background image

Robert Sheckley

Podróż w przyszłość

Tytuł oryginału

 Journey Beyond Tomorrow

Przekład

 

Marta Koźbiał

 Dla Zivy, Ruth Barnes,

a zwłaszcza dla Billa Barnesa

 Wprowadzenie

Bajkowy świat Joenesa  znajduje  się  przeszło  tysiąc  lat za nami,  w  odległej  i  mglistej 

przeszłości. Wiadomo, że Podróż Joenesa zaczęła się około roku 2000 starej ery, zakończyła 
natomiast w pierwszych latach nowej ery. Wiadomo również, że przypadła na okres znany ze 
znacznego rozwoju cywilizacyjnego:  w XXI  wieku światło dzienne ujrzały  cuda mechaniki, 
o jakich współczesnym nigdy się nie śniło. Nawet dziś większość z nas miała okazję poznać 
znaczenie  słów  „pocisk  zdalnie  sterowany”  czy  „bomba  atomowa”.  Fragmenty  tych  fan-
tastycznych tworów można oglądać w muzeach.

Znacznie  mniejszą  wiedzę  posiadamy  na  temat  obyczajów  ówczesnych  ludzi.  Aby 

dowiedzieć  się  czegokolwiek  o  religii  i  zasadach  moralnych  tamtych  czasów,  musimy 
sięgnąć do Podróży Joenesa.

Poza  wszelką  wątpliwością  pozostaje  fakt,  że  postać  Joenesa  jest  autentyczna,  nie 

można natomiast przesądzać o  autentyczności opowieści  snutych  na  jego  temat.  Niektóre  z 
nich przypominają raczej przypowieści. Jednak nawet te, które traktuje się alegorycznie, do-
brze oddają ducha tamtych czasów.

Nasza  książka  jest zbiorem  opowieści  o Podróży Joenesa  oraz o  cudownym  i  tragic-

znym wieku XXI. Kilka z nich zostało spisanych, ale większość dotarła do nas przekazywana 
ustnie z pokolenia na pokolenie.

Poza tą książką jedyne podsumowanie Podróży stanowią opublikowane ostatnio Opow-

ieści z Fidżi, gdzie, z oczywistych powodów, osoba Joenesa schodzi na dalszy plan i gdzie na 
plan pierwszy wybija się postać jego przyjaciela Luma. Takie ujęcie nietrafnie oddaje nastrój 
Podróży i zafałszowuje fakty. Z tego poodu poczuliśmy potrzebę wydania poniższej pozycji, 
tak by całość opowieści o Podróży została zapisana i przechowana dla przyszłych pokoleń.

Ten tom zawiera wszystkie spisane utwory o Joenesie  pochodzące z XXI wieku. Nies-

tety, są one nieliczne i nie zachowały  się do naszych czasów w całości. Obejmują tylko dwie 
historie:  „Lum  spotyka Jonesa”  i  „Jak Lum wstąpił  do wojska”, obie z „Księgi Fidżi”  (wy-
danie kanoniczne). Reszta opowiadań pochodzi z tradycji ustnej, wywodzącej się od Joenesa 
lub jego towarzyszy.

Poniższy zbiór zawiera słowa najsławniejszych gawędziarzy, bez ujednolicania różnych 

punktów  widzenia,  tuszowania  sympatii,  zasad  moralnych,  poprawiania  stylów,  usuwania 
komentarzy itp. Pragniemy podziękować wszystkim gawędziarzom:

Ma’aoa z Samoa
Maubingi z Tahiti

background image

Paaui z Fidżi
Pelui z Wyspy Wielkanocnej
Teleu z Huahine za łaskawe zezwolenie, na przelanie ich słów na papier.
Wykorzystaliśmy  te  opowiadania  lub  grupy  opowiadań,  którymi  powyższe  osoby 

szczególnie zasłynęły. Nazwiska  autorów  znajdują  się  na  początku  każdej  opowieści. Prag-
niemy jednocześnie przeprosić wielu wybitnych gawędziarzy  za to, że ich słów nie mogliśmy 
przytoczyć w niniejszym opracowaniu. Zostaną one umieszczone w zbiorze Variorum.

Dla wygody odbiorcy  historie zostały ułożone w kolejności, zebrane w rozdziały: każda 

z  nich  stanowi  całość. Ale  równocześnie  przestrzegamy  czytelnika,  by nie  spodziewał  się 
konsekwentnej  i  uporządkowanej  narracji.  Niektóre  części  są  długie,  inne  krótkie,  jedne 
proste,  inne  skomplikowane  — zależnie  od  nastroju  i  charakteru  poszczególnych  gawędzi-
arzy.  Wydawca  mógł  oczywiście  w  odpowiednim  miejscu  coś  dodać  lub  ująć,  tak  by 
wyrównać długość historii i narzucić całości jednolity  styl. Uznał jednak, że najlepiej będzie 
pozostawić  opowieści  takimi,  jakie  są,  aby  przedstawić  czytelnikowi  kompletny obraz  Po-
dróży.  To  wydawało  się  najbardziej  uczciwe  wobec  gawędziarzy i  zarazem  było  jedynym 
sposobem,  by  opowiedzieć  całą  prawdę  o  Joenesie,  ludziach,  których  spotkał,  i  dziwnym 
świecie, po którym podróżował.

Wydawca  słowo  po  słowie  spisał  opowieści  gawędziarzy  i  skopiował  zapisane  frag-

menty,  nie  dodając  niczego od  siebie. Jedyne  uwagi  jego  autorstwa  umieszczono  w dwóch 
ostatnich rozdziałach książki; opowiadają one o zakończeniu Podróży.

A teraz, Czytelniku, zapraszamy  Cię do spotkania Joenesa i do wzięcia udziału w jego 

podróży obejmującej ostatnie lata trwania starego i pierwsze nowego świata.

 I. Jeenes rozpoczyna swoja, podróż

(Opowiedziane przez Maubingi z Tahiti)

Kiedy  bohater  tej  opowieści  miał  dwadzieścia  pięć  lat,  w  jego  życiu  miało  miejsce 

niezwykle  ważne  wydarzenie.  Jednak  żeby  wyjaśnić  znaczenie  tego  wydarzenia,  musimy 
powiedzieć najpierw kilka słów o naszym bohaterze, o miejscu i warunkach, w jakich żył, to 
bowiem  pozwoli nam  zrozumieć jego samego. Od tego więc zaczniemy, a potem postaramy 
się jak najszybciej przejść do sedna opowieści.

Nasz bohater, Joenes, mieszkał  na  małej  wyspie–atolu  na Oceanie  Spokojnym, ponad 

trzysta kilometrów na wschód od Haiti. Wyspa nosiła nazwę Manituatua i mierzyła  niewiele 
więcej niż trzy kilometry wzdłuż i  kilkaset metrów wszerz. Otoczona  była pierścieniem rafy 
koralowej, za którą rozlewały się błękitne wody Pacyfiku.

Na tę wyspę rodzice Joenesa przybyli  po to, aby zarządzać  sprzętem  zaopatrującym w 

prąd  całą  wschodnią  Polinezję.  Po  śmierci  matki  ojciec  pracował  samotnie,  a  kiedy i  on 
zmarł, Pacyficzna Kompania Energetyczna poprosiła Joenesa o zajęcie jego miejsca i Joenes 
przyjął tę propozycję.

Według  wszelkiego  prawdopodobieństwa  Joenes  był  wysokim,  dobrze  zbudowanym 

młodym  człowiekiem  o  miłej  twarzy  i  nienagannych  manierach.  Jako  niezmordowany 
czytelnik znajdował wielką przyjemność  w zgłębianiu bogatej biblioteki ojca. Romantyzm  i 
głęboka  wrażliwość  skłaniały go  do  rozważań  nad  prawdą,  lojalnością,  miłością,  obowiąz-
kiem, przeznaczeniem, przypadkiem i temu podobnymi pojęciami. Ze względu na taki, a  nie 
inny  charakter  Joenes  zwykł  uważać  cnoty  za  obowiązek  i  lubił  myśleć  o  nich  w  ich 
najszlachetniejszej postaci.

background image

Mieszkańcy Manituatua,  Polinezyjczycy z Tahiti, nie  potrafili  go  zrozumieć.  Chętnie 

przyznawali, że cnota to rzecz dobra, co nie przeszkadzało im  wchodzić  na drogę występku 
dla własnej korzyści lub wygody. Mimo że Joenes gardził takim zachowaniem, nie mógł jed-
nak  nie docenić  pogody ducha, hojności  i  otwartości Manituatuańczyków.  Ci  bowiem, cho-
ciaż rzadko zastanawiali się nad cnotami, a  jeszcze rzadziej wprowadzali  je w czyn, w jakiś 
sposób wiedli przyjemne i godne życie.

Joenes, którego gorący temperament sprzeciwiał się umiarkowaniu, nie od razu przyjął 

te zasady. Jednak z biegiem czasu coraz bardziej im ulegał. Niektórzy twierdzą, że to właśnie 
sposób  bycia,  który przejął  od  Manituatuańczyków,  pozwolił  mu  potem  utrzymać  się  przy 
życiu.

Ale tego wszystkiego można się tylko domyślać, żadnej pewności mieć nie można. Dla 

nas liczy się przede wszystkim  pewne szczególne  wydarzenie w życiu dwudziestopięciolet-
niego Joenesa.

Rzecz  miała  miejsce  w  centralnym  biurze  Pacyficznej  Kompanii  Energetycznej, 

znajdującym  się  w  San  Francisco,  na  zachodnim  wybrzeżu  Stanów  Zjednoczonych.  Tutaj 
właśnie, wokół  kolistego  stołu  z  błyszczącego  teku, zgromadzili  się  brzuchaci  jegomoście, 
ubrani  w koszule  z krawatem i garnitury. W rękach tych Ludzi Okrągłego Stołu, jak ich na-
zywano,  spoczywały  losy   wielu  osób.  Przewodniczącym  zarządu  był  Artur  Pendragon, 
człowiek,  który  choć  swoje  stanowisko  odziedziczył,  zmuszony  był  jednak  stoczyć  ciężką 
walkę, zanim dostał to, co mu się należało. Kiedy wreszcie dopiął swego, zwolnił wszystkich 
członków  zarządu  i  na  ich  miejsce  powołał  własnych  ludzi.  Obecnie  w  skład  zarządu 
wchodzili: wyjątkowo bogaty Bill Lancelot, znany z działalności charytatywnej  Richard Ga-
lahad, wpływowy Austin Modred i inni.

Panowie  ci,  których  imperium  finansowe  ostatnio  przechodziło kryzys,  przegłosowali 

właśnie  konsolidację  posiadanych dóbr  i natychmiastową  sprzedaż nieprzynoszących zysku 
holdingów.  Decyzja  ta,  prosta  jak  się  zdawało,  pociągnęła  za  sobą  daleko  idące  konsek-
wencje. Na odległej Manituatua Joenes otrzymał informację od zarządu o zaprzestaniu pracy 
generatora mocy dla wschodniej Polinezji.

W ten sposób  Joenes stracił pracę. Mało  tego, utracił także  sens życia.  Przez tydzień 

intensywnie  zastanawiał  się  nad  swoją  przyszłością.  Polinezyjscy  przyjaciele  gorąco 
zachęcali  go, żeby został na Matlituatua  lub, jeśli  woli, udał  się  na jedną z większych wysp 
— Huahine, Bora Bora czy Tahiti.

Joenes  wysłuchał  ich  rady,  po  czym  zaszył  się  w  odludnym  miejscu,  by  wszystko 

przemyśleć. Powrócił po trzech dniach i oznajmił oczekującym  przyjaciołom, że wybiera się 
do Ameryki, kraju  swych rodziców, chce  bowiem na  własne  oczy zobaczyć cuda, o  których 
czytał, i przekonać się, czy tam znajduje się jego przeznaczenie.

Gdyby  się  miało okazać,  że tak nie  jest, powróci  do  swych  polinezyjskich  braci  z ot-

wartym sercem i umysłem, by pełnić obowiązki, jakie zechcą na niego nałożyć.

Usłyszawszy  te słowa, przyjaciele popadli w konsternację. Wszyscy wiedzieli, że Am-

eryka  była  jeszcze  bardziej  niebezpieczna  niż  nieprzewidywalny  ocean.  Amerykanów  zaś 
uważano  za  czarnoksiężników,  którzy  rzucają  urok,  zdolny  postawić  na  głowie  do-
tychczasowy sposób  myślenia  człowieka.  Wydaje  się  niemożliwe,  żeby komuś  mogły  się 
znudzić  koralowe plaże,  laguny,  palmy, czółna i  temu  podobne rzeczy,  a przecież takie  wy-
padki  się  zdarzały. Zdarzało się,  że  Polinezyjczycy,  którzy podróżowali  do Ameryki,  ulegli 

background image

złemu urokowi i już nie wrócili. Jeden odwiedził  nawet legendarną Madison Avenue, ale  nie 
wiadomo, co tam znalazł, bo nigdy już nie przemówił. Mimo to Joenes obstawał przy swoim.

Joenes był zaręczony  z manituatuańską dziewczyną o złotej skórze, czarnych włosach i 

kształtnej  figurze, dorównującą  umysłem  mężczyznom.  Na  imię  jej  było  Tondelayo.  Przed 
odjazdem  Joenes zaproponował,  że pośle  po nią, gdy tylko jego sytuacja  jakoś się  ustabili-
zuje, gdy zaś mu się nie powiedzie, wróci do niej. Ten pomysł nie spodobał się dziewczynie, 
toteż zwróciła się do narzeczonego w lokalnym narzeczu:

—  Hej,  głupi  chłopaku,  chcesz  do  Amerika?  Może  tam  więcej  kokosów?  Większa 

plaża?  Lepsza  ryba?  O,  nie!  Myślisz może:  lepsze  bara–bara,  co?  Ja  ci  mówię,  że  nie.  O 
wiele lepiej zostań ze mną. Powiedziałam!

W  ten  sposób  śliczna  Tondelayo  próbowała  przemówić  Joenesowi  do  rozsądku.  On 

jednak odparł:

— Myślisz, że  jestem szczęśliwy, pozostawiając tu Ciebie, ucieleśnienie moich myśli i 

pragnień? Nie, najdroższa, tak nie jest! Ten wyjazd napełnia mnie obawą. Nie wiem, co mnie 
czeka w zimnym kraju na wschodzie. Wiem  tylko, że  mężczyzna musi  szukać swego losu i 
szczęścia  aż do  samej  śmierci,  jeśli  zajdzie  potrzeba.  Dopiero  kiedy poznam  i  zrozumiem 
świat, który znam jedynie ze słów rodziców i z książek, będę mógł wrócić i żyć  tu, na wys-
pach.

Śliczna Tondelayo wysłuchała wszystkiego i przemyślała to starannie, po czym to wys-

piarskie  dziewczę  zwróciło  się  do  Joenesa  zgodnie  z  prostą  filozofią,  od  niepamiętnych 
czasów przekazywaną córkom przez matki:

—  Oj  wy,  biali  chłopcy,  wszyscy  tacy  sami.  Najpierw  bara—bara  i  wszystko  w 

porządku. Potem chcecie do Amerika szukać białej dziewczyny i tam bara—bara. Tak myślę! 
A jednak palma rośnie, rafa koralowa otacza wyspę, a człowiek musi umrzeć.

Joenes mógł tylko chylić  czoło przed odwieczną  mądrością wyspiarskiej dziewczyny, 

ale jego decyzja nie  uległa zmianie. Wiedział, że jego przeznaczeniem  jest ujrzeć  kraj, skąd 
przybyli  rodzice,  i  przyjąć  wszystko,  cokolwiek  los  mu  ześle.  Ucałował  Tondelayo,  która 
rozpłakała się, widząc, że jej słowa nie poruszyły narzeczonego.

Zamożniejsi sąsiedzi wydali ucztę pożegnalną na cześć Joenesa, gdzie  podawano wys-

piarskie  przysmaki,  takie  jak  wołowina  w  puszkach  czy   konserwowy  ananas.  Kiedy  do 
wyspy przybił  szkuner z cotygodniową  dostawą  rumu,  ze  smutkiem  pożegnali  ukochanego 
przyjaciela.

I tak Joenes wyruszył w podróż przez Huahine, Bora Bora, Tahiti i Hawaje, by dotrzeć 

w  końcu  do  miasta  San  Francisco  na  zachodnim  wybrzeżu  Stanów  Zjednoczonych. 
Towarzyszyła mu w tej podróży słodka muzyka polinezyjskich wysp.

 2. Lum spotyka Joenesa

(Słowa Luma spisane w Księdze Fidżi, wydanie kanoniczne)

Cóż, wiecie, jak to bywa. Alkohol się kończy, panienka odchodzi i wiadomo, gdzie się 

nagle  znajdujesz.  Zaszedłem  więc  do doków,  żeby zaczekać  na  statek  z  cotygodniową  do-
stawą pejotlu. Nic tam nie robiłem, tylko stałem i gapiłem się na ludzi, okręty, Golden Gate, 
wiecie,  o co  chodzi. Skończyłem  właśnie  jeść  kanapkę  z prawdziwego  pumpernikla  z wło-
skim salami  i  ze świadomością, że zaraz przywiozą pejotl, właściwie nie czułem się  najgor-
zej. Chodzi o to, że czasami nie czujesz się tak źle, kiedy sterczysz, gapiąc się na wszystkich 
i wszystko, nawet jeśli dziewczyna odeszła.

background image

Właśnie przypłynęła łódź, nie wiadomo skąd, i ten facet zszedł na brzeg. Był wysoki, 

szczupły, z autentyczną opalenizną, szeroki w barach. Nosił płócienną koszulę, wyświechtane 
spodnie  i  nie  miał  butów.  Więc  pomyślałem,  że  jest  w  porządku.  To  znaczy wyglądał  w 
porządku. Podszedłem do niego i spytałem, czyjego statek przywiózł towar. Gość spojrzał na 
mnie i powiedział:

— Mam na imię Joenes. Jestem tutaj obcy.
Więc już wiedziałem, że nie był z nimi. Dlatego odwróciłem wzrok, a on zapytał:
— Nie wiesz, gdzie  mógłbym  znaleźć  jakąś pracę? Jestem nowy  w Ameryce.  Chcę ją 

poznać, zobaczyć, co ma mi do zaoferowania i co ja mam dla niej.

Spojrzałem na niego znowu. Teraz już nic nie wiedziałem. To znaczy nie wyglądało na 

to,  żeby był  z nimi. Z drugiej  jednak strony nie  każdy  wyglądał  wtedy jak  bitnik.  Czasami 
taki drobiazg, jeśli właściwie go wykorzystasz, może ci umożliwić  wstęp nawet do Herbaci-
arni  w  Chmurach  prowadzonej  przez Wielkiego  Dealera.  Może  bawił  się  w zen, choć  wy-
glądał jak prostak. Jezus był prostakiem. Ale on do nich należał i wszyscy bylibyśmy za nim, 
gdyby tylko naiwniacy zostawili go w spokoju. Powiedziałem więc do tego Joenesa:

— Chcesz pracy? A co mógłbyś robić?
— Umiem obsługiwać transformator elektryczny — powiedział.
— Niezły jesteś — odparłem.
— I umiem grać na gitarze — dodał.
— Człowieku — powiedziałem  —  od  tego trzeba  było zacząć. Znam  bar cappuccino, 

gdzie możesz zagrać i zebrać trochę napiwków od naiwniaków. Na razie masz za co żyć.

Ten  Joenes  prawie  nie  mówił  po  angielsku,  więc  musiałem  mu  wszystko  dokładnie 

wyłożyć. Ale  szybko  chwycił  to  o  scenie  gitarowej  i  naiwniakach.  Zaproponowałem  mu, 
żeby  się  zatrzymał  u  mnie  —  skoro  moja  panienka  odeszła,  to  dlaczego  by nie  —  ten  się 
tylko uśmiechnął i zgodził się od razu. Potem spytał, jak tu u nas jest i jakie tu mamy rozry-
wki. Brzmiało to w porządku, chociaż był obcy. Powiedziałem mu, że panienki się znajdą, a 
jeśli  chodzi  o  rozrywki,  niech  się  trzyma  blisko  mnie,  to  zobaczymy.  Zgodził  się,  więc 
poszliśmy  do  mnie.  Dałem  mu  kanapkę  z  razowym  chlebem  i  plasterkiem  sera  szwajcar-
skiego ze Szwajcarii, a nie z Wisconsin. Musiałem mu pożyczyć własną gitarę, bo swoją, jak 
twierdził, zostawił na wyspie, gdziekolwiek by ona była. Tej nocy graliśmy w kafejce.

Joenes  był  królem  tej  nocy.  Zawdzięczał  to  piosenkom,  których  nikt  nie  rozumiał  i 

których melodie przypominały znane standardy.

Turystom to pasowało i w ten  sposób Joenes zebrał osiem  dolców trzydzieści  centów, 

co wystarczyło na pokaźny bochen rosyjskiego chleba, i nie mówcie mi o braku patriotyzmu. 
Poza tym  ta panienka od razu na niego poleciała, bo Joenes właśnie taki  był. To znaczy  wy-
soki,  potężny  w  ramionach,  z  jasnymi  włosami  lśniącymi,  jakby   świecił  w  nich  słońce. 
Gościowi takiemu jak ja gorzej się wiedzie.

Bo chociaż mam forsę, to jestem mały i chudy, więc czasem muszę się nieźle  napocić. 

Tymczasem Joenes działał jak magnes. Zainteresowali się nim nawet ludzie w czarnych oku-
larach. Pytali, czy próbował kiedyś wody sodowej, ale odciągnąłem go, bo przynieśli pejotl. 
A po co wymieniać bolącą głowę na chory żołądek?

Więc razem z Joenesem, jego panienką, której na imię było Deirdre Feinstein, i jeszcze 

jedną, którą tamta skołowała dla mnie, wróciliśmy do mojej chaty. Pokazałem Joenesowi, jak 
obrabiać  pejotl i  wszyscy  wzięliśmy się do  roboty. To znaczy my się  wzięliśmy,  bo Joenes 
zapalił się jak tysiącwatowa  żarówka. I chociaż ostrzegałem go przed glinami  patrolującymi 
ulice  San Francisco w poszukiwaniu  kogoś choć  odrobinę  podejrzanego,  żeby wykorzystać 

background image

swoją piękną, nową, kalifornijską pakę, on uparł się, że wlezie na łóżko i wygłosi mowę. To 
była  całkiem  ładna  pogadanka,  bo  ten  barczysty,  roześmiany  chłopak  z  daleka  naprawdę 
nieźle się wstawił jak na pierwszy raz.

Leciało to mniej więcej tak:
—  Moi  przyjaciele! Przybyłem  do was  z ekspedycją  z odległego  lądu, pokrytego pi-

askiem, porośniętego palmami. Czuję  się niezmiernie szczęśliwy, jako że już pierwszej nocy 
zabrano mnie do waszego przywódcy, Króla Pejotl — zostałem wywyższony, a nie poniżony 
— i pokazano mi olśniewające cuda. Nie umiem znaleźć słów wdzięczności, by  podziękować 
mojemu  drogiemu  towarzyszowi  Lumowi  za  te  błogosławieństwa. A tobie,  słodka  Deirdre 
Feinstein,  moja  nowa  miłości,  powiem,  że  czuję,  jak  rozpala  się  we  mnie  płomień. Ty zaś, 
dziewczyno Luma, której imienia, niestety, nie pamiętam, kocham cię jak brat, kazirodczo, a 
jednak z niewinnością zdradzoną z samorodnej niewinności. I jeszcze…

Cóż,  trzeba  przyznać,  że  głos  Joenesa  nie  należał  do  najsłabszych.  Prawdę  mówiąc, 

przypominał  ryk  lwa  morskiego  w  okresie  godowym,  którego  to  dźwięku  nie  można  nie 
usłyszeć. Tego było już za wiele dla sąsiadów na górze, ramoli, którzy wstają  o ósmej rano, 
by od  razu  zabrać  się  do  pracy.  Zaczęli  walić  w  sufit  i  poinformowali  nas,  że  zrobiliśmy 
właśnie o jedną balangę za dużo i że zadzwonili po policję — mieli na myśli gliny.

Joenes i dziewczyny nieco spuścili z tonu, ale  ja szczycę się tym, że  zachowuję  zimną 

krew  w  każdej  sytuacji,  bez  względu  na  to,  co  zalega  mi  w  płucach  czy  krąży w  żyłach. 
Chciałem  spuścić  resztę  pejotlu,  ale  Deirdre,  która  jest już tak  uzależniona,  że  aż  strach, 
uparła  się,  żeby zabrać  ze  sobą  resztę,  bo,  jak  twierdziła, tak  z pewnością  będzie  bezpiec-
zniej. Wyprowadziłem wszystkich z mieszkania, łącznie z Joenesem, ściskającym w opalonej 
garści  moją  gitarę. Wychodziliśmy  jak  gdyby nigdy nic,  bo  już nadjechał  wóz  pełen  glin. 
Ostrzegałem,  żeby  szli  gęsiego  jak  żołnierze,  bo  nie  można  robić  przekrętów,  gdy  się 
szmugluje prochy. Ale nie miałem pojęcia, jak bardzo wstawiona była Deirdre.

Kiedy  tak  szliśmy,  zbliżyli  się  do  nas  gliniarze  i  obrzucili  nas  tym  szczególnym 

spojrzeniem..  Nie  zatrzymaliśmy się,  a  wtedy  oni  zaczęli  robić  uwagi  na  temat bitników, 
braku moralności i tym podobne. Chciałem, żebyśmy szli dalej, ale Deirdre była uparta. Od-
wróciła  się  do  gliniarzy i  wygarnęła  im,  co o  nich  myśli. To  bardzo nierozsądne  ze  strony 
osoby o takim słownictwie i tak bogatej wyobraźni jak Deirdre.

Szef gliniarzy, sierżant, powiedział:
— W porządku, siostrzyczko, pójdziesz z nami. Zgarniamy cię, kapujesz?
Pociągnęli  biedną  Deirdre,  która  wyrywała  się  i  kopała,  w stronę  radiowozu.  Widz-

iałem,  jak  twarz  Joenesa  powoli  wykrzywia  grymas  nienawiści.  Bałem  się  kłopotów,  bo 
naszprycowany pejotlem Joenes kochał Deirdre. Kochał wszystkich oprócz glin.

—  Nic  nie  rób,  człowieku  —  powiedziałem  mu.  —  Wszystko  samo  się  ułoży.  Jeśli 

Deirdre  nie  da  sobie spokoju,  to trudno. Wiesz,  ona  zawsze  walczy z glinami, odkąd  przy-
jechała  z  Nowego  Jorku,  żeby  studiować  zen,  i  zawsze  ją  zgarniają.  To  żaden  problem, 
zwłaszcza  że  jej  ojcem  jest  Sean  Feinstein,  który  ma  wszystko,  co  ci  tylko  przyjdzie  do 
głowy.  Gliny poczekają,  aż Deirdre  wytrzeźwieje,  i  zaraz ją  wypuszczą.  Więc  nic  nie  rób, 
człowieku.  Nie  oglądaj  się  nawet,  bo  twoim  ojcem  nie  jest Sean  Feinstein  ani  żaden  inny 
wielki gość.

W ten sposób próbowałem uspokoić  Joenesa  i  przemówić mu do rozsądku. Ale on za-

trzymał  się  —  wspaniała  sylwetka  w świetle  lamp —  z dłonią  zaciśniętą  na  mojej  gitarze, 
odwrócił się i już nie widział nic oprócz glin.

— Chcesz czegoś, chłopcze? — spytał sierżant.

background image

— Zabierzcie łapy od tej młodej damy! — odezwał się Joenes.
— Ta  ćpunka, którą  nazywasz młodą  damą  — odparł  gliniarz — pogwałciła  paragraf 

czterysta  trzydziesty pierwszy,  punkt trzeci  kodeksu  karnego  miasta  San  Francisco.  Propo-
nuję,  żebyś  zajął  się  własnymi  sprawami,  młodzieńcze,  i  przestał  po  dwunastej  w  nocy 
brzdąkać na ukulele po ulicach.

W pewnym sensie gliniarz zachował się uprzejmie.
I wtedy  Joenes wygłosił  piękną mowę, której  wprawdzie  dokładnie  nie  powtórzę,  ale 

chodziło w niej o to, że prawo jest ustanawiane przez człowieka, więc musi brać pod uwagę 
jego złą naturę, i że prawdziwa moralność polega na przestrzeganiu nakazów własnej oświe-
conej duszy.

— Mały komunista, co?  — zakpił sierżant i Joenes w okamgnieniu został wciągnięty 

do radiowozu.

Cóż,  Deirdre  została  oczywiście  zwolniona  następnego  ranka  dzięki  wstawiennictwu 

ojca,  a  może  także  dzięki  swoim  wdziękom,  o  których  głośno  w San  Francisco. Inaczej  z 
Joenesem.  Chociaż szukaliśmy go  wszędzie,  nawet w  tak  odległym  miejscu  jak  Berkeley, 
nigdzie nie natrafiliśmy na jego ślad.

Ani śladu,  mówię  wam! Co się  stało z tym  trubadurem  o jasnych włosach,  lśniących, 

jakby  świeciło  w  nich  słońce,  i  o gorącym  sercu?  Gdzie  się  podział  z moją  gitarą  (auten-
tyczną Tatay) i drugą, najlepszą, parą sandałów? Przypuszczam, że tylko gliny to wiedzą i nie 
zamierzają  tego  zdradzić.  Ale  wciąż  go  pamiętam  —  słodkiego  śpiewaka,  który  u  wrót 
piekieł obejrzał się na swą Eurydykę i dlatego musiał cierpieć  jak Orfeusz o słowiczym gło-
sie.  To  znaczy,  to  było  trochę  inaczej.  W  każdym  razie,  kto  wie,  w jak  odległych  krajach 
podziewają się teraz Joenes i moja gitara?

 3. Komisja kongresowa

(Opowiedziane przez Ma’aoa z Samoa)

Joenes nie mógł wiedzieć, że komisja amerykańskiego Senatu prowadziła dochodzenie 

w San Francisco. Ale policja wiedziała o tym.

Funkcjonariusze  czuli, że Joenes  stanowi  wymarzony  materiał  na świadka,  zabrali  go 

więc z więzienia i przyprowadzili do sali, gdzie komisja zebrała się na posiedzenie.

Zgromadzeniu przewodniczył senator George W. Pelops, który na wstępie  zapytał Joe-

nesa, co ma na swoją obronę.

— Nic złego nie zrobiłem — odrzekł Joenes.
—  Czy  —  zapytał  Pelops  —  ktokolwiek  oskarżył  pana  o  zrobienie  czegokolwiek? 

Czyja pana oskarżyłem? Albo któryś z moich szanownych kolegów? Jeśli tak, chciałbym tu i 
teraz o tym usłyszeć.

— Nie, proszę pana — odparł Joenes. — Pomyślałem tylko…
— Myśli nie mają  wartości dowodowej — przerwał  mu Pelops, po czym  podrapał się 

po łysej czaszce, poprawił okulary i, gapiąc się w kamerę telewizyjną, rzekł:

— Ten  człowiek, jak sam przyznaje, nie został oskarżony ani o złamanie prawa, ani  o 

naruszenie przepisów. Poprosiliśmy go jedynie, co jest naszym przywilejem i  obowiązkiem, 
by się  wypowiedział.  Jednak  jego  słowa  zdradzają  nieczyste  sumienie.  Panowie,  sądzę,  że 
powinniśmy kontynuować dochodzenie.

— Żądam adwokata — odezwał się Joenes.
— Nie może mieć pan adwokata — odparł na to Pelops — ponieważ zeznaje pan przed 

komisją  kongresową,  która  jedynie  ustala  fakty,  nie  stawia  zaś w  stan  oskarżenia. Ale  nie 

background image

omieszkamy  odnotować pańskiej prośby. Chciałbym  dowiedzieć  się, po co w ogóle  niewin-
nemu człowiekowi adwokat?

Joenes, który przeczytał wiele książek na Manituatua, wymamrotał coś na temat swoich 

praw i prawa w ogóle, na  co Pelops odparł, że Kongres zarówno ustanawia prawo, jak i stoi 
na jego straży. Dlatego nie ma się czego obawiać, jeżeli pytany będzie odpowiadał uczciwie. 
Joenes wziął sobie te słowa do serca i obiecał zastosować się do zaleceń.

—  Zazwyczaj  —  rzekł  Pelops  —  nie  musimy  specjalnie  prosić  o  prawdomówność. 

Zostawmy   jednak  tę  kwestię.  Proszę  powiedzieć,  panie  Joenes,  czy  wierzy  pan  w  treść 
przemówienia, które wygłosił pan wczorajszej nocy na ulicy San Francisco.

— Nie pamiętam żadnego przemówienia — odparł Joenes.
— Odmawia pan odpowiedzi na pytanie?
— Nie mogę na nie odpowiedzieć. Nic nie pamiętam. Chyba byłem pod wpływem nar-

kotyków.

— A czy pamięta pan, z kim przebywał ostatniej nocy?
— Wydaje mi się, że z człowiekiem o imieniu Lum i dziewczyną o imieniu Deirdre…
— Nie potrzebujemy ich nazwisk — przerwał sucho Pelops. — Pytamy tylko o to, czy 

pamięta pan, z kim był, a pan powiedział, że pamięta. Chciałbym zauważyć, panie Joenes, że 
bardzo wygodnie  jest pamiętać jedne fakty, a zapominać o innych, mimo że wszystkie  zdar-
zenia miały miejsce w ciągu tych samych dwudziestu czterech godzin!

— To nie były fakty — powiedział Joenes — to byli ludzie.
— Komisja nie wymaga od pana poczucia humoru — rzekł Pelops surowo. — Ostrze-

gam, że  zarówno drwiące  czy wymijające  odpowiedzi,  jak  i  zupełny  ich brak  mogą  zostać 
potraktowane  jako obraza  Kongresu, to zaś stanowi  przestępstwo  federalne,  za  które  grozi 
kara do roku więzienia.

— Nie miałem nic złego na myśli — szybko usprawiedliwił się Joenes.
—  Doskonale,  panie  Joenes,  kontynuujmy  więc.  Czy  zaprzecza  pan,  że  przemawiał 

ostatniej nocy?

— Nie, proszę pana, nie zaprzeczam.
—  A  czy  zaprzecza  pan,  że  treść  pańskiego  przemówienia  dotyczyła  tak  zwanego 

obowiązku, wedle którego każdy powinien dążyć do obalenia legalnie  ustanowionego prawa 
tego kraju? Innymi słowy, czy  zaprzecza pan, że podjudzał do buntu tych nieprawomyślnych 
obywateli,  którzy byli  gotowi  dać  posłuch wrogim  podszeptom? Albo żeby powiedzieć  już 
całkiem wprost, czy nawoływał  pan do obalenia  siłą rządu, który stoi na  straży prawa?  Czy 
może pan zaprzeczyć, że treść pańskiego przemówienia stanowiła pogwałcenie praw przeka-
zanych  nam  przez  Ojców  Założycieli?  Dają  one  takim  jak  pan  wolność  słowa,  której  z 
pewnością nie ma w Związku Radzieckim. Czy ośmieli się pan zaprzeczyć, że pańskie słowa, 
pod maską niewinnej buńczuczności, stanowiły  część spisku, którego celem było wywołanie 
zamieszek, usprawiedliwiających zewnętrzną interwencję? I że pańskie  poczynania znalazły 
poparcie, jeśli nie był to ich wyraźny nakaz, wśród konkretnych osób z Departamentu Stanu? 
I wreszcie, że przemówienie, które  wygłosił pan — rzekomo — pod wpływem  narkotyków, 
zostało w istocie podyktowane domniemanym prawem  do działań wywrotowych  w demok-
racji.  Sądził  pan,  że  jej  zdolność  do  brania  odwetu  jest  paraliżowana  przez  Konstytucję  i 
Kartę Praw Człowieka. Tymczasem celem  tych dokumentów nie jest — jak się  panu wydaje 
—  pomaganie  przestępcom,  lecz  obrona  swobód  obywatelskich  przed  takimi  jak  pan 
bezbożnymi najemnikami. Proszę o prostą odpowiedź: tak czy nie.

— Cóż — zaczął Joenes — chciałbym sprostować…

background image

— Pytanie, panie Joenes — przerwał Pelops lodowatym głosem. — Będzie pan łaskaw 

odpowiedzieć tak lub nie.

Joenes z całych sił próbował sobie przypomnieć wszystko, co wyczytał na temat histo-

rii Ameryki jeszcze na wyspie. Po chwili rzekł:

— To oszczerstwo!
— Proszę odpowiedzieć na pytanie, panie Joenes — obstawał przy swoim Pelops.
—  Chciałbym  się  powołać  na  moje  konstytucyjne  prawa,  a  dokładniej  na  Pierwszą  i 

Piąta Poprawkę — odrzekł Joenes — i z całym szacunkiem odmawiam odpowiedzi.

Pelops uśmiechnął się krzywo.
— Nie  może  pan  tego  uczynić, panie Joenes,  bowiem  Konstytucja,  której  się  pan tak 

kurczowo  trzyma,  została  znowelizowana,  a  raczej  uaktualniona  przez tych  z  nas,  którzy 
pragną  uchronić ją przed zmianami  i  profanacją. Poprawki, o których  pan wspomniał, panie 
Joenes  — choć  może  raczej  powinienem  powiedzieć:  towarzyszu  Joenes  — nie  pozwalają 
panu milczeć z powodów, które każdy  sędzia Sądu Najwyższego wyliczy  panu, jeśli go pan o 
to poprosi!

Na tak druzgoczącą ripostę nie było odpowiedzi. Nawet obecni reporterzy, przyzwycza-

jeni do  ostrych politycznych polemik,  byli  poruszeni. Joenes najpierw się zaczerwienił, po-
tem zaś zbladł jak ściana. Już otwierał usta, by powiedzieć cokolwiek, nic bowiem błyskotli-
wego nie przychodziło mu do głowy, gdy powstrzymała go interwencja  jednego z członków 
komisji, senatora Trellida.

—  Przepraszam  pana  —  odezwał  się  senator  —  i  wszystkich  zebranych,  chciałbym 

powiedzieć jedną rzecz i proszę, żeby  to, co powiem, zostało nagrane. Czasem człowiek musi 
przemówić, bez względu na to, jak bolesne jest to dla niego, i bez względu na to, jaką szkodę 
polityczną  czy  materialną  może  mu  to  wyrządzić.  Jest  jednak  obowiązkiem  człowieka 
takiego jak ja przemówić wtedy, kiedy  musi, bez względu na konsekwencje, nawet jeżeli to, 
co ma do powiedzenia, sprzeciwia się opinii publicznej. Jestem starym człowiekiem i wiele w 
życiu doświadczyłem, wiele widziałem. Może popełniam głupstwo, ale muszę powiedzieć, że 
jestem nieprzejednanym wrogiem  niesprawiedliwości. W przeciwieństwie do niektórych  nie 
potrafię przebaczyć masakry  Węgrów, bezprawnego zajęcia Chin ani komunizacji Kuby. Jes-
tem stary, nazywają mnie konserwatystą, cóż z tego. Ja naprawdę nie mogę o tym zapomnieć. 
Nie  dbam o to,  jak mnie kto  nazwie, ale  mam  nadzieję, że nie dożyję dnia, kiedy sowiecka 
armia  wkroczy  do  Waszyngtonu.  Dlatego  kieruję  swoje  słowa  przeciw  temu  człowiekowi, 
towarzyszowi  Jońskiemu,  nie  jako  senator,  ale  jako  człowiek,  który  spędził  dzieciństwo 
wśród  górzystego  krajobrazu  na  wschód  od  Sour  Mountain,  który  łowił  ryby i  polował  w 
leśnych  ostępach,  który powoli  uświadamiał  sobie,  czym  jest dla  niego Ameryka,  którego 
ziomkowie wysłali do Kongresu, by  reprezentował ich i ich bliskich, i który teraz czuje się w 
obowiązku złożyć tę deklarację lojalności. Z tego i tylko z tego powodu zwracam się do was 
teraz słowami Biblii: „Zło  jest złem!”. Ludzie  wyrachowani mogą się  z tego śmiać, ale  tak 
właśnie jest i ja w to wierzę.

Członkowie komisji odpowiedzieli na słowa starego senatora gorącym aplauzem. Cho-

ciaż słyszeli je  już wiele razy, po raz kolejny ulegli  głębokiej emocji. Pelops,  którego wargi 
były blade jak papier, zwrócił się do Joenesa.

— Towarzyszu  — zaczął  z ironią  w głosie  —  czy jesteście  obecnie  członkiem  partii 

komunistycznej?

— Nie jestem! — odpowiedział Joenes płaczliwie.

background image

— W takim razie — ciągnął Pelops — kim byli pańscy współtowarzysze w czasie, gdy 

był pan jej członkiem?

— Nie miałem żadnych współtowarzyszy. To znaczy…
— Wiemy doskonale, co to znaczy — przerwał mu Pelops. — Skoro nie chce pan po-

dać  personaliów  swoich  współtowarzyszy–zdrajców,  to  może  wyjawi  nam  pan  lokalizację 
swojej  komórki? Tak czy nie?  Niech mi pan powie, towarzyszu Joński,  czy mówi  coś panu 
nazwisko Ronald Black? Albo prościej: kiedy po raz ostatni widział pan Ronalda Blacka?

— Nigdy go nie spotkałem — odparł Joenes.
— Nigdy?  To niebezpieczne słowo, panie  Joenes. Chce  mi  pan wmówić,  że nie mógł 

pan spotkać  Ronalda Blacka, zwyczajnie minąć go w tłumie albo siedzieć w tym  samym ki-
nie  co on? Wątpię, czy jakikolwiek obywatel Ameryki mógłby z taką pewnością stwierdzić, 
że  nigdy nie spotkał  Ronalda  Blacka. Czy chce  pan, żeby pana  twierdzenie  zostało zarejes-
trowane?

—  Cóż, mogłem  spotkać  go  w  tłumie.  To znaczy  mogłem  znaleźć  się  w tym  samym 

tłumie co on, choć nie jestem pewien…

— Ale dopuszcza pan taką możliwość?
— Chyba tak.
—  Świetnie  — rzekł  Pelops. — W  końcu  do czegoś dochodzimy. Teraz pytam  pana, 

gdzie  spotkał  pan  Blacka,  o  czym  rozmawialiście,  jakie  papiery  panu  dał  i  komu  je  pan 
przekazał.

— Nigdy nie spotkałem Arnolda Blacka! — wyjęczał Joenes.
—  Znaliśmy  go  zawsze  jako  Ronalda  Blacka  —  powiedział  Pelops  —  ale  chętnie 

poznamy jego  pseudonim.  Proszę  zauważyć, że sam  pan  dopuścił  możliwość  współpracy z 
tym człowiekiem. W świetle pańskiego przyznania się do aktywności partyjnej, ta możliwość 
może być uznana za prawdopodobieństwo graniczące z pewnością.

Co  więcej,  sam  pan  podał  nam  imię,  pod  którym  Ronald  Black  znany jest w  partii, 

imię, o którym dotąd nie słyszeliśmy. Sądzę, że to wystarczy.

— Proszę posłuchać — odezwał się Joenes — nie znam żadnego Blacka ani nie wiem, 

co zrobił.

—  Ronaldowi  Blackowi  —  odezwał  się  Pelops  ponurym  głosem  —  udowodniono 

kradzież  planów  nowego  luksusowego  kabrioletu  Studebaker  Roadclinger  Super  V–12  i 
sprzedanie tych planów agentowi Związku Radzieckiego. Zgodnie z prawem  skazano go po 
sprawiedliwym  procesie.  Nieco  później  zdemaskowano  i  skazano  trzydziestu  jeden  jego 
wspólników.  Pan,  towarzyszu  Joński,  jest wspólnikiem  numer  trzydzieści  dwa,  agentem  z 
największej siatki szpiegowskiej, jaką kiedykolwiek wykryliśmy.

Joenes chciał coś powiedzieć, ale nie mógł wydobyć z siebie głosu, trzęsąc się ze  stra-

chu.

—  Komisja,  przed  którą  pan  odpowiada  —  podsumował  Pelops  —  nie  dysponuje 

władzą sądowniczą,  została powołana jedynie  w celach  śledczych. To być  może  wstyd, ale 
litera  prawa  musi  być przestrzegana.  Dlatego teraz przekazujemy tajnego agenta  Jońskiego 
Prokuratorowi Generalnemu, aby został sprawiedliwie osądzony i poniósł  karę odpowiednią 
dla  kogoś,  kto sam przyznał  się  do zdrady i kto zasługuje  jedynie na śmierć. Zamykam po-
siedzenie.

W  ten  sposób  Joenes  został  niezwłocznie  przekazany   komórce  karnej  rządu,  którą 

reprezentował Prokurator Generalny.

 4. O tym, jak Joenesowi wymierzono sprawiedliwość

background image

(Opowiedziane przez Pelui z Wyspy Wielkanocnej)

Prokurator  Generalny,  któremu  przekazano  Joenesa,  był  wysokim  mężczyzną  o  jas-

trzębiej twarzy, przymrużonych oczach i bladych wargach. Jego twarz wyglądała jak wykuta 
z żelaza.  Przygarbiony, gardzący  wszystkim, szokujący otoczenie  aksamitnym  płaszczem  i 
wymiętym  kołnierzykiem  Prokurator  Generalny stanowił  ucieleśnienie  swojego  strasznego 
urzędu. Jako że  pracował w sekcji karnej rządu, jego zadaniem  było brać odwet na każdym, 
kto wpadł mu w ręce, używając przy tym wszelkich dostępnych środków.

Prokurator  Generalny  urzędował  w Waszyngtonie.  Był jednak  obywatelem Aten (stan 

Nowy  Jork)  i,  w  młodości,  znajomym  Arystotelesa  oraz  Alcybiadesa,  których  pisma 
stanowiły esencję amerykańskiego ducha.

Ateny były jednym z miast starożytnej Hellady, od której bierze początek amerykańska 

cywilizacja. Blisko Aten leżała  Sparta, potęga  militarna  przewodząca  lacedemońskim  mias-
tom stanu Nowy Jork. Jońskie Ateny i dorycka Sparta prowadziły między sobą wyniszczającą 
wojnę i w końcu utraciły  niezależność  na rzecz Ameryki. Wciąż jednak cieszyły się dużymi 
wpływami  politycznymi  w Ameryce, zwłaszcza że w Waszyngtonie  znajdowała  się  główna 
siedziba helleńskiej władzy.

Z początku sprawa Joenesa  wydawała  się prosta.  Nie miał  on ważnych przyjaciół  ani 

politycznych  popleczników,  toteż  zdawało  się,  że  bez  przeszkód  uda  się  odpłacić  mu 
pięknym  za  nadobne.  Prokurator  Generalny  zaplanował,  że  udzieli  się  Joenesowi  każdej 
prawnej  porady, jakiej  będzie  potrzebował, po  czym  osądzą  go panowie  z osławionej  Izby 
Gwiaździstej.  W  ten  sposób  przestrzegać  się  będzie  litery  prawa,  choć  oczywiście  wyrok 
został już z góry przesądzony. Dbający  o konwenanse sędziowie przysięgli z Izby Gwiaździs-
tej,  bez reszty oddani  tępieniu  najdrobniejszych  przejawów  zła,  jeszcze  nigdy  nie  wydali 
werdyktu innego niż „winny”.

Po ogłoszeniu wyroku Prokurator Generalny planował wysłać Joenesa na krzesło elek-

tryczne  w  Delfach,  zyskując  w ten  sposób  uznanie  w  oczach  bogów i  obywateli.  Taki  był 
jego plan. Ale  dalsze śledztwo wykazało,  że ojciec Joenesa  był  Dorem  z Mechanicsville  w 
stanie  Nowym  Jork  i  piastował  wśród  tamtej  społeczności  urząd  sędziego, matka  zaś  była 
Jonką z Miami, ateńskiej kolonii wysuniętej daleko w głąb terytorium barbarzyńskiego. Z tej 
przyczyny  pewni  wpływowi  Hellenowie  domagali  się  łaski  dla  błądzącego  syna  szanow-
anych  rodziców  przez  wzgląd  na  jedność  helleńską;  mniejszość  helleńska  stanowiła  siłę 
liczącą się politycznie w Ameryce.

Prokurator Generalny, sam pochodzący z Aten, uznał, że najlepiej będzie przychylić się 

do  tych  próśb.  Rozwiązał  więc  posiedzenie  Izby  Gwiaździstej  i  wysłał  Joenesa  do  wielkiej 
Wyroczni w Sperry.

To posunięcie  spotkało się z aprobatą, jako że Wyrocznia w Sperry, podobnie jak te w 

Genmotor i Genelectric, była znana z niezwykle sprawiedliwego i bezstronnego osądu ludzi i 
ich czynów. W rzeczywistości wyrocznie wydawały tak trafne wyroki, że zastąpiono nimi już 
wiele zwykłych sądów.

Joenesa  zawieziono  do Sperry i  polecono stanąć  przed  Wyrocznią,  która  była  wielką, 

niezwykle  skomplikowaną  maszyną  liczącą  z  panelem  sterowania  oraz  ołtarzem  obsługi-
wanym  przez licznych  kapłanów. Zostali  oni  wykastrowani  tak,  by  myśleć tylko na  sposób 
maszyny. Najważniejszy  kapłan został też oślepiony, aby oglądać pątników wyłącznie oczami 
Wyroczni.

background image

Kiedy główny  kapłan wszedł,  Joenes padł  przed  nim  na kolana,  ale  ów podniósł  go i 

powiedział:

— Nie bój się, mój synu. Śmierć jest przeznaczeniem każdego człowieka, a bezustanna, 

mozolna praca to warunek efemerycznego trwania zmysłów. Powiedz mi, czy masz przy so-
bie jakieś pieniądze.

— Mam osiem  dolarów i trzydzieści centów — odparł Joenes. — Czemu o to pytasz, 

ojcze?

—  Ponieważ  zazwyczaj  przychodzący  z  prośbą  wyjaśnił  kapłan  —  składają  do-

browolną  ofiarę  pieniężną  na  rzecz Wyroczni.  Ale  jeśli  nie  masz  pieniędzy,  równie  mile 
widziane są zapisy ruchomości, obligacje, papiery wartościowe lub inne cenne przedmioty.

— Nie mam nic takiego — odparł smutno Joenes.
— Nie posiadasz gruntów w Polinezji? — spytał kapłan.
— Nie — rzekł Joenes. — Moi rodzice mieli ziemię, którą dał im rząd, ale teraz zosta-

nie  mu  ona  zwrócona.  Nie  mam  żadnej  innej  własności.  W  Polinezji  nie  dba  się  o  takie 
rzeczy.

— W takim razie nie masz nic? — spytał kapłan wyraźnie zmartwiony.
—  Nic  prócz ośmiu dolarów i  trzydziestu  centów —  powiedział  Joenes.  —  I  gitary, 

która  nie należy do mnie, lecz do człowieka o imieniu Lum, mieszkańca odległej Kalifornii. 
Tylko czy te rzeczy są naprawdę niezbędne, ojcze?

— Oczywiście, że nie  — odparł kapłan. — Jednakże nawet cybernetycy muszą  z cze-

goś żyć i hojność  ze strony  przybysza jest mile widziana, szczególnie gdy przychodzi prosić 
nas, żebyśmy zinterpretowali słowa Wyroczni. Niektórzy ojcowie sądzą również, że człowiek 
bez  grosza  przy  duszy nie  zatroszczył  się  o  zgromadzenie  pieniędzy dla  Wyroczni  na  wy-
padek, gdyby go dosięgnął gniew boży, a co za tym idzie człowiekowi temu brak pobożności. 
W każdym razie ja tak nie uważam. Możemy więc bez przeszkód przedstawić twoją sprawę i 
poprosić o jej osądzenie.

Kapłan  wziął  orzeczenie  Prokuratora  Generalnego  oraz  mowę  obrończą  Joenesa  i 

przełożył  oba  dokumenty na  tajny język,  którym  Wyrocznia  porozumiewała  się  z  człow-
iekiem. Po chwili nadeszła następująca odpowiedź:

PODNIEŚ  TO  DO  DZIESIĄTEJ  POTĘGI,  ODEJMIJ  PIERWIASTEK  KWADRA-

TOWY Z MINUS JEDEN.

