background image

 
 
 
 

Emma Richmond 

 

Za bogaty na męża 

background image

 
ROZDZIAŁ PIERWSZY 
Zwariowałam,  po  prostu  zupełnie  oszalałam!  Mogłam 

przecież  poczekać  w  jego  domu.  To  znaczy...  miałam  taką 
możliwość,  poprawiła  się  w  myślach.  Kobieta,  która 
otworzyła  drzwi,  nie  zaprosiła  jej  co  prawda  do  środka,  ale 
trzeba  było  oczywiście  zapytać,  czy  może  zaczekać  na  pana 
Chevenaya.  Jednak  ona  -  Panna  Raptusińska  -  uważała,  że 
musi zobaczyć się z nim natychmiast, teraz, zaraz. Właściwie 
dlaczego? - zastanawiała się rozgoryczona. 

Odskoczyła  raptownie,  unikając  wdepnięcia  w  coś,  co 

wyglądało na... no, powiedzmy, niezbyt przyjemnie. 

Od miesięcy poszukiwała pracy, pięć minut nie zrobiłoby 

przecież  żadnej  różnicy.  To  nerwy,  po  prostu  głupota  z  jej 
strony.  Zwykle  nie  czuła  tremy  przed  spotkaniami  z 
całkowicie  obcymi  ludźmi,  właściwie  to  cały  czas  spotykała 
się  z  kimś  nieznajomym.  Tylko  to  jego  nazwisko  -  Garde 
Chevenay  -  brzmiało  jakoś  tak...  onieśmielająco.  Dźwięczało 
zbyt  wyniośle.  No  i  co  z  tego?  Prawdopodobnie  z  powodu 
wyraźnie  francuskiego  pochodzenia.  Sorrel  skarciła  się  w 
duchu - jesteś kompletną idiotką! 

No  dobrze,  a  jeśli  to  nie  nerwy,  tylko  rozpacz? 

Poszukiwanie pracy doprowadziło ją do desperacji. Naturalnie 
nie musi mu okazywać, jak bardzo jest niecierpliwa. Z drugiej 
jednak  strony,  może  on  dostrzeże  w  jej  niecierpliwości 
entuzjazm?  To  by  się  dobrze  składało.  Przyszli  pracodawcy 
lubią entuzjastów. Więc dlaczego nie odpowiedział na jej list? 

Wysoka i  smukła  Sorrel  mozolnie  pokonywała  zabłocone 

zbocze.  Dotknęła  ręką  głowy.  Była  mokra.  Uporczywie 
padający  drobny  deszczyk  wcale  nie  pomógł  jej  kręconym 
włosom,  a  wręcz  przeciwnie  -  jeszcze  bardziej  skręcił  je  w 
długie  mokre  grajcarki.  Pochłonięta  własnymi  myślami, 
zatrzymała  się  na  chwilę,  by  odpocząć.  Dlaczego  podczas 

background image

mżawki  człowiek  wydaje  się  bardziej  moknąć  niż  kiedy 
porządnie leje? Rozejrzała się dookoła po pustej okolicy. Ani 
żywej  duszy.  Pan  Chevenay  miał  być  gdzieś  tutaj,  według 
niejasnej wskazówki, której jej udzielono. 

Wspinając  się  dalej  na  wzgórze,  nagle  krzyknęła 

przestraszona.  O  mało  się  o  niego  nie  potknęła.  Miała 
przynajmniej nadzieję, że to on. 

Leżał  płasko  na  brzuchu,  z  ramionami  zanurzonymi  w 

jakąś  szczelinę  w  ziemi.  Widziała  jego  twarz  z  profilu.  Był 
młody,  w  każdym  razie  młodszy,  niż  się  spodziewała.  Czy 
jednak  wyglądał  na  człowieka,  który  da  jej  pracę?  Oto  jest 
pytanie. 

Domyśliła się, że pan Chevenay zgubił coś w tej dziurze i 

teraz próbuje tego dosięgnąć, jak na razie bez rezultatu. 

 -  Jestem  szczupła.  Może  ja  zdołam  to  wydobyć, 

cokolwiek to jest - odezwała się. 

Odwrócił  głowę  i  zmierzył  ją  wzrokiem.  Spojrzenie 

ciemnoszarych  oczu  nie  mówiło  nic.  Wyczuła,  że  jest 
zdenerwowany  i  rozdrażniony,  co  nie  wróżyło  dobrze  jej 
staraniom. Kiedy podniósł się, odkryła, że jest wysoki i mocno 
zbudowany. 

 - Zdejmij płaszcz - rozkazał. 
 - Co? 
 - Płaszcz! Szybko! - rzucił, widząc wahanie Sorrel. - Jeśli 

on  ześliźnie  się  głębiej,  będziemy  musieli  przekopać  całe 
wzgórze - wyjaśnił lapidarnie. Nie czekał, aż ona go posłucha, 
chwycił  ją,  przyciągnął  do  siebie  i  zaczął  rozpinać  guziki  jej 
płaszcza. 

 - On? 
 - Pies - dodał zwięźle. Ściągnął z niej płaszcz i cisnął na 

ziemię. Wziął w rękę jej mokre, rozpuszczone włosy i zaczął 
wpychać je za sweter Sorrel. 

background image

 - Tam na dole jest pies? - spytała z niedowierzaniem. Nie 

zawracał sobie głowy odpowiedzią - nie wyglądał na 

człowieka, który się powtarza. 
 - Będę cię trzymał za kostki. 
 - Za kostki? - przestraszyła się. - Jak głęboko wpadł? 
 -  Zbyt  głęboko,  żebym  ja  go  dosięgnął  -  rzucił  sucho. 

Ponaglił ją, by uklękła. 

 - A czy sam nie zdoła się wydostać? Psy często... 
 - Nie. 
Lekko  zdegustowana  zajrzała  do  jamy.  Zobaczyła  tylko 

błoto na dnie i coś, co w tym błocie wierciło się gwałtownie. 

 - Och, Boże - wyszeptała. - Jakżebym mogła... 
 - Nie mieszaj w to Wszechmocnego. Po prostu wyciągnij 

stamtąd psa - polecił. 

Najwyraźniej  nie  mając  żadnego  wyboru,  najpierw 

wsadziła  do  wąskiego  otworu  ramiona,  a  potem  cała  się 
wsunęła. Poczuła, że Garde chwycił ją za kostki i aż stęknęła 
ze  strachu  i  bólu,  kiedy  wyprostował  ją  jednym  mocnym 
szarpnięciem,  by  łatwiej  jej  było  wśliznąć  się  do  dziury.  Nie 
była  w  stanie  niczego  dojrzeć  ani  poruszyć  głową,  szukała 
dłońmi  po  omacku,  aż  jej  palce  poczuły  lekkie  jak  piórko 
muśnięcie  psiego  ogona.  Jednym  ruchem  chwyciła  mocno 
oburącz zadek psa i stłumionym głosem krzyknęła, by Garde 
ją wyciągnął. 

Nie  był zbyt delikatny, ale z drugiej strony nie zakładała, 

że  w  tej  sytuacji  może  zdobyć  się  na  delikatność.  Najpierw 
próbował pociągnąć ją za kolana, a kiedy mu się to nie udało, 
chwycił ją za biodra, a potem złapał za pasek spodni i powoli 
wyciągał z tej wąskiej dziury. Ze strachu, że z jej mokrych rąk 
wyśliźnie się ubłocone futerko zwierzaka, wzmocniła uchwyt. 
Zagryzła wargę, kiedy pies zaskomlał z bólu i w tym samym 
momencie  poczuła,  jak  jej  ciało,  wyciągnięte  poza  krawędź 
jamy,  znalazło  się  na  mokrej  ziemi.  Przez  chwilę  leżała 

background image

nieruchomo  z  niemiłosiernie  zesztywniałymi  ramionami,  po 
czym  podniosła  głowę.  Zobaczyła,  jak  Garde  bierze  na  ręce 
małego teriera i uważnie go ogląda. 

 -  Nic  ci  nie  jest  -  orzekł  szorstko,  stawiając  pieska  na 

ziemi. Ton głosu świadczył, że jego zły nastrój bynajmniej się 
nie poprawił. 

Rzecz jasna, że psu nic się nie stało. Kilka razy otrząsnął 

się z błota i popędził przed siebie, z nosem przy ziemi. Sorrel 
miała nadzieję, że jej też nic nie jest, chociaż czuła się tak, jak 
gdyby zdarto jej skórę z brzucha i klatki piersiowej. 

 -  Czy  nie  powinieneś  go  zawołać  do  nogi?  - 

zaproponowała od niechcenia. Obróciła się na plecy i usiadła, 
podciągając sweter. Musiała sprawdzić, czy jest cała. 

 - Nie - odparł mrukliwie. - Skaleczyłaś się? 
Pokręciła  głową.  Dostrzegła  tylko  zaczerwienienie  w 

okolicy żeber i nic poza tym. Obciągnęła sweter i spojrzała na 
niego. Wysoki, szeroki w barach, nie ogolony, z potarganymi 
włosami,  budził  lęk  samym  swym  wyglądem  i  opryskliwym 
głosem. 

 - Dziękuję za pomoc - dodał z wyraźną niechęcią. 
 -  Nie  ma  za  co.  Wszystko  w  porządku  -  powiedziała 

spokojnie.  -  Posiadanie  szczupłej  figury  ma  swoje  dobre 
strony i nieraz bardzo pomaga. 

 - Owszem. 
Odszedł i próbował podnieść duży głaz zaryty w ziemi. 
Garde Chevenay na pewno nie był szczupły, miał szerokie 

plecy i był mocno zbudowany. Pod swetrem widać było jego 
prężące się muskuły. 

 - Pomożesz mi z tym, dobrze? Chcę przykryć kamieniem 

tę dziurę, zanim pies znowu do niej wpadnie. 

Wstała  i  najpierw  podniosła  płaszcz,  a  potem  wydała 

okrzyk przerażenia, zobaczywszy, w jakim jest stanie. 

background image

 -  Czy  musiałeś  rzucić  go  w  kałużę  błota?  -  zapytała, 

zapominając na chwilę, że rozmawia z przyszłym pracodawcą. 

Nie  odpowiedział,  tylko  ciągle  próbował  podnieść  głaz, 

targając  nim  na  wszystkie  strony.  Krzywiąc  się,  wsunęła 
ramiona  w  rękawy  płaszcza  i  podeszła,  aby  mu  pomóc.  Po 
kilku minutach zdołali zatoczyć głaz i zablokować szczelinę. 

Garde Chevenay otrzepał ręce i oddalił się bez słowa. 
 -  Halo!  Zaczekaj!  Chcę  z  tobą  pomówić!  -  zawołała  bez 

tchu, bo spieszyła się, by go dogonić. 

 - Nie udzielam wywiadów. 
 -  Nie  proszę  o  wywiad  -  odcięła  się  odruchowo. 

Przystanęła, marszcząc brwi. Czyżby często prześladowali 

go  dziennikarze?  Udzielanie  wywiadów,  czy  też,  jak  w 

tym przypadku, odmawianie, pachniało sławą. 

Zobaczyła, że znowu się oddala, więc podbiegła, by się z 

nim zrównać. 

 - Jesteś sławny? - spytała, idąc obok niego. 
 - Nie. Kto ci powiedział, że jestem? 
 -  Kobieta,  która  w  twoim  domu  otworzyła  mi  drzwi...  - 

zaczęła,  ale  dostrzegła,  że  gniewnie  zacisnął  wargi.  Ta  miła 
kobieta  na  pewno  będzie  miała  kłopoty  tylko  dlatego,  że  jej 
powiedziała,  gdzie  go  szukać.  Niech  to  licho.  -  Posłuchaj  - 
podjęła raz jeszcze. - Chciałam cię tylko o coś poprosić. 

 -  Nie  udzielam  wywiadów  i  nie  wyświadczam  żadnych 

przysług. 

 -  Nie  proszę  cię  o  przysługę!  Faktycznie  to  ja  chcę 

wyświadczyć ci... no... uprzejmość. Chociaż - uściśliła - może 
to  nie  tylko  uprzejmość,  bo  zjawiłam  się  tutaj  w  związku  z 
moim listem. Czy dostałeś mój list? Jestem... 

 - Nie. - Zmierzał prosto do domu. 
Zaskoczyło  ją  to  niezmiernie,  ponieważ  musiał  otrzymać 

list. Jedynie przez moment wahała się, zanim pognała za nim. 

background image

 - Skąd wiesz, że nie dostałeś? - dopytywała się. - Przecież 

nawet nie wiesz, kim jestem! Wysłałam go pocztą poleconą. 

Wciąż milczał. 
 - Musiałeś pokwitować odbiór. Nic nie odpowiedział. 
 -  Chyba  że  nie  było  cię  w  domu,  kiedy  nadszedł  - 

wymamrotała. - I list czeka na poczcie. 

Ponieważ  nadal  milczał,  zaczęła  zastanawiać  się,  czy 

rozmawia  z  właściwym  człowiekiem.  Faktycznie,  nie 
powiedział, kto zacz. 

 - Jesteś Garde Chevenay, prawda? 
Przystanął,  zmierzył  ją  ponurym  spojrzeniem  i  poszedł 

dalej. 

 -  Cóż,  to  na  pewno  nie  tajemnica  -  mruknęła. Zaczęło  ją 

to złościć. 

Przeskoczył  przez  wąski  rów  oddzielający  wzgórze  od 

żwirowanej drogi i zawrócił w stronę starego domostwa. 

Podążyła  za  nim  z  mocnym  postanowieniem,  że  się  nie 

podda, póki nie otrzyma zadowalającej odpowiedzi. 

 -  Mój  list  dotyczył  twoich  ogrodów.  Zajmuję  się 

architekturą  zielem  i  w  ogóle  architekturą  krajobrazu  - 
dorzuciła  dla  jasności,  wchodząc  za  nim  do  jakiegoś 
pomieszczenia gospodarczego. - Więc widzisz... 

 - Zmierzasz dokądś? - zapytał ironicznym tonem. 
 -  Tak  -  potwierdziła  zdecydowanie.  -  Zmierzam  do 

wyłożenia ci wszystkiego, co mogę dla ciebie zrobić. 

 -  Nie  wiedziałem,  że  okazuję  jakieś  zainteresowanie  tym 

tematem. 

 - Nie okazujesz. Jeszcze nie. Ale, Garde, posłuchaj... 
 -  Pan  Chevenay  dla  ciebie,  i  nie  nanoś  mi  tego  błota  do 

środka. 

 - Ty sam naniosłeś - wytknęła. 
 - Ja tu mieszkam. 

background image

Z  lekkim  zniecierpliwieniem  zdjęła  znajdujące  się  w 

katastrofalnym  stanie  buty  i  podreptała  za  nim  w 
przemoczonych  skarpetkach.  Wpadła  na  jego  plecy,  kiedy 
nagle się zatrzymał, żeby zdjąć obuwie. 

 - Przepraszam - bąknęła. 
Powiedział  coś,  czego  nie  dosłyszała,  ściągnął  z  siebie 

mokry  sweter,  rzucił  go  od  niechcenia  w  kąt  i  pchnął  jakieś 
drzwi, przez które wszedł, podwijając rękawy koszuli. Drzwi 
gwałtownie  zakołysały  się  i  zamknęły  za  nim.  Musiała  je 
mocno pchnąć, żeby się otworzyły. 

 - Jesteś taki nieuprzejmy! - poskarżyła się, doganiając go i 

idąc tuż za nim po kamiennej brązowej posadzce. 

 - Prawdopodobnie dlatego, że cię nie zapraszałem. 
 -  A  powinieneś  być  zainteresowany!  Twoje  ogrody  to 

absolutny chaos... - Stanęła, przyjemnie zaskoczona. 

Rozglądała się dookoła, patrząc na białe ściany. Otoczenie 

było puste, prawie klasztorne, chyba dlatego, że rzeczywiście 
kiedyś  mieścił  się  tu  klasztor.  Mały  stolik  w  kształcie 
półksiężyca  stał  między  pięknymi  starymi  schodami  a 
rzeźbionymi frontowymi drzwiami. Na prawo, pod schodami, 
Sorrel zauważyła jeszcze jedne drzwi, a na lewo następne trzy. 
Między pierwszymi drzwiami a stolikiem znajdowała się pusta 
nisza. 

 - Jak tu jest ładnie... - zaczęła. 
 -  Miło  mi,  że  to  przyznajesz  -  zaśmiał  się  szyderczo. 

Podeszła  do  dużego  gobelinu,  który  wisiał  nad  starym 
rzeźbionym kufrem, stojącym tuż obok drzwi. 

 - Trochę wystrzępiony - szepnęła ze smutkiem. - No, ale 

jak przypuszczam, na pewno jest wiekowy. 

Nie było odpowiedzi. Obejrzała się i odkryła, że jest sama. 

Jedynie  lekkie  trzaśniecie  tych  trzecich,  najdalszych  drzwi 
wskazywało, gdzie znikł. Rzuciła się w tamtą stronę, pchnęła 
je  i  weszła  do  pomieszczenia,  które  najwidoczniej  stanowiło 

background image

jego gabinet. Wnętrze było bardzo nowoczesne, funkcjonalne. 
Znajdowały  się  tu,  o  ile  mogła  się  zorientować,  wszelkie 
możliwe techniczne udogodnienia. 

 -  Rozumiem,  że  pracujesz  w  domu  -  wyszeptała, 

rozglądając się po pokoju. 

Nie  odpowiedział,  tylko  usiadł  za  masywnym  biurkiem. 

Pomyślała, że potrzebował przecież solidnego biurka, bo sam 
był  masywnym  mężczyzną.  A  następnie  z  zadowoleniem 
stwierdziła w duchu, że jednak przyjemnie jest spotkać kogoś 
wyższego  od  siebie.  Przeważnie  wszędzie  górowała  nad 
innymi wzrostem, co nie zawsze jej się podobało. 

Przestała  rozglądać  się  po  gabinecie  i  wróciła  do 

najważniejszej dla niej sprawy - kwestii pracy. 

 - Więc rzeczywiście nie dostałeś mojego listu? 
 -  Nie  mam  zwyczaju  zaglądać  do  korespondencji,  której 

się nie spodziewam. 

 - Nawet z ciekawości? - zdumiała się. 
 -  Nie.  -  Splótł  ręce  na  biurku  zarzuconym  papierami  i 

arogancko  mierzył  ją  wzrokiem.  Nie  ukrywał,  że  jej  się 
bacznie przygląda. 

Wiedziała  dobrze,  co  zobaczył  -  bociana,  zbyt  chudego  i 

zbyt  wysokiego.  Jej  włosy  o  miedzianej  barwie  były  jeszcze 
bardziej  poskręcane  niż  zwykle,  bo  przecież  zmokła.  Nawet 
suche,  układały  się  w  loki  niemożliwe  do  rozczesania.  Oczy 
miała  zbyt  jasne,  rzęsy  zbyt  ciemne,  a  nos  prawdopodobnie 
lekko zaróżowiony na czubku. Mimo drobnych rysów twarzy 
nie mogła uchodzić za piękność, ale wiedziała, że na pierwszy 
rzut  oka  robiła  wrażenie.  Z  błyskiem  rozbawienia  w  oku 
skierowała się ku pokrytemu płóciennym pokrowcem krzesłu, 
stojącemu w kącie. 

 -  Mam  nadzieję,  że  nie  zamierzasz  siadać  w  tym 

ubłoconym płaszczu - zauważył obojętnym tonem. 

background image

 - A kto go tak ubłocił? - rzuciła lekko, zdejmując płaszcz. 

Rozejrzała  się, chcąc  zorientować  się,  gdzie  go umieścić,  ale 
nic  takiego  nie  znalazła,  więc  wywróciła  płaszcz  na  lewą 
stronę i położyła go na podłodze. Usiadła, podkulając nogi i z 
zaciekawieniem spojrzała na Garde'a. 

 -  Zawsze  jesteś  w  takim  podłym  nastroju?  -  zapytała  z 

uśmiechem. 

 -  Tak,  a  jedynie  pięknym  kobietom  może  ujść  na  sucho 

taka bezczelność. 

 - Bzdury - orzekła lekceważąco. - Może to ujść na sucho 

każdemu.  Ludzie  są  tak  zaskoczeni  twoją  impertynencją,  że 
pozwalają  ci  na  nią.  Są  speszeni,  a  tobie  zawsze  jakoś  udaje 
się wykręcić od przeprosin. Jeśli myślisz, że bezczelnością jest 
to, co teraz robię, to nie widziałeś mnie, kiedy... 

 -  Nie,  dziękuję  -  przerwał.  Wyciągnął  do  niej  rękę  i 

czekał. Zdezorientowana patrzyła na jego otwartą dłoń. 

 - Masz kopię tego listu? - zapytał. 
 -  Nie,  oczywiście,  że  nie  mam  kopii!  -  zaprzeczyła  z 

irytacją.  -  Dlaczego  miałabym  mieć?  Korespondencja 
funkcjonuje w inny sposób. Ja piszę, ty odpowiadasz... 

 - Jednakże nie odpowiedziałem. 
 - Cóż, nie, ale... 
 - Nie ma żadnego ale. Dlaczego przyszłaś? - zapytał, nie 

owijając w bawełnę. 

Ponieważ  wpadłam  w  rozpacz.  Tego  przecież  nie  mogła 

powiedzieć. Co to, to nie. 

 -  Byłam  tu  w  okolicy  -  skłamała  gładko.  Cały  czas  nie 

spuszczała  z  niego  wzroku,  przyglądając  się  jego  surowej, 
raczej  kwadratowej  twarzy  z  ciemnoszarymi  oczyma  bez 
wyrazu. - Miło byłoby napić się kawy. 

 - Przypuszczam, że tak, panno... ? 
 -  James.  Sorrel  James.  -  Skrzywiła  się  lekko  na  widok 

jego  miny.  -  Idiotyczne,  prawda?  Moja  matka  przepadała  za 

background image

końmi,  a  ja  urodziłam  się  z  brązowymi  włosami  o  lekko 
pomarańczowym odcieniu... 

 - Nadal są brązowopornarańczowe - zauważył. 
 -  Tak  -  przyznała.  -  I  nie  wiem,  skąd  bierzesz  czelność, 

aby  śmiać  się  z  mojego  imienia,  gdy  tymczasem  twoje  jest 
jeszcze  bardziej  dziwaczne.  Przynajmniej  ludzie  wiedzą,  że 
sorrel  znaczy  „gniady".  Natomiast  Garde  nie  jest  właściwie 
zwyczajnym  imieniem.  Czyżby  jakaś  tajemnicza  tradycja 
rodzinna? 

 - Nie. I nie mam pojęcia, za czym przepadała moja matka 
 - odparował szorstko. 
 - Kawa? - uśmiechnęła się szeroko. 
Przyglądał  się  jej  przez  chwilę.  Zastanawiał  się,  czy 

powiedziała  to  szczerze,  czy  stroiła  sobie  żarciki.  Mogłoby 
być  interesujące  rozszyfrowanie  gierki,  jaką  ona  prowadzi. 
Nacisnął guzik interkomu. Rozległ się słaby skrzek. 

 - Proszę o dwie kawy, pani Davies - polecił spokojnie. 
 - Dlaczego znalazłaś się w tej okolicy? - spytał, wciąż ze 

wzrokiem utkwionym w Sorrel. 

Spuściła  powieki  i  z  roztargnieniem  zeskrobywała 

kawałek  błota  przyczepionego  do  spodni  na  kolanie.  Nie 
opowiadaj kłamstw, Sorrel. Powiedz prawdę, rozkazała sobie 
w duchu. 

 - To, co wcześniej mówiłam, to była... bujda - wyznała. 
 -  Przyjechałam  tu  specjalnie,  aby  zobaczyć  się  z  tobą.  - 

Podniosła  na  niego  wzrok.  -  Chcę  zaprojektować  i  urządzić 
twoje  ogrody.  Jestem  o  wiele  lepsza,  niż  na  to  wyglądam  - 
obiecała, widząc w jego wzroku sceptycyzm. - Jestem bardzo 
dobra - dodała. - Nie będziesz zawiedziony. 

 - Nie będę? - powtórzył obojętnie. 
 - Nie. 
 -  A  ty  zawsze  w  ten  sposób  wyszukujesz  klientów? 

Stukasz po prostu do ich drzwi? 

background image

 - Czasami - potwierdziła cicho. 
 -  Jak  często?  Proszę  wejść!  -  zawołał,  słysząc  nieśmiałe 

pukanie. 

Kobieta, która weszła niosąc tacę, wyglądała na osobę tuż 

po  pięćdziesiątce.  Miała  zatroskany  wyraz  twarzy. 
Uśmiechnęła  się  nerwowo  do  Garde'a,  rzuciła  zaciekawione 
spojrzenie na Sorrel i postawiła kawę na biurku. 

 -  Dziękuję,  pani  Davies,  a  na  przyszłość  -  dodał  głosem, 

który na pewno zasiałby strach w każdym bojaźliwym sercu - 
jeśli  ktoś  jeszcze  zadzwoni  do  drzwi,  nie  ma  mnie  w  domu. 
Jak również nie wie pani, gdzie jestem albo co robię. Czy to 
jasne? 

 - Tak, sir. 
 - To nie była jej wina - wtrąciła Sorrel szybko, posyłając 

kobiecie współczujący uśmiech. - Powiedziałam, że jesteśmy 
starymi przyjaciółmi. 

 -  To  samo  dotyczy  starych  przyjaciół  -  powiedział  ze 

wzrokiem utkwionym w panią Davies. - Proszę tylko zapisać 
ich nazwisko, telefon kontaktowy i adres. 

 - Tak - wyszeptała. - Przepraszam. - Obdarzyła go jeszcze 

jednym  nerwowym  uśmiechem  i  cicho  zamknęła  za  sobą 
drzwi. 

 - Czy nie byłeś nieco za szorstki? 
Nic  nie  odrzekł,  machnął  tylko  w  stronę  tacy,  co,  jak 

sądziła Sorrel, znaczyło, że to ona ma nalewać. Wstała więc z 
krzesła i z nieco wymuszonym uśmiechem spytała: 

 - Jaką pijesz? 
 - Czarną. 
Nalała kawę jemu, potem sobie, dodając obficie śmietanki 

i cukru, i usiadła z powrotem na krześle. 

 -  Na  punkcie  własnej  prywatności  wydajesz  się  mieć 

lekkiego  bzika  -  zauważyła,  obserwując  go.  Milczał,  patrząc 
na nią. 

background image

 -  Dlaczego?  Kim  jesteś?  Kimś  sławnym?  Bogatym? 

Ważnym? 

 - Nie. Jak często stukasz tak po prostu do drzwi klientów? 
 - wrócił do swego pytania. 
 -  No,  w  rzeczywistości  ani  razu  -  przyznała  się,  robiąc 

jednocześnie śmieszny grymas twarzy. - To był pierwszy raz. 

Sprawiał wrażenie, że mógłby w to uwierzyć, ale... 
 - Jak mnie znalazłaś? 
 -  Znalazłam  cię?  -  powtórzyła.  -  W  twoich  ustach  to  tak 

brzmi,  jakbym  cię  długo  szukała,  a  nawet  śledziła.  Na 
wzgórzu powiedziałeś, że nie udzielasz wywiadów. Myślałeś, 
że  jestem  dziennikarką  -  dodała  z  namysłem,  przypominając 
sobie nagle jego wcześniejsze uwagi. 

Milcząc, 

cierpliwie  czekał  na  odpowiedź,  więc 

uśmiechnęła się do niego lekko. Zaczynała właśnie lubić tego 
szorstkiego mężczyznę. 

 -  Znalazłam  cię  u  dentysty  -  wyjaśniła  w  końcu  i 

roześmiała się cichym, zaraźliwym śmiechem. - Czekałam, jak 
wszyscy,  przeglądałam  czasopismo  i  w  nim  zobaczyłam 
ciebie.  Garde  Chevenay,  nowy  właściciel  Blakeborough 
Abbey.  Zamieszczono  tam  zdjęcie  terenów  z  lotu  ptaka  i 
zamarzyłam,  żeby  je  urządzić  -  wyłożyła  wprost.  -  Przede 
wszystkim  trzeba  się  zająć  starą  nawierzchnią,  ale  jeżeli  nie 
chciałbyś  albo  nie  mógłbyś  pozwolić  sobie,  żeby  zlecić 
wykonanie wszystkiego za jednym zamachem - dodała szybko 
-  zrobiłabym  to  etapami.  Albo  po  prostu  tylko  żwir.  Jestem 
bardzo dobra, jeśli chodzi o żwir. 

 -  Zaskakujesz  mnie  -  roześmiał  się  sardonicznie.  - 

Dentysta był tutejszy? 

 -  Ach,  nie  -  przyznała  się  z  lekkim  uśmiechem.  -  W 

Londynie. Nie mam teraz zbyt wiele pracy. 

 - I trzeba łapać każdą okazję, jaka się pojawia? 
 - Tak, więc widzisz... 

background image

 - Czy masz dowód tożsamości? - przerwał. 
 -  Nie  -  zaprzeczyła  zakłopotana.  -  Nie  przy  sobie.  A 

dlaczego pytasz? 

 - Ponieważ chcę wiedzieć, kim jesteś. 
 - Przecież wiesz, kim jestem. Powiedziałam ci. 
 - Naprawdę? 
 - Tak. - Poczuła się lekko zbita z tropu. 
 -  Ale  nie  przyniosłaś  dokumentów?  -  Cedził  słowa  z 

sarkazmem. - To niezbyt profesjonalne zachowanie. 

 -  Nie,  to  znaczy  tak  -  potwierdziła.  Wzięła  głęboki 

oddech. 

 - Przywiozłam swoje portfolio. - Skoczyła na równe nogi. 
 - Pobiegnę i zaraz przyniosę - zapowiedziała skwapliwie. 

-  Zostało  w  mojej  ciężarówce.  Będziesz  mógł  zobaczyć,  co 
potrafię  zrobić...  -  Zanim  zdołał  się  odezwać,  wypadła  z 
gabinetu. 

W skarpetkach przebiegła ostrożnie przez żwir i zabrała z 

szoferki  portfolio.  Szybko  wróciwszy,  położyła  je  na  biurku 
przed nim. 

 -  Moja  wizytówka  jest  na  drugiej  stronie  okładki.  Skinął 

głową i otworzył album z fotografiami. Wyciągnął 

arkusik  papieru  i  zapisał  uważnie  jej  nazwisko  i  adres. 

Potem  zamknął  portfolio.  Widząc  to,  poczuła  przemożną 
ochotę, by zniknąć. 

 - Nie chcesz obejrzeć zdjęć? 
 - Nie - odrzekł lekceważąco. 
 - Więc czemu zażyczyłeś sobie jakiegoś dokumentu? 
 - Żeby cię sprawdzić. 
Wziął album i chciał go jej oddać. Schowała ręce za plecy. 
 - Zostawiam ci te zdjęcia. Mogę je zabrać jutro. Nigdy nie 

wiadomo, może zechcesz obejrzeć i znajdziesz tu jakieś dobre 
pomysły... 

 - Nie - zaprzeczył cicho. 

background image

 - Tak. A jeśli naprawdę nie chcesz... 
 - Nie chcę. 
 - Mógłbyś odesłać mi to pocztą. 
 - Mogłoby zaginąć - stwierdził ironicznie. 
 - Zaryzykuję. Ja naprawdę jestem bardzo dobra. 
 - I tania? - spytał, udając zainteresowanie. 
 - No cóż, nie, ale... 
 - Do widzenia, panno James - odprawił ją cicho. 
Z lekkim grymasem dopiła szybko kawę i wzięła płaszcz. 
 -  Przynajmniej  popatrz  na  te  fotografie  -  poprosiła.  - 

Jestem  otwarta  na  wszelkie  propozycje.  -  Kiedy  zdała  sobie 
sprawę, że to, co powiedziała, mogło zabrzmieć dwuznacznie, 
parsknęła  śmiechem.  -  No,  nie  na  wszystkie  propozycje.  Po 
prostu miałam na myśli... 

 - Wiem, co miałaś na myśli. 
Skrzywiła się, narzucając ubłocony płaszcz na ramiona. 
 - Do zobaczenia jutro. 
W powietrzu wisiała jego odpowiedź: „Jeśli ja zobaczę cię 

pierwszy, to ty na pewno mnie nie zobaczysz". 

Uśmiechnęła się smutno. Otworzyła drzwi, ale cofnęła się 

po tacę. 

 - Zabiorę ją do kuchni. Mogę? 
 - Nic ci to nie da. 
 -  Ja  nie  dlatego...  Przepraszam,  daję  się  trochę  ponieść 

fantazji... 

 -  I  unieść  entuzjazmem?  -  Przyjrzał  się  jej  uważnie  z 

takim zainteresowaniem, że się roześmiała. 

 -  W  porządku,  idę  sobie.  -  Nie  przeciągaj  struny,  Sorrel, 

ostrzegła  się  w  myślach.  Umknęła  w  pośpiechu,  niezręcznie 
zamykając za sobą drzwi. 

Wiedziała,  że  zdarza  się  jej  zachowywać  zbyt 

bezceremonialnie  i  unosić  entuzjazmem  w  towarzystwie 
obcych  ludzi, lecz prawdopodobnie działo  się tak dlatego, że 

background image

zwykle pracowała właśnie w cudzych domach, wśród całkiem 
obcych ludzi. 

Na  szczęście  nie  wmusił  jej  z  powrotem  portfolia,  więc 

wciąż  jest  nadzieja,  czyż  nie?  -  pomyślała  jak  niewzruszona 
optymistka i z uśmiechem na wargach przeszła przez hol. 

Zakładając,  że  kuchnie  zazwyczaj  znajdują  się  na  tyłach 

posiadłości,  pchnęła  drzwi  znajdujące  się  pod  schodami  i 
stanęła  jak  wryta.  Znalazła  się  w  pomieszczeniu  wyjętym 
wprost z epoki średniowiecza Kontrast z holem był doprawdy 
oszałamiający. 

Zapłakana 

pani 

Davies 

siedziała 

przy 

długim 

wyszorowanym stole. Sorrel postawiła na nim tacę. 

 - Dobrze się pani czuje? - zapytała. 
 -  Tak.  Nie.  Ja  nie  wiem,  co  mam  robić!  -  wykrzyknęła 

gosposia.  -  On  nic  nie  mówi!  Pan  Craddock,  poprzedni 
właściciel,  był  taki...  nie  wymagający.  Potrzebuję  tej  pracy  - 
wybuchnęła,  patrząc  na  Sorrel.  -  Clive  nie  ma  teraz  roboty. 
Clive  to  mój  mąż  -  wyjaśniła.  -  Chociaż  pan  Chevenay 
powiedział, że mogę tu zostać, nie wiem, czego on się po mnie 
spodziewa... 

 -  Ponieważ  nic  nie  mówi  -  dopowiedziała  ze 

współczuciem  Sorrel.  -  Przepraszam,  że  wpędziłam  panią  w 
kłopoty. 

 -  To  nie  była  pani  wina.  A  czy  mogłaby  go  pani  spytać, 

jakie są moje obowiązki? - poprosiła błagalnym tonem. 

 - Ja?! - wykrzyknęła zdumiona Sorrel. - Przecież ja go nie 

znam! Tak naprawdę nie przyjaźnię się z nim... 

 -  Kiedy  odkurzam,  prosi  mnie,  żebym  przestała,  a  gdy 

przygotowuję  dla  niego  posiłki,  to  ich  nie  zjada.  Nie  mam 
pojęcia,  czy  powinnam  odbierać  telefony!  A  teraz  chce, 
żebym  zmieniła  wystrój  kuchni!  Wiem,  że  jest  trochę 
staroświecka, ale jak to zmienić?! 

background image

 - 

Proszę 

kupić  kilka  czasopism  poświęconych 

wnętrzarstwu - poradziła Sorrel. - Ludzie tak najczęściej robią. 
Pokaże 

mu 

pani 

kilka 

fotografii 

nowocześnie 

zaprojektowanych  kuchni.  On  musi  się  zdecydować  na  jakiś 
projekt  i  wtedy  trzeba  zamówić  ten  wystrój  wnętrza  u 
architekta. W takiej nowocześnie urządzonej kuchni na pewno 
będzie się pani lepiej pracowało. 

 - Przypuszczam - zgodziła się pani Davies. - Oczywiście, 

jeżeli  zostanę  tu  tak  długo...  Nie  sądzę  nawet,  żeby  on  mnie 
lubił. Proszę go i proszę, żeby mówił do mnie Davey, tak jak 
nazywał  mnie  pan  Craddock,  ale  on  nie.  Pani  Davies,  mówi. 
Taki... taki niby grzeczny! 

 -  Dobrze.  Zapytam  go  -  przyrzekła  Sorrel,  ponieważ 

doskonale  wiedziała,  co  pani  Davies  ma  na  myśli,  i  co  to 
znaczy nie mieć pracy i pieniędzy. 

 -  Dziękuję.  -  Gosposia  smutno  westchnęła.  -  Musi  pani 

wiedzieć,  że  zwykle  tak  się  nie  zachowuję  -  wyznała.  - 
Histeryzuję jak jakaś kretynka. Może to klimakterium? 

 - Ojej - wykrztusiła Sorrel. 
 - Tak. I ciągle robi mi się gorąco... - Znowu westchnęła. 
 - A on wyprowadza mnie z równowagi. Sprawia wrażenie 

takiego... gniewnego, prawda? 

 - Owszem. - Sorrel też tak sądziła. 
 - A mówi takim tonem... 
 -  Wzgardliwym?  -  podpowiedziała  Sorrel,  skrywając 

lekką ironię. 

 - Tak, jakby o nikim nie miał dobrej opinii. 
 - Może i nie ma - wymamrotała Sorrel. Łatwo w to było 

uwierzyć. 

 -  Przy  nim  czuję  się  po  prostu  głupia  -  ciągnęła  pani 

Davies. 

 - Nie twierdzę, że jestem bardzo inteligentna, ale przecież 

potrafię gotować, sprzątać i robić wszystko, co potrzebne jest 

background image

do  utrzymania  domu  na  wysokim  poziomie.  Kiedy 
pracowałam u pana Craddocka, nie miałam żadnych kłopotów. 
Szkoda, że wyjechał. 

 -  Więc  niech  pani  popatrzy  na  to,  jak  na  wyzwanie.  – 

Sorrel  starała  się  ją  pocieszyć.  -  Przyzwyczai  się  pani  do 
niego, jestem pewna... 

 -  A  teraz  jeszcze  ci  dziennikarze  i  to  wszystko...  -  Pani 

Davies  mówiła  nadal,  jakby  wcale  nie  słuchała  Sorrel.  -  Po 
prostu nie wiem, co począć. 

 - Dziennikarze? 
 - Tak. Wydaje się, że oni wszyscy go nienawidzą. 
 -  Dlaczego,  na  miłość  boską,  mieliby  go  nienawidzić?  - 

zdziwiła się Sorrel. 

 -  Och,  nie  wiem  -  rzekła  gosposia  znużonym  tonem. 

Wstała, wzięła tacę i postawiła ją na blacie kredensu. 

 -  Czy  on  jest  sławny?  -  spytała  Sorrel,  wstając 

jednocześnie od stołu i kierując się w stronę kredensu. 

 -  Sławny?  Nie  mam  pojęcia.  Wiem  tylko,  że  za  każdym 

razem,  kiedy  wychodzę,  potykam  się  o  reporterów 
gromadzących  się  przy  bramie.  Ale  nie  wolno  mi  z  nimi 
rozmawiać  -  dorzuciła  gniewnie,  jak  gdyby  to  stanowiło 
jeszcze jeden sporny punkt między nią a pracodawcą. 

Sorrel miała już prosić ją o wyjaśnienia, ale nagle ujrzała 

swoje odbicie w lustrze nad kredensem. Zagapiła się na siebie 
ze zdumieniem. 

 -  O  rany  -  wyszeptała.  -  Nie  wiedziałam,  że  tak  fatalnie 

wyglądam. 

Jej twarz była brudna! Włosy, ciągle wetknięte za sweter, 

ozdobione były bryłkami błota i suchą trawą. 

Szybko  uporządkowała  fryzurę,  strzepując  największe 

grudy zaschniętego błota i wyjmując z włosów źdźbła  trawy, 
po czym wyciągnęła z kieszeni chusteczkę i patrząc w lustro, 
zaczęła czyścić twarz. 

background image

 - Nie jest idealnie - westchnęła. - Ale lepiej niż było. No 

nic. - Lekko skinąwszy głową pani Davies, podeszła do drzwi. 

 - Muszę już iść. Do widzenia! 
 -  Na  pewno  nie  zapomni  pani  zapytać?  -  zaczęła  pani 

Davies proszącym tonem. 

 - Nie, nie, proszę się nie martwić. 
 - Teraz? - zapytała z nadzieją. 
 - Teraz? - Sorrel się przestraszyła. Nie sądziła, żeby to był 

dobry pomysł. 

 - Proszę. 
 - No dobrze, ale nie mogę niczego obiecać - zgodziła się 

niechętnie. Stanowczo miała zbyt miękkie serce. 

Zebrała  się  na  odwagę  i  wróciła  pod  drzwi  gabinetu 

Garde'a. Lekko zapukała i nie czekając na zaproszenie, szybko 
wsadziła głowę do środka. 

 - Przepraszam, że przeszkadzam... - zaczęła. 
 -  Tak  szybko  z  powrotem,  panno  James?  -  zadrwił, 

zerkając  na  nią  znad  otwartego  albumu,  który  najwyraźniej 
przeglądał. 

 -  Hm...  -  chrząknęła  niepewnie.  -  Jest  jeszcze  jedna 

rzecz... 

 - Przypuszczałem, że będzie. 
 - Chodzi o panią Davies - powiedziała spokojnie, patrząc 

na  niego  surowym  wzrokiem.  -  Zdaje  się,  że  bardzo 
przestraszyłeś 

biedną 

kobietę. 

Jestem 

pewna, 

że 

nienaumyślnie  -  dodała  prędko.  -  Jednak  gdybyś  mógł 
powiedzieć  jej  po  prostu,  jakie  są  jej  obowiązki,  kiedy  ma 
odkurzać, gotować, i tak dalej... 

 - Dzięki - rzekł obojętnie. - Na pewno tak zrobię. 
 - To dobrze. I jeszcze jedno... Dlaczego nie powiedziałeś 

mi, że mam błoto na twarzy? - zapytała ze słabym uśmiechem. 

