Harry Harrison
Stalowy Szczur ocala świat
(PrzełoŜył: Jarosław Kotarski)
1
- Jamesie Bolivarze di Griz, jesteś łotrem! - oświadczył Inskipp, kończąc tę wypowiedź
nieartykułowanym chrząknięciem i potrząsając wściekle w moją stronę plikiem papierów.
Cofnąłem się aŜ pod biurko, cały czas robiąc minę zszokowanej oskarŜeniem
niewinności.
- Jestem niewinny! - pisnąłem. - Padłem ofiarą oszczerczej kampanii wyrachowanych
kłamstw!
TuŜ za sobą miałem jego pudełko z cygarami, pod palcami wyczuwałem zamek.
- Wredna, złośliwa świnia. A nawet gorzej. Ciągle jeszcze napływają do mnie raporty.
Zgnoiłeś i swoją własną firmę, i swoich kumpli...
- Przenigdy! - krzyknąłem manipulując przy zamku.
- Nie bez powodu nazywają cię Chytrym, a czasem nawet Wyślizgującym się!
- Zwykła pomyłka i zbieg okoliczności. Dziecięce przezwisko. Poślizgnąłem się kiedyś
przy kąpieli i matka mnie tak nazwała. - Zamek puścił i poczułem delikatny aromat tytoniu.
- Wiesz, na ile nakradłeś? - Jego twarz przybrała niezdrową, krwistoczerwoną barwę, a
oczy omal nie wylazły z orbit.
- Ja? Ukradłem? Pierwej bym się pod ziemię zapadł! - oświadczyłem z emfazą,
umieszczając w kieszeniach pierwszą garść nader kosztownych cygar, które Inskipp
przeznaczał dla wizytujących nas czasami Bardzo WaŜnych Osobistości.
UwaŜałem, Ŝe spotka je lepszy los, jeśli sam je wypalę, a nie ma to jak koneser. Muszę
teŜ przyznać, Ŝe moja uwaga skupiona była głównie na tytoniu i ledwie rejestrowałem
ględzenie Inskippa. Dlatego teŜ nie od razu zwróciłem uwagę na dziwne zmiany w jego głosie.
Gdy wreszcie dotarło to do mnie, z ledwością mogłem go usłyszeć. Zaniepokoiło mnie to
zjawisko - nie dlatego, Ŝe byłem ciekaw, co jeszcze powie, ale dlatego, iŜ było po prostu
nienormalne.
- Nie przerywaj sobie - oznajmiłem mu uprzejmie. - Czy teŜ moŜe poczułeś nagle, jak
cięŜkie są fałszywe oskarŜenia?
Cofnąłem się od biurka, wykonując jednocześnie półobrót, aby zamaskować fakt
posiadania nienaturalnie wybrzuszonej kieszeni, wypełnionej wyrobami tytoniowymi o
ponadstukredytowej wartości.
Nie zareagował. Nadal potrząsał papierami, tyle Ŝe teraz bezgłośnie.
- Nie czujesz się dobrze? - zatroszczyłem się, i to całkiem powaŜnie, wyglądał bowiem
blado.
Zaniknąłem na chwilę oczy, po czym spojrzałem ponownie. Przeszedłem kawałek, a on
nie odwrócił nawet głowy i wpatrywał się w miejsce, w którym stałem przed chwilą. Nie, to nie
była bladość. On wyglądał przezroczyście. Przez jego głowę wyraźnie prześwitywało oparcie
krzesła.
- Przestań! - ryknąłem, ale nie wywarło to na nim Ŝadnego wraŜenia. - Co ty znowu
knujesz? Trójwymiarowa projekcja, by ogłupić Chytrego Jima? Nie tak łatwo zrobić mnie na
szaro!
Podbiegłem do niego i wycelowałem wskazujący palec prosto w jego czoło. Wniknął w
nie przy minimalnym oporze i całkowitym braku reakcji ze strony zainteresowanego. Lecz
kiedy wyciągnąłem palec, rozległo się cichutkie plaśnięcie i Inskipp zniknął. Sterta trzymanych
przez niego papierów rozsypała się po podłodze.
- Whargh! - to, co dobyło się z mojego gardła, nie było moŜe tym akurat dźwiękiem, ale
na pewno bardzo zbliŜonym.
Schyliłem się pod krzesło z zamiarem poszukania ukrytego pod nim mechanizmu, gdy
drzwi z trzaskiem wleciały do środka pomieszczenia.
To było wreszcie coś, co mogłem zrozumieć! Nadal w przysiadzie, obróciłem się i
gorąco przyjąłem pierwszego, który wpadł przez powstały w tak nieoczekiwany sposób otwór.
Kantem dłoni trafiłem go idealnie w szyję, tuŜ pod krawędzią maski gazowej. Gość jęknął i
runął na podłogę. Lecz za nim tłoczyła się juŜ cała kupa, a wszyscy w maskach, białych
kombinezonach i z jakimiś podejrzanymi, czarnymi pojemnikami na plecach. I kaŜdy z jakimś
naprędce skombinowanym argumentem w garści (dominowały gaz-rurki i nogi od stołu).
Wszystko to było nader dziwne. Robiłem, co mogłem, jednego trafiając w splot słoneczny,
innego znów w szczękę, ale swoją masą przygnietli mnie w końcu do ściany. Palnąłem jeszcze
jednego w kark. Facet padł z cichym jękiem i zniknął w połowie drogi na podłogę.
Interesujące. Liczba ludzi w pokoju zaczęła się raptownie zmieniać, gdyŜ kaŜdy, kogo
znokautowałem, znikał. Byłoby to ze wszech miar poŜądane i poŜyteczne, gdyby wyrównało
rachunek, lecz inni z kolei zaczęli pojawiać się z powietrza, i to z mniej więcej tą samą
częstotliwością.
Rzuciłem się ku drzwiom i w tym momencie ktoś rąbnął mnie w głowę. Niedokładnie,
co prawda, ale wystarczająco.
Widziałem wszystko jak na zwolnionym filmie. Czułem się, jakbym pływał w kleju.
Złapali mnie za ręce i nogi i czym prędzej wynieśli z pokoju. Nie przyjąłem tego, rzecz jasna,
biernie, ale wszystkie moje reakcje ograniczone zostały do paru podrygów i płynnego, pełnego
kunsztownych wiązanek przeklinania w około dwunastu narzeczach. Donieśli mnie do windy,
nic sobie z tego nie robiąc, i mimo moich wysiłków jeden z nich władował mi prosto w twarz
zawartość pojemnika z gazem.
Nie czułem Ŝadnych skutków działania gazu, oprócz narastającej wściekłości. Zanim
osiągnęliśmy cel wędrówki, opanował mnie rzadki raczej, jak na mnie, stan ducha: gotów
byłem zabijać. Zostałem jednak fachowo przymocowany do jakiegoś nowego modelu krzesła
elektrycznego i jedyną rzeczą, jaką mogłem zrobić, było ulŜenie mojemu językowi - co teŜ
niezwłocznie uczyniłem.
- MoŜecie potem mówić, Ŝe James di Griz umarł jak człowiek, wy pierdolone
skurwysyny, których matki... - Na głowę nasunięto mi jakiś stalowy kubeł i zapanowała
ciemność.
Wbrew pozorom nie była to egzekucja prądem o napięciu dwudziestu czterech tysięcy
woltów. W ogóle nic z tych rzeczy. Właściwie nic się nie wydarzyło. Zdjęto mi owo nakrycie
głowy, ponownie zaaplikowano jakiś gaz i nagle się uspokoiłem. Zdziwiło mnie to trochę, ale
zanim oprzytomniałem, moje kończyny były juŜ wolne, a większość napastników pozbyła się
masek. Ku memu zdziwieniu rozpoznałem w nich techników i naukowców Korpusu.
- Czy ktoś byłby na tyle uprzejmy, aby oświecić mnie, prostego chłopa, co tu jest grane?
- spytałem uprzejmie.
- Najpierw nałóŜ to! - stwierdził autorytatywnie jeden z nich, podając mi czarne pudełko
- takie, jakie nosili tu wszyscy - i pomagając mi umocować je na plecach. Zaopatrzone było w
przewód z przyciskiem. Szpakowaty jegomość wdusił go i umieścił na moim karku.
- Aha, zdaje się, Ŝe mam przyjemność z profesorem Coypu? - domyśliłem się w końcu.
- Masz - zgodził się z uśmiechem.
- Czy w związku z tym nie uzna mnie pan za nieuprzejmego natręta, jeśli poproszę raz
jeszcze o wyjaśnienia?
- Bynajmniej, jest to zupełnie zrozumiałe. Bardzo przepraszam za tę napaść, ale był to
jedyny sposób, aby wytrącić cię z równowagi i doprowadzić do wściekłości. Umysły będące
pod wpływem silnego uczucia są nadzwyczaj odporne na bodźce zewnętrzne i mogą przetrwać
nawet powaŜne zagroŜenia bez uszczerbków. Gdybyśmy próbowali powoli i uprzejmie
powiedzieć ci, o co tu chodzi, to najprawdopodobniej nigdy byśmy nie zdąŜyli. Do diabła, to
staje się coraz silniejsze, nawet tutaj!
Jeden z biało odzianych gentlemanów wyblakł nagle i zniknął.
- Inskippowi przytrafiło się to samo - poinformowałem profesora.
- Powinno było. Wiesz, pierwszy w kolejce...
- Dlaczego? - spytałem uprzejmie, mając nieodparte wraŜenie, iŜ w Ŝyciu nie
prowadziłem równie kretyńskiej rozmowy.
- Celem tego wszystkiego jest Korpus. Zamiarem pierwszego uderzenia jest likwidacja
tych, którzy stali na górze.
- Kto to wymyślił?
- Nie wiem.
Zmusiłem się do spokoju i spytałem łagodnie:
- Czy mógłby mi pan, profesorze, wyjaśnić to trochę dokładniej? Lub teŜ znaleźć kogoś,
kto byłby w stanie zrobić to nieco przystępniej niŜ pan?
- Przepraszam, to moja wina. - Z widocznym wysiłkiem otarł pot z czoła. - Ale to
wszystko potoczyło się tak szybko. Sygnał alarmu i zaraz potem to. MoŜna to nazwać wojną
czasową. W jakiś sposób ktoś zmienia rzeczywistość manipulując czasem. Oczywiście
pierwszym celem tego kogoś stał się Korpus Specjalny. Zrozumiałe, Ŝe jako najefektywniej
działająca międzyplanetarna organizacja porządkowa w historii galaktyki stanowimy zaporę
nie do ominięcia, i to niezaleŜnie od tego, jaki cel ów ktoś pragnie osiągnąć. Jeśliby zaś udało
się temu komuś wyeliminować Inskippa i kilku innych, bezpośrednio mu podległych, znacznie
obniŜyłyby się moŜliwości Korpusu. Zaczęło mi się juŜ wszystko mylić.
- Czy znalazłby się tu jakiś płyn, który zaprowadziłby trochę ładu wśród moich szarych
komórek? - przerwałem jego wywód.
- Wspaniały pomysł. Dziwne, Ŝe sam nań nie wpadłem! - ucieszył się Coypu.
Wnętrze lodówki ujawniło jakąś zielonkawą ciecz, którą zadowolił się gospodarz, ja
zaś, starym zwyczajem, sięgnąłem po wypróbowaną truciznę. Syrian Panther Sweat, zakazana,
na większości planet, jak zwykle miała na mnie zbawienny wpływ.
- Niech pan mi przerwie, jeśli się mylę, ale czy to nie pan przypadkiem miał wykład o
niepodobieństwie podróŜy w czasie? - oświeciło mnie nagle.
- Oczywiście, Ŝe miałem! Zasłona dymna - tak się to chyba nazywa. PodróŜe w czasie
znamy juŜ od paru ładnych lat, boimy się tylko wykorzystać tę wiedzę. Niemniej jednak mamy
juŜ przygotowany plan czasowych inwigilacji. Dlatego teŜ, gdy rozpoczął się atak, tak szybko
wiedzieliśmy, o co chodzi. Wszystko szło tak błyskawicznie, Ŝe nie zdąŜyliśmy nikogo
uprzedzić. Musieliśmy działać, bo jesteśmy jedynymi, którzy mogą coś zrobić. To laborato-
rium otoczone jest izolatorem czasowym, a poza tym wszyscy nosimy osobiste modulatory. Ty
teŜ juŜ go masz.
- A co to robi? - spytałem z szacunkiem, wskazując na czarne pudełko.
- Mieści stały zapis twojej pamięci i co trzy milisekundy wtłacza go z powrotem do
twojego mózgu. Mówi ci po prostu, Ŝe ty to ty, i usuwa wszelkie zmiany, do których doszło w
trakcie tych milisekund. Inaczej mówiąc, umoŜliwia ci istnienie. Czysto obronne urządzenie,
lecz to wszystko, co mamy.
Kątem oka zauwaŜyłem zniknięcie następnego z asystentów. Coypu musiał takŜe to
zauwaŜyć, gdyŜ głos jego nagle stwardniał.
- Musimy atakować, jeśli chcemy ocalić Korpus!
- Atakować? Jak?
- Wysyłając kogoś w przeszłość, aby odkrył te siły, które wywołały wojnę, i zniszczył
je, zanim one nas zniszczą. Mamy tu odpowiednie urządzenie.
- Aha, ochotnik. Wygląda na to, Ŝe to robota dla mnie.
- Zapomniałem tylko dodać, Ŝe to podróŜ w jedną stronę. Nie mamy moŜliwości
ś
ciągnięcia cię z powrotem.
- Cofam ostatnie stwierdzenie. Podoba mi się tu!
Nagle coś mi się przypomniało. Najwidoczniej załadowano mi ponownie pamięć i to
nagłe skojarzenie zjeŜyło mi włosy na głowie.
- Angelina! Muszę się z nią natychmiast...
- Ona nie jest jedyna!
- Dla mnie tak! A teraz z drogi, albo przejdę przez pana, profesorze!
Musiałem wyglądać dość przekonywająco, bo ustąpił mi natychmiast. Wystukałem kod
na wideofonie i po paru miauknięciach na ekranie pojawiła się Angelina.
- Jesteś tam! - odetchnąłem.
- A gdzie spodziewałeś się mnie znaleźć?! - zdumiała się i zmarszczyła brwi, pociągając
jednocześnie nosem, zupełnie jakby wideofon przenosił zapachy. - Znowu piłeś! Nie dość, Ŝe
wcześnie, to jeszcze sporo!
- Tylko kropelkę, ale nie dlatego dzwonię. Jak się czujesz? Wyglądasz dobrze,
rzekłbym wspaniale, i na całe szczęście nie jesteś ani trochę przezroczysta.
- Kropelkę? Wygląda na to, Ŝe to było więcej niŜ flaszka. - Głos Angeliny nagle
stwardniał. - Proponuję ci, Ŝebyś po dobroci odwiesił się, wziął proszki i zadzwonił, jak
wytrzeźwiejesz.
Słowom tym towarzyszył ruch w stronę przycisku przerywającego połączenie.
- Nie! Jestem trzeźwy jak świnia, czego zresztą niezmiernie Ŝałuję, ale to jest na
powaŜnie. Niebezpieczeństwo. Zabieraj bliźniaki i grzej tu jak najszybciej!
- Jasne! - JuŜ była na nogach. - Tylko gdzie ty jesteś?
- PołoŜenie laboratorium! - wrzasnąłem w stronę profesora,
- Poziom 120, pokój 30.
- Słyszałaś? - zwróciłem się ku ekranowi. Był czarny.
- Angelina...
Przerwałem połączenie i ponownie wystukałem kod. Ekran rozbłysnął wiadomością:
”Ten numer nie jest przyłączony”.
Runąłem ku drzwiom. Ktoś próbował mnie powstrzymać, lecz błyskawicznie
odepchnąłem go pod przeciwległą ścianę. Otwarłem drzwi i zamarłem. Za nimi nie było nic.
Bezkształtna i bezbarwna pustka, która wyczyniała przeróŜne brewerie z moim mózgiem.
Zaraz potem drzwi zostały zamknięte i Coypu zaparł je własnymi plecami, dysząc przy tym
cięŜko.
- Zniknęło - szepnął chrapliwie. - Korytarz, cała staga, wszystko. Tylko laboratorium
zostało. Korpus Specjalny juŜ nie istnieje. W całej galaktyce nie ma nikogo, kto miałby choć
mgliste wspomnienie o naszych osobach. Gdy działanie izolatora osłabnie, my teŜ znikniemy.
- Ale Angelina... gdzie ona jest? Gdzie są pozostali?
- Nigdy się nie narodzili i nigdy ich nie było.
- Ale ja ich, do cholery, wszystkich pamiętam!
- I to jest jedyna rzecz, na którą moŜemy liczyć. Jak długo jest choć jedna osoba, która
nas pamięta, tak długo mamy - mikroskopijną wprawdzie, ale zawsze - szansę przetrwania.
Ktoś musi powstrzymać ten atak - jeśli nie ze względu na Korpus, to z uwagi na wszechświat.
Teraz zaczęło się zmienianie historii, a do jakich zmian moŜe jeszcze dojść, tego nikt nie jest w
stanie przewidzieć. Musimy zatrzymać tego idiotę!
Wycieczka, i to bez moŜliwości powrotu, do obcego czasu i świata. Ten, który tam
podąŜy, będzie najbardziej samotny ze wszystkich Ŝyjących istot, bytując o tysiąclecia przed
swoimi bliskimi i przyjaciółmi...
- Dobra - przerwałem snucie tych budujących perspektyw. - Gdzie macie ten czasowy
tramwaj?
2
- Najpierw musimy wiedzieć, dokąd ma cię zawieźć i w jaki okres - ostudził mój zapał
Coypu, podchodząc do komputera, z którego spływały tasiemcowe wstęgi wydruków. - I to
bardzo dokładnie. Śledząc linie zakłóceń jesteśmy w stanie wyznaczyć i miejsce, i czas. Planetę
juŜ mamy, teraz tylko trzeba cię wyzerować w czasie. A to jest bardzo waŜne, bo jeśli
znajdziesz się tam za późno, to oni mogą juŜ skończyć swą robotę. A z kolei, jeśli będziesz za
wcześnie, to zdąŜysz się zestarzeć, zanim zjawią się nasi przeciwnicy.
- Brzmi to raczej zachęcająco. A co to za planeta?
- Dziwna nazwa, czy raczej nazwy. Określano ją mianem Brud albo Ziemia.
Przypuszczalnie jest legendarną kolebką ludzkości.
- Jeszcze jedna!? Nigdy o niej nie słyszałem.
- Nie mogłeś, została zniszczona w wojnie atomowej wieki temu - wyjaśnił mi
uprzejmie Coypu. - O, jest. Musisz cofnąć się w czasie o 32598 lat. Nie gwarantujemy
marginesu błędu mniejszego niŜ trzy miesiące.
- Nie sądzę, Ŝeby robiło mi to róŜnicę - uspokoiłem go. - Który to będzie rok?
- No cóŜ. Grubo przed powstaniem naszego kalendarza. Jak sądzę, będzie to 1975 rok
po śmierci Chrystusa, jak określają to prymitywne przekazy z tamtego okresu.
- Nie takie to prymitywne, skoro znali podróŜe w czasie! - zaoponowałem.
- Z pewnością tylko nieliczni.
- A jak mam ich znaleźć? - spytałem łagodnie.
- Za pomocą tego.
Jeden z asystentów wręczył mi pudełko z dwoma skalami i przyciskami. Na jednej ze
skal, do złudzenia przypominającej kompas, drŜała igła, która działała jak zwykła igła
magnetyczna, bo jakkolwiek bym manewrował pudełkiem, zawsze wskazywała jeden
kierunek.
- Wykrywacz generatora energii czasowej - wyjaśnił Coypu. - Przenośna wersja tego,
co tutaj mamy. Teraz pokazuje na nasz time-helix. Na miejscu pokaŜe ci właściwy generator.
Druga skala to odległościomierz.
Przyjrzałem się pudełku i coś mądrego zaświtało mi w głowie.
- Jeśli mogę zabrać to pudełko, to mogę teŜ zabrać inne wyposaŜenie, tak?
- Owszem, niewielkie przedmioty, które mogą być przymocowane do twojego ciała -
potwierdził Coypu. - Pole jest typu powierzchniowego, podobnie jak elektryczne...
- No to zabieram cały arsenał, jaki tu macie! - oświadczyłem radośnie.
- Niewiele tego, same duperele - zmartwił mnie.
- No to mogę go sobie zrobić. - Nic nie było w stanie zmusić mnie do zaniechania tego
zamiaru, - Jest tu ktoś z rusznikarzy?
Coypu rozejrzał się wokół i oczy nagle mu rozbłysły.
- Old Jarl jest z sekcji uzbrojenia. Ale nie ma czasu na robienie czegoś nowego.
- Nie o to chodzi. Dawać go!
Old Jarl musiał zarobić sobie na ten przydomek na zasadzie kontrastu, wyglądał
bowiem na prawidłowo rozwiniętego dziewiętnastolatka.
- Chcę jego zestaw pamięci! - poinformowałem zebranych.
Jarl podskoczył jak znienacka kopnięty i przyciskając do siebie czarną skrzynkę, ruszył
ku drzwiom.
- To moje! Nie moŜesz tego dostać! To świństwo tak mówić! Bez tego przecieŜ mnie
nie będzie! - W jego oczach pojawiły się łzy.
- Głuptasie! PrzecieŜ nie chcę ci tego odebrać. Po prostu chcę mieć duplikat twego
dysku. Nie martw się!
Technicy otoczyli go kołem i zaczęli coś tam grzebać, a Coypu uniósł w górę brwi.
- Nic nie rozumiem - przyznał w zamyśleniu.
- Proste. Prawdopodobnie będę miał do czynienia z organizacją. Mogę więc
potrzebować cięŜkiej artylerii. Nie mogę jej zabrać, ale mogę ją zrobić. Jeśli będzie trzeba,
wpakuję dysk Jarla do mego mózgu i uŜyję jego pamięci jako źródła wiedzy - oświeciłem go.
- AleŜ... aleŜ on będzie tobą, zawładnie twoim ciałem. Tego nigdy dotąd nie robiono.
- No to się zrobi. Pomylone czasy wymagają pomylonych pomysłów. To przypomniało
mi o jeszcze jednym drobiazgu. Powiedział pan, Ŝe nie moŜna stamtąd wrócić?
- Time-helix moŜe zabrać cię w przeszłość, ale tam nie będzie helixu, który odesłałby
cię z powrotem - przyznał ze smutkiem.
- A gdybym go sobie zbudował, to mógłbym wrócić? - upewniłem się.
- Teoretycznie tak, ale nigdy tego nie próbowano. A poza tym większość materiałów i
ekwipunku będzie nieosiągalna na tak prymitywnym etapie rozwoju...
- A jeśli materiał się znajdzie, to da się zrobić?
- Teoretycznie tak.
- A kto wie, jak to się robi?
- Tylko ja. Helix jest konstrukcją mojego pomysłu - przyznał ze skromnością.
- Ślicznie! W takim razie chcę równieŜ pański dysk. Niech tylko podpiszą, który jest
który, Ŝeby mi się nie pomyliło...
Wśród techników zapanowało nagłe poruszenie.
- Izolator traci moc! - rozległ się rozpaczliwy jęk.
- Kiedy pole zniknie, zginiemy. Nigdy nas juŜ nie będzie! To nie... - jeden z asystentów
rozdarł się przeraźliwie i równie niespodziewanie zamilkł, gdy reszta towarzystwa
zaaplikowała mu środki uspokajające.
- Szybko! - ryknął dla odmiany Coypu. - Zabrać di Griza do maszyny i przygotować go
do drogi.
Faktycznie, wszystko odbyło się szybko, by nie powiedzieć błyskawicznie. Złapali
mnie jak worek sieczki i zanieśli do sąsiedniego pokoju, prześcigając się nawzajem w
ofiarowywaniu dobrych rad. Prawie udało im się mnie upuścić, gdy dwóch techników zniknęło
równocześnie. Co bardziej odległe ściany zaczęły zdradzać Ŝywe tendencje do przezroczystości
i zanikania. W końcu, wspólnymi siłami, udało im się ubrać mnie w kombinezon. Wówczas
dopiero zdołałem uwolnić się od tego rozhisteryzowanego tłumu.
- NałóŜ kask, ale uszczelnij go dopiero w ostatniej chwili. - Coypu był jedynym, który w
tym momencie zachowywał spokój. - Tu masz dyski pamięci i grawitator. Mam nadzieję, Ŝe
umiesz go obsługiwać? Pojemnik z bronią na piersiach, detektor...
Ledwie mogłem ustać przytłoczony wyposaŜeniem, ale w myśl starej zasady: ”Co mam
w dupie, tego nikt mi nie wyłupie”, nie protestowałem. Ba, zacząłem się nawet pewnych rzeczy
domagać.
- Translator! - wrzasnąłem. - PrzecieŜ muszę się jakoś dogadać z tubylcami.
- Nie mamy go tutaj - odparł Coypu, wciskając mi pojemnik z gazem. - Ale masz tu
memorygram...
- Dostaję od tego migreny!
- ...i moŜesz go uŜyć, aby się nauczyć lokalnego dialektu.
- Zaraz, moment, gdzie ja się tam znajdę?
- W stratosferze. Jedyna moŜliwość uniknięcia wypadków w stylu wpakowania cię na
jakąś skałę czy wieŜowiec.
- Przednie laboratorium zniknęło! - rozległ się czyjś krzyk. Ten, który go wydał, zniknął
w chwilę później.
- Do time-helixu! - wrzasnął Coypu, popychając mnie ku następnym drzwiom.
Pomagający mi technicy i asystenci znikali jeden po drugim jak przekłute baloniki.
Zaledwie czterech dotarło z nami do urządzenia. Był to seledynowy snop zwiniętego jak
spręŜyna światła, emitowanego wiązką grubą jak moje ramię przez niewielką prostokątną
maszynkę.
- To skondensowana i poddana działaniu pola elektromagnetycznego o wysokim
natęŜeniu wiązka energii zwanej helixem. Przy odpowiednim poluźnieniu pola wyniesie cię w
poŜądaną przeszłość, znikając później bez śladu w przyszłości - wyjaśniał Coypu, manipulując
jednocześnie przy tablicy rozdzielczej. - Czas na ciebie!
Zostało nas trzech.
- Pamiętaj mnie! - krzyknął krępy, ciemnowłosy technik. - Jak długo będziesz pamiętał
Charliego Nate'a, będę...
Zostaliśmy z Coypu sami. Ściany zniknęły, a powietrze zaczęło mrocznieć.
- Dotknij tego! - krzyknął Coypu.
Rzuciłem się do przodu, prawie wpadając w seledynową kolumnę. Nie było Ŝadnych
sensacji, nic mnie nie kopnęło, ale zobaczyłem, Ŝe cała moja postać została otoczona
seledynową poświatą. Profesor złapał za dość pokaźnych rozmiarów dźwignię i pociągnął.
3
Wszystko zamarło.
Coypu trzymał rękę na dźwigni, ja zaś gapiłem się w jego stronę, ale nie byłem w stanie
poruszyć się ani o mikron.
Nagle uświadomiłem sobie, Ŝe nie oddycham ani nie odczuwam uderzeń swego serca.
Coś tu poszło nie tak - tego byłem pewien, tym bardziej Ŝe time-helix nadal trwał w formie
spoistej kolumny. Moja panika spotęgowała się, gdy Coypu zaczął robić się przezroczysty.
Potem to poszło juŜ błyskawicznie. Wisiałem w pustce przestrzeni kosmicznej niczym
kamienna rzeźba i nie mogłem ruszyć nawet palcem. Moim przeciwnikom trzeba było
przyznać jedno: działali skutecznie i z rozmachem, nawet po asteroidzie kryjącej bazę nie
pozostał najmniejszy ślad...
Coś drgnęło.
Byłem w drodze.
Opisanie tej drogi jest rzeczą niemoŜliwą, jako Ŝe nie ma to nijakiego odpowiednika we
wszelkich dotychczasowych przeŜyciach ludzkości. Prowadziła w kierunku, o którym nie
wiedziałem nawet, czy istnieje. Time-helix zaczął się rozpręŜać. MoŜe zresztą działo się to
przez cały czas, tyle Ŝe ja nie zdawałem sobie z tego sprawy. Teraz stało się to widoczne.
Gwiazdy poruszały się coraz szybciej i szybciej, aŜ przybrały postać cienkich linii światła
mknących przez kosmos. Przestrzeń zmieniła się w szarą zawiesinę, która musiała oddziaływać
hipnotycznie, gdyŜ mój mózg zapadł w rodzaj niby-śpiączki i zastygł na pograniczu trwania i
niebytu, pozbawiony świadomości i poczucia upływu czasu. Mogło to trwać ułamek sekundy,
ale mogło teŜ trwać całą wieczność.
Nie wiedziałem tego wtedy i nadal nie wiem. Nie zastanawiałem się zresztą nad tym:
miałem coś waŜniejszego na uwadze. Przetrwanie. Zawsze było dla mnie sprawą dość istotną, a
obecnie tylko o to mogłem się troszczyć. PoniewaŜ było całkiem prawdopodobne, Ŝe zwariuję
w trakcie tej wycieczki, skupiłem wszystkie pozostałe mi siły umysłu na kwestii przetrwania i
czekałem, aŜ coś wreszcie zacznie się dziać.
I w końcu coś się zaczęło.
Po diabli wiedzą jak długim czasie przybywałem.
I to w o wiele bardziej dramatycznych warunkach, niŜ odjeŜdŜałem, gdyŜ wszystko
działo się równocześnie. Mogłem się poruszać i widzieć. Światło - normalne, porządne światło
trójwymiarowego świata - oślepiało mnie, nie czułem własnego ciała ani nie miałem poczucia
kierunku.
To ostatnie było szczególnie nieprzyjemne, gdyŜ właśnie spadałem, i to dość szybko.
Gdy tylko sobie to uświadomiłem, Ŝołądek skręcił mi się z wraŜenia i po dość długim okresie
(plus minus 32598 lat) moje serce objawiło aktywność, tyle tylko, Ŝe w miejscu dość
nieoczekiwanym, a mianowicie w gardle.
Spadając tak obróciłem się i mogłem wreszcie nieco przeanalizować sytuację. Nade
mną było słońce, pode mną pokrywa białych obłoków, ja sam zaś tkwiłem (to złudzenie, rzecz
jasna) w pasie atramentowo-czarnego nieba. Całe wyposaŜenie, którym mnie obwieszono, było
jak dotąd na miejscu, a po uruchomieniu grawitatora mogłem stwierdzić, Ŝe coś z tego złomu
nawet działa. Wyłączyłem go i poczekałem, aŜ zanurkuję w chmury.
Gdy się z nich wynurzyłem, przestawiłem grawitator na powolne opadanie i zająłem się
wstępnym lustrowaniem terenu. Świat ten, który, być moŜe, naprawdę był kolebką ludzkości,
miał się ostatecznie stać moim grobowcem. Gdzieś z pięć mil pode mną majaczyły drzewa,
ogólnie rzecz biorąc, krajobraz był typowo rolniczy. Dokładne obejrzenie okolicy utrudniała
zaparowana szyba hełmu. Miałem jednak nadzieję, Ŝe moi przodkowie nie zwykli oddychać
amoniakiem czy metanem, więc odchyliłem przesłonę i pociągnąłem nosem.
Nieźle. Trochę za zimne i za rzadkie - ale jestem jeszcze dość wysoko - za to świeŜe i
słodkie. No i nie zabiło mnie od razu, co było dość waŜne, jako Ŝe zapasu w kombinezonie nie
wystarczyłoby juŜ na długo.
Ze spokojem zdjąłem kask i rozejrzałem się dokładnie. Całkiem nieźle. Malowniczy
krajobraz: zielony lasy, błękitne jeziora, rozległe łąki poprzecinane drogami, a na horyzoncie
jakieś otoczone dymami miasto. Postanowiłem, Ŝe na razie będę trzymał się z daleka od tego
ostatniego. Najpierw muszę się gdzieś ukryć i zaaklimatyzować, a potem...
Moje myśli przerwało brzęczenie - coś jakby owad, tyle tylko, Ŝe Ŝaden owad nie moŜe
latać na takiej wysokości. Gdyby nie zafascynowanie okolicą, juŜ dawno zwróciłbym uwagę na
ten odgłos. Gdy w końcu zerknąłem przez ramię, był to juŜ ogłuszający ryk.
Zdębiałem. To była jakaś staroŜytna odmiana urządzenia latającego. Napędzana była
ś
migłem, a w częściowo przezroczystym wnętrzu siedział człowiek i wytrzeszczał na mnie
osłupiałe oczy. Błyskawicznie włączyłem wznoszenie i skryłem się ponownie w zbawczych
chmurach.
Początek zdecydowanie do dupy! Pilot widział mnie zbyt dobrze, by mieć wątpliwości.
Mógł, co prawda, nie uwierzyć własnym oczom, ale to było mało prawdopodobne. Uwierzył.
Łączność musiała tu być całkiem dobrze rozwinięta, a mania prześladowcza, czyli dominacja
wojskowych w kaŜdym kącie, jeszcze bardziej, gdyŜ po paru minutach usłyszałem ryk silników
odrzutowych. Maszyny krąŜyły poniŜej, a jedna przeleciała nawet przez chmury. Po dłuŜszym
czasie uspokoiło się na tyle, Ŝe pozostając nadal w chmurach, zdecydowałem się na zmianę
miejsca. Grawitator nie jest przewidziany do podróŜy w poziomie, lecz kiedy nie trzeba
wędrować daleko, to od biedy się przydaje. UŜywałem go zatem w tym charakterze przez jakieś
piętnaście minut, po czym ostroŜnie wyjrzałem z obłoczków.
Oczami wyobraźni widziałem cały komplet detektorów kierujących na mnie swe
czujniki i anteny i łączących się pospiesznie z róŜnej maści machinami wojennymi. MoŜe
zresztą i tak było, tyle Ŝe ja nic z tego nie ujrzałem. Nic, poza paroma białymi ptakami, które nie
poczuły się uszczęśliwione moim pojawieniem się ponad taflą jeziora. Dałem poprawkę i
zbliŜyłem się do brzegu.
Wznoszenie włączyłem dopiero wtedy, gdy byłem poniŜej poziomu wzgórz
okalających jezioro. Wszelkie detektory pozostały w ten sposób poza horyzontem i byłem
bezpieczny. I w tej chwili zrobiło mi się gorąco. Mimo poprawki spadałem do wody, a
zderzenie z nią przy tej szybkości przypominałoby spotkanie z betonową płytą.
Wyhamowałem, mocząc jedynie stopy w wodzie. Ostatecznie, jak na spadek z granic
atmosfery to nie było źle. Uniosłem się i podleciałem do przeciwległego brzegu, nad którym
wznosiła się szarawa skała. Potrzebowałem schronienia, a skała - w dwóch trzecich gładka jak
ś
ciana - na jednej trzeciej powierzchni miała półeczkę, akurat, by usiąść. Zrobiłem wiec siad
płaski. Wokół panowała cisza. śadnych głosów, ryku silników czy innych śladów ludzkiej
obecności. Jedyne, co słyszałem, to wiejący w róŜnych tonacjach wiatr. Słowem, wspaniale.
Do dobrego samopoczucia brakowało mi tylko czegoś rozgrzewającego. Niestety, była
to jedna z nielicznych podstawowych rzeczy, które zapomniałem zabrać. Miałem mocne
przeczucie, Ŝe wkrótce uzupełnię ten brak. Rozsiadając się wygodniej, poczułem, Ŝe coś uwiera
mnie w tylnej kieszeni spodni. Po krótkiej szamotaninie ze skafandrem wydobyłem stamtąd
garść zmasakrowanych cygar Inskippa. Mój nastrój wyraźnie się poprawił, gdy znalazłszy
jedno, jakimś cudem ocalałe, zaciągnąłem się aromatycznym dymem.