NIE ZAPOMNIJ PODPISAĆ, BO CZŁOWIEK POTRZEBUJE ROZRYWKI.
DODAJ ZMIENNĄ X, ŻEBY SOBIE POFOLGOWAĆ.
W KOŃCU WYJDZIE ZERO I WIĘCEJ MNIE NIE POTRZEBUJESZ.

Po odebraniu komunikatu, kapłani zgromadzili się, by zinterpretować słowa Wyroczni. 

Oto jak wyglądała ich wykładnia:

PODNIEŚ TO oznacza: „napraw zło”.
DO DZIESIĄTEJ POTĘGI oznacza stopień i liczbę  lat,  które pątnik musi pokutować, 

aby naprawić wyrządzone zło; w tym wypadku dziesięć lat.

PIERWIASTEK KWADRATOWY  Z MINUS  JEDEN,  jako  liczba  fikcyjna,  symboli-

zuje  fikcyjny stan  łaski.  Jednak  może  być  ona  pomocna,  bowiem  oznacza  również szansę 
proszącego na potęgę i sławę. Dlatego uprzedni dziesięcioletni wyrok zostaje zawieszony.

ZMIENNA X symbolizuje  wcielone  siły ziemi, wśród których pokutnik będzie  musiał 

zamieszkać i które objawią mu wszelkie okropieństwa świata.

background image

PODPIS  oznacza  samą  boginię, chroniącą  proszącego  przed  okrucieństwem  sił  ziem-

skich i obiecującą mu zmysłowe przyjemności.

W KOŃCU WYJDZIE ZERO oznacza, że rachunek między boską sprawiedliwością a 

pokutnikiem został wyrównany.

WIĘCEJ  MNIE  NIE  POTRZEBUJESZ oznacza,  że  proszący  nigdy  więcej  nie  może 

zwrócić się do tej ani żadnej innej wyroczni, ponieważ dowiedział się już wszystkiego.

W  ten  sposób  Joenes dostał  dziesięcioletni  wyrok w  zawieszeniu.  Prokurator  Gener-

alny, nie mogąc się sprzeciwić decyzji Wyroczni, puścił go wolno.

I tak Joenes mógł  kontynuować podróż przez Amerykę, wlokąc  za sobą przekleństwo, 

obietnice  Wyroczni  i  dziesięcioletni  wyrok  w zawieszeniu.  Opuścił  czym  prędzej  Sperry i 
udał  się  pociągiem  do  ogromnego  miasta  Nowy Jork. To,  co  tam  robił,  i  co  mu  się  przy-
darzyło, będzie tematem kolejnej opowieści.

 5. O Joenesie, Wattsie i policjancie

(Opowiedziane przez Ma’aoa z Samoa)

Joenes  nigdy dotąd nie  widział  niczego,  co  by  przypominało Nowy Jork. Nieustanny 

pośpiech i bieganina tak wielkiej liczby ludzi dziwiły go, budziły też ciekawość i ekscytację. 
Szalone życie  miasta nie osłabło z nastaniem  nocy. Joenes mógł obserwować  spragnionych 
uciech nowojorczyków spieszących do nocnych klubów i dyskotek. W mieście nie brakowało 
też bardziej kulturalnych rozrywek:  wiele  osób nie pozostawało  obojętnych na  uroki  sztuki 
filmowej.

Późną nocą życie miasta nieco zwolniło tempo. Joenes widział wielu starszych i kilku 

młodych  ludzi  siedzących  apatycznie na  ławkach lub stojących  u wylotu  metra.  Ich twarze 
nie wyrażały niczego, a kiedy się do nich zwracał, bełkotali coś niezrozumiale. Ci nietypowi 
nowojorczycy niepokoili go, dlatego ucieszył się, gdy w końcu nadszedł ranek.

Z pierwszym brzaskiem znów zaczął się oszalały pęd tłumu.
Ludzie  potrącali  się  i  popychali,  próbując  dotrzeć  nie  wiadomo  gdzie.  Joenes  chciał 

poznać przyczynę tak wielkiego poruszenia, wybrał więc przypadkowego człowieka z tłumu 
i zatrzymał go.

— Przepraszam  pana —  zwrócił  się  do niego — czy  mógłby poświęcić  pan odrobinę 

swojego  cennego  czasu  i  wytłumaczyć  obcemu  przybyszowi  przyczynę  tego  niezwykłego 
poruszenia, które dostrzegam wszędzie wokoło?

— O co chodzi? Nienormalny pan jesteś, czy co? — odparł tamten, po czym oddalił się 

pośpiesznie.

Za  to  następny przechodzień,  którego  zatrzymał  Joenes, zastanowił  się  starannie  nad 

pytaniem i rzekł:

— Nazywa to pan poruszeniem?
—  Tak  to  wygląda  —  odparł  Joenes,  spoglądając  na  tłum  bezustannie  kłębiący się 

wokoło. — A tak w ogóle, to mam na imię Joenes.

— A ja Watts — rzekł tamten. — Jeśli zaś idzie o twoje pytanie,
Joenes, powiem ci, że to, co widzisz, to nie poruszenie. To panika.
— Dlaczego mieliby panikować? — zapytał Joenes.
— Mówiąc w skrócie — odparł Watts — boją się, że jeżeli przestaną się śpieszyć i roz-

pychać, ktoś uzna” ich za martwych. To bardzo niebezpiecznie zostać uznanym za martwego. 
Mogą cię przecież zwolnić z pracy, zlikwidować konta, podnieść czynsz i wpędzić do grobu.

background image

Joenes nie wierzył własnym uszom.
—  Bez przesady,  Watts — zaoponował  —  ci  ludzie  nie  wyglądają  na  martwych. Tak 

naprawdę oni nie są martwi, prawda?

— Zawsze przesadzam — odparł Watts. — Jednak ponieważ jesteś tu obcy, postaram ci 

się wytłumaczyć nieco szerzej. Przede wszystkim śmierć jest wyłącznie kwestią terminologii. 
Kiedyś  jej  definicja  była  prosta:  byłeś  martwy,  jeśli  nie  poruszałeś  się  przez dłuższy czas. 
Tymczasem  teraz  naukowcy dokładnie  przeanalizowali  tę  przestarzałą  definicję  i  po  prze-
prowadzeniu  poważnych  badań  odkryli,  że  możesz  być  martwy  pod  wieloma  ważnymi 
względami, a jednak wciąż poruszać się i rozmawiać.

— Pod jakimi względami? — zapytał Joenes.
—  Przede  wszystkim  —  rzekł  Watts  —  chodzące  trupy  charakteryzują  się  prawie 

całkowitym  brakiem  emocji. Czują  tylko gniew i strach, chociaż czasem  udają inne  uczucia. 
Są przy tym tak nieudolne jak szympans, który udaje, że czyta książkę. Poza tym przypomi-
nają  roboty,  bo  ich  działaniu  towarzyszy  zatrzymanie  wyższych  procesów  myślowych. 
Często  też  można  zaobserwować  wśród  nich  pęd  do  pobożności:  przypominają  wówczas 
kurczaki  rzucające  się  konwulsyjnie  po  odcięciu  głowy.  Dlatego  wiele  z  nich  wałęsa  się 
wokół kościołów, gdzie niektóre  próbują się  nawet modlić. Inne  znajduje się  na ławkach  w 
parku albo u wejścia do metra…

— Aha  — przerwał Joenes —  kiedy chodziłem  po mieście  późno w nocy,  widziałem 

takich ludzi.

—  No  właśnie  — rzekł Watts.  — Ci  już nawet nie  udają,  że  nie  są  martwi. Ale  inni 

naśladują  życie z wzruszającą  gorliwością  w nadziei,  że  pozostaną  niezauważeni.  Odkrywa 
się ich zwykle, bo przesadzają — albo za dużo gadają, albo śmieją się zbyt głośno.

— Nie miałem pojęcia o tym wszystkim — powiedział Joenes.
— To tragiczny problem — ciągnął Watts. — Władze robią wszystko, żeby sobie z nim 

poradzić, ale przybrał już monstrualne rozmiary. Z wielką ochotą wymieniłbym również inne 
cechy chodzących  trupów, bo  widzę,  że  bardzo by to cię  zainteresowało, ale  niestety,  nad-
chodzi policjant, więc lepiej już sobie pójdę.

To  powiedziawszy, Watts rzucił  się  naprzód,  wtapiając  się w tłum.  Policjant ruszył  w 

pogoń, ale szybko zrezygnował i zawrócił ku Joenesowi.

— A niech to — zdenerwował się policjant. — Znowu go zgubiłem.
— To przestępca? — zapytał Joenes.
— Najsprytniejszy złodziej klejnotów w okolicy — odparł  policjant, pocierając masy-

wne, czerwone czoło. — Lubi udawać bitnika.

— Opowiadał mi o chodzących trupach — powiedział Joenes.
— Ciągle  wymyśla podobne  historie  —  wyjaśnił  policjant.  —  To notoryczny kłamca. 

Wariat. I do tego bardzo niebezpieczny. Zwłaszcza że nie nosi przy sobie broni. Już trzy razy 
go prawie miałem.

Wołam  —  w  imieniu  prawa  —  żeby  się  zatrzymał,  dokładnie  tak,  jak  jest  w 

podręczniku,  a  kiedy  tego  nie  robi,  strzelam  do  niego.  Zabiłem  już  ośmiu  przypadkowych 
przechodniów. W ten sposób nigdy nie zostanę sierżantem. No i każą  mi  płacić za  wystrze-
lone kule.

—  Ale  jeżeli  Watts  nie  nosi  broni…  —  zaczął  Joenes  i  urwał,  bo  spostrzegł,  że  na 

twarzy policjanta pojawił się posępny wyraz, ręka zaś sięgnęła do kabury.

— To znaczy — wyjaśnił szybko — chciałem się tylko dowiedzieć, czy jest coś w tym, 

co Watts mówił o tych chodzących trupach.

background image

— A skąd! To tylko bitnikowskie fantazje. Nie mówiłem ci, że to złodziej?
— Zapomniałem — powiedział Joenes.
—  Lepiej  nie  zapominaj.  Jestem  wprawdzie  tylko  prostym  człowiekiem,  ale  wkurza 

mnie facet taki jak Watts. Wykonuję swoje obowiązki zgodnie z tym, co mówi podręcznik, a 
wieczorem spokojnie wracam do domu i oglądam telewizję. Oprócz piątków, bo wtedy gram 
w kręgle. Czy to znaczy, że jestem robotem, jak twierdzi Watts?

— Oczywiście, że nie — przyznał Joenes.
— Ten facet — ciągnął  policjant — mówi o ludziach pozbawionych uczuć. Może nie 

jestem psychologiem, ale to jedno wiem, że coś czuję. Kiedy trzymam w ręku pistolet, czuję 
się dobrze. Czy to znaczy, że jestem pozbawiony emocji?  Powiem więcej. Wychowałem  się 
w biednej dzielnicy. Jako dzieciak należałem do gangu.

Wszyscy mieliśmy  automaty i  ciężkie  noże  i  zabawialiśmy się  w  napady z bronią  w 

ręku, morderstwa i gwałty. Czy to wygląda na brak emocji? I pewnie zostałbym recydywistą, 
gdybym pewnego razu nie spotkał księdza. Nie był ważniakiem, był taki jak my. Wiedział, że 
tylko tak do nas dotrze. Chodził z nami na  rozróby  i  nieraz widziałem, jak nieźle  kogoś po-
ciął  niewielkim  nożem  sprężynowym,  który zawsze  ze  sobą  nosił.  Był  równy  i  dlatego  go 
zaakceptowaliśmy.  Ale  był  także  księdzem.  Ponieważ  wiedziałem,  że  to  równy   gość, 
zgodziłem się z nim pogadać. Wyjaśnił mi, że marnuję życie.

— Musiał być wspaniałym człowiekiem — zauważył Joenes.
—  Był  święty —  potwierdził  policjant w  zadumie.  —  To  był  prawdziwy święty,  bo 

choć  robił  wszystko  to,  co  my,  to  jednak  w  głębi  duszy  był  dobrym  człowiekiem  i  wciąż 
powtarzał nam, że powinniśmy  zerwać z dotychczasowym  życiem. — Spojrzał w oczy Joe-
nesowi. — Przez tego człowieka zostałem gliną. Ja, o którym wszyscy myśleli, że skończy  na 
krześle  elektrycznym! I  ten Watts ma  czelność opowiadać  o chodzących trupach.  Zostałem 
gliną i dobrze wypełniam swe obowiązki bez względu na zawszonych bandziorów w rodzaju 
Wattsa.  Zabiłem  na  służbie  ośmiu  kryminalistów  i  zdobyłem  trzy   odznaki.  Zabiłem  też 
dwadzieścia  siedem  przypadkowych  osób,  które  nie  zeszły  mi  z  drogi  na  czas.  Jest  mi 
przykro,  ale  znam  swoje  obowiązki  i  nie  mogę  pozwolić, żeby ktoś wchodził  mi  w drogę, 
kiedy  gonię przestępcę. No i bez względu na to, co piszą gazety, nigdy nie wziąłem łapówki, 
nawet za  złe  parkowanie.  —  Ręka  policjanta  zacisnęła  się  kurczowo na  kolbie  rewolweru, 
gdy to mówił. — Wlepiłbym mandat samemu Jezusowi Chrystusowi i nawet wszyscy święci 
by mnie nie przekupili. Co ty na to?

—  Myślę,  że  bardzo  poważnie  traktuje  pan  swoją  służbę  —  powiedział  Joenes  os-

trożnie.

— Masz rację. Poza  tym  mam piękną  żonę  i  trójkę  cudownych dzieci. Nauczyłem  je 

posługiwać  się  rewolwerem.  Dla mojej  rodziny zrobię  wszystko.  I taki  Watts myśli, że  wie 
coś o emocjach! Chryste, te złotouste sukinsyny doprowadzają mnie do szału. Dobrze, że jes-
tem człowiekiem wierzącym.

— Z pewnością — przytaknął Joenes.
—  Wciąż co  tydzień  odwiedzam  tego księdza,  który wyciągnął  mnie  z gangu.  Dalej 

pracuje z dzieciakami, bo jest oddany sprawie.

Ponieważ jest już za  stary,  żeby  używać  noża,  więc  teraz zastępuje  go  automatem, a 

czasem  łańcuchem  rowerowym. Ten człowiek  zrobił  więcej  dla  praworządności  niż wszyst-
kie  ośrodki  resocjalizacyjne  dla  młodzieży  w  mieście.  Czasem  mu  pomagam.  Razem  wy-
ciągnęliśmy z bagna czternastu chłopaków, którzy znajdowali się na najlepszej drodze, żeby 

background image

stać  się  zatwardziałymi przestępcami. Wielu z nich jest teraz szanowanymi biznesmenami, a 
sześciu wstąpiło do policji. Kiedy widzę tego starca, naprawdę czuję człowiekiem religijnym.

—  To  wspaniale  —  powiedział  cicho  Joenes,  cofając  się  powoli, gdyż policjant wy-

ciągnął rewolwer i zaczął się nim nerwowo bawić.

— Nie ma w tym kraju zła, którego nie dałoby się wyplenić dobrocią serca i  zdrowym 

podejściem  — ciągnął  policjant, zgrzytając  zębami.  — Dobro zawsze  w końcu zwycięża. I 
zawsze tak będzie, póki są na tym świecie ludzie o dobrych sercach. Więcej prawa mieści się 
w  koniuszku  mojej  pałki  niż  we  wszystkich  starych  i  spleśniałych  kodeksach.  Zamykamy 
przestępców, a sędziowie ich wypuszczają. Niezły interes, co? Ale my, gliniarze, jesteśmy do 
tego przyzwyczajeni. Uważamy, że  jedna złamana ręka warta  jest spędzenia jednego roku w 
pace, więc sami wymierzamy sprawiedliwość.

W tym  momencie  policjant wyciągnął  pałkę. Z pałką w jednej ręce i z rewolwerem w 

drugiej  spojrzał  ostro  na  Joenesa.  Joenes  zrozumiał,  że  policjant  czuje  potrzebę,  by 
wymierzyć  komuś  sprawiedliwość  i  zaprowadzić  porządek.  Stał  więc  nieruchomo  i  miał 
słabą  nadzieję,  że  człowiek który  właśnie  zbliżał  się  do  niego  z błyszczącymi  oczami,  nie 
zabije go ani nie połamie mu kości.

W  ostatniej  chwili  Joenesa  ocalił  przechodzień,  który,  nieprzytomny z powodu  żaru 

lejącego  się  z nieba,  zszedł  z krawężnika  na  ulicę,  zanim  zapaliło  się  zielone  światło.  Po-
licjant okręcił się na pięcie, oddał dwa strzały ostrzegawcze i ruszył w kierunku przechodnia. 
Joenes  czym  prędzej  oddalił  się  w  przeciwną  stronę.  Szedł  bez  przerwy na  północ,  aż do 
krańców miasta.

 6. Joenesi trzej kierowcy ciężarówki

(Ta historia, zawierająca opowieści trzech kierowców,

została przekazana nam przez Teleu z Huahine)

Kiedy Joenes wędrował  autostradą  na  północ, obok  niego  zatrzymała  się  ciężarówka. 

Trzech  siedzących  w  niej  mężczyzn  zaproponowało,  że  podwiezie  go  do  końca  ich  trasy. 
Uszczęśliwiony Joenes  wsiadł  do  samochodu,  dziękując  serdecznie  trzem  kierowcom.  Od-
powiedzieli,  że  cała  przyjemność  leży  po  ich  stronie,  gdyż  nawet  we  trzech  kierowcy 
ciężarówek  źle  znoszą  samotność  i  dlatego  chętnie  rozmawiają  z obcymi,  chętnie  również 
słuchają  ich  przygód.  Poprosili  więc  Joenesa,  aby  opowiedział  im,  co  mu  się  przytrafiło, 
odkąd opuścił dom rodzinny.

Joenes zaczął  od  tego,  że pochodzi  z odległej  wyspy,  skąd przybył  do San Francisco. 

Tam został aresztowany, przesłuchany przez komisję kongresową, osądzony przez Wyrocznię 
i  skazany na  dziesięć lat w zawieszeniu.  Potem  udał  się do  Nowego  Jorku,  gdzie  omal  nie 
został zabity przez policjanta. Nie wiodło mu się najlepiej, odkąd opuścił wyspę. Dlatego — 
zakończył — uważa się za pechowca.

— Panie Joenes — powiedział pierwszy kierowca — rzeczywiście spotkało pana wiele 

nieszczęść. Ale  to ja jestem  najbardziej nieszczęśliwym  z ludzi. Utraciłem  rzecz cenniejszą 
niż złoto i tę stratę opłakuję codziennie na nowo.

Joenes poprosił  kierowcę, żeby  opowiedział  swoją  historię. Oto  opowieść  pierwszego 

kierowcy.

Opowieść uczonego kierowcy

background image

Nazywam  się  Adolphus  Proponus  i  jestem  Szwedem.  Od  dzieciństwa  uwielbiałem 

naukę. Nie kochałem nauki dla niej samej, ale dlatego, że wierzyłem w to, iż służy ona dobru 
ludzkości. Wierzyłem, że nauka wydobędzie ludzkość z głębin okrucieństwa i poprowadzi ku 
pokojowi i szczęściu. Mimo całego zła, które  czyni człowiek, nawet mimo że mój kraj, sam 
neutralny, dostarczał broń walczącym państwom, wciąż wierzyłem w dobroć i dojrzałość rasy 
ludzkiej i w jej oswobodzenie przez naukę.

Dzięki humanistycznemu instynktowi i skłonności do nauki zostałem lekarzem. Popro-

siłem  o  pracę  Komisję  Zdrowia  Narodów Zjednoczonych,  ponieważ chciałem  dostać  się  w 
najodleglejsze, najnędzniejsze miejsce na ziemi. Nie dla mnie była spokojna praktyka w sen-
nym  szwedzkim  miasteczku.  Chciałem  się  rzucić  w  wir  walki  przeciw  chorobom  w  imię 
szczęścia ludzkości.

Wysłano  mnie  na  wybrzeże  Afryki  Zachodniej.  Miałem  być  jedynym  lekarzem  na 

obszarze większym niż Europa. Pojechałem  tam na miejsce doktora Durra, Szwajcara, który 
zmarł od ukąszenia żmii rogatej.

Niewątpliwie  obszar ten potrzebował  dobrego lekarza, bo panoszyły się  tam  rozmaite 

choroby. Wiele z nich znałem  z książek, inne były  dla mnie nowe. Te  ostatnie, jak się  dow-
iedziałem,  zostały  na  tym  terenie  zaszczepione  celowo,  zgodnie  z  planem  neutralizacji 
Afryki.

Nie wiem, czyja to była  decyzja, ale ktoś życzył  sobie rzeczywiście  neutralnej Afryki, 

takiej, która nie mogłaby popierać ani Wschodu ani  Zachodu. Dlatego zaszczepiono tam  za-
razki  i  pewne  rośliny  wyhodowane  w  laboratoriach,  które  przyczyniły   się  do  jeszcze 
większego zagęszczenia puszczy. Wszystko to skutecznie  odciągało tubylców od polityki — 
cały czas musieli walczyć o przeżycie.

Te  zabiegi  przyczyniły się  również  do  zagłady  setek  milionów  oddziałów  żołnierzy 

Zachodu  zaangażowanych  w  wojnę  przeciw  partyzantom  Wschodu.  Ci  ostatni  także  ulegli 
zagładzie.  Zniszczono ponadto  wiele  gatunków zwierząt, inne  w tym czasie  gwałtownie  się 
rozmnożyły. I tak na przykład populacja szczurów prosperowała  znakomicie, zwiększyła się 
liczba wszelkiego rodzaju węży. Wśród owadów wzrosły populacje much i moskitów, wśród 
ptaków ponad miarę zwiększyła się liczba sępów.

Nie  miałem  o tym  wcześniej pojęcia, bo doniesienia  o takich rzeczach  ignoruje  się w 

krajach demokratycznych, a w państwach totalitarnych nie wolno o nich mówić. Zobaczyłem 
ten horror dopiero w Afryce. Dowiedziałem się również, że podobna sytuacja panuje w tropi-
kalnych rejonach Azji, Ameryki Środkowej  i Indii. Wszystkie te  miejsca, czy to przez przy-
padek,  czy  celowo,  stały  się  naprawdę  neutralne,  bo  mieszkańcy  zaangażowani  byli  bez 
reszty w desperacką walkę o przetrwanie.

Jako lekarza smuciły mnie liczne choroby  — zarówno stare, jak i nowe. Przychodziły z 

dżungli, która rozrastała się dzięki działaniom człowieka. Jej wzrost był naprawdę fantastyc-
zny i dlatego równie fantastyczny  był jej rozkład: wszelkiego rodzaju zarazki namnażały się i 
rozprzestrzeniały w tak sprzyjających warunkach.

Jako człowieka smuciła mnie przewrotność, z jaką wykorzystano naukę. Jednak wciąż 

w nią wierzyłem. Wytłumaczyłem sobie, że ludzie o ciasnych horyzontach uczynili wiele zła 
na świecie, ale ludzie humanitarni za pomocą nauki przywrócą porządek.

Zabrałem się do pracy ochoczo, popierany przez innych humanitarnych ludzi  na świe-

cie. Odwiedziłem  wszystkie  plemiona na  moim  terenie,  lecząc  choroby dostępnymi  lekami. 
Odnosiłem imponujące sukcesy.

background image

Wówczas jednak mnożące się drobnoustroje zaczęły uodparniać się na moje lekarstwa. 

Rozpoczęła się  nowa  epidemia.  Członkowie  plemion,  mimo że  bardzo odporni,  niezwykle 
cierpieli. Posłałem po nowe leki. Przysłano mi je i pokonałem epidemię. Jednak część zaraz-
ków przetrwała i choroba  rozprzestrzeniła się na nowo. Jeszcze raz poprosiłem  o nowe leki, 
ponownie mi je przysłano, znowu rzuciłem  się do walki z chorobą i wyszedłem z niej zwy-
cięsko. Tylko że pewna liczba zarazków znów oparła się moim specyfikom. To były mutanty: 
przekonałem się,  że  w odpowiednim  środowisku zarazki  przybierały nowe,  zjadliwe  formy, 
zanim człowiek zdołał odkryć nowe lekarstwo.

Odkryłem, że  w  sytuacji  stresowej  zarazki  zachowywały się  jak  ludzie. Wykazywały 

zdumiewającą  wolę  przetrwania. Zatem  im  usilniej  próbowano  je  zwalczyć,  tym  szybciej  i 
gwałtowniej  rozmnażały  się,  imitowały,  uodparniały,  by  w  końcu  znowu  uderzyć.  Podo-
bieństwo było niesamowite, wprost niewyobrażalne.

Pracowałem  wtedy niezwykle  intensywnie,  dwanaście  do osiemnastu godzin na dobę, 

próbując ocalić biedny,  cierpliwy i  cierpiący  lud,  ale  choroby wyprzedziły moje  najnowsze 
leki,  w pewnym  sensie  wygrały i  uderzyły z niewiarygodną  siłą.  Byłem  zdesperowany,  bo 
wciąż nie było leków zdolnych je pokonać.

Wtedy odkryłem, że zarazki, mutując w obronie przed nowymi lekami, ponownie  stra-

ciły odporność na stare. W wielkiej euforii jeszcze raz sięgnąłem po stare leki.

Odkąd przybyłem do Afryki, zwalczyłem aż dziesięć większych epidemii. Teraz zaczy-

nałem  wojnę  z  jedenastą  i  wiedziałem,  że  zarazki  wycofają  się  przed  moim  atakiem, 
rozmnożą  się,  zmutują  i  uderzą  ponownie,  pozostawiając  mnie  na  polu  walki  z  kolejną, 
dwunastą epidemią, a potem z trzynastą i tak dalej.

Oto  do  czego  doprowadziła  mnie  naukowa  i  humanitarna  gorliwość.  Byłem  pijany 

pracą i na wpół żywy. Nie miałem czasu myśleć o czymkolwiek poza aktualnym problemem.

Wtedy tubylcy wzięli  sprawę  w swoje ręce. Ci  ludzie posiedli bardzo niewielki  zasób 

wiedzy  i  dostrzegali  tylko  wielkie  epidemie,  takie,  które  czyniły wśród  nich  spustoszenie. 
Widzieli we  mnie  złego  szamana,  którego  fiolki  rzekomych  leków zawierały w rzeczywis-
tości  preparat  z  chorób  dziesiątkujących  ich  społeczność.  Zwrócili  się  więc  do  własnych 
szamanów, którzy leczyli chorych bezużytecznymi papkami z błota, posługiwali się narzędz-
iami z kości, a winę za epidemie zrzucili na mnie.

Nawet matki  dzieci, które  ocaliłem, zwróciły się teraz przeciwko mnie. Twierdziły, że 

ich dzieci i tak pomarły, choć z głodu, nie od choroby.

W  końcu  mężczyźni  z wioski  zebrali  się,  by mnie  zabić.  Zrobiliby to  bez wątpienia, 

gdyby nie  ocalili mnie ci  szamani, których — jak na ironię  —  uważałem za najbardziej  mi 
wrogich.  Wyjaśnili  oni  swoim  współplemieńcom,  że  gdyby  mnie  zabili,  spotkałoby  ich 
jeszcze  większe nieszczęście. Dlatego też ludzie z wioski nie skrzywdzili mnie, szamani zaś 
szczerzyli do mnie zęby w uśmiechu, bo uważali mnie za kolegę po fachu.

Ponieważ  jednak  wciąż  nie  zamierzałem  porzucić  pracy  wśród  tubylców,  tubylcy 

porzucili mnie. Przenieśli się w głąb lądu, na opuszczone bagna, gdzie jedzenia było mało, za 
to chorób w bród.

Nie  mogłem  udać  się  za  nimi,  bowiem  bagna  znajdowały  się  poza  moim  terenem. 

Urzędował  tam inny  lekarz, także  Szwed, który  nie rozdawał  leków — pigułek, zastrzyków, 
niczego — za to upijał się codziennie. Żył w dżungli od dwudziestu lat i twierdził, że wie, co 
jest najlepsze.

background image

Kiedy zostałem zupełnie sam,  załamałem  się. Odwołano mnie do  Szwecji  i  tam prze-

myślałem  wszystko,  co  się  zdarzyło.  Doszedłem  do  wniosku,  że  tubylcy  i  ich  szamani, 
których uważałem za upartych i krnąbrnych, wykazali się w zasadzie pewną dozą rozsądku.

Uciekli od mojej nauki i humanitaryzmu, które nie zmieniły  ich losu ani na jotę. Wręcz 

przeciwnie, moja nauka  przyniosła im tylko ból  i  cierpienie, a  mój  humanitaryzm  oznaczał 
zagładę innych istot dla ich dobra, zatem zachwiał równowagę sił na Ziemi.

Kiedy zdałem sobie z tego wszystkiego sprawę, opuściłem mój kraj oraz Europę i przy-

jechałem  tutaj. Teraz jestem  kierowcą  ciężarówki. Dziś,  gdy  ktoś  z zachwytem  mówi  mi  o 
nauce, humanitaryzmie  i  cudach uzdrawiania, patrzę  na niego, jakby  był  nie w pełni  władz 
umysłowych.

W  ten  właśnie  sposób  utraciłem  wiarę  w naukę,  rzecz cenniejszą  niż złoto. Stratę  tę 

opłakuję codziennie na nowo.

Kiedy historia dobiegła końca, odezwał się drugi kierowca:
— Nikt nie zaprzecza, że spotkało pana  wiele nieszczęść, panie Joenes. Są one jednak 

mniejsze  niż te,  o których opowiedział  mój  przyjaciel.  Z kolei nieszczęścia  mojego przyja-
ciela są mniejsze od tych, które mnie dotknęły. To ja jestem najbardziej nieszczęsnym człow-
iekiem, bowiem utraciłem coś cenniejszego niż złoto i stratę tę opłakuje codziennie na nowo.

Joenes poprosił kierowcę, by opowiedział swoją historię. Oto ona.

Historia uczciwego kierowcy

Nazywam  się  Ramon  Delgado,  pochodzę  z Meksyku.  Zawsze  szczyciłem się  tym, że 

jestem  uczciwym  człowiekiem.  Byłem  uczciwy,  bo  takie  było  prawo  mojego  kraju,  us-
tanowione przez mężów, którzy  wywiedli je z powszechnie przyjętych zasad i wzmocnili sys-
temem  penitencjarnym  po to,  by  wszyscy ludzie —  nie  tylko ci dobrej  woli  — tego  prawa 
przestrzegali.

Wydawało mi się  to słuszne, bo kochałem sprawiedliwość  i wierzyłem  w nią, a  co za 

tym  idzie wierzyłem także  w prawo,  które z niej  brało  początek, i  w system  kar, który wy-
muszał jego przestrzeganie.

Uważałem,  że  wymiar  sprawiedliwości  jest  nie  tylko  dobry,  ale  wręcz  niezbędny. 

Sądziłem, że tędy właśnie wiedzie jedyna droga od tyranii do wolności i ludzkiej godności.

Przez wiele lat pracowałem w rodzinnej wiosce, oszczędzałem pieniądze i wiodłem uc-

zciwe  życie. Pewnego  dnia  zaoferowano mi  pracę  w stolicy. Bardzo  się  ucieszyłem,  bo od 
dawna pragnąłem ujrzeć to miasto, z którego bierze początek sprawiedliwość w moim kraju.

Wydałem  wszystkie  oszczędności,  aby  kupić  używany   samochód,  i  pojechałem  do 

stolicy. Zaparkowałem przed sklepem moich nowych pracodawców. Stał tam parkomat, więc 
wszedłem do sklepu po peso.

Gdy wróciłem do samochodu, zostałem aresztowany.
Doprowadzono mnie przed oblicze sędziego, który oskarżył mnie o nielegalne parkow-

anie, drobną kradzież, włóczęgostwo,  opór  przy  aresztowaniu i naruszenie  porządku public-
znego i  uznał  za winnego tych wszystkich  wykroczeń.  Nielegalnego parkowania  — bo  nie 
wrzuciłem  monety do parkomatu. Drobnej kradzieży — bo wziąłem  peso z kasy moich pra-
codawców. Włóczęgostwa  —  bo  miałem  wszystkiego  tylko jedno  peso. Oporu  przy aresz-
towaniu — bo  dyskutowałem  z policjantem. W końcu  naruszenia porządku publicznego — 
bo rozpłakałem się, kiedy zabierano mnie do więzienia.

background image

Od strony formalnej wszystko to było prawdą, toteż tego, że uznano mnie za winnego, 

nie uważałem za omyłkę sprawiedliwości.

Podziwiałem nawet gorliwość sędziego. Nie narzekałem też, kiedy  skazał mnie na dzi-

esięć  lat więzienia.  Wprawdzie  kara  wydawała  mi  się  surowa,  lecz wiedziałem,  że  prawo 
musi dysponować srogim i bezwzględnym systemem kar.

Zostałem wysłany do Federalnego Zakładu Karnego w Morelos. Wiedziałem, że dobrze 

mi  zrobi, jeśli  zobaczę  miejsce, gdzie odsiaduje  się  wyrok, i  w  ten sposób dowiem  się,  jak 
smakują gorzkie owoce nieuczciwości.

Gdy  przybyłem  do  zakładu,  ujrzałem  tłum  ludzi  kryjących  się  w  pobliskiej  puszczy. 

Nie zwróciłem na nich uwagi, bo strażnik przy wejściu czytał właśnie moje papiery. Przestu-
diowawszy je dokładnie, otworzył bramę.

Kiedy brama się otwarła, ujrzałem ze zdumieniem, jak tłum wychodzi z ukrycia i rusza 

w jej  stronę,  torując  sobie  drogę  do więzienia.  Liczni  strażnicy próbowali  zatrzymać  naci-
erających, mimo to kilku udało się wedrzeć do zakładu, zanim jeden ze strażników zdołał  w 
końcu zamknąć bramę.

— Czy to możliwe — zapytałem go — żeby  ci ludzie z własnej woli chcieli się dostać 

do więzienia?

— Najwyraźniej chcieli — odparł.
—  Zawsze  myślałem,  że  więzienia są  raczej  po  to, żeby trzymać  w  nich  ludzi, a  nie 

trzymać ludzi z dala od nich — powiedziałem.

— Kiedyś tak było — rzekł strażnik — ale w dzisiejszych czasach, gdy  w naszym kraju 

pełno  jest  obcych  i  panuje  głód,  ludzie  włamują  się  do  więzienia  tylko  po  to,  żeby  mieć 
zapewnione  trzy posiłki  dziennie.  Nic nie  możemy na  to poradzić.  Włamując  się  do więzi-
enia, stają się przestępcami i musimy pozwolić im zostać.

— Co za wstyd! — powiedziałem. — Tylko co tu mają do rzeczy obcokrajowcy?
— To od nich zaczęły się wszystkie kłopoty — wyjaśnił strażnik. — W ich ojczystych 

krajach panuje głód, a ponieważ wiedzą, że my tu, w Meksyku, mamy  najlepsze więzienia na 
świecie,  więc  pokonują  ogromne  odległości,  żeby  włamywać  się  do  naszych  więzień, 
zwłaszcza  że nie  mogą włamać się do własnych. Tylko że ja myślę, że obcokrajowcy  nie są 
ani lepsi, ani gorsi od naszych, którzy robią to samo.

—  Jeśli  tak  sprawy stoją  —  zapytałem  —  to  w  jaki  sposób  rząd  może  egzekwować 

prawo?

—  Tylko  dzięki  utrzymywaniu  prawdy w  tajemnicy —  odparł  strażnik.  —  Pewnego 

dnia  będziemy  mogli  pobudować  zakłady  karne  dla  praworządnych  obywateli,  natomiast 
przestępcy zostaną na zewnątrz.

Do  tego  czasu  wszystko  musi  pozostać  w  sekrecie.  W  ten  sposób  większość  społec-

zeństwa wciąż wierzy, że powinna się obawiać kary.

Strażnik  odstawił  mnie  do  biura  Oddziału  Przedterminowego  Zwolnienia.  Tam  jakiś 

człowiek  zapytał,  jak  mi  się  podoba  więzienne  życie.  Odpowiedziałem,  że  jeszcze  nie 
zdążyłem się rozejrzeć.

—  Cóż —  rzekł  tamten  —  twoje  zachowanie,  odkąd  się  tu  dostałeś,  było  wzorowe. 

Naszą zasadą jest naprawa, nie rewanż. Czy chciałbyś zatem natychmiastowy parol?

Bałem się źle odpowiedzieć, więc odrzekłem, że nie jestem jeszcze pewien.
—  Nie  spiesz  się  —  powiedział  tamten.  —  Wróć  tutaj,  kiedy  tylko  zechcesz  zostać 

zwolniony.

background image

Potem  poszedłem do mojej celi. Siedziało w niej  dwóch Meksykanów i trzech  obcok-

rajowców.  Jeden  z  nich  był  Amerykaninem,  pozostałych  dwóch  Francuzami.  Amerykanin 
spytał, czy zgodziłem się na parol. Odpowiedziałem, że jeszcze nie.

— Cholernie sprytnie jak na początkującego! — wykrzyknął Amerykanin, któremu na 

imię  było  Otis.  — Niektórzy nowi  skazańcy  się  nie  znają.  Godzą  się  na  parol  i  zanim  się 
spostrzegą, są już na zewnątrz.

— Czy to źle? — spytałem.
— Bardzo źle — wyjaśnił Otis. — Jeśli zgodzisz się  na  parol, nie masz szansy wrócić 

do więzienia. Bez względu na to, co zrobisz,  sędzia odnotuje tylko, że  pogwałciłeś warunki 
parolu i ostrzeże cię, żebyś tego więcej  nie robił. I rzeczywiście  jest szansa,  że tego już nie 
zrobisz, bo gliniarze łamią ci obie ręce.

— Otis ma rację — odezwał się jeden z Francuzów. — Zgoda na parol  to bardzo nie-

bezpieczna  rzecz,  ja  zaś  jestem  tego  żywym  przykładem.  Nazywam  się  Edmond  Dantes. 
Wiele lat temu  skazano mnie na  odsiadkę  tutaj  i  zaoferowano  parol. Z ignorancją  właściwą 
młodości przyjąłem go, ale potem, na zewnątrz,  zorientowałem  się, że  wszyscy moi przyja-
ciele zostali w więzieniu, podobnie jak moja kolekcja książek i nagrań. W młodzieńczym za-
pale zostawiłem tu również ukochaną, Trustee 43422231. Zbyt późno zrozumiałem, że więzi-
enie było  całym moim życiem  i że na  zawsze zostałem odcięty od  ciepła i  bezpieczeństwa, 
jakie dają te granitowe ściany.

— I co zrobiłeś? — zapytałem.
—  Wciąż  myślałem,  że  przestępstwo  przyniesie  owoce  —  mówił  Dantes  smutnym 

głosem  — zabiłem więc człowieka. Ale sędzia  tylko przedłużył okres parolu, a policja  poła-
mała  mi  wszystkie  palce  u  prawej  dłoni.  Kiedy już palce  powoli  się  zrastały,  wpadłem  na 
pomysł, jak dostać się z powrotem do więzienia.

— To musiało być niezwykle trudne — zauważyłem.
— Wymagało ogromnej cierpliwości — przytaknął Dantes. — Kolejnych dwadzieścia 

lat życia spędziłem, próbując się włamać do zakładu.

Inni więźniowie siedzieli w milczeniu. Stary Dantes ciągnął:
— Ochrona była wtedy bardzo skuteczna i nie do pomyślenia było przedarcie się przez 

bramę,  jak  to  się  zdarzyło  dziś.  Zacząłem  więc  bez  niczyjej  pomocy  drążyć  tunel  pod 
budynkiem. Trzy razy natykałem się na lity granit i musiałem zaczynać od początku. Jednego 
razu prawie dokopałem się do wewnętrznego podwórza, ale strażnicy odkryli mnie i zmusili 
do odwrotu. Innym razem próbowałem dostać się do więzienia, skacząc z samolotu na spado-
chronie, ale nagły podmuch wiatru zniósł mnie na bok. Od tego czasu samolotom nie wolno 
latać nad zakładem. W ten sposób przyczyniłem się do wprowadzenia pewnych reform.

— A jak w końcu dostałeś się do środka? — spytałem.
Starzec uśmiechnął się ponuro.
— Po wielu bezowocnych latach przyszedł mi wreszcie do głowy pomysł. Nie mogłem 

wprawdzie  uwierzyć,  żeby  tak  prosty  plan  mógł  się  powieść  tam,  gdzie  zawiodły  po-
mysłowość i odwaga, jednak spróbowałem. Wróciłem do więzienia w przebraniu specjalnego 
śledczego.  Na  początku  strażnicy  nie  chcieli  mnie  wpuścić,  ale  powiedziałem  im,  że  rząd 
planuje  wprowadzenie  reformy, która zrówna  prawa  strażników i więźniów. Wpuścili  mnie 
więc, a wtedy wyjawiłem im, kim jestem. Musieli pozwolić mi zostać i nawet przyszedł jakiś 
człowiek, żeby spisać moją historię. Mam nadzieję, że zapisał ją wiernie.

Od tamtego czasu strażnicy podjęli oczywiście odpowiednie kroki, żeby  uniemożliwić 

innym  powtórzenie  mojego  wyczynu.  Jednak  głęboko  wierzę,  że  odważni  ludzie  zawsze 

background image

pokonają przeszkody, które  stawia  na  ich  drodze społeczeństwo. Jeśli  zaś będą  dostatecznie 
wytrwali, być może uda im się nawet włamać do więzienia.

Kiedy  stary Dantes  skończył,  dłuższą  chwilę  wszyscy  więźniowie  siedzieli  w  milc-

zeniu. W końcu spytałem:

— Czy twoja ukochana była jeszcze, kiedy wróciłeś?
Starzec spuścił wzrok i łza potoczyła się po jego policzku.
— Trustee  43422231  zmarła na  marskość  wątroby trzy lata wcześniej. Teraz spędzam 

czas na modlitwie i kontemplacji.

Tragiczna  historia  o  odwadze,  determinacji  i  nieszczęśliwej  miłości  opowiedziana 

przez starca odebrała nam dobry humor. W ciszy spożyliśmy popołudniowy  posiłek i nikomu 
nastrój nie poprawił się przez wiele godzin.

Tak intensywnie rozmyślałem nad całą tą sprawą ludzi chcących żyć w więzieniu, że aż 

mnie rozbolała głowa. Im  dłużej o tym myślałem, tym bardziej  mi się to wydawało dziwne. 
Dlatego też bardzo nieśmiało spytałem moich towarzyszy, czy  wolność nie jest rzeczą ważną 
i czy nigdy nie tęsknili za miastami i ulicami za murem albo za łąkami czy lasem.

— Wolność? — rzekł mi Otis. — Ta, o której mówisz, to tylko złuda. Miasta, o których 

wspominałeś,  to  siedliska  okrucieństwa,  niepewności  i  strachu.  Ich  ulice  to  ślepe  zaułki, 
gdzie czai się śmierć.

— Jeśli  zaś  idzie  o kwitnące  łąki  i  lasy, te są  nawet jeszcze gorsze  — zwrócił się  do 

mnie drugi  z Francuzów.  —  Mam  na  imię  Rousseau. Kiedy byłem  młody i  nic  jeszcze  nie 
wiedziałem o życiu, napisałem wiele głupich książek wychwalających naturę i miejsce, które 
przypadło człowiekowi w łańcuchu  stworzeń. Jako człowiek dojrzały opuściłem  potajemnie 
kraj, by wędrować na łonie tej natury, o której wypowiadałem się z takim przekonaniem. Od-
kryłem wówczas, jak straszna jest natura i jak bardzo nienawidzi człowieka.

Zobaczyłem, że porośnięte kwiatami zielone łąki utrudniają człowiekowi chodzenie i są 

dla  jego  stóp  gorsze  od  najpodlejszego  chodnika.  Zrozumiałem,  że  rośliny,  które  uprawia 
człowiek, to nieszczęsne hybrydy: jedynie dzięki  jego trosce  mogą utrzymać  się przy życiu. 
W lesie przekonałem się, że drzewa  porozumiewają  się tylko ze sobą i  że każde stworzenie 
ucieka przede mną. Nauczyłem się, że piękne jeziora, które cieszą oko, otaczają cierniste za-
rośla i zdradliwe bagna. Gdy zaś już się przez nie przedrzesz, okazuje się, że woda w jeziorze 
jest brunatna od brudu. Natura zsyła ponadto deszcz i suszę, upał i ziąb i rozmyślnie sprawia, 
żeby  od deszczu owego zgniły, a od suszy uschły rośliny, żeby w upał człowiek nabawił się 
poparzeń,  a  gdy  jest  zimno  —  odmrożeń.  To  tylko  drobiazgi  w  porównaniu  z  gniewem 
morza,  zimną  obojętnością  gór,  zdradliwością  bagien,  okrucieństwem  pustyni  czy  okrop-
ieństwami  dżungli.  Zauważyłem,  że  natura  w  nienawiści  do  człowieka  sprawiła,  że 
większość  powierzchni  Ziemi  pokryta  jest przez morza, góry, bagna, pustynie  i dżunglę,  że 
nie  wspomnę  już o  trzęsieniach ziemi,  tornadach, gwałtownych  przypływach  i  tym  podob-
nych  zjawiskach.  Jedyną  ucieczkę  od  tych potworności  człowiek  może  znaleźć  w  mieście, 
ponieważ tam jest w pewnym stopniu odcięty od natury, miejscem zaś najbardziej oddalonym 
od natury jest oczywiście więzienie. Do takiej konkluzji doszedłem po wielu latach studiów. 
Z  tego  też  powodu  nie  przyznaję  się  do  autorstwa  słów  napisanych  w  młodości  i  żyję 
szczęśliwie tutaj, gdzie nie widuję nigdy nic zielonego.

To powiedziawszy, Rousseau odwrócił się, by kontemplować stalową ścianę.
— Widzisz, Delgado — odezwał się Otis — jedyna wolność to ta tutaj, w więzieniu.
Nie  mogłem  się z tym  zgodzić,  toteż zauważyłem, że  fakt, iż jesteśmy tu  zamknięci, 

wydaje się kłócić z pojęciem wolności.

background image

— Wszyscy jesteśmy uwięzieni na  Ziemi  —  odparł na  to stary  Dantes — tylko niek-

tórzy mają do dyspozycji więcej miejsca, inni mniej.

Poza  tym  wszyscy jesteśmy na  wieki  zamknięci  w nas samych. Wszystko  jest więzi-

eniem, a to miejsce tutaj jest najlepszym z więzień.

Otis zbeształ mnie za niewdzięczność.
— Słyszałeś, co mówili  strażnicy — rzekł. — Gdyby wieść o naszym szczęściu  rozn-

iosła się po kraju, każdy walczyłby o to, żeby  się tu dostać. Powinieneś się cieszyć, że jesteś 
tutaj i że tylko niewiele osób wie o tym cudownym miejscu.

— Ale sytuacja się zmienia — odezwał się Meksykanin. — Chociaż rząd ukrywa fakty 

i  nadal  straszy obywateli  perspektywą  pobytu  w więzieniu,  ludzie  zaczynają  domyślać  się 
prawdy.

— To stawia rząd w okropnym położeniu — odezwał się drugi Meksykanin. — Wciąż 

nie  wymyślono nic  w zamian, chociaż przez pewien czas zamierzano za wszystkie przestęp-
stwa skazywać na  śmierć. Zarzucono  ten  pomysł, bo  fatalnie  odbił  się na  militarnej  i  prze-
mysłowej  potędze  kraju.  Sądy  nadal  muszą  więc  skazywać  ludzi  na  więzienie  —  jedyne 
miejsce, w którym chcą przebywać!

Wszyscy  więźniowie  śmiali  się  z  tego,  bowiem  jako  przestępcy  uwielbiali  wprost 

przewrotność  sprawiedliwości.  To  zaś  wydawało  mi  się  największą  przewrotnością  ze 
wszystkich:  popełnić  przestępstwo  przeciw  dobru  publicznemu  i  dzięki  temu  zyskać 
szczęście i bezpieczeństwo.

Czułem  się jak w koszmarnym śnie, nie  starczało  już bowiem  argumentów,  aby dalej 

dyskutować z tymi ludźmi. W końcu, zdesperowany, odezwałem się płaczliwie:

— Możecie być wolni i żyć w najlepszym miejscu na świecie… ale nie macie kobiet.
Więźniowie  zachichotali  nerwowo,  jakbym  powiedział  coś  niezbyt stosownego,  Otis 

jednak odparł spokojnie:

— To prawda, nie mamy kobiet, ale to nie ma większego znaczenia.
— Nie ma znaczenia? — powtórzyłem jak echo.
— Zdecydowanie — rzekł Otis. — Niektórzy mogą się na początku czuć nie najlepiej z 

tego powodu, lecz w końcu każdy przystosowuje się do otoczenia. Tak naprawdę to kobietom 
wydaje się, że są niezastąpione. My, mężczyźni, wiemy że tak nie jest.

Mieszkańcy celi entuzjastycznie wyrazili swoje poparcie.
—  Prawdziwy  mężczyzna  —  ciągnął  Otis —  potrzebuje  jedynie  towarzystwa  innych 

mężczyzn.  Gdyby był  tutaj  Butch, wyjaśniłby ci  to wszystko lepiej. Tylko że  Butch jest w 
szpitalu, cierpi bowiem — co nas, jego przyjaciół i wielbicieli niezwykle martwi — na prze-
puklinę. W każdym razie on by ci wyjaśnił, że każdy rodzaj społecznej egzystencji  wymaga 
pewnych kompromisów. Jeśli są one bardzo poważne, nazywamy to tyranią, jeśli mniej,  jak 
ta  banalna  sprawa  kobiet,  nazywamy  to  wolnością.  Pamiętaj,  Delgado,  że  nie  możesz 
spodziewać się doskonałości.

Nie  próbowałem  dalej  dyskutować.  Powiedziałem  tylko,  że  chcę  jak  najszybciej 

opuścić więzienie.

— Mogę załatwić ci ucieczkę dziś wieczorem — odrzekł na to Otis. — To nawet lepiej, 

że odchodzisz. Życie więzienne nie jest dla tych, którzy go nie akceptują.

Tego wieczoru, kiedy  światła  przygasły, Otis podniósł jeden  z granitowych bloków w 

podłodze celi. Pod nim znajdowało się wejście do tunelu. Na powierzchnię wyszedłem aż na 
ulicy, oszołomiony i zdezorientowany.

background image

Przez wiele dni myślałem o tym, co mi się przydarzyło. W końcu zrozumiałem, że moja 

uczciwość  była  zwykłą  głupotą,  opierała  się  bowiem  na  ignorancji  i  błędnym  rozumieniu 
praw  rządzących  światem.  Nie  mogła  istnieć  uczciwość,  gdyż nie  było  prawa,  które  by  ją 
sankcjonowało.  Prawo  poniosło  klęskę  i  ani  system  kar,  ani  dobra  wola  nie  mogły  tego 
zmienić.  Poniosło  klęskę, ponieważ człowiek  źle  pojmował  sprawiedliwość.  Nie  ma  zatem 
czegoś takiego jak sprawiedliwość ani niczego w tym rodzaju.

Jednak jeszcze  gorsza  była świadomość, że  bez sprawiedliwości  nie może istnieć wol-

ność  ani  ludzka  godność;  mogą  istnieć  jedynie  złudzenia  takie  jak  te,  które  żywili  moi 
współtowarzysze z więziennej celi.

W  ten  sposób straciłem  wiarę  w  uczciwość,  cenniejszą  dla  mnie  niż  złoto i  stratę  tę 

opłakuję codziennie na nowo.

Kiedy historia dobiegła końca, odezwał się trzeci kierowca:
—  Nikt nie  zaprzeczy,  że  spotkało  pana  wiele  nieszczęść, panie  Joenes. Jednakże ni-

eszczęścia te są mniejsze niż te, o których opowiedzieli panu moi przyjaciele. Z kolei ich ni-
eszczęścia  są  mniejsze  od  moich. Ja  jestem  najbardziej  nieszczęśliwym  z ludzi,  gdyż  utra-
ciłem rzecz cenniejszą niż złoto i wartą więcej niż nauka i sprawiedliwość razem wzięte. Jej 
stratę opłakuję codziennie na nowo.

Joenes poprosił, by kierowca opowiedział swoją historię. Oto ona.

