background image

Ken McClure

Dawca

Donor

Przekład: Maciej Pintara

Wydanie oryginalne: 1998

Wydanie polskie: 1998

background image

Miłość bliźniego pokrywa wiele grzechów

I List św. Piotra, IV-8

background image

Prolog

W pokoju Amy panował przenikliwy chłód; ogrzewanie zostało wyłączone. Na dworze 

padał śnieg z biało-szarego nieba. Widok z okna przesłaniały wirujące w powietrzu płatki, 
gdy lekki wiatr ciskał nimi bezdźwięcznie w szybę. Nie słychać było odgłosu spadających 
kropel deszczu ani kanonady gradu. „Tak powinno być” – pomyślała kobieta wyglądająca na 
zewnątrz.   Pogoda   łaskawie   dostosowała   się   do   okoliczności.   Cały   świat   wydawał   się 
pogrążony w ciszy, jakby wstrzymał oddech.

Z   dołu   dochodził   przytłumiony   gwar   rozmów   ludzi   czekających   piętro   niżej.   Ale 

podkreślał tylko panującą tu ciszę. A przecież ten pokój tak często rozbrzmiewał dziecięcym 
śmiechem. Pozornie nic się nie zmieniło. Wszystko było na swoim miejscu. Różowe tapety, 
zasłony   z   disneyowskimi   motywami,   zabawki,   lalki,   obrazek   z   chłopięcą   orkiestrą   na 
ścianie... Piżamka Amy leżała na poduszce, złożona starannie w kostkę. Na nocnym stoliku 
piętrzył się stos zeszytów do kolorowania, a na wierzchu spoczywało pudełko kredek. Jednak 
żadna z tych rzeczy nie miała być już nigdy potrzebna.

Nie będzie więcej jaskrawo pokolorowanych obrazków zwierząt w dżungli, które mógłby 

podziwiać ojciec, zanim opowie córeczce bajkę na dobranoc, nieprawdopodobnie różowych 
żyraf  ani fiołkowych  tygrysów.  Czerwone ptaki nie  wzlecą  ku zielonemu,  zachodzącemu 
słońcu, a Jaś nie zabije już olbrzyma ku wielkiej dziecięcej uldze. Amy nie żyje. Leży w 
małej, białej trumnie na środku pokoju.

Szpital wydał specjalne zezwolenie – nieczęsto ciała pacjentów opuszczały jego mury po 

sekcji zwłok. Zazwyczaj trafiały z prosektorium do kostnicy, gdzie pozostawały aż do dnia 
pogrzebu. Ale matka Amy uparła się i nie dała za wygraną. Chciała, by jej córka wyruszyła w 
swą ostatnią drogę z domu rodzinnego. Nie miała pojęcia, dlaczego to zrobiła. Przypuszczała, 
że   ktoś   poszedł   jej   na   rękę   tylko   dla   świętego   spokoju.   Widocznie   chciano   uniknąć 
długotrwałych scen z udziałem zrozpaczonej kobiety. Teraz, patrząc przez okno,  wiedziała 
jedno. Postąpiła słusznie. Amy rozpocznie ostatnią podróż ze swojego pokoju.

Twarz Jean Teasdale  nie wyrażała  żadnych  uczuć. Jej  oczy zwrócone były gdzieś  w 

przestrzeń. Nie było w nich śladu łez – już zostały wypłakane. Ledwo zdawała sobie sprawę z 
faktu,  że  przed  dom  zajeżdża  właśnie  karawan.  Koła  toczyły  się  bezgłośnie   po miękkim 

background image

śniegu. Po chwili w pokoju zrobiło się głośniej, gdy za jej plecami otworzyły się drzwi. 
Dochodzące z dołu odgłosy ucichły ponownie, kiedy drzwi znów się zamknęły.

– Już czas, Jean – powiedział cicho jej mąż.
– Wytłumacz mi, po co to było? – zapytała.
– Sam chciałbym wiedzieć – odrzekł niemal szeptem.
–  Siedem   lat   życia,   a   potem   nic,   pustka...   Umarła.   Co   za   strata!   Co   za   głupia, 

bezsensowna strata!

Frank Teasdale położył delikatnie dłonie na ramionach żony i pocałował ją lekko w tył 

głowy. Nie odwróciła się, ale wyciągnęła prawą rękę i dotknęła jego dłoni.

– Musimy być dzielni – dodał.
– Wiem, że to głupie, ale nie przestaje mnie martwić ten śnieg na dworze.
– Dlaczego, kochanie?
– Wciąż się boję... Kiedy położą Amy w ziemi... przeziębi się.
Frank Teasdale nie miał już dłużej siły walczyć z własną rozpaczą, choć do tej pory jakoś 

sobie z nią radził. Po jego policzkach spłynęły łzy. Ramiona trzęsły mu się, kiedy próbował 
się opanować i zachować jak mężczyzna. Jean odwróciła się w końcu od okna i oboje mocno 
przylgnęli do siebie, szukając pocieszenia w tym geście. Ale w ich sytuacji nic nie mogło 
przynieść im ulgi.

Frank odsunął się, wyjął chusteczkę i wytarł nos. Powoli dochodził do siebie.
– Lepiej zejdźmy na dół – zaproponował. – Niech to już będzie za nami. Przyjechali ze 

szpitala.

Jean skinęła głową.
– To miłe.
Stali   przez   chwilę   nad   trumną   Amy,   dotykając   dłońmi   wieka   w   niemym   geście 

pożegnania. Frank spojrzał pytająco na Jean. Skinęła głową. Zeszli na dół, by przyłączyć się 
do   żałobników.   U   podnóża   schodów   minęli   dwóch   czekających   pracowników   zakładu 
pogrzebowego.

– Czy możemy już wejść na górę? – zapytał jeden z nich.
– Tak – odparł Frank, nie patrząc na niego.

Trumna   Amy   została   wyniesiona   z   domu   i   umieszczona   ostrożnie   w   karawanie. 

Natychmiast pokryły ją kwiaty od rodziny i przyjaciół. Wyglądały dziwnie nie na miejscu na 
tle śniegu; kolorowe plamy w ponurym czarno-białym świecie. Frank Teasdale przyłapał się 
na tym, że wpatruje się w nie jak zahipnotyzowany.  Wciąż przykuwały jego uwagę, gdy 
patrzył przez przednią szybę stojącego za karawanem samochodu. Usadowił się na tylnym 
siedzeniu i otoczył Jean ramieniem. Nie sposób było nie zauważyć pewnej analogii: piękne, 
ulotne rzeczy istnieją tylko przez moment, a potem więdną i umierają. Tak urządzony jest 
świat pomyślał, że niedługo będą Święta Bożego Narodzenia.

background image

Przez następną godzinę, podczas mszy żałobnej, Frank i Jean dodawali sobie wzajemnie 

otuchy. Nie byli w miejscowym kościele Świętego Mungo od chrztu Amy. Przytulili się do 
siebie ciasno, jakby bojąc się rozdzielić choćby na chwilę. Nie rozłączyli się również wtedy, 
gdy   składano   ciało   do   grobu   na   przykościelnym   cmentarzu.   Niemal   z   ulgą   patrzyli,   jak 
pierwsza grudka ziemi rzucona łopatą grabarza spada na wieko trumny. Amy mogła żyć teraz 
tylko w ich pamięci.

Frank   poprowadził   żonę   z   powrotem   w   kierunku   parkingu.   Niespodziewanie   Jean 

zatrzymała się gwałtownie. Poczuł, jak sztywnieje jej ramię. Podniósł wzrok, by sprawdzić, 
co ją tak zaintrygowało. Nie opodal ścieżki, między drzewami stała kobieta. Miała na sobie 
płaszcz przeciwdeszczowy, a na głowie chustę, ale Jean ją rozpoznała.

– To ta pielęgniarka – powiedziała. – Ta przeklęta pielęgniarka! Dlaczego nie zostawi nas 

w spokoju? Czy musi zatruwać nam życie?

Frank zauważył, że jego żona jest bliska obłędu. Próbował ją uspokoić, zanim zrobił krok 

w stronę kobiety stojącej pośród drzew. Ta wykonała przepraszający gest, jakby dając do 
zrozumienia, żeby się nie fatygował; nie zamierzała sprawiać nikomu kłopotu. Zaczęła się 
wycofywać i po chwili zniknęła mu z oczu.

– Poszła sobie – oznajmił Frank, stając znowu u boku żony.
– Dlaczego wciąż się upiera? – zapytała Jean.
– Naprawdę nie wiem – popatrzył ze smutkiem na drzewa.

background image

1

– Kto nam powie, skąd się bierze chleb? – zadała pytanie Kate Chapman.
Przed nią siedziało osiemnaścioro dzieci. Uśmiechnęła się, widząc las podnoszących się 

gorliwie rąk i zapał na twarzach. Lubiła uczyć, zwłaszcza w szkole podstawowej. Było dla 
niej coś magicznego we wprowadzaniu dzieci w nieznaną krainę odkryć. Jej zdaniem, na tym 
polegała edukacja. Swoje obowiązki traktowała bardzo poważnie. Czuła się odpowiedzialna 
za swoich podopiecznych. Nie trafiała jej do przekonania teoria głoszona przez cyników, że 
maluchy i tak staną się wkrótce kolejnym straconym pokoleniem nastolatków. Chuliganami 
żłopiącymi piwo i demolującymi przystanki autobusowe, bardziej zepsutymi od poprzedniej 
generacji młodych ludzi. Kate nie widziała przed sobą niczego poza małymi, niewinnymi 
twarzyczkami pragnącymi zwrócić na siebie jej uwagę.

– Kerry?
– Od piekarza, proszę pani.
– Dobrze, Kerry! A teraz kto nam powie, w jaki sposób piekarz robi dla nas chleb?
Nie podniosła się żadna ręka.
– No, pomyślcie! Z czego piekarz wyrabia chleb?
Mały chłopiec w okularach z ciemną przesłonką korekcyjną na jednym szkle podniósł 

impulsywnie   rękę,   ale   zaraz   ją   opuścił.   Potem   nieśmiało   próbował   jeszcze   kilka   razy 
wyciągnąć ramię, rzucając wokół ukradkowe spojrzenia jakby w obawie, że się ośmieszy.

Kate wyczuła, że ma dylemat.
– Proszę, Andrew – zachęciła go. – Spróbuj. Jak myślisz, czego używa piekarz do wyrobu 

chleba?

–  Mąki, proszę pani...?  –  spytał chłopiec, przechylając na bok głowę, po czym włożył 

koniec ołówka do buzi.

– Tak jest, Andrew! Mąki.
Malec zarumienił się z zadowolenia.
– A teraz... Kto robi mąkę, której używa piekarz?
Kate spojrzała na kolorowe obrazki wiszące rzędem na ścianie i zatrzymała wzrok na 

background image

tym, który przedstawiał młyn oraz stojącą przed nim czerwoną furgonetkę piekarza.

Kilkoro dzieci zorientowało się, o co chodzi, i z podnieceniem wyciągnęło do góry ręce.
– Słucham, Annie?
– Młynarz, proszę pani.
– Dobrze – odparła Kate. – Masz rację, Annie. A teraz powiedzcie mi, czego potrzebuje 

młynarz do wyrobu mąki? – Przyjrzała się siedzącym w ławkach dzieciom, zastanawiającym 
się nad odpowiedzią. Niemal słyszała wytężoną pracę małych umysłów. Widać ją było na 
skupionych twarzach. Nagle zmarszczyła brwi, gdy jej wzrok padł na ładną dziewczynkę o 
blond  włosach,  w  drugim  rzędzie.  Poczuła   niepokój. Amanda  nie  myślała   o odpowiedzi. 
Patrzyła gdzieś w przestrzeń, jakby była nieobecna. Na jej pobladłej twarzy perlił się pot

– Dobrze się czujesz, Amando? – zapytała.
Dziecko nie odpowiedziało. Klasa zaszemrała niespokojnie.
– Amando...? – powtórzyła.
Dziewczynka   odwróciła   głowę,   ale   jej   spojrzenie   nadal   było   tępe,   nieobecne.   Kate 

podeszła do niej i otoczyła ją ramieniem.

–  O co chodzi? –  spytała. Przykucnęła obok ławki i odgarnęła włosy z czoła dziecka. 

Dotykając   dłonią   głowy   Amandy   poczuła,   że   mała   jest   cała   rozpalona.  –  O   Boże...  – 
westchnęła. – Źle się czujesz, prawda?

Miała teraz problem. Amanda była nie tylko jedną z uczennic, ale również jej córką. Kate 

potrzebowała pomocy. Jej mąż, Sandy, pracował jako technik laboratoryjny w miejscowym 
szpitalu i miał teraz dyżur. Nie miała do kogo się zwrócić w nagłej potrzebie. Sprowadzili się 
do Bardunnock zaledwie kilka miesięcy temu i wciąż byli tu nowi.

Kate stanęła przed klasą i powiedziała:
–  Chciałabym,   żebyście   narysowali,   jak   wyobrażacie   sobie   młynarza.   Muszę 

porozmawiać pilnie z panią Jenkins. Macie jakieś pytania?

–  Co się stało Amandzie, proszę pani?  –  zapytała Tracy Johnson, córka miejscowego 

listonosza.

– Nie czuje się dobrze – odrzekła Kate. – Chyba się przeziębiła.
„Proszę cię, Boże, żeby tylko to” – pomodliła się w duchu. Chwyciła Amandę i pobiegła 

korytarzem. Była teraz na łasce Isy Jenkins, dyrektorki szkoły.

Isa Jenkins miała właśnie lekcję ze swoją klasą. Kate zajrzała do sali przez szybę w 

drzwiach. Isa zauważyła ją, wydała uczniom jakieś polecenie i wyszła na korytarz.

– O co chodzi?
– Amanda źle się czuje. Obawiam się, że złapała grypę.
Isa przechyliła głowę na bok i przyjrzała się dziewczynce wtulonej w ramiona matki.
– Biedne maleństwo. Nie wyglądasz najlepiej.
Amanda włożyła palec do buzi i mocniej przytuliła się do Kate.
– Strasznie mi przykro z tego powodu... – zaczęła Kate, ale Isa przerwała jej.

background image

– Nonsens. Poradzimy sobie. Co masz zamiar zrobić? Chcesz zabrać ją do domu czy od 

razu do ośrodka zdrowia w Colbrax?

– Może raczej do domu... – odrzekła Kate. – Położę ją do łóżka i zobaczę, co będzie dalej. 

Ma gorączkę, ale może minie tak szybko, jak się pojawiła. Wiesz, jak to jest z dziećmi.

–  Chyba już powinnam  –  uśmiechnęła się Isa. Była nauczycielką od trzydziestu dwóch 

lat.

– Naprawdę bardzo cię przepraszam, ale... – znów zaczęła Kate.
– Nonsens –  powtórzyła Isa.  –  Do dzwonka zajmę się obiema klasami.  –  Spojrzała na 

zegarek. – A do końca lekcji zostało już tylko półtorej godziny. Nie ma problemu. Co zadałaś 
swoim dzieciakom?

– Mają narysować młynarza.
– W porządku. Leć do domu.
– Dzięki, Iso. Jestem ci bardzo wdzięczna – odrzekła Kate. Miała jeszcze jeden powód, 

by stwierdzić, że podoba jej się życie w Bardunnock.

O   szóstej   Kate,   będąc   w   kuchni,   usłyszała   odgłos   samochodu   Sandy’ego.   Zielony, 

ośmioletni   ford  escort,   nazywany   w   rodzinie   Esmeraldą,   pokonał   zakręt   u  stóp   wzgórza, 
wspiął się na szczyt i skręcił ostro w prawo na podjazd przed domkiem.

–  Gdzie   jest   moja  księżniczka?  –  zawołał   od   progu   Sandy   Chapman.   Przez   chwilę 

wycierał starannie buty, stojąc na słomiance, po czym wszedł do mieszkania. Po raz pierwszy 
nie powitał go tupot małych stóp i dziecięcy śmiech. Z kuchni wyłoniła się Kate, wycierając 
ręce.

– Obawiam się, że z twoją księżniczką jest niedobrze. Po południu musiałam zabrać ją ze 

szkoły.

Sandy schylił się, pocałował żonę w czoło i otoczył ją ramieniem.
– Co się stało? – zapytał.
– Myślałam, że to tylko przeziębienie, ale teraz nie jestem pewna. Chciałam zaczekać na 

twój powrót przed wezwaniem lekarza.

Sandy skinął głową z zafrasowaną miną. Wszedł po schodach na piętro i otworzył drzwi 

do pokoju Amandy. Mała nie podniosła głowy z poduszki, ale spojrzała na niego.

– Cześć, Księżniczko – powitał ją cicho.
Amanda   nie   odpowiedziała.   Jej   wzrok   powędrował   ku   oknu,  ale   sprawiała   wrażenie, 

jakby wciąż była gdzieś daleko.

W   małym   pokoju   starego   domku   Sandy   niemal   sięgał   głową   sufitu,   a   jego   ramiona 

wypełniały prawie całą szerokość drzwi. Usiadł na podłodze obok córki i oparł łokieć na 
łóżku.

– Biedna Księżniczka – westchnął. – Złapałaś jakiś brzydki zarazek?
Przesunął dłonią po czole Amandy i poczuł pod palcami warstewkę potu pokrywającą jej 

background image

pobladłą twarz.

–  Chyba   zadzwonimy   do   doktora   Telforda,   żeby   dał   ci   jakieś   lekarstwo.   Od   razu 

poczujesz się lepiej. – Spojrzał znacząco na Kate, Zrozumiała, poszła zatelefonować. Został 
sam z córką.

– Powiedz tatusiowi, co cię boli. Brzuszek?
Amanda pokręciła wolno głową.
– Całe ciałko?
Przytaknęła.
– Byłaś dziś w łazience?
– Nie pamiętam.
– A pamiętasz, co jadłaś na lunch?
Nie odpowiedziała.
– To samo, co inne dzieci?
Skinęła głową.
–  Ale nie brałaś do buzi żadnych owoców rosnących na krzakach w ogrodzie, prawda, 

Księżniczko?

Pokręciła powoli głową.
– Dobrze. Poleź teraz spokojnie. Niedługo przyjedzie pan doktor i poczujesz się lepiej. – 

Sandy położył obok Amandy pluszowego misia i poprawił jej kołdrę.

– Co o tym myślisz? – zagadnęła Kate, gdy zszedł na dół.
Wzruszył ramionami.
–  To samo, co ty. Przypuszczam, że to tylko przeziębienie, co najwyżej grypa. Lepiej 

jednak zasięgnąć opinii specjalisty.

Kate oparła głowę na jego piersi. Objął ją.
– O Boże... Mam nadzieję, że to nic poważniejszego – szepnęła.
–  Może  niepotrzebnie   się  martwimy  –  odparł  Sandy,  ale   zaraz  spojrzał   na zegarek   i 

zapytał: – Wiesz, kiedy może zjawić się lekarz?

–  W   rejestracji   powiedzieli   mi,   że   za   pół   godziny.   Musi   jeszcze   odwiedzić   kilku 

pacjentów.

W pokoju Amandy było zbyt mało miejsca, by mogły się tam pomieścić trzy dorosłe 

osoby, toteż po przybyciu lekarza Sandy został na dole. Podczas badania Kate trzymała córkę 
za rękę, aby dodać jej odwagi. Sandy czekał cierpliwie, patrząc przez okno na ogród. Nie 
mógł pozbyć się niepokoju, choć wiedział, że w dziewięciu przypadkach na dziesięć obawy 
rodziców okazują się bezpodstawne. Pewnie za chwilę doktor zejdzie na dół wraz z Kate, 
śmiejąc się i żartując, po czym będą go musieli przepraszać za zbędną fatygę.

Uznał, że z powodu swojej pracy w szpitalu jest przewrażliwiony, bo wciąż styka się z 

poważnymi   chorobami.   Skrzywienie   zawodowe.   Zastanawiał   się,   czy   podobnie   jest   z 

background image

policjantami.   Czy   też   wszędzie   widzą   przestępców?   Usłyszał,   że   drzwi   pokoju   Amandy 
otwierają się, więc podszedł do schodów. Doktor Telford schodził pierwszy, za nim podążała 
Kate. Na ich twarzach nie było uśmiechów.

Sandy   znał   George’a   Telforda   ze   szpitala.   Lekarze   ogólni   praktykujący   w   okolicy 

zajmowali się swoimi pacjentami również podczas ich pobytu w miejscowym szpitalu.

– I co pan o tym sądzi? – zapytał Sandy.
– Szczerze mówiąc, wcale mi się to nie podoba – odrzekł Telford z zatroskaną miną. – 

Uważam, że powinniśmy zabrać ją do szpitala i przeprowadzić badania.

– A co pan podejrzewa?
– Że jej nerki nie funkcjonują prawidłowo. Mogą się mylić, ale nie zaszkodzi zrobić kilka 

testów biochemicznych.

– Chyba warto... –  przyznał Sandy. Kate podeszła do niego i stanęła obok. Otoczył ją 

ramieniem.

–  Czy   w   ciągu   ostatnich   kilku   dni   nie   skarżyła   się,   że   ma   problemy   z   drogami 

moczowymi? – dopytywał się jeszcze Telford.

Sandy spojrzał na Kate. Pokręciła głową.
– Nie! Była zdrowa jak ryba.
– No cóż... Szczegółowe badania powinny rozwiać nasze wątpliwości.
– Gdzie zostaną zrobione? – spytał Sandy.
Telford zamyślił się.
–  Właśnie się zastanawiam, czy zabrać ją na noc do szpitala rejonowego, czy może od 

razu do Szpitala Chorób Dziecięcych w Glasgow.

– Nie wygląda na to, żeby czuła się aż tak źle – odezwała się Kate z nadzieją, że w ten 

sposób wpłynie na decyzję lekarza i przeważy szalę na korzyść miejscowego szpitala. O wiele 
bardziej wolała mieć Amandę w pobliżu, niż wysyłać ją aż do Glasgow.

–   To   prawda   –  przyznał   Telford.  –  A   zatem   umieścimy   ją   u   nas   i   wstępne   testy 

wykonamy   na   miejscu.  –  Spojrzał   na   zegarek.  –  Będę   musiał   zadzwonić   do   dyżurnego 
technika w laboratorium. Pan dziś nie pracuje?

– Nie, dzisiaj nie mam nocnego dyżuru – potwierdził Sandy.
– Zostanę z nią na noc w szpitalu – zapowiedziała Kate. Wiedziała od Sandy’ego, że w 

takich okolicznościach rodzicom małych dzieci wolno nocować w pokoju gościnnym.

– Dobry pomysł – zgodził się Telford.

Było tuż po wpół do dziewiątej, gdy Kate zwróciła się do męża.
– Pewnie umierasz z głodu. Nic nie jadłeś.
Siedzieli   w   małej,   bocznej   sali   na   zewnątrz   oddziału.   Amanda   była   już   pod   opieką 

pielęgniarek.

– Nie jestem głodny – odparł Sandy.

background image

– Ja też nie. Co o tym wszystkim myślisz? – zapytała z niepokojem.
Nie musiał upewniać się, o co jej chodzi.
– W ciągu ostatnią godziny chyba poczuła się gorzej – odpowiedział.
– Może to tylko stres związany z przyjazdem do szpitala?
– Może... – przyznał Sandy, ale nie zabrzmiało to przekonująco.
–  Jedź do domu  –  zaproponowała Kate.  –  Oboje nie jesteśmy tu potrzebni. Wystarczy, 

jeśli ja zostanę.

Sandy skinął głową, ale sprawiał wrażenie, jakby słowa żony nie dotarły do niego.
–  Chyba   wpadnę   do   pracowni.   Zobaczę,   jak   Charlie   radzi   sobie   z   próbkami.   Może 

poczekam na wyniki? Jeśli wszystko będzie w porządku, pojadę do domu. Zadzwonisz, gdyby 
coś się działo?

–  Oczywiście  –  zapewniła Kate.  –  I nie stój Charliemu nad głową. Pamiętaj, że jesteś 

stroną zainteresowaną.

Sandy skinął głową. Pocałował żonę w czoło i wyszedł.

Szpitalne laboratorium nie mieściło się w głównym gmachu, lecz w oddzielnym, małym 

budynku z cegły, ukrytym za rzędem drzew iglastych. Wiatr szarpał gałęziami, gdy Sandy 
opuścił  ciepłą  poczekalnię  i podążał  ścieżką  do celu.  Przez uginające  się konary widział 
zapalone światła w oknach pracowni. Właśnie poczuł na twarzy lodowate krople deszczu, 
kiedy mógł się schronić w porośniętym bluszczem ganku. Drzwi wejściowe były zamknięte. 
Sięgnął do kieszeni po klucz i wtedy przypomniał sobie, że zostawił go w domu. Musiał 
nacisnąć   nocny   dzwonek.   Po   kilku   chwilach   w   progu   ukazał   się   niski,   ciemnowłosy 
mężczyzna o wyglądzie intelektualisty. Miał na sobie biały fartuch laboratoryjny, a na nim 
drugi, plastikowy, w zielonym kolorze. W grubych okularach w ciemnej oprawie, jakby za 
dużych do jego okrągłej twarzy, przypominał starą, mądrą sowę.

– Cześć, Charlie – rzucił na powitanie Sandy. Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. 

Charlie Rimington uśmiechnął się.

– Spodziewałem się ciebie od czasu, kiedy zobaczyłem nazwisko na etykietce dołączonej 

do próbek. Jak ona się czuje?

– Kiepsko, ale z dziećmi nigdy nic nie wiadomo. A jak testy?
– Na ukończeniu. Pewnie chcesz zaczekać na wyniki?
– Jeśli nie masz nic przeciwko temu.
– Pamiętaj, ja też jestem ojcem.
Uporczywy   dźwięk   brzęczyka   elektrycznego   zegara   przerwał   ich   rozmowę.   Sandy 

odwrócił się i wyłączył aparaturę, obok której stał. Tysiące razy badał próbki cudzych dzieci. 
Nigdy jeszcze nie czuł się tak, jak teraz.

Nagle uzmysłowił sobie, że to nie on pełni tutaj dyżur. Sytuacja zrobiła się niezręczna, 

więc odsunął się, aby Rimington mógł otworzyć komorę i wyjąć z niej probówkę. Zobaczył 

background image

nalepkę przyklejoną do szkła: „Amanda Chapman”. Poczuł dziwne ssanie w żołądku.

Rimington oderwał wysunięty z aparatu wydruk i usiadł z ołówkiem w ręce za biurkiem, 

w kręgu światła lampy. Sandy stanął za jego plecami, nie mogąc doczekać się wyniku. Udało 
mu się jednak pohamować odruch zniecierpliwienia. Nie na długo. Po trzydziestu sekundach 
nie wytrzymał.

– No i...? – zapytał.
– Nie widzę oznak infekcji ani obecności substancji toksycznej – odrzekł Rimington.
– Ale... – ciągnął z niepokojem Sandy.
– Wszystko wskazuje na... ostrą niewydolność nerek.
– Jezu! –  szepnął. Musiał przytrzymać  się krawędzi biurka. Przez chwilę milczał, po 

czym   wziął   od   Rimingtoria   wydruk   i   sam   przeczytał   wyniki.  –   Jezu   –  powtórzył.  –   Tu 
konieczna jest dializa.

– Obawiam się, że tak – przyznał Rimington.
Sandy czekał bez słowa, aż jego kolega poda przez telefon wyniki analizy na oddział. Nie 

miał wątpliwości: Amanda musiała być umieszczona w szpitalu wyposażonym w sztuczną 
nerkę. Im szybciej, tym lepiej. Miejscowy szpital nie miał takiego urządzenia. Najbliżej było 
do Glasgow. Poczuł oganiający go strach. Bał się śmiertelnie o Amandę, ale nie mógł tego 
okazać w obecności Kate. Należało zorganizować przeniesienie. Kate mogłaby podróżować w 
karetce z Amanda. On pojechałby za nimi Esmeraldą, by potem wrócić razem z Kate do 
domu. Kiedy miałoby to nastąpić, nie potrafił na razie przewidzieć.

– Pracą się nie przejmuj – odezwał się Charlie Rimington. – Ja i Andrew zastąpimy cię. 

Weź tyle wolnego, ile ci potrzeba.

– Dzięki – odrzekł Sandy, szykując się do wyjścia. – Jestem ci wdzięczny.
Na dworze lało jak z cebra. Zanim dotarł z powrotem do szpitala, był przemoczony do 

suchej nitki. Musiał przystanąć w wejściu, żeby wytrzeć mokrą twarz i odgarnąć z czoła 
włosy lepiące się do twarzy.

Kate rozmawiała z George’em Telfordem. Lekarz zaznajamiał ją właśnie z wynikami 

testów. Na jej twarzy malował się przestrach. Zobaczyła Sandy’ego i ruszyła w jego kierunku.

– Och, Sandy... – zaszlochała.
Wziął Kate w ramiona i mocno przytulił.
–  No,   no,   Kate...   –  szukał   słów   pocieszenia.  –  Wszystko   będzie   dobrze,   zobaczysz. 

Musimy ją tylko na trochę zostawić w dobrych rękach.

– Doktor Telford mówi, że trzeba przenieść Amandę jeszcze dziś wieczorem – chlipnęła 

Kate.

– To jej tylko wyjdzie na dobre – zapewnił Sandy.
– Ale jak my...
Położył palec na ustach Kate.
–  Spokojnie. Wszystko po kolei. Pojedziesz z Amanda w karetce. Ja za wami naszym 

background image

samochodem. Potem zobaczymy, co powiedzą lekarze w Glasgow i zadecydujemy, co dalej. 
Kate skinęła głową i otarła łzy.

– W porządku – powiedział łagodnie. – Nie możemy pokazywać Amandzie, że jesteśmy 

załamani.

Podążając za szpitalnym ambulansem drogą w kierunku Glasgow, Sandy chwilami tracił 

orientację, dokąd jedzie i po co. Było mu trudno pogodzić się z tym, że w życiu jego rodziny 
nastąpiła   tak   gwałtowna   zmiana.   Wszystko   stanęło   na   głowie.   Jeszcze   przed   kilkoma 
godzinami myślał, że wieczór spędzi spokojnie w domu, oglądając z Kate telewizję przy 
ciepłym   kominku,   podczas   gdy   Amanda   będzie   spała   smacznie   w   pokoiku   na   górze. 
Tymczasem w deszczu i ciemnościach podążał szosą wiodącą na północ, za pojazdem, w 
którym znajdowały się poważnie chora córeczka i załamana żona. Bardzo pragnął, żeby to 
wszystko   okazało   się   tylko   złym   snem.   Za   chwilę   obudzi   się   w   swoim   łóżku   i   zastanie 
normalny stan rzeczy. Jadąca przed nim karetka zmieniła pas ruchu, żeby wyprzedzić wielką 
ciężarówkę.  Sandy zrobił   to  samo   i  bryzgi  wody wyrzucane   spod  kół   ciężkiego  pojazdu 
przesłoniły mu na moment widoczność. Ustawił wycieraczki na maksymalną prędkość. To nie 
był sen, lecz koszmar na jawie.

Kate i Sandy siedzieli na ławce w szpitalnym korytarzu. Amanda przechodziła następne 

testy. Wstali, gdy pojawił się lekarz, który badał ich córeczkę.

– Państwo Chapman? Jestem doktor Turner – przedstawił się.
– Jaki jest jej stan, panie doktorze? – zapytała Kate.
–  Niezbyt   dobrze   się   czuje,  ale   muszę   podkreślić,   że   nic   jej   nie   grozi.   Ma  we   krwi 

substancje toksyczne z powodu kłopotów z nerkami. Kiedy krew zostanie z nich oczyszczona, 
poczuje się dużo lepiej, mogę to państwu obiecać.

– Czy wie pan, skąd się wziął cały problem? – spytał Sandy.
– Na tym etapie trudno cokolwiek powiedzieć – odparł Turner. – W najbliższych dniach 

będziemy musieli przeprowadzić dalsze testy.

–  Czy można zakładać, że chodzi tylko o chwilowe niedomaganie?  –  chciała wiedzieć 

Kate.

Na twarzy Turnera pojawił się wyraz zakłopotania, charakterystyczny dla człowieka nie 

mogącego   udzielić   pokrzepiającej   odpowiedzi,   której   się   od   niego   oczekuje.  –  Prawdę 
mówiąc... nie sądzę, aby tak to można było traktować.

– Uważa pan, że nie skończy się na jednej dializie? – zapytał Sandy.
– Za wcześnie na stanowcze wnioski, ale... obawiam się, że nie. Tak zazwyczaj bywa w 

tego rodzaju przypadkach.

Sandy poczuł, że traci cały hart ducha. Wydawało mu się, że nagle nogi robią się ciężkie 

jak z ołowiu. Więc Amanda miała odtąd funkcjonować dzięki sztucznej nerce, aż do czasu... 
Odrzucił od siebie myśli o jakiejkolwiek przyszłości. Lepiej było skoncentrować się na tym, 

background image

co przyniesie nadchodząca noc.

– Czy będziemy mogli tu zostać?
–  Oczywiście  –  odparł Turner.  –  Jeśli jednak mógłbym coś doradzić, proponuję, żeby 

pojechali państwo do domu. Odpoczniecie, a dziecko jest pod dobrą opieką.

– Ale jeżeli Amanda będzie nas potrzebowała...
Turner potrząsnął głową.
–  Damy   jej   środki   uspokajające.   Proszę   się   o   nic   nie   martwić   i   przyjechać   jutro. 

Będziemy mogli powiedzieć państwu coś więcej po wykonaniu kolejnych testów.

Chapmanowie   niechętnie   skorzystali   z   rady   lekarza.   Instynkt   podpowiadał   Kate,   że 

powinna zostać z córką. Mieli przed sobą trzydziestomilową drogę powrotną do Ayrsnire, ale 
na drodze nie było nocą dużego ruchu, a ulewa zamieniła się na szczęście w mżawkę. W 
milczeniu szli do samochodu boczną, brukowaną alejką prowadzącą do parkingu szpitalnego. 
Oboje pogrążeni byli w niewesołych myślach i nie potrafili znaleźć słów otuchy, żeby się 
wzajemnie pocieszyć. Czarny kot, który na ich widok czmychnął między śmietniki, wydawał 
się poza nimi jedyną żywą istotą w ciemnościach nocy.

W domu panowało przenikliwe  zimno.  Ogrzewanie wyłączyło  się samoczynnie  przed 

kilkoma godzinami. Chłód potęgował uczucie pustki i przygnębienia.

– Jesteś głodny? – zapytała Kate, gdy Sandy przyklęknął, by zapalić kominek gazowy w 

saloniku.

– Nie. Ale chętnie napiłbym się czegoś mocniejszego.
Kate nalała whisky do dwóch szklanek. Usiedli po obu stronach kominka. Nawet nie 

zdjęli płaszczy.

– Za dobrze nam się układało – powiedziała Kate. – Coś takiego musiało się zdarzyć.
Sandy spojrzał na nią pytającym wzrokiem.
– Najpierw ty dostałeś pracę, potem ja. Znaleźliśmy domek we wspaniałej okolicy. Szło 

zbyt gładko, więc musiało się tak skończyć.

– Nonsens – zaprotestował cicho Sandy. – Typowo szkockie gadanie.
– Bo jesteśmy przecież typowymi Szkotami – odrzekła Kate.
–  Co nie znaczy, że musimy wyznawać filozofię, według której za wszystko, co się w 

życiu udaje, trzeba koniecznie odpokutować.

– Może masz rację – przyznała Kate ze słabym uśmiechem.
– Zadowolonych z siebie spotka surowa kara – oświadczył groźnie Sandy, naśladując głos 

prezbiteriańskiego pastora.

Tym razem Kate uśmiechnęła się szeroko. Wstała i zaproponowała:
– Zrobię kilka tostów. Przecież musimy coś zjeść.

Oboje nie mogli zasnąć. Z ulgą powitali nadejście nowego dnia. Wreszcie można było 

wstać i zająć się różnymi  sprawami. Zatelefonowali  do szpitala i dowiedzieli się, że noc 

background image

minęła   Amandzie   spokojnie.   Poradzono   im   jednak,   by   przyjechali   dopiero   wczesnym 
popołudniem. Do tego czasu lekarze powinni uzyskać wyniki testów i będą mogli powiedzieć 
coś konkretnego.

Kate zadzwoniła do Isy Jenkins, opowiedziała jej wszystko i uprzedziła, że nie przyjdzie 

do szkoły.

– O nic się nie martw – uspokoiła ją Isa. – Spodziewałam się tego. Twoje małe biedactwo 

nie   wyglądało   zbyt   dobrze.   Wieczorem   załatwiłam   na   wszelki   wypadek   zastępstwo. 
Chwilowo na twoje miejsce przyjdzie nauczycielka z Ayr, więc poradzimy sobie.

Sandy zatelefonował do Charliego Rimingtona, do domu, i dostał podobne zapewnienie.
– Mili ludzie – stwierdził, odkładając słuchawkę. Kate przytaknęła głową.

– Doktor Grayson i doktor Turner proszą państwa do siebie – powiedziała pielęgniarka, 

zaglądając do poczekalni. Sandy i Kate poszli za nią korytarzem. Zostali wprowadzeni do 
małego,   słonecznego   pokoju,   w   którym   siedzieli   dwaj   mężczyźni.   Obaj   wstali,   po   czym 
Grayson przedstawił się jako lekarz konsultant na oddziale nefrologii.

–  Dziś   Amanda   wygląda   dużo   lepiej  –  powiedział   z   uśmiechem   Turner,   widząc 

zaniepokojoną minę Kate.

Skinęła głową.
– Tak.
– Porządnie się wyspała, w przeciwieństwie do państwa, jak się domyślam.
Sandy przyznał mu rację.
Grayson zakończył te uprzejmości, przechodząc do rzeczy. Miał około czterdziestu pięciu 

lat,   przerzedzone,   szpakowate   włosy   i   przyprószone   siwizną   wąsy.   Jego   ciemny   garnitur 
wyglądał na bardzo drogi i skrojony przez dobrego krawca z milimetrową wręcz precyzją. 
Śnieżnobiałe   mankiety   koszuli   wystawały   z   rękawów   marynarki   dokładnie   na   odległość 
jednego centymetra, a złote spinki ustawione były pod tym samym kątem, gdy trzymał ręce 
złożone przed sobą na biurku. Sandy miał wrażenie, że sztywny kołnierzyk Graysona musi 
być bardzo niewygodny. Sięgał wysoko, ale świetnie pasował do ciemnego, uniwersyteckiego 
krawata. Mężczyzna wyglądał na człowieka przywiązującego wyjątkową wagę do każdego 
drobiazgu.

– Będę szczery. Sprawa nie przedstawia się dobrze.
Sandy poczuł się tak, jakby go potrącił pociąg. Przełknął ślinę i spojrzał na Kate. Była 

również wstrząśnięta. Wyciągnął rękę i ścisnął mocno jej dłoń.

–  Niewydolność   nerek   u   Amandy   jest   bardzo   poważna,   choć   nie   jesteśmy   w   stanie 

znaleźć   przyczyny.   Zareagowała   całkiem   dobrze   na   dializę,   jednak   nie   tak   dobrze,   jak 
oczekiwaliśmy. Co do prognoz, to w dającej się przewidzieć przyszłości należy się nastawić, 
że dializa będzie jej codziennością.

Sandy   potarł   czoło.   Grayson   nie   owijał   niczego   w   bawełnę,   mówił   prosto   z   mostu. 

background image

Najgorsze obawy zaczęły przybierać realną formę.

– Mogę wiedzieć, czym się państwo zajmują? – zapytał Grayson.
– Jestem pracownikiem naukowym laboratorium medycznego, w szpitalu rejonowym w 

Dunnock – odrzekł Sandy i zerknął na żonę. Siedziała ze wzrokiem utkwionym w podłodze. 
Nie mając pewności, czy sama odpowie, wyręczył ją. – Kate jest nauczycielką.

–  Dobrze. W takim razie powinniśmy pomyśleć o domowej aparaturze do dializy dla 

Amandy,  by zdobyć to urządzenie, gdy tylko będzie dostępne. Oczywiście oboje państwo 
zdajecie sobie sprawę z tego, że wiążą się z tym pewne wymagania.

Sandy uniósł lekko prawą rękę, jakby chciał dać do zrozumienia Graysonowi, że nie 

nadąża za tokiem jego rozumowania.

– Powiedział pan „w dającej się przewidzieć przyszłości”. Co to dokładnie znaczy?
– To znaczy, że Amanda będzie musiała korzystać z dializatora tak długo, aż znajdziemy 

dla niej odpowiednią do przeszczepu nerkę – wyjaśnił Grayson.

Wydawało się, że na dźwięk słowa „przeszczep” Kate doznała szoku. Wpatrywała się w 

Graysona oczami wielkimi z przerażenia.

– Przeszczep... – powtórzył wolno Sandy.
– Tak.
– Więc sprawa jest aż tak poważna? Ale jak? Kiedy? To znaczy, jak długo...?
–   Jest   o   wiele   za   wcześnie,   żeby   o   tym   mówić  –  odparł   Grayson.  –  Musimy 

przeprowadzić jeszcze mnóstwo testów.  –  Wyglądał, jakby myślami był już gdzie indziej. 
Zanim Chapmanowie zdążyli cokolwiek powiedzieć, wstał, przeprosił i wyszedł z gabinetu, 
pozostawiając ich z Clivem Turnerem.

Turner sprawiał wrażenie bardziej czułego na ludzkie cierpienie. Zachowanie Graysona 

wyraźnie wprawiło go w zakłopotanie.

–  Wiem,   co   państwo   teraz   myślą  –  zaczął   łagodnie  –   ale   w   dzisiejszych   czasach 

transplantacja   nerki   jest   bardzo   rozpowszechnionym   zabiegiem,   nie   stwarzającym 
problemów.

– Potrzebny jest jednak odpowiedni dawca – zauważył Sandy.
Turner skinął głową.
–  Zgadza   się.   Właśnie   dlatego   trzeba   czekać.   Musimy   ustalić   typ   tkanki   Amandy   i 

wprowadzić dane do międzynarodowego rejestru. Kiedy znajdzie się dawca, będziemy mogli 
zdobyć potrzebny organ i przeprowadzić operację.

– Jak długo to potrwa? – zapytała Kate. Sandy z trudem rozpoznał jej zmieniony głos.
Turner wzruszył niepewnie ramionami.
– No cóż, jakiś czas.
– Tygodnie? miesiące? lata? – nie ustępowała Kate.
– Może upłynąć nawet rok – przyznał Turner.
Sandy   spojrzał   na   żonę.   Nie   pamiętał,   żeby   kiedykolwiek   wyglądała   na   bardziej 

nieszczęśliwą. Jej świat nagle się zawalił.

background image

2

Konwój   złożony   z   trzech   limuzyn   i   policyjnego   radiowozu   wjechał   na   dziedziniec 

Szpitala   Médic   Ecosse   w   Glasgow   i   zatrzymał   się   przed   wejściem.   Z   samochodów 
wyskoczyli   kierowcy   i   usłużnie   otworzyli   drzwi,   prężąc   się   z   szacunkiem   przed 
wysiadającymi   pasażerami.   Ośmiu   mężczyzn   rozejrzało   się   wokół,   poprawiło   krawaty   i 
zapięło guziki marynarek. Po chwili w rozsuwanych, szklanych drzwiach budynku ukazał się 
oficjalny komitet powitamy. Na wszystkich twarzach zagościły uprzejme uśmiechy.

Na czoło wysunął się Leo Giordano, dyrektor administracyjny szpitala należącego do 

grupy   kapitałowej   Médic   International   Health,   i   uścisnął   dłoń   Neilowi   Bannunowi, 
wiceministrowi   w   Urzędzie   do   spraw   Szkocji.   Wysoki   i   przystojny   Giordano   był 
Amerykaninem   z   drugiego   pokolenia,   ale   ciemne   włosy   i   oliwkowa   cera   zdradzały   jego 
śródziemnomorskie pochodzenie. Bannon był niski, rudy i zaczynał tyć. Niedawno zapuścił 
wąsy, łudząc się daremnie, że dodadzą powagi jego obliczu. Złośliwi obserwatorzy twierdzili 
jednak, że teraz jeszcze bardziej przypomina sprzedawcę używanych samochodów.

Obaj  mężczyźni spotkali się już kilka razy w okresie, gdy planowano budowę szpitala. 

Teraz wymieniu grzeczności, po czym Giordano dokonał formalnej prezentacji. Ze względu 
na siąpiący deszcz i zimny wiatr ceremonia nie trwała długo. Cała grupa, kuląc się, weszła 
pospiesznie do środka.

–  Proponuję,   żebyśmy   napili   się   kawy,   zanim   przystąpimy   do   omawiania   interesów. 

Ludzie będą mogli się lepiej poznać.

Bannon   skinął   głową   bez   entuzjazmu.   Nie   odezwawszy   się   ani   słowem,   ruszył   za 

Giordanem   przez   hol   wyłożony   dywanem   do   długiej,   niskiej   sali   z   dużymi   oknami 
wychodzącymi na park. O tej porze roku krajobraz był typowo zimowy, charakterystyczny 
dla północnej strefy klimatycznej. Na tle szarego nieba odcinały się nagie gałęzie drzew, a 
kamienne ścieżki pokrywał jedynie mech. W zimnie i wilgoci trudno było się spodziewać 
kwitnących roślin. Pośrodku parku widniał sztuczny staw ze sterczącą z niego rzeźbą w stylu 
starogreckim. Figura myśliwego wyglądała żałośnie i nie na miejsca z dala od swej ciepłej 
ojczyzny.

background image

Kelnerki w bladoróżowych uniformach z logo Médic Ecosse wniosły kawę na srebrnych 

tacach.

– Nic dziwnego, że są w takich tarapatach finansowych – szepnął jeden z gości, członek 

Partii Pracy i miejscowy radny. – To nie szpital, to jakiś cholerny pałac! Spójrzcie! Wszędzie 
dywany,   klimatyzacja,   uniformy   szyte   na   miarę.   Placówka   medyczna   nie   powinna   tak 
wyglądać.

–  Wręcz przeciwnie  –  zaoponował jego kolega.  –  Może woli pan wiktoriańskie rudery 

śmierdzące   środkami   dezynfekcyjnymi,   gdzie   w   sobotnie   wieczory   słychać   pijackie 
przekleństwa? Ja uważam, że tak właśnie powinny wyglądać wszystkie szpitale i im szybciej 
do tego dojdziemy, tym lepiej.

– Prywatyzacja, co...? – uśmiechnął się z przekąsem radny. – Dobra dla bogaczy, ale nie 

dla nas. Proszę mi  powiedzieć... A co z przewlekle  chorymi  i cierpiącymi  na zaburzenia 
umysłowe? Kto ma się nimi opiekować?

Drugi z mężczyzn  najwyraźniej  nie zamierzał  wdawać się w spór i wysuwać  po raz 

kolejny   starych   argumentów.   Problem   wydawał   się   nie   do   rozwiązania.   Machnął   ręką   z 
rezygnacją.

–  W porządku, znam dobrze tę piosenkę. Nie musimy powtarzać sobie wszystkiego od 

początku.

– Coś panu powiem – oświadczył radny. – Jeśli myślą, że zgodzę się dalej finansować tę 

oazę   dla   uprzywilejowanych   z   pieniędzy   podatników,   grubo   się   mylą.   Zapowiadali,   że 
placówka stanie się samowystarczalna w ciągu dwunastu miesięcy, a po osiemnastu zacznie 
przynosić pokaźne dochody. Obiecywali nam nowe miejsca pracy i wkład w rozwój regionu. I 
co z tego wyszło? Minęły trzy lata od zadeklarowanych terminów, a oni znów wyciągają rękę 
po wsparcie. Istny skandal! Społeczeństwa na to nie stać.

Oburzony radny odszedł. Jego miejsce zajął członek osobistego personelu Bannona, który 

słyszał całą rozmowę.

– Nie wiem jak pan, ale ja nie widzę alternatywy – zagadnął. – Skoro już utopiliśmy w 

tym  projekcie  dwadzieścia  siedem  milionów,  trudno teraz  spisać  je na straty i po prostu 
wycofać się. Poza tym opozycja miałaby powód do radości.

– Zgadzam się z panem. Pamiętam, jaki podnieśli szum, kiedy powstał projekt. Grozili, że 

nie dopuszczą do jego realizacji. Ich zdaniem, większą szansę miałaby budowa gorzelni w 
Rijadzie albo fabryka konserw wieprzowych w Tel Awiwie. A jednak w Glasgow, w sercu 
okręgu   Partii   Pracy   stanął   ekskluzywny,   prywatny   szpital.   Mój   Boże...  –  Mężczyzna 
uśmiechnął się.

–  Przeważyło   jedynie   wysokie   bezrobocie   w   budownictwie.   Perspektywa   utraty   tak 

dużego   zamówienia   byłaby   zbyt   wygórowaną   ceną   czyjegoś   uprzedzenia  –  przypomniał 
wysoki urzędnik.

–  Kiedy chodzi o duże pieniądze, pryncypia zwykle przeistaczają się w uprzedzenia – 

background image

zauważył mężczyzna.

Urzędnik uśmiechnął się z miną świadczącą o znajomości rzeczy. Wyraz jego twarzy był 

właściwy człowiekowi, który wie, na czym polega ta gra.

– Jak duże mają kłopoty?
–  Moim   zdaniem,   do   wygrzebania   się   z   nich   wystarczyłaby   rozsądna   polityka 

marketingowa. Interes nie rozkręca się tak szybko, jak się spodziewano, i bardzo możliwe, że 
macierzysta  firma,  czyli  Médic International sonduje, jaka będzie  reakcja rządu. Uważają 
zapewne, że władze nie dopuszczą do bankructwa szpitala, bo co wtedy z miejscami pracy i 
opinią publiczną? Więc firma nawet nie próbowała uporać się z problemami we własnym 
zakresie, tylko podjęła grę o większe inwestycje z publicznej kasy. Podobno Bannon dostaje 
na tym punkcie szału.

– Ale dlaczego interes nie rozkręca się wystarczająco szybko? Gdzie są ci wszyscy bogaci 

pacjenci i ich rodziny?  Z jakich powodów nie korzystają z placówki, która jest w stanie 
zapewnić najwyższy poziom usług na świecie?

–  Trudno   powiedzieć.   Może   wolą   jeździć   do   Londynu,   żeby   tam   wszczepiać   sobie 

bypassy i prostować skrzywione biodra – odparł urzędnik. – W końcu, zawsze mogą liczyć na 
to,   że   dostarczą   im   jedzenie   z  „Dorchestera”.   A   jak   poczują   się   lepiej,   wyskoczą   na 
bezalkoholowe piwo do „Annabelle”.

Mężczyzna skwitował uśmiechem aluzję do abstynencji z przyczyn religijnych.
– Ale przeszczepy to chyba co innego. Pod tym względem Médic Ecosse cieszy się już 

reputacją jednego z najlepszych szpitali w kraju.

–  Bez   wątpienia  –  zgodził   się   urzędnik.  –  A   James   Ross   należy   z   pewnością   do 

najlepszych transplantologów.

–  Miałem   okazję   poznać   go   osobiście.   Miły   facet.   Rzadko   spotyka   się   kogoś   tak 

błyskotliwego, a jednocześnie sympatycznego.

– O ile wiem, ma również imponujący dorobek naukowy. Takich publikacji w fachowych 

periodykach mogłoby mu pozazdrościć wiele ośrodków uniwersyteckich. Może jego prestiż 
zaważy w jakiś sposób na ostatecznej decyzji.

–  Wkrótce   się   przekonamy  –  powiedział   mężczyzna,   widząc,   że   minister   i   dyrektor 

administracyjny zbierają się do wyjścia. Stojący obok nich wysoki człowiek ruszył wraz z 
nimi. – To jeden z waszych czy ktoś od nich? – zapytał.

– Nazywa się Dunbar. Przyleciał z Londynu – odparł urzędnik. – Tylko niech pan mnie 

nie pyta, po co.

Człowiek, o którym była mowa, czyli Steven Dunbar, miał tytuł doktora. Był wysokim, 

ciemnowłosym mężczyzną, a jego ciemny, elegancki garnitur wskazywał na to, że korzysta z 
usług dobrego, londyńskiego  krawca. Nosił krawat świadczący o tym,  że służył  w Pułku 
Spadochroniarzy.   Miał   inteligentne   oczy   i   bystre   spojrzenie.   Naprawdę   nigdy   się   nie 
uśmiechał, choć szerokie usta sprawiały mylne wrażenie, że za chwilę roześmieje się od ucha 

background image

do ucha.

Został przysłany przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, a ściślej mówiąc, przez jego 

specjalną komórkę, znaną pod nazwą Inspektoratu Naukowo – Medycznego. Składała się ona 
z niewielkiej grupy inspektorów dochodzeniowych posiadających rozległą wiedzę w wielu 
różnych dziedzinach nauki i medycyny. Inspektorzy pracowali na zlecenie rządu, prowadząc 
dyskretne  śledztwa   w   sprawach,   z   którymi   nie   mogliby   się   uporać  zwyczajni   policyjni 
eksperci.

Wprawdzie policja posiadała specjalistyczne wydziały, jak na przykład Wydział do spraw 

Nadużyć,  czy wykwalifikowanych  oficerów  znających  się na dziełach  sztuki, ale na polu 
nowoczesnej   nauki   często   bywała   bezradna,   o   czym   wiedziano   powszechnie.   W   takich 
sytuacjach na scenę wkraczali ludzie z Inspektoratu Naukowo-Medycznego. Do nich należało 
rozstrzygnięcie, czy zgłoszone nieprawidłowości lub niezwykłe zdarzenia dają podstawę do 
wszczęcia oficjalnego śledztwa.

Dunbar był specjalistą w dziedzinie medycyny.
Ponieważ uznanymi autorytetami są zazwyczaj ludzie drażliwi, a jednocześnie wpływowi 

i ustosunkowani, wskazane było dyskretne i ostrożne postępowanie. Toteż pełnomocnictwa 
Dunbara nie zostały nikomu ujawnione. Oficjalnie występował jako urzędnik państwowy z 
Londynu,   oddelegowany  czasowo do  Urzędu  do spraw  Szkocji.  Tylko   Neil  Bannon  znał 
prawdę o jego specjalnej misji.

Od chwili przybycia na miejsce poprzedniego dnia, Dunbar traktowany był przez swych 

gospodarzy uprzejmie, lecz z rezerwą. Nie przejmował się tym jednak. Przywykł do tego, że 
zawsze działa sam i wszędzie uważany jest za obcego. To mu odpowiadało. Im mniej ludzi 
musiał   wtajemniczać   w   swoje   sprawy   służbowe,   tym   lepiej.   Łatwiej   mu   się   pracowało. 
Idealnie wykonana misja powinna wyglądać tak: zjawić się na miejscu, dowiedzieć się tego, 
co trzeba, i zniknąć, zanim ktokolwiek czegoś się domyśli. Nikt nie lubi, gdy na jego terenie 
kręci się jakiś ciekawski facet i wtyka wszędzie nos. A zwłaszcza wtedy, gdy tak naprawdę 
nie ma czego szukać. A tak często bywało.

Utrzymanie śledztwa w tajemnicy stanowiło w pracy Dunbara chyba najtrudniejszy, a 

jednocześnie   zapewne   najważniejszy,   problem.   Każda   sugestia   na   temat   czyjejś 
niekompetencji   lub   niewłaściwego   leczenia   wywoływała   w   środowisku   medycznym   jak 
najgorsze   reakcje.   Żadna   inna   grupa   zawodowa   nie   demonstrowała   lepiej   tak   obłudnego 
oburzenia i nie zwierała szczelniej swych szeregów. Musiał być absolutnie pewny, że ma 
rację, zanim wysunął jakiś zarzut. Teraz mógł się opierać jedynie na nie popartych żadnymi 
dowodami oskarżeniach dwóch byłych pielęgniarek tutejszego szpitala. Potrzebował o wiele 
więcej faktów, by móc ujawnić swą prawdziwą rolę.

Dunbar   zajął   miejsce   w   wyściełanym   fotelu   za   dębowym   stołem.   Bilecik   z   jego 

nazwiskiem wskazał mu, gdzie ma usiąść. Z kryształowej karafki nalał do szklanki trochę 
wody i sącząc ją obserwował, jak zasiadają wokół stołu pozostali uczestnicy zebrania. Gruby 

background image

dywan   sprawiał,   że   cała   operacja   przebiegała   w   dziwnej   ciszy.   Niewiele   wiedział   o 
przyczynach przyjazdu do Médic Ecosse specjalnej delegacji. Właściwie tylko tyle, że szpital 
ma jakieś kłopoty finansowe i liczy na rządową pomoc. Przełożeni Dunbara uznali to za 
świetną okazję do wprowadzenia go tutaj bez potrzeby ujawniania jego prawdziwej funkcji. 
Wszystko   odbyło   się   dość   pospiesznie.   Urząd   do   spraw   Szkocji   dostarczył   mu   niewielu 
informacji.   Trochę   udało   mu   się   podsłuchać   podczas  powitalnej   kawy.   Zdążył   się   już 
zorientować, o co chodzi i kto gra główne role. Teraz zamierzał przyjrzeć się interesującemu 
starciu.

James  Ross, chirurg konsultant i zarazem dyrektor  oddziału transplantacji, należał do 

dwuosobowej reprezentacji personelu medycznego Médic Ecosse. Drugim przedstawicielem 
kadry lekarskiej był doktor Thomas Kinscherf, dyrektor do spraw medycznych. Uśmiechał się 
często i sprawiał wrażenie człowieka mającego wprawę w obcowaniu z ludźmi. Ross siedział 
naprzeciw Neila Bannona, słuchał uprzejmie tego, o czym  mówiono i od czasu do czasu 
również   się   uśmiechał.   Sporadycznie   rzucał   okiem   na   zegarek,   zdradzając   lekkie 
zniecierpliwienie. Najwyraźniej nie mógł się doczekać właściwej części zebrania.

Ross wyglądał sympatycznie, miał nieco ponad czterdzieści lat, był przeciętnej budowy 

ciała i zaczesywał do tyłu proste włosy. Jego gładka skóra nosiła ślady opalenizny. Na nosie 
miał duże, kwadratowe okulary bez oprawy. Sprawiał wrażenie człowieka, który czuje się 
swobodnie, jest zadowolony z siebie, odniósł w życiu sukces i nie musi już nikomu niczego 
udowadniać. Do tradycyjnie ciemnego garnituru nosił różową muszkę, a z kieszonki jego 
marynarki   wystawała   chusteczka   w   tym   samym   kolorze.   Pod   względem   ubioru   stanowił 
typowy okaz chirurga.

Dyrektor administracyjny, Giordano, był uosobieniem osobistego uroku, gdy rozmawiał z 

przedstawicielami Urzędu do spraw Szkocji. Zwracał uwagę na każde słowo wypowiedziane 
przez gości, kwitował uśmiechem każdy żart, czasem wręcz śmiał się na cały głos. Było 
oczywiste, że ludzie reprezentujący Médic Ecosse chcą wywrzeć na przybyłej delegacji jak 
najlepsze wrażenie.

– Możemy zaczynać? – zapytał Bannon. Jako jeden z niewielu nie uśmiechał się.
Giordano otworzył zebranie i poprosił o ustalenie „parametrów finansowych, które mają 

być przedmiotem debaty”. Oznaczało to konieczność zapoznania się z raportami finansowymi 
przygotowanymi zarówno przez księgowych Médic Ecosse, jak i biegłych z Urzędu do spraw 
Szkocji.

Kiedy   zakończono   czytanie   dokumentów,   Bannon   powiódł   wzrokiem   po   ponurych 

twarzach ludzi zgromadzonych wokół stołu.

– Panowie – oświadczył – uważam, że powinniśmy przeciąć węzeł gordyjski i przejść od 

razu do rzeczy. Jest całkiem jasne, że ten szpital nie będzie mógł dalej funkcjonować, o ile 
natychmiast nie otrzyma zastrzyku gotówki. Powstaje tylko pytanie, z jakiego źródła mają 
pochodzić te pieniądze. – Zamilkł na chwilę, a zebrani wymienili znaczące spojrzenia. – Jak 

background image

rozumiem,   Médic   International   nie   ma   ochoty   dalej   inwestować   w   to   przedsięwzięcie. 
Pozostają zatem środki z funduszy publicznych. Szczerze mówiąc, nie do pomyślenia jest, 
byśmy wyasygnowali jakieś kwoty w okresie, gdy zaciskamy pasa i ograniczamy wydatki 
nawet na podstawowe cele społeczne.  –  Znów przerwał, aby odczekać, aż ucichnie szmer 
wokół stołu.  –  Ale z drugiej strony, rysująca się alternatywa jest również nie do przyjęcia. 
Zamknięcie   szpitala   oznacza   stratę   już   zainwestowanych   sum   i   pozbawienie   pracy   wielu 
ludzi. Słowem, jesteśmy między  młotem a kowadłem, jakby powiedzieli nasi amerykańscy 
kuzyni. Osobiście uważam, że byłoby absolutną tragedią, gdyby tak nowoczesna, niedawno 
otwarta   placówka   medyczna   na   światowym   poziomie   zaprzestała   działalności.   Ale   fakty 
mówią same za siebie.

– Że nie wspomnę o reperkusjach politycznych i cholernych kosztach, na jakie naraziłoby 

to partią torysów – mruknął laburzystowski radny.

–  Skoro   ten   szpital   jest   tak   wspaniały,   dlaczego  nie   przynosi   zysków?   –  zapytał 

dystyngowany   mężczyzna,   ubrany   w   przeciwieństwie   do   innych   w   jasny   garnitur. 
Reprezentował   największe   szkockie   towarzystwo   ubezpieczeniowe,   które   również 
zainwestowało kapitał w Médic Ecosse.

– Uważam, że potrafimy rozwiązać ten problem – odparł Thomas Kinscherf. – Tylko po 

prostu nie mamy na razie wystarczającej liczby pacjentów.

– Dlaczego?
–  Wydaje się, że nasi potencjalni klienci wciąż wolą szpitale londyńskie, choć poprzez 

właściwą   politykę   marketingową   powinniśmy   zmienić   ten   stan   rzeczy.   Chodzi   jedynie   o 
położenie geograficzne naszej placówki. Na początku nie docenialiśmy ważności tego aspektu 
i nie podjęliśmy w porę odpowiednich kroków.

–  W promieniu  mili  od tego miejsca znaleźlibyście  aż nadto pacjentów  –  wtrącił się 

radny. – Tylko że ludzi nie stać na tak drogie leczenie.

–  Mam   wrażenie,   że   już   to   przerabialiśmy  –  zauważył   niechętnie   Bannon.  –  Szpital 

powstał  z myślą  o pacjentach zagranicznych,  którzy będą zostawiać pieniądze  w  naszym 
kraju. To biznes. Placówka usługowa nastawiona na zysk,  podobnie jak hotele czy parki 
rozrywki. Nie ma w tym nic złego. W ogólnym rozrachunku wszyscy na tym skorzystamy.

– Skoro szpital nie zarabia pieniędzy, dzieje się wręcz przeciwnie.
–  Ale będzie zarabiał, sir  –  zapewnił Kinscherf.  – Potrzebujemy tylko jeszcze trochę 

czasu.

– I dużych sum społecznych pieniędzy – dodał radny.
– Naprawdę nie może być mowy o dalszym, bezwarunkowym finansowaniu – zaznaczył 

Bannon.  –  Nasi ludzie  dokonali  dogłębnej  analizy  danych  dotyczących  każdego  oddziału 
szpitala i sporządzili plan finansowy na najbliższe trzy lata. Na tej podstawie jesteśmy gotowi 
udzielić wam korzystnej pożyczki, ale pod pewnymi warunkami.

Giordano i Kinscherf wymienili spojrzenia. Uśmiechy zniknęły z ich twarzy.

background image

– Nasi specjaliści od finansów uwypuklili pewne problemy, których rozwiązanie byłoby 

przez nas mile widziane – ciągnął Bannon. – Prawdę mówiąc, będziemy wręcz na to nalegać.

– Oczywiście, weźmiemy pod uwagę wasze sugestie – obiecał Giordano.
–  Niepokoi   nas   niski   wskaźnik   dochodu,   jaki   wykazuje   oddział   transplantacji  – 

powiedział Bannon.

James Ross wyglądał na zaskoczonego. Poruszył się niespokojnie w fotelu.
–  Sugeruje pan, że mój oddział nie radzi sobie?  –  zapytał. Jego zdumienie podzielało 

wielu zebranych.

– Jestem daleki od takiego stwierdzenia – odparł Bannon. – Pański oddział osiągnął pełny 

sukces. Niestety, jak na razie, jedyny.

– Więc o co chodzi?
– Szkopuł w tym, że to raczej sukces w sensie medycznym, a nie finansowym. A wasze 

wydatki wydają się wyjątkowo duże.

– Przede wszystkim musimy mieć na względzie dobro pacjentów – odrzekł Ross, wciąż 

zdziwiony.  –  Chirurgia   transplantacyjna   to   wyjątkowo   kosztowna   dziedzina   medycyny, 
zarówno pod względem potrzebnej aparatury, jak i wykwalifikowanego personelu. Ale nasze 
osiągnięcia nie mają sobie równych.

– Znajduje to odbicie w opłatach, które pobiera szpital – skontrował Bannon. – Nikt nie 

kwestionuje   pańskich   kwalifikacji,   doktorze.   Pański   oddział   funkcjonuje   doskonałe,   a 
osiągnięcia są imponujące. O ile mi wiadomo, ma pan niezwykle wysoki wskaźnik udanych 
operacji.

– Nadzwyczajny – wtrącił Giordano.
–  Więc czego pan ode mnie chce?  –  spytał Ross.  –  Nie mogę zmniejszyć liczebności 

personelu.

– To nie jest kwestia uszczuplenia kadry, doktorze. Pieniądze trafiają na pański oddział, 

ale nie wygląda na to, żeby inwestorzy mieli z tego jakieś profity. My już wiemy, na czym 
polega problem. Ma pan zbyt wysoki budżet na badania naukowe.

Ross zdawał się szukać właściwych słów, zanim odpowiedział spokojnie:
–  Mój   kontrakt   gwarantuje   mi   wysokość   budżetu   na   prowadzenie   badań   naukowych 

proporcjonalną do zysku. Przede wszystkim dlatego zgodziłem się tu przyjechać.

– W porządku – odparł Bannon. – Lecz jeśli znajdą się publiczne pieniądze przeznaczone 

na przedłużenie działalności Médic Ecosse, ta umowa po prostu przestanie obowiązywać.

–  Ależ mój program badawczy ma kapitalne znaczenie, jeśli chcemy pogłębiać naszą 

wiedzę i robić dalsze postępy w leczeniu pacjentów – zaprotestował Ross.

– Wiem, jak się pan czuje, doktorze. Wiele przemawia na pańską korzyść. Proszę jednak 

zrozumieć,  że mamy do czynienia  nie z przedsiębiorstwem komercyjnym,  a z instytutem 
naukowym.   To   prywatny   szpital   i   zwyczajny   biznes.   Tu   się   leczy   pacjentów,   którym 
wystawia się rachunki za wykonaną usługę. Proste, prawda? Fundusze na badania zapewniają 

background image

uniwersytety   i   rady   naukowe.   Médic   International   i   jego   współinwestor,   czyli   rząd   Jej 
Królewskiej Mości – nie.

– Ale mój kontrakt...
–  Jestem pewien, że czytając go dokładnie jeszcze raz, przekona się pan, jak w istocie 

został sformułowany punkt, na który się pan powołuje. Otóż zapis dotyczący finansowania 
badań pozostaje w mocy wtedy, gdy wszystkie oddziały szpitala uzyskują dobre wyniki, nie 
tylko ten jeden...

– Obawiam się, że nie rozumiem. – Ross pochylił się lekko do przodu i szukając pomocy 

spojrzał na Giordana, a potem na Kinscherfa.

–  Zgodnie z umową pięćdziesiąt procent zysku netto z pańskiego oddziału może pan 

przeznaczać na realizację programu badawczego – ciągnął Bannon.

– Dokładnie – potwierdził Ross.
– Ale tylko wtedy... – Bannon uniósł palec  –  gdy wpływy z oddziału nie przekraczają 

dwudziestu   procent   ogólnych   przychodów   szpitala.   Tymczasem   stanowią   one   obecnie   aż 
sześćdziesiąt procent zysku.

Ross   z   powrotem   zagłębił   się   w   fotelu   i   znów   popatrzył   na   Giordana.   Dyrektor 

administracyjny szeptał coś do siedzącego obok księgowego, a jego mina świadczyła o tym, 
że   ma   jakieś   wątpliwości.   Skinienie   głowy,   stanowiące   odpowiedź,   było   dla   wszystkich 
jednoznaczne.

–  Ależ jakiekolwiek zmiany uzgodnionych  proporcji mogą zupełnie zahamować moje 

prace badawcze – zaoponował zdenerwowany Ross.

– Przykro mi, doktorze – odparł Bannon. – Powtórzę: to szpital, a nie uniwersytet.
– W takim razie, panowie, będę musiał się poważnie zastanowić, jakie zająć stanowisko 

w tej sprawie. – Ross zaczął zbierać ze stołu swoje papiery.

W sali zapanowało wyczuwalne skrępowanie. Bannon wyraźnie przyczepił się do Rossa. 

A przecież podobnie jak pozostali zdawał sobie sprawę, że Ross stanowi największy atut 
szpitala.   Bez   niego   i   bez   oddziału   transplantacyjnego   Médic   Ecosse   skazany   był   na 
zamknięcie. Widocznie jednak strona rządowa zdecydowała się forsować twarde warunki.

Jako postronny obserwator, Dunbar mógł się tylko domyślać, że Urząd do spraw Szkocji 

podjął ryzykowną grę, poirytowany plotkami głoszącymi,  iż Médic International zamierza 
sprawdzić   reakcję   władz.   Podejrzewał,   że   postawione   ultimatum   jest   w   istocie   blefem   i 
zostanie wycofane, kiedy Ross zagrozi odejściem. A ponieważ Ross stał na czele oddziału, 
który go interesował, był bardzo ciekaw, jak dalej potoczą się wypadki. Bannon przyglądał 
się przez chwilę zbierającemu się do wyjścia Rossowi, w końcu powiedział:

– Mam szczerą nadzieję, doktorze, że jednak uzna pan za możliwe kontynuowanie pracy 

w tutejszym szpitalu, gdzie przez ostatnie kilka lat wykonał pan tyle wspaniałych zabiegów 
chirurgicznych.

Ross skwitował te słowa nikłym uśmiechem. Zupełnie nie był przygotowany na to, co się 

background image

stało. Odchrząknął i zapytał:

– Czy w kwestii omawianych sum możliwy jest jakiś kompromis?
– Obawiam się, że nie – odparł Bannon.
Ross przełknął ślinę i wstał od stołu.
– Panowie wybaczą... mam coś do załatwienia.
–  Proszę mi wierzyć, doktorze, gdybyśmy mogli nadal finansować pańskie badania, na 

pewno robilibyśmy to. Wiem, jak bardzo panu zależy na kontynuowaniu pracy naukowej, 
jestem   pełen   uznania...   Nalegam,   aby   nie   podejmował   pan   żadnych   pochopnych   decyzji. 
Sytuacja może się całkowicie zmienić, kiedy szpital zacznie przynosić oczekiwane zyski.

Laburzystowski radny siedzący naprzeciw Dunbara pochylił się nad stołem i szepnął do 

niego:

– Cholerny hipokryta. Gówno ich obchodzą badania naukowe. Przemawia do nich tylko 

czysty zysk.

Dunbar uśmiechnął się w obliczu tej zupełnej zmiany frontu. Oto członek Partii Pracy 

bronił teraz Médic Ecosse. Ale miał własne zdanie na ten temat. Uważał, że Ross został 
skrzywdzony. Wokół stołu wyczuwało się napięcie. Zebrani wiedzieli, o jak wysoką stawkę 
chodzi. Patrzyli niczym gracze śledzący kulkę wirującą na tarczy ruletki.

– Czy są jeszcze inne warunki? – zapytał Giordano, gdy Ross opuścił salę konferencyjną. 

Wymówił   te   słowa   z  wyraźną   ironią,   spodziewając   się  zapewne   negatywnej   odpowiedzi. 
Pomylił się jednak.

–  Owszem,   są  –  wyprowadził   go   z   błędu   Bannon.  –  Chcielibyśmy   jakoś   zmienić 

wizerunek szpitala w oczach opinii publicznej. Bez względu na okoliczności finansowanie 
prywatnej  instytucji  z  państwowych  pieniędzy  zawsze  wzbudza  społeczny sprzeciw.  Jeśli 
dojdziemy do porozumienia i uruchomimy dalsze środki na wspieranie szpitala, z którego 
większość społeczeństwa nie może korzystać, Médic Ecosse powinien w zamian wykonać 
jakiś altruistyczny gest, w celu pozyskania przychylności ludzi.

– Ma pan na myśli pokazanie się społeczeństwu z dobrej strony? – upewnił się Giordano.
– Coś w tym rodzaju. Może zaoferowalibyście bezpłatne usługi pewnej liczbie pacjentów 

Szkockiej Narodowej Służby Zdrowia, którzy skorzystaliby z leczenia w waszej wspaniale 
wyposażonej placówce, zatrudniającej tak wysoko wykwalifikowaną kadrę medyczną.

Giordano odzyskał zimną krew.
– Uważam, że to doskonały pomysł, panie ministrze – powiedział z uśmiechem.
–  Wprawdzie w przeszłości leczyliśmy już niektórych pacjentów bezpłatnie, ale mogę 

zapewnić, że bez zastrzeżeń przyjmiemy kilku następnych. Zależy nam na dobrej reklamie.

– Świetnie. Myślę, że obecny tu nasz przyjaciel też będzie z tego zadowolony – odrzekł 

Bannon, spoglądając w kierunku laburzystowskiego radnego.

Członek Partii Pracy wzruszył ramionami.
– Gdyby to zależało ode mnie, przejęlibyśmy cały ten interes i udostępnili go wszystkim 

background image

potrzebującym.

– A personel szpitala żyłby pewnie powietrzem – zauważył ironicznie Bannon.
– Jeszcze coś? – spytał Giordano.
– Tak –  skinął głową Bannon.  – Ostatnia sprawa. –  W sali zaległa kompletna cisza.  – 

Chcielibyśmy   wprowadzić   tutaj   swojego   człowieka,   który,   ogólnie   mówiąc,   doglądałby 
prowadzenia przedsiębiorstwa.

– Jeszcze jeden ukłon w stronę społeczeństwa? – zapytał cicho Giordano.
– Powiedzmy – zgodził się Bannon. – Nasz przedstawiciel kontrolowałby, w jaki sposób 

wykorzystywane są pieniądze podatników.

– A, więc księgowy?
–  Nie  tylko.   Życzylibyśmy   sobie,  żeby miał  dostęp  do całej  administracji  szpitala,  z 

dokumentacją i archiwami włącznie.

–  Mamy   rozumieć,   że   pański   człowiek   będzie   sprawował   tu   jakąś   władzę?  –  spytał 

Giordano.

–   Nie   –  zaprzeczył   Bannon.  –  Chodzi   jedynie   o   to,   żeby   mógł   liczyć   na   waszą 

współpracę.

– W takim razie nie widzę przeszkód.
– Doskonale.
– Czy ma pan już kogoś konkretnego na myśli?
Bannon wskazał Stevena Dunbara.
– Tak. Będzie nas reprezentował doktor Dunbar.
Dunbar uśmiechnął się i skinął głową. Jednocześnie z uwagą obserwował reakcję ludzi z 

Médic Ecosse. Również się uśmiechali, ale niezbyt pewnie.

– A więc tę sprawę mamy załatwioną – oświadczył Bannon. – Wciąż pozostaje otwarta 

najważniejsza kwestia. Czy możemy się spodziewać osiągnięcia całkowitego porozumienia?

Nikt nie zgłosił sprzeciwu, ale zebrani wiedzieli, że wszystko zależy teraz od Rossa. A 

jego nie było już w sali.

– Może zjedlibyśmy lunch? – zaproponował nagle Giordano. – Nasza kuchnia jest bardzo 

dobra. Na pewno nikt nie będzie narzekał.

– Nigdy nie myślałem, że Bannon to facet z jajami i stać go będzie na takie rozegranie 

partii – stwierdził mężczyzna idący przed Dunbarem.

–  To kryminał, żeby tak potraktować Rossa  –  odrzekł jego rozmówca.  –  Myśli pan, że 

uda im się postawić na swoim?

–  Chyba wiele zależy od tego, co zrobi Ross. Bez niego... będziemy mieli po prostu 

jeszcze jeden zwykły szpital.

– Raczej pięciogwiazdkowy hotel.
– Uważa pan, że odejdzie?
–  Kto wie? Ciekawe, o ile zmniejszą mu fundusz na badania i czy są gotowi pójść na 

background image

jakieś ustępstwa. Może duma nie pozwoli mu przerwać pracy. Ale przyjęliby go wszędzie na 
świecie z otwartymi rękami. Z jego reputacją... Jeśli chce pan znać moje zdanie, Urząd do 
spraw Szkocji przegra tę partię.

– A zatem nie będzie żadnych zmian.
–  Przede wszystkim, dziwię się, po co w ogóle Ross tu przyjechał  –  zaczął się głośno 

zastanawiać pierwszy z mężczyzn. – Jeśli najbardziej interesuje go praca naukowa, powinien 
poszukać sobie miejsca w jakiejś znanej akademii medycznej.

– Słuszna uwaga – zgodził się jego rozmówca.
– A może to sprawa tutejszego jedzenia? – padło żartobliwe stwierdzenie.
Weszli   do   jadalni   i   przyjrzeli   się   temu,   co   im   zaoferowano.   Stoły   uginały  się   pod 

ciężarem wykwintnych potraw.

Lunch dobiegi końca o drugiej. Rozpoczęcie następnej rundy rokowań zaplanowano na 

drugą trzydzieści, toteż w przerwie przedstawiciele obu stron dyskutowali ze sobą. Dunbar 
krążył po jadalni z filiżanką kawy, podsłuchując grupki rozmawiających mężczyzn. Sprytnie i 
z   humorem   odpowiadał   na   pytania   dotyczące   jego   przyszłej   roli.   Twierdził,   że   jest   zbyt 
wcześnie, żeby o tym mówić. Nie osiągnięto przecież jeszcze porozumienia.

Zebranie miało się zaraz rozpocząć, gdy zauważył Giordana zatopionego w rozmowie z 

Rossem.  Widząc  zbliżającego  się ministra, dyrektor odszedł na bok, a jego miejsce zajął 
Bannon.   Dunbar   zastanawiał   się,   czy   nie   zamierza   zmienić   swego   nieprzejednanego 
stanowiska. Usadowił się w pobliżu dwóch głównych protagonistów.

–  Chyba pan rozumie, Ross, że nie ma w tym nic osobistego –  Bannon uśmiechnął się 

wymuszenie.

Ross posłał mu spojrzenie świadczące dobitnie o tym, co myśli o politykach.
– Oczywiście – odpowiedział ponuro.
– Doceniam znaczenie pańskich badań, doktorze. Wiem również, czym one są dla pana. 

Zapewne potrzebuje pan trochę czasu, by wszystko rozważyć. Ale pomyślałem, że może już 
podjął pan jakąś decyzję.

– Owszem, panie Bannon – odparł Ross. – Podjąłem.

background image

3

Mijał   trzeci   tydzień,   a   Kate   i   Sandy   wciąż   odbywali   podróże   do   Glasgow,   tam   i   z 

powrotem. Przedłużające się napięcie zaczęło dawać się im we znaki. Czuli się też winni, że 
nieustannie zwalniają się z pracy.

–  Będę musiała zrezygnować z tej posady  –  powiedziała Kate, gdy w kolejny piątek 

jechali odwiedzić Amandę. – To nie w porządku wobec szkoły.

– Jestem pewien, że rozumieją twoją sytuację – odparł Sandy.
– Ja też jestem tego pewna, ale przeze mnie mają zbyt dużo obowiązków. Nie wypada mi 

wykorzystywać ich w nieskończoność, a oni są zbyt uprzejmi, by mi cokolwiek powiedzieć. 
Będę musiała coś zdecydować.

– Może masz rację – przyznał Sandy. Był w lepszej sytuacji. Wprawdzie dwaj koledzy 

musieli   zastępować   go   podczas   dnia,   ale   on   brał   więcej   dyżurów   nocnych,   żeby   im   to 
wynagrodzić. Zarówno Charlie, jak i Andrew niedawno założyli rodziny i taki układ całkiem 
im   odpowiadał.   Kate   była   mniej   zadowolona.   Sandy   spędzał   z   nią   ostatnio   niewiele 
wieczorów.

–  Myślałam, że do tej pory Amanda dawno będzie w domu –  odezwała się Kate. –  Na 

początku mówili, że to zajmie najwyżej dwa tygodnie i potem będziemy przyjeżdżać tylko na 
dializy. Przypuszczam, że coś jest nie tak. A nawet jestem o tym przekonana, tyle że nic nam 
nie mówią.

Sandy   zerknął   kątem   oka   na   żonę   siedzącą   obok   w   samochodzie.   Zagryzła   wargi   i 

nerwowo wyłamywała sobie palce. Niewidzącym wzrokiem wpatrywała się w drogę wijącą 
się za szybą.

–  Grayson   na  pewno coś  by  nam  powiedział  –  próbował   ją  przekonać  Sandy.  –  On 

niczego   nie   ukrywa.   A   skoro   Turner   powiedział,   żebyśmy   dziś   przyjechali,   z   pewnością 
czegoś się dowiemy.

– Myślisz, że nasze małżeństwo wytrzyma tę próbę? – spytała nagle Kate.
– Oczywiście – odpowiedział zaskoczony. Zdjął rękę z kierownicy i mocno ścisnął dłoń 

Kate. Czuł, że jest bardzo spięta. – Co ci przychodzi do głowy?

background image

– Zawsze byliśmy sobie tacy bliscy. Ale teraz jakby coś się zmieniło. Nawet już mi nie 

mówisz, o czym myślisz.

– Oboje żyjemy w wielkim stresie. Wiele różnych rzeczy zaprząta naszą uwagę. To chyba 

dlatego.   Nigdy   nie   sądziłem,   że   trwające   przez   dłuższy   czas   zmartwienie   może   być   tak 
wyczerpujące. Czuję się jak przekręcona sprężyna.

– Jeśli tylko w tym rzecz...
– Naturalnie, że tak.
– Nie chcę, żeby cokolwiek nas rozdzieliło – powiedziała Kate.
– Nie rozdzieli – zapewnił ją Sandy. – Niedługo Amanda wróci do domu i znów będzie 

jak dawniej.

– Z wyjątkiem dializ.
– Może z czasem i do tego przywykniemy. A kiedy będziemy mieli aparaturę w domu, 

praktycznie kłopot przestanie istnieć. Zobaczysz. Zabiegi staną się zwyczajną codziennością. 
Czymś tak normalnym, że nie będziemy na nie zwracać uwagi.