 - A dlaczego miałbym mówić ci o tym? 
 - Dlaczego?! - krzyknęła. - Ponieważ... 

background image

 - Proszę już iść - rozkazał spokojnie. 
 -  No  cóż.  Do  widzenia,  do  jutra!  -  Szeroko  uśmiechnęła 

się, szczelniej owinęła się płaszczem i wyszła. 

Bardzo starannie zaniknęła za sobą drzwi i dopiero wtedy 

roześmiała się głośno i radośnie. 

Pomyślała,  że  jeśli  przeglądał  jej  prace,  to  znaczy,  iż  nie 

był  tak  zupełnie  nie  zainteresowany,  na  jakiego  się  zgrywał, 
prawda?  I  jeżeli  nawet  nie  dostanie  tej  roboty,  na  dobrą 
sprawę cieszyła się, że przyszła tutaj. Prawdę powiedziawszy, 
polubiła  go.  O  kimś  takim  można  było  tylko  marzyć,  a  ona 
przecież poznała go osobiście! I to był powód do radości. 

Garde  roześmiał  się  krótko,  patrząc  na  zamknięte  drzwi. 

Ten  korowód  ludzi  składających  mu  swoje  propozycje  robił 
się  z  każdą  minutą  coraz  dziwaczniejszy.  Nie  myślał,  że 
kiedykolwiek  spotka  kogoś  tak  -  no,  powiedzmy  - 
prostolinijnego. Powinno spodobać mu się, że ona jest aż tak 
swobodna  i  naturalna,  tyle  że  bardzo  w  to  wątpił.  Jak,  do 
Ucha, udało im się zwerbować ogrodniczkę? Jeżeli oczywiście 
ona  naprawdę  zajmowała  się  ogrodami.  Rzecz  jasna,  nie 
powinien  nigdy  wpuszczać  jej  do  tego  domu.  Nie  bardzo 
wiedział,  jak  to  się  stało,  że  pozwolił  jej  wejść.  A  jutro, 
niestety,  ona  tu  wróci.  Ta  jakaś  panna  James.  A  po  pannie 
James  znajdzie  się  jeszcze  ktoś,  kto  będzie  chciał  urządzać 
jego  ogród  albo  umyć  jego  samochód,  lub  przeczyścić 
kominy... Ich wynalazczość doprawdy była nieograniczona! 

Nagle  przyszło  mu  do  głowy, że  gdyby  zatrudnił  tę  jakąś 

pannę  James,  to  być  może  prześladowanie  zostanie  na  jakiś 
czas przerwane. 

Z  lekkim, trochę  cynicznym  uśmieszkiem zaczął uważnie 

przeglądać  portfolio.  Wiedział,  że  powinien  doprowadzić  do 
porządku  swój  ogród.  Mógłby  więc  upiec  dwie  pieczenie  na 
jednym  ogniu.  A  jeśli  nie  będzie  dobra  w  swoim  fachu,  po 
prostu nie dostanie zapłaty. 

background image

Wrócił  do  pierwszej  strony  albumu,  na  której  była  jej 

wizytówka,  przyklejona  taśmą  klejącą,  zdecydowanym 
ruchem  przyciągnął  do  siebie  aparat  telefoniczny  i  wystukał 
numer prywatnego detektywa. 

Sorrel  zajrzała  do  kuchni,  aby  zapewnić  gosposię,  że  pan 

Chevenay  w  najbliższej  przyszłości  na  pewno  zmieni  się  na 
lepsze. Potem włożyła buty i wyszła z domu. 

Żwir  chrzęścił  pod  jej  stopami,  kiedy  okrążała  dom. 

Zauważyła,  że  chmury  wisiały  nisko,  a  przecież  w  czerwcu 
powinno być słonecznie, a nie stale mżyć. To pora roku, kiedy 
ludzie  powinni  czuć  się  radośnie  i  pogodnie.  Niestety,  w 
domu,  z  którego  przed  chwilą  wyszła,  też  nie  było  pogody, 
panowała  tam  raczej  ponura  atmosfera.  A  według  słów  pani 
Davies  równie  niemiła  atmosfera  panuje  w  środowisku 
lokalnej  prasy.  Dlaczego  tak  nienawidzili  tego  młodego 
człowieka?  Cóż,  nie  takiego  znów  młodego,  poprawiła  się  w 
myślach.  Przypuszczała,  że  miał  około  trzydziestu  pięciu  lat 
albo i bliżej czterdziestki. I był niesłychanie atrakcyjny, mimo 
swoich dość szorstkich manier. Ale nienawidzić go? Za co? 

Wspięła  się  do  kabiny  swojej  starej  ciężarówki. 

Przekręciła  kluczyk  w  stacyjce,  modląc  się,  żeby  silnik  dało 
się uruchomić za pierwszym razem. 

Garde  Chevenay.  Nazwisko,  którym  niewątpliwie  można 

uwodzić kobiety. Uświadomiła sobie, że upłynęło dużo czasu 
od  jej  ostatniego  niezobowiązującego  flirtu  z  atrakcyjnym 
facetem.  Flirt?  Czemu  nie?  Sama  myśl  o  tym  nastroiła  ją 
beztrosko.  Oczywiście  nie  spodziewała  się  wzajemności  ze 
strony  pana  Chevenaya,  ale  uznała,  że  byłoby  zabawnie 
poflirtować  z  nim  przez  jakiś  czas.  Jeśli  tylko  on  zezwoli  jej 
na urządzenie swego ogrodu, w co nadal wątpiła. 

Czyżby jej przyjazd do posiadłości Garde'a Chevenaya był 

jednak  daremnym  wysiłkiem?  Szkoda,  bo  frontem  domu 
rzeczywiście  trzeba  się  zająć.  Trawa,  która  kiedyś,  według 

background image

wszelkiego  prawdopodobieństwa,  tworzyła  piękny  równo 
przystrzyżony  trawnik,  teraz  wybujała  zbyt  wysoko  i  zarosła 
chwastami.  Drzewa,  stare  i  pochyłe,  należałoby  koniecznie 
poprzycinać,  a  niektóre  nawet  wyciąć.  Sporo  pracy  wymagał 
także  podjazd.  Strumień,  który  płynął  w  niższej  części 
posiadłości, powinno się oczyścić, a rzut oka na zabudowania 
z  tyłu  powiedział  jej...  No  cóż...  To  tylko  twoje  marzenia. 
Sorrel z westchnieniem przywołała się do porządku. 

Nawet gdyby był zainteresowany urządzeniem ogrodu, nie 

miała  referencji,  by  udowodnić,  że  jest  osobą  zasługującą  na 
zaufanie. Garde Chevenay sprawiał wrażenie człowieka, który 
zdecydowanie  zażądałby  referencji.  Zresztą,  jak  wszyscy 
przed  nim.  Jej  zmartwienie  polegało  na  tym,  że  dopiero  po 
robocie  dla  Nicka  zaczęła  potrzebować  formalnego 
potwierdzenia  swoich  umiejętności.  Przedtem  zawsze 
dostawała  pracę  dzięki  ustnym  referencjom,  po  prostu  jeden 
klient polecał ją drugiemu. Teraz nagle okazało się, że każdy 
klient żąda referencji na piśmie od ostatniego pracodawcy. 

Westchnęła,  uśmiechając  się  do  swoich  myśli  niemal  tak 

cynicznie  jak  Garde.  To  bardzo  prawdopodobne,  że  za  tym 
wszystkim  musiał  stać  Nick.  Referencje  od  Nicka?  No 
właśnie. Dostała kilka propozycji po ogłoszeniach, które dała, 
nawet  dostarczono  jej  kosztorysy,  wszystko  wyglądało 
pięknie, a potem nagle zaczęły nadchodzić usprawiedliwienia. 
„To nie całkiem to, o co nam chodzi. Przykro nam". Albo: „To 
jest  zbyt  drogie".  Lub:  „Za  dużo  tego,  za  mało  tamtego  i, 
oczywiście,  brak  referencji  od  pani  ostatniego  pracodawcy 
uniemożliwia  nam  dalszą  współpracę.  Teraz  trzeba  być  tak 
ostrożnym". 

Jeżeli wkrótce nie znajdzie pracy... 
Znowu  pogrążona  w  czarnych  myślach  podjechała  pod 

mały  hotelik,  w  którym  zarezerwowała  nocleg.  Weszła  na 
górę  do  swojego  pokoju.  Postanowiła  zatelefonować  do 

background image

siostry,  żeby  się  dowiedzieć,  czy  Jen  udało  się  zdobyć  to 
czasopismo,  które  zaczęła  czytać  u  dentysty.  Nawet  jeśli  Jen 
nie  byłaby  w  stanie  dowiedzieć  się  o  Chevenaym  czegoś 
nowego,  to  artykuł  w  tym  magazynie  mógł  podsunąć  jej 
wskazówkę,  jak  go  ostatecznie  przekonać,  że  jest  mu 
potrzebna. Jen lubiła trudne zadania. Obie lubiły. 

Rozłożyła się wygodnie na łóżku, wzięła telefon i wybrała 

numer siostry. Jen podniosła słuchawkę po drugim dzwonku. 

 -  Sorrel!  Gdzie,  do  licha,  się  podziewasz?  Przez  cały 

dzień próbuję cię złapać! 

 -  Naprawdę?  -  Sorrel  się  przestraszyła.  -  Dlaczego?  Czy 

coś się stało? 

 - Co? Nie! Jesteś w domu? 
 - Nie. W hrabstwie Wiltshire. 
 -  Wiltshire!  -  wykrzyknęła  Jen.  -  Co,  u  licha...  Nie!  - 

powiedziała wzburzona. - Tylko mi nie mów, że... To dlatego 
chciałaś, żebym znalazła ten artykuł! Pojechałaś zobaczyć się 
z  nim!  Sorrel!  Nie  możesz  tak  po  prostu  nachodzić  obcych 
ludzi! 

 -  Oczywiście,  że  mogę  -  przekonywała  ją  Sorrel 

spokojnie. Przed oczyma natychmiast stanęła jej twarz Garde'a 
i  uśmiechnęła  się  do  siebie.  -  Czasami  można  spotkać 
niezwykle interesujących ludzi. 

Zapadło krótkie milczenie. 
 - Nie podoba mi się twój ton - upomniała ją surowo Jen. - 

Co się stało? 

 - Nic. 
 - Sorrel! - ostrzegła Jen. - Wiesz, że w końcu wyciągnę to 

z ciebie, więc równie dobrze możesz powiedzieć mi wszystko 
teraz. Co zaszło? 

 - Nic nie zaszło. - Śmiejąc się, przymknęła powieki. - Po 

prostu...  ten  mężczyzna  wydał  mi  się  bardzo,  ale  to  bardzo 
interesujący - wyznała cicho. 

background image

Jen odchrząknęła zdegustowana. 
 - Cóż, lepiej nie interesuj się nim za bardzo - uprzedziła ją 

szorstko. 

 - Dlaczego nie? - uśmiechnęła się Sorrel. - Od wieków nie 

miałam przyzwoitego flirtu! 

 - Ponieważ on jest umierający! 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 
Sorrel  poczuła  nagle  pustkę  w  głowie,  a  jej  ciało  ogarnął 

stan nieważkości. 

 -  Umierający?  -  wyszeptała  w  szoku.  -  Nie  może  być 

umierający. Wygląda tak zdrowo. 

 -  Cóż,  tak  właśnie  napisali  w  tym  artykule,  który 

znalazłam. W tym, którego nie zdążyłaś przeczytać do końca. 
Zaczekaj moment, zaraz przyniosę to czasopismo. - Po chwili 
ciszy,  przerywanej  szelestem  przewracanych  kartek,  rozległ 
się  głos  Jen:  -  Posłuchaj,  w  zakończeniu  artykułu  napisano, 
chociaż  muszę  przyznać,  że  to  dość  dziwny  wniosek...  - 
stwierdziła zaintrygowana. - Najpierw wspomina się o jakichś 
operacjach  handlowych  i  że  ostatnio  odprzedał  swoją  spółkę 
Amerykanom. Pamiętaj, że to artykuł sprzed sześciu miesięcy 
-  dodała.  -  I  potem  piszą,  że  może  nie  jest  to  zaskakujące,  iż 
odnosi takie finansowe sukcesy, ponieważ ma raka. 

 -  Raka?  -  powtórzyła  Sorrel  jak  echo.  Ogarnęło  ją 

przerażenie  i  litość,  uczucia  tak  silne,  że  aż  niewspółmierne 
wobec faktu, że właściwie go nie znała. - Jesteś pewna, że tam 
tak napisano? 

 - Oczywiście, że jestem pewna. 
 - Przecież to nie ma sensu! 
 -  Owszem,  nie  ma,  ale  tak  piszą.  -  Znowu  zapanowało 

krótkie  milczenie.  -  Ty  chyba  zdążyłaś  już  go  polubić  - 
stwierdziła po chwili Jen z irytacją w głosie. 

 - Tak, polubiłam go, ale proszę cię, nie mów mi tylko, że 

mam wypaczony gust i mylne sądy o ludziach... 

 - Jednak masz. 
 - Nie zawsze - broniła się. 
 - Zawsze, Sorrel, zawsze. - Jen trwała przy swoim. 
 -  Zapewniam  cię,  że  Garde  ani  trochę  nie  przypomina 

Nicka  -  zaprotestowała  Sorrel.  -  Czy  naprawdę  uważasz,  że 
już zawsze powinnam każdego podejrzewać? 

background image

 -  Każdego...  nie  -  westchnęła  Jen.  -  Po  prostu...  no, 

martwię  się  o  ciebie,  Sorrel.  Do  cholery,  opowiedz  mi 
wreszcie o nim! 

 -  Nie  musisz  do  mnie  tak  mówić!  On  naprawdę  nie  jest 

podobny do Nicka. 

 - To jaki jest? 
 - Och, wielki, szorstki, ironiczny. Raczej nieuprzejmy. 
 - I polubiłaś go? 
 - Tak - przytaknęła odważnie. - Bo był inny niż... Wprost 

nie  mogę  uwierzyć,  że  jest  chory!  Wyglądał  tak  zdrowo! 
Bardzo zdrowo! 

 - Może choroba akurat się cofnęła - bąknęła Jen. - Czy on 

zamierza pozwolić ci urządzić swoje ogrody? 

 - Nie wiem. Jutro rano znowu się z nim zobaczę. 
 - Nie rozumiem. Powiedz mi, po co osobiście pojechałaś 

do Wiltshire? - dopytywała się zmartwiona Jen. 

 - Ponieważ nie przypuszczam, żeby Nick miał tam jakieś 

wpływy  -  oznajmiła  gniewnie  Sorrel.  -  A  poza  tym,  ta 
dziewczyna, którą zastępuję w centrum ogrodniczym, wraca w 
poniedziałek - dodała posępnie. 

 - A niech to. Miałam nadzieję, że ona nie wróci. 
 - Ja też. 
 -  Kochanie,  tak  mi  przykro.  Czy  ta  praca  zapowiada  się 

ciekawie? Chociaż, jeśli on jest umierający - martwiła się Jen - 
prawdopodobnie lepiej byłoby nie wiązać się uczuciowo. Nie 
zniosę, jeśli ktoś znowu cię zrani! 

 -  Nie  zamierzam  się  wiązać!  Powiedziałam  jedynie,  że 

wydał  mi  się  interesujący!  -  W  każdym  razie,  nawet  gdyby 
chciała,  prawdopodobnie  w  ogóle  nie  będzie  miała  okazji, 
żeby się z kimkolwiek wiązać. 

Sorrel postanowiła szybko zmienić temat. Odkryła, że nie 

ma ochoty rozmawiać nadal o nim, nawet z własną siostrą. 

 - Co porabia mój siostrzeniec? 

background image

 - Wstyd przynosi! - Jen zaczęła się śmiać. - Zerwał tapetę 

ze ściany nad swoim łóżeczkiem, a kiedy robiłam mu wyrzuty, 
mały  łobuziak  tylko  na  mnie  patrzył  tymi  swoimi  wielkimi 
błękitnymi oczyma i szeptał: „ojej, ojej". 

 -  Chyba  przypominam  sobie,  jak  ktoś  inny  dawno  temu 

zachowywał  się  identycznie.  -  Sorrel  się  roześmiała.  - 
Tradycja rodzinna musi być podtrzymywana. 

 - Różnica jest taka, że ja wtedy dostałam klapsa! 
 - Aha, pamiętam. 
 - Kiedy przyjeżdżasz do domu? 
 -  Och,  mam  nadzieję,  że  jutro.  Ucałuj  ode  mnie  tego 

małego  łobuziaka  i  swojego  czarującego  męża.  Powinnam 
wrócić koło piątej... Wierz mi, naprawdę u mnie wszystko jest 
w porządku 

 - podkreśliła. - Trzymaj się. - Wolno odłożyła słuchawkę i 

przez kilka minut siedziała ze wzrokiem utkwionym w aparat. 
Nie chciała, żeby on był chory. Nie mogła w to uwierzyć. Czy 
dlatego  powiedział,  że  nie  udziela  wywiadów?  Możliwe.  Po 
tym, jak opublikowali ten artykuł o raku... 

Próbowała  przestać  myśleć  o  nim.  Wstała,  żeby  wziąć 

prysznic i umyć głowę, zanim zejdzie na dół coś zjeść. Jednak 
nie umiała zostawić go w spokoju. Przez cały wieczór i długo 
w nocy nie opuszczały jej myśli o tym mężczyźnie. 

Myślała  o  nim  także  następnego  poranka,  jadąc  do  jego 

domu.  Zanim  zdążyła  dotknąć  starego  sznura  od  dzwonka, 
sam otworzył  jej drzwi. Albo był  to  zbieg okoliczności, albo 
też  musiał  na  nią  czatować.  Szybko  zorientowała  się,  że  ani 
jedno,  ani  drugie,  bo  z  domu  wybiegł  mały  terier,  którego 
uratowali wczorajszego dnia. Widocznie jego pan akurat miał 
zamiar wypuścić go na dwór. 

 -  A  więc  wrócił  do  domu  cały  i  zdrowy  -  wymamrotała 

bezmyślnie. 

background image

 -  Można  tak  przypuszczać.  Nie  jest  mój  -  dodał,  widząc 

jej zdziwione spojrzenie. 

 - Ach. 
 - Wpada z wizytą. 
 - Ach - powiedziała jeszcze raz. - Czy miałeś... hm... czas, 

żeby przejrzeć fotografie? 

 -  Tak.  Proszę,  wejdź.  -  Przytrzymał  drzwi,  a  potem 

zamknął za nią i poprowadził do gabinetu. 

Namyślał  się  nad  tym  wszystkim  długo.  Poprzedniego 

wieczora  prawie  zdołał  przekonać  samego  siebie,  że  ona 
działa z wyrachowaniem. Jednakże dziś nie sprawiała takiego 
wrażenia.  Wyglądało  na  to,  że  zaskoczyło  ją  zaproszenie  do 
środka, jak gdyby spodziewała się, że on po prostu odda jej w 
drzwiach portfolio. 

Zasiadł za biurkiem i spojrzał na leżący przed nim album. 

Ciągle jeszcze mógł zmienić decyzję. Rzucił okiem na Sorrel, 
starając się jakoś zinterpretować wyraz jej twarzy, ale szybko 
zrezygnował i ponownie skoncentrował się na albumie. 

 - Czy coś ci się tu spodobało? - spytała. Podeszła i stanęła 

za nim. - Wszystkie fotografie pokazują stan przed i po... 

Otworzyła portfolio. 
Popatrzył na nią tak, jakby chciał skarcić ją wzrokiem. 
 - Przepraszam - wymamrotała zasmucona. 
 - Siadaj - polecił. 
Posłusznie  wykonała  w  tył  zwrot  i  pomaszerowała  do 

krzesła, na którym siedziała wczoraj. Kiedy zaniknął album i 
zaczął bębnić palcami w okładkę, przywarła wzrokiem do jego 
czerstwej twarzy, szukając oznak choroby, ale nie potrafiła ich 
znaleźć.  Nie  był  ani  mizerny,  ani  blady,  i  na  pewno  nie 
wypadały  mu  włosy  -  z  drugiej  strony  może  nie  przechodził 
chemoterapii. Albo może już mu odrosły? Niewykluczone, że 
jest  już  wyleczony.  Nie  każdy  typ  raka  jest  śmiertelny,  a 
szczególnie jeśli nie stwierdzono przerzutów. Jen powiedziała, 

background image

że  artykuł  pochodził  sprzed  sześciu  miesięcy.  Z  pewnością 
Garde  wyglądał  w  istocie  dość...  no  cóż...  dość  krzepko. 
Świeżo ogolony, ubrany był w elegancką jasnoszarą koszulę z 
krótkimi  rękawami  i  w  czyściutkie  jasnoniebieskie  dżinsy, 
które  ciasno  opinały  jego  szczupłe  długie  nogi.  Otaczała  go 
aura  siły  i  zdecydowania.  W  żadnym  razie  nie  sprawiał 
wrażenia człowieka, który umiera. 

Na dźwięk dzwonka telefonicznego lekko się wzdrygnęła. 

Garde nie ruszył się z miejsca. 

 - Nie zamierzasz odebrać? -  spytała,  kiedy już dłużej nie 

mogła znieść natarczywego dzwonka. 

 - Nie. 
 - To dlaczego nie masz automatycznej sekretarki? Telefon 

w końcu przestał dzwonić. 

 - Czy widziałeś listy... hm... pochwalne? Są wetknięte za 

tylną  okładkę  albumu  -  zagadnęła.  Pomyślała,  że  jednak 
powinna  o  nich  wspomnieć,  a  być  może  on  nie  zauważy,  że 
ostatni Ust został niestety napisany przeszło rok temu. 

Nic  nie  odrzekł,  ale  zdaje  się,  że  on  w  ogóle  nie 

odpowiadał, jeśli nie miał na to ochoty. Także, jeśli nie chciał, 
nie  odbierał  telefonu.  Bardzo  śmieszny  sposób  prowadzenia 
firmy.  Jeżeli  on  w  ogóle  miał  jeszcze  jakąś  własną  firmę. 
Powinna była uważniej słuchać tego, co mówiła o nim Jen. 

Zatrzymał  na  niej  wzrok  długą,  długą  chwilę.  Nie  była 

pewna, co to ma znaczyć, więc odezwała się szybko. 

 -  Dzwoniłam  do  mojej  siostry  wczoraj  wieczorem,  żeby 

powiedzieć  jej  o  tobie.  Prosiłam  ją,  żeby  postarała  się  o 
czasopismo,  które  przeglądałam  u  dentysty  i  nie  zdążyłam 
przeczytać  do  końca  artykułu  o  tobie,  w  którym  napisali,  że 
podobno  masz  raka  -  palnęła,  zanim  zdążyła  ugryźć  się  w 
język. 

Ku  jej  zdziwieniu  roześmiał  się.  Był  wyraźnie 

rozbawiony. 

background image

 - I to jest przyczyna twojej zmartwionej miny tego ranka? 

- zakpił. 

 - Tak - przyznała. - Przez pół nocy nie spałam, myśląc o 

tym Tak mi przykro. 

 - 

Niepotrzebnie 

powiedział 

ze  zdumiewającą 

obojętnością.  -  To  była  pomyłka  w  druku,  a  raczej  błąd  w 
korekcie. 

 - Pomyłka? 
 -  Tak.  Mówiłem,  że  mam  Raka,  ale...  w  horoskopie. 

Powiedziałem,  że  urodziłem  się  pod  tym  znakiem,  a  nie,  że 
jestem  chory  na  raka.  Dziennikarz,  któremu  udzielałem 
wywiadu,  interesował  się  astrologią  i  dlatego  mnie  o  to 
zapytał.  Widocznie  przy  opracowywaniu  artykułu  do  druku 
jakiś  adiustator  zrobił  ten  błąd,  a  korekta  tego  nie  wyłapała. 
Być  może  nie  wszyscy  się  znają  na  horoskopach  i 
astrologicznych znakach Zodiaku. 

 - Och - uśmiechnęła się z ulgą. - Tak się cieszę. 
 - Ja również - przyznał oschle. 
 - Napisali, że dlatego odnosisz sukcesy. Nie widziałam w 

tym sensu. 

 - Naprawdę? - spytał z drwiną w głosie. 
 - Tak. - Cichutko zachichotała, ale  szybko powstrzymała 

śmiech  i  zaczęła  obserwować  jego  szerokie,  zręczne  ręce, 
porządkujące papiery na biurku. 

Czuła się podniesiona na duchu. Przyglądając się uważnie 

jego  profilowi,  zdecydowała,  że  bardzo  jej  się  podoba  to,  co 
widzi.  Miał  wyrazistą  twarz.  Oto  człowiek,  który  szybko 
podejmuje decyzje i trzyma się ich. Człowiek, który nie traci 
czasu  na  pustą  gadaninę.  Który  nie  oszukuje?  Ktoś,  kto 
przypuszczalnie nieco onieśmiela wszystkich oprócz Sorrel, i 
kto sam rzadko czuje się onieśmielony. 

 - Kto zrobił te zdjęcia? - zapytał ni stąd, ni zowąd. 
 - Ja. Skinął głową. 

background image

 -  Nie  wierzysz,  że  jestem  architektem  zieleni,  że 

projektuję  ogrody  i  krajobrazy,  prawda?  -  spokojnie  zadała 
pytanie. 

 - Wierzę, że znasz się na ogrodach. 
Lekko  marszcząc  brwi,  przypomniała  sobie  jego 

wczorajszą  skrytość  i  nieufność  wobec  niej.  Sprawiał 
wrażenie,  że  o  coś  ją  podejrzewa.  Tylko  o  co?  Postanowiła 
wyjaśnić to teraz. 

 -  Pewnie  podejrzewasz,  że  te  ogrody  na  fotografiach  to 

nie ja zaprojektowałam. 

 - A zaprojektowałaś? 
 -  Tak.  Wczoraj...  a  nawet  teraz  -  dodała  po  namyśle  - 

wydajesz  się  sugerować,  że  mogę  być  kimś  innym. 
Wyczuwam, że mi nie ufasz. Czy jest tak? - Czyżby Nick do 
niego dotarł? A może jakoś odkrył, że ona jest w dołku? Nie, 
tego nie mógłby odkryć. Więc dlaczego Garde Chevenay jest 
taki podejrzliwy? - Nie rozumiem, dlaczego posądzasz mnie o 
działanie  z  ukrytych  pobudek.  Cały  czas  czuję,  że  mi  nie 
wierzysz. 

 - Może z powodu twojego zachowania? - podsunął. 
 -  Ale  ja  zawsze  jestem  taka.  Czy  masz  na  myśli  to,  że 

zjawiłam  się  tak  niespodziewanie?  Nie  zapowiedziana?  Stało 
się tak dlatego, że... 

 - Że nie odpowiedziałem na twój list - dokończył za nią i 

dodał:  -  Już  mi  o  tym  wczoraj  wspominałaś.  Owszem,  nie 
odpowiedziałem. No i co teraz? - zapytał. 

 -  Co  teraz?  -  powtórzyła  zmieszana  -  Co  teraz  robisz, 

panno James? 

On 

nie 

zamierza 

mnie 

zaangażować, 

pomyślała 

przygnębiona.  Po  co  więc  zaprosił  do  gabinetu?  Dlaczego 
przedłuża tę agonię? 

 - Nic nie robię - odrzekła. - Jeśli nie chcesz, żebym zajęła 

się twoimi ogrodami, po prostu odejdę tam, skąd przyszłam. 

background image

 - Żeby robić co? 
 -  Cokolwiek.  Wszystko,  co  mogę  robić.  Wszystko,  co 

potrafię - oznajmiła  niemal wyzywająco, wahając się  między 
dumą  a  uczciwością.  -  Przez  kilka  ostatnich  miesięcy 
pracowałam  w  centrum  ogrodniczym.  -  Nie  musiała 
wspominać,  że  już  jej  tam  nie  potrzebują.  Pamiętała,  co 
sprawiło,  że  z  takim  trudem  wiązała  koniec  z  końcem,  i  nie 
była w nastroju, by dalej ciągnąć rozmowę o swojej pracy czy 
też jej braku. Wstała. - No cóż - powiedziała lekkim tonem. - 
Lepiej już pójdę. Przede mną długa jazda. Miło mi było pana 
poznać,  panie  Chevenay.  -  Pochyliła  się  i  zabrała  swoje 
portfolio. 

 -  Już  nie  chcesz  zająć  się  moimi  ogrodami?  -  spytał  z 

sarkazmem. 

 - Ależ oczywiście, że chcę! Ale ty nie masz zamiaru mnie 

zatrudnić, prawda? Toteż nie ma co... 

 - Nie mam zamiaru? Spojrzała na niego uważnie. 
 -  Nie  jesteś  jedyną  osobą,  która  chwyta  każdą  okazję, 

panno James. - Podniósł się, nie czekając na jej odpowiedź. 

 -  Zamierzasz  zatrudnić  mnie,  żebym  doprowadziła  do 

porządku twoje ogrody? 

 - Tak - potwierdził. 
 - Więc po co były te wszystkie gierki słowne? - zapytała z 

irytacją. 

Musiał  zdawać  sobie  sprawę,  ile  to  dla  niej  znaczy,  a 

bawił się z nią jak kot z myszką. 

 -  Dlaczego  tak  nagle  zachciało  ci  się,  żebym 

zaprojektowała  twoje  ogrody?  Wczoraj  nie  chciałeś  - 
przypomniała z wzrastającą irytacją w głosie. 

 - Może chcę mieć na ciebie oko? Prychnęła. 
 - Albo może pomyślałem, że potrzebujesz pracy. 
 - Nie zrobiłeś na mnie wrażenia filantropa - zaserwowała 

mu lekceważącą ripostę. 

background image

 -  To  co?  Nie  chcesz  zaprojektować  moich  ogrodów? 

Oczywiście, że chce! Wprost marzyła o tym! Tylko że on na 
pewno  zażąda  referencji.  W  każdej  chwili  może  o  nie 
poprosić. Taki człowiek jak Garde nie zatrudniłby byle kogo. 
Łudziła  się,  że  mogłaby  przekonać  go  do  swych  kwalifikacji 
tak,  żeby  nie  poprosił  o  referencje.  Tak  jak  łudziła  się  wiele 
razy  w  ciągu  fatalnych  ubiegłych  miesięcy.  Jak  zwykle,  za 
tym  wszystkim  musiał  stać  Nick.  Lecz  jak  mogłaby  to 
udowodnić?  Patrzyła  na  Garde'a  pustym  wzrokiem.  Nagle 
uświadomiła sobie, że on wciąż czeka na odpowiedź. 

 -  Bardzo  chcę  zaprojektować  ci  ogrody  -  powiedziała 

spokojnie,  a  zaraz  potem  pomyślała,  że  powinna  dodać  coś 
jeszcze,  by  wytłumaczyć  swoje  długie  milczenie.  - 
Zastanawiałam  się  tylko,  dlaczego  nie  skorzystasz  z  usług 
lokalnej firmy, Jakieś muszą tutaj być. 

 -  Są.  I  nawet  dostałem  listę  architektów  krajobrazu, 

cieszących się uznaniem w całym kraju. Ale ciebie nie ma na 
tej liście - dorzucił cicho. 

Cóż,  nie  mogło  być  tam  jej  nazwiska.  Zostało  usunięte 

wiele miesięcy temu. Za podszeptem Nicka. 

 - Czy masz referencje? 
 -  Nie  -  odrzekła  odważnie.  Nie  ma  co  kręcić.  -  Nigdy 

dotąd  ich  nie  potrzebowałam  -  oświadczyła  wyzywająco.  - 
Dopiero ostatnio. 

Pokiwał głową. 
 - Więc jaka jest procedura? 
 -  Procedura?  -  powtórzyła.  Była  zdumiona,  że  temat 

referencji został tak szybko porzucony. 

 -  Tak  -  powiedział  lekko  zniecierpliwiony.  -  Co  robisz 

wpierw? Szkice? Projekty? Wykopy? 

 - Ach, oczywiście projekty. Możesz je zaakceptować albo 

nie, możesz także przekazać mi własne propozycje. Niektórzy 
dokładnie wiedzą, czego chcą. Inni nie. 

background image

 -  Więc  przygotuj  mi  kilka  szkiców  projektów,  może  je 

zatwierdzę. 

 - Dziękuję. Kiedy chcesz, żebym zaczęła? 
 - Jak najszybciej. 
Wpatrując  się  w  ogród  przed  domem,  zastanawiała  się, 

dlaczego  nie  czuje  radości.  Powinna  się  cieszyć,  a  zamiast 
tego zachowywała się z rezerwą. 

 - Będę chciała poznać twoje upodobania, muszę wiedzieć, 

czy chcesz mieć drzewa, kaskady... 

 -  Nie  wiem,  czego  chcę.  Poszukaj  sama  natchnienia, 

panno  James.  Czy  obejrzysz  teren?  -  zapytał  i  nagle  szpetnie 
zaklął. 

Zaskoczona,  ujrzała  młodego  człowieka  wyskakującego  z 

samochodu  stojącego  przy  bramie.  Na  szyi  miał  zawieszony 
aparat fotograficzny. 

 - Kto to jest? 
 -  Bardzo  dobrze,  panno  James,  znakomicie  -  zadrwił  z 

niej. 

 - O co chodzi? - zmieszała się. 
 - Twoje zdumienie wygląda niemal naturalnie. 
 - Jest naturalne! Skąd, u licha, miałabym...  
 - To reporter - przerwał jej. 
Ze złością pomyślał, że pewnie ten dziennikarz przyjechał 

sprawdzić, czy jego wysłanniczka uzyskała dostęp do domu i 
zaufanie  jego  gospodarza.  Możliwe.  A  nawet  bardzo 
prawdopodobne... 

 -  Po  prostu  nie  zwracaj  na  niego  uwagi,  a  kiedy  będzie 

zagadywał, nie odpowiadaj - dodał szorstko, zły na siebie i na 
nią. 

 -  Ale  czego  on  chce?  Hej!  -  zawołała  wzburzona,  kiedy 

niemal oślepił ją błysk flesza. - Cholera! On właśnie zrobił mi 
zdjęcie! To bezczelność! 

background image

 - Bez przesady - wymamrotał do siebie. - Nie musisz być 

aż tak przekonująca. 

Ignorując 

dziennikarza, 

który 

okrzykami 

chciał 

przyciągnąć  jego  uwagę,  poprowadził  ją  za  dom.  Znikli 
tamtemu z oczu. 

 - Co mówiłeś? - spytała zakłopotana. - Nie dosłyszałam. 
 - Nieważne. 
 - Czy on za nami pójdzie? 
 - Nie - zaprzeczył ponuro. - Jeżeli ceni swój sprzęt. 
 - Ale czego on chce? 
 -  Doprowadzić  mnie  do  upadku  -  rzekł  ze  wzgardą.  - 

Możesz  trzymać  swoje  narzędzia  i  całą  resztę  rzeczy  tam,  w 
składziku. - Stanął, obejmując wzrokiem żałosną ruinę ogrodu 
na tyłach domu. - Ta brama na końcu muru okalającego ogród 
prowadzi  do  padoku,  który  tutejsza  rodzina  wynajęła  dla 
swoich  koni.  Niżej  jest  pole  uprawne  dla  warzyw,  a  tędy...  - 
Przeszedł  przez  zburzony  taras  do  bramy  z  kutego  żelaza, 
która  chwiała  się  na  jednym  zawiasie.  -  Tutaj  są  mocno 
zniszczone cieplarnie, dalej stoi stary składzik z cegły, a tam 
śmietnisko,  które  jest  w  trakcie  porządkowania.  Ale  to,  co 
powinno cię teraz interesować, znajduje się na froncie domu. 

 - A co chcesz, żebym zrobiła? - zaciekawiła się od razu. 
 -  Zapleczem  zajmiesz  się  potem.  Czytałem  coś  o 

klombach,  ale  biorąc  pod  uwagę,  że  nie  zauważę  klombu, 
dopóki się o niego nie potknę, to sprawa dyskusyjna. 

Wątpiła  w  to.  Podejrzewała,  że  on  wie  dobrze,  co  to  jest 

klomb.  Sprawiał  wrażenie  człowieka,  który  ma  mnóstwo 
wiadomości z wielu dziedzin. 

 - Chodź - polecił lakonicznie i poprowadził ją do tylnych 

drzwi.  -  Pewnie  potrzebujesz  pomieszczenia,  gdzie  będziesz 
rysowała projekty. 

 -  Mogę  szkicować  na  dworze  albo...  -  zaczęła 

zaaferowana. 

background image

 - Cóż, jeśli zmienisz zdanie, możesz korzystać ze starego 

refektarza - zaznaczył cicho i dodał: - Oczywiście refektarza w 
czasach, kiedy tu było opactwo. 

Otworzył pierwsze drzwi po lewej. 
Wkroczyła  do  długiego,  pustego  pokoju.  Speszyło  ją 

głośno  rozlegające  się  echo  kroków.  Rozejrzała  się  wokół. 
Pomieszczenie  wyłożone  było  tymi  samymi  płytami  co  hol, 
ale  w  przeciwieństwie  do  holu  tutaj  jeszcze  nie  rozpoczęto 
remontu.  Łukowo  sklepione  okna  nie  miały  zasłon,  duży 
kominek stał zakurzony i najwidoczniej od długiego czasu nie 
używany. 

 - Wstawię tu dla ciebie krzesło i stół do pracy. 
 - Dziękuję. 
 - Tu jest dobre światło, a wyobrażam sobie, że światło jest 

ważne przy projektowaniu. 

 - Oczywiście. 
Podeszła  do  okna,  by  popatrzeć  na  zarośnięty  ogród  na 

tyłach domostwa. Dołączył do niej. 

 -  To  dawny  krużganek  klasztorny.  Albo  krużganki...  nie 

wiem, czy stosuje się w tym przypadku liczbę pojedynczą czy 
mnogą.  Pierwotnie  w  opactwie  istniały  też  inne  budynki. 
Kaplica,  sypialnie,  mleczarnia,  pomieszczenie,  gdzie  mnisi 
robili wino, składali zapasy warzyw. Ciągle są tu cele... 

 -  Tak  -  przytaknęła  machinalnie.  Coś,  może  kawałek 

rozbitego  szkła  zaświeciło  jej  nagle  w  oczy.  Przypomniała 
sobie fotoreportera. - Dlaczego on zrobił mi zdjęcie? - spytała 
zafrasowana. 

 -  Ten  reporter?  Kto  wie?  Może  po  to,  aby  zachować 

pozory? 

 - Jakie pozory... - zaczęła oszołomiona. 
 - Co ci się nie podoba? Że sfotografował nas oboje? 
 -  Nie  -  zaprzeczyła  bez  przekonania.  -  Ale  on  mógłby 

pomyśleć sobie... 

background image

 -  Że  co?  Że  łączy  nas  romantyczny  związek?  -  podsunął 

szyderczym tonem. 

 - Nie ma potrzeby mówić o tym takim tonem - zbeształa 

go. - Niektórzy uważają, że jestem atrakcyjna. 

 -  Nie  wątpię,  że  tak  uważają  -  zgodził  się  obojętnie. 

Uśmiechnęła  się  lekko.  On  najwidoczniej  nie  zaliczał  się  do 
tych, którzy widzą w niej atrakcyjną kobietę. 

 -  Kobiety  o  pełnych  kształtach...  pewnie  tylko  takie 

lubisz? - zapytała z ironią. 

 -  Lubię  takie,  które  siedzą  cicho.  -  Popatrzył  na  nią 

oczyma bez wyrazu. 

Sorrel  zaśmiała się  krótko  i  starała  się  skupić  całą  uwagę 

na ogrodzie. 

 - Jeśli ta fotografia zostanie opublikowana - ciągnął - czy 

jest  ktoś  na  tyle  ci  bliski,  że  mógłby  poczuć  się  niemile 
zaskoczony lub nawet obrażony? 

 - Nie. 
 - To dobrze. 
Zanim  zdążyła  spytać,  dlaczego  dobrze,  odwrócił  się  i 

wyszedł z refektarza. Nie pozostało jej nic innego, jak pójść w 
jego  ślady.  Bardzo  dziwne,  bo  gdy  tylko  przestąpiła  próg, 
drzwi  same  zamknęły  się  cicho  za  nią.  Wyglądało  to  tak, 
jakby  ktoś  wiedział,  że  wychodzą  i  bezszelestnie  je  za  nimi 
zamknął.  Zagapiła  się  na  te  zamknięte  drzwi  i  została  w tyle 
za  Garde'em.  Dogoniła  go  dopiero  przy  klatce  schodowej, 
obwieszonej od góry do dołu starymi mapami. 

 -  Kolekcjonujesz  je?  -  Wskazała  na  mapy.  Niewątpliwie 

było to swego rodzaju hobby. Ciekawe, jakie miał jeszcze inne 
zainteresowania? 

Wyjąwszy 

oczywiście 

zatrudnianie 

nieznanych  architektów  i  przyjmowanie  wizyt  obcych  psów, 
pomyślała złośliwie. 

background image

Czekała  na  odpowiedź,  ale  on  milczał.  Postanowiła  więc 

sprowokować  go  do  rozmowy,  zadając  jej  zdaniem  dość 
irytujące pytanie. 

 -  Czy  nadal  nie  wierzysz,  że  jestem  tą,  za  którą  się 

podaję?  Niestety,  zignorował  pytanie.  Westchnęła.  Temat 
zamknięty? 

I  dlaczego  nie  poruszał  już  kwestii  referencji?  Nie  był 

głupcem,  czemu  więc  zaangażował  kogoś  nieznajomego?  To 
wszystko nie miało sensu. 

 - O to się nie martw - odezwał się wreszcie, idąc w stronę 

gabinetu.  -  Pomyśl  raczej  o  kosztach,  którymi  zamierzasz 
mnie obciążyć. 

 - To nie o pieniądze chodzi - zaprzeczyła spokojnie. 
 -  Nie?  -  Otworzył  drzwi  i  gestem  nakazał  jej  wejść.  -  A 

jeśli nie pieniędzy, to czego innego będziesz potrzebowała? 

 -  Czego  będę  potrzebowała?  -  powtórzyła  zdziwiona, 

zanim  weszła  go  gabinetu.  -  Niczego,  dopóki  nie 
zaakceptujesz projektów. 

 -  A  ilu  będziesz  potrzebowała  robotników?  Pokręciła 

głową. 

 - Zwykle wszystko wykonuję sama. 
 - A twoja kwatera? 
 -  Zarezerwuję  sobie  pokój  tam,  gdzie  zatrzymałam  się 

wczorajszej nocy. To taki mały, skromny hotelik. 