Pomiędzy najprzeróŜniejszym elektronicznym złomem, jakim zostałem obciąŜony w
ostatnich chwilach istnienia laboratorium, było coś, co zwano masserem: drobiazg, którego
rękojeść przechodziła w gruszkowaty korpus kończący się spiczastym ostrzem. Na tymŜe
końcu wytwarzane było pole mogące koncentrować większość rzeczy poprzez ściskanie
tworzących je atomów. Przy nie zmienionej masie zmieniało to ich wymiary. W zaleŜności od
uŜytej mocy i rodzaju materiału moŜna było zmniejszyć nawet do połowy.
UŜyłem tego wynalazku, by urządzić sobie jakąś przytulną jaskinię. Najtrudniejszy był
początek, ale gdy fragmenty wielkości mojej pięści, a o cięŜarze ołowiu zaczęły opadać do
jeziora tworząc wgłębienie, to poszło juŜ jak z płatka. Jeszcze potem odkryłem, Ŝe mogę
wytwarzać sferyczne pole dające odłamki wielkości mojej głowy, i robota ruszyła z miejsca.
Co prawda, wyrzucając te skoncentrowane głazy do jeziora omal sam za nimi nie wyleciałem,
ale to juŜ drobiazg.
Gdy słońce zbliŜyło się do horyzontu, miałem juŜ prymitywne i niezbyt przestronne
pomieszczenie, wystarczające jednak, by ukryć mnie i wszystkie moje bambetle.
Usiadłem, by na chwilę odsapnąć. PodróŜ musiała być bardziej męcząca, niŜ sądziłem,
bo następną rzeczą, z jakiej zdałem sobie sprawę, był fakt, Ŝe na czarnym niebie płynął wielki
księŜyc. Mój tyłek był zziębnięty od kontaktu ze skałą, a reszta ciała zdrętwiała od spania na
siedząco.
- Do roboty, przyszły zbawco świata. - Jęknąłem, gdy moje ciało dało znać, co o tym
myśli.
Jednak trzeba było się ruszyć, skoro juŜ tak postanowiłem. Jak dotąd, nie wiedziałem
nawet, czy jestem we właściwym miejscu i czasie, nie mówiąc juŜ o takim drobiazgu jak brak
pewności, czy teoria Coypu była słuszna. To ostatnie zresztą mogłem sprawdzić juŜ wcześniej,
zaraz po przybyciu. Klnąc swą głupotę, wygrzebałem ze zwalonego na kupę wyposaŜenia
czarne pudełko, które było detektorem generatora energii słuŜącej do przemieszczania się w
czasie. Ku swojemu szczeremu Ŝalowi stwierdziłem, Ŝe igła kręci się w kółko, niczego nie
wskazując.
- Idioto! - stwierdziłem sam o sobie. - To mogłoby działać, gdybyś je włączył!
Wstrzymując oddech przekręciłem włącznik. Nadal to samo, czyli nic. Była, co prawda,
duŜa szansa, Ŝe urządzenie nie pracuje stale i trafiłem akurat na przerwę, w trakcie której nikt
nie podróŜuje w czasie, lecz mogły to równie dobrze być tylko moje płonne nadzieje. Tak czy
inaczej, musiałem się tu jakoś zadomowić. Zabrałem się więc do roboty.
NajwaŜniejsze były informacje, toteŜ rozdzieliłem grawitator od skafandra i
sprawdziłem stan tego pierwszego. Był naładowany do połowy i mógł jeszcze długo słuŜyć
jako transporter. Zapiąłem pasy i wyszedłem na skalną półeczkę. Poleciałem ku najbliŜszej z
zaobserwowanych wczoraj dróg. Po drodze zająłem się zegarkiem, który zawsze noszę.
Podawanie czasu jest jedynie marginalną funkcją tego urządzenia. Parokrotne sprawdzenie
znaków charakterystycznych i dotknięcie prawego przycisku wystarczyło, aby wyświetliła się
igła radiokompasu skierowana na jaskinię. Zadowolony, bezgłośnie spłynąłem w dół.
KsięŜyc oświetlał okolicę w wystarczającym stopniu, toteŜ nie musiałem posługiwać
się latarką pokonując jardy dzielące moje lądowisko od drogi. Ostatni kawałek drogi
przebyłem, rzecz jasna, ze zrozumiałą ostroŜnością. Jak okiem sięgnąć - co w lesie nie jest
nigdy sporą przestrzenią - było pusto. Sprawdziłem, z czego zrobiono nawierzchnię. Okazało
się, Ŝe z kamienia, bez śladu jakichkolwiek linii przesyłowych czy energetycznych, całkiem
nieciekawa.
Podniosłem się i ruszyłem w kierunku widzianego z góry miasta. Był to dość powolny
sposób poruszania się, ale wolałem oszczędzać niemoŜliwe tu do zdobycia paliwo.
To, co nastąpiło potem, zawdzięczać mogłem tylko własnej beztrosce i całkowitej
nieznajomości zwyczajów tego świata. Rozmyślałem sobie właśnie o Angelinie i o dzieciach, i
o tym, Ŝe wszyscy oni istnieją teraz tylko w mojej pamięci, co było nader przygnębiające, gdy
minąwszy zakręt usłyszałem niespodziewanie głośny ryk silników. Znajdowałem się
najwyraźniej na zniwelowanym szczycie wzgórza, gdyŜ stoki po obu stronach były dość strome
i nie miałem Ŝadnej moŜliwości ucieczki poza uniesieniem się w powietrze. Tyle Ŝe tam
zostałbym natychmiast zauwaŜony, gdyŜ zbliŜające się pod górę światła nieomal juŜ mnie
dosięgły. Byłem mocno oszołomiony i po prostu zaskoczony. Jedyne, co mogłem zrobić, to
paść na pysk w Ŝwir pobocza. Zrobiłem to błyskawicznie i ukryłem twarz w dłoniach. Ubranie
miałem neutralnej, szarej barwy, była więc szansa, Ŝe mogę pozostać nie zauwaŜony.
Ryk zbliŜał się, światła przemknęły po mnie; ryk oddalił się, a ja natychmiast usiadłem
i starałem się dojrzeć szczegóły konstrukcyjne tych dziwnych pojazdów, które omal nie
rozjechały mi głowy. Szczegółów nie zdąŜyłem zaobserwować, wyglądały jednak na
konstrukcje zbliŜone do motocykli, z małym czerwonym światełkiem z tyłu. Maszyny nagle
zwolniły i zakręciły w moją stronę. Bez dwóch zdań, tym razem naleŜała mi się dwója z
maskowania.
4
Jedną z moich naczelnych zasad było zawsze pozwolić innym na pierwszy ruch, gdy
sytuacja wyglądała niepewnie. Mogłem uciec, ale po pierwsze - oni mogli mieć broń, a ja
byłbym wówczas pięknym celem, po drugie zaś - nawet jeśliby mi się to udało, to ktoś z
pewnością zwróciłby baczną uwagę na ten rejon, a tego naleŜało za wszelką cenę uniknąć.
Odwróciłem się plecami, tak by ich reflektory mnie nie oślepiały, i spokojnie
poczekałem, aŜ mnie okrąŜą. Najlepiej byłoby dowiedzieć się od razu, czego chcą te typy.
Słuchałem ich rozmowy, ale niestety, ani jedno słowo z ich szwargotu nie było mi znajome.
Oni natomiast musieli się w końcu dogadać, gdyŜ jeden z nich zgasił silnik, zlazł ze swego
wehikułu i zbliŜył się do mnie.
Przyjrzeliśmy się sobie z wyraźnym zainteresowaniem. Był niŜszy ode mnie, ale
wzrostu dodawał mu garnkowaty hełm z metalu zakończony ostrym szpikulcem. Całość robiła
niezbyt atrakcyjne wraŜenie, zwłaszcza w połączeniu z resztą stroju, który wykonany był z
czarnego plastiku z błyszczącymi zamkami, łańcuszkami i trupimi czaszkami.
- Kryz putzbki? - spytał w dość obraźliwy sposób. W odpowiedzi uśmiechnąłem się, aby
pokazać, Ŝe jestem pokojowo nastawiony, i odparłem najcieplej, jak umiałem:
- Będziesz wyglądał jeszcze bardziej odraŜająco po śmierci, która moŜe cię spotkać
szybciej, niŜ myślisz, jeśli będziesz się do mnie tak odzywał.
Wyglądał na zaskoczonego. Następnie doszło do ostrej wymiany zdań z pozostałymi.
W wyniku konwersacji następny typ dołączył do mojego rozmówcy. Musiał być bardziej
bystry, gdyŜ pierwszą rzeczą, na którą zwrócił uwagę, był mój zegarek. Inni teŜ wlepili wzrok
w urządzenie. Dzikimi wrzaskami objawili zainteresowanie, które szybko zmieniło się w złość,
gdy schowałem rękę za plecy.
- Prubl! - wrzasnął pierwszy, robiąc krok do przodu. W jego pięści coś szczęknęło
metalicznie i wyskoczyło z niej połyskujące ostrze. To był język, z którego zrozumieniem nie
miałem Ŝadnego kłopotu, i to od paru dobrych lat. Niemal się uśmiechnąłem. Nie ma tu
nadmiaru sprawiedliwych, chyba Ŝe lokalne prawa zezwalają uŜywać broni wobec obcych w
celu obrabowania ich. Teraz znałem mniej więcej zasady i mogłem juŜ z typkami
porozmawiać.
- Prubl, prubl? - pisnąłem odskakując i podnosząc ręce w geście rozpaczy.
- Prubl, drubl! - odwrzasnął i skoczył na mnie.
- Jak ci się to podoba za prubla? - spytałem go uprzejmie, kopiąc w nadgarstek.
NóŜ poleciał w mrok, a on jęknął z bólu. Jęk szybko zmienił się w cichnący charkot, gdy
moja dłoń trafiła go w szyję. Do tego momentu oczy pozostałych musiały juŜ być zwrócone na
mnie, więc odpaliłem wyciągniętą uprzednio zza mankietu miniflarę i rzuciłem ją przed siebie,
zamykając jednocześnie mocno oczy. Zalała mnie fala gorąca, a gdy znów otwarłem powieki,
widok przesłaniały mi czerwone koła. Było to i tak niewiele w porównaniu z tym, jakie
wraŜenie wywarł ów błysk na moich adwersarzach, którzy chwilowo byli zupełnie ślepi.
Dowodziły tego najrozmaitsze jęki i mamrotania. śaden nie zwrócił na mnie uwagi, gdy
wszedłem pomiędzy nich, rozdając sprawiedliwie po kopniaku w najwraŜliwsze miejsce.
Wszyscy zaczęli wrzeszczeć i latać w kółko, dopóki dwóch się nie zderzyło, co
zapoczątkowało z kolei niemiłosierną młóckę, gdyŜ obaj nie Ŝałowali sił w przekonaniu, Ŝe
mają do czynienia ze mną. W tym czasie obejrzałem sobie ich pojazdy.
Były dość dziwne: miały tylko dwa koła i Ŝadnego Ŝyra do stabilizacji, pojedyncze
siedzenie, na którym spoczywał kierowca i prowadząc pojazd, utrzymywał go jednocześnie w
równowadze. Nie wyglądały zbyt bezpiecznie i nie miałem najmniejszej ochoty uczyć się nimi
posługiwać.
Pozostawał problem, co mam zrobić z ich właścicielami. Nigdy nie zabijałem bez
potrzeby, toteŜ najprostsze rozwiązanie odpadało. Jeśli byli kryminalistami, a wyglądali na
takich, istniały minimalne szanse, Ŝe zameldują jakimkolwiek władzom o tym, co ich tu
spotkało.
I wtedy mnie olśniło. PrzecieŜ właśnie tacy jak oni byli dla mnie idealnym źródłem
informacji, to znaczy jeden tylko, reszta była w tej sytuacji zbędna. Najlepiej nadawał się ten
pierwszy, bo z jego przetransportowaniem miałbym najmniej kłopotów. Zaczynał juŜ wracać
do przytomności, o czym świadczyły róŜne nieartykułowane jęki, lecz rozduszona pod jego
nosem kapsułka z gazem usypiającym połoŜyła kres tym mamrotaniem. Przypiąłem łańcuch,
który zwisał mu z talii, do mego oporządzenia i objąwszy faceta przyjacielskim uściskiem,
włączyłem grawitator.
Zanim przyszedł do siebie, miałem juŜ gotowe wszystko, co niezbędne, by go powitać.
Musiałem go porządnie wytrzaskać po gębie, Ŝeby doszedł trochę do przytomności, a efekt był
taki, Ŝe siadł i z jękiem złapał się za głowę. Ten gaz musiał mieć widocznie jakieś uboczne
działanie. Pamiętając jednak, jak ładnie przywitał mnie noŜem, nie dałem się ponieść
samarytańskim instynktom. Nie trwało zresztą długo, zanim zupełnie odzyskał świadomość i
łypnął dziko na mnie i na urządzenia. Potem gwałtownie podciągnął pod siebie nogi i jak dziki
skoczył ku wyjściu. Natychmiast jednak zwalił się z głuchym łoskotem na podłogę, gdy
związany na jego kolanach sznur, którego drugi koniec przymocowany był do ściany, podciął
mu nogi.
- Koniec zabawy, zabieramy się do roboty. - Osadziłem go niezbyt delikatnie na powrót
pod ścianą i zapiąłem na jego przegubie drobiazg własnego pomysłu.
Wymyśliłem to i zrobiłem, gdy spał. Urządzenie było proste, ale skuteczne. Zawierało
czujnik z odczytem ciśnienia i ładunku elektrostatycznego skóry oraz jeszcze parę innych
mierników składających się na detektor kłamstwa, a do tego nadajnik współdziałający z
trzymanym przeze mnie w dłoni odbiornikiem. Zawierało takŜe otwarty obwód emitujący prąd
o małym natęŜeniu. Nie uŜyłbym tych metod, dobrych w laboratorium dla zwierząt, wobec
człowieka, ale byliśmy w jego świecie i istotne były tu jedynie jego zasady, a na dodatek nie
miałem czasu. Kiedy zaczął wrzeszczeć (a byłem pewien, Ŝe nie są to pochwalne hymny
sławiące moją osobę), nacisnąłem przycisk zamykając tym samym obwód. Kwiknął i trzasnął
w skałę (dobrze mu to wyszło, tyle muszę przyznać), gdy prąd przeszedł przez jego ciało. Nie
był to znów taki mocny prąd - sprawdziłem to wcześniej na sobie - lecz wystarczający, by nikt
nie miał ochoty odczuwać go dobrowolnie.
- Zaczynamy! - stwierdziłem. - Ale najpierw pozwolisz, Ŝe się przygotuję.
Gapił się na mnie w ciszy, gdy umieszczałem elektrody na skroniach i uruchamiałem
urządzenie.
- Kluczem jest słowo... - przyjrzałem mu się uwaŜnie - wstrętny. Teraz zaczynamy.
Obok mnie leŜało parę dość prostych przedmiotów. Wziąłem pierwszy z brzegu i
trzymając przed sobą, powiedziałem głośno:
- Skała!
Po czym nastała cisza. Przerwałem ją naciśnięciem guzika, co spowodowało nowy
podskok i przeraŜone spojrzenie.
- Skała - powtórzyłem głośno i cierpliwie.
Trochę czasu zajęło mu zrozumienie, o co tu chodzi, lecz uczył się szybko. Co prawda
próbował okłamywać, ale z pomocą detektora i elektrod oduczyłem go tego brzydkiego
nawyku. W końcu doszedł do wniosku, Ŝe prościej będzie mi pomóc, przy czym wziął to sobie
do serca tak dosłownie, Ŝe szybko wyczerpały się moje zapasy tutejszych przedmiotów. Przy
wydatnej pomocy memogramu nowe słowa zostały upakowane w mój i tak juŜ przeładowany
mózg, który zaprotestował dotkliwym bólem głowy. Połknąłem pastylkę i zacząłem drugi etap
nauki - przyswajanie gramatyki i struktur.
Jak się nazywasz - pomyślałem i dodałem słowo-klucz wstrętny.
- Jak... nazwisko? - spytałem głośno, dochodząc jednocześnie do wniosku, Ŝe jest to
faktycznie nader nieciekawy język.
- Slasher.
- Moje... Jim.
- Puść mnie. Nie zrobiłem ci nic, nie?
- Najpierw nauka... odejść potem. Teraz powiedz, jaki rok.
- Co, jaki rok?
- Jaki rok teraz, durniu?!
Coś z pięć minut zajęło powtarzanie mu tego na róŜne sposoby, zanim sens pytania
przedarł się przez kamienne sklepienie jego czaszki. Zaczynałem się juŜ pocić, gdy w końcu go
olśniło.
- Aaaa, rok. Siedemdziesiąty piąty. Dziewiętnasty czerwca 1975.
Dokładnie w celu! Przez ten cały szmat wieków i całą tę odległość dotarłem dokładnie
tam, gdzie chciałem. Postanowiłem solennie podziękować Coypu przy pierwszej okazji, co -
biorąc pod uwagę, Ŝe istniał tylko w mej pamięci - dało się zrobić natychmiast. Podbudowany
duchowo tą nowiną zabrałem się do dalszej nauki. Do rana zuŜyłem trzy pastylki i byłem juŜ w
stanie obejść się bez memogramu. Mój przymusowy wspólnik zapadł w sen, przemęczony
wyraźnie trudami wielogodzinnej sesji, co wykorzystałem, by wyłączyć i zdemontować
łączącą nas aparaturę. Następnie wziąłem stymulanta i przygotowałem śniadanie.
Slasher obudził się prawie na czas posiłku, ale zjadł dopiero wtedy, gdy zobaczył, Ŝe ja
pierwszy jem. Nie bardzo mu się dziwiłem, bo racje desantowe, którymi dysponowałem, nie
wzbudzały ani specjalnego zaufania, ani apetytu. W końcu obaj czknęliśmy sobie uczciwie, a
on, po dokładnym obejrzeniu tego, co z mojego wyposaŜenia leŜało na wierzchu, zdecydował
się odezwać.
- Wiem, kto ty jesteś! - oświadczył z mocą.
- No to mi powiedz.
- Jesteś z Marsa!
- Co to Mars?
- Planeta, tu, blisko.
- MoŜe i masz rację, ale to i tak niewaŜne. PomoŜesz mi zdobyć forsę?
- Mówiłem ci, Ŝe jestem na warunku! Jak mnie dupną, to zapuszkują mnie bez gadania!
- Nie łam się! Trzymaj się mnie, a nikt cię nie ruszy. Będziesz pływał w forsie. Masz
jakąś przy sobie? Chcę zobaczyć, jak to wygląda.
- Nie! - zaprzeczył, macając się jednocześnie po wybrzuszeniu spodni.
Tak proste kłamstwa nauczyłem się rozszyfrowywać bez uŜycia techniki, toteŜ zamiast
tracić czas na dyskusje zaoferowałem mu trochę gazu nasennego i ze spokojem przetrząsnąłem
kieszenie. Ta, po której się macał, była prymitywnie ukryta wewnątrz spodni i zawierała
zgniecione kawałki brudnego i zatłuszczonego papieru z zielonym nadrukiem. Bez wątpienia to
właśnie była owa forsa, której - jak twierdził - nie miał.
Przyjrzałem się jej i po paru chwilach śmiałem się jak szalony. Ani śladu fizycznych,
chemicznych czy promieniotwórczych identyfikatorów. Zwykły zadrukowany papier z
wtopionymi nićmi jakiegoś metalu, nie stanowiący Ŝadnego problemu dla duplikatora.
Gdybym go miał... zaraz, zaraz, a skąd niby wiem, Ŝe go nie mam? Pod koniec zrobili przecieŜ
ze mnie choinkę i wieszali wszystko, co było pod ręką. Pogrzebałem w stercie ekwipunku i
znalazłem przenośny model turystyczny. Co prawda - papieru z niego nie byłem w stanie
wydobyć, ale po kilkunastu próbach miałem odpowiedniej grubości i struktury folię, która na
pierwszy, a nawet na drugi rzut oka niczym nie róŜniła się od oryginału. Największym
nominałem, jaki miał Slasher, była dziesiątka, toteŜ skopiowałem parę razy właśnie ten
ś
wistek. Efekt był całkiem zadowalający. Co prawda, wszystkie banknoty miały ten sam
numer, ale z własnego doświadczenia wiedziałem, Ŝe ludzie i tak nie oglądają dokładnie
pieniędzy, które dostają.
Tak oto nadszedł historyczny moment mojej penetracji społeczeństwa tej prymitywnej
planety Ziemi - nazwa zresztą nie była do końca właściwa i miała teŜ inne znaczenia. Zabrałem
wyposaŜenie, które mogło przydać się w najbliŜszej przyszłości i widząc nieprzytomnego
Slashera, ruszyłem w dół, ku powierzchni jeziora. To, co zostało w grocie, i tak mogłem zawsze
zabrać, nie lubiłem jednak się przeciąŜać. Mój pasaŜer chrapał, aŜ echo niosło, co w połączeniu
ze wzmoŜonymi obecnie odgłosami ruchu na drodze zmusiło mnie do schronienia się w lesie.
Tam teŜ zakopałem co zbędne, oznaczając to miejsce na wszelki wypadek kierunkowym
nadajnikiem, i obudziłem Shlashera.
- Co... czego? - wymamrotał, gdy zadziałało antidotum. Rozejrzał się zbaraniałym
wzrokiem po otaczającym lesie.
- Zbieraj dupę w troki. ZjeŜdŜamy stąd! - poinformowałem go uprzejmie.
Jakoś udało mu się utrzymać pion, ale po dwóch krokach wlazł na mnie w
półprzytomnej malignie. CóŜ, trzeba było uciec się do skuteczniejszych metod. Podsunąłem mu
pod nos plik banknotów.
- Jak ci się to podoba?
Zaiste, skutek był magiczny. Oprzytomniał od razu.
- Aaa... ale mówiłeś, Ŝe nie masz waluty?
- Nie miałem, więc sobie zrobiłem - oświeciłem go. - Są dobre?
- A p...pewno, nigdy nie widziałem lepszych. - Ocenił okiem zawodowca. - Tylko Ŝe
mają ten sam numer. Poza tym prima zielki.
Był to cały komentarz. Wychodziło na to, Ŝe znalazłem sobie idealnego kumpla - bez
wyobraźni i z małą ilością skrupułów. Sam fakt, Ŝe miałem forsę, uspokoił wszelkie jego
obawy co do mojej osoby, toteŜ idąc poboczem pogrąŜyliśmy się w gorącej dyskusji na temat,
jak zwiększyć nasz zapas gotówki.
- Twoje ciuchy są fest, ale z daleka. Musisz mieć coś ludzkiego do łaŜenia. Za tą górką
jest sklep. Poczekasz tu sobie, a ja kupię, co trza. I moŜe skombinuję jakiś wózek, bo łaŜenie na
piechtę to nie na moje zdrowie.
Jak powiedział, tak zrobił, ale po wózek poszliśmy razem. Oprócz sklepu była tu jakaś
fabryczka zasmradzająca w straszliwy sposób powietrze. Jej zaletą natomiast był parking. Stało
tam kilkanaście róŜnobarwnych pojazdów na gumowych kołach. Idąc za przykładem Slashera,
zgiąłem się wpół i ruszyłem za nim pod osłoną masek. Zatrzymaliśmy się przy maszynie o
miłej sylwetce i buraczkowym kolorku. Mój towarzysz pomajstrował trochę przy jej drzwiach
pogiętym drutem, potem to samo zrobił z maską wozu. Otworzył oba otwory i aŜ gwizdnął z
zachwytu. Na mój skromny gust nie było się z czego aŜ tak cieszyć - prymitywny silnik
spalinowy i tyle - ale on był innego zdania, co wytłumaczył mi podczas łączenia kabli, którą to
czynność nazywał braniem na styk.
- Nowy model z turbospręŜarką. Prawie nówka. Ma pewnie ze trzy setki koni. Właź
szybko do środka i spieprzamy, zanim ktoś się do nas doczepi.
Lekko oszołomiony wlazłem, gdzie kazał. Z wcześniejszej rozmowy wiedziałem, Ŝe
koń to dość duŜy czworonóg, a tutaj miejsca pod maską było dość mało. Jedynym
wytłumaczeniem, jakie przychodziło mi do głowy, była miniaturyzacja zwierząt, ale nie
wyglądało mi to na rozwiązanie sensowne. W kaŜdym razie pojazd był szybki. Slasher
przekładał co chwila jakąś dźwignię w podłodze, dusił pedały i kręcił sporym kołem, co w
efekcie wyprowadziło nas na główną drogę, i to bez niezdrowej aktywności za plecami. Bardzo
uwaŜnie obserwowałem, co robi i jak mu się to udaje, Ŝe cały czas jedzie gdzie chce, nie
przestałem jednak zasięgać informacji w najistotniejszej obecnie kwestii.
- Słuchaj no, gdzie tu trzymają jakąś większą forsę? Wiesz, jakieś takie zamknięcie ze
straŜnikami.
- Chodzi ci o bank? Takie z mocnymi ścianami, potęŜnymi sejfami i kupą straŜników
dookoła i w środku. Jeden taki jest w kaŜdym większym miasteczku.
- A im większe miasto, tym większy bank?
- Pewno.
- No to jedziemy do najbliŜszego duŜego miasta i szukamy największego banku w
okolicy. Potrzebuję duŜo forsy, i to z duŜym przyspieszeniem. Tak zatem, jak sądzę, musimy to
zrobić jeszcze tej nocy.
- Świrujesz? - Slasher był najwyraźniej wstrząśnięty. - Oni tam mają najnowsze
systemy alarmowe.
- Mam gdzieś ich technikę z epoki króla Ćwieczka. Znajdź mi miasto z bankiem i coś do
Ŝ
arcia. Całą resztę biorę na siebie. Mogę ci tylko powiedzieć, Ŝe jeszcze dziś w nocy staniemy
się bardzo bogaci.
5
Prawdę mówiąc, nigdy nie obrabowałem banku z większą łatwością. Budynek, który
wybrałem, leŜał w samym środku miasta o uroczyście brzmiącej nazwie Hartford. Wzniesiono
go z szarego kamienia, a wszystkie okna miały imponującej grubości kraty. Drzwi były
podobnie zaopatrzone. Dla równowagi jednak dwie boczne ściany były wspólne z sąsiednimi
budowlami. Szczury mają to do siebie, Ŝe raczej rzadko wchodzą przez główne wejście.
Był wczesny wieczór, gdy zaczęliśmy. Slashera doprowadziło to do rozstroju
nerwowego, mimo Ŝe wchłonął przedtem duŜą ilość niskoprocentowego napoju alkoholowego.
- Po cholerę się spieszyć? - argumentował. - Za duŜo wiary łazi po ulicach.
- Właśnie tak jest dobrze. Nikt nie zwróci uwagi na dwóch więcej. Teraz zaparkuj za
rogiem i przynieś torby!
Swoje narzędzia miałem w gustownej walizeczce, Slasher zaś taszczył torby na
gotówkę.
Budowla na lewo od banku wyglądała na ciemną i opuszczoną, toteŜ tam właśnie
skierowałem swoje kroki. Drzwi zewnętrzne były, rzecz jasna, zamknięte, co przy tego typu
zamku (sprawdziłem go za dnia), nie stanowiło Ŝadnego problemu. Wystarczył zagłuszacz
alarmu w lewej dłoni i wytrych w prawej. Otworzyłem je tak łatwo, Ŝe Slasher nie musiał nawet
zwalniać kroku. śywa dusza na ulicy nie zwróciła na nas uwagi. Za tymi drzwiami był szeroki
korytarz wiodący przez cały budynek. Po przejściu przez pół tuzina drzwi (równie łatwo jak
przez pierwsze) doszliśmy do biura na samym końcu, przy murze.
- Ten pokój sąsiadować powinien z bankiem i właśnie zamierzam to sprawdzić -
poinformowałem wspólnika.
Pogwizdując zabrałem się do roboty. W tym świecie był to mój debiut i nie
zamierzałem zamienić go w benefis. Tym bardziej Ŝe obrabowanie banku jest najbardziej satys-
fakcjonującym zjawiskiem tak dla osoby bezpośrednio zainteresowanej, jak i dla ogółu
ś
rodowiska. Ten, kto wykonuje robotę, dostaje gotówkę; społeczeństwo zaś ma w udziale zysk
z puszczania jej na rynek, co z kolei polepsza stan ekonomii, dostarcza rozrywki i ogólnie
oŜywia koniunkturę. A policja ma przynajmniej okazję wykazać swą wartość (najczęściej
bardzo niską). Jednym słowem, poŜytek dla wszystkich. No i nikt przy tej okazji niczego nie
traci, gdyŜ bank jest ubezpieczony, a firma ubezpieczeniowa operuje takimi kwotami, Ŝe i tak
odbije sobie stratę prawie w całości. W najgorszym wypadku dywidendy wypłacone pod
koniec roku będą nieco mniejsze. Zaiste, niewiele to za tyle korzyści. Praktycznie występo-
wałem w roli dobroczyńcy społeczeństwa, gdy sprawdzałem sonarem ścianę. Wykazał duŜą
pustą przestrzeń po drugiej stronie. Zmysł lokalizacyjny mnie nie zawiódł.
W samej ścianie była kupa róŜnych kabli i rur - częściowo uŜytkowych, częściowo na
pewno alarmowych. Oznaczyłem na murze ich przebieg i okazało się, Ŝe nie cała ściana jest
nimi wypełniona, co było zresztą sprzeczne z zasadami budownictwa komunalnego. Wybrałem
najporęczniejszą wolną przestrzeń i wskazałem ją Slasherowi.
- Tedy wejdziemy!
- Jak chcesz wejść przez ścianę? - Najwyraźniej był typowym gościem Ŝywiącym
mieszane uczucia: radość na myśl o gotówce i panika wobec perspektywy złapania.
- Nikt nie zamierza, przez nią włazić, ofiaro - oświadczyłem z masserem w ręce. -
Przekonamy ją, by sama się przed nami otworzyła.
Nie miał oczywiście pojęcia, o czym mówię, ale wygląd massera musiał go przekonać.
Nastawiłem urządzenie na rozszerzanie wiązań międzycząsteczkowych i przejechałem nim
wzdłuŜ wybranego kawałka ściany. Po czym spokojnie wyłączyłem i schowałem maszynkę.
- Gówno, nic się nie stało! - skomentował.
- No to teraz się stanie - mówiąc to nadusiłem centralny punkt tak spreparowanego
muru.
Z cichym świstem ściana sypnęła się w dół zmieniając się w szary, nieszkodliwy pył.
Zaglądaliśmy do rzęsiście oświetlonego wnętrza banku. Od strony ulicy zasłaniały nas
przezornie wysokie lady, za którymi normalnie siedzieli urzędnicy.
Byłem zresztą wdzięczny tutejszym budowniczym za ich staromodne przyzwyczajenia
i umieszczenie sejfów w piwnicy. PoniŜej poziomu ziemi byliśmy całkowicie osłonięci przed
natrętami z zewnątrz i nie musieliśmy juŜ nigdzie łazić na czworakach. Na drodze stały tylko
stalowe drzwi i kraty o tak prostych zamkach, Ŝe aŜ wstyd wspominać. Drzwi skarbca
wyglądały co prawda bardziej imponująco, lecz zamek miały najprymitywniejszy ze
wszystkich.
- Zobacz no - poinformowałem radośnie Slashera. - Tu jest zamek czasowy, który ma je
otworzyć automatycznie o którejś tam godzinie rano.
- Wiem - odparł załamany. - Spieprzajmy stąd w podskokach, zanim alarm się...
Zanim zdąŜył dobiec do schodów, podstawiłem mu zgrabnie nogę i przytrzymawszy w
pozycji horyzontalnej, wyjaśniłem spokojnie, o co chodzi.
- To jest właśnie to, czego oczekują od nas ci, którzy go zainstalowali, ty półgłówku.
Tymczasem wszystko, co my musimy zrobić, to przekonać zegar, Ŝe jest juŜ rano.
- Nie da się! On jest ukryty za paroma calami stali! Skąd mógł biedak wiedzieć, Ŝe
zwyczajny manipulator uŜywany przez kaŜdego technika moŜe przenikać przez grubsze ściany.
Kiedy przekręciłem mechanizm, drzwi otworzyły się z lekkim poświstywaniem, a oczka
mojego wspólnika omal nie wyszły z orbit.
- Dawaj torby - zarządziłem wchodząc do sejfu.
Pogwizdując radośnie, napełniliśmy je paczkami banknotów, które opatrzone były
jeszcze banderolami. Slasher okazał się szybszy, toteŜ kończyłem załadunek przy
akompaniamencie jego niecenzuralnego mamrotania o mojej powolności.
- I po co te nerwy? - spytałem, zamykając walizeczkę z narzędziami. - Na wszystko jest
czas, jeśli tylko robi się to prawidłowo.
Właśnie kończyłem sprzątać po sobie, gdy wskaźnik alarmu podskoczył i stanął w
połowie skali. Ciekawostka przyrodnicza! Sprawdziłem urządzenie i rozejrzałem się po sali.
Slasher stał przy przeciwległej ścianie i zaglądał do jednego z ustawionych pod nią metalowych
pudeł.
- CóŜ tam robisz? - spytałem go najcieplej, jak tylko umiałem.
- Zapuszczam Ŝurawia, czy nie ma w depozytach jakichś świecidełek do zabrania.
- Aha. A czy nie wydaje ci się, Ŝe powinieneś najpierw spytać, czy moŜesz to zrobić?
- Sam to umiem! - warknął.
- Zgadza się. Tyle tylko, palancie, Ŝe ja zrobiłbym to bez uruchamiania cichego alarmu
na najbliŜszym posterunku - stwierdziłem wściekle. - Co ty, kretynie, właśnie zrobiłeś!
Jego twarz przybrała niezdrowy, szary odcień, a ręce zatrzęsły się tak, Ŝe wypuścił
kasetę, która z hukiem wystrzału spadła na betonową podłogę. Na ten dźwięk podskoczył i
pochylił się, by ją zabrać.
- Zidiociały kretyn! - warknąłem, kopiąc go zdrowo w ochoczo wystawiony cel. - Bierz
bambetle i spierdalaj do wozu. Zapuść silnik. Zaraz tam będę.
Ruszył po trzy stopnie, uskrzydlony najwyraźniej myślą o zbliŜających się glinach.
PodąŜyłem za nim, tyle Ŝe stateczniej, zamykając, co tylko się dało zamknąć, aby utrudnić
Ŝ
ycie policji. ZauwaŜą oczywiście, Ŝe ktoś się włamał, ale zanim sprowadzą szefa, by otworzył
skarbiec, będziemy juŜ daleko, a do tego czasu głowić się będą, czy doszło do rabunku.
Ale gdy wyszedłem na górę, usłyszałem pisk opon, a przez okazałe okno zobaczyłem
hamujący patrolowiec. Faktycznie byli dobrzy. Niebywałe zjawisko, jak na tak prymitywne
społeczeństwo. Albo właśnie normalne, to mogła być prawidłowość - tu przestępstwo było
chlebem powszednim, a nie rzadkością, jak w moich czasach. Obojętnie jednak, jaka była tego
przyczyna, nie traciłem juŜ czasu na filozofowanie. Gdy przełaziłem przez dziurę, usłyszałem
chrobot kluczy w zewnętrznych drzwiach. Oni weszli, ja wyszedłem. Jedno krótkie spojrzenie
na ulicę upewniło mnie, Ŝe wszyscy nowo przybyli weszli do banku, a przy drzwiach
zgromadziło się tętniące aplauzem i nieustannie rosnące zbiegowisko. Zaiste, było to nader
miłe z ich strony. Mając ich plecy, zwrócone w moją stronę, za jedynych świadków,
zamknąłem drzwi i statecznym krokiem podąŜyłem za najbliŜszy naroŜnik.
Mój idiota miał rzeczywiście niezły szwung w nogach. MoŜe zresztą doszedł do
wniosku, Ŝe lepiej mieć całą forsę, a nie forsę i gliny na karku, gdy bowiem przy
akompaniamencie policyjnych gwizdków (te neolityczne gliny były faktycznie szybkie)
dopadłem zakrętu, oczom moim ukazała się pusta ulica.