Kate uśmiechnęła się słabo i spojrzała na niego.
– Nie wiem, co bym zrobiła bez ciebie.
– Daj spokój, kochanie – odparł Sandy. – Jesteś mi tak samo potrzebna, jak ja tobie.

– Mamy problem – oznajmił Grayson z właściwą sobie otwartością. Rozłożył na biurku 

dokumenty i poprawił okulary.

– Jakiego rodzaju? –  zapytał Sandy, czując, jak cierpnie mu skóra. Miał wrażenie, że 

nagle   z  niepokoju  i  niecierpliwości  wyostrzyły  się   wszystkie   jego  zmysły.   Słyszał   każdą 
kroplę deszczu spływającą po szybie okiennej za plecami Graysona. Czekał, co usłyszy z ust 
lekarza.

–  Prawdę   mówiąc,   nie   jesteśmy   pewni  –  odparł   Grayson.  –   Krew   Amandy   ulega 

ponownemu zakażeniu niemal natychmiast po tym, jak ją oczyścimy. To wymaga o wiele 
częstszych   dializ,   niż   zakładaliśmy.   Na   początku   myśleliśmy,   że   wystarczy   cykl 
dwutygodniowy,   ale   niestety   sprawa   wygląda   inaczej.   Uważamy,   że   to   może   mieć   coś 
wspólnego z degradacją tkanki w jej nerkach.

Degradacja tkanki! Słowa te zadźwięczały w głowie Sandy’ego złowrogim echem.
–  Chce pan powiedzieć, że jej nerki ulegają rozkładowi?  – zapytał, czując, jak zasycha 

mu w ściśniętym gardle. Musiał odkaszlnąć.

Grayson wzruszył ramionami.
– Taką mamy w tej chwili teorię. Oczywiście, żeby uzyskać całkowitą pewność, musimy 

zaczekać na pełny raport histologiczny.

Sandy miał wrażenie, że słucha mechanika w warsztacie samochodowym wyjaśniającego 

mu, co szwankuje w jego fordzie, a nie lekarza mówiącego o stanie zdrowia jego córki. 
Dlaczego akurat tacy ludzie zajmują się medycyną? Nie po raz pierwszy zastanawiał się nad 

background image

tym. W swojej pracy stykał się z różnymi przedstawicielami tego zawodu, którzy w jego 
mniemaniu  nie potrafili  współczuć chorym.  Nie widzieli w pacjentach żywych  istot, lecz 
kolejne przypadki, wyzwania intelektualne, problemy do rozwiązania, batalie, które można 
wygrać lub przegrać, walcząc o osiągniecie następnego szczebla w karierze.

–  Jak rozumiem, nie będziemy mogli zabrać jej do domu w najbliższej przyszłości?  – 

odezwała się Kate.

– To nie wchodzi w rachubę – odparł Grayson.
Kate utkwiła wzrok w podłodze, złączyła dłonie i zaczęła wykręcać sobie palce, a lekarz 

ciągnął dalej.

– Z przykrością muszę stwierdzić, że Amanda należy do takich pacjentów, którym dializa 

po prostu nie wystarcza. To już nic nie daje. Ona naprawdę potrzebuje przeszczepu.

– Bo inaczej umrze... – dokończyła Kate bezbarwnym głosem.
W pokoju przez chwilę panowała bolesna cisza, po czym Grayson przyznał zniżonym 

głosem:

– Obawiam się, że tak.
Sandy zauważył, że Kate przestała przebierać nerwowo palcami. Jej dłonie spoczywały 

teraz bezczynnie na kolanach, a twarz była absolutnie spokojna. Zaniepokojony, wyciągnął 
rękę i nakrył nią dłoń żony. Poczuł, że jest lodowata. Mówienie ze ściśniętym gardłem wciąż 
sprawiało mu trudność, ale spytał Graysona:

– Chyba takie przypadki powinny mieć pierwszeństwo?
– Oczywiście. Amanda otrzyma w rejestrze status pacjentki oczekującej na transplantację 

w pierwszej kolejności – potwierdził Grayson.

– Co to oznacza w praktyce?
– Że gdy tylko organ będzie osiągalny, zostanie jej przyznany bez konieczności czekania 

w kolejce. Ale, oczywiście, problemy może stwarzać typ tkanki. Narząd musi być właściwie 
dobrany.

– A może mógłby pochodzić od któregoś z nas? – spytała Kate.
–  Właśnie miałem to zasugerować  –  powiedział Grayson.  –  Możliwe, że pani lub mąż 

bylibyście odpowiednimi dawcami. Na pewno warto sprawdzić typ tkanki każdego z państwa, 
ale nie należy na to liczyć. Taka zgodność zdarza się rzadziej, niż ludzie sobie wyobrażają. 
Większe   prawdopodobieństwo   występowałoby   w   przypadku   brata   albo   siostry,   a   wręcz 
idealny byłby bliźniak. Ale Amanda to państwa jedyne dziecko.

– Więc jeśli żadne z nas nie okaże się odpowiednim dawcą, pozostanie nam czekać i mieć 

nadzieję?

– Tak to wygląda.
– Ile mamy czasu?
– Obawiam się, że nie potrafię powiedzieć – odparł sucho Grayson.
Sandy stracił cierpliwość. Miał już dość bezduszności lekarza.

background image

– Czy to pana w ogóle nie obchodzi? – wyrzucił z siebie.
– Słucham?
– Mówię o tragicznym położeniu naszej córki. Czy ono pana nie wzrusza jako człowieka?
– Naturalnie, że tak. – Grayson najwyraźniej poczuł się urażony pytaniem.
– Nie widać tego po panu – zauważył ze złością Sandy, ale Kate uspokajającym gestem 

położyła dłoń na jego ramieniu w obawie, że posunie się za daleko. Oboje wyszli z gabinetu.

Clive Turner, który przez cały czas nie odezwał się ani słowem, wybiegł za nimi.
–  Przepraszam –  powiedział, zamykając za sobą drzwi.  –  Doktor Grayson to już taki 

zimnokrwisty typ. W gruncie rzeczy nie jest nieczuły, tylko sprawia takie wrażenie.

Sandy skinął głową.
– Kiedy możecie zrobić nam testy sprawdzające typ tkanki?
– Nawet zaraz – odrzekł Turner. – Zanim odjedziecie. Ale jak uprzedzał doktor Grayson, 

lepiej nie robić sobie zbyt wielkich nadziei.

Spojrzenie Sandy’ego mówiło samo za siebie. Nie to chciał usłyszeć.
–  A   może   przedtem   napijemy   się   herbaty?  –  zaproponował   Turner.  –  Chciałbym   z 

państwem o czymś porozmawiać.

W pierwszej chwili Sandy miał zamiar odmówić. Ale mina Turnera nie wskazywała, że 

zaprasza   ich  na   rozmowę  tylko   przez  zwykłą   uprzejmość,  by zatrzeć   złe  wrażenie,  jakie 
wywarł na nich jego szef. Wyglądało na to, że ma im do powiedzenia coś konkretnego.

– W porządku – zgodził się. – Pewnie dobrze nam to zrobi.

W szpitalnej poczekalni dla gości unosił się mocny zapach herbaty i plastiku. Wysokie 

okna wychodzące na dziedziniec były zaparowane od gorąca bijącego od wciąż bulgocącego 
dzbanka z uszkodzonym termostatem. Przez nieliczne fragmenty szyb nie pokryte parą widać 
było   krople   deszczu   rozpryskujące   się   w   kałużach   na   podwórzu.   Turner   wskazał   Kate   i 
Sandy’emu stolik nakryty czerwoną serwetą, a sam poszedł po herbatę. Wkrótce przyłączył 
się do nich niosąc brązową, plastikową tacę. Przez chwilę ustawiał na spodeczkach filiżanki i 
rozmieszczał je na stoliku, w końcu napełnił je parującym płynem. Usiadł na swoim miejscu.

– To musi być dla państwa koszmar – zaczął.
–  Wszystko  stało  się strasznie  szybko  –  odparł Sandy,  starając się odpowiedzieć  coś 

sensownego. – Była zdrowa jak ryba i nagle znalazła się tutaj, i...

– Jest umierająca – dokończyła Kate.
Sandy pomyślał, że w tym momencie milczenie Turnera jest gorsze niż jakakolwiek zła 

wiadomość.

– O czym chciał pan z nami porozmawiać? – zapytał, nie mogąc znieść grobowej ciszy.
Turner oparł łokcie na stole i pochylił się do przodu, jakby zamierzał wyjawić jakiś wielki 

sekret

–  Musimy   zawczasu   się   zastanowić,   co  zrobić   dla   Amandy,   gdyby   żadne   z   was   nie 

background image

okazało się odpowiednim dawcą.

– Myślałem, że wówczas będziemy mogli tytko czekać – powiedział zdziwiony Sandy.
– Nie wiem, co wy na to, ale przyszedł mi do głowy pomysł, nad którym moglibyśmy się 

wspólnie zastanowić – wyznał Turner. – Istnieje pewna możliwość... Muszę podkreślić, że to 
tylko ewentualność, niezbyt pewna, ale chyba warto ją rozpatrzyć.

– Co to takiego? – spytał Sandy.
– Dostaliśmy okólnik z Urzędu do spraw Szkocji. Na podstawie jakiegoś porozumienia 

finansowego z rządem Szpital Médic Ecosse, który mieści się tu, w Glasgow, ma przyjąć 
bezpłatnie na specjalistyczne leczenie pewną liczbę pacjentów Narodowej Służby Zdrowia. 
Robili   to   już   kiedyś,   ale   tylko   z   dobrego   serca.   Teraz   będzie   się   to   odbywać   bardziej 
formalnie.   Podejrzewam,  że  znów   zależy  im  na  dobrej   prasie,  ale  fakt  pozostaje  faktem. 
Pacjentów przyjętych na podstawie nowej umowy będą leczyć jak własnych i zupełnie za 
darmo.

– Czy nas to jakoś dotyczy?
– Tak się składa, że Médic Ecosse ma znany na świecie oddział transplantacji.
– Myśli pan, że mogliby tam przyjąć Amandę, jak gdyby była prywatnym pacjentem?
– O ile zdążyłem się zorientować, nie zostało określone, jakich pacjentów można, a jakich 

nie można do nich kierować. Jeśli udałoby się wykazać, że pacjent wyraźnie skorzysta z 
pobytu   u   nich,   byłoby   to   chyba   wystarczające   kryterium.   Może   to   tylko   moje   pobożne 
życzenia, ale w końcu nie widziałem żadnych zastrzeżeń.

– Uważa pan, że Amanda rzeczywiście zyskałaby na tym? – zapytał Sandy.
–  Sądzę...  –  Turner urwał, jakby chcąc starannie dobrać słowa.  –  Sądzę, że Amanda 

mogłaby się szybciej doczekać przeszczepu w Médic Ecosse niż na naszym oddziale. A czas 
w jej przypadku bardzo się liczy.

–  Ale   w   jaki   sposób,   skoro   istnieje   międzynarodowy   rejestr   i   lista   oczekujących?  – 

spytała Kate.

Turner zastanowił się, zanim odpowiedział.
–  Podejrzewam,   że   istnieje   kilka   międzynarodowych   rejestrów   i   nie   wszystkie   są 

dostępne dla pacjentów leczonych w placówkach Narodowej Służby Zdrowia.

– Chyba nie rozumiem...
–  Obawiam   się,   że   gdy   chce   się   coś   zdobyć,   ważniejsze   są   pieniądze,   a   nie   stan 

potrzebującego. Międzynarodowy handel organami ludzkimi nie różni się od handlu innymi 
poszukiwanymi artykułami, których brakuje na rynku.

– To straszne! – powiedziała Kate.
– Ale nawet gdyby tak było, nie mogliby się przecież przyznać do tego i przyjąć Amandy 

na takich zasadach – zauważył Sandy.

– Oczywiście, że nie – uśmiechnął się Turner. – Ale mają również, co jest bardzo istotne, 

najnowocześniejszą   na   świecie   aparaturę   do   dializy.   Uważam,   że   już   samo   to   uzasadnia 

background image

wystąpienie z wnioskiem o przyjęcie Amandy do Médic Ecosse. Teraz najważniejszy jest dla 
niej  czas.  A  dzięki   ich  aparaturze  miałaby  go  znacznie   więcej. Jeśli  w  dodatku  mogliby 
zdobyć dla niej nerkę, tym lepiej.

– Jak mamy to załatwić? – zapytał Sandy.
–  Amanda musiałaby dostać skierowanie z naszego szpitala. Porozmawiam z doktorem 

Graysonem, jeśli chcecie.

– Mógłby pan? – W głosie Kate słychać było nadzieję i wdzięczność.
– Chyba nie powinienem się tak zachowywać – zaniepokoił się Sandy. – Niepotrzebnie 

na niego naskoczyłem.

– Niech pan się tym nie przejmuje – uspokoił go Turner. – Jest zbyt gruboskórny, żeby 

brać sobie takie rzeczy do serca. Złoży to na karb pańskiego zdenerwowania. Niewrażliwi 
ludzie zazwyczaj uważają coś takiego za nieporozumienie powstałe nie z ich winy. Odezwę 
się,   jak   tylko   z   nim   porozmawiam.   A   może   teraz   wpadniecie   na   górę   do   Amandy? 
Zawiadomię   was,   kiedy   laboratorium   będzie   gotowe,   żeby   zbadać   wasze   tkanki,   zanim 
odjedziecie. To prosta procedura.

Sandy wstał i uścisnął dłoń Turnera.
– Jesteśmy naprawdę wdzięczni.
– Miejmy nadzieję, że coś z tego wyjdzie – odrzekł lekarz.
Po   wyjściu   Turnera   Sandy   zaczekał,   aż   Kate   skończy   herbatę.   Nie   śpieszyła   się; 

próbowała odzyskać równowagę. Nie chciała, żeby Amanda zobaczyła łzy w jej oczach.

– Co o tym sądzisz? – zapytała, chowając chusteczkę i poprawiając włosy.
Sandy westchnął głęboko, jakby nagle opadło z niego wielkie napięcie. Pytanie Kate 

podziałało na niego jak przynoszące ulgę otwarcie zaworu bezpieczeństwa.

–  Nie wiem, co mam o tym myśleć  –  wyznał szczerze.  –  Gubię się w tym. Wszystko 

dzieje się tak szybko, że nie nadążam. Chciałbym zawołać: „Zaraz! Chwileczkę! Zaczekajcie! 
Usiądźmy i porozmawiajmy spokojnie. Nic takiego nie miało się przydarzyć naszej rodzinie. 
Zaszła jakaś straszna pomyłka. Niemożliwe, żeby chodziło o naszą córkę”. Ale to dzieje się 
naprawdę, czas płynie naprzód. Boję się. – Spojrzał Kate prosto w oczy.

Przełknęła ślinę, wyciągnęła rękę i dotknęła jego dłoni.
– Ja też – szepnęła.
Sandy pokręcił głową.
– Ciągle nie mogę uwierzyć... Zostałem skazany na siedzenie tutaj i modlenie się, żeby 

jakiś   prywatny   szpital   zechciał   w   drodze   łaski   przyjąć   moją   córkę.   Ja!   Były   skarbnik 
uniwersyteckiego Klubu Partii Pracy, weteran setek kampanii popierających i biorących w 
obronę Narodową Służbę Zdrowia. Jezu! Co za los.

–  Jesteś   po   prostu   ojcem   próbującym   pomóc   swojej   córce,   najlepiej   jak   potrafisz   – 

powiedziała miękko Kate. – Nie ma się czego wstydzić.

Sandy wzruszył ramionami. Nie był o tym do końca przekonany.

background image

– Chodźmy do niej – westchnął.
Oboje uśmiechnęli się promiennie, gdy wkroczyli do sali Amandy, ale pogodne twarze 

miały tylko ukryć ich niepokój. Amanda wyglądała na bardzo chorą. Kate po raz pierwszy 
widziała w jej oczach tak nieobecne spojrzenie w dniu, kiedy zachorowała w szkole. Amanda 
była blada i miała spowolnione ruchy, jakby zupełnie opuściły ją siły.

– Mamusiu, ja chcę do domu – poprosiła, gdy Kate przytuliła ją do siebie.
–  Wiem, kochanie, ale jeszcze nie czujesz się dobrze  –  wyjaśniła.  –  To już nie potrwa 

długo. Wszystkie dzieci z klasy przesyłają ci pozdrowienia. Prosiły, żebym przekazała ci tę 
kartkę. Popatrz, są na niej podpisy twoich koleżanek i kolegów.

Amanda rzuciła okiem na kartkę, lecz jej mgliste spojrzenie nie zmieniło się.
–  Doktor Turner mówi, że jesteś bardzo dzielną dziewczynką  –  odezwał się Sandy, ale 

widok   córki   przerażał   go.   Sprawiała   wrażenie,   jakby   zupełnie   straciła   ducha   i   wszelką 
energię, choć przecież rano miała dializę. Starał się o tym nie myśleć, ale nie mógł pozbyć się 
obaw, że znalezienie odpowiedniego dawcy organu nie nastąpi prędko.

W sali pojawił się Turner i zabrał Chapmanów na korytarz.
– Udało mi się porozmawiać z doktorem Graysonem. Nie ma nic przeciwko temu, żeby 

wystąpić z oficjalnym wnioskiem o przyjęcie Amandy do Médic Ecosse – zakomunikował. – 
Załatwienie formalności pozostawił mnie, więc zaraz się tym zajmę.

– Jesteśmy niezmiernie wdzięczni – podziękowała Kate. Sandy powtórzył to samo.
– W tym czasie możecie pójść do laboratorium. Już tam na was czekają. Siostra pokaże 

wam drogę.

– Czy naprawdę wierzysz, że ona z tego wyjdzie? – zapytała Kate w drodze powrotnej do 

domu. – Szczerze?

Jej głos brzmiał tak bezbarwnie, że Sandy się zaniepokoił. Nigdy przedtem nie słyszał 

żony   mówiącej   tak   apatycznie.   Podczas   trwającego   od   trzech   tygodni   kryzysu   jakby 
poznawali się od nowa. Czasem zdawało mu się, że przebywa z kimś obcym. Wiedział, że 
udawanie optymisty nie jest dobrym pomysłem, nawet gdyby mógł się na to zdobyć, w co 
bardzo wątpił.

– Szczerze mówiąc, nie wiem – odrzekł cicho. – Ale jeśli istnieje Bóg i słucha modlitw 

tych, którzy nie tracą nadziei, i wie, jak bardzo ją oboje kochamy, sprawi, że ona przeżyje.

Kate ścisnęła jego ramię.
– Wiesz, sama już dokładnie nie mogę określić, w co jeszcze wierzę. Nie sądzę, byśmy 

mogli liczyć na cud, dzięki któremu Amanda nagle wyzdrowieje, a Grayson i Turner nie są 
optymistami   i   nie   dają   nam   wielkich   szans   jako   odpowiednim   dawcom.   Więc   co   nam 
pozostaje? Mieć nadzieję, że wkrótce umrze jakieś dziecko mające taki sam typ tkanki jak 
Amanda? Czy naprawdę możemy  pragnąć, aby czyjemuś dziecku przydarzył się tragiczny 
wypadek? – Wybuchnęła płaczem i sięgnęła po chusteczkę. – Przepraszam...

background image

–  Uważam, że przede wszystkim powinniśmy myśleć o przyjęciu  Amandy do Médic 

Ecosse  –  odpowiedział Sandy.  Bardzo chciał objąć Kate, ale musiał się koncentrować na 
prowadzeniu   samochodu.  –  Jeśli   rzeczywiście   mają   tam   lepszą   aparaturę   do   dializy,   jak 
twierdzi Turner, Amanda powinna bardzo szybko poczuć się dużo lepiej. Kiedy zobaczymy 
poprawę, wtedy i my będziemy mieli lepsze samopoczucie. Co do nerek, zdajmy się na los i 
lekarzy. Zgoda?

Kate skinęła głową i wytarła nos.

Tymczasem   w   Szpitalu   Chorób   Dziecięcych   w   Glasgow   Clive   Turner   wypełniał 

dokumenty   potrzebne   do   skierowania   pacjenta   na   bezpłatne   leczenie   do   Médic   Ecosse. 
Korzystał ze źródła, jakim była historia choroby Amandy. Im bardziej się w nią zagłębiał, tym 
mniejszą miał nadzieję, że dziewczynka zostanie tam przyjęta. Powinien pomyśleć o tym 
wcześniej,   zanim   podsunął   swój   pomysł   Chapmanom.   Nie   trzeba   być   lekarzem,   żeby 
zauważyć, że przypadek Amandy stanowi duże ryzyko dla reputacji prywatnego szpitala i 
może   nie   zrobić   mu   dobrej   reklamy.   A   o   nią   właśnie   chodziło,   jak   zorientował   się   na 
podstawie pytań zawartych w kwestionariuszach. Médic Ecosse potrzebował dobrej prasy po 
serii   krytycznych   artykułów   w   gazetach   przedstawiających   go   jako   placówkę   medyczną 
wyłącznie dla bogatych, co wywołało falę społecznej niechęci. Ludzie bez sprzeciwu godzą 
się   z   istnieniem   pięciogwiazdkowych   hoteli,   luksusowych   aut   i   mnóstwa   innych   rzeczy 
dostępnych  tylko dla najzamożniejszych. Lecz gdy chodzi o opiekę zdrowotną, zaczynają 
domagać się respektowania zasad równości. Marny los czeka polityka, który przynajmniej na 
pokaz nie ugnie się w obliczu takich żądań.

Zdrowy rozsądek kazał się domyślać, że Médic Ecosse zależy na pacjentach, których 

łatwo   i   szybko   da   się   wyleczyć,   a   następnie   przekazać   zdrowych   w   ręce   zachwyconych 
rodzin,   najlepiej   w   blasku   reflektorów   i   w   obecności   kamer.   Wówczas   społeczeństwo 
pozbyłoby się uprzedzeń wobec prywatnego szpitala. Uznałoby go za placówkę prowadzoną 
przez   fachową,   ofiarną   kadrę   lekarską.   Ludzie   doceniają   takie   rzeczy.   Natomiast,   jak 
przypuszczał Turner, nic nie można byłoby zyskać, angażując się w trudne przypadki niosące 
ryzyko śmierci pacjenta. Lepiej zostawić to komuś w rodzaju Matki Teresy.

Im   dłużej   o   tym   myślał,   tym   większe   zwątpienie   go   ogarniało.   Zwłaszcza   kiedy 

uświadomił sobie, że dlatego Grayson tak chętnie zgodził się na jego propozycję wystąpienia 
z   wnioskiem   o   przeniesienie   Amandy.   Grayson   również   nie   chciał   mieć   na   koncie 
niepowodzenia.   Turner   pożałował,   że   w   ogóle   rozmawiał   o   tym   z   Chapmanami. 
Niepotrzebnie   dał   im   nadzieję,   a   teraz   obawiał   się,   że   wkrótce   spotka   ich   srogi   zawód. 
Zastanawiał się, czy nie należałoby skorzystać z osobistych kontaktów. Może lepiej byłoby 
porozmawiać   z   kimś   w   Médic   Ecosse,   niż   wysyłać   formalne   zgłoszenie?   Doszedłszy   do 
wniosku, że nie  zaszkodzi spróbować, podniósł słuchawką telefonu. Wszystkie linie Médic 
Ecosse były zajęte.

background image

Turner   siedział   i   czekał   z   dłonią   opartą   na   aparacie.   Przez   jakiś   czas   przyglądał   się 

kroplom deszczu spływającym po oknach dyżurki, w końcu nacisnął przycisk powtarzający 
wybrany ostatnio numer. Tym razem miał szczęście.

–  Chciałbym rozmawiać z kimś, kto zajmuje się przyjmowaniem pacjentów Narodowej 

Służby Zdrowia na nowych zasadach, czyli bezpłatnie.

Kazano mu zaczekać. Znów wpatrywał się w mokre okienne szyby. Ze słuchawki płynęły 

dźwięki Eine kleine Nachtmusik Mozarta.

Nagle muzyka ucichła i odezwał się inny kobiecy głos. Turner powtórzył prośbę.
–  Mogę   wysłać   panu   formularz,   doktorze.   Wypełni   pan   tylko   odpowiednie   rubryki, 

wpisując dane pacjenta, i uzasadni, dlaczego pobyt u nas byłby dla niego korzystny. Potem 
odeśle nam pan formularz, a rozpatrzeniem wniosku zajmie się powołana do tego komórka.

–  Mam   już   druki  –  odrzekł   Turner.  –  Chciałbym   jednak   porozmawiać   z   kimś 

kompetentnym na temat mojej pacjentki.

– Proszę chwilkę zaczekać.
Znów krople deszczu spływające po szybach. I znów Mozart. Na korytarzu rozległ się 

płacz dziecka skarconego przez matkę za złe zachowanie.

– Leo Giordano, dyrektor administracyjny Szpitala Médic Ecosse. Czym mogę służyć?
Turner wyjaśnił, w jakiej sprawie dzwoni i zapytał o szansę Amandy na przyjęcie do 

szpitala.

–  Zazwyczaj   nie   wykonujemy   przeszczepów   bezpłatnie  –  odparł   Giordano.  –  Z 

oczywistych powodów. W grę wchodzą duże pieniądze.

– Czy to znaczy, że nigdy nie przyjmujecie takich pacjentów?
–  Tego nie powiedziałem...  –  Giordano zawahał się.  –  Ale przeszczepy są piekielnie 

drogie, a nasz szpital nie jest obecnie w najlepszej sytuacji finansowej. Pewnie słyszał pan o 
tym.

– Obawiałem się, że usłyszę taką odpowiedź – przyznał Turner. – W tej chwili naszym 

największym problemem jest brak pozytywnej reakcji Amandy na dializy. Wasza aparatura 
jest znacznie  bardziej  skuteczna niż nasza. Gdyby  z niej  korzystała,  mogłaby przeczekać 
okres potrzebny do znalezienia dawcy.

– Rozumiem... – powiedział Giordano. – Jak się domyślam, nie ma rodzeństwa?
– Jest jedynaczką – potwierdził Turner. – Sprawdzamy typ tkanki jej rodziców, ale szansę 

są niewielkie.

– Zatem rozmawiamy o dziecku, które może nie mieć innego wyjścia?
– Właśnie.
–  Istnieje  duże   prawdopodobieństwo,  że   pobyt   u  nas   też   jej   nie  pomoże  –  uprzedził 

Giordano.

–  To oczywiste... Panie Giordano, postawmy sprawę jasno  –  zaproponował Turner.  – 

Wiem,   że   przyjmując   Amandę   nie   odniesiecie   korzyści   finansowych   ani   politycznych. 

background image

Przychylne potraktowanie przez pana mojej prośby byłoby tylko humanitarnym gestem. Ta 
dziewczynka to ukochane dziecko bardzo sympatycznej pary. Chciałbym, żeby udało im się 
wyjść z tego koszmaru, bo uważam, że po prostu na to zasługują.

– Doceniam, że jest pan ze mną szczery, i dziękuję – odrzekł Giordano. – Ostatnie słowo 

w   tej   sprawie   nie   należy   jednak   do   mnie.   Decyzję   musi   podjąć   nasz   dyrektor   do   spraw 
medycznych, doktor Kinscherf, i oczywiście doktor James Ross, szef oddziału transplantacji.

– Czy mógłby pan przynajmniej przedstawić im moją prośbę? – zapytał Turner.
– Naturalnie – zgodził się Giordano. – Gdyby to zależało ode mnie, od razu wyraziłbym 

zgodę. Uważam, że miejscowe szpitale powinny sobie pomagać. Ale bywa różnie. Kiedy 
Médic Ecosse chce pożyczyć od którejś z placówek Narodowej Służby Zdrowia pół litra krwi, 
podnosi się krzyk, że społeczne lecznictwo wspiera bogaty, prywatny szpital. Nazywa się to 
skandalem i tak dalej. Wie pan zresztą, jak to wygląda.

– Wiem.
– Tak czy owak trzeba przysłać do nas formalny wniosek. Bez niego się nie obędzie.
– Dobrze. Dziękuję panu.
– Nie ma za co. Miejmy nadzieję, że się panu powiedzie, i tej dziewczynce również.
Turner wyłączył się i w zamyśleniu postukał długopisem w blat biurka. Zrobił, co mógł. 

A jednak nie był przekonany, że to wystarczy. Wypełnił do końca formularz i podpisał się. 
Wniosek powinien być jeszcze parafowany przed wysłaniem przez ordynatora oddziału, czyli 
Graysona. Turner spojrzał na zegarek – o tej porze szefa już nie było. Będzie musiał złapać go 
następnego dnia rano. Już miał odłożyć na bok dokumentację Amandy, gdy zauważył raport 
laboratoryjny określający typ jej tkanki. Przesiadł się do sąsiedniego biurka z komputerem i 
wszedł do Międzynarodowego Rejestru Dawców Organów. Zaglądał do niego już rano, ale 
mając   przed   sobą   wszystkie   szczegóły,   chciał   zrobić   to   jeszcze   raz.   Wprowadził   dane 
Amandy i zapytał o odpowiedniego dawcę.

POSZUKIWANA HOMOLOGICZNOŚĆ? – ukazało się pytanie na monitorze.
80 PROCENT – wystukał na klawiaturze.
BRAK – odpowiedział komputer.
Turner ponowił pytanie, lecz tym razem zmniejszył procent do siedemdziesięciu.
BRAK.
Zrezygnował.   Może   jutro.   Westchnął   i   mruknął   pod   nosem:  „Ciągle   jutro,   i   jutro,   i 

jutro...”. Wyszedł z pokoju i wrócił na oddział.

Sandy zerknął na zegarek i zaklął cicho. Na szosie prowadzącej z Glasgow panował duży 

ruch, w dodatku, z powodu robót drogowych, połowa jezdni została zamknięta na odcinku 
pięciu mil i można było jechać tylko jednym pasem.

– Zdążysz coś zjeść przed pójściem do pracy? – zapytała Kate.
– Raczej nie. Odwiozę cię do domu i pojadę do szpitala. Zjem po powrocie.

background image

– Jestem pewna, że Charlie nie miałby ci za złe półgodzinnego spóźnienia.
–   Normalnie,   nie   –  zgodził   się   Sandy.  –  Ale   dziś   jedno   z   jego   dzieci   ma   urodziny. 

Obiecałem, że będę na czas.

Kate zaproponowała, że wysiądzie u stóp wzniesienia, na którym stał ich domek. Sandy 

natychmiast odjechał. Spóźnił się do pracy tylko pięć minut.

background image

4

Był   niedzielny   wieczór,   gdy   Steven   Dunbar   wsiadł   do   autobusu   jadącego   z  portu 

lotniczego w Glasgow do centrum miasta. Na dworze panowała ciemność i padał deszcz. 
Ponury widok wiktoriańskich budynków, wyglądających jeszcze bardziej posępnie o tej porze 
dnia i przy takiej pogodzie, nie poprawiał mu nastroju. Następnego ranka miał rozpocząć 
swoją misję w Médic Ecosse.

Nie spodziewał się, że Urząd do spraw Szkocji okaże się tak nieustępliwy w kwestii 

obcięcia budżetu na badania naukowe Jamesa Rossa. Nieugięta postawa delegacji rządowej 
zaskoczyła  wszystkich uczestników  zebrania. Patrząc wstecz, uznał za żenujące, że urząd 
nawet   nie   udawał   zainteresowania   prowadzeniem   negocjacji,   nie   wykonał   żadnego   gestu 
dobrej woli. Jakby to, co czuje znakomity chirurg, nie miało żadnego znaczenia, a jego praca 
w ogóle się nie liczyła.

Dunbar był pewien, że Ross złoży rezygnację, co doprowadzi do zaniknięcia szpitala i w 

konsekwencji zakończy całą sprawę, ale stało się inaczej. Ku ogólnemu zdumieniu chirurg 
przystał na warunki Urzędu do spraw Szkocji. Z filozoficznym spokojem stwierdził po prostu, 
że rozumie trudną sytuację władz i konieczność ograniczania wydatków.

Dunbar   podejrzewał,   że   grupa   Médic   International   prowadziła   z   Rossem   jakieś 

zakulisowe rozmowy zakończone zawarciem potajemnej ugody, gdyż zależało jej na dalszym 
funkcjonowaniu   szpitala   i   usługach   znanego   chirurga.   Ale   niczego   takiego   nie   podano 
oficjalnie   do   wiadomości,   podobnie   jak   nie   wypłynęły   żadne   nowe   fakty   świadczące   o 
dalszym finansowaniu badań Rossa z innego źródła. Ross oświadczył tylko, że jako lekarz 
czuje się w obowiązku nadal pracować w Médic Ecosse. Ma listę oczekujących pacjentów, za 
których odpowiada i nie może ich zawieść. Oddział transplantacji będzie funkcjonował jak 
przedtem.

Było jasne, że ludziom z Urzędu do spraw Szkocji udało się cudem postawić na swoim. 

Wyraz zaskoczenia i ulgi pojawił się na twarzy Bannona  zaledwie na moment, gdy Ross 
przełknął   gorzką   pigułkę   i   pogodził   się   z   żądaniami   niemal   niemożliwymi   do   przyjęcia, 
zamiast unieść się honorem, ale Dunbar zdążył to dostrzec. Teraz trudno było mu osądzić, czy 

background image

minister gotów był w ostatniej chwili pójść na ustępstwa. Zastrzyk publicznych pieniędzy dla 
szpitala   miał   w   obecnej   sytuacji   lepsze   uzasadnienie,   bo   strona   rządowa   zawarła 
porozumienie na dużo korzystniejszych warunkach, a społeczeństwo uzyskało szerszy dostęp 
do   prywatnej   placówki   medycznej.   Nawet   laburzystowski   opozycjonista   uczestniczący   w 
zebraniu musiał przyznać, że zawarto satysfakcjonującą go umowę.

Oczywiście, jeden z punktów porozumienia dotyczył osobiście Dunbara. Został przecież 

oddelegowany do Médic Ecosse w charakterze państwowego kontrolera, mającego czuwać 
nad   wydawaniem   społecznych   pieniędzy.   Podstęp   wymyślony   przez   jego   prawdziwych 
przełożonych okazał się dobry. Mógł rozpocząć śledztwo.

Inspektorat   Naukowo-Medyczny   zwrócił   uwagę   na   Médic   Ecosse   po   skardze 

pielęgniarki,   która   już   nie   pracowała   w   szpitalu.   Według   niej   pięć   miesięcy   wcześniej 
dopuszczono się zaniedbania wobec jednej z pacjentek poddanej zabiegowi transplantacji. 
Dziewczynka nazwiskiem Amy Teasdale zmarła w wyniku przeszczepu nerki, co wydawało 
się początkowo rutynową operacją. Jej organizm odrzucił jednak obcy organ i nastąpił zgon. 
Starsza pielęgniarka, niejaka Lisa Fairfax, twierdziła, że doszło do tego na skutek pomyłki, w 
wyniku   której   pacjentka   otrzymała   niewłaściwy   narząd.   Nie   potrafiła   podać   szczegółów, 
wyjaśniła jednak, że odrzucenie przeszczepu było tak gwałtowne, iż nasunęło się jej tylko 
jedno wytłumaczenie.  W innych  okolicznościach jej skargę rozpatrywano by najwyżej  na 
szczeblu   lokalnym,   lecz   okazało   się,   że   podobny   wypadek   zdarzył   się   prawie   trzy   lata 
wcześniej, zaledwie w kilka miesięcy po otwarciu szpitala, i również zgłoszony został przez 
pielęgniarkę.

Siostra Sheila Barnes opowiedziała wówczas niemal taką samą historię. W szpitalu zmarł 

chłopiec, którego organizm odrzucił przeszczepioną nerkę. Po tym wydarzeniu pielęgniarka 
zrezygnowała   z   pracy   na   znak   protestu,   gdyż   nikt   nie   potraktował   jej   skargi   poważnie. 
Przełożeni   wysłuchali   jej,   lecz   nie   wszczęli   wewnętrznego   dochodzenia   na   oddziale 
transplantacji. Uważała, że zignorowano jej meldunek w obawie przed skandalem mogącym 
zaszkodzić wizerunkowi nowo otwartej placówki medycznej. Siostra Barnes nigdy jednak nie 
wycofała   swego   oskarżenia.   Miała   zamiar   doprowadzić   do   śledztwa,   lecz   wkrótce 
zachorowała na raka i musiała zrezygnować z planowanej kampanii. Obecnie była w ostatnim 
stadium   choroby   i   przebywała   w   hospicjum   dla   nieuleczalnie   chorych  „Pod   Bukami”, 
znajdującym się w Helensburghu nad rzeką Clyde. Dawno zapomniano o niej i jej zarzutach, 
gdy nagle wpłynęła skarga od pielęgniarki Fairfax.

Komputer Inspektoratu Naukowo-Medycznego doszukał się podobieństwa tych dwóch 

spraw. W jego pamięci  zgromadzone  były  wszystkie  meldunki  na temat  różnego rodzaju 
nieprawidłowości występujących  w brytyjskich  szpitalach,  nawet te najbardziej  trywialne. 
Większość   z   nich   miała   właśnie   taki  charakter.   Najczęściej   skargi   pochodziły   od 
niezadowolonych   pacjentów   i   okazywały   się   nieuzasadnione.   Równie   często   zawistny 
personel bezpodstawnie oskarżał pracodawców. Czasami jednak komputer, analizujący każdą 

background image

informację, wyłapywał coś, co człowiek mógłby przeoczyć. Tym razem zwrócił uwagę na 
zastanawiającą   zbieżność   meldunków   obu   pielęgniarek.   Dwie   kobiety   utrzymywały,   że   u 
pacjentów   pozostających   pod   ich   opieką   wystąpiły   objawy   odrzutu   przeszczepu 
spowodowane wszczepieniem niewłaściwego organu. Teraz jedna z nich umierała na raka, a 
druga, siostra Fairfax, pozostawała bez pracy po zwolnieniu jej ze szpitala.

Dunbar zameldował się w hotelu położonym  w pobliżu centrum miasta i stwierdził z 

zadowoleniem,   że   jego   nowa   kwatera   zapewnia   mu   anonimowość.   W   dodatku   była 
przyjemnie   ciepła,   co   miało   niebagatelne   znaczenie,   gdyż   trząsł   się   z   zimna.   W   Szkocji 
zawsze temperatura wydawała mu się o trzy lub cztery stopnie niższa niż na południu Anglii, 
gdzie   mieszkał.   Zauważył   to   po   raz   kolejny,   gdy   tylko   wysiadł   z   samolotu.   W   dodatku 
powietrze   przesycone   było   nieprzyjemną,   marcową   wilgocią.   Rzucił   neseser   na   łóżko   i 
podszedł do okna. Mokrymi ulicami wolno sunęły samochody – światła reflektorów odbijały 
się w kałużach; studzienki ściekowe nie nadążały z odprowadzaniem wody z jezdni.

Po kilku minutach zaciągnął zasłony i podszedł do telefonu. Zamówił do pokoju duży 

dżin z tonikiem, kanapki z kurczakiem i dzbanek mocnej kawy. Potem zamierzał wziąć kąpiel 
i zasiąść do czytania swoich dokumentów. Musiał opracować plan działania.

Leżąc z zamkniętymi oczami w gorącej wodzie sięgającej mu do brody zastanawiał się, 

co skłoniło Jamesa Rossa do pozostania w Médic Ecosse. Wiedział, że chirurg cieszy się dużą 
popularnością, ma opinię doskonałego lekarza i błyskotliwego naukowca, jest lubiany przez 
kolegów,   uważany   za   człowieka   bardzo   oddanego   swoim   pacjentom.   Ale   jak   każdy 
śmiertelnik podlegał działaniu ogólnych praw rządzących ludzką naturą. Dunbar uważał, że 
prawa te stanowią siłę napędową wszystkich ludzkich poczynań i doceniał ich znaczenie. 
Bardzo   często   stykał   się   z   ważnymi   osobami   na   wysokich   stanowiskach   ukrywającymi 
sprytnie   swe   prawdziwe,   egoistyczne   oblicze   pod   sympatycznie   wyglądającą   maską.   Ale 
kiedy   zasłona   opadała,   zawsze   ujawniały   się   typowe   cechy   ludzkiego   charakteru,   które 
posiada każdy, czy to robotnik w hali fabrycznej, czy członek zarządu firmy, chirurg w sali 
operacyjnej lub księgowy.

Ross   był   dumnym   człowiekiem.   Miał   ku   temu   wszelkie   powody.   Posiadał   również 

typową cechę chirurga. Należał do ekstrawertyków. Nieśmiałość i chirurgia nie chodzą w 
parze.   W   sali   operacyjnej   nie   ma   miejsca   na   wątpienie   w   siebie.   Według   Dunbara,   taki 
człowiek nie pozwoliłby sobie na to, by publicznie stracić twarz. A tak właśnie zachował się 
Ross. W obliczu drastycznego ograniczenia środków na jego badania i przy zupełnym braku 
szansy na  kompromis powinien unieść się honorem i złożyć rezygnację. A jednak postąpił 
inaczej.

Oczywiście, mogła nim kierować troska o kolegów, którzy straciliby pracę, gdyby doszło 

do zamknięcia szpitala. A jeśli wyłącznie on byłby za to odpowiedzialny,  poczucie winy 
stanowiłoby ciężar nie do udźwignięcia. Istniała jeszcze jedna możliwość. Ten człowiek był 

background image

po prosta świętym, a wówczas nie miałyby do niego zastosowania zasady dotyczące ludzkiej 
natury, w które wierzył Dunbar.

Przypuszczał, że bez trudu udałoby mu się sprawdzić, czy Ross nie korzysta z innych 

źródeł  finansowania swych  badań naukowych.  Miał przecież  prawo kontrolowania  działu 
księgowości Médic Ecosse. Przy okazji z chęcią dowiedziałby się, czy rzeczywiście istnieje 
zakulisowe   porozumienie   z   Médic   International.   Ale   to   nie   pomogłoby   mu   znaleźć 
odpowiedzi na pytanie, dlaczego Ross zachował się niezgodnie ze swoim charakterem. A to 
wydawało mu się najważniejsze.

Rozmyślając   o   Rossie,   Dunbar   postanowił,   że   po   wyjściu   z   wanny   przeanalizuje 

wszystkie informacje na temat chirurga, jakie posiada. Ponieważ nie zamierzał opuszczać 
pokoju hotelowego, włożył sweter i dżinsy, nie zawracając sobie głowy wkładaniem butów 
czy choćby skarpetek. Zasiadł po turecku na łóżku i rozłożył przed sobą dokumenty, po czym 
zaczął je czytać w kręgu światła nocnej lampki.

Kariera Jamesa Rossa od początku aż do chwili obecnej wyglądała imponująco. Droga od 

studiów   w   akademii   medycznej   w   Londynie   do   najlepszych   brytyjskich   i   amerykańskich 
szpitali usłana była licznymi nagrodami i wyróżnieniami. Jeszcze jako student, Ross dostał się 
do   wiodącej   nowojorskiej   uczelni   medycznej   i   uczestniczył   w   programie   pozwalającym 
uzyskać jednocześnie tytuł doktora filozofii i dyplom lekarza. Doktorat robił z immunologii. 
Dunbar pomyślał, że to wyjaśnia zainteresowanie chirurga badaniami nad przeszczepami i 
tłumaczy jego wysoką pozycję zarówno w środowisku naukowym, jak i lekarskim.

Wielu  lekarzy  uważało  się  za naukowców, ale  dawno minęły  czasy,  gdy znaczących 

odkryć   dokonywano   w   bocznej   sali   szpitalnej   przy   blasku   świecy.   Ta   epoka   odeszła   w 
przeszłość wraz z surdutami noszonymi przez medyków i mosiężnymi, jednookularowymi 
mikroskopami. Żeby być kimś w wyjątkowo wymagającym i nie pozbawionym konkurencji 
światku   naukowców   zajmujących   się   medycyną   w   końcu   dwudziestego   wieku,   trzeba 
posiadać ogromną wiedzę i doświadczenie w prowadzeniu badań. Do takich ludzi należał 
Ross.

Fakt, że uzyskał jednocześnie dwa dyplomy, sugerował, iż jest wybitnie uzdolniony. To 

wcale jednak nie oznaczało, że musiał być dobrym administratorem. Dunbar widział już wielu 
ludzi   obdarzonych   wyjątkowym   intelektem,   piastujących   kierownicze   stanowiska   na 
uniwersytetach, którzy nie potrafiliby poprowadzić nawet straganu na bazarze. Jeśli Rossa 
interesowałyby tylko badania naukowe, zarządzanie jego oddziałem mogłoby szwankować. 
Jednak nic na to nie wskazywało. Oddział transplantacji w Médic Ecosse należał do najlepiej 
prowadzonych w kraju, więc trudno było uważać Rossa za oderwanego od rzeczywistości, 
nawiedzonego   profesora.   Doskonałe   panował   nad   wszystkim   i   nie   wydawało   się 
prawdopodobne, by na podległym mu oddziale pacjentowi można było przeszczepić przez 
pomyłkę niewłaściwy organ.

Akta   Rossa   zawierały   kilka   informacji   na   temat   jego   życia   prywatnego.   Poślubił 

background image

Amerykankę,   którą   poznał,   pracując   w   Bostonie.   Była   radiologiem.   Przed   czterema   łaty 
rozwiódł się z nią po trwającym trzy lata nieudanym związku. Nie mieli dzieci. Eks-żona 
wróciła do Stanów, gdzie powtórnie wyszła za mąż. Ross pozostał w Glasgow sam. Zajmował 
mieszkanie na poddaszu nowoczesnego bloku na Kelvingrove. Często wyjeżdżał do Genewy 
w charakterze konsultanta medycznego.

W  roku  podatkowym   kończącym  się  z  upływem  kwietnia   zarobił  87  tysięcy  funtów. 

Jeździł dwuletnim BMW serii  „S”  i należał do dwóch klubów. Posiadał tytuł honorowego, 
starszego wykładowcy Uniwersytetu Glasgow, zobowiązujący go do udzielania w ciągu roku 
czterech bezpłatnych wykładów z zakresu immunologii.

Do akt dołączone były kopie czterech jego najnowszych publikacji naukowych. Jedna z 

nich   dotyczyła   czegoś   określanego   jako  „Przygotowanie   odpornościowe”;   pozostałe 
traktowały o możliwościach wykorzystania innych gatunków jako dawców organów dla ludzi 
wymagających   transplantacji   narządów.   Dunbar   odłożył   materiały   na   bok.   Zamierzał 
przeczytać je później, gdy będzie miał więcej czasu. Taka lektura wymagała koncentracji. 
Immunologia i chirurgia transplantacyjna nie miały wiele wspólnego z jego specjalnością, 
czyli medycyną wojskową.

Steven Dunbar był jedynym synem dyrektora szkoły i nauczycielki muzyki. Urodził się u 

podnóża Gór Kumbryjskich i dzieciństwo spędził w małej wiosce Glenridding, położonej nad 
brzegami   Ullswater   w   Krainie   Jezior.   Po   studiach   medycznych   odbył   staż   na   oddziale 
chirurgii   ogólnej   w   szpitalu   w   Leeds,   a   później   w   Newcastle,   na   oddziale   wypadków   i 
pomocy doraźnej. Mniej więcej w tym samym czasie zaczął się zastanawiać, po co właściwie 
został lekarzem. Rozważał zmianę zawodu. Czuł się tak, jakby od ukończenia szkoły chodził 
w  kieracie.  Nauczyciele  i  rodzice   byli  zachwyceni,   że  dostał   się  na medycynę.   Wszyscy 
dookoła aprobowali jego wybór i cieszyli się. Tylko nikt, nawet on sam, nie zastanawiał się, 
czy   rzeczywiście   powinien   być   doktorem   medycyny.   Jego   przyszłość   zaczęła   przybierać 
konkretne kształty dopiero wtedy, gdy przyjaciel podsunął mu pomysł wstąpienia do wojska.

Spodobały   mu   się   rygory   życia   w   Pułku   Spadochroniarzy.   Przeszedł   intensywne 

szkolenie najpierw jako żołnierz, a potem jako lekarz wojskowy. Następne lata przynosiły 
wyzwania, o jakich nawet mu się nie śniło. Podczas służby w swoim pułku rzadko bywał 
przydzielany do Sił Specjalnych. Ale takie życie nie mogło trwać wiecznie. Nadszedł dzień, 
w którym musiał pożegnać się z armią. Pogodził się z tym. Miał świadomość, że to kiedyś 
nastąpi. Powstał problem, co dalej.

Wojsko organizowało kursy dla oficerów odchodzących do cywila, ale Dunbar nie został 

włączony  do   tego   programu.   Był   lekarzem   i   uważano,   że   jako   cywil   nadal   będzie   mógł 
wykonywać swój zawód. Na szczęście, zwierzył się zaprzyjaźnionemu oficerowi, że wcale 
nie ma takiego zamiaru, przynajmniej na razie. Przyjaciel miał przyjaciela, który zasugerował, 
że Dunbar mógłby się przydać w Inspektoracie Naukowo-Medycznym. Teraz, po czterech 

background image

latach pracy w tej instytucji, czuł się zadowolony. Praca odpowiadała mu.

Żadne zadanie nie było nigdy takie, jak poprzednie. Każde stawiało nowe wymagania. 

Zajmując  się wyłącznie  problemami  medycznymi,  musiał  stale  śledzić  nowości  w swojej 
profesji.   Częścią   tej   pracy   była   też   ciągła   gotowość   do   działania   na   terenie   całego 
Zjednoczonego Królestwa.

Jedyną wadę takiego trybu życia stanowiły częste zmiany miejsca pobytu. Nigdzie nie 

przebywał  wystarczająco  długo,  żeby  wejść  w  trwały  związek  z  jakąś  kobietą.   W wieku 
trzydziestu pięciu lat nadal był kawalerem.

Dunbar otworzył cienką teczkę sprawy Amy Teasdale. Dziewczynka miała problemy z 

nerkami   od   urodzenia.   Leczono   ją   niemal   bez   przerwy   różnymi   sposobami   i   w   różnych 
szpitalach,   by   doczekała   dnia,   w   którym   znajdzie   się   odpowiedni   dawca   organu   do 
przeszczepu,   ale   jej   stan   wciąż   się   pogarszał.   W   końcu,   po   wyjątkowo   ciężkim   okresie 
choroby, przyjęto ją do Médic Ecosse. Tamtejszym lekarzom udało się opanować sytuację na 
tak długo, aż zdobyto właściwy narząd.

Niestety, historia  choroby Amy nie doczekała się szczęśliwego zakończenia. Organizm 

dziewczynki odrzucił przeszczep niemal natychmiast po transplantacji, mimo komputerowego 
doboru narządu o wysokim stopniu zgodności tkankowej. Dunbar znalazł na to dowód w 
aktach.  Zgon spowodowała  gwałtowna  odpowiedź  immunologiczna  wywołana  obecnością 
obcej tkanki, choć procent zgodności in vitro był zadowalający. Określono go na 84 procent. 
Dunbar   pomyślał,   że   w   tej   sytuacji   twierdzenie   siostry   Fairfax   o   przeszczepieniu   Amy 
niewłaściwego organu staje się mało przekonujące.

Zajął się teraz aktami oskarżającej szpital Lisy Fairfax. Uznał za możliwe, że pielęgniarka 

tak mocno przywiązała się do małej pacjentki, iż jej śmierć spowodowała u niej silny wstrząs 
i potrzebę szukania winnego. Emocjonalne zaangażowanie zawsze stanowi ryzyko zawodowe 
personelu   oddziałów   dziecięcych.   Siostra   wierzyła,   że   zaobserwowana   przez   nią   u   małej 
podopiecznej reakcja odpornościowa była wynikiem transplantacji niewłaściwego organu, ale 
może tylko próbowała znaleźć jakiekolwiek wytłumaczenie tragicznego zdarzenia, z którym 
nie chciała się pogodzić.

Wbrew zapewnieniom dyrekcji szpitala, że Amy Teasdale z całą pewnością nie padła 

ofiarą   pomyłki   i   otrzymała   właściwą   nerkę,   czego   dowiodła   analiza   laboratoryjna,   Lisa 
Fairfax upierała się przy swoim i musiała rozstać się z pracą. Dunbar pomyślał, że to jednak 
wygląda   na   klasyczny   przypadek   zbyt   emocjonalnego   stosunku   pielęgniarki   do   ulubionej 
pacjentki.

Zamknął teczkę. Na papierze wszystko wyglądało prosto, ale zaskakujący był upór, z 

jakim siostra Fairfax obstawała przy swoich oskarżeniach, aż dotarły one do Inspektoratu 
Naukowo-Medycznego.   Ludzie   często   rzucają   oskarżenia   i   wskazują   winnych,   gdy   są   w 
rozpaczy, ale po pewnym czasie dochodzą do siebie i kiedy otrząsną się po tragedii, czują się 

background image

wręcz   zażenowani   własnym   zachowaniem.   Może   powinien   spotkać   się   z   nią,   poznać   ją 
osobiście? Akta nie mówią przecież wszystkiego.

Ponownie   zajrzał   do   teczki   i   znalazł   jednostronicowy   kwestionariusz   osobowy 

pielęgniarki.   Zawierał   między   innymi   adres   i   krótką   informację   o   przebiegu   pracy 
zawodowej. Lisa Fairfax asystowała przez trzy łata przy operacjach, a przez następne trzy 
specjalizowała   się   w   opiece   nad   pacjentami   po   transplantacjach.   To   dało   Dunbarowi   do 
myślenia. Był gotów przyjąć teorię, że chodzi o osobę emocjonalnie niezrównoważoną, a 
tymczasem   mógł   się   mylić.   W   ciągu   sześciu   lat   można   zdobyć   duże   doświadczenie   w 
zawodzie   pielęgniarki.   W   tym   czasie   siostra   Fairfax   musiała   mieć   kontakt   z   wieloma 
pacjentami oddziału transplantacji. Postanowił spotkać się z nią.

Akta dotyczące skargi Sheili Barnes były skąpe. Chłopiec nazwiskiem Kenneth Lineham 

zmarł, gdy jego organizm, podobnie jak w przypadku Amy Teasdale, odrzucił przeszczepioną 
nerkę. Organ dawcy wykazywał wysoki stopień zgodności z typem jego własnej tkanki, a 
jednak zdarzyło  się to samo, co u Amy  –  po operacji nastąpił gwałtowny odrzut obcego 
narządu. Siostra Barnes, tak jak Lisa Fairfax, utrzymywała, że zaszła pomyłka i mały pacjent 
otrzymał  niewłaściwą nerkę. Wstępne dochodzenie nie potwierdziło jej zarzutów, więc na 
znak protestu odeszła ze szpitala.

Dla   Dunbara   stało   się   oczywiste,   dlaczego   komputer   inspektoratu   wyłowił   te   dwa 

przypadki.   Dwie   pielęgniarki   złożyły   niemal   identyczne   meldunki   dotyczące   różnych 
pacjentów,   a   obie   sprawy   dzielił   okres   prawie   trzech   lat.   W   dodatku   obie   miały   duże 
doświadczenie w opiekowaniu się chorymi po transplantacjach. Ale w obu przypadkach, co 
rzucało się w oczy, brakowało naukowego dowodu na poparcie zarzutów wysuwanych przez 
pielęgniarki, które zdawały się opierać swe oskarżenia tylko na własnych przeczuciach, na 
niczym więcej.

Dunbar był ciekaw, czy zdarzyło się więcej podobnych przypadków odrzucenia przez 

organizm   pacjenta   doskonale   dobranego,   sprawdzonego   laboratoryjnie   narządu.   Mógł   to 
ustalić za pomocą laptopa, którego miał ze sobą  –  umożliwiał mu połączenie z centralnym 
komputerem Inspektoratu Naukowo-Medycznego. Wystarczyło tylko podłączyć się do linii 
telefonicznej pozwalającej przeprowadzić transmisję modemową. Hotel miał takie łącza.

Kiedy po podaniu swojego numeru kodowego i hasła uzyskał dostęp do komputera w 

Londynie,   zaczął   zadawać   pytania   o   przeszczepy   nerek.   Przeprowadzono   mnóstwo   tego 
rodzaju transplantacji. Taki zabieg stał się niemal rutynową operacją. Musiał zawęzić zakres 
poszukiwań, pytając tylko o nieudane przeszczepy w okresie dwóch ostatnich lat. Kluczem do 
uzyskania potrzebnych informacji jest zawsze zadawanie komputerowi właściwych pytań. Co 
z tego, że komputer dysponuje danymi z całego świata, skoro nie wie się, o co zapytać.

Inspektorat Naukowo-Medyczny korzystał ze starannie opracowanego oprogramowania. 

Dunbar znów ograniczył zakres poszukiwań, pytając tylko o pacjentów, którzy zmarli w dwa 
dni po operacji, tak jak Amy Teasdale i Kenneth Lineham. Potem poprosił o informację, ilu z 

background image

nich  dostało   nerki   charakteryzujące  się  80-procentową  zgodnością   typu  tkanek.  Otrzymał 
odpowiedź: żaden.

Przez kilka chwil wpatrywał się w ekran niewidzącym wzrokiem. Myślał o tym, czego się 

właśnie dowiedział. W ciągu ostatnich trzech lat w całym Zjednoczonym Królestwie tylko 
dwoje pacjentów zmarło w dwa dni po operacji przeszczepienia im doskonale dobranych 
organów. I oba zgony miały miejsce w Médic Ecosse... Przypadek? Doszedł do wniosku, że 
nie można tego wykluczyć. Dwa śmiertelne wypadki to niewiele, statystycznie chyba bez 
znaczenia. Ale może zdarzyło się więcej zgonów wśród pacjentów z przeszczepami o 75-
procentowej   zgodności?   Zadał   komputerowi   to   pytanie,   po   czym   zmniejszył   procent   do 
siedemdziesięciu.   Bez   rezultatu.   Dwoje   pacjentów   Médic   Ecosse   pozostawało   jedynymi 
śmiertelnymi  ofiarami.  Sprawdził  jeszcze, czy byli  jacyś  pacjenci,  którzy zmarli  w ciągu 
miesiąca po transplantacji. Znalazł dziesięć takich osób, ale wszystkie bez wyjątku rozstały 
się   z   życiem   w   zupełnie   innych   okolicznościach.   A   zatem   chodziło   o   dwa   odosobnione 
przypadki ze szpitala Médic Ecosse. I to była zagadka.

background image

5

Rano Dunbar zapytał w recepcji o wynajęty samochód. Dowiedział się, że auto czeka już 

na   niego   na   parkingu   hotelowym.   Podpisał   stosowne   dokumenty   i   odebrał   kluczyki   od 
granatowego rovera 600Si. Było tuż po dziewiątej. Pierwszy dzień pracy biurowej zaczynał z 
opóźnieniem.   Przyjechał   do   Szpitala   Médic   Ecosse   przed   dziesiątą   i   zameldował   swe 
przybycie   w   recepcji.   Przystojna   kobieta   około   czterdziestki   w   eleganckim,   ciemnym 
kostiumie   i   śnieżnobiałej   bluzce   zachowała   się   z   chłodną,   zawodową   uprzejmością. 
Poinformowała go, że jest oczekiwany. Gdyby zechciał na chwilę usiąść, ktoś zaraz po niego 
przyjdzie.

Tym   kimś   okazała   się   młoda,   niska,   ciemnowłosa   kobieta,   mająca   na   sobie   równie 

elegancki kostium. Przedstawiła się jako Ingrid Landes. Miała bystre, pełne pewności siebie 
spojrzenie i mocny uścisk dłoni.

–  Proszę   ze   mną,   doktorze   Dunbar.   Zaprowadzę   pana   do   pańskiego   biura.   Ma   pan 

samochód?

– Owszem.
–  Będzie panu to potrzebne... –  wręczyła mu przepustkę upoważniającą do wjazdu na 

parking dla pracowników, oprawioną w plastik. Miał ją umieścić za przednią szybą. – Ma pan 
miejsce numer siedemnaście, z tyłu, za rogiem budynku. Jest wyraźnie oznakowane – dodała.

– Dziękuję pani – odrzekł Dunbar. Z zadowoleniem zauważył, że ktoś zawczasu o tym 

pomyślał.   Jeszcze   większe   wrażenie   wywarł   na   nim   pokój   biurowy,   który   dostał   do 
dyspozycji. Umeblowano go z gustem i wyposażono we wszystko, czego mógł potrzebować, 
z komputerem i faksem włącznie.

– Czy pokój panu odpowiada? – zapytała Ingrid.
– Jak najbardziej.
– Cieszę się. Może podam panu kawę, zanim wyda mi pan polecenia? Co pan na to?
– Zanim wydam pani polecenia? – powtórzył zdziwiony Dunbar.
–  Zostałam   przydzielona   do   pana,   żeby   pomóc   panu   zaaklimatyzować   się   u   nas  – 

wyjaśnić. – Ale jeśli nie życzy pan sobie, żebym...

background image

– Nie, nie... – przerwał jej Dunbar. – Nie spodziewałem się, że dostanę kogoś do pomocy. 

Jestem mile zaskoczony.

Uśmiechnęła się lekko, jakby z wyższością.
– A co z kawą?
– Poproszę bez mleka i cukru.
Kiedy Ingrid wyszła, Dunbar usadowił się za biurkiem. Zastanawiał się, po co dali mu 

asystentkę. Nie prosił o to. Czy kazano jej mieć go na oku? A może po prostu dyrekcja 
chciała zrobić dobre wrażenie na inspektorze? Możliwe, że był zbyt podejrzliwy. Na wszelki 
wypadek postanowił uważać.

Ingrid   wróciła   do   pokoju   i   postawiła   na   biurku   kawę.   Zapach   świadczył   o   dobrym 

gatunku. Ale przyniosła tylko jedną filiżankę.

– Pani nie pije? – zapytał.
–  Próbuję się odzwyczaić  –  odrzekła, pokazując w uśmiechu nierówne zęby.  –  Chcę 

zerwać z tym nałogiem. Piłam tak dużo kawy, że zaczynałam być nerwowa, więc przeszłam 
na perrier.

– To może wypije pani perrier i opowie mi o szpitalu? A potem mogłaby mnie pani po 

nim oprowadzić. Chciałbym dobrze poznać to miejsce.

Ingrid wyszła ponownie. Dunbar wstał i podszedł do okna. Dywan wydawał mu się wręcz 

niebezpiecznie puszysty. Stopy tonęły w nim jak w sypkim piasku podczas spaceru po plaży. 
Okno   wychodziło   na   nieciekawy,   szpitalny   dziedziniec.   Środkową   część   placu   zajmował 
parking   z   wymalowanymi   stanowiskami.   Biegnąca   wokół   jednokierunkowa   alejka 
obwiedziona   była   podwójną,   żółtą   linią   ciągłą.   Samochody   wjeżdżające   na   teren   szpitala 
musiały po minięciu  bramy skręcać w lewo, a potem łukiem w prawo podjeżdżać  przed 
główne wejście.

Dunbar zobaczył długą, czarną limuzynę, która wjechała na dziedziniec i stosując się do 

wymalowanych strzałek okrążyła plac, po czym zatrzymała się bezszelestnie przy schodach 
prowadzących do drzwi budynku. Szyby samochodu były tak ciemne, że niemal nie różniły 
się kolorem od lśniącej karoserii. Nie sposób było dostrzec, kto siedzi w środku. Auto miało 
zagraniczne tablice rejestracyjne, jak się wydawało Dunbarowi – arabskie, ale nie mógł być 
tego pewien, bo z okna widział je pod ostrym kątem.

Do gabinetu znów weszła Ingrid. Widząc Dunbara przy oknie, stanęła obok.
– Przyjechała nasza pacjentka „Omega” – powiedziała.
– „Omega”?
– Duże pieniądze. Zarezerwowaliśmy dla niej całe skrzydło szpitala.
Z   obu   stron   samochodu   otworzyły   się   przednie   drzwi   i   z   wnętrza   wysiedli   dwaj 

mężczyźni. Wyglądali na ludzi z Bliskiego Wschodu, choć mieli na sobie europejskie ubrania. 
Kierowca limuzyny był w uniformie. Drugi mężczyzna, dobrze zbudowany, nosił jasnoszary, 
błyszczący garnitur i lustrzane okulary przeciwsłoneczne. Rozejrzał się czujnie wokół, zanim 

background image

położył dłoń na klamce tylnych drzwi auta. Drugą rękę trzymał pod marynarką.

– Co to jest, do diabła? – mruknął zaintrygowany Dunbar.
Ingrid nie odezwała się.
Uznawszy, że szpital i jego najbliższe otoczenie nie stwarzają zagrożenia dla pasażerów 

limuzyny,  mężczyzna   w   szarym  garniturze  otworzył  tylne   drzwi.  Z   auta  wysiadły   cztery 
osoby: trzy kobiety i mężczyzna. Wszyscy mieli na sobie arabskie szaty. Jedna z kobiet na 
pewno była pacjentką, gdyż pozostałe pomagały jej wejść do szpitala.

Gdy cała grupka zniknęła z pola widzenia, Dunbar wyciągnął szyję, by lepiej przyjrzeć 

się limuzynie. Niewiele jednak zobaczył.

– Dużo macie takich pacjentów „Omega”? – zapytał.
– Nie tylu, ilu byśmy chcieli – odparła Ingrid. Po jej twarzy przemknął cień uśmiechu.
Dunbar też się uśmiechnął.
– Domyślam się, że ta kobieta nie przyjechała tutaj na wycięcie paznokcia wrastającego 

jej w duży palec u nogi?

– Tego naprawdę nie wiem – padła odpowiedź. – Dyskrecja to podstawowa sprawa. Nasz 

personel wie tylko tyle, ile rzeczywiście musi wiedzieć. Taka jest polityka firmy. Ściśle tego 
przestrzegamy.

– Oczywiście – odrzekł Dunbar, zastanawiając się, czy Ingrid istotnie nie ma rozeznania 

w tych sprawach. Nie wyglądała mu na zwykłą asystentkę z administracji szpitala.

Nagle za limuzyną zatrzymały się dwa inne pojazdy. Jednym z nich była nie oznakowana 

furgonetka, drugim renault espace, wiozący sześć osób. Pasażerowie renaulta szybko wysiedli 
i zaczęli rozładowywać furgonetkę. Dunbar domyślił się, że w licznych kufrach i skrzyniach 
przywieziono   bagaże   pacjentki  „Omega”.   Wyładunkiem   kierował   bowiem   mężczyzna   w 
szarym garniturze.

Dunbar i Ingrid odwrócili się od okna.
– Jaką pracę wykonuje pani na co dzień? – zagadnął Dunbar.
– Jestem asystentką pana Giordano.
– Na pewno da sobie radę bez pani?
– Sam wpadł na pomysł, żeby przydzielić mnie do pana.
– Miło z jego strony, że mi panią wypożyczył. Teraz pewnie jest o wiele bardziej zajęty.
Dunbar starał się zaobserwować reakcję Ingrid. Liczył na to, że może zdradzi się czymś i 

potwierdzi   jego   podejrzenia   co   do   swej   prawdziwej   roli.   Nie   dostrzegł   jednak   niczego. 
Pomyślał, że albo Ingrid Landes naprawdę nie ma o niczym  pojęcia, albo jest tak dobrą 
aktorką.

– Czy mogę wiedzieć, co należy do pani normalnych obowiązków? – zapytał.
–  Ogólnie  rzecz  biorąc,  pomagam  panu Giordano w  pracy administracyjnej,  i  jestem 

łączniczką między poszczególnymi oddziałami szpitala.

– Zakładam, że wie pani, po co tu jestem.

background image

– Został pan przysłany przez władze jako nadzorca do pilnowania ich ostatniej inwestycji. 

Jest pan kimś w rodzaju strażnika strzegącego państwowej kasy.

– Mniej więcej.
– Więc w czym mogę panu pomóc na początek?
– Chciałbym zapoznać się z wykazami personelu poszczególnych oddziałów, listami płac 

i   miesięcznymi   zestawieniami   finansowymi   za   ostatnie   sześć   miesięcy.   Interesują   mnie 
również nadzwyczajne wydatki oraz zamówienia na usługi i opiekę szpitalną.

– Chyba mamy to wszystko przygotowane. Kopie odpowiednich dokumentów znajdzie 

pan na dyskietkach, w górnej szufladzie pańskiego biurka.

Dunbar zajrzał tam i zauważył identyfikator ze swoim nazwiskiem oraz plastikowe etui 

zawierające cztery dyskietki. Uśmiechnął się.

– Jestem pod wrażeniem. Pomyśleliście o wszystkim.
–  Staramy się  –  odrzekła Ingrid.  – Ludzie, których przyjmujemy do naszego szpitala, 

mają duże wymagania i oczekują obsługi na najwyższym poziomie. Są przyzwyczajeni do 
komfortu, więc musimy im go zapewnić.

– Podoba się pani praca tutaj?
– Naturalnie – zapewniła takim tonem, jakby zadał jej głupie pytanie. – Spotykamy się 

często z krytyką, wiadomo – prywatny szpital. Nikt jednak nie przeczy, że jesteśmy dobrzy. 
Lekarze, pielęgniarki, a nawet portierzy i sprzątaczki to starannie dobrany personel. Każdy 
jest   dumny,   że   tu   pracuje.   Można   powiedzieć,   że   mamy   swoiste   poczucie   solidarności 
zawodowej.   Wszyscy   staramy   się   być   najlepsi.   To   nie   Kolej   Brytyjska,   gdzie   każdy 
pracownik czuje się częścią anonimowej ludzkiej masy i w rezultacie pasażerowie nic go nie 
obchodzą. U nas jest przyjemnie. Tak powinno być wszędzie.

Dunbar skinął głową. Nie wyglądało na to, by mógł wyciągnąć od Ingrid Landes jakieś 

ploteczki   lub   dowiedzieć   się   czegoś   o   charakterze   skandalu.   Ale   postanowił   trochę   ją 
przycisnąć, żeby sprawdzić, jak mocne jest jej poczucie lojalności.

– Stworzyliście własny, sztuczny świat – powiedział.
Połknęła haczyk.
– Słucham?
– Będąc prywatnym szpitalem możecie sobie wybierać klientelę. Tak jest o wiele łatwiej, 

nie sądzi pani?

– Nie uważam, że ją sobie wybieramy. Przyjmujemy każdego, kto chce się u nas leczyć.
– I stać go na to – uzupełnił Dunbar.
–  To   nie   fair.   Wielu   naszych   pacjentów   pokrywa   koszty   pobytu   z   polis 

ubezpieczeniowych na zdrowie, które ludzie wykupują z własnego wyboru. Nie widzę w tym 
nic złego.

– Mimo to nie jesteście prawdziwym szpitalem.
– Nie rozumiem, jak pan może tak mówić – w głosie Ingrid czaiła się wrogość.

background image

– Nie macie obowiązku świadczenia usług medycznych, których nie chcecie świadczyć. 

Nie   ma   u   was   oddziału   nagłych   wypadków   i   pomocy   doraźnej,   nie   leczycie   chorób 
wenerycznych, nie obchodzi was AIDS, gruźlica ani żadna choroba zakaźna, a o Alzheimerze 
albo zaburzeniach psychicznych lepiej nie wspominać. Médic Ecosse nie chce o tym nawet 
słyszeć.

– Rzeczywiście nie zajmujemy się wszystkim – zaczęła się bronić – ale za to mamy jeden 

z najlepszych w kraju oddziałów transplantacyjnych.

– Zgoda – Dunbar uśmiechnął się szeroko. – A do tego najbardziej lojalny personel, jaki 

można sobie wyobrazić.

Wytrzeszczyła oczy.
– Pan mnie sprawdzał! – wykrzyknęła.
Uniósł brwi, udając zdziwienie, i zrobił niewinną minę. Ingrid roześmiała się.
– Coś takiego...
– Wszyscy tutaj są tacy lojalni?
–  Tak   myślę.   Mamy   bardzo   dobre   warunki   pracy,   zarobki   aż   nadto   wystarczające   i 

zachęcająco długie urlopy. Ale może nie powinnam panu tego mówić – dodała, śmiejąc się. – 
Gotów pan wykorzystać to przeciwko nam.

– Bez obaw – uśmiechnął się Dunbar. – Nie mam takiej władzy i zgadzam się z tym, że 

najlepszym trzeba dobrze płacić. Zatem nie macie kłopotów z personelem ani problemów z 
niezadowolonymi pracownikami?

Ingrid zmarszczyła brwi i zastanawiała się przez moment.
– Nie przypominam sobie takiego przypadku.
Dunbar milczał, chcąc ją zachęcić do dalszych zwierzeń.
–  Ach, tak... pamiętam  –  odezwała się po chwili.  –  Raz zdarzyła  się pewna historia, 

całkiem   niedawno.   Starsza   pielęgniarka   z   oddziału   transplantacji   zaczęła   wysuwać   pod 
adresem   szpitala   jakieś   dziwne  zarzuty  po  śmierci   jednej   z  pacjentek.   Ale  nie  pamiętam 
nazwiska tej pielęgniarki. Nieszczęśliwa kobieta...

– Jakie były zarzuty?
– Pewna pacjentka tego oddziału, mała dziewczynka, bardzo długo chorowała. Wreszcie 

przeszczepiono jej nerkę, ale operacja nie powiodła się i chora zmarła. Muszę podkreślić, że 
był to chyba jeden z bardzo niewielu zgonów na tym oddziale. Może nawet jedyny.

Dunbar w porę ugryzł się w język, żeby nie powiedzieć, że wie o drugim.
– Pielęgniarka bardzo się chyba przywiązała do swojej małej pacjentki. Była załamana i 

zaczęła wygadywać różne niestworzone rzeczy. Oskarżała personel medyczny o niedbalstwo i 
tak dalej.

– Co się z nią stało?
–  Biorąc pod uwagę okoliczności, doktor Ross i pan Giordano byli wobec niej bardzo 

wyrozumiali. Dostała fachową pomoc lekarską i bardzo długi urlop. Ale ona upierała się przy 

background image

swoim i w końcu musieli ją zwolnić.

– Biedna kobieta – westchnął Dunbar, postanawiając zakończyć ten temat. – Oprowadzi 

mnie pani po szpitalu?

– Co pana szczególnie interesuje?
– Absolutnie wszystko.
Dunbar był pod wrażeniem tego, co zobaczył. Nie pozwolono mu wejść do zajętych sal, 

bo   to   byłoby   naruszeniem   prywatności   pacjentów,   ale   mógł   wyrobić   sobie   zdanie   o 
standardzie szpitala, oglądając puste pokoje. Nie powstydziłby się ich wysokiej klasy hotel. 
Każdy miał  telefon,  radio,  telewizję  satelitarną  i system  łączności  ze światem  godny ery 
kosmicznej. Tam, gdzie to było możliwe, aparatura medyczna usunięta została z widoku. 
Ukryto ją za rozsuwanymi ściankami specjalnych paneli. Urządzenia do kontrolowania akcji 
serca,   aparaty  tlenowe   i  kroplówki   znajdowały   się   w   zasięgu   ręki   w   pobliżu   łóżek,   lecz 
pozostawały niewidoczne, gdy z nich nie korzystano. Trudno było nazwać te pomieszczenia 
salami  szpitalnymi.  Nawet  powietrze,  wolne od zapachu  środków  dezynfekcyjnych  miało 
świeżą, przyjemną woń. Dunbar zauważył na sufitach wyloty klimatyzacyjne.

Nie gorzej wyglądały supernowoczesne pracownie, rentgenologiczna i fizjologiczna, ze 

lśniącymi   respiratorami.   Sale   operacyjne   wyposażono   w   ostatnie   zdobycze   techniki 
oświetleniowej   i   najnowsze   modele   stołów.   Nigdzie   nie   widać   było   butli   z   gazami 
anestezjologicznymi, tylko same końcówki podające środki znieczulające i usypiające. Każda 
miała   inny   kolor,   własny   regulator   i   wskaźnik   przepływu.   Monitory   endoskopowe 
zainstalowano na platformach ruchomych wysięgników, by chirurdzy mogli je ustawiać na 
odpowiedniej wysokości i pod żądanym kątem.

Kiedy czekali na windę, by wjechać na oddział transplantacyjny, Ingrid zapytała:
– I jak pan ocenia to, co pokazałam panu do tej pory?
– Trudno uwierzyć, że jestem w szpitalu – przyznał Dunbar. – Pomijając wszystko inne, 

bardzo tu cicho i spokojnie. Jakby wokół nikogo nie było. Szpital zawsze kojarzy mi się z 
pośpiechem i krzątaniną.

–  To polityka firmy. Nie tylko ukrywamy aparaturę medyczną, ale nawet pielęgniarki! 

Ale jeśli któraś jest potrzebna, natychmiast zjawia się u boku pacjenta.

Drzwi windy rozsunęły się i z jej wnętrza wyszli trzej mężczyźni. Pierwszy miał na sobie 

tradycyjne, białe, arabskie szaty. W dwóch pozostałych Dunbar rozpoznał kierowcę czarnej 
limuzyny   i   ochroniarza.   Ingrid   uśmiechnęła   się   do   nich   i   powiedziała   coś   po   arabsku. 
Wyglądało na to, że płynnie mówi w tym języku.

– Zaimponowała mi pani – stwierdził z podziwem Dunbar, gdy znaleźli się w windzie.
– Pacjenci „Omega” też tego oczekują – odparła.
Po wejściu do holu recepcyjnego na oddziale transplantacji Ingrid oznajmiła:
– Będę musiała zapytać doktora Rossa, czy mogę pana oprowadzić.
Dunbar przytaknął głową.

background image

Ingrid podeszła do recepcji, przechyliła się przez ladę i poprosiła dyżurującą pielęgniarkę 

o zawiadomienie  doktora  Rossa,  że  ma  gości.  Kobieta  uśmiechnęła   się, kiwnęła   głową i 
podniosła słuchawkę telefonu. Po chwili pojawił się Ross. Powitał Ingrid skinieniem głowy, 
po czym odwrócił się do Dunbara i wyciągnął ręką.

– Wielki Brat pilnuje nas – powiedział z uśmiechem.
–  Nie   jest   tak   źle  –  odrzekł   Dunbar   i   również   się   uśmiechnął.  –  Chyba   że 

przeprowadzacie operacje za darmo.

– Prawdę mówiąc, jutro tak zrobimy – wyznał Ross konspiracyjnym szeptem. – Jeden z 

moich kolegów wykona zabieg rekonstrukcji twarzy pacjentce Narodowej Służby Zdrowia, 
przyjętej bezpłatnie na podstawie nowej umowy finansowej.

–  To chwalebny wyjątek  –  odpowiedział Dunbar.  –  Mam nadzieję, że pozwoli mi pan 

obejrzeć swój oddział i zapoznać się z personelem?

– Oczywiście – odparł chirurg. – To znaczy, może pan oglądać sale, które nie są zajęte. 

Ingrid już panu zapewne mówiła, że prywatność pacjentów jest dla nas najważniejszą sprawą.

– Tak – przyznał Dunbar. – Wciąż to słyszę.
–  Prawda jest taka, że wielu z nich nie życzy sobie, żeby ktokolwiek wiedział o ich 

pobycie w szpitalu. Zwłaszcza o tym, z jakiego powodu się leczą. Wiadomo – kto płaci...

– Ma prawo wymagać.
–  Właśnie.   Rzecz   jasna,   może   pan   obejrzeć   sale   operacyjne   i   jeden   z   gabinetów 

pozabiegowych, używany do intensywnej opieki. Pokoje dla pacjentów są w całym szpitalu 
niemal takie same.

– Nawet dla pacjentów „Omega”? – zapytał Dunbar.
Ross spojrzał niepewnie na Ingrid, po czym uśmiechnął się lekko.
– No... może są odrobinę lepsze.
Wszyscy troje uśmiechnęli się.
– Chodźmy na spotkanie z moim personelem – zaproponował Ross i ruszył przodem.
Weszli do sali, w której mężczyzna ubrany w zielony strój chirurga stał przed tablicą i 

przemawiał do grupy lekarzy i pielęgniarek. Zamilkł, widząc wchodzących gości, ale Ross dał 
mu znak, żeby nie przerywał. Cała trójka usiadła z boku.

– Odprawa – wyjaśnił szeptem Ross, zwracając się do Dunbara i Ingrid. – tak co dzień 

rano. Poczekamy, aż John skończy.

Dunbar skinął głową i zaczął się uważnie przysłuchiwać odprawie. Dowiedział się, że na 

oddziale przebywa siódemka pacjentów. Omawiano kolejno stan każdego z nich. Prowadzący 
odprawę   pytał   zebranych,   co   ostatnio   zaobserwowali.   Wprowadzano   poprawki   do   kart 
szpitalnych   i   planowano   czynności   do   wykonania   w   ciągu   dnia.   Dunbar   znów   był   pod 
wrażeniem. Trafił na wzorowy oddział.

– Są jakieś pytania? – zakończył mężczyzna, którego Ross nazwał Johnem. Nikt się nie 

odezwał.

background image

Ross wstał.
–  Zanim się rozejdziecie  –  powiedział  –  chciałbym wam przedstawić doktora Stevena 

Dunbara. Został tutaj przysłany przez Urząd do spraw Szkocji,  żeby mieć nas na oku, ale 
zapewnił mnie, że po bliższym poznaniu nie jest taki straszny.

Zebrani   roześmieli   się   uprzejmie.   Dunbar   zauważył,   że   Ross   cieszy   się   dużą 

popularnością   wśród   personelu.   Chirurg   przedstawił   go   kolejno   każdemu   ze   swoich 
podwładnych, zaczynając od pielęgniarki operacyjnej, siostry Trudy Sinclair, a kończąc na 
Johnie Hatfullu, który prowadził odprawę.

– John jest moim naczelnym chirurgiem i moją prawą ręką – wyjaśnił Ross.
Hatfull był nieco niższy od Rossa, miał ciemne włosy i piwne oczy. Promieniowała od 

niego energia i chęć działania,  co często kojarzyło  się Dunbarowi z wysoką  inteligencją. 
Trudno było wyobrazić sobie takiego człowieka w bezruchu. Uścisnęli sobie ręce.

– Czy dobrze słyszałem? Podobno pan też był lekarzem? – upewnił się Hatfull.
Dunbar przytaknął skinieniem głowy.
– Jaka była pańska specjalność?
– Medycyna wojskowa.
Hatfull wydawał się zaskoczony, a jednocześnie rozbawiony.
–  Z   lekarza   wojskowego   przeistoczył   się   pan   w   księgowego?   Co   za   przemiana! 

Domyślani się, że szukał pan czegoś bardziej podniecającego od medycyny.

Wszyscy wybuchnęli śmiechem. Dunbar uśmiechnął się przez grzeczność, ale nie podjął 

tematu.   Wolał,   żeby   nikt   nie   zastanawiał   się   zbyt   długo   nad   osobliwością   takiej   zmiany 
zawodu.

