background image

Harry Harrison

 

 

 

 

Stalowy Szczur ocala świat

 

 

(PrzełoŜył: Jarosław Kotarski) 

background image

 

 

- Jamesie Bolivarze di Griz, jesteś łotrem! - oświadczył Inskipp, kończąc tę wypowiedź 

nieartykułowanym chrząknięciem i potrząsając wściekle w moją stronę plikiem papierów. 

Cofnąłem  się  aŜ  pod  biurko,  cały  czas  robiąc  minę  zszokowanej  oskarŜeniem 

niewinności. 

- Jestem niewinny! - pisnąłem. - Padłem ofiarą oszczerczej kampanii wyrachowanych 

kłamstw! 

TuŜ za sobą miałem jego pudełko z cygarami, pod palcami wyczuwałem zamek. 

- Wredna, złośliwa świnia. A nawet gorzej. Ciągle jeszcze napływają do mnie raporty. 

Zgnoiłeś i swoją własną firmę, i swoich kumpli... 

- Przenigdy! - krzyknąłem manipulując przy zamku. 

- Nie bez powodu nazywają cię Chytrym, a czasem nawet Wyślizgującym się! 

- Zwykła pomyłka i zbieg okoliczności. Dziecięce przezwisko. Poślizgnąłem się kiedyś 

przy kąpieli i matka mnie tak nazwała. - Zamek puścił i poczułem delikatny aromat tytoniu. 

- Wiesz, na ile nakradłeś? - Jego twarz przybrała niezdrową, krwistoczerwoną barwę, a 

oczy omal nie wylazły z orbit. 

-  Ja?  Ukradłem?  Pierwej  bym  się  pod  ziemię  zapadł!  -  oświadczyłem  z  emfazą, 

umieszczając  w  kieszeniach  pierwszą  garść  nader  kosztownych  cygar,  które  Inskipp 

przeznaczał dla wizytujących nas czasami Bardzo WaŜnych Osobistości. 

UwaŜałem, Ŝe spotka je lepszy los, jeśli sam je wypalę, a nie ma to jak koneser. Muszę 

teŜ  przyznać,  Ŝe  moja  uwaga  skupiona  była  głównie  na  tytoniu  i  ledwie  rejestrowałem 

ględzenie Inskippa. Dlatego teŜ nie od razu zwróciłem uwagę na dziwne zmiany w jego głosie. 

Gdy  wreszcie  dotarło  to  do  mnie,  z  ledwością  mogłem  go  usłyszeć.  Zaniepokoiło  mnie  to 

zjawisko  -  nie  dlatego,  Ŝe  byłem  ciekaw,  co  jeszcze  powie,  ale  dlatego,  iŜ  było  po  prostu 

nienormalne. 

- Nie przerywaj sobie - oznajmiłem mu uprzejmie. - Czy teŜ moŜe poczułeś nagle, jak 

cięŜkie są fałszywe oskarŜenia? 

Cofnąłem  się  od  biurka,  wykonując  jednocześnie  półobrót,  aby  zamaskować  fakt 

posiadania  nienaturalnie  wybrzuszonej  kieszeni,  wypełnionej  wyrobami  tytoniowymi  o 

ponadstukredytowej wartości. 

Nie zareagował. Nadal potrząsał papierami, tyle Ŝe teraz bezgłośnie. 

background image

- Nie czujesz się dobrze? - zatroszczyłem się, i to całkiem powaŜnie, wyglądał bowiem 

blado. 

Zaniknąłem na chwilę oczy, po czym spojrzałem ponownie. Przeszedłem kawałek, a on 

nie odwrócił nawet głowy i wpatrywał się w miejsce, w którym stałem przed chwilą. Nie, to nie 

była bladość. On wyglądał przezroczyście. Przez jego głowę wyraźnie prześwitywało oparcie 

krzesła. 

-  Przestań!  -  ryknąłem,  ale  nie  wywarło  to  na  nim  Ŝadnego  wraŜenia.  -  Co  ty  znowu 

knujesz? Trójwymiarowa projekcja, by ogłupić Chytrego Jima? Nie tak łatwo zrobić mnie na 

szaro! 

Podbiegłem do niego i wycelowałem wskazujący palec prosto w jego czoło. Wniknął w 

nie  przy  minimalnym  oporze  i  całkowitym  braku  reakcji  ze  strony  zainteresowanego.  Lecz 

kiedy wyciągnąłem palec, rozległo się cichutkie plaśnięcie i Inskipp zniknął. Sterta trzymanych 

przez niego papierów rozsypała się po podłodze. 

- Whargh! - to, co dobyło się z mojego gardła, nie było moŜe tym akurat dźwiękiem, ale 

na pewno bardzo zbliŜonym. 

Schyliłem się pod krzesło z zamiarem poszukania ukrytego pod nim mechanizmu, gdy 

drzwi z trzaskiem wleciały do środka pomieszczenia. 

To  było  wreszcie  coś,  co  mogłem  zrozumieć!  Nadal  w  przysiadzie,  obróciłem  się  i 

gorąco przyjąłem pierwszego, który wpadł przez powstały w tak nieoczekiwany sposób otwór. 

Kantem dłoni trafiłem  go idealnie w szyję, tuŜ pod krawędzią maski  gazowej. Gość jęknął i 

runął  na  podłogę.  Lecz  za  nim  tłoczyła  się  juŜ  cała  kupa,  a  wszyscy  w  maskach,  białych 

kombinezonach i z jakimiś podejrzanymi, czarnymi pojemnikami na plecach. I kaŜdy z jakimś 

naprędce  skombinowanym  argumentem  w  garści  (dominowały  gaz-rurki  i  nogi  od  stołu). 

Wszystko  to  było  nader  dziwne.  Robiłem,  co  mogłem,  jednego  trafiając  w  splot  słoneczny, 

innego znów w szczękę, ale swoją masą przygnietli mnie w końcu do ściany. Palnąłem jeszcze 

jednego w kark. Facet padł z cichym jękiem i zniknął w połowie drogi na podłogę. 

Interesujące. Liczba ludzi w pokoju zaczęła się raptownie zmieniać, gdyŜ kaŜdy, kogo 

znokautowałem, znikał. Byłoby to ze wszech miar poŜądane i poŜyteczne, gdyby wyrównało 

rachunek,  lecz  inni  z  kolei  zaczęli  pojawiać  się  z  powietrza,  i  to  z  mniej  więcej  tą  samą 

częstotliwością. 

Rzuciłem się ku drzwiom i w tym momencie ktoś rąbnął mnie w głowę. Niedokładnie, 

co prawda, ale wystarczająco. 

Widziałem  wszystko  jak  na  zwolnionym  filmie.  Czułem  się,  jakbym  pływał  w  kleju. 

Złapali mnie za ręce i nogi i czym prędzej wynieśli z pokoju. Nie przyjąłem tego, rzecz jasna, 

background image

biernie, ale wszystkie moje reakcje ograniczone zostały do paru podrygów i płynnego, pełnego 

kunsztownych wiązanek przeklinania w około dwunastu narzeczach. Donieśli mnie do windy, 

nic sobie z tego nie robiąc, i mimo moich wysiłków jeden z nich władował mi prosto w twarz 

zawartość pojemnika z gazem. 

Nie  czułem  Ŝadnych  skutków  działania  gazu,  oprócz  narastającej  wściekłości.  Zanim 

osiągnęliśmy  cel  wędrówki,  opanował  mnie  rzadki  raczej,  jak  na  mnie,  stan  ducha:  gotów 

byłem zabijać. Zostałem jednak fachowo przymocowany do jakiegoś nowego modelu krzesła 

elektrycznego  i  jedyną  rzeczą,  jaką  mogłem  zrobić,  było  ulŜenie  mojemu  językowi  -  co  teŜ 

niezwłocznie uczyniłem. 

-  MoŜecie  potem  mówić,  Ŝe  James  di  Griz  umarł  jak  człowiek,  wy  pierdolone 

skurwysyny,  których  matki...  -  Na  głowę  nasunięto  mi  jakiś  stalowy  kubeł  i  zapanowała 

ciemność. 

Wbrew pozorom nie była to egzekucja prądem o napięciu dwudziestu czterech tysięcy 

woltów. W ogóle nic z tych rzeczy. Właściwie nic się nie wydarzyło. Zdjęto mi owo nakrycie 

głowy, ponownie zaaplikowano jakiś gaz i nagle się uspokoiłem. Zdziwiło mnie to trochę, ale 

zanim oprzytomniałem, moje kończyny były juŜ wolne, a większość napastników pozbyła się 

masek. Ku memu zdziwieniu rozpoznałem w nich techników i naukowców Korpusu. 

- Czy ktoś byłby na tyle uprzejmy, aby oświecić mnie, prostego chłopa, co tu jest grane? 

- spytałem uprzejmie. 

- Najpierw nałóŜ to! - stwierdził autorytatywnie jeden z nich, podając mi czarne pudełko 

- takie, jakie nosili tu wszyscy - i pomagając mi umocować je na plecach. Zaopatrzone było w 

przewód z przyciskiem. Szpakowaty jegomość wdusił go i umieścił na moim karku. 

- Aha, zdaje się, Ŝe mam przyjemność z profesorem Coypu? - domyśliłem się w końcu. 

- Masz - zgodził się z uśmiechem. 

- Czy w związku z tym nie uzna mnie pan za nieuprzejmego natręta, jeśli poproszę raz 

jeszcze o wyjaśnienia? 

- Bynajmniej, jest to zupełnie zrozumiałe. Bardzo przepraszam za tę napaść, ale był to 

jedyny sposób, aby wytrącić cię z równowagi i doprowadzić do wściekłości. Umysły będące 

pod wpływem silnego uczucia są nadzwyczaj odporne na bodźce zewnętrzne i mogą przetrwać 

nawet  powaŜne  zagroŜenia  bez  uszczerbków.  Gdybyśmy  próbowali  powoli  i  uprzejmie 

powiedzieć ci, o co tu chodzi, to najprawdopodobniej nigdy byśmy nie zdąŜyli. Do diabła, to 

staje się coraz silniejsze, nawet tutaj! 

Jeden z biało odzianych gentlemanów wyblakł nagle i zniknął. 

- Inskippowi przytrafiło się to samo - poinformowałem profesora. 

background image

- Powinno było. Wiesz, pierwszy w kolejce... 

-  Dlaczego?  -  spytałem  uprzejmie,  mając  nieodparte  wraŜenie,  iŜ  w  Ŝyciu  nie 

prowadziłem równie kretyńskiej rozmowy. 

- Celem tego wszystkiego jest Korpus. Zamiarem pierwszego uderzenia jest likwidacja 

tych, którzy stali na górze. 

- Kto to wymyślił? 

- Nie wiem. 

Zmusiłem się do spokoju i spytałem łagodnie: 

- Czy mógłby mi pan, profesorze, wyjaśnić to trochę dokładniej? Lub teŜ znaleźć kogoś, 

kto byłby w stanie zrobić to nieco przystępniej niŜ pan? 

-  Przepraszam,  to  moja  wina.  -  Z  widocznym  wysiłkiem  otarł  pot  z  czoła.  -  Ale  to 

wszystko potoczyło się tak szybko. Sygnał alarmu i zaraz potem to. MoŜna to nazwać wojną 

czasową.  W  jakiś  sposób  ktoś  zmienia  rzeczywistość  manipulując  czasem.  Oczywiście 

pierwszym  celem  tego  kogoś  stał  się  Korpus  Specjalny.  Zrozumiałe,  Ŝe  jako  najefektywniej 

działająca  międzyplanetarna  organizacja  porządkowa  w  historii  galaktyki  stanowimy  zaporę 

nie do ominięcia, i to niezaleŜnie od tego, jaki cel ów ktoś pragnie osiągnąć. Jeśliby zaś udało 

się temu komuś wyeliminować Inskippa i kilku innych, bezpośrednio mu podległych, znacznie 

obniŜyłyby się moŜliwości Korpusu. Zaczęło mi się juŜ wszystko mylić. 

- Czy znalazłby się tu jakiś płyn, który zaprowadziłby trochę ładu wśród moich szarych 

komórek? - przerwałem jego wywód. 

- Wspaniały pomysł. Dziwne, Ŝe sam nań nie wpadłem! - ucieszył się Coypu. 

Wnętrze  lodówki  ujawniło  jakąś  zielonkawą  ciecz,  którą  zadowolił  się  gospodarz,  ja 

zaś, starym zwyczajem, sięgnąłem po wypróbowaną truciznę. Syrian Panther Sweat, zakazana, 

na większości planet, jak zwykle miała na mnie zbawienny wpływ. 

- Niech pan mi przerwie, jeśli się mylę, ale czy to nie pan przypadkiem miał wykład o 

niepodobieństwie podróŜy w czasie? - oświeciło mnie nagle. 

- Oczywiście, Ŝe miałem! Zasłona dymna - tak się to chyba nazywa. PodróŜe w czasie 

znamy juŜ od paru ładnych lat, boimy się tylko wykorzystać tę wiedzę. Niemniej jednak mamy 

juŜ przygotowany plan czasowych inwigilacji. Dlatego teŜ, gdy rozpoczął się atak, tak szybko 

wiedzieliśmy,  o  co  chodzi.  Wszystko  szło  tak  błyskawicznie,  Ŝe  nie  zdąŜyliśmy  nikogo 

uprzedzić.  Musieliśmy  działać,  bo  jesteśmy  jedynymi,  którzy  mogą  coś  zrobić.  To  laborato-

rium otoczone jest izolatorem czasowym, a poza tym wszyscy nosimy osobiste modulatory. Ty 

teŜ juŜ go masz. 

- A co to robi? - spytałem z szacunkiem, wskazując na czarne pudełko. 

background image

-  Mieści  stały  zapis  twojej  pamięci  i  co  trzy  milisekundy  wtłacza  go  z  powrotem  do 

twojego mózgu. Mówi ci po prostu, Ŝe ty to ty, i usuwa wszelkie zmiany, do których doszło w 

trakcie tych milisekund. Inaczej mówiąc, umoŜliwia ci istnienie. Czysto obronne urządzenie, 

lecz to wszystko, co mamy. 

Kątem  oka  zauwaŜyłem  zniknięcie  następnego  z  asystentów.  Coypu  musiał  takŜe  to 

zauwaŜyć, gdyŜ głos jego nagle stwardniał. 

- Musimy atakować, jeśli chcemy ocalić Korpus! 

- Atakować? Jak? 

- Wysyłając kogoś w przeszłość, aby odkrył te siły, które wywołały wojnę, i zniszczył 

je, zanim one nas zniszczą. Mamy tu odpowiednie urządzenie. 

- Aha, ochotnik. Wygląda na to, Ŝe to robota dla mnie. 

-  Zapomniałem  tylko  dodać,  Ŝe  to  podróŜ  w  jedną  stronę.  Nie  mamy  moŜliwości 

ś

ciągnięcia cię z powrotem. 

- Cofam ostatnie stwierdzenie. Podoba mi się tu! 

Nagle coś mi się przypomniało. Najwidoczniej załadowano mi ponownie pamięć i to 

nagłe skojarzenie zjeŜyło mi włosy na głowie. 

- Angelina! Muszę się z nią natychmiast... 

- Ona nie jest jedyna! 

- Dla mnie tak! A teraz z drogi, albo przejdę przez pana, profesorze! 

Musiałem wyglądać dość przekonywająco, bo ustąpił mi natychmiast. Wystukałem kod 

na wideofonie i po paru miauknięciach na ekranie pojawiła się Angelina. 

- Jesteś tam! - odetchnąłem. 

- A gdzie spodziewałeś się mnie znaleźć?! - zdumiała się i zmarszczyła brwi, pociągając 

jednocześnie nosem, zupełnie jakby wideofon przenosił zapachy. - Znowu piłeś! Nie dość, Ŝe 

wcześnie, to jeszcze sporo! 

-  Tylko  kropelkę,  ale  nie  dlatego  dzwonię.  Jak  się  czujesz?  Wyglądasz  dobrze, 

rzekłbym wspaniale, i na całe szczęście nie jesteś ani trochę przezroczysta. 

-  Kropelkę?  Wygląda  na  to,  Ŝe  to  było  więcej  niŜ  flaszka.  -  Głos  Angeliny  nagle 

stwardniał.  -  Proponuję  ci,  Ŝebyś  po  dobroci  odwiesił  się,  wziął  proszki  i  zadzwonił,  jak 

wytrzeźwiejesz. 

Słowom tym towarzyszył ruch w stronę przycisku przerywającego połączenie. 

-  Nie!  Jestem  trzeźwy  jak  świnia,  czego  zresztą  niezmiernie  Ŝałuję,  ale  to  jest  na 

powaŜnie. Niebezpieczeństwo. Zabieraj bliźniaki i grzej tu jak najszybciej! 

- Jasne! - JuŜ była na nogach. - Tylko gdzie ty jesteś? 

background image

- PołoŜenie laboratorium! - wrzasnąłem w stronę profesora, 

- Poziom 120, pokój 30. 

- Słyszałaś? - zwróciłem się ku ekranowi. Był czarny. 

- Angelina... 

Przerwałem  połączenie  i  ponownie  wystukałem  kod.  Ekran  rozbłysnął  wiadomością: 

”Ten numer nie jest przyłączony”. 

Runąłem  ku  drzwiom.  Ktoś  próbował  mnie  powstrzymać,  lecz  błyskawicznie 

odepchnąłem go pod przeciwległą ścianę. Otwarłem drzwi i zamarłem. Za nimi nie było nic. 

Bezkształtna  i  bezbarwna  pustka,  która  wyczyniała  przeróŜne  brewerie  z  moim  mózgiem. 

Zaraz potem drzwi zostały zamknięte i Coypu zaparł je  własnymi plecami, dysząc przy tym 

cięŜko. 

- Zniknęło - szepnął chrapliwie. - Korytarz, cała staga, wszystko. Tylko laboratorium 

zostało. Korpus Specjalny juŜ nie istnieje. W całej galaktyce nie ma nikogo, kto miałby choć 

mgliste wspomnienie o naszych osobach. Gdy działanie izolatora osłabnie, my teŜ znikniemy. 

- Ale Angelina... gdzie ona jest? Gdzie są pozostali? 

- Nigdy się nie narodzili i nigdy ich nie było. 

- Ale ja ich, do cholery, wszystkich pamiętam! 

- I to jest jedyna rzecz, na którą moŜemy liczyć. Jak długo jest choć jedna osoba, która 

nas  pamięta,  tak  długo  mamy  -  mikroskopijną  wprawdzie,  ale  zawsze  -  szansę  przetrwania. 

Ktoś musi powstrzymać ten atak - jeśli nie ze względu na Korpus, to z uwagi na wszechświat. 

Teraz zaczęło się zmienianie historii, a do jakich zmian moŜe jeszcze dojść, tego nikt nie jest w 

stanie przewidzieć. Musimy zatrzymać tego idiotę! 

Wycieczka,  i  to  bez  moŜliwości  powrotu,  do  obcego  czasu  i  świata.  Ten,  który  tam 

podąŜy, będzie najbardziej samotny ze wszystkich Ŝyjących istot, bytując o tysiąclecia przed 

swoimi bliskimi i przyjaciółmi... 

- Dobra - przerwałem snucie tych budujących perspektyw. - Gdzie macie ten czasowy 

tramwaj?

background image

 

 

- Najpierw musimy wiedzieć, dokąd ma cię zawieźć i w jaki okres - ostudził mój zapał 

Coypu,  podchodząc  do  komputera,  z  którego  spływały  tasiemcowe  wstęgi  wydruków.  -  I  to 

bardzo dokładnie. Śledząc linie zakłóceń jesteśmy w stanie wyznaczyć i miejsce, i czas. Planetę 

juŜ  mamy,  teraz  tylko  trzeba  cię  wyzerować  w  czasie.  A  to  jest  bardzo  waŜne,  bo  jeśli 

znajdziesz się tam za późno, to oni mogą juŜ skończyć swą robotę. A z kolei, jeśli będziesz za 

wcześnie, to zdąŜysz się zestarzeć, zanim zjawią się nasi przeciwnicy. 

- Brzmi to raczej zachęcająco. A co to za planeta? 

-  Dziwna  nazwa,  czy  raczej  nazwy.  Określano  ją  mianem  Brud  albo  Ziemia. 

Przypuszczalnie jest legendarną kolebką ludzkości. 

- Jeszcze jedna!? Nigdy o niej nie słyszałem. 

-  Nie  mogłeś,  została  zniszczona  w  wojnie  atomowej  wieki  temu  -  wyjaśnił  mi 

uprzejmie  Coypu.  -  O,  jest.  Musisz  cofnąć  się  w  czasie  o  32598  lat.  Nie  gwarantujemy 

marginesu błędu mniejszego niŜ trzy miesiące. 

- Nie sądzę, Ŝeby robiło mi to róŜnicę - uspokoiłem go. - Który to będzie rok? 

- No cóŜ. Grubo przed powstaniem naszego kalendarza. Jak sądzę, będzie to 1975 rok 

po śmierci Chrystusa, jak określają to prymitywne przekazy z tamtego okresu. 

- Nie takie to prymitywne, skoro znali podróŜe w czasie! - zaoponowałem. 

- Z pewnością tylko nieliczni. 

- A jak mam ich znaleźć? - spytałem łagodnie. 

- Za pomocą tego. 

Jeden z asystentów wręczył mi pudełko z dwoma skalami i przyciskami. Na jednej ze 

skal,  do  złudzenia  przypominającej  kompas,  drŜała  igła,  która  działała  jak  zwykła  igła 

magnetyczna,  bo  jakkolwiek  bym  manewrował  pudełkiem,  zawsze  wskazywała  jeden 

kierunek. 

- Wykrywacz generatora energii czasowej - wyjaśnił Coypu. - Przenośna wersja tego, 

co tutaj mamy. Teraz pokazuje na nasz time-helix. Na miejscu pokaŜe ci właściwy generator. 

Druga skala to odległościomierz. 

Przyjrzałem się pudełku i coś mądrego zaświtało mi w głowie. 

- Jeśli mogę zabrać to pudełko, to mogę teŜ zabrać inne wyposaŜenie, tak? 

- Owszem, niewielkie przedmioty, które mogą być przymocowane do twojego ciała - 

background image

potwierdził Coypu. - Pole jest typu powierzchniowego, podobnie jak elektryczne... 

- No to zabieram cały arsenał, jaki tu macie! - oświadczyłem radośnie. 

- Niewiele tego, same duperele - zmartwił mnie. 

- No to mogę go sobie zrobić. - Nic nie było w stanie zmusić mnie do zaniechania tego 

zamiaru, - Jest tu ktoś z rusznikarzy? 

Coypu rozejrzał się wokół i oczy nagle mu rozbłysły. 

- Old Jarl jest z sekcji uzbrojenia. Ale nie ma czasu na robienie czegoś nowego. 

- Nie o to chodzi. Dawać go! 

Old  Jarl  musiał  zarobić  sobie  na  ten  przydomek  na  zasadzie  kontrastu,  wyglądał 

bowiem na prawidłowo rozwiniętego dziewiętnastolatka. 

- Chcę jego zestaw pamięci! - poinformowałem zebranych. 

Jarl podskoczył jak znienacka kopnięty i przyciskając do siebie czarną skrzynkę, ruszył 

ku drzwiom. 

- To moje! Nie moŜesz tego dostać! To świństwo tak mówić! Bez tego przecieŜ mnie 

nie będzie! - W jego oczach pojawiły się łzy. 

-  Głuptasie!  PrzecieŜ  nie  chcę  ci  tego  odebrać.  Po  prostu  chcę  mieć  duplikat  twego 

dysku. Nie martw się! 

Technicy otoczyli go kołem i zaczęli coś tam grzebać, a Coypu uniósł w górę brwi. 

- Nic nie rozumiem - przyznał w zamyśleniu. 

-  Proste.  Prawdopodobnie  będę  miał  do  czynienia  z  organizacją.  Mogę  więc 

potrzebować  cięŜkiej  artylerii.  Nie  mogę  jej  zabrać,  ale  mogę  ją  zrobić.  Jeśli  będzie  trzeba, 

wpakuję dysk Jarla do mego mózgu i uŜyję jego pamięci jako źródła wiedzy - oświeciłem go. 

- AleŜ... aleŜ on będzie tobą, zawładnie twoim ciałem. Tego nigdy dotąd nie robiono. 

- No to się zrobi. Pomylone czasy wymagają pomylonych pomysłów. To przypomniało 

mi o jeszcze jednym drobiazgu. Powiedział pan, Ŝe nie moŜna stamtąd wrócić? 

- Time-helix moŜe zabrać cię w przeszłość, ale tam nie będzie helixu, który odesłałby 

cię z powrotem - przyznał ze smutkiem. 

- A gdybym go sobie zbudował, to mógłbym wrócić? - upewniłem się. 

- Teoretycznie tak, ale nigdy tego nie próbowano. A poza tym większość materiałów i 

ekwipunku będzie nieosiągalna na tak prymitywnym etapie rozwoju... 

- A jeśli materiał się znajdzie, to da się zrobić? 

- Teoretycznie tak. 

- A kto wie, jak to się robi? 

- Tylko ja. Helix jest konstrukcją mojego pomysłu - przyznał ze skromnością. 

background image

- Ślicznie! W takim razie chcę równieŜ pański dysk. Niech tylko podpiszą, który jest 

który, Ŝeby mi się nie pomyliło... 

Wśród techników zapanowało nagłe poruszenie. 

- Izolator traci moc! - rozległ się rozpaczliwy jęk. 

- Kiedy pole zniknie, zginiemy. Nigdy nas juŜ nie będzie! To nie... - jeden z asystentów 

rozdarł  się  przeraźliwie  i  równie  niespodziewanie  zamilkł,  gdy  reszta  towarzystwa 

zaaplikowała mu środki uspokajające. 

- Szybko! - ryknął dla odmiany Coypu. - Zabrać di Griza do maszyny i przygotować go 

do drogi. 

Faktycznie,  wszystko  odbyło  się  szybko,  by  nie  powiedzieć  błyskawicznie.  Złapali 

mnie  jak  worek  sieczki  i  zanieśli  do  sąsiedniego  pokoju,  prześcigając  się  nawzajem  w 

ofiarowywaniu dobrych rad. Prawie udało im się mnie upuścić, gdy dwóch techników zniknęło 

równocześnie. Co bardziej odległe ściany zaczęły zdradzać Ŝywe tendencje do przezroczystości 

i zanikania. W końcu, wspólnymi siłami, udało im się ubrać mnie w kombinezon. Wówczas 

dopiero zdołałem uwolnić się od tego rozhisteryzowanego tłumu. 

- NałóŜ kask, ale uszczelnij go dopiero w ostatniej chwili. - Coypu był jedynym, który w 

tym momencie zachowywał spokój. - Tu masz dyski pamięci i grawitator. Mam nadzieję, Ŝe 

umiesz go obsługiwać? Pojemnik z bronią na piersiach, detektor... 

Ledwie mogłem ustać przytłoczony wyposaŜeniem, ale w myśl starej zasady: ”Co mam 

w dupie, tego nikt mi nie wyłupie”, nie protestowałem. Ba, zacząłem się nawet pewnych rzeczy 

domagać. 

- Translator! - wrzasnąłem. - PrzecieŜ muszę się jakoś dogadać z tubylcami. 

- Nie mamy  go tutaj - odparł Coypu, wciskając  mi pojemnik z gazem. - Ale masz tu 

memorygram... 

- Dostaję od tego migreny! 

- ...i moŜesz go uŜyć, aby się nauczyć lokalnego dialektu. 

- Zaraz, moment, gdzie ja się tam znajdę? 

- W stratosferze. Jedyna moŜliwość uniknięcia wypadków w stylu wpakowania cię na 

jakąś skałę czy wieŜowiec. 

- Przednie laboratorium zniknęło! - rozległ się czyjś krzyk. Ten, który go wydał, zniknął 

w chwilę później. 

- Do time-helixu! - wrzasnął Coypu, popychając mnie ku następnym drzwiom. 

Pomagający  mi  technicy  i  asystenci  znikali  jeden  po  drugim  jak  przekłute  baloniki. 

Zaledwie  czterech  dotarło  z  nami  do  urządzenia.  Był  to  seledynowy  snop  zwiniętego  jak 

background image

spręŜyna  światła,  emitowanego  wiązką  grubą  jak  moje  ramię  przez  niewielką  prostokątną 

maszynkę. 

-  To  skondensowana  i  poddana  działaniu  pola  elektromagnetycznego  o  wysokim 

natęŜeniu wiązka energii zwanej helixem. Przy odpowiednim poluźnieniu pola wyniesie cię w 

poŜądaną przeszłość, znikając później bez śladu w przyszłości - wyjaśniał Coypu, manipulując 

jednocześnie przy tablicy rozdzielczej. - Czas na ciebie! 

Zostało nas trzech. 

- Pamiętaj mnie! - krzyknął krępy, ciemnowłosy technik. - Jak długo będziesz pamiętał 

Charliego Nate'a, będę... 

Zostaliśmy z Coypu sami. Ściany zniknęły, a powietrze zaczęło mrocznieć. 

- Dotknij tego! - krzyknął Coypu. 

Rzuciłem się do przodu, prawie wpadając w seledynową kolumnę. Nie było Ŝadnych 

sensacji,  nic  mnie  nie  kopnęło,  ale  zobaczyłem,  Ŝe  cała  moja  postać  została  otoczona 

seledynową poświatą. Profesor złapał za dość pokaźnych rozmiarów dźwignię i pociągnął. 

background image

 

Wszystko zamarło. 

Coypu trzymał rękę na dźwigni, ja zaś gapiłem się w jego stronę, ale nie byłem w stanie 

poruszyć się ani o mikron. 

Nagle uświadomiłem sobie, Ŝe nie oddycham ani nie odczuwam uderzeń swego serca. 

Coś tu poszło nie tak - tego byłem pewien, tym  bardziej Ŝe time-helix nadal trwał  w formie 

spoistej  kolumny.  Moja  panika  spotęgowała  się,  gdy  Coypu  zaczął  robić  się  przezroczysty. 

Potem  to  poszło  juŜ  błyskawicznie.  Wisiałem  w  pustce  przestrzeni  kosmicznej  niczym 

kamienna  rzeźba  i  nie  mogłem  ruszyć  nawet  palcem.  Moim  przeciwnikom  trzeba  było 

przyznać  jedno:  działali  skutecznie  i  z  rozmachem,  nawet  po  asteroidzie  kryjącej  bazę  nie 

pozostał najmniejszy ślad... 

Coś drgnęło. 

Byłem w drodze. 

Opisanie tej drogi jest rzeczą niemoŜliwą, jako Ŝe nie ma to nijakiego odpowiednika we 

wszelkich  dotychczasowych  przeŜyciach  ludzkości.  Prowadziła  w  kierunku,  o  którym  nie 

wiedziałem  nawet,  czy  istnieje.  Time-helix  zaczął  się  rozpręŜać.  MoŜe  zresztą  działo  się  to 

przez  cały  czas,  tyle  Ŝe  ja  nie  zdawałem  sobie  z  tego  sprawy.  Teraz  stało  się  to  widoczne. 

Gwiazdy  poruszały  się  coraz  szybciej  i  szybciej,  aŜ  przybrały  postać  cienkich  linii  światła 

mknących przez kosmos. Przestrzeń zmieniła się w szarą zawiesinę, która musiała oddziaływać 

hipnotycznie, gdyŜ mój mózg zapadł w rodzaj niby-śpiączki i zastygł na pograniczu trwania i 

niebytu, pozbawiony świadomości i poczucia upływu czasu. Mogło to trwać ułamek sekundy, 

ale mogło teŜ trwać całą wieczność. 

Nie wiedziałem tego wtedy i nadal nie wiem. Nie zastanawiałem się zresztą nad tym: 

miałem coś waŜniejszego na uwadze. Przetrwanie. Zawsze było dla mnie sprawą dość istotną, a 

obecnie tylko o to mogłem się troszczyć. PoniewaŜ było całkiem prawdopodobne, Ŝe zwariuję 

w trakcie tej wycieczki, skupiłem wszystkie pozostałe mi siły umysłu na kwestii przetrwania i 

czekałem, aŜ coś wreszcie zacznie się dziać. 

I w końcu coś się zaczęło. 

Po diabli wiedzą jak długim czasie przybywałem. 

I  to  w  o  wiele  bardziej  dramatycznych  warunkach,  niŜ  odjeŜdŜałem,  gdyŜ  wszystko 

działo się równocześnie. Mogłem się poruszać i widzieć. Światło - normalne, porządne światło 

trójwymiarowego świata - oślepiało mnie, nie czułem własnego ciała ani nie miałem poczucia 

background image

kierunku. 

To ostatnie było szczególnie nieprzyjemne, gdyŜ właśnie spadałem, i to dość szybko. 

Gdy tylko sobie to uświadomiłem, Ŝołądek skręcił mi się z wraŜenia i po dość długim okresie 

(plus  minus  32598  lat)  moje  serce  objawiło  aktywność,  tyle  tylko,  Ŝe  w  miejscu  dość 

nieoczekiwanym, a mianowicie w gardle. 

Spadając  tak  obróciłem  się  i  mogłem  wreszcie  nieco  przeanalizować  sytuację.  Nade 

mną było słońce, pode mną pokrywa białych obłoków, ja sam zaś tkwiłem (to złudzenie, rzecz 

jasna) w pasie atramentowo-czarnego nieba. Całe wyposaŜenie, którym mnie obwieszono, było 

jak dotąd na miejscu, a po uruchomieniu grawitatora mogłem stwierdzić, Ŝe coś z tego złomu 

nawet działa. Wyłączyłem go i poczekałem, aŜ zanurkuję w chmury. 

Gdy się z nich wynurzyłem, przestawiłem grawitator na powolne opadanie i zająłem się 

wstępnym lustrowaniem terenu. Świat ten, który, być moŜe, naprawdę był kolebką ludzkości, 

miał  się  ostatecznie  stać  moim  grobowcem.  Gdzieś  z  pięć  mil  pode  mną  majaczyły  drzewa, 

ogólnie rzecz biorąc, krajobraz był typowo rolniczy. Dokładne obejrzenie okolicy utrudniała 

zaparowana  szyba  hełmu.  Miałem  jednak  nadzieję,  Ŝe  moi  przodkowie  nie  zwykli  oddychać 

amoniakiem czy metanem, więc odchyliłem przesłonę i pociągnąłem nosem. 

Nieźle. Trochę za zimne i za rzadkie - ale jestem jeszcze dość wysoko - za to świeŜe i 

słodkie. No i nie zabiło mnie od razu, co było dość waŜne, jako Ŝe zapasu w kombinezonie nie 

wystarczyłoby juŜ na długo. 

Ze  spokojem  zdjąłem  kask  i  rozejrzałem  się  dokładnie.  Całkiem  nieźle.  Malowniczy 

krajobraz: zielony lasy, błękitne jeziora, rozległe łąki poprzecinane drogami, a na horyzoncie 

jakieś otoczone dymami miasto. Postanowiłem, Ŝe na razie będę trzymał się z daleka od tego 

ostatniego. Najpierw muszę się gdzieś ukryć i zaaklimatyzować, a potem... 

Moje myśli przerwało brzęczenie - coś jakby owad, tyle tylko, Ŝe Ŝaden owad nie moŜe 

latać na takiej wysokości. Gdyby nie zafascynowanie okolicą, juŜ dawno zwróciłbym uwagę na 

ten odgłos. Gdy w końcu zerknąłem przez ramię, był to juŜ ogłuszający ryk. 

Zdębiałem.  To  była  jakaś  staroŜytna  odmiana  urządzenia  latającego.  Napędzana  była 

ś

migłem,  a  w  częściowo  przezroczystym  wnętrzu  siedział  człowiek  i  wytrzeszczał  na  mnie 

osłupiałe  oczy.  Błyskawicznie  włączyłem  wznoszenie  i  skryłem  się  ponownie  w  zbawczych 

chmurach. 

Początek zdecydowanie do dupy! Pilot widział mnie zbyt dobrze, by mieć wątpliwości. 

Mógł, co prawda, nie uwierzyć własnym oczom, ale to było mało prawdopodobne. Uwierzył. 

Łączność musiała tu być całkiem dobrze rozwinięta, a mania prześladowcza, czyli dominacja 

wojskowych w kaŜdym kącie, jeszcze bardziej, gdyŜ po paru minutach usłyszałem ryk silników 

background image

odrzutowych. Maszyny krąŜyły poniŜej, a jedna przeleciała nawet przez chmury. Po dłuŜszym 

czasie  uspokoiło  się  na  tyle,  Ŝe  pozostając  nadal  w  chmurach,  zdecydowałem  się  na  zmianę 

miejsca.  Grawitator  nie  jest  przewidziany  do  podróŜy  w  poziomie,  lecz  kiedy  nie  trzeba 

wędrować daleko, to od biedy się przydaje. UŜywałem go zatem w tym charakterze przez jakieś 

piętnaście minut, po czym ostroŜnie wyjrzałem z obłoczków. 

Oczami  wyobraźni  widziałem  cały  komplet  detektorów  kierujących  na  mnie  swe 

czujniki  i  anteny  i  łączących  się  pospiesznie  z  róŜnej  maści  machinami  wojennymi.  MoŜe 

zresztą i tak było, tyle Ŝe ja nic z tego nie ujrzałem. Nic, poza paroma białymi ptakami, które nie 

poczuły  się  uszczęśliwione  moim  pojawieniem  się  ponad  taflą  jeziora.  Dałem  poprawkę  i 

zbliŜyłem się do brzegu. 

Wznoszenie  włączyłem  dopiero  wtedy,  gdy  byłem  poniŜej  poziomu  wzgórz 

okalających  jezioro.  Wszelkie  detektory  pozostały  w  ten  sposób  poza  horyzontem  i  byłem 

bezpieczny.  I  w  tej  chwili  zrobiło  mi  się  gorąco.  Mimo  poprawki  spadałem  do  wody,  a 

zderzenie z nią przy tej szybkości przypominałoby spotkanie z betonową płytą. 

Wyhamowałem, mocząc jedynie stopy w wodzie. Ostatecznie, jak na spadek z granic 

atmosfery to nie było źle. Uniosłem się i podleciałem do przeciwległego brzegu, nad którym 

wznosiła się szarawa skała. Potrzebowałem schronienia, a skała - w dwóch trzecich gładka jak 

ś

ciana - na jednej trzeciej powierzchni miała półeczkę, akurat, by usiąść. Zrobiłem wiec siad 

płaski.  Wokół  panowała  cisza.  śadnych  głosów,  ryku  silników  czy  innych  śladów  ludzkiej 

obecności. Jedyne, co słyszałem, to wiejący w róŜnych tonacjach wiatr. Słowem, wspaniale. 

Do dobrego samopoczucia brakowało mi tylko czegoś rozgrzewającego. Niestety, była 

to  jedna  z  nielicznych  podstawowych  rzeczy,  które  zapomniałem  zabrać.  Miałem  mocne 

przeczucie, Ŝe wkrótce uzupełnię ten brak. Rozsiadając się wygodniej, poczułem, Ŝe coś uwiera 

mnie  w  tylnej  kieszeni  spodni.  Po  krótkiej  szamotaninie  ze  skafandrem  wydobyłem  stamtąd 

garść  zmasakrowanych  cygar  Inskippa.  Mój  nastrój  wyraźnie  się  poprawił,  gdy  znalazłszy 

jedno, jakimś cudem ocalałe, zaciągnąłem się aromatycznym dymem. 

Pomiędzy  najprzeróŜniejszym  elektronicznym  złomem,  jakim  zostałem  obciąŜony  w 

ostatnich  chwilach  istnienia  laboratorium,  było  coś,  co  zwano  masserem:  drobiazg,  którego 

rękojeść  przechodziła  w  gruszkowaty  korpus  kończący  się  spiczastym  ostrzem.  Na  tymŜe 

końcu  wytwarzane  było  pole  mogące  koncentrować  większość  rzeczy  poprzez  ściskanie 

tworzących je atomów. Przy nie zmienionej masie zmieniało to ich wymiary. W zaleŜności od 

uŜytej mocy i rodzaju materiału moŜna było zmniejszyć nawet do połowy. 