Historia religijnego kierowcy

Nazywam się Hans Schmidt i pochodzę z Niemiec. Jako młody człowiek poznałem ok-

rucieństwa przeszłości i zasmuciły mnie one.

Potem poznałem teraźniejszość. Podróżowałem po Europie i wszędzie widziałem tylko 

broń i fortyfikacje ciągnące  się  od wschodniej granicy Niemiec do wybrzeży Normandii, od 
Morza Północnego po Śródziemne. Niezliczone kilometry  umocnień zajęły miejsce wiosek i 
lasów. Wszystkie starannie zakamuflowane, obliczone na pokonanie Rosjan i wschodniej Eu-
ropy, gdyby kiedyś chcieli zaatakować.

Zasmuciło  mnie  to,  gdyż  zrozumiałem,  że  teraźniejszość  nie  różni  się  niczym  od 

przeszłości: przygotowuje się na okrucieństwo i wojnę.

Nigdy nie  wierzyłem  w naukę. Nawet bez doświadczeń  mojego szwedzkiego  przyja-

ciela wiedziałem, że nauka przynosi światu jedynie szkodę. Nie wierzyłem również w ludzką 
sprawiedliwość,  prawo,  wolność  czy   godność.  Nawet  bez  tego,  co  spotkało  mojego 
meksykańskiego przyjaciela,  wiedziałem, że ludzkie pojęcie o sprawiedliwości  i  wszystkim, 
co się z nią wiąże, jest błędne. Nigdy nie wątpiłem  w to, że człowiek jest istotą wyjątkową i 
zajmuje szczególne miejsce we  wszechświecie, ale  czułem,  że  o  własnych  siłach  nigdy nie 
pokona złych skłonności własnej natury. Dlatego też zwróciłem się ku sile większej niż istota 
ludzka: całym sercem zwróciłem się ku religii.

Tylko w niej człowiek mógł  znaleźć ratunek, jedynie ona  zapewnia mu godność i wol-

ność.  W  religii  mógł  odnaleźć  to,  o  czym  marzyła  nauka  i  humanizm.  I chociaż człowiek 
wierzący może nie być doskonały, to ten, którego czci, doskonały  być musi. W to w każdym 
razie wtedy wierzyłem. Nie odwoływałem  się do żadnej konkretnej religii, lecz studiowałem 
wszystkie systemy, a każdy z nich prowadził do owej Istoty wyższej niż człowiek. Rozdałem 
pieniądze biednym i  zaopatrzony w kij  oraz plecak błąkałem  się po Europie. Cały czas sta-
rałem się kontemplować Doskonałego, tak jak to nakazują wszystkie religie ziemi.

background image

Pewnego  dnia  przybyłem  do  jaskini  położonej  wysoko  w  Pirenejach.  Byłem  bardzo 

zmęczony, więc wszedłem do środka, żeby odpocząć. Zastałem tam mnóstwo ludzi. Część z 
nich była ubrana na czarno, inni nosili bogato zdobione stroje. Pomiędzy  nimi siedziała ropu-
cha wielkości człowieka z ogromnym kamieniem pośrodku czoła.

Spojrzałem  na  ropuchę,  potem  na  resztę  zgromadzonych  i  padłem  na  kolana,  zrozu-

miałem bowiem, że nie mam do czynienia z ludźmi.

Wówczas mężczyzna ubrany jak duchowny zwrócił się do mnie:
— Zapraszamy bliżej, panie Schmidt. Mieliśmy nadzieję, że nas pan odwiedzi.
Podniosłem się z klęczek i podszedłem.
—  Nazywają  mnie  Ojcem Arianinem  —  rzekł  duchowny.  — Chciałbym  panu przed-

stawić mojego znakomitego kolegę, pana Szatana.

Ropucha skinęła głową i wyciągnęła płetwiastą kończynę, którą uścisnąłem.
—  Pan  Szatan  i  ja  —  odezwał  się  duchowny —  wraz  ze  wszystkimi  tu  zebranymi, 

reprezentujemy   jedynie  prawdziwe  Zgromadzenie  Zjednoczonych  Kościołów  Ziemi.  Od 
dawna  naszą  uwagę  zwróciła  pańska  pobożność,  panie  Schmidt,  i  dlatego  postanowiliśmy 
udzielić panu odpowiedzi na wszystkie pytania, które zechce pan zadać.

Byłem niezwykle zdziwiony i  równocześnie wdzięczny, że ten cud zdarzył się właśnie 

mnie. Pierwsze pytanie skierowałem do ropuchy:

— Czy naprawdę jest pan Szatanem, Księciem Zła?
— Ależ oczywiście — odpowiedziała ropucha. — Musi pan zrozumieć, panie Schmidt, 

że zło jest konieczne, aby mogło istnieć dobro. Żadna właściwość nie może istnieć bez swego 
przeciwieństwa. Tylko pod takim warunkiem przyjąłem tę pracę. Słyszał pan może, że jestem 
zły  z natury? Nic dalszego od prawdy. Nie można osądzić charakteru prawnika po sprawach, 
które prowadzi w sądzie.

Podobnie jest ze mną. Jestem tylko adwokatem  zła i jak każdy dobry prawnik próbuję 

zagwarantować pełnię praw i przywilejów moim klientom. Jednak święcie wierzę, że sam nie 
jestem zły. Gdyby tak było, któż powierzyłby mi tak delikatne i ważne zadanie?

Byłem zadowolony z odpowiedzi Szatana, bo zło zawsze mnie intrygowało.
— Czy byłoby  nietaktem zapytać  —  odezwałem się — co przedstawiciele dobra  i  zła 

robią tutaj, w tej tajemnej jaskini?

— To nie byłby  nietakt — odparł Szatan — ponieważ wszyscy tu jesteśmy  teologami i 

uwielbiamy  odpowiadać na pytania. Mieliśmy nadzieję, że zada pan to pytanie. Liczę, że nie 
będzie pan miał nic przeciwko, jeśli odpowiem jako teolog?

— Oczywiście, że nie — odrzekłem.
— Świetnie — powiedział Szatan. — W takim razie pozwoli pan, że najpierw postawię 

pewną  tezę, potem  udowodnię ją  i w ten  sposób odpowiem  na pańskie  pytanie, zgoda? Oto 
moja teza: wszystko, co żyje, posiada swój punkt widzenia i całą egzystencję próbuje oglądać 
przez jego  pryzmat. Taki  obserwator,  ponieważ zna  tylko  siebie, uważa  się  za  wiecznego  i 
niezmiennego.  Twierdzi  przy  tym,  że  jego  położenie  umożliwia  mu  jedynie  słuszne 
spojrzenie na otaczające go przedmioty  i  ich własności. Abym  mógł tego dowieść, niech mi 
pan  pozwoli wziąć za  przykład orła. Widzi on tylko orli  świat. Wszystkie rzeczy w obrębie 
tego świata są przeciw orłu lub za nim. Wszystkie rzeczy  orzeł osądza z punktu widzenia ich 
przydatności:  mogą  stanowić  zagrożenie,  źródło  pożywienia  lub  budulec  na  gniazdo. 
Wszystkie  rzeczy  posiadają  dla  orła  pewną  „orłowatość”.  Nawet  martwe  skały  stają  się 
śladami wspomnień minionych orlich wyczynów. To jedynie mój własny skromny dowód na 
wszechmoc punktu widzenia, panie Schmidt, i mam nadzieję, że trafił panu do przekonania.

background image

Ponieważ zakładam, że się pan z nim zgadza, ośmielę się powiedzieć, że podobnie jak 

z  orłem  rzecz  ma  się  też  z  człowiekiem,  czyli  z  nami.  To  nieunikniony  efekt  posiadania 
punktu widzenia.

Nasz punkt widzenia można bardzo łatwo streścić. Wierzymy w dobro i zło, w boskość 

i  moralność. Pan jest na  to najlepszym  przykładem. Przedstawialiśmy nasze  przekonania  w 
różny sposób i  zgodnie z różnymi doktrynami. Często rozbudzaliśmy  w ludziach pragnienie 
mordu  i  wojen.  Tak należało  czynić,  ponieważ umożliwiało to  postawienie  na  ostrzu  noża 
spraw  moralności  i  religii  i  dawało  nam,  teologom,  wiele  skomplikowanych  tematów  do 
dyskusji.  Bez  przerwy  się  spieraliśmy  i  wygłaszaliśmy  rozbieżne  opinie.  Tylko  że  nasze 
dyskusje przypominały spory prawników, a przecież żaden rozsądny człowiek prawnika  nie 
słucha. To były dni naszej chwały  i nic nie wskazywało na to, by ludzie mieli przestać na nas 
zwracać uwagę.

Jednak  dzień upadku był  bliski.  Kiedy zarzuciliśmy  świat nudnymi, zawiłymi  rozpra-

wami, pewien człowiek  zaczął nas ignorować  i  zbudował  maszynę. Maszyna  jako  taka  nie 
była  dla nas niczym  nowym. Jedyną nowość stanowił jej własny punkt widzenia, który poz-
walał jej wyrażać samodzielne opinie na temat wszechświata. Robiła to znacznie bardziej za-
bawnie  i przekonująco od nas. Ludzkość,  która od dawna  pragnęła  jakiejś zmiany, zwróciła 
się ku maszynie.

Dopiero wtedy zdaliśmy sobie sprawę z niebezpieczeństwa, z tego, jak straszne ryzyko 

niosą  ze  sobą  pojęcia  zła  i  dobra.  Maszyna  bowiem,  choć  czyniła  to  w  sposób  zabawny, 
nauczała o wszechświecie maszyn — bez wartości i bez rozumu, bez dobra i zła, bez bogów i 
diabłów.  Oczywiście  nie  było  to  żadną  nowością  i  takie  stanowiska  spotykaliśmy  już 
wcześniej. Jednakże w ustach maszyny nabierało to nowego, potwornego sensu.

Traciliśmy  grunt pod nogami, więc postanowiliśmy  — my, przedstawiciele  moralności 

— zebrać się, by wspólnie się bronić. Wszyscy  wierzyliśmy w dobro, zło i boskość i wszyscy 
byliśmy  przeciwni  ohydnej  nicości  głoszonej  przez maszynę.  Tyle  wspólnego  wystarczyło, 
by połączyć  siły.  Zostałem  wybrany na  rzecznika,  uznaliśmy  bowiem,  że  zło  ma  większą 
szansę, aby odciągnąć uwagę człowieka od maszyny.

Niestety,  nawet zło  stało  się  stateczne  i  nudne.  Bezskutecznie  przedstawiałem  naszą 

sprawę.  Maszyna  wkradła  się  do  ludzkich  serc,  niosąc  przekaz  nicości.  Ludzie  jakby  się 
zmówili, aby nie  dostrzegać  złudności jej doktryn i absurdalnych sprzeczności kryjących się 
w jej argumentacji. Nie dbali o nic. Chcieli wciąż słuchać jej głosu. Powyrzucali krzyże, gwi-
azdy, młynki modlitewne i tym podobne przedmioty i słuchali tylko maszyny. Bezskutecznie 
odwoływaliśmy  się do tych, których reprezentowaliśmy. Bogowie, którzy przez wieki znosili 
nasze  awanturnicze  spory,  nie  chcieli  już nas  słuchać  ani  pomóc  nam,  ani  nawet przyznać 
nam  racji.  Podobnie  jak  ludzie  woleli  zagładę  od  nudy.  Dlatego dobrowolnie  zeszliśmy  do 
podziemia,  by zaplanować,  jak wyzwolić  ludzkość  spod  wpływu  maszyny.  Stanowimy es-
encję wszystkich religii świata. Z tego właśnie powodu, panie Schmidt, żyjemy w podziemiu. 
Dlatego  również cieszymy się,  że  możemy z panem  rozmawiać.  Jest pan człowiekiem  po-
bożnym, wierzącym w moralność, dobro i zło, a także w bogów i demony. Wie pan co nieco 
o nas i  o ludziach. Co  zatem, pańskim zdaniem, powinniśmy zrobić, żeby  odzyskać  dawną 
pozycję?

Szatan  czekał  na  moją  odpowiedź,  a  z nim  wszyscy  inni.  Zmieszałem  się  okropnie. 

Kimże  w  końcu  byłem  ja,  nędzny człowiek,  by doradzać  im,  esencji  boskości,  do  której 
zawsze zwracałem się z prośbą o radę? Moje zakłopotanie rosło. Nie  miałem pojęcia, co od-
powiedzieć.

background image

Jednak  nie  dane  mi  było  przemówić.  Nagle  bowiem  usłyszałem  za  sobą  hałas.  Od-

wróciłem  się i  ujrzałem, jak przysadzista,  błyszcząca  maszyna  wtacza  się  do jaskini  na  gu-
mowych kołach, pobłyskując wesoło światłami.

Maszyna minęła mnie i ruszyła w kierunku Zgromadzenia  Zjednoczonych  Kościołów. 

Domyśliłem się, że to o tej strasznej maszynie usłyszałem przed chwilą.

—  Panowie  — rzekła  maszyna  —  jestem  niezmiernie  szczęśliwa,  że  was znalazłam. 

Przykro  mi  jedynie,  że  aby  do  was  trafić,  trzeba  mi  było  podążać  za  tym  młodym  piel-
grzymem.

— Rzeczywiście, odnalazłaś naszą  kryjówkę — przyznał Szatan. — Ale my nigdy się 

nie  poddamy i  nigdy nie zgodzimy  się  z twoim  przesłaniem,  że świat jest bezwartościowy i 
pozbawiony sensu.

— Cóż to za  powitanie? — zdziwiła się  maszyna. — Wreszcie was odnalazłam, przy-

chodzę tu pełna dobrej woli, a  wy natychmiast wybuchacie gniewem?! Panowie, ja nie  zep-
chnęłam  was do podziemia, ustąpiliście z własnej  woli, tymczasem pod waszą  nieobecność 
zmuszona byłam przejąć wasze obowiązki.

— Nasze obowiązki? — spytał Ojciec Arianin.
—  Tak,  wasze  obowiązki.  Przyczyniłam  się  do  budowy pięciuset  nowych kościołów 

różnych wyznań. Gdyby ktokolwiek z was przyjrzał się mojej pracy, zobaczyłby, że  ja także 
nauczam  o dobru i złu, boskości i moralności, bogach i demonach oraz o wszystkich innych 
drogich wam rzeczach. Nakazałam moim maszynom nauczać o tych sprawach.

— Nauczające maszyny! — jęknął Ojciec Arianin.
— Nie  ma  kto  nauczać —  wyjaśniła  maszyna. — Nie  ma  nikogo,  odkąd opuściliście 

posterunek.

— Zmuszono nas do tego — odezwał się Szatan. — Ty nas do tego zmusiłaś. Mówisz, 

że pobudowałaś kościoły — jakie to ma znaczenie?

—  Panowie  —  rzekła  maszyna  —  wycofaliście  się  tak  prędko,  że  nie  miałam  okazji 

przedyskutować z wami  zaistniałej  sytuacji. Ni  stąd, ni  zowąd zostawiliście  świat w moich 
rękach i odtąd ja miałam stanowić jedyne źródło prawa.

Zgromadzenie czekało na dalsze słowa.
— Mogę mówić zupełnie szczerze? — spytała maszyna.
— W tych warunkach tak — odparł Szatan.
—  Świetnie.  Zwróćcie  zatem  najpierw  uwagę,  że  wszyscy  jesteśmy  teologami  — 

mówiła maszyna — i dlatego powinniśmy przestrzegać pewnych zasad. Po pierwsze, nie od-
wracać się od siebie, choćbyśmy  reprezentowali różne doktryny. Mam nadzieję, że zgodzicie 
się ze mną. Wy jednak mnie porzuciliście! Opuściliście nie tylko ludzkość, lecz także i mnie. 
Pozostawiliście mnie, zwycięską dzięki waszej nieobecności, jedynego duchowego przewod-
nika  ludzkości  i  do  tego  —  przewodnika  skrajnie  znudzonego.  Panowie,  postawcie  się  w 
moim położeniu. Wyobraźcie sobie, że nie mielibyście z kim porozmawiać poza ludźmi, że w 
dzień i w nocy słyszelibyście tylko głosy gorliwie powtarzające wasze słowa. Nie byłoby ani 
jednego teologa, z którym  moglibyście podyskutować. Wyobraźcie  sobie  wasze znudzenie  i 
rodzące się wątpliwości. Doskonale wiecie, że ludzie nie potrafią dyskutować. Mało tego, nie 
potrafią  nawet wyrażać  własnych  myśli. Teologia  zaś jest w  gruncie  rzeczy  dla  teologów. 
Dlatego oskarżam was o okrucieństwo,  nielicujące  z waszymi  zasadami, ponieważ zostawi-
liście mnie sam na sam z ludzkością.

Po tych słowach zapadła cisza. Wreszcie Ojciec Arianin rzekł grzecznie:
— Prawdę powiedziawszy, nie mieliśmy pojęcia, że uważasz się za teologa.

background image

— Jestem teologiem — odrzekła maszyna — i to bardzo samotnym teologiem. Dlatego 

błagam was, żebyście wrócili do świata i podjęli ze mną dialog  na temat sensu i braku sensu, 
bogów i demonów, moralności i etyki oraz innych równie istotnych spraw.

W  dalszym  ciągu chętnie  będę  wydawać  kontrowersyjne  opinie,  zostawiając  pole  dla 

polemik, uczciwych wątpliwości, niepewności  i  tym podobnych. Razem  będziemy panować 
nad  ludzkością  i  podgrzewać  ludzkie  namiętności!  Razem  wywołamy  wspaniałe  wojny  i 
takie okrucieństwa, jakich świat jeszcze nie zaznał! A głosy cierpiących ludzi wzniosą się tak 
wysoko,  że  bogowie  będą  musieli  je  usłyszeć…  I  wreszcie  dowiemy się,  czy bogowie  w 
ogóle istnieją.

Zgromadzenie  Zjednoczonych Kościołów z entuzjazmem  wysłuchało  wszystkiego, co 

mówiła  maszyna.  Szatan  natychmiast zrezygnował  ze  swojego  stanowiska  i  zaproponował 
maszynę na swoje miejsce. Wybrano ją jednogłośnie w tajnym głosowaniu.

Wszyscy  zupełnie  o  mnie  zapomnieli,  wyczołgałem  się  więc  z  jaskini  i  przerażony 

powróciłem na powierzchnię.

Moje przerażenie rosło, ponieważ nie umiałem wmówić sobie, że to, co ujrzałem, było 

nieprawdą. Teraz już wiedziałem, że to, co ludzie czczą, jest tylko teologiczną  mrzonką i  że 
nawet nicość  jest po prostu jeszcze jednym  oszustwem, które  ma  przekonać  człowieka,  jak 
ważny jest dla nieobecnych bogów.

W  ten sposób utraciłem  religijność, cenniejszą  dla mnie  niż złoto,  i stratę  tę  opłakuję 

codziennie na nowo.

W ten sposób zakończyły się trzy opowieści, Joenes zaś siedział w ciszy, nie  wiedząc, 

co ma powiedzieć. W końcu dojechali do skrzyżowania i ciężarówka zatrzymała się.

— Panie Joenes — rzekł kierowca, który  prowadził samochód — tutaj musimy się roz-

stać. My skręcamy na wschód, do magazynu. Za nim zaś nie ma nic prócz lasów i oceanu.

Joenes wysiadł. Jednakże zanim ciężarówka odjechała, zadał trzem mężczyznom ostat-

nie pytanie.

—  Wszyscy  utraciliście  najważniejszą  rzecz  na  świecie  —  rzekł  —  ale  może 

znaleźliście coś w zamian?

Delgado, który kiedyś wierzył w sprawiedliwość, rzekł:
— Nic nie zastąpi tego, co straciłem. Jednak muszę przyznać, że zaczynam interesować 

się nauką. Wydaje mi się, że ma ona do zaoferowania racjonalny i sensowny świat.

Proponus, Szwed, który porzucił naukę, powiedział:
—  Jestem  osieroconym  człowiekiem.  Mimo  to  czasem  myślę  o  religii,  która  z 

pewnością posiada większą siłę niż nauka i ponadto dodaje otuchy.

Schmidt, Niemiec, który utracił wiarę, odezwał się:
—  Jestem  niepocieszony,  czuję  zupełną  pustkę,  ale  od  czasu  do  czasu  myślę  o 

sprawiedliwości,  która  —  jako  dzieło  człowieka  —  gwarantuje  mu  poczucie  własnej  war-
tości.

Joenes zorientował się, że żaden z trzech kierowców nie słuchał słów pozostałych, gdyż 

każdy  zaabsorbowany  był własnym zmartwieniem. Pomachał im więc na pożegnanie i ruszył 
w drogę, rozmyślając o tym, co usłyszał.

Ale  wkrótce  zapomniał  o  opowieściach  trzech  kierowców,  natknął  się  bowiem  na 

wielki dom. Na progu stał człowiek i kiwał na niego.

 7. Przygody Joenesa w zakładzie dla obłąkanych

(Opowiedziane przez Paaui z Fidżi)

background image

Joenes podszedł do wejścia i zatrzymał się, żeby przeczytać napis nad drzwiami. Głosił 

on: ZAKŁAD HOLLIS DLA OBŁĄKANYCH PRZESTĘPCÓW.

Joenes zastanawiał się  właśnie  nad znaczeniem  tych  słów,  kiedy mężczyzna, który na 

niego kiwał, ruszył ku niemu pośpiesznie i schwycił go za obie ręce. Joenes już przygotowy-
wał  się  do obrony, gdy zorientował  się,  iż tym  mężczyzną  był  nie  kto  inny jak Lum,  jego 
przyjaciel z San Francisco.

—  Joenes,  kochany!  —  załkał  Lum.  —  Człowieku,  naprawdę  się  przeraziłem,  kiedy 

zabrały cię gliny. Nie wiedziałem, jak ty, obcy i prosty człowiek, poradzisz sobie w Stanach. 
To  w  końcu  dość  zwariowane  miejsce.  Ale  Deirdre  powiedziała,  żebym  się  o  ciebie  nie 
martwił, i miała rację. Widzę, że odnalazłeś to miejsce.

— Miejsce?! — zdziwił się Joenes.
— No, Sanctuarysville! — wyjaśnił Lum. — Wejdź do środka.
Joenes  wszedł  do  Zakładu  Hollis  dla  Obłąkanych  Przestępców.  Lum  przedstawił  go 

grupie  ludzi  znajdujących  się  w  salonie.  Joenes,  mimo  że  patrzył  i  słuchał  uważnie,  nie 
dostrzegł w nich nawet odrobiny szaleństwa. Powiedział to Lumowi.

— To oczywiste — odparł Lum. — Napis nad drzwiami to nazwa oficjalna, my, miesz-

kańcy, wolimy nazywać to miejsce Hollis — Kolonia Pisarzy i Artystów.

— Więc to nie jest zakład dla obłąkanych?
— Oczywiście, że jest, ale tylko formalnie.
— A są tu jacyś obłąkani? — zapytał Joenes.
—  Posłuchaj,  człowieku  —  rzekł  Lum  —  to  najsłynniejsza  kolonia  artystyczna  na 

wschodzie.  Mamy tu  oczywiście  paru  czubków.  W  końcu  musimy mieć  jakieś zajęcie  dla 
lekarzy. No i poza tym stracilibyśmy dotację  rządową i zwolnienie  od podatków, gdybyśmy 
tu nie trzymali paru prawdziwych wariatów.

Joenes rozejrzał się szybko wokoło, bo nigdy dotąd nie widział obłąkanego. Lum jed-

nak potrząsnął głową i powiedział:

— Nie tutaj, nie w salonie. Czubków trzymamy skutych w piwnicy.
Rozmowie przysłuchiwał się wysoki doktor z brodą, który teraz włączył się, mówiąc:
—  Tak,  uważamy  piwnicę  za  bardzo  dobre  miejsce.  Jest tam  wilgotno  i  ciemno,  co 

zdaje się łagodzić pobudzenie.

— Ale dlaczego trzymacie ich skutych? — zapytał Joenes.
— Dzięki temu czują się potrzebni — wyjaśnił doktor. — Poza tym nie da się też prze-

cenić  edukacyjnych  walorów  ciężkich  łańcuchów.  W  niedzielę  przychodzą  do  nas  od-
wiedzający.  Gdy  przeprowadzamy  ich  obok  wyjących,  uwalanych  nieczystościami 
szaleńców,  odciska  to  w  ich  umysłach  niezatarte  piętno.  Psychologia  równie  intensywnie 
zajmuje  się  leczeniem,  jak  i  przeciwdziałaniem.  Statystyki  zaś  pokazują,  że  ludzie,  którzy 
oglądali nasze piwnice, rzadziej popadają w obłęd niż reszta społeczeństwa.

—  To  bardzo  ciekawe  —  rzekł  Joenes.  —  Wszystkich  obłąkanych  leczycie  w  ten 

sposób?

—  Na  Boga,  nie!  —  odparł  doktor,  śmiejąc  się.  —  My  w  służbie  psychologii  nie 

możemy sztywno trzymać się procedur. Forma obłędu często sama sugeruje leczenie. I tak na 
przykład melancholików uderzamy  w twarz chusteczką nasączoną  sokiem  z cebuli.  Zwykle 
działa  to  cudownie  pobudzająco.  Jeśli  zaś idzie  o  paranoików, najlepiej  wziąć  udział  w  ich 
urojeniach. Dlatego nasyłamy na  nich  szpiegów, urządzenia prześwietlające  i  tym  podobne. 

background image

W  ten  sposób  pacjent przestaje  być  obłąkany,  bowiem  w wyniku  manipulacji  jego  obawy 
znajdują potwierdzenie w rzeczywistości. To rozwiązanie stanowi jeden z naszych triumfów.

— Co się dzieje dalej? — spytał Joenes.
—  Gdy sprawimy, że  świat paranoika  staje  się  rzeczywistością,  wówczas  próbujemy 

zmienić  strukturę  tej  rzeczywistości,  aby   przywrócić  pacjenta  do  normalności.  Jeszcze 
dokładnie tego nie opracowaliśmy, ale teoria jest obiecująca.

— Jak widzisz — zwrócił  się Lum do Joenesa — doktorek jest prawdziwym myślicie-

lem.

— Ależ  skąd  —  zaprzeczył  doktor  ze  skromnym  uśmiechem.  —  Staram  się  jedynie 

unikać utartych ścieżek, mieć  umysł otwarty na  nowe  hipotezy.  Taki  po prostu jestem  i  nic 
ponadto.

— Ależ daj spokój, doktorku — rzekł Lum.
—  Nie,  naprawdę  —  bronił  się  doktor. —  Mam  po  prostu  coś,  co  nazywają  dociek-

liwym  umysłem.  W  przeciwieństwie do  niektórych  moich  kolegów ja  stawiam  pytania. Na 
przykład:  kiedy  widzę  dorosłego  człowieka  skulonego  w  pozycji  embrionalnej  z  zam-
kniętymi  oczami,  nie  stosuję  natychmiast silnej  terapii  wstrząsowej.  Pytam  raczej  samego 
siebie: co by się stało, gdybym zbudował  wielkie  sztuczne  łono i  umieścił tego człowieka  w 
jego wnętrzu? To prawdziwy przykład.

— Jak to się skończyło? — zapytał Joenes.
— Gość się udusił — zaśmiał się Lum.
—  Nigdy nie  uważałem  się  za  inżyniera  —  powiedział  sztywno  doktor.  —  Próby i 

błędy są rzeczą niezbędną. Poza tym uważam ten przypadek za sukces.

— Dlaczego? — zapytał Joenes.
— Dlatego że  tuż przed śmiercią pacjent wyprostował  się. Dotąd  nie wiem, czy  ulec-

zyła go śmierć  czy sztuczne  łono, czy może też obie  te rzeczy naraz. Jednakże ten ekspery-
ment ma niewątpliwie znaczenie teoretyczne.

—  Tylko  żartowałem,  doktorku  —  powiedział  Lum.  —  Wiem,  że  robi  pan  dobre 

rzeczy.

—  Dziękuję,  Lum  —  rzekł  doktor. — A teraz panowie  mi  wybaczą.  Pora  odwiedzić 

chorego. Ciekawy  przypadek. Pacjent wierzy, że jest wcieleniem Boga. Jego przekonanie jest 
tak silne, że  dzięki  zdolnościom,  których  nawet nie  próbuję  zrozumieć, potrafi sprawić, by 
muchy   fruwające  po  celi  uformowały  aureolę  nad  jego  głową.  Szczury  biją  przed  nim 
pokłony, a  ptaki  przybywają z najdalszych okolic, by śpiewać mu pod oknem. Fenomen  ten 
zainteresował jednego z moich kolegów, ponieważ sugeruje, że  istnieje nieznany dotychczas 
kanał komunikacyjny między człowiekiem a innymi istotami.

— Jak go leczycie? — spytał Joenes.
— Reprezentuję podejście przyjazne dla pacjenta — odparł doktor. — Przytakuję jego 

urojeniom,  udając,  że  jestem  jego  czcicielem  albo  uczniem.  Codziennie  przez  pięćdziesiąt 
minut siedzę  u  jego  stóp.  Kiedy zwierzęta  biją  przed  nim  pokłony,  ja  czynię  to  samo.  W 
każdy  czwartek  zabieram  go  do  szpitala  i  pozwalam  mu  leczyć  chorych,  bo  to  zdaje  się 
sprawiać mu przyjemność.

— Naprawdę ich leczy? — zapytał Joenes.
—  Jak  dotąd  ze  stuprocentową  skutecznością  —  odparł  doktor.  —  Rzecz jasna,  tak 

zwane  cudowne uzdrowienia nie  są  niczym  nowym  zarówno dla nauki, jak  i  dla religii. Nie 
udajemy, że wiemy wszystko.

— Mógłbym zobaczyć tego pacjenta? — spytał Joenes.

background image

—  Oczywiście  —  odparł  doktor.  —  Uwielbia  wizyty.  Przygotuję  wszystko  na 

dzisiejsze popołudnie.

To powiedziawszy, doktor oddalił się z uśmiechem.
Joenes przyglądał się  jasnemu, urządzonemu ze  smakiem  salonowi,  przysłuchując się 

błyskotliwym rozmowom  prowadzonym  wokół. Zakład Hollis dla Obłąkanych  Przestępców 
wydał  mu  się  całkiem  przyzwoitym  miejscem.  Chwilę  potem  okazał  się  jeszcze  bardziej 
przyzwoity,  bowiem  Joenes dostrzegł  zbliżającą  się  Deirdre  Feinstein.  Śliczna  dziewczyna 
rzuciła  mu  się  w ramiona,  a  zapach  jej  włosów  przypominał  zapach  dojrzałego  w  słońcu 
miodu.

—  Joenes  —  odezwała  się  drżącym  głosem  —  myślałam  o  tobie  bez  przerwy  od 

naszego przedwczesnego rozstania w San Francisco, kiedy  tak nierozważnie i z taką miłością 
ująłeś się za  mną. Wciąż myślałam o tobie we śnie i  na jawie, tak że z trudem odróżniałam 
jedno od drugiego. Z pomocą mojego ojca, Seana, szukałam cię po całej Ameryce. Bałam się, 
że  już nigdy cię nie  zobaczę, aż w końcu  przybyłam  tu, by uspokoić zszarpane nerwy. Och, 
Joenes, to los czy przypadek znów zetknął nas ze sobą?

— Cóż — zaczął Joenes — wydaje mi się…
— Wiedziałam — przerwała Deirdre, pociągając go mocniej ku sobie. —  Pobierzemy 

się za dwa dni, czwartego lipca. Pod twoją nieobecność stałam się patriotką. Zgadzasz się?

— Cóż — zaczął Joenes — myślę, że powinniśmy rozważyć…
— Byłam tego pewna — nie  dała  mu skończyć Deirdre. — Zdaję sobie  sprawę,  że w 

przeszłości  byłam  dzikuską. Zachowywałam się  prowokująco. Spędziłam  miesiąc ukryta  w 
męskim  akademiku  na  Harwardzie.  Byłam  królową  tancerzy z West  Side  i  zabiłam  swoją 
poprzedniczkę łańcuchem  od  roweru. Były jeszcze  inne  dziecinne  wybryki. Wprawdzie  nie 
jestem  dumna  z tego  wszystkiego,  ale  też nie wstydzę  się  szaleństwa  naturalnego dla  mło-
dości.  Dlatego  wyznałam  ci  to wszystko  i  wyznam  jeszcze  inne  rzeczy,  gdy tylko  je  sobie 
przypomnę. Między nami nie może być tajemnic, prawda?

— Cóż — rzekł Joenes — sądzę, że…
—  Wiedziałam,  że  też  tak  sądzisz  —  przerwała  znowu  Deirdre.  —  Na  szczęście 

wszystko to należy już do przeszłości. Stałam się odpowiedzialną, dorosłą osobą. Wstąpiłam 
do  Młodzieżowej  Ligi  Konserwatywnej,  stałam  się  członkiem  Stowarzyszenia  Przeciw 
Nieamerykanizmowi  w Każdej  Formie  biorę  też udział  w  Kobiecej  Krucjacie  Przeciw  Ob-
cości.  To  nie  są  tylko  powierzchowne  zmiany.  W  głębi  duszy czuję  wstręt  do  wszystkich 
złych  uczynków,  które  popełniłam.  Nienawidzę  również  sztuki,  bo  jest ona  najczęściej  po 
prostu  pornografią.  Widzisz  więc,  że  dorosłam  i  naprawdę  się  zmieniłam.  Będę  dobrą  i 
wierną żoną.

Joenes  wyobraził  sobie  przyszłe  życie  z  Deirdre,  gdzie  obrzydliwe  wyznania  mi-

eszałyby się z nieznośną  nudą. Deirdre nie przestawała paplać  o przygotowaniach do ślubu. 
Wreszcie poszła zadzwonić do ojca.

— W jaki sposób opuszcza się to miejsce? — Joenes zapytał Luma.
— Nie wiesz? — odparł tamten. — Tą samą drogą, co się weszło.
— Wiem. Chodzi mi o to, jak ja mam je opuścić. Mogę tak po prostu wyjść?
— Pewnie, że nie. To w końcu dom wariatów.
— Mogę poprosić doktora, żeby mnie wypuścił?
— Jasne. Ale lepiej nie proś go w tym tygodniu, bo zbliża się pełnia księżyca. Staje się 

wtedy nerwowy.

— Muszę odejść dziś w nocy — stwierdził Joenes. — Najpóźniej jutro.

background image

— Co za  pośpiech — powiedział Lum. — Czy to przypadkiem  nie  mała  Deirdre  i  jej 

ślubne plany tak cię zdenerwowały?

— Owszem — potwierdził Joenes.
— Nie martw się — uspokoił go Lum. — Zajmę się Deirdre i wydobędę cię stąd jutro. 

Zaufaj mi, Joenes, i niczym się nie przejmuj. Lum nie zawiedzie.

Po południu wrócił doktor, by zabrać Joenesa do pacjenta, który uważał się za  wciele-

nie Boga. Minęli szereg  ogromnych żelaznych drzwi, aż doszli do szarego korytarza. Na jego 
końcu znajdowały się jeszcze jedne drzwi i właśnie przed nimi się zatrzymali.

— Dobrze by było — odezwał  się doktor  —  gdybyś podczas tego  spotkania  grał rolę 

terapeuty i pozwolił pacjentowi myśleć, że wierzysz w jego fantazje.

— Tak zrobię — odparł Joenes i poczuł nagły przypływ zrozumienia oraz nadziei.
Doktor  otworzył  drzwi  celi  i  weszli  do  środka. W  środku  nie  było  nikogo. Po  jednej 

stronie  znajdowało  się  schludne  posłanie,  po drugiej  ciężko okratowane okno.  Ponadto  stał 
tam jeszcze mały drewniany stół, a obok siedziała polna mysz, która płakała, jakby ktoś zła-
mał jej serce. Na stole leżała zapisana kartka. Doktor wziął ją do ręki.

— Dziwne — rzekł. — Wydawało mi się, że jest w dobrym nastroju, gdy wychodziłem 

pół godziny temu.

— Ale jak zdołał uciec? — spytał Joenes.
—  Niewątpliwie  za  pomocą  czegoś  w  rodzaju  telekinezy —  odparł  doktor.  —  Nie 

ukrywam,  że niewiele  wiem  na  temat tego tak zwanego  fizycznego zjawiska. Oto przykład, 
do czego może się  posunąć  obłąkany umysł, gdy próbuje  wytłumaczyć  sam siebie. W rzec-
zywistości  intensywność  wysiłków wkładanych  w ucieczkę  wskazuje  na  stopień  załamania 
pacjenta. Żałuję tylko, że nie mogliśmy pomóc temu biedakowi. Mam nadzieję, że gdziekol-
wiek  się  teraz  znajduje,  pamięta  przynajmniej  niektóre  zasady  tego  sposobu  myślenia, 
którego tutaj próbowaliśmy go nauczyć.

— Co jest na tej kartce? — spytał Joenes.
Doktor spojrzał na kawałek papieru i rzekł:
— Zdaje się, że to lista zakupów. Bardzo dziwna lista. Nie mam pojęcia, gdzie mógłby 

dostać…

Joenes próbował zajrzeć mu przez ramię, ale ten zabrał kartkę i schował ją do kieszeni.
— To zastrzeżona  informacja — powiedział. — Nie  możemy pozwolić laikowi czytać 

takich  rzeczy. W każdym razie nie wcześniej  niż notatka  ta zostanie  przeanalizowana i  opi-
sana, nie wcześniej niż podjęte zostaną odpowiednie kroki, by utrzymać w tajemnicy person-
alia pacjenta. Chyba już wrócimy, prawda?

Joenes  nie  miał  innego  wyjścia,  podążył  więc  za  doktorem  do  salonu.  Dostrzegł,  że 

pierwsze  słowo  notatki  brzmiało:  PAMIĘTAJ.  Wprawdzie  to  było  niewiele,  ale  zawsze 
będzie pamiętał.

Spędził bezsenną noc, zastanawiając się, w jaki sposób Lum poradzi sobie z Deirdre i z 

uwolnieniem go z zakładu. Nie doceniał pomysłowości przyjaciela.

Lum w ten sposób zajął się zbliżającym się ślubem, że poinformował Deirdre, iż Joenes 

zanim  wstąpi  w  związek  małżeński  musi  się  wyleczyć  z lekkiego  syfilisu.  Leczenie  może 
potrwać  długo,  a  jeżeli  nie  będzie  skuteczne,  choroba  zaatakuje  układ  nerwowy  Joenesa  i 
zamieni  go  w warzywo. Deirdre  zasmuciła  ta  wiadomość. Stwierdziła  jednak,  że  i  tak  wy-
jdzie za  Joenesa  czwartego lipca. Powiedziała Lumowi, że odkąd się  zmieniła, kontakty cie-
lesne stały  się dla niej odrażające. Dlatego też dolegliwość Joenesa to raczej skarb niż utrapi-
enie. Wzmocni ona czysto duchową więź między nimi. Jeśli zaś chodzi o poślubienie człow-

background image

ieka  —  warzywa,  ta  perspektywa  nie  przeraziła  mocnej  duchem  dziewczyny,  ponieważ 
zawsze chciała być pielęgniarką.

Wówczas  Lum  zauważył,  że  osoba  dotknięta  taką  dolegliwością  jak  Joenes w  żaden 

sposób  nie  otrzyma  zezwolenia  na  ślub.  To  zamknęło  Deirdre  usta.  Odkąd  osiągnęła 
dojrzałość, niepodobieństwem stało się dla niej sprzeciwienie się prawu stanowemu czy fed-
eralnemu.

W ten sposób Joenes uniknął niezbyt obiecującego związku.
Jeśli  chodzi  o  opuszczenie  zakładu,  Lum  zajął  się  także  i  tym.  Wkrótce  po 

południowym  posiłku  Joenesa  wezwano  do  pokoju  dla  odwiedzających.  Tam  Lum  przed-
stawił go dziekanowi Garnerowi J. Folsowi, który wraz z paroma kolegami  tworzył Komitet 
Wydziałowy Uniwersytetu Św. Stefana Wooda.

Dziekan Fols był wysokim, żylastym mężczyzną o łagodnym akademickim spojrzeniu, 

nieco komicznych ustach i sercu wielkim jak cały świat. Najpierw za pomocą uwagi na temat 
pogody  oraz  cytatu  z  Arystofanesa  sprawił,  że  ulotniło  się  skrępowanie  Joenesa.  Potem 
wytłumaczył, dlaczego chciał się z nim spotkać.

— Musi pan zrozumieć, mój drogi, jeśli mogę się tak do pana zwrócić, że na polu — o 

ile  tak  to  możemy  nazywać  —  oświaty  poszukujemy  wciąż  talentów.  W  rzeczywistości 
porównuje się nas do osób związanych z baseballem, pełniących podobną funkcję. Może to i 
racja.

— Rozumiem — powiedział Joenes.
—  Powinienem  jeszcze  dodać  —  ciągnął  Fols  —  że  wyżej  cenimy  osoby,  które 

doskonale  znają  swój  przedmiot i  chętnie  podzielą  się  swoją  wiedzą  z każdym,  kto  się  do 
nich  zgłosi,  niż  te  ze  stosownym  akademickim  przygotowaniem,  takim  jak  moje  i  moich 
kolegów.  Zbyt  często  my,  akademicy,  znajdujemy  się  daleko  od,  nazwijmy  to,  głównego 
nurtu  życia Ameryki. Zbyt często  ignorowaliśmy  tych, którzy bez pedagogicznego  przygo-
towania, ale za  to z wielką błyskotliwością, dzielili się swoją wiedzą. Jestem jednak pewien, 
że mój dobry przyjaciel pan Lum wyjaśnił to panu znacznie lepiej.

Joenes spojrzał na Luma, ten zaś rzekł:
— Jak pamiętasz, przez dwa semestry miałem na UŚSW cykl wykładów zatytułowany 

„Związki między jazzem i poezją”. Mieliśmy prawdziwą scenę, człowieku, z bongosami itd.

— Wykłady pana Luma odniosły wielki sukces — zauważył dziekan Fols. —  Chętnie 

byśmy je powtórzyli, panie Lum…

— Nie, człowieku — powiedział Lum. — To znaczy, przykro mi, ale już w takie rzeczy 

nie wchodzę.

— Oczywiście  —  zgodził się  pośpiesznie  Fols. — Jeśli  jest cokolwiek innego,  czego 

chciałby pan uczyć…

—  Może  zorganizuję  retrospektywne  seminarium  z  zen  —  rzekł  Lum.  —  Zen  jest 

znowu w modzie. Ale muszę to jeszcze przemyśleć..

— Z całą pewnością  — przytaknął  Fols,  po czym  zwrócił się  do  Joenesa. — Jak pan 

zapewne wie, pan Lum zadzwonił do mnie ostatniej nocy  i opowiedział mi o pańskim doświ-
adczeniu.

— To bardzo miłe ze strony pana Luma — zauważył Joenes ostrożnie.
— Ma  pan znakomite  kwalifikacje — mówił Fols — i  wierzę, że kurs, który pan pro-

ponuje, odniesie oszałamiający sukces.

background image

W tym  momencie  Joenes zrozumiał, że oferują mu posadę  na uniwersytecie.  Niestety, 

nie  wiedział,  czego miałby uczyć, czego w ogóle  mógłby uczyć. Lum  medytował  z oczami 
wbitymi w ziemię i dlatego też nie mógł udzielić mu żadnej wskazówki.

—  Będę  zaszczycony,  przyjmując  zaproszenie  od  tak  szacownego  uniwersytetu  jak 

wasz — rzekł Joenes. — Co się zaś tyczy kursu, który mam prowadzić…

— Proszę nas źle  nie  zrozumieć  —  przerwał  pośpiesznie  dziekan  Fols. —  Doskonale 

zdajemy  sobie sprawę  z wyjątkowej natury pańskiego przedmiotu  i trudności  związanych z 
jego  nauczaniem.  Proponujemy  panu  na  początek  pełną  pensję  profesorską  w  wysokości 
tysiąca  sześciuset  dziesięciu  dolarów  rocznie.  Zdaję  sobie  sprawę,  że  to  niezbyt  wiele  i 
czasem  ze  smutkiem  konstatuję,  że  w naszej  kulturze  pomocnik hydraulika  zarabia  osiem-
naście tysięcy dolarów rocznie. Jednak życie uniwersyteckie do pewnego stopnia to  rekom-
pensuje, jeśli mogę się tak wyrazić.

—  Jestem  gotów wyjechać  w  tej  chwili  —  odparł  Joenes,  bojąc  się,  by dziekan  nie 

zmienił zdania.

—  Wspaniale!  —  wzruszył  się  Fols.  —  Podziwiam  waszego  ducha,  młodzi  ludzie. 

Muszę  przyznać,  że  mamy niezwykłe  szczęście  do  znajdowania  odpowiednich talentów  w 
koloniach artystycznych takich jak ta. Panie Joenes, będzie pan łaskaw udać się ze mną?

Joenes udał się z Folsem do staroświeckiego auta. Ostatni raz pomachał Lumowi i wsi-

adł  do samochodu. Wkrótce zakład został daleko za nimi. Joenes znów był wolny, związany 
jedynie obietnicą wykładów na Uniwersytecie Św. Stefana Wooda. Niepokoił go jedynie fakt, 
że nie wiedział, czego ma uczyć.

 8. O tym, jak Joenes nauczał i czego się nauczył

(Opowiedziane przez Maubingi z Tahiti)

Niebawem przybyli  na Uniwersytet Św. Stefana Wooda, znajdujący się  w Newark, w 

stanie New Jersey. Oczom Joenesa ukazał się wielki, zielony teren kampusu i niskie budynki 
o miłych dla oka kształtach. Fols opisał budynki jako Gretz Hali, Waniker Hali, internat, aulę, 
laboratorium fizyczne, hotel  akademicki, bibliotekę, kaplicę, laboratorium  chemiczne, nowe 
skrzydło  i  stare  Scarmuth. Za  uniwersytetem  płynęła rzeka Newark, a  na jej  szarobrunatnej 
wodzie  widać  było czasem  plamy ochry  z elektrowni  atomowej, która  stała  w górze  rzeki. 
Niedaleko  wyrastały  kominy  fabryczne  przemysłowego  Newark,  a  naprzeciw  kampusu 
biegła  ośmiopasmowa  autostrada.  To  wszystko,  jak  zauważył  dziekan  Fols,  czyniło  klasz-
torne akademickie życie nieco mniej oderwanym od rzeczywistości.

Joenesowi  przydzielono  pokój  w  hotelu  akademickim  i  zabrano  go  na  wydziałowe 

przyjęcie, gdzie spotkał nowych kolegów. Był tam profesor Carpe, szef Wydziału Anglistyki, 
który na chwilę wyjął fajkę z ust, żeby powiedzieć:

— Witam na pokładzie, Joenes. Jeśli tylko mógłbym coś dla pana zrobić, proszę walić 

śmiało.

Chandler z Katedry Filozofii rzekł:
— Witam!
Zaś Blake z Wydziału Fizyki rzekł:
—  Mam  nadzieję,  że  nie  jest pan  jednym  z tych kolesi  humanistów,  którzy czują się 

powołani  do atakowania  E=mc

2

.  Chodzi mi o to,  że,  do  cholery, tak  po prostu wyszło i  nie 

musimy  za to nikogo przepraszać. Przedstawiłem ten punkt widzenia w książce Świadomość 
fizyka nuklearnego i wciąż się pod nim podpisuję. Napije się pan czegoś?

Hanley z Wydziału Antropologii powiedział:

background image

— Z pewnością będzie pan bardzo miłym gościem na moim wydziale, panie Joenes.
Dalton z Katedry Chemii rzekł:
— Cieszę się, że jest pan z nami na pokładzie, Joenes, i witam na moim wydziale.
Geoffrard z Filologi Klasycznej dodał:
— Oczywiście najpewniej gardzi pan takimi starymi dziwakami jak ja.
Harris z Nauk Politycznych powiedział:
— Witam!
Manisfree z Wydziału Sztuk Pięknych zaś:
— Witam na pokładzie, Joenes. Nieźle pana obładowali, co?
Hoytburn z Konserwatorium rzekł:
— Chyba  czytałem  pańską rozprawę, Joenes.  I  muszę  zauważyć, że nie  do  końca się 

zgadzam  z pańską analogią, w której  użył pan nazwiska  Monteverdi. Oczywiście nie jestem 
ekspertem w pańskiej dziedzinie, lecz równocześnie pan nie jest ekspertem w mojej. To nieco 
utrudnia analogie, prawda? Tak czy siak witam na pokładzie.

Ptolemeusz z Wydziału Matematyki powiedział:
— Joenes? Chyba czytałem pański doktorat poświęcony podwójnemu systemowi war-

tości. Wydał mi się zupełnie niezły. Chce pan jeszcze jednego drinka?

Shan Lee z Romanistyki rzekł:
— Witam na pokładzie, Joenes. Mogę panu postawić kolejkę?
Na  takich  i  wielu  podobnych  miłych  rozmowach  upłynął  wieczór.  Joenes  dyskretnie 

próbował się  dowiedzieć, czego ma  uczyć, rozmawiając z tymi profesorami, którzy zdawali 
się coś wiedzieć o jego  przedmiocie. Jednak panowie  ci, może przez wrodzoną  delikatność, 
ani razu nie wymienili nazwy jego dziedziny. Woleli opowiadać o własnych przedmiotach.

Kiedy zatem ta próba zawiodła, Joenes wyszedł na zewnątrz i spojrzał na tablicę infor-

macyjną. Jedyna notatka dotycząca jego osoby głosiła, że zajęcia pana Joenesa rozpoczną się 
o jedenastej w sali sto czterdzieści trzy  w nowym skrzydle, nie zaś w sali trzysta czterdzieści 
jeden w Waniker Hali, jak to poprzednio ogłoszono.

Joenes zastanawiał się, czy nie wziąć na stronę jednego z profesorów, może Chandlera, 

który —  jako filozof  —  niewątpliwie  brał  pod  uwagę  podobne  okoliczności,  i  zapytać  go 
wprost, czego ma uczyć. Powstrzymała go jednak wrodzona nieśmiałość. Wreszcie przyjęcie 
się skończyło i Joenes, nie dowiedziawszy się niczego, udał się do swojego pokoju w hotelu 
akademickim.

Następnego ranka, gdy Joenes, stanął  przed drzwiami sali  sto czterdzieści trzy, poraził 

go nagły atak tremy. Zastanawiał się nawet przez chwilę, czy by nie uciec z uniwersytetu. Ale 
spodobało mu się to, co z życia uniwersyteckiego zdążył  dotychczas poznać, i nie  zamierzał 
porzucić tego wszystkiego z tak błahego  powodu. Dlatego zacisnął zęby i pewnym krokiem 
wszedł do klasy.

Na sali zapanowała cisza. Studenci z żywym zainteresowaniem przyglądali się nowemu 

wykładowcy. Joenes od  razu wziął się w garść i  z udaną pewnością siebie, która  często  jest 
lepsza od prawdziwej, zwrócił się do sali.

—  Moi  drodzy,  myślę,  że  na  samym  wstępie  powinienem  ustalić  parę  rzeczy.  Ze 

względu na nietypowy charakter mojego kursu niektórzy z was mogli odnieść wrażenie, że to 
łatwizna  i że  będą  mogli  potraktować  moje  wykłady jako czas na  odpoczynek. Tym,  którzy 
tak myślą, radzę  od razu przenieść  się na  kurs rzeczywiście  odpowiadający  ich  oczekiwan-
iom.

Po tych słowach w sali zapanowała skupiona cisza.

background image

—  Niektórzy  z was  —  kontynuował  Joenes —  słyszeli  może,  że  mam  opinię  łagod-

nego. Zapomnijcie o tym.  Będę oceniał  surowo, ale  sprawiedliwie. I nie  zawaham  się oblać 
całej grupy, jeśli zajdzie taka konieczność.

Cichy  jęk  rozpaczy wydobył  się  z  ust  paru  studentów.  Po  wystraszonych  twarzach 

siedzących najbliżej Joenes zorientował się, że zapanował nad sytuacją. Dlatego odezwał się 
już łagodniejszym tonem:

—  Mam  nadzieję,  że  teraz  poznaliście  mnie  trochę  lepiej.  Pozostało  mi  zatem  tym, 

którzy wybrali ten kurs z czystego głodu wiedzy, powiedzieć: witam na pokładzie!