– Nie pozostaje mi nic innego, jak oprowadzić pana po oddziale – odezwał się Ross. – A 

może ty posłużysz panu za przewodnika, John? O ile masz czas, oczywiście.

– Z przyjemnością – zgodził się Hatfull. – Czy coś pana szczególnie interesuje?
– Wszystko – odrzekł Dunbar. – Po prostu chcę poznać ten oddział, żeby porównać jego 

wielkość i wyposażenie z tym, co figuruje w dokumentach finansowych.

– Proszę bardzo.
Gdy rozpoczęli zwiedzanie, Dunbar zorientował się, że Hatfull jest czujny. Postanowił 

zjednać go sobie trochę za pomocą małego pochlebstwa.

– Doktor Ross musi mieć do pana duże zaufanie. Na pewno może na panu polegać.
– Jest bardzo zajęty – odparł Hatfull.
–   To   oczywiste   –  zgodził   się   Dunbar.  –  Prowadzi   przecież   jednocześnie   badania 

naukowe. Pan też w nich uczestniczy?

– Nie. Ja jestem tylko wołem roboczym. Pracę naukową pozostawiam inteligentniejszym 

od siebie.

– Jako chirurg transplantacyjny na tym oddziale, nie podejmuje pan zbyt wielu wyzwań – 

zauważył z uśmiechem Dunbar.

background image

– Każdy robi to, co potrafi.
– Obcięcie funduszy na badania naukowe musiało być ciosem dla doktora Rossa, prawda?
– Owszem.
Dunbar przestał podpytywać Hatfulla. Uznał, że nic z niego nie wyciągnie.
Obejście całego oddziału zajęło im około trzydziestu minut Hatfull mówił monosylabami, 

jakby chciał powiedzieć jak najmniej. Dunbar próbował zadawać mu takie pytania, jakie, jego 
zdaniem, powinien zadawać kontroler finansowy. Interesował się okresem pobytu pacjentów 
w szpitalu,  liczebnością  personelu uczestniczącego w przed  –  i pooperacyjnej  opiece nad 
chorymi i podobnymi szczegółami. Wyjął z wewnętrznej kieszeni mały notes oprawiony w 
skórę i wszystko zapisywał. Nie miał wielu pytań dotyczących aparatury i wyposażenia. Było 
po prostu na najwyższym  poziomie. Kiedy już dowiedział się wystarczająco  dużo jak na 
księgowego, dołączył do nich Ross. Był ciekaw, czy Dunbar jest zadowolony ze zwiedzania 
oddziału.

–  Bardzo   interesujące  –  przyznał   Dunbar.   Postanowił   zaryzykować   zmianę   taktyki   i 

zapytał  wprost:  –  A  co się dzieje,  kiedy dostaje pan  wiadomość,  że  dostępny jest organ 
potrzebny jednemu z pańskich pacjentów, doktorze?

– Bardzo wiele – uśmiechnął się Ross. – I wszystko jednocześnie. Cała procedura zwykle 

zaczyna się w momencie, gdy komputer natrafi na narząd odpowiadający naszym potrzebom. 
Najpierw to sprawdzamy, by mieć absolutną pewność, że właśnie o to nam chodziło. Potem 
kontaktujemy się z właściwym szpitalem lub kliniką, czyli posiadaczem organu i uzgadniamy 
warunki przekazania go nam. Bardzo wiele zależy od tego, gdzie znajduje się narząd dawcy i 
ile czasu zajmie dostarczenie go do nas. Jeśli nasz pacjent nie przebywa w tym czasie w 
szpitalu, natychmiast zawiadamiamy go, że powstała możliwość przeprowadzenia koniecznej 
operacji, żeby się do nas zgłosił. Zespół chirurgiczny jest już w pogotowiu i jeśli potrzeba, 
czuwa nawet przez okrągłą dobę. Gdy chodzi o żywą tkankę, najbardziej liczy się czas.

– To zrozumiałe.
– Oprócz zespołu chirurgicznego, potrzebujemy również pomocy laboratorium i krwi do 

transfuzji,   która   musi   być   dostarczona   we   właściwym   czasie.   Powodzenie   operacji 
transplantacyjnej zależy od wielu ludzi. To wspólny wysiłek i mnóstwo rzeczy może pójść nie 
tak, jak powinno. Samolot może się spóźnić, na ulicach mogą być  korki, kierowca może 
pomylić drogę i tak dalej. Słowem, jest mnóstwo spraw przypominających ogniwa jednego 
łańcucha i wszystkie są ważne.

Dunbar skinął głową i jeszcze raz spróbował szczęścia.
– Czy to się zdarza? – zapytał.
– Słucham?
– Że coś pójdzie nie tak.
–  Odpukać, bardzo rzadko  –  Ross uśmiechnął się.  –  Kilka razy byliśmy w sytuacjach 

podbramkowych, ale zawsze udało się nam zdążyć na czas i wykonać zadanie.

background image

– To bardzo ciekawe –  zauważył Dunbar. –  Przypuszczam, że zegar zaczyna tykać od 

chwili usunięcia organu z ciała dawcy?

–  Dokładnie.   Bardzo   niewiele   czasu   potrzeba,   żeby   narząd   przestał   się   nadawać   do 

transplantacji.

–  Pewnie   byłoby   idealnie,   gdyby   dawca   mógł   być   podłączony   do   aparatury 

podtrzymującej funkcje życiowe do momentu, aż wszystko zostanie przygotowane?

–  Rozumując na zimno, w sensie czysto klinicznym, tak byłoby najlepiej  –  zgodził się 

Ross. – Ale, rzecz jasna, mając na względzie implikacje natury moralnej, szpitale nie mogą 
tego robić. No... w każdym razie nie otwarcie. Wywołałoby to głośny sprzeciw społeczny.

– Oczywiście. A zatem mimo uciekającego czasu, spóźniających się samolotów i korków 

na ulicach musi pan wszczepić pacjentowi organ jak najszybciej od momentu pobrania go od 
dawcy, czy tak?

– Mniej więcej – przyznał Ross. – Jak tylko trafi do sali operacyjnej.
–  Więc nie ma już czasu, żeby w ostatniej chwili sprawdzić go jeszcze raz?  –  spytał 

Dunbar, czując się tak, jakby skoczył do wody, nie znając jej głębokości.

Ross nie od razu odpowiedział. Chwila ciszy minęła w napięciu. Wreszcie odezwał się.
– Chyba nie bardzo rozumiem... Jakie sprawdzenie ma pan na myśli?
–   Och,   sam   nie   wiem...   –  Dunbar   wykonał   nieokreślony   gest,   starając   się   zachować 

obojętnie. – Pomyślałem o zwykłych badaniach grupy krwi, typu tkanki, upewnieniu się, czy 
dawca nie miał AIDS albo zapalenia wątroby typu B. Takie rzeczy...  –  Miał nadzieję, że 
swoim pytaniem nie wzbudził podejrzeń. Ale kiedy zerknął na idącego obok niego Rossa, 
zaczął się obawiać, że stało się inaczej. Uśmiech zniknął z twarzy chirurga.

– Zazwyczaj to wszystko robi szpital dawcy – wyjaśnił Ross.
– Naturalnie. Jest w tym sens – zgodził się Dunbar. – Zastanawiałem się tylko, czy normy 

obowiązujące w różnych krajach są wszędzie takie same. Skoro istnieje międzynarodowa sieć 
dawców organów, może występują jakieś różnice?

– We wszystkich szpitalach należących do sieci obowiązują najwyższe normy – odrzekł 

chirurg.

– Rozumiem.
– Ale jeśli starcza nam czasu, wykonujemy dodatkowo własne badania – dodał Ross.
– Byłem tego pewien – powiedział Dunbar.
– Wróciliśmy do miejsca, z którego wyruszyliśmy – oznajmił chirurg, gdy znaleźli się z 

powrotem w holu recepcyjnym.  –  Może jeszcze w czymś pomóc? Chce pan zobaczyć coś 
więcej?

– Pańskie laboratorium badawcze – odparł Dunbar. – Nie widziałem go.
–  Istotnie,   nie   mógł   go   pan   widzieć,   bo   nie   znajduje   się   na   terenie   szpitala.   Skoro 

przestaliście   finansować   moje   badania,   nie   sądziłem,   że   macie   prawo   nadal   się   nimi 
interesować.

background image

Dunbar wyczuł urazę w głosie Rossa. Postanowił powiedzieć coś pojednawczego.
–  Ma   pan   całkowitą   rację.   To   czysto   prywatne   zainteresowanie.   Czy  udało   się   panu 

znaleźć inne źródło finansowania, doktorze?

–  Na razie mam wystarczające środki na kontynuowanie mojej pracy naukowej. Médic 

International okazało się dość hojne.

– Miło mi to słyszeć. Cała ta historia wypadła dość niefortunnie.
–  Nie da się zaprzeczyć  –  przyznał  Ross, uśmiechając  się ironicznie.  Sformułowanie 

użyte przez Dunbara wydawało się go bawić. – Powiedziałbym nawet, że bardzo niefortunnie.

– A jak przebiegają badania?
–  Dziękuję, całkiem dobrze, choć nigdy nie robi się tak szybkich postępów, jakby się 

chciało.

– Ma pan rację.
Dunbar uścisnął dłonie Rossa i Hatfulla i poszedł za Ingrid do windy.
–  Nie powinienem wiedzieć o pacjentach „Omega”, prawda? –  zapytał, gdy jechali na 

dół.

Ingrid uśmiechnęła się.
– Niech pan się tym nie przejmuje. Doktor Ross był po prostu trochę zaskoczony, że pan 

już wie. Nie ma ich zbyt wielu, a pan jest tu zaledwie od pięciu minut.

– Skąd ta nazwa, „Omega”?
–  To ostatnia litera greckiego alfabetu, a my zapewniamy tym pacjentom wszystko, co 

ostatnio wymyślono w dziedzinie opieki medycznej – wyjaśniła Ingrid. – Stąd to skojarzenie. 
Można powiedzieć, że służymy im do ostatniego tchu, wyciskamy z siebie ostatnie poty, żeby 
mieli to, co najnowsze i najlepsze.

– Za odpowiednią cenę – dodał Dunbar.
–  Oczywiście.   Są   przyzwyczajeni,   że   się   ich   rozpieszcza,   przynajmniej   zdecydowana 

większość z nich. Wie pan, za co tak naprawdę nam płacą?

– Nie mam pojęcia.
– Za dyskrecję. Absolutną dyskrecję. Ludzie, którzy zamierzają przejść u nas operację 

plastyczną nie życzą sobie, żeby ktokolwiek z ich znajomych dowiedział się o tym. Ci, którzy 
się tutaj leczą, nie chcą, aby wiadomość o tym dotarła do ich wrogów. Kiedy ktoś jest na 
szczycie, każda wzmianka o jego złym stanie zdrowia może go narazić na utratę wysokiego 
stanowiska lub pozbawić udziału w milionowych zyskach. Gwarancja zachowania całkowitej 
dyskrecji to być może najcenniejsza rzecz, jaką mamy do zaoferowania.

– Dziwię się, że w ogóle powiedziała mi pani o pacjentach „Omega” – stwierdził Dunbar.
– Pomyślałam, że sprawdzając naszą dokumentację finansową i tak pan na to wpadnie.
– Słusznie.
–  Zapewniam pana, że będzie pan miał po uszy słowa  „poufne” –  uprzedziła Ingrid.  – 

Nikt tutaj nie odpowie panu, która jest godzina, zanim się nad tym dwa razy nie zastanowi. 

background image

Nie dlatego, że nie będzie chciał pomóc, ale dlatego, że każdemu zależy na pracy.

–  Zapamiętam to sobie  –  obiecał  Dunbar.  –  Ale mam prawo żądać informacji, które 

uznam za istotne.

– Zapamiętam to sobie – powtórzyła jak echo Ingrid. – Chce pan jeszcze coś obejrzeć?
– Nie w tej chwili. Zabiorę się teraz do pracy, a potem może przejdę się sam po szpitalu, 

jeśli czas mi na to pozwoli.

– Niech pan nie zapomni identyfikatora.
Dunbar skinął głową.
– Rozumiem, że dziś nie będę już panu potrzebna?
– Myślę, że nie. Gdybym sobie coś przypomniał, zanotuję to i powiem pani jutro rano.
Ingrid spojrzała na zegarek.
– Pora lunchu. Chce pan sprawdzić, jak nas karmią, czy ma pan inne plany?
– Nie mam żadnych.
Kiedy szli do stołówki, Dunbar zapytał:
– W którym skrzydle jest ta nowa pacjentka „Omega”?
– We wschodnim. Na oddziale położniczym.
– Będzie rodzić?
– Tak podejrzewam – odrzekła Ingrid. – Jesteśmy na miejscu. – Pchnęła uchylne drzwi i 

przepuściła Dunbara przodem. Miejsce, gdzie żywili się pracownicy Médic Ecosse okazało 
się   jasno   oświetlonym,   przestronnym   barem   samoobsługowym.   Sądząc   po   panującym   tu 
tłoku, stołówka musiała cieszyć się dużą popularnością. Dunbar wybrał sałatkę z tuńczyka i 
rozejrzał się za wolnymi miejscami. Dwie pielęgniarki właśnie zwalniały stolik pod oknem. 
Ruszył w tamtym kierunku i pomachał ręką do Ingrid, która na chwilę straciła go z oczu. 
Dołączyła do niego z porcją pieczonych ziemniaków.

– Umie pan sobie radzić – stwierdziła.
– Londyński trening. Trzeba się przepychać łokciami. Zawsze tu tyle ludzi?
– Przeważnie. W okolicy nie ma zbyt wielu lokali gastronomicznych. Przystępne ceny też 

robią swoje  –  wyjaśniła Ingrid.  – Firma dba o kieszenie pracowników i sporo  dopłaca do 
posiłków.

– Zauważyłem – przytaknął.
– O Boże... – westchnęła.
–  Cena sałatki z tuńczyka nie będzie miała wielkiego wpływu na wysokość rządowych 

inwestycji w Médic Ecosse – zapewnił ją Dunbar.

– A co będzie miało?
– To bardzo proste. Musicie albo przyjmować więcej pacjentów, którzy dobrze płacą, 

albo podnieść ceny tym, których już leczycie.

– Uważam, że koszty pobytu u nas i tak są już bardzo wysokie – zaprotestowała Ingrid.
–  Ja też odnoszę takie wrażenie  –  przyznał Dunbar.  –  Więc pozostaje zmiana strategii 

background image

marketingowej. Należy rozszerzyć zakres usług i tym samym zwiększyć atrakcyjność waszej 
placówki medycznej. Trzeba pokazać swoje możliwości, zareklamować się.

– Nasi pacjenci zadowoleni są z tego, co im oferujemy.
Dunbar uśmiechnął się ponuro.
–  Problem w tym, że nie mogą was nikomu polecić. Sama pani mówiła, że nie życzą 

sobie, żeby ktoś dowiedział się o ich pobycie tutaj. Sprzedajecie im swoją dyskrecję.

– Nie brałam pod uwagę ujemnej strony takiej sytuacji – wyznała Ingrid. – Ale wątpię, 

byśmy mogli prosić ich o robienie nam reklamy wśród swoich znajomych.

– Którzy w dodatku zapewnialiby ich, że są absolutnie zdrowi i niepotrzebny im szpital – 

dodał Dunbar, zabawnie udając oburzenie. Ingrid uśmiechnęła się.

–  Doktor Ross wspominał o pacjentce Narodowej Służby Zdrowia, która jutro będzie 

miała operację plastyczną – przypomniał sobie Dunbar.

–  Tak.   Chodzi   o   małą   dziewczynkę.   Trzeba   zrobić   jej   zabieg   rekonstrukcji   twarzy. 

Urodziła się z wystającą szczęką, co bardzo ją szpeci. Nasi chirurdzy chcą to naprawić, żeby 
mogła żyć normalnie.

– Jak się domyślam, zawiadomiliście o tym prasę?
–   O   tak!   –  przytaknęła   Ingrid.  –  Rezultaty   mają   być   podobno   szokujące.   Zdjęcia 

dziewczynki przed zabiegiem i po operacji będą stanowiły spektakularny dowód zmiany jej 
wyglądu.

Dunbar pokiwał głową.
–  Zwłaszcza że to szczególny rodzaj operacji. Nie pozostają po niej widoczne blizny. 

Chirurdzy   dokonają   cięć   tylko   wewnątrz   jamy   ustnej   i   tamtędy   usuną   po   kawałku   kości 
szczękowej z obu stron. To powinno zrobić szpitalowi bardzo dobrą reklamę.

– Nie sądzę, żeby nasi lekarze robili zabieg tylko dla reklamy – odrzekła cicho Ingrid.
– Oczywiście, że nie – wycofał się szybko. – Przepraszam, jeśli moje słowa zabrzmiały 

cynicznie. Ale szpital naprawdę potrzebuje jak najwięcej dobrej reklamy.

–  Wydawał się pan bardzo zaciekawiony podczas zwiedzania oddziału doktora Rossa. 

Czy chirurgia transplantacyjna interesuje pana z jakiegoś szczególnego powodu?

Dunbar natychmiast stał się czujny.
– Nie, bynajmniej.
–  Ale   chciał   pan   poznać   szczegóły   dotyczące   logistyki   i  wypytywał,   co   dzieje   się   z 

organem dawcy po dotarciu do szpitala – nie ustępowała Ingrid.

W głowie Dunbara odezwały się dzwonki alarmowe. Jeśli Ingrid zwróciła na to uwagę, 

Ross i Hatfull tym bardziej. Niech to szlag trafi! Czyżby zdradził się już pierwszego dnia?

– Ze zwykłej ciekawości – skłamał.

background image

6

Dunbar   spędził   popołudnie,   przeglądając   na   komputerze   listy   personelu   i   dokumenty 

finansowe dostarczone przez biuro Leo Giordana. Uznał to zajęcie za wyjątkowo nudne, ale 
musiał   przygotować   sobie   kilka   pytań   z   tego   zakresu,   żeby   wypaść   autentycznie   w   roli 
księgowego.   Jego   prawdziwa   misja   ograniczała   się  na   razie   do  obserwacji  i   uczenia   się. 
Dotychczas cały szpital, a zwłaszcza oddział transplantacyjny, sprawiał imponujące wrażenie. 
Liczba   udanych   przeszczepów   nie   miała   sobie   równej.   Personel   składał   się   z   ludzi   o 
najwyższych   kwalifikacjach,   a   na   jego   czele   stał   jeden   z   najlepszych   chirurgów 
transplantacyjnych   w   kraju,   jeśli   nie   na   świecie.   Wyposażenie   stanowiło   cud   techniki 
medycznej. W dodatku oddział Rossa nie działał pod presją, która zwykle jest powodem złego 
funkcjonowania szpitala. Gdyby Dunbar miał się kierować pierwszym wrażeniem, uznałby, 
że  to   ostatnie   miejsce  na  świecie,  gdzie  może   się  zdarzyć  pomyłkowa   zamiana  ludzkich 
organów lub inne niedopatrzenie.

Oczywiście,   nadal   nie   dawało   mu   spokoju   to,   co   wyłowił   komputer   Inspektoratu 

Naukowo-Medycznego. Dlaczego dwie doświadczone, nie znające się nawzajem pielęgniarki 
wysunęły w dużym odstępie czasu dwa identyczne zarzuty? Czy rzeczywiście nie miały ze 
sobą nic wspólnego? A może  jednak znały się? Wyjął z teczki akta personalne, w które 
zaopatrzył go inspektorat i sprawdził dane. Sheila Barnes odeszła z Médic Ecosse prawie dwa 
lata wcześniej, zanim zaczęła tu pracować Lisa Fairfax.

Zdecydował, że musi z nimi porozmawiać. Jeśli miał  wykluczyć  zaniedbanie czy złe 

zarządzanie oddziałem jako powód skarg obu pielęgniarek, należało zastanowić się nad inną 
przyczyną ich oskarżeń. Nie wyłączając zwykłej histerii lub złośliwości. Najpierw chciał się 
spotkać   z   Lisa   Fairfax   i   posłuchać,   co   ma   do   powiedzenia.   Zwykle   więcej   można   się 
dowiedzieć   podczas   dwuminutowej   rozmowy   z   zainteresowanym   niż   z   lektury   jego   akt 
personalnych liczących pięćdziesiąt stron.

Inspektorat dołączył do kartoteki numer telefonu i adres pielęgniarki.
Dunbar podniósł słuchawkę, ale nagle zaczaj się zastanawiać, czy rozmowy telefoniczne 

nie są w szpitalu rejestrowane. Nie życzył sobie, aby ktokolwiek wiedział, że kontaktuje się z 

background image

byłym   członkiem   personelu   zwolnionym   z   pracy.   Zwłaszcza   że   Ingrid   zauważyła   jego 
zainteresowanie tym, co dzieje się z organami dawców po dotarciu do szpitala. Gdyby przez 
jego nieostrożność wyszło na jaw, że władze dają wiarę absolutnie nie udokumentowanym 
oskarżeniom   wysuwanym   pod   adresem   tak   prestiżowego   oddziału   w   Médic   Ecosse,   jak 
oddział   Rossa,   naprawdę   miałby   kłopoty.   Postanowił   skorzystać   ze   swojego   telefonu 
komórkowego.

Nie miał wielkiej nadziei, że w powszedni dzień, w godzinach pracy zastanie Lisę Fairfax 

w domu. Okazało się jednak, że miał szczęście.

– Słucham? – odezwał się starannie modulowany głos.
– Panna Fairfax? Mówi doktor Steven Dunbar. Przepraszam, że dzwonię tak znienacka, 

ale czy... moglibyśmy się spotkać? Chciałbym z panią porozmawiać o pani pracy w Szpitalu 
Médic Ecosse.

– I czego się pan spodziewa po tym spotkaniu?
–  Pracuję w jednym  z ministerstw. Prowadzimy dochodzenia w sprawach zażaleń na 

niewłaściwą opiekę lekarską nad pacjentami.

– Teraz się tym zajmujecie? – zdziwiła się Lisa. – Czy aby trochę nie za późno?
–  No cóż... Zna pani to powiedzenie... Tryby sprawiedliwości obracają się powoli. Ale 

lepiej   późno   niż   wcale.  –  Dunbar   natychmiast   pożałował   swoich   słów.   Zabrzmiały   dość 
nonszalancko. – Na pewno jest pani bardzo zajęta, ale byłbym niezmiernie wdzięczny, gdyby 
zechciała pani poświęcić mi trochę czasu.

–  Zajęta? Wręcz przeciwnie. Od czasu odejścia z Médic Ecosse nigdzie nie pracuję  – 

wyjaśniła.

– Przykro mi, nie wiedziałem. Więc będziemy mogli porozmawiać?
– Nie sądzę. Wszystko już kiedyś powiedziałam, ale nikt nie potraktował tego poważnie. 

I co zyskałam? Straciłam pracę i pewnie innej nie znajdę, jeśli ci z Médic Ecosse postarają się 
o to.

– Chciałbym usłyszeć pani wersję tego, co tam zaszło – powiedział Dunbar.
– Po co? Żeby odłożyć ją do akt? Nazwie pan to „bredzeniem umysłowo chorej”, tak jak 

tamci   ostatnim   razem?   A   może   okaże   mi   pan   współczucie   i   będzie   chciał   służyć   radą? 
Protekcjonalne dranie. – Lisa Fairfax panowała nad sobą, choć jej słowa były gniewne.

–  Nie   wiem   jeszcze,   co   zrobię.   Najpierw   muszę   wysłuchać   tego,   co   ma   pani   do 

powiedzenia   –  odrzekł   Dunbar.  –  Ale   jeśli   uznam,   że   pani   oskarżenia   nie   były   całkiem 
bezpodstawne, dopilnuję, żeby zostało przeprowadzone drobiazgowe śledztwo. Tyle  mogę 
pani obiecać.

Lisa nie wydawała się przekonana.
– Naprawdę nie widzę sensu w wałkowaniu tego tematu od początku. Wszystko powinno 

być w aktach, a ja już straciłam ochotę, żeby do tego wracać.

–  A może zmieniła pani swój stosunek do tej sprawy, panno Fairfax?  –  podpowiedział 

background image

Dunbar.  –  Może z czasem uznała pani, że zbyt pochopnie wystąpiła pani wtedy ze swymi 
oskarżeniami? A teraz, po przemyśleniu wszystkiego jeszcze raz...

– Nic podobnego –  zaprzeczyła Lisa lodowatym tonem.  –  Po prostu nie chcę do tego 

wracać. Ostatnim razem nie było to przyjemne. Nic z tego, co powiem, nie przywróci Aray 
życia. Ona umarła, ale ja żyję. Muszę znaleźć pracę i zarabiać na utrzymanie.

– Czy Amy Teasdale była dla pani kimś wyjątkowym, panno Fairfax?
Lisa westchnęła.
– Znów to samo... Nie byłam do niej przesadnie przywiązana – podkreśliła z naciskiem. – 

Po prostu lubiłam ją. Była miłym dzieckiem. Przyjęłam jej śmierć ze smutkiem. Zawsze boli 
mnie   śmierć   pacjenta.   Ale   to   wszystko.   Jestem   zawodową   pielęgniarką   i   wiem,   że   takie 
rzeczy się zdarzają.

– Na pewno opiekowała się pani wieloma dziećmi?
– Owszem. Dlaczego pan pyta?
– Bez powodu. Nadal chciałbym panią poznać.
– Niech pan zajrzy do akt. Można się z nich wiele dowiedzieć.
– Nie interesują mnie akta. Prowadzę własne śledztwo. Nikt tutaj o tym nie wie. Ma pani 

moje słowo, że wszystko, co pani powie, zostanie między nami i będzie traktowane jako 
poufne.

– Sama nie wiem... – zawahała się Lisa.
– Może zjemy razem kolację i wtedy porozmawiamy?
– Nie – odpowiedziała szybko. – Będzie pan musiał przyjechać do mnie.
– W porządku. Gdzie pani mieszka?
Lisa podała swój adres, a Dunbar udał, że go zapisuje. Nie wypadało mu się przyznać, że 

już go zna z akt.

– Kiedy mogę przyjechać? Dziś wieczorem?
– Myślę, że to równie dobra pora jak każda inna – odparła Lisa.
– Około ósmej?
– Proszę bardzo.

Lisa   Fairfax   mieszkała   w   bloku   nie   opodal   Dumbarton   Road,   głównej   arterii 

komunikacyjnej  łączącej  serce  Glasgow  z  wielkimi   stoczniami  położonymi   nad  brzegami 
rzeki Clyde. Kiedyś budowano tu statki dla całego świata. Potężne dźwigi stały jeszcze na 
swoich miejscach, lecz firmy dawno straciły duże zamówienia, a ludzie dobrą pracę.

Uliczka była spokojna, ale znalezienie miejsca do zaparkowania samochodu stanowiło nie 

lada   problem.   Wieczorem,   gdy   okoliczni   mieszkańcy   wracali   do   domów,   przybywało 
pojazdów.   Dunbar   nie   był   przyzwyczajony   do   gabarytów   wypożyczonego   rovera   i 
przejeżdżając między samochodami poustawianymi gdzie bądź miał trudności z oceną, czy 
auto   zmieści   się   w   którejś   z   wąskich   luk.   Krążąc   po   przyległych   do   osiedla   zaułkach, 

background image

zauważył   mały   placyk.  Okazało   się,   że   jest   to   dojazd   do   dwóch   bliźniaczych   garaży   z 
wymalowanym   na   drzwiach   napisem:   NIE   PARKOWAĆ  –  GARAŻE   W   CIĄGŁYM 
UŻYCIU.   Przyjrzał   się   starej,   zniszczonej   farbie   i   zardzewiałym   kłódkom   i   postanowił 
zaryzykować. Zaparkował samochód przed garażami, zakładając, że nie zabawi tu długo.

Wrócił pieszo na uliczkę Lisy i odszukał właściwy blok. Potem nacisnął guzik domofonu.
– Tak?
– Steven Dunbar. Rozmawialiśmy dziś przez telefon.
Odezwał się głośny brzęczyk elektronicznego zamka przywodzący Dunbarowi na myśl 

krzesło   elektryczne.   Pchnął   drzwi   i   wszedł   do   budynku.   Klatka   schodowa   była   jasno 
oświetlona i sprawiała wrażenie niedawno malowanej. Pod ścianami stały donice z terakoty, 
w których zapewne o innej porze roku rosły jakieś rośliny ozdobne. Teraz wypełniała je sama 
ziemia. Wspiął się szybko na trzecie piętro. Jedne z drzwi były uchylone. Nie miały tabliczki 
z nazwiskiem, ale uznał, że to na pewno mieszkanie Lisy. Zapukał ostrożnie.

– Panno Fairfax?
– Proszę wejść. Zaraz do pana przyjdę. Niech pan się rozgości w pokoju na prawo.
Dunbar zamknął  za sobą drzwi, przeszedł  przez  długi  przedpokój  i skręcił  w prawo. 

Wolał wyjrzeć przez okno niż się rozsiadać. Mimo panujących na zewnątrz ciemności zasłony 
nie były zaciągnięte. W oddali widniały światła ciągnące się wzdłuż brzegów rzeki Clyde. 
Wyglądały jak sznury pereł na czarnym aksamicie. Usłyszał za sobą kroki i odwrócił się.

–  Dobry   wieczór,   panno...   –  głos   zamarł   mu   w   krtani,   gdy   ujrzał   kobietę   około 

osiemdziesiątki,   idącą   ku   niemu   z   rozpostartymi   ramionami.   Wpatrywała   się   w   niego 
obłąkanym wzrokiem.

– Joshua! Wróciłeś do domu! – wykrzyknęła, próbując go objąć.
Dunbar był zaszokowany. Usiłował obronić się przed tą niespodziewaną  serdecznością, 

uważając, by nie zrobić krzywdy wiotkiej staruszce. Ale ona nie ustępowała.

– To jakaś pomyłka – zaczął tłumaczyć się i cofać. Nie zauważył stojącej za nim sofy. 

Wpadł na nią i przewrócił się do tyłu.

–  O mój Boże!  –  rozległ się okrzyk drugiej kobiety, która nagle weszła do pokoju.  – 

Mamo, przestań! Natychmiast przestań!

Dunbar pozbierał się i spojrzał na przerażoną Lisę Fairfax. Była szczupłą, atrakcyjną 

kobietą   tuż   po  trzydziestce.  Miała  czarne,  lśniące  włosy związane  z   tyłu.  W  jej  dużych, 
inteligentnych oczach widać było teraz zażenowanie.

–  Strasznie przepraszam... –  wyjąkała.  –  Myślałam, że jeszcze śpi. Cierpi na otępienie 

starcze.

Dunbar skinął głową i odetchnął głęboko.
– Przykro mi, że nie jestem Joshua – mruknął przepraszająco.
Lisa otoczyła matkę ramieniem i wyprowadziła z pokoju, strofując ją łagodnie jak małe 

dziecko. Po kilku minutach wróciła sama.

background image

– Przepraszam. Byłam pewna, że śpi – powtórzyła. – Inaczej nie zapraszałabym pana do 

środka w ten sposób. Napije się pan?

Dunbar skwitował uśmiechem powrót do normalnych, towarzyskich konwenansów.
– Jeśli ma pani dżin, chętnie.
Lisa przygotowała dwie porcje dżinu z tomikiem. Lekkie drżenie jej rąk zdradzało, że 

wciąż jest zdenerwowana. Wręczyła Dunbarowi szklankę.

– Proszę usiąść.
– Czy ona nie powinna być w szpitalu? – zapytał.
– Powinna –  przyznała Lisa.  – Ale szansę, że tam trafi, są niewielkie. Tego nie można 

wyleczyć, więc szpitale nie chcą trzymać u siebie takich pacjentów. Po krótkim pobycie na 
obserwacji zalecono jej „powrót do społeczeństwa”. Taka jest polityka rządzących.

– Ale pani należy się jakaś pomoc.
Lisa pokręciła przecząco głową.
–  Według władz, ja jestem tym  „społeczeństwem”. Jestem jej córką, więc mam się nią 

opiekować. Pomoc mogę sobie najwyżej wynająć. I tak robiłam, dopóki nie straciłam pracy.

– Straszne.
– Pamiętam lepsze czasy – przyznała Lisa.
Powiedziała  to beznamiętnie,  jakby stwierdzała  suchy fakt.  Nie użalała  się nad sobą. 

Robiła   wrażenie   dzielnej   kobiety,   która   mimo   niełatwego   życia   nie   poddaje   się 
przeciwnościom losu.

– Niech pani mi opowie o Amy Teasdale – poprosił.
Lisa uśmiechnęła się jakby w zadumie. Było jej z tym bardzo do twarzy. Odprężyła się. 

Dunbar poznał po jej spojrzeniu, że jest mu wdzięczna za delikatność okazaną w obliczu tego, 
co się stało.

– A tak, Amy... – zaczęła i urwała na chwilę, chcąc pozbierać myśli. – Amy była zupełnie 

normalnym   dzieckiem,   jeśli   pominąć   fakt,   że   jej   nerki   nie   funkcjonowały   prawidłowo. 
Praktycznie od urodzenia przenoszono ją z jednego szpitala do drugiego, więc zdążyła się do 
tego   przyzwyczaić.   Ale   nie   należała   do   potulnych,   małych   bohaterek   cierpiących   w 
milczeniu, jakie lubi opisywać prasa. Zapewne z czasem wyrosłaby na wymagającą damę, 
demonstrującą głośno swoje niezadowolenie, gdy coś nie idzie po jej myśli. Przypuszczam, że 
rodzice i krewni za bardzo ją rozpieszczali z powodu jej choroby. A mimo to wszystkie ją 
lubiłyśmy.   Była   jakby   jedną   z   nas.   Więc   ucieszyłyśmy   się   bardzo   na   wiadomość,   że 
znaleziono dla niej odpowiednią nerkę. Czekała na to od lat, a tymczasem w kilka tygodni po 
przybyciu do nas mogła ją dostać. Mówiło się, że organ jest doskonale dobrany. O ile dobrze 
pamiętam, miał chyba osiemdziesiąt procent zgodności z jej tkanką. Było tak, jakby ziścił się 
sen.

– Więc spodziewała się pani, że wszystko pójdzie dobrze?
–  Oczywiście. Przeszczep nerki to w dzisiejszych czasach rutynowy zabieg. Nie było 

background image

żadnych   powodów,   by   podejrzewać,   że   coś   się   nie   uda.   Tylko   czekałyśmy,   kiedy   Amy 
wypiszą z oddziału i powie nam do widzenia. Miała rozpocząć normalne życie.

– Ale stało się inaczej.
– Tak. Jej organizm odrzucił przeszczep i zmarła wkrótce po operacji.
– Kto ją operował?
– Doktor Hatfull, jeden z chirurgów doktora Rossa.
– Co pani o nim sądzi?
Lisa sprawiała wrażenie zaskoczonej tym pytaniem.
– Nie czuję się upoważniona do oceniania lekarzy.
– Chciałbym jednak znać pani zdanie na jego temat. Przypominam, że wszystko zostanie 

między nami. Żadne pani słowo nie wyjdzie poza ściany tego pokoju.

–  Uważam doktora Hatfulla za doskonałego chirurga. Pozostałych też na moim byłym 

oddziale. To bardzo prestiżowa posada. Skok w karierze lekarza, jak mówiono. Chirurdzy i 
pielęgniarki czekali w kolejce, żeby podjąć u nas pracę.

– A jednak jest pani przekonana, że popełniono jakiś błąd?
– Tak. Że Amy dostała niewłaściwą nerkę. Reakcja jej organizmu była tak gwałtowna, że 

mógł ją spowodować tylko przeszczep obcego organu o zupełnie innym typie tkanki niż jej 
własna.   Immunosupresory,   które   jej   podawano,   nie   mogły   sobie   z   tym   poradzić.   Biedne 
dziecko umarło w mękach.

– Domyśla się pani, jak mogło dojść do tego, że przeszczepiono jej niewłaściwą nerkę?
Lisa pokręciła głową.
–  Nie   mam   pojęcia   i   wiem,   że   to   wydaje   się   wręcz   niemożliwe.   Z   innego   szpitala 

przysłano nam tylko jeden organ pobrany od dawcy, więc jak można było coś pomylić? Typ 
tkanki zbadano dwukrotnie: najpierw w szpitalu dawcy, potem w Médic Ecosse. Wszystko się 
zgadzało.   Ale   widziałam,   co   się   później   stało.   Znam   objawy   odrzucenia   przeszczepu   z 
własnych obserwacji. U Amy wystąpiły klasyczne symptomy świadczące o niezgodności typu 
tkanki dawcy i pacjenta. Nic mnie nie przekona, że się myliłam.

Dunbar   był   pod   wrażeniem.   Nie   miał   do   czynienia   z   kobietą   niezrównoważoną 

emocjonalnie   czy   histeryczką.   Lisa   Fairfax   wydawała   się   osobą   rozsądną,   opanowaną   i 
stojącą mocno na ziemi. Mówiła z sensem.

– Co pani zrobiła, kiedy zdarzył się ten wypadek?
– Poszłam do przełożonej personelu pielęgniarskiego i powiedziałam jej, co o tym myślę. 

Nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia. Kazała mi wziąć się w garść, bo rzekomo byłam zbyt 
roztrzęsiona.   Usłyszałam,   że   powinnam   się   zastanowić,   jak   takie  „wzięte   z   powietrza 
oskarżenia” mogą zaszkodzić szpitalowi.

– Ale pani obstawała przy swoim?
– Tak, choć biorąc pod uwagę moją obecną sytuację, może powinnam trzymać język za 

zębami. Czasem tak mi się wydaje.  –  Lisa z trudem zdobyła się na słaby uśmiech.  –  Ale 

background image

wtedy   zwróciłam   się   do   doktora   Kinscherfa   i   pana   Giordana   z   prośbą   o   wszczęcie 
dochodzenia w celu ustalenia, czy Amy mogła dostać niewłaściwą nerkę.

– Jak na to zareagowali? Podobnie jak pani szefowa?
– Mniej więcej. Powiedzieli, że moja troska o pacjentów jest godna pochwały, ale zbyt 

duże   zaangażowanie   emocjonalne   pozbawia   mnie   zdolności   trzeźwego   myślenia.   Uznali 
śmierć Amy za jeden z tych nieszczęśliwych wypadków, które zawsze mogą się zdarzyć. 
Twierdzili, że odrzucenie przez organizm pacjenta narządu dawcy to jedna z wielu, wciąż nie 
do końca zrozumiałych dla lekarzy, odpowiedzi immunologicznych. Zasugerowali mi, żebym 
wzięła urlop, co w praktyce  oznaczało, że  –  zawieszają mnie w wykonywaniu czynności 
służbowych. Nadal mieli mi wypłacać pensję, ale pod warunkiem, że będę chodzić do mojego 
lekarza ogólnego i zgłaszać się na wizyty do jakiejś starej dziwaczki po lobotomii czołowej. 
Wskazali ją jako terapeutkę, która „pomoże mi przejść przez okres załamania nerwowego” i 
odzyskać   równowagę   psychiczną,   czyli   po   prostu   postara   się,   żebym   trzymała   buzię   na 
kłódkę. Kiedy przekonali się, że nie skorzystam z tej szansy zapewnienia sobie wewnętrznego 
spokoju i dobrego samopoczucia, jaką mi dają, wyrzucili mnie. I tak zostałam bez pracy, 
uwięziona w czterech ścianach, z niedołężną staruszką wymagającą opieki przez dwadzieścia 
cztery godziny na dobę, i z przekonaniem, że może być już tylko gorzej. – Lisa przechyliła 
szklankę i jednym haustem dopiła resztę alkoholu.

Dunbar poczuł się niezręcznie. Mógł najwyżej powiedzieć, że bardzo mu przykro, więc 

wolał milczeć. Skinął tylko głową.

–  Przepraszam –  odezwała się Lisa.  –  Nie powinnam mówić tego wszystkiego komuś 

zupełnie obcemu.

– Ludzie zupełnie obcy są często najlepszymi spowiednikami – zapewnił ją Dunbar.
Uśmiechnęła się lekko, jakby pocieszyła ją wiadomość, że nie tylko ona tak uważa.
– Przez panią jestem w kłopocie – oświadczył Dunbar.
– Jak to?
–  Przyjechałem   tu   w   przekonaniu,   że   poznam   przewrażliwioną   pielęgniarkę,   którą 

rozpacz po stracie ulubionej pacjentki popchnęła do rzucania histerycznych  oskarżeń. Ale 
pomyliłem się. Uważam, że mogę pani wierzyć, choć mam swoje wątpliwości. Chyba pani to 
rozumie?

– Wiem, co mówię.
Spojrzenie Dunbara świadczyło wymownie o tym, że to za mało.
– Och... nie zaprzeczam, że do szpitala wysłano właściwy organ – powiedziała Lisa – i że 

dotarł on bezpiecznie na miejsce, a potem został sprawdzony. Ale nic mnie nie przekona, że 
wszczepiono go Amy.

– Czy mówi pani coś nazwisko Sheila Barnes?
Lisa wyglądała na zdziwioną.
– Nie.

background image

– Siostra Sheila Barnes – uściślił Dunbar.
– Pielęgniarka? Z Médic Ecosse?
– Tak.
– Nie słyszałam o niej. A powinnam?
– Niekoniecznie. – Dunbar wstał. – Byłem po prostu ciekaw, czy pani ją znała. Dziękuję, 

że zechciała pani poświęcić mi trochę czasu. Bardzo mi pomogła ta rozmowa. Mam nadzieję, 
że wszystko się jeszcze ułoży.

– Co ku mnie zmierza, to mnie nie ominie – odrzekła Lisa.
– Słucham?
– Szkockie powiedzenie – wyjaśniła. – Odpowiednik que será será.
Po wyjściu na ulicę Dunbar postawił kołnierz i spojrzał w gwiazdy.  Przyjemnie było 

widzieć pogodne niebo, ale temperatura spadła poniżej zera. Miał teraz problem. Lisa Fairfax 
sprawiała wrażenie absolutnie pewnej, że Amy Teasdale przeszczepiono niewłaściwy organ. 
Po tym, co zobaczył i usłyszał podczas wizyty u Lisy, nie mógł jej uważać za nerwowo chorą 
pielęgniarkę, przesadnie przywiązaną do małej pacjentki. Ale czy na pewno miała rację? Skąd 
wziąłby się ten  „niewłaściwy organ”? W szpitalach nie ma szuflad z napisem: ORGANY 
DAWCÓW. Jeśli do Médic Ecosse wysłano odpowiedni narząd i dotarł on na miejsce, sprawa 
powinna się na tym zakończyć. Odrzucenie przeszczepu przez organizm pacjentki musiało 
być jednym z tych nie wyjaśnionych wypadków, które czasem się zdarzają. Tyle że w tym 
szpitalu stało się to już po raz drugi.

Jedyną rzeczą, której Dunbar był pewien, włączając się do ruchu na Dumbarton Road, 

było przekonanie, że musi pojechać do Helensburgha i odwiedzić w tamtejszym hospicjum 
Sheilę Barnes. Cała sprawa zaczynała go coraz bardziej niepokoić.

Dunbar spędził następny poranek za biurkiem. Siedział w przydzielonym mu pokoju i 

wypisywał   dane   liczbowe   z   dokumentów   finansowych   skopiowanych   na   dyskietkach. 
Poprosił Ingrid o dostarczenie dodatkowych rozliczeń, gdyż nie znalazł informacji na temat 
zaopatrzenia   magazynu   spożywczego   szpitala.   Pomyślał,   że   jeśli   każe   jej   przygotować 
zestawienie kosztów posiłków za okres ostatnich osiemnastu miesięcy, uwolni się od niej na 
dłużej i będzie mógł się skoncentrować na innych sprawach. Z ulgą stwierdził, że nie natknął 
się na nic, czego brakowałoby na dyskietkach pochodzących z biura Giordana. Dostarczono 
mu całkiem przejrzyste i wyczerpujące informacje.

Po jakimś czasie coś jednak zauważył. Początkowo kartoteki pacjentów wydawały mu się 

prowadzone   prawidłowo.   Zawierały   wyszczególnienie   wykonywanych   zabiegów   i 
podawanych leków oraz ponoszonych przez szpital kosztów, co pozwalało na porównanie ich 
z wystawianymi rachunkami i zaksięgowanymi wpływami. Ale gdy dla zabicia czasu pokusił 
się o wykonanie akademickiego ćwiczenia i sprawdzenie tego, dostrzegł pewną osobliwość. 
W   kartotekach   pacjentów  „Omega”  nie   figurowały   odrębne   pozycje   mające   odbicie   w 

background image

rachunkach. Nie sposób było dociec, jak i na co ich leczono.

Domyślał się, dlaczego Giordano uważał, że zadowolą go tylko ogólne sumy. Były to 

kwoty wynoszące wiele tysięcy funtów. Ale mógł zapytać o to Ingrid. Tymczasem zadzwonił 
z telefonu komórkowego do hospicjum  „Pod Bukami”  i zapytał, czy mógłby odwiedzić po 
południu Sheilę Baraes.

– Jest pan jej krewnym? – zapytała kobieta po drugiej stronie linii. Dunbar nie odzywał 

się przez moment, myśląc o tym, ile razy dziennie pada to pytanie.

– Nie. Tylko starym znajomym – powiedział w końcu.
–  Ach,   tak...   No   cóż,   nie   widzę   przeszkód.   Zachęcamy   naszych   pensjonariuszy   do 

prowadzenia w miarę normalnego życia, jak długo to możliwe. Czy odpowiada panu trzecia? 
Muszę znać godzinę pańskiej wizyty, żeby dostosować do niej podawanie leków pani Barnes. 
Jechałby pan do nas na darmo, gdyby okazało się, że akurat śpi. Z drogiej jednak strony 
musimy dbać o nią, żeby nie cierpiała. To czasem trudne do pogodzenia.

–   Rozumiem   –   odrzekł   Dunbar.   Zaczynał   czuć   się   winny.   Ale   nie   na   tyle,   żeby 

zrezygnować z podróży do hospicjum. – Będę o trzeciej.

Ingrid   wróciła   mniej   więcej   w   porze   lunchu   i   przyniosła   wyliczenie:   ile   kosztuje 

przygotowanie posiłków dla pacjentów, ile za to płacą i ile wynosi zysk.

– Na pewno się pan przekona, że nie bierzemy za wyżywienie zbyt mało – powiedziała 

uprzejmie, ale Dunbar wyczuł w jej głosie, co naprawdę myśli o zadaniu, które jej zlecił.

–  Dobrze jest mieć wszystkie liczby pod ręką  –  odparł z nadzieją, że tak stwierdziłby 

prawdziwy księgowy.

– Czy ma pan dla mnie jeszcze jakieś zlecenia?
–  Prawdę mówiąc, tak. Jestem trochę zaintrygowany informacjami na temat pacjentów 

„Omega”.

Ingrid nagle spoważniała.
– Naprawdę? Dlaczego?
– Bo właściwie ich nie ma.
Na twarzy Ingrid pojawił się wyraz zaskoczenia. Podeszła do biurka, stanęła za plecami 

Dunbara i spojrzała na ekran monitora.

–  Jestem pewna, że widziałam te rozliczenia, kiedy kopiowałam dla pana dyskietki.  – 

Pochyliła się i zaczęła wystukiwać na klawiaturze odpowiednie polecenia. Znalazła kartoteki 
pacjentów. Położyła wypielęgnowany palec na jednym z klawiszy i śledziła przesuwające się 
na ekranie zbiory danych.

– Mam – oznajmiła, cofając palec i pokazując monitor. – Jeden dziesięciodniowy pobyt 

za siedemnaście tysięcy funtów. Nieźle?

– Ale za co? – zdziwił się Dunbar.
Spojrzała na niego takim wzrokiem, że nie mógł odgadnąć, o co jej chodzi. Podejrzewał, 

że albo jest zdumiona, albo uważa go za niedorozwiniętego umysłowo.

background image

– Pan wybaczy, doktorze – powiedziała. – Ale myślałam, że interesuje pana tylko to, czy 

maksymalizujemy   wpływy   od   pacjentów,   żeby   zainwestowane   pieniądze   podatników 
przynosiły możliwie największy zysk.

– Zgadza się.
Ingrid   miała   wyraźne   trudności   z   panowaniem   nad   swoimi   emocjami.   Widząc   jej 

zniecierpliwienie, Dunbar spodziewał się, że za chwilę wybuchnie, odruchowo wyrzuci ręce 
do góry, pokręci głową i wykrzyknie:  „Więc dlaczego, na litość boską, obchodzą pana tak 
nieistotne szczegóły?!”. Ale nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego stwierdziła:

– Uważaliśmy, że skoro szpital dostał siedemnaście tysięcy funtów za dziesięciodniowy 

pobyt pacjenta, wystarczy panu ogólna suma, bez rozbijania jej na poszczególne pozycje.

Dunbar spodziewał się takiego wyjaśnienia. Przez moment zastanawiał się, czy warto 

naciskać dalej. Z jednej strony, chciał pokazać, że ma prawo żądać wszelkich informacji, 
jakie uzna za ważne, ale z drugiej, nie chciał wykorzystywać  swoich pełnomocnictw  jak 
wiejski półgłówek tylko po to, żeby dać Ingrid kolejne zajęcie.

–  Z   tej   sumy   nie   wynika   nawet,   dlaczego   pacjent   w   ogóle   znalazł   się   w   szpitalu  – 

zauważył.

–  Przepraszam. Wszystkiemu winna nasza polityka utrzymywania takich informacji w 

tajemnicy.   Myśleliśmy,   że   zadowolą   pana   końcowe   sumy.   Jeśli   to   panu   coś   da,   mogę 
powiedzieć,   że   ta   konkretna   pacjentka   „Omega”  urodziła   dziecko.   Zachodziła   obawa,   że 
mogą   wystąpić   jakieś   komplikacje,   ale   wszystko   skończyło   się   dobrze.   O   ile   sobie 
przypominam,   wszystkie   trzy   pacjentki  „Omega”,   jakie   tu   mieliśmy,   leżały   na   oddziale 
położniczym. Bardzo bogaci panowie zawsze zabiegają o to, żeby ich ciężarne żony miały jak 
najlepszą opiekę, jeśli obawiają się jakichś problemów. Nadal chce pan, żebym sporządziła 
szczegółowe zestawienie kosztów ich pobytu u nas?

Dunbar pokręcił głową.
– Nie. Myślę, że to nie będzie konieczne.
– Mogę jeszcze w czymś pomóc?
–  Na razie dziękuję  –  uśmiechnął się.  –  Zrobię sobie wolne popołudnie. Chcę poznać 

uroki Glasgow.

– Ich widok nie zapiera tchu w piersiach – uprzedziła drwiąco Ingrid.
Patrząc   na   zamykające   się   za   nią   drzwi,   zastanawiał   się,   dlaczego   tylu   ludzi  uważa 

szyderstwo za oznakę wyrafinowanego gustu.

* * *

Wyruszył do Helensburgha tuż po pierwszej, prześledziwszy uprzednio trasę na mapie 

samochodowej   Brytyjskiego   Związku   Motorowego,   którą   z   zadowoleniem   odkrył   w 
wypożyczonym roverze. Droga wydawała się łatwa. By dotrzeć do celu podróży położonego 

background image

nad Gare Loch musiał po prostu trzymać się północnego brzegu rzeki Clyde. Jadąc drogą 
ekspresową   Clydebank,   a   później   wzdłuż   Dumbarton   Road,   minął   ulicę   odchodzącą   w 
kierunku domu Lisy Fairfax. Nie mógł opędzić się od natrętnej myśli, że siedzi w swoim 
mieszkaniu  ze   starą,  chorą   umysłowo   matką.   Nasunęło  mu  to   refleksję,  jak  ludzie   mogą 
zmarnować sobie życie w przekonaniu, że muszą wypełnić swój obowiązek wobec rodziców.

Słońce świeciło jasno, gdy wjechał do Helensburgha i zaparkował samochód przy brzegu 

morza. Siostra przełożona z hospicjum mówiła, żeby kierował się znakami wskazującymi 
turystom drogę, do słynnego Hill House Charlesa Renniego Mackintosha. Hospicjum  „Pod 
Bukami” znajdowało się na Harlaw Road, biegnącej równolegle do Hill House i nieco za nim, 
ale Dunbar miał trochę czasu, więc postanowił najpierw rozprostować nogi i coś zjeść. Przed 
wyjazdem z Glasgow zrezygnował z lunchu, bo nie był  pewien, jak długo będzie jechał. 
Okazało się, że dotarł na miejsce w niecałą godzinę. Patrzył na morskie fale, dopóki zimny 
wiatr  nie  wypędził  go  znad  wody.   Postawił   kołnierz  i  ruszył  na  poszukiwanie  baru  albo 
kafejki. Wkrótce znalazł lokal należący do sieci gastronomicznej Pierre Victoire i zamówił 
omlet z pieczarkami oraz kieliszek wina. Popijając na deser mocną kawę, zastanawiał się, o 
co ma zapytać Sheilę Barnes, o ile będzie w stanie udzielić mu odpowiedzi.

Hospicjum   „Pod   Bukami”  mieściło   się   w   okazałej   wiktoriańskiej   willi   porośniętej 

bluszczem. W innym otoczeniu dom sprawiałby zapewne ponure wrażenie, ale tu, górując nad 
miastem   i   stojąc   tuż   nad   wodą,   wyglądał   całkiem   przyjemnie   w   promieniach 
popołudniowego,   zimowego   słońca.   Dunbar   zadzwonił   do   drzwi.   Służąca   w   różowym 
uniformie i grubych, brązowych pończochach poprowadziła go do biura przełożonej. Idąc 
korytarzem, wyrzucała gwałtownie ramiona na boki, raz w lewo, raz w prawo. Dunbar z 
trudem opanował podświadomy odruch naśladowania jej chodu. W budynku było gorąco; 
podejrzewał, że ogrzewanie nastawione jest na cały regulator.

–  Proszę   wejść,   doktorze   Dunbar  –  powiedziała   zapraszająco   miła   kobieta   około 

pięćdziesiątki,   gdy   służąca   zaanonsowała   jego   przybycie.   Miała   przedwcześnie   posiwiałe 
włosy, będące zapewne niegdyś koloru blond, a na twarzy lekki, zawodowy uśmiech, często 
spotykany   u   starszego   personelu   pielęgniarskiego.   Miał   sprawiać,   żeby   obcy   czuł   się 
swobodniej.

– Pani Barnes nie śpi, choć muszę powiedzieć, że nie mogła sobie pana przypomnieć, gdy 

uprzedziłam ją o pańskiej wizycie. – Uśmiech nie zniknął z twarzy kobiety. Wpatrywała się 
pytająco w Dunbara.

Poczuł się winny, kiedy skłamał.
– Nie widziała mnie od wielu lat, siostro. Po raz ostatni bardzo dawno temu.
–  Na pewno sobie przypomni, gdy znów pana zobaczy i pogawędzicie  przez chwilę. 

Lubimy tu odwiedziny starych przyjaciół naszych podopiecznych. Obawiam się, że Sheili nie 
pozostało już wiele czasu.

background image

– Cierpi? – zapytał Dunbar.
– Ma ataki bólu, ale ogólnie udaje się nam ulżyć jej cierpieniom. Teraz może być trochę 

senna. Dostała morfinę.

– Ktoś mi mówił, że jej mąż też ma raka.
–  Niestety, tak. Oboje zachorowali niemal jednocześnie. Bardzo dziwne. Nie pamiętam 

drugiego takiego przypadku. Cyril ma pokój obok Sheili. Z nim też chce się pan zobaczyć?

Dunbar pokręcił przecząco głową.
– Nie znam go.
– Morag zaprowadzi pana na górę.
Służąca pojawiła się ponownie. Dunbar podążył za nią korytarzem wyłożonym dywanem, 

wszedł   na   pierwsze   piętro,   gdzie   został   wprowadzony   do   przyjemnego   pokoju   z   oknem 
osadzonym w wykuszu.

– Pani Barnes, ma pani gościa – oznajmiła służąca, po czym wycofała się i zamknęła za 

sobą drzwi.

Dunbar zbliżył się do łóżka, w którym leżała przeraźliwie chuda kobieta. Wiedział, że ma 

czterdzieści   siedem   lat,   ale   wyglądała   na   siedemdziesiąt.   Jej   twarz   poprzecinana   była 
zmarszczkami cierpienia, a oczy wydawały się nienaturalnie duże, co podkreślały zapadnięte 
policzki.

– Pani Barnes... Nazywam się Steven Dunbar.
– Nie znam pana – odparła Sheila Barnes głosem bliskim szeptu.
– Nie, rzeczywiście... – przyznał Dunbar. – Ale muszę panią zapytać o oskarżenie, które 

wysunęła pani, pracując jako pielęgniarka w Szpitalu Médic Ecosse.

Kobieta wydała z siebie słaby pomruk przypominający drwiące parsknięcie.
– Dopiero teraz?
– Niestety. Ale niedawno zdarzyło się coś, co zmusiło mnie do tej wizyty. Utrzymywała 

pani swojego czasu, że pacjentowi oddziału transplantacyjnego przeszczepiono niewłaściwy 
organ, prawda?

– Innego wytłumaczenia nie było.
– Czy darzyła pani tamtego pacjenta szczególną sympatią?
Sheila Barnes zaprzeczyła, kręcąc wolno głową.
– Nie – powiedziała. – O ile pamiętam, to był wstrętny gówniarz. Dlaczego pan pyta?
Dunbar nie widział powodu, żeby ukrywać przed nią prawdę.
– Ponieważ inna pielęgniarka z tego szpitala wysunęła identyczny zarzut – wyjaśnił.
Spojrzenie wielkich oczu stało się jakby ostrzejsze.
– Naprawdę?
– Tak. Również z oddziału transplantacji.
– Czy ktoś chciał jej słuchać?
– Została zwolniona.

background image

Sheila Barnes uniosła głowę i zmarszczyła czoło.
– Co tam się dzieje?
–  Właśnie próbuję się tego dowiedzieć  – odparł Dunbar.  –  Proszę mi powiedzieć... co 

pani zapamiętała na temat tego pacjenta?

Kobieta położyła głowę na poduszce i westchnęła przeciągle. Przez chwilę wpatrywała 

się w milczeniu w sufit, po czym odezwała się:

– Mogę zrobić coś lepszego. Proszę wziąć moją torebkę. Leży na komodzie.
Dunbar spełnił jej prośbę.
– Znajdzie pan w niej pęczek kluczy.
Sięgnął do torebki.
– To klucze od naszego domu w Glasgow. Wszystko zapisywałam. Takie notatki mogą 

się panu przydać bardziej niż wspomnienia chorej kobiety, którą zawodzi pamięć. Niech pan 
tam pojedzie. Ja i Cyril nie wrócimy już do domu. Czarny notes. Jest w sypialni, w prawej 
szufladzie toaletki.

Potem podała Dunbarowi adres.
– Jeśli pani sobie życzy...
Sheila Barnes wyglądała na wyczerpaną.
– Jedna pomyłka mogła się zdarzyć – powiedziała cicho. – Ale dwie...?

background image

7

Zamykając za sobą furtkę, Dunbar po raz ostatni spojrzał na hospicjum  „Pod Bukami”. 

Odbył dość zaskakujące spotkanie. Wiedział, jak zachowują się ciężko chorzy ludzie będący 
pod wpływem silnych środków przeciwbólowych. Wydają się nieobecni i otępiali, lecz ich 
umysły działają wciąż zadziwiająco sprawnie. Mimo swojego stanu Sheila Barnes nie straciła 
zdolności   trzeźwego   rozumowania.   Sprawiała   wrażenie   inteligentnej,   rozsądnej   kobiety. 
Podobnie jak Lisa Fairfax nie była  typem histeryczki. Znalazł jeszcze jedno zaprzeczenie 
teorii o chorych umysłowo pielęgniarkach.

Ale wsiadając do samochodu, zastanawiał się, czy to mu w jakiś sposób pomoże. Jeśli 

wyeliminuje jedną możliwość, pozostaną jeszcze dwie inne. Albo obie pielęgniarki po prostu 
myliły się, albo miały rację, co nie stanowiło zbyt atrakcyjnej perspektywy, bo trudno było 
przewidzieć, dokąd go to zaprowadzi. Postanowił pojechać do domu Barnesów jeszcze tego 
samego wieczoru. Może w notesie Sheili znajdowała się odpowiedź na pytanie, co naprawdę 
zdarzyło się w Médic Ecosse.

Sheila   i   Cyril   Barnesowie   mieszkali   w   dobrze   utrzymanym,   białym   domku   na 

przedmieściu   Glasgow,   zwanym   Bearsden.   Kiedy   Dunbar   zjawił   się   tam,   ich   posiadłość 
pogrążona była w mroku, ale po otwarciu furtki włączyła się samoczynnie lampa oświetlająca 
ścieżkę prowadzącą do drzwi wejściowych. W oknie sąsiedniego domu poruszyła się zasłona 
i Dunbar ujrzał głowę wyglądającego na zewnątrz mężczyzny. Nie zwracając na niego uwagi, 
wyciągnął klucze i zaczął otwierać dobrze zabezpieczone drzwi.

Uporawszy się z zamkami, przekroczył ostrożnie próg. Obawiał się, że może włączyć się 

alarm   przeciwwłamaniowy,   o   którym   nie   został   poinformowany.   Stał   przez   chwilę   w 
ciemnościach, po czym wolno przesunął palcami po ścianie, szukając kontaktu. Powietrze 
pachniało lekko stęchlizną. Domyślił się, że dawno nikt nie wietrzył pustych pokoi. Czując 
się jak intruz, przeszedł wolno przez przedpokój i znalazł się w saloniku. Cisza i pustka były 
niemal namacalne. Zapalił światło.

Pokój wypełniały wygodne meble wypoczynkowe pokryte materiałem w jasne, kwieciste 

background image

wzory. Stały wokół kamiennego kominka wraz z małymi, podręcznymi stoliczkami. Duży 
telewizor   pod   oknem   pokryty   był   kurzem.   Większość   płaskich   powierzchni   zajmowały 
zdjęcia i pamiątki z wakacyjnych podróży. Patrząc na fotografie, Dunbar domyślił się, że 
Barnesowie   mieli   jednego   syna.   Na   honorowym   miejscu,   na   biurku,   stało   zdjęcie   ślubne 
Sheili i jej męża. Na obramowaniu kominka widniała fotografia zrobiona z okazji ukończenia 
wyższej uczelni. Była stara, więc Dunbar odgadł, że przedstawia Cyrila.

Przeszedł   do   sypialni   i   zobaczył   toaletkę,   w   której   powinien   znajdować   się   notes. 

Wyglądała   solidnie.   Być   może   stanowiła   część   spadku   odziedziczonego   przez   Sheilę. 
Wysokie lustra miały wyszczerbione brzegi. Zapewne stary mebel uczestniczył w niejednej 
przeprowadzce. Kosmetyki leżące na kolorowej, szklanej tacce stanowiły przykry kontrast z 
bladą, zbolałą twarzą Sheili, której obraz miał przed oczami. Otworzył szufladkę i znalazł 
notes.

Ledwo   usiadł   w   salonie,   zamierzając   zabrać   się   do   czytania,   gdy  rozległ   się   dźwięk 

dzwonka przy drzwiach wejściowych. Zabrzmiał tak głośno w grobowej ciszy pustego domu, 
że Dunbar omal nie podskoczył. Poszedł otworzyć drzwi. W progu ujrzał niskiego, rudego 
mężczyznę z wąsami. Nieznajomy miał na sobie kraciastą koszulę, żółtą, wełnianą kamizelkę 
i flanelowe spodnie podciągnięte niemal do piersi. Jego stopy tkwiły w rannych pantoflach z 
baraniej skóry, jakie można kupić na straganach podczas wycieczki autokarowej po mieście. 
W ręce trzymał kartonowe pudełko.

– Tak?
– Dobry wieczór. Nazywam się Proudfoot – przedstawił się nieznajomy. – Mieszkam po 

sąsiedzku.

– Ach, tak...
–  Widziałem, jak pan przyjechał. Pomyślałem, że może dowiem się czegoś o Sheili i 

Cyrilu.

–  Są w bardzo ciężkim stanie  –  odrzekł Dunbar podejrzewając, że mężczyzna chce go 

wybadać. – Sheila prosiła, żebym coś dla niej zabrał z domu.

–   Rozumiem...   –  powiedział   niepewnie   Proudfoot.  –  Wolno   spytać,   czy   jest   pan   jej 

krewnym?

– Nie.
– Cóż... To trochę komplikuje sprawę...
– A w czym rzecz, panie Proudfoot? – zapytał Dunbar. Facet najwyraźniej nie przyszedł 

tu tylko po to, by dowiedzieć się o zdrowie sąsiadów.

– Chodzi o mój aparat fotograficzny – wyjaśnił z zakłopotaniem Proudfoot
– O pański aparat fotograficzny? – powtórzył zdziwiony Dunbar.
– Nie chciałbym być drobiazgowy w takiej chwili, ale pożyczyłem Cyrilowi swój aparat. 

Jego był w naprawie, ale jest już zreperowany. Mam go ze sobą. Listonosz przyniósł go dziś 
rano. – Proudfoot uniósł tekturowe pudełko. – Miałem nadzieję, że swój odbiorę.

background image

– Teraz rozumiem – powiedział Dunbar. – Może pan wejdzie? Jestem pewien, że w tych 

okolicznościach Cyril nie miałby nic przeciwko temu.

– Bardzo panu dziękuję – mężczyzna rozpromienił się i przestąpił próg z wyraźną ulgą.
– Wie pan, gdzie jest pański aparat?
– O, tak! Cyril trzyma sprzęt fotograficzny w tamtej szafce.
Proudfoot schylił się i otworzył drzwiczki małej szafki na lewo od kominka.
– Jest – oznajmił, wyciągając skórzany futerał. – Odłożę jego aparat na miejsce. Ciekaw 

jestem, co powie, kiedy się dowie, że nie znaleźli w nim żadnego uszkodzenia. Oddał go do 
naprawy, bo psuł filmy. Trzy wyszły zupełnie zamglone. Cyril był wściekły.

– Może pochodziły z wadliwej partii?
– Chyba próbował brać je z różnych źródeł – odpowiedział Proudfoot.
– Obaj jesteście zapalonymi fotografami, jak się domyślam?
–  To   nasze   hobby.   Głównie   interesują   nas   ptaki,   ale   Cyril   lubił   też   fotografować 

otoczenie. Nieczynne dźwigi w starych  stoczniach wzdłuż rzeki, puste rusztowania na tle 
nieba, takie rzeczy.  Wie pan, zmierzch  przemysłu.  Może miało  to coś  wspólnego z jego 
chorobą. Sic transit gloria mundi, rozumie pan.

Dunbar skinął głową.
– Wiosną planujemy podróż w dół Clyde, aż do Arran.
– Przyjemna wycieczka –  przyznał Dunbar, ale nie sądził, by Cyril mógł wziąć w niej 

udział.

Dunbar postanowił zabrać notatnik Sheili Barnes do hotelu. Tam mógł zrobić fotokopie 

stron zawierających istotne informacje i zwrócić notes właścicielce. Po drodze zatrzymał się, 
żeby kupić butelkę dżinu i litr toniku. Nie miał ochoty wychodzić wieczorem do miasta ani 
spędzać czasu w hotelowym barze, bratając się z jego bywalcami, ale potrzebował czegoś na 
odprężenie po dniu pełnym napięcia.

Długo stał pod prysznicem, potem owinął się miękkim, granatowym szlafrokiem i nalał 

sobie   drinka.   Postawił   szklankę   na   nocnym   stoliku   i   usadowił   się   wygodnie   na   łóżku   z 
notesem Sheili Barnes. Otwierając go, spodziewał się, że w swym pamiętniku pielęgniarka 
opisała   przypadek   jednego   pacjenta   i   okoliczności   towarzyszące   wysunięciu   przez   nią 
oskarżeń. Znalazł tam jednak o wiele więcej. Siostra Barnes prowadziła notatki w ciągu całej 
swojej kariery zawodowej. Zapisywała osobiste obserwacje dotyczące wszystkich pacjentów 
po transplantacjach, którymi się opiekowała. Musiała być doświadczoną, pełną poświęcenia 
pielęgniarką, bardzo dbającą o swych podopiecznych. To oni byli w jej życiu najważniejsi. 
Na stronach tej kroniki Dunbar dostrzegł dowody prawdziwej troski o chorych i żaden z nich 
nie został szczególnie wyróżniony.

Kiedy   doszedł   do   momentu   nieudanej   transplantacji   Kennetha   Linehama,   jeszcze   raz 

uderzyło go zaangażowanie pielęgniarki i jej profesjonalizm. Odnotowała gwałtowny wzrost 

background image

temperatury u pacjenta prowadzący do febry i majaczenia, natychmiastową zmianę terapii 
immunosupresyjnej, co nie przyniosło pożądanych efektów, przerażenie rodziców chłopca, 
konsultacje   z   kolegami   i   wreszcie   rosnącą   pewność,   że   przeszczepiono   Kennethowi 
niewłaściwy organ. Opisała, jak początkowo nie mogła się zdobyć na głośne wypowiedzenie 
swych podejrzeń i jaką poczuła ulgę, gdy w końcu to zrobiła. Dunbar miał wszystko czarno 
na białym. Nie doszukał się w zachowaniu Sheili żadnych oznak histerii.

Następnie przeczytał o jej wielkim rozczarowaniu i goryczy, jaką czuła, kiedy po śmierci 

chłopca nikt nie chciał traktować poważnie jej spostrzeżeń, i o gniewie, jaki ją ogarnął, gdy 
uznano ją za chorą umysłowo. Srodze zawiodła się na przełożonych, więc zwróciła się do 
miejscowego dziennikarza. Początkowo wydawał się zainteresowany jej historią, lecz później 
przestał się angażować w tę sprawę. Wszyscy zwarli przeciw niej szyki.

Zastanawiające   było   podobieństwo   wspomnień   Sheili   Barnes   i   relacji   Lisy   Fairfax. 

Dunbara niepokoiła ta zbieżność. Nic nie wskazywało na przypadek. Nie mógł uznać, że są to 
dwie różne historie, które po prostu miały taki sam koniec. Rzucała się w oczy zbyt duża 
liczba identycznych szczegółów. Oparł głowę o ścianę i przez chwilę wpatrywał się w sufit. 
Potem wrócił do czytania.

Kennetha  Linehama   operował  doktor   Phillip   Cunningham,   wówczas  naczelny   chirurg 

Rossa.   Według   pamiętnika   Sheili   Barnes,   lekarz   ten,   podobnie   jak   cały   personel,   ciężko 
przeżył śmierć chłopca. Prywatnie był nawet skłonny zgodzić się z nią, że gwałtowny odrzut 
przeszczepu sugerował jakąś wadę organu dawcy. Nie miał jednak ochoty powiedzieć tego 
głośno i publicznie wolał uchodzić za zwolennika oficjalnej wersji, według której zdarzył się 
nie wyjaśniony, nieszczęśliwy wypadek. W końcu zarówno szpital dawcy, jak i Médic Ecosse 
potwierdziły w swoich laboratoriach właściwy dobór narządu do przeszczepu. Chirurg uznał, 
że nie ma w tej sprawie nic więcej do dodania i musi myśleć o swojej karierze.

Sheila   Barnes   napisała   w   pamiętniku   o   swoim   odejściu   z   Médic   Ecosse,  o  tym,   jak 

później zapadła  na zdrowiu, o diagnozie  stwierdzającej raka u niej i jej męża, a także o 
koszmarze radio  –  i chemioterapii. Gdy Dunbar skończył czytanie, poczuł się wyczerpany. 
Ale  teraz  wiedział,   że  Sheila   jest   kobietą   zasługującą  na   szacunek,  jako  człowiek   i  jako 
profesjonalistka. Mimo że przełożeni w Médic Ecosse obeszli się z nią nieprzyzwoicie, z kart 
pamiętnika nie wyzierała nienawiść do tych, którzy zignorowali jej zarzuty i uznali ją za 
niespełna rozumu. Tylko raz dała upust swej złości, pisząc o tym, że bardziej troszczono się o 
pacjenta „Omega” niż o umierającego chłopca. Dunbar znalazł zdanie – o „podłych lizusach 
przewracających się o siebie, byle tylko dosięgnąć wypisanego czeku”.

Zamknął   notes   i   przez   chwilę   stukał   palcami   w   okładkę..   Potem   wstał   i   nalał   sobie 

następną   porcję   trunku.   Zastanawiał   się,   o   czym   zamelduje   Inspektoratowi   Naukowo-
Medycznemu,   gdy   pod   koniec   tygodnia   będzie   musiał   przekazać   pierwszy   raport.   Przed 
kilkoma   dniami,   zanim   poznał   obie   pielęgniarki,   sprawa   była   prosta.   Poinformowałby 
przełożonych,   że   najprawdopodobniej   oskarżenia   dwóch   kobiet   należałoby   uznać   za 

background image

bezpodstawne. Swoją opinię poparłby jak najlepszymi  wrażeniami wyniesionymi  z Médic 
Ecosse.   Musiałby   opisać   szpital   jako   wspaniałą   placówkę   medyczną,   doskonale 
zorganizowaną   i   zarządzaną,   funkcjonującą   bez   napięć.   A   dwa   zgony   pacjentów   po 
transplantacjach   nazwałby   nieszczęśliwymi,   lecz   wyjątkowymi   przypadkami,   które   mogą 
zdarzyć się wszędzie.

Teraz jednak sprawa wyglądała inaczej. Nie mógł już zlekceważyć zarzutów pielęgniarek 

i potraktować ich oskarżeń jak urojenia chorych psychicznie czy – mówiąc bardziej uprzejmie 
– „nadwrażliwych” kobiet. Nie znalazł dowodów ich przesadnego przywiązania do pacjentów 
ani złośliwości w stosunku do pracodawcy. To, że w komputerowej bazie danych nie natrafił 
na inne podobne przypadki śmierci pacjentów, też miało znaczenie. Nie zamierzał wracać do 
Londynu z tym, co miał. Postanowił dalej prowadzić śledztwo.

Gdy następnego ranka Dunbar wkroczył do biura, zastał tam Ingrid.
– Jak minęło wczorajsze popołudnie? – zapytała.
Przez moment  patrzył  na nią,  nie rozumiejąc,  dlaczego o to pyta.  Dopiero po chwili 

przypomniał sobie, że mówił jej o zamiarze zwiedzenia Glasgow.

– Bardzo interesująco – odparł.
–  Niestety,  nie mogłam panu przygotować  szczegółowych  kosztów pobytu  pacjentów 

„Omega”, ale ustaliłam, kiedy się leczyli i na co.

– Bardzo dziękuję, jestem zobowiązany. – Wziął od niej akta i wsunął do teczki.
– Jakie plany na dziś?
–  Mam ochotę przyjrzeć się liczbom dotyczącym radiologii. Wydaje mi się, że koszty 

utrzymania tego oddziału są nieproporcjonalnie wysokie w stosunku do opłat wnoszonych 
przez pacjentów.

– Uważa pan, że powinniśmy więcej żądać za prześwietlenia?
– Albo zredukować wydatki. Mogłaby mi pani przygotować wydruki stanu zatrudnienia i 

listy płac personelu radiologii?

– Oczywiście. Coś jeszcze?
– Chciałbym obejrzeć ten oddział i zobaczyć, jak jest wyposażony. Proszę skontaktować 

się z ordynatorem i zapytać, kiedy mogę wpaść?

– Dobrze. – Ingrid sięgnęła po telefon.
–  Doktor Svensen zaprasza w każdej chwili  –  oznajmiła  kilka minut  później. –  Dziś 

przyjechali  specjaliści z obsługi technicznej, więc pacjenci będą przyjmowani dopiero po 
południu. Dobrze się składa.

– Rzeczywiście – przyznał Dunbar.
– Mam panu towarzyszyć?
–  Dziękuję. Sam się przespaceruję. Przez ten czas mogłaby pani przygotować dane, o 

które prosiłem.

background image

Dunbar zamierzał zwiedzać radiologię jak najdłużej. Brakowało mu już pomysłów, czym 

zająć Ingrid. Nie widział jeszcze całego szpitala, więc postanowił pójść na radiologię okrężną 
drogą. Zainteresowała go klatka schodowa prowadząca z parteru na dół. Nie była oznaczona 
żadną tablicą informacyjną. Idąc korytarzem, pomyślał, że warto sprawdzić, dokąd dotrze 
tymi schodami.

Obejrzał   się   przez   ramię   i   upewniwszy   się,   że   jest   sam,   skręcił   szybko   i   zbiegł   po 

schodach. Natrafił na podwójne drzwi. Otworzyły się, gdy pchnął je lekko. Oświetlenie w 
podziemiach  nie  było  zbyt  dobre,  więc  przez  chwilę   przyzwyczajał   oczy  do mroku.  Pod 
sufitem   wisiały   tylko   pojedyncze   żarówki   osłonięte   drucianymi   siatkami.   Posuwając   się 
wąskim korytarzem, ciągnącym się zapewne pod całym budynkiem, zauważył szereg drzwi. 
Otwierał je kolejno i zaglądał do środka.

Za   pierwszymi   trzema   drzwiami   znajdowały   się   magazyny   z   metalowymi   półkami 

oznaczonymi   kodem   alfanumerycznym.   Leżały   na   nich   części   zapasowe   do   aparatury 
medycznej   i   kartonowe   pudła.   Czwarte   pomieszczenie   było   ciemne.   Dunbar   natychmiast 
poczuł panujący tu chłód, przesycony wilgocią. Wzdrygnął się. Trafił do szpitalnej kostnicy. 
Nie dostrzegł żadnych napisów, ale białe, gładkie ściany, prosty, drewniany krzyż i solidne, 
metalowe   drzwi   chłodni   mówiły   same   za   siebie.   Zdziwił   go   mały   rozmiar   kostnicy,   ale 
przypomniał sobie, że to prywatny szpital, dla ograniczonej liczby wybranych  pacjentów. 
Ludzie   nie   powinni   tu   umierać.   Odciągnął   klamkę   i   otworzył   drzwi   chłodni.   W   twarz 
uderzyło go zimne powietrze. Wewnątrz nie było żadnego ciała, tylko dwie puste szuflady na 
zwłoki, umieszczone jedna nad drugą.

Jego uwagę zwróciły jednak inne drzwi na prawo od szafy chłodniczej. Nie miały klamki. 

Przyjrzał się im dokładniej i po prawej stronie, za framugą znalazł guzik. Kiedy go nacisnął, 
drzwi   odsunęły   się.   Miał   przed   sobą   wąską,   długą   windę.   Domyślił   się,   że   kabinę 
zaprojektowano tak, by zmieściła się w niej trumna w pozycji poziomej. W środku zobaczył 
kilka  przycisków.  Winda  docierała  na  wszystkie  piętra.  Próbował  sobie uzmysłowić,  pod 
którą częścią budynku znajduje się kostnica. Doszedł do wniosku, że jest usytuowana z tyłu 
szpitala,   w   dwóch   trzecich   jego   długości.   Widział   tam   zielone,   tajemnicze   drzwi,   gdy 
parkował samochód.

Był w tym sens. Jeśli komuś przytrafiło się to nieszczęście, by umrzeć w Médic Ecosse, 

jego   zwłoki   zjeżdżały   dyskretnie   na   dół   służbową   windą.   Nie   trzeba   było   wieźć   ich   do 
kostnicy głównymi korytarzami. Tam ciało leżało w szafie chłodniczej do momentu zabrania 
go przez umówionych pracowników zakładu pogrzebowego. Trumnę wynoszono z budynku 
tylnymi drzwiami, bez wzbudzania czyjejkolwiek ciekawości.

Dunbar zamknął za sobą kostnicę i ruszył dalej.
Natrafił na następne magazyny. W jednym z nich przechowywano butle z gazami. Stały 

w równych rzędach, przymocowane do ścian łańcuchami. Próbował sobie przypomnieć, co 

background image

oznaczają poszczególne kolory, ale pamiętał tylko, że w czarnej butli z białą nakrętką na 
górze znajduje się tlen. Przypuszczał, że w innych są gazy anestezjologiczne. Doszedł niemal 
do końca korytarza, mając nadzieję, że znajdzie drogę na górę, gdy zauważył  zamknięte, 
dwudzielne drzwi. Otworzył jedno skrzydło i znalazł się w małym przedsionku wiodącym do 
umywalni.   Na   kołkach   wisiały  plastikowe   fartuchy,   a  na   podłodze   stały   w   szeregu   białe 
gumowce. Dalej zobaczył kolejne drzwi. Pchnął je i odnalazł włącznik światła. Pod sufitem 
rozbłysły jarzeniówki. Wkroczył do wyłożonego kafelkami prosektorium. W powietrzu unosił 
się nikły zapach formaliny i środków antyseptycznych.

Stół do sekcji wydał się Dunbarowi wyjątkowo wielki. Zbliżył się do niego i przesunął 

palcami   po   gładkiej,   metalowej   powierzchni   i   kanałach   odpływowych   prowadzących   do 
dużego   zlewu   z   nierdzewnej   stali   umieszczonego   obok.   Do   sufitu   przymocowana   była 
osobliwa konstrukcja składająca się z kół i lin, ale poza tym  wszystko wokół wyglądało 
normalnie. Na długim stole pod ścianą leżały tace z instrumentami. W świetle jarzeniówek 
błyszczały  noże  chirurgiczne   i  skalpele,  piły i  świdry.  Zauważył   kolczugowatą   rękawicę, 
którą patolog wkłada podczas pracy na wolną rękę, by uniknąć przypadkowego skaleczenia, 
gdy w drugiej trzyma nóż. Dunbar wzdrygnął się, choć nie czuł zimna.

Mylił się, licząc, że w głębi korytarza znajdzie schody prowadzące z powrotem na parter. 

Musiał wrócić tą samą drogą, którą tu przyszedł. Uznał brak drugiego wyjścia z podziemi za 
nieco dziwny, ale usytuowanie prosektorium w „ślepym zaułku” gwarantowało, że nikt się tu 
niepotrzebnie   nie   zapuszczał.   Kiedy   o   tym   rozmyślał,   nagle   z   boku,   po   lewej   stronie 
otworzyły się gwałtownie drzwi. Poczuł, jak serce skacze mu do gardła. Z magazynu wyłonił 
się   pracownik   fizyczny   szpitala.   Pchał   przed   sobą   wózek.   Przestraszył   się   nie   mniej   niż 
Dunbar.

– Kim pan jest? – wymamrotał. – Co pan tu robi?
– Zwiedzam szpital – odrzekł Dunbar, pokazując mu swój identyfikator.
– Ach, tak, słyszałem. Rządowy ciekaws... Chciałem powiedzieć: inspektor. Zgadza się?
– Coś w tym rodzaju. A pan jest...?
– Nazywam się Johnson. Pracuję jako portier. Właśnie pobierałem towar z magazynu.
– Podoba się panu ta posada?
– Płacą lepiej niż gdzie indziej. To mi pasuje.
Dunbar spojrzał na wózek Johnsona i zauważył  symbole  na tekturowych  pudłach. W 

środku były butelki z winem.