 - A zaliczka? Ile? 
Zmieszana  spojrzała  na  niego.  Czuła  się  niezręcznie. 

Zawsze nienawidziła tej kwestii, pojawiającej się w rozmowie 
o jej honorarium. Z jakichś głupich powodów jej serce zaczęło 
bić niezwykle szybko. 

 -  Dlaczego  pracowałaś  w  centrum  ogrodniczym?  - 

Popatrzył  na  nią  przenikliwie  ciemnoszarymi  oczyma,  które 
zdawały się sondować jej duszę. 

background image

 - No wiesz, zima i w ogóle - wymamrotała, unikając jego 

wzroku.  -  Ludzie  zaczynają  myśleć  o  swoich  ogrodach 
dopiero wiosną. 

 - Teraz jest lato - podkreślił rzeczowo. 
 - Owszem, no... ale tak jakoś się stało, że... 
 -  Co  prawdopodobnie  znaczy,  że  twoja  sytuacja 

finansowa... 

 -  ...pogorszyła  się.  Zgadza  się  -  przyznała  uczciwie, 

wpadając mu w słowo. 

Ciągle miała małą kwotę na rachunku oszczędnościowym 

- to, co zostało po sprzedaży domu - ale czynsz i rachunki za 
jej  ciasne  mieszkanko  sprawiały,  że  suma  ta  topniała  w 
zatrważającym  tempie.  Zarobki  w  centrum  ogrodniczym  nie 
były zbyt wysokie. 

 -  W  takim  razie  zapłacę  twój  rachunek  w  hotelu  i  kiedy 

będziesz  gotowa,  by  coś  kupować...  darń,  rośliny...  daj  mi 
znać. 

 - Tak. Dziękuję. Oczywiście. 
 - Czemu jesteś taka zakłopotana? 
 -  Nie  wiem.  -  I  naprawdę  nie  wiedziała.  Przypomniała 

sobie  słowa  Jen,  że  nie  zna  się  na  ludziach,  że  błędnie  ich 
ocenia.  Czy  rzeczywiście  fałszywie  oceniała  ludzkie 
charaktery?  Czy  pomyliła  się  co  do  tego  człowieka?  Jakimi 
motywami  on  się  kierował,  przyjmując  ją  do  pracy?  Tak 
bardzo  chciała  dostać  tę  pracę,  a  teraz  poczuła  się  nieswojo. 
Po  prostu  coś  tu  nie  grało.  Po  chwili  milczenia  dodała:  - 
Chyba nie spodziewałam się... To znaczy myślałam, że dzisiaj 
stanowczo  mnie  odprawisz.  Że  już  cię  nie  zobaczę...  No,  a 
teraz  muszę  już  jechać  do  domu,  zabrać  rzeczy...  -  dodała  z 
zabawnym wzruszeniem ramion. 

 - Kiedy wrócisz? 
Potrzebowała  kilku  dni,  żeby  się  zorganizować,  zrobić 

pranie, prasowanie. 

background image

 - Poniedziałek? - zaproponowała. 
 - Poniedziałek będzie dobry. 
 - Znam się na swojej robocie - podkreśliła. 
 - Mam nadzieję, że się znasz. - Jego słowa zabrzmiały jak 

ostrzeżenie. 

 -  Ciągle  jednak  nie  rozumiem,  dlaczego  mimo  wszystko 

dałeś mi tę pracę! - wykrzyknęła. 

 -  Nie  myślałem,  że  zrozumiesz.  -  Uważnie  spojrzał  jej 

prosto w oczy. 

 - I nie zamierzasz mi powiedzieć? 
 - Jeszcze nie. Nie martw się o to, panno James - zadrwił. - 

Sądziłem, że są zielone. 

 -  Przepraszam?  -  wyszeptała  trochę  speszona.  Czuła  się 

jak zahipnotyzowana. 

 -  Twoje  oczy.  Myślałem,  że  są  zielone,  ale  nie.  Są 

niebieskie z zielonymi plamkami. 

 - Tak. 
Uśmiechnął  się  lekko,  powoli,  bez  odrobiny  ciepła,  a 

potem ją pocałował. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 
Długi pocałunek przyprawił ją o zawrót głowy. 
 - Dlaczego to zrobiłeś? - Z trudem złapała oddech. 
 -  Żeby  sprawdzić  różnicę  wzrostu.  Jak  się  nazywa  to 

twoje centrum ogrodnicze? 

 -  Patterson  -  odrzekła,  niemal  bezmyślnie.  Co  to  ma 

znaczyć, sprawdzić różnicę wzrostu? 

 - Gdzie to jest? 
 - W Fulham. 
 - Więc jedź ostrożnie, zobaczę cię w poniedziałek. 
 - Tak - szepnęła. 
 - I nie rozmawiaj z tym reporterem. 
 - Dobrze. 
Usunął  się  na  bok,  a  ona  szybko  wyszła  z  gabinetu. 

Szarpnęła jedno skrzydło imponujących drzwi wejściowych i 
wydostała się na podwórze oświetlone rachitycznym słońcem. 

Czemu on ją pocałował? Po co? I dlaczego ją zatrudnił? 
 - Panienko? Panienko! - wołał fotoreporter. 
Ignorując  dziennikarza  tkwiącego  na  posterunku,  wspięła 

się  do  szoferki  ciężarówki  i  ogarnęła  wzrokiem  domostwo. 
Ledwo  zresztą  je  dostrzegała,  bo  zapatrzyła  się  na  szary 
kamień,  na  bluszcz  niesfornie  pnący  się  po  ceglanym  murze. 
Starała  się  wyobrazić  sobie,  jak  było  tu  kiedyś.  Tymi 
ścieżkami  chodzili  mnisi,  modlili  się,  chowając  ręce  w 
szerokich  rękawach  habitów  i  pochylając  głowy  w  pokorze. 
Gdzieś tu rozbrzmiewał dzwon... Z westchnieniem spojrzała w 
górę, ale nie zobaczyła niczego przypominającego dzwonnicę. 
Gdzie  podział  się  jej  wczorajszy  wesoły  nastrój?  I  dlaczego 
koło bramy kręcił się reporter? Z czego słynął Garde? 

Czuła  się  coraz  bardziej  rozkojarzona.  Miała  rozbiegane 

myśli.  Weź  się  w  garść,  Sorrel,  upomniała  się  w  duchu.  No 
tak, ale ona  naprawdę musi wiedzieć, dlaczego ją pocałował, 
co miała znaczyć ta „różnica wzrostu". Nie zamierza pracować 

background image

dla  niego,  jeśli  on  będzie  taki...  nonszalancki.  Chociaż,  z 
drugiej  strony,  nie  sprawiał  wrażenia  człowieka,  który 
narzucałby się z niechcianymi zalotami. Nie pragnęła z nikim 
wiązać  się  na  serio,  w  każdym  razie  jeszcze  nie  teraz.  Po 
kłopotach z Nickiem było na to o wiele za wcześnie. Jednak, 
pomimo  że  przed  wszystkimi  udawała,  że  sobie  poradziła  z 
całą  sprawą,  sama  nie  była  całkiem  pewna,  czy  tak  jest 
naprawdę. 

Sorrel! - skarciła siebie w myślach. On cię nawet nie lubi! 

Więc  dlaczego  mnie  pocałował?  Bo  miał  przyjaciółkę  niższą 
od ciebie i ciekawiło go, jak się całuje kogoś wyższego? Och, 
nie  bądź  taka  głupia!  To  dlatego,  że...  ponieważ  jest  taki  jak 
Nick?  Nie,  nic  podobnego!  W  ogóle  go  w  niczym  nie 
przypomina!  Jednak  za  nieprzystępnością  Garde'a  kryło  się 
coś zupełnie innego. Tylko co? 

Ciągle mając zamęt w głowie, uruchomiła silnik. 
Gdyby Jen nie  zarzucała jej, że zawsze się myli i  błędnie 

ocenia zachowania innych ludzi, to przypuszczałaby, że on po 
prostu  flirtuje  z  nią.  Coraz  bardziej  zakłopotana,  odrzuciła 
jednak  taką  możliwość.  Nie,  on  wcale  z  nią  nie  flirtował. 
Czemu więc ją pocałował? 

Najważniejsze, 

że  znowu  będzie  pracować.  Jen 

prawdopodobnie zmartwi się i powie jej, że postępuje głupio. 
Możliwe, że była głupia, ale będzie zajmować się znów tym, 
co kocha... 

Rzuciła  okiem  na  teren  przed  domem.  Jej  myśli  zaczęły 

koncentrować  się  na  różnych  pomysłach  i  planach.  W  jej 
umyśle  zaczęły  powstawać  pierwsze  projekty.  Minęła 
reportera i ruszyła w długą podróż do domu. 

 - Co będziesz robić? - spytała Jen. 
 -  Pracować  dla  niego.  I  nie  patrz  tak  na  mnie.  Bardzo 

potrzebuję tej roboty. 

 - Tak, tak... ale ty nic o nim nie wiesz! 

background image

 - Posłuchaj, to ja jestem starszą siostrą. I nie musisz mnie 

ciągle pilnować. 

Jen prychnęła. 
 - Młodsze siostry powinny mieć szacunek dla starszych. 
 -  Młodsze  siostry,  które  mają  więcej  rozsądku,  powinny 

opiekować  się  starszymi  siostrami!  A  jeśli  nadal  będziesz  w 
ten sposób upychać rzeczy do pudła, nie będziesz miała co na 
siebie włożyć, kiedy je wyjmiesz! Daj mi to tutaj! 

Sorrel zostawiła Jen pakowanie i usiadła na brzegu łóżka. 
Siostry  nie  były  do  siebie  podobne.  Młodsza,  niższa  i 

ładniejsza  Jen,  odznaczała  się  zawsze  skutecznością  w 
działaniu,  gdy  tymczasem  Sorrel  lubiła  pogrążać  się  w 
marzeniach.  Jen  miała  ciemne  włosy,  grube  i  proste,  zadarty 
nos,  szerokie  usta.  Zaś  Sorrel  miała  bardzo  delikatne  rysy 
twarzy,  prosty  nosek,  drobne  usta  i  długie  jedwabiste  rude 
loki. 

 -  Wszystko  będzie  w  porządku  -  starała  się  przekonać  ją 

Sorrel. 

 -  Więc  dlaczego  od  razu,  kiedy  przyjechałaś,  nie 

powiedziałaś  mi,  że  będziesz  dla  niego  pracować?  Jeśli  to 
wszystko jest uczciwe... 

 - Oczywiście, że jest uczciwe! 
 - A co on powiedział o twoich referencjach? 
 - Nic. 
 - Nic? 
 - Wiesz, on chyba mnie nie lubi. 
 - To dlaczego cię zatrudnił? Sadzę, że Giles powinien tam 

pojechać i go sprawdzić. 

 -  Tylko  to  zrób  -  ostrzegła  Sorrel.  -  Mam  dwadzieścia 

osiem lat. 

 -  Tak,  a  ktoś  pomyślałby,  że  pięć.  Mały  Marcus  ma 

więcej rozsądku od ciebie. 

 - Dzięki! 

background image

 - Będziesz ostrożna, prawda?  -  Jen popatrzyła na  siostrę, 

głęboko wzdychając. 

 - Tak. 
 - I weź gotówkę od razu. 
 - Tak 
 - I nie mów mu niczego o sobie. Nie wchodź do domu... 
 -  Nie  dotykaj  żadnych  pieniędzy  -  mruknęła  Sorrel,  z 

większym  rozgoryczeniem,  niż  zamierzała.  -  Może  powinnaś 
go przestrzec. 

 -  Och,  Sorrel,  nie!  -  wykrzyknęła  Jen.  Usiadła  obok 

siostry i objęła ją. - Wiesz przecież, że za to, co ci zrobił Nick, 
mogłabym go zabić. 

 - Ja także. 
 - Czy naprawdę wszystko będzie w porządku? - zapytała 

Jen, kończąc dyskusję o nowej pracy siostry. 

 - Tak. 
 - Zatrzymasz się w tym samym hotelu co przedtem? 
 - Tak, zarezerwowałam pokój przed odjazdem. 
 - Pożyczę ci komórkę. Bardzo rzadko jej używam. Jesteś 

pewna, że dobrze postępujesz? 

 -  Tak  -  potwierdziła  zdecydowanie.  -  Koniecznie  muszę 

pracować, Jen. 

 - Wiem, ale jeżeli... 
 - ...coś nie wyjdzie, natychmiast wrócę prosto do domu - 

dokończyła za nią. 

 - Obiecujesz? 
 - Obiecuję. Czy nie masz do mnie za grosz zaufania, Jen? 
 - Oczywiście, że mam! Po prostu martwię się o ciebie, to 

wszystko. Jesteś taka ufna. 

 -  Już  nie  jestem  -  sprostowała  ze  smutkiem  Sorrel.  -  Ale 

Garde naprawdę w niczym nie przypomina Nicka. 

 -  Musi  być  bogaty,  jeśli  mógł  sobie  pozwolić  na  kupno 

opactwa. 

background image

 -  Ale  nie  taki  bogaty  jak  Nick  -  spierała  się  z  siostrą 

Sorrel.  -  Czy  może  udało  ci  się  odkryć,  dlaczego  bramę 
Garde'a nawiedzają reporterzy? 

 -  Nie.  -  Jen  roześmiała  się.  -  Chociaż  „nawiedzają"  to 

właściwe słowo. 

 -  Naprawdę?  Dlaczego?  -  Zaintrygowana  Sorrel  poczuła 

się niepewnie. 

 - Bo opactwo uchodzi za nawiedzone. 
Sorrel 

parsknęła 

drwiącym  śmiechem,  ale  zaraz 

przypomniała  sobie,  jak  drzwi  same  zamknęły  się  za  nimi. 
Nie, nie wierzyła w duchy. 

 -  Reporterzy  przyjeżdżają,  bo  Garde  jest  człowiekiem 

interesu  -  zawyrokowała.  -  O  bogatych  zawsze  opłaca  się 
pisać,  nieprawdaż?  -  Zamilkła  na  chwilę.  -  Pani  Davies 
powiedziała, że go nienawidzą - dodała, ociągając się. 

 - Nienawidzą? 
 -  Tak,  reporterzy.  Chyba  będę  musiała  dowiedzieć  się, 

dlaczego.  I  nie  rób  takiej  zmartwionej  miny,  Jen.  Nic  mi  się 
nie stanie! 

 - Jesteś pewna, że on cię nie lubi? - westchnęła Jen. 
 - Tak - z naciskiem powiedziała Sorrel. - Dlaczego miałby 

mnie lubić? Wyglądam jak bocian. 

 -  Ani  trochę  nie  przypominasz  bociana  -  zaprotestowała 

siostra. - Naprawdę, nigdy nie zrozumiem, czemu uważasz się 
za  osobę  nieatrakcyjną.  Podobasz  się  mężczyznom,  Sorrel! 
Zwykle są to nieodpowiedni mężczyźni, ale... 

 - Dziękuję - rzekła Sorrel oschle. 
 - I gdyby Nick ciebie nie chciał... 
 - Nic by się nie stało? Myślisz, że tego nie wiem? 
 - Bo nie wierzyłaś, że on może być tobą zainteresowany - 

stwierdziła  Jen.  -  Zawsze  masz  z  tym  problem.  Wysyłasz 
mylne sygnały. 

background image

 -  Nie  sądzę.  Po  prostu  nigdy  mi  się  nie  zdarza,  żeby 

naprawdę  fajni  mężczyźni  interesowali  się  mną.  No,  popatrz 
na mnie! 

 -  Patrzę  i  chociaż  ja  nic  pociągającego  nie  widzę  - 

przekomarzała  się  Jen  -  wydaje  się,  że  faceci  widzą  i  myślą, 
iż... 

 - .. .jestem zabawową dziewczyną? 
 - No cóż, tak. 
 -  Nic  nie  może  być  dalsze  od  prawdy.  W  porządku,  nic 

więcej nie powiem. Niech ci będzie. 

 -  I  nie  śmiej  się,  bo  widzę  po  twoich  oczach,  że  się 

śmiejesz. Giles zawsze mówi, że wyglądasz tak, jakbyś znała 
rzeczy, których znać nie powinnaś. 

 - Na przykład? - Sorrel roześmiała się. 
 - Hm... Na przykład Kamasutrę? 
Obie zaczęły chichotać, ale Sorrel w głębi duszy martwiła 

się  naprawdę.  Czy  Garde  widział  w  niej  zabawową 
dziewczynę?  Czy  dlatego  ją  pocałował?  Mężczyzna  taki  jak 
on  miał  przecież  prawdopodobnie  tuziny  przyjaciółek, 
wyrafinowanych, eleganckich... 

 -  Od  teraz  -  obiecała  Sorrel  -  będę  ukazywała  światu 

poważną twarz pracusia. 

 -  Niestety,  twoja  twarz  mówi  co  innego  -  zaprotestowała 

Jen.  -  Zawsze  wyglądasz  tak,  jakbyś  miała  za  chwilę  się 
roześmiać.  Nawet  po  tym,  co  przeszłaś...  Ja  pewnie 
myślałabym o samobójstwie, a ty potrafiłaś traktować to tak... 
filozoficznie! 

 -  Nie  czułam  się  filozoficznie  po  tym,  co  się  stało  - 

wyznała Sorrel. - Byłam zdruzgotana. 

 -  Ja  to  wiem  -  szepnęła  Jen,  ściskając  ją.  -  Ale  inni 

myśleli, że to cię nie obeszło. 

background image

 -  I  myśleli,  że  jestem  winna.  Ale  nie  mogłam  dać  im  tej 

satysfakcji,  żeby  zobaczyli,  jak  bardzo  on  mnie  zranił.  Nie 
chciałam do tego dopuścić, Jen. 

 -  Wiem,  kochanie.  Żałuję  tylko,  że  nie  było  żadnego 

sposobu,  by  udowodnić,  że  Nick  jest  kłamcą.  A  biorąc  pod 
uwagę tę jego złośliwą zemstę, to uważam, że musi być chory 
na umyśle. 

 - Nie, on jest po prostu mściwy. Nie powinnam była sobie 

z  niego  żartować.  Zresztą  wcale  nie  zamierzałam,  byłam  po 
prostu  zaskoczona,  kiedy  tak  nagle  wyznał  mi  dozgonną 
miłość. Zachowywał się tak teatralnie, że myślałam, iż żartuje. 

 - Zrobiłaś z niego głupca. 
 -  Tak.  -  Sorrel  wolno  przytaknęła.  -  Ale  skąd  mogłam 

wiedzieć,  że  powiedział  wszystkim  przyjaciołom,  że  się  ze 
mną żeni? To było głupie! 

 - Raczej aroganckie - poprawiła Jen. - Jak każdy arogant i 

pyszałek po prostu nie spodziewał się odmowy. 

Jasne,  że  się  nie  spodziewał!  Oczekiwał  przecież,  że  ona 

będzie  wdzięczna,  zaszczycona  i  zachwycona.  Taka  nikomu 
nie  znana  panienka  ma  poślubić  takiego  wspaniałego 
arystokratę! Jakiś czas potem dowiedziała się, że jego rodzina 
już  od  dawna  żądała  od  niego,  by  się  ożenił  i  spłodził 
potomków  rodu,  najlepiej  oczywiście  synów.  Odkryła 
również, że żadna z kobiet z jego środowiska nie chciała mieć 
z  nim  do  czynienia.  Nie  wiedziała,  czemu.  Chociaż,  jeśli 
zachowywał się przy nich tak, jak ostatnio przy niej... 

 -  Było,  minęło,  i  nic  tego  nie  zmieni  -  ucięła.  -  Mam 

przynajmniej  taką  nadzieję.  Tylko,  Jen,  na  miłość  boską,  nie 
wygadaj  się  nikomu,  że  jestem  w  Wiltshire!  Wydaje  się,  że 
Nick wszędzie zna wszystkich! 

 - Miejmy jednak nadzieję, że nie zna Garde'a Chevenaya. 
 -  Miejmy  nadzieję  -  powtórzyła  Sorrel  i  ciężko 

wzdychając, dodała: - Wiesz przecież, że to Nick śledził mnie 

background image

i  mówił  ludziom,  którym  robiłam  kosztorysy,  żeby  mnie  nie 
zatrudniali! 

 - Tak - zgodziła się z powagą Jen. - Sądzę jednak, że nie 

robił tego osobiście, ale wynajął kogoś, kto, jak myślę, podjął 
się tej roboty za pieniądze. No, ale wiesz przecież, że nic nie 
wskórasz bez dowodów. 

 -  Wiem,  wiem!  Na  wszystko  trzeba  mieć  dowody!  - 

wykrzyknęła  z  animuszem.  -  A  w  ogóle  prawo  to  potęga!  - 
dorzuciła z kpiną w głosie, ale już po chwili spoważniała. - A 
teraz  posłuchaj,  Jen.  Wyjeżdżam  z  samego  rana.  Nie 
chciałabym  cię  obudzić,  kiedy  przyjdę  wziąć  moje  rzeczy  z 
waszego garażu, więc może... 

 - Nie budź mnie, miej litość! - poprosiła Jen żartobliwie. - 

Zabierz  swoje  bagaże  teraz  i  pożegnajmy  się,  a  kiedy 
przyjedziesz na miejsce, od razu zadzwoń do mnie, dobrze? 

 - Tak, mamusiu. 
Jen  roześmiała  się  i  uścisnęła  siostrę,  a  potem  pozwoliła 

jej trochę się przespać przed podróżą. 

Sorrel  zajechała  na  miejsce  bez  kłopotów.  Po  deszczu 

przejaśniło  się,  niebo  było  niebieskie.  Reporter  znikł,  więc 
zatrzymała  się  na  drodze  naprzeciwko  domu,  aby  z  tej 
perspektywy przyjrzeć się ogrodowi. 

Widziała  go  oczyma  duszy  -  jak  mógłby  wyglądać  i  jaki 

będzie.  Wydawało  się  jej,  że  już  cały  projekt  ma  w  głowie. 
Trawnik  o  owalnych  kształtach  także  tam,  na  zboczu 
opadającym  aż  do  strumienia.  Szeroki  żwirowany  podjazd 
zakręcający przed wejściowymi drzwiami. 

Miała  nadzieję,  że  Garde  nie  zechce  zamknąć  domu  za 

wysokim ochronnym murem... 

Trzeba  też  posadzić  krzewy,  z  gatunku  tych  wiecznie 

zielonych,  także  zimą,  ale  tylko  takie,  które  łatwo  będzie 
utrzymać. Może wierzba zwisająca nad wodą? Gdyby jeszcze 
odnowić  dom,  naprawdę  byłoby  tu  pięknie.  Okna  umyte, 

background image

błyszczące,  przycięty  bluszcz.  Nic  wymyślnego,  trzeba  tylko 
uwydatnić proste, czyste linie. Lecz najpierw musi posprzątać 
teren. Zacznie od razu jutro rano. 

Teraz powinna zameldować Garde'owi, że właśnie stawiła 

się do pracy, potem wyładować ekwipunek, uważnie przyjrzeć 
się  ukształtowaniu  terenu,  a  następnie  pojechać  do  hotelu  i 
tam, w swoim pokoju, przelać pierwsze pomysły na papier. 

Znów  uruchomiła  silnik,  przejechała  przez  most  i 

zaparkowała  wóz  za  niebieską  furgonetką  z  napisem 
„Kuchnie".  Ktoś  inny,  pomyślała  z  rozbawieniem,  pewnie 
czekałby  miesiącami,  żeby  zainstalować  kuchnię.  Garde 
najwyraźniej  nie  należał  do  ludzi  odkładających  na  jutro 
realizację  swoich  planów.  Działał  błyskawicznie!  Miała 
nadzieję,  że  pani  Davies  posłuchała  jej  rad  i  nie  bierze  już 
sobie aż tak do serca dziwnego zachowania pana Chevenaya. 

Otworzyła drzwi składziku i zaczęła przenosić ekwipunek. 
 - Potrzebujesz pomocy? 
Odwróciła  się,  zaskoczona.  Za  nią  stał  Garde.  Popatrzyła 

w jego szare oczy, które obserwowały ją beznamiętnie. Serce 
zabiło jej mocno. Uspokoiła je szybko. 

 -  Nie  -  zaprzeczyła  bez  tchu.  -  Wyładuję  tylko  swoje 

rzeczy,  obejrzę  teren,  zrobię  kilka  szkiców,  które  oczywiście 
pokażę ci, a jutro zacznę robotę z samego rana. 

Skinął głową. 
 -  Czy  przyniosłaś  ze  sobą  swoje  portfolio?  Chciałbym je 

jeszcze raz obejrzeć. 

 -  Och,  tak,  zaraz  przyniosę.  -  Pobiegła  do  ciężarówki  po 

album  z  fotografiami  i  podała  mu,  mówiąc  zdyszanym 
głosem:  -  Możemy  wykorzystać  wszystko,  co  ci  się  tutaj 
spodoba,  ale  wolałabym  zapoznać  cię  najpierw  z  moim 
szkicami.  Oczywiście,  jeśli  ci  to  odpowiada  -  dodała 
pospiesznie. 

 - Znakomicie. Czemu jesteś taka nerwowa, panno James? 

background image

 - Nie denerwuję się. Uśmiechnął się sceptycznie. 
 - Więc zobaczę cię jutro rano? 
 -  Tak  -  powiedziała  już  do  jego  pleców,  bowiem  równie 

szybko znikł, jak się pojawił. 

Nieco  zdziwiona  jego  nagłym  odejściem,  odetchnęła 

głęboko.  Czego  się  spodziewałaś,  Sorrel?  Że  będzie 
przyjacielski?  Przecież  nie  chcesz,  żeby  zachowywał  się 
poufale, prawda? 

Postanowiła,  że  bez  zaproszenia  nie  wejdzie  do  tego 

domu. Jeśli nadal utrzyma się taka ładna pogoda, może robić 
szkice  na  dworze,  a  jeśli  będzie  chłodno  albo  zacznie  padać, 
usiądzie  w  ciężarówce.  Jutro  zabierze  ze  sobą  jakiś  zimny 
napój  i  kanapki,  a  pani  Davies  na  pewno  poczęstuje  ją 
filiżanką  gorącej  herbaty.  Powiedziała  sobie,  że  powinna 
przestać myśleć o panu  Chevenayu, a zacząć po prostu robić 
swoje. 

Skoro  tylko  ciężarówka  została  opróżniona,  a  wszystko 

porządnie  ułożone  w  składziku,  od  razu  poszła  przejść  się  i 
spędziła  dłuższy  czas  w  terenie.  Sprawdzała,  czy  gdzieś  nie 
ma jakichś ukrytych dziur czy przeszkód, które będzie musiała 
usunąć,  ale  na  szczęście  nie  odkryła  niczego  takiego. 
Zauważyła,  że  jedno  ze  starych  drzew  trzeba  będzie 
koniecznie ściąć i wykarczować ziemię. Będzie potrzebowała 
przy  tym  pomocy.  Musi  więc  rozeznać  się  w  miejscowych 
centrach  ogrodniczych,  aby  zdecydować,  od  kogo  wynająć 
wywrotkę. 

Kontynuowała  swoją  inspekcję,  pracowicie  wyliczając  w 

myśli  metraż  górnego  poziomu  gleby  i  torfu,  na  wypadek 
gdyby Garde'owi  spodobały się  jej pomysły. Z  drugiej  strony 
liczyła  się  z  tym,  że  on  może  zechcieć  niestety  wybrukować 
cały teren. 

W  końcu  zdecydowała,  że  już  czas,  aby  pojechać  do 

hotelu.  Obejrzała  wynajęty  pokój  i  zaczęła  rozpakowywać 

background image

bagaże.  Po  godzinie  zadzwoniła  do  Jen,  by  zapewnić  ją,  że 
dotarła bezpiecznie. Następnie zeszła na dół do recepcji, skąd 
wypożyczyła lokalną książkę telefoniczną. Wróciła do pokoju 
i  zajadając  ogromne  sandwicze,  które  wcześniej  zamówiła  w 
hotelowym 

barku, 

rozpoczęła 

zbieranie 

informacji, 

wydzwaniając  do  różnych  miejscowych  sklepów  i  instytucji. 
Kiedy  już  odłożyła  na  bok  książkę  telefoniczną,  usiadła  na 
łóżku i wreszcie zaczęła szkicować swoje pomysły. 

O  ósmej  zeszła  na  dół,  do  hotelowej  restauracji,  by  coś 

zjeść  i  ku  swemu  wielkiemu  zaskoczeniu  zobaczyła  Garde'a, 
który czekał na nią w holu. 

 -  Pomyślałem,  że  przyłączę  się  do  ciebie  i  razem  zjemy 

kolację - oznajmił lakonicznie. 

Żadnego  serdecznego  uśmiechu,  po  prostu  zwykłe 

stwierdzenie faktu. 

 -  Dobrze  -  zgodziła  się  tak  jakoś  bezmyślnie.  -  Miło  mi. 

Czy już... 

 -  Zamówiłem  stolik?  Tak.  Do  restauracji  chyba  tedy. 

Oszołomiona,  szła  za  nim,  po  drodze  kilka  razy  lekko  się 
potykając. 

 - Zamierzałam spytać nie o rezerwację stolika, ale o panią 

Davies.  Czy  powiedziałeś  jej,  że  zjesz  kolację  na  mieście  - 
sprostowała  cicho,  kiedy  już  usadowił  ją  przy  stoliku  pod 
oknem. - Zamierzałam spytać, czy dałeś znać pani Davies, że 
wychodzisz.  Bo  widzisz...  ona  jest  taka  przewrażliwiona  na 
twoim punkcie. 

Wręczając jej menu, pokręcił głową. 
 - Pani Davies nie ma. 
 - Odprawiłeś ją? - zapytała wstrząśnięta. 
 -  Nie  i  nie  powinnaś  wyciągać  pochopnych  wniosków. 

Dałem jej urlop na czas remontu kuchni. Oczywiście płatny. - 
Przez chwilę skupił uwagę na karcie dań. - Jak wszędzie i tu 
także polecają stek - powiedział znużonym tonem. 

background image

 -  Wezmę  rybę  -  zadecydowała  szybko.  Czuła,  że  jest  w 

przekornym  nastroju,  ponieważ  była  zaskoczona  i 
zakłopotana.  Z  trzaskiem  zamknęła  menu  i  spojrzała  mu  w 
oczy. - Nie lubisz jej, prawda? 

 - Nie lubię niezdecydowania. Wino? 
 - Kto płaci? 
 - Ja. 
 - W takim razie proszę. 
Odwrócił  się,  by  przywołać  kelnera,  który  cierpliwie 

czekał, by ich obsłużyć. Chłopak miał najwyżej siedemnaście 
lat  i  wyglądał  na  śmiertelnie  znudzonego,  co  nie  mogło 
dziwić, zważywszy, że Sorrel  była  teraz jedynym gościem w 
tym małym prowincjonalnym hoteliku. 

Garde złożył zamówienie i popatrzył na nią. 
 - Co myślałaś o pocałunku? - zapytał. 
 -  Co  ja  myślałam...  ?  -  wybełkotała  zdumiona.  No, 

doprawdy,  pytać  o  takie  rzeczy!  Obserwował  ją  i  czekał. 
Odchrząknęła zmieszana. 

 -  Nic  o  tym  nie  myślałam!  -  wykrztusiła.  -  Dlaczego 

miałabym o tym myśleć? To nic nie znaczyło. 

 - Nie sprawił ci radości? 
 - Nie - zaprzeczyła z kamienną twarzą. 
 - Jak myślisz, dlaczego to zrobiłem? 
 -  Nie  wiem!  -  krzyknęła.  -  Ponieważ  masz  niższą 

przyjaciółkę  i  chciałeś  wiedzieć,  jak  to  jest  całować  kogoś 
wyższego?  Albo...  albo  może  dlatego,  że...  -  Zaplątała  się  i 
zamilkła. 

 - Nie chciałaś, żeby ten pocałunek coś znaczył? - przerwał 

łagodnie. 

 - Nie. 
W  jego  oczach  błysnęło  rozbawienie.  Gdyby  to  był  ktoś 

inny,  pomyślałaby,  że  jej  nie  uwierzył,  ale  w  przypadku 
Garde'a, to kto wie? Być może uwierzył. Bawiła się nożem i 

background image

widelcem, broniąc się przed wciągnięciem jej w  konwersację 
na niechciany temat. 

 - Przejrzałeś jeszcze raz portfolio? - zapytała znienacka. 
 - Tak. I nie chcę żadnych takich różnych śliczności, które 

tam są. 

 - Dobrze - zgodziła się. - Myślałam... Poczekaj chwilkę. - 

Zerwała się z krzesła i pobiegła na górę do pokoju. 

Chwyciła swój  szkicownik i  pędem wróciła na  dół. Omal 

nie  przewróciła  kelnera,  który  właśnie  niósł  ich  talerze. 
Przeprosiła go pospiesznie, uśmiechając się szeroko, i usiadła 
bez tchu, ze szkicownikiem na kolanach. 

 -  Gdy  już  zjemy,  pokażę  ci  moje  pomysły.  Dobrze? 

Kiwnął głową, podziękował kelnerowi i zabrał się do jedzenia 
zupy. 

Najwidoczniej  nie  zamierzał  rozmawiać.  Skończyli 

pierwsze  danie,  przyniesiono  im  drugie.  Kiedy  postawiono 
przed nią rybę, miała już dość milczenia, ale nie była na niego 
zła.  Nawet  miała  ochotę  uśmiechnąć  się.  Pomyślała,  że  jest 
najbardziej  niezwykłym  człowiekiem,  jakiego  w  życiu 
spotkała.  Większość  ludzi  przynajmniej  próbuje  zagadywać, 
czują, że trzeba przerwać kłopotliwą ciszę, ale nie on, potężny 
i niezależny. Uważała, że jest niewiarygodnie atrakcyjny z tą 
swoją  mroczną  rezerwą.  Licho  wie,  dlaczego.  Jednak,  gdyby 
ją  pytano,  odpowiedziałaby,  że  zdecydowanie  woli  ludzi 
takich  jak  ona  sama,  pogodnych,  otwartych,  może  nawet 
lekkoduchów.  Właśnie  taki  był  Nick,  w  każdym  razie  na 
początku  ich  znajomości.  Być  może  jej  zafascynowanie 
Garde'em  tłumaczyło  się  tym,  że  stanowił  przeciwieństwo 
Nicka.  Przypomniała  sobie  ostrzeżenia  siostry  i  postanowiła, 
że będzie czujna. Musi powściągnąć swoje naturalne odruchy, 
które,  co  zawsze  podkreślała  Jen,  były  z  reguły  opacznie 
rozumiane  przez  ludzi  i  przez  to  obfitowały  w  przykre 
konsekwencje. 

background image

 - Skąd to nachmurzenie? 
Odkryła  z  zaskoczeniem,  że  on  cały  czas  obserwuje  ją 

swymi ciemnoszarymi, przenikliwymi oczyma. Patrzył na nią 
tak, jakby znał wszystkie jej myśli. 

 -  Ach,  nic  takiego,  po  prostu  myślę  sobie.  Uśmiechnęła 

się w duchu, bo przytaknął, jak gdyby wziął to 

za dobrą monetę albo jakby w ogóle go to nie obchodziło. 

Zjadł,  odstawił  talerz  i  rozsiadł  się  wygodnie,  bawiąc  się 
pustym kieliszkiem. Ona także skończyła swoje danie i zrobiła 
dokładnie to samo co on. Siedzieli, patrząc na siebie. Czuła, że 
jej wargi zaczynają drgać, starała się opanować, ale w końcu 
poddała się i wybuchnęła śmiechem. 

W  jego  oczach  pokazał  się  słaby  błysk  rozweselenia  i 

szybko  zgasł.  Poważna  twarz  o  mocno  zarysowanych  rysach 
tylko na moment się rozluźniła. 

Młodziutki  kelner  zabrał  ich  talerze  i  przyniósł  menu 

deserów.  Sorrel  wybrała  pudding  czekoladowy,  a  Garde 
pokręcił jedynie głową i odłożył kartę na stół. 

 - Dlaczego ogrody? - zapytał znienacka. 
 -  Nie  wiem  -  odparła  po  prostu.  -  Kocham  to. Doglądać, 

patrzeć,  jak  wszystko  się  rozwija.  Od  najmłodszych  lat 
pragnęłam zajmować się tym i niczym więcej. Nie stawiałam 
babek  z  piasku,  robiłam  klomby.  Układałam  różne  wzory  z 
kamieni  i  z  roślin.  Zwykle  protestowałam  gwałtownie,  kiedy 
zmuszano mnie, żebym siedziała w domu. Zawsze miałam coś 
do zrobienia  na dworze. Więc nie  wiem, dlaczego, po prostu 
jest  coś  takiego  w  mojej  naturze,  co  zmusza  mnie  do 
zajmowania  się  ogrodami.  Nie  wyssałam  tego  z  mlekiem 
matki, bo moja mamusia była nauczycielką, ani nie mam tego 
po tatusiu, bo ojciec był hydraulikiem. 

 - Była? Był? 
 -  Tak  -  potwierdziła  ze  smutkiem.  -  Oboje  zginęli  w 

wypadku wiele lat temu. Ale mam jeszcze siostrę, Jen - dodała 

background image

pospiesznie, bo naprawdę nie chciała rozmawiać o rodzicach. 
Jeszcze  nie  teraz.  To  wciąż  strasznie  bolało.  -  Zanim  wyszła 
za mąż i założyła rodzinę, pracowała jako technik informatyk. 
Moi dziadkowie również nie byli ogrodnikami, a nawet nigdy 
nie traktowali ogrodnictwa poważnie. A dlaczego ty robisz to, 
co robisz, cokolwiek to jest? 

 - Ponieważ potrafię to robić. Kawy? 
 - Proszę. 
Kelner podał jej deser i zaczęła jeść w roztargnieniu. 
Chciała  nadal  rozmawiać  z  Garde'em,  przedłużyć  tę 

konwersację,  ale  nie  była  w  stanie  zbliżyć  się  do  niego  i 
traktować go jak dobrego znajomego. Jen twierdziła, że Sorrel 
wpędza  się  w  kłopoty  właśnie  przez  to  spoufalanie  się  i 
zbytnie  ufanie  ludziom.  Lecz  trudno  jej  było  postępować 
inaczej,  już  taka  była.  Jedno  wiedziała  na  pewno.  Nigdy 
więcej  nie  zdarzy  się  jej  nic  takiego  jak  ta  przykra  sprawa  z 
Nickiem. 

Spojrzała  na  talerz  i  ze  zdumieniem  odkryła,  że 

spałaszowała  niemal  cały  pudding.  Odsunęła  talerz  i 
postanowiła  milczeć.  Pomyślała,  że  jeśli  będzie  chciał 
rozmawiać,  sam  zacznie.  I  miała  rację.  Po  kilku  minutach 
ciszy wreszcie się odezwał. 

 - Nie  mam teraz  przyjaciółki  - oświadczył.  - Ani niskiej, 

ani żadnej innej. 

Zerknęła na niego i w panice pomyślała, że nie wie, co mu 

odpowiedzieć.  Żadna  błyskotliwa  riposta  nie  przychodziła  jej 
do głowy. 

 -  To  na  czym  stanęliśmy  z  tym  pocałunkiem?  - 

Uśmiechnął się do niej. 

O, Boże, ten uśmiech nie był jej obojętny. Przeraziła się. 
 - Nie rób tego - wypaliła bez namysłu, bardzo zmieszana. 
 - Czego? 

background image

 - Nie uśmiechaj się tak. Wiesz, że to twoja sekretna broń. 

Nie  możesz  się  obyć  bez  niej?  Proszę,  bądź  znowu 
nieprzyjemny.  Przecież  nie  lubisz  mnie,  panie  Chevenay  - 
przypomniała niecierpliwie. 

 - Garde - poprawił. I pomyślał, że niech go licho weźmie, 

ale  ta  dziewczyna  naprawdę  go  rozśmieszyła.  -  Pokaż  mi, 
czego chcesz. 

 - Co? - Odebrało jej mowę. 
 -  Pokaż  mi  twoje  szkice  -  sprecyzował.  Nie  spuszczał  z 

niej wzroku, a jego rozbawienie zdawało się wzrastać. 

 -  Ach.  -  Poczuła,  że  rumieniec  wypływa  jej  na  policzki. 

Pospiesznie  podała  mu  szkicownik.  -  Proszę.  -  Szybko 
opanowała  się.  -  Myślałam  o  zaprojektowaniu  dużego 
trawnika, sięgającego aż do rzeki, o wierzbie... 

Rzucił jej lekko ironiczne spojrzenie, więc zamilkła. 
Oglądał  wszystkie  rysunki,  wracał  do  nich,  analizował  je 

uważnie,  a  jego  umysł  przez  cały  ten  czas  krążył  wokół 
zagadki, jaką stanowiła dla niego panna James. 

Wcale nie zachowywała się tak, jak się spodziewał. Może 

rzeczywiście była tą osobą, za którą się podawała? Nie bardzo 
chciał w to wierzyć, ale intrygowała go tym, co wydawało się 
być  naturalną  naiwnością.  Zastanawiał  się,  co  porabiała  od 
zeszłego  lata?  Ostatni  list  pochwalny  w  jej  portfolio  został 
napisany  w  lipcu  zeszłego  roku.  Czy  przez  ten  czas 
wykonywała 

prace,  za  które  nikt  jej  nie  pochwalił?  Centrum 

ogrodnicze,  gdzie  ostatnio  pracowała,  zostało  sprawdzone. 
Owszem,  nie  kłamała,  ale  jej  odpowiedzi  na  wszystkie  inne 
pytania  były  raczej  wymijające.  Toteż  postanowił,  że  będzie 
nadal  szukać  wiarygodnego  wyjaśnienia.  Starał  się  wciąż 
wyprowadzać ją z równowagi, ale problem polegał na tym, że 
wbrew własnej woli zaczynał ją lubić. A to głupota. 

background image

 -  Podoba  mi  się  japoński  klon  -  oznajmił,  nie  patrząc  na 

Sorrel. Zamknął szkicownik i  oddał jej. - Pierwszy szkic. To 
sporo roboty na jedną osobę. 