UŜyłem tego wynalazku, by urządzić sobie jakąś przytulną jaskinię. Najtrudniejszy był 

początek,  ale  gdy  fragmenty  wielkości  mojej  pięści,  a  o  cięŜarze  ołowiu  zaczęły  opadać  do 

background image

jeziora  tworząc  wgłębienie,  to  poszło  juŜ  jak  z  płatka.  Jeszcze  potem  odkryłem,  Ŝe  mogę 

wytwarzać sferyczne pole dające odłamki wielkości mojej głowy, i robota ruszyła z miejsca. 

Co prawda, wyrzucając te skoncentrowane głazy do jeziora omal sam za nimi nie wyleciałem, 

ale to juŜ drobiazg. 

Gdy  słońce  zbliŜyło  się  do  horyzontu,  miałem  juŜ  prymitywne  i  niezbyt  przestronne 

pomieszczenie, wystarczające jednak, by ukryć mnie i wszystkie moje bambetle. 

Usiadłem, by na chwilę odsapnąć. PodróŜ musiała być bardziej męcząca, niŜ sądziłem, 

bo następną rzeczą, z jakiej zdałem sobie sprawę, był fakt, Ŝe na czarnym niebie płynął wielki 

księŜyc. Mój tyłek był zziębnięty od kontaktu ze skałą, a reszta ciała zdrętwiała od spania na 

siedząco. 

- Do roboty, przyszły zbawco świata. - Jęknąłem, gdy moje ciało dało znać, co o tym 

myśli. 

Jednak trzeba było się ruszyć, skoro juŜ tak postanowiłem. Jak dotąd, nie wiedziałem 

nawet, czy jestem we właściwym miejscu i czasie, nie mówiąc juŜ o takim drobiazgu jak brak 

pewności, czy teoria Coypu była słuszna. To ostatnie zresztą mogłem sprawdzić juŜ wcześniej, 

zaraz  po  przybyciu.  Klnąc  swą  głupotę,  wygrzebałem  ze  zwalonego  na  kupę  wyposaŜenia 

czarne  pudełko,  które  było  detektorem  generatora  energii  słuŜącej  do  przemieszczania  się  w 

czasie.  Ku  swojemu  szczeremu  Ŝalowi  stwierdziłem,  Ŝe  igła  kręci  się  w  kółko,  niczego  nie 

wskazując. 

- Idioto! - stwierdziłem sam o sobie. - To mogłoby działać, gdybyś je włączył! 

Wstrzymując oddech przekręciłem włącznik. Nadal to samo, czyli nic. Była, co prawda, 

duŜa szansa, Ŝe urządzenie nie pracuje stale i trafiłem akurat na przerwę, w trakcie której nikt 

nie podróŜuje w czasie, lecz mogły to równie dobrze być tylko moje płonne nadzieje. Tak czy 

inaczej, musiałem się tu jakoś zadomowić. Zabrałem się więc do roboty. 

NajwaŜniejsze  były  informacje,  toteŜ  rozdzieliłem  grawitator  od  skafandra  i 

sprawdziłem  stan  tego  pierwszego.  Był  naładowany  do  połowy  i  mógł  jeszcze  długo  słuŜyć 

jako transporter. Zapiąłem pasy i wyszedłem na skalną półeczkę. Poleciałem ku najbliŜszej z 

zaobserwowanych  wczoraj  dróg.  Po  drodze  zająłem  się  zegarkiem,  który  zawsze  noszę. 

Podawanie  czasu  jest  jedynie  marginalną  funkcją  tego  urządzenia.  Parokrotne  sprawdzenie 

znaków charakterystycznych i dotknięcie prawego przycisku wystarczyło, aby wyświetliła się 

igła radiokompasu skierowana na jaskinię. Zadowolony, bezgłośnie spłynąłem w dół. 

KsięŜyc  oświetlał  okolicę  w  wystarczającym  stopniu,  toteŜ  nie  musiałem  posługiwać 

się  latarką  pokonując  jardy  dzielące  moje  lądowisko  od  drogi.  Ostatni  kawałek  drogi 

przebyłem,  rzecz  jasna,  ze  zrozumiałą  ostroŜnością.  Jak  okiem  sięgnąć  -  co  w  lesie  nie  jest 

background image

nigdy sporą przestrzenią - było pusto. Sprawdziłem, z czego zrobiono nawierzchnię. Okazało 

się,  Ŝe  z  kamienia,  bez  śladu  jakichkolwiek  linii  przesyłowych  czy  energetycznych,  całkiem 

nieciekawa. 

Podniosłem się i ruszyłem w kierunku widzianego z góry miasta. Był to dość powolny 

sposób poruszania się, ale wolałem oszczędzać niemoŜliwe tu do zdobycia paliwo. 

To,  co  nastąpiło  potem,  zawdzięczać  mogłem  tylko  własnej  beztrosce  i  całkowitej 

nieznajomości zwyczajów tego świata. Rozmyślałem sobie właśnie o Angelinie i o dzieciach, i 

o tym, Ŝe wszyscy oni istnieją teraz tylko w mojej pamięci, co było nader przygnębiające, gdy 

minąwszy  zakręt  usłyszałem  niespodziewanie  głośny  ryk  silników.  Znajdowałem  się 

najwyraźniej na zniwelowanym szczycie wzgórza, gdyŜ stoki po obu stronach były dość strome 

i  nie  miałem  Ŝadnej  moŜliwości  ucieczki  poza  uniesieniem  się  w  powietrze.  Tyle  Ŝe  tam 

zostałbym  natychmiast  zauwaŜony,  gdyŜ  zbliŜające  się  pod  górę  światła  nieomal  juŜ  mnie 

dosięgły.  Byłem  mocno  oszołomiony  i  po  prostu  zaskoczony.  Jedyne,  co  mogłem  zrobić,  to 

paść na pysk w Ŝwir pobocza. Zrobiłem to błyskawicznie i ukryłem twarz w dłoniach. Ubranie 

miałem neutralnej, szarej barwy, była więc szansa, Ŝe mogę pozostać nie zauwaŜony. 

Ryk zbliŜał się, światła przemknęły po mnie; ryk oddalił się, a ja natychmiast usiadłem 

i  starałem  się  dojrzeć  szczegóły  konstrukcyjne  tych  dziwnych  pojazdów,  które  omal  nie 

rozjechały  mi  głowy.  Szczegółów  nie  zdąŜyłem  zaobserwować,  wyglądały  jednak  na 

konstrukcje zbliŜone do motocykli, z małym czerwonym światełkiem z tyłu. Maszyny nagle 

zwolniły  i  zakręciły  w  moją  stronę.  Bez  dwóch  zdań,  tym  razem  naleŜała  mi  się  dwója  z 

maskowania.

background image

 

4

 

 

Jedną z moich naczelnych zasad było zawsze pozwolić innym na pierwszy ruch, gdy 

sytuacja  wyglądała  niepewnie.  Mogłem  uciec,  ale  po  pierwsze  -  oni  mogli  mieć  broń,  a  ja 

byłbym  wówczas  pięknym  celem,  po  drugie  zaś  -  nawet  jeśliby  mi  się  to  udało,  to  ktoś  z 

pewnością zwróciłby baczną uwagę na ten rejon, a tego naleŜało za wszelką cenę uniknąć. 

Odwróciłem  się  plecami,  tak  by  ich  reflektory  mnie  nie  oślepiały,  i  spokojnie 

poczekałem,  aŜ  mnie  okrąŜą.  Najlepiej  byłoby  dowiedzieć  się  od  razu,  czego  chcą  te  typy. 

Słuchałem ich rozmowy, ale niestety, ani jedno słowo z ich szwargotu nie było mi znajome. 

Oni  natomiast  musieli  się  w  końcu  dogadać,  gdyŜ  jeden  z  nich  zgasił  silnik,  zlazł  ze  swego 

wehikułu i zbliŜył się do mnie. 

Przyjrzeliśmy  się  sobie  z  wyraźnym  zainteresowaniem.  Był  niŜszy  ode  mnie,  ale 

wzrostu dodawał mu garnkowaty hełm z metalu zakończony ostrym szpikulcem. Całość robiła 

niezbyt  atrakcyjne  wraŜenie,  zwłaszcza  w  połączeniu  z  resztą  stroju,  który  wykonany  był  z 

czarnego plastiku z błyszczącymi zamkami, łańcuszkami i trupimi czaszkami. 

Kryz putzbki? - spytał w dość obraźliwy sposób. W odpowiedzi uśmiechnąłem się, aby 

pokazać, Ŝe jestem pokojowo nastawiony, i odparłem najcieplej, jak umiałem: 

-  Będziesz  wyglądał  jeszcze  bardziej  odraŜająco  po  śmierci,  która  moŜe  cię  spotkać 

szybciej, niŜ myślisz, jeśli będziesz się do mnie tak odzywał. 

Wyglądał na zaskoczonego. Następnie doszło do ostrej wymiany zdań z pozostałymi. 

W  wyniku  konwersacji  następny  typ  dołączył  do  mojego  rozmówcy.  Musiał  być  bardziej 

bystry, gdyŜ pierwszą rzeczą, na którą zwrócił uwagę, był mój zegarek. Inni teŜ wlepili wzrok 

w urządzenie. Dzikimi wrzaskami objawili zainteresowanie, które szybko zmieniło się w złość, 

gdy schowałem rękę za plecy. 

-  Prubl!  -  wrzasnął  pierwszy,  robiąc  krok  do  przodu.  W  jego  pięści  coś  szczęknęło 

metalicznie i wyskoczyło z niej połyskujące ostrze. To był język, z którego zrozumieniem nie 

miałem  Ŝadnego  kłopotu,  i  to  od  paru  dobrych  lat.  Niemal  się  uśmiechnąłem.  Nie  ma  tu 

nadmiaru sprawiedliwych, chyba Ŝe lokalne prawa zezwalają uŜywać broni wobec obcych w 

celu  obrabowania  ich.  Teraz  znałem  mniej  więcej  zasady  i  mogłem  juŜ  z  typkami 

porozmawiać. 

Prubl, prubl? - pisnąłem odskakując i podnosząc ręce w geście rozpaczy. 

Prubl, drubl! - odwrzasnął i skoczył na mnie. 

- Jak ci się to podoba za prubla? - spytałem go uprzejmie, kopiąc w nadgarstek. 

background image

NóŜ poleciał w mrok, a on jęknął z bólu. Jęk szybko zmienił się w cichnący charkot, gdy 

moja dłoń trafiła go w szyję. Do tego momentu oczy pozostałych musiały juŜ być zwrócone na 

mnie, więc odpaliłem wyciągniętą uprzednio zza mankietu miniflarę i rzuciłem ją przed siebie, 

zamykając jednocześnie mocno oczy. Zalała mnie fala gorąca, a gdy znów otwarłem powieki, 

widok  przesłaniały  mi  czerwone  koła.  Było  to  i  tak  niewiele  w  porównaniu  z  tym,  jakie 

wraŜenie  wywarł  ów  błysk  na  moich  adwersarzach,  którzy  chwilowo  byli  zupełnie  ślepi. 

Dowodziły  tego  najrozmaitsze  jęki  i  mamrotania.  śaden  nie  zwrócił  na  mnie  uwagi,  gdy 

wszedłem  pomiędzy  nich,  rozdając  sprawiedliwie  po  kopniaku  w  najwraŜliwsze  miejsce. 

Wszyscy  zaczęli  wrzeszczeć  i  latać  w  kółko,  dopóki  dwóch  się  nie  zderzyło,  co 

zapoczątkowało  z  kolei  niemiłosierną  młóckę,  gdyŜ  obaj  nie  Ŝałowali  sił  w  przekonaniu,  Ŝe 

mają do czynienia ze mną. W tym czasie obejrzałem sobie ich pojazdy. 

Były  dość  dziwne:  miały  tylko  dwa  koła  i  Ŝadnego  Ŝyra  do  stabilizacji,  pojedyncze 

siedzenie, na którym spoczywał kierowca i prowadząc pojazd, utrzymywał go jednocześnie w 

równowadze. Nie wyglądały zbyt bezpiecznie i nie miałem najmniejszej ochoty uczyć się nimi 

posługiwać. 

Pozostawał  problem,  co  mam  zrobić  z  ich  właścicielami.  Nigdy  nie  zabijałem  bez 

potrzeby,  toteŜ  najprostsze  rozwiązanie  odpadało.  Jeśli  byli  kryminalistami,  a  wyglądali  na 

takich,  istniały  minimalne  szanse,  Ŝe  zameldują  jakimkolwiek  władzom  o  tym,  co  ich  tu 

spotkało. 

I  wtedy  mnie  olśniło.  PrzecieŜ  właśnie  tacy  jak  oni  byli  dla  mnie  idealnym  źródłem 

informacji, to znaczy jeden tylko, reszta była w tej sytuacji zbędna. Najlepiej nadawał się ten 

pierwszy, bo z jego przetransportowaniem miałbym najmniej kłopotów. Zaczynał juŜ wracać 

do  przytomności,  o  czym  świadczyły  róŜne  nieartykułowane  jęki,  lecz  rozduszona  pod  jego 

nosem kapsułka z gazem usypiającym połoŜyła kres tym mamrotaniem. Przypiąłem łańcuch, 

który  zwisał  mu  z  talii,  do  mego  oporządzenia  i  objąwszy  faceta  przyjacielskim  uściskiem, 

włączyłem grawitator. 

Zanim przyszedł do siebie, miałem juŜ gotowe wszystko, co niezbędne, by go powitać. 

Musiałem go porządnie wytrzaskać po gębie, Ŝeby doszedł trochę do przytomności, a efekt był 

taki,  Ŝe  siadł  i z  jękiem złapał  się  za  głowę.  Ten  gaz  musiał  mieć  widocznie  jakieś  uboczne 

działanie.  Pamiętając  jednak,  jak  ładnie  przywitał  mnie  noŜem,  nie  dałem  się  ponieść 

samarytańskim instynktom. Nie trwało zresztą długo, zanim zupełnie odzyskał świadomość i 

łypnął dziko na mnie i na urządzenia. Potem gwałtownie podciągnął pod siebie nogi i jak dziki 

skoczył  ku  wyjściu.  Natychmiast  jednak  zwalił  się  z  głuchym  łoskotem  na  podłogę,  gdy 

związany na jego kolanach sznur, którego drugi koniec przymocowany był do ściany, podciął 

background image

mu nogi. 

- Koniec zabawy, zabieramy się do roboty. - Osadziłem go niezbyt delikatnie na powrót 

pod ścianą i zapiąłem na jego przegubie drobiazg własnego pomysłu. 

Wymyśliłem to i zrobiłem, gdy spał. Urządzenie było proste, ale skuteczne. Zawierało 

czujnik  z  odczytem  ciśnienia  i  ładunku  elektrostatycznego  skóry  oraz  jeszcze  parę  innych 

mierników  składających  się  na  detektor  kłamstwa,  a  do  tego  nadajnik  współdziałający  z 

trzymanym przeze mnie w dłoni odbiornikiem. Zawierało takŜe otwarty obwód emitujący prąd 

o  małym  natęŜeniu.  Nie  uŜyłbym  tych  metod,  dobrych  w  laboratorium  dla  zwierząt,  wobec 

człowieka, ale byliśmy w jego świecie i istotne były tu jedynie jego zasady, a na dodatek nie 

miałem  czasu.  Kiedy  zaczął  wrzeszczeć  (a  byłem  pewien,  Ŝe  nie  są  to  pochwalne  hymny 

sławiące moją osobę), nacisnąłem przycisk zamykając tym samym obwód. Kwiknął i trzasnął 

w skałę (dobrze mu to wyszło, tyle muszę przyznać), gdy prąd przeszedł przez jego ciało. Nie 

był to znów taki mocny prąd - sprawdziłem to wcześniej na sobie - lecz wystarczający, by nikt 

nie miał ochoty odczuwać go dobrowolnie. 

- Zaczynamy! - stwierdziłem. - Ale najpierw pozwolisz, Ŝe się przygotuję. 

Gapił się na mnie w ciszy, gdy umieszczałem elektrody na skroniach i uruchamiałem 

urządzenie. 

- Kluczem jest słowo... - przyjrzałem mu się uwaŜnie - wstrętny. Teraz zaczynamy. 

Obok  mnie  leŜało  parę  dość  prostych  przedmiotów.  Wziąłem  pierwszy  z  brzegu  i 

trzymając przed sobą, powiedziałem głośno: 

- Skała! 

Po  czym  nastała  cisza.  Przerwałem  ją  naciśnięciem  guzika,  co  spowodowało  nowy 

podskok i przeraŜone spojrzenie. 

- Skała - powtórzyłem głośno i cierpliwie. 

Trochę czasu zajęło mu zrozumienie, o co tu chodzi, lecz uczył się szybko. Co prawda 

próbował  okłamywać,  ale  z  pomocą  detektora  i  elektrod  oduczyłem  go  tego  brzydkiego 

nawyku. W końcu doszedł do wniosku, Ŝe prościej będzie mi pomóc, przy czym wziął to sobie 

do serca tak dosłownie, Ŝe szybko wyczerpały się moje zapasy tutejszych przedmiotów. Przy 

wydatnej pomocy memogramu nowe słowa zostały upakowane w mój i tak juŜ przeładowany 

mózg, który zaprotestował dotkliwym bólem głowy. Połknąłem pastylkę i zacząłem drugi etap 

nauki - przyswajanie gramatyki i struktur. 

Jak się nazywasz - pomyślałem i dodałem słowo-klucz wstrętny. 

-  Jak...  nazwisko?  -  spytałem  głośno,  dochodząc  jednocześnie  do  wniosku,  Ŝe  jest  to 

faktycznie nader nieciekawy język. 

background image

- Slasher. 

- Moje... Jim. 

- Puść mnie. Nie zrobiłem ci nic, nie? 

- Najpierw nauka... odejść potem. Teraz powiedz, jaki rok. 

- Co, jaki rok? 

- Jaki rok teraz, durniu?! 

Coś  z  pięć  minut  zajęło  powtarzanie  mu  tego  na  róŜne  sposoby,  zanim  sens  pytania 

przedarł się przez kamienne sklepienie jego czaszki. Zaczynałem się juŜ pocić, gdy w końcu go 

olśniło. 

- Aaaa, rok. Siedemdziesiąty piąty. Dziewiętnasty czerwca 1975. 

Dokładnie w celu! Przez ten cały szmat wieków i całą tę odległość dotarłem dokładnie 

tam, gdzie chciałem. Postanowiłem solennie podziękować Coypu przy pierwszej okazji, co - 

biorąc pod uwagę, Ŝe istniał tylko w mej pamięci - dało się zrobić natychmiast. Podbudowany 

duchowo tą nowiną zabrałem się do dalszej nauki. Do rana zuŜyłem trzy pastylki i byłem juŜ w 

stanie  obejść  się  bez  memogramu.  Mój  przymusowy  wspólnik  zapadł  w  sen,  przemęczony 

wyraźnie  trudami  wielogodzinnej  sesji,  co  wykorzystałem,  by  wyłączyć  i  zdemontować 

łączącą nas aparaturę. Następnie wziąłem stymulanta i przygotowałem śniadanie. 

Slasher obudził się prawie na czas posiłku, ale zjadł dopiero wtedy, gdy zobaczył, Ŝe ja 

pierwszy jem. Nie bardzo mu się dziwiłem, bo racje desantowe, którymi dysponowałem, nie 

wzbudzały ani specjalnego zaufania, ani apetytu. W końcu obaj czknęliśmy sobie uczciwie, a 

on, po dokładnym obejrzeniu tego, co z mojego wyposaŜenia leŜało na wierzchu, zdecydował 

się odezwać. 

- Wiem, kto ty jesteś! - oświadczył z mocą. 

- No to mi powiedz. 

- Jesteś z Marsa! 

- Co to Mars? 

- Planeta, tu, blisko. 

- MoŜe i masz rację, ale to i tak niewaŜne. PomoŜesz mi zdobyć forsę? 

- Mówiłem ci, Ŝe jestem na warunku! Jak mnie dupną, to zapuszkują mnie bez gadania! 

- Nie łam się! Trzymaj się mnie, a nikt cię nie ruszy. Będziesz pływał w forsie. Masz 

jakąś przy sobie? Chcę zobaczyć, jak to wygląda. 

- Nie! - zaprzeczył, macając się jednocześnie po wybrzuszeniu spodni. 

Tak proste kłamstwa nauczyłem się rozszyfrowywać bez uŜycia techniki, toteŜ zamiast 

tracić czas na dyskusje zaoferowałem mu trochę gazu nasennego i ze spokojem przetrząsnąłem 

background image

kieszenie.  Ta,  po  której  się  macał,  była  prymitywnie  ukryta  wewnątrz  spodni  i  zawierała 

zgniecione kawałki brudnego i zatłuszczonego papieru z zielonym nadrukiem. Bez wątpienia to 

właśnie była owa forsa, której - jak twierdził - nie miał. 

Przyjrzałem się jej i po paru chwilach śmiałem się jak szalony. Ani śladu fizycznych, 

chemicznych  czy  promieniotwórczych  identyfikatorów.  Zwykły  zadrukowany  papier  z 

wtopionymi  nićmi  jakiegoś  metalu,  nie  stanowiący  Ŝadnego  problemu  dla  duplikatora. 

Gdybym go miał... zaraz, zaraz, a skąd niby wiem, Ŝe go nie mam? Pod koniec zrobili przecieŜ 

ze  mnie  choinkę  i  wieszali  wszystko,  co  było  pod  ręką.  Pogrzebałem  w  stercie  ekwipunku  i 

znalazłem  przenośny  model  turystyczny.  Co  prawda  -  papieru  z  niego  nie  byłem  w  stanie 

wydobyć, ale po kilkunastu próbach miałem odpowiedniej grubości i struktury folię, która na 

pierwszy,  a  nawet  na  drugi  rzut  oka  niczym  nie  róŜniła  się  od  oryginału.  Największym 

nominałem,  jaki  miał  Slasher,  była  dziesiątka,  toteŜ  skopiowałem  parę  razy  właśnie  ten 

ś

wistek.  Efekt  był  całkiem  zadowalający.  Co  prawda,  wszystkie  banknoty  miały  ten  sam 

numer,  ale  z  własnego  doświadczenia  wiedziałem,  Ŝe  ludzie  i  tak  nie  oglądają  dokładnie 

pieniędzy, które dostają. 

Tak oto nadszedł historyczny moment mojej penetracji społeczeństwa tej prymitywnej 

planety Ziemi - nazwa zresztą nie była do końca właściwa i miała teŜ inne znaczenia. Zabrałem 

wyposaŜenie,  które  mogło  przydać  się  w  najbliŜszej  przyszłości  i  widząc  nieprzytomnego 

Slashera, ruszyłem w dół, ku powierzchni jeziora. To, co zostało w grocie, i tak mogłem zawsze 

zabrać, nie lubiłem jednak się przeciąŜać. Mój pasaŜer chrapał, aŜ echo niosło, co w połączeniu 

ze wzmoŜonymi obecnie odgłosami ruchu na drodze zmusiło mnie do schronienia się w lesie. 

Tam  teŜ  zakopałem  co  zbędne,  oznaczając  to  miejsce  na  wszelki  wypadek  kierunkowym 

nadajnikiem, i obudziłem Shlashera. 

-  Co...  czego?  -  wymamrotał,  gdy  zadziałało  antidotum.  Rozejrzał  się  zbaraniałym 

wzrokiem po otaczającym lesie. 

- Zbieraj dupę w troki. ZjeŜdŜamy stąd! - poinformowałem go uprzejmie. 

Jakoś  udało  mu  się  utrzymać  pion,  ale  po  dwóch  krokach  wlazł  na  mnie  w 

półprzytomnej malignie. CóŜ, trzeba było uciec się do skuteczniejszych metod. Podsunąłem mu 

pod nos plik banknotów. 

- Jak ci się to podoba? 

Zaiste, skutek był magiczny. Oprzytomniał od razu. 

- Aaa... ale mówiłeś, Ŝe nie masz waluty? 

- Nie miałem, więc sobie zrobiłem - oświeciłem go. - Są dobre? 

- A p...pewno, nigdy nie widziałem lepszych. - Ocenił okiem zawodowca. - Tylko Ŝe 

background image

mają ten sam numer. Poza tym prima zielki. 

Był to cały komentarz. Wychodziło na to, Ŝe znalazłem sobie idealnego kumpla - bez 

wyobraźni  i  z  małą  ilością  skrupułów.  Sam  fakt,  Ŝe  miałem  forsę,  uspokoił  wszelkie  jego 

obawy co do mojej osoby, toteŜ idąc poboczem pogrąŜyliśmy się w gorącej dyskusji na temat, 

jak zwiększyć nasz zapas gotówki. 

- Twoje ciuchy są fest, ale z daleka. Musisz mieć coś ludzkiego do łaŜenia. Za tą górką 

jest sklep. Poczekasz tu sobie, a ja kupię, co trza. I moŜe skombinuję jakiś wózek, bo łaŜenie na 

piechtę to nie na moje zdrowie. 

Jak powiedział, tak zrobił, ale po wózek poszliśmy razem. Oprócz sklepu była tu jakaś 

fabryczka zasmradzająca w straszliwy sposób powietrze. Jej zaletą natomiast był parking. Stało 

tam kilkanaście róŜnobarwnych pojazdów na gumowych kołach. Idąc za przykładem Slashera, 

zgiąłem  się  wpół  i  ruszyłem  za  nim  pod  osłoną  masek.  Zatrzymaliśmy  się  przy  maszynie  o 

miłej sylwetce i buraczkowym kolorku. Mój towarzysz pomajstrował trochę przy jej drzwiach 

pogiętym drutem, potem to samo zrobił z maską wozu. Otworzył oba otwory i aŜ gwizdnął z 

zachwytu.  Na  mój  skromny  gust  nie  było  się  z  czego  aŜ  tak  cieszyć  -  prymitywny  silnik 

spalinowy i tyle - ale on był innego zdania, co wytłumaczył mi podczas łączenia kabli, którą to 

czynność nazywał braniem na styk. 

-  Nowy  model  z  turbospręŜarką.  Prawie  nówka.  Ma  pewnie  ze  trzy  setki  koni.  Właź 

szybko do środka i spieprzamy, zanim ktoś się do nas doczepi. 

Lekko  oszołomiony  wlazłem,  gdzie  kazał.  Z  wcześniejszej  rozmowy  wiedziałem,  Ŝe 

koń  to  dość  duŜy  czworonóg,  a  tutaj  miejsca  pod  maską  było  dość  mało.  Jedynym 

wytłumaczeniem,  jakie  przychodziło  mi  do  głowy,  była  miniaturyzacja  zwierząt,  ale  nie 

wyglądało  mi  to  na  rozwiązanie  sensowne.  W  kaŜdym  razie  pojazd  był  szybki.  Slasher 

przekładał  co  chwila  jakąś  dźwignię  w  podłodze,  dusił  pedały  i  kręcił  sporym  kołem,  co  w 

efekcie wyprowadziło nas na główną drogę, i to bez niezdrowej aktywności za plecami. Bardzo 

uwaŜnie  obserwowałem,  co  robi  i  jak  mu  się  to  udaje,  Ŝe  cały  czas  jedzie  gdzie  chce,  nie 

przestałem jednak zasięgać informacji w najistotniejszej obecnie kwestii. 

- Słuchaj no, gdzie tu trzymają jakąś większą forsę? Wiesz, jakieś takie zamknięcie ze 

straŜnikami. 

- Chodzi ci o bank? Takie z mocnymi ścianami, potęŜnymi sejfami i kupą straŜników 

dookoła i w środku. Jeden taki jest w kaŜdym większym miasteczku. 

- A im większe miasto, tym większy bank? 

- Pewno. 

-  No  to  jedziemy  do  najbliŜszego  duŜego  miasta  i  szukamy  największego  banku  w 

background image

okolicy. Potrzebuję duŜo forsy, i to z duŜym przyspieszeniem. Tak zatem, jak sądzę, musimy to 

zrobić jeszcze tej nocy. 

-  Świrujesz?  -  Slasher  był  najwyraźniej  wstrząśnięty.  -  Oni  tam  mają  najnowsze 

systemy alarmowe. 

- Mam gdzieś ich technikę z epoki króla Ćwieczka. Znajdź mi miasto z bankiem i coś do 

Ŝ

arcia. Całą resztę biorę na siebie. Mogę ci tylko powiedzieć, Ŝe jeszcze dziś w nocy staniemy 

się bardzo bogaci.

background image

 

 

Prawdę mówiąc, nigdy nie obrabowałem banku z większą łatwością. Budynek, który 

wybrałem, leŜał w samym środku miasta o uroczyście brzmiącej nazwie Hartford. Wzniesiono 

go  z  szarego  kamienia,  a  wszystkie  okna  miały  imponującej  grubości  kraty.  Drzwi  były 

podobnie zaopatrzone. Dla równowagi jednak dwie boczne ściany były wspólne z sąsiednimi 

budowlami. Szczury mają to do siebie, Ŝe raczej rzadko wchodzą przez główne wejście. 

Był  wczesny  wieczór,  gdy  zaczęliśmy.  Slashera  doprowadziło  to  do  rozstroju 

nerwowego, mimo Ŝe wchłonął przedtem duŜą ilość niskoprocentowego napoju alkoholowego. 

- Po cholerę się spieszyć? - argumentował. - Za duŜo wiary łazi po ulicach. 

- Właśnie tak jest dobrze. Nikt nie zwróci uwagi na dwóch więcej. Teraz zaparkuj za 

rogiem i przynieś torby! 

Swoje  narzędzia  miałem  w  gustownej  walizeczce,  Slasher  zaś  taszczył  torby  na 

gotówkę. 

Budowla  na  lewo  od  banku  wyglądała  na  ciemną  i  opuszczoną,  toteŜ  tam  właśnie 

skierowałem swoje kroki. Drzwi zewnętrzne były, rzecz jasna, zamknięte, co przy tego typu 

zamku  (sprawdziłem  go  za  dnia),  nie  stanowiło  Ŝadnego  problemu.  Wystarczył  zagłuszacz 

alarmu w lewej dłoni i wytrych w prawej. Otworzyłem je tak łatwo, Ŝe Slasher nie musiał nawet 

zwalniać kroku. śywa dusza na ulicy nie zwróciła na nas uwagi. Za tymi drzwiami był szeroki 

korytarz wiodący przez cały budynek. Po przejściu przez pół tuzina drzwi (równie łatwo jak 

przez pierwsze) doszliśmy do biura na samym końcu, przy murze. 

-  Ten  pokój  sąsiadować  powinien  z  bankiem  i  właśnie  zamierzam  to  sprawdzić  - 

poinformowałem wspólnika. 

Pogwizdując  zabrałem  się  do  roboty.  W  tym  świecie  był  to  mój  debiut  i  nie 

zamierzałem zamienić go w benefis. Tym bardziej Ŝe obrabowanie banku jest najbardziej satys-

fakcjonującym  zjawiskiem  tak  dla  osoby  bezpośrednio  zainteresowanej,  jak  i  dla  ogółu 

ś

rodowiska. Ten, kto wykonuje robotę, dostaje gotówkę; społeczeństwo zaś ma w udziale zysk 

z  puszczania  jej  na  rynek,  co  z  kolei  polepsza  stan  ekonomii,  dostarcza  rozrywki  i  ogólnie 

oŜywia  koniunkturę.  A  policja  ma  przynajmniej  okazję  wykazać  swą  wartość  (najczęściej 

bardzo niską). Jednym słowem, poŜytek dla wszystkich. No i nikt przy tej okazji niczego nie 

traci, gdyŜ bank jest ubezpieczony, a firma ubezpieczeniowa operuje takimi kwotami, Ŝe i tak 

odbije  sobie  stratę  prawie  w  całości.  W  najgorszym  wypadku  dywidendy  wypłacone  pod 

background image

koniec  roku  będą  nieco  mniejsze.  Zaiste,  niewiele  to  za  tyle  korzyści.  Praktycznie  występo-

wałem  w  roli  dobroczyńcy  społeczeństwa,  gdy  sprawdzałem  sonarem  ścianę.  Wykazał  duŜą 

pustą przestrzeń po drugiej stronie. Zmysł lokalizacyjny mnie nie zawiódł. 

W samej ścianie była kupa róŜnych kabli i rur - częściowo uŜytkowych, częściowo na 

pewno alarmowych. Oznaczyłem na murze ich przebieg i okazało się, Ŝe nie cała ściana jest 

nimi wypełniona, co było zresztą sprzeczne z zasadami budownictwa komunalnego. Wybrałem 

najporęczniejszą wolną przestrzeń i wskazałem ją Slasherowi. 

- Tedy wejdziemy! 

-  Jak  chcesz  wejść  przez  ścianę?  -  Najwyraźniej  był  typowym  gościem  Ŝywiącym 

mieszane uczucia: radość na myśl o gotówce i panika wobec perspektywy złapania. 

-  Nikt  nie  zamierza,  przez  nią  włazić,  ofiaro  -  oświadczyłem  z  masserem  w  ręce.  - 

Przekonamy ją, by sama się przed nami otworzyła. 

Nie miał oczywiście pojęcia, o czym mówię, ale wygląd massera musiał go przekonać. 

Nastawiłem  urządzenie  na  rozszerzanie  wiązań  międzycząsteczkowych  i  przejechałem  nim 

wzdłuŜ wybranego kawałka ściany. Po czym spokojnie wyłączyłem i schowałem maszynkę. 

- Gówno, nic się nie stało! - skomentował. 

-  No  to  teraz  się  stanie  -  mówiąc  to  nadusiłem  centralny  punkt  tak  spreparowanego 

muru. 

Z cichym świstem ściana sypnęła się w dół zmieniając się w szary, nieszkodliwy pył. 

Zaglądaliśmy do rzęsiście oświetlonego wnętrza banku. Od strony ulicy zasłaniały nas 

przezornie wysokie lady, za którymi normalnie siedzieli urzędnicy. 

Byłem zresztą wdzięczny tutejszym budowniczym za ich staromodne przyzwyczajenia 

i umieszczenie sejfów w piwnicy. PoniŜej poziomu ziemi byliśmy całkowicie osłonięci przed 

natrętami z zewnątrz i nie musieliśmy juŜ nigdzie łazić na czworakach. Na drodze stały tylko 

stalowe  drzwi  i  kraty  o  tak  prostych  zamkach,  Ŝe  aŜ  wstyd  wspominać.  Drzwi  skarbca 

wyglądały  co  prawda  bardziej  imponująco,  lecz  zamek  miały  najprymitywniejszy  ze 

wszystkich. 

- Zobacz no - poinformowałem radośnie Slashera. - Tu jest zamek czasowy, który ma je 

otworzyć automatycznie o którejś tam godzinie rano. 

- Wiem - odparł załamany. - Spieprzajmy stąd w podskokach, zanim alarm się... 

Zanim zdąŜył dobiec do schodów, podstawiłem mu zgrabnie nogę i przytrzymawszy w 

pozycji horyzontalnej, wyjaśniłem spokojnie, o co chodzi. 

- To jest właśnie to, czego oczekują od nas ci, którzy go zainstalowali, ty półgłówku. 

Tymczasem wszystko, co my musimy zrobić, to przekonać zegar, Ŝe jest juŜ rano. 

background image

-  Nie  da  się!  On  jest  ukryty  za  paroma  calami  stali!  Skąd  mógł  biedak  wiedzieć,  Ŝe 

zwyczajny manipulator uŜywany przez kaŜdego technika moŜe przenikać przez grubsze ściany. 

Kiedy  przekręciłem  mechanizm,  drzwi  otworzyły  się  z  lekkim  poświstywaniem,  a  oczka 

mojego wspólnika omal nie wyszły z orbit. 

- Dawaj torby - zarządziłem wchodząc do sejfu. 

Pogwizdując  radośnie,  napełniliśmy  je  paczkami  banknotów,  które  opatrzone  były 

jeszcze  banderolami.  Slasher  okazał  się  szybszy,  toteŜ  kończyłem  załadunek  przy 

akompaniamencie jego niecenzuralnego mamrotania o mojej powolności. 

- I po co te nerwy? - spytałem, zamykając walizeczkę z narzędziami. - Na wszystko jest 

czas, jeśli tylko robi się to prawidłowo. 

Właśnie  kończyłem  sprzątać  po  sobie,  gdy  wskaźnik  alarmu  podskoczył  i  stanął  w 

połowie  skali.  Ciekawostka  przyrodnicza!  Sprawdziłem  urządzenie  i  rozejrzałem  się  po  sali. 

Slasher stał przy przeciwległej ścianie i zaglądał do jednego z ustawionych pod nią metalowych 

pudeł. 

- CóŜ tam robisz? - spytałem go najcieplej, jak tylko umiałem. 

- Zapuszczam Ŝurawia, czy nie ma w depozytach jakichś świecidełek do zabrania. 

- Aha. A czy nie wydaje ci się, Ŝe powinieneś najpierw spytać, czy moŜesz to zrobić? 

- Sam to umiem! - warknął. 

Zgadza się. Tyle tylko, palancie, Ŝe ja zrobiłbym to bez uruchamiania cichego alarmu 

na najbliŜszym posterunku - stwierdziłem wściekle. - Co ty, kretynie, właśnie zrobiłeś! 

Jego  twarz  przybrała  niezdrowy,  szary  odcień,  a  ręce  zatrzęsły  się  tak,  Ŝe  wypuścił 

kasetę,  która  z  hukiem  wystrzału  spadła  na  betonową  podłogę.  Na  ten  dźwięk  podskoczył  i 

pochylił się, by ją zabrać. 

- Zidiociały kretyn! - warknąłem, kopiąc go zdrowo w ochoczo wystawiony cel. - Bierz 

bambetle i spierdalaj do wozu. Zapuść silnik. Zaraz tam będę. 

Ruszył  po  trzy  stopnie,  uskrzydlony  najwyraźniej  myślą  o  zbliŜających  się  glinach. 

PodąŜyłem  za  nim,  tyle  Ŝe  stateczniej,  zamykając,  co  tylko  się  dało  zamknąć,  aby  utrudnić 

Ŝ

ycie policji. ZauwaŜą oczywiście, Ŝe ktoś się włamał, ale zanim sprowadzą szefa, by otworzył 

skarbiec, będziemy juŜ daleko, a do tego czasu głowić się będą, czy doszło do rabunku. 

Ale gdy wyszedłem na górę, usłyszałem pisk opon, a przez okazałe okno zobaczyłem 

hamujący  patrolowiec.  Faktycznie  byli  dobrzy.  Niebywałe  zjawisko,  jak  na  tak  prymitywne 

społeczeństwo.  Albo  właśnie  normalne,  to  mogła  być  prawidłowość  -  tu  przestępstwo  było 

chlebem powszednim, a nie rzadkością, jak w moich czasach. Obojętnie jednak, jaka była tego 

przyczyna, nie traciłem juŜ czasu na filozofowanie. Gdy przełaziłem przez dziurę, usłyszałem 

background image

chrobot kluczy w zewnętrznych drzwiach. Oni weszli, ja wyszedłem. Jedno krótkie spojrzenie 

na  ulicę  upewniło  mnie,  Ŝe  wszyscy  nowo  przybyli  weszli  do  banku,  a  przy  drzwiach 

zgromadziło  się  tętniące  aplauzem  i  nieustannie  rosnące  zbiegowisko.  Zaiste,  było  to  nader 

miłe  z  ich  strony.  Mając  ich  plecy,  zwrócone  w  moją  stronę,  za  jedynych  świadków, 

zamknąłem drzwi i statecznym krokiem podąŜyłem za najbliŜszy naroŜnik. 

Mój  idiota  miał  rzeczywiście  niezły  szwung  w  nogach.  MoŜe  zresztą  doszedł  do 

wniosku,  Ŝe  lepiej  mieć  całą  forsę,  a  nie  forsę  i  gliny  na  karku,  gdy  bowiem  przy 

akompaniamencie  policyjnych  gwizdków  (te  neolityczne  gliny  były  faktycznie  szybkie) 

dopadłem zakrętu, oczom moim ukazała się pusta ulica. 

