwszym okresie nie byłoby wam wolno samodzielnie poruszać się 

po miastach? 

-  Jesteś  demagogiem!  Tak  naprawdę,  to  nigdy  nie  traciłeś  kontaktu  z  Ziemią. 

Wszystkie sprawy znałeś na bieżąco... 

-  Poza  życiem  codziennym,  techniką  użytkową,  kulturą...  Wyliczać  dalej?  A  to,  że 

dzieci robiły się powoli starsze od nas, to też nic? Że używały innego języka? 

Zaczęli mówić wszyscy naraz. Dyskusja przeradzała się w kłótnię. Chodziło już tylko 

o  własne  racje,  o  to,  żeby  inni  nie  znaleźli  argumentów.  Z  Kosmosu  wrócili  na  Ziemię  i 

cofnęli się w czasie o dwadzieścia jeden milionów lat. Tam szukali odpowiedzi... 

background image

74. Słońce 

 

Nie mógł ich dłużej słuchać. Poczuł potrzebę samotności... 

Opuścił  pawilon  i  zaczai  bez  celu  iść  przed  siebie.  Szybko,  jakby  uciekając  przed 

czymś, przeszedł  wąską  w tym miejscu strefę lasu z jego dziwnie poskręcanymi, rdzawymi 

pniami  drzew,  pełzającymi  tuż  przy  ziemi  zaroślami  i  szeleszczącymi,  wielobarwnymi 

„kwiatami" o sztywnych, kanciastych płatkach. Wyszedł na „łąkę". Przed nim rozciągała się 

idealnie płaska i pusta przestrzeń, nie zakłócona niczym aż po horyzont. Tylko ta trawa.... 

Inna niż na Ziemi. Bardziej zwarta i zbita, ale elastyczna. Chodziło się po niej jak po 

grubej warstwie mchu. W ogóle wszystko było tu inne. Podobne, 

ale inne. Powietrze miało zupełnie inny smak, chmury-inną barwę i kształty, a słońce-

bo tak już je nazywał - teraz, gdy zachodziło, było krwistoczerwone i prawie owalne. 

Wiedział,  że  bardzo  szybko  przyzwyczają  się  do  tego  wszystkiego.  Rok,  dwa  i 

przestaną odczuwać jakąkolwiek różnicę. Później w ogóle zapomną, jak było naprawdę, a ich 

dzieci nigdy się nie dowiedzą. 

Szedł  prosto  w  kierunku  słońca.  Jeszcze  jedna  różnica-mógł  na  nie  patrzeć  zupełnie 

swobodnie. Pewnie atmosfera pochłaniała tu znacznie większy zakres promieniowania... 

Dzieci... Na razie nikt nie dopuszczał do siebie tej myśli, ale założą w końcu tę swoją 

metagenerację. Chociażby po to, by nie skazać się na dożywotnią bezcelową wegetację w tym 

gwiezdnym raju. 

Słońce zachodziło coraz szybciej. Dotykało już horyzontu. Szedł dalej. Pozostawiony 

z tyłu las był już tylko wąskim pasmem. 

Dzieci... Będą zupełnie inne. Będą mogły przyswoić sobie znacznie więcej ich wiedzy, 

opanować więcej technologii. Oddalą się od nich a zbliżą do tamtych, do piątej metageneracji. 

Z wnukami mogą faktycznie nie mieć o czym rozmawiać... 

Już tylko rąbek słońca wystawał zza horyzontu. Niebo było intensywnie granatowe z 

powoli niknącym ciemnoczerwonym pasem. 

Dzieci... W końcu będą musiały się dowiedzieć, że są tylko przejściowym ogniwem w 

kiikunastopokoleniowym  pościgu  za  poziomem  życia,  który  wybrali  ich  rodzice,  który 

narzucili im bez możliwości odwrotu... Co wtedy powiedzą? 

Było już ciemno. Powoli, jakby przez mgłę, zaczęły rozbłyskiwać pierwsze gwiazdy. 

background image

Ale  na  pewno  nie  będą  odczuwać  takiej  pustki  jak  oni.  Będzie  ich  więcej.  I  co 

najważniejsze, nie będą miały poczucia  zupełnie innej przeszłości, utraty przynależności  do 

innego świata, wrażenia całkowitego zagubienia się w czasie i przestrzeni... 

Gwiazdy świeciły coraz intensywniej. Widać ich było wielokrotnie więcej niż z Ziemi. 

I były znacznie jaśniejsze... Centrum gromady... 

Tamci  zostali...  Jak  długo  jeszcze  zdołają  walczyć?  Czy  w  ogóle  będą  walczyć  do 

końca, czy też poddadzą się wcześniej? Chyba już teraz zdają sobie sprawę, że są skazani na 

zagładę. Thorn XII wiedział... 

Gwiazdy... Morze jaskrawo świecących gwiazd... 

Popatrzył  na  ten  wycinek  Galaktyki,  w  którym  powinien  znajdować  się  Układ 

Słoneczny, a który był jak grupa chorych komórek organizmu, otorbionych i odizolowanych 

od  jego  reszty.  I  poczuł  żal.  Nie  wiedział  już  teraz,  kto  jest  mu  bliższy  -  zdegenerowany 

Thorn XII czy ich Super Homo-1... 

I poczuł tylko żal.