– Wino? – upewnił się.
– Tak. Na jutrzejszą konferencję prasową.
– Z jakiej okazji?
– Zaprosili dziennikarzy, żeby pokazać im dziewczynkę po operacji. To ta, co ją przyjęli 

za darmo.

– Rozumiem.

background image

– Nie będzie mogła się schować, jak niektórzy pacjenci. Nie pozwolą jej.
– Pewnie nie –  zgodził się Dunbar. Nie wziął tego pod uwagę. Doszli razem do drzwi 

kostnicy. Johnson zatrzymał się przy nich.

– Tu jest winda. Jedzie pan ze mną?
–  Pójdę schodami  –  odrzekł Dunbar.  –  Obydwaj, razem z wózkiem możemy  się nie 

zmieścić.

Natychmiast pożałował swoich słów. Zdradził się, że odkrył windę i zna jej rozmiary. 

Tym   samym   przyznał   się,   że   tu   węszył.   Wydało   mu   się,   że   Johnson   patrzy   na   niego 
podejrzliwie, ale może tak podpowiadała mu tylko wyobraźnia. W końcu wszyscy wiedzieli, 
że po szpitalu kręci się inspektor. A że jest wścibski? Nic dziwnego. Problem mógł powstać 
wtedy, gdy kilka osób wymieni się spostrzeżeniami. Wówczas zaczną się zastanawiać, co 
robił w podziemiach, skoro powiedział Ingrid, że wybiera się na radiologię.

Przystanął na chwilę na szczycie schodów. Rozważał, czy dalej ma realizować swój plan i 

zwiedzić drugie piętro czy od razu iść na oddział radiologii. Skoro powiedziało się A, trzeba 
także   powiedzieć   B  –  postanowił   i   szybko   ruszył   w   stronę   głównej   klatki   schodowej. 
Wbiegając na górę, minął  pierwsze piętro  i tablicę  informującą,  że mieści  się tu oddział 
transplantacyjny.

Na   drugim   piętrze   nad   podestem   widniał   napis:   ODDZIAŁ   POŁOŻNICZY   I 

GINEKOLOGICZNY.   Dunbar   zorientował   się   nagłe,   że   dotarł   do   kresu   podróży.   Dwaj 
Arabowie siedzący przy wejściu podnieśli się z miejsc i zastąpili mu drogę.

Dunbar wyciągnął identyfikator. Jeden z mężczyzn wziął go do ręki, obejrzał dokładnie, 

po   czym   zwrócił,   kręcąc   przecząco   głową.   Widząc   przed   sobą   dwie   ponure   twarze   i 
domyślając się, co obaj faceci chowają pod marynarkami, Dunbar wolał nie wdawać się w 
dyskusję. Wzruszył ramionami i zawrócił. Widocznie nadszedł czas, żeby odwiedzić oddział 
radiologu.

Erland Svensen podchodził do życia poważnie, o czym Dunbar miał okazję przekonać się 

w ciągu następnej godziny. Wysoki, rudy Duńczyk o zapadniętych policzkach był całkowicie 
pozbawiony poczucia humoru. Ilekroć Dunbar próbował stworzyć swobodniejszą atmosferę, 
mówiąc coś dowcipnego, Svensen patrzył na niego przez moment bez wyrazu i natychmiast 
wracał   do   przerwanego   monologu   na   temat   swej   pasji   życiowej  –  radiologii.   Wiedząc 
wcześniej   o   planowanej   wizycie   inspektora,   dobrze   przygotował   się   do   tego   spotkania. 
Zasypywał Dunbara faktami i liczbami dotyczącymi każdego urządzenia. Wprowadzał go w 
szczegóły techniczne mające wykazać wyższość posiadanej aparatury nad konkurencyjnym 
wyposażeniem, co usprawiedliwiało w jego przekonaniu jej zakup.

Kiedy wreszcie zamilkł, by złapać oddech, Dunbar wtrącił szybko:
– To wszystko trafia mi do przekonania, doktorze.
Svensen sprawiał wrażenie,  jakby nagle zabrakło mu  wiatru w żaglach. Najwyraźniej 

background image

spodziewał się zastrzeżeń i sugestii zmniejszenia wydatków. Był zdziwiony, że nic takiego 
nie usłyszał.

– Naprawdę? – upewnił się.
–  Oczywiście.   Wygląda   pan  na   człowieka,   który   doskonale   zna   się  na   swojej   pracy. 

Pacjenci oczekują wszystkiego, co najlepsze, i dostają to. Jeżeli płacą tyle, ile warte są usługi 
pańskiego wspaniałego oddziału, mogę być tylko zadowolony.

– Ja nie ustalam stawek – zastrzegł się niepewnie Svensen. – Tym się zajmuje biuro pana 

Giordana.

– Tak właśnie myślałem.
– Może chciałby pan spotkać się z personelem, skoro pan tu jest?
– Bardzo chętnie – podchwycił skwapliwie Dunbar. Wszystko było lepsze od następnej 

porcji danych technicznych aparatów rentgenowskich.

–   Mam   tu   dwóch   techników   i   pomocnika   w   ciemni   –  poinformował   Svensen, 

wyprowadzając Dunbara ze swego biura.

Dunbar był gotów założyć się, że technikami okażą się młode, piękne kobiety.
–  Dziewczyny,   chciałbym   wam   przedstawić   doktora   Stevena   Dunbara  –  oznajmił 

Duńczyk, gdy weszli do pracowni rentgenologicznej. Potem zwrócił się do gościa. – Pozwoli 
pan... Melissa Timpson i Annabel Waters.

Dunbar uścisnął dłonie dwóch młodych, pięknych kobiet. Uśmiechał się przy tym nie 

tylko   przez   uprzejmość,   ale   również   dlatego,   że   wygrał   zakład   z   samym   sobą.   Nieraz 
zastanawiał  się,   co  skłania   atrakcyjne  kobiety,  pasujące  do  jachtu  żeglującego  po  Morzu 
Śródziemnym,   do   zajmowania   się   radiografią.   Kiedyś   zapytał   o   to   swoją   ówczesną 
dziewczynę. Odpowiedziała mu cynicznie, że chęć wyjścia za mąż za lekarza. Potem dodała, 
że ewentualnie można jeszcze zostać stewardesą i poderwać pilota.

Melissa   i   Annabel   rozmawiały   z   technikiem   z   serwisu   o   problemach   z   jakimś 

urządzeniem.   Dunbar   nie   chciał   im   przeszkadzać   i   zachowywać   się   jak   członek   rodziny 
królewskiej zadający grzecznościowe  pytania  tylko  dlatego, że tak wypada.  Zamiast  tego 
skierował się do wyjścia i zwrócił do Svensena:

– A co jest tam?
– Przedmiot mojej dumy i radości – odrzekł Duńczyk z szerokim uśmiechem, który nie 

wróżył  niczego dobrego. Dunbar obawiał się, że znów uraczy go wyczerpującym  opisem 
technicznym jakiejś aparatury.

– To aparat do naświetlania małych nowotworów – pochwalił się Svensen. – Najnowsze 

osiągnięcie w tej dziedzinie.

– Cóż w nim takiego szczególnego? – zaryzykował Dunbar.
– Pokażę panu. Proszę to włożyć.
Svensen wręczył mu fartuch ochronny, sam wziął drugi. – Nie, żebyśmy musieli obawiać 

się tej maszyny, ale tak każą przepisy.

background image

Umieścił kliszę rentgenowską pod soczewką głowicy naświetlającej i przysunął do niej 

licznik   radiacji.   Potem   włączył   lampę   wolframową   w   głowicy,   by   wyznaczyć   cel   do 
napromieniowania.

– Widzi pan, jak blisko kręgu światła znajduje się licznik? – zapytał.
– Widzę – odrzekł Dunbar. – Jest tuż obok.
– Niech pan obserwuje wskazania.
Dunbar spojrzał na strzałkę, ale wcale się nie poruszyła, gdy Svensen włączył  źródło 

promieniowania.

– Ani drgnie – stwierdził.
– Otóż to! – oznajmił triumfalnie Svensen. – To urządzenie ma tak doskonale ustawioną 

ogniskową, że można trafić dokładnie w nowotwór, bez obawy uszkodzenia otaczających go 
zdrowych   tkanek.   Mamy   teraz   możliwość   zwiększenia   dawki   promieniowania   przy 
mniejszym ryzyku dla pacjenta.

– Rozumiem – powiedział Dunbar, pojmując, dlaczego licznik niczego nie wykazał.
Svensen   podszedł   do   drzwi   oznaczonych   podświetlonym   napisem:   CIEMNIA  –  NIE 

WCHODZIĆ. Nacisnął guzik interkomu i powiedział:

– Wywołaj mi to, Colin.
W   ścianę   wbudowany   był   rodzaj   sejfu,   otwieranego   z   obu   stron.   Svensen   pociągnął 

klamkę metalowych drzwiczek i uchylił je na szerokość kilku cali. Wsunął do środka kasetę 
rentgenowską i dokładnie zamknął sejf.

– To nie potrwa długo – oznajmił.
Dźwięk brzęczyka zasygnalizował, że film jest gotowy. Svensen wyjął go ze ściennej 

skrytki i uniósł z dumą.

– I co pan o tym sądzi?
Dunbar wziął do ręki zdjęcie. W miejscu, gdzie klisza została napromieniowana, widniał 

niemal idealnie równy okrąg. Wokół nie było żadnych śladów naświetlenia.

– Nadzwyczajne – przyznał, zwracając film Svensenowi. – Jestem pod wrażeniem.
Svensen przyjrzał się kliszy pod światło.
– Cudo, nie maszyna – oświadczył z zachwytem. – Proszę. Na pamiątkę.
Dunbar przyjął prezent w postaci zdjęcia i uśmiechnął się. Duńczyk oddawał się swojej 

pracy z prawdziwą pasją. Podziękował mu za możliwość zapoznania się z oddziałem.

– Nie ma o czym mówić – pożegnał go z uśmiechem Svensen.

– Udany poranek? – zapytała Ingrid, gdy Dunbar wrócił do biura.
– Doktor Svensen to z pewnością fachowiec wysokiej klasy – odrzekł.
Uśmiechnęła się z wyższością.  –  Oczywiście. Aha, przygotowałam dane, o które pan 

prosił.

– Świetnie.

background image

– Mam również zaproszenie.
Dunbar zmarszczył czoło.
–  Na   konferencję   prasową  –  wyjaśniła.  –  Z   okazji   wykonania   udanego   zabiegu 

wyrównania szczęki pacjentce Narodowej Służby Zdrowia.

– Zdjęcia przed operacją i... potem – pokiwał ze zrozumieniem głową.
– Podobno efekt jest szokujący. Sam pan mówił, że szpital potrzebuje dobrej reklamy – 

odparła Ingrid.

–   Jak   najbardziej   –  zgodził   się   Dunbar.  –  Co   wcale   nie   oznacza,   że   trzeba   robić   z 

pacjentki cyrkowe zwierzę.

–  To chyba niewiele za cenę normalnego życia, jakie będzie mogła prowadzić dzięki 

naszym chirurgom.

– Może ma pani rację – przyznał Dunbar, ale w duchu podejrzewał, że szpital korzysta po 

prostu ze świetnej okazji, żeby zrobić na opinii publicznej wrażenie tanim kosztem. Zabieg 
był  stosunkowo prosty i celowo wybrano tę pacjentkę, by nie ryzykować pokazywania o 
wiele   trudniejszych   przypadków,   niekoniecznie   nadających   się   do   fotografowania. 
Zastanawiał się, jaką naprawdę korzyść odniosą pacjenci wybrani do darmowego leczenia na 
podstawie nowej umowy. Obawiał się, że to wszystko robione jest, niestety, tylko na pokaz. 
Nie ulegało wątpliwości,  że wysokie  kwalifikacje personelu medycznego  Médic Ecosse i 
doskonałe wyposażenie szpitala mogłyby pomóc w wyleczeniu niektórych, ciężko chorych 
pacjentów Narodowej Służby Zdrowia, ale czy o to w istocie chodziło? A może Médic Ecosse 
za każdym razem opowie się za najłatwiejszym wariantem? Dunbar był ciekaw, czy istnieje 
sposób   na   wytropienie   takiego   precedensu   i   wyciągnięcie   na   tej   podstawie   właściwych 
wniosków.

– Kto ma ostatnie słowo przy typowaniu pacjentów do darmowego leczenia? – zapytał.
– Trzyosobowa komisja w składzie: doktor Kinscherf, pan Giordano i ordynator oddziału, 

na który ma trafić określony pacjent – odrzekła Ingrid. – A dlaczego pan pyta?

–  Z   ciekawości.   O   ile   wiem,   w   przeszłości   przyjęliście   bezpłatnie   kilku   pacjentów 

Narodowej Służby Zdrowia. Myśli pani, że udałoby się ustalić, kim były te osoby i na co je 
leczono?

Mina Ingrid świadczyła o tym, że bardzo ją intryguje zainteresowanie takimi sprawami 

kogoś, kto ma tylko kontrolować finanse.

– Zobaczę, co da się zrobić – obiecała bez żadnego komentarza.
Dunbar doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nie ma prawa prosić o takie informacje. 

Przemawiała przez niego czysta ciekawość i może nadzieja, że jeśli nawet jego właściwe 
śledztwo   nie   przyniesie   rezultatu,   przynajmniej   uświadomi   komuś   w   Urzędzie   do   spraw 
Szkocji,   jak   naprawdę   wygląda   realizacja   umowy   dotyczącej   bezpłatnego   przyjmowania 
pacjentów. O ile znajdzie dowody na to, że Médic Ecosse próbuje wywiązać się z niej jak 
najmniejszym kosztem.

background image

8

Clive Turner nie mógł się już doczekać końca dziesięciogodzinnego dyżuru w Szpitalu 

Chorób Dziecięcych, gdy wezwano go do telefonu. Dzwonił Leo Giordano z Médic Ecosse.

–  Doktor Turner? Mam dobrą wiadomość. Doktor Kinscherf i doktor Ross zgodzili się 

przyjąć do nas tę dziewczynkę nazwiskiem Chapman.

–  Dobra   wiadomość?   Ależ   to   jest   wspaniała   wiadomość!  –  wykrzyknął   Turner,  – 

Musiałem  z przykrością  powiedzieć  jej  rodzicom,  że  żadne z  nich nie  może  być  dawcą. 
Wprawdzie liczyli się z tym, rzecz jasna, ale nigdy nie jest przyjemnie dowiedzieć się tego, 
czego się nie chce usłyszeć. A szczerze mówiąc, nie bardzo wierzyłem, że Amanda ma szansę 
na leczenie u was.

– Powiem panu prawdę: ja też nie. Ale pańskie argumenty przekonały Rossa i Kinscherfa. 

Powtórzyłem im pańskie słowa o tej sympatycznej parze zasługującej na uśmiech losu.

– Jestem zachwycony – wyznał Turner. – Jej rodzice też będą. Co musimy teraz zrobić?
– No cóż... Obawiam się, że mamy do pokonania jeszcze jedną przeszkodę.
– To znaczy?
– Słyszał pan może o tym, że staliśmy się ostatnio przedmiotem zainteresowania władz. 

Wzięli nas pod lupę.

– Owszem, co nieco.
–  Dogadaliśmy   się   z   rządem   w   sprawach   finansowych,   pod   pewnymi   warunkami. 

Zawarte porozumienie nałożyło na nas obowiązek wpuszczenia na nasz teren kogoś od nich, 
żeby pilnował, czy nie marnujemy publicznych pieniędzy na szampana i kawior, jak to mają 
w zwyczaju czynić prywatne szpitale. Turner zachichotał.

– Chodzi o to, że powinniśmy najpierw uzgodnić wszystko z tym facetem. Chyba że woli 

pan skontaktować się z nim osobiście i przedstawić mu swoją prośbę? Jak już mówiłem, 
przeszczepy są drogie i byłby to z naszej strony  prawdziwy altruizm. Ten gość nazywa się 
Steven Dunbar. Jeśli pan chce, dam panu telefon do jego biura w naszym szpitalu.

– Dobrze, zadzwonię do niego – zgodził się Turner. Zapisał numer i zapytał: – Myśli pan, 

że będzie robił jakieś problemy?

background image

– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Ale może mu pan powiedzieć, że nasza opinia jest 

pozytywna. Przypuszczam, że to go przekona.

– Dobry pomysł. A jeśli wyrazi zgodę?
–  Wówczas   przyjmiemy   pacjentkę   w   piątek.   Będziemy   mieli   obaj   dość   czasu   na 

załatwienie papierkowej roboty.

– W porządku.
– Jeszcze jedno – zastrzegł ostrożnie Giordano.
– Tak?
– Wolelibyśmy nie podawać tego do publicznej wiadomości.
Turner był zaskoczony.
–  Ależ   to   wspaniały,   wielkoduszny   gest   z   waszej   strony!   Myślałem,   że   bylibyście 

zadowoleni, gdyby prasa dobrze o was pisała. Macie swoje zasługi.

– Dziękuję, ale wszystko wskazuje na to, że ta dziewczynka jest w dość ciężkim stanie, a 

tak naprawdę nigdy do końca nie wiadomo, czy potrzebny organ dotrze na czas. Ludzie lubią 
szybkie sukcesy, inne historie ich nie interesują. Dlatego byłbym wdzięczny, gdyby ta sprawa 
została między nami.

– Oczywiście, jak pan sobie życzy – zgodził się Turner.
– Dzięki – odetchnął Giordano. – Proszę mnie źle nie zrozumieć. Jeśli tylko zdobędziemy 

tę nerkę, dziewczynka będzie miała takie same szansę, jak każdy inny pacjent. Ale gdyby z 
powodu   dużego   opóźnienia   wystąpiły   u   niej   problemy   związane   z   degradacją   tkanki, 
musielibyśmy publicznie przyznać się do porażki, a to nikomu z nas nie wyszłoby na dobre.

– To zrozumiałe – przyznał Turner.
– Jak się domyślam, ta mała figuruje już w rejestrze oczekujących na przeszczep?
– Tak.
–  Więc wystarczy tylko zmienić adres miejsca pobytu pacjentki. Jeśli poda mi pan jej 

numer rejestrowy, wydam polecenie mojej pracownicy, żeby wprowadziła poprawki.

– Zaraz panu powiem... – Turner otworzył szybko akta leżące na biurku obok komputera. 

– Jest.

– Tak?
Turner odczytał numer, po czym Giordano powtórzył głośno to, co zapisał.
–  W porządku  –  powiedział.  –  Teraz wszystko  zależy od doktora Dunbara. Jeśli nie 

zaprotestuje,   oczekujemy   jej   w   piątek.   Miejmy   nadzieję,   że   nie   będzie   żadnych 
nieprzewidzianych problemów.

– No właśnie. Zatem do piątku. Jeszcze raz bardzo dziękuję i mówię to nie tylko w swoim 

imieniu.

– Nie ma za co.
Turner wyłączył się i spojrzał na kartkę z zapisanym numerem telefonu. Jeszcze jedna 

przeszkoda   do   pokonania.   Ostatnia.   Cholerny,   rządowy   urzędas!   Ale   przynajmniej   jest 

background image

lekarzem. Nie był pewien, czy to dobrze, czy źle. Podniósł słuchawkę.

– Chciałbym rozmawiać z doktorem Stevenem Dunbarem.
Natychmiast uzyskał połączenie.
– Doktor Dunbar? Mówi Clive Turner. Jestem lekarzem na oddziale nefrologii Szpitala 

Chorób Dziecięcych w Glasgow.

– Czym mogę panu służyć, doktorze?
Turner   opowiedział   szczegółowo   o   przypadku   Amandy   Chapman   i   podkreślił,   że 

dziewczynka ma nikłe szansę przeżycia, jeśli czym prędzej nie zastosuje się przynajmniej 
środka doraźnego w postaci skutecznej dializy, a potem nie przeprowadzi się transplantacji 
nerki.

– Rozumiem.
–  Doktor Ross zgodził się przyjąć ją na swój oddział w ramach bezpłatnego leczenia 

pacjentów Narodowej Służby Zdrowia. Doktor Kinscherf i pan Giordano również wyrazili na 
to zgodę. Ale podobno do pana należy ostatnie słowo w tej sprawie? Tak mi powiedziano, 
kierując mnie do pana.

– Rozumiem –  powtórzył  Dunbar. Nie był na to w ogóle przygotowany.  Nikt go nie 

uprzedził, że może zaistnieć taka sytuacja, ale wiedział dlaczego. O wiele łatwiej byłoby mu 
odmówić dyrekcji szpitala niż lekarzowi proszącemu o przyjęcie dziewczynki na oddział. 
Turner reprezentował rodziców dziecka, mówił w ich imieniu. Dunbar miał teraz dylemat. 
Gdyby rzeczywiście był tym, za kogo się podawał, nie powinien się zgadzać ze względów 
finansowych.   Ale   jako  człowiek   uważał,   że   trzeba   wykorzystać   każdą   szansę  uratowania 
dziewczynki. – Nie widzę przeszkód, doktorze Turner – powiedział.

– Mówi pan poważnie? – wyjąkał zaskoczony Turner. Przygotowywał się raczej na długą 

dyskusję z wykorzystaniem wszystkich możliwych argumentów.

– Życzę jej jak najlepiej – odparł Dunbar.
– Nie wiem, jak panu dziękować. Jestem zmuszony całkowicie zmienić zdanie na temat 

urzędników państwowych. Od dziś nie dam powiedzieć na nich złego słowa.

– To już coś – odrzekł ze śmiechem Dunbar i wyłączył się.
Turner   był   uszczęśliwiony.   Ta   wspaniała   wiadomość   nie   mogła   nadejść   w   lepszym 

momencie. Stan Amandy Chapman pogarszał się. Ciągłe dializy wyczerpywały jej młody 
organizm i osłabiały ją psychicznie. Raz rozpoczęty proces mógł szybko doprowadzić do 
tragicznego końca.

Stan psychiczny ciężko chorego pacjenta często bywa niedoceniany. Wewnętrzna siła i 

optymizm oraz chęć przetrwania niejednokrotnie decydują o jego życiu lub śmierci. Turner 
wiedział o tym z doświadczenia. Widywał już dzieci podejmujące walkę i ze łzami w oczach 
patrzył   na   te,   które   przegrywały.   Widział   też   takie,   które   odchodziły   biernie,   jakby   bez 
oglądania się za siebie. Amanda zbliżała się do momentu kryzysowego. Mogła wybrać albo 
jedną, albo drugą drogę.

background image

Choroba Amandy wyciskała swoje piętno również na jej rodzicach. W ciągu ostatnich 

kilku   tygodni   stawali   się   coraz   bardziej   podenerwowani   i   zmęczeni.   Wyglądali,   jakby 
przybyło im lat. Turner odszukał numer ich telefonu na karcie choroby Amandy i podniósł 
słuchawkę.

– Tak? – odezwał się kobiecy głos.
– Kate? Tu Clive Turner ze szpitala w Glasgow, lekarz Amandy.
– Czy coś się stało? Co z Amandą? Zdarzyło się coś złego?
–  Nic   podobnego,   Kate.   Zapewniani   cię  –  uspokoił   ją   Turner.   –  Wręcz   odwrotnie. 

Właśnie miałem telefon ze Szpitala Médic Ecosse. Zgodzili się przyjąć ją.

– Naprawdę?! O mój Boże, to cudownie! Tak się baliśmy. Wczoraj wieczorem mówiłam 

Sandy’emu, że od kilku dni Amandą jest taka słaba.

–  Mam   nadzieję,   że   to   się  zmieni,   kiedy  Médic   Ecosse   zastosuje  swoją   nowoczesną 

aparaturę do dializy. Nie można obiecywać sobie zbyt wiele, ale przypuszczam, że poczuje 
się   dużo   lepiej.   Jeśli   zdołają   ustabilizować   jej   stan,   przynajmniej   zyskamy   na   czasie. 
Pozostanie czekać i wierzyć, że niedługo znajdą dla niej odpowiednią nerkę.  –  Usłyszał w 
słuchawce łkanie Kate. – Wiem, wiem... – zaczął ją pocieszać. – Dobrze jest się wypłakać. 
Łzy przynoszą ulgę, gdy przez dłuższy czas żyje się w niepokoju i napięciu. Człowiek nawet 
nie zdaje sobie sprawy, ile nagromadziło się w nim goryczy, dopóki nie wybuchnie płaczem.

– To prawda... –  przyznała Kate, odzyskując równowagą.  –  Nie znajduję słów, żeby ci 

podziękować, Clive. Ty pierwszy o tym pomyślałeś.

–  Zwykły   przypadek.   Akurat   tamtego   ranka   zobaczyłem   okólnik   z   Urzędu   do  spraw 

Szkocji.

– Kiedy będzie przeniesiona?
– W piątek, jeśli odpowiada wam ten termin.
– Im szybciej, tym lepiej – odrzekła Kate. – Nie mogę się doczekać, kiedy powiem o tym 

Sandy’emu. Dziś ma nocny dyżur.

–  Zrób   to   jak   najprędzej,   a   jutro   zadzwoń   do   mnie.   Wtedy   wszystko   ostatecznie 

uzgodnimy – zakończył Turner i wyłączył się.

Kate odłożyła słuchawkę i opadła na fotel. Czuła się tak, jakby opuściły ją wszystkie siły. 

Ujęła głowę w dłonie i przez chwilę wpatrywała się w podłogę. „Błagam cię, Boże, żeby ten 
koszmar wreszcie się skończył” – pomodliła się w duchu. „Żeby od tego momentu wszystko 
zaczęło zmieniać się na lepsze. Żebyśmy znów byli szczęśliwą rodzina, jak przedtem. Żeby 
do   tego   domu   powrócił   uśmiech...”.   Nagle   otrząsnęła   się   i   chwyciła   za   telefon.   Musiała 
zawiadomić Sandy’ego.

Nawet deszcz padający w piątek od rana nie mógł zgasić optymizmu, jaki zapanował w 

domu Chapmanów po telefonie Clive’a Turnera. Cisza i zamyślone spojrzenia utkwione w 
oknie podczas śniadania, które stanowiły codzienność w ostatnich tygodniach, teraz należały 

background image

do przeszłości. Zastąpiły je uśmiechy i ożywione rozmowy. Nastąpił wymarzony przełom, o 
który tak się modlili. Wprawdzie nadal musieli czekać na odpowiedni organ dla Amandy, ale 
oboje   czuli,   że   niedługo   na   pewno   będzie   on   dostępny.   Doszli   do   punktu   zwrotnego   tej 
okropnej drogi.

– Przypomnij mi, o której mamy tam być? – zapytał Sandy, wstając od stołu i sięgając po 

dzbanek z kawą stojący na podgrzewaczu.

– Clive powiedział, że gdybyśmy dotarli tam około drugiej, Amanda mogłaby pojechać z 

nami. Byłoby to dla niej dużo przyjemniejsze niż podróż karetką, nie sądzisz?

–  Oczywiście  –  zgodził się Sandy.  –  Znowu razem, cała trójka...  –  Wracając do stołu 

ścisnął ramię Kate. Usiadł i napełnił filiżanki.

– Zrobić więcej tostów?
Pokręcił głową.
– Nie... Może w drodze do Glasgow wstąpimy gdzieś na lunch? Co o tym sądzisz?
– Brzmi zachęcająco – przyznała Kate.
– Nie robiliśmy czegoś takiego od wieków.

Podróż minęła im w dobrym  nastroju. Zjedli lunch w zajeździe  położonym  tuż obok 

głównej, dwujezdniowej drogi. Jedzenie nie było nadzwyczajne, ale bardziej liczył się fakt, że 
znów   są   razem   wśród  ludzi,   w   lokalu.   Mieli   okazję   pożartować   z  kulinarnych   zdolności 
Szkotów.

Przed szpitalem, jak zwykle, nie mogli znaleźć miejsca do zaparkowania samochodu, ale 

dziś nie miało to znaczenia. Sandy nie wściekał się tym razem, co zazwyczaj robił, mając 
pretekst do wyładowania złości i nagromadzonego napięcia.

Clive Turner zauważył ich, gdy wchodzili na oddział, i gestem przywołał oboje do swego 

gabinetu.

– Jak ona się czuje? – zapytał Sandy.
–  Wszystko w porządku  –  odrzekł Turner.  –  Godzinę temu miała dializę, więc jeszcze 

przez jakiś czas będzie w dobrej formie.

– Zdąży dojechać bez kłopotów do Médic Ecosse? – spytała Kate.
–   O   tak!   –  zapewnił   Turner.  –  Ma   spokój   na   kilka   godzin.   Możecie   zabrać   ją   na 

przejażdżkę, jeśli chcecie. Jest okazja, by spędzić razem trochę czasu, całą rodziną  –  nie 
szczędził słów zachęty.

– Myślisz, że ona czuje się na siłach? – upewniła się Kate.
– Jest wyczerpana, wiadomo. Ale myślę, że z przyjemnością popatrzy przez chwilę na coś 

innego niż szpitalne mury. Dobrze jej to zrobi. Tylko nie powinna się przemęczać.

– A w Médic Ecosse nie czekają już na nas? – zaniepokoił się Sandy.
– Rozmawiałem z nimi. Znają sytuację. Trzeba się u nich zjawić przed szóstą.
– Tyle dla nas robisz. Jesteśmy ci wdzięczni – Kate uśmiechnęła się.

background image

– Nie ma za co – odrzekł Turner. – Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. To się 

wam należy.

–  Dzięki  –  powiedział   Sandy,   ściskając   dłoń   lekarza.   Poszedł   z   Kate   na   oddział. 

Pielęgniarka zaczynała już ubierać Amandę.

– Ja to zrobię! – wyrwała się Kate z uśmiechem. – Ostatnio nieczęsto mam taką okazję.
Sandy   zszedł   do   samochodu,   a   Kate   w   tym   czasie   skończyła   ubierać   córkę.   Gdy 

wychodziła   ze   szpitala,   przytrzymując   drzwi   przed   Turnerem   niosącym   Amandę,   Sandy 
czekał   już  za  kierownicą  w  jednej  z  zatok  dla  podjeżdżających  karetek.   Kate  z  Amandą 
usiadły na tylnym siedzeniu Esmeraldy i odjeżdżając pomachały przez tylną szybę lekarzowi.

–  Doktor Turner powiedział, że możesz dzisiaj zjeść dużo lodów  –  odezwała się Kate, 

przytulając córkę. – Cieszysz się?

Sandy ustawił lusterko wsteczne tak, by widzieć reakcję Amandy. Skinęła lekko głową i 

uśmiechnęła się blado. Sandy z trudem przełknął ślinę. Dziecko było bardzo osłabione.

– Wiem, gdzie możemy dostać najlepsze lody w mieście – pochwalił się.
– Niech zgadnę – odrzekła Kate. – U Daniellego?
–  Dać   tej   kobiecie   zagadkę...  –  westchnął   Sandy.  –  Pojedziemy   tam   i   poprosimy   o 

największe rożki, jakie tylko pan Danielli potrafi zrobić.

Amandą zaczęła dzielnie zjadać swoją porcję, ale szybko straciła zainteresowanie lodami 

i mocno przytuliła się do matki w samochodzie. Sandy spojrzał pytająco na Kate. Co dalej? 
Wzruszyła ramionami i zmierzwiła włosy córki.

– Może popatrzymy na kaczki w parku?
Pomysł spodobał się Amandzie. Pokiwała głową niemal z entuzjazmem.
– Słusznie – zgodził się Sandy. – Ale najpierw kupimy trochę pożywienia.
Zatrzymał się przy piekarni i po chwili przyniósł sześć bułeczek. Kate i Amanda dostały 

zadanie   podzielenia   ich   na   kawałeczki   tak,   żeby   mieściły   się   w   kaczych   dziobach. 
Tymczasem Sandy dojechał do parku i ustawił Esmeraldę nad brzegiem stawu.

Kate i Amanda zostały w samochodzie, żeby mała się nie przeziębiła. Sandy wysiadł i 

rzucał bułkę kaczkom. Cofał się przy tym coraz bardziej, wabiąc je do auta. Szły śladem 
okruchów jak szczury za dźwiękiem czarodziejskiej fujarki Szczurołapa z Hameln. Kiedy 
podeszły wystarczająco blisko, Kate opuściła szybę i razem z Amandą karmiła je z okna 
samochodu. Sandy przyglądał się temu z boku. Bardziej niż czegokolwiek na świecie pragnął 
teraz usłyszeć śmiech swojej córeczki. Ale się go nie doczekał. Amanda wolno i z namysłem 
rzucała   okruchy,   patrząc   nieobecnym   wzrokiem   na   kaczki,   chwytające   pożywienie   jedna 
przez drugą.

Około czwartej zaczęła być śpiąca i Kate zaproponowała:
– Może już czas, żeby ją tam zawieźć?
Sandy skinął głową i uruchomił silnik. Po piętnastu minutach byli w Médic Ecosse.
– Czy Clive Turner dawał nam jakieś papiery? – zapytał, zatrzymując się na parkingu dla 

background image

gości.

– Chyba nie... – zastanowiła się Kate. – Wszystko powinno być już załatwione.
–  Miejmy nadzieję, że masz rację  –  mruknął. Miał wątpliwości, czy nie będzie musiał 

tłumaczyć komukolwiek, kim są i po co tu przyjechali. Ale jego obawy rozwiały się niemal 
natychmiast po przekroczeniu progu szpitala.

–  Państwo Chapman?  –  domyśliła  się uśmiechnięta  recepcjonistka.  –  A to na pewno 

Amanda.   Oczekiwaliśmy   państwa.   Już   dzwonię   po   doktora   Rossa.   Zaraz   zejdzie   na   dół. 
Proszę się rozgościć – wskazała komfortowo umeblowaną poczekalnię.

Kate usiadła  i wzięła  Amandę  na kolana. Sandy zajął  miejsce naprzeciwko.  Amanda 

zaczęła ssać palec, jak zwykle, gdy była zmęczona. Popatrzyła na pudło zabawek ustawione 
w  poczekalni,  żeby dzieci  miały  zajęcie,  ale   nie  wykazała  wielkiego   zainteresowania.  W 
oczach wciąż miała to nieobecne spojrzenie, które tak niepokoiło Sandy’ego. Kiedy odwróciła 
się do niego, uśmiechnął się szybko, by nie zauważyła jego smutnej miny.

–  Doktor Ross zaraz przyjdzie, Księżniczko  – powiedział.  –  Obiecuję ci, że pod jego 

opieką wyzdrowiejesz.

Amanda dalej ssała palec.
James   Ross   zjawił   się   w   towarzystwie   Thomasa   Kinscherfa   i   dwóch   pielęgniarek. 

Podszedł do Chapmanów  i przedstawił się. Jego życzliwość i bezpośredniość natychmiast 
sprawiły, że Kate i Sandy poczuli się swobodniej.

– A to jest ta młoda dama, której coś dolega, tak? – Ross przyklęknął na jedno kolano i 

lekko uścisnął dłoń Amandy. – Zajmiemy się tym. Na razie mamy dla ciebie niespodziankę. 
Lubisz niespodzianki?

Amanda skinęła głową, nie wyjmując palca z buzi.
– Świetnie. – Ross odwrócił się do jednej z pielęgniarek, wziął od niej paczkę zawiniętą 

w elegancki papier i wręczył ją Amandzie. – To dla ciebie. Pomóc ci rozpakować?

Dziewczynka znów skinęła głową. Chirurg rozerwał opakowanie i wyciągnął puszystego 

królika.

– Ma na imię Albert. Podoba ci się?
Amanda   wyjęła   palec   z   buzi   i   uśmiechnęła   się   szeroko,   biorąc   do   rąk   zabawkę.   Jej 

uśmiech był zaraźliwy i wszyscy uśmiechnęli się razem z nią.

– To bardzo miłe z pana strony – odezwała się Kate. – Dziękujemy.
Sandy zawtórował jej.
–  Nie ma o czym  mówić  –  odrzekł swobodnie Ross.  –  Witamy tak każdego małego 

pacjenta.

Sandy próbował zaznaczyć, że nie są klientami, którzy płacą, ale Kinscherf natychmiast 

powstrzymał go gestem uniesionej dłoni.

– Dla nas Amanda jest taką samą pacjentką jak wszyscy inni, których tu mamy pod swoją 

opieką, i tak będzie traktowana. Każdy, kogo przyjmujemy, zasługuje na szczególne względy 

background image

i otrzymuje to, co najlepsze.

– Dziękujemy – powtórzył Sandy.
–  Myślą, że czas zająć się przyjęciem tej młodej damy na oddział, prawda siostro?  – 

zaproponował Ross.

Jedna z pielęgniarek odebrała delikatnie Amandę matce. Przez moment wydawało się, że 

dziewczynka zamierza głośno zaprotestować, ale chirurg szybko przejął inicjatywę.

– Nie bój się. Mamusia pójdzie z nami.
Wszyscy   wsiedli   do   windy   i   wjechali   na   piętro,   gdzie   znajdował   się   oddział 

transplantacyjny.   Jedna   pielęgniarka   zajęła   się   Amandą,   druga   zaś   towarzyszyła   Kate   i 
Sandy’emu.  Gdy szli   korytarzem  za   Rossem  i   Kinscherfem,   gawędziła   z  Chapmanami   o 
pogodzie.

– Jesteśmy na miejscu – oznajmił chirurg. – Oto pokój Amandy.
Kate i Sandy uśmiechnęli się, kiedy weszli do środka. Pokój wyglądał tak, jakby został 

specjalnie zaprojektowany dla dziewczynki w wieku ich córki. Na ścianach wisiało mnóstwo 
obrazków   przedstawiających   postacie   z  Alicji   w   Krainie   Czarów  i   z  Kubusia   Puchatka. 
Zauważyli kilka lalek i pluszowych zabawek. Przypominały postacie widoczne na ścianach, 
jakby przenosząc bohaterów  bajek z obrazków  w rzeczywistość. W rogu obok łóżka stał 
ogromny domek dla lalek.

Ross zwrócił się do Amandy.
– Zabiorę teraz mamusię i tatusia na małą pogawędkę do pokoju obok, a przez ten czas 

siostra położy cię do łóżeczka. Obiecuję, że za kilka minut wrócimy do ciebie. Zgadzasz się?

Amanda   skinęła   głową,   a   Kate   i   Sandy   uśmiechnęli   się,   widząc,   jak   szybko 

podporządkowała się woli lekarza mającego właściwe podejście do dzieci. Poszli za Rossem 
do jego gabinetu i usiedli w głębokich, skórzanych fotelach. Chirurg usadowił się na wprost 
nich, za biurkiem i otworzył teczkę Amandy.

–  Dziś   wieczorem   zrobimy   jej   dializę   i   zobaczymy,   jaka   będzie   reakcja.   Potem 

postanowimy, co dalej – powiedział. – Najważniejsze, żeby osiągnąć stabilizację jej stanu, by 
móc wprowadzić pewną rutynę w postępowaniu, zamiast ciągle zmieniać czas i okres dializy. 
Jeśli   to  nam   się   powiedzie,   jej   ogólny  stan   poprawi   się  i   unormuje.   Pozostanie   problem 
degradacji tkanki, ale nie wszystko naraz, prawda?

– Oczywiście – zgodziła się Kate.
– Muszę jednak uprzedzić, że nie mogę nic obiecać. Naszym kolegom w Szpitalu Chorób 

Dziecięcych nie udało się i nasze wysiłki też mogą zakończyć się niepowodzeniem. Zrobimy, 
co w naszej mocy, ale najlepszym wyjściem dla Amandy jest transplantacja. Może być jedyną 
szansą, choć jak państwo wiedzą, na to nie mamy wpływu.

– Zdajemy sobie z tego sprawę – odrzekł Sandy.
– Słusznie.
– A co z odwiedzinami, panie doktorze? – zapytała Kate.

background image

– Możecie państwo przyjeżdżać, kiedy tylko chcecie – zapewnił Ross. – Z ewentualnym 

noclegiem też nie ma problemu. Będziecie naszymi gośćmi.

– Dobrze wiedzieć – odparła Kate.
–  Aczkolwiek   dzisiaj   odradzałbym   pozostanie   na   noc.   Chcemy,   żeby   Amanda 

przyzwyczaiła się do nas. Musimy zdobyć jej zaufanie. To bardzo istotna sprawa. I proszę się 
nie martwić, zadbamy o nią.

–  Jestem   tego   pewna   –  powiedziała   Kate.  –  Dziękujemy   panu.   Jesteśmy   bardzo 

wdzięczni.

Oboje   wrócili   do   córki.   Amanda   była   już   w   piżamie   i   z   uwagą   słuchała   objaśnień 

pielęgniarki na temat domku dla lalek.

– Tu z tyłu jest taki mały pstryczek do włączania światła w środku, widzisz?
Okna domku  rozświetliły się i  Amanda  uśmiechnęła  się szeroko. Potem  spojrzała  na 

rodziców i znów na zabawkę, jakby trochę zażenowana, że aż tak jej się podoba.

Kate i Sandy wymienili spojrzenia i uśmiechy.
– Chciałabyś, żeby tatuś zbudował ci taki sam, kiedy wrócisz do domu? – zapytał Sandy, 

choć nie miał wątpliwości, jaką usłyszy odpowiedź. Amanda pokiwała głową i wtuliła się w 
poduszkę.   Sandy   przyklęknął   obok   niej.  –  Więc   umowa   stoi.   Ty   będziesz   grzeczną 
dziewczynką, która słucha panów doktorów i pań pielęgniarek, a ja zbuduję ci najładniejszy 
domek dla lalek, jaki kiedykolwiek widziałaś.

– A będzie miał światło? – spytała Amanda.
–  W   każdym   pokoju  –  obiecał   Sandy  i   pocałował   ją   lekko   w   czoło.   Amanda   znów 

włożyła palec do buzi.

– Jest zmęczona – stwierdziła Kate, zajmując miejsce Sandy’ego i odgarniając jej włosy z 

czoła. – Mamusia i tatuś muszą teraz iść, ale zobaczymy się jutro.

– Proszę się nie martwić – powiedziała pielęgniarka, widząc smutek i niepokój w oczach 

Kate. – Będzie tu pod dobrą opieką.

Po wyjściu z pokoju Sandy otoczył żonę ramieniem.
– Rozchmurz się. Od dziś wszystko ma być lepiej, pamiętasz?
–  Masz rację.  –  Kate ścisnęła jego rękę.  –  Tylko czasem wydaje się taka malutka. To 

przecież jeszcze zupełne dziecko, a musi tyle wytrzymać.

– Wyjdzie z tego – dodał jej otuchy Sandy. – Zobaczysz.
– O Boże... Mam nadzieję. – Kate wyciągnęła z torebki zmiętą chusteczkę i przycisnęła ją 

do oczu. Odetchnęła głęboko i wyprostowała się. – Jedźmy już.

Na parkingu Sandy zatrzymał się nagle, zanim zdążyli dojść do Esmeraldy.
– Co się stało? – spytała Kate.
– Nie odnosisz wrażenia, że trochę nie pasujemy do otoczenia?
Kate wyglądała na zupełnie zaskoczoną. Dopiero po chwili zrozumiała. Ich Esmeralda 

stała pomiędzy limuzyną marki Mercedes a sportowym BMW coupé.

background image

– O rany... – westchnęła. – Chyba masz rację. – Rzut oka wystarczył, by zauważyć, że 

wokół zaparkowane są samochody niemal wyłącznie najlepszych marek i rzadko który ma 
więcej niż dwa lata.

Sandy otworzył przed nią drzwi i skłonił się uniżenie.
– Czy łaskawa pani zechce zająć miejsce? – zapytał tonem lokaja.
– Idiota – roześmiała się Kate i wsiadła do samochodu.
Sandy przekręcił kluczyk w stacyjce, ale rozrusznik nie zareagował. Rozległo się tylko 

ciche pyknięcie.

– Gówno z tego – zaklął.
– Nie żartuj – zaniepokoiła się Kate.
– Niestety – skrzywił się. – Nasza Esy robi nam głupie kawały.
– Ale sobie wybrała moment. – Kate obejrzała się przez ramię. – Nie wiesz, co to może 

być?

–  Włącznik elektromagnetyczny działa, ale wirnik rozrusznika nie obraca się. Może się 

zablokował.

– Potrafisz to naprawić?
– A czy ptak potrafi fruwać? – Sandy otworzył drzwi i wysiadł. Kate cierpliwie czekała, 

gdy grzebał pod maską. Kilka przekleństw świadczyło o tym, że poszukiwania przyczyny 
awarii trwają. Samochód zakołysał się lekko.

– Spróbuj zapalić, Kate.
Przesunęła się na fotel kierowcy i przekręciła kluczyk. Ale spod maski dobiegło tylko 

przekleństwo Sandy’ego.

– Nic z tego? – zapytała niepewnie.
– Wyczerpał się akumulator. Musimy spróbować na pych.
Kate zwolniła hamulec ręczny i położyła  dłonie na kierownicy.  Sandy wytoczył  auto 

stojące tyłem do wyjazdu z luki parkingowej.

– Gotowa? – upewnił się, okrążając forda, żeby popchnąć go do przodu.
– Gotowa.
Parking był zupełnie płaski, a szkoda, bo drobna pochyłość terenu ułatwiłaby zadanie. 

Sandy z trudem rozpędził trochę samochód.

– Teraz! – krzyknął, odrywając ręce od bagażnika auta i prostując się. Kate puściła pedał 

sprzęgła. Ford przyhamował gwałtownie, skoczył do przodu i stanął.

– Dobra... Spróbujmy jeszcze raz – sapnął Sandy.
– Może pomóc? – zabrzmiał nagle za jego plecami męski głos.
Obejrzał się. Przed nim stał wysoki, ciemnowłosy mężczyzna.
– Trochę oporny. Nie ma ochoty zaskoczyć – zauważył nieznajomy.
– Nie rozumiem tego – Sandy rozłożył ręce. – Przecież aż tak nie zmarzł. Stał tu tylko pół 

godziny, a akumulator całkiem wysiadł.

background image

Obaj   mężczyźni   solidnie   zabrali   się   do   roboty.   Tym   razem   samochód   potoczył   się 

szybciej niż poprzednio.

– Teraz! – wrzasnął Sandy.
Esmeralda   znów   przyhamowała,   skoczyła   do   przodu   i   zamarła,   nie   wydając   z   siebie 

żadnego dźwięku.

– Do trzech razy sztuka – zaproponował nieznajomy, ponownie opierając dłonie na klapie 

bagażnika.

Sandy skinął głową i już miał zacząć pchać, gdy nagle zamarł jak porażony.
– Kate?
– Tak? – dobiegło z wnętrza auta.
– Mam nadzieję, że włączyłaś zapłon?
Po dłuższej chwili ciszy usłyszał pełną skruchy odpowiedź.
– Przepraszam...
Mężczyźni   wymienili   znaczące   uśmiechy,   po  czym   popchnęli   Esmeraldę   jeszcze   raz. 

Próba powiodła się. Kiedy Kate zwolniła sprzęgło, silnik ożył. Objechała parking dookoła, 
podczas gdy Sandy dziękował obcemu mężczyźnie za pomoc.

– Nie ma za co. Byliście państwo w odwiedzinach u pacjenta?
– Przywieźliśmy córkę. Przyjęli ją na oddział transplantacyjny.
– A więc do doktora Rossa.
– Pan tu pracuje? – zapytał Sandy. – Jest pan lekarzem?
– Coś w tym rodzaju – mężczyzna wyciągnął rękę. – Steven Dunbar.
– Sandy Chapman. Moja żona, Kate, zaczyna drugie okrążenie za kierownicą zielonego 

bolida. To Williams Renault, zwany przez nas Esmeraldą.

Dunbar od razu skojarzył nazwisko Chapmanów z telefonem od Turnera i uśmiechnął się.
Esmeraldą wolno przejechała obok. Wychylona przez okno Kate zawołała niecierpliwie:
– Kiedy będę mogła stanąć?
Obaj mężczyźni wybuchnęli śmiechem na widok zabawnej udręki malującej się na jej 

twarzy.

– Nawet zaraz! – zawołał Sandy. – Tylko nie gaś silnika.
Kate   nacisnęła   hamulec   i   przez   chwilę   wsłuchiwała   się   w   odgłos   pracy   motoru   na 

wolnych obrotach. Stwierdziwszy, że chodzi równo, wysiadła i podeszła do mężczyzn.

– To doktor Dunbar – przedstawił nowego znajomego Sandy.
Dunbar przywitał się i wyjaśnił:
– Prawdę mówiąc, nie jestem tu lekarzem, lecz urzędnikiem państwowym. Czuwam nad 

wydawaniem pieniędzy, które rząd zainwestował w ten szpital.

– Interesujące – powiedziała uprzejmie Kate.
– Więc pewnie nie jest pan zachwycony, że naszą Amandę będą tu leczyć bezpłatnie? – 

spytał Sandy.

background image

– Wręcz przeciwnie – zaprzeczył Dunbar. – Bardzo się cieszę, że ją tu przyjęto.
– Dziękuję za pomoc przy pchaniu samochodu – powiedział Sandy.
– Nie ma o czym mówić.
Dunbar   popatrzył   na   odjeżdżających   Chapmanów   i   pomachał   im   na   pożegnanie.   Był 

zadowolony, że wyraził zgodę na przyjęcie ich córki. Musiał zrewidować swoje poglądy na 
temat stosunku Médic Ecosse do pacjentów leczonych bezpłatnie. Niesłusznie podejrzewał, 
że  szpital  interesuje  się  tylko  łatwymi  przypadkami,   które  zapewniają  mu   dobrą  reklamę 
tanim kosztem.

Zastanawiała go jednak pewna rzecz. Wyszedł  właśnie z konferencji prasowej, której 

bohaterką była dziewczynka po operacji szczęki. Dziennikarzom nie wspomniano natomiast 
ani słowem o pacjentce przyjętej bezpłatnie na oddział transplantacyjny. Dlaczego? Czyż nie 
powinno się wykorzystać tak wspaniałej okazji do zebrania oklasków?

Spotkanie z prasą nie wypadło tak źle, jak się obawiał. Przedstawiono na nim zwyczajną 

miejscową dziewczynkę, nie podejrzewającą nawet przez moment, że jest wykorzystywana w 
konkretnym celu. Bawiło ją, że znajduje się w centrum uwagi. Wyglądała na zadowoloną, gdy 
na życzenie fotografów pozowała do zbiorowych zdjęć w otoczeniu personelu szpitala i w 
towarzystwie   lokalnego   radnego,   korzystającego   z   szansy   na   zbicie   własnego   kapitału 
politycznego. Dunbar pamiętał tego mężczyznę. Był to ten sam członek Partii Pracy, który 
podczas konferencji z udziałem przedstawicieli Urzędu do spraw Szkocji i Médic Ecosse 
demonstrował   swą   wrogość   w   stosunku   do   prywatnych   placówek   medycznych.   Teraz 
uśmiechał się do obiektywów aparatów fotograficznych, otaczając ramieniem małą gwiazdę, i 
starał się wywrzeć na wszystkich wrażenie, że to on jest głównym motorem całej sprawy.

Ale   Dunbar   nie   był   tym   oburzony.   Naprawdę   liczyło   się   tylko   to,   że   dzięki   udanej 

operacji dziewczynce stworzono możliwość prowadzenia normalnego życia. Ostatecznie cena 
nie była zbyt wygórowana, jak wcześniej powiedziała Ingrid. Czy komuś mogło zaszkodzić 
to, że szpital będzie miał dobrą prasę, a przy okazji skorzysta na tym jakiś polityk? Tak 
zwykle postępują politycy. Tak funkcjonuje świat ludzi dbających o własne interesy. Kto nie 
wykorzystuje swojej szansy, ten przegrywa.

Dlatego Dunbar bardzo się dziwił, że szpital nie pochwalił się przed prasą zamiarem 

wyleczenia   córki   Chapmanów.   Transplantacja   to   o   wiele   poważniejsza   sprawa   niż 
stosunkowo   prosty   zabieg   chirurgiczny   poprawiający   kształt   szczęki,   z   powodu   którego 
odbywała się uroczystość. Miał zamiar zapytać o to Ingrid, ale dopiero po weekendzie. Na 
razie zaplanował wizytę w Bearsden i zwrot pamiętnika Sheili Barnes.

W połowie drogi zaczęły go ogarniać wątpliwości. Jaki sens miało odwożenie notesu do 

jej domu, skoro wszystko wskazywało na to, że ani ona, ani Cyril już nigdy tam nie wrócą? Z 
drugiej strony,  miałby wyrzuty sumienia,  gdyby  go zatrzymał.  Ten notatnik  stanowił coś 
więcej  niż  tylko   kronikę  wydarzeń.   Mówił  wiele  o  kobiecie,   która  go pisała.   Postanowił 
zwrócić go Sheili do rąk własnych, pojechać w weekend do Helensburgha, podziękować jej i 

background image

powiedzieć, że bardzo mu się przydał.

Gdy wracał do miasta, przypomniał sobie o Lisie Fairfax. Powinien jej powiedzieć o 

Sheili   Barnes,   o   tym,   kim   była,   a   także   o   jej   skardze   pod   adresem   szpitala.   Ale   tak 
przyzwyczaił  się do mówienia ludziom tylko tego, co muszą wiedzieć, że wolał siedzieć 
cicho. Jednak Lisie mogła dodać otuchy świadomość, że jeszcze ktoś oprócz niej wysuwał 
takie same zarzuty w stosunku do Médic Ecosse. A jeśli ktoś zasługiwał na to, by go podnieść 
na duchu, to na pewno Lisa. Niewiele miała z życia – bez pracy, bezustannie gotowa na każde 
skinienie chorej umysłowo matki. Pod wpływem nagłego impulsu podjechał przed jej dom i 
wcisnął guzik domofonu.

– Tak?
– Steven Dunbar. Mogę wejść na górę?
– Chyba tak... – w głosie Lisy zabrzmiało wahanie.
Elektryczny zamek został odblokowany i Dunbar szybko wbiegł na trzecie piętro.
–  Nie spodziewałam się, że znów pana zobaczę  –  zdziwiła się Lisa, zapraszając go do 

mieszkania.

Dunbar rozejrzał się niepewnie.
– Matka śpi – uspokoiła go.
–  Przejeżdżałem   tedy  –  skłamał.  –  Poprzednio   nie   powiedziałem   pani   o   czymś,   co 

powinna pani wiedzieć. Chodzi o Sheilę Barnes.

– O Sheilę Barnes? – powtórzyła. – To ta pielęgniarka, o którą pan pytał. Był pan ciekaw, 

czy ją znałam.

– Zgadza się. Odeszła z Médic Ecosse dużo wcześniej, zanim pani zaczęła tam pracować, 

ale w swoim czasie przeszła przez to samo... Jej pacjent na oddziale transplantacji zmarł 
wtedy w takich samych okolicznościach.

Lisa przyglądała mu się tak, jakby nie była pewna, czy powinna być oburzona, że nie 

poinformował jej o tym od razu.

– Chce pan powiedzieć, że nie tylko mnie zdarzyła się taka historia?
– Tak  –  wyznał  Dunbar.  –  To jest  prawdziwy powód mojego przyjazdu  do Szkocji. 

Przysłano mnie tu, bo obie twierdziłyście, że waszym pacjentom przeszczepiono niewłaściwe 
organy.

– Czy ją też potraktowano jak wariatkę?
– Tak – potwierdził Dunbar. – Nikt nie brał poważnie tego, co mówiła. Niestety, ona i jej 

mąż   mają   raka.   Sheila   jest   umierająca.   Odwiedziłem   ją   w   hospicjum   w   Helensburghu. 
Wyjawiła mi, że prowadziła pamiętnik. Chciała, żebym go przeczytał.

– I co panu dała ta lektura?
– Notatki są bardzo szczegółowe. Uderzyło mnie podobieństwo pani wersji wydarzeń i jej 

opisu.

– Więc może nawet jest pan gotów nam uwierzyć?

background image

– Trudno byłoby mi nie uwierzyć.
– Cieszę się. Mówił pan, że mąż Sheili też ma raka?
– Przebywa w tym samym hospicjum, co ona.
– Jakie to dziwne i co za parszywe szczęście. Mam nadzieję, że razem jest im łatwiej.
Dunbar nie odezwał się, ale pomyślał tak samo. Lisa wstała i przykręciła elektryczny 

kominek.

– Nie żal panu praktyki lekarskiej?
–  Nic   a   nic.   Nigdy   jej   naprawdę   nie   lubiłem.   Nie   czułem   powołania,   więc 

zrezygnowałem. Po prostu.

Uśmiechnęła się.
–  Uczciwe  podejście  do sprawy.  Znam  wielu lekarzy,  którzy nie mają  powołania  do 

swojego zawodu, ale nigdy nie przyszłoby im do głowy, żeby go porzucić. Będą się trzymać 
tej   profesji   aż   do   emerytury,   kiedy   to   wreszcie   dostaną   pamiątkowy   zegar   wraz   z 
podziękowaniami  od wszystkich  biedaków, którym  szczęśliwie udało się przeżyć  pod ich 
opieką.

– Kiedy się raz zacznie, trudno się wycofać – zauważył Dunbar.
– Być może – zgodziła się Lisa. – Napije się pan?
– Chętnie. Mam za sobą długi dzień.
Lisa przygotowała dwa dżiny z tonikiem, podała jedną szklankę Dunbarowi i usiadła. 

Nagle zapytała wprost:

– Jaka jest prawdziwa przyczyna pańskiej dzisiejszej wizyty?
Pytanie zaskoczyło go.
– Chciałem powiedzieć o Sheili Barnes. Pomyślałem, że ma pani prawo wiedzieć.
–  Wcale tak nie jest. Nie miał pan obowiązku mówić mi o tym. Więc dlaczego pan to 

zrobił?

–  Uważałem,   że   powinna   pani   wiedzieć  –  powtórzył   Dunbar,   ale   zabrzmiało   to 

nieprzekonująco. Nawet dla niego samego.

– A może kierował się pan współczuciem? Użala się pan nad moim losem?
– Chciałem...
– Nie cierpię, gdy ktoś odwiedza mnie z litości. Nie potrzebuję jej.
– Moja wizyta nie ma absolutnie nic wspólnego z litością. Przysięgam – odrzekł cicho. – 

Po prostu od razu panią polubiłem. A ponieważ nie znam tu nikogo, chciałem się z panią 
znów zobaczyć i musiałem znaleźć jakiś pretekst.

– Tak już lepiej – stwierdziła po chwili zastanowienia.
– Lisa! – dobiegło nagle z sypialni. – Gdzie moje śniadanie?! Chcę zjeść śniadanie!
– Już idę, mamo – oznajmiła Lisa, nie odrywając wzroku od Dunbara.
Machinalnie spojrzał na zegarek. Dochodziła dziesiąta wieczorem. Wstał.
– I tak miałem zamiar już iść. Czy będę mógł niedługo znowu wpaść?

background image

Spojrzała na niego z powątpiewaniem.
– Pod warunkiem, że nie przyniesie mi pan w prezencie swojego współczucia.
– Przyniosę dżin – obiecał.

background image

9

Dunbar obejrzał w swoim pokoju  Wieczorne Wiadomości  i wyłączył  telewizor.  Ciszę 

zakłócały tylko krople deszczu uderzające o szybę. Najpierw był to nieregularny stukot, który 
wkrótce przerodził się w nieustanny grzechot. Podszedł do okna i przez chwilę patrzył na 
nocną ulewę. Potem zaciągnął zasłony i postanowił iść spać.

Leżąc w łóżku, myślał o minionym wieczorze. Cieszył się, że ponownie nawiązał kontakt 

z Lisa. Bardzo mu się spodobała, zwłaszcza z powodu troski o innych. Podobnie jak Sheila 
Barnes, była urodzoną pielęgniarką. Miała w sobie coś, czego nie nabywa się dzięki nauce 
zawodu   czy   praktyce.   Z   takim   charakterem   przychodzi   się   na   świat.   Zapamiętał,   co 
powiedziała o Sheili i Cyrilu. Wyraziła nadzieję, że razem jest im raźniej w ostatnich dniach 
życia.

Dotychczas nie zastanawiał się nad pewnym aspektem tej sprawy, choć od początku nie 

dawało mu to spokoju. Lisa miała rację: to było dziwne, że Sheila i jej mąż zachorowali na 
raka   w   tym   samym   czasie.   Przełożona   w   hospicjum   też   zwróciła   na   to  uwagę.   Żadne   z 
Barnesów nigdy nie paliło, a jednak oboje zapadli na wyjątkowo złośliwą odmianę raka płuc 
niemal jednocześnie. Jak gdyby oddziaływał na nich jakiś czynnik rakotwórczy, co wydawało 
się jednak mało prawdopodobne na zadrzewionym przedmieściu Bearsden. W tej okolicy nie 
roiło   się   raczej   od   zakładów   chemicznych   zatruwających   środowisko   toksycznymi 
wyziewami,  Barnesowie  nie  mieszkali   tuż  obok elektrowni   jądrowej, a  ścian  domków  w 
Bearsden nikt chyba nie powykładał płytami azbestowymi.

A   z   drugiej   strony...  Dunbar   przypomniał   sobie   wścibskiego   sąsiada   Barnesów, 

Proudfoota,   i   problem   Cyrila   z   aparatem   fotograficznym.   Tylko   że...   nie   było   żadnego 
problemu.   W   punkcie   naprawczym   nie   znaleziono   w   nim   uszkodzenia,   mimo   że   filmy 
wychodziły   zamglone,   jakby   były   narażone   na   działanie   światła,   albo...   czegoś   innego. 
Dunbar   usiadł   nagle   na   łóżku.   Nie   tylko   światło   może   zniszczyć   film   w   aparacie. 
Promieniowanie   działa   w   ten   sam   sposób.  A   długotrwałe   przebywanie   w   zasięgu   źródła 
promieniowania zazwyczaj kończy się u ludzi rakiem.

Czy to  możliwe?   Czy  można   sobie  wyobrazić,   że  Sheila  i  jej   mąż   byli  narażeni   we 

background image

własnym domu na działanie promieniowania? W głowie Dunbara mnożyły się pytania. Co to 
mogło być? Gdzie się znajdowało? Skąd się tam wzięło?

Próbował   przekonać   samego   siebie,   że   to   niedorzeczne.   Takie   rozważania   należało 

potraktować   jako   czysto   akademickie   ćwiczenie.   Jako   dowód   bujnej   fantazji,   sprawdzian 
funkcjonowania wyobraźni, ale niejako realną możliwość. A jednak sprawa nie dawała mu 
spokoju.   W   jego   umyśle   zaczęło   kiełkować   ziarno   podejrzenia.   Nie   mógł   zmrużyć   oka. 
Musiał wiedzieć. Musiał to sam sprawdzić. Tylko jak? Do tego potrzebny był specjalistyczny 
sprzęt.

Wprawdzie   Inspektorat   Naukowo-Medyczny   mógł   mu   dostarczyć   praktycznie   każde 

urządzenie i służyć radą i pomocą każdego fachowca, ale to zajęłoby trochę czasu, a on nie 
mógł czekać. Musiał przekonać się natychmiast, czy jego podejrzenia są uzasadnione, choćby 
tylko po to, by mieć czyste sumienie. Potrzebował przede wszystkim aparatu do wykrywania 
promieniowania, licznika Geigera albo czegoś podobnego.

Spojrzał   na   zegarek.   Do   północy   brakowało   około   trzydziestu   minut.   Jeśli   w   Médic 

Ecosse nie zarządzono jakiegoś nadzwyczajnego pogotowia, o tej porze na oddziale radiologii 
nie   powinno   być   nikogo.   Jakiś   rentgenolog   na   pewno   czuwał   pod   telefonem   na   wszelki 
wypadek, ale zapewne poza szpitalem. Tam Dunbar mógł zdobyć potrzebny sprzęt. Odrzucił 
na bok kołdrę i wyskoczył z łóżka.

Postanowił nie zakradać się do szpitala potajemnie, lecz zupełnie jawnie zajechać przed 

główne wejście i powiedzieć w recepcji, że musi sprawdzić jakieś liczby potrzebne mu pilnie 
do   zestawienia,   które   właśnie   opracowuje.   Nie   sądził,   by   jego   przyjazd   wzbudził   czyjeś 
podejrzenia.   Mógł   nawet   zostać   uznany   za   godnego   podziwu,   sumiennego   urzędnika 
państwowego. Kwadrans powinien wystarczyć na dostanie się tylnymi schodami na oddział 
radiologii. Posiadanie nesesera wydawało się całkiem usprawiedliwione. W rzeczywistości 
musiał w nim wynieść aparat i jakiś strój ochronny. Ale jeśli radiologia będzie zamknięta? 
Nie mógł ryzykować włamania. Postanowił, że jeśli nie uda mu się tam wejść, odłoży sprawę 
do rana i zwróci się o pomoc do inspektoratu.

Idąc z parkingu do drzwi wejściowych zastanawiał się, czy możliwe jest, żeby w recepcji 

nikogo   nie   było.   Oczywiście   nie.   Recepcja,   jak   wszystko   w   Médic   Ecosse,   musiała 
funkcjonować bez zarzutu. W głównym holu zastał nie tylko uśmiechniętą uprzejmie dyżurną 
recepcjonistkę, ale również dwóch umundurowanych strażników. Mężczyźni z ochrony byli 
już starsi, ale wyglądali na bardzo sprawnych i czujnych. Mimo że recepcjonistka poznała 
Dunbara i przy powitaniu wymieniła jego nazwisko, jeden z ochroniarzy zażądał od niego 
przepustki.

–  Wpadłem tylko na chwilę  –  oświadczył  Dunbar, zwracając się do recepcjonistki.  – 

Muszę sprawdzić kilka liczb.

– A ja myślałam, że tacy jak pan zajmują się tylko popijaniem herbatki – zażartowała z 

uśmiechem.

background image

–  Krzywdzący mit  –  odparł Dunbar, odwzajemniając uśmiech i kierując się w stronę 

podwójnych drzwi prowadzących do głównego korytarza.

Wbiegł po schodach do swojego biura. Poczuł, że ma spocone dłonie. Od dłuższego czasu 

nie przeprowadzał żadnej tajnej akcji, więc teraz był zdenerwowany. Zapalił światło w pokoju 
i położył  neseser na biurku. Serce waliło mu jak oszalałe.  Czy naprawdę miał ochotę to 
zrobić? Może stracił już do tego dryg? Nie ulegało jednak wątpliwości, że od czasu do czasu 
dobrze było wykonać jakieś ryzykowne zadanie, choćby po to, żeby się sprawdzić.

Czując, jak skacze mu tętno, uchylił drzwi gabinetu i wyjrzał ostrożnie na korytarz. Ani 

żywej   duszy.   Ruszył   szybko   w   kierunku   tylnych   schodów,   starając   się   nie   robić 
najmniejszego hałasu. Gdy dotarł do klatki schodowej, zatrzymał się, nasłuchując. Ale wokół 
panowała zupełna cisza. Médic Ecosse pogrążony był we śnie.

W połowie drogi na dół usłyszał nagle jakieś głosy. Zbliżały się. Zaczaj się obawiać, że 

ktokolwiek to jest, odkryje jego obecność, jeśli skręci na schody. Rozważał, czy nie wbiec z 
powrotem   na   górę,   kiedy   do   jego   uszu   dotarł   odgłos   toczącego   się   korytarzem   wózka. 
Odetchnął z ulgą. Nikt nie będzie pchał wózka schodami do góry. Uspokojony, zbiegł na dół i 
ukrył się za drzwiami z okrągłymi, oszklonymi okienkami. Mógł przez nie obserwować dolny 
korytarz.

Zobaczył cztery osoby w chirurgicznych strojach i maskach osłaniających dolną część 

twarzy.   Zorientował   się   tylko,   że   to   dwie   kobiety   i   dwóch   mężczyzn.   Na   wózku   leżała 
dziewczynka w wieku pięciu, może sześciu lat. Miała zamknięte oczy i była podłączona do 
kroplówki,   którą   trzymała   w   górze   jedna   z   pielęgniarek.   Cała   grupa   zatrzymała   się   po 
przeciwnej  stronie  korytarza,  na wprost  klatki  schodowej, przy drzwiach  windy.  Dziecko 
wydawało  się  uśpione.  Biorąc  pod  uwagę  późną  porę  i  stroje chirurgiczne  całej  czwórki 
dorosłych, zapewne było w drodze na salę operacyjną. „Powodzenia” – szepnął Dunbar, gdy 
nadjechała winda. Drzwi kabiny rozsunęły się i w blasku światła zobaczył bladą twarzyczkę 
dziewczynki. Odczekał chwilę, obserwując wyświetlacz nad windą, i przekonał się, że zespół 
chirurgiczny wraz z pacjentką dotarł na drugie piętro. Wysunął się z cienia i szybko ruszył 
korytarzem na radiologię.

Szerokie, niebieskie drzwi, które poprzednio stały otworem, by mogły tędy swobodnie 

przejeżdżać wózki, teraz były zamknięte. Dunbar przygotował się na najgorsze. Nie zdziwiłby 
się, gdyby na noc taki oddział zamykano na cztery spusty. W Médic Ecosse panował przecież 
idealny porządek. Rozejrzał się, zanim położył rękę na klamce. Kiedy ją nacisnął, ustąpiła. 
Pchnął lekko drzwi. Otworzyły się. Głośno przełknął ślinę i wśliznął się do środka, zamykając 
je za sobą.

Wokół panowała kompletna ciemność, w której słyszał tylko własny oddech. Pamiętał, że 

na radiologii nie ma okien, więc nikt z zewnątrz nie mógł zobaczyć palącego się tu światła. 
Oczywiście przesączałoby się przez szpary  wokół drzwi, ale o tej porze nie wydawało się 
prawdopodobne,   by   ktoś   znalazł   się   w   pobliżu.   Musiał   zaryzykować.   Przesunął   palcami 

background image

wzdłuż ściany, natrafił na panel i wcisnął wszystkie cztery włączniki.

Wyposażenie pracowni sprawiało dziwnie groźne wrażenie. Jakby aparaty rentgenowskie 

tylko czekały,  żeby się poruszył, by wycelować w niego swe promienie. Pasy służące do 
unieruchamiania pacjentów na leżance tylko pozornie zwisały w obojętnym bezruchu. Czaiły 
się jak węże gotowe go zaatakować, jeśli podejdzie bliżej. Nie mogły się doczekać, żeby 
spętać jego kończyny i opasać mu czoło niczym stalowe taśmy, a potem wsunąć bezwładne 
ciało wprost w otchłań ciemnej paszczy skanera, w czarną dziurę wiodącą do...

„Weź   się   w   garść,   człowieku!”   –  upomniał   się   Dunbar,   wznosząc   oczy   ku   niebu. 

Naprawdę   wyszedł   z   wprawy.   Próbował   sobie   przypomnieć,   gdzie   widział   aparaturę   do 
badania natężenia promieniowania. W którejś z szafek. Svensen wyjął stamtąd licznik, żeby 
zademonstrować mu swoją nową zabawkę. Ale w którym z pomieszczeń go przechowywał? 
Ruszył  wolno przed siebie, rozglądając się uważnie. Kiedy zajrzał do gabinetu Svensena, 
znalazł to, czego szukał. Radiolog wyjął wtedy licznik z szafki stojącej na lewo od biurka.

Dunbar otworzył drzwiczki i dostrzegł trzy aparaty. Dwa z nich były małymi licznikami 

do   rutynowej   kontroli   powierzchniowej.   Trzeci   różnił   się   od   nich.   Miał   bardziej 
skomplikowaną   konstrukcję,   pozwalającą   na   dużo   dokładniejsze   zmierzenie   dawki 
promieniowania.   Jemu   wystarczyło   prostsze   urządzenie.   Miało   kształt   prostokątnej, 
metalowej puszki o wymiarach mniej więcej osiem cali na cztery. Na wierzchu przyczepiony 
był   czujnik   przypominający   mikrofon.   Z   licznikiem   łączył   go   spiralny   przewód   długości 
około trzech stóp. Z boku puszki znajdowało się pojedyncze pokrętło służące do regulacji 
czułości detektora  i kontroli naładowania akumulatora.  Dunbar ustawił  je w tej  pozycji  i 
strzałka   wskaźnika   podskoczyła   daleko   poza   czerwoną   linię.   Akumulator   był   w   dobrym 
stanie.   Odczepił   czujnik   i   powiódł   nim   wokół   siebie.   Rzadkie,   przerywane   tykanie 
oznaczające występowanie normalnego promieniowania w otoczeniu upewniło go, że licznik 
działa.

Nadszedł czas, by zastanowić się nad strojem ochronnym. Jeśli ktoś zauważyłby brak tak 

małego przedmiotu, jak licznik, pomyślałby zapewne, że jest akurat w użyciu lub że został w 
innym pomieszczeniu. Nie od razu zorientowano by się, że zniknął z oddziału. Tak samo 
byłoby   z   rękawicami   ochronnymi.   Mógłby   wziąć   tylko   jedną.   Inaczej   przedstawiała   się 
sprawa z grubym fartuchem noszonym przez radiologów. Jego zniknięcie zbyt rzucałoby się 
w oczy. Musiał z niego zrezygnować. Tylko tego brakowało, żeby rano personel podniósł 
alarm, że dokonano włamania. Postanowił zadowolić się licznikiem i rękawicą.

Rozejrzał się po raz ostatni, sprawdzając, czy nie pozostawił po sobie żadnych śladów, po 

czym   zgasił   światło   i   przez   chwilę   nasłuchiwał   pod   drzwiami.   Cisza.   Wymknął   się   na 
korytarz i wrócił do biura. Wkładając do teczki zabrane z radiologii przedmioty, wydał z 
siebie przeciągłe westchnienie. Na razie wszystko poszło dobrze. Ale nie mógł zaprzeczyć, że 
ta   wyprawa   kosztowała   go  sporo   nerwów.   Przechodząc   pewnym   krokiem   przez   hol 
wejściowy,   uśmiechnął   się   uprzejmie   do   recepcjonistki   i   życzył   jej   dobrej   nocy.   Czuł 

background image

adrenalinę krążącą w żyłach.

Zbliżając się do ulicy, przy której stał domek Barnesów, sprawdził na wszelki wypadek, 

czy ma w kieszeni klucze. Robił to już po raz trzeci, choć wiedział, że tam są. Skrzywił się na 
wspomnienie zewnętrznej lampy zapalającej się samoczynnie nad wejściem. Mimo późnej 
pory mogła zaalarmować sąsiadów. Ale nikt nie wyszedłby z domu, żeby zapytać, co tu robi. 
Ludzie po prostu wezwaliby policję.

Tego akurat było mu najmniej potrzeba. Próbował sobie przypomnieć, pod jakim kątem 

pada na ścieżkę światło. Zapaliło się niemal natychmiast po otwarciu furtki, gdy wchodził do 
Barnesów po raz pierwszy. Zatem czujnik musiał znajdować się dość wysoko. Mógłby się 
przemknąć pod wiązką promieni, nie przecinając jej, gdyby trzymał się blisko ściany domu.

Zaparkował   samochód   dość   daleko   od   domku   Barnesów,   przy   rezydencji   otoczonej 

wysokim, iglastym żywopłotem, przez który mieszkający tam ludzie nie mogli dostrzec auta. 
Wolał, żeby nikt nie zgłosił obecności stojącego samotnie obcego pojazdu. Żwawym krokiem 
przemierzył   ulicę,   mając   nadzieję,   że   mężczyzna   z   neseserem   nie   powinien   wzbudzać 
podejrzeń. Nie wahał się, nie skradał i nie rozglądał ukradkiem na prawo i lewo.

Tylko raz obejrzał się przez ramię. Nie zobaczywszy nikogo, przesadził nożycami płotek 

ciągnący się wokół ogródka Barnesów i przycupnął w zaroślach. Przez blisko minutę trwał w 
bezruchu,   rozglądając  się   i  nasłuchując.  W   żadnym  z   pobliskich   domów   nie  zapaliło   się 
światło, nie usłyszał też żadnych głosów.

Dom Proudfoota pogrążony był w ciemności. Na szczęście, wszyscy wokół spali. Dunbar 

podkradł się cicho do narożnika domku i przywarł do ściany. Posuwając się wzdłuż muru nie 
spuszczał z oka czujnika umieszczonego nad drzwiami. Nagłe przypomniał sobie, że niektóre 
z   urządzeń   zabezpieczających   reagują   również   na   ciepło   ludzkiego   ciała,   ale   musiał 
zaryzykować. Teraz albo nigdy. Z kluczami w dłoni przysunął się do drzwi i otworzył je, 
najszybciej   jak   potrafił.   Dostał   się   do   środka,   a   lampa   na   zewnątrz   wciąż   pozostawała 
zgaszona.

Wszedł do saloniku i zaciągnął zasłony. Były dość grube, by nie przepuszczać światła. 

Upewnił się, czy nie pozostawił w nich żadnej szpary i zapalił latarkę. Na wszelki wypadek 
odwrócił się tyłem do okna, kiedy wyjmował z nesesera licznik promieniowania. Ustawił go 
na największą czułość i trzymając przed sobą czujnik, zaczął wolno poruszać się po pokoju.

Licznik tykał z przerwami, nie wykrywając niczego niepokojącego. Promieniowanie było 

na zwykłym poziomie. Dunbar zbliżył się do szafki przy kominku, gdzie Cyril trzymał sprzęt 
fotograficzny.  Detektor zaczął odzywać się coraz częściej, a sygnał stał się wyraźniejszy. 
Dunbar poczuł pulsowanie krwi w skroniach, gdy dotarł do źródła promieniowania. Była nim 
biała, wykonana z plastiku, telefoniczna puszka rozdzielcza zawieszona na ścianie.

Cofnął się i położył licznik na podłodze w pewnej odległości od niej. Wskazania wróciły 

do normy. Wyjął z teczki rękawicę ochronną oraz śrubokręt. Obracanie nim prawą dłonią w 

background image

ciężkiej   rękawicy   nie   było   łatwe.   Udało   mu   się   jednak   odkręcić   dwie   śruby   krzyżowe 
mocujące pokrywę. Puszka okazała się jednak pusta.

Zmarszczył  czoło i jeszcze  raz zbliżył  licznik  do puszki. Sygnał  pojawiał się z dużą 

częstotliwością, a strzałka wskaźnika wychyliła się niemal do końca skali. Nasuwało się tylko 
jedno wytłumaczenie. Choć w puszce nie było obecnie substancji radioaktywnej, to jednak 
niedawno musiała się ona w niej znajdować.

Licznik, którego używał Dunbar, był prostym urządzeniem. Dostarczał jedynie informacji 

o poziomie i zasięgu promieniowania, ale nie mówił niczego o jego źródle. Trzymając czujnik 
przed sobą, Dunbar ustalił, że w odległości około ośmiu stóp od puszki wskazania wracają do 
normy.   Musiał   się   zastanowić,   co   dalej.   Nie   spodziewał   się,   że   zaistnieje   taka   sytuacja. 
Oświetlił latarką wnętrze puszki i sprawdził wchodzący do niej cienki kabel telefoniczny. 
Przechodził przez nią prosto, bez żadnych odgałęzień. Puszka rozdzielcza nie była w ogóle 
potrzebna. Nie spełniała żadnej funkcji. Stanowiła tylko atrapę.

Jedyną   rzeczą,   do   której   mogła   służyć,   było   ukrycie   źródła   promieniowania.   Ktoś 

zainstalował ją celowo tylko po to, by narazić Sheilę Barnes i jej męża na działanie zabójczej 
substancji. A może chodziło jedynie o Sheilę? Bo z pewnością należało podejrzewać Médic 
Ecosse. Substancji promieniotwórczych nie kupuje się w pierwszym lepszym sklepie, ale są 
one dostępne w szpitalach. W celach leczniczych i diagnostycznych używa się tam różnych 
izotopów.

Dunbar jeszcze raz przyjrzał się pustej puszce. Źródło promieniowania stanowiące dowód 

zbrodni zostało usunięte. Zapewne wtedy, gdy spełniło już swoje zadanie, a Sheila i Cyril 
trafili do szpitala z rakiem płuc. Czy tak właśnie było? Czy teraz tamci uważają, że zatarli za 
sobą ślady? Czy nic nie da się już zrobić? Skoro licznik reagował w wyraźny sposób, w 
puszce wciąż musiały znajdować się resztki promieniotwórczej substancji. Może wystarczy 
ich do zidentyfikowania izotopu i ustalenia, skąd pochodził? Zastanawiając się, w jaki sposób 
pobrać próbkę, przypomniał sobie o tacce z kosmetykami Sheili. Była w sypialni. A na niej 
leżały między innymi małe pędzelki. Jeden z nich nadawałby się znakomicie do tego celu. 
Poszedł   po   pędzelek,   a   potem   zaczął   się   rozglądać   za   odpowiednim   pojemniczkiem. 
Początkowo   zamierzał   wykorzystać   kasetę   od   35-milimetrowego   filmu,   znajdującą   się   w 
szafce z aparatem Cyrila. Ale plastik niezbyt dobrze chroni przed promieniowaniem. Musiał 
znaleźć lepsze zabezpieczenie. Przyszła mu na myśl folia kuchenna.

Bardzo ostrożnie, by w powietrze nie uniosły się drobinki zabójczego pyłu, którego nie 

powinien wdychać, zmiótł pędzelkiem na kawałek folii to, co pozostało w puszce. Zawinął 
folię starannie i zbliżył do pakunku czujnik licznika. Promieniowanie wciąż było wysokie. 
Nawet kilkakrotnie złożona folia okazała się zbyt cienka.

Pożałował, że uparł się, by samodzielnie przeprowadzić tę akcję. Miałby teraz czekać na 

przysłanie  mu  z  inspektoratu  specjalnego  pojemnika  do  transportu  radioaktywnej   próbki? 
Nagle uświadomił sobie, że przecież domek Baraesów jest bardzo stary. Wprawdzie przed 

background image

kilkoma   laty   ludzie   pozbywali   się   w   panice   niezdrowych,   ołowianych   instalacji 
hydraulicznych, ale może gdzieś zachował się jeszcze kawałek oryginalnej rurki. Warto było 
to   sprawdzić.   Wziął   latarkę   i   poszedł   do   kuchni,   żeby   obejrzeć   urządzenia   pod   zlewem. 
Natrafił na nowoczesną instalację z miedzi, stali i plastiku. To samo znalazł w łazience.

Ostatnią   szansę   stanowił   zbiornik   wody   na   poddaszu.   Tylko   czy   Barnesowie   mieli 

opuszczaną   drabinkę   strychową?   Mieli.   Dunbar   znalazł   krótki   drąg   zakończony   hakiem, 
otworzył nim klapę włazu i ściągnął na dół drabinę. Wspiął się po metalowych szczeblach i 
oświetlił latarką poddasze. Ujrzał szary, plastikowy zbiornik i kolejny fragment nowoczesnej 
instalacji wodnej.