Slasher zdecydował najwyraźniej, Ŝe dość juŜ się napracował jak na jeden wieczór, i
zostawił mnie sam na sam z miejscowymi stróŜami ładu i porządku publicznego.
6
Nie twierdzę, Ŝebym był stworzony z czegoś twardszego niŜ reszta ludzkości. JednakŜe
sytuacja, w jakiej się znajdowałem - trzydzieści dwa tysiące lat w przeszłości, z ładunkiem
skradzionej gotówki pod pachą i policją depczącą mi po piętach - mogła kaŜdego doprowadzić
do lekkiej paniki. Tylko fakt, Ŝe była to raczej znana mi sytuacja (z mojej własnej przeszłości,
naturalnie) utrzymywał mnie na chodzie i nie pozwalał rozbiec się moim myślom.
Za parę sekund zza rogu wypadnie pościg, a radio juŜ w tej chwili trzeszczało bez
wątpienia od poleceń, Ŝeby odciąć mi drogę ucieczki. Uratować mogła mnie tylko moja własna
głowa. Trzeba jej zresztą oddać, Ŝe robiła, co mogła. Zanim jeszcze przeszedłem pięć kroków,
mój plan był opracowany do ostatniego szczegółu, przepisany na czysto i przekazany do
realizacji.
Pierwszą rzeczą było zniknąć z tej ulicy. Wpadłem do najbliŜszej bramy, w dziurkę od
klucza wpakowałem ładunek i odsunąłem się. Z hukiem wyleciała i futryna, i zamek. Gwizdy i
chrapliwe wrzaski za plecami upewniły mnie, Ŝe wyczyn ten nie spotkał się z aplauzem
ś
cigających. Za drzwiami był dość długi korytarz. Stałem właśnie na jego drugim końcu, gdy
zza zdemolowanych drzwi wyjrzały twarze dwóch niezbyt pewnych siebie gliniarzy. Uniosłem
ręce do góry.
- Nie strzelać! - wrzasnąłem. - Poddaję się! To wszystko przez złe towarzystwo, w jakie
wpadł jedyny syn mojego ojca!
- Nie ruszaj się, albo cię podziurawimy - warknął uszczęśliwionym głosem jeden z nich,
ś
wiecąc mi latarką po oczach.
Nie ruszyłem się. Stałem sobie spokojnie z podniesionymi rękami w chwili, gdy światło
zatańczyło na ścianie i rozległ się przyjemny dla ucha łoskot dwóch padających ciał. Nie było
w tym nic dziwnego. W korytarzu było więcej gazu usypiającego niŜ powietrza.
Oddychając przez umieszczone w nozdrzach filtry, stałem się teraz tytanem pracy.
Najszybciej jak mogłem odarłem z mundurka gliniarza, który podobny był nieco sylwetką do
mnie, i naciągnąłem pospiesznie ten łach na moje ubranie. Potem pozbierałem jeszcze jego
broń i moje rzeczy i ruszyłem ku wyjściu.
Zza uchylonych okien wyglądali mieszkańcy - po części przestraszeni, po części
zbulwersowani zaistniałą sytuacją. Przy naroŜniku natrafiłem na następny wóz policyjny,
czego zresztą się spodziewałem, zwykle bowiem w wypadku napadu na bank liczba
potrolowców w takiej okolicy gwałtownie wzrasta.
- Mam forsę - poinformowałem postać za kierownicą. - Odnoszę ją do banku.
Zagnaliśmy ich w ślepy zaułek. Za tymi drzwiami. Idźcie tam i pomóŜcie.
Zachęta była zbędna, gdyŜ gość wyrwał jak dźgnięty ostrogą. Przy kilkuosobowym
audytorium wrzuciłem bagaŜe na przednie siedzenie i wlazłem za kierownicę.
- Skończyły się Ŝarty, zaczęły się schody - mruknąłem, gapiąc się na nie znaną mi
aparaturę.
Ilość tego drobiazgu była wystarczająca, by zapełnić średniej klasy planetolot. Na
dodatek ich przeznaczenie nie było mi znane. Zaczynałem się pocić. Potem jednak dostrzegłem
małą dziurkę, jakby stworzoną dla klucza, i przypomniałem sobie, Ŝe Slasher mówił coś o
uruchomieniu wozu bez kluczyka. Syreny wyły ze wszystkich stron, podczas gdy ja
gorączkowo przetrząsałem wszystkie kieszenie mojego nowego przyodziewku.
Klucze! I to cały pęk. Klnąc na czym świat stoi, wypróbowałem je po kolei, dopóki nie
dotarło do mnie, Ŝe są zbyt duŜe jak na ten otworek. Na zewnątrz jacyś gapie zainteresowali się
juŜ moimi posunięciami i przysuwali się właśnie bliŜej.
- Do tyłu! - ryknąłem i dla dodania powagi moim słowom wyciągnąłem broń z kabury.
Najwidoczniej była nie zabezpieczona, a ja nadusiłem nie to, co trzeba. Huknęło
straszliwie, a urządzenie, które to sprawiło, wyleciało mi z dłoni wytwarzając przy okazji
chmurę dymu. Coś jakby metalowy pocisk przebiło dach i poczułem się, ogólnie mówiąc,
głupio. Jedynym poŜytkiem był fakt, Ŝe widownię wymiotło i to błyskawicznie. Wraz z ich
pospiesznym odwrotem zbliŜył się do mnie, równie skwapliwie, inny wóz. Miałem niejasne
wraŜenie, Ŝe sprawy toczą się nie tak, jak powinny.
Klnąc pod nosem, rzuciłem się na poszukiwania. Gdzieś tu muszą być w końcu te
cholerne klucze! Policyjny samochód zatrzymał się tuŜ za mną i usłyszałem trzask otwieranych
drzwiczek. W tym właśnie momencie moją uwagę przykuł lekki błysk stali w skrytce na
drzwiach. Para kluczyków, z których jeden pasował idealnie do otworu w tablicy rozdzielczej.
Stało się to właśnie wtedy, gdy dwóch kolejnych przedstawicieli prawa zbliŜało się juŜ do obu
burt mojego wozu.
- Co tu się dzieje?! - krzyknął najbliŜszy, gdy przekręciłem znaleziony kluczyk i silnik
zaskoczył z rykiem.
- Kłopoty! - odwrzasnąłem, walcząc z wystającą z podłogi dźwignią.
- Wyłaź! - odparł, wyciągając broń.
- Sprawa Ŝycia i śmierci! - krzyknąłem załamującym się głosem i wdusiłem jeden z
wystających z podłogi pedałów tak, jak robił to Slasher.
Silnik ryknął, opony pisnęły i wóz ruszył. Tyle Ŝe w niewłaściwą stronę, bo do tyłu.
Nastąpił głośny trzask i brzęk tłuczonego szkła. Złapałem za dźwignię. Jeden z gliniarzy
pojawił się przed wozem, ale odskoczył błyskawicznie, gdy znalazłem właściwą kombinację i
wóz ruszył z rykiem prosto na niego. Przed maską rozpościerała się teraz gładka i pusta
przestrzeń, toteŜ ruszyłem w drogę.
W drogę, lecz z glinami na ogonie. Zanim skręciłem za róg, ruszył za mną ten tak
nieuprzejmie potraktowany przed chwilą wóz. Na jego dachu migotały kolorowe światełka,
syrena wyła, aŜ uszy bolały. Jedną ręką usiłowałem utrzymać kierownicę tak, by jechało toto w
miarę prosto, drugą zaś wduszałem róŜne przyciski i przesuwałem dźwigienki. Dawało to
efekty róŜnorodne, acz nie zawsze zamierzone. Ot, coś spryskało mi przednią szybę, coś
zaczęło grać, aŜ w końcu miałem moje własne światła i syrenę na pełnych obrotach.
Rwaliśmy tak przed siebie w duecie i zaczęło mi się wydawać, Ŝe nie jest to
najwłaściwszy sposób ucieczki. Gliniarze znali miasto, a ja nie; mieli radio, ja wprawdzie teŜ,
ale zupełnie bezuŜyteczne. Oni zaś z pewnością zorganizowali na mojej drodze jakiś komitet
powitalny czy inną miłą niespodziankę.
Ledwo to ostatnie do mnie dotarło, skręciłem gwałtownie w najbliŜszą przecznicę. Z
uwagi na to, Ŝe jechałem ciut szybciej, niŜ powinienem, odbyło się to przy akompaniamencie
pisku opon i szorowania blachą po murze, ale w końcu znalazłem się, gdzie chciałem. Pościg
zwolnił, nie mieli widocznie takiego zacięcia dramatycznego jak ja. Nadal trzymali się jednak
za mną, wzięli nawet jeszcze jeden zakręt. Oba były w prawo i teraz, w ten oto prosty sposób,
wracałem tam, skąd przybyłem, czyli na scenę zbrodni.
Było to zresztą najbezpieczniejsze wyjście. Ledwie migając światłami i wyjąc jak
potępieniec, wpadłem w ulicę przed bankiem, zniknąłem w młynie, na który składało się coś z
pół tuzina podobnych wozów, kręcących się w kółko i nieustannie blokujących sobie
wzajemnie drogę.
Robiłem, co mogłem, by uatrakcyjnić to widowisko, które i tak miało swój urok, dzięki
pikantnym wiązankom i malowniczemu wygraŜaniu pięściami. Szczerze Ŝałowałem, Ŝe w
momencie największego bałaganu musiałem wycofać się cichcem za najbliŜszy róg. Tu, w
spokoju sprawdziłem, czy rzeczywiście jestem sam, wyłączyłem efekty specjalne i ruszyłem
statecznie ulicą, szukając szczęścia.
Nie zamierzałem tak naprawdę uciekać wozem policyjnym, to byłby najgłupszy z
moich pomysłów, toteŜ wypatrywałem okazji, by pozbyć się samochodu i dostać się do jakiejś
prawdziwej oazy spokoju. Oazy luksusowej. Nigdy nie lubiłem robić rzeczy połowicznie.
Niezbyt daleko znalazłem nawet takie miejsce, zalane powodzią świateł i reklam. Hotel, sadząc
po wyglądzie, naleŜał do najlepszych. Inaczej mówiąc, miejsce, w którym nikt nie powinien
mnie szukać. Taką przynajmniej miałem nadzieję.
Skręciłem w boczną uliczkę, zaparkowałem wóz, zdjąłem uniform i złapawszy torby,
ruszyłem ku wyjściu. Nie zapomniałem przedtem, rzecz jasna, upchnąć jednej garści
banknotów w kieszeni. Gdy znajdą wóz, powinni wpaść na genialny pomysł, Ŝe zmieniłem
pojazdy i automatycznie objąć poszukiwaniami większy obszar.
- Hej, ty! - wrzasnąłem na umundurowanego faceta sterczącego przy drzwiach. - Weź
bagaŜe.
Mój ton był obraźliwy, a maniery chamskie, toteŜ powinien dać mi chociaŜ w pysk lub
wręcz zignorować. Zapobiegłem temu, wsuwając mu w łapę papier o sporym nominale. Rzut
oka na liczbę wystarczał, by facet porzucił wszelkie złe myśli i z obleśnym uśmiechem złapał
obie moje walizy. Mając go za plecami, wkroczyłem do środka.
Ciemne drewno, puszyste dywany, dyskretne oświetlenie, piękne kobiety w
towarzystwie brzuchatych facetów - bez wątpienia było to właściwe dla mnie miejsce. Co
prawda, na widok mojego przyodziewku parę osób uniosło w zdumieniu brwi, ale
zignorowałem to i podąŜyłem zdecydowanie ku recepcji. Stojący tam siwowłosy jegomość
spojrzał na mnie sponad patrycjuszowskiego nosa i fizycznie poczułem, jak rośnie w nim
odraza wobec mojej osoby. Rzuciłem na ladę zwitek banknotów i poinformowałem go
chłodno:
- Masz szczęście spotkać bogatego, ale ekscentrycznego milionera. To dla ciebie.
Gotówka zniknęła szybciej, niŜ zdąŜyła się pojawić.
- Właśnie wróciłem z dziczy i chcę tu dostać najlepszy pokój, jaki macie.
- Coś dałoby się zrobić, ale wolny jest tylko Apartament Królewski, a jego cena...
- Nie zawracaj sobie głowy drobiazgami. Weź to i daj mi znać, jak zabraknie na
rachunek.
- Jak pan sobie Ŝyczy. Gdyby był pan jeszcze tak uprzejmy i podał mi swoje nazwisko...
- A ty jak się nazywasz?
- Ja? Roscoe Amberdexter.
- Co za zbieg okoliczności! To takŜe moje nazwisko, ale moŜesz się do mnie zwracać
sir. Musi tu być dość popularne. W kaŜdym razie moŜesz się za mnie podpisać, skoro obaj tak
samo się nazywamy... - Przysunąłem się do niego i szepnąłem: - Nie chcę, Ŝeby ktoś wiedział,
Ŝ
e tu jestem. Ledwie się gdzieś zatrzymam, juŜ mam na karku kupę ludzi. Jakby właściciel
chciał dalszych informacji, przyślij go do mnie.
Zamiast informacji dam mu i tak tylko gotówkę - pomyślałem - ale nie sądzę, Ŝeby
robiło mu to jakąś róŜnicę.
Z całą kurtuazją zostałem doprowadzony do pomieszczenia, poinformowany dokładnie,
co i jak się wdusza i włącza. Cały sztab fagasów pootwierał przede mną wszelkie moŜliwe
drzwi, zamówił zapasy spoŜywcze i opuścił lokal z zadowolonymi minami i pęczniejącymi
kieszeniami. Gdy zostałem wreszcie sam, włoŜyłem największą torbę do szafy, otworzyłem
mniejszą i zamarłem.
Igła detektora pola energii czasowej wskazywała trzy czwarte mocy i skierowana była
na mur, w którym wbudowane było okno.
7
Zatrzęsło mną, gdy kładłem detektor na podłodze. Siła pola wynosiła 117,56, czego nie
omieszkałem zanotować, po czym patrząc wzdłuŜ osi wyznaczonej przez igłę, zbliŜyłem się do
okna i zaznaczyłem na jego ramie kobylaste X. Następnie sprawdziłem wszystko raz jeszcze.
W czasie tego drugiego testu igła zaczęła się wahać, po czym spadła do zera.
Ale to były detale. NajwaŜniejsze, Ŝe ich miałem. Operowali z tego miejsca i czasu, a
skoro uŜyli generatora raz, to uŜyją go ponownie. Tylko Ŝe wtedy będę juŜ na nich czekał.
Pierwszy raz od chwili pojawienia się w tym zapomnianym przez Boga i cywilizację świecie
poczułem nikły promyk nadziei ogrzewający mnie od środka. Z tym teŜ uczuciem wziąłem
prysznic i tabletkę, po czym udałem się na dobrze zasłuŜony odpoczynek.
Obudziłem się z odczuciem bliŜszej i dokładniejszej, niŜ przed zaśnięciem,
przynaleŜności do gatunku ludzkiego. W sąsiednim pokoju zgromadzona została dość
interesująca kolekcja butelek, toteŜ z napełnioną szklanką zasiadłem przed srebrnym ekranem
urządzenia zwanego tu telewizorem. Domyślałem się juŜ od dawna, Ŝe moja znajomość
tubylczego języka jest dość niepewna, i miałem szczery zamiar posłuchać kogoś, kto władał
jego doskonalszą i pełniejszą postacią.
Było to jednak dość trudnym zadaniem. W oglądanym przeze mnie programie
brakowało podziału na kanały edukacyjne i rozrywkowe.
Znalazłem jakąś sztukę historyczną, w której bohaterowie nosili szerokoskrzydłe
kapelusze i poruszali się konno, ale cały ich słownik nie przekraczał stu słów, a i tak większość
z tych inteligentów została zastrzelona, zanim zrozumiałem, o co im chodzi. Broń grała zresztą
dość istotną rolę w większości tutejszych dramatów, które obejrzałem, choć w wielu
wypadkach doprawione to było jeszcze sadyzmem i innymi zboczeniami. Najrozmaitsze
mordy zajmowały ludziom tyle czasu, Ŝe jedynym przejawem innych uczuć był przelotny
pocałunek.
Na dodatek akcja była dość trudna do śledzenia, gdyŜ co chwila przerywano ją
krzykliwymi reklamami róŜnych dóbr konsumpcyjnych. Po pięciu godzinach takiej mieszanki,
która doprowadziła do minimalnego zwiększenia mojej znajomości języka, wyłączyłem pudło
zniechęcony i udałem się do kąpieli w osobnym pomieszczeniu, wypełnionym eksponatami
muzealnymi ilustrującymi historię kanalizacji.
Następnie spora gromadka słuŜby hotelowej została rozpędzona po sklepach (z duŜą
ilością gotówki, rzecz jasna) i moje szafy zapełniły się zestawem potrzebnych ubrań i
drobiazgów wraz z odpowiednimi torbami do ich przewozu. Jako dodatek specjalny
zafundowałem sobie komplet map, urządzenie zwane kompasem magnetycznym i podręcznik z
zasadami nawigacji. Wyznaczenie kierunku, obliczenie odległości i przeniesienie tego
wszystkiego na mapę okolicy było juŜ dość łatwym zadaniem. Gdy uporałem się z tym po
dwóch godzinach, znałem juŜ mój cel: duŜą aglomerację miejską, bardzo duŜą, prawdę
mówiąc, największą na całej mapie.
Nazywali ją tutaj Nowy Jork. Co prawda, nigdzie nie znalazłem Starego Jorku, ale to
juŜ mnie nie obchodziło. Wiedziałem, gdzie muszę się udać.
Opuszczenie hotelu porównywalne było tylko z abdykacją monarchy i w Ŝadnym
wypadku nie miało nic wspólnego ze zwykłym zwolnieniem pokoju przez klienta. Wynajęty
wóz zawiózł mnie i stertę bagaŜy na lotnisko, gdzie uświadomiłem sobie, doznając przy tym
niemiłego szoku, Ŝe tutejsze władze - w przeciwieństwie do mnie - nie zapomniały o
niedawnym obrobieniu banku.
- Otwórz no to! - polecił urzędas w uniformie.
- Zapomnieliście dodać ”proszę pana” - zwróciłem mu słodko uwagę, zauwaŜając, Ŝe tej
samej procedurze poddawani są wszyscy wyjeŜdŜający. - A mogę spytać, czego szukacie?
- Pieniędzy - odparł juŜ uprzejmiej. - Był skok na bank.
- Obawiam się, nie mam ze sobą zbyt duŜej kwoty - stwierdziłem, tuląc do siebie torbę z
gotówką.
- Te są w porządku - sapnął kończąc przegląd moich waliz. - Zobaczymy jeszcze
ostatnią.
- Nie tutaj, jeśli pan łaskaw. Jestem urzędnikiem rządowym, w tej torbie są ściśle tajne
papiery! - To był tekst zerŜnięty Ŝywcem z jednego z tych kretyńskich programów TV, ale
poskutkował.
- Chodźmy do biura - zgodził się wskazując drogę. W biurze wyglądał przez moment na
zaskoczonego, gdy zamiast dokumentów podsunąłem mu pod nos granat z gazem usypiającym,
ale to był naprawdę tylko moment. Zaraz potem ułoŜył się miękko na ziemi. W pomieszczeniu
były całe masy akt i innych formularzy tak drogich sercu kaŜdego urzędasa. Zrobiłem mu z
nich jak najwygodniejsze posłanie. Dopóki go nie znajdą, ja będę miał święty spokój i czas na
dotarcie do Nowego Jorku. Poza tym nawet gdy znajdą, to i tak będą musieli go jeszcze
obudzić, a w tym świecie nie mieli antidotum na mój gaz.
Lot był nuŜący, nudny i odbywał się w nieustannym hałasie. Tutejsze urządzenia
latające napędzane były zwykłymi silnikami odrzutowymi na ciekłe paliwo, którego smród,
wszechobecny w samolocie, przekonał mnie w końcu, jak karygodne marnotrawstwo
węglowodorów ma tu miejsce.
PrzeŜyłem chwilę grozy, gdy w pewnej chwili zaczęliśmy spadać, ale okazało się, Ŝe to
normalna procedura przy lądowaniu. Droga z lotniska do śródmieścia, w smrodzie spalin, ryku
klaksonów i wzajemnym wymyślaniu kierowców, była dość męczącym przeŜyciem, toteŜ z
prawdziwą ulgą zamknąłem w końcu za sobą drzwi hotelowego apartamentu.
Byłem gotów do następnego kroku, którym miało być wykonanie zadania. W końcu po
to właśnie się tu zjawiłem. Musiało się to odbyć szybko, aby moi przeciwnicy nie zdąŜyli się
zorientować, Ŝe są pod obserwacją. Z pewnością liczyli się z taką ewentualnością, gdy
rozpętywali ten konflikt, ale ile czasu moŜna Ŝyć w nieustannym pogotowiu - tydzień, najwyŜej
rok.
Aby zabezpieczyć się przed szeroko rozwiniętą profilaktyką, która ujawniłaby się z
chwilą, gdy moja obecność przestałaby być tajemnicą, powinienem uderzyć zaraz, i to uderzyć
mocno. PoŜyteczną rzeczą byłoby dowiedzieć się przy okazji, kim oni są, ale to juŜ naprawdę
tylko przy okazji.
NajwaŜniejszą sprawą było ich całkowite wyeliminowanie. Nie lubię zabijać bez
wyraźnej potrzeby i w związku z tym nader rzadko to robiłem, ale jeŜeli ktoś, jak tutaj,
wypowiada totalną wojnę wszystkiemu, a zaczyna od całkowitej likwidacji mojego Korpusu, to
według mnie naleŜy go jak najszybciej zabić, zanim on zdąŜy zamordować dalsze ofiary. Z
tymi właśnie myślami przygotowałem się do opuszczenia mojego apartamentu.
Gdy z niego wyszedłem, zrozumiałem, Ŝe prawdopodobnie nie byłbym w stanie
opanować całej planety ot, tak sobie, ale bez dwóch zdań przynajmniej trzy rewolucje leŜały na
pewno w zasięgu moich moŜliwości. Byłem po prostu chodzącym składem śmiercionośnych
drobiazgów - to chyba było najtrafniejsze określenie mojej osoby. W dłoni miałem mały
skórzany neseserek z detektorem, którego skala widoczna była przez specjalnie wycięte
otwory.
Wyszedłem tak na miasto i rozpocząłem najnudniejszą, ale zarazem najspokojniejszą -
jak z początku sądziłem - czynność, którą było oczekiwanie. Trwało to jednak krócej, niŜ się
spodziewałem. Musieli chyba znów wpaść na jakiś chytry pomysł, gdyŜ detektor zameldował
stałą i dość długą emisję. Jej kierunek i odległość emitora miałem ustalone juŜ po paru
sekundach i teraz gnałem tam ile sił w nogach. Na poruszanie nie tylko nogami, ale równieŜ i
szarymi komórkami przyszedł czas, gdy omal nie wpadłem pod cięŜarówkę.
Mój cel, do którego tak pracowicie przez cały czas dąŜyłem, prezentował się dość
okazale - była to kilkunastopiętrowa konstrukcja ze szkła i stali, które tutaj nazywają
”drapaczami chmur”. Znajdował się on w tak zwanej dzielnicy bankowej i otoczony był
starannie utrzymanym trawnikiem.
Wszedłem tam, gotów na wszystko.
Poza tym, rzecz jasna, co nastąpiło.
Ledwie znalazłem się w środku, zatrzasnęły się wszystkie drzwi, zostały teŜ zaraz
zablokowane, a oni rzucili się na mnie. WSZYSCY. Klienci, obsługa wind, urzędnicy, a nawet
kioskarz i sprzątaczka. ZbliŜali się do mnie błyskawicznie z lodowatym błyskiem wściekłości
w oczach.
Musiałem zostać przez nich namierzony! Musieli wykryć mój detektor, gdy ja szukałem
ich. No i oczywiście nie czekali spokojnie na moje wyjaśnienia, których i tak bym im nie
złoŜył.
Zaatakowali
pierwsi.
8
To była zmora senna, która nagle stała się rzeczywistością. Owszem, kaŜda istota
miewa napady paranoi, kiedy to wydaje się, Ŝe wszyscy są wrogami. Teraz jednak to nie było
złudzenie. Przez sekundę zmroziło mnie przeraŜenie, a potem spróbowałem walki.
Tylko Ŝe ta pierwsza sekunda wystarczyła. Gdybym od razu zaczął, jak planowałem,
zabijać i niszczyć, to mogłoby mi się to wszystko nawet udać. Teraz nie miałem juŜ Ŝadnych
szans. Oczywiście, narobiłem sporego nawet zamieszania moimi granatami i rozwiązałem
częściowo moją siedemdziesiątką piątką problem lokalnego przeludnienia, lecz przeciwników
było zbyt duŜo i byli zbyt blisko. Zostałem dosłownie przywalony całą ich masą, a ręce, które
mnie łapały, nie były z pewnością dłońmi dobrych samarytan. Tak zatem utrata świadomości,
która przydarzyła mi się w końcu po którymś szczególnie mocnym ciosie, była istnym
błogosławieństwem.
Błogosławieństwo owo nie trwało jednak zbyt długo. Moje zmysły zaatakował ostry ból
i jeszcze gorszy zapach, które ostatecznie przywróciły mi świadomość.
Przede mną stał potęŜnie zbudowany, wysoki facet. Przypatrywał mi się natarczywie i
nie mogłem odwzajemnić mu się tym samym, obraz bowiem pływał mi przed oczami. Dopiero
gdy jakaś Ŝyczliwa dusza wylała na mnie wiadro wody, mój wzrok w miarę się unormował.
Facet dwukrotnie przewyŜszał wzrostem normalnego człowieka, a poniewaŜ
zbudowany był dość proporcjonalnie, zasługiwał na miano giganta. Jego skóra miała
intensywny ciemnoczerwony kolor, oczy były skośne i teŜ ciemne, zęby wystawały z
paszczęki, szczególnie gdy mówił.
- Z jakiego czasu jesteś? - dobiegł mnie chrapliwy głos, mówiący językiem uŜywanym
w Korpusie.
Musiałem drgnąć nieco na te słowa, gdyŜ uśmiechnął się zwycięsko i bez śladu ciepła w
głosie stwierdził:
- Korpus Specjalny! Ostatnie podrygi zdychającej ostrygi. Ilu was tu jest i gdzie są
pozostali?
- Znajdą cię - wykrztusiłem.
Był to jedyny sukces, mizerny zresztą, wobec całej serii zwycięstw przeciwnika. Nie
wiedział, jak dotąd, Ŝe jestem sam, a ta niewiedza była chwilowo gwarancją mego Ŝycia.
Chwilowo, wiedziałem bowiem, Ŝe nie mam co liczyć w tym towarzystwie na długowieczność.
Byłem rozebrany, i to fachowo, usunięto mi teŜ wszystkie drobiazgi, które zazwyczaj nosiłem.
Nie podniosło to mojego morale.
- Kim ty jesteś? - spytałem go w końcu.
Zamiast odpowiedzi uniósł obie pięści, naśladując gest wiktorii. Na ten widok słowa
same jakoś wypłynęły mi z ust.
- Jesteś szaleńcem!
- Oczywiście! - wrzasnął. - Tacy właśnie jesteśmy i chociaŜ raz juŜ nas za to zabili, nie
uda im się tego powtórzyć. Tym razem to my zwycięŜymy, niszcząc wszystkich naszych
wrogów, zanim jeszcze zostaną narodzeni, i wypełniając tym samym przeznaczenie. Spełnimy
przekleństwo, które ciąŜy nad tym światem.
Przypomniałem sobie, co Coypu mówił o zniszczeniu Ziemi, ale zanim odtworzyłem
wszystko w pamięci, jego ryk ponownie wypełnił mi uszy.
- Zabrać go! Najpierw się z nim pobawię, a potem wyciągniecie z jego mózgu wszystkie
informacje. Wszystkie!
Kiedy wywleczono mnie z pokoju, wiedziałem, Ŝe mogę tylko czekać na moment, gdy
w pobliŜu będzie paru spośród nich. W tłumie nie miałbym Ŝadnej szansy.
Okazja zdarzyła się, gdy moi prześladowcy przekazali mnie osobnikom w białych
fartuchach. Odbyło się to przy licznych wymyślaniach i poszturchiwaniach, i to nie pod moim
adresem. Między sobą nienawidzili się równie mocno, jak nie cierpieli mnie. Czysty obłęd!
Miałem juŜ tylko jedną szansę i musiałem ją wykorzystać, jeśli miałem w ogóle coś
zrobić. Drzwi zostały zamknięte, moje nogi przymocowane do stołu, a trzech gości zamierzało
to samo zrobić z resztą mojej osoby. Oprócz tego w pokoju było jeszcze dwóch, lecz odwrócili
się do mnie plecami, zajęci aparaturą. Wysunąłem dolną szczękę do przodu i z całej siły
nadgryzłem ostatni ząb.
Była to moja broń ostateczna; broń, której nigdy dotąd nie uŜyłem. Normalnie rzecz
biorąc, w przeciętnych warunkach sięganie po nią było bez sensu. Zbytnie spustoszenie
powodowała w organizmie, by mogły to wyrównać największe nawet sukcesy. Normalnie. Ale
ta sytuacja nie była normalna.
WydrąŜony ząb pękł i parę kropli cieczy, którą zawierał, spłynęło mi prosto do
przełyku. Ból był potworny, i to nawet przy zastosowaniu środka znieczulającego, który
stanowił jeden ze składników mikstury. Zrobili ją ludzie Coypu na moje wyraźne Ŝyczenie i jak
dotąd testowana była jedynie na zwierzętach. Zawierała wszystkie znane stymulatory, łącznie z
nowym rodzajem synergatora, który wyzwalał w ciele ludzkim histeryczną siłę.
Czas zwolnił. ZauwaŜyłem, Ŝe faceci w kitlach poruszają się wkoło mnie dziwnie
ś
lamazarnie, i wiedziałem, Ŝe nadszedł właściwy moment.
Obie ręce przyciskali mi do stołu rośli faceci i widać było, Ŝe wkładają w to sporo serca,
ale mimo to nie sprawiło mi kłopotu podniesienie ich jednym ruchem z podłogi tak, Ŝe zderzyli
się głowami. Cisnąłem ich na tego, który gmerał przy moich nogach. Usiadłem, zanim jeszcze
zdąŜyli opaść wszyscy na podłogę, i złapałem stalową obręcz przyciskającą moje kolana do
blatu. Najprościej było wyrwać ją i to właśnie zrobiłem. Pozostali obecni w pokoju obracali się
jeszcze ku mnie, gdy skończyłem. Jeden dostał dłonią w szyję i coś tam chrupnęło, drugiego
trzasnąłem na odlew, posyłając go w środek spoczywającej na podłodze kompozycji ciał. Teraz
poza mną w pokoju nie ruszało się juŜ nic, toteŜ do głosu doszło logiczne myślenie.
NaleŜało stąd pryskać, lecz nie na golasa. PoniewaŜ moje ubranie zostało rozdarte na
strzępy, rozebrałem jednego z moich niedoszłych oprawców. Trwało to trochę, lecz w końcu
wyszedłem w sensownym stroju na korytarz.
Droga do wyjścia wiodła po śladach podróŜy w tamtą stronę i nie miałem Ŝadnych
problemów z jej przebyciem. Wszyscy inni mieli natomiast spore problemy, by mnie
zauwaŜyć. Nawet wtedy gdy przystanąłem przy długim stole, wokół którego kręciła się spora
gromadka tych przyjemniaczków zajętych moim starannie rozłoŜonym na blacie
wyposaŜeniem. Zupełnie jakby to była wystawa. Gdyby nie powaga chwili, na pewno bym się
uśmiechnął.
OstroŜnie, by nikomu nie przeszkodzić, sięgnąłem po wiązkę granatów gazowych i
filtry. To był faktycznie szybko działający gaz. Nawet ci, którzy coś zauwaŜyli, nie mieli dość
czasu, by poinformować innych. Powietrze nadal było pełne oparów, gdy z pistoletem w dłoni
rozwaliłem drzwi do sąsiedniego pomieszczenia.
- TY!? - ryknął, prostując swe olbrzymie ciało, gdy w koło walili się na ziemię jego
pomocnicy.
Gaz był naprawdę dobry, co widać było po innych, ale on jakimś cudem zdołał się
pozbierać i robił nawet wyraźne wysiłki, by mnie dosięgnąć. Uspokoiłem go wcale nie
najlŜejszym stuknięciem kolbą. Przywiązałem go do krzesła, sprawdziłem, co nowego na
tyłach, i gdy ponownie na niego spojrzałem, spostrzegłem, Ŝe nadal jest przytomny.
- Kim ty właściwie jesteś, do cholery? - wyrwało mi się. - Co z ciebie za człowiek?
- Jestem tym, który rządzić będzie przez wieki. Umysłem, który nigdy nie zginie.
Uwolnij mnie!
Oczywiście był obłąkany. I dziwny był ten obłęd, w którym znać było wewnętrzny
porządek. Co gorsza, był to zapewne obłęd zaraźliwy.
- Długie panowanie, ale niezbyt wygodne - stwierdziłem. - Dopóki nie wyleczysz się
pan z tego oparzenia słonecznego, to nie ma rady, przejemniaczku...
Zamknąłem się. Dopiero teraz miałem okazję dokładniej go sobie obejrzeć. Całe jego
ciało pokryte było bliznami i szwami. Sztuczne ciało, poskładane ze skradzionych części, które
dobra chirurgia połączyła w jedno. Przez cały czas, gdy mówił - a nadawał bez chwili przerwy
o sobie i o sobie podobnych - moja uwaga skupiała się na systemie wentylacyjnym, do którego
wpuściłem dość gazu, by uśpić pułk piechoty. Tyle tylko, Ŝe mogło ich tu być więcej niŜ pułk.
Gdy wszedłem do gabinetu, ujrzałem zielonkawe migotanie time-helixu i
uśmiechnąłem się do siebie.
- Jeden dobrze ulokowany ładunek i nastąpi ostatni występ tak aparatury, jak i naszego
czerwonego brata - poinformowałem go uprzejmie.
Zamiast wybuchu dobrze ulokowanego ładunku nastąpił jednak równie dobry sierpowy
i, ku mojemu wyraźnemu
zaskoczeniu, znalazłem się na ścianie. Musiałem najwidoczniej ocenić jego moŜliwości
z taką samą dokładnością, z jaką on ocenił moje parę minut wcześniej.
Poruszał się błyskawicznie. Zanim podniosłem broń, był juŜ przy aparaturze. Ale kule
są szybsze. Trafiłem go, gdy spirala energii zaczynała się dopiero rozwijać. Fontanna krwi
buchnęła z jego klatki piersiowej. Zniknął jednak, a ja nie wiedziałem, dokąd się udaje.
Powinien juŜ być martwy, ale nie zamierzałem powtórnie popełniać tego samego błędu
i oceniać go zgodnie z kryteriami stosowanymi wobec innych ludzi. Maszyneria przepaliła się,
nie wytrzymując przeciąŜenia, a zatem nie byłem juŜ w stanie niczego się z tego źródła
dowiedzieć. Na dodatek zaczęły przepływać przeze mnie pierwsze fale bólu i zmęczenia. Był to
najlepszy dowód, Ŝe moje narkotyki z wolna przestawały działać.
A tu trzeba było jeszcze pozbierać ekwipunek i dotrzeć z nim do hotelu, i to dość
szybko, by zacząć skuteczną kurację własnej osoby.
W trakcie zbierania mojej własności doszedłem do wniosku, Ŝe najprawdopodobniej
dostępne są tu wszystkie materiały potrzebne do zbudowania time-helixu, a sposób jego
zmontowania mam przecieŜ na małym czarnym dysku spoczywającym w kieszeni. Co prawda,
będę potrzebował znacznie więcej gotówki, ale na to przecieŜ zawsze znajdzie się sposób.