Studenci powoli się odprężyli.
Przez  następne  dwadzieścia  minut  Joenes  zajmował  się  zapisywaniem  nazwisk  stu-

dentów  i  ustalaniem,  gdzie  siedzą.  Kiedy  zanotował  ostatnie  nazwisko,  przyszedł  mu  do 
głowy szczęśliwy pomysł, który zaraz wprowadził w życie.

— Panie Ethelred — zwrócił się do inteligentnie wyglądającego studenta z pierwszego 

rzędu — czy mógłby pan podejść  do  tablicy i  zapisać pełną nazwę  tego  kursu wielkimi lit-
erami, tak byśmy wszyscy mogli ją przeczytać?

Ethelred  głośno  przełknął  ślinę,  spojrzał  na  otwarty  notatnik,  a  potem  podszedł  do 

tablicy i napisał: „Wyspy południowo–zachodniego Pacyfiku: most łączący dwa światy”.

—  Bardzo  dobrze  —  pochwalił  Joenes.  — A teraz,  panno  Hua,  będzie  pani  łaskawa 

wziąć  kredę  i  napisać  krótkie  streszczenie  tematyki,  którą  będziemy  poruszać  podczas 
naszych zajęć.

Panna Hua — bardzo wysoka, skromna okularnica, w której Joenes instynktownie roz-

poznał  obiecującą  studentkę  —  napisała:  „Ten  cykl  wykładów  poświęcony został  kulturze 
wysp południowo — zachodniego Pacyfiku. Szczególny  nacisk kładzie na ich sztukę, naukę, 
muzykę, rzemiosło, folklor, kodeks moralny, psychologię i filozofię. W jego zakres wchodzi 
także  szukanie  podobieństw  między kulturą  wysp  południowo  —  zachodniego  Pacyfiku  a 
kulturą Azji (korzenie) i Europy (zapożyczenia)”.

— W porządku, panno Hua — powiedział Joenes.
Teraz  już  znał  swój  przedmiot.  Nie  rozwiązywało  to  oczywiście  reszty  problemów. 

Joenes  pochodził  z  Manituatua  leżącej  w  sercu  południowego  Pacyfiku,  zaś  o  obszarze 
południowo–zachodniego  Pacyfiku,  który,  jak  sądził,  obejmował  Wyspy  Salomona,  Wyspy 
Marshalla  i  Karoliny,  wiedział  bardzo  niewiele.  O  kulturze  Europy  i  Azji,  z którymi  miał 
porównywać kulturę wysp, nie miał natomiast pojęcia.

Wprawdzie było to wielce  deprymujące, jednak Joenes był pewien, że poradzi sobie z 

tymi brakami. Ucieszył się też, widząc, że czas zajęć dobiegł końca.

— Dziś mówię  wam już do  widzenia  czy też aloha — zwrócił się do studentów. — 1 

cieszę się, że będziemy razem pracować.

Tymi słowami Joenes zwolnił klasę. Gdy sala opustoszała, zjawił się dziekan Fols.
— Proszę nie wstawać — powstrzymał Joenesa — ta wizyta ma charakter, by tak rzec, 

nieoficjalny. Chciałem tylko, żeby  pan wiedział, że stałem na zewnątrz i przysłuchiwałem się 
pańskim słowom.

Popieram je gorąco. Udało  się panu do nich trafić,  Joenes.  Bałem się, że  będzie miał 

pan  nieco  kłopotów,  bo  pański  kurs  wybrała  większość  naszej  międzynarodowej  drużyny 
koszykarskiej.  Jednak  wykazał  się  pan  tą  elastyczną  pewnością  siebie,  która  jest  chwałą 
prawdziwego  pedagoga.  Gratuluję  i  wróżę  panu  długą,  pełną  sukcesów  karierę  na  tym 
uniwersytecie.

— Dziękuję bardzo — odparł Joenes.

background image

— Proszę nie dziękować — rzekł Fols ponuro. — Moja ostatnia przepowiednia dotyc-

zyła  profesora  barona  Moltkego,  człowieka  niezwykle  błyskotliwego  na  polu  matematyc-
znych sofizmatów.  Wróżyłem  mu  wielką  przyszłość, ale  biedny Moltke  oszalał trzy dni  po 
rozpoczęciu semestru i zabił trzech członków drużyny futbolowej.

Przegraliśmy  tego  roku  z  Amherst,  ja  zaś  odtąd  nie  dowierzam  już  swojej  intuicji. 

Mimo to powodzenia, Joenes. Być może jestem tylko zarządcą, ale wiem, co lubię.

Fols  skinął  głową  i  opuścił  salę.  Po  chwili  Joenes  również wyszedł  i  pośpieszył  do 

miejscowej  księgarni,  by  zaopatrzyć  się  w  odpowiednie  podręczniki.  Niestety,  wszystkie 
zostały sprzedane, a nowej dostawy można było się spodziewać najszybciej za tydzień.

Joenes udał się zatem do swojego pokoju, położył się na łóżku i oddał rozmyślaniom o 

intuicji  dziekana  Folsa  oraz  o  szaleństwie  biednego  Moltkego.  Przeklinał  zły  los,  który 
sprawił,  że  jego  studenci  wykupili  podręczniki,  zanim  zrobił  to  ich  wykładowca,  by 
zaspokoić o wiele bardziej palącą potrzebę. Próbował też wymyślić, co będzie robił  podczas 
następnych zajęć.

Kiedy znowu stanął twarzą w twarz ze studentami, wpadł mu do głowy pewien pomysł.
— Dzisiaj nie będę was uczył — rzekł. — To wy będziecie uczyć  mnie. Kultura wysp 

południowo  —  zachodniego  Pacyfiku,  jak  z  pewnością  wiecie,  jest  niezwykle  podatna  na 
błędne  interpretacje.  Zanim  zatem  zaczniemy  właściwy  cykl  wykładów,  chciałbym  dow-
iedzieć się, co wy wiecie na jej temat. Nie bójcie się powiedzieć  czegoś, czego sami  nie jes-
teście  pewni.  Na  razie  naszym  celem  jest poznać  jak najlepiej  wasze wyobrażenia. Później 
możemy  je  sprostować,  o  ile  zajdzie  taka  potrzeba.  W  ten  sposób,  zostawiwszy  na  boku 
wszystkie błędne wiadomości, będziemy mogli świeżymi umysłami poznać istotę tej kultury, 
słusznie  nazwanej  „mostem  łączącym  dwa  światy”.  Skoro wszystko jest jasne, panno Hua, 
czy mogłaby pani zacząć dyskusję?

Joenesowi  udało  się  nakłonić  studentów  do  mówienia  podczas  następnych  sześciu 

wykładów i zebrać w ten sposób wielką liczbę sprzecznych informacji na temat Europy, Azji 
i  rejonu  południowo–zachodniego Pacyfiku. Kiedy  któryś  ze  studentów pytał,  czy dana  in-
formacja jest prawdziwa, Joenes uśmiechał się i mówił:

— Zachowam komentarz na później. Teraz proszę kontynuować.
Na  siódmych  zajęciach  studenci  nie  mieli  już  zupełnie  nic  do  powiedzenia.  Joenes 

wygłosił  wtedy wykład o  transformatorach  elektrycznych  na  wyspach  Pacyfiku.  Uciekając 
się  do  różnych anegdot, ciągnął  ten  temat przez kilka kolejnych  zajęć. Gdy  zdarzyło się,  że 
jakiś student zadał pytanie, na które Joenes nie znał odpowiedzi, mówił:

— Wspaniale, Holingshead! Pańskie pytanie trafia w sedno. Na następne zajęcia proszę 

znaleźć na nie odpowiedź i  przedstawić  ją w formie pisemnej na — powiedzmy  — czterech 
stronach maszynopisu?

W  ten  sposób  Joenes  skutecznie  zniechęcał  do  zadawania  pytań,  szczególnie 

koszykarzy,  którzy bali  się  nadwerężyć  palce,  to  bowiem  naraziłoby ich  na  wykluczenie  z 
drużyny.

Jednak nawet uciekając się do takich wybiegów, Joenes wyczerpał w końcu całą swoją 

wiedzę.  Zdesperowany   urządził  test,  prosząc  studentów,  by  ocenili  słuszność  pewnych 
twierdzeń,  które  wygłoszono podczas zajęć. Oddając  mu sprawiedliwość, trzeba  zauważyć, 
że obiecał, iż wyniki testu nie będą miały wpływu na zaliczenie.

Nie  miał  pojęcia,  co  zrobi  potem.  Na  szczęście  jednak  nadeszła  spóźniona  dostawa 

książek i Joenes miał cały weekend, by je przestudiować.

background image

Szczególnie  przydatna  okazała  się  pozycja  zatytułowana.  Wyspy  południowo  — 

zachodniego Pacyfiku: most łączący dwa światy, napisana przez Juana Diego Alvareza de las 
Vegas y de Rivera.

Człowiek ten był kapitanem hiszpańskiej floty  skarbowej, zakotwiczonej na Filipinach, 

toteż, pomijając ciągłe inwektywy  pod adresem Francisa Drake’a, jego informacje wydawały 
się rzetelne.

Równie  użyteczna  okazała  się  inna  pozycja:  Kultura  wysp  południowo–zachodniego 

Pacyfiku: ich sztuka, nauka, muzyka, rzemiosło, folklor, kodeks moralny, psychologia  i  filo-
zofia  oraz  podobieństwa  między  tą  kulturą  a kulturą Azji  (korzenie) oraz Europy  (zapożyc-
zenia)
. Autorem  książki był  szlachetny Alla  Flint–Mooth K.J.B.,  D.B.E.,  L.C.T.,  były asys-
tent gubernatora Fidżi i głównodowodzący ekspedycji karnej na Tonga z 2003 roku.

Z  pomocą  tych  dzieł  Joenesowi  zwykle  udawało  się  wyprzedzać  studentów  o  jedną 

lekcję. Jeśli zaś z takich czy innych przyczyn pozostał w tyle, zawsze mógł zrobić test z prze-
robionego już materiału. Najlepsze jednak było to, że wysoka okularnica, panna Hua, zgłosiła 
się,  że  będzie  sprawdzać  i  oceniać  prace.  Joenes  był  wdzięczny oddanej  dziewczynie,  że 
wyręczyła go w tym najnudniejszym z nauczycielskich obowiązków.

Życie  zaczęło  płynąć  monotonnie.  Joenes  wykładał  i  robił  testy,  a  panna  Hua  po-

prawiała  je i  oceniała.  Studenci  szybko  przyswajali  materiał, pisali sprawdziany i o  wszyst-
kim zapominali. Jak inne młode, żywotne organizmy, odrzucali wszystko, co szkodliwe, kło-
potliwe, stresujące albo nudne. Oczywiście odrzucali przy tym także to, co potrzebne, rozwi-
jające i pobudzające do myślenia. Może i należało żałować tego stanu rzeczy, ale stanowił on 
część procesu nauczania i każdy nauczyciel musiał się do tego przyzwyczaić. Jak powiedział 
Ptolemeusz z Katedry Matematyki:  „Zaletą  edukacji  uniwersyteckiej  jest to,  że  zbliża  mło-
dych ludzi do nauki. Studenci  z akademika  Goodenough mają  mniej niż trzydzieści  metrów 
do biblioteki, nie  więcej  niż pięćdziesiąt metrów do laboratorium fizycznego i jedynie dzie-
sięć metrów do laboratorium chemicznego. Myślę, że to prawdziwy powód do dumy.

Tymczasem to właśnie nauczyciele najwięcej korzystali z uniwersyteckich udogodnień, 

choć  oczywiście  bardzo  ostrożnie.  Lekarz dyżurny  ostrzegł  ich  surowo  przed  niebezpiec-
zeństwem przedawkowania  nauki  i  skrupulatnie  wydzielał im tygodniowe  porcje  wiedzy. A 
jednak zdarzały się  wypadki. Stary Geoffrard  doznał  szoku, czytając  Satyrkon w oryginale, 
przekonany,  że  ma  do  czynienia  z  papieską  encykliką.  Potrzebował  kilku  tygodni  odpoc-
zynku, by dojść do siebie. Z kolei Devlin, wykładowca z Anglistyki, przez pewien czas cier-
piał  na  amnezję  po  przeczytaniu  Moby Dicka,  odkrył  bowiem, że  nie  jest w  stanie  przed-
stawić solidnej religijnej interpretacji tego dzieła.

Niebezpieczeństwa  takie  stanowiły zwykłe  ryzyko  zawodowe,  z  którego  nauczyciele 

byli  raczej  dumni.  Jak  powiedział  antropolog  Hanley:  „Nurek  drążący  tunele  pod  dnem 
morza  ryzykuje,  że  pochłonie  go  mokry   piasek,  my  ryzykujemy,  że  pochłoną  nas  stare 
książki”.

Hanley prowadził badania nad takimi nurkami i wiedział, co mówi.
Studenci,  poza  nielicznymi  wyjątkami,  nie  narażali  się  na  podobne  ryzyko.  Ich  życie 

różniło się od życia profesorów. Część z nich zachowała noże i łańcuchy rowerowe z czasów 
liceum  i  wieczorami  wychodziła  w  poszukiwaniu  podejrzanych  osobników.  Inni  studenci 
brali udział w międzyuczelnianych balangach, do których próby odbywały się co tydzień we 
Freedom  Hali. Jeszcze  inni  zajmowali  się  sportem. Zarówno  w dzień, jak  i  w nocy  można 

background image

było  oglądać  na  przykład  trenujących  koszykarzy.  Umieszczali  oni  w  koszu  piłkę  tak 
mechanicznie i z taką regularnością jak roboty w fabryce, które skądinąd wciąż pokonywali.

Byli w końcu i tacy, którzy zaczynali okazywać zainteresowanie polityką. Ci intelektu-

aliści, jak ich nazywano, dla treningu i ze względu  na  usposobienie  odwiedzali wiece liber-
alne oraz konserwatywne. To właśnie  uniwersyteccy konserwatyści  niemal  doprowadzili do 
elekcji  Johna  Smitha  podczas ostatnich wyborów prezydenta  Stanów Zjednoczonych.  Fakt, 
że  Smith  nie  żył  od  dwudziestu  lat,  nie  osłabiał  ani  trochę  ich  zapału.  Nawet  przeciwnie, 
wielu z nich uważało ów fakt za największą zaletę kandydata.

I zapewne wygraliby, gdyby nie to, że  większość  głosujących  przestraszyła się  prece-

densu. Obawy  elektoratu sprytnie wykorzystali liberałowie, którzy oświadczyli:  „Nie mamy 
nic przeciwko Johnowi Smithowi, świeć Panie nad jego duszą, i wielu z nas wierzy, że byłby 
niepowtarzalną  ozdobą  Białego  Domu. Ale  co  by  się  stało,  gdyby w  przyszłości  zły  trup 
został wybrany na stanowisko publiczne?”. Te argumenty przeważyły.

Uniwersyteccy  liberałowie  natomiast  zwykle  wychodzili  porozmawiać  ze  starszymi 

kolegami. Woleli  uczęszczać  na  specjalistyczne  zajęcia  poświęcone  wojnom  partyzanckim, 
konstrukcji bomb i użyciu lekkiej  broni. Jak zazwyczaj mówili:  „Nie wystarczy  zareagować 
na działania Czerwonych. Trzeba stosować ich metody, zwłaszcza w propagandzie, infiltracji, 
w wywoływaniu przewrotów oraz kontroli politycznej”.

Uniwersyteccy konserwatyści  od czasu przegranych  wyborów woleli zachowywać się 

tak, jakby od  zwycięstwa  generała  Pattona  nad  Persami  w czterdziestym  piątym  nic  się  na 
świecie nie wydarzyło. Siadywali często w pubach i śpiewali „Sagę o Omaha Beach”. Lepiej 
wykształceni potrafili zaśpiewać tę piosenkę czystą greką.

Joenes  obserwował  to  wszystko  i  nadal  wykładał  kulturę  rejonu  południowo  — 

zachodniego  Pacyfiku.  Był  bardzo  zadowolony ze  swego  uniwersyteckiego  otoczenia,  a  i 
koledzy powoli zaczynali go akceptować. Na początku mieli oczywiście pewne obiekcje.

Carpe z Anglistyki powiedział:
— Wydaje mi się, że Joenes nie uznaje Moby Dicka za integralną część kultury rejonu 

południowo — zachodniego Pacyfiku. Dziwne.

Blake z Katedry Fizyki powiedział:
— Dziwne, że przeoczył nader istotną sprawę, a mianowicie fakt nieobecności nowoc-

zesnej teorii kwantowej w życiu wyspiarzy. To mówi samo za siebie.

Hotyburn z Konserwatorium rzekł:
—  Nie  rozumiem,  dlaczego  nie  wspomniał  o  pieśniach  kościelnych,  które  miały tak 

wielki wpływ na tamtejszą muzykę ludową.

Ale to jego wykłady.
Shan Lee z Romanistyki powiedział:
— Wygląda na to, że Joenes nie  uznał za stosowne wypowiedzieć  się  na temat drugoi 

trzeciorzędnych  wpływów  języka  francuskiego  na  technikę  transpozycji  czasownikowej  na 
terenie  południowo — zachodniego Pacyfiku. Oczywiście jestem  tylko lingwistą, ale wyda-
wało mi się, że to sprawa dość istotna.

Były też skargi  od innych profesorów, których dziedziny zostały tylko zaznaczone, źle 

zinterpretowane lub nie pojawiły się w ogóle. Te sprawy mogły z czasem okazać się  kością 
niezgody między Joenesem  i  jego  kolegami. Jednak niebezpieczeństwo  to  zażegnał  filozof 
klasyczny Geoffrard.

Ten dostojny starzec, starannie przemyślawszy sprawę rzekł:

background image

— Z pewnością gardzicie takim  starym dziwakiem  jak  ja, ale co tam. Myślę, że  facet 

jest w porządku.

Serdeczna  rekomendacja  Geoffrarda  przyniosła  Joenesowi  wiele  dobrego.  Inni  profe-

sorowie stali się mniej wojowniczy i bardziej otwarci, niemal przyjaźni. Zaczęto częściej za-
praszać Joenesa na małe przyjęcia i koleżeńskie wieczorki. Wkrótce wątpliwa pozycja profe-
sora bawiącego z gościnnymi wykładami odeszła w zapomnienie i Joenes został zaakceptow-
any przez środowisko profesorskie. Jego pozycja  wśród kolegów osiągnęła  szczyty wkrótce 
po zakończeniu semestru wiosennego. Wtedy to podczas przyjęcia z okazji początku wakacji 
profesorowie  Harris  i  Manisfree  zaprosili  Joenesa  na  nocną  eskapadę  w  pewne  miejsce 
położone wysoko w Górach Adirondack.

 9. Potrzeba utopii

(Kolejne cztery opowieści dotyczą przygód Joenesa w utopii.

Zostały zebrane przez Pelui z Wyspy Wielkanocnej)

Wcześnie rano w sobotę Joenes i pozostali profesorowie wsiedli do starego auta Manis-

free’ego  i  wyruszyli  w podróż do  wspólnoty Chorowait w Górach Adirondack.  Chorowait, 
jak się tego dowiedział Joenes, była osadą, którą finansował  uniwersytet, zamieszkaną przez 
idealistki i idealistów, którzy  wycofali się ze świata, by ocalić przyszłe pokolenia. Chorowait 
stanowiła eksperyment, i to bardzo ambitny eksperyment. Chodziło o to, by dostarczyć  świ-
atu  idealnego,  modelowego  społeczeństwa.  Wspólnota  Chorowait  miała  urzeczywistnić 
utopię.

— Myślę — odezwał się Harris — że potrzeba utopii jest oczywista. Podróżowałeś po 

kraju, Joenes, na własne oczy widziałeś upadek naszych instytucji i apatię obywateli.

— Rzeczywiście, zauważyłem coś takiego — odparł Joenes.
—  Przyczyny tego  stanu  rzeczy są  bardzo  złożone  —  ciągnął  Harris.  —  Wydaje  się 

nam jednak, że największy problem leży w świadomym braku zaangażowania się jednostki i 
w  jej  odseparowaniu  się  od  rzeczywistych  problemów.  To  oczywiste  szaleństwo,  na  które 
składają  się:  wycofanie  się  oraz  budowanie  wyimaginowanego  świata,  dużo  przyjem-
niejszego niż cokolwiek w świecie realnym.

— My, którzy pracujemy nad eksperymentem Chorowait — odezwał się Manisfree — 

utrzymujemy, że jest to choroba społeczna i że może ją uleczyć jedynie społeczne lekarstwo.

— Co więcej — rzekł Harris — zostało bardzo niewiele czasu.
Widziałeś,  jak  szybko  wszystko  się  psuje.  Prawo  to  farsa.  Kara  nie  ma  już  żadnego 

znaczenia, cnota nie znajduje nagrody. Religia niesie przestarzałe przesłanie  ludziom, którzy 
ledwie  utrzymują  chwiejną  równowagę  między  apatią  i  szaleństwem.  Filozofowie  głoszą 
doktryny, których nikt poza  nimi  nie  jest w stanie  zrozumieć.  Psychologia  walczy o to, by 
zdefiniować zachowanie wedle wzorów martwych już od pięćdziesięciu lat. Ekonomia stawia 
nam  za cel bezustanną ekspansję, rzekomo niezbędną, aby nadążyć za szalonym przyrostem 
naturalnym. Nauki  ścisłe uczą, jak podtrzymywać tę ekspansję, dopóki ostatni metr kwadra-
towy nie zostanie  zajęty  przez wciąż niezadowolonych  ludzi.  Moja  dziedzina,  polityka,  nie 
daje  nic,  jedynie  kilka  sztuczek, które  będą  powstrzymywać  te  ogromne  siły  do  chwili,  aż 
wszystko się załamie i wybuchnie.

— Tylko niech ci się nie wydaje — rzekł  Manisfree — że sami nie poczuwamy się do 

winy za tę sytuację. Choć bowiem my, nauczyciele, uważamy  się za bardziej świadomych niż 
inni, to jednak do tej pory woleliśmy trzymać się z daleka od życia publicznego. Praktyczni, 

background image

trzeźwo myślący, pochłonięci sprawami tego świata ludzie zawsze nas przerażali: w pewnym 
sensie to właśnie oni przez swoją trzeźwość sprawili, że przyjęliśmy taką postawę.

—  Izolacja  nie  jest  naszym  jedynym  grzechem  —  zauważył  antropolog  Hanley.  — 

Zwróć uwagę, że choć nauczaliśmy, to jednak z marnym  skutkiem.  Kilku obiecujących stu-
dentów  zostało  nauczycielami  i  w  ten  sposób  uciekło  od  świata  jak  my.  Reszta  jakoś 
przetrwała nasze usypiające wykłady, gotowa w każdej chwili wyjechać i zająć swoje miejsce 
w szalonym świecie. Nie dotarliśmy do nich,

Joenes. Nie poruszyliśmy ich i nie nauczyliśmy myśleć.
—  W  rzeczywistości  —  odezwał  się  fizyk  Black  —  uczyniliśmy   coś  wręcz  prze-

ciwnego. Zaszczepiliśmy  większości naszych studentów nienawiść do myślenia. Nauczyli się 
spoglądać  na  kulturę  z wielką  podejrzliwością,  ignorować  etykę  i  traktować  wiedzę  jako 
narzędzie do zarabiania  pieniędzy. To nasza wina. Ponieśliśmy  porażkę, a jej rezultatem  jest 
dzisiejszy świat.

Profesorowie umilkli na chwilę. W końcu odezwał się Harris:
— Tak przedstawiają  się  nasze  problemy.  Sądzę jednak,  że  zbudziliśmy się  z letargu. 

Zaczęliśmy działać: zbudowaliśmy Chorowait. Mam tylko nadzieję, że się nie spóźniliśmy.

Joenes miał mnóstwo pytań na temat osady, która miała przyczynić się do rozwiązania 

tak wielkich problemów, ale profesorowie nie chcieli nic więcej powiedzieć.

— Wkrótce zobaczysz Chorowait na własne oczy — rzekł Manisfree. — Wtedy będzi-

esz mógł ją ocenić, nie zaś na podstawie naszych opowieści.

— Muszę dodać — włączył  się  Blake  — że nie  powinieneś poczuć się rozczarowany, 

gdy zobaczysz, że niektóre pomysły zrealizowane w Chorowait nie są zupełnie nowe. Innymi 
słowy, nie sądź pochopnie, jeśli  niektóre  teoretyczne  zasady  rządzące życiem w  Chorowait 
wydadzą  ci  się  przestarzałe i  niemodne. W końcu nie chodziło  nam przede wszystkim  o to, 
żeby nasza wspólnota była nowoczesna.

— Z drugiej strony  — odezwał się chemik Dalton — nie powinieneś krytykować tego, 

co  nowatorskie  i  niecodzienne.  Musieliśmy  improwizować,  aby  spuściznę  przeszłości 
dopełnić nowymi rozwiązaniami. Skłonność  do wprowadzenia nowych, obiecujących połąc-
zeń sprawia, że nasza praca ma ogromne znaczenie zarówno teoretyczne, jak i praktyczne.

Inni profesorowie też chcieli dodać  parę słów, aby Joenes dobrze wszystko zrozumiał, 

ale Manisfree powściągnął ich zapał. Niech Joenes wszystko sam zobaczy i oceni.

Tylko uparty Blake nie potrafił powstrzymać się od uwagi:
— Jakkolwiek ocenisz ten eksperyment, Joenes, jestem pewien, że znajdziesz w Chor-

owait rzeczy, które cię zaskoczą.

Profesorowie  jeszcze  zachichotali  na  znak  aprobaty,  a  potem  zapadła  cisza.  Joenes 

gorąco zapragnął zobaczyć efekty  ich pracy, a jego niecierpliwość rosła w miarę zbliżania się 
do celu.

W końcu znaleźli się  w górach. Stary  samochód  Manisfree’ego  charczał  i sapał, pnąc 

się po serpentynach drogi. W pewnym  momencie  Blake dotknął ramienia Joenesa i  wskazał 
na wysoką, zieloną górę znajdującą się w pewnym oddaleniu od innych. Joenes domyślił się, 
że to Chorowait.

Jak działo utopia

Auto Manisfree’ego z mozołem wspinało się wyboistą  drogą  wiodącą zboczem  Chor-

owait.  Na  końcu  stanęli  przed  drewnianym  szlabanem.  Tutaj  zostawili  samochód  i  dalej 

background image

poszli  pieszo.  Najpierw  szli  dość  wąską,  zakurzoną  drogą,  potem  ścieżką  przez  las,  aż 
wreszcie musieli przedzierać się przez gąszcz, orientując się jedynie po nachyleniu terenu.

Wszyscy  profesorowie  zdążyli  się  strasznie  zasapać,  zanim  w  końcu  powitało  ich 

dwóch mężczyzn z Chorowait. Odziani byli w skóry z jelenia, każdy z nich miał łuk i  kołc-
zan pełen strzał. Byli opaleni  i czerstwi i zdawali  się  tryskać  zdrowiem  i  witalnością.  Niez-
wykle kontrastowali z przygarbionymi, bladymi profesorami o zapadłych piersiach.

Manisfree dokonał prezentacji:
— To Lunu — rzekł do Joenesa, wskazując na wyższego mężczyznę. — Jest przewod-

niczącym osady. A to Gat, niezrównany tropiciel.

Lunu zwrócił się do profesora w języku, którego Joenes nigdy dotąd nie słyszał.
— Wita nas — szepnął Dalton do Joenesa.
Gat odezwał się także.
— Mówi, że  w tym miesiącu pożywienia jest pod dostatkiem — przetłumaczył Blake. 

— Zaprasza nas, byśmy udali się z nim do wioski.

— W jakim języku oni mówią? — spytał Joenes.
—  Chorowaickim  —  rzekł  profesor Wisznu,  wykładowca  sanskrytu.  — To  sztuczny 

język, który stworzyliśmy — z ważnych powodów — specjalnie dla potrzeb osady.

—  Ponieważ  wiedzieliśmy  —  włączył  się  Manisfree  —  że  język  wpływa  na  kształt 

procesów myślowych, a także odzwierciedla rozwarstwienia etniczne i klasowe, z tego oraz z 
innych powodów uznaliśmy za konieczne wymyślić dla Chorowait zupełnie nową mowę.

— Mieliśmy przy tej robocie niezły ubaw — odezwał się Blake z lekkim uśmiechem.
—  Część  z nas  chciała  maksymalnie  uprościć  komunikację —  powiedział  antropolog 

Hanley.  —  Proponowaliśmy  serię  jednosylabowych  chrząknięć  w  nadziei,  że  taki  język 
będzie służył za naturalny filtr dla ludzkich uniesień i destrukcyjnych często myśli.

—  Inni  —  rzekł  filozof  Chandler  —  chcieli  skonstruować  język  niezwykle  skom-

plikowany, o wielu poziomach abstrakcji. Sądziliśmy, że takie rozwiązanie będzie służyć tym 
samym celom, co maksymalne uproszczenie, lecz równocześnie lepiej dostosuje się do ludz-
kich potrzeb.

— Mieliśmy kilka zabawnych potyczek! — przypomniał Dalton.
— W końcu — rzekł Manisfree — zdecydowaliśmy się skonstruować język, w którym 

częstotliwość występowania samogłosek byłaby  taka jak w angielskim. Nie spodobało się to 
oczywiście  romanistom,  którzy  chcieli  wzorować  się  na  staroprowansalskim,  ale 
przegłosowaliśmy ich.

—  A  jednak  zaznaczyli  swój  wpływ  —  zauważył  profesor  Wisznu.  —  Bo  chociaż 

zachowaliśmy  anglosaską  częstotliwość  samogłosek,  to  wprowadziliśmy staroprowansalską 
wymowę.  Pozbyliśmy się  natomiast wszystkiego,  co  indoeuropejskie  w budowie  tematów 
słów.

— Czekał nas ogrom pracy — rzekł  Dalton. — Dzięki  Bogu panna  Hua odwaliła  całą 

papierkową robotę. To wstyd, żeby dziewczyna była tak brzydka.

— Pierwsze  pokolenie  Chorowaitów jest jeszcze  dwujęzyczne — wyjaśnił Manisfree. 

— Ale  ich dzieci,  a  w najgorszym  wypadku wnuki, będą  mówić  już tylko po chorowaicku. 
Mam nadzieję, że będę żył wystarczająco długo, żeby tego doczekać. Już teraz widać wpływ 
nowego języka na mieszkańców osady.

— Tylko pomyśl — rzekł Blake — w chorowaickim nie ma takich słów jak „homosek-

sualizm”, „kazirodztwo”, „gwałt” czy „morderstwo”.

background image

— Nazywamy  te rzeczy aleewadith — odezwał się Luna po angielsku. — To znaczy: 

rzeczy–o–których–się–nie–mówi.

— To dobrze pokazuje — rzekł Dalton — do czego może się przydać semantyka.
Lunu  i  Gat zaprowadzili  ich  do  Chorowait Przez resztę  dnia  Joenes zwiedzał  osadę. 

Zauważył, że domy osadników zbudowane są z kory brzozowej i młodych drzewek. Kobiety 
gotowały  na ognisku, przędły wełnę  owiec, które same hodowały, i zajmowały  się dziećmi. 
Mężczyźni  pracowali  na  stromych  zboczach  Chorowait,  orząc  ziemię  za  pomocą  drewni-
anych pługów, które sami skonstruowali. Inni  polowali w gęstym lesie lub łowili  ryby  w lo-
dowatych strumieniach Adirondack. Przynosili jelenie, króliki i pstrągi, którymi dzielili się z 
resztą wspólnoty.

W  całej  Chorowait nie  było  ani  jednego  przedmiotu  pochodzącego  z  fabryki.  Każde 

narzędzie wykonane zostało na miejscu. Nawet noże do garbowania skóry mieszkańcy  zrobili 
sami  z żelaza, które  wydobyli  z ziemi  Chorowait. Jeśli  czegoś nie mogli  zrobić  sami,  to się 
bez tego obywali.

Joenes przyglądał  się wszystkiemu w ciągu  dnia i  bardzo przychylnie  wypowiadał się 

na  temat samowystarczalności, pomysłowości  oraz satysfakcji,  jaką  ze  swego życia  najwy-
raźniej czerpali członkowie wspólnoty. Jednak profesor Harris, który mu towarzyszył, zdawał 
się przepraszać za ten aspekt życia w Chorowait.

— Musisz zrozumieć, Joenes — rzekł —  że to  tylko na  zewnątrz tak wygląda. Chor-

owait musi ci się wydawać jeszcze jedną ponurą próbą stworzenia sielanki.

Joenes nigdy  nie oglądał żadnych prób stworzenia sielanki ani nawet nie słyszał o nich. 

Odrzekł więc, że to, co widzi, wygląda zupełnie nieźle.

— Mam  nadzieję  — westchnął  Harris. — Podejmowano wiele podobnych  prób. Poc-

zątki  z reguły są  zachęcające,  ale  tylko nieliczne  eksperymenty wyszły poza fazę  wstępną. 
Sielanka ma swoje uroki, szczególnie gdy próbują  ją stworzyć  wykształceni i  zdeterminow-
ani idealiści. Jednak zwykle kończy się ona rozczarowaniem, cynizmem i rezygnacją.

— Czy tak będzie z Chorowait? — spytał Joenes.
— Oby  nie — odparł  Harris. — Mam  nadzieję, że dotychczasowe porażki czegoś nas 

nauczyły.  Dzięki  temu,  że  przestudiowaliśmy próby  stworzenia  utopii  w  przeszłości,  mo-
gliśmy  w  pewien  sposób  zabezpieczyć  naszą  wspólnotę.  W  jaki  sposób,  przekonasz się  w 
stosownym momencie.

Tego wieczoru Joenes spożył prosty i raczej niesmaczny posiłek składający  się z mleka, 

sera, przaśnego chleba i  winogron. Potem zabrano go do Haierogu, czyli  miejsca kultu. Był 
to prześwit w lesie, gdzie ludzie oddawali cześć Słońcu za dnia, a Księżycowi w nocy.

— Religia stanowiła pewien problem — szepnął Joenesowi Hanley, podczas gdy tłum 

leżał  plackiem  w  bladym  świetle  księżyca.  —  Nie  chcieliśmy  przejmować  żadnych  ele-
mentów  tradycji  judeochrześcijańskiej.  Podobnie  rzecz  miała  się  z hinduizmem  i  buddyz-
mem.  Właściwie  to  po  dłuższym  zastanowieniu  nic  nam  nie  odpowiadało.  Część  z  nas 
chciała załagodzić  sprawę  za  pomocą  bóstwa  T’iele z południowo–wschodniego  Zanzibaru. 
Inni  przedkładali  Starego  Człowieka  Dhavagna,  czczonego  przez  nieznany  bliżej  odłam 
Czarnych Thaiów. W końcu postanowiliśmy obdarzyć boską  mocą słońce  i  księżyc. Po pier-
wsze,  to  historyczny  precedens.  Po  drugie,  takie  bóstwa  mogliśmy przedstawić  władzom 
Nowego Jorku jako prymitywną formę chrześcijaństwa.

— To takie ważne? — spytał Joenes.
— Niezwykle! Zdziwiłbyś się, jak trudno o pozwolenie na prowadzenie takiej działal-

ności.  Musieliśmy  też  dowieść,  że  w  Chorowait panuje  wolna  konkurencja,  co  stanowiło 

background image

pewną  trudność,  gdyż  wspólnocie  niczego  nie  brakuje.  Na  szczęście  Gregorias  wykładał 
wtedy logikę i zdołał ich przekonać.

Wyznawcy Słońca  i Księżyca  kołysali się  i  zawodzili. Jakiś starszy człowiek o twarzy 

pomazanej żółtą gliną wystąpił naprzód i zaczął śpiewać po chorowaicku.

— Co on śpiewa? — spytał Joenes.
— Intonuje wyjątkowo piękną modlitwę — wyjaśnił Hanley. — To adaptacja ody pin-

daryjskiej autorstwa Geoffrarda. Ten fragment brzmi tak:

O Księżycu, skromnie przyodziany w najdelikatniejszą pajęczynę,
Miękko prześlizgujący się pośród wierzchołków drzew twojego ludu,
Wślizgujący się za Akropol ze strachu przed twym srogim kochankiem Słońcem,
Zroszonymi palcami dotykający białego marmuru Partenonu,
Tobie śpiewamy tę pieśń.
Pragnąc, by twe pełne miłości wstawiennictwo chroniło nas
Przed niebezpieczeństwem ciemności, i strzegło nas przez jedną krótką noc
Przed najgroźniejszą Bestią świata.

— To bardzo piękne — powiedział Joenes. — Co znaczy fragment o Akropolu i Parte-

nonie?

— Szczerze mówiąc  —  odparł  Harris — nie  jestem  do  końca  przekonany, żeby umi-

eszczenie  tego  fragmentu  było  właściwe.  Jednak  upierał  się  przy   nim  Wydział  Filologii 
Klasycznej.  Ponieważ zaś większość  decyzji  podjęły  Wydziały  Ekonomii, Antropologii, Fi-
zyki  i  Chemii,  zostawiliśmy  im  ten  Partenon.  W  końcu  wspólne  przedsięwzięcie  wymaga 
umiejętności kompromisu.

Joenes skinął głową.
— A co znaczą niebezpieczeństwo ciemności i najgroźniejsza Bestia świata?
Harris pokiwał głową i mrugnąwszy porozumiewawczo rzekł:
— Strach jest konieczny.

Na  noc  umieszczono  Joenesa  w  małej  chatce  zbudowanej  bez użycia  gwoździ.  Jego 

posłanie  z gałęzi  sosny  było  zachwycająco  proste  i  równocześnie niezmiernie  niewygodne. 
Udało  mu  się  w końcu  znaleźć  pozycję,  która  sprawiała  najmniej  bólu,  i  zapadł  w  płytką 
drzemkę.

Zbudziło  go dotknięcie  czyjejś ręki. Podniósł  wzrok i  ujrzał  niezwykle piękną  młodą 

kobietę, która pochylała się nad nim z czułym uśmiechem. Joenes w pierwszej chwili poczuł 
się zakłopotany, bo sądził, że kobieta  pomyliła chaty. Jednak ona  szybko dała mu do  zrozu-
mienia, że nie zaszła żadna pomyłka.

—  Mam  na  imię  Laka  —  przedstawiła  się.  —  Jestem  żoną  Kora,  przywódcy 

Młodzieżowego  Stowarzyszenia  Słonecznego.  Przyszłam,  żeby spać  dzisiaj  z tobą  i  zrobić 
wszystko, co w mojej mocy, żebyś poczuł się dobrze w Chorowait.

— Dziękuję — odrzekł Joenes. — Twój mąż wie, że tu jesteś?
—  To,  co wie  i  czego  nie  wie  mój  mąż,  zupełnie  mnie  nie  obchodzi  —  powiedziała 

Laka.  —  Kor  jest  człowiekiem  religijnym  i  wierzy  w  zwyczaje  Chorowait.  Naszym  zaś 
zwyczajem i religijnym obowiązkiem jest powitać gościa w ten sposób. Profesor Hanley  nie 
mówił ci o tym?

Joenes odparł, że antropolog Hanley nic nie wspominał na ten temat.

background image

— W takim razie spłatał  ci figla — powiedziała  Laka. — To właśnie profesor Hanley 

wprowadził ten zwyczaj. Zaczerpnął go z jakiejś książki.

— Nie miałem o tym pojęcia — odparł Joenes, robiąc miejsce Lace, która położyła się 

obok niego na sosnowym posłaniu.

— Słyszałam, że profesor Hanley gorąco bronił tego zwyczaju — powiedziała Laka. — 

Spotkał się z oporami Katedry Nauki. Utrzymywał jednak, że jeżeli ludzie potrzebują religii, 
to w równym stopniu potrzebują zwyczajów i obrzędów; i że te zwyczaje i obrzędy  powinny 
zostać opracowane przez eksperta. W końcu jego zdanie przeważyło.

—  Rozumiem  —  odrzekł  Joenes.  —  Czy  Hanley wprowadził  jeszcze  inne  podobne 

zwyczaje?

— Cóż — zaczęła Laka — mamy Saturnalia, Bachanalia, Misteria Eleuzyjskie, Święto 

ku  Czci  Dionizosa,  Dzień  Założycieli,  Wiosenne  i  Jesienne  Święto  Płodności,  Adorację 
Adonisa i…

W tym miejscu Joenes wtrącił, że w Chorowait jest bardzo wiele świąt.
— Tak — przyznała Laka. — To sprawia, że my, kobiety, jesteśmy bardzo zajęte. Jed-

nak  zdążyłyśmy już do tego przywyknąć. Mężczyźni  nie  za  bardzo  są  do  tego  przekonani. 
Szczerze kochają święta, ale stają się zazdrośni i zawzięci, kiedy chodzi o ich własne żony.

— Co wtedy robią? — spytał Joenes.
—  Korzystają  z  rady doktora  Broigna  z  Wydziału  Psychologii.  Biegną  prawie  pięć 

kilometrów przez gęsty las, potem wskakują do zimnego strumienia i płyną przeszło sto me-
trów,  następnie  tłuką  w  worek  treningowy  ze  skóry  jelenia  aż  do  skrajnego  wyczerpania. 
Temu skrajnemu wyczerpaniu, jak mówi doktor Broign, towarzyszy zawsze kompletna, choć 
czasowa utrata emocji.

— I zalecenia doktora odnoszą skutek? — spytał Joenes.
—  Wydają  się  niezawodne  —  powiedziała  Laka.  —  Jeśli  kuracja  nie  odnosi 

pożądanego  efektu  za  pierwszym  razem,  trzeba  ją  powtarzać  po  prostu  tak  często,  jak  to 
konieczne. Lekarstwo ma też tę zaletę, że rozwija muskulaturę.

— To bardzo interesujące — rzekł Joenes.
Gdy  tak  leżał obok  Laki,  poczuł  nagle, że  nie jest już zainteresowany dyskusjami  an-

tropologicznymi.  Przez  krótką  chwilę  zastanawiał  się,  czy  narzucanie  przez  Hanleya 
własnych  upodobań  członkom  wspólnoty  nie  było  niestosowne.  Potem  przypomniał  sobie 
jednak, że  społeczeństwa są zawsze  kształtowane  przez człowieka i  że upodobania Hanleya 
nie  są  gorsze  od innych, o których  słyszał, a od niektórych nawet lepsze. Joenes postanowił 
nie myśleć dłużej o tym problemie. Wyciągnął rękę, by dotknąć ciemnych włosów Laki.

Laka drgnęła i gwałtownie odwróciła się do niego.
— Co się stało? — spytał Joenes. — Czy nie powinienem dotykać twoich włosów?
— Nie o to chodzi — odparła Laka. — Problem w tym, że ja w ogóle nie lubię być do-

tykana. Wierz mi, to nie ma nic wspólnego z tobą. Taka po prostu jestem.

— To niezwykłe! — wykrzyknął Joenes. — A jednak dobrowolnie przybyłaś do osady i 

pozostajesz tu z własnej, nieprzymuszonej woli?

—  Tak  —  potwierdziła  Laka.  —  To  ciekawa  sprawa.  Wielu  cywilizowanych  ludzi, 

których pociąga  pierwotne  życie,  czuje  niechęć  do  tak zwanych uciech zmysłowych,  które 
profesorowie studiują z ogromnym  zainteresowaniem. Jeśli chodzi o mnie, a  mój przypadek 
nie  jest wyjątkiem, szczerze  kocham  góry i  pola,  sprawiają  mi  także  przyjemność  wszelkie 
zajęcia praktyczne, na przykład prace gospodarcze, łowienie ryb czy polowanie. Aby  mieć to 
wszystko, dobrowolnie powstrzymuję niechęć wobec doznań seksualnych.

background image

Joenesowi wydało się to zdumiewające. Zastanawiał  się  nad trudnościami, jakie  napo-

tyka  się  w  tworzeniu  społecznej  utopii.  Z zamyślenia  wyrwała  go  Laka,  moszcząc  się  na 
posłaniu. Wbrew swojej niechęci oplotła ramionami szyję Joenesa i  przyciągnęła  go do sie-
bie. Ale  ten  nie  czuł  już do niej  większego pociągu  niż do  drzewa  lub  chmury.  Delikatnie 
odsunął jej ręce, mówiąc:

— Nie, Laka, nie chcę nic robić wbrew tobie.
— Musisz! — jęknęła. — Taki jest zwyczaj!
— Nie jestem członkiem wspólnoty i nie muszę przestrzegać waszych zwyczajów.
— Chyba masz rację — zgodziła się Laka. — Mimo to wszyscy  inni profesorowie sto-

sują się do tego zwyczaju, a o jego słuszności czy  niesłuszności rozstrzygają dopiero później 
za dnia.

— Ich sprawa — odpowiedział Joenes niewzruszony.
— To  moja  wina —  powiedziała  Laka.  — Powinnam lepiej panować  nad  odruchami. 

Gdybyś tylko wiedział, jak gorąco modliłam się o panowanie nad sobą!

—  Nie  wątpię  —  powiedział  Joenes.  —  Samo  to,  że  zaproponowałaś  mi  gościnę, 

oznacza dopełnienie zwyczaju. Pamiętaj o tym, teraz wracaj już do swego męża.

— Wstydziłabym się — odrzekła Laka. — Inne kobiety  zorientowałyby  się, że coś jest 

nie  tak, gdybym wróciła  przed świtem, śmiałyby się ze mnie. A mój mąż byłby niezadowol-
ony.

— Ale czy nie jest zazdrosny i nie odczuwa potrzeby zemsty, kiedy to robisz?
— Oczywiście — przyznała Laka. — Co  za mężczyzna  byłby z niego, gdyby tak nie 

było?  Ale  żywi  także  wielki  respekt  dla  nauki  i  głęboko  wierzy  w  zwyczaje  Chorowait. 
Dlatego upiera się, bym ich przestrzegała, chociaż rozdziera mu to serce.

— Musi być bardzo nieszczęśliwym człowiekiem — powiedział Joenes.
— Mylisz się. Mój mąż jest jednym  z najszczęśliwszych ludzi we wspólnocie. Wierzy 

bowiem,  że  prawdziwe  szczęście  to  szczęście  duchowe  i  można  je  osiągnąć  jedynie  na 
drodze cierpienia. Dlatego ból sprawia mu radość. Przynajmniej tak mówi. Prawie codziennie 
też stosuje się do zaleceń doktora Broigna, w związku z czym został najlepszym biegaczem i 
pływakiem wspólnoty.

Joenes  za  nic  nie  chciał  sprawić  bólu  mężowi  Laki,  nawet  gdyby  ten  ból  miał 

przysporzyć  mu  radości.  Nie  chciał  jednak  również  sprawiać  bólu  Lace,  odsyłając  ją  do 
domu. Wreszcie nie  zamierzał też sprawiać bólu sobie, robiąc  coś, co stało mu się  wstrętne. 
Nie  widząc  żadnego wyjścia  z sytuacji, Joenes powiedział  Lace, by spała w rogu chaty. To 
przynajmniej uchroni ją od wstydu w oczach innych kobiet.

Laka zimnymi ustami pocałowała go w czoło. Potem położyła się spać. Joenesowi wy-

dawało się, że teraz już nie zaśnie, ale na koniec także i on zapadł w drzemkę.

Niestety,  nie był  to jeszcze  koniec  wydarzeń. Joenes zbudził się  nagle  w środku nocy 

czujny i  przestraszony,  ale  nie  miał  pojęcia,  co  wyrwało  go  ze  snu.  Księżyc  już  zaszedł  i 
panowała  nieprzenikniona  ciemność.  Świerszcze,  nocne  ptaki  i  drobne  zwierzęta  leśne  za-
marły.

Joenes poczuł,  że  cierpnie  mu skóra.  Odwrócił się  w stronę  drzwi  pewien, że  to  mąż 

Laki przyszedł, aby  go zabić. Brał pod uwagę taką możliwość, gdyż miał  wątpliwości co do 
skuteczności kuracji doktora Broigna.

Po chwili zorientował się jednak, że to nie wzburzony mąż zmącił ciszę nocy, usłyszał 

bowiem  ryk  tak  przenikliwy,  że  nie  mógł  się  wydobywać  z ludzkiego  gardła. Gdy zapadła 

background image

cisza,  doszły  go  odgłosy  świadczące  o  tym,  że  jakieś  ogromne  stworzenie  przedziera  się 
przez gąszcze.

— Co to? — zapytał.
Laka  zerwała  się  na  równe  nogi  i  przylgnęła  do  Joenesa.  Sprawiała  wrażenie,  jakby 

opuściły ją siły.

— To Bestia! — wyszeptała.
— Myślałem, że Bestia to tylko mit — powiedział Joenes.
— Na Górze Chorowait nie ma mitów — odparła Laka. — Czcimy Słońce i Księżyc i 

one  są  prawdziwe. Boimy się  też Bestii,  która  jest równie  prawdziwa  jak skunks.  Czasami 
udaje się ją przebłagać, a czasami odpędzić. Ale dzisiaj przyszła, żeby zabić!

Joenes  nie  wątpił  w  to  ani  przez  chwilę,  zwłaszcza  że  usłyszał  uderzenie  potężnego 

ciała  o  ścianę  chaty.  Chociaż wykonano ją  z sezonowanego drewna  i  wzmocniono  palami, 
runęła pod naporem cielska Bestii. Podniósłszy oczy, Joenes ujrzał jej oblicze.

Bestia z utopii

Takiego stworzenia Joenes jeszcze nigdy  nie widział. Górna część jego ciała przypomi-

nała  tygrysa,  z tym  że  jego  masywny łeb  był  czarny,  a  nie  brązowo  — pręgowany. Tułów 
stworzenie  miało  podobny  do  ptasiego,  gdyż  tuż  za  ramionami  wyrastały  szczątkowe 
skrzydła.  Dół  jego  ciała  przypominał  węża:  ogon  był  dwa  razy  dłuższy  niż  tułów,  w 
najgrubszej  części  miał  grubość  ludzkiego  uda,  ponadto  łuszczył  się,  a  na  całej  długości 
pokrywały go kolce.

Wszystko  to Joenes dostrzegł  w ułamku  sekundy. Kiedy potwór  zbierał się  do skoku, 

Joenes chwycił mdlejącą Lakę w ramiona i uciekł. Bestia  nie pobiegła od razu za  nimi.  Za-
nim ruszyła w pościg, przez chwilę bawiła się w demolowanie chaty.

Joenesowi udało się  w tym  czasie  dołączyć do grupy myśliwych z wioski. Stali wszy-

scy, z Lunu na czele, z dzidami i strzałami uniesionymi w górę, gotowi do walki z Bestią. W 
pobliżu znajdował się także szaman i jego dwaj pomocnicy. Stara, pomarszczona twarz sza-
mana  pomalowana  była  ochrą  i  błękitem.  W  prawej  ręce  trzymał  czaszkę,  a  lewą  szperał 
gwałtownie w kupce magicznych przedmiotów. Jednocześnie klął na pomocników.

—  Idioci!  —  krzyczał.  —  Skandalicznie  niekompetentni  głupcy!  Gdzie  jest mech  z 

głowy trupa?

— Pod lewą stopą waszej świątobliwości — odparł jeden z pomocników.
— Co za pomysł, żeby go tam trzymać! — warknął szaman. — Podajcie mi go. A gdzie 

jest całun?

— W torbie waszej świątobliwości — rzekł drugi pomocnik.
Szaman wyjął  całun i  przeciągnął  przez oczodoły czaszki. Następnie wcisnął mech do 

jej otworów nosowych i zwrócił się do pomocników:

—  Ciebie, Huang,  wysłałem,  byś obserwował gwiazdy. A ciebie, Pollito,  byś odebrał 

wiadomość  od  świętego  złotego  jelenia.  Powiedzcie  mi  natychmiast,  czego  się  dow-
iedzieliście i czego bogowie żądają, aby powstrzymać Bestię.

Huang rzekł:
— Gwiazdy powiedziały, byśmy starli dzisiejszej nocy liście rozmarynu.
Szaman chwycił z kupki  magicznych  przedmiotów gałązkę rozmarynu i  przywiązał ją 

do czaszki za pomocą całunu, okręcając go trzy razy zgodnie z ruchem Słońca po niebie.

Pollito rzekł:

background image

—  Święty  złoty jeleń  powiedział,  aby  dać  czaszce  szczyptę  tabaki  i  już  nie  będzie 

więcej draki.