Było jasne, że całkiem niedawno wymieniono w tym domu całą hydraulikę. Już miał 

zamknąć za sobą klapę., gdy w ostatniej chwili coś zauważył. Pod czerwonym, plastikowym 
zbiornikiem   wyrównawczym   centralnego   ogrzewania   leżał   jakiś   przedmiot   Podniósł   go. 
Okazało się, że to stara rurka przelewowa od poprzedniego zbiornika. Miała około ośmiu cali 
długości i, co najważniejsze, była zrobiona z ołowiu.

Zamknął strych i zabrał rurkę do pokoju. Wcisnął do niej foliowy pakunek i za pomocą 

śrubokręta spłaszczył jej oba końce, żeby stanowiła szczelny pojemnik. Sprawdził poziom 
promieniowania i z zadowoleniem stwierdził, że licznik nie wykazuje niczego niepokojącego. 
Tykał   z   normalną   częstotliwością.   Przykręcił   z   powrotem   pokrywę   puszki   rozdzielczej   i 
wyprostował się. W żołądku miał nieprzyjemne uczucie pustki, jakiego doznaje się podczas 
zbyt szybkiej jazdy windą do góry. Czym innym jest obawa przed znanym zagrożeniem, a 
zupełnie czym innym strach przed nieznanym niebezpieczeństwem. Wtedy człowiek boi się 
podwójnie.   Jeszcze   raz   spojrzał   na   puszkę   telefoniczną,   zastanawiając   się,   kto   mógł   ją 
zainstalować. To musiało być dziecinnie proste. Ktoś zapewne udawał technika od telefonów. 
Powiedział, że musi sprawdzić uszkodzenie na linii i nie wzbudzając podejrzeń, wykonał 
swoje zadanie.

Dunbar   schował   do   nesesera   cały   sprzęt   i   ołowianą   rurkę.   Oświetlił   latarką   pokój, 

sprawdzając, czy o czymś nie zapomniał. Potem przez chwilę przygotowywał się psychicznie 
do   ponownego   przechytrzenia   lampy   zapalającej   się   samoczynnie   nad   drzwiami 
wejściowymi.

Tym razem nie miał tyle szczęścia. Zdążył zrobić jeden krok, przywierając plecami do 

ściany domku, gdy nagle rozbłysło światło, zalewając białym blaskiem cały ogródek. Poczuł 
się tak, jakby właśnie wyszedł na scenę w London Palladium. Instynktownie oderwał się od 
muru i popędził przed siebie. Za rogiem budynku wpadł w zarośla, przywierając płasko do 
ziemi.  Niemal  w  tym  samym  momencie  zapaliło  się światło  w sypialni  na  piętrze  domu 
Proudfoota i w oknie ukazała się czyjaś postać. Ktoś przecierał dłonią zaparowaną szybę, by 
wyjrzeć na zewnątrz.

Dunbar niezbyt polegał na marnej kryjówce, więc bał się poruszyć, by nie zdradzić swojej 

obecności. Nie odważył się nawet unieść głowy i spojrzeć w rozświetlone okno. Kątem oka 

background image

dostrzegał, że ktoś wciąż tam jest.

Wtem na ogrodowej ścieżce  pojawił  się kot Zignorował zupełnie  postać widoczną w 

oknie,   ale   wyczuł   bliskość   Dunbara.   Przystanął   i   zaczął   mu   się   przypatrywać.   Dunbar 
zamknął oczy, modląc się w duchu o trochę szczęścia. Gdyby mu dopisało, sąsiad powinien 
pomyśleć,  że  to  kot  uruchomił   czujnik  włączający  lampę  nad  drzwiami.   Ale gdyby   miał 
pecha, osoba wyglądająca na zewnątrz mogła się zorientować, że kot wyczuł intruza.

Po chwili wydającej się nieskończonością światło w sypialni sąsiedniego domu zgasło. 

Kot poszedł własną drogą, a Dunbar leżał plackiem jeszcze dobre trzy minuty, czekając, aż 
lampa  sama  się wyłączy.  Potem wstał wolno, cofnął się poza zasięg czujnika i rozejrzał 
dookoła.   Ulica   była   pusta.   Szybko   przeskoczył   przez   płot   i   pomaszerował   energicznym 
krokiem do samochodu. Zimne, nocne powietrze nie pomogło mu dojść do siebie. Wciąż 
odczuwał   lęk.   Wdepnął   w   coś   o   wiele   poważniejszego,   niż   mógł   sobie   początkowo 
wyobrazić. Sheila Barnes i jej mąż nie zachorowali na raka przez przypadek.

Rozmyślając o Sheili, przypomniał sobie o Lisie. Jeśli ktoś zdecydował się usunąć z tego 

świata  Sheilę Barnes, mógł  również planować zamordowanie  Lisy.  Dunbar wbił stopę w 
pedał hamulca i samochód zatrzymał się z przeraźliwym piskiem opon. Zawrócił w trzech 
rzutach i wcisnął gaz, kierując się do domu Lisy.

– Kto tam? – zabrzmiał zaspany głos.
– Steven Dunbar. Muszę z panią natychmiast porozmawiać! – rzucił do kratki domofonu.
– Czy pan wie, która jest godzina? – zaprotestowała.
– Muszę się z panią zobaczyć. To bardzo ważne.
– Lepiej, żeby naprawdę tak było – westchnęła Lisa, odblokowując zamek.
Dunbar wbiegł na górę, ściskając pod pachą neseser. Lisa czekała w progu, w szlafroku i 

kapciach.   Czując   chłód,   skrzyżowała   na   piersi   ramiona.   Szybko   wpuściła   Dunbara   do 
mieszkania.

– Więc o co chodzi?
– Uważam, że grozi pani niebezpieczeństwo.
– Jak to? O czym pan mówi?
Natychmiast się rozbudziła. Wpatrywała się w Dunbara szeroko otwartymi oczami. Nie 

zwracając na nią uwagi, wyjął z nesesera licznik promieniowania i odczepił czujnik. Podszedł 
do telefonu i sprawdził, jak przebiega kabel przymocowany do ściany. Nie znalazł żadnej 
niedawno zainstalowanej puszki rozdzielczej.

–  Czy w ciągu ostatnich kilku tygodni nie odwiedzał pani nikt z telefonów?  –  zapytał, 

badając czujnikiem inne części pokoju.

– Z telefonów? – powtórzyła. – Może zechce mi pan łaskawie wyjaśnić, o co właściwie 

chodzi?

– Był u pani jakiś technik?
– Nie.

background image

– Jest pani pewna?
– Oczywiście.
– Nie zjawił się nieoczekiwanie żaden inny fachowiec?
– Nikogo takiego nie było.
Dunbar odetchnął z ulgą.
– Czy może mi pan w końcu powiedzieć, o co chodzi? – ponowiła pytanie Lisa.
– Lepiej sprawdzę jeszcze sypialnię.
– Wiesz co, Dunbar? – powiedziała żartobliwym  tonem.  –  Słyszałam już różne fajne 

teksty, ale ten bije wszelkie rekordy.

Nie uśmiechnął się.
– Wygląda na to, że Sheila Barnes i jej mąż nie zachorowali na raka, bo tak chciał los – 

odrzekł z poważną miną. – Ktoś chyba umieścił w ich domu źródło promieniowania.

Oczy Lisy zrobiły się okrągłe.
– Źródło promieniowania? Chce pan powiedzieć, że to mogło być morderstwo?
Dunbar skinął głową.
– Bardzo możliwe.
– Ale dlaczego? Kto chciał ich zabić?
– Przychodzi mi na myśl tylko jedno – odparł.
– Médic Ecosse?! – wykrzyknęła.
Dunbar wzruszył ramionami.
– Izotopów promieniotwórczych nie sprzedają na każdym rogu ulicy. Kto inny mógł mieć 

do nich dostęp?

Lisa osunęła się na fotel i ukryła twarz w dłoniach.
– Potwornie się bałem, że z tobą może być tak samo – odezwał się cicho Dunbar.
Pokręciła wolno głową. Straciła całą pewność siebie. Przypominała małą dziewczynkę, 

która nagle czegoś się przestraszyła. Dunbar odłożył licznik i objął ją.

– Tutaj nic nie znalazłem – powiedział uspokajająco. – Ale na wszelki wypadek sprawdzę 

pozostałe pomieszczenia.

Pokiwała głową i ruszyła przodem. Mieszkanie było czyste.
– Dobrze się czujesz? – zapytał troskliwie, gdy wrócili do saloniku.
Lisa podniosła na niego wzrok i wzruszyła ramionami.
– Sama nie wiem. Co teraz zrobimy?
– Dopóki niczego nie wiem na pewno, zmuszony jestem zakładać, że ktoś chciał zamknąć 

Sheili usta, żeby nie mówiła nic więcej o śmierci tamtego dziecka, choć metoda wydaje się 
dość nietypowa. Moglibyśmy od razu zawiadomić policję, ale obawiam się, że wówczas nie 
dowiedzielibyśmy się całej prawdy.

– Więc jednak uważasz, że w tym, co obie mówiłyśmy, mogło coś być? – zapytała Lisa.
– Już wcześniej tak uważałem.

background image

– Zakładając, że nie zawiadomisz policji, jaką masz alternatywę?
– Inspektorat Naukowo-Medyczny będzie prowadził własne, tajne śledztwo.
–  Chcę wiedzieć, dlaczego umarła Amy  –  powiedziała Lisa.  –  Chcę, żeby ktoś za to 

zapłacił.

Dunbar skinął głową.
– A z drugiej strony boję się – wyznała.
Nie zamierzał jej okłamywać, że nie ma powodu do obaw.
– A co z tym źródłem promieniowania, o którym wspomniałeś?
–  Zostało   usunięte,   ale   znalazłem   ślady   śmiercionośnej   substancji.   Ukryto   ją   w 

telefonicznej   puszce   rozdzielczej   na   ścianie,   dlatego   sprawdzałem   twoją   linię.   Pobrałem 
stamtąd   próbkę.  Wyślę   ją  do  inspektoratu,  żeby  nasi  eksperci   spróbowali  zidentyfikować 
izotop   i   ustalić   jego   pochodzenie.   Niewiele   firm   obraca   materiałami   radioaktywnymi   w 
Zjednoczonym   Królestwie   i   wszystkie   muszą   ściśle   przestrzegać   obowiązku   prowadzenia 
dokładnych rejestrów.

– Więc wasi specjaliści byliby w stanie ustalić, czy tę substancję zamówił Médic Ecosse?
– Mam nadzieję – przyznał Dunbar. – Gdyby udało się nam wykazać, że Sheila została 

zamordowana, i powiązać to zabójstwo z Médic Ecosse, zostałyby użyte  wszelkie środki, 
żeby znaleźć motywy zbrodni. Ale jeśli teraz zawiadomimy policję, a potem nie będziemy 
potrafili połączyć jednego z drugim, cała sprawa rozejdzie się po kościach.

– A komu innemu mogłoby zależeć na śmierci Sheili Barnes?
– Tylko im – przyznał Dunbar, ale w jego głosie Lisa wyczuła wahanie.
– Coś nie daje ci spokoju? – zapytała.
– Nie mogę uwolnić się od myśli, że to jednak bardzo dziwny sposób pozbawienia kogoś 

życia.   Rozumując   logicznie,   powinni   usunąć   Sheilę   z   tego   świata   jak   najszybciej,   a   nie 
czekać, aż załatwi to za nich natura.

– Dzięki – mruknęła ponuro Lisa. – Bardzo mnie uspokoiłeś.
– Przepraszam, nie miałem zamiaru cię straszyć. Po prostu głośno myślę. Najwyraźniej 

uważają, że czas działa na ich korzyść. A co ty o tym wszystkim sądzisz?

– Zanim zawiadomimy  policję, przekonajmy się, co uda się ustalić twoim ludziom  – 

odrzekła.

– Jesteś pewna?
Pokiwała   niezdecydowanie   głową.   Sprawiała   wrażenie,   jakby   podjęcie   takiej   decyzji 

wymagało od niej całej odwagi, na jaką było ją stać.

–  Dzielna  dziewczyna  –  pochwalił ją Dunbar.  –  Na razie  nie otwieraj  drzwi nikomu 

obcemu, chyba że się wylegitymuje. A ja załatwię, żeby twój dom był pod obserwacją.

Znów pokiwała głową.
Po powrocie do hotelu Dunbar natychmiast nawiązał łączność modemową z londyńskim 

biurem inspektoratu. Za pomocą swojego laptopa nadał krótką wiadomość: GLASGOW  – 

background image

KOD  CZERWONY.  Dla ludzi   w  centrali  oznaczało  to,  że  mają   do czynienia   ze  sprawą 
kryminalną   i   wszystkie   żądania   Dunbara   należy  traktować   priorytetowo.   Miał   obowiązek 
wyjaśnić powód wszczęcia alarmu w ciągu kilku dni. W miarę możliwości powinien stawić 
się osobiście w Londynie. Ale teraz działał w terenie i na razie o wszystkim decydował sam.

Po   kilku   sekundach   jego   komputer   odezwał   się   i   na   ekranie   pojawił   się   napis: 

GLASGOW  –  KOD   ZIELONY.   Wiadomość,   którą   nadał,   została   odebrana.   Po   chwili 
otrzymał instrukcję zastosowania jednego z trzech systemów szyfrujących używanych przez 
inspektorat Od tego momentu wszystkie jego meldunki kodowane były automatycznie przed 
wysłaniem   ich  linią  telefoniczną.   To  samo  działo  się   z  odpowiedziami   nadchodzącymi   z 
Londynu.   Ten   sposób   porozumiewania   się   zabezpieczał   treść   rozmów.   Po   wykonaniu 
polecenia   Dunbar   odczytał   pytanie,   jakie   są   jego   najpilniejsze   potrzeby.   Poprosił   o 
zorganizowanie dyskretnej obserwacji domu Lisy Fairfax. Nie sądził, by w tej chwili coś jej 
groziło, ale wołał mieć pewność, że jest pod opieką. Obiecano mu załatwienie tej sprawy. Nie 
miał więcej żądań. Reszta mogła  poczekać do świtu. Potrzebował snu. Dochodziła druga 
trzydzieści nad ranem.

Mimo   późnej   pory   sen   nie   nadchodził.   W   głowie   Dunbara   wciąż   wirowała   karuzela 

wydarzeń z minionego dnia. Im dłużej szukał odpowiedzi, tym więcej nasuwało się pytań. 
Nurtowało   go   wiele   drobnych   szczegółów.   Zastanawiał   się   właśnie,   jak   zwrócić   sprzęt 
wykradziony   z   radiologii,   gdy   nagle   coś   sobie   przypomniał.   Zespół   chirurgiczny,   który 
widział w szpitalu, zawiózł dziewczynkę windą na drugie piętro. Wtedy nie zwrócił na to 
uwagi, ale teraz uświadomił sobie, że musiano ją zabrać do wschodniego skrzydła budynku, 
na oddział położniczy. A tam leżała pacjentka  „Omega”. Dlaczego dziecko trafiło właśnie 
tam?

background image

10

Dunbar wstał bardzo wcześnie. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił, było sprawdzenie, czy w 

komputerze nie ma dla niego jakiejś wiadomości. Znalazł spis telefonów. Były to specjalne 
numery   policji   i   różnych   lokalnych   instytucji   państwowych   mogących   udzielić   mu 
natychmiastowej pomocy w nagłych wypadkach. Przepisał je do małego notesu, z którym 
nigdy   się   nie   rozstawał.   Otrzymał   również   numery   dwóch   kont   bankowych.   Mógł   je 
wykorzystać, gdyby pilnie potrzebował dodatkowych funduszy. Był też numer gorącej linii 
inspektoratu, zapewniającej kontakt o każdej porze dnia i nocy. Pod tym telefonem czuwał 
dyżurny zobowiązany do załatwienia wszystkiego, czego życzyłby sobie Dunbar. Wreszcie 
następowało polecenie, by nawiązał osobisty kontakt z inspektoratem, jeśli tylko będzie to 
możliwe. Zakodowany plik poczty komputerowej stanowił po prostu standardowy pakiet, jaki 
otrzymywał każdy z inspektorów dochodzeniowych w terenie, jeśli wystąpił o przyznanie mu 
pełnego statusu operacyjnego.

W tej chwili wszystko zależało od tego, czy da się ustalić źródło pochodzenia substancji 

promieniotwórczej.   Poprosił   inspektorat   o   przysłanie   kuriera   po   radioaktywną   próbkę   i 
zbadanie jej w laboratorium. Uprzedził, że udało mu się zebrać zaledwie trochę pyłu. Obawiał 
się, czy nie będzie go za mało do zidentyfikowania nieznanego izotopu i określenia, skąd się 
wziął.

Jak   zwykle   był   pod   wrażeniem.   Inspektorat   nigdy   nie   kwestionował   żadnej   prośby. 

Akceptowano je i pytano, czy nie potrzeba jeszcze czegoś. Zawsze uważał, że właśnie tak 
powinna   funkcjonować   administracja.   Jej   zadanie   to   maksymalne   ułatwianie   pracy 
macierzystej   organizacji.   Tymczasem   w   wielu   instytucjach   państwowych   działy 
administracyjne   istniały   same   dla   siebie.   Zamiast   spełniać   rolę   pomocniczą,   żerowały   na 
rzeszach pracowników operacyjnych,  traktując ich jak wytwórnie danych  statystycznych  i 
informacji   potrzebnych   do   prowadzenia   sprawozdawczości   uzasadniającej   konieczność 
własnej egzystencji. Rzeczywista działalność urzędów, do której zostały stworzone, liczyła 
się najmniej.

Z tego, co słyszał od przyjaciół i znajomych, wynikało, że nie lepiej jest w Narodowej 

background image

Służbie Zdrowia. Personel medyczny i pielęgniarski tracił coraz więcej czasu na wypełnianie 
formularzy i kwestionariuszy,  sporządzanie zestawień i podsumowań zgodnie z procedurą 
kontrolną   opracowaną   przez   urzędników   szukających   usprawiedliwienia   dla   rozrostu 
administracji.

Dunbar postarał się w recepcji o tekturowe pudełko i taśmę samoprzylepną. Sporządził 

małą paczkę zawierającą ołowianą rurkę z próbką substancji radioaktywnej. Zanim zniósł ją 
na dół i zostawił dla kuriera, dokładnie sprawdził licznikiem poziom wydzielanego przez nią 
promieniowania. Potem wrócił do pokoju z filiżanką kawy i zaczął się zastanawiać, co dalej. 
Postanowił pojechać do Helensburgha i zobaczyć się z Sheilą Barnes pod pretekstem, że chce 
zwrócić pamiętnik. I tak zamierzał to zrobić, ale teraz przede wszystkim chciał zapytać Sheilę 
czy pamięta, kto i kiedy zainstalował w jej domku puszkę telefoniczną. Może potrafiłaby 
opisać tego kogoś lub nawet podać jego nazwisko.

Po głębszym namyśle uznał, że lepiej nie mówić jej o substancji radioaktywnej. Stała nad 

grobem i przyjęła wyrok losu z godnością. Taka informacja byłaby dla niej gorzką pigułką na 
łożu   śmierci.   Poza   tym,   zdradzając   jej   swe   podejrzenia,   powinien   zawiadomić   również 
policję. Ale czy naprawdę nie chciał jej niczego mówić tylko z tego powodu? Czasem bardzo 
łatwo oszukiwać samego siebie, gdy chodzi o motywy działania. Wierzył, że naprawdę ma na 
względzie spokój Sheili, ale do końca nie był tego pewien.

Nie zdążył wyjść z hotelu, gdy zjawił się kurier po odbiór paczki z izotopem. Mężczyznę 

zdumiał ciężar tak małego pakunku.

– Co tam jest? – zażartował. – Ołów?

Dunbar nie śpieszył się, jadąc do Helensburgha. Nie rozwijał dużej prędkości, więc nie 

potrzebował koncentrować całej uwagi na drodze. Miał trochę czasu na przemyślenie różnych 
spraw, a rzeczywiście musiał uporządkować sobie wszystko w głowie. Tyle że nie bardzo 
wiedział, od czego zacząć. Nie znajdował logicznego punktu wyjścia. Jeszcze nigdy nie czuł 
się   tak   zagubiony,   prowadząc   dochodzenie.   Jedynym   prawdziwym   przestępstwem,   na 
popełnienie którego miał dowód, było ukrycie izotopu w domku Sheili Barnes. I zapewne 
miało   ono   na   celu   uciszenie   jej,   bo   za   dużo   wiedziała   o   przyczynach   śmierci   pewnego 
dziecka. A zatem w jakich naprawdę okolicznościach umarło? Co nie mogło wyjść na jaw? 
Kto i dlaczego posunął się do morderstwa, by zamknąć jej usta? I czy takie same okoliczności 
towarzyszyły śmierci Amy Teasdale?

Z powodu zaciągniętych zasłon w pokoju panował półmrok, ale Dunbar zdołał zauważyć, 

że Sheila jest już bliska śmierci. Jej wychudzone ciało wydawało się tak kruche, że najlżejszy 
podmuch wiatru wpadającego przez okno mógłby obrócić je w pył.  Po wyjściu  dyżurnej 
pielęgniarki   przyglądał   się   przez   chwilę   śpiącej   Sheili   i   zastanawiał,   czy   nie   powinien 
zostawić jej w spokoju.  Skoro spała, nie czuła bólu, a to było chyba najważniejsze. Ale... 

background image

musiał ją zapytać o tę przeklętą puszkę telefoniczną i miał moralny dylemat.

– Sheila? – odezwał się cicho.
Nie odpowiedziała. Spróbował jeszcze raz, po czym odwrócił się i skierował ku drzwiom. 

Kładł rękę na klamce, gdy usłyszał za plecami:

– Peter? Czy to ty?
Obejrzał   się.   Sheila   wciąż   miała   zamknięte   oczy.   Podszedł   bliżej   i   już   miał   się 

przedstawić, kiedy znów zaczęła mówić.

– Wiedziałam, że przyjdziesz. Tak się cieszę. Pamiętam, kochanie, że nie rozstaliśmy się 

w  zgodzie,   ale  byłam  pewna,  że  przyjdziesz   pożegnać  się  ze  swoją starą,  biedną   matką. 
Przecież rozumiesz, że wszystko, co mówiłam, było tylko dla twojego dobra, prawda?

Dunbar usłyszał nagle własny głos: „Tak, oczywiście”.
– Właśnie wspominałam nasze wakacje, kiedy miałeś osiem lat Pamiętasz? Wypłynęliście 

z ojcem małą łódką i złowiliście trzy ryby, a ja usmażyłam je na podwieczorek. Ten wyraz na 
twojej twarzy... Byłeś taki dumny...

–  Pamiętam  –  szepnął Dunbar i cofnął się w najciemniejszy kąt pokoju na wypadek, 

gdyby Sheila otworzyła oczy.

– Jestem taka szczęśliwa, że przyszedłeś, mój synku. Tak cię kocham, wiesz o tym.
– Wiem, mamo – mruknął niewyraźnie Dunbar. – Ja też cię kocham. – A teraz odpocznij. 

Później porozmawiamy.

– Z przyjemnością, kochanie – odrzekła Sheila słabnącym głosem i z powrotem pogrążyła 

się we śnie.

Dunbar   wyszedł   na   palcach   z   pokoju.   Postanowił   zamienić   dwa   słowa   z   przełożoną 

hospicjum. Opowiedział jej, co przed chwilą zaszło i zapytał:

– Mam nadzieję, że postąpiłem słusznie?
– W tych okolicznościach to było najlepsze, co mógł pan zrobić – zapewniła go. – Sheila 

jest już o krok od śmierci.

– Domyśliłem się, że syn jej nie odwiedzał, prawda? Ojca też nie?
Przełożona pokręciła głową.
–  O ile wiem,  Peter  to czarna  owca. Miedzy nim a rodzicami  doszło do poważnego 

konfliktu z powodu pieniędzy. Peter potrzebował ich na rozkręcenie jakiegoś interesu, ale 
ponieważ   poprzedni   mu   nie   wyszedł,   Sheila   i   Cyril   odmówili   sfinansowania   nowego 
przedsięwzięcia. To się, niestety, zdarza.

–   Faktycznie   –  przyznał   Dunbar.   Podziękował   za   to,   że   przełożona   pochwaliła   jego 

postępowanie i opuścił hospicjum, wiedząc, że już nie będzie miał powodu, żeby znów tu 
przyjechać.

W drodze powrotnej do Glasgow postanowił, że nazajutrz poleci do Londynu i zamelduje 

się osobiście w centrali. Wieczorem powinien wpaść do szpitala i zostawić wiadomość dla 
Ingrid.   Ale   nie   śpieszył   się   z   tym.   Nie   miał   ochoty   nikogo   tam   spotkać   ani   z   nikim 

background image

rozmawiać.

Cały optymizm w jednej chwili opuścił Sandy’ego i Kate, gdy pielęgniarka wprowadziła 

ich do sali Amandy. Mała wyglądała jak głodujący uchodźca z któregoś z krajów Trzeciego 
Świata.   Miała   skórę   białą   jak   papier   i   wielkie,   wytrzeszczone   oczy.   Nie   spała,   ale   tępo 
wpatrywała   się   w   sufit.   Biały   królik,   powitalny   prezent   od   szpitala,   spoczywał   obok   na 
poduszce i nie różnił się barwą od jej twarzy.

Kate usiłowała porozumieć się z Amandą. Sandy odwrócił się do pielęgniarki.
– Co się stało? – zapytał ochrypłym głosem.
– Nie jest tak źle, jak na to wygląda – uspokoiła go. – Nie miała wczoraj dializy. Doktor 

Ross zrobił jej kilka testów.

– Jakich testów?
– Różnych – odrzekła enigmatycznie pielęgniarka. – Chcecie państwo, żebym poszukała 

któregoś z lekarzy? Są w tej chwili trochę zajęci, ale mogłabym...

Sandy pokręcił przecząco głową. Poczuł się zażenowany. Nie chciał robić zamieszania.
– Doktor Ross mówił, że do jutra stan Amandy poprawi się zdecydowanie – zapewniła 

pielęgniarka. – To tylko typowa reakcja na niektóre rodzaje testów.

Sandy znów miał ochotę zapytać, na które. Nie rozumiał, jakie testy są aż tak ważne, żeby 

z ich powodu przerywać  wykonywanie  dializ.  Ale z drugiej  strony obawiał się, że tylko 
niepotrzebnie  narobi dużo hałasu o nic. Szpital zachował się w stosunku do nich bardzo 
przyzwoicie. Podnoszenie wrzawy mogłoby wyglądać na niewdzięczność. Przykucnął obok 
łóżka, starając się powstrzymać łzy, które napłynęły mu do oczu na widok córki.

–  Jak się miewa moja Księżniczka?  –  zapytał, ujmując Amandę za rękę tak delikatnie, 

jakby się bał, że ją złamie.

Dziewczynka uśmiechnęła się słabo.
– To boli, tatusiu.
– Co cię boli, Księżniczko? Brzuszek?
Amandą pokazała ręką klatkę piersiową. Sandy pogłaskał ją w tym miejscu i zauważył, że 

swoim   dotykiem   sprawia   jej   ból.   Skrzywiła   się.   Wyczuł   pod   jej   piżamą   opatrunek 
chirurgiczny i zaniepokoiło go jego umiejscowienie. Zmarszczył brwi.

– Siostro? – zapytał, odwracając się. – Czy Amandzie robiono wczoraj nakłucie mostka? 

Pobrano jej szpik kostny?

– O ile wiem, tak.
Tym razem Sandy nie wytrzymał.
– Po co?
–  To nic niezwykłego u pacjentów oczekujących  na transplantację. Pobiera się szpik, 

żeby określić ich typ immunologiczny – wyjaśniła.

– Ale przecież Amandą miała już takie testy. Robili jej to wieki temu, jeszcze w Szpitalu 

background image

Chorób Dziecięcych. Figuruje w międzynarodowym rejestrze. Są tam jej wszystkie dane. Jej 
profil immunologiczny jest znany.

–  Jestem   pewna,  że  doktor   Ross  miał  swoje  powody,   żeby  to   powtórzyć  –  odrzekła 

pielęgniarka.

Sandy ugryzł się w język.
– Oczywiście – powiedział tylko i z powrotem skupił uwagę na Amandzie.
–  Chce pan, żebym  poszukała doktora Rossa?  –  zaproponowała pielęgniarka. Ton jej 

głosu zmienił się lekko. Był bardziej wyzywający niż pytający.

„Typowa   reakcja   profesjonalistki   na   nieuzasadnioną   dociekliwość   laika”   –  pomyślał 

Sandy.

– Nie, niekoniecznie – odparł.

– O Boże! – westchnął Sandy, gdy wraz z Kate szedł do samochodu. Czuł się tak, jakby 

miał nogi z ołowiu. – Chyba za dużo sobie obiecywaliśmy. Liczyliśmy na cud, który nie może 
się   zdarzyć   w   rzeczywistym   świecie.   Oszukiwaliśmy   samych   siebie,   jak   wszyscy 
zdesperowani ludzie. Wierzyliśmy w gwiazdkę z nieba i Świętego Mikołaja.

–  Pielęgniarka   mówiła,   że   jutro   Amanda   poczuje   się   lepiej  –  przypomniała   Kate.  – 

Podobno to tylko skutek testów, które jej robiono. Wygrzebie się z tego. Zobaczysz.

Sandy uśmiechnął się blado, objął ją i mocno przytulił.
– Tak już lepiej – powiedziała.
–  Dobrze, że chociaż ty się trzymasz –  szepnął.  –  Bóg raczy wiedzieć, co by się stało, 

gdybyśmy oboje naraz stracili nadzieję.

Dunbar zwlekał z wyprawą do Médic Ecosse do dziesiątej wieczorem. Na swoim biurku 

znalazł informacje, o które prosił Ingrid. Dotyczyły pacjentów leczonych bezpłatnie od chwili 
otwarcia szpitala.  Nie było  to szczegółowe zestawienie  wszystkich  danych,  ale zawierało 
podstawowe, interesujące go dane: ile osób przyjęto, na co je leczono, jakie były zabiegi i 
jaką sumę szpital mógł odpisać od podatku z tytułu działalności charytatywnej. Większość 
chorych   stanowiła   łatwe   przypadki   o   stosunkowo   małym   ryzyku,   mogące   zrobić   Médic 
Ecosse   niemal   darmową   reklamę.   Ale   przyjęto   również   trzy   osoby   na   oddział 
transplantacyjny.  Na liście nie figurowały nazwiska, jednak Dunbar wiedział, że trzecią z 
kolei jest Amanda  Chapman.  Aż trzy?  To było  dla niego wielkim zaskoczeniem.  Szpital 
okazał   się   wyjątkowo   wspaniałomyślny.  „Zbyt   hojny,   jak   na   stan   swoich   finansów”   – 
pomyślał Dunbar. Ale nie zamierzał zastanawiać się nad tym. Bardziej niż pieniądze liczyli 
się ludzie. Schował listę do szuflady i napisał dla Ingrid wiadomość, że następnego ranka 
odlatuje do Londynu.

Już miał uruchomić silnik i odjechać, gdy zauważył czarnego bedforda, nie oznakowaną 

furgonetkę   wjeżdżającą   przez   bramę   szpitala   i   kierującą   się   na   parking   z   tyłu   budynku. 

background image

Kierowca i siedzący obok pasażer mieli na sobie białe, szpitalne stroje. Ciekawość wzięła w 
Dunbarze górę nad chęcią powrotu do hotelu. Wysiadł z samochodu i kryjąc się pod ścianą, 
pobiegł szybko na tyły szpitala.

Furgonetka   zatrzymała   się   naprzeciw   zielonych   drzwi   prowadzących   do   korytarza   w 

podziemiach. Obaj mężczyźni wysiedli i otworzyli tylne drzwi bedforda. Po chwili z budynku 
wyszli jeszcze dwaj inni. Wszyscy czterej unieśli za rogi nosze, na których musiał spoczywać 
wyjątkowo ciężki pacjent, i wyjęli je z samochodu.

Mimo że pod osłoną nocy i kilku zaparkowanych aut Dunbar podkradł się bliżej, niewiele 

więcej mógł zobaczyć. Światło było zbyt słabe, a ciało spoczywające na noszach okrywał 
ciemny materiał.

„O co  tu chodzi,  do diabła?”  –  mruknął,  gdy zamknięto  zielone  drzwi, a furgonetka 

odjechała. Dlaczego jakikolwiek pacjent miałby być wnoszony do szpitala tylnymi drzwiami, 
i   to   nocą?   Potem   przypomniał   sobie,   że   w   podziemiach   jest   kostnica.   Do   budynku   nie 
wniesiono chorego, lecz zwłoki.

Ten wniosek niczego jednak nie wyjaśniał. Taki sposób dostarczenia martwego ciała do 

Médic Ecosse wydawał mu się równie niezrozumiały, jak wnoszenie do podziemi żywego 
człowieka. Postanowił rozwikłać tę zagadkę. Uznał, że skoro żadne logiczne wytłumaczenie 
nie przychodzi mu do głowy, należy sprawdzić naocznie, co się za tym kryje. Wrócił do biura 
i przez chwilę zastanawiał się, co zrobić. W końcu zadecydował, że po prostu zejdzie do 
kostnicy i zobaczy, czyje zwłoki przywieziono.

Odczekał dziesięć minut, mając nadzieję, że przez ten czas mężczyźni zdążą włożyć ciało 

do chłodni i wyjść. Na szczycie schodów prowadzących w dół nasłuchiwał przez moment, ale 
wszędzie   panowała   cisza.   Zbiegł   na   palcach   do   podziemi   i   znalazł   się   przed   drzwiami 
kostnicy. Przyłożył do nich ucho, ale nie usłyszał żadnego dźwięku. Uchylił drzwi, wsunął się 
do  środka   i  zamknął  je  za   sobą.  Wewnątrz  poczuł  się   bezpieczniej.  Wypuścił   przeciągłe 
powietrze   z   płuc,   dopiero   teraz   zdając   sobie   sprawę   z   tego,   że   przez   dłuższy   czas 
wstrzymywał   oddech.   Nagle   zamarł.   Odgłos   włączającego   się   agregatu   chłodniczego   na 
moment śmiertelnie go przestraszył. Pomyślał, że im szybciej się stąd wyniesie, tym lepiej.

Chwycił   solidną,   metalową   klamkę   i   odciągnął   ciężkie   drzwi   chłodni.   Ku   swemu 

zaskoczeniu zobaczył dwa ciała okryte białymi prześcieradłami. Spodziewał się znaleźć tylko 
jedno. Odsłonił częściowo zwłoki leżące w górnej szufladzie i ujrzał pomarszczoną twarz 
kobiety.   Sądząc   po   wyglądzie   włosów   i   uzębienia,   musiała   mieć   około   siedemdziesiątki. 
Wysunął szufladę na tyle, by móc dosięgnąć plakietki przyczepionej do dużego palca u nogi 
staruszki. Widniało na niej nazwisko: Angela Carter-Smythe.

Wsunął szufladę z powrotem, zakrył zwłoki i zajął się ciałem spoczywającym niżej. Po 

rozmiarach nieboszczyka zorientował się, że to właśnie jego przywieziono czarną furgonetką. 
Był   zabezpieczony   w   dość   osobliwy   sposób.   Nie   nakryto   go   białym   prześcieradłem 
zdradzającym kształty ciała, lecz opakowano w kilka warstw nieprzemakalnego materiału. 

background image

Dopiero na wierzchu rozłożone zostało białe, tradycyjne okrycie. „Może to dlatego, że zwłoki 
są takie duże?” – pomyślał Dunbar. Pociągnął luźny róg materiału obok głowy, ale nie mógł 
go odchylić z powodu ciężaru ciała. Nie udało mu się również unieść głowy jedną dłonią.

Szarpnął nakrycie obiema rękami i... doznał szoku. Zamiast twarzy wielkiego, zwalistego 

mężczyzny   miał   przed   sobą   ryj   dorosłej   świni.   W   nozdrza   uderzył   go  odór   zwierzęcych 
zwłok. Martwe ślepia wpatrywały się w niego niewidzącym wzrokiem.

Kiedy   po   chwili   doszedł   do   siebie,   zaczął   szukać   w   myślach   jakiegoś   racjonalnego 

wytłumaczenia tego, co odkrył. Może chłodnia kuchenna jest nieczynna lub brakuje w niej 
miejsca? Mało prawdopodobne i wysoce nieetyczne. Poza tym po pobieżnych oględzinach 
przekonał   się,   że   świnia   jest   cała.   Nie   została   rozebrana   na   tusze   czy   półtusze,   jakich 
dostarczają klientom zakłady mięsne lub rzeźnie. Bardzo dziwne...

Wsunął rękę pod warstwy materiału okrywające zwierzę i dotknął jego brzucha. Przez 

kilka minut ogrzewał go ciepłem dłoni. Po krótkim pobycie w chłodni zwłoki zdążyły trochę 
zmarznąć   i   zwilgotnieć,   więc   nie   mógł   niczego   wyczuć.   Temperatura   jego   ręki   powoli 
wzrastała, zatem świnię zabito całkiem niedawno. Był w kłopocie. Nie miał pewności, czy to, 
na co tutaj natrafił, jest naruszeniem prawa lub może norm etycznych czy też nie. Dlaczego to 
zwierzę znalazło się w tym pomieszczeniu? Po co ktoś pod osłoną nocy przywiózł do Médic 
Ecosse zwłoki świeżo uśmierconej świni?

Pomyślał, że może nie jest to po prostu stary wieprz, a zwierzę do badań laboratoryjnych. 

James  Ross  z  pewnością  wykorzystywał   zwierzęta   w  swej  pracy naukowej. Jak  wszyscy 
transplantolodzy   prowadzący   prace   badawcze.   Świnia   mogła   służyć   do   tego   celu.   W 
początkowym okresie badań nad przeszczepami, gdy najbardziej interesowano się techniką 
przeprowadzania   zabiegów,   główną   rolę   odgrywały   psy   i   małpy.   Na   nich   chirurdzy 
wypróbowywali   swe   umiejętności.   Później,   kiedy   już   opanowano   technikę   wykonywania 
operacji, skoncentrowano się na świniach. Uznano, że mogłyby ewentualnie służyć ludziom 
jako dawcy organów, o ile udałoby się rozwiązać problemy z dziedziny immunologii.

Ross,   jako   wiodący   naukowiec   transplantolog,   niemal   na   pewno   posiadał   zezwolenie 

Ministerstwa   Spraw   Wewnętrznych   na   przeprowadzanie   eksperymentów   na   zwierzętach. 
Biorąc to pod uwagę, Dunbar zaczął traktować swe odkrycie bardziej jako osobliwość niż coś 
zatrważającego. Tylko dlaczego zwierzę dostarczono do szpitala? Przecież własna pracownia 
Rossa powinna być przystosowana do przeprowadzania sekcji zwłok zwierzęcych. Chyba że 
ciecia   budżetowe   zmusiły   go   do   poszukiwania   rozwiązań   zastępczych.   Czy   tak   było   w 
istocie?   Dunbar   rozmyślał   nad   tym,   gdy   z   korytarza   dobiegły   czyjeś   głosy.   Nie   mógł 
pozwolić, by odkryto jego obecność w kostnicy. Musiałby wytłumaczyć, po co tu przyszedł, a 
nie potrafiłby podać żadnego wiarygodnego powodu.

Rozejrzał się wokół, szukając jakiejś kryjówki, ale jej nie znalazł. Stał tu tylko zwykły 

stół. Był  zbyt  wąski, by się pod nim schować. Pozostawała... chłodnia. Otworzył  ciężkie 
drzwi   i   spojrzał   na   wewnętrzną   stronę   zamka   zatrzaskowego.   Standardowe   zamknięcie 

background image

posiadało bolec zwalniający zatrzask, co umożliwiało otwarcie drzwi od środka w sytuacjach 
awaryjnych,   choć  trudno  było  sobie  wyobrazić,   by  takie   sytuacje  zdarzały  się   często  we 
wnętrzu chłodni służącej do przechowywania zwłok w kostnicy.

Głosy   zbliżały   się.   Nie   miał   czasu   do   stracenia.   Chwycił   się   ramy   nad   drzwiami, 

podciągnął nogi i wskoczył do górnej szuflady obok Angeli Carter-Smythe. Potem z trudem 
przekręcił się na brzuch w ciasnym pomieszczeniu i wyciągnął ramię w dół, by zatrzasnąć za 
sobą drzwi. Zamek szczęknął cicho i wokół zapanowała przytłaczająca ciemność.

Wiercąc się z braku miejsca, próbował wsunąć się jak najgłębiej, ale wciąż mógł być 

dostrzeżony, gdyby ktoś otworzył drzwi i spojrzał w górę. Nie miał innego wyjścia, musiał 
wpełznąć   na   zwłoki.   Między   martwym   ciałem   a   sklepieniem   chłodni   pozostawała   wąska 
przestrzeń.   Wdrapał   się   na   Angelę   i   zamarł   w   bezruchu,   jakby   był   z   nią   spleciony 
makabrycznym uściskiem.

Mijały minuty, a z zewnątrz nie dochodziły żadne dźwięki. Zaczął się zastanawiać, czy 

nic nie  słyszy  z powodu dobrej  izolacji  grubych  ścian i  drzwi  szafy chłodniczej  czy też 
dlatego, że w kostnicy nikogo nie ma. W końcu ludzie idący korytarzem wcale nie musieli 
wejść właśnie tutaj.

Nagle   drzwi   chłodni   otworzyły   się   i   jej   wnętrze   zalało   światło.   Dunbar   zesztywniał. 

Przykrycie opadło z głowy Angeli.  „Proszę cię, Boże... – pomodlił się w duchu – niech się 
okaże, że nie przyszli tu po nią”. Bał się nawet oddychać.

Z   niewypowiedzianą   ulgą   usłyszał,   że   ktoś   wysuwa   dolną   szufladę.   Jacyś   ludzie, 

postękując z wysiłku, wyciągnęli z chłodni świnię.

Drzwi   zatrzasnęły   się,   a   gwałtowny   wzrost   ciśnienia   powietrza   w   małym   wnętrzu 

boleśnie poraził uszy Dunbara. Gdy przestało mu w nich szumieć, znów słyszał wokół tylko 
dzwoniącą ciszę. Zdumiewało go, jak szybko ubywa w chłodni tlenu. Mimo zimna czuł, że 
jego czoło zaczyna pokrywać się potem. Nadszedł czas, by opuścić kryjówkę, zanim zrobi mu 
się słabo.

Zaczął przeciskać się z powrotem do przodu, okazując coraz mniej szacunku zwłokom 

Angeli, ale z powodu niewygodnej pozycji nie był w stanie poruszać się ostrożniej. Dobrnął 
w końcu  do drzwi i sięgnął  prawą ręką  w dół,  by uchwycić  bolec wystający z zamka  i 
odciągnąć   zapadkę.   Nie   mógł   go   jednak   dosięgnąć,   musiał   przekręcić   ramię   i   wygiąć 
nadgarstek pod nienaturalnym kątem. Kiedy wreszcie dotknął go dłonią, bolec – o zgrozo! – 
wysunął się luźno z otworu i z brzękiem wpadł do dolnej, pustej szuflady chłodni.

Strach  ścisnął  Dunbara  za  gardło.  W  jego  głowie  zaroiło   się od  koszmarnych  myśli. 

Znalazł się w pułapce. Nie zmieściłby się między krawędziami górnej szuflady a ścianami 
chłodni, gdyby próbował przecisnąć się na dół. Bolec leżał co najmniej dwie stopy poza jego 
zasięgiem.   Tak   przypuszczał,   gdyż   w   ciemności   nie   mógł   go   dostrzec.   W   panice   chciał 
wzywać pomocy, nie myśląc o konsekwencjach, ale zdał sobie sprawę, że nikt nie usłyszy 
krzyku. Szczelne pomieszczenie skutecznie tłumiło wszystkie dźwięki. Nawet, gdyby ktoś był 

background image

w   pobliżu,   do   jego   uszu   nie   dotarłby   niewyraźny   pomruk.   Bezcelowe,   rozpaczliwe 
nawoływania tylko przyśpieszyłyby zużycie ograniczonej ilości tlenu, jaka mu pozostała.

Przekręcał   się   na   plecy,   usiłując   rozumować   spokojnie.   Przypominał   sobie   wygląd 

wnętrza chłodni, wymiary szuflad, wielkość szczelin między ich krawędziami a ścianami oraz 
odległość   dzielącą   jego   ciało   od   sufitu.   Doszedł   do   wniosku,   że   ma   tylko   jedną   szansę 
wydostania się z potrzasku. Gdyby udało mu się przemieścić górną szufladę i przechylić ją 
tak, aby spadła na dół przez otwór pomiędzy jej obramowaniami. Wtedy uzyskałby dostęp do 
dolnej szuflady i mógłby odnaleźć bolec. Problem polegał na tym, że leżał na górze wraz z 
Angelą. Stwierdził, że przy ścianach jest zbyt ciasno, by szuflada dała się przesunąć w bok. 
Musiał przemieścić ją wzdłuż, a potem obrócić tak, by wpadła ukośnie w środek ramy, na 
której spoczywa. Szansa powodzenia tej operacji wydawała się jednak tak niewielka, że wolał 
o tym nie myśleć. Po prostu zaczął próbować. Miał wrażenie, że za chwilę pękną mu palce, 
gdy naciskał coraz mocniej metalową szufladę obciążoną dwoma ciałami, usiłując podważyć 
ją i wypchnąć z ramy. Trzecia próba zakończyła się sukcesem. Mimo zimna pot spływał mu 
po twarzy i drażnił oczy. Strach triumfował nad temperaturą otoczenia.

Następnym krokiem było przesunięcie szuflady do przodu. Tym razem główny ciężar 

wzięły na siebie jego ramiona. Dunbar rozpostarł je i oparł dłonie o boczne ściany chłodni, by 
unieść się i odciążyć szufladę. Jednocześnie zahaczył stopy o jej tylną krawędź i posuwał ją 
wolno na wprost, by jak największa jej część nasunęła się na przednią poprzeczkę ramy. W 
końcu szuflada oparła się o drzwi.

Dunbar odetchnął głęboko. Zawisnął dosłownie między życiem a śmiercią. Teraz o jego 

dalszym losie miała zadecydować jego prawa noga. Wiedział, że jeśli mocno kopnie w tylną 
krawędź szuflady, a ta nie przechyli się i nie spadnie na dół otworem w środku ramy wraz z 
nim i Angelą, może zapomnieć o uratowaniu się. Inny plan wyjścia z opresji po prostu nie 
istniał.

Skupił   całą   uwagę   na  czubku   własnego  buta.  Nie   mógł  przejmować   się  bólem   nogi. 

Musiał włożyć w to jedno kopnięcie całą siłę, na jaką było go stać. Wolno unosił stopę, aż 
dotknął obcasem sufitu. Miał żałośnie  mało  miejsca na wzięcie  dobrego zamachu.  Nagle 
wyrzucił ją w dół. Strach dodał mu energii. Szuflada przechyliła się i spadła. Wylądował w 
sztywnym uścisku z Angelą, oparty o drzwi.

Powoli odsunął szufladę na bok i usadowił Angelę w pozycji siedzącej w rogu chłodni, by 

móc poszukać bolca. Po kilku sekundach jego prawa dłoń natrafiła na leżący w ciemności 
metalowy przedmiot. Po omacku odszukał otwór w zamku i zabezpieczył palcem lewej ręki. 
Wsunął bolec na miejsce. Potem przesunął go desperackim uderzeniem nasady prawej dłoni. 
Zamek odblokował się. Drzwi uchyliły się wolno.

Dunbar oparł się rękami o podłogę kostnicy i wygramolił na zewnątrz. Przez kilka chwil 

leżał na wznak, ciężko dysząc, i wpatrywał się w otwartą czeluść chłodni, która o mało nie 
stała się jego grobowcem.

background image

Kiedy trochę odsapnął, uczucie ulgi, że żyje, ustąpiło miejsca rozważaniom na temat 

obecnego położenia. Musiał posprzątać po sobie bałagan, którego narobił w chłodni, i ułożyć 
Angelę na właściwym miejscu. Wstał chwiejnie  i wyciągnął zwłoki na zewnątrz. Ponowne 
wsunięcie górnej szuflady w jej rolkowe prowadnice zajęło mu tylko chwilę. Upewnił się, że 
przesuwa się tak, jak powinna i znów wysunął  ją do połowy.  Podniósł martwą kobietę i 
umieścił ją w szufladzie. Koniuszkami palców zamknął jej oczy i nakrył głowę. „Spoczywaj 
w spokoju, Angelo” – powiedział w duchu. Potem wsunął szufladę i zatrzasnął drzwi chłodni.

Otrząsnąwszy się po ciężkich przeżyciach, Dunbar wrócił myślami do tajemniczej świni. 

Co się z nią stało? Był prawie pewien, że zabrano ją do prosektorium. Przypomniał sobie 
łańcuchy   wiszące   nad   stołem   do   sekcji   zwłok.   To   musiał   być   wyciąg   do   podnoszenia 
zwierząt. Tylko czy uda mu się zakraść tam niepostrzeżenie i zobaczyć,  co dzieje się ze 
świnią?

Przygoda w kostnicy dała mu się porządnie we znaki. Stracił ochotę na dalsze heroiczne 

wyczyny. Pomyślał jednak, że mógłby dostać się do przedsionka prosektorium bez zwracania 
na siebie uwagi. Stamtąd pewnie zdołałby coś dostrzec.

Jak zwykle nasłuchiwał najpierw przez chwilę pod drzwiami, zanim ostrożnie wyjrzał na 

korytarz.  Wciąż   dopisywało   mu   szczęście.  Podbiegł  do  drzwi  prosektorium.  Nie  usłyszał 
żadnych głosów dochodzących z wnętrza, ale wejście do środka było ryzykowne. Na wszelki 
wypadek musiał przygotować sobie jakąś wiarygodną historyjkę. Uznał, że nie może być zbyt 
wydumana.   Gdyby   natknął   się   na   kogoś,   powinien   udawać   po   prostu   wścibskiego 
angielskiego urzędnika państwowego, zaglądającego w każdy kąt szpitala. Otworzył drzwi. 
Wewnątrz nie zastał nikogo. Wszedł cicho za próg i zajrzał do umywalni przez szybę w 
następnych drzwiach. Na kołkach wisiały trzy marynarki. Wstrzymał oddech, przebiegł przez 
umywalnię   i   zatrzymał   się   przy   oszklonym   oknie   drzwi   prowadzących   do   właściwego 
prosektorium.

Zobaczył to, czego się spodziewał. Właśnie przeprowadzano autopsję. Trzy postacie w 

chirurgicznych strojach i maskach pracowały nad świńskimi zwłokami przypiętymi do stołu 
skórzanymi pasami. Przez rozcięcie biegnące od gardła do genitaliów zwierzęcia wychodziły 
wnętrzności. W jasnym świetle mocnej lampy operacyjnej umieszczonej w górze narządy 
miały upiornie szkarłatną barwę.

Dunbar   był   zdumiony.   Dlaczego   trzyosobowy   zespół   przeprowadzający   sekcję 

zwierzęcych zwłok miał pełne stroje ochronne, maski i rękawice? Takie środki ostrożności 
były usprawiedliwione podczas operowania żywego pacjenta. Wówczas najbardziej liczyło 
się zachowanie reżimu aseptycznego, by nie spowodować zakażenia. Tutaj chirurdzy usuwali 
niektóre   świńskie   narządy   wewnętrzne,   zawijali   je   w   plastikową   folię   i   wkładali   do 
pojemników   z   nierdzewnej   stali.   Dunbar   podejrzewał,   że   chodzi   o   późniejsze   badania 
histologiczne w laboratorium, ale nagle poraziła go straszna myśl. Czy na pewno usuwają te 
narządy tylko w tym celu? Czy nie zamierzają wykorzystać ich do czegoś innego?

background image

Próbował   rozpoznać   twarze   ukryte   za   maskami,   ale   bez   rezultatu.   Dał   sobie   spokój, 

wycofał się do umywalni, potem do przedsionka i na korytarz. Gdy tylko wrócił do biura, 
zadzwonił do Lisy.

– Wiem, że jest późno, ale czy mógłbym przyjechać?
– Oczywiście.

– Świnia?! – wykrzyknęła Lisa.
–  Robili   jej   sekcję   z   zachowaniem   wszelkich   środków   ostrożności,   by   nie   wywołać 

infekcji.

– Ale dlaczego?
– Należałoby przypuszczać, że ma to coś wspólnego z programem badawczym Rossa.
– Używa świń?
– Jestem tego niemal pewien. Zajmuje się dziedziną nauki, której rozwój może uczynić ze 

świni   największego   przyjaciela   człowieka.   Periodyki   medyczne   traktujące   o   immunologii 
pełne   są   doniesień   o   eksperymentach   z   tymi   zwierzętami.   Ich   narządy   wewnętrzne 
odpowiadają   wielkością   naszym   organom.   Jeśli   uda   się   rozwiązać   problemy   związane   z 
odrzutem przeszczepu, mogą stać się dla nas dawcami... Obecnie trwają intensywne prace 
badawcze.

– Ale chyba nie w środku nocy w Szpitalu Médic Ecosse? – zaprotestowała Lisa.
–  Mnie   też   nie   daje   to   spokoju  –  przyznał   Dunbar.  –  Dlatego   chciałem   z   tobą 

porozmawiać. Obchodzili się z tą świnią jak z pacjentem rodzaju ludzkiego. Stroje ochronne, 
maski... Zastanawiające.

– Dobry Boże! Chyba nie myślisz, że zamierzają...?
Umysł Dunbara też buntował się przed przyjęciem takiego założenia, a jednak nie mógł 

opędzić się od natrętnej myśli, że oto znalazł odpowiedź na pytanie, czy rzeczywiście dwojgu 
pacjentom przeszczepiono niewłaściwe organy.

–  Ale   przecież   na   zrobienie   czegoś   takiego   trzeba   mieć   chyba   wszystkie   możliwe 

zezwolenia, zgody, i tak dalej? – zauważyła Lisa.

– Z pewnością. Chyba że ktoś nie zawraca sobie nimi głowy.
– Myślisz, że tak było z Amy? Dali jej nerkę świni?
– Musimy brać to pod uwagę.
– Co zamierzasz zrobić?
– Zadzwonię do Londynu. Ale przedtem muszę sprawdzić coś w hotelu. Później do ciebie 

zatelefonuję.

Jadąc do hotelu Dunbar myślał intensywnie. Wiedział dokładnie, co zamierza zrobić, o ile 

okaże się to wykonalne, ale musiał też pamiętać o konsekwencjach. W grę wchodziła ludzka 
wrażliwość. Jego działania mogły doprowadzić do czyjejś rozpaczy. Czy naprawdę było to 
absolutnie konieczne? Czy nie dałoby się tego uniknąć? Zanim znalazł się w swoim pokoju, 

background image

wiedział już, że nie. Pozostawało mu tylko sprawdzić, czy zamiar jest wykonalny.

Potrzebne   informacje   znalazł   w   aktach,   w   które   zaopatrzył   go   inspektorat.   Kenneth 

Lineham,   zmarły   pacjent   Sheili   Barnes,   został   po   śmierci   poddany   kremacji.   Ale   Amy 
Teasdale   pochowano   w   trumnie.   Jej   zwłoki   spoczywały   na   cmentarzu   przy   kościele   w 
Lanarkshire. Zatem to, co zamierzał zrobić, było możliwe. Ale ciągle wahał się, czy powinien 
sięgnąć po telefon i poprosić inspektorat o zgodę.

– Chciałbym, żeby ją ekshumowano.
– Dobrze się nad tym zastanowiłeś, Dunbar? – zapytał Frobisher, człowiek numer dwa w 

Inspektoracie   Naukowo-Medycznym.   Miał   prawo   podejmować   decyzje   we   wszystkich 
ważnych sprawach, jeśli sytuacja wymagała skontaktowania się z Londynem w nocy. – To nie 
są żarty. Jeśli wystąpimy z oficjalnym żądaniem wydobycia z grobu tego dzieciaka, a potem 
okaże się, że nie miałeś racji, wolę nie myśleć, co będzie. Taka wpadka może nam poważnie 
zaszkodzić. Nie jestem pewien, czy warto ryzykować na tym etapie dochodzenia. Na razie 
widziałeś tylko sekcję świńskich zwłok, nic więcej.

–  Wszystko przemyślałem i uważam, że im szybciej ją odkopiemy, tym lepiej  – odparł 

Dunbar. – I kto powiedział, że musimy to robić oficjalnie?

–  Teraz   naprawdę   wkraczamy   na   śliski   teren,   Dunbar  –  powiedział   Frobisher 

ostrzegawczym tonem.  –  Wyobrażasz sobie, że jesteśmy MI 5? Nie możemy odgrzebywać 
ludzi jak gdyby nigdy nic.

– Nie prosiłbym o to, gdybym nie uważał, że to ważne – zaznaczył Dunbar.
Frobisher wypuścił ze świstem powietrze z płuc.
– W każdym razie, do rana i tak nic nie załatwimy. Przekażę twoją prośbę Macmillanowi, 

jak tylko przyjdzie. Nie będzie zachwycony twoim pomysłem,  podobnie jak ja, ale może 
razem   wymyślimy   jakiś   sposób,   żeby   załatwić   sprawę   bez   udziału   orkiestry   dętej.   Ci   z 
telewizji niczego bardziej nie lubią niż cholernego odkopywania trupów.

Dunbar miał się już wyłączyć, ale Frobisher powstrzymał go.
– Zaczekaj, jest tu dla ciebie raport z laboratorium. Potrzebujesz go teraz?
– Jak najbardziej.
–  Analiza  drobin  radioaktywnych,   które  przysłałeś.  Specjaliści  twierdzą,   że  to  izotop 

przemysłowy używany do testowania osłon chroniących przed promieniowaniem.

– Izotop przemysłowy?! – wykrzyknął Dunbar. – Nie medyczny?
–   Najwidoczniej   nie.   Ustalono,   że   tylko   cztery   firmy   używają   takich   izotopów. 

Oczywiście, jeśli nie liczyć Amersham, gdzie go wytwarzają.

– Czy któraś z nich ma siedzibę w Glasgow?
–  Obawiam się, że nie. Żadna nie znajduje się nawet w Szkocji. Najbliżej ciebie jest 

Baxters on Tyneside.

– Jasna cholera – zaklął Dunbar.

background image

11

–  Coś   cię   gnębi  –  stwierdziła   Kate,   obserwując   Sandy’ego   grzebiącego   widelcem   w 

talerzu. Po raz trzeci nabierał tę samą porcję piure.

– Mhm... – mruknął.
– Więc może mi powiesz, o co chodzi? – zażądała.
– O Amandę. Wczoraj źle wyglądała. Martwi mnie to. Myślałem, że jej stan będzie się 

poprawiał, a nie pogarszał. Ale jak ją zobaczyłem...

– Dziś czuła się dużo lepiej – przerwała mu Kate. – Tak, jak obiecywała pielęgniarka. A 

jutro powinno być jeszcze lepiej. Zobaczysz. Są z niej bardzo zadowoleni. Wczoraj była po 
testach, które musieli jej zrobić.

– Nie musieli. Właśnie w tym rzecz. Wszystkie testy miała już wykonane wcześniej. Jej 

typ immunologiczny jest w rejestrze. Dlaczego musiała przechodzić bolesny zabieg jeszcze 
raz?

Kate pokręciła głową, jakby uważała, że Sandy nie ma racji.
– Wiesz na ten temat o wiele więcej niż ja. Ale pielęgniarka mówiła, że to tylko rutynowa 

procedura w celu sprawdzenia jej immunologicznego... czegoś tam, nie pamiętam.

– Wzorca immunologicznego – wyjaśnił. – Tak, zgadza się, tylko że te rzeczy załatwione 

zostały   już   przedtem.   Zbadano   grupę   krwi,   typ   tkanki,   wszystko.   Dane   umieszczono   w 
rejestrze   oczekujących   na   transplantację.   Po   co   robili   jej   nakłucie   mostka   po   raz   drugi? 
Niepotrzebnie cierpiała.

Kate wzruszyła ramionami.
– W szpitalu wiedzą lepiej, co jest konieczne. I to mi wystarczy.
– Właśnie na to liczą szpitale – zauważył kwaśno Sandy.
– Ktoś tu próbuje być cyniczny – uśmiechnęła się Kate.
Sandy uspokoił się trochę.
– No dobrze, może niepotrzebnie tak się przejmuję, ale nie zapominaj, że ja też pracuję w 

szpitalu.   Personel   medyczny   nie   jest   nieomylny.   Zdarza   się,   że   ktoś   coś   pomiesza,   zleci 
niewłaściwe   testy   czy   przepisze   zbyt   duże   dawki  leków.   Pod   wieloma   względami   to 

background image

najniebezpieczniejsze miejsca  na świecie.  Siedliska różnych  infekcji... uchodzące  za oazy 
higieny i sterylności.

Kate już to słyszała przedtem.
– Skoro tak cię niepokoją te jej testy, dlaczego nie umówisz się z którymś z lekarzy i nie 

zapytasz go wprost, o co chodzi? Wszystko ci na pewno chętnie wyjaśnią.

–  Nie  chcę robić  zamieszania.  Leczą  naszą  córkę za  darmo  i  prawdopodobnie są jej 

jedyną   szansą.   Wyszłoby   na   to,   że   nie   potrafię   tego   docenić,   a   ja   naprawdę   jestem   im 
wdzięczny.

–  Mimo wszystko uważam, że mógłbyś grzecznie zapytać o sprawy, które nie dają ci 

spokoju. W końcu jesteś kimś z branży, że się tak wyrażę.

–  Szpitale   najbardziej   nie   cierpią   właśnie   tego  –  odparł   Sandy.  –  Wolą   kompletną 

ignorancję swoich pacjentów i ich bliskich. Lekarze lubią, kiedy wierzy się im bez zastrzeżeń 
i niczego nie kwestionuje, bo wtedy mogą mówić tylko to, co chcą powiedzieć.

–  Jeśli   nie   chcesz   zapytać   tamtejszych   lekarzy,   porozmawiaj   z   Clivem   Turnerem  – 

zaproponowała Kate.  –  Może będzie wiedział, dlaczego  powtórzyli  jej testy?  Zawsze był 
wobec nas bardzo życzliwy. Nie możesz mieć do niego zastrzeżeń.

–  Dobry pomysł  –  przyznał Sandy.  –  Powinienem tak zrobić.  –  Spojrzał na zegarek i 

dodał: – Spróbuję go złapać w szpitalu.

– Zaraz wywołam doktora Turnera – oznajmił kobiecy głos.
– Turner przy telefonie.
– Witaj Clive. Tu Sandy Chapman.
– Cześć, Sandy. Dziś rano zastanawiałem się, co u was słychać. Jak tam Amanda?
–  Właśnie   dlatego   dzwonię.   Kiedy   wczoraj   byliśmy   u   niej,   bardzo   źle   wyglądała. 

Pielęgniarka  powiedziała,  że przerwali dializy,  bo musieli  skierować ją na jakieś  testy,  z 
nakłuciem mostka włącznie.

– Zrobili jej nakłucie mostka?
–  Też   się   nad   tym   zastanawiałem  –  powiedział   Sandy,   słysząc   zdumienie   w   głosie 

Turnera.  –  Pielęgniarka   twierdziła,   że   nic   w   tym   niezwykłego,   jeśli   pacjent   oczekuje   na 
transplantację. Wyjaśniłem jej, że Amanda miała już zrobione wszystkie testy, ale nie wiem, 
czy to do niej dotarło. Nie chciałem wywoływać zamieszania i żądać rozmowy z lekarzami, 
ale z drugiej strony chciałbym wiedzieć, o co chodzi. Może tobie przychodzi coś do głowy?

– Wstyd się przyznać, ale nie mam pojęcia – odrzekł z zakłopotaniem Turner. – Przecież 

wszystkie dane dotyczące typu immunologicznego Amandy są w rejestrze.

– Też tak sądzę.
–   Nie   wiem,   po   co   mieliby   cokolwiek  powtarzać...   Ale   jakiś   powód   musiał   istnieć. 

Zastanawiam   się,   jak   mógłbym   dowiedzieć   się   tego,   nie   nadeptując   na   odcisk   komuś 
wrażliwemu.

background image

– Też nie chciałbym rozrabiać, ale ta sprawa trochę mnie niepokoi.
– Doskonale cię rozumiem – zapewnił Turner. – Znam tam faceta... Nazywa się Steven 

Dunbar. Jest lekarzem, ale nie należy do personelu medycznego szpitala, więc nie poczuje się 
urażony.  Zapytam  go, czy nie  można  tego dyskretnie  ustalić.  Poznaliśmy się, negocjując 
przyjęcie Amandy do Médic Ecosse.

– Ja też go znam – stwierdził Sandy, gdy usłyszał nazwisko. – Któregoś dnia pomógł mi 

zapalić samochód na pych. To jakiś wysoki urzędnik państwowy, coś w tym rodzaju?

– Zgadza się. Prawdę mówiąc, dzięki niemu przyjęli Amandę. Miał w tej sprawie ostatnie 

słowo   i   nie   sprzeciwił   się.   Po   prostu   zgodził   się   od   razu.   Sprawia   wrażenie   porządnego 
chłopa.

–  A ja o tym nie wiedziałem!  –  wykrzyknął Sandy.  –  Nic mi nie powiedział. W takim 

razie, jestem mu winien kolejkę.

–  Wyjątkowo  nietypowy  urzędnik  –  zauważył   Turner.  – Tak  czy  owak,  spróbujemy. 

Może zdoła wyjaśnić zagadkę nakłucia mostka Amandzie.

– Będę ci zobowiązany. Zresztą nie po raz pierwszy.

Turner zadzwonił do Dunbara następnego dnia rano. Wymienili uprzejmości, po czym 

Turner powiedział:

– Wiem, że to właściwie nie pańska działka, ale zastanawiałem się, czy mógłby mi pan w 

czymś pomóc.

–  Mam nadzieję, że nie chodzi o jeszcze jedną bezpłatną  transplantację  –  zażartował 

Dunbar.

– Nie z tych rzeczy – roześmiał się Turner. – Zdają sobie sprawę, że macie ograniczone 

możliwości. Mam pytanie, na które może mógłby mi pan odpowiedzieć... w tajemnicy.

– Spróbujmy.
– Telefonował do mnie ojciec Amandy Chapman. Jest zaniepokojony, że córka musiała 

jeszcze   raz   przejść   bolesny   zabieg   nakłucia   mostka,   podczas   gdy   wszystkie   jej   dane 
immunologiczne   są   już   znane.   Nie   chciał   robić   szumu   i   wyjść   na   niewdzięcznika,   więc 
zapytał mnie, jaki mógł być tego powód. Przyznam szczerze, nie mam pojęcia. Obiecałem 
mu, że postaram się sprawdzić to dyskretnie, i pomyślałem o panu.

– Rozumiem – odrzekł Dunbar. – Nie chce pan nadepnąć na odcisk nikomu z branży.
–  Dokładnie  –  zgodził   się   Turner.  –  Pan   zapewne   ma   dostęp   do   odpowiednich 

dokumentów, żeby rzucić na nie okiem?

Dunbar uśmiechnął się sam do siebie.
– Niczego nie obiecuję, ale zobaczę, co się da zrobić. Jeśli coś znajdę, dam panu znać.
Odłożył  słuchawkę i zamyślił  się. Poczekał, aż Ingrid wyjdzie z pokoju i odnalazł w 

komputerze zestawienie kosztów leczenia Amandy Chapman. Zgodnie ze szpitalną procedurą, 
każdy test czy zabieg musiał być  zarejestrowany  i uzasadniony,  by uniknąć późniejszych 

background image

zarzutów, że nie był konieczny i został przeprowadzony tylko po to, by zwiększyć rachunek 
wystawiony pacjentowi. Choć rodzice Amandy nie płacili za jej pobyt w szpitalu, założono 
standardową  kartotekę   komputerową.  Nie   było  sensu  zmieniać   programu  dla   pojedynczej 
pacjentki.

Jednak lista zabiegów, która pojawiła się na ekranie monitora, nie zawierała nakłucia 

mostka. Nie było na ten temat żadnej wzmianki. Dunbar sprawdził ostatnią datę. Kartoteka 
Amandy Chapman była uzupełniana tego ranka. Wprowadzono do komputera dializy, wraz z 
podaniem codziennych kosztów pobytu, ale nie istniał żaden ślad po specjalnym teście czy też 
drobnym zabiegu chirurgicznym.

Dunbar ssał w zamyśleniu końcówkę długopisu. Teoretycznie można było podejrzewać, 

że personel oddziału niezbyt przykłada się do regularnego uaktualniania kartoteki Amandy, 
wiedząc,  że nie  będzie  z tego  pieniędzy.  Ale w  szpitalu  funkcjonującym  jak szwajcarski 
zegarek nie wydawało się to prawdopodobne. A zatem ktoś musiał świadomie podjąć decyzję, 
by nie wykazywać nakłucia mostka. Dlaczego? Nie chciano, żeby figurował w kartotece? 
Może to zbyt melodramatyczne. Nakłucie mostka nie jest niczym niezwykłym. Tyle że fakt 
posiadania   wszystkich   danych   Amandy   z   zakresu   immunologii   podważał   celowość 
powtarzania zabiegu.

Pomyłka?   Niepotrzebne   zdublowanie   testu?   Czyżby   któryś   z   młodszych   lekarzy,   nie 

znający dokładnie przypadku Amandy, zalecił nakłucie mostka, nie wiedząc, że jest zbędne? 
Takie wytłumaczenie wydawało się możliwe do przyjęcia. Dunbar zastanawiał się, jak można 
to sprawdzić. Przypuszczał, że gdzieś musi istnieć zapis o przeprowadzeniu zabiegu, nawet 
jeśli nie wprowadzono go do komputera. Należało ustalić, w której sali operacyjnej miało w 
ostatnich dniach miejsce nakłucie mostka i który lekarz je wykonał. Nie chciał robić z tego 
wielkiej sprawy, po prostu chciał wiedzieć.

Komputer posłusznie odnajdywał grafiki wykorzystania poszczególnych sal. W żadnej z 

nich nie przeszła zabiegu Amanda Chapman. Oczywiście pozostawała jeszcze sala operacyjna 
na oddziale położniczym w skrzydle dla pacjentki „Omega”. Wprawdzie żadne informacje na 
temat   wykorzystania   tej   sali   nie   były   dostępne   ze   względu   na   pełną   dyskrecję,   ale   nie 
wydawało się prawdopodobne, by tam... A może jednak? Dunbar przypomniał sobie nagle 
dziewczynkę,   którą   wieziono   windą   na   piętro  „Omega”  tej   nocy,   gdy   zakradł   się   na 
radiologię. Teraz wszystko miało sens. Tą dziewczynką musiała być Amanda.

Do pokoju wróciła Ingrid.
– Mam koszty leczenia pacjentów oddziału transplantacyjnego, o które pan prosił.
– Dobra robota – pochwalił ją Dunbar.
– Pewnie będzie pan trochę zaszokowany – powiedziała, kładąc przed nim zestawienie.
Dunbar spojrzał na końcową kwotę i gwizdnął przez zęby. – Aż tyle?!
– Niestety. Interes jest drogi.
Pokiwał głową. Ingrid uśmiechnęła się.

background image

–  Pożałuje   pan   wydania   zgody   na   bezpłatne   przyjęcie   pacjentki   Narodowej   Służby 

Zdrowia – zażartowała.

– Pieniądze to nie wszystko – odparł.
– Nie sądzę, by Urząd do spraw Szkocji podzielał pańskie zdanie – zauważyła Ingrid.
–  Być może. Ale zapewne duża część tych kosztów zwróci się po zapłaceniu rachunku 

przez pacjentkę „Omega”.

– Pan wybaczy, ale nie bardzo rozumiem...
–  Pomyślałem,   że   zyski   z   leczenia   pacjentów  „Omega”  wyrównują   straty   ponoszone 

przez szpital na skutek wspaniałomyślnego przeprowadzania bezpłatnych transplantacji.

– Ach, o to chodzi... – powiedziała Ingrid.
–  Przypadek   Amandy   Chapman   nie   jest   odosobniony   w   historii   darmowych   operacji 

przeszczepu narządów – stwierdził Dunbar. – W przeszłości mieliście dwa inne. Znalazłem je 
na   liście   leczonych   bezpłatnie   pacjentów,   którą   od   pani   dostałem.   Zastanawiam   się,   czy 
koszty tamtych transplantacji również pokryli pacjenci „Omega”.

–  Nie  jestem  pewna...  –  w  głosie  Ingrid  przez  moment   słychać  było   zaniepokojenie. 

Szybko jednak odzyskała pewność siebie. – Chyba ma pan rację.

Dunbar   był   zaskoczony.   W   grę   wchodziły   tak   duże   sumy,   że   Ingrid   musiała   dobrze 

wiedzieć, kto sfinansował bezpłatne transplantacje. Dziwiło go również, że szpital wcale nie 
chwalił   się   publicznie   swoją   dobroczynnością.   A   przecież   doniesienia   mediów   o 
przeznaczeniu tak pokaźnych dochodów na cele charytatywne wpłynęłyby bardzo korzystnie 
na   wizerunek   Médic   Ecosse.   Skorzystałby   na   tym   zwłaszcza   oddział   Rossa,   gdyż   jemu 
należałoby   przypisać   główne   zasługi.   Zakładając,   oczywiście,   że   nie   przeprowadzał 
eksperymentów ze zwierzęcymi organami na ludziach.

Nagle   Dunbar   wpadł   na   pomysł,   jak   zapytać   Ingrid   o   testy   Amandy   Chapman   bez 

wzbudzania podejrzeń. Spojrzał na zestawienie kosztów transplantacji i zażartował.

– Wygląda na to, że wobec Amandy Chapman zastosowaliście taryfę ulgową.
– Co pan ma na myśli?
– W jej kartotece nie widzę wyszczególnionych testów, które zazwyczaj wykazywane są 

w rachunkach pacjentów oddziału transplantacyjnego.

Ingrid stanęła za plecami Dunbara, wpatrując się w ekran.
– Proszę... – wskazał na monitor. – Nic tu nie ma.
Uśmiechnęła się z ulgą.
– Ach, już wiem dlaczego... Amandzie nie robiono tych badań, bo przysłali ją do nas ze 

Szpitala Chorób Dziecięcych. Tam przeszła wszystkie testy immunologiczne. U nas nie trzeba 
było ich ponawiać. Jej dane były już w rejestrze.

– No, jasne – Dunbar pokiwał głową. – Że też o tym nie pomyślałem.
Ale odpowiedź Ingrid podsunęła mu następne pytania. Co tu się, do cholery,  dzieje? 

Dlaczego ktoś w Médic Ecosse zrobił Amandzie nakłucie mostka, i to akurat nocą, w skrzydle 

background image

dla pacjentów  „Omega”? Skoro Ingrid Landes, sekretarka, wiedziała, że Amandzie nie są 
potrzebne żadne testy, to chyba tym bardziej musiał być tego świadomy personel medyczny? 
A swoją drogą, skąd o tym wiedziała Ingrid? Pracowała w administracji u Giordana. Nie była 
nawet sekretarką medyczną. Znała się na immunologii? Dunbar był zdziwiony. Postanowił, że 
jak tylko zostanie sam w pokoju, zajrzy w jej akta personalne.

Tymczasem   zaczął   się   przekopywać   przez   sprawozdania   finansowe   za   ostatni   rok 

podatkowy. Jednocześnie z niecierpliwością czekał na odpowiedź z inspektoratu w sprawie 
ekshumacji zwłok Amy Teasdale. Dla urozmaicenia sobie nudnego zajęcia próbował znaleźć 
coś na temat finansowania badań Rossa. Tego rodzaju informacja mogła mu się przydać w 
przyszłości.

Pamiętał, że dopóki Urząd do spraw Szkocji nie obciął funduszy, Ross wykorzystywał na 

swoje potrzeby proporcjonalną do zysków  część przychodów oddziału transplantacyjnego. 
Dokumentacja finansowa szpitala mogła zatem zawierać jakieś wyszczególnienie tych kwot. 
Dunbara interesowało, na co szły te pieniądze. Miał również nadzieję dowiedzieć się, skąd 
obecnie Ross czerpie środki na badania naukowe.

Początkowo   wydawało   się,  że   sumy   tworzące   budżet   na  prace   badawcze  nigdzie   nie 

figurują. Dunbar nie mógł tego zrozumieć. To nie powinno być chyba tajemnicą. Ross był 
uznanym   autorytetem   naukowym.   Każdy   słyszał   o   jego   programie   badawczym.   Skoro 
pieniądze przeznaczone na badania nie występowały pod hasłem  „Fundusz na prowadzenie 
prac naukowych”, może nazywano je inaczej. Dunbar sprawdził jeszcze raz nazwy plików. 
Jego uwagę zwróciły „Koszty utrzymania Farmy Vane”. A to co?

Otworzył   plik   i   znalazł   to,   czego   szukał.   Pracownia   Rossa   okazała   się   Farmą   Vane. 

Dunbar uznał ten fakt za całkiem logiczny, skoro główna część pracy naukowej polegała na 
przeprowadzaniu  eksperymentów  na zwierzętach.  Wyglądało  na  to, że wszystkie  wydatki 
związane z badaniami Rossa księgowano na rachunku farmy. Od pensji laborantów do opłat 
za   dzierżawę   gruntu,   od   zakupów   wyposażenia   pracowni   po   koszty   wynajęcia   ochrony 
obiektu. Zauważył również rachunki związane z zakupem świń.

Nie   znalazł   jednak   żadnego   nowego   źródła   finansowania   tego   przedsięwzięcia   w 

bieżącym roku. Spodziewał się, że wzrosły przelewy z Médic International przeznaczone na 
ten   cel,   co   wyjaśniałoby,   w   jaki   sposób   Ross   radzi   sobie   teraz,   kiedy   pozbawiono   go 
możliwości korzystania z części zysków z jego oddziału szpitalnego. Ale nie było po tym 
śladu. Mimo to Dunbar nadal uważał, że tak może być. Przecież Médic International nie 
musiało przelewać pieniędzy na konto szpitala, skoro pracownia Rossa znajdowała się gdzie 
indziej.   Uznał   to   za   najbardziej   prawdopodobne   wyjaśnienie.   Chyba   że...   Ross   sam 
finansował swoje badania. Ale musiałby być ogromnie bogaty, żeby sobie na to pozwolić.

Tymczasem   Dunbar   znał   zarobki   Rossa.   Miał   je   wykazane   w   aktach   Inspektoratu 

Naukowo-Medycznego.   Z   pewnością   chirurga   nie   było   stać   na   prywatną   pracownię 
badawczą.   Ale   z   drugiej   strony   miał   przecież   konsultacje   w   Genewie.   Inspektorat   nie 

background image

dostarczył Dunbarowi szczegółów, tylko suchą wzmiankę na ten temat. Czy dlatego, że nie 
posiadał bliższych  informacji? Postanowił zapytać o to, kiedy jego przełożeni odezwą się 
wreszcie do niego. Dlaczego każą mu tak długo czekać?

Ingrid poszła na lunch. Dunbar wykręcił się od wspólnego zjedzenia posiłku mówiąc, że 

wyjdzie później. Ściśle przestrzegał zasady utrzymywania z nią znajomości tylko na gruncie 
służbowym.  Wciąż nie był  jej pewien. Zawsze pamiętał o tym,  że być  może ma zadanie 
śledzić jego poczynania, więc bezpieczniej było trzymać ją na dystans. Kiedy został sam, 
zabrał się do sprawdzania jej akt personalnych.

Odkrył, że Ingrid Landes jest w pełni wykwalifikowaną pielęgniarką. Ukończyła studia 

na wydziale pielęgniarskim uniwersytetu w Edynburgu. Przed zatrudnieniem  się w dziale 
administracyjnym   Médic   Ecosse   pracowała   w   kilku   prywatnych   klinikach.   Jej   ostatnim 
miejscem pracy była Klinika Świętego Piotra w Genewie.

„No, no...” – pomyślał Dunbar. „Jaki ten świat mały. Czyżby Ross ściągnął ją do Médic 

Ecosse?”

Tok myślenia przerwał mu dźwięk jego telefonu komórkowego. Spodziewając się, że to 

inspektorat, chwycił aparat. Nareszcie dowie się, co z ekshumacją.

– Steven? Przepraszam, że zawracam ci głowę... – zabrzmiał głos Lisy – ale pomyślałam, 

żeby   cię   zawiadomić,   gdzie   teraz   będę.   Mógłbyś   być   zaniepokojony,   gdybyś   do   mnie 
zadzwonił i nikt nie podnosiłby słuchawki.

– Jakieś kłopoty? Coś się stało? – zapytał Dunbar.
–  Chodzi   o   mamę.   W   nocy   ciężko   zachorowała.   Lekarz   stwierdził   zapalenie   płuc. 

Zabierają ją do Szpitala Zachodniego. Jadę z nią.

–  Przykro   mi.   Prawdę   mówiąc,   rzeczywiście   miałem   do   ciebie   dzwonić  –  zaczął 

niepewnie Dunbar.

– Tak?
– Chodzi o Amy...
– To znaczy?
– Zażądałem ekshumacji... Nie mówiłem ci o tym wcześniej, bo nie byłem pewien, jak to 

przyjmiesz.

W telefonie zapanowała dłuższa cisza.
– Jesteś tam jeszcze?
– Jestem – odpowiedziała Lisa. – Zaskoczyłeś mnie. Ale chyba nie powinnam się dziwić. 

Pewnie trzeba tak zrobić.

– Nie ma innego sposobu, żeby dociec prawdy – wyjaśnił łagodnym tonem Dunbar.
– Zapewne – odrzekła w zamyśleniu Lisa. – Jej biedni rodzice... Po tym wszystkim, co 

przeszli... Będą mnie za to winić.

– Dlaczego ciebie?
Lisa nie odpowiedziała.

background image

– Muszę kończyć. Czekają na mnie. Później porozmawiamy.
– Zaczekaj... –  Dunbar usłyszał dźwięk odkładanej słuchawki  – Cholera –  zaklął pod 

nosem.   Przez   kilka   minut   siedział   bez   ruchu,   po   czym   postanowił   pojechać   do   Szpitala 
Zachodniego.

Zostawił samochód w bocznej uliczce, co najmniej ćwierć mili od wejścia. Obawiał się 

kłopotów z parkowaniem. Gdyby próbował znaleźć wolne miejsce bliżej szpitala, zapewne po 
dziesięciu   minutach   jazdy  w   ślimaczym   tempie   wzdłuż   krawężnika   zwiedziłby   wszystkie 
okoliczne zaułki i w końcu wylądował tu, gdzie teraz stanął. Szybko poszedł w kierunku 
budynku   i   podążył   wzdłuż   strzałek   wskazujących   drogę   do   izby   przyjęć.   Znalazł   Lisę 
siedzącą na brzeżku plastikowego krzesełka w korytarzu. Zaciskała złożone dłonie między 
kolanami. Ze wzrokiem utkwionym w podłodze wyglądała bardzo nieszczęśliwie.