Pokrzepiony
tymi
miłymi
perspektywami,
opuściłem
niegościnny
lokal.
9
Z nonszalancją niosłem moją dyplomatkę, a w niej - standardową zawartość: granaty,
bomby, materiały wybuchowe, spluwa, moŜe dwie. Ot, normalne artykuły handlowe.
Trzymałem się prosto, z ramionami odciągniętymi do tyłu, krok miałem pewny na równi z
przekonaniem, Ŝe gdzie jak gdzie, ale w biurze płatnika gotówki nie zabraknie. Cokolwiek by
powiedzieć, chociaŜ tyle byłem winien nowiutkiemu mundurowi komandora US Navy.
- Dzień dobry - warknąłem, zamykając za sobą drzwi przedsionka kasy i jednocześnie
blokując je trzymanym dyskretnie w dłoni drobiazgiem.
- Yes, sir.
Siedzący za biurkiem sierŜant sztabowy odpowiedział uprzejmie, ale widać było, Ŝe
pochłonięty jest piętrzącymi się na jego biurku sprawami i Ŝe makulatura ta waŜniejsza jest dla
niego niŜ moja osoba. Drzwi do sąsiedniego pokoju były uchylone, tak Ŝe mogłem rzucić
okiem na otwarty akurat sejf. Wyglądał ślicznie i kolorowo. PołoŜyłem walizeczkę na biurku.
- Czytałem niedawno o tym - stwierdziłem - jak efektywnie radzi sobie wojsko ze
zdobyciem miliona czy dwóch, gdy są potrzebne. Przyznaję, Ŝe jestem pełen podziwu dla tej
operatywności. - Przy tych słowach odblokowałem zamki walizeczki.
- Aye, aye, sir - mruknął sierŜancina, licząc coś zawzięcie na kalkulatorze.
- Myślałem, Ŝe moŜe was to zainteresuje. Powiem tylko krótko, co mnie tu sprowadza.
Pomyślałem sobie, Ŝe przy tak wzorowej zaradności znajdzie się tu trochę gotówki i dla mnie. I
to jest właśnie powód, dla którego zamierzam was zastrzelić, sierŜancie.
Na to w końcu zareagował. Poczekałem uprzejmie, aŜ oczy wyjdą mu z orbit, a
rozwarcie szczęk osiągnie maksimum, i pociągnąłem za spust długolufowego pistoletu. Z
cichym pstryknięciem wypluł ładunek, lecz zajęło to jednak parę sekund i reszta
zgromadzonego w okolicy personelu miała czas, by coś zauwaŜyć. Zanim zdąŜyli właściwie
zareagować, uspokoiłem ich po kolei moją nową zabawką. Na koniec wsadziłem głowę do
sąsiedniego pokoju i zawołałem:
- Ho, ho, widzę pana, kapitanie!
Odwrócił się z jakimś przekleństwem na końcu języka, ale natychmiast wbiłem mu igłę
pod ucho. Spoczął na ziemi równie szybko jak pozostali. Mój narkotyk był skuteczny i
piorunujący w działaniu.
Za moimi plecami rozlegało się teraz niezbyt melodyjne, lecz miłe dla ucha
pochrapywanie. A przede mną piętrzyły się pliki zielonkawych banknotów. Nie tracąc czasu ot-
worzyłem torbę i wyjąłem pierwszy z nich. W tym momencie szyba w najbliŜszym oknie
rozleciała się z brzękiem, a z powstałej w ten sposób dziury bluznęła w moim kierunku seria.
Tyle tylko, Ŝe mnie juŜ nie było na linii ognia. Gdyby strzelano przez szkło, byłbym juŜ
elegancko podziurawiony ołowianymi pociskami, których uŜywali tubylcy. Rozbicie szyby
dało mi ten ułamek sekundy, na który mogłem liczyć i na którego wykorzystanie zawsze byłem
przygotowany.
Przewrót przez plecy i juŜ toczyłem się ku drzwiom, ściskając w obu dłoniach granaty
gazowe i dymne. Rzucone, eksplodowały prawie bezgłośnie i wnętrze pomieszczenia przestało
być widoczne dla spojrzeń z zewnątrz. Rzuciłem następne granaty i ogień ustał.
Na podobieństwo dobrze ukształtowanego węŜa podczołgałem się do sejfu i mając go
między sobą a oknem, zacząłem na oślep ładować pieniądze do torby. Nie zamierzałem ich tu
zostawiać. To, Ŝe odkryto moją obecność nie stanowiło Ŝadnego powodu. Śmiertelne
niebezpieczeństwo to nie usprawiedliwienie. Jeśli nie wyjdę z tego cało, to i tak nie zrobi to
róŜnicy, ale jeŜeli się uda, to powinna mnie spotkać za ten trud jakaś nagroda.
Pchając bagaŜ przed sobą, poczołgałem się ku drzwiom i byłem juŜ na najlepszej
drodze, aby je uchylić, gdy na zewnątrz ryknął megafon:
- Wiemy, Ŝe tam jesteś. Wyjdź z rękami w górze, albo rozwalimy tę budę. Budynek jest
otoczony. Nie masz Ŝadnych szans!
Dym się przerzedził i zerkając przez okno mogłem się przekonać, Ŝe głos nie łŜe. Wokół
była masa cięŜarówek (z kwadratowoszczękimi - jak nakazywała wyobraźnia - członkami
Military Police) i jeepów, na których zamontowano wielkokalibrowe kaemy na obrotowych
podstawach. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądało to na dobrze przygotowany komitet powitamy.
- Nigdy nie weźmiecie mnie Ŝywego! - ryknąłem siejąc na prawo i na lewo tak
granatami dymnymi, jak i ładunkami wybuchowymi. Korzystając z zamieszania, wywaliłem
jeszcze spory kawał tylnej ściany i przepełznąłem do chrapiącego nadal sierŜanta.
Na dotyk sądząc, musiał mieć za sobą słuŜbę o imponującym przebiegu. Pasków miał
więcej od szanującego się tygrysa, a naszywki na rękawie sięgały łokcia. Błyskawicznie
pozbyłem się swojej kurtki mundurowej i włoŜyłem jego bluzę. Ten handel wymienny
uzupełniłem jeszcze czapkami i juŜ byłem gotów. Ci na zewnątrz wiedzieli o mnie
zdecydowanie zbyt duŜo, ale z tej wiedzy moŜna było zrobić teŜ inny uŜytek i wykorzystać ją
przeciwko nim. Wsunąłem broń do kieszeni, złapałem torbę i otworzyłem drzwi.
- Nie strzelać! - wrzasnąłem, wytoczywszy się na świeŜe powietrze. Stanowiłem
idealny cel na tle czarnego dymu. - Nie strzelać! On ma mnie na muszce!
Starałem się wyglądać na przeraŜonego, co nie było specjalnie trudne, biorąc pod
uwagę ową małą armię celującą w moją osobę. Miałem wraŜenie, Ŝe na brzuchu ktoś
wymalował mi tarczę strzelecką, ale dziwnym zaiste i szczęśliwym trafem nikt nie pociągnął za
spust. Zrobiłem jeszcze krok do przodu, obejrzałem się lekko przez ramię i dałem susa ze
schodów.
- Strzelajcie, dostaniecie go! - ryknąłem.
Zachęta była ostatnią rzeczą, której potrzebowali. Entuzjazmu mieli aŜ w nadmiarze.
Frontowe drzwi, podobnie jak i wszystkie szyby, zniknęły rozpylone w proszek przez setki kul
niemal natychmiast po moim okrzyku. Sama ściana zaczynała przypominać swoim wyglądem
wybrakowany ser szwajcarski, w którym liczba dziur przewyŜszała wszystko inne.
- Mierzyć wysoko! - krzyknąłem, czołgając się do najbliŜszego jeepa. - Nasi chłopcy są
na podłodze!
Strzelali wysoko i byli na najlepszej drodze do oddzielenia
dachu od reszty budynku,
gdy zbliŜył się do mnie oficer. Osunął się na ziemię. Zaraz po tym, rzecz jasna, jak rozdusiłem
mu pod nosem ampułkę z gazem.
- Trafili porucznika! - krzyknąłem, pakując torby i jego bezwładne ciało na tył jeepa. -
Trzeba go stąd zabrać!
Kierowca musiał być rzadkim typem tępego słuŜbisty, bo ledwie miałem czas, aby
zabrać się z nimi. Nie ujechaliśmy jeszcze pięciu jardów, gdy strzelec dołączył do porucznika.
Wkrótce ich grono powiększył kierowca. Z nim było najtrudniej, gdyŜ wyciągniecie ciała zza
kierownicy jadącego samochodu nie naleŜy do lekkich rozrywek, lecz w końcu zająłem jego
miejsce. Wdusiłem gaz do dechy i zerknąłem w lusterko.
Trzeba przyznać, Ŝe zorientowanie się w sytuacji nie zabrało im zbyt wiele czasu.
Prawdę mówiąc, pierwszy wóz ruszył za mną, ledwo zająłem się kierowcą. Skręciłem
gwałtownie za róg, posyłając pluton tuptających zapamiętale chłopców w róŜne strony świata
w poszukiwaniu ukrycia, i obejrzałem się. Wyglądało to imponująco - coś ze trzydzieści
pojazdów róŜnej maści, od cięŜarówek po motory, gnało za mną na złamanie karku. Ta
przeklęta popularność! Gdziekolwiek by się ruszył Jim di Griz, zbawca ludzkości, tłumy
zawsze podąŜają za nim!
Skręciłem ku potęŜnemu hangarowi zastawionemu helikopterami. Jazda między
rzędami maszyn naleŜała do najbardziej podniecających momentów ucieczki. Nagłe omal nie
zahamowałem. Helikoptery? Czemu nie? Byłem ostatecznie w Bream Field, uznawanym tu za
helikopterową stolicę świata. Skoro umieli je robić, to z całą pewnością umieli na nich latać. A
jak znałem Ŝycie, to obecnie cała stacja musiała być szczelnie odcięta od świata. Trzeba było
pomyśleć o innej drodze ucieczki niŜ lądowa i ja właśnie to zrobiłem. Przed sobą miałem płytę
postojową, na której parkowała pękata maszyna z wolno obracającym się wirnikiem. Z piskiem
opon zatrzymałem się tuŜ przed szeroko otwartymi drzwiami w kadłubie, po czym
błyskawicznie wrzuciłem tam worki z gotówką. W tym samym momencie cięŜki but podjął
wysiłek, by zetknąć się z moją głową.
Oczywiście byli zaalarmowani. I to tak, Ŝe zapewne wszyscy w promieniu stu mil, poza
głuchymi i sparaliŜowanymi, gotowali się, by mnie ująć. Z wolna stawało się to nudne.
Musiałem schylić się przed ciosem, złapać but i zacząć szarpać się z jego właścicielem,
gdy tymczasem horda moich prześladowców zbliŜała się juŜ z rykiem klaksonów. Właściciel
buta wiedział zbyt duŜo o tego typu przepychankach, toteŜ połoŜyłem kres tej zabawie
uŜywając igły z narkotykiem. Wrzuciłem jego bezwładne ciało do środka, potem dodałem kilka
granatów i na końcu moją osobę. Nie chcąc przeszkadzać pilotowi, który zaŜywał właśnie
drzemki w fotelu, zająłem stanowisko drugiego pilota i wytrzeszczyłem oczy na to, co
rozciągało się przede mną w całej swej niklowanej wspaniałości, czyli tablicę przyrządów.
Jeśli czegoś tu brakowało, to z pewnością nie były to zegary ani dźwignie. Przez czysty,
kretyński przypadek znalazłem od razu te, które były mi potrzebne. Tyle tylko, Ŝe do tego czasu
i tak zostałem otoczony wianuszkiem pojazdów, z których wysuwali lufy tępaki z MP, a paru
walczyło zajadle o przywilej wejścia do kabiny. Uspokoiłem ich gazem, sprawiedliwie
traktując tych w maskach przeciwgazowych, jak i tych, którzy ich nie mieli. Poczekałem, aŜ
będę miał pełny przedział desantowy, i otworzyłem przepustnicę.
Z pewnością widziano tu juŜ lepsze starty, ale - jak twierdził mój dawny instruktor -
kaŜdy sposób znalezienia się w powietrzu jest satysfakcjonujący. Maszyna kołysała się jak
uczuciowy alkoholik i kątem oka dostrzegłem, jak pozostali w dole szukają panicznie osłony.
Odniosłem jeszcze wraŜenie, Ŝe koło stuknęło w plandekę jednej z cięŜarówek, ale to chyba
tylko moja przemęczona wyobraźnia.
A potem płynąłem juŜ w powietrzu i miałem wreszcie trochę samotności. Skierowałem
dziób maszyny nad ocean, na południe.
Wybór miejsca akcji nie był przypadkowy - Bream Field leŜy mniej więcej w najniŜej
połoŜonym zakątku Kalifornii, z jednej strony graniczy z Pacyfikiem, z drugiej z Meksykiem.
PoniewaŜ nie miałem ochoty przebywać dłuŜej w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej,
było to dla mnie miejsce nader wygodne. Bodźca dodał mi fakt, Ŝe - według mojego rozeznania
- większość helikopterów marynarki i armii podąŜała za mną i obawiałem się, Ŝe w krótkim
czasie mogą dołączyć do nich myśliwce. Meksyk był tymczasem niezaleŜnym państwem i tam
nie będą mogli za mną lecieć, miałem przynajmniej taką nadzieję. Zresztą, jakkolwiek by było,
z pewnością w takim przypadku pojawia się zawsze masa komplikacji prawnych, a zanim
zostaną one rozwiązane, ja juŜ będę daleko.
Rozmyślając tak sobie, szukałem jednocześnie autopilota, co po paru omyłkach w
końcu mi się udało. Byliśmy właśnie nad granicą i po paru chwilach posuwaliśmy się juŜ nad
plaŜą stanowiącą terytorium państwa Meksyk; z całą tą powietrzną armadą o sekundy za
ogonem. Sekundy zaś były wszystkim, czego potrzebowałem. Skierowałem maszynę nisko nad
wodę. Ocean był z trzydzieści stóp pode mną, powierzchnia burzyła się pod wpływem wichury
wytwarzanej przez wirnik. Wyrzuciłem torby i dałem pilotowi zastrzyk. Zaczynał juŜ mrugać
oczami, gdy włączywszy autopilota na lot po prostej, skoczyłem w ślad za torbami.
O mały włos udałoby mi się popełnić dość skomplikowaną odmianę samobójstwa.
Maszyna szła pełnym ciągiem, przez co przekręciło mnie w powietrzu i spadłem na wodę z
wdziękiem i gracją bryły cementu. Opiłem się solidnie, ale jakimś cudem wypłynąłem i
rąbnąłem głową w jedną z toreb.
Woda była zimniejsza, niŜ sądziłem, toteŜ zaraz złapał mnie skurcz. Całe szczęście, Ŝe
unoszący się spokojnie bagaŜ dawał mi jakieś oparcie. Dzięki niemu zdołałem dostać się i do
drugiej torby i w tym właśnie momencie przeleciała nade mną, na podobieństwo wkurzonych
aniołków, cała ścigająca mój helikopter armada.
Pewien byłem, Ŝe nikt nie fatygował się spoglądaniem na wodę. Wszystkie oczy wbite
były w znikający na południu helikopter, który przed chwilą byłem łaskaw opuścić. Nagle
pojawił się nad nim deltoskrzydły myśliwiec i maszyna zaczęła powoli, ale niepewnie
zakręcać. Miałem zdecydowanie mniej czasu, niŜ sądziłem jeszcze przed kilkoma minutami.
Skurcz stał się dokuczliwy i zanim się zorientowałem, znalazłem się znów pod wodą -
tylko po to zresztą, by stanąć na piasku. Parskając i klnąc wygramoliłem się na plaŜę; idealne
miejsce, by się ukryć, szczególnie przed poszukiwaniami prowadzonymi z powietrza.
Wprawdzie do tej pory jeszcze się nie zaczęły, lecz nie miałem wątpliwości, Ŝe do nich
dojdzie. Wyjąłem klasyczny granat, odbezpieczyłem go i włoŜyłem do dołka naprędce
wygrzebanego w piasku. Gruchnęło mocno, wzbijając w koło fontannę piasku i wywalając
dziurę akurat na moje potrzeby. Wrzuciłem w nią bagaŜ i rzeczy, z których rozdziałem się zgoła
błyskawicznie, i gorączkowo zacząłem to wszystko zasypywać. Gdy pierwsza z poszukujących
maszyn znalazła się nade mną, leŜałem sobie spokojnie, rozkoszując się słońcem - ot, jak jeden
z wielu w okolicy pływaków.
Odegrałem naleŜytą komedię z gapieniem się w górę, po czym maszyna zniknęła w
oddali. Nie na długo. Ten, który objął dowodzenie obławą, był nawet inteligentny. Helikoptery
rozdzieliły się i zaczęły powolne przeczesywanie plaŜy i przybrzeŜnych wód, bez wątpienia
posługując się porządnymi lornetkami, które mogłyby wypatrzyć kraba na wydmie.
Zdecydowałem, Ŝe czas na kolejną dawkę pływania. Musiałem przy tym wykazać sporo
samozaparcia, woda była bowiem bardzo zimna. Gdy znów nadleciały helikoptery, było ze
mnie widać tylko czubek głowy i czerwone majtki, które głupim trafem miałem akurat na sobie.
Jedna z maszyn zniŜyła się nawet i zawisła nade mną, na co zareagowałem
wygraŜaniem pięścią i solidną wiązanką. Po chwili szum helikopterów ucichł w oddali. Z
trudem wylazłem na brzeg i z przyjemnością rozłoŜyłem się na piasku.
Wszystko to byłoby nader ładne, wręcz piękne, tylko jak, do cholery, mam się teraz stąd
wydostać?
10
Gdy helikoptery zniknęły w oddali, skończyło się wylegiwanie. Niczym stuknięty kret
odkopywałem to, co przed chwilą pracowicie zagrzebywałem. Przeniosłem cały majdan daleko
poza linię przypływu. Następny granat, następny wysiłek i znowu wszystko porządnie ukryłem.
Oczywiście, oprócz spodni, butów i koszuli, z której usunąłem to, co miało jakikolwiek
związek z armią, a na dodatek zmieniłem ją paroma cięciami w całkiem sportowy
przyodziewek. RozłoŜyłem rzeczy, by przeschły, i wziąłem dokładne namiary na okoliczne
punkty krajobrazowe, aby w przyszłości nie przekopywać całej plaŜy. Wreszcie ubrałem się i
ruszyłem ku oddalonej o paręset jardów drodze.
Szczęście mnie nie opuszczało, gdyŜ ledwie się na nią wdrapałem, pojawiła się machina
ś
redniej wielkości na niezwykle wysokich kołach, z dwoma obdartusami w środku. Uniosłem
kciuk w uniwersalnym geście, odpowiedział mi szczęk hamulców i zapraszający gest.
- Chłopie, wyglądasz na mokrego! - przywitał mnie jeden.
- Chłopie, kąpiel na kacu to jest to! - odparłem.
- Trzeba będzie spróbować - zgodził się kierowca i ruszyliśmy przed siebie.
Po paru minutach minęły nas dwa czarne sedany z błyskającymi światłami i potęŜnymi
napisami POLICJA na burtach. Nie trzeba być wybitnym lingwistą, aby zrozumieć znaczenie
tego napisu, toteŜ nie byłem bynajmniej zmartwiony ich szybkim zniknięciem.
Moi nowi kumple wysadzili mnie w mieścinie zwanej Tijuana, gdzie poszukałem
kafejki, siadłem ze szklanicą tequili na werandzie i zrozumiałem, Ŝe właśnie uciekłem z dobrze
zaplanowanej pułapki.
Bo bez dwóch zdań to była pułapka!
Te wszystkie karabiny maszynowe i pojazdy nie spadły zza chmurki, a jest rzeczą raczej
mało prawdopodobną, aby taka siła została postawiona na nogi przypadkowym alarmem i to w
tak błyskawicznym czasie. Tym bardziej Ŝe po krótkiej analizie własnego postępowania pewien
byłem, iŜ ja tego wszystkiego nie wywołałem. Skąd zatem wiedzieli, co ma nastąpić?
Ano z prostego powodu - jakiś dowcipny facet, który podróŜował w czasie, przeczytał
sobie gazety wydane po tym incydencie, po czym cofnął się nieco i ostrzegł ich.
Dokładnie tego się spodziewałem, co nie znaczy oczywiście, Ŝe cokolwiek mi się w tym
numerze podobało. Lecz kryła się pod tym jeszcze jedna, najistotniejsza sprawa. ON Ŝył.
Zniszczyłem jego radosną twórczość w roku 1975, załoŜył więc nową bazę: potęŜniejszą,
dobrze ukrytą i oddaloną. On i jego rozkoszni szaleńcy chcieli kontrolować całą historię, cały
czas i byli na najlepszej do tego drodze, zwłaszcza Ŝe zlikwidowali juŜ Korpus Specjalny,
jedyną organizację przyszłości, która byłaby w stanie ich powstrzymać. Albo raczej prawie
zlikwidowali, gdyŜ pozostałem jeszcze ja, z moją obłędną misją przerzutową i zadaniem
likwidacji likwidatorów. Zresztą, udało mi się to juŜ w 99,9 procent. I tylko ta drobna jedna
dziesiąta procenta powodowała, Ŝe całą robotę trzeba było teraz zaczynać od początku. Ten
facet musiał mieć pancerną bieliznę. Następnym razem uŜyję czegoś mocniejszego, bomby
atomowej w jego śniadaniu na przykład. A więc do roboty!
Sprawa wynajęcia samochodu i wykopania gotówki juŜ następnego dnia nie nastręczyła
Ŝ
adnych problemów, nie licząc faktu, Ŝe ułoŜyłem do snu paru typków w prochowcach. Było to
zajęciem czysto samarytańskim, zwaŜywszy na ich niewyspanie po całonocnym
wytrzeszczaniu oczu na pustą plaŜę.
Przerzucenie tego naboju do Stanów okazało się jeszcze łatwiejsze i przed dwunastą
byłem juŜ w biurze Whizzer Electronics Inc. w San Diego. PotęŜne laboratorium oraz malutkie
biuro i tępy recepcjonista byli w takim stanie, w jakim je zostawiłem. Moja rola chwilowo się
kończyła. Teraz przyszła kolej na profesora Coypu.
- Rozumiesz, profesorze? - spytałem małe czarne pudełko z jego nazwiskiem na
wieczku. - Wszystko jest gotowe i czeka na ciebie. Najlepszy sprzęt, jaki moŜna tu dostać za
kradzioną gotówkę. Najnowsze wyniki i efekty badań, zapas surowców i katalogi zakładów
chemicznych, fizycznych laboratoriów i centrów elektronicznych. Konto bankowe z
wystarczającą sumą, by wykupić połowę tego miasta. Lekcje tutejszego języka, czeki in blanco,
historia tego wszystkiego, co się wydarzyło. Teraz do dzieła, i obchodź się delikatnie z tym
ciałem - to jedyne, jakie mam, i jestem doń raczej przywiązany.
Zanim zdąŜyłem się rozmyślić, połoŜyłem się na łóŜku i przekręciłem włącznik
skrzynki pamięciowej.
- Co się stało? - spytał Coypu wewnątrz mego mózgu.
- DuŜo. Jesteś w moim umyśle, nie zrób więc czegoś głupiego.
- Bardzo interesujące. Faktycznie, to twoje ciało. Pozwól mi poruszyć tym ramieniem.
Praktycznie rzecz biorąc, to czy nie przeszedłbyś się na spacer, a ja się tu trochę rozejrzę?
- Nie jestem pewien, czy mam na to ochotę.
- No cóŜ, nie masz innego wyjścia. Do zobaczenia.
- Nie!!!
Ale mój rozpaczliwy wrzask nie miał i tak Ŝadnego znaczenia, gdyŜ moja dłoń -
sterowana przez umysł Coypu - przekręciła wyłącznik...
Czas
mijał
tak
wolno.
Czarne pudełko z napisem ”Coypu” leŜało na mojej dłoni, a palce drugiej ręki
spoczywały na wyłączniku. Pamięć mi wróciła i rozejrzałem się za krzesłem. W końcu
spostrzegłem, Ŝe juŜ siedzę. W pamięci pozostały tygodnie wytęŜonej pracy, na dłoniach
przybyło blizn. Stojący na stole magnetofon oŜył i w pokoju rozległ się głos Coypu.
- Na wstępie rada: nie rób tego ponownie. Nie pozwól, aby moja pamięć objęła raz
jeszcze władzę nad twoim ciałem, gdyŜ pamiętam wszystko, włącznie z tym, Ŝe juŜ nie istnieję
i Ŝe poza tym, co tkwi zamknięte w tym pudełku, nie ma mnie wcale. Gdy przekręcę wyłącznik,
będzie to równoznaczne z popełnieniem samobójstwa, a ja nie miewam manii prześladowczych
tego rodzaju. Niezwykle trudno jest przekręcić ten wyłącznik, lecz sądzę, Ŝe będę w stanie.
Zrobię to teraz, wątpię jednak, bym był zdolny uczynić to ponownie. Jak juŜ powiedziałem, nie
rób tego powtórnie. UwaŜaj!
- UwaŜam, uwaŜam! I tak tego nie zrobię - mruknąłem, nalewając sobie podwójną
porcję whisky.
Coypu zostawił barek równie dobrze zaopatrzony, jak ja przed... no, przed tym. Zawsze
uwaŜałem, Ŝe to porządny chłop.
- Do rzeczy! - ciągnął tymczasem magnetofon. - Gdy zacząłem badania, stało się
oczywiste, dlatego ci obłąkańcy wybrali tę konkretną epokę. Społeczeństwo, które dopiero co
wkroczyło w erę technologiczną i ma jeszcze umysły otępiałe średniowieczem, to idealny
podkład dla takiej działalności, ale nie ma tu potrzeby urządzać wykładu. Wystarczy, jeśli
powiem, Ŝe materiały potrzebne do zbudowania time-helixu są tu dostępne. Zbudowałem go i
podłączyłem - jest gotów do działania. Zbudowałem teŜ urządzenie do śledzenia stwora
zwanego ON w czasoprzestrzeni. Z sobie tylko znanych powodów operuje on obecnie z
przeszłości tej planety. Cofnął się mniej więcej o sto siedemdziesiąt lat. To wprawdzie tylko
moje spekulacje, lecz sądzę, Ŝe cała dotychczasowa akcja nakierowana była na ciebie. Nie
wiem, w jaki sposób, ale stworzył on barierę uniemoŜliwiającą przeniknięcie wcześniej niŜ do
1805 tutejszego roku. Nie moŜesz go dopaść w chwili budowy firmy. UwaŜaj, gdyŜ masz do
czynienia z potęŜnymi siłami. Oznaczyłem ci na skali pięć kolejnych lat po 1805, w których
operuje, jak i miejsce - miasto Londyn. Wybór naleŜy do ciebie. śyczę ci powodzenia!
Poczułem się cholernie podniesiony na duchu - nic, tylko wybrać sobie rok, w którym
mam dać się zabić! No bo jeśli był w stanie urządzić mnie tak konkursowe teraz i tutaj, to czego
mogę się spodziewać tam, gdzie zgromadził większe siły, a obrona jest dokładniej
przygotowana? Z całą pewnością nie będzie to powitanie pełne wylewnej serdeczności!
Zrezygnowany zafundowałem sobie następnego drinka i sięgnąłem po pierwszą z rzędu
ksiąŜek. Coypu faktycznie nie próŜnował. Prócz małych dziełek typu ”zrób to sam” zgromadził
całkiem pokaźną bibliotekę dotyczącą interesującego nas okresu. Po przeczytaniu pierwszej z
tych ksiąŜek wiedziałem juŜ, kogo szukam i kto tym razem będzie moim przeciwnikiem.
Napoleon Bonaparte, inaczej Napoleon I, cesarz Francji i większości Europy, prawie
całego świata. Jego megalomańskie ambicje dziwnie znajomo dzwoniły mi w pamięci.
Pocieszające było tylko to, Ŝe w Anglii mówiono lokalną odmianą tego samego języka co w
Ameryce, tak Ŝe nie musiałem przeprowadzać następnych sesji z memogramem.
Mimo to miałem pewne problemy - na przykład z ubraniem, ale poniewaŜ ilustracji było
aŜ nadto, a magazyny Hollywoodu pod ręką, nie był to taki wielki kłopot. Moda tych czasów
okazała się idealna dla moich potrzeb, gdyŜ szerokie rękawy i wysokie kapelusze pozwalały na
całkiem ładne ukrycie wielu umilających Ŝycie drobiazgów.
Mimo Ŝe wynajdywałem najrozmaitsze preteksty i sprawy nie cierpiące zwłoki, w
końcu nadszedł ten dzień. Broń i wyposaŜenie były sprawdzone, zdrowie doskonałe, refleks u
szczytu moŜliwości, morale oklapnięte, ale to i tak nie miało znaczenia. Pojawiłem się więc
przed recepcjonistką, gapiącą się na mnie tępo zza jakiejś ilustrowanej szmaty, i stwierdziłem:
- Miss Kipper, oto czek na sumę równą pani poborom za najbliŜsze cztery miesiące.
Miło mi było z panią współpracować.
- Nie podoba się panu moja praca?
- Pani praca jest dokładnie tym, czego od pani oczekiwałem, ale ta firma właśnie
zbankrutowała.
- To bardzo źle.
- TeŜ tak myślę, a teraz, do widzenia!
Czynsz był zapłacony za miesiąc z góry, z właściciel mógł sobie wziąć wszystko, co
pozostało wewnątrz. Z wyjątkiem time-helixu, ten bowiem miał załoŜoną bombkę zegarową. I
tak zbyt duŜo nieodpowiedzialnego elementu szwendało się w czasie.
WłoŜenie kombinezonu z ekwipunkiem na modny strój z epoki było wysiłkiem
przekraczającym moje moŜliwości. Skończyło się na tym, Ŝe frak i lakierki trzymałem pod
pachą, gdy wchodziłem do seledynowego walca. Tablica była juŜ nastawiona - na dolinę
Tamizy w pobliŜu Oxfordu, na tyle daleko od Londynu (z Chilterness dodatkowo
przesłaniającym widok), aby uniemoŜliwić obserwację radarem, promieniami zet czy
czymkolwiek podobnym, a jednocześnie na tyle blisko, by mnie szlag nie trafił z powodu
zacofania ówczesnego transportu.
WaŜną sprawą było ustalenie czasu przybycia. W 1805 roku byli juŜ z pewnością
gotowi mnie powitać. Musiałem więc zjawić się później, ale nie za bardzo, Ŝeby nie zdąŜyli
zakończyć swojej radosnej działalności. Dwa lata wydawały mi się odpowiednim odcinkiem
czasu, by pozbawić ich nieco czujności. A zatem rok 1807. Wziąłem głęboki oddech i
wdusiłem przełącznik.
Nie było to przyjemne, ale dawało się wytrzymać. Jedyną róŜnicę między pierwszą a
drugą podróŜą stanowiło niezbyt miłe wraŜenie spadania. Gdy zmusiłem się do otwarcia oczu,
stwierdziłem, Ŝe to nie jest tylko wraŜenie. Autentycznie spadałem wprost w objęcia niezbyt
gościnnie wyglądających drzew.
W panice uruchomiłem grawitator, ale zanim zdąŜył zaskoczyć, przeleciałem przez
gałęzie i huknąłem o ziemię. W tym momencie maszynka zadziałała, więc ponownie znalazłem
się między gałęziami. Doszedłszy wreszcie do ładu z urządzeniem jakieś sześćdziesiąt stóp w
górze, powoli opadłem na ziemię.
- Cudowne lądowanie, kretynie! - warknąłem, czując się jak worek na połamane kości. -
Powinieneś zatrudnić się w cyrku!
Rozejrzałem się. Najpierw sprawdziłem siebie, potem okolicę. Na szczęście byłem
nadal w jednym kawałku, a w okolicy nie dostrzegłem Ŝywej duszy, jeśli nie liczyć paru krów,
na których moje przybycie nie zrobiło najmniejszego wraŜenia. Rozebrałem się w cieniu
połamanego drzewa i rozłoŜyłem kontenerek własnego pomysłu. Był pakowny, a wyglądał jak
najzwyczajniejsza skórzana torba podróŜna z tej epoki. Wsadziłem tam wszystko, co nie
pasowało do reszty dekoracji (z kombinezonem na czele), i zacząłem się zastanawiać, co zrobić
z tak pięknie rozpoczętym dniem.
Sądząc z połoŜenia słońca i z paru innych czynników, było późne popołudnie, a zatem
najwyŜszy czas na poszukanie jakiegoś kąta na noc. Ruszyłem na skos przez łąkę ku czemuś, co
z daleka przypominało drogę. I faktycznie, była to droga, a raczej bity trakt. Właśnie
zastanawiałem się, w którą stronę ruszyć, gdy coś nadjechało.
To coś dawało o sobie znać z daleka, po pierwsze przez głośne skrzypienie, po drugie
przez nader intensywny zapach, który moŜna by określić jedynie mianem smrodu. Gdy ów
pojazd wyłonił się zza zakrętu, przyczyny obu zjawisk stały się zrozumiałe. Ujrzałem bowiem
dwukołowy, drewniany wózek, zaprzęŜony w wynędzniałego czworonoga, zwanego koniem, i
wyładowany po brzegi najzwyczajniejszymi bydlęcymi gównami. Pojazdem kierował
zarośnięty do niemoŜliwości typ w wyniszczonej, workowatej odzieŜy. Siedział on na
wzniesionej z przodu platformie, która ledwo wystawała ponad poziom ładunku.
Wyszedłem na drogę i uniosłem rękę. Typ pociągnął za trzymane w dłoniach rzemienie,
które licznymi węzłami przymocowane były do pyska zwierzaka, i przy akompaniamencie
skrzypień i trzasków zatrzymał wehikuł. Gapiliśmy się przez chwilę na siebie, po czym
woźnica sięgnął do głowy i poruszył tym, co się na niej znajdowało. Mógł to być kapelusz albo
czapka, ale poniewaŜ nakrycie juŜ dawno temu straciło fason, długo by zgadywać. Czytałem,
Ŝ
e klasa niŜsza wyraŜała takim gestem szacunek lepiej urodzonym i z zadowoleniem
stwierdziłem, Ŝe mój kostium jest widocznie prawidłowy.
- ZdąŜam do Oxfordu, mój dobry człowieku - zagaiłem.
- Ey? - padło w odpowiedzi, a towarzyszyło temu drapanie za uchem.
- Oxford! - wrzasnąłem.
- Aye, Oxford - zgodził się uszczęśliwiony. - To będzie tam. - Po czym wskazał
brudnym paluchem za siebie.
- Tam właśnie zmierzam. Zawieziecie mnie?
- Ja jadę tu - wskazał w przeciwną stronę. Wyciągnąłem z kieszeni złotego suwerena,
którego oryginał wydusiłem od jakiegoś numizmatyka-handlarza, i pokazałem woźnicy. Takiej
ilości gotówki naraz nie widział chyba dotąd w swoim Ŝyciu. Jego reakcja była prawidłowa:
wytrzeszczył oczy i cicho mlasnął.
- Pojede do Oxford - oznajmił.
Po czym pojechaliśmy. Im mniej o tej podróŜy opowiem, tym lepiej. Podczas gdy
pojazd torturował moje siedzenie, ładunek gnoju robił to samo z organami powonienia.
Woźnica mamrotał coś do siebie, myśląc zapewne w euforii o nieoczekiwanym bogactwie,
które na niego spadło, i przynaglał wierzchowca do większego wysiłku. Jedno było w tym
wszystkim dobre: jechaliśmy we właściwym kierunku.
Słońce wychyliło się zza chmur, gdy wyjechaliśmy spomiędzy drzew i oczom moim
ukazały się szare wieŜe uniwersyteckie, blado odcinające się na tle ciemniejszego nieba -
bardzo atrakcyjny widok. Kiedy tak podziwiałem, wózek stanął.