 - Poradzę sobie. 
Skinął  z  aprobatą.  Była  mu  za  to  wdzięczna.  Mężczyźni 

nigdy nie oczekiwali, że ona sama będzie podnosić i przenosić 
wszystkie  te  ciężkie  rzeczy.  A  przecież  zawsze  dawała  sobie 
radę.  Nie  była  aż  taką  idiotką,  żeby  podejmować  się  czegoś, 
czego  nie  byłaby  w  stanie  wykonać.  Znała  granice  własnych 
możliwości.  Kobiety  częściej  akceptowały  jej  dzielność, 
mężczyźni  -  bardzo  rzadko.  Prawie  cały  czas  nalegali,  że  jej 
pomogą,  wręcz  narzucali  jej  swoją  pomoc,  podczas  gdy  ona 
czuła  się  znacznie  lepiej,  jeśli  mogła  działać  samodzielnie. 
Przypuszczała,  że  inne  kobiety,  pracujące  w  tradycyjnie 
męskich  zawodach,  takich  jak  na  przykład  mechanik 
samochodowy  czy  hydraulik,  borykały  się  z  tymi  samymi 
kłopotami. 

 - Ile ci to czasu zabierze? 
 -  Zależy  od  pogody,  prawdopodobnie  około  dwóch 

tygodni. Będę potrzebowała wywrotki. 

 - Tak myślałem. 
 -  Bałam  się,  że  zechcesz  mieć  dwumetrowy  mur  z 

nabitymi kolcami. 

 - Nie. Coś jeszcze? Pokręciła głową. 
 -  Więc  zobaczymy  się  jutro  rano.  Przynieś  orientacyjny 

kosztorys  -  dorzucił.  -  Dobranoc,  panno  James.  -  Wstał  od 
stołu  z  drwiącym  uśmiechem,  skłonił  się  i  wyszedł  z  sali 
hotelowej restauracji. 

W  ogóle  nie  potrafiła  zinterpretować  tych  jego  drwin. 

Patrzyła  za  nim  z  pobladłą  twarzą.  Nie  sądziła,  że  będzie  jej 
łatwo  zrozumieć  Garde'a  Chevenaya.  Na  pewno  nie  spotkała 
przedtem  nikogo  podobnego  do  niego.  I  prawdopodobnie 

background image

tylko  dlatego  ją  zatrudnił,  żeby,  jak  powiedział,  mieć  na  nią 
oko, ponieważ jej nie ufał. 

 -  Musisz  cały  czas  pamiętać  o  tym,  Sorrel  -  szepnęła  do 

siebie. - Dobrze ci to zrobi. 

Punkt  ósma  następnego  ranka  zaparkowała  za  niebieską 

furgonetką. Była ubrana tak jak zwykle do pracy - w wytarte 
dżinsy,  rozciągnięty  sweter  i  starą  koszulę.  Wzięła  aparat 
fotograficzny  i  wyskoczyła  z  szoferki  ciężarówki.  Odwróciła 
się  i  stanęła  twarzą  w  twarz  z  Garde'em.  Stał  nieruchomo, 
patrząc jej w oczy. W końcu skinął w stronę aparatu i zapytał: 

 - Do portfolio? 
 - Co? Aparat? A, tak. 
Kiwnął  głową,  zrobił  w  tył  zwrot  i  odszedł  w  kierunku 

budynków za domem. 

 - Garde! - zawołała. Zatrzymał się, obracając na pięcie. 
 -  Zapomniałam  zapytać  cię  o  sad.  Czy  zostawić  go  tak, 

jak jest? 

 -  Tak.  Jeśli  czegoś  będziesz  potrzebować,  krzycz  - 

powiedział, uśmiechnął się i poszedł dalej. 

Przynajmniej  raz  się  uśmiechnął,  pomyślała,  ale  zaraz 

skarciła się w duchu - przestań! Przyjechałaś tutaj do pracy! 

Zdecydowanym  ruchem  zawiesiła  sobie  na  szyi  aparat 

fotograficzny. Zaczęła od zrobienia kilku różnych ujęć ogrodu 
przed domem. Usiłując oderwać myśli od swego pracodawcy, 
zostawiła  aparat  w  wozie  i  korzystając  z  komórki  Jen, 
zadzwoniła  pod  numer,  który  sobie  zapisała,  w  sprawie 
dostarczenia wywrotki. 

Kilka godzin później było jej tak gorąco, że zdjęła sweter i 

rzuciła  go  na  stopień  frontowych  schodów  prowadzących  do 
domu. 

Przez  te  pierwsze  godziny  pracy  zdążyła  przyciąć 

wybujałą  trawę  i  wszystko  wrzucić  na  wywrotkę,  a  teraz 
zaczęła usuwać stary torf. 

background image

Ani  razu  nie  widziała  Garde'a,  tylko  jakiegoś  młodego 

człowieka,  który  wynosił  wszystko  z  kuchni.  Był  młody,  w 
każdym  razie  młodszy  od  niej,  muskularny,  niebrzydki,  z 
ładnymi  włosami  opadającymi  na  czoło.  Kiedy  szedł  do 
swojej furgonetki, skinął jej głową i zagadał. Zaczął narzekać, 
jak ciężka jest jego praca, co najpierw rozbawiło Sorrel, potem 
zaczęło  irytować.  Jednak  nic  nie  mówiła,  tylko  leciutko 
uśmiechała się w odpowiedzi. 

Siadła w słońcu, opierając się o ścianę domu, i zabrała się 

do  jedzenia  lunchu,  który  przygotowano  dla  niej  rano  w 
hotelu. Chłopak dosiadł się do niej. 

Tłumiąc westchnienie, zmusiła się do uśmiechu. 
 - Jak leci? - zapytała uprzejmie. 
 -  Pomału.  Cholerne  są  te  stare  domy.  Rury  zardzewiałe, 

tynk popękany. A tak, przy okazji, mów mi Sean. 

 - Sorrel - rzekła krótko. 
 - Zrobisz to wszystko sama? 
 -  Tak.  -  Z  rozmysłem  odwróciła  od  niego  głowę  i 

spojrzała  w  bok,  mając  nadzieję,  że  on  zrozumie  jej  niechęć 
do  dalszej  rozmowy.  Patrzyła  na  jabłonie  w  sadzie.  Drzewa 
wyglądały na bardzo stare i powinny być przycięte. 

Skończyła jeść sandwicze i otworzyła termos. 
 - Dasz trochę się napić? - spytał Sean z nadzieją. 
 - Tak, oczywiście. 
Na  szczęście  były  dwa  kubeczki.  Nalała  mu  herbaty. 

Ukryła rozdrażnienie, kiedy zobaczyła, że pijąc, krzywi się ze 
wstrętem. 

 - Osłodzona! Fuj! Obrzydliwa! 
 - Przykro mi - wycedziła przez zęby. 
Była wściekła na niego. Nawet nie podziękował, tylko się 

krzywił.  A  w  kuchni  przecież  musi  być  elektryczność, 
dlaczego  więc  sam  sobie  nie  zrobi  herbaty?  Szybko  wypiła 
swoją i wstała. 

background image

 - Cześć - rzuciła oschłym tonem. - Wracam do roboty. 
 -  Chcesz  wyciąć  to  stare  drzewo?  -  Nie  ruszył  się  z 

miejsca. 

 - Tak - przytaknęła chłodno. 
 - Nie będzie łatwo. 
 - Nie. 
 - Dobrze go znasz? Garde'a? 
 -  Nie  -  rzekła  lakonicznie  i  podeszła  do  ciężarówki. 

Otworzyła drzwiczki szoferki i położyła na siedzeniu pudełko 
na lunch i termos. 

Kiedy  obejrzała  się,  Seana  już  nie  było.  Westchnęła  z 

ulgą. Nie lubiła za długich przerw w pracy. Uśmiechnęła się, 
kiedy  uświadomiła  sobie,  że  zachowywała  się  wobec  tego 
chłopaka tak samo nieprzystępnie jak jej szef wobec niej. 

Pewnie  by  się  nie  uśmiechała,  gdyby  wiedziała,  że  Sean 

akurat zdaje sprawozdanie swemu pracodawcy. 

 - O co cię pytała? 
 - O nic - odparł Sean. - Zupełnie o nic. Spytałem, czy zna 

właściciela domu, a ona odpowiedziała, że nie. Po prostu. Nie 
okazała  żadnej  ciekawości,  nic.  Bardzo  niechętnie 
poczęstowała  mnie  herbatą  i  była  zła,  że  mi  nie  smakowała. 
Krzywiłem się, bo nie lubię słodzonej - roześmiał się. 

Garde też lekko się uśmiechnął i powiedział: 
 -  No  cóż,  dobrze  się  spisałeś,  dziękuję  ci.  Możesz  już 

wracać do pracy. Zobaczę się z tobą później. 

Stojąc w oknie swego  gabinetu, poza polem jej widzenia, 

Garde zaczął znowu ją obserwować. Była pracowita, to musiał 
jej  przyznać.  Lecz,  niestety,  nadal  nie  mógł  jej  zaufać,  czego 
bardzo  żałował,  bo  zaczynał  dobrze  się  czuć  w  jej 
towarzystwie.  Była  dobrym  kumplem  i  prawdopodobnie 
dlatego  ten  dziennikarz  ją  wynajął.  To,  że  została  wynajęta, 
wydawało  się  bardziej  niż  prawdopodobne.  Tym  bardziej  że 

background image

po  jej  przyjeździe  tutaj  nie  pojawił  się  pod  domem  żaden 
reporter. 

Garde patrzył, jak Sorrel z włosami w nieładzie, czerwoną 

z  wysiłku  twarzą  i  podrapanymi  ramionami  zmaga  się  z 
korzeniem.  Nagle  korzeń  się  poddał  i  Sorrel  wylądowała  na 
pupie.  Zamiast  zakląć  albo  wpaść  w  złość,  roześmiała  się  i 
szybko wstała z ziemi. Otrzepała energicznie spodnie i zabrała 
się za następny korzeń. 

Jednak powinien trzymać się od niej z daleka, pomyślał w 

panice.  Jeszcze  kilka  spotkań  z  nią,  a  za  bardzo  polubi  tę 
dziewczynę o roześmianych oczach. 

Sorrel, 

przyzwyczajonej 

do 

ustawicznego 

hałasu 

londyńskich  ulic, wiejska cisza koiła  nerwy. Po raz  pierwszy 
od  miesięcy  czuła  spokój.  Opactwo  otaczały  same  uprawne 
pola, ciszę mógłby więc zakłócić jakiś pojedynczy traktor albo 
turyści.  Lecz  akurat  teraz  słychać  było  jedynie  rytmiczny 
odgłos maszyny tnącej torf. 

Przed  piątą  niemal  całkowicie  oczyściła  duży  obszar 

trawnika,  przygotowując  cały  teren  pod  wyrównanie,  które 
planowała zrobić jutro. Nie powinno to jej zająć wiele czasu, a 
potem zabierze się do starych drzew i pomyśli o klombach i o 
terenie wokół strumienia. 

Złożyła swój sprzęt, wsiadła do ciężarówki, a Garde ciągle 

się  nie  pokazywał.  Odjechała  więc  bez  pożegnania.  Trudno. 
Postanowiła,  że  nie  będzie  się  narzucać  ze  swoim 
towarzystwem. 

Obolała  wróciła  do  hotelu.  Przez  całą  drogę  marzyła  o 

letnim  prysznicu  i  mimo  zmęczenia  wbiegła  na  piętro  do 
swojego  pokoju.  Już  po  pięciu  minutach  czuła  rozkosznie 
chłodną wodę spływającą po jej bolących plecach. 

Garde, tak jak poprzedniego  wieczoru, znowu pojawił  się 

w  hotelu  w  porze  kolacji  i  znowu  zjedli  razem  wieczorny 
posiłek.  Niewiele  mówił,  zauważył  tylko,  że  się  opaliła, 

background image

spytał, czy napije się wina, i ulotnił się tak samo nagle, jak się 
pojawił. 

Ten  schemat  wspólnych  kolacji  powtarzał  się  przez  cały 

tydzień.  Czasami  jego  samochód  stał  zaparkowany  przed 
domem,  czasami  go  nie  było.  Wiedziała  o  nim  tyle  samo  co 
pierwszego dnia. Nic więcej. 

Rośliny,  które  wybrała  z  katalogu,  dostarczono  w  piątek 

rano. Wyjęła sadzonki z doniczek i zaczęła rozmieszczać je na 
terenie  ogrodu  według  różnych  koncepcji.  Robiła  to  dopóty, 
dopóki  nie  uznała,  że  nareszcie  jest  dobrze.  To  jest  to, 
pomyślała  z  satysfakcją  i  poszła  poszukać  Garde'a,  żeby  go 
spytać, czy się zgodzi na takie rozplanowanie sadzonek. 

Pamiętając,  co  zaszło  pewnego  razu,  kiedy  pracowała  u 

Nicka,  nie  chciała  wejść  do  cudzego  domu  nie  zapraszana. 
Zajrzała w okno gabinetu, ale pokój był pusty, więc okrążyła 
dom,  kierując  się  do  kuchni.  Już  chciała  zastukać  w  szybę, 
żeby  przyciągnąć  uwagę  Seana,  ale  stanęła  jak  wryta, 
zdumiona  widokiem  niesamowitego  bałaganu.  W  jednym 
kącie  leżała  kupa  gruzu,  ze  starym  zlewem  na  wierzchu. 
Zerwany  ze  ścian  tynk  odsłaniał  krzywo  zwisające  rury, 
pomieszczenie  wypełniał  unoszący  się  wszędzie  pył.  Sean 
siedział na przewróconej do góry dnem skrzynce i popijał coś 
z dużego kubka. 

Sorrel,  pracując,  zawsze  starała  się  utrzymać  porządek  i 

nie  mogła  uwierzyć  własnym  oczom,  widząc  takie 
niedbalstwo.  Czy  nie  byłoby  łatwiej  sprzątać  na  bieżąco? 
Zdegustowana, zastukała lekko w otwarte okno. 

Sean zauważył ją, uśmiechnął się i podszedł do niej. 
 - Przepraszam, że przeszkadzam - zaczęła. 
 -  Żaden  kłopot.  Chcesz  herbaty?  Udało  mi  się  podłączyć 

czajnik elektryczny. 

 - Nie, dziękuję. Szukam pana Chevenaya. Widziałeś go? 

background image

 -  Chyba  jest  na  końcu  pola,  jak  myślę.  W  każdym  razie 

jeszcze godzinę temu był tam. 

Skinęła głową i poszła przez ogród aż do ostatniej bramy. 

Już  z  daleka  zobaczyła  Garde'a.  Był  bez  koszuli,  w  rękach 
trzymał motykę i ostrożnie dziobał nią w ziemi. 

Przecinając  padok,  wolno  zbliżała  się  do  niego.  Nie 

zauważył jej od razu, pochłonięty tym, co robił, i najwyraźniej 
wsłuchany  w  sprawozdanie  z  meczu  krykieta,  płynące  z 
małego  radia  stojącego  w  trawie.  Toteż  miała  czas  przyjrzeć 
się  i...  przestraszyć,  bowiem  nagle  zauważyła  różowe, 
guzowate  blizny  pokrywające  jego  obie  łopatki.  Domyślała 
się, że to po oparzeniach, i to stosunkowo niedawnych. Kark, 
ramiona i tors pozostały nietknięte. 

W końcu uświadomił sobie czyjąś obecność i odwrócił się. 

Jego  spojrzenie  pozbawione  było  emocji.  Widocznie 
spodziewał się, że zobaczy grozę na jej twarzy, bo zdziwił się, 
widząc w jej oczach wyraz współczucia i troski. 

 - Niezbyt ładne - zauważył. 
 - Niezbyt - przytaknęła i poczuła się bardzo niezręcznie. - 

Ból musiał być straszliwy. 

 - Owszem. Czym mogę ci służyć? 
 - 

Myślałam, 

że  może  chciałbyś  zaaprobować 

rozmieszczenie sadzonek - powiedziała cicho. 

 
 -  Dobrze.  Zobaczę.  -  Wbił  motykę  w  ziemię,  zdjął  z 

krzaka koszulę i narzucił ją na plecy. 

Prawie  przez  cały  tydzień  nie  widział  Sorrel.  W  istocie, 

poza  posiłkami  w  hotelu  unikał  jej  z  premedytacją. 
Zaskoczyło go to, że nie próbowała pod byle jakim pretekstem 
kontaktować  się  z  nim.  Obserwował  ją  i  czekał,  jednak  nie 
działo  się  nic  takiego,  co  potwierdzałoby  jego  podejrzenia. 
Nie  wchodziła  ani  do  domu,  ani  do  jego  gabinetu.  Nie  była 
wścibska  i  nie  wypytywała  Seana.  Myślał,  że  ona  wie,  jak 

background image

wyglądają  jego  plecy,  ale  sądząc  po  jej  reakcji,  chyba  nie 
wiedziała.  A  jeśli  wiedziała,  no  cóż,  to  jest  bardzo  dobrą 
aktorką... 

Niczym  nie  zdradzając  swoich  myśli  i  wątpliwości, 

posłusznie przyjrzał się roślinom poukładanym na ziemi przed 
domem. 

 - Bardzo dobrze - pochwalił i bez słowa odszedł. 
Sadząc  i  obficie  podlewając  roślinki,  Sorrel  cały  czas 

zastanawiała się, czy krępowało go to, że zobaczyła blizny na 
jego plecach. Nie, zadecydowała, Garde ani przez moment nie 
okazywał zakłopotania. Ciekawe, jak to się stało. W artykule o 
nim  sprzed  sześciu  miesięcy  nie  wspominano  o  żadnym 
wypadku. Czy dlatego, że on był w szpitalu, w domu zrobiono 
dotąd tak niewiele? 

To nie twój interes, Sorrel, upomniała się w duchu. 
Uporządkowała wszystkie swoje rzeczy, ostatni raz rzuciła 

okiem  na  posadzone  rośliny,  z  satysfakcją  pokiwała  głową, 
wsiadła do ciężarówki i pojechała do hotelu. 

Tego  wieczoru  Garde  nie  przyszedł  na  kolację.  Zdziwiła 

się, że tęskni za nim, chociaż w czasie ich wspólnych kolacji z 
reguły był milczący i bardzo skryty. 

Długo  nie  mogła  zasnąć,  rozmyślając  o  nim,  o  jego 

oszpeconych plecach i w ogóle o jego zachowaniu. Spała źle i 
obudziła się wcześnie rano z uczuciem zmęczenia. 

Jeszcze kilka dni i front domu będzie gotowy. Czy wtedy 

Garde  zechce,  żeby  zajęła  się  zapleczem?  Nie  miała  pojęcia. 
Nie wiedziała nawet, czy podoba mu się to, co dotąd zrobiła. 
Żadnych pochwał, żadnego uznania, jak gdyby wygląd ogrodu 
w  ogóle  go  nie  obchodził.  Uśmiechnęła  się  lekko,  bo  nagle 
przypomniała  sobie,  że  jednak  na  czymś  mu  zależało. 
Powiedział przecież, że nie chce żadnych „śliczności". 

Cóż,  nie  potrzebowała  pochwał,  była  profesjonalistką, 

osobą  praktyczną,  przekonywała  siebie.  Nieprawda.  Nie  była 

background image

praktyczna.  Nienawidziła  przedkładania  klientom  faktur, 
rozmawiania  o  pieniądzach  i  tłumaczenia  się  z  wydatków.  A 
ponieważ  zawsze  zaprzyjaźniała  się  z  ludźmi,  dla  których 
pracowała, było jej trudno prosić ich o pieniądze. Z wyjątkiem 
Garde'a, z którym nie zdołała się zaprzyjaźnić... jak dotąd. 

Ubrała  się  w  czyste,  robocze  dżinsy,  włożyła  bawełniany 

podkoszulek i wciąż czując zmęczenie po źle przespanej nocy, 
pojechała  do  opactwa.  Nie  dojeżdżając  do  domu,  zatrzymała 
się  na  drodze,  chcąc  z  tej  perspektywy  obejrzeć,  jak  zmienił 
się  widok  terenu  okalającego  dom.  Wyłączyła  silnik  i 
wychyliła  się  przez  okno  szoferki,  żeby  popatrzeć  i... 
wstrząśnięta  patrzyła,  patrzyła  i  patrzyła,  ciągle  nie  wierząc 
własnym oczom. 

To, co zobaczyła, nie mieściło się jej w głowie. 
Wszystkie  rośliny,  które  tak  pieczołowicie  wczoraj 

posadziła, zostały wyrwane. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 
Zdjęta  niewyobrażalną  grozą,  nadal  nie  pojmując,  co  się 

stało, otworzyła drzwiczki szoferki i wysiadła. Chciało jej się 
płakać.  Jak  lunatyczka  ruszyła  przed  siebie.  Doszła  do 
strumienia i stamtąd zobaczyła, że wszystkie wyrwane krzewy 
zostały  porozrzucane  po  całym  obszarze  wyznaczonym  na 
trawnik.  Po  drugiej  stronie  strumienia  stał  Garde  i  spokojnie 
oglądał to spustoszenie. 

 - Co ty zrobiłeś! - krzyknęła. 
 -  To  nie  ja  -  zaprzeczył  stanowczo.  -  Myślisz,  że 

mógłbym coś takiego zrobić? 

 -  Więc  kto?  Dlaczego?  Komu  zależało,  żeby...  -  zaczęła 

chaotycznie. 

 - Nie wiem. Czy odżyją, jeśli wsadzimy je z powrotem? 
 -  Może.  Niektóre  -  szepnęła  z  nieszczęśliwym  wyrazem 

twarzy. 

 - Więc zróbmy to - zaproponował łagodnie. 
Spojrzała  na  niego,  ale  nie  dostrzegła  na  jego  twarzy 

żadnej  reakcji.  Opuściła  głowę  i  znowu  skupiła  wzrok  na 
biednych roślinach. 

 - Ale kto mógł to zrobić? Nie możemy przecież oskarżać 

o to ducha. 

 - Ducha? 
 - Opactwo uchodzi za nawiedzone. Nie słyszałeś o tym? 
 - Słyszałem. Owszem, niektórzy tak mówią. 
 - Nic nie widziałeś? 
 - Nic. 
 - Nic - powtórzyła jak echo. To przecież nie mógł być on. 

Nie  bądź  śmieszna,  Sorrel,  skarciła  się  w  myślach.  -  Jakiś 
sąsiad?  A  może  ten  dziennikarz?  -  podsunęła.  -  Pani  Davies 
niedawno powiedziała... 

 - Że prasa mnie nienawidzi? 
 - Tak - przytaknęła cicho. 

background image

 - To możliwe. 
Ale  nieprawdopodobne.  Rozważył  już  każdą  możliwość  i 

niczego  nie  wymyślił.  Jedno  było  pewne  -  ktoś  zrobił  to 
złośliwie. 

Jakoś trudno mu było patrzeć na wyraz rozpaczy rysujący 

się na twarzy tej dziewczyny. Nie znał jej, oczywiście nie był 
pewien,  czy  zasługuje  na  zaufanie,  nie  wiedział  nawet,  czy 
ona  sama  tego  nie  zrobiła,  choć  trudno  w  to  uwierzyć. 
Frustrowało  go  to,  że  ciągle  na  próżno  czekał,  aż  na  jej 
nieskazitelnej postaci pojawią się jakieś rysy. 

 - Nie płacz - powiedział szorstko, bo zobaczył, że łzy drżą 

jej pod powiekami 

 - Nie płaczę! - Szybko otarła oczy. - Ale dlaczego oni to 

zrobili? Po co? Na złość? Ale komu? Tobie? 

 - Nie wiem. 
Rozległ 

się  klakson.  Odwrócili  się.  Ciężarówka 

zablokowała drogę i furgonetka Seana nie mogła przejechać. 

 -  Ja  przestawię  twój  wóz  -  zapowiedział  krótko  Garde. 

Przejechał ciężarówką przez most i z gracją zaparkował przed 
garażem. 

 - A niech to! - wykrzyknął Sean, wysiadając z furgonetki. 

- Kto to zrobił? 

 - Nie wiem. 
 - Czy ona dobrze się czuje? 
 - A jak myślisz? - spytał lakonicznie. 
Garde zostawił Seana i podszedł do zmartwionej Sorrel. 
 - Rezygnacja nic nie pomoże - oświadczył. - Wściekaj się, 

szalej, ale się nie poddawaj. 

 -  Ty  tak  robisz?  Wpadasz  w  szał?  -  W  jej  spojrzeniu 

dojrzał udrękę. 

 - Tak, 

background image

 - No cóż. - Głęboko westchnęła. - I ja się nie poddam. Nie 

wiedziała,  czemu  się  tak  cynicznie  uśmiechnął.  Pokiwał 
głową, podniósł dwie sadzonki i rzucił je na grządkę. 

 -  Nie  tutaj.  -  Szturchnęła  go  i  zabrała  rośliny.  Nie 

pojmowała jego zachowania. Zdawało się, że on zupełnie nie 
przejmuje  się  dewastacją.  Dotknęło  ją  to  bardziej,  niż 
wyrządzone szkody. - Czy zniszczono coś jeszcze? 

 - Nie. 
 - A twoje grządki warzywne? 
 - Nie. Powiedz mi, gdzie wsadzić te rośliny. 
Wzięła  swój  szpadel  i  udzieliła  mu  wskazówek.  W  ciągu 

dwóch godzin posadzili wszystko jeszcze raz i podlali. Ogród 
jednak  wyglądał  jakoś  inaczej,  nie  tak  ładnie  jak  wczoraj,  i 
straciła do niego serce. 

 - Możemy zastąpić nowymi sadzonkami wszystkie, które 

zwiędną - uspokoił ją. 

 -  To  nie  o  to  chodzi.  Czy  nie  powinniśmy  jednak 

zawiadomić policji? 

 - Już ich zawiadomiłem, ale niewiele będą mogli zrobić w 

tej sprawie. 

 - Nie wydajesz się tym zaniepokojony. 
 - Nie? Prawdopodobnie tak ci się zdaje, bo mnie nie znasz 

za dobrze. Mogę ci jeszcze w czymś pomóc? 

Pokręciła głową. 
 - Wkrótce przywiozą torf. Wspominali, że koło południa. 

Skończę wyrównywać trawnik. 

 - Muszę wyjechać na trochę. Dasz sobie radę? 
 - Tak. 
 - Poproszę Seana, żeby miał na ciebie oko. 
Zdobyła  się  na  smutny  półuśmiech.  Z  tego,  co  dotąd 

zaobserwowała,  nie  sądziła,  by  Sean  bardzo  się  przydał  w 
razie nagłej potrzeby. 

background image

Garde  odjechał,  a  ona  poszła  po  swoje  grabie  i 

poziomnicę. 

Kto? - zastanawiała się ciągle. I dlaczego? 
Gdyby 

to 

zdarzyło 

się  w  Londynie,  od  razu 

podejrzewałaby Nicka, ale on przecież nie wiedział, gdzie ona 
teraz  przebywa.  A  może  wiedział?  Nie,  to  jakaś  paranoja, 
ofuknęła  się  w  myślach.  A  nawet  gdyby  wiedział,  to  raczej 
napisałby  do  Garde'a  albo  sam  by  przyjechał  zobaczyć  się  z 
nim, tak jak z jej poprzednimi klientami. Nie miała oczywiście 
żadnych  dowodów,  że  to  Nick  zniechęcał  jej  potencjalnych 
klientów, lecz ktoś był za to odpowiedzialny.... i ten ktoś mógł 
znowu zacząć działać. 

Myślała  o  tym  bezustannie,  ciągle  się  martwiąc,  aż  w 

końcu  rozgniewała  się  na  siebie  i  na...  Garde'a. Raz  taki,  raz 
owaki. W jednej minucie miły, w następnej szorstki. 

Mój  Boże,  pierwsza  praca  od  miesięcy  i  od  razu  coś 

takiego... Może tu jednak nie chodziło o Garde'a, być może to 
ona nadepnęła komuś na odcisk? Trochę krytykowała rośliny 
w  pierwszym  centrum  ogrodniczym,  do  którego  zajrzała.  A 
właściciel 

nieco 

się 

zdenerwował 

jej 

zjadliwymi 

komentarzami. 

Była  zbyt  wzburzona,  żeby  zjeść  lunch.  Cały  czas,  bez 

odpoczynku, rozkładała torf, ugniatała go nogami, podlewała. 
W  końcu  stanęła  z  boku,  by  obejrzeć  własną  robotę.  Nowy 
japoński klon pośrodku trawnika w kształcie wydłużonej litery 
S  wyglądał  trochę  ponuro.  Chyba  trzeba  będzie  jutro  go 
wymienić. A te inne? No cóż,  nie są złe, ale  jutro się  okaże, 
czy przeżyją, czy nie. 

Lecz  jeśli  oni  wrócą  -  kimkolwiek  są  ci  „oni"  – 

postanowiła  na  nich  zaczekać.  Nawet  jeśli  będzie  musiała 
siedzieć tu przez całą noc. 

Po  powrocie  do  hotelu  ledwo  tknęła  swoją  kolację. 

Zadowolona, że Garde nie przyszedł, z roztargnieniem dłubała 

background image

w  talerzu.  Postanowiła,  że  zaczai  się,  by  sprawdzić,  czy 
wandale  znowu  nie  przyjdą.  Prawdopodobnie  nic  się  nie 
zdarzy, zanim się nie ściemni. Miała mnóstwo czasu, żeby się 
przygotować do czuwania. A jeśli oni wrócą... 

Odsunęła  talerz  i  nie  czekając  na  kawę,  pobiegła  do 

pokoju. Przebrała się w ciemne spodnie i ciemną bluzę, czując 
się w tym stroju nieco teatralnie i głupio. Wzięła swoją małą 
latarkę,  notes  oraz  pióro,  i  zadzwoniła  do  recepcji  z  prośbą, 
czy  kuchnia  hotelowa  może  przygotować  dla  niej  termos  z 
gorącą  herbatą.  Uprzedziła,  że  musi  wyjechać,  żeby  nie 
martwili się, jeśli wróci późno, i wyruszyła w stronę opactwa. 

Niebo  dopiero  zaczynało  się  ściemniać,  kiedy  ostrożnie 

manewrując, 

wjechała  ciężarówką  pomiędzy  drzewa 

naprzeciwko sadu. Sprawdziła, czy jej nie widać, i przebiegła 
ukradkiem drogę, by zobaczyć, czy Garde wrócił. 

W  domu  nie  paliło  się  światło,  nie  dostrzegła  też  jego 

samochodu przed domem. Czy nie byłoby zabawne, gdyby on 
stał  na  czatach  w  ciemnym  pokoju,  gdy  tymczasem  ona 
chowała się w zaroślach? Może powinna była mu powiedzieć, 
co planuje? Jednak przez cały czas tak się zachowywał, że w 
ogóle nie chciało jej się z nim rozmawiać. 

Szybko wróciła do samochodu i usadowiła się, by czekać. 
Po godzinie zaczęła zastanawiać się, czy Garde już wrócił. 

Czy  to  nie  dziwne?  Wyjechał  i  zostawił  dom  bez  opieki  po 
tym,  co  się  stało?  A  może  to  go  wcale  nie  obeszło?  Z 
pewnością  nie  wydawał  się  bardzo  zaniepokojony.  Możliwe, 
że spodziewał się tego albo czegoś podobnego. Bez wątpienia 
był  dziwnym  człowiekiem,  trudnym  do  przeniknięcia.  Stale 
łapała się  na tym, że bez przerwy o nim myśli. Na przykład, 
skąd się wzięły blizny na jego plecach. I czy nie wpływało to 
na jego nieustanny zły nastrój. Może wciąż odczuwał ból? 

Obserwowała  księżyc,  który  płynął  po  niebie.  Z  zarośli 

dobiegały  tajemnicze  odgłosy,  niesamowite  pohukiwanie 

background image

sowy. Zadrżała. Nie było tu świecących lamp ulicznych, tylko 
światło księżyca, rzucające niespokojne cienie. Czując się jak 
idiotka,  podskoczyła  nerwowo,  kiedy  gdzieś  trzasnęła  jakaś 
gałąź.  Przestań,  skarciła  się.  Tam  nic  nie  ma.  Wzięła  jednak 
latarkę  i  zapaliła  ją  dla  własnej  wygody.  Nie  wiadomo  który 
już raz spojrzała na zegarek, ziewnęła, poprawiła się w fotelu. 
Nie  istniało  niebezpieczeństwo,  że  zaśnie  -  ciągle  była  zbyt 
podekscytowana. 

Dziesięć  po  drugiej.  Pomyślała,  że  chyba  trzeba  już 

wracać  do  hotelu  i  przespać  się  trochę.  Jeszcze  tylko  pięć 
minut,  zadecydowała.  Wzięła  termos,  odkręciła  zakrętkę  i 
zamarła. Nasłuchiwała uważnie, skłoniwszy głowę. Czy to nie 
samochód?  Zakręciła  termos  i  postawiła  go  na  podłodze, 
starając się nie zwracać uwagi na to, że jej serce trzepocze się 
nerwowo.  Z  rękami  na  kierownicy  wpatrywała  się  w 
ciemność. 

To  był  niewątpliwie  warkot  silnika,  ale  nie  widziała 

świateł.  W  końcu  dostrzegła  samochód.  Sunął  wolno  wzdłuż 
drogi. Zatrzymał się niedaleko od niej i silnik ucichł. 

Wstrzymała 

oddech,  czekając.  Zobaczyła,  jak  z 

samochodu wychodzi jakaś wysoka postać. Człowiek ten niósł 
coś  w  ręku.  Szedł  cicho  i  szybko,  w  pewnym  momencie 
przeskoczył niskie ogrodzenie sadu i zniknął wśród drzew. 

Delikatnie  uchyliła  drzwiczki  ciężarówki,  wzięła  notes, 

pióro  oraz  latarkę,  i  wyskoczyła  z  samochodu,  uważając,  by 
nie  robić  hałasu.  Osłaniając  światełko  latarki,  drżącą  ręką 
zapisała markę i numer rejestracyjny samochodu i podążyła za 
intruzem.  Nie  miała  pojęcia,  co  zrobić,  przypuszczała,  że 
będzie  po  prostu  obserwować  go,  po  to,  by  później  móc  go 
zidentyfikować.  Rzecz  jasna  nie  zamierzała  stanąć  z  nim 
twarzą  w  twarz,  kimkolwiek  był.  Nie  była  aż  tak  głupia. 
Jednak  gdy  zobaczyła,  że  przystanął  na  środku  trawnika  i 

background image

odkręca  kanister,  który  przyniósł,  przestała  myśleć 
racjonalnie. 

Z przeszywającym uszy wrzaskiem rzuciła się przez niski 

płotek, oddzielający sad od ogrodu. Przygwoździła intruza do 
ziemi jak zawodowy rugbista. 

W  domu  ktoś  krzyknął.  Jasne  światło  oświeciło  cały 

trawnik. Zmrużyła oczy, bynajmniej nie rozluźniając chwytu. 
Człowiek,  z  którym  walczyła,  był  od  niej  silniejszy  i 
prawdopodobnie  bardziej  wysportowany.  Nie  wiedziała,  czy 
to  ona  stęka,  czy  on,  starając  się  uwolnić.  Nie  zamierzała 
pozwolić mu uciec i uniknąć kary. Kiedy zaczął się podnosić, 
chwyciła go za stopę. Uwolnił się szarpnięciem, a ona w tym 
momencie zainkasowała silne uderzenie w żebra. 

Zwinęła się z bólu, jęcząc  i raczej poczuła niż zobaczyła, 

że jej napastnik uciekł. Kilka chwil później rozległ się odgłos 
silnika, pracującego na wysokich obrotach i pisk opon szybko 
ruszającego wozu. 

 -  Co  ty  sobie  myślisz,  na  miłość  boską!  Czy  wiesz,  co 

zrobiłaś? - Garde, rozwścieczony, ukląkł przy niej. 

 - Za to ty nic nie zrobiłeś! - wrzasnęła piskliwym głosem, 

czując się jak oszukane i skrzywdzone dziecko. 

 - Zrobiłem wiele rzeczy. Gdzie cię boli? 
 - Żebra, głowa... och, nie wiem! - krzyknęła rozdrażniona. 

- A teraz on ucieka - Przypomniała sobie, co tamten zamierzał, 
wyprostowała się nagle. - Miał kanister... 

 - Wiem, że miał kanister, i gdybyś się nie wmieszała... 
 - Ja, wmieszała? - oburzyła się. - Czy ja jestem wariatką? 

Mogłeś uprzedzić mnie, co zamierzasz. 

 - Ty też mogłaś - powiedział. - Dasz radę wstać? 
 -  Nie  -  mruknęła.  -  A  jeśli  ta  bańka  przecieka...  Wziął 

kanister, znalazł zakrętkę i dokładnie ją zakręcił. 

I  dopiero  teraz  pomógł  wstać  Sorrel.  Trzymając  się  za 

bolące żebra, pozwoliła, żeby pomógł jej dojść do domu. 

background image

 - Miałam notes - zaczęła gderliwie. - Musiałam go gdzieś 

upuścić. 

 - Znajdę później - powiedział zniecierpliwiony. Dotarli do 

gabinetu.  Posadził  ją  w  obrotowym  fotelu  za  biurkiem.  - 
Pozwól mi zobaczyć. 

 - Nie. - Zgarbiła się. 
 - Żebra są złamane? 
 - Nie wiem 
 - Więc daj mi obejrzeć. 
Pomału, wstrzymując oddech, podniosła się z fotela. 
 - Oddychaj normalnie - rozkazał. 
 -  Nie  mogę  -  odparła  płaczliwym  głosem.  Czuła,  że 

zachowuje się dziecinnie. - To boli. 

 -  Więc  może  to  nauczy  cię  nie  rzucać  się  na  obcych 

silnych mężczyzn. - Łagodnie popchnął ją na fotel, podciągnął 
jej sweter i lekko obmacał żebra. 

 - Oj, boli... 
 - Nie sądzę, żeby były złamane. 
 - Dobrze. - Oparła łokcie o biurko, zamknęła oczy, ukryła 

twarz w dłoniach i raptownie je cofnęła z okrzykiem bólu. Na 
palcach ujrzała krew. 

 - On mnie zranił w głowę! 
Popatrzyła  na  Garde'a,  lecz  na  jego  twarzy  nie dostrzegła 

nawet  śladu  współczucia,  tylko  coś  w  rodzaju  irytacji. 
Westchnęła, oparła się wygodniej i przymknęła oczy. 

 - Nie leżałeś w łóżku - stwierdziła. 
 -  Nie  -  przyznał,  delikatnie  badając  ranę  na  jej  skroni, 

która  zaczynała  już  lekko  puchnąć.  Ostrożnie  odgarnął 
opadające długie włosy. 

Cofnęła  się,  bo  jego  dotyk,  jego  bliskość,  zapierały  jej 

dech, co rozdrażniało ją jeszcze bardziej. 

 - Rozpoznasz go? - spytała szorstko. Pokręcił głową. 

background image

 -  Mam  jego  numer.  Zapisałam  w  notesie.  Policja 

prawdopodobnie mogłaby go namierzyć. Czy zadzwoniłeś do 
nich? 

 - Nie. 
 - Dlaczego? - Otworzyła szeroko oczy. 
 - Nie miałem czasu! Chcesz jechać do szpitala? 
 - Nie. 
 -  Rana  nie  jest  głęboka.  Nie  trzeba  jej  zszywać. 

Wystarczy  plaster.  Za  chwilę  dam  ci  aspirynę  i  filiżankę 
herbaty.  I  dopiero  teraz  mogę  zadzwonić  na  policję  -  dodał 
zgryźliwie. 

Wziął  aparat,  wybrał  numer  miejscowego  komisariatu, 

zwięźle wyjaśnił, co się stało, i wyszedł. 

Trzasnął  kuchennymi  drzwiami  o  wiele  mocniej,  niż 

zamierzał.  Zapalił  światło,  popatrzył  na  bałagan  i  gorzko  się 
uśmiechnął.  Przez  jedną  straszną,  głupią  chwilę,  pod 
wpływem  impulsu,  chciał  ją  przytulić.  Wspaniale,  tylko  tak 
dalej,  panie  Chevenay,  szydził  z  siebie,  nastawiając  czajnik. 
Nigdy  nie  powinien  jej  zatrudniać.  Powinna  była  odejść, 
zabierając ze  sobą  swoją  historyjkę,  obojętnie  jaką.  Jednakże 
na pewno znała się na ogrodach, musiał jej to oddać. Lecz kim 
jeszcze  była?  Kimś,  kto  go  bawił,  pomyślał  z  tęsknotą,  a  od 
bardzo,  bardzo  długiego  czasu nie  czuł  się  rozbawiony.  Była 
wysoka,  chuda,  niezręczna,  uparta,  denerwująca.  Przyznał 
jednak, że odważna. Mogła nawet zostać zabita. Zapłacą za to, 
postanowił. Kimkolwiek są. 

Chciał  jej  zaufać,  ale  nie  mógł  się  na  to  zdobyć  -  zaufać, 

komuś,  kogo  nie  znał?  Kiedyś,  dawno  temu,  zapłacił  za  to 
wysoką  cenę.  Nienawidził  podejrzewać  o  najgorsze  każdego 
obcego przechodnia, ale już nie umiał inaczej... 

Zirytowany  na  siebie,  próbował  odzyskać  spokój  ducha  i 

zajął  się  parzeniem  herbaty.  Postawił  kubki  na  tacy  i  zaniósł 
do  gabinetu.  Otworzył  drzwi  i  zanim  wszedł,  przyjrzał  się 

background image

Sorrel.  Z  zamkniętymi  oczyma  siedziała  w  fotelu.  Włosy 
miała  rozczochrane,  ręce  i  twarz  brudne.  Nigdy  nie  spotkał 
kogoś  takiego  jak  ta  bardzo  dziwna  dziewczyna. 
Powiedziałby,  że  wniosła  w  jego  życie  ożywcze  prądy, 
gdyby...  Mój  Boże,  gdyby tak  mógł  obdarzyć  ją zaufaniem... 
Ale nie mógł. 

 - Herbata - oznajmił szorstko. 
Otworzyła oczy. Podał jej kubek, obszedł biurko i z górnej 

szuflady  wyjął  pudełko  z  plastrami  i  chusteczkami.  Oczyścił 
ranę  na  jej  skroni  i  ostrożnie  przykleił  opatrunek.  Schował 
pudełko,  wyjął  buteleczkę  z  aspiryną,  wysypał  na  rękę  dwie 
tabletki i podał jej. 

 -  Dzięki.  Nie  chciałam,  żeby  zniszczył  trawnik  -  zaczęła 

się  tłumaczyć.  -  Zamierzałam  tylko  zdobyć  jego  numer 
rejestracyjny  i  zapamiętać  jego  wygląd  na  tyle,  aby  policja 
mogła  zrobić  jakiś  przybliżony  rysopis.  Nie  wiedziałam,  że 
poczyniłeś  aż  takie  przygotowania...  te  reflektory  i  w  ogóle. 
Myślałam,  że  zasnąłeś  albo  że  cię  wciąż  nie  ma.  Nie 
zauważyłam twojego samochodu. 