Slasher zdecydował najwyraźniej, Ŝe dość juŜ się napracował jak na jeden wieczór, i 

zostawił  mnie  sam  na  sam  z  miejscowymi  stróŜami  ładu  i  porządku  publicznego.

background image

 

 

Nie twierdzę, Ŝebym był stworzony z czegoś twardszego niŜ reszta ludzkości. JednakŜe 

sytuacja,  w  jakiej  się  znajdowałem  -  trzydzieści  dwa  tysiące  lat  w  przeszłości,  z  ładunkiem 

skradzionej gotówki pod pachą i policją depczącą mi po piętach - mogła kaŜdego doprowadzić 

do lekkiej paniki. Tylko fakt, Ŝe była to raczej znana mi sytuacja (z mojej własnej przeszłości, 

naturalnie) utrzymywał mnie na chodzie i nie pozwalał rozbiec się moim myślom. 

Za  parę  sekund  zza  rogu  wypadnie  pościg,  a  radio  juŜ  w  tej  chwili  trzeszczało  bez 

wątpienia od poleceń, Ŝeby odciąć mi drogę ucieczki. Uratować mogła mnie tylko moja własna 

głowa. Trzeba jej zresztą oddać, Ŝe robiła, co mogła. Zanim jeszcze przeszedłem pięć kroków, 

mój  plan  był  opracowany  do  ostatniego  szczegółu,  przepisany  na  czysto  i  przekazany  do 

realizacji. 

Pierwszą rzeczą było zniknąć z tej ulicy. Wpadłem do najbliŜszej bramy, w dziurkę od 

klucza wpakowałem ładunek i odsunąłem się. Z hukiem wyleciała i futryna, i zamek. Gwizdy i 

chrapliwe  wrzaski  za  plecami  upewniły  mnie,  Ŝe  wyczyn  ten  nie  spotkał  się  z  aplauzem 

ś

cigających. Za drzwiami był dość długi korytarz. Stałem właśnie na jego drugim końcu, gdy 

zza zdemolowanych drzwi wyjrzały twarze dwóch niezbyt pewnych siebie gliniarzy. Uniosłem 

ręce do góry. 

- Nie strzelać! - wrzasnąłem. - Poddaję się! To wszystko przez złe towarzystwo, w jakie 

wpadł jedyny syn mojego ojca! 

- Nie ruszaj się, albo cię podziurawimy - warknął uszczęśliwionym głosem jeden z nich, 

ś

wiecąc mi latarką po oczach. 

Nie ruszyłem się. Stałem sobie spokojnie z podniesionymi rękami w chwili, gdy światło 

zatańczyło na ścianie i rozległ się przyjemny dla ucha łoskot dwóch padających ciał. Nie było 

w tym nic dziwnego. W korytarzu było więcej gazu usypiającego niŜ powietrza. 

Oddychając  przez  umieszczone  w  nozdrzach  filtry,  stałem  się  teraz  tytanem  pracy. 

Najszybciej jak mogłem odarłem z mundurka gliniarza, który podobny był nieco sylwetką do 

mnie,  i  naciągnąłem  pospiesznie  ten  łach  na  moje  ubranie.  Potem  pozbierałem  jeszcze  jego 

broń i moje rzeczy i ruszyłem ku wyjściu. 

Zza  uchylonych  okien  wyglądali  mieszkańcy  -  po  części  przestraszeni,  po  części 

zbulwersowani  zaistniałą  sytuacją.  Przy  naroŜniku  natrafiłem  na  następny  wóz  policyjny, 

czego  zresztą  się  spodziewałem,  zwykle  bowiem  w  wypadku  napadu  na  bank  liczba 

background image

potrolowców w takiej okolicy gwałtownie wzrasta. 

-  Mam  forsę  -  poinformowałem  postać  za  kierownicą.  -  Odnoszę  ją  do  banku. 

Zagnaliśmy ich w ślepy zaułek. Za tymi drzwiami. Idźcie tam i pomóŜcie. 

Zachęta  była  zbędna,  gdyŜ  gość  wyrwał  jak  dźgnięty  ostrogą.  Przy  kilkuosobowym 

audytorium wrzuciłem bagaŜe na przednie siedzenie i wlazłem za kierownicę. 

-  Skończyły  się  Ŝarty,  zaczęły  się  schody  -  mruknąłem,  gapiąc  się  na  nie  znaną  mi 

aparaturę. 

Ilość  tego  drobiazgu  była  wystarczająca,  by  zapełnić  średniej  klasy  planetolot.  Na 

dodatek ich przeznaczenie nie było mi znane. Zaczynałem się pocić. Potem jednak dostrzegłem 

małą  dziurkę,  jakby  stworzoną  dla  klucza,  i  przypomniałem  sobie,  Ŝe  Slasher  mówił  coś  o 

uruchomieniu  wozu  bez  kluczyka.  Syreny  wyły  ze  wszystkich  stron,  podczas  gdy  ja 

gorączkowo przetrząsałem wszystkie kieszenie mojego nowego przyodziewku. 

Klucze! I to cały pęk. Klnąc na czym świat stoi, wypróbowałem je po kolei, dopóki nie 

dotarło do mnie, Ŝe są zbyt duŜe jak na ten otworek. Na zewnątrz jacyś gapie zainteresowali się 

juŜ moimi posunięciami i przysuwali się właśnie bliŜej. 

- Do tyłu! - ryknąłem i dla dodania powagi moim słowom wyciągnąłem broń z kabury. 

Najwidoczniej  była  nie  zabezpieczona,  a  ja  nadusiłem  nie  to,  co  trzeba.  Huknęło 

straszliwie,  a  urządzenie,  które  to  sprawiło,  wyleciało  mi  z  dłoni  wytwarzając  przy  okazji 

chmurę  dymu.  Coś  jakby  metalowy  pocisk  przebiło  dach  i  poczułem  się,  ogólnie  mówiąc, 

głupio.  Jedynym  poŜytkiem  był  fakt,  Ŝe  widownię  wymiotło  i  to  błyskawicznie.  Wraz  z  ich 

pospiesznym  odwrotem  zbliŜył  się  do  mnie,  równie  skwapliwie,  inny  wóz.  Miałem  niejasne 

wraŜenie, Ŝe sprawy toczą się nie tak, jak powinny. 

Klnąc  pod  nosem,  rzuciłem  się  na  poszukiwania.  Gdzieś  tu  muszą  być  w  końcu  te 

cholerne klucze! Policyjny samochód zatrzymał się tuŜ za mną i usłyszałem trzask otwieranych 

drzwiczek.  W  tym  właśnie  momencie  moją  uwagę  przykuł  lekki  błysk  stali  w  skrytce  na 

drzwiach. Para kluczyków, z których jeden pasował idealnie do otworu w tablicy rozdzielczej. 

Stało się to właśnie wtedy, gdy dwóch kolejnych przedstawicieli prawa zbliŜało się juŜ do obu 

burt mojego wozu. 

- Co tu się dzieje?! - krzyknął najbliŜszy, gdy przekręciłem znaleziony kluczyk i silnik 

zaskoczył z rykiem. 

- Kłopoty! - odwrzasnąłem, walcząc z wystającą z podłogi dźwignią. 

- Wyłaź! - odparł, wyciągając broń. 

-  Sprawa  Ŝycia  i  śmierci!  -  krzyknąłem  załamującym  się  głosem  i  wdusiłem  jeden  z 

wystających z podłogi pedałów tak, jak robił to Slasher. 

background image

Silnik  ryknął,  opony  pisnęły  i  wóz  ruszył.  Tyle  Ŝe  w  niewłaściwą  stronę,  bo  do tyłu. 

Nastąpił  głośny  trzask  i  brzęk  tłuczonego  szkła.  Złapałem  za  dźwignię.  Jeden  z  gliniarzy 

pojawił się przed wozem, ale odskoczył błyskawicznie, gdy znalazłem właściwą kombinację i 

wóz  ruszył  z  rykiem  prosto  na  niego.  Przed  maską  rozpościerała  się  teraz  gładka  i  pusta 

przestrzeń, toteŜ ruszyłem w drogę. 

W  drogę,  lecz  z  glinami  na  ogonie.  Zanim  skręciłem  za  róg,  ruszył  za  mną  ten  tak 

nieuprzejmie  potraktowany  przed  chwilą  wóz.  Na  jego  dachu  migotały  kolorowe  światełka, 

syrena wyła, aŜ uszy bolały. Jedną ręką usiłowałem utrzymać kierownicę tak, by jechało toto w 

miarę  prosto,  drugą  zaś  wduszałem  róŜne  przyciski  i  przesuwałem  dźwigienki.  Dawało  to 

efekty  róŜnorodne,  acz  nie  zawsze  zamierzone.  Ot,  coś  spryskało  mi  przednią  szybę,  coś 

zaczęło grać, aŜ w końcu miałem moje własne światła i syrenę na pełnych obrotach. 

Rwaliśmy  tak  przed  siebie  w  duecie  i  zaczęło  mi  się  wydawać,  Ŝe  nie  jest  to 

najwłaściwszy sposób ucieczki. Gliniarze znali miasto, a ja nie; mieli radio, ja wprawdzie teŜ, 

ale zupełnie bezuŜyteczne. Oni zaś z pewnością zorganizowali na mojej drodze jakiś komitet 

powitalny czy inną miłą niespodziankę. 

Ledwo to ostatnie do mnie dotarło, skręciłem  gwałtownie w najbliŜszą przecznicę.  Z 

uwagi na to, Ŝe jechałem ciut szybciej, niŜ powinienem, odbyło się to przy akompaniamencie 

pisku opon i szorowania blachą po murze, ale w końcu znalazłem się, gdzie chciałem. Pościg 

zwolnił, nie mieli widocznie takiego zacięcia dramatycznego jak ja. Nadal trzymali się jednak 

za mną, wzięli nawet jeszcze jeden zakręt. Oba były w prawo i teraz, w ten oto prosty sposób, 

wracałem tam, skąd przybyłem, czyli na scenę zbrodni. 

Było  to  zresztą  najbezpieczniejsze  wyjście.  Ledwie  migając  światłami  i  wyjąc  jak 

potępieniec, wpadłem w ulicę przed bankiem, zniknąłem w młynie, na który składało się coś z 

pół  tuzina  podobnych  wozów,  kręcących  się  w  kółko  i  nieustannie  blokujących  sobie 

wzajemnie drogę. 

Robiłem, co mogłem, by uatrakcyjnić to widowisko, które i tak miało swój urok, dzięki 

pikantnym  wiązankom  i  malowniczemu  wygraŜaniu  pięściami.  Szczerze  Ŝałowałem,  Ŝe  w 

momencie  największego  bałaganu  musiałem  wycofać  się  cichcem  za  najbliŜszy  róg.  Tu,  w 

spokoju sprawdziłem, czy  rzeczywiście jestem sam, wyłączyłem efekty specjalne i ruszyłem 

statecznie ulicą, szukając szczęścia. 

Nie  zamierzałem  tak  naprawdę  uciekać  wozem  policyjnym,  to  byłby  najgłupszy  z 

moich pomysłów, toteŜ wypatrywałem okazji, by pozbyć się samochodu i dostać się do jakiejś 

prawdziwej  oazy  spokoju.  Oazy  luksusowej.  Nigdy  nie  lubiłem  robić  rzeczy  połowicznie. 

Niezbyt daleko znalazłem nawet takie miejsce, zalane powodzią świateł i reklam. Hotel, sadząc 

background image

po wyglądzie, naleŜał do najlepszych.  Inaczej mówiąc, miejsce, w którym nikt nie powinien 

mnie szukać. Taką przynajmniej miałem nadzieję. 

Skręciłem w boczną uliczkę, zaparkowałem wóz, zdjąłem uniform i złapawszy torby, 

ruszyłem  ku  wyjściu.  Nie  zapomniałem  przedtem,  rzecz  jasna,  upchnąć  jednej  garści 

banknotów  w  kieszeni.  Gdy  znajdą  wóz,  powinni  wpaść  na  genialny  pomysł,  Ŝe  zmieniłem 

pojazdy i automatycznie objąć poszukiwaniami większy obszar. 

- Hej, ty! - wrzasnąłem na umundurowanego faceta sterczącego przy drzwiach. - Weź 

bagaŜe. 

Mój ton był obraźliwy, a maniery chamskie, toteŜ powinien dać mi chociaŜ w pysk lub 

wręcz zignorować. Zapobiegłem temu, wsuwając mu w łapę papier o sporym nominale. Rzut 

oka na liczbę wystarczał, by facet porzucił wszelkie złe myśli i z obleśnym uśmiechem złapał 

obie moje walizy. Mając go za plecami, wkroczyłem do środka. 

Ciemne  drewno,  puszyste  dywany,  dyskretne  oświetlenie,  piękne  kobiety  w 

towarzystwie  brzuchatych  facetów  -  bez  wątpienia  było  to  właściwe  dla  mnie  miejsce.  Co 

prawda,  na  widok  mojego  przyodziewku  parę  osób  uniosło  w  zdumieniu  brwi,  ale 

zignorowałem  to  i  podąŜyłem  zdecydowanie  ku  recepcji.  Stojący  tam  siwowłosy  jegomość 

spojrzał  na  mnie  sponad  patrycjuszowskiego  nosa  i  fizycznie  poczułem,  jak  rośnie  w  nim 

odraza  wobec  mojej  osoby.  Rzuciłem  na  ladę  zwitek  banknotów  i  poinformowałem  go 

chłodno: 

- Masz szczęście spotkać bogatego, ale ekscentrycznego milionera. To dla ciebie. 

Gotówka zniknęła szybciej, niŜ zdąŜyła się pojawić. 

- Właśnie wróciłem z dziczy i chcę tu dostać najlepszy pokój, jaki macie. 

- Coś dałoby się zrobić, ale wolny jest tylko Apartament Królewski, a jego cena... 

-  Nie  zawracaj  sobie  głowy  drobiazgami.  Weź  to  i  daj  mi  znać,  jak  zabraknie  na 

rachunek. 

- Jak pan sobie Ŝyczy. Gdyby był pan jeszcze tak uprzejmy i podał mi swoje nazwisko... 

- A ty jak się nazywasz? 

- Ja? Roscoe Amberdexter. 

- Co za zbieg okoliczności! To takŜe moje nazwisko, ale moŜesz się do mnie zwracać 

sir. Musi tu być dość popularne. W kaŜdym razie moŜesz się za mnie podpisać, skoro obaj tak 

samo się nazywamy... - Przysunąłem się do niego i szepnąłem: - Nie chcę, Ŝeby ktoś wiedział, 

Ŝ

e  tu  jestem.  Ledwie  się  gdzieś  zatrzymam,  juŜ  mam  na  karku  kupę  ludzi.  Jakby  właściciel 

chciał dalszych informacji, przyślij go do mnie. 

Zamiast  informacji  dam  mu  i  tak  tylko  gotówkę  -  pomyślałem  -  ale  nie  sądzę,  Ŝeby 

background image

robiło mu to jakąś róŜnicę. 

Z całą kurtuazją zostałem doprowadzony do pomieszczenia, poinformowany dokładnie, 

co  i  jak  się  wdusza  i  włącza.  Cały  sztab  fagasów  pootwierał  przede  mną  wszelkie  moŜliwe 

drzwi,  zamówił  zapasy  spoŜywcze  i  opuścił  lokal  z  zadowolonymi  minami  i  pęczniejącymi 

kieszeniami.  Gdy  zostałem  wreszcie  sam,  włoŜyłem  największą  torbę  do  szafy,  otworzyłem 

mniejszą i zamarłem. 

Igła detektora pola energii czasowej wskazywała trzy czwarte mocy i skierowana była 

na mur, w którym wbudowane było okno.

background image

 

 

Zatrzęsło mną, gdy kładłem detektor na podłodze. Siła pola wynosiła 117,56, czego nie 

omieszkałem zanotować, po czym patrząc wzdłuŜ osi wyznaczonej przez igłę, zbliŜyłem się do 

okna i zaznaczyłem na jego ramie kobylaste X. Następnie sprawdziłem wszystko raz jeszcze. 

W czasie tego drugiego testu igła zaczęła się wahać, po czym spadła do zera. 

Ale to były detale. NajwaŜniejsze, Ŝe ich miałem. Operowali z tego miejsca i czasu, a 

skoro  uŜyli  generatora  raz,  to  uŜyją  go  ponownie.  Tylko  Ŝe  wtedy  będę  juŜ  na  nich  czekał. 

Pierwszy raz od chwili pojawienia się w tym zapomnianym przez Boga i cywilizację świecie 

poczułem  nikły  promyk  nadziei  ogrzewający  mnie  od  środka.  Z  tym  teŜ  uczuciem  wziąłem 

prysznic i tabletkę, po czym udałem się na dobrze zasłuŜony odpoczynek. 

Obudziłem  się  z  odczuciem  bliŜszej  i  dokładniejszej,  niŜ  przed  zaśnięciem, 

przynaleŜności  do  gatunku  ludzkiego.  W  sąsiednim  pokoju  zgromadzona  została  dość 

interesująca kolekcja butelek, toteŜ z napełnioną szklanką zasiadłem przed srebrnym ekranem 

urządzenia  zwanego  tu  telewizorem.  Domyślałem  się  juŜ  od  dawna,  Ŝe  moja  znajomość 

tubylczego języka jest dość niepewna, i miałem szczery zamiar posłuchać kogoś, kto władał 

jego doskonalszą i pełniejszą postacią. 

Było  to  jednak  dość  trudnym  zadaniem.  W  oglądanym  przeze  mnie  programie 

brakowało podziału na kanały edukacyjne i rozrywkowe. 

Znalazłem  jakąś  sztukę  historyczną,  w  której  bohaterowie  nosili  szerokoskrzydłe 

kapelusze i poruszali się konno, ale cały ich słownik nie przekraczał stu słów, a i tak większość 

z tych inteligentów została zastrzelona, zanim zrozumiałem, o co im chodzi. Broń grała zresztą 

dość  istotną  rolę  w  większości  tutejszych  dramatów,  które  obejrzałem,  choć  w  wielu 

wypadkach  doprawione  to  było  jeszcze  sadyzmem  i  innymi  zboczeniami.  Najrozmaitsze 

mordy  zajmowały  ludziom  tyle  czasu,  Ŝe  jedynym  przejawem  innych  uczuć  był  przelotny 

pocałunek. 

Na  dodatek  akcja  była  dość  trudna  do  śledzenia,  gdyŜ  co  chwila  przerywano  ją 

krzykliwymi reklamami róŜnych dóbr konsumpcyjnych. Po pięciu godzinach takiej mieszanki, 

która doprowadziła do minimalnego zwiększenia mojej znajomości języka, wyłączyłem pudło 

zniechęcony  i  udałem  się  do  kąpieli  w  osobnym  pomieszczeniu,  wypełnionym  eksponatami 

muzealnymi ilustrującymi historię kanalizacji. 

Następnie  spora  gromadka  słuŜby  hotelowej  została  rozpędzona  po  sklepach  (z  duŜą 

background image

ilością  gotówki,  rzecz  jasna)  i  moje  szafy  zapełniły  się  zestawem  potrzebnych  ubrań  i 

drobiazgów  wraz  z  odpowiednimi  torbami  do  ich  przewozu.  Jako  dodatek  specjalny 

zafundowałem sobie komplet map, urządzenie zwane kompasem magnetycznym i podręcznik z 

zasadami  nawigacji.  Wyznaczenie  kierunku,  obliczenie  odległości  i  przeniesienie  tego 

wszystkiego  na  mapę  okolicy  było  juŜ  dość  łatwym  zadaniem.  Gdy  uporałem  się  z  tym  po 

dwóch  godzinach,  znałem  juŜ  mój  cel:  duŜą  aglomerację  miejską,  bardzo  duŜą,  prawdę 

mówiąc, największą na całej mapie. 

Nazywali ją tutaj Nowy Jork. Co prawda, nigdzie nie znalazłem Starego Jorku, ale to 

juŜ mnie nie obchodziło. Wiedziałem, gdzie muszę się udać. 

Opuszczenie  hotelu  porównywalne  było  tylko  z  abdykacją  monarchy  i  w  Ŝadnym 

wypadku nie miało nic wspólnego ze zwykłym zwolnieniem pokoju przez klienta. Wynajęty 

wóz zawiózł mnie i stertę bagaŜy na lotnisko, gdzie uświadomiłem sobie, doznając przy tym 

niemiłego  szoku,  Ŝe  tutejsze  władze  -  w  przeciwieństwie  do  mnie  -  nie  zapomniały  o 

niedawnym obrobieniu banku. 

- Otwórz no to! - polecił urzędas w uniformie. 

- Zapomnieliście dodać ”proszę pana” - zwróciłem mu słodko uwagę, zauwaŜając, Ŝe tej 

samej procedurze poddawani są wszyscy wyjeŜdŜający. - A mogę spytać, czego szukacie? 

- Pieniędzy - odparł juŜ uprzejmiej. - Był skok na bank. 

- Obawiam się, nie mam ze sobą zbyt duŜej kwoty - stwierdziłem, tuląc do siebie torbę z 

gotówką. 

-  Te  są  w  porządku  -  sapnął  kończąc  przegląd  moich  waliz.  -  Zobaczymy  jeszcze 

ostatnią. 

- Nie tutaj, jeśli pan łaskaw. Jestem urzędnikiem rządowym, w tej torbie są ściśle tajne 

papiery!  -  To  był  tekst  zerŜnięty  Ŝywcem  z  jednego  z  tych  kretyńskich  programów  TV,  ale 

poskutkował. 

- Chodźmy do biura - zgodził się wskazując drogę. W biurze wyglądał przez moment na 

zaskoczonego, gdy zamiast dokumentów podsunąłem mu pod nos granat z gazem usypiającym, 

ale to był naprawdę tylko moment. Zaraz potem ułoŜył się miękko na ziemi. W pomieszczeniu 

były  całe  masy  akt  i  innych  formularzy  tak  drogich  sercu  kaŜdego  urzędasa.  Zrobiłem  mu  z 

nich jak najwygodniejsze posłanie. Dopóki go nie znajdą, ja będę miał święty spokój i czas na 

dotarcie  do  Nowego  Jorku.  Poza  tym  nawet  gdy  znajdą,  to  i  tak  będą  musieli  go  jeszcze 

obudzić, a w tym świecie nie mieli antidotum na mój gaz. 

Lot  był  nuŜący,  nudny  i  odbywał  się  w  nieustannym  hałasie.  Tutejsze  urządzenia 

latające  napędzane  były  zwykłymi  silnikami  odrzutowymi  na  ciekłe  paliwo,  którego  smród, 

background image

wszechobecny  w  samolocie,  przekonał  mnie  w  końcu,  jak  karygodne  marnotrawstwo 

węglowodorów ma tu miejsce. 

PrzeŜyłem chwilę grozy, gdy w pewnej chwili zaczęliśmy spadać, ale okazało się, Ŝe to 

normalna procedura przy lądowaniu. Droga z lotniska do śródmieścia, w smrodzie spalin, ryku 

klaksonów  i  wzajemnym  wymyślaniu  kierowców,  była  dość  męczącym  przeŜyciem,  toteŜ  z 

prawdziwą ulgą zamknąłem w końcu za sobą drzwi hotelowego apartamentu. 

Byłem gotów do następnego kroku, którym miało być wykonanie zadania. W końcu po 

to właśnie się tu zjawiłem. Musiało się to odbyć szybko, aby moi przeciwnicy nie zdąŜyli się 

zorientować,  Ŝe  są  pod  obserwacją.  Z  pewnością  liczyli  się  z  taką  ewentualnością,  gdy 

rozpętywali ten konflikt, ale ile czasu moŜna Ŝyć w nieustannym pogotowiu - tydzień, najwyŜej 

rok. 

Aby  zabezpieczyć  się  przed  szeroko  rozwiniętą  profilaktyką,  która  ujawniłaby  się  z 

chwilą, gdy moja obecność przestałaby być tajemnicą, powinienem uderzyć zaraz, i to uderzyć 

mocno. PoŜyteczną rzeczą byłoby dowiedzieć się przy okazji, kim oni są, ale to juŜ naprawdę 

tylko przy okazji. 

NajwaŜniejszą  sprawą  było  ich  całkowite  wyeliminowanie.  Nie  lubię  zabijać  bez 

wyraźnej  potrzeby  i  w  związku  z  tym  nader  rzadko  to  robiłem,  ale  jeŜeli  ktoś,  jak  tutaj, 

wypowiada totalną wojnę wszystkiemu, a zaczyna od całkowitej likwidacji mojego Korpusu, to 

według  mnie  naleŜy  go  jak  najszybciej  zabić,  zanim  on  zdąŜy  zamordować  dalsze  ofiary.  Z 

tymi właśnie myślami przygotowałem się do opuszczenia mojego apartamentu. 

Gdy  z  niego  wyszedłem,  zrozumiałem,  Ŝe  prawdopodobnie  nie  byłbym  w  stanie 

opanować całej planety ot, tak sobie, ale bez dwóch zdań przynajmniej trzy rewolucje leŜały na 

pewno w zasięgu moich moŜliwości. Byłem po prostu chodzącym składem śmiercionośnych 

drobiazgów  -  to  chyba  było  najtrafniejsze  określenie  mojej  osoby.  W  dłoni  miałem  mały 

skórzany  neseserek  z  detektorem,  którego  skala  widoczna  była  przez  specjalnie  wycięte 

otwory. 

Wyszedłem tak na miasto i rozpocząłem najnudniejszą, ale zarazem najspokojniejszą - 

jak z początku sądziłem - czynność, którą było oczekiwanie. Trwało to jednak krócej, niŜ się 

spodziewałem. Musieli chyba znów wpaść na jakiś chytry pomysł, gdyŜ detektor zameldował 

stałą  i  dość  długą  emisję.  Jej  kierunek  i  odległość  emitora  miałem  ustalone  juŜ  po  paru 

sekundach i teraz gnałem tam ile sił w nogach. Na poruszanie nie tylko nogami, ale równieŜ i 

szarymi komórkami przyszedł czas, gdy omal nie wpadłem pod cięŜarówkę. 

Mój  cel,  do  którego  tak  pracowicie  przez  cały  czas  dąŜyłem,  prezentował  się  dość 

okazale  -  była  to  kilkunastopiętrowa  konstrukcja  ze  szkła  i  stali,  które  tutaj  nazywają 

background image

”drapaczami  chmur”.  Znajdował  się  on  w  tak  zwanej  dzielnicy  bankowej  i  otoczony  był 

starannie utrzymanym trawnikiem. 

Wszedłem tam, gotów na wszystko. 

Poza tym, rzecz jasna, co nastąpiło. 

Ledwie  znalazłem  się  w  środku,  zatrzasnęły  się  wszystkie  drzwi,  zostały  teŜ  zaraz 

zablokowane, a oni rzucili się na mnie. WSZYSCY. Klienci, obsługa wind, urzędnicy, a nawet 

kioskarz i sprzątaczka. ZbliŜali się do mnie błyskawicznie z lodowatym błyskiem wściekłości 

w oczach. 

Musiałem zostać przez nich namierzony! Musieli wykryć mój detektor, gdy ja szukałem 

ich.  No  i  oczywiście  nie  czekali  spokojnie  na  moje  wyjaśnienia,  których  i  tak  bym  im  nie 

złoŜył. 

Zaatakowali 

pierwsi.

background image

 

 

To  była  zmora  senna,  która  nagle  stała  się  rzeczywistością.  Owszem,  kaŜda  istota 

miewa napady paranoi, kiedy to wydaje się, Ŝe wszyscy są wrogami. Teraz jednak to nie było 

złudzenie. Przez sekundę zmroziło mnie przeraŜenie, a potem spróbowałem walki. 

Tylko Ŝe ta pierwsza sekunda wystarczyła. Gdybym od razu zaczął, jak planowałem, 

zabijać i niszczyć, to mogłoby mi się to wszystko nawet udać. Teraz nie miałem juŜ Ŝadnych 

szans.  Oczywiście,  narobiłem  sporego  nawet  zamieszania  moimi  granatami  i  rozwiązałem 

częściowo moją siedemdziesiątką piątką problem lokalnego przeludnienia, lecz przeciwników 

było zbyt duŜo i byli zbyt blisko. Zostałem dosłownie przywalony całą ich masą, a ręce, które 

mnie łapały, nie były z pewnością dłońmi dobrych samarytan. Tak zatem utrata świadomości, 

która  przydarzyła  mi  się  w  końcu  po  którymś  szczególnie  mocnym  ciosie,  była  istnym 

błogosławieństwem. 

Błogosławieństwo owo nie trwało jednak zbyt długo. Moje zmysły zaatakował ostry ból 

i jeszcze gorszy zapach, które ostatecznie przywróciły mi świadomość. 

Przede mną stał potęŜnie zbudowany, wysoki facet. Przypatrywał mi się natarczywie i 

nie mogłem odwzajemnić mu się tym samym, obraz bowiem pływał mi przed oczami. Dopiero 

gdy jakaś Ŝyczliwa dusza wylała na mnie wiadro wody, mój wzrok w miarę się unormował. 

Facet  dwukrotnie  przewyŜszał  wzrostem  normalnego  człowieka,  a  poniewaŜ 

zbudowany  był  dość  proporcjonalnie,  zasługiwał  na  miano  giganta.  Jego  skóra  miała 

intensywny  ciemnoczerwony  kolor,  oczy  były  skośne  i  teŜ  ciemne,  zęby  wystawały  z 

paszczęki, szczególnie gdy mówił. 

- Z jakiego czasu jesteś? - dobiegł mnie chrapliwy głos, mówiący językiem uŜywanym 

w Korpusie. 

Musiałem drgnąć nieco na te słowa, gdyŜ uśmiechnął się zwycięsko i bez śladu ciepła w 

głosie stwierdził: 

-  Korpus  Specjalny!  Ostatnie  podrygi  zdychającej  ostrygi.  Ilu  was  tu  jest  i  gdzie  są 

pozostali? 

- Znajdą cię - wykrztusiłem. 

Był to jedyny sukces, mizerny zresztą, wobec  całej serii zwycięstw przeciwnika. Nie 

wiedział,  jak  dotąd,  Ŝe  jestem  sam,  a  ta  niewiedza  była  chwilowo  gwarancją  mego  Ŝycia. 

Chwilowo, wiedziałem bowiem, Ŝe nie mam co liczyć w tym towarzystwie na długowieczność. 

background image

Byłem rozebrany, i to fachowo, usunięto mi teŜ wszystkie drobiazgi, które zazwyczaj nosiłem. 

Nie podniosło to mojego morale. 

- Kim ty jesteś? - spytałem go w końcu. 

Zamiast  odpowiedzi  uniósł  obie  pięści,  naśladując  gest  wiktorii.  Na  ten widok  słowa 

same jakoś wypłynęły mi z ust. 

- Jesteś szaleńcem! 

- Oczywiście! - wrzasnął. - Tacy właśnie jesteśmy i chociaŜ raz juŜ nas za to zabili, nie 

uda  im  się  tego  powtórzyć.  Tym  razem  to  my  zwycięŜymy,  niszcząc  wszystkich  naszych 

wrogów, zanim jeszcze zostaną narodzeni, i wypełniając tym samym przeznaczenie. Spełnimy 

przekleństwo, które ciąŜy nad tym światem. 

Przypomniałem sobie, co Coypu mówił o zniszczeniu Ziemi, ale zanim odtworzyłem 

wszystko w pamięci, jego ryk ponownie wypełnił mi uszy. 

- Zabrać go! Najpierw się z nim pobawię, a potem wyciągniecie z jego mózgu wszystkie 

informacje. Wszystkie! 

Kiedy wywleczono mnie z pokoju, wiedziałem, Ŝe mogę tylko czekać na moment, gdy 

w pobliŜu będzie paru spośród nich. W tłumie nie miałbym Ŝadnej szansy. 

Okazja  zdarzyła  się,  gdy  moi  prześladowcy  przekazali  mnie  osobnikom  w  białych 

fartuchach. Odbyło się to przy licznych wymyślaniach i poszturchiwaniach, i to nie pod moim 

adresem. Między sobą nienawidzili się równie mocno, jak nie cierpieli mnie. Czysty obłęd! 

Miałem  juŜ  tylko  jedną  szansę  i  musiałem  ją  wykorzystać,  jeśli  miałem  w  ogóle  coś 

zrobić. Drzwi zostały zamknięte, moje nogi przymocowane do stołu, a trzech gości zamierzało 

to samo zrobić z resztą mojej osoby. Oprócz tego w pokoju było jeszcze dwóch, lecz odwrócili 

się  do  mnie  plecami,  zajęci  aparaturą.  Wysunąłem  dolną  szczękę  do  przodu  i  z  całej  siły 

nadgryzłem ostatni ząb. 

Była  to  moja  broń  ostateczna;  broń,  której  nigdy  dotąd  nie  uŜyłem.  Normalnie  rzecz 

biorąc,  w  przeciętnych  warunkach  sięganie  po  nią  było  bez  sensu.  Zbytnie  spustoszenie 

powodowała w organizmie, by mogły to wyrównać największe nawet sukcesy. Normalnie. Ale 

ta sytuacja nie była normalna. 

WydrąŜony  ząb  pękł  i  parę  kropli  cieczy,  którą  zawierał,  spłynęło  mi  prosto  do 

przełyku.  Ból  był  potworny,  i  to  nawet  przy  zastosowaniu  środka  znieczulającego,  który 

stanowił jeden ze składników mikstury. Zrobili ją ludzie Coypu na moje wyraźne Ŝyczenie i jak 

dotąd testowana była jedynie na zwierzętach. Zawierała wszystkie znane stymulatory, łącznie z 

nowym rodzajem synergatora, który wyzwalał w ciele ludzkim histeryczną siłę. 

Czas  zwolnił.  ZauwaŜyłem,  Ŝe  faceci  w  kitlach  poruszają  się  wkoło  mnie  dziwnie 

background image

ś

lamazarnie, i wiedziałem, Ŝe nadszedł właściwy moment. 

Obie ręce przyciskali mi do stołu rośli faceci i widać było, Ŝe wkładają w to sporo serca, 

ale mimo to nie sprawiło mi kłopotu podniesienie ich jednym ruchem z podłogi tak, Ŝe zderzyli 

się głowami. Cisnąłem ich na tego, który gmerał przy moich nogach. Usiadłem, zanim jeszcze 

zdąŜyli  opaść  wszyscy  na  podłogę,  i  złapałem  stalową  obręcz  przyciskającą  moje  kolana  do 

blatu. Najprościej było wyrwać ją i to właśnie zrobiłem. Pozostali obecni w pokoju obracali się 

jeszcze ku mnie, gdy skończyłem. Jeden dostał dłonią w szyję i coś tam chrupnęło, drugiego 

trzasnąłem na odlew, posyłając go w środek spoczywającej na podłodze kompozycji ciał. Teraz 

poza mną w pokoju nie ruszało się juŜ nic, toteŜ do głosu doszło logiczne myślenie. 

NaleŜało stąd pryskać, lecz nie na golasa. PoniewaŜ moje ubranie zostało rozdarte na 

strzępy, rozebrałem jednego z moich niedoszłych oprawców. Trwało to trochę, lecz w końcu 

wyszedłem w sensownym stroju na korytarz. 

Droga  do  wyjścia  wiodła  po  śladach  podróŜy  w  tamtą  stronę  i  nie  miałem  Ŝadnych 

problemów  z  jej  przebyciem.  Wszyscy  inni  mieli  natomiast  spore  problemy,  by  mnie 

zauwaŜyć. Nawet wtedy gdy przystanąłem przy długim stole, wokół którego kręciła się spora 

gromadka  tych  przyjemniaczków  zajętych  moim  starannie  rozłoŜonym  na  blacie 

wyposaŜeniem. Zupełnie jakby to była wystawa. Gdyby nie powaga chwili, na pewno bym się 

uśmiechnął. 

OstroŜnie,  by  nikomu  nie  przeszkodzić,  sięgnąłem  po  wiązkę  granatów  gazowych  i 

filtry. To był faktycznie szybko działający gaz. Nawet ci, którzy coś zauwaŜyli, nie mieli dość 

czasu, by poinformować innych. Powietrze nadal było pełne oparów, gdy z pistoletem w dłoni 

rozwaliłem drzwi do sąsiedniego pomieszczenia. 

-  TY!?  -  ryknął,  prostując  swe  olbrzymie  ciało,  gdy  w  koło  walili  się  na ziemię  jego 

pomocnicy. 

Gaz  był  naprawdę  dobry,  co  widać  było  po  innych,  ale  on  jakimś  cudem  zdołał  się 

pozbierać  i  robił  nawet  wyraźne  wysiłki,  by  mnie  dosięgnąć.  Uspokoiłem  go  wcale  nie 

najlŜejszym  stuknięciem  kolbą.  Przywiązałem  go  do  krzesła,  sprawdziłem,  co  nowego  na 

tyłach, i gdy ponownie na niego spojrzałem, spostrzegłem, Ŝe nadal jest przytomny. 

- Kim ty właściwie jesteś, do cholery? - wyrwało mi się. - Co z ciebie za człowiek? 

-  Jestem  tym,  który  rządzić  będzie  przez  wieki.  Umysłem,  który  nigdy  nie  zginie. 

Uwolnij mnie! 

Oczywiście  był  obłąkany.  I  dziwny  był  ten  obłęd,  w  którym  znać  było  wewnętrzny 

porządek. Co gorsza, był to zapewne obłęd zaraźliwy. 

- Długie panowanie, ale niezbyt wygodne - stwierdziłem. - Dopóki nie wyleczysz się 

background image

pan z tego oparzenia słonecznego, to nie ma rady, przejemniaczku... 

Zamknąłem się. Dopiero teraz miałem okazję dokładniej go sobie obejrzeć. Całe jego 

ciało pokryte było bliznami i szwami. Sztuczne ciało, poskładane ze skradzionych części, które 

dobra chirurgia połączyła w jedno. Przez cały czas, gdy mówił - a nadawał bez chwili przerwy 

o sobie i o sobie podobnych - moja uwaga skupiała się na systemie wentylacyjnym, do którego 

wpuściłem dość gazu, by uśpić pułk piechoty. Tyle tylko, Ŝe mogło ich tu być więcej niŜ pułk. 

Gdy  wszedłem  do  gabinetu,  ujrzałem  zielonkawe  migotanie  time-helixu  i 

uśmiechnąłem się do siebie. 

- Jeden dobrze ulokowany ładunek i nastąpi ostatni występ tak aparatury, jak i naszego 

czerwonego brata - poinformowałem go uprzejmie. 

Zamiast wybuchu dobrze ulokowanego ładunku nastąpił jednak równie dobry sierpowy 

i, ku mojemu wyraźnemu 

zaskoczeniu, znalazłem się na ścianie. Musiałem najwidoczniej ocenić jego moŜliwości 

z taką samą dokładnością, z jaką on ocenił moje parę minut wcześniej. 

Poruszał się błyskawicznie. Zanim podniosłem broń, był juŜ przy aparaturze. Ale kule 

są  szybsze.  Trafiłem  go,  gdy  spirala  energii  zaczynała  się  dopiero  rozwijać.  Fontanna  krwi 

buchnęła z jego klatki piersiowej. Zniknął jednak, a ja nie wiedziałem, dokąd się udaje. 

Powinien juŜ być martwy, ale nie zamierzałem powtórnie popełniać tego samego błędu 

i oceniać go zgodnie z kryteriami stosowanymi wobec innych ludzi. Maszyneria przepaliła się, 

nie  wytrzymując  przeciąŜenia,  a  zatem  nie  byłem  juŜ  w  stanie  niczego  się  z  tego  źródła 

dowiedzieć. Na dodatek zaczęły przepływać przeze mnie pierwsze fale bólu i zmęczenia. Był to 

najlepszy dowód, Ŝe moje narkotyki z wolna przestawały działać. 

A  tu  trzeba  było  jeszcze  pozbierać  ekwipunek  i  dotrzeć  z  nim  do  hotelu,  i  to  dość 

szybko, by zacząć skuteczną kurację własnej osoby. 

W  trakcie  zbierania  mojej  własności  doszedłem  do  wniosku,  Ŝe  najprawdopodobniej 

dostępne  są  tu  wszystkie  materiały  potrzebne  do  zbudowania  time-helixu,  a  sposób  jego 

zmontowania mam przecieŜ na małym czarnym dysku spoczywającym w kieszeni. Co prawda, 

będę potrzebował znacznie więcej gotówki, ale na to przecieŜ zawsze znajdzie się sposób. 