- Oxford - poinformował mnie woźnica, wskazując paluchem. - Most Magdaleny.
Zlazłem i rozcierałem obolałe pośladki gapiąc się na most. Obok coś gruchnęło i mój
bagaŜ znalazł się na ziemi. Chciałem zaprotestować, ale pojazd juŜ zawrócił i majestatycznie
zaczął się oddalać. PoniewaŜ miał taką samą ochotę wieźć mnie dalej jak ja jechać, zamknąłem
się i zabrałem torbę. Ruszyłem swobodnym krokiem w stronę mostu, ingerując zupełnie
ubranego na niebiesko Ŝołnierza, który stał przy jego końcu. DzierŜył on jakiś długaśny
samopał, ani chybi na proch, zakończony kawałkiem porządnie zaostrzonej stali. Na mój widok
obniŜył broń tak, Ŝe blokowała mi dalszą drogę, po czym nachylił się i warknął:
- Casket vooleyfoo?
Było to dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Pewnie jakiś lokalny dialekt, pomyślałem, z
woźnicą nie miałem bowiem Ŝadnych kłopotów lingwistycznych.
- Mógłbyś powtórzyć? - spytałem najuprzejmiej, jak umiałem.
- Koshown onglay - warknął i zamachnął się drewnianym końcem broni, chcąc mnie
trzepnąć w Ŝołądek.
Nie było to uprzejme z jego strony, toteŜ okazałem swoje oburzenie, uchylając się przed
ciosem i ładując swoje kolano w jego Ŝołądek. Zwalił się na ziemię, więc kopnąłem go w
krocze, gdy tylko cel stał się widoczny. PoniewaŜ doprowadziło go to do utraty przytomności,
zabrałem jego broń. Nigdy nie wiadomo, co moŜe wyniknąć z pozostawienia bezpańskiej
strzelby na ulicy.
Wszystko to nastąpiło w przeciągu paru sekund. Gdy się rozejrzałem, stwierdziłem, Ŝe
mam dość liczne audytorium złoŜone z tubylców oraz z kumpla znokautowanego, który stał w
drzwiach jakiejś ponuro wyglądającej budowli. Wszyscy oprócz niego gapili się na mnie z
szeroko otwartymi oczami. śołnierzyk zaczął juŜ podnosić broń do ramienia. Moje wejście do
miasta z pewnością nie było ciche i nie zauwaŜone, ale skoro juŜ tak się stało, trzeba było
przedstawienie doprowadzić do końca.
Tamten uniósł w końcu broń, a ja skoczyłem w jego kierunku. Coś ogłuszająco huknęło,
język ognia smagnął mnie po włosach, a kolba mojego karabinu trafiła strzelca w głowę. Bez
jęku zwalił się w mroczną sień otwierającą się za jego plecami. Jeśli miał tam kumpli, to
wolałem spotkać się z nimi w zamkniętym pomieszczeniu.
Miał! Zaczynali się właśnie wysypywać przez drzwi. Posłałem im kilka granatów
gazowych i nastała cisza. Wpadłem między nieruchome ciała i uwaŜając na wejście, rozdałem
im trochę kopniaków i podarłem parę mundurów. Nie było to moŜe miłe, ale skutecznie
zacierało ślady uŜycia gazu, sugerowało natomiast zastosowanie zwykłej siły fizycznej.
Teraz musiałem szybko się stąd wydostać. Wziąłem nogi za pas i ruszyłem w kierunku
drzwi. Gdy do nich dotarłem, stwierdziłem z niezadowoleniem, Ŝe moje postępowanie zwróciło
uwagę dosłownie wszystkich przechodniów. Zebrał się spory tłum, który na mój widok zaczął
głośno wiwatować.
- Niech Ŝyje Jego Lordowska Mość! Spójrzcie, co zrobił z Ŝabojadami!
Wznosili radosne okrzyki, a mnie zamurowało. Coś tu było nie w porządku. A potem
nagle przypomniałem sobie to, co nie dawało mi spokoju od pierwszego rzutu okiem na
uniwersytet. Flaga! Flaga dumnie powiewająca na szczycie najbliŜszej wieŜy. To nie był
brytyjski Union Jack.
To była trójkolorowa flaga Francji!
11
Podczas gdy fakt ten docierał powoli do mojej otępiałej świadomości, przez tłum
przedarł się jegomość w brązowym ubraniu i stanąwszy obok mnie wrzasnął:
- Idźcie do domów, zanim Ŝabojady znów się tu zjawią i was zabiją! I nie gadajcie o
tym, bo zawiśniecie na bramach miasta!
Miał najwidoczniej rację, entuzjazm bowiem ustąpił miejsca lękowi i juŜ po paru
chwilach było wokół mnie pusto. Został tylko on i jeszcze dwóch, którzy bez słowa ruszyli
schodami w dół. Ten, który krzyczał, dotknął kapelusza i zbliŜył się do mnie.
- To była piękna robota, sir. Ale powinien pan stąd zniknąć. Ktoś mógł usłyszeć strzał.
- Rada jest niezła, tylko Ŝe nigdy dotąd nie byłem w Oxfordzie i nie bardzo wiem, gdzie
mógłbym tu zniknąć.
Obejrzał mnie dokładnie i podjął decyzję.
- Niech pan idzie z nami.
NaleŜało właściwie powiedzieć: biegnie, bo ledwo jego kumple ukazali się na schodach
z naręczami karabinów, usłyszeliśmy tupot butów, który zbliŜał się dość szybko.
Ale moi przewodnicy znali teren, w przeciwieństwie do pościgu, toteŜ
niebezpieczeństwo nie było aŜ tak duŜe, jak się z początku wydawało. Częściowo biegiem,
częściowo szybkim marszem dotarliśmy do jakiejś budowli, która była najwyraźniej naszym
celem. W ślad za nimi wlazłem do środka i z ulgą postawiłem mój tobołek na podłodze. Gdy się
wyprostowałem, obaj niosący dotąd broń złapali mnie pod ramiona, a trzeci, który był
przywódcą, przystawił mi nóŜ do gardła.
- Ktoś ty? - spytał.
- Nazywam się Brown. John Brown z Ameryki. A ty?
- Brewster. - Po czym nie zmieniając tonu ani na jotę, spytał: - Czy mógłbyś podać mi
choć jeden powód, dla którego nie powinniśmy cię zabić jako szpicla?
Uśmiechnąłem się, by pokazać, jak głupi jest ten pomysł. Pomyślałem jednocześnie, Ŝe
nóŜ zabija równie skutecznie jak bomba atomowa. Sądząc z tego, co widziałem, to Francja
musiała podbić Anglię lub jej część. Zaowocowało to pojawieniem się partyzantki, czego
najlepszy dowód stanowili ci ludzie. Na tym właśnie Oparłem swój pomysł i rozpocząłem
improwizację.
- Jestem tu w tajnej misji. Ameryka, jak wiecie, jest po waszej stronie...
- Ameryka pomaga Boniowi - przerwał mi. - Wasz Franklin wyraźnie to powiedział.
- Oczywiście. Ale na Franklinie ciąŜy ogromna odpowiedzialność. Francja jest teraz
zbyt silna, by zacząć z nią wojnę, więc oficjalnie jesteśmy jej sprzymierzeńcem. Ale
jednocześnie wysyłani są tacy jak ja, aby wam pomóc.
- Dowiedź tego!
- Jak? Papiery moŜna podrobić, a noszenie ich to pewna śmierć. Poza tym i tak byście
nie uwierzyli. Ale jest coś, co mówi samo za siebie, i dostarczenie tego jest moim głównym
zadaniem. Jesteśmy w drodze do Londynu, by oddać to odpowiednim ludziom.
- Komu?
- Nie powiem, ale tacy jak wy są wszędzie w Anglii i z częścią z nich mamy juŜ
nawiązane kontakty. Dla nich właśnie jest to, o czym mówię.
- Co?
- Złoto!
To nim wstrząsnęło, a ja poczułem, Ŝe uchwyt dłoni słabnie. NaleŜało zatem ciągnąć
sprawę dalej.
- Nigdy dotąd mnie nie widzieliście i najprawdopodobniej nigdy juŜ nie zobaczycie.
Ale mogę dać wam pomoc, której potrzebujecie, aby nabywać broń, przekupywać straŜników
czy pomagać więźniom. Jak wam się wydaje, dlaczego wywołałem dziś tę awanturę? -
spytałem w przebłysku geniuszu.
- Powiedz nam!
- śeby was spotkać - przyjrzałem się uwaŜniej ich zaskoczonym obliczom. - Lojalnych
Anglików jest wszędzie pełno w tym kraju, ale jak moŜna się z nimi skontaktować i udzielić im
pomocy? PrzecieŜ nie mogłem chodzić od drzwi do drzwi i wypytywać. Pokazałem wam
lepszy sposób, a przy okazji pomogłem zdobyć trochę broni. Teraz dam wam złoto. Macie więc
dowody, Ŝe wam ufam, a zatem i wy mi zaufajcie. Jeśli chcecie, będziecie mieli za chwilę dość
złota, by uciec stąd i Ŝyć spokojnie na drugim końcu świata, ale nie sądzę, Ŝebyście to właśnie
wybrali. Ryzykowaliście Ŝycie dla tych karabinów i skłonny jestem przypuszczać, Ŝe nadal
będziecie robili to, co uwaŜacie za słuszne. Nie spotkamy się juŜ, ale musimy przecieŜ sobie
ufać...
- To brzmi wiarygodnie - odezwał się jeden z tych, którzy ciągle mnie trzymali.
- TeŜ tak sądzę - poparł go drugi. - Niech pokaŜe złoto.
- Ja wezmę złoto - stwierdził Brewster. - Niech pokaŜe, bo to wszystko moŜe być
jednym wielkim łgarstwem.
- MoŜe - zgodziłem się szybciutko. - Ale nie jest, a zresztą i tak nie o to chodzi.
Rozstaniemy się dziś w nocy i mam nadzieję, Ŝe juŜ więcej o sobie nie usłyszymy.
- Złoto! - przypomniał mi mój straŜnik. Rozpiąłem pas, czując ciągle broń przystawioną
do krzyŜa. Pewnie, Ŝe miałem złoto - była to jedyna prawdziwa informacja w całej mojej
opowieści. Pochowane było w skórzanych woreczkach, a przeznaczyłem je na opłacenie
podróŜy. Co właśnie teraz robiłem.
Wyjąłem jeden woreczek i podałem Brewsterowi. Otworzył go i wysypał zawartość na
rozpostartą dłoń. Zalśniły Ŝółte grudki i cała trójka wpatrzyła się w nie z napięciem.
- Jak dostanę się do Londynu? - naciskałem, idąc za ciosem. - Rzeką?
- Warty przy kaŜdym moście i kaŜdej śluzie - odparł, wpatrując się nadal w to, co miał w
dłoni. - Nie dojdziesz dalej niŜ do Abingdon. Jedyny sposób to konno i bocznymi drogami.
- Nie znam ich. Potrzebuję dwóch koni i przewodnika.
- Luke cię zaprowadzi, ale tylko do murów. Przez Ŝabojadów musisz przejść sam.
- Zgoda.
Mieliśmy czas do wieczora. Brewster poszedł po konie, a Luke i Guy wydobyli zapasy:
chleb, ser i ale (tutejszą odmianę piwa, mile przeze mnie powitaną). Jedliśmy rozmawiając, a
raczej to oni rozmawiali, a ja słuchałem, wtrącając jedynie uwagi. W końcu uformował mi się
jako taki obraz.
Anglia była podbita i spacyfikowana juŜ od paru lat. Nie wiedziałem dokładnie od ilu,
ale ze zrozumiałych względów nie pytałem. Gdzieś w Szkocji toczyły się jeszcze walki, lecz to
mnie nie interesowało.
Inwazję poprzedziła bitwa na Kanale, w której flota brytyjska została zniszczona dzięki
jakimś straszliwym, tajemniczym działom. Czułem w tym wszystkim rękę mego
czerwonoskórego przeciwnika. Krótko mówiąc, historia została zmieniona.
Ale nie zmieniona była tam, skąd przybyłem. A zatem paradoks czasowy, a moŜe świat
równoległy? Coypu by wiedział, ale nie miałem Ŝadnej ochoty wypytywać go o cokolwiek.
Jedynym logicznym rozwiązaniem, które mi się nasuwało - a przecieŜ musiała w tym być jakaś
logika - była moŜliwość, Ŝe moje działanie usunie tę zmianę, a nawet wspomnienie o niej. Nie
miałem, co prawda, pojęcia jak, ale złapałem się tej ewentualności jak tonący brzytwy.
Zasnąłem ukołysany miłą wizją Jima di Griz, Zbawcy Świata i Twórcy Historii.
Obudziłem się zaś jako obiekt inwazji okolicznego robactwa. Dopóki nie spryskałem
się jakimś sprayem, myślałem, Ŝe mnie to tałatajstwo Ŝywcem poŜre, ale potem reszta nocy
upłynęła juŜ spokojnie. Wyjechaliśmy dopiero o świcie, bo były jakieś problemy z końmi.
PodróŜ trwała trzy dni, ale zanim osiągnęliśmy Londyn, moje nogi zaczęły wyglądać
tak, jakby były prostowane na beczce. Mój przewodnik uznał chyba tę eskapadę za wycieczkę
krajoznawczą, gdyŜ nieustannie informował mnie o urokach krajobrazu i regularnie co wieczór
spijał się w przydroŜnych gospodach.
Omijaliśmy większe osiedla, przekroczyliśmy Tamizę pod Henley, a gdy zbliŜaliśmy
się do niej powtórnie w Southwark, majaczył juŜ przed nami London Bridge i dachy samego
Londynu. Trudno, co prawda, było je dojrzeć, miasto zasłaniał bowiem ciągnący się na
przeciwległym brzegu mur. Wyglądał dziwnie mocno w porównaniu z resztą zabudowy i nagle
coś mi zaświtało.
- Ten mur jest nowy, nie?
- Aye. Ukończony dwa lata temu. Biegnie wokół całego miasta i to bez przyczyny.
Wielu tu zginęło. Kobiety i dzieciaki. Boniuś ganiał wszystkich jak niewolników. On
faktycznie jest stuknięty.
Przyczyna wybudowania muru była całkiem zrozumiała, co nie zmieniało faktu, Ŝe i tak
mi się to wszystko nie podobało. Został zbudowany dla mnie, a raczej przeciwko mnie.
- Musimy znaleźć spokojną gospodę - stwierdziłem, odrywając się od tych niewesołych
myśli.
- ”U Georga”. Zaraz tu, w prawo - cmoknął głośno. - Dobre piwo tu mają.
- Potrzebujemy naprawdę spokojnego schronienia, z widokiem na ten most.
- Znam takie miejsce. ”Pod Dzikiem i Orłem” na Piekle Hevring Street. Z dobrym
piwem.
Najzwyklejsze pomyje z byle chmielu były dla niego dość wytwornym napojem, by
nazwać je piwem. Ale to ”Pod Dzikiem i Orłem” było naprawdę dobre.
Sama gospoda okazała się jednak budą z wypłowiałym szyldem nad wejściem, na
którym to szyldzie imponująca świnia i równie imponujący ptak skakały sobie do oczu. Ledwie
dotargowałem jako tako cenę za pokój i stajnię, zaraz zamknąłem się w tym pierwszym i
wyciągnąłem elektroniczną lornetkę. Przyjrzałem się miastu. Był to widok przygnębiający.
Mur miał około trzydziestu stóp wysokości i składał się wyłącznie ze skał i kamieni.
Bez wątpienia naszpikowany był elektronicznymi alarmami wszelkiej maści. Przejście nad,
pod i przez niego naleŜało wykluczyć, chyba Ŝe miało się skłonności samobójcze. Ja nie
miałem. Pozostały więc bramy, toteŜ studiowałem dokładnie tę, która była na wprost moich
okien, na końcu London Bridge. Ruch odbywał się dość powoli, gdyŜ kaŜdy był przeszukiwany
przed wejściem do stojącego wewnątrz murów ceglanego budynku. Wychodzili zeń chyba
wszyscy, ale głowy bym nie dał. Tego, co się działo wewnątrz, nie byłem w stanie zgadnąć
nawet w marzeniach sennych. Postanowiłem więc dowiedzieć się, a pomieszczenie pode mną
nadawało się do tego celu idealnie.
Wszyscy lubią fundatorów, a ja byłem ich najlepszym wzorem. Pomrukując gniewnie,
właściciel wynalazł gdzieś flaszkę nadającej się do picia whisky, którą zaraz zarezerwowałem
dla siebie, stawiając szczodrze tubylcom kufle ale. Najlepszym informatorem okazał się
szczeciniastobrody typ o imieniu Quinch. Był jednym z poganiaczy bydła, ale najmował się teŜ
jako pomocnik rzeźnika. Lotność jego umysłu nie była zbyt duŜa w przeciwieństwie do
pojemności Ŝołądka. Mówił tylko wtedy, gdy pił. PoniewaŜ zaś wchodził i opuszczał Londyn
codziennie, fragment po fragmencie udało mi się wyciągnąć zeń informacje, które z wolna
ułoŜyły się w obraz ceregieli wejściowych u bram miasta.
Sam zaobserwowałem, Ŝe przeprowadzano rewizję. Czasami dokładną, przewaŜnie
jednak pobieŜną, ale była teŜ i inna czynność, której nigdy nie pomijano. KaŜdy wchodzący
musiał wsadzić rękę do otworu w ścianie wartowni. Nic więcej - niczego nie dotykać, tylko
wsadzić i wyjąć z powrotem. Przyznaję, Ŝe zabiło mi to porządnego ćwieka. Co oni mogli w ten
sposób badać? Odciski palców? Idiotyzm, tym bardziej Ŝe z zasady nosiłem fałszywe, a od
ostatniego spotkania zmieniałem je przynajmniej trzy razy. Temperaturę? Alkaliczność skóry?
Ciśnienie? CzyŜby ci tutaj mieli inne cechy organizmu niŜ ja? Było to prawdopodobne po
trzydziestu tysiącach lat ewolucji, ale mogłem to sprawdzić jedynie za pomocą eksperymentu.
ToteŜ następnego wieczoru zszedłem do sali wyposaŜony w detektor własnej
konstrukcji, rejestrujący wszystkie wyŜej wymienione dane i jeszcze trochę na dokładkę.
Czujnik wmontowałem w sygnet, co natchnęło mnie, by potrząsać prawicami wszystkich
obecnych. Odczyty były precyzyjne z tolerancją 0,006 % i wykazywały jednoznacznie, Ŝe moje
własne dane nie są specjalnie róŜne.
- Jesteś idiotą! - stwierdziłem do własnego odbicia. - Musi być powód, dla którego
spreparowano tę dziurę w ścianie. I jest tam przecieŜ jakiś aparat wykrywający. Tylko co
wykrywa? Zaraz, a co w ogóle moŜna zbadać?
Wziąłem kartkę i zacząłem wypisywać wszystko, co moŜna zaobserwować i zmierzyć,
od światła widzialnego poczynając, na promieniach Kiliana kończąc. Wyszła mi nader
imponująca lista, którą rzuciłem na ziemię ze zniechęceniem, gdy porównałem ją z tym, co
moŜe emitować ludzkie ciało.
Po chwili ją podniosłem. Coś tu jednak pasowało, coś z tego, co napisałem, pasowało
do informacji, które zasłyszałem o Ziemi.
Mam! Zniszczona przez wybuch atomowy. Tak mówił Coypu. Radioaktywność! Era
atomowa to pieśń przyszłości. Jedyną radioaktywnością, którą mogły przejawić ciała tubylców,
była radioaktywność podłoŜa. Sprawdzenie tego doniosłego przypuszczenia zajęło jedną
chwilę.
Ja pochodziłem ze świata pełnego róŜnego rodzaju promieniowania i moje ciało, jak
wykazało urządzenie, wydzielało dwa razy więcej promieniowania niŜ ciała tubylców. Skoro
wiedziałem, czego się strzec, reszta była juŜ dziecinnie prosta i nad ranem byłem gotów do
ataku.
Wszystko, co miałem przy sobie, było wykonane z plastiku, a to, co absolutnie musiało
zawierać metal, znajdowało się w długiej na trzy stopy i grubej jak mój kciuk plastikowej tulei.
Krótko przed świtem opuściłem gospodę przez okno i ruszyłem na poszukiwanie ofiary. Nie
musiałem długo szukać. StraŜnik w błękitnym uniformie pilnował pobliskich doków.
Skok, odrobina gazu, ciemna brama i po dwóch minutach pilnowałem tego co on,
odziany w jego mundur i z jego karabinem na ramieniu. Trzymałem go według najlepszych
wzorów regulaminu musztry piechoty francuskiej. Szczegółem był fakt, Ŝe w lufie tegoŜ tkwiła
moja tuleja z drobiazgami zabranymi na wyprawę. Proszę uprzejmie, niech ją znajdą
detektorem do wykrywania metali.
Zgranie czasowe było idealne. Po niespełna kwadransie zaczęli zdejmować warty, które
po kolei zbierały się przy moście. Maszerowałem w ostatnim szeregu karnej kompanii,
wybijając takt podkutymi butami. Pomysł był genialny w swojej prostocie. Nie będą przecieŜ
sprawdzać swoich własnych ludzi.
Gówno prawda! Ledwie doszliśmy do bramy, zobaczyłem dość ciekawy obrządek.
KaŜdy Ŝołnierz, który skręcił za róg wartowni, zatrzymywał się na chwilę i pod czujnym okiem
sierŜanta
wkładał
rękę
do
ciemnego
otworu
w
ś
cianie.
12
- Mayerd! - wrzasnąłem, potykając się o nie istniejący wybój.
Nie miałem pojęcia, co to słowo znaczy, ale było najczęściej uŜywane przez
francuskich wojaków i sądziłem, Ŝe pasuje do sytuacji. Równocześnie zatoczyłem się na
idącego obok, uderzając go przy okazji kolbą w głowę. Naturalną koleją rzeczy on wrzasnął
jeszcze głośniej i odepchnął mnie. Zatoczyłem się malowniczo, potknąłem o niski murek i
runąłem do rzeki. Bardzo udane przedstawienie.
Prąd był szybki, ubranie nasiąkło wodą, toteŜ wsadziłem karabin między kolana i
poszedłem w dół jak kamień. Wynurzyłem się jeszcze po chwili, wrzeszcząc coś bez sensu, i
pozwoliłem, aby cięŜar ubrania i broni pociągnął mnie znowu na dno. Po sekundzie nałoŜyłem
na twarz maskę tlenową, po czym powolnymi, ekonomicznymi ruchami popłynąłem do
przeciwległego brzegu, a prąd niósł mnie z dala od mostu. Po niezbyt długim czasie
zobaczyłem nad sobą cień nieduŜej jednostki - ani chybi jakiegoś kutra - toteŜ ostroŜnie
wypłynąłem.
Pierwszą rzeczą, którą ujrzałem, były połatane spodnie francuskiego wojaka siedzącego
nade mną na nadburciu. Wojak zajęty był czyszczeniem stalowo połyskującej lufy groźnie
wyglądającego działa. Sylwetka tego ostatniego dziwnie nie pasowała do rycin
dziewiętnastowiecznych armat, które zdobiły czytane przeze mnie publikacje. Było to zupełnie
zrozumiałe, gdyŜ działo naleŜało do tej epoki tak samo jak ja. Gdy przygotowywałem się do tej
wycieczki, poświęciłem trochę czasu na zaznajomienie się z osiągnięciami rusznikarskimi tej
planety. Armata, na którą spoglądałem, była bez wątpienia bezodrzutowym działem kalibru 75
milimetrów, ładowanym odtylcowo i skonstruowanym około 1940 roku. Idealna rzecz do
zamontowania na lekkich jednostkach pływających, gdyŜ jej odrzut nie roznosił łajb w drzazgi,
a moŜna było rozstrzelać kaŜdy okręt z tej epoki, zanim jeszcze doszedł na odległość
umoŜliwiającą uŜycie własnych dział. Poza tym armatka była łatwa do transportu, co czyniło ją
niezastąpioną
w
polu.
Siła
ognia
tego
działa
przekraczała
moŜliwości
jej
dziewiętnastowiecznego odpowiednika. Wystarczyło sprowadzić paręset takich zabawek z
przyszłości i nadzwyczaj prosto było wtedy zmieniać historię. Co teŜ właśnie zrobiono.
Doszedłszy do tego budującego wniosku, zanurzyłem się ponownie i skierowałem ku
przystani w dole rzeki. Nikogo nie było w zasięgu wzroku, toteŜ wygramoliłem się na nabrzeŜe
i podąŜyłem ku stojącym opodal budynkom. Właściwie to miałem podąŜyć, ale coś stanęło mi
na drodze. Po bliŜszym przyjrzeniu się zamarłem w pół ruchu.
Gdy patrzy się prosto w lufę niesympatycznie wyglądającego pistoletu duŜego kalibru,
postępowanie takie jest całkowicie zrozumiałe.
- Idź przede mną - odezwał się posiadacz broni. - Zabieram cię do dość wygodnego
miejsca, gdzie będziesz mógł się ogrzać.
Sądząc z dziwnego akcentu, miałem najprawdopodobniej do czynienia z Francuzem.
Wszystko zaś, co mogłem zrobić, to zastosować się do rozkazu popartego tym prymitywnym
samopałem. Z tej odległości był w stanie rozwalić mi głowę. W nie zmienionym porządku
doszliśmy do karety z gościnnie otwartymi drzwiami.
- Wejdź - polecił mi głos zza pleców. - Akurat byłem w pobliŜu i zobaczyłem, jak
pewien nieszczęśliwy Ŝołnierz spada z mostu i tonie. Spytałem sam siebie, co by było, gdyby
przypadkowo nie utopił się i przepłynął rzekę? Gdzie mógłby wylądować, wziąwszy pod
uwagę tutejszy prąd? Mały matematyczny problem, który rozwiązałem i voila! Właśnie
wyszedłeś z wody.
W trakcie tej przemowy wleźliśmy obaj do wnętrza, drzwi się zamknęły i pojazd ruszył.
Zastanawiałem się właśnie, w jaki sposób bez większego hałasu zostać właścicielem pistoletu,
lecz gdy złapałem za kolbę, która wyrastała pod moim nosem, broń została mi w dłoni bez
oporu. Ot, po prostu wręczono mi ją.
- Ze wszystkich znanych mi powodów to pan, Mr Brown, powinien mieć ten drobiazg,
jeśli w ogóle jest on nam potrzebny. - Uśmiechnął się, widząc, jak szczęka opada mi coraz
niŜej. - To był najprostszy sposób, aby zaprosić pana do mojego powozu. Obserwuję pana od
kilku dni i ostatecznie przekonałem się juŜ, Ŝe nie kocha pan francuskich najeźdźców.
- A... ale pan przecieŜ teŜ jest Francuzem!
- Oczywiście! Zwolennikiem ostatniego króla wygnanym z ojczyzny. Nauczyłem się
nienawidzić tego korsykańskiego pomiotu, gdy inni jeszcze się z niego śmiali. Teraz nikt juŜ się
nie śmieje, a my jesteśmy sprzymierzeńcami. Ale, ale, pan pozwoli, Ŝe się przedstawię. Hrabia
d'Hesion, proszę mnie nazywać Charles, skoro tytuły są obecnie anachronizmem.
- Miło cię poznać. Mów mi John!
Zanim ta interesująca konwersacja zdąŜyła się rozwinąć, byliśmy juŜ na miejscu.
DzierŜąc nadal w dłoni ów samopał, znalazłem się błyskawicznie w kąpieli, którą przygotował
jeden z emerytowanych, na oko, słuŜących. Porozumiewali się oni miedzy sobą wyłącznie po
francusku, co umoŜliwiło mi sprawne przeniesienie zawartości jednego ubrania do drugiego.
Gdy zszedłem do salonu, hrabia siedział juŜ tam z kryształowym pucharem w dłoni.
Wręczyłem mu broń, a on podał mi identyczny ze swoim puchar. Jego zawartość spłynęła do
mojego Ŝołądka jak ciepła muzyka, a delikatny smak z niczym nie dawał się porównać.
- Czterdziestoletni, z mej posiadłości, która, jak widać natychmiast, była w prowincji
Cognac - poinformował mnie.
Pociągnąłem drugi łyk i obejrzałem sobie gospodarza. Wysoki i szczupły, z początkami
siwizny, wysokim czołem i inteligentną twarzą.
- Dlaczego się tu znalazłem? - spytałem.
- Bo najwyŜszy czas zjednoczyć siły. Jestem studentem filozofii naturalnej, a to, co tu
widzę, jest zdecydowanie nienaturalne. Napoleon ma działa, które nie zostały wyprodukowane
w Ŝadnym z krajów Europy. Niektórzy mówią, Ŝe pochodzą one z Kitaju, ale ja w to nie wierzę.
Ta broń obsługiwana jest przez ludzi, którzy mówią bardzo podłą francuszczyzną. Ludzie ci są
dziwni i źli, a chodzą słuchy o jeszcze dziwniejszych i gorszych w jego sztabie. Dziwne rzeczy
dzieją się na tym świecie, dlatego zwracam baczną uwagę na obcych. Obcych nie będących
Anglikami. Takich jak ty. A na marginesie - powiedz mi, jak człowiek moŜe przepłynąć rzekę
bez wynurzania się dla nabrania oddechu?
- UŜywając maszyny. - Skoro był tak bystrym obserwatorem i wiedział, o czym mówił,
to nie było sensu bawić się z nim w przemilczenia. Zresztą bezodrzutówki mówiły same za
siebie.
- Tak teŜ sądziłem. I myślę, Ŝe wiesz o wiele więcej niŜ ja o tych dziwnych ludziach i
ich broni. Oni nie są z tego świata, który znam ja i wszyscy tutaj, prawda?
- Oni pochodzą z miejsca, gdzie panuje zło i szaleństwo i przywlekli je tu ze sobą, a ja
ich zwalczam. Nie mogę powiedzieć ci o nich wiele, bo sam nie znam ich historii. Ale powiem
ci jedno - jestem tu, aby zniszczyć ich i wszystko, czego do tej pory dokonali.
- Spodziewałem się tego! Musimy się zjednoczyć! Udzielę ci pomocy w miarę mych sił
i umiejętności.
- MoŜesz zacząć od nauki francuskiego. Muszę dostać się do Londynu i wygląda na to,
Ŝ
e będę musiał poznać ten język.
- Ale... czy mamy tyle czasu?
- Dwie godziny wystarczą. Inna maszyna.
- Zaczynam rozumieć, ale nie jestem pewien, czy lubię te wszystkie maszyny.
- Ich nie moŜna lubić czy nie. Są obojętne, moŜna ich uŜywać lub nie uŜywać, ale nie
sposób mówić o uczuciach w stosunku do nich.
- Moje uznanie dla twej logiki. Masz, rzecz jasna, rację. A więc do dzieła. Kiedy
zaczynamy?
Wieczorem tego dnia, po zabraniu moich rzeczy z gospody, rozmawialiśmy ku
widocznej przyjemności hrabiego po francusku.
- I co dalej? - spytał, gdy po dobrej kolacji wróciliśmy do koniaku.
- Muszę się przyjrzeć jednemu z tych pseudo-Francuzów, o których wspomniałeś. Czy
po tej stronie rzeki pojawiają się czasem samotnie, czy zawsze tylko w kupie?
- I tak, i tak, ale nie mają określonych tras, tak Ŝe potrzeba byłoby jeszcze kilka
bliŜszych informacji. - Zadzwonił srebrnym dzwonkiem, który stał na stoliku. - Chcesz go
nieprzytomnego czy martwego?
- Jesteś zbyt łaskaw. Tą częścią zajmę się sam. Chodziłoby mi natomiast o wskazanie
go.
Hrabia wydał instrukcje słuŜącemu, który pojawił się w drzwiach, a ja zająłem się
drinkiem.
- Gdy będziesz miał te informacje, będziesz wiedział, co dalej zrobić? - spytał
gospodarz.
- Powinienem. Muszę dostać się do Londynu, zabić jedno indywiduum i zniszczyć
pewną maszynerię.
- A Korsykanin?
- Prawdopodobnie diabli go wezmą przy okazji. Sam tego nie rozumiem, ma to coś
wspólnego z naturą czasu. Z tego, co wiem, to przeszłość, w której jesteśmy, w ogóle nie
istnieje w przyszłości. Nasze ksiąŜki historyczne głoszą, Ŝe Napoleon przegrał, a Anglia nigdy
nie została podbita.
- To jedyne, co moŜe być!
- Faktycznie, moŜe, ale jeśli tak się stanie, to ten cały świat zniknie.
- Ryzyko jest stałym elementem hazardu - stwierdził spokojnie hrabia. - Jeśli ten świat
zniknie, to znaczy, Ŝe inny, lepszy się pojawi.
- MoŜna tak to ująć.
- A więc musimy do tego dąŜyć. W tym nowym świecie moja rodzina będzie Ŝyła, a ja
będę w domu. Poświęcenie Ŝycia tutaj będzie drobnostką, o której szkoda wspominać. Choć
przyznaję, Ŝe wolałbym, aby świadomość tego, co ma nastąpić, została naszą wspólną
tajemnicą. Nie jestem pewien, czy wszyscy moi pomocnicy podzieliliby ten filozoficzny, w
gruncie rzeczy, punkt widzenia.
- TeŜ tak sądzę. Chciałbym, Ŝeby był inny sposób.
- Nie ma się czym przejmować, drogi przyjacielu. Proponuję zresztą nie poruszać
więcej tego tematu.
- Wspaniale! - stwierdził hrabia po konferencji ze starszym lokajem. - Grupka
poszukiwanych bawi akurat w Mermaid Court. Co prawda, w koło są straŜe, ale nie sądzę, Ŝeby
taki drobiazg był dla ciebie przeszkodą.
- śadną - zapewniłem go wstając. - Gdybyś jeszcze wspomógł mnie pojazdem i
przewodnikiem, to obiecuję wrócić za godzinę.
Wróciłem po trzech kwadransach.
Ogolony typ zawiózł mnie na miejsce i wskazał kogo trzeba. Grupa zajęła kamienicę, w
której mieściła się i knajpa, i burdel, toteŜ nie było obawy, Ŝe wyniosą się zbyt szybko.
Wszedłem do sąsiedniego budynku, co było najtrudniejsze w całej akcji, drzwi były bowiem
zamknięte na tak potęŜny zamek, Ŝe moje wytrychy nie mogły dosięgnąć mechanizmu. NóŜ
jednak zdołał tego dokonać, toteŜ wkrótce dostałem się najpierw do środka, potem na dach, a w
końcu, za pomocą przymocowanego do jednego z kominów pajączka, do ciemnych okien na
piętrze sąsiedniej budowli. Ciemnych, ale dla innych, a nie dla mnie, gdyŜ miałem na nosie
okulary sprzęŜone z umieszczonym na skroniach reflektorem ultrafioletu.
Wybrałem sobie jedno z okien, otworzyłem je i złapałem jakiegoś delikwenta bez gaci.
Jego i resztę towarzystwa na łóŜku uciszył gaz. Nie czekając na oklaski, pozbierałem trofeum z
podłogi. Na dach wróciłem tak szybko, jak tylko pozwoliła na to wciągarka nici molekularnej,
na której wisiałem. Parę minut potem moja zdobycz chrapała, przypięta do stołu w piwnicy
hrabiego, a ja przygotowywałem odpowiednie urządzenia. Hrabia przyglądał się temu z nie-
słabnącym zainteresowaniem.
- Chcesz wyciągnąć wiadomości z tego ścierwa? Nie pochwalam tortur, ale czasami
gorące szczypce i ostrze noŜa są niezastąpione. Mówiono mi, Ŝe krajowcy z Nowego Świata
potrafią obedrzeć człowieka ze skóry nie zabijając go przy tym.