 - Stoi w garażu. 
 -  No  tak.  Nie  pomyślałam.  -  Szybko  połknęła  tabletki, 

pociągając  łyk  herbaty.  Trzymając  kubek  oburącz,  rzuciła  na 
niego  ukradkowe  spojrzenie.  Z  ciemnym  śladem  zarostu  na 
podbródku  znowu  wyglądał  groźnie,  tak  jak  podczas  ich 
pierwszego  spotkania.  Potężny  i  srogi.  -  Powinnam  była 
pozwolić, żebyś to ty się na niego rzucił, prawda? - zapytała. - 
Jednak  mógłbyś  poranić  sobie  plecy...  -  Urwała  gwałtownie, 
czując, że popełnia nietakt. W ogóle była coraz bardziej zła na 
siebie, że z jakichś idiotycznych przyczyn czuje się przy nim 
onieśmielona  i  mówi  same  głupoty.  Nie  mogła  powstrzymać 
ziewania,  usiadła  wygodniej  i  głęboko  westchnęła.  -  No  cóż, 
myślałam, że nie interesują cię moje rośliny. 

background image

 - To źle myślałaś. Pójdę teraz i poszukam twojego notesu. 

Z ulgą patrzyła, jak odchodzi. Obróciła fotel i patrzyła przez 

okno.  Teren  zalewało  silne  światło.  Powinna  była 

wszystko  pozostawić  Garde'owi.  Chociaż  skąd  mogła 
wiedzieć,  że  on  zamierza  coś  przedsięwziąć,  jeśli  nic  nie 
powiedział.  Ale  z  drugiej  strony  ona  też  z  niczym  się  nie 
zdradziła. Totalny brak porozumienia. Co takiego w nim było, 
że  czuła  się  tak  nieswojo?  Od  kilku  dni  starała  się  swój 
niepokój zwalczyć, sądziła, iż z dobrym rezultatem. A teraz... 
Teraz  jesteś  zmęczona,  pokaleczona  i...  głupia,  tłumaczyła 
sobie, zniecierpliwiona swoim złym nastrojem. 

Słyszała,  jak  zamykają  się  drzwi  wejściowe  i  Garde 

wchodzi  po  schodach.  Gdy  się  uważniej  przysłuchała, 
wyłowiła  ciche  odgłosy  na  górze.  Silne  światło  zgasło, 
widziała  tylko  własne  odbicie  w  szybie.  Usłyszała,  że  on 
znowu  wraca  na  dół  i  natychmiast  się  zdenerwowała.  Co  za 
głupota. Co ją tak przy nim wyprowadza z równowagi? Późna 
pora i ciemność? Poza tym, co ona o nim wie? Nic. 

Obróciła  fotel  i  zobaczyła,  że  już  przyszedł.  Położył  na 

biurku jej notes i jakiś mały aparat fotograficzny. 

O  tym  nie  pomyślała,  a  powinna  była.  Wprawdzie  jej 

aparat  nie  miał  lampy  błyskowej,  ale  sklepy  były  przecież 
otwarte i można ją było wieczorem kupić. 

 -  Nie  przemyślałam  tego  dobrze,  prawda?  -  spytała 

skruszonym tonem. 

 - Nie przemyślałaś. Jak się czujesz? 
 - W porządku. Trochę obolała i kręci mi się w głowie... O, 

chyba słyszę samochód? 

 - Policja, mam nadzieję. 
 - Dlaczego nie powiedziałeś mi, że zastawiłeś pułapkę? - 

W końcu odważyła się spojrzeć mu prosto w oczy. 

 - Nie zapytałaś. Nie, nie zapytała. 

background image

 -  Często  się  tym  zajmujesz?  -  W  jego  głosie  zabrzmiał 

nieprzyjemny podejrzliwy ton. 

 - Czym? 
 - Śledztwem. 
 -  Ach  -  szepnęła,  wzdychając  ciężko.  -  Nie.  W  ogóle  się 

tym  nie  zajmuję.  Nie  mam  żadnego  doświadczenia  w 
prowadzeniu śledztwa. 

 - Gdzie zostawiłaś ciężarówkę? 
 -  Między  drzewami  po  drugiej  stronie  sadu.  Uprzedzam, 

że  nie  jestem  detektywem  w  spódnicy,  jeśli  o  to  pytasz. 
Niestety, nie jestem żadną panną Marple - dodała z godnością, 
lekko się uśmiechając. 

 - Nie? Ale to był niezły chwyt. 
 -  Mimo  to  dał  mi  radę.  Był  młody  i  silny  -  dodała  po 

chwili  milczenia.  -  Chyba  jakiś  dwudziestolatek.  -  Usłyszała 
jadący po żwirze samochód i odwróciła się, by wyjrzeć przez 
okno. Dostrzegła wóz policyjny. 

Funkcjonariusze  policji  nie  zabawili  długo.  Spisali  tylko 

zeznania  ich  obojga,  zanotowali  sobie  numer  rejestracyjny  i 
markę  samochodu  napastnika,  zabrali  aparat  fotograficzny  i 
poszli,  obiecując,  że  będą  w  kontakcie.  Ocenili,  że  bardzo 
głupio ze strony Sorrel było rzucać się na tego człowieka. 

Garde odprowadził policjantów. Wrócił, podszedł do okna 

i  wpatrzył  się  w  noc.  Sorrel  mogła  go  teraz  dyskretnie 
obserwować. 

 -  Skąd  masz  te  rany  na  plecach?  -  spytała  nagle,  nie 

zastanawiając  się  nad  tym,  czy  aby  nie  popełnia  kolejnego 
nietaktu. 

 - 

Katastrofa 

helikoptera 

odparł 

krótko.  Był 

rozczarowany. 

W  końcu  zadała  pytanie,  którego  od  dawna  oczekiwał.  A 

jednak je zadała... 

 - Ktoś jeszcze był ranny? 

background image

 - Nie. 
 - Powinieneś smarować oliwą. 
 - Helikopter? 
 - Nie, głuptasie, twoje plecy. 
 - Nie mogę dosięgnąć - stwierdził z lekką kpiną w głosie. 
 -  Nie  znasz  nikogo,  kto  mógłby  ci  posmarować?  - 

zapytała z niedowierzaniem. 

 - Nikogo, kogo chciałbym o to prosić. 
 - Och. Szkoda. 
 -  Składasz  mi  propozycję,  Sorrel?  -  zapytał  cicho, 

odwracając się do niej. 

Pokręciła  głową  i  zaraz  tego  pożałowała,  bo  poczuła 

zawrót głowy. 

 - Powinnam wrócić do hotelu. 
 -  Po  co?  Żeby  spotkać  się  tam  ze  swoim  napastnikiem, 

który może teraz żywić do ciebie urazę? - zadrwił. - Zostań tu 
na noc. Pościelę ci łóżko na górze. 

 - Nie. 
 -  Słuchaj,  jest  noc.  Nigdzie  teraz  nie  będziesz  jeździła  - 

oświadczył rozkazująco. 

 -  Dobrze  -  westchnęła  i  wstała  z  fotela,  czując  dziwne 

skrępowanie. 

 - Jutro weź wolne. 
 - Zobaczę, jak się będę czuła. 
Poprowadził  ją  po  schodach,  otworzył  drzwi  na  końcu 

korytarza i przepuścił ją przodem. W pokoju stało tylko łóżko 
bez pościeli. Wyszedł i po chwili wrócił, niosąc prześcieradła, 
poszewki na poduszki i dwa koce, które rzucił na łóżko. 

 - Łazienka jest obok. Chcesz coś do włożenia na noc? 
 - Nie - rzekła cicho. 
 - Więc zobaczymy się rano. I nie włócz się po nocy. 
 - Bo duch mnie złapie? - spytała sennie. 
 - Coś w tym rodzaju. 

background image

Wtedy nagle przypomniała sobie, że w ogóle nie powinna 

być w tym domu, niezależnie od ducha. Jen ją uprzedzała. 

 - Garde... - zaczęła pospiesznie. Przystanął i odwrócił się 

do niej. - Nie mogę tutaj zostać. 

 -  Nie  bądź  śmieszna  -  rzucił  lekceważąco,  zabierając  się 

do wyjścia. 

 -  Ale  ja  naprawdę  nie  mogę!  -  Dogoniła  go  i  dotknęła 

jego  pleców.  Wzdrygnął  się.  -  Przepraszam  -  szepnęła  i 
gwałtownie cofnęła dłoń. 

Stał  zbyt  blisko.  Poczuła  się  dziwnie.  Na  jego  twarzy 

malował się wyraz niesmaku. 

 - Czego chcesz? - spytał zdecydowanym głosem. 
 -  Czego  chcę?  -  powtórzyła.  Pachniał  chyba  płynem  po 

goleniu  albo  mydłem.  Nad  jego  lewą  brwią  zauważyła  małą 
bliznę, na jego podbródku ciemny ślad, a jego usta ... 

 -  Sorrel!  -  zniecierpliwił  się.  -  Czego  chcesz?  Znać 

szczegóły  katastrofy?  Moich  transakcji?  Spytaj  mnie  o  to 
jutro, kiedy nie będę tak zmęczony i może w lepszym nastroju 
do gierek niż teraz. 

 - To nie gra - wyszeptała, marszcząc czoło. - Chcę cię... 
 - Pocałować? - podpowiedział. 
 - Nie. 
 -  Nie?  -  zakpił.  -  Więc  czego  chcesz?  Masz  ochotę  na 

mały flirt? Uwiedzenie? 

 -  Nie  -  zaprzeczyła,  czując,  że  kręci  jej  się  w  głowie.  - 

Chcę, żebyś zaczekał, bo muszę cię o coś zapytać. 

Och,  jakie  to  wszystko  głupie.  Odurzona,  zmęczona  i  w 

ogóle  słaba  -  przypuszczała,  że  wciąż  jest  w  stanie  szoku  – 
oparta się o framugę drzwi, starając się nie zwracać uwagi na 
to, że Garde stoi tuż obok niej, stanowczo za blisko. 

 - Czy w domu są jakieś pieniądze? 
 - Pieniądze? 
 - Tak. 

background image

 - Potrzebujesz pieniędzy? 
 - Nie. 
 - To idź do łóżka. Dobranoc. 
Słyszała,  jak  wszedł  do  pokoju  na  drugim  końcu 

korytarza.  Czuła,  że  nie  wyjaśniła  tego  do  końca,  tak  jak 
powinna. A teraz on sobie pomyśli, że... 

Nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co robi, pobiegła za 

nim i bez pukania otworzyła drzwi jego pokoju. 

 - Garde... 
 - Odejdź! - zagrzmiał. 
 - Ale ja nie wyjaśniłam ci... 
 - Nie chcę, żebyś cokolwiek mi wyjaśniała. - Podszedł do 

niej,  chwycił  za  ramiona  i  obrócił  w  stronę  drzwi.  -  Chcę, 
żebyś poszła spać do swojego pokoju! Sama! 

 - Zawsze śpię sama - szepnęła, zdumiona jego gwałtowną 

reakcją. 

Czemu pokój się kręcił? Czepiając się framugi, czuła, jak 

kolana  się  pod  nią  uginają.  Raczej  zaintrygowana  niż 
przestraszona,  podniosła  głowę,  by  na  niego  spojrzeć...  i 
straciła przytomność. 

Osunęła się jak szmaciana lalka. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 
 - Och, na miłość boską... - zaczął. 
Rozczarowany  i  rozjuszony,  bo  sądził,  że  to  jakaś 

komedia, szarpnął ją, by wstała z  podłogi. Nagle  uświadomił 
sobie,  że  ona  nie  udaje  i  trochę  się  przestraszył.  Wziął  ją  na 
ręce i  położył  na  łóżku. Otworzyła  oczy. Wątpił, żeby nawet 
najlepsza  aktorka  umiała  tak  dobrze  udawać  oszołomienie  i 
zdumienie, które teraz malowały się na jej twarzy. 

 -  Nie  pytaj  mnie,  gdzie  jesteś  -  uprzedził  łagodnie. 

Zamrugała, nie spuszczając z niego wzroku. 

 - Zemdlałaś. 
Wzruszyła ramionami i oblizała wargi. 
 - Nigdy w życiu nie zemdlałam. 
 - Ale teraz zemdlałaś. Jak się czujesz? 
 - Troszkę dziwnie. Przepraszam. 
 -  Moja  wina.  Powinienem  zabrać  cię  do  szpitala. 

Pokręciła głową i  skrzywiła się z  bólu. Drżącą  ręką dotknęła 
skroni. Opuchlizna wyraźnie powiększyła się. 

 - Zaraz będzie mi lepiej. - Chciała wstać, ale on delikatnie 

popchnął ją z powrotem na łóżko. 

 - Leż spokojnie. 
 - Przypuszczam, że to szok. Albo to, że przez cały dzień 

prawie nic nie jadłam. 

 -  Prawdopodobnie  -  przytaknął.  -  Kim  jesteś,  Sorrel?  - 

Nie był to najodpowiedniejszy moment, by o to pytać, ale on 
naprawdę musiał wiedzieć. 

 - Kim? - zdziwiła się. 
 - Tak. Po co faktycznie tu przyjechałaś? 
 -  Zaprojektować  i  założyć  ci  ogród.  -  Lekko  marszcząc 

brwi, uważnie przyglądała się jego twarzy. - A po cóż innego 
miałabym tu przyjeżdżać? 

 - Żeby się czegoś o mnie dowiedzieć. 
 - Czego? 

background image

 - To właśnie mnie interesuje. - Lekko westchnął. 
 -  Masz  coś  ciemnego  na  podbródku...  Chyba  ubrudziłeś 

się. - Ułożyła głowę wygodniej i ciągle patrzyła mu prosto w 
oczy. 

 - Naprawdę? 
 - Tak. Spytałeś mnie, czy chcę cię pocałować. Dlaczego? 
 - Ponieważ myślałem, że właśnie odgrywasz swoją wielką 

scenę uwodzenia. 

 - Nie jestem stworzona do uwodzenia. 
 - Nie jesteś? - spytał miękko. 
 - Nie. Moja siostra Jen powiedziała... - urwała. Dlaczego, 

u licha, prowadzą tę bezsensowną rozmowę? 

 - Co twoja siostra powiedziała? - dopytywał się. 
 -  Że  moje  spojrzenie  sprawia,  iż  ludzie  myślą,  że  wiem 

więcej niż wiem. A ja nie wiem. To naprawdę mnie irytuje. 

 - Dlaczego pytałaś o pieniądze? 
 -  Ponieważ...  -  Patrząc  w  jego  oczy,  zadecydowała,  że 

najlepiej będzie, gdy uczciwie przedstawi sprawę. - Ponieważ 
raz zostałam oskarżona o to, że wzięłam pieniądze. 

 - Przez kogoś, dla kogo pracowałaś? 
 -  Tak.  Nie  potrafiłam  dowieść,  że  to  nie  ja,  i  Jen 

ostrzegała mnie... 

 - Twoja siostra? 
 - Tak. Ostrzegała mnie, żebym w ogóle nie wchodziła do 

twojego  domu.  Ale  ja  mówiłam  jej,  że  ty  jesteś  inny  niż  on. 
Nie znasz go, prawda? Przez chwilę myślałam, że to on mógł 
powyrywać  rośliny.  To  oczywiście  niemożliwe.  On  nie  wie, 
gdzie  ja  jestem.  -  Zamilkła,  bo  nagle  poczuła  się  bardzo 
śpiąca, skuliła się pod narzutą i zamknęła oczy. 

Patrzył,  jak  ufnie  zasypia  i  czuł  zmieszanie.  Ostrożnie 

podniósł koc, który się zsunął, i okrył ją. 

Wzdychając  głęboko,  zaczął  zastanawiać  się,  co  w  nim 

jest takiego, co tak komplikuje mu życie. Tęsknie spojrzał na 

background image

puste  miejsce  po  drugiej  stronie  łóżka.  Przecież  nie  można 
zostawiać  jej  samej.  Och,  do  Ucha  z  tym!  Jeśli  ona  zechce 
wykorzystać  sytuację,  to  wykorzysta.  Lecz  czy  to  byłoby 
przyzwoite, jeżeli jest osobą, za którą się podaje? Stanowczo 
za dużo o niej myślał i to wbrew własnej woli. 

Podjął  decyzję  -  będzie  tu  spał.  Zdjął  buty,  sięgnął  po 

drugi  koc  i  ostrożnie  położył  się  obok  niej.  Ostatnio  bardzo 
brakowało mu snu. Zamknął oczy z mocnym postanowieniem, 
by zaraz usnąć. Jednak zanim w końcu zmorzył go sen, długo 
przysłuchiwał  się  jej  równemu  oddechowi  i  dziwnym 
odgłosom, którymi wypełnione są stare domy. 

Jasność  pod  powiekami  obudziła  ją  z  dziwnego  snu,  w 

którym  widma  mnichów  niosły  jakieś  rośliny.  Słyszała  ich 
głęboki,  regularny  oddech.  Otworzyła  oczy  i  leżąc 
nieruchomo,  patrzyła  na  jasny  kwadrat  słonecznego  światła 
widoczny  naprzeciwko  na  ścianie.  Ciągle  słyszała  czyjś 
głęboki, regularny oddech. 

Pamiętała,  że  straciła  przytomność.  Wydawało  się  to 

absurdalne,  ale  faktycznie  zemdlała.  I  Garde  położył  ją  na 
swoim  łóżku,  gdzie  prawdopodobnie  nadał  się  znajdowała, 
razem z Garde'em, który spał obok niej. 

Bała  się  poruszyć,  żeby  go  nie  obudzić.  Ostrożnie 

wysunęła spod koca lewe ramię i spojrzała na zegarek. Ósma 
godzina.  Kiedy  weszli  na  górę,  chyba  była  już  czwarta  rano. 
Cztery  godziny  snu  nikomu  nie  wystarczą.  Czemu  więc  się 
obudziła? 

Słyszała, jak na dworze śpiewały ptaki? Czyżby to one ją 

obudziły? Z ulgą odkryła, że spała w ubraniu. A on? Poruszył 
się,  więc  znowu  zamarła.  Leżała  nieruchomo,  wpatrując  się 
szeroko otwartymi oczyma w jasny prostokąt na ścianie. Och, 
na miłość boską, zbeształa siebie w myślach, przecież on tylko 
śpi!  Bądź  beztroska!  Przewróć  się  na  plecy,  ziewnij  i  wstań! 
Nie leż tutaj jak kukła! 

background image

Odwracając  się  ostrożnie,  zobaczyła  tył  głowy  Garde'a  i 

kołnierz  jego  koszuli  tuż  nad  żółtym  rąbkiem  koca.  Włosy 
mocne i ciemne, lekko kędzierzawe, rozczochrane, aż prosiły 
się,  by  je  rozczesać  palcami.  Nie,  Sorrel,  powiedziała  sobie 
stanowczo. Nie wolno! Jednak bardzo ją kusiły. Podobnie jak 
jego  szerokie  ramiona.  Miała  ochotę  dmuchnąć  śpiącemu  w 
kark i objąć go. Chciała, żeby ją przytulił. Już dawno nikt jej 
nie  przytulał.  Lubiła  go,  ciekawił  ją.  Szaleństwo,  zupełne 
szaleństwo. 

 -  No,  nareszcie  się  obudziłaś  -  odezwał  się  cicho. 

Zaskoczona, nerwowo drgnęła. 

 - Tak - szepnęła. 
 - Jak się czujesz? - Obrócił się twarzą do niej i przyglądał 

się jej. 

 - Dobrze - odrzekła szybko. 
 - Na pewno? 
 - Tak. Dziękuję. 
 - Za co? - spytał od niechcenia. 
 - Nie wiem. - Spojrzała na niego zbita z tropu. 
 -  Już  dawno  nie  budziłem  się  obok  kobiety  -  mruknął.  - 

Czy naprawdę jesteś tą osobą, za którą się podajesz? 

 - Tak. 
Popatrzył  w  jej  oczy,  jak  gdyby  chciał  odkryć  w  nich 

prawdę, i w końcu lekko skinął głową. 

 - Dzień dobry. 
Uśmiechnęła  się  do  niego.  Wydawał  się  rozbawiony. 

Nerwowo,  nic  nie  mówiąc,  odgarnęła  niesforne  włosy  z 
twarzy. Obmacała ostrożnie guz na skroni. 

 - I jak? - zapytał. 
 - Nieźle. 
 - Przestraszyłaś mnie śmiertelnie. 
 - Czyżby? Wątpię - zadrwiła lekko. - I nie śmiej się. Nie 

mogę wstać... Chyba leżysz na moim kocu. 

background image

 -  Wydaje  się,  że  jesteś  zdenerwowana.  -  Podparł  głowę 

prawą ręką, ciągle jej się bacznie przyglądając. 

 - Ani trochę - skłamała dumnie. 
 - Kim był człowiek, który oskarżył cię o kradzież? 
 - Powiedziałam ci, pracowałam dla niego. 
 - Dlaczego cię oskarżył? Wzruszyła ramionami. 
 - Sorrel... - ostrzegł ją łagodnie. 
 - Chciał się ze mną ożenić - wydusiła z siebie. 
 - A ty nie chciałaś wyjść za niego? 
 - Nie. 
 -  Więc  oskarżył  cię  o  kradzież?  -  spytał  z 

niedowierzaniem. 

 -  Tak.  Zatrudniał  mnie,  toteż  kiedy  znikły  jakieś 

pieniądze,  skorzystał  z  okazji,  by  mnie  skompromitować. 
Wiedział, że nie jestem złodziejką, ale w ten sposób mścił się 
na mnie. - Twarz Garde'a wyrażała sceptycyzm. Westchnęła i 
dodała:  -  Wiem,  że  to  brzmi  dość  niewiarygodnie,  ale  tak 
właśnie rzeczy się miały. Chciałabym teraz wstać - oznajmiła 
zdecydowanie. 

 - Żadnego flirtowania? 
 - Żadnego. 
Przesunął się i wrócił to poprzedniej pozycji. Ciągle mając 

się  na  baczności,  patrzyła  na  niego  z  ulgą,  a  może  i  z 
rozczarowaniem? 

 - Zmieniłaś zdanie? - spytał cicho, kiedy wciąż nie ruszała 

się ż miejsca. 

 -  Nie!  Nie!  -  zaprzeczyła.  Odrzuciła  na  bok  żółty  koc  i 

szybko  wstała.  Dopiero  teraz  zauważyła,  że  na  nogach  ma 
buty. 

 -  Ojej!  Spałam  w  butach!  Powinieneś  mi  je  zdjąć  - 

powiedziała z wyrzutem w głosie. 

 - Nie myślałem rozsądnie - odrzekł z ironią. 

background image

Nie  była  pewna,  co  chciał  przez  to  powiedzieć,  o  ile 

rzeczywiście istniał tu jakiś podtekst. 

 - Czy mogę skorzystać z łazienki? - zapytała. 
 -  Oczywiście.  Ja  pójdę  do  łazienki  obok.  Powinna  być 

wciąż  ciepła  woda,  jeżeli  bojler  się  nie  zepsuł  -  dodał 
posępnie.  -  Daj  mi  pięć  minut  na  prysznic  i  golenie.  Potem 
zaparzę nam kawy. 

Skinęła  głową.  Stojąc,  czuła  się  stosunkowo  bezpieczniej 

niż przedtem leżąc z nim w łóżku. 

 - Kim jesteś, Garde? - wymamrotała. 
 - Nikim - odparł lekceważąco. 
 - O nie, ty musisz być KIMŚ - sprzeciwiła się. - Gdybyś 

był  nikim,  nie  miałbyś  bramy,  przy  której  stale  czatują 
reporterzy.  Pan  Nikt  nie  oczekiwałby,  że  niewinna 
ogrodniczka będzie go wypytywać. 

 - Czy naprawdę jesteś niewinną ogrodniczką, Sorrel? 
 - Oczywiście, że tak! - podkreśliła. 
 - To wszystko może dzieje się z powodu pasa startowego, 

który  rzekomo  zamierzam  zbudować  -  podsunął  z 
nonszalanckim uśmieszkiem. 

 - Pasa startowego? O nieba, po co ktoś chciałby mieć pas 

startowy? 

 - Może dla samolotów? - podpowiedział rozbawiony. 
 -  Z  drugiej  strony  może  ich  tylko  ciekawi,  dlaczego 

sprzedałem wszystkie moje firmy... 

 -  Wszystkie?  -  zapytała  słabym  głosem.  -  A  ile  ich 

miałeś? 

 -  Kilka.  Jestem  bardzo  bogatym  człowiekiem  –  dorzucił 

spokojnie,  uważnie  obserwując  jej  reakcję.  Jeszcze  raz  go 
zaskoczyła. 

 -  Tak  myślałam  -  zgodziła  się  z  roztargnieniem.  - 

Przypuszczałam,  że  jesteś  bogaty,  skoro  mogłeś  sobie 
pozwolić na kupno opactwa. 

background image

 - Części opactwa. W większości zostało zniszczone. 
 -  Jeśli  starasz  się  wywrzeć  na  mnie  wrażenie 

opowieściami o swoim majątku, to oświadczam, że ci się nie 
udało  -  oznajmiła  miażdżącym  tonem.  -  Niełatwo  mi 
zaimponować. 

 - Idź się umyć - polecił z lekkim uśmiechem. 
 - Jednak to wcale nie wyjaśnia, dlaczego ci reporterzy tak 

cię nienawidzą. - Zatrzymała się w drodze do drzwi. 

 -  Ach,  prawdopodobnie  dlatego,  że  skonfiskowałem  im 

część sprzętu. 

 - Zabrałeś ich drogie aparaty? 
 - Tak. 
 - Dlaczego? 
 - Byli natrętni. 
 - Z powodu pasa startowego? 
 - Nie. - Roześmiał się. 
 -  Więc  to  oni  mogli  powyrywać  moje  rośliny,  żeby  się 

zemścić na tobie albo... 

 - Mogli. 
 - To czemu nie powyrywali twoich warzyw, a tylko moje 

rośliny? 

Pomyślała, że znowu zareagowała jak mała  dziewczynka, 

bo nagle poczuła się bardzo urażona. 

 - Powiedziałem, że „mogli", a nie, że „powyrywali". Jeśli 

to byli oni, w co wątpię, nie mogli zaatakować moich warzyw, 
ponieważ  na  polach  położonych  niżej  jest  zainstalowany 
alarm...  -  Zamilkł  i  po  chwili  dodał:  -  Sorrel,  ja  bardzo  nie 
lubię czegokolwiek wyjaśniać. - Ona jednak nadal czekała. 

Westchnął  i  dokończył:  -  Kilka  lat  temu,  zanim  tu 

zamieszkałem,  zdarzało  się  mnóstwo  kradzieży  koni. 
Craddock, poprzedni właściciel, który także pozwalał trzymać 
tu konie, kazał założyć na tych polach alarm. 

 - O czym wiedział każdy w okolicy? 

background image

 - Tak. 
 - Ale w ogrodzie przed domem nie ma alarmu? 
 - Nie. 
 - Więc może powinieneś pomyśleć o tym... 
 - Idź już - powiedział stanowczo. 
Wzruszyła  ramionami,  ale  posłusznie  poszła  do  łazienki. 

W  pomieszczeniu  wciąż  unosił  się  zapach  farby  i  tynku. 
Obejrzała  nowiutkie  białe  kafelki,  umywalkę,  klozet  i  wannę 
w rogu. Przy prysznicu brakowało jakiejś zasłonki czy ścianki. 
Zamknęła  więc  drzwi  za  sobą,  chwilę  się  wahała,  nim 
przekręciła  klucz. Czy on z  nią flirtował, czy też tylko  starał 
się  dowiedzieć,  kim  ona  jest?  Lecz  jeśli  jej  nie  ufał  albo 
podejrzewał, że ona miała ukryty motyw, by tu przyjechać, co 
dawał wyraźnie do zrozumienia, dlaczego ją zatrudnił? 

Tylko kim był właściwie Garde Chevenay? Dlaczego ktoś 

miałby  sądzić,  że  on  chce  zbudować  pas  startowy?  Bo 
posiadał 

prywatny 

samolot? 

Wspomniał, 

że 

latał 

helikopterem...  Nie  mogła  go  wypytywać,  ponieważ 
spodziewał się właśnie takiej indagacji. 

Z westchnieniem podeszła do lustra. Wyglądała strasznie. 

Przechylając  głowę,  obejrzała  błękitną  opuchliznę  na  skroni. 
Nagle,  nie  wiadomo  dlaczego,  znowu  rozbolały  ją  żebra. 
Podciągnęła  bluzę  i  ostrożnie  je  zbadała.  Trochę  były 
wrażliwe na dotyk, poza tym tuż pod sercem miała czerwoną 
pręgę, ale nie znalazła żadnych sińców ani obrzęków. 

Miała wielką ochotę wziąć prysznic i umyć zęby, odkryła 

jednak, że nie ma  ani mydła, ani  pasty i  szczoteczki, a także 
nie  ma  ręczników.  Poradziła  sobie,  wycierając  papierem 
toaletowym twarz i dłonie. Jako tako przygładziła włosy i na 
tym skończyła toaletę. Z pokoju Garde'a nie dobiegały żadne 
odgłosy, więc zeszła do kuchni. 

Stał tam z włosami jeszcze wilgotnymi po prysznicu. Gdy 

weszła, odwrócił się i przyjrzał się jej, a gdyby go nie znała, 

background image

przysięgłaby,  że  w  jego  oczach  zamigotał  figlarny  ognik. 
Ogolił się, włożył czystą koszulę i szare spodnie. Zastanawiała 
się, kto mu pierze i prasuje, kiedy nie ma pani Davies. 

 - Nie wzięłaś prysznica? - spytał z zainteresowaniem. 
 - Nie, nie znalazłam żadnych ręczników. Ani mydła. 
 - A niech to, przepraszam... 
 -  W  porządku.  Wezmę  prysznic,  gdy  wrócę  do  hotelu.  - 

Rozejrzała się wokół, raczej po to, by unikać wzroku Garde'a 
niż przez ciekawość. W kącie ciągle piętrzyła się kupa gruzu, 
a w powietrzu unosił się kurz. - Czy Sean mówił, ile czasu mu 
to zajmie? - zapytała, wskazując ręką na gruz. 

 -  A  jak  myślisz,  biorąc  pod  uwagę,  że  kafelki  są  zbyt 

szerokie  i  trudne  do  cięcia?  Że  ściany  nie  są  kwadratowe? 
Że... 

 - Dobrze, dobrze - roześmiała się. - Już rozumiem. 
 - Jest powolny, bezustannie narzeka, ale pracuje dobrze. 
I  oczywiście,  co  ważniejsze,  jest  dyskretny,  dodał  już  w 

myślach. 

 - To on odnowił łazienkę? 
 - Tak. Słodzisz? Ile? 
 - To kawa? 
 - Tak. 
 -  W  takim  razie  poproszę  dwie  kostki.  Dziękuję.  Wzięła 

kubek, uprzedzając, że będzie piła na dworze, by 

uniknąć  kurzu.  Nie  czekała  na  jego  odpowiedź,  wyszła 

przed dom. Świeciło słońce. Przyjrzała się uważnie ogrodowi. 
Na szczęście tylko dwa kwadraty torfu wymagały wymiany i 
tylko  jeden  krzew  sprawiał  wrażenie  nieuleczalnie  chorego. 
Wydawało  się,  że  inne  doszły  do  siebie.  Słyszała,  że  Garde 
idzie za nią. Przykucnęła na schodach. Usiadł obok niej. 

 - Tu jest przyjemniej - stwierdził rzeczowo. 

background image

Oparła  się  o  skrzydło  starych  drzwi,  obserwując  ogród. 

Czuła, że spływa na nią spokój. Rezerwa Garde'a teraz ani jej 
dokuczała, ani przerażała, lecz była na rękę. 

 - To będzie naprawdę ładnie wyglądało - zauważyła. 
 - Hm... 
 - Do Ucha z  takimi pochwałami - mruknęła cicho, lekko 

się uśmiechając. 

Spojrzał na nią z ukosa i też się uśmiechnął. 
 - Nie widuję ostatnio małego pieska - zauważyła. 
 - Zjawi się - stwierdził lekkim tonem. - Widocznie ma na 

razie lepsze rzeczy do zrobienia. 

 - Dlaczego tu przychodzi? - zaciekawiła się. 
 -  Ponieważ,  jak  podejrzewam,  pani  Davies  go  karmi.  - 

Dopił kawę i wstał. - Pójdę po twoją ciężarówkę. Kluczyki? 

Gapiła się na niego, próbując sobie przypomnieć, gdzie je 

zostawiła. 

 - Och, do licha, ciągle są w stacyjce! - wykrzyknęła. 
 - Rozsądnie - zadrwił. 
 - Miałam inne rzeczy na głowie - zaznaczyła. 
 -  Niby  tak...  -  Postawił  kubek  na  wywrotce,  przeciął 

trawnik i przeszedł przez płot do sadu. 

Śledziła  go  wzrokiem.  Podobał  jej  się  sposób,  w  jaki  się 

poruszał.  Sprawiał  wrażenie  człowieka  kompetentnego  i 
trochę niebezpiecznego. Nadzwyczaj atrakcyjne wyzwanie dla 
każdej  kobiety  z  temperamentem.  Zamknij  się,  Sorrel, 
zbeształa się w myślach i natychmiast zaczęła zastanawiać się, 
czy będzie mogła urządzić  teraz teren z tyłu  domu? I czy on 
najpierw zapłaci jej za ogród przed domem? 

Kilka  chwil  później  przejechał  wolno  drogą,  potem  przez 

most  i  zaparkował  ciężarówkę  za  wywrotką.  Wysiadł, 
zamknął drzwiczki, a kluczyki schował do kieszeni. 

 -  Znalazłem  to  w  sadzie.  -  Podał  jej  latarkę.  -  Muszę 

załatwić kilka telefonów, a potem odwiozę cię do hotelu. 

background image

 -  Mogę  doskonale  prowadzić  sama  -  sprzeciwiła  się 

łagodnym tonem. 

 -  Nie  wątpię  w  to.  -  Odszedł,  zostawiając  jej  czas  na 

dopicie kawy. 

 -  Despota  -  powiedziała  tak  cicho,  żeby  jej  nie  usłyszał. 

Czuła  się  odprężona,  przymknęła  powieki  i  wystawiła  twarz 
do  słońca.  Zastanawiała  się  leniwie,  czemu  podejrzewał,  że 
ona  podszywa  się  pod  kogoś.  Czyżby  jacyś  ludzie 
przychodzili tu z fałszywymi dokumentami, chcąc zasięgnąć o 
nim  informacji?  Co  chcieli  wiedzieć?  Kim  jest  Garde 
Chevenay? 

Usłyszała  stłumiony  warkot  silnika  jego  samochodu. 

Niechętnie  otworzyła  oczy  i  zobaczyła,  że  zatrzymał  wóz 
obok jej ciężarówki, otworzył drzwiczki  od strony pasażera i 
czekał. 

Westchnęła,  nie  chciało  jej  się  ruszyć,  ale  odstawiła 

kubek, podniosła się i wsiadła do wozu. 

 - Zamówiłem dla nas śniadanie w hotelu i wyjaśniłem, że 

nie  wróciłaś  na  noc,  bo  zepsuła  ci  się  ciężarówka. 
Zadzwoniłem także na policję. Ciągle zajmują się tą sprawą. 

 - Nie traktują jej priorytetowo, jak przypuszczam - rzekła 

z oburzeniem. - Więc ciągle nie wiemy, kim on był? 

 - Nie. 
 - Odciski palców? Wzruszył ramionami. 
 -  A  wywołali  już  film,  który  był  w  aparacie 

fotograficznym? I co? Nie rozpoznali go na zdjęciach? 

 - Najwidoczniej nie, ale dopóki go nie złapią, nie ruszysz 

się nigdzie bez obstawy. 

 - Ale ja... - zaczęła protestować. 
 - Żadnych ale, Sorrel. Będę po ciebie przyjeżdżał każdego 

ranka  i  odwoził  wieczorem  do  hotelu.  Chyba  że  chcesz 
zamieszkać w moim domu - dodał cicho. 

 - Nie - sprzeciwiła się natychmiast. 

background image

 - Więc będzie tak, jak powiedziałem. 
 -  On  prawdopodobnie  już  nie  odważy  się  spróbować  po 

raz kolejny. 

 - Może nie, a może tak. 
 -  Czy  ty  podejrzewasz  kogoś?  Wiesz,  co  się  dzieje?  - 

Odwróciła głowę i uważnie popatrzyła na niego. 

 - Nikogo nie podejrzewam i nic nie wiem. A ty? 
 - Nic nie wiem i nic z tego nie rozumiem. 
 -  Więc  nic  nie  będziesz  robiła  -  rozkazał.  -  Żadnych 

nocnych  przygód,  żadnego...  śledztwa.  -  Zerkając  na  nią, 
czekał  na  jej  obietnicę.  -  Chcę  mieć  twoje  słowo,  Sorrel  - 
przynaglił, kiedy się nie odzywała. 

 -  I  uwierzysz  mi?  -  zapytała  z  lekką  ironią  w  głosie.  - 

Osobie, która może być kimś innym, niż twierdzi? 

 -  Przecież  zapewniłaś  mnie,  że  jesteś  tą,  za  którą  się 

podajesz. Czy to prawda? 

 - Tak. 
 - W takim razie uwierzę ci na słowo. 
 - Dobrze, ale nie podoba mi się to - zgodziła się, chcąc nie 

chcąc, lekko zniecierpliwiona. 

 -  Nie  prosiłem  cię,  by  ci  się  to  podobało.  Zatrzymał  się 

przed hotelikiem. Wysiadła z ociąganiem. 

 - Jak długo to może trwać? To znaczy, zanim go znajdą? 

Teraz, kiedy front domu już skończyłam... 

 -  Możesz  zacząć  ogród  z  tyłu  domu  -  powiedział, 

uprzejmie otwierając dla niej hotelowe drzwi. 

 -  Nie  to  miałam  na  myśli  i  ty  dobrze  o  tym  wiesz!  - 

zaprotestowała. - Potrzebny mi transport, żeby objechać centra 
ogrodnicze. 

 - Masz transport. Mnie. Idź i weź prysznic. Poczekam na 

ciebie w restauracji. 

background image

Wzięła  swój  klucz  od  recepcjonisty,  który  najwyraźniej 

odnosił się do Garde'a z szacunkiem, i poszła do siebie, ciągle 
niezadowolona. 

Dwadzieścia  minut  później  usiadła  obok  niego  w  sali 

restauracyjnej. 

 - Ja zawsze zamawiam tylko tost i kawę - powiedziała na 

widok  ogromnego  śniadania,  które  przyniesiono  dla  nich 
obojga. 

 - Jedz - nakazał. 
Z  głębokim  westchnieniem  zaczęła  jeść.  Ku  swojemu 

niezmiernemu zaskoczeniu pochłonęła wszystko. 

 - Nie śmiej się - mruknęła. Odstawiła talerz i nalała sobie 

kawy. 

 -  Dzisiaj  powinnaś  zostać  w  pokoju  albo  poruszać  się 

tylko  na  terenie  hotelu.  Nie  wychodź  -  poinstruował  ją 
spokojnie. 

 - A ty, gdzie będziesz? - zainteresowała się. 
 -  Będę  bardzo  zajęty.  Przyjadę  po  ciebie  jutro  rano  za 

kwadrans ósma. 

Dopił kawę i wyszedł. 
Sorrel pożyczyła książkę w recepcji i usiadła w ogrodzie, 

ale  nie  po  to,  żeby  czytać,  ale  by  się  zastanawiać,  czym 
zajmuje  się  Garde.  Ponieważ  najwyraźniej  czymś  się 
zajmował. 

Po  wyjściu  z  hotelu  Garde  najpierw  zadzwonił  na 

posterunek policji, by zapytać, czy jest jakiś postęp w sprawie, 
a  potem  pojechał  do  Devizes,  gdzie  mieszkał  właściciel 
lokalnej  gazety,  George  Wentsham.  Typ  człowieka,  którego 
Garde  najbardziej  nie  znosił  -  zarozumiały  bogacz,  nadęty  i 
bez skrupułów. 

Wprawdzie  nie  sądził,  by  za  tą  sprawą  stał  pewien 

dziennikarz,  którego  mógł  podejrzewać  o  nocną  wizytę  w 
ogrodzie,  uznał  jednak,  że  powinien  się  upewnić.  Zamierzał 

background image

trochę przycisnąć Wentshama i zmusić go do podania adresu 
tego reportera. 

Pół godziny później skręcił na wysadzaną drzewami aleję i 

zaparkował, nie dojeżdżając do dużego domu. Uśmiechnął się 
drwiąco,  widząc  rolls  -  royce'a  ostentacyjnie  ustawionego 
przed drzwiami podwójnego garażu. Przeszedł przez starannie 
wybrukowany  podjazd  i  pociągnął  za  sznur  dzwonka.  Drzwi 
otworzyła  młoda  pokojówka.  Spytał,  czy  może  widzieć  się  z 
George'em Wentshamem. 

 - Nie jestem pewna, czy jest... - zaczęła. 
 - Czyżby poszedł na spacer? - zapytał z drwiną w głosie. 

Spojrzał na samochód, a potem znowu na dziewczynę. 

Ten George Wentsham, którego znał, nigdy nie chodził na 

spacer. Poruszał się wyłącznie samochodem. Garde delikatnie 
zdjął dłoń pokojówki z klamki i wszedł do środka. Rozejrzał 
się po holu i widząc wystawione na pokaz kiczowate dowody 
bogactwa, pokręcił ze smutkiem głową. Dobry smak to jedna z 
tych rzeczy, jakich nie można kupić. 

 - Gdzie on jest? 
Pokojówka, nic nie mówiąc, wzrokiem wskazała drzwi po 

lewej  stronie.  Uśmiechnął  się  do  niej  w  podzięce. 
Najwyraźniej ona także nie lubiła Wentshama. 

Otworzył  wskazane  drzwi.  Za  biurkiem  siedział  otyły 

mężczyzna. 

 -  Powiedziałem,  że  nie  chcę,  by  mi  przeszkadzano  - 

warknął, nie patrząc na intruza. 

 -  Więc  powinieneś  zamknąć  drzwi  na  klucz  -  stwierdził 

Garde spokojnie. 