– Lisa?
Podniosła na niego zaczerwienione oczy.
– Co tu robisz? – zapytała, ale nie wydawała się niezadowolona.
– Byłaś zdenerwowana. Pomyślałem, że może odwiozę cię do domu.
Uśmiechnęła się blado.
– To miło z twojej strony.
– Co cię tak bardzo martwi? Twoja matka czy sprawa Amy?
– Chyba jedno i drugie, każde na swój sposób.
W drzwiach izby przyjęć ukazała się pulchna pielęgniarka z wyraźnym płaskostopiem. 

Stawiała nogi w pozycji  „za dziesięć druga”. W jednej ręce trzymała clipboard, w drugiej 
ołówek.

– Panna Fairfax? – zapytała.
Lisa wstała.
– Tak?
– Doktor Campbell prosi panią do siebie.
Lisa spojrzała niezdecydowanie na Dunbara.
– Idź. Poczekam na ciebie – powiedział.
Wróciła po pięciu minutach. Dunbar podniósł się z krzesła.
– Jakie wiadomości?
– Położyli ją do łóżka. Na razie będą jej podawać antybiotyki.
Kiedy w drodze do Lisy zatrzymali się na czerwonym świetle, Dunbar odezwał się cicho:
–  Dostałem z naszego laboratorium wynik analizy izotopu z domku Sheili Barnes. Nie 

można go powiązać z Médic Ecosse.

– Chyba żartujesz?! – wykrzyknęła. – Więc nie oni? Któż inny chciałby ją zabić?
– Też tak uważam, ale laboratorium stwierdziło, że to izotop przemysłowy nie stosowany 

nigdzie w Szkocji.

– Zatarli za sobą ślady – odrzekła Lisa.

background image

– Na to wygląda.
Ruszyli spod świateł.
– Co miałaś na myśli, mówiąc, że rodzice Amy będą winić ciebie? – zapytał Dunbar.
Lisa westchnęła. To było dla niej bolesne wspomnienie.
–  Po   jej   śmierci   dyrekcji   Médic   Ecosse   udało   się   ich   przekonać,   że   jestem 

niezrównoważoną   psychicznie  kobietą,  która   niepotrzebnie   rozrabia   i  wygaduje   głupstwa. 
Pewnie łatwo im było uwierzyć, że tak jest naprawdę. Zakłócałam ich spokój w cierpieniu. 
Nie było mi lekko.

– Wyobrażam sobie – odrzekł Dunbar. – Ale robiłaś to, co uważałaś za słuszne. To nigdy 

nie jest łatwe.

– Teraz znów mam dylemat – głos Lisy był pełen zwątpienia.
– Na pewne sprawy nie masz wpływu, Liso.
– Mhm... – mruknęła bez przekonania.
W  środku dnia  wokół  domu   Lisy pełno   było  wolnych  miejsc  parkingowych.   Dunbar 

zatrzymał się na wprost wejścia do bloku.

– Wejdziesz na chwilę? – zapytała.
Skinął głową i oboje wysiedli z samochodu.
– Kawy? – zaproponowała, gdy znaleźli się w mieszkaniu.
– Ja zrobię. A ty przemyj oczy – zaproponował Dunbar.
Uniosła rękę do twarzy.
– O Boże... Muszę strasznie wyglądać. Nie pomyślałam o tym.
Poszła   do   łazienki,   a   Dunbar   nastawił   czajnik.   Wyglądając   przez   okno,   czekał,   aż 

zagotuje się woda.

Lisa wróciła po kilku minutach, przygładzając włosy. Roztaczała wokół siebie zapach 

perfum. Miała na twarzy dyskretny makijaż.

– Teraz lepiej – stwierdziła z uśmiechem. – Znów czuję się jak człowiek.
Dunbar również się uśmiechnął, widząc, jak stara się odzyskać normalny wygląd i dobry 

nastrój. Lisa przymknęła oczy.

– Dobrze się czujesz? – zapytał z niepokojem.
– Nie powiedziałam ci o czymś.
– O czym? – Wziął ją w ramiona, ujrzawszy łzy płynące po jej policzkach.
– Poszłam na pogrzeb Amy... Chciałam się z nią pożegnać. Starałam się trzymać z daleka, 

ale jej matka zauważyła... Nikt nie patrzył na mnie nigdy takim wzrokiem... Miała w oczach 
nienawiść.

– Nie myśl o tym – zaczął ją uspokajać. – Była zrozpaczona i zdenerwowana. Próbowałaś 

wyrazić  własną opinię. Postąpiłaś  słusznie. Kiedy znajdziemy dowód na to, co naprawdę 
zrobiono Amy, okaże się, że miałaś rację. – Rozluźnił uścisk. Lisa spojrzała mu w oczy.

– Dziękuję ci – powiedziała.

background image

– Za co?
– Za to, że tu jesteś.
– Pst...
Ich twarze niemal stykały się ze sobą. Dunbar popatrzył w ciemne, łagodne oczy Lisy i 

uświadomił sobie, że z każdym dniem znaczy dla niego coraz więcej. Kiedy się nie widzieli, 
nie przestawał o niej myśleć. Drżące wargi Lisy rozchyliły się lekko. Nie odsunęła się, czując 
jego podniecenie. Odgarnął z jej twarzy niesforny kosmyk włosów i delikatnie założył za 
ucho.   Pogładził   ją  palcami   po   policzku   i   szyi,   ujął   lekko   pod   brodę.   Niepewnie   musnął 
wargami jej usta.

Lisa wyczuła to wahanie. Wsunęła palce w jego włosy i przylgnęła do niego. Ich wargi 

znów się spotkały. Zaczęli się całować, najpierw lekko, potem coraz bardziej żarliwie.

Dunbar pozbył się nagle wszelkich oporów. Jeśli przedtem myślał, że zbyt łatwo może ją 

zranić, teraz już nie miał takich rozterek. Czuł tylko bliskość Lisy i szybkie ruchy jej języka w 
swoich ustach. Przesunął dłońmi po smukłej talii, dotarł do pośladków i przyciągnął je mocno 
do siebie. Ich biodra i uda złączyły się. Chciał, żeby poczuła, że ma wzwód.

Cofnęła się lekko. Oddychała szybko i nieregularnie.
– Chodź... – szepnęła i pociągnęła go za rękę w kierunku sypialni.
– Jesteś pewna, że tego chcesz? – zapytał, łapiąc oddech i znów przyciągnął ją do siebie.
– Absolutnie tak. –  Oplotła go ramionami w pasie i wyciągnęła mu koszulę ze spodni. 

Potem wsunęła pod nią dłonie i zaczęła gładzić jego tors. Ani na chwilę nie odrywała od jego 
twarzy wzroku, gdy rozpinała mu pasek i ściągała spodnie.

Naśladując jej ruchy, Dunbar zrobił to samo. Wyciągnął jej bluzkę ze spódniczki. Wyczuł 

dłońmi gładki brzuch. Sięgnął wyżej, rozpiął biustonosz i zaczął pieścić jej piersi. Mruczała z 
rozkoszy, gdy wodził pakami po sutkach. Odchyliła do tyłu głowę, pozwalając, by całował jej 
szyję. Czekała, aż ułoży ją na łóżku.

Dunbar wodził wargami po jej ciele, rozchylając coraz bardziej bluzkę. Ssał kolejno jej 

sutki, gładząc jednocześnie dłonią nagie uda i ściągając majteczki. Wsunął się między nogi 
Lisy i lekko uniesiony całował ją długo, czując rosnącą żądzę. Wszedł w nią, gdy uniosła 
biodra i przyjęła go do siebie.

Lisa jęczała, a on uniósł się lekko i wsunął dłoń pomiędzy jej uda. Pieścił ją delikatnie i z 

wprawą, dławiąc okrzyki pocałunkami. Wchodził w nią coraz głębiej i poruszał się coraz 
gwałtowniej, aż wstrząsnął nim dreszcz i poczuł, jak jej ciało wije się w konwulsjach.

Gdy   minęły   chwile   uniesienia,   znieruchomieli   spleceni   ze   sobą   uściskiem.   Dunbar 

poruszył się pierwszy. Uniósł się, pocałował Lisę w czoło i znów mocno ją przytulił.

– Boże... – mruknęła. – Minęło tyle czasu... Nawet nie zdawałam sobie z tego sprawy.
– Nie miałaś nikogo?
–  Przez krótki czas byłam zaręczona, ale on zrezygnował, widząc, że muszę wnieść w 

posagu   chorą  matkę.  Zniknął   jak  śnieg  w  lipcu.  Dwa  lata   temu.   A  ty?   Pewnie  nadszedł 

background image

właściwy moment, żebyś mnie uprzedził, że jest pani Dunbar, a wasze bliźniaki kończą w 
niedzielę trzy lata?

Dunbar uśmiechnął się.
–  Nie ma żadnej pani Dunbar.  –  Otoczył Lisę ramieniem i pieszczotliwie pogładził jej 

czoło.

– Wiesz, za tym najbardziej tęskniłam – odezwała się.
– Za czym?
–  Żeby  ktoś   mnie   tak  dotykał.  To   takie   przyjemne  uczucie,   kiedy  ktoś  dotyka   cię   z 

miłością. Seks może być wspaniały, ale kiedy wiesz, że twój partner coś do ciebie czuje, jest 
zupełnie  inaczej. Choćby zwykłe  dotknięcie  ręki, zmierzwienie  włosów  czy klepnięcie  w 
pośladek odbiera się wtedy w inny sposób. Czy nie mówię jak stuknięta?

Dunbar pocałował jej włosy.
– Nie – odpowiedział.
Rozległ się przytłumiony, melodyjny sygnał.
– Co to? – zapytała Lisa.
– Mój telefon – wyjaśnił Dunbar i poczuł się cholernie głupio.
– Nie wyłączyłeś go?
– Nie pomyślałem o tym. Nie spodziewałem się, że...
– Lepiej odbierz.
Dunbar wstał i zaczął szukać telefonu. Znalazł go w drugim pokoju. Po kilku chwilach 

wrócił z wiadomością.

– Dzwonili z Inspektoratu Naukowo-Medycznego. Jest zgoda na ekshumację.

background image

12

W   dniu   ekshumacji   Dunbar   nie   mógł   spokojnie   usiedzieć   na   miejscu.   Inspektorat 

Naukowo-Medyczny postanowił potajemnie odkopać ciało, korzystając z pomocy Wydziału 
Specjalnego. Występowanie do sądu o wydanie oficjalnego nakazu było zbyt  ryzykowne, 
gdyż mogło wywołać niepotrzebne poruszenie.

Dunbar   był   zadowolony   z  takiego   obrotu   sprawy,   ale   jednocześnie   miał   świadomość 

ryzyka,  jakie pociągają za sobą tajne operacje, jeśli coś pójdzie źle. Wystarczy,  że jedna 
osoba znajdzie się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze i spektakularna wpadka 
gotowa.

Rodziców Amy nie było w kraju. Spędzali urlop za granicą. Jej matka wciąż nie mogła 

dojść do siebie po tragedii sprzed pięciu miesięcy – mąż uznał, że trochę słońca zimą dobrze 
jej zrobi. Od trzech dni przebywali na Teneryfie i mieli tam pozostać jeszcze przez dziesięć 
następnych. Właśnie ten fakt skłonił inspektorat do przeprowadzenia ekshumacji po kryjomu. 
Gdyby wszystko przebiegło gładko, rodzice Amy nigdy nie dowiedzieliby się o tym.

Plan   przewidywał   odkopanie   zwłok   dziewczynki   nad   ranem   i   przewiezienie   ich   do 

kostnicy   w   Glasgow.   Autopsję   miał   przeprowadzić   wtajemniczony   patolog   z   Urzędu   do 
spraw Szkocji, wyznaczony przez Neila Bannona. Po zakończeniu sekcji miał zatelefonować 
do Dunbara i zdać mu  relację. Przed zachodem  słońca ciało Amy powinno powrócić do 
grobu.

Teraz Dunbar nie miał już wpływu na bieg wypadków, ale czuł się jak zawodnik przed 

wielkim wyścigiem, spacerujący nerwowo za linią startu. Gdy odezwał się telefon, chwycił go 
błyskawicznie.

– Tak?
– Steven? Tu Lisa. Żadnych wiadomości?
– Jeszcze nie. Wydaje mi się, że upłynęło cholernie dużo czasu.
– Lepiej odblokuję linię, bo może próbują skontaktować się z tobą.
– Zadzwonię do ciebie, jak tylko będę coś wiedział.
Dunbar powrócił do nerwowego spaceru wokół pokoju. Zaczynał się zastanawiać, czy nie 

background image

wystąpiły jakieś kłopoty z łącznością. Podczas niecierpliwego wyczekiwania na coś ważnego 
człowiek wyobraża sobie różne rzeczy. Zwłaszcza gdy oczekiwanie wydłuża się nadmiernie. 
Może wyniki sekcji przekazano bezpośrednio do centrali inspektoratu w Londynie, policja 
została już zawiadomiona i lada chwila zjawi się w szpitalu, a tymczasem nikt nie raczy go 
poinformować, co się dzieje? Karmił się tą paranoją, gdy telefon odezwał się po raz drugi.

– Z doktorem Dunbarem proszę.
– Przy aparacie.
– Pański kod?
Dunbar podał go.
–  Przepraszam   za   tę   formalność,   ale   było   polecenie,   żeby   postępować   ściśle   według 

instrukcji.

– W porządku.
–  Moje   nazwisko   McVay.   Na   żądanie   Inspektoratu   Naukowo-Medycznego   Urząd   do 

spraw Szkocji zlecił mi przeprowadzenie sekcji zwłok ekshumowanej Amy Teasdale.

– Tak. Czekałem na telefon od pana.
– Przykro mi, że to trwało tak długo, ale było z tym sporo pracy w laboratorium.
– Rozumiem. Co pan odkrył?
–  No cóż... Nikt nie podał mi zbyt wielu szczegółów. Nikomu nie przyszło do głowy, 

żeby mnie uprzedzić, że dziecko przeszło już dokładną sekcję.

– Całkiem możliwe – odrzekł Dunbar. – Zmarło po nieudanej operacji przeszczepu nerki. 

W tych okolicznościach autopsja była zapewne nieodzowna.

– Pomyślałem, że po prostu wspomnę panu o tym. Serce i nerki dziewczynki usunięto, by 

je   zbadać,   po   czym   z   powrotem   włożono   na   miejsce.   Wewnątrz   znalazłem   nawet   kilka 
tamponów,   których   wtedy   użyto.   Nie   cierpię,   kiedy   patologom   nie   chce   się   po   sobie 
posprzątać. Co oni sobie wyobrażają? Że zwłoki to pojemnik na odpadki? Cholerne lenie!

Dunbar przygryzał wargi, by nie zdradzić swego zniecierpliwienia, ale w końcu zapytał:
– Co pan właściwie znalazł, doktorze?
–  Dostałem   polecenie,   żeby   skoncentrować   się   na   przeszczepionej,   prawej   nerce   i 

przeprowadzić badania immunologiczne pod kątem zgodności tego narządu z typem tkanki 
pacjentki, oraz ustalić... czyj to był organ.

– Tak.
–  Do   transplantacji   posłużyła   ludzka   nerka.   Doskonale   zresztą   dobrana.   Procent 

zgodności można określić na osiemdziesiąt jeden.

Dunbar poczuł, że ziemia usuwa mu się spod nóg.
– Ludzka nerka i zgodność osiemdziesiąt jeden procent – powtórzył jak echo. – Jest pan 

tego pewien?

Pytanie było głupie i McVay dał to odczuć Dunbarowi.
– Oczywiście! – parsknął z rozdrażnieniem. – Plus minus pięć procent.

background image

– Dziękuję panu, doktorze – odrzekł bezwiednie Dunbar. – Więc pewnie nie znalazł pan 

w ogóle nic nietypowego?

– Nic poza tym,  że zwłoki poddane były wcześniej autopsji. Jeśli chce pan znać moje 

zdanie, wstyd, że niepotrzebnie ją wykopano.

– Ma pan rację – przyznał Dunbar i wyłączył się.
Przez   kilka   minut   wpatrywał   się   tępo   w   ścianę,   nie   wiedząc,   czy   bardziej   czuje   się 

zawiedziony, przygnębiony, zaskoczony czy ośmieszony. Wyszedł na durnia, a to wcale nie 
było przyjemne. Wiedział, że powinien zadzwonić do Lisy, ale w tej chwili był zły nawet na 
nią,   nie   mówiąc   już   o   Sheili   Barnes.   Obie   zdołały   go   przekonać,   że   zmarłym   dzieciom 
rzeczywiście przeszczepiono niewłaściwe organy. Resztę sam sobie dośpiewał po tym, co 
zobaczył w prosektorium Médic Ecosse.

Teraz wyglądało na to, że Amy Teasdale otrzymała nerkę pochodzącą od właściwego 

dawcy, a w podziemiach szpitala dokonywano po prostu sekcji zwłok zwierzęcia służącego 
do celów badawczych. Postronnemu obserwatorowi mogło się to wydawać dziwne, ale na 
pewno było legalne i dozwolone.

Jedyną   rzeczą   mogącą   świadczyć   o   tym,   że   jednak   nie   popełnił   kolosalnej   pomyłki, 

pozostawał fakt, że ktoś usiłował zabić Sheilę Barnes. Ale po co? Skoro wszystko było w 
porządku, a ona nie miała racji, dlaczego ktokolwiek miałby ją pozbawiać życia?  To nie 
miało sensu. Ale też nic tu nie miało sensu. Sięgnął po telefon i zadzwonił do Lisy.

– No i co? – zapytała z niepokojem.
–  Nerka,   którą   przeszczepiono   Amy,   była   bez   zarzutu.   To   ludzki   organ,   a   zgodność 

wynosiła osiemdziesiąt jeden procent.

Po chwili ciszy Lisa powiedziała:
– Niemożliwe! Jej organizm tak gwałtownie odrzucił ten przeszczep, że to po prostu nie 

mógł być właściwy organ.

– Przykro mi, Liso – odparł Dunbar. – Ale powtarzam ci słowa patologa wyznaczonego 

przez Urząd do spraw Szkocji. Musimy zgodzić się z tym, co stwierdził.

–  Nic z tego nie rozumiem. Nie do pomyślenia, żeby tak silną reakcję wywołało...  – 

urwała, nie kończąc zdania.

– Przykro mi – powtórzył Dunbar.
–  Więc dlaczego ktoś chciał zabić Sheilę Barnes?  –  zapytała, chwytając się tej samej, 

ostatniej szansy co Dunbar.

–  Masz rację, coś tu się nie zgadza  –  przyznał.  –  Myśleliśmy, że wszystko do siebie 

pasuje, ale tak nie jest.

– I co teraz?
– Pewnie wezwą mnie do Londynu, żebym się wyspowiadał. Nie wiem, co będzie dalej.
– Przepraszam. To moja wina – powiedziała Lisa.
– Nie ma tu niczyjej winy – sprostował Dunbar. – Przy odrobinie szczęścia nikt nie dowie 

background image

się o ekshumacji. Nikomu nie wyrządziliśmy żadnej krzywdy.

–  Boże...   Nie   zniosłabym   tego,   gdyby   rodzice   Amy   odkryli,   że   przeprowadzono 

ekshumację bez powodu. Po tym wszystkim, co przeze mnie przeżyli... Wolę o tym nawet nie 
myśleć. Byłam taka pewna, że Amy przeszczepiono zwierzęcy organ.

– Ja też.
– Nie sądzisz, by jej rodzice mogli się dowiedzieć, prawda? – zapytała z niepokojem.
–  O ile wiem, nie było żadnych problemów, więc sprawa nie powinna wyjść na jaw. 

Miejmy nadzieję. Lisa westchnęła głęboko.

–  Wiesz co? Wbrew temu, co mi powiedziałeś i z czym powinnam się zgodzić, nadal 

uważam, że mam rację. Nie wiem dlaczego, ale tak czuję.

Dunbar nie miał pojęcia, co odpowiedzieć.
– Szkoda, że nie ma sposobu... – zaczął.
–  Nie przejmuj  się  –  uspokoiła go.  –  Nie oczekuję od ciebie, że będziesz zaprzeczał 

stwierdzonym faktom. Po prostu nie rozumiem tego, to wszystko. Naprawdę nie rozumiem. 
Zresztą, nie tylko tego. Odrzutów doskonale dobranych organów, raka Sheili, eksperymentów 
ze świnią w szpitalu... A teraz się okazuje, że wszystko jest w porządku, tak?

– Mnie też przeczucie podpowiada, że coś tu nie gra. Wierz mi. Tyle że zanim cokolwiek 

zrobię, muszę mieć jakiś dowód, a nie mam go.

– Ludzie w Londynie nie byli zachwyceni twoją propozycją odkopania zwłok, prawda? – 

spytała Lisa.

– Zgadłaś – odparł kwaśno Dunbar.
– Będziesz miał kłopoty?
–  W każdej chwili spodziewam się wezwania do Londynu, żeby wypić piwo, którego 

nawarzyłem.

– Ale chyba nie stracisz pracy?
Dunbar skrzywił się.
– W zaistniałych okolicznościach może sam powinienem złożyć rezygnację.
– Nie rób tego.
– Słucham?
– Nie popełniłeś błędu. Działałeś w dobrej wierze. Miałeś odwagę postępować zgodnie z 

własnym przekonaniem. Rozumiesz, o co mi chodzi?

Dunbar uśmiechnął się sam do siebie.
– Ale fakt pozostaje faktem, że ekshumacja okazała się pomyłką.
– To tylko tak wygląda z dystansu – Lisa nie ustępowała. – Nikt nie ma prawa oceniać cię 

na odległość. Nie rezygnuj. Jeśli cię wyrzucą, trudno. Niewiele będziesz mógł zrobić. Ale nie 
ułatwiaj im zadania. Ty jesteś tutaj, na miejscu, nie oni. Nie zrobiłeś nic złego. Postaw się im.

– Zobaczymy... – Dunbar wzruszył ramionami. Był jej wdzięczny za moralne wsparcie.
O czwartej po południu nadeszło oczekiwane wezwanie. Dunbar dostał rozkaz stawienia 

background image

się   w   Londynie   następnego   dnia   przed   południem  –   dyrektor  Inspektoratu   Naukowo-
Medycznego chciał  go widzieć u siebie o jedenastej. Zadzwonił  do Lisy,  żeby jej o tym 
powiedzieć.

– Wpadnij do mnie później – zaproponowała. – Skazaniec zasługuje na czułe pożegnanie.

Z Heathrow do centrum Londynu Dunbar pojechał metrem. Już od rana na dworze lało 

jak z cebra i w wagonie unosił się zapach mokrych ubrań. Na twarzach podróżnych nie było 
uśmiechów.   Najwidoczniej   wszystkich   czekał   ciężki   dzień,   podobnie   jak   Dunbara.   Dla 
zabicia czasu próbował zgadywać, czym zajmują się na co dzień poszczególni pasażerowie. 
Niestety, nie mógł spytać żadnego z nich, czy ma rację.

Z   ulgą   wysiadł   z   kolejki   i   wspiął   się   schodami   do   wyjścia,   spragniony   świeżego 

powietrza.   Nawet   nie   zwrócił   uwagi   na   deszcz.   Zaczął   rozglądać   się   za   taksówką,   która 
zawiozłaby go do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Przy tak paskudnej pogodzie musiało 
to trochę potrwać, ale wcale mu się nie śpieszyło.  Indyk  nie tęskni za Świętami  Bożego 
Narodzenia.

–  Miło znów pana widzieć, doktorze Dunbar –  powitała go z uprzejmym uśmiechem 

sekretarka dyrektora, panna Roberts. – Pan Macmillan na pewno nie każe panu długo czekać.

– Nic pilnego, mam czas – odrzekł Dunbar z nie ukrywaną ironią.
Panna Roberts znów się uśmiechnęła, ale nic nie odpowiedziała. Po chwili na jej biurku 

odezwał się brzęczyk. Skinęła głową w kierunku Dunbara.

– Powodzenia – szepnęła, gdy przechodził obok niej.
–  Aaa...   Dunbar.   Wejdź   i   siadaj  –  przywitał   go   Macmillan.   W   innym   otoczeniu   ten 

wysoki, siwowłosy mężczyzna wyglądałby nadzwyczaj dystyngowanie, ale tu, w Whitehallu, 
był tylko jednym z wielu. Odpowiedzialne stanowiska w służbie państwowej zdawały się 
przyciągać takich właśnie ludzi. Dunbar zastanawiał się nieraz, czy to oni pasują do tej pracy, 
czy   odwrotnie.   Przypuszczał,   że   taki   typ   człowieka   byłby   odpowiedni   dla   większości 
wyższych stanowisk. Oczywiście, zdarzają się wyjątki, ale w wielu zawodach hollywoodzki 
stereotyp często niezbyt daleko odbiega od rzeczywistości.

Macmillan   zamknął   akta,   nad   którymi   właśnie   pracował,   przerywając   te   filozoficzne 

rozważania Dunbara.

– Ty nas w to wpakowałeś, Dunbar – powiedział.
– Przykro mi – odparł Dunbar. – Byłem pewien, że mam rację.
– Zdajesz sobie sprawę z tego, ile nas kosztowało zmontowanie takiej akcji jak potajemna 

ekshumacja?

Dunbar nie miał pojęcia, ale czuł, że zaraz się dowie. Kiedy dyrektor powiedział mu, był 

zaszokowany.

– Nie mówiąc już o tym, kogo musieliśmy prosić o przysługę. Jesteśmy teraz dłużnikami 

Wydziału Specjalnego.

background image

–  Wszystko   wskazywało   na   to,   że   temu   dziecku   przeszczepiono   niewłaściwy   organ. 

Nieodpowiedni, zwierzęcy narząd – wyjaśnił Dunbar.

–  Masz   na   myśli   rozhisteryzowaną   kobietę,   która   ci   podsunęła   tę   teorię?   I   od   razu 

wysnułeś daleko idące wnioski.

–  Żadnej  z   dwóch   kobiet   uwikłanych  w  tę   historię   nie  można   nazwać   histeryczką  – 

zaprotestował Dunbar. –  Przesłuchałem je i jestem tego całkowicie pewien. Zastanawiający 
jest natomiast fakt, że jedną z nich, Sheilę Barnes, próbowano pozbawić życia. I ten zamach 
okazał się skuteczny.

– A tak... ten izotop w ścianie – przypomniał sobie Macmillan. – Nie zapominaj jednak, 

że laboratorium nie znalazło żadnego związku między tą substancją a Médic Ecosse.

– Co wcale nie znaczy, że go nie było.
Macmillan   skwitował   tę   uwagę   powątpiewającym   wzruszeniem   ramion.   Przez   chwilę 

przygładzał wąsy w zamyśleniu, po czym oświadczył:

–  Moim   zdaniem,   sprawę   tej   Barnes   powinniśmy   przekazać   policji.   Raczej   nie   ma 

wątpliwości, że popełniono zbrodnię, więc niech oni się tym zajmą. A my, przy odrobinie 
szczęścia, wycofalibyśmy się z tego bałaganu, w którym siedzimy przez ciebie.

–  Wbrew temu, co stwierdził pański patolog, nadal uważam, że w zgonach tej dwójki 

dzieci   było   coś   dziwnego  –  odrzekł   Dunbar.  –  Szukałem   w   komputerze   podobnych 
przypadków, ale nie znalazłem ani jednego. Tymczasem w samym Médic Ecosse zdarzyły się 
aż   dwa.   Uważam,   że   powinniśmy   dalej   prowadzić   dochodzenie.   Mamy   najlepsze 
kwalifikacje, jeśli chodzi o takie sprawy. Od tego jesteśmy.

– Nie próbuj mnie pouczać, od czego jesteśmy, Dunbar! – parsknął gniewnie Macmillan.
– Ależ nie zamierzam, sir. Sądzę tylko, że przekazanie sprawy policji na tym etapie to 

niezbyt szczęśliwy pomysł. Rozpoczną śledztwo, ale do niczego nie dojdą. Mam wrażenie, że 
bardziej zależy panu na tym, żebyśmy wyszli z tego czyści niż na rozwiązaniu zagadki.

Przez moment Dunbar obawiał się, że posunął się za daleko. W wyobraźni widział już 

przygotowany dla niego formularz P 45. Ale w oczach dyrektora nie dostrzegł gniewu.

– Tak myślisz? – padło pytanie.
– Tak jest, sir.
– Coś ci powiem. Jeśli potrafisz wyjaśnić, jakim cudem te dwie cholerne kobiety mogły 

mieć rację mimo faktu, powtarzam: faktu, że w ciele Amy Teasdale znaleziono właściwy 
organ, będziemy kontynuować to dochodzenie.

– Ile mam czasu? – zapytał Dunbar.
– Trzy dni.

Dunbar   wyszedł   z   ministerstwa   z   mieszanymi   uczuciami.   Spodziewał   się,   że   będzie 

gorzej.   Mogli   go   wywalić   bez   gadania.   Zamiast   tego   dali   mu   trzy   dni   na   znalezienie 
odpowiedzi, której i tak szukał od początku. Szedł wzdłuż Embankment, mając nadzieję, że 

background image

spłynie  na niego olśnienie. Ale na razie spływała  na niego tylko woda. Londyn  był jego 
ulubionym miastem, dziś jednak nie dostrzegał w nim żadnego uroku. W ulewnym deszczu 
mógł   uchodzić   za   Berlin   Wschodni.   Udał   się   na   lotnisko,   by   złapać   wahadłowy   lot   do 
Glasgow.

W samolocie próbował utopić troski w dużym dżinie z tomikiem, zaoferowanym przez 

stewardesę. Paskudnego nastroju nie poprawiało mu towarzystwo siedzącego obok pulchnego 
biznesmena   z   Północy.   Od   pierwszego   pytania:  „A   zatem   często   lata   pan   do   Szkocji?” 
wiedział,   że  nie  będzie  miał  spokoju.  Odpowiedzi   wygłaszane   monosylabami   nie  zrażały 
Arthura   Shelby’ego   z   branży   systemów   hydraulicznych,   który   postawił   sobie   za   cel 
wypełnienie tej luki w wykształceniu Dunbara w ciągu trwającego pięćdziesiąt pięć minut 
lotu. Shelby’emu ledwo starczyło czasu, by w końcu zapytać: „A pan, przepraszam, na jakim 
polu   działa?”.   W   tym   momencie   samolot   wylądował   i   Dunbar   nie   zdążył   odpowiedzieć. 
Odetchnął z ulgą i zadzwonił z lotniska do Lisy.

– Jak poszło? – zapytała.
– Nie wyrzucili mnie. Dostałem trzy dni na znalezienie wyjaśnienia.
– To dobrze czy źle?
– Zależy, czy mi się uda, czy nie.
– Przyjedziesz?
– Mam lepszy pomysł. Może wybralibyśmy się gdzieś na kolację?
– Mógłby nas zobaczyć ktoś z Médic Ecosse – odparła Lisa.
– W takim razie pojedziemy za miasto.
– Jesteś pewien, że chcesz zaryzykować?
– Spróbujmy. Wpadnę po ciebie o siódmej.
– Będę czekać.

Dunbar   zjawił   się   u   Lisy   punktualnie.   Była   gotowa   do   wyjścia.   Ubrała   się   bardzo 

elegancko.

– Wyglądasz wspaniale – stwierdził z uśmiechem.
– Dziękuję. Odzyskana wolność ma na mnie niebezpieczny wpływ.
– A właśnie... Jak twoja matka? – zapytał, przypominając sobie, że to jej choroba stała się 

kluczem do tej wolności.

– Nie jest najgorzej.
– Co do wyboru lokalu muszę zdać się na ciebie.
– Moglibyśmy pojechać nad Jezioro Menteith. To niedaleko i jest tam przyjemny hotel. 

Tuż nad brzegiem.

– Wspaniała propozycja. Sądzisz, że będą mieli wolne miejsca?
– Pozwoliłam sobie zrobić rezerwację zaraz po twoim telefonie – wyznała Lisa.
Droga nad Jezioro Menteith nie była skomplikowana, a gdy dotarli na miejsce, Dunbar z 

background image

zadowoleniem zauważył, że na parkingu stoją tylko cztery samochody. Miał ochotę spędzić 
spokojny wieczór i porozmawiać bez pośpiechu.  Przeglądając menu, powoli sączyli dżin z 
tonikiem. Kiedy po przyjęciu zamówienia kelner oddalił się, Lisa zapytała:

– Więc co ci kazali wyjaśnić?
– Czy to możliwe, że ty i Sheila Barnes miałyście rację na przekór wszystkiemu.
– Widzę, że w Londynie trzymałeś naszą stronę.
Dunbar skinął potakująco głową.
– Całkiem słusznie.
Przez chwilę przyglądał się Lisie w milczeniu. W końca powiedział:
– Czuję ulgę, słysząc, że jesteś tego taka pewna. Ani przez chwilę nie miałaś wątpliwości, 

że masz rację, prawda?

– Byłam bliska zwątpienia, gdy poinformowałeś mnie o ustaleniach patologa – zwierzyła 

się. – Ale wiem, co widziałam, i nie była to reakcja na przeszczepienie właściwego organu.

– Więc musimy zacząć od przyjęcia założenia, że Amy z całą pewnością przeszczepiono 

niewłaściwą nerkę.

– Tak – odparła z przekonaniem Lisa.
Podano pierwsze danie i Dunbar przerwał na chwilę rozmowę. Potem ciągnął dalej.
–  A zatem skoro w ciele Amy znaleziona została po ekshumacji nerka pochodząca od 

właściwego dawcy... musiano ją tam umieścić już po operacji. Jeśli Amy zmarła na skutek 
odrzucenia przeszczepu, to znaczy,  że otrzymała  tę nerkę w jakiś czas po śmierci... Ależ 
jasne! – wykrzyknął nagłe, gdy wszystko zrozumiał. – Podczas pierwszej sekcji zwłok! Teraz 
pasuje... Rzeczywiście przeszczepiono jej niewłaściwy organ, ale potem zamieniono go na 
właściwy, gdy umarła.

Oczy Lisy błyszczały z podniecenia.
– Masz rację. Właśnie tak musiało być. Ale dlaczego?
–  Zastanówmy  się.  Médic   Ecosse  trafia  na  dawcę   organu,  otrzymuje   jego  narząd   od 

szpitala, w którym go pobrano... ale zamiast przeszczepić go pacjentowi oczekującemu na 
transplantację, poddaje tę osobę eksperymentowi z organami zwierzęcymi.

– A jeśli coś się nie udaje, podczas sekcji zwłok wstawia mu ten właściwy narząd celem 

zatarcia śladów – dokończyła Lisa.

– Tylko jak to udowodnić? – zasępił się Dunbar.
Oboje zamilkli na dłuższą chwilę.
– Najpierw zjedzmy kolację – przerwał ciszę Dunbar, biorąc do rąk sztućce. – Jesteśmy 

na dobrym tropie.

Podczas posiłku prawie nie rozmawiali. Oboje pochłonięci byli własnymi myślami. Przy 

kawie nie mieli jeszcze pomysłu, jak udowodnić swoją hipotezę. Ale na początek wystarczyło 
im, że uporali się z pierwszym fragmentem układanki.

Po kolacji wyszli z hotelu na molo i patrzyli na jezioro w blasku zimowego księżyca.

background image

– Ludzie prowadzący prace badawcze z zakresu medycyny to doświadczeni naukowcy – 

powiedział Dunbar.  –  Są bardzo skrupulatni i działają z dużą precyzją. Przywiązują wielką 
wagę do najdrobniejszych faktów i wszelkich liczb.

– Do czego zmierzasz? – zapytała Lisa.
– Chyba jeszcze nie spotkałem naukowca, który nie prowadziłby szczegółowych notatek.
– Więc...?
–  Podstawowym wymogiem pracy badawczej jest dokładne rejestrowanie wszystkiego, 

co się robi, by móc opublikować wyniki badań w czasopismach fachowych. Należy bowiem 
poprzeć   swoje   wnioski   dowodami,   jeśli   środowisko   naukowe   tego   zażąda.   Wszystkie 
odkrycia stają się przedmiotem dogłębnych analiz.

–  Wciąż   nie   rozumiem,   o   co   ci   chodzi  –  powiedziała   Lisa,   otulając   się   szczelnie 

płaszczem.

– Muszą gdzieś rejestrować eksperymenty, które prowadzą.
– Masz na myśli tajne notatki?
– W dzisiejszych czasach bardziej prawdopodobne wydaje się przechowywanie danych w 

komputerze – odparł Dunbar.

– Więc gdyby udało ci się do nich dotrzeć, miałbyś dowody, których potrzebujesz, tak?
– Otóż to – zgodził się Dunbar. – Na pewno gromadzą wszystkie spostrzeżenia: co poszło 

dobrze, a co poszło źle, jakie z tego płyną wnioski i jakie będą następne kroki.

– Brzmi sensownie – przyznała Lisa. – Ale jak dotrzeć do tych danych?
–  Przypuszczalnie Ross przechowuje je w swojej pracowni. Musiałbym  się tam jakoś 

dostać, nie wzbudzając podejrzeń. Na razie nikt z jego oddziału nie ma powodu, żeby się 
mieć na baczności. Jestem pewien, że uda mi się coś wymyślić. Gdybym zdobył dowód w 
postaci archiwum, gdzie opisane są eksperymenty z udziałem dzieci, i wręczył go policji, 
zostaliby przygwożdżeni.

Lisa spojrzała na niego z powątpiewaniem.
– To chyba nie najlepszy pomysł. Taka akcja może być niebezpieczna. Nie wiesz jeszcze, 

z kim naprawdę masz do czynienia.

– To nie są zawodowi przestępcy – zapewnił ją Dunbar. – Uważam, że rozmawiamy po 

prostu o grupce zbyt ambitnych sukinsynów, którzy idą na skróty, żeby przyspieszyć swoje 
badania.

– Nie zapominaj, że zabili dwoje dzieci i prawdopodobnie pielęgniarkę oraz jej męża. Nie 

sądzisz, że trochę tego za dużo, nawet jak na wyjątkowo ambitnych naukowców?

Dunbar musiał przyznać jej rację.
– Myślisz, że czegoś nie biorę pod uwagę?
– Bardzo możliwe. I nie chcę, żebyś przypłacił ten błąd życiem – odrzekła Lisa.
– Będę o tym pamiętał.
– Nie wpadłeś na nic nowego z tym izotopem?

background image

Dunbar pokręcił przecząco głową.
–  Podejrzewam,  że  ludzie  z Médic  Ecosse byli  po prostu  zbyt  sprytni  i ostrożni, by 

używać czegoś, co mogłoby naprowadzić na ich ślad. Wygląda na to, że potrafią zadbać o 
wszystko. Nie zapominają nawet o zamianie narządów w zwłokach na wypadek, gdyby ktoś 
chciał je odkopać i zbadać.

– Niedługo przełamiesz złą passę – powiedziała Lisa, wsuwając rękę pod jego ramię, gdy 

ruszyli w kierunku parkingu. – Czuję to.

Z samego rana Dunbar zadzwonił do Inspektoratu Naukowo-Medycznego i poprosił o 

połączenie go z dyrektorem.

– Polecił mi pan znaleźć odpowiedź na pytanie, jak można pogodzić zarzuty pielęgniarek 

z tym, co stwierdził patolog, sir. Uważam, że coś mogę powiedzieć na ten temat.

– Zadziwiasz mnie – odparł ironicznie Macmillan. – Mów.
– Zamienili organy po śmierci, prawdopodobnie podczas sekcji zwłok.
– Po śmierci?
–  Bardzo   możliwe,   że   przeprowadzają   eksperymenty   na   dzieciach   z   wykorzystaniem 

narządów   zwierzęcych.   Czekają,   aż   będzie   osiągalny   organ   odpowiedniego   dawcy   i 
sprowadzają go dla pacjenta. Ale nie wszczepiają go, lecz trzymają jako zabezpieczenie. Jeśli 
eksperyment nie udaje się, zamieniają organ zwierzęcy na ludzki, zanim ciało trafi do grobu.

– Mój Boże... Co za makabryczny pomysł! – powiedział Macmillan. – Przypuszczam, że 

to rzeczywiście możliwe, ale cholernie trudne do udowodnienia.

– Chciałbym spróbować, jeśli da mi pan więcej czasu.
– Zaczekaj, Dunbar. Nawet jeżeli masz rację, nie sadzisz, że zaprzestaliby takich prób po 

pierwszym zgonie?

– Słucham?
–  Dlaczego   nie   skończyli   z   tym   po   śmierci   pierwszego   pacjenta?   Po   co   mieliby 

kontynuować eksperymenty, wiedząc, że są skazane na niepowodzenie?

– Być może mieli nadzieję, że z czasem uda im się rozwiązać wszystkie problemy – dodał 

Dunbar.

– Mhm... – mruknął bez przekonania Macmillan.
Dunbar nie zamierzał się spierać. Lisa zasugerowała, że za całą sprawą kryje się coś 

więcej. Teraz Macmillan starał się dać mu do zrozumienia to samo. Możliwe, że oboje mieli 
rację.

background image

13

Późnym wieczorem Dunbar postanowił wyjść na spacer. Deszcz przestał padać. Ulice 

jeszcze nie wyschły, ale za to panowała bezwietrzna pogoda. Powietrze było suche i mroźne. 
Postawił kołnierz płaszcza i ruszył bez celu przed siebie. Musiał pomyśleć. Otaczająca go 
ciemność i pustka sprzyjały samotnym rozważaniom.

Lisa i Macmillan zdawali się wskazywać, że w jego rozumowaniu tkwi jakiś błąd, i to go 

niepokoiło. Takiego uczucia doznaje się wtedy, gdy człowiek jest przekonany, że zmierza we 
właściwym kierunku, i nagle zaczyna dostrzegać jakieś oznaki podważające tę pewność. Z 
początku  niechętnie   zwraca  na  nie  uwagę,  gdyż  nadal   chce  wierzyć,  że  wszystko  jest  w 
porządku.   Potrafi   nawet   wmawiać   sobie,   że   widzi   na   swej   drodze   znaki,   które   właśnie 
powinien zobaczyć. Po prostu zmienia lub modyfikuje swe oczekiwania tak, żeby pasowały 
do sytuacji. Nawet gdy znajduje dowód na to, że się mylił, wbrew wszystkiemu upiera się 
przy swojej teorii, ponieważ nie chce się przyznać przed samym sobą, że się zgubił.

Dunbar   obawiał   się,   że   tak   właśnie   może   być   z   jego   podejrzeniami   co   do 

wykorzystywania w Médic Ecosse organów zwierzęcych do transplantacji. Przyjął założenie, 
że narządy zostały zamienione po śmierci pacjentki i teoretycznie nadal mógł mieć rację. Ale 
teraz, kiedy zastanawiał się nad tym spokojnie i bez emocji, zaczynał mieć wątpliwości.

Lisa z uporem obstawała przy swoim zdaniu, gdyż  widziała gwałtowną reakcję Amy 

Teasdale   na przeszczep.  Jako doświadczona   pielęgniarka  oddziału   transplantacyjnego,   nie 
mogła po prostu uwierzyć, że Amy dostała właściwy organ. Tak samo było w przypadku 
Sheili Barnes i jej pacjenta, Kennetha Linehama. Dunbar przyłapał się na tym, że do tej pory 
było mu wygodniej ignorować nasuwający się wniosek, że organy nie tylko były niewłaściwe, 
ale wręcz zupełnie nie nadawały się do przeszczepu.

To była  najważniejsza zagadka, którą musiał rozwiązać. Ross nie należał do badaczy 

przypominających   postępowaniem   Myszkę   Miki.   Nie   mógł   wstawić  pacjentowi   starego 
narządu tylko po to, żeby zobaczyć, co z tego wyniknie. Był uznanym ekspertem w dziedzinie 
immunologii   transplantacyjnej.   Dzięki   prowadzeniu   rozległych   prac   badawczych   w 
warunkach laboratoryjnych wiedziałby z góry, jakie szanse przeżycia ma pacjent. Należało 

background image

nawet założyć, że w ogóle nie przyszłoby mu do głowy przeprowadzanie eksperymentów 
chirurgicznych,   zanim   nie   miałby   zupełnej   pewności,   że   zabieg   się   powiedzie.   A   jednak 
zdarzyły się dwie wielkie pomyłki. Dlaczego?

To podsuwało Dunbarowi następne pytania. Ile eksperymentów przeprowadzono ogółem? 

Czy   dwa   niepowodzenia   były   tylko   wyjątkami?   Czy   miały   miejsce   udane   przeszczepy 
zwierzęcych organów, czego nigdy nie ujawniono? Jak dużo było takich operacji? Nie było 
sposobu znalezienia jakiejkolwiek odpowiedzi bez wejścia do pracowni Rossa. Oczywiście 
wciąż istniała możliwość, że całkowicie się myli. Ross nie zrobił nic złego, nie było żadnych 
eksperymentów  z narządami zwierzęcymi,  a dwoje zmarłych  dzieci  cierpiało na nieznaną 
chorobę   tkanki,   uniemożliwiającą   przyjęcie   przeszczepu   przez   organizm,   nawet   gdyby 
wydawało   się   to   nieprawdopodobne.   Wówczas   całe   cholerne   dochodzenie   okazałoby   się 
niewypałem od samego początku.

Dunbar wiedział,  że wkrótce będzie musiał  porzucić teoretyczne  rozważania i podjąć 

konkretną decyzję. Czy powinien włamać się na Farmę Vane i narazić na ryzyko zarówno 
siebie,   jak   i   inspektorat?   Czułby   się   dużo   lepiej,   wiedząc,   że   taka   akcja   jest   w   pełni 
usprawiedliwiona. Szukał w myślach jakiegoś uzasadnienia, rozpatrując wszystko, co mogło 
wydawać się dziwne w Médic Ecosse.

Patrząc   wstecz,   przede   wszystkim   ciągle   dziwił   się,   że   Ross   zgodził   się   bez   słowa 

sprzeciwu na obcięcie mu funduszy na badania przez Urząd do spraw Szkocji. To nie było w 
jego   stylu.   Swego   czasu   Dunbar   przypuszczał,   że   chirurg   ma   zapewnione   inne   źródło 
finansowania. Tylko skąd miały pochodzić te środki? Fakt, że nie znalazł żadnego śladu, nie 
oznaczał, że takie źródło nie istnieje. Ale niezależnie od tego, czy istniało, czy też nie, Ross 
mógł mieć zupełnie inne powody, żeby pozostać w szpitalu.

Idąc dalej tym tokiem rozumowania, Dunbar zastanawiał się, co mogło wpłynąć na taką 

decyzję Rossa. Dlaczego pozwolił, by upokorzono go publicznie? Może w Médic Ecosse 
działo się coś, czego nie chciał przerywać? Coś tak ważnego, że gotów był stracić twarz, byle 
to   kontynuować?   Czyżby   ważniejsza   od   pieniędzy   i   godności   była   sława   naukowca? 
Możliwe. Ale Ross od dawna cieszył się międzynarodowym uznaniem i doskonałą reputacją. 
Nie   potrzebował   niczego   udowadniać.   Nie   był   już   młodym,   ambitnym   badaczem,   który 
dopiero musi wyrobić sobie nazwisko, i gotów jest w razie potrzeby iść na skróty.

Im dłużej Dunbar o tym rozmyślał, tym mniej wydawało mu się prawdopodobne, by Ross 

ryzykował   swoją   karierę   i   reputację,   uśmiercając   dwoje   dzieci,   którym   w   celach 
eksperymentalnych   przeszczepił   organy   zwierzęce,   nie   upewniwszy   się,   jaki   będzie   tego 
skutek. Byłaby to zbyt wysoka cena za przyśpieszenie badań nad przydatnością narządów 
zwierzęcych  do transplantacji.  Lisa też  to zauważyła.  Poza tym  nie mógłby opublikować 
wyników   swych   badań   bez  przyznania   się   do   winy.   Co   najwyżej   miałby   możliwość 
wykorzystania   tych   dwóch   niefortunnych   przypadków   do   wyciągnięcia   właściwych 
wniosków i zebrania faktów przydatnych w dalszej pracy naukowej prowadzonej legalnie. A 

background image

zatem jeśli powodem pozostania Rossa nie była chęć sławy, to co?

Oczywiście, w grę mogły wchodzić pieniądze. Nie ma takiej rzeczy na świecie, której 

ludzie nie zrobiliby dla zysku, pod warunkiem, że jest on odpowiednio wysoki. Takie jest 
życie.   Ale   jeśli   motywem   były   pieniądze,   to   kryło   się   za   tym   przestępstwo.   Dunbar   nie 
wyobrażał sobie, w jaki sposób człowiek taki jak Ross mógłby zarobić na transplantacjach 
organów zwierzęcych tyle, żeby ryzykować wszystko, co ma. W dodatku nie wyglądało na to, 
że jest bardzo bogaty. Jego styl życia odpowiadał mniej więcej jego zarobkom w wysokości 
osiemdziesięciu   tysięcy   rocznie,   choć   naturalnie   mógł   coś   ukrywać.   Sprawiał   wrażenie 
wyjątkowo sprytnego człowieka. Nie zdradziłby się, żyjąc ponad stan, gdyby naprawdę był 
zamieszany w jakąś groźną, nielegalną działalność.

Myśląc o dochodach Rossa, Dunbar przypomniał sobie, że miał poprosić inspektorat o 

więcej informacji na temat pracy chirurga w Genewie. Być  może nie miało to wielkiego 
znaczenia, jednak nie dostarczono mu ich na początku dochodzenia. Postanowił upomnieć się 
o szczegóły przy najbliższej okazji. Pozostawienie takiej luki w aktach było dla inspektoratu 
czymś nietypowym.

Nagle Dunbar uświadomił sobie, że jeśli Ross dbałby wyłącznie o własny interes, trudno 

byłoby   wyjaśnić   przyczynę   jego   filantropii   w   stosunku   do   pacjentów   Narodowej   Służby 
Zdrowia przyjmowanych na oddział transplantacyjny. W ciągu trzech lat chirurg zgodził się 
bez   żadnych   nacisków   na   dokonanie   trzech   bezpłatnych   przeszczepów.   Taki   gest   drogo 
kosztował. Znacznie zmniejszał dochody oddziału, a co za tym idzie, udział Rossa w zyskach, 
do których miał prawo na mocy starej umowy.  Nikt nie miałby za złe Médic Ecosse, że 
uchyla się od bezpłatnego wykonywania drogich zabiegów, skoro znalazł się w tarapatach 
finansowych. A jednak szpital zdecydował się na trzy takie transplantacje.

Inną   zagadkę   stanowiła   wyraźna   niewiedza   Ingrid   co   do   źródła   finansowania   takich 

zabiegów. Dunbar spodziewał się skwapliwego potwierdzenia,  gdy zapytał  ją, czy koszty 
bezpłatnych   operacji   są   pokrywane   z   wpływów   pochodzących   od   pacjentów  „Omega”. 
Tymczasem   zachowała   się   tak,   jakby   to   dopiero   on   podsunął   jej   tę   myśl,   i   niepewnie 
przyznała, że tak przypuszcza. Uznał, że ta sprawa też wymaga wyjaśnienia.

W końcu przypomniał sobie, że jeszcze nie odezwał się do Clive’a Turnera ze Szpitala 

Chorób Dziecięcych i nie odpowiedział mu na pytanie o powód nakłucia mostka Amandzie 
Chapman. Nie zadzwonił do niego nie dlatego, że zapomniał, ale po prostu nie wiedział, co 
mu powiedzieć. Oficjalnie ten zabieg w ogóle nie miał miejsca. To było jeszcze jedno dziwne 
zdarzenie w Médic Ecosse. Samo w sobie znaczyło niewiele, ale nie pasowało do wizerunku 
szpitala szczycącego się tak doskonałą organizacją na każdym odcinku pracy. Wprawdzie 
byłoby   naiwnością   sądzić,   że   tutejszy   personel   nigdy   nie   popełnia   żadnych   błędów,   ale 
należało sprawiedliwie przyznać, że zdarza się ich tu o wiele mniej niż gdzie indziej.

Wreszcie   musiał  zadać  sobie   najważniejsze   pytanie:  czy  naprawdę  uważa,  że   znalazł 

wystarczające powody, by ryzykować włamanie na Farmę Vane? Nie znał innego sposobu 

background image

zdobycia   większej   ilości   informacji   na   temat   prac   badawczych   Rossa,   zatem   odpowiedź 
musiała brzmieć: tak.

Przechodząc przez jeden z mostów łączących brzegi rzeki Clyde, Dunbar zatrzymał się, 

oparł o barierę i popatrzył w ciemną, wzburzoną wodę płynącą w dole. Szukał natchnienia. 
Nie   wiedział,   czy   powinien   przeprowadzić   tę   akcję   sam   czy   z   czyjąś   pomocą.   Wciąż 
zastanawiał się nad tym,  gdy kątem oka dostrzegł zwalniający samochód.  Odwrócił się i 
zobaczył   policyjny   wóz   patrolowy.   Dwaj   mężczyźni   w   mundurach   przyglądali   mu   się 
uważnie. Zignorował ich i powrócił do swego zajęcia polegającego na wpatrywaniu się w nurt 
rzeki. Miał nadzieję, że radiowóz zaraz pojedzie dalej. Mylił się jednak. Samochód podjechał 
bardzo   blisko   i   zatrzymał   się.   Dunbar   usłyszał   za   plecami   głos,   w   którym   pobrzmiewał 
miejscowy akcent:

– Chyba nie zamierzamy zrobić jakiegoś głupstwa, co?
„Jak na ironię, akurat teraz musieli mnie o to zapytać” – pomyślał Dunbar, uśmiechając 

się w duchu, i odwrócił się.

– Nie ma obawy, panowie. Chcę tylko odetchnąć świeżym powietrzem.
Odpowiedź najwyraźniej usatysfakcjonowała policjantów, gdyż odjechali.
„Absolutnie żadnych głupstw” – zadecydował w myślach Dunbar. Narażał się aż nadto od 

początku dochodzenia. Postanowił zwrócić się do inspektoratu o zapewnienie mu fachowej 
pomocy. Macmillan powiedział, że można „jeszcze trochę” pociągnąć to śledztwo. Tylko nie 
sprecyzował, co ma na myśli.

Dunbar przedstawił swoją prośbę następnego dnia rano. Zapytał również o konsultacje 

Rossa   w   Genewie.   Odpowiedź   była   łatwa   do   przewidzenia.   Inspektorat   przyjął   do 
wiadomości   jego  życzenia   i  obiecał   załatwić  wszystko   tak  szybko,  jak  tylko   się  da.  Nie 
pozostawało mu nic innego, jak czekać.

Po przyjściu do szpitala Dunbar oświadczył Ingrid, że nie jest mu potrzebna. Nie chciał, 

żeby kręciła  się w pobliżu, gdy będzie próbował ustalić źródła finansowania bezpłatnych 
transplantacji.   Mimo   że   wszystko,   co   dotyczyło   pacjentów  „Omega”,   trzymano   w   ścisłej 
tajemnicy,   Ingrid   dostarczyła   mu   pewnych   informacji,   kiedy   ją   przycisnął.   Dzięki   temu 
wiedział,   że   były   trzy   takie   osoby  i   jaki   zysk   netto   przyniósł   ich   pobyt   w   szpitalu.   Nie 
pamiętał tylko, czy te dane obejmowały również daty rozpoczęcia hospitalizacji. Chciał się 
przekonać,   czy   są   zbieżne   z   datami   przyjęcia   na   oddział   transplantacyjny   pacjentów 
zwolnionych z opłat za operacje.

Kiedy odnalazł odpowiednie informacje, okazało się, że dysponuje też datami. Porównał 

więc   listę   pacjentów  „Omega”  z   listą   pacjentów   Narodowej   Służby   Zdrowia   przyjętych 
bezpłatnie. Znalazł dokładnie to, czego szukał. Każdego z pacjentów  „Omega”  przyjęto do 
szpitala   w   tym   samym   czasie,   co   pacjenta   skierowanego   na   bezpłatny   przeszczep.   To 
potwierdzało   teorię,   że   prawdopodobnie   wpływy   pochodzące   od   pacjentów  „Omega” 

background image

pozwalały   na  finansowanie   transplantacji.   Nie   stanowiło   to   jednak   wyjaśnienia,   dlaczego 
Ingrid nie była tego pewna. Zawsze lojalnie dbała o interesy Médic Ecosse, więc powinna 
natychmiast skorzystać z szansy wykazania, że szpital postępuje filantropijnie, przeznaczając 
pieniądze bogaczy na pomoc dla biedniejszych pacjentów. Coś się tu nie zgadzało. Musiał 
czegoś nie dostrzegać.

Odezwał się telefon komórkowy. Dzwoniła przełożona hospicjum w Helensburghu.
–  Doktorze   Dunbar,   bardzo   mi   przykro.   Uznałam,   że   jako   przyjaciel   pani   Barnes, 

powinien pan wiedzieć, że... Zmarła dziś o trzeciej nad ranem. Nie cierpiała.

–  Dziękuję za wiadomość  –  westchnął Dunbar.  –  I za to, co pani dla niej zrobiła. Czy 

przed śmiercią udało jej się zobaczyć syna?

– Niestety, nie pokazał się. Zapewne interesują pana szczegóły dotyczące pogrzebu?
Dunbar przytaknął.

Ingrid zjawiła się po lunchu, żeby zapytać, czy nie ma dla niej jakiegoś zajęcia. Gdy 

usłyszała, że jest wolna, uśmiechnęła się po swojemu, nieco protekcjonalnie.

– Wie pan, nie sądzę, żeby był pan księgowym – powiedziała wprost. Przysiadła na rogu 

biurka i oparła splecione dłonie na kolanie.

Dunbar poczuł na plecach zimny dreszcz. Usiłował jednak zachować spokój i zapytał:
– W takim razie, kim według pani jestem?
– Och... tego nie wiem. Może kimś w rodzaju detektywa?
– Dlaczego tak pani uważa?
– Bo przeglądał pan moje akta personalne.
Dunbar miał bolesną świadomość, że Ingrid uważnie śledzi jego reakcje.
– Skąd to przypuszczenie? – spytał.
–  Każde   otwarcie   pliku   rejestrowane   jest   automatycznie,   z   zaznaczeniem   daty   i 

dokładnego czasu  –  wyjaśniła.  –  To takie zabezpieczenie bazy danych. Ostatni dostęp do 
moich akt personalnych uzyskano na komputerze w tym pokoju.

– To raczej pani jest detektywem – oświadczył Dunbar, siląc się na swobodny uśmiech. – 

Tak, ma pani rację. Zaglądałem do pani akt. Chciałem dowiedzieć się o pani czegoś więcej.

– Dlaczego?
–  Kiedy   spytałem   panią   o   testy   medyczne,   które   robi   się   pacjentom   oddziału 

transplantacyjnego,   odniosłem   wrażenie,   że   wie   pani   na   ten   temat   wszystko.   Byłem   tym 
zaintrygowany. Mając pod ręką komputer, mogłem zaspokoić swoją ciekawość.

– I co pan odkrył?
– Że w rzeczywistości jest pani doświadczoną pielęgniarką – odrzekł Dunbar. Gra była 

ryzykowna. Po prostu powiedział jej prawdę.

– Byłam – poprawiła go Ingrid.
– W takim razie, jest nas dwoje o podobnym statusie – stwierdził. – Ja jestem lekarzem, 

background image

który   nie   wykonuje   swojego   zawodu,   a   pani   jest   pielęgniarką,   która   pracuje   w   innym 
charakterze.

– Nie myślałam o tym w ten sposób – odparła Ingrid. – To czysty przypadek.
Kiedy wyszła z pokoju, Dunbar odetchnął z ulgą. Nie na długo. Po chwili  zaczął się 

zastanawiać z niepokojem, ile jeszcze zbiorów, które przeglądał, ma podobne zabezpieczenia. 
Był na tyle ostrożny, że nie szukał w szpitalnym komputerze niczego na temat Lisy ani Sheili 
Barnes. Na temat zmarłych dzieci też nie. Całe szczęście. W przeciwnym razie na pewno już 
by się zdradził. Wiele informacji było na dyskietkach, które mu oficjalnie dostarczono, więc 
nie   miał   potrzeby   szukać   ich   w   pamięci   komputera.   Zatem   nikt   nie   powinien   znać   jego 
szczególnych   zainteresowań.   Chyba   że...   Skąd   Ingrid   wiedziała,   że   przeglądał   jej   akta? 
Musiała do nich sama zajrzeć. Ale po co? A może miała inny sposób, żeby to sprawdzić...

Czuł przyśpieszone bicie serca, gdy zaczął oglądać tylną ściankę monitora.  „Daj Boże, 

żebym   się   mylił...”   –  pomyślał.   Znalazł   przewód   zasilający,   kabel   łączący   monitor   z 
komputerem i... trzeci, tajemniczy przewód. Puls skoczył mu gwałtownie, gdy domyślił się, 
dokąd prowadzi. Nie był tego stuprocentowo pewien, ale mógł się założyć, że cienki, szary 
kabel jest podłączony do dodatkowego monitora. Ktoś śledził wszystko, co wyświetlało się na 
jego ekranie.

W pierwszej chwili poczuł się całkowicie zdemaskowany. Ale kiedy przemyślał rzecz na 

spokojnie, doszedł do wniosku, że nadal może czuć się stosunkowo bezpiecznie. Grał rolę 
wścibskiego   księgowego   całkiem   przekonująco.   Zwłaszcza   na   początku,   gdy   bezustannie 
poszukiwał  nowych  danych  i liczb,  by sporządzać  pozornie nie kończące się zestawienia 
wpływów   i wydatków.   Oczywiście,  od  czasu do  czasu  prosił  Ingrid  o jakieś  informacje, 
choćby o przybliżone koszty transplantacji, listę pacjentów przyjętych bezpłatnie czy ostatnio 
– zasady finansowania ich zabiegów. Ale to nie powinno wzbudzać podejrzeń.

Więc dlaczego się wygadała? Po co powiedziała mu, że wie o tym, że zaglądał do jej akt? 

Czy ktoś kazał jej to zrobić, żeby sprawdzić jego reakcję? Czy kogoś zaniepokoiły pytania, 
które   zadawał?   Miał   dziwne   przeczucie,   że   tak   właśnie   jest.   Podejrzewał,   że   zbliżył   się 
niebezpiecznie do czegoś, o czym nie powinien wiedzieć. Problem polegał na tym, że nie 
wiedział, co to takiego.

–  Jak ona się czuje, doktorze?  –  zapytał Sandy, gdy wraz z Kate został zaproszony do 

biura Rossa na rozmowę o stanie zdrowia Amandy.

–  Nie   ma   powodu   do   zmartwień  –  odrzekł   z   uśmiechem   chirurg.  –  Osiągnęliśmy 

znaczący postęp.

– Tak?
– Mógłbym państwa uraczyć fachowymi szczegółami, ale lepiej przekonajcie się sami – 

odparł konspiracyjnie Ross. – Proszę do niej zajrzeć.

– Dobrze, już idziemy – powiedział Sandy. Razem z Kate powędrował za pielęgniarką.

background image

Kiedy weszli do sali Amandy,  dziewczynka siedziała na łóżku. Wyglądała na bardzo 

ożywioną.   Miała   jasne,   bystre   spojrzenie,   a   jej   uśmiech   sprawił,   że   niemal   całkowicie 
opuściło ich przygnębienie towarzyszące im przez ostatnie dni. Od dawna nie czuli się tak 
bardzo podniesieni na duchu. Wzruszenie ścisnęło Sandy’emu gardło, gdy patrzył, jak Kate 
przytula córkę i spogląda na niego ponad jej ramieniem.

– Wyglądasz wspaniale – powiedziała Kate do Amandy, trzymając ją w ramionach. – Na 

pewno czujesz się dużo lepiej, prawda?

– Mam tego dosyć – poskarżyła się dziewczynka. Jej głos brzmiał jak kiedyś, normalnie. 

Nie   był   to   znużony   szept,   którym   mówiła   od   kilku   tygodni.   Kate   i   Sandy   wybuchnęli 
śmiechem.

– Masz dosyć? Czego? – zapytała Kate, widząc zagniewane spojrzenie Amandy, która nie 

rozumiała, dlaczego rodzice śmieją się z niej.

– Nie pozwalają mi wychodzić z łóżka i bawić się domkiem dla lalek.
– Może jutro – wtrąciła się pielęgniarka.
– Dorośli zawsze tak mówią – naburmuszyła się Amanda, co wywołało następny wybuch 

śmiechu.

Sandy zwrócił się do pielęgniarki.
– Nie mogę uwierzyć własnym oczom. Doskonale dziś wygląda.
– Lekarzom udało się uporać z problemem postępującej degradacji tkanki i teraz dializy 

odnoszą   lepszy   skutek  –  wyjaśniła.  –  Poprawa   jest   większa,   niż   ktokolwiek   mógł   się 
spodziewać. Wszyscy jesteśmy z niej bardzo zadowoleni. Jest naszą gwiazdą.

Sandy wziął córkę od Kate i mocno przytulił.
– Jak to dobrze, że moja mała księżniczka wygląda i czuje się lepiej.
Pielęgniarka zostawiła ich samych i cała trójka mogła beztrosko pogawędzić o wszystkim 

i o niczym.  Amanda  dopytywała  się o obiecany domek  dla lalek.  Sandy zapewnił  ją, że 
rozrysował plany i budowa już ruszyła.

– Musi mieć światło – przypomniała mu.
– W każdym pokoju – zgodził się Sandy.
Po   jakimś   czasie   Kate   zauważyła,   że   Sandy   odzywa   się   coraz   rzadziej,   jakby   był 

zamyślony.

– Co się stało? – spytała, gdy Amanda zajęła się przeglądaniem książeczki z obrazkami w 

poszukiwaniu słonia, którego chciała im pokazać.

Wzruszył ramionami.
– Sam nie wiem. Chyba zaczynałem myśleć, że już nigdy nie będzie dobrze. O mało nie 

straciłem resztek nadziei, a tymczasem...

– Nie analizujmy tego – poprosiła cicho Kate. – Po prostu bądźmy wdzięczni losowi.
Skinął głową i położył rękę na jej dłoni.
– O czym tak oboje szepczecie? – spytała nagle zniecierpliwiona Amanda.

background image

– O niczym – odrzekła Kate.
– Nie wygląda mi na to, że o niczym – stwierdziła dziewczynka.
–  No   cóż,   młoda   damo!  –  udała   oburzenie   Kate.  –  Dobrze.   Jeśli   tak   bardzo   chcesz 

wiedzieć,  naradzamy  się,   które  z   nas  pierwsze   połaskocze   cię   w  brzuszek.  –  Mówiąc  to 
zaatakowała Amandę. Dziewczynka zaczęła chichotać. Sandy uśmiechnął się szeroko. Żadna 
symfonia nie zabrzmiałaby teraz w jego uszach bardziej słodko.

Kiedy później wracali oboje do samochodu, Kate zagadnęła go.
– I co o tym sadzisz?
– Pewnie to samo, co ty. Istny cud!
– Nie boisz się, że to tylko remisja? Często słyszy się, że pacjent chwilowo ma lepsze 

samopoczucie, a potem następuje nawrót choroby.

Sandy pokręcił przecząco głową.
–  Nie.   Tak   bywa   z   chorymi   na   raka.   Na   szczęście   Amanda   go   nie   ma.   Myślę,   że 

nowoczesna aparatura do dializy, którą tu mają, naprawdę jej pomogła. Oczyszcza krew o 
wiele lepiej niż inne. Usuwa więcej toksyn. Dlatego Amanda odzyskała siły i energię.

– Była dziś taka, jak kiedyś – powiedziała Kate.
Sandy przytaknął i dodał:
–  Skuteczniejsza dializa  oznacza  dłuższe przerwy między kolejnymi  sesjami.  Lekarze 

mają więcej czasu na doprowadzenie do ustabilizowania się stanu Amandy. Nie muszą już 
walczyć o utrzymanie jej przy życiu. A kiedy wszystko się unormuje, będzie można z kolei 
pomyśleć spokojnie o sprowadzeniu odpowiedniej nerki do transplantacji.

Otoczył Kate ramieniem i przyciągnął do siebie.
– Udany dzień – powiedział. – Wybierzemy się gdzieś na kolację?
Skinęła głową i przytuliła się do niego.

Po powrocie do hotelu Dunbar znalazł czekającą na niego wiadomość z inspektoratu. 

Polecono mu spotkać się z niejakim Jamesem Douglasem. Miał zjawić się o ósmej w pubie 
„Żuraw”  na   Salamander   Street.   Inspektorat   przepraszał   również   za   brak   informacji   o 
działalności   Rossa   w   Genewie.   Początkowo   uznane   zostały   za   nieistotne   dla   śledztwa   w 
Glasgow, a ponieważ trudno je było zdobyć, zaniechano dalszych ustaleń. Teraz obiecano 
zająć się tym ponownie.

Dunbar postanowił zostawić samochód na parkingu hotelowym i pojechać do „Żurawia” 

taksówką. W ten sposób nie musiał się martwić, jak trafić na Salamander Street i gdzie się 
tam zatrzymać. Kiedy wsiadł do taksówki i podał kierowcy nazwę pubu, zapytał na wszelki 
wypadek:

– Zna pan ten lokal?
– No jasne. A pan?
– Nie rozumiem? – zdziwił się Dunbar.

background image

–  Jak   zajedziesz   pan   pod   tę   spelunę   gablotą,   chłopcy   zaraz   pomyślą,   że   jesteś   pan 

tajniakiem, co chce tam powęszyć. Ale chyba pan nim nie jesteś, co?

– Nic z tych rzeczy.
– Nie moja sprawa, ale jak chcesz pan posłuchać dobrej rady, wysiądź pan z taryfy parę 

ulic wcześniej i... dalej na piechotkę.

– Dzięki, że mnie pan uprzedził.
– Nie ma sprawy. Tylko ten pański akcent... Ale z tym nic pan nie możesz zrobić.
– Faktycznie.
– Wiesz pan co...?
– Wiem – domyślił się Dunbar. – Lepiej, żebym trzymał gębę na kłódkę.
– Znasz się pan na rzeczy – roześmiał się kierowca.
Taksówka  zatrzymała   się w   okolicy,  gdzie  oświetlenie  ulic   wydawało  się  nieznanym 

wynalazkiem rodem z innej planety.

–  Ta   dzielnica   zdycha   –  stwierdził   smętnie   kierowca.  –  Pod   koniec   roku   przyjadą 

spychacze i wszystko rozwalą.

Dunbar podziękował mu i dał dziesięć funtów, choć za kurs należało się tylko sześć.
– Życzę zdrowia. Pański lokal jest tam, prosto po lewej. Trudno nie trafić.
Samochód zawrócił w poprzek jezdni i oddalił się z klekotem. Dunbar zastanawiał się 

przez chwilę, dlaczego jest tu tak cicho. Szedł ulicą zabudowaną po obu stronach domami 
czynszowymi,  a mógłby usłyszeć szpilkę spadającą na jezdnię. Żadnych głosów, żadnego 
dźwięku płynącego z radia lub telewizora, żadnego szczekania psów. Nie czuć było również 
kuchennego   zapachu.   W   powietrzu   unosiła   się   tylko   woń   spalin   dieslowskiego   silnika 
taksówki. W żadnym domu nie paliło się w oknach światło. Budynki stały niczym puste, 
czarne pomniki z kamienia, nawiedzane przez duchy byłych mieszkańców. Coś przemknęło 
nie opodal przez chodnik i skryło się w mroku jednej z posesji. Próbował sobie wmówić, że 
zobaczył kota, ale nie bardzo w to wierzył. Przyspieszył kroku.

Już zaczynał wątpić, czy w tym otoczeniu działa jeszcze jakiś pub, gdy w odległości stu 

jardów przed sobą zobaczył światło padające na ulicę. Kiedy zbliżył się trochę, do jego uszu 
dotarł męski śmiech. „Żuraw” był jedynym miejscem w okolicy, gdzie znajdowali się ludzie. 
Niezbyt okazała fasada wskazywała na to, że nie zawsze mieścił się tu pub. Lokal miał płaską 
ścianę frontową, z dwoma oknami wystawowymi. Za przezroczystymi szybami wisiały grube, 
ciemnozielone   zasłony,   ciężkie   od   nagromadzonego   przez   lata   brudu.   Zawieszono   je   na 
dwóch mosiężnych, rurowych karniszach, w trzech czwartych wysokości okien. Ponad nimi 
Dunbar mógł dostrzec jedynie sufit, pociemniały od nikotyny.

Wchodząc do środka musiał się schylić i z zaskoczeniem stwierdził, że za progiem są trzy 

stopnie prowadzące na dół. Na moment przystanął u szczytu schodków i rozejrzał się. Kilku 
gości przy barze odwróciło głowy i utkwiło w nim wzrok. Dunbar nie znał Douglasa i nie 
miał pojęcia, jak go rozpoznać, więc postanowił po prostu poczekać. Podszedł do kontuaru i 

background image

zamówił   piwo.   Barman   bez   słowa   postawił   przed   nim   pełną   szklankę.   Przyjął   banknot 
pięciofuntowy, wydał resztę i dopiero wtedy powiedział:

– Zanim pan zapytasz, ja nic nie wiem.
– Czego pan nie wie? – zdziwił się Dunbar.
Barman oparł się łokciem o blat baru.
– Posłuchaj, koleś. Prędzej tę budę odwiedzi Królowa Matka, niż ja będę sypał. Przecież 

nie przylazłeś tu po to, żeby się nachlać browaru, no nie? Szukasz informacji. Dlatego z góry 
mówię, że ze mnie nic nie wyciągniesz. Kapujesz?

– Kapuję – przytaknął Dunbar.
– Nie wstawiaj takiej gadki mojemu kumplowi, Harty – odezwał się z tyłu męski głos, z 

miejscowym akcentem.

Dunbar odwrócił  się. Za  nim stał  szczupły,  żylasty mężczyzna  w  czarnych  dżinsach, 

ciemnym  swetrze polo i miękkiej, skórzanej kurtce. Miał krótko ostrzyżone, rude włosy i 
wyglądał na niezłego boksera wagi lekkiej.

– Jak leci, Steve? – zagadnął Dunbara.
– W porządku... Jimmy – odparł Dunbar.
–  Przepraszam, Jimmy. Nie wiedziałem...  –  wtrącił się barman.  – Bez urazy, kolego – 

zwrócił się do Dunbara.

– Nie ma sprawy.
– Klapniemy? – zaproponował Douglas.
Poprowadził Dunbara w stronę ławy z podartymi, wyściełanymi siedzeniami. Postawili 

swoje szklanki na stole zalanym piwem.

– Dlaczego spotykamy się akurat tutaj? – zapytał Dunbar, gdy nagle otworzyły się obok 

drzwi i w nozdrza uderzył go odór moczu.

– Musiałem się upewnić, czy nie będziesz śledzony. Nie byłeś.
– Przyjechałem taksówką.
– Wiem. Dałeś kierowcy niezły napiwek.
Dunbar nie dociekał, skąd Douglas o tym wie. Zamiast tego spytał:
– Po co te środki ostrożności?
– Nie mam pojęcia, kim jesteś ani co robisz. Ludzie, którzy mnie zatrudniają, nie mówią 

mi takich rzeczy. Uważają, że nie muszę wiedzieć. Wszystko załatwia się przez pośredników, 
żeby klienci mogli udawać, że są czyści, gdyby coś poszło nie tak. Każdego muszę traktować 
tak samo. Mógłbyś być na przykład najbardziej poszukiwanym facetem w Europie.

– Więc co wiesz? – zapytał Dunbar.
– Że chcesz się dostać tam, gdzie drzwi są zamknięte na klucz. Mam ci pomóc wejść, a 

potem stamtąd wyjść.

– To laboratorium badawcze. Eksperymentują na zwierzętach. Miejsce nazywa się Farma 

Vane. Trzy mile na północ od miasta, przy Lomond Road.

background image

Douglas zapisał to w notesie.
– Czego szukasz?
–  Informacji, co oni tam naprawdę robią. Podejrzewam, że znajdę je w komputerze, w 

budynku laboratorium.

– To prywatny czy uniwersytecki ośrodek badawczy?
– Prywatny.
– Szkoda. Pewnie jest dobrze strzeżony. Wiesz coś na ten temat?
Dunbar   powiedział   mu   to,   czego   dowiedział   się   podczas   przeglądania   danych 

dotyczących ubiegłorocznego budżetu na badania.

– Znasz wewnętrzny rozkład budynku?
– Nie.
– Ile mamy czasu na ten skok?
– Wystarczająco dużo. Ważniejsze, żeby nikt się nie zorientował, że tam byłem – odparł 

Dunbar. Douglas przygryzł wargi, po czym powiedział:

– Mamy wejść i wyjść bez śladów? Nie zawsze tak się udaje.
– Ale to ważne.
– Obejrzę sobie ten obiekt, a potem znów się spotkamy.
– Kiedy?
– Muszę zrobić pełne rozpoznanie w dzień i w nocy. Bądź tu pojutrze o tej samej porze.

Dunbar wyszedł z  „Żurawia”, odnalazł drogę do głównej ulicy, złapał tam taksówkę i 

pojechał do Lisy. Wydała mu się bardziej zrelaksowana niż kiedykolwiek przedtem.

– Jak ci minął dzień? – zapytał.
– Wspaniale.
– Z jakiegoś szczególnego powodu?
– Wyszłam na spacer i przeszłam całe mile – odrzekła Lisa. – Wędrowałam, gdzie mi się 

podobało. Po prostu szłam i szłam, bo nie musiałam tu siedzieć. Mogłam robić to, na co tylko 
miałam ochotę. I czułam się cudownie.

– Świetnie – przyznał Dunbar.
– A ty?
Dunbar zdradził jej swój plan dostania się na Farmę Vane i dotarcia do archiwum Rossa.
– Więc się zdecydowałeś?
– Może to wreszcie położy kres wszelkim spekulacjom. Jeśli zdobędę jakikolwiek dowód 

przeszczepiania   pacjentom   narządów   zwierzęcych,   policja   będzie   mogła   natychmiast 
wkroczyć do akcji.

– Kiedy się tam wybierasz?
– Za kilka dni. Nie zrobię tego sam.
– Będziesz ostrożny, prawda? – spytała cicho.

background image

– Oczywiście.
– O czym rozmyślasz? – zapytała, gdy Dunbar zamilkł na dłuższą chwilę.
– O jutrze.
– A co ma być jutro?
– Pewien pogrzeb.

Następnego   dnia   rano   Dunbar   wyruszył   do   Irvine,   rodzinnego   miasta   Sheili   Barnes, 

położonego   nad   rzeką   Clyde.   Przed   śmiercią   prosiła,   by   pochować   ją  na   tamtejszym 
cmentarzu przy kościele Świętego Andrzeja, w którym ona i Cyril wzięli ślub dwadzieścia 
sześć lat wcześniej. Dunbar pomyślał, że to jedyna łaskawość losu spotykająca nieuleczalnie 
chorych – mają czas na uporządkowanie swoich spraw, zanim zejdą z tego świata. Większość 
ludzi zwleka z tym do ostatniej chwili, a potem jest już za późno.

Kościół Świętego Andrzeja trudno było nazwać przyjemnym. Miał zimny, odpychający 

wygląd. Zamiast niskiego muru lub żywopłotu, otaczał go parkan z żelaznych sztachet. Nawet 
kościelny cmentarz  sprawiał wrażenie  wyjątkowo  ponurego. Nie rosły tu ani drzewa, ani 
krzewy   mogące   rozdzielać   rzędy   nagrobków,   ciągnące   się   na   przestrzeni   ponad   dwustu 
jardów. Ale widocznie to miejsce wiele znaczyło dla Sheili. Dunbar słyszał niedawno w radiu 
duchownego, który mówi: „Patrząc na kościoły trzeba widzieć wiernych, a nie budowle”.

Wchodząc do świątyni, dostrzegł, że niebo pociemniało groźnie. Miał nadzieję, że deszcz 

nie zacznie padać przed końcem uroczystości. Rozmokła ziemia zamieniona w błoto niezbyt 
nadawała się do chowania w niej zmarłej. Nie chcąc przeszkadzać rodzinie i przyjaciołom 
Sheili,   usiadł   z   tyłu,   na   prawo   od   przejścia   między   ławkami.   Z   pewnym   zadowoleniem 
stwierdził,   że   kościół   jest   zapełniony   niemal   w   trzech   czwartych.   Polubił   Sheilę   Barnes. 
Mimo że poznał ją w bardzo zaawansowanym stadium choroby, wywarła na nim wrażenie 
jako kobieta z charakterem. Zasługiwała na to, by w ostatniej drodze towarzyszyło jej tylu 
ludzi. Nie zauważył Cyrila, ale nie zdziwiło go to. Był też bliski śmierci.

Mszę celebrował pastor Kościoła Szkockiego, który musiał znać Sheilę osobiście. Jego 

dźwięczny,   donośny   głos   docierał   do   najodleglejszego   miejsca   w   kościele.   Z   dużym 
zaangażowaniem i bardzo wyczerpująco nakreślił wspaniałą biografię Sheili Barnes. Dunbar 
pomyślał, że sposób jej przedstawienia znacznie różni się od tego, co w dzisiejszych czasach 
słyszy   się   zazwyczaj   na   pogrzebach,   kiedy   to   duchowni   wygłaszają   krótkie   wzmianki   o 
zmarłych na podstawie kilku informacji zebranych w ostatnim momencie od krewnych. Teraz 
dowiedział się, że na początku swej kariery zawodowej Sheila pracowała przez dłuższy czas 
w   krajach   Trzeciego   Świata.   Jej   długie   i   szczęśliwe   pożycie   z   Cyrilem   zostało   nazwane 
wzorem wzajemnej, silnej miłości dwojga ludzi. Pastor wspomniał o ich synu, Peterze, ale 
Dunbar odniósł wrażenie, że duchowny celowo nie rozwinął tego tematu. Najwidoczniej znał 
rodzinne problemy Barnesów, podobnie jak przełożona hospicjum „Pod Bukami”.

W pierwszej ławce siedział mężczyzna, który,  zdaniem Dunbara, musiał być Peterem 

background image

Barnesem. Trzymał się nieco z dala od innych, starszych wiekiem żałobników wyglądających 
na siostry i braci Sheili. Sprawiało to wrażenie, jakby rozdźwięk w rodzinie nie ograniczał się 
tylko do rodziców i syna. Peter Barnes był wysoki i miał ciemne włosy. Kiedy odwrócił 
głowę w kierunku zebranych, Dunbar zauważył na jego twarzy cień uśmiechu, jakby Barnes 
przypomniał sobie nagle jakiś dowcip. Nie miał czarnego krawata, lecz purpurowy, i tego 
samego koloru chusteczkę wystającą z górnej kieszeni marynarki. Mimo że odcień czerwieni 
nie był jaskrawy, wyglądał bardzo nie na miejscu.