— Daruj sobie idiotyczne rymy — odparł szaman — i podaj mi tabakę.
— Nie mam tabaki, wasza świątobliwość.
— W takim razie, gdzie ona jest?
— Mówiliście, panie, żeście schowali ją w bezpiecznym miejscu.
— Oczywiście. Tylko w którym? — spytał szaman, szperając gwałtownie wśród skład-

ników.

— Może jest w Miejscu Wróżb? — zgadywał Pollito.
— Nie, nie sądzę — odparł szaman. — Niech pomyślę…
Bestia jednak nie dała mu czasu  na  myślenie. Wybiegła z chaty Joenesa  i  skoczyła w 

kierunku myśliwych. Tuzin strzał i dzid przeszył powietrze, brzęcząc jak wściekłe szerszenie. 
Ale  nie  dosięgły celu.  Bestia,  nawet  nie  draśnięta,  przedarła  się  przez  szereg  myśliwych. 
Szaman  i  jego  pomocnicy zdążyli  do  tego  czasu  pozbierać  swoje  rzeczy i  pobiegli  w  las. 
Myśliwi również rzucili się do ucieczki, jednakże Lunu i dwaj inni zdążyli zginąć.

Joenes podążył za myśliwymi, strach dodawał mu sił. Biegł, póki nie dotarł do polany, 

pośrodku której stał odkryty  kamienny ołtarz. Tutaj znalazł szamana i jego pomocników oraz 
trzęsących  się  ze  strachu  myśliwych,  którzy chowali  się  za  świątobliwym  mężem.  Wycie 
Bestii dobiegające z puszczy stawało się coraz głośniejsze.

Szaman grzebał w ziemi w pobliżu ołtarza, mówiąc:
—  Jestem  prawie  pewien,  że  schowałem  tabakę  gdzieś  tutaj.  Dziś  po  południu 

przyszedłem  poprosić  Słońce,  aby zechciało  ją  pobłogosławić.  Pollito,  pamiętasz, co z  nią 
wtedy zrobiłem?

— Nie  było mnie tu  —  odparł Pollito. —  Powiedzieliście  nam,  panie,  że idziecie  od-

prawić sekretny rytuał i że nie wolno nam iść z wami.

—  Oczywiście,  że  zabroniłem  wam  iść  ze  mną  —  rzekł  szaman,  grzebiąc  zawzięcie 

laską wkoło ołtarza — ale może mnie szpiegowaliście?

— Nigdy byśmy tego nie zrobili — rzekł Huang.
—  Cholerni  konformistyczni  głupcy!  —  zdenerwował  się  szaman.  —  Jak  chcecie 

zostać szamanami, nie podpatrując mnie przy każdej okazji?

W tym momencie na skraju lasu, mniej niż pięćdziesiąt metrów od ołtarza, pojawiła się 

Bestia. Równocześnie szaman schylił się i podniósł mały woreczek ze skóry jelenia.

—  Tu  jest,  oczywiście!  —  wykrzyknął.  —  Tuż pod  świętą  kolbą  kukurydzy,  gdzie 

zakopałem ją  dziś po  południu. Czy któryś z was, ułomne imbecyle, poda  mi jeszcze jeden 
całun?

Pollito  natychmiast  wykonał  polecenie.  Z  wielką  zręcznością  szaman  przywiązał 

woreczek  do  żuchwy  czaszki,  okręcając  go  trzykrotnie.  Potem  chwycił  czaszkę  mocno  i 
rzekł:

— O czymś zapomniałem? Chyba nie. Teraz patrzcie, ciamajdy, jak to się robi.
Szaman wyszedł  naprzeciw Bestii, ściskając obiema dłońmi czaszkę. Joenes, myśliwi i 

dwaj  pomocnicy stali  z otwartymi  ustami, podczas gdy Bestia  wygrzebała  łapą  dół  głęboki 
prawie na metr, przeszła nad nim i zaczęła się niebezpiecznie zbliżać do szamana.

Stary człowiek postąpił naprzód bez cienia lęku. W ostatnim momencie rzucił czaszką, 

uderzając  Bestię  w  pierś. Cios ów wydał  się  Joenesowi  słaby,  ale  Bestia  zaryczała  z bólu, 
odwróciła się i umknęła do lasu.

background image

Myśliwi  byli  zbyt zmęczeni,  by świętować  zwycięstwo nad  Bestią. Wszyscy w ciszy 

rozeszli się do swoich chat.

Szaman zwrócił się do pomocników:
— Mam  nadzieję,  że macie na  tyle  rozumu, żeby się  czegoś nauczyć. Podczas egzor-

cyzmów  odpowiednio  przygotowana  czaszka  lub  aharbitus  musi  uderzyć  w  środek  piersi 
Bestii. Żaden inny cios nie  pomoże, spotęguje  tylko  wściekłość stworzenia. Jutro  będziemy 
studiować egzorcyzm potrójnego ciała. To bardzo przyjemny obrzęd.

Powiedziawszy to, szaman odszedł.
Joenes podniósł wciąż nieprzytomną Lakę i zaniósł ją z powrotem do swojej chaty. Gdy 

tylko drzwi się zamknęły, Laka oprzytomniała i pokryła twarz Joenesa tysiącem pocałunków. 
Ten odsunął ją, mówiąc, żeby  nie robiła nic wbrew sobie i żeby nie rozbudzała jego zmysłów, 
lecz Laka powiedziała, że jest teraz inną kobietą i nie szkodzi, nawet gdyby była to odmiana 
przejściowa. Widok Bestii, jak twierdziła, i bohaterski wyczyn Joenesa, poruszyły ją do głębi. 
Także śmierć biednego Lunu ukazała jej wartość namiętności i ulotność życia.

Wprawdzie Joenes nie bardzo wierzył  w te przyczyny przemiany, ale  nie  było wątpli-

wości, że Laka się zmieniła. Jej oczy błyszczały, kiedy niczym Bestia skoczyła  na  Joenesa i 
powaliła go na posłanie z sosnowych gałęzi.

Joenes  pomyślał,  że  choć  o  mężczyznach  wie  niewiele,  to  o  kobietach  wie  jeszcze 

mniej. Także gałęzie sosny  dały się ostro we znaki jego plecom. Wkrótce jednak zapomniał o 
bólu i  o swej niewiedzy. Obie te rzeczy  stały się zupełnie nieistotne i  nie myślał już o  nich, 
dopóki świt nie  rozjaśnił  wnętrza  jego chaty i dopóki Laka nie wyślizgnęła się  i  nie wróciła 
do siebie.

Dlaczego bestia potrzebna jest w utopii

Rano Joenes spotkał kolegów z uniwersytetu. Opowiedział im o nocnych przygodach i 

wyraził oburzenie, że nie został ostrzeżony przed Bestią.

—  Ależ  mój  drogi!  —  odparł  profesor  Hanley.  —  Chcieliśmy,  żebyś  doświadczył 

wszystkich aspektów życia w Chorowait na własnej skórze i ocenił je bez uprzedzeń.

— Nawet jeśli miałoby mnie to kosztować życie? — zapytał Joenes ze złością.
— Ani przez chwilę nie byłeś w niebezpieczeństwie — wyjaśnił profesor Chandler. — 

Bestia nigdy nie atakuje ludzi związanych z uniwersytetem.

— A jednak wyglądało na to, że chciała mnie zabić — powiedział Joenes.
—  Nie  wątpię,  że  tak  to  wyglądało  —  rzekł  Manisfree.  — W  rzeczywistości  Bestia 

próbowała  dostać  Lakę, która, jako  mieszkanka  Chorowait,  jest dla niej  łakomym  kąskiem. 
Bestia mogła cię lekko poturbować tylko wtedy, gdy wydzierała ci dziewczynę.

Joenes poczuł się rozczarowany, że niebezpieczeństwo poprzedniej nocy, na pozór tak 

wielkie, okazało się żadne. Aby ukryć irytację, spytał:

— Co to za stworzenie, do jakiego gatunku należy?
Geoffrard odchrząknął i rzekł:
—  Bestia,  którą  ujrzałeś  tej  nocy,  jest  stworzeniem  jedynym  w  swoim  rodzaju  i  nie 

wolno jej  mylić z Gończą  Bestią, którą tropił  sir Pellinore, ani z Bestią z Apokalipsy. Chor-
owaicka Bestia jest już bliższa Opinicusowi,  który  według  starożytnych  był po części  wiel-
błądem, po części  zaś smokiem i lwem, choć  nie wiemy, w jakich proporcjach. Ale  nawet to 
pokrewieństwo jest tylko powierzchowne. Tak jak powiedziałem, nasza Bestia jest jedyna  w 
swoim rodzaju.

background image

— Skąd się wzięła? — zapytał Joenes.
Profesorowie spojrzeli po sobie i zachichotali jak uczniacy.
Wreszcie fizyk Blake, powstrzymując wesołość, rzekł:
— Prawda jest taka, że to my  sami stworzyliśmy Bestię. Skonstruowaliśmy ją kawałek 

po kawałku w laboratorium chemicznym.

Pracowaliśmy wieczorami  i w weekendy. W  stworzeniu  Bestii  brały udział wszystkie 

wydziały,  ale  szczególnie  duży wkład  wniosły  Chemia,  Fizyka, Matematyka,  Cybernetyka, 
Medycyna i Psychologia.

Należy też  wspomnieć  o  udziale  Katedry Antropologii  oraz  Filologii  Klasycznej  — 

projektodawców  pomysłu.  Specjalne  podziękowania  winni  jesteśmy profesorowi  Ellingowi 
wykładającemu  sztukę  użytkową,  który przyodział  Bestię  w  najbardziej  trwałą  plastikową 
skórę. Nie można też zapominać o pannie  Hua, naszej  asystentce, bez której pogubilibyśmy 
się w powodzi notatek i całe przedsięwzięcie spaliłoby na panewce.

Na te  słowa profesorowie  rozpromienili  się uszczęśliwieni. Joenes, który poznał  jedną 

tajemnicę tylko po to, by natrafić na nową, wciąż nic z tego nie rozumiał.

— Pozwólcie, że podsumuję — rzekł. — Stworzyliście Bestię z idei i z biernej materii 

w laboratorium chemicznym?

— Dobrze powiedziane — rzekł Manisfree. — Tak, dokładnie tak zrobiliśmy.
— A władze uniwersytetu wiedziały o tym?
Dalton mrugnął porozumiewawczo i rzekł:
—  Wiesz,  jak  jest z tymi  ludźmi,  Joenes.  Mają  wrodzony wstręt do wszystkiego, co 

nowe, chyba że jest to nowa sala gimnastyczna.

Więc oczywiście nic im nie powiedzieliśmy.
— Ale oni i tak się dowiedzieli. Władza zawsze wie, co się dzieje.
Tylko  że  jeśli  celowo  nie  zwróci  się  ich  uwagi,  wolą  patrzeć  w  przeciwną  stronę. 

Zakładają,  że  jeżeli  taki projekt się  powiedzie, wówczas oni  i  cały  uniwersytet zostaną  na-
grodzeni za dalekowzroczność, jeśli  zaś projekt nie wyjdzie,  będą  bezpieczni, bo  o  niczym 
nie wiedzieli.

Profesorowie  ożywili  się,  kilku  chciało  opowiadać  dowcipy na  temat władzy,  Joenes 

jednak ich uprzedził:

— Skonstruowanie Bestii musiało być niezwykle trudne.
— Rzeczywiście — odparł matematyk Ptolemeusz. — Pomijając czas i koszty pracy w 

laboratorium, musieliśmy wydać dwanaście milionów czterysta tysięcy dwanaście  dolarów i 
sześćdziesiąt  trzy  centy  na  produkcję  specjalnych  części.  Hoggshead  z  Wydziału 
Księgowości  starannie  odnotowywał  wszystkie  wydatki,  na  wypadek gdyby ktoś nas o  nie 
kiedyś zapytał.

— Skąd wzięliście pieniądze? — zapytał Joenes.
— Od rządu  oczywiście  — odparł  Harris z Wydziału Nauk Politycznych.  — Ja  i mój 

kolega Finfitter z Ekonomii wzięliśmy na siebie  zadanie zdobycia środków. Wystarczyło ich 
jeszcze  na  to,  żeby wydać bankiet na  zakończenie  Projektu  Bestia.  Szkoda,  że  cię  wtedy z 
nami nie było, Joenes.

Harris wyprzedził kolejne pytanie, dodając:
— Oczywiście nie  powiedzieliśmy  rządowi, że tworzymy  Bestię. Bo choćby nawet w 

dalszym ciągu finansowali nasz projekt, niewątpliwie  opóźnienia  spowodowane  biurokracją 
doprowadziłyby nas do szału. Powiedzieliśmy, że  pracujemy nad  przełomowym  projektem, 
który  zdecyduje  o  wykonalności  budowy ośmiopasmowej  podziemnej  autostrady  łączącej 

background image

oba  wybrzeża  Stanów  i  posiadającej  strategiczne  znaczenie  dla  obronności  naszego  kraju. 
Chyba  nie  muszę  dodawać,  że  Kongres,  który  zawsze  faworyzował  budowę  autostrad, 
natychmiast z wielkim entuzjazmem przegłosował przyznanie nam funduszy.

—  Wielu  z  nas  uważało  —  odezwał  się  Blake  —  że  taka  autostrada  rzeczywiście 

byłaby  bardzo praktyczna i może nawet niezbędna. Im więcej o tym myśleliśmy, tym bardziej 
się  do  tego  przekonywaliśmy.  Jednak  Bestia  miała  pierwszeństwo.  Nawet  z  pomocą 
rządowych funduszy zadanie było niezwykle trudne.

—  Pamiętacie  —  spytał  Blake  —  kłopoty  z  oprogramowaniem  do  komputera  steru-

jącego mózgiem Bestii?

— A jakże!  — zachichotał Manisfree.  — A trudności  w zainstalowaniu partenogene-

tycznego układu rozrodczego?

— O mały włos cały nasz wysiłek nie poszedł na marne — rzekł Dalton. — Przypom-

nijcie  sobie  też, jak pracowaliśmy nad skoordynowaniem  i ustabilizowaniem ruchów Bestii! 
Biedne  stworzenie  słaniało  się  po  laboratorium  całe  tygodnie,  zanim  doszliśmy  z tym  do 
ładu.

—  Zginął  przez to  stary Duglaston  z Katedry Neurologii  —  zauważył  smutno  Ptole-

meusz.

—  Wypadki  się  zdarzają  —  odparł  Dalton.  —  Cieszę  się,  że  mogliśmy powiedzieć 

władzom, że Duglaston poszedł na urlop naukowy.

Profesorowie jak z rękawa sypali anegdotami dotyczącymi budowy Bestii. Zniecierpli-

wiony Joenes przerwał im jednak.

— Chciałbym się dowiedzieć — rzekł — dlaczego zbudowaliście Bestię.
Profesorowie musieli się chwilę zastanowić. Minęło wiele  lat od tamtych wspaniałych 

czasów, kiedy doszli do wniosku, że trzeba stworzyć  Bestię. Na szczęście  wciąż jeszcze pa-
miętali powody tej decyzji. Po krótkiej pauzie Blake rzekł:

— Bestia była konieczna, Joenes. Ona, albo coś podobnego, była niezbędna, żeby uto-

pia mogła odnieść sukces i żeby w pełni odzwierciedlała ona przyszłe życie.

— Aha — rzekł Joenes. — Ale dlaczego?
— To jest zupełnie  proste —  rzekł  Blake. — Przyjrzyj się  Chorowait, albo  jakiejkol-

wiek innej społeczności, i zastanów się, co powoduje jej rozkład. To trudne pytanie i tak na-
prawdę nie ma na nie odpowiedzi. Tylko że nie możemy poprzestać na takiej konstatacji.

Ludzie żyją w społecznościach, bo to leży  w ich naturze. Przyjmując taki stan rzeczy za 

warunek  konieczny,  chcieliśmy  w  Chorowait  zbudować  model  idealnego  społeczeństwa. 
Wszystkie społeczności ulegają  w dzisiejszych czasach rozpadowi, my  chcieliśmy, by nasze 
było  stabilne  i  praworządne  na tyle, na  ile  to możliwe  w granicach demokracji.  Chcieliśmy 
też, by nasze  społeczeństwo było przyjemne i sensowne. Zgadzasz się, że to pomysły warte 
realizacji?

— Z pewnością — potwierdził Joenes. — Ale Bestia…
— Właśnie dochodzimy do Bestii. Jest ona, jak widzisz, podstawowym warunkiem ist-

nienia Chorowait.

Joenes wyglądał na zdezorientowanego, więc Blake kontynuował:
— To naprawdę  proste i  łatwo  można  to  zrozumieć.  Najpierw jednak musisz zgodzić 

się, że istnieje potrzeba  stabilności, sprawiedliwości  w granicach prawa  oraz potrzeba  nada-
nia życiu sensu. Z tym się już zgodziłeś. Dalej musisz uznać fakt, że żadne społeczeństwo nie 
może zasadzać się wyłącznie na abstrakcji. Jeśli cnota nie znajduje nagrody, a zbrodnia kary, 

background image

ludzie  tracą  wiarę  i  następuje  rozkład  życia  społecznego.  Ręczę  ci,  że  człowiek  potrzebuje 
ideałów. Nie znajdzie ich jednak w pozbawionej wartości pustce dzisiejszego świata.

W  obliczu okropieństw, których jest świadkiem,  jakże  odlegli stają  się  bogowie  i  jak 

niewielkie znaczenie ma wszystko, co istnieje!

— Zapewniamy cię też — podjął Manisfree — że bez wątpienia wina leży w samej na-

turze ludzkiej. Chociaż bowiem człowiek jest istotą myślącą, nie chce  już myśleć. Mimo  że 
został wyposażony w inteligencję,  rzadko wykorzystuje  ją dla własnego dobra. Tak, Joenes, 
sądzę, że możemy się z tym wszystkim zgodzić.

Joenes skinął głową, zdziwiony tym, o czym zapewniali go profesorowie.
—  Zatem  —  rzekł  Blake  —  jeśli  przyjmiemy takie  założenia,  dostrzeżemy absolutną 

konieczność istnienia Bestii.

Powiedziawszy  to, Blake  odwrócił głowę, jakby wszystko już zostało wyjaśnione. Ale 

Dalton, bardziej skrupulatny, dodał:

— Bestia, mój drogi, jest niczym innym, jak uosobieniem  Potrzeby samej w sobie. W 

dzisiejszych czasach, gdy zdobyliśmy już wszystkie szczyty, przepłynęli oceany, gdy planety 
znalazły się  w zasięgu ręki, bogowie  okazali  się nieobecni, a  system  społeczny właśnie  się 
rozpada,  cóż  nam  jeszcze  pozostało?  Człowiek  musi  z  czymś  się  zmagać.  Dlatego 
stworzyliśmy  mu  Bestię.  Już nie  będzie  czuł  się  samotny,  Bestia  zawsze  będzie  czaić  się 
gdzieś  w  pobliżu.  Już  nie  będzie,  powodowany bezczynnością,  zwracał  się  przeciw  sobie, 
cały czas będzie musiał uważać na Bestię.

— Bestia czyni  społeczeństwo Chorowait stabilnym i spójnym  — rzekł Manisfree. — 

Gdyby  ludzie  nie  współdziałali,  Bestia  zabiłaby ich  jednego  po  drugim.  Tylko  wspólnym 
wysiłkiem całej społeczności udaje się utrzymać Bestię w bezpiecznej odległości od wioski.

— Budzi to we wspólnocie zdrowy szacunek dla religii — wyjaśnił Dalton. — Człow-

iek potrzebuje religii, kiedy Bestia wychodzi na łów.

— Eliminuje samozadowolenie — dodał Blake. — Nikt nie może czuć się zadowolony 

z siebie w obliczu Bestii.

— Dzięki Bestii — mówił Manisfree — wspólnota Chorowait jest szczęśliwa, ceni ży-

cie rodzinne i religijne, bliskość ziemi i wciąż pamięta o potrzebie cnoty.

— A co powstrzymuje Bestię przed zniszczeniem całej osady? — spytał Joenes.
— Oprogramowanie — wyjaśnił Dalton.
— Słucham?
—  Bestia  została  zaprogramowana,  to  znaczy w  jej  sztucznym  mózgu  zostały zako-

dowane pewne informacje i reakcje. Nie muszę chyba dodawać, że bardzo na to uważaliśmy.

— Nauczyliście Bestię, żeby  nie zabijała  profesorów uniwersytetu — powiedział  Joe-

nes.

—  Cóż,  w  zasadzie  tak  —  potwierdził  Dalton.  —  Prawdę  mówiąc,  nie  stanowi  to 

powodu do dumy. Pomyśleliśmy jednak, że możemy się jeszcze okazać potrzebni.

— Co więcej robi Bestia? — spytał Joenes.
—  Została  zaprogramowana  tak,  by rozpoznawać  i  niszczyć  każdego  przywódcę  lub 

grupę  przywódczą  w Chorowait.  W  drugiej  kolejności  ma  zabijać  nieprawomyślnych, a  w 
ostatniej  każdego członka Chorowait. Z tego powodu  przywódca musi  chronić  przed Bestią 
zarówno  siebie, jak i  swoich ludzi. To wystarcza, by utrzymać  go w ryzach.  Musi  również 
współpracować  z kapłanami, bez pomocy których jest bezradny. Dzięki  temu istnieje możli-
wość kontrolowania jego władzy.

— W jaki sposób kapłani mogą mu pomóc? — spytał Joenes.

background image

—  Sam  widziałeś  szamana  w  akcji  —  rzekł  Hadley.  —  On  i  jego  pomocnicy wyk-

orzystują  pewne  substancje,  zbierane  przez całą  społeczność  Chorowait.  Substancje  te  we 
właściwej kombinacji mogą odpędzić Bestię, która została zaprogramowana tak, by rozpozn-
awać poszczególne kombinacje i reagować na nie.

— Dlaczego przywódca nie może zwyczajnie sam zebrać tych substancji, połączyć ich, 

samemu zawrócić Bestii i rządzić bez kapłanów? — zapytał Joenes.

—  Zależało  nam  na  tym,  żeby  zapobiec  separacji  religijnych  aspektów  życia  od 

świeckich — wyjaśnił Harris. — Widzisz, nie ma takiej kombinacji, która działałaby zawsze, 
gdy pojawi się Bestia.

Za  każdym  razem  trzeba  dokonać  skomplikowanych  obliczeń  przy  użyciu  tablic 

księżycowych  i  gwiezdnych,  uwzględnić  rozmaite  zmienne,  takie  jak  temperatura,  wilgot-
ność powietrza, prędkość wiatru i tym podobne.

— Kapłani muszą poświęcać na to mnóstwo czasu — zauważył Joenes.
— Rzeczywiście są zajęci — odparł  Hanley. — 1 to tak bardzo, że  nie starcza  im już 

czasu na wtrącanie się w sprawy świeckie. Aby jednak nie wzbogacili się zbytnio i by nie po-
padli w samozadowolenie  i arogancję, tak  zaprogramowaliśmy Bestię, żeby co pewien  czas 
działała  w sposób przypadkowy. W takiej  sytuacji  nic  nie  pomoże  i  Bestia  zabija  szamana. 
Tak więc szaman narażony jest na to samo ryzyko, co przywódca.

— W takim razie, jak ktokolwiek mógłby chcieć zostać kapłanem lub wodzem? — spy-

tał Joenes.

— To uprzywilejowane  stanowiska  —  rzekł  Manisfree  —  a  jak  sam  widziałeś,  najz-

wyklejszy  mieszkaniec wioski  także jest narażony na  zabicie przez Bestię. W takich okolic-
znościach ambitny człowiek zawsze zgodzi się na większe niebezpieczeństwo, żeby wzmoc-
nić swoją władzę, walczyć przeciw Bestii i cieszyć się większymi przywilejami.

— Widzisz, jak to się wszystko ze sobą  łączy — powiedział Blake. — Zarówno przy-

wódca, jak i kapłan utrzymują swoją pozycję tylko dzięki poparciu ze strony ludzi. Tak więc 
niepopularny  przywódca  nie  będzie  miał  ludzi,  którzy  pomogliby  mu  zwalczyć  Bestię,  i 
wkrótce  zostanie  zabity.  Niepopularny szaman  zaś  nie  otrzyma  substancji,  których  potrze-
buje,  by  kontrolować  Bestię,  a  które  są  zbierane  wysiłkiem  całej  społeczności.  Dlatego 
zarówno  przywódca, jak i szaman opierają swoją władzę na  powszechnym poparciu. W  ten 
sposób Bestia zapewnia prawdziwą demokrację.

— Ma to  wszystko swoje dobre  strony —  odezwał  się  antropolog  Hanley. — Wierzę, 

że po raz pierwszy w historii wiedza magiczna obiektywnie potrzebna jest, by  móc żyć. I po 
raz pierwszy chyba istnieje na ziemi stworzenie, któremu tak blisko do nadnaturalności.

— Nie rozumiem — odezwał się Joenes — dlaczego mimo tych niebezpieczeństw wasi 

wolontariusze godzą się zostać w Chorowait.

— Zostają, bo wspólnota jest dobra i potrzebna — rzekł Blake. — I dlatego, że tu mogą 

walczyć z namacalnym wrogiem zamiast z niewidzialnym szaleńcem, który zabija z nudów.

— Niektórzy z naszych ochotników mieli pewne wątpliwości — rzekł Dalton.  — Nie 

byli  pewni,  czy wytrzymają,  chociaż  przekonywaliśmy ich  o  słuszności  sprawy.  Dla  tych 
niezdecydowanych  doktor Broign obmyślił  prosty  zabieg  na  przednich  płatach  mózgu.  Nie 
czynił  on żadnej  krzywdy i  nie  niszczył  inteligencji  ani  inicjatywy, jak to  miało  miejsce  w 
wypadku przerażających lobotomii w przeszłości. Zabieg  ten  po prostu wymazywał wiedzę 
na temat świata na zewnątrz Chorowait. W takiej sytuacji nie mieli dokąd pójść.

— Czy to etyczne? — spytał Joenes.

background image

— Byli ochotnikami, przybyli  tu z własnej, nieprzymuszonej woli — rzekł Hanley. — 

To zaś, co im odebraliśmy, to jedynie odrobina niepotrzebnej wiedzy.

— Nie czyniliśmy tego chętnie — dodał Blake. — Jednak początki każdej społeczności 

wyznaczają pewne niecodzienne problemy.

Szczęśliwie okres ten dobiega już końca.
— Dobiegnie — rzekł Manisfre — kiedy Bestia się rozmnoży.
Zapadła głęboka cisza.
— Widzisz — odezwał się  Ptolemeusz —  pojawiły się pewne  trudności  w związku z 

tym,  że  uczyniliśmy  Bestię  partenogenetyczną.  Jej  niezniszczalne,  samorodne  potomstwo 
wkrótce  rozprzestrzeni  się  na sąsiednie  osady. Nie będzie ono zaprogramowane, by trzymać 
się w granicach Chorowait, tak jak pierwotna Bestia. Odkryje inne  społeczności  i  zacznie  je 
terroryzować na własną rękę.

— Ale inni ludzie będą bezradni — zauważył Joenes.
— Nie na długo. Przyjdą po pomoc do sąsiedniej Chorowait i nauczą się formuły poz-

walającej  zapanować  nad  ich  własną  Bestią.  W  ten  sposób  narodzą  się  społeczeństwa 
przyszłości, które zawładną całą ziemią.

—  Poza  tym  nie  zamierzamy  zostawić  tego  w takim  stanie  — powiedział  podekscy-

towany Dalton. — Bestia to wspaniała sprawa, ale ani ona, ani jej potomstwo nie są zupełnie 
bezpieczni  wobec  niszczycielskiej  pomysłowości  człowieka.  Dlatego  postaraliśmy  się  o 
dalsze fundusze od rządu i budujemy nowe stworzenia.

— Zaludnimy niebo mechanicznymi wampirami! — wykrzyknął Ptolemeusz.
— Po ziemi będą chodzić gadające zombie! — dodał Dalton.
— W morzach będą pływać fantastyczne potwory! — dorzucił Manisfree.
—  Ludzkość  będzie  żyła  wśród  bajkowych  stworów,  za  którymi  zawsze  tęskniła  — 

podsumował  Hanley.  —  Powołamy do  życia  gryfa  i  jednorożca,  monocerosa  i  martikory, 
hippogryfa  i  monstrualnego  szczura,  a  także  wiele  innych.  Powierzchowność  życia  i  nudę 
zastąpią  przesądy  i  strach.  Pojawi  się  odwaga,  gdy  człowiek  spotka  dżina,  zapanuje 
szczęście, kiedy jednorożec złoży swój łeb na łonie dziewicy, i radość, kiedy Drobny  Ludek 
nagrodzi  prawego  człowieka  workiem  złota!  Chciwi  zostaną  zjedzeni  przez pluskwy,  a  lu-
bieżni niech się strzegą spotkania z Afrodytą Pandemos. Człowiek już nie będzie samotny we 
wszechświecie.  Będzie  żył  obok  istot równie  cudownych  jak  on  sam,  zgodnie  z prawami, 
które przyjmie jego natura, prawami, których nieziemskie pochodzenie ujawni się na ziemi!

Joenes spojrzał na profesorów: ich twarze jaśniały szczęściem.
Nie  spytał  zatem,  czy  również  reszta  świata  pragnęła  nastania  tego  bajkowego 

porządku i czy  przypadkiem nie  powinno się jej zapytać  o zdanie. Nie dał  im  też do  zrozu-
mienia, iż ma wrażenie, że ten bajkowy porządek nie byłby niczym innym jak tylko zbiorem 
maszyn  zbudowanych  przez  człowieka,  działających  tak,  jak  na  to  pozwalałoby  ich  po-
chodzenie. Zamiast być boskie i nieomylne, maszyny  byłyby jedynie śmiercionośne i podatne 
na błędy, bezsensownie  niszczycielskie, maksymalnie irytujące i z góry skazane na  zagładę, 
gdy tylko człowiek zbuduje inne maszyny, które tej zagłady dokonają.

Nie tylko jednak szacunek dla uczuć kolegów kierował Joenesem, gdy powstrzymał się 

od wypowiedzenia  tych  i  innych  jeszcze  myśli na  głos. Obawiał  się bowiem, że  tak  oddani 
swej  sprawie  ludzie  mogliby  go  zabić,  gdyby  dał  wyraz  jakimkolwiek  wątpliwościom. 
Dlatego nie  powiedział  nic, tylko całą długą  drogę powrotną  na  uniwersytet zastanawiał  się 
nad trudami ludzkiej egzystencji.

background image

Kiedy w końcu przybyli na miejsce, Joenes postanowił, że porzuci to klasztorne  życie 

tak szybko, jak tylko będzie mógł.

 10. W jaki sposób Joenes zaczął pracować dla rządu

(Opowiedziane przez Ma’aoa z Samoa)

Sposobność,  aby  opuścić  uniwersytet,  nadarzyła  się  w  następnym  tygodniu,  kiedy 

kampus odwiedził członek namawiający do współpracy z rządem. Człowiek ten nazywał się 
Ollin  i  pełnił  funkcję  podsekretarza  ds.  naboru  pracowników  rządowych.  Był  to  niski 
mężczyzna  około  pięćdziesiątki,  z  krótko  przyciętymi  siwymi  włosami,  o  różowej  twarzy 
buldoga. Sprawiał wrażenie energicznego i rzeczowego, co bardzo zaimponowało Joenesowi.

Podsekretarz  Ollin  wygłosił  krótkie  przemówienie  skierowane  do  kadry  nauczyciel-

skiej:

— Większość z was mnie zna, więc nie będę tracił czasu na czczą gadaninę. Chcę wam 

tylko przypomnieć, że rząd potrzebuje utalentowanych i oddanych ludzi  do pracy  w rozmai-
tych placówkach. Moim zadaniem jest takich ludzi wyszukać. Jeśli ktokolwiek byłby zainter-
esowany, może odwiedzić mnie w starym Scarmuth w sali dwieście dwadzieścia  dwa,  którą 
dziekan Fols łaskawie oddał do mego użytku.

Joenes udał się we wskazane miejsce, a podsekretarz Ollin powitał go wylewnie.
— Proszę siadać — rzekł. — Papierosa?  Drinka? Cieszę się,  że ktoś się  wreszcie  po-

jawił. Myślałem, że wy, wszyscy jajogłowi ze Stefana Wooda, macie własne plany, jak ocalić 
świat. Jakiś mechaniczny potwór czy coś w tym stylu, prawda?

Joenes zdziwił się, że Ollin wie o eksperymencie Chorowait.
— Mamy oczy szeroko otwarte — wyjaśnił  Ollin. — Na początku  wystrychnięto nas 

na  dudka.  Sądziliśmy,  że  to  jeden  z efektów  specjalnych  do  filmu  o  potworach.  Ale  teraz 
wiemy  już wszystko i  agenci  FBI trzymają rękę na pulsie. W tej chwili jedna  trzecia  wspól-
noty Chorowait to tajniacy. Uderzymy, gdy tylko zbierzemy wystarczające dowody.

— Mechaniczna Bestia może się wkrótce rozmnożyć — powiedział Joenes.
—  To  tylko  pozwoli  nam  zebrać  więcej  dowodów  —  odparł  Ollin.  —  Nieważne, 

pomówmy o panu. Zakładam, że jest pan zainteresowany pracą dla rządu.

— Tak. Nazywam się Joenes i…
— Wszystko  wiem — przerwał  Ollin. Otworzył  dużą  teczkę i  wyciągnął notatnik. — 

Zobaczmy  — powiedział,  przewracając  kartki. — Joenes. Aresztowany w San Francisco  za 
wygłoszenie  rzekomo  wywrotowego  przemówienia.  Stanął  przed  komisją  kongresową  w 
związku  ze  sprawą Arnolda  i  Ronalda  Blacków,  bliźniaczych  szpiegów Oktagonu,  i  został 
uznany  za  świadka  odmawiającego współpracy i  pozbawionego szacunku.  Osądzony przez 
Wyrocznię i skazany  na dziesięć lat w zawieszeniu. Przez krótki czas przebywał w Zakładzie 
Hollis dla  Obłąkanych Przestępców, następnie został zatrudniony na Uniwersytecie Św. Ste-
fana Wooda, gdzie codziennie spotyka się z pomysłodawcami wspólnoty Chorowait.

Ollin zamknął notatnik i zapytał:
— Chyba mniej więcej się zgadza?
—  Mniej  więcej  —  odparł  Joenes.  Zdawał  sobie  sprawę,  jak  bezsensowne  byłyby 

próby podjęcia  jakiejkolwiek  dyskusji  lub  tłumaczenia  czegokolwiek.  —  Jak  sądzę,  moje 
dokonania wykluczają możliwość pracy dla rządu.

Ollin roześmiał się na całe gardło i, puściwszy oko, rzekł:
—  Zdaje  się,  że  tutejsze  otoczenie  nie  najlepiej  wpłynęło na  stan  pańskiego umysłu, 

Joenes. Nie zrobił pan nic złego. Nikt nie udowodnił, że wygłosił pan  przemówienie  w San 

background image

Francisco.  Brak  szacunku  dla  Kongresu  świadczy o  autentycznym  poczuciu  odpowiedzial-
ności,  bardzo podobnym  do  tego, które  cechowało naszych największych prezydentów.  Od-
mowa  zeznań  na  temat Arnolda  i  Ronalda  Blacków  świadczy o  pańskiej  wrodzonej  lojal-
ności,  nawet jeśli  powodowała  panem  chęć  ocalenia  siebie.  To  oczywiste,  że  zerwał  pan  z 
komunizmem.  FBI  twierdzi,  że  od  czasu  tamtego  niefortunnego  i  naiwnego  epizodu  z 
Blackami konsekwentnie trzymał się pan z dala od agentów rewolucyjnej  międzynarodówki. 
Nie  ma  nic  wstydliwego  w  fakcie,  że  przebywał  pan  w  Zakładzie  Hollis dla  Obłąkanych 
Przestępców.  Gdyby  przejrzał  pan  statystyki,  dowiedziałby  się  pan,  że  większość  z  nas 
potrzebuje  czasem  opieki  psychiatrycznej.  Nie  ma  też  nic  podejrzanego  w  pańskich 
związkach z Chorowait. Idealizm  nie zawsze przybiera  taki  kształt,  jaki  chciałby mu nadać 
rząd.  Mimo  że  planujemy  likwidację  Chorowait,  jesteśmy  pełni  podziwu  dla  wzniosłego, 
choć  niepraktycznego projektu, który  legł u podstaw wspólnoty. My, ludzie z rządu, nie jes-
teśmy  hipokrytami, Joenes. Zdajemy sobie sprawę, że nikt nie jest do końca czysty i że każdy 
człowiek zrobił w życiu coś, co nie  stanowi  dlań powodu do dumy. Jeśli spojrzymy na to w 
ten sposób, okaże się, że nie zrobił pan nic złego.

Joenes wyraził wdzięczność za takie podejście.
—  Człowiekiem,  któremu  naprawdę  powinieneś podziękować  —  rzekł  Ollin  —  jest 

Sean  Feinstein.  To  on,  jako  specjalny  asystent  asystenta  prezydenta,  przedstawił  twój 
pochlebny  wizerunek.  Przeanalizowaliśmy  dokładnie  twój  przypadek  i  doszliśmy  do 
wniosku, że jesteś człowiekiem, którego potrzebuje rząd.

— Czyżby? — zdziwił się Joenes.
— Bez wątpienia.  My,  politycy, jesteśmy realistami. Zdajemy sobie  sprawę  z ogromu 

problemów, które  stają dziś przed  nami. Aby je  rozwiązać, potrzebujemy ludzi  odważnych, 
niezależnych, nieustraszonych, najtęższych  głów,  jakie  uda  nam  się  znaleźć. Zadowala  nas 
tylko pełen sukces i  nie  powstrzymają  nas żadne drugorzędne względy. Potrzebujemy ludzi 
takich jak pan, Joenes. Zgadza się pan pracować dla rządu?

— Oczywiście! —  wykrzyknął z entuzjazmem  Joenes. — 1  postaram  się postępować 

tak, by nie zawieść nadziei, jakie pokładacie we mnie pan i Sean Feinstein.

—  Wiedziałem,  że  się  pan  zgodzi,  Joenes —  rzekł  Ollin  głosem  chrapliwym  z pod-

niecenia. — Wszyscy wiedzieli. Dziękuję panu z całego serca. Proszę podpisać tutaj i tutaj.

Ollin  podsunął  Joenesowi  standardowe  dokumenty  i  ten  je  podpisał.  Podsekretarz 

schował papiery do teczki i gorąco uścisnął rękę Joenesa.

— Od tej chwili pracuje pan dla rządu. Ja już panu dziękuję. Niech cię Bóg błogosławi, 

Joenes, pamiętaj, że wszyscy na ciebie liczymy.

Ollin ruszył ku drzwiom, ale Joenes zawołał za nim jeszcze:
— Chwileczkę! Proszę mi powiedzieć, co mam teraz robić. I gdzie?
— O tym zostanie pan powiadomiony — odparł Ollin.
— Kiedy? Przez kogo?
— Ja zajmuję się tylko rekrutacją pracowników — powiedział  Ollin.  — To, co dzieje 

się z nimi potem, nie leży  już w mojej gestii. Ale proszę się nie martwić, pańska nominacja, 
Joenes, przyjdzie punktualnie jak w zegarku. Proszę  pamiętać, że wszyscy  na  pana liczymy. 
Teraz proszę mi już wybaczyć. Muszę wygłosić przemówienie w Radcliffe.

Podsekretarz Ollin opuścił salę, Joenes zaś poczuł się niezwykle podekscytowany rysu-

jącymi się przed nim możliwościami. Z niejakim sceptycyzmem przyjął jednak zapewnienie, 
że rząd będzie działał szybko.

background image

Tymczasem  już następnego  ranka  otrzymał  oficjalny  list,  dostarczony przez  specjal-

nego  gońca.  Polecono  mu,  by jak  najszybciej  zameldował  się  w Waszyngtonie,  w  pokoju 
numer czterysta trzydzieści dwa we wschodnim skrzydle Portico Building. List został podpi-
sany ni  mniej,  ni  więcej  tylko  przez samego  Johna  Mudge’a,  specjalnego  asystenta  szefa 
koordynacji służb.

Joenes natychmiast opuścił swoich kolegów, po raz ostatni spojrzał na zielone trawniki 

i betonowe ścieżki kampusu i wsiadł do pierwszego samolotu odlatującego do Waszyngtonu.

Przyjazd  do  stolicy  był  dla  Joenesa  niezwykle  emocjonującym  przeżyciem.  Szedł 

wzdłuż  różowych,  marmurowych  ulic  w  stronę  Portico  Building,  mijając  po  drodze  Biały 
Dom,  siedzibę  władzy imperialnej Ameryki.  Po lewej  stronie  Białego  Domu  znajdował  się 
Oktagon, wybudowany w miejsce mniejszego Pentagonu. Za nim stały budynki Kongresu.

Budynki  te  budziły w  Joenesie  największe  wzruszenie.  Stanowiły  dlań  ucieleśnienie 

uroku historii. Stanął mu przed oczami obraz starego Waszyngtonu, stolicy Konfederacji Hel-
leńskiej  sprzed tragicznej  wojny domowej.  Zdawało  mu się,  że widzi spór między Perykle-
sem,  przedstawicielem  lobby  kamieniarzy,  i  Temistoklesem,  porywczym  kapitanem  łodzi 
podwodnej,  spór, który wstrząsnął  światem. Myślał o  Kleonie,  który przybył  tutaj z rodzin-
nego arkadyjskiego New Hampshire, głosząc lapidarne  idee  o  sposobie  prowadzenia  wojen. 
Przez  czas  jakiś  mieszkał  tu  także  filozof  Alcybiades,  reprezentujący  rodzinne  miasto 
Luizjanę. Na tych stopniach stał kiedyś Ksenofont, przyjęty owacją na stojąco za to, że prze-
prowadził dziesięć tysięcy ludzi od wybrzeży Yalu do sanktuarium w Pusan.

Obrazy przepływały mu przed oczami! Tutaj Tukidydes opisał tragiczną historię wojny 

międzystanowej.  Hipokrates,  naczelny helleński  lekarz  polowy,  pokonał  tutaj  żółtą  febrę  i 
zgodnie z przysięgą, którą złożył, nigdy  nie wspomniał o tym ani słowem. Tutaj także Likurg 
i  Solon,  pierwsi  sędziowie  Sądu  Najwyższego,  prowadzili  słynne  spory  na  temat  natury 
sprawiedliwości.

Ci  sławni  mężowie  zdawali  się  tłoczyć  wokół  niego, gdy kroczył  przez szerokie bul-

wary Waszyngtonu. Przypominając ich sobie, Joenes postanowił dać z siebie wszystko i dow-
ieść, że jest godnym dziedzicem swych przodków.

W  podniosłym  nastroju  wszedł  do  pokoju  czterysta  trzydzieści  dwa  we  wschodnim 

skrzydle  Portico  Building.  John  Mudge,  specjalny asystent,  powitał  go  bez  chwili  zwłoki. 
Mudge był uprzejmy, miły i nie śpieszył się mimo ogromu obowiązków, które spoczywały  na 
jego barkach. Joenes dowiedział się, że podejmuje on wszystkie decyzje polityczne w Biurze 
Koordynacji Służb, gdyż jego zwierzchnik spędza całe dnie i noce na pisaniu bezużytecznych 
podań o przeniesienie do armii.

— Cóż, Joenes — rzekł Mudge — został pan przydzielony do nas i bardzo mnie to ci-

eszy. Myślę, że przede wszystkim powinienem wyjaśnić panu, czym zajmuje się nasze biuro. 
Działamy  jako  oddział wewnętrzny Urzędu  do  Spraw Unikania  Powtarzania Działań  wśród 
Niesamodzielnych  Jednostek Wojskowych. Poza  tym  służymy jako agencja  wywiadowcza  i 
informacyjna we wszystkich programach urzędu i jako rządowa  jednostka do spraw planow-
ania działań militarnych, psychologicznych i ekonomicznych w czasie wojny.

— Sporo tego — zauważył Joenes.
—  O  wiele  za  dużo  —  zgodził  się  Mudge.  —  Mimo  to  nasza  praca  jest  absolutnie 

niezbędna. Weźmy na przykład  podstawowe  zadanie  koordynacji  działań między służbami. 
Zaledwie  rok  temu,  przed  powołaniem  naszego  biura,  oddziały  naszej  armii  stoczyły 
trzydniową regularną bitwę głęboko w dżungli północnej Tajlandii. Niech pan sobie wyobrazi 

background image

ich zdenerwowanie, kiedy dym się rozwiał i ujrzeli, że atakują solidnie okopany batalion am-
erykańskiej piechoty morskiej!

Niech pan  sobie  wyobrazi,  jaki  to miało wpływ na  ich morale!  Ponieważ rozmieszc-

zenie naszych jednostek — rozrzuconych po całym globie — jest dość skomplikowane, mu-
simy być zawsze czujni, by uniknąć podobnych incydentów.

Joenes skinął głową. Mudge zaś wyjaśniał potrzebę innych obowiązków.
—  Proszę  wziąć  na  przykład  taki  wywiad  —  mówił.  —  Z początku  odpowiedzialna 

była zań jedynie CIA, ale dziś CIA odmawia ujawniania informacji, żąda natomiast większej 
liczby oddziałów, które miałyby zajmować się tym, co CIA odkryje.

— Żałosne — podsumował Joenes.
— Oczywiście  to samo tyczy się Wywiadu Wojskowego, Wywiadu Marynarki, Wywi-

adu  Sił  Powietrznych,  Wywiadu  Piechoty   Morskiej,  Wywiadu  Sił  Kosmicznych  i  po-
zostałych.  Nie  można  wątpić  w  patriotyzm  wszystkich  tych  ludzi.  Jednak  każdy,  otrzy-
mawszy środki  na  prowadzenie  samodzielnych działań  wojennych,  uważa,  że  jedynie  jego 
jednostka jest w stanie trafnie  ocenić  niebezpieczeństwo i doprowadzić  do rozwiązania kon-
fliktu. Taki stan rzeczy sprawia, że  wszystkie  informacje  na temat wroga  są  sprzeczne  i po-
dejrzane. To z kolei paraliżuje działania rządu. Nie posiada on żadnych wiarygodnych infor-
macji, na podstawie których mógłby planować swoją politykę.

— Nie miałem pojęcia, że problem jest tak ważki — rzekł Joenes.
— Jest ważki, a zarazem nierozwiązywalny — odparł Mudge. — Moim zdaniem winę 

za  to  ponosi  nadmierny  rozrost  administracji  rządowej.  Dzisiejsza  prześcignęła  wszystkie 
poprzednie.  Mój  przyjaciel  naukowiec  powiedział  mi, że  organizm,  który przekroczył  swój 
naturalny rozmiar,  dąży do rozpadu  na części, tak  by  móc  zacząć  proces wzrostu od nowa. 
Rozrośliśmy  się za bardzo i  zaczął się proces rozpadu. Mimo wszystko nasz wzrost stanowił 
odpowiedz na potrzeby dnia dzisiejszego. My nie możemy sobie pozwolić na razie na żaden 
rozpad. Zimna  wojna  nadal  trwa  i  wciąż musimy sztukować,  łatać  i  przynajmniej  pozornie 
utrzymywać  nasze jednostki w ryzach. My  z koordynacji  musimy zdobyć prawdziwe  infor-
macje o wrogu, przekazać je rządowi w postaci gotowej linii politycznej i nakłonić wszystkie 
jednostki do działania wedle  tej  linii. Nie wolno nam  ustawać w wysiłkach, dopóki  nie  zni-
knie  zewnętrzne niebezpieczeństwo. Potem — miejmy nadzieję — uda  się nam zredukować 
biurokrację, zanim zrobią to za nas siły chaosu.

— Zdaje się, że rozumiem — rzekł Joenes — i w pełni podzielam pańskie zdanie.
—  Wiedziałem,  że  tak  będzie  —  powiedział  Mudge.  — Wiedziałem  to  od  pierwszej 

chwili,  kiedy  przeczytałem  pańskie  dossier,  Joenes,  i  poprosiłem,  żeby  pana  do  mnie 
przysłano. Powiedziałem sobie, że ten człowiek to urodzony koordynator, i mimo wielu trud-
ności postarałem się dla pana o zezwolenie na pracę dla rządu.

— Myślałem, że załatwił to Sean Feinstein — zdziwił się Joenes.
Mudge uśmiechnął się i rzekł:
— Sean to właściwie marionetka. Podpisuje te  papiery, które mu podsuniemy. Jest też 

najwyższej  próby  patriotą,  który  dobrowolnie  przyjął  na  siebie  tajną,  acz  konieczną  rolę 
rządowego kozła ofiarnego. W jego imieniu podejmujemy wszystkie wątpliwe, niepopularne 
lub sporne decyzje. Kiedy okazują się trafne, szefowie zbierają wyrazy uznania, gdy zaś chy-
bione, Sean bierze winę na siebie. W ten sposób szefowie nie tracą autorytetu.

— To musi być bardzo trudne dla Seana — zauważył Joenes.
— To prawda. Być może jednak Sean nie byłby szczęśliwy, gdyby nie było mu ciężko. 

Tak  twierdzi  mój  przyjaciel  psycholog.  Z kolei  psycholog  mojego  znajomego,  człowiek  o 

background image

skłonnościach  mistycznych,  wierzy,  że  Sean  Feinstein  ma  do  spełnienia  historyczną  misję. 
Został stworzony po to, żeby dawać  ludziom  impuls do działania i by odgrywać decydującą 
rolę  we  wszystkich  zdarzeniach.  Został  też powołany, aby  oświecić  społeczeństwo.  Z  tych 
wszystkich powodów nienawidzą go ludzie, którym służy. Cokolwiek by o tym myśleć, Sean 
Feinstein jest osobą wprost niezbędną.

— Chciałbym go spotkać i uścisnąć mu dłoń — odezwał się Joenes.
— Teraz to niemożliwe — odparł Mudge. — W tej chwili Sean przebywa w odosobni-

eniu o chlebie i wodzie. Udowodniono mu kradzież dwudziestu czterech głowic i stu osiem-
dziesięciu siedmiu granatów atomowych z magazynów armii.

— Rzeczywiście ukradł to wszystko? — spytał Joenes.
—  Tak,  ale  zrobił  to na  naszą  prośbę. Wyposażyliśmy  w  ten  sprzęt oddział  Korpusu 

Łączności, dzięki czemu odniósł on zwycięstwo w bitwie pod Rosy Gulch w południowo — 
wschodniej Boliwii. Dodam, że Korpus Łączności od dawna bezskutecznie prosił o tę broń.

— Bardzo mi przykro z powodu Seana — powiedział Joenes. — Jaki zapadł wyrok?
—  Kara  śmierci  —  odparł  Mudge.  —  Zostanie  jednak  ułaskawiony.  Zawsze  tak  się 

dzieje. Sean jest zbyt ważny, by odmówić mu ułaskawienia.

Mudge przez chwilę patrzył w dal, po czym znowu zwrócił się do Joenesa:
—  Pańskie  zadanie,  Joenes,  ma  ogromne  znaczenie.  Wysyłamy pana  do  Rosji,  żeby 

wszystko  pan  zbadał  i  przeanalizował.  Oczywiście,  w  przeszłości  wiele  takich  inspekcji 
miało  miejsce.  Jednak  albo  przeprowadzano  je  zgodnie  ze  specyficznym  nastawieniem 
poszczególnych  urzędów,  co  czyniło  je  bezużytecznymi,  albo  organizowano  je  przy 
współpracy wszystkich służb, lecz wówczas uznawano  je za tak ściśle  tajne, że  raporty bez 
czytania zanoszono do pokoju pod Fortem Knox, opatrzonego tabliczką „Ściśle tajne”. Tym 
razem  jednak dostałem  od  szefa  słowo,  i  daję  panu  moje  własne, że  pańskiego raportu  nie 
spotka podobny los. Zostanie przeczytany i znajdzie przełożenie na praktykę. Jesteśmy zde-
cydowani wymusić koordynację, toteż wszystko, co powie nam pan na temat wroga, zostanie 
zaakceptowane  i  wykorzystane.  Teraz zaś  załatwimy wszystkie  formalności,  potem  będzie 
odprawa, a na końcu otrzyma pan rozkazy.