Wentsham podniósł głowę. 
 - Co, u licha, tu robisz? - zapytał opryskliwym tonem. 
 - Szukam informacji. 

background image

 - To szukaj  sobie gdzie indziej! -  burknął  niegrzecznie. - 

Jestem bardzo zajętym człowiekiem i nie życzę sobie, żeby mi 
przeszkadzano w niedzielny poranek. 

 -  Ja  też  nie  mam  dużo  czasu  -  odparł  Garde  cicho.  - 

Potrzebny mi adres reportera, który ciągle sterczy przed moją 
bramą.  Wiesz,  o  kim  mówię.  -  Popatrzył  twardo  na 
Wentshama. 

 -  Mówiłem  ci  kilka  tygodni  temu,  że  go  ostrzegłem,  by 

nie wchodził na twój teren. I więcej tego nie zrobił - podkreślił 
mocno. 

 - Nie powiedziałem, że wszedł. - Słowa Garde'a brzmiały 

niemal łagodnie. - Daj mi jego adres. Wiesz przecież, że mnie 
się nie odmawia. 

Patrzyli na siebie w milczeniu przez bardzo długą chwilę, 

a  potem  Wentsham  z  zaciśniętymi  ustami  wyciągnął  z 
trzaskiem  szufladę  biurka  i  wyjął  notes.  Otworzył,  napisał 
adres na kartce i podał ją Garde'owi. 

 -  Dziękuję.  -  Garde  wziął  podsuniętą  mu  kartkę  papieru, 

skinął głową i odwrócił się do drzwi. 

 - Zobaczysz, że pewnego dnia... - wymamrotał Wentsham 

jadowicie. 

 -  Tak  -  zgodził  się  Garde.  -  Pewnego  dnia.  -  Wyszedł, 

cicho zamykając drzwi za sobą. 

Pół  godziny  później,  siedząc  już  w  samochodzie, 

zadzwonił  z  komórki  do  prywatnego  detektywa,  podał  mu 
adres  reportera  uzyskany  od  Wentshama  i  wyjaśnił,  czego 
oczekuje.  Potem  pojechał  do  firmy  zakładającej  alarmy,  w 
której  jako  zamożny  klient  zawsze  był  chętnie  widziany, 
nawet  w  niedzielę.  Posiadanie  pieniędzy  może  nie  robiło 
wrażenia  na  Sorrel,  ale  z  pewnością  miało  swoje  korzystne 
strony,  jeśli  chodzi  o  kontakty  z  ludźmi  interesu.  Ci  zawsze 
umieli je docenić. 

Następnie odwiedził centrum ogrodnicze. 

background image

 -  Kto  to?  -  spytała  Sorrel,  kiedy  następnego  ranka 

wjechali na jego podjazd. 

Garde udawał, że nie dostrzega eleganckiej młodej kobiety 

stojącej przed frontowymi drzwiami, na którą patrzyła Sorrel. 
Patrzył na mężczyznę przykucniętego przy moście. 

 -  Specjalista  od  alarmów  -  wyjaśnił  lakonicznie  ze 

szczyptą  ironii  w  głosie.  -  Widzisz,  że  posłuchałem  twojej 
rady. 

 - Ona jest specjalistą od alarmów? 
 -  Nie  -  zaprzeczył  spokojnie.  -  On.  Zdezorientowana, 

odwróciła się. Wskazał jej mężczyznę przy moście. 

 - Aha. Więc ona, kim jest...? 
 -  Moją  księgową.  Wysiadaj  -  powiedział  i  otworzył 

drzwiczki samochodu. 

Sorrel  wysiadła,  nie  odrywając  wzroku  od  młodej 

eleganckiej  kobiety,  ubranej  w  klasyczny  popielaty  kostium  i 
buty  na  wysokich  obcasach.  Miała  piękne  połyskliwe  włosy. 
Sorrel za takie włosy chyba byłaby gotowa oddać życie. 

 -  Kupiłem  trochę  torfu  do  wymiany  -  powiedział.  -  I 

zabrałem uszkodzone kawałki. 

 -  Właśnie  widzę.  -  Zobaczyła  również  Seana,  który 

ładował  na  wywrotkę  gruz  z  kuchni.  -  Zbyt  długo  czekał  z 
usunięciem  tego  całego  kramu,  prawda?  Niestety,  wywrotkę 
zabierają już dziś rano. 

 -  To  właśnie  dlatego  zwlekał  -  stwierdził  niejasno. 

Zmarszczyła brwi, patrząc na niego. 

 - Nie martw się o to - mruknął. 
 -  Nie  mogę  zacząć  robić  czegokolwiek  na  podjeździe, 

zanim  nie  zabiorą  wywrotki  -  oznajmiła  rzeczowo.  Stała  i 
czekała. 

 -  Wiem.  Połóż  torf  i  przyjdź  do  mnie  do  ogrodu  za 

domem. Możemy przelać kilka pomysłów na papier. 

background image

Z  lekkim  uśmiechem  podszedł  do  młodej  kobiety,  nadal 

stojącej  przy  drzwiach.  Rozmawiali  krótko,  a  potem  ona 
wsiadła  do  zgrabnego  sportowego  wozu,  którego  jedno  koło 
wjechało  na  świeżo  położony  torf  i  przejechała  obok,  jak 
gdyby  nikt  dla  niej  nie  istniał.  Omal  nie  przewróciła 
specjalisty od alarmów, potem skręciła gwałtownie, by ominąć 
furgonetkę z pocztą, i oddaliła się z warkotem silnika. 

Całkowicie  straciwszy  humor,  Sorrel  zabrała  się  do 

wymieniania  torfu,  a  Garde  w  tym  czasie  pokwitował  i 
odebrał grubą kopertę od kierowcy pocztowej furgonetki. 

Pół godziny później wywrotkę wypełniał gruz. 
Sorrel umyła ręce pod kranem, który był zainstalowany na 

zewnątrz  domu,  wytarła  dłonie  o  dżinsy  i  okrążyła  dom, 
szukając Garde'a. 

Siedział  na  rozwalonym  murku  obok  wyrośniętego 

ligustrowego żywopłotu, z łokciami opartymi na kolanach, w 
ręce  trzymał  niedbale  jakieś  papiery.  Pustym  wzrokiem 
patrzył gdzieś w dal. Myślał o swojej księgowej? A może była 
ona  dla  niego  czymś  więcej  niż  tylko  księgową?  Może 
odkryła,  że  jakaś  inna  kobieta  spędziła  noc  w  opactwie? 
Przestań, Sorrel, upomniała się w myślach, ale zdecydowanie 
straciła  swoją  zwykłą  beztroskę.  Przyszła  jej  do  głowy 
nieprzyjemna  myśl,  że  w  istocie  od  dawna  nie  jest  sobą. 
Wszystko z powodu Garde'a. 

Zaczęła  iść  ku  niemu,  ale  tak  zagapiona,  że  nie  patrzyła 

pod  nogi  i  nie  zauważyła  sporego  odłamka  brukowej  kostki. 
Potknęła  się  o  nią,  straciła  równowagę  i  upadła  z  okrzykiem 
przerażenia. Garde  zerwał się i wyciągnął  ramiona, daremnie 
próbując przeszkodzić jej w upadku na twarz. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 
Sorrel  zwaliła  się  na  Garde'a,  i  chociaż  była  od  niego 

lżejsza  i  niższa,  on  także  stracił  równowagę.  Oboje 
przewrócili się na żywopłot. 

Wydała z siebie jakiś nieartykułowany dźwięk. Nie była w 

stanie nic powiedzieć. Zaparło jej dech, patrzyła tylko w jego 
oczy, leżąc na jego piersi. On też nie odzywał się, tylko na nią 
patrzył.  Chciała  się  wyswobodzić,  ale  przytrzymał  ją.  Teraz 
ona leżała na plecach, a on zaglądał głęboko w jej oczy i nagle 
pocałował ją. 

Zarośla,  w  które  upadli,  były  giętkie  i  okazałe,  gałązki 

kłuły ją  w  szyję  i  plecy, ale  wiedziała, że  te  krzaki  osłaniają 
ich i że nikt ich tu nie zobaczy. Jej ręce, jak gdyby bezwolne, 
powędrowały  na  ramiona  Garde'a  i  Sorrel  zatonęła  w 
pocałunku,  którego  przecież  wcale  nie  chciała  i  na  który  nie 
była  przygotowana.  Rozsądek  mówił  jej,  że  to  szaleństwo. 
Jednak uczciwie musiała przyznać przed sobą, że od pierwszej 
chwili,  kiedy  go  zobaczyła,  było  to  jej  pragnieniem,  chciała, 
aby  ją  pocałował.  Ciągle  pamiętała  ten  pierwszy  pocałunek, 
kiedy to rzekomo sprawdzał różnicę wzrostu. 

Starała  się  przekonać  samą  siebie,  że  to  przecież  tylko 

pocałunek.  Zwykły  pocałunek.  Raczej  pocałunki,  poprawiła 
się.  Są  cudowne  i  powodują  coraz  większy  niedosyt, 
zwiększają  pragnienie.  Zamknęła  oczy,  ale  szybko  je 
otworzyła, trwożliwie nasłuchując. Jechał jakiś samochód. 

On  też  usłyszał nadjeżdżającą  platformę.  Przyjechali,  aby 

zabrać  wypożyczoną  wywrotkę.  Garde  podniósł  głowę  i 
popatrzył  na  zarumienioną  twarz  Sorrel,  jej  nabrzmiałe  usta, 
szeroko  otwarte  oczy,  w  których  dostrzegł  oszołomienie  i 
zmieszanie.  Znowu  ją  pocałował.  Chciał  tego  -  intrygowała 
go, bawiła i ustawicznie zaskakiwała. 

 -  Jeszcze  raz  sprawdzasz  różnicę  wzrostu?  -  spytała 

drżącym głosem. 

background image

 - Nie. 
 - To było miłe - wyznała naiwnie. 
 -  Owszem,  było  -  przyznał.  W  oczach  zamigotał  mu 

uśmiech. - Chcesz coś jeszcze powiedzieć? 

 - Powiedzieć? - Patrzyła mu w oczy. - Na przykład co? 
 - To nieważne. Platforma przyjechała. 
 - Powinnam coś powiedzieć o platformie? 
 -  Nie.  -  Uśmiechnął  się.  Podniósł  się  niezgrabnie  i 

wyciągnął do niej rękę. - Lepiej wyjdźmy już z tych krzaków. 

Nie 

odpowiedziała, 

wyglądała  wciąż  na  lekko 

oszołomioną  i  strapioną.  Pokręciła  głową.  Było  jej  głupio  i 
trochę  się  wstydziła.  Owszem, chciała z  nim  poflirtować, ale 
to nie był przecież flirt. 

 - Czy mogę spytać cię o tamten pierwszy pocałunek? 
 - Tak - zgodził się uprzejmie. - Możesz o to spytać. Kiedy 

nie  wiedziałem,  kim  jesteś,  i  nie  ufałem  ci,  ponieważ  twoje 
zachowanie  było  trochę  osobliwe,  to  wydawało  się  łatwym 
sposobem odkrycia prawdy. 

 - Pocałunek to był ten łatwy sposób? 
 -  Tak,  a  ściślej,  twoja  reakcja.  Chciałem  wiedzieć,  czy 

dasz  mi  w  twarz,  czy  mnie  obejmiesz,  czy  będziesz 
zaintrygowana. Powiedziałaś - dorzucił tonem jeszcze bardziej 
uprzejmym - że nie sprawiło ci to radości, prawda? 

Przezornie nie odzywała się, tylko wbiła wzrok w ziemię, 

żeby  umknąć  jego  spojrzenia,  które  zdawało  się  ją 
hipnotyzować  i  zmuszać  do  mówienia  rzeczy,  których  nie 
zamierzała  mówić.  Zobaczyła,  że  papiery,  które  trzymał  w 
ręku,  leżą  porozrzucane  wzdłuż  ścieżki.  Schyliła  się,  by  je 
pozbierać, ale ją powstrzymał. 

 - Ja to zrobię - uprzedził. 
Wyprostowała  się,  upuszczając  jedyną  kartkę,  którą 

zdołała podnieść. 

background image

 - Nie  chciałam tego  - wyznała spokojnie. -  Nie  chciałam 

się angażować uczuciowo. Obiecałam Jen, że będę zajmować 
się swoją robotą, że nie będę wchodzić do domu i że wezmę 
zaliczkę - dodała ze smutnym uśmiechem. 

 - Nie trzeba żadnego zaangażowania - zaznaczył. 
 - Nie trzeba - zgodziła się bez przekonania i jednocześnie 

pomyślała,  co  by  było,  gdyby  nie  nadjechała  platforma...  - 
Lepiej pójdę i zapłacę kierowcy. 

 -  Tak.  -  Strzepując  zabłąkany  liść  z  jej  włosów, 

spontanicznie pocałował ją jeszcze raz, lekko, w usta. Odkrył, 
że wciąż nie ma dosyć. 

Uśmiechnęła się nieśmiało i odeszła. 
Wszystko  wydawało  się  jej  nierealne.  Zanim  skręciła  za 

dom,  zatrzymała  się  i  obejrzała.  Obserwował  ją.  Nie 
przywiązuj  do  tego  pocałunku  większej  wagi,  przestrzegła 
siebie.  To  tylko  pocałunek,  nic  więcej.  Pocałował  ją,  bo  ona 
tam  była,  po  prostu.  A  może  dawała  mu  fałszywe  sygnały? 
Tak właśnie mówiła Jen. Lecz czy to były fałszywe sygnały? 
Przecież chciała tych pocałunków. 

Wyjęła  pieniądze  z  tylnej  kieszeni,  zapłaciła  kierowcy, 

wzięła  pokwitowanie,  uśmiechnęła  się  z  roztargnieniem  do 
Seana,  który  kręcił  się  w  pobliżu,  i  przysiadła  na  schodach, 
żeby zastanowić się, gdzie położyć żwir. 

Dziwny dzień, myślała, kiedy Garde odwoził ją do hotelu. 

Prawie  go  nie  widziała  po  zabraniu  wywrotki.  Przestawił  jej 
ciężarówkę  i  swój  samochód,  żeby  mogła  położyć  żwir,  a 
potem  gdzieś  odjechał.  Teraz,  siedząc  obok  niej,  świeżo 
ogolony  i  przebrany,  nic  nie  mówił.  Bo  nic  nie  było  do 
powiedzenia?  Bo  nie  chciał  rozmawiać  o  pocałunku? 
Odczuwała  intensywnie  jego  obecność,  bardziej  niż 
kogokolwiek dotąd. 

background image

 -  Dlaczego  Sean  dopiero  dziś  wyrzucał  gruz  i  śmieci? 

Mówiłeś, że celowo czekał na ostatni dzień, kiedy przyjadą po 
wywrotkę. - Spytała o to, bo nic innego nie umiała wymyślić. 

 -  Ludzie  przeglądają  moje  śmieci  -  odparł  po  prostu, 

lekko się uśmiechając. 

 -  Ale  dlaczego?  -  wyszeptała,  patrząc  na  niego  z 

niedowierzaniem.  -  Wiem,  że  biedni,  bezdomni  ludzie 
przeglądają  wysypiska  śmieci  w  poszukiwaniu  rzeczy 
użytecznych, ale tam był sam gruz! 

 - Możesz dowiedzieć się wiele o ludziach także z gruzu 
 -  uświadomił  ją  spokojnie.  -  A  do  śmieci  wyrzucam 

jedynie  rzeczy,  których  nie  można  zniszczyć,  takie  jak  na 
przykład  blaszane  puszki.  Ale  nawet  one  znikają  po  kilku 
minutach, zanim śmieciarka je zabierze. 

 - Kim ty jesteś, Garde, że grzebią w twoich śmieciach? - 

szepnęła po chwili, nie odrywając od niego wzroku. 

 -  Może  paranoikiem?  -  zażartował.  Zatrzymał  się 

niedaleko  hotelu,  zgasił  silnik  i  odwrócił  się  do  niej.  -  Kim 
jestem? Uciekinierem od sławy. 

 - Od sławy? 
 -  To  żart  -  powiedział  cicho.  -  Słyszałaś  kiedyś  o 

szpiegostwie przemysłowym? 

 - Oczywiście, że słyszałam - odparła zaintrygowana. 
 -  Więc  będziesz  wiedziała,  że  ci,  którzy  kierują 

przemysłem,  wielkimi  firmami  finansowymi,  czymkolwiek  o 
kluczowym  znaczeniu  dla  państwa,  tak  zwane  osoby 
publiczne,  ludzie  z  reguły  bardzo  majętni,  są  niezwykle 
ostrożni  i  rzadko  zostawiają  cokolwiek  na  wierzchu.  Ich 
działalność  okrywa  tajemnica  państwowa.  Muszą  się  liczyć  z 
tym,  że  szpiedzy  są  wszędzie.  Nie  tylko  szpiedzy  z  innych 
państw,  ale  także  z  firm  konkurencyjnych.  Byłem 
właścicielem  kilku  firm,  które  można  określić  jako  mające 
duże  znaczenie  dla  gospodarki  naszego  kraju.  Ale  już  nie 

background image

jestem  -  dodał.  -  Sprzedałem  je,  lecz  to  nie  zlikwidowało 
zainteresowania  moją  osobą  i  nadal  są  podejmowane  próby 
zbierania informacji na mój temat. Mówiłem ci już, że jestem 
bogaty. 

 - Tak, mówiłeś - burknęła lekceważąco i wydęła wargi w 

grymasie niezadowolenia. 

Roześmiał się, widząc jej naburmuszenie. 
 -  Bardzo  bogaty  -  podkreślił.  -  Ludzie  pukają  do  mych 

drzwi,  prosząc  o  jałmużnę.  Otrzymuję  różne  wariackie  listy, 
grożą mi śmiercią. 

 - Otrzymujesz pogróżki? - przeraziła się. - Anonimy też? 
 - Tak. 
 -  Więc  dlaczego  nie  masz  ochroniarzy  dla  większego 

bezpieczeństwa? - zmartwiła się. 

 -  Zawsze  miałem  ochronę.  Teraz  jednak  prowadzę  inny 

styl życia, w którym nie ma miejsca dla ochroniarzy. Miałem 
tego  dość.  Czy  ty  nigdy  nie  czytasz  gazet?  -  zaciekawił  się, 
rozbawiony. 

 -  Czytam.  -  Znowu  lekko  się  nadąsała.  -  Oczywiście  nie 

czytuję artykułów o tematyce finansowej - przyznała. - Ale... 

 - To by wszystko tłumaczyło - rzekł drwiąco. 
 - Śmiejesz się ze mnie? 
 -  Tak,  ale  tylko  trochę  -  przyznał.  -  To  taka  ożywcza 

zmiana, być nie rozpoznanym, 

 - Uważałeś, że powinnam wiedzieć, kim jesteś? - Poczuła 

się głupio, całkiem zdezorientowana. 

 - Hm... Może powinnaś. 
 - Ale ja nie wiem. 
 - Nie wiesz - zgodził się. 
 - Więc powiedz mi. 
 -  Miałem  firmę  komputerową,  firmę  produkującą  filmy 

dla telewizji, małą linię lotniczą... 

 - Stąd ten pas startowy? - skojarzyła. 

background image

 - Tak. To nie znaczy, że chcę mieć tutaj lotnisko, jednak... 
 - Ludzie snują domysły, plotkują? 
 -  Właśnie.  Miałem  także  wydawnictwo,  magazyny,  dużą 

firmę finansową... 

 -  Którą  sprzedałeś  Amerykanom.  -  Skinęła  głową.  -  To 

akurat wiem. Przeczytałam w tym artykule u dentysty. Ale te 
inne... - Zmarszczyła brwi. - Dlaczego nic o nich nie pisali? 

 - Nie były na moje nazwisko - wyjaśnił. 
 -  Aha,  ale  ludzie  najwidoczniej  wiedzieli,  że  ty  za  nimi 

stałeś? 

 - Tak. Nie robiłem z tego tajemnicy. 
Nie  spuszczała  z  niego  oczu,  starając  się  uzmysłowić 

sobie,  że  on  nie  jest  zwyczajnie  bogaty,  ale  ma  miliony. 
Zastanawiała  się  też,  czy  to,  co  jej  powiedział,  nie  stanowi 
swego  rodzaju  ostrzeżenia.  Czegoś  w  rodzaju:  „Uważaj, 
jestem  poza  twoim  zasięgiem,  więc  niech  ci  nic  nie 
przychodzi do głowy" i tak dalej. 

 - Dlaczego wszystko sprzedałeś? - zaciekawiła się. 
 -  Bo  się  znudziłem.  Chciałem  robić  w  życiu  coś  innego. 

Zmęczyli  mnie  ludzie,  z  którymi  musiałem  się  zadawać  jako 
właściciel tych  firm. Lubię  ciszę i  spokój. Lubię  być  sam. O 
mało  nie  zginąłem  w  wypadku  helikoptera  -  dodał  z 
ironicznym uśmiechem. - Byłem o krok od śmierci. Tuż przed 
wypadkiem  zacząłem  właśnie  zmieniać  swój  styl  życia,  a 
leżenie  na  szpitalnym  łóżku  tylko  mnie  utwierdziło  w  tej 
decyzji.  Chciałem  mieć  wokół  siebie  wolną  przestrzeń...  jeśli 
wolisz,  czas  na  ponowne  uporządkowanie  spraw,  więc  kiedy 
wyszedłem ze szpitala, kupiłem opactwo i postanowiłem, że je 
sam  wyremontuję.  Wtedy  właśnie  prasa  zaczęła  interesować 
się, czemu wszystko sprzedałem. Obawiali się, że postradałem 
zmysły - wyznał i na chwilę zamilkł. 

 -  Przypuszczam,  że  cierpiałeś  po  tym  wypadku  - 

powiedziała współczująco. 

background image

 -  Może  trochę.  -  Uśmiechnął  się  lekko  i  kontynuował 

swoją  opowieść.  -  Dziennikarze  stali  się  coraz  bardziej 
natarczywi. I kiedy schwytałem jednego, gdy próbował robić 
zdjęcia  wewnątrz  domu,  skonfiskowałem  mu  aparat  i 
zniszczyłem  film.  Niezbyt  to  było  mądre,  bo  tylko  sprawiło, 
że  działali  z  jeszcze  większą  determinacją,  przekonani,  że 
mam  coś  do  ukrycia.  Wymyślali  o  mnie  rozmaite  historyjki, 
rozważali,  czy  jestem  chory,  czy  może  straciłem  żyłkę  do 
zarabiania  pieniędzy,  i  tym  podobne  bzdury.  Nikogo  nie 
obchodziła  prawda.  Węszyli  sensację.  Niewiele  się  tutaj 
dzieje, więc wzięli mnie na cel. Ostatnio doszli do wniosku, że 
katastrofa  helikoptera  była  zaaranżowana,  że  próbowałem 
popełnić samobójstwo. 

 - To straszne! - krzyknęła. 
 - Tak - zgodził się, raczej rozweselony jej reakcją. 
 - Ale to nie był sabotaż? 
 - Nie - zaprzeczył bez wahania. - Błąd techniczny. 
 - Ludzie są tacy wścibscy! - wybuchnęła. 
 - Owszem. 
 -  A  dlaczego  byłeś  taki  zrzędliwy  tego  dnia,  kiedy 

przyjechałam? - zapytała. - Byłeś bardzo niesympatyczny dla 
mnie. 

 - Och, miałem zły dzień - zażartował. - Od rana kręcili się 

reporterzy. Wdałem się w scysję  z panią Davies. Wyszedłem 
na  spacer,  żeby  się  uspokoić,  i  natknąłem  się  na  kilku 
wojowniczo  nastawionych  turystów,  którzy  uważali,  że  nie 
mam prawa nie wpuszczać ich na mój teren, tłumaczyli mi, że 
żyjemy w społeczeństwie bezklasowym i że człowiek bogaty 
nigdy  nie  zdobył  legalnie  swoich  pieniędzy,  a  więc  nie  jest 
legalnym  właścicielem  swoich  gruntów  i  tak  dalej.  A  kiedy 
wreszcie  przekonałem  ich,  by  sobie  poszli,  znalazłem  tego 
psa,  który  utkwił  na  dnie  szczeliny.  -  Znowu  zamilkł  na 
moment. 

background image

Nie była pewna, czy wierzyć jego słowom, ale nawet jeśli 

istniało jakieś inne wyjaśnienie, na pewno nie zamierzał jej o 
tym powiedzieć. 

 - I wtedy ty się zjawiłaś - podjął swoje wyjaśnienia. - I nie 

wiedziałem, co z tobą począć. 

Ciągle  nie  wiedział.  Raport  prywatnego  detektywa  nie 

ujawnił  jej  powiązań  z  żadną  gazetą,  ale  z  wielce 
arystokratycznym  panem  Nicholasem  Paigntonem.  Garde 
nagle uświadomił sobie, że nie bardzo mu się to podoba. 

 - I ciągle nie masz pojęcia, kto mógł zdewastować ogród? 

- zapytała po chwili milczenia. 

 -  Nie  -  odrzekł  niezadowolony.  -  Byłem  u  właściciela 

lokalnej gazety i kazałem komuś wyśledzić jego reportera, ale 
nie  sądzę,  żeby  to  był  któryś  z  dziennikarzy.  I  chociaż 
właściciel gazety bardzo mnie nie lubi, zresztą podobnie jak ja 
jego,  to  uważam,  że  tych  zniszczeń  w  ogrodzie  dokonano 
raczej  ze  złości,  a  nie  z  antypatii  do  mnie.  To  była  zemsta  z 
niskich  pobudek.  Wątpię,  czy  kiedykolwiek  poznamy 
sprawcę.  To  ktoś,  kogo  ty  albo  ja  zlekceważyliśmy, 
zirytowaliśmy... i nawet nie zauważyliśmy tego. 

 -  Nadal  nic  nie  wiadomo?  A  co  z  odciskami  palców?  A 

samochód? 

 -  Wóz  był  kradziony.  Obiecałaś  mi,  że  nie  będziesz 

prowadzić śledztwa - dodał, patrząc na nią. 

Nie  odpowiedziała,  tylko  uśmiechnęła  się  lekko,  z 

psotnym błyskiem w oku. 

 - Wystarczy tych kłopotów, które mi już sprawiłaś. 
 - Naprawdę? - zdziwiła się. - Jakie to kłopoty? 
 -  Jesteś  inna  od  wszystkich,  których  dotąd  spotykałem. 

Intrygujesz mnie, irytujesz i bawisz. Sprawia mi przyjemność 
całowanie ciebie, ale związek z tobą, panno James, stanowiłby 
prawdopodobnie  katastrofę.  -  Mówił  o  tym  lekko,  ale  nie 

background image

traktował tego lekko. Nie umiał się jednak do tego przyznać", 
nawet przed samym sobą. 

 - Kto powiedział, że ja chcę związku? - zapytała. 
 -  Nikt  -  przyznał  spokojnie.  -  Ale  coraz  trudniej  jest  mi 

zostawiać cię samą. 

Więc  nie  zostawiaj,  chciała  powiedzieć,  ale  nie 

powiedziała tego, bo nie wiedziała, czy wolno jej kierować się 
emocjami.  Powinna  raczej  słuchać  własnego  rozsądku.  Bo 
Nick, bo Jen... I Garde przecież ciągle jej nie ufa. Dlatego, że 
jest  tak  nieprawdopodobnie  bogaty,  sądzi,  że  ona  mogłaby 
chcieć tylko jego forsy. Oderwała od niego spojrzenie, czując 
się nieswojo. Starała się wszystko zbagatelizować, tak jak on. 

 -  To,  co  mówisz,  brzmi  jak  opowieść  z  dziewiętnastego 

wieku - docięła mu. - Pan domu poczuł sympatię do najemnej 
sługi. 

 -  To  zupełnie  nie  tak.  I  czasy  się  zmieniły.  Owszem, 

zmieniły się, ale zastanawiała się, jak bardzo. 

 -  Kiedy  spotkaliśmy  się  pierwszy  raz  -  powiedziała 

poważnie  -  byłam  bardzo  nieszczęśliwa.  Zachowywałeś  się 
tak  niesamowicie  opryskliwie,  że  było  mi  bardzo  przykro  i 
głupio.  Mimo  to  przekomarzałam  się  z  tobą  wesoło,  bo 
chciałam,  abyś  przestał  być  taki  ponury  i  nieprzystępny. 
Potem  mnie  pocałowałeś  i  sprawy  się  nieco  skomplikowały. 
Wszystko byłoby dobrze, gdybyś tego nie zrobił. 

 - Doprawdy? 
 -  Tak  -  zapewniła  bez  przekonania.  -  Wiem,  że  czasami 

zachowuję się trochę dziwnie. Jen uważa, że sprawiam mylne 
wrażenie,  bo  nadaję  fałszywe  sygnały.  Moje  życie  to  same 
kłopoty! 

 - Bo ktoś oskarżył cię o kradzież? - spytał z troską. 
 - Tak. 
 - Opowiedz mi o tym. 

background image

 -  Co  tu  opowiadać?  Nie  wniesiono  przeciwko  mnie 

sprawy do sądu, a to już coś, jak sądzę. Znalazłam się jednak 
na  czarnej  liście  i  nie  mogłam  znaleźć  pracy.  Nie  mogłam 
sobie pozwolić na to, by pozwać go o zniesławienie czy jak to 
nazwać  i  nie  potrafiłam  dowieść,  że  on  kłamie.  Toteż  kiedy 
zamówień  ciągle  nie  było,  musiałam  najpierw  sprzedać 
samochód,  który  dopiero  co  kupiłam,  potem  sprzedać  także 
dom  i  wszystkie  rzeczy  przenieść  do  Jen...  Naprawdę  się  nie 
spodziewałam, że zatrudnisz mnie bez referencji. Nikt z moich 
potencjalnych klientów nie zdecydował się na to - stwierdziła 
z  większą  goryczą  niż  chciała.  -  Dlaczego  się  na  to 
zdecydowałeś? 

 - Mówiłem ci już. Żeby mieć na ciebie oko. I odkryć, o co 

ci chodzi. 

 - O nic mi nie chodzi - zaprotestowała. - Tylko o pracę. 
 - Wiem. 
Chyba że chodzi tu o mały szantażyk, pomyślał z goryczą. 

Dawno  przeminęły  czasy,  kiedy  wierzył  w  to,  co  ludzie 
mówią. Nawet tacy mili jak Sorrel. Tego właśnie najbardziej u 
siebie  nienawidził:  że  nie  jest  w  stanie  ufać  ludziom  bez 
nieodpartych dowodów. 

 - Gdybym wiedziała, że jesteś taki bogaty, znaczy... aż tak 

bardzo bogaty, to w ogóle bym nie przyjechała. Kiedy jednak 
przeczytałam  ten  artykuł  i  zobaczyłam,  w  jakim  opłakanym 
stanie jest teren opactwa i że to spory kawałek od Londynu... 

 - Idź i weź prysznic - polecił łagodnie. 
Westchnęła  i  otworzyła  drzwiczki  wozu.  Nie  oglądając 

się,  weszła  do  hotelu  i  poszła  na  górę  do  swojego  pokoju. 
Miała zamęt w głowie. Tak wiele rzeczy musi przemyśleć, o 
tyle  rzeczy  się  martwić.  Czego  on  od  niej  chciał,  jeżeli  w 
ogóle  czegoś  chciał?  Czy  to  miało  być  ostrzeżenie?  Nie 
potrzebowała, by ją ostrzegano. Była ślepa i naiwna, będąc z 

background image

Nickiem  i  wystarczy.  Nie  może  znowu  popełnić  takiego 
samego błędu. 

Rozebrała  się  i  stanęła  pod  strumieniem  wody.  Znów 

zaczęła zastanawiać się nad tym, dlaczego tak wielu mężczyzn 
nadal  uważa,  że  może  mieć  każdą  swoją  pracownicę,  jeśli 
tylko  zażyczą  sobie  tego,  bez  względu  na  to,  czy  to 
zatrudniona 

przez 

nich 

kucharka, 

pokojówka, 

czy... 

ogrodniczka.  Dlaczego  to  wywoływało  wciąż  podobne 
wrażenie jak sto lat temu, chociaż Garde słusznie zauważył, że 
czasy  się  zmieniły?  Gdyby  ona  zaczęła  pierwsza,  on 
pomyślałby... Niekoniecznie... Zła na siebie i zniecierpliwiona 
wyskoczyła spod prysznica. Wysuszyła włosy, przebrała się w 
sukienkę  i  nagle  opadły  ją  wątpliwości,  czy  on  sobie  nie 
pomyśli, że ona wystroiła się specjalnie dla niego. 

Och,  Sorrel,  na  litość  boską!  -  zbeształa  się  w  duchu. 

Wsunęła stopy w sandałki na wysokich obcasach, umalowała 
się i zeszła na dół. 

Natknęła  się  na  niego  przy  recepcji.  Oczywiście  nie  była 

świadoma,  że  na  jej  twarzy  rysuje  się  wyraz  buntu,  który  go 
rozbawił. 

 - Jestem gotowa - zapowiedziała. 
 -  Do  walki?  Właśnie  widzę  -  skomentował  żartobliwie. 

Wziął ją za rękę i poprowadził do wyjścia. 

 -  Do  sali  restauracyjnej  idzie  się  tędy.  -  Łagodnie 

wyswobodziła ramię. 

 -  Nie  pójdziemy  do  restauracji  hotelowej.  Zjemy  w 

opactwie. Hotel na moją prośbę przygotował nam jedzenie na 
wynos.  Myślałem,  że  powinniśmy  jakoś  uczcić  zakończenie 
prac. Ogród aa froncie domu jest już gotowy, prawda? 

 -  Uczcić  zakończenie  prac?  To  chyba  nie  jest  dobry 

pomysł - oznajmiła. - A gdzie będziemy jeść? - zapytała. - W 
twoim gabinecie? 

 - Zobaczysz. 

background image

Po  kilkunastu  minutach  skręcał  na  podjazd.  Słuchała  z 

satysfakcją, jak opony trzeszczą na świeżo położonym żwirze. 
Zatrzymał  wóz,  wysiadł  i  otworzył  bagażnik.  Z  lekkim 
westchnieniem  wzięła  jeden  z  dwu  pojemników  i  skierowała 
się do domu. 

 - Ostatnie drzwi - poinstruował ją. 
 - To refektarz. 
 - Wiem, że to refektarz. 
Otworzyła  drzwi  i  stanęła  w  progu  z  okrzykiem 

zdumienia.  Pomieszczenie  bardzo  się  zmieniło.  Cztery 
wysokie świeczniki z kutego żelaza stały na wyczyszczonym 
kominku. Na środku pysznił się piękny długi stół z ośmioma 
krzesłami,  a  pod  oknami,  które  wciąż  nie  miały  zasłon,  stała 
wielka kanapa. 

 -  Poleciłem,  żeby  umieścili  tutaj  meble,  w  czasie  kiedy 

wiozłem cię do hotelu - wyjaśnił, stojąc za nią. - To miała być 
niespodzianka. Widzę, że się udała. Może jednak ruszysz się z 
miejsca, bo chciałbym wejść. 

 -  Och,  tak.  Przepraszam.  -  Szybko  weszła  do  pokoju  i 

postawiła pojemnik na stole, on swój również. 

Wziął  zapałki,  leżące  na  gzymsie  kominka,  i  zapalił 

świece. 

 -  Nie  jest  jeszcze  dość  ciemno  na  efektowną  iluminację, 

ale  myślałem,  że  tak  będzie  przyjemniej.  Bądź  co  bądź  to 
uroczystość. - Uśmiechnął się do niej. 

Podszedł  do  stołu,  otworzył  jeden  z  pojemników  i  wyjął 

po  kolei  serwetki,  zestaw  przypraw,  noże  i  widelce, 
szklaneczki, talerze, półmiski i butelkę wina. Kiedy już nakrył 
stół,  kładąc  jedno  nakrycie  u  szczytu  stołu,  a  drugie 
naprzeciwko,  kazał  jej  usiąść  i  rozpakował  jedzenie.  Na 
początek była gorąca zupa z termosu, potem kurczak z ryżem 
w  sosie  śmietanowym,  sałatka,  wreszcie  owoce  i  lody,  które 
już zaczynały się roztapiać. 

background image

Ciągle  oszołomiona,  nie  wierząc  własnym  oczom,  jadła, 

prawie się nie odzywając. Cisza sprawiła, że zaczęła się coraz 
bardziej  denerwować.  Obserwował  ją,  a  ona  skupiła  się  na 
swoim talerzu. Nigdy nie powiedziałaby o sobie, że należy do 
tych, którzy lubią się zamartwiać na zapas, ale teraz naprawdę 
się  martwiła  Zastanawiała  się,  dlaczego.  Tylko  dlatego,  że 
powiedział, iż jest interesująca? To przecież przyjemne, że tak 
o  tobie  myślą,  przekonywała  się  w  duchu.  Nie  ma  się  czym 
martwić.  Jednak  ona  naprawdę  nie  chciała  się  wiązać. 
Pocałunek to co innego. 

 - Jeszcze wina? 
Wzdrygnęła  się  nerwowo.  Napełnił  jej  szklaneczkę,  nie 

czekając  na  zgodę.  Nie  pamiętała,  która  to  szklaneczka, 
prawdopodobnie jedna za dużo. 

 -  Podoba  ci  się  ogród?  -  Odstawił  talerz  i  bawił  się 

szklaneczką wina. 

 -  Och,  tak.  Potrzebuje  jeszcze  kilku...  muśnięć.  -  Nie 

potrafiła  wymyślić  lepszego  określenia.  -  Pomyślałam,  że 
wysoka  emaliowana  donica  ładnie  by  wyglądała  przy 
drzwiach wejściowych i... 

 -  Przestań  paplać  -  upomniał  ją.  -  Tłumione  instynkty 

mogą  wymknąć  się  spod  kontroli,  nie  uważasz?  -  dodał  bez 
najmniejszej zmiany intonacji. 

 -  Nie  tłumię  żadnych  instynktów.  -  Zaniepokojona, 

spojrzała na niego, otwierając szeroko oczy ze zdumienia. 

 - Nie? To dlaczego jesteś taka zdenerwowana? 
 - A ty nie byłbyś? - odparowała śmiało. 
 -  Nie  -  roześmiał  się  lekko.  -  Kobiety  zwykle  nie 

denerwują się w mojej obecności. 

 - A jakie są? Spokojne? Obojętne? 
 - Och, nie! Są raczej podekscytowane, kokieteryjne... 
 -  No,  to  przynajmniej  ty  nie  musisz  wstrzymywać 

oddechu z wrażenia - odgryzła się. 

background image

Wybuchnął  szczerym  śmiechem.  Rzuciła  mu  gniewne 

spojrzenie. 

 -  Może  powinienem  się  z  tobą  ożenić  -  zażartował 

uprzejmym tonem. 

 - Tak? - zadrwiła. - A może jednak nie powinieneś. 
 - Chciałbym cię teraz pocałować - szepnął. 
Spojrzała  w  jego  oczy,  które  straciły  stalowoszarą 

twardość, stając się ciepłe jak aksamit. 

 - Czy chcesz obejrzeć opactwo? - zapytał już normalnym 

głosem. 

 -  Tak  -  zgodziła  się  zbyt  szybko.  Odsunęła  krzesło  i 

wstała. 

 - Weź swoje wino. - Uśmiechnął się do niej przewrotnie. 

Posłuchała, nie myśląc, co robi. Pragnęła jak najszybciej się 

stąd wydostać, być jak najdalej od tej intymnej atmosfery, 

która  powodowała,  że  słabły  wszystkie  jej  mocne 
postanowienia.  Porwała  prawie  pełną  szklaneczkę  i  szybko 
skierowała się ku drzwiom. 

On też wziął swoją szklaneczkę i dołączył do niej. 
 -  Czy  nie  powinieneś  zgasić  świec?  -  zapytała,  z  trudem 

wydobywając głos ze ściśniętego gardła. 

 - Nic się nie stanie - powiedział lekceważąco. - Nie ma tu 

żadnych  przeciągów.  -  Otworzył  drzwi,  czekając,  aż  Sorrel 
przejdzie przez próg. 

Drzwi same zamknęły się za nimi. 
 - To naprawdę niesamowite - wyszeptała. - Te drzwi. 
 -  To  nie  jest  to,  o  czym  myślisz  -  sprzeciwił  się  od 

niechcenia.  -  To  tylko  nie  dopasowana  framuga.  Tędy.  - 
Otworzył środkowe drzwi i stanął, by przepuścić ją w wąskim 
kamiennym  korytarzyku.  Musiała  otrzeć  się  o  niego.  Szła 
spięta,  pamiętając  cały  czas  o  tym,  że  on  idzie  tuż  za  jej 
plecami. 

background image

 -  Kiedyś  to  przejście  prowadziło  do  kaplicy  -  objaśnił 

cichym głosem. 

Czuła  jego  oddech  na  swoim  karku.  Zadrżała  i 

przyśpieszyła  kroku.  Panował  tu  mrok,  nie  było  żadnych 
okien, które wpuszczałyby światło. 

 - Gdzie jest teraz kaplica? 
 - Nie istnieje, jak wiele innych rzeczy. 
Na  prawo  zobaczyła  drzwi  i  zatrzymała  się,  niepewna. 

Minął ją, otworzył drzwi i przytrzymał dla niej. 

W  małym  i  pustym  pokoju  jedno  duże  okno  wychodziło 

na ogród przed domem. 

 -  Prawdopodobnie  urządzę  tu  małą  bibliotekę  - 

powiedział,  stając  tak  blisko  za  nią,  że  aż  musnął  brodą  jej 
włosy. O mało nie wylała na siebie wina. - Teraz? - szepnął. 

 - Co... teraz? - wyszeptała łamiącym się głosem. Czuła, że 

się dusi, nie mogła złapać oddechu. 

 - Pocałunek. To nieuniknione. Popatrz na mnie. 
Wieki  trwało,  zanim  zebrała  się  na  odwagę.  Czuła  się 

wykończona,  kiedy  odwracała  głowę.  Mogła  widzieć  jedynie 
jego usta. Zamknęła oczy i czekała na pocałunek, a kiedy jego 
wargi dotknęły jej ust, chwyciła go za koszulę i przyciągnęła 
do siebie. Po chwili on przygarnął ją mocniej do siebie, a ona 
zarzuciła  ramiona  na  jego  szyję,  by  być  jeszcze  bliżej. 
Wymieniali  pocałunki,  smakujące  jak  wino.  Kiedy  podniósł 
głowę, wolno otworzyła oczy. 