Pokrzepiony 

tymi 

miłymi 

perspektywami, 

opuściłem 

niegościnny 

lokal.

background image

 

9

 

 

Z nonszalancją niosłem moją dyplomatkę, a w niej - standardową zawartość: granaty, 

bomby,  materiały  wybuchowe,  spluwa,  moŜe  dwie.  Ot,  normalne  artykuły  handlowe. 

Trzymałem  się  prosto,  z  ramionami  odciągniętymi  do  tyłu,  krok  miałem  pewny  na  równi  z 

przekonaniem, Ŝe gdzie jak gdzie, ale w biurze płatnika gotówki nie zabraknie. Cokolwiek by 

powiedzieć, chociaŜ tyle byłem winien nowiutkiemu mundurowi komandora US Navy. 

- Dzień dobry - warknąłem, zamykając za sobą drzwi przedsionka kasy i jednocześnie 

blokując je trzymanym dyskretnie w dłoni drobiazgiem. 

- Yes, sir. 

Siedzący  za  biurkiem  sierŜant  sztabowy  odpowiedział  uprzejmie,  ale  widać  było,  Ŝe 

pochłonięty jest piętrzącymi się na jego biurku sprawami i Ŝe makulatura ta waŜniejsza jest dla 

niego  niŜ  moja  osoba.  Drzwi  do  sąsiedniego  pokoju  były  uchylone,  tak  Ŝe  mogłem  rzucić 

okiem na otwarty akurat sejf. Wyglądał ślicznie i kolorowo. PołoŜyłem walizeczkę na biurku. 

-  Czytałem  niedawno  o  tym  -  stwierdziłem  -  jak  efektywnie  radzi  sobie  wojsko  ze 

zdobyciem miliona czy dwóch, gdy są potrzebne. Przyznaję, Ŝe jestem pełen podziwu dla tej 

operatywności. - Przy tych słowach odblokowałem zamki walizeczki. 

- Aye, aye, sir - mruknął sierŜancina, licząc coś zawzięcie na kalkulatorze. 

- Myślałem, Ŝe moŜe was to zainteresuje. Powiem tylko krótko, co mnie tu sprowadza. 

Pomyślałem sobie, Ŝe przy tak wzorowej zaradności znajdzie się tu trochę gotówki i dla mnie. I 

to jest właśnie powód, dla którego zamierzam was zastrzelić, sierŜancie. 

Na  to  w  końcu  zareagował.  Poczekałem  uprzejmie,  aŜ  oczy  wyjdą  mu  z  orbit,  a 

rozwarcie  szczęk  osiągnie  maksimum,  i  pociągnąłem  za  spust  długolufowego  pistoletu.  Z 

cichym  pstryknięciem  wypluł  ładunek,  lecz  zajęło  to  jednak  parę  sekund  i  reszta 

zgromadzonego w okolicy personelu miała czas, by  coś zauwaŜyć.  Zanim zdąŜyli właściwie 

zareagować,  uspokoiłem  ich  po  kolei  moją  nową  zabawką.  Na  koniec  wsadziłem  głowę  do 

sąsiedniego pokoju i zawołałem: 

- Ho, ho, widzę pana, kapitanie! 

Odwrócił się z jakimś przekleństwem na końcu języka, ale natychmiast wbiłem mu igłę 

pod  ucho.  Spoczął  na  ziemi  równie  szybko  jak  pozostali.  Mój  narkotyk  był  skuteczny  i 

piorunujący w działaniu. 

Za  moimi  plecami  rozlegało  się  teraz  niezbyt  melodyjne,  lecz  miłe  dla  ucha 

pochrapywanie. A przede mną piętrzyły się pliki zielonkawych banknotów. Nie tracąc czasu ot-

background image

worzyłem  torbę  i  wyjąłem  pierwszy  z  nich.  W  tym  momencie  szyba  w  najbliŜszym  oknie 

rozleciała się z brzękiem, a z powstałej w ten sposób dziury bluznęła w moim kierunku seria. 

Tyle  tylko,  Ŝe  mnie  juŜ  nie  było  na  linii  ognia.  Gdyby  strzelano  przez  szkło,  byłbym  juŜ 

elegancko  podziurawiony  ołowianymi  pociskami,  których  uŜywali  tubylcy.  Rozbicie  szyby 

dało mi ten ułamek sekundy, na który mogłem liczyć i na którego wykorzystanie zawsze byłem 

przygotowany. 

Przewrót przez plecy i juŜ toczyłem się ku drzwiom, ściskając w obu dłoniach granaty 

gazowe i dymne. Rzucone, eksplodowały prawie bezgłośnie i wnętrze pomieszczenia przestało 

być widoczne dla spojrzeń z zewnątrz. Rzuciłem następne granaty i ogień ustał. 

Na podobieństwo dobrze ukształtowanego węŜa podczołgałem się do sejfu i mając go 

między sobą a oknem, zacząłem na oślep ładować pieniądze do torby. Nie zamierzałem ich tu 

zostawiać.  To,  Ŝe  odkryto  moją  obecność  nie  stanowiło  Ŝadnego  powodu.  Śmiertelne 

niebezpieczeństwo to nie usprawiedliwienie. Jeśli nie wyjdę z tego cało, to i tak nie zrobi to 

róŜnicy, ale jeŜeli się uda, to powinna mnie spotkać za ten trud jakaś nagroda. 

Pchając  bagaŜ  przed  sobą,  poczołgałem  się  ku  drzwiom  i  byłem  juŜ  na  najlepszej 

drodze, aby je uchylić, gdy na zewnątrz ryknął megafon: 

- Wiemy, Ŝe tam jesteś. Wyjdź z rękami w górze, albo rozwalimy tę budę. Budynek jest 

otoczony. Nie masz Ŝadnych szans! 

Dym się przerzedził i zerkając przez okno mogłem się przekonać, Ŝe głos nie łŜe. Wokół 

była  masa  cięŜarówek  (z  kwadratowoszczękimi  -  jak  nakazywała  wyobraźnia  -  członkami 

Military  Police)  i  jeepów,  na  których  zamontowano  wielkokalibrowe  kaemy  na  obrotowych 

podstawach. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądało to na dobrze przygotowany komitet powitamy. 

-  Nigdy  nie  weźmiecie  mnie  Ŝywego!  -  ryknąłem  siejąc  na  prawo  i  na  lewo  tak 

granatami dymnymi, jak i ładunkami wybuchowymi. Korzystając z zamieszania, wywaliłem 

jeszcze spory kawał tylnej ściany i przepełznąłem do chrapiącego nadal sierŜanta. 

Na dotyk sądząc, musiał mieć za sobą słuŜbę o imponującym przebiegu. Pasków miał 

więcej  od  szanującego  się  tygrysa,  a  naszywki  na  rękawie  sięgały  łokcia.  Błyskawicznie 

pozbyłem  się  swojej  kurtki  mundurowej  i  włoŜyłem  jego  bluzę.  Ten  handel  wymienny 

uzupełniłem  jeszcze  czapkami  i  juŜ  byłem  gotów.  Ci  na  zewnątrz  wiedzieli  o  mnie 

zdecydowanie zbyt duŜo, ale z tej wiedzy moŜna było zrobić teŜ inny uŜytek i wykorzystać ją 

przeciwko nim. Wsunąłem broń do kieszeni, złapałem torbę i otworzyłem drzwi. 

-  Nie  strzelać!  -  wrzasnąłem,  wytoczywszy  się  na  świeŜe  powietrze.  Stanowiłem 

idealny cel na tle czarnego dymu. - Nie strzelać! On ma mnie na muszce! 

Starałem  się  wyglądać  na  przeraŜonego,  co  nie  było  specjalnie  trudne,  biorąc  pod 

background image

uwagę  ową  małą  armię  celującą  w  moją  osobę.  Miałem  wraŜenie,  Ŝe  na  brzuchu  ktoś 

wymalował mi tarczę strzelecką, ale dziwnym zaiste i szczęśliwym trafem nikt nie pociągnął za 

spust.  Zrobiłem  jeszcze  krok  do  przodu,  obejrzałem  się  lekko  przez  ramię  i  dałem  susa  ze 

schodów. 

- Strzelajcie, dostaniecie go! - ryknąłem. 

Zachęta była ostatnią rzeczą, której potrzebowali. Entuzjazmu mieli aŜ w nadmiarze. 

Frontowe drzwi, podobnie jak i wszystkie szyby, zniknęły rozpylone w proszek przez setki kul 

niemal natychmiast po moim okrzyku. Sama ściana zaczynała przypominać swoim wyglądem 

wybrakowany ser szwajcarski, w którym liczba dziur przewyŜszała wszystko inne. 

- Mierzyć wysoko! - krzyknąłem, czołgając się do najbliŜszego jeepa. - Nasi chłopcy są 

na podłodze! 

Strzelali wysoko i byli na najlepszej drodze do oddzielenia

 

dachu od reszty budynku, 

gdy zbliŜył się do mnie oficer. Osunął się na ziemię. Zaraz po tym, rzecz jasna, jak rozdusiłem 

mu pod nosem ampułkę z gazem. 

- Trafili porucznika! - krzyknąłem, pakując torby i jego bezwładne ciało na tył jeepa. - 

Trzeba go stąd zabrać! 

Kierowca  musiał  być  rzadkim  typem  tępego  słuŜbisty,  bo  ledwie  miałem  czas,  aby 

zabrać się z nimi. Nie ujechaliśmy jeszcze pięciu jardów, gdy strzelec dołączył do porucznika. 

Wkrótce ich grono powiększył kierowca. Z nim było najtrudniej, gdyŜ wyciągniecie ciała zza 

kierownicy jadącego samochodu nie naleŜy do lekkich rozrywek, lecz w końcu zająłem jego 

miejsce. Wdusiłem gaz do dechy i zerknąłem w lusterko. 

Trzeba  przyznać,  Ŝe  zorientowanie  się  w  sytuacji  nie  zabrało  im  zbyt  wiele  czasu. 

Prawdę  mówiąc,  pierwszy  wóz  ruszył  za  mną,  ledwo  zająłem  się  kierowcą.  Skręciłem 

gwałtownie za róg, posyłając pluton tuptających zapamiętale chłopców w róŜne strony świata 

w  poszukiwaniu  ukrycia,  i  obejrzałem  się.  Wyglądało  to  imponująco  -  coś  ze  trzydzieści 

pojazdów  róŜnej  maści,  od  cięŜarówek  po  motory,  gnało  za  mną  na  złamanie  karku.  Ta 

przeklęta  popularność!  Gdziekolwiek  by  się  ruszył  Jim  di  Griz,  zbawca  ludzkości,  tłumy 

zawsze podąŜają za nim! 

Skręciłem  ku  potęŜnemu  hangarowi  zastawionemu  helikopterami.  Jazda  między 

rzędami maszyn naleŜała do najbardziej podniecających momentów ucieczki. Nagłe omal nie 

zahamowałem. Helikoptery? Czemu nie? Byłem ostatecznie w Bream Field, uznawanym tu za 

helikopterową stolicę świata. Skoro umieli je robić, to z całą pewnością umieli na nich latać. A 

jak znałem Ŝycie, to obecnie cała stacja musiała być szczelnie odcięta od świata. Trzeba było 

pomyśleć o innej drodze ucieczki niŜ lądowa i ja właśnie to zrobiłem. Przed sobą miałem płytę 

background image

postojową, na której parkowała pękata maszyna z wolno obracającym się wirnikiem. Z piskiem 

opon  zatrzymałem  się  tuŜ  przed  szeroko  otwartymi  drzwiami  w  kadłubie,  po  czym 

błyskawicznie  wrzuciłem  tam  worki  z  gotówką.  W  tym  samym  momencie  cięŜki  but  podjął 

wysiłek, by zetknąć się z moją głową. 

Oczywiście byli zaalarmowani. I to tak, Ŝe zapewne wszyscy w promieniu stu mil, poza 

głuchymi i sparaliŜowanymi, gotowali się, by mnie ująć. Z wolna stawało się to nudne. 

Musiałem schylić się przed ciosem, złapać but i zacząć szarpać się z jego właścicielem, 

gdy tymczasem horda moich prześladowców zbliŜała się juŜ z rykiem klaksonów. Właściciel 

buta  wiedział  zbyt  duŜo  o  tego  typu  przepychankach,  toteŜ  połoŜyłem  kres  tej  zabawie 

uŜywając igły z narkotykiem. Wrzuciłem jego bezwładne ciało do środka, potem dodałem kilka 

granatów  i  na  końcu  moją  osobę.  Nie  chcąc  przeszkadzać  pilotowi,  który  zaŜywał  właśnie 

drzemki  w  fotelu,  zająłem  stanowisko  drugiego  pilota  i  wytrzeszczyłem  oczy  na  to,  co 

rozciągało się przede mną w całej swej niklowanej wspaniałości, czyli tablicę przyrządów. 

Jeśli czegoś tu brakowało, to z pewnością nie były to zegary ani dźwignie. Przez czysty, 

kretyński przypadek znalazłem od razu te, które były mi potrzebne. Tyle tylko, Ŝe do tego czasu 

i tak zostałem otoczony wianuszkiem pojazdów, z których wysuwali lufy tępaki z MP, a paru 

walczyło  zajadle  o  przywilej  wejścia  do  kabiny.  Uspokoiłem  ich  gazem,  sprawiedliwie 

traktując tych w maskach przeciwgazowych, jak i tych, którzy ich nie mieli. Poczekałem, aŜ 

będę miał pełny przedział desantowy, i otworzyłem przepustnicę. 

Z pewnością widziano tu juŜ lepsze starty, ale -  jak twierdził mój dawny instruktor - 

kaŜdy  sposób  znalezienia  się  w  powietrzu  jest  satysfakcjonujący.  Maszyna  kołysała  się  jak 

uczuciowy alkoholik i kątem oka dostrzegłem, jak pozostali w dole szukają panicznie osłony. 

Odniosłem jeszcze wraŜenie, Ŝe koło stuknęło w plandekę jednej z cięŜarówek, ale to chyba 

tylko moja przemęczona wyobraźnia. 

A potem płynąłem juŜ w powietrzu i miałem wreszcie trochę samotności. Skierowałem 

dziób maszyny nad ocean, na południe. 

Wybór miejsca akcji nie był przypadkowy - Bream Field leŜy mniej więcej w najniŜej 

połoŜonym zakątku Kalifornii, z jednej strony graniczy z Pacyfikiem, z drugiej z Meksykiem. 

PoniewaŜ nie miałem ochoty przebywać dłuŜej w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, 

było to dla mnie miejsce nader wygodne. Bodźca dodał mi fakt, Ŝe - według mojego rozeznania 

- większość helikopterów marynarki i armii podąŜała za mną i obawiałem się, Ŝe w krótkim 

czasie mogą dołączyć do nich myśliwce. Meksyk był tymczasem niezaleŜnym państwem i tam 

nie będą mogli za mną lecieć, miałem przynajmniej taką nadzieję. Zresztą, jakkolwiek by było, 

z  pewnością  w  takim  przypadku  pojawia  się  zawsze  masa  komplikacji  prawnych,  a  zanim 

background image

zostaną one rozwiązane, ja juŜ będę daleko. 

Rozmyślając  tak  sobie,  szukałem  jednocześnie  autopilota,  co  po  paru  omyłkach  w 

końcu mi się udało. Byliśmy właśnie nad granicą i po paru chwilach posuwaliśmy się juŜ nad 

plaŜą  stanowiącą  terytorium  państwa  Meksyk;  z  całą  tą  powietrzną  armadą  o  sekundy  za 

ogonem. Sekundy zaś były wszystkim, czego potrzebowałem. Skierowałem maszynę nisko nad 

wodę. Ocean był z trzydzieści stóp pode mną, powierzchnia burzyła się pod wpływem wichury 

wytwarzanej przez wirnik. Wyrzuciłem torby i dałem pilotowi zastrzyk. Zaczynał juŜ mrugać 

oczami, gdy włączywszy autopilota na lot po prostej, skoczyłem w ślad za torbami. 

O  mały  włos  udałoby  mi  się  popełnić  dość  skomplikowaną  odmianę  samobójstwa. 

Maszyna  szła  pełnym  ciągiem,  przez  co  przekręciło  mnie  w  powietrzu  i spadłem  na  wodę  z 

wdziękiem  i  gracją  bryły  cementu.  Opiłem  się  solidnie,  ale  jakimś  cudem  wypłynąłem  i 

rąbnąłem głową w jedną z toreb. 

Woda była zimniejsza, niŜ sądziłem, toteŜ zaraz złapał mnie skurcz. Całe szczęście, Ŝe 

unoszący się spokojnie bagaŜ dawał mi jakieś oparcie. Dzięki niemu zdołałem dostać się i do 

drugiej torby i w tym właśnie momencie przeleciała nade mną, na podobieństwo wkurzonych 

aniołków, cała ścigająca mój helikopter armada. 

Pewien byłem, Ŝe nikt nie fatygował się spoglądaniem na wodę. Wszystkie oczy wbite 

były  w  znikający  na  południu  helikopter,  który  przed  chwilą  byłem  łaskaw  opuścić.  Nagle 

pojawił  się  nad  nim  deltoskrzydły  myśliwiec  i  maszyna  zaczęła  powoli,  ale  niepewnie 

zakręcać. Miałem zdecydowanie mniej czasu, niŜ sądziłem jeszcze przed kilkoma minutami. 

Skurcz stał się dokuczliwy i zanim się zorientowałem, znalazłem się znów pod wodą - 

tylko po to zresztą, by stanąć na piasku. Parskając i klnąc wygramoliłem się na plaŜę; idealne 

miejsce, by się ukryć, szczególnie przed poszukiwaniami prowadzonymi z powietrza. 

Wprawdzie do tej pory jeszcze się nie zaczęły, lecz nie miałem wątpliwości, Ŝe do nich 

dojdzie.  Wyjąłem  klasyczny  granat,  odbezpieczyłem  go  i  włoŜyłem  do  dołka  naprędce 

wygrzebanego  w  piasku.  Gruchnęło  mocno,  wzbijając  w  koło  fontannę  piasku  i  wywalając 

dziurę akurat na moje potrzeby. Wrzuciłem w nią bagaŜ i rzeczy, z których rozdziałem się zgoła 

błyskawicznie, i gorączkowo zacząłem to wszystko zasypywać. Gdy pierwsza z poszukujących 

maszyn znalazła się nade mną, leŜałem sobie spokojnie, rozkoszując się słońcem - ot, jak jeden 

z wielu w okolicy pływaków. 

Odegrałem  naleŜytą  komedię  z  gapieniem  się  w  górę,  po  czym  maszyna  zniknęła  w 

oddali. Nie na długo. Ten, który objął dowodzenie obławą, był nawet inteligentny. Helikoptery 

rozdzieliły  się  i  zaczęły  powolne  przeczesywanie  plaŜy  i  przybrzeŜnych  wód,  bez  wątpienia 

posługując  się  porządnymi  lornetkami,  które  mogłyby  wypatrzyć  kraba  na  wydmie. 

background image

Zdecydowałem,  Ŝe  czas  na  kolejną  dawkę  pływania.  Musiałem  przy  tym  wykazać  sporo 

samozaparcia,  woda  była  bowiem  bardzo  zimna.  Gdy  znów  nadleciały  helikoptery,  było  ze 

mnie widać tylko czubek głowy i czerwone majtki, które głupim trafem miałem akurat na sobie. 

Jedna  z  maszyn  zniŜyła  się  nawet  i  zawisła  nade  mną,  na  co  zareagowałem 

wygraŜaniem  pięścią  i  solidną  wiązanką.  Po  chwili  szum  helikopterów  ucichł  w  oddali.  Z 

trudem wylazłem na brzeg i z przyjemnością rozłoŜyłem się na piasku. 

Wszystko to byłoby nader ładne, wręcz piękne, tylko jak, do cholery, mam się teraz stąd 

wydostać?

background image

 

10 

 

Gdy helikoptery zniknęły w oddali, skończyło się wylegiwanie. Niczym stuknięty kret 

odkopywałem to, co przed chwilą pracowicie zagrzebywałem. Przeniosłem cały majdan daleko 

poza linię przypływu. Następny granat, następny wysiłek i znowu wszystko porządnie ukryłem. 

Oczywiście,  oprócz  spodni,  butów  i  koszuli,  z  której  usunąłem  to,  co  miało  jakikolwiek 

związek  z  armią,  a  na  dodatek  zmieniłem  ją  paroma  cięciami  w  całkiem  sportowy 

przyodziewek.  RozłoŜyłem  rzeczy,  by  przeschły,  i  wziąłem  dokładne  namiary  na  okoliczne 

punkty krajobrazowe, aby w przyszłości nie przekopywać całej plaŜy. Wreszcie ubrałem się i 

ruszyłem ku oddalonej o paręset jardów drodze. 

Szczęście mnie nie opuszczało, gdyŜ ledwie się na nią wdrapałem, pojawiła się machina 

ś

redniej wielkości na niezwykle wysokich kołach, z dwoma obdartusami w środku. Uniosłem 

kciuk w uniwersalnym geście, odpowiedział mi szczęk hamulców i zapraszający gest. 

- Chłopie, wyglądasz na mokrego! - przywitał mnie jeden. 

- Chłopie, kąpiel na kacu to jest to! - odparłem. 

- Trzeba będzie spróbować - zgodził się kierowca i ruszyliśmy przed siebie. 

Po paru minutach minęły nas dwa czarne sedany z błyskającymi światłami i potęŜnymi 

napisami POLICJA na burtach. Nie trzeba być wybitnym lingwistą, aby zrozumieć znaczenie 

tego napisu, toteŜ nie byłem bynajmniej zmartwiony ich szybkim zniknięciem. 

Moi  nowi  kumple  wysadzili  mnie  w  mieścinie  zwanej  Tijuana,  gdzie  poszukałem 

kafejki, siadłem ze szklanicą tequili na werandzie i zrozumiałem, Ŝe właśnie uciekłem z dobrze 

zaplanowanej pułapki. 

Bo bez dwóch zdań to była pułapka! 

Te wszystkie karabiny maszynowe i pojazdy nie spadły zza chmurki, a jest rzeczą raczej 

mało prawdopodobną, aby taka siła została postawiona na nogi przypadkowym alarmem i to w 

tak błyskawicznym czasie. Tym bardziej Ŝe po krótkiej analizie własnego postępowania pewien 

byłem, iŜ ja tego wszystkiego nie wywołałem. Skąd zatem wiedzieli, co ma nastąpić? 

Ano z prostego powodu - jakiś dowcipny facet, który podróŜował w czasie, przeczytał 

sobie gazety wydane po tym incydencie, po czym cofnął się nieco i ostrzegł ich. 

Dokładnie tego się spodziewałem, co nie znaczy oczywiście, Ŝe cokolwiek mi się w tym 

numerze  podobało.  Lecz  kryła  się  pod  tym  jeszcze  jedna,  najistotniejsza  sprawa.  ON  Ŝył. 

Zniszczyłem  jego  radosną  twórczość  w  roku  1975,  załoŜył  więc  nową  bazę:  potęŜniejszą, 

background image

dobrze ukrytą i oddaloną. On i jego rozkoszni szaleńcy chcieli kontrolować całą historię, cały 

czas  i  byli  na  najlepszej  do  tego  drodze,  zwłaszcza  Ŝe  zlikwidowali  juŜ  Korpus  Specjalny, 

jedyną  organizację  przyszłości,  która  byłaby  w  stanie  ich  powstrzymać.  Albo  raczej  prawie 

zlikwidowali,  gdyŜ  pozostałem  jeszcze  ja,  z  moją  obłędną  misją  przerzutową  i  zadaniem 

likwidacji likwidatorów. Zresztą, udało mi się to juŜ w 99,9 procent. I tylko ta drobna jedna 

dziesiąta  procenta  powodowała,  Ŝe  całą  robotę  trzeba  było  teraz  zaczynać  od  początku.  Ten 

facet  musiał  mieć  pancerną  bieliznę.  Następnym  razem  uŜyję  czegoś  mocniejszego,  bomby 

atomowej w jego śniadaniu na przykład. A więc do roboty! 

Sprawa wynajęcia samochodu i wykopania gotówki juŜ następnego dnia nie nastręczyła 

Ŝ

adnych problemów, nie licząc faktu, Ŝe ułoŜyłem do snu paru typków w prochowcach. Było to 

zajęciem  czysto  samarytańskim,  zwaŜywszy  na  ich  niewyspanie  po  całonocnym 

wytrzeszczaniu oczu na pustą plaŜę. 

Przerzucenie  tego  naboju  do  Stanów  okazało  się  jeszcze  łatwiejsze  i  przed  dwunastą 

byłem juŜ w biurze Whizzer Electronics Inc. w San Diego. PotęŜne laboratorium oraz malutkie 

biuro i tępy recepcjonista byli w takim stanie, w jakim je zostawiłem. Moja rola chwilowo się 

kończyła. Teraz przyszła kolej na profesora Coypu. 

-  Rozumiesz,  profesorze?  -  spytałem  małe  czarne  pudełko  z  jego  nazwiskiem  na 

wieczku. - Wszystko jest gotowe i czeka na ciebie. Najlepszy sprzęt, jaki moŜna tu dostać za 

kradzioną  gotówkę.  Najnowsze  wyniki  i  efekty  badań,  zapas  surowców  i  katalogi  zakładów 

chemicznych,  fizycznych  laboratoriów  i  centrów  elektronicznych.  Konto  bankowe  z 

wystarczającą sumą, by wykupić połowę tego miasta. Lekcje tutejszego języka, czeki in blanco, 

historia  tego  wszystkiego,  co  się  wydarzyło.  Teraz  do  dzieła,  i  obchodź się  delikatnie  z  tym 

ciałem - to jedyne, jakie mam, i jestem doń raczej przywiązany. 

Zanim  zdąŜyłem  się  rozmyślić,  połoŜyłem  się  na  łóŜku  i  przekręciłem  włącznik 

skrzynki pamięciowej. 

- Co się stało? - spytał Coypu wewnątrz mego mózgu. 

- DuŜo. Jesteś w moim umyśle, nie zrób więc czegoś głupiego. 

- Bardzo interesujące. Faktycznie, to twoje ciało. Pozwól mi poruszyć tym ramieniem. 

Praktycznie rzecz biorąc, to czy nie przeszedłbyś się na spacer, a ja się tu trochę rozejrzę? 

- Nie jestem pewien, czy mam na to ochotę. 

- No cóŜ, nie masz innego wyjścia. Do zobaczenia. 

- Nie!!! 

Ale  mój  rozpaczliwy  wrzask  nie  miał  i  tak  Ŝadnego  znaczenia,  gdyŜ  moja  dłoń  - 

sterowana przez umysł Coypu - przekręciła wyłącznik... 

background image

Czas 

mijał 

tak 

wolno. 

Czarne  pudełko  z  napisem  ”Coypu”  leŜało  na  mojej  dłoni,  a  palce  drugiej  ręki 

spoczywały  na  wyłączniku.  Pamięć  mi  wróciła  i  rozejrzałem  się  za  krzesłem.  W  końcu 

spostrzegłem,  Ŝe  juŜ  siedzę.  W  pamięci  pozostały  tygodnie  wytęŜonej  pracy,  na  dłoniach 

przybyło blizn. Stojący na stole magnetofon oŜył i w pokoju rozległ się głos Coypu. 

-  Na  wstępie  rada:  nie  rób  tego  ponownie.  Nie  pozwól,  aby  moja  pamięć  objęła  raz 

jeszcze władzę nad twoim ciałem, gdyŜ pamiętam wszystko, włącznie z tym, Ŝe juŜ nie istnieję 

i Ŝe poza tym, co tkwi zamknięte w tym pudełku, nie ma mnie wcale. Gdy przekręcę wyłącznik, 

będzie to równoznaczne z popełnieniem samobójstwa, a ja nie miewam manii prześladowczych 

tego  rodzaju.  Niezwykle  trudno  jest  przekręcić  ten  wyłącznik,  lecz  sądzę,  Ŝe  będę  w  stanie. 

Zrobię to teraz, wątpię jednak, bym był zdolny uczynić to ponownie. Jak juŜ powiedziałem, nie 

rób tego powtórnie. UwaŜaj! 

-  UwaŜam,  uwaŜam!  I  tak  tego  nie  zrobię  -  mruknąłem,  nalewając  sobie  podwójną 

porcję whisky. 

Coypu zostawił barek równie dobrze zaopatrzony, jak ja przed... no, przed tym. Zawsze 

uwaŜałem, Ŝe to porządny chłop. 

-  Do  rzeczy!  -  ciągnął  tymczasem  magnetofon.  -  Gdy  zacząłem  badania,  stało  się 

oczywiste, dlatego ci obłąkańcy wybrali tę konkretną epokę. Społeczeństwo, które dopiero co 

wkroczyło  w  erę  technologiczną  i  ma  jeszcze  umysły  otępiałe  średniowieczem,  to  idealny 

podkład  dla  takiej  działalności,  ale  nie  ma  tu  potrzeby  urządzać  wykładu.  Wystarczy,  jeśli 

powiem, Ŝe materiały potrzebne do zbudowania time-helixu są tu dostępne. Zbudowałem go i 

podłączyłem  -  jest  gotów  do  działania.  Zbudowałem  teŜ  urządzenie  do  śledzenia  stwora 

zwanego  ON  w  czasoprzestrzeni.  Z  sobie  tylko  znanych  powodów  operuje  on  obecnie  z 

przeszłości tej planety. Cofnął się mniej więcej o sto siedemdziesiąt lat. To wprawdzie tylko 

moje  spekulacje,  lecz  sądzę,  Ŝe  cała  dotychczasowa  akcja  nakierowana  była  na  ciebie.  Nie 

wiem, w jaki sposób, ale stworzył on barierę uniemoŜliwiającą przeniknięcie wcześniej niŜ do 

1805 tutejszego roku. Nie moŜesz go dopaść w chwili budowy firmy. UwaŜaj, gdyŜ masz do 

czynienia z potęŜnymi siłami. Oznaczyłem ci na skali pięć kolejnych lat po 1805, w których 

operuje, jak i miejsce - miasto Londyn. Wybór naleŜy do ciebie. śyczę ci powodzenia! 

Poczułem się cholernie podniesiony na duchu - nic, tylko wybrać sobie rok, w którym 

mam dać się zabić! No bo jeśli był w stanie urządzić mnie tak konkursowe teraz i tutaj, to czego 

background image

mogę  się  spodziewać  tam,  gdzie  zgromadził  większe  siły,  a  obrona  jest  dokładniej 

przygotowana?  Z  całą  pewnością  nie  będzie  to  powitanie  pełne  wylewnej  serdeczności! 

Zrezygnowany  zafundowałem  sobie  następnego  drinka  i  sięgnąłem  po  pierwszą  z  rzędu 

ksiąŜek. Coypu faktycznie nie próŜnował. Prócz małych dziełek typu ”zrób to sam” zgromadził 

całkiem pokaźną bibliotekę dotyczącą interesującego nas okresu. Po przeczytaniu pierwszej z 

tych ksiąŜek wiedziałem juŜ, kogo szukam i kto tym razem będzie moim przeciwnikiem. 

Napoleon  Bonaparte, inaczej Napoleon  I,  cesarz Francji i większości Europy, prawie 

całego  świata.  Jego  megalomańskie  ambicje  dziwnie  znajomo  dzwoniły  mi  w  pamięci. 

Pocieszające było tylko to, Ŝe w Anglii mówiono lokalną odmianą tego samego języka co w 

Ameryce, tak Ŝe nie musiałem przeprowadzać następnych sesji z memogramem. 

Mimo to miałem pewne problemy - na przykład z ubraniem, ale poniewaŜ ilustracji było 

aŜ nadto, a magazyny Hollywoodu pod ręką, nie był to taki wielki kłopot. Moda tych czasów 

okazała się idealna dla moich potrzeb, gdyŜ szerokie rękawy i wysokie kapelusze pozwalały na 

całkiem ładne ukrycie wielu umilających Ŝycie drobiazgów. 

Mimo  Ŝe  wynajdywałem  najrozmaitsze  preteksty  i  sprawy  nie  cierpiące  zwłoki,  w 

końcu nadszedł ten dzień. Broń i wyposaŜenie były sprawdzone, zdrowie doskonałe, refleks u 

szczytu moŜliwości, morale oklapnięte, ale to i tak nie miało znaczenia. Pojawiłem się więc 

przed recepcjonistką, gapiącą się na mnie tępo zza jakiejś ilustrowanej szmaty, i stwierdziłem: 

-  Miss  Kipper,  oto  czek  na  sumę  równą  pani  poborom  za  najbliŜsze  cztery  miesiące. 

Miło mi było z panią współpracować. 

- Nie podoba się panu moja praca? 

-  Pani  praca  jest  dokładnie  tym,  czego  od  pani  oczekiwałem,  ale  ta  firma  właśnie 

zbankrutowała. 

- To bardzo źle. 

- TeŜ tak myślę, a teraz, do widzenia! 

Czynsz był zapłacony za miesiąc z góry, z właściciel mógł sobie wziąć wszystko, co 

pozostało wewnątrz. Z wyjątkiem time-helixu, ten bowiem miał załoŜoną bombkę zegarową. I 

tak zbyt duŜo nieodpowiedzialnego elementu szwendało się w czasie. 

WłoŜenie  kombinezonu  z  ekwipunkiem  na  modny  strój  z  epoki  było  wysiłkiem 

przekraczającym  moje  moŜliwości.  Skończyło  się  na  tym,  Ŝe  frak  i  lakierki  trzymałem  pod 

pachą,  gdy  wchodziłem  do  seledynowego  walca.  Tablica  była  juŜ  nastawiona  -  na  dolinę 

Tamizy  w  pobliŜu  Oxfordu,  na  tyle  daleko  od  Londynu  (z  Chilterness  dodatkowo 

przesłaniającym  widok),  aby  uniemoŜliwić  obserwację  radarem,  promieniami  zet  czy 

czymkolwiek  podobnym,  a  jednocześnie  na  tyle  blisko,  by  mnie  szlag  nie  trafił  z  powodu 

background image

zacofania ówczesnego transportu. 

WaŜną  sprawą  było  ustalenie  czasu  przybycia.  W  1805  roku  byli  juŜ  z  pewnością 

gotowi mnie powitać. Musiałem więc zjawić się później, ale nie za bardzo, Ŝeby nie zdąŜyli 

zakończyć swojej radosnej działalności. Dwa lata wydawały mi się odpowiednim odcinkiem 

czasu,  by  pozbawić  ich  nieco  czujności.  A  zatem  rok  1807.  Wziąłem  głęboki  oddech  i 

wdusiłem przełącznik. 

Nie było to przyjemne, ale dawało się wytrzymać. Jedyną róŜnicę między pierwszą a 

drugą podróŜą stanowiło niezbyt miłe wraŜenie spadania. Gdy zmusiłem się do otwarcia oczu, 

stwierdziłem, Ŝe to nie jest tylko wraŜenie. Autentycznie spadałem wprost w objęcia niezbyt 

gościnnie wyglądających drzew. 

W  panice  uruchomiłem  grawitator,  ale  zanim  zdąŜył  zaskoczyć,  przeleciałem  przez 

gałęzie i huknąłem o ziemię. W tym momencie maszynka zadziałała, więc ponownie znalazłem 

się między gałęziami. Doszedłszy wreszcie do ładu z urządzeniem jakieś sześćdziesiąt stóp w 

górze, powoli opadłem na ziemię. 

- Cudowne lądowanie, kretynie! - warknąłem, czując się jak worek na połamane kości. - 

Powinieneś zatrudnić się w cyrku! 

Rozejrzałem  się.  Najpierw  sprawdziłem  siebie,  potem  okolicę.  Na  szczęście  byłem 

nadal w jednym kawałku, a w okolicy nie dostrzegłem Ŝywej duszy, jeśli nie liczyć paru krów, 

na  których  moje  przybycie  nie  zrobiło  najmniejszego  wraŜenia.  Rozebrałem  się  w  cieniu 

połamanego drzewa i rozłoŜyłem kontenerek własnego pomysłu. Był pakowny, a wyglądał jak 

najzwyczajniejsza  skórzana  torba  podróŜna  z  tej  epoki.  Wsadziłem  tam  wszystko,  co  nie 

pasowało do reszty dekoracji (z kombinezonem na czele), i zacząłem się zastanawiać, co zrobić 

z tak pięknie rozpoczętym dniem. 

Sądząc z połoŜenia słońca i z paru innych czynników, było późne popołudnie, a zatem 

najwyŜszy czas na poszukanie jakiegoś kąta na noc. Ruszyłem na skos przez łąkę ku czemuś, co 

z  daleka  przypominało  drogę.  I  faktycznie,  była  to  droga,  a  raczej  bity  trakt.  Właśnie 

zastanawiałem się, w którą stronę ruszyć, gdy coś nadjechało. 

To coś dawało o sobie znać z daleka, po pierwsze przez głośne skrzypienie, po drugie 

przez  nader  intensywny  zapach,  który  moŜna  by  określić  jedynie  mianem  smrodu.  Gdy  ów 

pojazd wyłonił się zza zakrętu, przyczyny obu zjawisk stały się zrozumiałe. Ujrzałem bowiem 

dwukołowy, drewniany wózek, zaprzęŜony w wynędzniałego czworonoga, zwanego koniem, i 

wyładowany  po  brzegi  najzwyczajniejszymi  bydlęcymi  gównami.  Pojazdem  kierował 

zarośnięty  do  niemoŜliwości  typ  w  wyniszczonej,  workowatej  odzieŜy.  Siedział  on  na 

wzniesionej z przodu platformie, która ledwo wystawała ponad poziom ładunku. 

background image

Wyszedłem na drogę i uniosłem rękę. Typ pociągnął za trzymane w dłoniach rzemienie, 

które  licznymi  węzłami  przymocowane  były  do  pyska  zwierzaka,  i  przy  akompaniamencie 

skrzypień  i  trzasków  zatrzymał  wehikuł.  Gapiliśmy  się  przez  chwilę  na  siebie,  po  czym 

woźnica sięgnął do głowy i poruszył tym, co się na niej znajdowało. Mógł to być kapelusz albo 

czapka, ale poniewaŜ nakrycie juŜ dawno temu straciło fason, długo by zgadywać. Czytałem, 

Ŝ

e  klasa  niŜsza  wyraŜała  takim  gestem  szacunek  lepiej  urodzonym  i  z  zadowoleniem 

stwierdziłem, Ŝe mój kostium jest widocznie prawidłowy. 

- ZdąŜam do Oxfordu, mój dobry człowieku - zagaiłem. 

- Ey? - padło w odpowiedzi, a towarzyszyło temu drapanie za uchem. 

- Oxford! - wrzasnąłem. 

-  Aye,  Oxford  -  zgodził  się  uszczęśliwiony.  -  To  będzie  tam.  -  Po  czym  wskazał 

brudnym paluchem za siebie. 

- Tam właśnie zmierzam. Zawieziecie mnie? 

- Ja jadę tu - wskazał w przeciwną stronę. Wyciągnąłem z kieszeni złotego suwerena, 

którego oryginał wydusiłem od jakiegoś numizmatyka-handlarza, i pokazałem woźnicy. Takiej 

ilości gotówki naraz nie widział chyba dotąd w swoim Ŝyciu. Jego reakcja była prawidłowa: 

wytrzeszczył oczy i cicho mlasnął. 

- Pojede do Oxford - oznajmił. 

Po  czym  pojechaliśmy.  Im  mniej  o  tej  podróŜy  opowiem,  tym  lepiej.  Podczas  gdy 

pojazd  torturował  moje  siedzenie,  ładunek  gnoju  robił  to  samo  z  organami  powonienia. 

Woźnica  mamrotał  coś  do  siebie,  myśląc  zapewne  w  euforii  o  nieoczekiwanym  bogactwie, 

które  na  niego  spadło,  i  przynaglał  wierzchowca  do  większego  wysiłku.  Jedno  było  w  tym 

wszystkim dobre: jechaliśmy we właściwym kierunku. 

Słońce  wychyliło  się  zza  chmur,  gdy  wyjechaliśmy  spomiędzy  drzew  i  oczom  moim 

ukazały  się  szare  wieŜe  uniwersyteckie,  blado  odcinające  się  na  tle  ciemniejszego  nieba  - 

bardzo atrakcyjny widok. Kiedy tak podziwiałem, wózek stanął. 