- Brzmi to zachęcająco, ale nie będziemy musieli zabrudzić ci piwnicy. Powie nam, co
będziemy chcieli, nie wiedząc wcale, Ŝe mówi. Maszyny przespacerują się po jego zwojach
mózgowych, co - zapewniam cię - jest gorsze od rozpalonego Ŝelaza. A potem będzie juŜ do
twojej dyspozycji.
- Dzięki. Jeśli któryś z nich ginie, cierpi ludność cywilna. Damy mu porządnie w kość i
zostawimy w jakimś zaułku. Będzie wyglądało na zwykły napad.
- Pięć punktów za pomysł, a teraz do roboty. Przejście przez ten umysł było rzeczą
równie przyjemną jak kąpiel w gnojówce. Obłęd to jedna sprawa - ten tu był obłąkany w
równym stopniu co jego szef - a zboczenie i uwielbienie zła to coś zupełnie innego. Z
uzyskaniem potrzebnych informacji był tylko jeden kłopot - skłonić go do mówienia po
francusku lub angielsku, a nie tym obrzydliwym bełkotem, który był jego ojczystym
narzeczem. Gdy uporałem się z tym, reszta była juŜ kwestią minut. Jules - mój gładko ogolony
przewodnik - został obarczony przyjemnym i poŜytecznym zajęciem obicia mu mordy i
odstawienia do zaułka, a my powróciliśmy do niezupełnie jeszcze opróŜnionej karafki.
- Ich dowództwo mieści się w czymś takim, co nazywa się Saint Paul. Wiesz, gdzie to
jest?
- Nie ma dla nich nic świętego! To katedra, dzieło wielkiego Sir Christophera Wrena, o,
tu na planie Londynu.
- Tam jest ten, którego szukam, i cała jego maszyneria. Ale Ŝeby się tam dostać, muszę
wejść do Londynu. Mogę to zrobić w jego mundurze, bo mamy tę samą radioaktywność i nie
wzbudzę Ŝadnych podejrzeń, ale z pewnością mają jakieś hasła czy inne identyfikatory, choćby
nawet była to tylko znajomość ich języka. Potrzebuję dywersji, która odciągnęłaby ich uwagę.
Czy masz wśród swoich kogoś, kto zna się na artylerii?
- Oczywiście. Rene Dupont jest byłym majorem i to dość wszechstronnie
wyszkolonym. I jest w Londynie.
- Właśnie ktoś taki jest mi potrzebny. Zapewniam, Ŝe będzie zadowolony obsługując tę
siedemdziesiątkę piątkę. Musimy przed świtem zdobyć jeden z tych okrętów. Rano, gdy tylko
otworzą bramy, zaczniemy kanonadę, Ŝeby zlikwidować wartownię i wartę i wprowadzić
zamieszanie. Potem łódź na dno, obsługa na brzeg i w nogi. Zgranie tego wszystkiego będzie
twoim zadaniem.
- Zajmę się tym z prawdziwą przyjemnością. Ale gdzie ty będziesz?
- Na moście, będę maszerować z wojskiem, tak jak próbowałem wcześniej.
- Raczej niebezpieczne zajęcie! Jeśli będziesz zbyt wcześnie, to cię złapią, a jeśli się
spóźnisz, to albo my cię rozstrzelamy, albo brama będzie zamknięta.
- Dlatego tak istotne jest zgranie wszystkiego w czasie.
-
Zaraz
poślę
po
najlepszy
chronometr,
jaki
moŜna
tu
dostać.
13
Major Dupont był rumianym i szpakowatym grubaskiem, ale tyle miał w sobie energii i
tak dobrze znał się na swoim fachu, Ŝe rekompensowało to istotne z wojskowego punktu
widzenia braki fizyczne. Teraz zaś zŜerała go wprost pasja i tęsknota, by obsługiwać to
niespotykane w jego wieku działo najeźdźców. Poprzednia załoga monitora razem z
wartownikiem spała pod pokładem nieco głębszym snem, niŜ planowała, a ja uczyłem majora,
jak uŜywać bezodrzutówki. Trzeba przyznać, Ŝe był pojętny, a po doświadczeniach z
gładkolufowymi urządzeniami ładowanymi od przodu i uzaleŜnionymi od odmierzonych na
oko ładunków prochu siedemdziesiątka piątka wydała mu się prosta i rewelacyjna.
- Ładunek miotający, pocisk i ładunek wybuchający w jednej całości! Cudowne! A ta
dźwignia otwiera komorę zamkową?
- Zgadza się. A od tego trzymaj się z daleka w czasie strzału, bo tędy wylatują gazy
prochowe uruchamiające przeładowanie. Urządzenie celownicze masz zgrane, zresztą strzelać
będziesz na małą odległość i to do widocznych celów.
- Powiedz mi więcej o niej - domagał się, gładząc stalową lufę.
Następny krok. Hrabia miał dopilnować, aby jednostka została przeprowadzona w górę
nurtu i zakotwiczona poniŜej London Bridge tuŜ przed świtem. Jego chronometr był wielkości
solidnej cebuli - ręczna robota ze stali i miedzi - i tykał bardzo głośno, lecz przez dwanaście
godzin chodził prawie tak dobrze jak mój atomowy zegarek wielkości paznokcia, którego
margines dokładności wynosił jedną sekundę na rok. Uregulowaliśmy zegarki, po czym
podniosłem się, by przystąpić do realizacji mojej części roboty. Uścisnęliśmy sobie dłonie na
poŜegnanie.
- Zawsze będziemy wdzięczni za twoją pomoc - odezwał się hrabia. - Teraz jest z nami
nowa nadzieja na zwycięstwo!
- To ja powinienem podziękować ci za pomoc. Zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę
fakt, Ŝe moje zwycięstwo moŜe dla was być nie najlepszym finałem.
- Umierając zwycięŜymy, jak juŜ to wytłumaczyłeś - machnął ręką. - Świat bez tych
ś
wiń jest wystarczającym zwycięstwem. Nawet jeśli my nie będziemy juŜ oglądać tego świata.
A teraz - powodzenia!
Przypomniałem sobie jego słowa, słysząc kroki dudniące echem w pustych uliczkach,
gdzie czekałem na pierwsze promienie słońca rozpraszające mroki nocy. Londyn miał masę
miłych, ciemnych zaułków, w których moŜna było zniknąć. Ukryłem się w jednym z nich i
pogrąŜyłem w obserwacji mostu. Pojawili się pierwsi Ŝołnierze z nocnej zmiany.
Niektórzy szli raźno, inni noga za nogą, część grupami, część luzem. Dokładny bajzel
na wrotkach. Wmieszałem się w to tałatajstwo, zezując cały czas na zegarek. Powinienem być
idealnie o czasie. Nagle ktoś z tyłu zawołał:
- Lortytort! - i ku swemu zaskoczeniu stwierdziłem, Ŝe woła do mnie. Przeoczyłem w
swych przygotowaniach fakt, Ŝe kumple mego informatora będą mnie teraz nagabywali. Trzeba
było improwizować. Pomachałem mu więc, wykrzywiłem się dość obrzydliwie i ruszyłem
przed siebie. Facet najpierw zwątpił, a po chwili ruszył za mną z kopyta. Musiało mu się zebrać
na pogawędkę, na którą ja nie miałem najmniejszej ochoty, szczególnie nie znając języka.
Przyspieszyłem kroku, ale on ciągle podąŜał za mną. Nagle dotarło do mnie, Ŝe w takim tempie
dojdę do bramy zbyt szybko i dam się ostrzelać.
Ze swego miejsca doskonale widziałem postacie poruszające się na pokładzie monitora.
Musiałem się zatrzymać, gdyŜ w przeciwnym wypadku znalazłbym się w środku planowanego
fajerwerku. Słyszałem zbliŜające się kroki, a w chwilę później cięŜka dłoń opadła mi na ramię i
obróciła mnie o sto osiemdziesiąt stopni.
- Lortilypu? - spytał jej właściciel, po czym oczka mu się zaokrągliły, a szczęka opadła
w nagłym zrozumieniu. - Blivit!
Musiał, skubany, poznać mnie z fotografii. Mieli dość czasu nie tylko na obejrzenie
zdjęcia, ale i dość udanej krótkometraŜówki ze mną w roli głównej.
- Blivit to jest to - zgodziłem się z nim uprzejmie, pakując mu zatrutą igłę w szyję.
Normalnie przełączam pistolet na igły z narkotykami, ale teraz uznałem, Ŝe wobec tych
kreatur lepsze będzie radykalne rozwiązanie. Tylko to nie było dość radykalne. Typ wprawdzie
padł, ale następny coś usłyszał i przedzierał się juŜ ku mnie przez tłum Francuzów. Zmuszony
byłem go zastrzelić. To naturalnie zainteresowało całą tę watahę wokoło i zacząłem się juŜ
zastanawiać, czy nie będę musiał wygubić wszystkich okolicznych formacji Armii Francuskiej.
Nie musiałem. Pierwszy pocisk wyrŜnął jakieś dwadzieścia jardów od miejsca, gdzie
stałem. Efekt był zadowalający - potęŜny huk i kupa śmieci w powietrzu. Ciągu dalszego juŜ
nie obserwowałem, tylko padłem na ziemię, aby nie dać się zabić. Skorzystałem zresztą z
zamieszania i uśpiłem kilkunastu najbliŜszych Ŝołnierzy, którzy byli świadkami poprzedniego
zajścia.
Dupont opanował najwyraźniej nową zabawkę, bo ostrzał przeniósł się na bramę i
wartownię. Wywołało to dość oŜywiony ruch i jeszcze Ŝywsze wrzaski na moście, w których
zresztą wziąłem z zapałem udział. Spojrzenie na zegarek przekonało mnie, Ŝe przedstawienie
ma się ku końcowi.
I faktycznie - po paru następnych strzałach kolejny pocisk trafił dobrze ze sto jardów w
bok, co było dla mnie sygnałem.
Błyskawicznie zerwałem się na nogi i ruszyłem ku temu, co jeszcze niedawno nazywało
się bramą. Teraz była to całkowita ruina, na której jeszcze nie osiadł ceglany kurz. W zasięgu
mego wzroku nie było nic, co zdradzałoby najmniejszy chociaŜ ślad ruchu. Plan udał się
znakomicie i to mimo niespodzianki na moście. Działo na monitorze przemówiło ponownie.
Tego nie było w planie. Po tym sygnalnym pocisku mieli zatopić łajbę i pryskać w
bezpieczne miejsce. Coś musiało iść nie tak, jak powinno. Moje rozwaŜania przerwała
podwójna eksplozja brzmiąca prawie jak jeden wystrzał. śadne działo nie jest w stanie strzelać
tak szybko, a zatem musiały być dwa!
Ulica, na której się znajdowałem, Upper Thames Street, biegła równolegle do muru.
Byłem obecnie na tyle daleko od bramy, Ŝe moja obecność nie budziła skojarzeń z tym, co się
tam stało. Skorzystałem zatem z pierwszych schodów, jakie się nawinęły, i wspiąłem się na
platformę obserwacyjną. Nikogo nie było w okolicy, a ja miałem idealny widok na scenę
wydarzeń.
A działo się tam duŜo - siostrzany okręt naszego płynął w górę rzeki pod pełnymi
Ŝ
aglami. Major odgryzał się zaciekle, ale przeciwnik miał więcej doświadczenia, wybił juŜ
dziurę w okolicy steru, a gdy patrzyłem, kolejny pocisk uderzył właśnie w śródokręcie
uciszając działo. Przez nadbrzeŜe ktoś biegł i wyraźnie zamierzał wskoczyć na pokład.
Wyciągnąłem lornetkę, lecz i bez niej udało mi się rozpoznać ową postać.
Oczywiście hrabia przybywał na pomoc swoim wojskom. W chwili gdy zeskoczył, z
pokładu podniosła się okrwawiona postać i podąŜyła w kierunku milczącej broni. Major
załadował armatę i wystrzelił.
Był to piękny strzał, dokładnie w linię wodną, tuŜ pod działobitnią. Mając jednego z
głowy, major połoŜył ogień na oddziały grupujące się na moście. Hrabia ładował, major
strzelał, a obaj byli uśmiechnięci i sprawiali wraŜenie naprawdę zadowolonych z tego, co robią.
Kanonada przybrała na sile, a ja zlazłem na dół.
Pomóc im i tak nie byłem w stanie, zresztą wiedzieli, co robią - walczyli z wrogiem, z
którym zmagali się przez te długie lata, tylko teraz uŜywali doskonałej i wysoce efektywnej
broni. Oczywiste było, Ŝe nie mają najmniejszego zamiaru przerywać tej czynności. Taki
koniec był z pewnością lepszy od ucieczki i śmierci zaszczutego zwierzęcia. Ja tymczasem
miałem coś jeszcze do zrobienia.
Zgodnie z mapą hrabiego ruszyłem wzdłuŜ Duck's Foot Lane do Canon Street, po czym
skręciłem w lewo. Teraz byli juŜ wokół ludzie, przestraszeni cywile, maszerujące oddziały, ale
nikt nie zwrócił na mnie uwagi.
I oto w perspektywie ulicy dostrzegłem wznoszący się dumnie masyw katedry
Ś
więtego Pawła. Koniec drogi był bliski, równie bliskie było moje ostateczne spotkanie z
Onym.
14
Byłem przeraŜony. Ktoś, kto twierdzi, Ŝe nigdy nie czuł strachu, jest kłamcą nie
rokującym szans na poprawę albo zwykłym szaleńcem. Pochlebiam sobie, Ŝe Ŝadna z tych
moŜliwości nie odnosi się do mnie. Jakkolwiek by było, przeraŜenie opanowało mnie jak nigdy
dotąd. MoŜe brało się to ze zbyt duŜej ciąŜącej na mnie odpowiedzialności, o której teraz
właśnie, cięŜki idiota, musiałem sobie przypomnieć, a moŜe z faktu, Ŝe raz juŜ omal mnie nie
zabił - nie wiem. Było to niewiarygodne, owszem, lecz było faktem.
- Niewiarygodne! A więc niech będzie to do końca zupełnie wiary nie godne! -
mruknąłem, grzebiąc w podręcznej apteczce.
Gdyby nie stawka, o którą toczyła się gra, najprawdopodobniej nie zrobiłbym tego.
Nigdy dotąd nie potrzebowałem syntetycznego wsparcia moralnego i nawet w najgorszych
przypadkach starczała mi świadomość, Ŝe mogę je mieć. Ale teraz chodziło o zbyt powaŜne
rzeczy, bym się wahał.
Wygrzebałem w końcu pojemnik i przełknąłem dwie pastylki, zwane proszkami
berserkera lub prochami furii.
Były zakazane wszędzie i to z rozsądnych powodów. Nawet nie dlatego, Ŝe
błyskawicznie prowadziły do nałogu - wewnątrz kapsułki znajdował się skondensowany obłęd,
mieszanka, która likwidowała wszelkie naleciałości cywilizacyjne, pozostawiając bestie w
czystej postaci. A nawet gorzej - bo bestię pozbawioną instynktu samozachowawczego; liczył
się tylko cel, a cena jego osiągnięcia była wówczas pojęciem nieznanym. Rzecz niezbyt miła,
czasem jednak potrzebna.
Niezbyt miła? Bardzo miła! Przez sekundę miałem świadomość, Ŝe chemikalia
przejmują władzę nad moim umysłem, ale trwało to tylko krótką chwilę. Zaraz potem pojawiło
się poczucie nieograniczonej siły, coś, czego dotąd nie znałem. Mogłem zrobić wszystko, co
tylko bym zechciał, gdyŜ to ja byłem jedyną siłą, która się liczyła. A On siedział w tym
budynku i myślał, cięŜki zadufany kretyn, Ŝe moŜe mnie zatrzymać czy nawet zabić. Teraz
zobaczy, jak traktuje się plany idiotów!
- Idę po ciebie! - warknąłem przez zaciśnięte zęby i ruszyłem prosto do bramy, według
wszelkich danych naszpikowanej alarmami i czujnikami. Subtelne wejście? AleŜ skąd!
Jedynym atutem, jaki miałem, było zaskoczenie i całkowita bezwzględność. Uzbroiłem się jak
na małą wojnę, a kaŜdy, kto próbowałby mnie zatrzymać, był przeszkodą do usunięcia, i to
szybko.
Najpierw ruszyłem przez drzwi, w których panował oŜywiony ruch wchodzących i
wychodzących. Potem główną nawą, z której usunięto sprzęty religijne, prosto do ołtarza,
którego nie było. Na jego miejscu stał ozdobny tron, na którym siedział On.
PoniŜej podwyŜszenia rozciągał się długi, zasypany mapami i papierzyskami stół,
wokół którego stali oficerowie.
Otrzymywali oni polecenia od kurdupla w prostym, granatowym mundurze.
Przypuszczałem, Ŝe to właśnie jest Napoleon - marionetka i pomagier Onego. Uśmiechnąłem
się, gdy moje dłonie zaciskały się na broni.
Moją uwagę przykuło znajome migotanie dochodzące z najbliŜszej wnęki po prawej
stronie i mój uśmiech zyskał na wyrazistości. Time-helix z kręcącymi się wokół technikami.
Oprócz zemsty będę miał więc jeszcze zapewniony powrót do domu. Nader miła perspektywa.
Nikt nie zwrócił na mnie uwagi, gdy podszedłem do stołu. Miałem dość czasu - najpierw
granaty gazowe, potem zabawa. Gdy zabije się władzę, z niewolnikami moŜna zrobić
wszystko, na co ma się ochotę.
Jeden wybuchowy i dwa termitowe - cała ta paczka, z wyjętymi bezpiecznikami,
poleciała prosto z objęcia potęŜnej postaci siedzącej na tronie, a ułamek sekundy później pół
tuzina granatów gazowych wylądowało na stole tuŜ przed zaszokowanymi oficerami.
Zaczynały dopiero wybuchać, gdy strzelając z półobrotu załatwiłem igłami techników przy
aparaturze.
W przeciągu paru sekund było po wszystkim. Rzuciłem jeszcze parę granatów ku
wejściu, ot tak, na wszelki wypadek, i gdy przebrzmiały ich eksplozje, jedynym dźwiękiem,
jaki mącił ciszę, było wesołe trzaskanie ognia poŜerającego łapczywie coś, co przed paroma
sekundami było moim śmiertelnym wrogiem.
- Zostałeś pobity! - krzyknąłem z zachwytem i obiegłem stół, aby lepiej widzieć
pokonanego.
Napoleon podniósł głowę i usiadł.
- Nie bądź idiotą! - stwierdził.
Nie tracąc czasu na wyjaśnienia, usiłowałem go zabić, jednak tym razem to on był
szybszy i zaskoczył mnie. Podobny do walca przedmiot, którego otwór skierowany był w moją
stronę, błysnął błękitnym światłem. Zrobiło mi się najpierw gorąco, a po chwili bardzo zimno i
nieswojo. Moje ciało było sparaliŜowane. Twarzą do przodu zwaliłem się bezwładnie na stół.
Nic nie czułem, nawet gdy przewrócił mnie na plecy i zbliŜył swoją twarz do mojej. Słuch i
wzrok były jedynymi zmysłami, które jeszcze działały, toteŜ jego przeraźliwy chichot
rozbrzmiał mi ostro w uszach. Poczekał, aŜ w moich oczach zalśni zrozumienie, i wrzasnął:
- Zgadza, się! Ja jestem On. Przegrałeś! Zniszczyłeś androida, którego jedynym
zadaniem było skłonić cię właśnie do tego. To wszystko tutaj jest niczym innym jak pułapką
zastawioną na ciebie! Cały ten świat istniał wyłącznie po to. Zapomniałeś, Ŝe ciało jest tylko
opakowaniem dla mego wszechmocnego i nieśmiertelnego umysłu! Przegrałeś, a ja wygrałem,
teraz
juŜ
definitywnie!
15
To był klasyczny szok.
Sądzę, Ŝe normalnie powinienem coś czuć - złość, Ŝal, frustrację. Byłem jednak
przepełniony tylko jednym pragnieniem - czekałem znów na okazję, by spróbować go zabić.
Stawało się to juŜ nieco nudne, ale miałem nadzieję, Ŝe stare przysłowie: ”Do trzech razy
sztuka”, okaŜe się jeszcze prawdziwe. Tymczasem On zmieniał moje ubranie w łachmany,
usuwając wszystko, na co natrafił, i odrywając broń przyczepioną do mojej skóry. Poszło
wszystko, co łatwo było odszukać: nóŜ pod kolanem, pistolet z nadgarstka, granaty z włosów.
To, co zostało, było trudne do znalezienia, jak równieŜ do szybkiego wykorzystania.
- Przygotowałem wszystko na tę chwilę! Wszystko! - wrzasnął radośnie, gdy skończył
mnie obmacywać.
Usłyszałem brzęk łańcuchów i na moich dłoniach zatrzasnęły się kajdanki połączone
krótkim łańcuchem. Gdy metal się spinał, ujrzałem krótki błysk i choć nic nie czułem,
spostrzegłem, Ŝe skóra wokół obrączek zaczyna czerwienieć. Nieistotne. Dopiero gdy tego
dokonał, wbił mi igłę w przedramię. Czucie zaczęło wracać. Najpierw ból nadgarstków, potem
ś
wiadomość całego ciała. Ból zignorowałem, choć powodował drgawki spazmatycznie prze-
biegające przez wszystkie moje członki. Silniejsze pchnięcie strąciło mnie ze stołu na podłogę.
Pozbierał mnie dość szybko i ciągnąc za nogi, ruszył ku jednemu z podtrzymujących strop
filarów. Trzeba przyznać, Ŝe miał, ścierwo, krzepę. Moje palce natknęły się po drodze na jakiś
przedmiot i zacisnęły na nim. Przyznaję, Ŝe trochę się pomyliłem. Naszym celem był stalowy
słup sięgający mi do pasa, a umieszczony w odległości pięciu jardów od time-helixu. Łańcuch
łączący moje ręce został przytwierdzony do uchwytu na jego szczycie, co po chwili
przypieczętował kolejny błysk światła. Puścił mnie. Z trudem trzymałem się na nogach bez
jego pomocy. On tymczasem zajął się nastawianiem wskaźników time-helixu. W katedrze
zapadła dziwna cisza.
- Wygrałem! - zawył nagle, podskakując przy tym z wściekłością. - Czy dotarło w
końcu do ciebie, Ŝe jesteś w pętli czasowej, która nie istnieje i którą stworzyłem, aby cię
złapać? I to, Ŝe zniknie ona w chwili, gdy ja przeniosę się do innego czasu?
- Podejrzewałem to. Historia mówi, Ŝe Napoleon przegrał.
- Tu wygrał! Bo ja dałem mu broń i pomogłem mu. A potem go zabiłem, gdy moje nowe
ciało było gotowe. Pętla czasowa powstała właśnie w tym momencie, a jej powstanie
spowodowało wytworzenie bariery w czasie. Zniknie ona, gdy to wszystko, razem z tobą,
przestanie istnieć. Ale ty nie znikniesz tak szybko. Chcę, Ŝebyś trochę tu posiedział,
rozmyślając nad swoją przegraną i nad nieistnieniem dla ciebie przyszłości. Dlatego wokół tej
katedry załoŜony jest izolator. Najprawdopodobniej umrzesz z pragnienia, zanim przestanie on
działać! - ostatnie słowa wykrzyczał, po czym wrócił do konsolety.
Otwarłem dłoń, Ŝeby zobaczyć, jaka broń wpadła mi w palce podczas ostatnich
wydarzeń. Był to mały miedziany cylinderek, waŜący nie więcej niŜ parę deka. Jeden jego
koniec był aŜurowy i sypał się zeń biały, drobny piasek. Było to bowiem stylowe urządzenie
słuŜące w tej epoce do suszenia atramentu na świeŜo napisanych listach. Nie ukrywam, Ŝe
wolałbym coś bardziej wojowniczego, ale od biedy i to się mogło przydać.
- Odchodzę! - zakomunikował mi znad konsolety.
- A co z twoimi ludźmi? - spytałem, starając się zyskać na czasie.
- Niewolnicy. Znikną razem z tobą. I tak juŜ ich nie potrzebuję. Mam do dyspozycji cały
ś
wiat, który czeka tylko, aby mnie powitać. Wkrótce takich światów będzie mnóstwo. Wkrótce
wszystko będzie moje!
Dodanie czegokolwiek do tej przemowy byłoby błędem, toteŜ poczekałem spokojnie i
w milczeniu, aŜ wlazł do walca time-helixu.
- Wszystko moje! - powtórzył, spowity juŜ zielonkawą poświatą.
- Wątpię - oświadczyłem mu jak najuprzejmiej, waŜąc w dłoni cylinderek i mierząc
wzrokiem odległość od pulpitu.
Sterowanie time-helixem polega na wduszeniu poŜądanej kombinacji przycisków dość
sporych rozmiarów. Ta, której potrzebował, była juŜ zaprogramowana. Jeśliby udało się
wdusić dodatkowy, to miejsce docelowe uległoby zmianie albo, na przykład, byłoby nicością.
Wykonałem ręką kilka próbnych łuków, mierząc dystans i obliczając trajektorię. Musiał to
zauwaŜyć, bo z dzikim rykiem usiłował wyjść. Ale time-helix, jeśli juŜ zacznie się rozwijać, to
trzyma mocno. Ten juŜ zaczął pracę.
Na zimno oceniłem odległość i posłałem cylinderek ku pulpitowi. Błysnął we
wlewającym się przez okna blasku słońca i pięknym łukiem opadł na klawiaturę, wywołując
jednocześnie parę miłych sercu trzasków. Opętańcze wrzaski Onego ucichły, gdy zniknęła
zielona poświata, a za oknem zapanował zmrok. Widziałem juŜ taki mrok - w czasie ataku
temporalnego na kwaterę Korpusu. Znaczyło to, Ŝe poza budynkiem, w którym byłem, cała
reszta Londynu zmieniła się w nicość.
Koniec.
Koniec wszystkiego. Uczucia, które wracały do mego umysłu, w miarę jak słabło
działanie
narkotyku,
pogłębiały
jeszcze
to
wraŜenie.
Koniec.
16
Czy komuś z was zdarzyło się kiedykolwiek zostać złapanym w katedrze Świętego
Pawła w roku pańskim 1807, i to z całym zewnętrznym światem zamienionym w nicość;
samotnie stać sobie przyspawanym do stalowego słupa i być całkowicie na łasce losu?
Niewielu moŜe, jak sądzę, udzielić twierdzącej odpowiedzi. Ja mogę, ale naprawdę nie sprawia
mi to przyjemności. Próbowałem uwolnić się, ale raczej bez przekonania. Wszystko zostało tu
zbyt fachowo przeprowadzone, aby jakakolwiek szamotanina miała sens.
Powinienem kombinować, jak się stąd wydostać i walczyć dalej, ale jakoś nie miałem
na to ochoty. Po raz pierwszy w Ŝyciu byłem całkowicie bierny i pozbawiony moŜliwości
działania. Musiałem lojalnie przyznać sam przed sobą, Ŝe pobito mnie na całej linii.
W czasie gdy rozwaŜałem tę nową sytuację, w absolutną ciszę wdarło się cichutkie ni to
brzęczenie, ni to gwizd, który stopniowo narastał. Dochodził z pustego powietrza gdzieś nade
mną i zakończył się głośnym trzaskiem. W górze pojawiła się postać ubrana w kombinezon
kosmiczny i uŜywająca grawitatora. Postać spłynęła powoli w dół.
Byłem tak ogłupiały, Ŝe prawie nic nie mogło mnie juŜ zdziwić. To znaczy, sądziłem
tak do chwili, gdy postać podniosła przesłonę hełmu.
Byłem gotów uwierzyć we wszystko poza tym, Ŝe to moŜe być ona.
- Zdejmij te kretyńskie łańcuchy - stwierdziła Angelina z niesmakiem. - Wystarczy
zostawić cię samego, a juŜ pakujesz się w jakieś dziwne kłopoty. Teraz będziemy juŜ razem. To
wszystko, co mam ci na ten temat do powiedzenia.
Nie mogłem nic odpowiedzieć, bo moje narządy mowy zostały fatalnie wręcz
zablokowane i nie byłem w stanie wydać Ŝadnego dźwięku. Dopiero widok Angeliny stojącej
na podłodze doprowadził mnie do przytomności.
- Ślicznie dobrane imię - Angelina. Spadłaś z nieba, aby mnie uwolnić?
W odpowiedzi otworzyła szerzej przesłony, Ŝeby mnie pocałować, po czym wyjęła nóŜ
laserowy i zaczęła majstrować przy łańcuchach.
- Teraz powiedz mi o tych tajemniczych podróŜach w czasie i o tym całym nonsensie. I
mów szybko, bo mamy tylko siedem minut, jeśli wierzyć w to, co mówił Coypu - stwierdziła
stanowczo.
- A co jeszcze ci mówił? - spytałem, zastanawiając się, jak duŜo wie.
- Tylko nie zaczynaj być tajemniczy! Mam dość Coypu i jego bełkotu.
Odskoczyłem, gdy dla poparcia tego oświadczenia machnęła mi noŜem przed nosem,
po czym zabrałem się do gaszenia tlących się rękawów kurtki. Zdenerwowana Angelina
stawała się naprawdę niebezpieczna.
- Kochanie - rzekłem z uczuciem, starając się obserwować jednocześnie jej twarz i dłoń
z noŜem. - Niczego przed tobą nie ukrywam! Po prostu we łbie mi się mąci od tych wszystkich
skoków czasowych i wolę wiedzieć, jak daleko sięga twoja wiedza w tej kwestii, aby do-
kończyć tylko opowieść. Tak będzie duŜo prościej i szybciej.
- Doskonale wiesz, Ŝe ostatni raz rozmawialiśmy przez wideofon. Powiedziałeś, Ŝe to
bardzo waŜne, Ŝebym przyszła jak najszybciej do laboratorium Coypu. Gdy w końcu się tam
zjawiłam - bo ty zaraz przerwałeś połączenie - wszyscy latali jak wariaci i byli zajęci swoimi
maszynami tak dokładnie, Ŝe nie było nikogo, z kim moŜna by porozmawiać. Coś tam
wrzeszczeli o powrocie w czasie i tyle. Zresztą, z Inskippem teŜ nie było lepiej. Oznajmił mi, Ŝe
zniknąłeś z jego biura, gdy mówił ci, co o tobie myśli. Chyba dowiedział się o tych paru
groszach, które odłoŜyliśmy na czarną godzinę. Potem była masa gadania o tobie zbawiającym
ś
wiat czy galaktykę, ale ciągle nie mogłam zrozumieć z tego ani słowa. To wszystko straszliwie
się ciągnęło, aŜ w końcu posłali mnie tutaj.
- A więc zrobiłem to - stwierdziłem z uznaniem w głosie. - Uratowałem ciebie, Korpus
i wszystko!
- Miałam rację. Znowu chlałeś!
- Ostatnimi czasy nie, a skoro chcesz znać prawdę, to wy wszyscy zniknęliście i cała
baza z wami. Coypu był ostatni, a więc miał czas, aby ci o tym opowiedzieć. Nikt z Korpusu nie
istniał, bo nikt się nigdy nie narodził, jeśli nie brać pod uwagę moich wspomnień.
- Moje wspomnienia są troszkę inne.
- Powinny być, skoro dzięki moim wysiłkom plany Onego zawiodły...
- Jego, nie onego. To całe picie rzuca ci się na język.
- On to imię, i nie piłem od paru godzin. Ani kropelki. Czy moŜesz posłuchać przez
chwilę, nie przerywając mi? Ta historia jest juŜ i tak wystarczająco powikłana...
- Powikłana i z pewnością zainspirowana alkoholicznie.
Warknąłem, po czym pocałowałem ją i kontynuowałem opowieść, zanim się
opamiętała.
- Atak czasowy został skierowany przeciw Korpusowi i Coypu wysłał mnie w
przeszłość, w rok 1975, abym temu zapobiegł. Częściowo mi się to udało, ale On uciekł, po
czym zjawił się tu, w 1807 roku, gdzie zastawił na mnie pułapkę i złapał mnie. Ale jego plany
nie powiodły się w całości, bo zdołałem zmienić ustawienie jego time-helixu. To musiało mu
sporo zamieszać, bo zjawiłaś się, aby mnie uratować.
- Och, kochanie, zawsze wiedziałam, Ŝe moŜesz uratować świat, jeśli naprawdę się
postarasz!
Wzięliśmy się za ramiona z czymś, co moŜna by określić jako autentyczną namiętność,
przerwaną jednak przez gwałtowny cios, którym poczęstowała mnie w ramię. Cofnąłem się z
jękiem.
- Czas! - jęknęła, patrząc na zegarek. - Przez ciebie zapomniałam. Mamy mniej niŜ
minutę. Gdzie time-helix?
- Tu - wskazałem, masując sobie kończynę.
- A kontrolka?
- Tam.
- Wstrętna. Gdzie jest odczyt?
- Te przyciski.
- Musimy nastawić trzynastą pozycję. Coypu bardzo na to nalegał.
Wduszałem przyciski na podobieństwo zidiociałego pianisty, co zaowocowało dzikimi
błyskami światełek.
- Trzydzieści sekund - poinformowała mnie słodko.
- Jest! - jęknąłem, gdy oznajmiła, Ŝe dziesięć. - Pole ma postać powierzchniową, więc
musimy stać blisko.
- Gdybym nie miała tego kretyńskiego kombinezonu - szepnęła, gryząc mnie namiętnie
w ucho - byłoby o wiele zabawniej.
- MoŜe, ale byłoby dość ambarasujące zjawić się w takich strojach w bazie.
- Nie przejmuj się, jeszcze tam nie wracamy.
Coś nagle obudziło się do samodzielnego Ŝycia w moim Ŝołądku.
- Co masz na myśli? I dokąd, u diabła, lecimy?
- Nie wiem dokładnie! Wszystko, co Coypu powiedział, to tyle, Ŝe będziemy jakieś
dwadzieścia tysięcy lat w przyszłości, tuŜ przed zniszczeniem tej planety.
- Znowu On i jego idioci! - jęknąłem. - Właśnie lecimy w przyjemne miejsce, gdzie cała
planeta jest jednym wielkim szpitalem dla czubków i wszyscy są przeciwko nam!
Otoczenie zamarło, gdy spirala time-helixu ruszyła. Ja rozpoczynałem podróŜ z głupim
wyrazem twarzy. Trwał on przez dwadzieścia tysięcy lat i był dokładnym odzwierciedleniem
moich uczuć.
17
Błam! To było jak spadanie prosto do łaźni parowej. Nie dość, Ŝe spadaliśmy, to jeszcze
chmury zasłaniały całkowicie krajobraz. Niewidoczna powierzchnia mogła być z równym
powodzeniem o dziesięć jardów, jak i dziesięć mil pod nami.
- Włącz grawitator! - krzyknąłem. - Mój został w nie istniejącym dziewiętnastym
wieku.
MoŜe nie powinienem był krzyczeć, bo Angelina dała pełną moc i wysunęła się z
mojego uścisku. Wściekle machając rękami, zdołałem zaczepić się na jej stopie. Kombinezon
zjechał z niej, rozciągając się malowniczo.
- Wolałabym, Ŝebyś tego nie robił - dobiegło mnie z góry.
- Całkowicie się z tobą zgadzam - wymamrotałem przez zaciśnięte zęby. Nogawka
osiągnęła swoją dwukrotną długość i bujałem się na niej w górę i w dół, zupełnie jak na
gumowej linie. Kombinezony są pomyślane tak, by znosić róŜne dziwne rzeczy, ale zapewne o
czymś takim nikt nie pomyślał. Trzeba było jednak skończyć ten cyrk, w przeciwnym razie cały
strój mógł trzasnąć.
- Wyłącz to! - krzyknąłem.
Jej reakcja była natychmiastowa i zaczęliśmy spadać jak kamienie. Kombinezon
skurczył się błyskawicznie, a ja wystrzeliłem w ramiona Angeliny. Ta spojrzała w dół, pisnęła i
włączyła grawitator ponownie. Tym razem byłem zupełnie nieprzygotowany, toteŜ zsunąłem
się po niej wprost ku terenowi, który nagle ukazał się poniŜej. W ciągu tych paru sekund, które
mi zostały, robiłem, co mogłem, aby wylądować raczej na plecach, i prawie by mi się to udało,
ale wcześniej uderzyłem o ziemię.