 - Lepiej? - spytał. 
 - Nie - rzekła zduszonym głosem. 
Przytuliła głowę do jego piersi. Cały czas głaskał jej plecy. 
 -  Gotowa?  -  Poczuła  we  włosach  jego  oddech  lekki  jak 

piórko. 

 - Gotowa? - powtórzyła oszołomiona. - Na co? 
 - Na dalszy obchód opactwa. 

background image

Zaskoczona,  podniosła  głowę  i  popatrzyła  na  niego. 

Wyglądał  wyjątkowo  poważnie.  Nie  uśmiechał  się.  Wziął  ją 
za  rękę  i  wyprowadził  z  pokoju.  Drzwi  tym  razem  same  się 
nie zamknęły, zostawił je otwarte. 

Poszli  dalej  korytarzem,  który  kończył  się  obszernym, 

kwadratowym 

pomieszczeniem 

wyłożonym 

kamienną 

podłogą.  Zatrzymał  się,  odwrócił  do  niej  i  podał  jej  swoją 
szklaneczkę wina, żeby się napiła. Posłuchała jak urzeczona. 

 - Nie wiem, co się dzieje - szepnęła. 
 - Uwodzenie - powiedział miękko. 
 -  Cóż,  jest  bardzo  skuteczne  -  odrzekła  tym  samym 

tonem. Zaśmiał się krótko i cicho. 

Nie  znam  cię,  pomyślała.  Przecież  w  ogóle cię  nie  znam. 

Nie  puszczał  jej  ręki,  kiedy  przecinając  pomieszczenie, 
poprowadził  ją  do  drzwi  po  lewej  stronie.  Otworzył  je 
kopnięciem. 

 -  Klamka  nie  działa  -  usprawiedliwił  się.  -  Tu 

prawdopodobnie była garderoba. 

Trzymając  ją  za  rękę,  oparł  się  o  framugę,  przyciągnął  ją 

do siebie i znowu pocałował. 

 - Jak się czujesz? 
 - Niepewnie - odpowiedziała bez namysłu. 
 -  Ja  też.  Drzwi  naprzeciwko  prowadzą  do  cel.  Chcesz  je 

zobaczyć? 

Pokręciła głową. 
Ruszyli  w  powrotną  drogę.  Na  chwilę  puścił  jej  dłoń  i 

otworzył 

drzwi 

po 

drugiej 

stronie 

kwadratowego 

pomieszczenia.  Prowadziły  do  pokoju  długiego  i  szerokiego 
jak  refektarz.  Na  przeciwległej  ścianie  był  rząd  okien. 
Pozostałe ściany do połowy ich wysokości zdobiła boazeria, a 
nad  nią  ciągnęła  się  listwa  jak  wąska  półeczka.  Zachodzące 
słońce  rozlewało  pomarańczowy  blask  na  pokrytej  warstwą 
kurzu podłodze. 

background image

 - Basen albo pokój do gier, jeszcze się nie zdecydowałem. 

Co o tym sądzisz? 

 - Nie wiem - odparła bezradnie. 
Stali  blisko  siebie  w  drzwiach.  W  lewej  dłoni  trzymał 

szklaneczkę  wina,  w  prawej  jej  dłoń.  Czuła  ciepło  jego 
ramienia.  Zastanawiała  się,  co  zrobiłby  Garde,  gdyby  ona 
teraz  wyjęła  szklaneczkę  z  jego  dłoni,  odstawiła  własną,  i 
sama  zaczęła  go  całować.  Czy  rozbawiłoby  go  to?  Jak 
zareagowałby? 

Spojrzała  na  jego  surowy  profil,  na  wargi,  które  się  nie 

uśmiechały i ogarnęła ją beznadziejna tęsknota. 

Jak gdyby czuł to samo,  jakby wiedział, co  ona  czuje, bo 

nagle odwrócił głowę i popatrzył na nią. Odstawiła na listwę 
własną  szklankę,  potem  jego.  Nie  odrywając  od  niego  oczu, 
może czekając na jakąś oznakę niezadowolenia, a może na coś 
innego, objęła go, przytuliła się, zamknęła oczy i pocałowała. 
To  było  jednocześnie  straszne  i  podniecające.  Nigdy  się  tak 
nie czuła. 

Garde  oparł  głowę  o  framugę,  przymknął  powieki  i 

trzymał  ją  w  objęciach.  Obrócił  ją  lekko,  by  spojrzeć  jej  w 
twarz. 

 - To nie wszystko, prawda? - zapytał. 
 -  Nie.  -  Teraz  wiedziała,  że  ta  tęsknota  będzie  trwała. 

Gładził z roztargnieniem jej rozwichrzone włosy, ciesząc się 

ich jedwabistością. 
 - A więc romans? - zapytał. 
 -  To  określenie  brzmi  okropnie  konwencjonalnie  - 

szepnęła, wpatrzona w niego. 

 - Nie czuję się konwencjonalnie. 
 - Ja też nie. 
 - Kogo masz przed sobą? - spytał cicho. 
 -  Kogoś,  kto  potrafi  wyzwolić  we  mnie  uczucia.  Moja 

siostra będzie wściekła. 

background image

 - Jen? Dlaczego? 
 -  Ponieważ  kazała  mi  przyrzec,  że  nie  będę  się 

angażować. 

 - A czy od początku istniała taka możliwość? 
 - Nie sądziłam, a jednak... - Uśmiechnęła się niepewnie. 
 - Jednak? 
 -  Chyba  od  razu  poznała  po  moim  głosie,  że  cię  lubię. 

Powiedziałam  jej,  że  owszem,  jestem  zainteresowana,  ale 
tylko  flirtem  -  dodała  szybko.  -  Wtedy  ona  ostrzegła  mnie, 
mówiąc, że mam wypaczone pojęcie o ludziach i błędne sądy. 

 - A masz? 
 - Nie wiem. - Westchnęła. - Staram się wierzyć w ludzi. A 

ty kogo masz przed sobą? 

 -  Młodą  kobietę,  która  wydaje  się  dezorganizować  moje 

życie.  -  Jego  uśmiech  stał  się  ironiczny.  -  Młodą  kobietę, 
której  prawdopodobnie  nie  powinienem  był  całować, 
ponieważ te pocałunki zaczęły mieć znaczenie. 

 - Doprawdy? - spytała cichym i słabym głosem. 
 - Tak. 
Podniosła rękę i musnęła jego podbródek. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 
Ciągle  uważnie przyglądał się  jej twarzy. Kiedy zobaczył 

ją pierwszy raz, wcale nie wydała mu się ładna. Teraz uważał, 
że  jest  prawie  piękna.  Miała  najcudowniejsze  oczy, 
niebieskozielone  z  ciemną  obwódką  dookoła  źrenicy.  Pełne 
wargi prosiły się, by je całować. Piegi na nosie... 

Gwałtownym  ruchem,  który  ją  zaskoczył,  wyprostował 

się, zmuszając, by też się wyprostowała, raptownie chwycił jej 
rękę i pociągnął z powrotem do refektarza. 

Świece wciąż paliły się jasno w lichtarzach. Wydawały się 

płonąć jeszcze jaśniej, bo zachodzące słońce nie zaglądało do 
tej części domostwa. Garde podszedł do kominka i zdmuchnął 
je. 

W  mroku  wydawał  się  wyższy,  potężniejszy. 

Pomieszczenie nabrało aury tajemniczości. Stali w milczeniu, 
blisko siebie, ale się nie dotykali. 

 - Sorrel? - odezwał się cicho. 
 - Co? - wyszeptała. - Ja... - Patrzyła mu w twarz, badając 

uważnie jego  rysy. Wiedziała, że  nie jest  podobny do Nicka. 
Nie,  nie  pozwoli,  żeby  Nick  to  zepsuł,  tak  jak  zniszczył 
wszystko.  Wolno  podniosła  ramię  i  niemal  nieświadomie 
powiodła  palcami  po  jego  twarzy.  Ciągle  obawiała  się,  że 
jednak  może  mylić  się  co  do  niego,  tak  jak  przedtem  myliła 
się co do Nicka. Pomyślała, że jednak, mimo wszystko,' musi 
uwierzyć swojej intuicji, inaczej jej życie nic nie będzie warte. 
- Czuję się tak, jakbym znała cię bardzo dobrze - wyszeptała. - 
Czy to nie dziwne? 

 -  Niesamowite  -  rzekł  cicho.  Dostrzegła  błysk  jego 

zębów, kiedy się uśmiechnął. 

Znowu  go  objęła  i  przytuliła  się  do  jego  piersi.  Powinna 

uwierzyć w niego i uwierzyć swojej intuicji. To nic, że raz się 
pomyliła.  Musi  zdobyć  się  na  tę  wiarę.  Musi  zaufać  jemu  i 
sobie. 

background image

 -  Jakie  to  dziwne,  ale  nawet  się  nie  denerwuję,  jak 

gdyby...  -  Jak  gdybyśmy  od  zawsze  należeli  do  siebie, 
dokończyła w myślach i uśmiechnęła się. - A byłam przecież 
zdecydowana unikać angażowania się... 

 -  Ja  też  -  przerwał  jej.  -  Ale  od  samego  początku 

intrygowałaś  mnie.  W  życiu  nie  spotkałem  nikogo  takiego. 
Obserwowałem,  jak  kopiesz  w  ziemi,  jak  chodzisz 
ubrudzona... i coraz bardziej mnie fascynowałaś. 

 - Żałujesz tego? 
 -  Ależ  nie  -  zaprzeczył  zdumiony.  -  Dlaczego  miałbym 

żałować? 

 -  Nie  wiem.  Przypuszczam,  że  chyba  mężczyźni  żałują, 

kiedy  tracą  panowanie  nad  swoimi  uczuciami.  Te  wszystkie 
męskie ambicje... 

 -  Jakie  męskie  ambicje?  -  Roześmiał  się.  -  Może  są  tacy 

mężczyźni,  którzy  zachowują  się  idiotycznie,  by  udowodnić 
własną  wyższość.  Ale,  jak  sądzę,  jest  ich  zdecydowana 
mniejszość. 

Bowiem 

większości 

mężczyzn 

sprawia 

przyjemność samo przebywanie z piękną kobietą. 

 - Ale ja nie jestem piękna. To twoja księgowa jest piękna. 
 -  Owszem,  ale  to  jeszcze  jedna  kobieta,  która  hołduje 

fałszywym  przekonaniom  na  temat  męskiej  psychiki. 
Rozmawia ze mną, jakbym miał cztery łata. 

 -  Jednym  słowem,  ciągle  cię  prowokuje  intelektualnie?  - 

uśmiechnęła się. 

 -  Coś  w  tym  rodzaju.  Myślę,  że  ty  masz  piękniejsze  od 

niej wnętrze. 

Nie wiedziała, czy to na pewno był komplement. 
 -  Nie  -  sprzeciwiła  się,  kręcąc  głową.  -  Powinnam  być 

bardziej miła dla mężczyzn. Czasami... 

 - Nie kpij z tego. - Położył palec na jej ustach. Przyszedł 

mu do głowy Nick Paignton, ale szybko odsunął myśl o nim. 

 - Miło, że tak mówisz - wyszeptała z uśmiechem. 

background image

 - Naprawdę? Ludzie nie mówią ci zwykle miłych rzeczy? 
 - Czasem - wyznała. - Kiedyś ktoś powiedział, że zawsze 

ładnie  pachnę.  Chociaż  nie  przypuszczam,  bo  jeśli  ktoś,  tak 
jak ja, grzebie się w ziemi cały dzień... 

 -  Może  powinniśmy  napić  się  jeszcze  wina?  -  przerwał 

jej. 

 - Dobry pomysł. 
Pocałował ją w czoło i wyszedł po następną butelkę. 
Usiadła przy stole, zapatrzyła się w ciemne okno i starała 

się  zanalizować  własne  uczucia.  Próbowała  myśleć  o 
przyszłości  i  nie  potrafiła.  Czemu  powinna  o  niej  myśleć? 
Dlatego,  że  kobiety  są  z  natury  przewidujące?  Dlaczego  nie 
może po prostu cieszyć się chwilą? Jen mówiła jej zawsze, że 
powinna  patrzeć  w  przyszłość,  myśleć  o  następstwach,  o 
bezpieczeństwie.  Wszystko  w  porządku,  jeśli  chodzi  o 
oszczędności  czy  emeryturę,  ale  dlaczego  miało  to  dotyczyć 
także  uczuć?  Pod  tym  względem  różniły  się  z  siostrą,  toteż 
naprawdę  nie  musiała  starać  się  przeżyć  swojego  życia,  we 
wszystkim wzorując się na niej. Jen była opiekuńcza, zdawało 
się,  że  wręcz  musi  troszczyć  się  o  ludzi.  Znalazła  swoje 
spełnienie w byciu żoną i matką. I to było wspaniałe - ale dla 
niej.  Sorrel  nie sądziła, że  jest  ulepiona  z  tej  samej  gliny, co 
Jen. Nie tęskniła do tego, by wyjść za mąż i mieć dzieci - w 
każdym  razie  jeszcze  nie  teraz.  Prawdopodobnie  zmieni  się, 
ale na razie chciała cieszyć się życiem, mieć dużo pracy i dość 
pieniędzy,  by  się  samodzielnie  utrzymać.  Więc  po  co 
dociekać,  co  w  przyszłości  stanie  się  z  nią  i  z  Garde'em? 
Dlaczego  po  prostu  nie  bawić  się  przyjemnie?  Dobrze 
wiedziała, że on nie myślał o przyszłości i zobowiązaniach. To 
miał być romans. Nic więcej. Romans, o którym on myślał od 
pewnego  czasu,  jeśli  mogła  wierzyć  jego  słowom.  A  to 
znaczyło,  że  Garde  postępuje  w  sposób  przemyślany, 
ostrożnie. Podobnie jak ona. 

background image

Usłyszała  jego  kroki.  Zaraz  wejdzie.  Lubiła  go.  Bycie  z 

nim  sprawiało  jej  przyjemność.  Więc  co  w  tym  złego?  Jeśli 
ona czuje, że do niego należy - to wspaniale, powinna cieszyć 
się  tym  uczuciem,  dopóki  będzie  trwało.  Naprawdę  nie  musi 
mierzyć  rzeczy  miarką  Jen.  Może  popełniać  własne  błędy  i 
mieć własne przyjemności. 

 - Wstawaj - uśmiechnął się do niej w mroku. - Mam wino. 

Chodźmy na górę. 

W ciągu następnego tygodnia bardzo się do siebie zbliżyli. 

A  jednak  wciąż  odczuwała  dzielącą  ich  barierę.  Przecież  to 
jedynie romans, tłumaczyła sobie. Jednak wiedziała, że to nie 
tylko dlatego. Może ona sama była zbyt ostrożna, czekając, aż 
on  się  zmieni,  tak  jak  zmienił  się  Nick,  a  może  to  on  wciąż 
zachowywał się asekurancko? Czasami rozmyślnie podkreślał 
dystans między nimi, a potem uśmiechał się i wszystko znowu 
było w porządku. 

Nie  przeniosła  się  do  jego  domu,  w  każdym  razie  nie 

całkiem. Spędzała z nim noce, i oczywiście dni, bo pracowała 
na terenie opactwa. Nie było więcej żadnego sabotażu, mimo 
że policja nie znalazła mężczyzny, który zniszczył ogród. 

Od dawna nie czuła się tak szczęśliwa. Każdego wieczoru 

jechała do hotelu przebrać się i wziąć prysznic, a potem razem 
z Garde'em jedli kolację. Czasami siedział w jej pokoju, kiedy 
brała prysznic, zdarzało się, że przyłączał się do niej, a czasem 
czekał  w  holu.  Pracownicy  hotelu  musieli  wiedzieć,  co  się 
dzieje,  ale  nikt  ani  spojrzeniem,  ani  gestem,  ani  tym  bardziej 
słowem  nie  uczynił  żadnej  aluzji.  Nie  było  głupich 
uśmieszków  ani  porozumiewawczych  mrugnięć.  Przyjęto  ich 
romans jako naturalną rzecz. 

Po  kolacji  zabierała  z  pokoju  odzież  roboczą  na  następny 

dzień  i  wracali  razem  do  opactwa.  Nierzadko  siadywali  za 
domem  i  cieszyli  się  letnimi  wieczorami,  rozmawiając  na 
różne tematy i ustalając, co ona ma zrobić w ogrodzie i jakie 

background image

rośliny  on  chciałby  mieć.  Rozmawiali  o  muzyce,  sztuce,  a 
nawet  trochę  o  polityce,  ale  najczęściej  o  tym,  jak  rosną 
warzywa i o postępach w odnawianiu domu. 

W  środę  wieczorem  Garde  zaproponował,  że  następnego 

dnia zabierze ją na wycieczkę po okolicy. Zwiedzili wszystkie 
okoliczne  wsie  i  miasteczka,  a  wracając  do  opactwa, 
przejeżdżali  przez  Stonehenge,  gdzie  zjechali  się  ludzie  na 
festyn z okazji letniego zrównania dnia z nocą. 

Zanim nadszedł piątek, kuchnia miała przyzwoitą podłogę, 

zlewozmywak, pralkę, zmywarkę i piecyk. 

Sorrel  nie  zamierzała  myśleć,  co  się  stanie,  kiedy  ogród 

będzie skończony. 

On  także  nie  chciał  się  nad  tym  zastanawiać.  Poza  tym 

wciąż  myślami  krążył  wokół  Nicka.  Wbrew  jego  woli  Nick 
wydawał  się  nieustannie  być  z  nimi,  jak  nawiedzający 
domostwo duch. Garde nie wiedział, czy ona miała z Nickiem 
romans,  i  nie  pytał  o  to.  Nie  chciał  wiedzieć.  Nie,  jednak 
chyba  chciał.  W  swoim  pierwszym  raporcie  detektyw 
wspominał  coś  o  kradzieży,  o  której  mu  ona  opowiadała. 
Wspominał również o szantażu. Jutro dostanie końcowy raport 
o Sorrel i pozna prawdę. Czuł się winny, ale, do licha, musiał 
wiedzieć. 

Utrzymywała  się  ładna  pogoda,  więc  Sorrel  następnego 

dnia  włożyła  króciutkie  dżinsy.  Nie  brała  pod  uwagę,  że  w 
szortach  jej  długie  nogi  wyglądają  cudownie,  w  ogóle  jej  to 
nie  obchodziło.  Garde  czasem  obserwował  ją  z  okna  albo  z 
tarasu  i  z  reguły  miał  zachwyconą  minę.  Nie  czuła  się  tym 
skrępowana, lecz podbudowana. 

Pod  wieczór  każdego  dnia  spływała  potem  i  była  bardzo 

brudna, ale jednocześnie zadowolona - niemal szczęśliwa. Nie 
wiedziała,  czego  jej  brak  do  pełnej  satysfakcji,  której  wciąż 
nie  mogła  osiągnąć.  Odsunęła  jednak  na  bok  swoje 
wątpliwości, co Jen na pewno nazwałaby krótkowzrocznością, 

background image

i  nadal  poświęcała  się  pracy,  która  zawsze  przynosiła  jej 
prawdziwą radość. 

Nawet  wizyta  pięknej  księgowej  nie  zmąciła  jej  dobrego 

samopoczucia. 

Garde gdzieś pojechał, nie mówiąc ani słowa dokąd, a ona 

wyznaczała  obwody  klombów,  sypiąc  świeży  piasek  w 
skomplikowane  wzory,  które  wkrótce  miała  zamiar  obsadzić 
karłowatym  żywopłotem,  specjalnie  zamówionym,  bo  trudno 
go  było  dostać.  Sorrel  nawet  nie  usłyszała,  jak  przyjechała 
księgowa.  Zorientowała  się  natomiast,  że  ktoś  na  nią  patrzy. 
Wyprostowała  się,  powoli  odwróciła  i  uśmiechnęła  się  do 
niezwykle elegancko i schludnie ubranej kobiety. 

 -  Ale  kontrast.  Pani  i  ja.  Chyba  trudno  o  większy.  - 

Stłumiła śmiech, patrząc na swoje brudne kolana, poplamione 
szorty i powalane ręce. 

 - Owszem - przyznała tamta bez cienia humoru. - Czy jest 

tu gdzieś Garde? 

 - Garde wyskoczył gdzieś na krótko. Mówił, że niedługo 

wróci.  Jeśli  nie  chce  pani  czekać,  proszę  mi  zostawić 
wiadomość, to powtórzę mu. 

Kobieta zmierzyła wzrokiem Sorrel i pokręciła głową. 
 - Nie sądzę. 
 - Dlaczego? Bo jestem ogrodniczką? - spytała rozbawiona 

Sorrel. 

 - Ponieważ wątpię, czy zrozumie pani wiadomość - dobiła 

ją tamta. - Nie zamierzam nikogo obrazić, ale... 

 -  Księgowe  są  bystre,  a  dziewczyny  od  ogrodów  raczej 

nie? 

 -  Z  moich  doświadczeń  wynika,  że  nie.  Tak  jak  ja  nie 

mogłabym  pracować  w  ogrodzie  -  dodała  z  lekkim 
niesmakiem 

 - tak samo pani nie mogłaby... 
 - Prowadzić księgowości? - Sorrel weszła jej w słowo. 

background image

 - Nie powinna pani tak szybko oceniać ludzi, panno...? 
 - Wild. 
 -  Jednak  ma  pani  prawdopodobnie  rację.  Naprawdę  nie 

wiem nic o świecie wielkich finansów. 

 - Oczywiście, że nie - zgodziła się panna Wild, jak gdyby 

to nie stanowiło dla niej żadnej niespodzianki. 

 - Potrafię uporać się jedynie z własnymi rachunkami, a w 

szkole byłam całkiem niezła z angielskiego i historii... 

 -  Chciało  jej  się  śmiać,  bo  mogła  dodać,  że  posiada 

stopień  naukowy  w  obu  tych  dziedzinach.  -  Czy  chce  pani 
poczekać w domu? Może zrobić pani kawy? 

 -  Nie,  dziękuję.  -  Panna  Wild  spojrzała  na  ręce  Sorrel  i 

wzruszyła  ramionami.  -  Poczekam  w  samochodzie.  Do 
widzenia. - Okręciła się na swoich wysokich obcasach i znikła 
za rogiem domu. 

Sorrel  z  uśmiechem  kiwnęła  głową  i  podniosła  worek 

piasku.  Nie,  naprawdę  nie  potrafiła  wyobrazić  sobie  panny 
Wild  pracującej  w  ogrodzie.  Po  pierwsze,  połamałaby  sobie 
paznokcie.  Sorrel  spojrzała  na  swoje.  Zawsze  były  krótko 
obcięte, a teraz także bardzo brudne. Oczywiście panna Wild 
nigdy by nie dopuściła do tego, aby jej ręce nosiły ślady pracy 
w  ziemi.  No  cóż,  panna  Wild  była  elegancką  kobietą,  a  nie 
takim kocmołuchem jak ona. Kpiła i drwiła sobie w myślach, 
nie  bardzo  wiedząc  z  kogo  bardziej  -  z  siebie,  czy  z 
księgowej? 

W  pewnym  momencie  usłyszała  samochód  Garde'a  i 

chwilę później ryk silnika odjeżdżającego wozu panny Wild. 

 -  Nie  składa  długich  wizyt,  prawda?  -  zauważył,  idąc  w 

jej  kierunku.  W  ręku  trzymał  grubą  brązową  kopertę. 
Wyglądał na niezwykle szczęśliwego. 

 - Mówisz o twojej księgowej? - Uśmiechnęła się. 
 - Tak. Miałaś z nią miłą pogawędkę? 

background image

 - Uhm. - Z szelmowskim błyskiem w oku pocałowała go 

w  usta.  -  Czy  to  nie  potworne,  że  taka  ładna  kobieta  jest 
całkowicie pozbawiona poczucia humoru? Czy ona o nas wie? 

 - Nie ode mnie. Czemu pytasz? 
 -  Ponieważ,  jeśli  wie,  to  musi  bardzo  nisko  oceniać  twój 

gust i intelekt. 

 - Może wobec tego  powinienem powiedzieć  jej o twoich 

stopniach  naukowych...  O,  podoba  mi  się  ten  wzór  -  dodał, 
patrząc ponad jej ramieniem. - Bardzo awangardowy. Łebska 
jesteś. 

 - Tak - zgodziła się z zadowoloną miną. 
Przyciągnął ją do siebie i pocałował. Zaskoczona, z uwagą 

spojrzała mu w oczy. 

 - Wydajesz się jakiś inny. 
 - Bo jestem inny. Chodź i porozmawiaj ze mną. 
 - Teraz? - zdumiała się. - To ważne? - Przyglądała mu się, 

przechylając na bok głowę. 

 - Myślę, że tak. 
 - A mogę to skończyć? 
 - No cóż, jeśli musisz. Ale nie zajmuj się tym zbyt długo - 

powiedział i obdarzył, ją ironicznym uśmiechem, którego nie 
rozumiała. 

Patrzyła, jak idzie do domu, a potem wróciła do układania 

z  piasku  wzorów.  Co  sprawiło,  że  zachowywał  się  inaczej? 
Ten list, który przyniósł? A może wiadomość od panny Wild? 
Zachichotała,  myśląc  o  księgowej.  Może  przy  następnym 
spotkaniu  on  jednak  powie  tej  zarozumiałej  kobiecie  o  jej  o 
stopniach naukowych... 

Nagle  zamarła,  nie  zwracając  uwagi  na  piasek,  z  którego 

usypał  się  nie  planowany  kopczyk.  Przecież  nigdy  nie 
wspominała mu o swoich stopniach naukowych, więc skąd o 
tym wiedział? 

background image

Wyprostowała się i zagapiła mało przytomnym wzrokiem 

na  ogród.  Ona mu  nie  powiedziała,  była  tego  pewna.  Chciał, 
aby  zaraz  porozmawiali.  Ciekawe  o  czym.  Nie  miał  ani 
poważnej, ani uroczystej miny, ale wyglądał na szczęśliwego. 
Odwróciła  się  w  stronę  domu,  zobaczyła  górkę  piasku  i 
zaklęła.  Przykucnęła  i  zaczęła  rękami  wsypywać  piasek  z 
powrotem do torby. 

Obchodziła  ogród,  teraz  już  w  pośpiechu,  od  czasu  do 

czasu zaglądając do swojego projektu. Ciągle się zastanawiała. 
Może  rozmawiał  z  Jen,  przecież  siostra  mogła  zadzwonić  w 
jakiejś  sprawie...  Co  prawda  zwykle  nie  odbierał  telefonów, 
zostawiał  po  prostu  automatyczną  sekretarkę,  lecz  istniała 
możliwość,  że  jednak  rozmawiał  z  Jen,  a  wtedy  to  mogło 
wyjść  w  rozmowie.  Jen  lubiła  się  chwalić  wykształceniem 
siostry  i  ubolewać  nad  tym,  że  Sorrel  się  marnuje,  zajmując 
się ogrodami. 

Nie zdawała sobie sprawy, że już od kilku minut opuścił ją 

dobry humor i że wręcz była nachmurzona. Powoli poszła do 
drugiego  ogrodu  i  rzuciła  pustą  torbę  po  piasku  na  rosnącą 
kupę gruzu przy cieplarni. 

Z  drugiej  strony,  jeśli  on  znał  prywatnego  detektywa... 

Zatrzymała się, patrząc gdzieś w dal. Kazał ją sprawdzić. Na 
pewno  ją  sprawdzał.  No  i  co  z  tego?  Co  mógł  odkryć?  Nic, 
jedynie  to,  że  znalazła  się  na  czarnej  liście.  Wiedział  już  o 
tym.  A  czy  nie  sprawdzałabyś  kogoś,  kto  nie  ma  referencji, 
spytała siebie. No tak, ale mógł ją uprzedzić... 

Wolno  zawróciła  do  domu.  Ciągle  rozmyślając  nad  tą 

sprawą,  nie  była  pewna,  czy  gniewać  się,  czy  nie.  Pochyliła 
się,  by  odkręcić  kran  przy  składziku,  i  usłyszała  dwa  męskie 
głosy. 

Ciekawa,  kto  to  może  być,  zajrzała  do  ogrodu  przed 

domem i znieruchomiała z wrażenia. 

background image

Garde  stał  na  żwirowanym  podjeździe  i  rozmawiał  z 

jakimś  szczupłym,  wysokim  blondynem.  Ten  mężczyzna  był 
bardzo podobny do Nicka, ale przecież to nie mógł być on... 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 
Sorrel  wmawiała  w  siebie,  że  to  nie  może  być  Nick. 

Przecież nie wiedział, gdzie ona jest. Chyba że Garde go znał i 
doniósł mu... 

Powoli się wyprostowała. Patrzyła na nich i nagle ogarnął 

ją gniew, tak gwałtowny, że przez chwilę było jej słabo. Nie 
namyślając  się,  w  niepohamowanej  furii  podbiegła  do 
szczupłego blondyna i uderzyła go z całej siły w twarz. 

 - Wynoś się! - krzyknęła. - Jak śmiesz tu przychodzić! Ty 

intrygancie!  Znam  ciebie  i  te  twoje  podstępne,  nikczemne 
metody! Jak śmiesz?! 

Wyraz  zdumienia  na  jego  twarzy  mógłby  ją  rozbawić, 

gdyby była w nastroju do żartów. 

 - Ja... 
 - Zamknij się! - wrzasnęła. Wściekła, zmusiła go, żeby się 

cofał.  -  To  koniec  tej  historii!  Finito!  Rozumiesz?!  Nie 
będziesz już dłużej niszczył mojego życia! A jeśli będę miała 
chociaż  cień  podejrzenia,  że  mnie  śledzisz  albo  że  kazałeś 
mnie śledzić, wytoczę ci proces o molestowanie psychiczne i 
fizyczne!  Już  dawno  powinnam  była  cię  oskarżyć  o 
zniesławienie! Postawić cię przed sądem za te twoje kłamstwa 
i manipulacje! Bóg wie, czemu tego nie zrobiłam! 

Oboje byli już prawie na moście, ale Sorrel wciąż na niego 

napierała,  a  on  się  cofał  z  wyrazem  przerażenia  na  twarzy. 
Pomyślała,  że  pewnie  strasznie  wygląda,  jak  rozczochrana, 
brudna jędza. Ale było jej wszystko jedno. W zacietrzewieniu 
krzyczała na niego w ogóle bez zastanowienia. 

 - Jesteś taki żałosny! Zakłamany, tchórzliwy, ograniczony 

zarozumialec! - Obrzucała go epitetami z pogardą w głosie. - 
Podstępny,  obrzydliwy,  arogancki,  głupi,  zły!  Cały  ten  twój 
majątek i twoje arystokratyczne pochodzenie nie dają ci prawa 
do  znęcania  się  nad  ludźmi!  Ale  ludzie  i  tak  śmieją  się  z 
ciebie, z tych twoich arystokratycznych póz! Tylko że ty tego 

background image

nie dostrzegasz, bo jesteś aż tak zapatrzony w czubek swego 
głupiego  nosa!  Jesteś  małym  człowieczkiem,  który  myśli,  że 
kobiety  powinny  padać  do  jego  stóp  i  być  wdzięczne,  że  je 
zauważył!  Jesteś  małym  człowieczkiem,  który  myśli,  że 
wszystkich  można  kupić!  A  teraz  posłuchaj,  mam  dla  ciebie 
wiadomość - ciągnęła bez tchu, spychając go prosto na drogę. 
- Nicholasie Paignton, gardzę tobą! Zjeżdżaj stąd i więcej się 
do mnie nawet nie zbliżaj! Nigdy! - Odwróciła się i pobiegła 
do domu. 

Biegła,  dopóki  nie  zatrzymała  się  przed  tylną  bramą. 

Zacisnęła  pięści  na  prętach,  jak  gdyby  znalazła  się  w 
więziennej celi. Jak on śmiał? Jak śmiał?! Trzęsła się tak, że 
czuła  się  chora,  łzy  gniewu  napłynęły  jej  do  oczu,  z  trudem 
łapała oddech. To Nick zniszczył ogród. To on wynajął kogoś, 
żeby powyrywał rośliny, zdewastował trawnik... 

Usłyszała za sobą kroki Garde'a i mocniej ścisnęła pręty. 
 - Nie mów nic - zasyczała. - Ani słowa. Nie odezwał się. 
Oparta  czoło  o  bramę,  wzięła  głęboki  oddech  i  spytała 

gorzkim tonem: 

 -  Co  on  ci  naopowiadał?  Tym  swoim  miękkim, 

niepewnym,  chłopięcym  głosikiem,  na  który  wszyscy  się 
nabierają? Że byłam zabawową dziewczyną? Że go okradłam? 
Że  obiecałam  wyjść  za  niego,  a  potem  odrzuciłam  go  w 
obecności jego przyjaciół? Czy że jestem małą dziwką, która... 
Jest godny pogardy 

 -  rzuciła  gniewnie,  uderzając  pięścią  w  metalowe  pręty 

bramy. 

 - Mówił, że podejrzewał, iż jesteś zawodową złodziejką 
 - powiedział łagodnym tonem. 
 -  Wspaniale!  -  krzyknęła  szyderczo.  -  I  założę  się,  że 

zachowywał się nieśmiało, przepraszał, mówił, że bardzo mu 
przykro, że sprawia kłopot, ale uważa, że to jego obowiązek, 
bla, bla, bla. Nienawidzę go! 

background image

 -  Tak,  wyobrażam  sobie,  że  go  nienawidzisz  -  przyznał 

spokojnie. 

 - Mogłabym godzinami opisywać jego perfidię - ciągnęła 

z  zawziętością.  Nie  była  w  stanie  powstrzymać  łez,  które 
płynęły po jej brudnej twarzy. Otarła je wierzchem dłoni. 

 -  Powiedział  również,  iż  dał  się  całkowicie  nabrać  na 

twoją pozorną szczerość i na twoją ciężką pracę - relacjonował 
spokojnie  dalej.  -  Przyznał,  że  jesteś  bardzo  dobrą 
ogrodniczką. 

 - Jak to miło z jego strony - syknęła. 
 -  Mówił  też,  że  flirtowałaś  z  nim,  rozśmieszałaś  go  i 

sugerowałaś,  iż  byłoby  ci  bardzo  przyjemnie  mieć  z  nim 
romans.  Przyznaje,  że  jest  naiwny  i  głupi,  ale  nigdy  nie 
przyszło mu do głowy, że będziesz chciała czegoś więcej niż 
romansu,  a  mianowicie  jego  majątku,  pieniędzy...  Czuł  się 
wręcz szantażowany. 

 -  Ach  tak,  jestem  więc  także  szantażystką?  -  rzekła 

sarkastycznie.  -  Zastanawiam  się,  co  takiego  bym  musiała 
odkryć, żeby móc go szantażować. Powiedz - zwróciła się do 
Garde'a. 

 - Zaprosiłeś go? Znasz go? 
 - Nie. 
 - Więc jak się dowiedział, gdzie jestem? 
 - Pamiętasz, że zrobiono ci zdjęcie? 
 - Jakże mogłabym zapomnieć ten historyczny moment w 

moim życiu? - zadrwiła z gniewem. - A Nick oczywiście czyta 
uważnie każdą lokalną gazetę, z każdego hrabstwa, z każdego 
miasta... 

 -  Najwyraźniej  opublikowano  twoje  zdjęcie  w  jednym  z 

tych plotkarskich pisemek. 

 -  No  tak.  -  W  popłochu  pomyślała,  że  Jen  też  mogła 

natknąć  się  na  to  pismo.  -  Ale  ty  kazałeś  mnie  sprawdzić, 
prawda? Więc mogłeś się z nim spotkać. 

background image

 - Mogłem - zgodził się. - Ale się nie spotkałem. 
 -  A  teraz  pewnie  myślisz,  że  przyjechałam  tutaj,  żeby 

ciebie z kolei szantażować? - zapytała. - Jakie to szczęście, że 
Nick  w  porę  się  zjawił.  Garde,  zostałeś  cudownie  ocalony  - 
rzekła z wyraźną kpiną w głosie. 

 - Sorrel... 
Nagle usłyszeli krzyk. Garde odwrócił się szybko i pobiegł 

w kierunku kuchni, skąd dochodził krzyk Seana. Był to chyba 
krzyk bólu. 

Została przy bramie. Nie miała ochoty się ruszyć, chociaż 

wiedziała, że nie może tak tu stać w nieskończoność. 

 -  Mógł,  ale  się  nie  spotkał  -  szepnęła,  machinalnie 

powtarzając słowa Garde'a. 

Więc  wiedział  o  Nicku  od  początku.  A  może  nie  od 

początku?  Jak  szybko  pracują  detektywi?  Nie  miała  pojęcia. 
Ale  to  już  nieważne.  Nick  zrobił  swoje,  znowu wyrządził  jej 
krzywdę.  Ale  czy  Garde  uwierzył  mu?  Zwykle  wszyscy  mu 
wierzyli, pomyślała gorzko. On i  Garde wyszli przecież z tej 
samej szkoły. Obaj korzystają z przywilejów ludzi majętnych. 
Tacy zawsze lgną do siebie, ufają sobie. Naprawdę nie chciała 
stać  tu  i  czekać  na  Garde'a  po  to  tylko,  żeby  zaczął  ją 
wypytywać.  Gdyby  mu  na  niej  rzeczywiście  zależało, 
przytuliłby ją i pocieszył. 

Puściła  pręty  bramy  i  nie  spiesząc  się,  jak  automat, 

chwiejnie  szła  tam,  gdzie  zaparkowała  swoją  ciężarówkę.  Po 
drodze  zerknęła  przez  okno  w  głąb  kuchni  i  zobaczyła.  że 
drabina stoi jakoś tak niedbale oparta o ścianę, a Garde i Sean 
dźwigają ogromny kredens, wynosząc go przed dom. 

Kluczyki tkwiły w stacyjce. Uruchomiła silnik i odjechała. 

Przez moment zdawało jej się, że słyszy, jak on woła za nią, 
ale  to  chyba  było  złudzenie.  Nie  mogła  niczego  słyszeć 
wyraźnie  przez  warkot  silnika.  Nie  wiedziała,  dokąd  jedzie. 
Nie  obchodziło  jej  to.  Nie  chciała  o  niczym  myśleć,  niczego 

background image

planować, chciała po prostu być sama. Nie troszczyła się o to, 
że  łzy  wyżłobiły  jasne  smugi  na  jej  pokrytej  skorupą  brudu 
twarzy.  Przemierzyła  kilometry  z  zamętem  w  głowie. 
Dlaczego  przedtem nie zaatakowała Nicka? Czemu była taka 
głupia?  Ponieważ  ją  zranił  i  nie  potrafiła  jasno  myśleć?  A 
może  przeważyła  duma?  Powiedziała  sobie, że nie  zależy jej 
na  opinii,  niech  ludzie  wierzą  w  to,  co  chcą,  więc  dlaczego 
teraz  zareagowała  inaczej?  Z  powodu  Garde'a?  Tak.  Ten 
związek liczył się dla niej. Zakochała się w nim. 

Gorzko się śmiejąc, zjechała na pobocze, wyłączyła silnik 

i położyła głowę na kierownicy. 

Naprawdę zakochana? - zapytałby, gdyby mu to wyznała, 

ale nie wyzna, bo to, co ich łączy, to tylko romans, przelotny 
związek...  bez  zobowiązań...  Nie  chciała  ani  małżeństwa,  ani 
dzieci... Kłamczucha, kłamczucha, kłamczucha, skarciła się w 
duchu. Wmawiasz to sobie, Sorrel. Właśnie, że chcesz, bo go 
kochasz i to bardzo. 

Pragnęła,  by  odwzajemnił  jej  miłość.  Ukrywała  prawdę, 

była ostrożna, bo on chciał tylko romansu. 

Zaciskając  powieki,  próbowała  powstrzymać  płynące  łzy. 

Podskoczyła, kiedy zadzwoniła komórka. 

 -  Sorrel?  Tu  Jen.  -  Głos  siostry  był  pełen  wigoru, 

podekscytowany.  -  Nie  wspominałaś  mi, że ten Garde  jest  aż 
taki przystojny. Nic dziwnego, że się nim zainteresowałaś. 

 - O czym ty mówisz? - wymamrotała zmieszana Sorrel. 
 - O twoim pracodawcy. Dobrze się czujesz? - spytała Jen. 
 - Masz taki dziwny głos... 
 -  Wszystko  w  porządku  -  rzuciła  Sorrel  lekko.  -  Tylko 

naprawdę nie wiem, o czym ty mówisz. 

Czyżby Garde cały czas działał za jej plecami, spotykał się 

nie  tylko  z  Nickiem,  ale  także  z  jej  siostrą?  -  myślała 
gorączkowo. 

background image

 - Mówię o panu Chevenay!  -  powtórzyła Jen. - Wyobraź 

sobie,  że  wpadł  mi  w  ręce  artykuł  o  nim,  zamieszczony  w 
jednym  z  tych  drogich  plotkarskich  pism  ilustrowanych. 
Wiesz, że zawsze kupuję takie pisma. Jesteś tam jeszcze? 

 - Tak. 
 - Przeczytałam więc i nie wiesz nawet, jak mi ulżyło! - z 

triumfem oznajmiła Jen. 

 - Ulżyło? - powtórzyła słabo Sorrel. 
 -  Tak!  Nie  ma  mowy,  żeby  ktoś  taki  zainteresował  się 

tobą.  Muszę  przyznać,  że  się  martwiłam,  ale  kiedy 
zobaczyłam na zdjęciu, jak on się prezentuje, i przeczytałam, z 
jakimi  kobietami  się  zadaje,  to  natychmiast  przestałam  się 
martwić! Czy wiesz, że on spotykał się z Vereną McCoist, tą 
sławną top modelką? Najwyraźniej są parą. Albo byli. Sorrel, 
on  jest  multimilionerem!  -  wykrzyknęła,  mocno  akcentując 
ostatnie słowo. 

 - Tak, wiem. 
 - Oszałamiająco przystojny, prawda? 
 - Tak. 
 -  A  ten  jego  uśmiech!  Więc  pomyślałam  -  ciągnęła 

uszczęśliwiona Jen - że nie może być żadnych kłopotów. Tacy 
mężczyźni po prostu nigdy nie spotykają się z ogrodniczkami. 

 -  Nie  spotykają  się  -  przytaknęła  Sorrel  i  od  razu  z 

goryczą pomyślała: Ale po cichu z nimi romansują. 

 - Jaki on jest? 
 - Miły - określiła Sorrel niezbyt trafnie. 
 -  Cóż,  możemy  mieć  jedynie  nadzieję,  że  będzie  hojny. 