- Oxford - poinformował mnie woźnica, wskazując paluchem. - Most Magdaleny. 

Zlazłem i rozcierałem obolałe pośladki gapiąc się na most. Obok coś gruchnęło i mój 

bagaŜ znalazł się na ziemi. Chciałem zaprotestować, ale pojazd juŜ zawrócił i majestatycznie 

zaczął się oddalać. PoniewaŜ miał taką samą ochotę wieźć mnie dalej jak ja jechać, zamknąłem 

się  i  zabrałem  torbę.  Ruszyłem  swobodnym  krokiem  w  stronę  mostu,  ingerując  zupełnie 

ubranego  na  niebiesko  Ŝołnierza,  który  stał  przy  jego  końcu.  DzierŜył  on  jakiś  długaśny 

samopał, ani chybi na proch, zakończony kawałkiem porządnie zaostrzonej stali. Na mój widok 

obniŜył broń tak, Ŝe blokowała mi dalszą drogę, po czym nachylił się i warknął: 

background image

Casket vooleyfoo? 

Było to dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Pewnie jakiś lokalny dialekt, pomyślałem, z 

woźnicą nie miałem bowiem Ŝadnych kłopotów lingwistycznych. 

- Mógłbyś powtórzyć? - spytałem najuprzejmiej, jak umiałem. 

Koshown onglay - warknął i zamachnął się drewnianym końcem broni, chcąc mnie 

trzepnąć w Ŝołądek. 

Nie było to uprzejme z jego strony, toteŜ okazałem swoje oburzenie, uchylając się przed 

ciosem  i  ładując  swoje  kolano  w  jego  Ŝołądek.  Zwalił  się  na  ziemię,  więc  kopnąłem  go  w 

krocze, gdy tylko cel stał się widoczny. PoniewaŜ doprowadziło go to do utraty przytomności, 

zabrałem  jego  broń.  Nigdy  nie  wiadomo,  co  moŜe  wyniknąć  z  pozostawienia  bezpańskiej 

strzelby na ulicy. 

Wszystko to nastąpiło w przeciągu paru sekund. Gdy się rozejrzałem, stwierdziłem, Ŝe 

mam dość liczne audytorium złoŜone z tubylców oraz z kumpla znokautowanego, który stał w 

drzwiach  jakiejś  ponuro  wyglądającej  budowli.  Wszyscy  oprócz  niego  gapili  się  na  mnie  z 

szeroko otwartymi oczami. śołnierzyk zaczął juŜ podnosić broń do ramienia. Moje wejście do 

miasta  z  pewnością  nie  było  ciche  i  nie  zauwaŜone,  ale  skoro  juŜ  tak  się  stało,  trzeba  było 

przedstawienie doprowadzić do końca. 

Tamten uniósł w końcu broń, a ja skoczyłem w jego kierunku. Coś ogłuszająco huknęło, 

język ognia smagnął mnie po włosach, a kolba mojego karabinu trafiła strzelca w głowę. Bez 

jęku  zwalił  się  w  mroczną  sień  otwierającą  się  za  jego  plecami.  Jeśli  miał  tam  kumpli,  to 

wolałem spotkać się z nimi w zamkniętym pomieszczeniu. 

Miał!  Zaczynali  się  właśnie  wysypywać  przez  drzwi.  Posłałem  im  kilka  granatów 

gazowych i nastała cisza. Wpadłem między nieruchome ciała i uwaŜając na wejście, rozdałem 

im  trochę  kopniaków  i  podarłem  parę  mundurów.  Nie  było  to  moŜe  miłe,  ale  skutecznie 

zacierało ślady uŜycia gazu, sugerowało natomiast zastosowanie zwykłej siły fizycznej. 

Teraz musiałem szybko się stąd wydostać. Wziąłem nogi za pas i ruszyłem w kierunku 

drzwi. Gdy do nich dotarłem, stwierdziłem z niezadowoleniem, Ŝe moje postępowanie zwróciło 

uwagę dosłownie wszystkich przechodniów. Zebrał się spory tłum, który na mój widok zaczął 

głośno wiwatować. 

- Niech Ŝyje Jego Lordowska Mość! Spójrzcie, co zrobił z Ŝabojadami! 

Wznosili radosne okrzyki, a mnie zamurowało. Coś tu było nie w porządku. A potem 

nagle  przypomniałem  sobie  to,  co  nie  dawało  mi  spokoju  od  pierwszego  rzutu  okiem  na 

uniwersytet.  Flaga!  Flaga  dumnie  powiewająca  na  szczycie  najbliŜszej  wieŜy.  To  nie  był 

brytyjski Union Jack. 

background image

To była trójkolorowa flaga Francji!

background image

 

11 

 

Podczas  gdy  fakt  ten  docierał  powoli  do  mojej  otępiałej  świadomości,  przez  tłum 

przedarł się jegomość w brązowym ubraniu i stanąwszy obok mnie wrzasnął: 

- Idźcie do domów, zanim Ŝabojady znów się tu zjawią i was zabiją! I nie gadajcie o 

tym, bo zawiśniecie na bramach miasta! 

Miał  najwidoczniej  rację,  entuzjazm  bowiem  ustąpił  miejsca  lękowi  i  juŜ  po  paru 

chwilach  było  wokół  mnie  pusto.  Został  tylko  on  i  jeszcze  dwóch,  którzy  bez  słowa  ruszyli 

schodami w dół. Ten, który krzyczał, dotknął kapelusza i zbliŜył się do mnie. 

- To była piękna robota, sir. Ale powinien pan stąd zniknąć. Ktoś mógł usłyszeć strzał. 

- Rada jest niezła, tylko Ŝe nigdy dotąd nie byłem w Oxfordzie i nie bardzo wiem, gdzie 

mógłbym tu zniknąć. 

Obejrzał mnie dokładnie i podjął decyzję. 

- Niech pan idzie z nami. 

NaleŜało właściwie powiedzieć: biegnie, bo ledwo jego kumple ukazali się na schodach 

z naręczami karabinów, usłyszeliśmy tupot butów, który zbliŜał się dość szybko. 

Ale  moi  przewodnicy  znali  teren,  w  przeciwieństwie  do  pościgu,  toteŜ 

niebezpieczeństwo  nie  było  aŜ  tak  duŜe,  jak  się  z  początku  wydawało.  Częściowo  biegiem, 

częściowo szybkim marszem dotarliśmy do jakiejś budowli, która była najwyraźniej naszym 

celem. W ślad za nimi wlazłem do środka i z ulgą postawiłem mój tobołek na podłodze. Gdy się 

wyprostowałem,  obaj  niosący  dotąd  broń  złapali  mnie  pod  ramiona,  a  trzeci,  który  był 

przywódcą, przystawił mi nóŜ do gardła. 

- Ktoś ty? - spytał. 

- Nazywam się Brown. John Brown z Ameryki. A ty? 

- Brewster. - Po czym nie zmieniając tonu ani na jotę, spytał: - Czy mógłbyś podać mi 

choć jeden powód, dla którego nie powinniśmy cię zabić jako szpicla? 

Uśmiechnąłem się, by pokazać, jak głupi jest ten pomysł. Pomyślałem jednocześnie, Ŝe 

nóŜ  zabija  równie  skutecznie  jak  bomba  atomowa.  Sądząc  z  tego,  co  widziałem,  to  Francja 

musiała  podbić  Anglię  lub  jej  część.  Zaowocowało  to  pojawieniem  się  partyzantki,  czego 

najlepszy  dowód  stanowili  ci  ludzie.  Na  tym  właśnie  Oparłem  swój  pomysł  i  rozpocząłem 

improwizację. 

- Jestem tu w tajnej misji. Ameryka, jak wiecie, jest po waszej stronie... 

background image

- Ameryka pomaga Boniowi - przerwał mi. - Wasz Franklin wyraźnie to powiedział. 

-  Oczywiście.  Ale  na  Franklinie  ciąŜy  ogromna  odpowiedzialność.  Francja  jest  teraz 

zbyt  silna,  by  zacząć  z  nią  wojnę,  więc  oficjalnie  jesteśmy  jej  sprzymierzeńcem.  Ale 

jednocześnie wysyłani są tacy jak ja, aby wam pomóc. 

- Dowiedź tego! 

- Jak? Papiery moŜna podrobić, a noszenie ich to pewna śmierć. Poza tym i tak byście 

nie uwierzyli. Ale jest coś, co mówi samo za siebie, i dostarczenie tego jest moim głównym 

zadaniem. Jesteśmy w drodze do Londynu, by oddać to odpowiednim ludziom. 

- Komu? 

-  Nie  powiem,  ale  tacy  jak  wy  są  wszędzie  w  Anglii  i  z  częścią  z  nich  mamy  juŜ 

nawiązane kontakty. Dla nich właśnie jest to, o czym mówię. 

- Co? 

- Złoto! 

To nim wstrząsnęło, a ja poczułem, Ŝe uchwyt dłoni słabnie. NaleŜało zatem ciągnąć 

sprawę dalej. 

-  Nigdy  dotąd  mnie  nie  widzieliście  i  najprawdopodobniej  nigdy  juŜ  nie  zobaczycie. 

Ale mogę dać wam pomoc, której potrzebujecie, aby nabywać broń, przekupywać straŜników 

czy  pomagać  więźniom.  Jak  wam  się  wydaje,  dlaczego  wywołałem  dziś  tę  awanturę?  - 

spytałem w przebłysku geniuszu. 

- Powiedz nam! 

- śeby was spotkać - przyjrzałem się uwaŜniej ich zaskoczonym obliczom. - Lojalnych 

Anglików jest wszędzie pełno w tym kraju, ale jak moŜna się z nimi skontaktować i udzielić im 

pomocy?  PrzecieŜ  nie  mogłem  chodzić  od  drzwi  do  drzwi  i  wypytywać.  Pokazałem  wam 

lepszy sposób, a przy okazji pomogłem zdobyć trochę broni. Teraz dam wam złoto. Macie więc 

dowody, Ŝe wam ufam, a zatem i wy mi zaufajcie. Jeśli chcecie, będziecie mieli za chwilę dość 

złota, by uciec stąd i Ŝyć spokojnie na drugim końcu świata, ale nie sądzę, Ŝebyście to właśnie 

wybrali.  Ryzykowaliście  Ŝycie  dla  tych  karabinów  i  skłonny  jestem  przypuszczać,  Ŝe  nadal 

będziecie robili to, co uwaŜacie za słuszne. Nie spotkamy się juŜ, ale musimy przecieŜ sobie 

ufać... 

- To brzmi wiarygodnie - odezwał się jeden z tych, którzy ciągle mnie trzymali. 

- TeŜ tak sądzę - poparł go drugi. - Niech pokaŜe złoto. 

-  Ja  wezmę  złoto  -  stwierdził  Brewster.  -  Niech  pokaŜe,  bo  to  wszystko  moŜe  być 

jednym wielkim łgarstwem. 

-  MoŜe  -  zgodziłem  się  szybciutko.  -  Ale  nie  jest,  a  zresztą  i  tak  nie  o  to  chodzi. 

background image

Rozstaniemy się dziś w nocy i mam nadzieję, Ŝe juŜ więcej o sobie nie usłyszymy. 

- Złoto! - przypomniał mi mój straŜnik. Rozpiąłem pas, czując ciągle broń przystawioną 

do  krzyŜa.  Pewnie,  Ŝe  miałem  złoto  -  była  to  jedyna  prawdziwa  informacja  w  całej  mojej 

opowieści.  Pochowane  było  w  skórzanych  woreczkach,  a  przeznaczyłem  je  na  opłacenie 

podróŜy. Co właśnie teraz robiłem. 

Wyjąłem jeden woreczek i podałem Brewsterowi. Otworzył go i wysypał zawartość na 

rozpostartą dłoń. Zalśniły Ŝółte grudki i cała trójka wpatrzyła się w nie z napięciem. 

- Jak dostanę się do Londynu? - naciskałem, idąc za ciosem. - Rzeką? 

- Warty przy kaŜdym moście i kaŜdej śluzie - odparł, wpatrując się nadal w to, co miał w 

dłoni. - Nie dojdziesz dalej niŜ do Abingdon. Jedyny sposób to konno i bocznymi drogami. 

- Nie znam ich. Potrzebuję dwóch koni i przewodnika. 

- Luke cię zaprowadzi, ale tylko do murów. Przez Ŝabojadów musisz przejść sam. 

- Zgoda. 

Mieliśmy czas do wieczora. Brewster poszedł po konie, a Luke i Guy wydobyli zapasy: 

chleb, ser i ale (tutejszą odmianę piwa, mile przeze mnie powitaną). Jedliśmy rozmawiając, a 

raczej to oni rozmawiali, a ja słuchałem, wtrącając jedynie uwagi. W końcu uformował mi się 

jako taki obraz. 

Anglia była podbita i spacyfikowana juŜ od paru lat. Nie wiedziałem dokładnie od ilu, 

ale ze zrozumiałych względów nie pytałem. Gdzieś w Szkocji toczyły się jeszcze walki, lecz to 

mnie nie interesowało. 

Inwazję poprzedziła bitwa na Kanale, w której flota brytyjska została zniszczona dzięki 

jakimś  straszliwym,  tajemniczym  działom.  Czułem  w  tym  wszystkim  rękę  mego 

czerwonoskórego przeciwnika. Krótko mówiąc, historia została zmieniona. 

Ale nie zmieniona była tam, skąd przybyłem. A zatem paradoks czasowy, a moŜe świat 

równoległy?  Coypu  by  wiedział,  ale  nie  miałem  Ŝadnej  ochoty  wypytywać  go  o  cokolwiek. 

Jedynym logicznym rozwiązaniem, które mi się nasuwało - a przecieŜ musiała w tym być jakaś 

logika - była moŜliwość, Ŝe moje działanie usunie tę zmianę, a nawet wspomnienie o niej. Nie 

miałem,  co  prawda,  pojęcia  jak,  ale  złapałem  się  tej  ewentualności  jak  tonący  brzytwy. 

Zasnąłem ukołysany miłą wizją Jima di Griz, Zbawcy Świata i Twórcy Historii. 

Obudziłem się zaś jako obiekt inwazji okolicznego robactwa. Dopóki nie spryskałem 

się  jakimś  sprayem,  myślałem,  Ŝe  mnie  to  tałatajstwo  Ŝywcem  poŜre,  ale  potem  reszta  nocy 

upłynęła juŜ spokojnie. Wyjechaliśmy dopiero o świcie, bo były jakieś problemy z końmi. 

PodróŜ trwała trzy dni, ale zanim osiągnęliśmy  Londyn, moje nogi zaczęły wyglądać 

tak, jakby były prostowane na beczce. Mój przewodnik uznał chyba tę eskapadę za wycieczkę 

background image

krajoznawczą, gdyŜ nieustannie informował mnie o urokach krajobrazu i regularnie co wieczór 

spijał się w przydroŜnych gospodach. 

Omijaliśmy większe osiedla, przekroczyliśmy Tamizę pod Henley, a gdy  zbliŜaliśmy 

się do niej powtórnie w Southwark, majaczył juŜ przed nami London Bridge i dachy samego 

Londynu.  Trudno,  co  prawda,  było  je  dojrzeć,  miasto  zasłaniał  bowiem  ciągnący  się  na 

przeciwległym brzegu mur. Wyglądał dziwnie mocno w porównaniu z resztą zabudowy i nagle 

coś mi zaświtało. 

- Ten mur jest nowy, nie? 

-  Aye.  Ukończony  dwa  lata  temu.  Biegnie  wokół  całego  miasta  i  to  bez  przyczyny. 

Wielu  tu  zginęło.  Kobiety  i  dzieciaki.  Boniuś  ganiał  wszystkich  jak  niewolników.  On 

faktycznie jest stuknięty. 

Przyczyna wybudowania muru była całkiem zrozumiała, co nie zmieniało faktu, Ŝe i tak 

mi się to wszystko nie podobało. Został zbudowany dla mnie, a raczej przeciwko mnie. 

- Musimy znaleźć spokojną gospodę - stwierdziłem, odrywając się od tych niewesołych 

myśli. 

- ”U Georga”. Zaraz tu, w prawo - cmoknął głośno. - Dobre piwo tu mają. 

- Potrzebujemy naprawdę spokojnego schronienia, z widokiem na ten most. 

-  Znam  takie  miejsce.  ”Pod  Dzikiem  i  Orłem”  na  Piekle  Hevring  Street.  Z  dobrym 

piwem. 

Najzwyklejsze  pomyje  z  byle  chmielu  były  dla  niego  dość  wytwornym  napojem,  by 

nazwać je piwem. Ale to ”Pod Dzikiem i Orłem” było naprawdę dobre. 

Sama  gospoda  okazała  się  jednak  budą  z  wypłowiałym  szyldem  nad  wejściem,  na 

którym to szyldzie imponująca świnia i równie imponujący ptak skakały sobie do oczu. Ledwie 

dotargowałem  jako  tako  cenę  za  pokój  i  stajnię,  zaraz  zamknąłem  się  w  tym  pierwszym  i 

wyciągnąłem elektroniczną lornetkę. Przyjrzałem się miastu. Był to widok przygnębiający. 

Mur miał około trzydziestu stóp wysokości i składał się wyłącznie ze skał i kamieni. 

Bez  wątpienia  naszpikowany  był  elektronicznymi  alarmami  wszelkiej  maści.  Przejście  nad, 

pod  i  przez  niego  naleŜało  wykluczyć,  chyba  Ŝe  miało  się  skłonności  samobójcze.  Ja  nie 

miałem.  Pozostały  więc  bramy,  toteŜ  studiowałem  dokładnie  tę,  która  była  na  wprost  moich 

okien, na końcu London Bridge. Ruch odbywał się dość powoli, gdyŜ kaŜdy był przeszukiwany 

przed  wejściem  do  stojącego  wewnątrz  murów  ceglanego  budynku.  Wychodzili  zeń  chyba 

wszyscy,  ale  głowy  bym  nie  dał.  Tego,  co  się  działo  wewnątrz,  nie  byłem  w  stanie zgadnąć 

nawet w marzeniach sennych. Postanowiłem więc dowiedzieć się, a pomieszczenie pode mną 

nadawało się do tego celu idealnie. 

background image

Wszyscy lubią fundatorów, a ja byłem ich najlepszym wzorem. Pomrukując gniewnie, 

właściciel wynalazł gdzieś flaszkę nadającej się do picia whisky, którą zaraz zarezerwowałem 

dla  siebie,  stawiając  szczodrze  tubylcom  kufle  ale.  Najlepszym  informatorem  okazał  się 

szczeciniastobrody typ o imieniu Quinch. Był jednym z poganiaczy bydła, ale najmował się teŜ 

jako  pomocnik  rzeźnika.  Lotność  jego  umysłu  nie  była  zbyt  duŜa  w  przeciwieństwie  do 

pojemności Ŝołądka. Mówił tylko wtedy, gdy pił. PoniewaŜ zaś wchodził i opuszczał Londyn 

codziennie,  fragment  po  fragmencie  udało  mi  się  wyciągnąć  zeń  informacje,  które  z  wolna 

ułoŜyły się w obraz ceregieli wejściowych u bram miasta. 

Sam  zaobserwowałem,  Ŝe  przeprowadzano  rewizję.  Czasami  dokładną,  przewaŜnie 

jednak pobieŜną, ale była teŜ i inna czynność, której nigdy nie pomijano. KaŜdy wchodzący 

musiał wsadzić rękę do  otworu w ścianie wartowni. Nic więcej - niczego nie dotykać, tylko 

wsadzić i wyjąć z powrotem. Przyznaję, Ŝe zabiło mi to porządnego ćwieka. Co oni mogli w ten 

sposób  badać?  Odciski  palców?  Idiotyzm,  tym  bardziej  Ŝe  z  zasady  nosiłem  fałszywe,  a  od 

ostatniego spotkania zmieniałem je przynajmniej trzy razy. Temperaturę? Alkaliczność skóry? 

Ciśnienie?  CzyŜby  ci  tutaj  mieli  inne  cechy  organizmu  niŜ  ja?  Było  to  prawdopodobne  po 

trzydziestu tysiącach lat ewolucji, ale mogłem to sprawdzić jedynie za pomocą eksperymentu. 

ToteŜ  następnego  wieczoru  zszedłem  do  sali  wyposaŜony  w  detektor  własnej 

konstrukcji,  rejestrujący  wszystkie  wyŜej  wymienione  dane  i  jeszcze  trochę  na  dokładkę. 

Czujnik  wmontowałem  w  sygnet,  co  natchnęło  mnie,  by  potrząsać  prawicami  wszystkich 

obecnych. Odczyty były precyzyjne z tolerancją 0,006 % i wykazywały jednoznacznie, Ŝe moje 

własne dane nie są specjalnie róŜne. 

-  Jesteś  idiotą!  -  stwierdziłem  do  własnego  odbicia.  -  Musi  być  powód,  dla  którego 

spreparowano  tę  dziurę  w  ścianie.  I  jest  tam  przecieŜ  jakiś  aparat  wykrywający.  Tylko  co 

wykrywa? Zaraz, a co w ogóle moŜna zbadać? 

Wziąłem kartkę i zacząłem wypisywać wszystko, co moŜna zaobserwować i zmierzyć, 

od  światła  widzialnego  poczynając,  na  promieniach  Kiliana  kończąc.  Wyszła  mi  nader 

imponująca  lista,  którą  rzuciłem  na  ziemię  ze  zniechęceniem,  gdy  porównałem  ją  z  tym,  co 

moŜe emitować ludzkie ciało. 

Po chwili ją podniosłem. Coś tu jednak pasowało, coś z tego, co napisałem, pasowało 

do informacji, które zasłyszałem o Ziemi. 

Mam!  Zniszczona  przez  wybuch  atomowy.  Tak  mówił  Coypu.  Radioaktywność!  Era 

atomowa to pieśń przyszłości. Jedyną radioaktywnością, którą mogły przejawić ciała tubylców, 

była  radioaktywność  podłoŜa.  Sprawdzenie  tego  doniosłego  przypuszczenia  zajęło  jedną 

chwilę. 

background image

Ja  pochodziłem  ze  świata  pełnego  róŜnego  rodzaju  promieniowania  i  moje  ciało,  jak 

wykazało urządzenie, wydzielało dwa razy więcej promieniowania niŜ ciała tubylców. Skoro 

wiedziałem,  czego  się  strzec,  reszta  była  juŜ  dziecinnie  prosta  i  nad  ranem  byłem  gotów  do 

ataku. 

Wszystko, co miałem przy sobie, było wykonane z plastiku, a to, co absolutnie musiało 

zawierać metal, znajdowało się w długiej na trzy stopy i grubej jak mój kciuk plastikowej tulei. 

Krótko przed świtem opuściłem gospodę przez okno i ruszyłem na poszukiwanie ofiary. Nie 

musiałem długo szukać. StraŜnik w błękitnym uniformie pilnował pobliskich doków. 

Skok,  odrobina  gazu,  ciemna  brama  i  po  dwóch  minutach  pilnowałem  tego  co  on, 

odziany  w  jego  mundur  i  z  jego  karabinem  na  ramieniu.  Trzymałem  go  według  najlepszych 

wzorów regulaminu musztry piechoty francuskiej. Szczegółem był fakt, Ŝe w lufie tegoŜ tkwiła 

moja  tuleja  z  drobiazgami  zabranymi  na  wyprawę.  Proszę  uprzejmie,  niech  ją  znajdą 

detektorem do wykrywania metali. 

Zgranie czasowe było idealne. Po niespełna kwadransie zaczęli zdejmować warty, które 

po  kolei  zbierały  się  przy  moście.  Maszerowałem  w  ostatnim  szeregu  karnej  kompanii, 

wybijając takt podkutymi butami. Pomysł był genialny w swojej prostocie. Nie będą przecieŜ 

sprawdzać swoich własnych ludzi. 

Gówno  prawda!  Ledwie  doszliśmy  do  bramy,  zobaczyłem  dość  ciekawy  obrządek. 

KaŜdy Ŝołnierz, który skręcił za róg wartowni, zatrzymywał się na chwilę i pod czujnym okiem 

sierŜanta 

wkładał 

rękę 

do 

ciemnego 

otworu 

ś

cianie.

background image

 

12 

 

- Mayerd! - wrzasnąłem, potykając się o nie istniejący wybój. 

Nie  miałem  pojęcia,  co  to  słowo  znaczy,  ale  było  najczęściej  uŜywane  przez 

francuskich  wojaków  i  sądziłem,  Ŝe  pasuje  do  sytuacji.  Równocześnie  zatoczyłem  się  na 

idącego obok, uderzając go przy okazji kolbą w głowę. Naturalną koleją rzeczy on wrzasnął 

jeszcze  głośniej  i  odepchnął  mnie.  Zatoczyłem  się  malowniczo,  potknąłem  o  niski  murek  i 

runąłem do rzeki. Bardzo udane przedstawienie. 

Prąd  był  szybki,  ubranie  nasiąkło  wodą,  toteŜ  wsadziłem  karabin  między  kolana  i 

poszedłem w dół jak kamień. Wynurzyłem się jeszcze po chwili, wrzeszcząc coś bez sensu, i 

pozwoliłem, aby cięŜar ubrania i broni pociągnął mnie znowu na dno. Po sekundzie nałoŜyłem 

na  twarz  maskę  tlenową,  po  czym  powolnymi,  ekonomicznymi  ruchami  popłynąłem  do 

przeciwległego  brzegu,  a  prąd  niósł  mnie  z  dala  od  mostu.  Po  niezbyt  długim  czasie 

zobaczyłem  nad  sobą  cień  nieduŜej  jednostki  -  ani  chybi  jakiegoś  kutra  -  toteŜ  ostroŜnie 

wypłynąłem. 

Pierwszą rzeczą, którą ujrzałem, były połatane spodnie francuskiego wojaka siedzącego 

nade  mną  na  nadburciu.  Wojak  zajęty  był  czyszczeniem  stalowo  połyskującej  lufy  groźnie 

wyglądającego  działa.  Sylwetka  tego  ostatniego  dziwnie  nie  pasowała  do  rycin 

dziewiętnastowiecznych armat, które zdobiły czytane przeze mnie publikacje. Było to zupełnie 

zrozumiałe, gdyŜ działo naleŜało do tej epoki tak samo jak ja. Gdy przygotowywałem się do tej 

wycieczki, poświęciłem trochę czasu na zaznajomienie się z osiągnięciami rusznikarskimi tej 

planety. Armata, na którą spoglądałem, była bez wątpienia bezodrzutowym działem kalibru 75 

milimetrów,  ładowanym  odtylcowo  i  skonstruowanym  około  1940  roku.  Idealna  rzecz  do 

zamontowania na lekkich jednostkach pływających, gdyŜ jej odrzut nie roznosił łajb w drzazgi, 

a  moŜna  było  rozstrzelać  kaŜdy  okręt  z  tej  epoki,  zanim  jeszcze  doszedł  na  odległość 

umoŜliwiającą uŜycie własnych dział. Poza tym armatka była łatwa do transportu, co czyniło ją 

niezastąpioną 

polu. 

Siła 

ognia 

tego 

działa 

przekraczała 

moŜliwości 

jej 

dziewiętnastowiecznego  odpowiednika.  Wystarczyło  sprowadzić  paręset  takich  zabawek  z 

przyszłości i nadzwyczaj prosto było wtedy zmieniać historię. Co teŜ właśnie zrobiono. 

Doszedłszy do tego budującego wniosku, zanurzyłem się ponownie i skierowałem ku 

przystani w dole rzeki. Nikogo nie było w zasięgu wzroku, toteŜ wygramoliłem się na nabrzeŜe 

i podąŜyłem ku stojącym opodal budynkom. Właściwie to miałem podąŜyć, ale coś stanęło mi 

background image

na drodze. Po bliŜszym przyjrzeniu się zamarłem w pół ruchu. 

Gdy patrzy się prosto w lufę niesympatycznie wyglądającego pistoletu duŜego kalibru, 

postępowanie takie jest całkowicie zrozumiałe. 

-  Idź  przede  mną  -  odezwał  się  posiadacz  broni.  -  Zabieram  cię  do  dość  wygodnego 

miejsca, gdzie będziesz mógł się ogrzać. 

Sądząc  z  dziwnego  akcentu,  miałem  najprawdopodobniej  do  czynienia  z  Francuzem. 

Wszystko zaś, co mogłem zrobić, to zastosować się do rozkazu popartego tym prymitywnym 

samopałem.  Z  tej  odległości  był  w  stanie  rozwalić  mi  głowę.  W  nie  zmienionym  porządku 

doszliśmy do karety z gościnnie otwartymi drzwiami. 

-  Wejdź  -  polecił  mi  głos  zza  pleców.  -  Akurat  byłem  w  pobliŜu  i  zobaczyłem,  jak 

pewien nieszczęśliwy Ŝołnierz spada z mostu i tonie. Spytałem sam siebie, co by było, gdyby 

przypadkowo  nie  utopił  się  i  przepłynął  rzekę?  Gdzie  mógłby  wylądować,  wziąwszy  pod 

uwagę  tutejszy  prąd?  Mały  matematyczny  problem,  który  rozwiązałem  i  voila!  Właśnie 

wyszedłeś z wody. 

W trakcie tej przemowy wleźliśmy obaj do wnętrza, drzwi się zamknęły i pojazd ruszył. 

Zastanawiałem się właśnie, w jaki sposób bez większego hałasu zostać właścicielem pistoletu, 

lecz  gdy  złapałem  za  kolbę,  która  wyrastała  pod  moim  nosem,  broń  została  mi  w  dłoni  bez 

oporu. Ot, po prostu wręczono mi ją. 

- Ze wszystkich znanych mi powodów to pan, Mr Brown, powinien mieć ten drobiazg, 

jeśli  w  ogóle  jest  on  nam  potrzebny.  -  Uśmiechnął  się,  widząc,  jak  szczęka  opada  mi  coraz 

niŜej. - To był najprostszy sposób, aby zaprosić pana do mojego powozu. Obserwuję pana od 

kilku dni i ostatecznie przekonałem się juŜ, Ŝe nie kocha pan francuskich najeźdźców. 

- A... ale pan przecieŜ teŜ jest Francuzem! 

-  Oczywiście!  Zwolennikiem  ostatniego  króla  wygnanym  z  ojczyzny.  Nauczyłem  się 

nienawidzić tego korsykańskiego pomiotu, gdy inni jeszcze się z niego śmiali. Teraz nikt juŜ się 

nie śmieje, a my jesteśmy sprzymierzeńcami. Ale, ale, pan pozwoli, Ŝe się przedstawię. Hrabia 

d'Hesion, proszę mnie nazywać Charles, skoro tytuły są obecnie anachronizmem. 

- Miło cię poznać. Mów mi John! 

Zanim  ta  interesująca  konwersacja  zdąŜyła  się  rozwinąć,  byliśmy  juŜ  na  miejscu. 

DzierŜąc nadal w dłoni ów samopał, znalazłem się błyskawicznie w kąpieli, którą przygotował 

jeden z emerytowanych, na oko, słuŜących. Porozumiewali się oni miedzy sobą wyłącznie po 

francusku, co umoŜliwiło mi sprawne przeniesienie zawartości jednego ubrania do drugiego. 

Gdy  zszedłem  do  salonu,  hrabia  siedział  juŜ  tam  z  kryształowym  pucharem  w  dłoni. 

Wręczyłem mu broń, a on podał mi identyczny ze swoim puchar. Jego zawartość spłynęła do 

background image

mojego Ŝołądka jak ciepła muzyka, a delikatny smak z niczym nie dawał się porównać. 

- Czterdziestoletni, z mej posiadłości, która, jak widać natychmiast, była w prowincji 

Cognac - poinformował mnie. 

Pociągnąłem drugi łyk i obejrzałem sobie gospodarza. Wysoki i szczupły, z początkami 

siwizny, wysokim czołem i inteligentną twarzą. 

- Dlaczego się tu znalazłem? - spytałem. 

- Bo najwyŜszy czas zjednoczyć siły. Jestem studentem filozofii naturalnej, a to, co tu 

widzę, jest zdecydowanie nienaturalne. Napoleon ma działa, które nie zostały wyprodukowane 

w Ŝadnym z krajów Europy. Niektórzy mówią, Ŝe pochodzą one z Kitaju, ale ja w to nie wierzę. 

Ta broń obsługiwana jest przez ludzi, którzy mówią bardzo podłą francuszczyzną. Ludzie ci są 

dziwni i źli, a chodzą słuchy o jeszcze dziwniejszych i gorszych w jego sztabie. Dziwne rzeczy 

dzieją  się  na  tym  świecie,  dlatego  zwracam  baczną  uwagę  na  obcych.  Obcych  nie  będących 

Anglikami. Takich jak ty. A na marginesie - powiedz mi, jak człowiek moŜe przepłynąć rzekę 

bez wynurzania się dla nabrania oddechu? 

- UŜywając maszyny. - Skoro był tak bystrym obserwatorem i wiedział, o czym mówił, 

to  nie  było  sensu  bawić  się  z  nim  w  przemilczenia.  Zresztą  bezodrzutówki  mówiły  same  za 

siebie. 

- Tak teŜ sądziłem. I myślę, Ŝe wiesz o wiele więcej niŜ ja o tych dziwnych ludziach i 

ich broni. Oni nie są z tego świata, który znam ja i wszyscy tutaj, prawda? 

- Oni pochodzą z miejsca, gdzie panuje zło i szaleństwo i przywlekli je tu ze sobą, a ja 

ich zwalczam. Nie mogę powiedzieć ci o nich wiele, bo sam nie znam ich historii. Ale powiem 

ci jedno - jestem tu, aby zniszczyć ich i wszystko, czego do tej pory dokonali. 

- Spodziewałem się tego! Musimy się zjednoczyć! Udzielę ci pomocy w miarę mych sił 

i umiejętności. 

- MoŜesz zacząć od nauki francuskiego. Muszę dostać się do Londynu i wygląda na to, 

Ŝ

e będę musiał poznać ten język. 

- Ale... czy mamy tyle czasu? 

- Dwie godziny wystarczą. Inna maszyna. 

- Zaczynam rozumieć, ale nie jestem pewien, czy lubię te wszystkie maszyny. 

- Ich nie moŜna lubić czy nie. Są obojętne, moŜna ich uŜywać lub nie uŜywać, ale nie 

sposób mówić o uczuciach w stosunku do nich. 

-  Moje  uznanie  dla  twej  logiki.  Masz,  rzecz  jasna,  rację.  A  więc  do  dzieła.  Kiedy 

zaczynamy? 

Wieczorem  tego  dnia,  po  zabraniu  moich  rzeczy  z  gospody,  rozmawialiśmy  ku 

background image

widocznej przyjemności hrabiego po francusku. 

- I co dalej? - spytał, gdy po dobrej kolacji wróciliśmy do koniaku. 

- Muszę się przyjrzeć jednemu z tych pseudo-Francuzów, o których wspomniałeś. Czy 

po tej stronie rzeki pojawiają się czasem samotnie, czy zawsze tylko w kupie? 

-  I  tak,  i  tak,  ale  nie  mają  określonych  tras,  tak  Ŝe  potrzeba  byłoby  jeszcze  kilka 

bliŜszych  informacji.  -  Zadzwonił  srebrnym  dzwonkiem,  który  stał  na  stoliku.  -  Chcesz  go 

nieprzytomnego czy martwego? 

- Jesteś zbyt łaskaw. Tą częścią zajmę się sam. Chodziłoby mi natomiast o wskazanie 

go. 

Hrabia  wydał  instrukcje  słuŜącemu,  który  pojawił  się  w  drzwiach,  a  ja  zająłem  się 

drinkiem. 

-  Gdy  będziesz  miał  te  informacje,  będziesz  wiedział,  co  dalej  zrobić?  -  spytał 

gospodarz. 

-  Powinienem.  Muszę  dostać  się  do  Londynu,  zabić  jedno  indywiduum  i  zniszczyć 

pewną maszynerię. 

- A Korsykanin? 

-  Prawdopodobnie  diabli  go  wezmą  przy  okazji.  Sam  tego  nie  rozumiem,  ma  to  coś 

wspólnego  z  naturą  czasu.  Z  tego,  co  wiem,  to  przeszłość,  w  której  jesteśmy,  w  ogóle  nie 

istnieje w przyszłości. Nasze ksiąŜki historyczne głoszą, Ŝe Napoleon przegrał, a Anglia nigdy 

nie została podbita. 

- To jedyne, co moŜe być! 

- Faktycznie, moŜe, ale jeśli tak się stanie, to ten cały świat zniknie. 

- Ryzyko jest stałym elementem hazardu - stwierdził spokojnie hrabia. - Jeśli ten świat 

zniknie, to znaczy, Ŝe inny, lepszy się pojawi. 

- MoŜna tak to ująć. 

- A więc musimy do tego dąŜyć. W tym nowym świecie moja rodzina będzie Ŝyła, a ja 

będę w domu. Poświęcenie Ŝycia tutaj będzie drobnostką, o której szkoda wspominać. Choć 

przyznaję,  Ŝe  wolałbym,  aby  świadomość  tego,  co  ma  nastąpić,  została  naszą  wspólną 

tajemnicą.  Nie  jestem  pewien,  czy  wszyscy  moi  pomocnicy  podzieliliby  ten  filozoficzny,  w 

gruncie rzeczy, punkt widzenia. 

- TeŜ tak sądzę. Chciałbym, Ŝeby był inny sposób. 

-  Nie  ma  się  czym  przejmować,  drogi  przyjacielu.  Proponuję  zresztą  nie  poruszać 

więcej tego tematu. 

-  Wspaniale!  -  stwierdził  hrabia  po  konferencji  ze  starszym  lokajem.  -  Grupka 

background image

poszukiwanych bawi akurat w Mermaid Court. Co prawda, w koło są straŜe, ale nie sądzę, Ŝeby 

taki drobiazg był dla ciebie przeszkodą. 

-  śadną  -  zapewniłem  go  wstając.  -  Gdybyś  jeszcze  wspomógł  mnie  pojazdem  i 

przewodnikiem, to obiecuję wrócić za godzinę. 

Wróciłem po trzech kwadransach. 

Ogolony typ zawiózł mnie na miejsce i wskazał kogo trzeba. Grupa zajęła kamienicę, w 

której  mieściła  się  i  knajpa,  i  burdel,  toteŜ  nie  było  obawy,  Ŝe  wyniosą  się  zbyt  szybko. 

Wszedłem do sąsiedniego budynku, co było najtrudniejsze w całej akcji, drzwi były bowiem 

zamknięte  na  tak  potęŜny  zamek,  Ŝe  moje  wytrychy  nie  mogły  dosięgnąć  mechanizmu.  NóŜ 

jednak zdołał tego dokonać, toteŜ wkrótce dostałem się najpierw do środka, potem na dach, a w 

końcu, za pomocą przymocowanego do jednego z kominów pajączka, do ciemnych okien na 

piętrze  sąsiedniej  budowli.  Ciemnych,  ale  dla  innych,  a  nie  dla  mnie,  gdyŜ  miałem  na  nosie 

okulary sprzęŜone z umieszczonym na skroniach reflektorem ultrafioletu. 

Wybrałem sobie jedno z okien, otworzyłem je i złapałem jakiegoś delikwenta bez gaci. 

Jego i resztę towarzystwa na łóŜku uciszył gaz. Nie czekając na oklaski, pozbierałem trofeum z 

podłogi. Na dach wróciłem tak szybko, jak tylko pozwoliła na to wciągarka nici molekularnej, 

na  której  wisiałem.  Parę  minut  potem  moja  zdobycz  chrapała,  przypięta  do  stołu  w  piwnicy 

hrabiego, a ja przygotowywałem odpowiednie urządzenia. Hrabia przyglądał się temu z nie-

słabnącym zainteresowaniem. 

-  Chcesz  wyciągnąć  wiadomości  z  tego  ścierwa?  Nie  pochwalam  tortur,  ale  czasami 

gorące szczypce i ostrze noŜa są niezastąpione. Mówiono mi, Ŝe krajowcy z Nowego Świata 

potrafią obedrzeć człowieka ze skóry nie zabijając go przy tym. 