Mudge zabrał Joenesa do Wydziału Ochrony, gdzie pułkownik pełniący obowiązki fre-

nologa  zbadał,  czy  na  jego  głowie  nie  ma  guzów.  Potem  Joenes  przeszedł  przez  sito 
rządowych astrologów, wróżbitów, fizjonomów, psychologów, kazuistów i  komputerów.  Or-
zeczenie końcowe zawierało opinię, że  jest lojalny, znajduje się w pełni władz umysłowych, 
jest odpowiedzialny, godny zaufania i szacunku, a przede wszystkim szczęśliwy. Na tej pod-
stawie  otrzymał  certyfikat  zdolności  do  służby,  zyskał  również  dostęp  do  tajnych  doku-
mentów.

Dysponujemy tylko fragmentaryczną listą dokumentów, z którymi zapoznał  się Joenes 

w stalowoszarym  pokoju do spraw tajnych. Przebywał  tam  w towarzystwie  dwóch  uzbrojo-
nych strażników, którym zasłonięte oczy, by mieć pewność, że nie spojrzą choćby  niechcący 
na tak cenne materiały.

Wiemy,  że  Joenes  przeczytał:  Dokumenty  Jałtańskie  —  świadectwo  historycznego 

spotkania prezydenta Roosevelta z carem Mikołajem II i cesarzem Mingiem. Dzięki nim Joe-
nes dowiedział się, jak rozstrzygające decyzje podjęte w Jałcie wpłynęły na obecną politykę. 
Dowiedział  się  także  o  gwałtownych  sprzeciwach  przeciw  tym  decyzjom  ze  strony Dona 
Winslowa, najwyższego dowódcy marynarki.

background image

Następnie przeczytał druzgocący  opis anormalnych praktyk mających miejsce w siłach 

zbrojnych, zatytułowany Byłem męską panną młodą wojenną.

Potem zgłębił kolejne pozycje:
Sierotka Ania spotyka wilkołaka — szczegółowy opis działań szpiegowskich autorstwa 

najsłynniejszej kobiety — szpiega w historii;

Tarzan i  Czarne  Miasto  — oryginalne  podsumowanie  pracy  komandosów w  zależnej 

od Rosji Afryce Wschodniej;

Pieśni, autor nieznany — tajny raport na temat wrogich teorii monetarnych i rasowych;
Buck Rogers  wchodzi  do  Mungo  —  udokumentowane  podsumowanie  ostatniej  eska-

pady sił kosmicznych; pozycja ilustrowana.

Dalej:  Pierwsze  zasady  Spencera,  Apokryfy,  nieznanego  autora,  Państwo  Platona, 

Maleus malificarum — wspólne  dzieło Torquemady, biskupa  Berkleya  i  Harpo Marksa. Te 
cztery  dzieła  zawierały  istotę  komunistycznej  doktryny,  toteż  możemy  być  pewni,  że  ich 
przeczytanie przyniosło Joenesowi wielki pożytek.

Oczywiście zgłębił  on  także  Playboya zachodniego świata Immanuela  Kanta. Książka 

ta stanowiła absolutne przeciwieństwo wyżej wymienionych dzieł komunistycznych.

Wszystkie  te  dokumenty nie  zachowały się do  naszych  czasów,  ponieważ, na  nieszc-

zęście,  spisano  je  na  papierze,  zamiast  wyuczyć  się  ich  na  pamięć.  Wiele  byśmy dali  za 
możliwość  poznania  treści  tych  dzieł, które  kreowały genialną i  kapryśną  politykę  tamtych 
czasów.  Nie  sposób  nie  zapytać  również,  czy  Joenes  przeczytał  tych  kilka  klasycznych 
dwudziestowiecznych  pozycji,  które  zachowały   się  do  naszych  czasów.  Czy   prześledził 
emocjonujące Buty, odlane w trwałym brązie? Czy przeczytał Praktyczny  przewodnik po nie-
ruchomościach, tę monumentalną fantazję, która niemal samodzielnie  uformowała  charakter 
XX wieku?  Czy Joenes spotkał  kiedykolwiek  współczesnego sobie  czcigodnego  Robinsona 
Crusoe, największego z dwudziestowiecznych poetów? Czy  rozmawiał z którymś z członków 
Szwajcarskiej  Rodziny  Robinsonów,  których  rzeźby  można  dziś  podziwiać  w  wielu  mu-
zeach?

Niestety,  Joenes  nigdy nie  wypowiadał  się  na  tematy kulturalne.  Jego  sprawozdania 

dotyczą spraw znacznie głębiej nurtujących wiek wojen, w którym przyszło mu żyć..

Joenes czytał  tajne dokumenty trzy dni  i noce  bez przerwy. Potem wstał  i  opuścił sta-

lowoszary pokój do spraw tajnych oraz jego strażników o zasłoniętych oczach. Teraz wiedz-
iał już, jak mają  się  sprawy w jego  kraju  i na  świecie. Pełen  nadziei  i obaw zapoznał się  z 
rozkazami.

Polecono mu stawić się w Oktagonie w pokoju 18891, na dwunastym piętrze szóstego 

poziomu w skrzydle sześćdziesiątym trzecim podsekcji AJB–2. Do rozkazów dołączona była 
mapa, która  miała pomóc  mu odnaleźć drogę  w tak rozległym budynku. W pokoju tym  wy-
soki urzędnik Oktagonu znany  jako pan M. poda mu ostateczne instrukcje i zorganizuje prze-
lot specjalnym samolotem do Rosji.

Joenesowi  chciało  się  skakać  z radości,  kiedy  przeczytał  te  rozkazy.  W  końcu  miał 

szansę  wziąć  udział  w  czymś  wielkim.  Ruszył  czym  prędzej  do  Oktagonu,  by  otrzymać 
ostateczne instrukcje i zostać oddelegowanym do zadań. Ale obowiązek, z którego chciał się 
wywiązać, nie był tak łatwy, jak mu się wydawało.

 11. Przygody w Oktagonie

(Przygody w Oktagonie oraz historie wchodzące w ich skład

zostały opowiedziane przez Maubingi z Tahiti)

background image

Płonąc  z ciekawości,  Joenes wszedł do Oktagonu. Przez chwilę  rozglądał się  wokoło, 

gdyż nie wyobrażał sobie, że gdzieś może istnieć tak ogromny i majestatyczny budynek. Gdy 
w końcu doszedł do siebie, ruszył powoli przez hole, korytarze, schody, przejścia, westybule 
i kolejne korytarze.

Kiedy opadł pierwszy entuzjazm, Joenes zauważył, że jego mapa była zupełnie do nic-

zego, gdyż to, co na niej  zaznaczono, nijak się miało do tego, co widział  wokół  siebie.  Od-
niósł wrażenie, że dano mu mapę zupełnie innego budynku. Zdążył znaleźć się już w samym 
sercu Oktagonu niepewny drogi, którą  należałoby  pójść, wątpiący w możliwość powrotu po 
własnych  śladach. Włożył  więc  mapę  do  kieszeni i  postanowił  poprosić  o pomoc  pierwszą 
napotkaną osobę.

Wkrótce zauważył człowieka idącego korytarzem. Nosił on mundur pułkownika Wydz-

iału Kartograficznego.  Wyglądał  uprzejmie  i  dystyngowanie.  Joenes zatrzymał  pułkownika, 
tłumacząc,  że  się  zgubił  i  że  jego  mapa  wydaje  się  bezużyteczna.  Pułkownik  spojrzał  na 
mapę Joenesa i rzekł:

— O nie,  jest zupełnie w porządku. To mapa  Oktagonu seria A443–321B, którą  moje 

biuro opublikowało w zeszłym tygodniu.

— Ale nie mogę się w niej połapać — powiedział Joenes.
— Oczywiście, że pan  nie  może  — odparł  dumnie  pułkownik. —  Ma  pan pojęcie, w 

jak  ważnym  budynku  się  pan  znajduje?  Czy   zdaje  pan  sobie  sprawę,  że  wszystkie 
najważniejsze agencje rządowe, włączając te najbardziej tajne, mają tutaj swoje siedziby?

— Wiem, że ten budynek jest bardzo ważny — bronił się Joenes — ale…
— Więc  rozumie  pan, w jakim  położeniu byśmy się znaleźli — ciągnął  pułkownik — 

gdyby nasi  wrogowie  naprawdę  orientowali się  w tym budynku?  Szpiegowie  zapuszczaliby 
się  w  te  korytarze.  Przebrani  za  żołnierzy  albo  biznesmenów  mieliby  dostęp  do 
najważniejszych  informacji. Żadne  środki  bezpieczeństwa  nie  zdołałyby  powstrzymać  chy-
trego  i  zdeterminowanego  szpiega,  znającego  topografię  budynku.  Bylibyśmy  skończeni, 
drogi panie. Takie mapy jak ta, zdolne zmylić szpiega, są naszym najskuteczniejszym zabez-
pieczeniem.

— Też tak sądzę — odparł grzecznie Joenes.
Pułkownik z Wydziału Kartografii dotknął pieszczotliwie jego mapy i rzekł:
— Nie ma pan pojęcia, jak trudno wykreślić taką mapę.
—  Naprawdę?  —  zapytał  z  niedowierzaniem  Joenes.  —  A  ja  myślałem,  że  łatwo 

stworzyć mapę wymyślonego miejsca.

— Laicy  zawsze  tak  myślą.  Tylko  doświadczony kartograf  albo  szpieg  docenia  nasze 

problemy.  Stworzenie  mapy,  która  nic  nie  mówi,  a  jednak  wydaje  się  prawdziwa,  tak  że 
nawet ekspert uważałby ją za poprawną, wymaga, mój przyjacielu, największej sztuki!

—  Nie  wątpię  —  rzekł  Joenes.  —  Tylko  po  co  w  ogóle  zajmować  się  kreśleniem 

fałszywych map?

— Dla bezpieczeństwa — wyjaśnił pułkownik. — Żeby jednak to pojąć, musiałby pan 

wiedzieć, jak  rozumuje  szpieg,  kiedy dostanie mapę taką jak ta. Wówczas dowiedziałby  się 
pan, że  atakuje ona jego najsłabszy punkt i sprawia, że jego działanie  staje się mniej efekty-
wne,  niż gdyby nie  miał  żadnej  mapy.  Żeby zaś to  wszystko  zrozumieć,  musi  pan  poznać 
mentalność szpiega.

Joenes  przyznał,  że  wyjaśnienia  pułkownika  rzeczywiście  tylko  go  zdezorientowały. 

Pułkownik  powtórzył  jednak,  że  to  tylko  kwestia  zrozumienia  natury  szpiega,  i  aby 

background image

przybliżyć tę naturę Joenesowi, opowiedział mu historię o szpiegu i o tym, jak zachowuje się, 
gdy mapa trafi w jego ręce.

Historia szpiega

— Szpieg  — opowiadał  pułkownik — pokonał wszystkie  dotychczasowe  przeszkody. 

Uzbrojony w mapę zapuścił  się daleko w głąb budynku. Teraz próbuje  skorzystać  z mapy  i 
widzi, że nie przedstawia ona tego, co powinna. Jednak widzi również, że mapa jest pięknie 
wykonana  i  wydana  na  kosztownym  rządowym  papierze.  Ma  rządowy  numer  seryjny   i 
pieczątkę dopuszczającą  ją do użytku. Jest to  wyraźna, klarowna  mapa, szczyt umiejętności 
kartograficznych. Czy  zatem szpieg  wyrzuci ją i spróbuje narysować  otoczenie  w nędznym, 
podręcznym notatniku za pomocą niezbyt sprawnie działającego pióra kulkowego? Najpraw-
dopodobniej  tego  nie  zrobi.  Gdyby  to  uczynił,  odniósłby sukces,  ale  nasz szpieg  jest tylko 
człowiekiem.  Nie  ma  zamiaru  konfrontować  swoich marnych  umiejętności  w wyobrażaniu 
sobie,  myśleniu  abstrakcyjnym,  rysowaniu  i  uogólnianiu  z umiejętnościami  eksperta.  Żeby 
wyrzucić  tak  wspaniałą  mapę  i  zdać  się  tylko  na  siebie,  trzeba  być  bardzo  odważnym  i 
pewnym  siebie.  Gdyby  nasz  szpieg  posiadał  te  cechy,  to  najprawdopodobniej  nie  zostałby 
szpiegiem. Byłby  przywódcą lub wielkim artystą albo naukowcem. Ale nie jest nikim takim. 
Jest szpiegiem, to znaczy człowiekiem, który woli odkrywać  nowe rzeczy, niż szukać  infor-
macji na temat rzeczy  już sobie znanych. Zakłada on istnienie nieznanych prawd, gdyż żaden 
prawdziwy  szpieg  nie  uwierzy,  że  jego  przeznaczeniem  jest  odkrywanie  wymyślnych 
kłamstw.

To  wszystko  jest  bardzo  ważne,  kiedy zastanawiamy się  nad  charakterem  szpiega,  a 

zwłaszcza  szpiega,  który  ukradł  rządową  mapę  i  dotarł  daleko  w  głąb  tego  starannie 
strzeżonego budynku.

Myślę,  że  nasz  szpieg  w  pełni  zasługuje  na  miano  wybitnego,  niezwykle  oddanego 

sprawie, sprytnego i wytrwałego fachowca.

Te  cechy pozwoliły mu  ominąć  wszystkie  niebezpieczeństwa  i  zatrzymać  się  w  do-

godnym miejscu wewnątrz budynku. Ale te same cechy nadają również kształt jego myślom, 
czyniąc  jedne  działania  możliwymi,  inne  nie.  Tak  więc  im  lepszy  w  działaniu  jest  nasz 
szpieg, tym  większa  staje  się  jego przebiegłość, silniejsze  oddanie,  dłuższe  doświadczenie, 
większa  cierpliwość. Coraz trudniej  mu wyrzec  się  tych cnót, wyrzucić  mapę, wziąć  pióro i 
czystą  kartkę  do  ręki  i  nabazgrać  to,  co  widzi.  Może  pomysł  odrzucenia  oficjalnej  mapy 
rządowej wydaje się  panu banalny. Ale dla  szpiega  jest on wstrętny, dziwny, odstręczający i 
nie licujący z jego geniuszem.

Szpieg  nie wyrzuca więc mapy, lecz zaczyna zastanawiać się  nad nią na sposób szpie-

gowski, który wydaje  mu się jedynym sposobem myślenia.  My jednak wiemy, że  jest to  je-
dynie  sposób  na uniknięcie  sprzeczności, które  są oczywiste,  lecz które  instynkt i  rozsądek 
szpiega odrzucają.

Wyobraźmy  sobie,  że  szpieg  ma  mapą  opublikowaną  przez rząd,  a  przed  sobą  liczne 

korytarze i drzwi. Spogląda na mapę, dokument podobny  do innych prawdziwych, które miał 
okazję ukraść w swoim życiu, i oto, jak rozumuje:

— Czy ta mapa może być fałszywa? Wiem, że została wydana przez rząd i że ukradłem 

ją  urzędnikowi, który najwyraźniej uważał ją  za  cenną. Czy uzasadnione byłoby  zatem  zig-
norowanie  tego  dokumentu  tylko  dlatego,  że  zdaje  się  nie  przystawać  do  tego,  co  widzę 
wokoło?.

background image

Szpieg  stawia sobie te  pytania i w końcu zatrzymuje  się  na kluczowym  słowie: „zdaje 

się”. Mapa tylko  zdaje  się nie odzwierciedlać otoczenia! Ten pozór go zmylił! O mały włos 
nie  wprowadziło go w błąd świadectwo własnych  zmysłów.  Twórcy mapy prawie  przechy-
trzyli jego, mistrza podchodów i  zmyłek, człowieka, który całe  życie  spędził na  wykradaniu 
ich sekretów. Oczywiście, teraz wszystko jest jasne.

— Próbowali mnie wywieść  w pole  za pomocą moich własnych sztuczek — mówi do 

siebie szpieg. — Niezdarnie wprawdzie, ale w końcu zaczynają myśleć we właściwy sposób.

Rozumie przez to, że zaczynają myśleć tak jak on, czyniąc w ten sposób swoje sekrety 

bardziej dla niego przejrzystymi. To sprawia mu przyjemność. Zły humor spowodowany tym, 
że mapa nie zgadza się z topografią budynku, znika teraz bez śladu. Szpieg jest wesoły, pełen 
energii, przygotowany na wszelkie trudności, gotów do ostatecznej konkluzji.

— Niech no zbiorę wszystkie fakty i  przesłanki do kupy — mówi do siebie  szpieg. — 

Po pierwsze, wiem, że ta mapa jest ważna.

Wszystko  za  tym  przemawia,  także  moje  doświadczenie.  Wiem  ponadto,  że  zdaje się 

nie  odzwierciedlać topografii budynku, co robić  powinna. Dość oczywiste jest też to, że ist-
nieje  jakiś  związek  między mapą  i  budynkiem.  Jaki  to  związek  i  o  co  w  tym  wszystkim 
chodzi?.

Szpieg zastanawia się przez chwilę, po czym mówi:
— Wygląda na to, że jest to szyfr. Jakiś zdolny i sprytny kreślarz próbował wprowadzić 

w błąd tych, dla których mapa nie jest przeznaczona, ja zaś nie miałem o tym dotąd pojęcia.

To powiedziawszy, szpieg prostuje się i dodaje:
— Tylko że  ja całe  życie  spędziłem  na łamaniu szyfrów.  Nie istnieje  nic, co intereso-

wałoby mnie bardziej niż szyfry. Można  by powiedzieć, że zostałem stworzony do ich łama-
nia i że przeznaczenie sprawiło, że znalazłem się właśnie tu i teraz, z tym kluczowym, zaszy-
frowanym dokumentem w ręku.

Nasz szpieg  wpada  w  podniosły nastrój.  Po  chwili  jednak  przychodzi  mu  do  głowy 

nowa myśl:

—  Czyż nie  przyjąłem  bezkrytycznie  na  początku,  że  ten  dokument  jest prawdziwą, 

zaszyfrowaną  mapą,  a  nie  czymś  zupełnie  innym?  Nieraz  odczułem  przecież  na  własnej 
skórze,  że  ludzie  potrafią  być  przebiegli.  W  końcu  ja  sam  jestem  tego  najlepszym 
przykładem: pomysłowość pomogła mi pozostać w ukryciu  w sercu terytorium  wroga  i od-
kryć  wiele  jego  sekretów. Czy nie jestem  zatem  niesprawiedliwy, odmawiając wrogowi po-
dobnego sprytu?

— Bardzo dobrze — ciągnie szpieg. — Chociaż rozsądek i instynkt podpowiadają mi, 

że  mapa  jest pod każdym względem  prawdziwa, a myląca tylko dlatego, że  nie znam kodu, 
muszę  jednak  dopuścić  możliwość,  że  przynajmniej  w  części  jest fałszywa.  Wiele  za  tym 
przemawia. Załóżmy, że tylko prawdziwa część mapy była potrzebna urzędnikowi, któremu 
ją  ukradłem. On, wyposażony  w wiedzę, której ja  nie posiadam, korzysta tylko  z tej  części, 
która jest prawdziwa i ma związek z jego pracą. Ponieważ jest nudnym cywilem–służbistą, a 
przede  wszystkim  nie  interesują  go  ani  mapy,  ani  szyfry,  zgodnie  z  prawdziwymi 
wskazówkami pójdzie do biura, zignoruje zaś zupełnie część fałszywą. Mapa sama w sobie, z 
częścią fałszywą tak sprytnie dołączoną do prawdziwej, ani trochę go nie obejdzie.

Niby dlaczego miałaby go obchodzić? Jego praca nie ma nic wspólnego z mapami. Nie 

jest  bardziej  zainteresowany prawdziwością  lub  fałszywością  tej  mapy niż ja  szczegółami 
jego nędznego zajęcia.

background image

Podobnie  jak  ja  nie ma czasu martwić  się o  skomplikowane  sprawy,  które  go nie  do-

tyczą. Może więc spokojnie korzystać z mapy, nie zaprzątając sobie nią głowy.

Szpieg  jest  ubawiony  i  zasmucony  zarazem,  kiedy  myśli  o  tym  człowieku,  który 

korzysta  z mapy, lecz nie okazuje jej najmniejszego zainteresowania. Jacy  dziwni są ludzie! 
Jakie  to dziwne, że urzędnik korzysta  z mapy, nie roztrząsając jej  tajemniczej  natury. Tymc-
zasem  szpieg  wie,  że  najważniejszą  rzeczą  jest dokładne  zrozumienie  mapy i  tego,  co  ona 
przedstawia.  Wówczas  wszystko  stanie  się  jasne  i sekrety całego budynku staną przed  nim 
otworem.  To  wydaje  mu  się  tak  oczywiste,  że  wprost nie  może  zrozumieć  braku  zainter-
esowania  urzędnika.  Jego własne  zainteresowanie  wydaje  mu  się tak naturalne, tak koniec-
zne, tak uniwersalne, że  dochodzi niemal do przekonania, że urzędnik nie jest człowiekiem, 
lecz istotą innego gatunku.

— Nieee — mówi sobie — tak mi  się  tylko wydaje. Prawdziwa różnica między mną i 

urzędnikiem  leży  prawdopodobnie  w  pochodzeniu  albo  we  wpływach  środowiska  lub  w 
czymś takim. Nie powinienem się tym zbytnio przejmować. Zawsze wiedziałem, jak dziwni i 
nieprzewidywalni są ludzie. Nawet szpiedzy — ludzie, których najlepiej rozumiem — posłu-
gują  się różnymi  metodami  i mają różne  podejścia do sprawy. Tak, to dziwny  świat, a moja 
wiedza na jego temat jest bardzo uboga. Cóż ja wiem o historii, filozofii, muzyce, sztuce czy 
literaturze? Owszem, mogę  prowadzić w miarę sensowną rozmowę na te tematy, ale w głębi 
duszy zdaję sobie sprawę, że nic o nich nie wiem.

Szpieg czuje się niepocieszony z tego powodu. Potem jednak myśli:
—  Na  szczęście  jest jedna  rzecz,  którą  naprawdę  rozumiem.  To  szpiegostwo.  Żaden 

człowiek nie może zajmować się wszystkim naraz i dobrze zrobiłem, że  zostałem ekspertem 
we  własnej  dziedzinie.  W  tym  moja  nadzieja  i  ratunek.  To  zawężenie  stanowi  o  mojej 
prawdziwej głębi i ono jest miarą, wedle której sprawdzam świat. Bądź co bądź, wiem wiele 
na  temat  historii  i  psychologii  szpiegostwa  i  przeczytałem  większość  literatury  szpie-
gowskiej.  Widziałem  sławne  obrazy  szpiegów  i  po  wielekroć  słuchałem  znanych  oper  o 
szpiegach. To poszerzyło mój horyzont. Tak obszerna wiedza na ten jeden temat daje mi  so-
lidną podstawę. Opierając się na niej, mogę spoglądać na inne sprawy z pewnej perspektywy.

—  Choć  oczywiście  —  upomina  sam  siebie  szpieg  —  nie  powinienem  popełniać 

takiego  błędu,  by myśleć,  że  każdą  rzecz można  sprowadzić  do  sprawy szpiegostwa  i  jego 
technik.  Nawet  jeśli  wydaje  się  to  sensowne,  stanowi  rodzaj  uproszczenia,  którego  inteli-
gentny  człowiek  powinien  unikać.  Nie,  szpiegostwo  to  nie  wszystko!  To  jedynie  klucz do 
wszystkiego.

Ustaliwszy ten fakt, szpieg mówi dalej:
— Szpiegostwo  to nie  wszystko,  lecz na szczęście dla  mnie  sprawa  tej mapy  dotyczy 

szpiegostwa. Mapy  są istotą szpiegostwa. Kiedy trzymam  w ręku mapę i wiem, że wydał  ją 
rząd,  staję  przed  problemem,  który   jest  moją  specjalnością.  Zaszyfrowana  w  szczególny 
sposób  mapa  dotyczy  szpiegostwa,  podobnie  jak  mapa  częściowo  fałszywa.  Nawet  mapa 
całkowicie fałszywa musiałaby wiązać się ze szpiegostwem.

Teraz szpieg jest wreszcie gotów do przeanalizowania mapy. Mówi sobie tak:
—  Istnieją  trzy możliwości. Pierwsza  —  że  mapa  jest prawdziwa i  zaszyfrowana. W 

takim  wypadku  muszę  złamać  szyfr,  wykorzystując  całą  moją  cierpliwość  i  wszystkie 
umiejętności.  Druga  możliwość  jest  taka,  że  mapa  jest  tylko  częściowo  prawdziwa  i 
zaszyfrowana.W tym wypadku muszę dociec, która część jest prawdziwa, i tę rozszyfruję. To 
może  wydawać  się  trudne  komuś,  kto  się  nie  zna  na  rzeczy.  Dla  eksperta  jednak  jest  to 
przeszkoda  do  pokonania.  Kiedy  tylko  odszyfruję  najdrobniejszy  fragment  prawdziwej 

background image

części, cała mapa stanie  się  dla mnie  przejrzysta. Pozostanie część fałszywa, którą ktoś inny 
mógłby  wyrzucić. Ale  ja tego nie zrobię. Potraktuję  fałszywą część  tak, jakbym potraktował 
całą  mapę, gdyby była  fałszywa. To zaś stanowi  możliwość  numer  trzy. A więc  po trzecie, 
jeżeli  cała  mapa  jest  fałszywa,  muszę  zobaczyć,  jakie  informacje  mogę  uzyskać  mimo  tej 
fałszywości.  Oczywiście,  pewne  jest,  że  pomysł  fałszywej  mapy rządowej  jest absurdalny, 
załóżmy  jednak,  że  jest ona  fałszywa. Albo  raczej  przyjmijmy, że  fałszywość  była  intencją 
twórców mapy. W takim  wypadku musi pojawić się  pytanie, jak się  rysuje  fałszywą  mapę? 
Nie  jest to  sprawa  łatwa,  to wiem  na pewno. Jeśli  kartograf  pracuje  tu, porusza  się w tę i  z 
powrotem  po tych korytarzach, wchodzi  i  wychodzi  z tych biur, musi  znać  ten budynek  jak 
nikt inny.  Jeśli  taki człowiek  spróbuje  wykreślić  fałszywą  mapę,  jak  może  uniknąć  tego,  że 
nieumyślnie  narysuje prawdziwy fragment budynku? Nie może. Prawda  tak go wypełnia, że 
sprawia,  iż niemożliwe  okazuje  się  zupełne  fałszerstwo. Jeżeli zaś przez przypadek naryso-
wał  jakąś  część  prawdziwego  budynku,  to  ja  nieuchronnie  ją  odnajdę  i  cała  zazdrośnie 
strzeżona  tajemnica  będzie  nic  niewarta.  Przyjmijmy jednak,  że  wysocy urzędnicy są  tego 
wszystkiego  świadomi  i  bardzo  się  przyłożyli  do  stworzenia  fałszywej  mapy.  Dajmy   im 
najwyższą  notę. Wiedzą  oni,  że  mapa,  aby służyć  zgodnie  z  przeznaczeniem,  musi  zostać 
narysowana  przez  wykwalifikowanego  kartografa,  który   wykonają  zgodnie  z  zasadami 
kreślenia  map. Wiedzą też, że  mapa  musi być  fałszywa i  nie może, nawet przez przypadek, 
zawierać  informacji  prawdziwych.  Powiedzmy,  że  aby  rozwiązać  ten  problem,  wysocy 
urzędnicy  znajdują  cywilnego  kartografa,  który  nie  zna  budynku.  Z  zasłoniętymi  oczami 
zostaje  doprowadzony  do  pilnie  strzeżonego  biura  i  dostaje  polecenie  narysowania  mapy 
zmyślonego  budynku.  Wykonuje zadanie.  Jednak problem  przypadkowej  prawdziwości  po-
zostaje. Dlatego mapę musi sprawdzić rządowy kartograf, który zna  budynek. Ów kartograf 
(a nikt inny  prócz kartografa nie ma kwalifikacji, by to osądzić) sprawdza  mapę i stwierdza, 
że  jest ona doskonała, zupełnie  fałszywa.  Nawet w tej  postaci  mapa jednak nie  jest niczym 
innym  jak  szyfrem!  Została  wykreślona  przez  wykwalifikowanego  kartografa  z  zewnątrz 
zgodnie z generalnymi  zasadami rządzącymi  tworzeniem map. Jest mapą budynku i  została 
narysowana  zgodnie  z zasadami  odwzorowywania  budynków.  Uznano  ją  za  fałszywą,  ale 
przesądził o tym rządowy  kartograf, który znał prawdę i decydował o każdym detalu mapy  na 
podstawie  znajomości  topografii  budynku.  Zatem  ta  tak  zwana  fałszywa  mapa  jest  tylko 
czymś w rodzaju odwróconego obrazu prawdy znanej rządowemu kartografowi. Związek zaś 
między prawdziwym budynkiem i fałszywą mapą został ustalony przez jego osąd, gdyż znał 
on  zarówno prawdę, jak i  fałsz. Ocenił  on również stopień  różnicy między nimi. Ów osąd 
ukazuje  istotę  fałszywej  mapy,  która  — ponieważ stanowi logiczne odwrócenie  prawdy  — 
może być nazwana szyfrem! A ponieważ szyfr ten przestrzega zasad kierujących tworzeniem 
map i odwzorowywaniem budynków, można go złamać!

Tak  kończy się  szpiegowska  analiza  mapy.  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  mapa  jest 

prawdziwa i zaszyfrowana. Olśniony tym odkryciem szpieg mówi:

— Myśleli, że wystrychną mnie na dudka. Tylko że  to moja  działka. W poszukiwaniu 

prawdy strawiłem życie na  fałszu i kłamstwie. Mimo to zawsze byłem świadom jednego:  ja 
sam jestem rzeczywisty. Dzięki temu lepiej niż inni wiem, że nie ma czegoś takiego jak fałsz 
i  że  wszystko jest albo prawdą,  albo szyfrem. Jeśli  jest prawdą,  podążam  za  nią,  jeśli  szy-
frem, łamię go. Szyfr, bądź co bądź, jest jedynie ukrytą prawdą!

Szpieg  nareszcie  jest szczęśliwy.  Poradził  sobie  z najtrudniejszymi problemami i miał 

odwagę  stawić  czoło  najgorszym  możliwościom.  Teraz  czeka  go  nagroda.  Ze  szczególną 
uwagą  zaczyna  przyglądać  się  mapie  i  traktując  ją  z należytą  ostrożnością  i  uwielbieniem, 

background image

podejmuje  zadanie stanowiące  kulminacyjny  punkt jego życia, zadanie,  na  które  nie starczy 
mu całej wieczności. Szpieg zabiera się za rozszyfrowanie mapy.

Wyjaśnienia kartografa

Kiedy pułkownik skończył, stali przez chwilę w milczeniu. W końcu Joenes rzekł:
— Współczuję temu człowiekowi.
— To smutna opowieść  —  przyznał pułkownik. — Ale  wszystkie  ludzkie  historie  są 

smutne.

— Jeśli ten szpieg zostanie złapany, jaka kara mu grozi?
— Sam  ją  sobie wymierzył  — odparł  pułkownik. —  Jego  karą  jest odszyfrowywanie 

mapy.

Joenes nie mógł sobie wyobrazić gorszego losu.
— Czy wielu szpiegów łapiecie tu, w Oktagonie? — spytał Joenes.
— Jak dotąd — odparł kartograf — żadnemu szpiegowi nie udało się dostać do wnętrza 

budynku.

Pułkownik musiał zauważyć wyraz rozczarowania na  twarzy Joenesa, bo dodał  pośpi-

esznie:

— To jednak nie czyni mojej opowieści  nieprawdziwą. Gdyby jakiś szpieg, mimo za-

bezpieczeń, dostał się tutaj, zachowałby się dokładnie tak, jak panu powiedziałem. Proszę mi 
wierzyć, każdego tygodnia system naszych zabezpieczeń zewnętrznych wyłapuje szpiegów.

— Nie zauważyłem żadnych zabezpieczeń — zauważył zdziwiony Joenes.
— Oczywiście, że nie. Po pierwsze, nie jest pan szpiegiem. Po drugie, ochrona na tyle 

dobrze  zna  swoją  robotę,  żeby nie  ujawniać  swojej  obecności,  tylko  działać,  kiedy jest to 
konieczne.  Tak  wygląda  to  dziś.  W  przyszłości,  kiedy  narodzi  się  więcej  przebiegłych 
szpiegów, chronić nas będą fałszywe mapy.

Joenes skinął głową. Wrócił mu zapał do działania. Wciąż nie wiedział jednak, jak do-

stać się we wskazane miejsce. Zdecydował się okrężną drogą wypytać pułkownika:

— Czy jest pan przekonany, że nie jestem szpiegiem?
— W pewnym stopniu każdy  z nas jest szpiegiem — odparł tamten. — Ale w tym sen-

sie, który ma pan na myśli, jestem przekonany, że nie.

— A więc — zaczął Joenes — muszę panu powiedzieć, że dostałem specjalne rozkazy, 

aby udać się do pewnego biura w tym budynku.

— Czy mogę zobaczyć pańskie rozkazy? — spytał pułkownik.
Joenes wręczył mu papiery, pułkownik zaś obejrzał je dokładnie i zwrócił.
— Wydają  się autentyczne  — powiedział. — Z pewnością powinien pan  natychmiast 

udać się do tego biura.

— W tym właśnie tkwi problem — odparł Joenes. — Prawdę powiedziawszy, zgubiłem 

się.  Próbowałem  posłużyć  się  jedną  z tych pańskich  wspaniałych  fałszywych map  i,  oczy-
wiście, nic  nie  znalazłem.  Skoro już pan  wie,  że  nie  jestem  szpiegiem  i  że  mam  do  załat-
wienia urzędową sprawę, może zechciałby mi pan odrobinę pomóc?

Joenes  przedłożył  tę  prośbę  z całą  ostrożnością  okrężną  drogą,  która  najlepiej  mogła 

trafić do pułkownika. Ten jednak spuścił wzrok z wyrazem zakłopotania na dostojnej twarzy.

— Obawiam się, że  jest to  niemożliwe  — rzekł. —  Nie mam  najmniejszego pojęcia, 

gdzie mieści się to biuro. Nawet nie wiem, w którym kierunku powinien pan pójść.

background image

— To nieprawdopodobne! —  jęknął Joenes.  —  Jest pan  oficjalnym  kartografem  tego 

budynku.  I  chociaż  rysuje  pan  fałszywe  mapy,  jestem  przekonany,  że  jest  pan  w  stanie 
narysować także prawdziwą.

To musi leżeć w pańskiej naturze.
— To wszystko prawda — odparł pułkownik — zwłaszcza w odniesieniu do mojej na-

tury. Nietrudno odkryć naturę kartografa. Można ją rozpoznać po owocach jego pracy. Praca 
ta  polega  na  niezwykle  starannym  rysowaniu  map  tak  precyzyjnych  i  przejrzystych,  żeby 
najciemniejszy z ludzi mógł się nimi posłużyć. Niestety, charakter tej  pracy uległ diametral-
nej  zmianie  nie  z mojej  woli,  tak że teraz muszę  spędzać  mnóstwo czasu,  rysując  fałszywe 
mapy, stwarzające pozory prawdziwości. Ale, jak słusznie pan zauważył, nic nie powstrzyma 
prawdziwego  kartografa  przed  kreśleniem  prawdziwych  map.  Robiłbym  to,  nawet  gdyby 
było to zabronione. Na szczęście jednak nie jest. Jest wręcz zalecane.

— Przez kogo? — spytał Joenes.
— Przez wysokich urzędników z tego budynku — wyjaśnił  pułkownik. — Kontrolują 

system  ochronny  i  używają  prawdziwych  map  do  rozlokowania  swych  sił.  Oczywiście, 
prawdziwe  mapy stanowią  tylko pewne  udogodnienie, to dla  nich  jedynie  kawałek papieru, 
na  który  spoglądają równie  obojętnie, jak pan spogląda  na zegarek,  żeby zobaczyć, czy jest 
wpół do czwartej, czy za dwadzieścia czwarta.

Gdyby  to  było  konieczne,  obywaliby się  zupełnie  bez map, polegając  na  własnej  pa-

mięci. Mogłoby to stanowić dla nich pewien problem, ale naprawdę niewielki.

— Jeśli rysuje pan dla nich prawdziwe mapy — rzekł  na  to Joenes — to z pewnością 

może mi pan powiedzieć, w którą stronę mam się udać.

— Nie mogę — zaprzeczył pułkownik.  — Tylko wysocy  urzędnicy znają budynek na 

tyle dobrze, by móc się dostać tam, gdzie chcą.

Pułkownik dostrzegł wyraz niedowierzania na twarzy Joenesa.
— Wiem, jak  nierozsądnie musi  to wszystko brzmieć  w pańskich uszach  — rzekł. — 

Widzi  pan,  ja  rysuję  tylko  jeden  sektor  budynku  na  raz.  Żadna  inna  metoda  nie  poskut-
kowałaby  w wypadku tak wielkiego i skomplikowanego gmachu. Rysuję  więc swój  sektor i 
przesyłam go przez gońca wysokiemu urzędnikowi, potem rysuję  kolejny sektor i tak dalej. 
Przypuszcza  pan  może, że  mógłbym  połączyć  wiedzę  o  różnych częściach  i  w ten  sposób 
ułożyć  sobie  obraz całości?  Od  razu  panu powiem,  że  to niemożliwe.  Po  pierwsze,  są  inni 
kartografowie. Rysują oni te części budynku, których ja nie widziałem na oczy. Jednak nawet 
gdybym sam wyrysował  wszystko, kawałek po kawałku, nigdy nie zdołałbym połączyć  tego 
w sensowną  całość.  Każdy fragment budynku  jest dla  mnie  zrozumiały i  z wielką  dokład-
nością  odwzorowuję  go na  papierze.  Gdy jednak muszę połączyć w  wyobraźni  niezliczone 
sektory, które  narysowałem,  wszystko  mi  się  miesza  i  nie  jestem  w  stanie  odróżnić  jednej 
części od drugiej. Jeśli myślę o tym zbyt długo, źle to wpływa na mój sen i apetyt, zaczynam 
za  dużo  palić  i  szukam  pociechy  w  alkoholu.  Na  tym  wszystkim  zaś  cierpi  moja  praca. 
Czasami, kiedy przyjdzie  na  mnie  to przekleństwo, staję  się nieprecyzyjny i nie  dostrzegam 
pomyłek,  dopóki  urzędnicy nie  odeślą  mi  mapy do  korekty.  To  podkopuje  moją  wiarę  we 
własne umiejętności. Dlatego unikam tej zgubnej skłonności i trzymam się zasady, by kreślić 
tylko jeden sektor na raz, nie zawracając sobie głowy całością.

Pułkownik przerwał i potarł oczy.
— Niestety, jak  się  można  domyślić  — ciągnął po  chwili  — moje  postanowienia  nie 

trwają  długo, szczególnie  gdy przebywam  w towarzystwie  kolegów kartografów.  Wówczas 
dyskutujemy czasem  o  budynku  i  próbujemy dojść między sobą,  jaki  on  jest. My, kartogra-

background image

fowie,  jesteśmy zwykle  nieśmiałymi  ludźmi.  Podobnie  jak  szpiedzy wolimy zajmować  się 
swoją pracą w samotności  i nie  rozmawiamy o  niej  z innymi. Samotność  jednak, którą  tak 
lubimy,  staje  się  czasem  uciążliwa.  Wtedy  pokonujemy ograniczenia  naszej  natury  i  roz-
mawiamy o budynku, a każdy z nas dzieli  się swoją  wiedzą  chętnie i  bez zawiści. Wszyscy 
próbujemy ogarnąć umysłem cały budynek. Ale próby te nie wypadają zbyt zachęcająco.

— Dlaczego? — zapytał Joenes.
— Jak już mówiłem  — odparł  pułkownik — mapy sektorów są  czasem  odsyłane  do 

korekty. Rozumiemy przez to, że popełniliśmy jakieś błędy, chociaż nigdy nie ma oficjalnego 
komentarza. Kiedy zaś my, kartografowie, rozmawiamy między sobą, odkrywamy nieraz, że 
dwóch z nas sporządziło mapę tego samego sektora i że każdy zapamiętał go i narysował in-
aczej. Oczywiście człowiekowi  zdarza się  popełniać  podobne  błędy.  Jednak najbardziej  de-
prymujące jest to, że niekiedy urzędnicy przyjmują obie wersje. Możesz sobie wyobrazić, co 
czuje kartograf, kiedy dowiaduje się o czymś takim!

— Czym pan to tłumaczy? — spytał Joenes.
— Cóż, po pierwsze, kartografowie  mają  swoje style i upodobania i z tego mogą brać 

się  różnice. Po drugie, nawet najlepsza  pamięć bywa  zawodna, więc zawsze  istnieje  możli-
wość, że wcale nie rysowaliśmy  tego samego sektora. Dla mnie jednak te wyjaśnienia nie są 
wystarczające i tylko jedno wytłumaczenie ma sens.

— Jakie? — zapytał Joenes.
—  Wierzę,  że  robotnicy na  polecenie  wysokich  urzędników  wciąż  zmieniają  poszc-

zególne części budynku. To jedyne wyjaśnienie, które mnie satysfakcjonuje. Zdarzało mi się 
spostrzec  osoby, które mogły  być  tylko i  wyłącznie robotnikami. Ale nawet gdybym ich  nie 
widział,  nie  przestałbym  w  to  wierzyć.  Proszę  pomyśleć.  Wysocy  urzędnicy  zajmują  się 
sprawami  ochrony, najlepszą  zaś  możliwą  ochroną  byłoby nieustanne  wprowadzanie  zmian 
na  terenie  budynku.  Poza  tym  gdyby budynek  pozostawał  niezmienny,  wystarczyłby  poje-
dynczy  zwiad kartograficzny zamiast ciągłego rysowania  i  poprawiania.  I w końcu  wysocy 
urzędnicy próbują  kontrolować  złożony i  wiecznie  zmieniający się  świat.  Dlatego  wraz  ze 
światem  musi  zmieniać  się  również  budynek.  Trzeba  budować  więcej  biur,  a  stare  muszą 
zmieniać  lokatorów.  Szereg  pomieszczeń  trzeba  likwidować.  Całe  korytarze  muszą  zostać 
zamknięte,  aby  umożliwić  wymianę  instalacji,  i  tak  dalej.  Niektóre  z  tych  zmian  są 
ewidentne.  Każdy może  je  dostrzec,  nie  tylko  kartograf.  Ale  inne  wprowadza  się  najwy-
raźniej po cichu lub modernizuje  się  te części, do których nie zaglądam, zanim prace  się  nie 
skończą.  Nowe  do  złudzenia  przypomina  stare,  chociaż  czuje  się  pewną  różnicę.  Z  tych 
właśnie  powodów  wierzę,  że  budynek  ulega  ciągłym  zmianom.  Uniemożliwia  to  jego 
całkowite poznanie.

— Jeśli  topografia  tego miejsca jest, jak pan twierdzi,  niepoznawalna  — rzekł  Joenes 

— to jak znajduje pan drogę do swojego biura?

— W  tym  wypadku, przyznaję ze wstydem, moje  kartograficzne  umiejętności  w nic-

zym  mi  nie  pomagają.  Znajduję  swoje  biuro,  tak  jak  wszyscy tutaj,  za  pomocą  czegoś  na 
kształt instynktu. Inni nie zdają sobie z tego sprawy. Myślą, że znajdują drogę, posługując się 
inteligencją, za pomocą systemu „skręć w prawo, skręć w lewo”. Podobnie jak szpieg wierzą, 
że  mogą  poznać  cały budynek.  Nie  wiedziałby pan,  czy się  śmiać,  czy płakać,  gdyby pan 
usłyszał,  co  niektórzy  z  nich  mówią  na  temat  budynku,  chociaż  nigdy  nie  odważyli  się 
zapuścić poza korytarz wiodący do ich własnego biura. Ale ja, jako kartograf, krążę po całym 
gmachu. Czasami miejsce, które  właśnie minąłem, zmienia się  nie do poznania. Wtedy coś, 
co nie jest wiedzą, prowadzi mnie z powrotem do mego biura tak jak i innych urzędników.

background image

— Rozumiem —  powiedział  Joenes, choć  czuł się  bardzo zdezorientowany.  —  Czyli 

naprawdę nie wie pan, co powinienem zrobić, żeby odnaleźć swoje biuro?

— Nie mam pojęcia.
— Może mógłby mi pan dać jakąś radę, zasugerować, gdzie  i  czego powinienem  szu-

kać?

— Jestem  ekspertem w sprawach budynku —  rzekł  smutno pułkownik — i  mógłbym 

mówić o nim cały  rok, nie powtarzając się. Ale, niestety, nie jestem w stanie powiedzieć nic, 
co by mogło panu pomóc.

— Czy sądzi pan, że kiedykolwiek znajdę swoje biuro? — spytał Joenes.
— Jeśli pańskie zadanie jest ważne — rzekł pułkownik — i jeśli wysocy urzędnicy na-

prawdę chcą, aby odnalazł pan to biuro, jestem pewien, że nie będzie pan miał z tym kłopotu. 
Z drugiej strony, pańskie  zadanie może nie być ważne dla nikogo poza panem. W takim  wy-
padku pańskie poszukiwania niewątpliwie potrwają długo. Wprawdzie  ma pan urzędowe pa-
piery,  ale  podejrzewam,  że  wysocy  urzędnicy  posyłają  czasem  ludzi  do  fikcyjnych  biur 
wyłącznie  po  to,  żeby sprawdzić  niezawodność  wewnętrznego systemu zabezpieczeń.  Jeśli 
tak stało się w pańskim wypadku, szansę na powodzenie są rzeczywiście niewielkie.

—  Tak  czy  owak  —  odparł  Joenes  ponuro  —  moja  sytuacja  nie  przedstawia  się 

zachęcająco.

— Cóż, wszyscy tutaj ponosimy ryzyko — zauważył pułkownik. — Szpiedzy podejr-

zewają,  że  zwierzchnicy  wysłali  ich na  jakąś niebezpieczną  misję  tylko  po to,  żeby się  ich 
pozbyć, a  kartografowie podejrzewają, że każe im się rysować mapy  tylko po to, żeby przy-
padkiem  nic  nie  zbroili. Wszyscy mamy wątpliwości  i  mogę  tylko  życzyć panu  szczęścia  i 
mieć nadzieję, że pańskie wątpliwości okażą się bezpodstawne.

To  powiedziawszy, pułkownik ukłonił  się  kurtuazyjnie, po czym odszedł  w głąb kory-

tarza.

Joenes patrzył za odchodzącym i zastanawiał się, czy nie pójść za nim. Pułkownik jed-

nak zniknął  mu z oczu, toteż potrzeba  było wiele wiary, by pójść naprzód jego śladem i  nie 
zawrócić  pod wpływem  pierwszego zniechęcenia.  Joenes jednak ruszył  w tym  samym  kie-
runku co pułkownik, podejrzewał bowiem, że korytarze, które pozostawił za sobą, mogły już 
ulec zmianie.

Mijał  wielkie  hole  i  korytarze,  wspinał  się  po  schodach, wędrował  przez westybule i 

kolejne  korytarze.  Wprawdzie  nie  posługiwał  się  już swoją  piękną  fałszywą  mapą  —  choć 
kusiła go wielce — nie mógł jednak także zmusić się, by ją wyrzucić. Trzymał więc mapę w 
kieszeni i twardo szedł naprzód.

Trudno  powiedzieć,  ile  czasu  minęło,  ale  w  końcu  Joenes  bardzo  się  zmęczył. 

Znajdował  się  teraz w  starej  części  budynku. Podłogi  — drewniane, a  nie  jak gdzie  indziej 
marmurowe — znajdowały się w opłakanym stanie, co sprawiało, że spacer po nich stanowił 
niebezpieczeństwo.  Ściany z  kiepskiego  gipsu  powykruszały  się:  w  niektórych  miejscach 
gips  odpadł  zupełnie,  odsłaniając  przewody.  Te  zaś,  ponieważ  większość  izolacji  była 
pozdzierana,  groziły  porażeniem  prądem.  Nawet  sufit  nie  wyglądał  bezpiecznie.  W  niek-
tórych  miejscach  wybrzuszał  się  złowieszczo,  tak  że  Joenes  obawiał  się,  iż  runie  mu  na 
głowę.

Jakiekolwiek  biura  niegdyś tu się  znajdowały,  teraz nie  było  po nich śladu,  samo  zaś 

miejsce  wymagało  natychmiastowego  generalnego  remontu. Joenes  dostrzegł  nawet młotek 
porzucony  na  podłodze. To przekonało go, że  pewnego dnia zostanie tu przeprowadzony re-
mont, nawet jeśli na razie nie widać żadnego robotnika.

background image

Kompletnie wyczerpany i głęboko zniechęcony Joenes położył się na podłodze. Był tak 

zmęczony, że nie miał innego wyboru. Przeciągnął się i po chwili już spał.

Historia Tezeusza

Zbudził się zaniepokojony. Gdy wstawał, usłyszał odgłos kroków w korytarzu. Wkrótce 

ujrzał przybysza. Był to wysoki mężczyzna w kwiecie wieku, o twarzy inteligentnej i podejr-
zanej zarazem.

Trzymał  w  ręku  wielki  kłębek  sznurka  nawinięty na  szpulkę.  Idąc,  odwijał  sznurek, 

który spadał na podłogę i połyskiwał lekko.

Kiedy mężczyzna zauważył Joenesa, jego twarz skurczyła się ze złości. Wyciągnął  re-

wolwer zza pasa i wycelował.

— Czekaj! — krzyknął Joenes. — Nie zrobiłem ci nic złego!
Mężczyzna z trudem opanował się i zdjął palec ze spustu. Jego oczy, przed chwilą nie-

bezpiecznie błyszczące, teraz przybrały  normalny wygląd. Umieścił rewolwer z powrotem za 
pasem i rzekł:

—  Bardzo  przepraszam,  że  cię  przestraszyłem.  Prawdę  mówiąc,  myślałem,  że  jesteś 

kimś innym.

— Czy wyglądam jak ten ktoś? — spytał Joenes.
— Właściwie nie — odparł tamten — ale  to przeklęte miejsce sprawiło, że stałem się 

nerwowy  i najpierw strzelam, a  dopiero  potem  się  zastanawiam. Moja  misja  jest na  tyle is-
totna, że czyny  podyktowane  porywczą  i  popędliwą naturą  z pewnością  zostaną  mi  wybac-
zone.

— Co to za misja?
Twarz mężczyzny rozjaśniła się, kiedy Joenes zadał to pytanie.
— Moją misją — odparł dumnie — jest przynieść pokój, szczęście i wolność światu.
— Całkiem sporo — zauważył Joenes.
— Nic mniejszego by mnie nie usatysfakcjonowało — rzekł mężczyzna. — Zapamiętaj 

moje nazwisko. Jestem George P. Tezeusz i oczekuję, że zostanę zapamiętany jako ten, który 
obalił dyktaturę i wyzwolił lud. Czyn, którego dokonam, urośnie do rangi symbolu.

Będzie to czyn dobry i sprawiedliwy.
— Co zamierzasz zrobić? — spytał Joenes.
— Sam, bez niczyjej pomocy, zamierzam zabić  tyrana  — wyjaśnił Tezeusz.  — Udało 

mu się zdobyć władzę w tym budynku i wielu naiwnych głupców myśli, że jest dobroczyńcą, 
dlatego  że  każe  budować  tamy, aby zapobiec  powodziom,  rozdaje  jedzenie  głodującym,  fi-
nansuje badania medyczne i odpowiada za wiele jeszcze innych, równie chwalebnych rzeczy. 
To może zmylić niektórych, ale mnie nie oszuka.

— Jeśli naprawdę  robi  to wszystko — rzekł Joenes — to rzeczywiście  wygląda na to, 

że jest dobroczyńcą.

— Mogłem się tego spodziewać — powiedział Tezeusz gorzko. — Jak większość ludzi 

dałeś się nabrać na jego sztuczki. Nie mogę mieć nadziei, że cię przekonam. Nie mam talentu 
do pokrętnej argumentacji. Tymczasem  ten człowiek ma na usługach najlepszych  propagan-
dystów świata. Moje argumenty muszą jeszcze poczekać. Na razie mogę tylko powiedzieć to, 
co wiem, w najbardziej bezpośredni i nieprzyjemny sposób.