Czy już ci zapłacił? 

 - Nie, jeszcze nie. 
 - Sorrel! Mówiłam ci. Pieniądze z góry. 
 - Tak, mówiłaś. 
 - Na pewno dobrze się czujesz? - spytała Jen z troską po 

krótkiej pauzie. - Masz ciągle taki dziwny głos. 

background image

 -  To  chyba  wina  niezbyt  dobrego  połączenia  -  szybko 

zmyśliła Sorrel. - Słuchaj, muszę już jechać. Właśnie siedzę w 
ciężarówce. 

 - Och, nie wiedziałam. No, to zadzwoń do mnie później, 

dobrze? 

 - Dobrze, zadzwonię. - Sorrel odłożyła komórkę i pustym 

wzrokiem gapiła się na drogę. 

Co  Jen  mówiła?  Że  tacy  mężczyźni  jak  on...  Ale  Garde 

przecież  nie  zaliczał  się  do  „takich  mężczyzn".  Może  się 
jednak zmieni, po tym, jak okazała się jędzą. Prawdopodobnie 
nie  był  przyzwyczajony,  że  jego  kobiety  zachowują  się  jak 
przekupki. Bawiła go przez chwilę, bo była inna niż kobiety, 
które znał. Ale, jak powiedziała Jen, tacy mężczyźni nie wiążą 
się z dziewczynami takimi jak ona. 

Nick  jednak  chciał  się  z  nią  ożenić...  No  tak,  ale  Nick  to 

śmieć. 

Jeśli  nawet  jakimś  cudem  Garde  nie  miałby  jej  za  złe,  że 

zachowała się jak przekupka, i uwierzyłby jej, a nie Nickowi, 
to  i  tak  przecież  jej  nie  kochał.  Chciał  mieć  tylko  przelotny 
romansik i miał go. Gdyby go obchodziła, gdyby jej wierzył, 
przytuliłby ją i powiedział, że wszystko jest w porządku, a nie 
recytowałby  spokojnie  tego,  co  mówił  mu  Nick,  tym  swoim 
rzeczowym  tonem,  jak  gdyby  zresztą  już  to  wszystko  i  tak 
wiedział. 

Zastanawiała  się,  kiedy  otrzymał  raport  o  niej.  Zanim  jej 

opowiedział  o  sobie?  Prawdopodobnie  przed  czułościami  w 
zaroślach.  Pocałował  ją  jednak,  nim  odkrył,  że  może  jej 
zaufać? 

Nie  powinna  była  uciekać,  powinna  raczej  poczekać,  aż 

zakończy  się  jego  interwencja  w  kuchni,  a  potem 
porozmawiać  z  nim  i  dowiedzieć  się  wszystkiego,  tak  czy 
inaczej.  Na  samą  myśl  o  tym  poczuła  się  niedobrze,  ale 

background image

przecież musiała wrócić. Chociażby tylko po pieniądze, które 
był jej winny. 

Zawróciła  i  pojechała  z  powrotem  tą  samą  drogą,  albo 

przynajmniej wydawało się jej, że tą samą. Zabrało jej to dwie 
godziny.  Okazało  się,  że  Garde  wyjechał.  Sean  nie  wiedział, 
dokąd. 

 - Dobrze się czujesz? - spytał po prostu. , 
 -  Ja?  Tak  -  odparła  obojętnie.  -  A  ty?  -  Wreszcie 

przypomniała  sobie,  że  wypadało  zapytać.  -  Przepraszam,  że 
nie zaczekałam, żeby zobaczyć, co ci się stało. Byłam... 

 - .. .zdenerwowana - dokończył za nią i lekko zakłopotany 

dodał: - Słyszałem tę kłótnię przed domem. 

 - Trudno było nie słyszeć, wyobrażam sobie - powiedziała 

z goryczą. - Cóż, jeśli Garde wróci, powiedz mu, że jestem w 
hotelu... - Nie, postanowiła nagle. Zostanie tutaj. Skończy, co 
rozpoczęła.  Tym  razem  nie  zamierza  uciekać.  Jeśli  on  chce, 
żeby  sobie  poszła,  będzie  musiał  jej  to  powiedzieć.  -  Nie. 
Zmieniłam zdanie. Będę tutaj - zakończyła spokojnie. 

 -  Dobrze,  ale  powinnaś,  hm,  umyć  najpierw  twarz. 

Odruchowo  dotknęła  czoła,  uśmiechnęła  się  słabo  i  poszła 
opłukać twarz pod kranem. 

Głupio robisz, mówiła sobie, skręcając za dom. Mogłabyś 

równie  dobrze  zostawić  ogród  w  obecnym  stanie.  To  już 
koniec  z  pracą  i  koniec  z  romansem,  Sorrel,  przekonywała 
siebie.  No  tak,  a  jeżeli  wróci  do  hotelu,  a  on  nie  przyjedzie, 
będzie  musiała  przecież  i  tak  tu  się  zjawić  po  swoje 
honorarium.  Więc  równie  dobrze  może  jeszcze  trochę 
popracować, czekając na niego. 

Oczy  Sorrel  wypełniły  się  łzami.  Otarła  je  niecierpliwie. 

Płacz nic tu nie pomoże. Patrzyła pustym wzrokiem na smugi 
piasku,  które  rozwiał  wiatr.  Czuła,  że  ogarnia  ją  rozpacz,  a 
przecież jeszcze wczoraj była taka szczęśliwa. Wydawało się, 
że tak dawno przyjechała do tego opactwa, a to zaledwie kilka 

background image

tygodni  temu...  Były  to  tygodnie  szczęścia,  ciężkiej  pracy, 
radości, kochania. Westchnęła. Uznała, że najlepiej będzie od 
razu  zająć  się  ogrodem  i  czekać,  co  Garde  jej  powie. 
Postanowiła, że zacznie od ścieżek. 

Wróciła  do  składziku,  skąd  wyciągnęła  ciężki  worek 

mieszanki  piasku  z  cementem  i  zaciągnęła  go  do  ogrodu  za 
domem,  gdzie  piętrzył  się  stos  porządnie  ułożonych  kostek 
brukowych,  które  zamierzała  położyć.  Wzięła  scyzoryk  i  już 
chciała  rozciąć  opakowanie,  kiedy  usłyszała  samochód 
Garde'a i znieruchomiała. Jego kroki zaskrzypiały na żwirze, a 
po  chwili  dobiegły  ją  ciche  głosy.  Rozmawiał  z  Seanem. 
Powinna była pojechać do hotelu i zobaczyć się z nim dopiero 
jutro  rano,  kiedy  już  uspokoi  się  i  opanuje.  No,  ale  nie 
odjechała stąd, więc musi teraz stanąć z nim twarzą w twarz. 
Wzięła głęboki oddech i odwróciła się, słysząc jego kroki. 

Wyglądał  na  bardzo  zmęczonego,  chciała  podbiec  do 

niego i przytulić się mocno, ale opanowała się. Nie wolno jej 
okazywać swoich uczuć, szczególnie teraz, kiedy uświadomiła 
sobie, jak bardzo go kocha. 

 -  To  na  mnie?  -  zapytał  spokojnie.  Gestem  wskazał 

śmiercionośną broń w jej ręce. 

Zmieszana,  schowała  ostrze  i  wsadziła  scyzoryk  do 

kieszeni. 

 - Wróciłam - oświadczyła lekko wyzywającym tonem. 
 Właśnie widzę - przyznał spokojnie. - Dobrze się czujesz? 
 - Tak. - skłamała, bo przecież wcale nie czuła się dobrze. 

- Nie wiem, czy jeszcze mam pracę - dodała prowokująco. 

 - Ja też nie. Dokąd pojechałaś? - spytał. 
 -  Donikąd.  -  Uciekła  wzrokiem  w  bok.  -  Po  prostu 

jechałam jakiś czas przed siebie, a potem zawróciłam. 

 - Czy ty i Nick...? 
 -  Nie!  -  zaprzeczyła  zaszokowana.  -  Urządzałam  mu 

ogród. - Tak jak tobie, pomyślała. - Również mi nie zapłacił. 

background image

 - Jak to... również? Myślisz, że ja ci nie zapłacę? 
 - Nie wiem, nie wiem, nie wiem! - powtórzyła trzy razy i 

z rozpaczą w głosie dodała: - Ja już nic nie wiem! Pracowałam 
dla niego i  to wszystko. Za  każdym razem, kiedy kończyłam 
pracę  i  prosiłam  o  pieniądze,  wynajdywał  mi  jeszcze  coś  do 
zrobienia.  Mówił,  że  zapłaci  mi  po  zakończeniu  wszystkich 
prac  i  da  mi  jeszcze  premię.  Dlaczego,  na  miłość  boską, 
przyszło mu do głowy, by ożenić się ze mną? 

 - Myślał, że jesteś głupia. Jego błąd. 
 - Dlaczego żadna  nie chce  za niego wyjść? To znaczy ja 

wiem, że on ma... 

 - Złośliwy charakter? 
 - Tak - szepnęła. 
 -  Jest  nie  tylko  złośliwy,  mściwy,  ale  przede  wszystkim 

głupi - dodał lekceważąco. 

 - Co mu powiedziałeś? Jeśli go nie znałeś... 
 - Nie znałem. To on napisał do mnie... 
 - Ale przecież ty nie odpowiadasz na listy, których się nie 

spodziewasz... więc? 

 -  Więc  nie  odpowiedziałem  na  jego  list.  Kiedy  się 

zorientował,  że  nie  otrzyma  odpowiedzi,  przyjechał. 
Poprosiłem go, żeby się wyniósł. 

 - Uprzejmie? 
 -  Nie,  niezbyt  uprzejmie.  -  Uśmiechnął  się,  ale  w  jego 

oczach  widziała  zmęczenie.  Wyciągnął  do  niej  rękę  i  czekał, 
aż  poda  mu  swoją  dłoń.  -  Chodź.  Musimy  porozmawiać,  a 
wolałbym nie mieć słuchaczy. 

Pomyślała,  że  pewnie  chodziło  mu  o  Seana,  który  już 

dosyć  dzisiaj  widział  i  słyszał.  Garde  pociągnął  ją  do 
bocznych drzwi i zamknął je pieczołowicie za sobą. 

 -  Idziemy  do  mojego  gabinetu  albo  do  sypialni.  Zależy, 

jaka będzie rozmowa. 

 - Oficjalna czy nieoficjalna? 

background image

 - Tak. 
 - Jen znalazła jakieś pismo z twoją fotografią i tej znanej 

modelki i powiedziała mi... 

 - Jen powinna pilnować własnych interesów - przerwał jej 

i zapytał: - Jaką chcesz rozmowę? 

 - A ty? 
 - Chodźmy do sypialni. Poszła za nim po schodach. 
 - Siadaj - polecił. 
Usiadła posłusznie na brzegu łóżka, spuściła wzrok, a ręce 

splotła na podołku. 

 -  Damy  mają  pierwszeństwo.  Mów  -  powiedział  cicho. 

Nie  wyglądał  na  rozbawionego,  raczej  na  wyczerpanego 
psychicznie i fizycznie. 

Podniosła  wzrok,  spojrzała  na  niego  i  odkryła,  że  ma  w 

głowie pustkę. Była kłębkiem nerwów. 

 -  Nie  wiem,  co  powiedzieć.  Nie  wiem,  od  czego  zacząć. 

Przyjmiesz  przeprosiny  za  moje  histeryczne  zachowanie? 
Dobrze, że żaden reporter tego nie widział ani nie słyszał... 

 - Przestań - skarcił ją spokojnie. 
 - Przepraszam. Wpadłam w straszny gniew. Te wszystkie 

miesiące bez pracy... i to tylko z jego powodu! Te wszystkie 
pieniądze,  które  jest  mi  winien...  Kazał  mnie  aresztować, 
mówiłam ci o tym? Kiedy powiedziałam mu, że nie wyjdę za 
niego,  nie  chciał  mi  zapłacić.  Zagroziłam,  że  podam  go  do 
sądu, a wtedy on kazał mnie aresztować. Powiedział policji, że 
ukradłam pieniądze z jego domu. Wprawdzie wycofał skargę, 
zanim nadano bieg sprawie, ale już i tak nikt mi nie wierzył! 

 - Uwierzą ci teraz - oświadczył ponuro. 
 - Dlaczego tak myślisz? 
 -  Zobaczysz.  Teraz  ci  uwierzą  -  powtórzył.  -  Publiczne 

przeprosiny będą wydrukowane w londyńskich gazetach i ten 
pan  odda  ci  pieniądze,  które  jest  winny.  Teraz  mam  już 

background image

absolutną  pewność,  że  to  on  zorganizował  ten  sabotaż  w 
ogrodzie, żeby cię znowu nękać. 

 - Ale jak możesz zmusić go, żeby mi zapłacił? 
 - Mogę. 
Wierzyła mu całkowicie, ale czy on zaczął jej ufać? 
 -  Doprawdy  nie  wiem,  co  o  tym  wszystkim  myśleć.  Nie 

jestem pewna, czy mi ufasz. 

 - Wiem. To moja wina. Długo nie mogłem się zdobyć na 

zaufanie  do  ciebie.  Jednak  bardzo  chciałem  ci  ufać  i  dlatego 
kazałem  cię  sprawdzić.  Musiałem  rozwiać  wszystkie  swoje 
wątpliwości.  Na  początku  podejrzewałem,  że  pracujesz  dla 
prasy.  -  Spojrzał  na  jej  smutną  twarz.  -  Przepraszam  -  dodał 
łagodnym głosem. 

 -  To  zrozumiałe.  -  Wstała  i  podeszła  do  okna.  -  Jesteś 

bogatym  człowiekiem.  Pocałowałeś  mnie  dopiero  wtedy, 
kiedy już dostałeś raport detektywa, prawda? 

 - Tak. 
 - A chciałeś mnie pocałować przedtem? 
 - Tak. 
 -  I  raport  donosił,  że  nie  popełniłam  niczego,  o  co 

oskarżał mnie Nick? - Oparła się o parapet i patrzyła w dół na 
swoje krzewy. 

 - Uhm. 
 - I uwierzyłeś temu detektywowi? 
Nie odpowiedział od razu, więc odwróciła się, by na niego 

spojrzeć. 

 -  Chciałem  uwierzyć.  Ale  końcowy  raport  dostałem 

dopiero dzisiaj. Zatrudniony przeze mnie detektyw rozmawiał 
z  różnymi  ludźmi,  którzy  znali  Nicka  i  wyciągnął  własne 
wnioski. Nie uważał, że jesteś winna. Ja też nie. 

 - Dlaczego? 
 -  Przypuszczam,  że  głównie  dlatego,  że  nie  chciałem, 

żebyś była winna - uśmiechnął się ironicznie. 

background image

 -  Przed  przyjazdem  Nicka  byłeś  zupełnie  inny,  taki 

szczęśliwy...  A  potem  przyjechał  Nick  i...  Naprawdę  mu  nie 
uwierzyłeś?  -  Teraz  ona,  dla  odmiany,  trwała  przy  swoich 
wątpliwościach. 

 - Nie. 
 - Ani przez moment? 
 - Dzisiaj nie - rzekł po chwili wahania. 
 - A przedtem? Wtedy, kiedy miałeś już pierwszy raport? 
 -  Nie  uwierzyłem,  ale  ciągle  nie  mogłem  się  wyzbyć 

pewnych  wątpliwości.  Chodzi  o  to...  No,  obawiałem  się,  że 
jednak  mogłabyś  polować  na  moje  pieniądze  -  w  końcu 
przyznał uczciwie. - A czy ty od samego początku miałaś we 
wszystkim do mnie zaufanie? 

 -  Nie.  Jen  wmawia  mi,  że  często  mam  błędne  sądy  o 

ludziach  i  możliwe,  że  tak  jest.  Jednak  nie  chcę  być 
podejrzliwa  w  stosunku  do  ludzi,  nie  chcę  nieufnie  czekać  i 
ciągle  spodziewać  się,  że  na  pewno  zmienią  się  na  gorsze, 
pokazując  nową  twarz,  która  mnie  rozczaruje...  Nie  chcę  być 
taka. 

 -  Tak,  to  nie  jest  przyjemne  -  zgodził  się.  -  I  naprawdę 

pomyślałaś, że ci nie zapłacę? 

Pokręciła głową. 
 - Nie, w każdym razie do dzisiaj nie podejrzewałam cię o 

to.  Dopiero  po  wizycie  Nicka.  Posłuchaj...  -  Chciała 
koniecznie zmienić temat i zadać mu pytanie, które nurtowało 
ją  od  czasu  ostatniej  rozmowy  telefonicznej  z  Jen.  -  Czy  ty 
naprawdę jesteś sławny? 

 -  Nie...  tak,  przypuszczam,  że  tak.  Sporo  mnie 

fotografowali.  Dość  szybko  zarobiłem  dużo  pieniędzy,  więc 
zapraszano  mnie  tu  i  tam,  właściwie  wszędzie...  Ale  ten  styl 
życia szybko mi się znudził... 

 - Jaka ona była? - spytała lekko, zbyt lekko. 
 - Kto? 

background image

 - Ta modelka. Serena jakaś tam... 
 -  Verena  -  poprawił.  -  Była  bardzo  miła,  ale  nie 

zostaliśmy kochankami, jeśli o to pytasz. Nie lubię kochać się 
w  pełnym  blasku  jupiterów,  a  nasz  związek  wzbudzał  zbyt 
duże zainteresowanie mediów. 

 - Okłamałeś mnie, prawda? 
 - Czyżby? Kiedy? - spytał delikatnie, ciągle nie chcąc jej 

urazić. 

 - Kiedy tłumaczyłeś mi, dlaczego byłeś w złym humorze 

tamtego pierwszego  dnia, gdy się  spotkaliśmy. To  nie  było z 
powodu pani Davies ani wycieczkowiczów, prawda? 

 -  Nie  -  uśmiechnął  się.  -  Dziennikarze  właśnie  odkryli 

coś, co chciałem przed nimi ukryć. 

Czekała.  Zrozumiał,  że  tym  razem  się  nie  wyłga.  Musi 

powiedzieć prawdę. 

 -  Dałem  trochę  pieniędzy  na  cele  dobroczynne,  to 

wszystko. 

 - Dużo pieniędzy - domyśliła się. 
 - Co chcesz jeszcze o mnie wiedzieć? Nigdy nie pytałaś o 

moich  rodziców.  No  cóż,  mój  ojciec  zmarł  we  śnie  kilka  lat 
temu, a matka przy moim urodzeniu. Ciągle się gniewasz? 

 - Nigdy nie gniewałam się na ciebie. 
 - Nawet wtedy, gdy czułaś, że ci nie ufam? 
 - Nie, bo ja też ci nie ufałam. Co teraz będzie? 
 - Teraz będziemy żyć przyzwoicie. 
 - Co to znaczy? - spytała zaskoczona. 
 -  Dzieląc  się  wszystkim,  troszcząc  się  o  siebie,  ufając 

sobie.  A  tak  na  wszelki  wypadek  -  dodał  ironicznie  -  gdybyś 
tego nie zauważyła, to chcę ci powiedzieć, że zakochałem się 
w tobie. 

 - Ty... zakochałeś się we mnie? - Nie mogła uwierzyć. 
 - Kiedy? 

background image

 - Nie wiem. - Roześmiał się krótko i dalej mówił rwącym 

się  ze  wzruszenia  głosem.  -  Wiem  tylko,  że  nienawidziłem 
siebie za to, że ci nie ufałem. Jeździłem po całej okolicy, żeby 
cię odszukać. Odchodziłem od zmysłów ze zmartwienia... 

 - Naprawdę? - Sorrel zdumiała się. - Pojechałeś, aby mnie 

szukać? 

 -  Słyszałem,  jak  odjeżdżasz,  i  wtedy  upuściłem  kredens 

na  podłogę  i  wybiegłem  z  kuchni,  żeby  cię  dogonić  i 
zatrzymać,  ale  nim  wyprowadziłem  wóz  z  garażu,  byłaś  już 
daleko.  -  Zamilkł  na  chwilę,  westchnął  głęboko  i  zapytał, 
patrząc jej w oczy: 

 - Sorrel, czy nie chcesz mojej miłości? 
 -  Nie...  Tak...  Och,  nie  wiem!  -  jęknęła.  Tak,  chciała, 

bardzo chciała, ale... - Ale ty jesteś taki sławny! 

 -  A  ty  ciągle  nie  wiesz,  dlaczego  każdy  chce  się  z  tobą 

ożenić, prawda? 

 - Każdy? Myślisz o Nicku? Och, nie. Ożenić? Ty ze mną? 
 - spytała łamiącym się głosem. 
 - Tak, tego właśnie pragnę. 
 - Ale dlaczego? 
 - Może przyjemnie jest mieć ciebie przy sobie? 
 -  Cóż,  to  naprawdę  dobry  powód.  Jednak  ja  nadal  nie 

wiem, czy chcę, żeby ktoś się ze mną ożenił. 

 - Ale ja wiem i mam nadzieję, że cię przekonam. Patrzyła 

na  niego,  ciągle  strapiona  i  zdziwiona.  Nie  wiedziała,  co 
powiedzieć. 

 - Niedawno skończyłem trzydzieści siedem lat - odezwał 

się po chwili kłopotliwego milczenia. 

 - Co to ma do rzeczy? 
 - Chcę mieć rodzinę. 
 - Pomyśl o adopcji. - Odwróciła się do okna. 
 - Chcesz mieć moje dzieci, Sorrel? 
 - Nie - zaprzeczyła słabym głosem. 

background image

Jego  dzieci?  -  myślała  w  popłochu.  Co  on  sobie 

wyobraża?  Przecież  dopiero  co się  poznali.  Ich  romans  trwał 
tak krótko. Zaledwie kilka tygodni. Uderzyła ręką w parapet i 
z oburzeniem w głosie powiedziała: 

 -  Nie  dałam  ci  żadnego  powodu,  byś  myślał,  że  chcę 

małżeństwa.  Nigdy,  przenigdy  nie  mówiłam,  że  się  czegoś 
takiego spodziewam. 

 - To prawda. 
 - Więc dlaczego? 
 - Nie lubisz mnie, Sorrel? 
 - Wiesz dobrze, że cię lubię! 
 - Więc wyjdź za mnie. 
 - Nie. 
 - Okrutna kobieta, całkiem bez serca - zakpił łagodnie. - I 

to  akurat,  kiedy  wreszcie  znalazłem  kogoś,  kto  nacierałby 
oliwą moje biedne plecy, ten ktoś mnie nie chce. 

 -  Przecież  nie  kochasz  mnie  tak  naprawdę  -  wyszeptała. 

Podszedł  do  niej,  odwrócił  ją  do  siebie.  Ujmując  jej 
podbródek, spojrzał w piękne oczy Sorrel. 

 - Właśnie ci powiedziałem, że cię kocham. 
 - Ale... - Spuściła wzrok i zobaczyła, że ręce ma pokryte 

cementowym pyłem. Schowała je szybko za siebie. 

 - A nie sądzisz, że mogłabyś mnie pokochać? 
Nie odpowiedziała, wciąż odwracając od niego wzrok. 
 -  Czy  to  moje  pieniądze  cię  odstraszają?  -  spytał 

delikatnie. 

 -  Pieniądze  mi  nie  imponują.  -  Pokręciła  głową.  - 

Prawdopodobnie  dlatego,  że  nigdy  ich  nie  miałam.  Więc  nie 
posługuj się nimi jako argumentem. 

 -  Nie  będę  -  zgodził  się.  -  Ale  rozpacz  zmusza  do 

szukania  rozpaczliwych  środków.  A  co  byś  powiedziała, 
gdybym rozdał wszystkie swoje pieniądze? 

background image

 -  Nie  bądź  śmiesz...  -  Spojrzała  na  niego  i  przerwała,  bo 

zobaczyła  wyraz  jego  oczu.  Były  pełne  miłości.  Poczuła  łzy 
zbierające  się  pod  powiekami.  -  Jak  możesz  być  pewny,  że 
mnie kochasz? 

 - Jestem pewny - odparł miękko. - Wiem, że oddałbym za 

ciebie życie, wiem, że mi się podobasz, że mnie bawisz. Jedno 
spojrzenie na ciebie, a już się uśmiecham. Przy tobie czuję się 
opiekuńczy i dumny... - Delikatnie odgarniając niesforne loki, 
ujął  jej  twarz  w  dłonie.  -  Czekałem  bardzo  długo,  żeby  cię 
spotkać,  a  potem  nie  umiałem  od  razu  ci  zaufać,  a  to  boli, 
Sorrel,  naprawdę  boli,  bo  tak  bardzo  chciałem  kogoś 
pokochać.  Dzielić  z  tym  kimś  wszystko,  należeć  do  kogoś. 
Mieć  dzieci,  normalne  życie.  Kiedy  dziś  pojechałem  cię 
szukać i nie mogłem cię znaleźć, kiedy nikt, kogo pytałem, nie 
widział  twojej  wysłużonej  ciężarówki,  zamartwiałem  się  o 
ciebie. I wtedy zrozumiałem, jak bardzo jesteś dla mnie ważna 
i że nie chcę cię stracić. Bałem się, że mogłaś mieć wypadek. 
Byłaś taka wzburzona... 

 -  I  brudna  -  weszła  mu  w  słowo,  chcąc  chociaż  trochę 

rozładować napięcie, z jakim słuchała jego wyznań. 

 -  I  brudna  -  zgodził  się  z  lekkim  uśmiechem.  -  Bardzo 

brudna,  ale  lubię  cię  taką.  Czasami,  kiedy  patrzyłem  przez 
okno,  jak  pracujesz,  chciałem  zejść  do  ciebie,  objąć  cię  i 
mocno  przytulić.  Z  włosami  rozczochranymi,  spocona  i 
umorusana, zawsze wyglądałaś na zadowoloną, szczęśliwą jak 
dziecko.  Nie  wiem,  dlaczego  cię  kocham,  tak  naprawdę,  to 
chyba  nawet  nie  wiem,  czym  jest  miłość,  wiem  tylko,  że  nie 
chcę cię stracić, że dajesz mi poczucie spełnienia. 

 - Przynależności - rzekła miękko. 
 - Tak. To też. 
Zamknęła oczy i stała tak, z głową opartą o jego pierś. 
 -  Nie  znamy  się  zbyt  długo.  A  małżeństwo  to  bardzo 

poważny krok. 

background image

 - Nie musimy od razu mieć dzieci, jeśli to cię przeraża. - 

Gładził jej twarz. - Nigdy nie spotkałem kogoś takiego jak ty i 
wątpię,  czy  kiedykolwiek  spotkam  taką  drugą  dzielną  i 
wspaniałą  dziewczynę.  Chcę  jak  najszybciej  przedstawić  cię 
wszystkim moim przyjaciołom. 

 -  Więc  ty  jednak  masz  przyjaciół?  Już  się  zaczęłam 

zastanawiać,  czy  ich  masz,  bo  przecież  nie  odpowiadałeś  na 
żadne telefony - szepnęła cicho, patrząc mu w oczy. 

 -  Nie  odpowiadałem  tylko  wtedy,  kiedy  byłem  w  twoim 

towarzystwie. Nie wiedziałem, kim jesteś, więc nie chciałem, 
żebyś  cokolwiek  słyszała.  A  poza  tym  wielu  z  moich 
przyjaciół  opuściło  mnie,  kiedy  zaszyłem  się  na  wsi.  Uznali, 
że nie trzeba mi przeszkadzać w mojej wiejskiej samotni. 

 -  Pewnie  czekają  na  twój  powrót.  A  co  będziesz  robił, 

kiedy porzucisz wieś? 

 - Nie wiem. Może to być całkiem zabawna niespodzianka, 

odkryć,  co  będę  robił.  Ty  możesz  nadal  projektować  swoje 
ogrody.  Całkiem  nieźle  potrafisz  lekceważyć  reporterów, 
prawda?  Nie  twierdzę,  że  twój  styl  życia  się  nie  zmieni,  ale 
chyba  nie  będziesz  mnie  ciągnęła  na  przyjęcia,  kolacje, 
zakupy, prawda? 

 - Nie będę. Nie lubisz takich rzeczy? 
 - Nie. Kiedy w końcu znowu zacznę pracować, na pewno 

znajdę sobie coś sensownego do roboty, ale przede wszystkim 
chcę  wracać  wieczorem  do  domu  i  wiedzieć,  że  ty  tam 
będziesz, żeby poflirtować ze mną, rozśmieszyć mnie, a także 
uczyć, jak na wszystko patrzeć z dystansem. Czy to dla ciebie 
nudna perspektywa? Ten mój męski szowinizm? 

Pokręciła przecząco głową. 
Objął ją, a ona zarzuciła mu ręce na szyję. 
 -  Pamiętaj,  że  nigdy  nie  pozwolę  ci  odejść,  Sorrel  - 

ostrzegł. 

background image

 - O, tak - rzekła wzruszonym głosem. - Nigdy nie pozwól 

mi odejść. 

background image

EPILOG 
Ślub wzięli we wrześniu. 
Sorrel  ostatnią  noc  jako  panna  James  spędziła  w  swoim 

małym hoteliku, gdzie poprzedniego dnia zatrzymała się także 
jej  siostra  z  mężem  i  małym  Marcusem.  Giles  miał  ją 
prowadzić  do  ołtarza,  a  dla  jej  siostrzeńca  przeznaczono  w 
ceremonii ślubnej rolę pazia. 

Od  kilku  minut  wszyscy  byli  już  gotowi  i  czekali  w 

pokoju hotelowym Sorrel na samochód. 

 -  Zdenerwowana?  -  szepnęła  Jen,  poprawiając  jej  welon 

co najmniej już piąty raz. 

 -  Nie  -  odrzekła  cicho  Sorrel,  biorąc  do  ręki  bukiet  róż, 

ściętych w ogrodzie opactwa zaledwie pół godziny wcześniej. 

 - A ja, niestety, ciągle się denerwuję - wyznała Jen. 
 -  Widzę,  ale  zupełnie  niepotrzebnie  -  powiedziała  z 

uśmiechem Sorrel. 

 -  Nie  mogę  uwierzyć,  że  wychodzisz  za  mąż  za  kogoś 

tak... - Tak wyjątkowego? 

 -  Tak  bogatego  -  poprawiła  Jen.  -  On  jest  stanowczo  za 

bogaty... jak na twojego męża. 

 -  Jego  majątek  naprawdę  nie  ma  dla  mnie  znaczenia. 

Owszem,  przyjemnie  jest  mieć  pieniądze  i  nie  mieć  żadnych 
trosk  materialnych,  ale...  -  Sorrel  na  moment  zawiesiła  głos  i 
uśmiechnęła się do Jen - ale nie to się liczy w miłości. 

 - Nie - zgodziła się Jen. - Wiem, że żyłabyś z nim nawet 

na bezludnej wyspie, bez żadnego komfortu, gdyby tylko cię o 
to poprosił, prawda? Czemu się tak uśmiechasz? 

 -  Och,  do  moich  wspomnień...  te  ostatnie  tygodnie  były 

takie  wspaniałe!  -  Wszystko  się  zmieniło  od  tamtego  dnia, 
kiedy w opactwie zjawił się Nick, by ją oczernić, oszkalować 
w oczach Garde'a. Ale on już wtedy ją kochał i zmusił Nicka, 
aby zwrócił jej dobre imię. 

 - Kocham cię, siostrzyczko - odezwała się Jen. 

background image

 - Wiem. - Wzruszenie ścisnęło gardło Sorrel. - Ja też cię 

kocham. 

 -  Wiesz,  chyba  jestem  nawet  troszeczkę  zazdrosna  o 

ciebie.  Powiedz,  czy  to  nie  głupie?  Od  śmierci  mamy  i  taty 
czułam  coś  w  rodzaju  przymusu,  żeby  się  tobą  opiekować, 
mimo że jesteś moją starszą siostrą. A teraz... - Jen zabawnie 
pociągnęła nosem i spróbowała uśmiechnąć się. - Nie zwracaj 
na  mnie  uwagi.  Jestem  po  prostu  zbyt  uczuciowa.  Mam 
nadzieję,  że  się  nie  rozbeczę  na  twoim  ślubie.  Przecież 
powinnam się cieszyć, a nie płakać. 

 - Są  już  samochody  -  oznajmił Giles. Wszedł do pokoju, 

niosąc na  ręku  synka. Uśmiechnął się  do żony, a  następnie z 
zachwytem  popatrzył  na  szwagierkę.  -  Sorrel,  wyglądasz 
ślicznie,  co  prawda  trochę  jak  bocian,  ale  naprawdę  ślicznie. 
Ten twój Garde jest szczęściarzem. 

 - Dzięki. 
 -  Chyba  powinnaś  wiedzieć,  że  na  dole  czeka  sporo 

dziennikarzy. 

 - O, chole... 
 -  Nic  nie  mów!  -  ostrzegł  ją  szybko,  patrząc  wymownie 

na  synka.  -  Dzieci  wszystko  słyszą  i  powtarzają...  -  Oddał 
Marcusa żonie. Poczekał, aż Jen wyjdzie z małym z pokoju i 
szarmancko  podał  ramie  Sorrel.  -  Dziękuje,  że  mnie  o  to 
poprosiłaś - szepnął. - To dla mnie wielki zaszczyt. 

 -  A  ja  dziękuję,  że  się  zgodziłeś.  Jesteście  dla  mnie 

wszyscy  tacy  dobrzy.  -  Nagle  zebrało  jej  się  na  płacz.  Jen, 
Giles i mały Marcus, to przecież była cała jej rodzina, jedyna 
zresztą,  jaką  miała.  I  oni  naprawdę  bardzo  ją  kochali, 
troszczyli  się  o  nią  i  pomagali  jej  w  trudnych  chwilach.  A 
teraz  oddają  ją  jakiemuś  obcemu  mężczyźnie,  o  którym 
wiedzą  tylko  tyle,  że  jest  ogromnie  bogaty.  No  cóż,  już 
niedługo  będą  mieli  okazję  poznać  go  bliżej  i  na  pewno  go 
polubią, pomyślała z typowym dla niej optymizmem i już nie 

background image

chciało się jej płakać. Uśmiechnęła się do Gilesa i wyszeptała: 
- Bardzo, bardzo wam dziękuję. 

 -  Zawsze  się  bałem  -  wyznał  Giles,  ostrożnie  prowadząc 

ją po frontowych schodach - że nie będzie mi się podobał twój 
wybranek.  Ale  na  szczęście  podoba  mi  się,  nawet  bardzo. 
Mogę z czystym sumieniem oddać cię pod jego opiekę. 

 -  Jest  miły,  prawda?  -  spytała  naiwnie  i  nagle  szybko 

zamrugała, oślepiona błyskami fleszy. 

Szybko  przeszli  przez  hol  i  Sorrel  zgrabnie  wśliznęła  się 

do samochodu. 

Jechali do domu pana młodego, gdzie miał odbyć się ślub. 

Garde  od  tygodnia  nie  pozwalał  jej  się  zbliżyć  do  opactwa. 
Bóg wie, co tam wyczyniał. Wiedziała tylko tyle, że kuchnia 
jest  już  gotowa,  ogrody  skończone,  na  dole  urządzono  małą 
garderobę,  a  refektarz  doprowadzono  do  połysku.  Podobno 
pani Davies działała jak w transie, chociaż już wiadomo było, 
że  za  kilka  dni  odejdzie  z  opactwa.  Jej  mąż  dostał  pracę  w 
Bristolu i oboje przenosili się do miasta 

A  Sorrel  wychodziła  za  mąż.  Nagle  stało  się  to 

rzeczywistością.  Za  niecałą  godzinę  będzie  już  panią 
Chevenay. 

 -  Wszystko  w  porządku?  -  spytał  cicho  Giles. 

Przytaknęła,  z  uśmiechem  patrząc  na  mijaną  kępę  drzew,  w 
której  kiedyś  ukryła  samochód  i  czatowała  w  nocy  na  tego 
kogoś, kto zniszczył jej sadzonki. Odwróciła głowę na prawo, 
wypatrując ogrodu. Z okna samochodu sprawiał wrażenie, jak 
gdyby  zielenił  się  od  dawna,  nikt  by  się  nie  domyślił,  że 
urządzono  go  zaledwie  kilka  tygodni  temu.  Zadowolona, 
spojrzała  przed  siebie  i  nagle  aż  podskoczyła,  przestraszona 
kawalkadą samochodów, która minęła ich z rykiem silników i 
zatrzymała  się  zaraz  za  mostem.  Z  aut  zaczęli  wyskakiwać 
fotoreporterzy gazet i telewizyjni dziennikarze z kamerami. 

background image

Sorrel  popatrzyła  na  Gilesa  i  wybuchnęła  śmiechem. 

Miała  nadzieję,  że  wynajęty  przez  nich  fotograf  znajduje  się 
wśród  tego  tłumu  reporterów,  ale  nawet  gdyby  go  tam  nie 
było, to nic nie szkodzi. Postanowiła bowiem, że nic nie może 
zepsuć  tego  wspaniałego  dnia.  Słońce  świeciło  i  ptaki 
śpiewały,  a  na  żwirowanym  podjeździe  zaparkowano  już 
mnóstwo  samochodów.  To  goście  pana  młodego,  który  na 
pewno  już  czeka  na  nią  w  holu.  Zastanawiała  się,  czy  jest 
zdenerwowany. Przypuszczała, że jednak nie. 

W  otwartych  drzwiach  wejściowych  nie  było  nikogo. 

Samochód  zatrzymał  się  i  Giles  pomógł  jej  wyjść,  a  wtedy 
podszedł  do  niej  młody  człowiek  z  aparatem  w  ręku, 
przedstawił  się  i  poprosił,  żeby  pozowała  mu  do  zdjęcia. 
Kiedy  wszedł  za  nimi  do  domu,  domyśliła  się,  że  to  jest 
właśnie  ten  fotograf,  którego  zatrudnili  do  obsługi  ceremonii 
ślubnej. 

Wolno  podążali  do  refektarza,  a  wokół  rozlegało  się 

głośne  echo  ich  kroków.  Giles  otworzył  przed  nią  drzwi. 
Przystanęła  w  progu  i  rozejrzała  się  po  sali  zdumiona  Po 
prawej  stronie  zauważyła  kilka  rzędów  pozłacanych  krzeseł. 
Wszystkie  były  zajęte  przez  zaproszonych  gości.  Ściany 
refektarza, przedtem nagie, ozdobiono pięknymi obrazami. Na 
kominku  i  jeszcze  w  kilku  miejscach  sali  poustawiano  na 
wysokich  stojakach  wazony  z  kwiatami.  Lewą  stronę 
zajmował ogromny fortepian, na którym grał jakiś wytwornie 
ubrany dżentelmen we fraku i w białym krawacie. 

Sorrel wędrowała wzrokiem po refektarzu, oszołomiona, z 

dziwnym uczuciem, że to wszystko jest jakieś nierzeczywiste, 
wręcz bajkowe. Jej uwagę zwróciły przejrzyste białe zasłony, 
poruszane  lekkim  wietrzykiem,  wpadającym  przez  otwarte 
francuskie  drzwi,  które  wychodziły  na  ogród.  Dopiero  teraz 
zauważyła  kapłana,  który  na  nią  czekał,  a  tuż  przed  nim  stał 
pan  młody  ze  swoim  drużbą.  Garde  patrzył  na  nią 

background image

zachwyconym wzrokiem, a ona od tego momentu widziała już 
tylko jego. 

Nagle  roześmiała  się  zaraźliwym,  radosnym  śmiechem  i 

podbiegła do niego. Schwycił ją i serdecznie uściskał. 

 - Witaj - szepnął. 
 - Witaj - powtórzyła i potarła nosem o jego nos. 
Z krzeseł gości dobiegł cichy śmiech. Kapłan też się lekko 

uśmiechnął,  ale  już  za  moment  odchrząknął,  dając  młodej 
parze znać, że jest gotowy, aby zacząć ślubną ceremonię. 

Pół  godziny  później  poproszono  Garde'a,  by  pocałował 

pannę  młodą.  Uczynił  to  z  wielkim  entuzjazmem.  Zdjęcia 
zostały  zrobione,  i  to  nie  tylko  przez  ich  fotografa.  Garde 
poprowadził swoją żonę na taras, gdzie gromada dziennikarzy 
zaczęła  trzaskać  migawkami  aparatów  fotograficznych,  a 
potem  szybko  się  rozproszyła,  odsłaniając  przed  Sorrel  dużą 
śnieżnobiałą markizę stojącą na miejscu starych cieplarni. 

 - Ostatnio byłem bardzo zajęty - powiedział cicho Garde. 
 -  Ale  teraz  chcę  cię  tylko  dla  siebie.  Teraz.  Zaraz. 

Kocham  cię.  Nigdy  przedtem  nie  mówiłem  tego  nikomu,  a 
teraz pragnę to powtarzać bezustannie. - I nie zwracając uwagi 
na otaczających ich gości, którzy właśnie zmierzali do białego 
namiotu, podziwiając po drodze ogród, nagle przygarnął ją do 
siebie i pocałował w usta, ale bardzo, bardzo delikatnie. 

 - Ja także cię kocham. Umarłabym dla ciebie, wiesz o tym 

-  wyszeptała,  palcami  musnęła  jego  twarz  i  raptownie 
przytuliła  się  do  niego.  -  Tylko  nie  dzisiaj.  Dzisiaj  nie  chcę 
umierać, dzisiaj chcę żyć dla ciebie. 

 - A ja dla ciebie. 
 -  Dokąd  pojedziemy  po  weselu?  -  spytała  z  filuternym 

błyskiem w oku. - Obiecałeś, że mi powiesz zaraz po ślubie. 

 - To tajemnica. Tylko jedną rzecz mogę ci zdradzić. 
 - Jaką? 

background image

 - Tam, gdzie pojedziemy, nikogo nie będzie. Jedynie ty i 

ja. 

 - Brzmi interesująco. Czyżby to była bezludna wyspa? 
 -  Zobaczysz.  Ma  to  być  prawdziwa  niespodzianka. 

Powiedz mi, czy te śmieszne białe guziczki się rozpinają, czy 
to tylko ozdoba? 

Uśmiechnęła się radośnie i szepnęła: 
 - Chyba będziesz musiał sam sprawdzić. 
Wziął  z  tacy  przechodzącego  obok  kelnera  kieliszek 

szampana i podał jej, a następnie sięgnął po drugi kieliszek i 
wzniósł toast, z miłością patrząc jej w oczy. 

 - Za moją żonę. 
W jego oczach ujrzała wzruszenie, ciepły blask i obietnicę 

szczęścia.