Wszystko było ciemnością i zaczynałem nabierać pewności, Ŝe umarłem. Ostatnie
przebłyski świadomości przebiegały mi przez głowę. Nie dość, Ŝe nie Ŝałowałem niczego, to
jeszcze było parę drobiazgów, które pragnąłbym robić częściej, gdybym mógł...
Trwało to parę sekund, aŜ dotarło do mnie, Ŝe Ŝyję, ale mam usta pełne błota.
Wyplułem, co się dało, przetarłem oczy i rozejrzałem się. Pływałem w bajorze na wpół
rozwodnionego błota, w którym rozrywały się co chwila bąble jakiegoś śmierdzącego gazu i
rosły niezbyt przyjemnie wyglądające pnącza. Coś mnie wprawdzie bolało, ale nie za mocno,
tak Ŝe Ŝycie zaczynało nabierać kolorów, a nawet zapachów.
- Tam w dole wygląda dość obrzydliwie - stwierdziła Angelina, unosząc się parę stóp
nad moją głową.
- Jest dokładnie tak, jak wygląda. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, to chciałbym stąd
wyjść. ZniŜ się trochę i zegnij kolana. Złapię cię i odjeŜdŜamy. Tylko delikatnie, na wszystko
co święte!
Z rozgłośnym mlaśnięciem uwolniliśmy się z natrętnego błocka, po czym ruszyliśmy
ponad rozpościerającym się na wszystkie strony bagniskiem.
- W prawo - zakomenderowałem w pewnej chwili. - Wygląda na kanał z czystą wodą.
Wydaje mi się, Ŝe kąpiel i przepiórka byłyby wskazane.
- PoniewaŜ mam pecha poruszać się z wiatrem, to wyraziłeś moje najskrytsze marzenie!
Pośrodku strumienia była odrobina złotego piasku, jakby umyślnie dla mnie wysypana.
Zeskoczyłem, gdy Angelina obniŜyła lot, i zanim jeszcze zdąŜyła wylądować, zrzuciłem
ubranie i szorowałem się zawzięcie stojąc po pas w wodzie. Obserwowałem właśnie, jak
Angelina zdejmuje kombinezon i zaczyna rozczesywać swoje długie włosy, które były obecnie
jasne, gdy ognisty ból przeszył mój gluteus maximus. Wyskoczyłem z wody ze wszystkimi
objawami właściwymi psu, któremu drzwi przytrzasnęły ogon. ChociaŜ tak atrakcyjna i
kobieca, Angelina zawsze była sobą. Grzebień został zastąpiony przez pistolet i zanim
dotknąłem piasku, zabrzmiał pojedynczy, ale celny strzał.
Gdy ona zajęta była czynnościami samarytańskimi, to znaczy spryskiwała pianką
chirurgiczną podwójny ślad zębów na mojej skórze, obejrzałem sobie to, co chciało mnie zjeść
na obiad. Z rybki została połowa, nadal jednak podrygująca i kłapiąca szczękami. Te ostatnie
miały więcej zębów niŜ magazyn spółdzielni dentystycznej i towarzyszyły im niezbyt miło
błyszczące ślepia. Złapałem ścierwo za szczątki ogona i wrzuciłem do wody. Spowodowało to
nader oŜywioną działalność pod powierzchnią, a z tego, co było widać, wywnioskowałem, Ŝe
bydlę, które mnie napadło, było raczej mizernym mieszkańcem tych okolic.
- Dwadzieścia tysięcy lat nie wyszło tej planecie na zdrowie - stwierdziłem
autorytatywnie.
- Skończ narzekać, czas na lunch! Zawsze praktyczna kobieta.
Na obiad było coś, co wylazło za mną na brzeg i próbowało mnie zjeść. Wyglądało
nawet na rybę, tylko miało owłosione łapy. Na deser był przebłysk geniuszu Angeliny, która
zabrała flaszkę mojego ulubionego wina.
- Uratowałaś moje Ŝycie parę razy w ciągu ostatnich dwudziestu wieków -
powiedziałem ocierając usta. - Więc nie gniewam się, Ŝe zamiast w domu znalazłem się w tym
bagnie. Ale czy ty mogłabyś mi w końcu powiedzieć, co się stało i co Coypu ci powiedział?
- Gadał duŜo róŜnych takich, ale zrozumiałam z tego niewiele. Zrobił czujnik czasowy,
czy jak to się tam zwie, i śledził twoje skoki w czasie i czyjeś jeszcze - pewnie chodziło o
twojego przeciwnika. On zrobił coś z czasem, stworzył jakąś pętlę, która istniała pięć lat, po
czym zniknęła. On z niej wyskoczył, ty nie. Więc Coypu wysłał mnie na kilka minut przed
końcem, Ŝebym cię stamtąd wyciągnęła. Dał mi współrzędne następnego skoku - tym razem do
czasu twego wroga. Spytałam go uprzejmie, co mamy tu robić, ale mamrotał coś o paradoksie.
Czy masz jakieś pomysły, co to moŜe być?
- PrzecieŜ to proste. Znajdziemy Onego i zabijemy, co powinno zlikwidować całą
sprawę. Dwa razy juŜ próbowałem - raz strzelając, drugi raz bombą termitową. Ale, jak mówią,
do trzech razy sztuka.
- MoŜe ja powinnam się nim zająć? - spytała słodko Angelina.
- Dobry pomysł. Mam juŜ dość tej czasowej ciuciubabki.
- A jak znajdziemy Onego?
- Najprostsze zadanie na świecie, jeśli masz detektor energii pola czasowego.
Miała.
- Wystarczy wdusić ten guzik, a wychylenie igły wskaŜe nam drogę.
Guzik został wduszony i nic się nie stało. Jedynie z wnętrza instrumentu wypłynęła
odrobina wody.
- To chyba nie działa - uśmiechnęła się uprzejmie.
- MoŜliwe, albo w tym momencie nie uŜywają time-helixu - stwierdziłem, przeszukując
swoje ubranie. - Musiałem zostawić całe wyposaŜenie, ale Chytry Jim nigdy nie rozstaje się ze
swym szperaczem.
Z tego drobiazgu byłem dumny, gdyŜ zrobiłem go własnoręcznie i był jednym z paru
przedmiotów, których On nie znalazł. Mogło to wytrzymać wszystko, poza wrzuceniem do
wulkanu, i było wielkości pudełka od zapałek. Wykrywało minimalne nawet zmiany
radioaktywności, i to na całej skali. Włączyłem maszynkę i zająłem się przyciskami.
- Bardzo ciekawe - mruknąłem, sprawdzając częstotliwości radiowe.
- Jak mi nie powiesz co, to więcej razy nie będę sobie zawracała głowy ratowaniem
twojej osoby.
- I tak to zrobisz, bo mnie kochasz. Mam tu dwa źródła: jedno słabe i dalekie; drugie
całkiem blisko, działające na wielu częstotliwościach, z radioaktywnością włącznie. I jeszcze
coś, co jest chwilowo najistotniejsze. Wyciągnij krem przeciwsłoneczny, promieniowanie
ultrafioletowe dosięga szczytu skali. MoŜemy się załoŜyć, Ŝe juŜ jestem ugotowany.
Nakremowaliśmy się i na przekór temperaturze włoŜyliśmy wystarczającą ilość rzeczy,
by rzeczywiście się ugotować, ale przynajmniej niebezpieczeństwo zostało odsunięte.
- Dziwne rzeczy się tu dzieją - stwierdziłem. - Promieniowanie, klimat, zwierzątka w tej
wodzie, zastanawiam się...
- A ja nie. Po wykonaniu zadania moŜesz zająć się wykopaliskami. Ale najpierw
zabijmy kogo trzeba.
- Odezwał się zawodowiec. Mam nadzieję, Ŝe tym razem przerobimy uprząŜ, Ŝeby nie
szukać się po terenie?
- Bardzo zabawne - odparła rozpinając sprzączkę.
Powietrzne bliźniaki syjamskie zostały spięte i grawitator poniósł nas ku źródłu
promieniowania. Błoto ciągnęło się nuŜąco długo i zaczynałem się juŜ obawiać o generator,
gdy w końcu pojawił się suchy ląd. Najpierw pod postacią wysepek, potem jako bariera górska,
której pokonanie powaŜnie uszczupliło nasze zapasy energii.
- Wkrótce będzie spacerek - oznajmiłem. - Zawsze to lepsze od kąpieli.
- Nie bardzo, jeśli ewolucja na lądzie poszła w tę samą stronę, co w wodzie.
Niepoprawna optymistka! Miałem juŜ powiedzieć coś równie błyskotliwego, gdy pod
nami coś błysnęło, a moja noga zareagowała atakiem bólu.
- Postrzelili mnie! - wrzasnąłem bardziej z zaskoczenia niŜ z bólu i sięgnąłem do
dźwigni, ale Angelina zdąŜyła juŜ wyłączyć zasilanie. Wylądowaliśmy w ostatniej chwili na
czymś, co było imponującym rumowiskiem skalnym. Podskakując na jednej nodze, grzebałem
koło apteczki, ale i tu Angelina mnie wyprzedziła. OdkaŜenie, zastrzyk uśmierzający ból - cała
operacja trwała kilkanaście sekund.
- Mała rana postrzałowa - poinformowała mnie spryskując okolice pianką. - Powinno
się szybko zagoić, tylko nie forsuj nogi. Teraz posiedź tu grzecznie. Pójdę zabić tego, kto to
zrobił.
Zanim zdąŜyłem odpowiedzieć, zniknęła między skałami. Nie ma nic lepszego niŜ
troskliwa i kochająca Ŝona, która jest zawodowym mordercą. MoŜliwe, Ŝe w tej rodzinie to ja
noszę spodnie, ale za to oboje nosimy broń.
Rozmyślania przerwał mi odgłos strzału i jakieś dzikie wrzaski, po których nastała
cisza. Zaletą Angeliny był fakt, Ŝe w tego typu sytuacjach nie musiałem się zastanawiać, kto
wygrał. Przyznaję, Ŝe zdrzemnąłem się nieco, czekając na jej powrót. Obudziło mnie
wyłączenie grawitatora, gdy osiadła przy mnie.
- Mógłbym się dowiedzieć, co się stało?
- Był tylko jeden. Tam jest coś w rodzaju farmy, jakieś maszyny, coś rośnie. Dałam mu
w łeb, ale nie mogłam zastrzelić, gdy był nieprzytomny.
Ucałowałem ją gorąco.
- Skrupuły, moja droga. Niektórzy się z nimi rodzą, ty to masz od chirurga, ale rezultaty
są takie same.
- Nie jestem pewna, czy je lubię. W dawnych czasach była jednak jakaś wolność, a
teraz...
- Wszyscy musimy być czasem cywilizowani - oświadczyłem.
- Myślę, Ŝe masz rację - westchnęła. - Ale zawsze przyjemniej byłoby od ręki go
zastrzelić.
UŜywając oszczędnie grawitatora, zniŜyliśmy się nad płaskowyŜ uwieńczony niską
budowlą ze scementowanych głazów. Drzwi były otwarte, toteŜ pokuśtykałem tam, opierając
się na jej ramieniu. Wnętrze było słabo oświetlone, maleńkie, z wąskimi oknami. Moją uwagę
zwróciły przede wszystkim łóŜka. Jedno było zajęte przez podrygującą postać związaną w
kłębek i zakneblowaną, drugie zaś świeciło pustką.
- PołóŜ się - zarządziła Angelina - a ja zobaczę, czy da się wyciągnąć coś mądrego od
tego tam.
Dopiero teraz zrobiłem krok w stronę łóŜka i nagle mnie olśniło.
- Dwa łóŜka! Ktoś tu jeszcze musi być w okolicy! Zanim zdąŜyła odpowiedzieć, za
nami w drzwiach pojawił się drugi mieszkaniec tej rudery, wrzeszcząc coś głośno i jeszcze
głośniej
strzelając.
18
Facet wrzeszczał najprawdopodobniej dlatego, ze broń została mu wytrącona z dłoni,
zanim pociągnął za spust, a w chwilę później następny pocisk wysłał go za drzwi. Wszystko to
zarejestrowałem przewracając się na brzuch i wyciągając broń. Nim zdąŜyłem to zrobić,
Angelina juŜ chowała swoją.
- To mi się bardzo podoba - stwierdziła na widok nieruchomej pary butów wystających
zza progu. - Cywilizacyjne skrupuły czy nie, strzelanie w samoobronie jest ciągle równie
przyjemne jak dawniej. Widziałam go, gdy tu wchodziliśmy, ale nie miałam moŜliwości
czystego strzału. Teraz powinno być ciszej. Zrobię jakąś zupę, a ty się prześpij...
- Nie! - zaoponowałem stanowczo, Ŝując koncentrat. - Jest oczywiście w infantylizmie
sporo przyjemności - w tym przypadku oznacza to, Ŝe będę traktowany jak zidiociałe dziecko -
ale sądzę, Ŝe mam tego dość. Dwa razy goniłem Onego i coś udało mi się osiągnąć, a tym razem
zamierzam dokończyć rozmowę. Ja dowodzę tym cyrkiem, a więc bądź uprzejma naśladować
mnie, a nie prowadzić, i zechciej moŜe słuchać rozkazów.
- Yes, sir - odparła z ukłonem.
Ciekawe, czy ukłon ten maskował drwiący uśmiech? NiewaŜne - i tak ja jestem szefem.
Zabraliśmy się do roboty przy wtórze wymyślnych zapewne przekleństw naszego
więźnia. Gdy tylko wyciągnąłem knebel, musiałem cofnąć palce, typek usiłował bowiem mnie
ugryźć. Zainteresowałem się zatem jakimś stojącym opodal radiopodobnym urządzeniem.
Działało, ale i tak nie dało się nic zrozumieć z tego bełkotu. Poszukiwania Angeliny były
bardziej owocne. Wyprowadziła zza węgła wstrętnie wyglądający pojazd, samojazd właściwie,
coś w rodzaju plastikowej wanny dyndającej pomiędzy czterema kołami. To coś syczało i
warczało podczas prezentacji.
- Proste w obsłudze - poinformowała mnie, gdyŜ zawsze była lepsza w technice niŜ ja. -
Ta dźwignia włącza toto i wyłącza, a te dwie wajchy są do operowania kołami - tylne i
przednie; w przód, gdy chce się dodać szybkości, w tył, gdy zahamować.
- A neutralnie, gdy zostawia się stałą szybkość - wpadłem jej w słowo, demonstrując, Ŝe
nie jestem całkowitym głąbem. - A to w ołowiu to będzie reaktor atomowy, płyn dochodzi tędy,
rozgrzewa się w wymienniku i zasila generator elektryczny, a dalej motory przy kołach.
Brzydkie, ale proste i praktyczne.
- Tam jest coś w rodzaju ścieŜki przez pola uprawne, a jeśli pamięć mnie nie myli - i tak
skorzystasz z okazji, aby mnie poprawić - to jest ten sam kierunek, który wskazywał ten twój
wynalazek.
- A zatem w drogę! - zdecydowałem.
- Dobijemy tego? - spytała z nadzieją.
- Nie, ale zabiorę mu rzeczy, bo moje ubranie nadaje się tylko na szmaty, i rozmontuję
mu radio. Zanim przegryzie knebel, my będziemy juŜ daleko.
Droga była męcząca, a krajobraz potwornie monotonny. Zaledwie parę razy
napotkaliśmy ślady opon, ale do samego wieczoru było to jedyne urozmaicenie. Obóz
rozbiliśmy wśród skał, a ranek powitałem juŜ w lepszej kondycji i z wilczym apetytem. Tym
razem Angelina prowadziła pojazd, a ja ze zdobyczną dubeltówką na kolanach podziwiałem
krajobraz. ZjeŜdŜaliśmy juŜ na równinę z jakąś niesympatycznie wyglądającą dŜunglą, ku
której zmierzał trakt. Sama dŜungla była zdecydowanie nieprzyjemna - pnącza omal nie
ocierały się o nasze głowy, panował półmrok, a powietrze było wilgotne i duszne.
- Nie podoba mi się tu - oznajmiła Angelina rozglądając się wokół.
- Mnie jeszcze mniej. Jeśli tutejsza fauna podobna jest do tego, co pływa, moŜe być
niezła zabawa.
Głowa chodziła mi bez przerwy i po raz pierwszy w Ŝyciu Ŝałowałem, Ŝe nie mam oczu
na szypułkach. Jak na razie nic nas nie goniło. Oczywiście patrzyłem wszędzie, tylko nie pod
koła, a tam właśnie kryło się niebezpieczeństwo.
- Te drzewa mają kretyński zwyczaj walić się na drogę - powiedziała Angelina z odrazą.
- Znowu trzeba będzie podskakiwać...
- Nie! - to było wszystko, co zdąŜyłem rzec, gdy koła wjechały na zieloną kłodę.
Byliśmy akurat nad nią, gdy oŜyła i wygięła się w pałąk. ZdąŜyliśmy przezeń
przejechać, gdy z przodu wyłonił się początek tego czegoś - wąŜ z łbem wielkości beczki,
syczący jak eksplodujący bojler. Dokładnie poniŜej znalazła się Angelina, która wyleciała z
wozu i siedziała teraz na drodze, potrząsając w zamroczeniu głową, niczego nieświadoma.
Miałem czas tylko na jeden strzał i musiał to być dobry strzał, jeśli chciałem cokolwiek
osiągnąć.
Władowałem kulę między ślepia - w chmurze strzępów łeb zniknął gdzieś i to powinien
być koniec, tyle Ŝe ciało przebiegł jeszcze potęŜny dreszcz i zanim zdąŜyłem cokolwiek zrobić,
poczułem silne uderzenie w plecy i poleciałem między drzewa. Jakaś gałąź, która znalazła się
na drodze mego lotu, nie zechciała jednak ustąpić i w białej eksplozji wszystko zniknęło.
Tępe łomotanie pod czaszką i ostry ból w nodze zmusiły mnie do otwarcia oczu. Był to
duŜy wysiłek, ale uwieńczony sukcesem. Coś małego i brązowego, z całym mnóstwem zębów,
dobierało się do mojej nogawki, mając najwyraźniej ochotę zrobić sobie drugie śniadanie z
mojej własnej łydki. Pierwszy kęs mnie obudził, a drugiego juŜ nie było, bo rozpaczliwe
kopnięcie trafiło zwierzątko w bok. Odskoczyło z warknięciem, ukazując mi całą zawartość
swego pyska, i odbiegło.
Powoli przebijało mi się coś z podświadomości, jakieś wspomnienia... droga... wąŜ...
wypadek... Angelina! Jęknąłem zrywając się na równe nogi.
- Angelina! - krzyknąłem. Odpowiedzią było milczenie. Wygrzebałem się na skraj
drogi. Chrząkąjąca wataha pobratymców mego niedoszłego konsumenta pracowała zawzięcie
nad ścierwem gada i osiągała doskonałe wyniki. Jak długo ja się nimi nie interesowałem, tak
długo mnie ignorowały, tak więc z tej strony wszystko było w porządku. Ale tylko z tej.
Moja broń zniknęła, Angelina takŜe. Zanim zacząłem myśleć, zajrzałem do apteczki. Po
paru minutach przestało mi dzwonić we łbie, a sprawność ruchów osiągnęła poziom jak u
zdrowego sześćdziesięciolatka. Coś tu było straszliwie nie tak i był juŜ najwyŜszy czas, aby
dowiedzieć się co. Ślady na ziemi były na tyle wyraźne, Ŝe przestałem obawiać się cudu. Ze
zjawiskami nadprzyrodzonymi nie da się bowiem walczyć, z ludźmi jak najbardziej. A tu byli
ludzie.
Duchy nie uŜywają pojazdów, a w błotnistym zagłębieniu były piękne ślady dwóch par
kół i przynajmniej ze trzech wzorów podeszew. Albo byliśmy śledzeni, albo jakaś wycieczka
nadjechała przypadkiem na miejsce zdarzenia. PoniewaŜ oba wozy oddaliły się w obranym
przez nas kierunku, klnąc pod nosem ruszyłem ich śladem i starałem się nie myśleć o tym, co
mogło się stać z Angeliną.
Na szczęście ta wycieczka nie trwała zbyt długo. Po jakiejś godzinie roślinność zaczęła
rzednąć i wyszedłem między wzgórza. Wychodząc zza następnego zakrętu, dojrzałem tył
jednego z pojazdów. Cofnąłem się błyskawicznie i zacząłem myśleć.
Po ostatnich przejściach byłem prawie bezbronny, toteŜ natychmiastowe zastrzelenie
porywaczy nie wchodziło w grę. Miałem jedynie bransoletkę z granatów, którą dała mi
Angeliną, chyba jako talizman. A więc do roboty - garść usypiających powinna wystarczyć, a
gdyby przypadkiem któryś z nich był nieco dalej, to zwykły, trzymany w drugiej dłoni,
powinien go rozerwać.
Tak przygotowany, sunąłem od skały do skały, zbliŜając się do polany, na której stały
oba pojazdy. Wziąłem głęboki oddech i skoczyłem na otwartą przestrzeń...
I drewniany kołek, wprawiony w ruch przez straŜnika, wylądował na moim ciemieniu...
19
Zamroczyło mnie na parę sekund, ale to wystarczyło, abym został fachowo związany.
Zniknęła teŜ cała broń, którą mogli znaleźć. Za ten incydent mogłem winić tylko siebie i swoją
głupotę, toteŜ kląłem na czym świat stoi, gdy przeniesiono mnie i rzucono koło Angeliny.
- Nic ci nie jest? - wychrypiałem.
- Oczywiście, Ŝe nie. Czuję się o niebo lepiej od ciebie. Co było zresztą prawdą. Ubranie
miała w paru miejscach podarte, nieco zadrapań na skórze, ale poza tym nic jej nie było. No i
związano ją równie fachowo jak mnie. Ktoś za to zapłaci, i to zapłaci porządnie. Byłem w
stanie usłyszeć zgrzytanie własnych zębów.
- Myśleli, Ŝe jesteś martwy - odezwała się. - I ja takŜe. Ile czasu byłam nieprzytomna,
tego nie wiem, ale gdy się ocknęłam, to oni juŜ przyjechali. Zabrali broń i ekwipunek i ładowali
to do wozów. Nic nie mogłam zrobić, Ŝeby ich powstrzymać, wszyscy mówią tym strasznym
językiem.
Wyglądali tak, jak brzmiał ich język - zarośnięci i brudni, z ubraniami w stanie
rozkładu. Mogłem przyjrzeć się im bliŜej, gdy jeden podszedł i zaczął oglądać moją głowę,
porównując ją z całkiem niezłą fotografią, którą miał w garści. Musieli być kumplami Onego.
W tym momencie mało szlag mnie nie trafił, gdy najbrudniejszy i najbrzydszy zaczął
obmacywać Angelinę. Był jednak za daleko i próba kopnięcia go skończyła się fiaskiem.
Jedno bezsprzecznie trzeba przyznać Angelinie - jest osobą konkretną. Kiedy wie,
czego chce - dostaje to, i niewaŜne, w jaki sposób. Teraz wpadł jej do głowy pomysł, jak się
stąd wydostać, i wprowadziła go w czyn bez wahania. Nie potrafiła mówić ich językiem, ale
mowa, którą się posłuŜyła, była tak stara jak ludzkość. Odwróciła się ode mnie i uśmiechnęła
do tej obrośniętej małpy. Ramiona wypręŜyła do tyłu, a nogi rozchyliła na tyle, na ile pozwalał
krępujący je w kostkach sznur.
Oczywiście, Ŝe to poskutkowało. Dwaj pozostali mieli, co prawda, jakieś wątpliwości,
ale Kudłaty dał jednemu po łbie i na tym się skończyło. Patrzył na Angelinę pałającym
wzrokiem. ZbliŜył się, a ona posłała mu w odpowiedzi swój najcieplejszy uśmiech i uniosła
związane ręce.
Jaki męŜczyzna mógł się temu oprzeć? Z pewnością nie ten worek kłaków. Przeciął jej
więzy na rękach i nogach, po czym postawił na ziemi i zamknął w niedźwiedzim uścisku,
zbliŜając swą gębę do jej twarzy. Mógłbym mu powiedzieć, Ŝe bezpieczniejsza byłaby próba
pocałowania tygrysa szablozębego, ale po co.
To, co nastąpiło później, widziałem tylko ja - oczekiwałem tego i nie miałem
zasłoniętego widoku. Angelina wykonała krótki i błyskawiczny ruch prawą dłonią i rąbnęła
gościa pod mostek. Ślicznie! Widziałem, jak jego plecy zatrzymały się na sekundę, po czym
znowu podąŜyły do przodu. Angelina podtrzymywała przez chwilę jego ciało, po czym
odskoczyła i wrzasnęła, gdy rąbnął o ziemię.
Obraz niewiniątka - dłonie przy ustach, oczy wytrzeszczone. Rzecz jasna, pozostali
dwaj nadbiegli, ale jeszcze nie zdąŜyli nabrać podejrzeń. Pierwszy z nich miał moją strzelbę.
Zaopiekowała się nim Angelina. Ledwie znalazł się na tyle blisko, aby mieć pewność ciosu,
poczęstowała go noŜem zabranym Kudłatemu. Nie widziałem, gdzie trafiła, bo trzeci właśnie
mnie mijał. Podkurczyłem uprzednio nogi w nadziei na taką okazję, teraz wyrzuciłem je
gwałtownie do przodu i trafiłem go pod kolana. W chwili gdy zaczął padać, zrobiłem co
mogłem, aby znaleźć się pod nim. Gdy dotknął gruntu, trafiłem go dwukrotnie obcasami w
szyję. Drugi raz tylko dlatego, Ŝe byłem naprawdę wściekły.
I to było wszystko. Angelina wyciągnęła nóŜ z krtani swojej ofiary, wytarła o łachy
nieboszczyka i przecięła moje więzy.
- Jesteś cudowna - oznajmiłem jej.
- Oczywiście, dlatego się ze mną oŜeniłeś - odparła ze skromnością.
Pozbieraliśmy się i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Nasz cel nie był daleko. Parę godzin później, zjeŜdŜając z jakiegoś wzniesienia,
zobaczyliśmy coś, co skłoniło nas do błyskawicznej zmiany kierunku jazdy. Zatrzymałem się
przed zakrętem i dalej poszliśmy juŜ na własnych nogach. Wiał tu silniejszy wiatr i niemal cała
rozciągająca się przed nami okolica była wolna od mgły.
Naprzeciwko nas wznosiło się wzgórze, które na szczycie przechodziło w skałę o
pionowych ścianach z czarnego bazaltu. Erozja sprawiła, Ŝe wyrosły tam fantastyczne wieŜe i
bastiony, a ludzie, dodając swoje przeróbki, zmienili to w zamczysko zajmujące cały
wierzchołek. Znajdowały się tam okna i drzwi, flagi i proporce, schody i korytarze. Flagi były
czerwone z jakimiś hieroglifami, część wieŜ teŜ pomalowano na krwistoczerwony kolor.
Wszystko zaś miało w sobie sporo niekonsekwencji, która mogła oznaczać tylko jedno.
- To głupie - odezwała się Angelina - ale to miejsce wydaje mi się najnienormalniejsze
w całym wszechświecie.
- Masz całkowitą rację, a to znaczy, Ŝe musi tu być On.
- A jak się tam dostaniemy?
- Bardzo słuszne pytanie - stwierdziłem, co było namiastką konkretnej odpowiedzi.
Podrapałem się w ramię, poskrobałem po brodzie, ale te czynności, niewątpliwie
przyspieszające tok myślenia, okazały się beznadziejnie bezskuteczne. Kątem oka natomiast
zauwaŜyłem jakiś ruch. Spojrzałem w bok i złapałem za broń - to była jedna chwila, w
następnej zamarłem.
- Nie rób tylko Ŝadnych gwałtownych ruchów, szczególnie w stronę broni -
powiedziałem jej cicho. - I obróć się powoli.
Oboje się obróciliśmy, nie robiąc nic więcej. Jakikolwiek nasz ruch mógł spowodować
skurcz mięśni palców pół tuzina facetów, którzy trzymali je na spustach.
- Bądź gotowa do skoku na mój znak - obejrzałem się tylko po to, aby zobaczyć
następnych czterech, wyrastających między nami a doliną. - Zapomnij, co ci przed chwilą
powiedziałem. Uśmiechnij się słodko i poddajemy się. Co dalej, zobaczymy, gdy będziemy w
ich obozie. - Ostatnie słowa były wspaniałym wsparciem moralnym.
W przeciwieństwie do facetów, od których poŜyczyliśmy środki transportu, ci tutaj
wyglądali czyściej i niebezpieczniej. Mieli na sobie szare kombinezony z kapturami, w których
skryli głowy, i byli bardzo pewni siebie, co wskazywało na sporą praktykę. Jeden z nich zbliŜył
się i obejrzał nas dokładnie, ale nie podszedł na tyle blisko, aby próba wyrwania mu rozpylacza
mogła być czymś więcej niŜ tylko próbą.
- Stragitzkrtanl? - spytał, a nie doczekawszy się odpowiedzi, kontynuował: -
Fidlykreepi? Attentottenpotentaten?
PoniewaŜ cały ten popis lingwistyczny nie spotkał się z Ŝadną reakcją z naszej strony,
zwrócił się do rudowłosego, wyŜszego rangą jegomościa, i to w najczystszym i porządnie
akcentowanym esperanto:
- Iii ne parolas konantain lingvojn.
- Nie moŜna było nam tak od razu?! - wpadłem mu w słowo z wyrzutem. - Czy
mógłbym się dowiedzieć, dlaczego uznaliście za słuszne skierować broń na spokojnych
podróŜnych?
- Kim jesteście? - spytał rudy,
- Mogę was spytać o to samo.
- Ja mam broń - zauwaŜył oschle.
- Słuszna uwaga i uznanie dla twojej logiki. Jesteśmy turystami zza... - i tu przerwałem,
bo zaklął.
- Jest to niemoŜliwe, jak obaj wiemy, z prostego powodu. Tu nie ma drugiego
kontynentu - oznajmił po chwili.
Jeden kontynent? Co to się porobiło ze staruszką Ziemią przez te dwadzieścia wieków.
Kłamstwo nie było skuteczne, to moŜe prawda zadziała? I tak nie miałem juŜ nic do stracenia.
- Czy uwierzysz, gdy ci powiem, Ŝe jestem z innego czasu? - spytałem uprzejmie.
Zadziałało. Gapił się na mnie przez dłuŜszą chwilę, a wśród jego kompanów wybuchło
jakieś niezrozumiałe podniecenie. Uspokoił ich i zwrócił się ponownie do mnie.
- A co was łączy z Onym i z tymi kreaturami w mieście? CóŜ, raz prawda okazała się
skuteczna, więc przełamując niechęć do zbyt daleko posuniętej szczerości, powiedziałem:
- Przybywam, aby zabić Onego i zlikwidować całą jego działalność.
To dało zadowalający efekt. Poniektórzy opuścili nawet broń, ale dowódca przywołał
ich do porządku. Rudy coś warknął i jeden z nich na chwilę zniknął w zaroślach. Pozostaliśmy
w nie zmienionych pozach, póki posłaniec nie wrócił z zielonym metalowym cylindrem, który
wręczył komendantowi. Był to przedmiot długi na stopę i musiał być pusty w środku, bo
trzymał go w palcach bez Ŝadnego wysiłku. Rudy uniósł cylinder w górę i stwierdził:
- Mamy ponad sto takich. Są identyczne i w ciągu ostatniego miesiąca spadły z nieba.
Odnaleźć je moŜna z łatwością, bo wysyłają silny impuls radiowy, ale nie moŜemy ich niczym
rozciąć ani otworzyć w inny sposób. Zewnętrzna powierzchnia opisana jest w pięciu róŜnych
językach. Ten, który rozumiemy, za kaŜdym razem głosi to samo: ”Odnieście to przybyszom z
innego czasu”. Na dnie jest napisane coś jeszcze, w języku, którego nie znamy. Czy moŜecie to
odczytać?
Powoli podał mi cylinder, który wziąłem ostroŜnie, mając na uwadze wymierzone we
mnie lufy. Metal wyglądał na collapsium, cholernie wytrzymałą rzecz uŜywaną przy stosach
atomowych. Spojrzałem na denko i to spojrzenie wystarczyło.
- Mogę to przeczytać - odparłem, oddając mu walec. - Jest tam napisane, w pierwszej
linijce, Ŝe On i jego ludzie opuszczą tę epokę dokładnie po dwóch i trzydziestu siedmiu setnych
dnia od naszego przybycia.
Odpowiedzią był niezgodny pomruk i zgodne pytanie Angeliny i Rudego:
- A druga linijka?
Starałem się uśmiechnąć, ale niezbyt mi się to udało.
- Och, drobiazg. Tam jest napisane, Ŝe cała ta planeta zostanie zniszczona na skutek
wybuchów atomowych zaraz potem.
20
Namiot był zrobiony z takiego samego szarego surowca jak ich kombinezony i stanowił
oazę chłodu w tej łaźni parowej. Dzięki jakiejś powarkującej w kącie maszynie podano nam
jeszcze chłodniejsze drinki. Choć broń była wciąŜ obecna, ogólne stosunki poprawiły się. Rudy
zdecydował się najwyraźniej wziąć je w formalne karby, gdyŜ odezwał się uroczyście:
- Wypiję z tobą, jestem Diyan.
Wyglądało to na jakiś rytuał, toteŜ nie zwlekając przedstawiłem siebie i Angeline. Po tej
ceremonii broń zniknęła bez śladu, a atmosfera wyraźnie się ociepliła.
- Czy macie coś cięŜszego niŜ te pukawki? - spytałem.
- Chwilowo nie, bo to, co przywieźliśmy, zostało zniszczone w walce.
- Czy ten kontynent jest aŜ tak duŜy, Ŝe nie zdąŜycie ściągnąć ich szybko z waszego
kraju?
- Wielkość kontynentu nie ma tu Ŝadnego znaczenia. Nasze statki kosmiczne są niezbyt
duŜe, a wszystko musi być przywiezione z naszej ojczystej planety.
Zamrugałem gwałtownie, czując, Ŝe głupieję.
- To wy nie jesteście rodowitymi Ziemianami?
- Nasi przodkowie byli, ale my jesteśmy z pochodzenia Marsjanami.
- Czy miałbyś coś przeciw temu, aby opowiedzieć mi co nieco o waszej historii, zanim
zaczniemy się zastanawiać, jak zwycięŜyć Onego? Ułatwiłoby mi to trochę robotę i
zaoszczędziło łamania sobie głowy.
- Przepraszam, myślałem, Ŝe wiecie. Zaczęło się to parę tysięcy lat temu, gdy nagle
zwiększyła się aktywność Słońca i wzrosła temperatura Ziemi. Nagle, to znaczy przez paręset
lat. Zmienił się klimat, stopniały lodowce, morze zalało sporo lądu, wszystkie większe miasta
znalazły się pod wodą. Z tym moŜna było sobie jeszcze poradzić, ale doszły trzęsienia ziemi i
erupcje wulkanów, i to na wielką skalę. Międzynarodowy wysiłek został zatem skierowany na
zagospodarowanie Marsa, aby umoŜliwić przesiedlenie tam wszystkich, którzy przeŜyliby
kataklizmy ziemskie. Plan był ogromny - od stworzenia i utrzymania atmosfery do transportu
brył lodowych z pierścieni Saturna. W końcu się powiodło, ale przez ten czas państwa, które
dały wszystko dla tego przedsięwzięcia, tak osłabły, Ŝe z wolna przestały istnieć. Wybuchały
bunty, a na Marsie walczyliśmy o przetrwanie. Na Ziemi dochodziły do władzy róŜne, bardzo
Ŝą
dne wpływów kreatury, powodując dodatkowe zamieszanie. Utracony został kontakt między
planetami. Dokładnie nie wiemy, co tu się wtedy działo, nie zachowały się na tych pustyniach
Ŝ
adne przekazy. W kaŜdym razie - walka o przetrwanie skończyła się tym, Ŝe ludzkością
rządzić zaczęły obłęd i zbrodnia. Gdy byliśmy juŜ w stanie odbudować stare statki kosmiczne,
pospieszyliśmy Ziemi z pomocą. Ale była ona niemile widziana. Tutejsi mordują obcych od
ręki i znajdują w tym duŜą przyjemność. A tu prawie wszyscy są obcymi. To promieniowanie
stworzyło zaskakującą liczbę mutacji i w przyrodzie, i wśród ludzi.