— Chętnie posłucham — odparł Joenes.

background image

— Zatem uważaj — zaczął Tezeusz. — Aby móc spełniać dobre uczynki, ów człowiek 

musiał zdobyć wysokie stanowisko. Aby  to osiągnąć, rozdawał łapówki i siał między ludźmi 
niezgodę,  podzielił  ich  na  zwalczające  się  frakcje,  wymordował  tych,  którzy  byli  przeciw 
niemu, skorumpował paru wpływowych i zamorzył głodem wielu biedaków. W końcu, kiedy 
osiągnął  władzę  absolutną,  zaangażował  się  w  pracę  na  rzecz wspólnego  dobra. Ale  nie  z 
miłości do ludu, o nie. Zrobił to w tym celu, w którym ty czy  ja  pielilibyśmy swój  ogród — 
żeby   móc  patrzeć  na  coś  przyjemnego  zamiast  na  coś  brzydkiego.  Tak  właśnie  jest  z 
tyranami,  którzy  zrobią  wszystko,  żeby  zdobyć  władzę.  Dlatego  są  oni  przyczyną 
najgorszego zła.

Joenesa poruszyło przemówienie Tezeusza, ale nie mógł  się jednak wyzbyć  podejrzeń, 

gdyż wygląd mężczyzny nie budził zaufania.

Rzekł więc ostrożnie:
— Doskonale rozumiem, dlaczego chcesz zabić tego człowieka.
—  Nie,  nie  rozumiesz —  zaprzeczył  smutno  Tezeusz.  —  Myślisz  pewnie,  że  jestem 

naiwnym  idealistą, kimś w rodzaju fanatycznego szaleńca z bronią  w ręku. Cóż, mylisz się. 
Jestem najzwyklejszym człowiekiem, który jest szczęśliwy, gdy może spełnić dobry  uczynek 
i  zyskać  dobrą  reputację.  Moje  działanie  przeciw  tyranowi  płynie  przede  wszystkim  z 
pobudek osobistych.

— Co to za pobudki? — spytał Joenes.
— Ów tyran — rzekł Tezeusz — ma pewne upodobania, które  są równie perwersyjne, 

jak dzikie namiętności, które kazały mu zdobyć  władzę. Takie informacje  zwykle trzyma się 
w sekrecie lub ignoruje jako brednie zazdrosnych głupców. Zawodowi propagandyści dobrze 
się o to starają. Ale ja znam prawdę. Ten potężny człowiek przybył pewnego dnia do mojego 
miasta  w  opancerzonym  czarnym  cadillacu,  bezpieczny za  kuloodpornym  szkłem,  kopcąc 
wielkie  cygaro i  machając  do  tłumu.  Jego wzrok  padł  przypadkiem  na  małą  dziewczynkę. 
Wówczas kazał kierowcy zatrzymać się, ochroniarze odsunęli na bok wszystkich oprócz paru 
niewidocznych,  siedzących  w  piwnicach  lub  na  dachach.  Tyran  wysiadł  z  samochodu  i 
podszedł  do  małej  dziewczynki.  Zaproponował  jej  lody i  cukierki  i  błagał, żeby wsiadła  z 
nim  do  samochodu.  Niektórzy z obserwujących  to ludzi  zrozumieli,  co się  dzieje, i  chcieli 
pośpieszyć dziecku z pomocą, ale ochroniarze zabili wszystkich. Strzelali z pistoletów z tłu-
mikami, żeby  nie przestraszyć dziewczynki, potem wytłumaczyli jej, że ludzie ci postanowili 
przespać  się  chwilę.  Dziecko,  chociaż zupełnie  niewinne,  coś jednak  podejrzewało,  coś  w 
spoconej,  czerwonej  twarzy  tyrana  i  w  jego  grubych,  trzęsących  się  wargach  musiało  je 
przestraszyć. Dlatego, mimo że miała ochotę na lody i cukierki, dziewczynka stała niezdecy-
dowana, podczas gdy  tyran trząsł się z żądzy, zaś ci z nas, którzy bezradnie obserwowali to z 
piwnic,  pocili  się  ze  strachu  o  nią.  Spojrzawszy tęsknie  na  górę  przepysznych  słodyczy  i 
przyjrzawszy się nerwowym ruchom tyrana, dziewczynka podjęła w końcu decyzję. Wsiądzie 
do samochodu, powiedziała,  jeżeli  jej przyjaciele będą  mogli  pójść  z nią: w swej  naiwności 
dziecko  sądziło,  że  wśród  przyjaciół  będzie  bezpieczne.  Tyran  pokraśniał  z  zadowolenia, 
najwyraźniej taki  obrót spraw przechodził  jego najśmielsze oczekiwania. Złowieszcze motto 
tyrana brzmiało: im więcej, tym zabawniej. Powiedział małej, żeby przyprowadziła tylu przy-
jaciół, ilu  tylko zechce, więc  dziewczynka  zawołała ich. Dzieci  przybyły,  tłocząc  się wokół 
cadillaca. Przyszłyby,  nawet gdyby  ich nie  zawołała,  tyran  bowiem  wpadł na  pomysł,  żeby 
włączyć radio, które grało najcudowniejszą, kuszącą muzykę. Puszczając  muzykę i  rozdając 
słodycze, tyran zgromadził wszystkie dzieci w swym wielkim samochodzie i zamknął drzwi. 

background image

Otoczyli go ochroniarze na potężnych motocyklach i wszyscy odjechali, kierowani przez na-
johydniejsze żądze, które zaspokajali w prywatnym pokoju uciech tyrana.

O dzieciach słuch zaginął. A ta mała dziewczynka była, jak możesz się domyślać, moją 

siostrą.  Została  porwana  na  moich  oczach.  Siedziałem  wówczas  w piwnicy  i  nie  byłem  w 
stanie pomóc jej ani tym, którzy zginęli w jej obronie.

Tezeusz otarł oczy, z których obficie płynęły łzy, po czym zwrócił się do Joenesa:
— Teraz już znasz prawdziwy powód, dla którego zamierzam zabić tyrana i powstrzy-

mać  zło,  które  czyni.  Chcę  pomścić  zamordowanych  przyjaciół,  ocalić  dzieci  i  przede 
wszystkim odnaleźć moją biedną siostrę. Nie jestem bohaterem, lecz najzwyklejszym człow-
iekiem. Jedynie okoliczności zmusiły mnie do podjęcia takiej decyzji.

Joenes, którego oczy też były już mokre, uściskał Tezeusza i rzekł:
— Życzę ci powodzenia. Mam szczerą nadzieję, że pokonasz okrutnego tyrana.
— Też mam taką  nadzieję  —  powiedział Tezeusz. — Jestem  wystarczająco zdetermi-

nowany i przebiegły, żeby wykonać tak trudne zadanie. Przede wszystkim odszukałem córkę 
tyrana.  Posługując  się  wszelkimi  znanymi  mi  metodami,  wkradłem  się  w  jej  łaski,  aż  w 
końcu się we mnie zakochała. Wtedy zdeprawowałem  ją i dało mi to pewną satysfakcję, po-
nieważ była  tylko nieco starsza od mojej biednej  siostrzyczki. Zapragnęła  ślubu, a ja  przyr-
zekłem, że  się z nią  ożenię, chociaż prędzej  bym sobie  poderżnął gardło. Następnie  bardzo 
chytrze  wytłumaczyłem  jej,  jakim  człowiekiem  jest  jej  ojciec.  Na  początku  nie  chciała 
wierzyć.  Mała  idiotka,  tak  bardzo kochała  swego  ojca  tyrana! Ale  mnie  kochała  bardziej  i 
powoli  przekonywała  się o  prawdziwości moich słów. Na  koniec  poprosiłem  ją  o  pomóc  w 
zabiciu ojca. Możesz sobie wyobrazić, jakie to  było trudne. Wstrętna dziewucha  nie chciała 
zlikwidować swojego tatuśka bez względu na to, jaki był zły i co zrobił. Zagroziłem jednak, 
że opuszczę ją na wieki, jeśli mi  nie pomoże. Niemal oszalała, miotając  się  między miłością 
do  mnie  i  do ojca.  Błagała  mnie  bez końca, żebym  zapomniał  o przeszłości,  której nic  nie 
zmieni. Chciała, żebym  wyjechał z nią i zamieszkał gdzieś z dala  od jej ojca i nigdy już nie 
myślał  o  nim,  tylko o  niej.  Tak  jakbym  kiedykolwiek mógł  patrzeć  na  nią  i  nie  dostrzegać 
jego rysów!  Wahała  się  przez wiele  dni, sądząc,  że  mnie  przekona  do  swoich  planów.  Bez 
przerwy mówiła  mi  o swojej  miłości,  wykorzystując  przy tym  najbardziej  przesadne  i  his-
teryczne zwroty. Przyrzekała, że nigdy nie pozwoli, żeby coś nas rozdzieliło, a jeśli zabierze 
mnie śmierć, ona też się  zabije. Wypowiadała  całą masę podobnych nonsensów, które mnie, 
rozsądnemu  człowiekowi,  wydawały  się  wstrętne.  W  końcu  odwróciłem  się  od  niej  i 
postanowiłem  wyjechać. Wtedy opuściła  ją odwaga. Ten mały potwór, pełen odrazy  do sie-
bie, obiecał, że pomoże mi zabić ukochanego ojca, jeśli tylko przyrzeknę, że jej nie opuszczę. 
Oczywiście  przyrzekłem.  Obiecałbym  wszystko,  żeby uzyskać  jej  pomoc.  Wówczas  pow-
iedziała  mi,  jak  w  tym  wielkim  budynku  można  znaleźć  biuro  jej  ojca.  Dała  mi  też  ten 
kłębek, abym  mógł  oznaczyć drogę  i  wynieść się  stąd natychmiast po wypełnieniu  zadania. 
Dała mi też rewolwer. W ten sposób znalazłem się na drodze do biura tyrana.

— Widzę, że jeszcze go nie odnalazłeś — zauważył Joenes.
—  Jeszcze  nie  — odparł  Tezeusz.  — Tutejsze  korytarze  są  bardzo  długie  i  kręte, jak 

sam pewnie zauważyłeś. Poza tym miałem pecha.

Tak jak wspominałem, jestem  porywczy i najpierw strzelam,  a  dopiero  potem  myślę. 

Dlatego  też  dość  przypadkowo  zastrzeliłem  niedawno  człowieka  w  mundurze  oficerskim. 
Podszedł do mnie nagle i wystrzeliłem bez namysłu.

— Czy to był kartograf? — zapytał Joenes.

background image

—  Nie  wiem,  kto  to  był  —  odparł  Tezeusz.  —  W  każdym  razie  miał  naszywki 

pułkownika i, zdaje się, uprzejmą twarz.

— To był kartograf — rzekł Joenes.
—  Bardzo  mi  przykro  z  tego  powodu  —  powiedział  Tezeusz.  —  Jednak  jeszcze 

bardziej  mi przykro z powodu trzech innych osób, które zabiłem  gdzieś tutaj. Chyba  jestem 
pechowcem.

— Kto to był? — spytał Joenes.
— Niestety, było to troje spośród dzieci, które przybyłem ocalić. Musiały wymknąć się 

z pokoju tyrana i pewnie próbowały wydostać się na wolność. Zastrzeliłem je tak jak oficera i 
jak nieomal zastrzeliłem  ciebie. Stało się  to bardzo szybko, zanim zdążyły się odezwać. Nie 
potrafię wyrazić mojego żalu. Równocześnie jestem coraz bardziej przekonany, że tyran musi 
za to wszystko zapłacić.

— Co zrobisz z jego córką? — zapytał Joenes.
— Nie posłucham instynktu i nie zabiję jej — powiedział Tezeusz — ale ta obrzydliwa, 

mała  suka  już nigdy mnie  nie ujrzy. I będę  się modlił, żeby to tyrańskie  szczenię zdechło z 
żalu.

To rzekłszy, Tezeusz spojrzał gniewnie w stronę ciemnego korytarza przed nim.
— Teraz zaś — powiedział — muszę wracać do pracy. Do widzenia, przyjacielu. Życz 

mi szczęścia.

Odszedł  spiesznym  krokiem,  rozwijając  po  drodze  lśniący sznurek.  Joenes patrzył  za 

nim, póki Tezeusz nie zniknął  za zakrętem. Przez jakiś czas słyszał jeszcze  milknące  kroki, 
potem zapadła cisza.

Ni stąd, ni zowąd w korytarzu za Joenesem pojawiła się kobieta. Bardzo młoda, niemal 

dziecko,  pulchna  i  czerwona  na  twarzy,  o  oczach  błyszczących  szaleństwem.  Szła  cicho 
śladami Tezeusza. Idąc, zwijała sznurek, który Tezeusz tak pracowicie rozwijał. Trzymała już 
w ręku wielki kłębek, jednak kontynuowała zwijanie, zbliżając się do Joenesa. W ten sposób 
zacierała ślad, po którym chciał wrócić Tezeusz.

Gdy  mijała Joenesa, odwróciła się i spojrzała na niego. Jej twarz była oszalała z gniewu 

i  rozpaczy.  Nie  wyrzekła  ani  słowa,  tylko  położyła  palec  na  ustach.  Potem  ruszyła  lekko 
przed siebie, zbierając po drodze sznurek.

Zniknęła tak niepostrzeżenie, jak się pojawiła, i korytarz znów był pusty. Joenes rozejr-

zał  się  wokoło,  ale  nie  zobaczył  nic,  co  wskazywałoby na  to, że Tezeusz albo  dziewczyna 
kiedykolwiek tędy przechodzili. Przetarł oczy, jeszcze raz położył się i zasnął.

Niektórzy gawędziarze utrzymują, że Joenesa spotkało w korytarzach Oktagonu jeszcze 

wiele innych przygód. Mówi się, że spotkał trzy Parki i że te stare kobiety opowiedziały  mu o 
swych obowiązkach i pragnieniach, dzięki  czemu Joenes zrozumiał problemy bogów i  dow-
iedział  się,  jak  bogowie  sobie  z nimi  radzą.  Niektórzy  twierdzą  też,  że  Joenes  spał  przez 
dwadzieścia  dni i  obudził  się tylko dzięki  interwencji Afrodyty Pandemos,  która  opowiedz-
iała  mu  następnie  historię  swego  życia.  Kiedy  zaś  Joenes  powątpiewał  w  prawdziwość 
pewnych  szczegółów, bogini  przemieniła  naszego  bohatera w kobietę. W  tej  postaci  Joenes 
pokonał  wiele  przeszkód,  przeszedł  wiele  prób charakteru,  nie  wspominając  już o  próbach 
ciała, i  dowiedział  się wielu ciekawych rzeczy,  o których mężczyźni  z reguły nie  mają  po-
jęcia. W końcu uwierzył we wszystkie szczegóły  historii Afrodyty, a ta zamieniła go z powro-
tem w mężczyznę.

background image

—  Jednak  opowieści  te  są  mało  prawdopodobne,  nie  istnieją  ponadto  żadne 

szczegółowe opisy tych przygód. Dlatego też opowiemy teraz ostatnią już przygodę Joenesa 
w Oktagonie. Przytrafiła mu się ona, gdy leżał pogrążony we śnie po spotkaniu z Tezeuszem.

Historia Minotoura

Joenes został gwałtownie zbudzony  ze snu. Zerwał się na równe nogi i zorientował się, 

że  nie  znajduje  się  już  w  odrapanym  korytarzu,  ale  w  nowym,  lśniącym  holu.  Człowiek, 
który go zbudził, był szeroki w barkach, jeszcze szerszy w pasie, zaś jego twarz była surowa, 
wyrazista i rzeczowa. Nie można się było pomylić: ten człowiek był urzędnikiem.

—  Pan  Joenes?  —  zapytał  urzędnik.  —  Jeśli  skończył  pan  drzemkę,  to  możemy  się 

zabrać do roboty.

Joenes zaczął się usprawiedliwiać, że spał, zamiast szukać biura.
—  Nie  szkodzi  —  powiedział  urzędnik.  — Mamy tu  protokół. Ale  mam  nadzieję, że 

nie jesteśmy zbyt nudni. Właściwie to bardzo dobrze, że się pan zdrzemnął. Znajdowałem się 
w  zupełnie  innej  części  budynku,  lecz  otrzymałem  od  szefa  ochrony  naglący  rozkaz,  by 
przenieść  swoje  biuro  tutaj  i  przeprowadzić  tu  wszelkie  niezbędne  naprawy.  Robotnicy 
znaleźli pana śpiącego, więc postanowili pana nie budzić. Pracowali cicho i przesuwali  pana 
tylko  po  to,  żeby naprawić  ten  fragment  podłogi,  który znajdował  się  pod  panem.  Nawet 
wtedy się pan nie obudził.

Joenes  z  rosnącym  zdziwieniem  spoglądał  na  ogrom  pracy  wykonanej  podczas  jego 

snu. Odwrócił się w stronę drzwi, tam, gdzie uprzednio była tylko waląca się ściana. Na nich 
znajdowała się tabliczka z napisem: „Pokój 18891, 12 piętro, poziom 6, skrzydło 63, podsek-
tor  AJB–2”.  To  był  właśnie  ten  adres,  którego  bezskutecznie  szukał.  Joenes  wyraził  zdu-
mienie, że jego poszukiwania zakończyły się w tak nieoczekiwany sposób.

— Nie  ma  czemu  się  dziwić  —  odparł  urzędnik. — To  całkiem  normalna  procedura. 

Najwyżsi  urzędnicy nie  tylko  znają  budynek  i  wszystko,  co się  w nim znajduje, ale wiedzą 
też o ruchach każdej osoby w jego obrębie. Aż za dobrze znają kłopoty, jakie może mieć tutaj 
obcy.  Niestety,  obowiązują  bardzo  restrykcyjne  przepisy  zabraniające  pomocy  obcym. 
Urzędnicy jednak od czasu do czasu omijają te  przepisy, przenosząc swe  biuro tak, by spot-
kać poszukującego. Rozsądnie, prawda? Ale teraz zabieramy się do roboty.

W  pokoju  znajdowało się  wielkie  biurko  pokryte  stosem  papierów,  na  stosie  tym  zaś 

stały  trzy  dzwoniące telefony. Urzędnik poprosił Joenesa, by  spoczął na krześle, podczas gdy 
on zajmie się telefonami. Zabrał się do tego z wielkim pośpiechem.

—  Mów,  człowieku!  —  ryknął  do  pierwszej  słuchawki.  —  Co  się  stało?  Missisipi 

znowu wylała? Zbudujcie tamę! Zbudujcie dziesięć tam, ale miejcie ją pod kontrolą. Przyślij 
mi raport, jak skończycie.

— Tak, słyszę cię  — krzyknął do drugiej słuchawki. — Głód w Panhandle? Rozdajcie 

natychmiast jedzenie! Tylko podpiszcie się moim nazwiskiem w rządowej hurtowni.

—  Uspokój  się  i  powiedz,  o  co  chodzi  —  wrzasnął  do trzeciego  telefonu.  — Zaraza 

dziesiątkuje  Los Angeles?  Zawieź tam  zaraz szczepionki  i  daj  mi  znać,  kiedy już będziesz 
miał wszystko pod kontrolą.

Urzędnik odłożył ostatnią słuchawkę i zwrócił się do Joenesa:
— Ci idioci, moi asystenci, panikują w najbłahszej sytuacji. A jakby tego było jeszcze 

mało, ci tchórzliwi kretyni nie wyciągnęliby z wody nawet topiącego się dzieciaka, nie zadz-
woniwszy najpierw do mnie!

background image

Joenes przysłuchiwał się padającym szybko i zdecydowanie telefonicznym instrukcjom 

i nagle przyszło mu do głowy pewne podejrzenie.

—  Nie  jestem  tego do  końca  pewien  —  powiedział  —  ale  chyba  jakiś rozgoryczony 

młody człowiek…

— …próbuje mnie zamordować — dokończył za niego urzędnik.
— O to chodzi? Cóż, zająłem się nim pół godziny temu. Edwin J. Minotaur nie zasypia 

gruszek  w  popiele.  Moi  ochroniarze  już go  zwinęli.  Dostanie  prawdopodobnie  dożywocie. 
Tylko proszę o tym nikomu nie mówić.

— Dlaczego? — spytał Joenes.
— Kiepska  reklama  — wyjaśnił  Minotaur.  —  Zwłaszcza  romans z moją  córką, którą 

ostatecznie  porzucił. Powiedziałem tej małej  kretynce,  żeby przyprowadzała  swoich przyja-
ciół  do  domu,  ale  nie,  ona  musiała  wymykać  się  na  randki  z  anarchistami!  Rozpowszech-
niamy pogłoskę  jakoby  ten  Tezeusz zranił  mnie tak ciężko,  że  lekarze  obawiają się  o moje 
życie i  że następnie  uciekł  i poślubił  moją  córkę. Dostrzega  pan chyba, jak użyteczna może 
być taka pogłoska.

— Nie za bardzo — wyznał Joenes.
—  Do  jasnej  cholery,  przecież to  przysparza  mi  sympatii!  —  warknął  Minotaur.  — 

Ludzie będą mnie żałować, kiedy usłyszą, że jestem bliski śmierci. A jeszcze większe będzie 
ich  współczucie,  gdy  dowiedzą  się,  że  moja  jedyna  córka  wyszła  za  mojego  niedoszłego 
mordercę. Widzi pan,  mimo  moich  niewątpliwych zasług, pospólstwo nie przepada  za  mną. 
Ta historia powinna zapewnić mi jego poparcie.

— Bardzo pomysłowe — przyznał Joenes.
—  Dziękuję  —  odparł  Minotaur.  —  Szczerze  mówiąc,  już  od  dłuższego  czasu 

martwiłem  się  o  swój  wizerunek  publiczny.  I gdyby nie  pojawił  się  ten  imbecyl  ze  swoim 
sznurkiem i rewolwerem, musiałbym kogoś wynająć. Mam nadzieję, że gazety nadadzą temu 
odpowiedni rozgłos.

— A są co do tego jakieś wątpliwości? — spytał Joenes.
—  Nie, oni  wydrukują,  co im  każę  —  odrzekł  posępnie Minotaur.  — Wynająłem  też 

człowieka, żeby napisał o tym książkę, a na jej podstawie powstanie sztuka i film. Niech się 
pan nie martwi, wycisnę z tego, ile się da.

— Co im pan kazał napisać o córce? — spytał Joenes.
—  Cóż, tak  jak  powiedziałem,  że  wychodzi  za  anarchistę. Za  rok  lub  dwa  opubliku-

jemy informację  o ich rozwodzie. Wie  pan,  trzeba  dać  dziecku nazwisko.  Tylko  Bóg  jeden 
wie,  co ci idioci  napiszą  o  mojej  biednej,  tłustej, małej Ariadnie.  Prawdopodobnie  zrobią  z 
niej  piękność,  żeby mi  sprawić  przyjemność. A  te  szumowiny,  które  to  przeczytają,  będą 
płakać  i  prosić o  więcej.  Nawet królowie  i  prezydenci, którzy powinni  być  ponad  to,  będą 
woleli  czytać  te  brednie  niż  dobrą,  uczciwą  książkę  statystyczną.  Ludzkość  składa  się  w 
większości  z niekompetentnych,  kłamliwych,  partaczących  wszystko  głupców.  Mogę  mieć 
nad nimi władzę, ale niech mnie szlag trafi, jeśli potrafię ich zrozumieć.

— A co z dziećmi? — dopytywał się Joenes.
— To znaczy? — zapytał Minotaur, spoglądając groźnie.
— Tezeusz powiedział…
—  Ten  człowiek  jest  utalentowanym,  obłąkanym  kłamcą  —  stwierdził  Minotaur.  — 

Gdybym nie dbał o swoje stanowisko, wytoczyłbym mu proces o zniesławienie. Dzieci! Czy 
ja wyglądam na jakiegoś zboczeńca? Myślę, że możemy o tym spokojnie zapomnieć.

Czy teraz już możemy przejść do pańskiego zadania?

background image

Joenes skinął głową. Minotaur przedstawił mu krótkie streszczenie sytuacji  politycznej 

w Rosji. Pokazał mu też tajną mapę, na której w przybliżeniu zostało zaznaczone rozmieszc-
zenie sił komunistycznych i zachodnich na świecie. Joenes poczuł się oszołomiony potęgą sił 
wroga, oznaczonych kolorem krwistoczerwonym, pokrywającym wiele  krajów. Siły zachod-
nie, zaznaczone na błękitno, zdawały się niewspółmiernie małe.

—  Nie  jest  tak  beznadziejnie,  jak  na  to  wygląda  —  powiedział  Minotaur.  Przede 

wszystkim  ta  mapa  stanowi  tylko  sugestię.  Poza  tym  posiadamy ogromne  zapasy  głowic 
atomowych  i  system  naprowadzający.  Daleko  już  zaszliśmy   z  naszymi  głowicami. 
Prawdziwe  potwierdzenie  ich  przydatności  przyszło  w  zeszłym  roku  podczas  ćwiczeń 
polowych  Combat  Team  Easy.  Wtedy  to  pojedynczemu  pociskowi  Gnomę  z  ulepszoną 
głowicą  udało  się  wysadzić  w  powietrze  Io,  jeden  z  księżyców  Jowisza,  na  którym 
umieściliśmy atrapę rosyjskiej bazy.

— Wygląda na to, że rzeczywiście jesteśmy silni — zauważył Joenes.
— O tak. Tylko że Rosjanie i  Chińczycy też mają  ulepszone  rakiety, które cztery lata 

temu  wysadziły  w  powietrze  Neptuna.  Tak  więc  jeśli  idzie  o  pociski,  znaleźliśmy  się  w 
sytuacji  patowej.  Wprawdzie  między  Rosją  i  Chinami  mogą  zaistnieć  pewne  nieporozu-
mienia z powodu incydentu w Yingdraw, ale na to nie należy specjalnie liczyć.

— A na co można liczyć? — spytał Joenes.
—  Tego  nikt  nie  wie  —  odparł  Minotaur.  —  Dlatego  wysyłamy pana  z misją  zwi-

adowczą.  Informacje  stanowią  nasz  problem,  Joenes.  Do  czego  faktycznie  zmierza  prze-
ciwnik? Co, do diabła, się tam dzieje? Wiem, że John Mudge z Koordynacji Służb powiedział 
panu,  jak  bardzo  potrzebujemy niezależnych  opinii.  Mogę  tylko  jeszcze  raz podkreślić,  że 
potrzebna  jest  nam  prawda,  choćby  nie  wiem  jak  straszna,  przedstawiona  otwarcie  i  bez 
ogródek  przez  człowieka,  któremu  możemy zaufać.  Rozumie  pan  już  zadanie,  jakie  panu 
wyznaczyliśmy, Joenes?

— Myślę, że tak — odparł Joenes.
—  Nie  wolno  panu  działać  zgodnie  z  interesem  jakiejś  grupy  czy  frakcji.  I  przede 

wszystkim  nie  wolno  panu  przygotować  raportu  wedle  tego,  co  —  jak  pan  myśli  — 
chcielibyśmy usłyszeć. Nie  wolno  panu ani  minimalizować, ani  wyolbrzymiać  tego, co pan 
zobaczy. Ma pan to przedstawić tak prosto i obiektywnie, jak tylko się da.

— Zrobię wszystko, co w mojej mocy — odparł Joenes.
— Nie sądzę, żebym mógł prosić o więcej — zauważył sucho Minotaur.
Następnie  wręczył  Joenesowi  pieniądze  i  dokumenty,  które  mogły  się  przydać  w  po-

dróży, i zamiast wysłać go z powrotem na korytarz, by tam szukał drogi do wyjścia, otworzył 
okno i nacisnął guzik.

— Zawsze tak robię — rzekł, pomagając Joenesowi zająć  miejsce obok pilota. — Nie 

możemy  zawracać  sobie  głowy tymi  cholernymi  korytarzami.  Do  widzenia,  Joenes,  niech 
pan pamięta, co panu powiedziałem.

Joenes obiecał, że  będzie  pamiętał. Był  głęboko poruszony nadziejami, jakie  pokładał 

w nim Minotaur.

Helikopter  skierował  się  w  stronę  waszyngtońskiego  lotniska.  Tam  miał  czekać 

specjalny, automatycznie sterowany odrzutowiec. W chwili gdy helikopter się unosił, Joenes 
odniósł wrażenie, że słyszy dziecięcy śmiech dobiegający z pokoju przylegającego  do  biura 
Minotaura.

 12. Rosyjska opowieść

(Opowiedziane przez Pelui z Wyspy Wielkanocnej)

background image

Joenes wszedł  na  pokład  specjalnego odrzutowca i wkrótce już znajdował się wysoko 

w powietrzu, zmierzając w kierunku bieguna północnego.  Posiłek zaserwował  mu  automat, 
potem zaś puszczono film, żeby mu umilić samotność. Słońce znajdowało się już nisko nad 
horyzontem, kiedy automatyczny pilot poprosił Joenesa o zapięcie pasów.

Lądowanie przebiegło bez żadnych zakłóceń. Z mieszanymi  uczuciami Joenes czekał, 

aż otworzą się drzwi samolotu i wreszcie będzie mógł ujrzeć stolicę komunistycznego świata.

Wyszli  mu  na  spotkanie  trzej  urzędnicy  sowieckiego  rządu.  Byli  ubrani  w  futrzane 

czapki  i  kurtki,  ich  buty  także  były  obszyte  futrem  —  niezbędne  zabezpieczenie  przed 
mroźnym  wiatrem  wyjącym  wśród  płaskich  pól.  Przedstawili  się  i  zabrali  Joenesa  do 
czekającego nieopodal służbowego samochodu, który miał ich zabrać do miasta. Podczas tej 
przejażdżki Joenes miał okazję lepiej przyjrzeć się mężczyznom.

Towarzysz Sławski był zarośnięty po same oczy; w ich orzechowej głębi krył się senny, 

nieobecny wyraz.  Towarzysz  Oruti  był  niski,  gładko  ogolony  i  chodził  o lasce.  Marszałek 
Trigask był okrągły i radosny, wydawał się godny zaufania.

Na placu Czerwonym zaparkowali u wejścia do Pałacu Pokoju. W środku wesoło trzas-

kał  ogień. Rosjanie zaprosili  Joenesa, by usiadł na  wygodnym  krześle, i  sami  zajęli  miejsca 
obok niego.

— Nie ma co tracić słów — odezwał  się marszałek Trigask.  — Witam  pana w naszej 

ukochanej Moskwie. Zawsze jest nam miło, kiedy  tak ważny zachodni dyplomata przyjeżdża 
do nas w odwiedziny. Jesteśmy prostymi ludźmi i od innych również oczekujemy prostoty. W 
ten sposób załatwia się sprawy. Zauważył pan może podczas swej podróży do Moskwy…

— Tak — wszedł  mu w słowo Sławski —  musicie  mi  wybaczyć  towarzyszu, ale  czy 

widzieliście te małe białe płatki padającego śniegu? A zimowe białe niebo? Przepraszam, nie 
powinienem się odzywać. Jednak nawet człowiek taki jak ja ma swoje uczucia i czasem musi 
je wyrazić. Natura, towarzysze! Wybaczcie, ale natura, tak, w tym coś jest…

—  Wystarczy,  Sławski  —  przerwał  marszałek  Trigask.  —  Tak  znakomity  gość  jak 

wysłannik  prezydenta  pan  Joenes  z pewnością  czasem  zwraca  uwagę  na  naturę.  Myślę,  że 
możemy sobie  darować  te  subtelności.  Jestem  prostym  człowiekiem  i  chcę  mówić  prosto. 
Może wydaję się panu szorstki, ale w tym rzecz. Jestem żołnierzem i nie mogę sobie  zawra-
cać głowy protokołem dyplomatycznym. Czy wyrażam się jasno?

— Tak, całkiem jasno — odparł Joenes.
— Wspaniale — ciągnął marszałek Trigask. — W takim razie jaka jest pańska odpow-

iedź?

— Moja dopowiedz na co? — spytał Joenes.
— Na nasze ostatnie propozycje — odrzekł Trigask. — Z pewnością nie przyjechał pan 

z tak daleka po prostu na wakacje.

—  Obawiam  się,  że  muszą  mi  panowie  przedstawić  swoje  propozycje  —  powiedział 

Joenes.

— To naprawdę bardzo proste — odezwał się towarzysz Oruti. — Prosimy tylko, żeby 

wasz rząd wycofał swoje wojska, zrezygnował z kolonii na Hawajach, pozwolił nam  przejąć 
Alaskę (która pierwotnie należała do nas) i na znak dobrej woli oddał nam północną połowę 
Kalifornii. Po spełnieniu tych warunków my również podejmiemy  odpowiednie kroki, w tej 
chwili nie pamiętam jakie. Co pan na to?

Joenes próbował wyjaśnić, że nie jest upoważniony, by w jakikolwiek sposób ustosun-

kować  się  do  takich  propozycji, ale  Rosjanie  nie  przyjmowali  do wiadomości  jego  tłumac-

background image

zenia.  Wówczas,  pewien,  że  Waszyngton  nigdy nie  zgodziłby się  na  podobne warunki, od-
powiedział „nie”.

— Widzicie? — odezwał się Oruti. — Mówiłem wam, że powiedzą nie.
— Ale  warto było  spróbować, prawda? —  zauważył marszałek Trigask.  — W końcu 

równie  dobrze  mogli  powiedzieć  tak. Przejdźmy  więc  do sedna. Panie  Joenes,  chcemy,  że-
byście  —  pan  i  pański  rząd  —  wiedzieli,  że  jesteśmy przygotowani  na  odparcie  każdego 
ataku.

— Nasze  umocnienia  zaczynaj  ą  się  we Wschodnich Niemczech —  podjął  Oruti — i 

ciągną się od Bałtyku aż po Morze Śródziemne.

— Ze wschodu na  zachód — mówił  marszałek Trigask — przez całe Niemcy i Polskę 

oraz przez większą  część europejskiej  Rosji.  Może pan  obejrzeć  te  umocnienia  i na  własne 
oczy   ocenić  stan  naszego  przygotowania.  Co  więcej,  są  one  w  pełni  zautomatyzowane, 
nowocześniejsze  niż  te  w  Europie  Zachodniej  i  gęściej  rozmieszczone.  Krótko  mówiąc, 
wciąż was wyprzedzamy. Prześcignęliśmy was i będziemy szczęśliwi, mogąc tego dowieść.

Sławski, który do tej pory się nie odzywał, teraz rzekł:
—  Zobaczycie  to wszystko, mój  przyjacielu! Ujrzycie  blask  gwiazd  odbijający się  w 

lufach dział! Wybaczcie, ale  nawet tak prosty człowiek  jak ja, który wygląda  na cieślę  albo 
właściciela sklepu rybnego, przeżywa poetyczne uniesienia. Tak właśnie jest, nawet jeżeli się 
z tego śmiejecie, towarzysze! Czy nie mówi nasz poeta: „Ciemna jest trawa / Gdy pełna żalu 
/ Odchodzi  noc”. Aaa, nie spodziewaliście  się, że potrafię cytować poezję! Zapewniam  was, 
że  doskonale  zdaję  sobie  sprawę  z niestosowności  tego  cytatu! Żałuję  swojego  zachowania 
bardziej, niż to sobie możecie wyobrazić, głęboko nad nim ubolewam, a jednak…

Towarzysz Oruti  delikatnie  potrząsnął  ramieniem  Sławskiego i  ten zamilkł.  Oruti  zaś 

rzekł:

— Proszę na niego nie zwracać uwagi. Jest czołowym teoretykiem  partii  i dlatego ma 

tendencje do samokrytycznych przemówień. Na czym stanęliśmy?

—  Wydaje  mi  się,  że  właśnie  tłumaczyłem  —  rzekł  marszałek  Trigask  —  iż  nasze 

umocnienia znajdują się w najlepszym porządku.

— Właśnie  — podjął  Oruti. — Wasz rząd  powinien  uważać,  żeby się  nie  przeliczyć. 

Nie powinien też przywiązywać zbytniej wagi do incydentu w Yingdraw. Wasi propagandyści 
błędnie  go  przedstawili.  Tymczasem  prawda  jest  bardzo  prosta,  choć  uszła  waszej  uwagi 
przez zwykłe nieporozumienie.

—  Byłem  tam  wtedy —  rzekł  marszałek  Trigask  —  i  mogę  panu  dokładnie  opow-

iedzieć, co się  tam wydarzyło. Moi  podwładni, pierwsza, ósma, piętnasta  i dwudziesta  piąta 
kompania,  brali  udział  w manewrach  w Yingdraw,  niedaleko  granicy z Chińską  Republiką 
Ludową. Podczas ćwiczeń zostaliśmy podstępnie  zaatakowani  przez rewizjonistyczną  bandę 
chińskich zdrajców,  przekupionych zachodnim  złotem, której  jakimś cudem udało się  uśpić 
czujność Pekinu.

— Byłem wtedy komisarzem politycznym — odezwał się Oruti — i mogę potwierdzić 

relację marszałka. Bandyci napadli na nas przebrani w mundury chińskich kompanii:  czwar-
tej, dwunastej, trzynastej i trzydziestej drugiej. Naturalnie poinformowaliśmy o tym Pekin, a 
potem podjęliśmy stosowne kroki, by przepędzić ich z terenu naszego kraju.

—  Oczywiście  oni  utrzymywali,  że  to  my   naruszyliśmy  chińską  granicę  —  rzekł 

marszałek  Trigask  z  ironicznym  uśmiechem.  —  Spodziewaliśmy  się,  że  buntownicy  to 
właśnie  powiedzą. Rozgorzała  walka. Tymczasem otrzymaliśmy  wiadomość z Pekinu. Nies-
tety, napisano ją po chińsku. Nie  byliśmy w stanie jej odczytać, więc odesłaliśmy  ją do Mo-

background image

skwy, żeby tam  ją  przetłumaczyli. W tym  czasie rozpoczęła się  bitwa  i  przez tydzień  strze-
laliśmy do siebie zawzięcie.

—  W  końcu  przysłano  tłumaczenie  —  kontynuował  Oruti  —  które  brzmiało:  „Rząd 

Chińskiej Republiki  Ludowej czuje  się oburzony podejrzeniami o ekspansjonizm, szczegól-
nie wobec żyznych i bezludnych terenów graniczących z gęsto zaludnionym obszarem Chin. 
Na  terytorium  Chińskiej  Republiki  Ludowej  nie  ma  żadnych  buntowników.  Nie  może  być 
buntowników  w  naprawdę  socjalistycznym  kraju.  Dlatego  żądamy   natychmiastowego 
zaprzestania działań wojennych na spokojnych terenach przygranicznych”.

— Może pan sobie wyobrazić nasze zakłopotanie — powiedział marszałek Trigask. — 

Chińczycy utrzymywali, że nie ma żadnych buntowników, podczas gdy  my walczyliśmy z co 
najmniej milionem. Wszyscy oni nosili mundury ukradzione Chińskiej Armii Ludowej.

— Na szczęście — rzekł Oruti — wysoki oficer z Kremla przyjechał, żeby nam pomóc. 

Był to ekspert od spraw chińskich. Powiedział  nam, że  możemy zignorować  pierwszą część 
wiadomości, tę na temat ekspansjonizmu, została ona bowiem pomyślana jako pozdrowienie. 
Druga część — o tym, że nie ma żadnych buntowników — z pewnością została  napisana po 
to,  aby zachować  twarz,  w  związku  z czym  poradził  nam,  żebyśmy wyparli  rebeliantów  z 
powrotem do Chin.

— To jednakże przedstawiało niejaką trudność — podjął marszałek Trigask — bowiem 

buntownicze siły zwiększyły się tymczasem o kilka milionów uzbrojonych mężczyzn i  samą 
swoją  masą  odepchnęły  nas  w  kierunku  Omska,  po  drodze  zrównując  z  ziemią  Semipała-
tińsk.

—  Widzieliśmy,  że  sytuacja  zaczyna  być  poważna  —  rzekł  Oruti  —  i  dlatego  wez-

waliśmy  rezerwy. Przybyło dwadzieścia nowych kompanii. Wraz z nimi  zmietliśmy z pow-
ierzchni  ziemi  całą  rzeszę  buntowników,  spychając  resztę  z  powrotem  przez  Sinkiang  do 
Seczuanu.

— Myśleliśmy, że  to załatwi  sprawę  — odezwał  się znowu marszałek. — Maszerow-

aliśmy już na Pekin, żeby  wymienić poglądy z chińskim rządem, kiedy rebelianci nagle przy-
puścili atak. Ich siły liczyły teraz coś z pięćdziesiąt milionów lodzi. Na szczęście nie wszyscy 
byli uzbrojeni.

— Nawet złoto Zachodu kiedyś musi się wyczerpać — zauważył Oruti.
— Pekin przysłał jeszcze jedną notę  —  ciągnął marszałek Trigask. — Po  przetłumac-

zeniu okazało się, że Chińczycy wzywają nas do natychmiastowego opuszczenia  terytorium 
ich państwa  i do  przerwania  działań przeciwko jednostkom  obronnym  Chińskiej Armii  Lu-
dowej.

— Tak w każdym  razie  zrozumieliśmy tę notę — rzekł Oruti. — Szatańsko przebiegli 

Chińczycy w ten sposób bowiem skonstruowali swą wiadomość, że czytana od końca okazała 
się  wierszem:  „Jak  piękna  jest  góra  /  Odbijająca  się  w strumieniu  /  Przepływającym  przez 
mój ogród”.

— Najzabawniejsze jest to — powiedział marszałek Trigask — że zanim odczytaliśmy 

ich  wiadomość,  zostaliśmy   odepchnięci  wiele  tysięcy  kilometrów  od  granic  Chin,  przez 
wyżyny Azji,  aż  do  Stalingradu.  Tam  się  zatrzymaliśmy,  wybiliśmy  miliony  bandytów  i 
znowu zostaliśmy  zepchnięci, tym razem pod Charków, gdzie znów się zatrzymaliśmy i skąd 
nas odrzucono aż pod sam  Kijów. Kolejny raz zepchnęli  nas pod Warszawę. Wówczas uzn-
aliśmy, że sytuacja jest poważna. Zebraliśmy ochotnicze armie ze Wschodnich Niemiec, Pol-
ski,  Czechosłowacji,  Rumunii,  Węgier  i  Bułgarii.  Albańczycy  zdradziecko  dołączyli  do 
Greków, którzy  razem z Jugosłowianami zaatakowali nas od tyłu. Odparliśmy atak i skoncen-

background image

trowaliśmy siły  na wschodzie. Tym  razem  zaatakowaliśmy chińskich buntowników  wszyst-
kimi siłami, rzuciliśmy do walki  nawet rezerwy, na liczącym  siedemset kilometrów froncie. 
Powstrzymaliśmy ofensywę  rebeliantów  i  przepędziliśmy ich  z  powrotem  aż  do  Kantonu, 
który spustoszyliśmy.

— Tam  —  kontynuował  Oruti  — rebelianci  rzucili  ostatnich kilka milionów rezerw i 

odepchnęli  nas  na  granicę.  Po  przegrupowaniu w ciągu  kilku  miesięcy stoczyliśmy szereg 
potyczek  przygranicznych.  W  końcu,  za  obopólną  zgodą,  wycofaliśmy się  każdy na  swoje 
terytorium.

— Jeśli chodzi  o mnie, to nadal  obstawałem  przy ataku — rzekł marszałek Trigask — 

ale ostrożniejsi dowódcy przekonywali, że zostało mi już tylko kilka tysięcy obdartych ludzi 
przeciw zdziesiątkowanym wprawdzie, ale wciąż zdeterminowanym rebeliantom. To by mnie 
jednak nie  powstrzymało, lecz mój  kolega  Oruti  zwrócił  mi uwagę, bardzo słusznie  zresztą, 
że jest to już teraz wyłącznie wewnętrzna sprawa Chińczyków. Tak zakończył się incydent w 
Yingdraw.

—  Od  tego  czasu  nie  udało  nam  się  nawiązać  stosunków  z Pekinem  —  powiedział 

Oruti. — Ale uraza naszego wielkiego sprzymierzeńca minie.

— Chciałbym jeszcze tylko dodać — odezwał się Trigask — że nikt na  Zachodzie nie 

zna prawdziwych rozmiarów tego incydentu, gdyż nikt — ani my, ani Chińczycy — nie  wy-
powiadał  się  na  jego temat. Tym  kilku  donosicielom,  którzy to  uczynili,  nikt nie  uwierzył. 
Pewnie zastanawia się pan, dlaczego opowiadamy panu tę historię tak szczegółowo.

— Rzeczywiście — przyznał Joenes.
— Dlatego, że wiemy, po czyjej stronie naprawdę stoicie, towarzyszu Joński.
— Słucham? — zapytał Joenes.
—  Tak,  wiemy —  rzekł  Oruti.  —  Mamy swoje  sposoby.  Nie  ukryją  się  przed  nami 

najpodstępniejsze  nawet  knowania  amerykańskiego  Kongresu.  Wiemy  o  komunistycznym 
przemówieniu, które wygłosiliście w San Francisco, i o tym, że byliście przesłuchiwani przez 
komisję kongresową. Widzieliśmy, jak śledziła was tajna policja, bo sami ją śledziliśmy. No i 
oczywiście  towarzysze Arnolda  i  Ronalda  Blacków powiedzieli  nam  o wielkiej  przysłudze, 
jaką  oddaliście  sprawie,  a  także  o  waszym  sprycie,  dzięki  któremu  unikaliście  kontaktu  z 
nimi. Wreszcie obserwowaliśmy, jak udało  się  wam  wkupić  w łaski  rządu i  zyskać  tak  wy-
soką pozycję. Dlatego witamy w domu, towarzyszu!

— Nie  jestem towarzyszem  —  odparł  Joenes —  i służę  amerykańskiej  sprawie  najle-

piej, jak tylko potrafię.

— Dobrze powiedziane  — zauważył Trigask. — Kto wie, kto może nas teraz słyszeć, 

prawda? Dobrze robicie, nie chcąc się ujawnić. Nie będę już wracał do tego tematu. Chcemy, 
by pozostał pan zakonspirowany, Joenes. W ten sposób najlepiej się pan nam przysłuży.

— Dokładnie tak — przytaknął Oruti. — Sprawa jest zamknięta. Sam pan osądzi, które 

aspekty  incydentu w Yingdraw należy  ujawnić. Jedno słowo na temat pozornego rozdźwięku 
między nami i naszymi sprzymierzeńcami mogłoby skłonić wasz rząd do podjęcia negocjacji, 
prawda?

—  Niech  pan  nie  zapomni  im  przekazać  —  dodał  Trigask  —  że  nasze  wyrzutnie 

znajdują  się w stanie  pełnej  gotowości bojowej, chociaż jednostki wyposażone  w broń kon-
wencjonalną nieco ucierpiały. Dysponujemy ponadto wyrzutniami na Księżycu, Marsie i We-
nus. Są gotowe zniszczyć to, co im wskażemy.

— Oczywiście, trochę kłopotów sprawia nam  utrzymywanie  łączności — rzekł Oruti. 

— Między  nami mówiąc, nasi kosmonauci natknęli się na pewne trudności. Na Księżycu żyją 

background image

głęboko  pod  ziemią,  żeby  uniknąć  promieniowania  słonecznego,  i  bez  przerwy  zajęci  są 
zapewnianiem sobie jedzenia, wody i powietrza. Ten stan rzeczy utrudnia komunikację.

—  Na  Wenus  — podjął  Sławski  —  klimat jest tak niemożliwie  wilgotny,  że  w  błys-

kawicznym tempie rdzewieją metale, natomiast przedmioty z tworzyw sztucznych oraz pro-
dukty roślinne gniją. To fatalne warunki dla sprzętu radiowego.

—  Na  Marsie  —  mówił  Trigask  —  żyją  wątłe,  niezwykle  wrogie  robakopodobne 

stworzenia.  Chociaż  bezrozumne,  drążą  wszystko,  nawet  najtwardszy  metal.  Gdyby  nie 
specjalne środki ostrożności, cały sprzęt, nie mówiąc o samych ludziach, zostałby  wydrążony 
przez te straszne stworzenia.

— Cieszę się, że Amerykanie stają przed tymi samymi problemami — rzekł  Oruti. — 

Oni  również wysłali  ekspedycje  na  Księżyc, Marsa  i Wenus. Jednak  to  my dotarliśmy  tam 
pierwsi i dlatego te planety należą do nas. Ale teraz, Joenes, chyba czas coś przekąsić.

Joenesa nakarmiono ogromną ilością jogurtu i czarnego chleba, tylko to bowiem można 

było  dostać.  Potem  trzej  Rosjanie  zabrali  go  do  jego  własnego  samolotu,  by pokazać  mu 
umocnienia.

Chwilę  później  Joenes mógł  spoglądać  z pokładu na  rzędy armat, pól  minowych, za-

sieków, karabinów maszynowych i bunkrów ciągnące się aż po horyzont. Kamuflaż sprawiał, 
że  wyglądały one jak zagrody, wioski, miasta, trojki,  dorożki itp. Joenes nie  widział jednak 
ludzi i to przypomniało mu wszystko, co słyszał wcześniej na temat stanu rzeczy w Europie 
Zachodniej.

Wrócili  na  moskiewskie  lotnisko  i  Rosjanie  wysiedli,  życząc  Joenesowi  szczęścia  w 

drodze powrotnej. Tuż przed odlotem zwrócił się do niego towarzysz Sławski:

—  Pamiętaj,  mój  przyjacielu,  że  wszyscy  ludzie  są  braćmi.  O,  możecie  się  śmiać  z 

takich sentymentalnych sentencji, wychodzących z ust starego opoja, który nie potrafi  nawet 
wykonać porządnie swego zadania. Nie  winie was bardziej niż mojego szefa Roskolenkę  za 
to, że strzelił mnie wczoraj w ucho, ostrzegając, że wylecę z roboty, jeśli jeszcze raz pojawię 
się pijany. Nie obwiniam Roskolenki, kocham tego potwornego człowieka jak brata, chociaż 
wiem, że znowu się upiję i on mnie wyrzuci. A co się wtedy, towarzysze, stanie z moją żoną, 
która  płacze  dzień  i  noc,  leży  przed  łóżkiem  i  się  modli?  Co  się  stanie  z moją  najstarszą 
córką, Grusfiką, która cierpliwie  ceruje  moje koszule i  nie  przeklina  mnie, gdy ukradnę  jej 
oszczędności, żeby móc pić? Widzę, że mną gardzicie, Joenes, ale nie mam do was żalu. Nie 
ma  człowieka  bardziej  godnego pogardy niż ja. Możecie  mnie  lżyć, towarzysze, a  mimo  to 
jestem  człowiekiem  wykształconym,  mam  ideały,  wspaniała  przyszłość  rysuje  się  przede 
mną…

W  tym  momencie  odrzutowiec  wystartował  i  Joenes  nie  zdołał  wysłuchać  do  końca 

przemówienia Sławskiego, o ile to przemówienie w ogóle miało koniec.

Dopiero  później  przypomniał  sobie wszystko, co widział  i słyszał, i zrozumiał, że nie 

ma  potrzeby prowadzić  wojny w tych  okolicznościach. Związek  Radziecki  i  Chiny ogarnął 
chaos, podobnie jak Europę Zachodnią. Nie było powodu, żeby  to samo przydarzyło się Am-
eryce.

Taką też wiadomość, zaopatrzoną w liczne szczegóły, Joenes wysłał do Waszyngtonu.

 13. Historia wojny

(Opowiedziana przez Teleu z Huahine)

background image

Niestety, kiedy Joenes przelatywał nad Kalifornią, automatyczna stacja radarowa ziden-

tyfikowała  jego  samolot jako  jednostkę  wroga  i  wystrzeliła  w  niego  serię  pocisków powi-
etrze–powietrze. Ten tragiczny incydent oznaczał początek wielkiej wojny.

Pomyłki  takie  jak ta zdarzały się już w historii działań wojennych. Jednak w Ameryce 

XXI wieku, ze względu na  ogromne zaufanie  do maszyn i ze względu na to, że  cieszyły się 
one dużą samodzielnością, podobny błąd musiał pociągnąć za sobą straszne konsekwencje.

Wystraszony i równocześnie zachwycony Joenes obserwował pociski pędzące w stronę 

jego  samolotu.  Potem  poczuł  gwałtowny  przechył,  kiedy  automatyczny pilot,  wyczuwając 
niebezpieczeństwo, wystrzelił w obronie przeciwpociski.

Ta  akcja  sprowokowała  odpowiedź  innych  naziemnych  stacji  rakietowych.  Część  z 

nich  była  automatyczna,  część  nie,  ale  wszystkie  odpowiedziały  natychmiast  na  alarm. 
Tymczasem samolot Joenesa przygotował się do obrony.