- Brzmi to zachęcająco, ale nie będziemy musieli zabrudzić ci piwnicy. Powie nam, co 

będziemy  chcieli,  nie  wiedząc  wcale,  Ŝe  mówi.  Maszyny  przespacerują  się  po  jego  zwojach 

mózgowych, co - zapewniam cię - jest gorsze od rozpalonego Ŝelaza. A potem będzie juŜ do 

twojej dyspozycji. 

- Dzięki. Jeśli któryś z nich ginie, cierpi ludność cywilna. Damy mu porządnie w kość i 

zostawimy w jakimś zaułku. Będzie wyglądało na zwykły napad. 

-  Pięć  punktów  za  pomysł,  a  teraz  do  roboty.  Przejście  przez  ten  umysł  było  rzeczą 

równie  przyjemną  jak  kąpiel  w  gnojówce.  Obłęd  to  jedna  sprawa  -  ten  tu  był  obłąkany  w 

równym  stopniu  co  jego  szef  -  a  zboczenie  i  uwielbienie  zła  to  coś  zupełnie  innego.  Z 

uzyskaniem  potrzebnych  informacji  był  tylko  jeden  kłopot  -  skłonić  go  do  mówienia  po 

francusku  lub  angielsku,  a  nie  tym  obrzydliwym  bełkotem,  który  był  jego  ojczystym 

narzeczem. Gdy uporałem się z tym, reszta była juŜ kwestią minut. Jules - mój gładko ogolony 

background image

przewodnik  -  został  obarczony  przyjemnym  i  poŜytecznym  zajęciem  obicia  mu  mordy  i 

odstawienia do zaułka, a my powróciliśmy do niezupełnie jeszcze opróŜnionej karafki. 

- Ich dowództwo mieści się w czymś takim, co nazywa się Saint Paul. Wiesz, gdzie to 

jest? 

- Nie ma dla nich nic świętego! To katedra, dzieło wielkiego Sir Christophera Wrena, o, 

tu na planie Londynu. 

- Tam jest ten, którego szukam, i cała jego maszyneria. Ale Ŝeby się tam dostać, muszę 

wejść do Londynu. Mogę to zrobić w jego mundurze, bo mamy tę samą radioaktywność i nie 

wzbudzę Ŝadnych podejrzeń, ale z pewnością mają jakieś hasła czy inne identyfikatory, choćby 

nawet była to tylko znajomość ich języka. Potrzebuję dywersji, która odciągnęłaby ich uwagę. 

Czy masz wśród swoich kogoś, kto zna się na artylerii? 

-  Oczywiście.  Rene  Dupont  jest  byłym  majorem  i  to  dość  wszechstronnie 

wyszkolonym. I jest w Londynie. 

- Właśnie ktoś taki jest mi potrzebny. Zapewniam, Ŝe będzie zadowolony obsługując tę 

siedemdziesiątkę piątkę. Musimy przed świtem zdobyć jeden z tych okrętów. Rano, gdy tylko 

otworzą  bramy,  zaczniemy  kanonadę,  Ŝeby  zlikwidować  wartownię  i  wartę  i  wprowadzić 

zamieszanie. Potem łódź na dno, obsługa na brzeg i w nogi. Zgranie tego wszystkiego będzie 

twoim zadaniem. 

- Zajmę się tym z prawdziwą przyjemnością. Ale gdzie ty będziesz? 

- Na moście, będę maszerować z wojskiem, tak jak próbowałem wcześniej. 

- Raczej niebezpieczne zajęcie! Jeśli będziesz zbyt wcześnie, to cię złapią, a jeśli się 

spóźnisz, to albo my cię rozstrzelamy, albo brama będzie zamknięta. 

- Dlatego tak istotne jest zgranie wszystkiego w czasie. 

Zaraz 

poślę 

po 

najlepszy 

chronometr, 

jaki 

moŜna 

tu 

dostać.

background image

 

13 

 

Major Dupont był rumianym i szpakowatym grubaskiem, ale tyle miał w sobie energii i 

tak  dobrze  znał  się  na  swoim  fachu,  Ŝe  rekompensowało  to  istotne  z  wojskowego  punktu 

widzenia  braki  fizyczne.  Teraz  zaś  zŜerała  go  wprost  pasja  i  tęsknota,  by  obsługiwać  to 

niespotykane  w  jego  wieku  działo  najeźdźców.  Poprzednia  załoga  monitora  razem  z 

wartownikiem spała pod pokładem nieco głębszym snem, niŜ planowała, a ja uczyłem majora, 

jak  uŜywać  bezodrzutówki.  Trzeba  przyznać,  Ŝe  był  pojętny,  a  po  doświadczeniach  z 

gładkolufowymi  urządzeniami  ładowanymi  od  przodu  i  uzaleŜnionymi  od  odmierzonych  na 

oko ładunków prochu siedemdziesiątka piątka wydała mu się prosta i rewelacyjna. 

- Ładunek miotający, pocisk i ładunek wybuchający w jednej całości! Cudowne! A ta 

dźwignia otwiera komorę zamkową? 

-  Zgadza  się.  A  od  tego  trzymaj  się  z  daleka  w  czasie  strzału,  bo  tędy  wylatują  gazy 

prochowe uruchamiające przeładowanie. Urządzenie celownicze masz zgrane, zresztą strzelać 

będziesz na małą odległość i to do widocznych celów. 

- Powiedz mi więcej o niej - domagał się, gładząc stalową lufę. 

Następny krok. Hrabia miał dopilnować, aby jednostka została przeprowadzona w górę 

nurtu i zakotwiczona poniŜej London Bridge tuŜ przed świtem. Jego chronometr był wielkości 

solidnej cebuli - ręczna robota ze stali i miedzi - i tykał bardzo głośno, lecz przez dwanaście 

godzin  chodził  prawie  tak  dobrze  jak  mój  atomowy  zegarek  wielkości  paznokcia,  którego 

margines  dokładności  wynosił  jedną  sekundę  na  rok.  Uregulowaliśmy  zegarki,  po  czym 

podniosłem się, by przystąpić do realizacji mojej części roboty. Uścisnęliśmy sobie dłonie na 

poŜegnanie. 

- Zawsze będziemy wdzięczni za twoją pomoc - odezwał się hrabia. - Teraz jest z nami 

nowa nadzieja na zwycięstwo! 

- To ja powinienem podziękować ci za pomoc. Zwłaszcza gdy weźmie się pod uwagę 

fakt, Ŝe moje zwycięstwo moŜe dla was być nie najlepszym finałem. 

-  Umierając  zwycięŜymy,  jak  juŜ  to  wytłumaczyłeś  -  machnął  ręką.  -  Świat  bez  tych 

ś

wiń jest wystarczającym zwycięstwem. Nawet jeśli my nie będziemy juŜ oglądać tego świata. 

A teraz - powodzenia! 

Przypomniałem sobie jego słowa, słysząc kroki dudniące echem w pustych uliczkach, 

gdzie  czekałem  na  pierwsze  promienie  słońca  rozpraszające  mroki  nocy.  Londyn  miał  masę 

background image

miłych,  ciemnych  zaułków,  w  których  moŜna  było  zniknąć.  Ukryłem  się  w  jednym  z  nich  i 

pogrąŜyłem w obserwacji mostu. Pojawili się pierwsi Ŝołnierze z nocnej zmiany. 

Niektórzy szli raźno, inni noga za nogą, część grupami, część luzem. Dokładny bajzel 

na wrotkach. Wmieszałem się w to tałatajstwo, zezując cały czas na zegarek. Powinienem być 

idealnie o czasie. Nagle ktoś z tyłu zawołał: 

Lortytort! - i ku swemu zaskoczeniu stwierdziłem, Ŝe woła do mnie. Przeoczyłem w 

swych przygotowaniach fakt, Ŝe kumple mego informatora będą mnie teraz nagabywali. Trzeba 

było  improwizować.  Pomachałem  mu  więc,  wykrzywiłem  się  dość  obrzydliwie  i  ruszyłem 

przed siebie. Facet najpierw zwątpił, a po chwili ruszył za mną z kopyta. Musiało mu się zebrać 

na  pogawędkę,  na  którą  ja  nie  miałem  najmniejszej  ochoty,  szczególnie  nie  znając  języka. 

Przyspieszyłem kroku, ale on ciągle podąŜał za mną. Nagle dotarło do mnie, Ŝe w takim tempie 

dojdę do bramy zbyt szybko i dam się ostrzelać. 

Ze swego miejsca doskonale widziałem postacie poruszające się na pokładzie monitora. 

Musiałem się zatrzymać, gdyŜ w przeciwnym wypadku znalazłbym się w środku planowanego 

fajerwerku. Słyszałem zbliŜające się kroki, a w chwilę później cięŜka dłoń opadła mi na ramię i 

obróciła mnie o sto osiemdziesiąt stopni. 

Lortilypu? - spytał jej właściciel, po czym oczka mu się zaokrągliły, a szczęka opadła 

w nagłym zrozumieniu. - Blivit! 

Musiał,  skubany,  poznać  mnie  z  fotografii.  Mieli  dość  czasu  nie  tylko  na  obejrzenie 

zdjęcia, ale i dość udanej krótkometraŜówki ze mną w roli głównej. 

Blivit to jest to - zgodziłem się z nim uprzejmie, pakując mu zatrutą igłę w szyję. 

Normalnie przełączam pistolet na igły z narkotykami, ale teraz uznałem, Ŝe wobec tych 

kreatur lepsze będzie radykalne rozwiązanie. Tylko to nie było dość radykalne. Typ wprawdzie 

padł, ale następny coś usłyszał i przedzierał się juŜ ku mnie przez tłum Francuzów. Zmuszony 

byłem  go  zastrzelić.  To  naturalnie  zainteresowało  całą  tę  watahę  wokoło  i  zacząłem  się  juŜ 

zastanawiać, czy nie będę musiał wygubić wszystkich okolicznych formacji Armii Francuskiej. 

Nie musiałem. Pierwszy pocisk wyrŜnął jakieś dwadzieścia jardów od miejsca, gdzie 

stałem. Efekt był zadowalający - potęŜny huk i kupa śmieci w powietrzu. Ciągu dalszego juŜ 

nie  obserwowałem,  tylko  padłem  na  ziemię,  aby  nie  dać  się  zabić.  Skorzystałem  zresztą  z 

zamieszania i uśpiłem kilkunastu najbliŜszych Ŝołnierzy, którzy byli świadkami poprzedniego 

zajścia. 

Dupont  opanował  najwyraźniej  nową  zabawkę,  bo  ostrzał  przeniósł  się  na  bramę  i 

wartownię. Wywołało to dość oŜywiony ruch i jeszcze Ŝywsze wrzaski na moście, w których 

zresztą wziąłem z zapałem udział. Spojrzenie na zegarek przekonało mnie, Ŝe przedstawienie 

background image

ma się ku końcowi. 

I faktycznie - po paru następnych strzałach kolejny pocisk trafił dobrze ze sto jardów w 

bok, co było dla mnie sygnałem. 

Błyskawicznie zerwałem się na nogi i ruszyłem ku temu, co jeszcze niedawno nazywało 

się bramą. Teraz była to całkowita ruina, na której jeszcze nie osiadł ceglany kurz. W zasięgu 

mego  wzroku  nie  było  nic,  co  zdradzałoby  najmniejszy  chociaŜ  ślad  ruchu.  Plan  udał  się 

znakomicie i to mimo niespodzianki na moście. Działo na monitorze przemówiło ponownie. 

Tego  nie  było  w  planie.  Po  tym  sygnalnym  pocisku  mieli  zatopić  łajbę  i  pryskać  w 

bezpieczne  miejsce.  Coś  musiało  iść  nie  tak,  jak  powinno.  Moje  rozwaŜania  przerwała 

podwójna eksplozja brzmiąca prawie jak jeden wystrzał. śadne działo nie jest w stanie strzelać 

tak szybko, a zatem musiały być dwa! 

Ulica,  na  której  się  znajdowałem,  Upper  Thames  Street,  biegła  równolegle  do  muru. 

Byłem obecnie na tyle daleko od bramy, Ŝe moja obecność nie budziła skojarzeń z tym, co się 

tam  stało.  Skorzystałem  zatem  z  pierwszych  schodów,  jakie  się  nawinęły,  i  wspiąłem  się  na 

platformę  obserwacyjną.  Nikogo  nie  było  w  okolicy,  a  ja  miałem  idealny  widok  na  scenę 

wydarzeń. 

A  działo  się  tam  duŜo  -  siostrzany  okręt  naszego  płynął  w  górę  rzeki  pod  pełnymi 

Ŝ

aglami.  Major  odgryzał  się  zaciekle,  ale  przeciwnik  miał  więcej  doświadczenia,  wybił  juŜ 

dziurę  w  okolicy  steru,  a  gdy  patrzyłem,  kolejny  pocisk  uderzył  właśnie  w  śródokręcie 

uciszając  działo.  Przez  nadbrzeŜe  ktoś  biegł  i  wyraźnie  zamierzał  wskoczyć  na  pokład. 

Wyciągnąłem lornetkę, lecz i bez niej udało mi się rozpoznać ową postać. 

Oczywiście hrabia przybywał na pomoc swoim wojskom. W chwili gdy  zeskoczył, z 

pokładu  podniosła  się  okrwawiona  postać  i  podąŜyła  w  kierunku  milczącej  broni.  Major 

załadował armatę i wystrzelił. 

Był to piękny strzał, dokładnie w linię wodną, tuŜ pod działobitnią. Mając jednego z 

głowy,  major  połoŜył  ogień  na  oddziały  grupujące  się  na  moście.  Hrabia  ładował,  major 

strzelał, a obaj byli uśmiechnięci i sprawiali wraŜenie naprawdę zadowolonych z tego, co robią. 

Kanonada przybrała na sile, a ja zlazłem na dół. 

Pomóc im i tak nie byłem w stanie, zresztą wiedzieli, co robią - walczyli z wrogiem, z 

którym zmagali się przez te długie lata, tylko teraz uŜywali doskonałej i  wysoce  efektywnej 

broni.  Oczywiste  było,  Ŝe  nie  mają  najmniejszego  zamiaru  przerywać  tej  czynności.  Taki 

koniec  był  z  pewnością  lepszy  od  ucieczki  i  śmierci  zaszczutego  zwierzęcia.  Ja  tymczasem 

miałem coś jeszcze do zrobienia. 

Zgodnie z mapą hrabiego ruszyłem wzdłuŜ Duck's Foot Lane do Canon Street, po czym 

background image

skręciłem w lewo. Teraz byli juŜ wokół ludzie, przestraszeni cywile, maszerujące oddziały, ale 

nikt nie zwrócił na mnie uwagi. 

I  oto  w  perspektywie  ulicy  dostrzegłem  wznoszący  się  dumnie  masyw  katedry 

Ś

więtego  Pawła.  Koniec  drogi  był  bliski,  równie  bliskie  było  moje  ostateczne  spotkanie  z 

Onym.

background image

 

14 

 

Byłem  przeraŜony.  Ktoś,  kto  twierdzi,  Ŝe  nigdy  nie  czuł  strachu,  jest  kłamcą  nie 

rokującym  szans  na  poprawę  albo  zwykłym  szaleńcem.  Pochlebiam  sobie,  Ŝe  Ŝadna  z  tych 

moŜliwości nie odnosi się do mnie. Jakkolwiek by było, przeraŜenie opanowało mnie jak nigdy 

dotąd.  MoŜe  brało  się  to  ze  zbyt  duŜej  ciąŜącej  na  mnie  odpowiedzialności,  o  której  teraz 

właśnie, cięŜki idiota, musiałem sobie przypomnieć, a moŜe z faktu, Ŝe raz juŜ omal mnie nie 

zabił - nie wiem. Było to niewiarygodne, owszem, lecz było faktem. 

-  Niewiarygodne!  A  więc  niech  będzie  to  do  końca  zupełnie  wiary  nie  godne!  - 

mruknąłem, grzebiąc w podręcznej apteczce. 

Gdyby  nie  stawka,  o  którą  toczyła  się  gra,  najprawdopodobniej  nie  zrobiłbym  tego. 

Nigdy  dotąd  nie  potrzebowałem  syntetycznego  wsparcia  moralnego  i  nawet  w  najgorszych 

przypadkach starczała mi świadomość, Ŝe mogę je mieć. Ale teraz chodziło o zbyt powaŜne 

rzeczy, bym się wahał. 

Wygrzebałem  w  końcu  pojemnik  i  przełknąłem  dwie  pastylki,  zwane  proszkami 

berserkera lub prochami furii. 

Były  zakazane  wszędzie  i  to  z  rozsądnych  powodów.  Nawet  nie  dlatego,  Ŝe 

błyskawicznie prowadziły do nałogu - wewnątrz kapsułki znajdował się skondensowany obłęd, 

mieszanka,  która  likwidowała  wszelkie  naleciałości  cywilizacyjne,  pozostawiając  bestie  w 

czystej postaci. A nawet gorzej - bo bestię pozbawioną instynktu samozachowawczego; liczył 

się tylko cel, a cena jego osiągnięcia była wówczas pojęciem nieznanym. Rzecz niezbyt miła, 

czasem jednak potrzebna. 

Niezbyt  miła?  Bardzo  miła!  Przez  sekundę  miałem  świadomość,  Ŝe  chemikalia 

przejmują władzę nad moim umysłem, ale trwało to tylko krótką chwilę. Zaraz potem pojawiło 

się poczucie nieograniczonej siły, coś, czego dotąd nie znałem. Mogłem zrobić wszystko, co 

tylko  bym  zechciał,  gdyŜ  to  ja  byłem  jedyną  siłą,  która  się  liczyła.  A  On  siedział  w  tym 

budynku  i  myślał,  cięŜki  zadufany  kretyn,  Ŝe  moŜe  mnie  zatrzymać  czy  nawet  zabić.  Teraz 

zobaczy, jak traktuje się plany idiotów! 

- Idę po ciebie! - warknąłem przez zaciśnięte zęby i ruszyłem prosto do bramy, według 

wszelkich  danych  naszpikowanej  alarmami  i  czujnikami.  Subtelne  wejście?  AleŜ  skąd! 

Jedynym atutem, jaki miałem, było zaskoczenie i całkowita bezwzględność. Uzbroiłem się jak 

na  małą  wojnę,  a  kaŜdy,  kto  próbowałby  mnie  zatrzymać,  był  przeszkodą  do  usunięcia,  i  to 

background image

szybko. 

Najpierw  ruszyłem  przez  drzwi,  w  których  panował  oŜywiony  ruch  wchodzących  i 

wychodzących.  Potem  główną  nawą,  z  której  usunięto  sprzęty  religijne,  prosto  do  ołtarza, 

którego nie było. Na jego miejscu stał ozdobny tron, na którym siedział On. 

PoniŜej  podwyŜszenia  rozciągał  się  długi,  zasypany  mapami  i  papierzyskami  stół, 

wokół którego stali oficerowie. 

Otrzymywali  oni  polecenia  od  kurdupla  w  prostym,  granatowym  mundurze. 

Przypuszczałem, Ŝe to właśnie jest Napoleon - marionetka i pomagier Onego. Uśmiechnąłem 

się, gdy moje dłonie zaciskały się na broni. 

Moją  uwagę  przykuło  znajome  migotanie  dochodzące  z  najbliŜszej  wnęki  po  prawej 

stronie i mój uśmiech zyskał na wyrazistości. Time-helix z kręcącymi się wokół technikami. 

Oprócz zemsty będę miał więc jeszcze zapewniony powrót do domu. Nader miła perspektywa. 

Nikt  nie  zwrócił  na  mnie  uwagi,  gdy  podszedłem  do  stołu.  Miałem  dość  czasu  -  najpierw 

granaty  gazowe,  potem  zabawa.  Gdy  zabije  się  władzę,  z  niewolnikami  moŜna  zrobić 

wszystko, na co ma się ochotę. 

Jeden  wybuchowy  i  dwa  termitowe  -  cała  ta  paczka,  z  wyjętymi  bezpiecznikami, 

poleciała prosto z objęcia potęŜnej postaci siedzącej na tronie, a ułamek sekundy później pół 

tuzina  granatów  gazowych  wylądowało  na  stole  tuŜ  przed  zaszokowanymi  oficerami. 

Zaczynały  dopiero  wybuchać,  gdy  strzelając  z  półobrotu  załatwiłem  igłami  techników  przy 

aparaturze. 

W  przeciągu  paru  sekund  było  po  wszystkim.  Rzuciłem  jeszcze  parę  granatów  ku 

wejściu, ot tak, na wszelki wypadek, i gdy przebrzmiały ich eksplozje, jedynym dźwiękiem, 

jaki mącił ciszę, było wesołe trzaskanie ognia poŜerającego łapczywie  coś, co przed paroma 

sekundami było moim śmiertelnym wrogiem. 

-  Zostałeś  pobity!  -  krzyknąłem  z  zachwytem  i  obiegłem  stół,  aby  lepiej  widzieć 

pokonanego. 

Napoleon podniósł głowę i usiadł. 

- Nie bądź idiotą! - stwierdził. 

Nie  tracąc  czasu  na  wyjaśnienia,  usiłowałem  go  zabić,  jednak  tym  razem  to  on  był 

szybszy i zaskoczył mnie. Podobny do walca przedmiot, którego otwór skierowany był w moją 

stronę, błysnął błękitnym światłem. Zrobiło mi się najpierw gorąco, a po chwili bardzo zimno i 

nieswojo. Moje ciało było sparaliŜowane. Twarzą do przodu zwaliłem się bezwładnie na stół. 

Nic nie czułem, nawet gdy przewrócił mnie na plecy i zbliŜył swoją twarz do mojej. Słuch i 

wzrok  były  jedynymi  zmysłami,  które  jeszcze  działały,  toteŜ  jego  przeraźliwy  chichot 

background image

rozbrzmiał mi ostro w uszach. Poczekał, aŜ w moich oczach zalśni zrozumienie, i wrzasnął: 

-  Zgadza,  się!  Ja  jestem  On.  Przegrałeś!  Zniszczyłeś  androida,  którego  jedynym 

zadaniem było skłonić cię właśnie do tego. To wszystko tutaj jest niczym innym jak pułapką 

zastawioną na ciebie! Cały ten świat istniał wyłącznie po to. Zapomniałeś, Ŝe ciało jest tylko 

opakowaniem dla mego wszechmocnego i nieśmiertelnego umysłu! Przegrałeś, a ja wygrałem, 

teraz 

juŜ 

definitywnie!

background image

 

15 

 

To był klasyczny szok. 

Sądzę,  Ŝe  normalnie  powinienem  coś  czuć  -  złość,  Ŝal,  frustrację.  Byłem  jednak 

przepełniony tylko jednym pragnieniem - czekałem znów na okazję, by spróbować go zabić. 

Stawało  się  to  juŜ  nieco  nudne,  ale  miałem  nadzieję,  Ŝe  stare  przysłowie:  ”Do  trzech  razy 

sztuka”,  okaŜe  się  jeszcze  prawdziwe.  Tymczasem  On  zmieniał  moje  ubranie  w  łachmany, 

usuwając  wszystko,  na  co  natrafił,  i  odrywając  broń  przyczepioną  do  mojej  skóry.  Poszło 

wszystko, co łatwo było odszukać: nóŜ pod kolanem, pistolet z nadgarstka, granaty z włosów. 

To, co zostało, było trudne do znalezienia, jak równieŜ do szybkiego wykorzystania. 

- Przygotowałem wszystko na tę chwilę! Wszystko! - wrzasnął radośnie, gdy skończył 

mnie obmacywać. 

Usłyszałem brzęk łańcuchów i na moich dłoniach zatrzasnęły się kajdanki połączone 

krótkim  łańcuchem.  Gdy  metal  się  spinał,  ujrzałem  krótki  błysk  i  choć  nic  nie  czułem, 

spostrzegłem,  Ŝe  skóra  wokół  obrączek  zaczyna  czerwienieć.  Nieistotne.  Dopiero  gdy  tego 

dokonał, wbił mi igłę w przedramię. Czucie zaczęło wracać. Najpierw ból nadgarstków, potem 

ś

wiadomość całego ciała. Ból zignorowałem, choć powodował drgawki spazmatycznie prze-

biegające przez wszystkie moje członki. Silniejsze pchnięcie strąciło mnie ze stołu na podłogę. 

Pozbierał  mnie  dość  szybko  i  ciągnąc  za  nogi,  ruszył  ku  jednemu  z  podtrzymujących  strop 

filarów. Trzeba przyznać, Ŝe miał, ścierwo, krzepę. Moje palce natknęły się po drodze na jakiś 

przedmiot i zacisnęły na nim. Przyznaję, Ŝe trochę się pomyliłem. Naszym celem był stalowy 

słup sięgający mi do pasa, a umieszczony w odległości pięciu jardów od time-helixu. Łańcuch 

łączący  moje  ręce  został  przytwierdzony  do  uchwytu  na  jego  szczycie,  co  po  chwili 

przypieczętował  kolejny  błysk  światła.  Puścił  mnie.  Z  trudem  trzymałem  się  na  nogach  bez 

jego  pomocy.  On  tymczasem  zajął  się  nastawianiem  wskaźników  time-helixu.  W  katedrze 

zapadła dziwna cisza. 

-  Wygrałem!  -  zawył  nagle,  podskakując  przy  tym  z  wściekłością.  -  Czy  dotarło  w 

końcu  do  ciebie,  Ŝe  jesteś  w  pętli  czasowej,  która  nie  istnieje  i  którą  stworzyłem,  aby  cię 

złapać? I to, Ŝe zniknie ona w chwili, gdy ja przeniosę się do innego czasu? 

- Podejrzewałem to. Historia mówi, Ŝe Napoleon przegrał. 

- Tu wygrał! Bo ja dałem mu broń i pomogłem mu. A potem go zabiłem, gdy moje nowe 

ciało  było  gotowe.  Pętla  czasowa  powstała  właśnie  w  tym  momencie,  a  jej  powstanie 

background image

spowodowało  wytworzenie  bariery  w  czasie.  Zniknie  ona,  gdy  to  wszystko,  razem  z  tobą, 

przestanie  istnieć.  Ale  ty  nie  znikniesz  tak  szybko.  Chcę,  Ŝebyś  trochę  tu  posiedział, 

rozmyślając nad swoją przegraną i nad nieistnieniem dla ciebie przyszłości. Dlatego wokół tej 

katedry załoŜony jest izolator. Najprawdopodobniej umrzesz z pragnienia, zanim przestanie on 

działać! - ostatnie słowa wykrzyczał, po czym wrócił do konsolety. 

Otwarłem  dłoń,  Ŝeby  zobaczyć,  jaka  broń  wpadła  mi  w  palce  podczas  ostatnich 

wydarzeń.  Był  to  mały  miedziany  cylinderek,  waŜący  nie  więcej  niŜ  parę  deka.  Jeden  jego 

koniec był aŜurowy i sypał się zeń biały, drobny piasek. Było to bowiem stylowe urządzenie 

słuŜące  w  tej  epoce  do  suszenia  atramentu  na  świeŜo  napisanych  listach.  Nie  ukrywam,  Ŝe 

wolałbym coś bardziej wojowniczego, ale od biedy i to się mogło przydać. 

- Odchodzę! - zakomunikował mi znad konsolety. 

- A co z twoimi ludźmi? - spytałem, starając się zyskać na czasie. 

- Niewolnicy. Znikną razem z tobą. I tak juŜ ich nie potrzebuję. Mam do dyspozycji cały 

ś

wiat, który czeka tylko, aby mnie powitać. Wkrótce takich światów będzie mnóstwo. Wkrótce 

wszystko będzie moje! 

Dodanie czegokolwiek do tej przemowy byłoby błędem, toteŜ poczekałem spokojnie i 

w milczeniu, aŜ wlazł do walca time-helixu. 

- Wszystko moje! - powtórzył, spowity juŜ zielonkawą poświatą. 

-  Wątpię  -  oświadczyłem  mu  jak  najuprzejmiej,  waŜąc  w  dłoni  cylinderek  i  mierząc 

wzrokiem odległość od pulpitu. 

Sterowanie time-helixem polega na wduszeniu poŜądanej kombinacji przycisków dość 

sporych  rozmiarów.  Ta,  której  potrzebował,  była  juŜ  zaprogramowana.  Jeśliby  udało  się 

wdusić dodatkowy, to miejsce docelowe uległoby zmianie albo, na przykład, byłoby nicością. 

Wykonałem  ręką  kilka  próbnych  łuków,  mierząc  dystans  i  obliczając  trajektorię.  Musiał  to 

zauwaŜyć, bo z dzikim rykiem usiłował wyjść. Ale time-helix, jeśli juŜ zacznie się rozwijać, to 

trzyma mocno. Ten juŜ zaczął pracę. 

Na  zimno  oceniłem  odległość  i  posłałem  cylinderek  ku  pulpitowi.  Błysnął  we 

wlewającym się przez okna blasku słońca i pięknym łukiem opadł na klawiaturę, wywołując 

jednocześnie  parę  miłych  sercu  trzasków.  Opętańcze  wrzaski  Onego  ucichły,  gdy  zniknęła 

zielona  poświata,  a  za  oknem  zapanował  zmrok.  Widziałem  juŜ  taki  mrok  -  w  czasie  ataku 

temporalnego  na  kwaterę  Korpusu.  Znaczyło  to,  Ŝe  poza  budynkiem,  w  którym  byłem,  cała 

reszta Londynu zmieniła się w nicość. 

Koniec. 

Koniec  wszystkiego.  Uczucia,  które  wracały  do  mego  umysłu,  w  miarę  jak  słabło 

background image

działanie 

narkotyku, 

pogłębiały 

jeszcze 

to 

wraŜenie. 

Koniec.

background image

 

16 

 

Czy  komuś  z  was  zdarzyło  się  kiedykolwiek  zostać  złapanym  w  katedrze  Świętego 

Pawła  w  roku  pańskim  1807,  i  to  z  całym  zewnętrznym  światem  zamienionym  w  nicość; 

samotnie  stać  sobie  przyspawanym  do  stalowego  słupa  i  być  całkowicie  na  łasce  losu? 

Niewielu moŜe, jak sądzę, udzielić twierdzącej odpowiedzi. Ja mogę, ale naprawdę nie sprawia 

mi to przyjemności. Próbowałem uwolnić się, ale raczej bez przekonania. Wszystko zostało tu 

zbyt fachowo przeprowadzone, aby jakakolwiek szamotanina miała sens. 

Powinienem kombinować, jak się stąd wydostać i walczyć dalej, ale jakoś nie miałem 

na  to  ochoty.  Po  raz  pierwszy  w  Ŝyciu  byłem  całkowicie  bierny  i  pozbawiony  moŜliwości 

działania. Musiałem lojalnie przyznać sam przed sobą, Ŝe pobito mnie na całej linii. 

W czasie gdy rozwaŜałem tę nową sytuację, w absolutną ciszę wdarło się cichutkie ni to 

brzęczenie, ni to gwizd, który stopniowo narastał. Dochodził z pustego powietrza gdzieś nade 

mną  i  zakończył  się  głośnym  trzaskiem.  W  górze  pojawiła  się  postać  ubrana  w  kombinezon 

kosmiczny i uŜywająca grawitatora. Postać spłynęła powoli w dół. 

Byłem tak ogłupiały, Ŝe prawie nic nie mogło mnie juŜ zdziwić. To znaczy, sądziłem 

tak do chwili, gdy postać podniosła przesłonę hełmu. 

Byłem gotów uwierzyć we wszystko poza tym, Ŝe to moŜe być ona. 

-  Zdejmij  te  kretyńskie  łańcuchy  -  stwierdziła  Angelina  z  niesmakiem.  -  Wystarczy 

zostawić cię samego, a juŜ pakujesz się w jakieś dziwne kłopoty. Teraz będziemy juŜ razem. To 

wszystko, co mam ci na ten temat do powiedzenia. 

Nie  mogłem  nic  odpowiedzieć,  bo  moje  narządy  mowy  zostały  fatalnie  wręcz 

zablokowane i nie byłem w stanie wydać Ŝadnego dźwięku. Dopiero widok Angeliny stojącej 

na podłodze doprowadził mnie do przytomności. 

- Ślicznie dobrane imię - Angelina. Spadłaś z nieba, aby mnie uwolnić? 

W odpowiedzi otworzyła szerzej przesłony, Ŝeby mnie pocałować, po czym wyjęła nóŜ 

laserowy i zaczęła majstrować przy łańcuchach. 

- Teraz powiedz mi o tych tajemniczych podróŜach w czasie i o tym całym nonsensie. I 

mów szybko, bo mamy tylko siedem minut, jeśli wierzyć w to, co mówił Coypu - stwierdziła 

stanowczo. 

- A co jeszcze ci mówił? - spytałem, zastanawiając się, jak duŜo wie. 

- Tylko nie zaczynaj być tajemniczy! Mam dość Coypu i jego bełkotu. 

background image

Odskoczyłem, gdy dla poparcia tego oświadczenia machnęła mi noŜem przed nosem, 

po  czym  zabrałem  się  do  gaszenia  tlących  się  rękawów  kurtki.  Zdenerwowana  Angelina 

stawała się naprawdę niebezpieczna. 

- Kochanie - rzekłem z uczuciem, starając się obserwować jednocześnie jej twarz i dłoń 

z noŜem. - Niczego przed tobą nie ukrywam! Po prostu we łbie mi się mąci od tych wszystkich 

skoków  czasowych  i  wolę  wiedzieć,  jak  daleko  sięga  twoja  wiedza  w  tej  kwestii,  aby  do-

kończyć tylko opowieść. Tak będzie duŜo prościej i szybciej. 

- Doskonale wiesz, Ŝe ostatni raz rozmawialiśmy przez wideofon. Powiedziałeś, Ŝe to 

bardzo waŜne, Ŝebym przyszła jak najszybciej do laboratorium Coypu. Gdy w końcu się tam 

zjawiłam - bo ty zaraz przerwałeś połączenie - wszyscy latali jak wariaci i byli zajęci swoimi 

maszynami  tak  dokładnie,  Ŝe  nie  było  nikogo,  z  kim  moŜna  by  porozmawiać.  Coś  tam 

wrzeszczeli o powrocie w czasie i tyle. Zresztą, z Inskippem teŜ nie było lepiej. Oznajmił mi, Ŝe 

zniknąłeś  z  jego  biura,  gdy  mówił  ci,  co  o  tobie  myśli.  Chyba  dowiedział  się  o  tych  paru 

groszach, które odłoŜyliśmy na czarną godzinę. Potem była masa gadania o tobie zbawiającym 

ś

wiat czy galaktykę, ale ciągle nie mogłam zrozumieć z tego ani słowa. To wszystko straszliwie 

się ciągnęło, aŜ w końcu posłali mnie tutaj. 

- A więc zrobiłem to - stwierdziłem z uznaniem w głosie. - Uratowałem ciebie, Korpus 

i wszystko! 

- Miałam rację. Znowu chlałeś! 

- Ostatnimi czasy nie, a skoro chcesz znać prawdę, to wy wszyscy zniknęliście i cała 

baza z wami. Coypu był ostatni, a więc miał czas, aby ci o tym opowiedzieć. Nikt z Korpusu nie 

istniał, bo nikt się nigdy nie narodził, jeśli nie brać pod uwagę moich wspomnień. 

- Moje wspomnienia są troszkę inne. 

- Powinny być, skoro dzięki moim wysiłkom plany Onego zawiodły... 

- Jego, nie onego. To całe picie rzuca ci się na język. 

-  On  to  imię,  i  nie  piłem  od  paru  godzin.  Ani  kropelki.  Czy  moŜesz  posłuchać  przez 

chwilę, nie przerywając mi? Ta historia jest juŜ i tak wystarczająco powikłana... 

- Powikłana i z pewnością zainspirowana alkoholicznie. 

Warknąłem,  po  czym  pocałowałem  ją  i  kontynuowałem  opowieść,  zanim  się 

opamiętała. 

-  Atak  czasowy  został  skierowany  przeciw  Korpusowi  i  Coypu  wysłał  mnie  w 

przeszłość, w rok 1975, abym temu zapobiegł. Częściowo mi się to udało, ale On uciekł, po 

czym zjawił się tu, w 1807 roku, gdzie zastawił na mnie pułapkę i złapał mnie. Ale jego plany 

nie powiodły się w całości, bo zdołałem zmienić ustawienie jego time-helixu. To musiało mu 

background image

sporo zamieszać, bo zjawiłaś się, aby mnie uratować. 

-  Och,  kochanie,  zawsze  wiedziałam,  Ŝe  moŜesz  uratować  świat,  jeśli  naprawdę  się 

postarasz! 

Wzięliśmy się za ramiona z czymś, co moŜna by określić jako autentyczną namiętność, 

przerwaną jednak przez gwałtowny cios, którym poczęstowała mnie w ramię. Cofnąłem się z 

jękiem. 

-  Czas!  -  jęknęła,  patrząc  na  zegarek.  -  Przez  ciebie  zapomniałam.  Mamy  mniej  niŜ 

minutę. Gdzie time-helix? 

- Tu - wskazałem, masując sobie kończynę. 

- A kontrolka? 

- Tam. 

- Wstrętna. Gdzie jest odczyt? 

- Te przyciski. 

- Musimy nastawić trzynastą pozycję. Coypu bardzo na to nalegał. 

Wduszałem przyciski na podobieństwo zidiociałego pianisty, co zaowocowało dzikimi 

błyskami światełek. 

- Trzydzieści sekund - poinformowała mnie słodko. 

- Jest! - jęknąłem, gdy oznajmiła, Ŝe dziesięć. - Pole ma postać powierzchniową, więc 

musimy stać blisko. 

- Gdybym nie miała tego kretyńskiego kombinezonu - szepnęła, gryząc mnie namiętnie 

w ucho - byłoby o wiele zabawniej. 

- MoŜe, ale byłoby dość ambarasujące zjawić się w takich strojach w bazie. 

- Nie przejmuj się, jeszcze tam nie wracamy. 

Coś nagle obudziło się do samodzielnego Ŝycia w moim Ŝołądku. 

- Co masz na myśli? I dokąd, u diabła, lecimy? 

-  Nie  wiem  dokładnie!  Wszystko,  co  Coypu  powiedział,  to  tyle,  Ŝe  będziemy  jakieś 

dwadzieścia tysięcy lat w przyszłości, tuŜ przed zniszczeniem tej planety. 

- Znowu On i jego idioci! - jęknąłem. - Właśnie lecimy w przyjemne miejsce, gdzie cała 

planeta jest jednym wielkim szpitalem dla czubków i wszyscy są przeciwko nam! 

Otoczenie zamarło, gdy spirala time-helixu ruszyła. Ja rozpoczynałem podróŜ z głupim 

wyrazem twarzy. Trwał on przez dwadzieścia tysięcy lat i był dokładnym odzwierciedleniem 

moich uczuć.

background image

 

17 

 

Błam! To było jak spadanie prosto do łaźni parowej. Nie dość, Ŝe spadaliśmy, to jeszcze 

chmury  zasłaniały  całkowicie  krajobraz.  Niewidoczna  powierzchnia  mogła  być  z  równym 

powodzeniem o dziesięć jardów, jak i dziesięć mil pod nami. 

-  Włącz  grawitator!  -  krzyknąłem.  -  Mój  został  w  nie  istniejącym  dziewiętnastym 

wieku. 

MoŜe  nie  powinienem  był  krzyczeć,  bo  Angelina  dała  pełną  moc  i  wysunęła  się  z 

mojego uścisku. Wściekle machając rękami, zdołałem zaczepić się na jej stopie. Kombinezon 

zjechał z niej, rozciągając się malowniczo. 

- Wolałabym, Ŝebyś tego nie robił - dobiegło mnie z góry. 

-  Całkowicie  się  z  tobą  zgadzam  -  wymamrotałem  przez  zaciśnięte  zęby.  Nogawka 

osiągnęła  swoją  dwukrotną  długość  i  bujałem  się  na  niej  w  górę  i  w  dół,  zupełnie  jak  na 

gumowej linie. Kombinezony są pomyślane tak, by znosić róŜne dziwne rzeczy, ale zapewne o 

czymś takim nikt nie pomyślał. Trzeba było jednak skończyć ten cyrk, w przeciwnym razie cały 

strój mógł trzasnąć. 