Wprawdzie większość spośród mutantów szybko wyginęła, ale to, co ocalało, jest
ś
miertelnie niebezpieczne. Mogliśmy pomóc im w bardzo niewielkim zakresie. Ziemianie nie
stwarzali zresztą zagroŜenia dla nas, to znaczy do chwili, gdy pojawił się On. Zjednoczył ich
paręset lat temu.
- On faktycznie Ŝyje przez ten cały czas?
- Na to wygląda. Jest takim samym szaleńcem jak reszta, ale na większą skalę, no i
potrafił w jakiś sposób podporządkować ich sobie. Zbudował to miasto, które widzieliście, i
stworzył coś w rodzaju społeczeństwa. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił, była prośba o zwiększoną
pomoc. Nie uwierzyli, gdy powiedzieliśmy im, Ŝe dostają maksymalną ilość tego, co moŜemy
dać. W odpowiedzi wysłali parę rakiet z głowicami atomowymi. Po przybyciu pierwszej
wysłana została ekspedycja. Na Marsie przetrwaliśmy dzięki współpracy - nie było innej
moŜliwości - toteŜ nie jesteśmy wojskową społecznością. Ale robimy, co moŜemy - celem jest
On. Bez niego cała ta struktura się rozleci, a zabić go musimy, bo na Marsie przez jego
idiotyzmy zginęły juŜ tysiące ludzi.
- No to mamy ten sam cel - stwierdziłem. - Przeprowadził atak czasowy równieŜ na nas,
i z podobnym rezultatem.
- Mamy trochę ponad dziesięć tutejszych godzin na opracowanie i wykonanie planu -
sprecyzowała Angelina, jak zawsze praktycznie podchodząca do rzeczy.
- Całościowy atak - orzekłem - na wszystkich frontach, aŜ do znalezienia słabego
miejsca. Tam się skoncentrujemy i dostaniemy się do środka, a potem zwycięŜymy. Mówisz, Ŝe
nie macie cięŜkiego sprzętu?
- Nie.
- CóŜ, obejdziemy się... A co z moŜliwością poświecenia jednego statku, Ŝeby rozbił się
wewnątrz zamku i przerzucił tam nasz desant?
- Wszystkie zostały zniszczone w atakach samobójczych. Następne są w drodze, ale z
tego, co przeczytałeś wynika, Ŝe przybędą za późno, a oni robią to od stuleci.
- Hm... - zastanowiłem się głośno, bo nic mądrego nie chciało przyjść mi do głowy.
- Grawitator - szepnęła Angelina.
- UŜyjemy grawitatora - oznajmiłem głośno.
W chwili gdy padł pomysł, cały plan miałem juŜ wyrysowany pod powiekami.
- Będzie to akcja o charakterze przełamaniowym. Angelina i ja wymontujemy zasilacze
z części wyposaŜenia i uŜyjemy ich do grawitatora nastawionego na pełną moc. ZałoŜy się
dodatkowe zamocowania, obliczenia zrobię później, ale sądzę, Ŝe będzie on w stanie przenieść
pięć, sześć osób za mury, zanim się przepali. Angelina i ja to dwie, pozostałych wyznaczysz
spośród najlepszych, jakich masz...
- To nie jest zadanie dla kobiety - sprzeciwił się Diyan.
- Nie podniecaj się! Słodka i piękna swoją drogą, ale zapewniam cię, Ŝe moŜe pokonać
dowolnych dziesięciu chłopów z twego namiotu. A ta grupa musi być najlepsza, bo będzie
działała od razu wewnątrz twierdzy. Reszta przypuści bardzo realistyczny atak na mury, potem
na jakiś wybrany ich kawałek i gdy natęŜenie walk będzie największe, my ruszymy z
przeciwnej strony. A teraz do roboty!
I tak wzięliśmy się do roboty, to znaczy Angelina i ja, bo inni nie mieli zielonego
pojęcia o organizowaniu naukowej masakry na skalę przemysłową i z całą wdzięcznością
zwalili wszystko na nas. Kiedy najwaŜniejsze sprawy były juŜ załatwione, zdołałem wreszcie
zrobić to, co było dla mnie najistotniejsze - od dwóch dni i dwudziestu tysięcy lat nie
zmruŜyłem oka. Trzy godziny snu były z pewnością zbyt małą dawką, ale tylko na tyle mogłem
sobie pozwolić.
Gdy obudziłem się, na zewnątrz było ciemno i równie gorąco jak za dnia.
- Mamy cztery godziny do świtu - poinformowała mnie zrelaksowana Angelina. - I
większość z tego będziemy potrzebowali na dojście do stanowisk. Atak zacznie się o świcie.
- Co z przygotowaniami?
- Uczą się szybko. Zresztą, walczą tu od paru ładnych lat, więc powinni znać teren.
Być moŜe nie byli urodzonymi Ŝołnierzami, ale ostatecznie, jeśli zaczyna, się walkę, to
po to, by wygrać. Przed namiotem spotkaliśmy Diyana prowadzącego trzech ludzi, którzy
nieśli dziwaczną konstrukcję z metalu i skóry z grawitatorem w środku.
- Jesteśmy gotowi - oświadczył.
- No to ruszamy.
Potykając się w ciemnościach i klnąc pod nosem, ruszyliśmy pod jego przewodnictwem
ku murom. Zajęło nam to czas aŜ do świtu. Gdy znaleźliśmy się pod tym złowrogo rysującym
się kształtem, po drugiej stronie miasta rozległy się pierwsze wybuchy. Pomogłem
towarzystwu przypiąć się do rusztowania z grawitatorem i spojrzałem na zegarek. Jak dotąd
wszystko szło według rozkładu. Przypiąłem się równieŜ i uruchomiłem urządzenie. Z
metalicznym
warknięciem
mój
oddziałek
znalazł
się
w
powietrzu.
21
Wspinaliśmy się wzdłuŜ muru jak powolna winda, stanowiąc znakomity cel dla
kaŜdego z dobrym wzrokiem i spluwą w garści. Wylot grawitatora zaczął wydzielać
wyczuwalne ciepło i przeszło mi przez myśl, Ŝe spadek z tej wysokości nie byłby szczytem
moich marzeń. Ale juŜ mignęły oświetlone okna, na szczęście bez ciekawskich, i przed nami
pojawił się parapet wału. Przelecieliśmy nad zwieńczeniem muru i wypadki nabrały
niespodziewanej szybkości.
Na górze było dwóch straŜników - zaskoczonych i wściekłych. Zanim zdąŜyli
zareagować, Angelina i ja wypaliliśmy jednocześnie. Igły spełniły swoje zadanie - bez hałasu
obaj usunęli się na ziemię. Przygotowując się do lądowania przełączyłem grawitator na
zniŜanie.
Lądowanie! Szumne słowo - pod nami nie było bowiem stałej powierzchni. Opadaliśmy
na przeszklony dach nad jakimiś warsztatami. PotęŜne tafle szkła podtrzymywane były
pajęczyną przerdzewiałych płaskowników. W panice nadusiłem stop, ale byliśmy juŜ zbyt
nisko, a przeciąŜony grawitator nie zdąŜył na czas.
To był ideał cichego ataku z zaskoczenia. Sześć par butów trafiło w taflę jednocześnie i
pięć tysięcy jardów kwadratowych szkła runęło w dół razem z niemal całą konstrukcją nośną.
Przez sekundę byłem pewien, Ŝe i my dołączymy do tego naboju, ale ostatnim wysiłkiem
grawitator zahamował nasze spadanie, po czym buchnął dymem i stanął w płomieniach.
W dole rozpętało się piekło, gdy całe to szkło i rury dosięgły podłogi - nawet na naszej
wysokości moŜna było ogłuchnąć. Ciche wejście okazało się tylko teorią.
- Łapcie się wsporników! - krzyknąłem rwąc pasy i dając im przykład. Dla zwiększenia
ogólnego efektu grawitator, na szczęście bez pasaŜerów, runął w dół i eksplodował jakieś
piętnaście stóp nad posadzką. Nie pozostawało mi nic innego, jak uciszyć wyjących w dole
paroma granatami.
- Proponuję zleźć z tego małpiego gaju i wziąć się do roboty - stwierdziłem i razem ze
współtowarzyszami ruszyłem ku parapetowi.
- Weź no radio - poleciłem Diyanowi. - Odwołaj wszystkie oddziały, chyba Ŝe któremuś
udało się zrobić wyłom. Szkoda ludzi.
- Zostali odparci na całej długości - zameldował po chwili.
- To niech się odsuną i zmniejszą straty. Zaraz zrobimy tu blitz od wewnątrz!
Ruszyliśmy - Angelina i ja z przodu, by wymieść opozycję; reszta jako osłona boków i
zaplecza. Pierwsze napotkane drzwi wiodły na spiralną klatkę schodową, która, sądząc po
długości, mogła prowadzić do samego piekła. Nie spodobała mi się, toteŜ posłałem tam parę
granatów. Wrzask, który był odpowiedzią, wskazywał, Ŝe postąpiłem słusznie.
- Dokąd teraz? - spytała Angelina.
- To, co jest niŜej, wygląda na większe i bardziej funkcjonalne pomieszczenie.
Przypuszczenie dobre jak kaŜde... - Coś wybuchło blisko mojej głowy, toteŜ urwałem w pół
zdania.
Angelina rozstrzelała snajpera i pognaliśmy dalej. Rozwaliłem zamek w drzwiach i
wpadliśmy do wnętrza wieŜy. Projektował ją szaleniec. Wiedzieliśmy o tym, ale wraŜenie było
piorunujące - krzyŜujące się korytarze przechodzące w niepotrzebne schody, pochylone ściany,
pokręcone komnaty, a nawet tak kretyńskie przejście, przez które trzeba się było czołgać.
Straciliśmy tu jednego człowieka - strop osunął się na ostatniego w szeregu tak cicho i szybko,
Ŝ
e ten nie zdąŜył nawet jęknąć. Przeciwnicy, których spotykaliśmy, byli zaskoczeni i w
większości nie uzbrojeni, toteŜ rozprawialiśmy się z nimi cicho i błyskawicznie, wnikając coraz
głębiej do wnętrza budowli.
- Chwila! - zatrzymała mnie Angelina, gdy nastał moment spokoju. - Czy ty w ogóle
wiesz, dokąd idziemy?
- Niedokładnie, ale wprowadzamy zamieszanie i penetrujemy teren nieprzyjaciela.
- Sądziłam, Ŝe mamy większe ambicje, na przykład znaleźć Onego.
- Wszelkie propozycje, jak to zrobić, są mile widziane! - warknąłem.
- Mógłbyś, na przykład, uruchomić detektor energii pola czasowego, który masz na
plecach - uśmiechnęła się słodko. - Sądzę, Ŝe w tym właśnie celu nosisz go przy sobie.
- Właśnie zamierzałem to zrobić! - zełgałem w Ŝywe oczy.
Igła wahnęła się parę razy, po czym wskazała dokładnie na podłogę.
- Na dół. Zrobimy z niego kupkę molekuł - rozkazałem. I dokładnie to miałem na myśli.
Skonstruowałem bowiem coś w rodzaju domowej bomby, na której wymalowałem jego imię.
Tym razem byłem zdecydowany nie pozostawić niczego przypadkowi. Bomba gwarantowała
rozkład na czynniki pierwsze wszystkiego w promieniu pięciu jardów.
Po chwilowej przerwie walka wybuchła ze wzmoŜoną siłą. Przejście na dół zablokował
jakiś uparty miotacz ognia, toteŜ krztusząc się dymem przeszliśmy przez wywaloną wybuchem
dziurę do sąsiedniego pomieszczenia. Było to jakieś laboratorium, którego pracownicy rzucili
się na nas z tym, co kto miał pod ręką. W trakcie zamieszania coś się jeszcze rozbiło, coś pękło
i smród rozlanych chemikaliów zaczął dusić w gardle.
- Uggh! - sapnęła Angelina. - Widziałeś, co było w tych słojach?
- Nie i nie mam zamiaru tego oglądać. Jazda w dół.
Obojętne, co to było, ale skoro wyprowadziło z równowagi kogoś tak odpornego jak
Angelina, to mnie zapewne od razu posłałoby na poszukiwanie pastylek na Ŝołądek.
ZbliŜaliśmy się do celu, a z kaŜdym krokiem opór rósł tak, Ŝe praktycznie trzeba było
wyrąbywać sobie drogę. Przejście ułatwiał nam tylko fakt, Ŝe obrońcy uzbrojeni byli w
najrozmaitsze przedmioty, które jednak na broń niezbyt się nadawały - siekiery, łomy, gołe ręce
były w zastraszającej obfitości. Ponieśliśmy następną stratę, gdy jeden z Marsjan został
dosłownie przybity do podłoŜa piką spuszczoną z góry. Nawet nie zdąŜyłem zauwaŜyć
sprawcy. Spojrzałem na zegarek i zakląłem - mieliśmy juŜ małe spóźnienie.
- Czekaj! - wychrypiał Diyan. - Igła niczego nie pokazuje!
Stanęliśmy w wąskim korytarzu.
- Jaki kierunek wskazywała, gdy ostatni raz na nią patrzyłeś? - spytałem, gdyŜ to
właśnie on niósł teraz detektor.
- Prosto w dół korytarza. Zupełnie, jakby źródło było na tym samym poziomie.
- Musieli wyłączyć time-helix. Detektor działa tylko w czasie jego pracy. No nic,
ruszamy. Jeszcze jeden wysiłek i będziemy u celu!
Ruszyliśmy. I ponieśliśmy następną stratę przy przechodzeniu przez jakieś dziwne
krzaki z kolcami. Kolce były zatrute i musiałem poświęcić ostatni granat termitowy, by spalić
krzaki. Amunicję i granaty zuŜywaliśmy zresztą w zastraszającym tempie. Po krótkiej, ale
zaŜartej walce w następnej sali magazynek mojego pistoletu był pusty, a drogę tymczasem
zatarasowały nam potęŜne drzwi. Sięgnąłem po granat akurat w chwili, gdy pojaśniał ekran
komunikatora znajdującego się obok wejścia.
- Przegrałeś po raz ostatni - oznajmił On krzywiąc się do mnie paskudnie.
- Zawsze lubiłem sobie pogadać - odpowiedziałem, po czym zwróciłem się do Angeliny
w języku, którego On na pewno nie znał: - Zostały ci granaty?
- Ja mówię, a ty będziesz słuchał - oświadczył On.
- Jeden - szepnęła Angelina.
- Zamieniam się w słuch - powiedziałem do niego. - Wywal te drzwi! - rozkazałem
Angelinie.
- Przeniosłem juŜ wszystkich, którzy będą mi potrzebni w bezpieczne miejsce, tam,
gdzie nikt nas nie znajdzie. Posłałem teŜ wszystkie maszyny. Jestem ostatnim, który tam
wyrusza, a kiedy to zrobię, ta maszyneria zostanie zniszczona. - Granat wybuchł, ale drzwi były
za grube i Angelina musiała uŜyć kul rozpryskowych. On tymczasem mówił, jakby nic się nie
stało. - Wiem, skąd przybyłeś, człowieku z przyszłości, i zniszczę ciebie, mego jedynego
przeciwnika, a przeszłość i przyszłość, i cała wieczność będą moje. Moje! MOJE! - wrzeszczał
jeszcze, kiedy drzwi nareszcie puściły i jako pierwszy wpadłem do środka.
Moje kule eksplodowały juŜ wśród delikatnych urządzeń, gdy bomba szybowała
jeszcze w powietrzu. On zdąŜył jednak uruchomić urządzenie i zniknął, a gdy bomba w końcu
wybuchła, stała się większym zagroŜeniem dla nas niŜ dla niego. Padliśmy na ziemię, a gdy
przestało nam wyć nad głowami, aparatura stanowiła kupkę rozniesionego po sali szmelcu. On
odezwał się ponownie i lufa mojego pistoletu spojrzała natychmiast ku niemu, ale był to tylko
kolejny ekran.
- Zrobiłem ten zapis na wypadek, gdybym musiał opuścić ten świat w pośpiechu. Mogę
cię śledzić poprzez czas i będę to robił, aŜ zniszczę ciebie i wszystkich, z którymi jesteś.
Wszyscy zginiecie! Będę kontrolował światy i wieczność. I będę niszczył światy tak, jak
zniszczę Ziemię. Zostawiam wam tylko tyle czasu, abyście to sobie dobrze uświadomili i
cierpieli. Nie macie moŜliwości ucieczki. Za godzinę wszystkie głowice nuklearne na tej
planecie
zostaną
odpalone.
Ziemia
zostanie
zniszczona!
22
Rozwalenie odtwarzacza było niewielką pociechą, ale zrobiłem to - jednym strzałem.
Plastik i elektroniczny złom rozleciały się po pokoju, a kretyński śmiech umilkł.
- Zrobiłeś, co mogłeś! - Angelina pogładziła mnie po dłoni.
- Ale to i tak za mało. Szkoda tylko, Ŝe ciebie w to wciągnąłem.
- Nie chciałabym, Ŝeby było inaczej. Cokolwiek nas spotka, będziemy razem.
- Wygląda na to, Ŝe coś strasznego wyrządzono waszym ludziom - odezwał się Diyan. -
Przykro mi z tego powodu.
- Nie ma czego Ŝałować. Wszyscy siedzimy w tym gównie.
- W pewnym sensie tak - jedna godzina. Ale Mars jest uratowany, a dla nas, którzy tu
zginiemy, to jest najwaŜniejsze. Nasi ludzie i nasze rodziny będą Ŝyć.
- Chciałbym móc powiedzieć to samo - westchnąłem, po czym poŜyczyłem jego
rozpylacz i załatwiłem parkę tubylców nachalnie pchających się przez drzwi. - Myśmy
przegrali i tu, i wszędzie. Sam się dziwię, Ŝe jeszcze w ogóle istniejemy. Powinniśmy zgasnąć
jak zdmuchnięte świece.
- Czy moŜemy coś jeszcze zrobić? - spytała Angelina.
- Nie, nie moŜna wyprzedzić atomówki. Time-helix jest kupą złomu, i to tyle na ten
temat. Moglibyśmy coś zrobić, gdyby z niczego zmaterializował się nowy.
W echo moich słów wdarł się trzask, potoczyłem się w naroŜnik pomieszczenia i
wyciągnąłem broń, przeświadczony, Ŝe to nowy atak. Pomyliłem się. Była to spora, metalowa
skrzynka, wisząca dwie stopy nad podłogą. Angelina przyjrzała mi się w najbardziej
podejrzliwy z moŜliwych sposobów.
- Jeśli to jest time-helix, to będzie źle z tobą, jeśli mi nie powiesz, jak to zrobiłeś! -
obiecała.
Pierwszy raz byłem cichutki i spokojniutki, zwłaszcza gdy skrzynka opadła powoli na
posadzkę, a na wierzchu dało się przeczytać napis ”Time-helix - otwierać ostroŜnie”. Nie
ruszyłem się. Od najmłodszych lat mam awersję do cudów, a to aŜ za bardzo wyglądało mi na
ingerencję niebios. Do skrzynki przymocowane były dwa grawitatory z włącznikiem
czasowym i magnetofon z przyczepioną kartką o treści ”Włącz mnie”. Jak zawsze praktyczna,
Angelina była osobą, która wykonała to polecenie.
- Proponowałbym, Ŝebyście się stąd zabierali, i to szybko - rozległ się spokojny głos
profesora Coypu. - Bomby, jak wiecie, są uzbrojone. Proszono mnie, Jim, Ŝebym ci powiedział,
Ŝ
e aparat zapłonowy jest w gabinecie za ścianą, która jest zamaskowana półkami z
hermetycznymi racjami Ŝywnościowymi. Wygląda jak przenośne radio, czym zresztą jest w
rzeczywistości. MoŜna nim wyłączyć wszystkie głowice. Musisz nastawić w tym celu trzy
tarcze na numer 666, co - jak wiem - jest numerem Bestii, w kolejności od lewej do prawej, a
potem wdusić przycisk ”Wyłączony”. Teraz mnie wyłącz, zrób, co trzeba, i włącz znowu.
- Dobra, dobra - mruknąłem zdenerwowany i wcisnąłem klawisz.
Jak na faceta, który w ogóle nie powinien się urodzić, miał dość rozkazujący ton głosu,
a poza tym, skąd on to wszystko wiedział? RozwaŜania te nie przeszkodziły mi zbytnio w
zrzuceniu na podłogę racji Ŝywnościowych, które na tej podłodze powinny juŜ znaleźć się na
stałe, przypominały bowiem nieświeŜe macki starych ośmiornic. Rozwaliłem ścianę. Radio
było na miejscu, toteŜ, niczego innego nie ruszając, zrobiłem, co mi kazali. I nic się nie stało.
- Nic się nie stało - stwierdziłem głośno.
- I o to właśnie chodziło - Angelina ucałowała mnie. - Uratowałeś świat!
Dumny i blady wróciłem do magnetofonu i pławiąc się w zachwycie widocznym w
oczach Marsjan, włączyłem ponownie urządzenie.
- Tylko niech ci się nie wydaje, Ŝe uratowałeś świat - oświadczył zimno Coypu. -
Odwlokłeś tylko egzekucję o dwadzieścia osiem dni. Raz uzbrojone, bomby nie mogą być tak
naprawdę wyłączone, mogą przeczekać jakiś okres i zniszczyć się same, co w tym przypadku
na jedno wychodzi, czyli planeta zostanie zniszczona. Ale twoi przyjaciele mogą wyciągnąć z
tego sporo korzyści, jak ufam. Sądzę, Ŝe ich statki są juŜ w drodze?
- Będą tu za piętnaście dni - stwierdził radośnie Diyan.
- A zatem dwadzieścia osiem dni to aŜ nadto - kontynuował Coypu. - Ziemia zostanie
zniszczona, co przy jej obecnym stanie będzie bardziej błogosławionym aktem łaski niŜ
tragedią. Teraz czas na skrzynkę. Na wierzchu jest dezintegrator. Jeśli skierować go na
zewnętrzną ścianę i opuścić o piętnaście stopni poniŜej okienka, to wskaŜe kierunek tunelu,
którym Marsjanie będę mogli wyjść na zewnątrz. Teraz przyciśnijcie guzik A, nałóŜcie
grawitatory i spadajcie jak najszybciej.
Nadal niezbyt wierząc w to wszystko, zrobiłem, co kazał. Time-helix rozłoŜył się na
podłodze i zapłonęło seledynowe światło.
- Nigdy nie zapomnimy, co dla nas zrobiliście - oświadczył Diyan, zbliŜając się z
wyciągniętymi rękoma. - Pokolenia będą o was czytały w podręcznikach.
- Jesteś pewien, Ŝe wymowa będzie prawidłowa? - spytałem.
- I nie tylko. Zostanie wzniesiony pomnik z wyrytym na cokole napisem ”James di Griz
- Zbawca Świata”.
Będę się musiał wybrać tam na wycieczkę! - złoŜyłem sobie w duchu solenną obietnicę.
Uścisnęliśmy sobie dłonie, po czym oni z dezintegratorem ruszyli w ścianę, a my ku
time-helixowi. Miałem nadzieję, Ŝe to juŜ po raz ostatni, przynajmniej w najbliŜszej
przyszłości.
PodróŜ była jak zwykle monotonna i męcząca, jedyną dobrą jej stroną było zakończenie
- w hali sportowej bazy, największym pomieszczeniu w okolicy. Pojawiliśmy się w powietrzu i
przy wtórze okrzyków zbulwersowanych atletów pocałowaliśmy się gorąco.
- Witamy w domu! - stwierdziła Angelina i to było wszystko, co naleŜało w tej chwili
powiedzieć.
Ignorując pełne zdumienia pytania, pognaliśmy do laboratorium Coypu złoŜyć mu
meldunek. Po drodze doszedłem do budującego wniosku, Ŝe w przyszłości zamiast mnie naleŜy
wysłać parę solidnych bomb. To powinno radykalnie rozwiązać problem Onego i jego
zwariowanej wyobraźni. Na nasz widok Coypu z lekka zbaraniał.
- Co wy tu robicie? Powinniście być zajęci załatwianiem tego typa. Nie dostaliście
mojej wiadomości?
- Jakiej? - tym razem to ja z lekka zwątpiłem.
- Zrobiliśmy dziesięć tysięcy walców i posłaliśmy na Ziemię z radiostacjami...
- Aaa... To stara wiadomość - odetchnąłem. - Dawno otrzymana i zapomniana. Nie
jesteś na bieŜąco. Co to tu robi?
Wskazałem zielonkawą skrzynkę stojącą w rogu.
- To? To jest Mark I, polowy time-helix. Właśnie go skończyliśmy i stoi. A co ma
robić?
- Nigdy go nie uŜywaliście?
- Nigdy.
- No to najwyŜszy czas. Przypnij doń dwa grawitatory, magnetofon i dezintegrator. I
natychmiast poślij na Ziemię, Ŝeby uratować mnie i Angelinę!
- Ale po...
- Najpierw to zrób, potem ci wyjaśnię. Oboje wylecimy inaczej w powietrze.
Złapałem kartkę i pisak, nabazgrałem, co trzeba, ustaliliśmy dokładny czas i dopiero,
gdy cały nabój zniknął w przeszłość, odetchnąłem z ulgą.
- Jesteśmy uratowani - oświadczyłem. - Teraz pora na tego obiecanego drinka.
- Niczego ci nie...
- I tak go sobie wezmę.
Został mamrocząc pod nosem i skrobiąc coś zapamiętale w notesie, a ja zająłem się
przygotowaniem i spoŜyciem róŜnych leczniczych napojów.
- Tego mi było trzeba - oznajmiłem. - Musiały upłynąć wieki, odkąd piłem ostatniego.
- Wszystko jasne - oświadczył nagle Coypu, promieniejąc z radości.
- Moglibyśmy siąść tu sobie i posłuchać? - spytałem grzecznie. - Ostatnie kilkadziesiąt
tysięcy lat było dość męczące...
- Co?... A tak, siadajcie. Podsumujemy fakty. Atak czasowy został skierowany
przeciwko Korpusowi przez osobnika zwanego On. Nader udany atak, nasza liczba została
powaŜnie zredukowana...
- MoŜesz powiedzieć, Ŝe do dwóch osób - wtrąciłem.
- Zgadza się, choć ledwie posłałem cię w rok 1975, wszystko wróciło do poprzedniego
stanu i to gwałtownie - laboratorium pełne było ludzi, którzy wcale nie wiedzieli, Ŝe zniknęli.
Zaczęliśmy wytęŜone badania i po prawie czterech latach skonstruowaliśmy urządzenie do
ś
ledzenia podróŜujących w czasie...
- Powiedziałeś, po czterech?
- Prawie pięciu, dokładnie mówiąc - to była naprawdę trudna robota.
- Angelina, nigdy mi nie mówiłaś, Ŝe byłaś tu sama przez pięć lat!
- Sądziłam, Ŝe nie lubisz podstarzałych kobiet.
- Kocham je, jeśli są tobą. Czułaś się samotna?
- Idiota! Tylko dlatego zgłosiłam się, Ŝeby iść po ciebie. Inskipp miał, co prawda,
jakiegoś ochotnika, ale biedak złamał nogę.
- Kochanie, jakieŜ to nieszczęścia chodzą po ludziach.
- Dobrze, nie zagłębiajmy się w szczegółach - przywołał nas do porządku Coypu. -
Wyśledziliśmy cię w 1807. Jego zresztą teŜ. Była tam pętla czasowa, która potem zniknęła.
Wyglądało na to, Ŝe razem z tobą wewnątrz. Dlatego Angelina zjawiła się właśnie tam i to od
razu z namiarami nowego miejsca. Musiałeś tam iść, bo ślady wskazywały, Ŝe byłeś. Choć w
tym momencie cała sprawa była juŜ tak naprawdę jasna i prosta i wiadomo było jak się
skończy.
- To znaczy, ty wiedziałeś? - spytałem uprzejmie, czując, Ŝe musiałem coś opuścić.
- Oczywiście! Cała natura ataku była jasna, chociaŜ ty jak zwykle przeceniałeś własne
zasługi.
- Mógłbyś to wszystko powtórzyć, tyle Ŝe wolniej?
- Z przyjemnością. Spowodowałeś zniszczenie jego operacji dwukrotnie w dwóch
miejscach w przeszłości i poprzez zmianę namiarów posłałeś go w epokę zmierzchu Ziemi. Tu
spędził on dwieście lat rosnąc w siłę. Był geniuszem. Obłąkanym, ale geniuszem. I pamiętał
cię, ale niezbyt dobrze, po dwustu latach kojarzył, Ŝe jesteś jego wrogiem i nic więcej. Dlatego
rozpoczął wojnę czasową - chciał zniszczyć ciebie, zanim ty zniszczysz jego. W tym celu złapał
cię, a tak mu się przynajmniej wydawało, na planecie Ziemia, tuŜ przed atakiem atomowym.
Potem wrócił w rok 1975, by zaatakować Korpus. Ty teŜ tam byłeś, więc przeniósł się do 1807
roku, aby zastawić na ciebie pułapkę. Nie wiem, dokąd chciał stamtąd wyruszyć, ale jego plany
uległy zmianie i powrócił do rzeczywistości ostatnich dni Ziemi.
- To ja zmieniłem mu namiary tuŜ przed odlotem - wyznałem skromnie.
- A więc to wszystko. Mamy święty spokój i czas na relaks. Sądzę, Ŝe zasłuŜyłem na
drinka.
- Czym!? - warknąłem. - Z tego, co powiedziałeś, wynika, Ŝe to ja zacząłem tę całą
wojnę, zmieniając nastawienie jego time-helixu.
- Tak to wygląda na pierwszy rzut oka.
- A na drugi? Według mnie On lata w kółko. Ucieka przede mną, goni mnie, znowu
ucieka... Kurwa! Skąd on w ogóle jest? I kiedy się urodził?
- W tym przypadku te pojęcia są bezuŜyteczne. On istnieje tylko w tej paradoksalnej
pętli czasowej. MoŜna powiedzieć, chociaŜ nie będzie to w pełni ścisłe określenie, Ŝe On się
nigdy nie narodził. Cała ta sytuacja istnieje obok i niezaleŜnie od naszego normalnego czasu.
Przykładowo, fakt, Ŝe wróciłeś z informacjami, jak wyłączyć te bomby. Skąd ta informacja
pochodzi naprawdę? Od ciebie. A zatem wysłałeś ją sam do siebie...
- Dość! - jęknąłem, sięgając drŜącą ręką po butelkę. Napełniłem kieliszki i dopiero
wtedy zauwaŜyłem brak Angeliny, która wyszła cichutko. Właśnie zaczynałem się
zastanawiać, co mogło się z nią stać, gdy pojawiła się w drzwiach.
- Czują się dobrze - oznajmiła.
- Kto? - spytałem, ale widząc gwałtowną zmianę wyrazu jej twarzy, pojąłem, Ŝe oto
popełniłem największą pomyłkę w Ŝyciu, toteŜ czym prędzej wysiliłem swoje szare komórki,
aŜ dotarł do nich błysk zrozumienia.
- Kto? Cha, cha, cha! Wybacz mi ten mały Ŝarcik. Oczywiście, Ŝe nasze cherubinki!
Wiedziona matczynym instynktem pobiegłaś do nich...
- Są ze mną.
- No to wprowadź wózek.
- Cherubinki. Osioł! - stwierdziła z niesmakiem, gdy weszli.
Mieli po sześć lat. Drobiazg, który zupełnie przeoczyłem. Faktycznie, podobni jak dwie
krople wody. Muskularni, z rysami twarzy ojca - co zauwaŜyłem z dumą. Dostrzegłem teŜ
błysk w oczach matki, co przyprawiło mnie o lekki niepokój.
- Długo cię nie było, tato - odezwał się jeden.
- Nie z mojej winy, James. Nie ratuje się wszechświata w jeden dzień.
- Ja jestem Bolivar, on jest James. Witamy w domu!
- CóŜ. Dzięki - i co, u diabła, mam ich ucałować, czy co?
Ten problem rozwiązali za mnie, wyciągając prawice, które zupełnie powaŜnie
uścisnąłem.
- Angelina, myślę, Ŝe w końcu mnie przekonałaś - stwierdziłem uroczyście. - Zalety
poŜycia rodzinnego warte są poświęcenia szczęścia i beztroskiego Ŝycia wolnego złodzieja.
- Złodziej to najwłaściwsze określenie! - obrzydliwie znajomy głos wrzasnął od progu. -
I oszust, naciągacz, szantaŜysta...
W drzwiach stał Inskipp i machał w moją stronę stertą papierów.
- Pięć lat czekałem na ciebie, di Griz, i tym razem mi nie uciekniesz. Teraz nie będzie
wykrętów takich jak wojna czasowa. Oszuście, okradłeś własnych... urggh!
To ”urggh” wzięło się stąd, Ŝe Angelina rozdusiła mu pod nosem ampułkę z gazem
usypiającym i Inskipp osunął się prosto w ramiona bliźniaków, którzy ze wspaniałym
refleksem złapali go i ułoŜyli delikatnie na podłodze. Tymczasem Angelina zabrała mu
ś
ciskane w ręku papiery.
- Po pięciu latach potrzebuję cię bardziej niŜ tego obrzydliwca. Spalmy te śmieci i
rozejrzyjmy się za jakimś wolnym statkiem, zanim on się obudzi. Miną miesiące, nim się
obudzi, a przez ten czas na pewno coś się wydarzy i znów będzie na gwałt nas potrzebował i
cholera mu przejdzie. A my tymczasem zafundujemy sobie drugi miodowy miesiąc.
- Brzmi nieźle, ale co z chłopcami? Na takie wycieczki zwykle nie zabiera się dzieci.
- Nie pojedziecie bez nas! - oświadczył Bolivar. Gdzie ja widziałem tę zaciętą minę?
Pewnie przy goleniu.
- Tam gdzie wy, tam i my. A jeśli chodzi o pieniądze, to moŜemy za siebie zapłacić -
patrzcie!
Faktycznie, ujrzałem potęŜny zwitek kredytów, który na oko powinien wystarczyć na
przejazd przez całą galaktykę. A przy okazji dostrzegłem takŜe kawałek znajomego portfela ze
złoconej skóry.
- Pieniądze Inskippa! Okradliście biedaka zamiast mu pomóc! - zerknąłem na Jamesa i
dodałem: - A ty, jak sądzę, będziesz w czasie podróŜy bawił się w zegarynkę, bo po co inaczej
to coś znalazłoby się nagle w twoich rękach.
- Idą w ślady ojca! - stwierdziła z dumą Angelina. - Oczywiście, Ŝe pojadą z nami! I nie
przejmujcie się wydatkami, chłopcy. Tatuś potrafi ukraść tyle, Ŝe starczy dla nas wszystkich!
Tego juŜ było za wiele!
- Dlaczego nie? - roześmiałem się szczerze. - A więc, za zbrodnię!
- Za zbrodnię! - zawtórował mi obecny przy całym zajściu Coypu, unosząc szklaneczkę.
- Za zbrodnię czasową! - wrzasnęliśmy chórem, po czym cisnęliśmy opróŜnione
naczynia za siebie. Złapaliśmy dzieciaki za ręce i przeskakując nad ciałem chrapiącego
smacznie Inskippa, wyszliśmy na korytarz.
Czekał na nas cały, wspaniały wszechświat i zamierzaliśmy w pełni z niego skorzystać.