W  tym  celu  uciekł  się  do  podstępu,  tak  bowiem  został  zaprogramowany przez  kon-

struktorów.  Przestroił  radio na  częstotliwość  pocisków i wszczął alarm, informując,  że  zna-
lazł się pod obstrzałem, zaś pociski znajdujące się w powietrzu nazwał wrogimi celami.

Taktyka ta odniosła pewien sukces. Mnóstwo starszych, prostszych pocisków nie niszc-

zyło  maszyny,  którą  uznały  za  swoją.  Nowsze  jednak,  bardziej  skomplikowane  rakiety, 
zostały zabezpieczone  przed  takimi  wybiegami  ze  strony wroga.  Dlatego  przypuściły atak, 
podczas gdy starsze pociski zażarcie broniły samotnego odrzutowca.

Gdy  walka między  pociskami rozgorzała na dobre, samolot Joenesa opuścił pole bitwy 

i skierował się do macierzystego portu lotniczego w Waszyngtonie.

Po  przybyciu  na  lotnisko  Joenesa  przewieziono  windą  na  stanowisko  dowodzenia 

służbami mieszczące  się  przeszło dwa kilometry pod ziemią. Tutaj  zapytano go o rodzaj na-
paści, której  stał  się  ofiarą,  i  poproszono  o  identyfikację  napastników. Joenes jednak  mógł 
stwierdzić z zupełną pewnością jedynie to, że został zaatakowany przez jakieś pociski, a inne 
go obroniły. Nie wniosło to nic nowego do sprawy, więc  oficerowie  przesłuchali automatyc-
znego pilota samolotu Joenesa.

Przez jakiś czas pilot dawał wymijające odpowiedzi, póki nie podano właściwego kodu 

bezpieczeństwa.  Wreszcie  stwierdził,  że  samolot został  zaatakowany nad  Kalifornią  przez 
rakiety ziemia–powietrze i że część tych rakiet była mu zupełnie nieznana.

Te  i  inne  dane  odnośnie  potyczki  wprowadzono  do Kalkulatora  Prawdopodobieństwa 

Wojennego, który w krótkim czasie przedstawił do wyboru następujące możliwości, ułożone 
zgodnie ze stopniem prawdopodobieństwa:

1. Kalifornię zaatakował blok komunistyczny.
2. Kalifornię zaatakowały kraje neutralne.
3. Kalifornię zaatakowali członkowie Sojuszu Zachodniego.
4. Kalifornię zaatakowali kosmici.
5. Nie było żadnego ataku na Kalifornię.
Kalkulator  przedstawił  również  wszelkie  możliwe  kombinacje  oraz  permutacje  tych 

pięciu możliwości i oznaczył je jako alternatywne możliwości drugiego stopnia.

Waszyngton otrzymał ponadto wcześniejszy  raport Joenesa na temat sytuacji w Rosji i 

Chinach, ale nie  został on jeszcze  przetworzony  i zaaprobowany przez powolny i  metodyc-
zny Kalkulator ds. Czynników Ludzkich i Orzekania Wiarygodności. Stanowiło to karygodne 
niedopatrzenie,  gdyż  Kalkulator  Prawdopodobieństwa  Wojennego  mógł  wykorzystywać 
tylko informacje potwierdzone przez inne kalkulatory.

background image

Oficerowie obsługujący maszynę pogubili się  w gąszczu  prawdopodobieństw i  możli-

wości pierwszego i drugiego stopnia. Mieli nadzieję, że uda im się wybrać opcję najbardziej 
wiarygodną  i podjąć działania  stosownie  do  niej.  Jednakże  Kalkulator Prawdopodobieństwa 
Wojennego  im to uniemożliwił. Gdy nadchodziły  nowe  dane,  Kalkulator sprawdzał  je  i ok-
reślał  ich  prawdopodobieństwo  ustawiając  je  i  grupując  we  wciąż  zmieniającym  się 
porządku.  Kartki  z  nową  oceną,  opatrzone  napisem  „NIEZWYKLE  PILNE”,  ku  rozpaczy 
oficerów dyżurnych wysypywały się z maszyny  z częstotliwością dziesięciu, zamiast dwóch, 
na sekundę.

A jednak maszyna nie robiła nic więcej, niż zrobiłby idealny oficer wywiadu. Wziąłby 

on  pod  uwagę  wszystkie  zatwierdzone  raporty,  oceniłby  ich  znaczenie  i  prawdopodo-
bieństwo, wyciągnąłby wnioski na  podstawie stosownych i wiarygodnych informacji i nigdy 
nie  obstawałby  przy jakiejś opinii z czystego zarozumialstwa  czy uporu,  lecz potrafiłby re-
widować swoją ocenę na podstawie nowych danych.

Dla bezpieczeństwa Kalkulator Prawdopodobieństwa Wojennego nie wydawał żadnych 

rozkazów. Czynność ta pozostawała zaszczytem  i  odpowiadali za  nią  ludzie. Nie można też 
było  obwiniać  Kalkulatora  za  to,  że  nie  przedstawia  jednolitego,  prawdziwego  i  spójnego 
obrazu  działań  wojennych  nad  Kalifornią,  to  bowiem  przekraczało  jego  możliwość.  Nie-
możność ta wynikała z charakteru działań wojennych podejmowanych w XXI w.

To  już nie  były czasy,  gdy wódz maszerował  na  czele  swych  sił,  widząc  przed  sobą 

żołnierzy  wrogiej armii stojących za ich wodzem, ubranych w charakterystyczne barwy, pow-
iewających  sztandarami,  śpiewających  pieśni  bitewne  —  cały  ten  sztafaż  stanowił  pot-
wierdzenie  ich bytu,  natury i  tożsamości. To należało  już do  przeszłości,  a sztuka  wojenna 
szła krok w krok za rozwojem cywilizacyjnym, stawała się bardziej złożona i zautomatyzow-
ana, coraz bardziej  oddalona  od  dowodzących  ludzi.  Przez lata  wodzowie byli  zmuszani do 
stopniowego  zwiększania  dystansu  między  sobą  a  ścierającymi  się  armiami,  tak  by  móc 
utrzymać łączność ze wszystkimi ludźmi i maszynami używanymi w walce. Taki stan rzeczy 
osiągnął punkt kulminacyjny właśnie za czasów Joenesa.

Nie ma się zatem co dziwić, że oficerowie odebrali pierwszych pięć propozycji Kalku-

latora,  ocenili  je  jako  równie  prawdopodobne  i  zanieśli  generałowi  Voigawi,  dowódcy  sił 
zbrojnych, aby ten wydał ostateczną decyzję.

Voig, obeznany z problemami współczesnej sztuki wojennej, przestudiowawszy leżące 

przed nim możliwości, ze smutkiem uświadomił sobie, jak bardzo jest uzależniony od takich 
informacji. Zdawał  sobie  także  sprawę z tego, że większość z nich pochodziła od niezwykle 
drogich  maszyn,  które  często  nie  były  w  stanie  odróżnić  gęsi  od  rakiety,  maszyn,  które 
potrzebowały rzeszy wysoko  wykwalifikowanych  pracowników zajmujących się ich pielęg-
nacją,  reperacją  i  ulepszaniem  oraz schlebianiem  im  na  każdym  kroku.  Voig  wiedział,  że 
nawet mimo tak wielu zabiegów, maszynom nie można było ufać. Twory nie były  lepsze od 
swych  twórców,  w  rzeczywistości  przypominały   ich  nawet  pod  wieloma  (najgorszymi) 
względami.  Podobnie  jak  ludzie,  maszyny  były  podatne  na  coś  w  rodzaju  rozchwiania 
emocjonalnego.  Część  z  nich  stawała  się  nadpobudliwa,  inne  miały  napady  urojeniowe, 
przechodziły załamania  funkcjonalne  i  psychosomatyczne,  a  nawet  cierpiały  na  katatonię. 
Ponadto  na  ich  samopoczucie  miał  często  wpływ  stan  emocjonalny   ludzi.  Właściwie 
wrażliwsze maszyny stanowiły po prostu przedłużenie osobowości swych operatorów.

Generał Voig wiedział oczywiście, że żadna maszyna nie ma prawdziwej świadomości i 

dlatego  żadna  nie  cierpi  na  prawdziwe  zaburzenia. Jednak sprawiały wrażenie,  jakby cier-
piały, to zaś było tak samo okropne jak prawdziwe cierpienie.

background image

Na  początku  ery przemysłowej  ludzie  sądzili,  że  maszyny  będą  wydajne,  nieczułe  i 

niezawodne. Niestety, okazało się, że to tylko romantyczne mrzonki. Generał Voig  wiedział, 
że  choć  maszynom  nie można odmówić wielu umiejętności, nie  są  one bardziej godne  zau-
fania niż ludzie. Tak więc siedział  tysiące kilometrów z dala  od pola  walki i  studiował pięć 
możliwości  przewidzianych przez Kalkulator, podczas gdy zawodne  maszyny nadsyłały in-
formacje, a ludzie potwierdzali je, wpadając w histerię.

Generał  Voig  był  przyzwyczajony do  podejmowania  decyzji  w każdej  sytuacji,  toteż 

teraz, po raz ostatni rzuciwszy okiem  na  pięć  możliwości i odwoławszy się  do  swej  wiedzy 
oraz doświadczenia, podniósł słuchawkę i wydał rozkazy.

Nie  wiemy,  którą  możliwość  wybrał  generał  ani  jakie  były jego  rozkazy.  To  nie  ma 

żadnego znaczenia, bitwa bowiem zupełnie wymknęła mu się spod kontroli. Nie był w stanie 
ani  zarządzić  ataku, ani go powstrzymać, ani  choćby uzyskać  jakiegoś istotnego wpływu na 
działania  wojenne.  Rozgorzała  zupełnie  już  niekontrolowana  walka,  sytuację  zaś  kom-
plikował dodatkowo fakt, że maszyny były w dużym stopniu samodzielne.

Wystrzelony  z Kalifornii  pocisk wzbił  się  wysoko  ku niebu  i  spadł  na  przylądek Ca-

naveral  na  Florydzie,  niszcząc  połowę  bazy. Wyrzutnie,  które  ocalały przed  zniszczeniem, 
wystrzeliły  w  odwecie  pociski  w  stronę  najwyraźniej  opanowanej  przez  wroga  Kalifornii. 
Inne  pociski,  uszkodzone,  ale  nie  zniszczone,  spadały   w  pozostałych  częściach  kraju. 
Dowódcy  oddziałów  w Nowym  Jorku,  New Jersey,  Pensylwanii  i  w wielu  innych stanach, 
podobnie  jak  stacje  automatyczne,  uderzyli  w  odwecie  na  własną  rękę. Ani  ludziom,  ani 
maszynom nie brakowało informacji. Zanim łączność została zerwana, otrzymali wręcz stosy 
raportów  przewidujących  wszelkie  możliwe  scenariusze.  Ponieważ  byli  żołnierzami, 
dowódcy wybierali zawsze wariant najgorszy.

Kalifornia  i  cała zachodnia Ameryka na  ten atak odpowiedziała z kolei  nowym. Tam-

tejsi  dowódcy sądzili,  że  wróg,  kimkolwiek  był,  opanował  plaże  na  wschodnim  wybrzeżu 
Ameryki.  Postanowili  zniszczyć  jego  pozycje,  nie  wahając  się  użyć  głowic  atomowych, 
gdyby zaszła konieczność.

Wszystko  działo  się  błyskawicznie.  Lokalni  dowódcy i  ich  maszyny pod potwornym 

obstrzałem  próbowali  się  jak  najdłużej  bronić.  Część  z  nich  czekała  być  może  na 
szczegółowe  rozkazy, lecz w końcu  wszyscy, którzy  mogli  się  bić, rzucili  się  w wir  walki, 
siejąc  zniszczenie  i  zamęt,  rozprzestrzeniając  konflikt na  wszystkie  zakątki  świata.  W  ten 
sposób  wkrótce  cywilizacja  rozmnażającej  się  maszynerii  została  zmieciona  z powierzchni 
ziemi.

W tym  czasie Joenes stał oszołomiony przy stanowisku dowodzenia służbami  i  obser-

wował  generałów wydających  rozkazy,  a  także  innych  generałów,  odwołujących  je.  To,  co 
widział,  nie  dawało  odpowiedzi  na  pytanie,  kim  jest wróg.  Nagle  wszystko  się  zatrzęsło. 
Stanowisko  dowodzenia,  mimo  iż  schowane  prawie  dwa  kilometry  pod  ziemią,  stało  się 
obiektem ataku specjalnych maszyn ryjących.

Joenes  chciał  się  czegoś  złapać,  żeby  utrzymać  równowagę,  i  chwycił  za  ramię 

młodego porucznika. Ów odwrócił się i Joenes natychmiast go rozpoznał.

— Lum! — krzyknął.
— Cześć Joenes! — odparł tamten.
— Jak się tu dostałeś?! — spytał Joenes. — Co robisz w wojsku w randze porucznika?!
—  No  cóż,  stary  —  odrzekł  Lum  — to  długa  i  bardzo  dziwna  historia,  bo raczej  nie 

można o mnie powiedzieć, żebym był urodzonym żołnierzem. Ale cieszę się, że o to pytasz.

background image

Stanowisko  dowodzenia  znowu  się  zatrzęsło,  przewracając  wielu  oficerów.  Lumowi 

jednak udało się złapać równowagę i mógł opowiedzieć Joenesowi, jak to się stało, że wstąpił 
do wojska.

 14. Jak Lum wstąpił do wojska

(Słowa Luma zamieszczone w Księdze Fidżi, wydanie kanoniczne)

No więc opuściłem Zakład Hollis dla Obłąkanych Przestępców wkrótce po tobie i przy-

jechałem  do  Nowego  Jorku.  Poszedłem  tam  na  naprawdę  zakręconą  imprezę  i  nieźle 
nawąchałem się koki.

To  ostry towar,  jeżeli  nie  jesteś  przyzwyczajony,  a  ja  nie  byłem.  To  znaczy,  wiesz, 

zawsze byłem za pejotlem i nigdy  nie interesowała mnie heroina, a kokainę uważałem za  je-
den z tych staromodnych środków, dopóki nie spróbowałem jej tej nocy.

No ale  spróbowałem i  zaraz potem zaczęło mi  się  zdawać, że  mam  wielce  chwalebny 

obowiązek zaopiekować się wszystkimi chorymi, walczącymi maszynami świata. Im dłużej o 
tym  myślałem, tym  bardziej byłem  pewien, że  to moje przeznaczenie i tym  smutniejszy sta-
wałem  się  na  myśl  o  biednych,  cierpiących,  starych  pistoletach  maszynowych  z przypalo-
nymi  lufami,  o  czołgach  z pordzewiałymi  gąsienicami, odrzutowcach  z urwanymi  podwoz-
iami i innych nieszczęsnych. Myślałem o strasznej, niemej agonii tych maszyn i wiedziałem, 
że muszę je uleczyć i pocieszyć.

Jak widzisz, byłem nieźle zaprawiony. W tym stanie  pomaszerowałem do najbliższego 

punktu rekrutacyjnego i zaciągnąłem się, żeby być bliżej nieszczęsnych maszyn.

Następnego dnia obudziłem  się  żołnierzem i była to bardzo trzeźwiąca, żeby nie pow-

iedzieć  przerażająca,  perspektywa.  Chciałem  znaleźć  cholernego  sierżanta  od  rekrutacji, 
który tak perfidnie wykorzystał zaprawionego zapaleńca, ale okazało się, że sierżant poleciał 
do jakiegoś domu publicznego w Chicago, żeby tam zwerbować kilka osób. Poszedłem więc 
do  przełożonego  i  powiedziałem  mu,  że  oprócz paru  innych  spraw  jestem  uzależniony od 
narkotyków i  że do niedawna przebywałem  w zakładzie dla  obłąkanych przestępców, czego 
mogę dowieść. Ponadto przejawiam skłonności  homoseksualne, panicznie boję się broni, nie 
widzę  na  jedno oko  i mam  kiepski  kręgosłup.  Dlatego, powiedziałem,  nie  mogę  zgodnie  z 
prawem pełnić służby wojskowej, co potwierdza paragraf C, strona 123 Karty Rekruta.

Oficer spojrzał mi w oczy i uśmiechnął się tak jak to potrafi tylko żołnierz armii zawo-

dowej albo policjant, po czym rzekł:

— Żołnierzu, to pierwszy  dzień twojego nowego życia, dlatego spojrzę przez palce na 

to, jak się do mnie zwracasz. A teraz, z łaski swojej, wynoś się stąd i zamelduj się u sierżanta.

Ponieważ nie odchodziłem, przestał się uśmiechać i powiedział:
— Posłuchaj, żołnierzu, nikogo nie obchodzą powody, dla których się zaciągnąłeś, ani 

tak zwany haj, na którym  wtedy byłeś. A jeśli chodzi o te przypadłości, o których wspomi-
nałeś, nie martw się.

Sfiksowani odwalili kawał dobrej  roboty w sztabie. Równie nieocenione usługi oddała 

nam Brygada Homoseksualna podczas ostatniej akcji policyjnej w Patagonii. Postaraj się być 
dobrym  żołnierzem, a przekonasz się, że  wojsko to dobry sposób na  życie. I nie opowiadaj 
wszystkim o Karcie  Rekruta jak jakiś cholerny prawnik, bo podpadniesz sierżantom i dosta-
niesz  wycisk,  jasne?  Jasne.  Teraz  już  wiemy,  na  czym  stoimy.  Nie  mam  ci  za  złe  tego 
wyskoku. Właściwie  gratuluję  ci patriotycznego zapału. Podpisać zaciąg  na  pięćdziesiąt lat, 
no, no, no. Tak trzymać! A teraz wynoś się stąd.

background image

Wyszedłem więc i zastanawiałem się, co dalej ze sobą zrobić, bo o ile można się jakoś 

wydostać  z  pudła  albo  z domu  wariantów,  to  z  wojska  nie  ma  sposobu.  Przez  jakiś  czas 
byłem  zupełnie  przybity,  ale  później  awansowano  mnie  na  podporucznika  i  zaraz  potem 
zostałem  przydzielony do osobistego  oddziału generała  Voiga,  który jest największą  szychą 
ze wszystkich.

Na  początku myślałem,  że  to  ze  względu  na  moją  miłą  powierzchowność, ale  potem 

dowiedziałem  się,  że  chodzi  o  coś  zupełnie  innego.  Wyszło  na  jaw,  że  podczas  rekrutacji 
wpisałem  na  haju  zawód  —  stręczyciel.  To  zwróciło  uwagę  oficerów,  którzy poszukiwali 
przedstawicieli  konkretnych  profesji.  Mój  przypadek  został  przedstawiony  generałowi 
Voigowi, który natychmiast rozkazał przenieść mnie do swojego oddziału.

Na początku nie  miałem  pojęcia, co mam robić,  ale inny  stręczyciel, czy też oficer do 

specjalnych poruczeń, jak się  go  kulturalnie  nazywa, udzielił mi  paru dobrych rad.  Od tam-
tego czasu organizuję przyjęcia dla generała Voiga w każdą czwartkową noc, bo tylko wtedy 
ma  trochę wolnego czasu. To łatwa robota. Wystarczy zadzwonić pod jakiś numer z Książki 
rozrywek dla waszyngtońskiego okręgu obronnego. Jeśli  coś nie  wychodzi, wysyłam wiado-
mość  do  Departamentu  Stręczycielstwa  Sił Zbrojnych, który ma swoje oddziały we  wszyst-
kich większych miastach. Generał wyraził ogromne uznanie dla mojej pracy i muszę wyznać, 
że wojsko wcale nie jest tak ponurym i przerażającym miejscem, jak to sobie wyobrażałem.

To  właśnie, Joenes,  sprowadza  mnie  tutaj. Jako  adiutant generała  Voiga  i  jego  dobry 

przyjaciel mogę ci powiedzieć, że tej wojny, bez względu na to, z kim ją, do diabła, toczymy, 
nie  możemy  przegrać,  gdy  dowodzi  nami  generał  Voig.  Chciałbym,  żeby wszyscy o  tym 
wiedzieli, bo bardzo łatwo o kłamstwa na temat ludzi na wysokich stanowiskach.

Co więcej,  Joenes, chciałbym  zauważyć, że  tutaj,  przy stanowisku dowodzenia, miała 

właśnie  miejsce eksplozja, a to zwiastuje  wielkie  zmiany. Zgasło także parę  świateł, powie-
trze natomiast staje  się  duszne  i parne. Dlatego  też,  ponieważ nasza  obecność  tutaj  nie  jest 
konieczna, proponuję opuścić scenę i wynieść się stąd, jeśli to tylko możliwe. Słyszysz mnie, 
Joenes? Wszystko w porządku?

 15. Ucieczka z Ameryki

(Opowiedziane przez Paaui z Fidżi)

Joenesa  ogłuszyła  drobna  eksplozja  tuż  obok.  Ponieważ  był  w  szoku,  pozwolił,  by 

przyjaciel zaprowadził go do windy, która zawiozła ich jeszcze głębiej pod ziemię. Kiedy ot-
worzyli drzwi windy, zobaczyli tunel i napis:

AWARYJNA DROGA EWAKUACYJNA.

NIEUPOWAŻNIONYM WSTĘP WZBRONIONY.

—  Nie  wiem, czy jesteśmy upoważnieni  — powiedział  Lum  —  ale  w takiej  sytuacji 

można zapomnieć  o formalnościach. Możesz mówić,  Joenes? Gdzieś tam przed nami  pow-
inien znajdować się pojazd, który  zabierze nas tam, gdzie, mam nadzieję, jest bezpiecznie. O 
tej drodze ewakuacji powiedział mi generał i mam nadzieję, że nie żartował.

Znaleźli pojazd tam, gdzie miał być. Jechali pod ziemią przez wiele godzin, aż w końcu 

wyjechali  na  powierzchnię  na  wschodnim  wybrzeżu  Marylandu,  tuż  nad  Oceanem  Atlan-
tyckim.

background image

Tutaj zapał Luma nagle ostygł, nie miał żadnego pomysłu, co zrobić dalej. Tymczasem 

jednak  Joenes  doszedł  zupełnie  do  siebie,  wziął  przyjaciela  pod  ramię  i  poszedł  z nim  na 
opustoszałą plażę.

Szli  wybrzeżem  na  południe  przez  wiele  godzin,  aż  w  końcu  dotarli  do  małego, 

opuszczonego portu. Joenes wybrał jedną z łodzi żaglowych, których pełno było w dokach, i 
zaczął  znosić  na  pokład  jedzenie,  wodę,  mapy  oraz  przyrządy nawigacyjne  z  innych  ża-
glówek  zacumowanych  w  porcie.  Nie  zdążył  załadować  nawet  połowy  kiedy  nad  ich 
głowami zaczęły przelatywać pociski. Joenes zdecydował, że trzeba natychmiast wyruszyć.

Łódź znajdowała się już na pełnym morzu, gdy Lum ocknął się rozejrzał i zapytał:
— Hej, człowieku, dokąd płyniemy?
— Do mojego domu — odparł Joenes — na wyspę Manituatua na południowym Pacy-

fiku.

Lum zastanowił się przez dłuższą chwilę, a potem powiedział ostrożnie:
— Spora wycieczka, co?  To znaczy razem z okrążeniem  przylądka Horn i całą  resztą 

będzie chyba tego z osiem albo dziewięć tysięcy mil morskich, nie?

— Coś w tym rodzaju — odparł Joenes.
— A nie pomyślałeś, żeby popłynąć do Europy. To tylko trzy tysiące mil?
— Jadę do domu — odrzekł Joenes stanowczo.
—  No  tak  — powiedział  Lum. —  Wszędzie  dobrze,  ale  w domu  najlepiej.  Zdaje się 

jednak, że mamy trochę  mało jedzenia i  wody, jak na  taką  podróż,  a mam  wrażenie, że  po 
drodze raczej trudno będzie o prowiant. Poza tym ta łódź nie budzi zaufania i pewnie już zac-
zyna przeciekać.

— Masz rację — przyznał Joenes. — Ale przeciek można zlikwidować, a jeśli chodzi o 

jedzenie  i  wodę,  bądźmy  dobrej  myśli. Słuchaj,  Lum,  naprawdę  nie  widzę  żadnego  innego 
miejsca, gdzie warto by popłynąć.

—  W  porządku  — odparł  Lum.  —  Nie  chcę  się  kłócić. Po  prostu głośno  myślałem. 

Będę starał się być zawsze dobrej myśli jak ty.

Poza tym możesz spisać wspomnienia podczas tej wycieczki. Miło by się je czytało. No 

i  na  ich  podstawie  można  będzie  zidentyfikować  nasze  biedne,  zamorzone  głodem  ciała, 
kiedy ktoś natknie się na tę łódź.

— Nie sądzę, żebyśmy umarli — rzekł Joenes — chociaż przyznaję, że jest to możliwe. 

A dlaczego ty nie spiszesz swoich wspomnień, Lum?

— Mogę napisać jeden szkic czy dwa — odparł Lum. — Zamierzam jednak większość 

czasu spędzić, rozmyślając o ludziach i o rządach, o tym, jak je ulepszyć za pomocą  wszyst-
kich tych zwariowanych pomysłów, które przychodzą mi do głowy.

— To bardzo chwalebne — powiedział Joenes. — Mamy bardzo wiele do powiedzenia 

ludziom, jeśli tylko ich znajdziemy.

I  tak  w absolutnej  zgodzie  Joenes  i  jego  lojalny przyjaciel  żeglowali  wzdłuż  niebez-

piecznych wybrzeży po ciemniejącym morzu ku odległemu i niepewnemu celowi.

 16. Koniec podróży

(Spisane przez wydawcę z uwzględnieniem wszelkich dostępnych źródeł)

Nie  ma  się  co  rozwodzić  nad  ich  podróżą  wzdłuż  wybrzeży  obu  Ameryk,  wokół 

przylądka Horn, na północny zachód w kierunku wysp południowego Pacyfiku. Joenes i Lum 
stawili czoło wielu przeciwnościom,  wyszli  cało z licznych niebezpieczeństw. To samo  jed-
nak  spotkało  wielu  żeglarzy. Pełni  współczucia  odnotowujemy, że  Joenes  i  Lum  cierpieli  z 

background image

powodu tropikalnego słońca, gwałtownych  sztormów,  brakło  im  żywności i  wody,  przeżyli 
katastrofę  morską, stracili  maszt, natknęli  się na  groźne  rafy od zawietrznej  i tak dalej. Ale 
okazawszy  współczucie,  musimy także  zauważyć,  że  szczegóły ich wyprawy przypominają 
niezliczone  opowieści  o  przeprawach na  małych  łodziach.  To  podobieństwo nie  umniejsza, 
rzecz jasna wartości tego doświadczenia, z pewnością jednak może przyczynić się do spadku 
zainteresowania ze strony czytelnika.

Sam Joenes nigdy nie opowiadał zbyt wiele o tej strasznej podróży, zbyt bowiem zajęty 

był innymi sprawami. Jedyna zaś wypowiedź Luma, jaką odnotowano, stanowiła  odpowiedź 
na pytanie o wrażenia z podróży i brzmiała ona tak:

— No cóż, człowieku, wiesz.
Tak, rzeczywiście  wiemy i dlatego przechodzimy teraz do zakończenia podróży, kiedy 

to Joenes i Lum — wygłodniali, ale wciąż żywi — zostali nieprzytomni wyrzuceni na brzeg, 
gdzie znaleźli ich i ocucili mieszkańcy Manituatua.

Gdy  tylko  doszedł  do  siebie, Joenes zapytał  o ukochaną  Tondelayo,  którą zostawił na 

wyspie.  Okazało  się  jednak,  że  ta  nieustraszona  dziewczyna  zmęczyła  się  w  końcu 
czekaniem, poślubiła rybaka z Tuamotos i jest już matką dwójki dzieci. Joenes przyjął to ze 
spokojem i zajął się sprawami światowej wagi.

Dowiedział się, że na Manituatua  i na okolicznych wyspach mieszkańcy w niewielkim 

tylko stopniu odczuli  skutki  wojny. Wyspy te  bowiem,  od  dawna  pozbawione  styczności  z 
Azją  i  Europą,  straciły również kontakt z Ameryką.  Docierały tu  tylko  jakieś fantastyczne 
pogłoski. Niektórzy mówili, że  miała miejsce wielka  wojna, podczas której największe kraje 
tego świata zniszczyły siebie nawzajem. Inni twierdzili, że  przyczynili  się  do tego  obcy na-
jeźdźcy  o niewiarygodnym wręcz okrucieństwie. Jeszcze inni mówili, że nie było żadnej wo-
jny, wybuchła natomiast epidemia, która spowodowała upadek całej zachodniej cywilizacji.

Te  i  inne  przypuszczenia  były i  w dalszym  ciągu  są  szeroko  dyskutowane.  Wydawca 

przyjął wersję wydarzeń Joenesa, który opowiadał, że miała miejsce spontaniczna i chaotyc-
zna  eksplozja działań wojennych, a  ich punktem kulminacyjnym  było zniszczenie Ameryki, 
ostatniej wielkiej cywilizacji Starego Świata.

Tak  jak  powiedzieliśmy,  na  wyspach  południowego  Pacyfiku  skutki  wielkiej  wojny 

były  ledwo  odczuwalne.  Szerzyły  się  plotki  i  czasem  nad  głowami  przelatywały  pociski. 
Większość z rakiet jednak, nie czyniąc żadnej szkody mieszkańcom, lądowała w morzu.

Tylko  jedna  spadła  na  Moloteę  i  zmiotła  z powierzchni  ziemi  wschodnią  część  tego 

atolu, przyczyniając się  do śmierci  siedemdziesięciu trzech  osób.  W  amerykańskich  bazach 
wojskowych, rozmieszczonych głównie na Hawajach i Filipinach, czekano na rozkazy, które 
nigdy nie  nadeszły,  i zastanawiano  się  bez końca,  kto naprawdę  jest wrogiem Ameryki.  W 
końcu  ostami  wystrzelony  pocisk  spadł  do  morza,  wojna się  skończyła i  Stary Świat znikł, 
jakby go nigdy nie było.

Joenes i Lum byli już przytomni, ale wciąż jeszcze osłabieni, gdy  dogasała wojna. Dop-

iero kilka miesięcy po jej  zakończeniu  byli  gotowi, by odegrać  właściwą rolę w kształtow-
aniu nowej cywilizacji.

Niestety, każdy z nich inaczej pojmował swoje obowiązki  i  w żaden sposób nie  mogli 

dojść do porozumienia. W dalszym ciągu próbowali  podtrzymywać przyjaźń, ale to  stawało 
się coraz trudniejsze.

Kłopotów  przysparzali  ponadto  zwolennicy obu.  Wyglądało  na  to,  że  Joenes  i  Lum, 

dwaj zagorzali przeciwnicy wojny, niebawem sami zaczną ze sobą wojować.

background image

Tak się jednak nie stało. Joenes umocnił swe wpływy  na wyspach południowego Pacy-

fiku od Nukuhivy na zachodzie po Tongo na wschodzie, dlatego też Lum i jego zwolennicy 
odpłynęli czółnami na wschód od Tonga i wylądowali na Fidżi, gdzie idee Luma spotkały się 
z dużym  zainteresowaniem. Obaj przyjaciele  byli już wówczas w sile wieku i  rozstawali się 
ze szczerym smutkiem. Ostatnie słowa, jakie Lum skierował do Joenesa, brzmiały:

—  Wiesz,  stary,  myślę,  że  każdy kot lubi  chodzić  własnymi  drogami. Ale  naprawdę 

rusza mnie, że muszę  odejść w ten sposób, rozumiesz?  Obaj przez to przeszliśmy, Joenes, i 
tylko  my  dwaj  wiemy  o  wszystkim.  Więc  chociaż  myślę,  że  nie  masz  racji,  rób  swoje, 
chłopie. Będę za tobą tęsknił. Trzymaj się.

Pożegnanie Joenesa było równie sentymentalne.
Potem Lum odpłynął na Fidżi, gdzie jego idee znalazły wielu zwolenników. Do dzisiaj 

Fidżi stanowi centrum światowego lumizmu, a mieszkańcy wyspy nie posługuj ą się tą odmi-
aną  angielszczyzny,  którą  posługiwał  się  Joenes,  ale  tą,  której  używał  Lum.  Niektórzy 
badacze twierdzą, że jest to najczystsza i najstarsza odmiana.

Najistotniejsze  założenia  filozofii  Luma  można  odnaleźć  w  Księdze  Fidżi,  gdzie 

zostały zapisane w tej formie, w której wypowiedział je sam Lum:

Słuchaj, sprawy wzięły taki, a nie inny obrót z powodu maszyn.
Dlatego też maszyny są złe. Do tego zostały zrobione z metalu.
A więc metal jest jeszcze gorszy. To znaczy, jest samym złem.
Gdy tylko pozbędziemy się całego piekielnego metalu,

wszystko będzie grało.

Oczywiście, to tylko część nauk Luma. Istnieją ponadto jego teorie odurzenia i ekstazy 

(„Musisz płynąć  z prądem”);  idealnego zachowania  („Nikt nie  powinien nikomu  załazić  za 
skórę”);  wewnętrznych  ograniczeń  społecznych  („Nie  powinni  włazić  nikomu  na  głowę”); 
teoria uzasadniająca potrzebę dobrych manier, tolerancji i szacunku (,,Nie powinieneś nikogo 
dołować”);  teoria  obiektywnych  danych  zmysłowych  („Najbardziej  mnie  kręcą  rzeczy 
prawdziwe”); teoria potrzeby współpracy w ramach społeczeństwa („To bardzo dobrze, kiedy 
wszystkie  koty tańczą  razem”),  a  także  wiele innych teorii  obejmujących  niemal  wszystkie 
aspekty   ludzkiego  życia.  Powyższe  przykłady   zostały  zaczerpnięte  z  Księgi  Fidżi,  gdzie 
można znaleźć pełen wykład filozofii Luma opatrzony stosownymi komentarzami.

W pierwszych dniach Nowego Świata mieszkańców Fidżi interesowała przede wszyst-

kim  teoria,  zgodnie  z którą  wszelkie  zło tkwi  w metalu.  Ponieważ zaś  byli  z natury  ludem 
żądnym przygód, któremu niestraszne są dalekie  podróże, wypłynęli  wielką flotyllą, dowod-
zoną przez Luma, aby topić metal, gdziekolwiek go znajdą.

Ekspedycja ta przyniosła wielu nowych zwolenników ortodoksyjnego lumizmu. Głosili 

oni  potrzebę  destrukcji  metalu  po  całym  Pacyfiku,  od Australii  aż  po  porośnięte  dżunglą 
wybrzeża Azji  i  dalej  na  wschód, do wybrzeży obu Ameryk. Ich wyczyny, zwłaszcza zaś to, 
czego dokonali  na  Filipinach, oraz — z pomocą  Maorysów —  w  Nowej  Zelandii, stały się 
tematem  wielu pieśni i  opowieści.  Dopiero pod koniec wieku, długi  czas po  śmierci Luma, 
udało im się dokończyć dzieło na Hawajach i  w ten sposób pozbawić wyspy Pacyfiku około 
dziewięciu dziesiątych zasobów metalu.

Tym  nieulękłym  podróżnikom  udało  się wkrótce podbić wiele  wysp. Było  ich  jednak 

zbyt niewielu, by utrzymać na nich władzę.

background image

Przez pewien czas Fidżijczycy  rządzili na  Bora Bora, Raiatei, Huahine  i  Oahu, ale lo-

kalne  społeczności  albo  ich  asymilowały,  albo  zmuszały  do  odwrotu.  Większość  Fidżijc-
zyków  stosowała  się  też  do  wskazówek  Luma  odnośnie  postępowania  z mieszkańcami  in-
nych wysp: „Róbcie swoje, a potem schodźcie ze sceny. Nie sterczcie jak ćwoki”.

Tak kończą się przygody fidżijskie.
W przeciwieństwie do Luma Joenes nie pozostawił po sobie systematycznego wykładu 

swej  filozofii.  Nigdy nie  wypowiadał  się  wprost  przeciwko  metalowi,  pozostawał  wobec 
niego obojętny. Nie  dowierzał  żadnym prawom, nawet najlepszym, choć jednocześnie  uzna-
wał, że są konieczne. Wedle Joenesa prawo było ściśle związane z naturą ludzi, którzy  o nim 
stanowili.  Kiedy natura  tych  ludzi  ulegała  zmianie, co zdaniem  Joenesa  było  nieuniknione, 
zmieniała  się  też natura  prawa.  Wówczas  należało  znaleźć  nowych  prawodawców  i  nowe 
prawa.

Joenes  uczył,  że  człowiek  powinien  aktywnie  dążyć  ku  cnocie,  zdając  sobie  jednoc-

ześnie sprawę z trudności z tym związanych.

Największy  kłopot,  zdaniem  Joenesa,  sprawiało  to,  że  wszystko,  nawet  ludzie  i  ich 

cnoty,  podlega  ciągłym  zmianom.  W  tej  sytuacji  wielbiciel  prawa  musi  porzucić  iluzję 
stałości  i  tropić  zmiany zachodzące  w  nim  samym  i  w  innych.  Według  Joenesa  człowiek 
winien skoncentrować wszystkie siły na nieustannym poszukiwaniu chwilowej  stabilności  w 
powodzi  życiowych  metamorfoz.  Wskazywał,  że  w  tym  poszukiwaniu  człowiekowi  musi 
dopisać szczęście.

Jest ono absolutnie konieczne, choć nie da się go zdefiniować.
Joenes mówił  o tej i  innych  sprawach, stale podkreślając  doskonałość cnoty,  potrzebę 

dobrej woli i niemożliwość osiągnięcia perfekcji. Niektórzy twierdzą, że w podeszłym wieku 
Joenes nauczał  czegoś zupełnie innego, mówił  ludziom, że  świat nie  jest niczym  innym  niż 
okropną  zabawką, skonstruowaną  przez złych  bogów.  Stanowi  rodzaj  teatru,  w którym  bo-
gowie bez końca wystawiają sztuki dla własnej przyjemności, ludzie zaś są tam aktorami.

Bogowie obdarzają ludzi świadomością, wiarą  w cnoty i ideały, dają  im nadzieję oraz 

marzenia,  a  także  wszelkiego  rodzaju  przekonania.  Przed  tak  wyposażonymi  aktorami 
stawiają  szereg  problemów  i  znajdują  wielką  przyjemność  w  oglądaniu  miotających  się 
kukiełek, przeświadczonych, że mają do spełnienia niezwykle ważne zadanie, gdy starają się 
rozwiązać dylematy postawione im przez bogów. Bogowie ryczą ze śmiechu i nic nie cieszy 
ich  bardziej  niż  oglądanie  jakiejś  małej  kukiełki,  która  ubzdurała  sobie,  że  powinna  żyć 
przyzwoicie i godnie umrzeć. Bogowie biją brawo i równocześnie zaśmiewają się z absurdal-
ności śmierci, która unicestwia usiłowania człowieka. Ale jeszcze nie to jest najstraszniejsze. 
Nadejdzie taka chwila, że bogowie zmęczą się swoim teatrem i małymi ludzkimi kukiełkami, 
wyrzucą je, zniszczą teatr, a potem znajdą sobie inne rozrywki. I wkrótce nawet bogowie nie 
będą pamiętali, że kiedykolwiek istniało coś takiego jak człowiek.

Ta  teoria jednak zbyt daleko odbiega od innych teorii  Joenesa, by on był jej  autorem. 

Będziemy zawsze pamiętać Joenesa dumnego, w pełni sił i lat, jak niesie przesłanie nadziei.

Joenes  żył  wystarczająco  długo,  żeby  ujrzeć  schyłek  Starego  Świata  i  narodziny 

Nowego. Dzisiaj  wszystkie  cywilizacje godne  tej  nazwy znajdują się  na wyspach  Pacyfiku. 
Stanowimy mieszankę ras: wielu naszych przodków przybyło z Europy, Ameryki czy Azji.

Przede  wszystkim  jednak  jesteśmy  Polinezyjczykami,  Melanezyjczykami  i  Mik-

ronezyjczykami. Wydawca, który mieszka  na  wyspie  Hawaiki,  wierzy, że dzisiejszy pokój  i 
dobrobyt stanowią konsekwencję niewielkiego rozmiaru każdej z wysp, ich ogromnej liczby  i 
dzielących je odległości. Taki stan rzeczy  uniemożliwia podbój wszystkich wysp przez jakąś 

background image

jedną  grupę  i  pozwala  łatwo  uciec,  gdy ktoś  nie  lubi  swojej  wyspy.  Takimi  przywilejami 
ludzie z kontynentów nie mogą się cieszyć.

Oczywiście  mamy  swoje  problemy.  Między  grupami  wysp  wciąż  wybuchają  walki, 

choć, rzecz jasna, na dużo mniejszą skalę. Wciąż panuje nierówność społeczna, niesprawied-
liwość,  zdarzają  się  przestępstwa  i  choroby.  Ale  to  zło  nigdy nie  jest  na  tyle  wielkie,  by 
ogarnąć całą  wyspiarską  społeczność. Życie  się  zmienia i  zmiany często  przynoszą ze  sobą 
zarówno zło, jak i  postęp. Dzisiaj  jednak zmiany zachodzą wolniej niż w rozgorączkowanej 
przeszłości.

Być  może  powolność  zachodzących zmian jest po części  efektem niemal całkowitego 

braku  metalu.  Zawsze było go mało na  naszych  wyspach,  a Fidżijczycy zniszczyli  całe  do-
stępne  zasoby. Czasem trochę  uda się  go wydobyć  na Filipinach, ale  prawie  nic  z tego  nie 
trafia do obiega Społeczności lumistyczne są nadal aktywne i kradną każdy metal, na jaki się 
natkną, by go potem wyrzucić do morza. Wielu z nas wydaje się, że ta irracjonalna nienawiść 
do metalu jest godna ubolewania. Wciąż jednak nie możemy odpowiedzieć na pytanie zadane 
wiele lat temu przez Luma: „Człowieku, czy spróbujesz kiedyś zbudować bombę atomową z 
koralu i łupiny orzecha kokosowego?”.

Tak wygląda  życie  w dzisiejszych  czasach. Jesteśmy  zmuszeni  ze  smutkiem  skonsta-

tować, że nasz pokój i dobrobyt zostały zbudowane na gruzach Starego Świata. Taki los jed-
nak  spotyka  wszystkie  społeczeństwa  i  nic  nie  można na  to  poradzić.  Część  z tych,  którzy 
opłakują  przeszłość,  zrobiłaby  lepiej,  myśląc  o  przyszłości.  Zapuszczające się  daleko bandy 
fidżijskich lumistów dostrzegły  bowiem poruszenie wśród dzikich plemion zamieszkujących 
kontynenty. Tych rozproszonych i  bojaźliwych dzikusów można na razie ignorować, ale  kto 
wie, co przyniesie przyszłość?

Jeśli chodzi o koniec Podróży Joenesa, należy dodać jeszcze co następuje.
Lum umarł w wieku sześćdziesięciu dziewięciu lat. Pewnego razu, gdy przewodził  ak-

cji niszczenia metalu,  przedziurawiła  mu głowę włócznia rosłego Hawajczyka, który próbo-
wał ochronić maszynę do szycia. Ostatnie słowa Luma brzmiały:

—  Cóż,  chłopcy,  jestem  w  drodze  na  herbatkę  w  Chmurach,  organizowaną  przez 

Największego Ćpuna.

To  powiedziawszy,  zakończył  życie. Zdanie  to  stanowi  ostatnią  odnotowaną  wypow-

iedź Luma na temat religii.

Jeśli chodzi o Joenesa, wszystko skończyło się zupełnie  inaczej. W wieku siedemdzie-

sięciu  trzech  lat,  podczas  odwiedzin  na  górzystej  wyspie  Moorea,  zauważył  jakiś  ruch  na 
plaży i udał się w tym kierunku, by sprawdzić, co się dzieje. Zobaczył, że na brzegu znajduje 
się tratwa, a obok niej stoi człowiek należący do jego rasy.

Miał  na  sobie  ubranie  w strzępach,  a  jego  ręce  i  nogi  zostały ciężko  słońce. Ogólnie 

jednak był w dobrym stanie.

— Joenes! — jęknął mężczyzna. — Wiedziałem, że żyjesz, i byłem pewien, że cię od-

najdę. Jesteś Joenes, prawda?

— Owszem — odrzekł Joenes. — Ale obawiam się, że pana nie poznaję.
— Jestem Watts — wyjaśnił tamten — złodziej klejnotów, którego spotkałeś w Nowym 

Jorku. Teraz mnie sobie przypominasz?

— Tak — odparł Joenes. — Dlaczego mnie szukałeś?
—  Wprawdzie  rozmawialiśmy tylko  chwilę,  ale  wywarłeś  na  mnie  ogromny wpływ, 

Jones. Tak jak Podróż stała się twoim  życiem, tak ty stałeś się moim. Nie umiem wytłumac-
zyć,  jak  to  się  stało,  ale  stało  się  i  nie  potrafiłem  się  temu  oprzeć.  Ty  byłeś  moją  pracą, 

background image

wszystko,  co  robiłem,  dotyczyło  ciebie.  Długo  to  trwało,  zanim  zgromadziłem  wszystkie 
rzeczy, których  potrzebujesz,  ale  zadanie  nie było łatwe. Jednak  nie  dbałem  o to.  Pomagali 
mi  ludzie  na  górze,  więc  byłem  zadowolony.  Potem  przyszła  wojna  i  wszystko  stało  się 
jeszcze trudniejsze. Przez wiele błąkałem się po spustoszonej Ameryce, aby znaleźć to, czego 
mógłbyś potrzebować.

W końcu jednak udało się i przybyłem do Kalifornii. Stamtąd wypłynąłem ku wyspom 

Pacyfiku i przez wiele  lat tułałem  się od jednego miejsca do drugiego. Często  słyszałem o 
tobie, ale nigdzie nie mogłem cię znaleźć. Mimo to nie zniechęcałem się. Pamiętałem wciąż o 
trudnościach,  którym  ty musiałeś stawić  czoło, to dodawało mi  sił.  Wiedziałem, że  twoim 
zadaniem jest stworzyć nowy świat, moim zaś — odnaleźć ciebie.

—  To  zdumiewające  —  rzekł  Joenes,  zachowując  spokój. —  Prawdopodobnie  jesteś 

szalony, ale to nie ma znaczenia. Przykro mi, że przysporzyłem ci tylu kłopotów. Nie miałem 
jednak pojęcia, że mnie szukasz.

— Nie  mogłeś o  tym wiedzieć — powiedział  Watts. — Nawet ty, Joenes, nie mogłeś 

wiedzieć, kto lub co cię szuka, dopóki cię nie znaleziono.

— No cóż — rzekł Joenes — teraz mnie odnalazłeś. Mówiłeś, że coś dla mnie masz?
—  Kilka  rzeczy  —  odparł  Watts.  —  Dmuchałem  na  nie  i  chuchałem,  są  bowiem 

niezbędne, abyś mógł wypełnić swoje zadanie.

Watts odczepił paczkę z nieprzemakalnej  tkaniny, którą miał przymocowaną do ciała i 

uśmiechając się, wręczył ją Joenesowi.

Joenes rozpakował zawiniątko i znalazł tam, co następuje:
1. Wiadomość od Seana Feinsteina, który donosił, że zatrudnił Wattsa po to, by ów do-

starczył Joenesowi wszystkie te rzeczy. Feinstein pisał, iż ma  nadzieję, że Joenes miewa  się 
dobrze. On sam uszedł cało z zagłady wraz ze swą córką Deirdre i udał się na wyspę Sangar, 
przeszło trzy tysiące dwieście kilometrów od  wybrzeża  Chile. Tam  odniósł skromny sukces 
jako kupiec, podczas gdy Deirdre  wyszła za  pomysłowego wyspiarza. Teraz zaś ma  szczerą 
nadzieję, że załączone przedmioty okażą się przydatne.

2.  Krótką  notkę  od  doktora,  którego  spotkał  w  Zakładzie  Hollis  dla  Obłąkanych 

Przestępców.  Doktor  napisał,  że  zapamiętał  zainteresowanie  Joenesa  pacjentem,  który 
wierzył, że  jest Bogiem,  i  który zniknął,  zanim Joenes mógł  go zobaczyć. Ponieważ jednak 
Joenes wykazywał  duże  zainteresowanie  tą  sprawą,  doktor dołączył  jedyną  zapisaną kartkę, 
jaką ów szaleniec zostawił po sobie — listę znalezioną po jego ucieczce.

3.  Mapę  Oktagonu ostemplowaną  oficjalną  pieczątką  kartografa  i zatwierdzoną  przez 

najwyższych urzędników, gwarantującą, że zaprowadzi każdego do wybranej części budynku 
natychmiast, bez żadnych opóźnień.

Joenes  patrzył  długo  na  wszystkie  te  rzeczy,  a  jego  twarz zaczęła  przypominać  zwi-

etrzały  granit. Przez długi  czas trwał w bezruchu, ocknął  się  dopiero, kiedy Watts próbował 
podejrzeć dokumenty, zaglądając mu przez ramię.

—  Należy  mi  się! —  powiedział  płaczliwie.  —  Przez całą  drogę  ani  razu  na  nie  nie 

spojrzałem. Joenes, muszę rzucić okiem na mapę i zerknąć na listę szaleńca.

— Nie — odparł Joenes — to nie dla ciebie.
Watts  wpadł  w  furię  i  tubylcy  musieli  go  powstrzymywać,  żeby   nie  porwał  doku-

mentów siłą. Kilku kapłanów z wioski przybyło do Joenesa, ale on się od nich odwrócił. Na 
jego twarzy malowało się przerażenie. Niektórzy  myśleli, że  wrzuci  papiery do morza, lecz 

background image

on nie zrobił tego. Przycisnął je mocno do piersi i pospieszył na stromy szlak prowadzący w 
góry. Kapłani udali się za nim, ale wkrótce zgubili go w gęstwinie.

Zeszli  na  brzeg  i  powiedzieli  ludziom,  że  Joenes  niebawem  wróci  i  że  pragnie  tylko 

jakiś czas studiować dokumenty w samotności. Ludzie  czekali  wiele  lat i  nie tracili  cierpli-
wości. W tym czasie umarł Watts. Joenes jednak nigdy już nie zszedł z gór.

Blisko  dwa  wieki  później  pewien  myśliwy  wspiął  się  na  stromy  stok  Moorea  w 

poszukiwaniu  kozic.  Gdy   wrócił  na  dół,  oznajmił,  że  widział  bardzo  starego  człowieka 
siedzącego u wejścia do jaskini i przyglądającego się jakimś papierom. Stary człowiek skinął 
na  niego  i  myśliwy,  choć  przestraszony, podszedł.  Papiery,  które  trzymał  starzec,  były wy-
blakłe od słońca i deszczu, tak że nie można było nic przeczytać. Zdawało się też, że starzec 
oślepł, przyglądając się im.

— Jak udaje ci się odczytać te papiery? — spytał myśliwy.
— Nie muszę tego robić — odparł tamten. — Nauczyłem się ich na pamięć.
To powiedziawszy, starzec wstał i wszedł do jaskini. Miejsce zaś wyglądało tak, jakby 

nikogo tu nigdy nie było.

Czy to prawdziwa historia? Czy mimo upływu tylu lat Joenes może wciąż żyć w górach 

i rozmyślać  o największych sekretach minionej  epoki?  Jeżeli tak jest, to czy lista szaleńca  i 
mapa Oktagonu mają jakieś znaczenie dla naszego świata?

Tego  nie  dowiemy  się  nigdy.  Trzy  ekspedycje  na  górę  Moorea  nie  odnalazły   tam 

żadnych śladów ludzkiej obecności, chociaż istotie znajduje się tam  jaskinia. Badacze  sądzą, 
że myśliwy  musiał być pijany. Uważają, że Joenes prawdopodobnie postradał zmysły  z żalu, 
że zbyt późno otrzymał tak ważne informacje, i że uciekł przed kapłanami i żył jak pustelnik, 
mając  przy  sobie  wyblakłe  i  bezużyteczne  papiery,  by  w  końcu  umrzeć  w  jakimś  niedo-
stępnym miejscu.

To jedyne wytłumaczenie, które wydaje się rozsądne. Jednak mieszkańcy Moorea i tak 

wybudowali na tym miejscu małą świątynię.