Również   przy   grobie   Dunbar   nie   zbliżył   się   do   rodziny   i   przyjaciół   zmarłej.   Kiedy 

procesja ruszyła powoli żwirową ścieżką z powrotem w kierunku wyjścia z cmentarza, szedł 
niemal  na   końcu.  Peter  Barnes   też  trzymał   się  na  uboczu   i  podążał  do  bramy   samotnie. 
Dunbar skorzystał z okazji i złożył mu kondolencje.

– Dziękuję panu – odrzekł Peter.
– Nie udało się panu odwiedzić matki w hospicjum, zanim zmarła, prawda?
– Niestety, nie – powiedział Barnes. – Moja praca jest dość absorbująca. Raczej trudno 

byłoby mi się wyrwać do Helensburgha.

– Rozumiem... – odparł Dunbar i zawahał się, po czym dodał:
–  Wiem, że to nie moja sprawa, ale jeśli może to przynieść panu jakąś ulgę... Pańska 

matka wzięła mnie za pana podczas mojej ostatniej wizyty u niej. Nie wyprowadzałem jej z 
błędu. Była bardzo szczęśliwa. Umarła w przekonaniu, że się pogodziliście.

Peter uśmiechnął się.
– Dziękuję, że mi pan o tym powiedział, panie...?
– Dunbar. Steven Dunbar.
–  Bardzo mnie to uspokoiło. Czy mogę wiedzieć, jakiego rodzaju sprawę miał pan do 

mojej matki?

– Musiałem ją zapytać o kilka rzeczy z czasów, gdy pracowała w Szpitalu Médic Ecosse. 

Chodziło mi o uzupełnienie pewnej dokumentacji, którą opracowuję.

–  Ach... dokumentacji...   –  W  głosie  Petera  Barnesa  Dunbar wyczuł  wyraźną  drwinę. 

Przestał się dziwić, dlaczego syn Sheili nie jest przez nikogo lubiany.

– A czym pan się zajmuje, panie Barnes? – zapytał.
– Projektowaniem okrętów wojennych.
– Hm, interesujące. Sporządza pan ogólne plany, czy ma pan jakąś specjalność?
– Ochrona przed promieniowaniem.
Dunbar z trudem przełknął ślinę. Poczuł, jak jeżą mu się włosy na głowie.
– Naprawdę? – spytał i odkaszlnął, bo zaschło mu w gardle. – Czy wolno spytać, co to za 

firma, w której pan pracuje?

– Baxters on Tyneside.

Natychmiast po powrocie do hotelu Dunbar połączył się z Macmillanem i przekazał mu 

background image

nowe wiadomości.

– Zgadzam się, że nie ma mowy o przypadku – przyznał Macmillan. – Ten cały Barnes 

mógł zaplanować zgładzenie rodziców, żeby dostać spadek. Na pewno uważał, że wszystko 
mu się uda bez problemu. I o mały włos tak by było. Chcesz, żebym przekazał to policji w 
Glasgow?

– Byłbym wdzięczny – odrzekł Dunbar. – Ja nie mam serca do tej sprawy. Nie wiąże się z 

tym, co mnie interesuje.

–  Nie lekceważ jej. Właśnie wyjaśniłeś zagadkę, podwójnego morderstwa i to bardzo 

nietypowego – powiedział Macmillan.

– Ale nie tego podwójnego morderstwa, które mnie interesuje – przypomniał Dunbar.

–  Chcesz mi powiedzieć, że Sheili wcale nie zamordowano dlatego, by ją uciszyć?  – 

zdziwiła się Lisa.

–  Niestety,   wyszło   inaczej  –  odrzekł   Dunbar.  –  To   założenie   było   chyba   błędne   od 

samego początku. Jeśli chce się kogoś zabić, żeby mu zamknąć usta, nie skazuje się go na 
powolną   śmierć.   Ale   jeśli   ktoś   chce   upozorować   naturalny   zgon   i   ma   czas,   wtedy   takie 
działanie ma sens.

– Jej własny syn... – powiedziała Lisa z odrazą.
– I tak w życiu bywa.
– Więc teraz nie masz już żadnego dowodu przeciwko Médic Ecosse – stwierdziła.
Dunbar wzruszył ramionami.
– Żadnego, jeśli nie liczyć zeznań dwóch pielęgniarek, z których jedna nie żyje.
– Ale ta pozostała przy życiu wie, co mówi – odparła z naciskiem Lisa.

background image

14

Dunbar   postanowił   rzucić   okiem   na   wyniki   badań   opublikowane   przez   Rossa,   zanim 

wybierze   się   na   Farmę   Vane.   Mogły   mu   pomóc   w   znalezieniu   tego,   czego   tam   szukać. 
Inspektorat Naukowo-Medyczny zaopatrzył go w kopie najnowszych prac chirurga, ale do tej 
pory leżały one nietknięte. Trzy z nich dotyczyły zwierząt, czwarta zaś traktowała o czymś, 
co określone zostało jako „Przygotowanie odpornościowe”. Na razie Dunbar nie miał czasu 
zapoznać się z nimi. Były ważniejsze problemy.

Obawiał się, że może mieć trudności ze zrozumieniem treści publikacji, ale Ross pisał 

swoje artykuły w przystępny sposób i dobrym stylem. Najbardziej pomocny okazał się fakt, 
że zamieszczał je w jednym z przeglądów naukowych adresowanym wprawdzie do badaczy, 
ale   nie   tylko   z   jednej   dziedziny,   więc   specjalistyczne   szczegóły   ograniczone   były   do 
niezbędnego minimum.

Z  wywodów  Rossa jasno wynikało,  że  wierzy w  przyszłość  organów  zwierzęcych,  a 

zwłaszcza   świń,   jako   materiału   do   transplantacji.   Ich   wykorzystanie   pozwoliłoby 
wyeliminować   ryzyko,   że   pacjent   nie   otrzyma   właściwego   ludzkiego   narządu   na   czas. 
Zniknąłby również towarzyszący przeszczepom dylemat moralny, czy można życzyć komuś 
gwałtownej śmierci, by pozyskać odpowiedni organ jak najszybciej. Poza tym uporano by się 
wreszcie   z   koniecznością   ciągłego   przekonywania   społeczeństwa,   że   posiadanie   karty 
przyszłego dawcy nie jest złym  pomysłem.  Ludzie wciąż odnosili się do tego niechętnie. 
Uważali to za kuszenie losu, prowokowanie nieszczęścia.

Taki   postęp   w   medycynie   mógłby   też   położyć   kres   spekulacjom   na   temat 

wykorzystywania niektórych pacjentów w śpiączce, uważanych przez ekspertów za ludzi z 
obumarłym mózgiem. Ludzie bali się, że zostaną pogrzebani za życia; wyobrażali sobie, że 
usunie   się   im   jakieś   organy,   podczas   gdy   będą   zupełnie   przytomni,   choć   niezdolni   do 
porozumiewania się.

Następna korzyść płynąca z wykorzystywania narządów zwierzęcych polegała, zdaniem 

Rossa, na możliwości utrzymywania zwierzęcego dawcy przy  życiu do ostatniej chwili, w 
której   organ   potrzebny   będzie   do   przeszczepu.   Byłby   on   dobrze   utlenowany   i   po   prostu 

background image

„świeży”. Skończyłby się pośpiech przy jego transporcie z jednego miejsca na kuli ziemskiej 
do drugiego; zniknęłaby świadomość, że z każdą mijającą godziną tkanka coraz bardziej się 
psuje. Uniknęłoby się strasznej niepewności, czy nie zdarzy się coś nieprzewidzianego, co 
opóźni   dostarczenie   narządu   i   uczyni   go   bezużytecznym.   Odeszłyby   w   przeszłość 
podejrzenia,   że   szpitale   celowo   przedłużają   życie   przyszłych   dawców,   sztucznie 
podtrzymując ich funkcje życiowe po to tylko, by zachować w dobrym stanie ich organy.

Badania   koncentrowały się  na  najważniejszym  aspekcie   sprawy,   czyli   na problemach 

immunologicznych związanych z wprowadzeniem do organizmu obcej tkanki. Podobnie jak 
wszystkie inne, również organy pochodzenia zwierzęcego musiałyby być zgodne z systemem 
odpornościowym   pacjenta.   W   przeciwnym   razie   szybko   nastąpiłby   odrzut   przeszczepu,   a 
transplantacja okazałaby się fiaskiem i doprowadziłaby do śmierci osoby poddanej operacji. 
Wyniki uzyskane przez Rossa potwierdzały możliwość wyhodowania świni z dodatkowym, 
ludzkim   systemem   odpornościowym   konkretnego   pacjenta.   Taki   scenariusz   zapewniłby 
doskonałą przyswajalność narządów świń przez człowieka, którego system posiada zwierzęcy 
osobnik.   Oczywiście,   na   razie   trwały   eksperymenty,   mające   na   celu   sprawdzenie 
prawdziwości tej teorii.  Pomysł  stworzenia  banku organów  świń dla wszystkich  ludzi na 
wypadek, gdyby kiedyś potrzebowali przeszczepu, nie był realny. Zupełnie inną sprawą była 
kwestia moralna.

Dunbar zastanawiał się, czy z góry zakładano możliwość wypróbowania nowej metody 

na wybranych pacjentach Médic Ecosse, ale uznał to za nieprawdopodobne. W przypadku 
Amy Teasdale i Kennetha Linehama nie starczyłoby czasu na przygotowania. Tych dwoje 
przyjęto do szpitala, gdy byli już ciężko chorzy i natychmiast potrzebowali transplantacji. Im 
dłużej czytał, tym bardziej czuł się przygnębiony. O ile Ross nie dokonał w sekrecie jakiegoś 
wielkiego   przełomu   technologicznego,   próby   przeszczepiania   ludziom   narządów   świń 
właściwie  nie  miały  sensu.  Istniała   niemal   stuprocentowa  pewność,  że  za  każdym   razem 
nastąpi odrzucenie obcego organu. Więc czy Ross dokonał takiego przełomu? Miał nadzieję 
dowiedzieć się tego na Farmie Vane.

Gdy Dunbar zjawił się w „Żurawiu” za pięć ósma, Douglas już na niego czekał. Uścisnęli 

sobie ręce i usiedli tam, gdzie poprzednio.

– Jak poszło? – zapytał Dunbar.
– Nieźle. Da się to zrobić. O dziesiątej nie ma tam już nikogo z personelu. Zostają tylko 

dwaj ochroniarze w budce przy bramie. Mają obowiązek patrolować teren co pół godziny, ale 
po   północy   nie   bardzo   im   się   chce.   Najwidoczniej   mają   zaufanie   do   ogrodzenia   pod 
napięciem.

– Ogrodzenie jest pod napięciem? – zaniepokoił się Dunbar.
– Nie ma się czym przejmować – uspokoił go Douglas. – To bardziej system alarmowy 

niż   zabezpieczający.   Napięcie   nie   jest   wysokie.   Z   łatwością   zamkniemy   obwód,   kiedy 

background image

rozetniemy druty.

– A co z budynkiem?
– Tu jest największy problem. Nie ma żadnych okien, więc ten sposób wejścia odpada. A 

drzwi mają elektroniczny zamek.

– Ale mówiłeś, że to możliwe.
–  Bo tak uważam  –  odparł Douglas.  –  Wszystko zależy od tego...  – Wyjął z kieszeni 

kawałek plastiku wielkości karty kredytowej. Nie miał żadnych oznaczeń, z wyjątkiem paska 
taśmy magnetycznej.

– Hm, klucz?
– Będziemy mogli tak to nazwać dopiero, gdy zadziała.
– Ty go zrobiłeś?
–  Właściwie... mój znajomy. Przekonałem go, żeby odpuścił sobie na chwilę gnębienie 

Banku Szkocji i wykonał dla mnie małą robótkę.

– Zamek ma pewnie również kod cyfrowy? – spytał Dunbar.
Douglas skinął głową.
–  Wystukuje się go na klawiaturze dźwiękowej. Nagrałem kombinację na magnetofon, 

kiedy jeden z ochroniarzy wchodził do budynku. Znam ten numer.

– A jeśli twój klucz nie zadziała?
– Decyzja należy do ciebie. Możemy załatwić ochroniarzy i zabrać im oryginał.
– Żadnej przemocy – zaznaczył Dunbar.
– Jak sobie życzysz.
– Kiedy ruszamy?
– Dziś w nocy, jeśli ci pasuje.
Dunbar pokiwał głową.
– W porządku. Jak się spotkamy?
Douglas przyjrzał mu się uważnie.
– Robiłeś już kiedyś coś takiego?
–  Owszem, bywało  –  odparł Dunbar. Nie zamierzał niczego wyjaśniać i Douglas o nic 

więcej nie pytał. Skinął tylko głową i zaczął tłumaczyć, jak dotrzeć do nie używanej stacji 
kolejowej na północ od miasta. Dunbar miał tam zostawić swój samochód i pojechać na 
Farmę Vane razem z Douglasem jego land-roverem.

–  Na wypadek, gdybyśmy później musieli poruszać się na przełaj w ciężkim terenie  – 

dodał Douglas. – Potrzebujesz odpowiedniego ubrania?

– Znajdę coś ciemnego – odrzekł Dunbar. – Ale przydałaby mi się kominiarka.
– Żaden problem. Masz rękawice?
– Mam.
– Więc spotykamy się o pierwszej.
Dunbar wrócił do hotelu, włączył  telewizor i zaczął przygotowywać strój na później. 

background image

Chciał, żeby dźwięk i obraz oderwały go od myślenia o konsekwencjach wyprawy, gdyby coś 
poszło   nie   tak.   Telewizja   Szkocka   pokazywała   epizod   z  Taggarta.  Ponure   twarze   i 
niewybredne dowcipy towarzyszyły wydobywaniu ciała z rzeki Clyde. Scena nie poprawiła 
Dunbarowi nastroju. Wyłączył telewizor i nastawił radio. Stacja nadająca muzykę klasyczną 
na falach FM dawała właśnie koncert na róg Mozarta. To mu odpowiadało.

O wpół do pierwszej Dunbar po raz ostatni sprawdził kieszenie, opuścił pokój i poszedł 

cicho   do   windy.   Czuł   już   przypływ   adrenaliny.   Wręczył   klucz   recepcjoniście   z   nocnej 
zmiany,   który   zareagował   tylko   kiwnięciem   głowy,   po   czym   powrócił   do   lektury   gazet 
Dunbara ucieszył brak zainteresowania z jego strony.

Douglas udzielił mu precyzyjnych wskazówek, więc bez problemu znalazł starą stację. 

Kiedy wjechał na pogrążony w ciemnościach plac dworcowy, do pierwszej zostało siedem 
minut   O   tej   porze   nie   było   prawie   żadnego   ruchu   na   ulicach.   Wolno   objechał   plac, 
rozjaśniając reflektorami samochodu zarośnięty chwastami, podziurawiony asfalt. Cofnął auto 
w najdalszy kąt, skąd mógł obserwować wjazd, i wyłączył światła.

Zza rzadkich chmur wyłonił się księżyc i oświetlił wstęgę szosy wiodącej z parkingu pod 

górę, poza miasto. Była prawie pełnia. Ostatni raz widział taki księżyc na pustyni w Iraku. 
Wraz   z   innymi   czekał,   aż   zniknie,   żeby   móc   się   ruszyć.   Usiłował   przypomnieć   sobie 
nazwiska   kolegów,   którzy   wtedy   z   nim   byli,   gdy   usłyszał   zbliżający   się   samochód.   W 
pierwszej chwili myślał, że minie stację, ale kierowca zwolnił w ostatnim momencie i wjechał 
na parking, oślepiając Dunbara na krótko. Pojazd zatrzymał się z boku. Dunbar włączył swoje 
światła i ujrzał w ich blasku ciemnozielonego land-rovera. Wysiadł z samochodu, zamknął go 
i pobiegł na spotkanie z Douglasem.

– Widzę, że nie miałeś kłopotu z dojazdem – stwierdził Douglas.
– Żadnego.
Jechali w milczeniu. W pewnym momencie Douglas odezwał się:
–  Jest przed nami, po lewej. Przejedziemy obok. Trzysta jardów dalej odchodzi w bok 

polna droga. Tam zostawimy samochód.

Dunbar ujrzał w światłach reflektorów tablicę z napisem: „Farma Vane. Instytut Opieki 

nad Zwierzętami” i uśmiechnął się cierpko.

– Czy to na pewno tutaj? – zapytał Douglas. Jego głos brzmiał trochę niepewnie.
– Wszystko się zgadza – uspokoił go Dunbar. – Po prostu rozbawiła mnie ta nazwa.
Douglas zrozumiał, o co chodzi.
–  W   dzisiejszych   czasach   wszyscy   tak   robią  –  powiedział.  –  Chyba   tylko   wariat 

powiesiłby   sobie   szyld  „Zakład   Wiwisekcji”   albo   „Instytut   Rozpruwania   Małych 
Futerkowych Stworzonek bez Wyraźnego Powodu”.

– Jasne.
– Czym się tu zajmują?
– Robią eksperymenty na świniach.

background image

– Może one nie wywołują takich emocji jak puszyste króliczki, ale podejrzewam, że tym 

świrom demonstrantom jest to w gruncie rzeczy obojętne.

– Dużo macie problemów z aktywistami ruchu obrony zwierząt? – zapytał Dunbar.
–  Sporo.   Parę   miesięcy   temu   spalili   laboratorium   badawcze   w   Edynburgu,   a   kilku 

naukowców dostało w paczkach bomby. Niedługo naprawdę kogoś zabiją.

Douglas   skręcił   z   szosy   w   polną   drogę,   przejechał   kawałek   i   zatrzymał   land-rovera. 

Zgasił światła i oznajmił:

– Czas zabrać się do roboty. – Sięgnął za siebie i wydobył mały plecak oraz dwie czarne 

kominiarki. Jedną wręczył Dunbarowi. Obaj włożyli je na głowy.

– Wrócimy przez pole, trzymając się żywopłotu, dopóki nie dojdziemy do ogrodzenia 

farmy. Potem pójdziemy wzdłuż drutów na północ, aż do północno-wschodniego narożnika, i 
tam je przetniemy. Gra?

– W porządku.
Douglas podał Dunbarowi nożyce do cięcia metalu.
– Ciachniesz ogrodzenie, jak połączę obwód.
Zamknęli samochód i szybko zbiegli z drogi na pole po łagodnie nachylonej skarpie. 

Potem pod osłoną żywopłotu ciągnącego się wzdłuż nasypu ruszyli z powrotem w kierunku 
Farmy Vane. Nagle idący przodem Douglas uniósł rękę i obaj przykucnęli. Dunbar dostrzegł 
wartownię   przy   bramie   farmy.   Przez   duże,   jasno   oświetlone   okna   widać   było   dwóch 
mężczyzn. Wyglądało na to, że są zajęci czytaniem.

Douglas dał znak Dunbarowi, że muszą iść w prawo, i podążyli w stronę najdalszego 

narożnika ogrodzenia. Gdy znaleźli się przy narożnym słupie, Douglas ściągnął z ramion 
plecak   i   wyjął   dwa   przewody   zakończone   z   obu   stron   dużymi   zaciskami   szczękowymi. 
Umocował   je   na   dwóch   drutach   ogrodzenia,   które   Dunbar   przeciął   następnie   między 
krokodylkami.   Obwód   elektryczny   nie   został   przerwany.   Odgięli   rozcięte   druty   i   przez 
powstałą lukę wpełzli na teren farmy. Pierwszy przeczołgał się Douglas i odebrał od Dunbara 
plecak z zapakowanymi z powrotem nożycami.

Douglas pokazał Dunbarowi, żeby nie wstawał i pełzł dalej na brzuchu. Dunbar uznał to 

za   lekką   przesadę,   ale   zastosował   się   do   polecenia.   Wolał   mieć   do   towarzystwa   zbyt 
ostrożnego   kompana   niż   ryzykanta.   Czołgali   się   obok   siebie   do   głównego   budynku, 
poruszając pracowicie łokciami, by jak najszybciej pokonać nierówny teren.

Z miejsca, skąd było już blisko do wejścia, mieli dobry widok na wartownię. Jeden z 

ochroniarzy siedział zwrócony do nich twarzą i czytał gazetę. Gdyby podniósł wzrok w czasie 
otwierania drzwi, zobaczyłby ich. Douglas zerknął na zegarek i szepnął:

– Zaczekajmy chwilkę. Zobaczymy, czy się ruszy.
Mijały minuty, a ochroniarz ani myślał przerywać lektury. Douglas i Dunbar spojrzeli na 

siebie i skrzywili się, ale nie pozostawało im nic innego, jak czekać dalej. Po następnych 
dziesięciu minutach wartownik wreszcie złożył  gazetę i sięgnął po czajnik. Potem wstał i 

background image

zniknął im z oczu.

–  Teraz! –  zadecydował  Douglas. Poderwał się, dobiegł do drzwi i wsunął w szparę 

zamka kartę magnetyczną. Następnie szybko wystukał kod na klawiaturze. Dunbar przez cały 
czas z niepokojem obserwował wartownię. Obawiał się, że w każdej chwili strażnik może 
wrócić. Drzwi do budynku ani drgnęły.

–   No   dalej...   dalej...   –  mruczał   pod   nosem   Douglas,   ponownie   wsuwając   kartę   i 

wprowadzając kod. Bez rezultatu.

– Zabraknie nam czasu! – syknął Dunbar przez zaciśnięte zęby.
Douglas spróbował jeszcze raz, ale bez powodzenia.
– Wrócił! – ostrzegł go Dunbar.
Obaj przypadli do ziemi, nie spuszczając z oka wartowni. Zastanawiali się, czy mogli 

zostać zauważeni. Ale ochroniarz znów usiadł i rozłożył gazetę.

– I co teraz? – szepnął Dunbar.
– Moglibyśmy ich załatwić – odparł Douglas, wciąż przypatrując się wartowni.
Dunbar pokręcił głową.
– Nie. Obejrzyjmy budynek dookoła. Może jest jakieś inne wejście.
– Nie ma tu okien ani drugich drzwi –  odezwał się Douglas. –  Mówiłem ci, wszystko 

sprawdziłem.

– Nie psuj mi humoru – powiedział Dunbar i ruszył pierwszy na tyły budynku, gdzie nie 

byli już widoczni z wartowni. Pełzli wzdłuż tylnej ściany, która stanowiłaby zupełnie gładką, 
jednolitą powierzchnię, gdyby nie to, że w połowie jej długości wystawała z niej wielka, 
kwadratowa rura.

– Co to może być? – spytał Dunbar.
– Może jakiś odpływ ścieków?
Czołgali się dalej, ale budynek wciąż wydawał się niedostępny. Ściana szczytowa też 

była gładka. Cofnęli się, by zerknąć na dach, lecz nie dostrzegli w nim ani świetlików, ani 
odsłoniętych wylotów wentylacyjnych.

– Przecież ci mówiłem – powtórzył Douglas.
– Przyjrzyjmy się bliżej tej rurze ściekowej – zaproponował Dunbar.
Odpływ   składał   się   z   połączonych   nitami   blaszanych   odcinków   o   przekroju 

kwadratowym, szerokości około dwóch stóp. Dunbar odgarnął ziemię wokół jego podstawy i 
odkrył dwie metalowe klapy. Kiedy obaj z Douglasem unieśli jedną z nich, omal nie udusili 
się z powodu bijącego z głębi fetoru.

– Jezu! – wykrzyknął Douglas.
– Świńskie pomyje – stwierdził Dunbar. – Daj latarkę.
Douglas  wręczył  mu  długi, obciągnięty gumą  „paluch”. Dunbar zajrzał do wnętrza  – 

koniec rury nie był zanurzony w cuchnącej brei. Sięgnął ręką w głąb i sprawdził, czy nie ma 
tam kraty. Nie natrafił na żadną przeszkodę. Wyprostował się i powiedział:

background image

– Moglibyśmy wejść tą rurą.
Douglas skrzywił się z odrazą, ale nie zaprotestował. Wiedział, że to jedyna możliwość 

dostania się do budynku. Spojrzał w dół na zbiornik ścieków i zapytał:

– Jaka tu może być głębokość, twoim zdaniem?
–  Jest tylko jeden sposób, żeby się o tym przekonać.  –  Dunbar usiadł na brzegu dołu i 

opuścił nogi, zanurzając je w śmierdzącym grzęzawisku. Kiedy stanął w nim, nieczystości 
sięgały mu nieco powyżej kolan. – Mam grunt.

– Będę musiał to zostawić. – Douglas ściągnął z ramion plecak.
Dunbar   przykucnął,   żeby   móc   wejść   do   wylotu   rury,   W   nozdrza   uderzył   go  odór 

zapierający dech, gdy wsunął do ciasnego wnętrza najpierw ręce, a potem głowę i ramiona. 
Uniósł się i przesunął dłońmi po śliskich ściankach odpływu, szukając czegoś, czego mógłby 
się chwycić. Z braku miejsca nie było to łatwe, ale w końcu natrafił na wystające połączenie 
segmentów  rury i zacisnął  na nim palce. Gdyby  zdołał podciągnąć  się trzy stopy wyżej, 
znalazłby  się  na wysokości   poziomego  odcinka   kanału  i  mógłby  przeczołgać  się  nim  do 
końca.

– Wszystko w porządku? – zapytał Douglas.
– Jak na razie, tak.
Dunbar z najwyższym wysiłkiem podciągnął się do góry, używając tylko końców palców. 

Po chwili udało mu się wgramolić niezgrabnie na płaską powierzchnię. Zaczął pełznąć powoli 
w kierunku jej krańca, aż napotkał na swej drodze kratę. Ale był już wewnątrz budynku. 
Naparł na przeszkodę i odepchnął ją. Kiedy krata ustąpiła, wpełzł do szerokiego, płytkiego, 
metalowego basenu. Odgłosy, które usłyszał, świadczyły o tym, że znalazł się w towarzystwie 
świń. Odwrócił się, by przywołać Douglasa. Ten pojawił się wkrótce tuż za nim, klnąc przy 
każdym pokonanym metrze upiornej drogi.

– Tu trzymają świnie – wyjaśnił Dunbar.
– Co ty powiesz? – odparł drwiąco Douglas i zapalił latarkę.
Stali w korycie odprowadzającym wodę używaną do mycia świń. Ze ściany wystawał 

kawałek rury z dwoma wielkimi kurkami. Dunbar odkręcił jeden z nich i zaczął zmywać z 
siebie brud. Gdy skończył, Douglas zrobił to samo.

–  Teraz   pewnie   umrzemy   na   zapalenie   płuc  –  powiedział,   wyżymając   przemoczone 

ubranie. – Ale wolę to niż ten cholerny smród.

Wydostali się z chlewa i dotarli do głównego korytarza budynku. Brak okien umożliwiał 

im bezpieczne korzystanie z latarki. Woleli nie włączać wewnętrznego oświetlenia. Po drodze 
napotkali   kilka   małych   pracowni   i   jedno   duże   laboratorium,   aż   wreszcie   znaleźli   pokój 
wyposażony w komputer. Dunbar zasiadł za biurkiem, zapalił małą lampę i zaczął szukać 
interesujących go informacji. Zauważył kilka listów adresowanych do Rossa i upewnił się, że 
jest we właściwym miejscu. Przeszukał wszystkie otwarte szuflady biurka, ale nie znalazł 
żadnych dyskietek. Najniższa szuflada była zamknięta na klucz. Musiał poprosić o pomoc 

background image

Douglasa.

Douglas   przyklęknął   i   obejrzał   zamek.   Uśmiechnął   się,   wyciągnął   pęk   wytrychów   i 

wybrał   jeden   z   nich.   Wsunął   go   do   zamka   i   obrócił,   patrząc   na   Dunbara.   Przekręcając 
wytrych, nasłuchiwał odgłosów dochodzących z wnętrza zamka.

– Abrakadabra... Załatwione – oznajmił, gdy usłyszał szczęk i zamek ustąpił.
Dunbar otworzył szufladę. W środku znalazł plastikowe pudełko z dyskietkami. Każda 

była   starannie   opisana,   zgodnie   z   naturą   Rossa.   Dunbar  podziękował  mu   w   duchu   za   tę 
dokładność. Odłożył na bok dyskietki, które dotyczyły spraw finansowych, a zostawił tylko 
te, które opatrzone były naklejką „Eksperymenty”. Włączył komputer.

– Ile to potrwa? – zapytał z niepokojem Douglas.
Dunbar   sięgnął   do   wewnętrznej   kieszeni   kurtki   i   wyjął   foliową   torebkę   z   kilkoma 

czystymi dyskietkami.

– Niedługo – odrzekł. – Muszę tylko skopiować dane.
– Rozejrzę się – powiedział Douglas.
– Niczego nie dotykaj – ostrzegł go Dunbar. – Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział, że był 

tu Święty Mikołaj.

Skopiował dane z trzech dyskietek, wyłączył komputer i zostawił wszystko tak, jak zastał.
– Załatwione – oznajmił, kiedy wrócił Douglas.
– Możesz z powrotem zamknąć tę szufladę?
Douglas spojrzał na niego tak, jakby usłyszał najdziwniejszą prośbę w życiu. Ale bez 

słowa zabrał się do roboty. Zamknięcie zamka sprawiło mu więcej kłopotu niż jego otwarcie, 
w końcu jednak uporał się z tym.

– Chodźmy – przynaglił go Dunbar.
Wyszli z biura i skierowali się do chlewa. Nagle Douglas zapytał:
– Nie zauważyłeś niczego dziwnego?
– To znaczy?
– Rozejrzyj się dobrze, a potem przypomnij sobie, jak wygląda budynek z zewnątrz.
Dunbar oświetlił latarką ściany wokół siebie.
– O co ci chodzi?
– Brakuje części budynku. Połapałem się w tym, jak przyszedłem tu na zwiady. Spójrz na 

długość pomieszczenia  –  Douglas przesunął światłem latarki tam  i z powrotem. –  A teraz 
porównaj ją z tym, co widać z zewnątrz.

– Masz rację – przyznał Dunbar i skierował latarkę przed siebie. – To musi być fałszywa 

ściana.

– Jeśli nie ma tam wejścia z zewnątrz, drzwi są gdzieś tutaj.
Podeszli do ściany szczytowej i zaczęli ich szukać.
– Dziwne – mruknął Dunbar, przesuwając dłońmi po ścianie. – Wydaje się jednolita.
– Ciekawostka – zgodził się Douglas. Nagle dotknął przypadkiem czegoś, co sprawiło, że 

background image

fragment ściany odjechał na bok. Przestraszony, upuścił latarkę. Upadając, zgasła i korytarz 
pogrążył się w ciemności.

– Chryste! – krzyknął Douglas. – Co to?
Do ich uszu dotarły niespodziewanie donośne odgłosy chrząkania.
– Chyba świnie – odparł Dunbar.
–  Sądząc po zapachu, nie wygląda mi na to  –  stwierdził Douglas. Ostrożnie wszedł w 

otwór w ścianie i wyciągnął rękę w bok, szukając włącznika światła.  – Gdzie się zapala to 
cholerstwo? – wymamrotał, nie mogąc znaleźć kontaktu.

Dunbar powoli posuwał się za jego głosem. Wtem powietrze przeszył przeraźliwy krzyk. 

Dunbar skamieniał.

– Co to, do cholery? – wykrztusił. – Gdzie jesteś?
Na   ślepo   dotarł   do   wejścia   i   wymacał   włącznik.   Gdy   rozbłysło   światło,   ujrzał 

wykrzywioną bólem twarz Douglasa. Tkwił w uścisku wielkiej małpiej samicy, która zdołała 
dosięgnąć   go   łapami   przez   pręty   klatki.   Musiała   ugryźć   go   w   ramię,   a   teraz   próbowała 
wyrwać mu je ze stawu. W oczach Douglasa widział błaganie o pomoc. Wzdłuż jego ręki 
spływała krew.

Dunbar rzucił się na małpę, próbując zadawać jej ciosy przez kratę. Starał się wystraszyć 

ją głośnym krzykiem, ale zwierzę nie zamierzało zrezygnować ze zdobyczy. Dunbar rozejrzał 
się za jakąś bronią i zobaczył leżącą latarkę. Upadła tuż przy odsuniętym kawałku ściany. 
Chwycił ją i zaatakował stworzenie. Jeden celny cios w łeb wystarczył, by małpa zwolniła 
uścisk i zatoczyła się do tyłu. Dunbar natychmiast odciągnął Douglasa od klatki.

Douglas osunął się na podłogę. Drżał cały z powodu doznanego szoku.
Dunbar usiłował zatamować krwawienie za pomocą dwóch ręczników znalezionych obok 

zlewu w głębi pomieszczenia. Zakładając Douglasowi prowizoryczną opaskę uciskową, zdał 
sobie sprawę, że przypatruje mu się pięć małp. Wszystkie były samicami w zaawansowanej 
ciąży. Zauważył, że mają na brzuchach szramy jak po cesarskim cięciu, a mimo to nadal 
nosiły w sobie płody.

Douglas uwiesił mu się na szyi, mamrocząc coś niezrozumiale. Dunbar przysunął się 

bliżej.

– Omnopon... – dotarło do jego uszu.
Dunbar pojął po chwili, o co chodzi. Sięgnął pod koszulę Douglasa i wyciągnął małą 

torebkę ze środkiem przeciwbólowym. Wisiała na skórzanym rzemyku na jego szyi.

– Niełatwo wykorzenić stare nawyki – stwierdził.
Domyślił   się,   że   Douglas   służył   w   piechocie   morskiej.   Omnopon   stanowił   tam 

standardowe wyposażenie żołnierza podczas akcji. Zaaplikował rannemu lek, ściągnął kurtkę 
i   ułożył   ją   pod   jego   głową.   Musiał   się   zastanowić,   co   dalej.   Nagle   usłyszał   szczęk 
otwieranych drzwi.

– Zaraz wracam – szepnął. Wstał i zgasił światło.

background image

– Mówię ci, że słyszałem jakiś cholerny krzyk – rozległ się podniecony męski głos.
– Zdawało ci się – zabrzmiał spokojnie drugi. – To musiało być radio.
– Pieprzysz! Żadne radio.
Dunbar przywarł  do ściany,  nie  bardzo wiedząc,  co  robić. Obaj  ochroniarze  nie byli 

zgodni co do źródła krzyku i musieli to dopiero sprawdzić. Można się było domyślić, że tylko 
jeden z nich coś usłyszał, więc pewnie na razie jeszcze niczego nie zgłosili. Gdyby udało mu 
się   zamknąć   odsuwaną   ścianę,   może   odeszliby   z   powrotom.   Chyba   że   mieli   obowiązek 
przeszukać rutynowo cały budynek. Usiłował wymacać jakiś przycisk, gdy nagłe usłyszał 
głośny jęk Douglasa. Gra była skończona. Ochroniarze rzucili się biegiem przed siebie.

Niemal bez zastanowienia Dunbar naciągnął na twarz kominiarkę i gdy rozbłysło światło, 

rzucił się na strażników. Obaj byli tak zaskoczeni, że nie zdążyli zareagować w porę. Jeden 
otworzył usta, ale silny cios Dunbara zwalił go z nóg jak ścięte drzewo. Drugi próbował 
uciekać. Dunbar dopadł go i unieszkodliwił uderzeniem w szyję. Gdy osunął się na podłogę, 
Dunbar zaciągnął go tam, gdzie już leżał jego kolega. Miał nadzieję, że atak nie był zbyt 
brutalny i nie wyrządził im krzywdy.

Wrócił   czym  prędzej   do Douglasa.  Środek  przeciwbólowy  zrobił  swoje.  Douglas  był 

przytomny i spokojnie siedział, przytrzymując opatrunek zdrową ręką.

– Możesz wstać? – zapytał Dunbar.
– Jasne. –  Douglas dźwignął się i przy niewielkiej pomocy Dunbara stanął na nogach. 

Dunbar z powrotem włożył kurtkę.

– Zarzuć mi zdrowe ramię na szyję – polecił.
Podtrzymując Douglasa, dobrnął do frontowych drzwi. Zgasił światło i nacisnął przycisk 

zwalniający blokadę zamka. Drzwi odsunęły się. Owiało ich świeże, nocne powietrze.

– Gdzie zostawiłeś plecak? – zapytał Dunbar.
Wydawało mu się, że Douglasa ogarnia senność. Zawahał się, zanim odpowiedział.
– Za rurą.
Droga   na   tyły   budynku   ciągnęła   się   w   nieskończoność.   Wreszcie   dotarli   do   rury 

ściekowej i Dunbar wydobył plecak z ukrycia. Zaczął wciągać go na ramiona, ale Douglas 
powstrzymał go.

– Farba... – wymamrotał. – W środku... Farba... w sprayu.
W pierwszej chwili Dunbar pomyślał, że Douglas majaczy, ale potem zrozumiał. Mimo 

bólu i szoku Douglasowi nadal zależało na wypełnieniu misji do końca.

– Gdyby coś... poszło nie tak, trzeba... na kogoś zwalić... winę.
Dunbar otworzył plecak i znalazł farbę.
– Poradzisz sobie sam przez minutę?
– Idź...
Dunbar   zbliżył   się   do   ściany   budynku   i   zaczaj   robić   sprayem   napisy:  „NIE   dla 

wiwisekcji... Uwolnić zwierzęta... Naukowcy to dranie... Przerwać eksperymenty... Parszywe 

background image

sukinsyny...”.  Puszka   była  pusta.   Podbiegł  do  leżącego   Douglasa   i  schował  pojemnik   po 
farbie do plecaka. Zarzucił go sobie na plecy i pomógł Douglasowi wstać.

– Muszę odstawić cię do szpitala – zadecydował.
Przebycie trzystu jardów dzielących ich od land-rovera zdawało się trwać całą wieczność, 

ale   na   farmie   nikt   jeszcze   nie   wszczął   alarmu.   Widocznie   ochroniarze   wciąż   leżeli 
nieprzytomni. Dunbar wyciągnął z kieszeni Douglasa kluczyki, ułożył go na ziemi i otworzył 
samochód.   Potem   pomógł   mu   usadowić   się   na   przednim   siedzeniu   i   zapiął   pasem 
bezpieczeństwa. Douglas zwiesił głowę na pierś, ale nie stracił przytomności.

– W porządku? – upewnił się Dunbar.
– Wszystko gra... – mruknął Douglas.
Dunbar uruchomił silnik i ruszył. Przez moment zastanawiał się, czy nie pojechać na 

przełaj przez pola. W ten sposób mogliby uniknąć ewentualnego spotkania z policją wezwaną 
na Farmę Vane. Ale Douglasowi na pewno nie wyszłaby na zdrowie jazda terenowa. Musieli 
zaryzykować powrót drogą.

Mijając bramę farmy, Dunbar spojrzał w prawo. Wartownia była pusta. Odwrócił się do 

Douglasa i zapytał, czy Omnopon jeszcze działa.

– Ciągle bujam w przestworzach... – zażartował Douglas, nadal był w szoku.
Kiedy   dojechali   do   stacji,   Dunbar   zaparkował   land-rovera   obok   swojego   wozu   i 

przetaszczył do niego Douglasa. Zanim posadził go na fotelu, na moment rozluźnił opaskę 
uciskową.

Obawiał się problemów z krążeniem krwi.
– Będziemy musieli zostawić tu twój samochód – oznajmił. – Wolę, żeby mój tu nie stał, 

bo mogliby go znaleźć i skojarzyć mnie z włamaniem na farmę. Land-rover nie wzbudzi 
podejrzeń.

–  Jeden z moich kumpli zabierze go stąd  –  odrzekł Douglas.  –  Dam mu cynk, żeby tu 

przyjechał.

– Im szybciej dotrzemy do szpitala, tym lepiej.
– Tylko nie szpital – zachrypiał Douglas.
– Potrzebujesz fachowej pomocy lekarskiej –  nie ustępował Dunbar.  –  Masz paskudną 

ranę.

–  Żadnych szpitali  –  powtórzył z uporem Douglas.  –  Zadają tam za dużo pytań, a ja 

zamierzam pozostać w branży. Zależy mi na tej robocie, człowieku. Do niczego innego się nie 
nadaję.

– Jeśli ktoś nie opatrzy ci prawidłowo tej rany, nie będziesz się nadawał również do tej 

roboty – ostrzegł Dunbar. – Możesz stracić rękę.

– Mówisz poważnie?
– Nie żartuję.
– Jesteś lekarzem? – spytał ironicznie Douglas, spodziewając się przeczącej odpowiedzi.

background image

– Zgadza się.
Douglas pokręcił głową z niedowierzaniem.
– Więc co... W takim razie ty się możesz tym zająć.
–  A niby jak? Przy użyciu lewarka samochodowego  i łyżki  do opon? Musisz iść do 

szpitala.

Douglas wydał z siebie przeciągłe westchnienie.
– Zawieź mnie z powrotem do „Żurawia”.
– Jest nieczynny od kilku godzin.
–  Mieszkam nad knajpą. Mogę stamtąd wezwać pomoc. Już tak kiedyś robiłem. Znam 

odpowiedniego faceta.

– Masz na myśli jakiegoś starego, zapijaczonego felczera, który zszywa rozbite głowy za 

kilka piw?

– Coś w tym rodzaju. Ale do żadnego szpitala nie pójdę.
–  Dogadajmy  się  –  zaproponował  Dunbar.  –  Pojedziemy  do ciebie,  ale   to ja  wezwę 

swoich łudzi. Powiem im, że wszystko ma pozostać w tajemnicy.

– Myślisz, że pójdą na taki układ?
– Pójdą, ale i tak możesz nie uniknąć szpitala.
– Żadnych szpitali.
Wjeżdżali do miasta, gdy minęły ich dwa policyjne radiowozy pędzące w przeciwnym 

kierunku. Dunbar odetchnął z ulgą. Nie tylko dlatego, że nie zostali zatrzymani, ale również 
dlatego, że przynajmniej jeden z ochroniarzy musiał już dojść do siebie.

Bez przeszkód dotarli na Salamander Street. Dunbar zaparkował samochód przed pubem, 

choć miał trudności z odnalezieniem lokalu w ciemnościach, gdyż w oknach nie paliło się 
światło.   Fronton  „Żurawia”  doskonale   zlewał   się   z   tłem,   jakie   stanowił   rząd   mrocznych, 
opuszczonych kamienic czynszowych. Douglas nie bardzo mógł mu pomóc. Zmagał się teraz 
z narastającym bólem ręki, bo środek przeciwbólowy przestawał działać. Siedział z głową 
odchyloną do tyłu, zaciskając mocno powieki.

– Naprawdę uważam... – zaczął Dunbar.
– Nie! – warknął Douglas.
Dunbar wzruszył ramionami.
– Jak się do ciebie wchodzi?
– Drzwi... po lewej. Klucze... w bocznej... kieszeni plecaka.
Dunbar odnalazł je, wysiadł z samochodu i otworzył ciężkie drzwi na lewo od wejścia do 

pubu. Wrócił po Douglasa i pomógł mu przebyć chodnik. Znaleźli się w długim, ciemnym 
korytarzu. Do ich uszu dobiegł odgłos umykających stworzeń.

– Które piętro? – zapytał Dunbar.
– Pierwsze... I pierwsze drzwi... Tylko ja... tu mieszkam...
Po omacku wspięli się po krętych, wąskich, kamiennych schodach. Ciasnota i zużyte, 

background image

wyślizgane stopnie nie ułatwiały zadania Dunbarowi holującemu Douglasa. Z ulgą postawił 
stopę   na   podeście.   Wciąż   podtrzymując   swego   kompana,   dobrnął   wzdłuż   ściany   do 
pierwszych drzwi. Drugi klucz, który na ślepo znalazł w pęku pasował do zamka. Wszedł do 
przedpokoju,   zapalił   światło   i   przetransportował   półprzytomnego   Douglasa   do   pokoju. 
Douglas opadł na sofę.

–  Gdzie jest telefon? –  spytał Dunbar, ale nie musiał czekać na odpowiedź. Zobaczył 

aparat stojący na małym stoliku, przy kominku gazowym. Najpierw jednak zaciągnął zasłony 
i zapalił ogień. Douglas trząsł się nie tylko z zimna, lecz głównie z powodu szoku.

Dunbar połączył się z Inspektoratem Naukowo-Medycznym i powiedział dyżurnemu, że 

pilnie potrzebuje pomocy lekarskiej dla rannego mężczyzny.

–  To   ciężki   uraz   ramienia   spowodowany   przez   małpę   poddawaną   eksperymentom  – 

zameldował. – Poszkodowany został również ugryziony. Nie wiadomo, czy zwierzę było na 
coś chore, ale nie można tego wykluczyć. Duży upływ krwi.

Nagle przyszło mu do głowy, że Douglas, jako były żołnierz piechoty morskiej, powinien 

znać   swoją   grupę   krwi.   Zapytał   go   o   to   i   podał   odpowiedź   przez   telefon:   A,   dodatnia. 
Następnie wyjaśnił, gdzie teraz są i spytał, jak długo będzie musiał czekać.

– Trudno powiedzieć. Zrobimy, co się da.
Dunbar wyłączył się, po czym zdjął Douglasowi opaskę i opatrunek. Przyjrzał się ranie.
– Muszę ci ją trochę przemyć – powiedział. – Masz w domu whisky?
– Chyba nie zamierzasz wylewać jej na moje ramię? – oburzył się Douglas.
–  Nie martw się  –  uspokoił go Dunbar.  – To nie film z Johnem Waynem. Po prostu 

musisz się napić, bo cię będzie bolało jak jasna cholera. – Ponownie założył opaskę uciskową, 
przygotował alkohol i wyszedł do łazienki poszukać jeszcze czegoś. Po powrocie do pokoju 
wręczył   Douglasowi  pół   kubka   whisky,   zdjął   mu   opaskę  i   uciskając   palcami   jego  ramię 
przemył rozerwane ciało wacikiem nasączonym środkiem antyseptycznym.

Douglas pociągnął łyk alkoholu i wstrzymał oddech. – I co o tym myślisz?
– Sam nie wiem.
Douglas odrzucił głowę do tyłu.
– Chryste! – wykrzyknął. – Tam miały być świnie! Świnie, człowieku!
– Przepraszam. Nie wiedziałem, że... – Dunbar próbował się usprawiedliwić.
– Wiem, nie twoja wina. Jestem ci wdzięczny, że ocaliłeś mi tyłek. Ta pieprzona małpa 

mogła mnie zamienić w komplet klocków lego. Widziałeś, że była w ciąży?

– Widziałem. Wszystkie były.
Czas   mijał   powoli.   Douglas   zapadł   w   stan   pomiędzy   snem   a   brakiem   przytomności. 

Czasami pojękiwał, co świadczyło o tym,  że jeszcze trochę cierpi. Ale połączenie środka 
przeciwbólowego z alkoholem zrobiło swoje i przyniosło mu  sporą ulgę. Ta kombinacja, 
często tragiczna w skutkach, w pewnych okolicznościach okazuje się błogosławieństwem. Co 
piętnaście   minut   Dunbar   wyrywał   go   z   letargu,   żeby   rozluźnić   opaskę   uciskową.   Musiał 

background image

utrzymać prawidłowe krążenie krwi. Po dwóch godzinach usłyszał zatrzymujący się przed 
domem samochód, a potem pukanie do drzwi wejściowych.

W progu stanęli dwaj mężczyźni. W porannym brzasku Dunbar zobaczył, że mają na 

sobie stroje chirurgów z emblematem Kliniki Bladen na lewej piersi. Jeden z nich trzymał 
składane nosze, drugi czarną walizeczkę lekarską.

– Doktor Dunbar? Przyjechaliśmy po pańskiego pacjenta.
Dunbar zaprowadził ich na górę i wskazał leżącego na sofie Douglasa.
– Czy jest w takim stanie, że można go przewieźć?
– Wytrzyma. Nic nie mogłem zrobić poza zatamowaniem krwotoku – wyjaśnił Dunbar. – 

Mniej więcej cztery godziny temu zażył Omnopon, a potem dałem mu porcję alkoholu, by 
złagodzić   ból.   Może   powinniście   zaaplikować   mu   roztwór   fizjologiczny,   zanim   go 
zabierzecie. A jeśli macie porządny opatrunek, to go zmienię.

Mężczyźni przygotowali kroplówkę, a Dunbar na nowo opatrzył ranę.
–  Kto go tak urządził, do diabła?  –  zapytał  jeden z sanitariuszy,  gdy zobaczył  ramię 

Douglasa.

– Małpa.
– Jezu!
– Czy w klinice wszystko jest przygotowane?
Sanitariusz skinął głową.
– Sala operacyjna czeka, a chirurg już jedzie.
Douglasa   ułożono   na   noszach.   Podczas   karkołomnej   drogi   krętymi   schodami   na   dół 

Dunbar trzymał kroplówkę. Na szczęście, ranny nie stracił całkowicie przytomności. Dunbar 
ścisnął jego zdrową rękę.

– Powodzenia, Jimmy – powiedział na pożegnanie, zanim sanitariusze zatrzasnęli drzwi 

karetki. Śledził odjeżdżający samochód, dopóki jego tylne światła nie zniknęły w oddali, a 
potem wrócił na górę, żeby zamknąć mieszkanie.

„Co za gówno! – szepnął do siebie, wychodząc znów na ulicę – co za pieprzone gówno”.

background image

15

Dunbar dotarł  do hotelu  wykończony psychicznie  i fizycznie.  Zaparkował  samochód, 

przygładził   włosy   i   poprawił   ubranie.   Miał   zamiar   jak   najszybciej   podejść   do   recepcji, 
poprosić o klucz i zniknąć w drzwiach windy. Wolał, żeby recepcjonista nie zapamiętał jego 
wyglądu.   Gdy   tylko   znalazł   się   w   pokoju,   zrzucił   z   siebie   przemoczony,   brudny   strój   i 
wepchnął go do hotelowej torby na pranie. Potem wszedł pod prysznic i stał w strumieniach 
ciepłej   wody   przez   dobre   dziesięć   minut.   Taki   relaks   dobrze   zrobił   jego   obolałym 
kończynom. Z przyjemnością włożył na siebie czyste rzeczy i przyrządził sobie duży dżin z 
tonikiem. Następnie zadzwonił do Lisy. Dochodziła szósta trzydzieści.

– Steve? Wszystko w porządku? – zapytała, słysząc jego głos.
–  Wręcz odwrotnie. Kiepsko nam poszło. Wprawdzie nic mi się nie stało, ale Jimmy 

Douglas jest ciężko ranny.

– Złapali was?
– Nie, zdążyliśmy uciec. Nawet udało mi się zdobyć to, co chciałem, ale wpakowaliśmy 

się w tarapaty. Dopiero niedawno wróciłem. Jeszcze nie miałem okazji przyjrzeć się temu.

– Może przyjedziesz do mnie? Zrobię ci śniadanie, a ty mi wszystko opowiesz.
Dunbar obiecał, że będzie za pół godziny.

* * *

–  Boże,   co   za   koszmar...  –  powiedziała   Lisa.  –  Po   co   mu   małpy?   Co   z   nimi   robi? 

Myślałam, że te czasy dawno minęły.

– Wszystkie były w zaawansowanej ciąży i miały wyraźne, świeże blizny po cesarskim 

cięciu.

– Nie rozumiem, jak to możliwe.
–  Podejrzewam,   że   ten   zabieg   nie   miał   na   celu   odebrania   porodu.   Dokonano   jakiejś 

operacji na płodach – odrzekł Dunbar.

–  Zabieg  in utero! –  wykrzyknęła Lisa, otwierając szeroko oczy.  –  Czytałam o tym w 

background image

Magazynie Pielęgniarskim. Pisali, że to kwestia przyszłości, rzecz jest trudna. Można łatwo 
wywołać przedwczesny poród i stracić płód. Dlaczego Ross miałby się tym interesować?

Dunbar wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Ale to musi mieć coś wspólnego z jego badaniami. Zadał sobie wiele trudu, 

żeby wszystko ukryć.

Opowiedział jej o fałszywej ścianie i jak doszło do zranienia Douglasa.
– Myślisz, że straci rękę? – zapytała.
– Jest poważnie uszkodzona. Ma szansę pięćdziesiąt na pięćdziesiąt.
– Biedak – westchnęła Lisa. – Co za straszna historia. Mówiłeś, że ochroniarze też zostali 

ranni?

– Musiałem ich unieszkodliwić, żebyśmy mogli uciec.
– Więc cię widzieli.
– Miałem na głowie kominiarkę.
–  Może będzie coś w porannych wiadomościach.  –  Lisa włączyła telewizor. Telewizja 

Szkocka nadawała właśnie program śniadaniowy. Dziesięć minut później regionalny magazyn 
informacyjny podał:

Ostatniej   nocy   aktywiści   ruchu   obrony   praw   zwierząt   włamali   się   do   ośrodka 

badawczego   doktora   Jamesa   Rossa,   chirurga   transplantologa   z   Glasgow,   i   zaatakowali  
dwóch   strażników.   Wymalowali   na   ścianach   swoje   hasła   i   prawdopodobnie   dokonali 
poważnych zniszczeń w budynku. Pracowników ochrony przewieziono do szpitala, ale ich 
zdrowiu nie zagraża niebezpieczeństwo.

Dunbar odetchnął z ulgą.

Doktor   Ross,   z   którym   rozmawialiśmy   przez   telefon,   potępił   tę   napaść   jako   akt  

bezsensownego wandalizmu. Stwierdził, że takie ekscesy niczemu nie służą i opóźniają jedynie  
ważne prace badawcze z dziedziny transplantologii. Ludzie, którzy dopuścili się włamania na  
Farmie Vane, stwarzają zagrożenie dla życia chorych dzieci

–  No dalej... Uderzcie  jeszcze  mocniej  w tę wzruszającą nutę  –  mruknął  pod nosem 

Dunbar.

– Co o tym sądzisz? – zapytała Lisa, gdy w telewizji zakończono ten temat.
– Wygląda na to, że kupili wersję o obrońcach zwierząt – odparł Dunbar.
– Aktywistom niesłusznie się dostanie – zauważyła.
– Nie żałuj ich. Nie są bez winy. Zbyt często łamią prawo.
Nie zamierzała się spierać.
– Chcesz jeszcze kawy? – spytała.

background image

Dunbar wyciągnął rękę z pustą filiżanką.
– Podobno zdobyłeś to, co chciałeś – przypomniała mu Lisa.
– Udało mi się skopiować dyskietki z wynikami badań Rossa.
– Czy to dowód, którego szukałeś?
–  Tego muszę się dopiero dowiedzieć  –  odrzekł Dunbar, wstając trochę niepewnie.  – 

Lepiej zabiorę się do roboty.

– Jesteś wykończony – zaprotestowała Lisa. – Najpierw odpocznij.
Dunbar próbował dyskutować, ale nie ustąpiła.
– Jest jeszcze bardzo wcześnie. Połóż się na kilka godzin. Zobaczysz, poczujesz się dużo 

lepiej. Obiecuję, że cię obudzę.

Dunbar wahał się, ale w końcu przyznał jej rację. Zasnął w łóżku Lisy natychmiast, jak 

tylko przyłożył głowę do poduszki. Obudziła go o dziesiątej.

–  Zanim   wyjdę,   dowiem   się,   co   z   Jimmym  –  powiedział,   zbierając   się   do   drogi.  – 

Bezpieczniej będzie, jeśli zadzwonię od ciebie.

– Proszę bardzo.
Dunbar połączył się z inspektoratem. Nie prosił o rozmowę z Macmillanem, ale dyrektor i 

tak wszedł na linię.

– Coś poszło źle, Dunbar?
– Po prostu mieliśmy pecha. Przytrafiła się nam seria niefortunnych zdarzeń. Nikt nie był 

w stanie ich przewidzieć.

– Jakie mogą być skutki?
– Przy odrobinie szczęścia... żadne  –  odparł Dunbar.  –  Telewizja Szkocka podała dziś 

rano w regionalnym magazynie informacyjnym wiadomość o napaści na farmę. Winą obarcza 
się aktywistów ruchu obrony praw zwierząt.

– Czy przynajmniej znalazłeś to, czego szukałeś?
– Owszem, ale jeszcze nie miałem czasu, żeby przeanalizować dane.
– Informuj mnie na bieżąco.
– Tak jest, sir. Właściwie zadzwoniłem, żeby dowiedzieć się o stan zdrowia faceta, który 

został mi przydzielony. Nazywa się James Douglas.

– Poczekaj chwilę, przełączę cię.
– Szef do spraw operacyjnych – odezwał się w słuchawce inny głos.
–  Tu Steven Dunbar. Chciałbym  się dowiedzieć,  w jakim stanie jest James  Douglas. 

Pracował ze mną ostatniej nocy i został ranny.

– Właśnie przeczytałem raport dyżurnego. Karetki pogotowia wzywane w środku nocy, 

potajemne operacje, chirurdzy wyciągani z łóżek... Bóg raczy wiedzieć, jak mam to wciągnąć 
do rejestru.

Dunbar stracił cierpliwość.
– Co z Jimmym? – zapytał poirytowanym tonem.

background image

– Zobaczmy... Informacja z Kliniki Bladen, Glasgow, godzina dziewiąta... Pacjent czuje 

się dobrze. Przeszedł operację po poważnym uszkodzeniu ścięgien i tkanki prawego ramienia. 
Jego zdrowiu nie zagraża żadne niebezpieczeństwo, ale pełne wyleczenie wymaga czasu.

Dunbar zamknął oczy.
– Dzięki Bogu – szepnął.
– To pański przyjaciel? – zainteresował się szef do spraw operacyjnych.
– Przeprowadziliśmy razem pewną akcję. Nie wszystko poszło zgodnie z planem.
– Zdarza się.
Dunbar wyłączył się.
–  Jakie   wiadomości?  –   spytała   Lisa,   która   weszła   do   pokoju,   słysząc,   że   odłożył 

słuchawkę.

– Jimmy wyliże się z tego.
– Ulżyło ci, prawda?
– Bardzo. Czułem się za niego odpowiedzialny.
– Z tego, co mi mówiłeś, wynika, że to tylko jedna z wielu takich spraw.
– Tak, ale nikt z nas nie lubi zbytnio takiego wytłumaczenia. – Dunbar pocałował ją lekko 

w czoło.

– Zadzwonisz później?
– Oczywiście.

Kate klęczała na podłodze i szorowała piekarnik. Normalnie nie znosiła tego zajęcia, ale 

dziś podśpiewywała sobie przy pracy. Stan zdrowia Amandy tak się ostatnio poprawił, że cały 
świat wydawał się piękniejszy. Znów warto było żyć. Nie chciała nic mówić Sandy’emu, 
żeby nie zapeszyć, ale czuła, że Amanda niedługo wróci do domu i wystarczą jej już tylko 
dializy robione na miejscu. Na razie namówiła męża, żeby podczas weekendu wybrał się z 
przyjaciółmi na wzgórza. Lubił wspinaczkę, ale od początku choroby Amandy ani razu nie 
spotkał się z kolegami. Już niemal ukończył budowę domku dla lalek ze światłem w każdym 
pokoju. Należał mu się wreszcie porządny odpoczynek.

Kate miała głowę do połowy wsuniętą do pieca i głośno, choć nieco fałszywie nuciła 

„Miłość jest wszędzie wokół nas”, gdy nagle zamilkła. Nie mogła się przesłyszeć. Dzwonił 
telefon.  „Czy mogłoby być inaczej?” –  pomyślała, zrywając się na równe nogi i ściągając 
rękawice. Szybko pobiegła do pokoju.

–  Pani   Chapman?   Tu   doktor   Hatfull   z   Médic   Ecosse.   Mam   dobrą   wiadomość. 

Spodziewamy się, że lada chwila dostaniemy nerkę dla Amandy.

Kate na moment zaniemówiła.
– Pani Chapman? Jest pani tam?
– Tak, przepraszam, jestem... Cudownie. Proszę mi wybaczyć, ale... – Kate sięgnęła po 

chusteczkę. – O Boże, zaraz pan pomyśli, że jestem głupią, zbyt wrażliwą kobietą...

background image

– Ależ nie. My też się bardzo cieszymy.
Kate opanowała się z najwyższym trudem. Wzięła głęboki oddech i zapytała:
– Może mi pan powiedzieć, kiedy to nastąpi, doktorze?
– Kwestia kilku dni, jak sądzę.
– Tak szybko?
–  O  ile  mi  wiadomo,  przyszły  dawca wegetuje z obumarłym  mózgiem,  jego funkcje 

życiowe   są  jeszcze   sztucznie  podtrzymywane.  Uzyskano   zgodę  na   pobranie   jego  organu, 
pozostały   tylko   drobne   formalności.   Trzeba   uzgodnić   sprawy   związane   z   transportem 
narządu, bo dawca nie przebywa w brytyjskim szpitalu. Niestety, nie jestem w stanie podać 
pani teraz więcej szczegółów. Nie dysponuję dokładniejszymi informacjami.

– Chyba te mi wystarczą – odrzekła Kate.
– Oczywiście. Może zadzwoni pani do nas później, spróbujemy ustalić jakąś datę?
Kate odłożyła słuchawkę. Ręce jej się trzęsły, a puls skoczył gwałtownie. Nie wiedziała, 

co   zrobić   najpierw.   Sandy!   Ledwo   jej   się   udało   wybrać   zdrętwiałymi   palcami   numer 
miejscowego szpitala.

– Poproszę z laboratorium.
– Łączę.
– Pracownia.
– Sandy, to ja. Za kilka dni Amanda dostanie nerkę!
– Żartujesz?!
–  Nie. Właśnie dzwonił do mnie doktor Hatfull. Znaleźli odpowiedniego dawcę i mają 

zgodę na pobranie organu. Jest za granicą, więc trzeba zorganizować transport, ale to wydaje 
się pewne. Nareszcie.

– Tak się cieszę! Nie mogę uwierzyć... Myślałem, że będziemy musieli czekać Bóg wie 

ile.

– Ja też. Spodziewałam się co najwyżej tego, że niedługo wypiszą ją do domu, a tu taki 

szczęśliwy traf.

–   Nieprawdopodobne!   –  wykrztusił   Sandy.  –  Co   za   cudowne   zrządzenie   losu...  – 

Wzruszenie odebrało mu głos.

Kate usłyszała, że łka.
– Wiem, wiem... – powiedziała łagodnie. – Ja czuję się tak samo.
Czyszczenie piecyka zupełnie wyleciało jej z głowy. Chciała, żeby wszyscy wiedzieli o 

jej radości. Zadzwoniła do rodziców, a potem do teściów. Później narzuciła płaszcz i pobiegła 
do szkoły, żeby podzielić się wspaniałą nowiną z Isą Jenkins. W wejściu wpadła na woźnego.

– Witam, pani Chapman – ucieszył się. – Kiedy pani do nas wróci?
– Niedługo, Joe, niedługo! – odkrzyknęła i minąwszy go, pobiegła korytarzem do klasy 

Isy.

Isa   prowadziła   lekcję,   ale   kiedy   Kate   pomachała   do   niej   przez   oszklone   drzwi, 

background image

uśmiechnęła się i wyszła z klasy.

–  Amanda   będzie   miała   transplantację  –  oznajmiła   Kate.   Oczy   błyszczały   jej   z 

podniecenia.

– O Boże... Tak się cieszę – odrzekła Isa, przytulając ją do siebie.
– Nie do wiary. Bóg wysłuchał naszych modlitw, marzenie się spełniło.
– Przeszczep nerki to w dzisiejszych czasach rutynowy zabieg – powiedziała Isa. – Mam 

nadzieję, że niedługo obie wrócicie do szkoły. Tęsknimy za wami.

– Nie mogę się tego doczekać – wyznała Kate. – Tak bym chciała, żeby wszystko było 

znów jak dawniej.

– Na pewno będzie. Na razie muszę wracać do geografii i delty Amazonki, a ty pewnie 

masz tysiąc różnych spraw na głowie.

– Nie wiem, od czego zacząć – roześmiała się Kate. – Ale musiałam wpaść tutaj, żeby ci 

powiedzieć nowinę i podziękować za wsparcie w tym trudnym okresie.

– Nie ma o czym mówić – machnęła ręką Isa. – Będę się modlić, żeby wszystko dobrze 

poszło.

Po powrocie do domu Kate postanowiła zawiadomić Clive’a Turnera. Zadzwoniła do 

Szpitala Chorób Dziecięcych.

–  To   wspaniale   –  ucieszył   się   Turner.  –  Macie   szczęście.   Właściwie   prawie   nie 

musieliście czekać.

– Sama nie mogę w to uwierzyć. Chciałam podziękować przede wszystkim tobie, bo to ty 

wpadłeś na pomysł skierowania Amandy do tego szpitala. Aż boję się myśleć, co mogło się 
stać, gdyby nie było takiej możliwości.

Turner chciał zaznaczyć, że Szpital Chorób Dziecięcych też doprowadziłby pewnie do 

stabilizacji stanu Amandy, gdyby dłużej w nim pozostała, ale ugryzł się w język. Kate była w 
euforii i przecież nie winiła za nic szpitala, w którym pracował. Powiedział tylko:

– Życzę jej szczęścia, Kate, choć nie sądzę, by go teraz jeszcze potrzebowała.

Z   powodu   niewyspania   Dunbar   omal   nie   popełnił   niewybaczalnego   błędu.   Chcąc 

zapoznać się z danymi na jednej z dyskietek skopiowanych w pracowni Rossa, wsunął ją do 
biurowego komputera  i wtedy przypomniał  sobie  o kablu prowadzącym  do dodatkowego 
monitora. Natychmiast uderzył  kciukiem w przycisk wyrzutnika i dyskietka wyskoczyła z 
powrotem. Poczuł, jak krew pulsuje mu w skroniach. Czy coś wyświetliło się na ekranie, 
zanim zdążył wyciągnąć dyskietkę? Na swoim monitorze niczego nie zauważył, ale prawdę 
mówiąc, niezbyt uważnie wpatrywał się w ekran.

Strach sprawił, że rozbudził się na dobre. Musiał działać szybko. Wyciągnął swojego 

laptopa i załadował dyskietkę. Musiał znać jej tytuł. Nazywała się po prostu: „Dane badawcze 
numer jeden”. Miał szczęście. Wyjął ją i wsunął do laptopa czystą dyskietkę, którą nazwał tak 
samo. Nie było powodu, dla którego nie mógłby posiadać własnej dyskietki oznaczonej w ten 

background image

sposób.   Postanowił   celowo   zostawić   ją   na   biurku   na   wypadek,   gdyby   w   komputerze 
szpitalnym  pozostał  ślad po wsuniętej  na chwilę  dyskietce  z danymi  Rossa. Przeniósł na 
czystą dyskietkę trochę danych z zakresu księgowości i zadowolony z siebie odłożył ją na 
bok.   Uznał,   że   ślady   zostały   zatarte.   Potem   włożył   do   laptopa   dyskietkę   z   danymi 
badawczymi Rossa i zaczął je analizować.

Zgodnie ze swym charakterem Ross bardzo sumiennie i starannie rejestrował wszelkie 

dane dotyczące prowadzonych eksperymentów. Dla kogoś, kto miał wykształcenie medyczne 
były one łatwo czytelne. Dunbar bez trudu i bardzo szybko  odnalazł to, czego szukał. Był 
zadowolony.   Ze   zgromadzonego   materiału   wynikało,   że   Ross   i   jego   koledzy   dokonali 
znaczącego postępu w zakresie zmian układu genetycznego świń, wprowadzając do niego 
elementy   ludzkiego   systemu   odpornościowego.   Niestety,   do   przeszczepiania   ludziom 
organów świń wciąż było jeszcze bardzo daleko. Nadzieja na sukces wydawała się na razie 
dość mglista.

Z zarejestrowanych informacji Dunbar dowiedział się, że problemy immunologiczne od 

początku   były   zmorą   programu   badawczego.   Ross   i   jego   zespół   zmagali   się   z   brakiem 
stabilności   stworzonych   przez   siebie   zwierzęcych   organizmów   transgenicznych,   co 
praktycznie   zahamowało   dalszy   postęp.   Nic   nie   wskazywało   na   to,   by   w   najbliższej 
przyszłości   miał   nastąpić   przełom.   Nawet   nie   zaczęto   zajmować   się   zagadnieniem 
przenoszenia   przez   świnie   wirusów   na   człowieka,   a   od   rozwiązania   tego   problemu 
uzależnione było wydanie na szczeblu rządowym zezwoleń na przeszczepy.

To   wszystko   oznaczało   dla   Dunbara   tylko   jedno.   Jego   wątpliwości   okazały   się 

uzasadnione. Od początku szedł złym tropem. W istniejącym stanie rzeczy Ross nie mógł 
nawet marzyć o przeszczepianiu ludziom narządów świń.

Po upewnieniu się, że Lisa jest w domu, Dunbar pojechał do niej, by osobiście przekazać 

jej złą wiadomość.

–  Nie było żadnej wielkiej rewolucji naukowej  –  powiedział przygnębiony. –  Ross jest 

jeszcze bardzo daleko od etapu, na którym mógłby z powodzeniem dokonywać transplantacji 
z   wykorzystaniem   organów   zwierzęcych.   Na   razie   nie   byłoby   sensu   nawet   próbować. 
Myliliśmy się.

– A jednak tamte dzieci umarły – odparła Lisa. – I nadal jestem pewna, że przeszczepiono 

im niewłaściwe narządy.

Dunbar tylko skinął głową.
– Przecież sam widziałeś, jak w szpitalu usuwano świni organy wewnętrzne – dodała.
– Bez wątpienia Ross do czegoś zmierza – zgodził się Dunbar. – Ale to nie takie proste, 

jak nam się zdawało. Facet jest bardzo sprytny. Próbowałem zestawić razem wszystko, co 
wydało mi się dziwne w Médic Ecosse, ale do tej pory nie udało mi się ułożyć kawałków 
łamigłówki w sensowną całość.

– A co dziwnego zauważyłeś? – spytała.

background image

Wzruszył ramionami.
–  Drobiazgi.  Na  przykład   leży  tam   teraz   dziewczynka,   Amanda  Chapman.  Czeka  na 

transplantację nerki. Zrobili jej nakłucie mostka, całkiem niepotrzebnie. Miała już gotowe 
wszystkie   testy.   Wygląda   to   tak,   że   wiedzieli   o   tym   wszyscy,   z   wyjątkiem   ludzi 
odpowiedzialnych za jej leczenie.

– Nakłucie mostka?! – wykrzyknęła Lisa, jakby coś jej to mówiło.
Dunbar poczuł, jak po plecach przechodzą mu ciarki.
– Tak. A co?
– Amy również to zrobiono.
– Amy Teasdale też miała ponowne nakłucie mostka?
– Pamiętam, jak jeden z młodszych lekarzy zauważył, że jest ono niepotrzebne, ale doktor 

Ross uparł się, że należy je zrobić.

– Opowiedz mi o tym – poprosił Dunbar. – Chciałbym wiedzieć wszystko, co działo się z 

Amy.

–  Większość   już   wiesz.   To   był   trudny   przypadek.   Chorowała   niemal   od   urodzenia. 

Przyjęcie do Médic Ecosse miało być dla niej ostatnią deską ratunku.

– Więc nikogo zbytnio nie zaskoczyła jej śmierć – odrzekł w zamyśleniu Dunbar.
– Chyba można tak powiedzieć – przyznała Lisa. – Ludzi bardziej dziwiło, że szpital w 

ogóle ją przyjął, mając kłopoty finansowe. Wiadomo było, że Amy i tak przegra.

– Podobnie jak Amanda.
Lisa spojrzała pytająco, ale Dunbar nie zamierzał rozwijać tego tematu.
– Zatem rozpętałaś burzę, kiedy wysunęłaś zarzut, że Amy przeszczepiono niewłaściwy 

organ?

– Tak sądzę. Widzisz, ona nie miałaby żadnych szans tylko wtedy, gdyby nie znaleziono 

dla niej odpowiedniej nerki. A tymczasem po kilkutygodniowym pobycie w Médic Ecosse 
narząd stał się dostępny. A więc po operacji powinna być całkowicie wyleczona.

–  W tym samym czasie w szpitalu przebywała pacjentka  „Omega”, prawda? –  Dunbar 

nadal wydawał się pochłonięty własnymi myślami.

– Tak. Skąd wiesz?
– Porównałem daty bezpłatnych transplantacji z datami pobytu pacjentów „Omega”.
– Po co?
– Początkowo myślałem, że wpływy od pacjentów „Omega” pokrywały koszty drogich, 

bezpłatnych przeszczepów.

– A teraz?
–  Jest   w   tym   coś   więcej.   Ciekaw   jestem,   czy   Kenneth   Lineham   też   był   darmowym 

pacjentem?

– Nie mogłeś tego sprawdzić?
– Lista osób leczonych bezpłatnie nie zawiera nazwisk. Przypuszczam, że mógłbym... – 

background image

Dunbar urwał nagle w pół zdania.

– Co?
– Właśnie coś sobie przypomniałem – odrzekł z podnieceniem. – Sheila Barnes napisała 

w swoim pamiętniku, że w pewnym momencie oburzyło ją, że pacjent „Omega” otaczany był 
większą   troską   niż   ten,   którym   się   opiekowała.   To   znaczy,   że   w   tym   samym   czasie   co 
Kenneth Lineham, w szpitalu przebywał taki pacjent. Ten chłopiec pierwszy skorzystał z 
bezpłatnej transplantacji, Amy była druga, a teraz Amanda ma być trzecia. Każde z tej trójki 
to beznadziejny przypadek i wszystkich przyjęto z dobrego serca w tym samym czasie, co 
pacjentów „Omega”.

– Ale to chyba oznacza...
–  Że Amanda Chapman jest w wielkim niebezpieczeństwie  –  przerwał Dunbar.  – Jak 

tamtych dwoje.

– Co zamierzasz zrobić?
–  Potrzebujemy czegoś więcej niż tylko podejrzeń.  –  Na twarzy Dunbara malowało się 

rozdrażnienie. – Musimy mieć niezbity dowód, a nie mamy go. Nawet dokładnie nie wiemy, 
o co naprawdę chodzi.

Lisa zaniepokoiła się.
– Przecież nie możemy siedzieć bezczynnie.
– Porozmawiam z Clivem Turnerem. Może on wpadnie na jakiś pomysł.
Lisa skinęła głową.
Dunbar zadzwonił do Szpitala Chorób Dziecięcych.
–  Przepraszam, że nie odezwałem się wcześniej...  –  zaczął, gdy do telefonu podszedł 

Turner  –  ale nie udało mi się ustalić, dlaczego Amandzie Chapman zrobiono bez potrzeby 
nakłucie mostka.

–  Nic nie szkodzi. Nawet jeśli zaszła pomyłka,  nikt nie będzie miał  o to pretensji – 

odrzekł swobodnie Turner.

– Coś się zmieniło? – zapytał zdziwiony Dunbar.
– Znaleziono odpowiednią nerkę dla Amandy. Nie słyszał pan?
– Nie, nie słyszałem... Znakomita wiadomość – powiedział wolno Dunbar, Ale pomyślał 

coś wręcz  odwrotnego. „To znów się zdarzy. Amandę spotka dokładnie to samo, co tamte 
dzieci. Umrze, bo jej organizm odrzuci przeszczep”.

– Zadziwiająco pomyślny zbieg okoliczności – stwierdził Turner. – Ta młoda dama ma 

wyjątkowe szczęście.

– Posłuchaj, Clive. Chciałbym się z tobą zobaczyć. Musimy porozmawiać. Mogę wpaść 

do ciebie?

– Ale... Chyba tak... Czy coś się stało?
– Nie jestem pewien. Zaraz przyjadę, dobrze?
– Jeśli chcesz...

background image

– Będę za piętnaście minut.
Zastał Turnera w dyżurce, rozmawiającego z kolegą.
– Clive? Jestem Steven Dunbar.
Turner przerwał konwersację i uścisnęli sobie dłonie.
–  Pogadajmy   tutaj   –  zaproponował   i   zaprosił   Dunbara   do   małego,   spartańsko 

umeblowanego pokoiku, po czym poczęstował go kawą z opróżnionego do połowy dzbanka 
stojącego na elektrycznym podgrzewaczu. Wraz z komputerem, dwoma twardymi krzesłami i 
starym   stołem   pokrytym   laminatem   urządzenie   to   stanowiło   całe   wyposażenie   pokoju   i 
świadczyło o tym, jakie są teraz priorytety.

– Dzięki. Poproszę bez mleka i cukru.
Turner podał Dunbarowi kawę i usiadł naprzeciw niego.
– Twój głos brzmiał przez telefon tak, jakby sprawa była poważna.
Dunbar skinął głową.
– Prawdę mówiąc, nie wiem, od czego zacząć. Pewnie trudno będzie ci w to uwierzyć, ale 

w   Médic   Ecosse   dzieje   się   coś   złego.   Uważam,   że   Amanda   Chapman   jest   w   wielkim 
niebezpieczeństwie.

– Mów. – Twarz Turnera przybrała skupiony wyraz.
Dunbar wyjawił mu, kim jest naprawdę i dlaczego został przysłany do Glasgow.
– Jednym słowem, podejrzewasz, że Amandzie coś zagraża. Tak, jak poprzednio tamtej 

dwójce – podsumował Turner.

– Tak. Nie wiem dokładnie co i dlaczego, ale tego się obawiam.
Turner uniósł ręce w geście bezradności. Chciał coś powiedzieć, ale nie potrafił znaleźć 

odpowiednich słów.

–  Przepraszam, że wciągam cię w to tak nagle, ale potrzebuję twojej pomocy.  Jesteś 

ekspertem w dziedzinie transplantologii – powiedział Dunbar.

– Sprawa nie jest łatwa. James Ross cieszy się międzynarodową sławą. Trudno uwierzyć, 

żeby był zamieszany w coś podejrzanego. Ale z drugiej strony, jeśli mówisz prawdę... Czego 
ode mnie oczekujesz?

– Współpracy. Chciałbym wiedzieć, że mogę na ciebie liczyć, jeśli zajdzie taka potrzeba. 

I byłbym wdzięczny za wszelkie możliwe sugestie dotyczące śmierci tamtych dzieci.

–   Mówisz,   że   obojgu   przeszczepiono   pozornie   doskonale   dobrane   organy,   a   jednak 

nastąpiły bardzo silne odrzuty? Coś niebywałego!

–  Komputer   stwierdził   to   samo,   co   ty  –  odparł   Dunbar.  –  Sprawdziłem.   To   jedyne 

wypadki w kraju. Jeszcze się nie zdarzyło, żeby pacjent zmarł po transplantacji narządu o tak 
wysokim stopniu zgodności tkanki.

Turner skinął głową.
–  Wiesz,   że   Ross   eksperymentuje   z   organami   zwierzęcymi,   ale   uważasz,   że   nie 

zaryzykowałby ich użycia do transplantacji, tak?

background image

–  Widziałem   dane   dotyczące   jego   badań.   W   obecnym   stadium   nie   ma   mowy   o 

wykorzystaniu świń jako dawców. Nie ma sensu próbować.

–  A może  zdarzyła  się pomyłka  w ocenie  stopnia zgodności organu dawcy z tkanką 

biorcy? – zasugerował Turner.

– W przypadku Amy Teasdale sprawdzono to po obu stronach – odrzekł Dunbar.
Turner skrzywił się.
– Wyniki zgadzały się ze sobą?
– Z dokładnością do pięciu procent.
– Więc może powinniśmy sprawdzić tę nerkę, którą znaleziono dla Amandy?
– Dobry pomysł – przyznał Dunbar.
Turner   podszedł   do   komputera   stojącego   w   rogu   pokoju   i   wystukał   na   klawiaturze 

polecenie   wejścia   do   bazy   danych   dawców   organów.   Podczas   gdy   komputer   analizował 
otrzymaną   komendę,   zaklął   nagle,   jakby   coś   sobie   przypomniał,   i   wybiegł   do   drugiego 
pokoju. Po chwili wrócił, ściskając w dłoni stare dokumenty Amandy Chapman.

– Mamy szczęście – oznajmił. – Myślałem, że już je zabrali do archiwum. Przecież muszę 

znać typ jej tkanki.

Zastanawiał się przez moment, po czym powiedział:
– Próba dobrania odpowiedniej nerki dla Amandy nic nam nie da, skoro już ją znaleziono 

i zarezerwowano dla niej. Ale może  dostępna  jest wątroba.  –  Wprowadził do komputera 
polecenie odszukania właściwego narządu i podał typ tkanki pacjentki.

Po upływie około trzydziestu sekund na ekranie pojawiły się informacje.
– Jesteśmy w domu – mruknął cicho. – Oto nasz dawca. Homologia osiemdziesiąt cztery 

procent   Zgodność   pierwsza   klasa.   Amanda   nie   powinna   mieć   najmniejszych   problemów. 
Wszystko jest w jak najlepszym porządku.

Dunbar wpatrywał się w monitor bez żadnych emocji.
– Lepiej wycofaj prośbę o wątrobę – doradził – bo zatrzymają ją dla ciebie. Turner miał 

właśnie skasować dane, kiedy Dunbar położył mu dłoń na ramieniu.

– Zaczekaj. Zanim to zrobisz, mógłbyś sprawdzić, skąd pochodzi ten organ?
– Jasne.
Turner poprosił o tę informację, wciąż pod pretekstem poszukiwania wątroby dla kogoś 

posiadającego typ tkanki Amandy.

–  Jest  –  oświadczył,  gdy na  ekranie  wyświetliło  się   to,  czego   potrzebował.  –  Organ 

zapewnia Klinika Kohla.

– Gdzie to jest? – zapytał Dunbar.
– W Genewie.
– Jezu Chryste... – jęknął Dunbar.
– Coś nie tak?
– Ross ma kontakty w Genewie. Jeździ tam jako konsultant, czy coś w tym rodzaju.

background image

–  W Szwajcarii jest pełno prywatnych  klinik  –  odparł Turner.  – Z tej informacji nie 

wynika chyba nic strasznego?

Dunbar uniósł ręce w obronnym geście.
– Wiem, wiem... Ale gdzie się nie obejrzę, wciąż natrafiam na takie drobne wskazówki. I 

wciąż nie mogę dopasować ich do siebie.

Turner przyglądał mu się w milczeniu przez kilka sekund, wreszcie powiedział:
–  Życzę   ci   szczęścia.   Czuję   się   odpowiedzialny   za   los   Amandy.   To   ja   wpadłem   na 

pomysł, żeby skierować ją do Médic Ecosse.

– A ja się nie sprzeciwiłem – dodał Dunbar z gorzkim uśmiechem. – Więc też nie jestem 

bez winy. Powiedziałeś, że „organ zapewnia Klinika Kohla”. Co to dokładnie znaczy?

– Nie jestem pewien – wyznał Turner. – Przypuszczam, że dawca nie jest pacjentem tej 

kliniki. Ona tylko pośredniczy.

–   Rozumiem...   –  odrzekł   w   zamyśleniu   Dunbar.   Czuł,   że   Turner   nie   mówi   mu 

wszystkiego. – Tylko pośredniczy? – powtórzył.