- Wyłącz to! - krzyknąłem. 

Jej  reakcja  była  natychmiastowa  i  zaczęliśmy  spadać  jak  kamienie.  Kombinezon 

skurczył się błyskawicznie, a ja wystrzeliłem w ramiona Angeliny. Ta spojrzała w dół, pisnęła i 

włączyła grawitator ponownie. Tym razem byłem zupełnie nieprzygotowany, toteŜ zsunąłem 

się po niej wprost ku terenowi, który nagle ukazał się poniŜej. W ciągu tych paru sekund, które 

mi zostały, robiłem, co mogłem, aby wylądować raczej na plecach, i prawie by mi się to udało, 

ale wcześniej uderzyłem o ziemię. 

Wszystko  było  ciemnością  i  zaczynałem  nabierać  pewności,  Ŝe  umarłem.  Ostatnie 

przebłyski świadomości przebiegały mi przez głowę. Nie dość, Ŝe nie Ŝałowałem niczego, to 

jeszcze było parę drobiazgów, które pragnąłbym robić częściej, gdybym mógł... 

Trwało  to  parę  sekund,  aŜ  dotarło  do  mnie,  Ŝe  Ŝyję,  ale  mam  usta  pełne  błota. 

Wyplułem,  co  się  dało,  przetarłem  oczy  i  rozejrzałem  się.  Pływałem  w  bajorze  na  wpół 

rozwodnionego błota, w którym rozrywały się co chwila bąble jakiegoś śmierdzącego gazu i 

rosły niezbyt przyjemnie wyglądające pnącza. Coś mnie wprawdzie bolało, ale nie za mocno, 

tak Ŝe Ŝycie zaczynało nabierać kolorów, a nawet zapachów. 

- Tam w dole wygląda dość obrzydliwie - stwierdziła Angelina, unosząc się parę stóp 

background image

nad moją głową. 

- Jest dokładnie tak, jak wygląda. Jeśli nie masz nic przeciwko temu, to chciałbym stąd 

wyjść. ZniŜ się trochę i zegnij kolana. Złapię cię i odjeŜdŜamy. Tylko delikatnie, na wszystko 

co święte! 

Z rozgłośnym mlaśnięciem uwolniliśmy się z natrętnego błocka, po czym ruszyliśmy 

ponad rozpościerającym się na wszystkie strony bagniskiem. 

- W prawo - zakomenderowałem w pewnej chwili. - Wygląda na kanał z czystą wodą. 

Wydaje mi się, Ŝe kąpiel i przepiórka byłyby wskazane. 

- PoniewaŜ mam pecha poruszać się z wiatrem, to wyraziłeś moje najskrytsze marzenie! 

Pośrodku strumienia była odrobina złotego piasku, jakby umyślnie dla mnie wysypana. 

Zeskoczyłem,  gdy  Angelina  obniŜyła  lot,  i  zanim  jeszcze  zdąŜyła  wylądować,  zrzuciłem 

ubranie  i  szorowałem  się  zawzięcie  stojąc  po  pas  w  wodzie.  Obserwowałem  właśnie,  jak 

Angelina zdejmuje kombinezon i zaczyna rozczesywać swoje długie włosy, które były obecnie 

jasne,  gdy  ognisty  ból  przeszył  mój  gluteus  maximus.  Wyskoczyłem  z  wody  ze  wszystkimi 

objawami  właściwymi  psu,  któremu  drzwi  przytrzasnęły  ogon.  ChociaŜ  tak  atrakcyjna  i 

kobieca,  Angelina  zawsze  była  sobą.  Grzebień  został  zastąpiony  przez  pistolet  i  zanim 

dotknąłem piasku, zabrzmiał pojedynczy, ale celny strzał. 

Gdy  ona  zajęta  była  czynnościami  samarytańskimi,  to  znaczy  spryskiwała  pianką 

chirurgiczną podwójny ślad zębów na mojej skórze, obejrzałem sobie to, co chciało mnie zjeść 

na obiad. Z rybki została połowa, nadal jednak podrygująca i kłapiąca szczękami. Te ostatnie 

miały  więcej  zębów  niŜ  magazyn  spółdzielni  dentystycznej  i  towarzyszyły  im  niezbyt  miło 

błyszczące ślepia. Złapałem ścierwo za szczątki ogona i wrzuciłem do wody. Spowodowało to 

nader oŜywioną działalność pod powierzchnią, a z tego, co było widać, wywnioskowałem, Ŝe 

bydlę, które mnie napadło, było raczej mizernym mieszkańcem tych okolic. 

-  Dwadzieścia  tysięcy  lat  nie  wyszło  tej  planecie  na  zdrowie  -  stwierdziłem 

autorytatywnie. 

- Skończ narzekać, czas na lunch! Zawsze praktyczna kobieta. 

Na  obiad  było  coś,  co  wylazło  za  mną  na  brzeg  i  próbowało  mnie  zjeść.  Wyglądało 

nawet na rybę, tylko miało owłosione łapy. Na deser był przebłysk geniuszu Angeliny, która 

zabrała flaszkę mojego ulubionego wina. 

-  Uratowałaś  moje  Ŝycie  parę  razy  w  ciągu  ostatnich  dwudziestu  wieków  - 

powiedziałem ocierając usta. - Więc nie gniewam się, Ŝe zamiast w domu znalazłem się w tym 

bagnie. Ale czy ty mogłabyś mi w końcu powiedzieć, co się stało i co Coypu ci powiedział? 

- Gadał duŜo róŜnych takich, ale zrozumiałam z tego niewiele. Zrobił czujnik czasowy, 

background image

czy  jak  to  się  tam  zwie,  i  śledził  twoje  skoki  w  czasie  i  czyjeś  jeszcze  -  pewnie  chodziło  o 

twojego przeciwnika. On zrobił coś z czasem, stworzył jakąś pętlę, która istniała pięć lat, po 

czym  zniknęła.  On  z  niej  wyskoczył,  ty  nie.  Więc  Coypu  wysłał  mnie  na  kilka  minut  przed 

końcem, Ŝebym cię stamtąd wyciągnęła. Dał mi współrzędne następnego skoku - tym razem do 

czasu twego wroga. Spytałam go uprzejmie, co mamy tu robić, ale mamrotał coś o paradoksie. 

Czy masz jakieś pomysły, co to moŜe być? 

-  PrzecieŜ  to  proste.  Znajdziemy  Onego  i  zabijemy,  co  powinno  zlikwidować  całą 

sprawę. Dwa razy juŜ próbowałem - raz strzelając, drugi raz bombą termitową. Ale, jak mówią, 

do trzech razy sztuka. 

- MoŜe ja powinnam się nim zająć? - spytała słodko Angelina. 

- Dobry pomysł. Mam juŜ dość tej czasowej ciuciubabki. 

- A jak znajdziemy Onego? 

- Najprostsze zadanie na świecie, jeśli masz detektor energii pola czasowego. 

Miała. 

- Wystarczy wdusić ten guzik, a wychylenie igły wskaŜe nam drogę. 

Guzik  został  wduszony  i  nic  się  nie  stało.  Jedynie  z  wnętrza  instrumentu  wypłynęła 

odrobina wody. 

- To chyba nie działa - uśmiechnęła się uprzejmie. 

- MoŜliwe, albo w tym momencie nie uŜywają time-helixu - stwierdziłem, przeszukując 

swoje ubranie. - Musiałem zostawić całe wyposaŜenie, ale Chytry Jim nigdy nie rozstaje się ze 

swym szperaczem. 

Z tego drobiazgu byłem dumny, gdyŜ zrobiłem go własnoręcznie i był jednym z paru 

przedmiotów,  których  On  nie  znalazł.  Mogło  to  wytrzymać  wszystko,  poza  wrzuceniem  do 

wulkanu,  i  było  wielkości  pudełka  od  zapałek.  Wykrywało  minimalne  nawet  zmiany 

radioaktywności, i to na całej skali. Włączyłem maszynkę i zająłem się przyciskami. 

- Bardzo ciekawe - mruknąłem, sprawdzając częstotliwości radiowe. 

-  Jak  mi  nie  powiesz  co,  to  więcej  razy  nie  będę  sobie  zawracała  głowy  ratowaniem 

twojej osoby. 

- I tak to zrobisz, bo mnie kochasz. Mam tu dwa źródła: jedno słabe i dalekie; drugie 

całkiem blisko, działające na wielu częstotliwościach, z radioaktywnością włącznie. I jeszcze 

coś,  co  jest  chwilowo  najistotniejsze.  Wyciągnij  krem  przeciwsłoneczny,  promieniowanie 

ultrafioletowe dosięga szczytu skali. MoŜemy się załoŜyć, Ŝe juŜ jestem ugotowany. 

Nakremowaliśmy się i na przekór temperaturze włoŜyliśmy wystarczającą ilość rzeczy, 

by rzeczywiście się ugotować, ale przynajmniej niebezpieczeństwo zostało odsunięte. 

background image

- Dziwne rzeczy się tu dzieją - stwierdziłem. - Promieniowanie, klimat, zwierzątka w tej 

wodzie, zastanawiam się... 

-  A  ja  nie.  Po  wykonaniu  zadania  moŜesz  zająć  się  wykopaliskami.  Ale  najpierw 

zabijmy kogo trzeba. 

- Odezwał się zawodowiec. Mam nadzieję, Ŝe tym razem przerobimy uprząŜ, Ŝeby nie 

szukać się po terenie? 

- Bardzo zabawne - odparła rozpinając sprzączkę. 

Powietrzne  bliźniaki  syjamskie  zostały  spięte  i  grawitator  poniósł  nas  ku  źródłu 

promieniowania.  Błoto  ciągnęło  się  nuŜąco  długo  i zaczynałem  się  juŜ  obawiać  o  generator, 

gdy w końcu pojawił się suchy ląd. Najpierw pod postacią wysepek, potem jako bariera górska, 

której pokonanie powaŜnie uszczupliło nasze zapasy energii. 

- Wkrótce będzie spacerek - oznajmiłem. - Zawsze to lepsze od kąpieli. 

- Nie bardzo, jeśli ewolucja na lądzie poszła w tę samą stronę, co w wodzie. 

Niepoprawna optymistka! Miałem juŜ powiedzieć coś równie błyskotliwego, gdy pod 

nami coś błysnęło, a moja noga zareagowała atakiem bólu. 

-  Postrzelili  mnie!  -  wrzasnąłem  bardziej  z  zaskoczenia  niŜ  z  bólu  i  sięgnąłem  do 

dźwigni, ale Angelina zdąŜyła juŜ wyłączyć zasilanie. Wylądowaliśmy w  ostatniej chwili na 

czymś, co było imponującym rumowiskiem skalnym. Podskakując na jednej nodze, grzebałem 

koło apteczki, ale i tu Angelina mnie wyprzedziła. OdkaŜenie, zastrzyk uśmierzający ból - cała 

operacja trwała kilkanaście sekund. 

- Mała rana postrzałowa - poinformowała mnie spryskując okolice pianką. - Powinno 

się szybko zagoić, tylko nie forsuj nogi. Teraz posiedź tu grzecznie. Pójdę zabić tego, kto to 

zrobił. 

Zanim  zdąŜyłem  odpowiedzieć,  zniknęła  między  skałami.  Nie  ma  nic  lepszego  niŜ 

troskliwa i kochająca Ŝona, która jest zawodowym mordercą. MoŜliwe, Ŝe w tej rodzinie to ja 

noszę spodnie, ale za to oboje nosimy broń. 

Rozmyślania  przerwał  mi  odgłos  strzału  i  jakieś  dzikie  wrzaski,  po  których  nastała 

cisza. Zaletą Angeliny był fakt, Ŝe w tego typu sytuacjach nie musiałem się zastanawiać, kto 

wygrał.  Przyznaję,  Ŝe  zdrzemnąłem  się  nieco,  czekając  na  jej  powrót.  Obudziło  mnie 

wyłączenie grawitatora, gdy osiadła przy mnie. 

- Mógłbym się dowiedzieć, co się stało? 

- Był tylko jeden. Tam jest coś w rodzaju farmy, jakieś maszyny, coś rośnie. Dałam mu 

w łeb, ale nie mogłam zastrzelić, gdy był nieprzytomny. 

Ucałowałem ją gorąco. 

background image

- Skrupuły, moja droga. Niektórzy się z nimi rodzą, ty to masz od chirurga, ale rezultaty 

są takie same. 

-  Nie  jestem  pewna,  czy  je  lubię.  W  dawnych  czasach  była  jednak  jakaś  wolność,  a 

teraz... 

- Wszyscy musimy być czasem cywilizowani - oświadczyłem. 

-  Myślę,  Ŝe  masz  rację  -  westchnęła.  -  Ale  zawsze  przyjemniej  byłoby  od  ręki  go 

zastrzelić. 

UŜywając  oszczędnie  grawitatora,  zniŜyliśmy  się  nad  płaskowyŜ  uwieńczony  niską 

budowlą ze scementowanych głazów. Drzwi były otwarte, toteŜ pokuśtykałem tam, opierając 

się na jej ramieniu. Wnętrze było słabo oświetlone, maleńkie, z wąskimi oknami. Moją uwagę 

zwróciły  przede  wszystkim  łóŜka.  Jedno  było  zajęte  przez  podrygującą  postać  związaną  w 

kłębek i zakneblowaną, drugie zaś świeciło pustką. 

- PołóŜ się - zarządziła Angelina - a ja zobaczę, czy da się wyciągnąć coś mądrego od 

tego tam. 

Dopiero teraz zrobiłem krok w stronę łóŜka i nagle mnie olśniło. 

-  Dwa  łóŜka!  Ktoś  tu  jeszcze  musi  być  w  okolicy!  Zanim  zdąŜyła  odpowiedzieć,  za 

nami  w  drzwiach  pojawił  się  drugi  mieszkaniec  tej  rudery,  wrzeszcząc  coś  głośno  i  jeszcze 

głośniej 

strzelając.

background image

 

18 

 

Facet wrzeszczał najprawdopodobniej dlatego, ze broń została mu wytrącona z dłoni, 

zanim pociągnął za spust, a w chwilę później następny pocisk wysłał go za drzwi. Wszystko to 

zarejestrowałem  przewracając  się  na  brzuch  i  wyciągając  broń.  Nim  zdąŜyłem  to  zrobić, 

Angelina juŜ chowała swoją. 

- To mi się bardzo podoba - stwierdziła na widok nieruchomej pary butów wystających 

zza  progu.  -  Cywilizacyjne  skrupuły  czy  nie,  strzelanie  w  samoobronie  jest  ciągle  równie 

przyjemne  jak  dawniej.  Widziałam  go,  gdy  tu  wchodziliśmy,  ale  nie  miałam  moŜliwości 

czystego strzału. Teraz powinno być ciszej. Zrobię jakąś zupę, a ty się prześpij... 

- Nie! - zaoponowałem stanowczo, Ŝując koncentrat. - Jest oczywiście w infantylizmie 

sporo przyjemności - w tym przypadku oznacza to, Ŝe będę traktowany jak zidiociałe dziecko - 

ale sądzę, Ŝe mam tego dość. Dwa razy goniłem Onego i coś udało mi się osiągnąć, a tym razem 

zamierzam dokończyć rozmowę. Ja dowodzę tym cyrkiem, a więc bądź uprzejma naśladować 

mnie, a nie prowadzić, i zechciej moŜe słuchać rozkazów. 

- Yes, sir - odparła z ukłonem. 

Ciekawe, czy ukłon ten maskował drwiący uśmiech? NiewaŜne - i tak ja jestem szefem. 

Zabraliśmy  się  do  roboty  przy  wtórze  wymyślnych  zapewne  przekleństw  naszego 

więźnia. Gdy tylko wyciągnąłem knebel, musiałem cofnąć palce, typek usiłował bowiem mnie 

ugryźć.  Zainteresowałem  się  zatem  jakimś  stojącym  opodal  radiopodobnym  urządzeniem. 

Działało,  ale  i  tak  nie  dało  się  nic  zrozumieć  z  tego  bełkotu.  Poszukiwania  Angeliny  były 

bardziej owocne. Wyprowadziła zza węgła wstrętnie wyglądający pojazd, samojazd właściwie, 

coś  w  rodzaju  plastikowej  wanny  dyndającej  pomiędzy  czterema  kołami.  To  coś  syczało  i 

warczało podczas prezentacji. 

- Proste w obsłudze - poinformowała mnie, gdyŜ zawsze była lepsza w technice niŜ ja. - 

Ta  dźwignia  włącza  toto  i  wyłącza,  a  te  dwie  wajchy  są  do  operowania  kołami  -  tylne  i 

przednie; w przód, gdy chce się dodać szybkości, w tył, gdy zahamować. 

- A neutralnie, gdy zostawia się stałą szybkość - wpadłem jej w słowo, demonstrując, Ŝe 

nie jestem całkowitym głąbem. - A to w ołowiu to będzie reaktor atomowy, płyn dochodzi tędy, 

rozgrzewa  się  w  wymienniku  i  zasila  generator  elektryczny,  a  dalej  motory  przy  kołach. 

Brzydkie, ale proste i praktyczne. 

- Tam jest coś w rodzaju ścieŜki przez pola uprawne, a jeśli pamięć mnie nie myli - i tak 

background image

skorzystasz z okazji, aby mnie poprawić - to jest ten sam kierunek, który wskazywał ten twój 

wynalazek. 

- A zatem w drogę! - zdecydowałem. 

- Dobijemy tego? - spytała z nadzieją. 

- Nie, ale zabiorę mu rzeczy, bo moje ubranie nadaje się tylko na szmaty, i rozmontuję 

mu radio. Zanim przegryzie knebel, my będziemy juŜ daleko. 

Droga  była  męcząca,  a  krajobraz  potwornie  monotonny.  Zaledwie  parę  razy 

napotkaliśmy  ślady  opon,  ale  do  samego  wieczoru  było  to  jedyne  urozmaicenie.  Obóz 

rozbiliśmy wśród skał, a ranek powitałem juŜ w lepszej kondycji i z wilczym apetytem. Tym 

razem Angelina prowadziła pojazd, a ja ze zdobyczną dubeltówką na kolanach podziwiałem 

krajobraz.  ZjeŜdŜaliśmy  juŜ  na  równinę  z  jakąś  niesympatycznie  wyglądającą  dŜunglą,  ku 

której  zmierzał  trakt.  Sama  dŜungla  była  zdecydowanie  nieprzyjemna  -  pnącza  omal  nie 

ocierały się o nasze głowy, panował półmrok, a powietrze było wilgotne i duszne. 

- Nie podoba mi się tu - oznajmiła Angelina rozglądając się wokół. 

-  Mnie  jeszcze  mniej.  Jeśli  tutejsza  fauna  podobna  jest  do  tego,  co  pływa,  moŜe  być 

niezła zabawa. 

Głowa chodziła mi bez przerwy i po raz pierwszy w Ŝyciu Ŝałowałem, Ŝe nie mam oczu 

na szypułkach. Jak na razie nic nas nie goniło. Oczywiście patrzyłem wszędzie, tylko nie pod 

koła, a tam właśnie kryło się niebezpieczeństwo. 

- Te drzewa mają kretyński zwyczaj walić się na drogę - powiedziała Angelina z odrazą. 

- Znowu trzeba będzie podskakiwać... 

- Nie! - to było wszystko, co zdąŜyłem rzec, gdy koła wjechały na zieloną kłodę. 

Byliśmy  akurat  nad  nią,  gdy  oŜyła  i  wygięła  się  w  pałąk.  ZdąŜyliśmy  przezeń 

przejechać,  gdy  z  przodu  wyłonił  się  początek  tego  czegoś  -  wąŜ  z  łbem  wielkości  beczki, 

syczący  jak  eksplodujący  bojler.  Dokładnie  poniŜej  znalazła  się  Angelina,  która  wyleciała  z 

wozu  i  siedziała  teraz  na  drodze,  potrząsając  w  zamroczeniu  głową,  niczego  nieświadoma. 

Miałem  czas  tylko  na  jeden  strzał  i  musiał  to  być  dobry  strzał,  jeśli  chciałem  cokolwiek 

osiągnąć. 

Władowałem kulę między ślepia - w chmurze strzępów łeb zniknął gdzieś i to powinien 

być koniec, tyle Ŝe ciało przebiegł jeszcze potęŜny dreszcz i zanim zdąŜyłem cokolwiek zrobić, 

poczułem silne uderzenie w plecy i poleciałem między drzewa. Jakaś gałąź, która znalazła się 

na drodze mego lotu, nie zechciała jednak ustąpić i w białej eksplozji wszystko zniknęło. 

Tępe łomotanie pod czaszką i ostry ból w nodze zmusiły mnie do otwarcia oczu. Był to 

duŜy wysiłek, ale uwieńczony sukcesem. Coś małego i brązowego, z całym mnóstwem zębów, 

background image

dobierało  się  do  mojej  nogawki,  mając  najwyraźniej  ochotę  zrobić  sobie  drugie  śniadanie  z 

mojej  własnej  łydki.  Pierwszy  kęs  mnie  obudził,  a  drugiego  juŜ  nie  było,  bo  rozpaczliwe 

kopnięcie  trafiło  zwierzątko  w  bok.  Odskoczyło  z  warknięciem,  ukazując  mi  całą  zawartość 

swego pyska, i odbiegło. 

Powoli przebijało mi się coś z podświadomości, jakieś wspomnienia... droga... wąŜ... 

wypadek... Angelina! Jęknąłem zrywając się na równe nogi. 

-  Angelina!  -  krzyknąłem.  Odpowiedzią  było  milczenie.  Wygrzebałem  się  na  skraj 

drogi. Chrząkąjąca wataha pobratymców mego niedoszłego konsumenta pracowała zawzięcie 

nad ścierwem gada i osiągała doskonałe wyniki. Jak długo ja się nimi nie interesowałem, tak 

długo mnie ignorowały, tak więc z tej strony wszystko było w porządku. Ale tylko z tej. 

Moja broń zniknęła, Angelina takŜe. Zanim zacząłem myśleć, zajrzałem do apteczki. Po 

paru  minutach  przestało  mi  dzwonić  we  łbie,  a  sprawność  ruchów  osiągnęła  poziom  jak  u 

zdrowego sześćdziesięciolatka. Coś tu było straszliwie nie tak i był juŜ najwyŜszy  czas, aby 

dowiedzieć się co. Ślady na ziemi były na tyle wyraźne, Ŝe przestałem obawiać się cudu. Ze 

zjawiskami nadprzyrodzonymi nie da się bowiem walczyć, z ludźmi jak najbardziej. A tu byli 

ludzie. 

Duchy nie uŜywają pojazdów, a w błotnistym zagłębieniu były piękne ślady dwóch par 

kół i przynajmniej ze trzech wzorów podeszew. Albo byliśmy śledzeni, albo jakaś wycieczka 

nadjechała  przypadkiem  na  miejsce  zdarzenia.  PoniewaŜ  oba  wozy  oddaliły  się  w  obranym 

przez nas kierunku, klnąc pod nosem ruszyłem ich śladem i starałem się nie myśleć o tym, co 

mogło się stać z Angeliną. 

Na szczęście ta wycieczka nie trwała zbyt długo. Po jakiejś godzinie roślinność zaczęła 

rzednąć  i  wyszedłem  między  wzgórza.  Wychodząc  zza  następnego  zakrętu,  dojrzałem  tył 

jednego z pojazdów. Cofnąłem się błyskawicznie i zacząłem myśleć. 

Po  ostatnich  przejściach  byłem  prawie  bezbronny,  toteŜ  natychmiastowe  zastrzelenie 

porywaczy  nie  wchodziło  w  grę.  Miałem  jedynie  bransoletkę  z  granatów,  którą  dała  mi 

Angeliną, chyba jako talizman. A więc do roboty - garść usypiających powinna wystarczyć, a 

gdyby  przypadkiem  któryś  z  nich  był  nieco  dalej,  to  zwykły,  trzymany  w  drugiej  dłoni, 

powinien go rozerwać. 

Tak przygotowany, sunąłem od skały do skały, zbliŜając się do polany, na której stały 

oba pojazdy. Wziąłem głęboki oddech i skoczyłem na otwartą przestrzeń... 

I drewniany kołek, wprawiony w ruch przez straŜnika, wylądował na moim ciemieniu...

background image

 

19 

 

Zamroczyło mnie na parę sekund, ale to wystarczyło, abym został fachowo związany. 

Zniknęła teŜ cała broń, którą mogli znaleźć. Za ten incydent mogłem winić tylko siebie i swoją 

głupotę, toteŜ kląłem na czym świat stoi, gdy przeniesiono mnie i rzucono koło Angeliny. 

- Nic ci nie jest? - wychrypiałem. 

- Oczywiście, Ŝe nie. Czuję się o niebo lepiej od ciebie. Co było zresztą prawdą. Ubranie 

miała w paru miejscach podarte, nieco zadrapań na skórze, ale poza tym nic jej nie było. No i 

związano  ją  równie  fachowo  jak  mnie.  Ktoś  za  to  zapłaci,  i  to  zapłaci  porządnie.  Byłem  w 

stanie usłyszeć zgrzytanie własnych zębów. 

- Myśleli, Ŝe jesteś martwy - odezwała się. - I ja takŜe. Ile czasu byłam nieprzytomna, 

tego nie wiem, ale gdy się ocknęłam, to oni juŜ przyjechali. Zabrali broń i ekwipunek i ładowali 

to do wozów. Nic nie mogłam zrobić, Ŝeby ich powstrzymać, wszyscy mówią tym strasznym 

językiem. 

Wyglądali  tak,  jak  brzmiał  ich  język  -  zarośnięci  i  brudni,  z  ubraniami  w  stanie 

rozkładu.  Mogłem  przyjrzeć  się  im  bliŜej,  gdy  jeden  podszedł  i  zaczął  oglądać  moją  głowę, 

porównując ją z całkiem niezłą fotografią, którą miał w garści. Musieli być kumplami Onego. 

W  tym  momencie  mało  szlag  mnie  nie  trafił,  gdy  najbrudniejszy  i  najbrzydszy  zaczął 

obmacywać Angelinę. Był jednak za daleko i próba kopnięcia go skończyła się fiaskiem. 

Jedno  bezsprzecznie  trzeba  przyznać  Angelinie  -  jest  osobą  konkretną.  Kiedy  wie, 

czego chce - dostaje to, i niewaŜne, w jaki sposób. Teraz wpadł jej do głowy pomysł, jak się 

stąd wydostać, i wprowadziła go w czyn bez wahania. Nie potrafiła mówić ich językiem, ale 

mowa, którą się posłuŜyła, była tak stara jak ludzkość. Odwróciła się ode mnie i uśmiechnęła 

do tej obrośniętej małpy. Ramiona wypręŜyła do tyłu, a nogi rozchyliła na tyle, na ile pozwalał 

krępujący je w kostkach sznur. 

Oczywiście, Ŝe to poskutkowało. Dwaj pozostali mieli, co prawda, jakieś wątpliwości, 

ale  Kudłaty  dał  jednemu  po  łbie  i  na  tym  się  skończyło.  Patrzył  na  Angelinę  pałającym 

wzrokiem. ZbliŜył się,  a ona posłała mu w odpowiedzi swój najcieplejszy  uśmiech i uniosła 

związane ręce. 

Jaki męŜczyzna mógł się temu oprzeć? Z pewnością nie ten worek kłaków. Przeciął jej 

więzy  na  rękach  i  nogach,  po  czym  postawił  na  ziemi  i  zamknął  w  niedźwiedzim  uścisku, 

zbliŜając swą gębę do jej twarzy. Mógłbym mu powiedzieć, Ŝe bezpieczniejsza byłaby próba 

background image

pocałowania tygrysa szablozębego, ale po co. 

To,  co  nastąpiło  później,  widziałem  tylko  ja  -  oczekiwałem  tego  i  nie  miałem 

zasłoniętego  widoku.  Angelina  wykonała  krótki  i  błyskawiczny  ruch  prawą  dłonią  i  rąbnęła 

gościa pod mostek. Ślicznie! Widziałem, jak jego plecy zatrzymały się na sekundę, po czym 

znowu  podąŜyły  do  przodu.  Angelina  podtrzymywała  przez  chwilę  jego  ciało,  po  czym 

odskoczyła i wrzasnęła, gdy rąbnął o ziemię. 

Obraz  niewiniątka  -  dłonie  przy  ustach,  oczy  wytrzeszczone.  Rzecz  jasna,  pozostali 

dwaj nadbiegli, ale jeszcze nie zdąŜyli nabrać podejrzeń. Pierwszy z nich miał moją strzelbę. 

Zaopiekowała się nim Angelina. Ledwie znalazł się na tyle blisko, aby mieć pewność ciosu, 

poczęstowała go noŜem zabranym Kudłatemu. Nie widziałem, gdzie trafiła, bo trzeci właśnie 

mnie  mijał.  Podkurczyłem  uprzednio  nogi  w  nadziei  na  taką  okazję,  teraz  wyrzuciłem  je 

gwałtownie  do  przodu  i  trafiłem  go  pod  kolana.  W  chwili  gdy  zaczął  padać,  zrobiłem  co 

mogłem,  aby  znaleźć  się  pod  nim.  Gdy  dotknął  gruntu,  trafiłem  go  dwukrotnie  obcasami  w 

szyję. Drugi raz tylko dlatego, Ŝe byłem naprawdę wściekły. 

I  to  było  wszystko.  Angelina  wyciągnęła  nóŜ  z  krtani  swojej  ofiary,  wytarła  o  łachy 

nieboszczyka i przecięła moje więzy. 

- Jesteś cudowna - oznajmiłem jej. 

- Oczywiście, dlatego się ze mną oŜeniłeś - odparła ze skromnością. 

Pozbieraliśmy się i ruszyliśmy w dalszą drogę. 

Nasz  cel  nie  był  daleko.  Parę  godzin  później,  zjeŜdŜając  z  jakiegoś  wzniesienia, 

zobaczyliśmy coś, co skłoniło nas do błyskawicznej zmiany kierunku jazdy. Zatrzymałem się 

przed zakrętem i dalej poszliśmy juŜ na własnych nogach. Wiał tu silniejszy wiatr i niemal cała 

rozciągająca się przed nami okolica była wolna od mgły. 

Naprzeciwko  nas  wznosiło  się  wzgórze,  które  na  szczycie  przechodziło  w  skałę  o 

pionowych ścianach z czarnego bazaltu. Erozja sprawiła, Ŝe wyrosły tam fantastyczne wieŜe i 

bastiony,  a  ludzie,  dodając  swoje  przeróbki,  zmienili  to  w  zamczysko  zajmujące  cały 

wierzchołek. Znajdowały się tam okna i drzwi, flagi i proporce, schody i korytarze. Flagi były 

czerwone  z  jakimiś  hieroglifami,  część  wieŜ  teŜ  pomalowano  na  krwistoczerwony  kolor. 

Wszystko zaś miało w sobie sporo niekonsekwencji, która mogła oznaczać tylko jedno. 

- To głupie - odezwała się Angelina - ale to miejsce wydaje mi się najnienormalniejsze 

w całym wszechświecie. 

- Masz całkowitą rację, a to znaczy, Ŝe musi tu być On. 

- A jak się tam dostaniemy? 

- Bardzo słuszne pytanie - stwierdziłem, co było namiastką konkretnej odpowiedzi. 

background image

Podrapałem  się  w  ramię,  poskrobałem  po  brodzie,  ale  te  czynności,  niewątpliwie 

przyspieszające  tok  myślenia,  okazały  się  beznadziejnie  bezskuteczne.  Kątem  oka  natomiast 

zauwaŜyłem  jakiś  ruch.  Spojrzałem  w  bok  i  złapałem  za  broń  -  to  była  jedna  chwila,  w 

następnej zamarłem. 

-  Nie  rób  tylko  Ŝadnych  gwałtownych  ruchów,  szczególnie  w  stronę  broni  - 

powiedziałem jej cicho. - I obróć się powoli. 

Oboje się obróciliśmy, nie robiąc nic więcej. Jakikolwiek nasz ruch mógł spowodować 

skurcz mięśni palców pół tuzina facetów, którzy trzymali je na spustach. 

-  Bądź  gotowa  do  skoku  na  mój  znak  -  obejrzałem  się  tylko  po  to,  aby  zobaczyć 

następnych  czterech,  wyrastających  między  nami  a  doliną.  -  Zapomnij,  co  ci  przed  chwilą 

powiedziałem. Uśmiechnij się słodko i poddajemy się. Co dalej, zobaczymy, gdy będziemy w 

ich obozie. - Ostatnie słowa były wspaniałym wsparciem moralnym. 

W  przeciwieństwie  do  facetów,  od  których  poŜyczyliśmy  środki  transportu,  ci  tutaj 

wyglądali czyściej i niebezpieczniej. Mieli na sobie szare kombinezony z kapturami, w których 

skryli głowy, i byli bardzo pewni siebie, co wskazywało na sporą praktykę. Jeden z nich zbliŜył 

się i obejrzał nas dokładnie, ale nie podszedł na tyle blisko, aby próba wyrwania mu rozpylacza 

mogła być czymś więcej niŜ tylko próbą. 

-  Stragitzkrtanl?  -  spytał,  a  nie  doczekawszy  się  odpowiedzi,  kontynuował:  - 

Fidlykreepi? Attentottenpotentaten? 

PoniewaŜ cały ten popis lingwistyczny nie spotkał się z Ŝadną reakcją z naszej strony, 

zwrócił  się  do  rudowłosego,  wyŜszego  rangą  jegomościa,  i  to  w  najczystszym  i  porządnie 

akcentowanym esperanto: 

Iii ne parolas konantain lingvojn. 

-  Nie  moŜna  było  nam  tak  od  razu?!  -  wpadłem  mu  w  słowo  z  wyrzutem.  -  Czy 

mógłbym  się  dowiedzieć,  dlaczego  uznaliście  za  słuszne  skierować  broń  na  spokojnych 

podróŜnych? 

- Kim jesteście? - spytał rudy, 

- Mogę was spytać o to samo. 

- Ja mam broń - zauwaŜył oschle. 

- Słuszna uwaga i uznanie dla twojej logiki. Jesteśmy turystami zza... - i tu przerwałem, 

bo zaklął. 

-  Jest  to  niemoŜliwe,  jak  obaj  wiemy,  z  prostego  powodu.  Tu  nie  ma  drugiego 

kontynentu - oznajmił po chwili. 

Jeden kontynent? Co to się porobiło ze staruszką Ziemią przez te dwadzieścia wieków. 

background image

Kłamstwo nie było skuteczne, to moŜe prawda zadziała? I tak nie miałem juŜ nic do stracenia. 

- Czy uwierzysz, gdy ci powiem, Ŝe jestem z innego czasu? - spytałem uprzejmie. 

Zadziałało. Gapił się na mnie przez dłuŜszą chwilę, a wśród jego kompanów wybuchło 

jakieś niezrozumiałe podniecenie. Uspokoił ich i zwrócił się ponownie do mnie. 

- A co was łączy z Onym i z tymi kreaturami w mieście? CóŜ, raz prawda okazała się 

skuteczna, więc przełamując niechęć do zbyt daleko posuniętej szczerości, powiedziałem: 

- Przybywam, aby zabić Onego i zlikwidować całą jego działalność. 

To dało zadowalający efekt. Poniektórzy opuścili nawet broń, ale dowódca przywołał 

ich do porządku. Rudy coś warknął i jeden z nich na chwilę zniknął w zaroślach. Pozostaliśmy 

w nie zmienionych pozach, póki posłaniec nie wrócił z zielonym metalowym cylindrem, który 

wręczył  komendantowi.  Był  to  przedmiot  długi  na  stopę  i  musiał  być  pusty  w  środku,  bo 

trzymał go w palcach bez Ŝadnego wysiłku. Rudy uniósł cylinder w górę i stwierdził: 

- Mamy ponad sto takich. Są identyczne i w ciągu ostatniego miesiąca spadły z nieba. 

Odnaleźć je moŜna z łatwością, bo wysyłają silny impuls radiowy, ale nie moŜemy ich niczym 

rozciąć ani otworzyć w inny sposób. Zewnętrzna powierzchnia opisana jest w pięciu róŜnych 

językach. Ten, który rozumiemy, za kaŜdym razem głosi to samo: ”Odnieście to przybyszom z 

innego czasu”. Na dnie jest napisane coś jeszcze, w języku, którego nie znamy. Czy moŜecie to 

odczytać? 

Powoli podał mi cylinder, który wziąłem ostroŜnie, mając na uwadze wymierzone we 

mnie lufy. Metal wyglądał na collapsium, cholernie wytrzymałą rzecz uŜywaną przy stosach 

atomowych. Spojrzałem na denko i to spojrzenie wystarczyło. 

- Mogę to przeczytać - odparłem, oddając mu walec. - Jest tam napisane, w pierwszej 

linijce, Ŝe On i jego ludzie opuszczą tę epokę dokładnie po dwóch i trzydziestu siedmiu setnych 

dnia od naszego przybycia. 

Odpowiedzią był niezgodny pomruk i zgodne pytanie Angeliny i Rudego: 

- A druga linijka? 

Starałem się uśmiechnąć, ale niezbyt mi się to udało. 

- Och, drobiazg. Tam jest napisane, Ŝe cała ta planeta zostanie zniszczona na skutek 

wybuchów atomowych zaraz potem.

background image

 

20 

 

Namiot był zrobiony z takiego samego szarego surowca jak ich kombinezony i stanowił 

oazę chłodu w tej łaźni parowej. Dzięki jakiejś powarkującej w kącie maszynie podano nam 

jeszcze chłodniejsze drinki. Choć broń była wciąŜ obecna, ogólne stosunki poprawiły się. Rudy 

zdecydował się najwyraźniej wziąć je w formalne karby, gdyŜ odezwał się uroczyście: 

- Wypiję z tobą, jestem Diyan. 

Wyglądało to na jakiś rytuał, toteŜ nie zwlekając przedstawiłem siebie i Angeline. Po tej 

ceremonii broń zniknęła bez śladu, a atmosfera wyraźnie się ociepliła. 

- Czy macie coś cięŜszego niŜ te pukawki? - spytałem. 

- Chwilowo nie, bo to, co przywieźliśmy, zostało zniszczone w walce. 

- Czy ten kontynent jest aŜ tak duŜy, Ŝe nie zdąŜycie ściągnąć ich szybko z waszego 

kraju? 

- Wielkość kontynentu nie ma tu Ŝadnego znaczenia. Nasze statki kosmiczne są niezbyt 

duŜe, a wszystko musi być przywiezione z naszej ojczystej planety. 

Zamrugałem gwałtownie, czując, Ŝe głupieję. 

- To wy nie jesteście rodowitymi Ziemianami? 

- Nasi przodkowie byli, ale my jesteśmy z pochodzenia Marsjanami. 

- Czy miałbyś coś przeciw temu, aby opowiedzieć mi co nieco o waszej historii, zanim 

zaczniemy  się  zastanawiać,  jak  zwycięŜyć  Onego?  Ułatwiłoby  mi  to  trochę  robotę  i 

zaoszczędziło łamania sobie głowy. 

-  Przepraszam,  myślałem,  Ŝe  wiecie.  Zaczęło  się  to  parę  tysięcy  lat  temu,  gdy  nagle 

zwiększyła się aktywność Słońca i wzrosła temperatura Ziemi. Nagle, to znaczy przez paręset 

lat. Zmienił się klimat, stopniały lodowce, morze zalało sporo lądu, wszystkie większe miasta 

znalazły się pod wodą. Z tym moŜna było sobie jeszcze poradzić, ale doszły trzęsienia ziemi i 

erupcje wulkanów, i to na wielką skalę. Międzynarodowy wysiłek został zatem skierowany na 

zagospodarowanie  Marsa,  aby  umoŜliwić  przesiedlenie  tam  wszystkich,  którzy  przeŜyliby 

kataklizmy ziemskie. Plan był ogromny - od stworzenia i utrzymania atmosfery do transportu 

brył lodowych z pierścieni Saturna. W końcu się powiodło, ale przez ten czas państwa, które 

dały wszystko dla tego przedsięwzięcia, tak osłabły, Ŝe z wolna przestały istnieć. Wybuchały 

bunty, a na Marsie walczyliśmy o przetrwanie. Na Ziemi dochodziły do władzy róŜne, bardzo 

Ŝą

dne wpływów kreatury, powodując dodatkowe zamieszanie. Utracony został kontakt między 

background image

planetami. Dokładnie nie wiemy, co tu się wtedy działo, nie zachowały się na tych pustyniach 

Ŝ

adne  przekazy.  W  kaŜdym  razie  -  walka  o  przetrwanie  skończyła  się  tym,  Ŝe  ludzkością 

rządzić zaczęły obłęd i zbrodnia. Gdy byliśmy juŜ w stanie odbudować stare statki kosmiczne, 

pospieszyliśmy  Ziemi z pomocą. Ale była ona niemile widziana. Tutejsi mordują obcych od 

ręki i znajdują w tym duŜą przyjemność. A tu prawie wszyscy są obcymi. To promieniowanie 

stworzyło zaskakującą liczbę mutacji i w przyrodzie, i wśród ludzi. 