–   No   dobrze...   Mam   pewne   podejrzenia   –  przyznał   Turner.  –  Istnieje   czarny   rynek 

ludzkich narządów. Działa jak każdy inny,  na którym  można dostać poszukiwane towary 
dostępne w niewystarczających ilościach. Prawdopodobnie Klinika Kohla potajemnie trudni 
się tym procederem.

–  Słyszałem o zdrowych ludziach sprzedających dla zysku swoje nerki, na przykład w 

Indiach – powiedział Dunbar. – Ale nie wiedziałem, że jest to tak rozpowszechnione.

– Interes kwitnie. Podobno stworzono nawet rejestr typów tkanek ludzi, którzy są gotowi 

sprzedać swoje narządy. Wystarczy ich zawiadomić, że dany organ jest potrzebny i można 
sfinalizować transakcję.

– Chryste! Na jakim świecie my żyjemy – westchnął Dunbar.
– To tylko domysły – zaznaczył Turner. – Ludzkie organy nie są tanie. Nie widzę sensu w 

tym, żeby Médic Ecosse płacił za nerkę dla Amandy.

– Zgoda. Ale w tej sprawie wszystko pozornie nie ma sensu.
– Przykro mi, że nie mogę być bardziej pomocny.
– Podsunąłeś mi temat do rozmyślań – pocieszył go Dunbar.
– Naprawdę tak cię niepokoi ta transplantacja? – zapytał poważnie Turner.
–  Mam złe przeczucia. Ale z drugiej strony Amanda jest pacjentką szpitala najwyższej 

klasy,   znajduje   się   pod   opieką   światowej   sławy   chirurga   i   będzie   miała   przeszczepiony 
doskonale dobrany organ, o stopniu zgodności osiemdziesiąt cztery procent. Więc co mogę 
zrobić?

– Niewiele – przyznał Turner.
–  Przypadkiem dowiedziałem się, że Amy Teasdale też zrobiono nakłucie mostka i nie 

była to pomyłka. Ross wiedział, że już przedtem miała ten zabieg.

– Widocznie chciał pobrać komórki macierzyste krwinek. Ciekawe dlaczego? Może były 

background image

mu   potrzebne   do   badań   z   zakresu   przygotowania   odpornościowego?  –   Turner   wzruszył 
ramionami. – Co jeszcze mogę dla ciebie zrobić?

–  Po prostu bądź uchwytny  –  poprosił go Dunbar.  –  W tej chwili jeszcze nic potrafię 

powiedzieć, kiedy i do czego będziesz mi potrzebny.

– Dam ci mój telefon domowy i numer mojej komórki.

Dunbar wrócił do Médic Ecosse. Po rozmowie z Turnerem poczuł się trochę lepiej, ale 

daleko   mu   było   do   odzyskania   dobrego   samopoczucia.   Kiedy   zaparkował   samochód   za 
szpitalem i okrążył budynek, kierując się do głównego wejścia, przed frontowymi drzwiami 
zatrzymała się taksówka. Wysiedli z niej dwaj mężczyźni. Byli elegancko ubrani i wyglądali 
na ludzi sukcesu. Mijając ich Dunbar zauważył, że jeden z nich trzyma w ręce bardzo drogą 
walizeczkę lekarską ze skóry aligatora. Obaj mówili z amerykańskim akcentem.

Przez ciekawość Dunbar zatrzymał się na chwilę przy recepcji, udając, że szuka czegoś w 

neseserze.

– Jesteśmy umówieni z doktorem Rossem – powiedział jeden z mężczyzn, podchodząc do 

recepcjonistki.

– Tak, doktor uprzedził mnie, że panowie przyjadą – potwierdziła i uderzyła w dzwonek 

stojący na ladzie.  –  Proszę zaprowadzić panów do skrzydła  „Omega” –  poleciła, gdy obok 
niej pojawił się portier.

Dunbar poczekał, aż mężczyźni znikną z pola widzenia, i podszedł do lady.
– Czym mogę służyć, panie doktorze?
– Kim są ci dwaj dżentelmeni?
– Dokładnie nie wiem. Doktor Ross powiedział mi tylko, że po południu zjawią się dwaj 

panowie z branży medycznej. Sądząc po akcencie, to Amerykanie.

background image

16

Dunbar   zasiadł   za   biurkiem,   napawając   się   otaczającą   go   ciszą.   Oddychał   wolno   i 

głęboko, mając nadzieję, że to pomoże mu w jasnym i racjonalnym myśleniu. Ale narastająca 
frustracja zbyt go rozstrajała. Wiedział dokładnie, co powinien zrobić. Należało przeszkodzić 
w transplantacji, której miała być poddana Amanda Chapman. Ale jak? Nie potrafił znaleźć 
na to żadnego sposobu i był coraz bardziej zdenerwowany. Nie mógł zapobiec tej operacji bez 
wyraźnego   powodu.   Gdyby   spróbował,   zostałby   uznany   za   nieodpowiedzialnego   wariata 
cierpiącego   na   poważne   zaburzenia   psychiczne.   Zasłużyłby   na   miano   niebezpiecznego 
szaleńca zagrażającego niewinnym ludziom.

Nikt nie zamierzałby go słuchać i trudno byłoby się temu dziwić. Nie miałby nic na swoją 

obronę. Wszyscy zwróciliby się przeciwko niemu: szpital, oddział transplantacyjny, rodzice 
Amandy,  Inspektorat Naukowo-Medyczny...  Dosłownie wszyscy.  Nawet gdyby  zdołał  nie 
dopuścić do transplantacji, Amanda mogłaby umrzeć bez przeszczepu wykonanego na czas. 
Nie omieszkano by mu wtedy wytknąć, że przez niego straciła ostatnią szansę. W oczach 
ludzi stałby się sprawcą jej śmierci, a wszystko z powodu rzekomego niebezpieczeństwa. 
Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że ma czas tylko do chwili dostarczenia z Genewy 
nerki dawcy. Jeśli do tego momentu nie uda mu się odkryć, jakie są prawdziwe zamiary 
Rossa, nie zrobi już nic i będzie musiał siedzieć cicho. A gdyby zgodnie z jego podejrzeniami 
transplantacja zakończyła się odrzutem przeszczepu przez organizm Amandy, podobnie jak w 
przypadku Amy Teasdale i Kennetha Linehama, też będzie ponosił winę, bo dopuścił do 
operacji. I tak źle, i tak niedobrze. Zaklął, wstał i zaczął spacerować po pokoju.

Jeszcze raz spróbował poukładać w głowie kawałki łamigłówki, ale wciąż nie chciały do 

siebie pasować. Może było ich za mało, a może zbyt dużo, żeby wyłonił się z nich jasny obraz 
sytuacji.

Nagle jego uwagę zwrócił terkot dieslowskiego silnika taksówki, zatrzymującej się przed 

szpitalem.   Wyjrzał   przez   okno   i   zobaczył   jeszcze   jedną   osobę  z   walizeczką   lekarską. 
Najwyraźniej wokół pacjentki „Omega” coś się działo. Pomyślał, że wkrótce będzie również 
wiele zamieszania wokół Amandy Chapman. Zmarszczył brwi i znów zadał sobie pytanie: co 

background image

ma wspólnego jedno z drugim?

Amandę   zabrano   do   skrzydła  „Omega”  na   zupełnie   niepotrzebne   nakłucie   mostka. 

Dunbar nie był w stanie odgadnąć, z jakiej przyczyny,  ale jedno wiedział na pewno. Nie 
chodziło   o   pomyłkowe   powtórzenie   zwykłego   testu.   Amy   poddano   takiemu   samemu 
zabiegowi, bo nalegał na to Ross. Jak to określił Turner? Ross musiał potrzebować komórek 
macierzystych krwinek do badań nad przygotowaniem odpornościowym?

Nagle Dunbar doznał olśnienia. Testów wcale nie przeprowadzano na użytek pacjenta. 

Ross nie chciał ich powtarzać. Komórki macierzyste krwinek pobrane od pacjenta nie były 
mu   potrzebne   do   zwykłego   określenia   typu   immunologicznego...   Nikt   nie   miał   zamiaru 
niepotrzebnie powtarzać testów.

Dunbar   poczuł   rosnące   podniecenie.   Wreszcie   do   czegoś   doszedł.   Przygotowanie 

odpornościowe... Gdzie ostatnio zetknął się z tym określeniem? Użył go Turner, ale Dunbar 
widział ten  termin  jeszcze gdzieś. Gdyby tylko  mógł  sobie przypomnieć...  Nagły dźwięk 
telefonu przerwał jego tok myślenia. Zaklął i podniósł słuchawkę. Okazało się, że to nic 
ważnego.

Dunbar   próbował   ponownie   skoncentrować   się   na   swych   rozważaniach,   ale   bez 

powodzenia. Decydujący moment minął. Postanowił dać sobie spokój i przestać rozmyślać. 
Podłączył laptopa do linii telefonicznej i skontaktował się z inspektoratem. Potrzebne mu były 
ostatnie informacje na temat Jamesa Rossa.

Z rosnącym zaciekawieniem chłonął przesyłane wiadomości. Dotyczyły związków Rossa 

z   Genewą.   Ludziom   z   inspektoratu   udało   się   w   końcu   czegoś   dowiedzieć.   Wcześniejsze 
problemy polegały na tym, że nie mogli ustalić, które z genewskich klinik lub szpitali należą 
do   Médic   International.   Z   tej   prostej   przyczyny,   że   Médic   International   nie   posiadało   w 
Genewie żadnej placówki medycznej i w ogóle nie prowadziło w tym mieście interesów. Ross 
bywał w Szwajcarii z zupełnie innych powodów. Miał tam również dom, willę, z widokiem 
na jezioro. Trzy lata temu zapłacił za nią dwa miliony dolarów.

„Jezu...” – jęknął w duchu Dunbar. Więc jednak chodziło o pieniądze. O duże pieniądze. 

Nie kupuje się takiego domu, mając roczny dochód wynoszący osiemdziesiąt tysięcy funtów. 
Ross miał udziały w szwajcarskiej agencji rekrutującej personel medyczny.  Nazywała się 
Roche Dubois. Prowadziła nabór wysoko wykwalifikowanej kadry do prywatnych klinik w 
całej   Europie.   Lekarze,   pielęgniarki   czy   technicy   wszelkich   specjalności   mogli   otrzymać 
atrakcyjną i wysoko płatną pracę, jeśli byli wystarczająco dobrzy w swoim fachu. Agencja 
działała absolutnie legalnie i cieszyła się dobrą reputacją. Specjalizowała się w wyszukiwaniu 
posad dla amerykańskich lekarzy i pielęgniarek, pragnących z różnych powodów pracować w 
Europie, choć załatwiała takie sprawy również Europejczykom.

Dunbar zastanawiał się, czy ta informacja będzie dla niego istotna. Czy doktor Ross miał 

powód, by rekrutować personel dla siebie? Przypomniał sobie  o amerykańskich lekarzach, 
którzy przyjechali do skrzydła  „Omega”. Czy tylko dyskrecja była powodem angażowania 

background image

obcych  specjalistów  i strażników  o kamiennych  twarzach oraz otaczania  wszystkiego  tak 
ścisłą tajemnicą? Nie, za tym musiało kryć się coś więcej.

Dunbar   uznał,   że   kluczem   do   wyjaśnienia   tej   całej   cholernej   sprawy   są   pacjenci 

„Omega”. I nie ich pieniądze pokrywały koszty bezpłatnego leczenia pacjentów Narodowej 
Służby Zdrowia. Wręcz odwrotnie. To ci przyjmowani bezpłatnie biedacy służyli  w jakiś 
sposób bogaczom. Dlatego Ingrid udawała, że nic nie wie, gdy poruszył sprawę finansowania 
dobroczynnych  zabiegów. W rzeczywistości dobrze wiedziała, co się tu naprawdę dzieje. 
Jego uwaga zbiła ją z tropu, ale z innego powodu, niż myślał.

Ale to w dalszym ciągu nic mu nie dawało. Jedynym powiązaniem między jednymi i 

drugimi   było   na   razie   to,   że   Amandzie   Chapman   zrobiono   nakłucie   mostka   w   skrzydle 
„Omega”  i   fakt,   że   w   czasie   pobytu   Amy   Teasdale   i   Kennetha   Linehama   w   szpitalu, 
przebywali  tam również pacjenci  „Omega”. Tylko kim, u diabła, byli  ci pacjenci? Po co 
naprawdę przyjmowano ich do Médic Ecosse?

Dunbar   miał   niemiłe   uczucie,   że   czas   mija   nieubłaganie   i   jest   go   coraz   mniej. 

Potrzebował informacji, i to szybko. Należało zmienić taktykę. Koniec z zabawą w podchody. 
Trzeba wywołać poruszenie, zadając pytania  bez ogródek. Nie był  w stanie przeszkodzić 
operacji Amandy, ale przynajmniej mógł udawać, że wie o wiele więcej, niż to się komuś 
wydawało. Może któraś z wtajemniczonych osób nie wytrzyma nerwowo i popełni jakiś błąd. 
Choć   taka   gra   mogła   się   okazać   niebezpieczna.   Niewiedza   nie   daje   przewagi.   Podniósł 
słuchawkę telefonu i wybrał wewnętrzny numer Ingrid

– Czy mogłaby pani przyjść do mojego biura?
Ingrid pojawiła się uśmiechnięta.
– Ma pan dla mnie coś do roboty?
–  Chcę wiedzieć, kim jest pacjentka  „Omega”  przebywająca obecnie w szpitalu. Chcę 

znać jej nazwisko i powód jej pobytu tutaj. Interesuje mnie również to, gdzie się przedtem 
leczyła i kto ją skierował do Médic Ecosse.

Uśmiech zniknął z twarzy Ingrid.
– Nie jestem pewna, czy mogę wyjawić te dane – wybąkała. – Obowiązująca nas ścisła 

dyskrecja...

– Muszę to wiedzieć – przerwał jej Dunbar. – Proszę natychmiast udzielić mi informacji.
Ingrid szybko otrząsnęła się z zaskoczenia.
– Jest pan tego absolutnie pewien? – zapytała impulsywnie. – Zechce mi pan wybaczyć, 

ale   nie   sądzę,   żeby   tego   rodzaju   informacje   wiązały   się   z   kontrolą   naszych   spraw 
finansowych.

Dunbar spodziewał się sprzeciwu.
–  Wręcz odwrotnie  –  odparł.  –  Mam podstawy,  by podejrzewać, że nie wykazujecie 

prawdziwych dochodów uzyskiwanych z tytułu leczenia pacjentów „Omega”.

–  Przecież   widział   pan   liczby  –  zdziwiła   się   Ingrid.  –  Zyski   szpitala   wynoszą   wiele 

background image

tysięcy funtów.

–  Widziałem   deklarowane   przez   was   zyski  –  przyznał   Dunbar.  –  Ale   chciałbym 

sprawdzić, skąd one się biorą. Dlatego muszę wiedzieć, kim jest obecna pacjentka „Omega” i 
dlaczego tu przebywa. Potrzebne jest mi potwierdzenie jej stanu zdrowia uzyskane od kogoś z 
zewnątrz, najlepiej ze szpitala lub kliniki, która ją tu skierowała.

–  Rozumiem   –  powiedziała  Ingrid.  –  Ale  bardzo  wątpię,  czy pan  Giordano  i doktor 

Kinscherf zechcą spełnić pana żądanie.

–  Jeśli   się   nie   zgodzą,   złożę   na   ręce   moich   kolegów   w   Urzędzie   do   spraw   Szkocji 

formalną skargę. Zamelduję, że utrudniacie mi wykonywanie obowiązków i zasugeruję, by 
Wydział Nadużyć wszczął natychmiastowe dochodzenie.

Ingrid próbowała przez moment wytrzymać spojrzenie Dunbara, jakby chciała rzucić mu 

wyzwanie, ale szybko zrezygnowała.

– Zobaczę, co da się zrobić – obiecała cicho. Najwyraźniej jego zachowanie wywarło na 

niej wrażenie. Nie znała go od tej strony.

Kiedy zamknęła za sobą drzwi, Dunbar przez chwilę siedział bez ruchu, zastanawiając 

się, czy zaszarżował skutecznie. Ustąpią i dostarczą mu informacji, czy będą grać na zwłokę? 
Musiał przyznać, że to drugie wyjście byłoby sprytnym posunięciem. Byli zagrożeni tylko tak 
długo, dopóki w szpitalu przebywała pacjentka „Omega”. Po jej wyjeździe znowu będą mogli 
czuć się bezpieczni. Nieznana kobieta rozpłynie się we mgle tajemnicy. Dunbar liczył tylko 
na   to,   że   Ingrid   przestraszyła   się   dochodzenia   Wydziału   Nadużyć.   Może   jej   przełożeni 
uwierzą, że rzeczywiście interesują go tylko sprawy finansowe i zaryzykują dostarczenie mu 
potrzebnych danych. W końcu obecnej pacjentce nie wystawili jeszcze rachunku. Nie mieli 
się   czego   obawiać.   Postanowił   wykorzystać   fakt,   że   jego   komputer   połączony   jest   z 
dodatkowym, ukrytym monitorem. Usiadł wygodnie i zaczął pisać list do Urzędu do spraw 
Szkocji. Prosił w nim o wzięcie pod uwagę możliwości  przekazania  sprawy Wydziałowi 
Nadużyć, gdyż szpital odmawia mu dostępu do dokumentów mogących ukrywać oszustwa 
finansowe.

Ingrid wróciła po upływie niespełna trzydziestu minut. Przyniosła akta.
– Oto dane, o które pan prosił, doktorze – oznajmiła beznamiętnym tonem. – Kazano mi 

przypomnieć panu, że są ściśle poufne. Proszę mnie zawiadomić, kiedy pan skończy.

– Oczywiście.
Dunbar poczuł dreszcz emocji, gdy otworzył akta i zaczął je czytać.
Pacjentka   była   trzydziestoletnią   mieszkanką   Arabii   Saudyjskiej   i   żoną   szejka 

prowadzącego rozległe interesy w branży naftowej, przynoszące mu odpowiednie zyski. Po 
raz   trzeci   zaszła   w   ciążę.   Dwoje   pierwszych   dzieci   urodziło   się   martwe   z   powodu 
dziedzicznej   wady   serca.   Szejk   nie   widział   świata   poza   żoną   i   chciał   mieć   pewność,   że 
podczas obecnej ciąży będzie miała opiekę najlepszą z możliwych. Poprzednio przebywała w 
Klinice Mayo, w Rochester, w Minnesocie. Zajmowano się nią troskliwie, ale bardzo szybko 

background image

odkryto, że ostatni płód też ma tę samą wadę, co zmarła dwójka dzieci. Stwierdzono to za 
pomocą   najnowszej   aparatury,   pozwalającej   na   przeprowadzenie   badań   we   wczesnym 
stadium   ciąży.   Kobieta   została   natychmiast   przewieziona   samolotem   do   Europy   i 
umieszczona   w   Médic   Ecosse.   Planowano,   że   tuż   po   udanym   porodzie   przeprowadzony 
będzie korekcyjny zabieg chirurgiczny.

Dunbar zanotował nazwisko lekarza prowadzącego pacjentkę w Klinice Mayo. Nazywał 

się Gordon Hasselhof. Potem zamknął akta i zamyślił się. Na pewno nie chodziło tylko o 
ciężki poród. Ale o co? Nie miał pojęcia, w jaki sposób powiązać małą Amandę Chapman z 
trzydziestoletnią ciężarną kobietą z Bliskiego Wschodu. Zadzwonił do Ingrid i zawiadomił ją, 
że już skończył. Odebrała akta bez słowa w ciągu kilku minut.

Przyszło   mu   do   głowy   pewne   pytanie,   choć   nie   wiedział,   czy   ma   jakieś   znaczenie. 

Właściwie dlaczego przeniesiono tę kobietę do Médic Ecosse? Klinika Mayo jest jedną z 
najsłynniejszych  placówek medycznych  na świecie. Lot transatlantycki  i stres związany z 
przeprowadzką   do   obcego   kraju   i   kolejnego   szpitala   na   pewno   nie   wyszły   pacjentce   na 
zdrowie.   Dlaczego   podjęto   takie   ryzyko?   Czy   w   Klinice   Mayo   doszło   do   jakiegoś 
nieporozumienia na tle opieki lekarskiej? Pojawił się jakiś problem?

Początkowo Dunbar wcale nie miał zamiaru kontaktować się z lekarzem lub szpitalem, 

który skierował pacjentkę do Médic Ecosse, i wypytywać o jej stan zdrowia. Powiedział tak 
Ingrid   tylko   dlatego,   żeby   nikt   nie   próbował   wywieść   go   w   pole.   Ale   teraz   postanowił 
zasięgnąć   informacji   u   źródła.   Na   obecnym   etapie   niewiedzy   nie   powinien   lekceważyć 
żadnego   tropu.   Spojrzał   na   zegarek.   Z   uwzględnieniem   różnicy   czasu,   w   Minnesocie 
dochodziła dziesiąta rano. Poprosił centralę telefoniczną o połączenie.

–  Dzień   dobry,   tu   Klinika   Mayo.   Czym   mogę   służyć?  –  odezwał   się   kobiecy   głos 

przywodzący na myśl robota.

– Chciałbym rozmawiać z doktorem Gordonem Hasselhofem.
– Mogę spytać, kto mówi?
– Doktor Steven Dunbar. Dzwonię z Glasgow w Szkocji.
– Proszę zaczekać.
Przez chwilę Dunbar słyszał w tle odgłosy codziennej, szpitalnej krzątaniny, po czym 

włączyła   się   muzyka.   Angielska   melodia   dochodząca   z   niewłaściwej   strony   Atlantyku 
sprawiała nieco osobliwe wrażenie.

– Halo?
– Tak?
–  Doktor   Hasselhof   jest   w   tej   chwili   na   konferencji.   Zostawi   pan   wiadomość,   czy 

zadzwoni później?

– Spróbuję zadzwonić później – odpowiedział Dunbar.
– Życzę miłego dnia, panie doktorze.
– Wzajemnie – odrzekł i pomyślał, że lepiej usłyszeć nieszczere „życzę miłego dnia” niż 

background image

szczere „spadaj”.

Odłożył słuchawkę i zaczął porządkować papiery na biurku. Spojrzał na ekran monitora i 

zobaczył, że w komputerze wciąż jest jego pismo adresowane do Urzędu do spraw Szkocji. 
Postanowił je skopiować. Wsunął do komputera dyskietkę, której wcześniej nadał tytuł „Dane 
badawcze numer jeden”, by zatuszować swój błąd z dyskietką Rossa. Patrząc na ten napis, 
zastanawiał się nad badaniami prowadzonymi przez chirurga i nagle przypomniał sobie, gdzie 
widział   termin  „przygotowanie   odpornościowe”.   Tak   nazywała   się   jedna   z   prac   Rossa. 
Odłożył ją na bok, gdy czytał pozostałe. Chwycił marynarkę i neseser, po czym wybiegł z 
biura i popędził na parking. Rozprawa naukowa leżała wraz z innymi dokumentami w jego 
pokoju hotelowym.

Na łóżku zastał torbę z pralni hotelowej. Na wierzchu przypięta była koperta. Obawiał 

się, że to liścik zwracający mu uwagę, że nie powinien oddawać do prania rzeczy w takim 
stanie, w jakim były po wyprawie na Farmę Vane. Mylił się jednak. Hotel zawiadamiał, że 
zwraca mu kluczyki od samochodu znalezione w jednej z kieszeni. Dunbar popatrzył na nie i 
zaczął się zastanawiać, jak oddać Jimmy’emu Douglasowi jego własność. Trzymał w dłoni 
komplet kluczyków od land-rovera.

Kiedy odnalazł w aktach pracę Rossa, zauważył, że została napisana przeszło trzy lata 

temu. Fakt ten nie napawał optymizmem. Czy treść starej rozprawy naukowej mogła mu w 
czymś   pomóc?   Jeśli   w   minionym   okresie   chirurg   zrobiłby   znaczące   postępy,   na   pewno 
opublikowałby najnowsze wyniki swoich badań. Usiadł i zabrał się do czytania.

Początkowo   miał   trudności   ze   zrozumieniem   żargonu   z   dziedziny   immunologii,   ale 

stopniowo radził sobie coraz lepiej i wyławiał z tekstu najważniejsze kwestie.

Podstawową sprawą było stwierdzenie, że płód ludzki nie rozpoczyna istnienia od razu z 

własnym   systemem   odpornościowym.   Jeśli   wprowadzi   się   do   niego   materiał   biologiczny 
obcego pochodzenia, zanim zdąży rozwinąć swój własny system, to przyswoi go. Co więcej, 
kiedy   w   końcu   dziecko   będzie   miało   wykształcony   własny   system,   jego   organizm   nadal 
będzie   akceptował   obcy   materiał,   i   to   przez   całe   życie.   Eksperymenty   na   zwierzętach 
przeprowadzone z użyciem komórek macierzystych krwinek... – Dunbar z trudem przełknął 
ślinę czytając te słowa – ...są tego niezbitym dowodem. Nie narodzone myszy, które poddano 
chirurgicznej   infuzji   ludzkich   komórek   macierzystych   krwinek,   zanim   miały   rozwinięty 
własny system immunologiczny, przyszły później na świat zarówno z ludzkim, jak i własnym 
systemem odpornościowym.

Zastosowanie tej techniki umożliwia odpowiednie „przygotowanie” płodu w łonie matki 

poprzez chirurgiczne wprowadzenie do niego komórek macierzystych krwinek pobranych od 
przyszłego dawcy, a następnie, po narodzinach dziecka, dokonanie udanej transplantacji. Nie 
potrzeba   uciekać   się   do   steroidów   czy   innego   rodzaju   immunosupresorów,   by   zapobiec 
odrzutowi przeszczepu. Ten problem po prostu przestaje istnieć. Zgodność typu tkanki dawcy 
i biorcy jest stuprocentowa. Można więc mówić o transplantacji doskonałej.

background image

Ograniczenia   w   wykorzystaniu   tej   strategii,   jak   podkreślał   Ross   w   swojej   rozprawie 

naukowej, Wydawały się oczywiste. Takie transplantacje mogły obejmować tylko te narządy, 
bez których organizm dawcy byłby w stanie dalej funkcjonować, na przykład nerkę lub pół 
nerki. Jeśli  płód miałby wadę serca  czy wątroby,  dawcą nie  mógłby,  rzecz  jasna, zostać 
człowiek.   W   grą   wchodziły   zatem   zwierzęta   i   Ross   sugerował   ich   udział   w   rozwoju   tej 
techniki  „uodporniania”  płodów   na   odrzuty   przyszłych   przeszczepów.   Należało   również 
dopracować metody chirurgicznego wprowadzania do nich obcych komórek macierzystych 
krwinek, by uniknąć ryzyka wywołania przedwczesnego porodu.

Dunbarowi   przeszły   ciarki   po   plecach,   kiedy   oczami   wyobraźni   zaczaj   dostrzegać 

wyraźny obraz sytuacji. Odkrył coś tak potwornego, że sam nie chciał w to wierzyć. Jeszcze 
raz przebiegł wzrokiem tekst. Jego uwagę przykuły słowa: „...dawcą nie mógłby, rzecz jasna, 
zostać   człowiek”.   Patrzył   na   nie   jak   zahipnotyzowany,   a   w   jego   głowie   powstawała 
zmodyfikowana  wersja  tych  wywodów:   dawcą  nie  mógłby,  rzecz   jasna,  zostać  człowiek, 
chyba że... stawka byłaby na tyle wysoka, by opłaciło się nawet morderstwo... O to chodziło 
w   eksperymentach   z   małpami.   Ross   przeprowadzał   zabiegi   chirurgiczne   na   płodach,   by 
wprowadzić do nich komórki macierzyste krwinek, zanim narodzi się potomstwo. Chryste! 
Teraz wszystko się zgadzało. Kenneth Lineham, Amy Teasdale i w końcu Amanda Chapman 
nie zostali przyjęci do Médic Ecosse w charakterze biorców organów. Byli ich dawcami!

Dunbar potarł czoło, wciąż nie mogąc się pogodzić z tym, do czego doszedł. Amandzie 

zrobiono nakłucie mostka, żeby pobrać jej komórki macierzyste krwinek i wprowadzić je 
chirurgicznie do płodu pacjentki  „Omega”. Dlatego dziewczynkę zabrano nocą do tamtego 
skrzydła   szpitala.   W   ciągu   minionych   tygodni   w   organizmie   nie   narodzonego   dziecka 
arabskiej   kobiety   wykształcił   się   system   immunologiczny   Amandy   i   teraz   mogło   ono 
przyswoić jej tkankę jako swoją własną.

Dunbar zaczął się zastanawiać nad terminem zabiegu transplantacji. Musiano zgrać ją w 

czasie z cesarskim cieciem,  by noworodek był  na tyle  duży, żeby przeszczepić mu serce 
dziewczynki.

Wydawało się oczywiste, że Ross szybko znalazł na czarnym rynku odpowiednią nerkę 

dla Amandy, bo mógł zaoferować za nią wystarczająco duże pieniądze. W którymś momencie 
operacji, lub nawet jeszcze przed zabiegiem, zastąpi ją narządem zwierzęcym, wiedząc, że 
nastąpi   odrzut   przeszczepu   i   dziewczynka   umrze.   Następnie   usunie   jej   serce   i   wstawi   je 
dziecku pacjentki „Omega”. Podczas autopsji zamieni organ zwierzęcy na doskonale dobraną 
nerkę od właściwego dawcy i w ten sposób zatrze wszelkie ślady. Zgon Amandy zostanie 
uznany za jeszcze jeden nieszczęśliwy wypadek, który zawsze może się zdarzyć. Podobnie 
jak wcześniej śmierć Amy i Kennetha. Niczego by nie wykryto, gdyby nie... upór dwóch 
pielęgniarek.

Dunbar wrócił myślami  do raportu patologa McVay’a z sekcji zwłok Amy Teasdale. 

Stwierdził on, że usuwano jej nie tylko nerkę, ale i serce. Obaj sądzili wówczas, że były to 

background image

rutynowe   czynności   podczas   pierwszej   autopsji.   McVay   miał   polecenie   zbadać   nerkę 
przeszczepioną Amy, ale gdyby zajął się jeszcze jej sercem, niemal na pewno odkryłby, że to 
obcy organ, pochodzący z ciała dziecka pacjentki „Omega” przebywającej wtedy w szpitalu. 
Dunbar gotów był się założyć, że serce Amy bije teraz w piersi czyjegoś potomka w jakimś 
nieznanym   kraju.   Można   by   tego   dowieść,   przeprowadzając   drugą   ekshumację   zwłok 
dziewczynki, ale Dunbar modlił się w duchu, żeby nie było takiej konieczności. Na razie 
najważniejszym zadaniem było uratowanie życia Amandzie Chapman.

Najlepszym pomysłem wydawało mu się zawiadomienie inspektoratu i wezwanie policji. 

To   natychmiast   położyłoby   kres   całej   sprawie.   Jednak   częścią   tej  „całej   sprawy”  była 
Amanda. Problem polegał na tym, że potrzebowała transplantacji wykonanej we właściwym 
czasie. Mimo wszystko znaleziono dla niej odpowiednią, doskonale dobraną nerkę. Tyle że 
Ross chciał ją wykorzystać dopiero po jej śmierci. Dunbar pomyślał, że musi znaleźć sposób 
na to, żeby ta nerka po dotarciu na miejsce rzeczywiście została przeszczepiona Amandzie. 
Postanowił zadzwonić do Szpitala Chorób Dziecięcych, do Clive’a Turnera. Ale przedtem 
należało doprowadzić do końca ostatni nie wyjaśniony wątek afery. Ponownie zatelefonował 
do Hasselhofa z Kliniki Mayo.

–  Słucham, kto mówi?  –  zapytał po krótkim oczekiwaniu męski głos z amerykańskim 

akcentem.

–  Nazywam   się   Steven   Dunbar.   Dzwonię   ze   Szpitala   Médic   Ecosse   w   Glasgow,   w 

Szkocji.

– Ma pan tupet! – parsknął Hasselhof.
– Że co, proszę? – zdziwił się Dunbar, odsuwając trochę słuchawkę od ucha.
– W profesji medycznej jest dość problemów bez takich szarlatanów jak wy.
–  Przepraszani,   ale   zaszła   chyba   jakaś   pomyłka.   Nie   rozumiem,   o   czym   pan   mówi, 

doktorze. Dzwonię w sprawie jednej z pacjentek, którą przeniesiono do nas z waszej kliniki.

–  Domyśliłem się  –  warknął Hasselhof.  –  Obiecaliście tym dwojgu ludziom coś, czego 

nie da się zrobić. Nie ma sposobu na uratowanie dziecka tej kobiety. Deformacja serca jest 
zbyt   duża,   by   mógł   tu   pomóc   jakikolwiek   korekcyjny   zabieg   chirurgiczny.   Ale   wam 
najwyraźniej udało się ich przekonać, że jest inaczej. Według mnie, drogi panie, to zwyczajne 
oszustwo. I pan ma teraz czelność dzwonić do mnie po radę?!

W  pierwszej  chwili  Dunbar  miał  zamiar  wyjaśnić  amerykańskiemu  lekarzowi,  że  nie 

dzwoni po radę i nie należy do personelu medycznego Médic Ecosse, ale zmienił zdanie. 
Szkoda było na to czasu. Zadał mu po prostu jedno pytanie:

– A gdyby temu dziecku przeszczepić serce, doktorze?
– Przeszczepić serce? Ono nie dożyje chwili, w której znajdzie się odpowiedni dawca. A 

gdyby nawet, działanie steroidu niezbędnego do wywołania immunosupresji uczyniłoby je 
podatnym na każdą infekcję, jaką tylko można sobie wyobrazić. To zupełnie niemożliwe.

– Dziękuję panu, doktorze – odrzekł Dunbar. – Jestem zobowiązany.

background image

Wyłączył się i zamruczał pod nosem: Ależ to całkiem możliwe, doktorze Hasselhof, o ile 

się   wie,   jak   doprowadzić   do   tego,   by   dziecko   przyswoiło   sobie   cudzą   tkankę   jak   swoją 
własną, bez stosowania steroidów, i jest się gotowym  zamordować dawcę, by ukraść mu 
serce”.

Następnie   zadzwonił   do   Szpitala   Chorób   Dziecięcych   i   poprosił   do   telefonu   Clive’a 

Turnera.

– Doktor Turner jest w tej chwili w sali operacyjnej – usłyszał w odpowiedzi.
–   Jasna   cholera!   –  zaklął,   odkładając   słuchawkę.   Ale   wewnętrzny   głos   kazał   mu 

zachować   spokój.  „Nie   panikuj   –  mówił   mu  –  pomyśl.   Po   pierwsze,   ustal   kiedy   mają 
operować Amandę.”

Postanowił   wrócić   do   Médic   Ecosse   i   dowiedzieć   się   tego,   stosując   nadal   taktykę 

zadawania bezpośrednich pytań. Już miał wyjść z pokoju, gdy nagle zaczaj się zastanawiać, 
czy o czymś nie zapomniał. Odniósł niemiłe wrażenie, że jednak tak, ale w tej chwili nie 
potrafił określić, co to takiego. Miał komputer, neseser, notes... Jak tylko ustali datę i godzinę 
dostarczenia nerki z Genewy,  ułoży plan przejęcia jej i zawiadomi  o tym  Médic Ecosse. 
Odetchnął   głęboko   i   zamknął   za   sobą   drzwi.   Zbliżała   się   decydująca   rozgrywka   mająca 
zakończyć cały koszmar.

Doszedł tylko do parkingu, stanął przy drzwiach samochodu. Gdy wkładał kluczyk do 

zamka, poczuł ostry ból w udzie i świat zawirował mu przed oczami. Ogarnęły go mdłości, 
zapadał  się  w  nicość...   Zdążył   jeszcze   pomyśleć,   że  w   Médic  Ecosse   wiedzą  już  o  jego 
telefonie   do   Kliniki   Mayo.   Pierwszy   raz   dzwonił   tam   ze   szpitala   i   ktoś   na   pewno 
zarejestrował tę rozmowę. Zdradził się z tym, że jego zainteresowanie pacjentką „Omega” nie 
miało nic wspólnego ze sprawami finansowymi.

* * *

Dunbar ocknął się w zupełnych ciemnościach. Ból rozsadzał mu czaszkę. Miał nudności, 

zapewne częściowo z powodu unoszącego się wokół zapachu, który był dziwną mieszaniną 
odoru ekskrementów i woni wilgotnego zboża, jak się domyślał. Taki zapach czuje się na 
polach w czasie żniw. Przypominał mu dzieciństwo. Chociaż nie... To nie to... To była pasza 
dla zwierząt i w pobliżu znajdowały się zwierzęta.

Mimo   zawrotów   głowy   szybko   uświadomił   sobie,   że   musi   być   na   Farmie   Vane. 

Spróbował się podnieść, ale ból głowy stał się tak silny, że opadł z powrotem. Dopóki leżał, 
mógł   jeszcze   jasno   myśleć.   Przesunął   rękami   po   ciele.   Miał   na   sobie   ubranie;   koszulę, 
spodnie, buty. Lewy rękaw koszuli był oderwany. Bolało go ramię. O Boże! Robili mu jakieś 
zastrzyki. Nie potrafił określić, jak długo był nieprzytomny. Może kilka dni, a może nawet 
tygodni. Amanda Chapman mogła już nie żyć.

Dziwił się, dlaczego w ogóle pozwolono mu się ocknąć. Celowo czy przez pomyłkę? 

background image

Organizm ludzki  szybko  przyzwyczaja  się do narkotyków,  żeby uzyskać  pożądany efekt, 
trzeba ciągłe zwiększać dawkę. Czy tym go nafaszerowano? Dostanie za chwilę następną 
porcję? Jeśli tak, zapewne nie ma zbyt dużo czasu. Przekręcił się na brzuch i zaczął pełznąć 
przed siebie, by zorientować się w otoczeniu.

Pierwszą rzeczą, na którą natrafił, był wypchany czymś, szorstki, jutowy worek. Uniósł 

się i zanurzył w nim ręce. W dłoniach trzymał garść małych, twardych kulek. Powąchał je. 
Pasza dla zwierząt. Wewnątrz znalazł również metalowy czerpak. Schował go do kieszeni. 
Ostatecznie mógł mu posłużyć jako broń.

Znajdował się w magazynie paszy. Poza workami była tu jeszcze jakaś maszyna, stojąca 

na podłodze. Dunbar obmacał ją i uznał, że przypomina młyn do mielenia karmy. Miała na 
górze duży lej załadowczy, a na dole rurę wylotową, osłoniętą kratą. Z przodu urządzenia 
znajdował się panel sterowniczy z dwoma przyciskami. Jeden z nich wystawał na zewnątrz, 
drugi tkwił w zagłębieniu. Zapewne służył do uruchamiania maszyny i dlatego był trudniej 
dostępny.   Ze   względów   bezpieczeństwa   urządzenia   przemysłowe   zawsze   mają   takie 
rozwiązania.

Nagle  Dunbar   zamarł.   Do   jego   uszu   dotarły   głosy   jakichś   ludzi.   Słyszał   je   bardzo 

wyraźnie, choć nie potrafił rozróżnić słów. Początkowo myślał, że to z powodu otępienia. 
Dopiero   po   chwili   zrozumiał,   że   ci   ludzie   nie   rozmawiają   po   angielsku.   Ich   mowa 
sugerowała,   że   są   Arabami.   Zapewne   byli   to   dwaj   mężczyźni   i   szli   zrobić   mu   kolejny 
zastrzyk, albo coś jeszcze gorszego. Niewiele mógł zdziałać, by ich powstrzymać. Był słaby i 
uzbrojony jedynie w czerpak.

Zadźwięczał   telefon   komórkowy   i   mężczyźni   zamilkli.   Po   chwili   jeden   z   nich   znów 

zaczął mówić po arabsku. Kiedy rozmowa telefoniczna dobiegła końca, Dunbar domyślił się, 
że   któryś   z   Arabów   został   dokądś   wezwany.   Głosy   ucichły.   Usłyszał   skrzypnięcie 
otwieranych, a potem zamykanych  drzwi frontowych. Spodziewał się odgłosu kroków. W 
starciu z jednym przeciwnikiem miał nieco większe szansę. Położył się spokojnie, chowając 
za   plecami   prawą   rękę,   ściskając   w   niej   metalowy   czerpak   Żałował,   że   nie   ma   jasnego 
umysłu. Czuł się jak w otępieniu alkoholowym.

Uniósł trochę powieki, by móc coś zobaczyć, gdy otworzą się drzwi. Szczęknął zamek i 

w progu ukazała się sylwetka wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyzny ze strzykawką w 
prawej   dłoni.   Wydawał   się   tkwić   w   wejściu   przez   całe   wieki,   jak   kat   napawający   się 
widokiem szyi skazańca spoczywającej na pniu przed ceremonią ścięcia głowy.

Dunbar nie śmiał nawet przełknąć śliny. Gdy w pomieszczeniu zrobiło się jasno, zamknął 

oczy. Następne sekundy miały zadecydować o jego życiu lub śmierci. Poczuł na powiekach 
cień,   kiedy   postać   mężczyzny   przesłoniła   światło,   pochylając   się   nad   nim.   Oprawca 
przykucnął z lewej strony. Dunbar słyszał jego oddech. Poczuł woń egzotycznych potraw, 
którą przesycone było ubranie obcokrajowca.

Ramię   Dunbara   zostało   unieruchomione   w   mocnym,   ale   nie   brutalnym   uścisku. 

background image

Mężczyzna niczego nie podejrzewał. Teraz liczył się czas. Gdy nastąpiło ukłucie igły, Dunbar 
zwinnie przekręcił się na bok, by nie zagłębiła się w jego ciele. Jednocześnie uniósł prawą 
rękę   uzbrojoną   w   czerpak   i   wymierzył   celny   cios   w   głowę   oprawcy.   Rozległ   się 
przytłumiony, metaliczny dźwięk i Arab stracił równowagę. Ale Dunbar wiedział, że to za 
mało, by wyłączyć przeciwnika z gry. Oprawca mógł szybko dojść do siebie. Liczył jednak, 
że adrenalina osłabi działanie narkotyku.

Strach dodał mu  sił. Dźwignął się i w pozycji klęczącej  machnął  przed siebie prawą 

pięścią. Ale ramię było jak z ołowiu i atak nie powiódł się. Arab z łatwością zrobił unik i 
wyszczerzył zęby w szyderczym uśmiechu, gdy Dunbar z powrotem osunął się na podłogę. 
Dalsze próby zadawania ciosów były bezcelowe. Przeliczył się. Nie wiedział, że jest aż tak 
słaby. Cofał się tylko instynktownie, by przetrwać jak najdłużej. Arab podniósł strzykawkę, 
leniwie sprawdził jej zawartość i zaczął się zbliżać.

Posuwając   się   do   tyłu,   Dunbar   zawadził   o   pełny   worek   i   przewrócił   go.   Na   ziemię 

wysypał   się  pokarm   dla  zwierząt  Chwycił  garść  kulek   i  cisnął   je  po  podłodze  pod  nogi 
przeciwnika. Sam nie mógł w to uwierzyć, ale tym razem miał szczęście. Arab pośliznął się, 
zachwiał i poleciał do przodu. Broniąc się przed upadkiem trafił ręką w lej młynka. Dunbar, 
nie tracąc ani sekundy, niemal odruchowo sięgnął po omacku do włącznika. Wcisnął go i 
maszyna ożyła.

Napastnik nie zdążył cofnąć ręki. Ostre łopatki wirnika wciągnęły jego ramię. Zemdlał, 

zanim wydał z siebie okrzyk bólu. Ale maszyna hałasowała dalej. Dunbar wcisnął wyłącznik i 
zatrzymał ją. Wokół zaległa cisza.

„Zdaje się, że tak wymierzacie sprawiedliwość – mruknął – ręka za rękę”.

background image

17

Dunbar zdawał sobie sprawę z tego, że jest tylko jeden sposób, żeby się uratować. Musiał 

wydostać się z budynku, zanim wróci drugi Arab lub z wartowni przybiegną ochroniarze. A 
co z personelem? Uznał, że na pewno nikt tu teraz nie pracuje. Ross i Arabowie musieli 
przerwać   badania   na   czas   przekształcenia   farmy   w   więzienie.   Był   kompletnie 
zdezorientowany. Nie wiedział, jaka jest pora dnia ani w ogóle jaki jest dzień. Dobrnął do 
drzwi frontowych  i wtedy pomyślał,  że nie może  nimi  wyjść.  Znajdowały się na wprost 
wartowni. Zostałby zauważony. Zwłaszcza jeśli na zewnątrz było jasno. Oprócz drzwi jedyną 
drogę  ucieczki   stanowiła   rura  ściekowa,  z  której  skorzystał   poprzednio   wraz   z  Jimmy’m 
Douglasem.

Pomysł ponownego przeciskania się nią niezbyt mu się podobał. Wątpił, by dał sobie z 

tym radę w obecnym stanie ciała i umysłu. Nie widział jednak innego wyjścia. Tylko co 
potem? Tym razem nie czekał na niego samochód zaparkowany w odległości trzystu jardów, 
a nie miał siły biec na przełaj przez pola. Czarna rozpacz.

Nagle   w   jego   głowie   zaświtał   promyk   nadziei.   Przypomniał   sobie   o   land-roverze 

Douglasa. Pralnia zwróciła mu kluczyki. „Boże, żeby nadal były w kieszeni – pomodlił się w 
duchu – i żeby był to jedyny komplet...”. Jimmy wspominał, że ktoś ma odebrać samochód ze 
stacji. Sięgnął do kieszeni i uśmiechnął się. Miał szczęście.

Jeśli   policja   nie   usunęła   land-rovera,   a   istniała   duża   szansa,   że   nie,   dysponowałby 

środkiem transportu. O ile... uda mu się do niego dotrzeć. Żołądek podszedł mu do gardła, 
kiedy wyobraził sobie wnętrze rury. Powrót tą drogą stwarzał całą masę nowych problemów. 
Wydostanie się cuchnącym kanałem na pewno okaże się trudniejsze niż wejście do budynku. 
Poprzednio mógł przynajmniej podnieść z zewnątrz klapy i wleźć do dołu ze ściekami. Teraz 
będzie   musiał   podważyć   pokrywę   od   spodu.   Żeby   tego   dokonać,   należało   całkowicie 
zanurzyć się w szambie.

Dunbar zaczął przygotowywać się psychicznie do przeżycia czekającego go koszmaru. 

Próbował sobie wyobrazić, że jest już na świeżym powietrzu i wolny jak ptak biegnie przez 
pola. Ale rzeczywistość nie dawała za wygraną. Jeśli ucieczka powiedzie się, wynurzy się z 

background image

rury jak potwór z innego świata. Nie będzie miał ani wody do umycia się, ani ubrania na 
zmianę. Wtem przyszło mu coś do głowy. Przecież w budynku powinna być jakaś odzież 
robocza dla pracowników. Gdyby ją znalazł i zdołał owinąć plastikową folią...

To, czego potrzebował, znajdowało się w szafce, w korytarzu prowadzącym do szatni dla 

personelu. Wziął bluzę i spodnie chirurgiczne oraz ręcznik. Potem natrafił jeszcze na rulon 
plastikowych worków na śmieci. Oderwał jeden worek i wepchnął do niego strój lekarski oraz 
ręcznik. Spłaszczył pakunek jak tylko mógł, schował go za koszulę i wygładził, żeby jak 
najmniej odstawał od ciała.

Z każdą minutą  czuł się coraz lepiej. Narkotyk  przestawał działać. Ale myśl  o rurze 

ściekowej   wciąż   go   przerażała.   Obawiał   się,   że   jeśli   nie   zdoła   unieść   od   spodu   klap 
włazowych, dostanie ataku klaustrofobii i koszmar zakończy się jego śmiercią.

Bez pośpiechu wyjął wewnętrzną kratę i wsunął się do rury, nogami do przodu. Tylko lęk 

przed   prześladowcami   zmuszał   go   do   tego.   Świnie   wokół   niego   zdawały   się   chrząkać   z 
aprobatą.

Poziomy   odcinek   tunelu   nie   był   trudny  do   przebycia.   Potem   rura   skręcała   i   opadała 

pionowo w dół. Dunbar czuł krew pulsującą mu w skroniach. Starał się nie myśleć o niczym i 
nie zatrzymywać się. Przed pionowym odcinkiem zamknął oczy, wstrzymał oddech i wolno 
odchylił się do tyłu. Po chwili siła grawitacji zrobiła swoje. Zjechał w dół, nabierając coraz 
większej prędkości, i wpadł prosto do dołu. Lądowanie  było tak twarde i gwałtowne, że 
poczuł je w krzyżu, a ponadto kłapnął zębami. Stał w zbiorniku ze ściekami. Teraz musiał się 
schylić, wydostać spod rury i unieść klapy włazu.

Nie   mógł   już   dłużej   wstrzymywać   oddechu.   Wyciągnął   głowę   jak   najwyżej   ponad 

cuchnącą mazie i zaczerpnął łyk powietrza. Wciągnął je do płuc i zamknął usta. Wiedział, że 
nie uda mu się zrobić tego ponownie. Wzdrygnął się, skulił i zanurzył w zbiorniku, a potem 
zaczął przeć ramionami i plecami na klapy. Ani drgnęły. Ogarnęło go przerażenie, że zostały 
zamknięte  od góry na kłódkę. Wytężył  wszystkie  siły i spróbował jeszcze  raz. Puściły z 
głośnym mlaśnięciem. Po prostu zbyt mocno się przyssały. Ostatnia ulewa sprawiła, że na ich 
krawędziach zebrała się uszczelniająca warstwa błota. Odetchnął z ulgą, czując orzeźwiający, 
nocny chłód, i zaczął ścierać brud z twarzy. Niebo było czarne jak smoła, padał deszcz.

Powstrzymując   wymioty,   zamknął   właz   i...   przypomniał   sobie   o   ogrodzeniu   pod 

napięciem. Z rozpaczy opadł na kolana i omal się nie rozpłakał. Nie było mowy, żeby mógł 
przez   nie   przejść   albo   zrobić   podkop.   Nie   miał   też   niczego   do   przecięcia   drutu   ani   do 
zamknięcia obwodu elektrycznego. Musiał wydostać się z farmy główną bramą.

Podczołgał się na brzuchu do rogu budynku i rozejrzał w sytuacji. Zadanie nie wydawało 

się   aż   tak   trudne,   jak   się   obawiał.   Wartownię   zaprojektowano  bardziej   pod   kątem 
kontrolowania osób wchodzących niż wychodzących. Gdyby zdołał, nie zauważony, pokonać 
dwadzieścia   metrów   otwartej   przestrzeni   między   głównym   budynkiem   a   bramą,   mógłby 
okrążyć   wartownię   z   tyłu   i   wyjść   na   sąsiednie   pole   w   kącie   formy,   gdzie   kończyło   się 

background image

ogrodzenie pod napięciem.  Uniósł się, przykucnął  i przygotował  do krótkiego,  szybkiego 
biegu.   Wciąż   kręciło   mu   się   trochę   w   głowie,   więc   musiał   chwilę   odczekać.   Skutki 
ewentualnego potknięcia i upadku byłyby fatalne.

Mężczyźni   w   wartowni   wydawali   się   kręcić   bez   celu.   Dunbar   wybrał   moment,   gdy 

żadnego   z   nich   nie   było   przy   oknie   wychodzącym   na   główny   budynek,   i   wystartował. 
Przebiegł   asfaltowym   wjazdem   i   zniknął   w   mroku.   Zatrzymał   się   i   przez   chwilę   stał 
nieruchomo.   Potem   obszedł   wartownię   z  tyłu,   gdzie   nie   miała   okien,   i   przecisnął   się  na 
zewnątrz za elektrycznym parkanem.

Ruszył   przed   siebie,   zastanawiając   się,   czy   land-rover   stoi   jeszcze   na   parkingu 

opuszczonej stacji kolejowej. Noc była tak ciemna, że bez przerwy potykał się i zataczał, idąc 
polem ciągnącym się wzdłuż drogi. Lodowaty deszcz częściowo spłukał brud z jego twarzy i 
włosów.  Mimo  to   Dunbar   marzył,   by  wreszcie   napotkać   jakiś  rów   nawadniający  na   tyle 
napełniony  wodą,   żeby   móc   się   w   nim   porządnie   umyć.   Znalazł   go  dopiero   przy  końcu 
następnego poła. Obok sosnowego lasku płynął prawdziwy strumyk. Woda była przeraźliwie 
zimna, ale nie mógł odmówić sobie przyjemności skorzystania z kąpieli.

Kiedy ściągnął brudne ubranie i przykucnął w strumieniu, żeby się wyszorować, miał 

wrażenie,   że   wszystkie   jego   mięśnie   dostały   nagle   drgawek.   Po   skończonej   toalecie 
wygramolił   się   niezgrabnie   na   brzeg   i   dłońmi   starł   z   siebie   resztki   wody.   Sięgnął   do 
plastikowego worka po ręcznik i zaczął się nim energicznie wycierać, by poprawić krążenie 
krwi. Wreszcie zabrał się do wkładania stroju chirurgicznego. Klął przy tym na czym świat 
stoi, bo świeże ubranie przylepiało się do wilgotnej skóry, i tak trząsł się z zimna, że ledwo 
sobie z tym poradził. Opróżniwszy kieszenie, zwinął zszargane ubranie w kłębek i wepchnął 
je pod polny kamień. W dalszą drogę wyruszył  biegiem, żeby się rozgrzać. Nie mógł się 
jednak poruszać zbyt szybko.

Ciągle wstrząsały nim dreszcze. W końcu dotarł na parking i zobaczył land – rovera.
Silnik zaskoczył natychmiast. Dunbar chciał go rozgrzać jak najprędzej, żeby włączyć 

nadmuch ciepłego powietrza. Miał świadomość, że grozi mu hipotermia. Z głośnym zgrzytem 
wepchnął pierwszy bieg, gdyż nie mógł do końca wcisnąć pedału sprzęgła trzęsącą się nogą. 
Samochód skoczył do przodu i potoczył się zbyt szybko po wyboistym placu. Dunbar omal 
nie zsunął się z siedzenia, gdy ostro skręcił, wyjeżdżając na drogę, i pojazd przechylił się. 
Musiał znaleźć automat telefoniczny.

Mimo   że   podróżował   najszybciej,   jak   tylko   mógł,   miał   wrażenie,   że   porusza   się   w 

zwolnionym   tempie.   Każda   zmiana   biegu   wydawała   się   trwać   wieczność.   Obroty   silnika 
spadały powoli, tryby zazębiały się niechętnie i efekt był taki, jakby pojazd ciągnął na holu 
jakiś nieprzyjazny balast W końcu postanowił  jechać na niskim biegu. Silnik wył na zbyt 
dużych obrotach, kiedy samochód pokonywał krętą, wiejską drogę prowadzącą do miasta.

Z pierwszej napotkanej budki telefonicznej dzwoniła jakaś kobieta. Dunbar zahamował z 

piskiem   opon   i   wyskoczył   z   land-rovera.   Jego   wygląd   sprawił,   że   natychmiast   odłożyła 

background image

słuchawkę.   Wolała   nie   ryzykować   bliskiego   spotkania   ze   słaniającym   się   na   nogach 
mężczyzną  z potarganymi,  mokrymi  włosami i w lekarskim stroju. Podejrzewając, że ma 
przed sobą uciekiniera z zakładu dla obłąkanych, wypadła z budki i uciekła, oglądając się 
niespokojnie za siebie.

Dunbar ze zgrozą stwierdził, że nie pamięta numeru Szpitala Chorób Dziecięcych. Jednak 

po chwili koncentracji przypomniał go sobie. Potem miał trudności z jego wybraniem, bo 
ciągle trzęsły mu się ręce. Trzykrotnie wystukiwał palcami po dwie cyfry jednocześnie. Wziął 
głęboki oddech, uspokoił się trochę i za czwartym razem próba powiodła się. Poprosił do 
telefonu Clive’a Turnera, modląc się w duchu, żeby był na miejscu.

– Turner przy aparacie.
– Dzięki Bogu... – wymamrotał niewyraźnie Dunbar.
– Kto mówi?
– Clive, to ja, Steven Dunbar. Czy Amanda Chapman miała już operację?
– Steven? Gdzie jesteś, u diabła? Co się z tobą dzieje? Masz dziwny głos.
– Powiedz mi tylko, czy już ją operowano.
– Transplantacja została zaplanowana na dziś, na ósmą wieczór. Rano dzwonił do mnie 

jej ojciec. Co się dzieje? Gdzie jesteś?

Dunbar poczuł, jak zamiera mu serce.
– Która jest teraz godzina? – zapytał z obawą.
– Dziesięć po dziewiątej. Ale o co chodzi? Co się stało?
–  Słuchaj   uważnie.   Amandzie   celowo   przeszczepiają   niewłaściwą   nerkę.   Chcą,   żeby 

umarła. Potem usuną jej serce i przeszczepią innemu pacjentowi.

– Chyba nie mówisz poważnie?! – wykrzyknął Turner.
– Wierz mi, to prawda. Musimy ją uratować, o ile jeszcze nie jest za późno.
– Ale co możemy zrobić? Skoro twierdzisz, że wstawiają jej niewłaściwą nerkę...
–  Dostali odpowiednio dobrany organ z Genewy. Musiał już dotrzeć na miejsce, jeśli 

zdecydowali się na operację. Ale planują wszczepienie  go Amandzie  dopiero po śmierci. 
Jeżeli uda nam się go zdobyć, możemy dopilnować, żeby wstawili jej właściwą, ludzką nerkę, 
a nie jakiś cholerny narząd zwierzęcy!

– Trudno mi w to uwierzyć – mruknął Turner.
– Clive, zaufaj mi. Mówię prawdę. Chcę, żebyś zebrał zespół chirurgiczny. Spotkamy się 

na parkingu przed Médic Ecosse, jak najszybciej. Wezwę posiłki.

– W tej chwili mam na dyżurze tylko chirurga stażystę i technika operacyjnego.
– Zrób, co możesz. Chyba będę w stanie sprowadzić pielęgniarkę operacyjną.
Dunbar wyłączył się i zadzwonił do Lisy.
– Gdzie ty byłeś?! Tak się o ciebie bałam, że odchodziłam od zmysłów! – wykrzyknęła. – 

Od dwóch dni nie dajesz znaku życia!

–  Przepraszam, ale nie czas na wyjaśnienia  –  odrzekł Dunbar. Szybko przedstawił jej 

background image

sytuację i dodał:

–  Dziś   w   nocy   może   się   przydać   każda   pomoc.   Jesteś   doświadczoną   pielęgniarką. 

Przyłączysz się?

– Oczywiście. Co mam zrobić?
– Jedź szybko do Médic Ecosse. Będę czekał na parkingu.
Następnie   Dunbar   połączył   się   z   londyńskim   numerem   Inspektoratu   Naukowo-

Medycznego.   Tym   razem   musiał   rozmawiać   na   koszt   abonenta,   bo   skończyły   mu   się 
pieniądze. Na szczęście nie było z tym problemu. Jego prośba została przyjęta automatycznie.

– Tu Steven Dunbar. Dzwonię z Glasgow. Potrzebuję pilnie pomocy. Ale wszystko musi 

być załatwione z waszej strony. Zrozumiał pan?

–  Zrozumiałem  –  potwierdził   dyżurny.  –  Tylko   pewnie   będę   musiał   poprosić   o 

autoryzację.

– Niech pan najpierw załatwi to, czego potrzebuję! – zdenerwował się Dunbar. – A potem 

może pan dzwonić, do kogo się panu podoba. Całą odpowiedzialność biorę na siebie. Muszę 
dostać wsparcie policji. Niech zjawią się jak najszybciej w Szpitalu Médic Ecosse. Mają być 
uzbrojeni. Niczego nie muszą  robić, dopóki tam nie dotrę. Niedługo powinienem być  na 
miejscu. Proszę im powiedzieć, żeby czekali w ukryciu, wokół parkingu. W porządku?

– Jest pan pewien co do broni?
–  Podejrzewam, że mają ją co najmniej dwaj przeciwnicy wyjaśnił Dunbar, myśląc o 

arabskich ochroniarzach pacjentki „Omega”. Miał nadzieję, że skoro nie o nich chodzi, nie 
włączą się do akcji, ale lepiej było nie ryzykować.

– Coś jeszcze?
–  Wśród   policjantów   powinny   być   kobiety.  –  Dunbar   znów   pomyślał   o   skrzydle 

„Omega”.

– Jeszcze coś?
– Potrzebny będzie lekarz sądowy, patolog. Chodzi o biopsję nerki.
– Poprosimy o to policję. Czy to wszystko?
– Na razie tak, ale oprócz tego policja mogłaby się przejechać na Farmę Vane. Na północ 

od Glasgow, przy Lomond Road. Byłem tam przetrzymywany przez ostatnie dwa dni przez 
dwóch arabskich dżentelmenów. Możliwe, że jeden z nich trafił już do szpitala z poważnymi 
obrażeniami dłoni i przedramienia.

– Przekażę wszystko pod odpowiedni adres. Wygląda na to, że ostatnio ma pan co robić.
– Niech pan się zabiera do pracy.
– Załatwione. Dunbar wrócił do land-rovera i szybko pojechał do Médic Ecosse. Oczami 

wyobraźni widział Amandę leżącą na stole operacyjnym. Mordowano ją precyzyjnie i z zimną 
krwią.

Kiedy był w odległości mili od szpitala, na długim zjeździe w dół wyprzedził go pędzący 

wóz   policyjny.   Dunbar   skorzystał   z   okazji   i   wcisnął   pedał   gazu   do   podłogi.   Jadąc   za 

background image

radiowozem miał utorowaną drogę w ruchu ulicznym. Wszystko szło dobrze, dopóki zjeżdżali 
z góry, a potem mknęli po prostej. Rozpędzał się coraz bardziej. Ale pojazdem terenowym nie 
mógł   pokonywać   zakrętów   tak,   jak   samochodem   osobowym.   Na   każdym   ostrym   łuku 
wewnętrzne koła land-rovera odrywały się niebezpiecznie  od ziemi. Potem wóz opadał z 
hukiem na cztery koła.

Gdy  w   końcu  oba   pojazdy  zatrzymały   się   z  piskiem   opon  na   ulicy   przed   szpitalem, 

Dunbar na moment pochylił się i oparł głowę na kierownicy.  Był wykończony nerwowo. 
Musiał chwilę odpocząć i dojść do siebie. Zanim zdążył się zorientować, dwaj policjanci z 
radiowozu pojawili się z obu stron land-rovera.

–  Co ty sobie wyobrażasz, człowieku, do jasnej cholery?!  –  usłyszał.  –  Gonisz nas?! 

Wyłaź z samochodu, idioto!

– Nazywam się Steven Dunbar. Jesteście tu, żeby udzielić mi pomocy.
Policjanci   wymienili   niepewne   spojrzenia,   po   czym   popatrzyli   podejrzliwie  na   strój 

Dunbara.

– Dawajcie dowódcę! – warknął, kładąc kres ich rozterce. – Ale już!
W tym momencie zauważył Clive’a Turnera i Lisę, idących mu na spotkanie. Po drodze 

dołączył do nich inspektor policji.

–  Spójrz   na   siebie   –   powiedziała   Lisa,   zarzucając   mu   ramiona   na   szyję.  –  Jak   ty 

wyglądasz!

– Musisz być wykończony – dodał Turner.
– Doktor Dunbar? Jestem inspektor Renton. Jakie ma pan dla nas polecenia?
– W szpitalu trwa transplantacja. Musimy ją przerwać. Chirurdzy uśmiercają pacjentkę, 

zamiast ją ratować. Chciałbym, żebyście nas ubezpieczali, kiedy tam wejdziemy, i ułatwili 
nam zadanie.

– Jakich możemy mieć przeciwników? – zapytał Renton.
Dunbar   powiedział   mu   o   dwóch   arabskich   ochroniarzach,   którzy   prawdopodobnie   są 

uzbrojeni.

– Zajmiemy się nimi w pierwszej kolejności. Tylko niech pan powie, gdzie ich znaleźć.
Lisa   wyjaśniła   inspektorowi,   jak   trafić   do   skrzydła  „Omega”.   W   tym   czasie   Dunbar 

zapytał Turnera, ile osób udało mu się ściągnąć.

– Dwóch lekarzy i jednego technika.
–  Lisa   jest   wykwalifikowaną   pielęgniarką   operacyjną  –  poinformował   go   Dunbar   i 

dokonał oficjalnej prezentacji. Potem rozejrzał się za Rentonem. Policjant stał na uboczu z 
radiotelefonem.

Dunbar podszedł do niego.
– Liczy się każda sekunda – przynaglił.
– Czekam na meldunek od ludzi z jednostki specjalnej. Są już w środku. Sekundy wlokły 

się jak godziny. Nagle obok zatrzymał się samochód, wysiadł z niego mężczyzna w cywilnym 

background image

ubraniu.

– To Farrow, patolog policyjny – oznajmił Renton.
W tym momencie odezwało się jego radio. Czyjś głos zameldował, że Arabowie zostali 

rozbrojeni.

– W porządku – odparł inspektor. – Wchodzimy.
Dunbar   pobiegł   pierwszy   korytarzami   i   schodami   prowadzącymi   na   oddział 

transplantacyjny.   Zdumiony   personel   usuwał   się   na   bok,   nie   otrzymując   odpowiedzi   na 
pytania, co się dzieje. Przed drzwiami umywalni Dunbar poprosił policjantów, żeby na razie 
poczekali   na   zewnątrz.   Nie   chciał   ich   wpuszczać   do   sterylnych   pomieszczeń.   Uprzedził 
jednak, że nie wie, co zastanie w sali operacyjnej.

– Bądźcie przygotowani na wszystko – ostrzegł. – A teraz... do mycia – zwrócił się do 

swoich przyjaciół.

Pracownicy Médic Ecosse zostali wyproszeni na korytarz i oddani pod opiekę policji. 

Dunbar ostatni skończył przygotowania. Musiał wziąć solidny prysznic. Kiedy wszyscy mieli 
na sobie stroje chirurgiczne i maski, zapytał Turnera:

– Jesteś gotów?
Zdenerwowany lekarz skinął głową i poprawił maskę.
Dunbar   pierwszy  wkroczył   do   sali   operacyjnej   i   spojrzał   ponad   stołem   na   głównego 

chirurga. Ich oczy spotkały się. To nie był Ross. Miał przed sobą Hatfulla.

– Co to... Kim pan jest, do diabła? – zapytał chirurg.
–  Steven Dunbar, doktorze Hatfull. Jestem tu z upoważnienia Inspektoratu Naukowo-

Medycznego i w asyście Szkockich Sił Policyjnych. Na jakim jest pan etapie?

– Ale... O co panu chodzi, u licha? – wymamrotał Hatfull.
– Pytałem, na jakim jest pan etapie? – powtórzył groźnie Dunbar.
– Do zamiany narządów zostało dziesięć minut. Czy pan zdaje sobie sprawę z tego, co 

robi? Nie widzi pan, co tu się dzieje?

– Owszem –  odparł Dunbar, patrząc chirurgowi prosto w oczy.  –  Właśnie zamierzacie 

wstawić temu dziecku niewłaściwą nerkę.

Hatfull omal nie dostał apopleksji.
– Niewłaściwą nerkę?! – wybuchnął. – Ten cholerny organ przyleciał prosto z Genewy! 

Jest tak doskonale dobrany, że lepiej chyba nie można!

– Ale został zastąpiony innym.
– Czy pan stracił rozum? Co pan wygaduje?!
– Nie przez pana – uspokoił go Dunbar. Zdążył już dojść do wniosku, że Hatfull nic nie 

wie o całej aferze.  –  Niech pan jeszcze nie usuwa jej własnej nerki. Zamierzamy  zrobić 
biopsję organu dawcy, trzeba będzie poczekać na wynik. Hatfull przetarł ramieniem czoło i 
westchnął z rezygnacją.

– Czy ktoś mógłby mi wreszcie wyjaśnić, o co chodzi? – zapytał spokojnie.

background image

– Naszą jedyną szansą uratowania życia Amandzie Chapman jest odnalezienie tej nerki, 

która nadeszła z Genewy. Ma pan jakiś pomysł, gdzie należy jej szukać?

Chirurg spojrzał na stojący obok niego pojemnik  wypełniony lodem.  Turner pobierał 

właśnie stamtąd wycinek nerki.

– To nie ta, zapewniam pana – powiedział Dunbar.
– W takim razie... nie mam pojęcia. – Hatfull wzruszył ramionami.
– Niech pan się postara, żeby jej stan był stabilny. – Dunbar wskazał wzrokiem Amandę. 

– A gdzie może być Ross?

– Dziś odleciał do Genewy.
Dunbar wytrzeszczył oczy.
–  Do Genewy? –  powtórzył. Nie spodziewał się takiego zakończenia. Turner umieścił 

wycinek tkanki z nerki dawcy w szklanym naczyniu i wręczył je Farowowi.

– Niech pan to zbada jak najszybciej – poprosił.
Dunbar wyszedł z sali operacyjnej na korytarz i ściągnął maskę.
– Jaka sytuacja? – zapytał Renton.
–  Zła  –  wyznał   Dunbar.  –  Nasz   główny   podejrzany   zwiał   do   Genewy.   Zespół 

chirurgiczny przeprowadzający transplantację nic nie wie o całej aferze. Tylko Ross mógłby 
nam powiedzieć, gdzie ukrył prawdziwy organ dawcy. Jasna cholera! Niech to szlag trafi!

Był   na   siebie   wściekły.   Nie   pomyślał   o   tym,   że   Ross   nie   będzie   operował   Amandy 

osobiście.   A   przecież   nie   operował   również   ani   Kennetha   Linehama,   ani   Amy  Teasdale. 
Zapewne   wolał   zawsze   trzymać   się   z   daleka   po   dokonaniu   zamiany   organu   dawcy   na 
zwierzęcy i powierzał przeprowadzenie transplantacji komuś innemu. Sprytne posunięcie. Ale 
dlaczego   Genewa?   Im   dłużej   się   nad   tym   zastanawiał,   tym   mniej   sensu   widział   w   tym 
wszystkim.   Jeśli   organizm   Amandy   miał   odrzucić   przeszczep,   zgon   nastąpiłby   w   ciągu 
dwudziestu   czterech,   najdalej   trzydziestu   sześciu   godzin.   Ross   powinien   być   wtedy   na 
miejscu,   by   wykonać   transplantację   serca   z   własnym   zespołem   chirurgicznym,   czyli   z 
Amerykanami, którzy przylecieli przed dwoma dniami. Coś tu się nie zgadzało. Jeśli tamci 
czekali tutaj, to dlaczego Ross wybrał się do Genewy? Dunbar doszedł do wniosku, że to 
nieprawdopodobne.   Ten   wyjazd   jest   oszustwem.   Ross   musiał   się   ukrywać   w   skrzydle 
„Omega” razem z Amerykanami.

Postanowił podzielić się swymi podejrzeniami z Rentonem.
–  Skoro tak, żaden z nich niczego się nie spodziewa  –  odrzekł inspektor.  –  Ludzie z 

jednostki specjalnej zdjęli Arabów przy drzwiach, bez hałasu. Zabrali ich na dół.

– Idziemy tam – zdecydował Dunbar.
– W towarzystwie naszych komandosów?
– Może weźmy jednego – odparł Dunbar. – Nie wiadomo, kto jest w środku.
Renton, Dunbar i troje posterunkowych, w tym jedna policjantka, ruszyli  szybko przed 

siebie.   Ubezpieczał   ich   komandos   z   jednostki   specjalnej   w   oporządzeniu   ochronnym   i   z 

background image

bronią automatyczną. Wbiegli po schodach na górę i bez przeszkód dostali się do skrzydła 
„Omega”. Nikt już nie pilnował wejścia. Wokół panowała cisza. Szli ostrożnie korytarzem, 
nasłuchując   pod   kolejnymi   drzwiami.   Nagle   zatrzymali   się.   Z   jednego   z   pomieszczeń 
dochodziły głosy kobiet mówiących po arabsku.

– Pokój pacjentki – szepnął Dunbar. – Chodźmy dalej.
Zdążyli zrobić kilka kroków, gdy otworzyły się przed nimi drzwi. W progu ukazała się 

Arabka. Na widok intruzów wrzasnęła przeraźliwie. Z pokoju naprzeciwko wychylił się Leo 
Giordano. Zobaczył Dunbara, cofnął się i zatrzasnął drzwi.

– Są tam! – krzyknął Dunbar i rzucił się naprzód.
Giordano nie zdołał  w porę zablokować  zamka.  Dunbar uderzył  ramieniem  w drzwi. 

Natychmiast pomogli mu dwaj policjanci i wszyscy trzej wpadli z hukiem do środka.

– To skandal! – zawołał Giordano. – Ja...
–  Zamknij się pan  –  uciszył go Dunbar, rozglądając się dookoła. Towarzystwo było w 

komplecie: Ross, Kinscherf, Ingrid i Amerykanie. Siedzieli z nimi jacyś dwaj Arabowie.

–  Przerwałem   transplantację   Amandy   Chapman  –  oznajmił   Dunbar,   wpatrując   się   w 

Rossa. – Wiem wszystko. Gdzie jest nerka prawdziwego dawcy?

–  Nie   mam   pojęcia,   o   czym   pan   mówi  –  odparł   spokojnie   Ross,   wytrzymując   jego 

spojrzenie. – Takie najście to skandal! Proszę mi wytłumaczyć...

– Gra skończona, Ross. Chyba to rozumiesz. Gdzie nerka? – Dunbar podniósł głos.
Przez chwilę panowała cisza. Niespodziewanie odezwała się Ingrid.
– On ma rację. Powiedz mu, na litość Boską!
– Nie wtrącaj się! – warknął Ross.
Amerykanie poruszyli się niespokojnie. Jeden z nich wstał i zwrócił się do Dunbara.
– Nie wiem, co tu się dzieje, ale nie mam z tym nic wspólnego. Podpisałem tylko kontrakt 

na udział w jednej transplantacji.

– Ja też – zawtórował mu drugi, stając obok kolegi. – Nic nie wiem.
– No, jasne. Nic nie wiecie. – Dunbar uśmiechnął się cierpko. Obaj mężczyźni spuścili 

wzrok.

–  Siadać!  –  rozkazał Dunbar i znów spojrzał na Rossa. Ekshumowano Amy Teasdale i 

zbadano jej serce – skłamał.

Po raz pierwszy w oczach Rossa pojawił się błysk niepokoju.
– Błagam, powiedz mu! – zawołała Ingrid.
Ross odwrócił się do młodszego z Arabów.
–  Proszę   powiedzieć   szejkowi,   że   ci   ludzie   chcą   przeszkodzić   w   operacji,   która   ma 

uratować życie jego syna.

Mężczyzna przetłumaczył słowa chirurga. Szejk wysłuchał go, po czym wolno powiódł 

wzrokiem po osobach, które wtargnęły do pokoju. W jego spokojnych oczach błysnął gniew. 
Gardłowym głosem wydał młodszemu mężczyźnie jakieś polecenie. Ten wyciągnął pistolet i 

background image

wymierzył go w Dunbara.

Policyjny   komandos   wykonał   błyskawiczny   ruch.   Trzasnął   Araba   w   szczękę   kolbą 

automatu. Ochroniarz szejka osunął się na podłogę, a wówczas komandos odebrał mu pistolet. 
Dunbar zrobił krok ponad leżącym ciałem i zbliżył się do Rossa.

– Wszystko skończone, Ross. – powtórzył. – Gdzie to jest?
– Powiedz mu wreszcie! – wrzasnęła histerycznie Ingrid.
Dunbar skinął na policjantów, żeby ją zabrali.
– Gdzie jest nerka, Ross? – zapytał ponownie, zniecierpliwionym tonem.
– Nie mam nic do powiedzenia. Żądam widzenia się z moim adwokatem.
–  Czy ktoś wie, gdzie jest prawdziwa nerka?  –  Dunbar rozejrzał się po  pokoju. –  Na 

miłość Boską, to dziecko umrze!

Spiskowcy pokręcili przecząco głowami, ich pobladłe twarze pozostały bez wyrazu.
– Jezu... – jęknął Dunbar. – Nikt nic nie wie?
– Moglibyśmy przeszukać budynek – zasugerował Renton.
Dunbar zerknął na zegarek.
– Nie ma czasu. – Popatrzył z nienawiścią na Rossa i Kinscherfa, – Zabierzcie ich stąd.
Pocierając palcami skronie, zastanawiał się gorączkowo, gdzie mogła być ukryta nerka. 

„Pomyśl, człowieku...” – mruczał sam do siebie. „Pomyśl dobrze...”.

Nagle rozjaśniło mu się w głowie. Organ musiał być pod ręką, tam, gdzie Ross zamierzał 

go   wkrótce   wykorzystać.   Prosektorium!   Wypadł   z   pokoju,   rozepchnął   policjantów   i 
aresztowanych, po czym pognał schodami na dół, do podziemi. Dobiegł do prosektorium, 
pchnął drzwi i zapalił światło. Wydawało mu się, że minęła cała wieczność, zanim rozbłysły 
jarzeniówki. „Lodówka... lodówka...” – powtarzał, otwierając kolejne szafki. W końcu znalazł 
ją. Szarpnął drzwiczki. W oświetlonym wnętrzu ujrzał metalowy pojemnik. Był taki sam jak 
ten,   który   stał   na   stole   operacyjnym   obok   Amandy,   w   sali   na   górze.   Dunbar   wyjął   go 
ostrożnie i zajrzał do środka. Wśród pokruszonego lodu spoczywała nerka. Szkarłatna plama 
na   białym   tle.   Modląc   się,   żeby   nie   było   za   późno,   popędził   z   powrotem   na   oddział 
transplantacyjny. W rękach ściskał pojemnik.

– Masz ją! – wykrzyknęła Lisa, gdy wpadł do umywalni.
Dunbar nie mógł złapać tchu. Bez słowa wręczył pojemnik czekającemu w pogotowiu 

Turnerowi.

– Jaka sytuacja? – wysapał po chwili.
–  Miałeś rację. Patolog stwierdził, że organ przygotowany do transplantacji to narząd 

zwierzęcy.

– Co z Amandą? – spytał Dunbar.
– Zaraz się przekonamy – odrzekł Turner.
Wchodząc do sali operacyjnej, minął w drzwiach jedną z pielęgniarek asystujących przy 

zabiegu. Wybiegła na zewnątrz, szlochając.

background image

– Nie mogę w to uwierzyć... – mówiła przez łzy. – Przepraszam... Po prostu... nie mogę 

uwierzyć...

Dunbar skinął Lisie głową.
– Powodzenia.
Nie zdążył się umyć, więc nie wolno mu było wejść do sali. Wspiął się po schodach na 

galerię   obserwacyjną   służącą   do   celów   szkoleniowych,   żeby   stamtąd   przyjrzeć   się 
transplantacji. Włączył głośnik. Mógł teraz słyszeć każde słowo.

– Doktorze Turner, zechce mi pan asystować? – zapytał Hatfull. Nagle odwrócił się do 

Lisy  –  Siostro  Fairfax,   jestem   pani   bardzo   wdzięczny...   Wszyscy   gotowi?  –  Członkowie 
zespołu pokiwali głowami. – Dobrze. Więc do roboty.

Dunbar usiadł i poczuł, juk ogarnia go znużenie. Sprawa dobiegła końca. Nareszcie. A 

jeśli na tym świecie istnieje jeszcze sprawiedliwość, przeszczepiona nerka zwróci Amandzie 
Chapman utraconą część dzieciństwa. Jej rodzina odzyska szczęście... Jej rodzina? Dunbar 
uświadomił  sobie, że Kate i Sandy na pewno czekają  na dole na wiadomość,  jak poszła 
operacja. Zastanawiał się, co im powiedziano. Czy w ogóle coś wiedzą? Postanowił wziąć to 
na siebie.

Kiedy przekroczył próg poczekalni, Chapmanowie wstali.
– Czy już coś wiadomo? – zapytali niemal jednocześnie, zanim go rozpoznali.
– Operacja trwa –  odrzekł Dunbar. –  Chirurdzy mieli na początku małe problemy, ale 

teraz wszystko idzie dobrze.

– Strasznie się baliśmy – wyznał Sandy. – Zdaje się, że w szpitalu było dziś wieczorem 

niezłe zamieszanie.

– Widzieliśmy na zewnątrz wozy policyjne – dodała Kate.
– Chyba nie zapomnieliście zapłacić podatku za Esmeraldę? – zażartował Dunbar, chcąc 

zmienić temat rozmowy.

– Mam nadzieję – uśmiechnął się Sandy.

* * *

Dunbar obudził się, czując na powiekach promienie zimowego słońca, przesączające się 

przez okno. Minęła dłuższa chwila, zanim uprzytomnił sobie, że jest w mieszkaniu Lisy.

– Już się obudziłeś? – zapytała z uśmiechem, stając w drzwiach pokoju.
– Chryste... Spałem jak zabity.
– Należało ci się.
– Która godzina?
– Jedenasta trzydzieści.
– Dobry Boże! Co z Amandą?!
–  Wszystko   w   porządku.   Rano   dzwoniłam   do   szpitala.   Nowa   nerka   funkcjonuje 

background image

prawidłowo i mała z pewnością szybko wróci do zdrowia.

– Dzięki Bogu... – westchnął Dunbar.
– Nie. Dzięki tobie – poprawiła go Lisa.
– Dzięki wielu ludziom, z tobą włącznie.
– Czy cała organizacja Médic International jest winna?
Dunbar pokręcił przecząco głową.
– Nie. Tylko tych czworo: Ross, Kinscherf, Giordano i Ingrid. Oczywiście, jest też piąty 

element.

– Piąty element?
– Bezmyślna, żałosna chciwość.
–  Przerażające...  –  powiedziała   cicho   Lisa.  –  Dla   pieniędzy   ludzie   gotowi   są   zrobić 

wszystko.

– Niestety, lekarze nie należą do wyjątków.

– No, Dunbar... Muszę ci pogratulować – oświadczył Macmillan. – Dobra robota!
– Dziękuję panu.
–  Mam   wrażenie,   że   wypadliśmy   zupełnie   nieźle.   Minister   spraw   wewnętrznych   był 

zadowolony, kiedy mu o wszystkim opowiedziałem. Chyba wreszcie doszedł do wniosku, że 
Inspektorat Naukowo-Medyczny może się jednak na coś przydać.

Dunbar uśmiechnął się.
– Teraz pewnie zrobisz sobie urlop?
– Tak jest, sir.
– Dobrze jest wrócić do Londynu, co?
–  Prawdę   mówiąc,   wracam   do   Szkocji,   sir.   Wynająłem   już   domek   na   zachodnim 

wybrzeżu. Spędzę tam kilka tygodni.

– Sam czy z przyjaciółmi?
– Z przyjaciółką – uściślił z uśmiechem Dunbar.


Document Outline