Wprawdzie  większość  spośród  mutantów  szybko  wyginęła,  ale  to,  co  ocalało,  jest 

ś

miertelnie niebezpieczne. Mogliśmy pomóc im w bardzo niewielkim zakresie. Ziemianie nie 

stwarzali zresztą zagroŜenia dla nas, to znaczy do chwili, gdy pojawił się On. Zjednoczył ich 

paręset lat temu. 

- On faktycznie Ŝyje przez ten cały czas? 

-  Na  to  wygląda.  Jest  takim  samym  szaleńcem  jak  reszta,  ale  na  większą  skalę,  no  i 

potrafił w jakiś sposób podporządkować ich sobie. Zbudował to miasto, które widzieliście, i 

stworzył coś w rodzaju społeczeństwa. Pierwszą rzeczą, jaką zrobił, była prośba o zwiększoną 

pomoc. Nie uwierzyli, gdy powiedzieliśmy im, Ŝe dostają maksymalną ilość tego, co moŜemy 

dać.  W  odpowiedzi  wysłali  parę  rakiet  z  głowicami  atomowymi.  Po  przybyciu  pierwszej 

wysłana  została  ekspedycja.  Na  Marsie  przetrwaliśmy  dzięki  współpracy  -  nie  było  innej 

moŜliwości - toteŜ nie jesteśmy wojskową społecznością. Ale robimy, co moŜemy - celem jest 

On.  Bez  niego  cała  ta  struktura  się  rozleci,  a  zabić  go  musimy,  bo  na  Marsie  przez  jego 

idiotyzmy zginęły juŜ tysiące ludzi. 

- No to mamy ten sam cel - stwierdziłem. - Przeprowadził atak czasowy równieŜ na nas, 

i z podobnym rezultatem. 

- Mamy trochę ponad dziesięć tutejszych godzin na opracowanie i wykonanie planu - 

sprecyzowała Angelina, jak zawsze praktycznie podchodząca do rzeczy. 

-  Całościowy  atak  -  orzekłem  -  na  wszystkich  frontach,  aŜ  do  znalezienia  słabego 

miejsca. Tam się skoncentrujemy i dostaniemy się do środka, a potem zwycięŜymy. Mówisz, Ŝe 

nie macie cięŜkiego sprzętu? 

- Nie. 

- CóŜ, obejdziemy się... A co z moŜliwością poświecenia jednego statku, Ŝeby rozbił się 

wewnątrz zamku i przerzucił tam nasz desant? 

- Wszystkie zostały zniszczone w atakach samobójczych. Następne są w drodze, ale z 

tego, co przeczytałeś wynika, Ŝe przybędą za późno, a oni robią to od stuleci. 

- Hm... - zastanowiłem się głośno, bo nic mądrego nie chciało przyjść mi do głowy. 

- Grawitator - szepnęła Angelina. 

background image

- UŜyjemy grawitatora - oznajmiłem głośno. 

W chwili gdy padł pomysł, cały plan miałem juŜ wyrysowany pod powiekami. 

- Będzie to akcja o charakterze przełamaniowym. Angelina i ja wymontujemy zasilacze 

z  części  wyposaŜenia  i  uŜyjemy  ich  do  grawitatora  nastawionego  na  pełną  moc.  ZałoŜy  się 

dodatkowe zamocowania, obliczenia zrobię później, ale sądzę, Ŝe będzie on w stanie przenieść 

pięć, sześć osób za mury, zanim się przepali. Angelina i ja to dwie, pozostałych wyznaczysz 

spośród najlepszych, jakich masz... 

- To nie jest zadanie dla kobiety - sprzeciwił się Diyan. 

- Nie podniecaj się! Słodka i piękna swoją drogą, ale zapewniam cię, Ŝe moŜe pokonać 

dowolnych  dziesięciu  chłopów  z  twego  namiotu.  A  ta  grupa  musi  być  najlepsza,  bo  będzie 

działała od razu wewnątrz twierdzy. Reszta przypuści bardzo realistyczny atak na mury, potem 

na  jakiś  wybrany  ich  kawałek  i  gdy  natęŜenie  walk  będzie  największe,  my  ruszymy  z 

przeciwnej strony. A teraz do roboty! 

I  tak  wzięliśmy  się  do  roboty,  to  znaczy  Angelina  i  ja,  bo  inni  nie  mieli  zielonego 

pojęcia  o  organizowaniu  naukowej  masakry  na  skalę  przemysłową  i  z  całą  wdzięcznością 

zwalili wszystko na nas. Kiedy najwaŜniejsze sprawy były juŜ załatwione, zdołałem wreszcie 

zrobić  to,  co  było  dla  mnie  najistotniejsze  -  od  dwóch  dni  i  dwudziestu  tysięcy  lat  nie 

zmruŜyłem oka. Trzy godziny snu były z pewnością zbyt małą dawką, ale tylko na tyle mogłem 

sobie pozwolić. 

Gdy obudziłem się, na zewnątrz było ciemno i równie gorąco jak za dnia. 

-  Mamy  cztery  godziny  do  świtu  -  poinformowała  mnie  zrelaksowana  Angelina.  -  I 

większość z tego będziemy potrzebowali na dojście do stanowisk. Atak zacznie się o świcie. 

- Co z przygotowaniami? 

- Uczą się szybko. Zresztą, walczą tu od paru ładnych lat, więc powinni znać teren. 

Być moŜe nie byli urodzonymi Ŝołnierzami, ale ostatecznie, jeśli zaczyna, się walkę, to 

po  to,  by  wygrać.  Przed  namiotem  spotkaliśmy  Diyana  prowadzącego  trzech  ludzi,  którzy 

nieśli dziwaczną konstrukcję z metalu i skóry z grawitatorem w środku. 

- Jesteśmy gotowi - oświadczył. 

- No to ruszamy. 

Potykając się w ciemnościach i klnąc pod nosem, ruszyliśmy pod jego przewodnictwem 

ku murom. Zajęło nam to czas aŜ do świtu. Gdy znaleźliśmy się pod tym złowrogo rysującym 

się  kształtem,  po  drugiej  stronie  miasta  rozległy  się  pierwsze  wybuchy.  Pomogłem 

towarzystwu przypiąć się do rusztowania z grawitatorem i spojrzałem na zegarek. Jak dotąd 

wszystko  szło  według  rozkładu.  Przypiąłem  się  równieŜ  i  uruchomiłem  urządzenie.  Z 

background image

metalicznym 

warknięciem 

mój 

oddziałek 

znalazł 

się 

powietrzu.

background image

 

21 

 

Wspinaliśmy  się  wzdłuŜ  muru  jak  powolna  winda,  stanowiąc  znakomity  cel  dla 

kaŜdego  z  dobrym  wzrokiem  i  spluwą  w  garści.  Wylot  grawitatora  zaczął  wydzielać 

wyczuwalne  ciepło  i  przeszło  mi  przez  myśl,  Ŝe  spadek  z  tej  wysokości  nie  byłby  szczytem 

moich marzeń. Ale juŜ mignęły oświetlone okna, na szczęście bez ciekawskich, i przed nami 

pojawił  się  parapet  wału.  Przelecieliśmy  nad  zwieńczeniem  muru  i  wypadki  nabrały 

niespodziewanej szybkości. 

Na  górze  było  dwóch  straŜników  -  zaskoczonych  i  wściekłych.  Zanim  zdąŜyli 

zareagować, Angelina i ja wypaliliśmy jednocześnie. Igły spełniły swoje zadanie - bez hałasu 

obaj  usunęli  się  na  ziemię.  Przygotowując  się  do  lądowania  przełączyłem  grawitator  na 

zniŜanie. 

Lądowanie! Szumne słowo - pod nami nie było bowiem stałej powierzchni. Opadaliśmy 

na  przeszklony  dach  nad  jakimiś  warsztatami.  PotęŜne  tafle  szkła  podtrzymywane  były 

pajęczyną  przerdzewiałych  płaskowników.  W  panice  nadusiłem  stop,  ale  byliśmy  juŜ  zbyt 

nisko, a przeciąŜony grawitator nie zdąŜył na czas. 

To był ideał cichego ataku z zaskoczenia. Sześć par butów trafiło w taflę jednocześnie i 

pięć tysięcy jardów kwadratowych szkła runęło w dół razem z niemal całą konstrukcją nośną. 

Przez  sekundę  byłem  pewien,  Ŝe  i  my  dołączymy  do  tego  naboju,  ale  ostatnim  wysiłkiem 

grawitator zahamował nasze spadanie, po czym buchnął dymem i stanął w płomieniach. 

W dole rozpętało się piekło, gdy całe to szkło i rury dosięgły podłogi - nawet na naszej 

wysokości moŜna było ogłuchnąć. Ciche wejście okazało się tylko teorią. 

- Łapcie się wsporników! - krzyknąłem rwąc pasy i dając im przykład. Dla zwiększenia 

ogólnego  efektu  grawitator,  na  szczęście  bez  pasaŜerów,  runął  w  dół  i  eksplodował  jakieś 

piętnaście  stóp  nad  posadzką.  Nie  pozostawało  mi  nic  innego,  jak  uciszyć  wyjących  w  dole 

paroma granatami. 

- Proponuję zleźć z tego małpiego gaju i wziąć się do roboty - stwierdziłem i razem ze 

współtowarzyszami ruszyłem ku parapetowi. 

- Weź no radio - poleciłem Diyanowi. - Odwołaj wszystkie oddziały, chyba Ŝe któremuś 

udało się zrobić wyłom. Szkoda ludzi. 

- Zostali odparci na całej długości - zameldował po chwili. 

- To niech się odsuną i zmniejszą straty. Zaraz zrobimy tu blitz od wewnątrz! 

background image

Ruszyliśmy - Angelina i ja z przodu, by wymieść opozycję; reszta jako osłona boków i 

zaplecza.  Pierwsze  napotkane  drzwi  wiodły  na  spiralną  klatkę  schodową,  która,  sądząc  po 

długości, mogła prowadzić do samego piekła. Nie spodobała mi się, toteŜ posłałem tam parę 

granatów. Wrzask, który był odpowiedzią, wskazywał, Ŝe postąpiłem słusznie. 

- Dokąd teraz? - spytała Angelina. 

-  To,  co  jest  niŜej,  wygląda  na  większe  i  bardziej  funkcjonalne  pomieszczenie. 

Przypuszczenie dobre jak kaŜde... - Coś wybuchło blisko mojej głowy, toteŜ urwałem w pół 

zdania. 

Angelina  rozstrzelała  snajpera  i  pognaliśmy  dalej.  Rozwaliłem  zamek  w  drzwiach  i 

wpadliśmy do wnętrza wieŜy. Projektował ją szaleniec. Wiedzieliśmy o tym, ale wraŜenie było 

piorunujące - krzyŜujące się korytarze przechodzące w niepotrzebne schody, pochylone ściany, 

pokręcone  komnaty,  a  nawet  tak  kretyńskie  przejście,  przez  które  trzeba  się  było  czołgać. 

Straciliśmy tu jednego człowieka - strop osunął się na ostatniego w szeregu tak cicho i szybko, 

Ŝ

e  ten  nie  zdąŜył  nawet  jęknąć.  Przeciwnicy,  których  spotykaliśmy,  byli  zaskoczeni  i  w 

większości nie uzbrojeni, toteŜ rozprawialiśmy się z nimi cicho i błyskawicznie, wnikając coraz 

głębiej do wnętrza budowli. 

- Chwila! - zatrzymała mnie Angelina, gdy nastał moment spokoju. - Czy ty w ogóle 

wiesz, dokąd idziemy? 

- Niedokładnie, ale wprowadzamy zamieszanie i penetrujemy teren nieprzyjaciela. 

- Sądziłam, Ŝe mamy większe ambicje, na przykład znaleźć Onego. 

- Wszelkie propozycje, jak to zrobić, są mile widziane! - warknąłem. 

-  Mógłbyś,  na  przykład,  uruchomić  detektor  energii  pola  czasowego,  który  masz  na 

plecach - uśmiechnęła się słodko. - Sądzę, Ŝe w tym właśnie celu nosisz go przy sobie. 

- Właśnie zamierzałem to zrobić! - zełgałem w Ŝywe oczy. 

Igła wahnęła się parę razy, po czym wskazała dokładnie na podłogę. 

- Na dół. Zrobimy z niego kupkę molekuł - rozkazałem. I dokładnie to miałem na myśli. 

Skonstruowałem bowiem coś w rodzaju domowej bomby, na której wymalowałem jego imię. 

Tym razem byłem zdecydowany nie pozostawić niczego przypadkowi. Bomba gwarantowała 

rozkład na czynniki pierwsze wszystkiego w promieniu pięciu jardów. 

Po chwilowej przerwie walka wybuchła ze wzmoŜoną siłą. Przejście na dół zablokował 

jakiś uparty miotacz ognia, toteŜ krztusząc się dymem przeszliśmy przez wywaloną wybuchem 

dziurę do sąsiedniego pomieszczenia. Było to jakieś laboratorium, którego pracownicy rzucili 

się na nas z tym, co kto miał pod ręką. W trakcie zamieszania coś się jeszcze rozbiło, coś pękło 

i smród rozlanych chemikaliów zaczął dusić w gardle. 

background image

- Uggh! - sapnęła Angelina. - Widziałeś, co było w tych słojach? 

- Nie i nie mam zamiaru tego oglądać. Jazda w dół. 

Obojętne, co to było, ale skoro wyprowadziło z równowagi kogoś tak odpornego jak 

Angelina, to mnie zapewne od razu posłałoby na poszukiwanie pastylek na Ŝołądek. 

ZbliŜaliśmy się do celu, a z kaŜdym krokiem opór rósł tak, Ŝe praktycznie trzeba było 

wyrąbywać  sobie  drogę.  Przejście  ułatwiał  nam  tylko  fakt,  Ŝe  obrońcy  uzbrojeni  byli  w 

najrozmaitsze przedmioty, które jednak na broń niezbyt się nadawały - siekiery, łomy, gołe ręce 

były  w  zastraszającej  obfitości.  Ponieśliśmy  następną  stratę,  gdy  jeden  z  Marsjan  został 

dosłownie  przybity  do  podłoŜa  piką  spuszczoną  z  góry.  Nawet  nie  zdąŜyłem  zauwaŜyć 

sprawcy. Spojrzałem na zegarek i zakląłem - mieliśmy juŜ małe spóźnienie. 

- Czekaj! - wychrypiał Diyan. - Igła niczego nie pokazuje! 

Stanęliśmy w wąskim korytarzu. 

-  Jaki  kierunek  wskazywała,  gdy  ostatni  raz  na  nią  patrzyłeś?  -  spytałem,  gdyŜ  to 

właśnie on niósł teraz detektor. 

- Prosto w dół korytarza. Zupełnie, jakby źródło było na tym samym poziomie. 

-  Musieli  wyłączyć  time-helix.  Detektor  działa  tylko  w  czasie  jego  pracy.  No  nic, 

ruszamy. Jeszcze jeden wysiłek i będziemy u celu! 

Ruszyliśmy.  I  ponieśliśmy  następną  stratę  przy  przechodzeniu  przez  jakieś  dziwne 

krzaki z kolcami. Kolce były zatrute i musiałem poświęcić ostatni granat termitowy, by spalić 

krzaki.  Amunicję  i  granaty  zuŜywaliśmy  zresztą  w  zastraszającym  tempie.  Po  krótkiej,  ale 

zaŜartej  walce  w  następnej  sali  magazynek  mojego  pistoletu  był  pusty,  a  drogę  tymczasem 

zatarasowały  nam  potęŜne  drzwi.  Sięgnąłem  po  granat  akurat  w  chwili,  gdy  pojaśniał  ekran 

komunikatora znajdującego się obok wejścia. 

- Przegrałeś po raz ostatni - oznajmił On krzywiąc się do mnie paskudnie. 

- Zawsze lubiłem sobie pogadać - odpowiedziałem, po czym zwróciłem się do Angeliny 

w języku, którego On na pewno nie znał: - Zostały ci granaty? 

- Ja mówię, a ty będziesz słuchał - oświadczył On. 

- Jeden - szepnęła Angelina. 

-  Zamieniam  się  w  słuch  -  powiedziałem  do  niego.  -  Wywal  te  drzwi!  -  rozkazałem 

Angelinie. 

-  Przeniosłem  juŜ  wszystkich,  którzy  będą  mi  potrzebni  w  bezpieczne  miejsce,  tam, 

gdzie  nikt  nas  nie  znajdzie.  Posłałem  teŜ  wszystkie  maszyny.  Jestem  ostatnim,  który  tam 

wyrusza, a kiedy to zrobię, ta maszyneria zostanie zniszczona. - Granat wybuchł, ale drzwi były 

za grube i Angelina musiała uŜyć kul rozpryskowych. On tymczasem mówił, jakby nic się nie 

background image

stało.  -  Wiem,  skąd  przybyłeś,  człowieku  z  przyszłości,  i  zniszczę  ciebie,  mego  jedynego 

przeciwnika, a przeszłość i przyszłość, i cała wieczność będą moje. Moje! MOJE! - wrzeszczał 

jeszcze, kiedy drzwi nareszcie puściły i jako pierwszy wpadłem do środka. 

Moje  kule  eksplodowały  juŜ  wśród  delikatnych  urządzeń,  gdy  bomba  szybowała 

jeszcze w powietrzu. On zdąŜył jednak uruchomić urządzenie i zniknął, a gdy bomba w końcu 

wybuchła, stała się większym zagroŜeniem dla nas niŜ dla niego. Padliśmy na ziemię, a gdy 

przestało nam wyć nad głowami, aparatura stanowiła kupkę rozniesionego po sali szmelcu. On 

odezwał się ponownie i lufa mojego pistoletu spojrzała natychmiast ku niemu, ale był to tylko 

kolejny ekran. 

- Zrobiłem ten zapis na wypadek, gdybym musiał opuścić ten świat w pośpiechu. Mogę 

cię  śledzić  poprzez  czas  i  będę  to  robił,  aŜ  zniszczę  ciebie  i  wszystkich,  z  którymi  jesteś. 

Wszyscy  zginiecie!  Będę  kontrolował  światy  i  wieczność.  I  będę  niszczył  światy  tak,  jak 

zniszczę  Ziemię.  Zostawiam  wam  tylko  tyle  czasu,  abyście  to  sobie  dobrze  uświadomili  i 

cierpieli.  Nie  macie  moŜliwości  ucieczki.  Za  godzinę  wszystkie  głowice  nuklearne  na  tej 

planecie 

zostaną 

odpalone. 

Ziemia 

zostanie 

zniszczona!

background image

 

22 

 

Rozwalenie odtwarzacza było niewielką pociechą, ale zrobiłem to - jednym strzałem. 

Plastik i elektroniczny złom rozleciały się po pokoju, a kretyński śmiech umilkł. 

- Zrobiłeś, co mogłeś! - Angelina pogładziła mnie po dłoni. 

- Ale to i tak za mało. Szkoda tylko, Ŝe ciebie w to wciągnąłem. 

- Nie chciałabym, Ŝeby było inaczej. Cokolwiek nas spotka, będziemy razem. 

- Wygląda na to, Ŝe coś strasznego wyrządzono waszym ludziom - odezwał się Diyan. - 

Przykro mi z tego powodu. 

- Nie ma czego Ŝałować. Wszyscy siedzimy w tym gównie. 

- W pewnym sensie tak - jedna godzina. Ale Mars jest uratowany, a dla nas, którzy tu 

zginiemy, to jest najwaŜniejsze. Nasi ludzie i nasze rodziny będą Ŝyć. 

-  Chciałbym  móc  powiedzieć  to  samo  -  westchnąłem,  po  czym  poŜyczyłem  jego 

rozpylacz  i  załatwiłem  parkę  tubylców  nachalnie  pchających  się  przez  drzwi.  -  Myśmy 

przegrali i tu, i wszędzie. Sam się dziwię, Ŝe jeszcze w ogóle istniejemy. Powinniśmy zgasnąć 

jak zdmuchnięte świece. 

- Czy moŜemy coś jeszcze zrobić? - spytała Angelina. 

-  Nie,  nie  moŜna  wyprzedzić  atomówki.  Time-helix jest  kupą  złomu,  i  to  tyle  na  ten 

temat. Moglibyśmy coś zrobić, gdyby z niczego zmaterializował się nowy. 

W  echo  moich  słów  wdarł  się  trzask,  potoczyłem  się  w  naroŜnik  pomieszczenia  i 

wyciągnąłem broń, przeświadczony, Ŝe to nowy atak. Pomyliłem się. Była to spora, metalowa 

skrzynka,  wisząca  dwie  stopy  nad  podłogą.  Angelina  przyjrzała  mi  się  w  najbardziej 

podejrzliwy z moŜliwych sposobów. 

-  Jeśli  to  jest  time-helix,  to  będzie  źle  z  tobą,  jeśli  mi  nie  powiesz,  jak  to  zrobiłeś!  - 

obiecała. 

Pierwszy raz byłem cichutki i spokojniutki, zwłaszcza gdy skrzynka opadła powoli na 

posadzkę,  a  na  wierzchu  dało  się  przeczytać  napis  ”Time-helix  -  otwierać  ostroŜnie”.  Nie 

ruszyłem się. Od najmłodszych lat mam awersję do cudów, a to aŜ za bardzo wyglądało mi na 

ingerencję  niebios.  Do  skrzynki  przymocowane  były  dwa  grawitatory  z  włącznikiem 

czasowym i magnetofon z przyczepioną kartką o treści ”Włącz mnie”. Jak zawsze praktyczna, 

Angelina była osobą, która wykonała to polecenie. 

- Proponowałbym, Ŝebyście się stąd zabierali, i to szybko - rozległ się spokojny  głos 

background image

profesora Coypu. - Bomby, jak wiecie, są uzbrojone. Proszono mnie, Jim, Ŝebym ci powiedział, 

Ŝ

e  aparat  zapłonowy  jest  w  gabinecie  za  ścianą,  która  jest  zamaskowana  półkami  z 

hermetycznymi  racjami  Ŝywnościowymi.  Wygląda  jak  przenośne  radio,  czym  zresztą  jest  w 

rzeczywistości.  MoŜna  nim  wyłączyć  wszystkie  głowice.  Musisz  nastawić  w  tym  celu  trzy 

tarcze na numer 666, co - jak wiem - jest numerem Bestii, w kolejności od lewej do prawej, a 

potem wdusić przycisk ”Wyłączony”. Teraz mnie wyłącz, zrób, co trzeba, i włącz znowu. 

- Dobra, dobra - mruknąłem zdenerwowany i wcisnąłem klawisz. 

Jak na faceta, który w ogóle nie powinien się urodzić, miał dość rozkazujący ton głosu, 

a  poza  tym,  skąd  on  to  wszystko  wiedział?  RozwaŜania  te  nie  przeszkodziły  mi  zbytnio  w 

zrzuceniu na podłogę racji Ŝywnościowych, które na tej podłodze powinny juŜ znaleźć się na 

stałe,  przypominały  bowiem  nieświeŜe  macki  starych  ośmiornic.  Rozwaliłem  ścianę.  Radio 

było na miejscu, toteŜ, niczego innego nie ruszając, zrobiłem, co mi kazali. I nic się nie stało. 

- Nic się nie stało - stwierdziłem głośno. 

- I o to właśnie chodziło - Angelina ucałowała mnie. - Uratowałeś świat! 

Dumny  i  blady  wróciłem  do  magnetofonu  i  pławiąc  się  w  zachwycie  widocznym  w 

oczach Marsjan, włączyłem ponownie urządzenie. 

-  Tylko  niech  ci  się  nie  wydaje,  Ŝe  uratowałeś  świat  -  oświadczył  zimno  Coypu.  - 

Odwlokłeś tylko egzekucję o dwadzieścia osiem dni. Raz uzbrojone, bomby nie mogą być tak 

naprawdę wyłączone, mogą przeczekać jakiś okres i zniszczyć się same, co w tym przypadku 

na jedno wychodzi, czyli planeta zostanie zniszczona. Ale twoi przyjaciele mogą wyciągnąć z 

tego sporo korzyści, jak ufam. Sądzę, Ŝe ich statki są juŜ w drodze? 

- Będą tu za piętnaście dni - stwierdził radośnie Diyan. 

- A zatem dwadzieścia osiem dni to aŜ nadto - kontynuował Coypu. - Ziemia zostanie 

zniszczona,  co  przy  jej  obecnym  stanie  będzie  bardziej  błogosławionym  aktem  łaski  niŜ 

tragedią.  Teraz  czas  na  skrzynkę.  Na  wierzchu  jest  dezintegrator.  Jeśli  skierować  go  na 

zewnętrzną  ścianę  i  opuścić  o  piętnaście  stopni  poniŜej  okienka,  to  wskaŜe  kierunek  tunelu, 

którym  Marsjanie  będę  mogli  wyjść  na  zewnątrz.  Teraz  przyciśnijcie  guzik  A,  nałóŜcie 

grawitatory i spadajcie jak najszybciej. 

Nadal niezbyt wierząc w to wszystko, zrobiłem,  co kazał. Time-helix rozłoŜył się na 

podłodze i zapłonęło seledynowe światło. 

-  Nigdy  nie  zapomnimy,  co  dla  nas  zrobiliście  -  oświadczył  Diyan,  zbliŜając  się  z 

wyciągniętymi rękoma. - Pokolenia będą o was czytały w podręcznikach. 

- Jesteś pewien, Ŝe wymowa będzie prawidłowa? - spytałem. 

- I nie tylko. Zostanie wzniesiony pomnik z wyrytym na cokole napisem ”James di Griz 

background image

- Zbawca Świata”. 

Będę się musiał wybrać tam na wycieczkę! - złoŜyłem sobie w duchu solenną obietnicę. 

Uścisnęliśmy sobie dłonie, po czym oni z dezintegratorem ruszyli w ścianę, a my ku 

time-helixowi.  Miałem  nadzieję,  Ŝe  to  juŜ  po  raz  ostatni,  przynajmniej  w  najbliŜszej 

przyszłości. 

PodróŜ była jak zwykle monotonna i męcząca, jedyną dobrą jej stroną było zakończenie 

- w hali sportowej bazy, największym pomieszczeniu w okolicy. Pojawiliśmy się w powietrzu i 

przy wtórze okrzyków zbulwersowanych atletów pocałowaliśmy się gorąco. 

- Witamy w domu! - stwierdziła Angelina i to było wszystko, co naleŜało w tej chwili 

powiedzieć. 

Ignorując  pełne  zdumienia  pytania,  pognaliśmy  do  laboratorium  Coypu  złoŜyć  mu 

meldunek. Po drodze doszedłem do budującego wniosku, Ŝe w przyszłości zamiast mnie naleŜy 

wysłać  parę  solidnych  bomb.  To  powinno  radykalnie  rozwiązać  problem  Onego  i  jego 

zwariowanej wyobraźni. Na nasz widok Coypu z lekka zbaraniał. 

-  Co  wy  tu  robicie?  Powinniście  być  zajęci  załatwianiem  tego  typa.  Nie  dostaliście 

mojej wiadomości? 

- Jakiej? - tym razem to ja z lekka zwątpiłem. 

- Zrobiliśmy dziesięć tysięcy walców i posłaliśmy na Ziemię z radiostacjami... 

-  Aaa...  To  stara  wiadomość  -  odetchnąłem.  -  Dawno  otrzymana  i  zapomniana.  Nie 

jesteś na bieŜąco. Co to tu robi? 

Wskazałem zielonkawą skrzynkę stojącą w rogu. 

-  To?  To  jest  Mark  I,  polowy  time-helix.  Właśnie  go  skończyliśmy  i  stoi.  A  co  ma 

robić? 

- Nigdy go nie uŜywaliście? 

- Nigdy. 

- No to najwyŜszy czas.  Przypnij doń dwa  grawitatory, magnetofon i dezintegrator.  I 

natychmiast poślij na Ziemię, Ŝeby uratować mnie i Angelinę! 

- Ale po... 

- Najpierw to zrób, potem ci wyjaśnię. Oboje wylecimy inaczej w powietrze. 

Złapałem kartkę i pisak, nabazgrałem, co trzeba, ustaliliśmy dokładny czas i dopiero, 

gdy cały nabój zniknął w przeszłość, odetchnąłem z ulgą. 

- Jesteśmy uratowani - oświadczyłem. - Teraz pora na tego obiecanego drinka. 

- Niczego ci nie... 

- I tak go sobie wezmę. 

background image

Został  mamrocząc  pod  nosem  i  skrobiąc  coś  zapamiętale  w  notesie,  a  ja  zająłem  się 

przygotowaniem i spoŜyciem róŜnych leczniczych napojów. 

- Tego mi było trzeba - oznajmiłem. - Musiały upłynąć wieki, odkąd piłem ostatniego. 

- Wszystko jasne - oświadczył nagle Coypu, promieniejąc z radości. 

- Moglibyśmy siąść tu sobie i posłuchać? - spytałem grzecznie. - Ostatnie kilkadziesiąt 

tysięcy lat było dość męczące... 

-  Co?...  A  tak,  siadajcie.  Podsumujemy  fakty.  Atak  czasowy  został  skierowany 

przeciwko  Korpusowi  przez  osobnika  zwanego  On.  Nader  udany  atak,  nasza  liczba  została 

powaŜnie zredukowana... 

- MoŜesz powiedzieć, Ŝe do dwóch osób - wtrąciłem. 

- Zgadza się, choć ledwie posłałem cię w rok 1975, wszystko wróciło do poprzedniego 

stanu i to gwałtownie - laboratorium pełne było ludzi, którzy wcale nie wiedzieli, Ŝe zniknęli. 

Zaczęliśmy  wytęŜone  badania  i  po  prawie  czterech  latach  skonstruowaliśmy  urządzenie  do 

ś

ledzenia podróŜujących w czasie... 

- Powiedziałeś, po czterech? 

- Prawie pięciu, dokładnie mówiąc - to była naprawdę trudna robota. 

- Angelina, nigdy mi nie mówiłaś, Ŝe byłaś tu sama przez pięć lat! 

- Sądziłam, Ŝe nie lubisz podstarzałych kobiet. 

- Kocham je, jeśli są tobą. Czułaś się samotna? 

-  Idiota!  Tylko  dlatego  zgłosiłam  się,  Ŝeby  iść  po  ciebie.  Inskipp  miał,  co  prawda, 

jakiegoś ochotnika, ale biedak złamał nogę. 

- Kochanie, jakieŜ to nieszczęścia chodzą po ludziach. 

-  Dobrze,  nie  zagłębiajmy  się  w  szczegółach  -  przywołał  nas  do  porządku  Coypu.  - 

Wyśledziliśmy  cię  w  1807.  Jego  zresztą  teŜ.  Była  tam  pętla  czasowa,  która  potem  zniknęła. 

Wyglądało na to, Ŝe razem z tobą wewnątrz. Dlatego Angelina zjawiła się właśnie tam i to od 

razu z namiarami nowego miejsca. Musiałeś tam iść, bo ślady wskazywały, Ŝe byłeś. Choć w 

tym  momencie  cała  sprawa  była  juŜ  tak  naprawdę  jasna  i  prosta  i  wiadomo  było  jak  się 

skończy. 

- To znaczy, ty wiedziałeś? - spytałem uprzejmie, czując, Ŝe musiałem coś opuścić. 

- Oczywiście! Cała natura ataku była jasna, chociaŜ ty jak zwykle przeceniałeś własne 

zasługi. 

- Mógłbyś to wszystko powtórzyć, tyle Ŝe wolniej? 

-  Z  przyjemnością.  Spowodowałeś  zniszczenie  jego  operacji  dwukrotnie  w  dwóch 

miejscach w przeszłości i poprzez zmianę namiarów posłałeś go w epokę zmierzchu Ziemi. Tu 

background image

spędził on dwieście lat rosnąc w siłę. Był geniuszem. Obłąkanym, ale geniuszem. I pamiętał 

cię, ale niezbyt dobrze, po dwustu latach kojarzył, Ŝe jesteś jego wrogiem i nic więcej. Dlatego 

rozpoczął wojnę czasową - chciał zniszczyć ciebie, zanim ty zniszczysz jego. W tym celu złapał 

cię, a tak mu się przynajmniej wydawało, na planecie Ziemia, tuŜ przed atakiem atomowym. 

Potem wrócił w rok 1975, by zaatakować Korpus. Ty teŜ tam byłeś, więc przeniósł się do 1807 

roku, aby zastawić na ciebie pułapkę. Nie wiem, dokąd chciał stamtąd wyruszyć, ale jego plany 

uległy zmianie i powrócił do rzeczywistości ostatnich dni Ziemi. 

- To ja zmieniłem mu namiary tuŜ przed odlotem - wyznałem skromnie. 

- A więc to wszystko. Mamy święty spokój i czas na relaks. Sądzę, Ŝe zasłuŜyłem na 

drinka. 

-  Czym!?  -  warknąłem.  -  Z  tego,  co  powiedziałeś,  wynika,  Ŝe  to  ja  zacząłem  tę  całą 

wojnę, zmieniając nastawienie jego time-helixu. 

- Tak to wygląda na pierwszy rzut oka. 

- A na drugi? Według mnie On lata w kółko.  Ucieka przede mną,  goni mnie, znowu 

ucieka... Kurwa! Skąd on w ogóle jest? I kiedy się urodził? 

- W tym przypadku te pojęcia są bezuŜyteczne. On istnieje tylko w tej paradoksalnej 

pętli czasowej. MoŜna powiedzieć, chociaŜ nie będzie to w pełni ścisłe określenie, Ŝe On się 

nigdy nie narodził. Cała ta sytuacja istnieje obok i niezaleŜnie od naszego normalnego czasu. 

Przykładowo,  fakt,  Ŝe  wróciłeś  z  informacjami,  jak  wyłączyć  te  bomby.  Skąd  ta  informacja 

pochodzi naprawdę? Od ciebie. A zatem wysłałeś ją sam do siebie... 

-  Dość!  -  jęknąłem,  sięgając  drŜącą  ręką  po  butelkę.  Napełniłem  kieliszki  i  dopiero 

wtedy  zauwaŜyłem  brak  Angeliny,  która  wyszła  cichutko.  Właśnie  zaczynałem  się 

zastanawiać, co mogło się z nią stać, gdy pojawiła się w drzwiach. 

- Czują się dobrze - oznajmiła. 

-  Kto?  -  spytałem,  ale  widząc  gwałtowną  zmianę  wyrazu  jej  twarzy,  pojąłem,  Ŝe  oto 

popełniłem największą pomyłkę w Ŝyciu, toteŜ czym prędzej wysiliłem swoje szare komórki, 

aŜ dotarł do nich błysk zrozumienia. 

-  Kto? Cha,  cha,  cha!  Wybacz  mi  ten  mały  Ŝarcik.  Oczywiście,  Ŝe  nasze  cherubinki! 

Wiedziona matczynym instynktem pobiegłaś do nich... 

- Są ze mną. 

- No to wprowadź wózek. 

- Cherubinki. Osioł! - stwierdziła z niesmakiem, gdy weszli. 

Mieli po sześć lat. Drobiazg, który zupełnie przeoczyłem. Faktycznie, podobni jak dwie 

krople  wody.  Muskularni,  z  rysami  twarzy  ojca  -  co  zauwaŜyłem  z  dumą.  Dostrzegłem  teŜ 

background image

błysk w oczach matki, co przyprawiło mnie o lekki niepokój. 

- Długo cię nie było, tato - odezwał się jeden. 

- Nie z mojej winy, James. Nie ratuje się wszechświata w jeden dzień. 

- Ja jestem Bolivar, on jest James. Witamy w domu! 

- CóŜ. Dzięki - i co, u diabła, mam ich ucałować, czy co? 

Ten  problem  rozwiązali  za  mnie,  wyciągając  prawice,  które  zupełnie  powaŜnie 

uścisnąłem. 

-  Angelina,  myślę,  Ŝe  w  końcu  mnie  przekonałaś  -  stwierdziłem  uroczyście.  -  Zalety 

poŜycia rodzinnego warte są poświęcenia szczęścia i beztroskiego Ŝycia wolnego złodzieja. 

- Złodziej to najwłaściwsze określenie! - obrzydliwie znajomy głos wrzasnął od progu. - 

I oszust, naciągacz, szantaŜysta... 

W drzwiach stał Inskipp i machał w moją stronę stertą papierów. 

- Pięć lat czekałem na ciebie, di Griz, i tym razem mi nie uciekniesz. Teraz nie będzie 

wykrętów takich jak wojna czasowa. Oszuście, okradłeś własnych... urggh! 

To  ”urggh”  wzięło  się  stąd,  Ŝe  Angelina  rozdusiła  mu  pod  nosem  ampułkę  z  gazem 

usypiającym  i  Inskipp  osunął  się  prosto  w  ramiona  bliźniaków,  którzy  ze  wspaniałym 

refleksem  złapali  go  i  ułoŜyli  delikatnie  na  podłodze.  Tymczasem  Angelina  zabrała  mu 

ś

ciskane w ręku papiery. 

-  Po  pięciu  latach  potrzebuję  cię  bardziej  niŜ  tego  obrzydliwca.  Spalmy  te  śmieci  i 

rozejrzyjmy  się  za  jakimś  wolnym  statkiem,  zanim  on  się  obudzi.  Miną  miesiące,  nim  się 

obudzi, a przez ten czas na pewno coś się wydarzy i znów będzie na gwałt nas potrzebował i 

cholera mu przejdzie. A my tymczasem zafundujemy sobie drugi miodowy miesiąc. 

- Brzmi nieźle, ale co z chłopcami? Na takie wycieczki zwykle nie zabiera się dzieci. 

- Nie pojedziecie bez nas! - oświadczył Bolivar. Gdzie ja widziałem tę zaciętą minę? 

Pewnie przy goleniu. 

- Tam gdzie wy, tam i my. A jeśli chodzi o pieniądze, to moŜemy za siebie zapłacić - 

patrzcie! 

Faktycznie, ujrzałem potęŜny zwitek kredytów, który na oko powinien wystarczyć na 

przejazd przez całą galaktykę. A przy okazji dostrzegłem takŜe kawałek znajomego portfela ze 

złoconej skóry. 

- Pieniądze Inskippa! Okradliście biedaka zamiast mu pomóc! - zerknąłem na Jamesa i 

dodałem: - A ty, jak sądzę, będziesz w czasie podróŜy bawił się w zegarynkę, bo po co inaczej 

to coś znalazłoby się nagle w twoich rękach. 

- Idą w ślady ojca! - stwierdziła z dumą Angelina. - Oczywiście, Ŝe pojadą z nami! I nie 

background image

przejmujcie się wydatkami, chłopcy. Tatuś potrafi ukraść tyle, Ŝe starczy dla nas wszystkich! 

Tego juŜ było za wiele! 

- Dlaczego nie? - roześmiałem się szczerze. - A więc, za zbrodnię! 

- Za zbrodnię! - zawtórował mi obecny przy całym zajściu Coypu, unosząc szklaneczkę. 

-  Za  zbrodnię  czasową!  -  wrzasnęliśmy  chórem,  po  czym  cisnęliśmy  opróŜnione 

naczynia  za  siebie.  Złapaliśmy  dzieciaki  za  ręce  i  przeskakując  nad  ciałem  chrapiącego 

smacznie Inskippa, wyszliśmy na korytarz. 

Czekał na nas cały, wspaniały wszechświat i zamierzaliśmy w pełni niego skorzystać.